background image

1

background image

 

Eileen Wilks

 

Prawdziwe uczucia

 

2

background image

 

PROLOG

 

Nikt   się   nie   spodziewał,   że   kościół   będzie   pełny.   W 

deszczowy środowy poranek w Crawley w Nebrasce o godzinie 
jedenastej   trzydzieści   większość   ludzi,   jak   zazwyczaj   o   tej 
porze, była w pracy. Na mszę przyszli jednak i kierowniczka 
poczty, i aptekarz z aptekarzową, i bankier z małżonką. Licznie 
przybyli również przedstawiciele rodzin farmerskich z okolicy. 
 

Bliźniaczki   Mortimer   też   siedziały   na   swoich   stałych 

miejscach - w szóstej ławce w środkowym rzędzie. Flora i Dora 
nie opuściły żadnego ślubu w tym kościele od pięćdziesięciu 
lat. Mały deszcz nie był w stanie im przeszkodzić. 
 

- Jaki ten młody Spencer jest przystojny - szepnęła Flora. 

 

- Przystojny, akurat - żachnęła się jej siostra. - Może i 

przystojny, ale nie mów mi, że ten ogier stałby tutaj, czekając 
na pannę młodą, gdyby... 
 

Kierowniczka   poczty   odwróciła   się   i   spojrzała   na   nie 

karcąco. 
 

- Nie patrz na mnie w ten sposób, Emmaline Bradley - 

powiedziała   Dora.   -   Francis   wciąż   gra   hymn.   Nie   widzę 
powodu,   dla   którego   nie   miałybyśmy   sobie   jeszcze 
porozmawiać. 
 

Flora pociągnęła ją za rękaw. 

 

- Patrz, sadzają ojca Spencera - szepnęła. - Nie wygląda 

na szczęśliwego. 
 

Dora pociągnęła nosem. 

 

-   Frederick   Ashton   nie   był   szczęśliwy   od   momentu, 

kiedy matka odstawiła go od piersi. Ten mężczyzna ma tylko 
dwa   rodzaje   nastrojów:   zły   albo   bardzo   zły.   Gdzie   pastor 
Brown miał głowę, kiedy uczynił go diakonem, naprawdę nie 
wiem... 

3

background image

 

No, ale to oczywiście nie ma związku ze sprawą. 

 

Lucy   Johnson,   siedząca   po   drugiej   stronie   Flory, 

pochyliła się w ich stronę. 
 

-   Przynajmniej   Frederick   dopilnował,   żeby   jego   syn 

postąpił uczciwie wobec biednej Sally. 
 

Flora pokiwała potakująco głową. 

 

- Biedna Sally. Rozumiem, dlaczego uległa pokusie. Ten 

chłopak Ashtonów jest taki... 
 

-   Przystojny   -   dokończyła   za   nią   sucho   Dora.   -   Nie 

jestem pewna, czy Frederick zrobił Sally przysługę. 
 

- Och, Spencer jest po prostu młody - powiedziała Lucy. 

 
 

-   Mój   Charlie   był   taki   sam,   zanim   się   pobraliśmy.   I 

jesteśmy razem już od czterdziestu dwóch łat. 
 

Emmaline Bradley znów odwróciła się w ich stronę. 

 

- Ciii - szepnęła. 

 

Flora   zarumieniła   się,   Lucy   zacisnęła   usta,   ale   Dora 

nawet tego nie zauważyła. Patrzyła ze zmarszczonymi brwiami 
na   tył   głowy   Fredericka   Ashtona,   który   siedział   trzy   rzędy 
przed nimi. Plotka głosiła, że wychowywał synów ciężką ręką. 
Zwykł mawiać, że rózga to najlepszy środek wychowawczy. 
 

Francis uderzyła w pierwsze tony „Marsza weselnego”. 

 

Przy wejściu do kościoła Sally Barnett przycisnęła dłoń 

do żołądka. Satynowy materiał sukienki był zimny i śliski. 
 

- Denerwujesz się, kochanie? - zapytał ją ojciec. 

 

Poczuła   mdłości.   Ale   tata   wyglądał   na   tak 

zmartwionego...   Na   pewno   mama   miała   rację.   Spencer   się 
ustatkuje, kiedy tylko pojawią się dzieci. Przywołała na twarz 
uśmiech. 
 

- Tak, tato - szepnęła. 

 

Ojciec poklepał ją po dłoni. 

 

- To całkowicie normalne. Czas na nas, kotku. 

 

Weszli razem do kościoła i w rytmie rozbrzmiewającego 

4

background image

marsza ruszyli w stronę ołtarza, gdzie czekał na nich Spencer. 
 

Suknia Sally szeleściła, a jej serce biło coraz głośniej i 

głośniej. Ściskała bukiet tak mocno, że palce jej zdrętwiały. 
 

Spencer wyglądał wspaniale w smokingu. Czy to ważne, 

że musieli go wypożyczyć? Powtarzała mu tyle razy, że to nie 
ma dla niej żadnego znaczenia. Dla niego jednak miało. Chciał 
 

tak   wielu   rzeczy.   Mogła   go   zrozumieć   -   wyrósł, 

słuchając narzekań swojej matki, że tak mało mają i że o tyle 
lepiej by im się żyło, gdyby ich ojciec sprzedał farmę wiele łat 
temu. W 
 

końcu uwierzył, że szczęście zależy od rzeczy, nie od 

ludzi. 
 

Pokaże mu, że jest inaczej, obiecała sobie, kiedy ojciec 

puścił jej ramię. Będzie dla Spencera tak dobrą żoną, że nigdy 
nie będzie żałował tego dnia. 
 

Tak   jak   zawsze   jej   serce   podskoczyło,   kiedy   Spencer 

wziął ją za rękę. Wiedziała, że jej nie kocha. Nie w ten głęboki, 
bolesny sposób, w jaki ona kochała jego. Ale będzie cierpliwa. 
Nauczy go miłości. 
 

Zapomniawszy o mdłościach, Sally z rozjaśnioną twarzą 

słuchała   pastora   wypowiadającego   znane   słowa.   Jej   młody 
wybranek stał obok, wysoki i wyprostowany. 
 

Spencer spojrzał na Sally. Ale ta kretynka się uśmiecha. 

 

Myśli   pewnie,   że   mnie   złapała...   Samolubna   krowa, 

pobiegła   z   płaczem   do   tatusia,   kiedy   się   okazało,   że   jest   w 
ciąży. Kropla zimnego potu spłynęła po plecach Spencera. 
 

-   Czy   ty,   Spencerze   Winstonie   Ashton,   bierzesz   tę 

kobietę za żonę? - zapytał pastor. - Czy przysięgasz ją kochać i 
szanować... 
 

Frederick   Ashton   był   jedyną   osobą   na   świecie,   której 

Spencer się bał. Mimo że jego ojciec co wieczór czytał Biblię, 
jego prawdziwym bogiem była pozycja społeczna. Dał 
 

Spencerowi  jasno   do   zrozumienia,   że   nie  pozwoli  mu 

5

background image

zniszczyć opinii, jaką się cieszył w miasteczku. 
 

- ...w zdrowiu i w chorobie. 

 

Może na razie Sally wygrała, ale to długo nie potrwa, 

obiecał sobie. Był przeznaczony do wielkich rzeczy. Zawsze to 
wiedział. 
 

- ...dopóki śmierć was nie rozłączy? 

 

-  Tak  -  powiedział Spencer  uroczyście.  Znajdzie jakiś 

sposób,   żeby   wyrwać   się   z   tego   zapyziałego   miasteczka   w 
wielki świat, który na niego czeka. 

6

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Napa Valley, Kalifornia, czterdzieści trzy lata później. 

 

Kiedy   Dixie   zjeżdżała   z   autostrady,   jej   ręce   na 

kierownicy były wilgotne. 
 

Tu   jest   zupełnie   inaczej,   pomyślała,   kierując   swoją 

toyotę   na   małą,   wiejską   drogę.   W   Nowym   Jorku   pory   roku 
zmieniają się gwałtownie, a w Kalifornii następuje to zawsze 
łagodnie. 
 

Zima,   zamiast   uderzyć   nagłym   mrozem,   stopniowo 

przychodzi po jesieni. 
 

Lubiła te nagłe nowojorskie zmiany, chociaż brakowało 

jej   światła.   Styczniowe   światło   w   Valley   łagodnie   okalało 
drzewa i budynki, miękko układało się na drogach i polach. 
 

Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie będzie mogła to 

namalować. Po to tutaj przyjechała. Miała pracę do wykonania. 
Jeśli przy okazji uda jej się pokonać kilka duchów z przeszłości, 
tym lepiej. Nadszedł czas, żeby wszystko wyjaśnić i żyć dalej 
swoim życiem. 
 

Łuk nad wjazdem był wysoki i szeroki, zbudowany z 

kutego żelaza przedstawiającego winorośle, którym posiadłość 
zawdzięczała swoją  nazwę.   Była  na miejscu.  Wzięła  głęboki 
oddech i skręciła na podjazd prowadzący do The Vines. 
 

Dom znajdował się na wprost. Pojechała w lewo, drogą 

prowadzącą   do   biur   i   salonu   degustacyjnego,   które   były 
umieszczone w jednym, dwupiętrowym budynku. Wjechała na 
parking, wyłączyła silnik i siedziała przez chwilę, przyglądając 
się zmianom... i temu, co pozostało takie jak dawniej. Potem 
wzięła kapelusz i torebkę, sprawdziła, jak się miewa Hulk, i 

7

background image

otworzyła drzwi. 
 

Powietrze   pachniało   ziemią   i   winogronami.   Zapachy 

przywołały wspomnienia. 
 

Nie   były   to   smutne   wspomnienia.   Głośne,   zabawne, 

czasami gniewne, ale nigdy smutne. Przymknęła oczy, wzięła 
głęboki wdech i wysiadła. 
 

-   Dixie!   -   Szczupła   młoda   kobieta   w   kremowym 

kostiumie wyszła na werandę i zbiegła po schodkach. - 
 

Spóźniłaś   się.   Duży   był   ruch?   Czego   zapomniałaś? 

Gdzie twój kot? 
 

Śmiejąc się, Dixie chwyciła przyjaciółkę w objęcia. 

 

- Ruch był okropny, czego zapomniałam, dowiem się, 

kiedy będę tego potrzebować, a Hulk śpi w swoim koszyku. 
 

Boże,   ale   ty   świetnie   wyglądasz!   -   Odsunęła   się   i 

przyjrzała się Mercedes. - Chuda jak zwykle. W Nowym Jorku 
uwielbialiby cię bezgranicznie. I twoje włosy są takie piękne. - 
 

Dotknęła   jednego   z   loków   wymykających   się   z   koka 

Mercedes. 
 

- Ale strój masz niezbyt ciekawy. 

 

-   Nie   wszystkie   możemy   się   ubierać   jak   artystki.   - 

Mercedes potrząsnęła głową. - Zresztą i tak nie potrafiłabym się 
ubrać tak jak ty. 
 

- Podoba ci się? Nazywam ten strój Plażowa Pin-up Girl. 

 

- Dixie zmieniała zdanie i strój pięć razy tego ranka i w 

końcu wybrała kombinację piaskowej spódnicy retro z dopaso-
waną górą oraz hawajską koszulą zamiast żakietu. 
 

Duże okulary i słomkowy kapelusz bardziej przywodziły 

na   myśl   lata   sześćdziesiąte   niż   pięćdziesiąte,   ale   Dixie   nie 
przywiązywała aż takiej wagi do szczegółów. 
 

Mercedes zaśmiała się i odwróciła w stronę budynku. 

 

-   Chyba   przesadzasz.   Wyglądasz   w   tym   bardzo 

elegancko. 
 

- Tak czy inaczej, ta epoka nie jest dla ciebie - 

8

background image

 

powiedziała   Dixie,   podążając   za   Mercedes.   -   Ty 

wyglądałabyś   świetnie   w   powiewnych   ciuchach   z   lat 
dwudziestych. 
 

- To nie w moim stylu. 

 

-  Na litość  boską,  Merry! Masz  na  sobie  zapinaną  na 

guziki koszulę! Potrzebujesz pomocy. 
 

Mercedes podniosła dłoń, na pół rozbawiona, na pół 

 

przejęta. 

 

- Co to, to nie. Nie pomagaj mi. Nie jestem na to teraz 

gotowa.  
 

- Hmm... - Dixie weszła na werandę i rozejrzała się. 

 

Jedenaście lat temu ten budynek był o wiele mniejszy i 

mniej stylowy. - Pięknie zrobione. Wygląda, jakby zawsze tak 
było. 
 

- Przejdziemy obok salonu degustacyjnego. Biura są na 

górze. Eli jest w winnicy, więc zaprowadzę cię do Cole’a. - 
 

Mercedes   szybkim   krokiem   skierowała   się   w   stronę 

drzwi. 
 

Dixie nie ruszyła się z miejsca. 

 

-   Dixie?   -   Mercedes   zatrzymała   się   w   otwartych 

drzwiach i obejrzała przez ramię, marszcząc brwi. - Idziesz? 
 

-   Nie,   dopóki   nie   powiesz   mi,   czemu   jesteś   taka 

zdenerwowana. 
 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

 

- Wiesz, wiesz - stwierdziła Dixie. - O co chodzi? Czy 

Cole   jest   na   ciebie   zły,   że   wynajęłaś   mnie   do   zrobienia 
ilustracji? - Na twarzy Mercedes dostrzegła poczucie winy. - 
 

On wie o mnie, prawda? 

 

- Niezupełnie... 

 

Dixie zamknęła oczy i przyłożyła dłoń do żołądka. 

 

- Czy zostanę zwolniona, zanim zacznę? 

 

- Nie może cię zwolnić - zapewniła ją Mercedes. - 

 

Podpisałyśmy   umowę,   a   on   i   Eli   dali   mi   pełne 

9

background image

upoważnienie do zatrudnienia ciebie. To znaczy nie wiedzieli, 
że   to   masz   być   akurat   ty,   ale   opowiedziałam   im,   gdzie 
pokazywano twoje prace, i przystali na to, żeby cię zatrudnić. 
 

- A ja myślałam, że jesteś już za duża na to, żeby lubić 

ryzyko   -   wymruczała   Dixie,   otwierając   oczy.   -   Co   ty   sobie 
myślałaś? 
 

- Że winnica Louret potrzebuje ciebie do swojej nowej 

kampanii reklamowej. Jesteś najlepsza. 
 

- Nie będę się o to spierać - odpowiedziała Dixie, która 

potrafiła   docenić   swój   talent.   -   Ale   to   nie   wyjaśnia   twoich 
ślubów milczenia. 
 

- Czy masz pojęcie, jak to jest, mieć dwóch starszych 

braci za szefów? - zapytała Mercedes. - Nie mam ochoty tracić 
czasu  na  kłótnie  z  Cole’em.   Daj   spokój,   Dixie,   wiem,   że  to 
trochę   dziwne,   ale   przecież   ciebie   nie   poruszyłoby   nawet 
tornado. - Uśmiechnęła się. 
 

To nie do końca była prawda. Szczerze mówiąc, Dixie 

była trochę przerażona. 
 

- Twarz Colea będzie przedstawiać interesujący widok, 

kiedy stanę w drzwiach. 
 

Mercedes roześmiała się z ulgą. 

 

- Nie mogę się już doczekać. Zaraz potem mam zamiar 

uciec.  
 

- Dzięki. Naprawdę poprawiłaś mi nastrój. 

 

Za salonem degustacyjnym znajdował się krótki hol z 

drzwiami wychodzącymi na winnice i schodami prowadzącymi 
do   części   biurowej.   Żaden   wielki   luksus,   ale   urządzone   ze 
smakiem,   pomyślała   Dixie,   wspinając   się   za   Mercedes   po 
schodach. Wyglądało na to, że winnicy dobrze się powodzi. 
 

Jedenaście   lat   to   bardzo   długo.   Czego   się   właściwie 

bała? 
 

Tego, że on jej wciąż nienawidzi, odpowiedziała sobie. 

Znów położyła dłoń na brzuchu. Wprawdzie to kawał czasu, ale 

10

background image

pamiętała,   jaki   był   Cole.   Potrafił   błyskawicznie   przejść   od 
gorących uczuć do chłodnej rezerwy, chociaż większość ludzi 
tego nie zauważała. Dobrze się maskował za tą swoją gładką 
powierzchownością. 
 

Tak, Cole był bardzo przystojny. Ale to było kiedyś. 

 

Może od tego czasu przytył? Mercedes nic o tym nie 

wspominała, ale z drugiej strony Dixie nigdy nie zachęcała jej 
do rozmów o bracie. 
 

-   Hej,   Merry   -   powiedziała,   kiedy   dotarły   na   szczyt 

schodów. - Czy Cole przytył ostatnio? 
 

Mercedes rzuciła jej zaskoczone spojrzenie. 

 

- Raczej nie. Czemu pytasz?  

 

-   Ach,   tak   sobie.   -   Jakkolwiek   sytuacja   się   rozwinie, 

mogła być przekonana, że Cole na pewno jej nie zapomniał. - 
 

Masz - powiedziała, szukając czegoś w kieszeni. - Kiedy 

już uciekniesz, weź Hulka z samochodu i zanieś go do mojego 
pokoju. 
 

Mercedes   wzięła   kluczyki,   uśmiechnęła   się,   po   czym 

nagle objęła Dixie ramieniem i uściskała ją. 
 

-   Tak   się   cieszę,   że   wróciłaś.   Dobrze   mieć   cię   znów 

blisko. 
 

- Ja też się cieszę - powiedziała cicho Dixie, po czym 

wyprostowała się i poprawiła włosy. - Jak to było? Naprzód, 
brygado!   Prezentuj   broń!...   w   Dolinie   Śmierci...   Dalej   nie 
pamiętam. 
 

Mercedes uśmiechnęła się. 

 

-   Coś   o   armatach.   Ale   Cole   nie   ma   w   swoim   biurze 

żadnych armat. - Odwróciła się i zapukała do drzwi po prawej. 
 

- Widzę, że z rozmysłem unikasz tematu Doliny Śmierci. 

 

Mercedes nie zareagowała i otworzyła drzwi. 

 

- Cole, jest już nasza artystka. Shannon jest chora, więc 

muszę być w salonie degustacyjnym za dwadzieścia minut. 
 

Może oprowadzisz naszego gościa? 

11

background image

 

-   Z   przyjemnością   -   odpowiedział   gładki,   niemal 

zapomniany baryton. - Jak tylko... - Jego głos zamarł, kiedy 
Dixie weszła za Mercedes do pokoju. 
 

Nie zmienił się. To była jej pierwsza myśl, chociaż za 

chwilę zorientowała się, że to nie całkiem prawda. 
 

Cole  wciąż  był  szczupły   i  miał   brązowe  włosy,   które 

obcinał na krótko, żeby się nie kręciły. Miał silnie zarysowany 
nos i długie rzęsy. Jednak jego twarz, która jedenaście lat temu 
była niemal zbyt przystojna, zyskała teraz linie, które nadały jej 
zupełnie nowy wyraz. 
 

No i nigdy nie siedział tak z otwartymi ustami. To się 

zdecydowanie zmieniło. Według niej na lepsze. 
 

Dixie   uśmiechnęła   się   powoli,   ledwie   zauważając,   że 

drzwi zamknęły się za Mercedes. 
 

- Cześć, Cole. 

 

Na twarz Colea wypłynął zawodowy uśmiech. 

 

- Witaj w The Vines. Jak już mówiłem, z przyjemnością 

cię oprowadzę... jak tylko zamorduję moją młodszą siostrę. 
 

Dixie roześmiała się. 

 

- A ja myślałam, że będziesz zimny i profesjonalny. 

 

- Wiem, jak bardzo nie znosisz takiej pozy. Postaram się 

jej   unikać.   -   Obejrzał   ją   od   stóp   do   głów.   -   Zawsze   się 
spóźniałaś, ale jedenaście lat to dużo, nawet jak na ciebie.  
 

Potrząsnęła głową. 

 

- W ten sposób nie zbijesz mnie z tropu. 

 

- Ale mogę próbować. 

 

Czas   zmienić   temat,   zdecydowała   i   rozejrzała   się   po 

biurze,   które   było   bezlitośnie   schludne   z   wyjątkiem   dużego 
biurka   z   ciemnego   drzewa.   Nagle   zza   mebla   wychyliła   się 
nakrapiana psia głowa. 
 

- Och... - Pochyliła się z uśmiechem. - Kto to jest? 

 

- Tilly. Raczej nie pozwoli ci się pogłaskać. 

 

-   Nie?   -   Ośmielona   wyzwaniem,   wyciągnęła   rękę   w 

12

background image

stronę psa, ale ten schował się natychmiast za biurkiem. - Jest 
nieśmiała, prawda? 
 

-   Tak.   Oprócz  tego  jest  jeszcze   neurotyczna  i   niezbyt 

mądra   -   powiedział,   pochylając   się,   żeby   pogładzić   zwierzę, 
które   zniknęło   Dixie   z   pola   widzenia.   -   Tilly   boi   się   burzy, 
innych   psów,   ptaków,   nowych   ludzi,   hałasu...   Właściwie,   to 
chyba boi się wszystkiego. 
 

Dixie   podeszła   do   brzegu   biurka,   żeby   móc   zobaczyć 

psa. 
 

- Czy to jakaś mieszanka z dalmatyńczykiem? 

 

- Chyba tak. Do tego trochę charta i coś jeszcze. 

 

Znalazłem ją przy autostradzie rok temu. 

 

- Jak udało ci się ją zabrać, skoro wszystkiego się boi?  

 

Spojrzał   na   Tilly   z   rozbawionym   uśmiechem   i   pewną 

dozą poczucia dumy. 
 

- Wyglądało na to, że na mnie czekała. Zatrzymałem się, 

otworzyłem drzwi, a ona po prostu wskoczyła. 
 

Dixie potrząsnęła głową. 

 

- Prawdziwa kobieta. 

 

- Ale raczej nie w moim typie. - Jego krzywy uśmiech 

nie zmienił się. Jeden kącik ust był uniesiony w górę, a drugi 
wygięty w dół. - No dobrze, Tilly. Połóż się. 
 

Co   dziwne,   pies   wykonał   polecenie.   Cole   spojrzał   na 

Dixie. 
 

- Czekasz na zaproszenie, żeby usiąść? Czego jak czego, 

ale krzeseł nam nie brakuje. 
 

Dixie   pomyślała,   że   pies   jednak   zdecydowanie   jest   w 

typie   Colea.   Jest   posłuszny.   Siadając   na   krześle   przy 
zagraconym biurku, postanowiła jednak o tym nie wspominać. 
 

Na razie wszystko szło dobrze. Ucisk w żołądku należał 

już   do   przeszłości,   była   to   tylko   reakcja   na   wspomnienie 
namiętności. Nie miał nic wspólnego z mężczyzną siedzącym 
naprzeciw. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyła. 

13

background image

 

- Dokonałeś cudów z Louret. 

 

- To Eli jest tym magikiem. Ja tylko ciężko pracuję. A co 

u ciebie? Dobrze wyglądasz. 
 

- Moje życie pełne było upadków i wzlotów, dziękuję. A 

ty? 
 

- Jestem zapracowany. Twoje nazwisko stało się znane. 

 

Gratulacje. 

 

Dixie wyrwał się śmiech. 

 

-   Nie   uwierzysz,   jak   wyobrażałam   sobie   to   nasze 

spotkanie.   A   my   po   prostu   wymieniamy   uprzejme 
komplementy. 
 

Uniósł brew. 

 

- Rozczarowana? 

 

-   Nie.   No,   może   trochę.   -   Przewróciła   oczami.   -   To 

znaczy   cieszę   się,   że   nie   traktujesz   mnie   z   tym   okropnym 
chłodem, jak ludzi, których nie lubisz. 
 

Coś rozbłysło w  jego  oczach,   ale  nadal uśmiechał  się 

swobodnie. 
 

-   Jestem   teraz   ciepłym,   miłym   facetem.   Prawdziwym 

mięczakiem. 
 

Uśmiechnęła się. 

 

- Uwierzę, kiedy sama to zobaczę. 

 

- Z tego, co zrozumiałem, zostaniesz tu kilka dni. 

 

- I będę wsadzać wszędzie swój nos. Tak pracuję.  

 

- Hmm... - Odchylił się na fotelu. - Porównywano cię do 

Maxwella i Rockwella. Zastanawiam się, jak jest nas na ciebie 
stać. 
 

Dixie   udała   zdziwioną,   co  nie   było  trudne.   Nie  miała 

pojęcia, że śledził jej karierę. 
 

- Nie przeczytałeś umowy? 

 

-   Z   jakichś   tajemniczych   powodów   Mercedes   chciała 

wszystko załatwić sama - powiedział sucho. 
 

-   A   więc   kupujecie   prawa   do   reprodukcji   moich 

14

background image

obrazów, a nie do samych obrazów, bo to kosztowałyby was o 
wiele więcej. - Planowała jeden dać Mercedes, ale w ramach 
przyjaźni, a nie interesów. 
 

- Czyli nie wyświadczasz Mercedes przysługi? 

 

Wzruszyła ramionami. 

 

- Częściowo. 

 

W końcu wstał. 

 

- Chciałabyś się teraz przejść? 

 

- Chodźmy. 

 

Cole ustąpił Dixie pierwszeństwa na schodach, co dało 

mu   możliwość   obserwowania   jej   głowy   z   góry.   Zawsze 
fascynowały go jej włosy. Brudny blond - tak je nazywała. 
 

Dla niego to był kolor piasku. Jej włosy miały mnóstwo 

różnych odcieni, były proste i delikatne. 
 

- Mercedes na pewno powiedziała ci z grubsza, o co nam 

chodzi - powiedział, kiedy znaleźli się w małym korytarzu na 
dole. - Planujemy serię reklam w najlepszych czasopismach i 
chcemy,   żeby   wyglądały   jak   obrazy.   Nic   nowoczesnego   ani 
masowego. Chcemy, żeby oddawały charakter naszych win. 
 

- Powiedziała. - Dixie uśmiechnęła się powoli. - 

 

Powiedziała też, że przy okazji dałeś jej niezły wycisk. 

 

- No i widzisz, kto wygrał. Jesteś tutaj, nawet pomimo 

tego, że jest zima, jeden z gorszych okresów na uwiecznianie 
winnic. 
 

- Ale ja nie będę malować winnic, tylko ludzi. 

 

-   Wspominała   o   tym,   chociaż   nie   wiem,   jak   obraz 

przedstawiający   Eliego   nad   winogronami   pomoże   sprzedać 
wino. 
 

-   Mówiła   też,   że  jej  nie   słuchasz.   -   Dixie   potrząsnęła 

głową.   Jej  włosy  zafalowały  przy  tym.   -  Są tysiące dobrych 
win. Twoje mogą być najlepsze, ale jak chcesz to pokazać na 
obrazie? 
 

- Winogrona, winnice, to są mocne obrazy. Dobry artysta 

15

background image

jest   w   stanie   oddać   je   w   sposób,   dzięki   któremu   zostaną 
zapamiętane.  
 

Uniosła brwi. 

 

-   Mogę   ci   namalować   winogrona   w   taki   sposób,   że 

abstynenci będą. szlochać z żalu za tym, co tracą. Ale jest dużo 
ładnych obrazów winogron. Kolejny, bez względu na to, jak 
będzie piękny, nie pomoże ci pokazać tego, co jest w Louret 
wyjątkowe. Te obrazy powinny mówić o Louret. 
 

- Wiem, na czym polega kształtowanie marki - 

 

powiedział   sucho.   -   Ale  dlaczego  mają  to   być  obrazy 

ludzi? - 
 

Słyszał już argumenty Mercedes. Były dobre, inaczej nie 

zgodziłby się na ten pomysł. Chciał jednak usłyszeć, co Dixie 
ma do powiedzenia. 
 

- Dlatego, że w winnicach chodzi przede wszystkim o 

ludzi.   Twoje   pinot   noir   i   merlot   są   znane.   Twój   cabernet 
sauvignon   ciągle   dostaje   nagrody.   Ale   ludzie   powinni   też 
zrozumieć, że kupując butelkę Louret, kupują nie tylko wino, 
ale nos Eliego i łyk dziedzictwa twojej matki. 
 

Uniósł brwi. Dixie nie przypominała tej niepraktycznej 

buntowniczki, którą kiedyś znał. 
 

- Brzmi, jakbyś się sama zajmowała winem albo jakbyś 

się do tego dobrze przygotowała. 
 

-   Często   rozmawiam   z   Mercedes   o   winie.   Poza   tym, 

owszem, trochę się przygotowałam. Maluję szybko, ale zanim 
zacznę, dużo czasu spędzam na zbieraniu informacji. 
 

- A co z twoją sztuką? - spytał, nagle zaciekawiony. - Co 

z twoimi niekomercyjnymi obrazami? 
 

Wzruszyła ramionami. 

 

-   Świat   sztuki   jest   strasznie   wąski.   Jeśli   nie 

reprezentujesz modnego akurat nurtu, to znaczy, że nie robisz 
nic   znaczącego,   czyli   nie   jesteś   częścią   dialogu   między 
artystami i krytykami. 

16

background image

 

- Kiedyś lubiłaś awangardę. 

 

- Nadal ją lubię. Ale sama nie chcę tak malować. Chcę 

malować   sztukę   reprezentacyjną.   Co   jest   niewiele   lepsze   od 
sztuki komercyjnej, którą zresztą też uprawiam - roześmiała się. 
-   Kiedyś   jeden   z   profesorów   powiedział   mi,   że   mam   duszę 
ilustratora. I to nie miał być komplement. 
 

-   Niektórym   nie   powinno   się   pozwalać   na   uczenie 

innych. 
 

- Nie, on miał rację. Ale uważam, że Rembrandt też był 

 

świetnym ilustratorem - uśmiechnęła się. - Nigdy nikt 

mnie nie oskarżał o fałszywą skromność. 
 

Nikt   nigdy   nie   oskarżał   jej   o   skromność   w   ogóle, 

pomyślał rozbawiony. Jemu jednak wydawało się to atrakcyjne.
 

-   Nie   masz   poczucia,   że   praca   nad   zleceniami 

komercyjnymi... ogranicza twoją kreatywność? - zapytał. 
 

-   Moja   obecna   sytuacja   pozwala   mi   na   wybieranie 

spośród różnych zleceń. Mam dużo do powiedzenia w tym, co 
robię, i nie przyjmuję prac, które mnie nie ekscytują. 
 

A jednak przyjęła ich zlecenie... I to zapewne za mniej 

pieniędzy,   niż   zwykła   na   ogół   pracować.   Przysługa   dla 
przyjaciółki? 
 

- Wino cię ekscytuje? 

 

Spojrzała na niego długim, intensywnym spojrzeniem. 

 

- Oprowadzisz mnie w końcu czy nie? 

 

- Oczywiście, że tak. - Otworzył najbliższe drzwi. - Tutaj 

butelkujemy wino. To królestwo Randy’ego. 
 

Dixie nie zmieniła się bardzo. Wciąż miała ciało, które 

rzu-cało mężczyzn na kolana, i uśmiech, który mówił, że nie ma 
nic   przeciwko   temu.   I   wciąż   przyciągała   do   siebie   ludzi, 
zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Przez następną godzinę Cole 
miał   okazję   obserwować,   jak   oczarowywała   wszystkich   po 
kolei. 
 

Randy został łatwo pokonany, ale on był młody i był 

17

background image

urodzonym   flirciarzem.   Russ,   który   zarządzał  winnicami,   też 
się długo nie bronił - był wprawdzie starszy, ale był mężczyzną. 
Prawdziwym   wyzwaniem  była  za  to   pani  McKillup.   Zawsze 
zgryźliwa   starsza   księgowa   przy   Dixie   szczerze   się 
uśmiechnęła! Do tej pory Cole widział jej uśmiech tylko wtedy, 
kiedy dostawała nowy program kalkulacyjny. 
 

To wszystko jednak mu nie przeszkadzało. Zdał sobie z 

tego   sprawę,   kiedy   patrzył,   jak  Dixie   owija   sobie   Randyego 
wokół   małego   palca.   Nie   był   w   ogóle   zazdrosny.   Nie 
potrzebował już dowodu na to, że się z niej wyleczył. Gdy tylko 
się dowiedział, że go zostawiła, postanowił zapomnieć o niej i 
całkiem   nieźle   mu   się   to   udało.   Mógł   teraz   stać   z   boku   i 
przyglądać   się,   jak   flirtuje,   nie   wpadając   przy   tym   w   stare 
bagno. 
 

Może jednak nie zabije swojej siostry. 

 

-   Musisz   mi   pokazać   swojego   laptopa   -   mówiła   pani 

McKillup,   kiedy   zbierali   się   do   odejścia   i   pozostawienia   jej 
liczbom. - Podejrzewam, że masz za mało pamięci, ale jeśli tak 
jest, to łatwo będzie ją zainstalować. 
 

- Dziękuję. - Dixie uśmiechnęła się szeroko. - Naprawdę 

przyda mi się pomoc od kogoś, u kogo dobrze funkcjonuje lewa 
półkula. Moja chyba poddała się już wiele lat temu. 
 

- Nie ma wątpliwości co do zdrowia lewej półkuli pani 

McKillup - powiedział Cole, kiedy schodzili schodami w dół. 
 

- To stwierdzenie mogło jednak nie wyjść ci,na zdrowie. 

 

- Masz rację - uśmiechnęła się, kiedy dotarli na najniższe 

piętro. - Pani McKillup przypomina mi moją nauczycielkę z 
podstawówki. Na początku mnie przeraziła. 
 

- Nie widać było tego po tobie. 

 

- Och, już dawno zdałam sobie sprawę z tego, że łatwiej 

jest   lubić   ludzi,   a   wiesz   przecież,   jak   nie   lubię   marnować 
energii. Poza tym jest to znacznie bardziej interesujące. 
 

Uświadomił sobie, że właśnie temu zawdzięczała swój 

18

background image

urok. Sprawiała, że ludzie ją lubią, dlatego, że ona ich lubiła. I 
może właśnie to było przyczyną, że między nimi wszystko się 
popsuło, bo w nim zbyt dużo było tego, czego nie lubiła. 
 

Zaskoczyła go fala nagłego gniewu, stłumił ją jednak. To 

były dawne czasy. 
 

- Niektórych ludzi trudno jest polubić - powiedział. 

 

- To prawda. Są też tacy, którzy nie są warci wysiłku, ale 

o tym dowiadujesz się dopiero wtedy, kiedy spróbujesz. - 
 

Otworzyła drzwi do pokoju degustacyjnego. - Powinnam 

chyba rozpakować resztę moich rzeczy. Nie wiem tylko, gdzie 
mogę je przenieść.  
 

- Matka umieściła cię w małym domku. Na pewno go 

pamiętasz. 
 

Dixie zatrzymała się w otwartych drzwiach i rzuciła mu 

spojrzenie przez ramię. 
 

- Tak - powiedziała po chwili. - Pamiętam go. 

 

Mały   domek   był   w   pewnym   oddaleniu   od   głównego 

budynku   -   niezbyt   daleko,   ale   wystarczająco,   żeby   zapewnić 
prywatność.   Tamtego   lata,   wiele   lat   temu,   kiedy   on   wciąż 
mieszkał w dużym domu, Dixie wprowadziła się tu z matką. 
 

Skończyła właśnie studia i szukała pracy. Pewnego dnia 

odwiedziła Mercedes, a w nocy ona i Cole zostali kochankami. 
Często się tam spotykali i kochali się. 
 

Potrząsnęła lekko głową, a na jej usta wypłynął 

 

półuśmiech,   który   nie   sięgnął   jednak   oczu.   Nie   mógł 

odczytać ich wyrazu. 
 

- Pomożesz mi przenieść rzeczy czy musisz wracać do 

pracy? Tylko ostrzegam - mam sporo bagażu. 
 

-   Nie   ma   problemu.   Lubię   pokazywać   mięśnie   przed 

dziewczynami. 
 

Przesunęła   spojrzeniem   po   jego   ciele,   a   w   jej   oczach 

pojawiła się psotna iskierka. 
 

-   Może   wobec   tego   włożysz   obcisły   podkoszulek.   To 

19

background image

będzie piękny widok. 
 

Fala gorąca, która go ogarnęła, wcale go nie zaskoczyła. 

 

Dixie   była   kobietą,   która   nie   pozostawiała   mężczyzn 

obojętnymi. Jednak zdziwiła go siła własnej reakcji. 
 

- Wciąż igrasz z ogniem, Dixie? - zapytał łagodnie. 

 

- Czasami bawię się też nożyczkami. 

 

Była wyraźnie rozbawiona. Na razie puści jej to płazem. 

Później jednak... 
 

- Chodźmy poćwiczyć moje mięśnie - powiedział lekko, 

nie wyjaśniając, jaki rodzaj ćwiczeń miał na myśli. 

20

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

 

-   Jeździsz   terenówką?   -   Cole   wsiadł   do   samochodu, 

rozglądając się dookoła. - Widziałbym cię raczej w ferrari albo 
w czymś, co mało pali i ma z tyłu nalepkę z napisem: 
 

„Czy   przytuliłeś   już   dzisiaj   jakieś   drzewo?”.   Ale 

terenówka? - 
 

Potrząsnął głową. - Tym jeżdżą przecież matki młodych 

zawodników drużyny baseballowej. 
 

-   Nie   ma   nic   złego   w   matkach   młodych   zawodników 

drużyny   baseballowej.   -   Nacisnęła   pedał   gazu   trochę   zbyt 
mocno. - Dużo pracuję w terenie. Muszę mieć miejsce na mój 
sprzęt   i   na   Hulka,   a   ten   model   pali   najmniej   ze   wszystkich 
dostępnych na rynku. - Czemu tak się usprawiedliwiała? - A ty 
czym jeździsz? Lśniącym nowym mercedesem? 
 

- Pięcioletnim jeepem grand cherokee, pięć cylindrów, 

standardowe wyposażenie - odpowiedział szybko. 
 

- Terenówka. 

 

- Tak. 

 

Spojrzała na niego i obydwoje wybuchnęli śmiechem. 

 

- Czy naprawdę kiedyś byliśmy tacy płytcy?zapytała. - 

 

Kłócimy   się   o   samochody,   jakby   to   miało   jakieś 

znaczenie. 
 

- Mów za siebie. Ja nie byłem płytki. Byłem tylko głupi. 

 

Nie był głupi. Na pewno był ambitny. Zdeterminowany, 

żeby być lepszym od ojca, żeby udowodnić, że jego rodzina nie 
potrzebuje Spencera Ashtona. Dixie rozumiała to. Nie potrafiła 
tylko z tym żyć. 
 

Domek, w którym miała mieszkać, był zbudowany na 

21

background image

tyłach   głównego   budynku,   nieco   na   wschód.   Jednak   żeby 
dostać   się   tam   samochodem,   trzeba   było   okrążyć   dom, 
przejechać przez część winnic, mały gaj oliwny i zawrócić. 
 

Nawet w styczniu drzewa wyglądały tu malowniczo ze 

swoimi   szarozielonymi   liśćmi   i   otaczającymi   je   zielonymi 
krzaczkami szałwii i lukrecji. 
 

Gaj   był   jeszcze   ładniejszy   latem,   przypomniała   sobie 

Dixie. 
 

-   A   więc   czemu   jeździsz   terenówką?   -   spytała,   kiedy 

zatrzymała   się   przed   niewielkim   budynkiem.   -   Nie   musisz 
przecież wozić wielu rzeczy. 
 

- Dzisiaj już nie, ale kiedyś musiałem. Kilka lat temu 

kupiłem małą chatę i od tamtej pory przy niej pracuję. 
 

-   Sam   ją   remontujesz?   -   zapytała   zaskoczona.   Cole, 

którego znała, musiał mieć wszystko najnowsze i najlepsze. 
 

- W pewnym sensie można to tak nazwać. - Otworzył 

 

drzwi.   -   Teraz   domek   wygląda   całkiem   przyzwoicie, 

chociaż kiedy go kupiłem, nie nadawał się do zamieszkania. 
Podobała mi się ziemia i widok. Miałem zamiar zburzyć chatę i 
zbudować   coś   nowego,   ale   w   międzyczasie   zaczęły   mnie 
fascynować narzędzia. Chata była pretekstem, żebym mógł ich 
używać. Czy ty naprawdę potrzebujesz tego wszystkiego? 
 

- Wskazał stos rzeczy w bagażniku. 

 

- Ostrzegałam cię - uśmiechnęła się. 

 

- No tak, ostrzegałaś. 

 

Dixie wzięła mniejszą walizkę i torbę z farbami. Cole 

chwycił   drugą   walizkę   i   duży   zwój   płócien.   Stos   rzeczy 
zmniejszył się, ale tylko nieznacznie. 
 

Drzwi   do   domu   nie   były   zamknięte   na   zamek.   Dixie 

otworzyła je i stanęła w progu. 
 

Nic się tutaj nie zmieniło. Podłoga wciąż była sosnowa, 

zasłony wciąż były białe, a meble proste. Wszystko wyglądało 
tak samo jak jedenaście lat temu. 

22

background image

 

Cole dotknął jej ramienia. 

 

-   Potem   będziesz   zwiedzać.   To   wszystko   jest   dosyć 

ciężkie.   Jesteś   pewna,   że   nie   masz   w   tej   walizce   jakiegoś 
poćwiartowanego ciała? 
 

- Oczywiście. Krew poplamiłaby moje płótna. 

 

Weszła do środka i stanęła przy zniszczonej skórzanej 

kanapie. Ostatni raz, kiedy ją widziała, była nago. 
 

-   Czy   to   ten   sam   indiański   gobelin?   -   zapytała, 

przesuwając dłonią po pledzie przykrywającym kanapę. 
 

Kolory nieco wybladły, ale wciąż wyglądał pięknie. 

 

- Pamiętam, jak byłaś nim owinięta. 

 

Jej ręka na pledzie zatrzymała się. Spojrzała na Cole’a i 

przeszłość nagle powróciła, powodując zamęt w głowie i sercu. 
 

W tamtej chwili pragnęła go. Pragnęła go bardzo. 

 

Około   dziesięciu   porośniętych   futrem   kilogramów 

wpadło  jej  pod  nogi,   omal  jej  nie  przewracając  i  wydając  z 
siebie dźwięk podobny do odgłosów piły łańcuchowej.  
 

Cole otworzył szeroko oczy. 

 

- Co u licha...? 

 

-   Poznaj   Hulka.   -   Dziękuję   ci,   Hulk,   powiedziała   w 

myślach,   schylając   się,   żeby   go   podnieść.   Przeciągnął   się   i 
ułożył wygodnie w jej ramionach, mrucząc z rozkoszy, kiedy 
przeciągnęła  dłonią  po  szarym  futrze.   Hulk   uwielbiał  być  w 
centrum uwagi. 
 

Cole patrzył na nich z powątpiewaniem. 

 

- To kot, prawda? 

 

- Tak wieść głosi. 

 

- Lepiej powiem o nim mamie. 

 

- Chyba nie ma alergii na koty? Mercedes powiedziała, 

że mogę go ze sobą zabrać. - Położyła rękę pod brodą kota, a on 
zamruczał jeszcze głośniej. - Zawsze ze mną podróżuje. 
 

- Jestem pewien, że nie będzie z tym problemu. Jednak 

wydaje mi się, że nie jesteśmy przygotowani na jego przybycie. 

23

background image

Nie   mamy   pod   ręką   zapasu   antylop   ani   gazeli,   żeby   go 
nakarmić. - Przyjrzał się Hulkowi. - Dobrze, że w sąsiedztwie 
nie ma żadnych małych dzieci. 
 

-   Bardzo   śmieszne.   Hulk   jest   duży,   ale   kochany. 

Uwielbia wszystkich, dzieci też. 
 

- Chyba na deser. Dixie fuknęła.  

 

- Co masz przeciwko mojemu kotu? 

 

- Tilly. 

 

- Spokojnie. Hulk potrafi się wspinać na drzewa i nie jest 

nieśmiały. 
 

- Ale Tilly jest nieśmiała. Dixie zmarszczyła brwi. 

 

-   Postaram  się  więc,   żeby   nie  wychodził.   -   Odczepiła 

Hulka od siebie i postawiła go na kanapie. Kot rzucił jej pełne 
wyrzutu   spojrzenie   i   zeskoczył   na   podłogę.   Koci   honor 
zabraniał mu pozostać w miejscu, gdzie go postawiono. 
 

Chodzili jeszcze trzy razy do samochodu, żeby wszystko 

z niego zabrać. Dixie udało się powstrzymać zalew wspomnień, 
ale  kiedy  skończyli,   cieszyła  się  na  myśl,   że  Cole  już  sobie 
pójdzie. W głowie miała mętlik i musiała wszystko przemyśleć. 
 

Cole, z typową dla niego przekorą, kiedy tylko odstawił 

ostatnią   torbę   z   książkami,   postanowił   odbyć   towarzyską 
pogawędkę. 
 

-   Dziwna   poduszka   -   powiedział,   skinąwszy   głową   w 

stronę pufa, który położyła na podłodze pod ścianą. - Kiedy na 
nią patrzę, mam brudne myśli. 
 

- To do medytacji, Cole. Słyszałeś kiedyś o medytacji? 

 

-   Tak.   -   Skinął   głową.   -   Czy   to   oznacza,   że   nie 

praktykujesz już czarnoksięstwa? 
 

-   To   nie   była   moja   droga.   -   Wydała   z   siebie 

zniecierpliwione westchnienie. - To tak jak twoje bieganie. 
 

Odpoczynek dla umysłu. 

 

Cole wybuchnął śmiechem. 

 

- Tylko się nie gniewaj - powiedział, unosząc dłoń - ale 

24

background image

pomyślałem, że powinienem się spodziewać, że będziesz wolała 
siedzieć, niż biegać. 
 

Nie mogła się nie uśmiechnąć. W końcu miał rację. 

 

-   Nie   pociąga   mnie   pocenie   się   -   odparła.   Chociaż 

musiała przyznać, że rezultaty były nietrudne do zauważenia. 
 

Cole   był   szczupły   i   w   wieku   trzydziestu   pięciu   lat 

zbudowany równie dobrze jak w wieku dwudziestu czterech. 
 

Oparł się o ścianę i założył ręce na piersi. 

 

- Czy teraz, kiedy już poćwiczyłem dla ciebie mięśnie, 

zaproponujesz mi coś zimnego do picia? 
 

-   Nie   włożyłeś   obcisłej   koszulki   -   zauważyła,   kładąc 

laptop na stole. - Poza tym nie zdążyłam jeszcze niczego kupić. 
 

- Mama zadbała o to, żeby w lodówce i w spiżarni były 

podstawowe   produkty.   -   Przechylił   głowę.   -   Jesteś 
zdenerwowana?  
 

- Oczywiście, że nie. - Oj, będzie się smażyć w piekle za 

to   kłamstwo.   -   Ale   muszę   się   rozpakować.   Nie   powinieneś 
wracać do pracy? 
 

- Ostatnio całkiem sporo pracowałem. Więc dlaczego tu 

jesteś? 
 

Zamrugała powiekami. 

 

- Masz kłopoty z pamięcią? 

 

- Możesz wybierać sobie zlecenia. Wybrałaś Louret. 

 

Chcę wiedzieć, dlaczego. 

 

Wzruszyła ramionami tak swobodnie, jak tylko mogła, 

próbując nie zwracać uwagi na przyspieszone bicie serca. 
 

- Po pierwsze, dobrze mi płacicie. Po drugie, Mercedes 

mnie o to prosiła. Po trzecie... mimo że ignorowanie twojego 
istnienia   było   dosyć   przyjemne,   przeszkadza   mi   jednak 
przyjaźnić się z twoją siostrą teraz, kiedy jestem w Kalifornii. 
 

- A więc jesteś tutaj z mojego powodu. - Podszedł do 

niej.  Stał  zdecydowanie  za blisko,  ale nie miała zamiaru się 
cofać. 

25

background image

 

- To tylko jeden z powodów. Jeden z wielu powodów. 

 

- Dobrze. - Pochylił się i pocałował ją. 

 

Zaskoczył ją na tak długo, że zdążyła się pojawić gorąca 

fala pożądania. Potem jednak zadziałał instynkt.  
 

Odepchnęła go do siebie. Mocno. 

 

Zachwiał się, potknął o Hulka i wylądował na podłodze. 

 

Dixie   wybuchnęła   śmiechem.   Ku   jej   zdziwieniu,   on 

również się zaśmiał. 
 

- Chciałem, żeby kolana ugięły się pod tobą, a nie pode 

mną. Ten twój paskudny kot... 
 

- Mam nadzieję, że nic mu nie zrobiłeś. - Rozejrzała się 

dookoła   i   dostrzegła   Hulka   siedzącego   obok   kanapy   i 
wygładzającego   potargane   futerko   językiem.   Nic   mu   się   nie 
stało. 
 

- Jasne. Martw się o kota, nie o mnie. 

 

- Jesteś od niego większy. 

 

- Niewiele większy. - Wstając, uśmiechał się jednak. 

 

Dixie uniosła brwi. 

 

- Zmieniłeś się. 

 

- Nie mam już dwudziestu czterech lat. - Uśmiech nie 

schodził mu z ust, ale oczy przekazywały inną wiadomość. 
 

Taką, która uderzyła ją mocniej niż ten krótki pocałunek. 

-   Zrozum,   to,   co   było   między   nami   jedenaście   lat   temu,   to 
zamknięty rozdział. Co nie znaczy, że nie możemy zacząć pisać 
nowego. 
 

- Nie jestem zainteresowana. - Jej ciało miało wprawdzie 

inne zdanie, ale to nie ono decydowało. 
 

- Ale ja jestem. Powiedz, wciąż jeszcze masz ten tatuaż? 

 

- Spadaj, Cole. 

 

- Nie będzie mnie w mieście przez kilka dni, ale kiedy 

wrócę, mam zamiar dowiedzieć się, co z tatuażem - powiedział, 
wychodząc. 
 

Dixie ogarnęły sprzeczne emocje. Przygryzła wargę. 

26

background image

 

Poczuła na niej sól, kawę i ten subtelny smak jego ust. 

Co dziwne, jej duchy milczały. 
 

Może   wspomnienia   są   jak   księżyc,   pomyślała.   Odbite 

światło nigdy nie jest tak mocne jak to, które pada bezpośrednio 
ze   źródła...   A   źródło,   z   którego   pochodzą   jej   nocne   mary, 
właśnie ją pocałowało po raz pierwszy od jedenastu lat, kiedy 
go opuściła. 
 

Wyglądało   na   to,   że   nadchodzące   dwa   tygodnie   na 

pewno nie będą nudne. 
 

W   następny   poniedziałek   wczesnym   rankiem   Dixie 

wyruszyła krętym podjazdem otaczającym front posiadłości na 
poszukiwanie Hulka. Wyszedł z domu. Od kiedy przyjechała, 
udawało mu się to co najmniej raz dziennie. Ale na razie nie 
miało   to   znaczenia.   Cole   wyjechał   w   interesach   zaraz 
następnego dnia po jej przyjeździe i zabrał ze sobą Tilly.  
 

- Hulk! - zawołała. Był już dzień, ale wiszące burzowe 

chmury   sprawiały,   że   wciąż   było   ciemno.   Wiał   silny   wiatr, 
zanosiło się na deszcz, a temperatura nie przekraczała siedmiu 
stopni   Celsjusza.   -   Hulk,   przecież   nie   lubisz   moknąć.   Czas 
wracać. - Po kocie nie było śladu. 
 

Dobrze, że Cole wyjechał. To przypomniało jej, jakie są 

jego priorytety. Ale, do diabła, jeśli mężczyzna ogłasza swój 
zamiar obejrzenia tatuażu kobiety, powinien zostać chociaż na 
tyle długo, żeby mogła mu odmówić. 
 

Ciekawe, czy naprawdę wyjechał w celach służbowych... 

 

Jednak,   o   ile   oczywiście   całkowicie   się   nie   zmienił, 

zawsze grał fair. Żadnych kłamstw, żadnych sztuczek. Poza tym 
nie   mogła   sobie   wyobrazić   jego   matki   ukrywającej   jakieś 
kłamstwa. 
 

Dixie   uśmiechnęła   się.   Lubiła   Caroline   Ashton 

Sheppard, mimo że to ona była źródłem niektórych najbardziej 
irytujących przekonań Colea co do żeńskiej części gatunku. 
 

Gdyby Caroline urodziła się dwa tysiące mil na wschód, 

27

background image

byłaby klasyczną południową pięknością - delikatną, łagodną, z 
wrodzonym wyczuciem stylu i żelazną wolą. 
 

Dixie lubiła też ojczyma Colea. Lucas Sheppard był 

 

jednym z tych ludzi, których nazywa się „solą ziemi” i 

którzy przypominają cynikom, takim jak ona, że nie wszyscy 
mężczyźni są łotrami, małymi chłopcami albo idiotami. 
 

I Dixie, i Cole mieli problemy z ojcami. Oczywiście jego 

problem sięgał dużo głębiej. Ojciec Dixie nie chciał umrzeć i jej 
zostawić, a ojciec Colea opuścił go z własnej woli. 
 

Oczywiście nie dowiedziała się tego od Colea, pana Nie-

Rozmawiam-O-Sprawach-Osobistych. Opowiedziała jej o tym 
Mercedes. Kiedy Cole miał osiem lat, Spencer Ashton zostawił 
rodzinę, żeby poślubić sekretarkę, pozbawiając przy tej okazji 
swoją żonę większości jej dziedzictwa. Nigdy nie wrócił. 
 

Nigdzie nie było widać śladu Hulka. Dixie zawołała go 

znowu, chociaż wiedziała, że Hulk pojawi się dopiero wtedy, 
kiedy będzie miał na to ochotę. 
 

No   cóż.   Uważała   jednak,   że   jej   obowiązkiem   było 

spróbować. Potrząsając głową, zawróciła w stronę domu. 
 

Nagle zauważyła mężczyznę stojącego przed domem. 

 

Przystanęła i zmarszczyła brwi. Nie był to raczej żaden z 

pracowników,   mimo   że   ubrany   był   zwyczajnie   w   dżinsy   i 
prostą  koszulę.   Poznała  już  jednak  chyba  wszystkich,   którzy 
pracują w winnicy. 
 

A   może   nie?   W   każdym   razie   na   pewno   by   go 

zapamiętała.   Był   wysoki   i   wyglądał,   jakby   właśnie   zsiadł   z 
konia. Mimo wszystko było w nim coś znajomego... 
 

Zaintrygowana, ruszyła w jego stronę. 

 

- Dzień dobry - powiedziała, zbliżając się. - Szuka pan 

kogoś? 
 

Odwrócił   się.   Miał   szpakowate   włosy   i   interesujące 

zmarszczki wokół oczu. To na pewno od mrużenia oczu, kiedy 
galopował prosto w zachodzące słońce, pomyślała rozbawiona. 

28

background image

 

- Nie. Jestem tylko ciekawy. 

 

- Winnice uwielbiają ciekawych turystów - zapewniła go 

- ale dopiero po dziesiątej, kiedy otwierają salon degustacyjny. 
 

Ta część to własność prywatna. - Przechyliła głowę. - 

Wygląda pan znajomo. 
 

-   Chyba   się   jeszcze   nie   spotkaliśmy   -   odpowiedział 

uprzejmie. - Czy jest pani jedną z właścicielek? 
 

-   Nie,   jestem   tylko   tymczasowym   pracownikiem   i 

przyjaciółką   rodziny.   To   chyba   kształt   pana   głowy   - 
powiedziała, zadowolona, że udało jej się zidentyfikować to, co 
było w tym mężczyźnie znajomego. - I oczy. Gdybym mogła 
porównać kształt pana czaszki z Coleem i Elim... jestem pewna, 
że byłyby identyczne.  
 

Wyglądał na lekko zaalarmowanego. 

 

- Mam nadzieję, że nie będzie pani próbować. Jest pani 

lekarzem? Albo antropologiem? 
 

Zaśmiała się. 

 

- Nie. Jestem artystką. A czy pan nie jest czasem jakimś 

zaginionym kuzynem Ashtonów? 
 

Potrząsnął   głową   i   przyglądał   się   jej   przez   chwilę   z 

nieodgadnionym wyrazem oczu. 
 

- Skoro to prywatny teren, to powinienem się już zbierać. 

 

Miło było z panią porozmawiać. 

 

Cole spędził cztery frustrujące dni w Sacramento. 

 

Powodem tej frustracji w pewnej mierze była praca, ale 

również to, że nie był w stanie myśleć o tym, o czym powinien. 
 

Dixie   wyjechała   z  The   Vines   w   piątek   po   południu   i 

zamierzała wrócić dopiero po weekendzie. Miała oczywiście do 
tego prawo, ale Cole cały czas się zastanawiał, z kim spędza ten 
weekend. Kobieta taka jak Dixie była sama tylko wtedy, kiedy 
tego chciała. 
 

Była druga nad ranem. Siedział sam w swoim pokoju 

hotelowym, walczył ze wspomnieniami i zastanawiał się nad 

29

background image

własnym zdrowiem umysłowym. Dlaczego w ogóle brał pod 
uwagę możliwość związania się z nią jeszcze raz? 
 

Pociągała go, to prawda. Na dodatek wiedział, jak gorąca 

potrafi być w łóżku. Był jednak wystarczająco dorosły, żeby 
wiedzieć   również,   że   ogień   parzy.   W   końcu   doszedł   do 
wniosku,   że   nie   potrzebuje   złamanego   serca   ani   innych 
problemów, i zapadł w sen. 
 

Podjeżdżając na parking winnicy, pomyślał, że irytuje go 

to, że nie może się doczekać spotkania z nią. Chwycił teczkę, 
otworzył drzwi jeepa i wysiadł. 
 

Eli czekał na niego. 

 

- Jak poszło? 

 

-   Dużo   rozmów,   mało   działań.   -   Cole   otworzył   tylne 

drzwi i Tilly wyskoczyła z samochodu, uprzejmie powąchała 
dłoń Eliego, po czym odeszła na bok. 
 

- Wszyscy się zgadzają, że potrzebna jest lepsza koordy-

nacja   pomiędzy   różnymi   zrzeszeniami   producentów   wina   - 
powiedział   Cole,   otwierając   teczkę   i   wyjmując   z   niej   stos 
papierów.   -   Zwłaszcza   kiedy   dochodzi   do   lobbowania   w 
Sacramento.   Nikomu   jednak   nie   chce   się   stworzyć   grupy 
koordynującej. 
 

- Wydawało mi się, że Joe Bradley lubi się wszystkim 

zajmować.  
 

- Nie pozwolę Joemu zrobić z tego jednego z jego show. 

 

Zaczyna   pełen   entuzjazmu,   a   potem   traci 

zainteresowanie i wszystko się wali. 
 

Eli westchnął. 

 

- To znaczy, że ty się zgodziłeś to zrobić. 

 

- Nie. - Gole sam wciąż był jeszcze tym zdziwiony. W 

pewnym   momencie   robienie   wszystkiego   i   udowadnianie,   że 
może   zrobić   to   lepiej   niż   inni,   przestało   go   bawić.   -   Mam 
wystarczająco dużo zajęć. 
 

- Wiem. Tak właśnie myślałem. 

30

background image

 

- Masz. - Cole podał Eliemu plik papierów. - To kopia 

protokołu ze spotkania. Jest tam kilka interesujących rzeczy. 
 

Eli skrzywił się. 

 

- Nie mógłbyś mi tego streścić? 

 

Cole uśmiechnął się. Eli nie znosił papierkowej roboty. 

 

- Niestety nie mogę. Muszę się zająć czym innym. 

 

- Ciekawe, czy ma to coś wspólnego z tą twoją dawną 

dziewczyną, która ciągle za mną chodzi... 
 

- Dixie za tobą chodzi? - Zadał to pytanie tak obojętnym 

tonem, że niemal sam sobie uwierzył. 
 

- Gdziekolwiek się pojawię, ona tam jest z tym swoim 

aparatem. Mówi, że chce zrobić dużo zdjęć, zanim zabierze się 
do malowania. - Eli skrzywił się. - Dlaczego ty i Mercedes nie 
powiedzieliście mi, że mam być twarzą tej kampanii? 
 

-   Uznaliśmy,   że   niespodzianka   będzie   znacznie 

zabawniejsza. - Cole ruszył w stronę drzwi. 
 

- No cóż, mnie to się wcale nie podoba. - Eli szedł obok 

niego. - Co nie znaczy, że przeszkadza mi towarzystwo Dixie. 
 

- A komu by przeszkadzało? - Na pewno flirtowała z 

Elim,   pomyślał   Cole.   Dla   Dixie   flirtowanie   było   jednak   tak 
samo naturalne jak oddychanie. 
 

- Jest zabawna i do tego bardzo ładna. Wolałbym tylko, 

żeby nie miała ze sobą tego przeklętego aparatu. - Eli zatrzymał 
się   i   odwrócił   twarzą   do   Colea,   tak,   że   ten   też   musiał   się 
zatrzymać. - Więc... jesteś zainteresowany? 
 

Cole zmarszczył brwi. 

 

- Czy jestem zainteresowany Dixie? 

 

-   Tak,   chyba   o  niej   rozmawiamy.   Wiem,   że   było  coś 

między   wami   wiele   lat   temu.   Ale   nie   wygląda   na   to,   żebyś 
podejmował grę w miejscu, w którym ją skończyłeś. 
 

-   Byłem   w   Sacramento   -   rzucił   Cole.   To,   że   sam   się 

zdecydował   wycofać,   nie   znaczyło,   że   jego   brat   ma   wolną 
drogę. 

31

background image

 

-   A  ja  byłem   tutaj   i   rozglądałem   się.   Pomyślałem,   że 

powinienem dać ci znać, zanim wykonam pierwszy ruch. 
 

- Nie możesz sam sobie znaleźć kobiety? - zapytał Cole 

z wściekłością. - Musisz zabierać się za to, co zostało po mnie? 
 

Eli roześmiał się, czym zirytował go jeszcze bardziej. 

 

- Chciałbym zobaczyć minę Dixie, gdyby usłyszała, że 

mówisz o niej „to, co zostało po mnie”. 
 

Cole nie był kompletnym szaleńcem. 

 

- Zły dobór słów - przyznał. - Ale lepiej trzymaj łapy 

przy sobie. 
 

- Zobaczymy. Jeśli ty nie... 

 

Nagle zza rogu wybiegła Tilly goniona przez wielkiego 

szarego kota. Pies zatrzymał się za nogami Cole’a, trzęsąc się z 
przerażenia. Za nimi pojawiła się Dixie, zaróżowiona od biegu, 
z rozwianymi włosami i nagimi udami widocznymi spod krótko 
obciętych dżinsów. 
 

Zatrzymała   się   kilka   metrów   przed   nimi.   Tak   samo 

zresztą jak Hulk, ale Cole nie zwracał na kota uwagi. 

32

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Cole uśmiechnął się. 

 

-   Chyba   jeszcze   nie   widziałem,   żebyś   się   tak   szybko 

poruszała.  
 

- Próbowałam uratować twojego głupiego psa. - Była bez 

tchu i jej pierś falowała pod skąpym podkoszulkiem, na którym 
napis informował, że grzeczne kobiety rzadko przechodzą do 
historii. 
 

Tilly uspokoiła się nieco, chociaż wciąż jeszcze trzęsła 

się ze strachu. Cole pogłaskał ją po głowie i spróbował nadać 
swojemu głosowi surowe brzmienie. 
 

- Miałaś trzymać swojego demonicznego kota w domu. 

 

- Zgadnij, co się stało? Uciekł mi. 

 

- Nie miałoby to żadnego znaczenia - wtrącił się Eli - 

gdyby   pies   Colea   nie   był   tak   żałosny.   -   Spojrzał   na   Tilly, 
skuloną za Coleem. - Wiem, że kot jest duży, ale ty wciąż jesteś 
od niego cięższa o kilkanaście kilogramów. 
 

- Tak jakby to się liczyło. - Cole potrząsnął głową. - Jeśli 

chodzi o Tilly, to wszystko na świecie jest od niej większe i 
groźniejsze. 
 

Dixie   podeszła   bliżej,   poruszając   się   z   wdziękiem 

równym jej kotu. 
 

- Widziałam dżdżownice, które mają więcej kręgosłupa. 

 

- Dżdżownice należą do bezkręgowców. 

 

- No to rozumiesz, co mam na myśli. 

 

Eli zauważył nogi Dixie i przyglądał im się otwarcie.  

 

Cole nie mógł go za to winić. 

 

- Nie jest ci zimno? - zapytał Eli z troską. - To nie jest 

33

background image

pogoda na szorty. 
 

Cole   powinien   był   go   uprzedzić,   że   lepiej   nie 

kwestionować tego, co robi Dixie. Dixie uniosła brwi. 
 

-   Dla   mnie   to   jest   pogoda   na   szorty.   Jestem 

przyzwyczajona do znacznie ostrzejszego klimatu. 
 

- Ostry. - Cole skinął głową. - To jest pierwsze słowo, 

które przychodzi mi na myśl, kiedy o tobie myślę. Tak jak ta 
koszulka. 
 

- Zauważyłam, że wolno ci idzie czytanie. 

 

Ponieważ   litery   były   opięte   na   parze   bardzo   ładnych 

piersi, Cole tylko się uśmiechnął. 
 

Podczas   gdy   oni   rozmawiali,   Hulk   postanowił 

doprowadzić   zwycięstwo   do   końca.   Nonszalancko,   jak 
przystało na kota, podchodził coraz bliżej. Tilly wycofywała się 
krok   za   krokiem,   aż   w   końcu   znalazła   się   za   Elim.   Hulk, 
triumfując, stanął przy nodze Colea i zaczął mruczeć. 
 

- Tak, widzę, jakie z ciebie niewiniątko - powiedział 

 

Cole, schylając się, żeby podnieść kota. Pogłaskał go i 

Hulk zaczął mruczeć głośniej. 
 

- Ok, rozumiem. - Eli kiwnął głową. - Do zobaczenia 

później. 
 

Cole spojrzał na niego. 

 

- O czym mówisz? 

 

- Wracam do pracy. To takie coś, czym niektórzy z nas 

zajmują się o tej porze w dzień powszedni. 
 

- Dobry pomysł - Cole zerknął na Dixie. - Weź Tilly ze 

sobą. 
 

- Zapomnij o tym. Zasługujesz na kilka utrudnień. Miło 

cię było widzieć bez aparatu, Dixie - powiedział Eli i oddalił 
się. 
 

Dixie patrzyła, jak Eli odchodzi. 

 

-   Masz.   -   Cole   wręczył   jej   futrzaną   kulkę.   -   Zabieraj 

swojego potwora. Tilly jest bliska załamania nerwowego. 

34

background image

 

Dkie   usadziła   sobie   kota   na   ramieniu   i   swobodnym 

krokiem ruszyła do domu. Cole szedł obok niej. Rzuciła mu 
spojrzenie z ukosa. 
 

-   Myślisz,   że   Tilly   ma   jakiś   psi   rodzaj   manii 

prześladowczej? 
 

- Raczej składam to na karb życiowych doświadczeń. Jej 

poprzedni właściciel musiał ją źle traktować. 
 

- Jej poprzednim właścicielem był kot? 

 

- Powiedziałbym, że jej strach się uogólnił.  

 

Uśmiechnęła   się   lekko,   ale   nie   odpowiedziała.   Przez 

kilka minut szli w ciszy, a Tilly podążała za nimi. 
 

Śmieszne, pomyślał. Kiedyś uznał spacerowanie z Dixie 

za irytujące. Świetnie dogadywali się w łóżku, ale nie lubił się z 
nią przechadzać. Ona szła powoli, a on zawsze chciał dotrzeć 
na miejsce jak najszybciej. 
 

Powiedziała wtedy, że nie pociąga jej pocenie się. On z 

kolei   nie   widział   sensu  w   poświęcaniu   dwudziestu  minut   na 
dotarcie  tam,   gdzie  można  było  dotrzeć  w  dziesięć.   Chociaż 
musiał przyznać, że miło było czasami zwolnić. Dawało mu to 
sposobność do rozkoszowania się zapachem jej perfum - lekko 
korzennym,   bardziej   ziołowym   niż   kwiatowym,   trudnym   do 
określenia. 
 

Tak jak ona. 

 

- Co myślisz o Nowym Jorku? 

 

- Uwielbiani go - odpowiedziała. - Nawet wtedy, kiedy 

mieszkałam w tym okropnym małym mieszkaniu, nikogo nie 
znałam i tęskniłam za domem, uwielbiałam go. Jest tam tyle do 
zobaczenia i zrobienia, a energia tego miejsca jest po prostu 
niesamowita. 
 

- Podoba ci się to? Nigdy sobie ciebie nie wyobrażałem 

jako części tego energicznego tłumu.  
 

-   Zawsze   uważałeś   mnie   za   lenia   -   zauważyła 

filozoficznie. 

35

background image

 

-   Nieprawda.   -   Kiedy   spojrzała   na   niego   sceptycznie, 

poddał się. - No, może artystycznego lenia. To nie to samo. A 
ty uważałaś mnie za nudnego biznesmena. 
 

-   Na   pewno   nie   nudnego   -   mruknęła.   -   Ogarniętego 

obsesją. 
 

- To słowo przypomina mi kilka naszych kłótni. 

 

- A jak sam byś się określił? - Machnęła ręką. - 

 

Nieważne.   Nigdy   nie   chciałeś   się   wyprowadzić, 

spróbować czegoś nowego? 
 

- Moje cele, moja rodzina, moje życie - wszystko było 

tutaj.   I   wciąż   jest.   Dlaczego   wyjechałaś?   -   Gdy   tylko   Cole 
wypowiedział   te   słowa,   zapragnął   je   cofnąć.   Brzmiały   za 
bardzo jak: „Dlaczego mnie opuściłaś?”. 
 

Wiedział   dlaczego.   W   końcu   zrozumiał   to   i   nawet 

przyznał   jej   rację.   Ale   zrozumienie   to   nie   to   samo   co 
wybaczenie. 
 

Ona jednak albo nie usłyszała tego niewypowiedzianego 

pytania, albo nie chciała się zagłębiać w ten temat. 
 

- Strasznie mnie korciło, żeby to zrobić - powiedziała 

lekko. - Wiesz, co mówią o Nowym Jorku? Że jeśli dasz sobie 
radę tam, to dasz sobie radę wszędzie. Chciałam sprawdzić, czy 
mi się uda. 
 

-   Udało   ci   się.   -   Dotarli   do   domu.   Otworzył   drzwi   i 

przytrzymał je. - Kobiety i potwory przodem. 
 

-   Tylko   potwór.   Ja   muszę   wracać   do   pracy.   Co?   - 

zapytała. 
 

- Co cię tak bawi? 

 

- To, że tobie spieszy się do pracy, a nie mnie. 

 

- No tak, zgadzam się,  że to dziwne.  Uważaj, musisz 

szybko zamknąć drzwi. - Postawiła Hulka na podłodze, cofnęła 
się i Cole szybko zamknął drzwi..Termin oddania pierwszego 
obrazu jest dosyć krótki, a ja jeszcze nie mam koncepcji. Eli 
jest tematem, ale nie mam na niego pomysłu. 

36

background image

 

- To ty w ogóle zwracasz uwagę na terminy? - zapytał 

uprzejmie. 
 

- Bardzo śmieszne. Nie jestem aż taka niesolidna. 

 

- Jeśli powiesz mi, że teraz zawsze zdążasz na czas, to 

poproszę cię o dokumenty. Albo wezwę egzorcystę. 
 

Uśmiechnęła się. 

 

Jej uśmiech był mu zbyt dobrze znany. I sięgał do tych 

zakamarków duszy, które chciał zostawić tylko dla siebie. 
 

Położył   rękę   na   drzwiach,   zastawiając   jej   drogę   i 

przybliżając się do niej. 
 

-   Tego   tu   wcześniej   nie   było   -   powiedział,   dotykając 

kurzych łapek w kąciku jej oka. 
 

Odchyliła głowę w drugą stronę. 

 

- Kiedyś mówiłeś lepsze komplementy. Odsuń się, Cole. 

 

- Nie mam zamiaru cię całować. A w każdym razie nie w 

tej chwili. - Zdążył zapomnieć o plamkach złota w jej oczach, 
które nadawały im karmelowy odcień. 
 

Zmarszczyła brwi w oburzeniu, ale przygryzła wargę. 

 

-   Rozumiem.   Nagle   słabo   się   poczułeś   i   musiałeś   się 

oprzeć. 
 

- Denerwujesz się. Podoba mi się to. 

 

- Jesteś nieznośny. Nie podoba mi się to. Roześmiał się i 

wyprostował. 
 

- Jak długo masz zamiar tutaj zostać, Dixie? Spojrzała na 

niego podejrzliwie. 
 

- Czemu pytasz? 

 

- Chcę wiedzieć, kiedy kończy się mój czas. 

 

-   No   cóż...   Będę   tutaj   około   dwóch   tygodni   i   nie 

wybieram się z tobą do łóżka. A teraz naprawdę muszę wracać 
do pracy. - Odwróciła się i ruszyła w kierunku winnicy. 
 

Szła szybciej niż zwykle. 

 

- Sprzed nosa ucieka ci szansa na wspaniałą awanturę. 

 

- Nie mam ochoty na awanturę. 

37

background image

 

- Czyżbyś straciła swój artystyczny temperament? 

 

Ledwie   sobie   przypominam   żeglujący   w   moją   stronę 

talerz. 
 

Zacisnęła usta, ale wyglądało to, jakby próbowała raczej 

powstrzymać uśmiech niż wybuch gniewu. 
 

- Powiedz mi, Cole, jedną rzecz. Czy próbujesz zwrócić 

w ten sposób na siebie moją uwagę? A może trenujesz przed 
walką? 
 

- Skąd ta taktyka, Dixie? Naprawdę chcesz, żebym sobie 

poszedł? 
 

Wzruszyła ramionami, nie patrząc na niego. 

 

-   Kiedy   przyjmowałam   to   zlecenie,   nie   sądziłam,   że 

będziesz się do mnie zalecał. Próbowałam nie mieć żadnych 
oczekiwań,   ale   podświadomie   chyba   się   spodziewałam,   że 
będziesz w stosunku do mnie chłodny i obojętny. 
 

- Nie mam już dwudziestu czterech lat. 

 

- Tak, jesteś inny. To wszystko przypomina mi powrót 

do domu po latach, kiedy okazuje się, że stare budynki zostały 
zburzone i wybudowano nowe. Wychodzisz zza rogu i myślisz, 
że ujrzysz dom Wilsonów, ale Wilsonów już nie ma, a nowi 
mieszkańcy odnowili fasadę i ścięli ten wielki dąb.  
 

Niby dużo się nie zmieniło, ale ja to wszystko widzę. 

 

-   Przecież   odwiedzałaś   dom,   prawda?   Rzuciła   mu 

rozbawione spojrzenie. 
 

- To była metafora. 

 

-   Zrozumiałem.   Zastanawiałem  się  tylko,   czy  unikałaś 

Kalifornii. - I dlaczego wróciłaś, dodał w myślach. 
 

-   Wpadam   tutaj   raz   czy   dwa   razy   do   roku,   żeby 

odwiedzić mamę i ciocię Jody. Mama znów wychodzi za mąż. 
 

- Tak? - Starał się, żeby to zabrzmiało, jakby uważał, że 

to dobry pomysł. 
 

Z jej spojrzenia jednak wywnioskował, że mu się to nie 

udało. 

38

background image

 

-   Tym   razem   może   będzie   dobrze.   Mike   to   porządny 

facet. Z trudem przywoływał obraz Helen McCord Lychfield. 
 

Matkę   Dixie   spotkał   tylko   raz.   I   kiedy   teraz   o   tym 

pomyślał, wydało mu się to dziwne. 
 

Ich romans trwał niewiele ponad trzy miesiące, mimo że 

znali się już wcześniej, czyli od czasu, kiedy Mercedes poszła 
do  collegue’u.   Merry   i  Dixie  były   współlokatorkami  i  Dixie 
przyjeżdżała z nią czasem. Miała kłopoty w domu - mężczyzna, 
który był wtedy jej ojczymem, okazał się łajdakiem pierwszej 
wody.  
 

Matka   Dixie   zostawiła   go   w   końcu   na   miesiąc   przed 

skończeniem studiów przez córkę. A miesiąc później w Napa 
Valley nastąpiła fala rekordowych upałów. Cole i Dixie czuli 
się za nią odpowiedzialni. 
 

- Twoja mama musi się cieszyć, że jesteś niedaleko. I 

ciocia też. Czy ona wciąż mieszka w Los Angeles? - W pewien 
sposób Dixie była bliżej z siostrą matki, nagradzaną reporterką, 
niż z matką. 
 

- Nie. Wyprowadziła się. 

 

Coś w głosie Dixie zwróciło jego uwagę. Patrzyła w dół 

na brunatną ziemię. 
 

- O co chodzi, Dix? 

 

- Ona jest powodem, dla którego wróciłam. Mama nie 

mogła już dłużej sama się nią zajmować. 
 

Nagłe uczucie bólu i współczucia sprawiło, że wziął ją 

za rękę. 
 

- To nie brzmi dobrze. 

 

- Bo nie jest dobrze. Ciocia ma Alzheimera. 

 

Zaskoczony Cole stał bez słowa. Ciotkę Dixie również 

spotkał tylko raz, wtedy, kiedy i matkę, ale Jody Belleview była 
kobietą, która pozostawiała po sobie niezapomniane wrażenie. 
Pamiętał jej śmiech i to, jaka była inteligentna.  
 

-   Nie   mogę   sobie   tego   wyobrazić...   Czy   ona   nie   jest 

39

background image

młodsza od twojej matki? Ma chyba około pięćdziesięciu lat? 
 

- Pięćdziesiąt cztery. Ja też nie mogę w to uwierzyć. I 

wcale nie jest mi łatwiej teraz, kiedy jestem na tym wybrzeżu, a 
nie po drugiej stronie kraju - uśmiechnęła się niepewnie. 
 

- Dixie. Potrząsnęła głową. 

 

- Przykro mi. Nie mogę o tym rozmawiać. 

 

Odeszła szybkim krokiem, wyprostowana i sztywna. A 

Cole po prostu stał i pozwolił jej odejść. Czuł, jakby ziemia 
uciekła mu spod nóg. 
 

Nie   mogła   o   tym   rozmawiać?   To   nie   przypominało 

Dixie. 
 

To on był tym, który upychał problemy w szufladach, 

zakrywał wieka i siadał na nich, żeby stamtąd nie wychodziły. 
 

Dixie zawsze była przerażająco szczera, zarówno wobec 

siebie, jak i wobec innych. Podnosiła pokrywki i zaglądała do 
środka. Nie odwracała się od bolesnej prawdy. 
 

A przynajmniej taka była kiedyś. 

 

Cole stał tam jeszcze przez chwilę zamyślony. A potem 

poszedł szukać swojej siostry. 

40

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

O dziesiątej wieczorem tego samego dnia Dixie stała na 

dywaniku  w  swoim   tymczasowym  salonie,   rzucając  pędzlem 
farbę   na   płótno.   Było   za   ciemno   na   malowanie,   ale   nie 
przeszkadzało jej to. Tak naprawdę nie malowała, tylko dawała 
upust   swoim   emocjom.   Nikt   oprócz   niej   nigdy   tego   nie 
zobaczy. 
 

Czerwony zmieszał się z brązowym w dolnym prawym 

rogu, a nad bladozielonym środkiem dominowała góra czerni i 
szarości, przypominająca granitową skałę. Kiepska to sztuka, 
pomyślała, cofając się, żeby przyjrzeć się swojemu dziełu. Ale 
dawała jej ogromną satysfakcję. 
 

Zmarszczyła brwi, słysząc pukanie do drzwi. Leżący na 

kanapie   Hulk   podniósł   leniwie   głowę,   przyjmując   do 
wiadomości, że będą mieli gościa. 
 

- Chwileczkę - rzuciła, krzywiąc się. Nie miała ochoty na 

towarzystwo. Odłożyła pędzel na bok, chwyciła szmatkę, żeby 
zetrzeć farbę z palców, i ruszyła w stronę drzwi. 
 

Zastała   za   nimi   Colea   trzymającego   w   ręku   małą 

skórzaną torbę, która wyglądała jak podróżna walizka. 
 

Spojrzała na nią i uniosła brwi. 

 

- To niezbyt subtelne, Cole. 

 

- Nie mam tam zestawu do golenia. Mogę wejść? 

 

Przyjrzała   się   jego   twarzy,   ale   nie   znalazła   w   niej 

odpowiedzi na swoje pytanie. 
 

- Czemu nie? - Cofnęła się o krok. 

 

- Poszperałem trochę - powiedział, wchodząc. - Pewnie 

wszystko to i tak już czytałaś, ale... - Zamilkł i zatrzymał się, 

41

background image

kiedy zobaczył stojące na środku pokoju sztalugi. I to, co było 
na sztalugach. 
 

- Interesujące - stwierdził po chwili ostrożnie. - 

 

Myślałem, że nie uprawiasz tego rodzaju abstrakcyjnej 

sztuki. 
 

Roześmiała się. 

 

- To nie sztuka, to terapia. Robię to zamiast tłuc talerze. 

 

- Może dlatego to tak kiepsko wygląda. 

 

-   Pewnie  tak  Później   zmyję  to  z  płótna.   -   Przechyliła 

głowę  na  bok.   -  Ale  nie  przyszedłeś  chyba  tutaj  badać,   jaki 
rodzaj terapii stosuję? 
 

- Nie,  ja... - Hulk opuścił kanapę i ocierał się o nogi 

Cole’a,   mrucząc   głośno.   Cole   schylił   się   i   podrapał   go   za 
uchem. - Cześć, potworze. 
 

Dixie   wzięła   do   ręki   pędzel,   żeby   go   umyć.   To,   co 

namalowała,   było   już   wystarczająco   brzydkie,   mogła   więc 
skończyć na dziś i wysłuchać, co Cole ma jej do powiedzenia. 
 

Poszła   do   malutkiej   kuchni,   odkręciła   kran   i   wodą   z 

mydłem zaczęła zmywać farbę z miękkiego włosia.  
 

- Hulk lubi towarzystwo bez względu na godzinę. Ja nie 

jestem w nastroju. 
 

- Trafiony. - Położył tajemniczą walizkę na stoliku. - 

Chodź, zobacz, co przyniosłem. 
 

Zaciekawiona, odłożyła pędzel i wróciła do pokoju. 

 

Wręczył jej teczkę. W środku znalazła mnóstwo kartek z 

in-formacjami na temat Alzheimera. Poukładane w rozdziały, z 
których każdy miał tytuł. Stadia... Leczenie... Teorie... 
 

- Wszystko ze sprawdzonych stron internetowych. Jest 

tutaj dużo informacji, ale nie wszystkie są godne zaufania. 
 

- Musiało ci to zająć wiele godzin - szepnęła, kartkując 

wydruki. 
 

- Chciałem się dowiedzieć, jaki jest stan twojej ciotki, a 

ty nie chciałaś mówić. - Poruszył się niespokojnie. - Dlaczego 

42

background image

nie chcesz o tym rozmawiać? 
 

- Nie chcę rozmawiać o tym z tobą. 

 

- Z Mercedes też o tym nie rozmawiałaś. 

 

-   Opowiadałam   jej   przecież   o   cioci   Jody   - 

zaprotestowała. 
 

- Tak, i to wszystko. Nie mówiłaś... no wiesz. - Wykonał 

 

nieokreślony   ruch   ręką.   -   Nie   mówiłaś   o   swoich 

uczuciach. 
 

- Aha... - Gdzieś wewnątrz niej zaczął narastać śmiech. 

 

-   Poczekaj   chwilę.   Ty   krytykujesz   mnie,   że   nie 

rozmawiam o swoich uczuciach? 
 

- Chodzi mi o to, że tłamsisz wszystko w sobie. Ja jestem 

do tego przyzwyczajony. Dobrze się z tym czuję. Ale ty nie. 
 

Usiadł na kanapie, nie czekając na zaproszenie, i zaczął 

wyciągać inne rzeczy ze swojej torby i stawiać je na sosnowym 
stoliku. 
 

Butelka   wina.   Dwie   szklanki.   Pudełko   czekoladek. 

Lakier do paznokci. Pachnący krem do stóp. Waciki. Zmywacz 
do paznokci. 
 

Usiadła   na   drugim   końcu   kanapy.   Czuła,   że   zaraz 

wybuchnie śmiechem. Wskazała dłonią przedmioty na stoliku. 
 

- Cole? 

 

- Mów do mnie Sheila. Jestem statystką. 

 

- Statystką? - Uśmiech wypłynął jej na twarz. 

 

- Udajmy, że to jeden z tych kobiecych wieczorów. No 

wiesz, kiedy kobiety spotykają się, żeby się wzajemnie czesać, 
malować paznokcie i opowiadać sobie wszystko. 
 

Och! Martwił się o nią. Łzy napłynęły jej do oczu. 

 

Wstała, podeszła do niego i pocałowała go w policzek. 

 

- To jest takie... Dziękuję ci. 

 

- Chyba nie masz zamiaru płakać? 

 

Zaśmiała   się,   mimo   że  brzmiało   to   trochę   jak   śmiech 

przez łzy. 

43

background image

 

- Niczego nie obiecuję. Masz zamiar pomalować swoje 

paznokcie czy moje? 
 

- Mam zamiar wypić wino. - Wyjął otwieracz i otworzył 

 

butelkę. - Ale możesz się do mnie przyłączyć. 

 

- Czy cabernet sauvignon pasuje do czekolady? - Usiadła 

i otworzyła pudełko. - Mmm... i to ciemnej czekolady. 
 

- Mercedes mówiła, że czekolada jest najważniejsza. 

 

Rzuciła mu spojrzenie z ukosa. 

 

- Rozmawiałeś o tym z Merry? 

 

- Tak. - Nalał wino do jednego z kieliszków, a wokół 

rozniósł się wspaniały aromat. - Ona uważa, że nic ci nie jest. 
 

- Może ma rację. - Wybrała czekoladkę, która według 

niej   mogła   mieć   smak   karmelowy.   Uwielbiała   smak 
karmelowy. 
 

-   No   więc,   o   czym   rozmawiacie   na   tych   babskich 

pogaduchach? 
 

-   O   wszystkim.   O   mężczyznach,   fryzurach, 

mężczyznach,   rodzinie,   filmach,   mężczyznach,   książkach, 
polityce... Czy wspomniałam już o mężczyznach? 
 

-   Podłe   szczury   -   odpowiedział   szybko,   podając   jej 

szklankę wina. Hulk wskoczył na kanapę obok niego i otarł się 
głową   o   jego   łokieć,   wyraźnie   w   ten   sposób   pokazując,   że 
poświęca mu się za mało uwagi. Cole machinalnie zaczął go 
drapać za uchem. - Nigdy nie dzwonią. 
 

Dixie potrząsnęła ze smutkiem głową. 

 

- I nie pamiętają o urodzinach. 

 

- A jeśli już pamiętają, to nigdy nie przysyłają kartek. 

 

Czy to takie trudne: pójść i wybrać kartkę? 

 

- Tak, to prawda. I chcą tylko jednego. 

 

-   Tak,   tylko   jednej   cholernej   rzeczy.   Ups,   wypadłem 

chyba na chwilę z roli. 
 

-   Musisz   uważać.   -   Dixie   upiła   łyk   wina,   usiłując 

zachować powagę. - Mmm, to naprawdę dobre. 

44

background image

 

-   Dziewięćdziesiąty   ósmy   był   jednym   z   naszych 

najlepszych   roczników.-   Poruszył   winem   w   kieliszku,   żeby 
uwolnić   zapach,   przysunął   nos   do   brzegu   i   wziął   głęboki 
wdech,   przymykając   oczy.   Przez   chwilę   na   jego   twarzy 
odmalowało   się   uczucie   czystej   rozkoszy.   Cole   był   bardzo 
zmysłowym mężczyzną, choć nieczęsto to okazywał. - Dobrze 
dojrzewa - zauważył i pociągnął pierwszy łyk. 
 

- Co robiłeś w dziewięćdziesiątym ósmym? - Oparła się i 

ugryzła kawałek czekolady. Lubiła jeść czekoladę powoli, tak 
żeby rozpuszczała się na języku. - Zauważ, że nie pytam, z kim 
to robiłeś. 
 

- Byłbym wtedy w tarapatach - odparł. 

 

-   Kobiety   mogą   mówić   sobie   o   sprawach,   które 

mężczyznom nie uszłyby na sucho. 
 

-   A   więc   rozmawiacie   na   takich   spotkaniach   także   o 

seksie? 
 

-   Jasne.   Na   drugim   miejscu,   zaraz   po   mężczyznach. 

Przynajmniej   większość   z   nas   -   dodała.   -   W   Nowym   Jorku 
mieszkały pode mną dwie lesbijki. Zaprzyjaźniłam się z nimi, 
ale raczej nie rozmawiałyśmy na temat seksu, chyba ze względu 
na mój komfort psychiczny. 
 

Cole roześmiał się. 

 

- Jeśli zaś chodzi o mój komfort, to... 

 

- Nie kontynuuj, Sheila - poradziła mu Dixie. - Z drugiej 

strony,   zawsze   zastanawiałam   się,   dlaczego   mężczyzn 
podnieca... 
 

-   Nie,   nie,   miałaś   rację   -   przerwał   jej   z   błyskiem 

rozbawienia   w   oku,   a   może   nawet   czegoś   więcej,   jakiegoś 
ciepła, i podniósł kieliszek do ust. - Lepiej nie rozmawiajmy o 
seksie. 
 

Spojrzała mu w oczy, upijając kolejny łyk wina. 

 

Trzymała je chwilę w ustach, żeby poczuć pełnię smaku.

 

Kiedyś ją tego nauczył. 

45

background image

 

To   nie   był   zbyt   dobry   pomysł,   rozkoszować   się 

zmysłami, patrząc na Colea. 
 

-   Nuta   jeżynowa   -   powiedziała   szybko,   odwracając 

wzrok. 
 

-   Widzisz,   jak   dobrze   znam   ten   język?   Dobrze   się 

komponuje z czekoladą. - Ugryzła kolejny kawałek. - Chcesz 
porozmawiać o polityce? 
 

- Raczej nie o to mi dzisiaj chodziło. 

 

-   Pewnie   głosowałeś   na   gubernatora   -   powiedziała 

ponuro. - Dobrze, dobrze, nie będę się w to zagłębiać. Pozostaje 
nam więc praca albo włosy. Jestem za włosami. - Przechyliła 
głowę. - Do jakiego fryzjera chodzisz? 
 

- Do Carmen w Studio Fryzur. Ma magiczne palce. 

 

Podobają mi się twoje włosy. - Ciepło w jego głosie na 

pewno nie pochodziło od Sheili, chyba że Sheila była tej samej 
orientacji, co sąsiadki Dixie z Nowego Jorku. - Chyba jednak 
ominęłaś kilka tematów. Książki, filmy... rodzina. 
 

Upiła spory łyk wina. 

 

- Czytałeś ostatnio jakąś dobrą książkę? 

 

- Nie. Jak się miewa twoja mama? 

 

Dixie wydała z siebie zniecierpliwione westchnienie.  

 

-   Męska   strona   twojej   osobowości   daje   o   sobie   znać, 

Sheila. 
 

- Jak się miewa twoja mama? - Cole powtórzył pytanie, 

ale tym razem falsetem. 
 

Dixie o mało się nie udusiła, próbując się nie roześmiać. 

 

- Tak jak zwykle. Chociaż chyba jest szczęśliwsza. 

 

- Czy to dlatego, że zamierza wyjść za mąż? 

 

Dixie   skinęła   głową,   pociągnęła   kolejny   łyk   wina   i 

uśmiechnęła się lekko. 
 

- Zawsze tak bardzo się starała przy każdym mężczyźnie, 

który   miał   być   lekiem   na   całe   zło.   Przy   Mikeu   jest 
zrelaksowana. Nie próbuje desperacko go uszczęśliwić albo za 

46

background image

wszelką cenę sama być szczęśliwą. Po prostu dobrze się z nim 
czuje i to widać. To nie znaczy, że nie boli jej to, co się dzieje z 
Jody,   ale...   Nie   wiem.   Chyba   się   w   jakiś   sposób   z   tym 
pogodziła. 
 

- Ale ty się z tym nie pogodziłaś. 

 

Zmarszczyła brwi i nie odpowiedziała. On też nic nie 

powiedział. Tylko siedział, pił wino, głaskał Hulka i patrzył na 
nią. 
 

- Dobrze. - Postawiła szklankę na stoliku z brzękiem. - 

Dobrze! Chcesz znać moje uczucia? Jestem wściekła.  
 

Wkurzona jak diabli. 

 

- To zupełnie normalne. 

 

Dixie wstała i zaczęła chodzić po pokoju. 

 

- To jest takie straszne i takie niesprawiedliwe. Na razie 

nas rozpoznaje,  ale  niedługo się to  skończy.  Straciła  już tak 
wiele ze swojej osobowości. Wiem, że tu nie chodzi o mnie, ale 
za każdym razem, kiedy ją widzę... ten zaskoczony wyraz jej 
twarzy... Moja mama znacznie lepiej sobie z tym radzi. 
 

- Była tutaj, widziała, jak choroba postępowała. Miała 

czas, żeby się do tego przyzwyczaić. 
 

- A ja byłam na drugim końcu kontynentu i zostawiłam 

wszystko   na   jej   głowie.   Wiesz,   co   mnie   doprowadza   do 
szaleństwa?   -   Zatrzymała   się   i   potrząsnęła   głową.   -   Zresztą 
nieważne. To głupie. 
 

- Dla mnie możesz zachowywać się głupio, nie mam z 

tym problemu. 
 

- Uważaj, bo zaraz wypadniesz z roli - ostrzegła go. 

 

- Boisz się, że doznam szoku? 

 

-   Nie.   -   Przeszła   dwa   kroki,   znów   się   zatrzymała   i 

wsunęła obydwie dłonie we włosy. - Chodzi o to, że ludzie cały 
czas mnie chwalą. Doprowadza mnie to do szału. 
 

- Tak, ja też nie znoszę, kiedy mnie chwalą.  

 

- Bardzo śmieszne. Wiesz, jak często słyszę, że jestem 

47

background image

silna?   -   zapytała.   -   Albo   że   jestem   taką   wspaniałą   córką   i 
siostrzenicą,   bo   tu   wróciłam?   Boże!   Cioci   Jody   postawiono 
diagnozę dwa lata temu. Dwa lata! A ja dopiero teraz się tu 
pojawiłam. 
 

-   I   pewnie   w   żaden   sposób   przez   te   dwa   lata   im   nie 

pomagałaś? 
 

- Przysyłałam pieniądze. Wielka mi rzecz. 

 

Zrezygnowałam   z   kilku   urlopów,   przylatywałam   na 

większość świąt. A potem wracałam do domu i rzucałam się w 
wir pracy, żeby tylko nie myśleć o Jody. 
 

Cole potrząsnął głową. 

 

- Teraz nie rozumiem. Rzucasz się w wir pracy, żeby 

czegoś uniknąć? Ty? 
 

Niechętny uśmiech wypłynął na jej usta. 

 

-   Sugerujesz,   że   masz   w   tym   względzie   jakieś 

doświadczenie? 
 

- Może. - Wstał, ignorując Hulka. Podszedł do Dixie i 

położył   jej   ręce   na   ramionach.   -   Dlaczego   uważasz,   że 
powinnaś się zachowywać inaczej? Co według ciebie powinnaś 
zrobić?   Mniej   cierpieć?   Sprawić,   żeby   twoja   ciotka   nie 
cierpiała?  
 

- Zapomniałeś wspomnieć o mojej matce. - Jego ręce 

przypomniały   jej   o   czymś.   Przeszłość   zmieszała   się   z 
teraźniejszością. Przełknęła ślinę. - Mówiłam ci, że to głupie. 
 

- Zawsze mówiłaś, że uczucia nie są głupie. Po prostu są. 

 

Liczy się to, co z nimi zrobimy. 

 

- Miałam wrażenie, że nigdy nie słuchałeś moich kazań. 

 

Cole uśmiechnął się lekko i nie odpowiedział. 

 

Dixie poczuła reakcję nisko w podbrzuszu. Serce zaczęło 

jej   szybciej   bić,   kiedy   szepty   z   przeszłości   zaczęły   do   niej 
docierać. Poczuła przypływ pożądania. Rozchyliła usta. 
 

Cole spojrzał na jej wargi. Zacisnął mocniej ręce na jej 

ramionach,   a  wyrazu   jego  twarzy   nie  sposób  było   z  niczym 

48

background image

pomylić.   Miał   zamiar   ją   pocałować...   a   ona   tego   pragnęła, 
pragnęła jego smaku i jego ciepła. 
 

Opuścił ręce i odsunął się, a uśmiech znikł z jego twarzy. 

 

Rozczarowanie, które poczuła, zdziwiło ją tak samo jak 

to, że się odsunął. Założyła dłonie na piersi i starała się, żeby jej 
głos brzmiał wesoło. 
 

-   Co   to   było?   Przypływ   szlachetności   czy   zdrowego 

rozsądku? 
 

Cole prychnął. 

 

- Myślisz, że wiem? - Odwrócił się i skierował w stronę 

drzwi.   -   To   był   głupi   pomysł.   Mam   nadzieję,   że   wino   i 
czekoladki będą smakowały i beze mnie. Paznokciami chyba 
też   musisz   się   zająć   sama.   Wychodzę,   zanim   całkowicie 
zapomnę, że jestem Sheilą. 
 

- Cole. 

 

Zatrzymał się, ale nie spojrzał na nią. 

 

-   To   moja   wina,   nie   twoja.   Ty...   To,   co   zrobiłeś, 

naprawdę mi pomogło. 
 

Zerknął na nią, a jego twarz wyrażała sprzeczne emocje. 

 

-   Czy   to   znaczy,   że   jestem   zaproszony   na   następne 

nocowanie? 
 

- Raczej nie - odpowiedziała sucho. 

 

-   Dobrze.   Następnym   razem,   jak   cię   odwiedzę 

wieczorem, na pewno nie będę miał w planach spania. 
 

Kiedy drzwi się za nim zamknęły, do Dixie podszedł 

 

Hulk, i miaucząc, zaczął się domagać zainteresowania. 

 

-   Nie   powinieneś   się   skarżyć.   -   Wzięła   go   na   ręce   i 

podrapała   za   uszami.   -   Przynajmniej   ty   byłeś   głaskany   dziś 
wieczorem. 

49

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

Kiedy   Cole   pierwszy   raz   pokazał   jej   piwnice   Louret, 

Dixie poczuła się zawiedziona. Spodziewała się wydrążonych 
w   ziemi   korytarzy   albo   czegoś   bardziej   przypominającego 
lochy.   Tymczasem   wino   dojrzewało   w   równo   ustawionych 
beczkach w zwyczajnych podziemnych pomieszczeniach, gdzie 
temperatura regulowana była elektronicznie i gdzie oświetlenie 
było   dosyć   słabe.   Cóż,   pomyślała,   siedząc   na   cementowej 
podłodze i przyglądając się beczkom, trzeba pracować z tym, co 
jest. 
 

Same beczki były bardzo interesujące. Na obrazie będzie 

dużo brązu, zdecydowała. Kolory ziemi pasują do Eliego, poza 
tym   dobrze   odzwierciedlają   tradycyjne   podejście   Louret   do 
produkcji wina. 
 

Portret Caroline będzie w tonacjach złotych. Dorzuci do 

tego   trochę   brązu,   żeby   powiązać   go   z   portretem   Eliego,   i 
trochę błękitu przypominającego niebo. I dużo różnych odcieni 
złota podobnych do promieni słońca, które łączą niebo z ziemią. 
 

Tak. Portret Eliego będzie mówił o ziemi, z której rodzą 

się winogrona, a portret Caroline o słońcu, które pozwala im 
dojrzeć.   A   dla   obrazu   końcowego,   mającego   przedstawiać 
wino... Może portret grupowy? Rodzina zebrana wokół stołu, 
dyskutująca   przy   kolacji,   i   kieliszki   wina   lśniące   w   świetle 
zachodzącego słońca. 
 

Może więc ustawić stół na zewnątrz? A jeśli chodzi o... 

 

-   Przepraszam   za   spóźnienie   -   usłyszała   za   sobą   głos 

Eliego. 
 

-   Nie   ma   problemu   -   odpowiedziała,   podnosząc   swój 

50

background image

szkicownik i wstając. - Chyba i tak nie będę cię malowała tutaj. 
 

- Nie namalujesz mnie na tle beczek? 

 

- Ależ tak, ale przecież mam już zdjęcia. Dzisiaj muszę 

cię naszkicować. Chodźmy na zewnątrz. Muszę ci się dobrze 
przyjrzeć, a do tego potrzebuję dużo światła. - Uśmiechnęła się, 
mijając go i kierując się w stronę schodów. - Żeby wszystko 
było   dokładnie   tak,   jak   w   rzeczywistości,   robię   najpierw 
zdjęcia.   Ale   muszę   cię   narysować,   żeby   cię   lepiej   poznać. 
Zawsze tak robię, zanim zabiorę się do malowania - wyjaśniła.. 
 

Eli wyglądał na niezbyt zadowolonego. Zamruczał coś 

pod nosem i może nawet lepiej, że nie dosłyszała słów. 
 

Uśmiechała   się   do   siebie,   wychodząc   przez   boczne 

drzwi. 
 

- Tutaj chyba będzie dobrze. 

 

Światło było dobre i mocne. Wyjęła węgiel i otworzyła 

szkicownik.  
 

Eli   zmrużył   oczy   przed   słońcem.   Wyraźnie   czuł   się 

bardzo niezręcznie.  Postanowiła zabawiać go rozmową,  żeby 
zapomniał o pozowaniu. 
 

- Opowiedz mi o przechowywaniu wina w beczkach - 

poprosiła, stawiając w międzyczasie pierwsze kreski. 
 

- Chodzi o smak. Wielu ludzi docenia nutę dębu, ale jeśli 

jest jej zbyt dużo, zabija subtelność dobrego czerwonego wi-na. 
Tak   się   dzieje   jednak   tylko   wtedy,   kiedy   nie   robi   się   tego 
prawidłowo. 
 

- A co z białymi winami? Wasze nowe chardonnay też 

dojrzewa   w   beczkach   dębowych.   -   Musi   mocniej   zaznaczyć 
szczękę, zdecydowała. - Czy to standard? 
 

Eli wzruszył ramionami. 

 

- Niektórzy używają stalowych beczek, ale my nie. 

 

Odniosła   wrażenie,   że   nie   ceni   specjalnie   winiarzy, 

którzy przechowują wino w stali. 
 

- To twoja decyzja czy twojej matki? Skoro nowe wino 

51

background image

ma   być   nazwane   jej   imieniem,   to   pewnie   miała   w   to   jakiś 
wkład? 
 

- To był głównie mój pomysł. Mama ceni nutę wanilii, 

która   powstaje  przy   dojrzewaniu   wina   w   beczkach,   więc   go 
zaakceptowała.  
 

Przerzuciła   stronę   w   szkicowniku   i   zmieniła   pozycję, 

żeby naszkicować Eliego pod innym kątem. 
 

- A czyim pomysłem było to nowe chardonnay? 

 

- Cole’a. - Spojrzał na nią. - Myślałem, że o tym wiesz. 

 

- No dobra, to była tylko przynęta. - Przyjrzała się w 

skupieniu szkicowi. - Powinieneś dyskretnie opowiedzieć mi o 
nim, tak żebym nie musiała sama pytać. 
 

Roześmiał się nieoczekiwanie. 

 

-   Dziwnie   się   czuję,   kiedy   patrzysz   na   mnie   w   ten 

sposób,   a   jednocześnie   mówisz   o   moim   bracie.   Co   chcesz 
wiedzieć? 
 

Spojrzała na niego z wyrzutem i powtórzyła:

 

- Tak, żebym nie musiała sama pytać. 

 

- No więc z nikim się aktualnie nie spotyka i uważa, że 

jesteś niezła. 
 

- Aha. - Cholera. Narysowała oko zbyt blisko nosa. 

 

Jeszcze   raz,   pomyślała,   przerzucając   stronę.   -   Próbuję 

właśnie wymyślić jakiś subtelny sposób na zakomunikowanie 
ci, że o tym wiem. 
 

Znowu ten niski śmiech. 

 

- Wciąż jest chyba bardzo zajęty interesami? - Jej ręce i 

oczy pracowały teraz automatycznie, nie myślała już o szkicu. 
 

-   Tak,   ale   nie   pracuje   już   po   sześćdziesiąt   czy 

osiemdziesiąt godzin tygodniowo. To dlatego go rzuciłaś? 
 

Zaskoczona spojrzała na niego. Ich oczy spotkały się. 

 

- Tak, głównie dlatego. 

 

- Louret zawsze będzie dla niego ważne i zawsze będzie 

lubił wygrywać. Cole nie jest pieskiem kanapowym. 

52

background image

 

Zirytowana   dorysowała   dwa   rogi   na   czubku   głowy 

Eliego. 
 

-   Nie   chcę   pieska   kanapowego.   Nie   chcę   też   zawsze 

przegrywać. Słyszałam, że istnieje jednak coś pomiędzy. 
 

- Kiedy go zostawiłaś, ciężko to przeżył. 

 

-   Z   mojej   perspektywy   wszystko   zaczęło   się   psuć 

wcześniej - powiedziała, zamykając szkicownik. 
 

Eli skinął głową. 

 

- Masz rację. Ale tym razem... bądź ostrożna, dobrze? 

 

Nie obiecuj mu więcej, niż chcesz dać. 

 

- Pytasz mnie, jakie mam zamiary? 

 

- Chyba tak. 

 

Uśmiechnęła   się   nagle   i   podeszła   do   niego,   żeby   go 

pocałować w policzek. 
 

- To miłe z twojej strony. Nie mam jeszcze pojęcia, jakie 

są moje zamiary, ale kiedy już będę wiedziała, to powiadomię o 
tym Colea, a nie ciebie. Miło jednak, że o to zapytałeś.  
 

Uszy Eliego poczerwieniały. 

 

- Jeśli już skończyłaś, to mam sporo pracy. 

 

-   Na   pewno   -   powiedziała,   ciesząc   się   z   jego 

zawstydzenia bardziej, niż powinna. - Mam nadzieję, że uda mi 
się na portrecie wydobyć kobiecą część twojej natury. 
 

Teraz wyglądał na przestraszonego. 

 

- Moje co? 

 

Zaśmiała się i poklepała go po ramieniu. 

 

- Nie bój się, twój portret będzie bardzo męski. 

 

Kiedy   Eli   zniknął   z   horyzontu,   jej   rozbawienie 

wyparowało.   Zamyślona   ruszyła   w   kierunku   domu,   żeby 
pracować nad jego portretem. 
 

To naturalne, że brat Cole’a troszczył się o niego. 

 

Naturalne, że uważał, że jedenaście lat temu rozstali się z 

jej winy. Ale czuła się z tego powodu trochę osamotniona. O 
nią  nikt  się  w  ten  sposób  nie  martwił,   nikt  jej  nie  ostrzegał 

53

background image

przed   potencjalnym   złamaniem   serca,   jeśli   zwiąże   się   z 
mężczyzną, który już kiedyś ją zranił. 
 

I tak zresztą by takiej osoby nie posłuchała, pomyślała, 

otwierając drzwi do swojego tymczasowego domu. Ale miło by 
było mieć kogoś, kto się o ciebie martwi. 
 

-   Szkicując   Eliego,   używałaś   węgla   -   zauważyła 

Caroline.  
 

- Uhm. - Dixie spoglądała na przemian na siedzącą przed 

nią kobietę i na szkicownik. Ołówek poruszał się szybko. Obie 
siedziały na werandzie, która wychodziła na północną stronę, 
co dawało dobre światło. 
 

-   Zastanawiałam   się,   dlaczego   mnie   szkicujesz 

ołówkiem. 
 

- Nie wiem. - Coś było nie tak z prawym policzkiem. 

 

Dixie roztarta cień pod kością policzkową palcami, żeby 

go   trochę   złagodzić,   znów   spojrzała   na   Caroline,   po   czym 
delikatnymi pociągnięciami ołówka przyciemniła go trochę. 
 

Teraz lepiej. 

 

- Zdjęcia posłużą mi do rysowania detali - wyjaśniła. 

 

-   Szkic   jest   po   to,   żebym   mogła   się   ciebie   nauczyć. 

Kiedy   cię   narysuję,   będę   cię   lepiej   znała.   Żeby   narysować 
Eliego, wybrałam węgiel, a żeby narysować ciebie, wybrałam 
ołówek. 
 

Caroline uśmiechnęła się. 

 

- Jestem teraz trochę okrągłejsza niż kiedyś. Czy musisz 

rysować mój podwójny podbródek? 
 

- Nie masz podwójnego podbródka - powiedziała Dixie 

głosem, jakby była nieobecna, i skupiła się na kształcie brwi. 
 

- Twoje rysy zrobiły się z wiekiem łagodniejsze, ale... 

 

Och, to było chyba niezbyt taktowne. 

 

Starsza kobieta roześmiała się.  

 

-   Powiedz   mi   coś,   skoro   i   tak   nie   masz   zamiaru   mi 

schlebiać... Na pewno mogę mówić, kiedy mnie rysujesz? 

54

background image

 

- Jasne. - Dixie przerzuciła stronę, przesunęła się lekko 

w lewo i zaczęła krótkimi, szybkimi ruchami ołówka rysować 
swoją modelkę pod innym kątem. 
 

- Zastanawiałam się czasem, czy moi chłopcy są do mnie 

podobni. Widzę, że dziewczyny są. Ale jeśli chodzi o Cole’a i 
Eliego... 
 

Dixie usłyszała jeszcze jedno niewypowiedziane pytanie 

w   głosie   Caroline.   Jak   bardzo   jej   synowie   przypominali 
mężczyznę, który był ich ojcem i który ich opuścił? 
 

- Dziewczęta są bardziej do ciebie podobne niż Cole i Eli 

 

-   powiedziała   zwyczajnym   tonem,   jakby   nie   usłyszała 

między   słowami  tego  drugiego   pytania.   W   przypadku   Jillian 
były   to   bardziej   gesty   niż   uroda,   ale   Dixie   potrafiła   być 
delikatna, jeśli było to ważne. - Ale Eli ma twój nos i twoje 
uszy. 
 

- A Cole? 

 

Cole,   o   którym   Mercedes   mówiła,   że   najbardziej 

przypomina ojca... 
 

- Ma twoje dłonie. Piękne dłonie - dodała, kucając, żeby 

szkicować   pod   jeszcze   innym   kątem.   -   Mam   zamiar   je 
wykorzystać.  
 

Caroline   zachichotała,   a   Dixie   dopiero   po   chwili 

skojarzyła, o czym mogła pomyśleć, słysząc jej słowa. 
 

Zarumieniła się po same uszy. 

 

- To znaczy na obrazie. Mam zamiar wykorzystać twoje 

ręce na obrazie. Nie ręce Cole’a. Nie mam zamiaru używać ich 
do, ee... 
 

Caroline uśmiechnęła się. 

 

- Jakie to miłe. Wydawało mi się, że nic nie jest w stanie 

cię poruszyć. Jesteś wspaniałą młodą kobietą. 
 

-   Ja?   -   Dixie   była   zdziwiona.   To   Caroline   miała 

wrodzoną klasę i opanowanie, miękki głos i łagodny sposób 
bycia. Cole uważał matkę za ideał kobiecości. 

55

background image

 

- Oczywiście, że ty. Spójrz na to, co już osiągnęłaś w tak 

młodym   wieku.   Chociaż   pewnie   sama   nie   uważasz   się   za 
bardzo młodą. - Na jej twarzy pojawił się wyraz rozbawienia. 
 

- Młodzi nigdy tak na siebie nie patrzą. Mam nadzieję, 

że cię nie obraziłam, kochanie. Ale jesteś taka kompetentna i 
pewna siebie. Ja taka nie byłam. Nie w twoim wieku. 
 

A jednak spod ołówka Dixie wyłaniał się obraz kobiety 

spokojnej i zdecydowanej. Dixie pociągnęła kilka ostatnich linii 
i odwróciła szkicownik w stronę Caroline. 
 

- Oto, co widzę. Siła, łagodność, gracja.  

 

- Och - powiedziała Caroline cicho, biorąc szkicownik 

do ręki. - Czy mogę to potem zatrzymać? 
 

- Oczywiście. - Dixie wzięła od niej szkicownik. 

 

- Nie wiem, jakie są twoje ceny, ale... 

 

- Obrażasz mnie. 

 

-   Dziękuję.   Chciałabym   to   oprawić   i   podarować 

Lucasowi z okazji naszej rocznicy. - Jej policzki zaróżowiły się 
nieco. - Może to próżne z mojej strony, ale myślę, że mu się 
spodoba. 
 

- Podarujesz mu obraz kogoś, kto jest w centrum jego 

życia. Na pewno mu się spodoba. - Dixie zamknęła szkicownik 
-   Muszę   jednak   zatrzymać   ten   rysunek,   dopóki   nie   skończę 
obrazu. 
 

- Nasza rocznica jest dopiero za dwa miesiące. Nie ma 

pośpiechu.   -   Caroline   wstała.   -   Rozumiem,   że   już   ze   mną 
skończyłaś? 
 

- Na razie - rzuciła Dixie radośnie. - Niedługo zacznę 

malować i wtedy będę musiała trochę częściej cię widywać. 
 

Albo nie. Najpierw pomęczę waszego pracownika. 

 

- Sądzę, że Russ nie będzie miał nic przeciwko temu - 

 

powiedziała Caroline. - Posłuchaj mnie, Dixie - dodała 

nagle innym tonem.  
 

- Tak? - Dixie wsunęła szkicownik do torby. 

56

background image

 

- Mój syn bardzo cierpiał po tym, jak go zostawiłaś. 

 

Martwię się twoim ponownym pojawieniem się w jego 

życiu. 
 

Dixie zastygła. Znowu deja vu, pomyślała. Najpierw Eli, 

teraz Caroline. 
 

Co miała powiedzieć? Że to Cole za nią chodzi? To była 

prawda, chociaż jeśli miałaby być szczera, musiałaby przyznać, 
że podoba jej się ta mała gra. 
 

- Nie wiem, co ci powiedzieć. On nie interesuje się mną 

na poważnie. 
 

-   Naprawdę?   -   Caroline   zawiesiła   na   chwilę   głos,   po 

czym uśmiechnęła się. - Pewnie chcesz zasugerować, że to nie 
moja sprawa. Rozumiem to. Zmieńmy więc temat. W piątek 
urządzam małe przyjęcie,  głównie dla rodziny. Byłoby miło, 
gdybyś do nas dołączyła. 
 

-   Dziękuję   -   odpowiedziała   Dixie   ostrożnie.   Caroline 

potrząsnęła głową smutno. 
 

-   Na   ogół   nie   jestem   taka   niezręczna.   Zaproszenie   na 

kolację nie miało nic wspólnego z pytaniem, którego właściwie 
ci nie zadałam. Naprawdę chciałabym, żebyś przyszła. 
 

- A ja na ogół nie jestem taka wrażliwa. - Uśmiech Dixie 

stał się cieplejszy. - Chętnie przyjdę. 
 

- Wpadnij po szóstej. Strój niezobowiązujący. Będziemy 

jedli około siódmej trzydzieści. 
 

Dixie   nie   miała   za   złe   Caroline,   że   delikatnie   ją 

podpytywała. Matki miały prawo się martwić. Miały również 
prawo myśleć o swoich dzieciach jak najlepiej. Dixie nie mogła 
jej powiedzieć, że Cole’owi chodzi tylko o krótką przygodę. 
 

No cóż... Może nie krótką, uśmiechnęła się. To nigdy nie 

było wadą Cole’a. 
 

Jej   uśmiech   nie   trwał   jednak   długo.   Podejrzewała,   że 

jego zainteresowanie brało się głównie z chęci udowodnienia 
jej, że już się z niej wyleczył. Trochę ją ta myśl uwierała, ale 

57

background image

rozumiała  go.   Wiedziała,   że  Caroline   ma  rację  -   odchodząc, 
bardzo zraniła Cole’a. 
 

On też ją zranił. Ale z jego strony to był tylko grzech 

zaniedbania. Nie kłamał ani jej nie zdradzał. Po prostu nie był 
taki,   jaki   mógłby   być.   Interesy   były   dla   niego   zawsze   na 
pierwszym, a czasami także na drugim i na trzecim miejscu. 
 

Zdecydowanie   zbyt   często   Dixie   znajdowała   się   na 

szarym końcu. 
 

Tak   bardzo   była   w   nim   zakochana.   A   on...   on   był 

zakochany tylko do połowy. Pod koniec nie potrafiła już sobie z 
tym poradzić. 
 

Dixie wyszła zza rogu domu i niemal wpadła na Cole’a. 

I na swojego koła, który mruczał szaleńczo usadowiony na jego 
rękach. 
 

- No nie. - Potrząsnęła zniesmaczona głową. - Znowu 

uciekł? 
 

- Pracowałem nad projektem budżetu, odwróciłem się na 

chwilę,   a  w  tym  momencie   on   wskoczył   na  stos   raportów   i 
zaczął się myć. Generalnie rzecz biorąc, wyglądał na bardzo 
zadowolonego z siebie. Tilly do tej pory nie wysuwa nosa spod 
biurka. Hej... - Dotknął jej ramienia. - Coś się stało? 
 

-   Po   prostu   naszły   mnie   głębokie,   filozoficzne 

przemyślenia. To źle wpływa na trawienie. - Ruszyła w stronę 
domu z Cole’em u boku. - Co z Tilly? 
 

- Zabrałem jej dręczyciela, więc na razie chyba wszystko 

w porządku. - Uśmiechnął się. - To już trzeci raz. A zostały 
jeszcze dwa dni. 
 

- Wiem, wiem. - Założyła się z nim o to. Cole twierdził, 

że Hulk ucieknie co najmniej sześć razy do piątku. - Myślę, że 
to ty go wypuszczasz - dodała ponuro. 
 

- Naprawdę myślisz, że byłbym do tego zdolny? Może 

on się po prostu teleportuje. Masz. - Cole podał jej kota. - Gdzie 
znalazłaś tę Kocillę? 

58

background image

 

Czy   Cole   zawsze   miał   takie   poczucie   humoru,   a   ona 

przez te lata o tym zapomniała? 
 

- Po prostu przybłąkał się pewnego dnia. Siedział przed 

moim mieszkaniem, jakby na mnie czekał. Otworzyłam drzwi, 
on wskoczył do środka, zażądał kolacji, zwinął się w kłębek na 
moich kolanach i poinformował mnie, że czas na pieszczoty. 
 

Cole skinął głową. 

 

- Rozumiem, dlaczego wolałaś się z nim nie spierać. 

 

- Był prawie zagłodzony. 

 

- Już dawno to nadrobił. - W jego wzroku pojawiły się 

nagle diabelskie ogniki. - Może powinienem zastosować jego 
metodę. Z tego, co pamiętam, świetnie gotujesz. Jeśli pojawię 
się, żądając kolacji... 
 

Dixie roześmiała się. 

 

- Chyba cię po prostu nie wpuszczę. Zdaje się, że masz 

inne priorytety niż Hulk. 
 

- Masz rację. - Obniżył głos i pogłaskał jej ramię. - Ja od 

razu przeszedłbym do pieszczot. 
 

Wystarczył   ten   lekki   dotyk,   żeby   cały   jej   organizm 

obudził   się   do   życia.   Pragnęła   więcej,   a   obok   niej   nie   było 
nikogo, kto mógłby ją ostrzec przed niebezpieczeństwem. 
 

- Ręce z daleka. Trzymam kota i nie mogę się bronić. 

 

- Wiem. Lubię, jak jesteś bezbronna. 

 

- Nigdy mnie nie widziałeś bezbronnej - odparła. Dotarli 

już do jej domku. - Jeśli możesz, to otwórz drzwi. Zamknę tego 
potwora tam, gdzie jego miejsce. 
 

Zamiast jej posłuchać, oparł się o drzwi i uśmiechnął. 

 

- Przekup mnie. 

 

- Daj spokój, Cole. 

 

- Tylko pocałunek. Obiecuję, że będę trzymać ręce przy 

sobie.   -   Zrobił   jednak   coś   wprost   przeciwnego.   Sięgnął   po 
pasmo jej włosów i połaskotał ją po szyi. - Jeden pocałunek... 
 

Chyba że się nie odważysz. 

59

background image

 

Podniosła brew, czując, jak wzdłuż kręgosłupa przebiega 

ją dreszcz. 
 

- Sądzisz, że jestem na tyle naiwna, żeby dać się na to 

nabrać? 
 

- Zawsze mogę mieć nadzieję. - Przysunął się bliżej. 

 

Ciepło jego ciała sprawiało, że przestrzeń między nimi 

aż skrzyła. - Dlaczego nie, Dixie? Przecież masz na to ochotę. 
 

Serce tłukło się jej w piersi.  

 

- Czy nie boli cię nigdy głowa od myślenia? 

 

- To tylko pocałunek. Co się może stać? 

 

Dużo. I mnie, i tobie... pomyślała, ale najwyraźniej nie 

była najlepsza w słuchaniu samej siebie. Stanęła na palcach, 
zatrzymując usta kilka milimetrów od jego warg. 
 

- Żadnych rąk - zamruczała. I pocałowała go. Powoli. Na 

początku lekko, tylko dotykając jego ust. 
 

-   O   nie   -   powiedziała,   kiedy   Cole   spróbował   przejąć 

kontrolę. - To ja miałam cię pocałować. 
 

Między nimi był Hulk, więc ich ciała nie dotykały się. 

 

Tylko wargi. Jego zapach doprowadzał ją do szaleństwa. 

 

Dixie rozchyliła usta i przez moment ich języki złączyły 

się w prawdziwym pocałunku. 
 

Potem cofnęła się i uśmiechnęła. Cole wyciągnął ręce, 

ale Dixie cofnęła się jeszcze bardziej, potrząsając głową. 
 

- Żadnych rąk, pamiętasz? Otwórz drzwi, Cole. 

 

- Jakie drzwi? - Zamrugał oczami, - Ach tak, drzwi. Co 

tylko rozkażesz. Na pewno nie chcesz zamiast tego wszystkich 
moich ziemskich dóbr? 
 

- Na razie nie, dziękuję. - Wśliznęła się do środka, wciąż 

trzymając   Hulka   w   ramionach.   Jej   serce   biło   jak   szalone,   a 
cichutki wewnętrzny głosik pytał, czy kompletnie już straciła 
rozum. 
 

To chyba najgłupsza rzecz, jaką w życiu robię, pomyślał 

 

Grant, przyspieszając swoim starym pikapem, żeby nie 

60

background image

stracić z oczu lśniącego niebieskiego mercedesa sunącego przed 
nim   na   zatłoczonej   autostradzie.   Zachowywał   się   jak   jakiś 
kiepski prywatny detektyw. 
 

Ale Grant nie poddawał się łatwo. Spencer Ashton nie 

zgodził się na spotkanie z nim, pozostawiając mu tym samym 
tylko dwie opcje do wyboru: albo wracać z niczym do domu, 
albo w jakiś sposób dopaść łajdaka i stanąć z nim twarzą w 
twarz. 
 

Łajdaka, który był jego ojcem. Grant zmusił się, żeby 

użyć tego słowa, chociaż nie przechodziło mu ono łatwo przez 
gardło. 
 

Wyglądało,   jakby   się   kierowali   w   stronę   wyjazdu   z 

miasta. Spencer miał duży luksusowy dom koło Napa. Jeśli tam 
właśnie   jechali,   to   Grant   miał   pecha.   Już   raz   go   do   tej 
posiadłości   nie   wpuszczono.   Tak   samo   jak   tutaj,   w   San 
Francisco,   nie   wpuszczono   go   do   wysokiego   budynku,   w 
którym Spencer pojawiał się prawie codziennie. 
 

Dlatego  właśnie  Grant  go  śledził.   Prędzej   czy  później 

dopadnie   go   tam,   gdzie   nie   będą   ochraniać   go   służący   ani 
pracownicy. 
 

Prędzej   czy   później   jego   ojciec   będzie   musiał   z   nim 

porozmawiać. 
 

Grant skrzywił się. Wiele razy żałował, że obejrzał ten 

przeklęty teleturniej. Wrócił do domu po pracy przy jednym z 
dwóch traktorów, wziął prysznic i usiadł przed telewizorem z 
zimnym piwem w ręku. Gra się jeszcze nie zaczęła, więc myślał 
o pogodzie, podczas gdy w telewizji pokazywano jakiś program 
dokumentalny o winnicach. Młoda reporterka przeprowadzała 
wywiad   ze   Spencerem   Ashtonem   z   Ashton-Lattimer, 
korporacji,   która   posiadała   winnice   i   dużą   wytwórnię   win. 
Wytwórnię win Ashton Estate. Grant zwrócił na to uwagę, jako 
że   sam   miał   na   nazwisko   Ashton.   Ale   dopiero   twarz   tego 
człowieka kompletnie zbiła go z tropu. 

61

background image

 

Twarz Spencera Ashtona wyglądała niemal tak samo jak 

twarz,   którą   codziennie   rano   oglądał   w   lustrze.   Jednak 
Grantowi nie przyszło od razu do głowy, że ten człowiek może 
być   jego   ojcem.   Nawet   pomimo   tego,   że   nosili   to   samo 
nazwisko. Jego ojciec zmarł, kiedy miał zaledwie rok. 
 

Potem   reporterka   wspomniała   o   tym,   że   Spencer 

wychowywał   się   w   Nebrasce.   Pokazano   jego   zdjęcie   jako 
młodego   człowieka.   Mężczyzna   na   tym   zdjęciu   wyglądał 
dokładnie tak samo jak mężczyzna stojący obok jego matki na 
starej,   pożółkłej   fotografii,   którą   trzymała   przy   łóżku   aż   do 
śmierci. 
 

Dwa tygodnie później Grant wsiadł do swojego pikapa i 

ruszył   w   kierunku   San   Francisco,   pozostawiając   farmę 
Fordowi. 
 

Ford   zapytał   go,   co   ma   zamiar   osiągnąć.   Grant 

powiedział siostrzeńcowi, że chce spotkać swoich przyrodnich 
braci i siostry, o których istnieniu do tej pory nie wiedział. 
 

Jak na razie nie udało mu się jednak wykrzesać z siebie 

tyle   odwagi,   żeby   to   zrobić.   Pojechał   któregoś   dnia   do   The 
Vines, ale nie potrafił się zmusić, żeby zadzwonić do drzwi. 
 

Dziwnie   jest   przyjechać   do   zupełnie   obcych   ludzi   i 

powiedzieć:   „Cześć,   jestem   waszym   bratem”.   Ich   pieniądze 
dodatkowo komplikowały sprawę. Mogli pomyśleć, że czegoś 
od nich chce. 
 

Chciał, ale nie miało to nic wspólnego z pieniędzmi. Dla 

niego znaczenie miała rodzina. Ci obcy ludzie byli jego rodziną. 
Chciał wiedzieć, jacy są. 
 

Nie powiedział Fordowi, że chciał również spojrzeć w 

oczy  człowiekowi,  który  był  jego ojcem,  i powiedzieć: „Nie 
możesz udawać, że nie istnieję”. 
 

Jaki to będzie miało efekt, nie wiadomo, ale miał zamiar 

to   zrobić.   Może   dzisiaj,   może   innego   dnia,   ale   nie   opuści 
Kalifornii, dopóki nie doprowadzi sprawy do końca. 

62

background image

 

W   piątek   Cole   zabrał   Dixie   na   lunch   do   restauracji 

Charley’s w Yountville. 
 

- Nie wierzę, że pozwoliłam ci się w to wmanewrować - 

 

powiedziała Dixie, wysiadając z jego samochodu. 

 

-   Przegrałaś   zakład.   -   Cole   był   z   siebie   bardzo 

zadowolony. 
 

- To akurat rozumiem. Nie wiem tylko, dlaczego dałam 

ci się w ogóle namówić na taki głupi zakład. 
 

- Może tak naprawdę wcale nie chciałaś wygrać. - Cole 

przytrzymał jej drzwi. 
 

- Wiedziałam, że to powiesz. Prawda jest taka, że Hulk 

przeszedł na ciemną stronę mocy. Był z tobą w zmowie. 
 

- Przypominam ci, że mówisz o kocie, Dixie. 

 

- Mówię o Hulku. 

 

-   No   tak,   masz   rację.   Stolik   dla   dwojga   poproszę   - 

zwrócił się do kelnerki. - Mamy rezerwację. 
 

-   Oczywiście,   panie   Ashton.   Proszę   za   mną.   Dixie 

uniosła brew.  
 

- Znają cię tutaj. 

 

- Sprzedajemy im wino. Skinęła głową. 

 

- A kiedy właściwie zarezerwowałeś ten stolik? 

 

-   Tego   samego   dnia,   którego   się   założyliśmy, 

oczywiście. 
 

Dixie nigdy by się do tego nie przyznała, ale cieszyła się, 

że przegrała ten zakład. Charley’s istniała już przed laty, kiedy 
tu mieszkała, ale wtedy nie było jej na nią stać. 
 

Restaurację otaczały gaje oliwne i winorośle. Na dodatek 

wszystkie   serwowane   tutaj   warzywa   były   uprawiane   w 
przylegającym   do   niej   ogródku   i   zrywano   je   tuż   przed 
podaniem. 
 

- Wiesz, zastanawiałem się nad czymś - powiedział Cole 

po tym, jak menedżer restauracji podszedł, żeby ich pozdrowić. 
-   Gdybym   przegrał   zakład,   musiałbym   wpłacić   pieniądze   na 

63

background image

konto   wskazanej   przez   ciebie   organizacji   charytatywnej. 
Wygrałem   zakład,   a   jednak   tak   czy   inaczej   to   ja   wydaję 
pieniądze. Czy mogłabyś mi to wyjaśnić? 
 

Dixie zachichotała. 

 

- To ty ustalałeś warunki. 

 

Cole potrząsnął głową. 

 

- O czym ja wtedy myślałem? 

 

Kiedy   zastanawiali   się   nad   wyborem   dań,   Dixie 

przyznała   sama   przed   sobą,   że   podoba   jej   się   nie   tylko   to 
miejsce, ale również towarzystwo. Czy czuła się z nim kiedyś 
równie dobrze? 
 

Miała wrażenie, że przez ostatni tydzień teraźniejszość 

zajmuje   miejsce   wspomnień   z   przeszłości.   Dixie   pamiętała 
ambitnego,   raczej   ponurego   młodego   człowieka,   który   miał 
mało   czasu   na   cokolwiek   poza   pracą.   Obecny   Cole   miał 
poczucie humoru, co było niebezpieczne. Musiała być czujna... 
Musiała,   ponieważ   właśnie   zaczynała   się   w   niej   budzić 
nadzieja. 
 

Cole wybrał wino. Rozmawiali o sushi i o najnowszym 

filmie   akcji,   po  czym  zgodzili   się  w  swoich  opiniach  co  do 
reality show i czosnku. 
 

Dixie świetnie się bawiła, dopóki kelner nie przyjął od 

nich zamówienia na deser i nie oddalił się. Nagle twarz Colea 
zastygła. 
 

- Có się stało? - zapytała. 

 

- Nic. - Patrzył na coś ponad jej ramieniem, wzrokiem, 

który zamieniłby każdego w kamień. 
 

Dixie   odwróciła   się.   Mała   grupa   ludzi   blokowała 

wejście. 
 

Uniosła   brwi,   rozpoznając   jednego   z   mężczyzn,   tego 

samego, który kręcił się w pobliżu winnicy. Wyglądało na to, 
że menedżer ma z nim jakiś problem. 
 

Pozostałą dwójkę widziała pierwszy raz w życiu, chociaż 

64

background image

rozpoznała mężczyznę, który zaborczym gestem położył rękę 
na ramieniu oszałamiającej blondynki w czerwonym kostiumie. 
 

Był   szczupły,   miał   srebrne   włosy   i   idealnie   skrojony 

garnitur. Miał proste brwi, silny nos i małe, przylegające do 
głowy uszy. Mężczyzn z tak symetrycznymi rysami określano 
mianem przystojnych, a kobiety uważano za piękności. 
 

Wyglądał dokładnie tak, jak wyglądałby Cole za jakieś 

trzydzieści lat. 
 

- Do diabła, Dixie, przestań się tak w nich wpatrywać - 

 

syknął do niej Cole. - To nikt ważny. 

 

To   stwierdzenie   było   tak   wyraźnie   nieprawdziwe,   że 

postanowiła je zignorować. 
 

- To twój ojciec, prawda? 

 

-   Mój   prawdziwy   ojciec   to   mąż   mojej   matki.   Ten 

człowiek nic dla mnie nie znaczy. Nic. 
 

Problem, który zatrzymał grupkę w drzwiach, został 

 

najwyraźniej   rozwiązany.   Menedżer   wyprowadzał 

młodszego mężczyznę za drzwi, a jeden z kelnerów prowadził 
ojca Colea i towarzyszącą mu kobietę do stolika.  
 

Kelner  zatrzymał się przy nich,  wyglądając na  mocno 

zmieszanego. 
 

-   Bardzo   pana   przepraszam,   ale   nastąpiła   chyba   jakaś 

pomyłka. Ten stolik jest zarezerwowany. 
 

- Wiem - powiedział Cole lodowatym tonem. - Sam go 

zarezerwowałem. 
 

-   Ale...   Strasznie   mi   przykro,   ale   to   jest   stolik   pana 

Ashtona. 
 

- Właśnie. Cieszę się, że się zgadzamy. 

 

Biedny   kelner   nie   wiedział,   co   powiedzieć.   Ojciec 

Cole’a był zbyt znudzony, żeby brać udział w dyskusji, poza 
tym   był   bardzo   zajęty   udawaniem,   że   jego   syn   nie   istnieje. 
Kobieta   stojąca   obok   niego   czuła   się   najwyraźniej   bardzo 
niezręcznie i nie robiła nic, żeby załagodzić sytuację. Cofnęła 

65

background image

się   nawet   o   krok,   żeby   nie   uczestniczyć   w   ewentualnej 
awanturze albo żeby strząsnąć ze swojego ramienia tę zaborczą 
rękę, która najwyraźniej nie sprawiała jej przyjemności. A Cole 
nie miał 
 

zamiaru niczego nikomu ułatwiać, również sobie. 

 

Do rozmowy włączyła się więc Dixie. 

 

- Nastąpiła pomyłka, ale łatwo ją wyjaśnić. Mamy tutaj 

dwóch panów Ashtonów. Jak sądzę to pan Spencer Ashton - 
 

wskazała głową ojca Colea. - Czyż nie tak? 

 
 

Mężczyzna   wyglądał,   jakby   właśnie   przemówiło   do 

niego krzesło. 
 

- Tak, zgadza się. A to moja asystentka, Kerry Roarke. 

 

Pani jest...? 

 

- Dixie McCord - uśmiechnęła się blado. - A to pana syn. 

 

Cole Ashton. 

 

Cole   zakrztusił   się   i   zaczął   kaszleć.   Podbiegł   do   nich 

menedżer. 
 

-   Idiota.   Idiota!   -   Te   słowa   najwyraźniej   kierował   do 

kelnera. - Odejdź, ja się tym zajmę. Bardzo mi przykro. - 
 

Rozłożył ręce w geście przeprosin. - Stolik dla pana jest 

zarezerwowany,   panie   Ashton   -   zwrócił   się   do   starszego 
mężczyzny. 
 

- Jest tam, proszę za mną. 

 

- Jeśli myślisz, że podziękuję ci za to wtrącanie się... - 

powiedział Cole, gdy tylko oddalili się poza zasięg głosu. 
 

- Nie jestem aż tak naiwna. A teraz, skoro obroniłeś już 

swoje terytorium, to będziesz zapewne chciał wyjść. 
 

Cole wstał i rzucił serwetkę na stół. 

 

Dixie było go żal. Jego ojciec nie odezwał się do niego 

ani jednym słowem. Nawet na niego nie spojrzał, nie wykazał 
żadnego zainteresowania.  
 

Wiedziała   jednak,   że   nie   powinna   okazywać   Colebwi 

66

background image

współczucia. Gdyby wyciągnęła do niego rękę, na pewno by ją 
odtrącił. Mury, za którymi się chował, były wysokie i grube. 
Ale nic dziwnego, skoro chował za nimi tyle złości. 
 

-   Nie   jesteś   taki   jak   on,   Cole   -   powiedziała,   kiedy 

znaleźli się w samochodzie i wyjechali na drogę. 
 

- Skąd ci to przyszło do głowy? - Cole jechał szybko, 

jakby chciał się jak najprędzej gdzieś znaleźć, wszystko jedno 
gdzie, byle nie tam, gdzie był w tej chwili. - Nie masz zielonego 
pojęcia, o czym mówisz. 
 

- Wyglądasz tak jak on, ale to nie znaczy, że jesteś taki 

jak on. 
 

- Nie chcę o tym rozmawiać. 

 

- Dobrze. Porozmawiamy, kiedy nie będziesz prowadził. 

 

- Powiedziałem ci, że nie chcę o nim rozmawiać. 

 

To był pewien sukces - przynajmniej Cole przyznał, że 

nie chce rozmawiać o „nim”, a nie o „tym”. Dixie postanowiła 
jednak   nie   drążyć   tematu,   póki   Cole   siedział   za   kierownicą, 
więc nie odezwała się. 
 

Cole również milczał. Cisza trwała do chwili, w której 

zauważyła, że droga, którą jadą, nie prowadzi do winnicy. 
 

- Dokąd prowadzi ta droga? 

 
 

-   Muszę   gdzieś   pojechać.   To   pozwala   mi   oczyścić 

umysł. 
 

- Masz jakiś cel, czy będziemy się tylko kręcić w kółko? 

 

- Jedziemy do mojej chaty. 

67

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

Cole   przez   całą   drogę   walczył   z   różnymi   emocjami   i 

myślami.   Kiedy   będzie   na   tyle   dorosły,   żeby   przestać   się 
przejmować obojętnością tego łajdaka? 
 

Przez większość czasu udawało mu się to. Ale dzisiaj, 

kiedy zobaczył go z kolejną kobietą. 
 

Przeszłość   jest   zamkniętą   księgą,   powiedział   sobie, 

zatrzymując samochód. Odłóż ją na półkę i nie wracaj do niej 
więcej. 
 

Chata z trzech stron otoczona była dębami i sosnami, ale 

pas   ziemi   od   strony   wejścia   nie   był   porośnięty   drzewami   i 
prowadził do krawędzi, za którą ziemia opadała stromo w dół. 
 

- Wejdź do środka - zwrócił się do Dixie, wysiadając z 

samochodu. - Ja narąbię trochę drewna. 
 

-   Och,   świetny   pomysł   -   odpowiedziała,   zatrzaskując 

drzwi. - Idź, pobaw się siekierą, póki jeszcze jesteś wściekły. 
Przygotuję bandaże. 
 

Rzucił jej krótkie spojrzenie i poszedł w stronę urwiska. 

 

Widok stamtąd zawsze poprawiał mu samopoczucie, ale 

dzisiaj   nawet   to   nie   pomogło.   Zatrzymał   się   o   krok   od 
stromizny i wsunął ręce w kieszenie. 
 

Dixie oczywiście poszła za nim. 

 

- Byłoby nam o wiele łatwiej, gdybyś rzeczywiście był

 

Sheilą. 

 

- Wiedziałem, że ta cisza jest zbyt piękna, żeby miała 

dłużej trwać. 
 

- Jeśli chciałeś ciszy, to powinieneś był przyjechać tutaj 

sam. 

68

background image

 

Dlaczego   tego   nie   zrobił?   Nie   miał   ochoty   na 

towarzystwo, a jednak nie przyszło mu do głowy, żeby odwieźć 
ją wcześniej do winnicy. 
 

-   Jeśli   chciałaś,   żebym  cię  gdzieś  podrzucił,   to  trzeba 

było powiedzieć. 
 

- Ja tylko stwierdzam fakty. Przywiozłeś mnie tutaj, więc 

teraz musisz mnie znosić. 
 

- Chcę pokazać ci chatę. - No właśnie. Wiedział już, z 

jakiego powodu ją tutaj przywiózł. - Ale chciałbym zostać na 
chwilę sam. 
 

-   Musisz   zrobić   coś   z   tym,   co   cię   gryzie.   Może 

spróbujmy o tym porozmawiać.  
 

- Nie jestem w nastroju na amatorską terapię. 

 

-  Wiesz,   ludzie  mówili,   a nawet  czasami  słuchali,  już 

wiele tysięcy lat przed tym, jak Freud nazwał to terapią. 
 

Rzucił jej niezadowolone spojrzenie. 

 

-   Nie   dasz   mi   spokoju,   prawda?   Musisz   węszyć   i   się 

wtrącać?   -   Ruszył   do   przodu   niespokojnym   krokiem,   a   ona 
poszła w ślad za nim. - Dlaczego wróciłaś, Dixie? 
 

- Wciąż mnie o to pytasz. 

 

Co się z nim, u diabła, działo? Planował, że przywiezie 

tu   Dixie   po   obiedzie,   ale   miał   na   myśli   raczej   przyjemne 
spędzenie   popołudnia   niż   sesję   rozgrzebującą   jego   najmniej 
miłe wspomnienia. 
 

- Zachowuję się jak idiota. Przepraszam. - Zmusił się do 

uśmiechu. 
 

- Nie rób tego. - Zatrzymała się. 

 

- Czego mam nie robić? Mam nie być uprzejmy? 

 

- Nie nakładaj dla mnie tej uśmiechniętej maski. 

 

- A jeśli nie robię tego dla ciebie? - rzucił. - Może robię 

to   dla   siebie,   żeby   przypomnieć   sobie,   że   wciąż   jestem 
cywilizowanym człowiekiem. 
 

Stała przed nim, wyprostowana, wpatrując się w niego 

69

background image

zwężonymi   oczami.   Boże,   kiedyś   kochał   sposób,   w   jaki 
stawiała mu czoło, nie ustępując ani na krok... Wziął głęboki 
oddech.   Niektórych   rzeczy   lepiej   było   zbyt   wyraźnie   nie 
pamiętać. 
 

- Przejdź się ze mną trochę, dobrze? 

 

- Dobrze. - To było wszystko, co powiedziała. 

 

Cole   ruszył   w   kierunku   jednej   ze   swoich   ulubionych 

ścieżek prowadzących na niewielką, nawet teraz zieloną, łąkę. 
 

Na wiosnę jest tam przecudnie, pomyślał. Dixie byłaby 

zachwycona widokiem kwitnących dzikich kwiatów. 
 

Ale przecież nie będzie jej tu na wiosnę... 

 

Wobec tego - carpe diem. Jeśli miał ją mieć tylko przez 

następny tydzień, powinien wykorzystać to do maksimum. 
 

- Jak ci się podoba moja chata? Nie pokazałem ci jej 

jeszcze w środku. 
 

- Bardzo mi się podoba. Ale spodziewałam się czegoś 

innego. 
 

- Czego? 

 

Ścieżka  była  zbyt  wąska,   żeby   mogli  iść  obok  siebie, 

więc   Dixie   szła   za   nim.   Nie   mógł   widzieć   jej   przekornego 
uśmiechu, ale słyszał go w jej głosie. 
 

- Czegoś bardziej wiejskiego. Dużo bardziej wiejskiego. 

 

Mówiłeś, że wiele prac wykonałeś samodzielnie.  

 

- Widzę, że nie masz zaufania do moich umiejętności 

stolarskich. 
 

- Nie wiedziałam, że umiesz odróżnić jeden koniec piły 

od drugiego. 
 

- Na początku nie umiałem - przyznał. - Ale jak ściana 

się zawaliła, to wziąłem kilka lekcji. 
 

Dixie roześmiała się. 

 

- Naprawdę się zawaliła? Która? 

 

Kiedy   opowiadał   jej   historię   swoich   prób 

wyremontowania chaty, poczuł ulgę. Będzie dobrze, jeżeli uda 

70

background image

mu się prowadzić rozmowę w lekkim tonie. 
 

Gdy znaleźli się na końcu ścieżki, rozpostarł się przed 

nimi widok na łąkę. Wyjście z cienia na słońce spowodowało, 
że serce zaczęło mu bić radośniej. To miejsce nie było ani duże, 
ani wyjątkowe. Było niewielkie i zupełnie zwyczajne, ale coś w 
jego kształcie sprawiało, że wydawało się, jakby słońce się tu 
zatrzymywało.   Mógłby   przysiąc,   że   rosnąca   tutaj   trawa   była 
trochę zieleńsza. 
 

- Och... - Dixie zatrzymała się kilka kroków za nim i 

obróciła się powoli wokół własnej osi. - To jest... perfekcyjnie 
piękne. 
 

Te słowa sprawiły mu przyjemność.  

 

- To jeden z powodów, dla których kupiłem tę ziemię. 

 

- Cudowne. - Stała nieruchomo, uśmiechając się, oświet-

lona przez łagodnie padające światło. Powiew wiatru rozwiał 
 

jej włosy i przycisnął cienki materiał niebieskiej sukienki 

do kobiecych kształtów. 
 

Spłynęło   na   niego   dziwne   uczucie   tęsknoty,   która 

sprawiła, że nagle poczuł się większy, lżejszy, pełen marzeń... 
 

- Cole? - Przechyliła głowę, przyglądając mu się. - Czy 

wszystko w porządku? 
 

- Chyba tak. 

 

Mylił   się.   Bardzo   się   mylił.   Nie   chciał   kilku   dni 

przyjacielskiego seksu bez zobowiązań. Chciał więcej. O wiele 
więcej. 
 

Podszedł powoli do niej. 

 

W jej oczach dostrzegł niepokój. 

 

- Co cię tak nagle zmieniło? 

 

- Ty. - Położył dłonie na jej ramionach, chłonąc ciepło. 

 

- Zawsze tak było. 

 

- Nie myślę, żeby to... 

 

- Bardzo dobrze. Nie myśl. - Przycisnął wargi do jej ust. 

 

Podskoczyła, ale on ledwie to zauważył. Dojrzały smak 

71

background image

jej   ust   zawrócił   mu   w   głowie   jak   ciężkie,   mocne   wino. 
Przycisnął ją do siebie i gładził dłońmi jej ciało, czując jego 
ciepło. 
 

Chciał więcej. Chciał, żeby nie odeszła, żeby nie mogła 

znów od niego odejść. Objął ją mocniej. 
 

Gdy tylko to zrobił, zaczęła z nim walczyć, odpychać go. 

 

Cole   puścił   ją   i   pozwolił   jej   się   odsunąć.   I   znowu. 

Znowu go to zabolało. 
 

Jej usta były wilgotne, włosy potargane, a oczy rzucały 

wściekłe błyskawice. 
 

- Nie zmusisz mnie. 

 

-   Zmusić?   -   rzucił   ze   złością.   Zaczęło   go   ogarniać 

poczucie winy. - To był tylko pocałunek! 
 

- To wszystko stało się zbyt nagle. 

 

Wykrzywił usta i poczuł, że budzi się w nim coś złego. 

 

- Dałaś mi wszelkie powody, żeby myśleć, że lubisz być 

całowana.   A   może   to   była   tylko   część   gry?   Lubisz   drażnić 
mężczyzn? 
 

- Nie wiem, o czym mówisz - syknęła. 

 

- Lubisz mężczyzn, prawda? Eli, Russ, ja - flirtujesz ze 

wszystkimi.   A   ja   jestem   tylko   jednym   z   twoich   licznych 
facetów, tak, Dixie? 
 

Odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku ścieżki. 

 

-   Jasne,   masz   rację.   Odejdź.   To   twoja   odpowiedź   na 

wszystko. 
 

Zatrzymała się i powoli odwróciła. 

 

- Ludzie, którzy odchodzą, nie mają u ciebie wysokich 

notowań, tak, Cole? A jedenaście lat temu to ja odeszłam. 
 

-   Pamiętam.   -   Bardzo   dobrze   to   pamiętał.   Nie   słowa, 

które padły podczas tamtej ostatniej kłótni, ale uczucia. Była 
wściekła, zraniona, a im większa była jej złość, tym on stawał 
się zimniejszy. - Zapomniałem o twoich urodzinach. A potem 
mnie zostawiłaś. 

72

background image

 

Wpatrywała się w niego przez chwilę. 

 

- Tak to pamiętasz? 

 

- Tak właśnie było. Pomyliły mi się daty i... 

 

- Odmówiłeś przeniesienia spotkania z klientem na inny 

dzień!   -   Podeszła   do   niego,   trzymając   dłonie   zaciśnięte   w 
pięści. - Mieliśmy randkę, ale ty zapomniałeś i umówiłeś się z 
klientem. Było mi przykro, że zapomniałeś, ale to nie dlatego 
odeszłam! 
 

- A więc dlaczego? - zapytał. - Powiedz mi dlaczego, bo 

pamiętam,   że   krzyczałaś,   że   jeśli   nie   pójdę   z   tobą,   tylko   z 
klientem, to mnie zostawisz. I to właśnie zrobiłaś! 
 

-   Mogłeś   przełożyć   kolację   z   nim   na   inny   wieczór, 

zamiast wystawiać mnie do wiatru! Byłam na ostatnim miejscu, 
jak   zwykłe.   Bez   przerwy   pokazywałeś   mi,   jakie   są   twoje 
priorytety   -   najpierw   biznes,   potem   rodzina,   a   ja   na   szarym 
końcu.   A   mimo   tego   nie   mogłeś   znieść,   kiedy   choćby 
uśmiechnęłam się do innego mężczyzny! 
 

Zacisnął usta. 

 

- Przez większość czasu uśmiechałaś się do wszystkich, 

tylko nie do mnie. Czy to takie dziwne, że nie byłem ciebie 
pewien? 
 

- Nie było cię, więc nie mogłam się do ciebie uśmiechać! 

 

Czekałam na telefon od ciebie, a jak już dzwoniłeś, to 

zawsze po to, żeby odwołać lunch albo kolację. Przez ostatni 
miesiąc,   kiedy   byliśmy   razem,   odwołałeś   prawie   wszystko, 
oprócz seksu - dodała gorzko. - Na to miałeś czas. 
 

Jej słowa odebrały mu głos. Po chwili zapytał cicho:

 

- Naprawdę tak myślałaś? Że chciałem od ciebie tylko 

seksu? 
 

Potrząsnęła lekko głową. 

 

- Chyba coś takiego właśnie ci wykrzyczałam. 

 

-   Ale   wtedy   oskarżaliśmy   się   nawzajem   o   najgorsze 

zbrodnie. Nie przypuszczałem, że naprawdę tak sądzisz. 

73

background image

 

- Za to ja byłam pewna, że ty mówisz właśnie to, co 

myślisz. Nie krzyczałeś. Mówiłeś spokojnie i zimno, tak jakbyś 
dokładnie przemyślał wszystko, co chciałeś powiedzieć. 
 

- Nie wiedziałem, co mówię. Byłem przerażony. 

 

- Ty? - Uniosła brwi w górę. 

 

- Tak. Traciłem cię i zdawałem sobie z tego sprawę. - 

 

Tak naprawdę nigdy nie wierzył, że uda mu się ją na siłę 

zatrzymać przy sobie, a jednak to robił. - Kupiłem pierścionek. 
 

Te słowa po prostu mu się wyrwały. Do diabła, nigdy nie 

chciał,   żeby   o   tym   wiedziała.   Nie   chciał,   żeby   ktokolwiek 
wiedział, jak strasznym był durniem. 
 

Jej oczy nagle zrobiły się ogromne, dwa razy większe 

niż zazwyczaj. 
 

- Pierścionek? - szepnęła. 

 

- Chciałem poprosić cię o rękę w twoje urodziny. 

 

Zamknęła oczy i przyłożyła rękę do piersi, jakby ją coś 

zabolało. 
 

- Chwileczkę. Ty... To coś zupełnie nowego. - Odeszła 

kilka kroków i stała tam, wpatrując się w przeszłość. - 
 

Gdybym wiedziała... 

 

-   To   może   byś   nie   odeszła.   A   to   -   dodał   z   bolesną 

szczerością - byłby pewnie błąd. Chciałem cię zatrzymać, ale 
nie miałem zamiaru się zmieniać. Nie wiedziałem wtedy, jak to 
zrobić. Unieszczęśliwilibyśmy się nawzajem. 
 

Spojrzała na niego. 

 

- Byłam pewna, że zadzwonisz. Czekałam tygodniami, 

aż zadzwonisz i powiesz, że się myliłeś i chcesz być ze mną. 
 

- A ja liczyłem, że to ty zadzwonisz i mnie przeprosisz. 

 

Dałem ci miesiąc. Pamiętasz, że miałem wtedy obsesję 

na   punkcie   testów.   Po   upływie   miesiąca   stwierdziłem,   że 
oblałaś   egzamin.   Wyrzuciłem   pierścionek   do   najgłębszego 
wąwozu w okolicy. To było bardzo dramatyczne. 
 

Potrząsnęła   głową   i   na   usta   wypłynął   jej   smutny 

74

background image

uśmiech. 
 

- Boże, miej w opiece młodych. 

 

- Młodych i głupich - zgodził się. - Nas obydwoje. Nagle 

się roześmiała. 
 

-   Obydwoje   byliśmy   strasznie   uparci.   Czekaliśmy,   aż 

drugie zadzwoni... 
 

- Wyzna swoje grzechy... 

 

- I wróci na kolanach. - Uśmiechnęła się. - Przyznaj się, 

że ty też tego chciałeś. 
 

- Pewnie. - Dopóki nie wyrzucił pierścionka, który tak 

dużo dla niego znaczył... i tak mało zarazem. Potem postanowił 
o niej zapomnieć.  
 

Nie udało mu się to. 

 

Przez chwilę patrzyli na siebie, pozwalając przeszłości 

powrócić. Cole zaczął dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie 
widział. 
 

-   Przesadziłem.   Nie   powinienem   był   zmuszać   cię   do 

pocałunku, którego nie chciałaś. 
 

- Chciałam - powiedziała cicho. - Ale przestraszyłam się. 

 

- Boże, nigdy nie chciałem... 

 

- Oczywiście, że nie - powiedziała szybko. - Gdybym ci 

powiedziała... Ale nie lubię się przyznawać, że się czegoś boję. 
 

Pamiętała jednak o tym jednym razie, kiedy tak bardzo 

się   bała.   O   tym,   o   którym   mu   opowiedziała   i   o   którym 
obydwoje dobrze wiedzieli. 
 

Miała osiem lat, kiedy zmarł jej ojciec, piętnaście, kiedy 

jej matka ponownie się zaręczyła. Helen McCord wierzyła, że 
znalazła   mężczyznę,   który   przez   resztę   życia   będzie   się 
troszczył o nią i o jej córką. Dixie nie lubiła go, ale ze względu 
na  matkę  nic  nie  mówiła.   Właśnie  zamieszkali  razem,   kiedy 
stan  zdrowia   Helen  nagle  się   pogorszył.   Musiała   się   poddać 
operacji serca i zostawiła córkę w domu, pewna, że mężczyzna, 
którego kocha, zaopiekuje się nią.  

75

background image

 

Dzień   po   operacji   ten   człowiek   przyszedł   do   sypialni 

Dixie. Udało jej się uciec, a ten łajdak chyba do dziś ma na 
czole   bliznę,   którą   mu   zostawiła.   Nie   powiedziała   o   niczym 
matce, dopóki nie skończyła się rehabilitacja. 
 

To   było   typowe   dla   Dixie.   Godne   podziwu.   Ale 

jednocześnie   potwierdzało   wszystkie   jego   wątpliwości   co   do 
tego, czy ona jest w stanie związać się z jednym mężczyzną. 
 

Życie nauczyło ją, żeby nie ufać mężczyznom i polegać 

tylko na sobie. 
 

- To nie ciebie się bałam - powiedziała w końcu Dixie. 

 

- Nie ciebie. 

 

-   Rozumiem.   -   Skinął   potakująco.   -   Czy   mogę   teraz 

pokazać ci dom? 
 

Potrząsnęła głową. 

 

-   Chciałabym   go   zobaczyć,   ale   nie   dzisiaj.   W   ciągu 

ostatnich kilku minut dużo się między nami wydarzyło i nie 
chciałabym znaleźć się w twoim łóżku przez przypadek. 
 

Serce zabiło mu mocniej. 

 

- Więc wracamy? 

 

Uśmiechnęła się, podeszła do niego i podała mu rękę. 

 

Miło było jej dotykać. Po chwili powiedział:

 

- To chyba oznacza, że muszę przełożyć na kiedy indziej 

gorący seks, który planowałem na dzisiejsze popołudnie. 
 

Zaśmiała się, ale w jej głosie słychać było lekkie drżenie. 

 

- Chyba tak. 

 

Przełożyć,   pomyślał.   Co   za   cudowne   słowo.   A   przez 

chwilę wyglądało, jakby znów miał ją stracić. Wrócili w ciszy, 
takiej samej jak ta, w której szli w kierunku polany, a jednak 
zupełnie innej. 

76

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

Zadziwiająco łatwo było podtrzymywać lekką rozmowę 

w drodze powrotnej do winnicy. Może, pomyślała Dixie, przez 
tę głupią nadzieję, która powróciła, mieszając jej w głowie i 
wywołując niebezpieczne myśli. 
 

Przypomniała sobie, że tak naprawdę niczego nie ustalili. 

 

A   przynajmniej   ona   nie   miała   takiego   wrażenia.   Cole 

zburzył kilka jej przekonań o przeszłości, co spowodowało, że 
nagle znalazła się w zupełnie innej teraźniejszości. 
 

Kupił jej pierścionek. Miał zamiar poprosić ją o rękę. 

 

Co   by   było,   gdyby   zabrał   ją   na   kolację   w   dniu   jej 

urodzin? Czy powiedziałaby: tak? 
 

Nie wiedziała. Ta świadomość niepokoiła ją bardziej niż 

wszystko inne, czego się dzisiaj dowiedziała. Przez lata była 
przekonana,   że   to   ona   była   głęboko   zakochana,   że   to   ona 
bardziej cierpiała z powodu tego, że ich związku nie dało się 
naprawić. Teraz dowiedziała się, że Cole był gotów związać się 
z nią na całe życie. A ona nie była pewna, czy powiedziałaby 
mu „tak”. 
 

Czy nie powinna tego wiedzieć? Dlaczego, skoro była w 

nim tak zakochana, nigdy nie myślała o małżeństwie? 
 

Dixie nie mogła znaleźć odpowiedzi na te pytania. Może 

trudno było zobaczyć przeszłość przez pryzmat teraźniejszości. 
Zresztą kobiety, która kochała Colea przez to krótkie szalone 
lato, już nie było. A kobieta, która je pamiętała, siedziała teraz 
obok mężczyzny, który pociągał ją w zupełnie inny sposób. 
 

Kiedy   dotarli   do   winnicy,   niebo   zaczęło   grzmieć   zza 

napęczniałych deszczem, ciężkich chmur. Dixie zobaczyła na 

77

background image

podjeździe dwa nieznane samochody i jęknęła. 
 

- Zupełnie zapomniałam o dzisiejszej kolacji. Mam się 

przebrać? Nie, już nie zdążę. - Spojrzała na zegarek i otworzyła 
torebkę, mając nadzieję, że nie zapomniała szminki. 
 

Cole uśmiechnął się. 

 

-   Jeśli   powiem,   że   dobrze   wyglądasz,   to   uznasz,   że 

jestem miły, czy kompletnie niewrażliwy?  
 

- Szczery, mam nadzieję. - Nie mogła znaleźć szminki. 

 

Skrzywiła się i wyjęła szczotkę. 

 

Cole   wysiadł   z   samochodu,   okrążył   go   i   otworzył   jej 

drzwi. Dixie skończyła się czesać, wrzuciła szczotkę do torebki 
i również wysiadła. Cole wziął jej obie dłonie, podniósł do ust i 
pocałował. 
 

- Słowo „dobrze” nawet w połowie nie oddaje tego, jak 

wyglądasz   -   powiedział   cicho.   -   Tylko   nie   wiem,   jak   ci   to 
powiedzieć. 
 

Zaczerwieniła się. 

 

- Spróbuj. 

 

Przymknął łobuzersko jedno oko. 

 

-   Mógłbym   powiedzieć,   że   wyglądasz   jak   senne 

marzenie nastolatka. 
 

Roześmiała się i cofnęła dłonie. 

 

- Nie, nie możesz mówić takich rzeczy, kiedy idziemy na 

kolację z twoją rodziną. - Rzuciła mu przewrotne spojrzenie. 
 

- Ale możesz tak myśleć. 

 

- Tak właśnie myślę - zapewnił ją, kiedy szli w stronę 

drzwi. 
 

W salonie było dużo zdenerwowanych ludzi. Jednym z 

nich   był   mężczyzna,   którego   Dixie   widziała   już   dwa   razy, 
ostatni raz w restauracji. 
 

Zdziwiona zatrzymała się kilka kroków za drzwiami. 

 

Cokolwiek   on   tutaj   robił,   nikt   nie   wyglądał   na 

zadowolonego z jego obecności. 

78

background image

 

Mercedes   stała   obok   sofy   ze   swoim   aktualnym 

narzeczonym, Craigiem Bradfordem, i wyglądała na kompletnie 
osłupiałą. Jej siostra, Jillian, siedziała na kanapie, wpatrując się 
w nieznajomego i potrząsając powoli głową. W 
 

pobliżu   nieznajomego   stał   Eli.   Był   wściekły.   Na 

pierwszy rzut oka nie było tego widać, ale Dixie przyjrzała się 
dobrze   jego   twarzy,   kiedy   go   rysowała.   Teraz   wyraźnie 
widziała zaciśnięte mięśnie szczęki i płonące gniewem zielone 
oczy. 
 

Wszystkie dzieci Spencera Ashtona miały zielone oczy... 

 

Dixie   otworzyła   usta   z   niedowierzaniem   na   tę 

nieprawdopodobną myśl. Spojrzała na nieznajomego. 
 

-   Co   się   dzieje?   -   zapytał   Cole   ostrym   tonem.   Eli 

odwrócił się gwałtownie w jego stronę. 
 

- Pozwól, że ci kogoś przedstawię. To jest Grant Ashton. 

 

Twój starszy brat. 

 

-   A   przynajmniej   tak   mówi   -   dodała   Merry 

pozbawionym emocji głosem. 
 

Tak, pomyślała Dixie. Tak, kształt głowy był taki sam.  

 

Oczy też. Widziała podobieństwo już tego dnia, kiedy 

zobaczyła   go   przed   domem,   ale   nigdy   nie   przyszło   jej   do 
głowy... 
 

- Co u diabła...? - Cole patrzył raz na jednego, raz na 

drugiego. 
 

- Wiem, że to musi być dla was szok. Przykro mi z tego 

powodu - powiedział nieznajomy. 
 

Cole podszedł krok bliżej z nieprzeniknioną twarzą. 

 

- Mam nadzieję, że masz na to jakieś dowody. 

 

-   Ma.   -   Caroline   Ashton   stała   w   drzwiach   do   kuchni 

blada, ale opanowana. - Pokazał mi świadectwo ślubu swoich 
rodziców. 
 

- Rozmawiałaś z nim? - Eli skrzywił się. Skinęła głową. 

 

- Wszystko w porządku? - Jillian podeszła do matki. 

79

background image

 

- Tak - uśmiechnęła się Caroline. 

 

- Nie chciałem o tym mówić, dopóki pani nie wróci - 

 

powiedział   Grant   -   ale   pani   córka   znalazła   mnie 

czekającego   na   werandzie   i   nalegała,   żebym   dołączył   do 
rodziny w salonie. 
 

Potem pani syn zapytał, jak się nazywam, i nie chciałem 

kłamać. 
 

-   Oczywiście,   że   nie.   A   kiedy   powiedziałeś   już,   że 

nazywasz się Ashton, musiałeś opowiedzieć im resztę.  
 

- Jaką resztę? - zapytał Cole. 

 

Grant spojrzał mu spokojnie w oczy. 

 

- Moi rodzice pobrali się młodo, ponieważ matka była w 

ciąży. Do niedawna myślałem,  że ojciec zmarł,  kiedy byłem 
dzieckiem. Okazało się jednak, że odszedł, zostawiając moją 
matkę samą ze mną i moją siostrą. - Zamilkł na chwilę. 
 

- Mój ojciec nazywa się Spencer Ashton. 

 

Nikt   się   nie   odezwał   ani   nie   poruszył.   Potem   ostry 

wybuch śmiechu Gole’a przerwał ciszę. 
 

- Łajdak wcześnie zaczął, prawda? 

 

Caroline nalegała, żeby Grant został z nimi na kolacji. 

To był dziwny wieczór. 
 

Atmosfera przy stole nie należała do najweselszych. 

 

Jillian,   zawsze   wrażliwa   na   nastroje   innych,   siedziała 

spięta. 
 

Merry była zatopiona w myślach i prawie w ogóle się nie 

odzywała, tak samo jak Eli. Cole za to mówił za dużo. 
 

Dowiedzieli   się,   że   Grant   pochodzi   z   Crawley   w 

Nebrasce.   Ma   tam   farmę,   którą   w   czasie   jego   nieobecności 
zajmuje   się   jego   siostrzeniec.   Nigdy   się   nie   ożenił,   ale 
wychowywał siostrzeńca i siostrzenicę. 
 

-   Widziałem   cię   w   restauracji   -   powiedział   Cole.   - 

Próbowałeś porozmawiać ze Spencerem?  
 

Grant skinął głową i posmarował bułkę masłem. 

80

background image

 

-   Jak   rozumiem,   uważasz,   że   jest   ci   coś   winien.   Czy 

liczysz na to, że... 
 

- Cole! - powiedziała ostro Caroline. - Wystarczy! 

 

- Dla waszej wiadomości - powiedział spokojnie Grant - 

 

całkiem nieźle sobie radzę finansowo. Nie chcę niczego 

od niego. Ani od was. 
 

Dixie uśmiechnęła się do niego z aprobatą. 

 

-   Dla   twojej   wiadomości,   Cole   nie   zawsze   jest   takim 

dupkiem. Zdarza mu się to, ale rzadko. 
 

Mercedes zdusiła chichot. Cole odwrócił się do Dixie. 

 

- Dziękuję - powiedział sucho - za twoje bezwarunkowe 

poparcie. 
 

-   Przyjaciele   nie   pozwalają   przyjaciołom   opowiadać 

głupot,   zwłaszcza   kiedy   siedzą   przy   kolacji   zorganizowanej 
przez ich matkę. Może porozmawiamy o czymś neutralnym? 
 

Religia, polityka? 

 

Niespodziewanie to Craig przyszedł jej z pomocą. 

 

-   A   co   powiecie   na   sport?   Nie   widziałem   meczu   w 

ostatni poniedziałek, ale słyszałem, że był naprawdę niezły. 
 

Lucas podjął temat i udało im się przetrwać do deseru. 

 

Dixie   zauważyła,   że   Craig   miał   co   najmniej   jedną 

niezaprzeczalną zaletę - potrafił się znaleźć w towarzystwie. 
 

Kilka   razy   podczas   tego   niekończącego   się   posiłku 

pomógł  jej podtrzymywać rozmowę.   Może to  dlatego  Merry 
była z nim już tak długo. Był przystojny, świetnie się z nim 
rozmawiało i nie miał żadnych widocznych wad. 
 

Dixie obiecała sobie, że porozmawia z Merry, gdy tylko 

znajdzie   czas.   Jednak   nie   dzisiaj.   Musieli   jeszcze   przebrnąć 
przez resztę wieczoru. 
 

Martwiła   się   o   Cole’a.   Starał   się   być   uprzejmy,   ale 

gniew, który się w nim gotował, musiał w końcu znaleźć ujście. 
Niestety w tej chwili nie mogła nic zrobić. 
 

Kiedy   przenieśli   się   do   salonu,   atmosfera   nadal   była 

81

background image

napięta.   Caroline   i   Lucas   podeszli   do   Cole’a   i   zaczęli 
rozmawiać z nim o nowym winie. Eli rozmawiał z Grantem o 
uprawie   ziemi,   Mercedes   przysłuchiwała   się   ich   dyskusji,   a 
Jillian wyszła na chwilę z pokoju. 
 

Dixie została więc z Craigiem. Rozmawiali przez chwilę 

o niczym, po czym Dixie podziękowała mu za pomoc w czasie 
kolacji. 
 

- Cieszę się, że mogłem coś zrobić. - Podszedł do niej 

bliżej i ściszył głos. - Mercedes ma jakiś problem ze swoim 
ojcem.   Podziwiam   sposób,   w   jaki   udało   ci   się   załagodzić 
sprawę. 
 

- Mhm. - Ten palant próbował zajrzeć jej w dekolt. 

 

Zmarszczyła brwi i odsunęła się trochę. - Wszyscy mają 

problem ze Spencerem i to nie bez powodu. 
 

Craig skinął z powagą głową. 

 

-   Na   pewno   zmartwiła   ich   wiadomość,   że   wcześniej 

zostawił jeszcze inną rodzinę. 
 

- To nie była wina Granta, ale trudno nie łączyć posłańca 

z wiadomością. 
 

-   Ja   mam   szczęście   -   powiedział.   -   Mój   ojciec   i   ja 

świetnie  się  dogadujemy.   Czy  planujesz  zostać  w  Kalifornii, 
Dixie? Mam nadzieję, że tak. 
 

Jasne. 

 

- Być może. 

 

- Chciałem ci powiedzieć, jak bardzo podziwiam twoją 

pracę. - Jego głos stał się nagle pieszczotliwy. - Jestem tylko 
biznesmenem   bez   wyobraźni,   ale   podziwiam   artystów.   Są 
tacy... niekonwencjonalni. Chciałbym cię bliżej poznać. 
 

Dixie milczała przez chwilę. 

 

- Czy uważasz, że to w porządku podrywać mnie, kiedy 

Mercedes jest w tym samym pokoju? 
 

Craig uśmiechnął się i zaczął się bawić jej włosami.  

 

- Mercedes i ja dobrze się rozumiemy. Ja cię lubię, ona 

82

background image

cię lubi. Komu to może zaszkodzić? 
 

-   Tobie.   Uważaj,   po   twojej   lewej.   Zamrugał, 

zdezorientowany. 
 

- Co? 

 

Cole podszedł i wyjął kieliszek z ręki Craiga. 

 

- Przykro nam, że musisz wyjść tak wcześnie, Bradford. 

 

-   Błysk  w  jego  oku  wskazywał  jednak  na  coś  wprost 

przeciwnego. 
 

- Nie muszę... 

 

- Owszem, musisz. - Cole chwycił Craiga jedną ręką za 

łokieć i podał kieliszek Dixie. - Odprowadzę cię do drzwi. 
 

Craig może nie był najbystrzejszy, ale nie był też na tyle 

głupi, żeby próbować protestować albo strząsnąć rękę Colea. 
 

Dixie   złapała   spojrzenie   Mercedes.   Merry   wzruszyła 

ramionami   przepraszająco,   co   strasznie   zirytowało   Dixie.   Jej 
przyjaciółka nie powinna przepraszać za tego palanta. 
 

Powinna go rzucić. 

 

Zdecydowanie musiały porozmawiać. 

 

Cole wrócił sam. Nie wyglądał na zadowolonego. 

 

Przypominał raczej wulkan tuż przed erupcją. Spojrzał 

na nią płonącym wzrokiem i rzucił: 
 

- Nie powinnaś była flirtować z tym idiotą. 

 

- Uspokój się - powiedział Eli. - Dixie nic nie zrobiła. 

 

Cole obrócił się gwałtownie. 

 

- Nie wtrącaj się. 

 

- Dobrze - powiedziała Dixie, biorąc Colea za ramię. - 

Wystarczy. Próbowałeś. Naprawdę próbowałeś, ale nic z tego. 
 

- Uśmiechnęła się do wszystkich w pokoju. - Przykro mi, 

że tak wpadliśmy jak po ogień, ale ja i Cole musimy pobiegać, 
albo narąbać trochę drzewa, albo coś w tym stylu. 
 

- Przecież leje jak z cebra! - zaprotestował Lucas. 

 

- No to sobie popływamy. Chodź - powiedziała, ciągnąc 

Cole’a za ramię.   -  Twoja matka nie chce,  żebyś  się  pobił z 

83

background image

bratem w jej salonie. Z żadnym z braci. 
 

Cole   wpatrywał   się   w   nią   przez   chwilę   zwężonymi 

oczami. Potem skłonił głowę, strząsnął jej rękę i ruszył w stronę 
drzwi. Otworzył je i spojrzał przez ramię. 
 

- Idziesz czy nie? 

 

- Proponuję wziąć płaszcze - odpowiedziała, zaglądając 

do   szafy   Nie   miała   swojego,   wzięła   więc   płaszcz 
przeciwdeszczowy Merry. Colebwi rzuciła jego wiatrówkę. 
 

Włożył ją szybko i razem wyszli na deszcz. 

84

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

 
 

Na   zachodzie   słońce   chowało   się   za   horyzontem,   ale 

widok   ten   przesłaniały   ciężkie   chmury.   Nie   było   wiatru,   ale 
padający deszcz był zimny. Dixie zapięła pożyczony płaszcz i 
pogodziła się w myślach z mokrymi włosami i zniszczonymi 
butami. Cole ruszył w kierunku winnic. 
 

Szli obok siebie, nie dotykając się. W połowie drogi do 

gaju oliwnego Cole nagle się odezwał:
 

- Przepraszam. Nie flirtowałaś z nim. 

 

- Nie, nie flirtowałam. To nie na mnie jesteś wściekły. 

 

-   Nie   wiem,   co   jest   ze  mną   nie   tak.   -   Zatrzymał   się, 

wcisnął ręce w kieszenie i podniósł twarz w górę, pozwalając, 
żeby deszcz po niej spływał. Po chwili potrząsnął głową jak 
otrzepujący   się   pies   i   ruszył   dalej.   -   Wściekałem   się   dzisiaj 
przez cały dzień, zupełnie bez powodu. 
 

- Nienawidzisz swojego ojca, a dzisiaj przypomniano ci 

o jego istnieniu. 
 

- Przestałem o tym myśleć już wiele lat temu. Lucas był 

 

dla mnie bardzo dobrym ojcem. 

 

-   Upychanie   wszystkiego   do   skrzyni   z   napisem 

„przeszłość” nie gwarantuje powodzenia. Wieko zawsze może 
się uchylić.  
 

Roześmiał się ostro i krótko. 

 

- To prawda. I wtedy zaczynają wychodzić potwory. A 

jest ich całkiem sporo. 
 

- Mówisz o sobie czy o swoim ojcu? 

 

- Na razie skupmy się na nim. Ukradł dziedzictwo mojej 

matki. 

85

background image

 

To była kradzież, która uczyniła ze Spencera bogatego 

człowieka.   Ojciec   Caroline   należał   do   starej   szkoły   i   nie 
wierzył, że kobieta może samodzielnie prowadzić firmę. 
 

Zostawił swoje udziały w Lattimer Gorporation zięciowi, 

a niecały rok później Spencer zostawił Caroline. 
 

- Myślałam, że nie chcesz żadnych udziałów w Lattimer 

Corporation. 
 

- Teraz nie chcę. Nie po takim czasie. Nie chcę żadnej 

cholernej   rzeczy,   która   należy   do   niego.   Dopiero   w   trakcie 
rozwodu pokazał, jaki jest naprawdę - stwierdził gorzko Cole. 
 

- Co się stało? 

 

- Zabrał wszystko, co zostało. Pieniądze, ziemię... 

 

Wszystko z wyjątkiem The Vines. 

 

- Ale w jaki sposób? Jak sędzia mógł mu to przyznać? 

 

- A jak myślisz? Kłamstwa, groźby i oszustwa. 

 

Powiedział mamie, że zabierze nas, jeśli będzie z nim 

walczyć. Miał świadków na to, że brała narkotyki. 
 

- Boże - mruknęła. 

 

Cole milczał przez chwilę, po czym wybuchł. 

 

- Jak on może to robić? Czy wszyscy ludzie są dla niego 

jak   ubrania?   Znudzisz   się   jedną   koszulą,   to   po   prostu   ją 
wyrzucasz! On nudzi się rodziną i wyrzuca. Przestaje w ogóle 
dla niego istnieć. 
 

Dixie   pomyślała,   że   Spencer   Ashton   był   typowym 

narcyzem. Inni ludzie nie byli dla niego prawdziwi, byli tylko 
echem albo odbiciem jego własnego ego. 
 

- Jaki był, kiedy byłeś mały? 

 

-   Myślałem,   że   mnie   lubi   -   prychnął   Cole.   -   To   była 

głupota,   ale...   czasami   naprawdę   był   wspaniały.   Burzył   mi 
włosy, kiedy przynosiłem dobre stopnie, i mówił: „Tak trzymaj, 
mały”. Ale on lubił wygrywanie, nie mnie. 
 

- Trudno było go zadowolić? 

 

- Raczej było trudno przewidzieć, co zrobi. Jeśli coś mu 

86

background image

nie szło, to wszyscy trzymaliśmy się od niego z daleka, Ale 
czasami   potrafił   naprawdę   się   postarać.   Na   przykład   na 
urodziny.   Lubił   urządzać   przyjęcia.   Kiedy   skończyłem   sześć 
lat, zorganizował klaunów, balony, kucyki i piknik. 
 

Ledwo słyszalna nuta tęsknoty w jego głosie złapała ją 

za serce. 
 

-   Czy   myślisz,   że   te   przyjęcia   były   tylko   sposobem 

podkreślania jego wizerunku? 
 

Wzruszył ramionami. 

 

- Oczywiście, że chodziło bardziej o niego niż o mnie, 

ale jako dziecko nie widziałem tego. Kiedy nie przychodził do 
szkoły na wywiadówki, myślałem, że tacy ważni ludzie jak on 
są zawsze zajęci. 
 

Zamilkł. Dixie szła obok niego, próbując nie ślizgać się 

w   swoich   butach   na   gładkiej   podeszwie.   Włosy   leżały   jej 
mokrymi   pasmami   na   karku,   a   woda   spływała   za   kołnierz 
płaszcza. 
 

Dotarli do małego gaju oliwnego. Było tu ciemniej, ale 

drzewa dawały pewne schronienie. Zatrzymała się. 
 

-   A   kiedy   odszedł?   Dzieci   często   winią   siebie   za 

rozstanie rodziców. 
 

- Nie pamiętam, żebym siebie winił, ale... - nie patrzył na 

nią - miałaś rację, mówiąc, że go nienawidzę. Chociaż dopóki 
był, próbowałem być taki jak on. 
 

- Byłeś dzieckiem. Chciałeś zadowolić swojego ojca, a 

jedyną rzeczą, która zadowala narcyza, jest jego własne odbicie.
 

- A ja zrobiłem z siebie cholernie dobre odbicie, czyż nie 

tak? 
 

-   Nie!   -   Chwyciła   go   za   ramię   i   zmusiła,   żeby   się 

odwrócił i spojrzał na nią. - Skąd ci przyszło do głowy, że jesteś 
taki jak on? 
 

- Poza tym, że widzę go za każdym razem, kiedy patrzę 

w lustro? - Deszcz spływał mu po twarzy, jakby niebo nad nim 

87

background image

płakało.   -   Daj   spokój,   Dixie.   Poświęciłem   całe   lata   na 
rozbudowanie Louret, żeby udowodnić temu łajdakowi, że go 
nie potrzebujemy. Że jestem od niego lepszy w jedynej rzeczy, 
która ma dla niego znaczenie - w zarabianiu pieniędzy. 
 

- To prawda, że jesteś ambitny. Ale nie wykorzystujesz 

ludzi. Nigdy nie odsuwasz kogoś w taki sposób, w jaki on to 
robi. 
 

- Zostawiłaś mnie, ponieważ byłem taki jak on. 

 

Dixie   wstrzymała   oddech,   czując   nagły   ból.   Czy   to 

właśnie   myślał?   Czy   przez   te   wszystkie   lata   wierzył,   że   jej 
odejście dowodziło, że jest taki jak ojciec? 
 

- Cole. - Wyciągnęła obie dłonie i dotknęła jego twarzy, 

mrugając, żeby powstrzymać łzy. - Ty głuptasie. 
 

Wzrokiem szukał jej twarzy. Było ciemno, ale jego usta 

odnalazły jej wargi.  
 

Pocałunek   był   delikatny,   powolny   i   niewymownie 

poruszający. Przesunął ustami po jej policzku. 
 

- Jesteś zimna. 

 

- Nie żartuj. - To nie z powodu zimna drżała. Objął ją 

ramionami i przytulił mocno. 
 

-   Teraz   cieplej?   -   wyszeptał   jej   do   ucha,   po   czym 

pocałował w szyję. 
 

Było   jej   zimno,   była   kompletnie   przemoczona,   a   jej 

serce biło tak mocno, że prawie słyszała, jak uderza o żebra. 
Czy to był strach? Podniecenie? Radość? 
 

Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Położyła dłonie na 

jego piersi. 
 

- Jeszcze nie teraz - szepnęła. - Próbuj dalej. 

 

Tym razem pocałował ją bardziej zdecydowanie. Objął 

ją mocno, unieruchamiając jej ręce przyciśnięte do jego klatki 
piersiowej.   Uwolniła   je,   czując   potrzebę   dotykania   go,   i 
wsunęła dłonie pod marynarkę. Jego ciało było twarde i gorące 
i Dixie poczuła nagły przypływ pożądania. 

88

background image

 

Cole musiał czuć to samo. Zaczął gorączkowo rozpinać 

guziki   jej  płaszcza   i   wydał   z   siebie   jęk   frustracji,   kiedy   nie 
udawało mu się zrobić tego wystarczająco szybko. Wtedy po 
prostu szarpnął materiał i wszystkie guziki poleciały w błoto 
pod ich nogami. Jego ręce znalazły się na jej ciele, dotykały 
pleców i piersi. 
 

Dixie miała wrażenie, że jego pieszczoty doprowadzą ją 

za chwilę do szaleństwa. 
 

Cole przesunął dłonie w dół, na talię, po czym objął jej 

pośladki, przyciągając ją do siebie. Nagle pociągnął ją w dół na 
zimną,   wilgotną   i   pachnącą   deszczem   ziemię.   Oparł   się   na 
rękach i przysunął twarz do jej twarzy, ogrzewając oddechem 
jej policzek. 
 

-   Dixie   -   wyszeptał.   Tylko   to.   Tylko   jej   imię.   Przez 

chwilę obydwoje leżeli nieruchomo, przyciśnięci do siebie. 
 

Przytuleni. 

 

Jednak tego pożądania nie sposób było zatrzymać. Dixie 

uniosła   biodra   w   górę.   Cole   jedną   ręką   podsunął   w   górę 
sukienkę, a drugą wsunął pomiędzy jej uda. Zadrżała, czując 
jego pierwszy dotyk. 
 

- Teraz? - zapytał. - Teraz, Dixie? 

 

- Tak. 

 

Zdjął jej majtki i rzucił na bok. Sięgnęła do suwaka jego 

spodni, ale jego ręka już tam była, zsuwając spodnie. Jęknęła 
zdesperowana   i   jednym   ruchem   wypchnęła   biodra   w   górę, 
pozwalając mu w siebie wejść.  
 

Cole szepnął coś, ale deszcz i burza, która w niej szalała, 

sprawiły, że nie usłyszała. Powoli wycofał się i powoli wszedł 
w   nią   ponownie.   Cały   jej  świat   ograniczył   się   do   tej   jednej 
chwili,   do   uczucia   chłodu   na   plecach,   deszczu   na   twarzy, 
zapachu ziemi i Cole’a, który znów ją wypełniał. 
 

Położyła   ręce   na   jego   biodrach   i   przytrzymała   go, 

pragnąc, aby czas się zatrzymał i mogli tak trwać wiecznie. 

89

background image

 

Jednak   czas   i   pożądanie   ich   ciał   pokonały   ją.   Czując 

nagłą potrzebę, zaczęła poruszać biodrami i Cole odpowiedział 
na jej pragnienie, wchodząc w nią coraz głębiej i mocniej, coraz 
szybciej,   wciskając   ją   w   mokrą   ziemię   do   chwili,   w   której 
krzyknęła z rozkoszy, wbijając paznokcie w jego ramiona, a on 
dołączył do niej, wykrzykując jej imię. 
 

Powoli dochodziła do siebie. Czuła, jak kamień wbija jej 

się w lewy pośladek. Cole leżał na niej, ciężko oddychając. 
 

Nie należał do najlżejszych. Spódnicę miała podwiniętą 

do pasa, była mokra, ubłocona i było jej zimno. 
 

I uśmiechała się. Po chwili zaczęła chichotać. 

 

Cole jęknął i oparł się na łokciach, spoglądając w dół na 

jej twarz. 
 

- Co? 

 

W   odpowiedzi   wbiła   paznokcie   w   błotnistą   maź   i 

umazała mu nos. 
 

Nie poruszył się, nic nie powiedział. Potem przetoczył 

się na plecy, na mokrą ziemię, śmiejąc się na całe gardło. 
 

- Nie mogę uwierzyć, że ja... że my... 

 

- I do tego w błocie! - Chichot zmienił się w serdeczny 

śmiech. - Obydwoje w błocie! 
 

- Tak! - Śmiał się tak bardzo, że musiał się złapać za 

brzuch. - To takie romantyczne, takie... - Oparł się na łokciu i 
pocałował ją. - To gorzej, niż mieć brudne myśli. 
 

Roześmiała się. Czuła się wspaniale. 

 

- Chodź, mój błotnisty partnerze w pożądaniu. - Wstał, 

zapiął suwak spodni i wyciągnął rękę. - Schowajmy się gdzieś i 
ogrzejmy. 
 

- Moje majtki - powiedziała, podając mu rękę i wstając. - 

 

I mój but - dodała, dopiero zauważając, że spadł jej z 

nogi. 
 

Na szczęście but leżał niedaleko. Cole podał go jej, nisko 

się kłaniając. 

90

background image

 

- Niestety, jest już ciemno. Obawiam się, że twoje majtki 

zaginęły w akcji - powiedział. 
 

- Musimy je znaleźć - nalegała. - Inaczej zrobi to ktoś 

inny. 
 

- Nikt się nie domyśli do kogo należą.  

 

-   Od   razu   czuję   się   lepiej   -   powiedziała   z   lekkim 

przekąsem, ale w głębi duszy wiedziała, że Cole ma rację. 
 

Nigdy nie uda im się ich odnaleźć w tych ciemnościach. 

 

Objęła go w pasie, a on położył rękę na jej ramionach i 

ruszyli z powrotem. 
 

- Muszę kupić Merry nowy płaszcz. Ten jest kompletnie 

zniszczony. 
 

-   Masz   na   sobie   płaszcz   mojej   siostry?   -   zapytał 

przerażony. - Kochałem się z tobą na płaszczu mojej siostry? 
 

Dixie znów zaczęła się śmiać. 

 

Udało   im   się   niezauważenie   dotrzeć   do   budynku,   w 

którym mieszkała Dixie. A przynajmniej miała nadzieję, że nikt 
ich nie widział. Kiedy znaleźli się w środku, zrzucili ubrania na 
podłogę   i   od   razu   udali   się   pod   gorący   prysznic,   żeby   się 
rozgrzać. 
 

Ciepła   woda,   para   i   śliska   od   mydła   skóra   miały 

nieuniknione konsekwencje. Ale tym razem mieli więcej czasu 
na pocałunki i pieszczoty. Potem znaleźli się w czystej, suchej 
pościeli   i   Dixie   odegrała  się  na  nim  za   to,   że   to   ona  leżała 
wcześniej na zimnej, mokrej ziemi. 
 

Kiedy wreszcie położyli się spać, chmury się rozeszły, a 

pokój rozjaśnił w świetle księżyca. Jedynym dźwiękiem, który 
przerywał   ciszę,   było   tykanie   podróżnego   zegarka   Colea   i 
hałasy   na   dole,   gdzie   Hulk   wydobywał   z   pudełka   swoją 
wieczorną przekąskę. 
 

Dixie przebiegła palcami po klatce piersiowej Colea. Z 

przyjemnością patrzyła na niego, zadziwiona faktem, że znów 
leży obok... i znów jest w nim zakochana. 

91

background image

 

A   może   wciąż?   Kto   to   wie,   pomyślała   leniwie, 

przymykając ciężkie powieki. Życie jest takie dziwne. 
 

Ona i Cole tak naprawdę nie byli przyjaciółmi. Byli zbyt 

młodzi. Bali się, że zostaną zranieni i bali się ufać. Kochali, ale 
byli gotowi się wycofać, gdyby druga strona zawiodła. 
 

Wciąż   była   między   nimi   namiętność,   ale   zrodziła   się 

również   przyjaźń.   Zadziwiająca   przyjaźń.   Tym   razem   mieli 
szansę... jeśli tylko będą wobec siebie cierpliwi. 
 

Ręka Cole’a gładząca jej włosy obudziła ją z drzemki. 

 

Otworzyła do połowy oczy. 

 

- Mhm... 

 

- Wciąż jesteś ze mną? 

 

- Sprawdźmy. - Poruszyła stopą i zacisnęła palce dłoni. - 

 

Wszystkie części są chyba na miejscu, chociaż czuję się 

jak rozgotowane spaghetti. Albo galaretka. 
 

-   Chyba   jesteś   głodna.   -   Był   rozbawiony,   ale   w   jego 

słowach   słychać   było   nutę   wahania,   kiedy   powiedział:   -   I 
szczęśliwa. 
 

-   Jestem.   -   Powieki   znów   jej   opadały.   -   Bardzo 

szczęśliwa. Wyjdę za ciebie. 
 

Otworzyła oczy. Nie mogła uwierzyć, że to powiedziała. 

 

Cole również nie mógł w to uwierzyć, jeśli sądzić po 

tym, jak podskoczył. 
 

- Co... Żartujesz, prawda? 

 

Nigdy w życiu nie była poważniejsza. Ale jeśliby się do 

tego przyznała, Cole znalazłby się za drzwiami w niecałe dwie 
minuty. Zmusiła się więc do uśmiechu. 
 

- Może znowu się założymy? Jeśli uda mi się nakłonić 

cię do oświadczyn, będziesz moim niewolnikiem w łóżku przez 
miesiąc. 
 

Rozluźnił się i okręcił sobie lok jej włosów wokół palca. 

 

-   A   jeśli   się   nie   oświadczę,   to   ty   będziesz   moją 

niewolnicą?   Nie   mogę   odrzucić   takiej   propozycji.   Lepiej   się 

92

background image

przygotuj. 
 

Jego widoczna ulga sprawiła jej ból. Wiedziała jednak, 

że nie będzie łatwo, i była gotowa zrobić wszystko, co będzie 
trzeba.   Przekomarzała   się   z   nim   więc   dalej   lekkim   tonem, 
dopóki nie zasnął.  
 

A potem zaczęła opracowywać plan. 

 

Słowa   nie   przekonają   Colea.   Jedenaście   lat   temu 

powiedziała   mu,   że   go   kocha,   a   potem   go   zostawiła.   Jeśli 
chcesz przekonać mężczyznęj musisz przemówić do niego jego 
językiem,   zdecydowała.   A   język   mężczyzny   to   czyny,   nie 
słowa. 
 

Co   zrobiłby   mężczyzna,   żeby   przekonać   kobietę,   że 

myśli o niej poważnie? 
 

Dixie uśmiechnęła się, wtuliła się w śpiącego obok niej 

mężczyznę i zaczęła snuć plany. 

93

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

Trzy   dni   później   słońce   świeciło   jasno   przez   okna   w 

biurze Colea, podczas gdy on wybierał numer, który dostał od 
przyjaciela.   Kiedy   usłyszał   sygnał   w   słuchawce,   spojrzał   na 
zegarek.   Musiał   się   tym   zająć,   zanim   pojawi   się   Dixie.   Szli 
dzisiaj razem na lunch i nie chciał, żeby wiedziała o... 
 

-   Biuro   detektywistyczne   Hampsteada   -   usłyszał   w 

słuchawce kobiecy głos. 
 

- Nazywam się Cole Ashtoh. Chciałbym porozmawiać z 

panem Hampsteadem. 
 

- Jego linia jest w tej chwili zajęta. Zechce pan chwilę 

poczekać? 
 

Cole zgodził się, bębniąc palcami o biurko. Spojrzał na 

orchideę stojącą w rogu biurka i uśmiechnął się mimowolnie. 
 

Naprawdę nieźle tu wyglądała. 

 

Dixie przyniosła mu ją dzień po tym, jak się kochali. 

 

Następnego dnia przyniosła mu orzeszki w czekoladzie, 

a wczoraj małe, pięknie opakowane pudełko. Okazało się, że w 
środku są spinki do mankietów - ręcznie zdobione, z turkusami 
otoczonymi srebrem. Wyglądały przerażająco drogo, ale kiedy 
zaprotestował, Dixie roześmiała się i powiedziała, że zrobiła je 
jej przyjaciółka. 
 

Wyglądało to prawie tak, jakby go uwodziła. 

 

Daj spokój, powiedział sobie, znów patrząc na zegarek. 

 

To była Dixie. Bawiło ją odwracanie ról, to wszystko. 

 

W słuchawce odezwał się przyjemny baryton. 

 

-   Frank   Hampstead.   W   czym   mogę   pomóc,   panie 

Ashton? 

94

background image

 

-   Mam   delikatną   sprawę   rodzinną,   którą   chciałbym 

zbadać.   Wolałbym   nie   przyjeżdżać   teraz   do   miasta,   żeby   z 
panem   osobiście   porozmawiać.   -   Cole   i   tak   czuł   się   głupio, 
dzwoniąc   do   prywatnego   detektywa.   Nie   chciał   tego 
potęgować, pojawiając się w jego biurze. - Mam nadzieję, że 
możemy załatwić to przez telefon. 
 

- Na ogół wolę rozmawiać z klientami osobiście. Miałem 

do   czynienia   z   przypadkami,   że   podawano   mi   fałszywe 
nazwiska, a to niezwykle komplikuje sprawę. 
 

- Abe mówił mi, że ma pan takie podejście. - Przyjaciel, 

od którego Cole dostał ten numer, był znanym adwokatem. 
 

W głosie mężczyzny usłyszał zainteresowanie. 

 

- Abe Rosenberg? 

 

- Tak, to od niego dostałem pańskie namiary. 

 

Proponował,   żeby   pan   do   niego   zadzwonił   w   celu 

ustalenia mojej tożsamości. 
 

Hampstead   przełączył   rozmowę   z   Coleem   na   tryb 

oczekiwania   i   zadzwonił   do   Abe’a.   Cole   bębnił   palcami   o 
biurko i wpatrywał się w orchideę. 
 

Nie   miał   zamiaru   traktować   jej  poważnie.   Już   raz   się 

pomylił,   wierząc,   że   Dixie   naprawdę   go   kocha.   Może 
faktycznie tak myślała, kiedy to mówiła, ale dla Dixie słowa 
„kocham cię” nie znaczyły „chcę być z tobą na zawsze”. 
 

- Przepraszam, że kazałem panu czekać, panie Ashton - 

powiedział Hampstead. - Proszę mi opowiedzieć o tej rodzinnej 
historii. Dyskrecja zapewniona - dodał. 
 

- To dość skomplikowane. - Cole zamilkł na chwilę.  

 

Nienawidził   rozmawiać   o   ojcu,   ale   sytuacja   tego 

wymagała. 
 

Krótko opowiedział o niedawnym pojawieniu się Granta 

Ashtona   w   ich   życiu.   -   Nie   mam   powodów,   żeby   mu   nie 
wierzyć   -   zakończył   -   ale   nie   mam   też   powodów,   żeby   mu 
wierzyć,   a  chciałbym  znać   prawdę.   Świadectwo  małżeństwa, 

95

background image

które nam pokazał, niczego nie dowodzi. Nie wiem, jak można 
dostać   sfałszowane   świadectwo,   ale   jestem   pewien,   że   to 
możliwe. 
 

- A w grę wchodzi całkiem dużo pieniędzy - zgodził się 

Hampstead. - Ma pan rację, że jest pan ostrożny. 
 

Cole nie miałby nic przeciwko temu, żeby ten człowiek 

wycisnął   trochę   pieniędzy   ze   Spencera   Ashtona.   Nie   chciał 
jednak, żeby ucierpiała jego rodzina. 
 

-   Nie   chcę,   żeby   ktokolwiek   wiedział,   że   badam   tę 

sprawę.   Moja   rodzina   zaakceptowała   Granta.   Będzie   im 
przykro, jeśli się dowiedzą. 
 

-   Nie   ma   problemu.   Składam   raporty   tylko   moim 

klientom   i   nie   będzie   potrzeby   zadawania   pytań   żadnemu   z 
członków pańskiej rodziny. 
 

- Czyli jest pan w stanie stwierdzić, czy to małżeństwo 

rzeczywiście zostało zawarte? 
 

- Oczywiście. Będę tylko potrzebował od pana jeszcze 

kilku informacji i możemy przejść do omówienia stawek. 
 

Pogrążeni byli w rozmowie dotyczącej stawek i kosztów, 

kiedy coś uderzyło w okno Colea. Zdziwiony spojrzał w tamtą 
stronę. 
 

Niebo   było   czyste,   a   jego   biuro   znajdowało   się   na 

piętrze. 
 

Musiało mu się wydawać. 

 

- Dobrze, zgadzam się - powiedział Hampsteadowi. - Ma 

pan mój numer. Kiedy się pan do mnie odezwie? 
 

- Za kilka dni. Stuk. Stuk, stuk. 

 

- Dobrze - powiedział Cole, odsuwając krzesło. - Proszę 

dać   mi   znać,   kiedy   pan   się   czegoś   dowie.   -   Wymienili 
uprzejmości   i   Cole   się   rozłączył.   Marszcząc   brwi   wstał   i 
podszedł do okna. 
 

Gdy się do niego zbliżał, uderzył w nie kolejny kamyk. 

 

Na dole, gotowa dalej rzucać swoje pociski, siedziała na 

96

background image

koniu jego matki Dixie i trzymała za uzdę jego konia. Miała na 
sobie dżinsy, dżinsową kurtkę nałożoną na różową podkoszulkę 
i czarny kowbojski kapelusz. 
 

Cole   potrząsnął   głową,   uśmiechając   się.   Bóg   jeden 

wiedział, skąd wzięła ten kapelusz. Otworzył okno i wychylił 
się. 
 

- Przecież nie umiesz jeździć konno.  

 

- A jednak siedzę w siodle. Widocznie nauczyłam się w 

międzyczasie. - Patrzyła na niego szeroko otwartymi zielonymi 
oczyma. - Zejdź na dół po cichu, to nikomu nic się nie stanie. 
Jesteś porwany. 
 

Potrząsnął głową. 

 

- O nie. To ja chcę być czarnym charakterem. Ty możesz 

być szeryfem i mnie zaaresztować. 
 

- To jest porwanie - powiedziała surowo. - Szeryfowie 

nie porywają ludzi. Poza tym to ja mam czarny kapelusz i to ja 
muszę być bandytą. 
 

Cole uśmiechał się, przeskakując w dół po dwa stopnie. 

 

Usłyszał   jedną   z   dziewcząt   rozmawiającą   z   kimś   w 

salonie   degustacyjnym,   postanowił   więc   wyjść   tylnym 
wyjściem. Miały uciążliwy dla niego zwyczaj przedstawiania 
go turystom, jeśli się akurat pojawił, a teraz nie miał ochoty 
rozmawiać z klientami. Chciał zobaczyć Dixie. 
 

- Wyglądasz świetnie - powiedział, podchodząc i kładąc 

jej rękę na kolanie. - Prawie tak, jakbyś wiedziała, co robisz. 
 

-   Oczywiście,   że   wiem.   Jazda   konna   jest   łatwa.   Nie 

musisz się martwić. 
 

- Dzięki Bogu. - W pamięci Cole’a wciąż jeszcze żywe 

były   wspomnienia,   jak   próbował   nauczyć   Dixie   prowadzić 
konia. 
 

Sprawdził popręgi. Były dobrze zapięte, ale spojrzenie 

Dixie mówiło mu, że to nie ona osiodłała konie. 
 

- No dobrze, nie jestem kowbojką. Ale przygotowałam 

97

background image

jedzenie   na   piknik.   Mamy   kanapki   z   wołowiną   i   kiełbasą, 
marynowane... Hej! 
 

Tilly   wyskoczyła   zza   rogu   budynku,   uciekając,   jakby 

gonił ją sam diabeł. Koń, na którym siedziała Dixie, cofnął 
 

się, odrzucając głowę do tyłu. Cole chwycił wodze. 

 

- Ten twój cholerny kot! Puść wodze! 

 

Ale   tym   razem   to   nie   kot   Dixie   gonił   Tilly.   To   był 

doberman. 
 

Cole machnął ręką w stronę psa, próbując go odstraszyć, 

ale to spowodowało tylko, że Tilly pisnęła ze strachu. 
 

Doberman zwolnił, ale wciąż warczał, wyglądając, jakby 

miał ochotę wbić się w gardło Tilly. Klacz Caroline była na 
ogół spokojnym stworzeniem, ale tego było dla niej za wiele. 
 

Stanęła dęba. Dixie ześliznęła się z jej grzbietu w chwili, 

w której doberman rzucił się na Tilly. 
 

A Hulk rzucił się na dobermana. 

 

Wydawało się, że kot pojawił się znikąd. Wylądował na 

grzbiecie psa i wbił w niego pazury. Doberman zaskowyczał i 
zaczął biegać w kółko, próbując zrzucić napastnika. 
 

Klacz spanikowała i próbowała się wyrwać i uciec. Cole 

nie puszczał jej, ale chciał sprawdzić, co z Dixie, która siedziała 
i trzymała się za rękę. 
 

- W porządku? - krzyknął do niej. 

 

Zza rogu wyszedł duży mężczyzna o czerwonej twarzy i 

zaczął krzyczeć:
 

-  Cholera,  Mustard,   mówiłem  ci,   że...  Hej!  Zabierzcie 

tego kota od mojego psa! 
 

Cole odwrócił się w jego stronę. 

 

- To pański pies? 

 

- Tak, do cholery, i jeśli coś mu się stanie, będzie miał 

pan ze mną do czynienia! 
 

Hulk   zeskoczył   z   psa   z   gracją,   odbił   się   od   ziemi   i 

wskoczył  na  parapet.   Prawdopodobnie  też  stamtąd  wcześniej 

98

background image

zeskoczył. Doberman wrócił skruszony do właściciela. 
 

Cole,   wciąż   trzymając   konia   za   wodze,   ruszył   w 

kierunku   mężczyzny,   który   sprawdzał,   czy   jego   trzęsący   się 
pies nie ma żadnych ran. 
 

-   Ten   pies   -   powiedział   cicho   -   o   mało   co   nie 

spowodował nieszczęścia. Jak się pan nazywa? 
 

-   Ralph   Edincott.   Ale   nie   może   pan   winić   mojego 

biednego psa. On krwawi, do diabła! 
 

Cole spojrzał na zwierzę. Rany nie były poważne, ale 

tego typu skaleczenia trzeba było dobrze opatrzyć. 
 

- Więc niech go pan zabierze do weterynarza. 

 

- Za którego pan zapłaci! To ten biegający wolno głupi 

kundel   jest   wszystkiemu   winien.   Mustard   nie   wyrwałby   się, 
gdyby... 
 

- Ja - przerwał mu Cole - nazywam się Cole Ashton. Mój 

pies może biegać po mojej winnicy. Pański nie może. Proszę 
podać   mi   nazwę   pana   firmy   ubezpieczeniowej.   I   nazwisko 
pańskiego prawnika. 
 

Twarz mężczyzny zrobiła się blada. 

 

- Ubezpieczenie? Prawnik? Nie, przecież nie ma takiej 

potrzeby... 
 

-   Owszem,   jest!   -   Dixie   podeszła   do   nich   z   płonącą 

twarzą. - To, że nie jest pan w stanie kontrolować swojego psa, 
jest zaniedbaniem i może być ścigane przez prawo! 
 

Zwichnęłam   sobie   nadgarstek!   Nie   mogę   malować   ze 

zwichniętym nadgarstkiem. Czy zdaje pan sobie sprawę, ile to 
opóźnienie będzie kosztować Louret? Sam mój czas jest wart 
kilka tysięcy, a na dodatek mamy wykupiony czas reklamowy 
w telewizji i jeśli wszystko się przesunie to... Hej, wracaj tutaj! 
 

Ale mężczyzna już uciekał, jedną ręką trzymając psa za 

obrożę. 
 

- Lepiej niech pan pilnuje swojego psa! - krzyknęła za 

nim. 

99

background image

 

Tej  nocy  Dixie  i  Cole  leżeli  zmęczeni  w  łóżku  w  jej 

sypialni i rozmawiali o przygodzie Tilly. 
 

-   Powinnam   była   pozwać   tego   faceta   -   zamruczała.   - 

Przez ten nadgarstek będę miała opóźnienia. 
 

Cole cieszył się, że skończyło się tylko na tym. Kiedy 

widział, jak spadała z konia... 
 

- I tak go porządnie wystraszyłaś - powiedział 

 

łagodzącym tonem. 

 

-   Poszłam   tylko   w   twoje   ślady.   Widziałeś,   jak   krew 

odpłynęła mu z twarzy, kiedy wspomniałeś o prawnikach? 
 

-   Niektórzy   ludzie   słuchają   cię   dopiero   wtedy,   kiedy 

zaczyna   chodzić   o   pieniądze.   -   Tak   jak   jego   ojciec.   Cole 
zmienił   temat.   -   Ale   zmiana,   jaka   zaszła   w   Tilly,   jest 
przerażająca. 
 

Dixie zaśmiała się. 

 

- Ty mówisz, że jesteś przerażony, a co z Hulkiem? On 

naprawdę nie wie, co robić.  
 

Od   chwili,   kiedy   Hulk   uratował   Tilly   przed 

dobermanem,   chodziła   za   nim   i   wpatrywała   się   w   niego   z 
uwielbieniem. 
 

Cole potrząsnął głową. 

 

-   Nigdy   nie   widziałem,   żeby   kot   tak   się   rzucił   na 

wielkiego psa. To było całkiem sprytne ze strony Hulka, bo pies 
nie mógł go dosięgnąć zębami, kiedy siedział na jego grzbiecie. 
 

- To instynkt. Ale koty robią tak zazwyczaj tylko wtedy, 

kiedy   same   są  zagrożone.   Chyba   po   prostu   Hulk   nie  chciał, 
żeby ktokolwiek ruszał jego psa. 
 

Cole prychnął. 

 

- Pewnie pomyślał, że doberman ściga jego. 

 

- Cynik. - Ziewnęła i przytuliła się mocniej. 

 

Pogładził ręką jej włosy. Uwielbiał, kiedy była tak blisko 

niego. 
 

- W ten weekend w San Francisco jest wystawa art deco. 

100

background image

 

Pomyślałem, że mogłabyś pójść ze mną. 

 

-   Chciałabym  -  powiedziała  sennie  -  ale   w   weekendy 

jeżdżę do cioci Jody. 
 

Z   jakiegoś   powodu   zdziwiło   to   Cole’a.   Wróciła   tutaj, 

żeby pomóc matce zajmować się ciotką, więc musiała spędzać z 
nią   trochę   czasu,   ale...   nie   sądził,   że   Dixie   jest   w   stanie 
poświęcić   jej   każdy   weekend.   Zdał   sobie   sprawę,   że   to   tam 
właśnie była ostatnio, kiedy myślał, że pojechała się spotkać z 
aktualnym chłopakiem. 
 

Skrzywił się. Musiał najwidoczniej zmienić trochę swoje 

założenia. 
 

- Czy... czy ona potrzebuje całodobowej opieki? 

 

- Nie można jej zostawić samej. Mama zostaje z nią w 

tygodniu.   Jest   teraz   na   emeryturze   i   mieszka   ze   swoim 
narzeczonym,   więc   może   to   robić.   Na   noce   przychodzi 
pielęgniarka. 
 

To było na pewno kosztowne. Tak delikatnie, jak tylko 

mógł, zapytał:
 

- Macie jakieś problemy finansowe? 

 

- Na razie nie. Ciocia Jody odłożyła całkiem sporo na 

emeryturę,   a   jej   ubezpieczenie   pokrywa   większość   opieki 
medycznej. Ale nie długoterminowej niestety. 
 

-   Pojadę   z   tobą   w   ten   weekend   i   pomogę   ci.   -   Ta 

propozycja wymknęła mu się zupełnie spontanicznie i poczuł 
 

się   trochę   niezręcznie.   Nie   był   przyzwyczajony   do 

podejmowania impulsywnych decyzji. Ale to chyba był dobry 
pomysł...? 
 

Dixie uniosła głowę i oparła ją na dłoni, wpatrując się w 

jego twarz. 
 

- Jesteś pewien? Pod wieloma względami przypomina to 

zajmowanie się dzieckiem. Dużym i czasami rozzłoszczonym 
dzieckiem. 
 

- Jestem pewien. - Oczywiście, że tak powinien zrobić. 

101

background image

 

Takie rzeczy robi się dla przyjaciół. Nie angażował się w 

ten sposób, rezygnował tylko z jednego weekendu. To żadne 
poświęcenie. 
 

Dixie uśmiechnęła się. 

 

- Dziękuję - powiedziała i pocałowała go lekko w usta. 

 

Na   ogół   ciocia   Jody   kładła   się   do   łóżka   wcześnie, 

głównie z powodu lekarstw, ale tym razem była szczęśliwa, bo 
miała obok siebie mężczyznę. Kiedy Dixie nareszcie wykąpała 
się i zeszła na dół do pokoju gościnnego, w którym mieli spać z 
Cole’em, czuła się kompletnie wyczerpana. 
 

Cole był dla cioci Jody naprawdę wspaniały. Flirtował z 

nią uprzejmie podczas kolacji, na którą przyszła z policzkami 
wymalowanymi szminką na jego cześć. 
 

Dixie musiała wyjść z pokoju, żeby ciocia nie widziała 

jej łez. Jody zawsze tak dbała o swój wygląd, zawsze była taka 
elegancka. 
 

-   Przepraszam,   że   wymknęłam   się   wcześniej   - 

powiedziała, idąc w stronę łóżka. 
 

- Przyjechałem przecież po to, żeby ci pomóc. Przestań 

się krytykować.   - Podniósł  kołdrę  i Dixie położyła się obok 
niego. - Uważasz, że nie powinnaś pokazywać, jak boli cię to, 
co się dzieje z twoją ciotką? 
 

- Mama po prostu by się uśmiechnęła. Nie porusza jej to 

tak, jak porusza mnie. - Dixie westchnęła i przytuliła się do 
niego. - To nie jest tak, że ona się nie przejmuje. Bardzo się 
przejmuje, tylko lepiej sobie z tym radzi. 
 

Dixie bardzo kochała swoją matkę, ale - przyznawała to 

- nie zawsze ją szanowała. Helen tak bardzo była zależna od 
mężczyzn,   a  oni  cały   czas  ją  zawodzili.   Nawet  ojciec  Dixie 
zawiódł ją, umierając. 
 

-   Twoja   mama   radzi   sobie   z   tym   inaczej   niż   ty   - 

powiedział Cole. - Co nie znaczy, że radzi sobie lepiej. Może 
to, że widzi, jak Jody dziecinnieje, nie rani jej tak bardzo, bo 

102

background image

pamięta ją, jak była dzieckiem. Ty tego nie pamiętasz. Znasz 
Jody tylko jako dorosłą osobę. 
 

-   Dlaczego   ona   musi   to   wszystko   teraz   tracić?   - 

wybuchnęła nagle Dixie. 
 

- Nie wiem, kochanie. - Pogładził jej włosy. - Nie wiem. 

 

Dixie siedziała cicho przez chwilę.  

 

-   Zaczynam   się   bać.   To   może   się   przytrafić   również 

mnie. 
 

- Może się przytrafić każdemu z nas. 

 

Cole dalej głaskał ją po głowie. Pomagał jej przez cały 

weekend,   po   prostu   przy   niej   będąc.   Zaproponował,   że 
przyjedzie tu z nią, i to znaczyło dla niej tak wiele... 
 

Przygryzła  wargę  zdjęta nagłym  uczuciem  strachu.  Za 

bardzo na  nim polegała,  chciała,  żeby  był  przy  niej,  tak jak 
teraz, już zawsze. To nie było dobre... 
 

Nie, powiedziała sobie. Czy niczego się nie nauczyła? 

 

Bała się polegać na innych, to prawda. I może miała ku 

temu powód. Ale kompletna niezależność nie istniała. To, co 
przytrafiło się jej ciotce, świadczyło o tym, że samodzielność 
jest tylko iluzją. 
 

Jej oczy zaczynały się zamykać. 

 

-   Przepraszam   -   wymruczała.   -   Jestem   naprawdę 

zmęczona. 
 

- Więc śpij. Nie jesteś moją prywatną hurysą - 

 

odpowiedział. - Przeżyję brak seksu przez jedną noc. 

 

To zabolało, ponieważ było w tym trochę prawdy. 

 

Jedenaście lat temu wierzyła, że był nią zainteresowany 

głównie   z  powodu  seksu,   ale,   jak  się  okazało,   chciał  jej  się 
wtedy oświadczyć. A ona w ogóle się tego nie domyślała. 
 

Częściowo z jego winy. Wycofał się emocjonalnie. Ale 

ona też wszystko zepsuła. Zaczęła być od niego zależna i to 
przeraziło ją bardziej niż to, że może go stracić. Porzucenie go 
było bardzo bolesne, ale łatwiejsze, niż pozostanie i zmierzenie 

103

background image

się z własnymi lękami. 
 

Nie  tym  razem,   obiecała  sobie,   zamykając  oczy.   Tym 

razem nie ucieknie. 
 

Cole przyglądał się kobiecie śpiącej w jego ramionach. 

 

W   rozjaśnianej   światłem   księżyca   ciemności   mógł 

dostrzec, jak sen usuwa z jej twarzy ślady zmartwień. 
 

Dlaczego   była   dla   siebie   taka   surowa?   Przez   cały 

weekend widział kobietę, która znajdowała siłę, żeby śmiać się 
z nim z niektórych absurdalnych zachowań ciotki. A myślała 
tylko o tym, że powinna lepiej sobie z tym radzić. 
 

Czy była taka wcześniej, a on tego nie zauważył? To nie 

była  już  ta beztroska,   niestała kobieta,   którą pamiętał.   Którą 
chciał pamiętać, pomyślał, czując dziwny ból w piersi. To była 
kobieta, która pozostałaby przy mężczyźnie... jeśli naprawdę by 
go kochała. 
 

Najwyraźniej nie kochała go wystarczająco. 

 

To była przeszłość, powiedział sobie zdecydowanie.  

 

Znów byli kochankami, ale tym razem nie byli w sobie 

zakochani. A przynajmniej ona nie była. 
 

Cole przełknął ślinę. Znalazł się niebezpiecznie blisko 

pokochania jej ponownie. Musiał się wycofać. Nie chciał, żeby 
ich romans skończył się tym, że znowu zniknie z jego życia - 
bo to, że się skończy, nie ulegało wątpliwości. 
 

Zostawiła go kiedyś, zostawi i teraz. 

 

Ale   pragnęła   go.   Tego   był   pewien.   I   miał   zamiar   to 

wykorzystać. 

104

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

Cole wycofywał się. Zupełnie tak jak wtedy. 

 

- Wciąż nie jestem pewien, czy powinniśmy zostawiać 

ich samych - powiedział ponuro, wrzucając kierunkowskaz. 
 

- Wyluzuj się. Hulk w końcu stwierdził, że dobrze jest 

mieć wielbicielkę. 
 

- Raczej wierną wyznawczynię. Twój kot ukradł mojego 

psa. 
 

Dixie zachichotała. 

 

-   Nigdy   wcześniej   nie   miał   swojego   psa.   Nie 

wiedziałam, że chce go mieć. 
 

Może   sobie   tylko   wszystko   wyobrażała.   Cole   lubił 

rozmawiać w taki niezobowiązujący, przyjacielski sposób, ale 
zawsze tak było. To, że nie spędził z nią każdej z ostatnich 
pięciu nocy, nie oznaczało, że przestał się nią interesować. 
 

Przecież jechali teraz razem do jego chaty. I wcale nie 

wyglądał   na   obojętnego,   kiedy   ją  tam   zapraszał.   Obiecał   jej 
wycieczkę,   kolację   i   kominek   i   poprosił,   żeby   włożyła 
niebieską sukienkę, zapinaną z przodu na guziki. Powiedział, że 
ma pewne plany co do tych guzików. 
 

Musiała być cierpliwa. Jeśli nie zakochiwał się równie 

szybko jak ona, nie oznaczało jeszcze, że w końcu nie straci dla 
niej głowy. Po prostu zabierze to trochę czasu. Trudno mu było 
jej zaufać, to wszystko. 
 

- Kiedy po ciebie podjechałem, twoja walizka leżała na 

wierzchu   -   powiedział   Cole   zwyczajnym   tonem.   -   Chyba 
jeszcze nie wyjeżdżasz, prawda? 
 

- Hmm? - Dixie oderwała się od swoich myśli. - Nie, 

105

background image

zostanę   jeszcze   przez   jakiś   tydzień.   Mój   nadgarstek   trochę 
opóźnia pracę. Czy twoja mama ci nie mówiła? 
 

- Czego mi nie mówiła? 

 

- Poprosiła Granta, żeby u was został. On wprowadzi się 

do małego domku, a ja do twojego starego pokoju w dużym 
domu. Musimy też wkrótce uzgodnić resztę kwestii związanych 
ze zleceniem - dodała, kiedy nie odpowiedział. - 
 

Niedługo skończę całą przygotowawczą robotę. 

 

- A potem? - zapytał niezmienionym tonem. 

 

- Namaluję obrazy w mojej pracowni. - Starając się, by 

nie   zabrzmiało   to   zbyt   niepewnie,   dodała:   -   Zakładam,   że 
interesuje   cię   coś   więcej   niż   tylko   dwa   wspólnie   spędzone 
tygodnie. 
 

Przez chwilę się wahał. 

 

- Jestem gotowy na dłuższy związek, jeśli ty też jesteś na 

to zdecydowana. 
 

Nie  był   to   rodzaj   odpowiedzi,   który   podniósłby   ją  na 

duchu. Poczuła niepokój, ale powiedziała suchym tonem:
 

-   Nie   przesadź   tylko   z   kwiatami   i   sercami,   bo   mnie 

zawstydzisz. 
 

Nie odpowiedział, ale sięgnął po jej rękę i uścisnął dłoń. 

 

To pomogło... trochę. 

 

Dotarli do chaty o zmierzchu. Jej wnętrze zaskoczyło ją. 

 

- Ależ tutaj jest pięknie! - zawołała, obracając się wokół 

własnej osi. 
 

- Myślałaś, że skoro sam wszystko robiłem, to będzie 

beznadziejnie, prawda? 
 

- Trochę tak. - Rzuciła mu przewrotne spojrzenie. - A 

trochę   myślałam,   że   wybierzesz   coś   bezpiecznego,   bardziej 
tradycyjnego.   Ten   dom   wygląda,   jakby   projektował   go   jakiś 
znany dekorator. 
 

- Nie obrażaj mnie - powiedział, chociaż wyglądał na 

zadowolonego. - Nie zrobiłem wszystkiego sam, ze ścianami 

106

background image

musieli mi pomóc fachowcy. Nie udałoby mi się też samemu 
usunąć części piętra, żeby zrobić nad salonem taki wysoki sufit. 
 

Cały   parter,   z   wyjątkiem   łazienki,   był   jedną   otwartą 

przestrzenią. Nad połową nie było w ogóle pierwszego piętra i 
sufit był jednocześnie dachem. Kominek był taki jak przedtem, 
Cole obłożył go tylko kamieniami. Na podłodze leżała terakota 
w ciepłym odcieniu brązu. 
 

- Jestem pod wrażeniem. Chyba odkryłeś nowy styl. 

 

- Niestety nie zmieniłem specjalnie kuchni. 

 

- Nie da się nie zauważyć - powiedziała, spoglądając na 

zielony piecyk, lodówkę, która dawno już powinna znaleźć się 
w muzeum, i jeden zniszczony blat. - Nauczyłeś się gotować? 
 

- Pewnie. Najlepiej wychodzi mi jajecznica. 

 

-   Gdybym  nie  wiedziała,   że  kolację  przywieźliśmy  ze 

sobą, byłabym zmartwiona. 
 

Siedząc przed kominkiem na grubym orientalnym dywa-

nie, zjedli enchiladas z najlepszej meksykańskiej restauracji w 
Valley, a na deser truskawki w czekoladzie. 
 

No   i  oczywiście  wino.   Wspaniały   merlot   z  Louret   do 

kolacji i francuski szampan do deseru. 
 

- Ten szampan nie jest z twojej winnicy - zauważyła. 

 

- Nie. Ale mam słabość do bąbelków. - Znów napełnił jej 

kieliszek. 
 

- Próbujesz mnie upić? - zapytała Dixie rozbawiona. 

 

- Właśnie na to liczę. 

 

Wszystkie   światła   były   pogaszone.   Ogień   płonący   w 

kominku sprawiał, że oczy Colea wydawały się bardzo ciemne, 
a jego uśmiech tajemniczy. 
 

- Teraz moja kolej na uwodzenie. - Delikatnie wyjął jej z 

ręki kieliszek. - Myślę, że powinniśmy zacząć już teraz. Dzisiaj 
będzie tak, jak ja chcę, Dixie. 
 

Coś w jego głosie sprawiło, że poczuła zdenerwowanie. 

 

Cole pochylił się i pocałował ją delikatnie. 

107

background image

 

- Lubisz gry - wyszeptał przy jej policzku. 

 

- Mhm... 

 

-   I   lubisz   mieć   kontrolę   nad   sytuacją.   -   Odsunął   się 

trochę, uśmiechając się lekko. 
 

-   Czasami.   -   Wsunęła   palce   w   jego   włosy,   próbując 

przyciągnąć jego usta do swoich. 
 

- Nie. - Potrząsnął głową, wciąż się uśmiechając... i nie 

dając jej pocałunku, którego pragnęła. - Dzisiaj będziemy grać 
w inną grę. A ty nie będziesz niczego kontrolować. 
 

Serce zabiło jej szybciej. Podniosła brew. 

 

- Nie? 

 

- Nie. - Sięgnął do kosza, w którym była ich kolacja, i 

wy-ciągnął długi, czerwony szal. Bawił się nim przez chwilę, 
po czym zapytał: - Ufasz mi, prawda? 
 

-   Oczywiście   -   odpowiedziała,   ale   w   ustach   poczuła 

suchość. 
 

- To dobrze. Wyciągnij ręce. Zawahała się, patrząc na 

szal. 
 

- O jakiej dokładnie grze myślisz? Uśmiechnął się tylko. 

 

I czekał. 

 

Po chwili wzruszyła ramionami. 

 

- Raz kozie śmierć. - I wyciągnęła dłonie. 

 

Cole owinął wokół nich szal i zawiązał go. Jedwab na jej 

skórze był chłodny. 
 

-   Związałeś   mnie.   Nigdy   nie   przypuszczałam...   - 

roześmiała się nerwowo. - Co teraz mam robić? 
 

-   Nic.   -   Pochylił   się   znowu   i   pocałował   ją   lekko, 

przesuwając palcami po jej szyi. - Ja zrobię wszystko. Dzisiaj to 
ja jestem panem sytuacji. 
 

- Nie wiem, czy tak potrafię. 

 

- To nie ma znaczenia, czy potrafisz, czy nie. - Sięgnął 

do   guzików   jej   sukienki.   -   Lubię   tę   sukienkę   -   zamruczał   i 
rozpiął pierwszy guzik. A potem następny. 

108

background image

 

Poruszał się powoli, guzik za guzikiem, aż do samego 

dołu. Dixie siedziała ze związanymi rękami i patrzyła, jak Cole 
przygląda się temu, co odsłania. Uśmiechnął się do niej lekko, 
kiedy skończył, po czym rozsunął sukienkę. 
 

Nie miała na sobie stanika. Zaczęła oddychać szybciej. 

 

- Podoba ci się? - zapytała zachrypniętym głosem. 

 

- O tak. - Przysunął się i pochylił. Powoli zatoczył kółko 

językiem wokół jej sutka. Zadrżała. - Nie ruszaj się - rozkazał i 
wziął jej drugą pierś do ust, ssąc lekko. - Proszę. - Odsunął się 
trochę.   -   Lubię   na   nie   patrzeć,   kiedy   są   wilgotne   od   moich 
pocałunków. 
 

Podobał jej się wyraz jego twarzy. Jednak robił wszystko 

tak powoli, a ona tak pragnęła jego dotyku... 
 

- Zaczyna mi być zdecydowanie za gorąco. 

 

- Może za ciepło się ubrałaś? - Podniósł jedną brew. 

 

- Moglibyśmy zdjąć ten szal. Potrząsnął głową. 

 
 

- To moja gra - powiedział miękko i przesunął delikatnie 

palcami po jej piersiach. Chwycił jej sutki i ścisnął je lekko. 
 

- Ale może wygodniej ci będzie, jeśli się położysz? 

 

Między udami czuła bolesne pulsowanie. 

 

- Ja... nie mogę oddychać. Moje ręce... Trudno mi będzie 

położyć się bez rąk. 
 

-   Och   -   powiedział,   jakby   zdziwiony.   -   Oczywiście 

pomogę  ci.  -  W końcu spojrzał jej  w  oczy  i ujrzała w  nich 
czysty   ogień.   Kiedy   znów   się   pochylił,   tym   razem,   żeby   ją 
pocałować, nie był ani powolny, ani delikatny. 
 

Oddała pocałunek, gorączkowo pragnąc go dotknąć. Z 

drugiej  strony  jednak to,  że mogła go  dotykać  tylko  ustami, 
językiem,   było   niezwykle   erotyczne.   Poczuła   jego   dłonie   na 
swoich ramionach opuszczające ją na podłogę. 
 

Sam jednak nie położył się na niej, jak tego pragnęła. 

 

Kiedy się odsunął, jęknęła zawiedziona. 

109

background image

 

-   Spokojnie   -   powiedział,   gładząc   ją   po   nogach   i 

rozchylając sukienkę tak, że leżała teraz zupełnie odkryta. - 
 

Spokojnie - powtórzył i pocałował ją między udami, nie 

zsuwając jej bielizny. 
 

Zadrżała,   tak   podniecona,   że   ciepło   i   wilgoć   niemal 

natychmiast doprowadziły ją do orgazmu.  
 

Wtedy zatrzymał się. 

 

- Ja... - zaczęła, ale nie mogła wymyślić odpowiedniej 

groźby. Może dlatego, że w ogóle nie była w stanie myśleć. 
 

- Do diabła, Cole! 

 

-   Nie   jesteś   do   tego   przyzwyczajona.   To   nie   ty 

kontrolujesz sytuację. - Wsunął palce pod brzeg jej majtek i 
zaczął je bardzo powoli zsuwać. 
 

Spojrzała na niego zwężonymi oczami. 

 

-   Coś   za   bardzo   ci   się   to   podoba.   Rzucił   jej   krótki 

uśmiech. 
 

- Zdefiniuj słowa „za bardzo”. 

 

Ten   jego   uśmiech   pomógł   się   jej   rozluźnić, 

przypominając, że to tylko gra. Ale było jej coraz trudniej grać. 
 

-   Nie   jestem   pewna,   czy   podoba   mi   się   poczucie,   że 

jestem zupełnie bezbronna. 
 

Odrzucił jej majtki na bok. 

 

- Jakie to uczucie? Podniecające? 

 

Wsunął w nią jeden palec. Tak, to było podniecające. 

 

Nawet znacznie więcej niż podniecające. Dwa palce... 

 

- Cole. 

 

- Cierpliwości, kochana. Pozwól mi jeszcze trochę się 

pobawić.   -   Trzy   palce,   raz   w   środku,   raz   na   zewnątrz, 
doprowadzające ją do szaleństwa. Nagle przycisnął wrażliwy 
punkt kciukiem i wewnątrz niej eksplodowała rozkosz. 
 

Dreszcze przechodziły ją jeszcze przez długą chwilę. 

 

Leżała bez ruchu z zamkniętymi oczami, próbując złapać 

oddech. Po chwili poczuła go między swoimi udami i podniosła 

110

background image

powieki. Kiedy jej oczy były zamknięte, rozebrał 
 

się i w końcu był równie nagi jak ona. 

 

- Szal - szepnęła, wyciągając związane dłonie. - Zdejmij 

go.   -   Musiała   go   dotykać,   pragnęła   czegoś   więcej   niż   tylko 
rozkoszy. 
 

Zatrzymał się na chwilę. Uniósł się na ramionach, tak że 

mogła dostrzec, jak mocno zaciśnięte są jego mięśnie. W jego 
oczach   nie   było   już   rozbawienia,   tylko   głód   i   coś,   co 
przypominało desperację. 
 

Wszedł   w   nią   jednym   głębokim   ruchem.   Jego   twarz 

wykrzywił spazm. Potem drżącymi dłońmi rozwiązał jej ręce. 
 

Westchnęła z ulgą i gorączkowo go dotykała, podczas 

gdy   obydwoje   zmierzali   do   ekstazy.   Droga   była   krótka   i 
obydwoje osiągnęli szczyt jednocześnie. 
 

Leżał potem na niej przez długą chwilę, a ona gładziła 

go delikatnie w świetle dogasającego ognia, jakby pragnąc go 
uspokoić. 

111

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

 

Pot spływał po czole Cole’a, piekąc go w oczy. Biegł 

ścieżką niedaleko chaty. Zapomniał opaski na głowę. Narzucił 
tylko spodnie, koszulkę i buty i wystartował. 
 

Ranek   zaledwie   się   zaczął,   słońce   dopiero   wstawało. 

Powietrze było chłodne. 
 

Za późno, powtarzał sobie z każdym krokiem. 

 

Przyspieszył.   To   zadziwiające,   jakim   był   głupcem, 

myśląc, że może po prostu cieszyć się Dixie. Myśląc, że miłość 
to kwestia podjęcia decyzji, coś, czego można było uniknąć. 
 

Za późno. 

 

Albo że miłość można zmienić w zabawę. To wszystko, 

co   miał   na   myśli,   uciekając   w   tę   grę   z   szalem   -   erotyczną 
zabawę,   nic  więcej.   Może   jeszcze  zaintrygować   ją  tak,   żeby 
chciała kontynuować romans. 
 

Jednak w międzyczasie sprawy zrobiły się poważne. 

 

Chciał ją przywiązać do siebie. Na zawsze. 

 

Za późno. 

 

Dziś rano, kiedy tylko się obudził, sięgnął ręką, żeby jej 

dotknąć. Nie było jej tam oczywiście. Wczoraj odwiózł ją do 
Louret, zdjęty nagłą paniką. Teraz pewnie spała w jego pokoju, 
z którego wyprowadził się dawno temu. 
 

Za późno, pomyślał, zatrzymując się. Stał z opuszczoną 

głową, z rękami opartymi na udach, łapiąc oddech. Może było 
za późno od pierwszej chwili, kiedy weszła do jego biura po 
jedenastoletniej nieobecności. 
 

Kochał Dixie. Desperacko ją kochał. Biegał, ponieważ 

chciał   uciec   od   tego   uczucia.   Od   niej.   Oczywiście   było   to 

112

background image

niemożliwe.   Nie   można   uciec   przed   swoimi   uczuciami.   Ani 
przed miłością, ani przed strachem. 
 

A może mógłby uciec chociaż przed strachem? Gdyby ją 

zostawił... 
 

Powtarzał sobie, że wie, że ona odejdzie. Może nie teraz, 

ale w końcu odejdzie. 
 

Dostawał od niej prezenty - orchideę, czekoladki, spinki 

do mankietów. Wczoraj dała mu kartkę, mówiąc: „Pamiętaj! 
 

Kobiety   uwielbiają   dostawać   kartki.   Dostajesz 

dodatkowe punkty, jeśli wybierzesz kartkę bez napisów i sam 
coś napiszesz”. 
 

Mówił sobie, że to, jak razem się śmiali, jak dobrze się 

czuli   ze   sobą,   dla   niej   było   tylko   elementami   gry,   ale   jego 
dotykało mocniej niż słowa.  
 

A czasami, kiedy patrzyła na niego, jej twarz jaśniała - 

nie   pożądaniem,   ale   łagodnym   ciepłem.   Czy   to   była   tylko 
przyjaźń? A to, jak objęła go wczoraj, kiedy w nią wchodził... 
 

To przypominało miłość. 

 

Gdyby tylko mógł wiedzieć, jak jest naprawdę! 

 

Cole otarł przedramieniem twarz. Powinien się ruszać, 

bo   jeśli   będzie   stał   na   chłodzie,   zupełnie   zesztywnieją   mu 
mięśnie. 
 

Powoli ruszył w stronę chaty. Mógł ją zapytać, co do 

niego czuła. To było równie logiczne, jak przerażające. Czego 
by to jednak dowiodło? Nawet gdyby mu powiedziała, że jest w 
nim   szaleńczo   zakochana,   czy   mógłby   jej   uwierzyć?   Kiedyś 
mówiła już o miłości. Nie przeszkodziło jej to jednak odejść. 
 

Musiał być jej pewny. Musiał wiedzieć. Przyspieszając 

kroku, zaczął snuć plany. 
 

-   Posłuchaj,   przepraszam   cię   -   powiedział   Cole, 

pocierając   ręką   kark.   -   To   wypadło   mi   zupełnie 
niespodziewanie i nie mogę się od tego wymigać. 
 

Cisza. 

113

background image

 

Tego nie było w jego planach. Przez dwa dni unikał jej, 

zasłaniając się pracą. Powiedział, że spędził z nią dużo czasu i 
teraz   musi   nadrobić   zaległości   w   pracy,   co   było   tylko   w 
połowie   prawdą,   bo   w  rzeczywistości   chciał   sprawdzić,   jaka 
będzie jej reakcja. 
 

Tym   razem   jednak   naprawdę   miał   bardzo   ważne 

spotkanie. 
 

- Wynagrodzę ci to. Pójdziemy gdzieś razem w piątek. 

 

Może do tego nowego klubu... 

 

- W piątek będę u ciotki. Prawda. 

 

-   No   dobrze,   to   w   czwartek.   Zrobimy,   co   będziesz 

chciała. Znowu cisza. 
 

- Czy ty też masz to uczucie deja vu? - zapytała w końcu. 

 

- Sporo się tego nasłuchałam. A może ty w ogóle nie 

masz uczuć? Tak jest bezpieczniej, prawda? 
 

-   Cholera,   Dixie.   Nie   wyczarowałem   tego   faceta   z 

kapelusza. On pracuje dla naszego największego dystrybutora i 
je-śli chce porozmawiać o naszym nowym chardonnay, to ja na 
pewno muszę się z nim spotkać.  Jest w mieście tylko przez 
jeden dzień. 
 

- I nikt inny nie może tego załatwić? 

 

- Lucas leży przeziębiony. Mercedes i Jillian nie znają 

się na tym zbyt dobrze, a Eli nie wie, ile może dać mu upustu. 
 

Poza tym on kiepsko sobie radzi z takimi rozmowami. 

 

-   Znowu   to   robisz.   Chowasz   się   za   swoją   pracą, 

znajdujesz wymówki, żeby się wycofać. 
 

- Nie bądź dziecinna - rzucił. - Nie mogę bez przerwy się 

tobą zajmować. 
 

Nagle usłyszał trzask odkładanej słuchawki. No pięknie, 

Ashton.   W   jej   głosie   było   coś,   co   prześladowało   go,   kiedy 
przygotowywał się do spotkania. To coś bardzo przypominało 
łzy. 
 

- Dixie? - Mercedes zatrzymała się w drzwiach. - Co się 

114

background image

stało? 
 

-   Nic.   -   Wściekła,   że   przyłapano   ją   na   płaczu,   otarła 

dowody z policzków. 
 

-   Jasne   -   powiedziała   Mercedes,   wchodząc   do   pokoju 

Dixie.   -   Wiem.   Wzruszyłaś   się,   bo   to   Narodowy   Miesiąc 
Owsianki. 
 

- Zawsze tak reaguję - pociągnęła nosem Dixie. - Zbliża 

się też Narodowy Dzień Przeciwieństw. 
 

- I urodziny Bena Franklina. Kolejna wielka okazja. 

 

To była gra, w którą grały na studiach, kiedy to każda 

wymówka była dobra, żeby pójść na zakupy, zjeść czekoladę 
albo spać do późna. 
 

-   Czy   to   już   Narodowy   Dzień   Przytulania?   -   Dixie 

uśmiechnęła się przez łzy, ale poczuła się o wiele lepiej.  
 

- Nie, ale już niedługo - powiedziała Merry i uścisnęła ją 

z tej nadchodzącej okazji. - Co się dzieje? Twoja praca dobrze 
się posuwa? 
 

Dixie pokazała jej gestem, że nie najlepiej, ale nie była 

to prawda. Praca była prawie na ukończeniu i Dixie rysowała 
ostatnie   szkice,   żeby   mieć   jeszcze   pretekst   do   pozostania   w 
Louret.. 
 

Merry usiadła obok niej na łóżku. 

 

- Twoja ciotka? 

 

- Nie. Tym razem twój brat. 

 

- Ooo. Myślałam, że między wami świetnie się układa. 

 

Powiedz mi, co się stało. O ile oczywiście nie dotyczy to 

seksu - dodała pospiesznie. - Nie chcę słyszeć o twoim pożyciu 
intymnym, jeśli uczestniczy w nim mój brat. 
 

-  O nie.  W łóżku  jest  nam  naprawdę świetnie.   Merry 

wyglądała na zawstydzoną. 
 

- No dobrze, dobrze. Nie rozmawiamy o seksie. Chodzi 

o to... że tak naprawdę nie wiem, o co chodzi. 
 

Dixie wstała i zaczęła chodzić po pokoju. 

115

background image

 

-   Wysyła   mi   takie   sprzeczne   sygnały.   Spróbuję   nie 

wspominać   o   seksie,   ale   to   część   tego   wszystkiego.   Kiedy 
jesteśmy razem w ten sposób, to wydaje się, że to coś ważnego. 
Jakbym   naprawdę   się   dla   niego   liczyła.   Ale   kiedy   tylko 
wspominam o przyszłości, oddala się. 
 

„Jestem gotowy na dłuższy związek, jeśli ty też jesteś na 

to   zdecydowana”.   Nawet   jeśli   ich   romans   miał   być   tylko 
przelotny, nie był to najprzyjemniejszy komentarz. 
 

-   Wiele   mężczyzn   ma   kłopoty   z   wiązaniem   się   - 

powiedziała Merry. - Więcej czasu zajmuje im przyznanie się 
do   tego,   co   czują.   A   wy   bardzo   długo   się   nie   widzieliście, 
Dixie. 
 

-   Wiem,   ale...   Och,   wszystko,   co   powiem,   zabrzmi 

trywialnie.   Nie   widziałam   go   od   dwóch   dni,   a   on   właśnie 
odwołał   naszą   kolację.   To   nie   powinno   mieć   aż   tak   dużego 
znaczenia, ale... To nie chodzi o to, co on robi, ale o sposób, w 
jaki   to   robi.   Mam   wrażenie,   że   wszystko   się   powtarza   - 
zakończyła smutno. - Jest tak, jak jedenaście lat temu. Czuję, że 
znowu buduje wokół siebie mur. 
 

A ona nie była pewna,  czy jest w stanie sobie z tym 

poradzić. Nawet rozmowy z przyjaciółką nie mogły pomóc. 
 

Nadal ją to bolało i nadal czuła wątpliwości. Jak mogła 

uwierzyć, że może na niego liczyć, skoro nagle, bez powodu, 
zaczynał wysyłać jej znaki, żeby trzymała się z daleka? 
 

Merry nic nie mówiła przez kilka minut.  

 

- Cole chowa się za murami - przyznała. - Ale tak już 

jest. Chyba że chcesz, tak jak ja, spotykać się z beznadziejnymi 
facetami. 
 

- Miałam zamiar porozmawiać z tobą o Craigu - zaczęła 

Dixie. 
 

- O nie. Nie dzisiaj. Możesz udzielać mi rad, kiedy sama 

dasz sobie radę ze swoimi problemami. 
 

- Czyli kiedy będę miała siedemdziesiąt lat? 

116

background image

 

- Jeżeli ci się do tej pory uda... 

 

Dixie westchnęła. Cole obiecał, że spotkają się jutro. 

 

Może   uda   jej   się   zmusić   go   do   szczerej   rozmowy.   A 

może to za wcześnie? 
 

Nieważne. Coś wymyśli. 

 

- Może urządzimy sobie dzisiaj babski wieczór? - 

 

zaproponowała. 

 

- Przykro mi, ale nie mogę. W środy zawsze spotykam 

się z Jaredem. Była nas kiedyś trójka... - Wzruszyła ramionami. 
 

- Chloe umarła, ale spotykamy się dalej. Na początku 

bardzo mu to pomagało, bo mógł z kimś o niej porozmawiać. 
 

Z czasem staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. 

 

Dixie rzuciła jej zaciekawione spojrzenie. Chloe była ich 

przyjaciółką z czasów studiów. Mieszkała blisko Merry, więc 
były w kontakcie. Ale stała randka z wdowcem po Chloe sześć 
lat   po   śmierci   przyjaciółki?   To   brzmiało   jak   coś   więcej   niż 
tylko   przyjaźń...   Ale,   z   drugiej   strony,   co   ona   mogła   o   tym 
wiedzieć? 
 

Merry   miała   rację.   Dixie   powinna   poradzić   sobie 

najpierw   ze   swoimi   problemami,   zanim   będzie   próbowała 
komukolwiek pomagać. 
 

- Chyba muszę coś namalować - powiedziała nagle. - A 

w każdym razie rzucić trochę farby na płótno. 
 

Sesja terapii sztuką mogła uświadomić jej to, co musiała 

wiedzieć - nawet jeśli nie była pewna, czy tego chce. 
 

W czwartek po południu Cole siedział, wpatrując się w 

przefaksowany raport, który trzymał w dłoni. W myślach miał 
zamęt. Na zewnątrz deszcz uderzał o szyby. Jedynym światłem 
w   pokoju   była   lampka   na   biurku.   Po   nadejściu   burzy   pokój 
pogrążył się w półmroku. 
 

Potrząsnął   głową.   To   nie   mogła   być   prawda.   Musiała 

zajść   jakaś   pomyłka.   Sięgnął   po   telefon   i   wybrał   numer 
detektywa, który prowadził śledztwo na temat Granta Ashtona. 

117

background image

 

Piętnaście minut później zamęt zniknął. Na jego miejsce 

pojawiła się wściekłość i pytania. I ogromne zdziwienie. 
 

Detektyw wyśle mu rachunek. Jak miał podpisać czek? 

 

Cole Ashton... Był nim przez całe swoje życie. 

 

Mógł zostać Coleem Sheppardem, kiedy miał dziesięć 

lat.   Lucas   chciał   ich   adoptować,   ale   Spencer   odmówił 
zrzeczenia się praw. Nie chciał swoich dzieci, ale nie chciał też, 
żeby miał je ktokolwiek inny. 
 

A   teraz   sprawił,   że   całe   życie   Cole’a   stało   się 

kłamstwem. Cole uderzył pięścią w biurko. 
 

- Niech go diabli wezmą! 

 

Skoczył na równe nogi, chwycił marynarkę i ruszył w 

stronę   drzwi.   Nie   zauważył,   że   idąc,   potrącił   doniczkę   z 
delikatną orchideą, która spadła i rozbiła się na podłodze. 

118

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

 

Cole jechał godzinami. Na początku ogarnięty był 

 

wściekłością,   która   w   końcu   zmieniła   się   w   gorycz. 

Potem   powróciło   zdziwienie   i   pytania,   na   które   nie   mógł 
znaleźć   odpowiedzi   za   kierownicą   swojego   samochodu.   Ale 
mógł je uporządkować i nadać im priorytety. Jechał tak długo, 
aż w końcu musiał się zatrzymać w motelu i przespać. 
 

Wiele   godzin   później   obudziły   go   odgłosy   ruchu 

samochodowego.   Światło   wpadało   przez   szpary   pomiędzy 
ścianą i żaluzjami. Był ubrany, łóżko, na którym leżał, było 
twarde, a na suficie widać było dużą plamę wilgoci. 
 

Przez   chwilę   nie   wiedział,   gdzie   jest,   ani   jak   się   tu 

dostał. 
 

Powoli   powróciły   wspomnienia   z   wczorajszego 

wieczoru. I coś jeszcze. 
 

Dzisiaj był piątek. Ten dzień przychodził zazwyczaj po 

czwartku. A on obiecał Dixie, że zabierze ją w czwartek na 
kolację. 
 

Jęknął. Czy mogło być jeszcze gorzej? 

 

Ona   to   zrozumie,   powiedział   sobie,   biorąc   szybki 

prysznic. 
 

Gdzie się znajdował? Nie był nawet pewien, w której 

części stanu. Nie, chwileczkę - jak przez mgłę przypominał so-
bie,   że   przekraczał   granicę   stanu   na   krótko   przed   tym,   jak 
zatrzymał się na noc. Był w Newadzie. Gdzieś w Newadzie. 
 

Będzie musiał zapytać w recepcji. 

 

Nakładając wczorajsze ubranie, zapewniał sam siebie, że 

kiedy opowie Dixie o tym, czego się dowiedział, ona zrozumie, 

119

background image

dlaczego zapomniał o wszystkim innym. 
 

Kiedy   się   już   ubrał,   próbował   do   niej   zadzwonić,   ale 

telefon przy łóżku nie działał, a on zostawił swoją komórkę w 
domu. Wybiegł z pokoju, biorąc ze sobą tylko marynarkę. 
 

Wybiegł, nie zadzwoniwszy do Dixie. 

 

Dixie   na   pewno   zrozumie,   dlaczego   tak   nim   to 

wstrząsnęło.   Była   współczującą   osobą.   Będzie   się   jednak 
zastanawiać, dlaczego nie pomyślał o tym, żeby się z tym do 
niej zwrócić. 
 

On też się nad tym zastanawiał. 

 

Kupił burrito i duży kubek kawy na wynos i zostawił 

miasteczko Basalt w Newadzie za sobą. Nie zatrzymał się ani 
razu, dopóki nie podjechał pod duży dom swoich rodziców pięć 
wyczerpujących godzin później. 
 

Tilly podbiegła, żeby go powitać, gdy tylko wysiadł z 

samochodu,   i   Colea   przygniotło   poczucie   winy.   Na   pewno 
wszyscy się o niego martwili. Włączając w to psa. 
 

Przez   chwilę   głaskał   Tilly,   po   czym   skierował   się   w 

stronę   domu.   Była   druga   po   południu,   więc   Dixie   pewnie 
pracowała. Wobec tego mogła być wszędzie. Ostatnio ustawiła 
sztalugi na werandzie, więc tam skierował się najpierw. 
 

Ani śladu Dixie. Ani śladu nikogo. Wyglądało na to, że 

dom jest pusty. 
 

Postanowił   sprawdzić   jej   pokój   i   wbiegł   na   górę, 

przeskakując po dwa stopnie. 
 

Nie było jej tam, ale była Mercedes. I pakowała rzeczy 

Dixie. 
 

Cole  zastygł  nieruchomo  w  drzwiach.   Gdzieś   w   głębi 

umysłu słyszał echo słów, które powtarzał sobie trzy dni temu. 
 

Za późno, za późno, za późno... 

 

Mercedes   skończyła   składać   spodnie,   włożyła   je 

ostrożnie do walizki Dixie i wyprostowała się, krzywiąc się na 
jego widok. 

120

background image

 

- Najwyższa pora! Gdzie ty się podziewałeś? 

 

- Powiem ci później. - Będzie musiał. Wszyscy muszą 

się  dowiedzieć.  Ale  w tej chwili nie  był  w  stanie  jej  o  tym 
powiedzieć. W ogóle.mówienie przychodziło mu z trudem. - 
 

Gdzie ona jest? 

 

- Wyjechała, to chyba oczywiste - rzuciła Mercedes. 

 

-   Merry.   -   Podszedł   do   niej   i   położył   jej   dłonie   na 

ramionach. - Muszę ją odnaleźć. Muszę. Gdzie pojechała? 
 

Mercedes przyjrzała mu się uważnie. Jej wyraz twarzy 

zmiękł i pojawiła się w nim troska. 
 

-   Jesteś   palantem,   ale   wyjechała   z   innego   powodu. 

Poczuł szybkie ukłucie strachu. 
 

- Co się stało?  

 

- Jej matka miała wczoraj atak serca. 

 

- O nie. - Cole zamknął na chwilę oczy. - Czy ona...? 

 

- To był lekki atak. Jest teraz w szpitalu, ale mówią, że 

nic   jej   nie   będzie.   To   jednak   nie   wszystko.   Sama   wezwała 
wczoraj karetkę, kiedy się zorientowała, co się dzieje. Tylko 
że... - Przełknęła ślinę. - Zajmowała się wtedy Jody. I w całym 
tym zamieszaniu Jody po prostu wyszła. 
 

- O Boże. - Cole pomyślał o wczorajszej burzy. - 

 

Powiedz mi, że się już odnalazła. 

 

- Nie mogę. Cały czas jej szukają. 

 

Dixie siedziała przy stole w mieszkaniu ciotki, chowając 

twarz w dłoniach. Cały stół pokryty był mapami. Nie wiedziała, 
co jeszcze może zrobić, jakie miejsca jeszcze sprawdzić poza 
tymi,   w   których   już   szukali.   Jak   daleko   mogła   dojść 
sześćdziesięcioletnia kobieta? 
 

Zadzwonił   telefon.   Nosiła   go   stale   przy   sobie,   więc 

odebrała już po pierwszym dzwonku. 
 

- Tak? 

 

To była Jillian, która chciała wiedzieć, czy wydarzyło się 

coś  nowego.  Wszyscy  byli  dla  niej  tacy  dobrzy. Praktycznie 

121

background image

zamknęli Louret na cały dzień, żeby szukać Jody. Policja też jej 
szukała, tyle że nie na wiele się to zdało.  
 

Wszyscy szukali. Wszyscy, oprócz Cole’a, który zniknął 

równie niespodziewanie jak jej ciotka. 
 

Jego   matka   powiedziała   jej,   żeby   się   tym   nie 

przejmowała. 
 

- On czasami tak robi - powiedziała łagodnie. - Kiedy 

dzieje się coś, z czym musi sobie poradzić, to po prostu wsiada 
w samochód i jedzie. 
 

Dixie wiedziała, z czym Cole musi sobie poradzić. Z nią. 

 

I najwyraźniej była naprawdę wielkim kłopotem, skoro 

nie tylko wystawił ją do wiatru, ale i nie wrócił przez całą noc. 
 

Koło północy, w szpitalu, zdecydowała, że rozwiąże ten 

próblem za niego. Skoro tak trudno mu było się zdecydować, 
czy chce iść z nią na kolację, czy nie. 
 

Kiedy otworzyły się tylne drzwi, spojrzała odruchowo w 

ich   kierunku,   spodziewając   się   zobaczyć   jednego   z 
poszukiwaczy. 
 

To był Cole. 

 

Poczuła nagłą falę gorąca, a potem zimna. Przez chwilę 

pomyślała,   że   zaraz   zemdleje,   co   byłoby   najgorszym   z 
możliwych wyjść. Odwróciła wzrok. 
 

- Nic nie powiesz? - zapytał łagodnie. 

 

Potrząsnęła głową i spojrzała na stół. Za mało spała, to 

wszystko.   Zdrzemnęła   się   tylko   dwie   godziny   na   twardym 
krześle w szpitalnej poczekalni. Nie potrzebowała Cole’a, nie 
po tym, jak jej udowodnił, że wszystkie jej wątpliwości były 
słuszne. 
 

- Jeśli jesteś tutaj, żeby pomóc Jody, to dobrze. Powiem 

ci, w jaki rejon masz się udać. Jeśli przyjechałeś w innym celu, 
to proszę, wyjdź. 
 

- Przyjechałem pomóc w poszukiwaniach. Ale chciałem 

wiedzieć, jak się trzymasz. 

122

background image

 

- Dobrze - powiedziała, choć łzy napłynęły jej do oczu. 

 

- W porządku. Pojedź tu, na Waters Street. - Postukała 

palcem w miejsce na mapie. - Już sprawdziliśmy to miejsce, ale 
mogliśmy ją przeoczyć. Albo może wróciła tu później. 
 

Tam   jest   kawiarnia.   To   jest...   To   było...   jedno   z   jej 

ulubionych... 
 

- Głos jej się załamał i łzy popłynęły po policzkach. - 

 

Mogła tam pójść - dokończyła szeptem. 

 

- Och... kochanie... - Przeszedł przez pokój, wyciągnął ją 

z krzesła i objął ramionami. 
 

Uderzyła go w pierś dłońmi zaciśniętymi w pięści. 

 

-   Nie   nazywaj   mnie   tak!   Niech   cię   szlag,   gdzie   ty 

wczoraj... Gdzie... - Ale słowa urwały się, kiedy wstrząsnął nią 
szloch. 
 

-   Potrzebowałam   cię   wczoraj,   a   ty   tak   po   prostu 

zniknąłeś! 
 

- Wiem, skarbie. Przepraszam. Bardzo przepraszam. 

 

Na początku próbowała się uwolnić, ale on trzymał ją 

mocno. W pewnym momencie po prostu się poddała. Dobrze 
było móc się wypłakać w jego objęciach, czerpać z jego siły. 
 

Kiedy   skończyła   szlochać,   odsunęła   się.   Nie   miała 

jednak na to ochoty i to doprowadzało ją do furii. Rozejrzała się 
wokół w poszukiwaniu chusteczek. 
 

Cole podał jej pudełko. 

 

- Dziękuję - powiedziała tak chłodnym tonem, na jaki 

udało jej się zdobyć. 
 

- Spałaś trochę? 

 

- Trochę. I zanim to zaproponujesz, od razu ci powiem, 

że nie mam zamiaru się kłaść. 
 

Przyglądał się jej przez chwilę. 

 

- Dobrze. Powiem ci, co się stało wczoraj, ale później. 

Co   z   twoją   mamą?   Mogę   tu   chwilę   zostać,   a   ty   mogłabyś 
pojechać się z nią zobaczyć. 

123

background image

 

- Właśnie mnie tutaj odesłała. Powiedziała, żebym się 

trochę zdrzemnęła. Tak jakbym była w stanie to zrobić! - Dixie 
zużyła ostatnią chusteczkę i wyrzuciła ją do śmieci. 
 

-   Wiem,   że   trudno   przestać   o   tym   myśleć.   Chodź   - 

powiedział, biorąc ją za rękę. - Usiądź. Jadłaś coś? 
 

Pozwoliła mu zaprowadzić się do krzesła. 

 

- Twoja mama wmusiła we mnie kanapkę kilka godzin 

te-mu.   -   Nareszcie   prawdziwy   uśmiech   pojawił   się   na   jej 
twarzy. - Nie wiem, jak ona to robi, że jest tak miła i uprzejma, 
a jednocześnie tak nieprzejednana. 
 

- Cała mama. - Cole przeglądał szafki. - Może napijesz 

się   kawy?   Nie   poczujesz   się   wprawdzie   od   tego   lepiej,   ale 
będziesz mogła się martwić, nie przysypiając. 
 

Tak, to brzmiało nie najgorzej. 

 

- Dobrze. - Nie znaczyło to wcale, że mu przebaczyła. Po 

prostu   nie   miała   siły   go   w   tej   chwili   nienawidzić.   -   Jest   w 
szafce koło zlewu. Zrób cały dzbanek. Przewija się tutaj wielu 
ludzi. 
 

Obydwoje milczeli, kiedy Cole zaparzał kawę. Gdy już 

nalał   ciemnobrązowego   płynu   do   kubków,   usiadł   i   poprosił, 
żeby mu powiedziała, kto prowadzi poszukiwania, gdzie i jakie 
miejsca   zostały   już   sprawdzone.   Uspokoiło   ją   to   i 
przypomniało, że robią wszystko, co w ich mocy. 
 

W   ciągu   następnej   godziny   pojawił   się   policjant   i 

powiedział   im,   na   jakim   etapie   są   poszukiwania.   Telefon 
zadzwonił   kilka   razy.   Najpierw   dzwoniła   Mercedes,   żeby 
powiedzieć, że wraca, a potem telemarketer,  który  dał Dixie 
okazję, żeby na kogoś pokrzyczeć. 
 

Cole najwyraźniej nigdzie się nie wybierał. Wyglądało 

na to, że instynktownie wie, kiedy coś powiedzieć, kiedy zająć 
jej   myśli,   a   kiedy   milczeć.   W   pewnym   momencie   Dixie 
zdecydowała jednak, że on nie może tu siedzieć i jej niańczyć. 
 

-   Policja   sprawdziła   już   Waters   Street,   ale   mógłbyś 

124

background image

pojechać i sprawdzić ten wąwóz za supermarketem. 
 

-   Zrobię   to,   kiedy   tylko   przyjedzie   Mercedes   - 

powiedział, sącząc kawę. 
 

Dixie   chciała,   żeby   został.   Ta   tęsknota   była   równie 

głupia, jak samolubna. Wiedziała, że powinna wypchnąć go za 
drzwi, zarówno dla własnego dobra, jak i dla dobra ciotki Jody. 
 

- Nie potrzebuję opieki. 

 

- Nie powinnaś być sama. 

 

Miała ochotę krzyknąć na niego ze złością, ale wtedy 

zadzwonił telefon. Spojrzała na aparat i skrzywiła się. 
 

- Jeśli to kolejny telemarketer... 

 

- Ja odbiorę. - Cole wyciągnął rękę i pierwszy podniósł 

słuchawkę. - Halo? 
 

Z jego twarzy od razu mogła wyczytać, co się stało. 

 

- To cudownie! Tak... Oczywiście. Zaraz tam będziemy. 

 

- Odłożył słuchawkę i wstał, uśmiechając się szeroko. - 

 

Jest w redakcji gazety w Napa. Bóg jeden wie, jak się 

tam   dostała,   ale   nic   jej   nie   jest.   Karmią   ją   pączkami.   Jest 
zmęczona, ale nie chce stamtąd wyjść. Wydaje jej się, że tam 
pracuje - dodał. 
 

Dixie  zamknęła  oczy.   Poczuła,   jak  kolana  jej  miękną, 

kiedy przepływała przez nią fala ulgi. 
 

-   Kiedyś   tam   pracowała   -   udało   jej   się   powiedzieć.   - 

Trzydzieści lat temu. 

125

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

 

Cole   zawiózł   Dixie   do   biura   gazety.   Na   miejscu 

wykonali dziesiątki  telefonów,  informując wszystkich,  którzy 
szukali Jody, że zguba się odnalazła. 
 

Jody   weszła   do   budynku   tak   pewnym   krokiem,   że 

pomimo jej nieco nieporządnego wyglądu recepcjonistka jej nie 
zatrzymała. Stanęła na środku i głośno zapytała, co zrobili z jej 
biurkiem.   Jeden   z   dziennikarzy   zorientował   się,   że   to   ta 
zaginiona kobieta,  o której  ich powiadamiano.  Usadzili Jody 
przy   starej   maszynie   do   pisania,   żeby   mogła   „zabrać   się   do 
pracy”, i zadzwonili na policję. 
 

Cole pomógł namówić Jody, żeby wyszła wcześniej z 

pracy, a potem flirtował z nią i załagodził jej wybuch gniewu, 
kiedy   dowiedziała   się,   że   musi   zostać   w   szpitalu   na   noc   na 
obserwację. 
 

Jody nie znosiła szpitali. Kiedy jednak okazało się, że 

jest tam też jej siostra, zjadła spokojnie kolację i położyła się 
spać. 
 

Miała   za   sobą   ciężkie   dwadzieścia   cztery   godziny   i 

pewnie   zginęłaby   z   zimna,   gdyby   w   nocy   nie   znalazła 
otwartego samochodu i nie przespała się na tylnym siedzeniu. 
 

Oczywiście jej wersja wydarzeń była zupełnie inna. W 

tym przypadku choroba Alzheimera miała tę korzyść, że nie 
pamiętała, że się zgubiła i była przerażona. Wierzyła, że kiedy 
jechała   do   pracy,   rozpadało   się,   stanęła   więc   na   poboczu   i 
przespała się w samochodzie. 
 

- A potem ten głupi samochód nie chciał zapalić - 

 

mruczała ze złością - więc wysiadłam i dalej poszłam 

126

background image

pieszo. 
 

Bóg jeden wie, jak długo szła, zanim znalazła coś, co 

wyglądało znajomo - biuro redakcji - i weszła do środka. To 
dziwne, pomyślała Dixie, ale niektóre cechy Jody w ogóle się 
nie   zmieniły.   Na   przykład   jej   nieugięty   duch.   Mogła   nie 
wiedzieć,   gdzie   jest,   jak   się   tam   dostała,   ani   jak   wrócić   do 
domu, ale nigdy się nie poddawała. 
 

Dziwnie   było   tak   krążyć   między   dwoma   szpitalnymi 

pokojami. Dixie i jej matka śmiały się z tego, zgadzając się, że 
szpital   powinien   chociaż   umieścić   siostry   na   tym   samym 
piętrze, co stanowiłoby znaczne ułatwienie dla odwiedzających. 
 

Dixie wciąż jeszcze czuła ukłucie strachu na myśl o tym, 

co   mogło   się   stać.   Chciałaby   móc   odnaleźć   właścicieli   tego 
samochodu i podziękować im, że go nie zamknęli. 
 

Chciałaby...   Ziewnęła   szeroko   i   wszystkie   jej   myśli 

rozpłynęły się w senności. 
 

-   Jesteśmy   na   miejscu.   -   Cole   podjechał   na   podjazd 

domu Jody. 
 

Była dziesiąta wieczór, a ona miała za sobą niezwykle 

ciężki dzień i na dodatek prawie wcale nie spała poprzedniej 
nocy.   Była   niemal   otępiała   ze   zmęczenia,   ale   zauważyła,   że 
Cole wysiadł z samochodu razem z nią. 
 

Dixie   stanęła   na   werandzie,   wpatrując   się   w   niego 

zwężonymi oczami. Powinna uścisnąć mu dłoń, podziękować i 
kazać   odejść.   To   byłoby   rozsądne.   Tylko   że   była   taka 
zmęczona...  
 

Jego napięty uśmiech powiedział Dixie, że zgadł część 

jej myśli. 
 

-   Chodź,   wojowniku   -   powiedział,   obejmując   ją   i 

prowadząc   do   drzwi.   -   Możesz   być   twarda   jutro.   Dzisiaj 
chwiejesz się na nogach jak jakiś pijaczyna. Potrzebujesz snu. 
 

Pozwoliła   mu   się  przeprowadzić   przez  dom,   po   czym 

uwolniła się. 

127

background image

 

-   Ty   nie   będziesz   spał   ze   mną   -   poinformowała   go, 

wchodząc po schodach na górę, chociaż w jej głosie nie było 
przekonania. Ziewanie odbierało jej wiarygodność. 
 

Cole nie poszedł jednak za nią na górę. Najwyraźniej 

zaakceptował   granice,   które   ustaliła.   Bardzo   dobrze, 
powiedziała sobie. Miała jednak ochotę płakać ze złości, kiedy 
nie mogła znaleźć walizki. Gdzie Merry ją położyła, do diabła? 
 

Nieważne. Rozebrała się i położyła w łóżku, po czym 

cały świat pogrążył się w nicości na kilka następnych godzin... 
 

Z wyjątkiem tych chwil, w których podnosiła na chwilę 

powieki   i   czuła   ramię   Colea   obejmujące   ją   w   pasie   i   jego 
równomierny oddech w ciemności. 
 

Wszystko   było   jednak   w   porządku,   więc   zaraz   znów 

zasypiała.  
 

Obudziła   się   o   dziewiątej   dziesięć   następnego   dnia 

wypoczęta, sama i zmieszana. 
 

Przez kilka minut leżała cicho w łóżku, przypominając 

sobie   poprzedni   dzień.   I   noc,   w   czasie   której   chyba   coś   się 
zmieniło... 
 

Kiedy   odrzuciła   kołdrę   i   usiadła,   poczuła   zapach 

smażonego bekonu i zobaczyła walizkę. Czy stała w nogach 
łóżka przez cały czas, czy Cole przyniósł ją na górę? 
 

Wzięła   kilka   ubrań   i   poszła   do   łazienki.   Pół   godziny 

później zeszła na dół. 
 

Nie   była   zdziwiona,   widząc   Cole’a   siedzącego   i 

czytającego gazetę. 
 

- Twoja mama i twoja ciotka czują się dobrze. Możemy 

podjechać po Jody koło południa. 
 

My? Skinęła głową ostrożnie, po czym skierowała się w 

stronę ekspresu do kawy. 
 

- Dziękuję, że zadzwoniłeś do szpitala. 

 

- Ja też chciałem wiedzieć, co z nimi. Kawa jest dość 

świeża - dodał, spoglądając znów na gazetę - ale bekon jest 

128

background image

zimny. Masz ochotę na jajka? 
 

Jeden kącik ust Dixie uniósł się w uśmiechu. Jego jedyne 

kulinarne osiągnięcie.  
 

- Wystarczy mi bekon i tosty. 

 

Żadne   z   nich   nie   odzywało   się,   kiedy   Dixie 

przygotowywała   sobie   proste   śniadanie.   Colebwi   zarówno 
cisza,   jak   i   jej   towarzystwo   wydawały   się   zupełnie   nie 
przeszkadzać. 
 

Dixie jednak czuła się dziwnie, co ją irytowało. 

 

-   Piszą   coś   ciekawego?   -   zapytała,   przynosząc   tost, 

bekon i kawę do stołu. 
 

Spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. 

 

- Interesuje cię Dow Jones? 

 

- Nie. 

 

- Więc nic ciekawego nie piszą. - Wrócił do czytania. 

 

Oparła   się   pokusie   wyrwania   mu   gazety   z   ręki, 

pogratulowała   sobie   dojrzałości   i   zabrała   się   za   jedzenie 
śniadania. 
 

Cole   zostawił   tylne   drzwi   otwarte.   Powietrze   było 

świeże   i   zadziwiająco   ciepłe,   niebo   było   czyste   i   słoneczne. 
Słyszała śpiew ptaków, szum samochodów od frontu i śmiech 
dochodzący   z   sąsiedniej   posesji.   Dzieciaki   miały   tam 
trampolinę. 
 

Cole nigdy nie lubił zaczynać poranka od telewizji ani 

od radia. Ona też nie. 
 

Kiedy   skończyła   jeść,   odniosła   talerz   do   zmywarki   i 

wróciła do stołu ze świeżo nalanym drugim kubkiem kawy. 
 

- Odłóż gazetę - powiedziała. 

 

Spojrzał na nią i po chwili skinął głową, tym razem bez 

uśmiechu, po czym złożył gazetę i odłożył ją na stół. 
 

- Mam prawo do procesu, czy przejdziemy od razu do 

wyroku? 
 

-   Wciąż   jesteśmy   na   etapie   dochodzenia.   -   Usiadła 

129

background image

naprzeciwko niego, pijąc kawę i obserwując go znad brzegu 
kubka. 
 

- Dlaczego? - zapytała miękko. - Dlaczego uciekłeś? 

 

Przez długą chwilę patrzył na nią, nic nie mówiąc. 

 

Zabębnił palcami po stole. 

 

- Powiem ci, co się stało - teraz, jeśli chcesz - ale nie 

miało   to   nic   wspólnego   z   tobą.   Mam   nadzieję,   że   będziesz 
chciała wydać werdykt, wiedząc tylko tyle. 
 

Potrząsnęła głową zmieszana. 

 

- Dlaczego mi po prostu nie powiesz? 

 

Przez   chwilę   w   jego   oczach   dostrzegła   uczucie. 

Odwrócił głowę. 
 

- Nie jest mi łatwo to powiedzieć, ale miałaś rację. 

 

Starałem się trzymać na dystans swoje uczucia do ciebie. 

 

Usprawiedliwiałem się sam przed sobą, żeby trzymać się 

z daleka. Robiłem to celowo. Sprawdzałem cię. 
 

Poczuła   nagły   przypływ   trudnych   do   nazwania, 

złożonych uczuć. 
 

- Chyba nie zdałam tego egzaminu, skoro postanowiłeś 

uciec. 
 

- Nie. - Podniósł gwałtownie głowę. - Powiedziałem ci, 

że to nie miało nic wspólnego z tobą. Dowiedziałem się czegoś 
o moim ojcu. Czegoś... - Potrząsnął głową. - 
 

Powinienem przyjść z tym do ciebie. Nie przyszło mi to 

do głowy, ale... Mogę powiedzieć na swoją obronę tylko to, że 
zawsze wszystko, co jego dotyczyło, trzymałem dla siebie. 
 

Zareagowałem w sposób, w jaki jestem przyzwyczajony 

reagować. Uciekłem, bo chciałem sobie sam z tym poradzić. 
 

Dixie było go żal. 

 

- Czego się dowiedziałeś? 

 

- To coś naprawdę ważnego, ale nie tak ważnego jak to. 

 

-   Sięgnął   przez   stół   i   ujął   obie   jej   dłonie.   -   Nie   tak 

ważnego jak coś, z czego w końcu zdałem sobie sprawę. 

130

background image

 

Chciałem, żebyś mnie kochała. 

 

Dixie przełknęła ślinę. 

 

- Cole... 

 

- Pozwól mi skończyć. - Jego uścisk stał się mocniejszy. 

 

- Chciałem też, żebyś to udowodniła. A kiedy wróciłem 

z całonocnej jazdy, pomyślałem, że odeszłaś. - Ton jego głosu 
nagle stał się pusty, bez wyrazu. - To sprawiło, że wszystko 
stało się jasne. Odeszłaś przeze mnie. 
 

Mówił teraz szybciej, słowa same wyrywały się z jego 

piersi. 
 

- Myślałem tylko o tym, że chcę cię odzyskać. Żadnych 

więcej testów, żadnych gwarancji, to nie miało już żadne-go 
znaczenia. Po prostu chciałem cię odzyskać. - Spojrzał jej w 
oczy i uśmiechnął się. - A potem dowiedziałem się, że twój 
wyjazd nie miał nic wspólnego ze mną. 
 

Dixie   zamrugała   oczami.   Zbyt   dużo   płakała   przez 

ostatnie dwa dni. 
 

- Nie, nie miał. Ale dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, 

dlaczego wybrałeś się na tę nocną wyprawę? 
 

-   Dlatego   -   powiedział   miękkim   głosem   -   że 

zastanawiam   się,   czy   robisz   to   samo   co   ja.   Czy   mnie 
sprawdzasz. Czy czekasz, aż popełnię błąd. Jeśli potrzebujesz 
powodów, żeby mi zaufać, Dixie, to dam ci je. To nie jest test. 
Ale mam nadzieję... - Zamilkł i przełknął ślinę. - Mam nadzieję, 
że   mi   uwierzysz.   Dlatego,   że   ja   od   dzisiaj   będę   ci   wierzył. 
Kocham cię, a miłość oznacza zaufanie, nie próby.  
 

Nagle to, co zmieniło się w czasie jej snu, stanęło jej 

wyraźnie   przed   oczami.   W   pewnym   momencie   przestała 
widzieć Cole’a, a widziała tylko swoje obawy. Ale te obawy 
były jedynie duchami i znikły, kiedy zagroziła jej prawdziwa 
tragedia. 
 

Na twarz Dixie powoli wypłynął uśmiech. 

 

-   To   dobrze.   Bo   ja   jestem   zakochana   w   tobie   do 

131

background image

szaleństwa. Cole roześmiał się na cały głos. Był szczęśliwy. 
 

-   To   chodź   tutaj,   kobieto!   Co   robisz   tak   daleko   ode 

mnie? 
 

Ona również się śmiała, kiedy chwycił ją w ramiona. 

 

Chwycił   i   zatrzymał   na   dobre,   zniewolił   w   swoich 

ramionach, wyzwalając ją jednocześnie. 

132

background image

EPILOG

 

- Myślisz, że twoja matka kiedykolwiek mi przebaczy? - 

 

zapytała Dixie, przeglądając się we wstecznym lusterku. 

Była prawie ósma wieczorem. Spóźniali się trochę, ale mieli za 
sobą dzień pełen wrażeń. 
 

-  Nie będzie musiała -  odpowiedział  Cole.  - To  mnie 

wini za ten pomysł z ucieczką do Vegas. Ty jesteś niewinna. 
 

-   Cóż,   moja   matka   też   ma   żal,   że   pozbawiliśmy   ją 

udziału w naszym ślubie, ale z kolei jest przekonana, że to był 
mój   pomysł.   Wychodzi   więc   na   zero.   -   Dixie   spojrzała   na 
obrączkę na swoim palcu i zerknęła, co się dzieje na tylnym 
siedzeniu. 
 

Tilly leżała zwinięta w kłębek i spała. Hulk siedział w 

swojej klatce, chociaż jej drzwi były otwarte. Kot zdecydował, 
że  skoro  Tilly   nie   musi  jechać  w   zamknięciu,   to  on   też   nie 
powinien,   ale   nie   był   gotowy   opuścić   bezpiecznych   ścian 
schronienia. Otwarta klatka była z jego strony kompromisem. 
 

Życie   było   pełne   kompromisów.   Dixie   odwróciła   się 

przodem   do   kierunku   jazdy   i   sięgnęła   po   rękę   Cole’a   w 
momencie, gdy wjeżdżali na podjazd The Vines. Duży dom był 
oświetlony i wyglądał bardzo przyjaźnie. 
 

- W porządku? 

 

Bez słowa kiwnął głową, czuła w nim jednak napięcie. 

 

Do   tej   pory   tylko   jego   matka   i   ojczym   wiedzieli   o 

detektywie, którego wynajął, i o tym, czego się dowiedział. 
 

Cole powiedział im tamtego popołudnia, kiedy wrócili z 

Vegas.   Zgodzili   się,   że   najlepiej   będzie   poinformować 
wszystkich   jednocześnie,   i   zaprosili   całą   rodzinę   dziś 

133

background image

wieczorem. 
 

To,   co   Cole   miał   im   do   powiedzenia,   wstrząśnie   ich 

życiem. Powinni to usłyszeć z pierwszej ręki. 
 

„Wszyscy”   obejmowało   również   Granta.   Cole 

zaakceptował go, ale nadal w jego oczach pojawiał się dziwny 
wyraz, kiedy o nim mówił. Dixie podejrzewała, że zbyt mocno 
próbował   czuć   się   jak   brat   wobec   człowieka,   który   wciąż 
jeszcze był dla niego obcy. 
 

Przestań się tak starać, powiedziała mu. To zajmie trochę 

czasu. Chociaż, biorąc wszystko pod uwagę i tak radził sobie 
zadziwiająco dobrze. Była z niego dumna. 
 

Caroline na progu ucałowała i uściskała ich oboje. Tilly i 

Hulk weszli krok w krok za nimi, a Hulk od razu zaczął się 
głośno domagać przekąski. 
 

Caroline roześmiała się. Mimo że w jej oczach widać 

było pewne napięcie, śmiech był ciepły jak zwykle. 
 

- Widzę, że wzięliście ze sobą również resztę rodziny. 

 

Wszyscy   są   w   salonie.   A   ty,   Hulk,   jak   będziesz 

grzeczny, to dostaniesz kilka kanapek. Z kawiorem. 
 

- Błagam, nie dawaj mu tego, bo jeszcze to polubi! - 

 

krzyknęła   z   udawanym   przerażeniem   Dixie.   Obydwie 

przekomarzały się jeszcze chwilę, idąc w stronę salonu. 
 

Cole był cichy, ale na początku nikt tego nie zauważył. 

 

Wszyscy go ściskali, zaskoczeni, czyniąc mu wyrzuty, 

że   wzięli   ślub   potajemnie,   zamiast   urządzać   właściwą 
ceremonię. 
 

Dixie wymieniła spojrzenia z Cole’em.  

 

Postanowili związać się tak szybko, ponieważ wiedzieli, 

że to była słuszna decyzja. Cole powiedział nawet, że nie chce 
dać żadnemu z nich czasu na to, żeby znowu wszystko popsuć. 
Poza tym to, co odkrył, wprowadzi chaos do rodziny i nie byłby 
to dobry moment na organizowanie wielkiej uroczystości. 
 

Po gratulacjach Cole przeszedł na środek pokoju. 

134

background image

 

- Chyba mama powiedziała wam wszystkim, że mam dla 

was pewną informację - zaczął. 
 

-   Sami   się   domyśliliśmy   -   powiedziała   Jillian, 

uśmiechając się. - Ten nagły ślub... Kiedy zostanę ciotką? 
 

Kilkoro z nich roześmiało się. W zadziwiający sposób 

uszy   Cole’a   zaróżowiły   się,   ale   wyraz   jego   twarzy,   który 
pozostał niezmieniony, uciszył wszystkie śmiechy. 
 

- Niestety, to nie jest wesoła wiadomość - powiedział 

łagodnie. - Muszę zacząć od czegoś, co niektórym z was się nie 
spodoba.   Wynająłem   prywatnego   detektywa,   żeby   zbadał 
sprawę Granta. 
 

Nie, nie podobało im się to. Jednak to Grant ich uciszył, 

przekrzykując nagle powstały w pokoju szum. 
 

- Nie bądźcie dla niego zbyt surowi. To było całkiem 

zrozumiałe.  
 

- Dziękuję - powiedział Cole, zaskoczony. - Na pewno 

nie zdziwi cię fakt, że detektyw potwierdził wszystko, co nam 
powiedziałeś. 
 

- Więc po co to spotkanie? - zapytała Mercedes. 

 

-   Do   tego   zmierzam.   Przyniosłem   kopie   raportu,   jeśli 

ktoś chciałby do nich zajrzeć. Krótko mówiąc, Spencer Ashton 
poślubił Sally Barnett w Crawley, w Nebrasce, tak jak mówił 
 

Grant.   Kilka  miesięcy   później   urodziła  bliźnięta,   a   po 

następnym roku on odszedł. Sally umarła, kiedy dzieci miały 
dwanaście lat. Potem wychowywali je jej rodzice. 
 

- Wiemy już o tym wszystkim - powiedział Eli. - O co 

chodzi? 
 

- Grant o czymś wam nie powiedział, prawdopodobnie 

dlatego, że sam o tym nie wiedział. - Cole zamilkł na chwilę. - 
 

Spencer   opuścił   matkę   Granta   czterdzieści   dwa   lata 

temu. 
 

Poślubił naszą matkę trzydzieści siedem lat temu. Ale 

jednego nie zrobił. Nigdy nie rozwiódł się ze swoją pierwszą 

135

background image

żoną. 
 

W nagłej ciszy Cole rozejrzał się po twarzach obecnych, 

na których widać było szok i niedowierzanie. 
 

- Detektyw sprawdził to bardzo dokładnie. 

 

- Ale... To znaczy, że... - Głos Merry załamał się. 

 

- To znaczy, że małżeństwo naszego ojca z naszą matką 

było   nieważne.   Nie   mam   pojęcia,   jak   to   wygląda   w   świetle 
rozwodu, w trakcie którego wziął sobie wszystko. Ani - dodał 
 

pozbawionym wyrazu tonem - czy nazwisko na naszych 

świadectwach   urodzenia   jest   prawidłowe.   Nie   wiem,   czy 
jesteśmy Ashtonami, czy nie. 

136


Document Outline