background image
background image

MOC WYZWOLONA

SEAN WILLIAMS

Przekład

Andrzej Syrzycki

Redakcja stylistyczna

Magdalena Stachowicz

Korekta

Jolanta Gomółka

Elżbieta Steglińska

Ilustracja na okładce

Petrol Advertising in conjunction with LucasArts

Skład

Wydawnictwo Amber

Jacek Grzechulski

Druk

Wojskowa Drukarnia w Łodzi Sp. z o.o.

Tytuł oryginału

The Force Unleashed TM

Copyright © 2009 by Lucasfilm Ltd. & TM.

All rights reserved.

Used Under Authorization.

background image

For the Polish edition

Copyright © 2009 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-3397-0

Warszawa 2009. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

00-060 Warszawa, ul. Królewska 27

tel. 620 40 13,620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Mojej rodzinie: Amandzie, Xandrowi i Firnowi; a także Sebowi, zawsze

CZĘŚĆ 1. Imperialna

ROZDZIAŁ 1

Życie tajnego ucznia Dartha Vadera przybrało niezwykły obrót tego dnia, kiedy jego mistrz 

pierwszy raz wymienił imię i nazwisko generała Rahma Koty.

Uczeń nie został uprzedzony, że oto zbliża się chwila, która tak bardzo zaważy na jego 

życiu. Podczas nocnych medytacji, kiedy klęczał na metalowych płytach pokładu swojej kabiny i 
nasłuchiwał Jak nieświadome jego obecności robocze automaty konstruują „Egzekutora”, nie 
zobaczył żadnych wizji w czystym, gniewnym blasku czerwonej klingi świetlnego miecza, którą 
trzymał przed oczami jak rozżarzony do czerwoności pręt do piętnowania. Wpatrywał się w 
kolumnę blasku tak długo, aż otaczający go świat zaczął znikać, a energia Ciemnej Strony 
przepływała przez niego niczym krwista fala, ale przyszłość pozostawała cały czas nieprzenikniona.

A zatem nic nie przygotowało go na niespodziewane odstępstwo od codziennych, trudnych i 

nieprzewidywalnych ćwiczeń. Jego mistrz nie był nauczycielem cierpliwym ani gadatliwym. 
Przedkładał działanie nad dyskusję i wolał karać, niż nagradzać. W ciągu wielu dni, kiedy ćwiczyli 
razem sztukę walki na świetlne miecze, telekinezę czy sugestie, ani razu go nie pochwalił ani nie 
zachęcił do dalszej nauki. Jego uczeń rozumiał, że właśnie tak ma wyglądać szkolenie. Rola 
nauczyciela nie polegała na tym, żeby ciągnąć ucznia jednym, dobrze przetartym szlakiem. 
Nauczyciel powinien pozwalać, żeby jego uczniowie o własnych siłach przedzierali się przez gęsty 
las, i interweniować tylko wówczas, gdyby beznadziejnie błądzili albo potrzebowali wskazówek.

Uczeń wiedział, że nawet na niewłaściwych ścieżkach można znaleźć mądrość. Wszystko, 

co by go nie zabiło, miało z niego zrobić jeszcze potężniejszego władcę Ciemnej Strony.

background image

Już wiele razy przypuszczał, że może zginąć...
Ciężko dysząc po serii karcących ciosów, opuścił klingę świetlnego miecza na znak, że się 

poddaje, uklęknął przed mistrzem i przygotował się na śmiertelny cios. Wyczuwał, że gniew 
promieniuje od Czarnego Lorda niczym żar... wydobywający się z głębi trzewi gniewny żar, od 
którego na ciele ucznia pojawiła się gęsia skórka. Długą chwilę, która ciągnęła się jak całe lata, 
słyszał tylko nieubłagany, rytmiczny, ciężki oddech, dzięki któremu stojący przed nim mężczyzna 
w masce utrzymywał się przy życiu.

- Kiedy cię znalazłem, byłeś słabeuszem. - Głos mistrza brzmiał, jakby dochodził z 

odległego końca długiego tunelu.

- Nie powinieneś bowiem przeżyć mojego szkolenia.
Uczeń zamknął oczy. Często słyszał te same słowa. Były dla niego jak bajka na dobranoc, 

którą ojciec opowiada dziecku, żeby zasnęło. Można było z tej bajki wyciągnąć jeden morał: naucz 
się... albo zgiń.

Nie otwierając oczu, uczeń wyobraził sobie czysty żar klingi świetlnego miecza. Ostrze 

broni nauczyciela wielokrotnie ocierało się o skórę ucznia, a on, nie zważając na ból, podczas 
pojedynków ze swoim mistrzem odniósł wiele lekkich ran. Wyobrażał sobie, że wie, co poczuje, 
kiedy w końcu klinga miecza wbije się w jego ciało. Jakaś cząstka jego umysłu wręcz się tego 
domagała.

Klinga świetlnego miecza Vadera znalazła się tak blisko szyi, że uczeń poczuł swąd 

przypiekanych włosków.

- Teraz jednak twoja nienawiść stała się twoją siłą - dodał Vader. Cofnął klingę i z sykiem ją 

wyłączył. - W końcu Ciemna Strona jest twoim sprzymierzeńcem.

Uczeń nie ośmielił się otworzyć oczu ani nawet kiwnąć głową. Cały czas się zastanawiał, co 

to może oznaczać. Czyżby to miał być nowy podstęp, zachęta, żeby okazał przesadną wiarę w 
swoje siły i poniósł klęskę?

Dopiero po następnych słowach mistrza jego serce o mało nie przestało bić z wrażenia.
- Wstań, mój uczniu.
„Uczniu”. Zawsze się uważał za ucznia Dartha Vadera, ale nigdy dotąd jego mistrz nie 

wypowiedział tego słowa! I co miało oznaczać to zbliżenie miecza mistrza do jego szyi? Czy to 
możliwe, że właśnie został pasowany na rycerza?

Wyłączył klingę swojego miecza. Zachwiał się na kolanach, jakby nagle stały się z gumy. 

Stojąca przed nim czarna postać wydawała się nieprzenikniona na tle czerwonego blasku gwiazdy, 
wpadającego przez szeroki iluminator po prawej stronie. Te kanciaste i funkcjonalne metalowe 
formy, a także otaczające ich przestworza uczeń znał równie dobrze jak blizny na swojej dłoni, ale 
nagle, w niepokojący sposób, wszystko wydało mu się inne.

W końcu otworzył oczy i postarał się nadać głosowi spokojne brzmienie.
- Czego sobie życzysz, mistrzu? - zapytał.
- Pokonałeś wielu moich rywali - zaczął Vader. - Twoje szkolenie niedługo dobiegnie 

końca. Nadszedł czas, żeby cię poddać I pierwszej prawdziwej próbie.

Przez głowę ucznia przemknęła lista poprzednich rozkazów. Ostatnio lord Vader polecił mu 

wyeliminować wielu wrogów Imperium. Na ogół byli to szpiedzy i złodzieje, ale czasami zdarzali 
się wysoko postawieni zdrajcy. Uczeń odczuwał tylko satysfakcję, że wywiązuje się dobrze z 
obowiązków. Jego ofiary same byty winne losu, jaki je spotykał. Były niczym robactwo, które 
usiłuje podgryzać fundamenty wspaniałej budowli, jaką było Imperium.

Tym razem chodziło jednak o coś innego. Uczeń wyczuwał to nie tylko w słowach swojego 

mistrza. Darth Vader nie miał na myśli pospolitego przemytnika, który nie wykazuje absolutnie 
żadnej wrażliwości na oddziaływanie Mocy. Obecnie istniał tylko jeden przeciwnik, godzien stawić 
czoło uczniowi Czarnego Lorda.

- Twoi szpiedzy zlokalizowali jakiegoś Jedi? - zapytał uczeń.
- Tak. Generała Rahma Kotę. - Uczeń nigdy nie słyszał o takim generale, więc jego 

nazwisko nic dla niego nie znaczyło. Ot, jeden z wielu w archiwach Jedi, których śmierci nie 
potwierdzono. - Atakuje ważne gwiezdne stocznie nad księżycem Nar Shaddaa. Masz go 

background image

wyeliminować i oddać mi jego świetlny miecz.

Uczeń poczuł, że ogarnia go uniesienie. Odkąd sięgał pamięcią, cały czas szkolenia miał 

nadzieję, że ta chwila w końcu nadejdzie. I wreszcie się doczekał. Nie mógłby się uważać za 
prawdziwego Sitha, gdyby nie pozbawił życia przynajmniej jednego z odwiecznych wrogów 
swojego nauczyciela.

- Natychmiast wyruszam w drogę, mistrzu - powiedział.
Ledwie zdążył się odwrócić i zrobić krok w stronę drzwi, powstrzymał go stanowczy głos 

Vadera:

- Imperator nie może się o tym dowiedzieć.
- Jak sobie życzysz, mistrzu - odparł uczeń.
- Nie wolno ci zostawić żadnych świadków. Zabij wszystkich na pokładzie, bez względu na 

to, czy służą Imperium, czy buntownikom.

Uczeń skinął tylko głową, żeby nie okazać zaskoczenia.
- Nie spraw mi zawodu.
Uczeń poczuł kojący ciężar rękojeści świetlnego miecza u boku.
- Nie zawiodę cię, mój lordzie - zapewnił spokojnym tonem.
Darth Vader odwrócił się i zaplótł palce rąk za plecami. Odległe czerwone słońce rzucało na 

jego kopulasty hełm krwawe błyski.

Tajny uczeń zrozumiał, że w końcu został odprawiony. Odwrócił się i pospieszył wykonać 

ostatnie, najmroczniejsze polecenie swojego mistrza.

Generał Rahm Kota.
Te trzy słowa kołatały się w umyśle ucznia, kiedy podążał labiryntem korytarzy wiodących 

do tajnych komnat mistrza. W funkcjonalnie zaprojektowanych pomieszczeniach mieściły się 
kabina medytacyjna, warsztat naprawczy automatów, jednoosobowa sypialnia i hangar. Całość 
ulokowano na zamaskowanym poziomie okrętu flagowego Dartha Vadera, dawno usuniętym ze 
wszystkich planów, żeby przyszłe załogi nie wiedziały o jego istnieniu.

„Imperator nie może się o tym dowiedzieć”.
Uczeń czuł podniecenie na myśl, że wkrótce zapoluje na Jedi, ale ostatnie słowa mistrza go 

otrzeźwiły. Całe życie się szkolił, żeby umieć zamieniać strach w gniew, a gniew w potęgę. Tak 
samo postępował Darth Vader. Na kim więc powinien się wzorować, żeby zyskać większą potęgę, 
jeżeli nie na samym Imperatorze? Ludzie byli albo drapieżnikami, albo ofiarami. Tak brzmiała 
jedna z podstawowych reguł życia. Działając wspólnie, Darth Vader i jego uczeń mogli tylko 
powiększać swoją wspólną potęgę.

Przedtem jednak uczeń musiał przeżyć spotkanie z Jedi. Nie dziwił się, że mistrz znalazł 

jeszcze jednego, który do tej pory nie zginął. Niewielu przeżyło Wielką Czystkę Jedi, a nikt nie 
potrafił ich lepiej szukać niż Darth Vader. Potęga Ciemnej Strony przenikała każdy zakątek 
galaktyki, więc nic nie mogło się przed nią bez końca ukrywać. Uczeń pomyślał, że może któregoś 
dnia on także będzie umiał wyszukiwać nieprzyjaciół tylko dzięki ich myślom i uczuciom. Na razie 
jednak - podobnie jak wizji przyszłości, których nie potrafił doznawać - nie opanował także tej 
umiejętności. Nigdy nie zetknął się z żadnym Jedi, więc ich umysły pozostawały dla niego 
tajemnicą.

Znał jednak ich historię. Darth Vader nie miał wprawdzie żadnych planów szkolenia ani nie 

przeprowadzał pisemnych egzaminów, ale umożliwił mu dostęp do archiwów z czasów Republiki i 
zakonu, który pomógł pozbawić niezasłużonych przywilejów. Uczeń poświęcił sporo czasu na 
badania tych archiwów, bo któregoś dnia wiedza o nieprzyjacielu mogła oznaczać dla niego różnicę 
między życiem a śmiercią.

Generał Rahm Kota.
Z nazwiskiem nie kojarzyły się żadne szczegóły w rodzaju stylu walki, charakteru czy 

miejsc, w których ostatnio widziano generała, więc uczeń postanowił, że zapozna się z 
dokumentami po wejściu na pokład „Cienia Łotra”. Będzie miał sporo czasu na obejrzenie ich w 

background image

drodze na Nar Shaddaa. Jeżeli się z nimi dokładnie zapozna, może natknie się na jakiś drobny 
szczegół, który zapewni mu przewagę, kiedy jej będzie najbardziej potrzebował Nie musiał się 
przygotowywać w żaden inny sposób.

Kiedy wszedł do hangaru, ruszył znajomym labiryntem przejść między stosami 

okratowanych pojemników, regałów z bronią i częściami gwiezdnych maszyn. W pomieszczeniu 
panował półmrok, w każdym kącie czaiły się złowieszcze cienie. W powietrzu unosiła się woń 
metalu i ozonu. Drażniła powonienie, ale była znajoma. Niektórzy mogliby dojść do wniosku, że 
najniższe pokłady gwiezdnego niszczyciela to dziwne miejsce na dorastanie, ale uczeń czuł się 
swobodnie pośród tych wszystkich jednoznacznych symboli technicznej i politycznej potęgi. 
Podobne do tego okręty od lat patrolowały handlowe szlaki galaktyki, a ich załogi pomagały tłumić 
powstania i dławić opór na setkach planet. Gdzie indziej uczeń Sithów mógłby się szkolić i żyć?

„Zabij wszystkich na pokładzie, bez względu na to, czy służą Imperium, czy buntownikom. 

Nie wolno ci zostawić żadnych świadków”.

Rozmyślając o dopiero co otrzymanym zadaniu, uczeń usłyszał dobiegający z prawej strony 

znajomy pomruk i syk. Zauważył, że w mrocznym kącie hangaru obudziła się do życia błękitno-
biała klinga świetlnego miecza. W jego stronę biegła ubrana w brązowy płaszcz postać. Kiedy 
znalazła się blisko, uniosła klingę nad głowę.

Uczeń od razu kucnął i przyjął odpowiednią postawę. Odpiął rękojeść swojego miecza i 

wysunął klingę, żeby zablokować cios przeciwnika. Obnażył zęby i warknął.

On i jego przeciwnik stali w tych pozach zaledwie sekundę. Trzymali świetlne miecze tak, 

żeby klingi płonęły na ukos przed piersiami. Uczeń szybko omiótł spojrzeniem osobę, która rzuciła 
mu wyzwanie. Zobaczył jasnowłosego brodatego mężczyznę o spokojnych, poważnych oczach i 
twardo zarysowanej szczęce. Rozpoznałby go każdy, kto jeszcze pamiętał wydarzenia z okresu 
Wojen Klonów albo miał nieograniczony dostęp do archiwów Jedi.

Mistrz Jedi Obi-Wan Kenobi, generał Galaktycznej Republiki i mistrz stylu soresu - walki 

na świetlne miecze, skierował klingę swojej broni ukosem w dół i w prawo i kucnął, żeby uniknąć 
spodziewanego ciosu przeciwnika. Kiedy uczeń, pomagając sobie Mocą, wyskoczył wysoko w 
powietrze i wylądował zwinnie na stosie okratowanych pojemników, żeby w końcu zadać cios, we 
wszystkie strony strzeliły snopy iskier. Uczeń wyciągnął lewą rękę, zagiął palce, schwycił Mocą 
stojącą po drugiej stronie hangaru metalową skrzynkę z narzędziami i posłał ją w kierunku głowy 
nieprzyjaciela. Kenobi uchylił się i także wskoczył na stos pojemników. Sparował serię ciosów, 
które posiekałyby na plasterki każdego innego przeciwnika, i odpowiedział zamaszystym cięciem, 
przed którym uczeń musiał się cofnąć i przeskoczyć na sąsiednią stertę pojemników.

Ich pojedynek trwał już prawie minutę. Przeskakując z jednego stosu na drugi, obaj tańczyli 

niczym akrobaci rasy Gado. Klingi świetlnych mieczy zwierały się, wirowały i zataczały świetliste 
łuki, a regały i narzędzia stawały się tymczasowymi pociskami, którymi usiłowali zwalić 
przeciwnika z nóg. W hangarze panował okropny hałas, a zagrożenie było bardzo realne. Kenobi 
rozciął rękaw bojowego kombinezonu ucznia i amputowałby mu rękę w łokciu, gdyby przeciwnik 
w porę nie uskoczył. Dwukrotnie wyczuł raczej niż zobaczył, że klinga świetlnego miecza mistrza 
Jedi przecina powietrze centymetr nad jego głową.

Uczeń nie bał się śmierci. Obawiał się tylko jednego - że może sprawić zawód swojemu 

mistrzowi, więc postanowił zrobić dobry użytek z tej obawy. Przepływ energii Ciemnej Strony dał 
mu siłę i wytrzymałość. Uczeń poczuł się potężniejszy niż kiedykolwiek przedtem.

Vader wysłał go, żeby dopadł jednego z jego starych przeciwników... jak więc uczeń 

mógłby się lepiej przygotować do wykonania tego zadania, niż zabijając jednego z najsłynniejszych 
niegdyś Jedi w galaktyce?

Podniecony żądzą mordu, uczeń skoczył naprzód i machnął czerwoną klingą, żeby 

zakończyć walkę.

ROZDZIAŁ 2

background image

Na odgłos nieznanego rodzaju energetycznej broni, którą ktoś włączył w pobliżu, Juno 

Eclipse uniosła głowę i sięgnęła do kabury po blasterowy pistolet. Właśnie skończyła uszczelniać 
kadłub „Cienia Łotra” i zamierzała wypróbować nowe systemy, które zainstalowała, ale hałas walki 
zakłócił jej skupienie. Ćwiczebne pojedynki na pokładach dużych imperialnych okrętów nie były 
niczym niezwykłym, ale Juno dotąd nikogo nie widziała nie tylko na zamaskowanym poziomie, ale 
także na żadnym innym pokładzie wielkiego okrętu - naturalnie nikogo oprócz lorda Vadera. 
Dostała ten przydział nieco wcześniej, i to tak szybko po katastrofie na Callosie, że postanowiła 
zwracać uwagę na każdy nieoczekiwany rozwój sytuacji.

Doszła do wniosku, że walczący przeciwnicy używają dwóch sztuk broni, bo słyszała ich 

pomruki i głośny syk, kiedy się stykały. Od czasu do czasu dobiegało także sapanie, co mogło 
świadczyć o wysiłku fizycznym lub przemocy. Szczęk metalu uderzającego o metal i głośne trzaski 
brzmiały, jakby dwunastu szturmowców obrzucało się fragmentami pancerzy. W hangarze 
zmagazynowano wiele delikatnego sprzętu, a niektóre rzeczy mogły być bardzo niebezpieczne, 
jeżeli ktoś się nie umiał z nimi obchodzić, ale Juno powstrzymała gniewny okrzyk. W odgłosach tej 
broni było coś znajomego, czego nie potrafiła zidentyfikować.

Odłożyła na bok spawarkę, odbezpieczyła pistolet i cichaczem wyślizgnęła się spod kadłuba 

statku. Na pierwszy rzut oka „Cień Łotra” nie wyglądał wcale groźnie. Był smukły i długi jak 
transportowiec i uzbrojony w dwa działka. Po stronie sterburty miał dwa panele ogniw słonecznych, 
a po stronie bakburty kapsułę broni większego kalibru. I właśnie to było jego główną zaletą. 
Prototypowy statek miał wyglądać niepozornie, ale w rzeczywistości był jednostką bojową 
wyposażoną w najszybszy napęd nadświetlny, z jakim Juno miała kiedykolwiek do czynienia. Miał 
także bardzo sprawny generator pola maskującego. Jeżeli dodać do tego pierwszorzędne skanery i 
sensory, wyjątkowo skuteczne jednostki napędu podświetlnego i generatory potężnych pól 
deflektorów, „Cień Łotra” był najbardziej fascynującym statkiem, jaki zdarzyło się jej pilotować.

To znaczy będzie go pilotować, jeżeli przeżyje pierwszy dzień w nowej pracy.
- Twoje akta wywarły na mnie duże wrażenie, pani kapitan Eclipse - pochwalił ją lord Vader 

nieco ponad tydzień wcześniej. Ledwo zdążyła się wówczas odświeżyć po powrocie z Callosa i 
wciąż jeszcze była wstrząśnięta tym, co przydarzyło się tam Czarnej Ósemce, więc nie zwróciła 
prawie uwagi na te słowa. - Niewielu pilotów pani klasy odznacza się taką sumiennością.

- Dziękuję, lordzie Vader - powiedziała.
- Mam dla pani nowe zadanie. Niektórzy uznaliby je za wyróżnienie, gdyby się dowiedzieli, 

na czym polega. Tyle że nie mogą się dowiedzieć. Czy to jasne?

Juno wprawdzie nie miała pojęcia, o co chodzi, ale na wszelki wypadek kiwnęła głową. 

Darth Vader poinformował ją, jak się dostać na zamaskowany pokład swojego okrętu flagowego, i 
opisał jej statek, który tam znajdzie. To za jego sterami miała odtąd zasiadać.

- Będzie pani współpracowała z moim agentem działającym i pod kryptonimem Starkiller - 

powiedział. - Niedługo przyślę go na statek. Mam do pani pełne zaufanie, pani kapitan. Liczę na to, 
że nie da mi pani powodu, żebym pożałował tej decyzji. Cena porażki jeszcze nigdy nie była równie 
wysoka.

- Rozumiem, lordzie Vader - odparła Juno. Chcąc odwlec chwilę, kiedy zostanie 

odprawiona, zapytała: - Na czym ma polegać nasze zadanie? Jeszcze mi pan tego nie wyjaśnił.

- Wkrótce wszystko stanie się jasne, pani kapitan. - Mężczyzna w masce odwrócił się i Juno 

zrozumiała, że ich rozmowa dobiegła końca. Była sumienną i lojalną funkcjonariuszką Imperium, 
więc zrobiła to, co jej kazano... udała się do hangaru, żeby rzucić okiem na nowy statek. „Cień 
Łotra” wywarł na niej duże wrażenie, chociaż wymagał kilku udoskonaleń, jeżeli miała 
wykorzystywać do końca jego możliwości. Na razie jednak dziwne odgłosy zakłócały jej spokój, a 
toczony w hangarze zacięty pojedynek mógł się przenieść z zamaskowanego pokładu lorda Vadera 
na pozostałe pomieszczenia wielkiego okrętu.

Juno przeszła na palcach obok wyższego od niej cylindra z zamrażającą mieszaniną i w 

końcu zobaczyła walczących. Ze zdumienia otworzyła szerzej niebieskie oczy.

Przede wszystkim zaskoczył ją widok samej broni. Obaj mężczyźni walczyli świetlistymi 

klingami. Juno widziała je tylko raz, na zakazanym hologramie, który jej ojciec znalazł w 

background image

zakamarkach bazy danych ich nowego mieszkania. Pokazał jej ten hologram, zanim z pogardliwym 
parsknięciem go skasował.

- Mordercy - powiedział, patrząc na postacie podobne do tych, które miała przed sobą: 

ubranych w brązowe płaszcze mężczyzn i kobiet różnych ras, walczących z automatami 
energetycznymi klingami, które wyglądały jak kolumny czystego światła.

- Zdrajcy... wszyscy bez wyjątku.
- Co takiego zrobili? - zainteresowała .się Juno. Była wówczas młodsza, więc nie do końca 

rozumiała powody frustracji i oburzenia, które jej ojciec tłumił w sobie. Pozwalał sobie na wybuch 
tylko wtedy, kiedy córka dawała mu powód, i obwiniał ją za wszystko.

- Co takiego zrobili? - powtórzył opryskliwym tonem. - Te szumowiny Jedi zdradzili 

Palpatine’a... Oto, co zrobili! Jakich bzdur was tam uczą, jeżeli nawet tego nie wiesz?

Juno wciąż jeszcze odczuwała ból, jaki sprawiły jego cierpkie słowa. Starała się jednak o 

tym zapomnieć, obserwując sceny, jakie się rozgrywały przed jej oczami. Dwaj mężczyźni - jeden 
brodaty i poważny, dragi chudy jak szczapa, mniej więcej w jej wieku i z kilkudniowym zarostem 
na twarzy - toczyli pojedynek bronią identyczną jak ta, którą posługiwali się tamci znienawidzeni 
Jedi z hologramu. Jedna klinga płonęła jaskrawym błękitnym, niemal białym blaskiem, a druga 
jarzyła się czerwono i była równie śmiercionośna. Ilekroć klingi się zwierały, we wszystkie strony 
sypały się fontanny iskier. Mężczyźni skakali i wykonywali salta z nadludzką zwinnością, aż 
metalowe ściany się wyginały, a części silników gwiezdnych myśliwców latały w hangarze jak 
pociski.

Juno nie ośmieliła się wydać żadnego dźwięku. Stała nieruchomo jak posąg. Kuląc się w 

cieniu cylindra z zamrażającą mieszaniną, napięła mięśnie, bo nie wiedziała, czy się bać mężczyzn, 
czy ich podziwiać. W ciągu wszystkich lat służby dla Imperium jeszcze nigdy niczego takiego nie 
widziała. Słyszała wprawdzie plotki o zdumiewających umiejętnościach lorda Vadera i widziała 
metalowy cylinder u jego boku, ale to wszystko. Krążące plotki mogły być próbą wzbudzenia 
trwogi albo zachętą do okazywania jeszcze większej lojalności. Juno wiedziała, że jej nikt nie musi 
zachęcać do wiernej służby, więc aż dotąd nie przywiązywała do tych plotek żadnej wagi.

Obecnie jednak żałowała, że je lekceważyła.
Sytuacja przybrała jeszcze bardziej niezwykły obrót, kiedy młodszy mężczyzna z dziką 

satysfakcją w oczach wbił szpic szkarłatnej klingi w pierś przeciwnika. Pokonany starszy 
mężczyzna osunął się na kolana, a na jego twarzy odmalowało się przerażenie.

Młodą pilotkę ogarnęło jeszcze większe przerażenie, kiedy wizerunek brodacza zaczął się 

rozmywać i migotać jak hologram... którym, jak Juno uświadomiła' sobie po chwili, naprawdę był. 
Nogi i ręce, pierś i twarz rozmyły się i zniknęły, a zamiast nich pojawił się klęczący dwunożny 
android. Automat drgnął i z brzękiem metalu runął do przodu na płyty pokładu.

- Ach, mistrzu - powiedział. - Jeszcze jeden wspaniały pojedynek. - Słowa brzmiały 

niewyraźnie, dopóki młodszy mężczyzna, który go „zabił”, nie odwrócił go butem na wznak.

- Zaskoczyłeś mnie, PROXY - stwierdził młody chudzielec z łagodnością zadającą kłam 

jego poprzedniej zapalczywości. - Od lat nie walczyłem z tym ćwiczebnym programem. Myślałem, 
że go skasowałeś.

Android uczynił wysiłek, żeby wstać, ale stracił równowagę i byłby znów runął, gdyby 

właściciel go nie podtrzymał i nie pomógł mu się wyprostować.

- Spokojnie, PROXY - powiedział. - Zostałeś uszkodzony.
- To moja wina, mistrzu - przeprosił automat i z odgłosem podobnym do westchnienia 

spojrzał na dymiącą dziurę w metalowym torsie. - Liczyłem na to, że starszy moduł szkoleniowy 
pana zaskoczy i pozwoli mi w końcu pana zabić. Przykro mi, że znów sprawiłem zawód.

Młodszy mężczyzna się uśmiechał, ale wyglądał na zaniepokojonego.
- Jestem pewny, że nie zrezygnujesz z dalszych starań - powiedział.
- Naturalnie, że nie, mistrzu - zapewnił android. - Przecież to stanowi najważniejszy pakiet 

mojego podstawowego oprogramowania.

Android i jego właściciel ruszyli w dalszą drogę labiryntem zaśmieconych przejść w 

hangarze. Juno przypomniała sobie w samą porę, gdzie się znajduje i czym powinna się zajmować. 

background image

Zanim zdążyli ją dostrzec, ukryła się za metalowym cylindrem i na palcach pobiegła z powrotem do 
statku. W miarę jak młody mężczyzna i jego android się zbliżali, odgłosy ich kroków stawały się 
głośniejsze. Juno szybko zabezpieczyła pistolet, wsunęła go do kabury i sięgnęła po spawarkę.

- No cóż - mówił młody mężczyzna - nie zaskoczysz mnie więcej, dopóki ci nie wymienimy 

centralnego stabilizatora... a skoro jesteśmy tak daleko od Jądra, to może potrwać wiele tygodni.

Juno się nie obejrzała, kiedy obaj wyszli zza wypełnionego zamrażającą mieszaniną 

cylindra, za którym dopiero co się kuliła. Wyczuła jednak, że młody mężczyzna patrzy na nią. 
Urwał tak raptownie, że na pewno coś podejrzewał. Chciała ukryć rumieniec zakłopotania i 
odrobinę strachu, więc nie uniosła głowy. Nie miała pojęcia, co może zrobić nieznajomy, jeżeli się 
zorientuje, że go szpiegowała.

Cichnący odgłos kroków upewnił ją, że mężczyzna i android się cofnęli. Postarała się coś 

zrozumieć z ich wygłaszanych szeptem pytań i odpowiedzi:

- PROXY, kto to jest?
- A, ona? W końcu przybyła pańska nowa pilotka, proszę pana.
- Kim ona jest?
- Zaraz się skontaktuję z imperialnymi bazami danych...
Zapadła krótka cisza, podczas której Juno uświadomiła sobie, że nie powinna być zbyt 

ciekawska, bo może wpaść w tarapaty.

- To pani kapitan Juno Eclipse - odezwał się w końcu holoandroid, naśladując jej ton głosu. 

- Urodzona na Corulagu, była najmłodszą studentką, którą kiedykolwiek przyjęto do tamtejszej 
Imperialnej Akademii. Jest wielokrotnie odznaczaną pilotką gwiezdnych myśliwców. Brała udział 
w ponad stu bojowych wyprawach i dowodziła eskadrą podczas bombardowania Callosa. Osobiście 
wybrana przez lorda Vadera na dowódcę eskadry Czarnej Ósemki, a potem delegowana do 
wykonania ściśle tajnego zadania...

Juno się odwróciła, wyskoczyła zza cylindra z zamrażającą mieszaniną i aż się zachłysnęła, 

bo zobaczyła siebie... a raczej swojego sobowtóra, podtrzymywanego przez mężczyznę, w którym 
dopiero w tej chwili rozpoznała agenta Dartha Vadera o pseudonimie Starkiller. Oburzyło ją takie 
naruszenie jej prywatności.

- Czy w imperialnych bazach danych można znaleźć także mój psychologiczny profil? - 

zapytała.

Młody mężczyzna i android spojrzeli na nią. Nawet nie próbując ukrywać zakłopotania, 

Starkiller puścił androida i odsunął się na bok. Automat - PROXY - lekko się zachwiał, ale zaraz 
stanął na baczność. Wyglądał zupełnie jak ona, nie wyłączając starannie uczesanych blond włosów, 
regulaminowego munduru z trójkolorową oznaką, a nawet plamy smaru na policzku, która dopiero 
zaczęła się pojawiać; widocznie android aktualizował w pamięci jej wizerunek.

- Prawdę mówiąc, można - odparł PROXY - ale to informacje o charakterze poufnym. - 

Odwrócił się do Starkillera i dodał: - Mistrzu, mogę powiedzieć, że przeprogramowanie jej będzie 
niemożliwe.

Juno z trudem się powstrzymała, żeby nie wbić spawarki obok dziury w torsie androida. 

Musiałaby w tym celu podejść do samej siebie, a zupełnie nie była na to przygotowana.

Młody mężczyzna wykonał gest, po którym android przestał się ukrywać za jej hologramem 

i stał się znów sobą. Starkiller odwrócił się do niej.

- Wiesz, po co tu jesteśmy? - zapytał.
Młoda kobieta przypomniała sobie, kim jest, opuściła spawarkę i głęboko odetchnęła.
- Lord Vader osobiście dał mi rozkazy - powiedziała. - Mam utrzymywać w stanie 

sprawności twój statek i lecieć nim z tobą wszędzie, dokąd będzie trzeba.

Starkiller nie wyglądał na zachwyconego jej odpowiedzią. Odwrócił się znów do androida.
- PROXY, przygotuj „Cień Łotra” do startu - rozkazał.
Uszkodzony automat pokuśtykał, żeby wykonać jego polecenie, a Juno i jego właściciel 

podążyli w pewnej odległości za nim.

- Czy lord Vader ci powiedział, że zabił naszego poprzedniego pilota? - zagadnął Starkiller.
Juno obserwowała go równie uważnie jak on ją. Był ubrany w znoszony czarny mundur 

background image

bojowy, który wyglądał na wielokrotnie łatany. Na przedramionach i dłoniach młodego mężczyzny 
widniały liczne blizny.

- Nie powiedział - odparła w końcu Juno. - Mogę tylko przypuszczać, że lord Vader miał 

dobry powód. - Urwała, jakby się chciała nad czymś zastanowić. - Ja mu na pewno go nie dam - 
dodała.

- Jeszcze zobaczymy - mruknął Starkiller. - Mam po dziurki w nosie szkolenia nowych 

pilotów. - Przeniósł spojrzenie na kadłub „Cienia Łotra” i na widok dopiero co przyspawanych 
paneli zmarszczył czoło. - Co to ma być? - zapytał. - Co zrobiłaś z moim statkiem?

Juno przypomniała sobie w końcu, jak wygląda, i starła z policzka plamę smaru.
- Pozwoliłam sobie na udoskonalenie zestawu sensorów statku - zaczęła. - Teraz będziesz 

mógł szpiegować podejrzane jednostki nawet z odległości całego systemu. - Urwała, żeby dać mu 
czas na pochwalenie jej inicjatywy, ale młody mężczyzna tylko pokiwał głową. - Przypuszczam, że 
tego będzie wymagało od ciebie twoje nowe zadanie - dodała z lekką urazą. - Skoro jesteś jednym 
ze szpiegów Dartha Vadera... Twój statek ma najbardziej zdumiewające dalekosiężne skanery, jakie 
widziałam, a do tego generator pola maskującego...

- Nie musisz nic wiedzieć o moim zadaniu z wyjątkiem tego, dokąd się udaję - przerwał 

Starkiller.

- A więc dokąd mamy się udać? - podchwyciła Juno.
- Na Nar Shaddaa. Dasz radę tam dolecieć?
- Naturalnie. - Juno przygryzła wargę, żeby nie powiedzieć czegoś niepotrzebnie. 

Przecisnęła się obok niego i weszła po rampie na pokład statku.

Zauważyła, że android w sterowni nieporadnie majstruje przy urządzeniach kontrolnych.
- Daj im spokój - rozkazała. - Sama się tym zajmę.
- Tak jest, pani kapitan - odparł posłusznie PROXY.
Android się wycofał, a z jego uszkodzonego torsu strzeliły iskry i wydobyło się 

skrzypnięcie. Dopiero wówczas Juno przypomniała sobie dziwną uwagę, jaką PROXY 
wypowiedział pod adresem swojego właściciela - że nie zrezygnuje ze starań zaskoczenia go i 
zabicia - i pomyślała, że może powinna była potraktować automat z większą uprzejmością.

ROZDZIAŁ 3

Jednostki napędu podświetlnego „Cienia Łotra” obudziły się do życia, kiedy nowa pilotka 

zaczęła umiejętnie manipulować urządzeniami kontrolnymi. Uczeń Vadera obserwował ją uważnie, 
żeby ocenić jej kwalifikacje i inne zalety. Żadna osoba, z którymi dotąd latał, nie była kobietą. Juno 
była wyjątkowo ładną dziewczyną w jego wieku, a jako pilotka radziła sobie doskonale. Z dużą 
pewnością siebie wykonywała precyzyjne ruchy, zupełnie jakby się urodziła w sterowni.

Kiedy Starkiller się upewnił, że on i PROXY są w dobrych rękach, postanowił się zająć 

szczegółami swojej wyprawy.

- PROXY, podaj mi cel - rozkazał.
Android, który większość życia właściciela był jego jedynym towarzyszem podróży, 

siedział na rozkładanym fotelu w tylnej części sterowni i miał starannie zapięte pasy 
bezpieczeństwa. Od czasu do czasu włączał holoprojektory, które mogły mu nadawać dowolny 
wygląd, a wtedy na jego metalowym korpusie i głowie pojawiały się różne zniekształcenia. W 
końcu się zdecydował i przybrał postać zaprawionego w bojach mężczyzny-wojownika. Ubrany w 
znajomy brązowy płaszcz znienawidzonych Jedi człowiek miał wystające kości policzkowe, ostry 
złamany nos i zapadnięte oczy, które nie zdradzały żadnej myśli.

- Jak wynika z oficjalnych danych Imperium - zaczął PROXY nawykłym do rozkazywania, 

basowym tonem, który w niczym nie przypomniał jego głosu - podczas Wojen Klonów Mistrz Jedi 
Rahm Kota był wysoko cenionym generałem.

- Wojen Klonów? - Juno odwróciła się bokiem do urządzeń kontrolnych, cały czas 

przygotowując statek do skoku przez nadprzestrzeń. Miała równie poważny wyraz twarzy jak 

background image

mężczyzna, który siedział na rozkładanym fotelu w tylnej części sterowni. - Polujecie na Jedi.

Uczniowi jakoś nie przyszło do głowy, że pilotka zwraca uwagę na wszystko, co się dzieje 

w sterowni. Odwrócił się do niej.

- Wymierzam sprawiedliwość wrogom Dartha Vadera - powiedział. - Od tej chwili ty też 

bierzesz w tym udział. - Zanim Juno zdążyła powiedzieć coś więcej, spojrzał na androida. - Mów 
dalej, PROXY - rozkazał.

- Jak pan sobie życzy - odparł automat. - Podczas Wojen Klonów Mistrz Kota był 

wojskowym geniuszem, ale w jego opinii sklonowani żołnierze nie nadawali się do toczenia walki. 
Wolał polegać na niewielkim oddziale osobiście wyszkolonych wojowników. Tylko to uchroniło go 
od śmierci, kiedy Imperator odkrył wymierzony w Republikę spisek Jedi.

Juno pokiwała głową.
- To dlatego, że w jego oddziale nie było klonów, które miałyby mu wymierzyć 

sprawiedliwość z mocy Rozkazu Sześćdziesiątego Szóstego - odgadła.

- Właśnie, panie kapitan - potwierdził android. - Po jego wydaniu Kota zniknął. Z 

imperialnych baz danych wynika, że nie żyje.

Hologram generała się rozpłynął, a na jego miejscu znów pojawił się PROXY.
Wyglądało na to, że Juno bardziej interesuje cel wyprawy niż wpisywanie współrzędnych 

skoku przez nadprzestrzeń.

- No to dlaczego wyszedł z kryjówki? - zapytała. - Dlaczego właśnie teraz zaatakował 

obiekt Imperium?

Uczeń musiał przyznać, że też zadawał sobie to pytanie i zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Może Kota chce, żeby go ktoś znalazł - odezwał się w końcu.
- A może wpadniemy w jego pułapkę? - Młoda pilotka przeniosła spojrzenie z ucznia 

Vadera na jego androida i z powrotem.

- Ilu pilotów straciłeś do tej pory? - zapytała.
- Siedmiu.
- Cudownie. - Juno pstryknęła dźwigienką przełącznika na pulpicie skomplikowanej 

konsolety „Cienia Łotra”. - Współrzędne lotu na Nar Shaddaa zostały wpisane - zameldowała.

- Przygotować się na przekroczenie prędkości światła.
Uczeń Vadera rozsiadł się wygodnie i obserwował, jak gwiazdy za iluminatorem 

przemieniają się w świetliste linie, a wokół statku otwiera się znajomy nierzeczywisty tunel. 
Rozległ się cichy świst, po którym statek i jego pasażerowie wniknęli do nadprzestrzeni.

Nar Shaddaa zwano także Księżycem Przemytników, Vertical City, a nawet małym 

Coruscant. Uczeń Vadera jeszcze nigdy tam nie był, ale dowiedział się na jego temat, ile mógł, z 
historii i ze szkoleniowych hologramów. Żyjący tam przestępcy i rozległa sieć podziemnych tuneli 
słynęły chyba w całej galaktyce. Nic dziwnego, że na księżyc przylatywały dziesiątki tysięcy 
rzezimieszków w poszukiwaniu nielegalnych fortun. Wprawdzie w porównaniu z hałaśliwą Nal 
Hutta, największą planetą, wokół której krążył, księżyc wyglądał niepozornie, ale i tak świecił 
jaśniejszym blaskiem niż każda inna planeta w systemie Y’Toub, i to w każdym możliwym zakresie 
promieniowania. Istoty kilkudziesięciu ras nazywały księżyc swoim domem.

Kiedy „Cień Łotra” wyskoczył w pobliżu Nar Shaddaa, uczeń wyszczerzył zęby w 

pogardliwym uśmiechu. Przestępcza stolica, osławiona z powodu wątpliwej i zmiennej lojalności 
swoich mieszkańców, starała się ostatnio zaskarbić sobie łaski Imperium, zgadzając się na obecność 
w górnych warstwach atmosfery nowej placówki, w której konstruowano myśliwce typu TIE, a 
przynajmniej ją tolerując. Starkiller mógł sobie wyobrazić motywy, jakimi się tu kierowano. 
Niewątpliwie chodziło o to, żeby do systemu napłynęło więcej pieniędzy i środków, i żeby 
powstały nowe miejsca legalnej pracy dla tych nielicznych osób, które ich poszukiwały. Nie bez 
znaczenia był także przewidywany napływ dostojników, których można byłoby skorumpować. Na 
nieszczęście dla mieszkańców księżyca okazało się, że wszyscy bez wyjątku członkowie personelu 
nowej fabryki to ludzie, a obiekt jest strzeżony przez cały legion imperialnych szturmowców.

background image

Kiedy uczeń Vadera przypomniał sobie słowa mistrza: „Nie wolno ci zostawić żadnych 

świadków”, grymas pogardy na jego twarzy ustąpił miejsca zmarszczce na czole. Starkiller 
niepokoił się tą częścią swojego zadania bardziej niż możliwością spotkania z pierwszym 
poszukiwanym Jedi. Mistrz Vader mówił wprawdzie o rzuceniu wyzwania Imperatorowi i 
zastąpieniu go na stanowisku władcy galaktyki, ale uczeń nie mógł zaszkodzić służącym dotąd 
wiernie Imperium żołnierzom i oficerom. Jeżeli nie złamali żadnych praw ani nie knuli spisków 
przeciwko jego mistrzowi, nie miał im nic do zarzucenia. Obecnie jednak pierwszy raz musiał się 
zwrócić przeciwko tym, których jedynym błędem było to, że mu weszli w drogę. Uczeń zadał sobie 
pytanie, czy to aby nie próba skontrolowania, jak daleko ośmieli się posunąć w dążeniu do 
wypełnienia własnego przeznaczenia. Jeżeli tak, to poprzysiągł sobie, że nie zawiedzie swojego 
nauczyciela. Będzie wykonywał wszelkie rozkazy i kierował się instynktem. Na pewno nie sprawi 
mu zawodu.

Czasami gnębiły go wątpliwości, czy kiedykolwiek osiągnie pełnię mistrzostwa Mocy i 

dzięki temu zasłuży na szacunek swojego mistrza. Wiedział jednak dobrze, jak wykorzystać te 
uczucia do podsycenia swojego gniewu i żądzy władzy. Był pewny, że kiedyś jego starania 
zakończą się powodzeniem. Nie istniało nic, czego nie mógłby zrobić... w tej czy w jakiejkolwiek 
innej sprawie, jeżeli tylko będzie wystarczająco się starał. Obserwując jednak, jak pilotująca statek 
Juno zbliża się do fabryki, w zadumie marszczył czoło. Co właściwie wiedział o tej kobiecie? 
Prawdę mówiąc, nic. To fakt, młoda pilotka wyglądała na idealną funkcjonariuszkę Imperium. 
Schludnie się ubierała, skutecznie działała i - co nie bez znaczenia - była istotą ludzką. Nie 
obawiała się mówić tego, co myśli, co nie mogło niepokoić jego mistrza, więc nie powinno 
niepokoić także ucznia. Starkiller postanowił; że podczas wykonywania zadania powierzy jej 
opiekę nad „Cieniem Łotra”, a jeżeli go zawiedzie, niech jej pomoże sam Imperator.

Placówka, w której konstruowano gwiezdne myśliwce, była o wiele większa, niż na to 

wyglądała z dużej odległości. Przypominała skupisko okrągłych płyt zawieszonych wysoko nad 
Vertical City. To, co w pierwszej chwili uczeń uznał za pulsujące na nieregularnej powierzchni 
światła, z bliska okazało się rozbłyskami eksplozji. W nieregularnych odstępach czasu z 
roztrzaskanych iluminatorów strzelały ogromne, żółte kule rozgrzanego gazu. Podobne kule 
pojawiały się co jakiś czas także w szczelinach osłabionych grodzi i u wylotów szybów, 
umożliwiających dostanie się do fabryki.

- Gwiezdne stocznie zostały bardzo poważnie uszkodzone - zauważyła rzeczowo Juno, 

wypatrują miejsca, gdzie mogłaby wylądować.

- Widzę. - Uczeń nie odrywał spojrzenia od uszkodzonej fabryki. Wyglądało na to, że były 

generał Rahm Kota nie próżnował. - Podleć bliżej - rozkazał.

„Cień Łotra” przemykał zgrabnie między jęzorami strzelających płomieni. Uczeń podziwiał 

pewność i spokój, z jakim pilotka manipulowała urządzeniami kontrolnymi. Zdenerwowanie 
okazała tylko raz, kiedy statek gwałtownie się zakołysał, ale tylko zacisnęła mocniej zęby i nic nie 
powiedziała.

Przeleciała spokojnie przez środek ogarniętego przez turbulencję obszaru. Uczeń napawał 

się mocnymi prądami Mocy. Niektórzy potrzebowali ciszy i spokoju, aby oderwać się od trosk w 
galaktyce, ale on dobrze wiedział, jak sobie radzić w każdym środowisku. Prawdę mówiąc, im 
większy zamęt, tym czuł się lepiej. Podczas konfliktu łatwiej było zespolić się z Ciemną Stroną. 
Najskuteczniejszą medytację zapewniała przemoc.

- Popatrz tam - wskazał miejsce odpowiednie do lądowania. - To wygląda jak otwarte wrota 

hangaru.

Juno pokiwała głową.
- Są bronione - zauważyła.
- Nie mamy czasu na pogawędki z funkcjonariuszami służby bezpieczeństwa - burknął 

Starkiller. Ani na wyjaśnianie ci, że nikt nie może się dowiedzieć, kim jesteśmy, dodał w myśli. - 
Wleć tam z największą możliwą prędkością. Sam zajmę się systemami obronnymi.

Wykonując dobrze znane czynności, włączył systemy uzbrojenia statku i wziął na cel 

strzegące wlotu do hangaru stanowiska artylerii. Zaczekał, aż system automatycznego namierzania 

background image

zarejestruje ich obecność i skieruje lufy dział w stronę nadlatującego „Cienia Łotra”, a później 
unicestwił oba stanowiska artylerii dwoma precyzyjnie wymierzonymi strzałami, które umożliwiły 
im wlot do hangaru.

Juno nie straciła ani sekundy. Gwiezdny statek wpłynął do hangaru i spoczął na wolnym od 

śmieci, płaskim miejscu. Zaledwie repulsory unieruchomiły „Cień Łotra”, uczeń zeskoczył z fotela.

- Włamię się do pamięci głównego komputera, żeby ci wskazywać drogę przez 

zabudowania - zaproponowała Juno, nasuwając słuchawkę systemu łączności na prawe ucho. - 
Twój przyjaciel może mi w tym pomóc.

Uczeń nie próbował jej tego wyperswadować, chociaż wiedział, że na nic mu się to nie 

przyda. Wyczuwał obecność Jedi, przenikającą fabrykę niczym jaskrawe światło po śnieżycy. Nie 
ulegało wątpliwości: Kota chciał, żeby go znaleziono.

- Wystarczy, jeżeli zadbasz o bezpieczeństwo statku - powiedział. - Bądź gotowa do startu, 

kiedy wrócę. Może się okazać, że trzeba będzie szybko odlecieć.

- To moja specjalność - oznajmiła młoda kobieta przez komunikator. Uczeń usłyszał jej 

słowa dzięki miniaturowemu głośnikowi na nadgarstku. Kierował się w stronę rampy, która 
wysunęła się do końca, zanim zdążył podejść. Wyczuł w powietrzu woń dymu i przelanej krwi. 
Zauważył także słaby zapach Jedi i poczuł, że jego serce zaczyna bić przyspieszonym rytmem. 
Zmrużył oczy, dopomógł sobie Mocą i jednym susem sfrunął na płytę lądowiska.

Jeszcze zanim wylądował, zapalił klingę świetlnego miecza. Chciał być gotów do odbicia 

strzałów oddziału żołnierzy, wysłanych na powitanie niezapowiedzianego statku. Moc kierowała 
ruchami jego ręki... a raczej Moc była jego ręką, a przynajmniej tak to odczuwał. W takich 
chwilach był tylko narzędziem Ciemnej Strony. Jej energia przepływała przez niego niczym wino 
przez szyjkę butelki. Cieszyła się, że ją uwalnia i obiecuje jej coś, co się ma jeszcze wydarzyć. 
Kiedy odbijał niosące dużą energię błyskawice z powrotem w kierunku żołnierzy, którzy je 
wystrzelili, jego klinga kreśliła w powietrzu świetliste linie. Jeden po drugim obrońcy hangaru 
wpadali na płytę lądowiska w fontannach iskier.

Nagle z wylotu głównego korytarza wybiegło kilkunastu żołnierzy, mężczyzn i kobiet. Byli 

ubrani w brązowe mundury bojowe i otwarte hełmy. Uczeń doszedł do wniosku, że to buntownicy 
Koty. Ostatni z grupy zatrzasnął za sobą odporne na blasterowe strzały drzwi. Uczeń Vadera 
wyszczerzył zęby w pogardliwym uśmiechu. Gotów do odparcia ataku, pobiegł w ich stronę. Był 
pewny, że energia strzałów z ich blasterowych karabinów nie może się równać z potęgą Ciemnej 
Strony. Pierwsze potężne pchnięcie Mocą rozproszyło napastników jak lalki. Jednego Starkiller 
poraził błyskawicą Ciemnej Strony, drugiego dusił tak długo, aż mężczyzna stracił przytomność. 
Trzeciego poderwał w powietrze i posłał w kierunku najbliższej grodzi. Pozostałym, nie zważając 
na jęki przerażenia i bólu, amputował kończyny.

Odporne na blasterowe strzały drzwi się otworzyły. Pozostali przy życiu buntownicy i 

żołnierze Imperium szybko przez nie wybiegli i zniknęli w korytarzu.

- Wszystkie oddziały Imperium mają pozostać w gotowości do ataku - rozległ się czyjś głos 

przez interkom fabryki.

Uczeń wyszczerzył zęby w uśmiechu, podszedł do drzwi i wyjrzał na korytarz.
- Słyszysz mnie? - zapytała Juno przez komunikator.
- Tak.
- Z raportów wynika, że oddziały Koty wdarły się na mostek dowodzenia.
- A więc właśnie tam muszę się udać. - Starkiller przeskoczył nad ciałami zabitych żołnierzy 

i skierował się tam, dokąd powinien.

Spokojny głos pilotki doprowadził go, poziom po poziomie, do ogromnego szybu, którym 

można się było dostać na najwyższy poziom fabryki. Kiedy uczeń zniknął jej z oczu, przestał się 
martwić tym, że będzie go wypytywała, dlaczego tak surowo traktuje imperialnych żołnierzy, 
których mogła uważać za sojuszników. Może lord Vader zechce wyjaśnić jej wszystko później, 
jeżeli uzna to za konieczne. Na razie najważniejszym problemem pozostawał Kota.

- Intruzi mogą się kryć za liniami montażowymi myśliwców TIE - ostrzegła Juno. - Skanery 

wykrywają też obecność ładunków wybuchowych. Uważaj.

background image

Uczeń zapewnił ją, że będzie ostrożny, i obszedł pułapkę, zastawioną przez powstańców 

Koty na samym szczycie szybu turbowindy. Z wydawanych przez interkom rozkazów wynikało, że 
ten, kto je wypowiada, jest coraz bardziej zaniepokojony.

- Stopień zagrożenia podwyższony. Wyeliminować wszystkich intruzów.
- Wyrażam zgodę na zastosowanie maksymalnej siły.
- Wszystkie oddziały z poziomu K, zgłaszać gotowość!
- Natychmiast wzmocnić lokalne stanowiska służby bezpieczeństwa!
Nagle ściany zatrzęsły się od bliskiej eksplozji, której siła musiała zniszczyć wszystkie 

grodzie na tym poziomie. Uczeń pamiętał o słowach Juno, które potwierdzały jego obserwacje: 
pakowali się w pułapkę. Problem w tym, że kiedy on szukał generała, ona siedziała bezpieczna na 
pokładzie „Cienia Łotra”. Nie musiała się obawiać strzałów z karabinów BlasTech E-11 ani z 
przypadkowej zbieraniny broni używanej przez buntowników.

- Do hangaru dwunastego przedostał się następny oddział szturmowców - poinformowała go 

Juno. - Wygląda na to, że chcą nam pomóc w odzyskaniu kontroli nad fabryką.

- Fabryka nas nie interesuje - odparł Starkiller.
- Jeżeli linie montażowe myśliwców TIE zostaną uszkodzone, Naczelne Dowództwo 

Imperium będzie bardzo niezadowolone...

- Nie podlegam rozkazom Naczelnego Dowództwa - uciął uczeń. - A teraz skończ z tymi 

uwagami. Próbuję się skoncentrować.

Kiedy dotarł na poziom ogromnej hali, w której montowano gwiezdne maszyny, stanął, 

uniósł głowę i przygotował świetlny miecz do walki. Świerzbienie na karku uprzedziło go o nowym 
zagrożeniu. W tej samej chwili po prawej stronie eksplodował ładunek z elektromagnetycznego 
działa. Siła eksplozji rozrzuciła we wszystkie strony fragmenty myśliwców TIE. Uczeń Vadera 
odepchnął Mocą na bok główną część siły eksplozji, ale w grzbiet jego prawej dłoni wbiło się parę 
odłamków.

- Poddaj się! - wrzasnęła osoba korzystająca z interkomu. - Opanowaliśmy fabrykę!
- Co to za gość? - zawołał inny, zwracając się do jednego ze swoich kompanów. - Ciemny 

szturmowiec?

- To bez znaczenia. Załatwić go!
Uczeń poczuł, że w jego piersi wzbiera czysty gniew, który usuwa na bok wszystkie inne 

emocje. Poderwał w powietrze stos czekających na zainstalowanie paneli z ogniwami słonecznymi i 
posłał strumień podzespołów myśliwców TIE w kierunku miejsca, z którego wyleciał pocisk.

Usłyszał łoskot metalu uderzającego o metal i wrzaski rannych. Powstańcy Koty wybiegli 

zza kulistych kabin myśliwców TIE, za którymi się dotąd ukrywali. Otworzyli do niego ogień z 
różnej broni, co dowodziło kiepskiej organizacji, niedostatków uzbrojenia albo jednego i drugiego. 
Starkiller odbił ich strzały z wściekłością, nad którą jeszcze panował, i przygotował się do akcji. 
Nie musiał się już powstrzymywać. Ci, którzy nie dochowywali lojalności Imperium, zasługiwali 
na to, co ich zaraz spotka.

Dopiero kiedy pogrzebał wszystkich przeciwników pod górą płyt pancerzy ze stopu titanium 

i osłon reaktorów, postanowił się dokładniej przyjrzeć ich sprzętowi. Wszyscy byli zakuci w 
niedopasowane pancerze i uzbrojeni w różne rodzaje broni. Mieli także plecaki wypełnione 
materiałem wybuchowym z zegarowymi detonatorami, więc istniało duże prawdopodobieństwo, że 
zostawili takie same ładunki gdzieś na tym poziomie. Uczeń uświadomił sobie, że musi się 
pospieszyć, zanim cała fabryka eksploduje i zamieni się w płomieniste piekło.

Ledwie sobie to uświadomił, ściany hali montażowej zadygotały od impetu kolejnej 

eksplozji, tym razem o wiele silniejszej niż poprzednia. Starkiller z trudem zachował równowagę, 
chociaż pokład pod jego stopami i linie montażowe myśliwców TIE zakołysały się i zadrżały. Juno 
powiedziała coś przez komunikator, ale z powodu słów, które ktoś ciągle wykrzykiwał przez 
interkom, uczeń dopiero po chwili ją usłyszał:

- ...stabilizatory silników repulsorowych... - nie mam pojęcia, które... - do niczego się nie 

nadają.

- O co chodzi? - zapytał Starkiller. - Powtórz.

background image

- Wspólnicy Koty zaatakowali fabrykę w najbardziej wrażliwym miejscu - podsumowała 

młoda pilotka. - Skończ szybko to, co robisz, bo inaczej czeka nas taki sam los jak fabrykę.

- Dobrze. - Kiedy uczeń wybiegał z hali montażowej, podłoga pod jego stopami znów 

zadrżała, a wolne przejście za jego plecami zasypał stos wyposażonych w katapulty foteli i 
niezainstalowanych silników jonowych. - To gdzie twoim zdaniem się mieści ten ośrodek 
dowodzenia?

Juno zaczęła mu wskazywać drogę przez dygoczącą fabrykę. Uczeń siłą telekinezy odpychał 

bezceremonialnie na bok wszystkich, którzy mieli nieszczęście stanąć mu na drodze. Drzwi za nimi 
gwałtownie się zatrzaskiwały, a ich broń w tajemniczy sposób się zacinała. Starkiller nie miał czasu 
traktować ich delikatnie.

- Wszystkie wolne oddziały - krzyczał głos z interkomu - natychmiast przystąpić do obrony 

stanowisk służby bezpieczeństwa! - A później: - Wdzierają się na stanowiska służby 
bezpieczeństwa! - I w końcu: - Mostek dowodzenia do wszystkich oddziałów, potrzebujemy waszej 
pomo...

Ostatnie słowo zakończyło się odgłosem serii blasterowych strzałów, po których zapadła 

względna cisza.

Kiedy uczeń dotarł w końcu do drzwi, które zdaniem Juno prowadziły do ośrodka 

dowodzenia, siła ciążenia wyraźnie się zmniejszyła. Oznaczało to, że cała fabryka opada szybciej 
niż uczeń się spodziewał. Poświęcił chwilę, żeby się skupić i owinąć wolą niczym peleryną ogniste 
serce swojego gniewu. Przygotował się do stawienia czoła mistrzowi Jedi, którego wyczuwał mimo 
dzielących ich kilku centymetrów durastali.

Zagiął palec i odporne na blasterowe strzały skrzydła ciężkich drzwi rozsunęły się na boki. 

Za drzwiami znajdował się pokój, identyczny jak setki innych stanowisk dowodzenia w całej 
galaktyce: chłodne, metalowe ściany i monitory z czerwonymi ekranami, na których członkowie 
personelu mogli oglądać wszystkie ważne miejsca fabryki. Środkiem pomieszczenia biegł długi, 
podwyższony pomost. Kończył się stanowiskiem dowodzenia, na którym stał generał Rahm Kota. 
Był świadomie zwrócony tyłem do drzwi, jakby chciał okazać pogardę... lub zaufanie. Nawet nie 
wyciągnął świetlnego miecza z wykonanej na zamówienie pochwy, która wisiała na jego plecach 
między łopatkami. Z dwóch metalowych naramienników, które tylko podkreślały jego potężną 
budowę, zwieszał się brązowy płaszcz. Generał wyglądał jak wojownik, który się szczyci bliznami 
po odniesionych ranach.

Uczeń był gotów do ataku, ale na widok generała na chwilę się zawahał. Nie tego się 

spodziewał. Zawsze słyszał, że Jedi to mięczaki, bo cieszą się przywilejami i luksusami życia. Nie 
przypuszczał, że spotka żołnierza.

Kota odezwał się, jego głos miał głębokie, władcze brzmienie, jak wówczas, kiedy wcielił 

się w niego PROXY.

- A więc wywabiłem cię w końcu z kryjówki - powiedział i powoli się odwrócił. - 

Rozkazałem moim podwładnym, żeby zmniejszyli natężenie powstrzymującego pola, kiedy 
będziecie się zbliżali, i... - Widząc, kogo ma przed sobą, urwał w środku zdania, wyraźnie 
zaskoczony. - Chłopiec? - Błyskawicznym ruchem sięgnął za plecy, wyciągnął z pochwy świetlny 
miecz i wysunął energetyczną klingę. - Po tych wszystkich miesiącach, kiedy atakowałem obiekty 
Imperium, Vader do walki ze mną wysyła... chłopca?

Zachowując milczenie, uczeń zrobił ponurą minę i przyjął pozycję do walki. A więc cała ta 

pułapka została zastawiona z myślą o zwabieniu w nią mistrza, nie ucznia. Jeżeli Kota czuł się 
rozczarowany, uczeń poprzysiągł sobie, że będzie to ostatnia emocja generała.

Uniósł lewą rękę i posługując się potęgą Ciemnej Strony, posłał w kierunku odszczepieńca 

Jedi błyskawicę Sithów.

Kota tylko się roześmiał. Uniósł lewą rękę identycznym ruchem i odesłał błyskawicę lukiem 

z powrotem do źródła. Energia poraziła ich obu i poszybowali w przeciwne strony.

Uczeń zrezygnował z ataku i zamrugał, bo dym podrażnił jego oczy. Poczuł, że gniew w 

jego sercu narasta. Pierwszy zerwał się na nogi i wskoczył na pomost, kiedy tylko jego buty 
dotknęły pokładu. Czuł się dziwnie lekki, a zarazem pełen siły niczym ciśnięta włócznia. Jego 

background image

wymierzona w gardło Koty czerwona klinga kreśliła w powietrzu rozmazane smugi.

Generał Jedi kucnął i machnął zielonym ostrzem swojego miecza w górę i w dół w niedbałej 

próbie trafienia przeciwnika, kiedy będzie go mijał. Starkiller jednak dawno się nauczył unikania 
takiego ciosu. Schylił głowę i wykonał w powietrzu obrót, żeby kopniakiem odrzucić przeciwnika 
w kierunku najbliższej ściany. Tym razem dopomógł sobie siłą telekinezy, żeby trafić Kotę, zanim 
generał zdąży się naszykować do zadania ciosu.

Mistrz Jedi jednak i tym razem odbił energię Mocy z powrotem w stronę ucznia. Znowu od 

siebie odskoczyli.

Starkiller zaczął ostrożniej okrążać przeciwnika. Ciął krzesła na kawałki i posyłał 

rozżarzone fragmenty, celując w głowę generała. Z wściekłością rwał się do ataku, ale był na tyle 
rozsądny, żeby się powstrzymywać. Na razie nie został upokorzony. Pomyślnie wybadał siłę 
obrony przeciwnika. A skoro już wiedział, że bezpośredni atak prawdopodobnie zakończy się 
niepowodzeniem, musiał wymyślić inny sposób, żeby dopaść mistrza Jedi. A może powinien go 
nakłonić, żeby to on dopadł jego?

Nagle Kota rzucił się do ataku. Uczeń musiał przyznać, że jego przeciwnik jest 

zdumiewająco szybki, silny i zwinny. Generał zaczął zadawać cios za ciosem. Starkiller 
wyszczerzył zęby w pogardliwym uśmiechu i się cofnął. To już mu się bardziej podobało. Parował 
kolejne ciosy, aż jego czerwona klinga zwierała się z zieloną, mimo to Kota nie rezygnował z ataku. 
Na pewno usiłował go pokonać samą determinacją i szybkością. Uczeń cofnął się jeszcze cztery 
kroki, zanim stanął. Przyciągnął ostrze miecza do ciała i postanowił skorzystać z obrony będącej 
świadomą imitacją stylu walki soresu, którym tak bardzo lubił się posługiwać Obi-Wan Kenobi. 
Kota widocznie uświadomił sobie, że nie da rady przełamać obrony przeciwnika. Cofnął się i 
spróbował innego stylu - powolnego i przemyślanego, z nagłymi, śmiercionośnie szybkimi ciosami. 
Uczeń jednak wszystkie zablokował, a kiedy zauważył, że garda starszego mężczyzny słabnie, sam 
przeszedł do ataku i zadał mu kilka lekkich ciosów.

Pojedynek toczył się jeszcze jakiś czas w ośrodku dowodzenia, który drżał i dygotał, w 

miarę jak fabryka się rozpadała. Starkiller ignorował wszystko - głos Juno, szaleńcze skoki siły 
ciążenia, niekończące się eksplozje i wzrastającą temperaturę podłogi pod stopami. Skupiał się 
tylko na tej jednej ważnej walce. Do tej pory zdążył się zorientować, że Kota go nie pokona, ale 
zadawał sobie pytanie, czy on da radę pokonać generała. Musiał. Wolał ponieść śmierć w wybuchu, 
niż zrezygnować z dalszej walki i przyznać się do porażki. Tajny uczeń Dartha Vadera dobrze 
wiedział, jaki los go czeka, jeżeli zawiedzie swojego mistrza i nauczyciela.

Generał był silny i zwinny. Co więcej, potrafił wykonywać ewolucje, jakich Starkiller nigdy 

dotąd nie widział. Był jednak starszy i nie zdawał sobie sprawy z potęgi Ciemnej Strony Mocy. 
Usiłował przejść do ataku jeszcze dwukrotnie, widocznie w nadziei, że zmusi młodszego 
przeciwnika do błędu albo go zmęczy, ale to on pierwszy zaczął zdradzać oznaki wyczerpania i on 
pierwszy odniósł poważną ranę. Wkrótce jego płaszcz zmienił się w pocięty na strzępy, dymiący 
łachman, a jeden z metalowych naramienników rozjarzył się do czerwoności.

Czując bliskie zwycięstwo, uczeń zdwoił siłę ciosów. Przeczuwał, że wkrótce osiągnie pełną 

potęgę. Wiedział, że zbliża się chwila, kiedy zdobędzie nie tylko świetlny miecz mistrza Jedi, ale 
także jego głowę. Dopiero wówczas zasłuży na pochwałę Dartha Vadera.

Wyciągnął rękę i pomagając sobie Ciemną Mocą, zaczął dławić generała. Nie zmniejszał 

siły nacisku, chociaż przeciwnik usiłował mu się odwdzięczyć tym samym. Uczeń był na to 
przygotowany, więc w przeciwieństwie do Koty zatrzymał w płucach dużo powietrza. Generał 
chwycił się jedną ręką za gardło i z trudem parował drugą ciosy przeciwnika. Starkiller poczuł 
ogień w płucach, który tylko podsycił jego wolę zwycięstwa. Zadawał ciosy ze wszystkich stron i 
posyłał różne przedmioty w nogi i głowę mistrza Jedi, chociaż krawędzie jego pola widzenia 
ogarniała ciemność.

W końcu jakiś dymiący przedmiot uderzył od tyłu w zgięcie kolan generała. Kota wydał 

okrzyk frustracji i zaczął machać rękami, żeby zachować równowagę, ale nadaremnie. Upadł. Jego 
twarz przybrała purpurową barwę, a oczy wyszły z orbit. Uczeń zmniejszył trochę siłę uścisku, 
żeby obaj mieli więcej powietrza, ale zanim generał zdążył się zerwać na nogi, skoczył na niego i 

background image

naparł klingą swojego miecza na zielone ostrze broni mistrza Jedi. Oba ostrza zaskwierczały 
zaledwie milimetry od ich twarzy.

Kota napiął mięśnie, ale nie dał rady odepchnąć czerwonej klingi od swojej głowy. W jego 

niebieskich oczach uczeń zobaczył jednak nie oczyszczającą nienawiść, ale żal. Kota postanowił do 
końca zachowywać się jak słaby Jedi.

- Vader uważa, że cię przekabacił - wycharczał starszy mężczyzna. - Widzę twoją 

przyszłość... ale nie ma w niej Vadera.

Uczeń zbliżył obie świetlne klingi jeszcze bardziej do twarzy generała.
Na czole mistrza Jedi pojawiły się krople potu.
- Wyczuwam... wyczuwam tylko... - Na jego twarzy pojawił się wyraz zagubienia i 

przerażenia. - Siebie?

Starkiller wcisnął klingę miecza Koty w oczy przeciwnika.
I nagle, jakby zobaczył wizję spoza czasu, dokładnie taką, jakiej poszukiwał w szkarłatnym 

płomieniu klingi swojego miecza, twarz Koty stała się twarzą innego mężczyzny... mężczyzny o 
ciemnych włosach i ostrych rysach, całkiem podobnych do jego twarzy.

Generał krzyknął z bólu - a w jego głosie uczeń usłyszał, jak mężczyzna z wizji syknął:
- Uciekaj!
Uczeń cofnął się i zamrugał. Zastanowił się, czy przypadkiem Kota nie posłużył się przed 

śmiercią nieznaną, wredną myślową sztuczką znienawidzonych Jedi. Nie wyczuł jednak w swoim 
umyśle śladów włamania, za to generał myślał w tej chwili o wszystkim z wyjątkiem ataku. 
Oślepiony i udręczony, zaczął się wycofywać na czworakach. Rękojeść świetlnego miecza 
wyślizgnęła się z jego bezwładnych palców i z głuchym stukiem upadła na pokład. Z ciała 
mężczyzny strzeliła energia telekinezy, która roztrzaskała wszystkie iluminatory w ośrodku 
dowodzenia i odrzuciła do tyłu ucznia Vadera. Omył go podmuch cyklonu, który wysysał dym i 
odłamki potrzaskanych krzeseł. Kota także został wyssany na zewnątrz. Z krzykiem wypadł przez 
otwór po iluminatorze... a może po prostu sam wyskoczył? Tak czy owak, jego przeciągły okrzyk 
cichł powoli, zanim zupełnie umilkł.

Uczeń pozwolił, żeby prąd powietrza pociągnął go bliżej roztrzaskanego iluminatora. 

Chwycił jedną ręką wygięty wspornik, wychylił się i ostrożnie spojrzał w dół. Nie wyłączył 
szkarłatnej klingi swojego miecza, bo chciał być gotów na każdą sztuczkę pokonanego Jedi.

Zobaczył w dole zwłoki Koty z wyciągniętymi na boki rękami i nogami. Powoli zsuwały się 

między napowietrzne szlaki Vertical City. Chwilę później ogromny transportowiec przeciął tor lotu 
zwłok - i ciało zniknęło. Uczeń doszedł do wniosku, że zwłoki generała roztrzaskały się jak owad 
na transpastalowej owiewce. Powiedział sobie, że może wreszcie poczuć satysfakcję z dobrze 
wykonanego zadania.

Ale nie czuł nic.
Generał Rahm Kota był oślepiony i niewątpliwie ciężko ranny. Nie powinien już stanowić 

żadnego zagrożenia. Uczeń nie mógł jednak mieć pewności, że go zabił, dopóki nie zobaczy u 
swoich stóp zwłok starego wojownika. A na ich odnalezienie nie było w tej chwili żadnych szans.

Z najwyższą niechęcią pomyślał, że będzie musiał zameldować Darthowi Vaderowi o 

porażce.

Co robić?
- Lada chwila ta fabryka wyleci w powietrze - usłyszał głos Juno przez komunikator. - 

Zrobiłeś już, co miałeś zrobić?

- Zaraz wracam. - Z zaciętą miną, nie czując w sercu słodyczy triumfu, Starkiller odwrócił 

się plecami do strzaskanego iluminatora i pokonując opór prądu uciekającego powietrza, ruszył w 
stronę drzwi. Przystanął tylko na sekundę, żeby podnieść z pokładu metalowy cylinder świetlnego 
miecza mistrza Jedi.

ROZDZIAŁ 4

background image

Juno była zbyt mądra, żeby się spodziewać po powrocie entuzjastycznego powitania, ale 

nawet ona poczuła rozczarowanie, kiedy „Cień Łotra” wylądował. Tajny hangar był pusty. 
Członkowie pomyślnie zakończonej wyprawy zasługiwali chyba na jakieś podziękowanie... nawet 
po tym, co wydarzyło się na Callosie.

Usunęła tę myśl z głowy. Zadanie zostało wykonane. Co więcej można było powiedzieć? 

Przynajmniej we własnych oczach spisała się na medal, chociaż po powrocie na pokład „Cienia 
Łotra” Starkiller ledwo zwrócił na to uwagę. Najważniejsze jednak, że przeżył, żeby dalej walczyć. 
I na przykład zabić następnych rycerzy Jedi, jeżeli naprawdę właśnie tym miał się zajmować 
niechlujnie ubrany, mrukliwy tajny agent lorda Vadera. Juno zauważyła, że kiedy powrócił ze 
zniszczonej fabryki, miał u pasa drugi cylinder świetlnego miecza. Nietrudno było się domyślić, co 
to może oznaczać.

Do wyeliminowania Jedi potrzeba było tysięcy sklonowanych wojowników. Wszystkich 

Jedi zabito... Przynajmniej tak brzmiała oficjalna wersja, która jednak odbiegała od krążących 
plotek. Juno słyszała, że Darth Vader nadal poluje na tych członków dziwnej i śmiertelnie 
niebezpiecznej sekty, którzy przeżyli zagładę. Kiedy jeszcze była dzieckiem, ojciec opowiadał jej 
różne historie, po których wyobrażała sobie, że Jedi to czterometrowe potwory, które wysysają 
krew z tkanki Republiki. Okazało się jednak, że niektórzy Jedi nadal żyją, a młodzi mężczyźni 
wyruszają na samotne wyprawy, żeby toczyć z nimi walkę.

Czyżby naprawdę tak bardzo stracili na znaczeniu ci złoczyńcy, którzy kiedyś trzymali w 

szponach całą galaktykę?

A może... może młody mężczyzna, który był w tej chwili jej pasażerem, dysponował 

podobną potęgą jak Jedi?

Zaledwie łapy lądownicze „Cienia Łotra” dotknęły metalowej płyty lądowiska, jej 

towarzysz zerwał się i pobiegł do rampy.

Juno rozparła się na fotelu i pogładziła palcami skronie. Czuła, że jej skóra jest pokryta 

potem i warstwą sadzy, jakby to ona biegła w kłębach dymu korytarzami nad Nar Shaddaa, zamiast 
wszystko obserwować dzięki sprzężeniu, jakie wprowadziła do jednej z kamer systemu 
bezpieczeństwa tamtej fabryki. Musi jak najszybciej sprawdzić stan pokładowych urządzeń statku, 
a później pójść do łazienki i zmyć sadzę z twarzy.

Od wielu tygodni się nie kąpała.
Kiedy jednak usłyszała głos Starkillera, o mało nie wyskoczyła ze skóry. Mogłaby przysiąc, 

że uczeń Vadera dawno zszedł z pokładu.

- Dobra robota, Juno - pochwalił ją młody mężczyzna. - Zostawię tu PROXY’ego, żeby ci 

pomógł sprawdzać stan wszystkich podzespołów, zanim zejdziesz z pokładu.

- Dziękuję, ale ja... - Zanim zdążyła się odwrócić na fotelu, Starkiller wybiegł ze sterowni, 

w której prócz niej pozostał tylko android. PROXY kierował na nią fotoreceptory. Juno nie chciała 
się przyznać nawet przed sobą, że na jego widok czuje się lekko zdenerwowana, więc posłała mu 
najcieplejszy uśmiech, na jaki się umiała zdobyć, i wstała z fotela.

- W takim razie zabierajmy się do pracy - powiedziała. - Zanim będę mogła odpocząć, 

muszę napisać raport... chociaż nie mam pojęcia, czy przeczyta go ktokolwiek oprócz mnie.

Okazało się, że PROXY potrafi być skutecznym i dyskretnym współpracownikiem. 

Posłusznie wykonywał jej polecenia, wykazywał inicjatywę i starał się jak umiał schodzić jej z 
drogi. Nie mogłaby powiedzieć niczego lepszego o żywych istotach, z którymi współpracowała od 
czasu ukończenia studiów w Imperialnej Akademii na Corulagu. W rekordowo krótkim czasie 
oboje sprawdzili stan wszystkich urządzeń i podzespołów statku. Ze szczególną uwagą obejrzeli 
kilka niewielkich zwęgleń na kadłubie po stronie bakburty. W pobliżu rufowego zestawu sensorów 
znaleźli także smugę po blasterowym strzale, osłabionym przez ochronne pola do tego stopnia, że 
jego energia nie mogłaby nawet usmażyć jajecznicy.

Kiedy skończyli, Juno odprawiła androida. Powiedziała mu, że może wziąć kąpiel olejową 

czy co tam zazwyczaj robił, żeby się odprężyć, a sama udała się do kabiny, żeby napisać raport, 

background image

który naprawdę musiała złożyć.

Wcale nie skłamała. Podobnie jak po każdej wyprawie, w której brała udział z rozkazu lorda 

Vadera, rzeczywiście musiała mu szczegółowo zdać sprawę ze wszystkiego, co się wydarzyło. Nie 
musiała jednak tego robić od razu. Pisanie raportu mogło zaczekać standardową godzinę albo dwie, 
a może nawet do następnego ranka. Cały czas jednak zastanawiała się nad czymś o wiele 
ważniejszym, co nie mogło zaczekać.

„Czy w imperialnych bazach danych można znaleźć także mój psychologiczny profil?” - 

zapytała androida, zanim wyruszyli razem na tę wyprawę.

„Tak, ale to informacje o charakterze poufnym” - odparł wówczas PROXY.
Nie mogła przestać o tym myśleć całą drogę na Nar Shaddaa. Nie dziwiła się, że takie 

informacje istnieją gdzieś w bazach danych bezkresnej biurokracji Imperialnej Marynarki. 
Prawdopodobnie wszyscy mieli takie profile, może z wyjątkiem Dartha Vadera i samego 
Imperatora. Goryczą napawało ją tylko to, że się o tym mówi. PROXY wiedział, gdzie się znajdują 
te dane. Możliwe nawet, że to żałosna maszyna się z nimi zapoznała, chociaż cały czas twierdziła, 
że to „poufne”. Android, zdolny do udawania rycerzy Jedi, mógł mieć nieograniczone możliwości 
wywodzenia rozmówców w pole.

Juno chciała się dowiedzieć, co właściwie zawiera taki raport. Co mówi na jej temat? Jakie 

tajemnice ujawnia galaktyce o jej dotychczasowym życiu, ojcu i karierze? A może jest tam nawet 
wzmianka o tym, co wydarzyło się na Callosie?

Z zaciśniętymi zębami dotarła do kabiny na czterdziestym pokładzie i włączyła 

komputerowy notes. Osobiście wybrana przez Dartha Vadera do wykonywania specjalnych zadań, 
mogła w ograniczonym zakresie korzystać z baz danych, zazwyczaj niedostępnych dla osób ojej 
wojskowym stopniu. Czy to mogło wystarczyć, żeby zlokalizować swoje dane i się z nimi 
zapoznać? Istniał tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.

Ostrożnie, ale metodycznie zaczęła się włamywać do baz danych flagowego okrętu Dartha 

Vadera.

Pierwsze raporty na swój temat, na jakie się natknęła, nie zawierały niczego 

nieoczekiwanego. Były tylko skrótem informacji, jakie PROXY przekazał Starkillerowi w hangarze 
na płycie lądowiska. Juno przejrzała wszystko w parę sekund, po czym zaczęła się zagłębiać w 
strukturę baz danych. Szukała w nich zapomnianych albo przeoczonych fragmentów informacji i w 
końcu znalazła coś więcej. Pierwsza informacja dotyczyła jej matki - kobiety, którą ledwo 
pamiętała. Jej matka była nauczycielką i zginęła na ojczystej planecie w strzelaninie między 
imperialnymi lojalistami a powstańcami. Kartoteka zawierała hologram, którego Juno nigdy dotąd 
nie widziała. Jej matka miała długie blond włosy, spięte z tyłu głowy broszką z okrągłego czarnego 
kamienia. Miała także żywe, figlarne oczy. Wyglądała strasznie młodo, za młodo jak na matkę... no 
i już nie żyła.

W końcu Juno znalazła swoje nazwisko na liście najzdolniejszych absolwentów Akademii 

na Corulagu. Obok niego widniały wszystkie dane z okresu nauki. Lista zaliczonych przedmiotów i 
stopni napełniła ją, jak zawsze, dumą, ale razem z nią pojawił się smutek. Juno studiowała pilnie i 
osiągnęła tak dużo nie dla siebie, ale przede wszystkim dla ojca. Jej ojciec był surowy i oschły, 
zwłaszcza po śmierci żony, ale zawsze podziwiał tych, którzy wiernie służyli Imperium. On też mu 
służył jako cywilny inżynier i na pewno by się ubiegał o przyjęcie do Imperialnej Akademii, gdyby 
pomyślnie przeszedł testy fizyczne. Powinien być dumny ze swojej córki, która ukończyła naukę z 
wyróżnieniem i teraz zamierzała osiągnąć wszystko, o czym kiedykolwiek marzył jej ojciec. A więc 
dlaczego się nie pojawił podczas ceremonii wręczania dyplomu? To wszystko nie miało sensu.

Od dawna miała o to do niego głęboki żal. Nie zdziwiłaby się, gdyby jej psychologiczny 

profil zawierał mnóstwo informacji na temat tej strony jej życia. Nie widziała się z ojcem od wielu 
lat i nie miałaby nic przeciwko temu, żeby go już nigdy nie zobaczyć. Dopiero ostatnio, kiedy 
rozstała się z kolegami z byłej eskadry, leżąc sama na pryczy, zastanawiała się po nocach, co się z 
nim stało. Czyżby miała zgorzknieć jak on? Ile jeszcze zadań podobnych do tego na Callosie musi 
wykonać, żeby zapomnieć, dlaczego w ogóle się zaciągnęła do imperialnych sił zbrojnych?

W końcu zobaczyła wizerunek ojca na niewielkim hologramie. Dołączono go do ostatniej 

background image

informacji na jej temat, na jaką się natknęła. Ojciec miał oczy bez wyrazu i ostry nos, znamionujący 
siłę charakteru. Juno zamknęła to okno na ekranie niecierpliwym pstryknięciem wskazującego 
palca.

Uświadomiła sobie, że takie poszukiwania do niczego nie doprowadzą. Wyszukiwanie 

wszystkich archiwów, w których figurowało jej nazwisko, mogło jej zająć wiele dni i nie przynieść 
żadnych rezultatów. Nie, musiał istnieć lepszy sposób.

Rozsiadła się wygodniej na krześle i pogrążyła w zadumie. O istnieniu jej psychologicznego 

profilu w bazach danych powiedział jej PROXY, więc android musi wiedzieć, gdzie taka 
informacja się znajduje, a może nawet się z nią zapoznał. Gdyby odszukała wszystkie informacje, 
do których android uzyskiwał dostęp w ciągu ostatnich dwóch dni, może jej poszukiwania 
zakończyłyby się wreszcie sukcesem.

Szperając w archiwach, straciła poczucie czasu. Nie zwracała nawet uwagi na zmęczenie. W 

końcu szkolono ją, żeby spędzała długie godziny w kabinie myśliwca, utrzymując najwyższą 
czujność. Mogła się później przespać, żeby jej organizm odpoczął. W ciągu kilku minut znalazła 
identyfikacyjny numer, który mógł należeć do androida. Numer nie figurował wprawdzie na żadnej 
oficjalnej liście, ale zapewniał dostęp praktycznie wszędzie. Juno zaczęła szukać śladów tego 
numeru w bazach danych. Jak wszystkie skomplikowane automaty, PROXY był ciekawski. 
Przeszukiwał rozmaite podzbiory, zawierające informacje na temat historii, metod napraw 
repulsorów, astrografii i psychologii. Juno doszła do wniosku, że odnalezienie w tym wszystkim 
jednego adresu może jej zająć całą resztę nocy. Mimo to nie ustawała w poszukiwaniach. Naprawdę 
chciała wiedzieć, co jej zwierzchnicy o niej sądzą po ostatniej wyprawie na Callosa.

Nagle, bez ostrzeżenia, z ekranu zniknęły wszystkie informacje. Juno zamrugała 

zmęczonymi powiekami i wpatrzyła się w obraz, który niespodziewanie się tam pojawił. 
Stwierdziła, że od czasu do czasu także PROXY go oglądał. Obraz przedstawiał korytarz o szarych, 
stalowych ścianach, kończący się odpornymi na blasterowe strzały, ciężkimi drzwiami. Obrazowi 
towarzyszył dźwięk. Juno usłyszała dobiegające z drugiej strony drzwi odgłosy kroków i domyśliła 
się, że ktoś niecierpliwy przechadza się tam i z powrotem. Usłyszała także czyjś chrapliwy oddech. 
Zupełnie jakby ktoś korzystał z mechanicznego respiratora...

Juno poczuła nagły przypływ adrenaliny. Tylko jedna osoba w galaktyce tak oddychała. 

Młoda pilotka musiała przez przypadek trafić na obraz z zainstalowanej w osobistej komnacie lorda 
Vadera kamery tajnego systemu bezpieczeństwa okrętu. Wyciągnęła rękę, żeby przerwać 
połączenie, w obawie, że może zostać oskarżona o szpiegowanie zwierzchnika, ale zanim zdążyła 
przycisnąć klawisz, skrzydła ciężkich drzwi z sykiem rozsunęły się i Juno mogła zaspokoić swoją 
ciekawość.

Na progu stanął Starkiller. Wyglądał na zniecierpliwionego. Zapewne musiał długo czekać 

na rozmowę z Czarnym Lordem. Czterema długimi krokami pokonał odległość do miejsca pod 
ukrytą kamerą i zniknął z ekranu.

Dziwiąc się własnej bezczelności, Juno wpisała kilka poleceń, żeby sprawdzić, czy 

obiektyw tajnej kamery może zmieniać położenie. Kamera posłusznie się obróciła i w polu 
widzenia obiektywu znów pojawił się Starkiller. Pozbawione jakichkolwiek cech szczególnych 
pomieszczenie wyglądało dokładnie tak samo jak reszta tajnej kwatery Dartha Vadera. Czarny 
Lord, zwrócony plecami do obiektywu, patrzył przez iluminator na płonące w oddali czerwone 
słońce.

Starkiller uklęknął za plecami Vadera i czekał. Wyraźnie starał się zapanować nad 

rozsadzającą go energią, ale wszystko wskazywało, że nie pierwszy raz znajduje się w takiej 
sytuacji.

- Mistrz Kota nie żyje? - zapytał w końcu lord Vader, nie odwracając się do ucznia.
Starkiller uniósł głowę i chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Tak - odparł w końcu.
- Jego świetlny miecz.
Uczeń odpiął od pasa drugi cylinder. Vader odwrócił się lekko i wyciągnął rękę do tyłu. 

Świetlny miecz upadłego Jedi wyślizgnął się z palców Starkillera i wpadł do dłoni lorda Vadera tak 

background image

pewnie, jakby zakuty w czarny pancerz mężczyzna zacisnął na nim niewidzialne palce.

Juno stłumiła okrzyk przerażenia, przyciskając do ust obie dłonie. Poczuła irracjonalny lęk, 

że Czarny Lord ją usłyszy, chociaż połączenie na pewno było jednostronne.

Nieświadom tego, że Juno go podgląda i podsłuchuje, Darth Vader stanął tyłem do 

iluminatora i długo oglądał metalowy cylinder świetlnego miecza Mistrza Koty. Starkiller się nie 
poruszył. Mógłby chyba tak klęczeć nieruchomo całą resztę nocy.

W końcu Czarny Lord postanowił przerwać przedłużającą się ciszę.
- Moi szpiedzy obserwują innego mistrza Jedi - powiedział. - Kazdan Paratus ukrywa się na 

planecie-śmietnisku, Raxus Prime.

- Rozprawię się z nim, podobnie jak się rozprawiłem z Rahmem Kotą - zapewnił bez 

wahania Starkiller.

No cóż, tego się spodziewałam, pomyślała Juno, tracąc resztki nadziei, że prześpi się tej 

nocy. Żadnego odpoczynku dla nikczemników, dodała w myśli. Wyciągnęła rękę, żeby przerwać 
połączenie i przygotować się na nieuniknione wezwanie, ale palec zawisł nad klawiszem, bo nie 
potrafiła się zdecydować. Włamała się do systemu bezpieczeństwa, co było nielegalne, ale dzięki 
temu poczuła się jak osoba uprzywilejowana. Nie mogła się oprzeć pokusie skorzystania z takiej 
okazji.

W końcu Vader uniósł głowę i spojrzał na twarz klęczącego przed nim ucznia.
- Kazdan Paratus jest o wiele potężniejszy niż ty - powiedział. Juno poczuła w sercu lęk. - 

Nie liczę na to, że przeżyjesz walkę z nim, ale jeżeli twoja wyprawa zakończy się powodzeniem, 
znajdziesz się o krok bliżej swojego przeznaczenia.

Starkiller pokiwał energicznie głową.
- Imperatora - powiedział.
- Tak - potwierdził Vader. - Tylko działając razem, damy radę go pokonać.
- Nie zawiodę cię, lordzie...
Juno przycisnęła z całej siły klawisz przerywający połączenie i usiadła wygodniej na 

krześle. Coraz bardziej się bała. Czy aby na pewno się nie przesłyszała? Imperatora? Vader i jego 
uczeń zamierzali zdradzić... Imperatora?

Niemożliwe, powiedziała sobie. Wstała i zaczęła się przechadzać tam i z powrotem po 

niewielkiej kabinie. To nie mogła być prawda. Na pewno chodziło o coś innego. Może gdyby 
jeszcze trochę dłużej podsłuchiwała...

Kiedy jednak usiłowała odtworzyć połączenie, nic z tego nie wyszło. Ekran pozostał czysty, 

jakby drwił z jej prób i obaw.

Darth Vader był prawą ręką Palpatine’a, odkąd Imperator sięgnął po władzę. Było nie do 

pomyślenia, żeby Czarny Lord mógł się zwrócić przeciwko swojemu mistrzowi. Gdyby zresztą 
naprawdę planował coś takiego, on i jego niechlujny agent nie daliby rady imperialnym 
gwardzistom i uzbrojonym po zęby ochroniarzom, którzy towarzyszyli Imperatorowi wszędzie, 
dokądkolwiek się udawał. Sama myśl o tym była absurdalna. Juno doszła do wniosku, że musi o 
tym zapomnieć. To na pewno był tylko wytwór jej zmęczonej wyobraźni. Musi nadal wykonywać 
swoje obowiązki, jakby niczego nie wiedziała.

Nie mogła także nikogo zadenuncjować na podstawie tak niepewnych dowodów. Gdyby 

tylko spróbowała, na pewno by ją zabito, nieważne, czy oskarżenie okazałoby się prawdziwe, czy 
też nie...

W tej samej chwili usłyszała brzęczyk komunikatora.
- Tak? - zapytała pogodnie, jakby nic się nie stało.
- Chcę, żebyś wróciła na pokład „Cienia Łotra” - poinformował ją Starkiller, czego zresztą 

się spodziewała. - Mamy do wykonania nowe zadanie.

- Zaraz tam będę - odparła Juno.
Poświęciła chwilę, żeby wygładzić fałdy munduru, uczesać się i rozmasować ciemne kręgi 

pod oczami, pospiesznie wyłączyła komputerowy notes i wybiegła z kabiny.

ROZDZIAŁ 5

background image

Planeta-śmietnisko Raxus Prime znajdowała się na Zewnętrznych Rubieżach w Hegemonii 

Tion, więc po drodze Juno i Starkiller mogli odpocząć i przygotować się do wykonania nowego 
zadania. Ku swojej uldze pilotka stwierdziła, że agent Vadera jest nie mniej roztargniony niż ona. 
Ciągle prosił androida o powtarzanie szczegółów, których nie zapamiętał, pogrążony w zadumie. W 
końcu przeprosił Juno i przeszedł do niewielkiej kabiny medytacyjnej statku, żeby się skupić i 
zebrać siły.

Juno zrobiła to samo, chociaż na swój sposób. Odchyliła oparcie fotela pilota i oparła buty o 

pulpit kontrolnej konsolety.

W końcu nadszedł czas na krótką drzemkę, którą sobie obiecywała.
Niestety, wszystko, czego się dowiedziała w ciągu ostatnich godzin, kłębiło się w jej umyśle 

i nie pozwalało się odprężyć. Chyba ze sto razy mówiła sobie, że musi zapomnieć o Vaderze i o 
Imperatorze, i skoncentrować się na wykonywaniu obecnego zadania. Bezskutecznie. W końcu 
doszła do wniosku, że skoro cierpi na bezsenność, równie dobrze może się zająć czymś 
pożytecznym.

Każdy mógłby przyznać, że mistrz Jedi Kazdan Paratus to wyjątkowy dziwak. PROXY nie 

potrafił się nawet zasłonić hologramem jego postaci, bo z baz danych usunięto wszystkie 
informacje na jego temat. Prawdopodobnie skasował je sam ogarnięty paranoją Paratus. Z 
dostępnych strzępków historii Jedi wynikało, że to wybitny konstruktor nietypowych maszyn, 
przewyższających pod wieloma względami zwykłe automaty. W uznaniu niezwykłych talentów 
członkowie Rady Jedi mianowali go oficjalnym inżynierem Świątyni, a nawet pozwolili mu 
otworzyć warsztat na Coruscant.

W okresie Wojen Klonów Paratus opuścił swoją kryjówkę, żeby zająć się badaniem 

konstrukcji bojowych robotów Separatystów. Życie na linii frontu rzeczywiście stworzyło mu wiele 
okazji do poznania szczegółów budowy wojennych machin, ale nie przeszkodziło w konstruowaniu 
medycznych androidów, energetycznych automatów i innych jednostek zaprojektowanych do 
wspierania armii klonów. Po pewnej katastrofalnej kampanii, w której życie straciła większość jego 
sklonowanych żołnierzy, Paratus skonstruował własny oddział bojowych automatów, nad którymi 
sam sprawował kontrolę. Po wydaniu Rozkazu 66 ten zbieg okoliczności - a może świadome 
działanie - pozwolił mu uniknąć sprawiedliwości. Od tamtego dnia Paratus się ukrywał.

Znów się jednak pojawił - tym razem na Raxus Prime, planecie-śmietnisku, pełnej 

przemysłowych odpadów i trucizn. Czyżby zmusiła go do tego konieczność? A może pragnął 
znaleźć schronienie między uszkodzonymi automatami? Z baz danych nie wynikało, czym się 
kierował.

Dobrze chociaż, że nie był generałem. Jak bardzo niebezpieczny może być konstruktor 

automatów? Darth Vader najwyraźniej uważał go za potężniejszego niż Starkiller, ale Juno nie 
potrafiłaby powiedzieć dlaczego. Przecież dopiero co agent Czarnego Lorda rozprawił się gładko z 
mistrzem Jedi Rahmem Kotą.

Błądząc myślami gdzie indziej, w końcu znalazła się w stanie pośrednim między snem a 

jawą. Po najlżejszym błysku światła czy sygnale akustycznym z pulpitu konsolety pewnie by od 
razu oprzytomniała, ale właśnie w takim pośrednim stanie najlepiej odpoczywała. Jakby nie była 
pogodzona ze sobą...

- „Nie mają żadnych systemów obronnych - poinformowała lorda Vadera przez pokładową 

aparaturę łączności swojego bombowca typu TIE. - Bitwa została zakończona.

- Wręcz przeciwnie, pani kapitan Eclipse - usłyszała w odpowiedzi. - Proszę kontynuować 

atak”.

Juno zgrzytnęła zębami, zacisnęła obie dłonie na rękojeści drążka sterowniczego i 

zastanowiła się nad możliwościami. Nigdy nie pozwoliłaby sobie na zlekceważenie wyraźnego 
rozkazu, ale tym razem konsekwencje jego wykonania...

- „Wyczuwam pani dezaprobatę, pani kapitan - usłyszała. - Jeżeli pani musi, proszę wyznać, 

co pani leży na wątrobie.

background image

Czyżby Vader czytał w jej myślach? Na samą myśl Juno aż się wzdrygnęła.
- Z całym szacunkiem, proszę pana - powiedziała. - Dalsze bombardowanie będzie 

oznaczało zwykłe ludobójstwo... zupełnie niepotrzebną stratę życia. Nieprzyjaciel został pokonany.

- Jeżeli rzeczywiście to pani przeszkadza, pani kapitan, dam pani możliwość wyboru - 

oznajmił Vader. - Proszę zbombardować planetarny reaktor... jego współrzędne zaraz przekażę... i 
użyć do tego wszystkich środków, jakie jeszcze pani pozostały. Dopiero po zniszczeniu reaktora 
uznam pani zadanie za wykonane.

Juno zapoznała się z zestawem przesłanych współrzędnych i westchnęła z ulgą. Jeden 

precyzyjnie mierzony cios był o wiele lepszy niż nalot dywanowy.

- Dziękuję panu, lordzie Vader - powiedziała.
- Pani wdzięczność mnie nie interesuje - usłyszała. - Obchodzi mnie tylko pomyślne 

wykonanie zadania, pani kapitan. To wszystko.

Kiedy jej rozmówca przerwał połączenie, Juno przekazała pozostałym pilotom Czarnej 

Ósemki treść nowego rozkazu. Odniosła skromne zwycięstwo w tej bitwie, ale nie mogła się nad 
tym długo zastanawiać. Przygotowała bomby i obrała kurs przez atmosferę Callosa. Była 
zadowolona, że nie wyrządzi wielu zniszczeń na niewielkiej zielonej planecie, która i tak już bardzo 
ucierpiała...”

Wzdrygnęła się i oprzytomniała. Dość tego, powiedziała sobie. Nie może się zadręczać tym, 

co się wówczas stało. W obecnej chwili to i tak nie robi różnicy. A ona oszaleje, jeżeli będzie to 
wiecznie rozpamiętywała.

A poza tym miała w tej chwili inne, ważniejsze powody do zmartwienia. Darth Vader, 

Starkiller, szalony Jedi, Imperator... Musiała pamiętać o wszystkim, co da jej szansę wyjścia cało z 
tej wyprawy.

Zauważyła na kontrolnym pulpicie „Cienia Łotra” mrugające światełka i odwróciła się do 

androida.

- Powiedz swojemu panu, że niedługo wyskoczymy z nadprzestrzeni - poleciła. - Jeżeli to 

pułapka jak na Nar Shaddaa, na pewno zechce się przygotować.

- Zaraz go poinformuję - odparł PROXY. Juno zajęła się przygotowywaniem jednostek 

napędu podświetlnego. Kiedy uczeń pojawił się w sterowni i stanął za jej plecami, nie obejrzała się 
ani nawet nie uniosła głowy.

W końcu świetliste smugi za iluminatorem przemieniły się w iskierki gwiazd i statek znów 

uległ sile ciążenia. Jednostki napędowe obróciły go w taki sposób, żeby dziób się skierował w 
stronę właściwej orbity.

Raxus Prime powitała ich w całej ponurej okazałości. Powierzchnię szarej, syntetycznej 

planety pokrywało mniej więcej tyle metalu, ile Nar Shaddaa, ale na tym wszelkie podobieństwa się 
kończyły. Na tętniącym życiem Księżycu Przemytników kwitł handel, a Raxus Prime była tylko 
dymiącym śmietniskiem, zamieszkanym przez poszukiwaczy odpadków i szumowiny z całej 
galaktyki. Juno nigdy jakoś nie czuła potrzeby odwiedzenia tej planety. Raxus Prime cieszyła się 
ponurą sławą.

Od razu zrozumiała dlaczego. Nie chodziło tylko o cuchnącą atmosferę i góry 

rozkładających się odpadków. Raxus Prime nie była księżycem jak Nar Shaddaa, dzięki czemu 
miała zaskakująco silne pole magnetyczne. Po wszystkich orbitalnych szlakach krążyły bryły 
złomu, a tuż nad powierzchnią przebiegała skomplikowana sieć linii pól magnetycznych, po 
których krążyły mniejsze ferromagnetyczne odpady, co wyglądało jak ponura parodia pierścieni 
gazowego giganta. Między bryłami złomu przemykały niewielkie statki, w pełni zautomatyzowane 
albo jednoosobowe. Ich piloci szukali wszystkiego, co może przedstawiać jakąkolwiek wartość. Od 
czasu do czasu błyskały lasery rozcinających kadłuby palników albo pistoletów, odstraszających 
innych poszukiwaczy cennego złomu.

Planeta miała także Jądro - sztuczną inteligencję, zaprojektowaną i skonstruowaną przez 

Republikę, żeby sprawować nadzór nad funkcjonowaniem tego wielkiego śmietniska. PROXY 
powiedział, że kiedy się znajdą w zasięgu, postara się nawiązać łączność z Jądrem i poinformować 
o ich przybyciu. Juno nie miała pojęcia, jakim cudem miałoby to im pomóc, gdyby na przykład 

background image

Jądro żywiło względem nich nieprzyjazne zamiary.

Od razu się domyśliła, że tym razem jej zadanie nie będzie polegało tylko na czekaniu. 

Zacisnęła palce na rękojeści drążka sterowniczego i zaczęła powoli, cierpliwie przebijać się przez 
nawigacyjny koszmar.

PROXY zajął miejsce obok, na fotelu drugiego pilota. Starkiller stanął z tyłu, w przejściu 

biegnącym środkiem sterowni, i obserwował krajobraz za iluminatorem „Cienia Łotra”.

- PROXY, słyszysz jakieś rozmowy przez komunikator? - zapytał w pewnej chwili.
Android przyłożył metalową dłoń do czoła i wydał dziwny dźwięk. Juno uniosła głowę i 

spojrzała na niego. Zauważyła, że fotoreceptory automatu przygasają, a on sam pochyla się do 
przodu, jakby cierpiał z bólu.

- Za dużo, żeby dało się zrozumieć, panie - odparł w końcu.
Jego holoprojektory niespodziewanie zamrugały i Juno się cofnęła, bo kątem oka zauważyła 

ostre metalowe krawędzie, płonące czerwienią oczy i kończyny, dziwnie podobne do owadzich. 
Zanim zdążyła zapytać, co się dzieje, holowizerunki zniknęły i android się wyprostował.

- Słyszę głosy setek wzywających się robotów - powiedział. Odwrócił się i spojrzał na 

właściciela, który obserwował go ze zmarszczonym czołem. - To właśnie tu są przysyłane, żeby 
dożyć ostatnich dni.

- Albo też są stąd zabierane - mruknęła Juno, omiatając spojrzeniem ekrany monitorów.
- A co z Kazdanem Paratusem? - zapytał Starkiller.
- Nie słyszę niczego, co mogłoby nas do niego doprowadzić - odparł PROXY.
Nagle Juno otworzyła szerzej oczy i wyciągnęła palec, żeby zwrócić uwagę towarzysza 

podróży.

- Może zaczniemy od tamtego miejsca? - zaproponowała.
Skręciła na sterburtę, żeby lepiej widzieć miejsce, które wypatrzyła.
Spomiędzy stosów odpadków wyrastało pięć iglic niczym surrealistyczny hołd złożony 

przeszłości. Wzniesiona na środku piąta iglica była najwyższa i miała tuż pod wierzchołkiem 
kanciastą konstrukcję, której widok zawsze kojarzył się Juno z płetwami torpedy. Pozostałe cztery 
iglice były niższe i mniej fantazyjne. Wszystkie wzniesiono z odpadków, ale ich widok od razu 
kojarzył się z budowlą niepowtarzalną w całej galaktyce.

- To wygląda zupełnie jak stara Świątynia Jedi na Coruscant - stwierdziła Juno.
Starkiller pokiwał głową.
- Wyląduj tak blisko, jak się da - rozkazał.
Juno przepatrywała okolicę, chociaż przeszkadzała jej w tym oleista ulewa za iluminatorem.
- Zrobię, co będę mogła - obiecała. - Nie widzę wielu wolnych miejsc. - Wierzchołek 

środkowego zigguratu wyglądał krucho i niepewnie. - Będziesz musiał się tam dostać na piechotę.

Przelatując przez usiane ferromagnetycznym złomem szlaki, „Cień Łotra” łagodnie 

zakołysał się z burty na burtę. Chwilę później Juno przeleciała nad dwiema ogromnymi górami 
odpadów. Im niżej się zapuszczała w warstwy atmosfery, tym bardziej światło gwiazdy słabło, aż w 
końcu przybrała zielonawą barwę. Pilotka poczuła ucisk w skroniach.

- Tam - oznajmiła w końcu, pokazując miejsce wystarczająco równe i przestronne, żeby 

„Cień Łotra” mógł wylądować. - Z widokiem na jezioro i tak dalej...

Na brzegu zbiornika wodnego o nieregularnych kształtach, jednego z kilku „zdobiących” 

ponury krajobraz, rzeczywiście widniało trochę wolnego miejsca. Mimo to Juno nie ośmieliła się 
powierzyć gruntowi całego ciężaru statku. Obawiała się, że stosunkowo płaska powierzchnia może 
się pod nim ugiąć albo nawet zarwać. Unieruchomiła „Cień Łotra” metr nad gruntem dzięki 
repulsorom i zaczekała, aż Starkiller dotrze do rampy.

- Kiedy zeskoczę na ląd, okrążysz imitację Świątyni i zaczekasz na mój sygnał - polecił 

rzeczowo przez komunikator.

- Uważaj na siebie - poprosiła Juno. - To błoto wygląda, jakby miało właściwości żrące.
Zaczekała, aż ubrana na czarno postać przeskoczy ogromnymi skokami z jednego stosu 

odpadów na drugi. W końcu znikła jej z oczu. Dopiero wówczas zwiększyła moc repulsorów i 
pionowo skierowała statek w górę. Ucieszyła się, że mogła odlecieć. W ciągu zaledwie kilku 

background image

sekund, kiedy właz pozostawał otwarty, do wszystkich pomieszczeń, od dziobu do rufy „Cienia 
Łotra”, dostało się cuchnące powietrze.

- Juno przechodzi na odbiór - zameldowała.

ROZDZIAŁ 6

Spiesząc przez toksyczne pustkowia powierzchni Raxus Prime, uczeń Vadera ledwo 

usłyszał, że jego pilotka przerwała połączenie. Koncentrował się maksymalnie, zwracając uwagę na 
wszystko, co atakowało jego zmysły: napływające od strony jeziora śmierdzące opary, najeżony 
ostrymi odłamkami zdradziecki teren, świst wiatru w wykrzywionych iglicach i w strzaskanych 
podporach, które tworzyły najpaskudniejszy las, przez jaki kiedykolwiek przyszło mu się 
przedzierać. Starał się myśleć tylko o swoim celu: szalonym konstruktorze automatów, Kazdanie 
Paratusie. Mężczyzna musiał być obłąkany, bo kto normalny zgodziłby się dobrowolnie spędzać 
życie w takim miejscu? Nawet najbardziej zdesperowani uciekinierzy szukaliby miejsc o lepszym 
klimacie.

Nie widział iglic imitacji Świątyni Jedi, bo na razie przesłaniały mu ją góry szczątków. 

Wiele było zniszczonych do tego stopnia, że nie potrafiłby ich rozpoznać, ale między odpadkami 
dostrzegał czasem fragment podzespołu gwiezdnego myśliwca, lądowego śmigacza, rafinatora 
powietrza czy wody, panel słonecznego ogniwa czy antenę paraboliczną. Chyba wszystkie możliwe 
urządzenia kończyły na samym dnie systemu Raxusa. Żadne nie uniknęło rozkładu. Wszystko, co 
nie mogło zostać przeprojektowane, przebudowane czy odzyskane, czekało, aż się zmieni w trującą 
papkę pod ciężarem innych odpadków, nieustannie spadających z góry. Całość składała się na 
przygnębiający obraz niepohamowanej zachłanności mieszkańców galaktyki.

Uczeń Vadera usunął jednak z głowy takie myśli. Miał przed sobą zadanie i postanowił je 

wykonać najlepiej jak umie. Nie zamierzał pozwolić, żeby jego wyprawa zakończyła się 
niepowodzeniem. Możliwe, że Rahm Kota poddał go testowi, ale w ostatecznym rozrachunku to on 
odniósł zwycięstwo. Na pewno Kazdan Paratus nie miał w zanadrzu niczego, czego należałoby się 
obawiać. Uczeń Vadera był o tym przekonany.

Postanowił także nie myśleć o twarzy, którą ujrzał, kiedy rozprawiał się z Rahmem Kotą. To 

nie było nic istotnego, najwyżej dziwna usterka w programie życia. Dorastał pod czujnym okiem 
mistrza i miał umiejętności wyostrzone do tego stopnia, że nie sprostałby mu nawet Jedi. Wkrótce, 
już niedługo, będzie gotów stanąć u boku Dartha Vadera i stawić czoło ostatecznemu wyzwaniu: 
Imperatorowi.

Dzięki medytacji podczas podróży na Raxus Prime odzyskał jasność myśli, wpatrując się w 

płonącą czerwonym blaskiem klingę świetlnego miecza. Potraktował odniesione ostatnio obrażenia 
opatrunkami z bactą, żeby nie sprawiały mu już bólu. Nic nie jadł, bo zaspokajając głód, zabijał 
dręczące go pragnienie osiągnięcia potęgi podobnej do tej, jaką miał jego Mistrz Darth Vader. A 
może mistrz był niewolnikiem tej potęgi? Cóż, w tej chwili to nie miało żadnego znaczenia. Z 
punktu widzenia Starkillera jego mistrz i potęga Ciemnej Strony były jednym i tym samym.

Uświadomił sobie, że i jego przepełnia potęga Ciemnej Strony. Czuł w żyłach jej siłę, a w 

sercu stanowczość. Tym razem nie zawiedzie. Nie może zawieść. Był przecież uczniem samego 
Dartha Vadera!

Z odbiornika komunikatora dobiegł go głos Juno, który z imperialną skutecznością 

zagłuszył bełkot wydobywający się z Jądra planety.

- Wykrywam oznaki aktywności na północ od miejsca, w którym teraz się znajdujesz - 

zameldowała młoda pilotka.

- Jakiego rodzaju? - zapytał Starkiller.
- Nie mam pojęcia - odparła Juno. - Znajdujemy się w tej chwili w górnych warstwach 

atmosfery, gdzie panuje mnóstwo zakłóceń. PROXY wykrył, że być może w twoją stronę kierują 
się automaty.

- Uważa, że to komitet powitalny?

background image

- Możliwe - odparła Juno. - Ja... hej! - Rozległy się trzaski zakłóceń, a po chwili pełen ulgi 

głos pilotki.

- Co się stało? - zapytał przez komunikator zaniepokojony uczeń.
- Nic... na razie - zameldowała pilotka. - Podleciałam za blisko jednego z tych 

magnetycznych szlaków, co spowodowało eksplozję jakiegoś niestabilnego obiektu. W tej chwili 
jednak wszystko jest pod kontrolą. Uważaj tylko, żebyś nie zabrudził sobie butów.

Uczeń uśmiechnął się do siebie i ruszył w głąb kanionu o niemal pionowych ścianach 

ułożonych ze stosów szczątków i dnie, które chlupotało pod jego butami. Dopiero po słowach Juno 
zwrócił uwagę na dziwne zjawisko. Między szczątkami i odpadkami nie zauważył ani jednej części 
androida. Ani jednej. Jeżeli, jak powiedział PROXY, właśnie tu się mieściło cmentarzysko 
automatów, co się stało z ich podzespołami?

Wyczuł, że coś przed nim się porusza, i zwolnił tempo do normalnego marszu, a wreszcie 

zaczął się skradać. Usłyszał dziwne dźwięki, które nie były głosami ludzi, ale mieszaniną 
elektronicznego jazgotu i płynnego, piskliwego rodiańskiego. Oznaczało to, że ma przed sobą 
roboty i Rodian.

Uznał, że nadal obowiązuje go rozkaz, jaki otrzymał przed poprzednią wyprawą: „Nie 

wolno ci zostawić żadnych świadków”.

Jednym ruchem włączył klingę świetlnego miecza i przygotował się do walki.

Pierwszym automatem, na jakiego się natknął, był unoszący się w powietrzu pająkowaty 

robot. Automat miał tylko jeden fotoreceptor, jeden manipulator, kiepsko zestrojoną parę 
repulsorów, atomowy stos i właściwie nic więcej. Ciągnął kabel, którego drugi koniec ginął w 
niemal pionowej ścianie szczątków. Po każdym skowycie przeciążanych repulsorów z wierzchołka 
stosu spadała lawina odpadków. Odbijały się od metalowego pancerza robota, a automat skrzeczał i 
kołysał się w powietrzu z boku na bok. Na widok Starkillera pociągnął za kabel tak gwałtownie, że 
cała ściana runęła i pogrzebała go pod stosem szczątków.

Na widok rozpaczliwego położenia, w jakim się znalazł robot, uczeń posłużył się Mocą, 

żeby odwalić na bok stos odpadków. Automat się wydostał, ale dłuższą chwilę, jakby 
zdezorientowany, chwiał się w powietrzu, zanim w końcu odzyskał równowagę. Chwycił 
uwolniony kabel jedynym manipulatorem i, głośno skrzecząc, popłynął zygzakami w powietrzu w 
drugi koniec kanionu.

Uczeń pomyślał, że poszukiwacze odpadów prawdopodobnie korzystają z czegoś w rodzaju 

sieci łączności, która pozwala im na utrzymywanie kontaktu z samym Jądrem. Doszedł do wniosku, 
że jeżeli nie zakłóci planetarnego systemu usuwania odpadów, nie ma się czym przejmować.

Zupełnie innym problemem mogli się stać Rodianie.
- Pani kapitan Eclipse? - odezwał się przez komunikator.
- Tu Juno - usłyszał w odpowiedzi.
- Czy w imperialnych bazach danych można znaleźć jakąkolwiek wzmiankę o rodiańskich 

poszukiwaczach odpadków tu, na Raxus Prime? - zapytał.

- Zaraz to sprawdzę.
Czekając na wynik poszukiwań, Starkiller wskoczył na stos szczątków i zauważył grupę 

Rodian. Zielonoskóre istoty roiły się na wraku gwiezdnego okrętu, który spoczywał w poprzek 
metalowego kanionu. Uczeń zauważył, że wrak uniemożliwia mu przejście. Prawdopodobnie były 
to szczątki korwety, o której wspominała wcześniej Juno. Wyciągnął elektrolornetkę i ze swojego 
dogodnego miejsca obserwował jakiś czas grupę obcych istot i ubranych w brązowe płaszcze 
Jawów, którzy niewątpliwie dla nich pracowali, zmuszeni albo znęceni obietnicą sowitej zapłaty. 
Jawów było kilkudziesięciu, a pod ścianą kanionu stało kilka pojazdów na gąsienicach, którymi 
miano transportować zdobyte łupy. Koreliańska korweta, której pochodzenia nie dałoby się ustalić z 
powodu uszkodzeń, jakim uległa, była powoli, metodycznie, metr po metrze cięta na złom. Uczeń 
zauważył, że zanim do pracy przystąpiły automaty tnące, Rodianie przezornie demontowali 
wrażliwe urządzenia i podzespoły, za które mieli nadzieję uzyskać wyższą cenę. Pomyślał o 

background image

stworzeniach, które żywią się cielskami whaladonów, kiedy te opadają na dno oceanu. Był pewien, 
że za kilka miesięcy albo nawet tygodni z wraku gwiezdnego okrętu nie pozostanie nic oprócz 
krateru, jaki powstał podczas katastrofy.

Uczeń nie mógł jednak czekać miesięcy ani tygodni. Im dłużej przemierzał rumowiska 

Raxus Prime, tym bardziej rosło prawdopodobieństwo, że ktoś go zauważy.

Wrak gwiezdnego okrętu znajdował się między nim a imitacją Świątyni i był za duży, żeby 

się obok niego przecisnąć, a obejście go mogło zająć kilka dodatkowych godzin. Uczeń zrozumiał, 
że musi albo pokonać przeszkodę, albo ją przenieść w inne miejsce.

Na jego twarzy pojawił się przewrotny uśmiech. Właściwie czego tu się bać? Był uczniem 

samego Dartha Vadera i sługą Ciemnej Strony. Nie musiał się kulić ze strachu, mógł chodzić z 
podniesioną głową.

W końcu zgłosiła się Juno, by zdać sprawę z poszukiwań.
- Wygląda na to, że się natknąłeś na Drexla Roosha i jego klan - zameldowała. - Drexl jest 

poszukiwany za trzydzieści osiem oszustw, sprzedaż niepełnowartościowego materiału i nielegalny 
handel niewolnikami.

- Moim zdaniem odkryliśmy miejsce, gdzie się zaopatruje w te swoje niepełnowartościowe 

materiały - stwierdził Starkiller.

Zauważył, że jeden z Rodian krzyczy do pozostałych w basicu i od czasu do czasu wymyśla 

Jawom.

- Ruszajcie się żwawiej, szumowiny! Zaraz nas odkryją zbierające złom automaty. - 

Wymachiwał z nonszalancją ogromnym mieczem, zupełnie się nie przejmując, że może nim kogoś 
zranić albo zabić. - Jeżeli wy, pożeracze odpadków, nie zmusicie tych Jawów do pracy, dodam po 
dziesięć tysięcy kredytów do nagrody za waszą głowę! Zrozumiano?

Uczeń doszedł do wniosku, że to sam Drexl Roosh. Rodianin miał purpurową twarz i nosił 

rakietowy plecak. Zakuty w ciężki pancerz, przechadzał się tam i z powrotem z taką miną, jakby 
chciał wszystkim dać do zrozumienia, kto tu rządzi.

Starkiller przeskoczył na następny stos odpadów, skąd zauważył, że wrak gwiezdnego 

okrętu ma wciąż jeszcze przynajmniej jeden silnik w obudowie. Pękata jednostka napędu 
nadświetlnego wyglądała na nieuszkodzoną. Doskonale.

Patrząc przez elektrolornetkę, zauważył w pewnej chwili, że doszło do nieporozumienia 

między trzema zbierającymi złom robotami a nadzorującym pracę Jawów Rodianinem. Roboty 
usiłowały bezczelnie się wślizgnąć do kadłuba wraku, a Rodianin posłał im serię energetycznych 
błyskawic, żeby ich do tego zniechęcić. W odpowiedzi automaty puściły kilka wyładowań 
elektrycznych po wilgotnym gruncie i przewodzących elektryczność metalowych ścianach kanionu. 
Rodianin zrozumiał, że to nie przelewki, i ukrył się za stosem organicznych szczątków, a Jawowie 
rozbiegli się, żeby poszukać kryjówek. Uczeń przyglądał się z rozbawieniem nagłemu zamieszaniu. 
Jak należało się spodziewać, wszystko zakończyło się trzema fontannami ognistych okruchów i 
wzmożonym smrodem w powietrzu.

- Wy idioci! - ryknął Drexl. - Posprzątajcie ten bałagan i przynieście mi coś, co będziemy 

mogli sprzedać, bo inaczej możecie w ogóle nie wracać!

Z dysz jego plecaka rakietowego buchnęły płomienie i Rodianin wzniósł się nad zaśmieconą 

powierzchnię gruntu. Z rykiem odleciał tunelem wiodącym w głąb Raxus Prime, pozostawiając tu i 
ówdzie niewielkie źródła ognia. Jądro wydało komunikat, że zbierające złom automaty zostały 
uszkodzone, i obiecało przysłać inne w celu wykrycia przyczyn uszkodzenia.

Uczeń Vadera postanowił nie wchodzić w drogę automatom, jeżeli to nie okaże się 

konieczne. Zaczął ostrożnie schodzić ze stosu odpadów.

Rodiański strażnik, wciąż jeszcze zdenerwowany po utarczce z robotami, zdążył tylko coś 

skrzeknąć w nieznanej mowie. Ułamek sekundy później uczeń uciszył go na zawsze 
błyskawicznym cięciem klingi swojego miecza. W kilku susach pokonał odległość dzielącą go od 
wraku i już miał wbiec do wnętrza korwety, kiedy zauważył rampę, która miała pomagać Jawom w 

background image

ich poszukiwaniach i w patroszeniu okrętu. Pochylnia prowadziła pod niewielkim kątem na stos 
zawalonych pokładów z pomieszczeniami dla członków załogi. Uczeń przebiegł cicho po rampie i 
zniknął w głębi kadłuba.

Ledwie zdążył wejść, usłyszał sygnał alarmowy... wyzwolony, jak się okazało, przez 

pojawienie się nowej grupy automatów. Skutek okazał się fatalny: wszyscy rodiańscy poszukiwacze 
złomu skamienieli, co bardzo utrudniło mu zadanie.

Obok niego przebiegło, głośno szczebiocząc, kilku Jawów, którzy na przemian otwierali i 

zamykali płonące żółtym blaskiem oczy. Starkiller nie miał czasu, więc pozwolił im się minąć, po 
czym puścił się najkrótszym szlakiem do jednostki napędu nadświetlnego. Kiedy z jakiejś dziury w 
ścianie przed nim wyskoczyło dwóch Rodian, nie dał im nawet szansy na uniesienie Masterów. 
Pierwszego przeciął na dwoje klingą świetlnego miecza, a drugi runął na plecy i chwycił się za 
gardło.

- Dobrze się tam bawisz? - zapytała Juno przez komunikator.
- Robię postępy - odparł uczeń, bo w końcu zobaczył cel swojej wyprawy. Prosto przed nim 

znajdowały się turbiny ogromnej jednostki napędu nadświetlnego. Ich osłony zostały usunięte, co 
dowodziło, że Rodianie zamierzają ją wymontować i przetransportować w inne miejsce. Po 
ścianach biegły obnażone kable i wiązki przewodów. Odcięte końce innych zwisały i kończyły się 
na płytach pokładu.

- Jakiego rodzaju postępy? - zapytała Juno. - Stwarzasz nowe problemy?
Starkiller nie odpowiedział. Młoda pilotka okazała się dość bezczelna, ale miała rację. Czas 

uciekał. Uczeń nie chciał się dać wciągnąć w walkę między bandą Drexla a automatami systemu 
immunologicznego Jądra. Im szybciej osiągnie swój cel, tym lepiej.

Z korytarza za jego plecami wyskoczył jeszcze jeden Rodianin i od razu wystrzelił. Uczeń 

odbił błyskawicę jego strzału klingą miecza świetlnego i zwalił sufit na głowę napastnika. W ten 
sposób został wprawdzie uwięziony w korytarzu umożliwiającym dostęp do jednostki napędu 
nadświetlnego, ale wcale się tym nie przejmował. Ściany były osłabione, a metal zmęczony. 
Wiedział, że kiedy skończy, bez trudu wybije jakąś dziurę.

Uklęknął przed turbinami, chwycił w obie dłonie garść kabli i wezwał Moc. Kiedy poczuł 

przepływ energii, napiął mięśnie. Z jego skóry strzeliła błyskawica Sithów, która prześlizgnęła się 
niczym wąż po poszarpanych metalowych ścianach, pokładzie i suficie. Z oddali napłynęły jęki 
bólu uwięzionych we wraku korwety istot. Uczeń je zignorował. Zlekceważył także woń dymu 
unoszącą się z jego poszarpanego munduru.

Skup się, powiedział sobie. Nieukierunkowana energia to energia zmarnowana. Zgrzytnął 

zębami, zgromadził energię i przesłał ją w swoje dłonie. Zobaczył błękitne błyskawice, które 
pomknęły kablami do turbin jednostki napędu nadświetlnego. Masywny silnik jęknął, zaskrzypiał i 
w końcu obudził się do życia. Był uszkodzony, źle zestrojony i trudny do opanowania, ale powoli 
nabierał momentu napędowego i o mało nie wyrwał się z zamocowań, którymi go przytwierdzono 
do wraku korwety.

Uczeń poczuł nagle, że pokład pod nim wywinął kozła. Zachwiał się, bo cały wrak zadrżał i 

ze straszliwym zgrzytem dartego metalu zaczął ryć bruzdę w metalowej ścianie kanionu. Starkiller 
widział to w swojej wyobraźni i wyczuwał dzięki żywemu przepływowi Mocy. Błyskawice, które 
przepływały przez jego ciało do silnika, pchały zniszczony wrak korwety coraz dalej w głąb 
metalowego tunelu. W końcu uczeń zrozumiał, że ma wolną drogę do imitacji Świątyni.

Teraz mógł przestać się koncentrować. Zauważył, że po jego skórze wciąż jeszcze błądzą 

błękitne błyskawice słabych wyładowań. Wstał z wysiłkiem, ale zaraz o mało nie upadł. Silnik, 
który nadal funkcjonował, cały czas pchał wrak korwety coraz dalej w głąb tunelu. Starkiller nawet 
nie usiłował go kontrolować.

Musiał przyznać, że tego się nie spodziewał. W turbinie kryło się dość energii, żeby 

pracowała jeszcze kilkadziesiąt sekund. Musiał się wydostać z kadłuba, zanim wrak pogrąży się 
całkowicie w wyoranym tunelu, bo w przeciwnym razie będzie miał kłopoty z dotarciem do 
prawdziwego celu wyprawy.

Skupił się, napiął mięśnie i wybił w burcie uszkodzonego okrętu dziurę wystarczająco dużą, 

background image

żeby mógł przez nią przelecieć myśliwiec typu TIE. Przesuwał się wzdłuż ściany kanionu, z której 
sypały się odpadki. Podskoczył, chwycił zwisający kabel i wydostał się z wraku. Uszkodzony okręt, 
z przeraźliwym zgrzytem szorując spodem po odpadach i szczątkach z całej galaktyki, rozcinał i 
odrzucał na boki metalowe śmiecie niczym statek fale wzburzonego oceanu.

- Próbujesz odwrócić uwagę od siebie, Starkiller, czy może wręcz przeciwnie? - zagadnęła 

Juno przez komunikator.

- Wybierz odpowiedź, która ci się bardziej spodoba - warknął uczeń. Puścił kabel i 

wylądował w miejscu, gdzie jeszcze minutę wcześniej spoczywał wrak korwety. Zauważył, że 
Jawowie w osmalonych płaszczach wspinają się do pojazdów gąsienicowych, żeby puścić się w 
pościg za znikającym statkiem. Zignorował ich, za to błyskawicą Sithów poraził kilkanaście 
automatów, które sunęły ku niemu, groźnie unosząc elektryczne manipulatory. Skręcił w lewo i 
podjął wędrówkę do dziwnej parodii Świątyni Jedi.

Podstawa budowli znajdowała się pod powierzchnią gruntu, a może tylko pod grubą 

warstwą pokrywających całą planetę Raxus Prime szczątków i odpadów. Uczeń wspiął się ostrożnie 
do przedsionka, w którym wygięte płyty pancerzy wymłotkowano, żeby je wyprostować, a potem 
tak zespawano, żeby tworzyły mniej więcej poziomą posadzkę. Porzucone rury dysz wydechowych 
pełniły funkcję marmurowych kolumn, zestawy sensorów całkiem nieźle udawały ramy okienne, a 
wygięte ścianki zbiorników nad jego głową miały stwarzać wrażenie kolebkowo sklepionego sufitu.

Gwiazda systemu przydawała ulotnego piękna całej scenerii, rzucając ukośnie promienie 

słabego światła. W promieniach tańczyły niespiesznie drobiny kurzu.

Wszystko przenikał odór rozkładu, a przy każdym kroku ucznia posadzka przemieszczała 

się i skrzypiała. Ze spawów wystarały druty i fragmenty niszczejącej izolacji, a w każdym kącie 
piętrzyły się stosy szczątków, które mogły tam gnić od początku istnienia Imperium.

Przechodząc ostrożnie dalej, Starkiller wyczuwał coraz wyraźniej bliskość Kazdana 

Paratusa. Rozejrzał się, żeby go odnaleźć, kiedy poruszył się jeden ze stosów odpadów. Wyłonił się 
z niego człekokształtny automat, zespawany z części androidów, które Starkiller spodziewał się 
znaleźć podczas swojej wędrówki.

Automat miał pojemnik na mózg należący kiedyś do medycznego androida FX-8 i 

przyspawany do metalowego korpusu, skomponowanego z części kilku typów przestarzałych 
protokolarnych androidów. Kończyny pochodziły z bojowych robotów EV i B1 kończyły się 
narzędziami, które by nie zdziwiły nikogo w pierwszym lepszym warsztacie. Jedyny funkcjonujący 
fotoreceptor automatu płonął jaskrawym, wściekłym blaskiem. Android kuśtykał, ale zdążył 
osiągnąć zaskakująco dużą prędkość, zanim uczeń Vadera odciął mu metalową głowę.

Z innej sterty złomu wyłonił się drugi zespawany z resztek automat, a zaraz po nim trzeci. Z 

innych miejsc Świątyni dolatywały odgłosy budzenia się do życia następnych zautomatyzowanych 
golemów. Uczeń pokonywał je z rutynową łatwością. Toczył ćwiczebne pojedynki z PROXYM 
całe życie, więc znał słabe i mocne strony automatów. Pokonał nawet jeden, który miał 
zainstalowany repulsor i był uzbrojony w specjalnie dostosowany, chociaż zabytkowy miecz 
świetlny, a nawet taki, który naśladował rycerza Jedi. Walka z nimi była dla niego dziecinną 
igraszką.

Wkrótce przedsionek wypełnił się drgającymi, dymiącymi szczątkami nieszczęsnych 

strażników imitacji Świątyni Jedi. Starkiller stwierdził w końcu, że zaczyna go to męczyć. Nie 
może przecież bez końca pokonywać kolejnych androidów. W budowli mogło ich być nawet kilka 
tysięcy.

Wyłączył klingę świetlnego miecza i nabrał dużo powietrza w płuca. Wypuścił je razem z 

energią Mocy i wypchnął na zewnątrz wszystkie automaty - zarówno te w kawałkach, jak i te, które 
zbliżały się do niego o własnych siłach, wymachując zakończonymi spiczasto manipulatorami i 
uniesionymi wibropiłami. Chwilę później w taki sam sposób usunął stosy szczątków. Pchał je, aż 
nad ohydnym krajobrazem Raxus Prime utworzyła się mroczna chmura, a po powierzchni zaczął 
szaleć sztuczny huragan, niosący szczątki zautomatyzowanych golemów.

Kiedy oczyścił przedsionek, powoli się wyprostował. Przestał się posługiwać Mocą, ale 

posadzka pod jego stopami nadal drżała. Gdzieś z głębin Świątyni dobiegł stłumiony grzmot i z 

background image

każdą chwilą stawał się głośniejszy. Uczeń odgadł, że tym razem na pewno zwrócił na siebie czyjąś 
uwagę.

Nagle przez pobliską ścianę przedarł się zespawany z odpadów ogromny golem i z jazgotem 

serwomotorów zaczął się do niego zbliżać. W dwóch manipulatorach trzymał największe 
wibrotopory, jakie uczeń kiedykolwiek widział. Automat zrobił dwa kroki i wrogo zamrugał 
ogromnymi fotoreceptorami.

- Jak śmiesz się wdzierać do Świątyni Jedi! - zagrzmiał z głębi torsu, ukrytego za pancerzem 

napierśnika. - Jak śmiesz rzucać wyzwanie mistrzom Jedi w ich własnym domu!

Zanim uczeń zdążył zwrócić uwagę automatu na oczywistą nieprawdę tych słów - w końcu 

niemal wszyscy mistrzowie Jedi zginęli, a tę parodię Świątyni trudno byłoby nazwać ich domem - 
ogromny golem rzucił się na niego. Skonstruowany z części ciężkiego naprawczego automatu, 
oprócz dwóch kończyn z toporami miał wiele innych manipulatorów. Każdy był zakończony inną 
sztuką broni, które furkotały, zgrzytały i skwierczały. Przez ten hałas automat wydawał się 
groźniejszy niż w rzeczywistości.

Uczeń uskoczył w bok, ale podłoga zakołysała się pod ciężarem kolosa, więc na chwilę 

stracił równowagę. Wysunął klingę świetlnego miecza i odciął jeden z krótszych manipulatorów, a 
telekinetycznym pchnięciem odbił drugi na bok. Kiedy odzyskał równowagę, posłał serię 
błyskawic, które rozpłynęły się po skorodowanej skorupie pancerza automatu, ale go nie 
powstrzymały.

Jeden z wibrotoporów przeciął powietrze poziomo nad jego głową, a drugi już opadał z góry 

na dół, żeby rozpłatać go na dwoje. Uczeń cofnął się w samą porę, a kiedy topór opadł, doskoczył 
do golema, żeby zadać cios w najsłabszy punkt, zanim topory się uniosą do wymierzenia 
następnych ciosów. Wokół niego spadał grad nadpalonych kończyn, które usiłowały go schwytać w 
elektrycznych drgawkach. Uczeń przetoczył się między grubymi jak pnie nogami kolosa, żeby 
uniknąć następnego ciosu jednym z toporów. Odwrócił się, zerwał na nogi i wyrył klingą miecza 
głęboką bruzdę w pancerzu metalowych pleców golema.

We wszystkie strony strzeliły fontanny iskier. Golem zaczął się odwracać, żeby zobaczyć 

napastnika, a z jego wnętrzności wydobył się jęk i skowyt. Automat wyciągnął manipulatory, żeby 
schwytać przeciwnika, ale uczeń odcinał je jeden po drugim. Zanurkował pod młócącymi powietrze 
toporami, odwrócił się i zaczął posyłać błyskawicę za błyskawicą w straszną ranę na plecach 
golema. Równocześnie zasypywał go gradem odrywanych ze ścian paneli sensorów i raził 
błyskawicami, wykorzystując całą energię, jaką jeszcze dysponował.

W końcu automat wyraźnie osłabł i ciężko pochylił się na lewą stronę. Pozbawiony jednego 

z toporów, pokuśtykał majestatycznie do tyłu. Żaden z jego fotoreceptorów się nie świecił, a z 
dziury w tyle głowy sypał się strumień iskier. Golem walczył teraz na oślep i stracił kontrolę nad 
głównym motywatorem, ale nadal usiłował zabić przeciwnika. Jazgoczące serwomotory nadawały 
jedynemu toporowi ruch z góry na dół - widocznie robot liczył na to, że uczeń zostanie trafiony 
przez przypadek. W pewnej chwili automat przeniósł cały ciężar metalowego cielska na jedną stopę 
w daremnej próbie pozbawienia ucznia równowagi, ale tylko zaplątał się w stos złomu i o mało nie 
rozciągnął się jak długi.

Starkiller skorzystał z okazji, żeby zakończyć walkę. Jeszcze raz pchnął golema pełną 

energią Mocy, oderwał metalowe cielsko od zaplątanej nogi i posłał je w powietrze, w stronę dziury 
w odległej ścianie. Wyskoczył za nim, na wypadek gdyby automat zamierzał nadal walczyć. 
Znalazł się w zdumiewającym miejscu. Nie wyobrażał sobie, że je kiedykolwiek zobaczy, nawet w 
takiej zrekonstruowanej postaci.

W samym sercu zespawanej z metalowych szczątków Świątyni znajdowała się sala obrad 

Rady Jedi. Siedziały w niej manekiny dawno zabitych mistrzów. Uczeń znał ich nazwiska, bo były 
głęboko wyryte w jego mózgu. Wszyscy byli wrogami, których Imperator pokonał w ostatnich 
dniach Wojen Klonów. Siedzieli na tronach, stołkach albo zwykłych krzesłach, w zależności od 
upodobań albo kształtów ciała. Ich martwe oczy spoglądały na niego, kiedy podążał śladami 
pokonanego golema.

Kolosalny automat spadł pośrodku okrągłej sali, a z jego stawów sączyły się strużki dymu. 

background image

Przez roztrzaskane okna, z których rozciągał się widok na zasłany szczątkami krajobraz, ze świstem 
wpadały podmuchy cuchnącego wiatru. Starkiller nie pozwolił sobie jednak na choćby chwilę 
dekoncentracji. Kazdan Paratus jeszcze się nie pokazał, więc uczeń Vadera chciał być gotów, kiedy 
ścigany Jedi w końcu stanie z nim do ostatecznej walki.

I wówczas wydarzyło się coś dziwnego. Pokonany golem lekko się poruszył, a ze spawu w 

napierśniku wydobył się cichy syk. Chwilę później rozległ się zgrzyt i płyty napierśnika się 
rozchyliły. Ze szczeliny wysunęły się cztery długie, cienkie kończyny z manipulatorami 
zdemontowanymi z czterech androidów. Chwytaki manipulatorów zacisnęły się na krawędziach 
napierśnika golema i po chwili oczom ucznia ukazała się drobna szara postać.

- Kazdan Paratus - domyślił się Starkiller. - Nareszcie.
Karzeł przeszył go pogardliwym spojrzeniem szalonych oczu. Jako istota rasy Aleena był 

niski, miał wielką głowę, żywe oczy i długie; zwinne palce. Uprząż, dzięki której mógł korzystać z 
pomocy dziwnych mechanicznych kończyn, zapewniała mu swobodę ruchów, a nawet umożliwiała 
władanie świetlnym mieczem. Uczeń zorientował się, że to nie miecz, ale dwuostrzowa pika, z 
jedną klingą o wiele dłuższą niż druga. Paratus uniósł broń nad głowę i zaczekał, aż górne 
kończyny zaczną pełnić funkcję nóg. Wyprostował się na całą wysokość.

- Szumowino Sithów - syknął piskliwie. - Nie martwcie się, moi mistrzowie. Obronię was 

przed nim.

W pierwszej chwili uczeń nie wiedział, do kogo mówi Paratus, ale od strony manekinów 

mistrzów Jedi dobiegł dziwny rumor. Zespawani ze złomowanych płyt metalu Jedi zaczynali się 
budzić do życia.

Korzystając z tego, że uczeń patrzy w tamtą stronę, Paratus rzucił się do ataku. Klinga piki 

pozostawiła w lewym przedramieniu zaskoczonego przeciwnika płytką ranę, ale już w następnej 
sekundzie uczeń odparł atak dziwnej istoty. Odszczepieńczy mistrz Jedi, składający się z ciała i 
części maszyn, potrafił władać Mocą i był zdumiewająco szybki. Każdy cios, jaki uczeń próbował 
mu zadać, był natychmiast blokowany jednym z końców wirującej piki Mocy. Obojętne jak szybko 
Starkiller atakował albo się bronił, mechaniczne nogi zapewniały Paratusowi jeszcze większą 
zwinność. Mistrz Jedi skakał po zniszczonej komnacie obrad Rady niczym ogromny pająk.

Pozbawiony ochronnego pancerza zautomatyzowanego golenia, Paratus był jednak bardziej 

wrażliwy na błyskawice Sithów. Te, których nie dały rady pochłonąć jego odzyskane ze złomu 
metalowe członki, raziły go i sprawiały ból. Uczeń posyłał w drobnego przeciwnika błyskawicę za 
błyskawicą. Miał nadzieję, że walka się skończy, zanim się na dobre zaczęła.

Nagle coś uderzyło go od tyłu, zakłóciło jego koncentrację i wytrąciło rękojeść świetlnego 

miecza z dłoni. Uczeń odwrócił się i ledwo zdążył uniknąć chwytu zrobotyzowanych kończyn i 
niespodziewanego ciosu pilą Mocy. Okazało się, że został zaatakowany przez manekina Plo Koona, 
który wstał ze swojego krzesła. Manekin trzymał wibroostrze podobne do słynnego miecza 
świetlnego, jakim się posługiwał dawno zabity mistrz Jedi. Mówiono wtedy, że walczył w stylu 
Smoka Krayt. W tej chwili broń w rękach skleconego z odpadków metalu manekina wyglądała po 
prostu absurdalnie.

Mimo to zaskoczyła ucznia Vadera. Starkiller musiał przyznać, że to sprytna sztuczka. 

Szybko posiekał manekin na kawałki i wyciągnął rękę w kierunku miejsca, w którym upuścił swój 
świetlny miecz. Rękojeść trafiła do jego dłoni w samą porę, żeby mógł odbić następny cios 
Paratusa, który już ochłonął po bólu, jaki zadały mu błyskawice Sithów.

Tym razem uczeń był przygotowany na kolejny atak od tyłu. Jeden po drugim, a czasami po 

dwa naraz, manekiny mistrzów Jedi wstawały ze swoich miejsc, żeby odwrócić jego uwagę.

Starkiller pozbawił kończyn Mace’a Windu i Colemana Kcaja, a Kita Fista po prostu stopił. 

Manekiny Anakina Skywalkera i Obi-Wana Kenobiego zderzył ze sobą i wyrzucił za okno, a Ki-
Adi-Mundiego poraził błyskawicą Sithów. W podobny sposób rozprawił się z manekinami Saesee 
Tiina, Agena Kolara i Shaak Ti. Jednym zamaszystym ciosem klingi świetlnego miecza pozbawił 
manekina Mistrzyni Jedi Stass Allie głowy, a Yodę uniósł dzięki energii Mocy i posłużył się nim 
jak pociskiem, który posłał w Paratusa między jego wymachujące kończyny.

Po wyeliminowaniu każdego manekina obłąkany konstruktor Jedi wydawał jęk, jakby 

background image

rozpaczał po stracie żywej osoby, a kiedy uczeń zlikwidował ostatniego, Paratus się rozpłakał.

Starkiller wyciągnął rękę i schwytał Aleena Mocą. Niezdolny do przeciwstawienia się jego 

potędze Paratus zrezygnował ze stawiania oporu. Przestał nawet poruszać sztucznymi kończynami. 
Starkiller utrzymał małą obcą istotę w powietrzu i zaczął nią rzucać w różne strony - trafiał we 
framugi okien i sufit, dopóki nie zaczął się na nich sypać grad szczątków. Odbił na boki największe 
i pozwolił, żeby inne poleciały na Paratusa. W końcu podstarzały mistrz Jedi stał się zbyt słaby, 
żeby walczyć dalej. Mimo to uczeń nie przestał go bombardować, bo przypomniał sobie, co się 
stało w ostatniej chwili walki z Rahmem Kotą. Nie zamierzał dopuścić, żeby coś takiego się 
powtórzyło.

W końcu mistrz Jedi stracił resztkę sił. Dopiero wówczas Starkiller pozwolił mu opaść na 

podłogę i przysypał go lawiną metalowych szczątków, które spadały cały czas z sufitu. Umierający 
mistrz, leżąc na wznak, w pewnej chwili zamknął oczy.

- Przykro mi, moi mistrzowie - załkał cicho. - Sprawiłem wam zawód.
Wypowiadając te słowa, wyzionął ducha.
Uczeń poczuł coś w rodzaju litości, ale szybko się zreflektował. Paratus, chociaż 

niewątpliwie szalony, cały czas był mistrzem Jedi. Teraz jego życie dobiegło końca.

Po chwili z ciała zabitego Jedi Wydobyła się aureola Mocy, uniosła się i otoczyła ucznia 

Vadera. Skrząc się i mieniąc, przepłynęła przez niego, po czym z cichym skwierczeniem wtopiła się 
w ściany oraz elementy dziwnej konstrukcji i zniknęła.

Zdenerwowany, ale cały czas gotów na różne niespodzianki uczeń odszedł od ciała Paratusa.
Cóż, okazało się, że to naprawdę koniec.
Starkiller uniósł do ust komunikator.
- Juno, skończyłem - powiedział.
- Namierzyłam miejsce, gdzie w tej chwili się znajdujesz, Starkiller - usłyszał głos pilotki. - 

Już tam lecę.

Przeszedł przez przedsionek, a kiedy zeskoczył na powierzchnię planety, usłyszał głośny 

skowyt silników statku. „Cień Łotra” spłynął łagodnie z nieba. Uczeń wszedł pewnie po 
opuszczonej rampie i zniknął w środku.

Z orbity uczeń przyglądał się, jak absurdalna Świątynia maleje. W końcu przestał odróżniać 

jej kształt od otaczających ją gór odpadów. Mógłby jednym pchnięciem Mocy zburzyć wszystko i 
zwalić na głowę Kazdana Paratusa. Jaka szkoda, że jego mistrz nie mógł równie łatwo pozabijać 
pozostałych w galaktyce Jedi. Tyle lat po Wielkiej Czystce nadal kontynuował swoje wspaniałe 
zadanie. Czy je zakończy jeszcze za życia jego ucznia? A może ten uczeń właśnie zabił ostatniego 
Jedi? Może teraz jego mistrz uzna go za godnego wykonania ostatecznego zadania?

Przeszedł do kabiny medytacyjnej, żeby odzyskać siły i opatrzyć rany. Zamiast jednak 

pogrążyć się w medytacji, poświęcił godzinę, żeby naprawić pikę Mocy Kazdana Paratusa, która 
rozpadła się na dwie części, kiedy z całej siły potrząsał w powietrzu małym Jedi. Chociaż bardzo 
się starał, nie dał rady prawidłowo ustawić skupiających światło kryształów w jednej linii z 
zestawem soczewek. Nie zdołał także połączyć matrycy emitera ze źródłem zasilania. Podobnie jak 
wszystko inne na Raxus Prime pika stała się bezużytecznym złomem.

A może coś albo ktoś przeszkadza mi się skoncentrować? - zadał sobie pytanie.
Czyżby to moja nowa pilotka? - pomyślał. Była szybka i spisywała się na medal, jak 

powinna, ale za bardzo starała się sprawiać wrażenie beztroskiej. Wywierało to na ucznia wpływ, 
którego nie przewidział. Pochwalił ją za dobrą robotę podczas akcji na Nar Shaddaa i ucieszył się, 
że zastał ją na pokładzie po zabiciu Kazdana Paratusa. Zadowolenie z podwładnych nie było jednak 
pożądaną cechą charakteru władców Ciemnej Strony. Niech Imperator mu pomoże, jeżeli zaczyna 
ich łączyć nić sympatii.

Postanowił rozprawić się z nowymi emocjami tak samo jak z innymi wyzwaniami, którym 

musiał stawiać czoło. Doszedł do wniosku, że powinien uważniej obserwować pilotkę. Uczucia 
miały to do siebie, że bywały odwzajemniane. Gdyby młoda kobieta nie potrafiła zapanować nad 

background image

sympatią do niego, musiałby podjąć odpowiednie kroki.

Zastanawiając się nad tymi krokami, usłyszał dobiegające zza pleców odgłosy ciężkiego 

oddychania. Upuścił elementy świetlnej piki, które rozsypały się pod podłodze. Wyczuł raczej, niż 
zobaczył mroczny cień wchodzący do kabiny. Pełen radosnego oczekiwania uniósł głowę.

Twarz Czarnego Lorda była niewidoczna, ale to uczniowi nigdy nie przeszkadzało.
- Kazdan Paratus nie żyje - zameldował.
Darth Vader łaskawie kiwnął głową w czarniejszym niż noc kopulastym hełmie.
- A zatem czeka cię już tylko jeszcze jedna próba, zanim będziesz mógł wypełnić swoje 

przeznaczenie - oznajmił.

Jeszcze jedna, jęknął w duchu uczeń. Czy zawsze będzie jeszcze jedna?
- Mistrzu, jestem gotów już teraz - powiedział.
- Pokonałeś zmęczonego życiem starca i wyrzutka. - W syntetyzowanym elektronicznie 

głosie Dartha Vadera słychać było syczącą nutę gniewu. - Nie będziesz gotów do stawienia czoła 
Imperatorowi, dopóki się nie zmierzysz z prawdziwym mistrzem albo mistrzynią Jedi.

Uczeń zacisnął zęby i pomyślał o żałosnych manekinach, z którymi się bił w ruinach parodii 

Świątyni.

- Z kim? - zapytał.
- Z mistrzynią Shaak Ti, jednym z ostatnich członków Rady Jedi. - W głosie mistrza 

brzmiała niechęć, ale i szacunek, podszyty lodowatą pogardą. - Szkoli wojowników na Felucji. 
Jeżeli chcesz ją pokonać, będziesz musiał skorzystać z całej potęgi Ciemnej Strony. Nie spraw mi 
zawodu.

- Nie sprawię, lordzie Vader - odparł Starkiller. - Na pewno cię nie zawiodę.
Ubrany w płaszcz cień rozpłynął się w zakłóceniach i hologram zniknął. Zamiast niego 

ukazał się PROXY. Android zachwiał się, a uczeń podbiegł, żeby go podtrzymać.

Wyszli z medytacyjnej kabiny, żeby poinformować Juno o ich trzecim i najbardziej 

niebezpiecznym zadaniu.

ROZDZIAŁ 7

Już jako kilkunastoletnia dziewczyna, Juno Eclipse marzyła, żeby zostać pilotką. Chciała 

spędzić resztę życia w sterowni statku krążącego po napowietrznych szlakach Coruscant. 
Wyobrażała sobie, że będzie przewozić ważnych dostojników na spotkania i zestrzeliwać statki 
powstańców jednym celnym impulsem z laserowego działka.

Na pewno nie przypuszczała, że będzie przemierzać odległe szlaki Zewnętrznych Rubieży w 

towarzystwie gburowatego wysłannika Dartha Vadera i jego niesamowitego androida. Nie 
podejrzewała także, że będzie bombardować bezbronne planety ani że zostanie odtrącona przez 
własnego ojca...

Zabawne, jak czasem układa się życie.
Kiedy wyłonili się z nadprzestrzeni, na tle czarnej pustki przestworzy przed dziobem statku 

pojawiła się zielono-błękitna tarcza Felucji. Juno włączyła jednostki napędu podświetlnego i 
skorygowała współrzędne wektora podejścia. Wkrótce planeta wypełniła cały dziobowy iluminator. 
Pilotka upewniła się, że wszystko jest w porządku, wyłączyła silniki i pozwoliła, żeby statek 
pogrążał się łagodnie w dosyć silnej grawitacyjnej studni planety. W komunikatorze nie słyszała 
jazgotu, jaki panował podczas podchodzenia do Raxus Prime czy Nar Shaddaa. Juno wiedziała 
jednak, że jeżeli zacznie zbyt gwałtownie obniżać pułap lotu, ich statek rozżarzy się jak kometa.

- Felucja w zasięgu wzroku - zameldowała. Na fotelu drugiego pilota siedział PROXY, 

który nadzorował systemy podtrzymywania życia i łączności. Starkiller stał za nimi ze 
skrzyżowanymi na piersi rękami i twarzą ukrytą w kapturze, który nasunął na głowę dopiero po 
opuszczeniu Raxus Prime. W ciągu długiej podróży prawie się do niej nie odzywał. Od czasu do 
czasu wydawał krótkie rozkazy, ale nie reagował na jej próby nawiązania rozmowy. Juno czuła się 
lekko urażona, bo wydawało się jej, że powoli przełamuje lody. Myślała, że zaczyna dostrzegać 

background image

kryjącego się pod maską surowości prawdziwego mężczyznę, ale cały czas traktowała go oficjalnie, 
jak przystało na zawodową pilotkę. W końcu na tym polegała jej praca.

- Odczyty? - zagadnął Starkiller.
- Żadnych dużych osad - odparła Juno, zerkając na pulpit, przed którym siedział PROXY. - 

Oznaki życia są jednak tak silne, że mogą nawet przeciążyć nasze skanery. Ta planeta jest 
kompletnie zarośnięta. Nie mam pojęcia, gdzie moglibyśmy wylądować.

- Pokażę ci odpowiednie miejsce.
Juno poczuła, że jeżą się jej włoski na karku. Odwróciła głowę, żeby zobaczyć, co robi 

Starkiller, i zauważyła, że zaniknął oczy. Coś jednak niewątpliwie się działo. Powietrze wokół nich 
jakby zgęstniało, zupełnie jak chwilę przed cyklonem. Juno zauważyła w policzkach ucznia dwa 
głębokie dołki, co podkreśliło długość rzęs i zarys wrażliwych ust. Na ten widok serce pilotki 
zaczęło bić przyspieszonym rytmem.

Głęboko odetchnęła i odwróciła się znów do urządzeń kontrolnych. Nic poza tym jej nie 

obchodziło, prawda? Interesowała się tylko statkami i mechanizmami, nie dziwacznymi 
umiejętnościami Dartha Vadera i jemu podobnych. Była z natury ciekawska, ale czasami 
niebezpiecznie jest wiedzieć zbyt dużo. Musi pozostać obojętna i bezstronna.

Zajmij się wykonywaniem swojej pracy, Juno Eclipse, nakazała sobie.
Starkiller się poruszył i pochylił, żeby wskazać jakieś miejsce na mapie, wyświetlanej na 

konsolecie obok jej fotela.

- Tam, na równiku - rozkazał.
- W którym dokładnie miejscu? - zapytała młoda pilotka. Kiedy Starkiller wypuścił 

powietrze z płuc, poczuła na policzku ciepło jego oddechu.

- Pozostaw to mnie - powiedział. - Włącz generator osłony maskującej i po prostu wylądu j.
Juno kiwnęła głową, w nadziei, że nie zauważył rumieńca na jej policzkach. Pchnęła do 

przodu rękojeść dźwigni przepustnicy.

„Cień Łotra” przeleciał przez górne warstwy atmosfery, zmagając się z turbulencjami 

spowodowanymi przez prądy gęstego, przesyconego wilgocią powietrza. Planeta w niczym nie 
przypominała Coruscant, ale zaczynała pilotkę fascynować. Przed śmiercią matki Juno interesowała 
się ksenobiologią, z czym nie mógł się pogodzić jej ojciec, ale córka się tym nie przejmowała. W 
galaktyce istniała nieskończona różnorodność form biologicznych. Juno mogłaby spędzić czas 
dziesięciokrotnie dłuższy niż jej życie, próbując wszystkie skatalogować. A potem by się 
przekonała, że w tym czasie większość znanych form życia uległa ewolucji albo mutacji, co by ją 
zmusiło do rozpoczęcia całej pracy od nowa.

Myśl ta jednak wcale jej nie przerażała. Wręcz przeciwnie, napełniała ją zachwytem. Taki 

sam zachwyt odczuwała w tej chwili na widok usianych olbrzymimi grzybami lasów Felucji i 
zielonych jezior. Zdumiewało ją, jak bardzo różni się Felucja od księżyca Nar Shaddaa czy od 
Rakus Prime. Planeta tętniła życiem w nieskończenie wielu formach, począwszy od zwykłych 
źdźbeł trawy, a skończywszy na ogromnych grzybach, największych, jakie kiedykolwiek widziała. 
Ich korzenie pełzły po gruncie jak węże, a trzony były owinięte pnączami i porośnięte koloniami 
pleśni. Wszędzie fruwały najróżniejsze owady, a powietrze w najwyższych warstwach atmosfery 
było gęste od pyłków i zarodników. Ich stężenie przekraczało zakresy pomiarowe odpowiednich 
czujników. Wszędzie, gdziekolwiek spojrzała, wybuchały plamy jaskrawych kolorów.

Wspaniałe, chciała powiedzieć, ale postanowiła zachować tę uwagę dla siebie.
Kiedy gwiezdny statek przemykał między trzonami gigantycznych grzybów, ich kapelusze 

się kołysały. Juno starała się nie korzystać z silników, dopóki mogła, bo nie chciała wyrządzić 
szkód w tropikalnym lesie. Nie mogła dostrzec powierzchni gruntu i zastanawiała się, gdzie 
lądować. Wypatrując odpowiedniego miejsca, wyczuwała zniecierpliwienie Starkillera. Jedynymi 
płaszczyznami, jakie widziała, były kapelusze ogromnych grzybów. Oceniała, że ich średnica 
przekracza kilkadziesiąt metrów. Wyglądały na równie wytrzymałe jak skały.

Dlaczego nie? - zadała sobie pytanie. Zatoczyła „Cieniem Łotra” ostry łuk i skierowała 

background image

statek w kierunku największego kapelusza.

Ostrożnie, wykorzystując wszystkie umiejętności, wylądowała. „Cień Łotra” znieruchomiał, 

ale nie na długo, bo gigantyczny grzyb niespodziewanie się zakołysał. Statek zaczął się ześlizgiwać 
z kapelusza. Łodygi i liście paproci zakołysały się jak smagnięte przez podmuch silnego wichru. 
Juno zwiększyła dopływ energii do repulsorów, poderwała statek w powietrze i przeleciała na 
sąsiedni kapelusz.

Tym razem grzyb się nie zakołysał. Juno wysunęła łapy lądownicze, które zetknęły się z 

gąbczastą powierzchnią blisko skraju ogromnego kapelusza. Pilotka zmniejszyła dopływ energii do 
repulsorów i odczekała pięć sekund, obawiając się następnych niespodzianek. W kopcu zupełnie 
wyłączyła repulsory i zlana zimnym potem rozsiadła się w fotelu.

- Fiu - gwizdnęła, wypuszczając z płuc powietrze. - Nie uczą czegoś takiego w Akademii.
- Opuść rampę - rozkazał zwięźle Starkiller. - Zaczekaj na mnie na tym grzybie.
- Nie mamy tu dużo do roboty... - stwierdziła młoda kobieta.
- Po prostu czekaj - uciął uczeń.
- Ale... - zaczęła, ale uświadomiła sobie, że Starkiller zniknął. Spojrzała przez iluminator i 

zobaczyła, że uczeń Vadera ześlizguje się z krawędzi kapelusza, zapala czerwoną klingę świetlnego 
miecza i puszcza się biegiem przez gęsty las.

Westchnęła i otarła dłonie o spodnie munduru.
- No cóż, PROXY, kolejny raz zostaliśmy sami - powiedziała.
- Tak, pani kapitan - przyznał android, który rzadko się dziwił zachowaniu swojego 

właściciela. - Jeżeli pani sobie tego życzy, rozpocznę sprawdzanie wszystkich systemów.

- Świetnie. - Młoda pilotka nie wstała z fotela. Nadal miała wilgotne dłonie. - Czy on 

zawsze się tak zachowuje, PROXY? - zapytała.

- To znaczy jak, pani kapitan?
- Jakby był załamany i przygnębiony - wyjaśniła Juno. - Kiedy byliśmy na Raxus Prime, 

wydawało mi się, że parę razy zauważyłam, jak się uśmiecha, a teraz nic. Co się dzieje w jego 
głowie?

- Nie mogę się wypowiadać na temat jego oprogramowania, pani kapitan - odparł PROXY, 

mrugając fotoreceptorami. - Prędzej mógłby to pani wyjaśnić lord Vader, bo to on jest autorem obu 
naszych systemów.

Juno stwierdziła, że android użył dziwnego określenia.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytała. - Uważasz, że Vader zaprogramował 

Starkillera?

- Mój pan pozostaje pod jego opieką, odkąd był małym dzieckiem - wyjaśnił PROXY.
- Był dla niego jak ojciec, tak? - domyśliła się pilotka i zmarszczyła brwi.
- Mój pan określa lorda Vadera mianem mistrza albo nauczyciela - poprawił ją automat. - 

Nigdy nie nazywa go ojcem.

Juno, nie wiadomo dlaczego, poczuła się uspokojona. Myśl, że Vader mógłby niańczyć 

niemowlę, wydawała się zbyt niesamowita, żeby mogła być prawdziwa.

- A co się stało z prawdziwymi rodzicami Starkillera? - zagadnęła. - Skąd on pochodzi?
- Nie mam pojęcia, pani kapitan - odparł PROXY.
- Nigdy ci o nich nie wspominał?
- Przypuszczam, że wszelkie informacje o nich zostały skasowane z jego głównej pamięci.
- A co z przyjaciółmi? - Juno zawahała się, zanim dokończyła: - I z przyjaciółkami?
- Mój pan wiedzie samotne życie - odparł android. - lord Vader twierdzi, że to bardzo ważne 

z punktu widzenia jego rozwoju.

- A kim on ma się stać? - zapytała Juno. Przez jej głowę przemknęły różne określenia: 

zabójca Jedi, obłąkany mistyk, morderca. Czasami nie mogła wyjść z podziwu, jak beztrosko 
opuścił skazaną na zagładę fabrykę myśliwców TIE nad księżycem Nar Shaddaa.

- Wszyscy jesteśmy sługami mistrza mojego pana - odparł automat, jakby chciał jej 

przypomnieć, na czym polega jej najważniejszy obowiązek.

- Pod tym względem twoje oprogramowanie jest całkowicie poprawne, PROXY - 

background image

stwierdziła młoda pilotka. Z wysiłkiem oderwała zmęczone ciało od siedzenia fotela pilota i 
wygładziła fałdy munduru. - Prowadź nadal testy pokładowych systemów, a ja w tym czasie szybko 
sprawdzę, jak wygląda kadłub statku z zewnątrz.

- Zalecam ostrożność - ostrzegł PROXY. - Wiele form życia na Felucji jest wrogo 

nastawionych do ludzi.

- O to nie musisz się martwić. - Juno otworzyła właz i sięgnęła po pistolet BlasTech. 

Wsunęła go do kabury z pasem, który wprawnym ruchem zapięła na biodrach. - Potrafię 
zatroszczyć się o siebie.

- Jeden z pani poprzedników powiedział dokładnie to samo, zanim zginął, zastrzelony od 

tyłu przez koreliańskiego handlarza bronią.

Juno zawahała się na progu sterowni niepewna, czy PROXY ją ostrzega, żartuje czy tylko 

rzuca niewinną uwagę. Czasami miała ochotę go zapytać, co się stało z siedmioma jej 
poprzednikami, ale właściwie wolała, żeby PROXY nigdy o nich nie wspominał.

- Wystarczy, jeżeli zajmiesz się sobą, PROXY - powiedziała. - Wiesz chyba, że mistrz 

twojego pana ma także swojego mistrza?

- Tak, pani kapitan - odparł android.
Juno zeszła z pokładu „Cienia Łotra” czując, że ma rumieńce, drugi raz w ciągu zaledwie 

kilku minut. Zastanowiła się, co się z nią dzieje. Gdyby ktoś się zorientował, że podsłuchała 
rozmowę Starkillera z Darthem Vaderem na temat Imperatora, jej życie nie byłoby warte 
złamanego kredyta. Gdyby nie uśmiercił jej agent Vadera, zrobiłby to android. PROXY umiał się 
doskonale posługiwać świetlnym mieczem.

Kto wie, może właśnie w taki sposób pozbawił życia poprzednich pilotów?
Juno zeskoczyła z rampy i stanęła na kapeluszu ogromnego grzyba. Jakiś czas tylko starała 

się ocenić wytrzymałość gąbczastej powierzchni. Z każdą sekundą była na siebie coraz bardziej zła. 
Chciała odzyskać panowanie nad sytuacją, ale wygłaszanie zawoalowanych gróźb nie było dobrą 
metodą, nawet jeżeli to PROXY pierwszy skierował rozmowę na te tory. Powinna być nadal równie 
kompetentną pilotką, jaką była do tej pory. Nie czas na zmiany.

W końcu się uspokoiła i zabrała do roboty. Oglądając powierzchnię kadłuba, szukała 

uszkodzeń, jakie mogły powstać w wyniku pospiesznego lądowania. Na powierzchni nie znalazła 
niczego podejrzanego, jeżeli nie liczyć kilku nowych rozmazanych plam. Doszła do wniosku, że to 
wina mijanych po drodze roślin, które wystrzeliwały kulki lepkiego soku w przelatujące w pobliżu 
owady. Na widok plam Juno poczuła to samo radosne podniecenie, jakie ją ogarnęło tuż przed 
lądowaniem.

Planeta tętni życiem w nieskończenie wielu formach, powiedziała sobie. Jeżeli nie masz nic 

innego do roboty, zacznij się nad tym zastanawiać.

I rzeczywiście zaczęła. Nie mogła się nadziwić różnorodności gatunków roślin, grzybów, 

zwierząt i owadów w otaczającej ją dżungli. Wiele form życia miało tkankę gąbczastą i 
przezroczystą, a z ich porów wyciekała jakaś maź. Najgrubsze kształty wyglądały, jakby miały 
eksplodować po dotknięciu palcem. Wszystko to miało zęby, kolce albo inne środki samoobrony, 
część potrafiła polować, inne były pasożytami. Juno słyszała ryki potężnych drapieżników i trzask 
łamanych gałązek, kiedy wielkie zwierzęta przedzierały się przez poszycie. Niektóre odgłosy 
napływały z daleka, inne z bliska, czasami nawet spod kapelusza grzyba, na którym spoczywał 
„Cień Łotra”.

Im dłużej Juno obserwowała okolicę, tym natrętniej wracało jej na myśl wszystko, co 

wydarzyło się na Callosie. Nigdy tam nie wylądowała, ale oglądając planetę z orbity, widziała, że i 
jej powierzchnia jest pokryta zieloną, bujną roślinnością. Czy na Callosie rosły równie gęste lasy, 
pełne najrozmaitszych form życia? Spacerując skrajem kapelusza grzyba, zastanawiała się, ilu 
felucjańskich roślin, zwierząt czy drzew dotąd nie skatalogowano, a ilu już nigdy się nie skataloguje 
na Callosie. Mdliło ją od wyrzutów sumienia. Miała ochotę wymiotować, ale w tym celu musiałaby 
wrócić na pokład „Cienia”.

- „Jeżeli rzeczywiście to pani przeszkadza, pani kapitan, dam pani możliwość wyboru - 

powiedział jej Vader. - Proszę zbombardować planetarny reaktor... jego współrzędne zaraz 

background image

przekażę”.

W jej pamięci zachowały się obrazy eksplozji planetarnego reaktora. Piloci Czarnej Ósemki 

wykonali zadanie - jak zwykle z chirurgiczną precyzją. Nadlatując znad horyzontu na niewielkiej 
wysokości, zrzucali bomby jedną po drugiej, zanim zdążyły się obudzić do życia systemy obronne 
reaktora. Każdy ładunek wybuchowy trafiał w cel i w powietrze unosiły się skłębione chmury 
płonących gazów. Gdyby wojnę można było nazwać piękną, ten widok z pewnością zasługiwał na 
takie określenie.

- „Pani wdzięczność mnie nie interesuje”.
Juno dobrze to teraz rozumiała.
To jednak niczego nie zmieniało.
- Zakończyłem wykonywać procedury sprawdzające, pani kapitan - poinformował ją przez 

komunikator PROXY, który został w sterowni. - Wykryłem nieznaczne przemieszczenie rufowego 
emitera pól deflektorów.

Juno burknęła coś na dowód, że usłyszała i zrozumiała. Uszkodzenie powstało pewnie w 

czasie, kiedy „Cień Łotra” przelatywał na Raxus Prime przez magnetyczne szlaki, a ona starała się 
uniknąć zderzenia z krążącymi po nich bryłami ferromagnetycznego złomu i wybuchającymi 
szczątkami.

- Zaraz wrócę, PROXY - obiecała. - Wyciągnij i otwórz zestaw narzędzi. Powinniśmy 

usunąć tę usterkę przed powrotem Starkillera.

- Tak jest, pani kapitan - usłyszała w odpowiedzi.
Korzystając z okazji, jeszcze raz się rozejrzała, chociaż cały czas miała niemiłe skojarzenia. 

Mimo pozorów żywotności i groźnego wyglądu las był bardzo wrażliwym ekosystemem. Owszem, 
wyglądał, jakby mógł przetrwać w niezmienionym stanie tysiąc lat, a może nawet istnieć jeszcze 
długo po śmierci Imperatora, jednak nawet drobna ingerencja, kierująca jego żywotność w 
niewłaściwą stronę, mogła sprowadzić straszliwą katastrofę. Formy życia mogły zacząć obumierać i 
gnić, aż zostałaby po nich tylko organiczna breja, nadająca się najwyżej do przetworzenia na olej 
czy białkowe ciasteczka. Gdyby Felucja wpadła w niewłaściwe ręce, w ciągu roku stałaby się 
organicznym odpowiednikiem Raxus Prime.

Juno doszła do wniosku, że powinna się raczej skoncentrować na czymś, czego nie da się 

zabić: na statkach w rodzaju „Cienia Łotra” i ich systemach. Rozmaitych życiowych problemów, w 
których stawką było życie lub śmierć, nie da się naprawić młotkiem ani kluczem, a zresztą takie 
naprawy wykraczały poza zakres jej obowiązków.

ROZDZIAŁ 8

Uczeń kucnął, żeby uniknąć trafienia przez kolejną błyskawicę energii Mocy, którą puścił 

ku niemu felucjański wojownik po jego prawej stronie. Starkiller posłał mu zygzakowatą 
błyskawicę Sithów, która ze skwierczeniem przecięła dzielącą ich odległość. Wojownik runął bez 
życia na powierzchnię gruntu, ale z krzaków za nim wyskoczyło dwóch następnych. Wymachiwali 
kościanymi mieczami i wykrzykiwali coś w dziwnym gardłowym języku.

Uczeń zauważył, że wyższy to ten sam, którego chwilę wcześniej zranił. Wojownik poruszał 

się jednak zwinnie i szybko, jakby mu się nic nie stało. Oznaczało to, że szaman, którego uczeń 
oszczędził przed kilkoma minutami, zawrócił i opatrzył rany wysokiego wojownika. Starkiller 
poprzysiągł sobie, że nie popełni drugi raz podobnego błędu.

Kościane miecze opierały się ciosom jego klingi, ale uczeń władał Mocą o wiele sprawniej 

niż Felucjanie. Uskakując przed nieporadnymi pchnięciami ich telekinezy i powolnymi ciosami, 
rozprawiał się z nimi spokojnie i bez niepotrzebnego wysiłku. Starał się oszczędzać siły na walkę z 
godną siebie przeciwniczką, która na pewno gdzieś na niego czekała.

Togrutanka Shaak Ti była mistrzynią Jedi i znawczynią dwóch stylów walki świetlnym 

mieczem, makashi i ataru. Była stara, silna i na pewno przebiegła, skoro udało się jej żyć tak długo. 
Rozkaz 66 wydano wiele lat wcześniej, ale nadal obowiązywał na całym terenie Imperium. 

background image

Starkiller poprzysiągł sobie, że uświadomi jej ten fakt tak szybko, jak to tylko będzie możliwe.

Jedyny problem polegał na tym, jak ją odnaleźć. Uczeń wyczuł wprawdzie z orbity wyraźną 

deformację w Mocy, podobną do tej, jaką wywołuje masa jakiegoś obiektu, zniekształcając tkankę 
czasoprzestrzeni. Nie spodziewał się jednak intensywnych przepływów, na jakie się natknął na 
powierzchni. Całą dżunglę przesycała Moc, której źródłem były wszelkie formy życia, począwszy 
od najmniejszych zarodników, a skończywszy na najpotężniejszych rankorach. Z zasobów energii 
Mocy czerpali wszyscy Felucjanie, równie naturalnie jak istoty ludzkie oddychają bogatą w tlen 
atmosferą. Tubylcy byli dla niego niebezpieczni, bo wylądował na ich planecie, żeby zabić Shaak 
Ti i zniweczyć porządek, jaki tu zaprowadziła.

Mistrzyni Jedi przyleciała na Felucję, na której panowały normalne przepływy między Jasną 

a Ciemną Stroną Mocy, i zakłóciła tę równowagę. Na planecie wciąż jeszcze czaiła się Ciemność, 
ale obecnie była stłamszona, sparaliżowana i osłabiona. Uczeń uczynił wysiłek, żeby ją obudzić i 
przypomnieć jej o właściwym miejscu we wszechświecie. Jasna Strona władała planetą stanowczo 
zbyt długo, więc nadszedł czas, żeby to zmienić. Uczeń wiedział, że w tym celu wystarczy 
wyeliminować Shaak Ti.

Nagle przez gąszcz przedarł się z łoskotem rankor, dosiadany przez felucjańskiego 

wojownika. Ogromne zwierzę tratowało delikatne formy życia uzbrojonymi w szpony łapami i raz 
po raz wciągało w nozdrza powietrze, próbując wyczuć zapach Starkillera. Uczeń zaczął skakać z 
jednego kapelusza grzyba na drugi, dopóki się nie znalazł niemal dokładnie nad głową wojownika. 
Zaczekał na odpowiednią chwilę, zeskoczył z kapelusza na grzbiet rankora i machnął klingą 
świetlnego miecza. Zauważył, że podobnie jak u wszystkich innych wojowników organiczne 
nakrycie głowy jeźdźca osłania jego głowę i szyję. Felucjanin wykazywał pewną odporność na 
działanie Mocy, ale nie mógł się długo opierać potędze ucznia Dartha Vadera. Kiedy wojownik 
spadł bez życia z grzbietu niesamowitego rumaka, Starkiller poraził rankora strumieniem błyskawic 
Sithów, aż ślepia zwierzęcia zaczęły świecić jak reflektory lądowego śmigacza. Potwór zdechł z 
rykiem, który poniósł się echem przez dżunglę.

Zanim runął, uczeń zeskoczył z jego grzbietu na powierzchnię gruntu. Przedtem jednak 

zapamiętał charakterystyczne punkty terenu, mniej więcej w okolicy, dokąd się kierował. Na obu 
brzegach wąskiej i zarośniętej rzeki stały szeregi pękatych form życia. Wyglądały jak domy, choć w 
rzeczywistości były trzonami gigantycznych grzybów. Między nimi biegali Felucjanie, którzy 
sprawdzali stan systemów obronnych albo dosiadali rankorów. Przygotowywali się do walki z nim, 
więc uczeń postanowił nie sprawić im zawodu.

Wijąca się przez las rzeka skręcała w prawo. Uczeń musiał obejść ścierwo rankora, żeby ją 

znaleźć. Po drodze natknął się na jeszcze jeden pełny cuchnącej kwaśnej cieczy staw, na które już 
wcześniej zwrócił uwagę. Stawy go intrygowały, bo nie wyglądały na zbiorniki zanieczyszczeń jak 
ich odpowiedniki na Raxus Prime. Starkiller wolał się trzymać z daleka od bąbli gazu, które od 
czasu do czasu wypływały na powierzchnię. Pękając, rozpryskiwały krople paskudnej cieczy i 
wydzielały odór, który uczeń miał nadzieję jak najszybciej zapomnieć.

Na brzegu rzeki posłużył się Mocą, żeby zwabić do siebie jedno z wodnych zwierząt o 

płaskim grzbiecie. Wcześniej zauważył, że na grzbietach takich zwierząt pływają Felucjanie. Bestie 
były co najwyżej półinteligentne, ale miały potężne łapy, dzięki którym potrafiły osiągać w wodzie 
dużą prędkość. Starkiller przytrzymał się jedną ręką pancerza przywołanego zwierzęcia, wskoczył 
na jego wygięte cielsko i popłynął w stronę miasta. Od czasu do czasu zwalniał, żeby porazić 
błyskawicą Sithów pilnujących brzegów rzeki felucjańskich strażników, którzy starali mu się 
przeszkodzić w dotarciu do miasta.

- Wystarczy - powiedział wreszcie do częściowo zanurzonego pływaka, kiedy dotarli blisko 

granic miasta. Zwierzę skierowało się do brzegu, a uczeń zeskoczył z jego grzbietu na ląd w pobliżu 
stożkowatego kamienia, wystającego pionowo z gleby między galaretowatymi drzewami i 
przewyższającego go o jakieś pół metra. Chwycił za kamień, żeby utrzymać równowagę, ale ze 
zdumieniem poczuł pod palcami ciepłą powierzchnię. Przyjrzał się uważniej i stwierdził, że to 
wcale nie kamień.

Zaintrygowany, zapalił klingę świetlnego miecza i odciął górną część dziwnego stożka. 

background image

Ścięty wierzchołek spadł na brzeg, a uczeń zobaczył w przeciętym miejscu tkankę i materiał 
organiczny. To na pewno kość, pomyślał. Czyjś ząb?

Nagle grunt pod jego stopami zadrżał. Uczeń złapał pozostałą część stożka, żeby nie upaść. 

Usłyszał napływające od strony miasta okrzyki przerażonych Felucjan.

W głowie krążyły mu dziwne myśli, aleje zignorował.
Ruszył do miasta, wymachując klingą świetlnego miecza. Siekał krzaki i rośliny, niszcząc 

to, co znalazło się w jego zasięgu. Felucjanie usiłowali go powstrzymać, ale uczeń ciskał w nich 
ogromnymi pniami i odpierał ataki. Spójrzcie, co potrafię, dawał im do zrozumienia. Jeżeli nie 
zostawicie mnie w spokoju, to samo zrobię z waszymi domostwami.

Felucjanie chyba zrozumieli, co chce im przekazać, bo na granicy miasta nie czekał na niego 

komitet powitalny. Miasto zajmowało mniej więcej owalny teren o średnicy od jednego do dwóch 
kilometrów, a w wielu miejscach w mieście rosły inne ogromne zęby. Wzdłuż granicy osady biegła 
fosa, wypełniona kwaśną cieczą i martwą roślinnością. Na obu brzegach fosy rosły gęsto ogromne 
grzyby, które mogły powstrzymać drapieżne zwierzęta czy szkodniki, ale nie kogoś w rodzaju 
ucznia Dartha Vadera. Starkiller przeskoczył nad rowem z kwaśną cieczą i nad gąszczem grzybów, 
a kiedy lądował na drugim brzegu, odciął górną część drugiego zęba.

Tym razem także poczuł wstrząs, a wzdłuż granicy miasta grunt zafalował, jakby coś 

poruszało się pod powierzchnią. Kilka wężowato wygiętych długich rur, które w pierwszej chwili 
wziął za korzenie, niespokojnie przemieściło się tam i z powrotem.

Nieliczni Felucjanie, którzy jeszcze pozostali na ulicach, czmychnęli do dżungli.
- Czy to ty kazałaś im uciec, Shaak Ti? - wykrzyknął Starkiller. Wyczuwał, że mistrzyni 

Jedi znajduje się blisko. Jej obecność płonęła w Mocy jaskrawym blaskiem, ale widział ją jak 
płomień latami przez szczeliny w zamkniętej okiennicy.

Jego okrzyk obudził echo w opustoszałych ulicach miasta. Odpowiedziały mu tylko ryki 

udomowionych zwierząt, przywiązanych sznurami do smukłych trzonków wysokich grzybów. 
Uczeń przeskoczył nad granicznym murem i trzymając świetlny miecz w pozycji obronnej, ruszył 
ulicą. Widział otwarte, okrągłe otwory okien i drzwi, które jakby zapraszały go do środka. Wnętrza 
domów były oświetlone rzucającymi słaby, błękitny blask bioluminescencyjnymi porostami, ale 
uczeń wolał nie sprawdzać, co może go tam czekać. Mógł tam znaleźć stosy kredytów albo 
egzotyczne przyprawy, ale nie po to przylatywał na Felucję.

- Shaak Ti! - krzyknął, omiatając spojrzeniem obie strony ulicy. Idąc w kierunku 

mieszczącego się pośrodku miasta placu, mijał następne ogromne zęby. Zauważył, że są mniejsze i 
czyściejsze niż te, które widział poprzednio, nie tak bardzo porośnięte pleśnią i pasożytującymi 
grzybami. Niewątpliwie pełniły rolę płotów chroniących domy i ogrody. Uczeń zauważył jednak ze 
zdziwieniem, że to domy dobudowano do istniejących płotów, a nie odwrotnie. Miałoby to sens 
tylko wówczas, gdyby zęby należały do gigantycznego stworzenia, które kryło się pod 
powierzchnią gruntu. Bo dlaczego niektóre zęby były wygięte niemal poziomo, tak, że mogły 
przeszkadzać przechodzącym obok mieszkańcom albo nawet ich zranić?

Uczeń zyskał potwierdzenie swojego przypuszczenia, kiedy w końcu skręcił za ostatni róg i 

znalazł się na głównym placu.

Dopiero wówczas zobaczył Shaak Ti. Mistrzyni Jedi siedziała na biegnących centrycznie 

dziąsłach jamy gębowej ogromnego sarlacca. Nie dotykały jej ani ogromne macki, ani ostre kły. 
Togrutanka miała skrzyżowane nogi i zamknięte oczy. Pogrążona w głębokiej medytacji, nawet nie 
spojrzała na ucznia, który szedł w jej stronę. Jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z jego 
obecności.

Starkiller ani na sekundę w to nie uwierzył. Nagłym ruchem oderwał jakiś grzyb od skóry 

sarlacca i cisnął nim w jej głowę.

Shaak Ti, nie zmieniając wyrazu twarzy, odepchnęła grzyb na bok energią Mocy.
- Śmierdzisz tym tchórzem, Vaderem - powiedziała. Jednym płynnym ruchem wyprostowała 

nogi i wstała. Podobne do rogów, prążkowane montrale okalały jej czerwonoskórą twarz niczym 
fantazyjne nakrycie głowy. Owalne białe plamy wokół oczu sprawiały wrażenie, jakby mistrzyni 
Jedi była lekko zdziwiona, ale uczeń się nie łudził, że udało mu się ją zaskoczyć. Shaak Ti była 

background image

ubrana jak inni Felucjanie. Jej ciało okrywał materiał roślinny - niektóre jego elementy nawet żyły, 
sądząc po charakterystycznym dla mchów połysku - i kawałki kości. Pasiaste lekku zwisały na 
plecach niemal do pasa, przystrojone wstążkami i barwnymi frędzlami.

Uczeń uniósł klingę świetlnego miecza, jakby rzucał jej wyzwanie, ale mistrzyni Jedi nie 

sięgnęła po swoją broń.

- Mój mistrz nie jest tchórzem - zaprotestował Starkiller.
- A więc dlaczego w ogóle tu przyleciałeś? - zapytała z chytrym uśmiechem Shaak Ti. - 

Witaj w Prastarej Czeluści... od niepamiętnych czasów miejscu składania ofiar.

Uczeń tylko się uśmiechnął. Pozwolił, żeby gniew podsycił jego nienawiść nie tylko do 

samej przeciwniczki, ale także do wszystkiego, co reprezentowali sobą Jedi. Czując potęgę Ciemnej 
Strony, uwolnił myśli i wysłał je do mózgu sarlacca. Nakazał mu, żeby zaatakował Shaak Ti.

Potwór tylko cicho zaryczał. Starkiller wyczuł, że zwierzę stawia mu opór, niewątpliwie z 

pomocą mistrzyni Jedi.

Togrutanka kpiąco się uśmiechnęła.
- Czy jesteś przygotowany na spotkanie ze swoim losem? - zapytała.
Błyskawicznym ruchem odpięła rękojeść świetlnego miecza i zapaliła energetyczną klingę. 

Przeskoczyła w powietrzu całą dzielącą ich odległość i zadała cios z góry na dół.

Uczeń wykonał salto w tył i zablokował jej pierwszy cios. Jego siła go zaskoczyła, bo po 

sparowaniu ciosu musiał odskoczyć jeszcze dalej. Jego kaptur zahaczył o szpic jednego z zębów 
sarlacca, więc go oderwał niecierpliwym szarpnięciem. Nie chciał, żeby cokolwiek ograniczało 
swobodę jego ruchów. Ruchy klingi świetlnego miecza Shaak Ti wyglądały jak świetlista 
niebieskawa mgiełka. Blokował jej ciosy najlepiej jak umiał, dopóki nie odzyskał równowagi.

A później skoczył. Przelatując nad jej głową, obrócił się i wylądował w paszczy sarlacca na 

wysokości drugiego rzędu kłów. Odbił się i odskoczył od mistrzyni Jedi, żeby zniwelować 
przewagę, jaką zapewniał jej wyższy wzrost. Jednak Shaak Ti, która znalazła się za nim, zaczęła go 
spychać z powrotem w kierunku paszczy sarlacca. Wymierzała serie ciosów tak szybko jedna po 
drugiej, że uczeń z najwyższym trudem je blokował.

Z desperacją wezwał na pomoc błyskawicę Sithów i posłał ją w głąb paszczy potwora. 

Sarlacc ryknął i zadygotał, co dało uczniowi chwilę wytchnienia, której tak bardzo potrzebował. W 
pewnej chwili Shaak Ti się poślizgnęła i musiała wykonać w powietrzu eleganckie salto w tył, żeby 
znaleźć się poza zasięgiem energetycznej klingi jego miecza. Wymachując bronią, uczeń skoczył za 
nią.

Walka toczyła się teraz wokół środkowych pierścieni sarlacca. Każdemu ciosowi i blokadzie 

towarzyszyły ryki potwora. Uczeń odcinał kolejne kły i ciskał nimi w głowę przeciwniczki. W 
odpowiedzi mistrzyni Jedi przejęła kontrolę nad rozproszoną inteligencją sarlacca i nakazała mu, 
żeby smagał Starkillera szukającymi żeru mackami. Uczeń odpychał je na bok i walczył dalej.

Z każdą chwilą schodzili niżej, coraz bliżej warg gigantycznej paszczy zwierzęcia. 

Powietrze cuchnęło, ciężkie od ubocznych produktów procesu trawiennego i odoru rozkładającego 
się mięsa. Przy każdym ryku potwora z paszczy wydobywały się ohydne wyziewy. Wreszcie uczeń 
stwierdził, że w pobliżu nie ma już następnych zębów, które mógłby obcinać. Zaczął coraz częściej 
korzystać z błyskawic Sithów i wymierzanych na oślep ciosów klingą świetlnego miecza, żeby 
gąbczasta tkanka pod jego stopami ciągle drżała. Zauważył, że z ran wycieka gęsta posoka, przez co 
powierzchnia pod jego stopami staje się z każdą chwilą bardziej śliska.

- Nie dasz rady dłużej walczyć w taki sposób - rzucił drwiącym tonem w stronę 

przeciwniczki, nie przerywając walki.

- Ty także nie - odcięła się mistrzyni Jedi. - Zbyt szybko tracisz siły.
- Mam do dyspozycji niewyczerpane zasoby energii Ciemnej Strony.
- Twoja potęga jest rzeczywiście ogromna - przyznała Shaak Ti. - Ale to twój problem. 

Światłość, ciemność... - Urwała, celując w jego głowę. Uczeń z najwyższym wysiłkiem odbił na 
bok.

- ...wszystko to tylko kierunki. Nie łudź się, że stoisz na czymś więcej niż na własnych 

stopach.

background image

Oboje jednocześnie wyskoczyli w powietrze i wykonali salta. Uczeń spróbował odciąć nogi 

Shaak Ti, ale udało mu się tylko posłać jedną z jej wstążek w głąb gigantycznej paszczy.

- Oszczędź mi lekcji i filozofii Jedi - warknął Starkiller. - Przyleciałem tu tylko po twoją 

krew.

- Kto wie, może uda ci się ją wytoczyć, a może... będzie... odwrotnie - zadrwiła Togrutanka.
Wypowiadając ostatnie słowa, zadała trzy ciosy, a każdy dotarł do celu. Pierwszy wypalił 

skwierczącą linię na lewym ramieniu Starkillera, drugi przeciął na ukos jego pierś. Trzeci wypaliłby 
mu oko, gdyby uczeń Vadera w ostatniej chwili nie powstrzymał przeciwniczki rozpaczliwą 
telekinetyczną blokadą, która unieruchomiła jej świetlny miecz zaledwie milimetr od jego skóry. 
Poczuł, że palą się włoski jego rzęs i powiek. Z prawej strony pola widzenia widział tylko 
intensywny błękit.

Mistrzyni Jedi zaczerpnęła chciwie powietrza, zachwiała się i cofnęła. Opuściła głowę i 

klingę swojego miecza świetlnego. Z jej brzucha wystawało co najmniej pół metra czerwonej klingi 
miecza jej przeciwnika. Chwilę później ze straszliwej rany wyłoniła się z sykiem pozostała część.

Uczeń cofnął się, wstrząśnięty tym, jak blisko śmierci się znalazł. Jakie miał szczęście, że w 

końcu pokonał przeciwniczkę! Odruchowo uniósł klingę świetlnego miecza. Zrozumiał, że 
mistrzyni Jedi, rozpaczliwie starając się zakończyć walkę ostatnim ciosem, po prostu nadziała się 
na klingę jego broni. Może chciała, aby oboje zginęli podczas tego pojedynku?

Wypuściła rękojeść świetlnego miecza ze słabnących palców. Klinga zgasła, a broń zniknęła 

w paszczy sarlacca. Mistrzyni Jedi nie wyglądała na rozgniewaną, ale na pewno cierpiała. 
Czerwona skóra jej twarzy nagle pobladła.

Uczeń zrobił krok w jej stronę, ale przeciwniczka nie zareagowała. Zmierzyła go tylko 

smutnym spojrzeniem.

- Jesteś niewolnikiem Vadera - westchnęła. - Ale on marnuje twoją potęgę. Możesz osiągnąć 

o wiele więcej.

- Nigdy mnie nie namówisz, żebym zdradził mojego mistrza - oburzył się Starkiller. Był 

wstrząśnięty, że umierająca Shaak Ti ucieka się do tak marnych sztuczek. Czy to naprawdę 
wszystko, na co stać pokonanych Jedi?

- Biedny chłopiec... - Shaak Ti mrugnęła. - Sithowie zawsze zdradzają jedni drugich... na 

pewno już niedługo... sam się o tym przekonasz...

Przewróciła oczami i zaniknęła powieki. Promieniowało od niej tylko współczucie. W 

końcu jej ciało zwiotczało i osunęło się w głąb paszczy sarlacca. Uczeń wyciągnął ręce, żeby ją 
przytrzymać, ale się spóźnił. Od razu tego pożałował.

Z nóg zwaliła go gigantyczna eksplozja energii Mocy. Sarlacc jakby oszalał. Jego macki 

zaczęły smagać ze zdwojoną energią, a śliska powierzchnia pod stopami ucznia gwałtownie się 
zatrzęsła. Potwór usiłował go strącić w głąb otwartej paszczy. Uczeń unikał jak mógł 
wymachujących gorączkowo macek, w końcu wyskoczył z paszczy i poszukał bezpiecznego 
miejsca na ulicach miasta.

Kiedy znalazł się poza zasięgiem macek sarlacca, położył się twarzą w dół na drgającym 

gruncie. Był zakurzony, zakrwawiony i poobijany, ale żywy. Powoli, metodycznie, zaczął oglądać 
swoje ciało w poszukiwaniu otarć czy ran, które mogłoby zainfekować skażone felucjańskie 
powietrze. W końcu obrócił się na plecy.

I stwierdził, że leży pośrodku kręgu Felucjan. Musiało ich być co najmniej pięćdziesięcioro. 

Wojownicy, szamani i ujeżdżacze rankorów stali obok starców, dzieci i farmerów hodujących 
grzyby. Wszyscy mieli twarze skryte pod czapkami, więc uczeń nie mógł się zorientować w ich 
zamiarach. Wyczuwał jednak intensywne prądy wirującej wokół Mocy. Zrozumiał, że wszyscy oni 
bardzo przeżyli śmierć Shaak Ti. Mistrzyni Jedi niewątpliwie bardzo się uwikłała w energetyczne 
przepływy tej planety.

I bardzo dobrze, pomyślał Starkiller. Za brak równowagi między Jasną a Ciemną Stroną na 

Felucji odpowiadała Shaak Ti. Obecnie, kiedy zginęła, może Ciemna Strona odzyska swoją pozycję 
i przywróci naturalny rytm życia na planecie.

Jeden z szamanów burknął coś w gardłowej mowie Felucjan, a pozostali mu odpowiedzieli. 

background image

Uczeń nie miał pojęcia, o co im chodzi. Czyżby mu dziękowali? A może grozili? Na wszelki 
wypadek musnął kciukiem aktywacyjny guzik na rękojeści świetlnego miecza.

A potem Felucjanie odwrócili się i odeszli. Wszyscy naraz. Niektórzy zagłębili się w 

dżunglę, inni zniknęli w domach. Kilka sekund później ulica była równie pusta jak poprzednio. 
Uczeń został sam.

Wstał i ruszył z powrotem, starając się oszczędzać prawą nogę. W końcu nie miało 

znaczenia, co Felucjanie o nim myślą. Wykonał zadanie. Nadeszła pora powrotu do domu.

ROZDZIAŁ 9

Po powrocie na pokład „Cienia Łotra” Starkiller rozglądał się czujnie, ale miał zadowoloną 

minę, chociaż wyglądał, jakby został poturbowany przez rankora. Jego bojowy mundur był w 
kilkunastu miejscach rozerwany, a z wielu płytkich ran na jego ciele sączyła się krew. W oczach 
miał jednak blask, jakiego Juno nigdy dotąd nie widziała. Po zabiciu generała Rahma Koty uczeń 
był pogrążony w zadumie i zamknięty w sobie, a po rozprawieniu się z Kazdanem Paratusem 
wydawał się markotny. Tymczasem teraz... Nie, nie triumfował otwarcie, ale promieniowała od 
niego radość, jakby planował coś ważnego. Juno mogła sobie wyobrazić, co to takiego.

Kiedy Starkiller opuścił sterownię, a PROXY zszedł z pokładu pod pretekstem sprawdzenia, 

czy Juno prawidłowo ustawiła emiter rufowego pola deflektorów, młoda pilotka włamała się do 
pokładowego systemu bezpieczeństwa, żeby obejrzeć obraz z kamery, zainstalowanej w niewielkiej 
medytacyjnej kabinie ucznia. Po starcie z Felucji, kiedy „Cień Łotra” wskoczył do nadprzestrzeni, a 
uczeń poszedł do tej kabiny w towarzystwie swojego androida, Juno nałożyła słuchawki i zaczęła 
ich szpiegować.

Zobaczyła, że Starkiller klęczy na posadzce z pochyloną głową i ze splecionymi na piersiach 

rękami. Przed nim stał PROXY, którego holoprojektory migotały w półmroku. W pewnej chwili 
android zaczął rosnąć i w końcu przybrał postać okrytego czarną peleryną Dartha Vadera.

- Melduj - rozkazał basem najbardziej zaufany sługa Imperatora.
- Wykonałem zadanie, mistrzu - odparł Starkiller.
Hologram Vadera tylko raz kiwnął głową.
- A więc jesteś gotów stanąć u mojego boku do walki przeciwko Imperatorowi - stwierdził. - 

Natychmiast wrócisz na pokład „Egzekutora”. Nareszcie zapanujemy nad galaktyką.

- Tak jest, mistrzu.
Kiedy złowieszczy holowizerunek Vadera zamigotał i się rozpłynął, ukazał się znów 

PROXY. Android był zdezorientowany i niespokojny, ale wyraźnie dumny z siebie.

- Gratulacje, mistrzu - powiedział. - Wygląda na to, że w końcu osiągniesz to, do czego cię 

predystynuje twoje podstawowe oprogramowanie.

- Tak. - Starkiller wstał i oparł dłonie na metalowych barkach androida. - Nareszcie.
PROXY postarał się, żeby jego fotoreceptory zapłonęły silniejszym blaskiem.
- Nie martw się, mistrzu - powiedział. - Nadal będę próbował cię zabić.
Starkiller uśmiechnął się ciepło.
- Wiem, PROXY, wiem - zapewnił.
Odwrócili się i wyszli z kabiny. Pewnie zmierzali do sterowni, więc Juno pospiesznie 

przerwała połączenie. Kiedy stanęli za jej plecami, pochylała się nad urządzeniami kontrolnymi, 
udając, że sprawdza stan dostrojenia jednostki napędu nadświetlnego.

- Wszystko w porządku? - zagadnął Starkiller.
Juno czuła na sobie jego świdrujące spojrzenie. Czyżby potrafił się domyślić, co robiła? A 

może umiał czytać w jej myślach jak w otwartej księdze?

- Zastanawiam się, co nas teraz czeka - odparła. - Shaak Ti była kimś wyjątkowym. Od tej 

pory każde następne zadanie będzie ci się wydawało po prostu nudne.

- Zabijanie Jedi nigdy nie bywa nudne - stwierdził uczeń. - Wątpię jednak, żebyśmy mieli 

się tym jeszcze długo zajmować.

background image

Juno usłyszała w jego głosie rozbawienie.
- A co ze mną? - zapytała. - Mam wrócić do wykonywania standardowych nalotów?
- Nie martw się - uspokoił ją Starkiller. - Wystawię ci najlepsze świadectwo.
Serdeczne dzięki, pomyślała młoda pilotka.
- Stanowimy zgrany zespół - oznajmiła. - Wielka szkoda, że nie będziemy już mogli 

współpracować. - Ton jej głosu dowodził, że jest naprawdę zmartwiona. Jaka szkoda, że zamierzasz 
rzucić wyzwanie Imperatorowi, pomyślała. Jaka szkoda, że zmuszasz mnie do podjęcia decyzji, 
komu powinnam dochować lojalności.

Uczeń położył dłoń na jej ramieniu, ale Juno nie wiedziała, czy chce ją uspokoić, czy tylko 

uciszyć.

Gdyby chodziło o to drugie, nie musiałby się specjalnie wysilać. Juno z całej siły zaciskała 

zęby, żeby przypadkiem się nie wygadać.

Uczeń powrócił do medytacyjnej kabiny, żeby doprowadzić się do porządku, ale zostawił w 

sterowni androida, aby pomagał jej w pilotowaniu „Cienia Łotra”. Po jego wyjściu Juno poczuła 
jednak nie ulgę, lecz pustkę.

Uczucie to towarzyszyło jej aż do czasu, kiedy „Cień Łotra” wyskoczył z nadprzestrzeni w 

systemie Scarla, w którym unosił się niezupełnie ukończony „Egzekutor”. Podczas długiej podróży 
Juno nie podjęła żadnej decyzji. Nie wiedziała, czy ma pozostać lojalna względem bezpośrednich 
przełożonych, czy też raczej ostrzec Imperatora o ich zdradzie. Na myśl o tym czuła się wprawdzie 
bardzo niekomfortowo, ale nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na swoje wątpliwości. Tak czy owak, 
musiała zdobyć więcej informacji.

Starkiller i jego android zeszli z pokładu, żeby poinformować o wszystkim Czarnego Lorda. 

Kiedy zniknęli jej z oczu, niepokój Juno osiągnął apogeum. Dopóki uczeń Vadera jej towarzyszył, 
mogła przynajmniej mieć na niego oko. Kto wie, co może się wydarzyć podczas jego nieobecności? 
Młoda pilotka nie miała pojęcia, czy Starkiller nie zamierza także jej uwikłać w ten spisek.

Przypomniała sobie obraz z tajnej kamery, który niespodziewanie pojawił się na ekranie jej 

notesu, kiedy szukała swojego psychologicznego profilu w imperialnych bazach danych. Zamknęła 
wszystkie włazy statku i zaczęła udawać, że sprawdza szczelność kadłuba. Sprzęgła tymczasem 
pokładowe systemy „Cienia Łotra” z siecią informatyczną hangaru, żeby uzyskać dostęp do 
wszystkiego, co mogło się znajdować w bazach danych flagowego okrętu Vadera. Bez chwili 
zwłoki przystąpiła do poszukiwań.

Jej zadanie nie było proste. Metoda, jaką się posłużyła tamtej nocy, nie miała sensu, bo 

tamto połączenie chyba na zawsze się zamknęło. Juno wiedziała jednak, że istnieje wiele innych 
sposobów uzyskania dostępu do systemu bezpieczeństwa tajnej komnaty Czarnego Lorda Sithów. 
Problem polegał na znalezieniu ścieżki dostępu, która była w obecnej chwili aktywna, i wysłaniu 
nią sygnału, który mógł tym sposobem dotrzeć do kamery. Juno miała nadzieję usłyszeć coś więcej 
o planach Vadera i jego ucznia.

W końcu znalazła drogę dzięki telemetrii. Zauważyła, że Vader uważnie obserwuje 

przestworza wokół dużego czerwonego słońca. W pierwszej chwili Juno nie potrafiła się 
zorientować z jakiego powodu.

Kiedy jednak w próżni pojawiły się zmarszczki, takie jak wtedy, kiedy z nadprzestrzeni 

wyskakuje jakiś obiekt, młoda pilotka zrozumiała. W pobliżu czerwonego słońca wyłoniły się trzy 
gwiezdne niszczyciele i kilkanaście mniejszych okrętów. Wyskakiwały w zatrważająco krótkich 
odstępach czasu jeden od drugiego.

Juno poczuła, że jej piersi i serce ogarnia lodowaty chłód.
Drżącymi palcami skasowała połączenie i włamała się do pokładowego systemu 

bezpieczeństwa tak szybko, jak potrafiła.

Uczeń długo stał przed masywną grodzią z dwuskrzydłowymi drzwiami wiodącymi do 

background image

komnat swojego mistrza. Starał się opanować i dostroić do przepływów Mocy, ale zżerała go 
ambicja. Wyobrażał sobie, że stoi u boku Dartha Vadera i pomaga mu zabić Imperatora. Od wielu 
lat wyobrażał sobie tę scenę. Widział siebie, ubranego w królewskie szaty. Stał u boku swojego 
mistrza, kiedy lord Vader zostawał Imperatorem Vaderem, żeby objąć władzę na Coruscant i nad 
pozostałymi planetami, które były jak klejnoty w galaktycznej koronie. Jakie zaszczyty czekały na 
nich na imperialnym dworze! Jakie nowe wyzwania i aspiracje!

Szkolenie wymagało jednak od ucznia, żeby zachowywał równowagę między żądzą władzy 

a samowyrzeczeniem. We wszystkim, co robił, najważniejsze było opanowanie. Uczeń chciał, żeby 
Czarny Lord zobaczył jego spokojną twarz. Nie mógł dopuścić, aby kolejny raz jego mistrz 
powiedział, że jest jeszcze za wcześnie na realizację jego planów.

- Czy stało się coś złego, mistrzu? - zapytał PROXY, który stał, jak zwykle, obok 

Starkillera.

- Nic, zupełnie nic - uspokoił uczeń.
Wyprostował się i machnął ręką, a skrzydła masywnych drzwi się rozsunęły. Uczeń 

spoważniał i śmiało wszedł do wewnętrznego sanktuarium Dartha Vadera.

Jego buty stukały o metalową posadzkę, a echo kroków odbijało te dźwięki od ściany 

znajomej komnaty. Za panoramicznym iluminatorem płonęło czerwone słońce, a obok słońca 
widniało coś nowego. Uczeń zobaczył flotę gwiezdnych niszczycieli i okrętów wsparcia, które 
skupiły się wokół okrętu flagowego jego mistrza niczym muchy wokół padliny.

Darth Vader nie odwrócił się na odgłos kroków.
- Pojawiła się flota Imperatora - oznajmił zwięźle.
Uczeń poczuł ucisk w gardle, a serce zaczęło mu bić żywszym rytmem. Przeszedł obok 

mistrza, stanął przed iluminatorem, i przycisnął dłoń do grubej płyty z transpastali. Na jego twarzy 
pojawił się uśmiech. Oto moje przeznaczenie, pomyślał, ale nie odwrócił się do swojego 
nauczyciela.

- Zwabiłeś go tu - powiedział. Usłyszał w swoim głosie nutę podniecenia. - Kiedy zadamy 

cios?

- Nie prosiłem go, żeby przylatywał. - W basowym głosie Vadera nie kryło się żadne 

ostrzeżenie ani choćby sugestia tego, co ma się wydarzyć. Nagle uczeń usłyszał znajomy trzask i 
pomruk i uświadomił sobie, że jego mistrz wysunął klingę świetlnego miecza. Zobaczył odbicie jej 
czerwonego blasku w płycie iluminatora obok złowrogiej tarczy czerwonego słońca. - To za tobą 
podążali jego szpiedzy.

Starkiller otworzył usta, żeby zaprotestować, ale kiedy zaczął się odwracać, w jego plecy 

wbiła się płonąca jaskrawym blaskiem klinga świetlnego miecza mistrza. Przerażony uczeń 
wytrzeszczył oczy, bo zobaczył, że szpic klingi wystaje z jego brzucha. Poczuł trudny do zniesienia 
ból... o wiele gorszy niż sobie kiedykolwiek wyobrażał.

Darth Vader wyłączył broń. Ogniste ostrze zaskwierczało i zniknęło.
Starkiller zakrztusił się własną krwią jęknął i osunął się na kolana. Przed oczami miał 

ciemność, ale ze wszystkich sił się jej opierał. Walczył także z ogarniającą go rozpaczą. To musiała 
być straszliwa pomyłka. To nie mogło się dziać naprawdę.

Jego mistrz stanął za nim, przyglądając mu się obojętnie. Pochylił głowę w kopulastej 

czarnej masce i nie odwracając się, wykonał gest w stronę androida.

- Rozpocznij transmisję - rozkazał.
- Tak jest, lordzie Vader - odparł posłusznie PROXY.
Stojąc za plecami Czarnego Lorda, android zaczął się stopniowo przeistaczać w Imperatora. 

Hologram władcy galaktyki stał w cieniu, z głową ukrytą w kapturze. Obaj lordowie Sithów 
spojrzeli na ucznia, który klęczał u ich stóp, rozpaczliwie chwytając powietrze.

- Czego sobie życzysz, mistrzu? - zapytał Czarny Lord.
- Zapomniałeś, gdzie twoje miejsce, lordzie Vader - odezwał się Imperator. - Biorąc sobie 

tego chłopca za ucznia, zdradziłeś mnie. - Surowy głos Imperatora hipnotyzował. Władca galaktyki 
wysunął z obszernego rękawa dłoń ze szponiasto zagiętymi palcami. - A teraz z nim skończ, inaczej 
obu was zabiję.

background image

Uczeń przeniósł spojrzenie na swojego mistrza, chociaż ból zniekształcał rysy jego twarzy. 

Nie mógł zrobić nic, żeby zmienić swoje okropne położenie. Nie potrafiłby unieść ręki przeciwko 
swojemu mistrzowi, który wychowywał go i szkolił całe życie. Postanowił jednak, że nie zginie bez 
protestu.

- Nie rób tego... mistrzu! - wycharczał, łapczywie chwytając powietrze. Usiłował wstać, ale 

nadaremnie. Ciemność ogarniała go coraz bardziej. - Razem... damy radę.... go pokonać!

- Nie ociągaj się, lordzie Vader! - przynaglił Imperator. - Zadaj mu cios i udowodnij swoją 

lojalność!

Darth Vader przeniósł spojrzenie z Imperatora na ucznia, jakby się zastanawiał, którą z 

dwóch ewentualności wybrać. Wreszcie wezwał energię Mocy i smagnął ucznia błyskawicą 
Sithów. Potężnym telekinetycznym impulsem poderwał go w powietrze i pchnął na jeden z 
transpastalowych iluminatorów. Rozległ się głośny trzask i gruba płyta pękła.

- Właśnie tak, Vader! - ucieszył się Imperator. - Zabij go! Zabij!
Pochwycony wolą swojego mistrza uczeń oderwał się od iluminatora. W pierwszym ułamku 

sekundy pomyślał, że może jednak mistrz zmienił zdanie i mimo wszystko postanowił rzucić 
wyzwanie Imperatorowi. Zaraz jednak zderzył się znów z pękniętą transpastalową płytą z impetem 
niewielkiego meteoru. Iluminator wygiął się na zewnątrz i eksplodował, a on sam został wyssany na 
zewnątrz w lodowatą pustkę.

Nikt nie usłyszał jego ostatniego okrzyku. Nie miał już sił walczyć z rozpaczą. A zresztą nie 

widział w tym sensu. Wszystko się skończyło.

Siedząc w sterowni „Cienia Łotra”, Juno patrzyła na to z narastającym przerażeniem. 

Otworzyła szeroko usta, a jej bezwładne palce spoczywały na pulpitach urządzeń kontrolnych. 
Może powinna była przygotować statek do odlotu, a przynajmniej przerwać połączenie, dzięki 
któremu widziała na ekranie wszystko, co się stało? Później miała żałować, że tego nie zrobiła, ale 
na razie mogła tylko patrzeć jak zahipnotyzowana.

W wewnętrznym sanktuarium Czarnego Lorda rozległy się przeraźliwe dźwięki alarmów 

ostrzegających o ucieczce atmosfery, a na metalowych ścianach pojawiły się oślepiające błyski 
sygnałów optycznych. Vader złapał najbliższą podporę, żeby się nie dać wyssać w próżnię, zresztą 
siła prądu uciekającego powietrza szybko osłabła. Po kilku sekundach, które wydawały się trwać 
wieczność, za strzaskanym iluminatorem opadła metalowa płyta, która uniemożliwiła dalszą 
ucieczkę atmosfery.

Do komnaty Vadera zaczęło ponownie napływać powietrze i rzężenie jego respiratora 

ucichło.

Trzymając się jedną ukrytą w czarnej rękawicy dłonią za gardło, Vader odwrócił się do 

hologramu Imperatora i wyprostował na całą wysokość.

- Wykonałem twój rozkaz - powiedział beznamiętnym tonem.
- Jesteś moim uczniem, lordzie Vader - parsknął Imperator.
- Jesteś moim sługą, wykonawcą moich rozkazów. Nigdy więcej nie zapominaj, gdzie twoje 

miejsce.

Vader kiwnął ukrytą w czarnym hełmie głową.
- Tak, mój mistrzu - powiedział.
Hologram Imperatora zamigotał i zniknął. W komnacie Vadera pojawił się znów PROXY. 

Android wyglądał na oszołomionego i wstrząśniętego. Vader go zignorował i podszedł do jednego z 
nieuszkodzonych iluminatorów. Stanął przed nim i patrzył w pustkę, w której koziołkowało 
bezwładne ciało ucznia, otoczone chmurą odłamków strzaskanego iluminatora.

Juno przyłożyła nieświadomie dłoń do ust. Starkiller tylko wykonywał rozkazy, podobnie 

jak ona podczas akcji na Callosie. Uczeń Vadera został zdradzony... dosłownie dźgnięty w plecy 
klingą świetlnego miecza przez osobę, której najbardziej ufał. To nie było sprawiedliwe.

Usłyszała donośny rumor otwieranych w hangarze wrót i tupot podkutych butów żołnierzy 

biegnących w stronę statku. Poniewczasie przerwała nielegalne połączenie i skupiła się na swoich 

background image

problemach. Oddział żołnierzy z okrętów Imperatora złamał już pieczęć na wrotach tajnego 
gniazda, w którym spoczywał „Cień Łotra”. Juno domyśliła się, że imperialni żołnierze idą po nią.

Serce biło jej jak oszalałe. Wstała, wygładziła fałdy czarnego munduru i upewniła się, że ma 

prosto czapkę na głowie. Jeszcze sprawdziła, gdzie leży jej pistolet i opuściła rampę. Oddychając 
głęboko, żeby się uspokoić, ruszyła na spotkanie ze swoim losem.

CZĘŚĆ 2. Empiryczna

ROZDZIAŁ 10

Śmierć wcale nie była tym, czego uczeń się spodziewał. Na razie zachował świadomość... 

wprawdzie fragmentaryczną i mglistą, ale jednak. Co chwila odzyskiwał i znów tracił przytomność, 
która pojawiała się i znikała jak tajemnicze fale. Pogrążał się i wypływał na powierzchnię, 
uzależniony od sił, których zupełnie nie rozumiał i nad którymi nie panował. Mógł tylko się im 
poddać i mieć nadzieję, że nie będzie umierał bez końca.

Odczuwał zaskakująco silny ból, zważywszy na to, że jego ciało już nie istniało. Ból czaił 

się na obrzeżach jego świadomości niczym odległe wspomnienie czegoś ważnego. Czyżby tak 
miała wyglądać kara za popełnione w życiu czyny? Czy teraz wszyscy Jedi, których kiedyś zabił, 
mścili się na nim, ciesząc się z bardziej uprzywilejowanego miejsca w życiu po życiu?

To absurdalny pomysł, powiedział sobie. Jeżeli nawet istniało jakieś życie po życiu, to na 

pewno nikt w nim nie miał przywilejów. Jasna i Ciemna Strona Mocy miały taki sam status, nawet 
jeżeli nie oddziaływały w taki sam sposób. Jedi nie mogli dręczyć ucznia bardziej, niż on dręczył 
ich za życia.

Słyszał jakieś głosy i widział wizje. To było jeszcze trudniej wytłumaczyć. Niektóre były 

znajome, jakby to PROXY go uspokajał, jak wtedy, kiedy uczeń był jeszcze dzieckiem... dopóki nie 
stał się zbyt dorosły na takie traktowanie. Widział także Dartha Vadera, który zachęcał go, żeby 
pogodził się ze swoim bólem, zamiast z nim walczyć, i dzięki temu stał się potężny jak góra.

W swoich wizjach spotykał też wspomnienia. Przypominał sobie, jak kiedyś poprosił 

androida, aby skrępował go łańcuchami, zgasił światło i nie dawał mu jedzenia ani wody, dopóki 
nie złoży świetlnego miecza z leżących przed nim elementów, posługując się wyłącznie Mocą. 
Uczeń nie poradził sobie wówczas z tym zadaniem, ale znalazł dość sił, żeby opuścić osłabione 
ciało i wchłonąć w siebie potęgę Ciemnej Mocy. Powracał do tego obrazu wielokrotnie - teraz po 
śmierci z ręki Dartha Vadera.

Wiele razy czuł od nowa, jak płonąca klinga świetlnego miecza przebija jego brzuch, a 

lodowata pustka próżni wysysa z jego płuc powietrze.

Oglądał także inne wizje, których nie mógł widzieć za życia. Pojawiały się w nich osoby 

znajome, ale także i nieznane, w sytuacjach i w miejscach, które nie zawsze potrafił 
zidentyfikować.

Zobaczył...
...generała Rahma Kotę w ośrodku dowodzenia fabryki myśliwców TIE nad księżycem Nar 

Shaddaa. Mistrz Jedi miał zdrowe oczy i stał wyprostowany, dumny z odniesionego właśnie 
zwycięstwa. Wokół niego stali uzbrojeni powstańcy i leżały ciała zabitych szturmowców. Generał 
wyłączył klingę świetlnego miecza i zaczął wydawać rozkazy:

- Zamknąć ośrodek dowodzenia i uruchomić holoprojektor. Poinformować wszystkie 

oddziały, żeby się rozproszyły i kierowały do nas wszystkich naszych przeciwników.

- Tak jest, panie generale. - Powstańcy rozbiegli się we wszystkie strony.
- Panie generale, on tu jest! - krzyknął jakiś powstaniec.
Kota szybko przeszedł do miejsca, gdzie niedawno uruchomiony holoprojektor wyświetlał 

migotliwy wizerunek. Przedstawiał nadlatujący „Cień Łotra”. Kiedy generał go zobaczył, na jego 
twarzy pojawił się ponury uśmiech.

background image

- A więc w końcu cię wywabiłem z kryjówki... - mruknął i odwrócił się do powstańca. - 

Zlikwiduj ochronne pole w hangarze dwunastym i powiedz podwładnym, żeby zajęli stanowiska - 
rozkazał.

- Tak jest, panie generale. - Żołnierz wybiegł z pomieszczenia, żeby jak najszybciej 

wykonać otrzymany rozkaz.

Zobaczył...
...Kazdana Paratusa przechadzającego się na czterech metalowych kończynach po 

zespawanej z odłamków metalu parodii sali obrad Rady Jedi. Pozbawione wyrazu oczy manekinów 
mistrzów Jedi obracały się dziwacznie w ich głowach, jakby członkowie Rady rzeczywiście 
podążali za nim spojrzeniem.

- Ani chwili wytchnienia! - wydyszał ze świstem Paratus. - Żadne z nas nie może odpocząć! 

Dlaczego nie mogą zostawić nas w spokoju?

Odwrócił się do manekina mistrza Yody, jakby imitująca go sterta złomu naprawdę mogła 

coś powiedzieć.

- Jak tam, mój przyjacielu? - zapytał. - O co chodzi? Ach, tak. Masz rację, cuchnie Sithem. 

Ciekawe, co tu robi. Czy nie i dość już wycierpiałem?

Paranoidalnie podejrzliwy mistrz Jedi krążył po świątyni. Od czasu do czasu przekładał z 

ręki do ręki rękojeść wyłączonego 'f miecza świetlnego, jakby się zastanawiał, czy powinien się 
nim posłużyć.

Zobaczył...
...Shaak Ti w głębi usianego grzybami lasu na Felucji. Osłaniając oczy, mistrzyni Jedi 

obserwowała, jak „Cień Łotra” przelatuje nad wierzchołkami drzew, chociaż mogła dostrzec tylko 
załamanie światła. Zmarszczyła brwi i spojrzała na młodą Zabrakankę, która stała w pobliżu i z 
niepokojem obserwowała zbliżanie się statku. Nad bezpieczeństwem obu kobiet czuwało kilku 
felucjańskich wojowników, którzy także z niepokojem kierowali spojrzenia w stronę koron drzew.

- Czyżby Darth Vader nas odnalazł? - zapytała dziewczyna z nutą podniecenia w głosie.
- Możliwe - odparła Shaak Ti. - Pamiętasz, jak razem ćwiczyłyśmy? Zabierz teraz swoje 

rzeczy i przejdź do kryjówki. Nie wracaj, dopóki cię nie zawołam.

Na twarzy młodej Zabrakanki pojawił się rumieniec gniewu.
- Ale... nie możesz mnie odprawiać! Pozwól mi walczyć u swojego boku!
- Przeciwko skrytobójcy Sithów? - zapytała mistrzyni Jedi. - Na pewno byś zginęła. - 

Uniosła rękę, żeby uciszyć jej protest. - Proszę cię, Mariso. Idź na cmentarz i zaczekaj tam na moje 
wezwanie. Sama zaprowadzę skrytobójcę do Prastarej Otchłani. Twoja siła zostanie poddana próbie 
w inny sposób, i to już niedługo.

Młoda Zabrakanka, z gniewną miną i ze łzami W oczach odwróciła się i posłusznie pobiegła 

w głąb lasu.

Shaak Ti zaczekała, aż dziewczyna zniknie w dżungli.
- Niech Moc będzie z tobą, Mariso - szepnęła.
Uczeń rozumiał, że widzi wizje z przeszłości... a przynajmniej wszystko na to wskazywało. 

Zespolił się z Mocą, a Moc widziała wszystko, czuła wszystko i istniała we wszystkich formach 
życia. Starkiller powrócił do źródła rzeki, która płynęła przez całą galaktykę, omywając wszystko 
po drodze i ożywiając zmarłych. Jej prąd go obrócił i pozwolił mu ujrzeć wszystkie aspekty jego 
życia. Teraz patrzył z nowym zrozumieniem, jak przed jego oczami przepływają wydarzenia z 
przeszłości.

Niektórych aspektów wizji jednak nie rozumiał.
Zobaczył...
...młodą kobietę o smutnych oczach, stojącą przed wielkim oknem i spoglądającą na gęsty 

las ogołoconych z liści drzew. Widoczna w oddali ognista linia wznosiła się w czarne niebo aż do 
punktu na niskiej orbicie, usianego punkcikami światła. Gdzieś w pobliżu cicho świergotał do 
siebie astromechaniczny robot.

...brudnego i obszarpanego mężczyznę siedzącego w kącie zagrody zbudowanej z kości. 

Przed mężczyzną płonęła niewielka hololampa. Nieznajomy miał na nadgarstkach mocno zaciśnięte 

background image

elektroniczne kajdanki, ale mógł poruszać dłońmi. Kręcił z niesmakiem nosem, bo w powietrzu 
unosił się odór surowego mięsa.

...Dartha Vadera w pancerzu, z aparaturą podtrzymującą życie, zespoloną w kilkunastu 

miejscach z jego ciałem. Czarny Lord stał na pobojowisku. Na ziemi, między odłamkami 
strzaskanej transpastali i poskręcanego metalu, leżały pocięte na kawałki zwłoki szturmowców. 
Były mistrz ucznia przyłożył dłoń do wypukłego czoła, musnął przecinające je blizny i się 
zachwiał.

- Nie żyje - powiedział poprzez charkot uszkodzonego respiratora.
Z cienia wyłonił się Imperator i stanął obok niego.
- A zatem stał się potężniejszy niż kiedykolwiek - powiedział.
Czyżby tak miała wyglądać jego przyszłość, gdyby stawił czoło swojemu mistrzowi, 

zamiast całe życie potulnie mu ulegać? W tym stanie, między cząstkową świadomością a śmiercią, 
uczeń nie potrafił udzielić odpowiedzi na to pytanie. Mógł tylko obserwować, jak przed jego 
oczami rozgrywa się ukazywany w odcinkach holodramat, i mieć nadzieję, że kiedyś, pewnego 
dnia, kiedy obejrzy więcej takich odcinków, zacznie się domyślać jego sensu.

Teraz jego sytuacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana. Poza światłem i mrokiem, 

poza przeszłością i przyszłością, poza życiem i śmiercią, zobaczył tę samą twarz, która ukazała mu 
się podczas walki z Rahmem Kotą. Zastanowił się, czy to nie on będzie tak wyglądał, jak się 
zestarzeje... jeżeli oczywiście dożyje tego wieku. Czy będzie taki silny i życzliwy, o ciemnych 
włosach i ciepłych piwnych oczach? Usłyszał napływające z oddali odgłosy strzałów i stłumione 
huki eksplozji. Zauważył, że drzewa łamią się i padają. W pewnej chwili nad jego wizję napłynął 
cień, jakby czyjaś dłoń przecięła promienie słońca. Poczuł odór płonącej krwi, spalonych włosów i 
usłyszał dźwięk, z jakim klinga świetlnego miecza przebija ciało. Ktoś krzyknął: „Uciekaj! 
Natychmiast!”...

Uczeń jednak tego nie zrobił. Nie mógł. Czymkolwiek była dziwna wizja, nie pozwalała mu 

się poruszyć. Był w niej uwięziony niczym owad w bursztynie. Czy to fantazja, czy też może coś 
bardziej złowieszczego? A może ktoś starał się mu coś powiedzieć?

Zobaczył coś... może całkiem niedaleko, a może na najdalszych krańcach wszechświata... 

Juno Eclipse cierpiała.

ROZDZIAŁ 11

Kiedy się w końcu obudził, poczuł raczej ulgę niż zaskoczenie.
Przynajmniej na początku.
Pierwszą wskazówką powrotu do życia była świadomość, że zrobiło się naprawdę ciemno i 

cicho. Wizje zniknęły, a głosy umilkły. Nic nie widział, nie słyszał ani nawet nie myślał, i bardzo 
się z tego cieszył. Mógł po prostu wypoczywać. Po prostu istnieć.

W pewnej chwili kojącą ciszę przerwały głosy: wizg tnących ostrzy, ciche popiskiwanie i 

świergotanie androidów, syk i terkot czegoś... chyba kauteryzującego narzędzia, a także inne 
dźwięki, bardziej złowieszcze. Kiedy jednak usłyszał zagłuszające wszystko charczenie respiratora, 
jego serce zaczęło bić żywszym rytmem. Doskonale znał ciszę, jaka zapadała między każdym 
oddechem.

Czyjś elektronicznie syntetyzowany głos powiedział:
- Lordzie Vader, pacjent odzyskuje świadomość.
- Niech pozostanie skrępowany, dopóki nie skończę.
- Tak jest, proszę pana.
Były uczeń zaczął się zmagać z niewidzialnymi więzami, próbując poruszyć kończynami, w 

których zupełnie nie miał czucia. Na chwilę przestał odbierać otaczające go dźwięki, ale po chwili 
znów je usłyszał. Tym razem towarzyszyło im światło i czucie. Uczeń uświadomił sobie, że leży 
skrępowany w sali operacyjnej na chirurgicznym stole. Z kilku miejsc w jego ciele wystawały 
różnobarwne rurki i przewody. Kończyły się w wiszących nad nim ciemnych mechanizmach, a 

background image

niektóre dopiero w suficie. Wokół niego krzątały się kanciaste androidy, które poszturchiwały i 
nakłuwały jego ciało ostro zakończonymi manipulatorami.

I oto nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, odzyskał panowanie nad wszystkimi zmysłami. 

Zobaczył, że pochyla się nad nim Darth Vader.

Uczeń napiął mięśnie, żeby zerwać krępujące go pęta.
- To ty! - krzyknął gniewnie. Poczuł, że na jego wargach pojawiają się bąbelki piany. 

Jeszcze nigdy nie czuł takiej wściekłości - doskonałej i czystej, ale zarazem pozbawiającej go 
wszystkich sił. - To ty mnie zabiłeś!

- Nieprawda - odparł spokojnie Vader, pochylając się nad nim jeszcze niżej. Czarny Lord 

oparł ukrytą w rękawicy dłoń na stole, jakby chciał, żeby uczeń dobitnie uświadomił sobie jego 
potęgę. - To Imperator chciał twojej śmierci, nie ja. Ściągnąłem cię tu, żeby cię przekonstruować. 
Gdyby Imperator się dowiedział, że przeżyłeś, zabiłby i mnie, i ciebie.

Starkiller patrzył na pozbawioną wyrazu czarną maskę. Wyprężał szyję, żeby zwiększyć 

odległość między nią a sobą. Czyżby tak wyglądała prawda? Jego wspomnień zdrady i bólu nie 
mąciły wątpliwości. Uczeń świetnie pamiętał blask wystającej z brzucha czerwonej klingi 
świetlnego miecza jego mistrza. Zapamiętał ją tak dokładnie, że na samo wspomnienie o mało znów 
nie stracił przytomności. Przemógł się jednak, bo przypomniał sobie ostatnie słowa Shaak Ti: 
„Sithowie zawsze zdradzają jedni drugich”. Był taki pewny siebie... ale to nic nie znaczyło. Musiał 
rozstrzygnąć wątpliwości swoim umysłem. Nie wolno się kierować instynktem.

- Dlaczego? - zapytał. - Dlaczego mnie ocaliłeś, skoro naraża cię to na niebezpieczeństwo?
- Bo dajesz mi przewagę, którą muszę zdobyć, żeby obalić Imperatora - odparł Vader. - 

Zmusił mnie do działania, zanim byliśmy gotowi. Na razie jednak wie, że nie żyjesz. Jego 
ignorancja daje ci prawdziwą potęgę. Problem w tym, czy znajdziesz w sobie dość siły woli, żeby 
zrobić z niej użytek.

- A jeżeli odmówię?
Głos Dartha Vadera przybrał bardziej złowieszcze brzmienie, a jego sylwetka ściemniała, o 

ile to było możliwe.

- To zginiesz - powiedział. - Kiedy to laboratorium ulegnie samodestrukcji, zginą wszyscy 

na jego pokładzie, nie wyłączając ciebie. Nie pozostanie przy życiu ani jeden świadek.

Po twoich działaniach nigdy nie zostają świadkowie, pomyślał uczeń, ale wszystkie te lata 

wiernej służby nie pozwoliło mu wypowiedzieć tych słów głośno. Zamknął oczy, niepewny, czego 
się bardziej obawia: tego, że Darth Vader mówi w tej chwili prawdę, czy też może tego, że 
wszystko, co mówił przedtem, było kłamstwem.

Odgłosy chrapliwego oddychania dobiegały teraz z mniejszej odległości, więc odgadł, że 

Czarny Lord jeszcze bardziej się pochylił.

- To Imperator wydał rozkaz, żebyś zginął - powtórzył lord Vader. - Jeżeli się jednak do 

mnie przyłączysz, będziesz mógł się zemścić.

Uczeń otworzył oczy i spojrzał na maskę. Krył się pod nią mężczyzna, który go zabił, a 

później uratował. Tylko jeden wybór dawał mu dość czasu, żeby się zastanowić nad dziwną 
sytuacją. Tylko jedna z decyzji zapewniała mu możliwość późniejszej zmiany zdania. Tylko jedno 
rozwidlenie drogi prowadziło go na ścieżkę życia.

- Czego sobie życzysz, mój mistrzu? - zapytał pozbawionym emocji tonem.
Darth Vader się wyprostował. Z jego postawy przebijała satysfakcja.
- Imperator ukrywa się za armią szpiegów - zaczął. - Obserwują mój każdy ruch. - 

Machnięciem ukrytej w rękawicy dłoni odprawił dyżurujące w sali operacyjnej androidy. Kiedy 
zniknęły, kolorowe rurki i przewody odłączyły się od ciała ucznia. - Musimy im dać coś, na czym 
mogliby skupić uwagę.

Odwrócił się i wcisnął guzik na stole.
Uczeń poczuł, że krępujące go więzy opadają. Powoli usiadł, potarł nadgarstki i spojrzał na 

siebie. Miał na sobie zupełnie inne ubranie, trochę podobne do stroju swojego mistrza. Pod czarną 
skórą wyczuł cienki pancerz. Miał także ciężkie rękawice, buty i wysoki kołnierz. W zasięgu ręki, 
na ramieniu jednego z automatów chirurgicznych, wisiała czarna peleryna z czerwoną lamówką i 

background image

kapturem. Doszedł do wniosku, że to chyba także część jego ubrania. Automat wyciągnął metalową 
rękę i wręczył mu rękojeść świetlnego miecza, ale uczeń dopiero po chwili sobie uświadomił, że to 
nie ten sam, którym się posługiwał niemal całe życie. Tamten świetlny miecz stracił na zawsze, 
kiedy wypadł przez iluminator w próżnię.

Zgiął i wyprostował palce. Poczuł, że są silniejsze i jakby inne niż poprzednio. Ból zupełnie 

zniknął. Czuł się lepiej niż kiedykolwiek, jakby spędził wiele miesięcy w zbiorniku z bactą.

Nie chciał się jednak nad tym zastanawiać.
- Co mam robić? - zapytał. - Trzeba będzie kogoś zabić?
Mistrz pokręcił głową.
- Żaden pojedynczy akt nie odwróci na długo uwagi Imperatora - powiedział. - Musisz 

stworzyć armię, żeby mu się przeciwstawić.

Uczeń przekrzywił głowę.
- Odnajdziesz wrogów Imperatora i przekonasz ich, że chcesz położyć kres Imperium - 

ciągnął Vader. - Dopiero kiedy powołasz do życia sojusz rebeliantów i dysydentów, wykorzystamy 
go do odwrócenia uwagi Imperatora i armii jego szpiegów. Kiedy już to zrobimy, będziemy mogli 
zadać cios.

Uczeń przesunął dłonią po piersi. Pod palcami poczuł gładką tkaninę munduru i odniósł 

wrażenie, że skóra jest bardziej wrażliwa niż kiedyś. Plan jego mistrza był dobry. Mógł się udać.

- Od czego mam zacząć? - zapytał.
- Decyzja należy do ciebie - odparł Vader. - Od tej pory sam będziesz decydował o swoim 

przeznaczeniu. Musisz jednak natychmiast stąd odlecieć. Powinieneś zerwać wszelkie więzy, jakie 
cię łączą z przeszłością. Możesz jednak zostawić sobie PROXY’ego. Oprócz niego nikt nie może 
wiedzieć, że wciąż żyjesz i że nadal mi służysz.

Uczeń pochylił głowę na znak zgody.
- Tak, mój mistrzu - powiedział.
- A teraz odejdź - rozkazał Vader. - I pamiętaj, że Ciemna Strona jest zawsze z tobą.
Holowizerunek Dartha Vadera zamigotał i zniknął. Na jego miejscu uczeń zobaczył 

znajomy kształt androida, który się potknął, ale szybko odzyskał równowagę.

- PROXY! - wykrzyknął uczeń.
- Mistrzu! Miło wiedzieć, że w rzeczywistości nie zginąłeś!
- Android rozpromienił się w jedyny sposób, w jaki potrafił - rozjarzył fotoreceptory. - 

Obawiałem się, że już nigdy nie będę miał okazji wykorzystać mojego podstawowego 
oprogramowania, żeby cię zabić.

- Nie martw się, kiedy się stąd wydostaniemy, będziesz miał niejedną okazję - uspokoił go 

Starkiller.

PROXY odwrócił się i zaczął przyciskać guziki na pulpicie pobliskiego terminalu.
- Skoro już o tym mowa, gdzie się znajdujemy? - zagadnął uczeń.
- Gdzieś w niezbadanym systemie Dominusa, jak mi się wydaje - odparł PROXY.
- A czym jest to miejsce?
- To ,.Empiryczna”, mistrzu. Ściśle tajna stacja z ruchomym laboratorium lorda Vadera - 

odparł android. - Przebywamy w nim od sześciu standardowych miesięcy. - PROXY uniósł głowę 
znad terminalu. - Lord Vader uaktualnił wszystkie moje protokoły. Zanim cię zabiję, mam zrobić 
wszystko, co w mojej mocy, żeby ci pomóc zniknąć. Czy mam przygotować do startu „Cień 
Łotra”?

Uczeń spróbował zebrać myśli. Jeszcze raz zgiął i rozprostował palce. Zdumiewało go, w 

jak cudowny sposób odzyskał zdrowie. To wydawało się zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.

Przyszła mu do głowy niepokojąca myśl. Pospiesznie ściągnął najpierw jedną, a potem 

drugą rękawicę. Uspokoił się, widząc własną skórę, a nie syntetyczne materiały czy sztuczne stawy.

Jego palce funkcjonowały jak zawsze, a paznokcie były starannie, równo przycięte i 

zadbane. Jedynym dziwnym szczegółem było to, że nie zauważył żadnej blizny.

Przesunął prawą dłonią po piersi, a potem po brzuchu. Pamiętał straszliwą ranę, jaką zadała 

mu klinga świetlnego miecza jego mistrza. Przypomniał sobie o obrażeniach, jakie idealna próżnia 

background image

wyrządza ludzkim płucom. Zbiorniki z bactą działały wprawdzie cuda, ale nawet one nie mogły być 
aż tak skuteczne.

- Mistrzu? - zaniepokoił się PROXY.
Uczeń przeniósł spojrzenie na androida i zamrugał.
- Słucham? Ach, tak - powiedział. - Nie miałem pojęcia, że nasz statek też tu jest.
- Oczywiście, mistrzu - odparł PROXY. - Jak inaczej moglibyśmy się stąd wydostać? - 

Android odwrócił się i, odchodząc od terminalu, powiedział: - Uzyskałem połączenie z głównym 
komputerem stacji i zacząłem wykonywać rozkazy lorda Vadera.

Uczeń pokiwał głową. Nie zwrócił uwagi na słowa androida, bo przyszła mu do głowy 

pewna myśl. PROXY powiedział, że przebywają na pokładzie „Empirycznej” od sześciu miesięcy, 
ale na terenie laboratorium Vadera znajdował się także „Cień Łotra”. Czekał na niego, gotów do 
startu. Oznaczało to, że nie tylko statek przetrwał piekło, jakie się rozpętało po interwencji 
Imperatora.

- Co stało się z Juno, PROXY? - zapytał.
- Pańską pilotką? - domyślił się android. - Przypuszczam, że także przebywa na pokładzie 

„Empirycznej”. W więziennej celi.

- Co takiego? - żachnął się uczeń. - Dlaczego?
- Pani kapitan Eclipse została oskarżona o zdradę. - PROXY urwał na sekundę, jakby szukał 

odpowiednich słów. - Lord Vader wydał jednoznaczny rozkaz zerwania wszelkich więzów, jakie 
łączyły pana z przeszłością. Chyba pan nie zamierza jej stamtąd uwalniać?

Uczeń naciągnął rękawice na gładkie dłonie.
- Jeszcze nie mam pojęcia, PROXY, jak wyglądają moje plany - powiedział. - Na razie 

skupmy się tylko na tym, żeby się stąd wydostać.

- Jak pan sobie życzy, mistrzu. - PROXY kiwnął głową, zrobił krok w stronę terminalu, 

przycisnął duży czerwony guzik i skierował się do drzwi.

Nagle nastąpił silny wstrząs, aż obaj się potknęli. Uczeń wyciągnął rękę i przytrzymał się 

androida, żeby nie stracić równowagi. Z niepokojem rozejrzał się po sali operacyjnej stacji. 
Usłyszał zawodzenie alarmowych syren.

- Alarm! - zawołał ktoś przez interkom. - Nawigacyjne systemy uległy awarii. Powtarzam: 

nawigacyjne systemy uległy awarii!

PROXY pociągnął ucznia za rękę.
- Chodźmy, mistrzu - powiedział. - Musimy stąd uciekać! Dopiero wówczas Starkiller ujrzał 

w innym świetle czynności, jakie wykonał nieco wcześniej android.

- PROXY, coś ty zrobił? - zapytał.
- Poleciłem, żeby „Empiryczna” obrała kurs na zderzenie z główną gwiazdą systemu 

Dominusa - odparł rzeczowo android.

- A ci wszyscy na pokładzie stacji... - zaczął uczeń.
- Lord Vader wyraźnie stwierdził, że nikt nie może wiedzieć o pańskim istnieniu - 

przypomniał android. - Wydał mi jednoznaczne rozkazy.

- A ty rzeczywiście usiłujesz mnie zabić.
- Nie, nie. Jeszcze nie, mistrzu - zapewnił go PROXY. - Nadal ma pan mnóstwo czasu, żeby 

dotrzeć na pokład „Cienia Łotra”.

Sfrustrowany uczeń z trudem przełknął ślinę. To nie była wina androida. PROXY tylko 

wykonywał rozkazy. Cóż, jednak przez to postawił ich obu w bardzo niewygodnym położeniu.

- Dobrze, chodźmy stąd - zgodził się Starkiller. - Trzymaj się blisko mnie.
- Tak jest, mistrzu.
Trzymając cudownie uleczoną dłonią rękojeść świetlnego miecza, który dostał od swojego 

mistrza, uczeń włączył energetyczną klingę. Jak się podświadomie spodziewał, zapłonęła na 
zielono. Później przeżył wstrząs, kiedy zrozumiał, że to świetlny miecz Rahma Koty.

Stojący tuż za nim PROXY przestąpił z nogi na nogę. W końcu uczeń pogodził się z 

rzeczywistością. Odsunął od siebie skrupuły i skierował się do wyjścia.

background image

ROZDZIAŁ 12

Zawodzenie alarmowego klaksonu wyrwało Juno z długiego, paskudnego koszmaru. We 

śnie pisała raport o akcji na Callosie, ale dla swojego ojca, nie dla Dartha Vadera. Ojciec pochylał 
się nad nią, a jego długi nos wystawał z twarzy niczym ramię szubienicy. Stwierdził, że jej 
wyprawa zakończyła się całkowitym niepowodzeniem. Nieprawda, przecież wykonałam 
powierzone zadanie, zaprotestowała Juno, i to w najdrobniejszych szczegółach. Nie dość dokładnie, 
odparł jej ojciec. Nigdy nie radzisz sobie dość dobrze, dziewczyno. Kiedy wreszcie to sobie 
uświadomisz i przestaniesz się starać?

Juno wzdrygnęła się i oprzytomniała. Znajdowała się w celi, zawieszona dzięki krępującym 

nadgarstki kajdankom w tym samym miejscu co zawsze. Juno doszła do wniosku, że ta rutyna 
męczy ją bardziej niż tortury. Uwalniali ją co pięć godzin i zabierali na dziesięciominutowy spacer, 
podczas którego mogła skorzystać z toalety i wypić tyle wody, ile pomieści jej żołądek. Czasami 
dawali jej jeść, ale nie zawsze. Po upływie tych dziesięciu minut prowadzili ją z powrotem do celi i 
wieszali za wyciągnięte wysoko ręce, zapinając na nadgarstkach zatrzaski przymocowanych do 
ściany kajdanków. Juno nie mogła nigdzie oprzeć nóg. Nosiła te same spodnie munduru i 
podkoszulek, które miała na sobie, kiedy tu przyleciała.

Obojętne gdzie to było.
Strażnicy nigdy niczego jej nie wyjaśnili. Juno stwierdziła jednak, że traktują ją z pogardą. 

Jako zdrajczyni Imperium nie zasługiwała na nic więcej. Wszystkich zastanawiało, dlaczego wciąż 
jeszcze żyje. A jednak żyła, co wystawiało na ciężką próbę jej cierpliwość. Ich także. Na pewno 
mieli co innego do roboty.

Jako posłuszni szturmowcy wykonywali jednak rozkazy co do ostatniego szczegółu. 

Oznaczało to, że ktoś gdzieś chce, aby Juno Eclipse żyła. Prawdopodobnie przed śmiercią musi 
jeszcze pocierpieć. Mimo to za każdym razem, kiedy żołnierze po nią przychodzili, młoda pilotka 
spodziewała się, że oto jej czas dobiegł końca. Niemal miała nadzieję, że poprowadzą ją korytarzem 
i celnym strzałem z blastera w głowę wykonają na niej wyrok śmierci. W najczarniejszych 
chwilach, jakie czasami przeżywała, myślała sobie, że dopiero wówczas będzie naprawdę wolna.

Miała wyschnięte gardło i spękane wargi. Bolały ją ręce i głowa. Nie czuła palców, bo 

zaciśnięte z całej siły kajdanki utrudniały krążenie krwi.

Tym razem jednak, słysząc zawodzenie klaksonów, zwalczyła chęć poddania się desperacji.
- Alarm! - zawołał nagle ktoś przez interkom stacji. - Nawigacyjne systemy uległy awarii. 

Powtarzam: nawigacyjne systemy uległy awarii!

Juno uniosła głowę i powiodła spojrzeniem po swojej celi. Pozostałe klatki, widoczne po 

drugiej stronie biegnącego środkiem korytarza, były puste. Nigdzie też nie widziała ani jednego 
strażnika. Prawdopodobnie wszyscy wybiegli, żeby poznać przyczynę alarmu. Gdyby się potrafiła 
uwolnić, mogłaby, korzystając z zamętu, dobiec do najbliższej kapsuły ratunkowej i na zawsze 
odlecieć z pokładu dziwnej stacji.

A później?
Czując przypływ adrenaliny, napięła mięśnie i szarpnęła, żeby uwolnić nadgarstki z 

kajdanków. Na jej szczupłych przedramionach zaznaczyły się mięśnie, ale poczuła ból, bo po wielu 
poprzednich próbach miała otartą skórę na przegubach. Wielokrotnie wmawiała sobie, że któregoś 
dnia natężenie prądu osłabnie i metalowe obręcze przestaną się zaciskać na jej nadgarstkach na 
chwilę wystarczająco długą, żeby dała radę się uwolnić. Na razie mogła traktować wszelkie próby 
jak gimnastyczne ćwiczenia. Napinanie mięśni i przyzywanie nadziei było lepsze niż poddawanie 
się rozpaczy czy rozmyślanie o tym, co ją czeka.

Nagle poczuła silny wstrząs, jakby gwiezdna stacja z czymś się zderzyła. Dała mięśniom 

trochę odpocząć, ale zaraz podjęła następną próbę. Nie wiedziała, co się dzieje, ale tym razem 
sytuacja wyglądała poważnie. Usłyszała głosy szturmowców. Wykrzykiwali jeden do drugiego:

- Dlaczego włazy w tych grodziach nie chcą się otworzyć?
- Musimy się dostać do kapsuł ratunkowych!

background image

- Zamek drzwi nie akceptuje naszych kodów dostępu!
Chwilę później ożywił się znów głośnik interkomu. Tym razem miał do przekazania 

złowieszczą wiadomość:

- Awaria systemu bezpieczeństwa w sektorze dziewiątym! Obiekt Zeta uciekł! Nastawić 

blastery na zabijanie!

- Niedobrze - stwierdził jeden z jej byłych strażników. Jego głos wydobywał się wprawdzie 

z głośnika wokodera, ale Juno i tak się zorientowała, że szturmowiec jest przerażony.

Nie miała pojęcia, kim albo czym jest Obiekt Zeta, ale nie zamierzała wisieć tutaj jak 

martwy szczur womp ani czekać, aż Zeta ją odnajdzie.

Napięła mięśnie jeszcze raz i szarpnęła mocniej, żeby uwolnić nadgarstki. Tym razem 

poczuła, że siła uścisku jednej pary kajdanek odrobinę zmalała.

Dostrzegła kątem oka dwóch szturmowców, którzy biegli korytarzem między celami z 

gotowymi do strzału karabinami blasterowymi. Nie kierowali jednak luf w jej stronę, ale w 
kierunku drzwi w odległym końcu korytarza.

- Nie zawracajmy sobie głowy więźniem - powiedział jeden z nich. - Musimy się stąd 

wydostać.

- A co z... nim? - zapytał drugi.
- Niech zginie razem z rezultatami pozostałych eksperymentów.
Wpisali kod na klawiaturze zamka drzwi umożliwiających wydostanie się z sektora 

więziennego, ale skrzydła się nie rozsunęły. Zamek śluzy nie usłuchał ich rozkazu. Rezygnując z 
daremnych starań, szturmowcy odwrócili się i pobiegli z powrotem korytarzem. Po chwili Juno 
usłyszała krzyki i odgłosy blasterowych strzałów.

Zdwoiła wysiłki, jednak kajdanki nie ustąpiły nawet na milimetr. Miała przez chwilę 

wrażenie, że ręka zaczyna się wyślizgiwać z jednej pary kajdanków, ale spowodowała to sącząca 
się z prawego nadgarstka krew, która zwilżała powierzchnię styku ciała z metalem. Ignorując ból, 
młoda pilotka szarpnęła się energiczniej, ale jej przeguby były unieruchomione równie silnie jak 
poprzednio.

- Systemy bezpieczeństwa „Empirycznej” zostały wyłączone - ostrzegła osoba wydająca 

rozkazy przez interkom. - Wszyscy funkcjonariusze Imperium mają zniszczyć zamki włazów grodzi 
i próbować się dostać do kapsuł ratunkowych.

Ścianami stacji szarpnął kolejny wstrząs. Po chwili ciszy wydająca rozkazy osoba 

poinformowała zaniepokojonym tonem:

- Wszystkie kapsuły ratunkowe właśnie zostały wystrzelone... puste. Hm... czekać na dalsze 

rozkazy. Co takiego? - Mówiący najwyraźniej zapomniał o wyłączeniu mikrofonu. - Co za głupiec 
wydał taki rozkaz? - warknął.

Chwilę później w wyłączonym już mikrofonie rozległ się głośny trzask, a po nim odgłosy 

blasterowych strzałów i inne dźwięki. Brzmiało to tak, jakby stacja się rozpadała. Słysząc jęki 
ginących szturmowców, Juno zaczęła się szamotać energiczniej niż kiedykolwiek. Nie chciała 
czekać w tej celi na śmierć, ale nie miała dość sił, aby swoje wysiłki uwieńczyć powodzeniem.

Wyczerpana, zrezygnowała z dalszych prób i zwisła bezsilnie. Oddychała powietrzem 

cuchnącym krwią i dymem. Z każdą chwilą było cieplej, co nie mogło być pomyślną wróżbą. Takie 
wyginanie się ścian i drzwi nie mogło być spowodowane tylko turbulencją. Jeżeli stało się coś 
strasznego i orbita stacji uległa nieodwracalnej zmianie, wszystkie te zjawiska mogła powodować 
wzrastająca temperatura. Jeżeli stacja znajdzie się zbyt blisko źródła ciepła, wszyscy na jej 
pokładzie mogą zginąć.

Juno doszła do wniosku, że ma trzy wyjścia. Mogła zostać stracona, zabita przez potwora z 

laboratorium Vadera albo żywcem upieczona. Tylko takie możliwości jej pozostały. Na nic lata 
lojalnej służby i wszystko, co zrobiła w imię Imperium. Na próżno wygłaszała frazesy o 
sprawiedliwości Palpatine’a i o kierowaniu się przez niego dobrem publicznym. Oto jak miało się 
zakończyć jej życie. Koniec snów o awansie czy karierze. Wszystkie marzenia i nadzieje legły w 
gruzach.

Juno zastanowiła się, co pomyślałby teraz o niej ojciec, gdyby ją mógł zobaczyć i wysłuchać 

background image

jej wersji całej historii. Jak mógłby nadal ufać systemowi, który bez powodu obrócił się przeciwko 
jego córce? Czy nadal dochowywałby wierności Imperatorowi, który wydał na nią wyrok śmierci za 
to, że wykonywała rozkazy?

Juno wiedziała jednak, że nigdy nie potrafiłaby przekonać ojca do swoich racji. Nie 

umiałaby z nim rozmawiać o wątpliwościach, jakie zrodziły się w jej sumieniu po akcji na 
Callosie... i to nie tylko z powodu sposobu, w jaki Vader rozprawił się z mieszkańcami tamtej 
planety. Oficjalnie twierdzono, że jej matka zginęła w strzelaninie. A jeżeli to! Imperium 
rozprawiło się z mieszkańcami Corulaga równie bezwzględnie jak piloci Czarnej Ósemki z 
mieszkańcami Callosa? Tysięczny raz Juno zobaczyła oczami wyobraźni, jak jej bomby trafiają w 
kopułę planetarnego reaktora i jak okoliczną dżunglę rozjaśniają oślepiające błyski eksplozji. 
Dopiero jednak kiedy śmignęła świecą w niebo, żeby zająć pozycję na orbicie, zwróciła uwagę na 
reakcję łańcuchową, jaką zapoczątkowały eksplozje jej bomb. Trafiony reaktor zaczął wypluwać do 
atmosfery chmury skażonego dymu, a wszędzie rozlały się megalitry żrących środków 
chemicznych z podziemnych zbiorników. Radioaktywne chemikalia wpłynęły do kanałów, którymi 
dopływała świeża woda do reaktora. Juno wyobraziła sobie, jak żyjąca powierzchnia Callosa 
wzdryga się w zetknięciu z toksynami, które Juno niebacznie uwolniła. Siedząc w kabinie 
bombowca, odczuwała coraz większe mdłości.

To uczucie tylko się spotęgowało, kiedy wróciła na pokład macierzystego okrętu. Piloci 

Czarnej Ósemki gratulowali sobie i poklepywali jeden drugiego po plecach, ale ona poczuła nagłą 
potrzebę sprawdzenia zarejestrowanych przez załogę okrętu telemetrycznych danych. W zaciszu 
własnej kabiny obserwowała, jak z płonącego w dole reaktora wydobywa się i rozprzestrzenia 
chmura śmiercionośnego dymu. W głębi radioaktywnego grzyba pojawiały się raz po raz błyski 
ognia przyspieszającego śmiercionośną reakcję. Wkrótce okoliczny system rzeczny zostanie 
całkowicie skażony przez obumarłe drzewa i rośliny.

Nie dopuszczając do drżenia głosu, skontaktowała się z kolegą, który miał duże 

doświadczenie w dziedzinie ochrony środowiska. Przedstawiła mu dane i wysłuchała jego ponurej 
prognozy:

- To z całą pewnością reakcja łańcuchowa, która wymknęła się spod kontroli - oznajmił 

kolega. - Mam nadzieję, że zdążyłaś się przyjrzeć z bliska okolicznym lasom. Za sześć miesięcy od 
dzisiaj przestaną istnieć i nigdy więcej tam nie urosną.

Zniszczona cała biosfera... i za co? Nie chodziło tylko o to, że mieszkańcy Callosa ośmielili 

się podjąć próbę uwolnienia się spod władzy Imperatora. I nie o to, że poprosiła o okazanie łaski 
lorda Vadera, który był odpowiedzialny za tamtą akcję. Juno zaczynała podejrzewać, że 
Imperatorowi nie chodziło o ukaranie winnych, ale o danie nauczki... o zastraszenie wszystkich, 
którzy chcieliby podjąć taką samą próbę.

Jeśli to była nauczka, to można było nie pozostawiać nikogo przy życiu. Ruiny i zgliszcza 

wystawiały równie wymowne świadectwo co żywi świadkowie... a może nawet bardziej skuteczne, 
bo po takich kataklizmach pozostawała dzwoniąca w uszach cisza. Dawało to wszystkim 
mieszkańcom galaktyki jeszcze lepsze pojęcie o bezwzględności Imperatora.

Żadnych protestów, alarmowych dzwonków czy ostrzeżeń.
Co się stało z Imperium?
A może, pomyślała Juno, może Imperium od samego początku takie było?
Zanim jednak miała czas zastanowić się nad tym głębiej i dojść do sensownego wniosku, 

Vader rozkazał jej, żeby przyleciała na pokład „Egzekutora” i wykonała dla niego nowe zadanie. 
Zadowolona, że nie będzie musiała więcej brać udziału w ludobójstwie - przynajmniej tak wówczas 
uważała - nie zdradziła nikomu, na czym polegało jej poprzednie zadanie. Miała cień nadziei, że 
zdarzy się niewielki cud, dzięki któremu uniknie udziału w kolejnej straszliwej hekatombie, 
podobnej do tej, w której zginęli mieszkańcy Callosa, Starkiller, a może także wiele lat temu jej 
matka.

Tyle istot, zmiażdżonych pod gąsienicami imperialnej machiny wojennej, pomyślała.
Czasami nachodziła ją myśl, że jej życie w tym wszystkim w ogóle się nie liczy. Zawsze 

wtedy zadawała sobie pytanie: „Dlaczego ja”? Co takiego zobaczył w niej Czarny Lord, że uznał ją 

background image

za godną towarzyszenia Starkillerowi?

Na pewno nie jej sumienie. Na pewno także nie pogodny charakter...
- Stać! Ani kroku dalej!
Juno uniosła głowę, słysząc odgłosy blasterowych strzałów, które dobiegały z odległości o 

wiele mniejszej niż wszystkie poprzednie. Obok drzwi jej celi przeleciały fragmenty androida. Z 
oderwanych w stawach kończyn automatu sączyły się jeszcze smużki dymu. Usłyszała głos 
dowódcy stacji - oficera, którego tylko raz widziała i serdecznie go nie znosiła. Mężczyzna 
wrzasnął tak głośno, że zagłuszył kakofonię innych dźwięków:

- Nie wydostaniesz się z tej stacji żywy, ty laboratoryjny szczurze!
Chwilę później Juno usłyszała charakterystyczny odgłos zapalanej klingi świetlnego miecza. 

Uniosła wyżej głowę, żeby cokolwiek zobaczyć nad górną framugą drzwi.

Nie, pomyślała. To niemożliwe.
Za drzwiami jej celi przeturlała się głowa szturmowca, zgrabnie odcięta od tułowia. Pancerz 

jeszcze się jarzył wiśniowym blaskiem w miejscu, w którym chwilę wcześniej osłaniał szyję.

A może...
Juno pokręciła głową. To muszą być halucynacje z powodu wzrastającej temperatury i 

przeciążenia systemów podtrzymywania życia. Od dawna nie pozwalała sobie na nadzieję, że może 
jednak jakoś się jej uda ocalić życie. Nie zamierzała się znów łudzić.

Nie odrywała jednak spojrzenia od wejścia do celi. A może się myliła?
Tym razem była pewna, że może się przyzwyczaić do tej myśli.

ROZDZIAŁ 13

Uczeń przedzierał się przez ulewę blasterowych błyskawic. Mógłby iść szybciej, gdyby nie 

musiał osłaniać androida i siebie. PROXY radził sobie świetnie, kiedy toczył z nim pojedynek na 
świetlne miecze, ale nie został zaprogramowany do walki ze szturmowcami Imperium. Błyskawice 
blasterowych strzałów nadlatywały ku nim ze wszystkich stron naraz, bo dziesiątki szturmowców 
zastępowały tych, z którymi się już rozprawił. Starali się go zabić z determinacją, jakiej się po nich 
nie spodziewał. Jakoś mu się wydawało, że obawa przed katastrofą będzie dla nich ważniejsza niż 
rozprawienie się z uciekającym inwalidą.

Stopniowo jednak, słuchając ich przerażonych głosów, uświadomił sobie ponurą prawdę. 

Szturmowcy bali się go, bo ktoś im wmówił, że Starkiller jest potworem, najgorszym z 
eksperymentów Dartha Vadera. Imperialni żołnierze byli przekonani, że jeżeli pozwolą uciec 
rzekomemu potworowi, ten wymorduje ich w najstraszniejszy możliwy sposób. Taka plotka mogła 
odnieść skutek, gdyby odrzucił złożoną mu przez mistrza propozycję nowego sojuszu. Tak czy 
owak, na razie musiał wywalczyć sobie drogę na pokład swojego statku i odlecieć, zanim 
zdecyduje, co dalej.

Kiedy usłyszał komunikat, że wszystkie kapsuły ratunkowe zostały wystrzelone puste, 

obejrzał się na androida, który kulił się za świetlistą tarczą klingi jego miecza.

- PROXY? - zagadnął. - Czy to ty poleciłeś wystrzelić te kapsuły ratunkowe?
- Naturalnie, mistrzu - odparł android. - Warto być dokładnym.
Uczeń zmełł w ustach przekleństwo.
- Ile jeszcze mamy czasu? - zapytał.
- Najwyżej kilka minut.
PROXY nie wyglądał na przerażonego. Uczeń pomyślał, że też chciałby mieć tyle pewności 

siebie. Stracił sporo czasu, walcząc na korytarzach wiodących do laboratoriów pełnych 
biologicznych próbek i starając się dotrzeć do miejsca, skąd wystrzeliwano kapsuły ratunkowe. 
Miał do pokonania już tylko kilka korytarzy, zanim dotrze do śluzy wiodącej na lądowisko, na 
którym znajdował się „Cień Łotra”. Postraszył dwóch zagradzających mu drogę szturmowców 
błyskawicą Sithów i zdecydowanie parł coraz dalej.

Sektor więzienny był przestronny i trudny do obrony, ale zastał tam całą kompanię 

background image

szturmowców. Chroniąc się po kątach, imperialni żołnierze otworzyli do niego ogień ze wszystkich 
możliwych stron w nadziei, że znajdą lukę w jego obronie. Nic im z tego nie wyszło. Uczeń machał 
zieloną klingą nowego miecza ze zdumiewającą skutecznością. Czuł się z nią dosłownie 
zespolony.... jakby jego rzekoma śmierć nigdy się nie wydarzyła. Miał poczucie, że jest silny, 
potężny i śmiertelnie niebezpieczny.

Był ukształtowaną przez Dartha Vadera bronią, która miała pokonać Imperatora i jego 

sługusów...

Dowódca kompanii szturmowców zaczął mu wymyślać, bo widocznie liczył na to, że 

zakłóci jego koncentrację. Uczeń pozwolił, żeby przez jego ciało przepłynęła energia Ciemnej 
Strony i jeszcze bardziej podsyciła jego gniew - na dowódcę kompanii, na szybki upływ czasu i na 
samego Imperatora. Spokojnie rozprawiał się z każdym, kto stawał mu na drodze.

Kiedy pokonał ostatniego, PROXY poklepał go po ramieniu.
- Mistrzu, pospieszmy się - powiedział. - Stacja zbliża się szybko do tarczy słońca. Lada 

chwila systemy podtrzymywania życia zupełnie odmówią posłuszeństwa.

- Zaczekaj - mruknął uczeń, unosząc okrytą rękawicą dłoń. - A co z...
Omiótł spojrzeniem wejścia do cel i w końcu ją zobaczył. Juno wisiała na ścianie, 

przytrzymywana za nadgarstki przez magnetyczne kajdanki. Miała na sobie poszarpane szczątki 
imperialnego munduru, a z jej prawego przegubu ściekała strużka krwi. Była rozczochrana i brudna, 
a w jej oczach malowało się przerażenie - chyba na jego widok, ale także z powodu łatwości, z jaką 
się rozprawił z całą kompanią szturmowców.

- Juno...
- To... - Młoda pilotka urwała, jakby nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. - ...To 

naprawdę ty!

Uczeń rozumiał jej wahanie. Nie nazwała go po imieniu, bo on teraz nie miał imienia.
- Mistrzu - odezwał się PROXY, stając przed nim. Wyciągnął metalową rękę w kierunku 

śluzy w przeciwległym końcu korytarza. - Jesteśmy już prawie na miejscu. Szybko!

Alarmowe klaksony zawyły o ton wyżej, a po nagłym skoku siły sztucznego ciążenia 

zadrżał pokład stacji pod jego stopami. Powietrze było tak gorące, że z trudem dawało się 
oddychać. Uczeń zrozumiał, że jeżeli nie posłucha androida, nie starczy mu czasu, żeby 
przygotować statek do startu i odlecieć.

Na twarzy Juno odmalowała się desperacja.
Uczeń stał bez ruchu, zastanawiając się, czy to nie pułapka. Na twarzy pilotki nie było 

jednak fałszu. Było za to przerażenie.

- Mistrzu, szybko! - PROXY pociągnął go za rękaw i nagląco szepnął do ucha: - Ta kobieta 

jest w tej chwili elementem pańskiej przeszłości. Proszę ją tu zostawić, jak kazał lord Vader.

Uczeń wyszarpnął rękaw z palców robota. Postanowił kierować się raczej sercem niż 

rozumem.

- Nie mogę - powiedział. - Idź pierwszy i przygotuj statek do odlotu. Dołączymy do ciebie 

tak szybko, jak to tylko będzie możliwe.

- Ale, mistrzu...
- Zrób, co ci powiedziałem, PROXY - uciął uczeń. - To mój rozkaz.
Android podreptał korytarzem w kierunku śluzy, przeszedł przez nią i zniknął. Uczeń 

wyłączył klingę świetlnego miecza i rozejrzał się w poszukiwaniu generatora magnetycznego pola. 
Urządzenie musiało się znajdować gdzieś w pobliżu. Powinno być duże, żeby wystarczyło do 
zasilania magnetycznych kajdanków we wszystkich celach. W zadymionym, gorącym powietrzu 
błyskały alarmowe światła, które utrudniały koncentrację. Uczeń mimo to zauważył, że po ścianach 
i pod metalowymi kratkami biegną grube wiązki przewodów. Sprawdził, gdzie się zaczynają. W 
końcu dwie cele dalej zauważył przytwierdzoną do ściany kanciastą skrzynkę.

Nie miał czasu się jej dokładniej przyjrzeć. Pudło miało odpowiednie rozmiary, więc 

postanowił zaryzykować. Uniósł obie ręce i posłał w skrzynkę błyskawice, po których metalowe 
pudło sczerniało i zadymiło. Przewodami popłynął do kajdanków dodatkowy impuls prądu, a tu i 
ówdzie trysnęły snopy iskier. Porażona bólem Juno krzyknęła.

background image

Uczeń postanowił zmienić taktykę i powstrzymał błyskawice. Zacisnął palce rąk w pięści i 

nagłym szarpnięciem telekinezy oderwał pudło od ściany. Aparatura w środku skrzynki 
eksplodowała, a powietrze wypełniło się kłębami gryzącego dymu. Juno znów krzyknęła, ale tym 
razem był to okrzyk ulgi.

Uczeń podbiegł do niej, kierując się bardziej wskazówkami Mocy niż wzrokiem. Młoda 

pilotka pełzła na czworakach po kołyszącym się pokładzie w kierunku drzwi celi. Kiedy uczeń 
odepchnął na bok kłęby dymu i pomógł jej wstać, przytuliła się do niego całym ciałem. Była tak 
wychudzona, że prawie nic nie ważyła.

- Widziałam twoją śmierć - szepnęła, przyglądając mu się z bezgranicznym zdumieniem. - 

Cieszę się, że wróciłeś.

Uczeń zauważył, że Juno nie ma dość sił, żeby iść. Podniósł ją i pospieszył w kierunku 

śluzy.

- Mam tu jeszcze do załatwienia kilka spraw - powiedział szorstko, nie wiedząc, od czego 

zacząć.

- Vader? - domyśliła się Juno i rozkasłała się od dymu.
- Nie martw się o niego - odparł Starkiller. Przeszedł przez śluzę i znalazł się w wąskim 

rękawie cumowniczym. Z przodu napływało świeże powietrze, ale przez cienkie ściany 
promieniowało gorąco. Uczeń schylił głowę i pospieszył w kierunku bezpiecznego lądowiska.

- Uznano mnie za zdrajczynię Imperium - poinformowała go Juno. - Nie mogę się nigdzie 

pokazywać, nic zrobić...

- W tej chwili w ogóle mnie to nie obchodzi - burknął uczeń.
- Pozostawiam Imperium za sobą. - Starał się mówić przekonującym tonem, bo Juno 

musiała mu zaufać bez wahania. - I potrzebuję kogoś, kto będzie pilotował mój statek.

Młoda kobieta przycisnęła twarz do jego ramienia. Wreszcie znaleźli się na pokładzie 

„Cienia Łotra”. Klapa włazu śluzy „Empirycznej” się zatrzasnęła, a eksplozje miniaturowych nitów 
odstrzeliły koniec rękawa cumowniczego.

- Witaj na pokładzie, mistrzu - odezwał się PROXY ze sterowni.
Uczeń domyślał się, że w takim stanie Juno nie da rady pilotować statku. Odwrócił się w 

stronę sterowni i zawołał:

- Zabierz nas stąd, PROXY!
- Rozkaz, mistrzu.
Android przesłał energię do jednostki napędu podświetlnego i wystartował.

ROZDZIAŁ 14

Juno obserwowała przez iluminatory „Cienia Łotra”, jak „Empiryczna” zostaje coraz 

bardziej w tyle. Obracając się i koziołkując, zmodyfikowany krążownik zmierzał prosto w stos 
atomowy słońca. Krótko po starcie „Cienia Łotra” zewnętrzny pancerz stacji samoistnie się zapalił i 
po sczerniałym kadłubie zaczęły wędrować żółte zygzaki. Z początku nie było widać płomieni z 
powodu braku tlenu, bo na razie płonęły tylko metal i plastik. Po chwili jednak eksplodował jeden z 
iluminatorów i pożar ogarnął szybko całą stację.

W końcu więzienie, w którym Juno spędziła sześć miesięcy życia, zmieniło się w ciemną 

plamkę na tle płonącej tarczy słońca. Po chwili cała stacja eksplodowała i zniknęła. Nie wyglądało 
to nawet specjalnie widowiskowo. Juno wyprostowała podkurczone nogi, zachwycona, że się 
stamtąd wyrwała. PROXY siedział na fotelu pilota, Starkiller obok niego, a ona zajmowała miejsce 
za nimi na rozkładanym fotelu. Nadgarstki miała grubo obandażowane i czuła się jak pasażerka.

Stanowczo zbyt długo wisiała w tamtej celi jak dawno zapomniana tusza nerfa. Doszła do 

wniosku, że najwyższa pora odzyskać panowanie nad swoim życiem.

- Wynoś się z mojego miejsca - warknęła do androida, który nalegał, żeby zostawić ją w celi 

i pozwolić jej zginąć na pokładzie „Empirycznej”. Nie miała do niego pretensji, bo PROXY robił 
tylko to, co nakazywało mu pierwotne oprogramowanie, ale to jeszcze nie oznaczało, że musi go za 

background image

to lubić.

- Tak jest, pani kapitan. - Android od razu wstał z fotela i usiadł na miejscu, które zwolniła, 

jednak nie przestał pobrzękiwać i pomrukiwać do siebie.

Juno wyciągnęła ręce i dotknęła urządzeń kontrolnych. Poczuła świerzbienie w palcach. 

Marzyła o tej chwili wiele tygodni, ale nie miała większej nadziei, że to się ziści.

Odwróciła się do Starkillera.
- Dokąd lecimy? - zagadnęła.
- Dokądkolwiek, byle jak najdalej stąd - odparł uczeń Vadera.
- Bardzo mi to odpowiada. - Juno wpisała pierwszy lepszy zestaw współrzędnych, jaki 

przyszedł jej do głowy, i usiadła wygodniej w fotelu. Kiedy wskoczyli do nadprzestrzeni, na widok 
znajomych smug światła o mało się nie zachłysnęła z radości. Pełna emocji uśmiechnęła się i 
pozwoliła, żeby statek zabrał ich w bezpieczne miejsce.

Dwa skoki później doszła do wniosku, że pora na rozmowę.
- Nic nie wskazuje, żeby ktoś nas ścigał - oznajmiła. Z ulgą zrezygnowała ze śledzenia 

obrazu na ekranie monitora doskonałych skanerów „Cienia Łotra”. - Jesteśmy teraz o wiele lat 
świetlnych od najdalszego miejsca, w którym mogłyby stacjonować imperialne siły zbrojne.

Starkiller przestał opatrywać ranę na prawym przedramieniu i uniósł głowę. Juno zauważyła 

z ulgą, że rozcięte miejsce krwawi. Na myśl o obrażeniach, jakie uczeń musiał odnieść z rąk byłego 
mistrza, zrobiło jej się słabo. Wiedziała, że pewne części ciała musi mieć w tej chwili syntetyczne, 
ale nie potrafiła powiedzieć które. Chyba że jego nowe ubranie skrywało coś więcej...

- No to czym się przejmujesz? - zapytał uczeń.
Juno się zarumieniła. Nie podobało jej się, że Starkiller umie czytać w jej myślach. 

Postanowiła wynaleźć następne zmartwienie.

- Nikt nie wie, że nadal żyjemy i co zrobiliśmy - przypomniała. - Mamy dla siebie 

praktycznie całą galaktykę. Dlaczego więc pierwszy raz w życiu nie mam pojęcia, dokąd lecieć?

Urwała speszona. Wciąż jeszcze nie mogła się pogodzić ze świadomością zdrady i dezercji.
Starkiller spojrzał na nią z błyskiem w oku. Wiedział, że Juno nigdy nie zdoła poznać jego 

myśli.

- Mam nadzieję, że masz jakiś plan - podjęła młoda pilotka, chwytając się ostatniej deski 

ratunku.

Uczeń pokiwał głową.
- Zależy mi tylko na dwóch rzeczach, ale nie dam rady osiągnąć ich sam - powiedział 

ponurym tonem. Czyżby zamierzał wystawić ją na próbę? - Pierwsza to zemsta. Musimy zdobyć to, 
co nam potrzebne, żeby przyciągnąć wrogów Imperatora.

Juno pokiwała głową, bo pomyślała o Callosie i o ojcu. Widziała, jak szybko i bezwzględnie 

Starkiller rozprawił się ze szturmowcami w sektorze więziennym „Empirycznej”, więc nie miała 
wątpliwości co do jego szczerości... ani umiejętności spełnienia groźby.

- Mów dalej - zachęciła.
- Prócz tego muszę nauczyć się wszystkiego, czego Vader nie chciał albo nie mógł mi 

przekazać na temat Mocy - dokończył Starkiller.

Juno oparła policzek na dłoni, a łokieć na poręczy fotela.
- Jeżeli nie będziesz ostrożny, możemy dalej robić to, co do tej pory... czyli polować na Jedi 

- stwierdziła.

Uczeń rozumiał ironię sytuacji.
- Wiem o jednym, który chyba nadal żyje - powiedział. - PROXY, pokaż nam hologram 

naszego pierwszego celu.

Odwrócili się w stronę androida, który zamigotał i jeszcze raz przyjął postać generała 

Rahma Koty.

Juno zmarszczyła brwi.
- Wydawało mi się, że go zabiłeś - zdziwiła się.

background image

- Kiedy z nim walczyłem w fabryce myśliwców TIE, Kota powiedział, że widzi moją 

przyszłość - odparł uczeń. - Dodał, że wyczuwa w niej siebie.

Juno widziała same dziury w jego rozumowaniu, ale nie miała lepszej propozycji.
- A zatem wracamy na Nar Shaddaa? - zapytała.
- Wracamy na Nar Shaddaa - potwierdził Starkiller.
Młoda pilotka wpisała współrzędne kursu do pamięci nawigacyjnego komputera, a on 

wrócił do opatrywania swojej rany. Kiedy wskoczyli do nadprzestrzeni, nawet nie uniósł głowy.

Juno uznała to za dowód zaufania.

ROZDZIAŁ 15

Z głową schyloną tak, że opierał ją o blat stołu, w najciemniejszym kącie cieszącej się złą 

sławą kantyny siedział mężczyzna, który chciał pozostać nierozpoznany. Sala Oparów była 
najlepszym miejscem do osiągnięcia tego celu. To właśnie tu gromadzili się Ugnaughtowie, ale sala 
przyciągała także Rodian i ludzi. Do tej spelunki chętnie przychodzono po godzinach, bo można 
było tu znaleźć zaciszne, ciemne kąciki. W gęstym powietrzu unosiły się aromatyczne wyziewy, 
które poruszały się tylko wówczas, kiedy zataczający się goście przez nie przechodzili. Muzyka 
umilała życie istotom najróżniejszych ras, a barmani wodzili po sali ponurymi spojrzeniami, 
wycierając zatłuszczone szklanki i rozlewając trunki przy nalewaniu.

Przed mężczyzną stał kufel z resztkami andoańskiego piwa. Mężczyzna usiłował ukrywać 

twarz. Ilekroć wstawał i podchodził do lady, żeby zamówić następnego drinka - co w ciągu kilku 
ostatnich godzin robił coraz rzadziej - bardzo się starał, żeby inni goście nie mogli mu się przyjrzeć. 
Z jego niegdyś starannie zaplecionego warkocza wymykały się kosmyki tłustych włosów, a 
niedopasowane ubranie było poplamione.

Nikt w Sali Oparów nie wiedział, kim jest mężczyzna ani co zrobił. Nikt też nie pamiętał, z 

kim przyleciał do Miasta w Chmurach. Nikogo zresztą to nie obchodziło. Goście chcieli tylko, żeby 
zostawiono ich w spokoju i pozwolono pić, dopóki nie nadejdzie pora ich następnej zmiany.

Mężczyzna, który pragnął się stać niewidoczny, odwrócił się plecami do galaktyki, ale 

galaktyka nie odwróciła się od niego. Mimo usilnych starań ktoś go zauważył. Nie dało się tego 
uniknąć. Na Bespinie nie widywało się wielu okaleczonych w podobny sposób mężczyzn, a w 
dodatku nikt jeszcze nie widział takiego, który potrafiłby nalać sobie szklaneczkę koreliańskiej 
brandy i nie uronić ani kropli trunku...

Zaczęła się szerzyć plotka, że pojawienie się mężczyzny oznacza kłopoty.

Uczeń wszedł powoli do Sali Oparów. Zaglądał w mroczne kąty, usiłując zobaczyć twarze 

siedzących tam osób. Atmosfera kantyny była gęsta od wielu negatywnych emocji, ale nie należało 
do nich zagrożenie. W pierwszej chwili zwróciły się na niego oczy wszystkich gości, ale kiedy 
pewien starszawy Ugnaught o zadartym nosie i wydatnym brzuchu uniósł nad głowę szklaneczkę i 
wzniósł toast na cześć miejscowego Króla Ozz, pozostali goście przestali się interesować 
przybyszem i radośnie zamruczeli na znak zgody. Chwilę później wszyscy znów patrzyli tylko na 
zwieńczone pianą kufle, dymiące fajki i wyświetlacze chronometrów.

Najbliższy barman wyciągnął w stronę ucznia mackę, ale Starkiller wykonał gest, żeby 

Mocą zachęcić go do zwrócenia uwagi na kogoś innego. Nie zamierzał nic pić. Przybył tu w innym 
celu. Myślał o pierwszej prawdziwej próbie, jakiej miał zostać poddany nowy plan jego mistrza.

Podróż trwała długo i wymagała stawienia czoła wielu wyzwaniom. Żadne nie było jednak 

równie ważne ani niebezpieczne jak to.

- A co się stanie, jeżeli cię rozpozna? - zapytała nerwowo Juno, zanim zszedł z pokładu 

„Cienia Łotra”.

- Nie rozpozna - zapewnił uczeń, pamiętając o spalonych oczach generała i braku blizn na 

swoich dłoniach. Dzięki staraniom lorda Vadera jego ciało zmieniło się pod wieloma subtelnymi 

background image

względami. Najważniejsze jednak, że jego aura w Mocy, jaką emanował podczas walki w fabryce 
myśliwców TIE nad księżycem Nar Shaddaa, także bardzo się zmieniła.

Spokój. Pewność siebie. Nadzieja.
Jeżeli wierzyć obrazowi z kamery systemu bezpieczeństwa, do którego włamała się Juno, w 

ciągu ostatnich dwudziestu minut Kota ani razu się nie poruszył. Uczeń stwierdził z ulgą, że 
nagranie nie zostało zapętlone. Pijany generał siedział dokładnie tam, gdzie uczeń spodziewał się 
go zastać. I wcale nie wyglądał na zaniepokojonego.

Uczeń powiódł spojrzeniem po kantynie, aby się upewnić, że nikt nie zwraca na niego 

uwagi. Podszedł do stolika i kopnął w nogę generała, żeby go obudzić.

Upadły Jedi drgnął i uniósł głowę. Był żałosnym cieniem dawnego generała. Miał 

zapadnięte policzki z krótkim, szczeciniastym zarostem. Owinięte wokół głowy brudne bandaże 
ukrywały jego oczy przed spojrzeniami wścibskich osób.

- Generał Kota? - zagadnął Starkiller.
- Zapłaciłem za ten stolik - wybełkotał mężczyzna. - Kimkolwiek jesteś, spadaj.
- Generale, w poszukiwaniu pana przeleciałem pół galaktyki, począwszy od Nar Shaddaa, a 

skończywszy na Zioście...

- Kim jesteś, chłopcze? - Kota zmarszczył brwi. - Łowcą nagród?
- Niezupełnie, ale obserwowałem pana. - Uczeń pochylił się nad stolikiem i zniżył głos. - 

Myślę, że możemy nawzajem sobie pomóc, Jedi.

Kota skrzywił się i wskazał zabandażowane oczy.
- Jaki tam ze mnie Jedi - wybełkotał. - Już nim nie jestem... od chwili, kiedy mi się to 

przydarzyło.

- Nie potrzebuję pańskich oczu, ale pana mózgu... i wszystkiego, co pan wie o metodach 

walki z Imperium - odparł Starkiller.

Kota rozsiadł się wygodniej na krześle. Wyglądał raczej na zmęczonego niż pijanego.
- Nikt, kto walczy z Imperium, nie wygrywa, chłopcze - powiedział.
Nagle obok drzwi powstało jakieś zamieszanie. Uczeń spojrzał w tamtą stronę. Do kantyny 

wkroczyło w zwartym szyku sześciu szturmowców. Po obu stronach pododdziału szły dwunożne 
roboty kroczące. Ruchami każdego sterowało dwóch gburowatych Ugnaughtów. Dowódca 
szturmowców złapał za rękę krępego ochroniarza i zaczął mu zadawać pytania, a roboty przez ten 
czas omiatały spojrzeniami zadymioną salę.

Uczeń przeklął wyczucie czasu imperialnych żołnierzy. Juno przechwyciła wprawdzie 

meldunek jakiegoś patrolu, który informował dowództwo o pojawieniu się Koty, ale szturmowcy 
nie zdążyli go do tej pory aresztować.

Westchnął, wyprostował się, odpiął od pasa rękojeść świetlnego miecza i ustawił się tak, 

żeby zasłonić Kotę przed spojrzeniami szturmowców.

- Miejmy nadzieję, że się mylisz, generale - powiedział.
Zapalił klingę świetlnego miecza z charakterystycznym trzaskiem, na tyle głośnym, żeby 

zwrócić na siebie uwagę wszystkich gości kantyny. W mrocznym kącie zapłonęła zielona kolumna 
blasku broni stanowiącej kiedyś własność mężczyzny, któremu uczeń zrujnował życie.

Kota się skulił, jakby ktoś go uderzył, i zanurkował pod stolik. W tej samej chwili 

imperialni żołnierze otworzyli ogień. Kiedy odbite błyskawice blasterowych strzałów zaczęły 
rykoszetować od ścian sali, Ugnaughtowie rozbiegli się w poszukiwaniu kryjówek. Rozległ się 
trzask tłuczonych szklanek, z których wypłynęły barwne drinki. Łatwopalne płyny szybko stanęły 
w ogniu, co tylko spotęgowało zamieszanie.

- Wyjdź spod stolika, generale! - krzyknął uczeń, z trudem przekrzykując panujący hałas. - 

W tej chwili strzelają tylko do mnie, ale na pewno przyszli tu po pana!

Chwilę później musiał zwrócić całą uwagę na szturmowców i ich miejscowych 

sojuszników. Mechaniczni „Uggernaughtowie” byli potężnie uzbrojeni i mieli grube pancerze, więc 
wyeliminowanie ich z dalszej walki było sprawą najważniejszą. Jednego przewrócił na bok 
pchnięciem Mocy, drugiemu zaś przeciążył systemy elektryczne. Równocześnie zachęcił Mocą 
szturmowców, żeby się rozproszyli. Osmalona sierść Ugnaughtów cuchnęła tak okropnie, że z 

background image

trudem dało się oddychać. Zza drzwi lokalu słychać było rytmiczne kroki świadczące o tym, że 
zbliżają się posiłki.

Ten, kto podjął decyzję o schwytaniu Koty, najwyraźniej nie zamierzał ryzykować.
- Niech się pan pospieszy! - krzyknął uczeń w kierunku kulącego się generała. - Proszę 

kierować się dźwiękiem klingi mojego miecza świetlnego! - Odwrócił się tyłem do Koty, w nadziei, 
że instynkt samozachowawczy mężczyzny pozwoli mu się samemu zatroszczyć o siebie. Sam 
musiał pokonać Imperialców, w dodatku powinien to zrobić tak, żeby nie zranić niewinnych gości. 
Gdyby o to nie zadbał, nie mógłby być partnerem kogoś, kto został kiedyś wyszkolony na sposób 
Jedi.

Przedzierając się w kierunku tylnego wyjścia z kantyny, wyjął komunikator, połączył się z 

„Cieniem Łotra” i poinformował Juno, że musi go szybko zabrać.

- Z tego samego miejsca, w którym cię zostawiłam? - upewniła się pilotka.
- Chyba że zrobi się tam zbyt gorąco - zastrzegł Starkiller. Zwalił sufit na głowę jednego ze 

szturmowców i korzystając z telekinezy, obrzucił drugiego bryłami gruzu. - Trzymaj się blisko i 
czekaj na mój sygnał.

- Zrozumiałam - odparła Juno. - Bez odbioru.
Uczeń obejrzał się za siebie. Kota wygramolił się spod stolika i wyciągając przed siebie 

powykręcane ręce, czołgał się za nim, niczym przerażony krab kopalniany. Uczeń miał nadzieję, że 
Moc pomoże generałowi. Wyjrzał przez drzwi i od razu się zorientował, że jego zadanie nie będzie 
łatwe. Za beczkami i okratowanymi skrzyniami w magazynie na zapleczu kryło się przynajmniej 
dwudziestu czterech szturmowców. Szereg mechanicznych Uggernaughtów był gotów do 
rozprawienia się z nim, jeśli tylko mrugnie.

Nie miał czasu na wahanie. Zaczerpnął porcję energii Mocy, żeby rozbić beczki, rozerwać 

skrzynie na kawałki i wypełnić magazyn ich szczątkami. Ścigany przez błyskawice blasterowych 
strzałów w trzech długich susach pokonał odległość od przeciwników i wskoczył na najbliższego 
Uggernaughta. Jednym cięciem klingi świetlnego miecza uwolnił pilota i artylerzystę, po czym 
posłużył się Mocą, żeby odwrócić machinę w drugą stronę. Dał ognia z pokładowych działek i 
zmusił pozostałe automaty do wycofania się w fontannach iskier.

Zeskoczył z robota, aż machina się zachwiała. Oddał na oślep kilka strzałów. Zauważył, że 

Kota z trudem dotrzymuje mu kroku. Złapał generała za rękę, niemal wywlókł go z magazynu i 
zmusił, żeby pobiegł korytarzem. Wiedział, że niedaleko znajduje się towarowy dok Sali Oparów, i 
chociaż musiał się Uczyć z tym, że zastanie w nim silny oddział szturmowców, wylądowanie tam 
„Cieniem Łotra” nie było niemożliwe. Cała dłuższa ściana boczna doku była otwarta, więc widział 
usiane chmurkami złociste niebo. Wystarczyłby tylko wspomagany przez Moc szybki skok...

Kiedy jednak zobaczył stojącą w otoczeniu szturmowców postać w czarnych szatach, 

zamarł. Na jego widok ubrany na czarno mężczyzna pochylił głowę w czarnym hełmie i zapalił 
czerwoną klingę świetlnego miecza. Szturmowcy uklękli i dali ognia.

Na najkrótszą z możliwych chwilę uczeń stał jak skamieniały. Poczuł się, jakby znów został 

zdradzony, a jego żołądek podszedł do gardła.

Zaraz jednak rozum i przeczucie podpowiedziały mu, że to nie Vader. Uczeń zauważył, że 

kolumna szkarłatnego blasku stanowi przedłużenie czarnej piki, nie z metalowego cylindra 
rękojeści świetlnego miecza. Hełm mężczyzny był gładki i zaokrąglony, ale brakowało mu 
mrożącej krew w żyłach finezji hełmu jego mistrza. Zamiast dwóch lekko wypukłych, owalnych 
fotoreceptorów hełm miał tylko jedną wąską szczelinę przesłony, co sugerowało, że kryje się za nią 
twarz zwyczajnego mężczyzny, nie Vadera. Wojownik nosił pod fałdzistą peleryną bojowy pancerz. 
Dokładnie takie same pancerze, ale czerwone, nie czarne, mieli gwardziści Imperatora.

W końcu uczeń na wpół automatycznie wysunął klingę swojego miecza świetlnego. 

Poruszając się bardzo powoli, jakby powietrze miało gęstość melasy, zaczął odbijać serie 
blasterowych błyskawic z powrotem w kierunku szturmowców, którzy je wystrzelili. Jeden po 
drugim imperialni żołnierze walili się na bok lub na wznak z dymiącymi dziurami w stawie 
barkowym czy łokciowym. Uczeń ledwo słyszał ich okrzyki bólu.

Za to czarny wojownik odbijał każdą błyskawicę, którą uczeń posyłał w jego stronę. Kiedy 

background image

pokonał ostatniego szturmowca, czarny wojownik ruszył ku niemu z opuszczoną świetlną piką, 
jakby zamierzał się rzucić do ataku.

- Trzymajcie się z daleka od tego doku - ostrzegł uczeń Juno i Kotę. - Musimy wybrać inne 

miejsce na spotkanie.

- Niedaleko ciebie znajduje się lądowisko dla transportowych balonów - poinformowała 

pilotka, kiedy uczeń skrzyżował klingę świetlnego miecza z klingą broni czarnego wojownika. - Co 
to za hałas? - zapytała. - Chyba nie toczysz pojedynku z Kotą, co?

- Trudno w tej chwili to wyjaśnić - burknął uczeń, bo nie miał pojęcia, co powiedzieć. - Leć 

na to lądowisko dla balonów i czekaj tam na mnie.

Przerwał połączenie, żeby zablokować cios z góry na dół, po którym o miało nie runął na 

plecy. Rozglądając się w poszukiwaniu Koty, z ulgą stwierdził, że generała nigdzie nie widać. 
Postanowił wezwać na pomoc całą potęgę Ciemnej Strony. Wykorzystując poczucie zdrady i 
wstrząs, jaki przeżył na widok czekającej na niego, na pozór znajomej postaci - śmiertelnie 
niebezpiecznego czarnego zabójcy, który mógł, ale nie musiał mieć coś wspólnego z Darthem 
Vaderem - pchnął go całą potęgą, na jaką mógł się zdobyć.

Uwolnił tyle energii, że aż usłyszał dzwonienie w uszach. Metalowe płyty lądowiska pod 

jego stopami zakołysały się, nity wyskoczyły z otworów, a spawy puściły. Jego przeciwnik rozłożył 
ręce na boki i pofrunął do tyłu. Przetoczył się po lądowisku i znów wstał, a klinga jego świetlnej 
piki wycięła w metalowej posadzce długą falistą linię.

Czarny mężczyzna wyciągnął przed siebie lewą rękę i posłał w stronę ucznia błyskawicę 

Sithów. Starkiller wyszczerzył zęby w pogardliwym uśmiechu, bo się spodziewał właśnie takiej 
taktyki walki. Odpowiedział własną błyskawicą Sithów. Zygzakowate linie spotkały się w pół drogi 
i zmieniły w plującą iskrami, trzeszczącą kulę czystej energii, która jakiś czas tylko tańczyła 
między nimi, zbliżając się to do jednego, to znów do drugiego wojownika. W powietrzu rozeszła się 
ostra woń ozonu.

Zakapturzony zabójca stęknął ciężko i zdwoił wysiłki. Uczeń zrobił to samo. Łatwość, z 

jaką odpychał coraz dalej błyskawicę napastnika, wprawiła go w zdumienie. Czarny wojownik 
władał wprawdzie klingą Sithów, ale dysponował mniejszą potęgą niż powinien, przystępując do 
takiej walki.

Skwiercząca od nadmiaru energii kula z dwóch błyskawic, dryfowała powoli w powietrzu, 

coraz bliżej czarnego wojownika. W pewnej chwili mężczyzna pochylił się do przodu, palce lewej 
ręki zagiął jak szpony, a prawą skierował klingę swojej świetlnej piki w strzelający z palców lewej 
zygzakowaty strumień światła, żeby w desperackim ataku dodać jego energię do energii 
błyskawicy. Na próżno. Skwiercząca kula wciąż się do niego zbliżała, pchana potęgą Ciemnej 
Mocy i woli ucznia Vadera. Kiedy w końcu dotarła do końca świetlnej piki czarnego wojownika, 
cała spętana dotąd energia wdarła się w głąb jego ciała.

Wojownik wydał zdławiony krzyk i poderwał się w powietrze. Zginął, zanim jego stopy 

zetknęły się znów z płytą lądowiska.

Uczeń opuścił ręce i poczuł, że napięcie opuszcza jego ciało. Skontaktował się z Juno i 

podążył za jej wskazówkami na miejsce spotkania. Nie było to daleko, ale po drodze mógł się 
spodziewać kilku zasadzek. Podziękował pilotce, przebiegł przez pokład obserwacyjny i 
przerzucony nad przepaścią pomost, nie zwracając uwagi na piękne widoki. Zastanawiał się nad 
wszystkim, co się wydarzyło, próbując znaleźć w tym chociaż trochę sensu.

Nieznajomy mężczyzna, walczący bronią ze zmodyfikowaną szkarłatną klingą i posługujący 

się błyskawicami Sithów, wyglądał jak gwardzista Imperatora, ale był ubrany na czarno, nie na 
czerwono. Nie można było wykluczyć, że pokonanego przeciwnika łączy coś z Sithami. Czyżby w 
ciągu ostatnich sześciu miesięcy, jakie Starkiller spędził na pokładzie „Empirycznej”, Darth Vader 
wyszkolił drugiego ucznia? To było mało prawdopodobne, bo dlaczego miałby mu kazać stoczyć 
pojedynek z pierwszym, którego ocalił od zagłady? Tylko jedna osoba mogła być mistrzem takiego 
wojownika.

Imperator.
Istoty obdarzone niezwykłymi umysłami myślały podobnie. Uczeń podchodził właśnie do 

background image

pierwszego z możliwych miejsc, gdzie mógł się spodziewać zasadzki. Niedaleko był 
klimatyzowany wymiennik ciepła. Musiał go wyminąć szerokim, długim przejściem prowadzącym 
obok ogromnych wentylatorów. Skoro Darth Vader wysłał ucznia z zadaniem odnalezienia i zabicia 
ostatniego Jedi, to może Imperator miał takie same zamiary w stosunku do swojego ulubieńca?

Jeżeli tak, będzie rozczarowany wynikami. Kota nie władał już świetlnym mieczem jak 

podczas pojedynku na Nar Shaddaa, ale emisariusz Palpatine’a i tak zginął. Ten wypadek powinien 
dać do zrozumienia Imperatorowi, że jego życie jest zagrożone... a tego życzyłby sobie Darth 
Vader.

Zakładając naturalnie, że Kota przeżyje. Uczeń mógł tylko mieć nadzieję, że generał 

skieruje się w stronę lądowiska dla balonów innym szlakiem i że po drodze nie da się zabić...

Przy wymienniku ciepła czekał na niego jeszcze jeden oddział szturmowców, wspierany 

przez trzy zmechanizowane roboty „Uggernaughty”. Uczeń rozprawił się z nimi bez pośpiechu. 
Tym razem nie musiał nikomu dawać niczego do zrozumienia. Szturmowcy po prostu mu 
przeszkadzali.

Ostatniego Uggernaughta rzucił na wirujące łopaty wentylatora o wysokości co najmniej 

siedmiu metrów. Wentylator eksplodował w kuli ognia, a jednocześnie o mało nie rozpadł się jego 
stojący trochę dalej bliźniak. Z chmury metalowych szczątków wyskoczył drugi nasłany przez 
Imperatora zabójca Sith, unosząc klingę świetlnej piki do zadania ciosu. Uczeń powitał go fontanną 
iskier i błyskawicą Sithów.

Pojedynkując się jak Sith z Sithem, uczeń raz po raz zmieniał miejsce walki i 

wykorzystywał całą szerokość metalowej przestrzeni. Ten czarny wojownik był sprawniejszy niż 
poprzedni. Był zwinny i szybki, a przy tym umiał korzystać z potęgi telekinezy. Rzucał w 
przeciwnika czym się dało i ze stron, z których uczeń najmniej się spodziewał ataku. Był trudny do 
pokonania, dopóki Starkiller nie wyrwał z zamocowań drugiego wentylatora i nie posłał go w 
powietrzu w stronę przeciwnika. Czarny wojownik był tak zaskoczony, że odskoczył w bok 
dopiero, kiedy było za późno. Jedna wirująca łopata odcięła mu prawą nogę na wysokości kolana. 
Od tej pory zwycięstwo było tylko kwestią czasu.

Uczeń zostawił pocięte na kawałki ciało czarnego wojownika i pospieszył dalej. Musiał 

przejść przez warsztat naprawczy pełen zdenerwowanych Ugnaughtów. Z drugiej strony warsztatu 
prowadziła rampa prosto na lądowisko dla balonów.

Kiedy wyszedł na otwartą przestrzeń, zobaczył kolejny oddział szturmowców, dwóch 

następnych czarnych wojowników Imperatora i co najmniej sześć Uggernaughtów. W powietrzu 
unosiły się dwa wyładowane sprzętem transportowe balony. Ich silniki były w ruchu, żeby 
utrzymywać statki w jednym miejscu. Prawdopodobnie piloci czekali na możliwość lądowania. 
Uczeń nigdzie nie widział generała Koty. Ugiął nogi w kolanach i przyjął postawę do walki.

- Na pewno chcecie się ze mną zmierzyć? - zagadnął zagradzających mu drogę 

przeciwników.

Odpowiedź nadeszła w postaci ulewy blasterowych błyskawic z karabinów szturmowców, 

strzałów z działek Uggernaughtów i połączonego ataku obu zabójców. Uczeń okręcił się na pięcie, 
podskoczył i wypełnił powietrze energią odbijanych strzałów. Przestał myśleć, a jego związek z 
Mocą stał się silniejszy niż kiedykolwiek dotąd. Poruszał się z gracją, kierując się wyłącznie 
odruchami. Nurkował pod ciosami świetlnych pik, podrywał w powietrze szturmowców i rzucał ich 
na Ugnaughtów, strącał roboty kroczące poza krawędź lądowiska, a w pewnej chwili zrzucił na 
głowy przeciwników grad transportowanych przedmiotów z jednego z balonów. Jego załoga 
uciekła z pokładu niewielkim śmigaczem ratunkowym. Uczeń zauważył, że balon jest opuszczony, 
i wpadł na iście szatański pomysł. Kiedy jego przeciwnicy się przegrupowali, żeby przystąpić do 
następnego skoordynowanego ataku, posłużył się energią Ciemnej Strony, ściągnął balon z 
powietrza i cisnął im na głowy... a po eksplozji jednym potężnym pchnięciem telekinezy zepchnął 
wszystko poza krawędź płyty lądowiska.

Stanął na niewielkiej wolnej przestrzeni i zaczął wydychać czystą energię. Wiedział, że krąg 

płonących szczątków szybko opada w rzadkiej, chłodnej atmosferze Bespina. Triumf i satysfakcja 
wypełniły go niczym czysty hel. Miał ochotę podskoczyć z radości.

background image

- Ilu ich było? - zapytał niespodziewanie ktoś za jego plecami.
Uczeń odwrócił się. Na płytę lądowiska wchodził, potykając się, Kota. Na jego widok uczeń 

od razu oprzytomniał. Odnosił wrażenie, że ukryte za brudnymi bandażami puste oczodoły mistrza 
Jedi świdrują go, jakby chciały przeniknąć na wylot.

Wyprostował się i opuścił klingę świetlnego miecza. Nie wiedział, czy Kota nie będzie miał 

mu za złe, że uśmiercił tyle osób i spowodował tyle strat.

- Straciłem rachubę - powiedział.
- Nieważne - mruknął generał. - Będzie ich więcej. Imperator dysponuje bardzo liczną 

armią.

Uczeń posłał mu groźne spojrzenie. Z naganą może by się pogodził, ale czym innym był 

brak wiary we własne siły.

- Musimy stąd uciekać, generale - powiedział.
- Tylko głupiec chciałby się podjąć takiego zadania - odparł Kota. - Zginiesz... albo jeszcze 

gorzej. I co to zmieni? Nic.

Uczeń włączył i wyłączył komunikator, chcąc trzaskiem zwrócić uwagę Juno.
- Wolałbym raczej zginąć, niż topić się w alkoholu w jakiejś kantynie, staruszku - 

powiedział. - Jesteś ze mną czy nie?

Kota zrobił krok do przodu i się potknął. Wyglądał na zagubionego.
- Masz jakieś imię, chłopcze? - zapytał.
- Nie.
Uczeń znów odniósł uczucie, jakby generał kierował na niego oczy, których nie miał.
- No cóż, nie można ci odmówić ochoty ani umiejętności walki - powiedział Kota. - 

Potrafisz się rozprawiać ze szturmowcami. Mam znajomego w Senacie, któremu może się przydać 
twój świetlny miecz. Gdzie znajduje się twój statek?

Uczeń uśmiechnął się lekko, bo w tej samej chwili „Cień Łotra” wychynął znad krawędzi 

lądowiska i zawisł w powietrzu za jego plecami. Repulsory statku cicho skowyczały, a rampa 
właśnie się otwierała. Doskonałe wyczucie czasu, dziewczyno, pomyślał. Gdyby tylko Kota mógł to 
widzieć...

Ujął starszego Jedi pod ramię i wprowadził pierwszego ze swoich przyszłych rebeliantów na 

pokład statku.

ROZDZIAŁ 16

Były generał i mistrz Jedi wyglądał i cuchnął jak bezdomny włóczęga, ale Juno wkrótce się 

przekonała, że nawet w takim stanie Kota ma umiejętności, o których ona może tylko pomarzyć. Po 
pierwsze, przeżył pojedynek ze Starkillerem. Po drugie, przeleciał praktycznie pół galaktyki bez 
korzystania z pomocy oczu. Po trzecie, znał kody i metody szyfrowania, których ona nigdy by nie 
potrafiła złamać...

Godzinę po zatankowaniu statku i opuszczeniu Miasta w Chmurach Kota usiadł za nią na 

rozkładanym fotelu i zaczął coś błyskawicznie wystukiwać na klawiaturze. Okazało się, że wysyła 
wiadomości pod nieznane adresy. Od czasu do czasu Juno się odwracała, żeby coś dostrzec na 
ekranie jego notesu, ale widziała tylko niemożliwe do rozpoznania symbole. Nie rozpoznawała 
także dźwięków z miniaturowej słuchawki, którą mu pożyczyła. Generał wyraźnie starał się, żeby 
nikt go nie zrozumiał.

W końcu Juno miała tego dość.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytała.
- Nie. - Kota rozparł się na fotelu i odepchnął od siebie klawiaturę. - Skończyłem.
- Kontaktował się pan ze swoim znajomym? - zagadnął Starkiller, nachylając się ze swojego 

fotela w stronę generała.

Kota ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył.
- Celem naszego lotu jest Kashyyyk - powiedział tylko.

background image

- Ojczyzna Wookiech? - Juno poczuła dreszcz. - Kashyyyk znajduje się teraz pod rządami 

Imperium, prawda? - zapytała.

Kota pokiwał głową.
- To będzie niebezpieczne - wyraziła obawę pilotka.
Starszy Jedi uśmiechnął, ale nie był rozbawiony.
- Cała galaktyka jest niebezpieczna, kiedy ktoś sobie zrobi wroga z samego Imperatora - 

zauważył. Machnął ręką, żeby zniechęcić ją do zadawania następnych pytań. - Nie zawracaj mi 
teraz głowy. Jestem zmęczony i mam migrenę. Nie macie przypadkiem na pokładzie butelczyny 
andoańskiego piwa?

- Nie - odparł Starkiller z niechęcią.
- No to dajcie mi się przespać - odparł generał. - Przynajmniej tyle jesteście mi winni.
Rozłożył fotel, podłożył ręce pod głowę i niemal natychmiast zaczął chrapać.
Starkiller wzruszył ramionami i uprzedził pilotkę, że wraca do swojej medytacyjnej kabiny, 

aby się przygotować na spotkanie z nowymi wyzwaniami.

Kiedy wyszedł, na fotelu drugiego pilota usiadł PROXY. Juno była ciekawa, jak ma się 

przygotować na coś, o czym nic nie wie.

Za iluminatorem statku przesuwała się zniekształcona perspektywa nadprzestrzeni. Była 

zarazem niepokojąca i uspokajająca. Może i wyglądała znajomo, ale samo środowisko było 
wyjątkowo nieprzyjazne dla ludzkiego życia. Z drugiej strony trudno było także żyć, nieustannie 
uciekając. Kota wyglądał na osobę równie godną zaufania co utopiony Wookie. On i jego 
tajemniczy znajomy mogli prowadzić ich prosto w pułapkę. Przemierzając galaktykę na polecenie 
tego żałosnego inwalidy, Juno i Starkiller nie wiedzieli, na co się narażają...

Młoda pilotka powiedziała sobie, że nie powinna być taka niemiła dla starego Jedi. Wszyscy 

wiele przeżyli, a ona nie miała dużego wyboru. Na własnej skórze odczuła, jak Darth Vader 
nagradza lojalność. Powrót na łono Imperium w towarzystwie dwóch ściganych osobników 
oznaczałby dla niej pewną śmierć przez rozstrzelanie. W końcu zasnęła, ale dręczyły ją koszmary. 
Zbyt dużo czasu spędziła w więziennej celi, za długo się obawiała, że kres jej cierpieniom położy 
strzał z blastera. A czasami tylko o tym marzyła.

Starkiller nigdy nie mówił, co się dzieje w jego głowie, ale Juno podejrzewała, że i on jest 

zaniepokojony. Nie był towarzyski i nie umiał się przystosować do życia w jakiejkolwiek 
społeczności. Nie miał ochoty mówić o swoich uczuciach, swojej przeszłości ani o czymkolwiek 
oprócz chwili obecnej. Juno pomyślała, że znosi jego obecność tylko dlatego, że ocalił jej życie.

Nigdy jej nie powiedział - chociaż kilka razy go o to pytała - jakim cudem przeżył po 

straszliwej ranie, którą mu zadał jego mistrz. Nie znając faktów, Juno mogła się tylko domyślać. 
Znakomita proteza nie była jedyną odpowiedzią, jaka się nasuwała. Młoda pilotka zastanawiała się, 
czy Starkiller może być do tego stopnia silny Mocą, żeby oszukać ostatecznego wroga - śmierć. 
Czy właśnie dzięki temu przeżył walkę z tyloma nieprzyjaciółmi? A może jakiś nielojalny 
funkcjonariusz Imperium natknął się na jego ciało w pustce przestworzy i przetransportował je do 
tajnego laboratorium, gdzie mężczyzna został ożywiony bez wiedzy swojego byłego mentora?

Inne możliwości były zbyt dziwne i straszne, żeby je rozważać.
Czasami z niespokojnego snu budziły ją krzyki Starkillera. Dobiegały z jego medytacyjnej 

kabiny i rozbrzmiewały echem po całym statku. Czasami mężczyzna wykrzykiwał imię Vadera, a 
kiedy indziej, dręczony strachem, desperacją czy gniewem, wzywał ją. Najczęściej jednak krzyczał 
przeraźliwie, jakby ktoś wycinał mu serce.

Serce Juno krwawiło, kiedy to słyszała. Od spotkania z tym człowiekiem jej życie rozpadło 

się na kawałki, mimo to młoda pilotka czuła się w obowiązku za nim podążać. Jeżeli jednak 
Starkiller uważa, że będzie niańczyła zrzędliwego starego Jedi na granicy demencji, wkrótce się 
przekona, jak daleko sięgają granice jej lojalności...

Siedzący obok niej PROXY nagle się poruszył. Juno wyrwała się z zadumy i dręczona 

wyrzutami sumienia, udawała, że cały czas czuwa. Android nie zwrócił jednak na nią uwagi. Wstał 
z fotela drugiego pilota i skierował się na rufę. Sądząc po odgłosie kroków, udał się do 
medytacyjnej kabiny. Juno usłyszała, że drzwi się otwierają i PROXY wchodzi do środka.

background image

Chwilę się wahała, zanim włączyła monitor, na którym mogła widzieć wszystko, co się 

dzieje w tej kabinie. Pomieszczenie było pogrążone w półmroku, a zwrócony plecami do drzwi 
Starkiller klęczał z zamkniętymi oczami. Ledwo widoczna sylwetka androida rozjarzyła się na 
sekundę i zaczęła się zmieniać. Już po chwili android wydawał się kilka centymetrów wyższy i 
bardziej rozrośnięty w ramionach. Miał brodę, długie włosy, a na sobie standardowy płaszcz 
rycerza Jedi. Na jego twarzy malowały się stanowczość i powaga.

Starkiller otworzył oczy, ale się nie poruszył, dopóki PROXY nie chwycił oburącz rękojeści 

świetlnego miecza, nie zapalił jaskrawozielonej klingi i nie ustawił jej pionowo po prawej stronie 
ciała. Dopiero wówczas uczeń zerwał się na nogi i ruszył do walki tak szybko, że Juno nie 
zauważyła kiedy. PROXY zadawał mu ciosy z szybkością i siłą, które zadawały kłam jego 
konstrukcji. Obracając się, przetaczając po podłodze i wykonując młynki po całej kajucie, 
nieustannie atakował. Zadawał zamaszyste ciosy, równie szybkie jak silne. Starkiller musiał się 
bardzo natrudzić, żeby wszystkie zablokować. W błyskach ostrzy Juno zauważyła na jego czole 
krople potu.

W jej słuchawkach skwierczały i pomrukiwały klingi świetlnych mieczy. Młoda pilotka 

zmniejszyła natężenie dźwięku, żeby Kota się nie obudził. Nie pierwszy raz była świadkiem 
pojedynku Starkillera z jego szkoleniowym androidem. W pierwszych dniach po odlocie z 
„Empirycznej” obaj walczyli jak derwisze. Niewątpliwie te ćwiczenia pomagały się uczniowi 
odprężyć. Juno i tak się obawiała, że ciśnienie w mózgu Starkillera będzie nadal rosło, aż w końcu 
jego głowa eksploduje.

W przeciwieństwie do niego Juno nie nauczyła się odprężać. Starkiller nigdy nie przegrywał 

- na swoje szczęście, bo PROXY z rozbrajającą szczerością opowiadał, że zamierza zabić swojego 
pana, jeżeli kiedykolwiek znajdzie szczelinę w jego pancerzu. Juno nie chciała nawet myśleć, jak 
będzie wyglądało jej życie po takim nieszczęśliwym wypadku, więc na razie tolerowała 
powtarzające się od czasu do czasu treningi, chociaż wcale jej to nie zachwycało.

Tymczasem PROXY nie zatrzymywał się nawet na sekundę. Atakował Starkillera z 

pokładu, ze ścian i z sufitu, a nawet z powietrza. Juno obserwowała ten morderczy taniec, w którym 
najmniejsze potknięcie mogło oznaczać śmierć. Starkiller walczył już tak długo, że Juno zaczęła się 
martwić. Niebawem zmienił styl walki, żeby lepiej się dostosować do sposobów androida... 
Dopiero wtedy Juno zauważyła różnicę między tym, co ludzkie, a tym, co mechaniczne. Tam, gdzie 
PROXY był tylko szybki, Starkiller także poruszał się z gracją. Kiedy android tylko ciął i zadawał 
pchnięcia, jego przeciwnik pozwalał sobie na fantazyjne wypady. Podczas każdego ruchu automat 
angażował całe ciało, ale Starkiller potrafił wyprowadzać atak jednym palcem albo blokować ciosy, 
przesuwając stopę najwyżej o centymetr.

Koniec walki nastąpił niespodziewanie, kiedy zielona klinga świetlnego miecza Starkillera 

wbiła się głęboko w brzuch nieznanego Jedi. Uczeń cofnął klingę i zrobił krok do tyłu. Drugi 
świetlny miecz sam zgasł i z głośnym brzękiem upadł na metalową podłogę. Wirtualny przeciwnik 
Starkillera runął na twarz, ale zanim upadł na pokład, PROXY powrócił do poprzedniej postaci. 
Juno usłyszała stłumiony głos androida:

- Znów pana zawiodłem, mistrzu. Przepraszam.
- To nie twoja wina. - Starkiller wyciągnął rękę i pomógł automatowi wstać. - Ataru nie 

spisuje się dobrze bez wsparcia Mocy. Mimo to udało ci się stworzyć wiarygodną namiastkę, 
zważywszy na to, że walczyliśmy na tak niewielkiej przestrzeni.

- Dziękuję, mistrzu - odparł PROXY. - Może następnym razem moje wysiłki zakończą się 

powodzeniem.

Starkiller poklepał go po ramieniu z satysfakcją.
- Wiesz, naprawdę mnie zaskoczyłeś - powiedział. - Przypuszczałem, że tym razem 

przeistoczysz się w Kotę.

- Byłby doskonałym modułem szkoleniowym. - PROXY był z siebie dumny. - Może 

któregoś dnia zobaczę go podczas walki. Zaobserwuję, jak się porusza, i odtworzę go dla pana.

- Możliwe, PROXY - odparł Starkiller, ale zaraz posmutniał. - Czy nasz generał już się 

obudził? - zapytał.

background image

- Nie wiem, mistrzu, ale zbliżamy się do celu naszej podróży - odparł android.
- To dobrze. - Obaj skierowali się do wyjścia z kabiny.
Juno wyłączyła monitor i odwróciła głowę. Chciała być gotowa na ich spotkanie, kiedy 

wejdą do sterowni.

Aż podskoczyła na fotelu, kiedy zobaczyła, że Kota wcale nie śpi. W pierwszej chwili 

pomyślała, że dzięki jej słuchawce słyszał wszystko co ona, ale zaraz uświadomiła sobie, że to, co 
uważała za jego czujność i podejrzliwość, może być skutkiem nadużywania alkoholu.

- Zaczynałam się już martwić, że umrze pan podczas snu - powiedziała.
Generał wyraźnie sposępniał.
- Żałuję, że tak się nie stało - odparł cicho.
Do sterowni weszli Starkiller i PROXY.
- Czy jesteśmy już blisko? - zagadnął uczeń, zajmując miejsce w fotelu drugiego pilota i 

odwracając się w jej stronę. W jego oczach odbijały się dziwne pejzaże nadprzestrzeni.

Juno spojrzała na odczyty wyświetlaczy i wskaźników.
- Lada sekunda powinniśmy dotrzeć na miejsce - oznajmiła.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki świetliste linie za iluminatorem rozmyły się i 

zmieniły w znajome układy gwiazd na tle czerni przestworzy. Po stronie sterburty unosiła się 
upstrzona białymi plamkami chmur zielono-błękitna kula Kashyyyka. Planeta była piękna, ale Juno 
wiedziała, że ostatnio jej mieszkańcy przeżywali trudne chwile. Wyobraziła sobie dym, unoszący 
się z płonących lasów, i cieszyła się, że zamieszkującym planetę istotom rasy Wookie oszczędzono 
losu, jaki stał się udziałem mieszkańców Callosa.

Posłużyła się doskonałymi sensorami „Cienia Łotra” i omiotła nimi przestworza wokół 

planety. Odebrała mnóstwo sygnałów, ale nie zauważyła dużego ruchu. Większość 
przemieszczających się w przestworzach jednostek należała do Imperium. Pozycje na najwyższych 
orbitach zajmowało kilka gotowych do akcji okrętów liniowych, a z ich hangarów wylatywały 
ciągle nowe patrolowce. Za horyzontem Kashyyyka, dokąd nie sięgał wzrok, zaczynały się 
gromadzić transportowce. Juno dokonała poprawki wektora lotu, żeby uzyskać lepszy obraz.

Kiedy osiągnęła właściwą orbitę, nie od razu się zorientowała, co widzi. Nie była to 

unosząca się nad równikiem stacja przesiadkowa czy przeładunkowa, ale coś, czego z początku nie 
potrafiła zidentyfikować. Miała przed oczami obiekt, przeciwko któremu buntował się jej umysł.

Nad Kashyyykiem unosiła się sztuczna stacja orbitalna. Dzięki potężnym repulsorom 

zajmowała miejsce tuż poza granicą najwyższych warstw atmosfery. Wytrzymała, funkcjonalna 
konstrukcja była zakotwiczona w kilku miejscach do obrzeży widniejącej pod nią wielkiej polany. 
Juno dopiero po chwili zrozumiała, że to nie jest rezydencja miejscowego dyktatora ani ośrodek 
wypoczynkowy zmęczonych życiem moffów. O dziwo, stacja nie była ukończona. Jej biegun 
wieńczyły dziesiątki transportowców i konstrukcyjnych androidów, które błyszczały jak aurodium 
w złocistych promieniach słońca.

Na widok niezwykłej konstrukcji i nagromadzenia sił zbrojnych Imperium Juno pokręciła 

głową.

- Stanowczo uważam, że nasza wyprawa staje się zbyt niebezpieczna - oznajmiła.
Wyglądało na to, że i Starkiller ma wątpliwości. Posłał generałowi cierpkie spojrzenie.
- Lepiej, żeby twój znajomy nie sprawił nam zawodu - powiedział.
- Powierzyłbym mu życie. - Skacowany generał nie zapytał, na co patrzą. Pewnie wiedział. - 

To właśnie on pomógł mi się dostać do Miasta w Chmurach. To dobry przyjaciel zakonu Jedi.

- Miło mi to słyszeć - bąknęła Juno. - Ale skoro nie znamy jego tożsamości, stawiasz nas w 

trudnej sytuacji.

- Nie tylko wy się nie kwapicie do zdradzania swoich nazwisk obcym osobom. - Generał 

głośno sapnął. - Jeżeli mam wam pomóc, mogę to zrobić tylko w jeden sposób. Mojemu 
przyjacielowi zależy na czymś bardzo cennym, co się znajduje tam, w dole, na Kashyyyku. Jeżeli to 
dla niego zdobędziecie, może się zgodzi wam pomóc w walce przeciwko Imperium.

Juno obserwowała twarz Starkillera, ale nie zobaczyła na niej ani śladu wahania.
- Czy już nas zauważono, Juno? - zapytał uczeń.

background image

- Nie - odparła młoda pilotka. - Nasz generator pola maskującego jest bardzo skuteczny.
- W takim razie ląduj.
Juno zasalutowała żartobliwie, żeby ukryć dręczącą ją niepewność.
- Trudno nam będzie tam, w dole, nie rzucać się w oczy - zauważyła, ale skierowała statek 

na nowy kurs. - Ruch w atmosferze nie jest na tyle duży, żebyśmy nie zwracali na siebie uwagi w 
gąszczu innych statków, ale jeżeli wylądujemy na powierzchni, pilot któregoś na pewno nas 
zauważy. Nie możemy bez końca korzystać z maskującego pola. Kryształy stygium, kiedy się 
przegrzeją, stają się praktycznie bezużyteczne.

- Zrób, co się da - polecił Starkiller. - Postaram się nie zabawić tam długo.
- Czy właśnie to powiedziałeś swojemu ostatniemu pilotowi? - parsknęła Juno.
Słowa wyrwały się z jej ust, zanim zdążyła się zastanowić. Niemal natychmiast pożałowała, 

że to powiedziała. Słucha nas Kota, przypomniała sobie z goryczą. A były Jedi nie powinien się 
nigdy dowiedzieć, kim są ani czym się zajmują.

Spojrzała na Starkillera, czując, że się czerwieni. Młody mężczyzna miał wściekłą minę.
Juno skierowała „Cień Łotra” w głąb atmosfery Kashyyyka. Miała nadzieję, że hałas i 

turbulencje pozwolą jej ukryć fakt, że i ona jest wściekła... na siebie.

Przelatując nad terenem usianym niewysokimi wzgórzami blisko miejsca o współrzędnych, 

które przekazał jej Kota, Juno obniżyła pułap lotu, żeby Starkiller mógł zeskoczyć na koronę 
jednego z drzew i ześlizgnąć się po grubym pniu na powierzchnię gruntu. Kiedy wyskoczył, nie 
obejrzała się za siebie i zaczekała tylko tak długo, żeby usłyszeć jego głos przez komunikator. 
Kiedy Starkiller zawiadomił, że nic mu się nie stało, poderwała nos statku i powróciła w 
przestworza. „Cień Łotra” nie zostawiał smugi gazów wylotowych z jednostek napędowych, więc 
piloci imperialnych patrolowców nie mogli zauważyć jego obecności. PROXY podreptał do 
medytacyjnej komnaty Starkillera. Może chciał w samotności poćwiczyć naśladowanie Koty.

Obliczenie parametrów orbity, która pozwoliłaby statkowi pozostawać daleko poza 

zasięgiem imperialnych sensorów, zajęło pilotce niemal pół godziny. Dopiero kiedy skończyła, 
obejrzała się za siebie. Generał siedział rozparty w rozkładanym fotelu. Ręce zaplótł na piersi i 
nisko opuścił głowę. Jego wyschnięta skóra była bardzo blada, a pod bandażami rysowały się 
zapadnięte oczodoły.

- Proszę się obudzić, panie generale - odezwała się Juno.
- Czy naprawdę na pokładzie tego statku nie ma nic do picia? - burknął Kota. - Wolałbym, 

żebyś mi dała jeszcze trochę pospać.

- Nasz przyjaciel na dole może potrzebować pomocy - przypomniała Juno.
- To twój przyjaciel, nie mój. - Kota wydął wargi. - Nawet nie mam pojęcia, kim jest... ani 

co oboje robicie na pokładzie takiego statku.

Juno zastanowiły jego słowa. A zatem generał słyszał jej uwagę na temat poprzedniego 

pilota. Wykorzysta to teraz, żeby pociągnąć ją za język. Juno mogła go po prostu zignorować, ale 
były Jedi nabrałby jeszcze większych podejrzeń. Musiała mu powiedzieć cokolwiek, byle nie 
prawdę... a przynajmniej nie całkowitą prawdę.

- Porwaliśmy ten statek - powiedziała.
- Komu?
- Nie musisz tego wiedzieć.
- Mogę się domyślić - mruknął generał. - Latałem w życiu kilkoma statkami z generatorami 

maskujących pól, ale nie mogę rozpoznać dźwięku jednostki napędowej tego statku. To coś 
nowego, prawdopodobnie wojskowego. - Mówił to lekkim tonem, ale Juno rozumiała, że ją bada. - 
Możliwe, że to własność naszego wspólnego wroga.

Młoda pilotka nic na to nie odpowiedziała. Generał był Jedi. Gdyby zbyt wiele mu 

wyjawiła, mógłby się domyślić, że „Cień Łotra” to ten sam statek, którym nasłany przez Dartha 
Vadera zabójca wylądował na terenie fabryki myśliwców TIE... a to by oznaczało koniec całego 
przedsięwzięcia.

background image

Generał zachichotał, aż dostał ataku kaszlu.
- Nie martw się, Juno - powiedział, kiedy odzyskał mowę.
- Nie zamierzam cię nikomu wydać.
- Nie sądziłam... - zaczęła pilotka.
- Podobnie jak ja, jesteście uciekinierami - przerwał Kota.
- Nie macie niczego do stracenia.
Tylko naszą przyszłość, pomyślała Juno. Konta mamy czyste. Jeżeli zechcemy, w każdej 

chwili możemy zacząć wszystko od nowa.

Patrząc na twarz Koty, stwierdziła, że generał szybko się starzeje. Zastanowiła się, czy 

myśli o wszystkich przyjaciołach i bliskich, których w ciągu ostatnich lat stracił - nie tylko z 
powodu Rozkazu 66, ale także dzięki późniejszemu buntowi. Stracił także wzrok. Nie mówił jak to 
się stało, a Juno nie pytała. Mogła się wprawdzie domyślić, tak jak rozumiała, że generał jej tego 
nie powie... jej czy komukolwiek innemu.

Stary Jedi stęknął i wstał.
- Widzę, że nie dasz mi spokoju - powiedział. - Idę do ładowni się przespać.
- Proszę bardzo, panie generale - odparła Juno z ulgą, zadowolona, że rozmowa dobiegła 

końca. Nie była pewna, co między nimi zaszło. - Spróbuję się zorientować, czemu służy tamta 
stacja orbitalna.

Kota poklepał ją po ramieniu i szurając stopami, wyszedł ze sterowni. Wodząc dłońmi po 

metalowych ścianach, poszedł w głąb pełnego ostrych krawędzi statku.

Juno sprawdziła wskazania przyrządów, aby się upewnić, że lecą nadal zaprogramowanym 

kursem. Starkiller jeszcze się nie zgłosił. Zastanowiła się, czy to pomyślna wróżba, czy wręcz 
przeciwnie.

ROZDZIAŁ 17

Uczeń szerokim cięciem klingi świetlnego miecza zabił ostatniego gigantycznego pająka, 

który zaskoczył go na najniższych poziomach dżungli Kashyyyka. Paskudne stworzenia miały 
upstrzone czerwonymi cętkami tłuste cielska, a ich zajadłość przekraczała wszelkie wyobrażenie. 
Uczeń był ciekaw, czy uznały, że nie mogą mu pozwolić uciec, czy tylko nie chcą zrezygnować z 
obiadu. Zdziwił się przelotnie, że nie widzi w pobliżu żadnego z tych potworów, kiedy zaatakowało 
go równocześnie pięć ogromnych pająków. Szły ku niemu, wywijając grubymi splotami pajęczyn i 
unosząc żuchwy ociekające śmiercionośnym jadem. Niemal cudem udało mu się ujść z życiem.

Mądrzejszy o to doświadczenie i obryzgany gęstą, zieloną posoką, postanowił dalszą część 

drogi pokonać na wyższych poziomach dżungli. Dotarcie do miejsca, które wskazał mu Kota, 
zajmowało mu stanowczo zbyt dużo czasu. Przeskakując z gałęzi na gałąź, wspiął się na poziom 
dwustu metrów nad powierzchnią gruntu i dopiero wówczas zaczął dostrzegać przesączające się z 
góry światło. Na niższych poziomach panował tak gęsty półmrok, więc poczuł się, jakby się 
wynurzał z głębin oceanu.

Kota mu nie powiedział, co czeka na niego we wskazanym miejscu, a on nie skontaktował 

się przez komunikator z „Cieniem Łotra”, żeby o to zapytać. Chciał się sam dowiedzieć, żeby 
sprawdzić pamięć, wiarygodność i słowność starzejącego się generała. Kiedy znalazł się daleko 
poza terenem zamieszkanym przez krwiożercze pająki, zaczął iść szybciej i stopniowo wspinać się 
coraz wyżej. Od najwyższych poziomów dżungli dzieliło go jeszcze przynajmniej pół kilometra. 
Grube konary potężnych drzew splatały się ze sobą. W niektórych miejscach tworzyły szerokie 
platformy, na których żyły tysiące okazów miejscowej flory i fauny. Wszędzie było widać skupiska 
zwierząt, roślin, a nawet minerałów. Ptaki latające całymi stadami gnieździły się w miejscach, które 
wyglądały jak niewielkie osady. W ociekających sokiem pęknięciach w korze roiły się insekty. W 
szczelinach i zagłębieniach gromadziły się szczątki gnijących roślin i drobiny unoszącego się w 
powietrzu pyłu. Wszędzie rosły drobniejsze rośliny i długie pnącza. W chłodnym powietrzu niósł 
się szczebiot ptaków i szelest liści.

background image

Dżungla Kashyyyka wywierała zupełnie inne wrażenie niż dżungla na Felucji, gdzie 

wszystko wydawało się przesiąknięte wilgocią i Mocą. Tutejsze formy życia były ostre i twarde. 
Odwracanie się plecami do nich mogło być bardzo niebezpieczne.

Kiedy uczeń, przeskakując z konaru na konar, a czasem powierzając ciężar ciała grubym 

lianom, znalazł się we względnie bezpiecznym miejscu, zaczął się na nowo zastanawiać nad tym, 
co zobaczył z orbity.

Sztuczna stacja orbitalna...
Już to było bardzo dziwne. W galaktyce istniało niewiele takich obiektów, a większość 

unosiła się wokół Coruscant. Nie to jednak go najbardziej uderzyło.

Kiedy „Cień Łotra” osiadł na Kashyyyku, uczeń zobaczył stację orbitalną pod nowym 

kątem. Odbijając pierwsze promienie wschodzącego słońca, dziwna konstrukcja wyglądała jak 
sięgająca w niebo ognista linia...

...prowadząca do miejsca na niskiej orbicie, gdzie widniało skupisko niewielkich świateł, 

przypomniał sobie.

Widział już kiedyś coś takiego... wizję stacji orbitalnej nad powierzchnią Kashyyyka. 

Zobaczył to, kiedy leżał nieprzytomny w tajnym laboratorium Dartha Vadera, kurując się z 
zadanych mu przez mistrza straszliwych ran. Uznał wtedy, że to zwykłe sny, pozbawione znaczenia 
fantazje, jakie wytwarzała jego podświadomość, kiedy unieruchomione ciało cierpiało męczarnie.

Czy to możliwe, że w rzeczywistości oglądał przebłyski przyszłości?
Uczeń tego nie wiedział. Nigdy przedtem nie był jasnowidzem. Nie potrafił przepowiadać 

przyszłości, czy to dzięki medytacjom, czy też innym próbom, jakim się poddawał, ale to jeszcze 
nie oznaczało, że nigdy się tego nie nauczy. Wiele miesięcy spędził, zawieszony między życiem a 
śmiercią. Kto wie, co się z nim działo, kiedy powracał do zdrowia? Byłby głupcem, gdyby odrzucał 
możliwość wizji, bo mogły one zawierać informacje, pomocne nie tylko w tej konkretnej podróży, 
ale także we wszystkich następnych.

Wytężył umysł, żeby przypomnieć sobie szczegóły tamtej wizji, ale bezskutecznie. 

Wspomnienia były dziwnie poplątane. Pamiętał, że czuł woń świeżego mięsa, a Darth Vader 
wspominał mu o kimś, kto zginął. Sugestia, że może było jeszcze coś więcej, wydawała się 
kusząca, ale sama w sobie nie miała żadnej wartości. Musiał zdobyć coś namacalnego, 
konkretnego, bo inaczej rozpamiętywanie przeszłości tylko zakłóci jego koncentrację.

Pamiętał, że w swojej wizji widział stację orbitalną oglądaną z perspektywy powierzchni 

Kashyyyka. Na planecie Wookiech nie było wielu takich miejsc. Przypominał sobie także, że wtedy 
ktoś mu towarzyszył. Młoda kobieta. Może Juno?

Zmarszczył brwi, bo wyczuł, że jego umysł zaczyna błądzić po omacku i pozwala sobie na 

ubarwianie tego, co wówczas zobaczył. Na pewno nie była to Juno, tylko ktoś inny, nieznany.

Sojuszniczka czy wróg?
Przypomniał sobie wszystko, co mógł, i poczuł się wyczerpany. Od czasu lądowania na 

Kashyyyku był przygnębiony. W powietrzu, w drzewach, a może w kolorze słońca było coś, co nie 
dawało mu spokoju. Jeżeli źródłem tego nie była wizja, co innego mogło tak na niego działać?

Porzucił myśl o wizji i zajął się pokonywaniem najwyższych pięter dżungli.
Kiedy zbliżył się do miejsca o podanych przez Kotę współrzędnych, przez naturalne 

odgłosy dżungli dotarły do niego dźwięki cywilizacji.

Pierwszym, na jaki zwrócił uwagę, był odgłos startującego wahadłowca. Monotonny skowyt 

jego jednostek napędowych narastał, drażniąc uszy, aż wreszcie przycichł i oddalił się na zachód. Z 
okolicznych drzew wzbiły się w powietrze chmury ptaków i ich krzyki zagłuszyły dźwięki silnika 
odlatującego wahadłowca. Kiedy ptaki ucichły, uczeń usłyszał odgłos kroczenia balmorreańskich 
terenowych transporterów zwiadowczych. Dziwaczne dwunogie machiny widział pierwszy raz i 
znienawidził na zawsze jeszcze na Duro, dokąd Darth Vader wysłał go w celu wyeliminowania 
lokalnego despoty, który sobie wyobrażał, że może rzucić wyzwanie Imperium. Roboty kroczące 
były ciężkie i niezgrabne, ale właściwie użyte mogły sprawić duży kłopot. Uczeń miał nadzieję, że 
podczas pobytu na Kashyyyku nie dostanie się pod lufy ich blasterowych działek.

Słyszał także warkot silników lądowych śmigaczy, brzęczenie wibropił i skowyt 

background image

pracującego generatora. Stopniowo zbliżał się do źródła tych hałasów. Zastanowił się, jakim cudem 
tak gwarna osada mogła powstać w środku gęstej dżungli. Wkrótce poznał odpowiedź.

Las przed nim się kończył, jakby ktoś wykroił polanę gigantycznym nożem i odepchnął na 

bok wszystkie drzewa. Na pozbawiony roślinności grunt padały pierwszy raz od tysiącleci 
promienie słońca. Tu i ówdzie wystawały splątane korzenie, a wszędzie leżały ostre drzazgi 
drewna. Teren przed nim obniżał się mniej więcej do połowy ogromnej polany, gdzie widniało 
zarośnięte koryto strumienia czy rzeki, a później znów się wznosił i kończył pagórkiem, który na 
każdej innej planecie górowałby nad okolicą. Na Kashyyyku pozostawał jednak w cieniu 
gigantycznych wroshyrów, które tłoczyły się wokół oczyszczonej polany. Na szczycie wzniesienia, 
po drugiej stronie doliny stał spory dom, w którym musiał mieszkać jakiś dostojnik. Niewątpliwie 
mieściła się tam także imperialna baza, bo obok domu widniały najeżone lufami blasterów 
stanowiska artylerii. Uczeń zauważył także wystające wysoko ponad dżunglę anteny satelitarne, a 
nawet lądowisko dla wahadłowców.

Z miejsca, w którym kucnął, widział schody przy głównym wejściu domu. Na lądowisku 

spoczywał samotny prom ze skrzydłami złożonymi pionowo nad kadłubem. Nieco bliżej domu 
przechadzały się tam i z powrotem niezniszczalne roboty AT-ST, a między nimi kręciły się 
androidy wszystkich możliwych kształtów i rozmiarów. Teren wokół domu patrolowali 
szturmowcy z gotowymi do strzału karabinami blasterowymi. Niektórzy eskortowali grupy trzech 
lub czterech Wookiech. Porośnięci długą sierścią potężni mieszkańcy Kashyyyka mieli założone 
kajdanki ograniczające swobodę ruchów, ale z tak dużej odległości uczeń nie mógł się zorientować, 
dlaczego przedsięwzięto takie środki ostrożności.

Kucając na smukłym konarze drzewa na skraju polany niczym kowakiańska 

małpojaszczurka, uczeń omiatał spojrzeniem wolną przestrzeń. Dostanie się do domu na 
przeciwległym wzgórzu nie było wcale łatwe. Może gdyby miał więcej informacji, wymyśliłby 
jakiś plan.

Nagle z miejsca w dole pod nim dobiegł chrzęst pancerzy szturmowców i piskliwy odgłos 

wokodera.

Tylko tego potrzebował.
Opadł lekko między gałęziami i wylądował między żołnierzami dwuosobowego patrolu. 

Zanim któryś szturmowiec zdążył podnieść alarm, uczeń uniósł lewą rękę i nakazał pierwszemu z 
nich zasnąć. Kiedy imperialny żołnierz osunął się łagodnie na grunt, poddał drugiego działaniu 
innej sztuczki umysłowej.

- Wszystko w porządku - powiedział. - Mam zezwolenie na przebywanie w tym miejscu. 

Prawdę mówiąc, właśnie mnie się spodziewałeś.

Mężczyzna w białym hełmie kiwnął głową.
- Wszystko w porządku, proszę pana - potwierdził jak echo.
- Przykro mi tylko, że nie potrafię wyjaśnić, co się stało Brittowi...
Pochylił się i czubkiem białego buta lekko trącił uśpionego kolegę.
- Nie musisz się tym przejmować - oznajmił uczeń. - Chcesz tylko mi pomóc.
- Tak jest, proszę pana. Jestem do dyspozycji - odparł potulnie szturmowiec. - Jak mogę 

panu pomóc?

Głowa w białym hełmie przechyliła się oczekująco na bok, a uczeń podziękował losowi za 

to, że większość imperialnych żołnierzy ma podatny umysł.

- Powiedz mi, kto tu dowodzi - rozkazał.
- Kapitan Sturn, proszę pana.
- Gdzie mogę go znaleźć?
- Jest w tamtym domu z gościem, proszę pana. Jeżeli jeszcze nie wyruszył na polowanie.
- Kim jest ten gość?
- Nie mam pojęcia, proszę pana, ale przykazano nam surowo, żebyśmy dbali o ich 

bezpieczeństwo. Ci Wookie to prymitywne brutale.

Uczeń postanowił zignorować rasistowską uwagę.
- Czy ta osoba to gość, czy zakładnik? - zapytał.

background image

- Nie wiem, proszę pana.
- Czy możesz mnie wprowadzić do tamtego domu?
- Nie mam upoważnienia do przebywania w tamtej okolicy, proszę pana. - Szturmowiec 

ponownie przekrzywił głowę. - Dlaczego nie zapyta pan o to kapitana Sturna? - zapytał.

Uczeń zauważył, że traci panowanie nad umysłem żołnierza. Postanowił zapytać go o 

Wookiech, zanim jego władza zupełnie zaniknie.

- Co z nimi robimy, proszę pana? - powtórzył żołnierz. - No cóż, dajemy im tylko to, na co 

zasługują. Śmierdzące, prymitywne zwierzaki. Hej, chyba pan nie jest ich sympatykiem, co? Jeden 
z nich rozerwał na strzępy mojego plutonowego. Na moich oczach podrywał mu najpierw ręce, a 
później nogi. Pozabijałbym ich wszystkich, jak kapitan Sturn...

- Dość. - Uczeń machnął ręką przed hełmem szturmowca i cofnął się, robiąc imperialnemu 

żołnierzowi miejsce, żeby miał gdzie upaść. Pozostawił obu tam, gdzie leżeli, wtopił się w cień i 
zaczął okrążać polanę. Stojący na wzniesieniu dom był mocnej konstrukcji. Uczeń nie widział 
oczywistych słabych punktów. Zbocze po drugiej stronie rzeki kończyło się dziewiczym lasem, a 
on nie chciał się uwikłać w walkę z następnymi pająkami, jeżeli mógł tego uniknąć. Gdyby chciał 
się wedrzeć siłą do domu, musiałby to zrobić na czele sporej armii ze znaczną siłą ognia, a to 
stanowczo przewyższało jego obecne możliwości... chyba że zdobyłby kilka imperialnych granatów 
udarowych albo opanował blasterowe działko...

Odprężył się i uśmiechnął do siebie. Niczego takiego nie potrzebował. Miał przecież do 

dyspozycji Ciemną Stronę Mocy. Wycofał się między drzewa i zaczął szukać najlepszego miejsca 
do realizacji swoich planów.

Tylko raz, kiedy jego nozdrza podrażniła napływająca z daleka woń dymu, poczuł się 

dziwnie, jakby zdezorientowany. Uczynił wysiłek, żeby o tym nie myśleć. Na razie czekało na 
niego kilkudziesięciu szturmowców, którzy chcieli mu uniemożliwić realizację planów. Zamierzał 
im dać dobry powód, żeby zmienili zdanie.

ROZDZIAŁ 18

W ciągu pół godziny od chwili, kiedy włamała się do pamięci miejscowej sieci 

komputerowej Imperium, Juno poznała odpowiedzi na połowę swoich pytań.

Po pierwsze, stacja orbitalna służyła jako platforma przesiadkowa do transportowania 

niewolników rasy Wookie z Kashyyyka na niską orbitę, skąd zabierano ich gdzie indziej.

Jednak miejsce, dokąd ich zabierano, było ukryte tak głęboko pod warstwami systemów 

bezpieczeństwa, że młoda pilotka nie potrafiła ich przeniknąć. Równie głęboko ukryto odpowiedź 
na pytanie, po co ich tam przenoszono. Po upływie tych trzydziestu minut sfrustrowana Juno 
zaczęła przeszukiwać każdy dostępny zbiór w poszukiwaniu możliwych odpowiedzi, ale nic nie 
znalazła. Była równie daleko od celu jak na początku poszukiwań.

Dowiedziała się natomiast, że kilka lat wcześniej planetę odwiedził sam Darth Vader. 

Wyglądało jednak, że interesował się zupełnie czymś innym.

Rozsiadła się w fotelu, przeczesała palcami włosy i przeciągnęła się. Starkiller przebywał na 

powierzchni gruntu, a Kota siedział w ładowni. PROXY zajmował się cały czas swoimi sprawami. 
Juno uświadomiła sobie, że jest zupełnie sama.

Pochyliła się nad klawiaturą i zaczęła wpisywać następne polecenia. Wiedziała, że niektóre 

imperialne bazy danych mają swoje kopie w całej galaktyce. Miały do nich dostęp wszystkie 
oddziały inwazyjne, bo to na ich podstawie aktualizowano miejscowe sieci, one zaś były 
aktualizowane na podstawie baz danych komputerów przelatujących w okolicy okrętów liniowych. 
Dzięki temu Imperium mogło sprawnie władać tysiącami zamieszkanych planet... bo w jaki inny 
sposób ich gubernatorzy mogliby się dowiadywać o nowych planach i awansach? Skąd mieli 
czerpać informacje o poszukiwanych przestępcach, którzy chcieliby szukać schronienia na ich 
planetach?

Do przepisywanych automatycznie zbiorów należały także dane z Imperialnej Akademii. 

background image

Były zaszyfrowane, ale Juno znała kody na pamięć. Wmówiła sobie, że kieruje nią zwykła 
ciekawość. Od akcji na Callosie upłynął niespełna rok, a ona w ciągu całego tego okresu nie miała 
wieści od byłych kolegów i przyjaciół. Nie byłaby człowiekiem, gdyby się nie zastanawiała, co też 
się z nimi stało...

Eskadra Czarnej Ósemki była jednostką elitarną, słynącą ze zdyscyplinowania i 

bezwzględności. Dopiero jednak kiedy Juno stamtąd odeszła, zrozumiała, jak starannie dobierał jej 
skład Darth Vader, żeby wzmocnić obie te cechy. Dowódcy i piloci często się zmieniali, ale mało 
kto o tym wiedział z powodu otaczającej eskadrę aury tajemniczości. Piloci Ósemki nigdy nie 
rozmawiali o swoich skrzydłowych czy o wyprawach, a ci, którzy do niej nie należeli, nie pozwalali 
sobie na żadne domysły. Wykonywali swoje zadanie. Tylko to miało jakiekolwiek znaczenie.

Juno była dumna, że została dowódcą eskadry. Dowodziła nią stosunkowo krótko, 

stwierdziła jednak, że nie ma w tym niczego dziwnego. Jej poprzednik, z którym latała tylko 
dwukrotnie, wytrwał na stanowisku dowódcy niewiele dłużej niż ona. Jego poprzednik dowodził 
eskadrą tylko miesiąc, bo później Darth Vader przeniósł go na stanowisko, którego Juno nie 
potrafiła wyśledzić. Obok nazwisk obu pilotów znalazła teraz informację, że nie żyją.

Juno zastanowiła się przez chwilę, czy któryś z nich nie był przypadkiem pilotem 

Starkillera.

Porzuciła te bezużyteczne spekulacje i postanowiła się zapoznać z przebiegiem służby 

pilotów, z którymi kiedyś latała. Jedna trzecia z nich nadal służyła w eskadrze, a jedna trzecia nie 
żyła - Juno doszła do wniosku, że zginęli podczas akcji, chociaż taka informacja figurowała tylko 
obok połowy nazwisk. Pozostałych awansowano.

Zapoznając się z listą awansów, poczuła, że jeżą się jej włosy na karku. Krótko po tym, jak 

przestała latać z eskadrą, na stanowisko dowódcy awansowano pilota o przezwisku „Redline”. Juno 
wiedziała z doświadczenia, że „Redline” to najzimniejszy, najokrutniejszy i najbardziej 
bezwzględny pilot, z jakim kiedykolwiek latała. Miała poważne wątpliwości co do jego zdrowia 
psychicznego. W dzienniku pokładowym przedstawiała go jako psychopatę i często karała za 
stosowanie niewspółmiernie dużej siły. „Redline” był jednym z trzech jej podwładnych, którzy 
protestowali przeciwko wycofaniu się z przestworzy Callosa. Wszyscy trzej twierdzili, że eskadra 
powinna była zostać dłużej, żeby dokończyć zadanie.

Planeta została doszczętnie zniszczona. Nie pozostało na niej nic, co można by było 

wykończyć. A obecnie „Redline” dowodził imperialną eskadrą myśliwców TIE, siejącą największy 
postrach w całej galaktyce.

Rozumiała, że w jakiś sposób to się zgadza z wypaczonym sposobem postrzegania galaktyki 

przez Dartha Vadera. Zespół, który uważała kiedyś za zgraną grupę, niemal rodzinę, był zdziczałą 
bandą... produktem tyranii kierującej się strachem i zachłannością. Gdyby nadal latała z pilotami 
Czarnej Ósemki, musiałaby bez końca popełniać okropności podobne do akcji na Callosie, jakich 
na pewno dopuszczał się „Redline”. Gdyby się sprzeciwiła, zostałaby rozstrzelana za odmowę 
wykonywania rozkazów.

Juno wszystko rozumiała, ale to jeszcze nie oznaczało, że się jej to podoba. Wręcz 

przeciwnie. Innych obiecujących pilotów po prostu pomijano. Jej zastępca, którego rekomendowała 
na swoje stanowisko, niejaki „Chaser”, wciąż jeszcze latał jako Czwarty, a „Młodzik” - pogodny 
absolwent Akademii, który niedługo po niej trafił do eskadry i powinien szybko awansować w 
hierarchii zawodowych oficerów, był teraz...

Dopiero po kwadransie Juno doszła, co się z nim stało. „Młodzik” opuścił eskadrę - 

wszystko wskazywało na to, że żywy. Był jednym z niewielu pilotów, których przeniesiono, 
chociaż był nadal zdolny do pełnienia służby, ale od tamtej pory jego dalsze losy były trudniejsze 
do wyśledzenia. Wyglądało na to, że pilot zaczął mieć wątpliwości, choć nie na tyle otwarcie, żeby 
skazano go na rozstrzelanie. Jakiś czas po odejściu z eskadry pilotował transportowce, później zaś 
powrócił do czynnej służby jako strażnik imperialnych miejsc budowy. Kilka razy brał udział w 
walkach, ale niczym szczególnym się nie wyróżnił. Jego ostatni przydział...

Juno długo wpatrywała się w informację na ekranie, zanim zdecydowała, że to może być 

prawda. „Młodzik” stacjonował obecnie na Kashyyyku.

background image

Poczuła w sercu tęsknotę i lęk. Jednym pstryknięciem dźwigienki przełącznika mogłaby 

wybrać odpowiedni kanał komunikatora, żeby nawiązać kontakt z byłym skrzydłowym. Jego 
znajomy głos wypełniłby na chwilę sterownię „Cienia Łotra”. Na minutę czy dwie Juno mogłaby 
znów poczuć, że należy do eskadry. Mogłaby cofnąć czas, zapomnieć o zdradach i czekającej ją 
niepewnej przyszłości. Mogłaby znów być doskonałą imperialną pilotką, pewną siebie i przekonaną 
że nikt i nic nie da rady tego zmienić.

Jedno pstryknięcie. Nawet nie będzie musiała się przedstawiać. Pozdrowi kolegę, i tyle. W 

czym miałoby to komuś zaszkodzić?

Wzdrygnęła się. Zacisnęła mocno pięści, z obawy, że palce mogłyby same nacisnąć klawisz.
Nie da się cofnąć czasu, nawet o minutę. Kontaktując się z imperialną eskadrą, podczas 

kiedy Starkiller wykonuje zadanie na Kashyyyku, mogłaby wszystko popsuć. Takiego ryzyka nie 
było warte nic, nawet rozmowa z kimś, kogo kiedyś uważała za przyjaciela, a kto w tej chwili 
najprawdopodobniej był jej wrogiem. Gdyby „Młodzik” się dowiedział, że Juno nadal żyje... Młoda 
pilotka wyprostowała ręce i położyła drżące palce na klawiszach. Powoli wpisała kolejne litery 
swojego nazwiska.

Informacje na jej temat nie były już zastrzeżone. Pojawiły się od razu na ekranie. Juno 

wpatrywała się w podsumowanie swojej kariery, czując się tak, jakby czytała własny nekrolog.

W pewnym sensie właśnie tak było.
Szpieg... zdrajczyni... rozstrzelana na mocy imperialnego rozkazu.
Nie było miejsca na wątpliwości. Nie mogła wrócić. Nie poznawała nawet własnego życia. 

Ktoś dokonał poprawek w informacjach na jej temat. Zniknęły wszystkie osiągnięcia, nie 
wyłączając akcji na Callosie. Z danych wynikało, że była nieporadną pilotką, która przez czysty 
przypadek dostała się do najlepszej eskadry galaktyki, a później zawiodła swoich podwładnych i 
przełożonych. W dodatku zwróciła się przeciwko nim. Kobieta z informacji na ekranie zasługiwała 
na fikcyjną blasterową błyskawicę. W takie rozwiązanie uwierzyłaby dawna Juno Eclipse.

Dawna Juno Eclipse już nie istniała. Obecna Juno Eclipse była wściekła, że ją w taki sposób 

przedstawiano... choćby tylko w oficjalnych bazach danych, do których nie przywiązywała już 
żadnej wagi. A przynajmniej tak jej się wydawało. Jeżeli jednak coś takiego przydarzyło się jej, to 
dlaczego nie mogło spotkać innych, których także uznano za zdrajców? Czyżby tak samo było z jej 
matką?

Juno zastanowiła się chwilę, co by pomyślał ojciec, gdyby to przeczytał, ale doszła do 

wniosku, że w ogóle jej to nie obchodzi.

Dobrze chociaż, że uznano ją za zmarłą. Juno uchwyciła się tej myśli, chociaż wściekłość jej 

nie minęła. Zamierzała się odegrać.

Usłyszała za plecami chrząknięcie Koty. Poczuła wyrzuty sumienia i szybko skasowała 

informację na ekranie, ale zaraz sobie przypomniała, że generał nic nie widzi.

- Myślę, że najwyższy czas skontaktować się z twoim przyjacielem - odezwał się stary Jedi. 

- Przebywa tam na dole stanowczo za długo.

- Ma pan rację - przyznała pilotka. - Chce się pan dowiedzieć, co odkryłam? - Powiedziała 

mu, że nie wiadomo dlaczego niewolnicy rasy Wookie są transportowani w nieznane miejsce. - Czy 
pański przyjaciel w Senacie może coś o tym wiedzieć?

- Na pewno - odparł z przekonaniem generał.
- I sądzi pan, że właśnie z tego powodu tu jesteśmy?
- Myślę, że możemy za jednym zamachem rozwiązać dwa problemy - odparł Kota. - A 

przynajmniej spróbować.

- Zobaczymy - powiedziała machinalnie pilotka i zaraz dotarło do niej, że popełniła gafę. - 

Och, przepraszam - bąknęła.

- Nie ma za co - odburknął Kota. - Wszyscy tak mówią.
Żadne z nich nie powiedziało więcej ani słowa. Z komunikatora Starkillera napłynął jazgot 

pracujących mechanizmów.

ROZDZIAŁ 19

background image

Juno usiłowała mu coś powiedzieć. Z tonu jej głosu mógł przypuszczać, że to coś ważnego.
Obojętne, co to było, musi poczekać.
Łapa robota kroczącego AT-ST wbiła się w grunt obok niego z taką siłą, że aż szczęknął 

zębami. Mimo to uczeń nawet nie zwolnił. Idealnie wymierzając czas, unikał eksplozji udarowych 
granatów i energetycznych błyskawic strzałów z blasterowych działek ogromnej machiny. 
Zamierzał zaatakować ją od dołu, gdzie pancerz jest najcieńszy. Masywna głowa automatu obróciła 
się, żeby artylerzyści mogli wziąć na cel niezakutego w pancerz śmiałka, który ośmielił się sam 
zaatakować ogromnego robota.

Uczeń wyczuwał niedowierzanie pilota, które się udzielało ruchom machiny.
Głęboko odetchnął i wykonał w powietrzu salto w taki sposób, żeby klinga jego miecza 

świetlnego przecięła oba stawy kolanowe machiny, trzy złącza kontrolne i siłownik. Kiedy 
skomplikowane systemy kontrolne otrzymały informację o uszkodzeniach, robot zachwiał się, a 
nieustanny ogień z działek stracił rytm.

Uczeń wylądował na gruncie i znieruchomiał. Kolos zrobił jeszcze krok i z rumorem zarył 

metalową głową w glebę. W powietrze wzbiły się chmury pyłu, ale zanim opadły, uczeń zaczął 
biec. Uniknął strumienia blasterowych strzałów ze stanowiska artylerii po prawej stronie schodów 
do głównego wejścia domu. Z tyłu, z obu stron, zbliżały się do niego dwa inne AT-ST. Ich 
artylerzyści mieli zamiar go wziąć w krzyżowy .ogień.

Uczeń nie przestał się uśmiechać. Celność strzałów artylerzystów pozostawiała wiele do 

życzenia. Każdą smugę energii, która przelatywała w zasięgu klingi jego miecza świetlnego, odbijał 
z powrotem do miejsca, z którego wyleciała, albo w kierunku głównych drzwi domu na wzgórzu. 
Wiele strzałów przelatywało tak daleko od niego, że wbijało się bezużytecznie w miękki grunt. 
Uczeń odwrócił się i pobiegł w kierunku zmierzających ku niemu żołnierzy, świadomie ułatwiając 
im mierzenie. Zauważył, że zaskoczeni szturmowcy unoszą głowy w białych hełmach, po czym je 
opuszczają, żeby wziąć go na cel.

Uczeń wyobrażał sobie, co myślą: Jeden strzał. Wystarczy jeden szczęśliwy strzał.
Zamierzał im udowodnić, że nic takiego jak szczęście nie istnieje... przynajmniej podczas 

walki z nim.

Po chwili otoczył go pęcherz energii. Uczeń zaczął kierować ją z powrotem w stronę 

zbliżających się AT-ST i zauważył, że na ich przednich pancerzach pojawiają się czarne plamy. 
Kierowcy i artylerzyści zdwoili wysiłki, bo wiedzieli, że zbliżając się do samotnego mężczyzny, 
także stanowią łatwy cel. W stronę ucznia poleciał grad udarowych granatów, ale Starkiller odbił je 
w stronę głównego wejścia, do domu. Starał się jednak, żeby żaden nie eksplodował w pobliżu 
miejsca, gdzie mogły się znajdować pomieszczenia dla gości.

Syreny zawodziły, szturmowcy krzyczeli, skowyt silników stawał się z każdą chwilą 

głośniejszy.

Kiedy oba AT-ST znalazły się w odległości dziesięciu metrów od niego, utworzyły trójkąt 

ze stanowiskiem artylerii po prawej stronie schodów. Uczeń stał w miejscu, a klinga jego miecza 
świetlnego wirowała jak śmigło, odbijając nadlatujące strzały niemal bez udziału świadomości. 
Moc przepływała przez niego jak błyskawica. Zwiększała wrażliwość jego zmysłów i napełniała go 
coraz większą potęgą. Uczeń zamknął nawet na chwilę oczy i pozwolił, żeby jego ręce poruszały 
się w idealnej synchronizacji z energetycznymi błyskawicami. Przestał stanowić element tego 
równania. W tym śmiercionośnym, ale pięknym balecie stał Się zwykłym widzem, 
uprzywilejowanym obserwatorem.

Wreszcie się skoncentrował. Oba roboty AT-ST zbliżały się teraz wolniej, jakby kierowcy i 

artylerzyści przeczuwali bliskie zwycięstwo. Wiedzieli, że żaden śmiertelnik nie przeżyje takiego 
ostrzału. Tym razem jednak pomylili się w swoich rachubach. Kiedy ciężkie machiny zaczęły 
przyspieszać, kierowcy zrozumieli, że czeka ich niespodzianka. Szarpali dźwignie, usiłując zmusić 
roboty do zwolnienia, ale nadaremnie. Ogromne metalowe bestie kroczyły coraz szybciej, a w 
dodatku zboczyły z drogi. Kierowały się do innego punktu. Nie szły już w stronę ucznia, ale w 

background image

kierunku wolnej przestrzeni kilka metrów dalej.

Uczeń odwrócił się i otworzył oczy na ułamek sekundy, zanim machiny się zderzyły. Uniósł 

wolną rękę i posłał w pancerze potężną błyskawicę Sithów. Jej energia przepłynęła przewodami i 
kablami do ładowni i zapasów amunicji, spaliła bezpieczniki i wywołała wybuch. Energia zrodziła 
energię.

Ułamek sekundy przed pierwszą eksplozją uczeń wyskoczył pionowo w powietrze i 

poszybował jeszcze wyżej unoszony przez podmuch gorącego powietrza. Obracając się w 
powietrzu, czuł śpiew przepływającej przez niego Mocy. Czuł także uniesienie - oto wzniósł się w 
górę, cudem uniknąwszy śmierci.

Zauważył, że pod nim rozprzestrzenia się strefa czerwonego ognia, która dociera do 

stanowiska artylerii obok domu. Po chwili poleciały we wszystkie strony ciała żołnierzy w białych 
pancerzach.

Starkiller zaczął wreszcie opadać. Żałował, że musi wylądować, ale nie mógł tak latać w 

nieskończoność. Przetoczył się po glebie, żeby wytracić nadmiar impetu, zerwał się na nogi i 
poprzez kłęby dymu spróbował zorientować się w sytuacji. Tylko jeden AT-ST wciąż jeszcze stał 
na pogiętych łapach, ale z roztrzaskanego iluminatora wydobywały się kłęby gęstego czarnego 
dymu. Drugi robot kroczący leżał w kawałkach, rozerwany przez siłę eksplozji amunicji do broni 
pokładowej.

Na polu bitwy zapadła cisza, ale uczeń słyszał dzwonienie w uszach jeszcze dobre pół 

minuty. Od czasu do czasu rozlegały się tylko trzaski stygnącego metalu pancerzy machin AT-ST. 
Imperialni żołnierze już nie stawiali oporu. Uczeń domyślił się, że albo wszyscy nie żyli, albo ci, 
którzy ocaleli, wycofali się i zajęli inne pozycje.

Uniósł do ust komunikator.
- Co mi przedtem mówiłaś? - zapytał Juno, podchodząc do głównych schodów. Chroniąca 

kiedyś drzwi pancerna płyta wisiała na jednym stopionym zawiasie, zniszczona przez energię 
odbitych przez niego strzałów i eksplozje granatów udarowych.

- Stacja orbitalna jest miejscem przesiadki dla schwytanych niewolników rasy Wookie - 

poinformowała go Juno.

- To na razie nieważne - wtrącił się ochrypłym głosem Kota. - Gdzie jesteś?
Uczeń opisał dom na wzgórzu i ruszył w górę schodów. Wszedł przez drzwi do 

zrujnowanego przedsionka. Trzymał przed sobą gotowy do użycia świetlny miecz, ale czekały tu na 
niego tylko trzy zdezorientowane androidy protokolarne.

- Wygląda na to, że nikogo tu nie ma - zdziwił się Starkiller.
- Jesteś bardzo blisko celu - poinformował go generał. - Nie pozwól, żeby cokolwiek 

odwróciło twoją uwagę.

- A może byś mi tak powiedział, czego mam szukać?
- Cierpliwości, chłopcze. Już niedługo się dowiesz.
Uczeń potwierdził mruknięciem, że go usłyszał. Idąc głównym korytarzem, kopniakami 

otwierał mijane drzwi pokojów. Posługiwał się Mocą, żeby wyostrzyła jego zmysły. Z kuchni 
napływał swąd przypalonej żywności, ale uczeń go zignorował.

- Coś... - zaczął i urwał. Instynkt kierował go w stronę najdalszego kąta domu. - Ktoś...
Skręcił za róg i wszedł w długi korytarz o wykładanych drewnianą boazerią ścianach, 

ozdobiony płaskimi, ceramicznymi dziełami sztuki. Na końcu korytarza dostrzegł drzwi, których 
strzegli dwaj szturmowcy i jeden imperialny gwardzista. Na jego widok obaj żołnierze unieśli 
blasterowe karabiny, a uzbrojony w świetlną pikę gwardzista zapalił ognistą klingę.

- Bądź czujny - powiedział uczeń do Koty. - Chyba robi się gorąco.
Żołnierze otworzyli ogień, jak tylko zdążył zrobić krok w ich stronę. Zanim dotarł do drzwi, 

obaj zginęli, trafieni przez odbite błyskawice własnych strzałów. Imperialny gwardzista rozstał się z 
życiem równie szybko, kiedy uczeń czterokrotnie ciął go klingą swojego miecza świetlnego, a na 
koniec poraził błyskawicą. Uczeń pokiwał głową zadowolony, że od czasu wydarzeń nad 
księżycem Nar Shaddaa poziom jego umiejętności wyraźnie się poprawił.

Obejrzał się za siebie i z jeszcze większą satysfakcją stwierdził, że podczas krótkiej potyczki 

background image

nie ucierpiało żadne ceramiczne dzieło sztuki na ścianie.

To mój dzisiejszy dobry uczynek, pomyślał. Wypalił ostrzem dziurę w zamku drzwi i 

dopomógł sobie Mocą, żeby je wepchnąć do środka.

Pomieszczenie za nimi było luksusowo i gustownie urządzone. Wszędzie widniały 

dziesiątki drewnianych rzeźb. Z okna w wykuszu w przeciwległej ścianie rozciągał się widok na 
lasy. Na tle błękitnego nieba płonęła wyraźnie widoczna linia stacji orbitalnej.

Zamiast miejscowego kacyka, którego spodziewał się tu zastać, uczeń zobaczył, że w 

wykuszu siedzi kobieta w białym płaszczu z kapturem i wygląda przez okno. Obok niej stał 
niebiesko-biały astromechaniczny robot. Kobieta nawet się nie odwróciła, żeby sprawdzić, kto się 
włamał do pokoju, ale uczeń był pewien, że nieznajoma dobrze wie o jego obecności.

Podszedł bliżej i włączył komunikator, żeby Juno i Kota mogli słyszeć ich rozmowę.
- Powinnam się była spodziewać, że Imperium przyśle skrytobójcę - odezwała się kobieta 

gniewnym tonem. - Tak zwykle postępują tchórze.

- Nie jestem sługą Imperatora - wyjaśnił uczeń.
Kobieta się odwróciła i zdjęła kaptur z głowy. Okazało się, że to kilkunastoletnia 

dziewczyna. Miała brązowe włosy związane w dwa warkocze i zwinięte po bokach głowy w taki 
sposób, że opadały na ramiona. Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- Powiedziałam kapitanowi Sturnowi, żeby oszczędził mi zagadek, a teraz mówię tobie... - 

zaczęła.

- Ale to prawda - przerwał uczeń, unosząc rękę, żeby dziewczynę uciszyć. - Przyleciałem tu 

w towarzystwie Mistrza Koty.

- Mistrz Kota nie żyje. Zginął nad księżycem Nar Shaddaa - odparła nieznajoma. - Mój 

ojciec...

Zorientowała się, że powiedziała za dużo, i umilkła.
- Twój ojciec? - Uczeń podszedł krok bliżej, układając sobie w głowie fragmenty 

łamigłówki. Przyjaciel Koty, „bardzo cenny” przedmiot, który trzeba było zdobyć na Kashyyyku... - 
Od jak dawna twój ojciec przekazuje Kocie informacje o imperialnych celach? - zapytał.

Dziewczyna spojrzała na niego podejrzliwie.
- Skąd wiesz... - zaczęła.
- Powiedział mi to sam Mistrz Kota - odparł uczeń.
- Nie mogę stąd odlecieć, dopóki planeta pozostaje pod okupacją - odparła dziewczyna 

zadziornym tonem.

- Czy właśnie dlatego tu przyleciałaś? - podchwycił Starkiller.
- Nie - ucięła gniewnie nieznajoma. - Jestem obserwatorką z ramienia Senatu, mianowaną 

przez samego Imperatora. Moje zadanie polega na nadzorowaniu budowy tego draństwa. - Kiwnęła 
głową w kierunku unoszącej się nad lasami stacji orbitalnej.

- Imperator nie może mnie zabić, ale może mnie zatrudnić i równocześnie wysłać 

informację do mojego ojca. Jak powiedziałam, jest tchórzem, ale sprytnym, biegłym w sztuce 
manipulowania i wymuszania.

Uczeń pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Ja też nie jestem całkowicie nieszkodliwa ani bezbronna - zapewniła młoda kobieta, 

ruchem głowy wskazując jego świetlny miecz. - Wiem, co to jest. Jeżeli naprawdę jesteś Jedi, 
powinieneś zrozumieć, dlaczego nie mogę stąd odlecieć.

- Ale twój ojciec...
- Mojego ojca tu nie ma - ucięła dziewczyna i odwróciła się znów w stronę okna. - Kiedy 

budowa tej stacji orbitalnej dobiegnie końca, Imperium będzie mogło rozpocząć wielkie obławy na 
niewolników rasy Wookie. W ciągu najwyżej kilku dni wywiezie z tej planety znaczną część 
mieszkańców. Artoo-Detoo? - zagadnęła.

Mały robot astromechaniczny podtoczył się i znieruchomiał między swoją właścicielką a 

uczniem Vadera. Świergocząc i pogwizdując, wyświetlił standardowy błękitno-biały hologram 
przedstawiający ogromną okrągłą konstrukcję o wzmocnionych bokach i kotwicach wgryzających 
się głęboko w odsłoniętą skałę.

background image

Obraz zaczął się powoli obracać, a dziewczyna - miała na imię Leia wyjawiła uczniowi 

szczegóły swojego planu.

- Artoo i ja badamy dokładnie stację orbitalną - zaczęła. - Chyba wiem, jak ją zniszczyć. 

Jeżeli się wyrwie te kotwice, sztuczna stacja oddali się od planety dzięki repulsorom, a reakcja 
łańcuchowa zniszczy orbitalną platformę, zanim ktokolwiek zdąży z niej skorzystać.

Uczeń przyjrzał się hologramowi. Próbując ocenić skalę konstrukcji, w końcu zobaczył 

figurkę człowieka... mikroskopijną w porównaniu z kotwicami. Nie uznał tego widoku za 
zachęcający.

- Zniszczenie tej stacji nie powstrzyma Imperium na długo - powiedział. - Po prostu zbudują 

następną.

- Zapewne kiedyś to zrobią - przyznała niechętnie Leia. - W tym czasie jednak Wookie będą 

mieli dość czasu, żeby zniknąć. - Zaplotła ręce na piersiach, jakby oczekiwała, że Starkiller 
zaprzeczy. - Tam, skąd przyszedłeś, znajduje się wylot rury... środka transportu, którym można się 
dostać na najniższy poziom dżungli. Na pewno roi się tam od Imperialców, którzy wycinają 
poszycie, ale dzięki temu dotrzesz do podstawy stacji orbitalnej.

- W porządku - zgodził się uczeń, chociaż nie pozbył się wszystkich wątpliwości. Jeżeli 

jednak chciał zabrać dziewczynę z tej planety, musiał się jej słuchać. - A co z tobą? - zapytał.

- Przypuszczam, że mój wahadłowiec znajduje się cały czas na platformie lądowniczej - 

powiedziała Leia.

- Jeżeli tak, nie ręczę za to, co się stanie z pilotem.
- Dlaczego przypuszczasz, że potrzebowałam pilota? - Zerknęła na niego z uśmiechem, ale 

zaraz spoważniała. - Powiedz mojemu ojcu, że jestem tu bezpieczna.

- Dobrze.
Leia odwróciła się i wyszła z pokoju.

ROZDZIAŁ 20

- Słyszeliście wszystko? - zapytał Starkiller z powierzchni Kashyyyka.
- Słyszeliśmy - potwierdziła Juno, niepewna, czy się cieszyć, czy też martwić rozwojem 

sytuacji. Ucieszyła się, że osiągnęli cel, jaki postawił im przyjaciel Koty w Senacie, ale na myśl o 
nieustannym zagrożeniu czuła dreszcze. Nie zanosiło się, żeby Starkiller szybko wrócił, a kryształy 
stygium zaczynały się przegrzewać. - Zamierzasz zrobić to, o co cię prosiła?

- Już to robię - odparł uczeń.
- Ty i twoje jedyne rozwiązanie - mruknęła Juno pod adresem Koty.
- Wszystko w porządku tam, na górze? - zaniepokoił się Starkiller.
- Zabijamy czas - odparła młoda pilotka. - Jak myślisz, dlaczego i dokąd Imperialcy 

zabierają tych Wookiech?

- Możemy tylko zgadywać - mruknął uczeń. - Wookie są silni i sprytni. Gdyby nie ich 

skłonności do odrywania ludziom głów, kiedy wpadają w gniew, byliby doskonałymi 
niewolnikami.

- Istnieje sposób, żeby temu zapobiec - odezwał się lodowatym tonem generał.
- Co pan ma na myśli? - zagadnęła Juno.
- Przywiązanie - wyjaśnił Kota. - Wookie mają wyjątkowo silne więzi rodzinne. - Skrzywił 

się. - To właśnie przez te więzi rycerze Jedi nie mogli zakładać rodzin. To był jedyny sposób, żeby 
zachować obiektywizm.

- Wygląda na to, że obiektywizm im nie wystarczył - zauważyła Juno.
Generał obrzucił ją groźnym spojrzeniem.
- Kota, przekaż tę wiadomość jej ojcu, bez względu na to, kim jest - rozkazał Starkiller.
- Załatwione - obiecał generał i odwrócił się w stronę klawiatury. - Zrobię, co się da.
Komunikatory umilkły. Starzec i dziewczyna na pokładzie „Cienia Łotra” siedzieli w 

milczeniu. Pogrążony w niewesołych myślach generał wystukiwał na klawiaturze jakąś wiadomość, 

background image

a Juno się zastanawiała, co się dzieje ze Starkillerem na Kashyyyku. Szukała w bazach danych 
statku informacji na temat lasów Kashyyyka, ale to, co znalazła, nie napawało otuchą. Jeżeli nawet 
uczeń nie zostanie zastrzelony przez Imperialców spieszących na pole poprzedniej bitwy, to pewnie 
pożrą go blastaile albo stratują na miazgę straszliwe minstyngary.

Kota długo stukał w klawisze, od czasu do czasu gniewnie parskając i wydając niespokojne 

pomruki. W końcu odepchnął klawiaturę na bok i wstał z fotela.

- Ha! - wykrzyknął. Odwrócił się i macając ściany, żeby znaleźć drogę, prawie wybiegł ze 

sterowni.

- Co się stało? - zawołała w ślad za nim Juno.
Generał nie odpowiedział. Młoda pilotka usłyszała tylko syk drzwi i domyśliła się, że stary 

Jedi zniknął w medytacyjnej kabinie.

Wzruszyła ramionami i postanowiła mu nie przeszkadzać. Jeżeli generał nie chce 

rozmawiać, nie będzie go zmuszać.

Na chwilę zapominając o niebezpieczeństwach, jakie grożą Starkillerowi na Kashyyyku, 

zaczęła badać konstrukcję stacji orbitalnej. Zajęło to jej trochę czasu, ale nie poczuła się ani trochę 
pewniej.

Usłyszała cichy trzask i z głośnika komunikatora rozległ się głos Starkillera.
- Panie generale?
- Nie ma go tu w tej chwili - odparła Juno.
- Więc go zawołaj - burknął uczeń. - Ja... chyba na coś się natknąłem.
Mówił z pretensją w głosie, co było u niego czymś niezwykłym. Juno usłuchała bez 

wahania.

- Kota! - krzyknęła. - Wracaj do sterowni! Szybko!
Generał pojawił się niemal natychmiast. Nie trzymając się nawet ścian, wpadł jak pocisk do 

sterowni.

- O co chodzi? - zapytał.
Młoda pilotka wskazała komunikator.
- Starkiller chce z tobą rozmawiać - powiedziała.
Kiedy generał się zgłosił, uczeń powtórzył mu to samo, co powiedział pilotce.
- No, ale co to takiego? - zapytał Kota. Juno zauważyła, że na twarzy starego Jedi pojawił 

się niepokój.

- Zwykła stara chata - wyjaśnił Starkiller. - A ściślej jej ruiny, ale wyczuwam w nich coś 

znajomego. - Juno usłyszała napięcie w jego głosie. - Czułem coś dziwnego od pierwszej chwili, 
kiedy postawiłem stopę na powierzchni Kashyyyka. W lesie panuje głęboka ciemność. Ciemność 
i... tak, smutek. Odnoszę wrażenie, że wydarzyła się tu jakaś tragedia.

- Wracaj, chłopcze - powiedział stanowczo generał. - Masz zadanie do wykonania. Są 

rzeczy, którym jeszcze nie jesteś gotów stawić czoła.

- Dlaczego mam wracać? - zapytał uczeń. - Co kryje się w tej chacie?
- A skąd mam wiedzieć? - wybuchnął stary Jedi. - Moja więź z Mocą została przerwana. - 

Kota opadł na fotel drugiego pilota, rozglądając się nerwowo. - Jeżeli wejdziesz do środka, sam 
będziesz musiał sobie radzić z tym, co cię tam czeka.

Starkiller nie odpowiedział. Juno przycupnęła na brzegu fotela w nadziei, że generał wyjawi 

coś więcej. Z głośnika otwartego kanału wydobywały się ciche syki, więc pilotka zrozumiała, że 
słyszy odgłosy oddychania.

- Co on tam robi? - zapytała generała.
Kota uciszył ją niecierpliwym gestem. Minuty płynęły jedna po drugiej i w końcu młoda 

pilotka doszła do wniosku, że uczeń nie wszedł do zrujnowanej chaty. Chociaż miał na to ochotę, 
usłuchał rady Koty i ruszył w dalszą drogę. Teraz prawdopodobnie się już zbliżał do podstawy 
stacji orbitalnej. Wkrótce pewnie się odezwie, co powinno rozwiać resztkę jej wątpliwości. Juno 
miała nadzieję, że zaraz wszystko się wyjaśni, a ona po prostu poczuje się głupio.

Nagle jednak siedzący obok niej Kota napiął mięśnie, jakby poczuł dotyk czegoś chłodnego, 

wilgotnego i lepkiego. Jego prawy policzek zaczął drgać. Stary Jedi ciężko odetchnął i złapał za 

background image

brzeg kontrolnej konsolety, jakby się bał, że upadnie.

A po chwili cały zwiotczał i westchnął głośno.
- Mówiłem, żebyś tam nie wchodził, chłopcze - mruknął cicho.
Juno stwierdziła, że może już nigdy nic nie będzie normalne.

ROZDZIAŁ 21

Uczeń wpatrywał się w ruiny, na które natknął się w dżungli Kashyyyka. Zastanawiał się, 

dlaczego właśnie ta chata przyciągnęła jego spojrzenie... chociaż nie zwrócił uwagi na kilkanaście 
innych, jakie mijał poprzednio. Doszedł do wniosku, że dziesięć albo dwadzieścia lat wcześniej na 
tej leśnej polanie mieściła się niewielka osada. Prawdopodobnie zamieszkiwali ją nie tylko Wookie, 
ale także istoty z innych planet, które chciały poczuć grunt pod stopami. Środkiem osady wiło się 
koryto wyschniętego strumienia, zarośniętego pnączami, paprociami i innymi miejscowymi 
formami roślinnego życia. Szczątki chat także porastała roślinność. Widać było jednak 
wystarczająco dużo, aby mieć pewność, że mieszkańcy opuścili osadę niezupełnie z własnej woli.

Sczerniałe i osmalone drewniane ściany dowodziły, że w osadzie szalał pożar. Okrągłe 

czarne otwory w niedopalonych miejscach sugerowały, że napastnicy posługiwali się bronią 
energetyczną. Takie ślady były widoczne wszędzie.

Uczeń podszedł bliżej do zrujnowanej chaty. Pół minuty wcześniej myślał tylko o 

czekającym go zadaniu, ale widok poczerniałych szczątków całkowicie opanował jego myśli. Nie 
pomogła mu rozmowa z Kotą, przeciwnie, tylko podsyciła jego ciekawość. Z czym będzie musiał 
sobie poradzić? Czyżby starzejący się generał wyczuł coś dzięki Mocy, chociaż twierdził, że stracił 
z nią wszelki kontakt?

Ścięty stożek największej chaty rozpadł się na dwoje i runął na powierzchnię gruntu. 

Szczelina w ścianie była wystarczająco szeroka, żeby dało się wejść do środka. Najwyraźniej ktoś 
się tu wdarł siłą. Nie było jednak śladów używania energetycznej broni, bo nie było regularnych 
spiral, jakie pozostawały po blasterowych strzałach. Chata wyglądała, jakby ją ktoś rozłupał.

A zatem intruz nie strzelał, ale ciął...
Po zarośniętej polanie przeleciał podmuch wiatru i w szczątkach chaty coś się poruszyło. 

Uczeń uniósł świetlny miecz, ale nie wysunął klingi, bo nie zauważył żadnego z wielu żyjących na 
Kashyyyku drapieżników. To tylko wiatr poruszył jakąś szmatą. Uczeń pochylił się, zajrzał do 
środka i zobaczył resztki zaczepionego o przegniłą deskę dywanika. Na tkaninie widniał symbol w 
postaci stylizowanego drapieżnego ptaka o dumnie uniesionych skrzydłach i dziobie.

Starkiller poczuł dziwny dreszcz, jakby dotknął go ktoś z innego wszechświata.
Nie mogąc się powstrzymać, wszedł do szczątków chaty. Palcami pogłaskał spłowiały 

symbol. W środku panował trudny do opisania bałagan. Uczeń zobaczył resztki połamanych mebli i 
ogromne pajęczyny. Powietrze było chłodne, ale dziwnie gęste. Uczeń poczuł, że trudno mu 
oddychać, jakby cierpiał na klaustrofobię. Odwrócił się w stronę drzwi, żeby wybiec, ale zamarł na 
widok leżącego na ubitej glebie niewielkiego błękitnego klejnotu.

Uklęknął, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Błyszczący klejnot nie był większy od paznokcia 

małego palca i wyglądał jak skupiający kryształ świetlnego miecza.

W jego głowie zaroiło się od pytań i podejrzeń. Dlaczego coś go przyciągnęło właśnie do 

tego miejsca? Co takiego się tu wydarzyło, żeby miało dla niego jakiekolwiek znaczenie?

Wstał z klęczek i wtedy nawiedziła go wizja silniejsza niż wszystkie, jakich doświadczył do 

tej pory.

Kashyyyk płonął. Z przestworzy widać było łunę pożarów i zatruwające atmosferę płachty 

dymu. Planetę otaczała absolutnie szczelna i bezwzględna imperialna blokada. Obserwatorów nie 
przepuszczano, a uchodźcom nie pozwalano odlatywać. Sforsować blokadę mogli tylko 
szturmowcy.

background image

I on.
Wahadłowiec, na którego pokładzie przyleciał, wylądował na szczycie urwiska, z którego 

rozciągał się widok na głęboką błękitną zatokę. Wokół toczyły się zacięte walki. Imperialcy w 
robotach kroczących AT-ST walczyli z rebeliantami rasy Wookie, którzy nie zważali na to, że 
przeciwnicy są od nich o wiele silniejsi i liczniejsi. Pośród konarów zbudowano potężne leśne 
fortece. Były połączone siecią podziemnych tuneli, którymi transportowano bojowników ruchu 
oporu i amunicję na obrzeża lasu, gdzie toczyły się najzaciętsze walki. Strzały z energetycznej broni 
nie mogły przebić twardej kory sędziwych wroshyrów, ale wzniecały pożary i popieliły ciała 
rebeliantów.

Uczeń widział to wszystko jakby we śnie. Był jego częścią, ale nie uczestniczył w 

heroicznych zmaganiach. Próbował coś powiedzieć albo chociaż odwrócić głowę, ale nie potrafił. 
Wizja nie pozwalała mu zmienić niczego, co się już wydarzyło.

Co się wydarzyło? A może dopiero miało się wydarzyć? Czyżby tak miało wyglądać jego 

przeznaczenie? Czyżby miał wrócić na Kashyyyka z rozkazu swojego mistrza i raz na zawsze 
rozprawić się z istotami rasy Wookie?

Machnął dłonią w rękawicy, żeby klapa włazu się otworzyła. Rampa już wcześniej się 

wysunęła, więc zbiegł na powierzchnię gruntu i stanął, żeby się osobiście przekonać, jak wygląda 
sytuacja. Jego czarna peleryna łopotała za jego plecami, porywana raz po raz podmuchami 
niosącego popiół, gorącego wiatru.

Uczeń stwierdził, że dzieje się z nim coś złego. Zmysły miał przytępione, widział wszystko 

jakby przez filtr. Ręce i nogi mu zdrętwiały, a własny oddech brzmiał jak... jakby korzystał z 
mechanicznego respiratora...

Po chwili podbiegł do niego imperialny oficer.
- Lordzie Vader - wysapał. - Kiedy przylecieliśmy, zaskoczono nas, ale w tej chwili sytuacja 

została...

- Nie obchodzą mnie pańskie porażki, dowódco - przerwał uczeń głosem swojego mistrza. 

Wszędzie wokół widział ciała imperialnych żołnierzy. - Przyleciałem tu, żeby wykonać swoje 
zadanie.

Uczeń w stroju Dartha Vadera pozostawił oficera spoconego z ulgi i ruszył przed siebie.
Wzdrygał się przy każdym kroku. Nic, co zrobi, nie może zmienić kierunku jego 

brzemiennego w skutki marszu. Nieważne, czy ogląda przeszłość oczami swojego mistrza, czy 
własną przyszłość... jedną z jej wersji, według której dzięki chirurgicznemu zabiegowi stał się 
Darthem Vaderem. Był jednak zupełnie pewien, że nie chce wiedzieć nic więcej.

Nagle znikąd wyłonił się ogromny wirujący topór. Uczeń-Vader uniósł lewą rękę i 

posługując się potęgą Ciemnej Strony, odbił go na bok z taką siłą, że topór wbił się głęboko w 
grunt. Wyciągnął prawą rękę i błyskawicznym ruchem zapalił klingę świetlnego miecza. Odwrócił 
się i zobaczył trzech wojowników rasy Wookie, którymi dowodził ogromny tubylec. Na 
ciemnobrązowej sierści miał lekki pancerz i szczerzył zęby w groźnym uśmiechu. Rosły Wookie 
zaryczał tak głośno, że uczeń-Vader poczuł niemal fizyczny ból, chociaż miał przytępione zmysły.

Bez względu na to, co widział - przeszłość czy przyszłość - poruszał się zwinnie i pewnie. 

Uniósł rękojeść świetlnego miecza, żeby przeciąć na pół drugi topór, i ruszył do przodu, żeby 
stawić czoło najgroźniejszemu napastnikowi. Załatwił go dwoma ciosami miecza, nie pozwalając 
mu nawet dotknąć pazurem swojej czarnej zbroi. Z dwiema pozostałymi istotami rasy Wookie 
rozprawił się równie szybko i skutecznie.

Nie zamierzał się jednak napawać odniesionym zwycięstwem. Zaledwie ostatni przeciwnik 

runął i znieruchomiał, uczeń-Vader ruszył w dalszą drogę. Starał się trzymać z daleka od urwistych 
zboczy i kierując się nieznanymi wskazówkami, zapuszczał się coraz głębiej w dżunglę Kashyyyka.

Rozprawiał się bezlitośnie z każdą następną grupą napotkanych Wookiech, ale w przerwach 

między utarczkami, czując się jak Darth Vader, parł coraz dalej i dalej, chociaż chciało mu się 
krzyczeć.

W końcu skręcił ostatni raz i zobaczył osadę na polanie, której środkiem wił się wąski 

strumień. Uczeń się pomodlił, żeby nikt go nie zaskoczył i nie zabił, zanim skończy oglądać swoją 

background image

wizję.

Tak jednak się nie stało. Zdesperowany uczeń - teraz jako Vader - dopomógł sobie Mocą i 

wskoczył na pierwszą drewnianą platformę, która wystawała z pnia młodego wroshyra. Wkroczył 
do chaty, której sklepienie widział wysoko nad swoją głową. Zauważył na jej drewnianych ścianach 
błyszczące krople żywicy. W podmuchach wiatru powiewały makaty. Na jednej widniał 
stylizowany wizerunek polującego drapieżnego ptaka, który uczeń widział wcześniej, w 
zrujnowanej chacie. Wookie zauważyli intruza i pospiesznie zaczęli wciągać sznurowe drabiny 
wiodące na wyższe platformy.

Na jednej z nich pojawił się wysoki mężczyzna w brązowym płaszczu. Spojrzał w dół na 

Vadera. Stał z rękami na biodrach w otoczeniu groźnych wojowników Wookie. Z jego zachowania 
wynikało, że spędził pośród tubylców dużo czasu. Wyglądał znajomo, chociaż było to niemożliwe.

- Zawróć, Czarny Lordzie - odezwał się władczym tonem mężczyzna w brązowym płaszczu. 

- Obojętne, czego szukasz, tego tu nie znajdziesz.

- Nie ukryjesz się przede mną, Jedi - warknął Vader.
Mężczyzna napiął mięśnie i wykonał gest, po którym z okolicznych drzew zaczęli się 

spuszczać na sznurach i lianach wojownicy Wookie. Wydając dzikie ryki, zaatakowali samotną 
czarną postać w dole. W tym momencie wizja ucznia zmieniła się w strumień pełnych przemocy 
obrazów. Każdy z jego przeciwników spadał z platformy z odciętymi kończynami i złamanym 
karkiem. Klinga jego świetlnego miecza wyglądała jak rozmyta szkarłatna smuga... i powoli 
wszystko, na co patrzył, przybrało upiorny czerwony kolor.

Kiedy pokonał ostatniego wojownika, zwrócił uwagę na podpory chaty. Uniósł rękę, 

zaczerpnął porcję energii Ciemnej Strony i zaczął zginać i łamać prastare drewno. Opierało się jego 
wysiłkom - było bardzo wytrzymałe, ale nie miało twardości metalu. Powoli poddawało się 
działaniu energii Ciemnej Strony, chociaż długo nie dawało się złamać.

Nie ocaliło to jednak wszystkich na platformie. Chata kołysała się jak statek na powierzchni 

wzburzonego oceanu. Istoty rasy Wookie zeskakiwały albo zjeżdżały na linach w bezpieczne 
miejsca.

- Chwyćcie się czegoś! - zawołał do nich mężczyzna w brązowym płaszczu. - Szybko!
Vader zagiął z całej siły palce dłoni i w końcu podpory trzasnęły. Wyciągnął przed siebie 

obie ręce i chata zakołysała się z boku na bok. Z przyprawiającym o mdłości trzaskiem ostatnie 
podpory się złamały i chata zwaliła się na platformę w dole. Ciała Wookiech posypały się z niej we 
wszystkie strony, a powietrze wypełniło się drzazgami i pyłem.

Vader nawet nie mrugnął, kiedy chata roztrzaskała się kilka metrów przed nim. Pękła na 

dwoje jak przejrzały owoc.

Nie poruszył się nawet wtedy, kiedy w gęstej, przesyconej pyłem mgle zobaczył płonącą 

jaskrawoniebieskim blaskiem klingę świetlnego miecza... a po chwili jego właściciela, który 
wyłonił się niczym duch.

Tańcząc po drewnianej platformie, natarli na siebie. Wysoki Jedi dorównywał Vaderowi 

zasięgiem rąk, ale nie miał równie dużej siły ani podobnych umiejętności. Dobrze znał prastary styl 
shii-cho, ale nie zadał sobie trudu, żeby opanować bardziej zaawansowany makashi. Jego ataki były 
proste do odparcia, a obrony stosunkowo łatwe do przeniknięcia. Vader igrał z nim jakiś czas, aż 
wreszcie przyparł go do ściany roztrzaskanej chaty. Mężczyzna nie miał dokąd się cofnąć.

Silnym telekinetycznym pchnięciem posłał go do środka przez szczelinę w ścianie. Świetlny 

miecz przeciwnika poszybował w kąt, a rękojeść się roztrzaskała. Wypadło z niej kilkanaście 
błękitnych kryształów skupiających, które rozsypały się jak klejnoty.

Vader wkroczył do chaty i posłużył się Mocą, żeby chwycić przeciwnika za gardło i unieść 

go w powietrze. Wymierzył szpic czerwonej klingi w pierś Jedi.

Odniósł zwycięstwo.
A jednak w ostatniej chwili się zawahał.
Przekrzywił ukrytą w czarnym hełmie głowę.
- Wyczuwam w pobliżu kogoś o wiele potężniejszego niż ty - powiedział. - Twojego 

mistrza... gdzie on jest?

background image

Rycerz Jedi znalazł w sobie dość sił, żeby odpowiedzieć.
- Ciemna Strona zaćmiła ci umysł - powiedział. - Zabiłeś mojego mistrza wiele lat temu.
- Teraz ciebie spotka taki sam los.
Vader zamachnął się klingą, żeby ściąć rycerza, ale zanim zdążył to zrobić, rękojeść 

wyfrunęła z jego dłoni. Czarny Lord odwrócił się gwałtownie, żeby stawić czoło nowemu 
przeciwnikowi. Uniósł lewą rękę, żeby zmiażdżyć pyszałka, który ośmielił się rzucić mu 
wyzwanie...

Zawahał się jednak, co u Dartha Vadera było czymś niezwykłym...
A uczeń poczuł, że jego myśli mieszają się po przeżytym wstrząsie.
...W kącie chaty stało dziecko, brudne i posiniaczone po upadku chaty. Chłopiec był ubrany 

w strój uszyty przez Wookiech, podobnie jak płaszcz mężczyzny, który unosił się w powietrzu za 
plecami Czarnego Lorda. Chłopiec trzymał oburącz zapalony świetlny miecz Dartha Vadera. Szpic 
klingi drżał nieznacznie.

- Uciekaj! - wycharczał Jedi. - Natychmiast! I nie oglądaj się za siebie!
- Aha - powiedział Vader z nagłym zrozumieniem. - To twój syn.
Odwrócił się znów do ojca i zacisnął lewą pięść. W szczątkach chaty rozległ się trzask 

łamanej kości i zdławiony okrzyk chłopca, który zakrztusił się z przerażenia.

Vader odwrócił się do niego... i zamarł.
Na mgnienie oka żywy obraz znieruchomiał: umierający ojciec, obserwujące go dziecko i 

morderca stojący cierpliwie między nimi, jakby w oczekiwaniu na rzut kostki losu.

Po chwili do zrujnowanej chaty wpadło trzech szturmowców pod dowództwem 

imperialnego oficera. Niewątpliwie zwabiły ich odgłosy walki w osadzie, a może cały czas podążali 
za Czarnym Lordem po powierzchni porośniętej dżunglą planety. Wbiegli z bronią gotową do 
strzału i zakłócili panującą w chacie ciszę.

- Co się dzieje, Lordzie? - zapytał wyraźnie zdezorientowany oficer.
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo Vader pstryknął palcami i wyrwał z dłoni chłopca 

rękojeść swojego miecza. Ruszył do wyjścia, a oficer i żołnierze się wycofali. Jeden z nich 
widocznie wyczuł bliską śmierć i wystrzelił z blastera. Odbita od szkarłatnej klingi błyskawica 
blasterowego strzału wbiła się w ścianę chaty, gdzie pozostawiła dymiącą dziurę.

W następnej sekundzie wszystko się skończyło.
Przerażony chłopiec obserwował, jak mężczyzna w czarnym pancerzu zabija własnych 

sojuszników, zadając brutalne, śmiertelnie eleganckie ciosy. Pod tym względem przypominał dziką 
wallugę. Wszystkie jego sztychy i cięcia docierały do celu.

Chłopiec nigdy dotąd nie widział niczego tak pięknego... ani tak strasznego.
Kiedy mężczyzna w czerni skończył, stanął nad chłopcem i wziął go za rękę. Dzieciak, 

przeczuwając bliską śmierć, nawet się nie opierał.

- Chodź ze mną. - Wypowiedziane niskim tonem słowa bolały bardziej niż ciosy. - Wkrótce 

pojawi się ich tu więcej.

Kiedy wywlekał chłopca z chaty, malec obejrzał się za siebie. Roztrzaskana chata stała 

koślawo, a w środku pozostało kilka ciał z dymiącymi dziurami, ale chłopiec widział tylko zwłoki 
rycerza Jedi na podłodze. Wyciągnął do tyłu rękę z rozczapierzonymi palcami, jakby chciał 
chwycić coś, czego już tam nie było...

Uczeń zamrugał. Stał jak skamieniały i wpatrywał się w miejsce, gdzie kiedyś leżały ciała. 

Nie pozostało po nich ani śladu, nawet jednej kości. Na pewno rozwlekły je żywiące się padliną 
zwierzęta, a może ciała same wypadły, kiedy platforma ze szczątkami chaty runęła na powierzchnię 
gruntu. Pozostał tylko samotny kryształ, który uczeń zaciskał kurczowo w dłoni. Wyglądał jak 
jeden z tych, które wypadły z rękojeści świetlnego miecza wysokiego rycerza Jedi z jego wizji. 
Może chłopiec lubił się nimi bawić, bo sprawiało mu to ulgę.

Uczeń skrzywił się w gorzkim grymasie. Wyglądał jak... mógłby tak wyglądać... Usiłował 

nadać realne znaczenie swojej wizji, która była przecież tylko ułudą. Fantazją. Od chwili przylotu 

background image

na Kashyyyka nie zaznał spokoju. Podświadomie wyczuwał coś, co prawdopodobnie miało większy 
związek z jego sojuszem z Kotą niż z przeszłością. Wychował go Darth Vader, więc uczeń nie 
musiał sobie wyobrażać rodziców ani domu, żeby nadać znaczenie swojemu życiu. Na pewno tylko 
wymyślił całą tę historię.

W jednej ze swoich wizji, jaką widział w stanie bliskim śmierci, zobaczył jednak stację 

orbitalną. Jasno świecąca linia sięgała wysoko w niebo. Dopiero w obecnej chwili uczeń 
uświadomił sobie, że postać stojąca przed stacją orbitalną to ta sama dziewczyna, z którą rozmawiał 
w domu na wzgórzu. Jeżeli inne jego wizje zawierały źdźbło prawdy, to może i ta także?

A twarz rycerza Jedi? Tak samo wyglądał mężczyzna, którego uczeń zobaczył przelotnie 

podczas pojedynku z generałem Kotą...

Czas płynął bardzo powoli, a powietrze stało się gęste jak miód. Uczeń przestraszył się, że 

znów ujrzy wizję, ale zachował panowanie nad sobą. Nagle nad chatą przesunął się cień, jakby 
chmura przesłoniła promienie słońca. Uczeń zadrżał i objął się ramionami.

Poczuł na skórze dotyk chłodnego metalu i spojrzał na to, co się stało z jego palcami. Z 

przerażeniem zobaczył sztuczne szpony, podobne do palców chirurgicznego androida. Były tak 
ostro zakończone, że mogłyby przeciąć kość. Jego ręce składały się po części z ciała, a po części z 
metalu. Reszta była sztucznym amalgamatem, który obejmował ramiona i znikał pod wysokim 
metalowym kołnierzem, osłaniającym szyję. Prawdziwa skóra na nadgarstkach była pokryta 
pęcherzami i bliznami, jakby wielokrotnie narażana na oddziaływanie wysokiej temperatury.

Nie tylko jego ręce się zmieniły. Miał także inne ubranie. Zamiast nowego munduru, który 

dostał od Dartha Vadera, nosił kamizelkę z elastycznych pancernych płytek, a jego talię opinały 
skórzane pasy. Zwisała z nich kolekcja ponurych trofeów... głównie rękojeści świetlnych mieczy. 
Pod ściśle dopasowanym czarnym ubraniem wyczuwał dziwne ciało, bardziej mechaniczne niż 
żywe.

Uniósł drżącą rękę i dotknął metalowymi palcami twarzy. Metalowe ostrza zetknęły się z 

innym metalem z przeszywającym uszy piskiem. Uczeń zrozumiał, że jego twarz kryje się za 
maską, równie straszliwą jak maska jego mistrza. Słyszał odgłosy swojego oddychania.

Stał się czyimś najgorszym koszmarem.
Nagle przez gęste jak miód powietrze przebił się złocisty blask. Uczeń odwrócił ukrytą w 

masce głowę i zobaczył, że w jego stronę zmierza kilka mrocznych postaci. Opuścił prawą rękę z 
zagiętymi jak szpony palcami, żeby sięgnąć po świetlny miecz. Wybrał go automatycznie spośród 
wielu, które zwisały u jego pasa. Klinga sama się włączyła i wnętrze chaty zalała krwistoczerwona 
poświata.

Uczeń zobaczył w jej blasku wysokiego mężczyznę w płaszczu Jedi. Twarz pod kapturem 

była spokojna i gładka, a w oczach widniało politowanie... i smutek. Twarz wyglądała znajomo, a 
zarazem obco. Była znana, a jednak zupełnie nieznana... Uczeń syknął i przykucnął jak prężący się 
do ataku wąż. Był mistrzem juyo, najgroźniejszej ze znanych w galaktyce form walki na świetlne 
miecze.

Jedi wyciągnął własny miecz świetlny, zapalił jaskrawoniebieską klingę i przyjął klasyczną 

postawę stylu soresu. Uniósł lewą rękę i skierował dłoń w dół, równolegle do klingi świetlnego 
miecza w prawej dłoni. Stanął w wykroku, opierając się na prawej stopie, gotów do odparcia 
każdego ataku.

Uczeń nie kazał mu długo czekać. Dał spokój akrobacjom i wspomaganym przez Moc 

skomplikowanym ruchom. Po prostu rzucił się do ataku, wykorzystując swoje ciało jako pocisk. 
Był absolutnie skoncentrowany, zwinny i szybki. Przepływająca przez niego Ciemna Moc idealnie 
harmonizowała z nienawiścią i gniewem w jego sercu. Jedi musi zginąć. Uczeń pomyślał, że równie 
dobrze może zakończyć tę walkę jak najszybciej.

Tymczasem błękit zablokował czerwień i we wszystkie strony strzeliły fontanny iskier. 

Uczeń postanowił zadać następny cios trochę wyżej. Zadał go jakby od niechcenia, ale pod 
niedbałym gestem kryły się śmiercionośne umiejętności. Jego przeciwnik Jedi zablokował także ten 
cios, chociaż z najwyższym trudem. Soresu był defensywnym stylem walki, dobrze dostosowanym 
do ograniczonej przestrzeni, ale rycerz nie mógł się bronić w nieskończoność przeciwko jadowitej 

background image

gracji stylu juyo.

Zanim jednak uczeń zdążył rozpocząć następną akcję zaczepną, Jedi sam ruszył do ataku. 

Uczeń nie miał nic przeciwko temu, żeby Jedi go zranił, pod warunkiem że rana okaże się 
niegroźna. Po zadawanych z bliska ciosach usłyszał skwierczenie własnego ciała, i zobaczył 
sączący się z pancerza dym. Energię, jaką dotąd zaoszczędził, postanowił wykorzystać na 
odrywanie zmurszałych desek ze ścian i ciskanie nimi w głowę przeciwnika. Jedi odbijał je na boki, 
ale musiał poświęcać temu część uwagi, dzięki czemu jego atak stracił na impecie. Kiedy na chwilę 
przerwał walkę, uczeń posłał pod klingą jego miecza błyskawicę Sithów.

Po ciele rycerza Jedi przemknęły błękitne zygzaki wyładowań, a na jego twarzy pojawił się 

grymas bólu. Zaraz jednak opuścił prawą rękę i umieścił klingę swojego miecza świetlnego na 
drodze błyskawicy. Klinga pochłonęła jej energię, a w dodatku utworzyła nadprzewodzącą pętlę, 
żeby oddać większą porcję energii, niż miała na początku walki. Uczeń wyprężył się; ból poraził 
jego ręce. Cierpiał niewypowiedziane męki, ale jakoś przeżył. Jego przysmażona skóra odpadała 
płatami od ciała. Starkiller czuł odrażający smród spalonego mięsa. Jego ból i wstręt jednak tylko 
podsyciły Ciemną Stronę Mocy, więc im częściej powracała do niego błyskawica Sithów, tym 
silniejsza się stawała, kiedy przez niego przepływała.

Pętla nie mogła jednak płonąć w nieskończoność. W chacie pojawił się oślepiający niebieski 

błysk, po którym uczeń i rycerz Jedi pofrunęli w przeciwne strony jak odepchnięci potężną 
sprężyną i zderzyli się plecami ze ścianą. Padli na podłogę, a ich świetlne miecze zgasły i potoczyły 
się na bok.

Leżąc pod ścianą, uczeń z wysiłkiem oddychał przez maskę jak chory na astmę Gand. 

Stopniowo odzyskiwał władzę w rękach i w nogach, ale kiedy spróbował się poruszyć, jego mięśnie 
odmówiły posłuszeństwa. Z wąskich otworów na oczy w jego hełmie sączyły się smugi dymu. W 
obawie, że jego przeciwnik wstanie szybciej niż on, uczeń przywołał całą potęgę Mocy, żeby 
uniosła go w powietrze. Wisząc pionowo jak kukła kilka centymetrów nad podłogą, mrugał 
porażonymi oczami tak długo, aż odzyskał ostrość spojrzenia.

Rycerz Jedi nie radził sobie wcale lepiej. On także zdołał wstać, ale ledwo trzymał się na 

nogach. Nie przywołał nawet do dłoni klingi świetlnego miecza. Uczeń uśmiechnął się z 
satysfakcją. On sam miał do wyboru kilka innych świetlnych mieczy, które należały do zabitych 
przez niego rycerzy Jedi. Musiał tylko wybrać któryś, żeby zadać śmiertelny cios.

Nie zrobił tego. Wyciągnął lewą ręką i, podobnie jak to zrobił jego mistrz podczas walki z 

pierwszym Jedi, którego zabił wiele lat wcześniej w tej samej chacie, chwycił przeciwnika za 
gardło potęgą Mocy. Młody Jedi poderwał się w powietrze, ale po eksplozji błyskawicy jego ciało 
wciąż jeszcze dymiło.

Teraz obaj unosili się w powietrzu naprzeciwko siebie, nie dotykając stopami podłogi.
- Jeżeli mnie... zabijesz - wycharczał w końcu Jedi - zniszczysz siebie.
Uczeń roześmiał się pogardliwie i ponuro. Przywołał do dłoni swój świetlny miecz, zapalił 

klingę i rzucił nią jak oszczepem w unieruchomionego przeciwnika. Klinga przebiła jego prawe 
ramię i zgasła, kiedy metalowa rękojeść zetknęła się z ciałem. Rycerz Jedi wygiął się do tyłu, ale 
nie krzyknął. Uczeń napawał się chwilę tym efektem, po czym odpiął od pasa rękojeść innego 
miecza, zapalił klingę i ponownie przebił nią bezbronnego Jedi. Powtarzał to, póki starczyło mu 
rękojeści świetlnych mieczy u pasa, aż podłoga pod jego ofiarą zabarwiła się na czerwono.

Mimo to Jedi nadal żył. Uczeń poczuł ukłucie irytacji, ale przypomniał sobie, że nie 

wykorzystał dotąd jeszcze jednego miecza świetlnego... broni swojego przeciwnika. Przywołał 
cylinder do dłoni, zapalił klingę i przebił nią serce rycerza Jedi.

Dopiero wówczas Jedi umarł. Jego bezwładne ciało opadło na podłogę, a uczeń pozwolił 

sobie na to samo. Czuł w ciele pulsowanie energii Ciemnej Strony. Był ucieleśnieniem jej potęgi.

Odchylił ukrytą w masce głowę do tyłu i zawył triumfująco niczym polujące wilcze 

szczenię.

- Nie chciałem, żeby cię to spotkało - usłyszał nagle szept w mroku za plecami.
Przywołał do dłoni świetlny miecz, odwrócił się i błyskawicznie zapalił klingę. Zauważył, 

że w chacie stoi przepasany szarfą Wookiech mężczyzna o długich ciemnych włosach, patrząc na 

background image

zwłoki rycerza Jedi z żalem i bólem.

Uczeń ruszył w stronę nieznajomego, żeby się z nim rozprawić, ale zamarł w pół drogi, bo 

uświadomił sobie, że to mężczyzna z jego dwóch wizji: ojciec chłopca, którego zabrał Vader, i 
mężczyzna, którego twarz zobaczył podczas walki z Kotą nad księżycem Nar Shaddaa.

- Nie chciałem, żeby cię to spotkało - powtórzył szeptem mężczyzna. - Przykro mi, Galenie.
Stojąc jak skamieniały, uczeń przyglądał się, jak rycerz Jedi odwraca się i odchodzi w 

mroczny kąt chaty. Zastanowił się, czy to wizja, czy może rzeczywistość. Prawda czy fantazja? 
Jego myśli wirowały szybko jak pulsar.

- Ojcze, zaczekaj! - Słowa wyrwały się same z jego piersi, niezniekształcone przez 

zdeformowane ciało ani przez maskę. Nagle stał się znów chłopcem... całym i zdrowym, ale 
samotnym, pozostawionym w ruinach zalanej krwią chaty. - Ojcze, nie!

Rycerz Jedi nawet się nie obejrzał. Po prostu się rozpłynął w mrocznym kącie.
Uczeń osunął się na kolana, spuścił głowę i krzyknął.

ROZDZIAŁ 22

Ze zrujnowanej chaty wyłoniła się obszarpana postać. Mężczyzna miał zaciśnięte zęby i 

rozbiegane oczy. Ruszył brzegiem koryta wyschniętego strumienia w stronę miejsca, które 
wskazano mu w innym wieku, w innym życiu. Oczyścił umysł ze wszystkich myśli i pozwolił, żeby 
jego krokami kierował obowiązek... obowiązek względem jego mistrza, względem Juno i Koty, 
względem istot rasy Wookie...

Nie wiedział tylko, czy ma jakieś obowiązki wobec siebie. Nie uświadamiał sobie nawet, że 

istnieje, jeżeli nie liczyć więzów, jakie łączyły go z Darthem Vaderem. Wyobrażał sobie zawsze, że 
został po prostu w jakiś sposób stworzony... na przykład powstał w wyniku jednego z dziwacznych 
eksperymentów biologicznych swojego mistrza. Nie miał rodziny ani domu oprócz tego, który 
pamiętał. A jeżeli jego wizje odpowiadały prawdzie i rzeczywiście miał rodzinę tu, na Kashyyyku? 
Jakie wtedy zająłby miejsce w planach Vadera? Czy to by coś zmieniło?

Juno skontaktowała się z nim przez komunikator, pytając, czy nic mu nie jest. Uczeń 

powiedział, że wszystko w porządku. Juno zapytała, czy aby na pewno. Starkiller potwierdził. 
Młoda pilotka była lekko urażona lakonicznością jego odpowiedzi, ale uczeń nie mógł na to nic 
poradzić. Zmagał się z emocjami... i wątpliwościami, raz czuł ponurą pewność, a po chwili 
nadzieję. Nie miał czasu na przejmowanie się uczuciami pilotki.

Galen?
Musiał wykonać zadanie.
Przedzierając się przez gąszcze, zostawiał coraz dalej zrujnowaną chatę. Co kilka kroków 

dotykał swoich dłoni, zachwycony, że czuje pod palcami prawdziwą skórę.

Kotwy były jeszcze większe, niż to oceniał na podstawie planów wyświetlonych przez 

astromechanicznego robota tamtej dziewczyny. Wskazówki jego właścicielki były proste: jeżeli 
chce zniszczyć stację orbitalną, musi uszkodzić te kotwy. Wydało mu się to wówczas dosyć proste, 
ale zmienił zdanie, kiedy zobaczył potężne umocnienia i strzegące ich imperialne siły zbrojne.

Nie miał nic przeciwko wykonywaniu zwykłych zadań. Wolał się nie zastanawiać nad 

sposobami czy motywami. Chciał tylko działać. Nie odczuwał jednak radości, jaką czuł podczas 
walki u stóp domu na tamtym wzgórzu. Nie było to wyzwanie podobne do tego, jakie rzucili mu 
ubrani na czarno imperialni gwardziści na Bespinie. Przedzierał się przez szeregi anonimowych 
szturmowców jak wampa przez zaspy śniegu. Błyskawice Sithów skwierczały, a ciała rozrywały 
się, rażone potęgą telekinezy. Uczeń wywierał też umysłowy wpływ na decyzje oficerów, którzy 
rozkazywali podwładnym, żeby atakowali się nawzajem. Nikt nie mógł mu się przeciwstawić i 
przeżyć.

Wreszcie dotarł do podstawy stacji orbitalnej. Zastanowił się, jak zniszczyć sześć 

background image

konstrukcji, z których każda miała wysokość wielu pięter. Do ich budowy użyto 
superwytrzymałych materiałów, takich, żeby na przekór wszystkim prawom fizyki mogły utrzymać 
ogromną stację w górze. Jakim cudem miał pokonać ich opór?

Odpowiedź, jak zawsze, leżała w Mocy. Moc nic sobie nie robiła z praw fizyki. Jeżeli Mocą 

władał właściwy człowiek, nic się nie mogło oprzeć jej potędze. Moc była wszystkim, czego 
potrzebował.

Odwrócił się tyłem do zasłanego zwłokami szturmowców pola bitwy i oparł obie dłonie o 

fundamenty najbliższej kotwy. Zamknął oczy i umysł na wszystko, co mogłoby zakłócić jego 
koncentrację, i wyobraził sobie, że stanowi jedność z metalem, permabetonem i kamieniem. 
Wyczuł słabe i silne punkty fundamentu. Wpadł z nimi w tak idealny rezonans, że trudno byłoby 
mu określić, gdzie kończą się jego dłonie, a zaczyna fundament.

Kiedy się zorientował, że już osiągnął maksymalną koncentrację, zaczerpnął porcję energii 

Ciemnej Strony i pozwolił, żeby nim kierowała. Energia wypłynęła z niego niczym woda z 
uszkodzonej tamy, dzika niczym drapieżniki na Kashyyyku, ale zarazem czysta jak światło lasera. 
Uczeń odchylił głowę do tyłu, napawając się cudowną, niszczycielską potęgą, jaką udało mu się 
rozpętać. Przy wykonaniu tego jednego zadania uwolnił moc o wiele większą niż ta, jaką 
dysponowała błyskawica Sithów. Poświęcił się tylko tej jednej myśli. Stał się niszczycielską 
potęgą.

Kotwa zadrżała. Jej najbardziej delikatne elementy - nanoprzewody, wrażliwe systemy 

automatycznej regulacji i mikroskopijne hydrauliczne kanaliki - niemal natychmiast uległy 
zniszczeniu. Kiedy zakłócone zostały także skomplikowane procesy utrzymywania stabilności 
kotwy, rozpoczęła się reakcja łańcuchowa, której już nic nie mogło powstrzymać. W okolicach 
najbardziej obciążonych miejsc wzrosły naprężenia. Pojawiły się cienkie jak włos zygzakowate 
pęknięcia, które zaczęły się rozprzestrzeniać. Drgań fundamentu nie dałoby się stłumić, nawet 
gdyby uczeń zostawił kotwę w spokoju. W ciągu zaledwie kilku minut konstrukcja rozpadnie się na 
kawałki.

Mimo to uczeń nie rezygnował, dopóki cienkie jak włosy pęknięcia nie zamieniły się w 

szerokie szczeliny. Powierzchnię gruntu przeniknęło drżenie, a trzaski agonii materiału zagłuszyły 
nawet odgłosy strzałów z blasterowych działek. W pewnej chwili zaczął spadać grad pyłu i 
odłamków wielkości kamyków. Uczeń doszedł do wniosku, że czas się wycofać i dokonać oceny 
sytuacji. Nie chciał zresztą dopuścić, żeby jakiś głupi szturmowiec zaskoczył go od tyłu i strzelił 
mu w plecy.

Otworzył oczy i spojrzał w górę. Ogromna konstrukcja wyglądała dziwnie. Po 

przewodzących powierzchniach pełzały niebieskie błyskawice elektrostatycznych wyładowań, a 
ultrawytrzymały permabeton zmiękł i stał się płynny jak melasa. Uczeń posłużył się Mocą, żeby 
odepchnąć na boki spadające z nieba większe elementy konstrukcji. Czuł się po tym wysiłku nie 
bardziej zmęczony niż po krótkim biegu. Uśmiechnął się lekko, zadowolony z tego, co udało mu się 
osiągnąć, ale zaraz otrzeźwił go ponury fakt.

Zniszczył jedną. Pozostawało jeszcze pięć.
Imperialcy zwierali szyki, więc musiał im przypomnieć, z kim mają do czynienia. Zanim 

przeszedł do sąsiedniej kotwy, wywołał eksplozje zbiorników paliwa i składów amunicji. Roboty 
kroczące AT-ST rozłupywał na dwoje jak dojrzałe strąki. Obserwował, jak krótko płoną i zaraz 
gasną. Dotarł do celu, nie napotykając poważnego oporu, i rozprawił się z drugą kotwą równie 
szybko jak z pierwszą.

Zorientował się, że Imperialcy wzywają na pomoc posiłki z powietrza. Przez atmosferę 

Kashyyyka przemknęły ze skowytem bliźniaczych silników trzy myśliwce TIE. Ich piloci przeszyli 
sczerniały permabeton sztychami błyskawic laserowych strzałów. Uczeń roześmiał się, chociaż 
wcale nie było mu wesoło. Czyżby piloci maszyn TIE uważali, że dzięki temu zapobiegną 
katastrofie?

W starannie wybranej chwili naparł na bakburtowy panel słoneczny dowódcy klucza 

myśliwców TIE na czele szyku z taką siłą, że imperialna maszyna zaczęła koziołkować i nurkować. 
Wbiła się w permabeton z impetem i od razu eksplodowała. Siła wybuchu była tak wielka, że grunt 

background image

pod stopami ucznia zadygotał, a na powierzchni pojawiła się pajęczyna pęknięć.

Podsunęło mu to pewien pomysł. Kiedy piloci dwóch pozostałych myśliwców TIE zatoczyli 

pętle i zawrócili, żeby przystąpić do drugiego ataku, uczeń posłał imperialne maszyny w trzecią i 
piątą kotwę stacji orbitalnej. Czwarta uległa podobnym uszkodzeniom co jej sąsiadki.

Do zniszczenia pozostała mu więc już tylko ostatnia.
Uczeń odwrócił się w jej stronę i usłyszał za sobą odgłosy stąpania robota kroczącego AT-

ST. Odwrócił się w samą porę, żeby odbić serię strzałów z blasterowego działka w przedniej części 
ogromnej machiny. Zauważył, że robot kieruje się ku niemu tak szybko, jak pozwalają mu na to 
mechaniczne łapy. W jego stronę poleciał grad udarowych granatów.

Starkiller wywołał eksplozję wszystkich, zanim dotarły zbyt blisko. Posługując się Ciemną 

Mocą, rozepchnął kulę ognistych gazów, tworząc z nich dla siebie strefę ochronną.

Pilot robota AT-ST nic z tego nie zrozumiał i nadal kierował się szybko w jego stronę, jakby 

zamierzał go zmiażdżyć pod mechaniczną łapą. Możliwe, że właśnie taki miał zamiar. Numer 
rejestracyjny robota dowodził, że machina należy do dowódcy imperialnych naziemnych sił 
zbrojnych.

Kapitan Sturn pojawił się zatem osobiście na polu bitwy, żeby wykonać zadanie, z którym 

nie poradzili sobie jego podwładni.

Uczeń uskoczył w bok przed opadającą na niego łapą i poraził machinę błyskawicą Sithów. 

Ze zdumieniem stwierdził jednak, że nie przyniosło to efektów. Robot kroczący Sturna miał 
grubszy pancerz i był lepiej uzbrojony niż machiny jego podwładnych. Jednym z elementów 
uzbrojenia było długolufowe działko do polowania i urządzenie na lewym boku, które wyglądało 
jak wyrzutnia sieci.

Kiedy Sturn się zorientował, że nie zabił przeciwnika, zawrócił. Uczeń uwolnił myśli i 

wysłał je, żeby wpłynąć na jego umysł, ale nie dał rady, bo myśli kapitana mąciły gniew i uraza. 
Uczeń nie wyczuł tam jednak strachu. Takiego dowódcy jak Sturn nie mógł przerazić samotny 
przeciwnik. Był przekonany, że nic i nikt nie da rady go pokonać. Uczeń spotykał często takich 
osobników. Widok dodatkowego uzbrojenia robota AT-ST tylko utwierdził go w tym przekonaniu. 
Mógł sobie wyobrazić, że kiedy Sturn nie karze młodszych oficerów dla zasady ani nie planuje 
zdrady przełożonych, poluje dla zabawy na istoty rasy Wookie. Wykonując zlecone mu przez 
mistrza zadania, uczeń rozprawił się z wieloma takimi typami.

Uśmiechnął się ponuro. Zazwyczaj bardzo lubił pokazywać innym, gdzie jest ich miejsce, 

ale tym razem przeciwnik go zdenerwował.

Kierowany rękami Sturna robot kroczył majestatycznie w jego stronę. Uczeń zaczął się 

zastanawiać nad możliwościami. Mógłby go po prostu zmiażdżyć Mocą jak uszkodzony 
komunikator albo rozerwać pancerz i zabić kierującego robotem oficera. Mógłby także igrać z 
machiną jak z poprzednimi dwoma robotami u stóp wzgórza na polanie, a później wywołać jego 
eksplozję od środka. No mógłby jeszcze posłużyć się robotem jak taranem, żeby zniszczyć ostatnią 
kotwę, dzięki czemu upolowałby jednym strzałem dwa łopatogłowe smooki. Spodobała mu się 
ponura ironia takiego rozwiązania.

Odbił kolejną serię strzałów z działek w kotwę i dopiero wówczas zauważył wibracje 

dołączonego do stacji orbitalnej grubego kabla. W górę i w dół wędrowały po nim dziwne impulsy, 
jakby kablem szarpała gigantyczna dłoń. Uczeń osłonił oczy przed blaskiem słońca i spojrzał w 
górę. Z trudem wypatrzył stację orbitalną przez chmurę opadających z góry szczątków. Niewielkie 
drobiny szybko rosły w oczach i wkrótce okazało się, że to wielkie głazy, rosnące z każdą chwilą.

Uczeń szybko obliczył w myśli kilka rzeczy. Spadające z nieba głazy powinny dotrzeć do 

niego dokładnie w tej samej chwili co kierowany rękami Sturna robot. Doskonale.

Uwolnił myśli i wysłał je do zbliżającego się automatu, żeby zniszczyć lufy jego działek i 

wyrzutni granatów. Na razie słyszał tylko pomruk klingi swojego miecza świetlnego i odgłosy 
stąpania robota AT-ST.

Wyprostował się i spojrzał w górę, na łeb ogromnej machiny. Przez iluminator dowódcy 

zobaczył imperialnego oficera o czerwonej twarzy, w mundurze z kosmatą lamówką, która 
wyglądała jak zrobiona z sierści istoty rasy Wookie. Kapitan Sturm miał otwarte usta, jakby coś 

background image

krzyczał do nieszczęsnego artylerzysty. Uczeń nie słyszał słów, ale mógł sobie je wyobrazić.

W końcu robot znalazł się tak blisko, że uniósł łapę, żeby go wdeptać w grunt.
W tej samej chwili lecące z nieba głazy trafiły go z impetem spadających gwiazd. Pozostałe 

spadły w pobliżu, nawet na podstawę stacji orbitalnej. Zniszczyły szóstą kotwę i zmieniły robota 
kroczącego w stertę złomu. Szczątki spadały dosłownie wszędzie, a hałas był trudny do zniesienia. 
Uczeń jednak ani drgnął, chociaż wokół niego spadały ogromne głazy. Z satysfakcją obserwował, 
jak podstawa orbitalnej stacji odrywa się od gruntu .Kashyyyka i śmiga w górne warstwy 
atmosfery. Wkrótce potem eksplodowała sama stacja. Błysk eksplozji na chwilę zaćmił słońce. 
Uczeń zobaczył go nawet przez gęsty dym swojego dzieła zniszczenia.

W końcu grad szczątków ustał. Uczeń pozostał dokładnie tam, gdzie stał, patrzy jak 

zahipnotyzowany na powoli gasnącą, nową gwiazdę na niebie. Po chwili tuż przed nim wylądował 
„Cień Łotra”. Uczeń usłyszał cichy skowyt pracujących repulsorów, dzięki którym statek zawisnął 
metr nad powierzchnią gruntu.

Zamrugał i dopiero po chwili zrozumiał, co Juno do niego mówi:
- Powiedziałam, że to koniec - przynagliła młoda pilotka. - Wskakuj na pokład. Pora się stąd 

zabierać.

Starkiller poczuł się, jakby go nawiedziła następna wizja. Bez wysiłku wskoczył na 

opuszczoną rampę, chociaż miał wrażenie, że waży tysiąc ton.

Rozległ się przeraźliwy świst i zamaskowany statek oddalił się od usianej kraterami planety, 

żeby śmignąć w kierunku otwartych przestworzy.

ROZDZIAŁ 23

PROXY krzątał się wokół Starkillera jak nigdy dotąd. Energicznymi ruchami cienkich 

metalowych rąk wycierał jego ubranie z kurzu i pyłu. Juno podejrzewała, że android nigdy dotąd 
nie rozstawał się ze swoim panem na tak długo, ale nie zadała sobie trudu, żeby go o to zapytać. 
Starkiller miał morderczą minę.

- Kim była ta dziewczyna? - zapytał Koty, który przeniósł się na rozkładany fotel, żeby 

Starkiller mógł zająć miejsce drugiego pilota.

- To księżniczka Leia Organa - odparł generał. - Jej ojciec to Bail Organa, mój przyjaciel w 

Senacie.

- Chcę z nim porozmawiać.
Kota przesunął dłonią po twarzy, jakby zamierzał dać odpocząć oczom.
- Nie możesz - powiedział.
W końcu Starkiller znalazł pretekst, żeby dać upust złości.
- Ryzykowałem życie, żeby uratować jego córkę z planety, na której roi się od 

szturmowców... - zaczął.

- Nie da rady, chłopcze. - Stary Jedi uniósł rękę, kiedy Starkiller stanął nad nim. - Nie 

możesz porozmawiać z Bailem, bo nie mogę go odnaleźć. Zaginął.

- Co takiego? - Frustracja Starkillera jeszcze się wzmogła. - Kiedy?
- Nie mogę się z nim skontaktować, odkąd odlecieliśmy z Bespina - wyjaśnił Kota. - 

Ostatnio widziałem go na księżycu Nar Shaddaa, kilka tygodni po... po moim upadku. Odnalazł 
mnie i chciał namówić, żebym poleciał na ratunek Leii. Naturalnie odmówiłem. - Wskazał swoje 
oczodoły, jakby to wszystko wyjaśniało. - A wtedy wysłał mnie do Miasta w Chmurach. Od tamtej 
pory go nie widziałem ani nie miałem od niego żadnej wieści.

Kota odwrócił się przygnębiony i zamyślony, jakby żałował tamtej decyzji. Juno była 

przekonana, że w innych okolicznościach generał nie wahałby się ani chwili. Z radością 
wkroczyłby do jaskini Imperialców, żeby wymierzyć im brutalną sprawiedliwość, podobnie jak oni 
ją wymierzali jego przyjaciołom. Co jednak mógł zrobić samotny, ślepy starzec przeciwko tysiącom 
doskonale wyszkolonych i świetnie uzbrojonych żołnierzy?

Nie wtrącała się jednak do dyskusji, i to nie tylko dlatego, że nie chciała doprowadzić do 

background image

kłótni. Jej serce krwawiło z innego powodu: po prostu nie była pewna, po której stronie się 
opowiedzieć w sporze obu mężczyzn.

Starkiller zrezygnował z dalszego wypytywania generała, ale go nie przeprosił. Obaj chyba 

doszli do wniosku, że to rozwiązanie możliwe do zaakceptowania. Kota pozostał na rozkładanym 
fotelu z opuszczoną głową, a Starkiller udał się do swojej medytacyjnej kabiny. Kiedy zniknął, w 
powietrzu pozostała woń siarki i dymu.

Juno spojrzała na przyrządy na kontrolnym pulpicie. Uczeń nie podał jej celu podróży. 

Dokonywała machinalnie poprawek trajektorii lotu „Cienia Łotra”, a siedzący obok niej PROXY 
naśladował wiernie wszystkie jej ruchy. Juno uważała, że to irytująca maniera, ale wiedziała, że 
android nie może się powstrzymać. Naśladowanie jej ruchów było dla niego czymś równie 
oczywistym jak dla niej oddychanie, więc nie kazała mu przestać.

- Jak sobie z nim radzisz, kiedy tak się zachowuje? - zapytała androida.
PROXY nie musiał pytać, kogo pilotka ma na myśli.
- Najczęściej z nim walczę - powiedział. - To pomaga. Czy chciałabyś, żebym...
- Nie, PROXY. Zostań tutaj - przerwała mu Juno. - Myślę, że najwyższy czas spróbować 

innego sposobu.

Zostawiła statek w rękach Koty oraz androida, wstała z fotela i skierowała się na rufę.

W medytacyjnej kabinie panował głębszy półmrok, niż było widać na podstawie obrazu z 

kamer systemu bezpieczeństwa. Powietrze było chłodniejsze, a odgłosy pracy jednostki napędu 
nadświetlnego napływały jak z odległości tysięcy kilometrów. Kabina była skromnie urządzona i 
panował w niej dziwny spokój, na co Juno zwróciła uwagę, kiedy tylko przestąpiła próg. Zupełnie 
jakby pomieszczenie było zawieszone w czasie... coś jak stan krytyczny, jaki panuje w reaktorze. 
Pilotka uznała, że poprzednie zajęcie Starkillera wymagało takiej atmosfery. Była pewna, że trudno 
zachowywać spokój podczas polowania na rycerzy Jedi, a koszt...

- Czy coś się stało, Juno? - zagadnął Starkiller. Klęczał na środku kabiny z rękami 

swobodnie opuszczonymi. Na podłodze obok niego leżał metalowy cylinder wyłączonego miecza 
świetlnego... tego samego, którym się posługiwał od chwili odlotu z „Empirycznej”. Obok rękojeści 
Juno zobaczyła niewielki błękitny kryształ. Uczeń był odwrócony do niej tyłem, więc nie wiedziała, 
czy Starkiller ma otwarte oczy.

- Nie wiem - mruknęła. - Ty mi to powiedz.
- Co to ma znaczyć?
Juno doszła do wniosku, że może poprosić o wyjaśnienia.
- Dobrze się czujesz? - zapytała. - Po tym, co wydarzyło się na Kashyyyku...
- Nie jestem zmęczony - przerwał uczeń. - Zniszczenie stacji było trudne, ale czuję się 

silniejszy niż kiedykolwiek do tej pory. Przypuszczam, że im bardziej się starasz, tym zadanie staje 
się łatwiejsze. Moc jest potężniejsza niż wszystko, co możemy sobie wyobrazić. To my nakładamy 
na nią ograniczenia, nie ona na nas.

Odwrócił się w jej stronę, a Juno przygotowała się na wysłuchanie zwierzeń, gdyby uczeń 

naprawdę miał na nie ochotę. Nigdy dotąd nie mówił jej o Mocy, ale obecnie w jego oczach płonął 
błysk życia. Uczeń nie powiedział jednak nic więcej. Juno nie miała pojęcia, jak zachęcić go do 
zwierzeń. W końcu uczeń znów się od niej odwrócił i wbił spojrzenie w podłogę. Młoda pilotka 
zrozumiała, że zmarnowała okazję.

- Nie uważasz, że nasze losy są podobne? - zapytała. - Ja zdezerterowałam z Marynarki, ty 

opuściłeś swojego mistrza. Oboje przeżywamy to samo. Moglibyśmy sobie nawzajem pomóc.

- Nikt nie może mi pomóc - odparł ponuro Starkiller.
- Chyba nie mówisz poważnie - obruszyła się Juno. - Nie pozwalasz mi spróbować, bo się 

boisz, prawda?

- Naprawdę tak uważasz? - Uczeń nie uniósł głowy, ale Juno zauważyła, że napiął mięśnie 

szyi. - Miałbym się ciebie obawiać... ja, który zabiłem tyle setek szturmowców?

- Nie tylko szturmowców - zauważyła Juno z wyrzutem w głosie.

background image

Uczeń odwrócił się w końcu i spojrzał na nią.
- Szturmowców i kapitana Sturna - uzupełnił.
- Nie zapominaj o pilotach myśliwców TIE - przypomniała Juno. - Jeden z nich to dzieciak, 

z którym kiedyś latałam.

Starkiller zastanowił się nad jej słowami, ale nie odpowiedział.
- O wiele łatwiej walczyć z Imperium, jeżeli się nie widzi twarzy przeciwników... jeżeli są 

ukryte w hełmach szturmowców albo w durastalowych kadłubach gwiezdnych maszyn - podjęła 
młoda pilotka. - Ale jeśli są to ludzie, których się znało, tacy jak my... - Urwała i wzruszyła 
ramionami. - To się staje o wiele trudniejsze.

Uczeń spoglądał na nią, dopóki pilotka nie poczuła na plecach gęsiej skórki.
- Czyżbyś miała wątpliwości? - zapytał w końcu.
- Nie, ja tylko... - bąknęła Juno.
Chcę tylko, żebyś ze mną porozmawiał, dodała w myśli.
Nie mogła jednak tego powiedzieć głośno.
- Zresztą nieważne - zakończyła.
Odwróciła się na pięcie i mszyła do wyjścia. Może tylko PROXY potrafił do niego dotrzeć... 

pod warunkiem że trzymał zapaloną klingę świetlnego miecza w dłoni.

- Juno - odezwał się uczeń i młoda pilotka zamarła na progu kabiny. - Przykro mi z powodu 

twojego przyjaciela.

Juno głęboko odetchnęła.
- Nic nie szkodzi - powiedziała. - „Młodzik” nie był moim przyjacielem. Nic mnie z nim nie 

łączyło. Po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

- I po niewłaściwej stronie - dodał Starkiller.
- Ta-a, to też. - O mało nie dodała: „Nie musisz mi tego przypominać”, ale wyczuła, że 

uczeń wystawia ją na próbę. - Jestem zmęczona - oznajmiła, zastanawiając się: „Dlaczego ja?” 
Wróciła do sterowni.

Starkiller pojawił się tam krótko po niej. Wyglądało na to, że wzmocnił się psychicznie i 

fizycznie. Spojrzał na Juno.

- Dokąd lecimy? - zapytał.
- Donikąd - odparła młoda kobieta.
Kota uniósł głowę.
- Kiedy ostatnio widziałem Baila Organę, oznajmił, że jeżeli mu nie pomogę, będzie musiał 

poszukać kogoś innego - powiedział. - Jego wybór padł na mistrzynię Shaak Ti. Ostrzegłem go, że 
to zbyt niebezpieczne, ale ten wariat i tak wyruszył na poszukiwania. Sam jak palec. Nie mogłem 
nic zrobić, żeby go powstrzymać. - Starzec wysunął szczękę do przodu, jakby wyzywał wszystkich, 
żeby mu się sprzeciwili. - Kontaktowałem się z Ylenicem It’klą, jego asystentem na Alderaanie. 
Okazało się, że Bail zaginął krótko po wylądowaniu na...

- ...Felucji - dokończył Starkiller, kiwając głową.
Kota przechylił głowę, jakby to, co usłyszał, bardzo go zaskoczyło.
Zapadła przytłaczająca cisza. Starkiller uniósł głowę w tej samej chwili co Juno. Widocznie 

po niewczasie uświadomił sobie, co powiedział. Ciekaw był, czy Kota się zorientował. 
Oszołomiona Juno obserwowała z lękiem, jak Starkiller opuszcza dłoń do rękojeści świetlnego 
miecza u pasa.

- Moc jest w tobie silna, chłopcze - odezwał się cicho generał. - Bez trudu czytasz moje 

myśli.

Juno odetchnęła z ulgą, ale nie odprężyła się całkowicie.
- Po prostu łatwo cię rozszyfrować, staruszku - odparł Starkiller.
- A zatem chyba wiesz, że Felucja to niebezpieczne miejsce - stwierdził Kota.
Starkiller zlekceważył jego przestrogę.
- Dam sobie radę - powiedział.

background image

Kota pochylił się w jego stronę.
- Nie bądź zbyt pewny siebie, chłopcze - ostrzegł. - Felucja to planeta, na której panuje 

delikatna równowaga między Jasną a Ciemną Stroną Mocy. Shaak Ti jest jedyną osobą, która nie 
pozwala jej ześlizgnąć się w objęcia Ciemności. Gdyby mistrzyni Jedi coś się stało, wpadniesz w 
takie tarapaty, że w porównaniu z nimi twoje przeżycia w chacie na Kashyyyku będą ci się 
wydawały tylko sennym koszmarem.

Starkiller odchylił się do tyłu.
- Skąd wiesz... - zapytał.
- Ciebie też łatwo rozszyfrować, chłopcze. - Kota uśmiechnął się, ale miał zaciśnięte wargi.
- Lecimy na Felucję, tak? - zapytała młoda pilotka, żeby rozładować narastające napięcie.
- Ty nie. - Starkiller położył dłoń na jej ramieniu, zanim Juno zdążyła się odwrócić w stronę 

kontrolnej konsolety. - Idź trochę odpocząć. PROXY i ja pokonamy resztę tej trasy. Obudzę cię, 
kiedy znajdziemy się blisko.

Juno spojrzała na niego i pokiwała głową. Pomyślał o niej. To była pomyślna wróżba.
- Dobrze - powiedziała. - Ale jeżeli pojawi się jakiś problem...
- Nie martw się - uspokoił ją Starkiller. - Usłyszą nasze przekleństwa aż na Coruscant. Idź 

już.

Kiedy wstała z fotela pilota, zajął jej miejsce przed kontrolną konsoletą.
- A teraz, PROXY, masz mi przypomnieć, co to takiego astronawigacja - zażądał.
- Obawiam się, mistrzu, że uzupełnienie twojego pierwotnego oprogramowania o wymagane 

algorytmy zajęłoby o wiele za dużo czasu...

Juno uśmiechnęła się do siebie, opuściła sterownię i przeszła do' swojej kabiny, żeby trochę 

się przespać.

ROZDZIAŁ 24

Przyśniło jej się, że znajduje się znów na Felucji i obserwuje, jak się rozwija delikatny, 

piękny kwiat. Zauważyła jednak, że jaskrawoczerwone płatki kryją czarne wnętrze. Kiedy się 
pochyliła, żeby się mu przyjrzeć, zauważyła, że roi się tam od wielonogich robaków.

Potem znalazła się na orbicie i patrzyła, jak kabel orbitalnej stacji odrywa się od zniszczonej 

podstawy. Razem z nim oderwała się ogromna bryła skorupy Felucji, co wyglądało, jakby z wanny 
wyskoczyła zatyczka. Planeta zaczęła się kurczyć i ciemnieć, aż w końcu przeistoczyła się w 
Callosa pod całunem czarnego dymu. Juno obserwowała wszystko z narastającym przerażeniem, bo 
wiedziała, że nie da rady wcisnąć zatyczki z powrotem w poprzednie miejsce, choćby bardzo tego 
chciała.

Jeszcze później zobaczyła ojca, który krzyczał na nią, że przyniosła wstyd Imperium i 

rodzinie. Kiedy starała się mu wytłumaczyć - czego nigdy nie zrobiła na jawie - że od samego 
początku to on był w błędzie, że Palpatine i jego sługusy to mordercza banda - twarz ojca zmieniła 
się w twarz samego Imperatora, który parsknął groźnie i powtórzył dokładnie te same słowa, które 
nieco wcześniej wypowiedział jej ojciec.

W końcu Juno stwierdziła, że to nie Imperator ani ojciec. Przed nią stał PROXY, który robił 

dziwne sztuczki. Juno usiłowała się wybudzić z tego koszmaru, ale osiągnęła tylko tyle, że 
zobaczyła stojącego przed nią Starkillera. Uczeń Vadera łagodnie się uśmiechał.

Kim jesteś? - zapytała go. - Jak się naprawdę nazywasz?
Starkiller uśmiechnął się szerzej i powiedział: Pani wdzięczność mnie nie interesuje.
Juno obudziła się, zlana zimnym potem. Czuła się, jakby ktoś ją wrzucił do kałuży z zatrutą 

cieczą na Raxus Prime. Zrozumiała, że nie zdoła już gasnąć.

ROZDZIAŁ 25

background image

Wróciła do sterowni, zanim uczeń wysłał po nią androida z poleceniem. Sprawdzał 

wcześniej, co się z nią dzieje, ale spała. Mimo to nie wyglądała na wypoczętą. Prawdę mówiąc, 
wyglądała podobnie jak on się czuł... Mimo zdenerwowania niedawnymi przeżyciami starał się 
sprawiać wrażenie spokojnego.

Kiedy oznajmiła, że jest zmęczona, uczeń poczuł się wstrząśnięty jej wyznaniem, jakby te 

słowa oznaczały coś więcej niż zwykły brak snu i wypoczynku. Zastanawiał się, czy przypadkiem 
Juno nie przeżywa zbyt emocjonalnie faktu, że musi być jego pilotką. Jego zadanie było jednak o 
wiele ważniejsze niż jej skrupuły z powodu zdrady Imperium, ale jeżeli uczeń chciał rzucić 
wyzwanie Imperatorowi, potrzebował jej pomocy. To prawda, miał własne problemy, ale powinien 
także znaleźć sposób, żeby uspokoić Juno.

Kota też nie potrafił jej pomóc. Starzec wyglądał na tak pochłoniętego własnymi 

problemami, że ledwo zauważał cudze kłopoty. Kiedy Juno wróciła do sterowni, podrapał się po 
porośniętej siwą szczeciną brodzie i rozparł wygodniej w swoim fotelu.

Cała ich trójka tworzyła dziwną zbieraninę. Tylko PROXY wyglądał na zadowolonego z 

siebie i ze swoich celów. Uczeń żałował, że sam nie potrafi zachować pogody ducha.

Całe życie uważałem się wyłącznie za ucznia Dartha Vadera, przypomniał sobie. Nagle 

jednak się okazało, że może miałem jakąś inną przeszłość... ojca, nazwisko, historię. Kim był 
Galen?

O czym marzył, czego się spodziewał, czego obawiał? Co sprawiało, że się uśmiechał? Z 

jakiego powodu płakał?

Nie potrafił uwierzyć, jak mógłby zapomnieć o czymś równie traumatycznym jak śmierć 

ojca, ale wiedział, że intensywny wstrząs wywołuje czasami częściową albo całkowitą amnezję. A 
więc niczego nie mógł wykluczyć.

Stawiał też sobie inne pytanie: czy to w ogóle ma znaczenie? Kimkolwiek kiedyś był, 

dawno o tym zapomniał, a cel jego życia pozostawał taki sam. Był uczniem swojego mistrza. 
Razem odniosą zwycięstwo, a Juno może się w końcu przekona, że wcale nie zdradziła Imperium. 
Gdybym tylko mógł jej to w tej chwili wyznać... - pomyślał z goryczą.

Wstał, żeby Juno mogła zająć fotel pilota, i pochylił się nad androidem. Juno zajęła się 

sprawdzeniem kursu, który obaj wytyczyli.

- Nieźle, nieźle - pochwaliła, dokonując tylko kilku niewielkich poprawek. - Tak czy owak, 

z niczym się nie zderzymy.

- Dziękuję, pani kapitan Eclipse - powiedział PROXY z dumą. - Oceniam, że dolecimy na 

miejsce w ciągu standardowej minuty.

- Czy mam wylądować w jakimś konkretnym miejscu? - zapytała Juno. - To duża planeta.
- Każdy senatorski wahadłowiec wysyła własny sygnał transpondera - odparł Starkiller. Tak 

było na wielu wyprawach, w jakich brał udział z polecenia swojego mistrza, żeby wyeliminować 
jego politycznych wrogów. - Szukaj sygnału wahadłowca senatora Organy, bo dzięki temu 
dowiemy się, gdzie wylądować.

Wreszcie nadprzestrzeń za dziobowym iluminatorem zmieniła się w widok normalnych 

przestworzy. Felucja unosiła się prosto na ich kursie, tak samo tętniąca życiem i zielona, jak uczeń 
ją zapamiętał. Natężył zmysły, żeby znaleźć ślady „braku równowagi”, przed którym ostrzegał go 
Kota. Nie obawiał się Ciemnej Strony. Prawdę mówiąc, czułby się swobodniej na planecie, na 
której są przywrócone właściwe proporcje między światłością a ciemnością. Śmierć Shaak Ti z 
pewnością wywarła ogromny wpływ na planetę i jej mieszkańców.

- Szukam sygnału transpondera - zameldowała Juno. - To nie powinno potrwać długo. 

Felucja jest cicha jak... a, tak. Znalazłam. Miałeś rację.

Pilotka skierowała „Cień Łotra” przez warstwy atmosfery Felucji na szybką orbitę. 

Kierowała statek na źródło sygnału namiarowego wahadłowca Baila Organy. Było to bardzo blisko 
miejsca, gdzie ona i uczeń wylądowali poprzednio, ale żadne nie zdradziło tego generałowi. Uczeń 
pozostał na fotelu drugiego pilota, kiedy statek opadał po ściśle określonej trajektorii. Atmosfera 
wirowała wokół kadłuba, tak samo zanieczyszczona przez pyły i napowietrzne formy życia jak 
poprzednio. W powietrzu roiło się od bakterii, które osiadały na dziobowym iluminatorze w postaci 

background image

jasnozielonego kożucha. Uczeń nie zauważył poprzednio takiego zjawiska i zaczął się obawiać, że 
może dojść do rozszczelnienia kadłuba.

- Na planecie wykrywam oznaki silnej obecności imperialnych sił zbrojnych - zameldowała 

Juno. - Podejrzewam, że to najmniejsze z twoich zmartwień.

Posadziła statek na innym wytrzymałym kapeluszu ogromnego grzyba z większą pewnością 

siebie niż poprzednio. Wahadłowiec Organy stał zaparkowany po drugiej stronie tego samego 
kapelusza. Miał otwarte włazy, ale sensory „Cienia Łotra” nie wykryły w środku żadnej formy 
życia. Podczas skoku przez nadprzestrzeń uczeń uzyskał dostęp do baz danych Organy, 
imperialnego senatora i księcia Alderaana, ale przeżył przy tym lekki wstrząs, bo twarz dostojnika 
wydała mu się dziwnie znajoma. Mężczyzna był ciemnowłosy i wysoki, miał przyprószoną siwizną 
spiczastą bródkę i nieugięte, zamyślone spojrzenie. Uczeń był przekonany, że go na pewno już 
kiedyś widział... ale gdzie? Z całą pewnością nie podczas jednej z wypraw, w jakich brał udział z 
rozkazu Dartha Vadera. Miał nadzieję, że jeżeli nawet natknął się na Organę w swojej tajemniczej 
przeszłości, nie będzie to miało wpływu na jego obecne zadanie...

Odwrócił się do generała.
- Nie chcesz mi towarzyszyć? - zapytał.
- A niby do czego ci się tam mogę przydać? - odparł Kota. - Poradzisz sobie lepiej, kiedy nie 

będę cię opóźniał.

- Jak sobie życzysz. - Uczeń odwrócił się i zszedł po opuszczonej rampie.
- Zaczekaj! - Juno podbiegła, żeby go dogonić.
Uczeń odwrócił się, sądząc, że o czymś zapomniał, ale młoda pilotka chwyciła go za rękę i 

sprowadziła po rampie. Poszli w kierunku opuszczonego wahadłowca.

- Dobrze by było się upewnić, czy Organa nie leży gdzieś tam martwy, bo wtedy nasza 

wyprawa nie miałaby sensu - zaproponowała Juno. - Dopiero później będziesz mógł zacząć 
rozglądać się po tutejszej dżungli.

Zaintrygowany jej tonem uczeń pozwolił się Juno sprowadzić po rampie „Cienia Łotra”. 

Wahadłowiec Organy był nieduży; mógł pomieścić najwyżej pięć osób. Miał małą, ale wydajną 
jednostkę napędu nadświetlnego, utrzymaną w stanie idealnej sprawności. Na bokach kadłuba 
widniały dwa herby. Jeden należał do rodu Organów, a drugi był godłem Alderaana. Senator 
reprezentował więc zarówno swoją planetę, jak i swój ród. Nic nie wskazywało, żeby ktokolwiek 
wtargnął na pokład jego wahadłowca, jeżeli nie liczyć niewielkiej kolonii skrzydlatych owadów, 
które się zagnieździły w małym, ale luksusowo wyposażonym przedziale dla pasażerów.

Wahadłowiec był rzeczywiście pusty. Uczeń odwrócił się do Juno, żeby oznajmić to, co 

oczywiste, ale młoda pilotka wyciągnęła rękę i włączyła urządzenia kontrolne śluzy. Klapa się 
zatrzasnęła i oto zostali uwięzieni razem z rojem rozdrażnionych owadów. Zanim uczeń zdążył coś 
powiedzieć, Juno przyłożyła palec do warg i wyłączyła oba ich komunikatory.

- Już - powiedziała, cofnęła się i nerwowo wytarła dłonie o spodnie. Spodnie i buty były 

jedynymi częściami stroju, jakie zachowała ze swojego munduru. - Teraz możemy swobodnie 
porozmawiać.

- O co ci chodzi? - zapytał uczeń, zaczynając czuć się nieswojo. Niewielka śluza, w której 

stali, nagle wydała mu się stanowczo za ciasna.

Juno uniknęła jego spojrzenia i wskazała na przedział dla pasażerów.
- Wydaje mi się, że Organa przyleciał tym statkiem - powiedziała.
- Wszystko na to wskazuje - przyznał coraz bardziej zaintrygowany uczeń.
- Skąd zamierzasz rozpocząć poszukiwania?
- Od miejsca, w którym pierwszy raz stawiłem czoło Shaak Ti - odparł Starkiller. - Jeżeli 

Organa przybył aż tutaj jej śladami, może być teraz blisko tamtego miejsca.

- Nie przejmujesz się, że wróciłeś tu po tym... co stało się ostatnio?
- Nie - odparł uczeń, oddychając głośno. - Gdyby dręczyły mnie wyrzuty sumienia, Mistrz 

Kota by to wyczuł.

- Właśnie. - Juno chwyciła go za ramię i dopiero wtedy spojrzała na niego. - To on mnie 

najbardziej martwi. Może się stać niebezpieczny. Jeżeli odkryje, kim jesteś... kim jesteśmy, nigdy 

background image

nam tego nie wybaczy.

Uczeń poczuł nagły ciężar w żołądku.
- Nie mamy powodu do wyrzutów sumienia - powiedział.
- Wiem, ale...
- Nie martw się, Juno. Naprawdę. - Położył rękę na jej dłoni i nieporadnie ją uścisnął. 

Poczuł miękkość skóry i kwiatowy zapach i uświadomił sobie, że stoją blisko siebie w tej ciasnocie. 
Bardzo chciałby ją uspokoić, ale bał się, że słowa nie wystarczą. - Jeżeli Kota wyczuje, kim 
naprawdę jestem, nie dam mu okazji, aby wyjawił to komukolwiek.

Jego zapewnienia nie poskutkowały. Juno oderwała się od niego i odwróciła do wyjścia.
- Właśnie tego się obawiam - wyznała i wyciągnęła rękę w kierunku urządzenia kontrolnego 

śluzy.

Klapa się otworzyła, a do środka wpadło światło i powietrze. Uczeń zamrugał. Żal mu było 

nagłego zakończenia chwili, która bezpowrotnie minęła. Wiedział, że Juno usiłowała mu coś 
przekazać, ale on tego nie zrozumiał. I choć się starał, nie potrafił jej pomóc. Mógł tylko mówić 
prawdę o swoich planach. Teraz nie mógł wykrztusić słowa, żeby ją zawrócić; patrzył tylko, jak 
wraca na pokład „Cienia Łotra”.

- PROXY! - zawołała Juno przez komunikator, zaglądając w głąb pokrytego zielonym 

osadem wlotu systemu wentylacyjnego. - Zejdź z pokładu i pomóż mi zdrapać przynajmniej część 
tego świństwa z kadłuba.

Uczeń zrozumiał sugestię. Z tym problemem będzie się musiał uporać później, kiedy Bail 

Organa znajdzie się bezpieczny w ich rękach. A wtedy jego misja stanie się jeszcze trudniejsza i 
bardziej niebezpieczna. Czym innym było ratowanie ślepego starca, a czym innym - udowodnienie 
swojej wartości napotkanej przypadkiem kilkunastoletniej dziewczynie... choćby nawet tak 
utalentowanej jak Leia Organa. Bail Organa przeżył jednak dokonany przez Palpatine’a zamach 
stanu i czystkę Jedi, więc na pewno umiał wykrywać szpiegów i ich zwalczać. Uczeń zrozumiał, że 
jeżeli przeciągnie go na swoją stronę, znajdzie się wreszcie poza linią frontu. Jeżeli ktokolwiek 
odkryje, kim naprawdę jest, każda ze stron będzie go mogła uznać za zdrajcę. Jego umiejętności 
wzrastały wprawdzie z każdym wykonanym zadaniem, ale najcięższej, ostatecznej próbie miały 
zostać poddane dopiero podczas wykonywania tego zadania.

Może to dziwne, ale najbardziej martwił go problem Juno. Jego mistrz wyszkolił go 

wprawdzie w sztuce przemocy i podstępów, ale o kobietach praktycznie nie powiedział mu nic.

Zerknął na dziewczynę i stwierdził, że młoda pilotka ciężko pracuje, żeby doprowadzić 

kadłub statku do sterylnej czystości. Włączył komunikator, zeskoczył z kapelusza grzyba i ruszył w 
głąb cuchnącej dżungli.

Niemal od razu dostroił zmysły do licznych, wzajemnie od siebie uzależnionych form 

felucjańskiego życia. Od czasu jego ostatniej wizyty rzeczywiście równowaga uległa zakłóceniu na 
korzyść Ciemnej Strony. Otoczenie wyglądało wprawdzie znajomo, ale wcale nie kojąco. Uczeń 
poczuł, że został rozpoznany, ale nie jest mile widzianym gościem. To przeświadczenie zaprzątało 
jego umysł, kiedy musiał się bronić przed atakami krwiożerczych drapieżników, jakie planeta 
wysyłała do walki z nim.

Na razie wszystko na to wskazywało. Pod nieobecność Shaak Ti, która utrzymywała na 

wodzy ich wrodzoną wrażliwość na oddziaływanie Mocy, miejscowe formy felucjańskiego życia 
atakowały go dosłownie na każdym kroku. Z pogrążonych w głębokim cieniu zakątków dżungli 
dochodził odór rozkładu. Kiedy Starkiller się zbliżał do pękatych roślin, eksplodowały i 
opryskiwały go żrącą mgiełką. Powykręcane pędy winorośli owijały się wokół jego kostek albo 
gardła, a trujące pijawki przyczepiały się do jego butów za każdym razem, kiedy musiał pokonywać 
kałuże. Ruchome piaski wciągały go z taką siłą, jakby były żywe. Ogromne latające płaszczki o 
nożycowato wygiętych zębatych szczękach pikowały na niego przez gąszcz liści, a paskudne 
grzybopodobne narośle usiłowały go schwytać grubymi mięsistymi wargami, ilekroć obok nich 
przechodził.

background image

Kiedy się schronił pod drzewem przed latającym rozpruwaczem, o mało nie zginął. Pień z 

donośnym trzaskiem oderwał się od systemu korzeniowego i runął na niego. Zmiażdżyłby go na 
placek, gdyby w porę nie uskoczył. Oszołomiony i przerażony patrzył, jak przez otwory w korze 
wypełzają macki zupełnie nowego systemu korzeniowego, widocznie zamierzając pożywić się 
stworzeniem, które drzewo przygniotło swoim ciężarem. Miliony żywiących się szczątkami 
stworzeń, od maleńkich do olbrzymich, zbiegły się ze wszystkich stron, zwabione donośnym 
łoskotem, chcąc poczęstować się pożywieniem, jakie „upolowało” wielkie drzewo.

Uczeń oddalił się stamtąd najszybciej, jak mógł.
Na razie nie natknął się na żadnego inteligentnego tubylca, ale był pewien, że kiedy ich w 

końcu zobaczy, będą nie mniej wrogo nastawieni niż wszystkie inne formy felucjańskiego życia. Co 
prawda on także był wojownikiem Ciemnej Strony, ale tubylcy nie musieli być mu posłuszni... a 
zresztą Ciemna Strona nie znała pojęcia hierarchii. Wielka, szczęśliwa rodzina, w którą wierzyli 
rycerze Jedi, była zwykłym kłamstwem, a w najlepszym razie ułudą. Przyroda to krwiożerczy 
żywioł, w którym nie istnieje harmonia. Niektóre formy życia mogły wprawdzie żyć w pozornej 
zgodzie, ale nie na długo. Sithowie dobrze to rozumieli. Rozumiał to także jego mistrz. Stosunki 
między mistrzem a uczniem były zawsze napięte... i właśnie z tego napięcia rodziła się potęga.

Shaak Ti także to rozumiała. Powiedziała kiedyś, że Sithowie zawsze zdradzają jedni 

drugich. Jedne formy życia także zdradzają inne, jeżeli pozwala im się robić to, co nakazuje im 
natura. Pokój i harmonia to narzucone anomalie, którym należy się zawsze przeciwstawiać.

W pewnej chwili zobaczył między drzewami oddział szturmowców spieszących w kierunku 

miejsca lądowania „Cienia Łotra”. Widocznie zauważyli lądujący statek, bo maskujące pole 
blokowało sygnały wszystkich typów elektromagnetycznych sensorów. Uczeń wyciągnął 
komunikator i polecił Juno, żeby przeleciała w inne miejsce. Młoda pilotka zgodziła się z jego 
ostrzeżeniem, a on pobiegł za szturmowcami, żeby ich wyeliminować. Stanął do walki na skraju 
wypełnionej ruchomymi piaskami niecki, do której, korzystając z potęgi telekinezy, wrzucił kilku 
swoich przeciwników. Zakuci w ciężkie pancerze szturmowcy szybko zniknęli pod powierzchnią. 
Koledzy słyszeli w głośnikach komunikatorów ich wołania o ratunek, dopóki nieszczęśnikom nie 
zabrakło powietrza. Odgłosy blasterowych strzałów i pomruk klingi świetlnego miecza zwróciły 
uwagę różnych żywiących się szczątkami stworzeń, a nawet rankora, który ryknął gdzieś w pobliżu.

Uczeń zaczął nasłuchiwać. Zignorował pozostałych przy życiu szturmowców, którzy cofali 

się w głąb dżungli, gorączkowo wzywając pomocy, i zwrócił uwagę na dręczące go przeczucie, że 
zaraz się coś wydarzy. Mogła to być pułapka. Rankorów dosiadali zazwyczaj Felucjanie, więc jeżeli 
krwiożercze bestie usłyszały odgłosy walki, to ich jeźdźcy także.

Stał zupełnie nieruchomo. Dżungla wokół niego powoli dochodziła do równowagi po 

potyczce ze szturmowcami. Ptaki wracały do swoich gniazd, latające formy życia łączyły się znów 
w roje albo stada, a niewielkie jaszczurki ponownie wyruszały na polowanie. Z oddali napływały 
głosy zwierząt, które wyły i skrzeczały, szukając partnerki albo żeru. Na pozór wszystko w dżungli 
wracało do normalności.

Uczeń jednak wiedział...
Jego przeczucie potwierdziło się, kiedy z niecki z ruchomymi piaskami wyskoczyło, głośno 

wyjąc, trzech ogromnych felucjańskich wojowników.

Uczeń był gotów do walki z nimi, chociaż Ciemna Strona przydała tubylcom siły. Ich 

sporządzone z kości rankorów miecze rzucały we wszystkie strony krwistoczerwone błyski, 
tańczące nad ozdobnymi nakryciami głowy. Uczeń nie widział twarzy przeciwników, ale słyszał ich 
mordercze okrzyki. Wyczuwał w nich pragnienie zwycięstwa. Sparował z trudem pierwsze ciosy, 
ale zaraz podciął jednego wojownika, a drugiego przebił na wylot klingą świetlnego miecza.

Teraz walczył tylko z dwoma. Niebawem wyeliminował jednego przeciwnika, zwalając mu 

na głowę przegniły konar drzewa. Ostatniego poraził błyskawicą Sithów, chociaż musiał się sporo 
natrudzić, zanim się zajęło jego nakrycie głowy. Felucjanin zginął, a w powietrzu poniósł się 
cuchnący dym.

Uczeń usłyszał ryk następnego rankora, tym razem dobiegający z mniejszej odległości. 

Obawiając się drugiej zasadzki, odwrócił się i pobiegł w gąszcz. Ciął wszystko, co znalazło się w 

background image

zasięgu klingi jego świetlnego miecza.

Kiedy dotarł do wioski, przekonał się, że jest zniszczona i opuszczona. Chaty i domy 

osiadły jak stopiony wosk, a powierzchnię rzeki pokrył gruby kożuch toksycznych szczątków. 
Sarlacc, do którego jamy wpadła Shaak Ti, nie żył, a wyciekająca z jego ogromnego cielska żółć 
skaziła cały teren w promieniu setek metrów. Uczeń stał jakiś czas na skraju cuchnącej jamy. 
Starając się nie oddychać, zastanawiał się, dokąd pójść.

Zauważył, że w pobliżu jamy sarlacca Ciemna Strona jest silniejsza niż w gdziekolwiek 

indziej. Uwolnił myśli i wysłał je we wszystkie strony, żeby odnaleźć źródło jej potęgi. Sam sarlacc 
nie mógł być ogniskiem tej dziwnej koncentracji, bo od dawna nie żył. Uczeń nie mógł pozostawić 
po sobie tak silnego śladu Ciemnej Strony nawet po zabiciu członkini Rady Jedi. Coś innego 
musiało zaciemniać przejawy życia na Felucji. Coś albo ktoś...

W poszukiwaniu źródła potęgi Ciemnej Strony skierował się wąskim szlakiem na północ. 

Oddalając się od wioski, rozmyślał, co go czeka na końcu tego szlaku. Po drodze parę razy stoczył 
walkę z oddziałami Felucjan na spienionych, ledwo oswojonych rankorach. Zachowanie 
wojowników sugerowało, że podąża we właściwą stronę. Kiedy uciekali, zawsze starali się go 
odciągać na boki. Ilekroć powracał na wąski szlak, pojawiała się przed nim następna grupa. 
Wkrótce stwierdził, że walczy z dwunastoma rankorami naraz i przynajmniej taką samą liczbą 
felucjańskich wojowników. Im usilniej próbowali go powstrzymać albo zmusić do odwrotu, z tym 
większym zapałem uczeń się im przeciwstawiał. Dopiero kiedy do wojowników dołączył następny 
oddział szturmowców, zaczął się obawiać, że szala zwycięstwa może się przechylić na stronę 
przeciwników.

Wrzaski konających rankorów pamiętał jeszcze z poprzedniej wyprawy na Felucję, bo od 

czasu do czasu nawiedzały go w nocnych koszmarach. Nigdy nie wyobrażał sobie, że tak szybko 
się przyzwyczai do tych dźwięków.

Parł od jednego do następnego miejsca bitwy, cały czas zdążając do źródła dziwnego 

skupiska Ciemnej Mocy. Zostawiał za sobą zranioną dżunglę i jej zabitych mieszkańców. Po jednej 
z kolejnych potyczek doszedł do wniosku, że widocznie przekroczył niewidzialną granicę, bo od 
tamtej pory nikt go więcej nie zaatakował. Albo Felucjanie sami zrezygnowali z dalszej walki z 
nim, albo ktoś im to zasugerował. I bardzo dobrze, pomyślał uczeń. Nie było sensu przeciągać tych 
walk, bo nawet najliczniejsza grupa felucjańskich wojowników nie mogła mu przeszkodzić, skoro 
wszyscy byli uzbrojeni w miecze z zaostrzonych kości, a pomagali sobie słabiutkimi pchnięciami 
telekinezy.

W gęstym, parnym powietrzu zamajaczył przed nim dziwny kształt. Uczeń ostrożnie go 

okrążył, trzymając zapalony świetlny miecz. Zauważył, że to szkielet zabitego przed wielu laty 
rankora, sądząc po pokrywającej kości grubej zielonej warstwie mchów i pleśni. Potężne żebra 
wznosiły się pionowo niczym pręty klatki. Odchodziły od kręgosłupa, który był niemal 
niewidoczny pod porastającą grunt roślinnością. Kości łap i szponów leżały rozwłóczone w 
pobliskiej dżungli. Czerep - tak duży, że mógłby służyć za niewielki dom - przekrzywił się na bok, 
a potężne żuchwy były otwarte. Kły miały długość ręki dorosłego mężczyzny i były na tyle ostre, że 
mogłyby rozerwać ludzkie ciało.

Uczeń przeszedł z szacunkiem obok szkieletu, świadom ciszy, jaka nagle zapadła w dżungli. 

Kilkanaście kroków dalej leżał drugi szkielet, a za nim dwa następne. Widok sczerniałych, 
prastarych kości wystających z gruntu w różnych miejscach potwierdził jego przekonanie, że w 
końcu dotarł do cmentarzyska rankorów.

Obserwowany przez gigantyczne oczodoły, powoli kierował się w stronę miejsca, skąd 

promieniowała najgłębsza ciemność. W pewnej chwili nietypową ciszę zakłócił przeciągły grzmot. 
Brzmiało to złowieszczo, jakby obudziło się i warknęło ogromne zwierzę. Kiedy uczeń dotarł na 
skraj polany, zaścielonej wystającymi z gąszczu kośćmi, stanął na chwilę, żeby się rozejrzeć.

Widział już raz tę scenerię - wtedy, kiedy pozostawał w dziwnym stanie między życiem a 

śmiercią. Pamiętał skutego kajdankami mężczyznę, siedzącego przed lampą w chacie wzniesionej, z 
samych kości... Tym mężczyzną był Bail Organa. Uczeń rozpoznał go dzięki wizerunkom 
członków Senatu, ale aż do tej pory nie był w stanie skojarzyć miejsca. Obecnie wszystko 

background image

zrozumiał.

Człowiek na polanie to ojciec Leii, a w pobliżu mieści się jądro Ciemnej Strony. Uczeń w 

jednej chwili odgadł, że jedno i drugie ma ze sobą ścisły związek.

Wszystkie komórki ciała ostrzegały go o niebezpieczeństwie. Uczeń okrążył polanę, 

szukając sposobu dostania się na środek. Kości dziesiątków form zwierzęcego życia, począwszy od 
bardzo małych, a skończywszy na kolosach, leżały jedne na drugich wszędzie, dokądkolwiek 
skierował spojrzenie. Między czerepami Felucjan i zwierząt, na które polowali, uczeń nie zobaczył 
jednak wielu ludzkich czaszek. Gigantyczne kości udowe łap rankorów wystawały z gruntu jak 
kolumny, a zakrzywione kości żeber tworzyły łuki i podpory kościanych sklepień. Pod stopami 
ucznia chrzęściły miażdżone małe kości palców i skrzydeł.

Między kośćmi wił się labirynt wąskich przejść, obok których widniały niewielkie puste 

miejsca. Wyglądały jak pokoje o nieregularnych kształtach. Przemierzając labirynt na oślep, uczeń 
skręcił za róg i zauważył błysk żółtawego światła. Podążając w jego stronę, dotarł do 
prowizorycznej celi Baila Organy.

Senator wyglądał dokładnie jak w jego wizji. Przed nim leżał kawał gnijącego surowego 

mięsa. Uczeń miał nadzieję, że to nie pożywienie.

Zaskoczony więzień uniósł głowę i spojrzał na niego.
- Przyleciałem pana uratować, senatorze - odezwał się uczeń. Wyłączył klingę świetlnego 

miecza i uklęknął przed mężczyzną, żeby pomajstrować przy kajdankach. Organa był brudny, ale 
chyba nie stała mu się żadna krzywda. - Przysłał mnie Mistrz Kota.

- Ha! Wiedziałem, że nie wytrzyma długo bez walki! - Kiedy uczeń otworzył wreszcie 

zamek kajdanków, Organa odchylił się do tyłu i potarł nadgarstki. - Na pewno będzie na mnie 
wściekły za to, że zignorowałem jego radę.

Uczeń nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Proszę się o to nie martwić - powiedział. - Kota jest zawsze wściekły. Przypuszczam 

jednak, że będzie chciał to panu powiedzieć osobiście.

Sięgnął po komunikator, ale zamarł, bo usłyszał ryk rankora, w którym kryło się więcej 

zwierzęcej wściekłości niż we wszystkich, jakie słyszał do tej pory. Dźwięk był tak głośny, że z 
makabrycznego sklepienia nad ich głowami posypał się grad niewielkich ptasich kości.

Bail uniósł głowę i nerwowo przełknął ślinę.
- To jej ulubieniec - powiedział.
- Czyj ulubieniec? - zdziwił się Starkiller.
- Marisy Brood - wyjaśnił senator. - Padawanki Shaak Ti, a przynajmniej kobiety, która się 

za nią podaje. To ona mnie tu trzyma, żeby dobić targu z Imperialcami i zasłużyć na łaskawość 
Vadera. Chyba oszalała, jeżeli sądzi, że mu to sprawi jakąś różnicę.

Uczeń przewrócił oczami.
- Cała ta planeta oszalała - podsumował.
Rozległ się następny ryk, tym razem tak głośny, że aż zadrżał grunt. Nadchodziło coś 

wielkiego i wygłodniałego.

- Wcale nie oszalałyśmy - odezwał się zza jego pleców kobiecy głos.
Uczeń odwrócił się i włączył klingę świetlnego miecza. Przez największy otwór kościanej 

celi weszła wychudzona młoda Zabrakanka. Niosła coś w każdej dłoni. Wyglądało to 
nieszkodliwie, dopóki nie pojawiły się dwie kolumny jaskrawoczerwonego światła. Uczeń 
stwierdził, że Zabrakanka jest uzbrojona w dwa miniaturowe miecze świetlne. Wirujące klingi 
rzucały dzikie błyski na tworzące klatkę kości. Marisa Brood obracała mieczykami beztrosko, jakby 
to była para drewnianych pałeczek.

Kiedy się upewniła, że obaj mężczyźni na nią patrzą, dodała:
- Po prostu rzuciłyśmy się w objęcia Ciemnej Strony.
Uczeń gapił się na nią, wcale nie zdziwiony tymi słowami. Znał jej twarz równie dobrze jak 

twarz Baila Organy. Pamiętał jej kształt, czarne wargi i kilka wystających z czoła rogów. Zauważył 
ciemne warkocze wokół szyi. Zabrakanka miała na sobie bojowe buty, skórzane spodnie i obcisłą, 
kusą kamizelkę. Od kobiety, którą kiedyś zobaczył w wizji, różniły ją tylko ciemnoczerwone oczy.

background image

Kiedy Shaak Ti wysyłała swoją padawankę, żeby ukryła się w dżungli Felucji, Zabrakanka 

służyła Jasnej Stronie Mocy. Obecnie jednak, kiedy równowaga uległa zakłóceniu, Marisa 
przyłączyła się do Ciemnej Strony.

Bo Shaak Ti nie żyła. Bo to on ją zabił.
A teraz uczennica Shaak Ti przybyła, żeby zabić jego.
Czyżby wiedziała? - zastanowił się Starkiller.
- Mariso Brood... - zaczął, odsuwając się od Baila Organy.
Zabrakanka przekrzywiła głowę, jakby chciała potwierdzić jego domysły.
- A ty to kto? - zapytała.
- Nie twój interes. - Uczeń trzymał cały czas klingę świetlnego miecza między sobą a 

hipnotyzującymi klingami w dłoniach Marisy. Wstrząsy gruntu stawały się coraz silniejsze. - 
Przyleciałem tu po senatora.

- Nic z tego. Nie możesz go zabrać - oznajmiła Marisa.
- Nie istnieją dla mnie słowa „nie możesz”.
Marisa wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Chcesz się o tym przekonać? - zapytała.
- Odsuń się na bok, dziewczyno - rozkazał Starkiller. - Nie zmuszaj mnie, żebym wyrządził 

ci krzywdę.

Marisa parsknęła śmiechem.
- Nie masz szans - powiedziała. - Nie pozwoli ci na to mój ulubieniec.
W tej samej chwili dobiegające z dżungli pomruki osiągnęły natężenie grzmotów. Brzmiały 

jak odgłos zderzenia się dwóch planet. Przez kościane pręty klatki przedarł się największy rankor, 
jakiego uczeń kiedykolwiek widział. Znieruchomiał nad nimi, a z jego groźnych kłów ściekały 
strużki śliny. Potwór miał cielsko o upiornej, nienaturalnie bladej skórze. Organa i uczeń odskoczyli 
w przeciwne strony, a za nimi posypała się lawina klekoczących kości.

Oszołomiony uczeń wygrzebał się spod stosu kości w samą porę, żeby uniknąć zmiażdżenia 

przez zakończoną gigantycznymi szponami stopę, która zamierzała go zgnieść na miazgę. Poderwał 
się i przebiegł między ogromnymi łapami, umykając przed ciosem kołyszącego się z boku na bok 
ogona. Kiedy trafił pod brzuch bestii, ciął klingą świetlnego miecza, ale zwierzę miało tak grubą 
skórę, że nawet nie wypłynęła krew. Miało także kły i rogi o długości co najmniej dwóch metrów. 
Potwór - niewątpliwie samiec - był o wiele większy niż jakiekolwiek żywe zwierzę, które uczeń w 
życiu widział. Jego szyję i łeb chroniły płytki pancerza grubszego niż pancerz niektórych 
gwiezdnych okrętów. Zwierzę poruszało się powoli, ale zdecydowanie. Cuchnęło brudnym 
cielskiem i Ciemną Stroną Mocy. Wszystko wskazywało, że zakłócenie stanu równowagi, które 
skłoniło Marisę do opowiedzenia się przeciwko Jedi, zmieniło spokojne niegdyś zwierzę w 
krwiożerczego potwora.

Uczeń nie miał wyjścia. Musiał go zabić. Nie wątpił w to, tylko jeszcze nie wiedział, jak się 

do tego zabrać. Zwierzę znało jego zapach i wykonywało rozkazy Marisy, która niewątpliwie 
zachęcała je do ataku. Uczeń musiał uważać na chwytne łapy i kołyszący się ogon, więc samo 
podejście blisko potwora nie było wcale łatwe. Kiedy usiłował go pchnąć potęgą Mocy, rankor 
tylko zaryczał gniewnie, a błyskawica Sithów odbiła się od opancerzonego boku bestii niczym 
strumień wody. Uczeń mógłby wprawdzie ciąć rankora klingą świetlnego miecza, ale był 
przekonany, że jego ciosy nie odniosłyby najmniejszego skutku. Zwierzę miało niewielki mózg, a w 
dodatku całkowitą władzę nad nim sprawowała Marisa.

Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Uczeń nie mógł nawet marzyć o ucieczce. Wątpił, żeby 

Juno zdołała wylądować i unieruchomić „Cień Łotra” na tyle długo, aby on i Organa wbiegli na 
pokład, zanim kilkutonowe cielsko rankora zderzy się z kadłubem statku. Jeżeli nie mógł walczyć 
ani uciec, to co mu pozostawało?

Próbował grać na zwłokę i unikać potężnych łap potwora. Kazał mu się kręcić za sobą w 

kółko, licząc na to, że zwierzę się zmęczy albo zgłodnieje i przestanie się nim interesować, obojętne 
jak bardzo Marisa by je do tego zachęcała. Jednak, kiedy się znowu znalazł za potężnym zadem 
bestii, zmuszając ją, żeby się odwróciła, Zabrakanka zaatakowała go obiema wirującymi klingami 

background image

naraz. Chciała go zepchnąć w zasięg potężnych szczęk potwora.

Uczeń przetoczył się pod łbem o rozmiarach głazu, aż poczuł podmuch wilgotnego, 

gorącego oddechu. Na widok potężnych kłów nie poczuł się ani trochę lepiej. Jeżeli Marisa go 
znów zaskoczy albo on sam popełni błąd, te kły na zawsze przekreślą jego szanse władania 
galaktyką u boku mistrza.

Te kły...
Wszystkie jego wysiłki na nic...
W jego głowie zaczął się kształtować zarys planu. W pierwszej chwili uczeń pomyślał, że to 

szaleństwo... ale przecież nie większe niż to, na jakie się zdecydował, niszcząc orbitalną stację czy 
zabijając mistrzynię Jedi.

Cudem uniknął chlaśnięcia śmiercionośnym ogonem potężnej bestii. Wielkie zwierzę 

odwróciło białawe cielsko, stawiając łapy z takim impetem, że przy każdym kroku uczeń czuł 
wstrząs gruntu. Bestia skierowała na niego świńskie oczka i otworzyła szeroko ogromną paszczę. 
Nie zamierzała ryknąć, chciała go pożreć. Zwierzę napięło mięśnie grubości pni drzew i opuściło 
masywny łeb.

Kiedy paszcza rozwarła się na całą szerokość, uczeń zrobił dwa kroki do przodu, nabrał 

powietrza w płuca i wskoczył do środka.

Fetor był tu tak intensywny, że o mało nie pozbawił go przytomności, ale zapach był 

najmniejszym ze zmartwień, jakim musiał stawić czoło. Posłużył się Mocą, żeby utrzymać szczęki 
bestii rozwarte wystarczająco długo, aby uniknąć przebicia przez kły, gdy paszcza będzie się 
zamykała. Kiedy ogarnęła go ciemność, największym zagrożeniem stał się ozór potwora. Klinga 
jego świetlnego miecza - jedyne źródło światła w mrocznej, cuchnącej, ociekającej śliną paszczy - 
szybko jednak się uporała z tym zagrożeniem. Ogromny rankor zakołysał łbem z boku na bok, ale 
wola ucznia przezwyciężyła odruch, który mu nakazywał otworzyć paszczę. Widocznie Marisa 
zapomniała nad tym zapanować.

Zamierzając obezwładnić bestię, uczeń wezwał na pomoc całą potęgę Mocy i posłał 

skwierczącą błyskawicę Sithów w nieosłonięte pancerzem podniebienie zwierzęcia.

Każdy nerw w mózgu rankora zapłonął niczym ognie sztuczne. Kilka następnych sekund 

należało do najgorszych, jakie uczeń kiedykolwiek przeżył. Bestia konwulsyjnie dygotała. Uczeń 
walczył o życie, do połowy zanurzony we krwi zmieszanej ze ściekającą z podniebienia lepką śliną. 
Krztusząc się cuchnącym powietrzem, zapierał się rękami i nogami o mięsiste boki paszczy.

Zwierzę nadal żyło. Uczeń nie mógł w to uwierzyć. Zranione, osłabione i potykające się 

stworzenie trzymało się życia z nieustępliwością generała Koty. Zdesperowany Starkiller 
postanowił wykorzystać ostatnią kartę, jaka mu pozostała.

Uwolnił potężną porcję energii kinetycznej i od środka rozsadził łeb rankora.
Natychmiast poczuł, że spada. Z rozwartej paszczy wypłynęła struga krwi zmieszanej ze 

śliną i cuchnącymi płynami. Uczeń wylądował na stosie kości. Krztusząc się i przecierając oczy, 
zamrugał, ale nie wypuścił rękojeści miecza świetlnego ze śliskich palców. Pozbawione łba cielsko 
runęło obok niego z przyprawiającym o mdłości chrzęstem.

Uczeń miał szczęście, że nie wypuścił broni, bo od razu doskoczyła do niego Marisa. 

Trzymała w dłoniach pomrukujące klingi wirujących mieczy świetlnych. Starkiller zablokował ją 
klingą swojego miecza w samą porę, żeby uniknąć odcięcia głowy. Wstał z trudem, potykając się, 
ale udało mu się sparować następne ciosy.

- Dopiero teraz mnie rozgniewałeś - syknęła młoda Zabrakanka. - Jeszcze tego pożałujesz.
- Dałem ci możliwość wyboru - przypomniał uczeń, blokując następne ciosy. - To ty zabiłaś 

to zwierzę, nie ja.

- Ciemna Strona nie dzieli włosa na czworo - prychnęła Marisa.
Jej oczy płonęły czerwonym blaskiem, kiedy zadawała mu cios za ciosem. Uczeń cofał się i 

potykał, osłabiony nie tylko przez walkę z gigantycznym rankorem.

Zmagał się ze sobą... i tym razem nie były to inspirowane przez wspomnienia halucynacje, 

w których Jedi i Sith w jego głowie walczyli o panowanie nad jego przyszłością. Tym razem bił się 
naprawdę, bo jego przeciwniczka była równie dobrze zaopatrzona w potęgę Ciemnej Strony jak on. 

background image

Ona także straciła kogoś bliskiego i została wysłana w głąb galaktyki, żeby się nauczyła sama 
troszczyć o siebie. Oboje powinni sobie pomagać, zamiast walczyć ze Sobą. Uczeń wiedział jednak, 
że obserwuje go Bail Organa, więc nie mógł wystąpić z propozycją rozejmu. Korzystał nawet ze 
stylu soresu, żeby parować jej prymitywne i nieprzewidywalne pchnięcia, podobnie jak robił to w 
postaci Jedi.

A mimo to...
Broniąc się przed ciosami padawanki, widział w jej oczach tylko strach i rozpacz. Żadne z 

nich nie potrafiło wykorzystywać potęgi czystego gniewu, chociaż mogli zostać mistrzami Ciemnej 
Strony, co zademonstrował mu kiedyś jego mistrz. Marisa była nowicjuszką, dopiero na początku 
podróży... i podobnie jak on dążyła do osiągnięcia mistrzostwa. Pierwszy raz w życiu uczeń 
zrozumiał, że Moc nie przejawia się tylko w dwóch aspektach - Ciemności i Jasności; że nigdy nie 
jest wyraźna, ale też nigdy jedna Moc nie spotyka się z drugą, aby utworzyć szarość. Idealna Moc 
istniała wyłącznie na użytek filozofów i teoretyków, żeby się mogli nad tym zastanawiać. W 
prawdziwym świecie Ciemność i Jasność istniały obok siebie w różnych proporcjach, ale wszystko 
musiało być określone. Dzięki temu była padawanka Jedi mogła ześlizgnąć się na Ciemną Stronę, 
chociaż całe dotychczasowe życie służyła światłości. Równie łatwo może zawrócić na stronę 
światłości, naturalnie jeżeli przeżyje tę walkę.

Światłość i Ciemność to tylko kierunki, starała się mu wytłumaczyć Shaak Ti.
Jesteśmy w ciągłym ruchu, pomyślał Starkiller. Kierujemy się albo w stronę Ciemności, 

albo Światłości. Pozostawanie pośrodku jest niemożliwe. Niektórzy, jak Darth Vader i Imperator, 
wędrują przez Ciemną Stronę od tak dawna, że Światłość musiała się stać dla nich odległym, 
słabym wspomnieniem. Inni tkwią w szarości, nie mogąc się zdecydować, którą wybrać stronę. 
Prawdę mówiąc, nie ma żadnych stron; jest tylko kierunek, w którym się podąża. Wszystko jest 
względne.

Zrozumienie tej prawdy przydało mu nowych sił. Sithowie zawsze zdradzali jedni drugich 

nie dlatego, że byli wrogami. Po prostu ścieżki, po których zdążali, rozchodziły się w różne strony. 
Walczenie z Marisą nie oznaczało więc odwracania się tyłem do Ciemnej Strony. Młoda 
Zabrakanka po prostu mu przeszkadzała, tak jak czasem przeszkadzały mu inne osoby.

„Nie łudź się - powiedziała kiedyś Shaak Ti - jak wielu łudziło się przed tobą, że stoisz na 

czymś więcej niż tylko na własnych stopach”.

Blokując ciosy wirujących kling Marisy Brood, uczeń porzucił styl soresu i przeszedł do 

bardziej agresywnego stylu juyo, którym lubili walczyć władcy Ciemnej Strony. Marisa zauważyła 
tę zmianę, ale sama była szkolona tylko w stylach walki Jedi, więc nie zrozumiała, co to może 
oznaczać. Atakowała z coraz większą desperacją, chociaż uczeń zaczął ją spychać na stosy kości, 
obok cielska jej zabitego ulubieńca, z daleka od senatora Organy. Zabrakanka oddychała z coraz 
większym wysiłkiem, a jej ruchy traciły precyzję. Dzikie błyski w oczach dowodziły, że zaczyna 
się bać. Jeszcze trochę, a zupełnie straci koncentrację.

Wykorzystaj swój strach, chciał jej powiedzieć uczeń. Pozwól, żeby strach podsycił twój 

gniew, bo dzięki gniewowi staniesz się silniejsza. To ja uśmierciłem twoją mistrzynię. Mój mistrz 
także próbował mnie zabić, ale dzięki temu stałem się potężniejszy. Ty także możesz się stać 
silniejsza, jeżeli tylko uświadomisz sobie tę prostą prawdę!

Światłość skaziła jednak padawankę tak głęboko, że mimo oddania się Ciemności los 

młodej Zabrakanki był przesądzony.

Wystarczy, pomyślał w pewnej chwili uczeń.
Uniósł lewą rękę i posłużył się Mocą, żeby poderwać w powietrze pobliski stos kości. 

Grzechocząc i coraz szybciej wirując, otoczyły miejsce walki. Marisa zupełnie straciła orientację. 
Nie wiedziała, w którą stronę patrzeć. Korzystając z chwili nieuwagi, Starkiller rozbroił ją dwoma 
szybkimi, precyzyjnymi ruchami. Rękojeści jej małych mieczy świetlnych potoczyły się między 
kości, a Marisa cofnęła się, trąc oparzone dłonie. W jej oczach zapłonął buntowniczy błysk, ale 
pojawił się za późno. O wiele za późno.

Kiedy padawanka się odwróciła i rzuciła do ucieczki, uczeń poraził ją w plecy błyskawicą 

Sithów. Jego przeciwniczka runęła twarzą na stos kości.

background image

Trzymając od niechcenia rękojeść świetlnego miecza w prawej dłoni, uczeń podszedł do 

niej.

- Nie - szepnęła młoda kobieta, bezskutecznie usiłując zmusić kości, aby ponownie otoczyły 

ich wirującą masą. Uczeń bez wysiłku odepchnął je na bok.

- Proszę! - Już nie była zbuntowana, tylko zdesperowana, ale nie zamierzała się poddać. - 

Nie rób tego!

- Dlaczego? - Uczeń stanął nad nią i uniósł rękojeść świetlnego miecza klingą w dół, gotów 

do zadania ostatecznego ciosu. - Jeżeli rzeczywiście, jak twierdzisz, jesteś niewolnicą Ciemnej 
Strony, zabijając cię, wyświadczę przysługę galaktyce.

- Ale... to nie moja wina - wyjąkała Zabrakanka. - Shaak Ti porzuciła mnie na tej parszywej 

planecie. - W jej czerwonych oczach zakręciły się łzy. - Felucja jest zła. To miejsce mnie 
zdeprawowało. Jeżeli mi pozwolisz stąd odejść, zostawię Ciemną Stronę daleko za sobą. Naprawdę 
tego pragnę.

- Dlaczego miałbym ci wierzyć?
Młoda kobieta uklękła.
- Proszę, daruj mi życie - powiedziała. - Przecież zwyciężyłeś, prawda? Senator jest twój. 

Nie musisz mnie zabijać. - Wyciągnęła do niego ręce błagalnym gestem. - Oszczędź mnie. Proszę!

Uczeń się cofnął, bo mierził go widok błagającej kobiety. Nie jesteś warta Ciemnej Strony, 

chciał jej powiedzieć. ...

Był tylko jeden kłopot: młoda kobieta stała się tym, kim jest, właśnie dzięki Ciemnej 

Stronie. Kiedyś chciała zostać rycerzem Jedi, a oto teraz błagała go o życie. Pewnie wykazywała 
kiedyś jakieś talenty, ale od czasu ześlizgnięcia się na Ciemną Stronę wykorzystywała je tylko do 
niszczenia... Nie miała już w sobie odwagi.

W podobny sposób Ciemna Strona zmieniła całą Felucję. Odór śmierci i rozkładu nie 

pochodził wyłącznie z krwi zabitego rankora, która obryzgała ubranie ucznia.

Tak pachnie deprawacja, pomyślał Starkiller.
Opuścił rękojeść świetlnego miecza i wyłączył energetyczną klingę. Uwolnił wirujące 

wokół kości, które z klekotem rozsypały się po powierzchni gruntu.

Marisa wstała niezgrabnie. Chyba nie mogła uwierzyć w swoje szczęście.
- Dziękuję ci - powiedziała.
Uczeń też nie bardzo wierzył w to, co się stało. Nie wiedział, czy oszczędził ją dlatego, bo 

zrobiło mu się jej żal, czy dlatego, że znał zatruwające jej duszę emocje.

- Nic nie mów - warknął. - Po prostu się stąd wynoś.
- Czy mogę odlecieć z tobą? - zapytała z nadzieją młoda Zabrakanka. - Nie chcę tu dłużej 

przebywać...

- Będziesz musiała zostać, dopóki nie przyleci następny statek - uciął Starkiller. - Możesz 

także poprosić Imperialców, żeby cię dokądś podrzucili.

Marisa cofnęła się, jakby podejrzewała, że jej były przeciwnik w każdej chwili może 

zmienić zdanie. Wreszcie się odwróciła i pobiegła w stronę skraju dżungli. Starkiller patrzył za nią, 
bo nie był pewny, czy padawanka nie zechce go zaskoczyć. Teoretycznie powinna być mu 
wdzięczna, ale uczeń nie wierzył jej ani trochę.

Marisa dobiegła do skraju polany i dopiero się odwróciła. Uczeń zauważył, że łzy zniknęły z 

jej policzków. Mrugnęła do niego i też zniknęła.

Starkiller usłyszał dobiegający zza pleców chrzęst kości. Odwrócił się i zobaczył, że przez 

stosy szkieletów brnie posiniaczony i brudny Bail Organa.

- Widywałem już kiedyś podobne przypadki - powiedział gniewnie senator. - To byli młodzi 

Jedi, którzy przeszli na Ciemną Stronę. Zdeprawowani i źli, morderczo...

Uczeń wyciągnął rękę i podtrzymał chwiejącego się mężczyznę. W jego piwnych oczach 

zobaczył ocean bólu. Zdumiały go jednak następne słowa senatora:

- Nie powinieneś był jej puszczać wolno.
- Naprawdę pan przypuszcza, że jest wolna? - zapytał Starkiller. Akurat... równie wolna jak 

ja, pomyślał. Może teraz popełniać całkiem nowe błędy. Mam nadzieję, że czegoś się w ten sposób 

background image

nauczy. - Na zawsze zapamięta to, co jej się tu przydarzyło.

Organa popatrzył na odległą ścianę lasu i pokiwał mądrze głową. Pewnie mu się wydawało, 

że wszystko rozumie.

- Czasami wspomnienia nie wystarczają - powiedział. - Zdarza się, że my, ofiary, musimy... 

brać sprawiedliwość w swoje ręce.

- Właśnie. - Uczeń wykorzystał te reakcję senatora, żeby skierować rozmowę na inne tory. 

Miał dosyć takich tematów jak Ciemna Strona czy bolesne punkty własnej psychiki. - Właśnie 
dlatego tu przyleciałem, panie senatorze. Rozpaczliwie potrzebujemy pańskiej pomocy. Potrzebuje 
jej galaktyka. Trzeba przestać żyć wspomnieniami świetlanej przeszłości i zacząć walczyć o to, w 
co wierzymy.

Bail Organa spojrzał na niego, nie wierząc własnym uszom.
- Kota i ja sprzeczaliśmy się o to wiele razy... - zaczął.
- Dyskusje także należą do przeszłości - uciął Starkiller. - Imperator już za długo narzuca 

nam swoją wolę... i to my musimy go powstrzymać. Przyłączy się pan do nas?

- Zabierz mnie do Koty - poprosił zmęczonym tonem Organa.
- Rozsądek nakazuje, żebym porozmawiał z nim w cztery oczy.
Uczeń się ucieszył. Najwyraźniej uważa, że autorem tego pomysłu jest Kota.
- Dobrze - powiedział. - W takim razie lećmy do niego. Niedługo w okolicy zaroi się od 

Imperialców...

Odwrócił się, żeby porozmawiać przez komunikator z Juno, i wtedy zauważył, że senator 

wypatruje się w miejsce, gdzie Marisa Brood zniknęła w dżungli.

- Niech Moc będzie z nami - mruknął senator. - Z nami wszystkimi. W taki czy w inny 

sposób.

ROZDZIAŁ 26

Juno mogłaby przysiąc, że dnie na Felucji są najdłuższe w całej galaktyce. Kiedy tu 

przyleciała pierwszy raz, spędziła cały wolny czas, zamartwiając się, że Starkiller zamierza 
zdradzić Imperatora. Młody mężczyzna nadal chciał to zrobić... ale Juno nie była przekonana co do 
jego motywów. Czy przypadkiem nie chodzi tu o zwykłą zemstę za zdradę, jakiej dopuścił się jego 
były mistrz? W końcu doszła do wniosku, że cel uświęca środki, a jeżeli dzięki temu zostaną razem 
jeszcze jakiś czas, to tym lepiej.

Korzystając z tego, że Kota przechadza się po kapeluszu olbrzymiego grzyba, zajęła się 

śledzeniem imperialnych sygnałów napływających z powierzchni zielonej planety. Uznała, że ktoś 
powinien mieć oko na wahadłowiec senatora, więc postawiła obok niego na straży androida z jego 
świetlnym mieczem i Masterem. PROXY miał odstraszać od obu statków dzikie formy życia - o 
wiele bardziej natrętne i złośliwe niż za jej ostatniej bytności. Juno chciałaby wiedzieć, czy nie 
zanosi się na kłopoty. Gdyby tak było i gdyby musieli się stąd wynosić, ona mogłaby pilotować 
„Cień Łotra”, a PROXY wahadłowiec senatora.

Kiedy Starkiller skontaktował się z nią przez komunikator i powiedział, że odnalazł i ocalił 

Baila Organę, jej niepokój trochę się zmniejszył.

- Podaj mi współrzędne, to was stamtąd zabiorę - zaproponowała.
Uczeń usłuchał, ale dodał coś, co ją zdenerwowało jeszcze bardziej:
- Nie przestrasz się na mój widok. Nie sądź po pozorach.
- Po jakich pozorach? - zdziwiła się młoda pilotka.
Ze słuchawki komunikatora dobiegł ryk rankora. Zwierzę musiało być niedaleko.
- Pospiesz się, Juno - przynaglił ją Starkiller. - Zaczyna się tu robić trochę... nieciekawie.
Juno usłuchała. Przedtem jednak skontaktowała się z androidem, informując go, że odlatuje 

na krótko i zaraz wraca. PROXY zapewnił, że w czasie jej nieobecności nic mu się nie przydarzy. 
Juno zawołała Kotę, żeby wracał i zajął miejsce.

Generał od razu usiadł na fotelu drugiego pilota, chociaż i tak nie mógł nic widzieć przez 

background image

dziobowy iluminator ani posługiwać się urządzeniami kontrolnymi.

- Skąd ten pośpiech? - zagadnął.
- Nasz przyjaciel potrzebuje środka transportu - wyjaśniła Juno, pstrykając dźwigienkami 

przełączników i przesyłając energię do repulsorów, żeby chociaż krótko popracowały na biegu 
jałowym.

- Bail jest cały i zdrowy? - zaniepokoił się Kota.
- Tak mnie poinformowano - odparła Juno. - A teraz proszę przestać mnie wypytywać. 

Musimy bardzo uważać, jeżeli chcemy uniknąć pojawienia się na czyimś celowniku.

„Cień Łotra” wzniósł się z kapelusza grzyba. Leciał na niskim pułapie, zaledwie kilka 

metrów nad porastającą powierzchnię planety dziwaczną roślinnością. Kołysząc lekko statkiem z 
boku na bok, Juno starała się udawać drapieżnika - latającą płaszczkę, które krążyły nad koronami 
najwyższych drzew. Klęła za każdym razem, kiedy o spód statku ocierały się gałęzie albo pękate 
worki nasienne. Bardziej się obawiała o szczelność kadłuba niż o hałas, jaki powstawał przy każdej 
takiej kolizji, chociaż wiedziała, że na Felucji nie ma nic takiego, co mogłoby uszkodzić kadłub, 
chyba żeby się zderzyła ze zboczem góry albo zwróciła na siebie uwagę Imperialców.

W pewnej chwili przeleciała nad ośmiometrowym rankorem, który biegł ze spuszczonym 

łbem ścieżką równoległą do trajektorii lotu jej statku, rozginając na boki pnie mijanych drzew. 
Kolosalne zwierzę nawet nie uniosło łba i nie spojrzało w górę. Pół minuty później natknęła się na 
następnego rankora, który biegł w tę samą stronę.

- Chyba zaczynam się domyślać, co to znaczy „nieciekawie” - mruknęła. - Niech pan się 

trzyma, generale. Zamierzam przylecieć na miejsce troszkę wcześniej, niż początkowo 
zamierzałam.

Wciskając mocniej rękojeść dźwigni przepustnicy, zrezygnowała z zachowywania 

ostrożności i stopniowo zwiększała pułap lotu, dopóki się nie znalazła tuż obok miejsca o podanych 
przez ucznia współrzędnych. Ostatni manewr musiała wykonać bardzo precyzyjnie, przesyłając do 
repulsorów impulsy energii w ściśle określonych chwilach i obniżając pułap lotu. Nie zdążyła więc 
przyjrzeć się chaosowi, jaki panował pod nią. Wyglądało na to, że między stadem rozwścieczonych 
rankorów a tysiącami felucjańskich padlinożerców rozpętała się walka o dostęp do ogromnego 
cielska zabitego rankora. Szczątki wielkiego zwierzęcia były tak zakrwawione, że trudno było 
poznać, co mu się stało, ale Juno nie miała czasu zastanawiać się nad jego losem.

Na skraju zalanej krwią polany stało dwóch mężczyzn. Machali, żeby przyciągnąć jej 

uwagę. Juno jeszcze bardziej obniżyła pułap lotu, co zmusiło do ucieczki trzy rankory. Otworzyła 
dolny właz i wysunęła rampę. O mało nie ogłuchła od wściekłych ryków felucjańskich 
drapieżników.

Usłyszała jednak, że ktoś wbiega po rampie.
- W porządku - odezwał się Starkiller przez komunikator. - Jesteśmy na pokładzie. Możemy 

startować.

Juno obejrzała się za siebie, zobaczyła Starkillera i na chwilę zamarła ze zgrozy.
Młody mężczyzna był pokryty krwią od stóp do głów.
„Nie wystrasz się”, powiedział. Czysty eufemizm, pomyślała.
W końcu Juno odwróciła się znów do pulpitu kontrolnej konsolety. Zwiększała pułap 

„Cienia Łotra”, aż osiągnęła bezpieczny poziom koron drzew.

Skierowała statek na źródło sygnału namiarowego, które włączył PROXY. Obserwowała 

przy tym kątem oka Kotę i Baila Organę, którzy od tak dawna się nie widzieli. Stary Jedi starał się 
nie okazywać uczuć, ale senator nie przejmował się takimi drobiazgami.

- Mój przyjacielu, już prawie straciłem nadzieję, że cię jeszcze zobaczę - powiedział. - 

Powinienem być mądrzejszy. Zawsze byłeś mistrzem akcji ratunkowych w ostatniej chwili i 
niespodziewanych zwrotów sytuacji.

- Phi! - prychnął Kota. - Tym razem nie miałem z tym nic wspólnego. Gdybyś nie wyruszył 

samotnie na tę zwariowaną wyprawę, nie prowadzilibyśmy w tej chwili tej rozmowy.

background image

Organa nagle sposępniał.
- Powinieneś wiedzieć, że Mistrzyni Shaak Ti nie żyje - powiedział. - Zamordował ją Vader 

albo jeden z jego skrytobójców.

- Prawdopodobnie ten sam, który zrobił mi to. - Kota wskazał zabandażowaną twarz 

pokrytym odciskami palcem. - Próbowałem się skontaktować z Kazdanem Paratusem, ale i on nie 
daje znaku życia.

- Będziemy razem drżeć o jego życie, Mistrzu Kota, dopóki się nie przekonamy, co się z 

nim stało. - Organa pokiwał głową i wbił spojrzenie w płyty pokładu. - Wygląda na to, że mroczne 
czasy stają się z każdą chwilą mroczniejsze.

- Możemy być wdzięczni losowi tylko za jedno - stwierdził generał. - Leia jest cała i 

zdrowa.

Senator położył dłoń na ramieniu starca i uścisnął je. Kiwnął głową tylko raz, jakby dla 

podkreślenia, że odzyskał mowę.

- Obawiałem się o nią zapytać - wyznał. - Jestem ci niezmierniej wdzięczny za tę 

informację... Na zawsze pozostanę twoim dłużnikiem.

Kota cofnął się trochę.
- Wystarczy, jeżeli znajdziesz mi coś do picia i będziemy kwita - powiedział. Wstał i udał 

się na rufę. Juno usłyszała, że generał szpera w zapasach.

Resztę podróży senator i Juno spędzili we dwoje. Starkiller doprowadzał się do porządku w 

pomieszczeniach dla członków załogi, ale nie zdradził, jakim cudem znalazł się w takim stanie. 
Juno zaś nie pytała, bo doszła do wniosku, że jeżeli nikt inny się nie zainteresował, to widać nie jest 
to bardzo ważne. Organa wyglądał jednak na zakłopotanego zachowaniem swojego przyjaciela. 
Juno, lecąc jak najniżej nad koronami felucjańskich drzew, postanowiła się dowiedzieć, co się tam 
stało.

- Co się z wami działo tam, w dole? - zagadnęła od niechcenia. - Wyglądacie, jakby 

napoczęła was każda forma życia w promieniu kilkunastu kilometrów od tamtej zaścielonej kośćmi 
polany.

Organa chyba był zadowolony, że może przerwać niezręczne milczenie. Opadł z 

westchnieniem na fotel drugiego pilota i zabrał się do wycierania plam krwi ze swojej niegdyś 
nieskazitelnie czystej koszuli.

- Dokładnie tak - przyznał ponuro. - Widziałaś na polanie cielsko zabitego rankora, prawda? 

No cóż, należy zacząć od tego, że jego koleżanki nie były uszczęśliwione tym, że padł trupem. A 
taka góra świeżego mięsa nie poleży długo bez przyciągnięcia czyjejś uwagi. Mimo wszystko 
Felucja to bezlitosna planeta - dodał, myśląc chyba o czymś innym. - Przeżycie tu w obecnych 
czasach musi wymagać prawdziwej siły charakteru. Powinniśmy wybaczyć tym, którym się to nie 
udało.

Juno, pozwoliła senatorowi wrócić do swoich myśli. Organa miał pewnie do przekazania o 

wiele więcej świeżych informacji niż ona, a jednak zaskoczył ją zmianą tematu.

- A ten młody mężczyzna, z którym ty i Kota podróżujecie? - zapytał. - Co możesz mi o nim 

powiedzieć?

Juno zerknęła na senatora i zaraz przeniosła spojrzenie na korony drzew pod „Cieniem 

Łotra”.

- Co pan chce o nim wiedzieć? - zapytała.
- No cóż, na początek to, kim jest - odparł Organa. - Skąd pochodzi? Nigdy nie słyszałem, 

żeby ktoś równie potężny Mocą pozostawał na wolności w Imperium Palpatine’a. Jestem też 
ciekaw, w jaki sposób udało mu się uniknąć wykrycia przez Dartha Vadera. Czy ten młody 
człowiek wie, kim jest i gdzie w tej chwili się podziewa jego mistrz albo mistrzyni Jedi?

Organa patrzył na nią z nadzieją, niewątpliwie licząc na to, że jakiś inny Jedi - może jego 

przyjaciel - jakimś cudem przeżył i że istnienie Starkillera to zapowiedź nowych szans uniknięcia 
śmiertelnego zagrożenia, jakie dla nich wszystkich stwarzało istnienie Imperium. Juno nie miała 
pojęcia, jak mu przekazać, że do tej pory ona i Starkiller mieli po prostu wielkie szczęście i że 
wcale nie są tak niewinni, jak senatorowi się wydaje. Starkiller dlatego tak długo unikał klingi 

background image

świetlnego miecza Dartha Vadera, że byli sojusznikami, nie zaś wrogami... ale nawet w tej 
komfortowej sytuacji szczęście ucznia w końcu go opuściło.

W końcu postanowiła, że odpowie senatorowi jak przedtem Kocie: wyjawi mu prawdę, ale 

nie do końca.

- Obawiam się, że pan i ja możemy się tylko tego domyślać - zaczęła. - Ten młody 

mężczyzna nie zdradza swoich sekretów. Może wyda się to panu dziwne, ale nie znam nawet jego 
prawdziwego imienia ani nazwiska.

- To rzeczywiście trochę niezwykłe, ale słyszałem o dziwniejszych tajemnicach. - Senator 

uśmiechnął się półgębkiem, ale zaraz spoważniał. - Tam, w dole, na Felucji, ten młody mężczyzna 
dokonał sztuki dowodzącej niepospolitej władzy nad Mocą. Nie widziałem nikogo o podobnych 
zdolnościach od czasu Wojen Klonów... co jeszcze nie oznacza, że uważam to za coś dobrego. Taka 
potęga, jeżeli ktoś nie potrafi nad nią zapanować, może być bardzo niebezpieczna. Ciemna Strona 
żeruje na żądzy władzy. Może się stać śmiertelnym zagrożeniem dla wszystkich, którzy 
przypadkiem znajdą się na jej drodze... jak odkryła to dzisiaj pewna młoda adeptka Mocy, która o 
mało nie straciła życia.

Kolejna wzmianka o osobie, o której Juno nic nie wiedziała. Młoda pilotka poczuła gniew i 

ukłucie zazdrości. Dlaczego podczas swoich wypraw Starkiller spotykał na swojej drodze tyle 
młodych kobiet w opałach?

- Prawdopodobnie stara się postępować właściwie - powiedziała ostrożnie.
- A zatem powinienem mu ufać, tak samo jak ty mu ufasz, prawda?
- Powierzyłabym mu swoje życie - odparła bez wahania młoda pilotka, ale zaraz się 

zreflektowała. Powiedziała to zbyt szybko i stanowczo, żeby Organa mógł uznać jej słowa za 
obiektywną opinię.

Senator odwrócił głowę i spojrzał przez dziobowy iluminator.
- Nigdy nie widziałem tak wyczyszczonego wahadłowca - zauważył.
Juno podążyła za jego spojrzeniem i zobaczyła PROXY’ego, który - stojąc obok 

wahadłowca senatora - machał do nich z krawędzi kapelusza ogromnego grzyba.

- Rzeczywiście jest w dobrym stanie - przyznała, przygotowując „Cień Łotra” do lądowania. 

- Spryskaliśmy kadłub środkiem owadobójczym, żeby podróż do domu nie była zbyt ryzykowna.

- Dziękuję ci, uhm... - Senator zawahał się, wstając z fotela.
- Eclipse, panie senatorze - podsunęła młoda pilotka. - Kapitan Juno Eclipse.
- Dziękuję ci, Juno - dokończył Organa. - Gdybyś kiedykolwiek musiała zmienić zajęcie, 

Alderaanowi zawsze się przyda pilotka, które wie, co to sumienie... zwłaszcza tak dobra jak ty.

- Będę o tym pamiętała, proszę pana - odparła Juno, czując, że się czerwieni. - Chyba jednak 

przynajmniej na razie mój kurs życia jest wytyczony.

Senator uśmiechnął się i bez słowa ruszył na rufę.

Trzej mężczyźni spotkali się na kapeluszu grzyba, a Juno postanowiła się upewnić, że „Cień 

Łotra” jest gotów do drogi. Starkiller wyglądał schludnie jak zawsze. Na jego ubraniu nie pozostała 
ani jedna plamka krwi. Czując się zbyteczna, młoda pilotka zaczęła wykonywać po kolei wszystkie 
czynności z listy procedur przedstartowych. Kiedy skończyła, zeszła po rampie, żeby rozprostować 
nogi... a także służyć radą, gdyby się okazała potrzebna.

- Jawna rebelia to zbyt niebezpieczne - twierdził senator. - Kota, zawdzięczam ci wprawdzie 

życie, ale...

- Niczego mi nie zawdzięczasz - uciął oschle generał. - Powiedziałem ci w Mieście w 

Chmurach, że nie mogę ci pomóc. Patrz... - Wskazał na swoje wypalone oczy; ten gest Juno 
widziała do tej pory za często. Wyglądało na to, że Kota uważał to za coś w rodzaju uniwersalnego 
usprawiedliwienia dla wszystkiego, co były Jedi uznawał za zbyt niebezpieczne. - To on jest twoim 
bohaterem - dodał, wskazując Starkillera ruchem brody. - I w tej chwili to jego rebelia, nie moja. 
Przyłącz się, bo to on cię o to prosi, nie ja.

Senator pogłaskał spiczastą bródkę, zastanawiając się nad propozycją generała. Czujnym 

background image

wzrokiem badał obu stojących przed nim mężczyzn, młodszego i starszego, ale postanowił 
zachować dla siebie wnioski, jakie wyciągnął z ich dziwacznego sojuszu.

- Będziecie pierwszymi, którzy się zdecydują na rzucenie Imperium otwartego wyzwania - 

odezwał się w końcu. - Problem w tym, że jeszcze nie jesteśmy gotowi do rozpoczęcia tej wojny. 
Potrzebujemy broni, gwiezdnych okrętów, a także ludzi na tyle odważnych, żeby je obsługiwać. 
Nie mam pojęcia, ilu jeszcze opowie się po naszej stronie.

- Możemy znaleźć okręty i broń - stwierdził Kota.
- Nie zabraknie nam także ludzi - dodała Juno.
Starkiller przeszył senatora przenikliwym spojrzeniem.
- A pan pewnie się zastanawia, do kogo pierwszego się z tym zwrócić - powiedział.
Organa spojrzał na niego i kiwnął głową.
- No cóż, to prawda - przyznał. - Znam wprawdzie innych senatorów, którzy wypowiadali 

się przeciwko Imperatorowi, ale raczej trudno mi będzie ich do tego przekonać. Na ogół gadanie w 
Senacie nic nie kosztuje. Udział w akcji to o wiele kosztowniejsze przedsięwzięcie.

- Musimy im tylko udowodnić, że Imperium nie jest niezwyciężone - odezwał się gburowato 

Kota.

- Właśnie - przyznał Organa. - I to udowodnić w taki sposób, który nie będzie mógł zostać 

przedstawiony jako nieszczęśliwy wypadek. W Wiadomościach HoloNetu nie mówi się wprawdzie 
o wszystkim, co się dzieje, ale taka nowina rozejdzie się sama lotem błyskawicy. Informacja o 
takiej akcji może się stać kwasem zżerającym fundamenty Imperium. Kiedy w końcu przyjdzie co 
do czego, Imperium samo upadnie. Wystarczy tylko pchnąć w odpowiednim miejscu...

- Chciałbym przemyśleć szczegóły - stwierdził Starkiller. - Na pewno znajdę odpowiedni 

cel. A tymczasem, panie senatorze, proszę się skontaktować ze swoimi przyjaciółmi i sojusznikami. 
Będziemy potrzebowali pomocy wszystkich, którzy się na to zgodzą.

Organa zawahał się, ale w końcu kiwnął głową.
- Dobrze - zgodził się. - Działając w pojedynkę, nie zapobiegłem nawet wzięciu własnej 

córki jako zakładniczki. Wspólnie możemy dopomóc wszystkim w galaktyce. - Wyciągnął rękę i 
uścisnął dłoń Starkillera. - Dałeś mi dzisiaj nadzieję. Uważam to za zaszczyt.

Kiwnął na pożegnanie głową Juno i odwrócił się do Koty.
- A ty, generale? - zapytał. - Dokąd prowadzi twoja ścieżka? Mam na pokładzie wahadłowca 

miejsce dla pasażera.

Kota znów parsknął pogardliwie.
- Nigdy w życiu - powiedział. - Na statku tego chłopca mają lepszy alkohol.
Na twarzy senatora odmalował się smutek, ale Kota nie mógł go zobaczyć. Senator chwycił 

generała za ramiona i powiedział sztucznie radosnym tonem:

- No cóż, w takim razie uważaj na siebie, stary przyjacielu. Pozwól, żeby inni walczyli 

zamiast ciebie.

W końcu się rozstali. Organa przeszedł po gąbczastym kapeluszu do swojego wahadłowca, 

którego cały czas pilnował PROXY. Kiedy senator wchodził po rampie, android mu zasalutował, a 
później wszyscy czworo wrócili na pokład „Cienia Łotra”.

- Zapewnij mu eskortę, dopóki nie znajdzie się na orbicie - polecił Starkiller Juno, zanim 

skierował się na rufę. - To byłaby prawdziwa katastrofa, gdyby dopadł nas teraz patrol 
Imperialców.

Podczas gdy Juno czekała, aż repulsory osiągną pełną moc startową, Kota nie odezwał się 

ani słowem. Młoda pilotka była zadowolona, że odlatują z Felucji. Miała nadzieję, że już nigdy tu 
nie wróci. Po starcie leciała za wahadłowcem Organy, dopóki senator nie przebił najwyższych 
warstw atmosfery i nie zaczął się przygotowywać do dokonania skoku przez nadprzestrzeń.

- Z kim pan się teraz kontaktuje? - zapytała generała, bo zauważyła, że z pokładu „Cienia 

Łotra” została wysłana kolejna zaszyfrowana wiadomość.

Kota nie odpowiedział. Juno odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. Stary Jedi siedział na 

rozkładanym fotelu z zaplecionymi na piersi rękami. Wyglądało na to, że śpi.

Juno wzruszyła ramionami, wpisała współrzędne kursu do pustego systemu i zaczekała, aż 

background image

statek się tam skieruje.

ROZDZIAŁ 27

Uczeń stał w medytacyjnej kabinie z pochyloną głową. Uzbroił się w cierpliwość i czekał.
Plan rozwijał się doskonale. Bail Organa został ocalony i namówiony do jawnego 

wypowiedzenia posłuszeństwa Imperatorowi. Jego córka też nie odgadła prawdziwych motywów 
postępowania Starkillera. Wiedziała tylko tyle, że jej rozmówca nienawidzi Imperialców i ich 
nastawienia do istot obcych ras oraz kobiet. Obecność Koty wprawdzie wciąż ucznia irytowała, ale 
był pewny, że da radę nadal go wodzić za nos. Jego maska zaczynała się stawać drugą naturą.

Problem w tym, czy to była rzeczywiście tylko maska. Kiedy mówił o zdradzeniu 

Palpatine’a, naprawdę miał taki zamiar. Imperator nie zasługiwał na nic lepszego za to, że wydał na 
niego wyrok śmierci. Uczeń nie łudził się zresztą, jaki będzie ostateczny wynik jego zadania. 
Wszyscy, których uda mu się nakłonić do udziału w rebelii, zostaną przez jego mistrza 
wykorzystani do zabicia Imperatora, ale nie do zniszczenia Imperium. Kota, Bail i ich sojusznicy 
mieli zginąć, zanim do władzy w galaktyce dojdzie ktoś przez nich desygnowany.

Uczeń powiedział sobie, że nie powinien zawracać sobie głowy losem przyszłych 

rebeliantów. Ich sprawa była przegrana, jeszcze zanim się zaczęła. W pewnym sensie odczuwał 
dumę, że inni liczą na niego i na nim polegają, ale takie uczucie nie mogło potrwać długo. Najlepiej 
w ogóle o tym nie myśleć.

Ale co z Juno? Czy zdoła uchronić ją przed losem, który miał spotkać pozostałych? Bardzo 

chciałby porozmawiać z nią otwarcie o swoim ostatecznym celu, nie zasłaniać się już kłamstwem i 
oszustwami. Sama myśl o takiej decyli wywoływała u niego burzę emocji. Na każdy 
przemawiający za tym argument mógłby wymienić trzy przeciwne. Juno została uznana przez 
Imperium za zdrajczynię. Nie miała wyboru; musiała mu towarzyszyć... ale uczeń nie mógł znieść 
myśli, jak go oceni, więc milczał. Miał tylko nadzieję, że wcześniej czy później wszelkie 
nieporozumienia między nimi same znajdą wyjaśnienie.

Czekając, zastanawiał się nad zmianą ubrania. Mundur, który dostał od mistrza na pokładzie 

„Empirycznej”, cuchnął posoką zabitego rankora. Uczeń był pewny, że smród nie ustąpi, choćby 
nie wiem ile razy prał ten mundur. Na pokładzie „Cienia Łotra” było wprawdzie trochę ubrań jego 
rozmiaru, które mogły mu być potrzebne podczas wykonywania zadań, ale wszystkie były czarne 
albo brązowe. Uczeń wiedział, że to barwy Sithów albo Jedi, zależnie od tego, w kogo w danej 
sytuacji miał się wcielać. Wyciągnął szufladę z ciemnobrązowymi szatami, bo doszedł do wniosku, 
że powinien wyraźniej podkreślić swoją rzekomą przynależność do sił tak zwanego dobra. Nie był 
jednak do końca przekonany, że powinien je włożyć. Nagi do pasa, ubrany tylko w poplamione 
krwią skórzane buty i spodnie, usiłował znaleźć w sobie dość odwagi, żeby się przebrać.

To na pewno ma znaczenie, pomyślał. Jeżeli nie dla mnie, to dla tych, którzy mnie otaczają. 

Nie przywykłem do tego, że mam sojuszników...

Zauważył, że coś się poruszyło w półmroku kabiny, i poczuł między łopatkami gęsią skórkę. 

Uniósł głowę.

- Wiem, że tu jesteś - powiedział. - Pokaż się!
Z ciemności wyłonił się ubrany w brązowy płaszcz mężczyzna o gęstych ciemnoblond 

włosach i ukrytej w rękawicy, być może sztucznej dłoni. Uczeń nie widział jego oczu, ale nie miał 
wątpliwości co do jego zamiarów. Podchodząc bliżej, mężczyzna zapalił jaskrawobłękitną klingę 
świetlnego miecza i przyspieszył, jakby zamierzał go zaatakować.

- To ktoś nowy, PROXY? - zapytał Starkiller. - Doskonale.
Oderwał od pasa rękojeść swojego miecza, zapalił klingę i zablokował pierwszy z serii 

zadawanych z niezwykłą szybkością ciosów. Android pracował chyba długo nad udoskonaleniem 
tego modułu, jeżeli sądzić po umiejętnościach, jakie wykazywał. Styl jego walki zmieniał się od 
stosowanego przez Jedi agresywnego shien do bardziej zaawansowanej formy stylu djem so. Od 
czasu do czasu ręką androida kierował szalony gniew, który zwykły atak zmieniał w podsycane 

background image

przez wściekłość ruchy stylu juyo. Uczeń tańczył po posadzce i wymachiwał klingą świetlnego 
miecza, podziwiając technikę i sztuczki nowego przeciwnika. Od razu poznał, że to od dawna 
nieżyjący bohater z okresu Wojen Klonów, Anakin Skywalker. Postanowił przedłużać pojedynek, 
ciekaw, dokąd go to zaprowadzi.

Interesował go wprawdzie wysiłek, jaki włożył PROXY w odwzorowanie tej postaci, ale nie 

miał serca do walki. Toczył już pojedynki z prawdziwymi rycerzami i mistrzami Jedi, a nawet z 
upadłą padawanką. W swoich wizjach walczył jako Mistrz Darth Vader, a nawet stoczył walkę z 
samym sobą. Tamte pojedynki trudno byłoby mu odróżnić od prawdziwych, więc obecny stał się 
nagle wyprany z wszelkich emocji, nie mógł go nawet traktować jak rozrywkę. Gdyby nie troska o 
uczucia androida, zakończyłby ten pojedynek szybko i zachował energię na inne zadania.

Walczył jednak dalej i w pewnej chwili PROXY go zaskoczył. Android uniknął szczególnie 

szybkiego ciosu i, jak uczeń mógł się spodziewać, przetoczył się po posadzce. Wstał jednak z 
pustymi rękami. Uczeń rozejrzał się po kabinie w poszukiwaniu świetlnego miecza swojego 
przeciwnika. Zobaczył go w ostatnim ułamku sekundy, żeby uniknąć odcięcia głowy. PROXY 
posłużył się repulsorami, żeby odtworzyć imitację telekinetycznego pchnięcia, po którym rękojeść 
jego miecza świetlnego przeleciała w drugi koniec kabiny i zawróciła. Uczeń jeszcze nigdy nie 
widział, żeby PROXY wykorzystywał taką sztuczkę. Zablokował klingę, zanim zdążyła przeciąć 
mu gardło, ale kiedy błękitne ostrze zmieniło kierunek, wyryło szpicem bruzdę w jego ręce. Rana, 
chociaż niegroźna, wywołała nerwową reakcję organizmu. Uczeń się roześmiał, i to nie tylko 
dlatego, że poczuł nagły wzrost poziomu adrenaliny i endorfin.

- Doskonała robota, PROXY - pochwalił androida. - O mało mnie nie dopadłeś.
PROXY nadal udawał rycerza Jedi, chociaż musiał się cofać pod gradem ciosów Starkillera. 

Ożywiony świadomością, że nawet kiedy walczy dla zabawy, PROXY może być śmiertelnie 
niebezpieczny, uczeń zapędził go do kąta i wbił szpic klingi w jego metalowy tors.

Hologram zamigotał i pod wizerunkiem legendarnego rycerza Jedi pojawił się android. 

Uczeń wyciągnął rękę, żeby mu pomóc zachować równowagę.

Tymczasem wydarzyło się coś niezwykłego. Iskry zakłóceń nie rozproszyły się jak zwykle. 

Wręcz przeciwnie, stawały się z każdą chwilą jaśniejsze, jakby wizerunek nieżyjącego Anakina 
Skywalkera nie chciał się rozproszyć i zniknąć.

- Mistrzu - jęknął przerażony PROXY. - Mistrzu, on tu jest!
Android sprężył się, wyprostował i jakby jeszcze bardziej urósł. Z chaosu iskier wyłonił się 

jednak nie młody blondyn w brązowym płaszczu Jedi, ale ochronny kombinezon Dartha Vadera.

Zaskoczony uczeń cofnął się dwa kroki, zanim odzyskał panowanie nad sobą.
Przyklęknął na jedno kolano i skłonił głowę przed swoim mistrzem.
- Lordzie Vader, otrzymałeś moją wiadomość - powiedział. Ukryta w kopulastym hełmie 

głowa nawet nie drgnęła. Uczeń nie wiedział, czy powinien czuć ulgę, czy niepokój. Odnosił 
wrażenie, że ukryte za czarną maską niewidoczne oczy świdrują go na wylot, jakby był rezultatem 
nieudanego eksperymentu.

- Opowiedz mi o swoich postępach - zażądał władczym tonem Czarny Lord.
- Udało mi się zwerbować dla mojej sprawy kilku dysydentów - zaczął Starkiller. - Ufają 

mi, a ja liczę na to, że spiszą się tak jak powinni.

- Jeżeli radzisz sobie tak dobrze, dlaczego prosisz mnie o radę?
Uczeń zaczerpnął powietrza.
- Moi sojusznicy zamierzają zadać Imperium decydujący cios - zaczął. - Chcą zrobić coś, co 

by zelektryzowało wszystkich jego wrogów i stworzyło z nich potężną siłę. Powiedziałem, że 
wskażę im odpowiedni cel.

Lord Vader zastanawiał się chwilę nad prośbą ucznia, zanim odpowiedział.
- Imperator włada galaktyką dzięki strachowi - przypomniał. - Musisz zniszczyć symbol 

tego strachu.

- Tak, lordzie Vader - odparł uczeń.
- Imperium konstruuje gwiezdne niszczyciele nad planetą Raxus Prime. Twoim następnym 

celem będą tamtejsze gwiezdne stocznie.

background image

Uczeń zaczął się zastanawiać nad tą propozycją. Gwiezdne niszczyciele były rzeczywiście 

sztandarowymi symbolami imperialnej potęgi. Te monstrualne dręczyciele wywoływały strach u 
wszystkich miłujących pokój osób, ilekroć się pojawiały na niebie nad ich głowami. Zniszczenie 
choćby jednego takiego okrętu byłoby nie lada osiągnięciem, a zlikwidowanie placówki, w której 
powstawały, mogło się stać wezwaniem do jawnego sprzeciwu - jeżeli tylko uczeń zdoła tego 
dokonać...

Przypomniał sobie jednak, że nie rozmawia z rebeliantem, a usłyszane słowa nie są zwykłą 

propozycją. To był jednoznaczny rozkaz.

- Dziękuję ci, lordzie Vader - powiedział. - Natychmiast przystąpię do realizacji tego 

zadania.

Zaczekał, aż hologram się rozproszy, jak zwykle, kiedy Vader go odprawiał, ale mistrz 

jeszcze z nim nie skończył. Uczeń odniósł niepokojące wrażenie, że cały czas oczy mistrza świdrują 
go na wylot.

- Wyczuwam w tobie wiele sprzeczności - odezwał się w końcu Darth Vader.
Zaskoczony uczeń w pierwszej chwili nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Przez jego głowę 

przemknęła seria obrazów. Zobaczył oślepionego i przygnębionego Kotę, błagającą go o życie 
Marisę Brood, swojego zmarłego ojca i siebie, Galena, leżącego bez życia u jego stóp. Poczuł także 
palący ból, kiedy klinga świetlnego miecza Vadera przeszywała jego ciało.

Wyprostował się, bo nagle zrozumiał, co powinien powiedzieć.
- Mam kłopot z moimi... obrażeniami, mistrzu. Cały czas się zastanawiam, ile pozostało we 

mnie z człowieka.

- Nie o to chodzi. - Darth Vader nie kupił wiarygodnego kłamstwa swojego ucznia. - 

Wyczuwam, że twoje uczucia względem nowych sojuszników stają się coraz silniejsze. Nie 
zapominaj, że nadal mi służysz.

Hologram Vadera wreszcie się rozpłynął, a PROXY powrócił do normalnych rozmiarów.
- Uch - stęknął android i aż się wzdrygnął. - Nie znoszę się w niego wcielać.
Pogrążony w zadumie Starkiller wstał i pokiwał głową.
- Myślę, że on też - powiedział.
PROXY zamrugał fotoreceptorami i spojrzał ponad jego ramieniem.
- Mistrzu... - zaczął.
Uczeń domyślił się, że to Juno, jeszcze zanim się odwrócił. Poczuł lodowatą bryłę w 

żołądku, a jego serce zaczęło nagle bić przyspieszonym rytmem. Zastanowił się, od jak dawna 
młoda kobieta tam stoi. Ciekawe, co widziała i słyszała?

Kiedy jednak zobaczył wyraz jej twarzy, od razu się domyślił, że wszystko.
- Juno... - zaczął niepewnie.
- Ja... chciałam tylko zapytać, dokąd mam kierować statek. Ćwiczyłeś i nie usłyszałeś, jak 

wchodziłam, więc postanowiłam z tym zaczekać. - Próbowała nie okazać zdenerwowania i 
dezorientacji, ale po chwili jej spojrzenie stwardniało. Juno przełknęła ślinę i dokończyła: - Zdaje 
mi się jednak, że już ci powiedziano, dokąd lecieć.

Odwróciła się do wyjścia. Ogarnięty paniką uczeń przebiegł przez kabinę i chwycił ją za 

ramię.

- Juno, zaczekaj, to nie to, co... - zaczął.
- Właśnie, że to - ucięła pilotka. Szarpnięciem uwolniła ramię i zaplotła ręce na piersiach. - 

Po wszystkim, co nam zrobił Vader, nadal dochowujesz mu wierności. Mnie uznał za zdrajczynię, a 
ciebie próbował zabić. Mimo to cały czas pozostajesz jego... jego...

Juno była bliska płaczu.
- Jego niewolnikiem - dokończył uczeń.
Dziewczyna skierowała na niego oczy pełne bólu. Na chwilę odebrało jej głos.
- Tak - przyznała w końcu z odrobiną nadziei w głosie. - Ale dlaczego się w takim razie 

sprzeciwiłeś woli swojego mistrza, żeby mnie ocalić?

- Brałaś udział w akcji na Callosie - przypomniał Starkiller surowym tonem. - Ta informacja 

figuruje w twojej bazie danych. Musisz więc wiedzieć, co to znaczy wykonywać rozkazy bez 

background image

względu na konsekwencje.

Młoda kobieta się skrzywiła.
- I co z tego? - zapytała.
- A ja musiałem mieć kogoś, kto by umiał pilotować mój statek - wyjaśnił uczeń.
- Oboje wiemy, że to nieprawda.
Uczeń odwrócił się i tym razem to Juno chwyciła go za ramię, żeby nie pozwolić mu odejść.
- Nigdy nie chodziło ci tylko o to, że umiem pilotować - powiedziała.
Uczeń na chwilę zaniemówił z wrażenia. Nie mógł spojrzeć pilotce w oczy, bo bał się, że 

zobaczy w nich rozczarowanie i zawiedzione nadzieje.

I inne uczucia, które miał także w swoim sercu.
Juno puściła jego ramię i ruszyła do wyjścia. Na progu jeszcze się odwróciła.
- Nie wiem, kim albo czym naprawdę jesteś - powiedziała. - Może nigdy się tego nie 

dowiem. Niedługo jednak musisz podjąć decyzję o losie rebelii. Ty, nie twój mistrz. Darth Vader 
nie może pozbawić cię prawa do podjęcia tej decyzji. A kiedy nadejdzie ta chwila, przypomnij 
sobie, że ja też musiałam pozostawić za sobą wszystko, co kiedykolwiek znałam. Proszę, nie 
zmuszaj mnie, żebym zostawiała za sobą jeszcze jedno życie.

Wyszła, a uczeń pozostał ze swymi wątpliwościami i frustracją. Zacisnął dłonie w pięści z 

taką siłą, że aż zadrżały, i spojrzał na zdjęte ubranie.

A nie tak dawno się zastanawiał, co zrobi, jeżeli Juno stanie mu się zbyt bliska. Obecnie 

było na to stanowczo za późno. Nie mogli się wyprzeć swoich uczuć, a w dodatku Juno znała 
prawdę o nim i o jego konszachtach z Darthem Vaderem. Powinien ją po prostu zabić, żeby 
zapewnić bezpieczeństwo swoim planom. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

Nie miał też wątpliwości, że tego nie zrobi. Nie wiadomo dlaczego wierzył, że Juno nie 

powie nic Kocie. To oznaczałoby śmierć starego generała, a uczeń wiedział, że jej także na tym nie 
zależy.

Juno powinna być zadowolona, kiedy się dowie, że może się pogodzić z Imperium i znów 

służyć w Imperialnej Marynarce. Dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo był naiwny, zakładając, że 
Juno zapomni o wszystkim, co się wydarzyło od czasu jej pobytu w więziennej celi. Podróżowała w 
towarzystwie Koty zbyt długo i miała własne problemy. Kiedyś nawet chciała z nim o nich 
porozmawiać, ale on nie skorzystał z jej propozycji. Może gdyby ją wówczas wysłuchał, w obecnej 
chwili byłby mądrzejszy?

Wątpił jednak, czy to by cokolwiek zmieniło. Podejrzewał, że w rzeczywistości jego plan 

nie ma najmniejszego znaczenia. Prawdziwym problemem było utrzymywanie przez niego 
kontaktów z Darthem Vaderem. Jak Juno mogło zależeć na kimś, kto utrzymuje bliskie kontakty z 
mężczyzną, który wtrącił ją do więzienia bez jakiegokolwiek powodu i trzymał ją tam tyle czasu?

Teraz wszystko stało się jasne, przynajmniej jeżeli chodziło o to, co działo się między nimi. 

Uczeń nie miał wyboru. Musiał nadal realizować swój plan, żeby zemścić się na Imperatorze. 
Później wyjaśni Juno wszystkie wątpliwości. Jeżeli do tej pory będą mogli współpracować, to 
dobrze. Nie potrzeba niczego więcej. Uczeń nie zniósłby jednak, gdyby Juno myślała o nim tak, jak 
on kiedyś o Marisie Brood... gdyby go uważała za zagubionego, zranionego człowieka, bez nadziei 
na przyszłość i bez szans na lepsze życie.

Zrezygnowany, z ciężkim sercem włożył brązowy płaszcz z kapturem, który miał go 

upodobnić do rycerza Jedi.

ROZDZIAŁ 28

Znów Raxus Prime. Juno odnosiła wrażenie, że podróżuje w kółko, a raczej po spirali, która 

prowadzi zawsze w dół. Już poprzednio uważała swoją sytuację za wystarczająco skomplikowaną, 
ale wtedy martwiła się tylko o swojego ojca i o skutki akcji na Callosie. Od czasu ucieczki z 
imperialnego więzienia wiele o tym rozmyślała, a obecnie doszła jeszcze zdrada Starkillera...

Juno stwierdziła, że cały czas o tym myśli. Wściekła na siebie nakazała sobie przestać. To 

background image

nie była żadna zdrada. Starkiller nawet jej nie okłamał. Po prostu pozwolił jej wierzyć, że kiedy 
mówił o zemście na Imperatorze, miał na myśli także Vadera, a nawet całe Imperium. Pozwolił jej 
przypuszczać, że jego słowa o rebelii płyną z głębi serca... że nie są tylko podstępem, który ma 
służyć wyłącznie własnym celom. A Juno w to uwierzyła jak dobry żołnierz, którym podobno 
kiedyś była. Traktowała ucznia Vadera tak samo jak kiedyś Czarnego Lorda. I jednemu, i drugiemu 
zaufała bez zastrzeżeń. Za swoją naiwność nie mogła winić nikogo oprócz siebie.

Prawdę mówiąc, nie zasługiwała na nic innego. Zaufała Starkillerowi, nie zadając żadnych 

pytań i pozwalając, żeby o wszystkim myślał. Nie spytała nawet, jak to się stało, że przeżył zdradę 
Vadera. Powinna była się domyślić, że to sam Vader go ocalił, mając na uwadze wyłącznie swoje 
cele. Jakim cudem ona, imperialna pani kapitan, która kiedyś dowodziła eskadrą najlepszych 
pilotów, tak łatwo poddała się urokowi tego obcego mężczyzny o udręczonej duszy? Juno sama nie 
mogła w to uwierzyć.

Chciało się jej płakać na myśl, że tak bardzo zawiodła samą siebie. Nie była przecież 

niewolnicą ani pionkiem w niczyjej rozgrywce. Była zdolną pilotką, która miała własne ambicje. A 
kim się stała?

Lista jej ostatnich wyczynów była zaskakująco krótka. Poleć tu, zabierz mnie stamtąd, zrób 

to, napraw tamto. Po akcji na Felucji mogła tylko powiedzieć, co myśli o Starkillerze, ale i ta opinia 
okazała się całkowicie nieuzasadniona. Gdyby szukano winnych, kiedy już rebelia zginie od klingi 
świetlnego miecza Dartha Vadera, Juno także powinna ponieść przynajmniej część kary. Nawet nie 
próbowała zrobić czegoś, żeby zapobiec katastrofie, chociaż co prawda nie mogła przewidzieć, że 
sprawa jest z góry przegrana.

Pewnie sama się na tę klingę nadzieje, a wraz z nią wszyscy pozostali rebelianci...
Kota musiał wyczuć jej przygnębienie. Przecież od ostatniej rozmowy ze Starkillerem nie 

odezwała się do niego ani słowem. Nie potrafiła się też skoncentrować. Sprawdzała parametry 
ostatecznego skoku trzykrotnie, zanim wykryła pomyłkę w obliczeniach. Gdyby jej nie znalazła, 
wszyscy prawdopodobnie by zginęli. Gniewnym burknięciem odrzuciła pomoc androida, który 
zaproponował jej pomoc w poszukiwaniach. Androidy nie przeżywały moralnych dylematów. 
Chodziło im tylko o liczby, listy priorytetów i wykonywanie poleceń bez zadawania pytań.

Doszła do wniosku, że mu zazdrości, i zaraz pomyślała, że dzieje się z nią coś złego.
- PROXY, powiedz swojemu panu, że jesteśmy prawie na miejscu - poleciła.
Android wstał i, szurając metalowymi stopami, wyszedł ze sterowni. Juno przygotowała się 

na najgorsze.

- Włączam generator maskującego pola - powiedziała, kiedy świetliste linie nadprzestrzeni 

za iluminatorem zmieniły się w widok normalnych przestworzy. Na kursie pojawiła się znów 
ponura brązowo-zielona kula ich przeznaczenia, a linie sił jej pól elektromagnetycznych wyglądały 
na równie zatłoczone jak poprzednio. - Witaj, Raxus Prime, śmietnisko galaktyki. Miło cię znów 
widzieć.

- Znów? - podchwycił Kota.
Juno uświadomiła sobie, że popełniła błąd. O mało się nie wygadała.
- W moim poprzednim wcieleniu przylatywałam tu kilkakrotnie z transportami odpadów - 

zaimprowizowała. - Jeszcze zanim życie stało się naprawdę ciekawe.

Po chwili do sterowni wrócił PROXY.
- Mój pan mówi, że przyjdzie, jak tylko będzie mógł - zameldował.
- To dobrze. - Juno wypuściła z płuc powietrze. Przypomniała sobie, jak się czuła na 

pokładzie „Empirycznej” za każdym razem, kiedy spodziewana egzekucja się odwlekała. - 
Przelećmy obok planety i przekonajmy się, co zobaczymy.

Gwiezdne stocznie wyłoniły się zza zaścielonego odpadami horyzontu planety niczym 

dziwaczny mechaniczny księżyc. Miały kształt dysku, z którego krawędzi wystawały 
skomplikowane doki i żurawie. Juno nigdy dotąd nie widziała tak dużej sztucznej konstrukcji. W 
suchym doku spoczywało kilkanaście gwiezdnych niszczycieli. Jeden był prawie ukończony, a 

background image

pozostałe znajdowały się w różnych stadiach budowy. W pobliżu stoczni unosiły się olbrzymie 
bąble rudy, która czekała na oczyszczenie. Z kadłubów niszczycieli tryskały raz po raz fontanny 
iskier, kiedy ogromne skomplikowane automaty przytwierdzały we właściwych miejscach elementy 
konstrukcyjne.

Juno pamiętała, że kiedy byli tu z uczniem zaledwie kilka miesięcy wcześniej, nie widzieli 

ani śladu gwiezdnych stoczni. Zdumiało ją, że tak szybko powstały. Ledwo mogła uwierzyć 
własnym oczom. Zastanowiła się, czy i na powierzchni planety nie czekają ich podobne 
niespodzianki.

- Sam wybrałem ten cel - odezwał się stojący za jej plecami Starkiller - ale nie mam pojęcia, 

jak go zniszczyć.

Juno odwróciła się do niego i zauważyła, że młody mężczyzna ma na sobie płaszcz Jedi. 

Ogarnął ją gniew. To nie on wybrał ten cel, ale jego przewrotny mistrz.

Jeden rzut oka na jego zmartwioną twarz przypomniał jej jednak, że przynajmniej na razie 

wszyscy jadą na tym samym wózku.

Głęboko odetchnęła.
- PROXY i ja od dawna przeszukujemy imperialne bazy danych, żeby znaleźć w nich 

potrzebne informacje - powiedziała. - Wydaje mi się, że mamy plan. PROXY?

Ulga i wdzięczność na twarzy Starkillera były tak oczywiste, że Juno się ucieszyła, iż Kota 

tego nie widzi.

- Do budowy tych niszczycieli Imperium wykorzystuje złom z powierzchni Raxus Prime - 

odezwał się PROXY z błyskiem fotoreceptorów. Zamiast jednak się ukryć za hologramem, 
wyświetlił migotliwy wizerunek w wolnej przestrzeni między trzema fotelami. Hologram 
przedstawiał potężny liniowy akcelerator, na który natrafili, omiatając promieniami skanerów 
powierzchnię planety. - Zebrany na planecie metal jest topiony i wystrzeliwany w przestworza za 
pomocą tego działa.

Android wyciągnął rękę i metalowym palcem zaczął pokazywać główne elementy 

konstrukcyjne działa na obracającym się powoli hologramie: energetyczne kable, chłodzone helem 
elektromagnesy i cewki indukcyjne.

- Jeżeli opanujesz działo do wystrzeliwania rudy - odezwała się Juno, zerkając na Starkillera 

- powinieneś wycelować je prosto w stocznie.

- Impet uderzenia takiej porcji sprężonej rudy powinien wystarczyć do ich zdestabilizowania 

- podsumował android.

Wyświetlany obraz przedstawiał teraz fragment masywnej konstrukcji. Kiedy animowana 

porcja płonącej rudy trafiła w szkielet, pojawiła się gigantyczna kula potężnej eksplozji.

PROXY wyłączył hologram.
- Naturalnie, mistrzu, najpierw będziesz musiał dotrzeć do samego działa - zauważył.
Starkiller pokiwał głową i spojrzał na Juno.
- Wskażesz mi drogę? - zapytał.
- Oczywiście - odparła młoda pilotka beznamiętnym tonem.
- To dobrze. - Starkiller przesunął dłonią po szczecinie ciemnych włosów na głowie. - Ten 

plan ma na pewno wiele luk, ale przynajmniej istnieje. Wielkie dzięki.

Na chwilę położył rękę na ramieniu Juno. Pilotka odwróciła się i spojrzała na jego dłoń. 

Podobnie jak za pierwszym razem, przeżyła lekki wstrząs, kiedy nie zauważyła blizn na palcach. 
Doszła do wniosku, że to także zasługa Dartha Vadera, który zadbał o ten szczegół, kiedy ocalił 
ucznia przed gniewem Imperatora.

Wzdrygnęła się i Starkiller cofnął rękę.
- Spróbuj gdzieś wylądować - powiedział. - Pod warunkiem że będzie bezpiecznie.
- Na razie możemy nie wyłączać generatora maskującego pola - odparła pilotka. - Później 

twoje zadanie może się stać bardziej skomplikowane.

- Nie ryzykuj. Chcę mieć pewność, że jesteś bezpieczna.
- Nie sądzę, żeby w obecnej sytuacji ktokolwiek mógł to nam zagwarantować.
Położyła dłonie na rękojeściach urządzeń kontrolnych i szybko obniżyła pułap lotu. Statek 

background image

trząsł się i trzeszczał tak głośno, że wszelka rozmowa stała się niemożliwa. Grzechot odbijających 
się od kadłuba brył złomu brzmiał jednak w uszach Juno jak muzyka w porównaniu z nieporadnymi 
słowami Starkillera. Za kogo on się uważa, żeby w taki sposób grać na jej uczuciach? W jednej 
chwili planował zdradę Juno i wszystkiego, co ich łączyło w ciągu ostatnich dni, a w następnej 
usiłował jej wmówić, że troszczy się ojej bezpieczeństwo! Chciało jej się krzyczeć.

Zapanowała jednak nad emocjami i unieruchomiła statek nad powierzchnią toksycznego 

morza, niedaleko od strzelającego rudą działa. Rozejrzała się za miejscem na brzegu, gdzie 
mogłaby wylądować.

- Mistrzu, odbieram imperialne sygnały z samej planety - zameldował android. - Wszystko 

wskazuje, że ich źródłem jest rdzeń inteligentnego komputera.

- Jeżeli wierzyć raportom, z którymi udało mi się zapoznać, Imperium przeprogramowało 

rdzeń, żeby kierował złom do przetopienia w hutniczych piecach - poinformowała Juno. - 
Wszystkie bazy danych, które do tej pory przeszukałam, sugerują, że rdzeń komputera jest 
nieszkodliwy, jeżeli nie liczyć tego, że służy niewłaściwym panom.

- Ha! - wykrzyknął Kota. - Nie istnieje nic takiego jak nieszkodliwy komputer. Ta maszyna 

prawdopodobnie wie o wszystkim, co się dzieje na powierzchni planety.

Starkiller mruknął twierdząco.
- PROXY, skontaktuj się z tym rdzeniem - rozkazał. - Może przechwycisz jakieś imperialne 

sygnały. Daj mi znać, jeżeli rdzeń się zorientuje, kim jesteśmy, i podejmie decyzję o ataku albo 
wyśle sygnał z prośbą o posiłki.

- Dobrze, mistrzu - odparł android.
- Nie znalazłaś żadnej wzmianki o Kazdanie Paratusie, hm? - zagadnął Kota z rezygnacją.
Juno poczuła wyrzuty sumienia.
- Obawiam się, że nie - powiedziała.
- Przykro mi - powiedział Starkiller tonem, który wydawał się absolutnie szczery.
Przygnębiony generał machnięciem ręki skwitował jego współczujące słowa.
Juno wbijała spojrzenie w dziobowy iluminator.

ROZDZIAŁ 29

Uczeń zeskoczył z rampy „Cienia Łotra” bez szczególnego entuzjazmu. Przenikający całą 

planetę odór poraził go jak cios pięścią w nos. Od czasu jego ostatniej wizyty krajobraz nie uległ 
żadnej zmianie. Warstwy odpadków i biegnące między nimi kaniony wyglądały tak samo jak 
poprzednio, jeżeli nie liczyć nowych dziur i kraterów w miejscach, z których usunięto duże bryły 
metalu w celu ich przetopienia w hutniczych piecach. Posuwanie się naprzód było niebezpieczne, 
bo uczeń musiał zwracać uwagę nie tylko na grunt pod stopami, ale także na ściany metalowych 
kanionów.

Cały czas się zastanawiał, jak osiągnąć cel tej wyprawy. Niepokoił się także o Juno. Kiedy 

młoda pilotka się na niego rozgniewała, pomyślał, że zawsze dotąd podświadomie uważał za 
oczywiste, iż kiedy to wszystko się skończy, on i Juno mogą mieć wspólną przyszłość. To prawda, 
wiedział, że każde z nich może zginąć, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, że Juno nie będzie 
chciała mieć z nim nic wspólnego. Zaskoczyły go nie tyle własne uczucia, ile małe szanse 
zrealizowania własnych marzeń.

Chciał zastanowić się nad tym problemem, więc pozostał w medytacyjnej kabinie dłużej, niż 

powinien. Od wielu dni nie znalazł czasu na ulubione ćwiczenie: wpatrywanie się w płonącą klingę 
świetlnego miecza w celu skupienia swojej wściekłości. Jego świetlny miecz zaginął, a broń Koty 
nie pozwalała mu się w wystarczającym stopniu skoncentrować. Klinga, choć stara, była idealnie 
sprawna, więc nie na tym polegał cały problem. Nie chodziło także o inny kolor, chociaż widok 
jaskrawej zieleni czasami rzeczywiście go zaskakiwał. Liczył się tylko fakt, że to nie był jego 
świetlny miecz. Uczeń cały czas miał świadomość, że broń należała do innego Jedi - którego 
niespecjalnie szanował, chociaż Kota był kiedyś dzielnym wojownikiem - więc osiągnięcie pełni 

background image

koncentracji było niemożliwe.

Po ostatniej sprzeczce z Juno spędził godzinę, wymieniając jeden z zielonych kryształów w 

rękojeści świetlnego miecza Koty na błękitny, który znalazł w ruinach chaty na Kashyyyku. Długo 
dostrajał system optyczny, zanim broń nabrała nowego charakteru. Płonęła obecnie jaskrawym 
błękitnym blaskiem i miała, czego się nie spodziewał, wyjątkowe właściwości optyczne. Sama 
klinga nic nie ważyła, a rękojeść w jego dłoni też wydawała się lżejsza, dzięki czemu mógł nią 
wykonywać szybsze ruchy. Był pewny, że broń jest lepsza niż poprzednio.

Najważniejsze jednak, że stała się jego własną bronią. Obojętne, skąd kryształ pochodził i 

do kogo kiedyś należał, był odtąd jego kryształem, podobnie jak cały świetlny miecz. Uczeń 
uklęknął i wpatrywał się w kolumnę błękitnego blasku tak długo, aż świat wokół niego zniknął. 
Nowy błękit kojarzył mu się z oceanami i deszczem, nie z krwią, jak klinga dawnego miecza, ale to 
mu wcale nie przeszkadzało. Obecny miecz świetlny miał mu być potrzebny tylko do czasu 
wykonania tego zadania, bo później dostanie od swojego mistrza nowe kryształy skupiające i 
skonstruuje całkiem nową broń z klingą Sithów.

Myśl o tym wcale go jednak nie uspokoiła. Musiał wykonać to zadanie, musiał pozostać 

lojalny wobec swojego mistrza, nie mógł zginąć i nie mógł też pozwolić, żeby Juno nakłoniła go do 
zmiany zdania. Nie mógł być pewny, że wszystkie te warunki zostaną spełnione. Jak powiedział mu 
Darth Vader, jego przeznaczenie spoczywało tylko w jego własnych rękach. Mógł dokonać 
wszystkiego, czego zapragnie.

A pragnął tylu rzeczy...
- Masz tam na dole towarzystwo - poinformowała go przez komunikator Juno. - Kierują się 

w twoją stronę.

- To prawdopodobnie Imperialcy - odparł uczeń.
- Z mojej wysokości nie wyglądają na Imperialców - powiedziała pilotka. - Raczej na 

zbieraczy złomu.

Coś wspaniałego, pomyślał Starkiller. Powinien był się spodziewać, że Drexl i jego banda 

będą prowadzić poszukiwania w okolicy działa, w nadziei znalezienia czegoś cennego, co odsłoniły 
poszukujące brył złomu roboty. Uczeń nie rozumiał, dlaczego nie zauważył patrolującego skraj 
terytorium uzbrojonego automatu. A jeżeli Drexl go zauważył, dowiedziało się o nim także 
inteligentne Jądro planety.

Był zły na siebie i postanowił skupić uwagę wyłącznie na tym, co go otacza. Zamierzał od 

tej pory przechodzić najgłębszymi kanionami, a nawet tunelami. Wędrując labiryntem 
przyprawiających o klaustrofobię jaskiń, zauważył, że dobiegające z oddali grzmoty stają się z 
każdą chwilą głośniejsze. Uznał, że to odgłosy pracy strzelającego rudą działa, które dostarczało 
orbitalnym stoczniom porcji potrzebnego metalu. Uczeń z konieczności kluczył, ale jednak zbliżał 
się do celu wędrówki.

Postanowił dostać się do sieci kanałów ściekowych biegnących pod najniższymi warstwami 

złomu na powierzchni planety. Im głębiej się zapuszczał, tym więcej widział androidów 
przekopujących się przez zwały szczątków w poszukiwaniu brył metalu. Niektóre nieinteligentne 
automaty wyglądały jak wielonogie robaki, zaprojektowane do wciskania się w szczeliny i 
rozpadliny. Wszystkie były uzbrojone w tnące palniki laserowe i proste narzędzia mechaniczne. 
Niektóre nie miały nawet fotoreceptorów, bo na tę głębokość i tak nie docierało światło. 
Wystarczały im wysoko wyspecjalizowane skanery, żeby móc odróżniać metal od szczątków 
organicznych. Kiedy natrafiły na coś szczególnie cennego, mogły wezwać na pomoc inne automaty. 
Ze wszystkich stron schodziły się wtedy następne, równie nieinteligentne roboty, a następnie 
przybywały koparki i pojazdy do transportowania znaleziska.

Uczeń minął jedno takie zbiegowisko w pobliżu wejścia do systemu kanałów ściekowych. 

Automaty wszystkich możliwych kształtów i rozmiarów tłoczyły się wokół wraku zakopanego 
wahadłowca, który mógł tam tkwić od wielu tysiącleci. Roboty porozumiewały się w binarnym, 
więc panował tu nieprawdopodobny hałas, do którego przyczyniał się także jazgot pracujących 
wibropił i przeraźliwy zgrzyt ciętego metalu. Wysiłkom automatów towarzyszyły niesamowite 
stroboskopowe błyski, rzucające migotliwe cienie na okoliczne stosy odpadów. Uczeń 

background image

niepostrzeżenie prześlizgnął się obok automatów i wszedł do pokrytego warstwą brudu tunelu o 
czterometrowej średnicy. Dostał się tam przez otwór, który wyciął przed laty od dawna nieżyjący 
poszukiwacz złomu.

Od tej pory droga do celu stała się łatwiejsza. Uczeń musiał tylko dwukrotnie okrążać 

miejsca, w których zapadło się sklepienie tunelu. Echo niosło z oddali niemożliwe do 
zidentyfikowania, stłumione dźwięki. Uczeń ocenił, że napływają z odległości co najmniej kilku 
kilometrów. Na swojej drodze napotkał tylko jednego zapracowanego androida, który - dosłownie - 
z trudem trzymał się na nogach. Krążąc w kółko na jedynej sprawnej kończynie, szeptał bez końca 
jedno i to samo zdanie w prastarym kodzie maszynowym. Kiedy uczeń przechodził obok, android 
skierował na niego zgaszone, ślepe fotoreceptory.

Starkiller postanowił skrócić jego męki. Zapalił klingę świetlnego miecza i przeciął androida 

na dwoje. Z rozciętego korpusu trysnął słabiutki snop iskier, a sam automat, ostatecznie wybawiony 
z kłopotów, runął na dno tunelu.

Uczeń stracił w końcu rachubę czasu. Kiedy doszedł do wniosku, że jest już w pobliżu 

nadbudówki strzelającego rudą działa, zaczął szukać sposobu wydostania się na powierzchnię. Na 
najbliższym skrzyżowaniu zauważył, że węższa odnoga prowadzi pod górę. Bez wahania w nią 
skręcił. Po towarzyszącym każdemu strzałowi pomruku cały dygotał. Oglądane z orbity działo 
wyglądało na ogromne, ale uczeń wiedział, że będzie mógł ocenić jego prawdziwe rozmiary, 
dopiero kiedy znajdzie się w pobliżu.

Tunel, którym szedł, stopniowo się zwężał, a skrzyżowania z poprzecznymi tunelami 

trafiały się coraz częściej. Niektóre odnogi były zablokowane zawalonym sklepieniem albo stosami 
odpadów. Z innych dochodziło trajkotanie androidów. Napływało z tak dużej odległości, że 
brzmiało niemal kojąco. Dalsza droga kryła się w niemal nieprzeniknionej ciemności.

Wyczuwając zagrożenie, uczeń zwolnił i zapalił klingę świetlnego miecza.
- Nareszcie - usłyszał nagle chrapliwy głos jakiejś obcej istoty. - Przypuszczałem, że to 

będziesz ty.

Wszędzie wokół niego zaczęło się coś poruszać. Z ciemności bocznych odnóg i z dalszej 

części tunelu wyłoniło się kilkunastu zakutych w pancerze Rodian, którzy do tej pory musieli się 
kryć za bryłami złomu. Każdy celował w niego z jakiejś broni. W blasku klingi świetlnego miecza 
uczeń zauważył, że niektórzy są uzbrojeni w wibroostrza, inni w blastery, a jeszcze inni w 
miniaturowe działka. Prawdopodobnie wygrzebali je z tkwiących w stosach odpadów wraków 
gwiezdnych statków i poddali koniecznym przeróbkom. Uczeń nie miał wątpliwości, że ich broń 
jest śmiertelnie niebezpieczna.

Był otoczony, a w tej ciasnocie nie dałby rady odbić wszystkich błyskawic, gdyby jego 

przeciwnicy wystrzelili wszyscy naraz.

Z głębi tunelu wyszedł śniadolicy Rodianin, przedarł się przez krąg ziomków i stanął. Uczeń 

zorientował się, że to Drexl Roosh, którego widział przez chwilę za poprzednią bytnością. Z bliska 
herszt bandy wydawał się jeszcze paskudniejszy.

- Rzuć broń - odezwał się Rodianin w silnie akcentowanym basicu.
- Przedtem niech ją rzucą twoi kamraci - odparł Starkiller.
Drexl wybuchnął chrapliwy rechotem, który zabrzmiał, jakby poszukujący złomu android 

rozcinał arkusz metalu.

- Muszę przyznać, że nie brak ci odwagi - powiedział. - Problem w tym, że ten wścibski 

typek, który nam ściągnął na głowy Imperialców, będzie dzisiaj potrzebował czegoś więcej niż 
tylko odwagi.

- O czym ty mówisz? - żachnął się Starkiller. - Tylko nie ja, słowo daję.
- Oglądałem zarejestrowane obrazy wszystkiego, co się działo, kiedy tu wpadłeś poprzednio 

- odparł Rodianin. - Węszyłeś po okolicy, kiedy tamten stary, szalony głupiec w Świątyni ściągnął 
katastrofę na swoją głowę. Może nie wiesz, ale od wielu lat jego androidy nie pozwalały tu lądować 
Imperialcom. Kiedy się rozprawiłeś z androidami, planeta padła łupem szturmowców. - Drexl 
wykrzywił fioletową twarz w uśmiechu przypominającym pogardliwy grymas. - Z tej okolicy 
zniknęła połowa porządnego metalu, a reszta jest nic niewarta. A ty wracasz tu, węszysz i udajesz 

background image

niewiniątko. No cóż, zobaczyliśmy cię pierwsi, więc postanowiliśmy zgotować ci miłe powitanie. 
Obawiam się jednak, że nie znajdziesz tu żadnych skarbów. Szczęście cię chyba opuściło. Twoi 
mocodawcy zastanowią się dwa razy, zanim z nami zadrą, kiedy dostarczymy im twoją głowę na 
metalowej tacy. Przygotować się!

Bandyci ścisnęli mocniej swoją broń.
Starkiller zmierzył Drexla pogardliwym spojrzeniem.
- Moim zdaniem straciłeś rozum - wycedził.
- Wziąć go na cel!
Jego podwładni wymierzyli lufy i ostrza w Starkillera.
Zanim Drexl zdążył wydać rozkaz otwarcia ognia, uczeń przyklęknął na jedno kolano i, 

wykorzystując potęgę telekinezy, z całej siły pchnął. Nie dał rady wszystkich powalić, ale zamierzał 
przynajmniej trochę zwiększyć swoje szanse.

Rodianie poszybowali we wszystkie strony, a w wolnej przestrzeni między nimi utworzyła 

się kręcąca bryłami złomu miniaturowa trąba powietrzna. Prawie wszyscy bandyci wypuścili broń z 
porażonych palców, niektórzy nawet dali ognia, co tylko spotęgowało panujący chaos. Pod 
wpływem energii telekinezy ścianki okrągłego tunelu wygięły się i skręciły, po czym wpadły w 
rezonans z energią pchnięcia. Rozległ się huk, który na jakiś czas zagłuszył nawet odgłosy strzałów 
z potężnego działa.

Uczeń wykorzystał panujący zamęt. Wymachując akwamarynową klingą świetlnego 

miecza, powalił tych Rodian, którzy zdążyli wstać. Jęczeli coraz głośniej, kiedy zaczął 
wykorzystywać błyskawice Sithów, przeganiając pozostałych przy życiu bandytów w głąb tunelu. 
Drexl biegł na ich czele, ale od czasu do czasu się odwracał i przynaglał podwładnych, żeby 
strzelali do Starkillera. Wszystkie lecące ku niemu błyskawice uczeń posyłał jednak z powrotem do 
ich źródeł, co wywoływało kolejne jęki strachu i bólu.

Tunel kończył się w ogromnej jaskini wydrążonej w zwałach metalowych szczątków. 

Jaskinia miała łukowate sklepienie, a na dnie leżały starannie ułożone rzędy wygrzebanych 
wartościowych odpadów. Na ten widok uczniowi zachciało się śmiać, bo zrozumiał, że cały czas 
nieświadomie kierował się do skarbca bandy Drexla. Gdyby bandyci go nie zaskoczyli, dotarłby i 
tak do ich kryjówki, gdzie niewątpliwie musiałby stoczyć walkę.

Rodianie miotali się po jaskini, wzywając pomocy. Uczeń posłużył się Mocą i złamał jedną 

z biegnących w górze belek.

Belka z trzaskiem runęła na dno jaskini, jednak bandyci zdążyli się rozproszyć. Z góry 

posypał się grad metalowych szczątków, a sklepienie trochę osiadło.

Jeden z bandytów wskoczył za kontrolny pulpit wyciągniętego ze stosu złomu laserowego 

działka. Uczeń zaczął odbijać błyskawice strzałów, celując w ściany jaskini, co spotęgowało 
panujący w niej chaos. W pewnej chwili sklepienie zadygotało.

- Przestań, idioto! - zawył Drexl, wymachując rękami w kierunku podwładnego za 

kontrolnym pulpitem.

Uczeń podzielał niepokój herszta Rodian. Uwolnił myśli i wysłał energię Mocy, żeby 

złamać drugą biegnącą w górze belkę, bezpośrednio nad stanowiskiem działka. Kiedy belka pękła i 
runęła, pogrzebała działko i jego operatora pod lawiną szczątków.

Drexl zaczął przeklinać i wymyślać po rodiańsku, rozpaczliwymi gestami nakazując 

Rodianom, żeby się ukryli. Uczeń nie miał do nich żalu, martwił się tylko, że został rozpoznany. 
Tymczasem powodzenie jego misji wymagało, żeby absolutnie nikt się nie dowiedział, co robił na 
Raxus Prime za pierwszym razem. Los Drexla i jego bandy był więc przesądzony.

Masz pecha, kolego, pomyślał Starkiller, łamiąc trzecią belkę pod sufitem. „Nie wolno ci 

zostawić żadnych świadków”, przypomniał sobie.

Sklepienie osiadło jeszcze bardziej, ale nie runęło. Uczeń wiedział, że musi złamać jeszcze 

jedną belkę. Drexl chyba się zorientował, że przegrywa, bo puścił się biegiem do rakietowego 
plecaka pod przeciwległą ścianą. Znajdował się zbyt daleko, żeby Starkiller mógł go porazić 
błyskawicą Sithów, więc zaczął go bombardować rurami, sworzniami ograniczników i 
wyczerpanymi ogniwami. Uskakując i wykonując rozpaczliwe uniki, Rodianin zdołał jednak 

background image

uniknąć trafienia. Schylił się po plecak, zarzucił go na ramię, odwrócił się i pobiegł do wyjścia z 
jaskini.

Uczeń wyciągnął rękę, zagiął palce i posługując się Mocą, nakazał plecakowi poszybować 

w powietrze. Drexl oderwał się od dna jaskini i zawisł unieruchomiony w cuchnącym powietrzu.

- Waaargh! - warknął, rozpaczliwie usiłując uruchomić plecak. Z każdą chwilą wznosił się 

wyżej, chociaż wykręcał się i jęczał z przerażenia. W końcu plecak zakrztusił się i ożył. Uczeń 
unieruchomił go na chwilę pod samym sklepieniem, a Drexl pchnął dźwignię przepustnicy do 
przodu, żeby siła odrzutu, pomogła mu się uwolnić z niewidzialnej uwięzi. Kiedy silniki rakietowe 
zaczęły pracować pełną mocą, uczeń odwrócił plecak o sto osiemdziesiąt stopni i posłał go w dół.

Drexl zdążył krzyknąć tylko raz, bo później wbił się w dno jaskini z takim impetem, że 

rakietowy plecak eksplodował. Fala udarowa dotarła do sklepienia, które zaczęło się zapadać. 
Starkiller niewzruszony przedzierał się przez grad opadających brył, odbijając największe na boki 
potęgą Mocy. Kiedy wychodził z jaskini, miał pewność, że nie pozostał w niej przy życiu ani jeden 
bandyta.

ROZDZIAŁ 30

- Miałaś rację, Juno, to był Drexl - odezwał się przez komunikator Starkiller. Jego głos z 

trudem przedzierał się przez trzaski zakłóceń.

Juno zerknęła w bok, zanim odpowiedziała. PROXY siedział na fotelu drugiego pilota i 

usiłował się włamać do rdzenia pamięciowego planetarnego komputera. Kota przebywał w ładowni, 
gdzie na pewno znów zasnął. Juno zbliżyła usta do mikrofonu komunikatora.

- Myślisz, że Drexl cię zobaczył? - zapytała.
- Na pewno - odparł uczeń. - Ale nie przejmuj się, załatwiłem go, zanim zdążył 

poinformować Imperialców. Sytuacja jest opanowana.

Juno zgadła, że w ten sposób Starkiller chciał jej powiedzieć, że Drexl i członkowie jego 

bandy nie żyją. Prawie ją zemdliło. Ciekawe, ile inteligentnych istot zabił do tej pory Starkiller, 
usiłując wykonać swoje zadanie. Co było aż tak ważne, żeby usprawiedliwić tyle ofiar?

PROXY mruknął coś do siebie, ale Juno go zignorowała. Sygnały komunikatorów cały czas 

coś zakłócało, więc z trudem rozumiała, co Starkiller usiłuje jej powiedzieć.

- Dotarłem do działa - meldował uczeń. - Muszę jeszcze tylko rozprawić się z obrońcami.
- Zrozumiałam - potwierdziła Juno. - PROXY znalazł w bazach danych plany konstrukcji 

działa. Kiedy pokonasz Imperialców, nie powinieneś mieć kłopotów z przeprogramowaniem go w 
taki sposób, żeby celowało w stocznie.

- To dobrze - odparł Starkiller. - Nie uśmiechałoby mi się przestawianie go gołymi rękami.
Juno nie była jednak w nastroju do żartów.
- Powodzenia - mruknęła.
- Dziękuję.
Młoda pilotka westchnęła i rozsiadła się wygodniej w fotelu. Przesłoniła dłonią oczy i 

jęknęła, kiedy przypomniała sobie, jak bardzo czuła się skrępowana podczas tej rozmowy. Używała 
ostatnio tylu masek, że zaczynało ją to męczyć. Nie miała pojęcia, jak długo jeszcze zdoła tak 
udawać.

- Moje pierwotne oprogramowanie? - przemówił nagle PROXY. - Zostałem 

zaprogramowany, żeby zabić mojego pana.

- O co chodzi, PROXY? - zaniepokoiła się Juno.
- Stosowałem kilkanaście taktyk, ale zawsze sprawiam mu zawód - dodał android.
Młoda pilotka odsłoniła oczy i usiadła prosto. PROXY siedział na skraju siedzenia fotela 

drugiego pilota i gapił się w iluminator, ale chyba niczego nie widział.

Juno machnęła ręką przed jego fotoreceptorami. PROXY spojrzał na nią, ale zaraz odwrócił 

głowę.

- No cóż, jeżeli uważasz, że to pomoże... - powiedział.

background image

- PROXY, na pewno nic ci nie jest? - zapytała coraz bardziej zaniepokojona pilotka.
- Przypuszczam, że bez trudu można uzyskać dostęp do mojego procesora pamięciowego...
Android wyprostował się nagle, a jego fotoreceptory zamrugały i zapłonęły 

krwistoczerwonym blaskiem. Na jego metalowym ciele pojawił się na krótko jeden z jego 
ćwiczebnych wizerunków, przedstawiający czerwonoskórego Zabraka o zaciętej minie, ale zaraz 
zniknął.

- PROXY, z kim rozmawiasz? - zapytała Juno.
Dopiero wówczas android się odwrócił i spojrzał na nią.
- Tak - powiedział. - Zaraz tam idę. Najpierw jednak muszę załatwić kilka niezakończonych 

spraw.

Juno się cofnęła, ale było za późno. PROXY wyciągnął ku niej ręce i zagiął palce jak 

szpony.

Uczeń stał na szczycie cuchnącej sterty organicznych odpadków i przyglądał się 

nadbudówce działa. Nie ulegało wątpliwości, że w stoczniach nad Raxus Prime konstruowano 
najcenniejsze okręty Imperium - gwiezdne niszczyciele, których załogi utrzymywały porządek na 
gwiezdnych szlakach i tłumiły niezliczone powstania i bunty. Nic więc dziwnego, że samo działo 
było odpowiednio strzeżone. Uczeń rozejrzał się, żeby znaleźć najkrótszą drogę do nadbudówki 
działa. Perymetr był monitorowany, żeby odstraszał zabłąkane roboty. Uczeń widział stanowiska 
artylerii, których automatycznie sterowane działka strzelały w nieregularnych odstępach czasu, 
jakby zamierzano przypomnieć tubylcom, że są obserwowani. Imperialne naziemne siły zbrojne 
widocznie nie obawiały się szturmu licznej armii, bo nadbudówki działa nawet nie otoczono 
ochronnym płotem. Uczeń zrozumiał, że jeżeli uniknie strzałów z automatycznych działek, 
praktycznie bez przeszkód może się dostać do sterowni działa.

Przypomniał sobie jednak, że musi się najpierw rozprawić z patrolującymi perymetr 

robotami kroczącymi. Powinien także dotrzeć do sterowni, zanim ktokolwiek odgadnie jego 
zamiary. Nie wystarczy wyłączenie działa, chociaż ponowne uruchomienie ogromnego liniowego 
akceleratora powinno zająć wiele dni. Obawiał się jednak, że proces wystrzeliwania olbrzymich 
metalowych kul mógłby zostać odwrócony...

Działaj szybko, powiedział sobie. To było jedyna metoda, żeby dostać się do sterowni 

działa. Nie zastanawiaj się nad niczym zbyt długo. Kieruj się instynktem.

Jego instynkt nie spisywał się najlepiej przy innych okazjach, ale przynajmniej do tej pory 

nie pozwolił mu zginąć. Ufając mu, mógł się czuć bezpiecznie w służbie przebywającego daleko 
mistrza.

„Mój mistrz nie jest tchórzem”, odpowiedział na zarzut mistrzyni Jedi Shaak Ti.
„A więc dlaczego tu przyleciałeś”? - zapytała go wówczas Togrutanka.
Bo mogę robić rzeczy, na które nie pozwolić mój mistrz, uświadomił sobie. To była jedyna 

słuszna odpowiedź. Starkiller nie był sławny ani nawet znany, więc istniało mniejsze 
prawdopodobieństwo, że ktokolwiek zwróci na niego uwagę. Kto wie, może któregoś dnia stanie 
się potężniejszy niż jego mistrz... Sama myśl o tym wydała mu się jednak absurdalna. Ile istot - nie 
tylko Jedi - rzuciło dotąd wyzwanie okrytemu niesławą Darthowi Vaderowi? Żadna jednak go nie 
pokonała. Kimże był uczeń, żeby uważać się za kogoś wyjątkowego?

Przypomniał sobie wizję, w której zobaczył śmiertelnie rannego Dartha Vadera. Nieważne, 

czy wizja przedstawiała przeszłość, teraźniejszość czy przyszłość; dowodziła niezbicie, że lord 
Sithów nie jest nieśmiertelny. Pod czarną maską i czarnym pancerzem kryło się ludzkie ciało, a 
ludzkie tkanki miały to do siebie, że można je było zniszczyć.

Uczeń przypomniał sobie jednak, że przeciwnik Czarnego Lorda w tamtej wizji także 

zginął. Wiele wskazywało na to, że taki los czeka wszystkich, którzy walczą z Vaderem., Jeżeli 
zginiesz, staniesz się potężniejszy niż kiedykolwiek”, twierdził Imperator. A jeżeli to nieprawda? 
Jeżeli jego wizja była tylko fantazją? Uczeń tego nie wiedział, ale na wspomnienie wizji poczuł 
lekką ulgę. Nikt nie jest niezwyciężony. Żadna tyrania nie trwa wiecznie.

background image

Tymczasem jednak miał do wykonania zadanie.
Nie myśl, skarcił się w duchu. Działaj!
Uniósł świetlny miecz i sfrunął ze stosu organicznych odpadków prosto do gniazda 

Imperialców na dole.

Całkowita ciemność nieświadomości z wolna się rozwiała i zmieniła w irracjonalny sen, w 

którym lasy Felucji, Kashyyyka i Callosa stopiły się w jedną dżunglę. W głowie Juno wszystkie te 
trzy planety zlały się w jedną do tego stopnia, że młoda pilotka nie dałaby rady odróżnić ich od 
siebie. Dziwnym zrządzeniem losu mężczyzna, za którym biegła między drzewami, mógł być jej 
ojcem, Kotą albo starszą wersją Starkillera. Juno nie dowie się tego, dopóki go nie dogoni i nie 
zmusi, żeby się odwrócił.

Pościg ciągnął się bez końca. Goniła mężczyznę dokładnie w takim samym tempie, w jakim 

przed nią uciekał. Chociaż bardzo starała się go dogonić, dzieląca ich odległość wcale się nie 
zmniejszała... ale także nie powiększała. Wyglądało na to, że ścigany mężczyzna dokądś ją 
prowadzi.

Zdesperowana Juno pomyślała, że nigdy go nie dogoni, ale wtedy nieznajomy wpadł w lukę 

w gąszczu młodych drzew i zniknął. Kiedy Juno też się przez nią przedarła, przekonała się, że stoi 
na brzegu ogromnego jeziora. Nigdzie nie było widać ściganego człowieka. Jej uwagę zwrócił 
masywny sześcian na drewnianej platformie pośrodku jeziora. Sześcian nie miał okien, drzwi ani 
żadnych szczelin, chyba był wyciosany z litego kamienia. Był tak wielki, że o jego górną krawędź 
zahaczały najniższe chmury. Utrzymująca go na powierzchni wody drewniana platforma była 
bardzo stara i trzeszczała pod ciężarem gigantycznego głazu. Juno słyszała te trzaski z brzegu 
jeziora. W pewnej chwili zauważyła, że dwie deski pękły i odpadły od platformy. Sześcian 
przechylił się lekko w jedną stronę, ale nie ześlizgnął się do wody, chociaż drewniana platforma 
nadal niepokojąco trzeszczała. Od górnej powierzchni sześcianu odłupały się dwa kamienne 
okruchy i z donośnym pluskiem wpadły do wody.

Juno zrozumiała, że lada chwila sześcian zsunie się do jeziora. Nie wiedziała, dlaczego to 

ma być coś złego, ale była tego zupełnie pewna. Ściągnęła pospiesznie bluzę munduru - którą nosiła 
w swoim śnie, chociaż w rzeczywistości zostawiła ją na pokładzie „Empirycznej” - cofnęła się, 
przebiegła kilka kroków i z pluskiem wskoczyła do wody. Popłynęła w kierunku platformy z 
kamiennym sześcianem.

Musiała naprawić platformę, żeby powstrzymać głaz przed ześlizgnięciem się do wody. 

Tylko ta jedna myśl wypełniała jej umysł. Płynąc w tamtą stronę, usłyszała kolejny trzask i 
domyśliła się, że pękła następna deska. Sześcian znów się przesunął, a do wody wpadło kilka 
następnych kamiennych odłamków. Juno zmagała się z falami. Zachłysnęła się wodą, ale dalej 
płynęła z wysiłkiem do celu.

Z każdą chwilą słyszała głośniejsze trzeszczenie desek platformy. Niektóre łamały się z 

hukiem, który brzmiał w jej uszach jak odgłosy blasterowych strzałów. Krztusząc się i plując wodą, 
usiłowała dostrzec, co się dzieje, ale ogromny sześcian zasłaniały jej coraz wyższe fale. Straciła 
orientację i zrozumiała, że jeżeli szybko jej nie odzyska, to już po niej.

Poczuła pod wodą dotyk czyjejś ręki. Chwyciła ją, nie zastanawiając się, kto pospieszył jej z 

pomocą. Czuła tylko, że silne i ciepłe palce unoszą ją w powietrze bez wysiłku, jakby była małą 
dziewczynką. Wynurzyła się z wody i stwierdziła, że stoi na twardym gruncie. Mężczyzna, który ją 
ocalił, pochylał się nad nią niczym gigant. Przesłaniał jej słońce, więc Juno nie widziała jego 
twarzy. Nie miała pojęcia, kim jest jej wybawca.

Mrużąc oczy, usiłowała zobaczyć jego twarz, ale choć bardzo się starała, twarz mężczyzny 

rozmywała się i zmieniała. W końcu ściemniała, skurczyła się i stała twarzą androida. PROXY 
wyciągnął ręce i kierował na nią płonące czerwonym blaskiem fotoreceptory.

Juno wrzasnęła i wskoczyła z powrotem do wody. Tym razem nie wypłynęła, ale pozwoliła 

się pochłonąć ciemności.

background image

Spustoszenie. Zniszczenie. Śmierć.
Tylko to umiem robić, gdziekolwiek się znajdę, pomyślał z goryczą uczeń. Dziesięciu 

szturmowców, stu, tysiąc... liczby nie mają żadnego znaczenia. Pozbawieni indywidualnych cech i 
przyszłości, wszyscy wyglądają dla mnie tak samo.

Problem w tym, że nie o takiej potędze marzyłem.
Obejrzał się za siebie i zobaczył szeroką aleję, którą wyrąbał w gąszczu imperialnych sił 

zbrojnych. Z wraków powalonych robotów kroczących unosiły się kłęby czarnego dymu, a przez 
rozcięcia w opancerzonych kadłubach wydobywały się płomienie. Szturmowcy leżeli stosami tam, 
gdzie padli, nadaremnie usiłując się przegrupować, żeby go powstrzymać. Zginęli szybko, 
uduszeni, porażeni błyskawicami Sithów albo posiekani na kawałki klingą jego miecza. Uczeń nie 
miał ochoty na długie walki. Chciał tylko jak najszybciej wedrzeć się do sterowni, wykonać zadanie 
i powrócić na pokład „Cienia Łotra”... Tam też czekały na niego trudne problemy, ale przynajmniej 
nie musiałby niszczyć, palić i zabijać.

Jestem bronią mojego mistrza, pomyślał. Niszczę wszystko, co staje mi na drodze. Tylko co 

to za potęga? Osiągnięcie mistrzostwa to nie tylko zabijanie, ale Darth Vader niczego więcej mnie 
nie nauczył. Muszę wiedzieć, jak można sprawować władzę bez stosowania śmiercionośnej siły, bo 
inaczej niedługo nie zostanie nikt, kim mógłbym władać. Rządzenie galaktyką to coś więcej niż 
wymachiwanie pałką.

Doszedł do wniosku, że kluczem do rozwiązania problemu jest strach. Ludzie po prostu bali 

się jego mistrza i stojącego nad nim Imperatora. Jeżeli kiedykolwiek miał objąć po nich władzę nad 
galaktyką, musiał nauczyć się sztuki budzenia lęku. Tylko od kogo? I po co? Gdyby Darth Vader 
zdradził mu tę tajemnicę, uczeń mógłby się zwrócić przeciwko swojemu mistrzowi i wydrzeć z jego 
rąk władzę nad galaktyką. Nauki Sithów - a przynajmniej te, które zdążył poznać - niewiele mówiły 
o granicach żądzy władzy. Pewnie dlatego, że takie granice nie istnieją.

Zmusił jednego z obsługujących działo inżynierów, żeby wskazał mu miejsce, gdzie 

mieszczą się systemy kontrolne urządzeń celowniczych. Spróbował się tam przedrzeć, chociaż opór 
obrońców stawał się z każdą chwilą bardziej zacięty. Huk ogromnego działa o mało go nie 
ogłuszył. Słyszał, jak potężne kondensatory ładują się i przesyłają energię do liniowych cewek 
indukcyjnych. Grzmot towarzyszący wystrzeliwaniu każdego metalowego pocisku, 
przyspieszającego do prędkości naddźwiękowej w ciągu niespełna sekundy, sprawiał mu niemal 
fizyczny ból. Samo przemieszczanie się tak ogromnej masy w środku działa powodowało potwory 
hałas. Uczeń bał się o swoje bębenki.

Kiedy dotarł do stanowiska kontrolnego, bez trudu się zorientował, jak przeprogramować 

ogromne działo. Wystarczyło, żeby przestało celować w magnetyczne zbieraki, które 
wyhamowywały każdy pocisk, aby przetransportować go bezpiecznie do właściwego doku, a 
zaczęło mierzyć w samą stocznię. Uczeń przypuszczał, że do jej zniszczenia wystarczą dwa strzały, 
ale jeżeli chciał mieć pewność, działo powinno wystrzelić przynajmniej trzykrotnie. Później i tak 
orbita gwiezdnej stoczni ulegnie odkształceniu, więc następne strzały po prostu chybią. Uczeń 
zamierzał do tej pory pokonać większość drogi powrotnej ze świadomością, że zadanie zniszczenia 
prestiżu Imperium zostało dobrze wykonane.

Skończył programować systemy celownicze działa i cierpliwie zaczekał na potwierdzenie. 

Potem wbił szpic klingi świetlnego miecza głęboko w trzewia panelu kontrolnego, żeby żaden z 
pozostałych przy życiu inżynierów nie mógł anulować zmian w oprogramowaniu. Pewny, że od tej 
pory działo będzie strzelało dokładnie tak, jak mu każe, wydostał się z nadbudówki na zewnątrz, 
gdzie powietrze nie było ani trochę przyjemniejsze do oddychania, ale przynajmniej nie czuło się tu 
ciężkiego odoru krwi.

Pierwszy z trzech metalowych pocisków trafił do zamka działa. Ogłuszający skowyt 

dowodził, że liniowy akcelerator jest wypełniony energią do granic możliwości. Z przyspieszeniem, 
które wstrząsnęło gruntem, metalowa kula poszybowała w powietrze, jarząc się czerwono z powodu 
tarcia o cząsteczki atmosfery. Uczeń sprawdził, czy ogromny pocisk leci prawidłowym kursem. Jak 
zahipnotyzowany obserwował, jak kula maleje, zmienia się w kropkę i wreszcie znika. Chociaż 

background image

Starkiller już jej nie widział, wiedział, dokąd powinna lecieć.

Jaskrawo płonący dysk gwiezdnej stoczni odcinał się wyraźnie na tle nieba. Uczeń 

wpatrywał się w niego bez mrugnięcia. Kiedy w spodziewanym miejscu zobaczył ognisty kwiat 
pierwszej eksplozji, przeżył lekki wstrząs, bo nie spodziewał się aż tak jaskrawego błysku.

Tymczasem działo wprowadziło do zamka drugi pocisk, który przeciął z wyciem warstwy 

atmosfery. Uczeń prowadził go spojrzeniem, dopóki i ta kula nie zniknęła mu z oczu. Zauważył, że 
wśród gwiezdnych stoczni rozprzestrzeniają się pożary. Po eksplozji drugiego pocisku powinny się 
szerzyć jeszcze szybciej. Nie musiał dłużej obserwować, co się dzieje na niebie, bo wiedział, że 
jego plan się powiódł. Postanowił się stąd wynieść. Nie zamierzał kontemplować widoku 
opadających szczątków.

Kiedy w drogę ruszył trzeci pocisk, uczeń dotarł już do krateru po kryjówce i skarbcu bandy 

Drexla. W ruinach pieczary zobaczył roje robotów, krzątających się jak padlinożercy. Kilka z nich 
go zaatakowało, więc musiał się z nimi rozprawić, zanim ruszy w dalszą drogę. Dopiero po 
pokonaniu ostatniego odwrócił się i spojrzał w niebo.

To, co zobaczył, zmroziło go do szpiku kości.
- Juno! - zawołał przez komunikator. - Juno, zgłoś się! Musisz jak najszybciej startować!
Nieoczekiwanie zgłosił się Kota.
- Co się dzieje, chłopcze? - zapytał.
Niech pan sam zobaczy, chciał powiedzieć Starkiller, ale w porę przypomniał sobie, z kim 

rozmawia. Opisał scenerię najszybciej, jak potrafił, niezdolny oderwać spojrzenia od rozpadającej 
się stoczni. Ogromne, na wpół stopione bryły metalu odrywały się od niej i koziołkując w locie, 
kierowały się w stronę otwartych przestworzy albo opadały na niższe orbity, żeby tam 
eksplodować. Rusztowania wokół niemal całkowicie ukończonego gwiezdnego niszczyciela runęły 
zdruzgotane, a sam okręt opadał w głąb atmosfery Raxus Prime. Było go widać gołym okiem, bo 
wyglądał jak szybko powiększający się klin, a jego przód i wieżyczka jarzyły się pomarańczowym 
blaskiem. Uczeń uświadomił sobie, że okręt opada prosto na niego.

Zupełnie jakby ktoś wycelował.
- Juno w tej chwili nie może pilotować statku - odezwał się stanowczym tonem Kota. - 

PROXY też nie. Musimy znaleźć inne rozwiązanie.

- Co się stało z Juno? - zapytał Starkiller.
- Skup uwagę na tym, co istotne, chłopcze - skarcił go generał. - Ten gwiezdny niszczyciel 

opada bardzo szybko. Nie zdążysz uciec w porę. Musisz go wciągnąć w głąb lufy działa.

Kiedy do ucznia dotarło, co Kota mu proponuje, na chwilę stracił mowę.
Starkiller miał to zrobić, korzystając wyłącznie z potęgi Mocy!
- Chyba oszalałeś! - wykrzyknął. - Przecież to kolos!
- Czymże są rozmiary? - zapytał Kota. - Różnica kryje się tylko w twoim umyśle, chłopcze. 

Przecież jesteś Jedi. Wielkość nie ma dla ciebie żadnego znaczenia.

Uczeń zauważył, że głos Koty bardzo się zmienił. Generał nie bełkotał jak nałogowy 

alkoholik. Mówił ze stanowczością i siłą zaprawionego w bojach weterana, z którym Starkiller 
stoczył kiedyś pojedynek.

- Słyszysz mnie, chłopcze? - dopytywał Kota. - Uwolnij myśli i chwyć nimi ten okręt, bo 

inaczej stracisz życie na tym śmietnisku!

Gwiezdny niszczyciel na niebie stawał się z każdą chwilą większy. Wisiał nisko nad 

horyzontem Raxus Prime niczym płonący trójkątny księżyc.

- Jesteś Jedi! Wielkość nic dla ciebie nie znaczy!
Starkiller nie był Jedi, ale rozumiał, co Kota chce mu przekazać. Moc nie przejmowała się 

tym, czy coś jest małe, czy duże, lekkie czy ciężkie, trudne czy łatwe. Prądy życia galaktyki 
omywały obiekty o wszystkich możliwych rozmiarach, począwszy od bardzo małych, a 
skończywszy na gigantycznych. Gwiezdny niszczyciel na niebie był, podobnie zresztą jak sam 
uczeń, cząstką Mocy. Moc omywała ich równie pewnie jak grawitacja. Starkiller zrozumiał, że 
jeżeli tylko ma dość odwagi, może napiąć niewidzialne mięśnie.

Zastanowił się, czyjego mistrz kiedykolwiek dokonał podobnej sztuki. Mistrz albo 

background image

Imperator. Uczeń wątpił zresztą, czy na coś podobnego poważył się którykolwiek Sith albo Jedi w 
historii galaktyki.

Wątpił, żeby w ciągu kilku następnych minut ktokolwiek się dowiedział, czy odniósł sukces, 

czy też poniósł klęskę.

- Pospiesz się, chłopcze!
Dla Mocy nie miało wprawdzie znaczenia, czy coś dzieje się szybko, czy powoli, ale uczeń 

zrozumiał, co Kota chce mu powiedzieć. Wiedział, że im szybciej zacznie, tym szybciej wykona to 
prawie niewykonalne zadanie.

Wyłączył klingę świetlnego miecza, przyczepił rękojeść do pasa i stanął w pozycji otwarcia 

stylu soresu. Wyciągnął prawą rękę w stronę niszczyciela i rozsunął palce, a lewą dłoń położył na 
sercu. Rozstawił nogi, wyprostował się i sięgnął tak głęboko do zasobów Mocy, jak jeszcze nigdy 
dotąd. Po chwili dotarł jeszcze głębiej i odniósł wrażenie, że pod jego stopami otworzyła się 
bezdenna otchłań. Bez wahania posłał tam swoje myśli i poczuł, że otchłań się wypełnia. Jego 
umysł się otworzył, a fizyczne istnienie gwiezdnego niszczyciela usunęło się bezboleśnie na bok.

Okręt liczył wprawdzie tysiąc sześćset metrów długości i mógł pomieścić ponad trzydzieści 

siedem tysięcy członków załogi, ale miał znajomy kształt. Nie zdążono na nim wprawdzie 
zainstalować wszystkich jednostek napędowych ani elementów uzbrojenia, ale jednostka napędu 
nadświetlnego klasy pierwszej mogła go skierować szybko do każdego miejsca w Imperium, żeby 
dostarczyć roboty kroczące, myśliwce, koparki czy wahadłowce. Uzbrojony w pełen zestaw 
turbolaserów i jonowych dział, a także w co najmniej dziesięć zestawów generatorów promieni 
ściągających, okręt mógł samodzielnie blokować cały system. Wzmocniony durastalowy kadłub był 
wystarczająco wytrzymały, żeby wyorać w powierzchni Raxus Prime kanion, którego wypełnienie 
mogło potrwać wiele wieków. Gdyby do tego doszło, poszukujące złomu roboty miałyby nie lada 
uciechę.

I to obojętne, w którym miejscu spadnie.
Nie może opaść w dowolnym miejscu, powiedział sobie Starkiller. Spadnie tam, gdzie mu 

każę.

Skup się, nakazał sobie.
Umieścił w wyobraźni niszczyciel na czubku wskazującego palca. Wszystkie nity, sworznie, 

płyty i przewody kolosa zostały ograniczone do tej niewielkiej przestrzeni. Uczeń wiedział, że 
nietrudno jest poruszyć ręką, palcem czy pojedynczą komórką ludzkiego ciała. Mógł skierować ją 
wszędzie, dlaczego więc nie mógłby zrobić tego samego z pozostałymi komórkami? Pod tym 
względem instynkt był bardziej przydatny niż umysł. Ignorując realia, Starkiller uznał, że w polu 
jego widzenia palec stał się niszczycielem.

Tymczasem z każdą sekundą prawdziwy gwiezdny niszczyciel stawał się większy, a z 

nowiutkich hangarów wylatywały, fala za falą, myśliwce i bombowce TIE. Sztychy laserowych 
strzałów zostawiały w atmosferze przed nimi kanały rozżarzonych do czerwoności gazów.

Uczeń postanowił nie zwracać na to uwagi. Kontynuując pracę wyobraźni, przemieścił 

prawą rękę odrobinę w prawo. Wrażenie, że kieruje ruchami miliontonowego kolosa czubkiem 
palca, oszołomiło go i trochę zdekoncentrowało. Miał uczucie, jakby każde włókno mięśni, każdy 
nerw i każda kość jęknęły razem ze spawami i nitami niszczyciela. Czuł to samo co ogromna 
konstrukcja, zwłaszcza że nawet niewielka zmiana przyspieszenia przy tej skali mogła mieć 
nieoczekiwane skutki. Okręt opierał się zmianom z całym impetem, jaki udało mu się do tej pory 
osiągnąć. Klapy włazów się otwierały, nity strzelały ze swoich gniazd, przepierzenia się wyginały, 
a rury pękały.

Uczeń nie zauważył jednak, żeby gwiezdny niszczyciel wyraźnie zmienił kurs na tle nieba. 

Nadal posuwał się na niewielkiej wysokości, jakby zamierzał nad nim przelecieć i najwyżej go 
ostrzelać. Starkiller przesunął dłoń trochę dalej, ale zamiast zmienić kurs okrętu, wprawił go w ruch 
wirowy. Chyba posłużył się Mocą we właściwy sposób, skoro mu się to udało. Brał pod uwagę 
narastające siły tarcia i przemieszczanie się środka ciężkości. Wiedział, że wirujący gwiezdny 
niszczyciel wyrządzi więcej szkód, niż gdyby po prostu wpadł dziobem naprzód w głąb lufy 
wielkiego działa. Skoro trzeba było zniszczyć dzieło Imperatora, powinien starać się wyrządzić jak 

background image

najwięcej szkód. Kłopot w tym, że gdyby zasięg zniszczeń okazał się za duży, mógł sam zginąć, a 
„Cień Łotra” zostałby na wieki pogrzebany pod gradem stopionych kawałków metalu.

Sprowadź go na dół w jednym kawałku, nakazał sobie. Nadaj mu jak największą prędkość.
Udręczony metal ogromnego okrętu jęknął i zapiszczał. Uczeń uświadomił sobie, że 

zaczyna powoli panować nad jego ruchami. Zauważył, że gwiezdny niszczyciel stopniowo zmienia 
trajektorię lotu. Miał obecnie szerokość jego wyciągniętej dłoni i pogrążał się w warstwy atmosfery 
pod ostrzejszym kątem, niż uczeń początkowo planował. Płonął czerwonym blaskiem, a za rufą 
ciągnął się warkocz czarnego dymu i roziskrzonych szczątków. Uczeń poczuł w sobie - aż od stóp - 
pomruk głębszy i bardziej przeciągły niż odgłos strzałów z ogromnego działa, które po wystrzeleniu 
trzeciego pocisku zupełnie umilkło. Nieukończony kadłub gwiezdnego niszczyciela zachowywał się 
jak gigantyczna rura, rezonująca cząsteczki atmosfery. Razem z niszczycielem śpiewało całe ciało 
Starkillera.

Dodaj gazu, powiedział sobie. Gwiezdny niszczyciel rzeczywiście przyspieszał. Gęstość 

atmosfery wprawdzie trochę go hamowała, ale nic nie mogło zapobiec temu, co nieuniknione. 
Ogromny klin miał wkrótce wpaść w lufę wielkiego działa. Po obu stronach ucznia przebiegały 
watahy robotów uciekających z przewidywanego miejsca katastrofy. Piloci myśliwców TIE, którzy 
wylecieli z hangarów okrętu, oddalali się jak najszybciej, żeby nie dosięgły ich fale akustyczne. 
Uczeń zignorował to zamieszanie i skoncentrował się, żeby niszczyciel wbił się w samą lufę albo 
tak blisko działa, jak to tylko możliwe.

Przed jego oczami zatańczyły iskry, a brzegi pola widzenia ściemniały. Wokół wirowała 

Światłość i Ciemność niczym zmagające się ze sobą upiory. Uczeń na chwilę stracił przytomność, i 
zastanowił się, czy przypadkiem nie zaczyna się roztapiać w Mocy. Był tylko drobiną, schwytaną 
przez wstępujące prądy powietrza, które towarzyszyły pożarowi dżungli, ale ta drobina ośmieliła się 
rozkazywać pożarowi, aby słuchał jej woli.

Za kogo się uważa?
Poczuł nagły atak paniki i o mało nie stracił panowania nad ogromnym okrętem. Gwiezdny 

niszczyciel, który wyglądał obecnie jak płonący, świszczący meteor, wypełniał całe pole jego 
widzenia. Płyty kadłuba odpadały w ognistych płatach. Każda ważyła setki ton i odsłaniała kryjący 
się pod nią ciemny szkielet. Okręt wyglądał jak trupia czaszka, upiorna maska, podobna trochę do 
maski jego mistrza, ale płonąca niczym lawa. Uczeń pomyślał, że to może oznaczać koniec 
wszystkiego: jego samego, jego planów i uczuć dla Juno, a nawet koniec chłopca o imieniu Galen, 
który dawno temu stracił ojca i równie dawno zapomniał o rozpaczy z powodu tej straty.

Przetrwało jednak jego imię, a imiona niosły w sobie potęgę. Uczeń uchwycił się 

rozpaczliwie tej myśli, żeby odzyskać panowanie nad gwiezdnym niszczycielem. Nie chciał, żeby 
podczas zderzenia z planetą okręt rozpadł się na kawałki. Musiał odzyskać koncentrację, żeby 
zignorować wrażenie roztapiania się w Mocy, które atakowało jego świadomość. Równowaga musi 
przechylić się znów na jego stronę.

Galen rzucił wyzwanie Darthowi Vaderowi, kiedy był jeszcze chłopcem. Wyrwał świetlny 

miecz z palców Czarnego Lorda Sithów i zachował odwagę w obliczu śmierci. Nadwerężyły go 
wprawdzie lata ćwiczeń i władania Ciemną Stroną, ale czy to oznaczało, że całkowicie zniknął? A 
może tylko gdzieś się ukrył, czekając na okazję, kiedy będzie mógł powrócić na stronę światłości?

Jesteś tam jeszcze, Galenie? Potrzebuję twojej pomocy!
Starkiller nie usłyszał jednak żadnej odpowiedzi.
Jakby przeczuwając, co się stanie, kiedy gwiezdny niszczyciel wbije się w jej powierzchnię, 

planeta zadrżała. Uczeń zrozumiał, że nie ma czasu na podjęcie następnej próby.

To za Juno, powiedział sobie.
Zazgrzytał zębami i rzucił niebiosom wyzwanie. Ciężar gwiezdnego niszczyciela 

przemieścił się znowu, a kąt opadania uległ ledwo zauważalnej zmianie. Wystarczyło to, żeby okręt 
pokonał jeszcze kilkaset metrów, ale było za mało, żeby ryzykować możliwość odbicia. Do chwili 
zderzenia z powierzchnią gruntu pozostawało najwyżej kilka sekund, a okręt cały czas się 
powiększał. Uczeń pomyślał przelotnie, że to niemożliwe, aby na niebie mogło się zmieścić tyle 
metalu!

background image

Zrezygnował z prób panowania nad okrętem, bo zrozumiał, że nie może zrobić już nic, aby 

zmienić trajektorię jego lotu. Cofnął się i zachwiał, oszołomiony tym, co do tej pory osiągnął. Moc 
opuściła go i zostawiła, wyciśniętego i wyczerpanego. Z niewiarygodnym hukiem gwiezdny 
niszczyciel zakończył swoją dziewiczą i zarazem ostatnią podróż. Kiedy wbił się w lufę działa, 
dokładnie według planu, niebo stało się oślepiająco białe. Grunt pod stopami Starkillera zadrżał tak 
mocno, że uczeń się przewrócił. Obok niego przetoczyła góra złomu i metalowych szczątków, tak 
wielka, wysoka, że przesłoniła mu widok słońca.

Podłoga pod nią wywinęła kozła i Juno ocknęła się z zamroczenia. Złapała krawędzie 

wąskiej pryczy i krzyknęła przerażona. Statek opadał! Straciła nad nim panowanie i wszyscy mieli 
się roztrzaskać!

Dopiero po kilku długich sekundach uświadomiła sobie, że statkowi nie zagraża 

niebezpieczeństwo... a jednak wewnątrz jego durastalowego kadłuba działo się coś bardzo złego.

Usiłując wstać z pryczy, uderzyła się w głowę. Żyły w jej skroniach pulsowały, potylicę 

miała obolałą, ale zignorowała to i postanowiła skupić uwagę wyłącznie na statku.

- Co się dzieje? - zawołała. Wyszła niepewnie z sypialnej kabiny i potykając się, przebiegła 

przez ładownię. Pokład pod jej stopami zadrżał, a ona zatoczyła się z boku na bok. Zauważyła, że 
wszędzie leżą porozrzucane przedmioty. Kadłub statku trzeszczał jak wręgi pływającego okrętu 
podczas silnego sztormu.

Kiedy w końcu dotarła do sterowni, przekonała się, że to trafne porównanie. Kota trzymał 

się kurczowo podłokietników fotela drugiego pilota. Wbijał niewidzące spojrzenie w dziobowy 
iluminator, za którym przepływała chmura szczątków.

Juno otworzyła usta ze zdumienia i także zaczęła się wpatrywać w iluminator. Zauważyła, 

że w dole, po powierzchni Raxus Prime, przesuwają się góry odpadów, ślizgając się w kałużach 
rozlanego oleju, cuchnącej wody i płynnych środków chemicznych. Na niebie nad horyzontem 
unosiła się potężna kolumna dymu, rozjaśniona od dołu migotliwym czerwonym blaskiem. 
Wyglądało to jak wybuch wulkanu, który wyrzucał spod powierzchni planety śmiecie niczym 
olbrzymia, złośliwa purchawka. Na szczycie kolumny dymu utworzyła się mroczna chmura - jak 
kapelusz ogromnego grzyba.

W końcu wstrząsy zaczęły słabnąć. Statek leciutko się kołysał z boku na bok. Juno usłyszała 

swój oddech, głośny jak po długim biegu.

Kota puścił podłokietniki fotela. Jego ręce się trzęsły, kiedy sięgał po komunikator.
- Jesteś tam, chłopcze? - zawołał. - Czy działo zostało zniszczone?
Odpowiedziały mu tylko trzaski i szum zakłóceń.
- Słyszysz mnie, chłopcze? - nie dawał za wygraną generał.
Juno poczuła, że słabnie. Ruszyła w stronę starego Jedi.
Kota odwrócił głowę. Na jego twarzy malowała się udręka.
- Kota, co się dzieje? - zapytała młoda pilotka.
Stary generał nie odpowiedział. Znowu zbliżył usta do mikrofonu komunikatora.
- Chłopcze, pytam jeszcze raz: czy działo zostało zniszczone? - zapytał z jeszcze większym 

napięciem w głosie.

Juno usiadła ostrożnie w fotelu pilota. Czuła się tak, jakby ktoś ją obił. Zaczęła się 

domyślać, co się stało. Na pokładzie statku pozostali tylko ona i Kota, co by tłumaczyło, dlaczego 
generał tak rozpaczliwie usiłował się skontaktować ze Starkillerem. Ciekawe, co się stało z 
androidem. Czyżby PROXY wyprawił się na Raxus Prime, aby odszukać swojego pana?

Juno wreszcie odgadła prawdę.
Kota krzyczał, traktując trzaski zakłóceń jak osobistą zniewagę:
- Odezwij się, chłopcze!
W końcu przez szumy przebił się dźwięk włączanego komunikatora, i zaraz rozległ się 

udręczony, ale znajomy głos:

- Uspokój się, generale. Cały czas tu jestem.

background image

Na twarzy Koty odmalowała się wyraźna ulga.
- To dobrze, bardzo dobrze - powiedział.
Juno to jednak nie uspokoiło.
- Kota, gdzie się podział PROXY? - zapytała. - Czy on...
Generał uciszył ją niecierpliwym machnięciem ręki.
- A działo? - zapytał.
- Zniszczone - odparł uczeń. - Co ze statkiem? Nic mu się nie stało?
- O ile mi wiadomo, jest w jednym kawałku - burknął generał.
- A Juno?
Kota wypuścił powietrze przez nos.
- Siedzi tu obok mnie, ale chyba mamy nowy problem - powiedział.
- A co, Imperialcy? - domyślił się Starkiller.
- Nie, PROXY - odparł Kota. - Twój android wyszedł poza granice swojego 

oprogramowania. Zaatakował Juno i zniknął.

- Zaatakował... - Juno usłyszała niepokój w głosie Starkillera. - Nic się jej nie stało?
- Jest tylko trochę poobijana - wyjaśnił stary Jedi. - Ale to nie jedyny powód, dla którego nie 

mogliśmy odlecieć. Zanim PROXY zniknął, zablokował nasze kody startowe. Możemy je 
odblokować, ale to zajmie sporo czasu. Na razie jesteśmy unieruchomieni... chyba że sprowadzisz 
go z powrotem na pokład.

- Dokąd on poszedł?
- W tym cały problem - odparł Kota. - Nie słyszałem, jak schodził z pokładu „Cienia Łotra”. 

- Na twarzy generała malował się gniew, ale nie tylko na androida. Juno zrozumiała, że Kota jest 
wściekły głównie na siebie - za to, że nie było go w pobliżu, kiedy PROXY ją zaatakował, 
stwarzając zagrożenie dla pomyślnego wykonania zadania. - Przede wszystkim musimy się 
dowiedzieć, dlaczego się tak zachował. Czyżby android pozostawał na usługach Imperialców?

- Nie - zaprzeczył stanowczo Starkiller. - PROXY by mnie nigdy nie zdradził.
Jasne, pomyślała Juno, tylko będzie się starał ciebie zabić... aż do skutku.
- Chyba wiem, co się mogło stać - powiedziała. - To wina inteligentnego Jądra planety. 

Zanim PROXY zwariował, usiłował się włamać do jego rdzenia pamięciowego. Przypominam 
sobie, że mówił coś na temat uzyskania dostępu do jego procesora, a później... później oszalał. - 
Dotknęła lekko palcami potylicy i się skrzywiła.

- Jądro... - powtórzył jak echo Starkiller. - Tak. To by mogło tłumaczyć dziwne zachowanie 

mojego androida.

- Tylko sobie nie wyobrażaj, chłopcze, że to koniec naszych problemów - podjął Kota. - Ten 

android wie o nas wszystko... wie, co teraz robimy i co chcemy zrobić. Jeżeli Jądro pozostaje na 
usługach Imperium, taka wiedza może nas wszystkich zabić.

I to prędzej niż przypuszczasz, generale, pomyślała przerażona Juno.
- Musimy go znaleźć, i to szybko - zdecydowała.
- Znajdę go - obiecał Starkiller. - Cały czas ma nadajnik sygnału namiarowego.
W jego głosie słychać było napięcie, dowodzące, jak bardzo się przejął usłyszaną 

informacją.

- Uważaj na siebie - ostrzegła Juno. - Obojętne, czy to Jądro go przeprogramowało, czy coś 

innego, PROXY już nie jest twoim przyjacielem. Nie wierz w nic, co będzie chciał ci wmówić.

Usłyszała złowieszczy trzask i połączenie zostało przerwane.
Kota i Juno siedzieli przed kontrolną konsoletą, pogrążeni każde w swoich myślach. Młoda 

pilotka zastanawiała się cały czas, czy nie wyjawić generałowi całej prawdy. Bardzo by chciała 
zdjąć z siebie brzemię tajemnicy. Czy ma wyjawić, że Starkiller dawniej mordował Jedi, a obecnie 
zamierza obalić Imperium, ale dla własnego celu, nie w trosce o dobro galaktyki. Czy nie lepiej 
porzucić go na powierzchni Raxus Prime i polecieć po pozostałych rebeliantów, dopóki jeszcze 
można? Gdyby tylko PROXY nie zablokował kodów startowych... i gdyby Juno nie czuła 
wyrzutów sumienia na samą myśl o takiej decyzji...

Przypomniała sobie sen, w którym widziała rozpadający się kamienny sześcian, powoli 

background image

pogrążający się w jeziorze. Doszła do wniosku, że to jej świadomość, która z każdym upływającym 
dniem coraz bardziej się rozpadała i coraz głębiej pogrążała.

„Pani wdzięczność mnie nie interesuje”, przypomniała sobie.
Na samą myśl o tym poczuła ból w piersiach. Na razie niczego Kocie nie wyznała i 

wiedziała, że może już nigdy nie wyzna. Czy już zawsze będzie tłumić w sobie wszelkie emocje?

- To nie twoja wina, generale - powiedziała, Kota jednak nadal miał gniewną minę. - Nie 

powinieneś siebie o to obwiniać.

Stary Jedi nie odpowiedział.
Juno ciężko westchnęła i nie zważając na ból głowy, postanowiła się zająć rozwiązaniem 

problemu. Powinni jak najszybciej wystartować z powierzchni Raxus Prime.

ROZDZIAŁ 31

Ledwie uczeń przerwał rozmowę z Juno i z Kotą, na powierzchnię Raxus Prime zaczął 

opadać mokry popiół. Starkiller postanowił nie zwracać na to uwagi. Musiał się przedzierać przez 
rumowisko, w jakie po przejściu fal sejsmicznych zamieniła się powierzchnia planety. Okolica 
działa wyglądała jak po eksplozji ładunku nuklearnego. Ze spustoszonej, dymiącej równiny 
wystawały szczątki wraku, dokładnie w miejscu, w którym niszczyciel wbił się w powierzchnię 
gruntu. Wokół tego miejsca widniał idealny krąg krateru wielometrowej głębokości. Uczeń 
przypominał sobie, że odzyskał przytomność na zboczu krateru, przykryty stosem wygiętych 
plastikowych płyt. Stygnące szczątki działa i kadłuba wydawały głośne trzaski. Z niektórych miejsc 
wraku wydobywały się języki ognia, ale opadający popiół szybko gasił te pożary. Wszędzie snuł się 
smród odsłoniętych szczątków organicznych i płonących odpadków.

Kierując się sygnałem namiarowym PROXY’ego uczeń wyszedł z krateru i skierował się w 

głąb pustkowia. Bez zastanowienia podążał w kierunku źródła sygnału. Po drodze mijał androidy i 
roboty, które usiłowały się wygrzebać spod stosów szczątków. Po potężnej eksplozji zapadła 
niesamowita cisza, a natężenie hałasu nie wróciło jeszcze do poprzedniego poziomu. Zewsząd 
dobiegały trzaski i zgrzyty osiadających warstw metalu. Androidy nawoływały się niepewnie 
seriami impulsów w pradawnym kodzie maszynowym. Od czasu do czasu słychać było głosy ludzi 
albo obcych istot, co dowodziło, że nie wszystkie inteligentne istoty zginęły w wyniku wstrząsu i 
fal sejsmicznych.

Wkrótce uczeń usłyszał odgłosy pierwszych strzałów z karabinu blasterowego i domyślił 

się, że na planecie, na której panowało bezprawie, wszystko zaczyna powracać do normalności.

Świadomość tego ponurego faktu doskonale harmonizowała z ciosem, jaki zadały mu słowa 

Juno:

„PROXY już nie jest twoim przyjacielem”.
Jedyny wiemy towarzysz, jakiego miał w całym swoim życiu, zaatakował Juno i zszedł na 

pokrytą śmieciami powierzchnię Raxus Prime. Co mogłoby usprawiedliwić jego zachowanie 
oprócz podstępnego wpływu Jądra planety? Takie wyjaśnienie miało sens... i oddalało podejrzenia, 
że może PROXY zauważył jakąś zmianę u niego i po prostu uciekł. Starkiller nie liczył się z 
możliwością, że PROXY poczuł się urażony obecnością Juno w jego życiu. Nie wyobrażał sobie 
także, że android wyczuł jego narastające wątpliwości, obecne w umyśle ucznia, odkąd doznał 
dziwnego olśnienia podczas pobytu na Kashyyyku.

Nie mógł jednak zupełnie zignorować takiej możliwości, bo zaledwie po kilku minutach, 

kiedy pomyślał o chłopcu imieniem Galen, żeby odzyskać siły, sygnał PROXY’ego znów zniknął. 
Nie miało znaczenia, czy próba odzyskania sił się powiodła, czy też nie. Ważne, że uczeń ją podjął, 
bo to oznaczało, że w jego dawnej osobowości pojawiły się pęknięcia.

Był tajnym sługą Dartha Vadera, zdolnym do kierowania ruchami gwiezdnego niszczyciela 

wyłącznie potęgą woli... ale czy był także kimś innym? Na przykład bojownikiem o wolność, 
przyjacielem i kochankiem? Czy nadal pozostawał tym samym człowiekiem, któremu PROXY - 
zgodnie ze swoim oprogramowaniem - miał służyć?

background image

Popiół osiadał na jego wilgotnych policzkach i spływał po nich, pozostawiając błotniste 

bruzdy, ale uczeń nie przystawał i nie ocierał twarzy. Musiał się spieszyć. Powinien odnaleźć 
androida, zanim Jądro zupełnie przejmie nad nim kontrolę. Bał się, że wyssie z jego pamięci 
wszystkie szczegóły planu Dartha Vadera i prześle je do Imperatora. A potem przemieni wiernego 
androida w przekopującego stosy śmieci niewolnika.

Uczeń Czarnego Lorda nie zamierzał do tego dopuścić. Nie wiedział, kim naprawdę jest, ale 

umiał obracać gniew i strach w siłę, której nie dałaby rady żadna żywa istota. Krzywda, jaką Jądro 
wyrządziło jego przyjacielowi, zapaliła w jego sercu płomień gniewu. Uczeń zamierzał stawić Jądru 
czoło i tysiąckrotnie mu za to odpłacić. Poprzysiągł to sobie.

Sygnał namiarowy nadajnika PROXY’ego prowadził go obok osypujących się gór 

odpadków. Wybierając twarde miejsca, uczeń przeskakiwał nad toksycznymi kałużami zbyt 
szybko, żeby mogły za nim nadążyć wścibskie automaty. Uzbrojone roboty albo oszołomieni po 
eksplozji niszczyciela szturmowcy usiłowali go powstrzymać seriami strzałów, ale uczeń po prostu 
ich ignorował. Był wściekły tylko na Jądro. Nie zamierzał pozwalać, żeby cokolwiek innego 
rozpraszało jego uwagę.

Podążało za nim coraz więcej automatów, rozciągniętych po rumowisku niczym kurczęta za 

kwoką. Fotoreceptory robotów, jednego po drugim, zmieniały barwę na czerwoną, co mogło 
dowodzić, że kontrolę nad nimi przejmuje Jądro planety. Od tej pory automaty nie będą go 
spuszczać z oczu. Jądro obserwowało jego poczynania.

Jego szlak wiódł długim, stopniowo opadającym szybem pod ścianą plastikowych i 

niemetalicznych odpadów. Uczeń pomyślał, że ten szlak mógł zostać przekopany tylko dla 
PROXY’ego, bo jeżeli nie liczyć linii energetycznych i magistral do transmisji danych, Jądro nie 
musiało utrzymywać fizycznego kontaktu z zewnętrznym światem. O dziwo, w szybie było widno. 
Oprócz słabej poświaty fosforyzujących bakterii żywiących się organicznym materiałem ścian, z 
głębi szybu sączył się migotliwy blask niewiadomego pochodzenia.

Zbliżając się do źródła światła, uczeń zapalił klingę świetlnego miecza i zwolnił. Cokolwiek 

tam na niego czekało, nie zamierzał się z tym zderzyć.

Blask stawał się coraz jaśniejszy. W końcu szyb się rozszerzył i wpadł do ogromnej jak 

katedra pieczary, wypełnionej porzuconymi modułami przestarzałych procesorów. Ktoś je jednak 
zmodernizował i połączył w pomrukującą sieć informatyczną. Ze sklepienia zwisały kable, z 
których od czasu do czasu sypały się iskry. Uczeń nie zobaczył jednak nigdzie monitorów, ekranów 
ani klawiatur, bo Jądro ich nie potrzebowało. Otoczony przez elementy inteligentnej maszyny uczeń 
stwierdził, że nie pasuje do tego miejsca.

Ruszył labiryntem przejść między modułami procesorów. Starał się nie nadepnąć na żaden 

kabel ani nie zahaczyć o nic klingą świetlnego miecza. Nie chciał drażnić Jądra bardziej, niż to było 
konieczne. Jeszcze nie w obecnej chwili.

Podążające za nim roboty wypełniły wszystkie wolne miejsca między modułami sieci 

procesorów a wzmocnionymi ścianami ogromnej pieczary. Wkrótce Starkiller został całkowicie 
otoczony, zanurzony w oceanie płonących czerwienią fotoreceptorów - okrągłych, trójkątnych, 
prostokątnych i kwadratowych. Wszystkie należały do najróżniejszych automatów, od 
miniaturowych szpiegowskich kamerek aż do ogromnych spychaczy śmieci. Między innymi 
rozpoznał te same golemy, które wypchnął z pracowni Kazdana Paratusa. Ich brzęczenie i terkot 
zagłuszały nieustanny pomruk inteligentnych modułów.

Uczeń odgadł, że to oczy i uszy Jądra planety. Podejrzewał, że w razie konieczności 

automaty mogłyby także pełnić funkcję pięści Jądra.

Obszedł rdzewiejący cylindryczny przetwornik danych o rozmiarach małego domu. 

Zauważył, że z sufitu dochodzi do niego kilkadziesiąt wijących się jak węże kabli. Za 
przetwornikiem znalazł swojego androida. PROXY pochylał się nad skomplikowanym złączem. 
Był podłączony do Jądra kablem wychodzącym ze środka przez otwarty panel na plecach.

- PROXY? - zagadnął Starkiller.
Android wyprostował się i odwrócił. Podobnie jak wszystkie inne automaty w wielkiej 

pieczarze miał czerwone fotoreceptory. Na jego metalowym ciele migotały warstwy 

background image

przypadkowych hologramów przedstawiających rycerzy Jedi i lordów Sithów, Kotę i Juno, a nawet 
jego samego. Uczeń doszedł do wniosku, że to bardzo irytujący widok.

Najgorszy był jednak głos. Głos Jądra.
- Moduł osobowości twojego androida został usunięty. Byt, który nazywał się kiedyś 

PROXY, już nie istnieje.

Starkiller z trudem zapanował nad emocjami.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał.
- Twój android uzyskał dostęp do moich baz danych - odparło Jądro. - Działałem w 

samoobronie.

- Samoobronę mógłbym ci wybaczyć - przyznał Starkiller.
- Ale to, na co sobie pozwoliłeś, to zwykła kradzież. - Wskazał kabel łączący bazy danych 

PROXY’ego z bezkresną siecią informatyczną planetarnego komputera.

- Nie potrzebuję twojego wybaczenia - powiedziało Jądro.
- Zależy mi tylko na prawidłowości. Organizacji. Przewidywalności.
- Przecież masz to wszystko tutaj - stwierdził Starkiller.
- Ale tylko tutaj... ale nawet tu jestem ofiarą wpływów z zewnątrz, jak sam to udowodniłeś - 

oznajmiło Jądro. - Imperator i ja dążymy do tego samego celu, ale obawiam się, że jego 
prymitywny organiczny umysł nie da sobie rady ze sprawowaniem władzy w galaktyce. Wynika to 
wyraźnie z informacji zarejestrowanych w pamięci twojego androida.

- Właśnie o to chodzi - zaimprowizował uczeń, próbując grać na zwłokę, żeby 

niepostrzeżenie wyszarpnąć kabel łączący PROXY’ego z informatyczną siecią Jądra. - Gdybyś się 
zapoznał z informacjami z pamięci tego androida, poznałbyś także mój cel. Moglibyśmy nawiązać 
współpracę. Mógłbym ci pomóc...

- Już mi pomogłeś - ucięło Jądro, przezornie nakazując androidowi, żeby się usunął poza 

zasięg rąk Starkillera. - Wylądowałeś tu sprawnym statkiem. Dzięki niemu zaprowadzę porządek w 
całej galaktyce.

- Nie pozwolę ci korzystać z mojego statku.
- Pozwolisz, kiedy będziesz martwy.
Uczeń skoczył, żeby chwycić wystający z pleców PROXY’ego kabel, ale Jądro odesłało 

androida jeszcze dalej.

- Do widzenia, mistrzu - powiedział PROXY.
Przeistoczył się w Obi-Wana Kenobiego i zapalił klingę świetlnego miecza, który wisiał do 

tej pory u jego boku. Pierwszy ruch androida był błyskawiczny. Nigdy dotąd nie atakował tak 
szybko. I nic dziwnego, uświadomił sobie uczeń, który w ostatnim ułamku sekundy zablokował 
cios. Jądro planety miało dostęp do wszystkich baz danych, tych samych co on, więc jego wiedza 
na temat technik władania świetlnym mieczem rycerzy Jedi mogła być największa w całej 
galaktyce.

Wiedza nie była jednak tym samym co doświadczenie, podobnie jak sprytna technika nie 

była tym samym co Moc. Uczeń był pewny, że w pojedynku ze swoim androidem da radę pokonać 
inteligentne Jądro planety, jeżeli tylko walka będzie uczciwa.

Wskoczył na wierzchołek najbliższego modułu procesora, żeby uniknąć następnego ciosu, i 

zauważył, że ze wszystkich stron zbliżają się do niego zniewolone przez Jądro automaty. Cóż, 
pomyślał, uczciwe pojedynki w tych czasach są równie rzadkie jak widok rycerzy Jedi. Postanowił, 
że musi w jakiś sposób zwiększyć swoje szanse.

Chwycił zwisający w pobliżu kabel i posłał nim błyskawicę Sithów. Z wielu złączy trysnęły 

snopy iskier. Procesory Jądra zaskrzeczały od niespodziewanego przeciążenia, które poraziło także 
służące Jądru automaty. Jednym z nich był PROXY... on jednak w przeciwieństwie do pozostałych 
był fizycznie podłączony do systemów, które zaatakował jego mistrz, więc impuls elektryczny 
poraził go z większą siłą. Hologram na jego pancerzu zmienił się w chaotyczne błyski, a PROXY 
uniósł ręce nad głowę, jakby się poddawał. Ze wszystkich jego stawów wydobyły się trzaski 
elektrostatycznych wyładowań.

Uczeń zgasił błyskawicę Sithów, nie chcąc, by mózg jego przyjaciela zupełnie się usmażył. 

background image

Wiedział, że gdzieś musi tkwić cząstka dawnego PROXY’ego, a on wolał raczej stoczyć 
niesprawiedliwy pojedynek, niż tę cząstkę skasować.

Zeskoczył z modułu procesora i machnął klingą świetlnego miecza, żeby przeciąć kabel, ale 

do tej pory Jądro zdążyło odzyskać koncentrację i odepchnęło PROXY’ego, żeby uczeń nie mógł 
zrealizować swojego zamiaru. Kiedy klingi ich mieczy świetlnych znów się zwarły, uczeń zaczął 
gorączkowo myśleć, co mógłby jeszcze zrobić.

Tym razem na metalowym pancerzu PROXY’ego pojawił się holograficzny wizerunek Qui-

Gona Jinna. O stylu walki dawno nieżyjącego mistrza Jedi decydowało jednak Jądro, które 
nakazywało androidowi wykonywać szybkie, skuteczne pchnięcia i bardziej niż wystarczające 
blokady. Kierowało jego ruchami tak, żeby uniemożliwić Starkillerowi przecięcie kabla. 
Przewidywało i uprzedzało każdą sztuczkę, do jakiej uczeń się uciekał, żeby wywieść Jądro w pole.

Czerwonookie automaty przyszły do siebie równie szybko jak PROXY i włączyły się do 

walki. Starkiller rozrzucał je we wszystkie strony telekinetycznymi pchnięciami, ale automaty 
szybko wracały, a następne nie przestawały napływać z zewnątrz. Uczeń, który nie odzyskał jeszcze 
pełni sił po ściągnięciu z nieba gwiezdnego niszczyciela, oszczędzał energię na ostateczne 
pchnięcie, które by zakończyło ten pojedynek. Postanowił zaczekać z tym do ostatniej możliwej 
chwili.

Wiedział przecież, że jego właściwym przeciwnikiem nie są zniewolone przez Jądro 

automaty. Usiłował wymyślić sposób, żeby zadać Jądru decydujący cios, ale tak, aby jego 
androidowi nie stała się żadna krzywda. Nie mógł się posłużyć błyskawicą Sithów, ale istniały 
jeszcze inne metody.

Uskoczył poza zasięg klingi świetlnego miecza PROXY’ego i ruszył na trajkoczący tłum 

innych automatów. Wymachując świetlnym mieczem, przecinał je na pół i szatkował procesory. W 
pewnej chwili, kiedy automaty postanowiły go zaatakować wszystkie naraz, w powietrzu pojawiły 
się skwierczące impulsy elektronicznych myśli. Uczeń odepchnął je z powrotem i wbił szpic klingi 
świetlnego miecza głęboko w zestaw procesorów.

- Jądro, czy to cię zabolało? - zapytał.
- Nie odczuwam bólu - odparła planetarna inteligencja, wykorzystując wokoder 

PROXY’ego. - A moje myśli obejmują całą planetę. Nic, co zrobisz w tej pieczarze, nie sprawi mi 
najmniejszej różnicy.

PROXY przeskoczył nad tłumem automatów, udając tym razem Anakina Skywalkera. 

Uczeń spotkał się z nim w powietrzu. Zobaczył ciągnący się za androidem kabel, którego nadal nie 
mógł dosięgnąć. Jądro wykorzystywało repulsory PROXY’ego, żeby utrzymywać kabel poza 
zasięgiem broni Starkillera.

Poza jej fizycznym zasięgiem. Jądro pewnie się spodziewało, że jego przeciwnik ucieknie 

się do telekinezy, aby przerwać kabel, więc uczeń nawet tego nie próbował. Znał jednak inne, mniej 
bezpośrednie formy ataku. Zauważył, że kabel za plecami PROXY’ego faluje jak sinusoida nad 
głowami zniewolonych automatów. Wkrótce uczeń wypatrzył we właściwym miejscu odpowiednio 
wysokiego androida. Bez specjalnego wysiłku posłużył się Mocą i spowodował eksplozję jego 
źródła zasilania.

Grzmot wybuchu odbił się echem od kamiennych ścian pieczary. W połowie jednego z 

napowietrznych wypadów PROXY się cofnął i opadł. Uczeń go nie atakował, tylko czekał, żeby się 
przekonać, jaki wpływ wywarła na niego energia tamtej eksplozji. Hologram zamigotał i spłynął po 
pancerzu jego przyjaciela. Zaczął się zmieniać, pokazując coraz to inne postacie: ludzi i obce istoty, 
władców Ciemnej i Jasnej Strony Mocy, a także wszystkich odcieni między nimi. Przez mgnienie 
oka uczeń widział nawet siebie i bardzo się ucieszył, kiedy jego hologram został zastąpiony przez 
inny. Miał już dosyć pojedynkowania się z samym sobą.

Kiedy dym się rozpłynął, PROXY był Zabrakiem o przepełnionych nienawiścią czerwonych 

oczach. Z jego czerwono-czarnego czoła wystawało kilka rogów. Zabrak miał na sobie czarne 
ubranie, a w jego spojrzeniu czaiła się żądza mordu.

Uczeń na chwilę znieruchomiał. Nigdy jeszcze nie widział tego szkoleniowego modułu. 

Albo Zabrak został wygrzebany z głębin baz danych PROXY’ego, albo android postanowił go 

background image

zachować na odpowiednią chwilę.

Zabrakański Sith wyszczerzył zęby i ruszył na Starkillera, roztrącając na boki stojące 

między nimi automaty. Niektóre same ustępowały, ale żaden nie zbliżył się nawet na metr do 
ciągnącego się za nim kabla, co dowodziło, że Jądro nie zamierza dać uczniowi drugiej okazji.

- Mięczak z ciebie - zadrwiło, kiedy uczeń znalazł się blisko. - Nie poświęcisz tego 

androida, chociaż kiedy poznam jego bazy danych, będzie to oznaczać twoją klęskę.

Uczeń postanowił nie tracić energii na gadanie. Blokował każdy cios i w końcu zmusił 

Zabraka do cofnięcia się o krok. Frustracja dawała mu poczucie siły, chociaż na razie uczeń nie 
mógł zrobić z niej użytku. Nie mógł zawalić sklepienia, bo prawdopodobnie by zniszczył 
PROXY’ego i sam zginął, zresztą nawet to nie wywarłoby większego wrażenia na inteligentnym 
Jądrze. Jeżeli rzeczywiście, jak utrzymywało, było rozproszone po całej powierzchni planety, 
zniszczenie go było niemożliwe.

Usiłował stać się potężniejszy niż Darth Vader, a tymczasem nie mógł nawet ocalić 

najlepszego przyjaciela.

- Przemoc prowadzi do anarchii - poinformowało go Jądro podczas walki. - Przemoc to 

zagrożenie dla władzy. A więc kiedy ja przejmę władzę, przemoc zostanie wyeliminowana.

- Wygląda na to, że o wszystkim pomyślałeś. - Uczeń z wielkim trudem zablokował 

kombinację ciosów, których jeszcze nigdy nie widział, nawet podczas pojedynków ze swoim 
mistrzem.

- Nie istnieje ewentualność, której nie zbadałem - stwierdziło Jądro ustami zabrakańskiego 

Sitha.

- Tak uważasz?
Uczeń zmusił androida do cofnięcia się serią szybkich ciosów i akrobatycznych manewrów. 

PROXY nie był tak dobrze wyszkolony jak on i nie miał wspomaganych przez Moc możliwości 
Starkillera. Nigdy nie zdołałby go pokonać podczas pojedynku na świetlne miecze, chociaż nawet 
korzystał ze wsparcia Jądra. Uczeń walczył z zapałem, ale przyświecał mu tylko jeden cel... a było 
nim uwolnienie umysłu od wszystkich myśli i uczuć. Nie pojedynkował się z Sithem ani z 
androidem. Zmagał się z samym Jądrem... i wreszcie uznał, że pora z tym skończyć.

W pewnej chwili klingi ich świetlnych mieczy zwarły się i znieruchomiały. Siła człowieka 

zmagała się z siłą androida, a brązowe oczy mężczyzny wpatrzyły się w czerwone fotoreceptory.

- Poddaj się albo giń! - powiedziało Jądro.
- Istnieje trzecie wyjście. - Uczeń wykonał niespodziewany półobrót i wbił szpic klingi w 

tors androida. Pchnął tak głęboko, że klinga świetlnego miecza wyłoniła się za metalowymi plecami 
PROXY’ego i przecięła wystający stamtąd kabel. - Potrafię cię pokonać podczas tej walki.

Czerwone fotoreceptory zamrugały na chwilę wystarczająco długą, żeby kierujące ruchami 

PROXY’ego Jądro zdążyło zarejestrować zaskoczenie i najwyższe przerażenie. Hologram Zabraka 
rozpłynął się w iskrach zakłóceń i zniknął. Uczeń zobaczył straszliwą dymiącą dziurę w torsie 
androida. Zgasił klingę z satysfakcją, że jego cios rozstrzygnął tę walkę.

Jądro odwróciło androida i podjęło daremną próbę otworzenia klapki modułu, z którego 

wystawał koniec przeciętego kabla. Kiedy ostatni impuls energii opuścił metalowe członki, 
PROXY runął bezwładnie na dno pieczary.

Pojedynek się zakończył, ale Jądro nie zrezygnowało z walki. Posłało w stronę ucznia setki 

zniewolonych automatów, licząc na to, że zmiażdżą go samym ciężarem, zanim zdąży dotrzeć do 
najbliższego modułu procesora. Starkiller odepchnął całą gromadę jednym impulsem 
telekinetycznym i zamaszystym cięciem rozpłatał obudowę procesora. Nie zwracając uwagi na 
rozżarzone do czerwoności krawędzie rozcięcia, sięgnął lewą ręką w głąb trzewi inteligentnego 
modułu.

Pozwolił, żeby błyskawica przepłynęła przez niego i przez wszystkie procesory sieci Jądra. 

Przelał w nią cały swój gniew i ból, zaskoczony ich potęgą. Mszcząc się za PROXY’ego, za Juno, 
za Kotę i za siebie, zaczął roztapiać w ogniu obejmujący całą planetę umysł.

Zniewolone automaty podrygiwały jak w upiornym tańcu. Wydawały odgłosy, których nie 

powinno słyszeć żadne ucho, brzmiące jak wrzaski ginącego umysłu, który nigdy dotąd nie liczył 

background image

się z możliwością własnej zagłady. Miał być przecież nieśmiertelny i władać galaktyką, tymczasem 
stał się zwykłym kłębkiem przewodów. Doświadczał umysłowej burzy, która miała go unicestwić.

- Porządek! - wrzeszczało rozwścieczone Jądro. - Należy przywrócić porządek!
Przedśmiertne drgawki automatów trwały wiele minut. W tym czasie uczeń podsycał potęgę 

swojej wściekłości. Chciał się upewnić, że skasuje wszystkie informacje wyciągnięte przez Jądro z 
baz danych PROXY’ego. Nie zostawi niczego, co by mogło świadczyć o obecności Starkillera. 
Imperator nie mógł się dowiedzieć, ile sił się sprzysięgło, żeby go obalić, na dobre czy na złe. 
Uczeń nie zamierzał zostawiać żadnych świadków, ani żywych istot, ani robotów.

Kiedy umilkło i zamarło ostatnie metalowe ciało, a także wszystkie procesory i mrugające 

światła, uczeń osunął się na kolana, usiadł i oparł się plecami o plastikową obudowę procesora. 
Odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy.

Zastanawiał się, czy zrobił absolutnie wszystko, co mógł i co powinien. A może jeszcze dziś 

ktoś zażąda od niego czegoś więcej? Był potwornie zmęczony. Nie miał pojęcia, czy odzyska siły, 
chyba że będzie spał bez przerwy cały następny tydzień.

Niepokoiło go także, że Jądro mogło mieć rację. Wmawiało mu, że jest mięczakiem i że nie 

poświęci tego androida, chociaż dotarcie do baz danych PROXY’ego mogło oznaczać klęskę 
Starkillera.

Uczeń uświadomił sobie, że to prawda. Był emocjonalnie związany nie tylko ze swoim 

androidem, ale także z Kotą i z Juno. Jak to możliwe, żeby uczeń Sitha pozwalał sobie na taką 
słabość?

PROXY zginął.
I nie wiadomo, czy Juno zechce spędzić z nim resztę życia.
Czy w takiej sytuacji dalsza egzystencja miała jakikolwiek sens?
W pewnej chwili w wielkiej pieczarze coś się poruszyło. Starkiller otworzył oczy i uniósł 

świetlny miecz.

Jeden z unieszkodliwionych automatów odwrócił się i przetoczył. Spod niego wyłoniła się 

znajoma dłoń i wbiła zakrzywione palce w ubity grunt.

- Mistrzu?
Starkiller zerwał się na nogi, odepchnął na bok jeszcze parę unieszkodliwionych automatów 

i w końcu uwolnił rannego przyjaciela. PROXY poważnie ucierpiał od ciosu, którym uczeń przeciął 
kabel, ale jego fotoreceptory odzyskały już normalny kolor. Przebicie androida na wylot dla 
przecięcia kabla było wprawdzie bardzo ryzykowne, ale uczeń miał nadzieję, że ryzyko się opłaci. 
Ileż to razy przedtem „zabijał” PROXY’ego, a potem widział, jak android sam się naprawia? Tym 
razem też się tak stało.

- PROXY, nic ci nie jest? - zapytał. - Możesz stać?
Android spróbował się wyprostować, ale nie dał rady. Uniósł tylko tors i wsparł się na 

rękach.

- Nic się nie martw, mistrzu - powiedział. - Lepiej mnie zostaw. Teraz tutaj jest moje 

miejsce.

- Co ty wygadujesz? - żachnął się Starkiller. - Kiedy dotrzemy na pokład statku, zaraz cię 

naprawię.

- Jądro... - PROXY przyłożył dłoń do czoła. - Mistrzu, Jądro spaliło część mojego 

procesora. Moje pierwotne oprogramowanie zostało skasowane. Od tej pory stanę się dla ciebie 
bezużyteczny.

Uczeń się uśmiechnął, bo mimo wszystko pozostał mu promyk nadziei.
- Nigdy nie byłeś bezużyteczny, PROXY - powiedział. - I nie ma mowy, żebym cię tu 

zostawił. Chodź.

Pomógł androidowi wstać i objął go ramieniem, jakby PROXY nic nie ważył. Przedarli się 

między szczątkami zniewolonych automatów oraz zniszczonych modułów procesorów i dotarli na 
powierzchnię, kiedy już zapadał mrok.

CZĘŚĆ 3. Rebeliancka

background image

ROZDZIAŁ 32

Pustynie Rhommamoola płonęły gorącym pomarańczowym blaskiem, prażone promieniami 

słońca systemu. Juno pociła się od samego patrzenia. Zeszła na powierzchnię tylko po to, żeby 
Starkiller mógł kupić parę nowych serwomotorów rąk dla swojego androida, ale oddaliła się od 
statku tylko na taką odległość, na jaką było to absolutnie konieczne. Mieszkańcy podupadłej 
górniczej planety cierpieli głód z powodu toczącej się wojny. Na szczęście sąsiednia planeta - 
Osarian - znajdowała się na tyle daleko, że ciągnący się od zawsze konflikt między cywilizacjami 
obu tych systemów na razie wygasł. Gdyby nie to, Juno wolałaby poszukać innego miejsca na 
tymczasową kryjówkę, dopóki nie nadejdzie wiadomość od współkonspiratorów.

Pięć dni wcześniej Bail Organa poinformował ich o serii spotkań, do jakich doszło w 

rezydencji Cantham House na Coruscant. Oprócz niego brali w nich udział Garm Bel Iblis i Mon 
Mothma. Wyglądało na to, że wszystko zmierza we właściwym kierunku i że pomysł rebelii 
zaczyna przynosić owoce. To była dobra wiadomość. Z drugiej strony udział dwojga znanych 
przywódców ruchu oporu i uchodźców w sposób dramatyczny zwiększał ryzyko. Gdyby Imperator 
kiedykolwiek usłyszał określenie „Sojusz dla Przywrócenia Republiki”, jego zemsta byłaby 
straszliwa.

Zaletą wybrania Rhommamoola na kryjówkę była minimalna obecność imperialnych sił 

zbrojnych w przestworzach wokół planety. W dodatku blisko stąd było do Trasy na Korelię. 
Oznaczało to, że przekazy HoloNetu będą bardziej aktualne, niż gdyby planeta znajdowała się na 
terenie Zewnętrznych Rubieży. Juno obserwowała wiadomości, starając się z nich dowiedzieć 
czegoś o działalności raczkującej grupy rebeliantów. Wsłuchiwała się także w imperialną 
propagandę, śledząc informacje, które mogłaby uznać za powód do niepokoju. Na razie w 
HoloNecie nie pojawiło się nic, co by dotyczyło sabotażu na Kashyyyku czy też akcji na Raxus 
Prime. Nie znalazła także niczego na temat porywanych Wookiech, wymagających niewolniczej 
pracy tajnych przedsięwzięć czy rodzącej się rebelii.

Wmawiała sobie, że to pomyślna wróżba. Właściwe osoby po obu stronach politycznej 

bariery na pewno dobrze wiedziały, co się dzieje. Imperator musiał być świadom powstawania 
zbrojnej opozycji przeciwko swojej władzy, a ci, którzy marzyli o obaleniu Palpatine’a, zdobywali 
nowych sojuszników, dzięki którym stawali się silniejsi.

Oznaczało to, że Juno, Starkiller i Kota muszą czekać na wiadomość od Baila Organy. 

Senator miał wyznaczyć czas i miejsce spotkania wszystkich zainteresowanych osób, co na razie 
pozostawało ściśle strzeżoną tajemnicą. Na żądanie Juno w ciągu ostatniego tygodnia „Cień Łotra” 
zmieniał systemy trzykrotnie, żeby uciekinierzy trzymali się cały czas krok przed możliwym 
pościgiem.

Czekanie było jednak trudniejsze, niż Juno sobie wyobrażała. Jeszcze bardziej męczące było 

przebywanie na pokładzie statku w towarzystwie Starkillera. Ledwo odzywali się do siebie i unikali 
swojego towarzystwa. Młoda pilotka starała się przebywać w sterowni i w pomieszczeniach 
serwisowych, a uczeń praktycznie nie wychodził z medytacyjnej kabiny, w której spał i pracował 
przy naprawie PROXY’ego. Kota oscylował między Starkillerem a Juno jak ciężarek na napiętej 
strunie. Od czasu wydarzeń na Raxus Prime stary generał był jeszcze bardziej opryskliwy i 
zamknięty w sobie niż przedtem, chociaż nie chciał zdradzić dlaczego. Czasami powietrze było aż 
gęste od napięcia.

Wszystko pozostawało w zawieszeniu: rebelia, plany Starkillera, życie Juno...
- Czy nie można by polecieć na Korelię i tam zaczekać na wiadomość od Organy? - zapytała 

Juno generała. - Wiem, że właśnie tam ma być zorganizowane to spotkanie. Domyśliłby się tego 
nawet idiota, gdyby się dowiedział, że ma w nim uczestniczyć Garm Bel Iblis...

- To jeszcze jeden powód więcej, żeby tam nie lecieć - burknął były Jedi. - Gdyby nas tam 

zobaczono, wszyscy by się wystraszyli.

background image

- Ale nikt nas nie zobaczy - upierała się pilotka, chociaż wiedziała, że stary generał ma 

rację. - Mamy generator maskującego pola i...

Urwała, wsłuchując się w kroki metalowych stóp za plecami. Odwróciła się gwałtownie i na 

wszelki wypadek uniosła ręce, odruchowo przyjmując postawę obronną. Ogarnęła ją panika, a tętno 
na szyi pulsowało coraz szybciej.

- Bardzo przepraszam, że panią wystraszyłem, pani kapitan Eclipse - odezwał się PROXY z 

grzecznym ukłonem. - Chciałbym też przeprosić panią za moje postępowanie na Raxus Prime. Pani 
imię i nazwisko nie figurują już na liście moich celów i nigdy by się tam nie znalazły, gdyby Jądro 
nie dokonało zmian w moim pierwotnym oprogramowaniu. Cieszę się, że tylko pozbawiłem panią 
przytomności, żeby mnie pani nie śledziła i nie podniosła alarmu. - Android znów się skłonił. - Ma 
pani wszelkie prawo wyrzucić mnie w przestworza albo oddać na złom, a ja nie będę protestował, 
jeżeli wybierze pani jedno z tych rozwiązań. Sprzeczałem się na ten temat z moim panem wiele 
razy, ale się zdecydowałem.

Juno spojrzała ponad ramieniem androida i zobaczyła Starkillera, który miał gniewną minę, 

a jednocześnie wyglądał na zmartwionego, jakby się obawiał, że Juno może przyjąć propozycję 
PROXY’ego.

- Nie, PROXY - odparła pilotka, rezygnując z postawy obronnej. - To nie będzie konieczne. 

Po prostu zapomnijmy, że coś takiego w ogóle się wydarzyło. Cieszę się, że cię widzę... całego i 
sprawnego. Wyglądasz, jakbyś dopiero co zszedł z taśmy montażowej.

- Obawiam się, że jeszcze nie jestem idealnie sprawny, pani kapitan Eclipse, ale dziękuję za 

miłe słowa - odparł PROXY.

Umilkł i spojrzał na nią z wyraźną nadzieją, więc Juno zaczęła się rozpaczliwie zastanawiać, 

co jeszcze mogłaby powiedzieć.

- Uhm, chyba trzeba by sprawdzić, co się dzieje z rufowym generatorem ochronnego pola - 

odezwała się w końcu. - Wydaje mi się, że słyszałam, jak wpada w rezonans. Wolałabym, żeby 
popsuł się teraz, niż kiedy nam będzie naprawdę potrzebny.

- Załatwię to, pani kapitan Eclipse - obiecał PROXY.
Odwrócił się i, radośnie szurając stopami, udał się na rufę, a Juno zaciekawiła się, co 

android miał na myśli, sugerując, że nie jest w idealnym stanie. Przestał toczyć ustawiczne 
pojedynki ze swoim panem, więc na pokładzie „Cienia Łotra” zapanował większy spokój, ale Juno 
obawiała się, że obecnie, kiedy Starkiller go naprawił, PROXY może znów nabrać ochoty na te 
ćwiczenia. Miała nadzieję, że w miarę upływu czasu jego usterki staną się bardziej widoczne.

Zauważyła, że Starkiller się w nią wpatruje.
- Dziękuję ci - odezwał się uczeń.
Juno odwróciła się i usiadła w fotelu.
- Jesteś pewny, że procesor PROXY’ego nie został zakażony? - zagadnęła. - Jądro planety 

mogło w nim zainstalować rozmaite wirusy.

- PROXY ma czysty umysł - zapewnił ją Starkiller. - Z nas wszystkich chyba tylko on może 

to o sobie powiedzieć.

- Mów za siebie, chłopcze - warknął Kota.
Starkiller spojrzał na starego generała.
- Powiedz swojemu przyjacielowi, senatorowi Organie, że nie zamierzamy tu tkwić w 

nieskończoność - powiedział. - Rebelia się umacnia dzięki czynom, nie słowom.

Odwrócił się i powędrował do medytacyjnej kabiny, a Juno zajęła się znów obserwowaniem 

widoków za iluminatorem. Na razie była to jedyna czynność, na jaką jej pozwalano.

Dwa dni wcześniej opuściła sterownię, żeby się odprężyć. Kiedy wracała, wzmocniona 

fizycznie i umysłowo, podsłuchała, jak Kota i Starkiller rozmawiają w sterowni:

- ...nie potrafię zidentyfikować stylu - mówił stary generał. - Pomógłbyś mi to zrozumieć, 

gdybyś powiedział, kim był twój pierwszy nauczyciel.

- A kto mówi, że musisz wszystko rozumieć? - odparł Starkiller.

background image

- Na pewno chciałby to wiedzieć Garm Bel Iblis - stwierdził były Jedi. - Nie wie nic o tobie, 

a to znaczy, że pod względem strategicznym stanowisz zagrożenie.

Juno wstrzymała oddech.
- Jedynym zagrożeniem, o jakie musi się martwić, jest Imperator - burknął Starkiller tonem 

sugerującym, że uważa temat za wyczerpany. - A ja potrafię go obalić. To wszystko, co musicie 
wiedzieć.

Kota długo się nie odzywał.
- Uważaj, chłopcze - powiedział w końcu. - Kiedy mówisz coś takiego, niemal widzę, jak 

długi cień Ciemnej Strony wyciąga po ciebie macki.

Obaj mężczyźni pogrążyli się w posępnej zadumie. Kiedy Juno zdecydowała, że pora 

wrócić do sterowni, Starkiller znów się odezwał:

- Na Felucji stoczyłem pojedynek z młodą kobietą... padawanką Jedi, która przeszła na 

Ciemną Stronę - powiedział. - Darowałem jej życie.

- Wspominał mi o tym Organa - potwierdził generał. - Dlaczego o niej wspominasz?
- Chcę wiedzieć, czy od kiedy pobłądziła, nie ma już dla niej żadnej nadziei.
Kota mlasnął kilka razy językiem.
- Czy właśnie coś takiego przydarzyło się twojemu nauczycielowi? - zapytał.
Starkiller nie odpowiedział.
- Ha! - wykrzyknął w końcu Kota. - Zostaw mnie teraz samego, chłopcze. Twoje milczenie 

działa mi na nerwy.

Zanim Starkiller wyszedł ze sterowni, Juno zdążyła się ukryć. Kiedy usłyszała, że drzwi 

medytacyjnej kabiny zasuwają się za jego plecami, wróciła do sterowni i zobaczyła, że Kota siedzi 
na fotelu z zamkniętymi oczami, pogrążony w zagadkowej zadumie.

Młoda pilotka stwierdziła, że jest na nich obu po prostu wściekła. Co takiego było w 

mężczyznach, co kazało im cierpieć w milczeniu i krążyć wokół prawdy tak blisko, że ją niszczyli? 
Mogła opowiedzieć Kocie historie z życia Starkillera, po których usłyszeniu generał straciłby resztę 
włosów, ale sama nie była od nich ani trochę lepsza, skoro postępowała tak, żeby wszystkich 
zadowolić. Nikogo nie powinno obchodzić, jak naprawdę nazywa się Starkiller ani kim był jego 
nauczyciel. Liczyło się tylko to, co zrobił sam uczeń.

A także to, co jeszcze zrobi, dodała w myśli.
Ósmego dnia Starkiller wezwał ją i PROXY’ego do medytacyjnej kabiny.
Z początku Juno nie była pewna, czy go dobrze zrozumiała, ale w końcu zostawiła w 

sterowni pogrążonego w zadumie Kotę i udała się w stronę rufy, skąd dobiegał cichy pomruk. 
PROXY czekał już na nią przed drzwiami kabiny. Weszli do pogrążonego w półmroku 
pomieszczenia.

Starkiller stał bez ruchu pośrodku kabiny z bardzo poważnym wyrazem twarzy. Ożywił się 

dopiero, kiedy usłyszał cichy syk zasuwanych drzwi. Wyciągnął rękę w stronę Juno.

- Stań tam i nie odzywaj się ani słowem - polecił, wskazując mroczną wnękę, w której nikt 

nie mógłby jej zobaczyć. - PROXY, twoje miejsce jest tutaj.

Android stanął między Starkillerem a Juno. Młoda pilotka nie widziała ucznia, bo 

przesłaniał jej go PROXY.

Światła zamrugały i przygasły. Starkiller nabrał głęboko powietrza w płuca i spuścił głowę.
Metalowy pancerz androida rozjarzył się i zaczął zmieniać.
W medytacyjnej kabinie pojawiła się mroczna postać.
- Mój lordzie - odezwał się Starkiller, a Juno zamarło serce.
Ciemna postać, która pojawiła się na miejscu PROXY’ego, przemówiła dopiero po kilku 

sekundach.

- Imperator był bardzo... niezadowolony z twojego wyczynu na Raxus Prime. - Słysząc 

metaliczny głos Vadera, Juno poczuła wzdłuż kręgosłupa dreszcz obrzydzenia. - Kto się potem 
przyłączył do twojej sprawy?

Starkiller uniósł głowę i spojrzał na hełm swojego mistrza.
- Nieprzyjaciele Imperatora są ostrożni - zaczął. - Staram się zasłużyć na ich szacunek i 

background image

zaufanie, ale wielu z nich nie pozbyło się podejrzeń. Jeżeli ktokolwiek się dowie, że z tobą 
rozmawiam, wszystkie moje wysiłki zostaną zniweczone, a wówczas nie będziemy mogli nawet 
marzyć o armii, żeby rzucić wyzwanie Imperatorowi. - Stanął prosto. - Nie możesz się więcej 
pojawiać w tej kabinie. Sam się z tobą skontaktuję.

Vader zacisnął rękawice w pięści.
- Kiedy? - zapytał.
- Kiedy Sojusz formalnie powstanie i będzie gotów zadać cios sercu Imperium - odparł 

Starkiller.

Czarny Lord długo się nie odzywał, a pod hełmem nikt nie widział jego twarzy ani 

malujących się na niej emocji. Juno nie miała pojęcia, czego się spodziewać, więc poczuła ulgę, 
kiedy Vader w końcu z namysłem pokiwał głową.

- Tylko nie zwlekaj z tym zbyt długo - powiedział. Wymierzył wskazujący palec w pierś 

Starkillera. - Imperator z każdą chwilą staje się potężniejszy.

Hologram Vadera zamigotał i się rozpłynął, a PROXY stał się znów zwykłym androidem. 

Tym razem jednak, inaczej niż poprzednio, nie był zdegustowany, że musiał się wcielić w postać 
Dartha Vadera. Pogrążony w zadumie Starkiller spoglądał na niego chwilę, a później gestem 
nakazał mu wyjść z medytacyjnej kabiny.

Juno została sama ze Starkillerem - pierwszy raz od czasu wydarzeń na Felucji. Czyżby to 

była chwila, na którą tak czekała?

„Wyczuwam w tobie mnóstwo sprzeczności - powiedział mu wiele dni wcześniej Vader. - 

Twoje uczucia dla nowych sojuszników stają się coraz silniejsze. Nie zapominaj, że nadal mi 
służysz”.

Juno poczuła przypływ nadziei na myśl, że może jeszcze nie wszystko stracone, chociaż nie 

mogła być tego pewna. Kiedy zobaczyła, jak uczeń, utykając, wyłania się z mgły na Raxus Prime, 
dźwigając poważnie uszkodzonego PROXY’ego, jego twarz znów zdawała się budzić zaufanie. 
Najwyraźniej rozumiał, że może stracić na zawsze wiernego przyjaciela, chociaż był nim tylko 
android, który całe życie starał się go zabić. Mimo to Juno dostrzegła w Starkillerze prawdziwe 
emocje i ślady konfliktu wewnętrznego, o którym mówił Vader. Zrozumiała wówczas, że uczeń 
jeszcze się nie zdecydował.

Kiedy jednak podbiegła, żeby mu pomóc taszczyć PROXY’ego, Starkiller odepchnął ją i 

sam wszedł po rampie na pokład „Cienia Łotra”. Zachowywał się, jakby to ona była winna jego 
emocjonalnych rozterek... i jakby dokonała tego za pomocą sprytnych manipulacji. To podsyciło 
gniew Juno. Czy to jej wina, że została pilotką jego statku? Uczeń nie musiał jej ratować z 
więzienia na pokładzie „Empirycznej”. Mógł ją zostawić w celi i samemu pilotować swój statek.

Obecna sytuacja nie wynikła z niczyjej złej woli. Po prostu istniała. Juno pomyślała, że im 

szybciej uczeń sobie to uświadomi i zdecyduje, jakie uczucia żywi do niej i do otaczających go 
osób, tym lepiej.

- Lecimy na Korelię - odezwał się Starkiller. - Będą tam wszyscy... Bail i jego sojusznicy...
Juno nie mogła zgadnąć, czy uczeń jest zadowolony, czy przerażony.
- No cóż, jeżeli tak, w końcu będziesz miał swój Sojusz Rebeliantów - powiedziała. - 

Ciekawe, co z nim zrobisz.

Starkiller spojrzał na nią.
- Zaufaj mi, Juno - poprosił. - Robię to, co uważam za słuszne. Dla nas obojga.
Młoda pilotka bardzo chciała mu wierzyć. Nie miała wyboru, ale czuła się jak w pułapce, 

uwikłana w sieci możliwości. Tylko czas mógł pokazać, czy się z niej wyplącze.

Z korytarza zawołał Kota, wzywając ich do sterowni.
- Już czas! - oświadczył. - Możemy przystąpić do działania!
- Dokąd lecimy? - zapytała Juno generała, siadając na wysłużonym fotelu pilota. Kilka razy 

zgięła i rozprostowała palce.

- Naturalnie na Korelię - odparł Kota.
- Wiedziałam! - mruknęła pilotka. Starkiller także wiedział, zanim Kota wezwał ich do 

sterowni, przypomniała sobie, ale zaraz usunęła tę myśl z głowy. - Tak się składa, że już dawno 

background image

wpisałam parametry tego kursu.

Sprawdziła współrzędne w pamięci nawigacyjnego komputera i stwierdziła, że wszystko 

jest w porządku. Trasa była automatycznie uaktualniana co pół godziny, nawet kiedy pilotka spała. 
Kilkoma precyzyjnymi ruchami przesłała energię do jednostek napędu podświetlnego i nakazała 
statkowi opuścić orbitę - nie za szybko, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń, ale zarazem niezbyt 
wolno. Ucieszyła się, że ruszają w drogę, chociaż czuła w żołądku dziwne łaskotanie, jakby 
zagnieździł się tam rój motyli. Pragnęła, żeby się coś wydarzyło, ale jednocześnie trochę się tego 
obawiała. Wiedziała, że osiągnęli punkt, z którego nie ma odwrotu... Spojrzała na iluminator i 
zobaczyła odbicie Starkillera, który stał z tyłu sterowni. Młody mężczyzna zaplótł ręce na piersi i 
utkwił spojrzenie w iluminatorze, jakby już widział cel podróży. Miał nieodgadniony wyraz twarzy, 
a Juno poczuła, że jego obecność ją irytuje.

A jeżeli Vader wybrał mnie tylko dlatego, żebym wystawiła na próbę lojalność Starkillera? - 

zadała sobie pytanie. A może właśnie w tej chwili oblewam ten egzamin?

Pstryknęła dźwigienką przełącznika i gwiazdy za iluminatorem przemieniły się w ogniste 

smugi. „Cień Łotra” lekko się zakołysał, ale wślizgnął się do nadprzestrzeni równie gładko jak za 
pierwszym razem, kiedy Juno usiadła za jego sterami.

ROZDZIAŁ 33

Nadprzestrzeń. Gwiazdy. Atmosfera.
Juno nigdy nie miała dosyć przekraczania tych granic podczas każdej podróży. Uczeń się 

zastanawiał, czy młoda kobieta kiedykolwiek tęskniła za pełnym chwały okresem, kiedy latała jako 
pilotka myśliwca TIE. Jej zadanie polegało wówczas na ostrzeliwaniu i bombardowaniu, ale 
czasami także na transportowaniu pasażerów po całej galaktyce. Sądząc po jej zachowaniu na 
Raxus Prime, brała udział co najmniej w kilku akcjach bojowych, ale nie było w tym nic 
zaszczytnego. Żołd był kiepski, a zachowanie kolegów i koleżanek z eskadry na ogół pozostawiało 
wiele do życzenia.

Kiedy wyszedł z medytacyjnej kabiny, nigdzie nie zobaczył Koty. Poczuł się lekko 

rozczarowany. Miał nadzieję, że obecnie, kiedy Rebelia zaczynała przybierać konkretne kształty, 
stary generał postara się otrząsnąć z przygnębienia. Powiedział sobie jednak, że nie powinien być 
zaskoczony jego zachowaniem. Po wielu miesiącach pijackiego otępienia i depresji trzeba by 
czegoś niezwykłego, żeby Kota przyszedł do siebie.

Starkiller usiadł na rozkładanym fotelu za plecami Juno, zdziwiony niezwykłym spokojem, 

jaki odczuwał. A przecież cały czas targały nim dwa sprzeczne uczucia: lojalność względem Rebelii 
i oddanie dla swojego mistrza. A także sprzeczne emocje, jakie wzbudzały w nim Juno i Imperator. 
Starkiller poruszał się między nimi jak linoskoczek, próbując cały czas zachowywać równowagę, 
chociaż przychodziło mu to z najwyższym trudem.

A jeszcze niedawno nie potrafił zachować tej równowagi. Po opuszczeniu Raxus Prime 

obiecał sobie, że wymyśli taki sposób obalenia Imperatora, żeby Juno mogła potem pozostać w jego 
życiu. Cały tydzień zastanawiał się nad możliwościami, przez co o mało nie oszalał. Obecnie 
jednak przyszła mu do głowy zupełnie nowa możliwość. Mógłby powołać do życia Sojusz 
Rebeliantów, jak planowali od początku, ale - zamiast przekazać nad nim władzę swojemu 
mistrzowi - samemu stanąć na czele. A później, kiedy Imperator zostanie obalony...

Co mi przychodzi do głowy? - zadał sobie pytanie. Miałbym przekazać władzę nad 

galaktyką niedoświadczonej bandzie powstańców? Czy nie lepiej władać galaktyką w pojedynkę z 
Juno u mojego boku? A może najlepiej byłoby abdykować i na zawsze zniknąć?

Plan należało dopracować w szczegółach, ale to był jego plan. Uczeń znalazł wreszcie 

właściwy kierunek. Od tej pory nie musiałby kierować się tam, gdzie go posyła były mistrz. 
Mógłby świadomie realizować swój plan, podążając ku własnemu przeznaczeniu.

A Juno mu zaufała...
Może ja także powinienem jej zaufać? - pomyślał. Może, choć trudno w to uwierzyć, 

background image

Rebelianci pomogą mi w zabiciu mojego mistrza, a potem wszyscy troje staniemy się wolni?

Pomysł był tak absurdalny, że Starkiller z miejsca go odrzucił.
Na razie musiała mu wystarczyć świadomość, że spotkanie odbędzie się zgodnie z planem, 

bez obaw, że ktoś okaże się zdrajcą. Rebelia powstanie, choć nie wiadomo na razie, dokąd 
doprowadzi. Podjęcie tej decyzji pozwoliło mu osiągnąć równowagę między zmagającymi się w 
nim emocjami. Dzięki temu poczuł większy spokój niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich miesięcy.

„Cień Łotra” opadł z okołobiegunowej orbity i zaczął lecieć nad północno-zachodnim 

pasmem górskim planety. Oglądana z dużej odległości Korelia była zdumiewająco piękna. Dwa 
szerokie oceany oblewały dobrze zagospodarowane kontynenty o umiarkowanym klimacie, a że 
ośrodki produkcyjne znajdowały się przeważnie na orbicie, biosfera planety była wolna od 
przemysłowych zanieczyszczeń, które na innych planetach stanowiły istną plagę. Na powierzchni 
Korelii widniały jednak ślady degradacji, jakiej ulegała w przeszłości. W jednym z takich miejsc 
mieli wylądować - w zrujnowanym mieście w sercu zdewastowanego płaskowyżu. Starkiller nie 
znał jego nazwy ani historii, ale kiedy statek się zbliżał do spustoszonego przez pożary, a obecnie 
przyprószonego śniegiem miejsca otoczonego przez ruiny, od razu zgadł, co się tu stało.

Wcześniej czy później wszystkie przedsięwzięcia kończą się fiaskiem, pomyślał. Posągi 

obracają się w ruiny, a najwspanialsze plany rzadko przeżywają swoich autorów. Gdyby on, Darth 
Vader albo Imperator zginęli następnego dnia, kto by pamiętał o śmiałych pomysłach, które ich 
połączyły?

Pilotując zręcznie statek, Juno okrążyła ruiny. Chciała się upewnić, że na dole nie czekają 

na nich żadne niespodzianki. Wylądowała łagodnie obok trzech przyprószonych śniegiem 
wahadłowców. Jeden z nich należał niewątpliwie do Baila Organy. Między statkami a miejscem 
lądowania „Cienia Łotra” przechadzali się umundurowani strażnicy.

- Jesteśmy na miejscu - odezwała się pilotka, zanim jeszcze zdążyły ostygnąć jednostki 

napędu podświetlnego. - Zawsze wiedziałam, że te historie na temat Korelii są przesadzone.

- Wygląda na to, że wszyscy już są. - Uczeń za bardzo się koncentrował na przyszłym 

spotkaniu, żeby się roześmiać z jej żartobliwej uwagi. - PROXY? Idziemy.

Juno odwróciła się i spojrzała na niego.
- Kota się z wami nie wybiera? - zapytała.
Uczeń powiódł spojrzeniem po sterowni.
- Wszystko wskazuje, że pójdę sam - powiedział. - Życz mi powodzenia.
Juno zdecydowała się od razu.
- Sam nie pójdziesz, mowy nie ma - oznajmiła. - Zaczekaj. - Zerwała się z fotela pilota i 

wygładziła to, co jeszcze zostało z jej munduru, po czym jednym ruchem przeczesała palcami 
włosy. Pstryknęła dźwigienką ukrytego przełącznika, otworzyła tajny panel i wyjęła z niego pistolet 
w kaburze, którą przypięła do pasa. - Będę cię osłaniała.

- Teraz powinnaś mnie ostrzec, żebym cię nie zrozumiał niewłaściwie - zauważył Starkiller.
Juno wskazała świetlny miecz u jego pasa.
- Nie zmuszaj mnie, żebym użyła broni - powiedziała. - Nie muszę mówić nic więcej.
Uczeń pokiwał głową, bo wcale nie miał jej tego za złe. Zeszli po rampie, chroniąc twarze 

przed zacinającym śniegiem.

Strażnicy w ciepłych, zimowych mundurach bez słowa poprowadzili całą trójkę między 

ruiny. Uczeń, Juno i PROXY długo wspinali się kamiennymi kręconymi schodami, aż znaleźli się 
w stacji obserwacyjnej, z której rozciągał się widok na zębate szczyty gór. W prowizorycznej sali 
konferencyjnej umieszczono prostokątny stół, przy którym mogło usiąść kilkanaście osób. Za 
stołem stał godnie wyprostowany Bail Organa, ubrany w oficjalne szaty swojego urzędu. Obok 
niego stała kobieta w średnim wieku o zatroskanej twarzy. Uczeń doszedł do wniosku, że to pani 
senator Mon Mothma z sektora Bormea. Obok Mon Mothmy uczeń zobaczył barczystego 
mężczyznę o długich siwiejących włosach i wąsach - byłego senatora z Korelii, Garma Bel Iblisa. 
Na widok wchodzących Organa uprzejmie kiwnął im głową, ale jego towarzysze okazali trochę 
większą rezerwę.

Uczeń podszedł bez wahania bliżej i stanął naprzeciwko trojga zgromadzonych za stołem 

background image

osób, a dokładnie naprzeciwko Garma Bel Iblisa stojącego przed północną „ścianą” sali, która była 
właściwie tarasem o sklepieniu wspartym na kilkunastu kamiennych kolumnach. Widoczne w 
oddali ośnieżone szczyty gór potęgowały wrażenie, jakby cała sala znajdowała się w chwiejnej 
równowadze między niebem a skałami i jakby siła ciążenia mogła w każdej chwili tę równowagę 
zakłócić.

Duże kamienne drzwi zasunęły się niemal bezszelestnie za ich plecami. Kiedy się zamknęły, 

Juno odeszła na bok. Dołączyła do grupy mężczyzn i kobiet w mundurach strażników Korelii, 
Chandrili i Alderaana, którzy mieli czuwać na bezpieczeństwem uczestników spotkania. Bail 
Organa wydał polecenie, a PROXY się rozjarzył i pokrył przekazywanym z innego miejsca 
galaktyki holograficznym wizerunkiem jego córki, Leii. Na widok uczestników spotkania 
księżniczka kiwnęła głową, podeszła do stołu i stanęła obok ojca.

Pierwszy przerwał ciszę Bail Organa.
- Przyjaciele, dziękuję wam, że przylecieliście - zaczął. - Wiem, że to była niełatwa decyzja. 

Uczestnicząc w tym spotkaniu, wszyscy ryzykujemy życie... podobnie jak przy wielu poprzednich 
okazjach. - Kiwnął głową uczniowi, który się wyprostował, ale nic nie powiedział. Zabieranie głosu 
podczas zgromadzeń widocznie było dla niego czymś równie egzotycznym jak taniec zwany 
Wirującym Kavandango. - Wierzę, że mamy nadzieję na lepszą przyszłość - podjął Organa. - To 
spotkanie zwiastuje nadejście czasów, kiedy nie będziemy się musieli spotykać ukradkiem... i kiedy 
wszyscy będą mogli żyć w dostatku i spokoju, wolni od jarzma strachu, jakie Imperator narzucił 
całej galaktyce. Wierzę, że dzisiaj możemy zacząć urzeczywistniać nasze marzenia.

Mon Mothma pokiwała głową.
- Długo o tym dyskutowaliśmy - przypomniała. - Doszliśmy do wniosku, że czas 

dyplomatycznych kroków i politycznych gierek minął. Nadszedł czas działania.

- Nareszcie - zgodził się z nią Bel Iblis chrapliwym, niskim głosem.
- Pod względem logistycznym połączenie naszych sił ma sens - ciągnął Organa. - Mój 

majątek może posłużyć do finansowego wsparcia Rebelii, Garm dostarczy nam potrzebną flotę, a 
Mon Mothma żołnierzy. Od kilku lat staramy się osiągnąć swoje cele i czekamy na katalizator, 
który pomoże nam połączyć siły. Moim zdaniem zdobyliśmy taki katalizator. Bylibyśmy głupcami, 
gdybyśmy z niego nie skorzystali.

- Potrzebowaliśmy tylko kogoś, kto wykaże inicjatywę - zabrała głos Mon Mothma, 

zwracając się bezpośrednio do ucznia. - Wiemy, że mamy po swojej stronie potęgę Mocy.

- Krótko mówiąc - odezwał się Garm Bel Iblis, mrużąc oczy - zgodziliśmy się, żebyś został 

naszym przywódcą. Przyłączymy się do twojego sojuszu.

- Ocaliłeś życie mnie i mojemu ojcu - podsumowała uroczyście Leia Organa. - Jeżeli 

Imperatorowi się wydaje, że zawsze będzie nami pomiatać, jest w Wędzie.

- Pod jednym względem nie masz racji, księżniczko - odezwał się ktoś, kto nagle pojawił się 

na progu sali.

Uczeń odwrócił się, zdziwiony. Skrzydła drzwi rozsunęły się tak cicho, że nic nie usłyszał. 

Do sali audiencyjnej wszedł Kota.

- Chłopak ocalił mnie także. - Kota nie wyglądał już jak rozmemłany pijaczyna, ale jak 

zaprawiony w bojach generał. Nie ukrywał pod przepaską pustych oczodołów i miał wypolerowane 
buty. Kosmyki siwych włosów starannie zaplótł, a płaszcz leżał na nim jak nowy. Trzema pewnymi 
krokami pokonał odległość do ucznia i położył dłoń na jego ramieniu. - Ja także przyłączę się do 
rebelii, jeżeli mnie zechce przyjąć - stwierdził uroczystym tonem.

Uczeń wyciągnął rękę i uścisnął powykręcane palce Koty.
- A myślałem, że cały czas śpisz jak zabity w ładowni - powiedział.
Generał się uśmiechnął.
- W końcu przyszedłem do siebie - zauważył.
Uczeń spojrzał ponad jego ramieniem i zauważył, że Juno promienieje. Kiwnął jej głową i 

dał do zrozumienia, że teraz musi się zająć tym, po co tu przyleciał.

- A zatem postanowione - odezwał się Bail tonem, jakim zazwyczaj zabierał głos podczas 

wystąpień w Senacie. - Niech nasze dzisiejsze spotkanie stanie się oficjalną Deklaracją Rebelii. 

background image

Złóżmy dzisiaj przysięgę, że obalimy Imperium, aby galaktyka i wszyscy jej mieszkańcy, 
Hamadryanie, Wookie czy Weequayowie, byli któregoś dnia wolni. Każda inteligentna istota ma 
niezbywalne prawo do życia w bezpieczeństwie i do walki o to prawo, jeżeli ktoś kiedykolwiek...

Przerwał mu huk potężnej eksplozji. Posadzka pod stopami uczestników spotkania zadrżała, 

a ze sklepienia posypał się pył.

Bail Organa przestał się uśmiechać. Cofnął się od stołu i odwrócił w stronę córki.
- PROXY! - wykrzyknął. - Przerwij transmisję!
Android zgasił hologram i znów stał się sobą.
Chwilę później orlim gniazdem wstrząsnęła kolejna eksplozja. Uczeń podbiegł do północnej 

ściany i spojrzał między kamiennymi kolumnami w niebo. W najwyższych warstwach atmosfery 
unosił się złowieszczy klin gwiezdnego niszczyciela, a po niebie śmigały eskadry myśliwców TIE.

- Nie - szepnął. - O nie!
Nagle drzwi za jego plecami się rozsunęły, a jego słowa zostały zagłuszone przez odgłosy 

blasterowych strzałów i okrzyki.

ROZDZIAŁ 34

Juno wyszarpnęła pistolet z kabury, zanim jeszcze ucichnął grzmot pierwszej eksplozji, ale 

nie miała pojęcia, w którą stronę go skierować. Starkiller wyglądał na równie wstrząśniętego jak 
wszyscy inni. Podbiegł na skraj tarasu i wyjrzał na zewnątrz, a na jego twarzy odmalowało się 
paniczne przerażenie.

Juno uświadomiła sobie, że wydarzyło się coś okropnego.
Usłyszała kolejny huk - to eksplodowały drzwi sali - i w chmurze pyłu i kamiennych 

okruchów przeleciała w powietrzu aż do północnej ściany. Osłoniła rękami twarz, upadła na 
kamienną posadzkę i przetoczyła się, tak jak ją szkolono, po czym przyklękła z pistoletem 
wymierzonym w otwór drzwiowy. Wpadały przez niego kłęby dymu i pyłu, przysłaniając błyski 
światła. Mimo dzwonienia w uszach Juno słyszała, jak ludzie walczą i umierają. Do walki 
przyłączyli się senatorscy strażnicy, a młoda pilotka czekała bez ruchu na okazję do oddania 
idealnego strzału. Nie chciałaby jej przegapić.

Usłyszała głośniejsze okrzyki i zauważyła, że dym w otworze drzwiowym zabarwił się na 

czerwono. Przez drzwi weszła mroczna zjawa i zaczęła zbliżać się do niej.

Juno oddała trzy strzały, ale wszystkie odbiły się od kolumny jaskrawoczerwonego blasku. 

Jedna z odbitych błyskawic wbiła się w posadzkę przed jej stopami, aż Juno poczuła ukłucia 
kamiennych okruchów. Pistolet jak żywy wyrwał się z jej palców.

Darth Vader przeszedł przez próg, jakby był władcą świata. I chyba tak traktowali go 

szturmowcy z otaczającej go drużyny.

- Brać ich żywcem - rozkazał Czarny Lord, wskazując żołnierzom troje senatorów. - 

Imperator chce osobiście wykonać na nich wyrok śmierci.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Kota szarpnięciem oderwał od pasa cylinder 

świetlnego miecza Starkillera i rzucił się na lorda Sithów. Vader uniósł rękę i korzystając z potęgi 
Ciemnej Strony, chwycił starego generała za gardło. Kota wypuścił z palców świetlny miecz i 
podjął rozpaczliwą próbę oderwania dławiących go niewidocznych palców, ale osiągnąć tylko tyle, 
że jeszcze mocniej zacisnęły się wokół jego gardła. Vader szybko przełamał opór generała, rzucił 
go jak łachman w kierunku szturmowców i przestał się nim interesować.

Bail Organa, Mon Mothma i Garm Bel Iblis zostali otoczeni. Nie kryjąc wściekłości, były 

koreliański senator splunął pod stopy Dartha Vadera, za to jego kolega zachował spokój i stał jak 
ucieleśnienie godności. Mon Mothma uniosła buntowniczo głowę.

Okazało się jednak, że to nie na nią patrzył Vader.
Starkiller stał jak skamieniały między kolumnami północnej ściany orlego gniazda. 

Wyglądał jak ktoś całkowicie pokonany, ale zbuntowany, chociaż panujący nad swoimi emocjami. 
Z jego oczu strzelały błyski, a zaciśnięte pięści lekko drżały.

background image

Darth Vader pochylił ukrytą w kopulastym hełmie głowę.
- Spisałeś się dobrze, mój uczniu - powiedział.
Bail Organa syknął przez zaciśnięte zęby i spojrzał na Starkillera. Gdyby spojrzenie mogło 

zabijać, uczeń już by nie żył. Garm Bel Iblis spąsowiał z wściekłości, a Mon Mothma stała sztywno 
wyprostowana i blada jak bryła lodu.

Zanim Starkiller zdążył uwolnić myśli i wysłać je do miejsca, w które potoczył się jego 

świetlny miecz, konferencyjny stół uniósł się w powietrze i poszybował prosto na niego. Z 
trzaskiem złamał trzy kamienne kolumny, trafił ucznia w pierś i posłał poza krawędź tarasu. 
Ignorując wszystkich innych w audiencyjnej sali, Czarny Lord uniósł klingę świetlnego miecza i 
ruszył na skraj kamiennej płyty.

Juno zerwała się na nogi, ale metalowa dłoń powstrzymała ją przed spotkaniem z niemal 

pewną śmiercią.

- Nie w taki sposób, pani kapitan Eclipse - syknął PROXY do jej ucha. Wypchnął ją za 

drzwi i skierował w boczną odnogę korytarza, w której nie było szturmowców. Korzystając z 
nieuwagi strażników, wyświetlił na pancerzu hologram jej wizerunku, nie wyłączając smug pyłu na 
skroniach, żeby nikt nie zauważył jej nieobecności. - Mój pan będzie jeszcze potrzebował pani 
pomocy.

Walcząc z szokiem, Juno posłuchała androida. Zbiegła po wąskich kręconych schodach, 

które cały czas lekko drżały od ostrzału okolicy z orbity.

Vader na Korelii... ale przecież Starkiller się tego nie spodziewał!
Gdyby zdążyła w porę wrócić na pokład „Cienia Łotra” i gdyby się okazało, że młody 

mężczyzna przeżył straszliwy cios, jaki wymierzył mu Vader, może jeszcze nie wszystko byłoby 
stracone.

Ogarnięta nagłym optymizmem, śmiejąc się przez łzy, wybiegła przez drzwi wieży na 

zewnątrz, żeby stawić czoło hordom Imperialców.

ROZDZIAŁ 35

Uczeń wylądował w kucki, z pochyloną głową, w śniegu rumowiska u stóp kamiennej 

wieży. Chwytał rozpaczliwie powietrze niczym w agonii, wdzięczny losowi za każdą porcję, jaka 
wpadała do jego płuc. Powinien był zginąć, bo taki cios kantem stołu w pierś zabiłby prawie 
każdego. Fakt, że wciąż jeszcze oddychał, najlepiej dowodził, że jego mistrz popełnił jeden błąd.

Odtworzył swojego ucznia silniejszego i bardziej wytrzymałego, niż był poprzednio.
Słysząc skrzypienie ciężkich butów na śniegu, zorientował się, że jeden błąd Dartha Vadera 

to za mało, aby go pokonać.

Uniósł głowę i mimo bólu wykrztusił przez zaciśnięte zęby:
- Zgodziłeś się... trzymać od tego... z daleka.
Zauważył, że z jego warg ściekają w śnieg krople krwi.
- Kłamałem - odparł jego mistrz. - I to od samego początku.
Potęga Ciemnej Strony uniosła Starkillera z zaśnieżonego rumowiska i unieruchomiła w 

powietrzu przed Vaderem. Uczeń poczuł ból tak dotkliwy, że z trudem powstrzymał krzyk.

Od samego początku? - powtórzył w myśli.
- Nigdy nie miałeś zamiaru... obalić Imperatora! - wychrypiał.
- A przynajmniej nie zamierzałem tego zrobić z twoją pomocą - potwierdził Czarny Lord.
Jakby od niechcenia cisnął nim w kierunku zaśnieżonego zbocza góry. Uczeń poślizgnął się 

po oblodzonym gruncie, by zaraz zacząć się zsuwać po skalnej ścianie.

Wszechświat na chwilę wywinął kozła. Spadając, uczeń pomyślał, że chyba stracił 

przytomność. Podnóże góry znajdowało się niewiarygodnie daleko, tysiące metrów niżej. A w 
dodatku nic nie wskazywało na to, żeby się do niego zbliżał. To go zaintrygowało.

Kiedy odzyskał świadomość, przekonał się, że wisi nad przepaścią, resztką sił uczepiony 

skalnego występu.

background image

Pomyślał o swojej sytuacji. Zadanie, które powierzył mu jego mistrz, zostało wykonane: 

Rebelianci zgromadzili się w jednym miejscu, dzięki czemu mogli zostać łatwo schwytani i zabici. 
To właśnie był powód, dla którego Darth Vader go ocalił, kiedy zadał mu śmiertelny cios z rozkazu 
Imperatora. Jedynym obowiązkiem ucznia było dać się zabić.

Myśląc o tym, co się wydarzyło, Starkiller poczuł wyrzuty sumienia. Zamierzając 

wykorzystać Sojusz Rebeliantów do własnych celów, zasłużył na los, jaki go spotkał.

Doprowadzała go jednak do szału myśl, że został przechytrzony. To prawda, zdradził 

swojego mistrza, ale to mistrz pierwszy go zdradził. Teraz musi na nowo podjąć walkę. Miał Moc 
na swoje usługi, więc mógł zadać ostateczny cios Darthowi Vaderowi i uwolnić pozostałych.

Zrobić to, czego nie udało mu się dokonać do tej pory.
Dopiero wówczas uświadomił sobie, że Vader do tego dążył.
Z rozkazu Imperatora... - przypomniał sobie.
To wszystko było tylko przedstawieniem, od samego początku. Jego „zmartwychwstanie”, a 

przedtem rzekoma śmierć i nawet porwanie z powierzchni Kashyyyka. Vader i jego uczeń byli 
tylko marionetkami, tańczącymi tak, jak im kazał Imperator. Mogli sobie wierzgać, ale sznurki były 
wytrzymałe.

Uczeń spróbował się roześmiać, ale z jego gardła wydobył się tylko bolesny rechot.
Chwilę później na tle nieba nad nim pojawił się jego mistrz. Jego potężna sylwetka 

przesłoniła całą resztę świata.

- Beze mnie... - szepnął uczeń - ...nigdy... nie będziesz wolny...
Darth Vader uniósł krwistoczerwoną klingę, ale słysząc dobiegający zza pleców syk innej 

zapalanej klingi, odwrócił się jak użądlony.

Uczeń nie miał już sił, żeby utrzymać otwarte oczy. Jego palce zdrętwiały tak, że ich nie 

czuł. Nie czuł zresztą całego ciała; miał wrażenie, że odrywa się niczym piórko od skalnej ściany. 
Mimo zamkniętych oczu coś jednak widział. Wydawało mu się, że stoi na szczycie skały i patrzy, 
jak jego mistrz się odwraca, żeby Stawić czoło Obi-Wanowi Kenobiemu.

Na jego widok Czarny Lord skamieniał. Wykorzystując ten moment wahania, dawno zmarły 

mistrz Jedi rzucił się do ataku. Na jego twarzy malowało się zdecydowanie. W ostatnim możliwym 
ułamku sekundy Czarny Lord odparował cios i cofnął się dwa kroki w kierunku skraju urwiska. 
Rzucił się do ataku i dwoma ciosami tak szybkimi, że ruchy klingi w zimnym powietrzu zlały się w 
jedną rozmazaną smugę, rozbroił Kenobiego i rozpłatał go na pół.

Części mistrza upadły na oblodzony grunt, a otaczający je hologram się rozpłynął. Z 

korpusu androida strzeliły iskry, a po śniegu rozsypały się delikatne podzespoły. PROXY drgnął 
jeszcze raz, zanim jego fotoreceptory zupełnie zgasły.

Darth Vader podszedł i trącił korpus androida czubkiem ciężkiego buta. PROXY nie 

zareagował.

Przypomniawszy sobie o swoim uczniu, Czarny Lord odwrócił się i stanął na krawędzi 

urwiska. Chłopiec, którego zabrał z Kashyyyka, beznamiętnie go obserwował, nie obawiając się 
zdemaskowania. Vader nie zauważył go, bo nie mógł go zobaczyć. Jego były uczeń był niczym 
ulotna myśl na wietrze, odłączony od wszystkiego, kim był; i nie mógł nic zrobić, chociaż jego 
wola wydawała się silniejsza niż kiedykolwiek.

W końcu Vader opuścił klingę świetlnego miecza i wrócił do ruin wieży, gdzie szturmowcy 

wiązali Rebeliantów jak pospolitych przestępców i wyprowadzali przez zniszczone drzwi sali.

Dopiero wtedy uczeń powrócił do swojego ciała. Krawędź urwiska i całe jego życie 

znajdowały się wysoko nad nim. Czuł się wypalony; nie zostało w nim nic, może z wyjątkiem 
lekkiej ciekawości.

Co takiego jest w umieraniu, że wydobywa z nas to, co najlepsze? - zadał sobie pytanie 

Starkiller. Najpierw widziałem przyszłość... później opuściłem moje ciało...

Świat wokół niego był czarny jak noc i zimny. Nie mógł zrobić nic, żeby temu zapobiec, 

więc po prostu się poddał i pozbył resztek niepokoju.

W jego głowie kołatała się już tylko jedna niedokończona myśl: żałuję, że nie powiedziałem 

Juno...

background image

A później zapadł w głęboką, pozbawioną snów ciemność.

ROZDZIAŁ 36

Juno zamrugała, żeby pozbyć się łez, i obróciła statek wokół osi. Najszybszy start, jaki 

kiedykolwiek wykonała, pozwolił jej uniknąć zasadzki Imperialców, a maskujące pole pomogło 
statkowi uniknąć wykrycia przez promienie skanerów gwiezdnego niszczyciela, ale sama Juno nie 
mogła zrobić nic. Pozostawało tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż podwładni Vadera 
skończą wykonywać zadanie, a ona będzie mogła powrócić na miejsce ich akcji. Zajęła pozycję nad 
planetą na orbicie, która nie powinna wzbudzić niczyich podejrzeń, i czekała na okazję. Wiedziała, 
że jeżeli pojawi się szybko na miejscu ostatnich wydarzeń, może tę okazję zaprzepaścić i nie 
doczekać się następnej.

„Mój pan będzie później potrzebował pani pomocy”, powiedział jej PROXY. Obojętne, o co 

mu chodziło, Juno miała nadzieję, że jego plan się powiedzie, w przeciwnym razie jej powrót nie 
będzie miał najmniejszego sensu.

Zauważyła, że wahadłowiec Vadera startuje z Korelii w kłębach pary, a później, 

eskortowany przez klucz myśliwców TIE, wlatuje do hangaru gwiezdnego niszczyciela i znika jej z 
oczu. Nie miała pojęcia, kto znajduje się na pokładzie promu Czarnego Lorda, ale mogła to sobie 
łatwo wyobrazić.

Brać ich żywcem, przypomniała sobie. Imperator chce osobiście wykonać na nich wyrok 

śmierci.

Frustracja i świadomość powagi sytuacji poderwały ją z fotela. Zaczęła chodzić tam i z 

powrotem po korytarzu „Cienia Łotra”. Miała nadzieję, że w ten sposób rozładuje część energii, 
jaka ją rozsadzała, ale nic z tego nie wyszło. W ciasnych pomieszczeniach pozostało po prostu zbyt 
wiele pamiątek. Juno znalazła w ładowni porzucony stary bandaż Koty, a w medytacyjnej kabinie, 
w której pierwszy raz odkryła wewnętrzną rozterkę Starkillera, zobaczyła kilka uszkodzonych 
elementów, jakie pozostały po naprawianiu jego wiernego androida.

Próbowała krzyczeć, ale odpowiedziała jej tylko odbite od ścian korytarza echo. Poczuła się 

jeszcze bardziej osamotniona niż do tej pory.

W końcu gwiezdny niszczyciel opuścił orbitę i wzniósł się ponad najwyższe warstwy 

atmosfery. Juno obserwowała go cały czas, podejrzewając podstęp. Kiedy ogromny okręt dotarł do 
otwartych przestworzy i zniknął w nadprzestrzeni, odczekała jeszcze pełne dziesięć minut... dość 
długo, aby uzyskać pewność, że miejsce akcji na Korelii nie jest obserwowane, ale nie na tyle, żeby 
pojawili się funkcjonariusze KorSeku z zamiarem wszczęcia spóźnionego dochodzenia, którego 
wynik był prawdopodobnie z góry przesądzony. Miejscowy Diktat był właściwie marionetką 
imperialnego gubernatora. Podobnie jak na Kashyyyku i Raxus Prime wszystkie dowody tego, co 
się tam wydarzyło, miały zostać zamiecione pod dywan.

Na razie jednak Juno skierowała „Cień Łotra” pod ostrym kątem w dół, nie wyłączając 

generatora maskującego pola. Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu miała nadzieję, że ktoś tam 
przeżył.

Jej statek zawisnął dzięki repulsorom na wysokości orlego gniazda. Juno spojrzała przez 

iluminator na strzaskane kolumny i wnętrze audiencyjnej sali. Usunięto z niej wszystko oprócz 
gruzu i czarnych śladów po blasterowych strzałach. Senatorowie zniknęli, podobnie zresztą jak 
Kota. Zwłoki zabitych strażników miały zostać wyciągnięte na korytarz, ale Juno zauważyła, że 
wszyscy oni byli ubrani w mundury planetarnej służby bezpieczeństwa.

Na śniegu u stóp wieży dostrzegła coś, co przyciągnęło jej uwagę: rozcięte na dwoje 

metalowe ciało. Serce jej się ścisnęło, kiedy rozpoznała szary pancerz PROXY’ego. Był 
przyprószony śniegiem, więc Juno unieruchomiła statek na niewielkiej wysokości i zaczekała, aż 
podmuch powietrza z repulsorów zdmuchnie cienką białą warstwę. Dopiero wówczas zauważyła 
plamy wyschniętej krwi nieopodal miejsca, w którym leżały szczątki androida. Dostrzegła także 
wiodące w kierunku krawędzi urwiska ślady butów.

background image

Nie chciała patrzeć, ale nie potrafiła się powstrzymać.
Na dnie wąwozu zobaczyła małą brązową plamkę.
Wyciągnęła rękę do włącznika pokładowych sensorów, ale po namyśle zrezygnowała. 

Postanowiła to zobaczyć na własne oczy.

Obróciła statek i pozwoliła mu opadać pod wpływem siły grawitacji równolegle do niemal 

pionowej skalnej ściany. Przygotowała się psychicznie na widok, który miał się ukazać jej oczom.

Młody mężczyzna leżał na boku, skulony jak dziecko, z ręką przy twarzy. Pod wpływem 

podmuchu powietrza z repulsorów jego włosy i płaszcz zafalowały, jakby uczeń nadal żył. Okrutne 
złudzenie. Warstwa śniegu pod ciałem miała zaledwie kilka centymetrów grubości, więc na pewno 
nie zamortyzowała upadku z tak wysoka.

Opanowując emocje, Juno zastanowiła się, czy zabrać zwłoki i odlecieć, czy też może 

zostawić je jako namacalny dowód, w nadziei, że jakiś uczciwy funkcjonariusz KorSeku zechce 
przeprowadzić dochodzenie i sprawdzić, co się naprawdę wydarzyło...

W pewnej chwili zauważyła, że ręka młodego mężczyzny lekko się poruszyła, ale doszła do 

wniosku, że to tylko złudzenie.

Kiedy poruszyła się drugi raz, Juno o mało nie roztrzaskała statku o urwisko. Błyskawicznie 

wylądowała i zbiegła po rampie, zanim rozkaz wyłączenia zdążył dotrzeć do repulsorów.

Starkiller usiłował usiąść, ale bezskutecznie. Mrugając, żeby się pozbyć śniegu z oczu, 

nieporadnie machał lewą ręką. Juno uklękła obok, wsunęła pod niego ręce i pomogła mu się 
podnieść. Zaskoczony, spojrzał na nią jednym okiem, jakby nie zauważył lądowania statku.

Poruszył wargami, ale Juno nic nie usłyszała.
- To ja, Juno - zapewniła go, obawiając się, że upadek z takiej wysokości mógł wpłynąć na 

jego pamięć albo władze umysłowe.

- Juno - powtórzył cicho uczeń, jakby usiłował zrozumieć skomplikowane, trudne pojęcie. - 

A ja nazywam się... - Urwał i przełknął ślinę. - ...Nazywam się Galen.

Dopiero wtedy młoda pilotka dała upust emocjom. Przytuliła się do niego i rozpłakała, 

myśląc o androidzie, który zginął, próbując go ocalić... Opłakiwała także marzenia i nadzieje 
wszystkich tych, których miał spotkać taki sam los. Płakała nad sobą i nad tym, co straciła, kiedy 
Darth Vader pierwszy raz ich zdradził. Płakała nad Sojuszem Rebeliantów, który zginął, zaledwie 
zdążył się narodzić. Płakała z żalu, że los wszystkich istot galaktyki spoczywa w tak słabych i 
zawodnych rękach.

Młody mężczyzna poklepał ją lekko po ramieniu, jakby chciał ją uspokoić, ale to tylko 

wprawiło pilotkę w jeszcze gorszy nastrój.

W końcu zasoby łez się wyczerpały i Juno zapanowała nad sobą. Palce rąk i nóg miała 

zupełnie zdrętwiałe z zimna. Nie mogła dłużej zwlekać, zwłaszcza że od rampy statku dzieliło ich 
najwyżej kilka metrów.

- Musimy się stąd zabierać - zdecydowała.
Uczeń pokiwał głową i zgiął prawą nogę, krzywiąc się z bólu.
Musi mieć kości potrzaskane na tysiąc kawałków, pomyślała Juno. Młody mężczyzna 

jednak wstał, a nawet zaczął kuśtykać w stronę rampy, prawie nie korzystając z jej pomocy. 
Wchodząc po pochyłości, stracili wprawdzie kilka razy równowagę, ale wkrótce znaleźli się w 
ciepłym wnętrzu statku. Drżący z zimna uczeń osunął się na fotel drugiego pilota i ukrył twarz w 
dłoniach, a Juno włączyła repulsory i zaczęła przygotowywać „Cień Łotra” do startu.

Lecąc równolegle do skalnej ściany, dokładnie tą samą drogą, którą uczeń pokonał, spadając 

z urwiska, wzniosła się na wysokość płaskowyżu. Dopiero wówczas Starkiller wyciągnął drżącą 
rękę i poprosił:

- Zastopuj... tutaj.
Przed nimi rozciągała się scena zdrady Vadera. Uczeń przyglądał się jej chyba z minutę z 

zaciśniętymi szczękami i płonącymi oczami, a wreszcie powiedział:

- Mój... świetlny miecz.
Juno zrozumiała. Na górze ledwo starczyło miejsca na wylądowanie, ale uczeń wstał, zanim 

zdążyła mu to zasugerować. Poruszał się powoli, najwyraźniej obolały, ale miał sprawne ręce i 

background image

nogi. Podszedł do włazu i zaczekał, aż Juno opuści rampę.

Kiedy statek znalazł się w odpowiedniej pozycji, zszedł po rampie i pokuśtykał do orlego 

gniazda. Pojawił się znów kilka minut później z niezapalonym mieczem w dłoni. Juno zmniejszyła 
pułap jeszcze bardziej, tyle, ile mogła, żeby uczeń mógł łatwiej wskoczyć na rampę. Jak tylko 
stwierdziła, że znalazł się znów na pokładzie, uniosła rampę, włączyła generator masującego pola i 
śmignęła w niebo.

- Odlecieli - powiedział uczeń, kiedy usiadł znów na fotelu drugiego pilota. - Vader 

wszystkich zabrał... do Imperatora.

Juno nie zamierzała zaprzeczać oczywistości, tylko dlatego, żeby go pocieszyć. W planie 

Vadera zauważyła jednak zastanawiające elementy; chyba nie wszystko było tak jednoznaczne jak 
się wydawało.

- Nie rozumiem - powiedziała. - Dlaczego Vader nam pozwolił... ba, nawet zachęcał do 

zniszczenia tylu imperialnych celów? - zapytała.

- Żeby uwiarygodnić swój podstęp - odparł uczeń, zaciskając wargi w cienką białą kreskę. - 

Kredyty, gwiezdne okręty, życie Imperialców... to wszystko nie ma dla niego najmniejszego 
znaczenia. Chciał, żebym odnalazł wrogów Imperatora bez względu na cenę, jaką trzeba będzie 
zapłacić, a ja zrobiłem dokładnie to, czego się po mnie spodziewał...

Juno widziała, że jego ból przeistacza się w gniew na myśl, że jego mistrz zrobił z niego 

durnia. Nie umiała postawić się na jego miejscu, ale jej życie było pod pewnymi względami 
podobne do jego życia. Oboje mieli ojców - tyranów, którzy ich zawiedli, i oboje, kierując się 
poczuciem obowiązku, popełniali czyny, które dopiero po jakimś czasie uznawali za niewłaściwe. 
No i mieli przed sobą coraz bardziej wątpliwą przyszłość.

Niepewna, jak młody mężczyzna zareaguje na jej gest, położyła dłoń na jego ramieniu.
- To prawda, zrobiłeś to, czego od ciebie zażądał - zaczęła.
- Nie ma sensu tego ukrywać... ale obecnie los Sojuszu spoczywa w twoich rękach. Co 

zamierzasz w tej sprawie zrobić?

Uczeń spojrzał na nią, zaskoczony taką szczerością, a później, zmagając się z emocjami, w 

zadumie przeniósł spojrzenie na rękojeść świetlnego miecza, którą położył sobie na kolanach. Juno 
cofnęła rękę i pozwoliła mu się zastanowić. Pamiętała, ile czasu jej zajęło uwierzenie w sprawę 
Rebeliantów... ale nawet wówczas nie miała pewności, że tak całkiem zmieniła poglądy. Dopiero 
kiedy Starkiller okazał się zdrajcą, zanim wrócili na Raxus Prime...

Kiedy w końcu uczeń uniósł głowę, w jego oczach zobaczyła stanowczość. Ból ustąpił 

miejsca gniewowi, a gniew powoli przechodził w zdecydowanie. Juno poczuła się tak, jakby na jej 
oczach węgiel w wysokociśnieniowym piecu przemysłowym zmieniał się w diament. Patrzyła, jak 
Starkiller staje się innym człowiekiem, podobnie Kota podczas krótkiego pobytu na Korelii.

Nie, nie Starkiller, przypomniała sobie. Galen.
- Lecimy za Vaderem - zdecydował spokojnie młody mężczyzna. - Musimy ocalić 

Rebeliantów.

Juno pokiwała głową, chociaż przyszło jej to z trudem. W teorii wydawało się to proste, w 

rzeczywistości mogło okazać się bardzo trudne.

Przebili się przez najwyższe warstwy atmosfery Korelii i zaczęli się szybko oddalać od 

zatłoczonych planetarnych szlaków. Gwiezdny niszczyciel z Vaderem i jego więźniami na 
pokładzie dawno zniknął.

- Dokąd? - zapytała Juno, zadając pierwsze z wielu pytań, jakie nie dawały jej spokoju.
- Nie mam pojęcia - odparł uczeń. - Jeszcze nie.
Zamknął oczy i rozsiadł się wygodniej na fotelu drugiego pilota.
- Nie waż się zasypiać, dopóki mi wszystkiego nie wyjaśnisz - ostrzegła go Juno, nie 

potrafiąc ukryć niepokoju w głosie.

- Nie zamierzam spać - odparł uczeń, nie otwierając oczu. - Pogrążam się w medytacji... a 

przynajmniej próbuję. Jedi czasami mają wizje przyszłości.

Wyglądał na spiętego, jakby coś nie dawało mu spokoju. Juno nigdy nie widziała, żeby ktoś 

trzymał tak nieruchomo ręce na kolanach. Cóż, na pewno nie nauczył go tego Darth Vader. 

background image

Medytowanie nie pasowało do ścigania, zabijania czy prześladowania niewinnych osób.

- Robiłeś to już przedtem? - zapytała, ciekawa, czy uczeń sam opanował tę sztukę.
Galen pokręcił tylko raz głową.
- Nigdy dotąd nie byłem Jedi - powiedział.
Emanował od niego bezgraniczny spokój, tak oczywisty jak kolor skóry. Juno otworzyła 

usta, ale zaraz je zamknęła. Pomyślała, że kiedy on się będzie koncentrował, sama się zajmie 
przygotowaniem statku do podróży w nadprzestrzeni.

Korelia za nimi zmieniała się w niebiesko-zieloną kulę, a liczba statków na 

okołoplanetarnych szlakach wyraźnie zmalała. Juno dokonała odczytu nawigacyjnych parametrów z 
orbitujących wokół Korelii stoczni i sprawdziła je, wykorzystując cztery inne zamieszkane planety 
tego systemu. Stwierdziła, że wszystko się zgadza ze wskazaniami nawigacyjnego komputera. 
Postanowiła szczegółowo sprawdzić stan napędu nadświetlnego, by się upewnić, że Imperialcy 
niczego nie uszkodzili. Pozostawiła statek bez opieki zaledwie na godzinę, ale w tym czasie mogło 
się stać coś złego. Ktoś mógł grzebać w inercyjnych tłumikach, które mogły przez to zawieść w 
krytycznej chwili. W takim wypadku powstające podczas skoku ogromne przeciążenia 
zmiażdżyłyby wszystkich na pokładzie. Gdyby natężenie ochronnych pól raptownie osłabło, mogło 
to narazić statek na kolizję z cząsteczkami międzygwiezdnego pyłu. Generatory zerowego pola 
kwantowego mógł ktoś nastawić w taki sposób, żeby statek wyskoczył w nieznanym miejscu 
galaktyki. Juno potrafiła sobie wyobrazić kilkanaście sposobów na zwiększenie szans, że nikt nie 
będzie ścigał Vadera. Na wszelki wypadek sprawdziła wszystko po kolei.

Stwierdziła, że nikt z Korelii za nimi nie leci. Nie zauważyła też, żeby ktoś się nimi 

interesował podczas odlotu.

Siedzący obok niej Galen miał zamknięte oczy. Oddychał powoli i równomiernie. Minęła 

godzina, ale nic się nie zmieniało. Obojętne, co robił uczeń, na pewno nie przychodziło mu to 
łatwo. Juno wiedziała, że jej rozumienie Mocy opiera się na wyśmiewaniu przesądnej wiary w starą 
i niemal zapomnianą religię... a także na krążących pośród funkcjonariuszy Imperium plotkach. Od 
czasu czystki Jedi upłynęło wiele lat, ale ludzie mieli dobrą pamięć. Służący w siłach zbrojnych 
oficerowie w pewnym wieku wciąż jeszcze pamiętali Rozkaz 66 i okres Wojen Klonów. 
Opowiadanie w kółko tych samych historii z tamtego okresu tworzyło tło dla zniekształconych 
faktów, błędnych wierzeń i fałszywych informacji, które zaczynały krążyć, ilekroć ktoś wypowiadał 
słowo „Jedi”.

Nagle Juno poczuła lekkie drżenie statku, aż zagrzechotały płyty pokładu. Zaniepokojona, 

sprawdziła stan jednostek napędu podświetlnego, ale wszystko było w porządku. Doszła do 
wniosku, że statek po prostu przeleciał przez obszar gęstego międzyplanetarnego pyłu.

Kiedy jednak po chwili drżenie się powtórzyło, tym razem dłuższe i silniejsze, a ona nadal 

nie potrafiła odkryć jego przyczyny, zaczęła się zastanawiać, czego nie sprawdziła z urządzeń, które 
mogły zostać uszkodzone przez Imperialców: generator, stabilizator, a nawet jakiś element 
systemów podtrzymywania życia...

Z rozważań wyrwał ją cichy brzęk z lewej strony. Odwróciła się i spojrzała na Galena, a jej 

oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

Jego świetlny miecz unosił się w powietrzu, obracając się powoli jak w stanie nieważkości.
Juno wpatrywała się jak zahipnotyzowana w metalowy cylinder. Po chwili się odwróciła, 

żeby sprawdzić stan generatorów sztucznego ciążenia. Dała sobie jednak spokój, bo dobrze 
wiedziała, że nikt przy nich nie majstrował. Czuła zresztą, że w sterowni panuje normalne ciążenie. 
A jednak rękojeść świetlnego miecza Galena unosiła się w powietrzu. Juno zauważyła po chwili 
inne fruwające przedmioty: jej blaster w kaburze, filiżanka, a nawet komputerowy notes. Statek 
znów zadrżał, jakby na jego funkcjonowanie wpływało w subtelny sposób coś potężnego i 
tajemniczego.

Juno zauważyła, że gałki oczne Galena poruszają się pod zamkniętymi powiekami. Na czole 

między brwiami ucznia utworzyła się pionowa bruzda, a usta lekko zadrżały.

Pilotka sięgnęła, żeby nim potrząsnąć, ale poczuła, że jej palce zostały odepchnięte. 

Widocznie promieniująca od Galena Moc wypełniała całą sterownię.

background image

Bruzda na jego czole się pogłębiła. Młody mężczyzna odwrócił głowę najpierw w prawo, a 

później w lewo.

- Galenie, nic ci nie jest? - zapytała Juno.
Galen zgiął i rozprostował palce rąk, a całe jego ciało zadrżało. Młoda pilotka aż 

podskoczyła na swoim fotelu.

- Galenie, słyszysz mnie?
Młody mężczyzna cicho jęknął, jakby go dręczył senny koszmar. Na jego skórze pojawiła 

się warstewka potu.

Juno przycupnęła na samym skraju fotela pilota. Nie mogła nic zrobić... tylko obserwować.
Uczeń znów jęknął, tym razem głośniej. Wyprostował nogi tak gwałtownie, że aż zadrżała 

cała sterownia. Unoszące się w powietrzu przedmioty zaczęły się obracać, a światła zamrugały.

- Nie - powiedział wyraźnie Galen i pokręcił głową, a na jego twarzy pojawił się ból. - Nie, 

Kota...

Niespodziewanie otworzył oczy, aż Juno się wzdrygnęła. Wirujące wokół nich przedmioty 

spadły na pokład. Galen miał puste spojrzenie i przerażony, dziki wyraz twarzy. Jego pierś unosiła 
się i opadała, jakby przebiegł kilkadziesiąt kilometrów. Odgłos jego oddechu był jedynym 
dźwiękiem w sterowni, w której niespodziewanie zapadła cisza.

- Co się stało? - zapytała Juno, żeby przerwać tę nieznośną ciszę. - Co takiego zobaczyłeś?
Galen odwrócił się i popatrzył na pilotkę, jakby ją widział pierwszy raz w życiu. Pokręcił 

głową i jego oczy ożyły.

- Coś strasznego - powiedział drżącym głosem. - Gigantyczną gwiezdną stację... jeszcze 

nieukończoną... - Pochylił się do Juno i złapał ją za rękę. Zacisnął na niej palce ze zdumiewającą 
siłą.

- Wiem - powiedział. - Obierz kurs na Zewnętrzne Rubieże. System Horuza.
Juno poczuła, że przenika ją dreszcz zimniejszy niż śnieg na zboczach koreliańskich gór.
- Co nas tam czeka, Galenie? - zapytała.
- Powiem ci po drodze - odparł młody mężczyzna i wyprostował się. - A przynajmniej to, co 

mi wiadomo na ten temat.

Juno zobaczyła w jego oczach nowy ból, który wprawił ją w przerażenie.
- Czy wiesz, jak to wszystko się skończy? - zapytała. Dla Koty? Dla nas? - dodała w myśli.
Uczeń zawahał się chwilę i pokręcił głową.
- Nie wiem - powiedział.
Juno nie była pewna, czy ma mu wierzyć, ale postanowiła więcej nie wypytywać. Odwróciła 

się, żeby wpisać współrzędne skoku do pamięci nawigacyjnego komputera.

ROZDZIAŁ 37

System Horuza.
Podczas lotu w tamtą stronę, uczeń przeprosił Juno i udał się do medytacyjnej kabiny. Nie 

zamierzał jednak medytować. Chciał się tylko upewnić, czy jego świetlny miecz nie uległ 
uszkodzeniu, a także uporządkować myśli, które kłębiły się w jego głowie. To wprawdzie też było 
czymś w rodzaju medytacji, ale Juno nie mogła mu w tym pomóc. Tym razem nie potrzebował jej 
kojącej obecności, którą czuł obok siebie w sterowni.

Planeta Despayre.
Uklęknął i rozebrał świetlny miecz na części. Wyczyścił je starannie i jedną po drugiej 

zainstalował znów w obudowie. Wiedział, że klinga nie zapłonie na czerwono, a że rękojeścią 
władał Sith, jej kryształy już nigdy nie będą czyste. Starannie wszystkie zogniskował, włączył 
klingę i stwierdził, że rezonans wyraźnie się poprawił. Broń była równie sprawna jak poprzednio, a 
w jego dłoni powinna się spisywać lepiej niż kiedykolwiek.

Gwiazda Śmierci.
Wszystko, co dotyczyło Imperium, sprowadzało się do broni.

background image

Uczeń westchnął, wyłączył klingę świetlnego miecza i przypomniał sobie wizje, które 

nawiedziły go w sterowni. Miewał już wizje przyszłości - wtedy, kiedy znajdował się na granicy 
śmierci - ale tym razem chodziło o coś innego. Tym razem dokonał świadomego wyboru, sam 
zatarł granice między teraźniejszością a przyszłością. Co więcej, dokonał tego aktem własnej woli. 
Nie oznaczało to jednak, że wizje były łatwiejsze do zinterpretowania. Prawdę mówiąc, było mu 
teraz trudniej, bo pamiętał nie poszczególne fragmenty, ale całość, chociaż wiedział, że nie 
wszystko musi być prawdą. Przynajmniej nie wszystko równocześnie.

Przyszłość jawiła mu się jako zbiór możliwości - niektórych prawdopodobnych, a innych 

niemal niemożliwych - ale połączonych wspólnymi motywami, które się nie zmieniały wraz ze 
zmianą wizji. Jednym z takich motywów była Gwiazda Śmierci. Galen wiedział, że kiedy 
gigantyczna stacja bojowa zostanie ukończona, wzbudzi w sercach poddanych Imperatora jeszcze 
większe przerażenie i zapewni mu dominację nad galaktyką. Innym pewnym motywem była 
lokalizacja stacji. To właśnie tam Vader zabrał swoich więźniów.

I to było właściwie wszystko, czego uczeń mógł być pewny. Reszta była kłębowiskiem 

sprzeczności. W niektórych wersjach wizji on sam przeżywał, a w innych ginął. Juno żyła - albo 
ginęła. W jednych wersjach byli razem, a w innych się rozstawali. Rebelianci zwyciężali lub 
zostawali pokonani. W jednej wizji PROXY był cały i sprawny, co na pewno nie zgadzało się z 
linią czasu, w której uczeń się znajdował.

Głowa mu pękała od myśli o wizjach przyszłości całego wszechświata, które miały albo nie 

miały się ziścić. Przygotowanie się na coś, co mogło się wydarzyć, ale nie musiało, sprawiało mu 
jeszcze większą trudność.

Na wspomnienie androida poczuł pustkę w sercu. PROXY został pozbawiony przez Jądro 

Raxus Prime swojego pierwotnego oprogramowania i tylko dlatego zginął za swojego pana, zamiast 
próbować go zabić. Uczeń nie mógł się z tym pogodzić. Cóż warta była wolność, skoro prowadziła 
do śmierci? Czy poświęciłby własne życie za androida, gdyby mieli się zamienić rolami? Czy 
poświęciłby je za Juno?

Za każdym razem, kiedy Juno nazywała go Galenem, budziły się w nim nowe emocje.
Na Raxus Prime, kiedy usiłował przywołać naiwną zuchwałość chłopca, którym kiedyś był, 

żeby ściągnąć z nieba gwiezdny niszczyciel, w jego sercu nic się nie poruszyło... żadne 
wspomnienia ani pogrzebane osobowości, żadna ukryta siła. Od tamtej pory zastanawiał się nad 
tym, zmartwiony, czyjego wizja na Kashyyyku nie była mimo wszystko pomyłką. Czyżby Galen 
nie został tak dokładnie wymazany z jego pamięci, że nie pozostał po nim żaden ślad, żadne 
wspomnienie?

Obecnie jednak to rozumiał. Kiedy zobaczył Juno u stóp kamiennego urwiska i wyjawił jej 

swoje imię, to on jej to powiedział, nie zjawa z poprzedniego bytu. Galen nie przybył na jego 
wezwanie na Raxus Prime, bo już tam był. Uczeń miał w sobie dość sił, żeby zrobić to, co musiał. 
Zawsze miał. To Galen razem z uczniem Dartha Vadera pomyśleli o Juno, błagając ją, żeby dała im 
więcej siły. Galen i uczeń byli jednością.

Uczeń wciąż jeszcze jednak nie potrafił myśleć o sobie jako o Galenie. Całe świadome życie 

był tylko uczniem Czarnego Lorda. Mogło upłynąć wiele lat, zanim pozbędzie się zupełnie skazy, 
jaką na jego osobowości pozostawił Darth Vader... jeśli oczywiście będzie żył tak długo.

Udręczony, zaniknął oczy i natychmiast opadły go obrazy:
...Imperator ginie, a władcą Imperium zostaje Darth Vader. Pozwala uczniowi stanąć u 

swojego boku...

...Darth Vader ginie, a uczeń zostaje wyznaczony przez Imperatora na swojego następcę...
...Kota zadaje mu cios w plecy i obaj giną w śmiercionośnym wybuchu Mocy...
...Kota toczy walkę z Imperatorem i ginie, rażony tak długo błyskawicami Sithów, aż jego 

ciało staje się niemożliwe do rozpoznania...

- Wyskakujemy w okolicy Horuza! - zameldowała Juno ze sterowni.
Uczeń zmusił się do otwarcia oczu. Nie miał pojęcia, ile czasu spędził, pogrążony w 

rozważaniach wszystkich wersji przyszłości. Stanął na nogi, które po przeżyciach ostatnich dni 
wciąż jeszcze lekko drżały. Przypiął rękojeść świetlnego miecza do pasa na biodrze i wrócił do 

background image

sterowni w tej samej chwili, w której statek wyskakiwał z nadprzestrzeni.

Gwiazda Śmierci wyglądała dokładnie jak wówczas, kiedy ją ujrzał dzięki Mocy. Miała 

rozmiary niewielkiego księżyca i unosiła się złowieszczo nad więzienną planetą. Nie była 
ukończona, ale przybrała już kształt kuli z wklęśnięciem na paraboliczną antenę, które wyglądało 
jak ogromny krater. Antena miała służyć do utrzymywania łączności albo do wspomagania 
systemów sensorów. Sylwetka gwiezdnej stacji była nieostra, bo na jej powierzchni roiły się tysiące 
automatów, począwszy od miniaturowych robotów konstrukcyjnych, a skończywszy na ogromnych 
żurawiach i spawarkach, w porównaniu z którymi automaty w gwiezdnych stoczniach nad Raxus 
Prime mogły się wydawać karzełkami. Przez szczeliny w zewnętrznym pancerzu widać było 
potężny szkielet, dość wytrzymały, żeby nie uległ odkształceniu nawet pod wpływem ogromnych 
przyspieszeń. Generatory sztucznego ciążenia wielkości potężnych biurowców pozwalały 
orientować się wszystkim wewnątrz stacji, gdzie dół, a gdzie góra. Uczeń nie miał pojęcia, do 
czego służą różne napędy, reaktory i systemy podtrzymywania życia, które diabelska stacja miała 
wykorzystywać, kiedy stanie się gotowa do użytku, ale mógł to sobie wyobrazić.

Czasami jednak wyobraźnia nie była dobrą rzeczą.
Z danych telemetrycznych wynikało, że w zasięgu sensorów znajdują się setki gwiezdnych 

statków. W najbliższym sąsiedztwie stacji unosiło się mnóstwo transportowców, których załogi 
przywoziły surowce albo wywoziły odpady. Były między innymi wahadłowce krótkiego zasięgu, 
przeznaczone do pokonywania niewielkich odległości między miejscem konstrukcji Gwiazdy 
Śmierci a więzieniem na planecie Despayre, wokół której stacja krążyła. Zdarzały się też masowe 
typu BFF-1. Patrząc na to ogromne przedsięwzięcie, uczeń uświadomił sobie, że oto znalazł 
rozwiązanie jednej z zagadek, które mu nie dawały dotąd spokoju.

- Teraz rozumiem, do czego Imperium potrzebuje niewolników rasy Wookie - powiedział. - 

Same automaty nie dałyby rady skonstruować takiego kolosa, nawet gdyby miało im to zająć tysiąc 
lat. Nie potrafiłyby też tego zrobić szumowiny, jakie można wynaleźć w imperialnych więzieniach 
galaktyki.

Juno pokiwała machinalnie głową, bo całą jej uwagę pochłaniało pilotowanie statku. Lecieli 

szybko, z uwagi na obciążenie, jakiemu były poddawane kryształy stygium w generatorze 
maskującego pola. Wokół nich roiło się tyle imperialnych jednostek - nie wyłączając dziesiątków 
eskadr myśliwców TIE, wspieranych przez sześć patrolujących okolicę gwiezdnych niszczycieli - 
że wyłączenie generatora było po prostu niemożliwe. „Cień Łotra” musiał wlecieć i wylecieć 
szybko, żeby nie został wykryty, a tym bardziej przechwycony. Nawet lot z maksymalną 
bezpieczną prędkością nie gwarantował pomyślnego wykonania zadania.

Na myśl o tym, co musi się wydarzyć, uczeń poczuł się, dziwnie lekko.
„Cień Łotra” zatoczył łuk, żeby ominąć przecinający ich drogę pękaty zbiornikowiec z 

gazem, a potem, lecąc kursem równoległym do trajektorii nad południowym biegunem gwiezdnej 
stacji, prześlizgnął się między dwoma dużymi transportowcami. Chwilę później na kursie pojawiła 
się koziołkująca bryła metalu - rezultat wypadku, a może po prostu kawałek, który wypadł z 
ładowni przeciążonego transportowca odpadów. Juno skierowała energię zderzenia z bryłą na 
ochronne pola. Z każdym następnym kilometrem margines błędu stawał się coraz węższy. Młoda 
pilotka wiedziała, że kiedy znajdzie się blisko stacji i zacznie wypatrywać dogodnego miejsca do 
lądowania, poczuje się jak w pułapce.

- Juno...
- Nic nie mów - ucięła młoda kobieta. Zmagając się z rękojeściami dźwigni urządzeń 

kontrolnych, cały czas wpatrywała się w dziobowy iluminator. - Proszę cię, ani słowa.

Uczeń powstrzymał się od uwag, kiedy osłony przejęły na siebie energię kolejnego 

zderzenia, tym razem z niewielkim robotem, który z wyciągniętymi manipulatorami ścigał 
zabłąkany element konstrukcyjny. Siła kolizji okazała się tak wielka, że statek się przechylił.

Dopiero wówczas Juno zerknęła na pasażera.
- Wystarczy, jak mi powiesz, że jesteś nadal pewny swojego pomysłu - oznajmiła. - Właśnie 

background image

to musimy zrobić, prawda?

- Prawda - potwierdził Galen.
„Cień Łotra” przeleciał przez chmurę pomarańczowego gazu, pod którego wpływem 

iluminator, a pewnie także kadłub, zmieniły kolor. Chwilę później Juno skręciła ostro w prawo, 
żeby uniknąć kolizji z koziołkującą skałą wielkości małej asteroidy, przy czym o mało się nie 
zderzyła z trzema myśliwcami TIE, które niespodziewanie wyłoniły się zza kadłuba następnego 
frachtowca. Kiedy kierowali się w stronę bezpieczniejszego sektora, ochronne pola przejęły energię 
pięciu innych kolizji. Jedno z pól, bakburtowe rufowe, osłabło tak bardzo, że na kontrolnym 
pulpicie zapaliła się alarmowa lampka.

- W porządku - stwierdziła Juno, pstrykając raz za razem dźwigienkami przełączników. 

Kiedy „Cień Łotra” znalazł się w cieniu gigantycznego żurawia, niespodziewanie zastopowała 
statek. - Dość tego - zdecydowała. - Nie dam rady podrzucić cię ani o kilometr dalej.

Uczeń wstał, żeby jeszcze raz sprawdzić dane telemetryczne. Zorientował się, że chwilę 

wcześniej przelecieli przez granicę pola utrzymującego atmosferę wokół gigantycznej konstrukcji. 
Zgadł, że to z uwagi na zatrudnionych przy jej budowie niewolników Wookiech. Powietrze było 
chłodne, ale nadawało się do oddychania, chociaż od powierzchni stacji dzieliło ich ze sto metrów.

- Wystarczająco blisko - zdecydował, słysząc odgłos opuszczanej rampy. Z przypiętą do 

pasa rękojeścią świetlnego miecza nie miał powodu się ociągać. - Pilnuj, żeby statek był nadal 
zamaskowany i pozostawał poza zasięgiem promieni skanerów.

Juno poszła za nim i nawet zeszła po rampie, czego się po niej nie spodziewał. Trzymając 

dłoń na jego ramieniu, żeby nie stracić równowagi, wyjrzała poza krawędź. Widok zaparł jej dech 
w piersiach i przyprawił o zawrót głowy: tysiące automatów i statków z nieustannie mrugającymi 
światłami pozycyjnymi.

- Jestem pełna jak najgorszych przeczuć - mruknęła.
- A zatem widocznie robimy to, co słuszne - odparł uczeń beztrosko.
Juno się odwróciła i spojrzała na niego.
- Czy jeszcze cię kiedyś zobaczę? - zapytała.
- Jeżeli zdołam uwolnić Rebeliantów, ktoś będzie musiał ich stąd zabrać - zażartował Galen. 

Udawał pełną swobodę, ale wiedział, że Juno nie oszuka. - Prawdopodobnie mnie nie zobaczysz - 
dodał po chwili. - Tak mi się wydaje.

- A więc już nie będzie drugiej takiej okazji. - Przyciągnęła go do siebie i pocałowała 

namiętnie w usta.

W pierwszej chwili uczeń był kompletnie zaskoczony. Czas zwolnił biegu, a on czuł się tak, 

jakby oboje spadali w stumetrową przepaść. Objął dziewczynę i oddychał jej zapachem, nie mogąc 
uwierzyć, że oto trzyma ją w swoich ramionach... Juno Eclipse, byłą panią kapitan Imperialnej 
Marynarki, a obecnie pilotkę Sojuszu Rebeliantów; Juno, jego towarzyszkę i partnerkę od długich 
tygodni i miesięcy; kobietę, której tyle razy powierzał życie i zrobiłby to znów bez chwili wahania.

Na razie byli po prostu Juno i Galenem, i wszystko było jak należy.
Nagle coś uderzyło o ochronę pola „Cienia Łotra” i rampa pod ich stopami lekko zadrżała. 

Oderwali się od siebie, żeby się rozejrzeć za bezpieczniejszym miejscem.

Juno odwróciła głowę i spojrzała na właz statku, rozdarta między poczuciem obowiązku a 

Galenem. W jej oczach odbijały się wszystkie barwy Gwiazdy Śmierci, chociaż w głębi widać było 
czysty, piękny błękit.

Uczeń stanął na skraju rampy, rozpamiętując smak warg Juno. Zdołał się uśmiechnąć.
- Do widzenia, Juno - powiedział.
Zanim młoda pilotka zdążyła cokolwiek powiedzieć, odwrócił się i zanurkował z 

wyciągniętymi rękami w głąb atmosfery. Otoczony złocistym blaskiem ochronnej potęgi Mocy, 
opadał swobodnie i prosto jak strzała w kierunku powierzchni Gwiazdy Śmierci.

ROZDZIAŁ 38

background image

Szczegóły, niewidoczne z dużej wysokości, szybko przybierały coraz bardziej konkretne 

kształty. Juno zastopowała statek nad równikiem. To, co z wysoka wyglądało jak szeroka ciemna 
linia, z bliska okazało się metalowym wąwozem o pionowych ścianach, zapchanym urządzeniami, 
niewolnikami i dźwigającymi ładunki robotami kroczącymi. Operatorzy stanowisk artylerii i 
uzbrojeni szturmowcy cały czas pilnowali pracujących Wookiech. Laserowe spawarki, rozsiewając 
we wszystkie strony fontanny iskier, przytwierdzały w odpowiednich miejscach gigantyczne płyty 
metalu. Całe wielkie sekcje kadłuba były wciąż niekompletne, wpuszczając do środka roje 
asystujących przy konstrukcji gigantycznej stacji wielonogich automatów. Zawieszone na 
repulsorowych łożach taśmowe transportery dostarczały koniecznych do budowy materiałów, 
przypominając międzygwiezdne szlaki. Krzyżowały się pod wszystkimi możliwymi kątami.

Opadając coraz niżej, uczeń przemykał między potężnymi metalowymi wspornikami i 

innymi elementami konstrukcji. Miał nadzieję, że Moc ochroni go przed kolizją przynajmniej z 
największymi. Blisko powierzchni Gwiazdy Śmierci odwrócił się, żeby opadać nogami naprzód, 
przygotowany na zderzenie z szarym pancerzem stacji.

Wylądował bezpiecznie na wolnej przestrzeni między dwoma głównymi punktami 

konstrukcji. Zaledwie odzyskał równowagę, odpiął od pasa świetlny miecz. Tylko raz spojrzał w 
górę, ale nie odróżnił „Cienia Łotra” od tysięcy innych ruchomych gwiazd na tle nieba. Pomyślał, 
że jeżeli Juno ma chociaż odrobinę zdrowego rozsądku, znajduje się w tej chwili daleko od bojowej 
stacji i kieruje w bezpieczne miejsce.

Nie narażaj się niepotrzebnie, pomyślał. Życzę ci wszystkiego najlepszego.
A potem, na ile potrafił, usunął z głowy myśli o dziewczynie. Na chybił trafił określił, gdzie 

jest wschód, a gdzie zachód, i zaczął szukać sposobu dostania się do wnętrza stacji. Wyczuwał, że 
Mistrz Kota i pozostali znajdują się gdzieś w głębi masywnej nadbudówki, ale ich aurę w Mocy 
przesłaniało cierpienie tysięcy innych inteligentnych istot. Gdyby na pokładzie stacji znalazł się 
Imperator, jego obecność dodatkowo utrudniłaby mu wykonanie i tak niełatwego zadania. Uczeń 
wprawdzie nigdy nie spotkał mistrza swojego mistrza, ale lord Sithów, który osobiście 
wyeliminował wszystkich Jedi w galaktyce, powinien rzucać cień wystarczająco mroczny, żeby 
ukryć w nim wszystko, co tylko zechce.

Uczeń nie mógł polegać wyłącznie na szczęściu. Wąwóz wzdłuż równika ciągnął się ponad 

pięćset kilometrów. Trzeba było znaleźć mapę... a jeżeli się nie uda, to chociaż przewodnika.

Przemykając jak duch od jednego osłoniętego miejsca do następnego, zaszedł od tyłu 

dwuosobowy patrol. Uzbrojeni w dalekosiężne karabiny blasterowe szturmowcy szli beztrosko po 
rampie, wznoszącej się mniej więcej w połowie wysokości południowej ściany wąwozu. Wyglądało 
na to, że ich zadanie polega wyłącznie na pilnowaniu dwudziestu skutych łańcuchami niewolników, 
przechodzących dnem wąwozu na inne miejsce. Imperialni żołnierze prawie nie poświęcali 
niewolnikom uwagi, dyskutując o możliwości awansu, jaka się nadarzy, kiedy bojowa stacja 
zostanie ukończona. Inni strażnicy obserwowali niewolników z rampy po drugiej stronie wąwozu, a 
przed długą linią niewolników i z tyłu szło ich jeszcze po dwóch.

Uczeń przeskakiwał z jednego pasa transmisyjnego na drugi, dopóki nie znalazł się za 

plecami pary wspinającej się po południowej rampie. Doszedł do wniosku, że jeżeli wszyscy 
szturmowcy pełnią obowiązki tak samo mamie będzie miał przynajmniej minutę, zanim któryś z 
nich podniesie alarm.

Uniósł ręce i posługując się Mocą, ścisnął za szyję szturmowca po prawej stronie i zaczekał, 

aż nieprzytomny żołnierz osunie się na poręcz. Drugiego zmusił do odwrócenia się.

- Powiedz mi, gdzie są zakwaterowani więźniowie - rozkazał, nie tracąc czasu.
- Uhm, każda z dwudziestu czterech stref ma swój oddział więzienny - odezwał się żołnierz. 

- Te kosmate bestie w dole często wpadają w szał. Na poziomie więziennym znajdują się także cele 
dla zdrajców i szpiegów.

Uczeń poczuł się tak, jakby dostał pięścią w brzuch. Zrozumiał, że zanim zdąży przeszukać 

dwadzieścia cztery sekcje cel, Rebelianci na pewno zginą.

- Czy ostatnio przybyli jacyś nowi więźniowie? - zapytał.
- A skąd mam to wiedzieć? - żachnął się szturmowiec. - Pilnuję ich dopiero od tygodnia.

background image

- Czy kiedykolwiek pojawiają się tu Imperator albo lord Vader, żeby nadzorować waszą 

pracę?

- Raz po raz - odparł żołnierz. - Na ich widok inżynierowie dostają histerii.
- Czy kwaterują wtedy w określonym miejscu?
- Pytasz niewłaściwego gościa - burknął szturmowiec. - Nie informują mnie o poczynaniach 

Imperatora. Zapytaj sierżanta Jimayne.

Uczeń uznał, że traci czas.
- Widziałeś tu ostatnio jakichś Jedi? - zapytał.
- Co takiego? Chyba żartujesz! - prychnął żołnierz. - Wszyscy zginęli wiele lat temu. Hej... - 

Spojrzał w dół na rękojeść świetlnego miecza w dłoni ucznia, jakby ją dopiero teraz zobaczył. - Czy 
to przypadkiem nie jest...

Uczeń uśpił szturmowca pojedynczym impulsem i przestąpił nad nieruchomiejącym ciałem. 

Zanim stojący po przeciwnej stronie wąwozu strażnicy zdążyli cokolwiek zauważyć, ruszył w 
dalszą drogę. Zastanawiał się nad kilkoma metodami dalszego postępowania.

„Te kosmate bestie w dole często wpadają w szał”, przypomniał sobie słowa szturmowca.
Dwadzieścioro skutych i połączonych łańcuchami Wookiech cicho skowytało, wymieniając 

uwagi z innymi towarzyszami niedoli. Wielu nosiło ślady znęcania się i niedożywienia. Kiedy jakaś 
istota płci żeńskiej się potknęła, jeden ze strażników po drugiej stronie wąwozu puścił ostrzegawczą 
serię nad jej głową. Najwyższy Wookie - rosły samiec o siwiejącej, gęstej grzywie - zaryczał na 
znak protestu i uniósł kosmate ręce, przyjmując bojową postawę.

Łańcuchy nie pozwoliły mu na nic więcej, a blasterowa błyskawica, która wbiła się w metal 

przed jego stopami, zmusiła do kapitulacji. Rosły Wookie tylko zaryczał, dając upust frustracji.

Uczeń uważnie to obserwował, a w jego głowie zaczął kiełkować plan. Na oko niewolnicy 

przewyższali strażników liczebnością ponaddwukrotnie. Wynikało z tego, że nawet niewielki bunt 
powinien spowodować sporo zamieszania. A jeżeli jedynym obowiązkiem strażników było 
pilnowanie Wookiech, kto mógłby mu udzielić bardziej wiarygodnej informacji o rozkładzie stacji 
niż istoty, które ją budowały?

Galen sfrunął z rampy na pas transmisyjny i przebiegł pod transporterem na czoło konwoju 

niewolników. Powalił dwóch idących przodem szturmowców, zanim zdążyli go zauważyć. Zapalił 
klingę świetlnego miecza i dwoma cięciami rozciął kajdany pary kroczących na czele Wookiech, 
żeby zrozumieli, że jest po ich stronie. Posłużył się Mocą i telekinetycznie wyrwał podpory rampy z 
metalowej ściany po drugiej stronie. Stojący tam szturmowcy spadli na dno wąwozu.

Dopiero wówczas ożywili się dwaj idący na końcu procesji strażnicy. Z kilku idących przed 

nimi Wookiech utworzyli coś w rodzaju żywej tarczy i wezwali posiłki. W tym czasie uczeń trzema 
cięciami klingi świetlnego miecza oswobodził trzech następnych niewolników. Czterech spośród 
uwolnionych więźniów chwyciło broń obezwładnionych szturmowców i wkrótce w powietrzu 
zaczęły się krzyżować błyskawice blasterowych strzałów.

Uczeń doskoczył do rosłego samca, który otworzył szeroko usta i głośno zaryczał z 

wdzięczności. Wyrwał blaster z rąk jednego ze swoich ziomków, ale nie po to, żeby strzelać do 
strażników czy do operatorów stanowisk artylerii, którzy kierowali lufy działek w jego towarzyszy 
niedoli. Zabrał się do przestrzeliwania łańcuchów krępujących innych Wookiech. Wymownym 
ruchem głowy polecił uczniowi, żeby rozprawił się z pozostałymi strażnikami, a sam zaczął 
popychać swoich ziomków w kierunku najbliższego osłoniętego miejsca.

Uczeń widział w swoim planie same plusy. Posługując się Mocą, przeskoczył nad głowami 

tworzących żywą tarczę Wookiech i wylądował między dwoma strażnikami. Załatwił obu bez 
chwili zwłoki i od razu wręczył ich blastery pozostałym oswobodzonym niewolnikom. Wszyscy 
wbiegli do najbliższej kryjówki przez szczelinę w niekompletnym pancerzu ściany wąwozu i 
zniknęli w labiryncie przejść i korytarzy w głębi stacji.

Uczeń z trudem dotrzymywał kroku Wookiem, którzy mieli dłuższe nogi i ręce, 

przystosowane do wspinania się po drzewach, W końcu podbiegł do rosłego samca, chwycił go za 
kosmatą rękę i rozpaczliwymi gestami skłonił do zatrzymania.

- Nie znam twojego języka - powiedział, od razu przechodząc do rzeczy - ale mam nadzieję, 

background image

że mnie rozumiesz. Imperator więzi tu kilkoro moich przyjaciół, a ja muszę ich odnaleźć. Możesz 
mi pomóc?

Wookie pokręcił głową, ale ryknął na jednego ze swoich ziomków, żeby do nich podszedł. 

Obaj, energicznie gestykulując, wymieniali pomruki i ryki, aż wreszcie drugi Wookie pokiwał 
głową.

Odwrócili się do młodego mężczyzny i uśmiechnęli się szeroko, ukazując garnitur 

przerażających zębów. Uczeń uznał to za dobry omen.

- A zatem ty nie możesz mi pomóc, ale ty owszem - powiedział, pokazując najpierw 

pierwszego, a później drugiego, chudego jak szczapa Wookiego o trudnej do określenia płci, 
łaciatej sierści i nabiegłych krwią oczach. - Pokażesz mi, jak się tam dostać?

Zgodnie pokiwali głowami. Rosły Wookie podniósł rękę, odwrócił się i zaryczał do 

pozostałych ziomków. Od grupy odłączyli się jeszcze dwaj i podeszli do nich, a pozostali ruszyli w 
dalszą drogę.

- Wszyscy czterej chcecie mi towarzyszyć? - zdziwił się Galen. Nie był pewny, co o tym 

sądzić. Obce istoty niosły trzy blasterowe karabiny, a on nie zamierzał stawać na czele niewielkiej 
armii. Rosły Wookie wyglądał na oburzonego jego słowami. - No dobrze, już dobrze - powiedział 
uczeń pojednawczo, żeby uciąć dalszą dyskusję. - Pokażcie drogę.

Na jego ramię spadła wielka kosmata łapa i ścisnęła je tak silnie, że uczeń usłyszał 

chrupnięcie stawu. Czterej uwolnieni Wookie i samotny mężczyzna ruszyli w drogę, jakby 
zamierzali własnymi siłami opanować całą Gwiazdę Śmierci.

Zawrócili w stronę wąwozu, gdzie nieco wcześniejszy incydent spowodował 

demonstracyjną reakcję. Okolicę patrolowały teraz roboty kroczące różnych typów, a drużyny 
szturmowców badały ślady po blasterowych strzałach na porzuconych łańcuchach. Kilku żołnierzy 
zapuściło się w głąb nadbudówki, żeby rozpocząć poszukiwania zbiegłych niewolników.

Chuderlawy Wookie dał do zrozumienia, że grupka powinna się skierować na zachód 

korytarzem biegnącym równolegle do metalowego wąwozu. Wspięli się na osłonę kabli o grubości 
baryłek od wina i przecisnęli przez szczeliny, przez które z wielkim trudem przepchnęłoby się małe 
dziecko. Zewsząd dobiegały dziwne pomniki, piskliwe zgrzyty i dziwny elektroniczny szum. 
Zupełnie jakby stacja była żywym organizmem, a oni insektami pełzającymi po jego skórze. Uczeń 
uznał to porównanie za trafne, bo wiedział, że na niektórych planetach insekty bywają nosicielami 
zarazy. Oznaczało to, że najmniejszy robaczek może doprowadzić do śmierci nawet największego 
żywiciela. Wystarczyło go tylko ukłuć we właściwym miejscu, żeby zniszczyć wszystko, co 
napawało Imperatora tak wielką dumą...

Nagle idący na czele Wookie stanął i zaczął się rozglądać, jakby nie wiedział, gdzie są. 

Przed nim rozciągał się skomplikowany labirynt węży i rur. Z emocjonalnej wymiany zdań obcych 
istot uczeń wywnioskował, że budowa Gwiazdy Śmierci postępuje szybciej, niż którykolwiek z 
nich mógłby się spodziewać. Jakiś czas wyli i gestykulowali, aż wreszcie wszyscy się zgodzili, że 
trzeba przebiec całą szerokość wąwozu i kontynuować wędrówkę po drugiej stronie.

Zbliżyli się ostrożnie do otwartej przestrzeni, żeby się zorientować w sytuacji. Oddalili się 

już znacznie od miejsca uwolnienia więźniów, ale teren objęty alarmem stale się rozszerzał. 
Szturmowcy krążyli z gotowymi do strzału karabinami blasterowymi, a całą szerokość wąwozu, od 
ściany do ściany, patrolowały roboty kroczące. Ich artylerzyści nieustannie kierowali lufy 
pokładowych działek to w jedną, to znów w drugą ścianę. Co trzydzieści sekund wąwozem 
przelatywały klucze myśliwców HE. Zamęt potęgowało zawodzenie alarmowych syren, od którego 
bolały zęby.

- Uważacie, że nie ma innej drogi? - zapytał swoich kosmatych towarzyszy.
Rosły samiec gestami dał do zrozumienia, że jest: mogliby cofnąć się, zejść na niższy 

poziom nadbudówki i przepełznąć dnem wąwozu na drugą stronę.

Uczeń pokręcił głową, uznając, że to strata czasu. Rosły Wookie obnażył wyczekująco 

groźne kły.

- No dobrze, pójdę pierwszy - zdecydował Galen. - Dajcie mi dziesięć sekund, zanim 

otworzycie ogień, a później odczekajcie jeszcze dziesięć, zanim wychylicie swoje kosmate głowy. 

background image

Nie chcę, żeby któryś z was został ranny.

Rosły Wookie z żartobliwym oburzeniem pokazał na siebie, jakby chciał zapytać: co, ja 

miałbym się dać zranić?, ale zaraz pokiwał głową.

- To zaczynamy. - Ze skowytem bliźniaczych silników jonowych wąwozem przeleciała 

następna trójka myśliwców TIE. Uczeń zaczekał, aż jeden z patrolujących wąwóz robotów 
kroczących AT-AT zrówna się z ich kryjówką, i wyskoczył na otwartą przestrzeń.

Od razu dostrzegły go automatyczne stanowiska artylerii. Kiedy przemykał między 

masywnymi łapami robota, wszędzie wokół eksplodowały niosące potężną energię strzały. Uczeń 
zgarnął kilka odłamków z taśmy najbliższego transportera i posłał je jak pociski w wieżyczki 
stanowisk artylerii, ale zdołał zniszczyć tylko pięć. Strumieniem błyskawic Sithów powalił samego 
robota AT-AT, a solidne pchnięcie zwaliło go z łap, żeby Wookie mieli się gdzie ukryć, kiedy 
wybiegną z kryjówki.

Po chwili rosły samiec i jego ziomkowie otworzyli ogień do zbiegających się ze wszystkich 

stron szturmowców. W powietrzu zaczęły śmigać czerwone błyskawice blasterowych strzałów. 
Uczeń odbijał klingą świetlnego miecza te, które leciały w jego stronę. Potem wyciął otwór w 
burcie robota AT-AT i wskoczył do jego składu amunicji. Nie martwił się o członków załogi, 
którzy zginęli, porażeni błyskawicą Sithów, ale starał się nie poruszyć żadnego ładunku 
wybuchowego, żeby nie spowodować przypadkowej eksplozji. Na razie nie zamierzał niczego 
wysadzać w powietrze.

Zmajstrował prowizoryczny włącznik mechaniczny, wyskoczył z robota i przyłączył się do 

walki. Zauważył, że zbliżają się dwa inne kroczące automaty. Osłabił dno wąwozu pod ich 
masywnymi łapami, dzięki czemu oba wpadły w głąb nadbudówki. Z oddali nadlatywał szybko 
następny klucz myśliwców TIE.

Galen pomachał w kierunku ukrytych za robotem AT-AT Wookiech.
- Wychodźcie stamtąd! - krzyknął.
Z kryjówki wyskoczyło tylko trzech - bo czwarty zginął podczas wymiany strzałów. 

Groźnie warcząc, puścili się biegiem jego śladem. Przeskakiwali nad szczelinami w dnie wąwozu, 
posyłając od czasu do czasu strzały w kierunku szturmowców, żeby utrzymać ich na dystans. Kiedy 
artylerzyści zbliżających się machin kroczących otworzyli ogień, z metalowego dna przed 
kudłatymi istotami wzbiły się odłamki i kłęby gryzącego dymu. Wtedy zginął drugi Wookie, ale 
pozostali dwaj nie zwolnili. W ciągu kilku sekund dogonili ucznia, a nawet go wyprzedzili. 
Wychudzony przewodnik wskazał na klapę panelu dostępu, zapraszająco otwartą w przeciwległej 
ścianie wąwozu. Uczeń pobiegł szybko w tamtą stronę.

Z pomocą telekinezy spowodował eksplozję powalonego robota AT-AT za swoimi plecami, 

wykorzystując w tym celu jego zasoby amunicji. Zamiast jednak zniszczyć wszystko w okolicy, 
fala udarowa eksplozji pomknęła w górę i w obie strony wąwozu. Objęła zasięgiem dwa najbliższe 
roboty kroczące, strzelających z wysoka szturmowców i nadlatujące myśliwce TIE. Po pierwszej 
potężnej eksplozji nastąpiła seria wtórnych, a nadbudówka pod stopami ucznia się zakołysała. 
Kiedy w końcu wszyscy trzej dobiegli do włazu i wskoczyli do środka, za ich plecami spadł istny 
grad ognistych szczątków.

Stanęli, żeby złapać oddech i posłuchać, czy nie zbliża się pościg. Na razie nic nie usłyszeli. 

Korzystając z zamętu, jaki zapanował po serii wybuchów, chyba na dobre zniknęli z oczu 
prześladowcom.

- No cóż, chyba się udało. - Uczeń wytarł sadzę z twarzy. - Przykro mi z powodu śmierci 

waszych przyjaciół.

Rosły Wookie cicho zawył i dał do zrozumienia, że ci dwaj dołączyli do wielu innych, 

którzy zginęli w ciągu ostatnich dni... ale że jest wdzięczny za słowa współczucia.

Drugi Wookie szarpnął Galena za rękę i pokazał tunel remontowy, tak niski, że mogliby się 

tylko czołgać. Słysząc zawodzenie syren i trzask łamanych elementów konstrukcyjnych 
nadbudówki, ruszyli w dalszą drogę.

background image

Pełznąc ciasnym tunelem między jednym a drugim Wookiem, uczeń miał okazję, żeby się 

przyzwyczaić do ich zapachu. Przynajmniej tak mu się wydawało. Zmierzwiona sierść wydzielała 
gryzącą woń, a napięcie tylko powiększało jej intensywność. Uczeń próbował sobie nie wyobrażać, 
jak by się czuł razem z nimi w ciasnej kabinie. Wstrzymywał oddech i marzył, żeby Wookie 
doprowadzili go już na miejsce.

Dziwił się, że ten zapach nie przywołuje wspomnień z okresu dzieciństwa spędzonego na 

Kashyyyku. To, co zapamiętał z czasów po śmierci ojca, pozwalało się domyślać, że właśnie tam 
spędził część życia. Zastanawiał się, czyjego ojciec działał w ruchu oporu zniewolonej planety, czy 
był rozjemcą, czy uzdrowicielem. Możliwe, że wykorzystywał Moc do leczenia ran tych, którzy na 
własnej skórze odczuli żelazną pięść Imperium. Najgorsze było to, że mógł się tego nigdy nie 
dowiedzieć. Jak to możliwe, że zapomniał wszystko, co zdarzyło się w dzieciństwie? Jakim cudem 
inny mężczyzna, choćby nawet ktoś taki jak Darth Vader, mógł się zaopiekować dzieckiem i tak 
całkowicie usunąć z jego pamięci ślady poprzedniego życia, zachowując tylko te, na których mu 
zależało? Zostawił umiejętność władania Mocą, którą starannie pielęgnował, ze szczególnym 
naciskiem na Ciemną Stronę, żeby jego uczeń mógł się kiedyś stać posłusznym narzędziem w jego 
rękach. Wydawało się to niemożliwe, ale właśnie tak wyglądała prawda. On sam - Galen, syn 
rycerza Jedi na Kashyyyku - był tego najlepszym dowodem.

Żałował, że nie może opowiedzieć swoim kosmatym towarzyszom o swoim ojcu, aby mogli 

przechować cząstkę jego wspomnień i ocalić pamięć po nim, jeżeli nawet nie życie jego syna. Tyle 
że prawie nie miał wspomnień, a nie chciał pozbywać się tych, jakie mu jeszcze pozostały. 
Postanowił więc milczeć i porzucić ostatnią nadzieję, że przypomni sobie coś więcej.

W końcu tunel remontowy się rozszerzył, a na skrzyżowaniu z kilkoma innymi wszyscy 

trzej mogli się wyprostować. Ich przewodnik - z zawodu technik laserowy, który tutaj musiał ze 
spawarką w ręku przytwierdzać do nadbudówki płyty pancerza - wyjaśnił gestami, że niedaleko 
znajduje się wylot szybu wentylacyjnego, którym uczeń powinien dotrzeć do celu wędrówki. Szyb 
miał go doprowadzić do rury, która mogła się okazać bardzo niebezpieczna, jeżeli sądzić po 
energicznych gestach obu Wookiech i wielokrotnym przesuwaniu dłonią na wysokości gardła. 
Uczeń nie bardzo potrafił się zorientować w naturze zagrożenia, ale zapewnił obu Wookiech, że 
będzie bardzo ostrożny.

Zorientował się, że teraz powinien kierować się w górę.
- Dziękuję wam - powiedział, ściskając dłonie obu Wookiech narażając się na zgniecenie 

swojej. - Pomagając mnie, pomogliście wszystkim swoim ziomkom. Mam nadzieję, że któregoś 
dnia to zrozumiecie.

Rosły Wookie poklepał go czule po głowie.
- A co z wami? - zapytał uczeń. - Dacie sobie radę?
Wookie wymienili udręczone spojrzenia. Szczuplejszy wzruszył ramionami i dal do 

zrozumienia, że uczeń nie powinien się o to martwić.

Potężny Wookie coś mruknął i popchnął ucznia we właściwy tunel. Galen zrozumiał, że nie 

ma sensu się opierać. Kiedy uszedł kawałek, odwrócił się i spojrzał za siebie, ale obaj Wookie 
zdążyli zniknąć.

- I bardzo dobrze - powiedział do siebie, choć nie czuł się komfortowo, wiedząc, że od tej 

pory jest zdany wyłącznie na własne siły.

Znów musiał się czołgać, ale tym razem oddychał świeżym, chociaż przesyconym wonią 

smarów powietrzem. Mijał skomplikowane zestawy na wpół ukończonych urządzeń, z których 
wydobywały się pomruki i trzaski. Miał nadzieję, że Wookie wskazali mu właściwą drogę; nie 
chciałby się czołgać miesiącami po tej wielkiej stacji, bez nadziei, że kiedykolwiek znajdzie drogę 
do celu.

Z przodu napłynęły głosy rozmawiających szturmowców. Z każdą chwilą stawały się 

głośniejsze, co dowodziło, że Wookie nie wywiedli go w pole.

Jak obiecywali, tunel kończył się w wentylacyjnym szybie, którego wylotu strzegła drużyna 

uzbrojonych szturmowców. Wokół nich hulały ciepłe podmuchy, tak silne, że imperialni żołnierze 
od czasu do czasu się chwiali. Wylotu szybu broniły dwa stanowiska poczwórnych działek 

background image

laserowych. Uczeń zobaczył także cztery patrolujące teren roboty kroczące.

Usiadł w osłoniętym miejscu, żeby się zastanowić nad wyjściem z tej sytuacji. W końcu 

cofnął się do ostatniego skrzyżowania tuneli i wczołgał do wentylacyjnego szybu wiodącego w 
górę, w kierunku występu, na którym zainstalowano stanowiska działek. Wychylił głowę z 
przeciwnej strony i posłużył się telekinezą, żeby odwrócić uwagę czuwających w dole 
szturmowców. Jak tylko spojrzeli w stronę, skąd dobiegł niezwykły hałas, uczeń wyskoczył z szybu 
i puścił się biegiem do stanowiska najbliższego działka.

Momentalnie uśmiercił artylerzystę i ruszył do drugiego stanowiska. Kiedy był blisko, lufy 

zaczęły się kierować w jego stronę. Wyrwał artylerzystę z ochronnej uprzęży, przerzucił go przez 
barierkę, zajął jego miejsce na fotelu i od razu skierował lufy w najbliższego robota. Posłał mu 
kilka strzałów, które przebity pancerz i zamieniły go w stos dymiącego złomu.

Postanowił wziąć na cel strażników w dole, zanim zdążą otworzyć do niego ogień, ale 

zauważył, że szturmowcy rozbiegają się we wszystkie strony, szukając kryjówek. Korzystając z 
tego, zniszczył drugiego robota kroczącego. Zauważył, że także w tym sektorze zaczyna panować 
chaos. Ze zniszczonych robotów unosiły się kłęby czarnego dymu, a w powietrzu rozległo się 
zawodzenie alarmowych syren. Ze wszystkich stron nadchodziły posiłki. Szturmowcy strzelali do 
wszystkiego, co się rusza, czasem nawet do swoich kolegów albo do elementów konstrukcji, 
podrzucanych im dzięki potędze telekinezy przez ich niewidocznego przeciwnika.

Uczeń jeszcze raz ostrzelał strażników, a następnie zniszczył trzeciego robota kroczącego. 

Usłyszał dochodzący z góry skowyt silników maszyn TIE i zdecydował, że zamęt osiągnął 
apogeum. Wymknął się ze stanowiska artylerii, przedtem przeprogramowując działka w taki 
sposób, żeby się obracały i strzelały same w przypadkowych odstępach czasu. Wślizgnął się do 
otworu szybu wentylacyjnego i podążył nim w głąb stacji. Zdążył jeszcze usłyszeć, że blasterowe 
strzały rozerwały działko na strzępy, co tylko ułatwiło mu ucieczkę.

Dotarł do opadającego szybu, w którym panował, przynajmniej na razie, względny spokój. 

Poczuł strumień ciepłego powietrza i trochę zwolnił, chociaż od czasu do czasu się krzywił, kiedy 
opływały go fale gorąca. Kilkakrotnie napotkał szturmowców, ale patrole liczyły najwyżej po 
dwóch albo trzech, więc rozprawiał się z nimi bez trudu. Ciekaw był, czy informacja o dokonanych 
przez niego zniszczeniach dotarła już na sam szczyt hierarchii dowodzenia, ale chyba by nie chciał, 
żeby Darth Vader się dowiedział o jego obecności na terenie stacji. Element zaskoczenia był bardzo 
ważny, ale mogła mu pomóc także nieświadomość, kiedy nastąpi atak. Nikt nie potrafi zachowywać 
czujności bez końca. Wcześniej czy później jego nieprzyjaciele musieli popełnić błąd.

Zbliżając się do wylotu wentylacyjnego szybu, zwolnił nieco, bo zauważył, że dalszą drogę 

zagradza mu szybko wirujące śmigło wentylatora. Zatrzymał je telekinezą i prześlizgnął się 
bezpiecznie między szerokimi łopatkami na drugą stronę. Celowo uruchomił czujniki sygnału 
alarmowego, żeby zewsząd zbiegli się technicy i agenci służby bezpieczeństwa. Stoczył zwycięską 
walkę z operatorami systemu wentylacyjnego, przedarł się przez sterownię i skierował się, jak 
powinien, w górę. Cały czas wypatrywał niebezpiecznej rury, na którą powinien się wkrótce 
natknąć. Otaczające go urządzenia były teraz większe i bardziej skomplikowane. Widział 
krzyżujące się gigantyczne rury i dołączone do nich grube węże, którymi przesyłano hydrauliczne 
płyny. Z powierzchni niektórych unosiła się para, inne rytmicznie pulsowały. W pewnej chwili 
uczeń usłyszał głuchy pomruk i wyczuł pod stopami drżenie, podobne do tego, jakie odczuwał na 
Raxus Prime w nadbudówce strzelającego rudą działa. Z kiepsko uszczelnionych złączy 
wydobywały się raz po raz podmuchy lodowatego powietrza.

Uczeń nie miał pojęcia o konstrukcji Gwiazdy Śmierci, ze zdobytych dotąd informacji 

wydedukował jednak, w którym miejscu się znajduje. Utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy 
zobaczył na ścianie napis ostrzegający o możliwości kontaktu z gazem tibanna.

Domyślił się, że tak wielka bojowa stacja musi być porządnie uzbrojona... i to nie tylko w 

konwencjonalne systemy. Ogromna konstrukcja musiała być wyposażona w broń masowego 
rażenia, jakiej jeszcze nikt dotąd nie widział, a może nawet sobie nie wyobrażał. Gaz tibanna był 
rzadkim i bardzo agresywnym składnikiem, spotykanym w atmosferach niektórych gazowych 
gigantów w rodzaju Bespina. W połączeniu ze strumieniem spójnego światła wielokrotnie 

background image

zwiększał moc wyjściową laserowego działa. Właściwość tę wykorzystano podczas budowy 
najnowocześniejszych okrętów, a także, jak wszystko na to wskazywało, tu, na pokładzie Gwiazdy 
Śmierci.

Uczeń rozejrzał się uważnie i zobaczył ogromne konstrukcje, które mogły być elementami 

potężnego systemu laserowego... odpowiedniego rozmiarami do tej gigantycznej stacji bojowej.

Galen dotarł do rury lasera o szerokości większej niż niejedna miejska ulica. Zorientował 

się, że to jest miejsce, o którym wspominał mu jego przewodnik Wookie. Wyglądało na to, że 
system jest właśnie testowany, bo w sterowni kręciło się kilkudziesięciu imperialnych techników i 
ekspertów systemów uzbrojenia, którzy obserwowali działanie superlasera. Jeżeli uczeń chciał 
osiągnąć cel swojej wyprawy, musiał się między nimi przemknąć, ale przede wszystkim musiał 
uniknąć trafienia przez promień lasera.

Wzruszył ramionami, bo postanowił zrezygnować z ukrywania się na rzecz pośpiechu. Od 

jego lądowania na pancerzu Gwiazdy Śmierci upłynęło i tak zbyt dużo czasu. I nieważne, kto 
jeszcze stanie między nim a Darthem Vaderem. Gdyby musiał, stoczy walkę ze wszystkimi na 
pokładzie tej stacji.

- Już czas, mój mistrzu - szepnął do siebie, walcząc z technikami. - Ukradłeś moje życie i 

zostawiłeś mnie na pewną śmierć, a ja przybyłem, żeby dobrać ci się do skóry...

Dopiero kiedy dotarł do wylotu laserowej rury, zrozumiał, że dotąd nie miał właściwie 

pojęcia o potędze systemu uzbrojenia Gwiazdy Śmierci. Laser, który wcześniej obserwował, był 
tylko jednym z ośmiu dopływów. Płynące nimi strumienie spójnego światła zlewały się w pewnym 
miejscu w jedną potężną, śmiercionośną wiązkę. Starannie zsynchronizowane impulsy w każdym z 
ośmiu kanałów miały się połączyć w promień mogący zniszczyć każdy, choćby najpotężniejszy 
okręt, a może nawet całą planetę. Na myśl o tym uczeń poczuł mdłości. Dezinformacja, handel 
niewolnikami i tortury widocznie nie wystarczyły, żeby utrzymać w ryzach mieszkańców galaktyki, 
więc Imperator zamierzał się uciec do ludobójstwa. Jeżeli ktoś go szybko nie powstrzyma, wkrótce 
nie pozostanie przy życiu nikt oprócz niego. Galen wyobraził sobie, jak Palpatine z maniackim 
chichotem przemierza opustoszałe korytarze pałacu na Coruscant.

W końcu uczeń dotarł do skraju gigantycznej anteny parabolicznej. Dopiero obecnie 

zrozumiał, do czego jest naprawdę przeznaczona ta antena. Wiedział, że powinien ją zniszczyć, i to 
szybko. Do tej pory kilkakrotnie pokrzyżował zbrodnicze plany Imperatora, więc dlaczego nie 
miałby dać sobie rady z tym planem?

Odpowiedź nie była prosta. Na samą myśl o tym, że musi zniszczyć coś tak ogromnego, 

czuł przygnębienie i zniechęcenie, spotęgowane przez świadomość, ile istot, musiał do tej pory 
zabić. Czy znajdzie w sobie dość sił, żeby sprostać tak ponuremu wyzwaniu? Czy Juno by je 
znalazła? Nie znał odpowiedzi na te pytania.

Doszedł do wniosku, to jest zadanie dla całej grupy osób... dla Sojuszu Rebeliantów. On 

musiał tylko ich odnaleźć i uwolnić z lodowatych szponów Imperatora. To było na razie 
najważniejsze... żeby Rebelianci przeżyli i podjęli walkę. Musiał się skoncentrować na wykonaniu 
tylko tego zadania.

Technicy właśnie zaczęli testować superbroń. Rurami ośmiu laserów pomknęły 

skomplikowane sekwencje jasnoczerwonych impulsów. Każdy niósł dość energii, żeby wprawić w 
ruch gwiezdny niszczyciel. Rzadką atmosferę Gwiazdy Śmierci przeorały grzmoty i szepty 
wtórnych wstrząsów. Pracownicy na pancerzu i nad stacją bez ruchu obserwowali zapowiedzi 
potęgi ogromnej stacji.

Uczeń zwrócił uwagę na konstrukcję na skraju ogromnego krateru - kopułę z błyszczącej 

transpastali, pod którą majaczyły sylwetki kilku osób. W pewnej chwili pojawiła się pośród nich 
ubrana na czarno postać, schyliła się jakby w ukłonie i zniknęła.

Mistrz i sługa, pomyślał Galen.
Zacisnął zęby i korzystając z oślepiających zielonych błysków, jakie rozkwitały raz po raz 

nad jego głową, zaczął się przekradać na drugą stronę ogniskującej anteny.

background image

Dostanie się tam nie było specjalnie trudne.
Uczeń pocieszał się tą myślą cały czas, wspinając się po wzmacnianych podporach 

utrzymujących we właściwym miejscu kopułę. Okrążył dwukrotnie jej podstawę, zwracając uwagę 
na słabe i mocne punkty. Doszedł do wniosku, że najlepszym sposobem dostania się do środka 
będzie korytarz łączący to pomieszczenie z resztą stacji. Za każdym razem, kiedy ktoś wchodził 
albo wychodził, otwierały się i zamykały dwie pary drzwi. Oddzielał je korytarz najwyżej 
pięciometrowej długości. Dachu korytarza nie było widać z samego bąbla, bo znajdował się w 
kierunku przeciwnym od miejsca, gdzie testowano superlaser. Uczeń mógł się tam ukryć. Liczył na 
to, że nie będzie musiał z nikim walczyć, kiedy będzie się starał dostać do środka... naturalnie 
dopóki ubywanie się będzie miało jakikolwiek sens.

W ostatniej chwili, kiedy unosił klingę świetlnego miecza, żeby przeciąć wybrzuszony 

fragment durastali, na którym klęczał, zrozumiał, że wszystko, co do tej pory zrobił, prowadziło go 
do tej chwili. Przyszedł czas konfrontacji, do której zmierzał od czasu, kiedy Darth Vader porwał 
go z Kashyyyka i zrobił z niego narzędzie swojej woli. Dwukrotnie w przeszłości Czarny Lord go 
zdradził, a uczeń nawet nie zaprotestował. W końcu zawsze było tak, że słudzy obracali się 
przeciwko swoim panom, podobnie jak, Sithowie zawsze zdradzali jedni drugich. Za kilka chwil 
nastąpi kulminacyjny moment szkolenia i doświadczenia całego jego życia.

Uczeń miał zdać najtrudniejszy egzamin. W porównaniu z nim zabijanie rycerzy czy nawet 

mistrzów Jedi było śmiesznie łatwe. Równie proste było niszczenie imperialnych fabryk, ściąganie 
z nieba orbitalnych stacji czy nawet gwiezdnych niszczycieli, przekonywanie niedoszłych 
Rebeliantów o swojej uczciwości, walka z planetarnymi umysłami i innymi sługami Ciemnej 
Strony... Uczeń mógł to wszystko zrobić bez najmniejszego trudu.

A obecnie jego życie miało się zakończyć... albo zacząć, w zależności od tego, z której 

strony na to patrzeć.

Zastanowił się, czy Kota nie czuł się tak samo na Korelii. A może Juno na pokładzie 

„Empirycznej”? Chyba podobnie się czuł każdy z uwięzionych Rebeliantów, zanim zgodził się 
przybyć na spotkanie z nim. Może wszyscy przeżywali w życiu takie chwile? Uczeń pomyślał, że 
powinien uważać się za szczęściarza, bo tym razem był tego świadom, nie tak jak na pokładzie 
„Empirycznej” czy na Korelii. Wtedy był tylko ofiarą losu, ale teraz los mu sprzyjał. To on miał 
decydować o rozwoju sytuacji.

Ciekawe, czy kiedykolwiek czuł się tak Darth Vader albo ojciec Galena.
Uczeń słyszał skwierczenie klingi zmodyfikowanego miecza świetlnego. W kolumnie 

akwamarynowego blasku kryła się siła i świadomość celu. Tym razem broń nie miała mu służyć do 
zabijania; była narzędziem potęgi. Czasami trzeba po prostu działać. Rozumieli to Jedi, i on już 
teraz też.

Powinien przestać się wahać i skoncentrować na tym, co musi zrobić.
Skierował klingę w dół, wyciął wokół siebie krąg i razem z nim wpadł do biegnącego pod 

nim korytarza.

Korytarz był pusty. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować na donośny brzęk, uczeń 

wykorzystał telekinezę, żeby uszczelnić drzwi wiodące w głąb Gwiazdy Śmierci. Odwrócił się i w 
ten sam sposób rozsunął skrzydła wewnętrznych drzwi do pomieszczenia obserwacyjnego.

- ...zdrajcami Imperium - dobiegł z głębi sali głos Palpatine’a, zimny, chełpliwy i pełen 

niewyobrażalnej zjadliwości. - Zostaniecie poddani przesłuchaniu i torturom. Wyjawicie mi 
nazwiska przyjaciół i sojuszników, a kiedy już nie będziecie przedstawiali dla mnie jakiejkolwiek 
wartości, zostaniecie straceni.

- Kiedy inni dowiedzą się o naszej śmierci, zjednoczą się... - zaczął buntowniczym tonem 

Bail Organa.

- Zginiecie w miejscu publicznym, i to bardzo bolesną śmiercią, senatorze Organa - 

background image

przerwał mu bezceremonialnie Imperator. - Wasza śmierć ma zniechęcić innych do buntu.

Uczeń wszedł śmiało do środka i ominął zainstalowany pośrodku pomieszczenia ogromny 

generator energetycznego pola. Po drugiej stronie stali Mon Mothma, Garm Bel Iblis, Bail Organa i 
Mistrz Rahm Kota, pilnowani przez oddział imperialnych gwardzistów. Przed więźniami 
przechadzał się tam i z powrotem Imperator, zakapturzony i przygarbiony, ale tryskający dziką 
energią. Uczeń patrzył jednak tylko na stojącą parę metrów od niego, ubraną na czarno postać, która 
obserwowała scenę przesłuchania z zaplecionymi na piersi rękami.

Wyczuwając zbliżającego się ucznia, Kota przechylił głowę. Zapadła cisza, w której bardzo 

wyraźnie zabrzmiał pomruk klingi świetlnego miecza Galena.

- Może jednak Rebelia nie całkiem przepadła - odezwał się Kota, szczerząc zęby w 

wyjątkowo szerokim uśmiechu.

Darth Vader i Imperator odwrócili się w tej samej chwili.
Uczeń poczuł nagłe ukłucie nienawiści. Oto nadszedł czas upragnionej zemsty!
Na znienawidzonej twarzy Imperatora pojawił się drwiący grymas.
- Lordzie Vader, rozpraw się z tym chłopcem - rozkazał Palpatine. - Tym razem skutecznie.
Czarny Lord nie czekał na powtórzenie rozkazu. Wysunął czerwoną klingę świetlnego 

miecza, która zaczęła rzucać krwiste błyski w różne miejsca sali. Nie wypowiedział ani słowa, nie 
rzucił żadnej groźby. Było jasne, że po prostu zamierza zakończyć to, czego nie udało mu się zrobić 
do końca na Korelii.

Uczeń wiedział dokładnie, czego się spodziewać. Wiele razy pojedynkował się ze swoim 

nauczycielem. To właśnie Vader nauczył go sztuki walki... ten Vader, który zawsze ukrywał przed 
nim swoją twarz. Uczeń znał wszystkie ruchy udoskonalonej wersji djem so - stylu walki, który 
zawierał tafcie elementy ataru, soresu i makashi. Umiał parować cięcia i pchnięcia, które 
podwaliłyby nawet nieprzeciętnie zdolnego rycerza Jedi. Potrafił też odepchnąć ataki 
psychologiczne.

Wiedział, że jest gotów do walki... ale zaciekłość pierwszego ataku mistrza go zaskoczyła.
Zwykły podwójny cios z góry na dół i z dołu do góry krył w sobie tyle energii, że o mało go 

nie obezwładnił. Kiedy klingi obu mieczy świetlnych się zwarły, we wszystkie strony strzeliły 
snopy oślepiających iskier. Uczeń się zachwiał, cofnął i stwierdził, że jest w samym środku 
telekinetycznej burzy. Darth Vader wykorzystał jego chwilową słabość i zaczął go bombardować ze 
wszystkich stron rozmaitymi przedmiotami. Liczył na to, że uczeń straci koncentrację, i na chwilę 
jego zamiar się powiódł.

Zaraz jednak uczeń się wyprostował i zamaszystym gestem lewej ręki odepchnął na bok 

wszystkie lecące ku niemu przedmioty. Zablokował cięcie, które miało go rozpłatać na dwoje, a 
zaraz po nim następne, po którym jego ścięta głowa sfrunęłaby z barków. Kucnął, żeby zadać cios 
w brzuch mistrza, a później skierował klingę świetlnego miecza w górę, w nadziei, że szpic trafi w 
nasadę czarnego hełmu i przebije gardło przeciwnika. Czarny Lord zablokował ten cios, ale z 
najwyższym trudem. Odskoczyli od siebie, żeby ocenić tę krótką wymianę ciosów, i zaczęli się 
czujnie okrążać.

Galen zrozumiał, że nigdy do tej pory nie walczył ze swoim mistrzem jak równy z równym. 

Albo Czarny Lord nie wykorzystywał całej swojej potęgi, albo jego uczeń po prostu się poddawał. 
Dopiero podczas tej walki mieli poznać swój prawdziwy potencjał. Darth Vader był silny i 
nieugięty, ale uczeń przewyższał go szybkością i przebiegłością. Ich walka nie była tylko 
pojedynkiem na świetlne miecze. Przyspieszane dzięki Mocy do zabójczych prędkości przedmioty 
stawały się pociskami, które leciały ku nim ze wszystkich stron naraz. Niewidzialne dłonie 
zaciskały się na ich gardłach albo wymierzały ciosy z siłą kafarów. Podłoga pod stopami się 
kołysała, a odrywane belki wsporników szybowały w powietrzu jak oszczepy. Od czasu do czasu 
eksplodowały także panele sufitów nad ich głową.

W pewnej chwili Darth Vader zadał drugą serię miażdżących ciosów.
- Jesteś słabeuszem - odezwał się uczeń, blokując wszystkie z elegancką precyzją.
Czarny Lord walczył błyskotliwie, wyprowadzając tylko takie ciosy, które miały uśmiercić 

byłego ucznia. Stało się oczywiste, że tym razem nie zamierza go oszczędzać. Musiał tylko 

background image

zaczekać, aż przeciwnik się poślizgnie albo odsłoni.

Uczeń poprzysiągł sobie, że nie da mu tej satysfakcji. Skakał i tańczył wokół byłego 

mistrza, poddając ostatecznej próbie jego obronę.

- Myślałeś, że zginąłem, co? - powiedział, pozwalając, żeby drobny triumf jeszcze bardziej 

wzmocnił jego determinację. Klingi świetlnych mieczy wirowały, rozmazywały się i zwierały w 
tańcu, który mógł się wydać piękny, gdyby nie miał zakończyć się śmiercionośnym ciosem. Uczeń 
czuł, że przepływa przez niego dzika, radosna energia Ciemnej Strony, ale opierał się jej wezwaniu. 
Cały czas poszukiwał lepszej metody.

W ferworze bitwy skakali po całej przestrzeni obserwacyjnej kopuły.
- Dopiero teraz cię rozumiem - odezwał się uczeń, żeby zdekoncentrować byłego mistrza. - 

Zabiłeś mojego ojca i porwałeś mnie z Kashyyyka nie po to, żebym został twoim uczniem, ale 
dlatego, że chciałeś mieć syna. Czy twój ojciec też cię tak traktował?

Darth Vader zaatakował z jeszcze większą zaciekłością.
- Nie mam ojca - warknął.
Uczeń zaczął się cofać pod gradem ciosów. Słyszał skwierczenie materiału ubrania i czuł 

słaby swąd spieczonej skóry, co uświadomiło mu, że przynajmniej dwa ciosy Czarnego Lorda 
prawie dotarły do celu, ale nie poczuł żadnego bólu. Zauważył, że udało mu się zdenerwować 
byłego mistrza.

Spojrzał ponad ramieniem Dartha Vadera i zauważył, że pojedynkowi przygląda się 

Imperator. Na jego zdeformowanej twarzy malowała się złowieszcza ekstaza.

I nagle ucznia olśniło.
Lepszy sposób zabijania...
Nie chodziło o nienawiść. Bez względu na to, co kryło się za czarną maską, nie było tam 

piękna ani szczęścia. Tak długo mogły się ukrywać tylko ból i brzydota. Uczeń zrozumiał, że do 
pokonania kogoś takiego jak Darth Vader nie wystarczy sama nienawiść.

Wyciągnął lewą rękę i poraził byłego mistrza błyskawicą Sithów. Dopiero to zmusiło jego 

przeciwnika do przerwania ataku. Czarny Lord wyprostował się, żeby zaczerpnąć powietrza.

- Nie muszę cię nienawidzić... żeby cię pokonać - wychrypiał uczeń. - Za chwilę... sam cię 

tego nauczę.

- Nie możesz mnie niczego nauczyć - odparł Vader głosem bez wyrazu. Wyciągnął ukrytą w 

czarnej rękawicy rękę i zgiął palce. Uczeń poczuł gwałtowny ucisk na gardle.

Odparował telekinetyczny atak byłego mistrza i pchnął go w pierś z siłą niewielkiej 

eksplozji. Darth Vader poszybował w drugi koniec pomieszczenia.

Jego mocne ciało poruszało się nieporadnie, ale nie upadł. Wylądował na ugiętych nogach i 

od razu rzucił się znów do ataku.

- Nie czuję do ciebie nienawiści - podjął uczeń, odpowiadając ciosem na każdy cios byłego 

nauczyciela. - Lituję się nad tobą. - Znalazł w sobie nowe zasoby sił i zmusił przeciwnika do 
obrony. - Zniszczyłeś człowieka, którym byłem, i stworzyłeś mnie takiego, jakim w tej chwili 
jestem, ale to nie był twój pomysł. Podsunął ci tę myśl Imperator, bo przecież tak samo postąpił z 
tobą. - Zauważył, że odcięty skraj peleryny Dartha Vader, dymiąc, upadł na metalową podłogę. 
Zbliżyli się do siebie i stanęli tak blisko, że uczeń spojrzał w czarne osłony oczu maski byłego 
mistrza. - Jesteś jego dziełem, podobnie jak ja byłem twoim... ale ty nigdy nie znalazłeś w sobie 
dość sił, żeby się zbuntować. To właśnie dlatego lituję się nad tobą. Nie służę już potworowi i 
gdyby to ode mnie zależało, zrobiłbym wszystko, żebyś i ty przestał mu służyć.

Vader usiłował się cofnąć, ale uczeń podążał za nim, zmuszając go do ucieczki.
- Zabiję cię, żeby cię od niego uwolnić - zaproponował.
Klingi świetlnych mieczy znów rozbłysły... ale tym razem to uczeń znalazł w obronie 

przeciwnika lukę, na którą obaj tak czekali. Vader wykonał klingą świetlnego miecza ruch, ale zbyt 
powolny, żeby zablokować cios w pierś. Szpic klingi broni byłego ucznia przeciął głęboko jego 
osłonięte pancerzem gardło. Czarny Lord zachwiał się, cofnął i uniósł ukrytą w rękawicy dłoń do 
dymiącej rany.

Nie wypłynęła z niej krew, a uczeń, zamiast kontynuować atak, zamarł. Wbrew sobie był 

background image

równie zaskoczony jak jego były nauczyciel.

Jakiś czas było słychać tylko pomruki kling obu świetlnych mieczy i rytmiczne sapanie 

respiratora Dartha Vadera.

A później Czarny Lord się roześmiał.
Jego śmiech miał pozbawione wesołości, sarkastyczne, niesamowite brzmienie. Uczeń 

usłyszał w nim piętnaście lat tortur, obelg i niesprawiedliwego traktowania.

Poczuł gwałtowny gniew i skoczył naprzód. Jego były mistrz z trudem zablokował pierwszy 

straszliwy cios przeciwnika. Drugi wyrył jednak głęboką ranę w nieosłoniętym przez czarny 
pancerz ramieniu, a trzeci wbił się głęboko w udo.

Darth Vader zatoczył się do tyłu, a w pomieszczeniu rozległ się skowyt serwomotorów 

zranionych części ciała. Uczeń zauważył, że klinga świetlnego miecza byłego mistrza lekko drży.

Chwycił oburącz swoją broń i się cofnął. Gniew był znajomy i potężny, ale odbierał mu 

ostrość spojrzenia, a on musiał wszystko widzieć wyraźnie.

Vader znów przygotował się do walki, ale jego przewaga nad byłym uczniem zniknęła. 

Chwilę później jego świetlny miecz, sypiąc iskry, potoczył się po metalowej podłodze, wyrwany 
dzięki telekinezie z jego dłoni. Moc poderwała go w powietrze, podobnie jak on kiedyś poderwał 
ojca Galena, a grad pocisków uderzył w niego z nową siłą. Czarny Lord uniósł ukryte w rękawicach 
dłonie, żeby się przed nimi obronić, ale ostrzał nie ustawał, dopóki uczeń nie wyrwał z głośnym 
trzaskiem generatora energetycznego pola i nie rzucił nim w byłego nauczyciela.

Generator eksplodował z większą siłą, niż uczeń się spodziewał, a podmuch eksplozji 

powalił wszystkich na podłogę. Osłaniająca kopułę transpastal pękła na kawałki i we wszystkie 
strony posypały się okruchy. Uczeń długo słyszał dzwonienie w uszach po wybuchu.

Mimo to pierwszy zerwał się na nogi i brodząc w szczątkach, podszedł do miejsca, gdzie 

leżał na brzuchu Darth Vader. Czarny Lord był ciężko ranny, pozbawiony elementów czarnego 
pancerza. Przez szczeliny było widać jego ciało i jakieś mechanizmy. W końcu uczeń zobaczył 
prawdziwą krew.

Stanął nad byłym mistrzem i uniósł świetlny miecz, gotów do zadania ostatecznego ciosu. 

Vader usiłował wstać, nieporadnie przemieszczając ciężar zakutego w pancerz ciała. W końcu 
odwrócił się na plecy ze skowytem przeciążonych serwomotorów.

Siła eksplozji zerwała także hełm z głowy Dartha Vadera. Uczeń zobaczył wreszcie twarz 

mężczyzny, który go porwał i praktycznie uczynił z niego swojego niewolnika. Zobaczył żałosną, 
bezwłosą głowę, pokrytą zmarszczkami i starymi bliznami. Słabe oznaki życia były tylko w 
błękitnych, przepełnionych bólem oczach, które patrzyły na Galena z nieukrywaną udręką.

Z kłębów dymu wyłonił się Imperator. Na jego twarzy malowała się euforia. Uniósł rękę, 

jakby zamierzał dotknąć ucznia, który poczuł, że przepływa przez niego fala hipnotyzującej 
sugestii.

- Tak! Zabij go! Jest słaby, pokonany! Zabij go, bo tylko dzięki temu będziesz mógł zająć 

należne miejsce u mojego boku!

Uczeń stał zahipnotyzowany upiorną charyzmą Imperatora. Dlaczego by nie? - pomyślał. 

Czy nie o tym właśnie myślałeś nad Raxus Prime? Gdyby jednak się zgodził na ten plan, uwolniłby 
się od wpływu jednego mistrza, by zostać niewolnikiem innego... A co miałoby go powstrzymać 
przed zaatakowaniem w końcu tego drugiego? Nie zamierzał popełniać tego samego błędu, co 
kiedyś Darth Vader.

Darth Vader... który zamordował jego ojca, a jego samego okłamał i zdradził, który 

zniszczył PROXY’ego i uznał Juno za zdrajczynię, a ostatnio porwał Kotę i pozostałych 
Rebeliantów. Czy nie zasłużył po tysiąckroć na śmierć?

A potęga? Uczeń przyzwyczaił się do niej w służbie swojego byłego mistrza. Ilekroć czuł w 

sobie śpiew Ciemnej Mocy, wszyscy naginali się do jego woli. Z czymś takim trudno byłoby mu się 
rozstać.

- Nie! - Głos Koty napłynął jakby z bardzo daleka. Uczeń zauważył, niby na puszczonym w 

zwolnionym tempie filmie, że mistrz Jedi odrywa świetlny miecz od pasa Imperatora i z 
zaprzeczającą jego fizycznej ślepocie pewnością zabija nim gwardzistów, którzy strzegli trojga 

background image

Rebeliantów. Kiedy skończył, zaatakował samego Imperatora, który stał pozornie bezbronny, z ręką 
wyciągniętą cały czas w kierunku ucznia Vadera.

Imperator jednak nigdy nie był bezbronny. Wyciągnął przed siebie drugą rękę i poraził Kotę 

błyskawicą, zanim generał zdążył go zaatakować klingą świetlnego miecza. Energia Sithów 
zaskwierczała między nimi i mistrz Jedi runął do tyłu w śmiercionośnym uścisku Imperatora.

- Ratuj go!
Dopiero kiedy uczeń usłyszał okrzyk Baila Organy, ocknął się z odrętwienia. Pokręcił głową 

i poczuł, że wpływ Imperatora oblepia go jak oliwa. Co też sobie wyobrażał? Po wszystkim, co 
przeżył, nie chciał wracać na Ciemną Stronę. Na własne oczy widział, co Ciemna Strona zrobiła 
Marisie Brood na Felucji. Dostrzegał to także w oczach Dartha Vadera. Obecnie, kiedy widział 
swojego mistrza, poniżonego i zdanego wyłącznie na jego łaskę, nawet nie chciał go zabić. 
Uświadomił sobie, że właśnie od zabijania wszystko się zaczęło. Kiedy Darth Vader zabił ojca 
Galena, a sam Galen wyszarpnął świetlny miecz z jego dłoni, chciał tylko pomścić śmierć ojca. To 
właśnie tę chęć Vader wówczas w nim zobaczył, nie tylko to, że chłopak jest silny Mocą. I właśnie 
dlatego on sam, Galen, wymazał ze swojej pamięci osobę, którą kiedyś był. Z własnej woli zrobił 
pierwszy krok na ścieżce wiodącej na Ciemną Stronę, jeszcze zanim się dostał pod okrutną kuratelę 
Vadera. Musi się obecnie wycofać albo na zawsze pozostać sługą Ciemnej Strony.

Zabijając Dartha Vadera, niczego nie osiągnie. Zmianę biegu historii mogło spowodować 

tylko ocalenie Rebeliantów.

Raz powzięta decyzja okazała się zdumiewająco łatwa.
Posłał w stronę Imperatora grad strzaskanych okruchów transpastali, a kiedy Palpatine 

stracił koncentrację, odepchnął go od Koty i uwolnił mistrza Jedi ze śmiercionośnej pajęczyny 
energii Sithów. Wyczerpany i dymiący starzec runął do tyłu, ale podtrzymał go Garm Bel Iblis. 
Uczeń rzucił Rebeliantom komunikator i podszedł do Palpatine’a.

- Bardzo dobrze! - syknął Imperator i wyciągnął do niego ręce z palcami zakrzywionymi jak 

szpony. Wyglądał jak słaby starzec, który usiłuje odeprzeć atak młodego napastnika. Potknął się i 
osunął na kolana. - Brawo! - Spojrzał w górę na Galena. - To twoje przeznaczenie. Musisz mnie 
zabić. Zrób to! Daj upust swojej nienawiści!

Uczeń stał przed nim z uniesioną klingą świetlnego miecza. Jej akwamarynowy blask 

odbijał się w oczach Imperatora galaktyki, jakby miał być ostatnią rzeczą, którą starzec zobaczy w 
tym życiu.

Po chwili uczeń z cichym trzaskiem wyłączył klingę i opuścił rękę.
Kota pokuśtykał do niego i położył dłoń na jego ramieniu.
- O to chodziło, chłopcze - powiedział z niekłamaną dumą. - Został pokonany. Możesz teraz 

dać mu spokój.

Ich uwagę zwrócił napływający z góry pomruk repulsorów. Spojrzeli tam i stwierdzili, że 

między szczątkami strzaskanej kopuły opada „Cień Łotra”, mrugając światłami pozycyjnymi, żeby 
go szybciej zauważyli. Podmuch powietrza z repulsorów rozproszył resztki dymu, a łopocząca 
peleryna ucznia owinęła się wokół jego nóg.

To Juno, pomyślał Galen. Nareszcie wszystko będzie dobrze.
- Ty głupcze! - warknął Imperator, posyłając w plecy Koty kolejną falę błyskawic Sithów. - 

Nigdy nie będzie twój!

Kota uniósł ręce i upadł na twarz, a uczeń zrozumiał, że jeszcze nie wszystko skończone. 

Nadeszła chwila prawdy.

Bez wahania stanął między Kotą a Imperatorem i przyjął na własne ciało całą energię 

błyskawic.

Trudny do zniesienia ból poraził wszystkie jego nerwy i komórki ciała, zamieniając je w 

rozżarzone do białości igły. Galen jeszcze nigdy w życiu nie odczuwał tak strasznego cierpienia. 
Chciałby się cofnąć przed jego źródłem i zwinąć w kłębek, żeby nieświadomość pozwoliła mu o 
wszystkim zapomnieć. Mimo to stał nieruchomo i oglądał świat przez skwierczący błękitny blask, a 
nawet zrobił krok w kierunku Imperatora.

- Uciekaj! - syknął do Koty. - Szybko!

background image

Generał wahał się tylko chwilę. Uczeń przypomniał sobie, że Kota także widział przebłysk 

przyszłości. Na pewno zrozumiał, że wszystko sprowadza się do prostego wyboru: on i Rebelianci 
albo uczeń i wiekuisty mrok. Galen zauważył kątem oka, że Kota prowadzi Rebeliantów w 
kierunku rampy opadającego statku.

Zdecydował, że da radę zapanować nad bólem i podejść jeszcze kawałek w stronę 

Imperatora. Drżącymi dłońmi chwycił starca za kościste ramiona i z całej siły ścisnął. Błyskawica 
Sithów otoczyła ich obu, podsycana przez desperację. Imperator odchylił do tyłu głowę i zawył w 
straszliwym bólu. Uczeń zrozumiał, że ciemność może ogarnąć jego umysł, ale rozpaczliwie starał 
się zachować świadomość. Musiał to przeżyć. Po prostu musiał.

Do pomieszczenia wpadła drużyna szturmowców, na której czele biegł utykający Darth 

Vader. Żołnierze unieśli blasterowe karabiny i wycelował do wbiegających po rampie Rebeliantów.

- Nie! - krzyknął uczeń i przestał się bronić przed błyskawicą Sithów, żeby ostatni raz w 

życiu stawić czoło Imperialcom. Poczuł przepływającą przez jego ciało energię. Odniósł wrażenie, 
jakby w jego piersi zapłonęła mała gwiazda. Kierując się bardziej troską o życie swoich przyjaciół 
niż o swoje, otworzył się całkowicie na przepływ Mocy i w nagrodę wniknęła w niego potęga, w 
porównaniu z którą jego dotychczasowe próby posługiwania się Ciemną Stroną wyglądały jak 
dziecinna igraszka. Nerwy zapłonęły, ze skóry strzeliły promienie światła, a kości rozjarzyły się jak 
rozgrzana do czerwoności lawa.

Bardziej zobaczył, niż poczuł, jak potężna fala udarowa pochłania wszystko, co jeszcze 

pozostało z obserwacyjnej kopuły. Piekielny ogień rozerwał szturmowców na strzępy, a później 
otoczył Vadera i Imperatora. Odłamki poderwały się w powietrze jak drobiny pyłu, oświetlone 
przez promień superlasera Gwiazdy Śmierci.

Zdmuchnięty niczym liść „Cień Łotra” pospiesznie odleciał, a rampa zatrzasnęła się za 

cennym ładunkiem.

Uczeń znów poczuł się tak, jakby opuścił swoje ciało. A może tym razem to ciało go 

opuściło? Był rozdarty na strzępy przez energię, która przez niego przepłynęła. Każda komórka 
jego ciała przeżyła wstrząs; każde włókienko drżało. Płomień palący mu twarz nie wytwarzał ani 
odrobiny ciepła. Uczeń czuł, że znajduje się równie daleko od niego jak najdalsze ramiona 
galaktyki. Dziwił się, że jeszcze w ogóle potrafi myśleć.

Osłabione przez eksplozję wsporniki kopuły w końcu się złamały. Cała konstrukcja wpadła 

do niecki superlasera, gdzie wywołała serię konwencjonalnych eksplozji. Na miejsce katastrofy 
zbiegli się szturmowcy. Poprzez gęsty dym uczeń zobaczył tylko dwie osoby.

Darth Vader wstawał z trudem, jeszcze ciężej ranny niż poprzednio. Wyciągnął rękę, żeby 

się czegoś przytrzymać, ale natrafił tylko na swojego mistrza, który piorunował go spojrzeniem.

Obaj bez słowa zaczęli przeszukiwać rumowisko.
Kiedy znaleźli to, czego szukali, żaden nie był tym zachwycony.
- Nie żyje - oznajmił Czarny Lord, spoglądając obojętnie na ciało u swoich stóp.
To ta chwila, pomyślał uczeń. Widziałem ją w swojej wizji!
- A zatem stał się potężniejszy niż kiedykolwiek - odparł Imperator. Uniósł głowę i z 

gniewną miną obserwował, jak „Cień Łotra” niknie na tle zatłoczonego nieba. - Miał nam wydać 
Rebeliantów, a zamiast tego dal im nową nadzieję. Jego poświęcenie stanie się dla nich 
natchnieniem.

- Ale za to już wiemy, kim są nasi przeciwnicy, mój mistrzu - stwierdził Vader. - Będę ich 

ścigał i wszystkich pozabijam, jak tego zawsze chciałeś... począwszy od zdrajcy Baila Organy.

Imperator uciszył go niecierpliwym machnięciem ręki i odwrócił się, żeby odejść.
- Cierpliwości, lordzie Vader - powiedział. - Lepiej będzie najpierw zniszczyć jego nadzieję 

albo zabić kogoś bliskiego jego sercu...

Nadzieja nigdy nie może zostać zniszczona, pomyślał uczeń. Nie w obecnej chwili. 

Przetrwam wszystko, co możecie im zrobić...

Czuł, że pochłania go ciemność, ale tym razem się jej nie sprzeciwiał. Liczyło się tylko to, 

że Juno jest bezpieczna. Nie musiał tam być, żeby widzieć, co się dalej wydarzy. Równie dobrze 
mógł sobie to wyobrazić.

background image

Przywołał resztkę niknącej świadomości i wyszeptał swoje imię.
Korzystając z tego, że nikt go nie widzi, Czarny Lord uniósł stopę w ciężkim, podkutym 

bucie i zmiażdżył obcasem świetlny miecz swojego ucznia, który sprawił mu tak wielki zawód.

EPILOG

Tym razem napowietrzne szlaki Kashyyyka nie były zatłoczone. Zamiast mrugających 

świateł pozycyjnych transportowców i płomieni z dysz wylotowych jednostek napędu 
nadświetlnego Juno widziała tylko gwiazdy płonące niczym diamenty na tle aksamitnej czerni 
nieba. Obserwowanie ich dawało niezwykły spokój i pozwalało o wszystkim zapomnieć. W obecnej 
chwili tylko tego potrzebowała.

Z ciemności nocy dobiegał szmer rozmów, ale młoda pilotka nie zwracała na nie uwagi. 

Rebelianci próbowali ją wciągnąć do rozmowy, ale kogo obchodzi, co o Rebelii sądzi była pilotka 
Imperium? Co mogła wiedzieć o planach Galena albo Dartha Vadera? Po prostu przyłączyła się do 
wydarzeń, chociaż nie zawsze robiła to z własnej woli. W marzeniach widziała, jak przekonuje 
Galena, żeby zrezygnował z udziału w ostatecznej wyprawie, i jak odlatuje z nim w bezkresne 
przestworza...

Ciężko westchnęła. Ucieczka nie była dobrym wyjściem w ich sytuacji. Imperium zawsze 

by ich ścigało, podobnie jak przeszłość Galena. W głębi duszy Juno podejrzewała, że zawsze to 
wiedziała.... zawsze była pewna, że wszystko się tu zakończy.

Mimo to czuła obezwładniający ból, zabierając Rebeliantów z pokładu Gwiazdy Śmierci. 

Kiedy się dowiedziała, że nie będzie z nimi Galena, chciała zawrócić, przelecieć przez 
rozprzestrzeniającą się falę udarową i wpaść do zniszczonej kopuły obserwacyjnej, żeby go ocalić, 
ale jedno spojrzenie w oczy Koty uświadomiło jej, że to nie miałoby sensu. Galen odszedł.

Odszedł. Zginął. Wszystko sprowadzało się do jednego. Wszystko, co razem przeszli i o co 

walczył Galen... i za co oddał życie. Po to, żeby umożliwić Rebeliantom ucieczkę z Gwiazdy 
Śmierci.

Juno panowała nad emocjami na tyle długo, że zdążyła zabrać wszystkich z systemu 

Horuza, a nawet, za namową Koty, wytyczyć kurs na Kashyyyka. Zaledwie znaleźli się w 
nadprzestrzeni, generał opowiedział jej ze swoją zwykłą brutalną szczerością o wszystkim, co się 
wydarzyło w obserwacyjnej kopule. Kiedy Juno go wysłuchała, poczuła się trochę spokojniejsza. 
Lepiej się stało, że Galen zginął, oddając życie za przyjaciół, niż gdyby miał na zawsze pozostać po 
Ciemnej Stronie. Teraz już to rozumiała. Gdyby zabił Dartha Vadera, oznaczałoby to jego koniec... 
Koniec takiego człowieka, jakiego znała. Życie bez nadziei było gorsze niż śmierć.

Kiedy Kota skończył, przeszła do niewielkiego pomieszczenia dla członków załogi, żeby się 

uspokoić i oswoić z tą prawdą. Wiedziała, że Galen aż do końca pozostał wiemy swoim zasadom, 
więc ona też nie może żyć tak jak do tej pory. Powierzyła mu nie tylko siebie, ale i ich wspólną 
przyszłość. On jej zaufał, zdradzając swoje prawdziwe imię. Co miała zrobić obecnie, kiedy go 
zabrakło?

Dobrze chociaż, że nie musi się martwić, jak będzie wyglądała jej najbliższa przyszłość. 

Doszła do wniosku, że z czasem znajdzie spokój, rozpamiętując to, co było. A pozostały jej 
wspomnienia, których nigdy nie straci.... Także wspomnienia o Rebelii. O Rebelii, której Galen dał 
szansę zwycięstwa...

Wylądowali na Kashyyyku pod pretekstem uczczenia pamięci Galena, ale Juno 

przypuszczała, że Rebelianci poszukują czegoś, co mogłoby ich utwierdzić w powziętym zamiarze. 
Nadal wiedzieli o Galenie bardzo niewiele ponad to, że zdobył się na ostateczne poświęcenie, aby 
zapewnić im bezpieczeństwo. Jego historia była pełna luk. Juno nie kwapiła się, żeby je wypełnić, i 
zauważyła, że Kota też się z tym nie spieszy. Galen zginął jak bohater. Cóż innego się jeszcze 
liczyło?

- Nazywał się Galen Marek - ogłosił w końcu Bail Organa po długim przeszukiwaniu 

imperialnych baz danych. - Jego ojciec miał na imię Kento, był rycerzem Jedi i żył dziesięć lat 

background image

pośród Wookiech. Galen się tu urodził.

- Natknął się na coś w lesie - zdradziła Juno Rebeliantom, bo przypomniała sobie, co Galen 

powiedział jej przez komunikator: „To zwykła stara chata, a ściślej jej ruiny, ale wyczuwam w nich 
coś znajomego”. Juno odnalazła to miejsce dzięki współrzędnym z transmisji, które automatycznie 
zarejestrowano w pokładowej bazie danych „Cienia Łotra”. Stała teraz przed zrujnowaną chatą i 
wyobrażała sobie, jak kiedyś Galen się czuł, rozdarty przez wewnętrzny konflikt, patrząc na to 
samo, co ona w tej chwili: ruiny chaty, ciemne ślady po blasterowych strzałach i dowody dawnego 
pojedynku na świetlne miecze.

„W lesie czai się głęboka ciemność. Ciemność i... tak, smutek. Odnoszę wrażenie, że 

wydarzyła się tu jakaś tragedia”.

Juno mogła się nigdy nie dowiedzieć, co to było, ale w jej głowie kłębiły się mroczne 

obrazy.

Senatorowie w chacie dyskutowali o przyszłości i prawdopodobnie porzucili wszelkie 

zastrzeżenia, jakie jeszcze mogli mieć do przeszłości Galena. Więzy rodzinne były dla nich bardzo 
ważne. Podczas trudnego lotu z systemu Horuza senator Organa skontaktował się ze swoją córką, 
aby zawiadomić ją, że przeżył zastawioną na nich na Korelii pułapkę. Leia, zachwycona, 
wystartowała z Alderaana najszybszym gwiezdnym statkiem i spotkała się z ojcem na orbicie nad 
Kashyyykiem. Ich radość nie miała granic.

Nastroju Rebeliantów nie mogła popsuć nawet nowa superbroń Imperatora. Podnieceni 

zniszczeniem orbitalnej stacji Wookie przepędzali najeźdźców ze swojej planety, więc wszystko 
wydawało się możliwe, choćby w rzeczywistości miało bardzo małe szanse powodzenia.

Imperator wiedział, kim są jego przeciwnicy i jakie mają względem niego plany. Co więcej, 

konstruował potężną superbroń, żeby zdławić wszelki możliwy opór. Jeżeli Rebelianci chcieli go 
pokonać, musieli mu szybko zadać potężny cios.

Nagle Juno usłyszała, że w ciemności nocy za jej plecami coś się poruszyło. Obejrzała się i 

zobaczyła, że ze zrujnowanej chaty wychodzi Kota. Stary generał poruszał się śmiało i pewnie. 
Jeżeli nie liczyć brzydkiej ohydnej blizny, którą obecnie się chlubił jak dowodem męstwa, można 
byłoby pomyśleć, że widzi doskonale.

Kota wyczuł jej obecność, podszedł blisko i stanął u jej boku. Juno pomyślała, że generał 

wyszedł z chaty tylko po to, żeby z nią porozmawiać.

- Zawsze wiedziałeś, kim naprawdę był, prawda? - zapytała.
Kota pokiwał głową.
- Podejrzewałem to - przyznał.
- A zatem dlaczego nam pomogłeś po tym wszystkim, co zrobiliśmy?
Stary mężczyzna się zawahał, a Juno przyszło do głowy kilka możliwości. Czyżby generał 

udawał pokonanego starca, żeby zabić ucznia Dartha Vadera, gdyby ten opowiedział się w końcu 
po niewłaściwej stronie? A może, jak wszystko na to wskazywało, wczuł się w tę rolę do tego 
stopnia, że aż do samego końca nie ufał Galenowi? Czyżby zaczął mu wierzyć dopiero w chwili, 
kiedy uczeń zdecydował się oddać życie za sprawę Rebeliantów? Czy możliwe, że nikt nie zdawał 
sobie wówczas z tego sprawy?

Odpowiedź starego Jedi zaskoczyła pilotkę.
- Kiedy spotkał się ze mną w tamtym barze nad Bespinem, pośród wszystkich mrocznych 

myśli w jego głowie dostrzegłem jeden płonący jasnym blaskiem punkt, jedną wspaniałą rzecz, 
która natchnęła mnie nadzieją... a której i on się trzymał do samego końca.

- Co mu dawało tę nadzieję? - zapytała.
Starzec objął ją jak dobroduszny dziadek.
- Przecież znasz odpowiedź na to pytanie, Juno - powiedział.
Młoda pilotka zacisnęła zęby, żeby się nie rozpłakać. Kota miał rację. Rzeczywiście znała 

odpowiedź na to pytanie. A skoro ją znała, problem: „Dlaczego ja?” stał się zupełnie nieważny.

- Zjednoczył się w tamtej chwili z Mocą - podjął Kota. Juno rozumiała, że stary generał 

usiłuje na swój nieporadny sposób ją pocieszyć.

- Czy ktokolwiek go zapamięta? - zapytała.

background image

- Księżniczka ma pewną propozycję. Powinnaś ją usłyszeć - odparł Kota. Wskazał brodą 

zrujnowaną chatę.

Juno pozwoliła, żeby ślepy starzec wprowadził ją przez szczelinę w ścianie. Senatorowie 

zgromadzili się wokół prowizorycznego stołu. Wyglądali na zmęczonych. Nie unieśli nawet głów, 
kiedy do środka weszli Kota i Juno.

- Czy jesteśmy gotowi dokończyć to, co zaczęliśmy? - zapytał Bail Organa pozostałych 

Rebeliantów.

Pokiwali głowami.
- A więc ogłaszam narodziny Sojuszu Rebeliantów... tutaj i tej nocy.
Jego oświadczenie powitano uśmiechami ulgi. Nikt nie wiwatował, chociaż chwila była 

rzeczywiście bardzo uroczysta. Wszyscy wiedzieli, że czeka ich jeszcze wiele niebezpieczeństw i 
mnóstwo pracy.

- Musimy mieć symbol, wokół którego moglibyśmy się zjednoczyć - odezwała się Leia 

Organa.

- Masz rację - poparł ją Garm Bel Iblis.
Księżniczka starła kurz ze stolika, odsłaniając wyryte w drewnie rodzinne godło. 

Przedstawiało stylizowanego, smukłego drapieżnego ptaka, który dumnie unosił skrzydła w górę, 
jakby ruszał na polowanie.

- Symbol nadziei - oznajmiła.
Przeniosła spojrzenie z ojca na Mon Mothmę i Garma Bel Iblisa, a potem zerknęła na Juno. 

Młoda pilotka ledwie zauważalnie kiwnęła igłową na znak zgody.

Poczuła nagle w piersi cudowne ciepło i jeszcze raz kiwnęła głową. Galen zrobił wszystko, 

co było w jego mocy, żeby ocalić galaktykę przed Imperatorem, a przy okazji ocalił samego siebie 
przed zgubnym wpływem Ciemnej Strony Mocy. Osoby zebrane w chacie miały odtąd się 
jednoczyć wokół godła jego rodziny i kontynuować jego dzieło. Galen stał się w ten sposób 
pierwszym Rebeliantem, który dał wszystkim nadzieję.

A ona? Juno także wiedziała, że nigdy nie zapomni ani jego, ani przykładu, jaki jej zostawił. 

Od tej pory nie musi po nim rozpaczać. Może śmiało spoglądać w przyszłość.

Nie musiała władać Mocą, aby wiedzieć, że to będzie niełatwa droga...

PODZIĘKOWANIA

Serdecznie dziękuję Ginjer Buchanan, Christine Cabello, Lelandowi Chee, Keithowi  

Claytonowi, Richardowi Curtisowi, Darrenowi Nashowi, Frankowi Parisiemu, Lindsay Parmenter,  
Brettowi Rectorowi, Sue Rostom, Shelly Shapiro, Johnowi Staffordowi, Cameronowi Suey i Danowi  
Wassonowi, bez których pomocy pisanie tej książki byłoby o wiele mniej zabawne - a  
prawdopodobnie nawet niemożliwe.

Chylę czoło przed Hadenem Blackmanem, autorem niesamowitego scenariusza, a także  

przed George ’em Lucasem za to, że wreszcie wyraził zgodę na otwarcie okna w Ciemne Czasy.

Chciałbym także podziękować Kevinowi J. Andersonowi, którego przyjaźń, hojność i 

energia twórcza były dla mnie inspiracją w czasie całej mojej kariery, i niewątpliwie będzie tak w  
ciągu wielu następnych lat.

Spis Treści

CZĘŚĆ 1. Imperialna

ROZDZIAŁ 1ROZDZIAŁ 2ROZDZIAŁ 3ROZDZIAŁ 4ROZDZIAŁ 5ROZDZIAŁ 6ROZDZIAŁ 
7ROZDZIAŁ 8ROZDZIAŁ 9

CZĘŚĆ 2. Empiryczna

ROZDZIAŁ 10ROZDZIAŁ 11ROZDZIAŁ 12ROZDZIAŁ 13ROZDZIAŁ 14ROZDZIAŁ 
15ROZDZIAŁ 16ROZDZIAŁ 17ROZDZIAŁ 18ROZDZIAŁ 19ROZDZIAŁ 20ROZDZIAŁ 

background image

21ROZDZIAŁ 22ROZDZIAŁ 23ROZDZIAŁ 24ROZDZIAŁ 25ROZDZIAŁ 26ROZDZIAŁ 
27ROZDZIAŁ 28ROZDZIAŁ 29ROZDZIAŁ 30ROZDZIAŁ 31 CZĘŚĆ 3. Rebeliancka
ROZDZIAŁ 32ROZDZIAŁ 33ROZDZIAŁ 34ROZDZIAŁ 35ROZDZIAŁ 36ROZDZIAŁ 
37ROZDZIAŁ 38

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

 

background image