background image

 

JAMES PATTERSO 

CIEŃ HAWAY 

Przełożył: Jacek Złotnicki 

Data wydania polskiego: 2000 

background image

30 kwietnia 1979, Turtle Bay 

 

 

Kingfish i Kubańczyk obserwowali parę, spacerującą po błyszczącym w słońcu, białym, 

piaszczystym brzegu zatoczki. Z daleka widzieli tylko dwie maleńkie figurki. Idealne ofiary. 

Po prostu idealne. 

Zabójcy,  ukryci  pośród  palm  i  niebieskich  dzikich  lilii,  z  uwagą  przyglądali  się  dwojgu 

spacerowiczom,  którzy  szli  powoli,  by  zniknąć  wreszcie  za  zakrętem  brzegu.  Kubańczyk 

zawiązał  sobie  na  głowie  czerwono-żółtą  chustę.  Ubrany  był  w  wypchane  na  kolanach 

spodnie khaki. Jego stroju dopełniały mocno zdarte, jasnopomarańczowe saperki, kupione w 

sklepie z militariami w Miami. Człowiek o przezwisku Kingfish miał na sobie tylko brudne 

spodnie od polowego munduru armii Stanów Zjednoczonych. Twarde mięśnie obu mężczyzn 

rysowały się ostro w palących promieniach karaibskiego słońca. Światło słoneczne tworzyło 

lśniące refleksy na powierzchni morza i połyskiwało na klindze maczety do ścinania trzciny 

cukrowej, wiszącej u pasa Kubańczyka. To wysłużone narzędzie mierzyło trzy czwarte metra 

i było ostre jak brzytwa. 

Na południe od kryjówki mężczyzn tkwił na rafie samotny i opuszczony wrak wielkiego 

szkunera  „Isabelle  Anne”,  odwiedzany  tylko  przez  ptaki  i  ryby.  Trzydzieści  metrów  dalej 

plaża  omijała  strome,  czarne  skały,  tworząc  idealną  ścieżkę  dla  spacerowiczów.  Na  ostrym 

łuku leżały wyrzucone przez fale ryby, koralowce, wodorosty, skorupki ostryg i jeżowce. 

Zabójcy  spodziewali  się  za  chwilę  ujrzeć  na  wąskiej  ścieżce  parę  wyłaniającą  się  zza 

zakrętu. Ich ofiary. Może to jakaś szara eminencja, nieprzyzwoicie bogaty premier jednego z 

krajów  Ameryki  Południowej?  Albo  polityk  z  USA  ze  swoją  seksowną  sekretarką,  pełniącą 

także obowiązki kochanki? W każdym razie był wart tych pieniędzy, jakie mieli otrzymać za 

wykonanie zadania, a także kosztów ich podróży i pobytu w tym spokojnym, malowniczym 

zakątku  świata.  Wart  po  pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów  na  głowę  za  robotę,  która  nie  trwała 

nawet tygodnia. 

Zza występu skalnego niespodziewanie wybiegło dwoje nastolatków, kierując się wprost 

do  zatoczki.  Chudy,  długowłosy  chłopak  z  bogatej  rodziny.  Płowa  blondynka  w  koszulce  z 

nadrukiem  „Club  Mediterrean”.  Amerykanie.  Biegnąc  pozbywali  się  kolejnych  części 

garderoby. Całkiem nadzy, popędzali się, krzyczeli, że ostatni przegrywa. Wreszcie zanurzyli 

się  w  lśniących  falach.  Nad  ich  głowami  zaskrzeczała  mewa.  Zabrzmiało  to  jak  beczenie 

kozy. 

Mężczyzna  znany  jako  Kingfish  wetknął  w  piasek  drogie  cygaro.  Warknął  niskim 

głosem: 

– Chyba nie po to przejechaliśmy taki kawał drogi, żeby zabić tę parę gówniarzy. 

background image

– Czekaj i patrz. Patrz uważnie – napomniał go Kubańczyk. 

Baraszkujący  w  wodzie  chłopak  pokrzykiwał,  usiłując  bez  powodzenia  naśladować 

mewę. 

– Nie wytrzymam! Jest cholernie, niewyobrażalnie cudownie! – wtórowała mu szczupła 

blondynka. 

Dała  nurka  w  spienione  fale,  by  wynurzyć  się  po  chwili.  Długie  włosy  przylgnęły  jej 

płasko do głowy. Drobne, dziewczęce piersi o sterczących sutkach stwardniały pod wpływem 

chłodnej wody. 

– Uwielbiam to miejsce! Nie ruszę się stąd! Gramercy Park jest do niczego! Wschodnia 

Trzydziesta Trzecia ulica – pluję na nią. Juhuu! Hej! 

Kubańczyk  powoli  uniósł  dłoń  nad  błękitne  lilie  i  kolczaste  krzaczki.  Pokiwał  w  stronę 

zielonego  samochodu,  stojącego  na  zarośniętym  wzgórzu,  z  którego  roztaczał  się  widok  na 

plażę. 

Pojedynczy dźwięk klaksonu. Ich sygnał. 

Zapadła niesamowita cisza. Bicie serc, szum fal... nic więcej. 

Chłopak i dziewczyna wyciągnęli się na miękkich ręcznikach kąpielowych, by wysuszyć 

się  w  promieniach  słońca.  Zamknęli  oczy.  Kolory  pod  powiekami  zaczęły  mienić  się  jak  w 

kalejdoskopie. Dziewczyna zaśpiewała: 

– Słonko świeci na wschodzie... 

Chłopak wydał nieprzyjemny, chrapliwy dźwięk. 

Dziewczyna  otworzyła  oczy  i  poczuła  silne  uderzenie  w  czubek  głowy.  Okropnie 

zabolało; cały świat zawirował wokół niej. Otworzyła usta do krzyku, ale zadławiła się gęstą, 

pienistą krwią. 

Ciche  echo  wystrzałów  rozległo  się  wśród  okolicznych  wzgórz.  Kule  opuszczały  lufę 

nowoczesnego,  zachodnioniemieckiego  karabinka  snajperskiego  z  prędkością  ponad 

kilometra na sekundę. 

Kingfish  i  Kubańczyk  stanęli  nad  ciałami,  leżącymi  na  splamionych  krwią  ręcznikach. 

Kingfish dotknął policzka chłopaka. Zaskoczyło go, że dzieciak jęknął. 

– Chyba nie polubię pana Damiana Rose’a – powiedział Kingfish z miękkim, francuskim 

akcentem. – Żałuję, że wyjechałem z Paryża. On zostawił go przy życiu celowo... dla nas. 

Umierający dziewiętnastolatek zakasłał. Błękitne oczy zaczęły zachodzić mgłą. 

– Dlaczego? Przecież nie zrobiliśmy nic złego... – spytał. 

Kubańczyk  uniósł  wysoko  maczetę.  Ciął  mocno,  jakby  wyrąbywał  sobie  drogę  w 

najgęstszych  chaszczach,  jakby  chciał  ściąć  drzewo  za  jednym  zamachem.  Świst,  cięcie, 

zamach. 

Zabójca  metodycznie  szatkował  ciała  długim  ostrzem.  Czyste,  mocne  cięcia.  Potwornie 

skuteczne. Krew bryzgała na oprawcę. Ciało i kości rozstępowały się, nie stawiając żadnego 

background image

oporu ostrej klindze. Kałuże krwi szybko wsiąkały w piasek, pozostawiając ciemnoczerwone 

plamy. 

Skończywszy rzeźnicką  robotę Kubańczyk wbił  maczetę  głęboko w piasek. Na  rękojeść 

nasadził czerwoną wełnianą czapeczkę. 

Obaj zabójcy popatrzyli w kierunku wzgórz. W oddali ujrzeli mężczyznę, stojącego obok 

lśniącego,  zielonego  samochodu.  Przystojny  blondyn  zachęcał  ich  do  pośpiechu,  machając 

nad  głową  niemieckim  karabinkiem.  Z  daleka  nie  mogli  jednak  dostrzec  triumfalnego 

uśmiechu na twarzy Damiana Rose’a. 

 

background image

Wstęp 

Pamiętnik Damiana i Carrie 

Rose’ów 

background image

 

Zwróćmy  uwagę  na  siłę  oddziaływania  i  ogromny  potencjał 

prawdziwego, 

„potwornego 

morderstwa”, 

dokonanego 

pełną 

świadomością, w ściśle kontrolowany sposób. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

23 stycznia 1981, owy Jork 

 

O  wpół  do  siódmej  rano  dwudziestego  trzeciego  stycznia,  w  dniu  urodzin  swojej 

jedynaczki,  Mary  Ellen,  wysoki,  ciemnowłosy,  nieco  krótkowzroczny  mężczyzna  –  Bernard 

Siegel  –  rozpoczynał  w  Wolf  Delicatessen  przy  Zachodniej  Pięćdziesiątej  Siódmej  ulicy  w 

Nowym  Jorku  codzienne  śniadanie.  Złożone  było,  jak  zwykle,  ze  słabo  ściętej  jajecznicy, 

rogalika z makiem i filiżanki czarnej kawy. 

Po  sutym  posiłku  Siegel  złapał  taksówkę  i  pojechał  pokrytymi  śnieżną  breją  ulicami  na 

Trzecią Aleję, pod numer osiemset. Posługując się kolekcją siedmiu srebrnych kluczy dostał 

się  do  wnętrza  nowoczesnego,  pokrytego  przyciemnionymi  szybami  budynku  i  udał  się  do 

biur  znanego  wydawnictwa,  dla  którego  pracował.  Wszedł  do  największego  z  „małych” 

gabinetów  na  tym  piętrze.  To  był  jego  gabinet.  Miał  zamiar  solidnie  popracować,  zanim 

rozdzwonią  się  telefony,  aby  wyjść  do  domu  nieco  wcześniej,  ze  względu  na  urodziny 

córeczki. Kończyła właśnie dwanaście lat. 

Naprzeciw przyciemnianego okna stała młoda, opalona na brąz kobieta. Jej długie, jasne 

włosy poprzetykane były gęsto białymi nitkami siwizny. Mogło się wydawać, że przypatruje 

się  budynkowi,  stojącemu  po  przeciwnej  stronie  ulicy.  A  może  po  prostu  przyglądała  się 

swojemu odbiciu. 

– Po pierwsze, jak, do cholery, zdołała się tu pani dostać? Po drugie, kim, u diabła, pani 

jest? Po trzecie, proszę stąd natychmiast wyjść – powiedział Bernard Siegel. 

–  Nazywam  się  Carrie  Rose  –  odezwała  się  kobieta,  zwracając  twarz  w  jego  kierunku. 

Wyglądała  na  dwadzieścia  osiem,  może  dwadzieścia  dziewięć  lat;  była  zupełnie  spokojna  i 

opanowana. 

–  Przyszłam  tu,  aby  uczynić  cię  jeszcze  sławniejszym  człowiekiem  niż  jesteś  teraz.  Ty 

jesteś Siegel, prawda? 

Wydawca  nie  mógł  powstrzymać  leciutkiego  uśmiechu,  ledwo  dostrzegalnego 

rozchylenia  wąskich, zaciętych warg. Ta kobieta  zwracała się do niego na „ty”. Niech szlag 

trafi  tych  bezczelnych,  nieokrzesanych  młodych  pisarzy,  pomyślał.  Ta  tutaj  chyba  musiała 

spać w jego gabinecie, żeby się z nim spotkać. Pewnie po to, by uszczęśliwić go rewelacjami 

o swoim sukcesie w tegorocznej edycji konkursu talentów literackich. 

background image

Siegel mrużąc oczy przyglądał się Carrie Rose, a raczej pani Carrie Rose, o czym miał się 

niebawem  przekonać.  Żonie  Damiana  Rose’a.  Kobiecie-najemnikowi.  Musiał  przyznać,  że 

jest wysoka, urzekająco piękna i modnie ubrana. Jak z „Vogue’a”. 

Nosiła duże, szylkretowe okulary, które sprawiały, że wyglądała na bardziej bezradną niż 

prawdopodobnie była w rzeczywistości. Kostium w niewinnym błękitnym kolorze miał uśpić 

jego czujność, tego był pewien. Stary fortel. 

–  No  dobrze,  jestem  Siegel  –  przyznał  w  końcu.  –  Ale  wcale  nie  jestem  sławny  i  pani 

teksty  są  nie  na  miejscu.  Proszę  opuścić  mój  gabinet.  Niech  pani  wraca  do  domu  i  napisze 

jeszcze  jeden  szkic  swojej  wspaniałej  książki.  A  potem  proszę  umówić  się  na  spotkanie  w 

godzinach urzędowania przez moją... 

–  Ależ  jesteś  sławny,  Bernardzie  –  przerwała  mu  kobieta  z  szerokim,  sztucznym 

uśmiechem. – Jesteś tak sławny, że nawet wyjątkowo zapracowani ludzie, jak ja, narażają się 

na  wielkie  niewygody,  aby  tylko  dać  ci  prawa  do  wydania  książki  wartej  milion  dolarów. 

Książki, która na trwałe wejdzie do historii. 

Siegel zaśmiał się drwiąco. Cóż, zasłużyła sobie na to. 

– I wszystko to za jedyny milion dolarów? 

Carrie Rose też się roześmiała. 

– Mniej więcej. 

Popatrzyła  uważnie  na  Siegela  i  rozejrzała  się  po  pokoju.  Pod  ścianami  stały  dwa  nie 

pasujące  do  siebie  regały  –  dębowy  i  sosnowy.  Na  modnym  biurku  z  wysuwanym  blatem 

stała maszyna do pisania Olivetti Lettera, a obok niej piętrzył się równy stos białego papieru 

maszynowego. Nowiutkie, lśniące okładki książek wisiały przypięte do korkowej tablicy. W 

różnokolorowych przegródkach leżały rękopisy. Biuro wydawcy. 

Siegel  postawił  teczkę,  zsunął  mokasyny  i  zasiadł  w  fotelu.  Popatrzył  przeciągle  na 

nieproszonego gościa. 

– No więc, gdzie pani ma to wiekopomne dzieło? 

–  Jeszcze  go  nie  napisał  żaden  murzyn  –  powiedziała  Carrie  Rose.  –  Materiału 

literackiego  dostarczy  ci  pamiętnik,  który  prowadziłam  razem  z  moim  mężem  Damianem 

przez ostatni rok. Niezwykły, wyjątkowy pamiętnik, który będzie cię kosztował dwa miliony 

dolarów.  Opisujemy  w  nim  serię  brutalnych  zbrodni,  znanych  jako  morderstwa  spod  znaku 

maczety. Jest tych morderstw ponad sto. 

Piękna kobieta powiedziała to bardzo spokojnie... „seria potwornych zbrodni, morderstw 

spod znaku maczety”. 

 

background image

Część pierwsza 

Czas maczety 

background image

Marzec – lipiec 1979 
Śmierć w Lathrop Wells 

 

ROZDZIAŁ 1 

 

Damian  jest  zwolennikiem  poglądu,  że  nie  dalej  niż  za  pięćdziesiąt  lat 

ludzie  przeniosą  się  nad  morze  i  pod  jego  powierzchnię.  San  Dominica  to 

tylko początek. Ekspedycja badawcza. Po prostu dziecinada. Ludzie, którzy 

ją  stworzyli,  nawet  nie  potrafili  pojąć  motywów  kierujących  ich 

działaniami...  Trzy  piąte  kuli  ziemskiej  pokrywa  woda  i  należy  uwzględnić 

znaczenie tego faktu. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

24 lutego 1979, Lathrop Wells w stanie evada 

 

Chevrolet impala idiotycznego różowego koloru sunął przez bezkresną pustynię. Isadore 

Goldman nie bardzo wierzył, że dojechał już do tego stanu. Jednak co chwila mijał blaszane 

tablice,  które  jakiś  pensjonariusz  więzienia  rejonowego  w  Washoe  ostemplował  napisem: 

„Własność stanu Nevada”. 

W  pewnej  chwili  Goldman  dostrzegł  nawet  tubylców:  kobietę  z  dziećmi  w  podartych 

wysokich butach, wszyscy obwieszeni turkusową biżuterią. Twarze mieli koloru spieczonych 

rogalików. 

Gdzieś  tutaj  w  Mercury,  w  stanie  Nevada,  przeprowadzano  próby  z  bombą  wodorową, 

pomyślał  starzec.  Jego  umysł  powędrował  daleko  wstecz.  Goldman  przypomniał  sobie,  jak 

trudno  było  mu  zaakceptować  inwazję  w  Zatoce  Świń.  Pomyślał  też  o  swoich  niejasnych 

interesach z Rafaelem Trujillo w tym samym, tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym 

roku. 

background image

Przeszłość  Goldmana...  To  ona  doprowadziła  go  do  dwudziestego  czwartego  lutego, 

tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku, najważniejszego dnia w życiu starego 

człowieka. Może najważniejszego. 

Vincent  „Zio”  Tuch  poklepał  Isadore’a  po  kolanie.  Jego  drżącą  dłoń  gęsto  pokrywały 

plamy wątrobowe. 

– Izzy Bizzy, co o tym myślisz? – wychrypiał. – Może mamy zawrzeć jakiś wielki układ? 

Tak mi się właśnie wydaje. 

–  Cóż,  robię  się  za  stary,  żeby  wciąż  się  zastanawiać  nad  tym  wszystkim  –  doradca  od 

niechcenia zbył starego, ale potężnego ojca chrzestnego. Bo też pytanie było głupie, typowe 

dla mafiosa. 

Tuch  poradził  mu,  żeby  się  wypchał  –  i  to  też  było  dla  niego  typowe.  Podobnie  jak 

zapach taniego płynu do włosów, którym caporegime skrapiał swój zastarzały łupież. 

Goldman  uważał  to  spotkanie  w  Lathrop  Wells  za  szczyt  absurdu.  Nawet  on  sam  był 

zaskoczony. Kojarzyło mu się to ze sceną z filmu Hitchcocka. Wystarczy powiedzieć, że obie 

strony  przybyły  na  farmę  „nie  rzucającymi  się  w  oczy”  samochodami.  Goldman  przez 

zielonkawe szyby swojej impali policzył przyjezdnych. 

Dziewięciu  kierowców,  dziewięć  aut:  mustangi,  wildcaty,  hornety,  cougary  –  trafił  się 

nawet  volkswagen  garbus.  Przybyło  także  siedmiu  ochroniarzy,  każdy  wypisz-wymaluj  jak 

Tarzan w garniturze. 

W  obradach  miało  wziąć  udział  jedenastu  ludzi,  nie  licząc  jego  samego  oraz  trzęsącego 

się, zgrzybiałego Tucha. 

Na  poprzednim  spotkaniu  ustalono,  że  w  Lathrop  Wells  nie  powinna  mieć  miejsca 

powtórka  z  Appallachii,  gdzie  na  pustynną  farmę  zajechało  nagle  dwadzieścia  cadillaców 

fleetwood.  Mogło  to  zwrócić  uwagę  lokalnych  stróżów  porządku  lub  policji  stanowej. 

Dlatego  żaden  z  uczestników  spotkania  na  pustyni  w  Nevadzie  nie  przyjechał  swoim 

używanym na co dzień, wielkim, czarnym samochodem. 

Teraz  było  tu  dwudziestu  siedmiu  mężczyzn  w  ciemnych  garniturach,  z  wyjątkiem 

jednego fircyka, ubranego w pedalskie wdzianko od Gucciego oraz Frankiego „Kota” Rao z 

Brooklynu  w  Nowym  Jorku,  który  miał  na  sobie  sportową  marynarkę  w  czarno-białą  kratę, 

rozchełstaną pod szyją błękitną koszulę i białe buty w stylu Binga Crosby’ego. 

– Śmierdzący dupek – skomentował stary Tuch. – Dupek obwieszony błyskotkami. 

– Można się było tego spodziewać – mruknął Isadore Goldman. Po raz pierwszy od ponad 

ośmiu  miesięcy  zapalił  papierosa  i  ruszył  w  kierunku  drzwi  wejściowych.  W  ciężkim, 

rozgrzanym powietrzu unosił się zapach stajni. 

Dzięki Bogu, wnętrze było klimatyzowane. W niskich pomieszczeniach wiejskiego domu 

nawiew wzbijał tumany kurzu i czegoś, co przypominało płatki zbożowe. Goldman zauważył, 

że  szef  tamtych  szepcze  coś  do  swojego  młodego  sekretarza,  który  przypominał  dawnego 

background image

gwiazdora hollywoodzkiego, Montgomery Clifta. Był to  Brooks Campbell. Właśnie on miał 

pojechać na Karaiby. 

Drugiej stronie przewodniczył Harold Hill, znany w branży jako Harry Łamignat. Harold 

Hill  spędził  prawie  dziesięć  lat  w  południowo-wschodniej  Azji  i  było  w  nim  coś 

zagadkowego. Isadore Goldman podejrzewał, że Hill jest bardzo sprawnym zabójcą, chociaż 

wygląda na ofiarę losu. 

Po  dziesięciu  minutach  trzynastu  negocjatorów  zasiadło  przy  długim  stole  w  salonie. 

Obie  grupy  zajęły  miejsca  naprzeciw  siebie.  Ciemnowłosi,  szczupli  Europejczycy  po  jednej 

stronie. Faceci wyglądający jak zawodowi futboliści – po drugiej. 

–  Na  wstępie  pragnę  przypomnieć  –  zaczął  Goldman  ucinając  pogaduszki  –  że  na 

ostatnim  spotkaniu,  które  odbyło  się  siedemnastego  stycznia,  wszyscy  zgodnie  ustalili,  że 

najlepiej  będzie,  jeśli  wykonania  zadania  podejmą  się  Damian  i  Carrie  Rose.  –  Goldman 

zerknął na zebranych ponad szkłami okularów. Jak dotąd, żadnego sprzeciwu. – W związku z 

tym – ciągnął – nawiązano kontakt z Rose’ami w paryskim hotelu „St. Louis”, starej melinie 

handlarzy bronią. Wyznaczono im miesięczny termin na przygotowanie planu działania, który 

byłby  do  zaakceptowania  dla  obu  stron  zebranych  przy  tym  stole.  Niestety,  państwo  Rose 

odmówili wzięcia udziału w dzisiejszym spotkaniu. 

Consigliore  znów  podniósł  wzrok.  Po  chwili  zaczął  czytać  dwudziestoparostronicowy 

dokument,  przesłany  przez  Rose’ów.  Zawierał  on  projekty  dwóch  operacji.  Pierwszy  z  nich 

nosił  tytuł  „Systematyczne  zabijanie  członków  rządu”,  drugi  nazwano  po  prostu  „Maczeta”. 

Do pisma dołączono zestawienie, w którym wypunktowano plusy i minusy obu planów. 

Tym, co zrobiło największe wrażenie na obu stronach, zebranych przy stole – a także na 

samym  Goldmanie  –  była  sumienność  i  rzetelność,  z  jaką  dokonano  opracowania  obu 

projektów.  Chociaż  przedstawiono  je  jako  „schematyczne”,  były  kompletne,  bez 

pozostawienia najmniejszego miejsca na przypadek. Typowe dla Damiana Rose’a. 

–  Ostateczna  kwota,  jakiej  żądają  za  wykonanie  tej  pracy,  to  milion  dwieście  tysięcy  – 

poinformował  Goldman.  –  Moim  zdaniem  to  uczciwa  cena.  Powiem  nawet,  że  niezbyt 

wysoka... Uważam, że Damian Rose jest geniuszem. Zresztą ta kobieta prawdopodobnie też. 

Co panowie na to? 

Zgodnie  z  oczekiwaniami,  pierwsza  uwaga  na  temat  planów  pochodziła  od  Frankiego 

Rao. 

– Czy to w pieprzonych frankach, czy w dolarach, Izzy? – zawołał nad stołem. – Te łajzy 

gadają o pieprzonych dolarach, tak? 

Goldman  zauważył,  że  wypowiedź  nowojorskiego  mafiosa  wyraźnie  zaniepokoiła 

Harolda  Hilla.  Jednak  młodzieniec  przypominający  Montgomery  Clifta  uśmiechnął  się 

szeroko,  jak  w  reklamie  pasty  do  zębów.  Brooks  Campbell.  Punkt  dla  ciebie,  pomyślał 

Isadore  Goldman.  Łebski  chłopak.  Trzeba  było  rozładować  to  cholerne  napięcie.  Po  raz 

background image

pierwszy od chwili rozpoczęcia spotkania jego uczestnicy roześmiali się. Obie strony pękały 

ze śmiechu. Sam Frankie Rao aż się zanosił. 

Gdy się uspokoili, Goldman najpierw skinął głową ciemnowłosemu mężczyźnie, który z 

niezmąconym  spokojem  siedział  przy  przeciwnym  końcu  stołu,  a  następnie  szefowi  drugiej 

strony, Haroldowi Hillowi. 

– Czy wymieniona kwota pokrywa wszystkie wydatki? – zapytał Hill. 

Młody Campbell pokiwał głową, jakby sam chciał zadać to pytanie. 

– Tak, wszelkie koszty zostały wliczone – potwierdził Isadore Goldman. – Państwo Rose 

przewidują  rok  na  wykonanie  zadania.  Liczą  się  z  koniecznością  skorzystania  z  pomocy 

dwudziestu, trzydziestu profesjonalistów, należących do elity najemników. 

–  Tanio  jak  barszcz  –  powiedział  głębokim  głosem  spokojny,  ciemnowłosy  mężczyzna. 

Był  to  Charles  Forlenza,  czterdziestotrzyletni  ojciec  chrzestny  rodziny  Forlenza.  Szef 

wszystkich szefów. 

–  Znalazł  pan  dla  nas  dobrych  ludzi  za  dobrą  cenę,  Isadore.  Dokładnie  tak,  jak 

myślałem... Nie znam zdania pana Hilla, ale ja jestem zadowolony z efektów pańskiej pracy. 

– Cena jest odpowiednia za tego rodzaju operację – zwrócił się Hill w stronę Forlenzy. – 

Opinia,  jaką  cieszą  się  państwo  Rose  w  przypadku  tak  złożonych,  delikatnych  zadań,  jest 

znakomita. To mnie satysfakcjonuje. Zgoda. 

Tego  dnia,  dwudziestego  czwartego  lutego  tysiąc  dziewięćset  siedemdziesiątego 

dziewiątego  roku,  Stany  Zjednoczone,  reprezentowane  przez  legalnie  działającą  firmę  Great 

Western Air Transport, zawarły jedną z najbardziej interesujących umów w ciągu całej swojej 

dwustuletniej historii. Ich partnerem była rodzina Forlenza z Zachodniego Wybrzeża. Krótko 

mówiąc – Cosa Nostra. Dla obu stron oznaczało to, że będą mogły natychmiast załatwić kilka 

niezbędnych, choć niezbyt czystych interesów. Ani Stany Zjednoczone, ani rodzina Forlenza 

nie miały zamiaru brudzić sobie rąk tym, co należało zrobić tego roku na Karaibach. Dlatego 

tak  starannie  wybrano  wykonawców:  Damiana  i  Carrie  Rose,  parę,  która  w  południowo-

wschodniej Azji zasłużyła sobie na miano les dements. Szaleńcy. 

Dwie  godziny  po  zakończeniu  spotkania  zmierzający  do  Las  Vegas  srebrnoszary  buick 

wildcat  zatrzymał  się  na  poboczu  prostej  jak  strzelił,  pustej  szosy.  Młody  kierowca,  Melo 

Russo,  wysiadł  z  limuzyny,  podszedł  do  tylnych  drzwi,  otworzył  je  szeroko  i  grzecznie 

poprosił swojego szefa o opuszczenie samochodu. 

–  Co  ty  sobie,  do  cholery,  myślisz?  –  powiedział  Frankie  Rao  do  kierowcy,  szczupłego 

młodzieńca w lustrzanych okularach. 

– Nie to nie, kit ci w ucho – odparł Melo. 

Wypalił trzykrotnie z pistoletu w głąb samochodu. Krew bryznęła na tylne szyby buicka, 

czerwona  mgiełka  powoli  osiadała  na  srebrzystoszarej  tapicerce.  Russo  wyciągnął  ciało 

Frankiego Rao na zewnątrz i wpakował je do bagażnika. 

background image

Podczas spotkania w wiejskim domu ustalono w tajemnicy, że Fankie Rao stanowi zbyt 

duże  zagrożenie  dla  Harolda  Hilla  i  sympatycznego  młodego  człowieka,  podobnego  do 

Montgomery Clifta. 

–  Tak  to  już  bywa  –  mruknął  sam  do  siebie  Isadore  Goldman  gdzieś  na  pustyni  w 

Nevadzie. 

 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Pewnego razu – w czerwcu lub w lipcu – Damian wygłosił we Francji 

tyradę  na  temat  naszych  sukcesów  w  Kambodży i  Wietnamie.  Gryzło  go  to 

wyjątkowo,  bo  za  tę  robotę  nie  dostaliśmy  ani  grosza...  Zabawne: 

siedzieliśmy  w  kafejce  we  francuskiej  wiosce  Grasse.  Damian  mówił  po 

angielsku  do  poczciwego  zamiatacza  ulic,  który  nie  rozumiał  z  tego  ani 

słowa.  Opowiedział  mu  ze  szczegółami  o  naszej  przygodzie  na  Karaibach. 

Genie!  Demon!  3on?  –  powiedział  na  zakończenie  po  francusku. 

3ieszczęsny  zamiatacz  uśmiechnął  się,  jakby  Damian  był  małym, 

postrzelonym chłopcem... 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

11 czerwca 1979, Paryż 

 

 

Trzy  miesiące  po  spotkaniu  w  Nevadzie  Damian  bujał  się  na  hamaku  w  wytwornej 

dzielnicy Paryża, St.-Germain. Hamak był rozpięty na kamiennym tarasie, z którego roztaczał 

się  widok  na  Jardin  des  Tuileries,  Sekwanę  i  Luwr.  Tego  ranka  Paryż  spowijała  lekka 

mgiełka, jak na obrazach Seurata. 

Grzejąc się w promieniach późnowiosennego słońca Rose oddawał się jednemu ze swoich 

niedorzecznych nałogów: czytaniu plotkarskich gazet i czasopism. Przekartkował „The Boys 

of Brasil”, rzucił okiem na wstępniaki w „Enquirer”, w międzynarodowym wydaniu „Time’a” 

i  „Soldier  of  Fortune”.  Wreszcie  zgrabnie  zeskoczył  z  hamaka  i  wszedł  do  mieszkania,  w 

którym  mieszkał  wraz  z  Carrie.  Zdjął  wełniany  sweter  i  drogie,  kremowe  spodnie  z 

gabardyny. Zajął się kompletowaniem typowego stroju amerykańskiego studenta zagranicznej 

uczelni. 

Włożył wytarte dżinsy, granatową flanelową koszulę i buty na ściętych obcasach. Na szyi 

zawiązał kowbojską, czerwoną chustkę. Lekko podmalował oczy, a na głowę wcisnął perukę 

z ciemnymi, długimi włosami. 

background image

Tego dnia Damian Rose miał zamiar udawać studenta Sorbony. Musiał kupić narkotyki w 

Les Halles: amfetaminę, kokainę, opium. Potem miał się spotkać z najemnikiem, znanym jako 

Kubańczyk. 

Zapinając spodnie, Damian przeszedł przez salon, wypełniony rekwizytami teatralnymi z 

Broadwayu i Haymarket. Wyszedł z mieszkania i zatrzasnął drzwi. 

– Bonjour – powiedział do portierki o imieniu Marie, starszej kobiety,  która jak zwykle 

czytała  gazetę  przy  świetle  wpadającym  przez  okno  korytarza.  Stukając  podeszwami  na 

marmurowych  schodach  zszedł  na  okrągły,  wewnętrzny  dziedziniec  budynku.  Wsiadł  do 

małego, czarnego kabrioletu, który stał na podwórku. Dach zostawił otwarty, szyby boczne do 

połowy uniesione. Opuścił tylko osłony przeciwsłoneczne i włożył ciemnoniebieskie okulary, 

jakie noszą piloci myśliwców. 

Sportowy  wóz  wytoczył  się  przez  żelazną  bramę.  Damian  zanucił  swoją  ulubioną 

piosenkę – słodką „Lili Marlene”. Był jasny, ciepły, wiosenny dzień. Powietrze czyste jak łza. 

Wąskie uliczki wypełniał zapach świeżo upieczonego francuskiego pieczywa. 

Błyszczący  czarny  samochód  skręcił  na  bulwar  St.-Germain.  Jadąca  na  rowerze  młoda 

dziewczyna  w  jasnokremowej  czapeczce  aż  wyciągnęła  szyję,  aby  zobaczyć  twarz  młodego 

człowieka ukrytą za osłoną przeciwsłoneczną. Ale nie zdążyła. W czerwcu siedemdziesiątego 

dziewiątego roku nikt nie powinien wiedzieć, jak wygląda twarz Damiana Rose’a. 

 

background image

24 kwietnia 1979, wtorek 
Wyrok na trójkę spod znaku maczety 

 

ROZDZIAŁ 3 

 

Księgowość...  w  przeciągu  roku  musieliśmy  opłacić  ponad  stu  różnych 

ludzi.  Poszło  na  to  prawie  sześćset  tysięcy  dolarów.  Płaciliśmy  fałszerzom 

dokumentów z Brukseli, handlarzom broni ze Wschodnich 3iemiec i Stanów 

Zjednoczonych, 

donosicielom, 

handlarzom 

narkotyków, 

kurwom, 

kieszonkowcom, 

agentom 

amerykańskiego 

wywiadu, 

najlepszym 

najemnikom, takim jak Kingfish Toone, Blinkie Thomas (Kubańczyk), Clive 

Lawson.  I  żaden  z  tych  ludzi  nie  miał  pojęcia,  co  tak  naprawdę 

organizujemy na Karaibach... 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Powiedzenie  „Tylko  wściekłe  psy  i  Anglicy”  to  delikatna  aluzja  do 

faktu, że nasze słońce może usmażyć was na frytki. Strzeżcie się! 

Napis na plaży w Turtle Bay 

 

24 kwietnia 1979, Coastown, San Dominica 

 

Wtorek. Pierwszy dzień spod znaku maczety 

 

Nie  bez  kozery  dwudziesty  czwarty  kwietnia  zapadł  wszystkim  w  pamięć  jako  ostatni 

dzień  najbardziej  widowiskowego  procesu  sądowego,  jaki  kiedykolwiek  miał  miejsce  na 

mierzącej sto dwadzieścia pięć kilometrów długości i pięćdziesiąt pięć szerokości karaibskiej 

wyspie San Dominica. 

background image

Niektóre  efekty  pirotechniczne,  towarzyszące  posiedzeniu  wysokiego  sądu,  były  wręcz 

trudne do opisania. 

Niewielka,  surowa  sala  sądowa  była  wypełniona  po  brzegi.  Wrzało  w  niej  jak  w  ulu. 

Wentylatory,  obracające  się  leniwie  pod  sufitem,  podobne  do  tych  w  „Casablance”, 

kontrastowały  z  atmosferą  napięcia,  panującą  wśród  zebranych.  Spośród  podejrzanych 

największe, wręcz chorobliwe zainteresowanie wzbudzał piętnastoletni Leon Rachet. 

Mierzący  metr  sześćdziesiąt  pięć  młodzieniec  z  czarną,  poszarzałą,  niewątpliwie 

inteligentną twarzą, która wydawała się zarazem niewinna i okrutna. Krople potu zbierały mu 

się  na  końcach  długich,  czarnych  warkoczyków,  wyglądających  jak  kawałki  mokrych, 

postrzępionych sznurków. 

Siedząca  na  galerii  babcia,  która  była  jego  opiekunką,  regularnie  co  pięć  minut 

przerywała postępowanie głośnym, rozdzierającym zawodzeniem: 

– Leon! Mój ty niedobry chłopaku! Och, mój ty syneczku! 

–  Jesteście  bezwzględnymi  mordercami  –  sędzia,  siedemdziesięciojednoletni  Andre 

Dowdy,  oznajmił  chłopakowi  i  stojącym  obok  niego  dwóm  dorosłym.  –  Nie  wzbudzacie 

nawet cienia litości, także ty, chłopcze. Po prostu wściekłe psy... 

Obok Racheta stał, przestępując z nogi na nogę, dwudziestotrzyletni Franklin Smith, a po 

drugiej  stronie  Chicki  Holt  –  mający  czternaścioro  dzieci  z  pięcioma  kobietami,  co 

podkreślały wszystkie gazety w sprawozdaniach z procesu – gapił się na sufit i obracające się 

powoli wentylatory. Najwyraźniej nudził się jak mops. 

Osiem  miesięcy  wcześniej  ci  sami  mężczyźni  stali  obok  dychawicznego  volkswagena 

„garbusa”,  przy  drodze  do  oddalonego  o  półtora  kilometra  miasteczka  New  Burg.  Właśnie 

okradali  Amerykanina,  Francisa  Cichoskiego,  strażaka  z  Waltham  w  stanie  Massachusets, 

który przyjechał tu pograć w golfa podczas wakacji. 

Na  zakończenie  przeprowadzonego  w  biały  dzień  napadu  jeden  z  bandytów  uderzył 

białego  turystę  ostrzem  maczety.  Cios  był  śmiertelny.  Następnie  krótko  ostrzyżoną  głowę 

Cichoskiego odcięto i pozostawiono na drodze, gdzie leżała bezradnie, przytulona policzkiem 

do asfaltu. 

Przez  następnych  osiem  miesięcy  pojawiały  się  różne  hipotezy,  dotyczące  motywów 

zbrodni.  Pierwotnie  miało  to  być  morderstwo  na  tle  rasowym,  potem  –  z  chęci  zysku,  a 

następnie przyczyną miały być kolejno: seks, żądza krwi, obrzędy rytualne, muzyka soul lub 

reggae,  choroba  psychiczna.  Niektórzy  uważali  wręcz,  że  jest  to  zapowiedź  gwałtownego 

zrywu  rewolucyjnego,  który  ogarnie  całe  Karaiby.  Rzecz  jasna,  jeden  powód  wcale  nie 

wykluczał drugiego. 

Wreszcie premier San Dominiki, Joe Walthey, zakończył dociekania nad socjologicznym 

podłożem tej zbrodni. 

background image

–  Nie  ma  się  co  dłużej  rozwodzić  nad  tą  sprawą  –  powiedział  czarny  demokrata 

dyktatorskim tonem z migających i trzeszczących odbiorników lokalnej telewizji. – Ci ludzie 

muszą wisieć, bo inaczej spokój nie powróci nigdy na tę wyspę. Zapamiętajcie moje słowa. 

–  Francis  Cichoski  musi  zostać  pomszczony  –  powtórzył  trzykrotnie  Walthey,  zanim 

zniknął z ekranów telewizorów. 

O  dziesiątej  trzydzieści  rano  sędzia  Andre  Dowdy  odczytał  wyrok  drżącym  z  emocji 

głosem: 

–  Wszystkich  trzech  podejrzanych,  Franklina  Smitha,  Donalda  „Chicki”  Holta  i  Leona 

Elmore  Racheta  uznaje  się  za  winnych  morderstwa,  zarzucanego  im  w  akcie  oskarżenia. 

Zostaną oni przewiezieni do więzienia w Russville i tam straceni, w terminie nie dłuższym niż 

siedem dni, licząc od dnia dzisiejszego. Niech  Bóg ma w opiece wasze dusze. Moją zresztą 

też. 

– A także twoje dupsko! – wydarł się nagle Leon Rachet poprzez ciszę, która zapanowała 

na sali sądowej. – Także twoje dupsko, Dowdy! 

Franklin Smith skrzywił się i powiedział do chłopaka: 

– O rany, Leon, wyluzuj facet. 

Za dwadzieścia jedenasta ciemnoszary dach wytwórni rumu Pottsa uniósł się w powietrze 

jak kapelusz, zerwany przez wiatr z głowy pechowego bohatera slapstickowej komedii; potem 

błysnęło i w przeczysty błękit nieba strzeliły czerwone i pomarańczowe płomienie. 

Dosłownie  w  przeciągu  kilku  minut  wytwórnia  przestał  istnieć.  Z  dymem  poszedł  cały 

kwartał domów, stojących w pobliżu. 

Dokładnie o jedenastej dwóch białych brygadzistów zostało pobitych do nieprzytomności 

kijami baseballowymi w kopalni Cow Park Bauxite. 

Na parkingu wybito szyby w setce samochodów należących do kadry kierowniczej. 

Napadnięto na stołówkę dla kierownictwa i zabrano lub zniszczono szykowane na obiad 

żeberka i pieczone kurczaki. 

Tymczasem  na  sali  sądowej  Franklin  Smith  i  Chicki  Holt  wykrzykiwali  obelgi  pod 

adresem sędziego Dowdy. Wtórowali im w tym ich amerykańscy adwokaci, którzy już nawet 

zdążyli ochrypnąć od wrzasków. Padały określenia takie jak „ciota”, „zasraniec”, „piździelec” 

i „wrzód na dupie”. 

Młody  Leon  Rachet  stał  spokojnie  i  tylko  się  przyglądał.  Wyciągnął  z  tylnej  kieszeni 

czarny beret i włożył go na spoconą głowę. W wieku piętnastu lat jego idolami byli Huey P. 

Newton, Hajle Sellasje i Che. 

Dziki zgiełk wciąż panował na sali, gdy Rachet zwrócił się do Franklina Smitha, aby ten 

zamknął „swoją czarną, murzyńską jadaczkę”. 

O dziwo, starszy od Leona, trzydziestojednoletni Smith usłuchał chłopaka. 

Na zewnątrz budynku sądu głośniki, zamontowane na pomalowanej we wszystkie kolory 

tęczy furgonetce volkswagena, ryczały głosem Boba Marleya. 

background image

Marley  wraz  z  Wailersami  produkował  się  również  z  licznych,  potężnych  tranzystorów, 

rozstawionych wzdłuż zatłoczonych chodników, przy których rosły rzędy palm. 

Wściekłe,  czarne  twarze  wrzeszczały  na  budynek  sądu  tak,  jakby  był  on  żywą  istotą. 

Zbuntowani  młodzieńcy  z  tłumu  nieśli  wizerunki  przywódcy  rewolucji,  pułkownika 

„Monkey”  Dreda  oraz  Jego  Cesarskiej  Wysokości  Hajle  Sellasje.  Małe  dzieci  o  niewinnych 

twarzyczkach  powiewały  ręcznie  malowanymi  transparentami;  na  których  widniały  hasła: 

„Precz  z  admirałem  Nelsonem!”,  „Precz  z  Lawrencem  Rockefellerem!”,  „San  Dominica  to 

czarna republika!”. 

Na ulicy pojawił się szereg policjantów, kryjących się za plastikowymi tarczami. Ludzie 

obrzucali  ich  dojrzałymi  owocami  mango,  zielonymi  orzechami  kokosowymi  i  małymi 

melonami. 

Ciemnoskóry  mężczyzna  w  wojskowym  mundurze  podbiegł  do  kamery  i  wykrzywił 

twarz w dzikim grymasie. 

– Ha! Miejcie się na baczności! – wrzasnął i stał się sławny na cały świat. 

Kwadrans po jedenastej wyleciało w powietrze pięć stojących w szeregu samochodów z 

wypożyczalni Hertza na lotnisku Roberta F. Kennedy’ego w pobliżu Coastown. 

O  wpół  do  dwunastej  trzech  czarnych  morderców  wyprowadzono  na  zalany  słońcem 

portyk przed budynkiem sądu. 

Uśpione demony San Dominiki zaczynały się budzić z letargu. 

Leon  Rachet  miał  na  sobie  kwiecistą  koszulę,  twarz  zasłaniały  mu  ciemne, 

przeciwsłoneczne okulary. Czarny beret nasunął sobie na oko. Wyglądał naprawdę groźnie. 

Najpierw uśmiechnął się szeroko i uniósł nad głowę skute kajdankami ręce, jak zwycięski 

bokser  po  walce.  Potem,  gdy  policjant  popchnął  go  w  dół  białych,  kamiennych  schodów, 

chłopak wydarł się wniebogłosy: 

– Dred cię zabije, facet! „Monkey” zabije was wszystkich! Poderżnie wam gardła! 

I tak w kółko, wciąż powtarzając imię lokalnego rewolucjonisty. 

– „Monkey” Dred poderżnie gardło mojej ciotce! O jee! O jee! 

Nagle  schludnie  ubrany  Murzyn  stojący  w  tłumie  krzyknął  głośno,  przebijając  się  przez 

harmider. 

– Jezuu, facet! Och, Jezu Chryste! 

Ktoś  wyrzucił  wysoko  w  górę  popularną  plażową  zabawkę,  błyszczący  w  słońcu, 

srebrzysty krążek, który wirując poszybował nad tłumem otaczającym skutych morderców. 

Gdy  piętnastoletni  Leon  Rachet  dotarł  do  stóp  schodów,  gdzie  już  czekał  nań  czarny, 

policyjny  rover  z  gościnnie  otwartymi  drzwiami,  nagle  ujrzał  opadający  krążek.  W  tym 

samym  momencie  biały  mężczyzna  w  garniturze  i  kapeluszu  panama  wysunął  się  z  tłumu  i 

oddał trzy strzały prosto w twarz osłupiałego chłopaka. 

background image

Carrie  Rose,  stojąca  w  dużej  grupie  turystów  za  plecami  policjantów,  patrzyła,  jak 

opętany  nastolatek  zatacza  się  i  pada  na  chodnik.  Miała  nadzieję,  że  kolejne  akty  terroru 

potoczą się równie gładko jak ten, który nastąpił przed chwilą. 

 

Port lotniczy im. Roberta F. Kennedy’ego, 
Coastown, San Dominica 

 

Wtorek, wieczorem 

 

Za kwadrans dziesiąta wieczorem  Boeing 727 należący  do American Airlines rozpoczął 

łagodne podejście do lądowania na lotnisku Roberta F. Kennedy’ego na San Dominice. 

Wielka, srebrzysta maszyna sunęła coraz niżej nad granatowym morzem. 

Czerwone  światła  na  końcach  skrzydeł  i  na  ogonie  samolotu,  błyskające  regularnie  w 

sekundowych odstępach, odbijały się od ciemnego lustra wody. 

Damian Rose, ukryty w mroku za stanowiskiem tankowania paliwa koło pasa startowego 

numer  dwa,  przyglądał  się  z  wielkim  zainteresowaniem  gładkiemu  lądowaniu.  Jeszcze  raz 

powtarzał sobie w myślach kolejne punkty swojego planu. 

Tymczasem  samolot  dotknął  kołami  pasa  startowego  numer  jeden.  Pneumatyki  lekko 

odbiły  się  i  załomotały  na  betonowych  płytach.  Od  strony  głównego  terminalu  dobiegły 

dźwięki calypso, granego przez na wpółpijaną orkiestrę. 

Zapiszczały hamulce i rozległ się huk silników, pracujących na wstecznym ciągu. 

Gdy  samolot  znalazł  się  w  połowie  dobiegu,  Damian  Rose  poczuł,  że  musi  podjąć 

decyzję.  Uniósł  do  ramienia  kosztowny,  niemiecki  karabinek  i  za  pomocą  celownika 

optycznego  ze  wzmacniaczem  obrazu  wymierzył  w  niewielkie  pudełko,  leżące  na  pasie 

startowym. 

Wystrzelił trzykrotnie. 

Prymitywna  bomba  eksplodowała  pod  wpływem  uderzenia  pocisków,  rozpruwając 

brzuch lądującego samolotu. 

Zanim  Boeing  727  zdołał  się  zatrzymać,  płomienie  buchały  ze  środka  kadłuba  poprzez 

okna, znajdujące się na wysokości skrzydeł. 

Drzwi się otworzyły i w tej samej chwili rozwinęły się pneumatyczne trapy ewakuacyjne. 

Przerażeni pasażerowie zaczęli opuszczać samolot. Niektórzy z nich płonęli jak pochodnie. 

Dwa  wozy  strażackie  zbliżały  się  do  ogarniętej  pożarem  maszyny.  Z  początku  jechały 

powoli, bo ich niedoświadczeni kierowcy nie mogli wprost uwierzyć, że to, co widzą, dzieje 

się naprawdę. 

W jednym z okien samolotu ukazała się płonąca głowa jakiegoś nieszczęśnika. 

background image

Po  drodze  dojazdowej  do  pasa  startowego  biegła  biała  kobieta,  cała  w  płomieniach. 

Wyglądała jak płonący krzyż. 

Stewardessa stojąca w drzwiach samolotu trzymała się za głowę i rozpaczliwie wzywała 

pomocy. 

Cztery godziny później, gdy ogień został wreszcie ugaszony, okazało się, że zginęło sześć 

osób,  a  ponad  pięćdziesiąt  zostało  poparzonych.  Nikt  nie  miał  pojęcia,  co  spowodowało 

katastrofę. 

Już  następnego  dnia  wydawało  się,  że  rozwiązanie  tej  zagadki  jest  prostsze  niż  można 

było przypuszczać. 

 

background image

25 kwietnia 1979, środa 
Dwa trupy na plaży 

 

ROZDZIAŁ 4 

 

W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku, gdy zajmowaliśmy 

się  rozprowadzaniem  pięćdziesięcio  –  i  stumiligramowych  porcji  heroiny, 

Damian zapowiedział, że ma zamiar zostać najwybitniejszym przestępcą na 

świecie. Stwierdził, że świat dojrzał już do przybycia prawdziwego geniusza 

zbrodni:  błyskotliwego,  nieco  szalonego,  jak  William  Henry  Bonney, 

obdarzonego urokiem Butcha Cassidy. Bardzo mi się spodobał ten pomysł. 

Oczami wyobraźni widziałam już siebie jako Katharine Ross 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

25 kwietnia 1979, Turtle Bay, San Dominica 

 

Środa. Drugi dzień spod znaku maczety 

 

Peter  Macdonald,  młody  człowiek,  który  miał  odegrać  kluczową  rolę  w  przyszłych 

wydarzeniach, odbywał codzienną przejażdżkę rowerową po wysypanej tłuczniem drodze nad 

brzegiem  Turtle  Bay.  Kręcąc  pedałami  dziesięciobiegowego  peugeota  macdonalda, 

wspominał swoją górną i chmurną przeszłość. 

Jechał dość szybko. Miał teraz dwadzieścia dziewięć lat, wyglądał młodo i zdrowo. Był 

przystojny,  i  to  w  sposób  zwracający  uwagę.  Miał  metr  osiemdziesiąt  wzrostu,  a  jego 

wysportowane,  proporcjonalnie  umięśnione  ciało  osłaniały  teraz  tylko  dziurawe  spodenki 

gimnastyczne, przyozdobione złotym napisem „Własność Akademii Wojskowej West Point”. 

Na nogach miał podarte tenisówki, które kupił w sklepie z artykułami sportowymi Hermana 

Speigela  w  Grand  Rapids  w  stanie  Michigan.  Czerwono-popielate  skarpetki  obcierały 

zrogowaciały  naskórek  stóp.  Ten  mało  wytworny  strój  wieńczyła  zakurzona,  pamiątkowa 

background image

czapeczka baseballowa drużyny „Detroit Tigers” ze skrzywionym daszkiem, która wyglądała 

tak, jakby nie zdejmował jej od chwili swoich narodzin, co zresztą nie było zbyt dalekie od 

prawdy. Czapka ukrywała krótkie, brązowe włosy, wystrzyżone wysoko w niemodnym stylu 

zwanym „West Point”. 

W  ogóle  cały  Peter  Macdonald  był  jakiś  niedzisiejszy:  silny,  wysportowany,  wyznawał 

surowe  zasady  moralne,  miał  tradycyjne  poglądy  i  duży  zapas  uporu,  typowego  dla 

mieszkańców  rolniczych  regionów  Środkowego  Zachodu.  Jednak  ostatnie  cztery  miesiące, 

spędzone  na  San  Dominice,  nie  pasowały  do  jego  charakteru.  Przez  cały  ten  czas  Peter 

pracował jako usłużny barman, zwykły przybłęda zza morza, a w dodatku żył w  grzesznym 

związku z kobietą. Krótko mówiąc – zachowywał się jak śmieć. 

Jazda  w  górzystym  terenie  zmęczyła  go  solidnie.  Komary  mogłyby  pływać  krytą  żabką 

po  zlanym  potem  grzbiecie  Petera.  Jego  dziewczyna,  Jane  Cook,  nazywała  go  czasem 

Piotrusiem Dziwakiem. 

Swego czasu Peter obiegł naokoło stan Michigan... bez rozgłosu i desperacko, w środku 

zimy, w pięciokilogramowych, gumowych butach nurka. Jeszcze dawniej bawił się w wojsko 

jako  najmłodszy  z  szóstki  braci  Macdonald,  Niezwykłej  Szóstki.  Później  został  kadetem  w 

West  Point,  a  jeszcze  później  służył  w  stopniu  sierżanta  Sił  Specjalnych  w  Wietnamie  i 

Kambodży. 

Stare, dobre czasy... 

Wysokie  chwasty  łaskotały  go  w  łydki,  więc  zjechał  na  przeciwny  pas  drogi,  bliżej 

brzegu  morza.  Był  coraz  bardziej  zmęczony.  Zabójczy  rytm  go  wykańczał.  Zaczynał  się 

łamać.  Spojrzał  na  połyskujące  w  słońcu  fale  Turtle  Bay  i  pomyślał,  że  dobrze  byłoby 

popływać  po  przejażdżce.  Wziąć  Jane  i  zanurzyć  się  w  morzu...  a  potem  namówić  ją  na 

spędzenie całego wieczoru w łóżku. Na razie jednak ledwie zipał. Jeszcze chwila, a kolanami 

rozbije sobie podbródek. Zdawało mu się, że stopy na pedałach ma już płaskie jak naleśniki. 

Raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa... 

Spływając  potem  Peter  minął  ostry  zakręt  i  dwadzieścia  pięć  metrów  przed  sobą  ujrzał 

stojącego na drodze Damiana Rose’a. Wysoki blondyn trzymał karabin oparty w zgięciu ręki i 

patrzył w stronę morza. 

W  pierwszej  chwili  Peter  pomyślał,  że  facet  wybrał  się  na  polowanie.  Najpewniej  na 

dzikie  świnie.  Zauważył  zaparkowany  nieco  dalej  samochód.  Zielony  sedan.  Tablica 

rejestracyjna z literami CY i kilkoma cyframi. 

Miejscowy?  Nigdy  go  tu  nie  widział...  Pewnie  wynajął  jedną  z  willi.  Wyglądał  na 

zamożnego gościa. Trochę też na snoba... Na kurtce mężczyzny mignęła naszywka Harrodsa i 

Peter nabrał przekonania, że to Anglik. Wysoki, jasnowłosy Anglik. Niesamowite. 

Kiedy go mijał, blondyn odwrócił się. Wyglądał jak pogrążony w transie. Krzyczał coś do 

niego. Tylko jedno słowo: 

– Rowerzysta! 

background image

Macdonald  potraktował  to  jako  pozdrowienie.  Pomachał  w  odpowiedzi  i  pojechał  dalej. 

Nawet  nieco  przyspieszył.  Ot  tak,  żeby  się  popisać:  kiepska  imitacja  Davida  Morelona.  Jak 

się  później  okazało,  tylko  dzięki  temu  zdołał  ujść  cało.  Trwało  to  nie  dłużej  niż  piętnaście 

sekund. Piętnaście sekund, które mogły zadecydować o jego życiu. 

Minął kolejny zakręt nadbrzeżnej drogi – rower żwawo potoczył się z góry, aż Peterowi 

wiatr  zaświstał  w  uszach.  Usłyszał  głośny  trzask  w  krzakach  rosnących  przy  samej  plaży. 

Pomyślał,  że  to  stadko  kóz  albo  dzikich  świń.  Jednak  zamiast  zwierząt  zobaczył  dwóch 

półnagich, ciemnoskórych mężczyzn biegnących pod górę. Jeden z nich, Kubańczyk, był cały 

we krwi. Jakby celowo się nią usmarował. 

To,  co  Peter  zobaczył,  wywołało  prawdziwą  burzę  w  CIA,  a  także  zaniepokoiło  Cosa 

Nostrę  i  rząd  San  Dominiki.  Państwo  Rose,  pracujący  za  cenę  miliona  dwustu  tysięcy 

dolarów, raczej nie powinni pozostawiać przy życiu jakichkolwiek świadków. 

Peter Macdonald znalazł się w poważnych tarapatach, ale na razie udało mu się uciec. 

 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

W  Paryżu,  przez  kilka  miesięcy  poprzedzających  wyjazd  na  Karaiby, 

Damian sypiał nie więcej niż trzy, cztery godziny na dobę. Zwykle kładł się 

do łóżka dopiero o piątej nad ranem. Całe noce przesiadywał przed lampą, 

której  jasne  światło  kierował  sobie  prawie  prosto  w  twarz.  W  ten  właśnie 

sposób  obmyślał  plan  działania.  Potem  szedł  spać,  aby  najpóźniej  o 

dziewiątej być znowu na nogach. I dalej rozmyślać o maczetach. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Michael O’Mara z żoną spacerowali powolutku. 

Oboje 

uwielbiali 

plażę, 

człapali 

więc 

od 

jednej 

zatoczki 

do 

drugiej. 

Sześćdziesięcioczteroletnia  Faye  nuciła  bezwiednie  dziecinną  piosenkę  „Może  morze  ci 

pomoże...”.  Z  daleka  widać  było,  jak  para  starszych  ludzi  skręca  ostro  i  wchodzi  na  plażę 

Turtle Bay. 

– Nie masz pojęcia, jaki jestem obolały i zmęczony – powiedział Mike, co kilka kroków 

podciągając kąpielówki w kolorze indygo. Człapał jak stary kaczor chory na reumatyzm. – Te 

cholerne ceny w hotelu nie dają mi spokoju. Jak można brać za nocleg czterdzieści... zaraz... 

pięćdziesiąt? Nie, czterdzieści dolarów. No, powiedzmy, niechby brali trzydzieści za spanie. 

Przy  tych  cenach  lepiej  byłoby  już  wynająć  pokój  w  Coastown.  A  gdyby  to  ode  mnie 

zależało, wolałbym, abyśmy wrócili do domu. 

Faye roześmiała mu się prosto w twarz, a dokładniej – prosto w długi słupek popiołu na 

końcu cygara. 

–  Jesteś  taki  zabawny,  Miguel.  –  Zatrzymała  się,  aby  podnieść  czarną  muszelkę.  Jej 

brzuch  pod  jednoczęściowym  kostiumem  kąpielowym  podskakiwał  jak  piłka.  –  Ha,  ha,  ha. 

Nie wytrzymam. Ale się uśmiałam. 

–  Śmiej  się,  śmiej.  Pokój  dwuosobowy  w  Coastown  kosztuje  trzydzieści  dolarów.  Ze 

śniadaniem. Może tam mógłbym spać spokojniej. Gdyby tak jeszcze zacisnąć pasa i nie jeść 

obiadów... Nie byłoby trudno zrezygnować z tych kotletów z koziego mięsa. 

Tego  już  Faye  nie  słuchała.  Mike  był  jak  stara,  znana  na  pamięć,  zacinająca  się  płyta 

gramofonowa.  Siwowłosa  kobieta  patrzyła  z  rosnącym  rozdrażnieniem  na  muszelkę,  którą 

właśnie znalazła. 

background image

– Nienawidzę tych tubylców. – Zważyła w dłoni delikatną skorupkę. – Przerabiają te cuda 

natury na popielniczki. Co za marnotrawstwo. W dodatku strasznie kiczowate. 

Mike  O’Mara  rzucił  okiem  na  znalezisko  żony.  Nagle  wydało  mu  się,  że  słyszy  czyjeś 

kroki,  przeniósł  więc  wzrok  na  krzaki.  Nie  dostrzegł  niczego,  co  mogłoby  zwrócić  jego 

uwagę. Wrzucił muszlę do plecionej torby, którą ciągnął za sobą po piasku. Zaczynał się czuć 

jak pracownik służby oczyszczania parku Fairmont. Cholerne muszelki. 

–  Kto  dostanie  to  cudo?  –  spytał  spokojnym,  wyważonym  tonem,  którego  używał  tylko 

służbowo, jako „dobry, stary Mike”, pełen kurtuazji portier w Ritterhouse Club w Filadelfii. 

–  Ta  będzie  dla  Libby  Gibbs  –  powiedziała  Faye,  zatrzymując  się  nad  kolejną  muszlą, 

która,  jak  jej  się  wydawało,  należała  kiedyś  do  rozkolca.  –  Taak...  Została  jeszcze  ciotka 

Betsy, Bobo, Yacky. No i mama. 

Mikę  przystanął  i  ochlapał  sobie  ramiona  chłodną  wodą.  Były  różowe  od  słońca, 

spuchnięte,  zaczynały  się  na  nich  robić  pęcherze.  Niech  to  cholera.  Jezu  Chryste 

wszechmogący! Czy za to płaci ciężkie pieniądze, by poddawać się takim torturom? 

Wyprostował  się  i  ujął  żonę  za  miękką,  pomarszczoną  dłoń.  Niech  to  szlag,  był  jej 

przecież winien te wakacje. Należały się jej. Jakby to powiedzieć... drugi miesiąc miodowy? 

Jak zwał, tak zwał. 

– Faye – powiedział – ja po prostu nie rozumiem. Czy po to przylecieliśmy na tę wyspę, 

by  teraz  martwić  się  o  prezenty  dla  znajomych  i  ich  rodzin?  Gdyby  to  chociaż  była  Wyspa 

Bożego Narodzenia... 

Nagle  Faye  O’Mara  poczuła  ogromny  smutek  i  zmęczenie.  Pomyślała,  że  jej  własne 

dzieci nie dbają o nią. Mike’owi na pewno już na niej nie zależy. Nikogo na całym wielkim 

świecie nie obchodzą jej myśli i uczucia. 

–  Czyżbyś  nie  bawił  się  świetnie,  Mike?  –  spytała  zupełnie  poważnie  stara  Irlandka  i 

wyszczerzyła wielkie zęby w uśmiechu. Miedzy nią a mężem trwał ciągły spór, jednak mimo 

to zawsze miała dla niego uśmiech i ciepłe uczucie. 

Nie usłyszała odpowiedzi na swoje pytanie. 

Po raz pierwszy od piętnastu lat Mike O’Mara biegł. Stękał przy tym i sapał, wydawało 

się,  że  kolana  zupełnie  mu  zesztywniały.  Nie  mógł  wprost  uwierzyć  w  to,  co  widział  na 

własne oczy. Machnął do Faye, żeby trzymała się z daleka. 

– Nie podchodź tu, Faye, wracaj do hotelu – zawołał. 

Portier  z  Filadelfii  znalazł  maczetę  wbitą  głęboko  w  piasek,  a  obok  dwoje  hipisów, 

zamordowanych  i  okaleczonych  przez  Kubańczyka  i  Kingfisha  Toone’a.  Jednak  przed  nim 

ciała znalazło stado głodnych, dzikich kóz. 

 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Zwykle  zapominamy  o  tym,  że  większość  policjantów  to  ludzie  dość 

naiwni.  Damian  twierdził,  że  są  zupełnie  nie  przygotowani  na  zetknięcie  z 

twórczą  osobowością  przestępcy.  Ta  sytuacja  będzie  się  z  czasem 

pogarszać.  Dorasta  generacja  całkowicie  pozbawiona  zasad  moralnych. 

Czyżby w niedalekiej przyszłości groziło nam powstanie kolejnego państwa 

policyjnego? 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Środa wieczór 

 

Szybko zapadał zmierzch. Niebo nad Karaibami zrobiło się już granatowo-różowe, kiedy 

szef policji San Dominiki przybył na miejsce zbrodni spod znaku maczety.  Było już tam ze 

dwudziestu  mniej  ważnych  oficerów  policji  i  wojska.  Rozstawili  się  na  plaży  jak  grupa 

geodetów.  Robili  notatki.  Dokonywali  pomiarów.  Rozkładali  nosze  i  żółte  płachty,  które 

wyglądały  z  daleka  jak  płaszcze  przeciwdeszczowe.  Białe,  tropikalne  hełmy  policjantów 

pływały w tłumie jak baloniki na zabawie karnawałowej. 

Szef policji, doktor Meral Johnson, zanim zabrał się do pracy, policzył dokładnie cenne 

hełmy  na  głowach  swoich  ludzi.  Następnie  bez  słowa  przecisnął  się  przez  gwarny  krąg 

kostiumów  kąpielowych,  obciętych  dżinsów,  łysych  głów,  brązowych,  piegowatych 

dekoltów,  trykotowych  koszulek  i  przewiewnych  strojów.  Co  najmniej  cztery  setki 

przerażonych i ogłupiałych wczasowiczów zebrały się na plaży w małej zatoczce. 

Żeby  popatrzeć  na  ciała.  Żeby  zobaczyć  coś,  w  co  trudno  uwierzyć  i  cieszyć  się,  że 

spotkało to kogoś innego. 

Doktor  Johnson  przedarł  się  przez  tłum  do  środka  kręgu  i  zatrzymał  się,  by  złapać 

oddech.  Zapalił  czarną  faję  z  grubym  cybuchem.  Amerykanie  są  dziś  porządnie 

zaniepokojeni, pomyślał sobie, ale zaraz zrobiło mu się głupio. Bardzo głupio. 

Meral  Johnson,  mierzący  nieco  mniej  niż  metr  siedemdziesiąt  pięć  wzrostu,  ważący  sto 

dwadzieścia pięć kilogramów, wyglądał niezbyt bojowo zwłaszcza jak na gliniarza. Bardziej 

przypominał surowego indiańskiego nauczyciela, którym zresztą był naprawdę, niż policjanta 

z  książek  Josepha  Wambaugha,  przystępującego  do  rozwiązania  zagadki  makabrycznego 

background image

morderstwa.  Można  go  było  wziąć  za  wieśniaka  z  wyspy,  który  poleruje  buty  olejem 

palmowym, a zęby sodą kuchenną. 

No  i  co  z  tego,  pomyślał  sobie  Meral  Johnson.  Co  z  tego.  Tak  czy  owak  potężnie 

zbudowany policjant znalazł się w kręgu maczetowej grozy. 

Prawie natychmiast huknął na niego zdenerwowany Niemiec, dyrektor pobliskiego hotelu 

„Plantation Inn”: 

– Dlaczego tak późno pan przyjechał?! Proszę natychmiast zgasić tę fajkę! 

Doktor  Johnson  potraktował  dyrektora  hotelu  jak  natrętnego  owada.  Nie  odzywając  się 

ani  słowem  do  swoich  podwładnych  chodził  od  jednej  do  drugiej  żółtej,  gumowej  płachty, 

którymi  przykryto  resztki  ciał  dwojga  nastolatków.  Wreszcie  stanął  plecami  do  morza  i 

przyglądał  się  miejscu,  w  którym  popełniono  podwójną  zbrodnię.  Usiłował  przywrócić 

wzburzony umysł do stanu równowagi. 

Dyrektor  hotelu  „Plantation  Inn”  polecił  kelnerom  otoczyć  kordonem  ciała 

zamordowanych.  Kelnerzy,  przeważnie  starsi,  ciemnoskórzy  mężczyźni,  zarabiający  niecałe 

trzydzieści  dolarów  tygodniowo,  stali  na  baczność  w  swoich  wykrochmalonych  białych 

ubraniach. Każdy z nich miał na nogach czarne, idealnie wyglansowane buty. Każdy trzymał 

płonącą pochodnię, zabraną z werandy hotelowej restauracji. Wszyscy wyglądali dostojnie i 

poważnie i z godnością znosili tę okropną sytuację. Sceneria była niezwykła: ucywilizowany 

kolonializm  otaczający  pierwotną  dzikość.  Johnson  chciał  to  zapamiętać  w  całości,  zanim 

weźmie  się  do  czekającej  go  tej  nocy  ciężkiej  pracy.  Widok  był  straszny  –  tragiczny,  a 

zarazem tajemniczy. Nie widział dotąd niczego równie przerażającego. 

Doktor Johnson podszedł najpierw do niedoświadczonego, przerażonego posterunkowego 

z rejonu, do którego należała Turtle Bay. Od przybycia na plażę dwudziestoośmioletni Bobbie 

Valentine klęczał obok gumowych płacht. Wyglądał raczej na żałobnika niż na policjanta. W 

dodatku  cały  czas  walczył  z  wzbierającymi  mdłościami.  Meral  Johnson  ukląkł  przy  nim  i 

odezwał się do policjanta najczystszą angielszczyzną, bez lokalnych naleciałości: 

– Co o tym myślisz, Bobbie? 

Odczekał chwilę, a potem sam sobie odpowiedział. 

– Myślę, że to robota pułkownika Dreda. W każdym razie skontaktował się z gazetami i 

wziął na siebie odpowiedzialność. 

Zanim  posterunkowy  zdążył  przytaknąć  lub  zaprzeczyć,  nad  ich  głowami  odezwał  się 

niemiecki dyrektor hotelu. 

–  Nazywam  się  Maksymilian  Westerhuis  –  oznajmił  z  naciskiem,  jakby  co  najmniej 

anonsował hrabiego. – Prowadzę hotel „Plantation Inn”. Tych dwoje zabitych... 

Masywny  ciemnoskóry  policjant  poderwał  się  na  nogi  z  zaskakującą  zwinnością.  Jego 

ciemne  oczy  rzucały  gromy.  Starał  się  wyglądać  wyjątkowo  odpychająco.  Wypowiedział 

pierwszą myśl, która przyszła mu do głowy: 

– Czy chce pan złożyć zeznania? 

background image

Westerhuis cofnął się zmieszany. 

– Ależ skąd! Zeznania? Pan raczy żartować... 

–  Więc  proszę  nie  przeszkadzać  mi  w  rozmowie  z  tym  policjantem.  –  Głos  Johnsona 

znów brzmiał cicho i łagodnie, jak zawsze. – Proszę zaczekać, panie Westerhuis. Tam, koło 

pańskich ludzi. 

Jasnowłosy,  wysoki  dyrektor  hotelu  więcej  się  nie  odezwał.  Odszedł,  gotując  się  ze 

złości. 

–  Faszysta  –  mruknął  Johnson,  jednak  posterunkowy  Valentine  nie  zwrócił  uwagi  na  to 

celne  stwierdzenie.  –  Muszę  zrobić  porządek  z  tym  tłumem  –  dodał  szef  policji.  –  Trzeba 

będzie wymyślić coś sprytnego. 

Pykając  ze  swojej  czarnej  fajki  znowu  rozpoczął  marsz  od  jednej  do  drugiej  płachty. 

Ostrożnie  unosił  je,  a  potem  opuszczał  z  powrotem,  uważając,  by  leżały  dokładnie  tak  jak 

przedtem. Wyglądał przy tym jak ojciec, otulający kołderką śpiące dzieci. Zdawało się, że na 

całą wieczność zatrzymał się nad odciętą głową młodej kobiety. 

Przyświecając sobie kieszonkową latarką oglądał dokładnie zakrwawione głowy i twarze. 

Wśród  tłumu  gości  hotelowych,  obserwujących  jego  działania,  zapadło  milczenie. 

Wszyscy patrzyli na niego, ale Johnson ani razu nie podniósł wzroku. Pierwszy raz od kilku 

godzin  można  było  usłyszeć  głosy  ptaków  latających  nad  Turtle  Bay  i  szum  morskich  fal. 

Wreszcie  z  pochyloną  głową,  jakby  naśladował  ciemnoskórych  kelnerów,  podszedł  do 

posterunkowego.  Poświęcił  dziesięć  minut  na  dostojną  pantomimę  nad  zmasakrowanymi 

zwłokami,  aby  dać  wszystkim  do  zrozumienia,  że  niejednokrotnie  miał  do  czynienia  z 

podobnymi  sprawami  i  że  mogą  mieć  do  niego  absolutne  zaufanie.  Teraz,  miał  nadzieję, 

będzie mógł rozpocząć coś w rodzaju dochodzenia. Ujął przez chusteczkę rękojeść maczety, 

wyciągnął ją z piasku i uniósł szerokie ostrze w górę, w światło księżyca. 

–  Hmm  –  mruknął  głośno.  –  Dopilnuj,  żeby  nikt  nie  zabierał  stąd  żadnych  pamiątek  – 

powiedział  cicho  do  posterunkowego  Valentine’a.  –  Amerykanie  uwielbiają  pamiątki  z 

miejsc,  w  których  wydarzyło  się  jakieś  nieszczęście.  Mogliśmy  to  stwierdzić  choćby  po 

niedawnym pożarze samolotu... I na koniec jeszcze jedno, Bobbie. Powtórz naszym ludziom, 

że  jeśli  którykolwiek  z  nich  przehandluje  swój  hełm,  od  jutra  będzie  pracował  jako  uliczny 

sprzedawca koralików i muszelek. Naliczyłem już szesnastu bez nakrycia głowy! 

 

Coastown, San Dominica 

 

O  siódmej  czterdzieści  pięć  młody  człowiek,  podobny  do  Montgomery  Clifta,  siedział 

samotnie przy zacienionym stoliku na tarasie hotelu „Princess” w Coastown. Popijał szkocką 

z  wodą  sodową  i  wystukiwał  mieszadełkiem  falujący  rytm  calypso  piosenki  „Mariannę”. 

background image

Brooks Campbell zaczynał się denerwować. Obawiał się, że ludzie na patio zaczną zwracać 

na niego uwagę, gdy długo posiedzi samotnie przy stoliku. 

Ale  to  był  drobny  problem.  Gorzej,  że  kelner  z  fryzurą  afro  najwyraźniej  starał  się  go 

nakłonić do odejścia, aby posadzić na jego miejscu jakieś większe towarzystwo. A w dodatku, 

co  już  było  fatalne,  Damian  Rose  spóźniał  się  pół  godziny  na  pierwsze,  być  może  jedyne 

bezpośrednie spotkanie. 

Brooks Campbell nie znał jeszcze wszystkich szczegółów dotyczących Turtle Bay,  ale i 

bez tego sposób pracy państwa Rose zaczynał działać mu na nerwy. Przede wszystkim na San 

Dominice miało być dziesięć, najwyżej dwanaście przypadków śmiertelnych, tak jak podczas 

zamieszek  na  St.  Croix  w  tysiąc  dziewięćset  siedemdziesiątym  trzecim  roku.  Tymczasem 

sytuacja  stawała  się  coraz  poważniejsza.  Zdecydowanie  zbyt  poważna.  Państwo  Rose 

realizowali plan na swój własny, przerażający sposób, dlatego Campbell poprosił o spotkanie. 

Właściwie zażądał go. 

Ósma piętnaście. Damian Rose nadal się nie pojawiał. 

Campbell  patrzył  na  potężny  sztuczny  wodospad,  wlewający  hektolitry  wody  do 

ogromnego basenu na końcu patio. Przyglądał się urlopowiczom w kostiumach kąpielowych, 

spacerującym  ścieżkami  w  otoczeniu  palm.  Kilkuosobowy  zespół  grał  teraz  rewolucyjne 

rytmy reggae – „Oni są już coraz bliżej”. 

O ósmej czterdzieści pięć Brooks Campbell doszedł do wniosku, że nie spotka się dziś z 

Damianem  Rose.  Miał  niejasne  podejrzenie,  że  nikt  nigdy  nie  zobaczy  tajemniczego 

najemnika. 

O  dziewiątej  przystojny  młodzieniec  uregulował  rachunek  w  barze  hotelu  „Princess”. 

Następnie,  minąwszy  dwanaście  przecznic,  dotarł  do  ambasady  Stanów  Zjednoczonych.  Po 

drodze słyszał warczenie wojennych bębnów na ulicach. W ambasadzie otrzymał najbardziej 

niepokojącą informację w całej swojej dotychczasowej karierze: dzisiejszego popołudnia jakiś 

człowiek widział wysokiego blondyna w Turtle Bay. 

Ktoś w końcu zobaczył twarz Damiana Rose’a. 

 

Turtle Bay, San Dominica 

 

Maczeta  znaleziona  na  plaży  w  Turtle  Bay  była  czymś  pośrednim  między  kosą  a 

rzeźnickim tasakiem. 

Na  pierwszy  rzut  oka  dało  się  zauważyć,  że  była  długo  używana  na  plantacji  trzciny 

cukrowej lub w dżungli porastającej Wzgórza Zachodnie. Klinga mierzyła sześćdziesiąt sześć 

centymetrów  długości  i  dziesięć  szerokości.  Wykonano  ją  z  hartowanej  stali. 

Dwunastocentymetrowa, drewniana rękojeść była wykrzywiona i popękana. Zamocowano ją 

background image

dużymi  nitami,  jak  trzonek  noża  do  krojenia  mięsa.  Broń  przywodziła  na  myśl  walki  na 

miecze. 

Siedzący  w  hotelowej  wypożyczalni  książek  w  „Plantation  Inn”  doktor  Meral  Johnson 

długo przyglądał się ostremu narzędziu. Uniósł maczetę do góry, prawie dotykając świecącej 

jasno lampy. Zamachnął się i ze świstem przeciął powietrze. Straszliwa broń. Widział kiedyś, 

jak jednym cięciem podobnego noża przecięto na pół kozę. 

Zmęczony  policjant  siedział  na  stylowym  fotelu  i  usiłował  uporządkować  w  myślach 

wszystkie,  nawet  z  pozoru  nic  nie  znaczące  i  sprzeczne  szczegóły,  które  mogły  mieć  coś 

wspólnego  z  masakrą  w  Turtle  Bay.  Samolot  należący  do  American  Airlines  został 

zniszczony bombą. W dziwnych okolicznościach zastrzelono Leona Racheta. Jedyne, co mógł 

zrobić  Johnson,  to  skoncentrować  się  na  elementach,  które  zdawały  się  potwierdzać,  że  za 

wspomnianymi wydarzeniami stoi lokalny przywódca rewolucyjny, „Monkey” Dred. Polecił 

swoim  podwładnym  prowadzić  śledztwo  w  tym  właśnie  kierunku.  Był  to  błąd,  wprawdzie 

niezamierzony, ale niosący opłakane skutki. Na taki błąd liczyli właśnie państwo Rose. 

„Policjanci to zwykle ludzie dość naiwni...” 

 

Świadkowie 

 

Zawodowy tenisista z Saddle River w New Jersey i jego żona zauważyli ciemnoskórego 

włóczęgę  na  plaży  w  pobliżu  miejsca  zbrodni.  Pewna  wiekowa  Angielka  widziała  grupę 

„wzburzonych, młodych tubylców”, zgromadzonych wśród palm niedaleko hotelowej plaży. 

Dwoje  wczasowiczów  z  Georgii  zapamiętało  starego  Murzyna,  prowadzącego  na  sznurku 

kilka wyliniałych kóz. 

Do  doktora  Johnsona  przyprowadzono  ładną  jedenastolatkę.  Jej  matka  twierdziła,  że 

małej przytrafiła się dziwna historia. Dziewczynka wyjaśniła, że tego wieczoru około ósmej 

zatrzasnęła się w pokoju swojej matki. Potem zaczęła przeraźliwie krzyczeć coś o krwawym 

morderstwie,  aż  jeden  z  barmanów  –  Peter  Macdonald  –  wyważył  drzwi  toporkiem 

strażackim. Matka dziewczyny, aktorka, żądała, aby szef policji natychmiast umieścił je obie 

na pokładzie samolotu do Nowego Jorku. Płacząc i pokrzykując na ciemnoskórego policjanta 

skarżyła się, że jej córka jest o krok od załamania nerwowego. 

W tym samym czasie kolejną  grupę „świadków”  przesłuchiwano w biurze administracji 

hotelu. 

–  Pracuje  pan  tu  jako  barman  –  zaczął  spokojnym  głosem  posterunkowy  Bobbie 

Valentine.  Wiejski  policjant  siedział  za  maszyną  do  pisania  firmy  Royal  i  tylko  chwilami 

odrywał wzrok od swego notatnika. – Co pan ma nam do powiedzenia? 

background image

Starając  się  wyrażać  zwięźle,  Peter  Macdonald  usiłował  opowiedzieć,  co  zobaczył  na 

nadbrzeżnej  drodze  podczas  przejażdżki  rowerowej  tamtego  popołudnia.  Opisał  Damiana 

Rose’a  jako  „wysokiego,  jasnowłosego  Anglika”.  Powiedział  też  posterunkowemu  o  dwóch 

czarnoskórych  mężczyznach,  którzy  ociekając  krwią  wracali  z  plaży.  Wspomniał  o  drogim, 

niemieckim  karabinku  snajperskim  i  o  zielonej  limuzynie.  Opisał  nawet  płaszcz  kupiony  u 

Harrodsa  w  Londynie.  Gdy  skończył,  zauważył,  że  posterunkowy  uśmiecha  się  z 

politowaniem.  Patrzył  na  Petera  tak,  jakby  ten  był  kolejnym  nawiedzonym  Amerykaninem. 

Beznadziejny przypadek. 

– W porządku – powiedział w końcu Bobbie. – Następny proszę – krzyknął przez otwarte 

drzwi pokoju. 

Peter czuł ogarniającą go powoli wściekłość. 

–  Chwileczkę,  nie  tak  prędko  –  zaprotestował.  –  Proszę  się  tak  nie  spieszyć,  dobrze? 

Oczywiście  rozumiem,  że  musi  pan  dzisiaj  rozmawiać  z  wieloma  zdenerwowanymi  ludźmi. 

To wszystko jest zupełnie zwariowane... Ale co będzie z tym Anglikiem? 

– Zapisałem sobie – posterunkowy uniósł do góry notatnik. – Poza tym, wiemy już, kto za 

tym  stoi.  Pułkownik  Dred.  Sukinsyn.  Słyszał  pan  o  Dredzie?  No  jasne,  nie  ma  pan  o  nim 

pojęcia. 

–  Nie  wiem  o  nim  zbyt  wiele,  to  prawda  –  Peter  starał  się,  aby  jego  słowa  dotarły 

wreszcie  do  świadomości  policjanta.  –  Ale  widziałem  jasnowłosego,  białego  mężczyznę  w 

pobliżu  miejsca,  gdzie  zamordowano  tych  dwoje  dzieciaków.  Widziałem  też  dwóch 

zakrwawionych  czarnych  facetów,  wyglądających  tak,  jakby  właśnie  wymordowali  gołymi 

rękami  całą  klasę  uczniów  podstawówki.  Przestraszyłem  się  nie  na  żarty,  a  mnie  niełatwo 

przestraszyć. 

Policjant nadal patrzył na niego z wyższością. Na jego twarzy malowała się taka pewność 

siebie i lekceważenie, że Peter miał ochotę mu przyłożyć. 

–  Wiem,  wiem,  człowieku.  Wiem,  co  mówiłeś.  Blondyn  w  typie  Anglika.  Wysoki. 

Zielony  samochód  z  rejestracją  zaczynającą  się  od  CY.  Sprawdzimy  to,  człowieku. 

Sprawdzimy... W porządku – kto tam następny ze swoją historyjką? 

W  czasie  gdy  jedynego  naocznego  świadka  właśnie  wyłączano  ze  śledztwa,  gdy 

zaczynała  się  toczyć  lawina  błędów  i  pomyłek,  doktor  Meral  Johnson  wędrował  sobie  w 

mroku po terenie należącym do hotelu „Plantation Inn”. 

 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Z  jakiegoś  dziwnego  powodu  ludzie  nie  chcą  umierać.  Zwłaszcza 

młodzi. Młodzi, niezaspokojeni, nie mający stałego partnera, przebywający 

na  wakacjach,  na  które  nie  było  ich  stać.  Z  początku  planowaliśmy,  że 

morderstwo  przy  użyciu  maczety  będzie  miało  miejsce  na  terenie  lokalnej 

filii  Klubu  Śródziemnomorskiego.  Dopiero  później,  po  zastanowieniu, 

wybraliśmy „Plantation Inn”. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Turtle Bay, San Dominica 

 

W  gwarnym  holu  hotelu  „Plantation  Inn”  młoda,  opalona  kobieta  skarżyła  się,  że  już 

nigdy nie położy się na plaży z zamkniętymi oczami. 

–  Podwójne  morderstwo.  Całkiem  jak  w  kinie  –  mówił  krótko  ostrzyżony  chłopak  z 

zawieszoną na szyi łyżeczką do kokainy. 

Przy  barze  Peter  Macdonald  rozmawiał  ze  swoją  dziewczyną,  Jane  Cooke.  Serwował 

jednocześnie  dziesiątki  litrów  grogów,  ponczów,  koktajli,  drinków  i  szprycerów,  a  także 

ogromne ilości tradycyjnej czystej whisky. 

– Wiem, że to brzmi idiotycznie – przyznał – ale policja w ogóle nie chce mnie słuchać. 

– Przecież posterunkowy zanotował twoje zeznania, prawda? 

– Mam nadzieję. Ale wydaje mi się, że dla nich wszystko już jest jasne. Pułkownik Dred! 

Pułkownik Dred! Reszta się nie liczy. Wysoki blondyn. Snajperski karabinek. Jezu, sam już 

nie wiem. Mam nadzieję, że się nie mylą... Odniosłem wrażenie, że policja postępuje niezbyt 

profesjonalnie. Bardziej mi to przypomina konkurs młodych talentów Teda Macka. 

– O rany, Peter, odpuść sobie. 

Starannie  modulowany  głos  hotelowego  śpiewaka  calypso  popłynął  poprzez  hol.  Teraz 

piosenkarz  zaczął  gwizdać,  długim  jak  u  kobiety  paznokciem  wybijając  rytm  na  sitku 

mikrofonu. 

– Nie ma się co bać Leona – szepnął do swojej białej publiczności, na którą składały się 

głównie typowe amerykańskie pary. Dla nich właśnie śpiewał: 

background image

 

Miłość kobiety z San Dominiki 

jest jak poranna rosa, 

tak samo osiada na płatkach róży 

jak na końskim łajnie. 

 

Śpiewak roześmiał się. Niezła imitacja Geoffreya Holdera. 

Z  pogrążonego  w  półmroku  baru,  oświetlonego  czerwonymi  lampionami,  rozległy  się 

oklaski. 

Peter Macdonald zadzwonił rowerowym dzwonkiem, ukrytym między butelkami. 

–  A  teraz  chciałbym  wam,  ludziska,  zaśpiewać  rzewną  piosenkę  o  kobiecie  – 

kontynuował  artysta.  –  O  prawdziwym  kwiatuszku.  Oraz  o  tym...  no,  wiecie...  paskudniku, 

który skradł jej serduszko. Moim osobistym rywalu. Prawdziwym gnojku! 

 

W  tym  czasie  szef  policji  Meral  Johnson  zszedł  po  wilgotnych  kamiennych  schodach  i 

przemaszerował  wzdłuż  rzędu  cel  w  mrocznych,  średniowiecznych  piwnicach  więzienia  w 

Coastown. Tuż za nim podążało siedmiu policjantów i strażników, prawie wszyscy pracujący 

na nocnej zmianie. 

Ponura  procesja  skręciła  w  korytarz  z  kolejnym  rzędem  cel.  Potem  jeszcze  jeden.  Na 

końcu  trzeciego  korytarza  wysoki,  mokry  od  potu  posterunkowy  czekał  przy  otwartych 

stalowych drzwiach. 

W celi szef policji zobaczył człowieka, który zeszłego poranka zastrzelił Leona Racheta. 

Tajemniczy  biały  mężczyzna  w  średnim  wieku  leżał  na  pryczy  z  szeroko  rozrzuconymi 

rękami.  Nagie,  owłosione  nogi  zwisały  bezwładnie  z  obu  stron  posłania.  Kałuża  moczu 

zmieszanego z krwią płynęła z celi prosto do kratki w brudnej podłodze korytarza. 

Kiedy  doktor  Johnson  siedział  w  hotelu  „Plantation  Inn”,  ten  człowiek  został 

zamordowany.  Zabity  na  pryczy.  W  więzieniu.  Maczetą  do  ścinania  trzciny  cukrowej. 

Szerokie ostrze sterczało z owłosionego brzucha denata. Na rękojeści ktoś starannie zawiesił 

czerwoną, wełnianą czapeczkę. 

– „Monkey” Dred – wyszeptał Johnson. 

 

– Peeeter! Peeeter! 

Słodki głos śpiewaka calypso popłynął przez hol. 

– Powiedz mi, człowieku... wiesz, czym się różni irlandzkie wesele od irlandzkiej stypy? 

Zakłopotany  Peter  naburmuszył  się  i  milczał.  Nie  miał  ochoty  uczestniczyć  w 

przedstawieniu.  Nie  dziś.  Nie  teraz,  gdy  przed  oczami  wciąż  miał  zmasakrowane  ciała 

nastolatków. 

– No, czym? – domagał się odpowiedzi jeden z gości, siedzących w barze. 

background image

Peter spojrzał na Jane i dostrzegł na jej twarzy jakby odbicie własnych uczuć. Niesmaku? 

Odrazy? 

–  Tym,  że  podczas  stypy  jest  jedna  gęba  mniej  do  chlania  –  powiedział  wreszcie 

zrezygnowany. Szarpnął idiotycznym dzwonkiem i poczuł dziwną, bezsensowną tęsknotę za 

domem. 

 

3 maja 1979, czwartek 
Prasa donosi: Turyści uciekają z kurortów! 

 

Podaruj sobie odrobinę luksusu! 

Slogan prasowy, 

reklamujący San Dominikę 

 

Na  wyspie,  znanej  jako  ośrodek  wakacyjny,  w  ciągu  trzech  dni  popełniono  dziewięć 

morderstw. Dwie osoby ugodzono nożem, dwie zostały zastrzelone, jedną utopiono, a cztery 

zginęły od ciosów maczetą. 

Specjalne  ekipy  telewizyjne  przybyły  na  San  Dominikę  wczesnym  popołudniem. 

Długowłosi kamerzyści, inżynierowie dźwięku wyglądający jak naukowcy z NASA, marzący 

o  Hollywood  reżyserzy,  asystenci  reżyserów,  reporterzy  i  komentatorzy.  Swoich  ludzi 

wysłały  największe  stacje  –  ABC,  CBS  i  NBC,  a  także  lokalne  telewizje  z  Nowego  Jorku, 

Miami i Chicago. Najwyraźniej mordowanie za pomocą maczety spotkało się z wyjątkowym 

zainteresowaniem  w  Chicago  i  Nowym  Jorku.  Reporterzy  i  pozostali  członkowie  ekip 

otrzymali  specjalne  wynagrodzenie,  jakby  jechali  na  obszary  ogarnięte  wojną,  rozruchami 

albo ryzykowali spotkanie z bandą szaleńców, zbiegłych z zakładu zamkniętego. 

Przybyli także – nieco spokojniejsi i mniej widowiskowi – korespondenci prasowi, przede 

wszystkim  ze  Stanów  Zjednoczonych,  ale  także  z  Europy  Zachodniej,  Afryki  i  Azji  oraz, 

oczywiście,  z  Ameryki  Południowej.  Swoją  całkiem  sporą  reprezentację  mają  także  kraje 

Trzeciego Świata. 

Łowcy sensacji węszą rewolucję. Tymczasem eksperci policyjni i wojskowi przewidują, 

że  gwałtowny  wybuch  dzikiej  przemocy  albo  zupełnie  wygaśnie,  albo  ogarnie  płomieniem 

całe Karaiby. Na razie – nawet przy założeniu, że za tym wszystkim stoi pułkownik Dred – 

nie wiadomo, w jakim kierunku rozwinie się sytuacja. 

 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Zanim  przyjechaliśmy  na  Karaiby,  zdawaliśmy  sobie  sprawę,  że 

cudowna  sceneria  tych  wysp  stanowi  idealne  tło  dla  wszelkich  działań 

terrorystycznych. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

3 maja 1979, Zatoka Titchfield, San Dominika 

 

Czwartek rano. Trzeci dzień spod znaku maczety 

 

Damian  Rose,  ubrany  w  luźne  dżinsy  i  błękitną  bawełnianą  koszulkę,  wspinał  się  w 

wielkim  pośpiechu  na  wielką  czarną  skałę,  zwieszającą  się  nad  nadbrzeżną  drogą.  Przez 

niezliczone stulecia leniwe powiewy pasatu wyrzeźbiły w skałach coś, co wyglądało jak dwie 

prymitywne  głowy.  Damian  stwierdził  podczas  wspinaczki,  że  przez  tak  długi  czas  wiatry 

słabo się spisały. Wyszukując palcami niewielkie szczeliny, Rose  pokonywał coraz to nowe 

występy skalne. Nad sobą widział błękit nieba. Czuł, jak pod butami kruszy mu się zwietrzała 

skała i jak słony smak ma jego pot. 

Po  piętnastu  minutach  wyczerpującej  wspinaczki  dotarł  na  płaski  wierzchołek  skały,  o 

wymiarach mniej więcej metr na metr. Przyjrzał się podłożu i zauważył drobiny lśniącej miki 

i małe kosteczki mew. Z tego ptasiego cmentarzyka Damian widział dokładnie to, co chciał. 

Poranek po zabójstwie w Turtle Bay był piękny i bezchmurny. Nieskazitelny błękit nieba 

królował  nad  całymi  Karaibami.  Dokładnie  nad  głową  Damiana  przeleciał  jastrząb, 

spoglądając  na  drogę  i  samotnego  człowieka  na  skale.  Falujące  w  dole  morze  było  lekko 

wzburzone,  mimo  idealnej  pogody.  U  wejścia  do  Zatoki  Tichfield  widać  było  brązową  rafę 

koralową. Długi pas piaszczystej plaży kończył się u podnóża widocznego w oddali skalistego 

pagórka. 

Damian  Rose  skoncentrował  uwagę  na  lekko  łysiejącym,  ciemnowłosym  mężczyźnie, 

który  wraz  z  dwójką  dzieci  spacerował  brzegiem  morza.  Biała  piana  załamujących  się  fal 

opryskiwała  im  stopy.  Brakowało  tylko  fotografa,  który  skorzystałby  z  okazji  i  wykonał 

zdjęcie idealne na pocztówkę z wakacji. 

background image

Damian wyciągnął dwa kawałki czarnej, metalowej rurki i skręcił je ze sobą, aż powstała 

lufa. Dokręcił do niej lekką kolbę. Karabin był gotowy. Na koniec wyjął z plecaka snajperską 

lunetę i dołączył do kompletu. 

Ciemnowłosy  mężczyzna,  który  nazywał  się  Walter  Marks,  zanurkował  i  na  jakiś  czas 

zniknął  pod  wodą.  Chłopiec  i  dziewczynka  patrzyli  z  uśmiechem  na  fale.  Ładne  dzieciaki, 

zauważył mimochodem Rose. Jasnowłose, jak ich matka. Jednak ojciec okazał się cholernym 

kretynem, zabierając je na plażę w dzień po pierwszych morderstwach spod znaku maczety. 

Beznadziejnym,  pozbawionym  wyobraźni  kretynem.  Obiecał  im  wakacje.  Zawsze 

dotrzymywał słowa. 

Damian  uniósł  karabin  do  oka.  Popatrzył  przez  cienkie  nitki  optycznego  celownika. 

Zobaczył,  jak  ciemna  głowa  Marksa  wynurza  się  z  wody  pośród  pęcherzyków  powietrza. 

Mężczyzna wyprostował się, woda sięgała mu tylko do bioder. Miał bardzo owłosione piersi. 

Mokre,  ciemne  włosy  zbiły  się  w  czarne  kępki.  W  zeissowskich  szkłach  silnej  lunety 

wydawało się, że Marks stoi tuż obok, że wystarczy wyciągnąć rękę, aby go dotknąć. 

Rose  zauważył  Kubańczyka,  który  machał  do  niego  z  wysokich  zarośli,  rosnących  tuż 

przy  plaży.  „Strzelanie  do  złotej  rybki  w  szklanej  kuli”  –  Damian  przypomniał  sobie  te 

dziwne słowa. 

Strzelił tylko raz. 

Walter Marks padł na plecy w płytką wodę. Wyglądało to tak, jakby chciał przeskoczyć 

nadbiegającą falę, by rozbawić dzieciaki. 

Kula trafiła w środek czoła i jak korkociąg przewierciła mózg. 

Dzieci natychmiast podniosły krzyk. Przytuliły się do siebie i wydawało się, że tańczą w 

nagle poczerwieniałej wodzie. Wtedy pojawili się Kingfish i Kubańczyk z maczetą. Ekipa od 

brudnej roboty państwa Rose. Weszli do wody i brodząc dotarli do ciała. 

Na  szczęście,  a  może  na  nieszczęście  dla  dzieci  Marksa,  tym  razem  przewidziano 

obecność  świadków.  Miały  nimi  być  właśnie  one.  Szkoda,  przemknęło  Damianowi  przez 

głowę.  Ale  wszystko  musi  iść  dokładnie  jak  zaplanowano.  Bezlitosne  zabójstwo.  Publiczna 

egzekucja prezesa Amerykańskiego Stowarzyszenia Biur Podróży, który zasłużył sobie na to, 

bo był zadufanym, pewnym siebie dupkiem i zignorował wszelkie ostrzeżenia. 

 

Turtle Bay, San Dominica 

 

W  kronikach  Korpusu  Piechoty  Morskiej  Stanów  Zjednoczonych  można  przeczytać,  że 

„żołnierz piechoty morskiej, pełniący służbę w ambasadzie, jest ambasadorem w mundurze”. 

Trzeciego  maja  dwudziestu  czterech  żołnierzy  piechoty  morskiej,  służących  w 

ambasadzie  na  San  Dominice,  bez  mundurów,  w  samych  tylko  szarych  szortach, 

background image

przeszukiwało przeklęty sektor plaży Turtle Bay. Muskularni chłopcy zbierali wyrzucone na 

brzeg  kawałki  drewna,  koniki  morskie,  małże,  przezroczyste,  galaretowate  meduzy,  kawałki 

gumy  do  żucia,  zapałki,  plastry  opatrunkowe,  wywołujące  mdłości  strzępy  ludzkiego  ciała, 

kępki  włosów,  a  także  kawałek  kobiecego  palca.  Zgarniali  z  plaży  dosłownie  wszystko, 

oprócz  piasku.  To  co  znaleźli,  wkładali  do  grubych  plastikowych  worków  oznaczonych 

literami XYXYXY. Na koniec kapitan rozkazał swoim podwładnym, aby zagrabili piasek, by 

przywrócić mu normalny wygląd. 

Peter Macdonald i Jane Cooke, trzymając się za ręce, spacerowali po nadbrzeżnej drodze 

i  przyglądali  się  budzącym  wątpliwości  pracom  detektywistycznym  prowadzonym  na  plaży. 

Jane obok potężnego Petera wyglądała na jeszcze drobniejszą niż była w rzeczywistości. Przy 

bliższym  przyjrzeniu  się  widać  było,  że  jest  jednak  raczej  pulchna  –  typowa  piękność  ze 

środkowego  zachodu:  piegowata,  z  uroczymi  dołeczkami  w  policzkach  i  szopą 

kędzierzawych, jasnych włosów. 

Zanim została szefową kadr w hotelu „Plantation Inn”, była nauczycielką angielskiego w 

szkole  średniej  w  Pierre,  w  Południowej  Dakocie.  Kiedy  skończyła  dwadzieścia  jeden  lat, 

wyszła za faceta, który także uczył angielskiego. Poroniła córeczkę w centrum handlowym w 

Pierre.  Mając  dwadzieścia  trzy  lata  odeszła  od  męża.  Potem  zdecydowała,  że  warto  byłoby 

zobaczyć trochę świata poza okolicznym zadupiem. Pojechała do Ameryki Południowej. Stąd 

dotarła  na  Karaiby  –  najpierw  na  Haiti,  a  następnie  na  San  Dominikę.  Tu  spotkała  Petera 

Macdonalda,  zwariowanego,  zabawnego  Petera,  który  przypominał  jej  bohatera  piosenki 

„Richard Cory” Simona i Garfunkela. 

Peter,  zanim  zaczął  pracować  w  „Plantation  Inn”,  był  przede  wszystkim  ostatnim, 

najmniejszym i – jego zdaniem – najmniej udanym z sześciu braci Macdonaldów. Trzej byli 

gwiazdami  uczelnianych  drużyn  baseballowych,  dwaj  –  najlepszymi  studentami  na  swoich 

wydziałach, a na końcu był on, Peter. Mały Mac. 

W rezultacie został kadetem Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point, 

tak  jak  jego  ojciec  –  Wielki  Mac.  Po  drugim  roku  opuścił  Akademię  i  stał  się  prawdziwym 

żołnierzem.  Jako  sierżant  Sił  Specjalnych  został  dwukrotnie  odznaczony  i  zarobił  kulkę  w 

plecy. Był bohaterem wojennym – cokolwiek to oznaczało w połowie lat siedemdziesiątych. 

Dzięki  oszczędnościom  poczynionym  ostatniej  zimy  oraz  pewnej  dozie  szczęścia, 

wylądował  ostatecznie  na  Karaibach.  Po  słońce  i  wypoczynek...  „Żeby  poskładać  się  do 

kupy” – jak określił to w długim liście jego ojciec. We wrześniu spotkał Jane, a pod koniec 

tego  miesiąca  mieszkali  już  razem  i  razem  pracowali  w  luksusowym  „Plantation  Inn”. 

Całkiem nieźle. 

Jane zadała tylko jedno pytanie na temat żołnierzy pracujących na plaży. 

– Po jaką cholerę oni to robią? 

background image

– Że niby grabią piasek? – uśmiechnął się Peter. – Nie mam pojęcia. Oni zresztą też nie. 

Ktoś tam kiedyś to pewnie wymyślił, no i teraz po prostu weszło w zwyczaj. Żołnierze grabią 

piasek we wszystkich bazach wojskowych na całym świecie. 

– To najgłupsza rzecz, jaką w życiu widziałam. No, jedna z najgłupszych. Głupsza nawet 

od baseballu! – roześmiała się. 

– Jeszcze bardziej głupio to wygląda, kiedy się samemu trzyma w ręku grabie. No dobra, 

chodźmy już. A tak na marginesie, baseball wcale nie jest głupi. 

Szli  dalej  między  bananowcami  i  drzewami  chlebowymi.  Dżungla  była  śliczna  jak 

malowanie.  Unosiły  się  nad  nią  papugi  i  inne  barwne  ptaki.  Macdonald  wyciągnął  z  tylnej 

kieszeni swoją czapeczkę i włożył na głowę, aby osłonić się przed owadami. 

– Peter, i co teraz zrobisz? – spytała w końcu Jane. 

Macdonald westchnął. 

– Nie wiem... Może policjanci mają rację, może rzeczywiście zrobił to Dred, żeby wymóc 

na władzach uczciwe procesy jego ludzi. Koniec z nieuzasadnionymi wyrokami śmierci. Jakie 

to proste. 

– No a co z tym Anglikiem? 

–  Eee,  cholerny  typ.  Pieprzony  blondas,  jak  z  Dnia  Szakala.  Że  też  musi  komplikować 

naszą beztroską egzystencję. 

Peter  podniósł  kamień  i  rzucił  go  tak  wysoko  w  górę,  że  zatoczył  łuk  nad  koroną 

bananowca. 

–  Wiesz  co?  Zaczyna  mnie  męczyć,  że  rozmieniam  się  na  drobne...  Dobry  Boże, 

wszystko,  tylko  nie  to.  Nie  karz  mnie  poczuciem  winy  za  to,  że  jest  mi  dobrze.  Widzisz, 

byłem na tej pieprzonej wojnie i... 

Jane objęła go w pasie ramionami. Za plecami Petera, poprzez palmowe liście, widziała 

błękitne morze. Nie mogła wprost uwierzyć, że może jej być tak cudownie. 

– Powiedz mi, Peterze Macdonald, gdzie jest napisane, że jeśli nie zapracowujesz się na 

śmierć, to znaczy, że marnujesz swój czas? 

Macdonald  uśmiechnął  się  do  dziewczyny,  dotknął  jej  miękkiej  piersi  i  delikatnie 

pocałował w usta. 

–  Nie  wiem...  Ale  czuję,  że  to  jest  wyryte  gdzieś  w  głębi  mojego  umysłu.  Ta  myśl  nie 

daje mi spokoju od dnia, gdy się tu znalazłem. Pojawia się za każdym razem, gdy daję nurka 

w morskie fale. 

Zasłonił sobie usta ręką, przez co jego głos nabrał obcej głębi. 

– „Macdonald, ty nierobie, znajdź sobie jakieś przyzwoite zajęcie. Pete, ułóż sobie jakoś 

życie, póki jeszcze nie jest za późno. Postaraj się, inaczej będziesz nikim...” Tak  czy siak – 

powiedział już normalnym głosem – chyba powinienem coś zrobić w sprawie tego Anglika, 

nie uważasz, Flip? 

background image

Jane  skrzywiła  się  lekko.  W  ich  własnym,  wymyślonym  świecie  –  raju  Południowych 

Mórz – była Flipem, a Peter Flapem. 

– Wolałabym, żebyś się tym nie zajmował – powiedziała. – Naprawdę. Mówię poważnie. 

– Muszę spróbować jeszcze jednego sposobu – odparł Peter. 

Był  czwartek,  wpół  do  dziewiątej  rano.  Weszli  na  małą  polankę  na  zboczu  pagórka  i 

położyli się na ziemi jak para smarkatych kochanków. Peter pociągnął lekko za węzeł, w jaki 

Jane  zawiązała  pod  biustem  koszulkę.  Dziewczyna  uniosła  w  górę  ramiona,  pozwalając  mu 

ściągnąć ją przez głowę. 

– Tak cię kocham – wyszeptała. – Pamiętaj o tym. 

Ujął w dłonie jej miękkie, chłodne piersi, rozpiął suwak w jej szortach i zsunął je wraz z 

majtkami  z  długich,  opalonych  nóg.  Jane  odpięła  czerwone  szelki  od  dżinsów  Petera, 

ściągnęła je i pomogła mu pozbyć się bielizny. Czapeczka spadła sama. 

Peter całował dziewczynę po całym ciele, zatrzymując się dłużej przy brodawkach piersi. 

Potem zsunął się niżej, w dół brzucha. Poczuł zapach mleczka kokosowego. Wchodził w nią 

powoli,  centymetr  po  centymetrze.  Wreszcie  zaczął  poruszać  się  miarowymi,  długimi 

pchnięciami.  Dwa  razy  powstrzymywali  się  wzajemnie,  aby  opóźnić  koniec,  dłużej 

posmakować leniwej rozkoszy. Potem ich ciałami targnął gwałtowny spazm. Podczas długiej, 

szalonej ekstazy szeptali oboje, co brzmiało jak modlitwa. 

Gdy podnieśli się i usiedli, okazało się, że żołnierze już sobie poszli. Plaża w Turtle Bay 

wyglądała czyściutko i niewinnie, zagrabiona równo jak rabatka w ogródku. 

 

Ciach, ciach, ciach – taki dźwięk wydawała maczeta, tnąca trzcinę cukrową. 

Ciach, ciach, ciach – usłyszał Peter. 

Peter  zastał  Maksymiliana  Westerhuisa  w  jego  maleńkim,  sześciometrowym  biurze. 

Westerhuis wystawiał właśnie hotelowe rachunki z żółtym, firmowym nadrukiem. Okulary w 

metalowej  oprawie  sprawiały,  że  wyglądał  jak  uczony  matematyk.  Albo  szyfrant.  Czarna 

maszyna  do  liczenia,  której  używał  Niemiec,  wyglądała  tak,  jakby  pamiętała  jeszcze  czasy 

Republiki  Weimarskiej.  Biurko  dyrektora  pokrywały  porozrzucane  koperty  z  czerwono-

niebieskimi brzegami: nowiny z Vaterlandu. Na stercie papierów stał wielki kufel pienistego, 

ciemnego piwa. 

Peter stanął w drzwiach. Nie miał ochoty opowiadać się młodemu, nadętemu Niemcowi. 

Po chwili odgłosy pracy maszyny do liczenia ustały. 

– Czego chcesz, Peter? Nie widzisz, że jestem zajęty? Ci cholerni goście prawie wszyscy 

wyjeżdżają.  –  Maksymilian  popatrzył  nieprzytomnym  wzrokiem  ponad  drucianymi 

oprawkami okularów. – Macdonald, czego chcesz?! – zapytał ponownie, ostrzejszym tonem. 

Chciałbym  zniknąć  w  mgnieniu  oka  z  twojego  biura,  pomyślał  Peter.  Flaki  mi  się 

przewracają, jak na ciebie patrzę. 

background image

–  Mam  do  ciebie  prywatną  prośbę  –  powiedział  cicho  i  aż  go  skręciło  od  przymilnego 

tonu,  jakim  wypowiedział  te  słowa.  Poczuł  się  jak  Heinrich  Himmler,  rozmawiający  z 

Maksem-Hitlerem. – Muszę pożyczyć twoje bmw. 

Dyrektor hotelu zaśmiał się z sarkazmem. 

– Chcesz pożyczyć mój motocykl? Zwariowałeś? Daj mi spokój. Idź stąd. 

–  Chwila,  nie  tak  prędko...  Widzisz,  muszę  z  kimś  pogadać  o  tym  facecie,  którego 

widziałem  wczoraj  na  nadbrzeżnej  drodze.  To  mi  nie  daje  spokoju,  Maks.  Muszę  się 

dowiedzieć, dlaczego, do cholery, oni... 

– Rozmawiałeś o tym ze mną, Macdonald – przerwał mu Westerhuis. – Sam przekazałem 

to tym głupim pismakom. Wczoraj powiedziałeś o tym policjantowi. Wszyscy wiedząc twoim 

człowieku ze wzgórza, nicht wahr? A teraz mówię ci, spadaj stąd. A przy okazji... nie mów 

do mnie Maks. 

Peter nagle przestał się bawić w dyplomację. 

–  Chcę  rozmawiać  z  amerykańskim  ambasadorem  w  Coastown!  Tu  chodzi  o  ludzkie 

życie,  Westerhuis.  Twój  pieprzony  motor  potrzebny  mi  jest  na  dwie,  trzy  godziny.  To 

wszystko. Bądź człowiekiem, co? Chociaż udawaj, że jesteś. 

Dyrektor zaczął rytmicznie walić pięścią w metalowy blat biurka. 

–  Nie  ma  o  czym  mówić!  –  wyskandował  do  taktu.  –  Poświęciłem  pięć  sekund  na 

zastanowienie się i moja odpowiedź brzmi: nie! A teraz zjeżdżaj stąd! Jeszcze jedno słowo, a 

wywalę cię na zbity pysk, jak Johnny’ego! 

Peter odwrócił się, żeby wyjść z przyprawiającego go o klaustrofobię pokoju. 

– Mnie na zbity pysk? – mruknął. – Pieprz się, faszystowski wypierdku. 

–  Coś  ty  powiedział?  –  zawołał  za  nim  Westerhuis,  ale  zaraz  znów  zakręcił  korbką 

przedpotopowej maszynki do liczenia, myśląc sobie: biedny, głupi Peter Macdonald. Biedny, 

głupi  barman.  Byłoby  dla  niego  lepiej,  gdyby  pozostał  w  wojsku  jako  zawodowy  do  końca 

życia. 

Przed hotelem stał błyszczący, czarny motocykl bmw. Młody człowiek przekręcił srebrny 

kluczyk,  uruchamiający  zapłon  maszyny.  Peter  Macdonald  i  Jane  Cooke  wielkimi  krokami 

podążali ku zgubie. Ruszali na spotkanie czegoś, co ich przerasta. 

–  Jasne,  Maks  powiedział,  że  nie  ma  o  czym  mówić...  –  rzekł  Peter.  –  Trzymaj  się, 

jedziemy! 

Był to chyba największy eufemizm, jaki kiedykolwiek wypowiedział. 

 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Uważam, że w Europie Damian zadowoliłby się dziesięcioma dolarami 

dziennie  na  życie.  Ja  wolałabym  mieć  dziesięć  tysięcy  tygodniowo,  jak 

Jacqueline  Onassis.  Czasem  czytuję  „Cosmopolitan”  i  wyobrażam  sobie 

siebie  jako  Jackie.  To  dopiero  byłoby  życie!  Wymyślam  sposoby,  jak 

poślubić  najbogatszego  człowieka  na  świecie  (albo  nawet  kilku).  Damian 

mógłby  być  bogaty,  gdyby  zależało  mu  na  pieniądzach.  Mógłby  być 

międzynarodową  gwiazdą  jak  Bronson  czy  Clint  Eastwood.  Albo  prezesem 

General Motors. Damian mógłby być, Damian mógłby być... Siedzę sobie na 

kamieniu  na  Krecie  i  tak  sobie  powtarzam.  Robię  to,  odkąd  skończyłam 

trzydziestkę. Straszne myśli, jak na prostą dziewczynę z małego miasteczka 

w 3ebrasce. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Coastown, San Dominica 

 

Na  Skwerze  Polityków,  w  samym  centrum  zgiełku,  pośród  dostawców  warzyw, 

straganów z owocami, turystów z najtańszych biur podróży, trąbiących piętrowych autobusów 

Carrie Rose rozglądała się wokół, starając się znaleźć jakiegoś typka, który nadawałby się na 

kolejną ofiarę. 

Skupiła  uwagę  na  kilkunastu  długowłosych  ćpunach,  pętających  się  koło  wejścia  na 

miejską  plażę  Wahoo.  Oto  dokąd  trafiają  białe  śmiecie  z  całych  Stanów...  Obrzydliwi 

włóczędzy w farbowanych we wzorki, bawełnianych, rastafariańskich koszulkach, popijający 

puszkowe  piwo,  żujący  gumę,  zajadający  świeże  kokosy.  Przyglądając  się  grupce  tych 

rozlazłych smarkaczy, Carrie nie mogła powstrzymać się od  refleksji. Co za przygnębiający 

widok! To zadanie raczej dla Damiana. 

Wreszcie  wybrała  niskiego  chudzielca.  Gorszego  popaprańca  trudno  było  sobie 

wyobrazić.  Carrie  nazwała  go  w  myślach  Samotnikiem.  Wyglądał  na  dziewiętnaście, 

dwadzieścia  lat.  Brudne  dżinsy  i  kamizelka  z  koźlej  skóry  na  nagiej,  zapadniętej  piersi. 

background image

Długie strąki jasnych włosów. Szeroko otwarte, nieobecne oczy. Właśnie popalał marihuanę z 

miejscowej hodowli. Widać traktował to jak codzienną filiżankę porannej kawy. 

Carrie  Rose  zatrzymała  jakiegoś  uczniaka,  przechodzącego  przez  skwer.  Ładnego, 

brązowego  chłopca  w  wieku  ośmiu,  dziewięciu  lat.  Niósł  kilka  książek,  starannie 

przewiązanych czerwonym, gumowym paskiem.  Zapytała  go,  czy znajdzie chwilę  czasu, by 

zarobić pięćdziesiąt centów, zanim dotrze do szkoły. Chłopak zgodził się, a Carrie wyciągnęła 

rękę  w  stronę  tłumu.  Podążył  za  nią  wzrokiem  i  ujrzał  długowłosego  białego  mężczyznę  w 

złocistej kamizelce. 

Samotnik oparł się o odrapany hangar na łodzie. W rodzinnym mieście Carrie, Lincoln w 

Nebrasce, zwykło się to określać „podtrzymywaniem ściany”. 

–  Chcę  tylko,  abyś  zaniósł  temu  człowiekowi list  i  te  pięć  dolarów  –  wyjaśniła  chłopcu 

Carrie.  –  Powiedz  mu,  aby  doręczył  ten  list  na  Bath  Street  numer  pięćdziesiąt.  Zapamiętaj: 

Bath Street pięćdziesiąt. A teraz powtórz, co masz zrobić za swoje pół dolara. 

Chłopaczek  okazał  się  całkiem  rezolutny.  Dokładnie  wyrecytował  instrukcje  i  buzia  mu 

się rozjaśniła w uśmiechu. 

– Chwila, psze pani, ja sam mogę doręczyć ten list. 

Carrie sięgnęła do portfela po pieniądze. 

– Nie, nie – potrząsnęła głową. – Niech ten chudzielec to zrobi. Powiedz mu jeszcze, że 

tamten  duży,  czarny  pan  patrzy  na  niego.  I  jeszcze,  że  to  jest  list  do  dziewczyny  czarnego 

pana. 

– Dobra, dobra. Niech mi pani da wszystko. Załatwię jak trzeba. 

Chłopiec przeszedł przez ulicę i zniknął w ruchliwym, kolorowym tłumie. Carrie wpadła 

w panikę. Ruszyła za nim. 

Chłopak  pojawił  się  koło  grupy  hipisów  i  z  szerokim  uśmiechem,  powiewając  żółtą 

kopertą,  podszedł  do  Samotnika.  Kudłaty  narkoman  zaczął  dyskutować  z  chłopcem  przed 

hangarem.  Nad  pogiętym,  blaszanym  dachem  wzeszło  słońce.  Na  ścianie  baraku  widniał 

wymalowany  czerwoną  farbą  napis:  SAN  DOMINICA  –  NAJPIĘKNIEJSZE  MIEJSCE  NA 

ŚWIECIE. W końcu Samotnik wziął list z rąk chłopca. 

Carrie  usiadła  na  ławce  i  wyjęła  poranną  gazetę.  PODWÓJNE  ZABÓJSTWO  NA 

PLAŻY. Założyła nogę na nogę. W dużych okularach w rogowej oprawce nie wyróżniała się 

niczym  spośród  dwudziestu  czy  trzydziestu  wczasowiczów  siedzących  obok  z  gazetami  w 

rękach. 

Samotnik rozglądał się za swoim dobroczyńcą. Pewnie uznał go za idiotę. Potem wykonał 

dziwne,  taneczne  pas,  przeznaczone  chyba  dla  kogoś,  kto  mógł  go  obserwować.  Całkiem 

jakby  chciał  powiedzieć:  patrzcie,  oto  ja,  Petarda.  Za  kilka  godzin  jego  ksywka  będzie  na 

ustach wszystkich. 

Po chwili narkoman powlókł się w kierunku dzielnicy Trenchtown, aby doręczyć na Bath 

Street list, który niedługo stanie się słynny. 

background image

 

Peter  Macdonald  zauważył,  że  w  amerykańskiej  ambasadzie  w  Coastown  panuje 

cudowny  spokój.  Przypominało  mu  to  Thaver  Hali  w  West  Point  podczas  przerwy 

wakacyjnej.  Albo  Uniwersytet  Stanu  Michigan  w  Ann  Arbor,  gdzie  spędził  leniwe  wakacje 

po wyjściu z wojska. 

Ochroniarze  w zielonych mundurach przechadzali się długimi korytarzami, wyłożonymi 

miękkim  chodnikiem.  Recepcjoniści  rozmawiali  szeptem  z  gońcami  na  temat  ostatnich 

morderstw  spod  znaku  maczety.  Za  wykuszowymi  oknami  drzewa  falowały  łagodnie  na 

wietrze. 

Peter mijał luksusowe meble z drewna i ciemnej skóry, ciężkie, mosiężne popielniczki i 

spluwaczki, pamiętające czasy Teddy’ego Roosevelta. Wszędzie unosił się zapach środka do 

polerowania mebli, zmieszany z wonią świeżo ściętego hibiskusa i oleandra. Peter stwierdził, 

że  wnętrze  robi  imponujące  wrażenie,  jest  bardzo  amerykańskie,  ale  zarazem  zimne  i 

pogrzebowe. 

I przerażające. 

Macdonald miał na sobie starannie odprasowaną, sportową koszulę w palmy i żaglówki 

na błękitnym tle. Na spotkanie prowadził go wyniosły Murzyn w granatowym garniturze jak 

do  pierwszej  komunii.  Wyglądał  na  lokaja.  Wspięli  się  po  schodach  pokrytych  grubym 

chodnikiem. Potem szli korytarzem ozdobionym olejnymi portretami ostatnich prezydentów i 

znów  po  schodach,  kręconych,  drewnianych  i  skrzypiących.  Wreszcie  weszli  do  niedużego 

gabinetu  na  trzecim  piętrze.  Był  to  przytulny  pokój,  wymarzony  dla  nastolatka.  W  tym 

pokoiku na poddaszu, za nowoczesnym, eleganckim biurkiem siedział przystojny, opalony na 

brąz  młody  człowiek  –  doradca  do  spraw  bezpieczeństwa  publicznego.  Peter  stwierdził  z 

zaskoczeniem, że chyba zacznie wierzyć w reinkarnację. Wicekonsul wyglądał jak dokładna 

kopia nieżyjącego amerykańskiego aktora, Montgomery Clifta. 

–  Panie  Campbell  –  Murzyn  wyprężył  się  jak  struna  i  strzelił  obcasami.  –  Pan  Peter 

Macdonald prosił o spotkanie z panem. 

– Cześć – powiedział Peter. – Przepraszam, że zawracam panu głowę. 

– Nic podobnego. Siadaj. To jest... proszę usiąść. 

Peter przycupnął naprzeciwko Campbella na sofie w kolorze czerwonego wina. Z lekkim 

środkowozachodnim akcentem, starając się omijać regionalizmy i potoczne wyrażenia, zaczął 

opowiadać Brooksowi Campbellowi to, co widział. 

A widział dwóch Murzynów przedzierających się przez zarośla przy plaży w Turtle Bay, 

pokrytych od stóp do głów jaskrawoczerwoną krwią. 

Widział  mężczyznę  z  zadziwiająco  jasnymi  włosami,  który  na  zawsze  wbił  mu  się  w 

pamięć. 

background image

Widział  drogi,  niemiecki  karabinek,  zieloną  limuzynę,  kurtkę  z  londyńskiego  domu 

towarowego. A wszystko to tuż obok miejsca, w którym dwoje dziewiętnastolatków zostało w 

straszliwy sposób zmasakrowanych. 

Pod koniec swojej opowieści Peter doznał cudownego uczucia: oto po raz pierwszy jego 

słowa zostały wysłuchane z uwagą. 

Campbell siedział w obrotowym fotelu, odchylony głęboko do tyłu. Papieros spalił mu się 

do  samego  filtra.  W  idealnie  odprasowanej,  błękitnej  koszuli  z  podwiniętymi  rękawami 

wyglądał jak młody, wzburzony senator. 

–  Powiedział  pan,  że  potem  minął  pan  kolejny  zakręt  drogi  –  przemówił  Campbell 

głębokim,  modulowanym  głosem,  w  którym  wyczuwało  się  pewność  siebie,  a  jednocześnie 

lekką tendencję do zacinania się. – Czy widział pan, że ci dwaj dołączyli do blondyna? 

Dobre  pytanie,  przyznał  Peter  w  myślach.  Niezły  początek.  Faktycznie,  nie  widział  ich 

razem. 

–  Nie.  Jechałem  na  rowerze.  Nie  miałem  zamiaru  się  zatrzymywać,  rozumie  pan,  to 

wszystko trwało około trzydziestu sekund. – Peter uśmiechnął się nerwowo. Zawahał się na 

moment; poczuł przypływ wątpliwości, chwilową słabość. Nagle złapał się na tym, że miętosi 

w palcach brzeżek koszuli. 

Campbell wyprostował się na fotelu. Zdusił papierosa w popielniczce. 

–  Peter,  chciałbym,  aby  mnie  pan  uważnie  posłuchał  –  powiedział  i  popatrzył 

Macdonaldowi prosto w oczy. 

– Spróbuję. Niech pan mówi. 

–  Morderstwo  w  Turtle  Bay  to  wyjątkowy  przypadek.  Reakcja  na  surowy  wyrok  Sądu 

Najwyższego w Coastown. Gdyby nie fakt, że ofiarami padli obywatele amerykańscy, można 

by uznać, że to sprawa o lokalnym znaczeniu. Nie wiem, czy czytałeś o morderstwach na polu 

golfowym Fountain valley na wyspie St. Croix... 

– W porządku, to dobra teoria – przerwał mu Peter. – Ale co w takim razie robił tam ten 

blondas?  Pytam  poważnie.  Co  tam  robił  biały  facet  ze  snajperskim  karabinkiem,  podobnym 

do  tego,  z  którego  zabito  Kennedy’ego?  Proszę  mi  to  wytłumaczyć,  a  wrócę  do  domu  i  nie 

będę więcej zawracał panu głowy. 

Brooks  Campbell  wstał  z  fotela.  Zasłona  w  oknie  poruszyła  się  i  przez  wąską  szczelinę 

wpadła do pokoju smuga jasnego światła. 

–  Wie  pan  co,  Peter?  –  powiedział  z  wystudiowanym  półuśmiechem  wytrawnego 

polityka.  –  Nie  mam,  do  cholery,  zielonego  pojęcia,  co  robił  tam  ten  biały.  Zdradzę  panu 

tajemnicę  i  powiem,  że  wysłuchałem  ponad  pięćdziesięciu  ludzi,  którzy  mieli  coś  do 

powiedzenia na temat morderstwa w Turtle Bay. Rozmawiałem z policją, z wojskiem. To, co 

dotychczas usłyszałem, wskazuje jednoznacznie na pułkownika Dassie Dreda. Nie wiem, co 

jeszcze mogę panu powiedzieć na ten temat. 

background image

Campbell przestał spacerować po pokoju. Cofnął się myślami do spotkania, jakie odbyło 

się  rok  temu  na  pustyni  w  Nevadzie.  Wspomniał  swoje  ówczesne  wyobrażenia  na  temat 

Damiana i Carrie Rose’ów. Jezu Chryste! Tym razem spieprzyli sprawę! Zostali zauważeni. 

Wielki, tajemniczy Damian Rose, którego on sam ani razu nie widział na oczy. 

Campbell popatrzył na Petera Macdonalda, na jego hawajską koszulę. 

–  Peter,  proszę  mi  zaufać  –  uśmiech,  który  pojawił  się  na  jego  ustach  był  prawie 

serdeczny,  chociaż  wciąż  myślał  o  Rose’ach.  –  Proszę  zostawić  sekretarce  swój  numer 

telefonu, skontaktujemy się z panem. 

Peter milczał. To, co usłyszał, przyprawiło go o zawrót głowy. Miejmy ufność w Bogu. A 

ktoś za to zapłaci najwyższą cenę... Nagle doznał mdlącego uczucia zupełnego osamotnienia. 

– Jezu... – wyrwało mu się z ust. 

Do gabinetu weszła wyniosła, czarna sekretarka i na tym posłuchanie się skończyło. 

Opuszczając  duży,  biały  budynek  ambasady,  Peter  spocił  się  jak  mysz.  Dawno  nie  czuł 

się tak źle i samotnie. Ostatni raz chyba podczas wymarszu do Kambodży. 

Idąc  przez  ładnie  utrzymany  dziedziniec  skinął  głową  nieskazitelnie  umundurowanemu 

wartownikowi  z  piechoty  morskiej  i  uśmiechnął  się  do  grupki  amerykańskich  turystów,  ale 

wciąż myślał o Brooksie Campbellu, urzędniku państwowym o wyglądzie aktora. 

Tymczasem Campbell stał za szybą wielkiego okna na trzecim piętrze. Palił papierosa i 

odprowadzał wzrokiem wychodzącego przez bramę Macdonalda. 

Który był świadkiem. 

 

Samotnik dowlókł się na Bath Street tuż przed południem. 

Zarośnięty  hipis,  przezywany  „Petardą”,  trzymał  list  Carrie  Rose  tak,  jakby  to  było 

zaproszenie  na  przyjęcie  urodzinowe,  które  wręczyła  mu  mama  ostrzegając,  by  go  nie 

pogniótł  i  nie  zabrudził.  Kolorowe  ptaki  latały  nad  cichą  boczną  uliczką.  Obszczekało  go 

kilka  bezpańskich  psów,  ale  Samotnik  odszczeknął  im  się  i  poszedł  dalej.  Minął  kilka  kóz, 

grzebiących  w  śmietnikach  i  zapuszczonych  trawnikach  na  tyłach  domów.  Ten  widok 

przypomniał  mu,  że  jest  głodny.  A  także  naćpany  po  same  uszy.  Nawalony.  Nabuzowany. 

Ogólnie czuł się całkiem nieźle w ten piękny poranek. 

Okazało się, że na Bath Street pod numerem pięćdziesiątym jest redakcja „Evening Star”. 

Samotnik nacisnął przycisk dzwonka, smętnie zwisającego na przewodach. Potem czekał. 

Po  paru  chwilach  w  drzwiach  pojawiła  się  ciemnoskóra  dziewczyna  z  kwiatami  we 

włosach.  Śmiała  się,  jakby  ktoś  właśnie  opowiedział  jej  dowcip.  Wzięła  kopertę  z  rąk 

posłańca  i  w  tej  samej  chwili  rozległ  się  huk  wystrzałów,  wyjątkowo  głośny  w  tej  cichej, 

bocznej uliczce. 

Coś pchnęło Samotnika na ścianę obok futryny. Chude, skłute igłami ramiona poderwały 

się  w  górę,  dłonie  zwisły  zupełnie  bezwładnie.  Rozrzucone  długie  włosy  wyglądały  jak 

background image

brudna ścierka. Kule przyszpiliły go do ściany, szatkując mu twarz i pierś. Był martwy, zanim 

zdążył osunąć się na ziemię. 

Kilka  minut  później  zaszokowany  czarnoskóry  redaktor  „Evening  Star”  próbował 

przeczytać  list  przyniesiony  przez  nieszczęśnika.  Okazało  się,  że  nadawcą  był  pułkownik 

Dassie  Dred  „Monkey”  Dred.  Groził  w  nim,  że  jeśli  biali  nie  opuszczą  San  Dominiki,  na 

wyspie  nastąpią  ataki  terrorystyczne  o  niespotykanym  nasileniu  i  konsekwencjach.  List 

zawierał też zapowiedź kolejnej przesyłki, która zostanie w identyczny sposób dostarczona na 

Bath  Street  pięćdziesiąt  następnego  dnia  rano,  jeżeli  ten  tekst  nie  zostanie  podany  do 

wiadomości ogółu w popołudniowym wydaniu dziennika. 

O dwunastej trzydzieści do ciasnego biura redakcji gazety przybył doktor Meral Johnson. 

Ciemnoskóry szef policji zbadał uważnie wielką dziurę, wyrwaną w drzwiach wejściowych. 

Obejrzał  denata.  Porozmawiał  z  dziewczyną,  która  odebrała  list.  Polecił  swoim  ludziom 

przetrząsnąć okolicę w poszukiwaniu ewentualnych świadków strzelaniny. 

Potem błysnął inwencją i nazwał feralną przesyłkę „śmiertelnym listem”

*

Doktor  Johnson  skonstatował  ze  smutkiem,  że  jak  dotychczas,  był  to  jedyny  konkretny 

wkład, który zdołał wnieść do śledztwa w tej niezwykłej sprawie. 

 

                                                 

*

 Gra słów; dead letter (ang.) - przesyłka nie doręczona, zwrot do nadawcy, dosł. „martwy 

list” (przyp. tłum.). 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Śmietanką  funkcjonariuszy  służb  specjalnych  stanowią  pracowici  jak 

mrówki biurokraci. 3ajgorsi z nich są absolwenci Eton i uczelni należących 

do  Ivy  League.  W  tym  przypadku  można  powiedzieć,  że  śmietanka  nie 

zawsze zbiera się na samej górze. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Fairfax Station, Wirginia 

 

Tego  popołudnia  i  wieczoru  w  Waszyngtonie  aż  huczało  od  ironicznych  komentarzy  na 

temat  fiaska  negocjacji  pomiędzy  przedstawicielami  Chin  a  Wietnamu  na  temat  zawarcia 

układu  pokojowego.  Ludzie  odpowiedzialni za  przygotowanie  przemówienia  Jimmy  Cartera 

pracowali  już  nad  tekstem  uroczystej  deklaracji,  że  Ameryka  wypełni  swoje  zobowiązania 

wobec sojuszników i nie powróci do polityki izolacjonizmu. 

Dwadzieścia kilometrów na południowy zachód od stolicy znajdowała się Stara Rodowa 

Siedziba  Harolda  Hilla.  Posiadłość,  otoczona  zielonymi  wzgórzami  i  ogrodzona  palisadą, 

rozciągała  się  na  sześciu  akrach  terenu  w  okolicy  Fairfax  Station.  Wśród  roślinności 

przeważały  kapryfolium,  bukszpan  i  dereń,  pomiędzy  którymi  żyła  wielka  obfitość 

przedstawicieli  fauny,  charakterystycznych  dla  tej  okolicy.  Na  jednej  z  bram  ogrodzenia 

widniał wymalowany ręcznie napis: NASZA STARA RODOWA SIEDZIBA. 

Może  i  tak.  Jednak  Harold  Hill,  kiedy  przebywał  z  dala  od  domu,  częściej  nazywał  to 

miejsce „Waniliowym Wafelkiem”. 

Obojętnie  jak  ją  nazywano,  posiadłość  Hilla  sprawiała  wrażenie  miejsca  wyjątkowo 

spokojnego i urokliwego. Było tu tak swojsko i zwyczajnie, że za największą sensację mogła 

zostać uznana obecność ekipy słynnej stacji telewizyjnej A. C. Nielsena. 

Nawet w najśmielszych domysłach nikt nie mógł skojarzyć tego miejsca z morderstwami, 

torturami czy pracą wywiadu. 

I właśnie o to chodziło Harry’emu Łamignatowi. 

Wiosną  i  u  progu  lata  Harry  spędzał  większość  wieczorów  na  grze  ze  swoim  synem, 

Markiem.  Mark  miał  czternaście  lat  i  był  bardzo  obiecującym  graczem  międzyszkolnej  ligi 

background image

baseballowej. W te dni, kiedy nie było meczu, Mark musiał wykonać przynajmniej sto rzutów 

do ojca, który pełnił rolę łapacza. 

Hill  kucał  właśnie  w  niewygodnej  pozycji,  pocąc  się  obficie  pod  ochraniaczami. 

Zaczynała  mu  się  podobać  ta  zabawa.  Odczuwał  przyjemne  swędzenie  dłoni,  ukrytej  w 

wielkiej rękawicy. Nagle jego żona, Carol, zawołała go do domu. 

–  Rozmowa  zamiejscowa!  –  krzyczała  z  werandy.  W  jej  głosie  słychać  było  wyraźny 

akcent  z  Alabamy,  którego  nie  zdołała  się  pozbyć,  mimo  długiego  pobytu  w  ośmiu  obcych 

krajach. – Dzwoni Brooksie Campbell. 

Hill powiedział synowi, że muszą przerwać trening i potruchtał do dużego domu w stylu 

kolonialnym. Poczuł lekkie ściskanie w żołądku. 

Brooks Campbell nigdy  nie dzwonił do niego do domu. W każdym razie nie po to,  aby 

pogadać o głupotach. Campbell był tak zwanym specjalistą od terroryzmu. Haroldowi Hillowi 

od  początku  coś  nie  pasowało  w  tym  całym  gównianym  interesie.  Terroryzm  był  dobry  dla 

Arabów i Izraelczyków. Dla Irlandczyków. Dla SLA

*

To  narzędzie  dla  słabeuszy,  którzy  nie  mając  innego  wyjścia,  muszą  grać  nieczysto. 

Ameryka powinna trzymać się z dala od wykorzystywania terroryzmu. 

W  zaciszu  gabinetu  Hill  wybrał  ośmiocyfrowy  numer  na  aparacie  telefonicznym,  który 

trzymał  w  zamykanej  na  klucz  szufladzie.  Wciąż  zastanawiał  się  nad  jednym  –  jakie  mogą 

być  konsekwencje  przyjęcia  przez  światowe  mocarstwo  takich  brudnych  sztuczek  jako 

normalnej metody działania. Wszystkie chwyty dozwolone? Żadnych barier? A co się stanie, 

jeżeli  Ameryka  wywoła  gdzieś  „prawdziwą”  rewolucję?  Niezłe  gówno,  oto  co  się  stanie. 

Powrót do mroków średniowiecza. 

Nacisnął przycisk na aparacie. Rozmowa z Karaibów została przełączona na bezpieczną 

linię,  chronioną  przed  podsłuchem.  Za  oknem  wciąż  widział  Marka,  który  rzucał  piłkę 

wysoko nad czubek starego świerka, a potem łapał ją całkiem jak Willie Mays. Chłopak miał 

niesamowity rzut. Niesamowity. 

Pomyślał,  że  przełączanie  rozmowy  trwa  zbyt  długo,  i  w  tym  momencie  usłyszał 

przytłumiony głos Brooksa Campbella. 

– Cześć, Harry. – Staranna, sceniczna dykcja Campbella zabrzmiała dziwnie bełkotliwie. 

– Dzwonię z powodu... 

Harold Hill parsknął krótkim śmiechem. Zamierzał przyhamować nieco młodego kolegę. 

– Wiesz co, mówisz takim tonem, że chyba lepiej usiądę. 

– Masz rację. Wieści nie są najlepsze... Wychodzi na to, że jeden facet  widział wczoraj 

Rose’a w Turtle Bay. Co ty na to? Wynajmujemy kogoś, kogo nawet nie wolno nam obejrzeć, 

jakiegoś  pieprzonego  geniusza,  a  ten  natychmiast  pcha  się  komuś  w  oczy.  Cholera,  Harry, 

                                                 

*

 Symbionese Liberation Army - amerykańska organizacja terrorystyczna, wsławiona m. in. 

porwaniem Patrycji Hearst (przyp. tłum.). 

background image

gdybym nie znał całej sprawy, pomyślałbym, że ktoś robi sobie z nas jaja. W każdym razie 

nie mam ochoty ponosić całego ryzyka. 

–  Czy  Rose  zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  że  ktoś  go  widział?  Opowiedz  mi  wszystko  po 

kolei, Brooks. 

– Owszem, zna swoją sytuację – odrzekł Campbell. – Dzwonił do nas dzisiaj. To znaczy, 

dzwoniła jego żona. Powiedziała, że sami sobie z tym poradzą. To miło z ich strony, prawda? 

– Fantastycznie. 

–  Dzięki  Bogu  ten  świadek  nie  jest  nikim  ważnym.  Jednak  to  Amerykanin...  A  przy 

okazji:  Rose  zastrzelił  dziś  rano  prezesa  ASTA.  Harry,  oni  wymykają  się  spod  wszelkiej 

kontroli.  Nie  pamiętam  już  planu,  jaki  nam  przedstawili.  Wczoraj  wieczorem  Damian  nie 

pojawił się na umówionym spotkaniu ze mną. Robią z nas idiotów. 

Harold  Hill  przymknął  oczy  i  wyobraził  sobie  Campbella.  Brooks  Corbett  Campbell. 

Absolwent  Princeton.  WASP  z  New  London  w  Connecticut.  W  Agencji  wróżą  mu  wielką 

karierę.  Skromnym  zdaniem  Hilla  –  młody  neonazista.  Facet,  który  zawsze  wie  lepiej,  co 

będzie dobre dla innych. 

– No cóż... Chyba będziemy musieli nadal z nimi współpracować, przynajmniej jeszcze 

przez  jakiś  czas.  Lepiej  chyba,  żebyś  to  ty  zajął  się  świadkiem.  Może  nam  jeszcze  być 

potrzebny,  żeby  zidentyfikować  Rose’a.  Tak  na  wszelki  wypadek...  Kiedy  już  wszystko  się 

skończy, nie mam zamiaru pozwolić im na opuszczenie wyspy. To chyba oczywiste. 

–  Brzmi  nieźle  –  usłyszał  przez  transatlantyckie  zakłócenia  lekko  podniesiony  głos 

Campbella. – Całkowicie się z tobą zgadzam. 

Hill  nie  odzywał  się  przez  chwilę.  Powinien  podtrzymać  Campbella  na  duchu,  żeby  się 

nie załamał. 

– Dobra, to mamy z głowy – rzucił wreszcie Harry Łamignat. – A teraz przekaż mi te złe 

nowiny. 

Młody Brooks Campbell zmusił się do śmiechu. Stare sposoby na rozluźnienie atmosfery. 

– Już myślałem, że o to nie zapytasz. 

 

Coastown, San Dominica 

 

–  Spróbujmy  podejść  logicznie  do  tego  wszystkiego  –  zaproponowała  Jane.  Peter  nie 

odpowiedział.  Był  myślami  zupełnie  gdzie  indziej:  na  poligonie  artyleryjskim  koło  Camp 

Grayling w stanie Michigan. Właśnie zestrzeliwał kolejne puszki po piwie z głowy Brooksa 

Campbella. Za pomocą bazooki. 

Była dziesiąta wieczór. Siedzieli w pogrążonym w mroku ogródku restauracji „Le Hut” i 

starali  się  ogarnąć  umysłem  potworne  morderstwa.  Czasem  któreś  z  nich  skubnęło  kęs  z 

background image

talerza. Oboje byli mniej więcej tak samo głodni, jak stojące przed nimi krewetki w tłustym 

sosie. 

W końcu Peter podniósł na Jane wzrok zbitego psa i wzruszył ramionami. 

– Komu to mogło przyjść do głowy? Pokroić dwójkę nastolatków jak Kuba Rozpruwacz? 

Jane  oparła  podbródek  na  splecionych  dłoniach.  Wyglądała  jak  nieco  starsza  wersja 

Caroline Kennedy. Ciemnoskórzy kelnerzy nie mogli oderwać od niej oczu. 

–  Prawdopodobnie  to  ten  sam  bydlak,  który  zamordował  ojca  na  oczach  dwójki  jego 

dzieci  –  odpowiedziała.  –  Czuję  się  okropnie,  jakbym  była  chora.  Zupełnie  do  kitu.  W 

dodatku zaczynam się bać. 

Wspominając  rozmowę  w  ambasadzie  amerykańskiej  Peter  czuł  się  zupełnie 

niepotrzebny,  jak  wrzód  na  tyłku.  Mały  Mac  znów  spieprzył  sprawę...  Może  widzę  to 

wszystko w złym świetle, zastanawiał się. Na pewno rozmowa w ambasadzie nie przebiegała 

tak, jak powinna. Przecież wysoki blondyn tak czy siak musiał mieć jakiś związek ze sprawą. 

Nie mogło być inaczej. 

Jane wyciągnęła rękę w stronę ulicy. Na jej twarzy pojawił się figlarny uśmiech, zupełnie 

jak wtedy, gdy nad miastem nie wisiał jeszcze cień maczety. 

– Nie wiedziałam, że na wyspie jest jeden z twoich braci – zakpiła. 

Tuż  przed  restauracją  niechlujnie  ubrany  uliczny  clown  zabawiał  grupkę  przechodniów. 

Ręcznie  napisany  plakat  głosił:  BASIL,  MINSTREL  WSZYSTKICH  DZIECI.  Pod  grubą 

warstwą makijażu Basil był całkiem młodym mężczyzną. Obwódki namalowane wokół oczu 

nadawały  jego  twarzy  wyraz  smutku  i  zatroskania.  Jego  strój  –  postrzępione,  jaskrawożółte 

pantalony i dziwaczna szlafmyca upodabniał go do karła. 

–  Miłość  jest  odpowiedzią  –  przekonywał  miejscowych  i  kilku  przechodzących  obok 

turystów. – Miłość jest odpowiedzią – wmawiał ludziom przy stolikach restauracji. 

–  Ach  –  szepnęła  Jane  do  Petera,  jednocześnie  puszczając  do  niego  oko.  –  A  jak  brzmi 

pytanie? 

Ale on wciąż był pogrążony we własnych myślach. Turtle Bay. Co go tak zdenerwowało 

w ambasadzie Stanów Zjednoczonych? 

–  Znasz  jakieś  sztuczki?  Sztuczki  dziecięcego  minstrela?  –  spytała  Jane  przez  stół.  – 

Peter, dokąd odpłynąłeś? A może ty jesteś Sherlockiem Holmesem, rozwiązującym zagadkę 

tajemniczych morderstw? 

Peter uśmiechnął się i zarumienił. 

– Przepraszam. Już wróciłem. Witaj! 

Jego  podróż  powrotna  do  kafejki  prowadziła  przez  odległe  miejsca:  Wietnam  i  dom 

rodziców  nad  jeziorem  Michigan,  w  którym  Betsy  Macdonald  przez  sześć  lat,  rok  po  roku, 

rodziła kolejne ciemnowłose, ciemnookie niemowlę. Całą Niezwykłą Szóstkę. 

–  Dziecięce  sztuczki?  –  uśmiechnął  się  Peter.  Poczuł  nagły  przypływ  uczucia  do  tej 

ekscentrycznej, jasnowłosej dziewczyny z Dakoty. 

background image

Zastanowił  się  chwilę.  Przypomniał  sobie  coś,  czym  jego  brat,  Tommy,  zabawiał 

dzieciaki. Wziął do ręki papierową serwetkę.  Zwinął ją w rulonik i przytrzymał pod nosem. 

Serwetka wyglądała jak zwisające wąsy. 

– Musisz zapłacić czynsz – zahuczał głosem scenicznego łotra. 

Przyłożył serwetkę do skroni. Miała przedstawiać dziewczęcą kokardę. 

– Nie mam pieniędzy – zakwilił teatralnym falsetem zrozpaczonej kobiety. 

– Musisz zapłacić czynsz! – powiedziały Wąsy. 

– Nie mam pieniędzy! – pisnęła Wstążka. 

Serwetka znalazła się pod brodą i stała się elegancką muszką. Peter odezwał się głosem 

obrońcy uciśnionych: 

– Ja za nią zapłacę! 

– Mój wybawicielu! – ucieszyła się Wstążka. 

– Do licha, znów się nie udało! – mruknęły Wąsy. 

– Chciałabym, żeby wszystko było takie proste – westchnęła Jane. 

Pocałowała  jego  papierowe  wąsy.  Komedia  z  Flipem  i  Flapem.  Oboje  byli  jeszcze  nie 

całkiem dojrzali. Pod pewnymi względami. Ale bardzo chcieli wydorośleć. 

Tej nocy spali ze sobą ostatni raz. Naprawdę ostatni. 

 

Crafton’s Pond, San Dominica 

 

Było  coraz  bliżej  do  pierwszego,  nieufnego  spotkania  państwa  Rose  z  pułkownikiem 

„Monkey” Dredem. 

Cztery samochody z wyłączonymi silnikami stały po dwóch stronach równego, wąskiego 

pola  w  pobliżu  zaszczurzonego  stawu  Nata  Craftona  w  okręgu  West  Hills.  Pole  to  było 

regularnie  wykorzystywane  jako  lądowisko  dla  samolotów,  które  szmuglowały  marihuanę  i 

kokainę do Nowego Orleanu. 

Tej  nocy  nad  stawem  unosiła  się  mgła.  W  wilgotnej  trawie  buszowało  pełno  szczurów 

wodnych. 

Zgodnie  z  wzajemnymi  uzgodnieniami  każda  ze  stron  przybyła  tylko  dwoma 

samochodami.  W  każdym  z  nich  nie  mogło  być  więcej  niż  dwóch  pasażerów.  Posiadanie 

broni było dozwolone, ze względu na trudności z wyegzekwowaniem ewentualnego zakazu. 

Tuż  przed  rozpoczęciem  spotkania  po  stronie  Dreda  pojawił  się  trzeci  samochód.  Była 

dokładnie pierwsza w nocy. 

Umowa została złamana po raz pierwszy. 

Jadący hałaśliwą, brytyjską furgonetką „Monkey” Dred, wyszkolony na Jamajce i Kubie 

dwudziestosiedmioletni rewolucjonista, widział tylko spowite mrokiem tajne lądowisko. Nie 

background image

zauważył na nim żadnego ruchu. Było całkiem przyjemnie, zwłaszcza że nad dżunglą wisiał 

biały rogalik księżyca. 

Furgonetka zatrzymała się gwałtownie na końcu pola. Kierowca Dreda błysnął światłami 

–  raz,  a  potem  drugi.  Z  ciemności  lekko  tylko  rozproszonych  przez  księżyc  błysnęły  w 

odpowiedzi światła innego samochodu. Państwa Rose. 

Dred  przyglądał  się  temu  przez  zmętniałą,  zapaskudzoną  owadami  przednią  szybę. 

Pokiwał  głową  i  uśmiechnął  się.  Jak  widać,  państwo  Rose  łatwo  szli  na  kompromis  – 

zaakceptowali trzeci samochód. 

– Widzisz, kolego, wszystko pójdzie gładko – powiedział do kierowcy. 

Dwa  z  pięciu  samochodów  wyjechały  na  środek  lądowiska.  Zgodnie  z  umową.  Dred 

stwierdził,  że  państwo  Rose  trzymają  się  dokładnie  ustalonej  procedury.  Jak  Brytyjczycy 

podczas rewolucji w Ameryce. 

Jeszcze  zanim  furgonetka  się  zatrzymała,  pułkownik  wyskoczył  i  stanął  na  baczność  w 

wysokiej  trawie.  Widział,  jak  trzydzieści  metrów  od  niego  Rose  wysiada  z  luksusowego 

amerykańskiego auta. 

Dred  wyobrażał  sobie,  że  biały  będzie  wyższy.  Ubrany  był  w  jasny  garnitur,  na  głowie 

miał duży kapelusz panama. Szykowny gość. Zupełnie nie w porę. 

Na sygnał światła obu samochodów zgasły. Mężczyźni ruszyli przez mrok na spotkanie. 

Po  niecałych  trzydziestu  sekundach  byli  blisko  siebie.  Dred,  który  sam  cuchnął  jak  kupa 

gnoju, poczuł mocny zapach francuskich perfum. 

–  Macie  dla  nas  te  karabiny?  –  rewolucjonista  posługiwał  się  angielszczyzną 

mieszkańców wyspy. 

Carrie Rose zdjęła z głowy kapelusz, który dotąd zasłaniał jej twarz. Uśmiechnęła się do 

pułkownika Dreda. 

–  Właściwie  to  już  pan  nie  żyje  –  powiedziała.  –  Mąż  ma  pana  na  muszce  karabinka 

snajperskiego  M-21.  Karabinek  jest  wyposażony  w  noktowizor,  więc  strzelec  widzi  nas  w 

zielonej poświacie. Chce mu pan pomachać? 

– Nie wierzę w ani jedno słowo. – Murzyn był zupełnie spokojny. 

Carrie  włożyła  kapelusz  i  w  tej  samej  chwili  huknął  strzał.  Kula  uderzyła  w  ziemię 

niecały metr od partyzanta. 

Na  obu  krańcach  pola  znów  rozbłysły  reflektory  samochodowe.  Murzyn  znieruchomiał. 

Podniósł rękę, aby powstrzymać swoich ludzi. 

–  Mamy  uczciwe  intencje  –  powiedziała  Carrie,  jakby  nic  się  nie  stało.  –  Ale  musi  pan 

wiedzieć, że nie wolno łamać raz ustalonych zasad. Umówiliśmy się na dwa samochody. Nie 

trzy,  tylko  dwa.  Jeżeli  nadal  jest  pan  zainteresowany  karabinami  –  ciągnęła  –  proszę 

przyjechać jutro wieczorem o jedenastej do posiadłości Charlesa Codda. Zasady pozostają bez 

zmian. Dwa samochody. 

background image

–  Czemu  to  robicie?  –  spytał  Dred,  gdy  skończyła.  Poczuł  się  pewniej,  założył  ręce  na 

piersi. 

– Chcemy wam pomóc w przejęciu władzy nad wyspą – wyjaśniła Carrie. – Ktoś nam za 

to  zapłacił.  Proszę  być  jutro  na  farmie  Codda.  Dowie  się  pan  wszystkiego,  co  może  pana 

interesować. A nawet pozna pan Damiana. 

Carrie Rose odwróciła się i odeszła, zostawiając partyzanta w stanie lekkiego osłupienia. 

Zastanawiała  się,  jak  to  było  z  bojownikami  Castro  w  górach  Sierra  Maestra.  Kto  wtedy 

dostarczył im broń? 

–  To  zwykły  gnojek  –  powiedziała  Carrie  do  Kubańczyka  wsiadając  do  samochodu.  – 

Dziwne, że właśnie nim się zainteresowali. 

– Solamente tres dias mas – odrzekł Kubańczyk. – Jeszcze tylko trzy dni. 

 

background image

4 maja 1979, piątek 
Przybycie funkcjonariuszy federalnych ze Stanów Zjednoczonych 

 

ROZDZIAŁ 11 

 

Bardzo  dokładnie  zaplanowaliśmy  wywołanie  ogólnego  chaosu.  3a 

wszystkich  frontach.  Miało  być  tak,  jakby  w  środku  lata,  w  miejscu,  gdzie 

nikt  nigdy  nie  widział  płatka  śniegu,  pojawiła  się  nagle  gwałtowna  zamieć 

śnieżna. 

Czwartego  maja  już  sam  widok  chłopów,  pracujących  w  polu  z 

maczetami  w  dłoniach,  wywoływał  ataki  serca  wśród  turystów.  Widok 

Murzyna  brodzącego  przy  brzegu  –  nawet  jeśli  był  to  tylko  ratownik  z 

sąsiedniej plaży – sprawiał, że białasy w panice zmykały do swoich krytych 

słomą  domków  letniskowych.  Załoga  łodzi  rybackiej,  która  przez  nieuwagę 

podpłynęła  zbyt  blisko  brzegu,  została  przegoniona  przez  uzbrojonych  w 

karabiny,  wynajętych  ochroniarzy.  3a  plaży  wszyscy  opalali  się  z  szeroko 

otwartymi oczami... Całe rzesze turystów, zamiast wypoczywać nad morzem, 

koczowały  w  biurach  linii  lotniczych  i  w  budynkach  rządowych.  Linie 

lotnicze Pan Am, Eastern, Prin-Air, BOAC uruchomiły dodatkowe rejsy, ale 

i tak wciąż było za mało miejsc dla uciekinierów... Jak dotąd wszystko więc 

przebiegało zgodnie z planem. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Czwarty dzień był nieco spokojniejszy – odnotowano cztery zabójstwa. Niestety, były to 

znów okrutne zbrodnie spod znaku maczety. 

Z  samego  rana  przybyło  na  wyspę  czterdziestu  pięciu  funkcjonariuszy  federalnych  ze 

Stanów  Zjednoczonych,  aby  pomóc  w  utrzymaniu  porządku  w  większych  miastach  San 

Dominiki.  Niektórzy  z  tych  pracowników  Departamentu  Stanu  brali  wcześniej  udział  w 

tłumieniu rozruchów Indian w rezerwacie Wounded Knee. 

Z  bazy  w  Pensacola  na  Florydzie  przyleciało  osiem  śmigłowców,  podobnych  do  tych 

używanych  w  Wietnamie,  aby  wesprzeć  policję  w  poszukiwaniu  i  tropieniu  przestępców. 

background image

Pomalowane  w  brązowo-zielone  plamy  bojowego  kamuflażu  śmigłowce  stanowiły 

przerażający  widok  dla  pozostałych  jeszcze  na  wyspie  turystów,  którzy  niespodziewanie 

znaleźli  się  w  strefie  objętej  nieformalnymi  działaniami  wojennymi.  Śmigłowce  wojskowe 

bez  przerwy  latały  nad  zielonymi  wzgórzami,  zupełnie  jak  w  czołówce  znanego  serialu 

M.A.S.H. 

Rosła  liczba  świadków  morderstw  spod  znaku  maczety.  Jak  to  określiła  jedna  z 

francuskich  gazet,  rozpoczął  się  „istny  zalew  fascynujących,  brutalnych  opowieści”. 

Przesłuchano  pięćset  jedenaście  osób,  ale  tylko  Peter  Macdonald  widział  tajemniczego 

białego  człowieka  wśród  ciemnoskórych  napastników.  Siłą  rzeczy,  zeznania  Macdonalda 

stawały się coraz mniej wiarygodne. 

Znajdowało  się  coraz  więcej  ważniaków,  kręcących  się  jak  sępy  wokół  miejsc  zbrodni, 

pewnych siebie ekspertów, którym wydaje się, że wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi. 

 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

To,  czego  dokonaliśmy  na  San  Dominice,  można  porównać  do 

wypuszczenia  na  wolność  takich  ludzi,  jak  Charles  Starkweather,  Cargill 

Fugate,  Speck,  Bremer,  Manson  i  Squeaky  Fromme.  Jednocześnie  i  w  tym 

samym miejscu. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

4 maja 1979, Coconut Bay, San Dominica 

 

Piątek rano. Czwarty dzień spod znaku maczety 

 

Kapitan B. J. Singer, absolwent Annapolis z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego 

roku,  siedział  na  składanym  plażowym  foteliku  i  czytał  książkę  zatytułowaną  Superokręt

Jego żona, Ronnie, leżała obok, a przed nią, na górce z piasku, oparta była powieść Po tamtej 

stronie nocy

Państwo Singer nie byli jednak zbyt zapalonymi czytelnikami. Nagle Superokręt wysunął 

się z rąk kapitana. Książka w lśniącej, twardej okładce uderzyła w podpórkę fotelika i spadła 

na piasek. Głowa Singera stuknęła w oparcie. 

– Co jest? – spytała Ronnie. 

–  Nie  zniosę  tego  dłużej  –  odparł  z  zamkniętymi  oczami  B.J.,  lśniący  od  masła 

kokosowego,  rozsmarowanego  na  całym  ciele.  –  Mam  dość  tego  siedzenia.  Czuję  się  jak 

dzieciak,  który  za  każdym  razem  musi  pytać  matkę,  czy  wolno  mu  się  wykąpać  w  morzu, 

połazić po brzegu albo zrobić cokolwiek innego. 

Ronnie Singer uniosła wzrok znad lektury. Poranne słońce zmusiło ją do zmrużenia oczu. 

– No to dalej, na co czekasz? – odezwała się kpiąco z lekkim teksańskim akcentem. – Idź 

i się utop. Albo daj sobie obciąć głowę jakimś Zulusom. Sam sprawdź, czy mamusia ma rację. 

Mamusia na pewno nie przesadza. 

Wielki, rudy B.J. założył nogę na nogę i warknął przekleństwo w stronę żony. 

– Ależ mamusia pragnie tylko twojego dobra... – zagruchała Ronnie ze swojego koca. 

background image

–  Chciałbym  zdjąć  te  niewygodne  kąpielówki  na  jakimś  kawałku  prywatnej  plaży. 

Dopuścić  trochę  słońca  do  tych  części  ciała  do  których  zwykle  nie  ma  dostępu.  A  potem 

zanurzyć je w prywatnym kawałku błękitnego morza. Dokładnie tak, jak mówili w telewizji. 

Pamiętasz, jak było w tej reklamie? 

Ronnie Singer z trzaskiem zamknęła swoje czytadło i przeciągle westchnęła. Była drobną 

blondynką,  ale  miała  obfite  piersi,  które  poruszyły  się  zachęcająco  pod  cienką,  kolorową 

tkaniną kostiumu kąpielowego. Nie bez przyczyny mówiła o sobie „mamuśka”. 

– W porządku, marynarzu. Chodźmy się przejść. 

– Z miłą chęcią. – B.J. rozjaśnił się w uśmiechu. 

– Chociaż nie wiem, czy zdobędę się na odwagę, aby się rozebrać. 

– Cykor, cykor, cykor – zadrwił B.J. 

– Bardzo śmieszne. Daj sobie spokój. 

Ruszyli  na  północ  w  kierunku  dwóch  ślicznych  zatoczek,  na  mniejszą,  osłoniętą  przed 

wzrokiem postronnych plażę, przy której, kilkaset metrów od brzegu, tkwił zardzewiały wrak 

starego  szkunera.  Kiedy  tam  dotarli,  weszli  do  błękitnozielonej,  przejrzystej  wody,  w  której 

pływało  mnóstwo  kolorowych  rybek.  Ronnie  pozbyła  się  górnej  części  bikini  i  pozwoliła 

olśniewająco białym piersiom swobodnie unosić się na powierzchni wody. Zaczęła się śmiać, 

choć jednocześnie lekko się zarumieniła. 

Gdy  chłodna  woda  sięgnęła  mu  do  piersi,  marynarz  odwrócił  się  i  popatrzył  na  zielone 

wzgórza West Hills. 

– Ta cholerna dżungla jest taka piękna... – zaczął. 

I  zamilkł,  bo  ujrzał  dwóch  półnagich  czarnuchów,  leżących  za  rządkiem  niewysokich 

palm.  Był  to  widok  mrożący  krew  w  żyłach.  Trudno  uwierzyć,  że  coś  takiego  może  się 

człowiekowi przytrafić. 

– Jezu Chryste – szepnął do Ronnie. – Oni są na tej plaży. 

Młodzi  małżonkowie  popłynęli  w  kierunku  wraku.  Z  początku  powoli,  potem  coraz 

szybciej. 

– Schowamy się za wrakiem – przejął komendę B.J. – Dasz sobie radę, Ronnie? 

Pierwszy pocisk z karabinka Damiana Rose’a plusnął w wodę siedem metrów przed nimi. 

Singerowie zwolnili, ale zaraz znów popłynęli w kierunku zbawczej osłony. Poruszali się 

coraz bardziej nerwowo, rozbryzgując wodę mocnymi uderzeniami rąk i nóg. 

Drugi pocisk wpadł do wody niecałe trzydzieści centymetrów od B.J. W oddali rozległ się 

kolejny  strzał,  ale  nie  widać  było,  gdzie  uderzyła  kula.  B.J.  nawet  się  nie  zorientował,  że 

trzeci pocisk utkwił mu w plecach. 

Wreszcie  skryli  się  w  cieniu  szkunera.  Kadłub  wznosił  się  jakieś  dziesięć,  dwanaście 

metrów nad ich głowami. Burtę pokrywały skorupiaki i gnijące wodorosty. 

Gdy skręcali za dziób szkunera, Ronnie poczuła w wodzie obok siebie jakiś ruch, jakby 

chłodny strumyk. Odwróciła głowę i zobaczyła pod powierzchnią półtorametrowy, srebrzysty 

background image

błysk.  Zamarła  w  bezruchu.  W  nagłym  przypływie  paniki  pomyślała  o  swoich  dwóch 

synkach, którzy zostali w Newport, o matce, o tym, że może utonąć. 

Drugi  srebrzysty  błysk  przemknął  bez  pośpiechu  obok  B.J.  Była  to  co  najmniej 

trzydziestokilogramowa barrakuda. A właściwie dwie. 

–  Płyń  powoli  –  wykrztusił  B.J.  –  Nie  wypływaj  zza  wraku.  Bez  względu  na  wszystko. 

Powoli, kochanie. 

Podobne do torped ryby krążyły wokół dziwnych, wielkich istot, badawczo muskały ich 

ciała, pokazywały ostre, szpiczaste zęby. 

B.J. poczuł ból w plecach. Podpłynął pod nawis dziobu szkunera. Miał stąd dobry widok 

na plażę. 

Zauważył  dwóch  czarnych,  biegnących  w  stronę  wzgórz.  Nigdzie  jednak  nie  mógł 

dostrzec strzelca... Patrzył za uciekającymi czarnuchami, dopóki nie znikli w gąszczu dżungli. 

Ból pleców stawał się coraz bardziej nieznośny. Opłynęli wrak – mężczyzna, kobieta i dwie 

wielkie, drapieżne ryby. 

Singerowie  starali  się  płynąć  jak  najspokojniej,  nie  wykonując  żadnych  gwałtownych 

ruchów. Jak najmniej chlapania. Jak najpłytsze oddechy. 

Wreszcie  dopłynęli  do  miejsca,  w  którym  mogli  już  sięgnąć  stopami  gruntu.  Wielkie 

barrakudy  zawróciły.  Machnęły  ogonami  i  popłynęły  w  kierunku  wraku.  B.J.  i  Ronnie 

pokonali biegiem ostatnie czterdzieści metrów dzielące ich od zbawczej plaży. 

Gdy  leżeli  na  mokrym  piasku,  jak  para  cudownie  ocalonych  rozbitków,  Damian  Rose 

dwukrotnie nacisnął spust i zastrzelił oboje. 

 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Mówiąc  najprościej,  nie  miałam  ochoty  żyć  i  umrzeć  na  jakimś 

bezludnym wygwizdowie, jak Madame Bovary. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Coastown, San Dominica 

 

O  jedenastej  przed  południem  Carrie  Rose  oddawała  się  słodkiemu  nieróbstwu  obok 

wypełnionego słoną wodą, ogromnego basenu pływackiego hotelu „Princess” w Coastown. 

Na sąsiednim stołku w basenowym barze siedział trzydziestotrzyletni makler giełdowy z 

Nowego Jorku, Philip Becker, i ubolewał nad tym, jakie to życie potrafi być zdradliwe. Przy 

okazji usiłował zrobić wrażenie na Carrie. 

– Co za fatalna, gówniana sprawa – określił to, co działo się na San Dominice. – W końcu 

udaje ci się wyrwać te parę dni urlopu. Płacisz dwa tysiące za, powiedzmy, dziesięć dni z dala 

od Manhattanu, od gumożujców, sprzedawców rondli, całej tej zgrai śmierdzieli grzebiących 

się  w  ściekach...  Aż  tu  nagle  szlag  trafia  twój  wymarzony  odpoczynek.  I  to  wcale  nie  z 

powodu  deszczowej  pogody  czy  poparzenia  słonecznego.  Przytrafia  ci  się  jakaś  cholerna 

rewolucja! 

Carrie ruchem głowy odrzucił długie, jasne włosy, odsłaniając maleńkie kolczyki z masy 

perłowej. Zaczynały ją bawić narzekania Beckera. 

– Podoba mi się to, co powiedziałeś – dotknęła palcami grzbietu jego dłoni. – Przytrafia 

ci się rewolucja! – powtórzyła jego słowa. 

– Dokładnie – przytaknął makler. – Za każdą palmą błyszczy ostrze maczety. 

Teraz  już  zupełnie  otwarcie  gapił  się  na  jej  piersi,  na  długie,  zgrabne  nogi,  brązowy, 

płaski brzuch i krocze. 

– Ten Dred... przepraszam, pułkownik Dred, ma chyba zamiar urządzić tu niezłą jatkę. A 

to oznacza, że trzeba zmykać z powrotem do Nowego Jorku. 

– Sto pięćdziesiąt tysięcy wczasowiczów i białych plantatorów chce jednocześnie uciec z 

tej wyspy – powiedziała Carrie. 

Philip Becker uśmiechnął się. Podniósł szklaneczkę w szyderczym toaście. 

background image

–  Za...  hmm...  pułkownika  „Monkey”  Dreda,  który...  eee...  zrujnował  nam  wspaniałe 

wakacje. Kij ci w oko, Monkey. 

W  tym  momencie  Carrie  stwierdziła,  że  Philip  Lloyd  Becker  naprawdę  jej  się  podoba. 

Cudownie pewny siebie, no i prawie tak piękny jak Damian Simpson Rose. 

Piękny  Philip  wciąż  uśmiechał  się  do  niej.  Był  szarmancki  i  przystojny.  I  ładnie 

zbudowany – chodząca reklama nowojorskiego klubu kulturystów.  I głupi jak przysłowiowa 

blondynka. 

Kiedy w końcu zaprosił ją do swojego pokoju, Carrie zgodziła się bez wahania. Miała to 

być mała, kobieca intryga. A także eksperyment. 

 

Piątek po południu 

 

Peter  i  Jane  czuli  się  w  Coastown  zupełnie  wyobcowani,  jak  bohaterowie  sztuk  Neila 

Simona.  Najpierw  spróbowali  poruszyć  parę  tyłków  w  biurze  gubernatora  San  Dominiki. 

Potem w redakcjach „Gleanera” i „Evening Star”. 

– Jeżeli rzeczywiście jest w to zamieszany jakiś biały – tłumaczył mówiący z brytyjskim 

akcentem  wuj  Tom  z  biura  gubernatora  –  na  pewno  wyjdzie  to  na  jaw,  kiedy  złapiemy 

pułkownika Dreda. A w tej chwili dokładamy wszelkich starań, aby to zrobić. 

– Jezu Chryste, człowieku. To będzie prawdziwa rzeźnia – wyrzucił z siebie Peter, zanim 

Jane odciągnęła go na bok. 

W południe znaleźli się na zatłoczonym targu przy Front Street. Dzieciaki sprzedawały tu 

zielone kokosy, słodkie ziemniaki, świeże ryby. Głośniki zawieszone na straganach z płytami 

ryczały  przeboje  w  stylu  „Kung  Fu  Fighting”.  Miejscowi  macho  obdarzali  Jane  leniwymi, 

lubieżnymi uśmiechami. 

– Przewieźć cię, panienko? 

– Może spróbujesz mojego orzeszka? 

Przeszli jedną przecznicę za Front Street i trafili na słynną, przepiękną plażę Horseshoe. 

– To mógłby być najpiękniejszy dzień w naszym życiu – powiedziała Jane, gdy ich stopy 

zagłębiły się w ciepłym piasku. – Boże! 

Powierzchnia  morza  błyszczała  w  słońcu,  jakby  odbijało  się  w  niej  tysiące  gwiazd. 

Długie, jasne włosy Jane lśniły złocistą poświatą... Należała do blond piękności, za którymi 

wszyscy się oglądają na plaży, ale nikomu nie udaje się ich zdobyć. 

Spacerując  po  plaży  poczuli  się  uspokojeni  i  zadowoleni,  choć  bronili  się  przed  tym  z 

całych  sił.  Zupełnie  jakby  straciło  znaczenie  wszystko  inne  poza  gorącym  słońcem  i 

powiewami wiatru, niosącymi kropelki morskiej wody. 

– Peter, jest wspaniale. Kowabunga, jak mawiali Indianie w „The Howdy Doody Show”, 

aby wyrazić zachwyt. 

background image

–  Zaczynam  się  zastanawiać,  jak  ludzie  mogli  osiedlać  się  w  środkowym  Michigan  czy 

gdziekolwiek  w  chłodnym  klimacie.  Och,  Jane,  to  chyba  najpiękniejsze  miejsce  w  całej 

dżungli. Zbudujmy tu sobie dom! 

– Cicho, mój malutki. 

Boso, z butami w rękach, przeszli pod niskim, drewnianym molo, którego pale pokrywały 

wodorosty  i  skorupiaki.  Z  góry  dobiegał  hałas  baru  z  owocami  morza.  Gdy  wyszli  z  cienia 

pod przegniłymi od spodu deskami, Peter mimowolnie rzucił okiem na deptak. To, co ujrzał, 

sprawiło, że jego świetny nastrój wyparował w mgnieniu oka. 

Pośród  turystów  przechadzali  się  czarni  zabójcy  z  Turtle  Bay.  Kubańczyk  i  Kingfish 

Toone. Niższy z nich wskazywał właśnie w dół, na plażę. Dokładniej – na Petera i Jane. 

–  Jane,  nie  ma  czasu,  aby  się  zastanawiać  nad  sytuacją  –  powiedział  cicho  Peter.  – 

Przygotuj się do biegu i pamiętaj, masz biec tak szybko, jak tylko możesz. Są tu mordercy z 

Turtle Bay. 

Obaj  Murzyni  na  molo  rzucili  się  w  kierunku  kręconych,  drewnianych  schodów, 

prowadzących  na  plażę.  Ubrani  w  lekkie  garnitury  i  filcowe  kapelusze,  wyglądali  jak 

miejscowi biznesmeni. 

Peter  obejrzał  się.  Biegli  prosto  w  ich  kierunku.  Wyglądali  na  twardzieli.  Roztrącali  i 

tratowali opalających się wczasowiczów. Co oni sobie, do cholery, wyobrażają? Mają zamiar 

dokonać publicznej egzekucji? 

– Ruszamy, biegiem! 

Piasek  tryskający  im  spod  stóp  obsypywał  ludzi  na  kocach.  Dzięki  Bogu,  Jane  umiała 

szybko biegać. Starając się utrzymać tempo, Peter wpadł na pewien pomysł. Znowu obejrzał 

się  przez  ramię,  przez  co  o  mało  nie  stratował  rodziny,  wylegującej  się  na  hotelowych 

ręcznikach. Typowi amerykańscy plażowicze, nawet nie zwrócili uwagi na gonitwę. 

Jane  lawirowała  między  ciałami,  którymi  zapchana  była  plaża.  Poczuła,  że  zaczyna  jej 

brakować  tchu.  Łapała  ją  kolka.  Niecałe  sto  metrów  przed  sobą  ujrzała  niskie,  murowane 

domki: Prysznice. Przebieralnie. Z dachów domków wychodziły białe schody prowadzące na 

chodnik nad plażą. 

– Peter, tamtędy! – wydyszała. 

Parę kroków za nią Peter złapał za klapy marynarki wysokiego, zarośniętego mężczyznę. 

– Niech pan nam pomoże – sapnął. – Proszę zadzwonić na policję! 

Zarośnięty odepchnął go i cofnął się o krok. 

– Łapy przy sobie. Odwal się ode mnie, ty... 

Nikt ich nie chciał słuchać. Nic dziwnego, że policja i ludzie z amerykańskiej ambasady 

zachowywali  się  tak  dziwnie.  Najwyraźniej  nie  mogli  sobie  wyobrazić,  że  ktoś  ofiaruje  im 

bezinteresowną pomoc. 

Peter i Jane pobiegli więc dalej, przerażeni jeszcze bardziej niż przedtem. 

background image

Przebili  się  przez  grupę  młodych  tłuściochów  z  plastykowymi  piłkami,  którzy  zmierzali 

do  przebieralni.  Nie  czuli,  że  zderzają  się  z  pachnącymi  olejkiem  do  opalania  ciałami 

roztrącanych ludzi. Byli sparaliżowani strachem, nic już się nie liczyło. Wreszcie znaleźli się 

w  dużym,  chłodnym  pomieszczeniu  z  betonowymi  ścianami.  Trudno  było  dociec  jego 

przeznaczenia.  Kłębiło  się  w  nim  ze  dwadzieścia,  trzydzieści  osób.  Niegrzeczne  dzieciaki 

palące fajki. Czworo drzwi prowadziło stąd do dalszej części budynku. 

–  Schody?!  –  wrzasnął  Peter  prosto  w  różową  twarz,  ukrytą  pod  wielkim  słomkowym 

kapeluszem. Księżniczka. 

– Schody! – krzyczała Jane razem z nim. – Gdzie są schody?! 

Panienka  wskazała  w  lewo.  W  tej  chwili  Peter  i  Jane  usłyszeli  za  plecami  odgłosy 

szarpaniny.  Z  jednego  z  korytarzy  wybiegł  ciemnoskóry  ratownik.  Wyglądał  jak  O.  J. 

Simpson  z  koralikami  we  włosach.  Ryknął  tubalnie  na  dwóch  mężczyzn,  którzy  właśnie 

wchodzili do środka. Rozległ się huk. 

Pojedynczy  strzał  zabrzmiał  niewiarygodnie  głośno  w  holu  przebieralni.  Trysnęła 

jasnoczerwona krew. Trafionego ratownika rzuciło plecami na ścianę; odbił się od niej i upadł 

na twarz. Koraliki stuknęły o betonową podłogę. 

W dziwnym pomieszczeniu o gołych ścianach rozległ się wielki krzyk: 

– Mordercy! 

Ludzie padali w popłochu na podłogę. W plecach ratownika ziała dziura wielkości piłki 

baseballowej. 

Petera  i  Jane  już  tam  nie  było.  Znowu  biegli,  myśląc  z  żalem  o  młodym  ratowniku. 

Pognali w lewo, ale nie znaleźli schodów. 

– Masz jakiś pomysł? 

– Nie. 

– Niech to szlag! 

Jeszcze  raz  skręcili  w  lewo  i  dotarli  do  drzwi.  Wielu  drzwi.  Łazienka,  Prysznic  męski, 

Toaleta,  Prysznic  damski,  Obsługa.  To  był  już  koniec  budynku.  A  także  ich  pomysłów,  jak 

wyjść z tego cało. 

Jednak Jane coś wymyśliła. 

– Tutaj! 

Za  drzwiami  z  napisem  „Prysznic  damski”  zanurzyli  się  w  kłębach  pary,  poprzez  którą 

dostrzegli biały, kobiecy zadek. Dwa zadki. Oraz rząd popielatych szafek i ławek. 

– Musimy się tu gdzieś schować. 

Goła  kobieta  poszła  w  lewo,  Peter  i  Jane  w  prawo.  Kiedy  skręcili  za  rząd  szafek, 

usłyszeli, że wielkie metalowe drzwi prowadzące na korytarz otworzyły się i znów zamknęły. 

– No to pięknie – stwierdził Peter. 

background image

Otworzył drewniane drzwi i weszli do wąskiego, wyłożonego kafelkami pomieszczenia z 

pięcioma  czy  sześcioma  prysznicami,  z  których  lała  się  woda.  Poprzez  jej  strugi  dostrzegli 

nagą ciemnoskórą kobietę i małą, może trzyletnią dziewczynkę. 

Dziewczynka miała na głowie kłęby białej piany. Spojrzała zdziwiona na dwójkę białych 

intruzów, wyglądających zupełnie jak Flip i Flap. Za to jej matka przeraziła się. Przycisnęła 

ręce do piersi i zaczęła wrzeszczeć jak opętana. 

–  Proszę  –  szeptała  Jane,  idąc  przez  strumienie  wody  w  jej  kierunku  i  ciągnąc  za  sobą 

Petera. – Proszę nie krzyczeć. Wiem, jak to musi wyglądać, ale ktoś nas goni. 

Za rzędem pryszniców wśliznęli się do ciasnej niszy. 

– Przynajmniej nie widać nas od drzwi – powiedziała szeptem Jane. 

– Czego tu szukacie? – zapytała wreszcie kobieta już normalnym głosem. 

– Proszę nam pomóc – szepnęła błagalnie Jane. 

Kiedy  tak  stała,  z  całej  siły  przyciskając  się  do  wilgotnych  kafelków,  a  jej  chłodny 

oddech  mieszał  się  z  cieplejszym  powietrzem,  wypełniającym  pomieszczenie,  wyobraziła 

sobie scenę, która przyprawiła ją o dreszcz. Widziała wyraźnie, jak ścigający ich mężczyźni 

wchodzą przez drzwi, zabijają ją i Petera, a potem kobietę i dziewczynkę. „Potworna masakra 

pod prysznicem!” 

Słyszeli  ich,  jak  panoszą  się  w  przebieralni.  Ich  głośne  krzyki.  Przekleństwa.  Wrzaski 

kobiet. Trzask otwieranych i zamykanych szafek. 

– Chyba leci mi krew z nosa – powiedziała Jane. 

Zresztą nic już nie miało znaczenia. Mordercy weszli do pomieszczenia z prysznicami. 

Zastanawiając  się,  jakie  ma  szansę  z  gołymi  pięściami  przeciwko  pistoletom,  Peter 

przysłuchiwał się wymianie zdań kobiety z mężczyznami. 

– Czego chcecie? – spytała podobnym tonem, jakim przedtem rozmawiała z nim i Jane. 

Ale zabójcy z Turtle Bay nie odpowiedzieli. Ich buty ostro stukały na płytkach podłogi. A 

to drań, pomyślał Peter. Idzie sprawdzić. A on nawet nie może zobaczyć skurwiela! Czy ma 

w ręku pistolet? 

Peter  i  Jane  mimowolnie  napięli  wszystkie  mięśnie.  Obok,  pod  ścianą,  leżała  mokra 

szmata. Broń? Broń... 

Nagle Peter poczuł, że jest bezpieczny. I wściekły. Miał szczery zamiar trzasnąć czarnego 

rzeźnika  mokrą  ścierką.  Wyrwać  mu  pistolet.  Oddać  jeden  strzał  do  mężczyzny  stojącego 

przy drzwiach. Zupełnie idiotyczne mrzonki. 

Wtedy ten drugi coś zawołał. Po hiszpańsku. 

– Vamonos

Faceci przeszli z powrotem do przebieralni. Natychmiast rozległy się tam krzyki. Znowu 

zaczęły trzaskać drzwi. 

Jane  rozpłaszczyła  się  na  ścianie.  Z  jej  jasnych  włosów  ściekała  woda.  Z  nosa  kapała 

krew. 

background image

Peter  zsunął  się  w  dół,  ukucnął  i  zastygł.  Nie  mógł  się  ruszyć  ze  strachu.  Zauważył,  że 

kobieta  stojąca  pod  prysznicem  była  całkiem  młoda.  Mogła  mieć  dwadzieścia,  dwadzieścia 

jeden lat. Dziewczynka zaś była prześliczna. Płakała teraz, bo płakała jej matka. 

– Jezu, przepraszamy... – wyjąkał Peter. 

Odczekali z Jane jeszcze kilka minut, a potem poprosili kobietę, aby zawiadomiła policję 

i wyszli do przebieralni. 

W  korytarzu  nie  zobaczyli  już  ciemnoskórych  morderców.  Wszędzie  było  pełno  ludzi. 

Zewsząd dobiegały głośne krzyki. Wreszcie znaleźli schody. Przepychali się przez tłum ludzi, 

próbujących ustalić, co się stało. Czy to kolejne morderstwo spod znaku maczety? 

Gdy dotarli do końca schodów, Jane objęła Petera ramionami. 

– Przytul mnie – poprosiła. – Przytul mnie choć na chwilę. 

 

Potem złożyli zeznania na policji, podając rysopisy Kubańczyka i Kingfisha Tone’a. 

– Nie było z nimi jasnowłosego Anglika? – spytał posterunkowy. 

– Na pewno był – odparł Peter. – Po prostu tym razem go nie widzieliśmy. 

– My nie widzieliśmy go także poprzednio – uśmiechnął się czarnoskóry policjant. 

 

Las Vegas, evada 

 

Piątek wieczorem 

 

Tego wieczoru w  Las Vegas dały się zauważyć  pierwsze skutki gwałtownych wydarzeń 

na San Dominice: firma Great Western Air Transport nawiązała kontakt z rodziną Forlenza, 

po raz pierwszy od spotkania w Lathrop Wells. 

Była  dziesiąta.  Długowłosy,  gruby  jegomość  –  idealne  wyobrażenie  zawodowego 

hazardzisty  –  śledził  limuzynę  Isadore’a  Goldmana,  która  przed  chwilą  ruszyła  spod  hotelu 

Flamingo. Jechali do centrum. 

Gruby  wywiadowca  nazywał  się  Tommie  Hicks.  W  tysiąc  dziewięćset  sześćdziesiątym 

ósmym  roku  ukończył  prawo  na  uniwersytecie  Stanford.  Był  jednym  z  przedstawicieli  CIA 

podczas spotkania na farmie w Lathrop Wells. 

Hicks  trzymał  się  o  dwa  samochody  za  Goldmanem.  Jechali  przez  Sahara  Boulevard. 

Minęli  zegar,  który  pokazywał  godzinę  dwudziestą  drugą  pięćdziesiąt  osiem  i  temperaturę 

dwadzieścia osiem stopni. Przejechali obok „Sandsa” i wielu innych luksusowych hoteli. W 

drodze do „Caesar’s Palace”. 

W tej świątyni hazardu Izzie Goldman zaczął grać w oczko o wysokie stawki. Krupierzy 

uważali go za faceta z wielką klasą. 

background image

Po godzinie Goldman wygrał sumę, stanowiącą równowartość przyzwoitej rocznej pensji 

–  nieco  ponad  trzydzieści  cztery  tysiące.  A  potem  przegrał  ponad  czterdzieści  tysięcy  przy 

stole do bakarata. 

Tommie  Hicks  wyciągał  rocznie  dwadzieścia  osiem  tysięcy,  więc  zrobiło  to  na  nim 

oszałamiające  wrażenie.  W  ciągu  całego  wieczoru  raz  po  raz  wyobrażał  sobie,  że  zanosi  do 

sejfu żetony starego gangstera. 

Tuż po pierwszej nad ranem Goldman wstał od stołu i poszedł do toalety. 

Na wahadłowych drzwiach widniał napis „Dla gości hotelowych”. 

Tommie  Hicks  podążył  za  Goldmanem.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  jest  tylko  pionkiem  w 

tej grze. Stanął przy pisuarze po lewej stronie starego. 

Zabawne  –  Hicks  stwierdził,  że  wcale  nie  chce  mu  się  sikać.  Ani  kropelki.  Naprawdę 

zabawne.  Dużo  zabawniejsze  niż  śledzenie  mierzącego  metr  pięćdziesiąt  pięć, 

siedemdziesięcioczteroletniego faceta. 

– Czy aby nie spotkaliśmy się kiedyś na przyjęciu u Harry’ego Hilla? – zapytał, gdy stary 

zaczął sikać. 

Wyglądający na alfonsa czarnuch, sikający trzy pisuary dalej, uśmiechnął się, pokazując 

garnitur białych i złotych zębów. 

Izzie Goldman popatrzył na Hicksa. Wzruszył ramionami. 

– Na pewno nie. 

Stary gangster skończył i zapiął rozporek. Podszedł do umywalki. Przesunął złoty zegarek 

z przegubu w górę chudego ramienia i zaczął myć ręce. 

Alfons strząsnął ostatnie krople na podłogę i wyszedł, nie myjąc rąk. 

– Śmierdziele lubią ten zapach. – Goldman popatrzył za nim, kiwając głową. Przeciągnął 

rękami  po  głowie,  jakby  chciał  wyrównać  przedziałek  w  siwych  włosach.  –  Rozumiem,  że 

pan Hill ma jakiś problem – powiedział, żując rozmiękłe cygaro, którego nie wyjmował z ust. 

– Niezupełnie pan Hill. Mamy problem z dwójką naszych przyjaciół. 

Isadore  Goldman  zakręcił  kran.  Jak  przez  mgłę  pamiętał  tego  grubasa  ze  spotkania  na 

pustyni. 

– Mam nadzieję, że niezbyt poważny. 

–  Jak  dotąd,  całkiem  drobny...  ale  chcielibyśmy  uzyskać  pańską  zgodę  na  pozbycie  się 

ich, jeżeli problem nie zostanie rozwiązany. 

Goldman popatrzył na odbicie swojej pomarszczonej twarzy w zachlapanym lustrze nad 

umywalką. Wzruszył ramionami. 

– Sami wiecie lepiej, co robić. Ale powiem ci coś, żeby nie okazało się, że przyjechałeś tu 

niepotrzebnie.  Bardzo  by  mnie  to  zdziwiło,  gdyby  tacy  sprytni  ludzie  jak  państwo  Rose  nie 

dali sobie rady z drobnym problemem. 

Tommie Hicks uśmiechnął się do lustra ponad głową starego i rzekł: 

– Jesteśmy bardzo zdziwieni, że jakiś problem w ogóle się pojawił. 

background image

 

Turtle Bay, San Dominica 

 

O ósmej wieczorem Macdonald wysiadł z rzężącego i prychającego piętrowego autobusu, 

jadącego  z  Coastown  na  północ.  Mokrą  od  potu  koszulkę  przerzucił  przez  ramię  i  ruszył 

starannie zagrabionym podjazdem w kierunku hotelu „Plantation Inn”. 

Udało mu się nakłonić Jane do pozostania w Coastown. Miała przenocować u przyjaciół. 

Był  teraz  zupełnie  sam,  samotny  wobec  swojego  problemu.  Wciąż  był  jedynym,  nikomu 

niepotrzebnym  świadkiem.  Miejscowa  policja  nie  miała  zamiaru  mu  pomóc.  W 

amerykańskiej ambasadzie też nie znalazł zrozumienia. Podobnie było w redakcjach gazet. 

Dlaczego  tak  się  działo?  Pytanie  za  sześćdziesiąt  cztery  tysiące.  Dlaczego,  do  cholery, 

nikt nie chce go wysłuchać? 

Idąc przez pogrążony w ciemności, opustoszały dziedziniec hotelu „Plantation Inn” Peter 

zastanawiał  się,  czy  każde  śledztwo  jest  tak  samo  frustrujące  jak  to.  Ciągłe  błądzenie  po 

omacku. Piętrzące się trudności. Brak jakiegokolwiek tropu. Po prostu nic. 

Dochodząc do plażowego domku, który zajmowali z Jane, znów pomyślał o mordercach 

widzianych w Coastown. Jeżeli ci dwaj byli miejscowymi rewolucjonistami, ludźmi Dreda, to 

on jest synem Cary Granta. 

Nagłe, niezrozumiałe przeczucie kazało mu się zatrzymać. Serce biło mu mocno, po raz 

pierwszy  od  dnia,  gdy  opuszczał  samotne  górskie  miasteczko  w  Południowym  Wietnamie. 

Ukryty  za  szerokimi  liśćmi  bananowca  rozejrzał  się  badawczo  dokoła,  jakby  znów  był 

sierżantem Sił Specjalnych... 

Mały  śliczny  bungalow,  w  sam  raz  na  miesiąc  poślubny.  Żaluzje  w  oknach.  Drewniane 

drzwi,  trochę  krzywo  założone  z  powodu  osuwającego  się  piasku.  Ciemne,  przerażające 

morze. Doskonałe miejsce na zasadzkę. 

Po całych dziesięciu minutach wypatrywania nie zauważył niczego podejrzanego. Nic się 

nie  poruszało,  z  wyjątkiem  koron  palm  i  strzępiastych  chmur  na  niebie.  Ruszył  w  kierunku 

domu. W połowie drogi, na białym stole na werandzie dostrzegł ciemny kształt. Kiedy zrobił 

jeszcze  krok  do  przodu,  rozpoznał  afgańskiego  charta,  należącego  do  Maksa  Westerhuisa,  i 

jęknął głucho. Piękny, długowłosy pies był przecięty na pół. 

Maczetą. 

– Jezu Chryste – powiedział głośno. Cały się trząsł. Zrobiło mu się słabo. Po raz pierwszy 

ujrzał  na  własne  oczy  skutki  działania  ostrej  jak  brzytwa  klingi.  Pies  miał  rozpłataną  klatkę 

piersiową.  Mrówki  i  czarne  muchy  pożerały  krwawe  ścierwo,  jakby  ucztowały  przy 

potwornym stole biesiadnym. 

background image

Peter pospiesznie minął nieszczęsne zwierzę i wszedł do środka. Wziął ubrania, pieniądze 

i  colta  kaliber  czterdzieści  cztery,  schowanego  między  czystymi  koszulkami.  Jego  własne 

memento  mori.  Starał  się  oddychać  spokojnie.  Zastanawiał  się,  gdzie  się  ukryć.  Musiał 

zdecydować, z kim może bezpiecznie rozmawiać, komu może zaufać. Musiał znaleźć sposób 

na wydostanie się z San Dominiki. 

A najbardziej zależało mu na odciągnięciu morderców od Jane. Należało ich przekonać, 

że to właśnie on stanowi dla nich jedyne zagrożenie. Był przecież świadkiem. 

Biegnąc  w  kierunku  jasno  oświetlonego  hotelu  Peter  rozmyślał  o  różnych  sprawach.  Po 

co  zabijali  psa?  Czy  przypadkiem  teraz  go  nie  obserwują?  Kim,  u  diabła,  jest  ten  wysoki 

blondyn? Minął portyk i ruszył w stronę ciemnego parkingu na tyłach budynku. Zadzwonił do 

Jane w Coastown. Nikt nie odebrał telefonu. 

A potem, czwartego maja o dwudziestej czterdzieści pięć, nie mając zielonego pojęcia, co 

dalej robić, Peter po raz drugi w tym tygodniu ukradł motocykl bmw, należący do dyrektora 

hotelu. 

Gdy jak najciszej, powoli wyjechał z parkingu, z cienia na drogę, zasnutą teraz tumanem 

pyłu, wyszedł wysoki mężczyzna. 

Damian Rose obserwował ucieczkę Macdonalda – i pozwolił mu zbiec. 

To także było ujęte w planie. 

Zresztą jak wszystko. 

Maczety  były  dokładnie  tak  skuteczne,  jak  się  tego  spodziewał  od  pierwszego  dnia  w 

Turtle Bay. 

Jeżeli ktoś miał wątpliwości, czy on i Carrie są  warci okrągły milion dolarów, powinny 

one  zniknąć  po  zakończeniu  operacji.  Będą  sławni  jak  Charles  Manson  i  spółka  –  a  na 

dodatek do wynajęcia za pieniądze. 

 

5 maja 1979, sobota 
Wypowiedzenie wojny „Monkey” Dredowi 

 

Piątego  dnia  premier  San  Dominiki,  Joseph  Walthey,  zwołał  konferencję  prasową,  aby 

ogłosić,  że  potworne  zbrodnie  spod  znaku  maczety  można  już  bez  żadnych  wątpliwości 

przypisać pułkownikowi Dredowi i jego nielicznej grupie dysydentów. 

Stojąc przed mikrofonami ze swoją żoną, z ambasadorem Stanów Zjednoczonych i jego 

małżonką, Joseph Walthey ujawnił, że o siódmej rano siły San Dominiki wraz z oddziałami 

wojsk amerykańskich wkroczyły do dżungli okalającej West Hills. 

Starcie z rebeliantami pułkownika Dreda ma nastąpić jeszcze przed końcem dnia. 

background image

Tymczasem w porcie lotniczym Roberta F. Kennedy’ego w Coastown i na lotnisku Kiley 

w Port Gerry jak w wielkich ulach roiły się coraz liczniejsze tłumy niedoszłych pasażerów. 

Rzecznik  prasowy  linii  lotniczych  oświadczył,  że  pomimo  przyspieszenia  procedury 

startowej  potrzeba  będzie  co  najmniej  czterech  dni,  aby  odprawić  wszystkich  chętnych  do 

opuszczenia San Dominiki, Wysp Dziewiczych, Jamajki i Haiti. 

Mała  ciekawostka.  Podczas  gdy  tysiące  ludzi  uciekały  z  wysp,  przybyło  na  nie  kilkaset 

hien cmentarnych, które pragnęły być świadkami tych tragicznych wydarzeń. 

W  ciągu  ostatnich  czterech  dni  ponad  dwieście  pięćdziesiąt  osób  wylądowało  na  San 

Dominice,  aby  oglądać  krwawe  wydarzenia.  Albo  po  prostu  być  w  pobliżu.  A  najlepiej 

zobaczyć śmierć na żywo. Może nawet zrobić zdjęcia i nagrać odgłosy zbrodni. 

 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

3ie miewam żadnych odruchów sumienia – mawiał Damian. – Czasem 

jednak odczuwam coś w rodzaju lodowatego, wielkopańskiego współczucia. 

Z pamiętnika Rose’ów 

5 maja 1979, West Hills, San Dominika 

 

Sobota rano. Piąty dzień pod znakiem maczety 

 

Peter miał już własne zdanie na temat podstępnych lokalnych wojen, na które zapanowała 

moda w latach sześćdziesiątych. 

Wystarczyło  mu  kilka  przerażających  minut,  aby  pojąć,  jakim  potworem  potrafi  być 

człowiek  wobec  innego  człowieka.  Jak  szokująco  podstępne  środki  stosuje  dla  zdobycia 

przewagi. Jak strasznie jest być samotnym i niepewnym swego losu w samym środku ataków 

terrorystycznych i walk partyzanckich. Jak trudno znaleźć się w roli nic nie znaczącego pyłku 

wobec  ogromu  wydarzeń.  Być  kompletnym  zerem  na  międzynarodowej  skali  Richtera.  Po 

prostu nikim. 

Gęsta,  ciemna  ciecz  kapała  mu  prosto  na  pierś.  Olej  silnikowy  –  stwierdził  po  kilku 

sekundach, jakby w tej chwili ocknął się ze snu. 

Nadjeżdża  pociąg!  Pociąg  zbliża  się  do  jego  kryjówki  w  dżungli  okalającej  West  Hills. 

Pościg za pułkownikiem Dredem. 

Pociąg? Peter zastanowił się. Kryjówka? Chyba zaczynał bredzić. 

Pokręcił  głową  i  spojrzał  przed  siebie  przez  łodygi  wysokich  traw.  Usiłował  przełknąć 

gęstą mieszaninę kurzu i pyłków kwiatowych, wypełniającą obolałe gardło. Dwie jaszczurki 

maszerowały  tuż  przed  jego  nosem,  jedna  za  drugą.  Chyba  dobrze  się  znały.  Może  były 

przyjaciółmi albo kochankami... Jaszczurki zatrzymały się i zaczęły hasać w trawie jak dwa 

maleńkie  dinozaury.  Towarzyskie,  małe  potworki.  Pod  zielononiebieskimi  gardzielami 

pulsowały im czerwone pęcherze. 

Macdonald powoli odczołgał się od motocykla. Usiadł i otrzepał ręce z trawy i kamyków. 

Przez porośnięte mchem pnie drzew popatrzył na słońce. Niebo jaśniało nad zwartą pokrywą 

liści. Dzień był bardzo gorący. 

background image

Ukrywam się, stwierdził ponownie, starając się przyzwyczaić do tej myśli, jakby to była 

nowa część garderoby. Ścigają mnie. 

Po  kilku  minutach  jałowych  rozważań  Peter  wstał  i  zaczął  rozpalać  ognisko.  Nazbierał 

trochę liści, patyków, gałązek i kilka garści trawy, wszystkiego, co tylko było suche. Podszedł 

do  motocykla  i  wyciągnął  zestaw  turystyczny  niemieckiego  gogusia.  Po  kilku  minutach 

gorącą  neską  popijał  jajecznicę  z  proszku  i  soloną,  suszoną  wołowinę.  Siedząc  przy  małym 

ognisku  pochłonął  równowartość  czterech  jaj,  niewyobrażalnie  wstrętną  kawę,  tajemnicze 

mięso  i  tabliczkę  zachodnioniemieckiej  czekolady,  „szpecjalnie  przigotowanej  na  taka 

okazja”, jak głosił fatalnie przetłumaczony napis. 

Kończąc jedzenie Peter pomyślał o Jane. Miał ochotę pojechać do niej do Coastown, ale 

po chwili zrezygnował z tego pomysłu. Dla jej dobra lepiej, żeby była jak najdalej od niego. 

A  także  od  miejscowej  policji.  Tam  gdzie  jest  teraz,  przynajmniej  przez  jakiś  czas  będzie 

bezpieczna. Nie mógł powiedzieć tego samego o sobie. 

Po  śniadaniu  znów  poszedł  do  bmw.  Ze  skórzanych  toreb  wyciągnął  swoją  koszulkę  z 

West Point i colta. Musiał dziwnie wyglądać, gdy tak stał, trzymając w dłoni stary rewolwer. 

Obrócił bębenek i przekonał się, że jest pełny; znajdowało się w nim osiem naboi. Sprawdził 

dokładnie  broń,  przypominając  sobie  zajęcia  na  strzelnicy  podczas  szkolenia  w  West  Point, 

które  się  odbywały  w  masywnych,  betonowych  budynkach  na  wzgórzu  przy  boisku 

futbolowym Michie Stadium. Wspomniał także zapuszczoną strzelnicę z blaszanym dachem 

w sajgońskiej dzielnicy Cholon. 

Powoli  uniósł  rewolwer  do  oka.  Wycelował  w  cętkowany  liść  bananowca.  Potem  w 

żółtego skrzeczącego ptaszka. W mały zielony orzech kokosowy. A na koniec w niewielkiego 

czarnego  węża,  sunącego  w  górę  po  pniu  drzewa.  Drzewo  było  oddalone  od  niego  o  dobre 

trzydzieści pięć kroków, czyli ponad trzydzieści metrów. Fachowcy od broni krótkiej mówią 

w takich przypadkach o pokazówce. 

Peter  wyglądał  jak  uczestnik  pojedynku  sprzed  stu  lat.  Wycelował  dokładnie  i  leciutko 

pociągnął za spust. 

Głowa węża eksplodowała, jakby coś rozsadziło ją od środka. Reszta długiego, czarnego 

ciała opadła na ziemię jak złamana gałąź. 

Czyste  trafienie  ucieszyło  i  jednocześnie  zaskoczyło  Petera.  Nie  spodziewał  się  po  tym 

muzealnym eksponacie takiej celności. A co do strzelca – cóż, wiedział doskonale, że czeka 

go spotkanie z prawdziwym snajperem. 

– No, no – oznajmił głośno całemu West Hills. – I co ty na to, strzelcu wyborowy? 

 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Rodzina Damiana Rose. Dziwni ludzie, w których żyłach płynie błękitna 

krew. Czternastoletni brat Damiana został przyłapany na ściąganiu podczas 

trudnego  egzaminu  w  Horace  Mann  School,  więc  wypił  pół  zlewki  kwasu 

siarkowego.  3ie  umarł,  bo  dawka  była  tak  wielka,  że  natychmiast  zaczął 

wymiotować. Ale sparaliżowało go od szyi w dół. Od tego czasu przebywa w 

zakładzie  leczniczym.  Matka  Damiana  jest  tam  wciąż  razem  z  nim.  Ojciec 

jeździ  po  ulicach  Londynu  i  Manhattanu  wielką,  czarną  limuzyną, 

przydzieloną  mu  przez  międzynarodową  korporację  bankową.  Damian  ma 

zamiar pewnego dnia zabić go w tej limuzynie... 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Posiadłość Mercury Landing, San Dominica 

 

Sobota po południu 

 

Brzeg morski w okolicach Mercury Landing był piękny i odludny. 

Z  lśniącego  białego  piasku  wyrastały  czarne,  pionowe  skały.  Za  nimi,  w  palmowej 

dolinie,  było  pełno  kolorowych  ptaków;  całe  stada  papug,  jak  w  sklepie  przyrodniczym  na 

wolnym powietrzu. Nad morzem wisiało czerwone słońce, jak gniewne oko Boga. 

Nad samym brzegiem morza stał duży biały dom. Pod jedną z jego ścian, ukryta w cieniu 

drzew, parkowała zielona limuzyna. 

Co  do  jednej  rzeczy  nie  można  było  mieć  żadnych  wątpliwości:  San  Dominica  to 

prawdziwy raj na ziemi. 

Po  plaży  Mercury  Landing  spacerowało  dwoje  nagich  ludzi,  kobieta  i  mężczyzna.  Gdy 

Carrie  Rose  była  bez  ubrania,  dawało  się  zauważyć,  że  ma  odrobinę  krzywe  nogi,  a  stopy 

duże  i  zbyt  płaskie.  Ale  nie  ma  się  co  czepiać  szczegółów.  W  ubraniu  czy  bez  ta  szczupła, 

młoda kobieta była po prostu piękna. 

Idący  obok  niej  Damian  także  wyglądał  doskonale.  Niósł  przewieszony  przez  ramię 

kosztowny  dres.  Szerokie  ramiona,  mocne,  umięśnione  nogi,  twardy,  płaski  brzuch,  piękne 

background image

jasne  włosy.  Długi,  opalony  członek  zwisał  z  pokrytego  kręconymi  jasnymi  włosami 

podbrzusza. 

–  Czas  skończyć  z  zabijaniem  –  odezwała  się  do  niego  Carrie  swoim  lekko  nosowym 

akcentem ze środkowego zachodu. – To już za długo trwa. Tydzień to zbyt dużo, Damian. 

Damian  uśmiechnął  się  do  niej.  Popatrzył  na  łódź  przepływającą  w  oddali  przez  rafę. 

Szara smuga przecinająca czarną, krętą linię. 

– Po prostu masz już dosyć tego napięcia – odparł powoli. – To wcale nie trwa za długo, 

Carrie. Wszystko przebiega zgodnie z planem. Na wyspie zapanowało kompletne szaleństwo, 

jak w domu dla obłąkanych... Poza tym wyjedziesz stąd już za jakieś dwa dni. Możesz wtedy 

zacząć wydawać zarobione pieniądze. Kup sobie parę samochodów, czy co tam chcesz. 

Carrie Rose objęła męża w pasie. 

–  Chciałabym,  żebyś  wyjechał  razem  ze  mną.  Tak  chyba  byłoby  lepiej.  Zrobisz  to, 

Damian? Wyjedziesz ze mną? 

–  Jeżeli  wyjadę  –  Damian  podniósł  głos  –  Campbell  i  Harold  Hill  zaczną  nas  szukać.  I 

prędzej czy później znajdą. Nagle pod nasz dom zajedzie wielki czarny samochód i wyskoczą 

z  niego  krótko  ostrzyżeni  faceci.  Dopadną  nas  jak  jakichś  faszystowskich  zbrodniarzy  i 

zabiją. Staną się bohaterami. Będą pisać o tym książki i kręcić filmy. Popatrz, jak mi stoi – 

Damian nieoczekiwanie zmienił ton i uśmiechnął się. – A to mała bestia. A właściwie wielka 

bestia. 

Jego  penis  rzeczywiście  wydłużył  się,  uniósł  i  wygiął  w  lewo.  Jego  czubek  dotknął 

nagiego uda żony. 

Carrie odsunęła nogę. 

– Widzę, że muszę powiedzieć ci wszystko dosłownie. Ja się po prostu boję. Tym razem 

grasz za ostro. Nie chcę, żebyśmy skończyli jak ci... jak mówiłeś, faszystowscy zbrodniarze. 

Zresztą i tak będą nas ścigać jak faszystów. 

Damian wyrzucił ręce na boki w zapraszającym geście. 

– Niech sobie szukają. Niech sobie szukają. Eichmanna szukali przez dwadzieścia lat. Oni 

są głupi, Carrie. Zapamiętaj to. To wszystko durnie, beznadziejni idioci. 

Kobieta spuściła głowę. Długie włosy dotknęły jej piersi. Przez kolejnych kilka minut szli 

w milczeniu. 

– Mogłabym położyć się tu w płytkiej wodzie – odezwała się wreszcie Carrie. 

Podeszli do miejsca, gdzie biały piasek był wilgotny od morskich fal. Damian rozpostarł 

swój  dres,  na  którym  położyła  się  Carrie.  Ukląkł  i  pochylił  się  nad  nią.  Przez  chwilę 

wydawało się jej, że jasne, niebieskie oczy męża nabierają łagodniejszego wyrazu. 

–  Powiedz  mi,  kochanie  –  odezwał  się  –  dobrze  ci  było  z  tym  przystojnym  maklerem 

giełdowym? 

 

 

background image

Sobota wieczorem 

 

Główne przedstawienie miało się odbyć tej nocy, w sobotę piątego maja. 

O jedenastej na wysokiej, pomalowanej na srebrno bramie Mercury Landing pojawiły się 

refleksy  świateł  samochodowych.  Z  cienia  przy  bramie  wyszedł  Kubańczyk  i  wpuścił 

pierwszy samochód. 

Na  drugim  końcu  podjazdu  stał  Damian  Rose.  Słyszał,  jak  żwir  chrzęści  pod  naciskiem 

ciężkich kół pojazdu. 

Spóźnieni o godzinę, w końcu przyjechali. 

Sprawdził,  czy  na  właściwym  miejscu  pod  marynarką  jest  jego  smith  &  wesson,  mała 

trzydziestkaósemka  z  lekko  zadartą  lufą.  Najodpowiedniejsza  broń  na  zbliżające  się 

przedstawienie, pomyślał. Dziś zagra coś z Hammeta, specjalnie dla miejscowych. 

Na  drodze  pojawiły  się  światła  kolejnych  dwóch  aut.  W  jednym  z  nich  reflektory 

niemiłosiernie zezowały, oświetlając trawę po boku drogi i korony mijanych palm. 

Samochody  na  chwilę  znikły  z  oczu  Damiana  za  kępą  drzew  i  krzewów,  w  których 

ukrywało się sześciu uzbrojonych tubylców. Rozkazano im czekać. Po prostu czekać. 

A  potem  światła  padły  na  pokryte  winoroślą  ściany  i  okna  domu.  Samochody 

zaparkowały przed frontem. 

Gotów czy nie, trzeba zaczynać, pomyślał Damian. Kurtyna w górę. Jeszcze jeden, ostami 

już raz przepowiedział sobie wszystkie kwestie, zanim przedstawienie się zaczęło. 

 

Na  dużym,  wyłożonym  płytkami  tarasie  na  tyłach  willi  Kingfish  Toone  przemawiał 

łamanym angielskim z francusko-kongijskim akcentem. 

– My wam zaoferować wyłącznie gotówka – wyjaśniał czterem przybyłym przed chwilą 

przywódcom  partyzanckim  barczysty  najemnik.  –  Sto  dwadzieścia  pięć  tysiące.  Wy  za  to 

kupić wszystko, czego wam potrzeba. Broń. Co sobie chcieć. To moja ostateczna propozycja, 

pan pułkownik. 

Dassie  „Monkey”  Dred  schylił  się  tak  nisko,  że  jego  przystojna,  czekoladowa  twarz 

znikła  między  nogami.  Długie,  misternie  zaplecione  włosy  opadły  do  ziemi.  Wybuchnął 

dzikim, głośnym śmiechem. 

–  Hej,  zabierzcie  ode  mnie  tego  małpoluda  –  zaskrzeczał  nie  zwracając  się  do  nikogo 

konkretnego. – Ten Afrykaniec śmierdzi jak amerykański fryzjer. 

Kingfish  Toone  uśmiechnął  się  do  towarzyszy  Dreda.  Zdarzało  mu  się  już  wcześniej 

spotykać i robić interesy z takimi świrami. 

Po drugiej stronie tarasu, na małym bujanym fotelu siedział Kubańczyk i nie odzywał się 

ani słowem. 

– Ten zapach to mydło. Pewnie nie wiecie, jak ono pachnie? – odezwał się wysoki biały 

mężczyzna.  Stał  w  drzwiach  prowadzących  do  wnętrza  domu.  Jego  długie,  jasne,  mokre 

background image

włosy  były  zaczesane  do  tyłu  gładko  przy  skórze,  jak  na  fotografiach  męskich  modeli  w 

„Esquire”  albo  „Gentlemen’s  Quarterly”.  Miał  na  sobie  doskonale  skrojony,  kremowy 

gabardynowy  garnitur.  Do  tego  idealnie  pasujące  dodatki:  wykładany  kością  słoniową 

zegarek, takiż sygnet, czarny pasek i mokasyny od Gucciego. 

Damian  Rose  przeciągnął  dłonią  po  wilgotnych  włosach  i  ruszył  w  stronę  brodatego 

rewolucjonisty.  Gdy  szedł,  poła  marynarki  się  odchyliła,  ukazując  kaburę,  w  której  tkwił 

smith & wesson. 

–  Pułkowniku  Dred  –  Damian  obdarzył  rozmówcę  uśmiechem  Clinta  Eastwooda.  – 

Pańskie  wyczyny  są  podziwiane  daleko  poza  tą  wyspą.  Mam  na  myśli  Europę.  I  czarną 

Afrykę. 

Twarz  partyzanta  rozjaśniła  się  na  mgnienie  oka,  co  nie  uszło  uwagi  Damiana.  Dred 

potraktował komplement machnięciem ręki. Splunął na taras. 

– Twoja gadająca małpa – wskazał na Kingfisha Toone’a – proponuje mi gotówkę. Mam 

to gdzieś. Mogę mieć forsy ile zechcę ze sprzedaży ganji

Rose cały czas patrzył mu w oczy. 

– Po pierwsze, moja gadająca małpa może pozbawić pana pańskich klejnotów w niecałe 

pięć  sekund,  panie  pułkowniku.  Po  drugie,  spróbujmy  znaleźć  rozwiązanie  pańskich 

problemów. 

– Zależy mu na karabinach – Kubańczyk odezwał się ze swego miejsca po hiszpańsku. – 

Ma problemy z ich kupnem. 

–  Z  przyczyn  oczywistych  –  Damian  zwrócił  się  do  Dreda  –  nie  chcę  pana  uzbroić  po 

zęby, panie pułkowniku. Ale może pan dostać karabiny. Damy panu dwieście pięćdziesiąt M-

16. Oraz pistolety. 

– Pięćdziesiąt tysięcy sztuk amunicji! I co najmniej pięćdziesiąt działek! – wrzasnął Dred. 

Jego trzej oficerowie śmiali się i klaskali w dłonie jak szympansy w cyrku Barnuma. 

Damian  uśmiechnął  się  szeroko.  Znów  przesunął  dłońmi  po  włosach  i  wyjął  paczkę 

angielskich papierosów. 

– Nie mogę dać panu działek – powiedział stanowczo. 

„Monkey”  Dred  zerwał  się  na  równe  nogi  i  wrzasnął  ile  sił  w  płucach.  Warkoczyki 

falowały dookoła jego głowy jak tańczące czarne węże. Pochodzący z zapasów armii Stanów 

Zjednoczonych pas z amunicją pobrzękiwał na biodrach. 

– Ma być czterdzieści działek! Dostarczonych najpóźniej na dzień przed masakrą! 

Damian Rose przypalił sobie papierosa od lampki oliwnej, która stała na stole. Smakował 

to ostatnie słowo. Masakra. 

–  Jedno  działko  kaliber  pięćdziesiąt  milimetrów.  Specjalnie  dla  pana!  –  powiedział  nie 

wyjmując z ust papierosa. – Za to reszta broni zostanie przekazana natychmiast. Plus premia 

w  postaci  dodatkowych  dwudziestu  pięciu  tysięcy  sztuk  amunicji.  Dałbym  panu  więcej, 

background image

gdybym  mógł.  Ale  to  nie  moje  pieniądze,  pułkowniku.  Widać  nasi  kubańscy  przyjaciele 

wiedzą lepiej, czego pan potrzebuje, a czego nie. 

Z głębi piersi Dreda wyrwał się głośny śmiech. 

– Niech będzie! – ryknął. 

Damian Rose uśmiechnął się. Kubańscy przyjaciele, a niech to... Wiedział już, że wygrał. 

Masakra! 

Cisnął czerwoną lampkę oliwną w stronę morza. Uderzyła o niewidoczną z tarasu skałę. 

Chwilę potem nad wodą zapaliły się światła. Do brzegu podpłynęła motorówka. 

To była Carrie. 

–  Pańskie  karabiny,  panie  pułkowniku  –  oznajmił  Damian  Rose.  –  Broni  i  amunicji 

powinno  panu  wystarczyć  do  zdobycia  całej  wyspy,  jeśli  tylko  zastosuje  się  pan  do  pewnej 

mojej rady. 

 

Szóstego  dnia  już  o  szóstej  rano  popełniono  zuchwałe,  wstrząsające  morderstwa  spod 

znaku  maczety  w  dwóch  najbardziej  luksusowych  hotelach  w  największych  miastach  San 

Dominiki. 

W  Coastown  w  basenie  hotelu  „Princess”  znaleziono  pływające  zwłoki  młodego 

fotografa mody z Greenwich w stanie Connecticut. Z jego pleców, jak wykrzyknik po opisie 

przerażającej zbrodni, sterczała maczeta z czarną rękojeścią. 

W Port Geny żonę angielskiego adwokata pokrojono na kawałki, gdy zrywała kwiaty w 

ogrodzie  ekskluzywnego  hotelu  „Spice  Point  Inn”.  Potem  półnadzy  czarnoskórzy  mordercy 

zawinęli części jej ciała w ręczniki i wrzucili je na taras hotelowej restauracji. 

Wczesnym  rankiem  redakcje  „Gleanera”  i  „Evening  Standard”  otrzymały  Śmiertelne 

Listy.  Pułkownik  Dred  przypisał  w  nich  sobie  odpowiedzialność  za  oba  morderstwa  w 

hotelach.  Dred  ostrzegł  ponadto,  że  liczba  zbrodni  na  tle  rasowym  na  San  Dominice  będzie 

codziennie  rosła  dziesięciokrotnie,  dopóki  zarządzanie  hotelami,  restauracjami  i  innymi 

przedsiębiorstwami na wyspie nie zostanie przekazane w ręce jego ludu. 

Jeden  z  redaktorów  „Gleanera”  obliczył,  że  skoro  piątego  maja  zabito  cztery  osoby,  to 

szóstego musi zginąć co najmniej czterdzieści. Następnie czterysta... potem cztery tysiące... 

 

background image

6 maja 1979, niedziela 
Atak na hotele „Princess” i „Spice Point” 

 

ROZDZIAŁ 16 

 

Zawsze  staraliśmy  się  nadać  wydarzeniom  określony  porządek,  ustalić 

pewien  swoisty  rytm.  To,  do  czego  doprowadziliśmy  na  San  Dominice, 

wymknęło się zupełnie spod naszej kontroli. 

Z pamiętnika Rose’ów 

6 maja 1979, Coastown, San Dominica 

 

iedziela rano. Szósty dzień pod znakiem maczety 

 

Szóstego  dnia  o  siódmej  piętnaście  Peter  Macdonald  wpadł  kuchennymi  drzwiami  do 

luksusowej willi Brooksa Campbella w Coastown. Krzycząc: 

– Zatłukę cię jak psa! –  trzasnął przystojniaka z CIA prawym sierpowym prosto w jego 

grecko-rzymski  nos.  –  Radzę  ci  zostać  na  podłodze  –  powiedział,  widząc,  że  Campbell 

próbuje  się  podnieść.  Wyciągnął  colta  kaliber  czterdzieści  cztery  i  wycelował  lufę  w  punkt 

znajdujący się dokładnie między orzechowymi oczami Campbella. 

– Czego ty chcesz, co cholery? 

–  Tylko  prawdy  –  odparł  cicho  Peter.  –  Nie  mam  zamiaru  opowiadać  ci,  co  się  ze  mną 

działo  od  chwili,  kiedy  olałeś  mnie  podczas  naszej  poprzedniej  rozmowy,  aż  do  ostatniej 

nocy,  którą  spędziłem  w  twoim  garażu.  Chcę  tylko  usłyszeć  wszystko,  co  wiesz  na  temat 

morderstw spod znaku maczety. Chcę poznać wasze tak zwane „tajemnice państwowe”. 

Bardzo powoli i ostrożnie Campbell wstał z podłogi. 

– Jest tylko jeden problem – powiedział do Petera. – Nie wierzę, że mnie zastrzelisz. Nie 

zrobisz tego. 

background image

Następną rzeczą, którą zobaczył Brooks Campbell, była czarna, oksydowana kolba colta 

kaliber  czterdzieści  cztery.  Trzasnęła  go  w  okolicę  kości  jarzmowej  i  znowu  znalazł  się  na 

wykładanej żółtymi płytkami podłodze. 

– Zaraz mi uwierzysz – usłyszał jak przez mgłę. 

Brązowy but na grubej podeszwie uderzył go mocno w pierś. Potem jakaś wielka siła po 

prostu uniosła go za włosy. Poczuł gorący powiew na prawym policzku. 

– A teraz lepiej gadaj. Wiem, jak to się robi. Znam się na torturach. Naprawdę, możesz mi 

wierzyć. 

Gdy  Campbell  zdołał  wreszcie  skupić  wzrok,  ujrzał  tuż  obok  palnik  swojej  własnej 

kuchenki  elektrycznej.  Spirala  była  rozpalona  do  czerwoności.  Jego  włosy  zaczynały  już 

dymić.  Bekon,  smażący  się  na  sąsiedniej  fajerce,  pryskał  gorącym  tłuszczem  na  drugi 

policzek. 

–  Przysięgam  na  Boga,  że  usmażę  ci  ucho!  –  wrzasnął  Macdonald,  dokładnie  tak,  jak 

uczyli go w wojsku. 

–  Wiemy,  że  jest  w  to  zaplątana  mafia!  –  krzyknął  wreszcie  Campbell.  –  Puść  mnie, 

Macdonald, ja się palę! 

Peter  rozluźnił  nieco  uścisk,  ale  nie  na  tyle,  żeby  Campbell  mógł  się  całkiem 

wyprostować. 

– Nie rozumiem, co chciałeś przez to powiedzieć. Mafia? Jaka znowu mafia? 

–  Próbowali  wpłynąć  na  lokalne  władze,  aby  zalegalizowały  hazard  na  wyspie  na  wiele 

lat...  Teraz  mają  zamiar  przeprowadzić  to  na  swój  sposób,  a  jeżeli  się  nie  uda,  zniszczą  tu 

wszystko.  W  San  Dominice  nie  pozostanie  kamień  na  kamieniu,  a  oni  odpiszą  to  sobie  od 

podatków jako stratę. Nic więcej nie wiem. Przysięgam. Macdonald, ja się palę! 

Peter puścił wreszcie Campbella. To, co usłyszał, nie było pozbawione sensu. Stawiało w 

jaśniejszym świetle niektóre wydarzenia. 

– A co pułkownik Dred ma wspólnego z mafią i z właścicielami kasyn gry? 

Agent  CIA  trzymał  się  za  ucho,  jakby  coś  go  ukąsiło.  Miał  na  sobie  czerwono-złote 

kimono  z  wyhaftowanym  smokiem.  Po  raz  pierwszy  w  swoim  życiu  Brooks  Campbell 

wyglądał komicznie. 

–  Nie  wiemy,  jak  i  czy  w  ogóle  dotarli  do  Dreda.  –  Starał  się,  aby  półprawdy,  które 

wypowiadał,  brzmiały  przekonująco.  –  Zdaje  się,  że  niedługo  coś  się  stanie.  Listy 

opublikowane  w  gazetach  były  ostrzeżeniem  dla  władz.  Zbliża  się  coś  przerażającego.  A  ty 

nie chcesz zrozumieć, że właśnie staramy się temu zapobiec. 

– Czuję, że znowu kłamiesz – powiedział Peter. Zajrzał do lodówki. Rzucił Campbellowi 

trochę  lodu,  aby  przyłożył  sobie  do  sińca  na  twarzy,  a  sam  pociągnął  długi  łyk  soku 

pomarańczowego z otwartego pojemnika. 

– W porządku – pogroził kowbojskim rewolwerem Campbellowi. – Sądzę, że w stosunku 

do  naszej  pierwszej  rozmowy  osiągnęliśmy  pewien  postęp.  Wrócę,  gdy  będę  chciał  się 

background image

dowiedzieć  od  ciebie  czegoś  więcej.  Tylko  nie  popełnij  błędu  myśląc,  że  nie  potrafię  cię 

zastrzelić. Zrobię to bez wahania, zwłaszcza że cię nie lubię. 

Wycofał się przez kuchenne drzwi i pobiegł do motocykla. 

Jakie  to  straszne  wydarzenia  mają  nastąpić?  –  zastanawiał  się,  jadąc  przez  ulice 

wysadzane  palmami  w  kierunku  tropikalnego  lasu.  Czy  mafia  rzeczywiście  jest  w  to 

zamieszana? A co w tym wszystkim robi ten blondyn? Czyżby najemnik? Po co go wynajęli? 

Cóż,  w  każdym  razie  było  to  ciekawsze  niż  praca  barmana  w  hotelu  szurniętego 

niemieckiego  esesmana.  Może powinien zostać  gliniarzem albo detektywem w stylu Philipa 

Marlowe’a... Może kiedyś, w przyszłości... 

Peter ożywił się po udanym spotkaniu z Campbellem. To był dobry początek. 

 

Coastown, San Dominica 

 

Nad Parmenter Street leciała mewa. Zniżyła lot, aby przyjrzeć się, co robią handlarze na 

targu owocowym. Potem skręciła w prawo i jak drewniany model szybowca przeleciała nad 

czerwonym dachem hotelu „Princess”. 

Carrie Rose siedziała na balkonie swojego apartamentu. Miała przed sobą spory dzbanek 

kawy, wędzonego śledzia, jajka, świeże bułeczki i masło. Właśnie zastanawiała się nad tym, 

jak  w  efektowny  sposób  wprowadzić  swoją  osobę  na  karty  wartego  milion  dolarów 

pamiętnika.  Wreszcie  opisała  pewne  letnie,  późne  popołudnie  w  Paryżu.  Popołudnie,  od 

którego wszystko się zaczęło. 

 

10 sierpnia 1978, Paryż 

 

„Atlantic  City”  było  niedawno  otwartym,  modnym  bistro  w  alei  Marceau.  Stało  się 

prawdziwym rajem dla przebywających w Paryżu Amerykanów. 

Restauracja  słynęła  z  dwunastu  odmian  potrawy  zwanej  le  hamburger.  I,  w  nieco 

mniejszym  stopniu,  z  dużych  drewnianych  płaskorzeźb,  które  przedstawiały  obrazki  z  życia 

zaniedbanej miejscowości wypoczynkowej na południowym wschodzie New Jersey. 

 

CZY WIESZ, ŻE... 

PIERWSZA AMERYKAŃSKA PARADA WIELKANOCNA ODBYŁA SIĘ 

W ATLANTIC CITY? 

PIERWSZE DIABELSKIE KOŁO URUCHOMIONO W ATLANTIC CITY? 

background image

PIERWSZY FILM ZOSTAŁ NAKRĘCONY W ATLANTIC CITY? 

PIERWSZE WIDOKÓWKI POCHODZIŁY Z ATLANTIC CITY? 

 

Carrie  szła  przez  ciemnawą  salę  restauracji.  Kapelusz  z  miękkim,  opadającym  rondem 

zasłaniał jej pół twarzy. Z szafy grającej dobiegały dźwięki „Lady Marmalade”. 

Voulez-vous coucher avec moi?... 

Jej białe pończochy z cichym szmerem ocierały się o siebie. Wreszcie dostrzegła wózek 

inwalidzki.  Nagle  Carrie  zdała  sobie  sprawę,  że  po  raz  pierwszy  od  bardzo  dawna  odczuwa 

lęk. 

– Oto bezkonkurencyjna, okryta złą sławą pani Rose – usłyszała głos Nickiego Handy z 

oświetlonej świeczką wnęki. – Czemu zawdzięczam taką przyjemność w to piękne, gówniane 

popołudnie? 

Wślizgując  się  do  wnęki  Carrie  pocałowała  Nickiego  w  czubek  głowy.  Kiedyś  byli 

partnerami. Zajęła miejsce naprzeciw niego. Nie mogła oderwać wzroku od twarzy kaleki. 

Nickie Handy nie miał jeszcze trzydziestu lat. Nie miał też lewego policzka. Właściwie to 

brakowało mu całej lewej strony twarzy. Luźna tkanka ledwo okrywała kości. 

–  Nie  mogłam  się  powstrzymać,  żeby  się  z  tobą  nie  zobaczyć  –  powiedziała  miękko.  – 

Damian i ja jesteśmy jak para szczurów, Nickie. Jesteśmy naprawdę źli. 

Podeszła kelnerka i Carrie poprosiła o butelkę pouilly-fuisse. Nick zapatrzył się na biust 

młodej Francuzki: 

– Ale cyce – powiedział z lubieżnym uśmiechem. – Chciałoby się, chciało – zwrócił się 

znów do Carrie. – Tylko nie próbuj karmić mnie tymi swoimi pierdołami. 

– Dobrze. Przyszłam porozmawiać o strzelaninie w Sajgonie. 

Wyraz zaskoczenia pojawił się na smutnej twarzy Quasimodo. 

– Nie chcę o tym gadać – odparł. 

Nagle jego twarz jakby zapadła się do środka. Nickie podniósł głos. 

–  Patrzysz  na  mnie  jak  na  jakiegoś  pieprzonego  kota!  Takim  pogardliwym  wzrokiem 

patrzy się na syjamskie kocury. Cudownie! Uwielbiam to, głupia cipo! 

– Jesteś kompletnym świrem – mówiła Carrie miękko, prawie jak do kochanka. – Mamy 

z  Damianem  do  wykonania  robotę  dla  Harolda  Hilla.  Dla  Harry’ego  Łamignata  i  twojego 

dobrego przyjaciela, Brooksa Campbella. Jak sądzisz, z kim powinniśmy porozmawiać? 

Kaleka wziął kufel pełen piwa i powoli wylał jego zawartość na podłogę. 

– Uwielbiam to! 

– Hej, hej, hej! – zawołał brodaty barman. – Weź na wstrzymanie, Nickie. 

Grymas znowu wykrzywił twarz Handy’ego. Musiał to być jakiś paskudny tik. 

–  Wtedy  w  sajgońskiej  uliczce  Brooks  Campbell  miał  mi  wypłacić  dolę.  Zamiast  tego 

prawie odstrzelił mi łeb. Cześć, Nick! A potem – bach! bach! bach!  I zostawił mnie, żebym 

zdechł  w  rynsztoku.  Tak  to  było,  Carrie.  Przed  samym  nosem  widziałem  zdechłą  mysz. 

background image

Myślałem,  że  znalazłem  się  w  piekle.  Leżałem  bezsilnie  w  ściekach  z  oderwaną  połową 

twarzy. Więc mówisz, że macie nowych wspólników? 

– Nickie, a może to była jakaś prowokacja? Może działali na własną rękę? Myślisz, że od 

początku mieli zamiar cię wykiwać? 

– Dokładnie tak! To był podstęp! Chcieli się pozbyć mnie i tego biednego żółtka. Brooks 

Campbell pewnie zagarnął dla siebie moją forsę. Pieprzony gwiazdor filmowy! 

– To faktycznie straszne skurwiele. 

– Wasi wspólnicy – powtórzył Nickie. – Pięknie! Pięknie! 

Carrie i kaleki mężczyzna siedzieli i popijali, aż minęła piąta. Wnętrze bistro zaroiło się 

od  ludzi,  którzy  właśnie  skończyli  prace,  w  biurach.  Pojawili  się  też  turyści  i  hipisi  z 

plecakami  z  pobliskiego  L’Etoile.  O  wpół  do  szóstej  zrobiło  się  tak  gwarno,  że  prawie  nie 

dało się rozmawiać. 

Carrie wspomniała coś o papierosach i sięgnęła do torebki. Potem nachyliła się głębiej do 

środka  ciemnej  wnęki  i  zastrzeliła  Nickego  Handy.  W  hałaśliwym  bistro  nikt  nie  zwrócił 

uwagi na dwa głuche stuknięcia. Mierzyła w serce. Nie chciała, żeby się męczył. 

Nickie leżał na stole jak nieprzytomny pijaczyna. 

Myśli galopowały w głowie Carrie, gdy łokciami torowała sobie drogę do wyjścia. Miała 

dwa poważne powody, aby go zabić. 

Przede  wszystkim  nieszczęsny  Nickie  był  jednym  z  niewielu  pozostałych  przy  życiu 

ludzi, którzy mogli zidentyfikować ją i Damiana. Po drugie, naprawdę bardzo go lubiła i nie 

mogła patrzeć, jak się stacza na dno. Lepiej było wyprawić go tam, dokąd i tak nieuchronnie 

zmierzał. 

Lekko  oszołomiona  tym,  co  zrobiła  w  barze,  wydostała  się  na  zapchaną  samochodami 

aleję  Marceau.  Skręciła  w  boczną  uliczkę.  Słyszała  stukot  swoich  obcasów  i  szelest 

ocierających się o siebie białych pończoch. 

Zdjęła  z  głowy  biały  kapelusz  i  wrzuciła  go  przez  płot  do  czyjegoś  ogródka.  Zrzuciła 

niewygodne szpilki i założyła czarne buty na płaskim obcasie, które miała w torebce. W alei 

Montaigne  spotkała  się  z  Damianem.  Obejmowali  się  mocno  przez  dłuższą  chwilę.  Potem 

ruszyli ramię w ramię w kierunku mętnej, leniwej Sekwany. 

Natychmiast zaczęli się zastanawiać, w jaki sposób zabezpieczyć się przed wykiwaniem 

przez wspólników. 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

3a  San  Dominice  chcieliśmy  uzyskać  efekt  totalnego  zamieszania.  Coś 

w  rodzaju  kontrolowanego  przez  nas  gaszenia  i  zapalania  światła.  To,  co 

jeszcze przez chwilą było zupełnie niewinne, za moment miało wydawać się 

największym  zagrożeniem.  A  co  najważniejsze,  sytuacja  powinna  rozwijać 

się  żywiołowo,  aby  nikt  nie  dopatrzył  się  żadnych  prawidłowości.  Żadnych 

utartych schematów. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Wylde’s Fall, San Dominica 

 

W niedzielę, od siódmej rano do późnego popołudnia, na San Dominice nie wydarzyło się 

nic wyjątkowego. Ponad sto pięćdziesiąt malowniczych plaż wciąż lśniło złocistym piaskiem, 

błękitne  niebo  było  tysiąc  razy  piękniejsze  niż  to,  które  widać  nad  wielkimi  metropoliami, 

słońce świeciło nieprzerwanie. 

Ponieważ  nic  przerażającego  się  nie  działo,  Amerykanie  i  Europejczycy  wciąż 

pozostający  na  wyspie  mieli  czas,  by  zastanowić  się  nad  dotychczasowymi  wypadkami. 

Także  sześćdziesięciu  jeden  uczestników  zgromadzenia  lokalnych  władz  mogło  pomyśleć  o 

przyszłości, która nie wyglądała zbyt różowo. 

O czwartej po południu wybiła godzina sławy pułkownika Dreda. 

Spoglądając w dół z drugiego co do wielkości wodospadu na Karaibach – Wylde’s Falls – 

widział bosego czarnego chłopca, który prowadził dwójkę białych turystów na uroczą pieszą 

wycieczkę, prowadzącą przez kolejne stopnie wodne. 

Wszyscy  troje  taplali  się  w  malowniczych  jeziorkach,  tworzących  się  obok  głównego 

nurtu. Ochlapywali się pod kilkumetrowymi kaskadami i wołali do siebie nawzajem, starając 

się przekrzyczeć huk opadającej wody. Raz zatrzymali się na chwilę, by zrobić sobie zdjęcie 

w mgiełce unoszącej się nad wodospadem. 

Gdy młody przewodnik wspinał się na kolejny występ skalny, nad którym znajdowała się 

kryjówka  pułkownika,  Dred  wysunął  rękę  z  krzaków  i  wciągnął  chłopaka  na  górę.  Biali 

zostali na dole. Podnieśli głowy i zobaczyli obleśny uśmiech na twarzy partyzanta. 

background image

– Zmiataj do domu – polecił chłopcu Dred. – Tylko nie oglądaj się za siebie. 

Gdy  skończył  mówić,  dwaj  mężczyźni  wskoczyli  spomiędzy  liści  bananowca  prosto  do 

znajdującego  się  poniżej  wodnego  oczka.  Jeden  z  nich  wymachiwał  maczetą  jak  kijem  do 

baseballa.  Długie  ostrze  cięło  wrzeszczącą  histerycznie,  trzydziestoletnią  kobietę  w  poprzek 

letniej bluzki. Silny prąd wody wyprostował ciało, które spadło niezdarnie z trzech kolejnych 

stopni wodospadu. 

Drugi  żołnierz,  wyglądający  na  silniejszego,  ciął  maczetą  z  całej  siły  z  góry  na  dół. 

Jasnowłosy  mąż  zabitej,  wyglądający  na  bankiera,  przez  chwilę  stał  nieruchomo,  potem 

rozpadł się w pionie na dwie części i przewrócił w spieniony nurt Wylde’s Falls. 

Tymczasem  przy  bramie  wejściowej  do  parku  garstka  turystów  wraz  z  przewodnikami 

obserwowała  ostatnie  już  dziś  dwie  pary,  wspinające  się  przez  zdradliwe  progi  wodospadu. 

Nagle  coś  pojawiło  się  za  zakrętem  rzeki.  Wyglądało  to  jak  kobieta,  płynąca  w  bystrej 

wodzie.  Na  chwilę  znikła  im  z  oczu,  potem  przemknęła  obok  czarnego,  gładkiego  głazu  i 

wpadła  bokiem  na  duży,  sterczący  z  dna  odłamek  skalny,  wyrzucając  wysoko  w  górę  białe 

bryzgi wody. 

Potem  spłynęło  z  góry  ciało  mężczyzny,  przypominające  nożyczki,  które  się  rozpadły. 

Ominęło wystającą skałę, odbiło się na kilku mniejszych progach, przedefilowało na wprost 

zszokowanych turystów przy bramie i znikło bezgłośnie w morzu. Pułkownik Dred dokonał 

właśnie swojej pierwszej zbrodni spod znaku maczety. Dzięki jego wybitnym umiejętnościom 

wypadło ono wyjątkowo efektownie. 

Dred był gotowy. 

 

Trelawney, San Dominica 

 

iedziela wieczorem 

 

Stał przed nim talerz kleistego, brązowego ryżu, w którym tkwiły kawałki koziego mięsa 

i jakiegoś skorupiaka. Nie był to homar, krab czy krewetka. Na pewno coś niejadalnego. 

Peterowi wydawało się, że widzi poruszające się w talerzu małe, czarne szczypce. Pożarł 

więc  wszystko  tak  szybko,  jak  potrafił.  Posiłek  razem  z  zieloną  herbatą  kosztował 

sześćdziesiąt centów – prawdziwa okazja. 

Po kolacji Macdonald usiadł w ciemnym kącie wiejskiej gospody. Wypalił powoli, jeden 

po drugim, dwa papierosy. W ciągu niecałych pięciu minut dwadzieścia czy trzydzieści razy 

przeciągnął nerwowo dłońmi po włosach. 

Przypomniał  sobie  scenę  z  jakiegoś  głupiego  filmu.  Przystojny,  jasnowłosy  bohater  po 

prostu poszedł ze swoimi problemami do redakcji „New York Timesa”. Jakby to była policja. 

background image

Oczywiście wszystko potoczyło się jak trzeba. Gość wyszedł z matni cały i zdrowy. Napisy 

końcowe  przesuwały  się  po  znieruchomiałej  w  szerokim  uśmiechu  twarzy  bohatera.  W  tle 

słychać  było  utwór  „Ameryka  jest  piękna”.  Widzowie  wyszli  z  kina  w  pełni 

usatysfakcjonowani. 

Jałowe rozmyślania faceta, któremu pętla powoli zaciska się na szyi. 

No bo co niby miał do powiedzenia redaktorom „New York Timesa”? Co w ogóle miał 

do  powiedzenia  komukolwiek?  Że  widział  wysokiego  jasnowłosego  człowieka,  być  może 

Anglika, w pobliżu miejsca popełnienia jednego z morderstw spod znaku maczety? Że kiedy 

przypiekł  nad  kuchenką  pewnego  urzędnika  Departamentu  Stanu,  ten  zaczął  bredzić  coś  o 

mafii? 

Nagle stanęła przed nim kucharka i kelnerka w jednej osobie – niska, czarna dziewczyna 

z  twarzą  jak  księżyc  w  pełni.  Praktycznie  bez  przerwy  kursowała  po  całym  pomieszczeniu, 

jak  ćma  schwytana  w  pułapkę  zamkniętego  pokoju.  Stół...  stół...  okno...  kuchnia...  stół... 

okno... Nikt nie wypuścił na zewnątrz dziewczyny-ćmy, więc przyfrunęła w końcu do niego. 

– Smakował panu homar, prawda? 

W  wolnym  tłumaczeniu  miało  to  oznaczać:  „Trzeba  być  idiotą,  żeby  jeść  tu  cokolwiek. 

Proszę, wypuść mnie stąd. Jestem ćmą”. 

Peter uśmiechnął się do ćmy i do czegoś, co dostrzegł w oczach dziewczyny. 

– Dobre jedzenie – powiedział łagodnie. – Lepsze niż w wielkich hotelach. 

Później  dziewczyna  powtórzyła  te  słowa  policji.  Dodała  też,  że  młody  Amerykanin 

wyszedł z gospody około dziewiątej. I że odjechał na motocyklu. 

Policjanci wyjaśnili jej, że Amerykanin dostał lekkiego pomieszania zmysłów z powodu 

tych wszystkich morderstw, a oni chcieli go tylko przesłuchać. Doprawdy, nic poważnego. 

 

Coastown, San Dominica 

 

Prawie  jednocześnie  z  pojawieniem  się  policji  w  gospodzie  w  Trelawney,  czterej 

mężczyźni  w  drogich  garniturach  –  wyglądający  jak  bankierzy  z  Park  Avenue  –  zasiedli  do 

kolacji na osłoniętej werandzie wielkiej rezydencji w samym centrum Coastown. 

Byli to: premier rządu San Dominiki, Joe Walthey; Brooks Campbell z Great Western Air 

Transport;  przedstawiciel  rodziny  Forlenza  Isadore  Goldman  oraz  człowiek  Goldmana 

rezydujący na San Dominice, niejaki Duane Nicholson o wyglądzie dandysa. 

Posiłek,  który  im  podano,  rozpoczął  się  od  chincoteagues,  do  tego  wino  Montrachet. 

Potem  przyszła  kolej  na  faszerowane  jagnię  en  ballon  z  selerem  w  maśle  i  kukurydzą.  Z 

werandy rozciągał się piękny widok na całą wyspę. 

Krótko mówiąc, wykwintna, choć dyskretna uczta. 

background image

Od  czasu  do  czasu  panowie  zerkali  na  długonogą  kochankę  premiera  Weatheya, 

pływającą w basenie na wprost werandy. 

Od czasu do czasu Izzie Goldman próbował wyjaśnić pewne nadzwyczaj istotne kwestie 

swoim  trzem  rozmówcom,  pomagając  sobie  przy  tym  gestami  chudej,  pokrytej  ciemnymi 

plamami dłoni. 

–  Mam  siedemdziesiąt  cztery  lata  –  powiedział  cicho,  aby  zmusić  pozostałych  do 

skoncentrowania  się  na  jego  słowach.  –  Doprawdy  nie  jestem  w  stanie  pojąć,  dlaczego 

zadajecie  mi  te  dziecinne  pytania  na  temat  państwa  Rose  –  westchnął.  –  Dlaczego  nie 

pozwolicie im robić tego, co do nich należy? Płacicie i możecie zapomnieć o całej sprawie. 

– Stali się kłopotliwi – odezwał się Brooks Campbell. – Dostałem w tej sprawie rozkazy z 

bardzo wysokiego szczebla. 

Stary gangster włożył do ust kęs jagnięcia. 

– Oni nie dadzą się na to nabrać – mówił nie przestając żuć. – Nie rozumiem, dlaczego 

wszyscy usiłują doprowadzić tu do takiej samej katastrofy jak w Zatoce Świń. 

– To nie jest Kuba – Campbell skierował palec w stronę Goldmana. – Poza tym wydaje 

mi się, że Rose oszalał. Tego nie było w planie. Kilka trupów, owszem. Ale nie masakra. 

Premier San Dominiki przegonił muchę znad kieliszka z winem. Joseph Wealthey, zwany 

Jose,  był  niskim,  krępym  Murzynem.  Liczył  sobie  czterdzieści  jeden  lat.  Demagog  i 

potencjalny dyktator. Miał cienkie wąsiki, ogromny nos i niezdrową, krostowatą cerę. 

–  Panowie,  nie  psujcie  miłej  atmosfery  kolacji  –  odezwał  się  dyplomatycznie,  starannie 

akcentując słowa. – Panie Goldman, dlaczego nie chce pan odpowiedzieć  na nasze pytania? 

Na  przykład,  czy  stałoby  się  coś  strasznego,  gdybyśmy  uwolnili  świat  od  tej  pary 

zbrodniarzy? 

Stary  gangster  poprawił  się  na  krześle.  Marynarka  wybrzuszyła  mu  się  po  obu  stronach 

jedwabnego  krawata,  upstrzonego  różowymi  flamingami.  Przyjaciółka  premiera  znowu 

zanurkowała w basenie, a Izzie Goldman usłyszał w głowie starą, bezsensowną piosenkę: 

 

Ene due ecie pecie, 

Jesteś najpiękniejszy w świecie, 

Twarz przystojna, tors mocarny. 

I co z tego, skoroś czarny. 

 

Co za idiotyczne przedstawienie! Zagrajcie to jeszcze raz, panowie! 

– Przede wszystkim, bez względu na to, co ustalicie –  Goldman popatrzył przez stół na 

Campbella – nie sądzę, aby udało się wam ich złapać. Pozwólcie im wrócić do Francji, panie 

Campbell... panie premierze. Pojutrze będzie po wszystkim. Możecie mi wierzyć. 

Siedzący po jego lewej strome Duane Nicholson strzepnął do talerza popiół z cygara. 

background image

–  Nie.  Chcemy  ich  zabić  –  powiedział  stanowczo  Campbell.  –  Takie  jest  nasze 

stanowisko. 

Isadore Goldman popatrzył przeciągle na Nicholsona. 

–  Ludzie,  którzy  strzepują  popiół  z  cygara  do  talerza  –  powiedział  wreszcie  –  powinni 

jadać z popielniczki. 

Tą ostatnią wypowiedzią Isadore Goldman przypieczętował fiasko całego spotkania. 

 

Trelawney, San Dominica 

 

Parę minut po dziewiątej Peter Macdonal ukrył motocykl w rzadkich zaroślach i wszedł 

do budynku dworca autobusowego w Trelawney. 

Poczekalnia  była  małym,  ciemnym  pomieszczeniem,  w  którym  śmierdziało  jak  w 

wojskowej latrynie. 

Peter sprawdził godziny odjazdu autobusów do Port Geny. Sądził, że tam łatwiej trafi mu 

się  okazja  ucieczki  z  San  Dominiki.  Liczył,  że  ktoś  mu  pomoże.  Przynajmniej  miał  taką 

nadzieję. Zastanawiał się tylko, czy lepiej jechać jako anonimowy pasażer autobusu, czy też 

wybrać szybszą podróż motocyklem. 

Nikt z obecnych nie zwracał na niego uwagi. Dobre i to, pomyślał. 

Usiadł na długiej szarej ławce. Jego wzrok padł na nagłówek zmiętej gazety, leżącej obok 

niego. „Podwójne morderstwo. Dred atakuje”. 

Już prawie piętnaście po dziewiątej... Zatęsknił za Jane. Przypomniał sobie, co to znaczy 

być samotnym. 

Zaczął  czytać  tekst  na  wielkiej  czarnej  tablicy,  wypisany  niewprawną,  jakby  dziecięcą 

ręką: 

 

Ze względu na to, że na większości wysp morza karaibskiego do głosu doszli 

socjaliści,  a  Joe  jest  poważnie  chory,  należałoby  się  zastanowić  nad  przyszłymi 

wyborami. 

Joe  ze  swoim  beztroskim  sposobem  bycia  jest  niegodny  pełnienia  najwyższej 

funkcji  państwowej.  Profesor  sam  skończył  tylko  cztery  klasy  (wystarczy 

sprawdzić archiwum szkoły Bainty w Coastown), tymczasem ja, jak wiecie, jestem 

absolwentem uniwersytetu zachodnioindyjskiego. 

Oddając  głos  na  Joego,  wybierasz:  zwiększenie  wpływów  cudzoziemców  i 

CIA, podwyżki cen, niskie zarobki, zwiększenie wpływów cudzoziemców, rozruchy 

wywołane  przez  pułkownika  Dreda,  brak  regulacji  cen,  brak  higieny  – 

sprzedawanie  żywności  bezpośrednio  z  ziemi,  po  której  się  chodzi,  pluje  itp. 

background image

Zwiększenie wpływów cudzoziemców. 3awet sam Dred byłby lepszym kandydatem 

niż stary Joe. 

Tommy (Thomas Wyass) 

 

Masz  jakieś  pytania?  Wątpliwości?  Zwiększenie  wpływów  cudzoziemców.  Premier  Joe 

Walthey. Dred atakuje. – Peter czytał dalej: 

 

3a  dworcu  zabrania  się:  palenia,  krzyków,  używania  brzydkich  wyrazów, 

łuskania orzechów, żucia gumy. Dziękuję za uwagę. 

Tommy. 

 

Peter  poczuł  nieodpartą  ochotę,  aby  żuć  gumę,  palić  i  wykrzykiwać  głośno  brzydkie 

wyrazy. Wszedł do drewnianej budki telefonicznej, gdzie mógł sobie do woli wyobrażać, że 

robi to wszystko i jeszcze więcej. Zastanawiał się, gdzie spędzić noc. W Port Geny? Znowu w 

lesie? W Ameryce nikt go nie nauczył, jak człowiek ma sobie radzić w takiej sytuacji. Nawet 

w wojsku. Tam uczyli go tylko, jak ma sobie radzić jako żołnierz. 

Ostatecznie  postanowił  zadzwonić  do  Jane,  wbrew  wcześniejszemu  postanowieniu,  aby 

trzymać ją z dala od tego wszystkiego. Najpierw telefonował do jej znajomych w Coastown. 

Powiedzieli mu, że się wyprowadziła. Wróciła do hotelu. A niech to jasny szlag. Zadzwonił 

do Turtle Bay. Numer dziewięćdziesiąt. „Plantation Inn”. Telefonista. 

– Proszę domek numer czternaście... Jane, to ja, Peter. Cały dzień wydzwaniam do ciebie 

w Coastown. 

– Och, Peter! Gdzie jesteś? 

Zamilkł na krótką chwilę. 

–  Chcę,  żebyś  wyjechała  do  Stanów  –  powiedział  wreszcie.  –  Zorientuj  się,  czy 

Westerhuis może cię wcisnąć na jakiś jutrzejszy lot... Jane? 

– Do diabła, Macdonald! Powiedz mi, gdzie jesteś. I uspokój się. 

Peter  uśmiechnął  się.  To  była  cała  Jane.  Przestał  histeryzować  i  opowiedział  jej,  gdzie 

spędził  dzień.  Powiedział  także,  co  według  niego  powinni  teraz  zrobić,  a  czego  nie.  Kiedy 

tylko skończył, Jane natychmiast przypomniała sobie o jasnowłosym Angliku. 

– Peter, on tu był. 

Krótkie, proste zdanie. „On tu był”. 

– Widziałam go dziś po południu. Wydaje mi się... że to był on. Blondyn, mniej więcej 

metr osiemdziesiąt pięć... 

Peter przerwał jej. Nagle znów przejął komendę, jakby znalazł się na polu walki. Wydał 

niezbędne rozkazy: 

– Natychmiast zamknij i zarygluj wszystkie drzwi i okna. 

– Wszystko już pozamykane. Przyjedź tu i spróbuj się do mnie dostać. 

background image

Peter ujrzał w myślach ich pokój i cały domek. Usiłował wyobrazić sobie, w jaki sposób 

starałby się go zaatakować. I obronić. 

– To świetnie, doskonałe. Pogaś wszystkie światła. Natychmiast, dobrze? 

– Dobrze, dobrze. 

Usłyszał,  że  odłożyła  słuchawkę  na  bok.  On  znów  tam  jest,  pomyślał.  Zupełnie  jakby 

miał coś w rodzaju immunitetu dyplomatycznego. Albo przynamniej żelazne jaja. 

Nagle  przez  mgnienie  oka  ponownie  zobaczył  wysokiego  blondyna  nad  Turtle  Bay,  tak 

jak wtedy, cztery dni wcześniej. Wyglądał tak, jakby to miejsce było jego własnością. Jakby 

należał do niego cały ten cholerny świat. 

Jane znów podeszła do telefonu. Nagle zaczęła mówić szeptem. 

– Ciemno tu jak w mysiej dziurze. Widzę jakąś parę, spacerującą po plaży. Och, Peter, to 

wszystko jest takie straszne. Wprost nie mogę uwierzyć, że dzieje się naprawdę. 

– Trzymaj się – powiedział Peter. – Już do ciebie jadę. 

 

Turtle Bay, San Dominica 

 

Jane usłyszała dziwny dźwięk, dochodzący sprzed domku. 

Łup, łup... łup, łup, łup. 

Nagle  zapadła  cisza.  Jane  stała  nieruchomo  w  ciemnej  sypialni.  Wstrzymała  oddech  i 

starała się zidentyfikować hałasy. 

Rajskie  jabłka  –  domyśliła  się.  Rajskie  jabłka  spadały  z  drzewa  na  dach  bungalowu. 

Zrozumiała, że jest zupełnie roztrzęsiona. Opanuj się, pomyślała. Weź się w garść. 

Dotknęła dłonią ściany.  Przyłożyła do niej policzek. Zaczęła przesuwać się wzdłuż niej, 

dotykając  palcami  niedbale  położonej  tapety.  Zmarszczki.  Pęcherzyki  powietrza.  A  potem 

koniec ściany, futryna, chropowaty kafelek łazienki. 

Opłukała  twarz  pod  kranem.  Zachlapała  się.  Napiła  się  zalatującej  rdzą  wody.  Potem 

opuściła  deskę  i  usiadła  na  sedesie.  Wyjęła  z  kieszonki  papierosa.  Spojrzała  pod  nogi  i 

dostrzegła  ciemny  kształt  książki,  leżącej  na  podłodze.  Wszyscy  ludzie  prezydenta.  Jej 

łazienkowa lektura. 

Myśląc  o  Peterze  i  o  całej  sytuacji  wypaliła  trzy  papierosy.  Znowu  usłyszała  cichy 

dźwięk... 

Teraz jakieś owady obijały się o szybę. Uff! Jakby dostała cios w żołądek. Stwierdziła, że 

lepiej przejść do pokoju, stamtąd przynajmniej będzie mogła wyglądać przez okno. 

Za dużym oknem od frontu świat wyglądał jak na czarno-białym filmie. Na opustoszałej 

plaży nie było już pary spacerowiczów. Przezroczyste, postrzępione chmurki przesuwały się 

background image

na  tle  okrągłego  księżyca.  Biała  linia  piany  morskiej  tuż  przy  brzegu  wyglądała  jak  z  bitej 

śmietany. 

Wszystko było w porządku, dopóki nie zadzwonił Peter... 

Wielu  facetów  gapiło  się  na  nią  w  hotelu.  Także  wysocy  blondyni.  Niektórzy  z  nich 

mogli uchodzić za Anglików... 

Ładna dziewczyna z Południowej Dakoty, pomyślała. Jej chłopak przypadkowo staje się 

świadkiem  morderstwa.  Jedno  spojrzenie!  Krótsze  niż  dziesięć  sekund!  To  przypomina  film 

Hitchcocka,  okrutny  i  makabryczny,  ale  ze  szczęśliwym  zakończeniem.  Ingrid  Bergman  i 

Cary Grant stukają się kieliszkami pełnymi szampana, potem długi pocałunek. 

Znów  pomyślała  o  wysokim,  jasnowłosym  Angliku.  Nie  potrafiła  powstrzymać  drżenia 

rąk. Idiotyczne. Siedział samotnie na tarasie i coś popijał. Był przystojny i poważny. Ładnie 

opalony. Miał ciemne, wąskie okulary, co skojarzyło się jej z Klubem Śródziemnomorskim. 

Wydało się jej, że patrzy na nią, gdy tłumaczyła małej dziewczynce, jak pozbyć się wody 

z ucha. 

– Najpierw musisz poskakać na jednej nodze, zobacz, o, właśnie tak, a teraz puknij się w 

bok głowy. Ale porządnie... 

Była  pewna,  że  blondyn  ją  śledził.  To  znaczy  obserwował.  Przynajmniej  takie  sprawiał 

wrażenie... 

Jane  spojrzała  na  zegarek.  Czerwone  cyferki  świeciły  w  ciemnej  sypialni.  Dziesiąta 

czterdzieści trzy. Peter dzwonił godzinę i dziesięć minut temu. Zwykle jazda z Coastown nie 

trwa więcej niż godzinę. Z Trelawney może pięć minut dłużej. 

Stojąc przy oknie sypialni znów usłyszała spadające na dach rajskie jabłka. 

A potem kroki. 

Zza  drzwi  dobiegł  głos  młodej  kobiety,  wołającej  ją  po  imieniu...  Jedno  z  żaluzjowych, 

drewnianych okien rozwalono jakimś potężnym, ostrym narzędziem, podobnym do siekiery. 

 

background image

7 maja 1979, poniedziałek 
Masakra w Elizabeth’s Fancy 

 

ROZDZIAŁ 18 

 

Planowanie  jest  zwykle  bardzo  emocjonujące.  Podobnie  jak  zbliżanie 

się  do  finału.  Ale  kulminacja,  ostateczna  wielka  zbrodnia,  często  bywa 

rozczarowaniem. Rzecz jasna, nie dla ofiar. 

Z pamiętnika Rose’ów 

7 maja 1979, Mandeville, San Dominica 

 

Poniedziałek rano. Siódmy dzień spod znaku maczety 

 

Siódmego dnia o czwartej nad ranem Jane otworzyła oczy. 

Z początku nic nie widziała. Potem dostrzegła cień człowieka, siedzącego obok jej łóżka. 

A jeszcze później pojawiły się jakieś dziwne obrazy. Biegnący z maczetami ludzie. Wysoka 

kobieta, przemawiająca do Jane tak słodko, jakby była jej najlepszą przyjaciółką. 

Gdy Jane zaczęła krzyczeć, ktoś włączył nocną lampkę. Metalową lampkę, zawieszoną na 

ścianie. Człowiekiem, który pod nią siedział, był szef policji. W ustach trzymał małą czarną 

fajeczkę. Na koszuli z krótkimi rękawami nosił pas podtrzymujący kaburę z pistoletem. 

– Ciii... Jest pani w szpitalu w Mandeville – szepnął. – Nic się pani nie stało. Teraz już 

wszystko będzie dobrze. – Czarnoskóry policjant uśmiechnął się i puścił do niej oko, a potem 

zgasił światło. 

Leżącą w ciemnościach Jane wstrząsnęły dreszcze. Zaczęła szczękać zębami i rozpłakała 

się. Myślała o Peterze. Zapragnęła się do niego przytulić. Bardzo mocno przytulić. 

– Co się dzieje? 

Nie była pewna, czy powiedziała to na głos, czy tylko pomyślała. Znowu zaczęła drżeć. 

Płakała i obejmowała się ramionami. To wszystko było takie straszne. 

Potem zapadła w sen. 

background image

We  śnie  przyszli  do  niej  do  szpitala.  Dwóch  Murzynów.  Wysoki  blondyn  w  ciemnych 

okularach.  Młoda  kobieta.  Wrzeszczeli  na  nią,  żeby  im  powiedziała,  gdzie  jest  Peter.  „Nie 

wiem! Nie wiem! Nie róbcie mi krzywdy!” 

Tęgawy szef policji uśmiechnął się do niej. Położył wskazujący palec na ustach. Cybuch 

jego fajki rozżarzył się czerwono. 

– Ciii. Ciii. Teraz już nikt nie zrobi pani krzywdy – powiedział doktor Johnson. 

A przecież właśnie rozpoczynał się najstraszliwszy dzień pod znakiem maczety. 

 

Cape John, San Dominica 

 

Poniedziałek po południu 

 

Mewa krążyła mu nad głową jak biały latawiec na wietrze. 

Leżąc  w  upalnych  promieniach  słońca,  Damian  czuł,  jak  spływa  na  niego  cudowny 

spokój. Dla Carrie i dla niego nadeszła właśnie godzina próby Ostateczne uderzenie. 

Ech, nie ma to jak leżeć sobie na słoneczku i myśleć o świetlanej przyszłości. Czuł, jak 

słona  woda  wysycha  mu  na  twarzy  i  nogach.  Pałace  słońce  przypiekło  go  na  czerwono. 

Wyglądał z tym dość zabawnie. 

Chyba  już  po  raz  pięćsetny  powtarzał  sobie  szczegóły  scenariusza  finałowego 

przedstawienia. 

Masakra. 

Ucieczka Carrie, a potem jego. 

Tym razem nie przejdzie taki numer jak z Nickiem Handy. Żadnych spotkań z Brooksem 

Campbellem  czy  z  Haroldem  Hillem  w  ciemnych,  pustych  zaułkach.  Jedyne,  co  mu  zostało 

do  zrobienia,  to  podsunąć  ostatni  tłusty  kąsek  Great  Western  Air  Transport.  Coś,  na  co 

połaszczy się Król Szczurów Brooks Campbell. 

Potem już ostatni szczegół finałowej rozgrywki – pojawienie się na scenie przebiegłego 

płatnego zabójcy, Clive’a Lawsona. 

A potem z powrotem do domu, do domu, tra-la-la... 

 

 

 

background image

Mandeville, San Dominica 

 

O pierwszej po południu człowiek w sportowej marynarce i białym kapeluszu zaczerpnął 

głęboko powietrza i podszedł do starszej kobiety w czepku z czerwonym krzyżem, siedzącej 

za ladą recepcji na parterze szpitala w Mandeville. 

– Nazywam się Maks Westerhuis – oznajmił oficjalnym, ale zniecierpliwionym tonem. – 

Powiedziano  mi,  że  mam  się  tu  zgłosić,  aby  uzyskać  pozwolenie  na  odwiedziny  u  panny 

Cooke. 

Niemłoda  pielęgniarka  sięgnęła  do  szuflady.  Wyjęła  z  niej  czystą  plakietkę.  Sprawdziła 

listę  osób,  którym  wolno  było  odwiedzać  pacjentów,  wypisaną  na  kilku  kartkach  papieru, 

przypiętych  pod  ladą.  Do  pani  Cooke,  leżącej  w  pokoju  dwieście  sześć,  wstęp  miał  tylko 

jeden człowiek. 

Pielęgniarka  wypisała  plakietkę  na  nazwisko  Maksymiliana  Westerhuisa,  dyrektora 

hotelu „Plantation Inn”. 

Gdy  policjant  pilnujący  pokoju  dwieście  sześć  otworzył  przed  nim  drzwi,  mężczyzna 

położył palec na ustach. 

– Panno Cooke – odezwał się takim samym tonem jak do recepcjonistki. 

– Peter – wyszeptała Jane, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi. 

Była  blada  i  solidnie  poturbowana.  Bandaże  spowijały  jej  szyję  i  ramiona,  nad  łóżkiem 

wisiała  kroplówka.  Peter  podszedł  do  niej  i  objęli  się  czule,  mówiąc  słowa,  które  bali  się 

powiedzieć dużo, dużo wcześniej. 

Gdy wreszcie Peter odsunął się trochę, Jane opowiedziała mu o ludziach, którzy przyszli 

do ich domku na terenie hotelu. O tym, jak usiłowali zmusić ją do wyjawienia miejsca jego 

pobytu. Peter z kolei opowiedział jej o swojej niespodziewanej wizycie u Brooksa Campbella, 

o mafijnym tropie i spodziewanym wielkim wybuchu, który miał niedługo nastąpić. 

– No i co teraz zrobimy? – chciała wiedzieć Jane. 

–  Przede  wszystkim  muszę  cię  zabrać  z  tego  szpitala.  Mamy  tu  do  czynienia  z  czarną 

wersją niezdarnych policjantów ze slapstickowej komedii. Zwróć uwagę, z jaką łatwością się 

do ciebie dostałem. 

– Peter, gdyby oni zamierzali mnie zabić, to przecież mogli to zrobić wczoraj, kiedy mieli 

mnie w rękach. Im chodziło tylko o ciebie. 

– To się nie trzyma kupy. Widziałaś wczoraj ich twarze, więc na pewno będą chcieli cię 

zabić. Cholera, nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. 

Usiadł na brzegu szpitalnego łóżka i opuścił bezradnie ramiona. Czuł, że sztywnieją mu 

mięśnie karku. 

– Peter, czy widziałeś tamtego dnia coś więcej poza tym blondynem? 

–  Nie  wiem.  Chyba  nie...  Wpadłem  na  pewien  pomysł  –  powiedział  w  końcu  Peter.  – 

Musimy  oboje  wydostać  się  z  San  Dominiki.  Chciałbym  spróbować  coś  zrobić  w 

background image

Waszyngtonie.  –  Popatrzył  na  Jane.  –  Spotkamy  się  tam?  Za  dzień,  może  za  dwa.  Jest  tam 

taki hotel, nazywa się „Hay-Adams”. Zaraz naprzeciwko Białego Domu. 

Jane uśmiechnęła się po raz pierwszy tego popołudnia. 

– Dobrze. Pójdziemy z tym na samą górę. Nie może nas spotkać nic gorszego niż ciebie 

w ambasadzie, prawda? – Pocałowała go i oparła głowę na jego ramieniu. – Mój najdroższy 

Maks. 

– Ktoś może nas podsłuchać. Niewykluczone, że trafi się jakiś normalny człowiek w tym 

bałaganie. 

Jane znowu się uśmiechnęła. 

– Maksymilian Westerhuis! O rany, Peter! 

Zaczęli  chichotać,  uciszając  się  nawzajem,  żeby  przypadkiem  nie  sprowokować  wejścia 

strażnika.  Potem  znów  objęli  się  mocno,  pieczętując  umowę  dotyczącą  spotkania  w 

Waszyngtonie najdalej w środę. Peter wyszedł ze szpitala tą samą drogą, którą wszedł. 

To było proste, zdecydowanie zbyt proste. 

 

Coastown, San Dominica 

 

W  tym  samym  czasie  Carrie  siedziała  w  swoim  apartamencie  w  hotelu  „Princess”  przy 

szeroko  otwartych  drzwiach  balkonowych.  Do  środka  wpadał  słoneczny  blask  i  lekki, 

przyjemny wiaterek znad morza. Zapach kwiatów docierał do pokoju z położonego dwa piętra 

niżej ogródka. 

Carrie  wpatrywała  się  w  bladą  twarz  spoglądającą  na  nią  z  lustra  toaletki.  Z 

zadowoleniem stwierdziła, że wygląda odpowiednio do czekającego ją zadania. Lekki wyraz 

rozbawienia. Niesforne, naturalnie się układające włosy. Doskonale dopracowane szczegóły, 

od góry aż do srebrzystych pantofelków. 

Zerknęła  na  zegarek.  Jeżeli  wszystko  pójdzie  dobrze,  za  sześć  godzin  będzie  w 

Waszyngtonie.  Jedyne,  co  musiała  zrobić,  to  przemknąć  się  niepostrzeżenie  przed  samym 

nosem policji, CIA oraz połową armii San Dominiki. 

Punktualnie o trzynastej trzydzieści, po trzykrotnym odpukaniu w niemalowane drewno, 

Carrie  Rose  wyruszyła  do  portu  lotniczego  imienia  Roberta  Kennedy’ego.  Wchodząc  do 

terminalu  stwierdziła,  że  czas  poświęcony  pracy  nad  wyglądem  nie  poszedł  na  marne.  Nie 

było się czym przejmować. Wyglądała dokładnie tak, jak inne kobiety na lotnisku. 

Godzinę później Carrie Rose opuściła Karaiby na pokładzie samolotu linii Pan Am. 

O  piętnastej,  wysłuchawszy  w  skrzeczącym  tranzystorze  wiadomości  z  Puerto  Rico, 

Damian zaczął się ubierać. Włożył białą bawełnianą koszulę, biały kapelusz i ciemne okulary. 

background image

O  piętnastej  dziesięć  wszedł  do  zapyziałej  knajpki  na  wolnym  powietrzu,  położonej  na 

podpartym cienkimi palami podeście, ciągnącym się wzdłuż plaży w Cape John. 

Zadzwonił stamtąd do ambasady amerykańskiej. 

Centrala. 

Sekretarz. 

Proszę czekać. 

Trzecia siedemnaście. 

Trzecia dwadzieścia jeden. Zaczynał się dobrze bawić. 

W końcu usłyszał: 

– Dzień dobry, mówi Campbell. 

– Słuchaj uważnie i nie waż się odezwać, dopóki nie skończę. Za pięćdziesiąt pięć minut, 

dokładnie  o  szesnastej  piętnaście,  pułkownik  Dred  dokona  swojego  pierwszego  aktu 

przemocy na wielką skałę. To będzie ostatnia odsłona, zaplanowana specjalnie dla ciebie... 

– Rose...! 

– Zamknij mordę! Spodziewamy się, że po tym wszystkim będziesz próbował zatrzymać 

nas  na  San  Dominice.  Jeśli  tak  się  stanie,  zabiję  cię.  Masz  to  jak  w  banku.  To  za  Nickiego 

Handy, palancie. 

– Rose... 

Trzask odkładanej słuchawki. 

–  Niech  cię  cholera,  przestań  się  wygłupiać!  –  wrzasnął  Brooks  Campbell  do 

przerywanego sygnału w słuchawce. 

Krótko po rozmowie z Damianem skontaktował się z Haroldem Hillem w Waszyngtonie. 

– Za chwilę rozpęta się tu prawdziwe piekło. Potrzebuję wsparcia. Ale i tak postaram się 

ich dorwać. 

– Lepiej, żeby ci się udało. Mówię poważnie – odparł Harry Łamignat. 

Trzask odkładanej słuchawki. 

O  siedemnastej  trzydzieści  zdesperowany  Peter  Macdonald  zadzwonił  do  Campbella  do 

ambasady. Ktoś z amerykańskiego personelu poinformował  go bardzo oficjalnym tonem, że 

pan  Campbell  wyszedł  i  dziś  już  go  nie  będzie.  Ponadto  usłyszał  zalecenie  dla  wszystkich 

Amerykanów na wyspie, aby nie wychodzili z domów. 

Zbliżała się masakra. 

Trzask odkładanej słuchawki. 

 

 

background image

Elizabeth’s Fancy, San Dominika 

 

Droga prowadziła do zrekonstruowanej dziewiętnastowiecznej plantacji trzciny cukrowej 

Elizabeth’s Fancy. Gdy o szesnastej skansen zamykano, droga prowadziła donikąd. 

Ostatni autobus zabrał właśnie ostatnich turystów z powrotem do ich hoteli. Wraz z nimi 

jechali: kasjerka sprzedająca bilety wstępu, czterdziestodwuletni barman z Liverpoolu – szef 

interesu i trzej ochroniarze z agencji Tanner Men. 

Autobus był starym czerwono-czarnym piętrusem, wyprodukowanym w zakładach Rolls-

Royce’a  w  pięćdziesiątym  trzecim  roku.  Ten  typ  pojazdu  przezywano  Grasshopper  –  konik 

polny. 

Rozwijał  maksymalną  prędkość  siedemdziesięciu  kilometrów  na  godzinę  i  miał 

niezależne  zawieszenie.  Wydawało  się,  że  cały  podskakuje  na  wyboistej  drodze.  Górny 

pomost  był  wyższy  od  tropikalnych  zarośli,  więc  można  go  było  zauważyć  z  odległości  co 

najmniej ośmiu kilometrów. 

Ale teraz autobus obserwowano z odległości nie większej niż cztery kilometry. 

Trzej  czarnoskórzy  mężczyźni  czekali  na  poboczu  drogi.  Wszyscy  byli  wyposażeni  w 

mordercze karabiny szturmowe M-16 wyprodukowane w Detroit, w stanie Michigan. Za ich 

plecami  stała  grupa  kilkunastoletnich  chłopaków.  Każdy  z  nich  trzymał  w  dłoni  ostrą 

maczetę. 

– Jaka jest różnica między M-16 a starymi M-14? – spytał pułkownik Dred Afrykanina. 

Kingfish  Toone  nie  spuszczał  wzroku  z  drogi.  Stojący  obok  niego  Kubańczyk  grzebał 

piętą  w  ziemi  jak  narowisty  koń.  Nie  mógł  się  już  doczekać  chwili,  kiedy  będzie  mógł 

wreszcie zastrzelić Dreda. 

– Niebo a ziemia – odpowiedział wreszcie Afrykańczyk. – Siła rażenia M-16 trzykrotnie 

przewyższa  każdy  konwencjonalny  karabin.  Jedną  kulą  można  przestrzelić  pięciu  ludzi 

ustawionych jeden za drugim. 

Najemnik wyciągnął z kieszonki na piersi srebrzysty nabój i ujął go w dwa grube, czarne 

jak smoła palce. 

–  Jeszcze  jedna  zabawka.  Pewnie  wymyślili  ją  Amerykanie.  Nabój  jest  cały  pokryty 

plastikiem. Nie można go wykryć promieniami Roentgena. Prawdziwie diabelski wynalazek. 

Prawda, panie pułkowniku? 

–  Ile  kosztuje?  –  spytał  znów  partyzant.  –  Karabin,  nie  kula.  Rzeczywiście  diabelski 

wynalazek. 

– Nie orientuję się w cenach – wzruszył ramionami Toone. – Pewnie z pięćset za sztukę. 

–  Fiu,  fiu  –  Dred  uśmiechnął  się  z  podziwem.  Poszedł  po  raz  ostatni  rzucić  okiem  na 

swoich żołnierzy. 

background image

W  głębi  jego  duszy  rosło  przekonanie,  że  za  kilka  godzin  będzie  kimś  ważniejszym  od 

Che, a może nawet od samego Fidela Castro. Kimś w rodzaju czarnego Arafata, który zamiast 

na ropę naftową, nałoży blokadę na słońce... 

 

Kierowca autobusu, czterdziestodziewięcioletni Franklin James, czuł się dziś fatalnie. Był 

mokry  od  potu  i  cały  obolały;  dzikie  podrygi  zabytkowego  pojazdu  na  wyboistej  drodze 

przenosiły się na jego nadgarstki poprzez kierownicę i dźwignię zmiany biegów. 

–  No  i  co  z  tego?  –  mówił  sobie  James.  –  W  końcu  prowadzenie  tego  pokracznego 

autobusu  to  nie  najgorszy  sposób  zarabiania  pieniędzy.  Nie  muszę  się  przemęczać  jak  byle 

czarnuch. To prawda, nie muszę się przemęczać. 

Pomyślał, że mógłby uatrakcyjnić nudny dzień pracy i zrobić coś naprawdę niezwykłego: 

na  rozwidleniu  dróg  skręcić  nie  jak  zawsze  w  prawo,  tylko  w  lewo.  Zamiast,  jak  co  dzień, 

jechać drogą, wybrać bardziej malowniczą trasę, przez stare pola trzciny cukrowej. 

Popatrzył  w  lusterko.  Widział  za  sobą  słomiane plażowe  kapelusze  i  zaczerwienione  od 

słońca twarze. Jakaś niebrzydka dziewczyna bawiła się ramiączkami stanika kostiumu. Kilka 

miejsc było wolnych. 

Na skrzyżowaniu skręcił w lewo. Gdy tylko pokonał zakręt, zobaczył za  sobą czerwoną 

twarz szefa Elizabeth’s Fancy, który aż podskoczył na swoim siedzeniu. 

– Którędy jedziesz, bałwanie! Natychmiast wracaj na drogę, czarnuchu! 

Franklin  James  spełnił  polecenie  ze  służalczym  uśmiechem.  Pewnie,  to  nie  najgorsza 

robota, nie warto jej tracić. 

 

Większość  ludzi  Dreda  leżała  na  ziemi,  dwadzieścia  do  czterdziestu  metrów  od  drogi. 

Kilku silniejszych młodzieńców wspięło się na palmy kokosowe. Pułkownik Dred nie zwracał 

na nich uwagi. Przypatrywał się pilnie potężnemu Afrykaninowi i Kubańczykowi. 

Jeden z ludzi siedzących na drzewie krzyknął, rzucając z góry niedopałek papierosa: 

– Będą tu za jakąś minutę! 

„Monkey” Dred odwrócił się i dał ręką znak reszcie swoich ludzi. Po obu stronach drogi 

rozległy się odgłosy repetowania karabinów. 

Dred  przyłożył  kolbę  M-16  do  policzka.  Wycelował  bardzo  dokładnie  i  dwukrotnie 

nacisnął spust. 

Górna  połowa  głowy  Kubańczyka  rozprysła  się  jak  granat.  W  promieniu  piętnastu 

metrów trawa była zbryzgana krwią. Kingfish Toone z rozkrzyżowanymi ramionami upadł na 

twarz. W jego koszuli ziała na plecach czarna dziura. 

– To wredne czarnuchy! – krzyknął Dred do żołnierza na drzewie. – No wiesz, rozbijają 

się cadillacami, używają perfum i w ogóle... 

Nie  wspomniał,  że  egzekucja  została  sowicie  opłacona  przez  Damiana  Rose’a.  Dred 

otrzymał za nią dwa dodatkowe, bezcenne działka. 

background image

Czerwień  błysnęła  pomiędzy  zielonymi  zaroślami  dżungli.  Pułkownik  Dred  zobaczył 

górną część autobusu. Słońce odbijało się od czerwonego dachu. Kilka ptaków zerwało się do 

lotu spomiędzy drzew. Wszystkie okna autobusu były szeroko otwarte. Amerykanie, Niemcy, 

Anglicy i turyści z RPA leniwie oglądali widoki, przesuwające się obok nich. 

To dżungla, prawdziwa dżungla. 

–  Hej,  ślicznotki!  –  krzyknął  Dred  do  ptaków  siedzących  w  koronach  drzew.  Nagle 

uwolniona adrenalina sprawiła, że poczuł się jak rastafariański superman. A raczej jego żywe, 

rozgadane zaprzeczenie. 

Rozklekotany piętrus wychynął zza zakrętu niecałe sto metrów od zasadzki. Jechał prosto 

na nich w tunelu kokosowych palm. 

Partyzanci  zaczęli  gadać  jeden  przez  drugiego.  Wznosili  entuzjastyczne  okrzyki.  Paplali 

jak dzieci. Czerwony autobus majaczył jak zjawa przez rozedrgane fale gorącego powietrza. 

Wysokie trawy kładły się od podmuchu jak łan zboża na wietrze. Gałęzie drzew drapały dach 

i  boki  pojazdu.  Dred  patrzył  tak  intensywnie,  jakby  chciał  wzrokiem  zmusić  autobus  do 

zatrzymania się. 

– Robert! – zawołał. – Robert! 

Podbiegł  do  niego  drobny  partyzant  z  chorobliwie  żółtymi  oczami,  w  żółtym  berecie  w 

stylu Che Guevary. Wyglądał jak dzieciak, który dźwiga zdecydowanie za duży karabin. 

–  Podejdź  tu  bliżej,  Robert  –  powiedział  Dred.  –  A  teraz  uważaj.  Chcę,  żebyś  go 

zastrzelił. Ot tak, po prostu. Jakby czerwony autobus był nacierającym słoniem. 

 

Franklin James dostrzegł przed sobą młodą kobietę z chłopcem. Oboje byli bosi, ubrani w 

wypłowiałe łachmany. Stali na środku drogi i machali zawzięcie. James zaklął pod nosem, ale 

nacisnął hamulec. Zredukował bieg i zanim autobus całkiem stanął, otworzył przednie drzwi. 

– O co chodzi, kobieto? – zapytał nie kryjąc złości. 

– Podrzuci nas pan do głównej drogi? – spytała kobieta. – Syn jest ciężko chory, proszę 

pana. 

Twarz kierowcy wykrzywiła się w bolesnym grymasie boleści. 

– Kobieto, nie mogę zabierać byle kogo! Wiozę turystów z plantacji. 

– Mój synek jest chory! – krzyknęła znowu kobieta. 

I wtedy padł strzał. Połowa przedniej szyby wpadła do środka autobusu. 

Franklin James opuścił nogę na pedał gazu. Grasshopper szarpnął i wyrwał do przodu. 

Po obu stronach drogi odezwały się M-16. 

Niecałe  trzydzieści  metrów  od  kryjówki  partyzantów  niezgrabny,  wysoki  autobus 

podskoczył na większym wyboju. Zarzuciło go na środek drogi. Przez chwilę zdawało się, że 

koła po lewej stronie nie dotykają podłoża, a potem pojazd skręcił ostro w prawo. 

Franklin  James  był  martwy.  Kiwał  się  w  przód  i  w  tył  nad  kierownicą.  Pasażerowie 

pospadali  z  miejsc.  Jak  ogromna  kosiarka  autobus  przetoczył  się  przez  wysokie  na  półtora 

background image

metra paprocie, gęste krzewy i mniejsze drzewa. Wreszcie samym środkiem maski uderzył w 

wielką palmę. Pień drzewa rozorał silnik, kabinę kierowcy i miażdżąc pasażerów z przednich 

siedzeń, zatrzymał się dopiero na osi. Grasshopper znieruchomiał. 

W burcie autobusu po strome, gdzie ukryła się grupa uderzeniowa, zaczęło się pojawiać 

coraz więcej przestrzelin. Na górnym podeście ochroniarze próbowali odpowiedzieć ogniem. 

Kilka  razy  udało  im  się  strzelić  między  drzewa,  skąd  ludzie  Dreda  systematycznie 

rozstrzeliwali autobus. 

W  oknach  widać  było  głowy  martwych  pasażerów.  Z  rozbitego  silnika  wydobywały  się 

kłęby  czarnego,  gęstego  dymu.  Kilkoro  ludzi  wyskoczyło  przez  okna  po  drugiej  stronie. 

Próbowali uciekać, ale dosięgły ich kule. Mały jasnowłosy  chłopiec  w czerwonych szortach 

leżał  nieruchomo  w  trawie.  Starszy  mężczyzna  padł  obok  przedniego  koła.  Śliczna, 

dwunastoletnia  dziewczynka  z  Surrey  biegła  tak  szybko  jak  wyścigowe  konie  na  farmie  jej 

ojca. Tylko ona przeżyła. 

Prawie dziesięć minut słychać było ze środka autobusu przeraźliwe wrzaski czterdziestu 

schwytanych  w  pułapkę  ludzi.  Potem  zapadła  cisza,  przerywana  tylko  coraz  rzadszymi 

strzałami z M-16. 

Pułkownik Dred z Robertem, strzelcem wyborowym, podeszli do autobusu. Zapanowała 

martwa  cisza.  Po  chwili  znów  odezwały  się  papugi  w  koronach  drzew.  W  dłoni  małego 

snajpera pojawił się pistolet. 

Znikli  we  wnętrzu  autobusu,  skąd  po  chwili  dobiegł  huk  kolejnych  wystrzałów.  Ktoś 

krzyknął rozdzierająco. Jeszcze jeden stłumiony strzał. 

Oprawcy  wyszli  z  autobusu.  Dred  skinął  na  czterech  chłopców,  stojących  przy  drodze. 

Wyglądali  przerażająco.  Wszyscy  mieli  w  dłoniach  błyszczące  maczety  z  czerwonymi 

chustkami, owiniętymi wokół rękojeści. 

Pozostali bojownicy powoli podnosili się z trawy. Niektórzy z nich palili marihuanę, inni 

zwykłe papierosy lub tanie cygara. Kilku podeszło do autobusu, aby nacieszyć się widokiem. 

Tylko Dred zauważył szarozielony cień, przemykający się w zaroślach po drugiej stronie 

autobusu.  Rozpoznał  twarz  Damiana  Rose’a,  która  na  mgnienie  oka  pojawiła  się  wśród 

zieleni. Zdążył dostrzec, że twarz jaśniała uśmiechem. 

– Jezu, Rose! – wykrzyknął partyzant, bo nagle zdał sobie sprawę z tego, co stanie się za 

chwilę. Rzucił się do ucieczki. 

Kula  przebiła  mu  tył  głowy  i  wyszła  z  drugiej  strony  w  miejscu,  gdzie  znajdowały  się 

usta i nos. Przez ułamek sekundy Dred czuł się tak, jakby jego wargi i oczy zajęły się żywym 

ogniem. Potem ziemia wybiegła mu na spotkanie i wszystko nagle skryło się w ciemnościach. 

Spadał w czarną otchłań bez dna, słysząc gasnące echo swego własnego krzyku: 

– Rooooose... 

 

background image

O  szóstej  wieczorem  o  tych  wydarzeniach  został  poinformowany  prezydent  Stanów 

Zjednoczonych. 

W  Gabinecie  Owalnym  Białego  Domu  zasiadło  wraz  z  nim  pięciu  członków  rządowej 

komisji  do  walki  z  terroryzmem:  szef  personelu,  doradca  do  spraw  bezpieczeństwa 

narodowego, rzecznik prasowy, sekretarz obrony i dyrektor CIA. 

Dyrektor  CIA  zapoznał  przywódcę  z  najważniejszymi  faktami,  dotyczącymi  Lathrop 

Wells, rodziny Forlenza, Isadore’a Goldmana, Damiana i Carrie Rose’ów oraz San Dominiki. 

Uznał,  że  należy  niezwłocznie  wyeliminować  wykonawców  kontraktu,  Damiana  i  Carrie 

Rose’ów. Odszukać i zlikwidować. 

–  Robisz  sobie  ze  mnie  jaja  –  powiedział  prezydent  po  wysłuchaniu  całej  historii. 

Rozejrzał  się  dokoła.  Popatrzył  na  szefa  personelu,  na  rzecznika  prasowego,  na  doradcę  do 

spraw bezpieczeństwa narodowego. 

– Niech ktoś wreszcie powie, że on się wygłupia. To rozkaz. 

O  osiemnastej  trzydzieści  światowe  stacje  telewizyjne  i  rozgłośnie  radiowe  przerwały 

swoje  programy,  by  podać  informację,  że  lewacki  bojownik  z  San  Dominiki,  pułkownik 

Dassie  Dred,  został  zabity  podczas  ataku  na  autobus  wiozący  turystów,  około  trzydziestu 

pięciu kilometrów na wschód od stołecznego miasta Coastown. 

O dwudziestej Carrie dotarła do Waszyngtonu. 

Teraz miała się zacząć prawdziwa zabawa. 

 

background image

Część druga 

Perfekcyjna ucieczka 

background image

8 maja 1979, czwartek 
Zatoka Świń II 

 

ROZDZIAŁ 19 

 

Spierałam  się  gwałtownie  z  Damianem  w  sprawie  ucieczki.  Z  mojego 

punktu  widzenia  powinniśmy  natychmiast  opuścić  Karaiby.  Według 

Damiana  operację  trzeba  było  zakończyć  zgodnie  z  planem.  3ależało 

odpowiednio zająć się Campbellem i Hillem, skutecznie powstrzymać ich od 

próby pościgu. Kluczową rolę miał w tym odegrać Macdonald. Prócz tego 

Damian wpadł na pomysł, co należało zrobić w Waszyngtonie. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

8 maja 1979, Fairfax Station, Wirginia 

 

Wtorek rano. Ósmy dzień spod znaku maczety 

 

Nazajutrz  rano  po  masakrze  w  Elizabeth’s  Fancy,  czternastoletni  Mark  Hill  wziął 

prysznic,  uczesał  bujne  jasne  włosy,  włożył  świeżo  uprany  dres  z  emblematem  drużyny 

Washington  Redskins  i  dżinsy  z  rozszerzanymi  nogawkami.  Popatrzył  w  lustro,  gestem 

pokazał sam sobie, że wygląda „odpowiednio” i zabawnie wytrzeszczył oczy. Słyszał, jak na 

dole  matka  przygotowuje  śniadanie.  Zapach  smażonego  bekonu  dotarł  aż  do  jego  pokoju. 

Mark serdecznie nie znosił bekonu, a także świeżo parzonej kawy. 

Szybko wyszorował zęby, wypłukał usta miętowym płynem i zbiegł na dół przeskakując 

po trzy stopnie naraz. Swobodnym krokiem wmaszerował do kuchni, naśladując bezwiednie 

znanego zawodowego futbolistę, Billa Kilmera. 

Słoneczny blask wpadał przez otwarte kuchenne drzwi i okna z żółtymi firankami. Koło 

zlewu,  po  obu  stronach  matki,  stało  dwoje  ludzi,  mężczyzna  i  kobieta  w  białych  maskach 

terrorystów. Każde z nich trzymało w dłoni rewolwer z długą lufą. 

background image

– Rób dokładnie to, co ci każą – powiedziała matka spokojnym głosem. 

Chłopak zdziwił się, że wykazywała tyle opanowania i odwagi. 

Carrie Rose popatrzyła na niego przez wąską szczelinę w masce. 

–  Właśnie,  Mark.  Nie  chcemy  nikogo  skrzywdzić.  Usiądź  przy  stole.  Mama  zrobi  ci 

śniadanie. 

Chłopiec usiadł, nie spuszczając wzroku z terrorystów. 

Carole  Hill  ostrożnie  i  bardzo  powoli  podeszła  do  kuchenki.  Ręce  jej  drżały,  kiedy 

widelcem przewracała smażący się bekon na drugą stronę. Tłuszcz prysnął na fartuszek i na 

twarz. 

– Zaraz powinien wrócić mój mąż – powiedziała rzeczowo. – On właśnie... 

Carrie uśmiechnęła się pod maską. 

–  Carole  Ann,  pani  mąż  wyjechał  z  kraju.  Proszę  się  uspokoić.  Niech  pani  zajmie  się 

śniadaniem. Wygląda na to, że spędzimy razem cały dzień. 

Towarzyszący  jej  mężczyzna,  nowojorski  płatny  morderca  o  nazwisku  Kruger,  usiadł 

przy stole naprzeciwko chłopca. 

– Nie zwracaj na nas uwagi, Mark – powiedział. – To ciebie nie dotyczy. 

– Skąd znacie moje imię? – zapytał chłopak. 

– Jesteśmy przyjaciółmi twojego ojca – uśmiechnęła się Carrie. 

 

background image

ROZDZIAŁ 20 

 

Oto  uczciwa  ocena  zainteresowania  CIA  Karaibami,  dokonana  przez 

pewną  dziewczynę  w  tysiąc  dziewięćset  siedemdziesiątym  piątym  roku. 

Kompletny  brak  rozeznania  w  temacie.  3ieuzasadniony,  paranoiczny  lęk 

przed  Fidelem  Castro  i/lub  Moskwą.  Paranoiczny  lęk  przed  potencjalnym 

kryzysem  w  Puerto  Rico.  Paranoiczny  lęk  przed  oddziałami  kubańskimi  w 

Afryce.  Przesadne  traktowanie  zagrożenia  ze  strony  Dassie  Dreda. 

Prawidłowa  ocena  Josepha  Waltheya,  jako  wpływowego  polityka  i 

potencjalnego  sprzymierzeńca.  Przeważnie  błędne  informacje,  dotyczące 

większości problemów. Zła praca wywiadu. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Coastown, San Dominica 

 

Tego  samego  ranka  w  Coastown  czterdziestoczteroletni  Harold  Hill  ziewnął  tak,  że  aż 

trzasnęło  mu  w  szczęce.  Mlasnął  kilkakrotnie,  zdjął  okulary  w  rogowej  oprawie  i  potarł 

grzbiet nosa dwoma palcami. Poprawił się na miękkim fotelu, stojącym przy biurku w jednym 

z gabinetów amerykańskiej ambasady. 

Rzucił  okiem  na  dane  Petera  Macdonalda  z  archiwum  wojskowego.  „Peter  Stillwell 

Macdonald.  Urodzony  w  Grand  Rapid,  stan  Michigan,  w  1950  roku.  Ojciec  –  pułkownik 

Armii  Stanów  Zjednoczonych,  matka  –  nauczycielka  matematyki  w  liceum.  Najmłodszy 

spośród sześciu braci. W latach 1969-1971 studiował w Akademii Wojskowej Armii Stanów 

Zjednoczonych.  Nie  ukończył  studiów  ze  względu  na  powołanie  na  front.  Ponadprzeciętna 

inteligencja.  Kompleks  niższości,  częściowo  spowodowany  sukcesami  odnoszonymi  przez 

braci.  Prawidłowo  adaptuje  się  w  zespole,  ale  stanowi  raczej  typ  samotnika.  Brak  bliskich 

przyjaciół.  Poddany  próbie  na  homoseksualizm  (w  1973  roku  –  pełne  badanie),  wynik: 

negatywny. Wybitne umiejętności taktyczne, ale do aktualnie prowadzonej wojny nastawiony 

ambiwalentnie. Idealny materiał na sierżanta”. 

Odłożywszy  dokument  na  bok  Hill  wrócił  do  żółtego  notatnika,  w  którym  zapisywał 

swoje  przemyślenia  na  temat  państwa  Rose.  Zajrzał  do  czarnej  teczki  z  napisem  „Tajne  – 

background image

Specjalnego  znaczenia”.  Potem  znów  do  notatnika.  Była  piąta  rano.  Hill  nie  spał  już  od 

dwudziestu trzech godzin. 

Na środku kartki widniał napis „Carrie i Damian Rose” podkreślony na czerwono. Reszta 

była zapełniona odręcznymi notatkami, wykonanymi starannym charakterem pisma. Pomysły, 

zdania, nazwiska, przypomnienia. Razem czternaście punktów. 

1. Wysoki, jasnowłosy, wyglądający na Anglika. Robił zakupy u Harrodsa. 

2. Hotel „St. Louis” w Paryżu. Nickie Handy zastrzelony w pobliskim bistro 

przez  kobietę.  Campbell  korzystał  z  usług  Handy’ego  (w  siedemdziesiątym 

drugim roku). Przypadek? 

3.  Carrie:  blondynka,  prawdopodobnie  urzekająca,  wysoka...  uważaj!  Nie 

bądź męskim szowinistą, palancie! Carrie jest równie niebezpieczna jak Damian. 

4. Mąż i żona pewnie się kłócą... na pewno się kłócą... I co z tego? 

5. Doktor Meral Johnson. Drobny cwaniak. Czy można go wykorzystać? Czy 

jest dobry? 

6.  Odszukać  już  dziś  Petera  Macdonalda.  Nakłonić  do  współpracy!  Bardzo 

użyteczny!!! 

7. Piechota morska z Ameryki. Pułkownik Fescoe. Przeszkoda! 

8.  Samoloty  szmuglujące  marihuanę  do  Nowego  Orleanu.  Zestrzeliwać? 

Zestrzeliwać. 

9.  Straż  przybrzeżna  może  zastosować  ścisłą  blokadę  wyspy.  Dokładnie 

rewidować  zwłaszcza  prywatne  jednostki.  Czy  Goldman  pomoże  Rose’om  w 

ucieczce? Raczej tak... 

10.  Nie  wolno  pozwolić  Josephowi  Waltheyowi  na  rozstrzelanie  bez  sądu 

ludzi Dreda. To bardzo ważne. 

11. Dlaczego Damian Rose zadzwonił do Campbella? Ważne! 

12.  Znaleźć  jakiś  porządek  w  tym  rzekomym  chaosie.  Ważne!  Stu  Ledman 

przyjedzie  z  Los  Angeles.  Czesi:  zespół  specjalistów  od  mokrej  roboty,  nie 

gorszych od samych państwa Rose, wypożyczony z Interpolu. Przeszkoda! 

13. Szczęśliwa trzynastka! Damian to prawdopodobnie psychopata. 

14.  Postępując  modelowo,  należy  zwiększyć  stawkę  gry.  Wbrew  modelowi 

należałoby  ją  zakończyć.  Słowem  znaczącym  jest  „gra”.  Albo  dowiem  się,  jak 

grać, albo przegram tę potyczkę w wielkim stylu. 

Harold Hill wstał i zaczął chodzić po gabinecie. Był to prawdziwy gabinet ważniaka – jak 

apartament  prezydencki  w  luksusowym  hotelu.  Prywatna  łazienka,  kącik  kuchenny.  A  to 

świry! 

Doszedł do wniosku, że państwo Rose nie są w stanie wydostać się z wyspy. 

Chociaż  zaraz,  jest  pewna  możliwość,  a  nawet  wiele  możliwości...  Hill  usiłował 

przekonać  samego  siebie,  że  Damian  Rose  musi  popełnić  jakiś  błąd,  zanim  zabierze  się  do 

background image

niego  lub  Campbella.  Telefony  do  Campbella!  To  jest  klucz  do  jego  tajemnicy.  Cholerne 

telefony! 

Harold  Hill  nie  dysponował  zbyt  dobrymi  informacjami,  ale  jedno  wiedział  na  pewno: 

Damian  Rose  był  jasnowłosym,  wysokim,  wyglądającym  na  Anglika  facetem,  któremu 

przewróciło się w głowie. Przy pewnej dozie szczęścia da się go złapać. 

Hill włożył kremową marynarką i opuścił teren ambasady. Miał nadzieję, że udało mu się 

zrobić przynajmniej pierwszy krok. Kosztowało go to całą noc ciężkiej pracy. 

Wielkie,  czerwone  słońce  właśnie  wschodziło  nad  zielonymi  wzgórzami,  nad  morzem  i 

nad całym niewielkim miastem. To słońce miało  przyprawić Hilla o ból  głowy jeszcze tego 

samego dnia. 

Dwaj wartownicy, stojący koło bramy wjazdowej, którzy nie mieli pojęcia, co to znaczy 

musztra,  śmieli  się  i  poszturchiwali.  To  przypomniało  Hillowi,  że  w  krajach  takich  jak  ten 

tylko niewielu ludzi odczuwa całą grozę zaistniałej sytuacji. 

Przechodząc  obok  żołnierzy  Hill  włożył  na  głowę  swoją  panamę  i  uśmiechnął  się. 

Przypomniał  sobie  słynny  plakat,  wykpiwający  Richarda  Nixona.  Napis  na  plakacie  głosił: 

„Dlaczego ten człowiek się uśmiecha?” Właśnie: dlaczego? 

 

background image

ROZDZIAŁ 21 

 

Jeżeli  wszystko  odbędzie  się  zgodnie  z  oczekiwaniami  Damiana,  mamy 

się  spotkać  dwunastego  maja  w  hotelu  Hilton  w  Maroku.  A  jeśli  coś  nie 

wyjdzie, to nie. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Cap Foile, San Dominica 

 

Ósmego  maja,  kwadrans  po  piątej  rano,  w  głowie  Petera  uporczywie  kołatała  melodia 

starej piosenki Jamesa Taylora „Sweet Baby James”. Jak zahipnotyzowany przypatrywał się 

dwudziestu czarnoskórym żołnierzom, pilnującym wraku autobusu z Elizabeth’s Fancy. 

Przez  dziesięć,  może  piętnaście  minut  młody  Amerykanin  nie  mógł  oderwać  oczu  od 

niemej,  koszmarnej  sceny  wczorajszej  tragedii.  Zapisał  ją  dokładnie  w  pamięci  razem  z 

innymi  okrucieństwami  wojny,  jakich  zdążył  wcześniej  doświadczyć.  Potem  stwierdził,  że 

najwyższy czas rozejrzeć się za jakimś śniadaniem. 

Nie  wiedzieć  czemu,  wciąż  myślał  o  Niezwykłej  Szóstce.  Neddy,  Huey,  Deli  Bob, 

Bernie,  Tommy  Korkociąg  i  mały  Pete,  mały  Mac.  Zostawiwszy  za  sobą  widok 

rozstrzelanego  z  zasadzki  autobusu  nie  mógł  się  pozbyć  wrażenia,  że  bardzo  oddalił  się  od 

swoich  braci.  Nawet  szkolenie  w  Siłach  Specjalnych  nie  przygotowuje  ludzi  na  takie 

potworności. 

 

Mniej  więcej  w  tym  samym  czasie  Damian  Rose  strzepywał  niebieską  nitkę,  która 

przylgnęła do rękawa jego jasnej koszuli. 

O  piątej  trzydzieści  rano,  wyspany  i  pełen  energii,  stał  w  budce  telefonicznej  w  samym 

środku zabitej dechami wioski Cap Foile. Poprosił wewnętrzny dwadzieścia sześć i czekał na 

połączenie. 

Dwoje  sennych  mieszkańców  Cap  Foile,  starzec  i  dziewczyna,  prowadziło  zakurzoną 

drogą  zdezelowane  rowery.  Dwie  przecznice  dalej  rozciągało  się  wzburzone  Morze 

Karaibskie. 

– Halo... mówię, halo... 

background image

Damian gwałtownie przerwał zaspane pomruki Campbella. 

–  Zostało  ci  tylko  osiem  godzin,  palancie!  Osiem  godzin  na  podjęcie  decyzji  o 

zaprzestaniu pościgu za nami! Dla ciebie ta decyzja będzie oznaczała życie lub śmierć. Jeżeli 

nie przestaniecie nas szukać razem z Hillem, zapewniam cię, że już dzisiejszej nocy  gorzko 

tego  pożałujecie!  Chociaż  raz  w  życiu  wykaż  się  inteligencją,  ty  żałosny,  parszywy 

śmierdzielu! 

Damian  odwiesił  słuchawkę.  Nucąc  „Lili  Marlene”,  swoją  ulubiona  melodię,  wsiadł  do 

samochodu. Plan ucieczki coraz bardziej mu się podobał. 

Na  San  Dominikę  zdążało  w  tej  chwili  różnymi  drogami  dwunastu  olśniewająco 

przystojnych mężczyzn. Przybywali z Miami i Nowego Jorku, z Acapulco, Caracas, San Juan. 

Wszyscy byli profesjonalnymi męskimi modelami. Z Agencji Forda, z Wilhelmina Men, od 

Stuarta  i  Zoliego.  Tydzień  temu  zostali  wynajęci  przez  Carrie.  Mieli  pozować  do  folderu, 

reklamującego  nowy  hotel  „Le  Pirat”  oraz  bungalowy  „Dragon  Reef”.  Zostali  specjalnie 

wybrani, więc w ich przypadku nie obowiązywały standardowe ceny. Każdy z nich kosztował 

pięćset dolarów dziennie plus wydatki. 

Tak  się  dziwnie  składało,  że  każdy  z  nich  miał  mniej  więcej  metr  osiemdziesiąt  pięć 

wzrostu. 

Wszyscy  byli  jasnymi  blondynami.  I  każdy  mógł  uchodzić  za  Anglika.  Zaczynała  się 

druga część niesamowitej przygody. Perfekcyjna ucieczka. 

 

background image

ROZDZIAŁ 22 

 

Teraz  przy  wszystkich  wielkich  motelach  powstają  kasyna.  3ajbliższy 

sezon będzie zapewne kiepski dla San Dominiki. Może nawet dwa albo trzy 

sezony. Ale później rozpocznie się boom, jakiego jeszcze nie było. Wyspa ma 

powierzchnię czterokrotnie większą od 3assau i 3ew Providence i jest dwa 

razy  piękniejsza  od  Jamajki.  Powinna  się  stać  prawdziwym  zachodnim 

Monte Carlo. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

W  dzisiejszych  czasach  panuje  moda  na  przeciwników  Ameryki.  Mam 

nadzieję  znaleźć  się  na  czele  zwolenników  odwrotnego  poglądu,  który,  jak 

sądzę,  pewnego  dnia  również  stanie  się  modny.  Zwolenników  ściślej 

współpracy z Amerykanami. 

Joseph Walthey 

 

Coastown, San Dominica 

 

Wtorek po południu 

 

Brooks  Campbell  siedział  nad  parującą  filiżanką  mocnej,  aromatycznej  kawy  Blue 

Mountain  z  Jamajki.  Ósmego  maja,  od  samego  rana  do  wczesnego  popołudnia,  młody 

pracownik  CIA  odbył  wiele  bezpośrednich,  poufnych  rozmów  telefonicznych  z  najlepszymi 

na świecie specjalistami od zabójstw. 

W  sąsiednim  gabinecie  dokładnie  to  samo,  lecz  na  większą  skalę,  robił  Harold  Hill. 

Zadzwonił  do  komisarza  od  spraw  kryminalnych  Scotland  Yardu,  Alexandra  Somerseta,  do 

Edwarda  Mahoneya  z  Ministerstwa  Spraw  Wewnętrznych  w  Waszyngtonie,  do  Wydziału 

Zabójstw  w  Paryżu.  A  także  do  najwybitniejszych  oficerów  śledczych  z  Niemiec,  Włoch, 

Hiszpanii i Kanady. 

Temat  rozmów,  które  odbywały  się  z  klauzulą  największej  ważności  i  najściślejszej 

tajemnicy, można było streścić następująco: 

background image

Na  wyspach  Morza  Karaibskiego  i  w  Ameryce  Południowej  odbywa  się  zakrojony  na 

szeroką  skalę,  choć  utrzymywany  w  tajemnicy  pościg  za  dwojgiem  najemników,  którzy 

wyrwali  się  spod  kontroli.  Wyszkolili  bandę  miejscowych  obszarpańców  i  nauczyli  ich 

taktyki  i  strategii  tak,  że  stali  się  lepsi  od  kenijskich  MauMau,  OWP  i  armii  japońskiej. 

Między  innymi  zmasakrowali  czterdziestu  dziewięciu  pasażerów  turystycznego  autobusu. 

Najemnikami tymi są Damian i Carrie Rose. 

Okazało  się,  że  Amerykanie  traktują  poszukiwania  jako  ściśle  tajną  operację  dotyczącą 

bezpieczeństwa  narodowego.  Mógł  stąd  płynąć  tylko  jeden  wniosek:  znowu  ktoś  coś 

spieprzył  na  Karaibach.  Jednak  informacja,  jaki  konkretnie  błąd  popełniono,  była  również 

tajna. Ściśle tajna. 

Już  na  początku  jakiś  mądrala  z  Interpolu  nazwał  całą  sprawę  „Zatoka  Świń  II”.  W 

niedzielę ten slogan pojawił się w nagłówku londyńskiego „Observera”. 

Nieoficjalnie  ósmego  maja  o  godzinie  osiemnastej,  a  oficjalnie  dziewiątego  maja  o 

godzinie  dziewiątej,  podjęto  próbę  wywrócenia  całej  wyspy  do  góry  nogami  i  potrząśnięcia 

nią tak, jak się potrząsa glinianą świnką w celu wyłuskania monet. 

Istniała nadzieja, że zarówno państwo Rose, jak i Peter Macdonald wpadną w gościnnie 

otwarte ramiona Brooksa Campbella i Harolda Hilla. 

O  dziewiątej  na  ulice  większych  miast  i  okolicznych  osiedli  wyjechały  samochody  z 

megafonami.  Uprzejmym,  starannie  modulowanym  głosem  nadawano  przez  nie  rysopis 

wysokiego,  jasnowłosego  mężczyzny,  wyglądającego  na  Anglika,  oraz  młodego 

Amerykanina, Petera Macdonalda. 

Siły porządkowe i oddziały piechoty morskiej Stanów Zjednoczonych z Georgii i Florydy 

przeszukiwały plaże, łąki, a nawet ogromny tropikalny las w rejonie West Hills. W Coastown, 

Port Geny i Cape John dokładnie penetrowano wszystkie domy i hotele. 

Pomoc zaofiarował każdy kraj, którego obywatele zostali zabici w pechowym autobusie z 

Elizabeth’s  Fancy.  Niemcy,  Stany  Zjednoczone,  Anglia,  Kanada,  Francja,  Izrael,  Trynidad, 

Jamajka  i  Argentyna.  Z  Nowego  Jorku  i  Waszyngtonu  przybyli  specjaliści  od  balistyki,  od 

tłumienia rozruchów i eksperci od przesłuchań. W celu zaprowadzenia porządku w miastach 

przysłano  jeszcze  więcej  funkcjonariuszy  federalnych.  Z  dalekiej  Europy  przybywali  łowcy 

głów,  między  innymi  grupa  do  zadań  specjalnych  znana  pod  kryptonimem  „Czesi”. 

Wyznaczono nagrody, których łączna wartość przekroczyła sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

Po rozpowszechnieniu informacji, że trwają poszukiwania „człowieka wyglądającego na 

Anglika”,  w  biurze  Interpolu  w  St.  Cloud  we  Francji  utworzono  kilkuosobowy  oddział.  Z 

archiwum  Interpolu  przesłano  informacje  dotyczące  wszystkich  zarejestrowanych  tam 

handlarzy bronią i najemników. Przeprowadzono dokładną sekcję zwłok Kingfisha Toone’a i 

Blinkiego Tomasa vel Kubańczyka. 

background image

Mimo zaangażowania tak wielu sił i środków nikt nawet nie podejrzewał, że to Campbell 

i  Harold  Hill  zlecili  państwu  Rose  tę  robotę.  Najbardziej  cynicznym  i  doświadczonym 

policjantom nie przyszłoby do głowy, jaka brudna gra toczy się właśnie na Karaibach. 

Pierwszego  dnia  poszukiwań  do  wczesnych  godzin  wieczornych  złapano  ośmiu 

wysokich, jasnowłosych mężczyzn. Dwie trzecie ze wspomnianej dwunastki. 

Patrząc  na  całą  ósemkę  jasnowłosych,  piekielnie  przystojnych  facetów  prawie 

jednakowego  wzrostu,  szeryf  federalny  Stuart  Ledman  z  Los  Angeles  odniósł  wrażenie,  że 

ktoś  zataił  część  prawdy  o  tej  makabrycznej  sprawie.  Ewidentnie  coś  tu  śmierdzi,  jak  pod 

koniec dnia na targu rybnym, pomyślał Stu Ledman. 

– Z czego się pan utrzymuje? – spytał Antoine’a Coffeya, efebowatego blondyna, który w 

rubryce „adres” wpisał „Kraina Duchowego Wyzwolenia”. 

Pytanie wprowadziło jasnowłosego modela w stan lekkiego zakłopotania. 

– Utrzymuję się? 

–  Tak  –  potwierdził  Stu  Ledman.  –  Pytam  o  to,  w  jaki  sposób  zarabia  pan  pieniądze, 

Antoine. Z czego pan płaci podatki? Skąd ma pan forsę na, powiedzmy, bilet do kina? 

– Ach, o to chodzi! – Coffey uśmiechnął się i wyszeptał: – No, wie pan... daję dupy... 

Szeryf Stuart Ledman zerwał się z krzesła i wrzasnął przez otwarte drzwi: 

– Kto tu sprowadził tę bandę pedałów?! 

Jego wściekły głos popłynął przez ciche i dostojne korytarze ambasady: 

– Co tu się, do kurwy nędzy, dzieje w tym zasranym burdelu? 

Wszystko  było  kompletnie  zwariowane  i  pogmatwane,  całkiem  jak  same  morderstwa 

spod  znaku  maczety.  Co  więcej,  sprawy  nakładały  się  jedna  na  drugą,  co  dodatkowo 

potęgowało chaos. Dokładnie tak, jak zaplanował Damian. 

 

Port Gerry, San Dominica 

 

Czwartek wieczorem 

 

Przyciskając  nos  do  szyby  autobusu  numer  dziewięć,  Peter  przypatrywał  się  barwnemu 

korowodowi ludzi na Station Street. Jestem jak obcy w raju, pomyślał. 

Widział różowo-purpurowe koszule, jakie lubią nosić Hiszpanie mieszkający w wielkich 

miastach.  Skórzane  czapki  i  malutkie  kapelusiki.  Ciemne,  wąskie  okulary.  Młodzi 

mieszkańcy San Dominiki najwyraźniej pragnęli się upodobnić do Tonton Macoutes, siepaczy 

dyktatora Haiti – Duvaliera. 

Peter zauważył, że jak wyspa długa i szeroka, zawsze pełno ludzi stało na przystankach, 

czekając na autobus. Tym większe wrażenie musiała zrobić na wszystkich masakra pasażerów 

background image

autobusu  z  Elizabeth’s  Fancy.  To  było  jak  zaatakowanie  autostrady  międzystanowej  w 

Ameryce. Przerwanie głównej arterii, dzięki której mogło toczyć się normalne życie. 

Młode  Murzynki  w  ręcznie  szytych  sukienkach  i  sandałach  przesunęły  się  bliżej 

przystanku.  Wianuszek  panien  na  wydaniu,  nazywanych  tutaj,  „Królowymi  pszczół”.  Gdy 

autobus zaczął hamować, Macdonald położył dłoń na kolbie swojego colta, którego nosił pod 

koszulą.  Mocniej  zabiło  mu  serce.  Wyobraźnia  zaczęła  podsuwać  obrazy  wysokiego, 

jasnowłosego  mężczyzny,  czającego  się  za  każdym  rogiem,  za  każdym  pniem  drzewa.  Ten 

człowiek uosabiał wszystkie lęki Petera. Zapewne czekał tu gdzieś na niego... 

Szumnym mianem dworca autobusowego określano zwykłą drewnianą chałupę, na której 

zamontowano reklamówki piwa i coca coli, warte zapewne więcej od niej samej. Zatrzymując 

się przed nią, autobus numer dziewięć szarpnął i zakołysał się jak artystka wykonująca taniec 

brzucha. Pasażerowie wraz z wiezionym przez nich żywym inwentarzem jakby ocknęli się z 

uśpienia.  Rozległo  się  gdakanie  i  trzepotanie  skrzydeł  kurczaków,  koza  zaczęła  energicznie 

kopać w siedzenia, a stary Murzyn kopnął kozę. 

– Ta w niebieskiej sukience to mama! – wrzeszczał chłopak za oknem. 

Rozległ  się  syk  sprężonego  powietrza  i  kierowca  powiedział  coś,  czego  Peter  nie 

zrozumiał. Ludzie zaczęli wysiadać, więc zorientował się, że dojechał na miejsce. Ta dziura 

to zapewne letnia stolica wyspy, Port Gerry. 

Peter  szedł  pozbawioną  chodników  ulicą,  zajadając  placek  z  mięsem,  kupiony  za 

trzydzieści  centów  w  dworcowym  bufecie.  Mijał  jedno  –  i  dwupiętrowe  domy.  Placek 

śmierdział  jak  nieświeży  oddech,  a  ulica  cuchnęła  duszącym,  ludzkim  potem.  Peterowi 

wydawało  się,  że  za  chwilę  zemdleje.  Tak  fatalnie  nie  czuł  się  od  chwili,  gdy  w  Tajlandii 

zachorował na dyzenterię. Doskwierała mu też samotność. Wciąż myślał o Jane. 

Gdy  po raz pierwszy  ujrzał ją w „Plantation  Inn”, od razu wiedział, że będą z nią same 

kłopoty. To łagodne spojrzenie, z lekką domieszką nowojorskiej pewności siebie... Osadzała 

nim w miejscu każdego faceta, który odważył się do niej uśmiechnąć. Peterowi wydawała się 

jasnowłosą kopią Ali McGraw. Ot i kłopot... Jednak któregoś dnia zaproponował jej wspólną 

wycieczkę  podczas  weekendu,  aby  zobaczyć  dżunglę  w  okolicach  West  Hills  i  plaże  po 

drugiej  stronie  wyspy.  O  dziwo,  zgodziła  się  bez  wahania...  Dwadzieścia  cztery  godziny 

później jeszcze nie przestali ze sobą rozmawiać. Spędzili cały cudowny dzień na opowiadaniu 

o sobie. Było to dość niezwykłe, jak na praktycznie obce sobie osoby. Pod koniec dnia umieli 

już razem płakać. Siedzieli wtuleni w siebie na ciemnej, opustoszałej plaży, nazywanej Plażą 

Uciekinierów.  Stało  się  tak  dlatego,  że  oboje  byli  cholernie  samotni  i  tak  bardzo  chcieli  z 

kimś wreszcie porozmawiać... 

W  połowie  pagórka  Peter  ujrzał  napis  „Do  wynajęcia”.  Słowo  „Pokoje”  było  zasłonięte 

wizerunkiem czarnego aniołka, śpiącego z głową opartą na złożonych dłoniach. 

Na szczycie wzniesienia stał dom z napisem „Witamy”. Peter stwierdził, że chyba znalazł 

to, czego szukał. 

background image

W holu, przy bujającym się stoliku, młody chłopak grał w domino z wysokim mężczyzną 

z kozią bródką. 

–  O  co  chodzi?  –  spytał  starszy  z  graczy.  Spokojny,  poważny  głos,  jak  u  biznesmena  – 

czegoś takiego Peter raczej nie spodziewał się usłyszeć w tej norze. 

– Chciałbym wynająć pokój. Jestem bardzo zmęczony. 

Murzyn  popatrzył  ze  zdziwieniem  na  Petera.  Wzruszył  ramionami,  podszedł  do 

niewielkiej  szkolnej  ławki  i  nagryzmolił  coś  w  leżącej  tam  książce  meldunkowej. 

Zainkasował z góry sześć dolarów. 

– Chłopak zaprowadzi pana na górę. Rano dostanie pan śniadanie. 

Młody  człowiek  wskazał  mu  schody  i  ruszył  przodem,  trzymając  talerzyk  ze  świeczką, 

która  rzucała  wokół  nikły  blask;  wnętrze  hotelu  sprawiało  wrażenie  tajemniczego  miejsca, 

żywcem wyjętego z powieści kryminalnej. 

Idąc po schodach chłopak szepnął do Petera: 

– Jutro rano niech pan popłynie na ryby łodzią mojego ojca. Złapie pan wielką rybę. Dużo 

wielkich ryb. 

Peter zaczął się śmiać. Gdy weszli na piętro, odezwał się: 

– Przepraszam. Nie śmieję się z ciebie, ale nie mogę iść jutro na ryby. 

– To niedobrze. Dużo pan traci. 

Korytarz  na  piętrze  miał  krzywe  ściany.  Po  obu  stronach  postrzępionego  chodnika 

widniały  rzędy  nie  pomalowanych  drzwi.  Na  końcu  korytarza  ćmiło  się  światełko  małej 

lampki, pod którą wprost na podłodze stał aparat telefoniczny. Peter wreszcie zrozumiał, że to 

hotel dla czarnych. Serdecznie witamy. 

Kiedy wszedł do pokoju, ukrył portfel za zardzewiałymi rurami pod umywalką. Wstając 

huknął się głową o pręt, na którym była umocowana. O dziwo, wprawiło go to w idiotycznie 

radosny nastrój. Na chwilę zapomniał o wysokim blondynie. O rzeźniku. 

Potem  siedział  na  łóżku  z  opuszczoną  głową  i  wpatrywał  się  w  podłogę.  Na  kolanach 

trzymał swojego colta. Z ulicy dobiegały przez okno wibrujące rytmy reggae, mieszając się z 

chrząkaniem świń, ryjących ziemię za hotelem. 

Zanim  położył  się  spać,  poczuł  nieodpartą  potrzebę  wyjścia  na  zatęchły  korytarz. 

Podniósł  słuchawkę  czarnego  telefonu  i  poprosił  o  połączenie  z  numerem  sto  siedem. 

Usłyszał  słowiczy  głos  nocnej  telefonistki,  potem  dobiegający  z  oddali  głos  innej  kobiety, 

wreszcie połączono go z Jane. 

–  Cześć,  Flip  –  twarz  Petera  rozjaśniła  się  w  uśmiechu.  –  Mówi  Flap.  Kochanie,  chyba 

oszaleję tu bez ciebie... 

 

background image

ROZDZIAŁ 23 

 

3asz  sposób  na  Brooksa  Campbella  był  prosty:  podsunąć  mu  tyle 

możliwości,  żeby  nie  potrafił  dokonać  właściwego  wyboru.  Z  Haroldem 

Hillem  było  zupełnie  inaczej.  Jego  trzeba  było  po  prostu  mocno  złapać  za 

jaja. 

Z pamiętnika Rose’ów 

Fairfax Station, Wirginia 

 

O  drugiej  trzydzieści  nad  ranem  dwaj  funkcjonariusze  policji  stanowej,  James  Walsh  i 

Dominick  Niccolo,  przemierzali  pokryte  rosą  rozległe  łąki,  otaczające  widoczny  w  oddali, 

duży  biały  dom.  Właściciel  sąsiedniej  posiadłości  zgłosił,  że  dzieje  się  tam  coś  dziwnego. 

Słyszał jakieś krzyki, jakby wołanie o pomoc. 

Po  dojściu  na  tyły  domu  policjanci  stwierdzili,  że  kuchenne  drzwi  nie  są  zamknięte  na 

klucz. Nie było to niczym niezwykłym w tej wiejskiej okolicy, ale raczej nie zdarzało się zbyt 

często.  W  kuchni  słychać  było  głośne  tykanie  elektrycznego  zegara  i  szum  pracującej 

lodówki. Zwyczajne nocne odgłosy pustego lub pogrążonego we śnie domu. 

Nad  zlewem  jarzyło  się  małe,  pomarańczowe  nocne  światełko.  Na  stole  stało  kilka 

filiżanek po kawie, wypełnione do połowy pudełko herbatników i talerz z resztkami kanapek. 

Dom Niccolo zapalił światło w hallu i krzyknął głośno: 

– Halo! Jest tu kto?! Tu policja stanu Wirginia! 

Brak odpowiedzi. 

Policjanci poszli dalej, zapalając po drodze światła i pokrzykując wciąż: 

– Jest tu kto? 

Lampa  w  salonie  już  była  zapalona.  Weszli  do  luksusowo  urządzonego  pokoju,  gdy 

dobiegł ich jakiś hałas. Była to jednak tylko zamrażarka, wytwarzająca kolejną porcję lodu. 

– A to draństwo – zgrzytnął zębami James Walsh. 

Po  chwili  usłyszeli,  że  ktoś  biegnie  po  schodach.  Okazało  się,  że  to  młody,  czarny 

retriever.  Machał  ogonem  i  podskakiwał  radośnie,  usiłując  polizać  obu  mężczyzn  po 

twarzach. 

background image

– Cholera, o mało się nie zesrałem ze strachu przez tego psiaka – Walsh wyszczerzył się 

w uśmiechu. 

–  Jezu  Chryste,  Jimmy  –  Dom  Niccolo  przykląkł  obok  psa.  –  Popatrz,  on  jest  cały 

umazany krwią. 

Obaj policjanci rozpięli kabury. 

– Policja stanu Wirginia! – krzyknął Niccolo, stojąc u stóp schodów. 

– Może lepiej wezwijmy pomoc – szepnął Walsh. 

Niccolo pokazał mu gestem, żeby się zamknął. 

– Idziemy. 

Dominick  Niccolo,  a  za  nim  James  Walsh  ruszyli  w  górę  po  okrytych  chodnikiem 

schodach. Wymierzyli pistolety w ciemną czeluść korytarza na piętrze. 

U szczytu schodów natknęli się na kobietę. 

Carole Hill była bosa. Miała na sobie kwiecistą bluzkę i białe szorty. Krew zastygła na jej 

twarzy i piersiach. Wielka czerwona kałuża rozlała się na dywanie obok ciała. 

W jednej z sypialni Walsh znalazł kilkunastoletniego chłopaka. Mark Hill był zamknięty 

w szafie, zakneblowany i związany kablem od telefonu. Ale żył. 

Z sypialni Dominick Niccolo zadzwonił do koszar policyjnych w Aleksandrii. 

– Dom przy Shad Stream Road – powiedział do fikuśnej różowej słuchawki. – Należy do 

Harolda Hilla. Zdaje się, że gospodarz jest nieobecny... Trudno w to uwierzyć, Johnny, ale w 

serce tej nieszczęsnej kobiety wbito prawie metrową maczetę... Jimmy Walsh właśnie rzyga 

obok w korytarzu. Pospieszcie się, dobrze? 

Morderstwa  spod  znaku  maczety  dotarły  do  Ameryki.  Prawie  do  samego  Langley. 

Zaledwie dwadzieścia pięć kilometrów od Białego Domu. 

Trudno sobie wyobrazić bardziej dosłowne ostrzeżenie. 

 

background image

9 maja 1979, środa 
Wysoki blondyn bawi się w podchody 

 

ROZDZIAŁ 24 

 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

W  grudniu  siedemdziesiątego  ósmego  roku  wysłałam  depeszę,  a 

następnie 

zatelefonowałam 

do 

naszego 

ostatniego 

ważnego 

współpracownika  –  płatnego  zabójcy  z  Anglii,  Clive’a  Lawsona.  W  tym 

czasie  Lawson  zajmował  się  handlem  narkotykami  i  twardą  pornografią  w 

3orth Miami Beach na Florydzie. 

Podczas  naszej  ostatniej  rozmowy  telefonicznej  powiedziałam 

Lawsonowi, że moimi zleceniodawcami są Senor Miguel Alvarez z Caracas 

(Pietra  Forte)  i  Anthony  Patriarca  z  Miami  (Cosa  3ostra)  i  że  interesuje 

mnie  zakup  większej  liczby  filmów  na  taśmie  szesnastomilimetrowej,  a 

słyszałam, że on czymś takim dysponuje lub może dysponować. 

–  Czy  ma  pan  coś,  co  pozwoli  się  podniecić  starszym  panom?  – 

spytałam go wprost. – Bliskie, intymne ujęcia dla leciwych gentlemanów. 

Lawson  powiedział,  że  spróbuje  coś  załatwić.  Ale  nie  jest  pewien,  czy 

mu się uda. Zwłaszcza, że nie zwykł załatwiać interesów przez telefon. 

Piętnastego  grudnia  spotkaliśmy  się  w  bardzo  oryginalnym  barze  w 

hotelu „Fontainebleau”. 

Angielski  specjalista  od  zabijania  stawił  się  na  spotkanie  w  białej, 

wymiętej koszuli i sportowej marynarce w kratę. Okulary z grubymi szkłami 

zupełnie  do  niego  nie  pasowały.  Wprost  nie  mogłam  uwierzyć,  że  są 

prawdziwe... Clive Lawson był wyjątkowo przystojnym mężczyzną. Z daleka 

wyglądał trochę jak Michael Caine. Ale najbardziej przypominał Damiana. 

Zamówił  tanqueray,  a  ja  wzięłam  coś  szykownego,  chyba  campari. 

Przez  chwilę  graliśmy  swoje  role,  a  potem  po  prostu  powiedziałam  mu,  że 

jestem Carrie Rose. 

background image

Po moim wyznaniu rozmawialiśmy o Kongu i Dalekim Wschodzie, gdzie 

oboje kiedyś pracowaliśmy, słysząc co nieco o sobie nawzajem. Opowiedział 

mi, w jaki sposób trafił do pornobiznesu przez Pietra Forte. Rozmawialiśmy 

też o mnie i o Damianie. 

Potem,  dość  ogólnikowo,  zapoznałam  go  z  naszymi  planami 

dotyczącymi San Dominiki. 

– Podkreślam – powiedziałam zarzucając przynętę – że pewne szczegóły 

całej  operacji  muszą  pozostać  tajemnicą.  3a  przykład  tożsamość  naszych 

zleceniodawców.  To  podstawowa  zasada.  Z  drugiej  strony,  oferujemy  tak 

atrakcyjne wynagrodzenie za stosunkowo proste zadanie, że nie powinno to 

nikomu przeszkadzać. 

Zielone  oczy  Lawsona  za  grubymi  szkłami  okularów  błyszczały  jak 

szmaragdy. Był zupełnie spokojny i pewny siebie, co zaczynało mi się coraz 

bardziej podobać. 

– Bardzo lubię tego rodzaju pracę – powiedział. – Wchodzę w to. 

– W maju – ciągnęłam – będzie pan przez tydzień wodził za nos policję 

San  Dominiki.  Mają  pana  ścigać  po  całej  wyspie.  Doskonale  przyda  się  tu 

pańskie  doświadczenie  z  Kongo.  To  dlatego  właśnie  panu  proponujemy 

możliwość zarobienia tych pieniędzy. 

– Mam strzelać do ludzi? – brwi Lawsona uniosły się lekko. – I czy oni 

będą do mnie strzelać? 

–  Jeśli  nie  zachowa  pan  ostrożności,  na  pewno  będą  strzelać.  To 

normalne  reguły  tej  gry,  Clive.  Wyznaczymy  panu  co  najmniej  dwa  cele. 

Prawdopodobnie będą to wojskowi. 3ikt ważny, raczej jakieś ciury. 

Przystojny  blondyn  uśmiechnął  się.  Rozumiał  wszystko  doskonale,  a 

przynajmniej tak mu się wydawało: miał stanowić zasłonę dymną dla naszej 

ucieczki. 

– Ile? – spytał. 

– Pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

Lawson wybuchnął śmiechem. 

–  Bez  żadnych  targów?  3ie  da  mi  pani  szansy  wynegocjować  nieco 

lepszej ceny? A co pani powie na sześćdziesiąt? Muszę założyć, że będę miał 

pewne wydatki w związku... 

– W porządku. 3iech będzie sześćdziesiąt. 

– Rzecz jasna, płatne z góry. 

– Oczywiście. 

Położyłam przed nim brązową kopertę. 

background image

W tym momencie kupiliśmy z Damianem jednego z najdroższych zajęcy 

na  świecie.  Odegra  kluczową  rolę  w  zapewnieniu  powodzenia  naszego 

planu. 

We  wtorek  rano,  ósmego  maja  tysiąc  dziewięćset  siedemdziesiątego 

dziewiątego roku, wypuściliśmy naszego zająca. Clive Lawson miał popełnić 

wielką zbrodnię, która pójdzie na konto Damiana. 

background image

ROZDZIAŁ 25 

 

Gdy kobieta odnosi sukces, zawsze stoi za tym jakiś idiota. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

9 maja 1979, Coastown, San Dominica 

 

Środa rano. Dziewiąty dzień pod znakiem maczety 

 

Harold Hill źle spał tej nocy. 

O  wpół  do  szóstej  rano  zadzwonił  do  domu  Brooksa  Campbella  w  Coastown.  Jeszcze 

jeden wściekły telefon do biednego Campbella. 

– Musimy dopaść tego Macdonalda – wyrzucił z siebie Hill bez żadnych wstępów, jakby 

rozmawiali  ze  sobą  przez  całą  noc.  –  Moglibyśmy  już  dawno  mieć  w  garści  Damiana,  ale 

sami nie potrafimy go zidentyfikować. 

Brooks Campbell usiłował się obudzić. Hill mówi chyba coś bardzo ważnego. Hill mówi 

coś... 

–  My,  eee...  musimy  znaleźć  kogoś,  kto  wie,  jak  wygląda  Rose  –  wystękał  wreszcie 

Campbell. 

–  Właśnie  –  zgodził  się  Hill.  –  Dlatego  trzeba  zrobić  wszystko,  żeby  jeszcze  dziś 

odnaleźć Macdonalda. 

Sytuacja  uległa  pewnej  zmianie,  gdy  o  ósmej  Hill  otrzymał  z  Langley  wieści  o  swojej 

żonie. 

W Langley niczego nie rozumieli. Zabicie Carole Hill było dla nich zupełnie bez sensu. 

Ale Harry Łamignat zrozumiał doskonale. Albo dopadnie Damiana Rose’a, albo on dopadnie 

jego. 

 

 

background image

Port Gerry, San Dominica 

 

Gdy  Peter  obudził  się  tego  ranka,  pokój  wypełniał  blask  karaibskiego  słońca.  Wpadał 

przez okna i odbijał się w lustrze nad umywalką. 

Na  parapecie  siedział  dzięcioł  i  pracowicie  stukał  dziobem  w  zmurszałe  drewno. 

Popatrzył krzywo na zaspanego mężczyznę, otrząsnął się i powrócił do swojego hałaśliwego 

zajęcia. 

– Ejże, bądź bardziej towarzyski albo spływaj – powiedział Peter do ptaka. 

Czuł się dziś nieco lepiej. Ten pokój, jasne słońce i bliskość wielkiej wody, wszystko to 

przypominało mu jego rodzinny dom nad jeziorem Michigan. 

W  świetle  dziennym  hotel  wyglądał  nieco  lepiej,  a  na  pewno  zabawniej.  Na  każdej 

ścianie była inna tapeta, ale za to bez wstawania z łóżka mógł dostrzec granatowe morze. 

– Boże, podrzuć mi jakiś pomysł – szepnął Peter przez otwarte okno. 

Widać  zostało  w  nim  coś  ze  szkolenia  w  West  Point,  bo  usiadł  po  turecku  w  zmiętej 

pościeli i rozpisał sobie plan bitewny na pocztówce, którą udało mu się znaleźć w pokoju. 

 

Kąpielisko Rockefellera (Caneel Bay). 

Przelot na Martynikę? Do St. Thomas? 

Nowy Jork... podróż do Waszyngtonu. 

Senator Pflanzer. Departament Stanu? 

Redakcja „Washington Post”? 

Przylot Jane. 

Fish’n Fool. 

 

Plan Wielkiej Ucieczki... w sumie zupełnie niezły. 

Rozległo  się  gwałtowne  walenie  w  drzwi.  Żołądek  Petera  zamienił  się  w  windę  i 

podjechał mu do gardła. Wyciągnął szybko spod poduszki swojego colta. 

Ładna czekoladowa dziewczyna z zastawioną tacą zajrzała przez uchylone drzwi. 

– Śniadanie, proszę pana. 

–  O  rany  –  jęknął  Peter.  –  Przecież  obudziłem  się  zaledwie  trzydzieści  sekund  temu.  – 

Spróbował się uśmiechnąć. – Już dobrze. Wejdź do środka. 

Na  tacy  były  grzanki  z  białego  pieczywa  bez  skórki  i  różne  gatunki  dżemów  w  ilości 

wystarczającej  na  zrobienie  kanapek  z  kilku  bochenków  chleba.  Z  dziecięcego  termosu,  na 

którym wymalowano świnki i szczerzącego zęby wilka, parowała gorąca kawa. 

Gdy  dziewczyna  pochyliła  się,  stawiając  tacę,  Peter  dostrzegł  brodawki  ładnych, 

kołyszących się piersi. Miała też niezłe nogi i zgrabny, dziewczęcy tyłeczek. 

Brązowe ręce sprawnie poruszały się podczas przygotowywania posiłku. 

background image

Przyglądając się jej, Peter zdał sobie sprawę, że od półtora dnia z nikim tak naprawdę nie 

rozmawiał.  Wyobraził  sobie,  że  mówi  do  dziewczyny:  „Cześć.  Wiesz,  czuję  się  dziś  trochę 

nieswojo. Siadaj, napij się ze mną tej doskonałej kawy...” 

Ale  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Popatrzył  za  idącą  przez  pokój  dziewczyną.  Ekstra 

dupeńka. Uśmiech zwalający z nóg. Idealnie nadawałaby się na plakat reklamujący wczasy na 

wyspie. 

– Kawa panu wystygnie – uśmiechnęła się od drzwi. A potem wyszła. 

Peter zajadał grzanki i patrzył na swojego ptaka, który nieoczekiwanie ożył i stwardniał. 

Zaczął się trochę bać. 

Tuż  po  jedenastej  przebrał  się  w  używaną  roboczą  koszulę,  brązowe  portki  i  niebieską 

czapkę. Miał nadzieję, że to przebranie zwiększy jego szansę. 

Kwadrans  później  wyszedł  z  malutkiego,  gościnnego  hotelu.  Musiał  znaleźć  łódź,  która 

nazywała się „Fish’n Fool”. 

Wiedział,  że  łódź  kursuje  regularnie,  wożąc  gości  do  luksusowego  kąpieliska 

Rockefellera w Caneel Bay. Stamtąd mógłby wynająć samolot, aby dostać się na inną wyspę, 

z której miałby bezpieczne połączenie lotnicze z Nowym Jorkiem lub Waszyngtonem. Gdyby 

był  w  Waszyngtonie...  no  cóż,  przynajmniej  nie  byłoby  go  już  na  San  Dominice.  W 

Waszyngtonie jest ktoś, kto wysłucha jego i Jane. Ojciec ma tam starego przyjaciela, senatora 

Pflanzera. A Peter zna osobiście pewnego generała z Pentagonu. 

Będzie niezłe zamieszanie,  gdy prawda wyjdzie  na jaw w  Ameryce, pomyślał Peter. To 

może wywołać prawdziwą burzę. 

Ktokolwiek  był  zleceniodawcą  jasnowłosego  najemnika  z  Turtle  Bay,  będzie  miał 

diabelnie przykrą niespodziankę. 

 

Około dwunastej piętnaście adrenalina zaczęła żwawiej krążyć w żyłach Petera. Podobne 

odczucia miewał zawsze podczas patroli w Wietnamie. Na ziemi niczyjej. Nauczył się wtedy 

mocno ściskać tyłek, żeby nie popuścić w spodnie. Teraz należało iść z prądem. Ukryć się w 

tłumie. 

Z lekkim niesmakiem obserwował przystojnego Murzyna, sprzątającego niedopałki z rury 

„Fish’n  Fool”.  Murzyn  był  ubrany  w  jaskraworóżową  koszulkę  i  krótkie  spodenki,  miał 

naszyjnik  i  bransoletki  z  koralików.  Raczej  nie  powinno  być  z  nim  problemów,  ale  mięśnie 

Petera napięły się odruchowo. 

– Parlez-vous francais

Murzyn  uśmiechnął  się,  pokazując  pełen  garnitur  białych  zębów,  wyglądających  jak 

klawisze dziecięcego pianina. 

– Nie. Pan jest Amerykaninem, prawda? 

background image

–  Z  Nowego  Jorku.  Mieszkam  na  Wschodniej  Sześćdziesiątej  Trzeciej  ulicy  –  skłamał 

gładko Peter. Poszło mu to tak dobrze, że aż się przestraszył. – Odpływamy około dwunastej 

trzydzieści? 

– Według rozkładu o dwunastej trzydzieści. –  Uśmiech nie schodził z czarnej twarzy. – 

Ale trzeba dodać mniej więcej pół godziny dla paru spóźnialskich. John Sampson, Norfolk w 

stanie  Wirginia  –  wyciągnął  rękę  i  wyszczerzył  się  jeszcze  bardziej.  –  Do  usług, 

nowojorczyku. 

Peter  też  się  uśmiechnął.  Facet  pozuje  na  pedała!  Jezu...  Naciągnął  mocniej  czapkę  i 

wszedł na pokład. 

Na rufowym pokładzie „Fish’n Fool”, wśród mosiądzu i mahoniu, roiło się od brązowych 

bożków  i  bogiń.  W  sportowych  koszulkach  z  metkami  znanych  projektantów  i  dżinsach  o 

paryskim kroju. W okularach słonecznych po czterdzieści dolarów. Nad wszystkimi unosił się 

zapach benzokainy, kamfory i rozgrzanych ciał. 

– Cześć. – Długie, ciemne włosy, burżujska opalenizna, czerwone paski bikini. 

– Sie masz – uśmiechnął się Peter. Poczuł się jak okrętowy kapelan. 

– Hej! – Krótkie, kręcone blond włosy, lustrzane okulary. Mężczyzna. 

– Hej! 

Peter  przysiadł  nieśmiało  na  miękkiej  ławce,  osłoniętej  nieco  od  słońca.  Zdawał  sobie 

sprawę,  że  ma  brudne,  zmierzwione  włosy,  a  przede  wszystkim  cuchnie  okropnie  po  paru 

dniach  spędzonych  w  drodze.  Oparł  stopy  na  mosiężnej  poręczy,  nasunął  na  czoło  czapkę  i 

słuchał przyspieszonego bicia swojego serca. To, co zaplanował sobie na jutro, wydawało się 

zupełnie nierealne. Waszyngton. Nie miał pojęcia, od czego zacząć. 

A  potem  Peter  powolutku  odpłynął  daleko,  daleko  od  tego  wszystkiego.  Do  ślicznego, 

bajkowego zakątka, gdzie nie było karabinów, maczet ani jasnowłosych płatnych morderców. 

Tylko Jane, spokój i odpoczynek. 

Tymczasem ciemnoskóry John Sampson z Norfolk w stanie Wirginia zszedł na brzeg, aby 

porozmawiać z kimś przez telefon. 

 

O  trzynastej  piętnaście  całe  niebo  stało  w  ogniu.  Miotacze  płomieni  podsycały  huczący 

pożar.  Paliło  się  całe  wietnamskie  miasteczko.  Czapka  wciąż  zasłaniała  Peterowi  twarz,  ale 

oczy miał pod nią szeroko otwarte. Usiłował patrzeć przez luźne sploty tkaniny. Przez dłuższą 

chwilę wydawało mu się, że znalazł się w samym środku wielkiego, wypełnionego po brzegi 

stadionu baseballowego. Słyszał dobiegający zewsząd pomruk tłumu. Zupełnie jakby siedział 

na  trybunach  podczas  krótkiej  przerwy  w  dramatycznym  meczu  z  cyklu  rozgrywek  World 

Series.  Stadion  Tygrysów.  Mike  Lolich  w  szczytowej  formie.  Tylko  gdzie  się  podziali 

sprzedawcy hot-dogów...? 

– Panie Macdonald... 

Pomruk tłumu. 

background image

– Dzień dobry, Peter. 

Pomruk tłumu. 

Peter  czuł  w  ustach  suchość  i  nieprzyjemny,  kwaśny  smak.  Zsunął  z  oczu  czapkę.  W 

oślepiającym słońcu ujrzał obraz, w który doprawdy trudno mu było uwierzyć. 

Tłum ludzi, głównie czarnych, stał na nabrzeżu, powstrzymywany przez kordon żołnierzy 

z batalionów interwencyjnych. Może ze sto osób przepychało się, aby zobaczyć, co dzieje się 

na „Fish’n Fool”. Policjanci ze staroświeckimi karabinami wbiegali gęsiego na pokład jachtu. 

Macdonald starał się skupić wzrok na Johnie Sampsonie z Norfolk w stanie Wirginia i na 

stojącym obok niego szefie policji San Dominiki. 

Był tam jeszcze jakiś Amerykanin, którego nie mógł rozpoznać. Wreszcie mu się udało. 

Brooks Campbell. W jasnym, lnianym garniturze i za dużych okularach w rogowej oprawie. 

Jak zawsze bardzo przystojny. 

Nagle Peter poczuł ogromne, niewiarygodne znużenie. Głowa zaczęła mu się chwiać na 

boki, a serce biło jak oszalałe. 

– Dzień dobry – powtórzył Campbell. 

–  Będzie  pan  musiał  pójść  z  nami  –  powiedział  szef  policji.  –  Proszę  się  niczego  nie 

obawiać. 

Zabrzmiało  to  jak  jeden  z  dowcipów  Boba  Hope’a.  Peter  pomyślał,  że  właściwie 

powinien się roześmiać. Zamiast tego tylko zamrugał oczami. Kręciło mu się w głowie, jakby 

wpatrywał się w obrazki migające w okienkach „jednorękiego bandyty”. Jasnowłosy Anglik, 

pułkownik Dred, Cosa Nostra... Nie pojedzie już do Waszyngtonu, do senatora Pflanzera. 

– Pomogę panu, Macdonald. 

Ale zarośnięty obszarpaniec wstał o własnych siłach. 

Stojący na pokładzie burżuje przypatrywali się uważnie. Szeptali do siebie, że przecież od 

razu zwrócili uwagę na tego dziwaka, jak tylko wszedł na łódź. 

Niektórzy  wyciągnęli  kamery  i  wycelowali  je  w  twarz  Petera.  Głupie,  uśmiechnięte 

bęcwały. Żołnierze też zaczęli szczerzyć zęby, trzymając w rękach karabiny, które wyglądały 

tak, jakby je sobie powycinali z tektury. 

Campbell i drugi Amerykanin szli po obu stronach Petera. Wyglądało to bardzo dostojnie. 

Prowadzili go przez szpaler łowców sensacji. Ten drugi usiłował się przedstawić, mówił, że 

nazywa się Hill, i próbował uścisnąć Peterowi dłoń. 

W samym środku tłumu szef policji wyprzedził Petera i stanął naprzeciw niego. Spocony, 

tęgi  Murzyn  spojrzał  prosto  w  zmęczoną  twarz  Amerykanina,  na  której  malował  się  wyraz 

lekkiego oszołomienia. 

– Na naszej wyspie wciąż się dzieją dziwne, niewytłumaczalne rzeczy – powiedział Meral 

Johnson  do  Petera.  Zamilkł  na  chwilę,  jakby  z  zakłopotaniem,  i  nagle  łzy  popłynęły  mu  po 

policzkach.  –  Dziś  rano  została  zamordowana  Jane  Cooke  –  szepnął.  –  Jest  mi  bardzo 

przykro, proszę pana. 

background image

 

Mandeville, San Dominica 

 

Tego  ranka  za  piętnaście  dziesiąta  dwaj  krótko  ostrzyżeni  mężczyźni  w  tradycyjnych, 

szarych  garniturach  wywieźli  Jane  na  wózku  inwalidzkim  do  ogrodu  na  tyłach  szpitala  w 

Mandeville.  Wózek  toczył  się  ścieżką  między  palmami  i  klombami  pełnymi  kwiatów. 

Dziewczyna zaczęła się uśmiechać. Czuła się tak, jakby robiła to po raz pierwszy od bardzo 

długiego czasu. 

– To mi trochę przypomina Bermudy – powiedział jeden z mężczyzn. 

– Raczej serial Ironside

*

 – zażartowała Jane. 

Mężczyzna  pchający  jej  wózek  zaśmiał  się  nosowo.  Był  to  James  McGuire,  brzuchaty, 

dobroduszny  pięćdziesięciodziewięciolatek,  który  przypominał  Jane  pozbawionego  brody 

Świętego Mikołaja. 

Młodszy  z  nich  miał  tylko  trzydzieści  jeden  lat.  James  Dowd  był  mniej  rozmowny  od 

McGuire’a, ale też bardzo miły. Typowy Irlandczyk. 

Gdy  wjechali  głębiej  w  zarośla,  skąd  nie  było  widać  budynku  szpitala,  James  McGuire 

zatrzymał wózek. 

– W porządku, Jane. – Na czerwonej twarzy McGuire’a pojawił się uśmiech. – Na pewno 

chcesz sobie pochodzić. Chyba masz już dosyć wózka. Bo mnie się nie chce dalej pchać. 

Jane wstała i o własnych siłach spacerowała po ogrodzie. Widzieli mnóstwo kolorowych 

ptaków, jaszczurek, żab i krabów pustelników. W trawie spostrzegli małą mangustę, czatującą 

na węża. 

Kręta  ścieżka  nagle  wyszła  na  puste  pole,  po  którym  hulał  wiatr.  Jane  i  agenci  FBI 

westchnęli, oczarowani widokiem. Tuż za polem rozciągało się granatowe morze. 

–  Trudno  nie  być  szczęśliwym  w  takim  miejscu  jak  to  –  odezwał  się  po  raz  pierwszy 

James Dowd. – Zdaję sobie sprawę, że to nie ma nic wspólnego z logiką. 

– To właśnie w ten sposób łapie się bakcyla i potem trudno już opuścić tę wyspę. – Jane 

uśmiechnęła się do tego miłego, nieśmiałego człowieka. – Zwolnij się z pracy i... James! 

Z  zarośli  za  ich  plecami  wyskoczyło  trzech  ludzi,  ubranych  w  zielone  wiatrówki  i 

sportowe koszule zapięte pod samą szyję. 

– Nie ruszać się! – krzyknął jeden z nich. 

Jeden  z  jego  towarzyszy,  wysoki  blondyn,  zaczął  strzelać  z  niewielkiego  pistoletu 

maszynowego. 

                                                 

*

 Bohater serialu, komisarz policji, poruszał się na wózku inwalidzkim (przyp. tłum.). 

background image

Dowd i McGuire, trafieni, upadli do tyłu w wysoką trawę. Dwaj napastnicy dopadli Jane i 

przewrócili  ją  na  ziemię.  Jeden  złapał  za  ręce,  a  drugi  przycisnął  jej  do  nosa  i  ust  wilgotną 

chustkę. 

Jane  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  koszmar  powraca.  O  mało  nie  oszalała.  Zaczęła 

przeraźliwie  krzyczeć.  Usiłowała  chwycić  zębami  rękę,  która  wciąż  trzymała  na  jej  twarzy 

ociekający kawałek materiału. Oprawcy przycisnęli jej głowę do ziemi. Kość ramienia pękła 

pod naciskiem kolana jednego z nich. 

Nagle Jane zaczęła się dławić. Biała chustka miała ostry, duszący zapach. Poczuła się tak, 

jakby  na  głowie  miała  torebkę  pełną  kleju.  Przestała  się  szarpać.  Widziała  błękitne  niebo  i 

oślepiające  słońce.  Złe  i  wystraszone  twarze  zaczęły  wirować  jej  przed  oczami.  Jasnowłosy 

Anglik... Był tutaj... Pomyślała o Peterze i rozpłakała się. Poczuła się bezradna jak dziecko. 

A potem z całej siły wbiła zęby w czyjś wielki kciuk. 

– Chryste, przestań się bronić! – wrzasnął jeden z napastników. 

– Jezu! Ugryzła mnie w rękę! – zawył drugi. 

Na drugim końcu pola pojawili się ubrani na biało lekarze i pielęgniarki. Właśnie wtedy 

Clive Lawson schylił się i strzelił dziewczynie prosto w prawą skroń. Jane widziała jeszcze, 

jak jasnowłosy mężczyzna pochyla się nad nią. Nie był tak przystojny, jak sobie wyobrażała... 

Zapragnęła  jeszcze  raz  przytulić  się  do  Petera.  Wszystko  wydało  jej  się  takie  okropne  i 

głupie... A potem nie było już nic. 

 

background image

10 maja 1979, czwartek 
Sieć się zaciska Tysiące zatrzymanych 

 

ROZDZIAŁ 26 

 

To, co miałam do zrobienia w Waszyngtonie i w Europie od szóstego do 

dziesiątego maja, nie było częścią zadania. Siedziałam w hotelu „Gralyn”. 

Patrzyłam  na  studenta  zajadającego  kanapkę.  Myślałam  o  tym,  że  Port-

Smithe prawie idealnie nadaje się do swojej roli. Wspominałam Samotnika z 

Coastown. A także 3ickiego Handy. I Damiana.  Dziwaczne to były myśli... 

3a przykład, czy będę żyła za rok od tej chwili? Czy w ogóle jeszcze żyję? 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

10 maja 1979, Waszyngton, D. C. 

 

Czwartek rano. Dziesiąty dzień pod znakiem maczety 

 

O dziesiątej rano czasu San Dominiki, a o dziewiątej czasu lokalnego, pani Susan Chaplin 

siedziała w ogródku restauracji hotelu „Gralyn” przy ulicy N w Waszyngtonie. Miała na sobie 

kremową bluzkę i granatową spódnicę, na ramiona narzuciła dobraną kolorystycznie chustkę. 

Duże, niebiesko-białe okulary słoneczne przesunęła do góry na włosy. 

Dziobała widelczykiem  ciastko, leżące przed nią na talerzyku i rozmawiała z londyńską 

prostytutką o pseudonimie Betsy Port-Smithe. 

Pod pseudonimem Susan Chaplin występowała Carrie Rose. 

–  To,  o  czym  myślę  –  tłumaczyła  Carrie,  przyglądając  się  waszyngtońskiemu  hipisowi, 

pochłaniającemu gigantycznego sandwicza po drugiej stronie pięknie utrzymanego żywopłotu 

– jest trochę, hmm... niezwykłe. 

–  Niezwykłe?  –  wzruszyła  ramionami  Port-Smithe.  –  Proszę  posłuchać,  pani  Chaplin. 

Jestem młoda, zdolna i zrobię wszystko dla pieniędzy. Co to ma być, ta  niezwykła rzecz? – 

background image

Wysoka  blondynka  parsknęła  śmiechem.  –  Chce  pani  może,  żebym  wyskoczyła  z  tortu  na 

jakimś przyjęciu? 

Carrie Rose roześmiała się razem z nią. 

Port-Smithe  chichotała  tak  głośno,  że  ten  i  ów  z  gości  hotelowych  zaczął  zerkać  w  ich 

stronę.  Młode  kobiety  siedziały  na  tle  zielonych  parasolek.  Za  nimi  zaczynało  się 

Georgetown.  Wyglądały  na  uczestniczki  niedawno  zakończonego,  wystawnego  przyjęcia 

zorganizowanego  w  hotelu  „Gralyn”  przez  jakąś  ambasadę.  Na  pierwszy  rzut  oka  mogły 

uchodzić za siostry. Podobieństwo było uderzające. 

Uważny  kelner  uprzątnął  z  ich  stolika  nakrycia  pozostałe  po  śniadaniu  (ryba,  płatki 

zbożowe, owsianka). Postawił na środku dojrzałe winogrona i gruszki o lśniącej skórce. 

– W przyszłym tygodniu – ciągnęła Carrie,  gdy  przestały się śmiać – ma przyjechać do 

Waszyngtonu mój mąż, Damian. Wraca po serii męczących konferencji, które odbywały się 

na Karaibach. Damian sprzedaje odzież. Bardzo drogą damską odzież. Z pewnych względów 

nie będę mogła się z nim tu spotkać. Po prostu nie chce mi się czekać na niego cały tydzień. 

Port-Smithe zatrzymała w pół drogi do ust rękę z winogronem. 

– No i? 

–  Chciałabym,  żebyś  zamiast  mnie  poczekała  na  Damiana.  Spotkasz  go  w  hotelu  „St. 

James” i spędzisz z nim całą noc, jeśli mnie tam nie będzie. To wszystko. 

– Czy pani wie, ile ja sobie za to zażyczę? – spytała Betsy Port-Smithe. – Za cały tydzień 

oczekiwania? 

–  Nie  wiem.  Mogę  ci  zapłacić  dwie  setki  za  każdy  dzień.  Plus  oczywiście  pokój  w „St. 

James”.  Wraz  z  wyżywieniem.  Do  czasu  przyjazdu  Damiana  będziesz  wolna  jak  ptak.  Jeśli 

chcesz,  możesz  nawet  pracować.  Rozumiem,  że  jesteś  naprawdę  dobra  w  tym,  co  robisz, 

Betsy. O to mi właśnie chodzi. 

Londyńska  call  girl  uśmiechnęła  się.  Wydawało  się  jej,  że  zaczyna  rozumieć,  o  co  tu 

chodzi. Ta nawiedzona  Amerykanka ma po prostu ochotę na zabawę we troje, tylko nie ma 

odwagi poprosić o to wprost. Cóż, nie ma sprawy. 

– Za Damiana – Port-Smithe uniosła filiżankę kawy z eau-de-vie

– Za Damiana – uśmiechnęła się skromnie Carrie. Wszystko wskazywało na to, że z jej 

punktu widzenia sprawy zaczęły się toczyć we właściwym kierunku. 

Dzisiejszego popołudnia musi polecieć do Zurychu. Po pieniądze, władzę i wszystkie te 

drobiazgi, które sprawiają, że świat kręci się tak szybko i wesoło. 

Carrie  dobrze  wiedziała,  że  został  jej  już  tylko  jeden  dzień.  Potrzeba  jeszcze  około 

trzydziestu  godzin,  aby  wystrychnąć  na  dudka  kilku  samozwańczych  geniuszy,  zresztą 

wyłącznie rodzaju męskiego. 

 

background image

Coastown, San Dominica 

 

Petera  Macdonalda  ukryto  starannie  w  luksusowym  apartamencie  elitarnego  klubu 

golfowego  i  tenisowego  w  Coastown.  Przebywało  z  nim  stale  co  najmniej  pięciu  agentów 

CIA, najlepszych specjalistów od rejonu Karaibów. Pierwszego dnia było ich aż ośmiu, a co 

najmniej trzy razy tylu jeździło całą noc wózkami golfowymi po wypielęgnowanych polach. 

Potrzeba by chyba całej armii, aby wydostać stamtąd Macdonalda żywego. 

Peter siedział w marmurowej wannie w jednej z trzech łazienek, jakie miał do dyspozycji, 

zanurzony  po  pierś  w  parującej  wodzie.  Czuł  się  trochę  dziwnie.  Jakby  coś  pękło  w  jego 

głowie w tamto środowe popołudnie, kiedy stał przy burcie jachtu, a czarny policjant trzymał 

go za ramiona i mówił głośnym szeptem: 

– Jane została zamordowana dziś rano. Jest mi bardzo przykro, proszę pana. 

Trzask.  Jak  chrupnięcie  łamanej  kości,  chrzęst  zrywanego  ścięgna.  Nie  miał  pojęcia,  że 

ma tak delikatną głowę. 

Nie  znaczyło  to,  że  nie  będzie  mógł  dalej  żyć  bez  Jane.  Będzie  mógł.  Jakoś  przecież 

przeżył dwadzieścia parę lat, zanim ją spotkał. Było to raczej poczucie, że bez niej już nigdy 

nie odzyska równowagi psychicznej. 

Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym pojęciem. Równowaga psychiczna. Czy to 

miało  oznaczać  umiejętność  radzenia  sobie  w  życiu,  zadowolenie,  brak  uczucia  samotności, 

brak potrzeby zapisywania się do West Point, aby zaskarbić sobie miłość ojca? 

Jego stary timex wskazywał szóstą piętnaście rano. Minęło dziesięć dni od początku tego 

koszmaru. 

Czerwonawy  blask  wschodzącego  słońca  wpadał  do  środka  przez  żaluzje.  Na  zewnątrz 

ktoś  już  grał  w  tenisa.  Słychać  było  regularne  odgłosy  odbijanej  piłeczki.  Pewnie  kolejni 

agenci... 

Wszyscy starali się być bardzo mili. Lokalna policja. CIA. Zostawili go w spokoju na całą 

noc. Nie chcieli go drażnić pytaniami, których przecież mieli bardzo wiele. 

Prawie  całą  noc  przesiedział  w  ciemnej  łazience.  Wielki  stek  pozostał  nietknięty  na 

talerzu.  Tak  samo  jak  główki  szparagów  i  lody  z  truskawkową  polewą.  Czuł  się  jak  mały 

chłopczyk, zamknięty samotnie w wielkim domu. Z fotograficzną dokładnością przypominał 

sobie  moment,  w  którym  po  raz  pierwszy  kochał  się  z  Jane.  Trzydniową  wycieczkę  po 

wyspie,  na  którą  wybrali  się  jako  zupełnie  obcy  sobie  ludzie.  Wielki,  romantyczny,  szalony 

poryw  uczucia,  który  mógł  przytrafić  się  tylko  w  tej  cudownej,  wakacyjnej  scenerii. 

Wspomnienia doprowadziły go do płaczu. Straszliwie tęsknił za Jane. 

Obrócił się w wannie. Gorąca kąpiel w klimatyzowanym pomieszczeniu to trochę dziwny 

pomysł.  Tak  jakby  zimą  spać  pod  pięcioma  kołdrami,  ale  przy  otwartym  oknie.  Wszystko 

było jakieś dziwne, nierealne i obce. 

W głowie znowu coś mu chrupnęło. Ale Peter miał to gdzieś. A jednocześnie nie miał. 

background image

Teraz  pragnął  tylko  jednego  i  myślał  o  tym  przez  całą  noc  –  jak  się  zemścić.  To  nie 

powinno  sprawić  większych  trudności.  Wystarczy  jeden  dobry  pomysł,  jak  dopaść 

jasnowłosego  najemnika.  A  potem  rozwalić  mu  łeb.  Zrobić  dokładnie  to,  co  on  zrobił  Jane. 

Tylko powoli. 

Siedząc  w  wannie  Peter  doszedł  do  wniosku,  że  wcale  nie  musi  kłopotać  się 

poszukiwaniem  Anglika.  Pewnego  dnia  rozejrzy  się  i  po  prostu  go  zobaczy.  Dokładnie  tak, 

jak wtedy w Turtle Bay. 

 

O  dziewiątej  Damian  siedział  w  kościele  w  Coastown  i  dokładnie  badał  jego  wnętrze. 

Podszedł do niego mały, czarny chłopczyk, a Damian wykrzywił się najstraszliwiej jak umiał. 

Chłopiec wybuchnął śmiechem. Kilkoro obecnych odwróciło się w ich stronę, aby go skarcić, 

ale po chwili też się uśmiechnęli. 

Tymczasem  angielski  płatny  zabójca  zaczynał  zabawę  w  kotka  i  myszkę  z  policją  San 

Dominiki.  Jego  dodatkowym  zadaniem  było  uczynienie  z  Damiana  naprawdę  krwiożerczej 

bestii.  Clive  Lawson  miał  sprawić,  że  Rose  stanie  się  najsłynniejszym  psychopatycznym 

mordercą na świecie. 

Siedząc na balkonie rozsypującego się hotelu „Royal Caribbean”, Lawson patrzył na małą 

kurewkę  posapującą  z  rozkoszy.  O  pół  metra  od  niego,  na  przegniłym  ze  starości  krześle, 

kwiczała naga siedemnastolatka, odgrywająca psychodeliczny orgazm. Miała całkiem dorosłe 

cycki, siwe pasemka w czarnych, długich włosach i szczupłą, nieobecną twarz. 

– Widzę... obrazy malowane szafranem i ochrą... tańczą mi pod powiekami... – wyjęczała. 

Pewnie uważała, że to brzmi bardzo seksownie. Włożyła sobie do środka dwa palce. 

Clive  Lawson  patrzył  na  te  palce,  znikające  i  pojawiające  się  jak  nogi  wędrowca, 

zapadające  się  co  chwila  w  głębokim  piachu.  Onanizował  się  przy  tym  powoli,  leniwie, 

obiema rękami. 

Dziewczyna  nazywała  się  Stormy  Lasher.  Połowę  mózgu  miała  zżartą  przez  kwas  i 

psylocybinę, a drugiej pozbyła się pracując w salonie masażu w podłym nowojorskim hotelu 

„Commodore”. 

Zauważyła,  że  jasnowłosy  Anglik  –  zresztą  wstrętny  męski  szowinista  i  rozpustny 

staruch,  miał  przecież  aż  trzydzieści  trzy  lata  –  ma  bardzo  interesującego  ptaszka.  Gruby, 

prężny  i  żylasty,  sterczał  jak  róg  koziorożca.  Porównanie  jego  wyposażenia  z  cienkimi 

fiutkami  studentów  z  pobliskiej  plaży  Sunshower  Beach  wypadało  zdecydowanie  na  jego 

korzyść. 

–  Zaraz  się  spuszczę!  –  krzyknęła,  unosząc  w  górę  nogi  z  pomalowanymi  na  srebrno 

paznokciami. – Jezu Chryste! 

Wiła  się  i  jęczała,  podsuwając  sobie  pod  perkaty  nos  ampułkę  azotynu  amylowego.  W 

tym momencie usłyszała głos swojego klienta: 

– Jestem tym, którego szukają. Anglikiem. To do twojej wiadomości. 

background image

Kiwnęła głową i zaraz utonęła w feerii narkotycznych kolorów. 

O dziesiątej Anglik był w drodze do centrum Coastown, zmierzając po kolejną ofiarę. 

Denise  „Stormy”  Lasher  siedziała  w  tym  czasie  na  balkonie  pokoju  trzysta  trzydzieści 

cztery i darła się jak wariatka, którą zresztą kiedyś niewątpliwie się stanie. 

Krótko po jedenastej policja, wojsko i agenci CIA otoczyli hotel „Royal Caribbean” jak 

mrówki  domek  z  piernika.  Harold  Hill  i  Brooks  Campbell  razem  maszerowali  przez  hali 

recepcji.  Campbell  dźwigał  nieporęczny  karabin  M-16.  Policjanci  zatrzymali  windę  i 

przystąpili do przeszukania zabytkowego, walącego się hotelu od piwnic aż po dach. 

Hill,  Campbell  i  doktor  Johnson  poszli  prosto  do  pokoju  trzysta  trzydzieści  cztery,  w 

którym mieszkała Denise Lasher. Rozhisteryzowana nastolatka powiedziała im, że mężczyzna 

prawdopodobnie wyszedł, zanim wpadła tu policja. Ale nie była tego całkiem pewna. Tak, był 

wysoki.  Jasne  włosy.  Podobny  do  Michaela  Caine’a.  Nie,  nie  pamięta,  żeby  mówił  coś 

szczególnego. Poza jednym: że to on jest tym mordercą, którego wszyscy szukają. 

Harold  Hill  przegrzebywał  kosze  w  sypialni  i  w  łazience.  Siwowłosy  dyrektor  CIA 

znalazł  tylko  kilka  pustych,  zmiętych  paczek  po  dunhillach,  niedopałki  papierosów  z 

marihuaną,  pudełko  po  nabojach  do  remingtona  i  paczkę  francuskich  prezerwatyw.  Same 

śmieci. 

Tymczasem  Meral  Johnson  nakazał  poszukiwanie  samochodu,  w  którym  widziano 

wysokiego,  jasnowłosego  mężczyznę,  gdy  odjeżdżał  spod  hotelu.  Błękitny  mustang,  numer 

rejestracyjny  3984-A.  Potem  rozesłał  swoich  ludzi  i  Amerykanów  po  całym  hotelu,  aby 

przepytali jak najwięcej gości. Rozkazał też postawić blokady na drogach wokół Carolinsted i 

w okolicznych miejscowościach. 

Doktor  Johnson  miał  przeczucie,  że  zaczynają  deptać  mu  po  piętach.  Nie  spał  już  od 

dwóch  dni.  Miał  prawdziwą  obsesję  na  punkcie  schwytania  jasnowłosego  najemnika. 

Zależało mu na tym bardziej niż komukolwiek innemu, bo tylko on uważał, że to właśnie ten 

człowiek zniszczył San Dominikę. 

Campbell i Hill oparli się o drewnianą poręcz przed wejściem do hotelu i palili jednego 

papierosa za drugim. 

– Nie wiem, co ci powiedzieć po stracie Carole. – Campbell rzucił niedopałek na piasek. 

– Przykro mi, Harry. Mam nadzieję, że wiesz, co czuję. 

– Czujesz, że powinieneś coś powiedzieć – powiedział Hill i uśmiechnął się okrutnie. – I 

nic ponad to, Brooks. 

Campbell przeniósł spojrzenie na błękitne morze. 

– A co z Macdonaldem? 

–  Kiedy  schwytamy  Rose’a,  Macdonald  go  zidentyfikuje.  Nie  znoszę  sporządzać 

cholernych portretów pamięciowych. Poza tym możemy go wykorzystać jako przynętę, jeżeli 

uda się nam zrobić to wystarczająco dyskretnie. 

background image

–  Sądzę,  że  Rose  i  tak  będzie  chciał  się  pozbyć  Macdonalda.  Co  innego  mogło  go  tu 

zatrzymać? 

Harold Hill przeciągnął się. Nie miał pojęcia, co. 

Ruszyli  przez  trawnik  na  tyły  hotelu.  Podeszli  do  stojącego  tam  helikoptera.  Obsługa 

zaczęła przygotowywać maszynę do startu. 

– Niedługo go dopadniemy – zapewnił Harold Hill. – Albo on dopadnie nas. 

 

O  jedenastej  Peter  nagrał  pierwsze  ze  swoich  czterech  zeznań,  które  trafiły  do 

zawierającego osiem i pół miliarda pozycji komputerowego archiwum CIA. 

Przez półtorej godziny bez przerwy gadał do szpulowego magnetofonu Sony w obecności 

dwóch wyglądających na naukowców agentów z Waszyngtonu. Opowiedział o swojej odysei 

w dżungli West Hills, o  wszystkim,  co widział w Turtle  Bay oraz o tym,  co czuje do  rządu 

Stanów Zjednoczonych po aferze Watergate, po Kambodży i po śmierci Jane. 

Agenci  mieli  za  zadanie  stwierdzić,  czy  Peter  może  sprawiać  im  w  przyszłości  jakieś 

problemy. 

O  dwunastej  trzydzieści  policyjny  rysownik  przystąpił  do  sporządzania  portretu 

pamięciowego Damiana Rose’a na podstawie tego, co Peter pamiętał z piętnastosekundowego 

spotkania na drodze nad plażą Turtle Bay. 

O pierwszej agenci zaczęli kopiować kolorową podobiznę wysokiego blondyna. 

Wtedy Peter poprosił o pistolet w celu samoobrony, ale odmówiono mu. 

O drugiej grupa agentów zabrała go z klubu golfowego. 

Nagle wydarzenia zaczęły toczyć się z zadziwiającą szybkością. Wszystko wydawało mu 

się potem mgliste i niejasne. 

Zjechali windą dwa piętra do holu. Szybko przeszli przez ogród w kierunku szarego forda 

z małymi, amerykańskimi flagami na masce.  Zmienili dwukrotnie samochody,  aby wreszcie 

wsiąść  do  błękitnego  mercury  cougar  z  lśniącą  kratą  chłodnicy.  Drzwi  zablokowały  się 

automatycznie i mercury wystrzelił jak rakieta. Za oknami migały wysokie palmy. Z piskiem 

opon wjechali na Orange Boulevard, gdzie Murzyni z niezmąconym spokojem sprzedawali na 

chodnikach banany i papaje. 

Jechali do kościoła, w którym złożono ciała ofiar. Między nimi była też Jane. 

Peter siedział z tyłu z założonymi rękami, zastanawiając się, dlaczego jadą do kościoła w 

biały dzień. Ale zaraz przestał o tym myśleć. Ujrzał Jane, migoczącą jak w świetle neonówki. 

Ujrzał blondyna nad Turtle Bay. I wreszcie siebie jadącego na rowerze. 

– Dobrze się czujesz, Pete? 

– Jasne. Doskonale. Zamyśliłem się tylko. 

W niedużym katolickim kościele Harold Hill i Brooks Campbell czekali w zakrystii. Obaj 

agenci  mieli  na  sobie  lekkie  garnitury.  Przyjęli  postawę  pełną  uszanowania.  Rozmawiali  na 

temat  organizacji  uroczystości  z  ojcem  Kevinem  Brennanem.  Chcieli  wiedzieć,  gdzie 

background image

znajdują  się  boczne  i  tylne  wejścia.  Gdzie  można  będzie  umieścić  fotoreporterów,  aby  nie 

przeszkadzali. W którym miejscu w kościele mógłby się ukryć ewentualny zamachowiec. 

Tymczasem tłum czekający na ulicy ruszył przez główne wejście do kościoła. Byli w nim 

zarówno Clive Lawson, jak i Damian Rose. 

Gdy rządowy samochód zajechał na podjazd, Peter pomyślał, że ta miniaturowa katedra 

mogłaby  być  niezłym  miejscem  dla  snajpera.  Dziki  tłum,  zatłoczone  ulice,  zamieszanie  jak 

podczas karnawału. 

Wysiadając z oficjalnie wyglądającej limuzyny usłyszał skandowanie tłumu: 

– Stany Zjednoczone to mordercy! 

– Stany Zjednoczone to mordercy! 

– Haile Sellassje! 

– Haile Sellassje! 

Widział  morze  czarnych  twarzy,  nabrzmiałe  żyły  na  czołach  ludzi,  którzy  usiłowali  się 

dowiedzieć,  co  dzieje  się  na  ich  ojczystej  wyspie.  Wyglądało  to  cholernie  dziwacznie.  Jak 

Sajgon w siedemdziesiątym trzecim roku. Peter wyobraził sobie, że bierze do ręki mikrofon i 

wyjaśnia tym tłumom, że większość ludzi w Stanach Zjednoczonych wcale im źle nie życzy. 

Że nie zależy im na ich boksytach i że w ogóle nie mieli zamiaru nikogo skrzywdzić. Kropka. 

Pięciu ludzi w ciemnych garniturach i białych koszulach czekało na niego przy schodach 

do  kościoła.  Byli  między  nimi  Brooks  Campbell,  doktor  Johnson  i  Harold  Hill.  A  także 

ambasador Stanów Zjednoczonych we własnej osobie. 

Młody  ksiądz  ujął  Petera  pod  ramię  i  złożył  mu  krótkie  wyrazy  ubolewania.  Potem  z 

resztą  świty  weszli  do  środka.  Tuż  za  nimi  podążał  kamerzysta  wiadomości  telewizyjnych, 

jak dumny wujaszek podczas uroczystości ślubnej. 

Za kamerzystą szli dwaj żołnierze piechoty morskiej z pistoletami maszynowymi MAT. 

Peter  włożył  na  głowę  swoją  starą  baseballówkę.  Zielone  Berety  nie  odkrywają  głów 

podczas  pogrzebu  towarzysza.  Pieprzyć  idiotyczne  zasady  i  konwenanse!  Pieprzyć  to 

wszystko! 

– Ależ Peter, nie w tym miejscu – szepnął ksiądz. – Zdejmij czapkę, proszę. 

Ale  Peter  nie  słyszał  niczego,  poza  stukaniem  trumien,  ustawianych  właśnie  w  dwóch 

rzędach przed głównym ołtarzem. Były w nich ciała nie rozpoznanych dotąd ofiar masakry z 

Elizabeth’s  Fancy,  także  zwłoki  agentów  zabitych  w  szpitalu  w  Mandeville.  A  w  jednej  z 

prowizorycznych trumien Czerwonego Krzyża leżała Jane. 

– Wiem, co czujesz, Peter. Ale w ten sposób obrażasz naszego Pana. 

– A mnie się zdaje, że nasz Pan ma to wszystko gdzieś. A nawet jeśli nie, i tak mi to wisi. 

Ojciec  Brennan  wskazał  jedną  z  trumien  po  prawej  stronie  czerwono-złotego  ołtarza. 

Peter  podszedł  do  niej  i  ujrzał  tabliczkę  z  napisem:  JANE  FRANCES  COOKE.  Spojrzał  na 

przedstawicieli  ambasady  i  policji.  Modlą  się?  A  może  recytują  słowa  przysięgi?  Widok 

przypomniał  mu  telewizyjną  migawkę  pokazującą  następstwa  jakiejś  wielkiej  tragedii.  Setki 

background image

ciał  leżały  w  sali  stołówki  szkoły  podstawowej.  Ludzie  szukali  wśród  nich  krewnych  i 

przyjaciół. Nastrój żałoby i smutku naruszały kamery telewizyjne. 

– Otworzycie trumnę? – zwrócił się do księdza. – Chciałbym ją jeszcze raz zobaczyć. 

– Nie zrobimy tego – szepnął kapłan. – To nie jest najlepsze miejsce. 

– Chcę ją zobaczyć. 

– A zdejmiesz czapkę? – spytał ksiądz. 

Peter zdjął baseballówkę, a duchowny zgodził się na zdjęcie wieka na krótką chwilę. Nie 

był  to  dobry  pomysł,  ale  szef  policji  powiedział  „tak”,  ambasador  Stanów  Zjednoczonych 

powiedział „tak”, a młody Amerykanin był bardzo zdecydowany... 

Wieko odsunięto z głośnym łoskotem. 

Peter  zajrzał  do  środka.  Zobaczył  młodą  kobietę,  w  której  z  trudem  rozpoznał  Jane. 

Wydawała  się  taka  mała...  Jej  twarz  pokryto  grubą  warstwą  pudru  i  różu.  Jasne  włosy  były 

jakieś  sztywne,  jakby  należały  do  plastykowej  lalki.  Nawet  nie  ubrali  jej  we  własną 

sukienkę... 

O,  Boże,  nie,  nie,  powtarzał  Peter  w  myślach.  Jezu,  nie.  Niech  to  szlag. Niech  to  szlag. 

Gdyby ci skurwiele nie gapili się wciąż na niego, rozpłakałby się jak dziecko. 

W  tym  samym  czasie  Damian  przypatrywał  się  Lawsonowi,  stojącemu  na  galerii  dla 

chóru. Sam znajdował się zaledwie cztery metry za nim. 

Płatny  zabójca  miał  w  pewnej  chwili  okazję  do  strzału,  ale  zrezygnował.  Doszedł  do 

wniosku, że to słuszna decyzja. Rose zastanawiał się i kalkulował. Ten kościół był naprawdę 

niezłym miejscem dla zamachowca. Zaskakującym i widowiskowym. Można tu było dokonać 

prawdziwie  wstrząsającej  zbrodni.  Jednak  nie  było  to  miejsce  idealne.  Ale  ja  bym  to  zrobił 

tutaj, pomyślał Damian. Może gdy ofiara będzie wychodzić z kościoła... 

Przyglądał  się  Peterowi,  stojącemu  przed  trumną  swojej  dziewczyny.  Patrzył  na 

Campbella i Hilla – można by wystrzelać ich jak kaczki. 

Po  chwili  Clive  Lawson  cicho  zszedł  z  galerii  i  opuścił  kościół.  Miał  na  głowie  ciemną 

perukę z modną fryzurą, co upodabniało go do reporterów telewizyjnych, albo agentów tajnej 

służby. Niezły kamuflaż, ułatwiający przemieszczanie się z miejsca na miejsce. 

Wszystko wskazywało na to, że na wielki finał, na ostateczny, rozstrzygający cios trzeba 

będzie jeszcze trochę zaczekać. 

Damian  opuścił  kościół  w  głównej  grupie  wychodzących.  Wyglądał  dziwacznie  w 

workowatych, żółtych portkach, z parasolem i błazeńską czapką, którą z szacunkiem trzymał 

w ręku. Na ulicy prawie natychmiast otoczyła go zgraja dzieciaków, chcących pobawić się z 

Basilem, minstrelem wszystkich dzieci. 

 

 

 

 

background image

Czwartek wieczorem 

 

Przez  cały  czwartek  trwały  na  wyspie  gorączkowe  poszukiwania.  San  Dominika  została 

przewrócona do góry nogami i przetrząśnięta tak szczegółowo, jakby masakra w Elizabeth’s 

Fancy wydarzyła się zaledwie wczoraj. 

Właścicielom sklepów, kawiarni, restauracji i domów prywatnych naprzykrzali się agenci 

z portretem pamięciowym zrobionym według opisu Petera. 

Wszystkie hotele, motele, zajazdy, hacjendy, wille, chaty turystyczne i kempingi, czy to 

dla  białej,  czy  też  czarnej  klienteli,  były  nawiedzane  przez  szwendające  się  grupy 

miejscowych  policjantów  i  szeryfów  federalnych.  Wynajmowano  gangi  chuliganów,  aby 

spenetrowali  przestępcze  podziemie,  środowisko  sprzedawców  kokainy  i  marihuany.  W 

portach  lotniczych  i  morskich  i  na  blokadach,  postawionych  na  ważniejszych  drogach  całej 

wyspy, zatrzymywano tysiące ludzi. 

Ale ani Damian Rose, ani Clive Lawson nie pojawili się w żadnym z tych miejsc. Niczym 

Martin  Bormann  i  doktor  Mengele,  byli  zbyt  sprytni,  aby  wpaść  w  szeroko  rozstawione 

policyjne sieci. 

„Zatoka Świń II” powoli przeradzała się w „Zatokę Paniki”. 

 

O  siódmej  wieczorem  Harvey  Epstein,  specjalista  od  systemów  łączności,  pierwszy 

wpadł na trop w tym zakrojonym na szeroką skalę polowaniu. 

W chwili dokonania swojego odkrycia Epstein układał pasjansa na podłodze furgonetki. 

Volkswagen  był  zaparkowany  w  odległości  około  trzystu  metrów  od  wielkiej  willi, 

zbudowanej  przez  rodzinę  Charlesa  Forlenzy  (właściciela  sieci  Sunasta  Hotels)  na  San 

Dominice.  Ze  swojej  furgonetki  Epstein  nielegalnie  podsłuchiwał  prowadzone  przez 

mieszkańców willi rozmowy telefoniczne. 

Przez  całe  dwa  dni  słyszał  jedynie,  jak  kucharz  Forlenzy  wydzwania  do  dostawców 

świeżych  jarzyn  na  Gourmet  Market  w  Coastown.  Gdy  o  siódmej  telefon  znów  zadzwonił, 

Harvey był już potwornie głodny. 

Przesunął słuchawki na jedno ucho i nasłuchując, odkrył asa pik. 

– Halo – odezwał się jakiś mężczyzna. 

Pierwszy  nagrany  głos  należał  do  bandziora  nazwiskiem  Duane  Nicholson.  To  właśnie 

jego  zabrał  Isadore  Goldman  na  spotkanie,  które  odbyło  się  szóstego  maja  w  rezydencji 

premiera. 

Epstein domyślił się, że drugi głos należał do Damiana Rose’a. 

–  Muszę  was  poprosić  o  przysługę  –  usłyszał.  –  Wykonajcie  swoją  część  zaplanowanej 

operacji. 

– Jutro, tak? – spytał Nicholson. 

Trzask i ciągły sygnał w słuchawce. 

background image

– Mam cię, skurwysynu – szepnął Harvey. – Mam cię! 

Niecałą godzinę później Campbell i Hill słuchali nagrania w Coastown. 

– Ciekawe – Campbell natychmiast rozpoznał przyjemny głos. – To był Rose. 

 

Peter,  wciąż  pilnie  strzeżony  w  klubie  golfowym,  oglądał  w  telewizji  lokalne 

wiadomości. Po raz pierwszy od dwóch dni miał na tyle jasny umysł, by zastanowić się nad 

skutkami trafienia pociskiem wystrzelonym przez snajpera. 

Koszmarny  sen  wszystkich  prezydentów...  pacnięcie  owada  w  przednią  szybę... 

czternaście  gramów  stali  wbija  się  w  czoło  z  prędkością  dziewięciuset  metrów  na  sekundę. 

Poczuł, że robi mu się niedobrze. 

Około wpół do dziewiątej zadzwonił do rodziców w Grand Rapids. 

Mama  nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  prezydencki  samolot  jeszcze  nie  odwiózł  go  do 

domu. 

– Powiedz im, żeby cię natychmiast wysłali do Stanów – powiedziała Betsy Macdonald. – 

Mój  Boże,  dość  już  się  nacierpiałeś.  Zawsze  mogą  przyjechać  tutaj,  żeby  zapytać  cię  o 

dodatkowe szczegóły. Powiedz im to, Peter... 

Ojciec  Petera  chciał  poznać  prawdę  o  całej  historii.  Rozmawiał  już  z  senatorem 

Pflanzerem i ten także był bardzo zainteresowany. 

–  Peter,  nie  ryzykuj  życiem  dla  tych  smętnych  skurwysynów  –  powiedział  pułkownik 

Macdonald, zwany Big Mac. – Cały ten cholerny rząd nie zrobił dla nikogo nic dobrego, więc 

dlaczego mamy nadstawiać za nich tyłka? Mówię ci, synu. 

Peter słuchał, czasem wtrącając kilka słów i usiłował wyobrazić sobie Wielkiego Maca i 

Małą Betsy. Gdy ich ostatnio widział, byli o jakieś dziesięć lat młodsi niż teraz. Przypomniał 

sobie też całą Niezwykłą Szóstkę, ustawioną jak pozująca do zdjęcia drużyna hokejowa. 

– Postaram się wrócić jak najszybciej – powiedział ojcu. – Powtórz to mamie i braciom. 

Strasznie za wami tęsknię, naprawdę. 

Odłożył słuchawkę i oddał się rozmyślaniom w pogrążonej w mroku sypialni. Wyobrażał 

sobie,  że  widzi  w  zwolnionym  tempie  kulę  trafiającą  w  ludzkie  czoło.  Jak  na  tej  słynnej 

fotografii  z  egzekucji  w  Wietnamie.  Głowa  tamtego  człowieka  po  prostu  rozleciała  się  na 

kawałki. 

O  wpół  do  drugiej  nad  ranem  do  sypialni  wszedł  jeden  z  agentów  CIA,  niski  Włoch, 

często udający Petera Falka. 

– Przenosimy cię, Pete. Przygotuj się, dobrze? 

Ubierając  się  Peter  starał  się  przygotować  psychicznie.  Przecież  nie  ma  się  czego 

obawiać. A jeśli nawet jest, do diabła z tym. 

Trzej agenci z automatami odprowadzili go do dużego kombi, które czekało z pracującym 

silnikiem. 

background image

Głęboki  łyk  świeżego  powietrza.  Zapach  morza.  Żadnego  dźwięku,  przypominającego 

repetowanie karabinu w pobliskim gąszczu palm. 

W  zupełnym  milczeniu  dojechali  do  hotelu  „Dorcas”  w  Coastown.  Żadnych  pytań, 

żadnych komentarzy. Żadnych pogaduszek, zarówno z ich, jak i z jego strony. 

Harold Hill czekał na niego w  apartamencie hotelowym. Całkiem sympatyczne miejsce, 

zupełnie jak „Holiday Inn”. 

–  Moja  rodzina  złożyła  oficjalną  skargę  w  Departamencie  Stanu  –  oznajmił  Peter  bez 

ogródek.  –  O  wszystkim  został  poinformowany  senator  Pflanzer  –  zawiadomił  Hilla  i 

Campbella,  który  także  siedział  w  salonie.  –  Jeśli  nie  pozwolicie  mi  wziąć  udziału  w 

polowaniu na tego sukinsyna, zmuszę was do odesłania mnie do domu. Już widzę te tytuły: 

„Bohater wojenny oskarża kombinatorów z CIA”. 

– Dobra, dobra – pokiwał głową siwowłosy Hill. 

Wygląda całkiem jak poważny naukowiec, pomyślał Peter. 

– Siadaj, Peter, pogadamy. 

O drugiej nad ranem Peter Macdonald został oficjalnie włączony do poszukiwań Damiana 

Rose’a. 

Niedługo  potem  gruby  szef  lokalnej  policji  przybył  do  hotelu  „Dorcas”.  Dziwny 

człowiek. Po prostu usiadł i zaczął rozmawiać z Peterem. O błędzie posterunkowego z Turtle 

Bay, o swoich własnych pomyłkach oraz o nocy, którą spędził w szpitalu przy łóżku Jane. 

–  Nie  mogłem  zasnąć  –  przyznał  w  końcu  sympatyczny  Murzyn.  –  Myślę,  że  pan  to 

rozumie. 

– Rozumiem – uśmiechnął się Peter. – To chyba będzie bardzo długa noc. Dobrze, że pan 

tu jest, doktorze Johnson. 

 

background image

ROZDZIAŁ 27 

 

Podczas ostatnich miesięcy przygotowań do operacji na San Dominice 

Damian  zrobił  się  niemiły;  jakby  nieobecny  i  roztargniony.  Chyba  nawet 

przestał  się  czesać.  Całymi  dniami  pętał  się  po  domu  w  piżamie.  Dostał 

kompletnego  świra  na  punkcie  wielkich  zbrodniarzy.  Pewnego  wieczoru, 

gdy  wróciłam  do  domu,  zauważyłam,  że  studiuje  Traktat  o  agresji. 

Opowiadał  coś  o  jakichś  szczurach  i  orłach.  Innym  razem  zobaczyłam,  że 

czyta Powstanie i upadek Trzeciej Rzeszy. A potem jeszcze więcej książek o 

nazistach. 3azywał ich „rasą wielkich zbrodniarzy”. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Trelawney, San Dominica 

 

W  małej,  ciemnej  klitce,  oświetlonej  migającym  ekranem  czarno-białego  telewizora, 

Damian Rose czyścił snajperski karabin M-21. 

Rozłożył  broń  na  części.  Zerkał  co  chwila  na  Osławioną  Alfreda  Hitchcocka,  który  to 

film  właśnie  nadawała  lokalna  stacja  telewizyjna.  Stwierdził,  że  byłby  lepszym  aktorem  od 

powierzchownego,  jednowymiarowego  Cary  Granta,  choć  może  nie  tak  dobrym,  jak  Claude 

Rains  czy  Ingrid  Bergman.  Ta  para  była  naprawdę  doskonała.  Mogliby  nawet  próbować 

zagrać Basila, minstrela wszystkich dzieci. 

Po  oczyszczeniu  i  złożeniu  karabinu  Damian  poszedł  do  łazienki  i  spędził  w  niej  jakąś 

godzinę. W tym czasie przefarbował sobie włosy na czarno, z lekkim srebrzystym połyskiem. 

Był to naturalny kolor włosów Damiana. 

Teraz na wyspie będzie tylko jeden wysoki, jasnowłosy Anglik – Clive Lawson. 

Zresztą nie dłużej niż przez jeden dzień. 

Zanim zgasił światło, rozpakował nowiutką, lśniącą maczetę ze spowijających ją szmat i 

położył ostrożnie obok karabinu. 

Potem wysoki, ciemnowłosy Amerykanin poszedł wreszcie spać. 

background image

Część trzecia 

Perfekcyjne zakończenie 

background image

11 maja 1979, piątek 
Czterej uczestnicy wypadają z gry 

 

11 maja 1979, Coastown, San Dominica 

 

Piątek rano. Ostatni dzień pod znakiem maczety 

 

Doktor Johnson przełamał rogalik i posmarował jedną połówkę dżemem. Zerknął kątem 

oka na Petera. 

–  A  mogło  być  tak  cudownie  –  pokręcił  głową  Peter,  zwracając  się  do  czarnego 

policjanta. 

Młody Amerykanin wyglądał tego ranka bardzo  po amerykańsku. Miał na sobie zieloną 

koszulkę  z  napisem  ZOBACZ  GÓRSKIEGO  NIEDŹWIEDZIA,  spodenki  gimnastyczne  i 

swoją  starą,  wytartą  czapeczkę  baseballową.  Był  bosy,  nie  włożył  nawet  skarpet.  Pocierał 

jedną nogę o drugą, jak drewienka do rozpalania ognia. 

– Pływanie – ciągnął swoje żale. – Żeglarstwo. Koszykówka, jeśli jesteś recydywistą jak 

ja.  Bieganie  w  czapeczce  baseballowej,  jak  wtedy,  gdy  się  miało  dziesięć  lat  i  zero 

problemów... Całe to cudowne marnowanie czasu... rozumie pan, rekreacja i wypoczynek. 

Niemłody  policjant  odczuwał  coraz  większe  zmęczenie  i  przygnębienie.  Nie  mógł 

zapomnieć  nocy,  spędzonej  w  szpitalu  z  tą  biedną  dziewczyną.  Traktował  Petera  po 

ojcowsku.  Bardzo  go  polubił.  Czasem  wydawało  mu  się,  że  oni  dwaj  muszą  występować 

przeciw wszystkim. 

–  Ta  wyspa  kiedyś  właśnie  taka  była.  Dawno  temu,  jak  byłem  jeszcze  chłopcem.  Nie 

wiem, czy możliwy jest jeszcze powrót do tych beztroskich lat. 

Peter pokiwał głową w milczeniu. 

Siedzieli  pod  żółtymi  parasolami  na  tarasie  na  szesnastym  piętrze  hotelu  „Dorcas”.  Po 

drugiej  stronie  tarasu,  oparci  o  poręcz,  stali  dwaj  agenci  CIA.  Byli  bez  marynarek,  na 

koszulach nosili szelki podtrzymujące kabury. W dole rozciągało się Coastown, kolorowe jak 

podczas  karnawałowej  zabawy.  Ponad  nimi  był  już  tylko  złocisty  dach  hotelu  „Dorcas”. 

Zgodnie z opinią specjalistów, był zbyt stromy, aby ktokolwiek mógł się na niego wdrapać. 

Peter  odrzucił  do  tyłu  głowę  i  wpatrzył  się  w  błękitne  niebo.  Rozmyślał  o  bohaterach, 

przywódcach,  ideach...  Kiedyś,  gdy  był  jeszcze  młodszym  kadetem,  trafił  na  sympozjum 

humanistów. Padło pytanie: 

– Czy bohaterowie zachodniej cywilizacji są już martwi? 

background image

Czterej profesorowie historii i filologii klasycznej zakrzyknęli chórem. 

– Tak! Tak! Martwi i pogrzebani! 

A jednak, do cholery, ludzie potrzebują bohaterów. Przynajmniej on sam ich potrzebował. 

Ulissesa,  Churchilla,  Lincolna...  kogokolwiek!  Weźmy  tego  beznadziejnego  dupka  Nixona. 

Albo Gerry’ego Forda. Czy oni wiedzą cokolwiek o przywództwie?! Bohaterowie... Gdyby z 

Kissingera udało się zrobić mężczyznę atrakcyjnego seksualnie, to może Nixon miałby szansę 

osiągnąć choć pierwszy stopień człowieczeństwa. 

–  O  rany,  o  rany  –  powtarzał,  zataczając  kręgi  głową  i  szyją.  –  To  zupełnie 

niewiarygodne, prawda? Gorsze niż Wietnam, naprawdę śmierdząca sprawa. Kiepsko, Meral, 

kiepsko... Ciągle mi się wydaje, że Jane jednak nie umarła. 

 

Trelawney, San Dominica 

 

Damian  Rose  spędził  rano  trzy  godziny,  próbując  doprowadzić  do  porządku  kompletnie 

zajeżdżoną, ośmiometrową łódź Bertram Sportsman. 

Ubrany  tylko  w  krótkie  spodenki,  naprawił  najpierw  stabilizatory,  potem  wymienił 

wszystkie świece, a następnie usiłował ustawić zapłon. 

Morze  było  niebieskie  w  porannych  promieniach  słońca.  Zatoczka,  w  której  cumowała 

łódź,  wyglądała  jak  na  ujęciu  filmowym  robionym  przez  pończochę.  Była  też  dobrze 

osłonięta  przed  widokiem  od  strony  otwartego  morza,  po  którym  uwijało  się  pełno  łodzi. 

Wysoko  między  wzgórzami  wznoszącymi  się  nad  zatoczką  stał  dom  słynnego  miejscowego 

malarza  pejzażysty  i  wielkiego  samotnika,  Erica  Downesa.  W  tej  chwili  Downes  leżał  w 

skrzyni pod zwojami płótna żaglowego. Był martwy. 

Gdy  Damian  regulował  silnik  łodzi,  jego  myśli  krążyły  pomiędzy  Karaibami  i  Francją. 

Rozmyślał  o  początkach  realizowanego  kontraktu  i  o  jego  zbliżającym  się  zakończeniu. 

Wspominał  spacery  z  Carrie  po  Ogrodach  Luksemburskich,  całe  popołudnia  spędzone  w 

Tuileries i w małej kafejce w pobliżu St.-Germain-des-Pres. 

Po  zakończeniu  pracy  nad  silnikiem  zniósł  do  kabiny  dodatkowy  kanister  paliwa  i  dwa 

karabiny M-21. Nowiutka maczeta została w kokpicie. 

Spojrzał na zegarek i z zaskoczeniem stwierdził, że jest prawie dziewiąta. Oznaczało to, 

że Carrie powinna już być w drodze do Maroka. 

Sadowiąc się wygodnie Damian zaczął gwizdać „Lili Marlene”. Melodia ta niezawodnie 

przypominała mu Carrie. 

 

background image

Zurych, Szwajcaria 

 

Ubrana  w  popielaty  kostium  i  taki  sam  turban  kobieta  siedziała  w  banku  Schweizer 

Kreditverein w Zurychu naprzeciwko tłustego kurdupla z rudymi wąsami, S. O. Rogina. 

Na  marmurowym  blacie  stojącego  między  nimi  biurka  leżała  miękka  skórzana 

walizeczka.  Kryształowy  kandelabr  nad  ich  głowami  dawał  dość  światła,  choć  nieco 

przefiltrowanego  przez  drobinki  kurzu.  Rogin  mówił  po  angielsku  z  twardym,  niemieckim 

akcentem, unosząc przy tym jedną brew, jakby był wciąż lekko zdziwiony. 

– A więc życzy sobie pani wziąć całą kwotę sześciuset dwudziestu dziewięciu tysięcy? 

– Tak. Co do centa – odparła kobieta zdecydowanie, jak typowa businesswoman. 

– Bardzo dobrze. W jakiej formie życzy sobie pani otrzymać swoje pieniądze? 

Amerykanka  wyjęła  niebieską  paczkę  gauloise’ów.  Bankier  wyciągnął  w  jej  kierunku 

dłoń  z  wielką,  srebrną  zapalniczką.  Gdy  przypalał  jej  papierosa,  rozszedł  się  wokół  silny 

zapach benzyny. Potem zapalniczka zamknęła się z głośnym trzaskiem. 

– Co pan mi radzi? – spytała Carrie. 

Gruby karzeł wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

– Co pani radzę? Początkującym zwykle doradzam bezpośredni przelew na nowe konto. 

Tout de suite, pani Chaplin. Najprostsza sprawa. Żadnych walizek. 

– Nie. Obawiam się, że muszę dostać gotówkę do ręki, Herr Rogin. 

–  Hmm.  Oczywiście  –  rudzielec  pokiwał  głową.  –  Czy  będzie  pani  potrzebowała  kogoś 

do ochrony? Objaśnię pani prostą procedurę... 

–  Nie  trzeba  –  przerwała  mu  Carrie.  –  Jeżeli  przeczyta  pan  jutro  w  „New  Zurchen”  o 

niezidentyfikowanych  zwłokach,  znalezionych  w  centrum  miasta,  będzie  pan  wiedział,  że 

ktoś usiłował odebrać mi moje pieniądze. 

Karzeł,  uwielbiający  amerykańskie  i  brytyjskie  kryminały,  roześmiał  się  serdecznie  w 

przypływie dobrego humoru. 

– W Zurychu nikt nikogo nie morduje, madame. Tu nie postępuje się w taki sposób. 

Bankier  zaśmiał  się  znowu  i  wyszedł,  by  przygotować  wypłatę  sześciuset  dwudziestu 

dziewięciu  tysięcy  dolarów,  czyli  miliona  pięciuset  tysięcy  franków  szwajcarskich.  Idąc 

korytarzem  S.  O.  Rogin  zastanawiał  się,  czy  ta  piękna  kobieta  nie  ucieka  aby  od  męża. 

Postrzegał panią Chaplin jako kogoś w rodzaju... Faye Dunaway. Przypomniał sobie scenę z 

Wiatraków...  nie,  nie,  to  było  w  Sprawie  Thomasa  Crowna.  Wspaniały  film.  W  całości 

poświęcony rabowaniu banków w Bostonie. 

Czterdzieści minut później Carrie Rose wyszła z banku Kreditverein z walizeczką pełną 

franków szwajcarskich. Dopiero teraz głęboko odetchnęła. Ale ręce miała nadal pokryte gęsią 
skórką. Panicznie bała się każdej obcej twarzy na ulicy. 

Jedną  przecznicę  dalej  weszła  do  wspaniałego  Union  Bank  of  Switzerland  i  wpłaciła 

pieniądze. 

Wszystko zgodnie z planem. 

background image

ROZDZIAŁ 28 

 

Spodziewaliśmy  się,  że  prędzej  czy  później  podsuną  nam  Macdonalda. 

Sprawę  prowadził  Harold  Hill,  który  potrafił,  jak  nikt  inny,  doprowadzić 

skazańca  na  miejsce  kaźni.  Prawdopodobnie  dlatego,  że  przeciwnicy 

postępowali  zgodnie  z  zasadami  logiki,  Damian  nie  próbował  nawet 

rozpracowywać labiryntu. Po prostu czekał, aż wyjdą z niego myszy. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

Wahoo Cay, San Dominica 

 

Piątek po południu 

 

W  piekielnym  upale,  o  drugiej  po  południu,  Damian  przepłynął  nad  barierą  rafy 

koralowej. 

Opalając  się  na  łodzi,  przez  przezroczystą,  zielonkawą  wodę  obserwował  z 

zainteresowaniem  barwnych  mieszkańców  dna  morskiego.  Myślał  też  o  chwili,  kiedy  znów 

zobaczy  Carrie.  Duszne,  nieporządne  Maroko.  Co  za  idealne  zakończenie  zbrodniczej 

wyprawy. I ich dwoje, którym udało się zbiec. 

Damian uważał, że akcja na San Dominice to największy majstersztyk od czasu zamachu 

na Johna Kennedy’ego w Dallas. Był o tym przekonany. 

Właściwie  koniec  miał  być  niezbyt  widowiskowy  w  porównaniu  z  tym,  co  działo  się 

wcześniej. 

 

O trzeciej piętnaście po południu doktor Meral Johnson i Brooks Campbell wyprowadzili 

Petera z hotelu „Dorcas”. 

Macdonald  ubrany  był  w  szare  bawełniane  spodnie  i  luźną  marynarkę.  Pod  marynarką 

miał  schowany  pistolet  automatyczny  Walther,  elegancką,  potężną  broń.  Z  pozdrowieniami 

od Great Western Air Transport, a w szczególności od Harolda Hilla. 

background image

Wszyscy trzej wsiedli do szerokiego dodge’a chargera, stojącego na hotelowym parkingu. 

Campbell  rozglądał  się  po  dachach  w  poszukiwaniu  strzelców  wyborowych,  co  rozbawiło 

Petera. 

– No tak, to w końcu nasza twierdza – przyznał wreszcie agent. 

Pojechali  do  zacisznej  willi  Rodziny  Forlenza.  Był  to  wielki,  wystawny  dom  w 

hollywoodzkim  stylu.  Campbell  i  Hill  mieli  nadzieję,  że  Duane  Nicholson  skontaktuje  się  z 

Damianem albo ten sam do niego zadzwoni. Przygotowali sieć złożoną z pięciu samochodów 

pełnych agentów, rozstawionych wokół domu. 

Oficjalnie Peter był potrzebny do dokonania identyfikacji. Oficjalnie nie miał broni. 

Nieoficjalnie Harold Hill zarzucał w ten sposób przynętę na Damiana Rose’a. 

On też przypomniał sobie listopad sześćdziesiątego trzeciego roku. To prawdziwy cud, że 

ostatecznie  udało  się  jakoś  załagodzić  sytuację,  chodziło  przecież  o  bezpieczeństwo  całego 

kraju. 

 

W  Waszyngtonie  o  szóstej  po  południu  pani  C.  Rose  zameldowała  się  w  hotelu  „St. 

James”. Czekała na nią poczta – kilka listów od Damiana Rose’a. Ależ to dziecinne i ckliwe, 

pomyślała Port-Smithe. 

 

W Zurychu Carrie czekała w apartamencie hotelowym. Była siódma wieczór. Popatrzyła 

na  łabędzie  unoszące  się  nad  jeziorem  i  zanotowała  coś  w  pamiętniku.  Rozważała  ostatnie 

szczegóły planu, tak jak zwykł robić to Damian. 

 

Za piętnaście ósma pomarańczowa kula słoneczna skryła się za willą Forlenzów. 

Peter  poczuł,  że  serce  mocniej  mu  zabiło,  gdy  ujrzał  lokaja  Isadore’a  Goldmana 

wychodzącego  z  wielkiego  domu.  Pomyślał  o  tym,  że  Goldman  to  tylko  nic  nie  znaczące 

nazwisko  jakiegoś  faceta.  I  o  tym,  że  wcale  nie  chce  umierać.  Pragnie  tylko  zastrzelić 

wysokiego  jasnowłosego  najemnika  i  powrócić  do  domu  w  Michigan.  Całkiem  jak  w 

zakończeniu powieści sensacyjnej. 

–  Niebieski,  tu  Biała  Flaga  –  powiedział  Brokks  Campbell  do  samochodowej 

krótkofalówki. – Nie śpicie, panowie? 

– Peter? – doktor Meral Johnson zerknął we wsteczne lusterko. – Nie śpisz? 

– Facet właśnie wychodzi, żeby coś przegryźć na mieście – odparł spokojnie Peter, choć 

poczuł rosnące podniecenie. – Jestem całkowicie przytomny, Meral. 

Uśmiechnął się do czarnego policjanta. Żaden z nich nie odezwał się do Campbella. 

Duane  Nicholson,  nie  przejmując  się  niczym,  zupełnie  na  luzie,  jak  zauważył  Peter, 

przemierzał trawnik przed frontem willi. Ubrany był w zwyczajne spodnie i błękitną koszulę. 

Na  nogach  miał  indiańskie  mokasyny.  Co  za  palant,  pomyślał  Peter.  Z  rodzaju  tych,  co 

background image

zawsze pierwsi obrywają podczas filmowej strzelaniny. Mężczyzna przeszedł wzdłuż domu i 

zniknął w garażu. 

Po  kilku  minutach  wytoczyła  się  na  podjazd  biała  corvetta.  Gangster  z  Las  Vegas, 

rozwalony na siedzeniu za kierownicą, wyprowadził potężne auto na piaszczystą drogę. Silnik 

ryknął jak dziki zwierz i corvetta gwałtownie przyspieszyła. 

Człowiek Goldmana zmierzał prosto do Coastown. 

Peter  poprawił  się  na  tylnym  siedzeniu  jednego  z  pięciu  samochodów  obstawiających 

dom. Wprowadził się w stan gotowości bojowej. Tak na wszelki wypadek. Przecież uważał, 

że bandzior pojechał do miasta na kolację. Wszyscy pozostali uczestnicy zasadzki sądzili tak 

samo. 

 

Tryall, San Dominica 

 

Ciemna  postać  pojawiła  się  na  nabrzeżu  na  tle  migotliwych  świateł  zachodniej  części 

Coastown. 

Na linii horyzontu widać było łodzie rybaków łowiących tuńczyki. Za nimi rozciągało się 

otwarte morze, przechodzące w ocean, który ciągnął się aż do zachodnich brzegów Europy. 

Ostatniej nocy, którą miał spędzić na San Dominice, Damian Rose miał na sobie beżowy 

kombinezon  sił  porządkowych.  Twarz  i  ręce  pokrył  czarnym  jak  smoła  barwnikiem,  dzięki 

czemu z pewnej odległości mógł uchodzić za krajowca. Na lewym ramieniu zawiesił karabin 

M-21 ze skomplikowanym celownikiem, a ciężką maczetę przypasał na biodrach. 

Rozglądając  się  na  boki  i  do  tyłu,  ruszył  przez  odkryte  pole  w  kierunku  widocznej  w 

oddali, wąskiej drogi. 

 

Peter spojrzał na zegarek. Była dwudziesta trzydzieści pięć. 

Corvetta  i  trzy  śledzące  ją  samochody  sunęły  powoli  wzdłuż  Charles  Henry  Street  na 

północnych  przedmieściach  Coastown.  Po  obu  stronach  alei  stały  rozpadające  się  wraki 

amerykańskich samochodów. Bawiły się w nich czarne dzieciaki w kolorowych łachmanach. 

Chodnikami spacerowały grupki wyrostków. 

Zakurzona  corvetta  toczyła  się  szeroką  zatłoczoną  ulicą,  która  zataczała  łuk,  a  potem 

biegła  wzdłuż  Queen’s  Anne  Park.  Tu  też  było  rojno  i  gwarno.  Słychać  było  śmiechy 

przyszłych  uczestników  Święta  Pracy,  przygotowujących  się  już  do  wrześniowej  parady, 

która oficjalnie kończyła na wyspie sezon turystyczny. 

– Zorientował się, że jest śledzony – szepnął Brooks Campbell, jadący białym chargerem. 

– Co ten skurwiel, do cholery, wyprawia? 

 

background image

Na podmokłym zboczu porośniętego trawą pagórka Damian Rose czeka w pogotowiu ze 

swoim M-21 i z maczetą. Pięćdziesiąt metrów dalej, zupełnie nie zdając sobie sprawy z jego 

obecności, czatuje Clive Lawson, uzbrojony w pistolet maszynowy Uzi. 

 

Peter  wyglądał  przez  okno  z  tylnego  siedzenia  chargera.  Co  za  psychodeliczne  obrazy, 

pomyślał.  Mężczyźni  i  młodzi  chłopcy  w  białych,  powiewających  koszulach.  Migoczące 

ogniska.  Purpurowe  chmury,  przemykające  szybko  po  niebie...  Poczuł  się  tak,  jakby  był  na 

patrolu,  nikomu  niepotrzebnym,  nocnym  patrolu,  prowadzonym  przez  kompletnych  debili, 

gotowych zastrzelić każdego, kto nie odpowie na hasło. 

–  Prowadzi  nas  do  wysokiego  blondyna  –  odpowiedział  Peter  na  pytanie  Campbella.  – 

Robi dokładnie to, czego chcemy. Pytanie tylko, dlaczego? 

Właśnie  w  tej  chwili  corvetta  ominęła  wielką  ciężarówkę  i  nagle  skręciła  pod 

niewyobrażalnie  ostrym  kątem  w  lewo.  Nisko  zawieszony  samochód  zaczął  gwałtownie 

przyspieszać pod stromą górkę, jakby to był zupełnie płaski teren. 

– Panowie, zapnijcie pasy! – wrzasnął Meral Johnson. 

Minęli górkę i wpadli na łeb, na szyję między ciche wąskie uliczki. 

Zdawało  się,  że  właśnie  zaczął  się  nieoficjalny  wyścig  z  serii  Grand  Prix.  Ludzie  na 

chodnikach krzyczeli na widok ryczących podrasowanymi silnikami, śmigających aut. 

 

Ósma trzydzieści dziewięć. Damian odbezpiecza M-21. Sprawdza amunicję. 

Clive Lawson wciąż nie odbezpiecza broni. 

 

Żołądek  podjechał  Peterowi  do  gardła,  serce  biło  mu  jak  młotem.  Człowiek  Goldmana 

skręcił w wąski, niewidoczny zaułek. 

Campbell – „biała flaga” prawie go zgubił. 

Zielona  mazda  wpadła  w  poślizg  i  zaraz  potem  w  krzaki.  Niebieski  cougar  Hilla 

zawirował jak bąk na środku ulicy. 

Kolejny, niespodziewany zakręt w prawo, a potem od razu w lewo. Nagle otworzyła się 

przed nimi przeraźliwie szybka prosta. 

Widzieli tylko jeden problem: ulica była pełna ludzi. 

Podskakujący z tyłu Peter widział, jak rozbiegają się w panice. Przed chwilą spacerowali 

sobie  leniwie,  teraz  uciekali  na  chodniki.  Kilku  szaleńców  bawiło  się  w  toreadorów, 

wymachując  koszulami  przed  maskami  pędzących  samochodów.  Nagle  huk  –  potrącili 

kobietę. 

 

Ósma czterdzieści trzy. 

Brooks  Campbell  wyciągnął  rewolwer  z  kabury.  Doktor  Johnson  bez  przerwy  naciskał 

klakson, produkując przeciągłe wycie. 

background image

Kierowca corvetty wrzucił trójkę, a zaraz potem czwórkę. 

Peter wyciągnął z kabury automatycznego walthera. Potężna broń. 

Niski  sportowy  wóz  wyprzedzał  ich  o  dwie  przecznice.  Oddalał  się,  stawał  się  coraz 

mniejszy. Biały bagażnik i błyskające tylne światła wyglądały jak rakieta wylatująca z miasta. 

Brooks Campbell krzyknął, wskazując corvettę, która skręciła w prawo, na nieoświetloną 

wiejską drogę. Wyprzedzała ich o dobrych trzysta metrów. 

 

Clive  Lawson  odbezpiecza  uzi.  Wbija  stopy  w  miękką  glebę  pagórka.  Prostuje  ręce, 

najpierw prawą, potem lewą. 

 

– Do diabła! Ucieknie nam! 

Gruby,  spocony  policjant  obrócił  kierownicę.  Biały  cougar  z  piskiem  opon  zawinął 

prawie  w  miejscu.  Zawracali.  Przegapili  zakręt.  Peterem  rzuciło  jak  workiem  kartofli. 

Wyrżnął głową w boczną szybę. 

Wypadli  wreszcie  na  wiejską  drogę.  Nie  było  już  widać  świateł  corvetty.  Brooks 

Campbell wzywał przez radio posiłki, całą armię. Pytał, dokąd prowadzi ta droga. 

 

Ósma  czterdzieści  cztery.  Damian  opiera  M-21  o  pień  palmy.  Patrzy  przez  celownik  ze 

wzmacniaczem obrazu. 

 

Nagle  wszystkie  samochody  uczestniczące  w  pościgu  hamują  przed  potężnym, 

rozłożystym drzewem, rosnącym na środku rozwidlenia dróg. 

– W lewo! Hill pojedzie w... 

Ostatnie słowa Campbella zagłuszył krzyk Petera, który kazał Johnsonowi dodać gazu. 

W jednej chwili przednia szyba chargera rozsypała się w drobny mak. 

Z  lasu  dobiegał  huk  potężnej  broni.  Pociski  metodycznie  szatkowały  samochód.  Znać 

było rękę zawodowca. 

Kule rozdarły dach auta, rozpadła się kolejna szyba. Potworny cios, który mógłby zabić 

słonia, rozwalił bagażnik. 

Meral Johnson krzyczał do Macdonalda, aby nie podnosił się z podłogi. 

Czyjaś głowa przebiła boczną szybę. 

– Na podłogę! Na podłogę! 

Znowu  trafienie  w  dach.  Kolejny  cios  w  okolicę  ziejącej  dziury  po  szybie.  Samochód 

drżał jak pod uderzeniami ciężkich młotów. 

W ciągu trzydziestu sekund padło co najmniej dwadzieścia strzałów. 

A  potem  zapadła  cisza.  Magiczny  spokój.  Słychać  było  setki  świerszczy.  Odzywały  się 

tropikalne ptaki. Przejście od potwornego zgiełku do sielanki było wprost niewyobrażalne. 

Rozbity charger wciąż jeszcze się toczył, żałośnie piszcząc kołami. 

background image

Meral Johnson schylił się pod kierownicę i nacisnął dłonią pedał hamulca. Wrak wreszcie 

znieruchomiał. 

Ludzie z „zielonej flagi” biegli na pomoc. Na brukowaną nawierzchnię upadły słoneczne 

okulary. 

Z daleka nadbiegał Harold Hill. Krzyczał coś. Wyglądał jak ojciec, spieszący na ratunek 

tonącemu dziecku. 

– Macdonald! – wrzasnął nagle czarny policjant. – Macdonald! 

Głuchy  jęk  dobiegł  z  tylnego  siedzenia.  Peter  usiadł  i  otrząsnął  się  z  okruchów  szkła. 

Stwierdził, że ma rozciętą skórę na głowie. Cholera, ile krwi... 

Spojrzał na Campbella, który siedział z przodu i szeroko otwartymi oczami patrzył przez 

rozbitą  szybę,  jakby  wreszcie  dostrzegł  rozwiązanie  całej  tej  cholernej  szarady.  W 

rzeczywistości niczego już nie mógł widzieć, bo był martwy. Specjalny,  wyprodukowany w 

Ameryce  pocisk  przebił  jego  przystojną  twarz,  a  potem  przekoziołkował  raz  i  jeszcze  raz, 

rozgniatając mózg na ścianach i sklepieniu czaszki. Całkiem jak spychacz, który wjechał do 

ciasnego pokoju. 

Jednak  Peter  już  nie  patrzył  na  Campbella.  Był  w  pełnym  biegu.  Po  raz  pierwszy  od 

tamtego  dnia  w  Turtle  Bay  pędził  jak  szaleniec,  ściskając  w  dłoni  kolbę  walthera  na 

podobieństwo pałeczki przekazywanej z rąk do rąk podczas sztafety. 

Dostrzegł w lesie wysokiego blondyna. 

 

Damian  popatrzył  na  Harolda  Hilla  i  czarnego  szefa  policji,  stojących  w  światłach 

samochodów, i wycofał się w gęste zarośla. Bliżej łodzi. Ucieczki. I Carrie. 

Pozostał już tylko ostatni element scenariusza. 

 

Biegnąc  między  mrocznymi  cieniami  drzew  Peter  słyszał  wokół  odgłosy  ptaków  i 

owadów. Goniło go światło księżyca, przeświecające przez liściasty dach nad jego głową. 

Po pokonaniu około sześćdziesięciu metrów wypadł z zarośli na otwartą przestrzeń pola 

golfowego,  należącego  do  klubu  w  Tryall.  Mógł  stąd  dostrzec  pokrytą  falami  powierzchnię 

Morza  Karaibskiego.  W  przeciwnym  kierunku  zobaczył  niski,  podłużny  budynek  klubu  z 

rzędem okien wychodzących na pole golfowe. W sezonie letnim klub był zamknięty. 

Peter  metodycznie  przeszukiwał  przestrzeń  przed  sobą.  Wpadł  w  bitewny  trans,  działał 

jak automat: odszukać i zlikwidować najemnika lub samemu zostać zabitym. 

Obrzucił wzrokiem budynek klubu, kamienny dziedziniec i podjazd, żywopłoty i klomby, 

drugą werandę ze stojącymi na niej bujanymi fotelami. Nigdzie nie mógł dostrzec wysokiego, 

uciekającego  człowieka.  Zdał  sobie  sprawę,  że  jego  umiejętność  tropienia  ludzi  ulotniła  się 

bezpowrotnie. Dobrze wyszkolony żołnierz Wietkongu zabiłby go teraz bez trudności. 

Biały zygzak błyskawicy rozświetlił mroczne niebo. 

Peter usłyszał krzyk Merala Johnsona. 

background image

Niezdarnie rzucił się w trawę. 

Kiedyś  bywało  lepiej,  pomyślał  z  dezaprobatą,  padając  jak  kłoda  na  twardą  glebę.  Ale 

przynajmniej  żył.  Gryząc  ziemię,  jak  sam  kiedyś  mawiał,  instruując  młodych  żołnierzy 

podczas szkolenia. 

A Johnson wciąż wydzierał się jak szalony: 

– Nie podnoś się, Macdonald! Zostań tam gdzie jesteś! Nie ruszaj się, Peter! 

W  pobliżu  budynku  Peter  dostrzegł  cień  człowieka  z  karabinem.  Czy  to  był  jego 

blondyn? A może któryś z ludzi Hilla? Zbyt ciemno, aby to stwierdzić. 

Serce  biło  mu  jak  szalone,  nie  mógł  złapać  tchu.  Ogarnęła  go  wściekłość.  Tak  bardzo 

chciał  dopaść  skurwysyna!  Było  to  beznadziejnie  żałosne,  nie  pasowało  zupełnie  do 

człowieka, jakim starał się być, odkąd wyjechał z Wietnamu. Ale nic nie mógł na to poradzić. 

Pragnął zemsty aż do bólu. Czy ten ból nigdy się nie skończy? Dlaczego ten skurwiel jeszcze 

go nie zabił?! 

Nagle  z  prawej  strony,  spomiędzy  palm  odezwał  się  karabin.  Co  chwila  błyskał 

pomarańczowy ognik wystrzału. Pociski bezlitośnie dziurawiły budynek klubu golfowego. Z 

wielkich okien wylatywały szyby. Wszystkie światła były rozbite. Rynna odpadła od ściany i 

złamała się, jakby była z papieru. 

Peter wycelował w mroczną sylwetkę obok domu. Wypalił tylko raz. Choć był to bardzo 

daleki  strzał,  okazał  się  zadziwiająco  dokładny.  Człowiek  z  karabinem  zniknął  z  pola 

widzenia. Strzelanina ucichła i zaczął padać deszcz. 

–  Pieprz  się!  –  wrzeszczał  Peter,  stojąc  w  strugach  deszczu.  –  Pierz  się!  Pieprz  się,  ty 

zasrany skurwysynu! 

 

Zimne,  ulewne  fale  deszczu  kompletnie  go  oślepiały.  Zupełnie  jakby  znalazł  się  pod 

wodospadem.  Kompletna  klapa.  Clive  Lawson,  były  brytyjski  komandos,  weteran  wielu 

wojen w krajach Trzeciego Świata, zdał sobie sprawę, że tym razem znalazł się w paskudnej 

pułapce. Nie miał żadnych wątpliwości, że dał się wykiwać jak dziecko Damianowi i Carrie 

Rose.  Przeciwnie,  był  tego  najzupełniej  pewien.  Chryste!  Dlaczego  nie  został  w  Miami? 

Dlaczego przyjął tę robotę? 

Najemnik  leżał  na  boku  w  poprzek  kamiennej  rynny,  jak  wyrzucona  na  brzeg  ryba. 

Pomacał się w poszukiwaniu rany i stwierdził, że ma zdrętwiały lewy bok. Rana zaczęła piec, 

jakby ktoś przypalał go żywym ogniem. 

Przekręcił lewą rękę i spojrzał na zegarek. Była dziewiąta dwanaście. Fatalnie. Umawiali 

się na dziewiątą, zaraz potem, jak zabije Campbella. Zgodnie z planem Damian i Carrie mieli 

go stąd zabrać. Zgodnie z planem... 

Poczołgał się wzdłuż zaśmieconego odpływu. Gdy dotarł do końca, wstał i zaczął biec. 

 

background image

Damian był jak  Bóg. Powoli odliczał ostatnie sekundy dramatu. Patrzył  na zalaną wodą 

scenę  przez  wzmacniacz  obrazu,  zamontowany  na  snajperskim  karabinie.  Dzięki  temu 

urządzeniu  mógł  widzieć  w  ciemności.  Wszystko,  na  co  skierował  broń,  pojawiało  się  w 

szkłach celownika w niesamowitej, zielonkawej poświacie. 

Wpatrując  się  w  zielonkawą  twarz  mężczyzny,  położył  wskazujący  palec  na  spuście  i 

zaczął go powoli ściągać. 

 

Woda  zalewała  twarz  Petera.  Nie  mógł  powstrzymać  się  od  ciągłego  mrugania. 

Strumienie spływały mu z czoła i ściekały w dół, wzdłuż nosa. Czuł się tak, jakby za chwilę 

miał  się  utopić.  Bał  się  tym  bardziej,  że  praktycznie  nic  nie  widział.  Nie  słyszał  także  nic, 

poza  szumem  ulewy  i  własnym  ciężkim  oddechem.  Myśli  przelatywały  przez  głowę  w 

szalonej  gonitwie.  Przed  oczami  pojawiały  się  sceny  jak  wycięte  z  taśmy  filmowej  –  pola 

bitew, błyski strzałów, oderwane obrazy i słowa. 

Nad  sobą  widział  jak  przez  mgłę  owinięte  płachtami  meble,  stojące  na  werandzie. 

Metalowe stoliki i krzesełka. Potłuczone doniczki po kwiatach. 

Zrobił jeszcze krok do przodu i wtedy spostrzegł ludzką sylwetkę po przeciwnej stronie 

werandy.  Mężczyzna  przykucnął  przed  rządkiem  małych  palm.  Najwyraźniej  nie  zdawał 

sobie sprawy z tego, że nie jest sam na tarasie. 

Peter postanowił podejść bliżej, wykorzystując szum deszczu, który zagłuszał jego kroki. 

Zbliżał się do niego, centymetr po centymetrze. Trzy metry, pięć... Wreszcie uznał, że znalazł 

się w zasięgu pewnego strzału. 

Wbił sobie do głowy, że nie wolno mu chybić mimo wciąż lejącego deszczu. Wiedział, że 

musi  oddać  co  najmniej  dwa  strzały.  A  potem,  jeśli  będzie  w  stanie,  tyle  ile  się  da.  Miał 

nadzieję, że mężczyzna nie zdąży użyć swojego uzi. 

Ścigany sam zbliżył się do Petera. Wciąż był odwrócony tyłem do swego prześladowcy. 

Cały czas przygięty do ziemi, poruszał się z wprawą zawodowego komandosa. Peter przetarł 

wierzchem  dłoni  oczy,  które,  zalewane  wodą,  zaczęły  go  szczypać.  Teraz  już  widział,  że 

mężczyzna ma bardzo jasne włosy. 

Nie wolno mi chybić, pomyślał. Powtarzał sobie dobre rady strzelca wyborowego: to nic 

wielkiego. Tak jakbyś mierzył do oddalonego o dwadzieścia kroków stołu, odwróconego do 

góry nogami. Nie spiesz się. Nie myśl o tym, czy trafisz w blat, tylko postaraj się wpakować 

pocisk jak najbliżej wyciętego w środku kółka, w które wstawia się parasol. 

Jak najbliżej kręgosłupa cholernego blondyna. 

Przyklęknął  na  jedno  kolano,  podniósł  oburącz  walthera  i  wycelował  dokładnie. 

Przypomniał  sobie  dwoje  nastolatków,  porąbanych  maczetą  na  kawałki  w  Turtle  Bay.  A 

potem Jane. Jane na plaży w Horseshoe Bay i jej skurczone ciało w trumnie. 

Patrzył wzdłuż lufy na plecy najemnika. Pod wpływem impulsu odezwał się do niego: 

– Hej, pamiętasz mnie? Pamiętasz mnie, dupku? 

background image

 

Wewnątrz  budynku  klubu  policjant  nerwowo  zapalał  kolejną  zapałkę.  W  świetle 

nietrwałego  płomyka  usiłował  połapać  się  w  przeznaczeniu  przełączników  na  metalowej 

tablicy rozdzielczej. Gdy dopalała się ostatnia zapałka, zdecydował się na przełącznik numer 

jeden. Zapaliło się światło w pomieszczeniu, w którym się znajdował. Teraz wyraźnie widział 

dwa rzędy przełączników, od numeru jeden do sześć i od siedem do dwanaście. Drżącą dłonią 

włączył jednocześnie cały pierwszy rząd. 

 

W chwili gdy mężczyzna na werandzie odwracał się w stronę Petera, teren klubu zalało 

jasne światło. W dole rozjarzyły się latarnie, oświetlające główną bieżnię. Ożyło nagłośnienie 

werandy,  zewsząd  popłynęła  łagodna  muzyka.  Nagle  rozległ  się  huk,  jakby  uderzył  piorun. 

Trawniki wokół budynku zakwitły błyskami strzałów. 

Damian  Rose  strzelał  ze  swojego  M-21.  Harold  Hill  posługiwał  się  luksusowym 

karabinem włoskiej produkcji. Wszyscy ludzie, otaczający budynek klubu, otworzyli ogień do 

jasno oświetlonego celu. 

Pierwszy  strzał  Petera  był  celny.  W  czole  jasnowłosego  mężczyzny  pojawiła  się  czarna 

dziura.  Zaraz  potem  Peter  poczuł  niewiarygodnie  mocny  cios,  jakby  uderzyła  go  w  plecy 

półtoratonowa furgonetka. A to pech, cholerny pech... 

Z okien sypało się szkło. Kule rykoszetowały od metalowych krzeseł i stołów. Głośnym 

stukiem odzywały się trafione drewniane elementy wyposażenia. W pewnej chwili rozległ się 

pojedynczy, głośny trzask i od głowy martwego Anglika oderwał się kawałek kości. Po chwili 

znów trafiono trupa w policzek. 

Kolejny pocisk uderzył w tył głowy leżącego na werandzie ciała. 

Padający wciąż deszcz lśnił niebieskawo w jasnym świetle latarni. Po chwili zapanował 

spokój, słychać było jedynie szum ulewy. 

Z  okolicznych  trawników  podnosili  się  ubłoceni  ludzie.  Ich  popielate  garnitury 

pociemniały od wody. Z opuszczoną bronią podchodzili do budynku klubu. 

Krople wody lśniły jak klejnoty w koronach drzew. Zapadła niesamowita cisza. 

Harold Hill szedł prosto przed siebie. Wyglądał zabawnie, jakby zgubił drogę w strugach 

deszczu. Zbliżył się do Petera, a potem odwrócił się i odszedł. 

Peter  czuł,  że  robi  mu  się  słabo.  Ze  wszystkich  sił  walczył  z  ogarniającymi  go  falami 

mdłości. 

Pojawiły  się  wokół  niego  zaciekawione  twarze.  Wyglądało  to  tak,  jak  zespół  chirurgów 

wokół  stołu  operacyjnego.  Albo  wianuszek  ciekawskich  nad  ofiarą  ataku  serca  na 

nowojorskiej  ulicy.  Miejscowi  żołnierze,  agenci  FBI  i  CIA.  Uśmiechali  się  do  niego,  jakby 

był  ich  najlepszym  przyjacielem.  Gratulowali  mu,  jakby  zdobył  decydujący  punkt  w 

najważniejszym meczu sezonu. 

background image

Szef  policji  pochylił  się  nad  nim,  usiłując  znaleźć  miejsce,  w  które  został  trafiony. 

Brzuch? Klatka piersiowa? Porządny facet, pomyślał Peter. 

– Nic mi się nie stało – uśmiechnął się do grubego Murzyna. 

A  w  samym  środku  wielkiego  zamieszania,  oślepiających  świateł,  deszczu,  wycia  syren 

samochodów  policyjnych,  migających  kogutów  karetek  pogotowia,  jakiś  brodacz  w 

garniturze  zaczął  ciągnąć  trupa  za  włosy  po  werandzie.  Brodacz  był  oczywiście  zasranym 

agentem CIA. 

Krępy  czarny  policjant  robił  zdjęcia  przy  świetle  lampy  błyskowej.  Najpierw 

sfotografował ciało, potem Petera, którego tulił w ramionach Meral Johnson. 

Jakiś Amerykanin używał kamery dostosowanej do kręcenia w nocy. 

Przyciągnięto  trupa  bliżej  Petera.  Wszyscy  zaczęli  mówić  do  niego  jednocześnie.  Peter 

usiadł  i  uciszył  ich  ruchem  ręki.  Popatrzył  na  wytrzeszczone  oczy  martwego  mężczyzny, 

prawie  wychodzące  z  orbit.  Zastygł  w  nich  ból  i  kompletne  zaskoczenie.  Nic  dziwnego, 

pomyślał Peter. Prawa strona czaszki była wgnieciona do środka. Nos praktycznie zniknął, a 

resztki warg zastygły w śmiertelnym grymasie. 

Nagle  powróciła  tamta  chwila  w  Turtle  Bay.  Wysoki,  wyniosły  Anglik.  Piętnaście 

sekund. 

Skoncentrował  się  na  zmasakrowanej  twarzy.  Mokre,  jasne  włosy  przylgnęły  płasko  do 

czaszki. Silne, atletyczne ciało... Peter poczuł, że ogarnia go obezwładniające zmęczenie. 

Miał już dosyć wszystkiego. Doktor Johnson coś do niego mówił, a jemu coraz bardziej 

chciało się krzyczeć. 

– To on – szepnął wreszcie do policjanta. – To on, niech go piekło pochłonie. 

Dopiero teraz Peter usłyszał, co usiłował mu powiedzieć Meral Johnson. 

 

Damian  biegł  miarowym,  wojskowym  truchtem  po  nabrzeżu  przystani  jachtowej, 

należącej do klubu golfowego. Zszedł po ruchomej drabince na pływający pomost i wskoczył 

do kołyszącej się łodzi. Mimo woli zaczął się uśmiechać. W końcu wybuchnął nienaturalnym, 

zimnym chichotem. 

Z  oddali  dochodziły  odgłosy  zamieszania  wokół  budynku  klubu.  Mógł  dostrzec  światła 

silnych reflektorów, przesuwających się po koronach palm rosnących wzdłuż głównej bieżni. 

Potem  rozbłysły  czerwone  światła  dwóch  karetek,  wyjeżdżających  zza  rogu  domu. 

Poprzez deszcz i wiatr rozległ się dźwięk syreny. 

Nareszcie, po przeszło roku, zakończyła się najcięższa próba w życiu Damiana. 

Na  werandzie  klubu  golfowego  „Tryall”  angielski  płatny  zabójca  Clive  Lawson  został 

zidentyfikowany przez najbardziej wiarygodnego świadka, Amerykanina, byłego komandosa, 

jako tajemniczy blondyn z Turtle Bay. Jego włosy, uczesanie, wzrost i twarz były takie same 

jak u człowieka, którego Macdonald widział dwudziestego piątego kwietnia. Na pierwszy rzut 

oka Rose i Lawson byli do siebie podobni, a Peter nie miał wtedy możliwości, by przyjrzeć 

background image

się  dokładnie.  Zaledwie  piętnaście  sekund,  i  to  z  pędzącego  roweru.  Sprawę  dodatkowo 

uprościł fakt, że twarz Lawsona została zmasakrowana. 

Wielki  Damian  Rose  oficjalnie  był  już  martwy.  Zabity  podczas  wykonywania 

najśmielszego  ze  swych  dotychczasowych  zadań.  Klasyczne  zakończenie.  Zabiła  go  własna 

pycha. Dokładnie taki koniec był mu pisany. 

Teraz, jeśli Carrie powiodło się to, co miała do zrobienia w Waszyngtonie, mogą wracać 

do  domu.  Nikt  nie  będzie  ich  ścigał,  przynajmniej  przez  pewien  czas.  A  może  nawet  już 

nigdy. 

Wąskie wargi Damiana znów wykrzywił uśmiech. Miał pełną satysfakcję ze zwycięstwa 

w emocjonującej rozgrywce. Uwielbiał to uczucie. To było jak zbudowanie własnej strzelistej 

katedry w tych bezbarwnych, zuniformizowanych czasach. 

Poruszając  się  szybko,  lecz  cicho,  Rose  uruchomił  turbiny  i  zaczął  odwijać  dakronową 

cumę,  ostatnie  ogniwo,  łączące  łódź  z  San  Dominika.  Niespełna  siedmiometrowa  łódź 

zakołysała się na niespokojnym morzu. Wciąż lało jak z cebra. 

Gdy pozostał mu już tylko ostatni zwój cumy do rzucenia, we włazie do kabiny pojawił 

się  wysoki,  szczupły  człowiek  w  ciemnej  kurtce  z  kapturem.  Gdy  odrzucił  kaptur  do  tyłu, 

Damian zobaczył siwe włosy, idealnie dopełniające obrazu doświadczonego żeglarza. 

–  Witam  –  odezwał  się  przybysz.  –  Jestem  Harold  Hill.  Sądzę,  że  powinniśmy 

porozmawiać. 

Dyrektor Great Western Air Transport. Harry Łamignat. Niezawodny Harry. 

– Właściwie to zrobiłeś kawał dobrej roboty, Rose – ciągnął. – Tylko teraz bez żadnych 

sztuczek. Na razie nie chcę cię mieć na sumieniu. Nie ruszaj się, do cholery. Nie próbuj nawet 

drgnąć. 

Kierując  lufę  walthera  prosto  w  serce  Damiana,  Hill  oparł  się  plecami  o  obrotowy  fotel 

sternika. 

–  Wybrałeś  dobry  kolor  włosów  –  pokazał  zęby  w  uśmiechu,  co  miało  być  wyrazem 

uznania.  –  Przycięte  jak  u  litewskiego  wieśniaka.  Pięknie.  Jak  miałeś  zamiar  się  stąd 

wydostać? 

Damian starał się zachować spokój. Tylko bez paniki. Nie dopuścić do paniki. Kiedy się 

odezwał, wyobraźnia zaczęła podsuwać mu różne sposoby wybrnięcia z tej sytuacji. 

–  Miałem  zamiar  odlecieć  z  wyspy  rejsowym  samolotem  –  powiedział  cicho. 

Jednocześnie  coś  nie  dawało  mu  spokoju  w  związku  z  Hillem,  ale  nie  mógł  sobie 

przypomnieć, co to było. – Jak pan wie, oficjalnie jestem martwy. 

–  Ale  Macdonald  żyje  –  powiedział  Hill.  –  Ciekaw  jestem,  dlaczego  go  nie  zabiłeś? 

Świetnie nadawałby się na finałową ofiarę. 

–  Pomyślałem,  że  na  dłuższą  metę  bardziej  przekonujący  może  być  żywy  świadek.  Co 

pan o tym sądzi? Udział Macdonalda był zaplanowany od samego początku. 

Hill stropił się lekko. 

background image

– To Macdonald pracował dla ciebie? 

Tylko się z niego nie śmiej, pomyślał Damian. Nie roześmiej mu się w twarz. 

– Ależ nie. Potrzebowaliśmy świadka, który zidentyfikowałby Lawsona i zapewnił nam w 

ten  sposób  bezpieczną  ucieczkę.  Wiedzieliśmy,  że  Peter  Macdonald  codziennie  jeździ  na 

rowerze w okolicach Turtle Bay, więc zaplanowaliśmy tam morderstwo. C’est ca. Macdonald 

zobaczył mnie, bo tak właśnie miało się stać. Poczyniliśmy pewne kroki, żeby maksymalnie 

ugruntować jego wiarygodność... Proszę mi powiedzieć jedno, czy Carrie to zrobiła? 

Harold Holl pokręcił powoli głową. 

– Tutaj ja zadaję pytania. – Gestem kazał Damianowi wstać. Bardzo powoli. Kiedy Rose 

się  wyprostował,  Hill  wyrżnął  go  z  całej  siły  w  twarz  kolbą  walthera.  Było  to  potworne 

uderzenie. 

– Tylko tyle mogę zrobić dla biednej Carole... mojej żony. Wstawaj, już nie będę cię bił. 

Zanim cię zabiję, chcę ci jeszcze zadać wiele pytań. Mam w związku z tym pewien pomysł. 

Damian podniósł się. Twarz miał całą we krwi. Uniósł wysoko ręce, jak iluzjonista, który 

pokazuje  publiczności  przed  występem,  że  nic  nie  chowa  w  dłoniach.  Na  rozkaz  Hilla 

podszedł do drabinki, prowadzącej na nabrzeże. 

– Ruszaj. Prosto przez pole golfowe – powiedział Hill spokojnym głosem. – Chcę, abyś 

uważnie wysłuchał mojej propozycji. Możemy na nowo podjąć naszą współpracę. 

Gdy  Damian  położył  dłonie  na  metalowej  drabince,  prawa  strona  jego  twarzy 

eksplodowała.  Siła  uderzenia  rzuciła  go  na  metalowe  pręty.  Zsunął  się  w  dół,  uderzając 

podbródkiem o szczeble, i upadł na dno łodzi. 

Harold  Hill  podniósł  wzrok  i  na  drewnianym  pomoście  zobaczył  szefa  policji.  Obok 

niego stał lekko pochylony Macdonald, mierząc z walthera w kierunku łodzi. 

– Poszliśmy za panem – wyjaśnił Meral Johnson. 

Peter Macdonald nie odezwał się. 

Gdy Hill przechodził obok zabitego, a może konającego Damiana, ujrzał maczetę, leżącą 

na  obitej  skórą  ławce.  Potworne  narzędzie  zbrodni,  podobne  do  tego,  którym  zabito  Carole. 

Złapał  za  rękojeść  maczety  i  błyskawicznie,  z  wielką  siłą  opuścił  ostrze  na  twarz  Rose’a. 

Rozległ się dźwięk przypominający odgłos rzeźnickiego tasaka. Damian zachrapał jak ranny 

koń. Maczeta jeszcze raz opadła w dół, zmieniając się w prymitywną gilotynę. 

Hill  kopnął  odciętą  głowę.  Potoczyła  się  po  nadburcie,  rozchlapując  deszczówkę,  która 

zebrała się w kokpicie. Potem wspiął się na pomost. Nie odezwał się ani słowem do Johnsona 

i Petera. 

–  Na  czym  polegała  wasza  współpraca?  –  spytał  Peter.  I  nagle  przestało  mu  zależeć  na 

odpowiedzi. Jego pytanie jakby rozpłynęło się w mroku nocy. Nic już nie miało znaczenia. To 

jasne, że CIA siedziała w tym po same uszy. 

Przez dłuższą chwilę stali na mokrych deskach pomostu. Wreszcie Hill odwinął ostatnią 

linę. To jeszcze nie koniec, pomyślał. Teraz trzeba się będzie zająć tymi dwoma. 

background image

Łódź  dryfowała,  powoli  odpływając  od  brzegu.  Meral  Johnson  wypalił  kilka  razy  w  jej 

dno i burty. 

– Niech go ryby zeżrą – powiedział. 

Na początku Hillowi drżały dłonie, ale po chwili poczuł się lepiej. Dzięki zabiciu Rose’a 

mógł wyrosnąć na bohatera, człowieka, który uratował CIA. 

A może to Carrie bardziej zasługiwała na to miano? W końcu to właśnie ona zadzwoniła 

do ambasady i powiedziała mu, jak dopaść Damiana. Zdradziła ostatnie elementy tej upiornej 

intrygi. Powinienem mu to powiedzieć, pomyślał Hill. Teraz już za późno. Damian powinien 

się  dowiedzieć,  że  to  właśnie  Carrie  go  wydała.  Ależ  to  żałosne.  Kobieta,  którą 

prawdopodobnie  kochał,  z  którą  sypiał  od  dziewięciu  lat.  A  także  jego  pilna  uczennica.  To 

ona była górą. Do niej należało efektowne zakończenie. 

Długo patrzyli na łódź kołyszącą się na falach. Słyszeli, jak woda coraz szybciej wdziera 

się do środka. 

– Peter przed chwilą zadał panu pytanie – odezwał się Meral Johnson. – Co pana łączyło 

z tym zwyrodnialcem? 

Nagle  Peter  uniósł  dłoń  z  waltherem  i  jakby  od  niechcenia  nacisnął  spust.  Trafiony  z 

bliska Hill spadł z pomostu i zniknął pod powierzchnią wody. 

– Niech ryby zeżrą ich obu – mruknął Peter i razem z małym, grubym policjantem ruszył 

z powrotem w stronę budynku klubu. 

 

12 maja 1979, sobota 
apad w hotelu „St. James” 

 

12 maja 1979, Waszyngton D.C. 

 

Sobota rano 

 

Dwunastego  maja,  o  szóstej  piętnaście  rano,  dwóch  osiłków  z  Langley  – 

dwudziestosiedmioletni Alex Fletcher i wicedyrektor John Devereaux – wysiadło z pontiaca 

le  mans  na  tyłach  luksusowego  hotelu  „St.  James”.  Obaj  ruszyli  przez  trawnik  w  stronę 

budynku. 

W hotelu kilka bogatych i znanych osobistości przewracało się właśnie na drugi bok. Był 

piękny,  wiosenny  ranek.  Nad  wypielęgnowanymi  trawnikami  wokół  hotelu  rozległy  się 

poranne trele ptaków. 

background image

Alex  Fletcher  miał  na  sobie  grubą  bawełnianą  marynarkę  i  sztruksowe  spodnie.  Na 

szelkach  pod  marynarką  wisiała  kabura  z  rewolwerem  Smith  &  Wesson  kaliber  trzydzieści 

osiem.  Pięćdziesięciosześcioletni  Devereaux  ubrany  był  w  ciemny  garnitur  i  białą  koszulę 

rozpiętą pod szyją. U dolnej wargi wisiał mu papieros, jakby przyklejony na stałe. 

Mężczyźni dostali się do środka przez metalowe drzwi dla personelu. Za nimi natknęli się 

na  agenta  ochrony.  Rozwalony  na  turystycznym  leżaku,  chrapał  sobie  w  najlepsze.  Na 

brzuchu usadowił mu się syjamski kot. 

– Dzień dobry, kocie – uśmiechnął się Devereaux. 

– A to kutas – szepnął Fletcher. – Jak mogli zatrudnić takiego palanta? 

Wspięli  się  po  stalowoszarych,  ponurych  schodach.  Na  półpiętrze  stała  śmierdząca 

kuweta na kocie odchody. Wyszli z klatki schodowej do eleganckiego holu. 

–  No,  tu  już  wygląda  nieco  lepiej  –  syknął  Fletcher.  Pstryknął  palcem  w  jeden  z 

kryształowych kandelabrów. – Klasa, Devereaux, klasa. 

–  Kupię  ci  taki  w  prezencie,  jak  tylko  skończymy  z  tym  gównem  –  burknął  John 

Devereaux. – Do roboty! 

Zatrzymali  się  przed  pokojem  pięćset  dwa.  Złote  cyfry  na  granatowym  tle.  Ładne 

połączenie. 

Alex Fletcher odetchnął głęboko, zaklął pod nosem i powoli wsunął klucz do zamka. 

Jego  partner  wyciągnął  spod  marynarki  magnum  kaliber  czterdzieści  cztery,  ogromną, 

czarną  armatę,  która  napawała  Fletchera  odrazą.  Nazywał  ten  długolufy  rewolwer  „bronią 

jądrową”. Uśmiechnął się blado do Devereaux. 

– Nie wysadzisz nas w powietrze? Tak sobie tylko pomyślałem. Gotów? 

– Za Carole i Harolda Hilla. 

– Uhm. 

Drzwi  się  otworzyły  i  agenci  zobaczyli  jasnowłosą  kobietę  siedzącą  na  podwójnym, 

małżeńskim łożu w zmiętej pościeli. Pokój zalewał poranny blask słońca. 

– Kim jesteście? – spytała kobieta, wyciągając rękę w kierunku nocnej szafki. 

– Nie! – wrzasnął przeraźliwie Fletcher. 

Za jego plecami zagrzmiała czterdziestka czwórka Devereaux. 

Kobietę  poderwało  w  powietrze  i  rzuciło  na  ścianę  i  mosiężne  wezgłowie  łoża.  Wydała 

cichy jęk, oczy uciekły jej w głąb czaszki. A potem Betsy Port-Smithe powoli osunęła się na 

podłogę. 

Fletcher wzdrygnął się i pokręcił głową. 

– Nic już nam nie powie! – ambitny agent ze złością kopnął w nogę od stołu. – Do dupy, 

Devereaux, całkiem do dupy. 

Devereaux  wzruszył  ramionami.  Pociągnął  nosem.  W  powietrzu  unosił  się  dziwny 

zapach: perfumy, pomieszane ze swądem spalonego prochu. 

background image

Starszy  agent otworzył szeroko okno wychodzące na Rock Creek Park. Stojąc przy nim 

przeszukiwał torebkę zabitej. Znalazł w niej listy od mężczyzny o imieniu Damian oraz karty 

kredytowe  i  dokumenty  wystawione  na  nazwisko  Carrie  Rose.  W  szufladzie  nocnej  szafki 

leżał mały rewolwer kaliber trzydzieści osiem. 

–  Zadzwoń  do  nich  –  uśmiechnął  się  Devereaux.  –  Powiedz,  że  mogą  się  już  przestać 

martwić zasraną panią Rose. Nie będzie żadnego skandalu w Białym Domu. 

Devereaux, podobnie jak poprzednio Hill, uważał się za bohatera. Idealnie wykonał swoje 

zadanie. Polecenie było wyraźne – kobieta nie miała prawa przeżyć. 

W ten oto sposób zakończył się ostatecznie sezon pod znakiem maczety. 

 

background image

Epilog 

Sezon wakacyjny 

background image

ROZDZIAŁ 29 

 

Jestem superkobietą, superszczurem, supergwiazdą... Damian wyszkolił 

mnie  tak,  że  chyba  nie  było  zadania,  którego  nie  umiałabym  wykonać.  A 

potem nie pozwolił mi nic robić. Kompletny zastój. 3igdy nie pozwoliłby mi 

sprzedać  mojego  pamiętnika.  Kiedy  jego  obsesje  stały  się  zupełnie 

nieznośne i zaczęły stwarzać zagrożenie dla nas obojga, zdecydowałam się 

go  zabić.  3ie  miałam  wyboru.  Musiałam  to  zrobić.  Teraz  jestem  sama, 

niezależna i swobodna. Wróg publiczny numer jeden na wolności... Teraz ja 

dyktuję ceny. Zaczynają się od miliona dolarów. Jestem tego warta. Jestem 

jak autentyczny klejnot, jedyny w swoim rodzaju. Wynająć mnie, to tak jakby 

wynajmować  Mansona,  Specka,  Himmlera,  Bormanna...  Potrafię  zrobić 

wszystko,  co  tylko  sobie  zamarzysz.  Stać  mnie  na  rzeczy,  o  których  bałbyś 

się  nawet  pomyśleć.  Sezon  pod  znakiem  maczety  to  tylko  wstęp,  zresztą 

prymitywny,  tak  samo  jak  jego  nazwa.  To  dopiero  początek.  Koniec  z 

chałupnictwem.  Teraz  przyszedł  czas  na  zniszczenie  i  zagładę  na  skalę 

przemysłową. 

Z pamiętnika Rose’ów 

 

13 czerwca 1979, Coastown, San Dominica 

 

Premier  Joseph  Walthey  czuł  się  jak  prawdziwy  bohater,  paradując  wśród 

rozentuzjazmowanego  tłumu  w  dzielnicy  Horseshoe  Beach.  Otaczał  go  wianuszek 

opłaconych klakierów. Klepali go po ramionach, dotykali jego kręconych, tłustych włosów i 

okrągłej twarzy, przypominającej Świętego Mikołaja. 

Na  profesjonalnej  taśmie  nakręcono  materiał  filmowy,  który  miał  być  pokazywany  na 

specjalnych  projekcjach  w  trzynastu  kinach  na  San  Dominice.  Setki  fotosów  rozdano 

redakcjom największych światowych dzienników. 

Z  wysokiego  kolorowego  podium,  wzniesionego  na  molo  wcinającym  się  głęboko  w 

morze,  Walthey  zapowiedział  początek  ery  szczęścia  i  dostatku  dla  San  Dominiki. 

background image

Rozpromieniony,  uśmiechnięty  premier  nie  wyjaśnił  jednak,  na  czym  miałaby  polegać  ta 

rewelacyjna koniunktura. 

 

14 lipca 1979, Coastown, San Dominica 

 

Na  specjalnym  posiedzeniu  Zgromadzenia  Narodowego  San  Dominiki  premier  Joseph 

Walthey został wybrany dożywotnio prezydentem państwa. Wygłosił długie przemówienie o 

wartościach  narodowych,  ekonomii  i  przemyśle  turystycznym  San  Dominiki.  Kłamał  przy 

tym jak z nut. 

 

1 października 1979, Turtle Bay, San Dominica 

 

Pierwsze  kasyno  na  San  Dominice  otwarto  w  klubie  „Playboya”  –  kilka  kilometrów  od 

hotelu  „Plantation  Inn”.  Uroczystej  inauguracji  towarzyszyły  niezbyt  liczne  protesty 

studenckie.  Czarni  chłopcy  i  dziewczęta,  niosący  psychodeliczne  plakaty  z  Dassie  Dredem, 

demonstrowali na Uniwersytecie Zachodnioindyjskim i w kilku innych szkołach wyższych na 

obszarze Ameryki Południowej i Środkowej. Przy głośnych rytmach reggae i soul na ścianach 

klubu  „Playboya”,  a  także  na  kilku  samochodach  pojawiło  się  wypisane  sprayem  hasło: 

DRED!  Studenci  powiewali  transparentem,  na  którym  widniały  słowa:  JOE  TO 

MURZYŃSKI HITLER. 

 

3 marca 1980, Zurich, Szwajcaria 

 

Pewnego  popołudnia,  prawie  dziewięć  miesięcy  po  śmierci  Damiana,  na  konto  pani 

Suzan  Chaplin  w  banku  Schweizer  Kreditverein  wpłynęło  cztery  i  pół  miliona  franków 

szwajcarskich.  Według  aktualnego  kursu  była  to  równowartość  dwóch  milionów  dolarów. 

Należność za sprzedaż pamiętnika. 

Co  ciekawe,  trzy  dni  po  pobraniu  sześciuset  tysięcy  dolarów  w  maju,  pani  Chaplin  z 

powrotem przelała wszystkie pieniądze na nowe konto w banku Kreditverein. Bankowcy nie 

mieli  pojęcia,  że  było  to  zwykłe  zabezpieczenie,  dokładnie  w  stylu  Damiana,  na  wypadek, 

gdyby jednak jakimś sposobem udało mu się przechytrzyć Hilla w Tryall Club. 

background image

Wypełniając  obowiązujące  w  tysiąc  dziewięćset  osiemdziesiątym  roku  formularze 

podatkowe,  S.  O.  Rogin  znów  rozmyślał  o  pani  Chaplin,  porównując  ją  do  aktorki  Faye 

Dunaway.  Amerykanie  mają  tak  wielu  aktorów  i  tak  wiele  aktorek.  Traktują  ten  świat  jak 

swoją własną, ogromną scenę teatralną. 

 

9 maja 1981, Paryż 

 

Peter  Macdonald  codziennie  wkładał  tę  samą  tweedową  marynarkę  i  ten  sam  pulower  z 

okrągłym  wycięciem  przy  szyi.  Jego  ciemne  włosy  opadały  teraz  aż  na  kołnierzyk  koszuli; 

prócz tego zapuścił gęste, sumiaste wąsy. 

Każdego  ranka  od  dziesiątej  do  jedenastej  siadywał  w  jednej  z  kafejek  na  St.-Germain-

des-Pres  –  „Flore”,  „Deux  Magots”,  czasami  w  „Brasserie  Lipp”.  Zawsze  zamawiał  kawę  z 

mlekiem,  czytał  „International  Herald  Tribune”  i  przyglądał  się  ładnym  dziewczynom,  jak 

każdy  Amerykanin  w  Paryżu.  Sporadycznie  czytywał  też  ten  obsceniczny  pamiętnik,  pełen 

buty i samozadowolenia. 

Do  jego  stolika  dosiadał  się  Meral  Johnson.  Zjadał  jak  zwykle  pół  tuzina  herbatników  i 

wypijał  filiżankę  herbaty.  Jako  przeciwnik  reżimu  Josepha  Waltheya  i  Centalnej  Agencji 

Wywiadowczej, został bezterminowo urlopowany  z pracy w policji San Dominiki. Stanowił 

psychiczne  wsparcie  dla  Petera  podczas  jego  pobytu  we  Francji.  Towarzyszył  mu  w 

podróżach, a czasami musiał odgrywać rolę surowego opiekuna. 

Zgodnie z założeniami swojego planu, mieli spędzić w Europie kolejnych sześć miesięcy. 

W Paryżu i poza nim, na Rivierze i w Nicei, w Zurychu w okolicach Stampfenbachstrasse. 

Paryż w maju jest naprawdę piękny, myślał Peter, popijając kawę tego  ranka. Nie mógł 

się co prawda równać ze słonecznymi Karaibami, w dodatku nie było tu Jane, ale w sumie nie 

ma co narzekać. 

O dziesiątej trzydzieści pojawił się niski Francuz z wielką skórzaną walizą. Sadowiąc się 

przy ich stoliku spytał: 

– Czy to panowie szukacie Carrie Rose?