background image

Prolog  

Nowy Jork

 Osiemnaście lat wcześniej 

Był listopadowy zimny dzień. W starym samochodzie siedział samotnie czternastoletni chłopiec. 
Drząc z zimna, obojętnym wzrokiem obrzucał każdego mijającego go przechodnia. Stara kobieta 
pchająca wózek dziecinny, w którym oprócz bochenka chleba leżała butelka taniego dżinu' i spał 
kot, zatrzymała się, aby na niego popatrzeć. Na widok jego niezwykłej urody zapomniała na 
moment  o trudach własnego  życia.  Uśmiechnęła   się  do  chłopięcej  twarzy,   otoczonej  aureolą 
złotych   włosów,   o   wysokich   kościach   policzkowych,   zdecydowanej   linii   szczęki   i   pięknie 
wykrojonych ustach. 

- Uwodziciel - mruknęła do kota i poszła dalej. 
Chłopiec nawet jej nie zauważył. Wpatrywał się intensywnie w ośmiopiętrowy budynek z 
czerwonej cegły wyglądający na podupadającą fabrykę. Nie była to jednak fabryka. Na 
poobijanej białej tablicy, wiszącej na ścianie przy wejściu, widniał zupełnie· inny napis. Ileż to 
razy go już czytał? Trzydzieści? Czterdzieści? Czekał na ojca dopiero od dziesięciu minut, ale te 
dziesięć minut wydawało mu się całą wiecznością. Znowu ogarnęło go to dziwne uczucie 
niepokoju. Zastanawiał się, dlaczego właśnie teraz, kiedy było już za późno, aby cokolwiek 
zmienić? 

Znowu spojrzał na tablicę. Duże czarne litery głosiły: STAN NOWY JORK, a poniżej małe, 

skromniejsze, objaśniały jakby ze wstydem: Zakład Poprawczy dla Niezrównoważonych 

Umysłowo. 
Chłopiec   odwrócił   głowę   z   głębokim   westchnieniem.   Przecież   mógł   zachować   się   wtedy 
zupełnie   inaczej.   Wykrzywił   usta   w   cynicznym   uśmiechu,   który   zaszokowałby   każdego 
przypadkowego obserwatora, ponieważ nie pasował do młodej twarzy, ale chłopak wiedział o 
życiu więcej niż ktokolwiek inny w jego wieku. Zdążył już bowiem poznać wszystkie rodzaje 
rozpaczy.   Mógł   wtedy  postąpić   inaczej.   Mógł   powiedzieć   ojcu   o   tym,   co   się   wydarzyło,   i 
patrzeć na brak reakcji z jego strony. Mógł też trzymać język za zębami, jak to już wielokrotnie 
robił. Mógł też uciec z domu, uciec od slumsów i od zimna. 
Slumsy.  Dreszcz  przenikał  go na wspomnienie  dni, kiedy uciekał przed gangami  handlarzy 
narkotyków, którzy uganiali się za dziećmi, aby je uzależnić i zamienić w ulicznych dealerów. 
Myślał również o dniach spędzonych w zatłoczonej, walącej się szkole, w której starał się jak 
najwięcej nauczyć, wiedząc, że nauka jest jego jedyną nadzieją. Tak, mógł uciec, ale nie mógł 
zostawić   Vanessy.   Przecież   matka   umierając   wymogła   na   nim   obietnicę,   że   będzie   się 
opiekował siostrą. 

Drzwi budynku otworzyły się i chłopiec, zapomniawszy o zimnie, obserwował z napięciem, jak 

ojciec idzie w dół po schodach. Ten zmęczony czterdziestoletni mężczyzna wyglądał, 
jakby dźwigał cały ten budynek na ramionach. Szedł powoli, prosto do samochodu, nie oglądając 
się za siebie, za co chłopak był mu wdzięczny. Kiedy otworzył drzwi, zimn

1

 wiatr wtargnął do 

lodowatego wnętrza samochodu. Chłopiec szybko schował zsiniałe dłonie do kieszeni swetra. 
Czy ojciec odwiezie go do szkoły, czy też pojadą razem do domu? 
Samochód ruszył z hałasem, a chłopcu łzy napłynęły do oczu. 'Bardzo go to zdziwiło. Nie płakał  
od czasu śmierci matki, nic nie mogło go zmusić do płaczu - ani bicie, ani rzucane na niego 
oszczerstwa,  ani  płaczliwe  pytania   Vanessy  "Dlaczego?" "Dlaczego?"  Co  miał   odpowiedzieć 
swojej małej siostrze, jeśli on sam nawet nie znał odpowiedzi na własne dlaczego? 
Dlaczego to zrobił? Dlaczego pobiegł na posterunek policji, trzymając Vanessę w ramionach i 
wiedząc, że potem już niczego nie będzie można cofnąć? Czy rzeczywiście popchnął go do tego 

background image

lęk o bezpieczeństwo siostry, jak mu się początkowo wydawało? A może troska o własną skórę?  
Czy też po prostu był już tak zmęczony życiem w ciągłym strachu, że nie wahał się zdradzić  
kogoś bliskiego? 
Samochód włączał się właśnie w ruch uliczny. Chłopiec spojrzał na ojca. Jego twarz była ponura 
i stara. 
- Tato... - zaczął, ale zamilkł, bo ojciec podniósł rękę w geście wyrażającym zarówno gniew, jak i 
beznadziejność. Chłopak doskonale rozumiał jego uczucia. 

- Nie rozmawiaj, kiedy cisza jest lepsza niż rozmowa - powiedział ojciec przygnębionym głosem. 
Chłopiec   pamiętał   jeszcze   to   stare   przysłowie   z   Vermont   i   z   trudem   zapanował   nad   łzami. 
Vermont. O Boże, czego by nie dał, żeby znowu być w Vermont. Nie dowierzał już swojemu  
instynktowi, ale wierzył  jeszcze w swój zawsze jasny umysł. Postąpił właściwie, zarówno ze  
względu na Vanessę jak i na siebie. W ten szary listopadowy dzień, czekając na ojca, zrozumiał  
jedno - nigdy nie zapomni tamtego dni"a i lekcji, jaką wtedy otrzymał. Rób to, co musisz, i 
zapłać za to należną cenę.  
Była to prosta filozofia, ale prawda ta została ciężko zdobyta. Tak, bardzo ciężko zdobyta ... 
W budynku z czerwonej cegły, zza zakratowanego okna, para ciemnych oczu (śledziła oddalający 
się   samochód.   Mężczyzna   o   ciemnych   oczach   również   wiedział   swoje.   Nigdy   nie   pozwoli 
chłopcu   zapomnieć.   Nigdy   mu   nie   przebaczy.   Nigdy   nie   pozwoli,   aby   ten,   który   go   tutaj 
wpakował, zaznał spokoju ... 

Yorkshire. Obecnie 

- Daaaś ... daś ... daś ... daś .... baaaaś. - Ten głos walczący dzielnie z zimnymi podmuchami 

marcowego wiatru był jedyną oznaką ludzkiej obecności w do1i.nie. Bryn Whittaker strząsnęła z 

twarzy krople deszczu i ponownie złożyła ręce przy ustach, nabierając tchu. 
- Daaaś...daś ... daś...daś ... baaaaś. 
Miała sześć lat, kiedy po raz pierwszy spytała ojca, dlaczego woła "daś" zamiast "baś". Z 
charakterystyczną dla siebie dobroduszną cierpliwością wytłumaczył jej, że "d" jest silniejsze niż 
"b" i lepiej je słychać. Teraz, jakby na dowód tego, że miał rację, z gęstej pokrywającej dolinę 
mgły wynurzyły się cienie. Bryn . uśmiechnęła się. Zawsze sprawiało jej to radość, chociaż 
powtarzało się codziennie. Becząc i tłocząc się szły ku niej kolejne owce. 
Bryn  podeszła do przyczepy,  opuściła klapę i zdjęła pi~rwszą belę siana. Czerwony sznurek 
wrzynał się w dłonie, ale nie zwracała na to uwagi. Rzuciła belę na ziemię i zaraz sięgnęła 1:'0  
następną. Po rozładowaniu dzie~iątej poczuła, jak po plecach spływają jej strużki potu, ale nie 
przerwała   pracy.   Niosąc   pierwszą   belę   do   najbliższego   paśnika,   łagodnie,   lecz   stanowczo 
odepchnęła na bok tłoczące się owce, wyjęła z kieszeni kurtki nóż, przecięła sznurek, zwinęła go  
w kłębek i schowała do kieszeni, aby żadne ze zwierząt nie mogło się nim zadławić. Następnie  
rozrzuciła siano w metalowych korytach i ruszyła po następną belę. 
Pracowała metodycznie i z wdziękiem, mimo swojej pokaźnej tuszy. Dopiero po rozłożeniu siana 
pozwoliła sobie na krótką przerwę, oskrobując gumiaki o koło traktoru. Poprawiła zsuwające się 
z nosa okulary, weszła do kabiny, uruchomiła hałaśliwy silnik i odjechała, walcząc z niesprawną  
kierownicą starego ciągnika. 
Wyjechawszy   na   drogę,   spojrzała   na   zegarek.   Wszystko   poszło   sprawnie.   Pomachała   ręką 
staremu panu Gomwellowi i uśmiechnęła się do jego sześciu szczekających terierów. Następnie 
spojrzała w niebo, szukając jakichkolwiek oznak rozpogodzenia. Nie zanosiło się na nie jednak. 
Bryn była dumna, że mieszka w najpiękniejszej z sześciu dolin Yorkshire, która wzięła nazwę od 
przepływającej na wschodzie rzeki Wharfe. Ciągnąca się na przestrzeni ponad czterdziestu mil 
dolina Wharfe wybiegała aż na żyzne pola Otley. Bryn nie zazdrościła farmerom mieszkającym 
na nizinach żyznych pól. Była szczęśliwa na swojej rodzinnej farmie. Pragnęła tylko, aby zdołali  
ją utrzymać ... 
Przebiegł ją zimny dreszcz. Zagryzła wargi, co było u niej oznaką przygnębienia. Kiedy rano 

background image

opuszczała farmę,  było  jeszcze za wcześnie na pocztę, a oczekiwanie stawało się nieznośne.  
Westchnęła głęboko i skręciła z gładkiej asfaltowej drogi na nierówną żwirówkę, prowadzącą do 
Ravenheights, jedynego domu, jaki kiedykolwiek znała. Niegdyś z radością 
wyczekiwała przybycia listonosza. Była to często najważniejsza chwila na tej leżącej na uboczu  
farmie, szczególnie w dniu jej urodzin i w okresie Bożego Narodzenia. Teraz bała się, że może  
nadejść list od niego, Kynastona M. Germaine. Jakżeż nienawidziła tego nazwiska! 
Jej oczom ukazał się niski budynek  z szarego kamienia, stojący u stóp wzgórza. Widok ten  
zawsze   napawał   ją   otuchą.   Z  wysokiego   komina   unosił   się   dym,   a   kiedy  chlgnik  wjechał   z 
hałasem na podwórze, Violet, ich stary pies pasterski, wybiegł ze stodoły, aby ją przywitać. 
- Witaj, staruszko. Chcesz wejść do domu? 
Pogłaskała sukę i skierowała się do kuchni, nie zwracając uwagi na biegające po podwórku kury.  
W wyłożonej linoleum sionce zrzuciła z nóg zabłocone gumiaki i powiesiła kurtkę, nie patrząc do  
lustra, które wisiało na przeciwległej ścianie. Dobrze wiedziała, co w nim zobaczy,  nie było 
sensu wprawiać się w jeszcze większe przygnębienie. 
Suka   weszła   za   nią   do   kuchni,   kierując   się   od   razu   w   stronę   wielkiego   kuchennego   pieca;  
położyła się przy nim i zwinęła w kłębek. Szczeniaki, które niegdyś wydała na świat, pracowały 
teraz przy owcach. Bryn uśmiechnęła się, spojrzawszy na siwą mordę Violet, i rzuciła staruszce 
jeden z jej ulubionych herbatników. 
W kuchni było ciepło i przytulnie. Żóhe ściany, w kolorze wybranym przez matkę Bryn przeszło 
dwadzieścia lat temu, były świeżo odmalowane. Podłogę z zielono-żóhych płytek przykrywał 
gruby wełniany dywan. Na środku kuchni stał bardzo stary dębowy stół, a na nim wazonik z 
wczesnymi narcyzami ze szklarni Freda Jacombe'a, który zawsze przynosił je o tej porze roku, w 
zamian za domowy chleb pieczony przez Bryn. W oknach wisiały białe firanki, a na stole leżał  
obrus z tego samego materiału. W powietrzu unosił się zapach gotowanych potraw. Kiedy matka 
Bryn żyła, a ona chodziła jeszcze do szkoły, zawsze po powrocie wbiegała najpierw do ciepłej 
kuchni i była tak szczęśliwa, że miała ochotę śpiewać. 
Potrząsnęła teraz głową  i zdjęła wełnianą czapkę. Gęste, kasztanowe włosy rozsypały się na 
ramionach.   Odgarnęła   je   do   tyłu   niecierpliwym   ruchem.   Nie   miała   odwagi   sprawdzić,   czy 
nadeszła poczta. Wolała zejść do piwnicy po ziemniaki, a następnie zabrała się do ich obierania. 
Potem umyła kapustę i sprawdziła, czy ogromny stek i pudding z nerek, które wstawiła rano do 
pieca, nie wyschły. 
Zrobiła sobie kawę i zaczęła czytać gazetę, opuszczając wszystkie złe wiadomości. Na świecie  
było   tyle   bólu   i   zła.   Zawsze   wywoływało   to   u   niej   uczucie   kompletnej   bezradności.   Coraz 
silniejszy deszcz zacinał w okna. Wiedziała, że mężczyźni wrócą zziębnięci, mokrzy i głodni. 
Dorzuciła do kominka w saloniku, dołożyła drew do pieca kuchennego, wyciągnęła odkurzacz i 
zabrała się do sprzątania. Po godzinie, kiedy dwa traktory wjechały na podwórze, wszystko było  
już przygotowane: stół nakryty, a jedzenie tylko czekało, by je podać. Jak zwykle, pierwszy do 
kuchni wszedł ojciec. 
- Hej, gołąbeczko, coś tu ładnie pachnie - powiedział, a Bryn odpowiedziała mu uśmiechem.  
Powtarzał te słowa codziennie, od lat, najpierw kierując je do swojej matki, potem do żony, a 
teraz do córki. 
- Rozpaliłam w kominku, tato. Może chcesz się najpierw trochę ogrzać? 
John Whittaker rzucił jej szybkie spojrzenie. Nie zwiodło go to zadane zwykłym tonem pytanie. 
Więc było to aż tak widoczne? Skinął potakująco głową. Nie powinien się dziwić. Nie sposób 
było   ukryć   postępującej   choroby.   N   a   sztywnych   nogach   przeszedł   przez   kuchnię   i   z 
zadowoleniem opadł na ulubiony fotel stojący przed kominkiem. Nigdy przedtem nie czuł się tak 
staro. Potarł w zamyśleniu  czoło, podczas gdy Bill i Sarn, jego dwaj pomocnicy,  usiedli na 
kanapie,   wyciągając   w   stronę   ognia   uwolnione   od   ciężkich   butów   stopy.   Na   ich   twarzach 
malowało się błogie zadowolenie. John szybko odwrócił wzrok. Jeszcze nic im nie powiedział. 
Miał wyrzuty sumienia - powinien był ich zawiadomić, że mogą stracić pracę - ale nie mógł się 
na to zdobyć. Przeszło sześćdziesiąt lat temu jego ojciec wynajmował do pracy ich ojców. John 

background image

wiedział,   jak   trudno   będzie   tym   czterdziestoletnim   mężczyznom   znaleźć   jakąś   inną   pracę. 
Szczególnie w tej okolicy. 
Niech szlag trafi rząd razem z tą calą Unią Europejską. Co mogą mieć wspólnego farmerzy z  
Yorkshire ze Wspólnym Rynkiem? Rodzina Whittakerów żyła na tej farmie od przeszło czterystu 
lat i dawała sobie radę. A teraz ... Wyprostował się i przycisnął dłoń do serca. Skrzywił się,  
czując nagły ból, i szybko spojrzał na siedzących obok mężczyzn, którzy na szczęście niczego nie 
zauważyli.   Zaczął  ostrożnie  oddychać.   Ból  powoli  ustępował.  Pewnie   to  nic   poważnego.  Po 
prostu   ostra   niestrawność,   na   którą   nie   ma   żadnej   rady.   Zaczął   masować   lewą,   całkowicie 
zdrętwiałą rękę. Widocznie zbyt długo się na niej opierał, dlatego teraz czuł przebiegające przez 
nią mrowienie. Spojrzał w ogień z głęboką troską. 
W tym samym czasie Bryn przygotowała dzbanek herbaty i nalała dwa kubki dwudziestoletnim 
bliźniakom, Robbiemu iRonniemu Petersom, którzy razem z Samem i Billem pracowali u nich na 
farmie. Następnie zaniosła tacę z herbatą do saloniku. Wokół niebieskich oczu Johna utworzyły. 
się drobne zmarszczki, kiedy uśmiechnął się do córki. Wziął od niej kubek i patrzył, jak podaje  
herbatę jego pomocnikom. Co się stanie z tym najmłodszym z jego dzieci, kiedy jego zabraknie, 
a gospodarstwa nie da się utrzymać? Farma już była stracona, bez względu na wysiłek, jaki on i 
jego córka wkładali w to, żeby udawać, że jest inaczej. 
Pamiętał dzień narodzin Bryn tak wyraźnie, jakby zdarzyło się to wczoraj. Chodził wówczas tam 
i z powrotem po tym samym pokoju, w którym teraz siedział, a akuszerka kazała mu gotować 
wodę i szukać ręczników. Minął dzień, nastała noc. Katy spała w swoim pokoju. Zasnęła mimo 
podniecenia, jakie odczuwała na myśl o pojawieniu się malutkiego braciszka lub siostrzyczki. 
Nadszedł wreszcie moment, kiedy akuszerka zawołała go na górę. Jego ukochana Marta siedziała 
na łóżku z dzieckiem w ramionach. Była blada i wyczerpana, lecz uśmiechała się wesoło. 
- Przykro mi, John - powiedziała z udanym zażenowaniem. - To znowu dziewczynka. 
Myśląc o tamtych chwilach, John nie mógł zrozumieć, dlaczego Marta usprawiedliwiała się, choć 
żartem, że urodziła dziewczynkę, którą mieli nazwać Bryony Rose. Dziecko to było jego radością 
od   momentu,   kiedy   przyszło   na   świat.   Oczywiście,   Katy   również,   poprawił   się   szybko   w 
myślach, czując wyrzuty sumienia, ponieważ serce mówiło co innego. Katy była ... po prostu 
Katy. Lecz Bryony - Bryn,jakją wszyscy, z wyjątkiem niego, nazywali - była zupełnie inna niż jej 
starsza siostra. Od chwili, kiedy zaczęła chodzić i mówić, było oczywiste dla wszystkich - dla  
Marty, Katy, a później Hadriana - że Bryony Rose i jej ojciec to pokrewne dusze. 
- Wszystko w porządku, tato? - wyrwał go z zamyślenia jej cichy głos. 
Odpowiedział, uśmiechając się automatycznie.
- Oczywiście, gołąbko. 
Serce mu  się ściskało, kiedy na nią patrzył.  Jeśli ma  dać sobie radę, to musi  znaleźć męża, 
najlepiej   właściciela   jakiejś   farmy.   Wiedział,   że   Bryony   umarłaby   w   mieście.   Przecież   tak 
kochała wieś. Lecz jakie miała szanse na to, aby wyjść za mąż? Nawet on, który ją tak bardzo 
kochał,   musiał   przyznać,   że   jej   figura   różni   się   od   figur   tych   szczupłych   współczesnych  
dziewcząt.   Za   to   włosy   miała   wspaniałe.   Modelki,   z   którymi   Katy   pracowała   w   Londynie, 
oddałyby   wszystko,   żeby  mieć   taki   piękny  kasztanowy  odcień.   U   jego   córki   był   on   równie 
naturalny, jak woda płynąca w Ribble. Cerę również miała nieskazitelną. Pamiętał bezustanne 
narzekania   nastoletniej   Katy,   że   to   nie   jest   w   porządku,   aby   tylko   jedna   z   nich   miała   tak  
doskonałą cerę. A jeśli chodzi o oczy ... 
Pamiętał dokładnie moment, kiedy po raz pierwszy je zobaczył. Podchodząc do łóżka Marty, 
zerkał ciekawie na zawiniątko, które trzymała  w ramionach. Od razu zauważył  masę ciemno  
złotych   włosów.   Czyż   jednak   włosy   Marty   nie   były   równie   pięknie?   Lecz   kiedy   niemowlę 
otworzyło, jak mu 
się   wydawało,   krótkowzroczne   oczka,   poczuł,   że   ziemia   usuwa   mu   się   spod   nóg.   Przecież 
wszystkie niemowlęta mają niebieskie oczy. Oczy Katy też były niebieskie. 
Lecz dziecinne oczka, które wpatrywały się w niego nieruchomo, były takie same jak te, które 

background image

patrzyły na niego teraz, dwadzieścia dwa lata później. Gdyby go ktoś spytał o ich kolor, nie 
potrafiłby go opisać. Najbliższym określeniem, jakie przychodziło mu na myśl, był kolor sherry. 
Oczy   Bryony   były   brązowe,   ale   były   też   prawie   czerwone.   Jak   również   złote. 
Czerwonobrązowozłoty kolor z jaśniejszymi punkcikami. Były jednocześnie drapieżne i łagodne, 
oczy gołębia i oczy tygrysa. Widywał już mężczyzn zauroczonych spojrzeniem jego córki. 
Gdyby nie miała tak potężnej postury, pomyślał ze smutkiem. Sam uwielbiał duże kobiety. Taką 
kobietą była jego Marta, po której Bryony niewątpliwie odziedziczyła figurę. Marta miała pięć 
stóp jedenaście cali wzrostu i poruszała się z wdziękiem, którego mogłaby jej pozazdrościć sama 
Junona. Lecz w dzisiejszych czasach wjększość mężczyzn preferuje dziewczyny, które są chude 
jak szczapy. Cholerni głupcy. MQze jednak gdzieś istnieje odpowiedni dla niej. mężczyzna, 
musiałaby go tylko odnaleźć. Wiedział jednak, że Bryony wolała być w domu, razem z nim. 
- Obiad na stole! 
Dobiegający z kuchni okrzyk poderwał siedzących do tej pory w milczeniu dwóch mężczyzn. 
Typowi mieszkańcy Yorkshire, pomyślał John podnosząc się z trudem z fotela i podążając za 
nimi do kuchni. Miał sześćdziesiąt dwa lata, ale czuł się o wiele starzej. Kiedy zasiadał na swoim 
miejscu przy stole, usłyszał cichy szelest papieru w kieszeni koszuli. Był to list, który przyszedł  
poranną pocztą. Ogarnęło go przerażenie na myśl o tym, że będzie go musiał pokazać córce. 
Mężczyźni w milCzeniu, i z rosnącym apetytem, patrzyli na Bryn, wyciągającą z .pieca dymiący 
pudding. Obserwowali, jak rozwiązuje sznurek zabezpieczający danie przed rozchyleniem się 
cienkiej serwety,  którym  było owinięte, jak kroi sześć równych porcji wspaniale uduszonego 
mięsa   i  nakłada   je   na   białe  talerze.  Potem  stawia   ziemniaki   i  kapustę.  Posiłek  przebiegał  w 
skupionym milczeniu, które wyrażało również uznanie dla przygotowanych przez nią potraw. 
Bliźniacy rzucili się na swoje porcje jak wygłodniałe psy,  na co Bryn  patrzyła  z wyraźnym  
zadowoleniem. Podobnie jak jej matka lubiła dobrze karmić mężczyzn i obserwować, jak jedzą z 
apetytem. W świecie, w którym ludzie gonią zawsze za czymś więcej, Bryn uznawała poczucie 
zadowolenia i bezpieczeństwa za prawdziwy dar od losu. 
- Bryn gotuje tak dobrze jak jej matka - powiedział Sam, odsuwając pusty talerz, a dziewczyna 
zarumieniła się z zadowolenia. 
Podała   jeszcze   nadziewane   suszonymi   owocami   i   duszone   w   jabłeczniku   pieczone   jabłka. 
Dopiero wtedy mężczyźni opuścili kuchnię i powrócili do swoich traktorów, a ona zabrała się do 
zmywania  stosu naczyń.  Deszcz przestał padać i do kuchni wpadł pierwszy promień  słońca.  
Wtedy właśnie John, patrząc córce prosto w oczy, położył na stole list. 
Spojrzała w milczeniu na znajomy druk na kopercie. Germaine Corporation. Brzmiało to bardzo 
po amerykańsku. 
- Kolejny list - powiedziała cicho, a John skinął głową. 
- Tak. Powinnaś go przeczytać. 
Kształtne wargi Bryn zacisnęły się w ponurym grymasie. 
- Przeczytam go później, tato. 
John pokiwał ze smutkiem głową i zasunął zamek podbitej owczym futrem kurtki. Wyszedł na 
podwórze krokiem cięższym niż wówczas, kiedy wrócił z pola. Bryn patrzyła na wyjeżdzające z 
podwórka   ciągniki,   czekając,   aż   zapadnie   cisza.   Łzy   nabiegły   jej   do   oczu.   Otarła   je 
niecierpliwym ruchem dłoni. "Łzy nikomu jeszcze w niczym nie pomogły" - przypomniała sobie 
słowa matki  wypowiedziane tego dnia, kiedy lekarze stwierdzili, że jest chora na raka. Bryn  
nigdy nie widziała matki  płaczącej, nawet podczas tych  pięciu miesięcy poprzedzających  jej 
śmierć. Whittakerowie zostali ulepieni z twardej gliny. Zawsze tacy byli i tacy będą. 
Wysprzątała dokładnie całą kuchnię, zanim usiadła przy stole i otworzyła list, zaadresowany do 
pana Bryna Whittakera. Ojciec 
lepiej czuł się z owcami niż z jakąkolwiek korespondencją, więc obowiązek· ten zawsze spadał 
na nią. Pisała listY jasnym,  klarownym  językiem,  toteż nie zdziwiło jej wcale, że Germaine 
Corporation uznała ją za syna, a nie za córkę właściciela farmy. 

background image

Szybko przebiegła oczami tekst. Nie różnił się wiele od poprzednich. Tym razem jednak oferta 
kupna farmy wzrosła o kolejne tysiąc funtów, a pan Germaine był nawet gotów zakupić owce, w  
celu, jak napisał, "ułatwienia transakcji". Ułatwienia transakcji... Popatrzyła na znienawidzony 
podpis. Kynaston Germaine. Ze złością zgniotła list i rzuciła go do kuchennego pieca. Papier  
odskoczył od ognia i wylądował na grzbiecie Violet; suka spojrzała na nią z wyrzutem, po czym  
wróciła do przerwanej drzemki. 
Bryn  pochyliła  się i zacisnęła drżące dłonie. Jak długo jeszcze będą w stanie się utrzymać?  
Bank ... bank. Nie potrafiła stłumić gniewnego pomruku. Ten cholerny bank domagał się zwrotu 
pożyczki.   Bardzo   szybko   dowiedział   się   o   ofercie   Germaine   Corporation,   o   co   zadbał   sam 
Kynaston Germaine osobiście. 
A ostatnio ... Czy tylko jej się tak zdawało, czy ojciec rzeczywiście zaczął się poddawać? Kiedy 
pięć   lat   temu   farma   zaczęła   przynosić   straty,   ojciec   był   pewien,   że   uda   mu   się   wszystko 
odwrócić. Odmówił zwolnienia'kogokolwiek z pomocników; odpłacili mu za to lojalną służbą, 
choć od tamtego czasu nie dostali żadnej podwyżki. Jednak w związku z obcięciem subsydiów 
rządowych i rosnącą konkurencją nie byli już się w stanie utrzymać. Nawet Bryn zdawała sobie z 
tego sprawę, chociaż nigdy nie odważyłaby się powiedzieć tego głośno. Wiedziała jednak, że nie 
może sprzedać farmy temu Germaine'owi. Nigdy! 
, Zrobiła sobie herbaty, odsuwając gwałtownym ruchem kubki i butelki po mleku. Przynajmniej 
Katy to nie dotknie. Katy zawsze miała głowę na karku - chociaż nigdy nie przykładała się do 
nauki. Bryn  wiedziała, że siostra jest zazdrosna o jej celujące stopnie, ale nie przystąpiła do 
egzaminów i rzuciła szkołę w wieku szesnastu lat. Ale to właśnie ona pojechała do Londynu. 
Dlaczego nie? Przecież zawsze była taka piękna. 
Bryn bardzo tęskniła za siostrą. Przeszła do saloniku i wzięła do ręki dutfl fotografię Katy, która  
zajmowała poczesne miejsce na walijskiej komodzie. Był to jej pierwszy "profesjonalny fotos", 
jak mówiła. Miała wtedy osiemnaście lat i pracowała w hotelu w Otley jako recepcjonistka. Jeden 
z   gości   hotelowych   był   fotografem   i   starał   się   ją   poderwać.   Katy   była   oczywiście   do   tego 
przyzwyczajona. Mężczyźni zawsze starali się ją oczarować. Ten był nawet uczciwy w swoich 
zamiarach i na dowód tego, że jest fotografem, zrobił jej to zdjęcie. W przeciwieństwie do Bryn  
Katy   odziedziczyła   jasne   włosy   i   niebieskie   oczy   po   ojcu.   Na   szczęście   również   po   nim 
odziedziczyła figurę, dzięki czemu wyglądała jak rusałka. Ile razy matka czy ojciec czytali Bryn  
bajkę o Śpiącej Królewnie, zawsze wyobrażała ją sobie smukłą jak Kaw. 
Nie   zdziwiło   jej,   kiedy   w   wieku   dziewiętnastu   lat   Katy   postanowiła   przeprowadzić   się   do 
Londynu   i   zostać   modelką.   Przecież   w   przeciwieństwie   do   młodszej   siostry   nienawidziła 
wiejskiej samotności i źle się czuła na farmie. Marta zmarła, kiedy Bryn miała dwanaście, a Katy 
piętnaście lat. John wysuwał różne argumenty, ponieważ instynktownie bronił się przed myślą, że 
jego dziewczynka  mogłaby mieszkać  w stolicy,  ale Katy zawsze umiała postawić na swoim.  
Potrafiła być bardzo zdecydowana i uparta, pomyślała Bryn, patrząc na fotografię siostry. 
Katy mieszkała   w Londynie   już  od  sześciu lat   i  chociaż  nigdy nie  pisała  listów,  to czasem 
zdarzało   jej   się   zatelefonować.   Bryn   mogła   godzinami   słuchać   opowieści   o   jej   przygodach. 
Często czuła rozpierającą ją dumę na myśl o starszej siostrze. Mieć siostrę, która jest zawodową 
modelką! Zwłaszcza że sama wyrosła na tak mało atrakcyjną dziewczynę. Odsunęła tę myśl od 
siebie i odstawiła fotografię na miejsce. Przynajmniej u Katy wszystko było w porządku. Jej 
świat może grozić zawaleniem, ale siostra nadal będzie bezpieczna. Podobnie jak Hadrian, ich  
kuzyn, mieszkający w Yorku. Wszystkim dobrze się działo, wszystkim, tylko nie jej. 
Wybuchnęła głośnym płaczem. Płakała z powodu ojca, który był chory i przygnębiony,  a tak 
bardzo się starał tego nie okazywać. Płakała z powodu domu, którego dusza na zawsze zostanie 
unicestwiona, jeśli temu okropnemu Germaine' owi uda się ukraść im farmę i zrobić z niej jakiś 
obrzydliwy kurort. Płakała również z żalu nad sobą, ponieważ była  taka gruba, brzydka  i ... 
zagubiona. 
Violet,   zaniepokojona   odgłosem łkań swojej   ukochanej  pani,   podeszła  do  niej  i  położyła   jej 
mordę na kolanach. Po chwili Bryn opanowała się na tyle, że mogła spojrzeć na swój problem 

background image

bardziej obiektywnie. Przecież będzIe opiekować się ojcem.  Nic złego mu  się nie' stanie. A 
Ravenheights też nie może spotkać nic złego, ponieważ na farmie pracują oddani ojcu ludzie, 
którzy będą ją chronić. A jeśli chodzi o nią... jest gruba i zawsze taka była. Co w tym złego? 
Bezwiednie sięgnęła do stojącej na stole szklanej miseczki i wyjęła z niej cukierek. Czując smak 
toffi w ustach, od razu poczuła się lepiej. 
- Chodź, staruszko, trzeba nakarmić kury, jeśli chcemy, żeby tata miał świeże jajka na 
podwieczorek. 
Violet wydała cichy pomruk, ale nie podążyła za Bryn w chłodny zmierzch podwórza. 

Londyn 

Katy  Whittaker   nalała   sobie   kolejnego   drinka.   Ostatnio   dużo   piła.   Zaczęło   się   to,   kiedy  jej 
pierwsza praca w charakterze modelki pociągnęła za sobą kolejne" coraz podrzędniejsze, sesje 
zdjęciowe, a te jeszcze podrzędniejsze, chociaż w domu zawsze chwaliła się sukcesami. Nie 
potrafiła nawet myśleć o ewentualnym opuszczeniu Londynu. Nie wyobrażała sobie powrotu na 
ponurą farmę i pozbawionego wszelkich atrakcji życia, jakie by tam musiała prowadzić. Zrobiła 
więc   to,   co   zrobiło   przed   nią   wiele   kobiet.   Znalazła   sobie   mężczyznę.   Bogatego   żonatego 
mężczyznę. 
Lecz właśnie dzisiaj przyszedł do jej mieszkania - a dokładnie do swojego mieszkania, ponieważ 
to on płacił czynsz - i powiedział, i-e między nimi wszystko skończone. Tylko tyle. Pozostały jej 
dwa dni do terminu następnej zapłaty za czynsz, a ona w żaden sposób nie była w stanie go 
zapłacić. Była teraz zdana wyłącznie na własne siły. I dokładnie wiedziała, dlaczego tak się stało. 
Nie   była   jedyną   wiejską   "modelką"   w   tym   dużym,   bezwzględnym   mieście.   Ten   skurwysyn 
znalazł sobie nową dziewczynę. Młodszą. 
Trzymając w ręku szklankę szkockiej whisky, walczyła ze łzami pijackiego rozczulenia nad sobą. 
Będzie musiała wrócić do domu. Na farmę. Na tę myśl łzy zaczęły spływać jej po policzkach, 
rozmazując makijaż. Sięgnęła po dziennik, by zapisać w nim swoją ostatnią smutną historię:  
zdradę   kochanka   i   utratę   możliwości   pozostania   w   mieście;   Pisząc   to,   obrzucała   sir   Lionela 
Stavendisha najgorszymi wyrazami. Nagle poderwała się gwałtownie, zrzucając dziennik z kolan. 
Zaczęła miotać się po mieszkaniu, otwierała szafy, wyrzucała z nich rzeczy i upychała w walizce. 
Zatrzymała   się  na  chwilę,  ponieważ  pokój  zawirował  jej  przed oczami.  Poszła  do  łazienki  i 
wrzuciła całą zawartość szafki z kosmetykami do wielkiej torby od Harrodsa. Obeszła mieszkanie 
i  zabrała   wszystkie  wartościowe   rzeczy.   W  alkoholowym   otumanieniu  nie  zauważyła   jednak 
leżącego pod stołem dziennika. 
Nie zobaczy się już z Lomą Vey, która była jej sąsiadką i jedyną prawdziwą przyjaciółką. Młoda 
prawniczka   była   w   pracy,   a   Katy   nie   miała   odwagi   spojrzeć   jej   w   oczy.   Loma   nigdy   nie 
akceptowała związku Katy z sir Lionelem. Nie, najlepiej odjechać zaraz. 
Upadła   na   krzesło,   łkając   rozpaczliwie.   Po   chwili   zmobilizowała   się   jednak   i   postanowiła 
zatelefonować do siostry, żeby zawiadomić ją o powrocie do domu. 

 

Harrogate, Yorkshire 

Srebmoszary rolls royce zatrzymał się przy świeżo położonym krawężniku, nie zwracając 
na   siebie   niczyjej   uwagi.   W   końcu   Harrogate   było   miastem,   w   którym   odbywały   się 
wszystkie   ważniejsze   konferencje.   Natomiast   mężczyzna,   który   wysiadł   z   samochodu, 
wzbudzał zainteresowanie każdej przechodzącej kobiety. Chociaż dzień był szary i raczej 
ponury, włosy mężczyzny tworzyły słoneczną aureolę wokół jego głowy. 
- Czy jeszcze ją zastaniemy? - Niezbyt głośny, lecz bardzo  wyrazisty głos, niewątpliwie 

Amerykanina, przebił się przez hałas ulicznego ruchu.   

- Tak. Janice na pewno czeka, żeby usłyszeć pochwałę - dobiegł z wnętrza samochodu głos 

Michaela Forrestera, który był w Anglii przedstawicielem Germaine Corporation. 

background image

- To dobrze. - Kynaston Germaine przeszedł przez ozdobną, żelazną bramę i zatrzymał się na 
żwirowej ścieżce. Był wysokim, mierzącym sześć stóp i cztery cale, szczupłym mężczyzną, z 
którego emanowała nie zwykła siła. Zlustrował wzrokiem budynek. 
- Nieźle to wygląda - zauważył Michael Forrester, stając obok niego. 
Wydawać by się mogło, że jeszcze jeden hotel jest zupełnie niepotrzebny w Harrogate. Lecz 
hotelu   Germanicus   nie   można   było   nazwać   "jeszcze   jednym".   Korporacja   wykorzystała   na-
grodzony   w   konkursie   projekt,   a   efekt   nie   zawiódł   niczyich   oczekiwań.   Czteropiętrowy,  
zbudowany z kamienia pozyskanego z miejscowych kamieniołomów, budynek idealnie wtapiał 
się  w otoczenie.  Równie   precyzyjnie   zaplanowano ogrody.  Białe  brzozy  łagodziły surowość 
otaczających go ścian, a na idealnie utrzymanych trawnikach rosły żonkile i tulipany, ujęte w 
owalne ramy klombów. Każdy z sześćdziesięciu pokoi miał łazienkę, a apartamenty składały się 
z kilku pomieszczeń. Nie szczędzono kosztów przy budowie. Do pracy zatrudniono miejscowych 
robotników.   Obsługiwał   go   trzydziestoosobowy   zespół,   składający   się   z   rodowitych 
mieszkańców Yorkshire. 

- Z zewnątrz wygląda dobrze - przyznał Kynaston Germaine. 
Jego zimne niebieskie oczy lustrowały wszystkie najdrobniejsze szczegóły budynku. - Miejmy 
nadzieję, że nasza sławna dekoratorka równie dobrze poradziła sobie z wnętrzem. 
Michael   powściągnął   uśmiech.   Janice   Polmander   była   -   według   własnej   opinii   -   najlepszą 
angielską dekoratorką wnętrz. Kyn jednak, zanim zdecydował się ją zatrudnić, obejrzał najpierw 
wyniki poprzednich jej prac. 

- Zaraz się przekonamy - powiedział. 
Jego ton nie wróżył Janice nic dobrego, gdyby nie wywiązała się z zadania. Miałaby wówczas 

ciężki orzech do zgryzienia.  
Kawałki marmuru wtopione zostały w stopnie schodów, prowadzących do szerokich 

podwójnych drzwi hotelowych. Wszystko było w bardzo dobrym gatunku, co Kyn od razu 

zauważył. Nie zdążył jeszcze podnieść ręki, kiedy drzwi się otworzyły i stanęła w nich 

projektantka. Janice Polmander była kobietą, która przyciągała uwagę: Dobiegała czterdziestki, 

ale wyglądała na dwadzieścia pięć. Modnie obcięte czarne włosy okalały bladą, 'kocią twarz. Jej 

osobowość odpowiadała wyglądowi. Trudno było odróżnić jej pewność siebie od arogancji, a 

zaborczość seksualna tej kobiety była doskonale znana w całym środowisku artystycznym. Nikt 

się więc nie dziwił, że z takim zapałem przyjęła ofertę Kynastona Germaine'a. Uzyskanie wolnej 

ręki przy dekoracji wnętrz nowego pięciogwiazdkowego hotelu stanowiło pokusę nie do 

odparcia. Już od chwili przekroczenia progu gabinetu Kynastona Janice nie miała wątpliwości, 

że przyjmie jego propozycję. Kiedy ujrzała jego twarz i wspaniałe, wysportowane ciało, 

przebiegł ją dreszcz pożądania. Teraz, kiedy praca dobiegła końca, patrzyła na niego zachłannym 

wzrokiem. Stała, szeroko się uśmiechając, nie zwracając uwagi na to, że zatrzymuje właściciela 

w progu jego hotelu. Uwielbiała wysokich mężczyzn i natychmiast dostrzegała, jeśli mieli w 

sobie coś nieiwykłego. U Kynastona· były to włosy - o wspaniałym srebrzystym kolorze, kontra-

stującym z opaloną twarzą. Jego oczy przypominały laser - były tak zimnobłękitne, że przy 

pewnym oświetleniu wydawały się prawie srebrne. 
- Janice, mam nadzieję, że ta zasadzka nie oznacza, iż hotel nie jest jeszcze wykończony i nie  
chcesz, żebym to zobaczył - powiedział Kynaston, patrząc na nią z ironią. 

Zaczerwieniła się ze złości i gwałtownie otworzyła drzwi. 
- Voilil - burknęła. Niechby tylko ośmielił się skrytykować jej pracę! 
Ale nie musiał tego robić. Podłogę pokrywały płytki biało-czarnej sześciokątnej terakoty, a blat 
w   recepcji   zrobiony   był   z   najlepszego   gatunku   drzewa   tekowego.   Mały,   lecz   doskonale 
proporcjonalny żyrandol rozsiewał spod wysokiego sufitu tęczowe blaski, które odbijały się w 
kremowych ścianach. Pionowe paski zielonego marmuru przecinały ściany na całej ich wysoko -
ści. Wszędzie było mnóstwo roślin, a dyskretnie porozmieszczane kanapy i fotele miały zielony 
kolor. Na ścianach nie powieszono żadnych ozdób ani obrazów, jedynie aksamitne, sięgające 
ziemi zasłony na oknach - również zielone. Było to proste j piękne wnętrze. 
Kynaston skinął głową, nie zwracając uwagi na pełne zachwytu słowa Michaela. 

background image

- Obejrzymy wszystkie pomieszczenia. Rozpoczniemy obchód od jadalni. 
Janice ledwie mogła pohamować złość. Ani słowa pochwały. 
Ani ... Dziwny wyraz oczu Kyna powstrzymał nagle bieg jej myśli. Po raz pierwszy w życiu  
straciła pewność siebie. Te oczy widziały wszystko. ~edy lekki uśmiech uniósł w górę kąciki 
warg, Janice omal się głośno nie roześmiała. Cudownie było spotkać mężczyznę, który mógł jej 
dorównać. Zaczynała już wątpić, czy taki w ogóle istnieje. 
Obchód trwał długo, wszystko było skrupulatnie sprawdzane. 
Kyn   zwracał   uwagę   na   najdrobniejsze   szczegóły,   począwszy   od   wzoru   na   koronkowych 
serwetkach   w   restauracji,   a   skończywszy   na   pałeczkach   do   mieszania   drinków   w   barze. 
Następnie przeszli do sypialni na piętrze, gdzie w luksusowych apartamentach pościel została 
uszyta z białego, błyszczącego jedwabiu. 
- Tylko ludzie pozbawieni gustu śpią w kolorowej pościeli 

- powiedziała Janice aroganckim tonem. Najbardziej dumna 
była z wystroju sypialni. Każde piętro miało swój kolor; na pierwszym piętrze był to kolor złoty i 
kremowy, na drugim niebieski i zielony, na trzecim szary i różowy. Natomiast czwarte piętro, 
przeznaczone dla najważniejszych gości, zdobiła jasna, ostra kolorystyka. Każdy pokój był inny. 
Wreszcie znaleźli się w ostatniej - szafirowo-złotej - sypialni na czwartym piętrze. 
- No i co? - burknęła Janice. - Nie usłyszałam jeszcze ani słowa na temat mojej pracy. Podoba ci 
się czy nie? - Oddychała szybko, nie mogąc już dłużej kryć zniecierpliwienia. 
- Mike, zastąp mnie na tym zebraniu w Leeds o drugiej, dobrze? - cichym głosem poprosił Kyn. 

Michael Forrester zniknął nagle z pokoju iJanice zorientowała się, że zostali sami w . sypialni, w 
pustym hotelu. Po raz pieJ;Wszy poczuł~, że traci kontrolę nad sytuacją. 
- Zrobiłaś dobrą robotę, Janice - powiedział Kyn, podchodząc do niej. 
Zazwyczaj nie potrafiłaby zaakceptować tego typu pochwały, ale dla tego mężczyzny gotowa  
była zrobić wyjątek. Tak długo na niego czekała. Wspinając się na palce, przylgnęła do niego 
całym ciałem i zarzuciła mu ręce na szyję. 
Pod zaborczymi ustami Janice wargi Kynastona wygięły się w lekkim uśmiechu. Musiałby być 
kompletnie ślepy, żeby nie zauważyć znaków dawanych mu przez tę kobietę· Od chwili wyjazdu 
z Ameryki nie zbliżył się do żadnej, więc teraz jego ciało dawało mu znać, że należy tę okazję  
wykorzystać.   Obrócił   się   w   stronę   łóżka   i   położył   Janice   na   niebiesko-żóhej   narzucie   w 
geometryczne wzory. 
Zawsze miał  wielkie powodzenie u kobiet. Dużą rolę odgrywał  w tym  wygląd,  jak również 
pieniądze, które posiadał. Były to jednak dodatkowe atuty. Przede wszystkim zaś miał niezwykle  
rzadką u mężczyzn cechę - rozumiał kobiety. Mogło to wynikać z faktu, że sam zajmował się 
wychowaniem młodszej  siostry,  ale również dlatego, że lubił, podziwiał i szanował kobiety, 
które to od razu wyczuwały. Jego związki były zawsze długotrwałe i zadowalające, zarówno w 
łóżku, jak i poza nim. Lubił rozmawiać z kobietami, nie tylko je uwodzić. Uważnie słuchał opinii 
kochanek   i   dzielił   się   z   nimi   swoimi   myślami.   A   jednak   się   nie   ożenił.   Czasami   sam   się  
zastanawiał dlaczego, zwykle jednak bywał zbyt zajęty" żeby poświęcić tej kwestii więcej uwagi. 
Widocznie nie spotkał jeszcze odpowiedniej' kobiety. Nie obawiał się małżeństwa. Po prostu 
jeszcze   się   nie   zakochał.   Teraz,   zadowolony,   że   może   skorzystać   z   jednorazowej   okazji, 
przesunął dłonie po okrytej czarną pończochą łydce Janice. Powoli zdjął jej pantofle i przesunął 
dłonią po udach. Wreszcie jego ręce natrafiły na jedwabny pas do pończoch; zsunął go z niej  
jednym ruchem. 
Nie spieszył  się. Janice patrzyła  na niego rozszerzonymi  z pożądania oczami.  Podniosła się, 
niecierpliwie rozpięła duże miedziane guziki żakietu i zrzuciła go na podłogę. Równie szybko 
pozbyła się jedwabnej białej bluzki, zrywając ją z siebie bez rozpinariia. Kynaston obserwował ją 
ze spokojem. Nie mógł wywołać w sobie żadnych żywszych uczuć dla kobiety, która sama nie 
odczuwała niczego poza zwykłym,  zwierzęcym pożądaniem. Spojrzał na jej małe piersi i nie 

background image

opierał   się,   kiedy   przyciągnęła   jego   głowę   do   siebie.   Pewny   swojej   męskości,   nie   miał   nic  
przeciwko kobiecie, która chciała dominować w łóżku. Janice dobrze wiedziała, czego pragnie, i 
była zdecydowana to otrzymać. Przez chwilę pieścił ustami jej sutki, co wywołało u niej dreszcze 
rozkoszy. Potem przesunął dłońmi po jej ciele, najpierw w górę, potem w dół, zatrzymując się  
między udami. 
Jan,ice cicho jęknęła. Rozchyliła marynarkę Kyna i wsunąwszy mu rękę pod koszulę, przesuwała 
palcami   po   jego   lekko   owłosionej,   umięśnionej   klatce   piersiowej.   Drżała   z   niecierpliwości, 
pragnąc   mieć   go   w   sobie   jak   najszybciej.   Rozpięła   mu   pasek   od   spodni,   a   dłonie   o 
krwistoczerwonych paznokciach starały uporać się z suwakiem. Kiedy wreszcie poczuła w dło-
niach jego męskość, Kyn uniósł lekko jej pośladki i po chwili byli już razem. Janice zamknęła  
oczy. 
Była to chwila, w której mogła udowodnić swoją wyższość. 
Kiedy mężczyzna już się w niej znajdował, stawała się panią sytuacji. On był jej więźniem. Teraz  
jednak, kiedy oplotła nogami plecy Kyna, a nagie ciało przywarło do tego prawie kompletnie 
ubranego   mężczyzny,   poczuła   się   dziwnie   bezbronna.   Starała   się   zacisnąć   otaczające   jego 
męskość mięśnie, lecz to on dyktował ten boleśnie powolny rytm.  Jednak po chwili problem 
dominacji   przestał   mieć   jakiekolwiek  znaczenie,   bo  poczuła   zbliżający  się   orgazm  i   zaczęła 
głośno jęczeć. 
Później,   kiedy   wracała   samochodem   do   Londynu,   poczuła   ulgę   na   myśl,   że   nie   będzie   już 
musiała spotykać się z Kynastonem. Był taki ... opanowany, taki ... silny. Tylko jakaś bardzo 
wyjątkowa kobieta mogłaby zburzyć 'ten spokój. 
Kiedy Kyn dotarł do Leeds, Michael czekał tam na niego z protokołem z zebrania. Dokument nie 
zawierał żadnych niespodzianek. Projekt korporacji, dotyczący utworzenia krytego parku, został 
zatwierdzony, ale miejscowi obrońcy środowiska szykowali się do protestów. 
- Niech się tym zajmie Vince Colcort. Powinien być przygotowany na wszystkie problemy 
związane z ruchem Zielonych. - Tak jest - powiedział Michael, notując polecenie. 
Plany Kyna dotyczące Yorkshire wzbudzały jego entuzjazm. 
Projekt   rozwoju   pod   nazwą   "Trzy   Wierzchołki"   był   trzystopniowym   planem,   niezwykle 
sprytnym, a jednocześnie prostym w realizacji. Hotel Germanicus w Harrogate miał być bazą dla 
gości,   którym   Kyn   proponował   pełny   zakres   wakacyjnego   odpoczynku.   W   małej   dolince 
Wharfdale   miało   powstać,   osłonięte   szklanym   dachem,   duże   centrum   wypoczynkowe, 
zapewniające   gościom   różnorodne   sposoby   spędzania   czasu:   pływanie,   wiosłowanie,   grę   w 
tenisa, w squash, jak również saunę i gabinety odnowy biologicznej. W planach było również 
duże   pole   golfowe.   Trzecim   "wierzchołkiem"   miał   być   suchy   stok   narciarski,·   który   Kyn 
zamierzał wybudować na terenie farmy Ravenheights, oczekując, że przyciągnie on wiele osób, 
pragnących  nauczyć  się   jazdy  na   nartach,   a  które   następnie   mogłyby  zainteresować   się   nar-
ciarskim królestwem Kyna  w Vermont, gdzie miał  swoje hotele. Wszystko  zostało genialnie 
zaplanowane. Przyznawali to również, chociaż niechętnie, wrogowie Kyna. 
- Jakie masz wiadomości od Rogera? 
Michael przebiegł wzrokiem notatki z rozmowy z Rogerem, jaką odbył pół godziny wcześniej. 
Roger   Gibb,   pracujący   w   głównej   bazie   w   Vermont,   nie   miał   zbyt   dobrych   wieści   do 
przekazania.  

- Czeka na twój telefon. Powiedział, żeby ci powtórzyć, że miałeś rację. 

Kyn szybko wystukał numer swojego biura w Vermont. 

- Roger? Tu Kyn. Jesteś tego pewien? - spytał bez wstępów. 

- Tak - odparł Roger, przyzwyczajony do szybkich i rzeczowych rozmów telefonicznych szefa. - 

Nikt jeszcze formalnie nie wystąpił, ale stary Ventura zwracał się już do naszych największych 

akcjonariuszy. Bradley i jeszcze dwóch innych dość Iłieprzekonująco temu zaprzeczają. 
-   Niech   to   szlag!   -   Ventura   był   właścicielem   największego   prywatnego   przedsiębiorstwa   w 
Ameryce. Miało ono swoje udzi~y w tak różnorodnych przedsięwzięciach, jak wydobycie ropy, 
budowa samolotów, przemysł  rekreacyjny i kopalnie cyny.  Venrura był  właścicielem hoteli i  
tankowców.   Jego   firma   nieustannie   się   rozwijała   i   stale   poszukiwała   nowych   pól   działania. 

background image

Kierował   nią   Leslie   Salvatore   Ventura,   legendarna   postać,   zawsze   o   krok   wyprzedzający 
konkurencję, najlepiej poinformowany, o doskonałej sytuacji finansowej. Nikt tak naprawdę nie 
wiedział, ile wart jest jego majątek, i nikt jak dotąd nie próbował go oszacować. Kiedy w grę 
wchodzą biliony dolarów, nie ma sensu zastanawiać się nad dokładną cyfrą. 
-   Więc   rzeczywiście   chcą   rozbudowywać   swoją   bazę   rekreacyjną   -   głośno   myślał   Kyn.   - 
Wiedziałem, że tak będzie, od chwili kiedy ten stary lis zaczął wyprzedawać swoje huty. Niech to 
szlag! 
Zabawne było to, że i Kynaston, i Ventura mieli ze sobą wiele wspólnego. Obaj wyrośli w nędzy 
i obaj stali, się bogatymi ludźmi, co zawdzięczali wyłącznie sobie. Obaj też spędzili dzieciństwo 
w slumsach Nowego Jorku, byli równie przywiązani do tradycji i szanowali więzy rodzinne. 
Kynaston miał trzydzieści dwa lata i był dopiero multimilionerem. W przeciwieństwie do firmy 
Ventury jego korporacja nie była prywatnym przedsiębiorstwem. 

- Niech diabli wezmą wszystkich akcjonariuszy - mruknął.  
Miał   pięćdziesiąt   procent   akcji,   ale   Ventura   mógł   łatwo   kupić   pozostałe   pięćdziesiąt. 
Równorzędne partnerstwo z takim kolosem jak Ventura Industries oznaczało tylko jedno - kolos 
mógł szybko wchłonąć Germaine Corporation. 

- Czy wiesz, kto zajmuje się tą sprawą? - spytał Kyn. 

- Mówi się, że jego syn ~ odpowiedział Roger. 

- To dobrze - odrzekł Kyn zdecydowanie. 

Po drugiej stronie Roger Gibb roześmiał się cicho. 
- Wiem, że z synem dasz sobie łatwo radę, ale nie myśl, że stary lis będzie się temu bezczynnie  
przypatrywał i pozwoli mu zawalić sprawę. Wszyscy wiedzą, że Keith chce rzucić firmę i zająć 
się sztuką, ale wiadomo również, że ojciec nie zamierza mu na to pozwolić. 
Kyn potwierdził tę informację cichym mruknięciem. Starał się uporządkować w myśli wszystkie 
fakty. Keith był niewątpliwie utalentowanym malarzem. Nawet on sam miał w swoich zbiorach 
jego obraz. Było również oczywiste, że Keith Ventura nie ma głowy ·do interesów i że nie potrafi 
się przeciwstawić ojcu. A ponieważ stary uważał syna za swoją własność, Keith nie był w stanie  
uwolnić się od firmy. Te rodzinne problemy nabrały dla Kyna znaczenia, od kiedy Keith Ventura 
otrzymał zadanie przejęcia jego korporacji .. 
- Na   pewno  Ventura  chce,  żeby  junior  wypróbował   na  nas swoich  sił,  zanim powierzy  ,mu 
ważniejsze sprawy - stwierdził. 
Roger Gibb uśmiechnął się szeroko. Był przekonany, że starego Venturę spotka srogi zawód. 
- Okay,  Roger. Informuj  mnie  o wszystkim  na bieżąco. Oni  nie  ruszą do ataku tak szybko. 
Ventura jest ostrożny, a poza tym chce, żeby przeprowadził to Keith. Nie będzie spodziewał się  
kontrataku z naszej strony. 

- Tak. Czy coś jeszcze? 

- Nie. Rozpoczynam operację kontrataku z Anglii - oznajmił cicho Kyn i przerwał połączenie. 
Podszedł do okna, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i przeanalizować wszystkie fakty. 
- Mike, ceremonia otwarcia Gennanicusa wyznaczona jest na drugiego przyszłego miesiąca, tak? 
Przefaksuj listy akcjonariuszom i zaproś na przyjęcie każdego, kto ma choćby jeden procent w 
Gennaine   Corporation.   Muszą   zobaczyć,   jak   świetnie   radzimy   sobie   bez   pomocy   Ventura 
Industries.   Zajmij   się   też   finansami,   chcę   maksymalnie   zwiększyć   zyski   wszystkich 
akcjonariuszy. Odwoływanie się do chciwości nigdy jeszcze nie zawiodło. 
Michael skinął głową. Podziwiał szefa. Inni po otrzymaniu wiadomości, że Leslie Ventura chce  
ich   wykupić,   zrezygnowaliby  ze   wszystkiego,   sprzedali   finnę   za   możliwie   najwyższą   cenę   i 
wycofali się. Ale takie postępowanie nie leżało w charakterze Kyna. 
- A jak się przedstawia sprawa fanny ... Ravenheights? Czy już zgodzili się na sprzedaż? 
- Nie. Ale jestem przekonany, że jedyną przyczyną jest opór syna - dorzucił szybko Michael, nie 
chcąc się przyznać, iż negocjacje jak dotąd kończyły się porażką. - Mój infonnator w Otley 
powiedział, że bank będzie żądał zwrotu pożyczki, więc to tylko kwestia czasu. 
- Czy zaproponowałeś tym ludziom kupno inwentarza? To są owce, prawda? 

background image

- Tak. To był bardzo dobry pomysł. Jeszcze nie dostałem odpowiedzi, ale jestem przekonany, że 
teraz podejmą właściwą decyzję. 
- Na pewno tak zrobią - mruknął Kyn, będąc już myślami zupełnie gdzie indziej. 
Michael obserwował go uważnie. Tyle lat pracowali razem, a jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby 
Kyn   stracił   panowanie   nad   sobą,   nawet   w   trakcie   negocjacji   z   obdarzonymi   cholerycznym 
temperamentem członkami rady miejskiej Harrogate. 
- Powiedz, czy zawsze udało ci się postawić na swoim? Kyn odwrócił się od okna. Twarz miał 
zamyśloną, a wzrok błądził gdzieś daleko. 
- Nie zawsze - przyznał. Michael dostrzegł, że zbladł pod opalenizną. - Kiedy miałem czternaście 
lat, zrozumiałem, w jaki sposób można dostać to, czego się pragnie. A kiedy byłem trochę 
starszy, zrozumiałem również, że zawsze trzeba za wszystko płacić. 
Odwrócił się do okna i spojrzał na szare miasto i wiszące nad nim deszczowe chmury. Jego myśli  
przebiegły Atlantyk w kierunku Ameryki. Gdzieś tam po drugiej stronie oceanu czekał on. I snuł 
swoje plany. 
Z żądaniem zapłaty ... 

 Nowy Jork 

Kiedy Marion Ventura Prescott zobaczyła sędzinę, zasiadającą przy mahoniowym stole, nerwowo 
zacisnęła dłonie. Brenda C. Foulton obrzuciła ją uważnym spojrzeniem, a następnie przeniosła 
wzrok na Lance'a Prescotta. Na towarzyszących im adwokatów nawet nie raczyła spojrzeć. 
Marion zachciało się śmiać. Nerwy miała napięte do ostatnich granic. Niech ten koszmar 
wreszcie się skończy. 
- Rozumiem, że sytuacja nie uległa zmianie od naszego ostatniego spotkania. - Głos sędziny,. z 
silnym akcentem z Missisipi, dziwnie zabrzmiał w ponurej sali sądowej. 
-   Nie,   Wysoki   Sądzie,   nie   zmieniła   się   -   odrzekł   z   zadowoleniem   Bernard   Menz,   adwokat 
Marion. - Pan Prescott nie chce zastosować się do ustaleń przedmałżeńskiego kontraktu, który 
podpisał, poślubiając moją klientkę. 
- Wysoki Sądzie, nadal utrzymujemy, że na mojego klienta został wywarty nacisk ... -Adwokat 
Lance'a, Ernest Vent, niewysoki, lecz sprawiający wrażenie bardzo pewnego siebie, urwał, kiedy 
sędzina   uniosła   dłoń.   Brenda   Foulton   pochyliła   się   do   przodu.   Szelest   jej   sędziowskiej   togi 
przerwał   ciszę,   jaka   nagle   zapanowała   na   sali.   Stalowoszarym   wzrokiem   przesunęła   po 
siedzących przed nią osobach. Oczywiście wszyscy dobrze wiedzieli, kim jest Marion Prescott,  
jedyna   córka   LesliegO"   Ventury.   Trudno   byłoby,   nawet   w   przybliżeniu,   oszacować   stan   jej 
majątku. Miała wiele akcji w różnorodnych przedsiębiorstwach Ventury, luksusowy apartament 
na szczycie Hotelu Ventura Towers, wspaniały dom wiejski w Connecticul. Nie licząc futer i 
biżuterii warta była jakieś pięćdziesiąt milionów. 
Na tyle właśnie wygląda, pomyślała bez cienia zazdrości Brenda Foulton, patrząc na jej drobną,  
szczupłą   sylwetkę,   w   białym   kostiumie   od   Givenchy'ego   i   ciemnozielonym,   jedwabnym 
krawacie. Ciemne,  kontrastujące z jasną cerą włosy zebrane były w węzeł na karku. Jedyną  
ozdobę stanowiły kolczyki z pereł. Miała wszystkie cechy dziedziczki wielkiej fortuny. Jedynie 
jej oczy nie pasowały do tego obrazu. Malowało się w nich cierpienie nie przespanych nocy. 
. Oczy zawsze mówią prawdę, pomyślała sędzina. Spojrzała na męża Marion, który już za chwilę 
miał   się   stać   jej   eksmężem.   Lance   P.   Prescott   III,  w  garniturze,   który  musiał   kosztować   co 
najmniej tysiąc dolarów, jeszcze bardziej niż Marion wyglądał na osobę należącą do naj bogatszej 
sfery nowojorskiego towarzystwa. Jednak w jego przypadku były to tylko pozory. Na początku 
XX wieku rodzina Prescottów miała ogromny majątek i należała do elity towarzyskiej. Krach na 
Wall Street pozbawił ich fortuny, pozostawiając jedynie nazwisko i pozycję towarzyską. Rodzina 
jednak nie zmieniła trybu życia. Mieli na to swoją metodę - robili to, co Lance ,P. Prescott III -  
zawierali odpowiednie związki małżeńskie. i 

background image

- Panie Vent, chciał pan udowodnić fakt, że ... - Brenda Foulton zerknęła do notatek i ciągnęła  
dalej pozbawionym emocji głosem. - Że teść pana Prescotta celowo wywierał na niego presję w 
sposób odbiegaj lWY od ogólnie przyjętych zasad. 
Rzuciła; okiem na prawnika, który już zaczął wyciągać odpowiedni dokument z teczki. Marion 
spojrzała pytająco na swojego doradcę; ten odpowiedział uspokajającym uśmiechem. 
- Tak, Wysoki Sądzie. - Vent z zadowoleniem wręczył sędzinie dokument. - Jak się Wysoki Sąd 
przekona, pan Ventura w rzeczywistości groził ... 
- Panie Vent, ja umiem czytać - przerwała mu surowo Brenda Foulton. 
Lance siedział wyprostowany, wpatrując się w sędzinę. Wyglądał na prawdziwego dżentelmena. 
Tak dobrze odgrywał tę rolę, że nie możn'a się było dziwić ojcu Marion, że uznał go za doskonałą 
partię dla córki. Kiedy zawiadomienie o ich małżeństwie ukazało się w "New York Timesie", 
zarówno ojciec Marion, jak i matka Lance'a przeżywali swój szczęśliwy dzień. 
- Według mnie ten dokument jest zwykłą umową o pracę, panie Vent.·- Marion ocknęła się z 
zamyślenia na dźwięk głosu sędziny. - Nie widzę żadnego powiązania między tym dokumentem 
a prowadzoną obecnie sprawą. 
- Ale, Wysoki Sądzie, Leslie Ventura szantażował mojego klienta zmuszając go do podpisania 
umowy przedmałżeńskiej. Uzależniał od tego możliwość otrzymania przez pana Prescotta pracy 
w firmie farmaceutycznej Ventury. 
Brenda Foulton zsunęła okulary na czubek nosa i spojrzała adwokatowi prosto w oczy. 
- Panie Vent, pana klient nie musiał podpisywać tego dokumentu - powiedziała autorytatywnym 
tonem. - Zrobił to z własnej woli. Ponieważ chodziło o wysokie stanowisko i odpowiednio 
wysoką pensję, nic dziwnego, że się na to zgodził. Zgodził się także na podpisanie kontraktu 
przedmałżeńskiego. Panie Menz, czy pana klientka chce zastosować się do warunków 
wymienionych w kontrakcie? 
_ Tak, ,Wysoki Sądzie - pospieszył z odpowiedzią Bernard Menz. - 'Mam przy sobie czek na 
pięćset tysięcy dolarów. _ Wyjął  czek z teczki i wręczył  go sędzinie. - Jak również prawo  
własności samochodu marki Dino Ferrari i pałacu w Stowe, w Vermont, oba dokumenty na 
nazwisko pana Prescotta. 
Sędzina dokładnie przejrzała dokumenty i wręczyła je adwokatowi Prescotta; ten odebrał je 
bardzo niechętnie. 
Spojrzała teraz na dwójkę najbardziej zaangażowanych w tę sprawę osób. Oboje byli bladzi, 
każde z innej przyczyny. 
_ Ponieważ nie zdołaliście państwo dojść do porozumienia, sąd orzeka rozwód. Sprawa roszczeń 
materialnych   zostaje   rozstrzygnięta   na   korzyść   pani   Marion   Margaret   Ventura   Prescott. 
Przedmałżeński kontrakt zachowuje swoją ważność. Został on zawarty zgodnie z przepisami 
obowiązującymi w stanie Nowy Jork. Posiedzenie sądu uważam za zamknięte. 
Marion rozejrzała się niespokojnie. Dopiero kiedy Bernard Menz ujął ją delikatnie pod ramię i 
spojrzał w oczy, zrozumiała, że koszmar nareszcie się skończył. Niepewnie wstała z miejsca i na  
trzęsących się nogach podeszła do drzwi. Kiedy znalazła się w chłodnym marmurowym holu, 
odetchnęła głęboko. 
_ Jak się pani czuje, pani Ventura, jako wolna kobieta? I to tak tanim kosztem? - spytał z. 
uśmiechem adwokat. 
_ To nie odbyło się tanim kosztem. Chyba że mówi pan wyłącznie o pieniądzach. 
Marion   przypomniała   sobie   wszystkie   upokorzenia,   jakich   doznała   na   skutek   niewierności 
Lance'a. Czuła się wtedy jak nieatrakcyjna  i nic niewarta kobieta. Pamiętała podsłuchane na 
przyjęciach rozmowy o tym, że Lance lubi wydawać pieniądze V entury, ale nie lubi spędzać 
czasu   z   żoną.   Przypomniała   sobie,   z   jakim   niezadowoleniem   ojciec   przyjął   wiadomość,   że 
zamierza wystąpić o rozwód. Przeszła długą i ciężką drogę, zanim wydostała się z tej otchłani, w 
którą sama się wtrąciła. Teraz była nareszcie wolna. 
- Pani eksmąż  walczył  bardzo dzielnie - powiedział Bernard Menz. - Nic dziwnego. Pięćset 

background image

tysięcy dolarów i ferrari nie wystarczy mu na długo. Jego matka też niewątpliwie upomni się o 
swój udział. - Co do tego Bernard nie miał najmniej szych wątpliwości. Moira Prescott długo nad 
tym pracowała, aby syn został mężem Księżniczki Ventury. - Myślę, że pan Prescott źle zniesie  
tę nagłą odmianę fortuny - dodał w typowym dla prawnika stylu. 
Marion   roześmiała   się   głośno.   Mimo   swojego   anielskiego   wyglądu   Lance   był   wcielonym 
diabłem, którego właśnie szczęśliwie się pozbyła. Ale nawet on nie potrafił stawić czoła ojcu. 
Nagle posmutniała. 
- Nikt się nie oprze tatusiowi - szepnęła, a Bernard Menz uznał, że tego nie słyszał. 
Kątem oka dostrzegła Lance'a opuszczającego salę sądową. Ich oczy spotkały się na moment i 
Marion szybko odwróciła wzrok. 
- Wyjdźmy stąd, Bernardzie. Tak dobrze poprowadził pa,., moją sprawę, że pozwolę, żeby mnie  
pan zaprosił na obiad' - powiedziała z żartobliwym błyskiem w oczach. 
- Z przyjemnością, pani Ventura - powiedział Menz ze szczerym przekonaniem w głosie. 
Lance   obserwował   ich   z   daleka.   Jego  zielone'   oczy  zwęziły  się   tak,   że   wyglądały  jak   oczy 
jadowitego węża. Jednak kiedy Ernest Vent podał mu rękę, wyrażając w ten sposób sympatię i 
współczucie, uścisk Lance'a był silny, a uśmiech przyjazny. Nikt by się nie domyślił, patrząc na 
tego młodego mężczyznę o pięknej twarzy, że dusi go nienawiść i wściekłość, przesłaniając mgłą  
białą sylwetkę kobiety, która właśnie opuszczała gmach sądu. 
Suka! Cholerna suka! 

Marion patrzyła przez chwilę za oddalającym się samochodem Bernarda, potem obróciła się i 

skinęła głową portierowi, stojącemu u wejścia Ventura Towers. 
- Chivers - powiedziała przyjacielskim tonem, uśmiechając się promiennie. 
- Pani Prescott. 
- Od dziś Ventura - poprawiła go cicho i weszła do foyer, kierując się do windy. Kiedy znalazła 
się w swoim prywatnym apartamencie, zrzuciła biały, obramowany karakułami płaszcz i położyła 
go na krześle. Długie ciemnozielone, jedwabne firanki okalały okna, z których roztaczał się 
widok zapierający dech w piersiach. Na ścianach wisiały obrazy Salva'dora Dali, Andy'ego 
Warhola i oczywiście Keitha Ventury. Popatrzyła obojętnie na porozstawiane wszędzie ogromne 
bukiety tygrysich lilii. Pewnie są modne w tym tygodniu, pomyślała. Po drodze do łazienki zdjęła 
buty. Położyła się w wannie napełnionej gorącą wodą, wśród piany delikatnie pachnącej frezjami, 
i zamknęła oczy. 
Powoli  się   uspokajała.  Wreszcie  uwolniła   się  od  Lance'a   i  swojego  nieudanego małżeństwa. 
Jeszcze nie mogła w to uwierzyć. Usiadła w wannie, a jej ,małe piersi wychyliły się spod piany.  
Usiłowała przypomnieć sobie dzień ślubu. Miała wtedy osiemnaście lat i żyła po stałą ochroną. 
Żaden   mężczyzna   nie   mógł   zbliżyć   się   do   córeczki   tatusia,   oczywiście   z   wyjątkiem   takich 
mężczyzn jak Lance Prescott, mężczyzn z rodowodem, których przodkowie przybyli do Ameryki 
na   "Mayflower".   Lecz   nawet   oni   mogli   zbliżyć   się   do   Księżniczki   Ventury,   jak   ją   zaczęła 
nazywać   prasa,   jedynie   podczas   ściśle   kontrolowanych   okazji   towarzyskich.   Dlatego  nic   nie 
wiedziała o mężczyznach, dosłownie nic. Nie należało się dziwić, że, Lance, który tak umiejętnie 
starał się o jej rękę, zdołał ją oczarować. 
Westchnęła, niechętnie wyszła z wanny, owinęła się w puszysty ręcznik i stanęła przed lustrem. 
Zobaczyła w nim drobną, mierzącą pięć stóp i pięć cali kobietę o ciemnych oczach i czarnych, 
opadających na ramiona włosach.  
- Musisz pogodzić się z rzeczywistością, Marion - powiedziała do swego odbicia. - Jesteś nikim 
innym jak tylko Księżniczką Venturą. - Nie zrobiłaś przecież nic, aby zdobyć swój ogromny 
majątek, absolutnie nic. Nigdy w życiu nie przepracowałaś ani jednego dnia. Przewodniczyłaś 
kilku akcjom dobroczynnym, zasadziłaś drzewo w parku, a to się przecież nie liczy. 
Odwróciła się od lustra, podeszła do wbudowanej w całą długość ściany szafy i wyciągnęła 
pierwszy wieszak, na jaki natrafiła. Była to jasnobrzoskwiniowa spódnica od Emanuela Ungaro i 

background image

prosta kremowa bluzka. Ubrała się i zaczęła powoli szczotkować włosy. Czuła się zmęczona. 
Chociaż   najważniejsze   miała   już   za   sobą,   wiedziała,   że   jeszcze   wiele   musi   zrobić,   zanim 
uporządkuje swoje życie. W tej chwili była zbyt wyczerpana, żeby się nad tym zastanawiać.  
Podeszła do ogromnego łoża, które podobno było kiedyś własnością Józefiny, żony Napoleona, i 
położyła się, wtulając twarz w białą jedwabną poduszkę. Dzisiejszy dzień był najgorszym w jej 
życiu. Dzięki Bogu, że jest już po wszystkim. 
Ostry dźwięk telefonu wyrwał ją z drzemki. 
- Tak? - rzuciła gniewnie. 
- To ty, Marion? Jak dobrze, że jesteś. 
Marion   natychmiast   poznała   głos   Carole   Ballinger,   ostatniej   towarzyszki   życia   ojca,   miłej  
kobiety,  której syn  ubiegał się o mandat senatora. Nigdy do niej nie dzwoniła, więc Marion 
zamarła z przerażenia. 
- Tatuś? - wyszeptała. Carole najwidoczniej jej nie dosłyszała, bo mówiła dalej. 
- Słuchaj, Marion, obawiam się, że coś ... że wydarzyło się coś bardzo smutnego. Keith... Keith 
trochę przesadził z narkotykarni. Jesteśmy teraz w Pavillion. Czy znasz szpital na Manhattanie? 
Myślę, że powinnaś tu przyjść. Twój ojciec jest bardzo przygnębiony. 
- Och, nie - szepnęła Marion. - Zaraz tam będę. Znalezienie taksówki przy Ventura Towers nie 
stanowiło 
żadnego problemu i już po paru minutach Marion jechała do szpitala. Skulona w głębi auta, 
nerwowo zagryzała usta. Wiedziała, że Keith palił trawkę, ale to chyba wszystko? Przed oczami 
pojawił się obraz brata, jakiego zapamiętała przy okazji ich ostatniego spotkania. Była w jego 
pracowni na Lower East Side, którą utrzymywał, nie zważając na protesty ojca. Siedział przy  
stole wśród kolegów, którzy rozmawiali o nowej, neoifupresjonistycznej fali sztuki punk, czy też 
o  czymś   podobnym.   Keith  miał   na   sobie   poplamione   farbą   dżinsy  i   pił   tanie   wino.   Marion 
wiedziała, że brat nienawidzi pracy biurowej i chce malować. Może zaczął eksperymen tować z 
twardymi   narkotykami,   aby   uśmierzyć   frustrację?   Chyba   wiedziałaby   o   tym?   Popatrzyła 
niewidzącym   wzrokiem  przez   okno  taksówki.   Jeśli   uzależnił   się   od   kokainy  lub   heroiny,   to 
przecież ojciec będzie mógł mu pomóc. W spółczesne kliniki, takie jak Centrum Betty Ford, za 
odpowiednie pieniądze czynią cuda. 
Zapłaciła kierowcy i wbiegła do holu szpitala. Ogarnęło ją nagłe poczucie winy. Keith zawsze 
miał do niej zaufanie, szczególnie od czasu śmierci matki. Była jedyną osobą w rodzinie, z którą 
potrafił   szczerze   ~ozmawiać.   Wszyscy   kuzyni,   wujowie   i   bratankowie   pracowali   w   firmie   i 
zazdrościli Keithowi stanowiska dziedzica firmy i spadkobiercy fortuny. 
- Och, Keith - szepnęła Marion i opanowała się dopiero na widok Carole Ballinger, która czekała 
na nią przy windzie. 
- Jest na piątym piętrze - powiedziała cicho Carole. 
- To piętro intensywnej terapii - szepnęła Marion z lękiem, kiedy otworzyły się drzwi windy i 
zobaczyła aseptyczne, białe korytarze i pokoje pełne przerażających urządzeń. Wiedziała już, że 
stało się coś o wiele gorszego, niż przypuszczała. 
Leslie Ventura opierał się ciężko o ścianę i łkał głośno. 
Pomimo swoich sześćdziesięciu czterech lat był zawsze w doskonałej formie. Wysoki, dobrze 
zbudowany, z gęstą czupryną ciemnych włosów i zdrową opalenizną na twarzy. Energiczny chód 
i sposób patrzenia na ludzi sprawiały, że wyglądał na dużo młodszego. Teraz wydał się Mańon 
stary   i   bezradny   -   ledwie   go   poznała.   Mauńce   Gorman,   który   od   przeszło   trzydziestu   lat 
sprawował funkcję rodzinnego lekarza Venturów, stał obok niego. 
- Przykro mi, Les. Boże, jak mi przykro. Nic nie mogliśmy zrobić. Dawka, jaką zażył. Nawet, 
gdybyśmy od razu przyjechali, to nie przypuszczam 

Korytarz zawirował Marion przed oczami. Zachwiała się i oparła o ścianę. Keith nie żyje. Nie ma 
go już. Carole natychmiast podsunęła jej krzesło. 
- On wcale nie cierpiał, Les - usłyszała słowa Mauńce'a. Keith nienawidził bólu. Źle znosił 
wszystkie choroby. 

background image

- Straciłem syna! - ryknął nagle Leslie Ventura tak głośno, że Carole, Mańon i pielęgniarka, która  
właśnie wychodziła z pokoju, podskoczyły z przerażenia. Maurice nie odezwał się. Wiedział, że 
Keith był dobrze obeznany z narkotykami i zdawał sobie sprawę, że wstrzykuje sobie śmiertelną 
dawkę. - Co ja pocznę bez niego? - jęknął Leslie ze ściągniętą bólem twarzą· 
Mauńce dotknął jego ramienia. 
- Masz jeszcze Mańon - powiedział. 
Leslie Ventura wydał z siebie zdławiony jęk. 
-   Mańon   nie   jest   synem!   -   krzyknął,   strząsając   dłoń  Mauńce'a   z   ramienia.   -   Nie   jest   moim 
spadkobiercą. Dzisiaj się rozwiodła i nawet nie dała mi wnuka! 
- Nie wiesz, co mówisz - powiedział Mauńce. - Jesteś w szoku. 
Udało mu się odciągnąć przyjaciela od ściany i prowadził go korytarzem, nie zwracając uwagi na 
obie kobiety. 
Carole obróciła się do Mańon. Kiedy zobaczyła  straszny ból, jaki malował się w jej oczach, 
zrozumiała, co te bezmyślne słowa ojca oznaczały dla jego córki. 
- Och, Mańon - szepnęła, ale oczy Mańon utkwione były w otwartych drzwiach pokoju, gdzie 
pielęgniarka naciągała prześcieradło na martwą twarz Keitha. 
Wszystko stracone, pomyślała Mańon. Stracone! Obróciła się i szybko pobiegła korytarzem przed 
siebie. 
Carole została sama. Miała nadzieję,· że Leslie Ventura nie straci córki, tak jak stracił syna.

Bryn tak gwałtownie nacisnęła hamulec, że spod kół ciągnika bryzgnęło błoto, a owce rozbiegły 
się, becząc głośno. Sięgnęła po lornetkę, którą zawsze woziła ze sobą, i skierowała ją w niebo. 
Tam! Nad bagnem Morreland. Jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Błotniak zbożowy. Z radością 
obserwowała,   jak   ptak   zatacza   powolne   kręgi.   Ciekawe,   ile   osób,   spoglądających   teraz 
przypadkiem   w   niebo,   weźmie   go   za   zwyczajnego   myszołowa,   nie   wiedząc,   że   patrzą   na 
rzadkiego drapieżnika. 
Oparła się o siedzenie i westchnęła. To Hadrian obudził w niej zainteresowanie ptakami. Kiedy 
jako młody chłopiec przyjechał z Yorku na te bezkresne wrzosowiska, patrzył z podziwem na to 
wszystko, co dla niej było codzienną rzeczywistością. Uśmiechając się z zadowoleniem, włączyła 
bieg i skierowała traktor do paśników. Chciała jak najszybciej uporać się z pracą i wrócić do 
domu, zanim Katy wstanie. Przez całą noc zastanawiała się, dlaczego siostra, która wczoraj 
wieczorem przyjechała z Londynu, nie zamieniła z nią ani słowa, a ojca ledwo zapytała o zdrowie 
i od razu położyła się spać. To było do niej niepodobne. Nigdy nie zachowywała się w ten 
sposób. 
Kiedy Bryn wróciła na farmę, stwierdziła z zadowoleniem, że siostra jeszcze nie wstała. To już  
bardziej do niej podobne, pomyślała.  Katy zawsze wstawała ostatnia. Poszła więc do kuchni 
przygotować herbatę i tosty. Ostrożnie zaniosła tacę po wąskich drewnianych schodach na górę. 
Poprzedniego dnia posprzątała i wywietrzyła dawny pokój Katy. Zmieniała też pościel i włożyła 
do szafy saszetki zapachowe z kwiatów zbieranych i suszonych jeszcze przez ich matkę. Umyła  
okna,   powiesiła   nowe   [nanki   'i   odszukała   różowy   wazon,   który   ozdobiła   krokusami   i 
przebiśniegami. 
Na podeście jak zwykle zaskrzypiały deski. Lekko zapukała, pchnęła drzwi i weszła do środka. 
Ogarnęło ją dziwne uczucie dawno zapomnianej radości. 
- Wstawaj, leniuchu. Owce na wzgórzach czekają na paszę. 
- Och, zamknij się! - warknęła Katy, lecz zaraz uśmiechnęła się do siostry. Bryn rozsunęła firanki 
i do pokoju zajrzało marcowe słońce. 
- Cholemie tu zimno - powiedziała Katy. Zapomniała już, że na farmie nie ma centralnego 
ogrzewania. - Nic dziwnego, że zawsze chodzisz w spodniach i grubych swetrach. - Spojrzała 

background image

krytycznie na siostrę. - Nic się nie zmieniłaś. Czemu nie zaczniesz się odchudzać? - spytała i 
zaraz tego pożałowała, ponieważ Bryn natychmiast spuściła wzrok. - Zapomnij o tym, co 
powiedziałam. Wiesz, że rano zawsze jestem w złym humorze. - Mimo wszystko była 
zadowolona, że to ona jest ładniejszą z sióstr. Nigdy nie przyznała, nawet przed sobą, że z postaci 
Bryn emanuje jakieś niezwykłe, wewnętrzne piękno. 
Bryn uśmiechnęła się. 
- W porządku. Zjedz tosty, póki są gorące. Bez miodu i dżemu. Pamiętałam o tym. 
Katy sięgnęła najpierw po kubek z herbatą i skrzywiła się, czując jego ciężar. 
- Muszę wyjąć z samochodu swój serwis - powiedziała, patrząc na siostrę znad wyszczerbionego 
naczynia. - To Spode. Ty się na tym znasz. Czy to dobra marka? 
- Spode? Bardzo dobra. 
- Ma złote obwódki. Z prawdziwego złota. Tak mówił sir Lionel. 
- Sir Lionel? 
Bryn popatrzyła na nią ze zdziwieniem. Katy poczuła nagłe wyrzuty sumienia. Potrafiła się tak 
podle   zachowywać,   a   Bryn   zawsze   przepełniona   była   życzliwością   dla   całego   świata.   W 
Londynie każdy starał się zepchnąć człowieka w dół, żeby mieć mniej konkurentów w trakcie 
wspinania się na szczyt. 
- Och, Bryn, jestem taka szczęśliwa, że wróciłam do domu. 
Londyn jest straszny. Cieszę się, że tam pojechałam, zostałam sławną modelką i tak dalej, ale to 
nie był dom. 
Katy wybuchnęła płaczem, a Bryn patrzyła na nią bezradnie. Zaskoczyła ją reakcja siostry. Nie 
przeszło jej przez myśl, że Katy może być w Londynie nieszczęśliwa, ze swoją wspaniałą karierą 
i tymi wszystkimi przyjaciółmi, o których opowiadała przez telefon. Szybko podeszła do łóżka, 
wyjęła z rąk Katy kubek, odstawiła go na stolik, następnie wzięła siostrę w ramiona i przytuliła 
złotowłosą głowę do obfitych piersi. 
- Wszystko będzie dobrze. Teraz jesteś w domu - przemawiała do niej łagodnie. 
Z policzkiem przyciśniętym do zielonego wełnianego swetra siostry, Katy zaśmiała się przez łzy. 
Dom. Żeby to był dom.  
Stowe, Vermont, USA 
Dlatego właśnie musimy być czujni, musimy zwracać baczną uwagę na przedsiębiorców, którzy 
wymachują zieloną flagą. Dziękuję państwu za uwagę. 
W małej hotelowej sali konferencyjnej rozległy się entuzjastyczne oklaski. Morgan uśmiechnął 
się z zadowoleniem i skinął głową w kierunku o\ób, które wstały ze swoich miejsc w pierwszym 
rzędzie. 
- Jestem pewien, że wszyscy tu obecni zechcą przyłączyć się do podziękowań, które składam 
panu Morganowi za jego interesujące przemówienie - powiedział do mikrofonu lokalny kandydat  
na prezesa Zielonych w Stowe. 
Morgan przepychał się teraz między ludźmi, którzy klepali go po plecach i ściskali ręce. Starał 
się zamienić z każdym chociaż kilka słów. Byli przecież potencjalnymi członkami Zielonych w 
Vermont, a organizacja ta była dla Morgana najważniejszą sprawą w życiu. Stanowiła narzędzie, 
które miało zniszczyć Kynastona Germaine. 
Morgan zatrzymał się przy studencie, który wyciągał do niego rękę. Towarzyszący chłopakowi 
siwy mężczyzna wyglądał na jego ojca. 
- To było wspaniałe przemówienie, panie Morgan. Jestem szczęśliwy, że ktoś wreszcie wystąpił 
przeciwko   tym   chciwym   przedsiębiorcom   od   wypoczynku   -   powiedział   z   młodzieńczym 
zapałem. 
Morgan uśmiechnął się z przymusem.
 - Czy pan tu mieszka, panie? ... 
- Hank. Niestety nie. Spędzam tu z ojcem wakacje. 
- Mam nadzieję; że nie mieszkacie w hotelu Germaine'a? - spytał Morgan. 

background image

Jego dzisiejsze przemówienie skierowane było przede wszystkim przeciwko nowemu hotelowi, 
który miał zostać otwarty w Nowy Rok. 
Student potrząsnął przecząco głową. 

- Oczywiście, że nie. Musi pan mieć niezłe plecy, żeby dobierać się do tak potężnej korporacji. 

Morgan wzruszył ramionami. 

- Ktoś musi się za nich zabrać - powiedział. 
Był  przystojnym mężczyzną. Miał sześć stóp wzrostu, ciemne włosy, ciemne oczy, wyraziste 
rysy twarzy i odznaczał się swoistą charyzmą. Ojciec młodego studenta, właściciel i redaktor 
małego   pisma   w   stanie   Maine,   od   razu   dostrzegł   tę   cechę,   dzięki   której   Morgan   był   tak 
popularnym   mówcą  i  ulubieńcem  kobiet.   Podczas  przemówienia   zauważył,   jak  żeńska   część 
audytorium   wpatruje   się   w  Morgana  z   uwielbieniem.  Oczami  wyobraźni   widział  już  zdjęcie 
fotogenicznego mówcy w swoim piśmie. Chciał przeprowadzić z nim wywiad. 
- Jestem Alfred Johns - powiedział, skoro syn najwidoczniej nie miał zamiaru go przedstawić. - 
Jestem właścicielem małego pisma. Czy mógłbym zamieścić w nim artykuł o panu? 
- Oczywiście, potrzebujemy pomocy prasy - odpowiedział spokojnie Morgan. - Inaczej duże 
korporacje będą nadal niszczyć świat, aż nic na nim nie zostanie. 
- Zgadzam się z panem - oświadczył dziennikarz. - Nie rozumiem jednak, co takiego strasznego 
zrobiła Germaine Corporation. Nie otworzyli nawet swojego hotelu i ... 
-  Czy  Stowe   potrzebuje   kolejnego  hotelu?   -  wszedł   mu   w   słowo   Morgan.   -   Na   pewno   nie. 
Potrzebuje za to więcej drzew, mniej śmieci, więcej materiałów wtórnych ... 

- Tak, tak, na pewno, ale musi się pan pogodzić z faktami. 

Ludzi nie obchodzą losy świata, jeśli ich własne życie jest miłe i wygodne. - Alfred Johns 
usiłował ostudzić zapał Morgana. 
- To właśnie jest tragedia świata - oznajmił  czerwony ze złości syn  dziennikarza. - Dlatego  
właśnie potrzebujemy więcej stowarzyszeń zrzeszających Zielonych. Jeśli ludzie się zjednoczą, 
to można będzie wszystko zmienić. 
. - Och, dorośnij wreszcie, synu - rzucił ze złością Alfred. - Czemu nie idziesz w ślady Toma? 
Teraz on ... 

W tym momencie Morgan przestał ich słuchać. Przypomniał sobie głos, który kiedyś 

wypowiedział dokładnie te same słowa. Użył tylko innego imienia. "Dlaczego nie idziesz w ślady 

Kynastona?" Ile razy to słyszał? Od ilu osób? Od ilu nauczycieli w szkole? "Czemu nie uczysz, 

się tak pilnie jak Kynaston?" Od rodziców. "Kynaston wypełnia swoje obowiązki i na nic się nie 

skarży. Czemu nie możesz go naśladować?" Od przyjaciół. "Chodź Morgan, kopnij tę piłkę. 

Kynaston kopie o wiele dalej, ajest od ciebie duodszy". Kynaston. Zawsze Kynaston. Morgan 

pragnął zebrać tych wszystkich ludzi pod jednym dachem i pokazać im, jakim człowiekiem stał 

się ich naj droższy Kynaston. Oddałby wszystko, aby móc im uzmysłowić, w jaki sposób ich 

bohater zagarnia ziemię po to, aby ją zniszczyć, jak dochodzi do bogactwa, krzywdząc ciężko 

pracujących ludzi. Pokazałby nauczycielom z college'u, w jaki sposób Kynaston wykorzystał ich 

nauki. Pokazałby tym grającym w baseball chłopcom, jak ciężko musieliby pracować na 

budowach Germaine Corporation i jak mało by zarabiali w porównaniu z pensją wielkiego 

prezesa. Pokazałby swoim rodzicom ... 
Westchnął. Niczego już nie może pokazać rodzicom. Nawet gdyby jeszcze żyli, i tak nie mieliby 
zaufania do Kynastona po tym, co zrobił. On sam nie był na to przygotowany, choć sądził, że 
bardzo dobrze zna brata. Nie uwierzyłby, że Kynaston zdolny jest do takiego okrucieństwa. Jak  
bardzo można się pomylić, myślał, boleśnie krzywiąc wargi. Ale to już koniec pomyłek. Teraz 
był już prawie gotowy, aby stawić czoło Kynastonowi Germaine. Prawie gotowy ... 
Nagle zdał sobie sprawę z obecności dwóch obserwujących go mężczyzn i szybko powrócił do 
rze,:;zywistości. 
- Przepraszam, ale widzi się teraz tylu skłóconych ojców i synów. Wynika to pewnie z różnicy  
pokoleń.   Przykro   mi,   muszę   już   iść.   Może   innym   razem   będziemy   mieli   okazję   o   tym 
porozmawiać - zakończył rozmowę i odszedł. 
Zatrzymała go wysoka, ciemnowłosa kobieta, ubrana w jaskrawy pomarańczowy żakiet. 

background image

- Słyszałam tę rozmowę - powiedziała, wpatrując się w niego wielkimi czarnymi oczami. - Panu 

naprawdę zależy na tej całej sprawie Zielonych, prawda? - dorzuciła miękko. 
Skinął głową. 
- Tak. - Powoli opuszczało go uczucie gniewu. 
- To są pana rodzinne strony? Czy dlatego nie chce pan tu 
widzieć żadnych nowych hoteli? Takich jak ten Germaine Corporation? 
Morgan obrócił się w jej stronę, a jego oczy nabrały dziwnego wyrazu. Kobieta poczuła dziwny 
n~epokój.   Lubiła   silnych   mężczyzn.   Takich,   którzy  wiedzą,   czego   chcą.   Żywych   mężczyzn. 
Pełnych wigoru. 
- Nie chodzi mi tylko o hotel - oświadczył zimnym tonem. 
- Chodzi o wszystko, co się z nim wiąże. Chodzi o ... - Przerwał 
nagle i potrząsnął głową. Smutny uśmiech przemknął mu przez twarz. - Przykro mi, wiem, że 
daję się ponosić emocjom. 
Kobieta uśmiechnęła się. 
- Chodzi o coś więcej, prawda? 
Morgan rzucił jej szybkie spojrzenie, zdziwiony pieszczotliwym tonem głosu. 
- Tak. Chodzi o coś więcej - przyznał  po chwili. - Kilka lat temu  straciłem farmę  na rzecz 
Germaine Corporation. Kilka? Powiedziałem kilka? - Roześmiał się gorzko. - Raczej dziesięć, 
dwadzieścia lat temu. - Przymrużonymi  oczami popatrzył na otaczających ich ludzi, następnie 
przeniósł wzrok na rozpościerający się za oknem widok. Sezon zimowy miał się już ku końcowi, 
większość   gości   miała   niedługo   wyjechać.   Tymczasem   Germaine   Corporation   kwitła.   Miała 
swoje hotele w Killington i Sugarbush, dwóch najważniejszych ośrodkach wypoczynkowych. 
Teraz postanowili opanować także to miejsce. 
Morgan chciał, żeby Kynaston przyjechał wreszcie do Vermonł. - Przykro mi, kochasiu - 
powiedziała kbbieta smutnym tonem, kiedy zorientowała się, że nie są mu potrzebne żadne 
pieszczotliwe pociechy. Szkoda. Taki z niego przystojniak ... 
- Mnie też - dorzucił cicho Morgan, zapominając o stojącej przy nim kobiecie. - Mnie też. 

Bryn   odkroiła   tłuszcz   z   baraniny   i   wrzuciła   go   do   stojącego   na   'kuchence   garnka.   Katy 
obserwowała ją już od kilku minut, jak obierała marchew, krajała cebulę, pietruszkę i brukiew.  
Chociaż był to dopiero jej pierwszy dzień w domu, już odczuwała zniecierpliwienie. Nic się nie 
działo. Nie będzie miała czego zapisać wieczorem w swoim dzienniku. Dziennik! Zerwała się z 
krzesła i pobiegła na górę. Zaczęła gwahownie przeszukiwać walizki.

4

  Nie zabrała dziennika. 

Niech to szlag! 
Poszła do pokoju siostry i otworzyła komodę w poszukiwaniu papieru listowego. Musiała zapisać 
swoje myśli,  czuła, że inaczej oszaleje z nudów. Kiedy zeszła z powrotem do kuchni, Bryn 
przygotowywała kluski. 
Punkt dwunasta zjawili się mężczyźni. Katy patrzyła ze zdziwieniem na bliźniaków, którzy byli  
zbyt onieśmieleni, aby na nią spojrzeć. Wszyscy w okolicy znali historię Katy Whittaker, która 
pojechała do Londynu i została modelką. 
- My będziemy musiały zjeść przy blacie kredensu - powiedziała Bryn, niosąc dwa talerze. - 
Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu? 
Katy spojrzała na talerz pełen mięsa, jarzyn i puszystych klusek i poczuła, że robi jej się 
niedobrze. 
- Nic się nie zmieniło - powiedziała. 
Dopiero po długiej chwili ciszy, jaka zapanowała w kuchni, zorientowała się, że w słowach tych  
zabrzmiała rozpacz i pogarda, jaką odczuwała, zamknięta w swoim własnym świecie. 
_ Chciałam powiedzieć - dodała szybko - że dobrze jest być w domu. Londyn jest wielkim i  
fascynującym  miastem,  ale   dom  jest...   no...   domem.   A  bycie  modelką,  wcale  nie  jest   takim 
wspaniałym zajęciem; jak mogłoby się wydawać. W tej branży jest duża konkurencja i nikt nie 
przebiera w środkach, aby dojść do celu. 

background image

-   Nie   myśl   o   tym,   Katy   -   powiedziała   Bryn   łagodnym   głosem.   -   Jesteś   teraz   z   nami.   W 
Ravenheights. Wszystko będzie dobrze.  

Katy roześmiała się głośno. Zaraz jednak zakryła usta dłonią. 
Kochana   Bryn.   Kochana,   gruba,   brzydka   Bryn,   która   uwielbiała   owce   i   nie   kończące   się 
opowieści o partiach krykieta. Katy wiedziała, że Ravenheights nigdy nie będzie jej domem. 
Bryn nie była w stanie tego zrozumieć i dlatego siostra zdobyła się, prawdopodobnie pierwszy 
raz w życiu, na altruizm. 
- Wiem. Nie macie pojęcia, jaka jestem szczęśliwa, że wróciłam do domu. Nie wiem, co bym  
zrobiła bez ciebie, taty i farmy. Ta farma jest jak sanktuarium. - Głos ją zawiódł. Nie miała już  
siły na udawanie. Sanktuarium. Raczej jak więzienie, pomyślała. 
John Whittaker wstał od stołu, podszedł do córki i niezdarnie ją przytulił. 
-: W porządku, gołąbeczko. Dobrze zrobiłaś, że przyjechałaś do domu, kiedy świat okazał się dla 
ciebie nieprzyjazny . Prawda, Bryony Rose? 
Bryn skinęła potakująco głową. Patrząc z miłością na smutną twarz. ojca, poczuła nagle, że coś 
jest nie w porządku. Coś złego wisiało w powietrzu. Ale teraz nie mogła się nad tym zastanawiać. 
Katy poczuła się lepiej i nawet zjadła trochę jarzyn z gulaszu. 
Mięsa ani klusek nawet nie tknęła. Mężczyźni, którzy czuli się nieswojo, uczestnicząc w tej 
rodzinnej scenie, zjedli szybciej niż zwykle i wyszli mówiąc tylko "Do widzenia". 
Bryn zaczekała, aż ojciec, który zawsze opuszczał kuchnię ostatni, zostanie sam w przedsionku. 
- Tato, co się stało? - spytała. 
- Nie rozumiem, gołąbeczko. 
- Tato! - powtórzyła ostrzej Bryn. 
Westchnął. Nigdy nie udało mu się ukryć nic przed młodszą córką. Bez słowa wręczył jej list. 
- Przyszedł dziś rano. Chciałem ci o tym powiedzieć później. Teraz, kiedy Katy jest w domu ... 
Ach, gołąbeczko, sam nie wiem, co ci powiedzieć. 
Głos mu się załamał. Obrócił się i szybko wyszedł na podwórze. Przez chwilę wydawało się  
Bryn, że jest nadal tym silnym, niepokonanym mężczyzną z jej dziecięcych wyobrażeń. Wróciła 
do kuchni. Z zadowoleniem stwierdziła, że Katy poszła już do salonu. 
Wolno otworzyła list. Już wcześniej zauważyła, że jest to korespondencja z banku. Przebiegła 
wzrokiem tekst. W ciągu miesiąca należało spłacić pożyczkę. W przeciwnym razie bank będzie 
musiał podjąć odpowiednie kroki. Oznaczało to, że muszą sprZedać farmę korporacji Germaine, 
lub zrobi to za nich bank. 
Odetchnęła głęboko. Wiedziała, że taka chwila kiedyś nadejdzie, ale nie chciała w nie uwierzyć. 
Nie   może   stracić   Ravenheights.   Nie   może.   Zwłaszcza   teraz,   kiedy   Katy   po   wszystkim,   co 
przeszła w Londynie, tak bardzo potrzebowała tego miejsca. Będzie walczyć do ostatka, żeby je 
dla niej zatrzymać. Poczuła silniejszą niż zwykle determinację, aby walczyć o zachowanie farmy.  
Nie tylko dla siebie, również dla Katy. 

Będzie musiała spotkać się osobiście z Kynastonem Germaine. Wytłumaczyć mu całą sytuację. Z 

pewnością zrozumie. 

Marion  wysiadła   z   samochodu   i  spujrzała   na   biurowiec   Ventury.   Jak  na   Nowy  Jork,   był   to 
skromny,  jedynie trzydziestopiętrowy budynek. Setki biur, w których pracowało tysiące ludzi, 
grupowały rozmaite przedsiębiorstwa, które składały się na imperium Ventury. 
Spojrzała   za   oddalającą   się   cicho   czarną   limuzyną.   Teraz   będę   jeździć   do   pracy   taksówką, 
pomyślała. Albo nawet chodzić na piechotę. W ten ponury marcowy poranek w budynku paliły 
się wszystkie światła. Nagle ogarnęły ją wątpliwości i straciła całą pewność siebie. Dotychczas 
odwiedzała   ten   budynek   jedynie   w   roli   Księżniczki,   pięknej   kobiety,   córki   wszechwładnego 
szefa. Teraz miała wejść tam jako Marion Ventura, której myśli miały zająć prowadzone przez  
firmę interesy. Zebrała się na odwagę i przeszła przez hol, gdzie powitały ją elegancko ubrane 
recepcjonistki. 

background image

- Dzień dobry, pani Ventura. 

Uśmiechnęła się do nich. Jak szybko rozchodzą się nowiny. Powiedziały "pani Verhura", nie 
"pani Prescott". 
Niepokój powrócił, kiedy wchodziła do windy. Najwyższe piętro budynku zarezerwowane było 
dla   najwyższych   rangą   urzędników   imperium   Ventury.   Wszyscy   pracownicy  z   pozostałych 
dwudziestu dziewięciu pięter walczyli o to, aby kiedyś się tam dostać. A ona po prostu miała 
zamiar tam wjechać, jak gdyby ... jak gdyby była właścicielką tego wszystkiego. Ale przecież to 
w pewnym sensie było zgodne z prawdą. Jej ojciec władał tym imperium, a ona była jego córką. 
Nepotyzm.   Słowo·   tabu   dla   przeciętnego   Amerykanina,   dla   Włocha   miało   zupełnie   inne 
znaczenie.· Dla kogo miałby w pocie czoła pracować mężczyzna, jeśli nie dla swoich dzieci? 
Leslie   Ventura   całe   życie   naprawdę   ciężko   pracował,   a   Marion   była   teraz   jego   jedynym  
dzieckiem. Na myśl o bracie przeniknął ją nagły ból. Ale Keith nie chciałby, żeby zrezygnowała 
z tego, czego zawsze w. głębi serca pragnęła. Przecież sam często powtarzał jej, że jest zdolna i 
ma silną osobowość. 
Wyszła z windy na wyłożony szaroniebieskim dywanem korytarz. Minęła dębowe drzwi, na  
których wisiały tabliczki z nazwiskami jej kuzynów; pamiętała ich z czasów dzieciństwa. Były 
tam   również   obce   nazwiska,   świetnych   specjalistów,   których   ojciec   zdołał   odebrać   swoim 
rywalom. 
Skierowała się w stronę biura należącego do Keitha. Było tó . drugie co do ważności biuro w 
całym budynku. Największe zajmował oczywiście sam Leslie Ventura, lecz od śmierci syna nie 
pokazał się jeszcze w firmie. Nie wątpiła, że ojciec powróci do pracy, jak tylko dojdzie do siebie. 
Tymczasem nie mógł nawet o tym myśleć. Właśnie z tego powodu zjawiła się tu dzisiaj. Chciała 
pomóc ojcu otrząsnąć się z żalu nad samym sobą. 
Zbliżając się do tej części biura, w której urzędował kiedyś Keith, usłyszała gwar ożywionej  
rozmowy. Otworzyła drzwi i ze zdziwieniem stwierdziła, że w pokoju nie ma sekretarki, która o 
tej porze powinna być już na swoim stanowisku. Podchodząc do następnych, z lekka· uchylonych 
drzwi, zatrzymała się na dźwięk dochodzących stamtąd głosów. 
-   Nie   widzę   żadnego  problemu.   -   Natychmiast   poznała   głos  stryja   Dino.   -   Jestem   prezesem 
Kopalni Ventura, a kopalnie od dawna uznawane są za najważniejsze przedsiębiorstwa Ventury. 
- Może i tak, ale to wcale nie oznacza, że automatycznie przejdziesz do tego biura - wtrącił  
Charles   Ventnor,   jeden   z   pozyskanych   przez   firmę   specjalistów.   Marion   poznała   go   po 
kanadyjskim akcencie. 
Poczuła ucisk w gardle. Kłócili się o biuro Keitha, gdy tymczasem on nie został jeszcze 
pochowany. 
Kiedy wybiegła ze szpitala, bezwzględne słowa wypowiedziane przez ojca odbijały się echem w 
jej   głowie.   Szła   bezmyślnie   przed  siebie,   szukając   jakiejkolwiek  pociechy.   Po   chwili   jednak 
zaczęła zastanawiać się nad sobą. W głębi serca czuła, że ojciec wcale tak nie myślał. Miała  
dwadzieścia   cztery   lata,   była   rozwiedziona   i   bardzo   bogata.   To   wszystko   mogło   prowadzić 
jedynie do katastrofy. Postanowiła zapanować nad swoim życiem i robić to, co sama chce. 
Zastanawiała   się   nad   tym,   co   mogłaby   robić.   Do   tej   pory   nie   miała   szans 
wykorzystaćiJmiejętności   zdobytych   w   czasie   studiów   w   Radcliffe,   które   ukończyła   z 
odznaczeniem.   Miała   więc,   przynajmniej   teoretyczne,   przygotowanie   do   tego,   aby   zająć   się 
biznesem. Potrzebowała jedynie czasu na zdobycie doświadczenia, ale przecież nosiła nazwisko 
Ventura. Ojciec dał Keithowi czas na zapoznanie się z rozległymi interesami firmy. Chciał go 
uczyć i kształtować, aby w przyszłości syn mógł stanąć na czele firmy. 
Mogłaby to być przyszłość również dla niej; dotychczas prócz tego, że słuchała ojca, nic nie· 
zrobiła ze swoim życiem. Leslie Ventura nigdy nie pomyślał o tym, czym córka chciałaby się 
zajmować.   A   teraz·   znalazła   się   tutaj.   Pomysł   ten   wydawał   się   jej   absurdalny,   ale   była  
przekonana,   że   postępuje   dobrze.   Robiła   to,   co   musiała   zrobić.   Teraz,   stojąc   za   drzwiami   i 
słuchając  tych   obrzydliwych  przetargów,  utwierdziła  się  w swoim  przekonaniu.  To ona  była 

background image

dziedziczką Ventura Industries. Musiała tylko dowieść tego ojcu. 
Odetchnęła głęboko, pchnęła drzwi i weszła do środka. 
Wszyscy   obrócili   się   w   jej   stronę.   Dla   dwóch   znajdujących   się   w   pokoju   mężczyzn   była 
członkiem rodziny, jeden znał ją jako córkę Ventury, ale żaden z nich nie zobaczył w niej nowej 
następczyni. 
- Witam panów - powiedziała, patrząc z uśmiechem na ich zdziwione twarze. - Nikogo nie było 
w sekretariacie. 
- Powiedzieliśmy Felicity , żeby poszła na kawę. - Francis Ventura pierwszy odzyskał głos. 

- No tak, to wyjaśnia sprawę ... - Marion skierowała się do olbrzymiego biurka.  . 
Dopiero wtedy zobaczyli, że ma w ręku teczkę. Spojrzeli po sobie w. milczeniu. Marion miała 
uczucie, jakby Keith stał przy niej. Cała ta scena na pewno sprawiłaby mu ogromną przyjemność. 
- Więc do rzeczy,.  panowie. Chcę jeszcze dziś zwołać nadzwyczajne  zebranie pracowników. 
Stryju   Dino,   możesz   to   załatwic,   prawda?   Oczywiście   nie   wszystkich,   wystarczą   tylko 
przedstawiciele poszczególnych przedsiębiorstw. 

\.. 

- Ee ... oczywiście -wykrztusił Dino, patrząc w osłupieniu na bratanicę. Marion wyjęła z torby 

kilka papierowych teczek. Gdyby oni wiedzieli, że są zupełnie puste, pomyślała rozbawiona i 

podniosła oczy, udając zdziwienie, że jeszcze ich tu widzi. 
- Frankie, bądź tak dobry i poproś Felicity, żeby wróciła do biura. Potrzebuję jej, żeby się 
przygotować na zebranie. 
Frankie zaczerwienił się ze złości. Nie znosił tego zdrobnienia. - Oczywiście - powiedział i 
szybko wyszedł. Jego męska duma ucierpiała już wystarczająco, nie chciał, usłyszeć kolejnego 
polecenia. 
Dwaj pozostali mężczyźni spojrzeli na Marion wyczekująco, ale była tak zajęta przeszukiwaniem 
biurka i studiowaniem terminarza  Keitha, że wydawała się nie pamiętać o ich obecności. W 
końcu ruszyli do drzwi i wtedy usłyszała głos Charlesa. 
- Nie wiedziałem, że szef ma zamiar robić dzisiaj zebranie. Odetchnęła. Zrobiła już pierwszy 
krok na swojej nowej drodze. Drzwi znowu otworzyły się i Felicity Wrighton niepewnie podeszła 
do biurka. Marion patrząc w jej zdziwione niebieskie oczy zrozumiała, dlaczego Keith czuł do 
Felicity sympatię. 
- Dzień dobry, pani... Ventura ... Tak ... tak mi przykro z powodu pani brata. Będzie mi go 
brakować - dodała. 
Marion czuła, że dziewczyna mówi szczerze. Łzy napłynęły jej do oczu. 
- Dziękuję ci, Felicity . Mnie też będzie go brakowało. Mów do mnie Marion. 
- Pan Ventura powiedział, że chcesz się ze mną widzieć - oznajmiła Felicity urzędowym tonem. 
Marion wyprostowała się na krześle i skinęła głową. 
- Tak. Chcę, żebyś mi przygotowała pełną dokumentację wszystkich przedsiębiorstw Ventury, 
poczynając  od tych największych i przynoszących  najlepsze zyski. Chcę mieć  dokładną listę 
zatrudnionych, kopię tegorocznego. bilansu oraz raport o poprzednim stanie finansów. Interesują 
mnie również wszystkie nowe kopalnie, które wzbudzają jakiekolwiek kontrowersje. 
Felicity otworzyła szeroko oczy. 
- To jest ogromne zadanie, proszę pani. - Marion popatrzyła na nią i Felicity uśmiechnęła się. - 
Tak pani ... Marion. Zaraz się do tego zabiorę. Czy przynieść kawy? 
- Tak, poproszę. Czeka mnie długi dzień. 

Kynaston Germaine wyjrzał przez okno samochodu. Postanowił sam wybrać miejsce na pokryty 
dachem   park   rekreacyjny   i   teraz,   objeżdżając   okolicę,   poddał   się   jej   urokowi   -   bezkresnym 
zielonym   pastwiskom,   oddzielonym   od   siebie   kamiennymi   murkami.   Natychmiast   zapisał   w 
swoim notatniku, że granice parku mają być oznaczone w ten sam sposób. 
- Zwolnij, Vince - powiedział. - A co to jest, do diabła?! - wykrzyknął zdumiony. 
- To jest wiadukt Ribblehead,' panie Germaine. Imponujący, prawda? - rzekł szofer z dumą. 

background image

Kynaston skinął głową. Rzeczywiście, widok był imponujący. Ponad doliną wznosił się rząd 
pięknych łuków. Kynaston widział już oczami wyobraźni małą paro~ą lokomotywę, która 
przemierza wiadukt w kłębach białej pary. 
Odchylił się na oparcie samochodu marki Daimler Sovereign i słuchał monologu Vince'a na 
temat lokalnej historii. 
- Zbudowano go dla linii kolejowej Settle-Carlisle jeszcze w czasach wiktoriańskich - wyjaśnił 
Vince. 
Kynaston uśmiechnął się. 
-:- Interesuje cię kolej, prawda? 
- Ten temat interesuje wielu ludzi. W każdym razie tych, którzy widzieli ten wiadukt. 
- Tak - przyznał cicho Kynaston, wpatrując się w budowlę. 
Pociągi parowe fascynowały wszystkich. Sięgnął po telefon, żeby połączyć się ze swoim biurem. 
-   Michael,   chcę,   żebyś   zebrał   wszystkie   informacje   na   temat   wiaduktu   Ribblehead.   Muszę 
wiedzieć, czy będzie można wynegocjować wznowienie tutejszej linii kolejowej. Potem rozejrzyj 
się  za  starymi  pociągami  parowymi  do sprzedaży.  Nie muszą  być  w dobrym  stanie,  zawsze 
możemy je wyremontować. 
- Rozumiem. Myślisz o rozbudzeniu uczucia nostalgii? 
- W głosie Michaela zabrzmiało rozbawienie. - Oczywiście masz rację. Stary pociąg parowy 
zarobi na siebie w przeciągu jednego roku. 
- Otóż to. Gdybyś jeszcze mógł zobaczyć tutejszy krajobraz - mruknął Kynaston, patrząc na 
wiadukt przez tylną szybę 
samochodu.   Żaden   turysta   nie   oprze   się   pokusie   przejażdżki   pociągiem   parowym   po   tych 
cudownych dolinach Y orkshire. Ponownie wyjął z teczki notatnik i zapisał w nim kilka uwag, 
nie   przerywając   telefonicznej   rozmowy   z   Michaelem.   -   Jak   tam   sprawa   suchego   stoku   dla 
narciarzy? 
- W porządku. Trzeba jeszcze wykupić ten ostatni kawałek ziemi, ale to kwestia dosłownie kilku 
dni. Rozmawiałem przed chwilą z bankiem. 
- Świetnie. Czy przysłali już próbkę materiału na suchy stok? Pamiętaj, że ta zieleń musi mieć 
taki sam odcień jak zieleń w ~olinie. Jeśli różnica będzie widoczna, słono za to zapłacimy. 
- Twierdzę, że to jeszcze trochę potrwa. Suche stoki mają wszędzie standardowy kolor. 
- Może inne tak - powiedział spokojnie Kynaston. - Ale nie mój. - Tymi słowami zakończył 
rozmowę. 
- Już jesteśmy na miejscu, panie Germaine. Niezły tu bałagan, prawda? 
Kynaston popatrzył na zakupiony ostatnio kawałek gruntu, zamieniony teraz w plac budowy, i 
przyznał   rację   szoferowi.   Rzeczywiście   panował   tu   niezły   bałagan.   Tam,   gdzie   pracowały 
buldożery, leżały zwały ziemi. Ogromna wyrwa oznaczała początek budowy drogi dojazdowej. 
- Naprawdę chce pan tu wybudować coś takiego przykrytego szklanym dachem, panie Germaine? 
- spytał Vince. Spędził tu czterdzieści trzy lata i mimo wszelkich starań nie potrafił wyobrazić  
sobie tej szklanej kopuły. 
_ Tak - odrzekł Kynaston, czujnie obserwując plac budowy. Z trzech stron plac otoczony był 
lasem. - To idealne miejsce na park rekreacyjny. 
Vince patrzył  smutno na ogromny dół w ziemi. Wiedział, że nie ma  prawa narzekać. Przez 
ostatnie sześć miesięcy, zanim pojawiła się Gertnaine Corporation, był na zasiłku. Teraz znalazł 
pracę na całe życie. Zostanie ogrodnikiem w parku i będzie pracować w zawodzie, którego się 
kiedyś wyuczył. Miał tylko nadzieję, że ten bogaty Amerykanin wie, co robi. 

Marion nie podniosła głowy na dźwięk otwieranych drzwi. - Postaw tacę na biurku, Felicity. 
Zjem później. - Nie odrywała wzroku od wydruku komputerowego, zawierającego dane o 
Ventura Paper. 
- Co tu się dzieje, do cholery? 

background image

_ Przepraszam. Myślałam, że to moja sekretarka z kanapkami. 
_ Twoja sekretarka? - Leslie Ventura zamknął za sobą drzwi i podszedł do fotela stojącego przed 
biurki.em. Widać było, że jest wyczerpany. Patrzył na Marion pustym wzrokiem, jakiego nigdy 
przedtem   u  niego  nie   widziała.   Opuściła   go   cała   energia.   Fakt   ten  przeraził   ją   bardziej   niż 
perspektywa, że ojciec zaraz dostanie ataku szału. 
- Tak, Felicity - wymamrotała, mobilizując całą swą odwagę. _ Wiem, która sekretarka pracuje w 
tym biurze - powiedział z sarkazmem Ventura. - Nie wiem natomiast, co ty tutaj robisz. I co to za 
nadzwyczajne zebranie zwołane zostało na dzisiaj? 
- Ja je zwołałam. 
_ Tyle zdążyłem dowiedzieć się od Dino. Kiedy do mnie telefonował, był bliski histerii. - Przez  
moment   błysk   rozbawienia   zapalił   się   w   jego  oczach,   lecz   natychmiast   zgasł.   -   Siedzisz   na 
miejscu Keitha. 
Marion zbladła, ale nie poruszyła się. Patrzyła na ojca oczami pełnymi bólu. 
- Wiem - odparła cicho. - Kiedy przyszłam dzisiaj do biura, Charles, Dino i Frankie kłócili się o 
to, kto zajmie to miejsce. 
Leslie Ventura skrzywił się boleśnie. Za chwilę, jakby wbrew sobie, uśmiechnął się lekko. 
- A ty zdecydowałaś się sama zająć to miejsce, i w ten sposób rozwiązać spór. 
-   Tak.   Rozwiązałam   go,   wchodząc   tutaj   i   zajmując   to   miejsce.   Leslie   spojrzał   na   wydruk  
komputerowy w jej rękach. 
Przeczytał kilka linijek. 
- Ventura Paper. Dlaczego to czytasz? 
- Czytam o wszystkich przedsiębiorstwach Ventury. Przynajmniej tyle, ile zdołam w ciągu ... - 
Spojrzała na zegarek. - Trzech godzin i czterdziestu minut. 
Leslie przeniósł wzrok na jej twarz. Wyglądała na zmęczoną, ale oczy miały jakiś szczególny 
wyraz.   Uświadomił   sobie,   że   ona   również   straciła   Keitha.   Wielokrotnie   zastanawiał   się,   czy 
Marion nie kocha brata bardziej niż ktokolwiek z rodziny, bardziej niż ón, bardziej niż Nadine, 
jego żona i nadopiekuńcza matka. Zdał sobie sprawę z cierpienia cqrki i własnej obojętności  
wobec niej. Zawsze starał się chronić rodzinę. Załamał się jedynie wtedy, kiedy guz mózgu zabił  
jego ukochaną żonę, i teraz, kiedy narkotyki zabiły jego syna. Wynajął już co prawda prywatnego  
detektywa, żeby odnalazł dostawcę, który zaopatrywał Keitha, i zamknął go na resztę życia w 
więzieniu. Ale Marion ... Uprzyto,mnił sobie, że w ciągu ostatnich czterech dni ani razu nie  
pomyślał o córce. 
- Marion, nie powinnaś tu być - powiedział miękko. Popatrzył zaskoczony, jak zrywa się na 
równe nogi i staje przed nim z płonącym wzrokiem. 
- Dlaczego? Dlatego, że nie jestem mężczyzną? Coś ci powiem, tatusiu. Owszem, nie jestem 
mężczyną, ale przecież nazywam się Ventura. 
- Co to ma do rzeczy? - spytał zdezorientowany Leslie, nie spodziewając się tak ostrej reakcji ze 
strony córki.  
- Wszystko - powiedziała ostrym głosem, siadając z powrotem za biurkiem. - Tatusiu, chcę sama 
zapracować na swoje utrzymanie. A gdzie miałabym pracować, jeśli nie tutaj? 
Potrząsnął przecząco głową. 
- Nie masz odpowiednich kwalifikacji, Marion. 
- Mam lepsze kwalifikacje niż Keith - odparowała. - Ukończyłam Radcliffe z najwyższym 
odznaczeniem, nie pamiętasz? - To niemoiliwe - rzekł szorstko Leslie. - To nadal jest świat 
mężczyzn i do wykonywania tej pracy potrzebny jest mężczyzna. Nie myślisz racjonalnie. 
Jeżeli... 
- Wręcz przeciwnie - przerwała mu Marion. Nagle opuścił ją strach przed ojcem. Poczuła się  
silna i zdolna do tego, żeby mu się przeciwstawić. - To ty nie myślisz racjonalnie. Dwa lata temu 
wprowadziłeś tu Keitha, by nauczył się kierować firmą. Nie bardzo mu się to udawało. Oboje  
dobrze wiemy, że nie był do tego stworzony. Nie rozumiał, albo nie chciał zrozumieć, świata, w  

background image

którym ty żyjesz. Ja rowmiem. Mam kwalifikacje, brak mi tylko doświadczenia. Przyznaję to  
otwarcie. Ale wkrótce je zdobędę. Musisz tylko dać mi szansę. Tak jak dałeś ją Keithowi. 
Leslie patrzył na twarz córki, na której malowała się determinacja. Westchnął ciężko. 
- Czas już skończyć tę głupią rozmowę, Marion - powiedział zimno. - Wielkie finanse to nie 
miejsce   dla   kobiety.   Sama   byś   to   zrozumiała,   gdybyś   potrafiła   .myśleć   racjonalnie,   zamiast 
pogrążać się w marzeniach o prowadzeniu Ventura Industries. Jesteś piękn!t, młodą  kobietą.  
Powinnaś cieszyć się życiem. 
- Chcę to robić. A kariera zawodowa to jedna z większych przyjemności, jakie można mieć w 
życiu. Sam o tym dobrze wiesz - dodała z naciskiem. 
Leslie Ventuni był zbyt wyczerpany, aby wdawać się z córką w dyskusję. Ogarnął go gniew. 
- Do diabła, Marion, tego już za wiele - warknął, podnosząc się z fotela i kierując w stronę drzwi.  
-   Nie   ma   mowy   o   tym,   byś   zajęła   miejsce   Keitha.   Odwołuję   zebranie   i   wracam   do   domu. 
Porozmawiamy później.  
- Nie, tatusiu, nie porozmawiamy - oświadczyła Marion. Ojciec zatrzymał się gwałtownie. W 
głosie córki było coś szczególnego. Obrócił się i spojrzał na jej drobną postać w przepastnym 
fotelu. 
- Jeśli odwołasz to zebranie, wyjdę stąd i poszukam sobie pracy gdzie indziej. Jeśli to będzie 
konieczne,   zacznę   od   naj   niższego   stanowiska,   tak   jak   to   robi   większość   ludzi.   Ale   studia 
ukończone z wyróżnieniem zawsze robią wrażenie na pracodawcach. Będę ciężko pracować i  
odniosę   sukces.   Jeśli   nie   zatrudnisz   mnie   w   firmie,   pójdę   do   jakiejś   rywalizującej   z   nami 
korporacji. 
- Nie pleć głupstw - mruknął Leslie. - Nikt ci nie da pracy. 
- Tak myślisz? - spytała ironicznie. - Żaden z twoich rywali nie zatrudni Księżniczki Ventury? 
Mylisz się, tatusiu. Pomyśl . tylko, jaką wspaniałą reklamę bym im zrobiła. Księżniczka Ventura 
pracuje dla konkurencji. 
Leslie wpatrywał się w córkę ze zdumieniem. To nie była ta sama Marion. To ktoś inny. Ta ... 
ta ... precyzyjnie myśląca i chłodno przedstawiająca swoje racje kobieta to nie była już jego mała  
dziewczynka. 
- Nie zrobisz tego - powiedział niepewnie. 
- Zrobię to - odparła Marion. - Ale tylko wtedy, jeśli mnie do tego zmusisz. Tylko wtedy, kiedy 
się ode mnie odwrócisz. - Marion! - wykrzyknął Leslie. - Nigdy się od ciebie nie odwrócę. Mój 
Boże, przecież jesteś moim ciałem i krwią. 
- Więc tak mnie właśnie traktuj. Zwołaj to zebranie. Przedstaw mnie tak, jak dwa lata temu 
przedstawiłeś Keitha, jako nową spadkobierczynię. Wszystko mi jedno, jakie dostanę stanowisko, 
jaką pracę będę wykonywać i w jakim biurze mnie umieścisz. Jeśli tylko dasz mi szansę. Taką  
samą szansę, jaką dałeś Keithowi. 
Patrzyli na siebie z napięciem. Leslie stał przy drzwiach, a Marion siedziała za biurkiem. Nie 
widział, że drżą jej kolana, i nie zdawał sobie sprawy, ile nerwów kosztuje ją ta rozmowa.  
- Uważam, że mnie szantażujesz - odezwał się wreszcie ostrym tonem. 
- Nie, tatusiu. - Marian miała łzy w oczach. - Ja się tylko tobie przeciwstawiam. Jesteś zdziwiony, 
bo nikt tego dotąd nie zrobił. Mama nie chciała, Keith nie mógł, a ja się też zawsze zgadzałam z  
twoim zdaniem. Ale teraz mam odwagę ci się przeciwstawić. - Oyetchnęła głęboko i spojrzała mu 
prosto w oczy. - Pytam tylko, co masz zamiar z tym zrobić? - dodała cicho. 

Bryn niechętnie przejrzała się w lustrze. Dawno nie miała na sobie sukienki i teraz wydawało jej 
się, że wygląda w niej dziwnie. Sukienka była brązowa, w Czarne kropki, zapinana z przodu na 
duże guziki. Bryn kupiła ją kiedyś na wyprzedaży w Otley. Od tego czasu minęły już cztery lata, 
a sukienka nadal była na nią dobra. To znaczy, że nie utyła. Jeszcze przez chwilę przyglądała się 
swojemu   odbiciu w  lustrze,  po  czym   wzruszyła  ramionami.   Włożyła   swoje  jedyne   porządne 

background image

sznurowane buty, wzięła torebkę i szybkim krokiem skierowała się do drzwi. Katy spojrzała na 
nią ze zdziwieniem. 
- W co ty się, u licha, ubrałaś? 
Bryn zaczerwieniła się. Nie chciała, aby siostra podważała jej i tak wątłą wiarę w siebie. Gdyby 
Katy wiedziała, w jakiej sprawie jedzie do miasta, na pewno okazałaby więcej wyrozu miałości, 
ale Bryn nie miała odwagi powiedzieć jej wszystkiego. Poprzedniego dnia była w szoku: Sądziła, 
że  będą mieli  więcej czasu,  przynajrp.niej parę miesięcy.  A teraz,  jeśli  nie  uda jej  się temu 
zapobiec: będą musieli sprzedać Ravenheights już za kilka tygodni. Nie mogła pogodzić się z tą 
myślą. Została jej tylko jedna szansa, aby utrzymać farmę. Za wszelką cenę musi zrobić dobre 
wrażenie na Kynastonie Germaine, tymczasem Katy pozbawiła jej wiary w siebie, chociaż Bryn 
w głębi serca wiedziała, że siostra ma rację. 
- To jest moja jedyna sukienka - powiedziała, uśmiechając się niepewnie. - Mam jeszcze spódnicę 
i bluzkę, którą nosiłam do szkoły. 
Katy   pokręciła   z   niedowierzaniem   głową   i   wybuchnęła   histerycznym   śmiechem.   Bryn 
wstrząsnęła się nerwowo. W ciągu ostatnich dni Katy bardzo się zmieniła. 
- Nie muszę tam dzisiaj jechać. A może wybrałabyś się ze mną? 
- Do Harrogate? - spytała drwiąco Katy. - Dziękuję. Wolę zostać w domu. 
Bryn zagryzła usta. Od dnia swojego przyjazdu Katy ani razu nie wyszła z domu. Jakby się tego  
bała. Przed wyjazdem do Londynu siostra potrafiła godzinami poprawiać makijaż przed lustrem, 
leżeć w wannie i nacierać się kremem. Teraz miała brudne, nie uczesane włosy i bladą, ściągniętą  
twarz.  Zawsze   "szczebiotała   j~k ptaszek",   jak  mówił   ojciec.  Teraz  prawie   się   nie   odzywała. 
Czytała gazetę, krzywiąc się na zamieszczone w niej fotografie modelek, i oglądała australijskie 
seriale w telewizji. 
- W porządku - odpowiedziała Bryn. Chciała, żeby Katy z nią pojechała, ale bała się nalegać. - 
Przygotowałam wszystko do obiadu, musisz tylko dokładać do pieca i pilnować, żeby nie spaliło 
się ciasto z kurczakiem. Ziemniaki są obrane i posololłe, rzepa też. 
Katy skinęła głową. Nie miała pojęcia, jak utrzymać  stałą temperaturę pieca, i wiedziała, że 
zapomni wstawić jarzyny. Podniosła głowę i stwierdziła, że została w pokoju sama. Bryn musiała 
już wyjść. Nie usłyszała nawet jej "Do widzenia". Z westchnieniem sięgnęła do torebki. Wyjęła  
tabletkę uspokajającą i połknęła ją bez popijania. Nie powinna dopuścić, aby takie drobiazgi 
wyprowadzały ją z równowagi. 
Bryn  przekręciła kluczyk  w stacyjce samochodu Katy i wycofała go z podwórza. Od bardzo 
dawna nie prowadziła żadnego pojazdu poza traktorem. Teraz ostrożnie włączała biegi. Muszę 
coś zrobić dla Katy, pomyślała z niepokojem. Tylko co? 
Zaparkowała samochód w centrum Harrogate. Kiedy otworzyła drzwiczki, podmuch zimnego 
wiatru   uderzył   ją   w   twarz.   Zapięła   płaszcz   przeciwdeszczowy   i   włożyła   chustkę   na   głowę. 
Napotkany   policjant   wytłumaczył   jej,   jak   dojść   do   hotelu.   Zajęło   jej   to   tylko   kilka   minut. 
Zatrzymała się na podjeździe i patrzyła na budynek, czując, że opuszcza ją odwaga. Zmusiła się 
jednak i szła do drzwi. Nieśmiało zastukała i czekała, jak jej się wydawało, bez końca. Wreszcie 
spostrzegła dzwonek i zaczerwieniła się z zażenowania~ pewnie nikt nie usłyszał jej cichego 
pukania. Nacisnęła dzwonek i szczelniej owinęła się płaszczem. Po chwili drzwi się otworzyły i 
Bryn ujrzała mężczyznę w ciemnozielonym uniformie. 
- Czym mogę służyć? Przykro mi, ale hotel jest jeszcze zamknięty. Czy pani przyszła z 
kwiaciarni? 
- Nie. - Poznała po akcencie, że mężczyzna jest miejscowy. 
- Chciałam zobaczyć się z panem Germaine. 
- Czy jest pani umówiona? Pan Germaine ma swoje biuro w Leeds. 
- W Leeds? - powtórzyła zgnębiona. - Och, nie. Przyjechałani z Hawes. 
Odźwierny uśmiechnął się. 
- Tak myślałem, sądząc po pani akcencie. Coś pani powiem. Pan Germaine jest w mieście. Wiem 

background image

na pewno, że dziś po południu wybiera się do Sali Wystawowej. Może ... 
- O co chodzi, Jakubie? - Michael Forrester pojawił się w holu. - Czy mogę w czymś pomóc? 
Bryn zaczerwieniła się ponownie. 
- Nie ... Właściwie to chciałam się spotkać z panem Germaine, żeby porozmawiać o ... pewnej 
sprawie dotyczącej interesów. 

- W sprawie interesów? Jestem asystentem pana Germaine. 

Nazywam się Michael Forrester. Może ja będę mógł to załatwić? - powiedział niepewnie. Nie 
wiedział,   czego   może   chcieć   od   Kynastona   ta   gruba   kobieta?   Miał   nadzieję,   że   nie   chce 
zarezerwować pokoju w hotelu. 
Bryn odetchnęła z ulgą. Nie miałaby odwagi przyjeżdżać tu po raz drugi. 
- Tak. Może pan mógłby mi pomóc. Chodzi o farmę Ravenheights. 
- Ach tak. Proszę tędy. - Micheal dobrze znał tę nazwę. Ta przeklęta farma od kilku miesięcy nie 
schodziła mu z myśli. 
Po drodze do biura Bryn rzuciła okiem na jadalnię, gdzie krzątało się mnóstwo ludzi - jedni 
odkurzali   dywany,   inni   nakrywali   obrusami   stoły.   Zobaczyła   kryształy   i   srebra   stojące   na 
przenośnych blatach, czekające, aż będzie je można ustawić na stołach. 
- Jutro odbędzie się wielki bal z okazji otwarcia hotelu - wyjaśnił Michael i poprowadził ją dalej. 
Weszli do małego pokoju. Podsunął jej krzesło. - Zaraz znajdę odpowiednią teczkę. Aha ... Już 
mam. - Usiadł za biurkiem. - Tak. W naszej ostatniej ofercie podnieśliśmy cenę o dodatkowe 
tysiąc funtów. Zaproponowaliśmy również dobrą zapłatę za żywy inwentarz składający się z ... 
pięciuset owiec. To całkiem duże stado, prawda? 
Bryn   skrzywiła   się   ze   złości.   Czuła,   że   ten   mężczyzna,   ze   swoim   fałszywym   uśmiechem   i 
nienaturalnie serdecznym tonem, traktuje ją z góry. 
- Jest to jedno z najlepszych stad w okolicy - rzuciła zaczepnie, ale czuła, że znowu opuszcza ją 
odwaga. - Chciałam wytłumaczyć panu Germaine naszą sytuację. Rodzina Whittakerów uprawia 
tę ziemię od przeszło pięciuset lat. Zawsze mieszkaliśmy w Ravenheights i dobrze nam się 
wiodło. Ostatnio mieliśmy problemy, ale wkrótce je rozwią~emy. Potrzebujemy tylko trochę 
czasu. Chciałam prosić pana Germaine, żeby wycofał ofertę kupna ziemi. Bank stara się zmusić 
nas, żebyśmy ją przyjęli, i w ten sposób mogli spłacić pożyczkę. -Gdyby pan Germaine wycofał 
swoją ofertę, wtedy bank pozwoliłby nam pozostać na farmie. Wiem, że by tak było - 
powiedziała uśmiechając się niepewnie. 
Michael Forrester, który kiwał potakująco głową w czasie jej przemowy, westchnął przeciągle. 
Wszystko było jasne. Dlatego właśnie ponawiał naciski. Czy ta kobieta nie ma pojęcia 
interesach? 
- Germaine Corporation, panno ... Whittaker? 
- Przepraszam. Zapomniałam się przedstawić. Jestem Bryn Whittaker. 
Wyciągnęła rękę ponad biurkiem. Zaskoczony Michael uścisnął jej dłoń. To była Bryn 
Whittaker? 
- A więc, panno Whittaker, pan Germaine zaoferował pani ojcu bardzo dobrą cenę i zrobił to w  
dobrej wierze. Potrzebne mu są niżej położone pastwiska, gdzie obecnie wypasacie owce, na 
suchy   stok   dla   początkujących   narciarzy.   Musi   pani   zrozumieć,   że   pan   Germaine,   który 
zainwestował tu duży kapitał, nie może wycofać swojej oferty tylko dlatego, żeby pomóc pani 
szantażować bank. 
Bryn miała uczucie, jakby ktoś pchnął ją nożem prosto w brzuch. Zaczerwieniła się i zbladła. 
Powoli wstała z krzesła. 
- Rozumiem, że rozmowa z panem mija się z celem - powiedziała sztywno. Nie wiedziała sama, 
czy chce stąd jak najprędzej uciec, ozy też rzucić się na Michaela i rozerwać go na strzępy. 
Spojrzała na niego, starając się opanować gniew. Rzadko zdarzało jej się tracić panowanie nad 
sobą, ponieważ z natury była osobą pogodną i życzliwą. Jednak kiedy je traciła ... 
Obróciła się gwałtownie, wyszła z pokoju i patrząc prosto przed siebie przeszła przez hol. Nie 

background image

zauważyła nawet odźwiernego, który otworzył przed nią drzwi. 
Michael pokręcił w zamyśleniu głową. Co za nie zwykła  kobieta. Na szczęście nie będą już 
musieli   mieć   z   nią   do   czynienia.   Była   taka   przygnębiona.   Postanowił   dołożyć   następne   sto 
funtów do ceny żywego inwentarza. To powinno złagodzić cios~ 
Bryn szła szybkim krokiem w stronę zaparkowanego samochodu. Wszystko się w niej gotowało. 
Wiedziała, że ten okropny człowiek drwił z niej, mimo  swojej uprzejmej  miny.  Uznał ją za 
głupią, grubą i bezużyteczną. Wsiadła do sąmochodu, drżąc na całym  ciele. Nie pozwolą jej 
zatrzymać   Ravenheights.  Była   naiwna,  sądząc,  że  jej  się  to uda.  Dla  Kynastona   Germaine   i 
związanych z nim aferzystów był to jedynie kawałek ziemi, którego potrzebowali, aby ściągnąć 
narCiarzy. 
Wreszcie zdołała się opanować. Wysiadła z samochodu i zaczęła iść ulicami miasteczka, patrząc 
bezmyślnie na wystawy sklepowe i walcząc ze łzami, które cisnęły się do oczu. Życie jest takie 
niesprawiedliwe, pomyślała i roześmiała się z tego dziecinnego stwierdzenia. 
Nagle zońentowała się, że stoi przed Salą Wystawową. Czyżby przywiodło ją tu przeznaczenie? 
Wiedząc, że nie ma nic do stracenia, weszła do środka. Kupiła bilet i rozejrzała się. Otaczały ją 
niedorzecznie nowoczesne obrazy. W domu na farmie ściany zdobiły jedynie miejscow,e 
widoczki. Na wystawie panował przyjemny spokój i cisza, więc Bryn poczuła się wkrótce lepiej .. 
Zaraz   jednak   serce   podskoczyło   jej   do   gardła,   bo   spostrzegła,   że   do   sali   wszedł   Michael 
Forrester.  Rozejrzał  się,  dostrzegł  swojego  szefa  i ruszył  w  jego stronę.  Bryn   instynktownie 
poszła za nim. 
- Cześć, Kyn. Chciałem ci powiedzieć, że dzwonił Dawson. Mamy zielone światło na budowę 
pola golfowego.  
Bryn słuchała głosu Michaela z niechęcią. - To dobrze - odparł jego szef. 
Słowa te miały zupełnie inne brzmienie niż ostry ton głosu asystenta. Bryn oparła się o ścianę i 
ostrożnie zajrzała do małej niszy w rogu sali. Mężczyzna o srebrzystozłotych włosach, znacnie 
przewyższający wzrostem Michaela Forrestera, natychmiast przyciągnął jej uwagę. Nigdy dotąd 
nie widziała tak przystojnego mężczyzny. Pod ciemnoszarym garniturem rysowały się szerokie 
ramiona, wąskie biodra i długie nogi. Miał opalony kark, a włosy lśniły złotym blaskiem. 
Serce zabiło jej mocno. Cofnęła się i oparła o ścianę, nie chcąc, żeby ją dostrzegł. Nagle ogarnął 
ją strach. On nie może jej zobaczyć. Już miała odejść, ale powstrzymał ją widok kobiety idącej w 
kierunku niszy. Była bardzo efektowna, miała czarne krótkie włosy i zgrabną sylwetkę. Ubrana 
była w długą, jaskrawoczerwoną spódnicę i biało-czarno-czerwoną bluzkę. 
- Kyn, kochanie. Tak się cieszę, że dostałam zaproszenie. Nie darowałabym ci, gdybyś o mnie 
zapomniał. 
Słowa te wypowiedziane zostały z londyńskim akcentem,  akcentem wyższych  sfer. Bryn  nie 
chciała tego słuchać. Pragnęła jak najszybciej wyjść z budynku. 
- Jakbym  mógł o tobie zapomnieć, Janice. - To był  jego głos. Bryn  rozpoznałaby go wśród 
tysiąca innych. - Oczywiście, zatrzymasz się w Germanicusie. 
- Gdzieżby indziej - odrzekła ze śmiechem kobieta. Śmiech ten sprawił ~ryn ból. Zamarła, kiedy 
cała trójka opuściła niszę, kierując się do głównej sali. Jeśli mnie zauważą, pomyślała, to umrę. 
Nikt jej jednak nie, dostrzegł. Nie mogła oderwać oczu od profilu Kynastona Germaine. Był to 
piękny, męski profil, lecz jej wydawał się naznaczony bezwzględnością i okrucieństwem. 
Nadal stała w miejscu, chociaż mężczyźni i kobieta dawno już odeszli. Wreszcie zmusiła się do 
wyjścia. Idąc do samochodu, uważnie obserwowała przechodniów. Żaden z nich jednak nie miał 
srebrzystozłotych włosów. Wsiadła do samochodu i powoli zaczęła wracać do rzeczywistości. 
Chciała jak najprędzej opuścić miasto. Dopiero w dolinie poczuła się bezpieczna. Zatrzymała się 
i wysiadła z auta. Podeszła do kamiennego murku, patrząc na rozpościerające się w dole zielone 
pastwiska. Co się z nią stało w mieśQ.ie? Wiedziała, że źle poprowadziła rozmowę w hotelu. 
Była bardzo zdenerwowana, a Forrester okazywał jej swoją wyższość. Było to przykre, ale nie to 
ją   niepokoiło.   Przerażające   było   to,   co   wydarzyło   się   na   wystawie.   Znała   swoje   słabości, 

background image

doskonale wiedziała, dlaczego jest taka nieśmiała. Nikt nie mógłby jej przecież uznać za piękną 
kobietę. Fakt ten nie tłumaczył jednak paniki, jaka ją ogarnęła na widok tamtego mężczyzny.  
Mężczyzny,   który   nawet   na   nią   nie   spojrzał.   Mężczyzny,   który   w   ogóle   nie   wiedział   o   jej 
istnieniu. 
Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Przypomniała sobie blask jego włosów. Słyszała jego 
głos. Czuła go. Nie rozumiała tylko, co to może znaczyć. Katy! Katy będzie wiedziała. Wsiadając 
do samochodu, zdała sobie sprawę, że wcale nie musi pytać siostry. Nie ulegało wątpliwości, że  
po raz pierwszy w życiu odczuła pożądanie. I to akurat do Kynastona Germaine. Gdyby miała 
odwagę się nad tym zastanowić, uznałaby ten fakt za ironię losu, śmieszne wydarzenie. Instynkt  
mówił jej jednak, żeby się nad tym nie zastanawiała, ponieważ dowie się tego, czego nie chciała 
wiedzieć. 
To los zgotował jej spotkanie z Kynastonem Germaine. Czuła w tym rękę przeznaczenia. Ślepe 
fatum zaczęło rządzić jej życiem. Było to okropne. Zawsze potrzebowała poczucia 
bezpieczeństwa, a teraz nagle została go pozbawiona.
 
Kiedy wróciła na farmę i weszła do saloniku, Katy nawet jej nie zauważyła. Pisała coś na kartce. 
Kiedy dostrzegła siostrę, szybko schowała papier do torebki. Pogrążona we własnych myślach 
Bryn, niczego nie zauważyła. 
- Wcześnie wróciłaś. Nie spodziewałam się ciebie przed podwieczorkiem. 
- Nie załatwiłam tego, co zamierzałam - odpowiedziała Bryn. Kiedy znalazła się w domu, tamte 
wydarzenia   wydawały   jej   się   zupełnie   nierealne.   Pragnęła   jak   najszybciej   powrócić   do 
codziennych obowiązków. 
- To niedobrze - odpowiedziała Katy automatycznie. 
Po tabletkach uspokajających czuła się tak, jakby znajdowała się w miękkiej otoczce. To nawet  
dość przyjemne uczucie, pomyślała. Nalała Bryn herbaty. 
- Wypij i zaraz poczujesz się lepiej. - Podała kubek siostrze i usiadła przed kominkiem. 
Bryn szybko odwróciła wzrok od płonących polan. Ich blask przypomniał jej kolor jego włosów. 
Za oknami wył wiatr, ale grube ściany domu nie przepuszczały zimna i obie dziewczyny, każda z 
innego powodu, poczuły się lepiej. 
Katy chciała, żeby Bryn już sobie poszła. Nienawidziła samotności, ale teraz była jej ona bardzo  
potrzebna. Jakby wyczuwając tę potrzebę, Bryn szybko dopiła herbatę i wstała z fotela. 
- Zmienię pościel. Jeśli jutro będzie pogoda, nie trzeba będzie rozwieszać prania w domu. Nie 
cierpię tego. 
Zdawała sobie sprawę, że robi wszystko, by wreszcie móc poczuć się normalnie. 
Kiedy wyszła  z pokoju, Katy natychmiast  sięgnęła do torby i wyciągnęła zgniecioną kartkę. 
Zapisywanie własnych myśli stało się jej obsesją. Przeczytała ostatnie zdanie: Ludzie sprawiają 
mi b6l. Chcę być sama. Chcę być wolna ... Kiedy skończyła pisać, złożyła kartkę i umieściła ją w 
kopercie z napisem: 
Osobiste. Nie czytać, po czym schowała kopertę do torby. Nikt nie może przeczytać jej zapisków. 
Nigdy. 
Kiedy   Bryn   znalazła   się   w   swoim   pokoju,   zrezygnowała   ze   zmiany   pościeli   i   w   płaszczu 
przeciwdeszczowym,   który  zapomniała   zdjąć,   położyła   się   na   łóżku,   zwinęła   w   kłębek  i  po 
chwili zasnęła. 
Śniło jej się, że jest piękna i szczupła. Mieszkała w zamku, który miał grube mury i stał wśród 
wrzosowisk.   Oblegali   go  żołnierze   w  ciemnoszarych   kolczugach,   a  jej   ojca   nie   było   już   na 
świecie. Miała na sobie długą białą suknię. Była to suknia ślubna. Poszła do kaplicy, żeby się  
pomodlić. Ściany drżały, a ona słyszała odgłosy walki. Nagle płomienie świec drgnęły i ktoś 
gwałtownie otworzył drzwi kaplicy. Wysoki mężczyzna, tak wysoki, że głową prawie dotykał 
sufitu, podszedł do niej. Kiedy zdjął hełm, objęły ją płomienie. Czuła, że płoną jej włosy, a kiedy 
opuściła wzrok, zobaczyła, jak jej piękna ślubna suknia nabiera ohydnego brązowego koloru i 

background image

zaczynają się na niej pojawiać czarne kropki, jak ślady po ospie. 
Obudziła się z krzykiem, czując w ciele dziwne, podniecające pulsowanie. 

Stowe, Vermont 

Morgan usłyszał pukanie do drzwi. Trzy krótkie uderzenia. Nie poruszył się. Siedzieli w 
warsztacie miejscowego sklepikarza, nad rozłożoną na stole mapą, na którą padało światło 
zawieszonej pod sufitem lampy karbidowej. Oprócz Morgana byli jeszcze dwaj mężczyźni. 
Znowu rozległo się stukanie: jedno uderzenie, przerwa i trzy I!derzenia. Na twarzach mężczyzn 
pojawił się wyraz ulgi. Morgan uchylił drzwi. 
- Tak? 
- Głęboka zieleń. 
Otworzył drzwi, cofnął się i rzucił szybkie spojrzenie na tonącą w mroku ulicę, po czym zamknął 
je i zwrócił się w stronę gościa. Mężczyzna mimo nędznej postury tryskał energią. 
- Cześć, Greg - cicho powiedział Morgan. - Dawno cię nie widziałem. Cieszę się, że jesteś z 
nami. 
- Ja też się cieszę - odrzekł Greg, ajego małe oczka błysnęły. - Wiesz, że wystarczy jedno słowo, 
Morgan. Zawsze jestem do dyspozycji - mówił nerwowo, wycierając dłonie o koszulę. W jego 
głosie dało się słyszeć coś służalczego. Obserwujący tę scenę dwaj mężczyźni spojrzeli na siebie 
z zakłopotaniem. 
- Wejdź, Greg. To jest Klaus Gruber. - Morgan wskazał na wysokiego, przystojnego blondyna, 
który skinął głową. - A to jest Bruno - dodał nie wymieniając nazwiska. 
Greg  nie   spojrzał   nawet   w   ich   stronę.   Cały  czas   patrzył   na   Morgana   oczami   wiernego   psa. 
Morgan wyczuł rosnące napięcie. Usiadł przy stole, a Greg poszedł za jego przykładem. 
- Panowie, Greg jest moim przyjacielem z dawnych czasów. Z bardzo dawnych czasów - dodał 
cicho. Wiedział, że obaj mężczyźni natychmiast go zrozumieli i poczuli się nieswojo. - Greg 
będzie się kontaktował tylko ze mną. A wszystkimi sprawami związanymi z jego działalności4 
zajmę się osobiście. Zgoda? 
Mężczyźni   trochę   się   odprężyli,   zadowoleni,   że   nie   będą   musieli   współpracować   z   nowo 
przybyłym osobnikiem. Morgan doskonale ich rozumiał. Uciekinier z domu wariatów nie był dla 
nikogo pożądanym towarzyszem. Nie znaczy to, że Morgan liczył się z ich opinią. Ich celem była 
ochrona środowiska, dla niego liczył się wyłącznie plan zniszczenia Germaine Corporation. Nic 
nie mogło mu w tym przeszkodzić. 
- Przejdźmy do interesów - powiedział szybko. - Klaus, złożyłeś podanie o tę pracę? 
Niemiec skinął potakująco głową. - Ja. I zostałem przyjęty. 
- Nic dziwnego - odparł z uśmiechem Morgan. - Jesteś najlepszym narciarzem, jakiego znam. - 
Pochlebstwo nic nie kosztowało. 
Klaus skinął głową. Na jego przystojnej twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Od pięciu 
lat był  instruktorem narciarskim,  a do Zielonych  należał  dopiero od trzech.  Klaus podziwiał 
Morgana. Jeśli Morgan chciał, żeby uczył gości Germaine'a jazdy na nartach, to on nie miał nic 
przeciwko temu. Wierzył, że tamten wie, co robi. 
-   Vanessa   Germaine   przyjedzie   z   college'u   na   ferie   Bożego   Narodzenia.   Jest   średniej   klasy 
narciarką, a twoim zadaniem będzie podniesienie jej umiejętności - powiedział Morgan z lekkim 
uśmiechem. Klaus również się uśmiechnął. - Chcę, żebyś zrobił coś więcej, poza udzielaniem jej 
pomocy na stoku - ciągnął stłumionym głosem. - Vanessa jest piękną, młodą dziewczyną. Ma 
dwadzieścia lat i jest już dojrzała do romansu. - Przypomniał sobit kiedy ostatni raz ją widział. 
Miała wtedy dwa lata, blond włosy do pasa i bardzo długie rzęsy. Była blada jak ściana, a jej 
dziecinnym   ciałem  wstrząsały  drgawki.   Wtedy  widział   ją   po  raz   ostatni.   To   wszystko   przez 
Kynastona, pomyślał z wściekłością. Gdyby Kynaston nie wtrącał się w nie swoje sprawy, to 
Vanessa nie musiałaby wzrastać w tych przeklętych slumsach. 
- Vanessa ... - powtórzył  miękko.  Spojrzał  na Klausa.  - Vanessa jest niewinna - powiedział 

background image

ostrym tonem. - Ona nie ma nic wspólnego z interesami brata i nawet nie wie, w jaki sposób on 
zarabia pieniądze. 
- Ale umie je wydawać - odezwał się Bruno, który do tej pory nie powiedział ani słowa. Był 
niskim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Mówił głębokim głosem, urywanymi zdaniami. 

Morgan odchrząknął. 

- Klaus, kiedy zdobędziesz jej zaufanie, otworzysz jej oczy na to, co jej brat robi ze 
środowiskiem naturalnym. 
Zadowolony ze swego zadania Klaus skinął głową. Uwielbiał uczyć jazdy na nartach, a romanse 
z   młodymi,   pięknymi   dziewczynami   należały  do   jego   ulubionych   rozrywek.   Przejrzał   plany 
Morgana.  Organizacja  będzie  miała  dobrego  szpiega  w osobie  tcj  dziewczyny.  Nie  rozumiał 
tylko, jakie zadanie będzie miał w tym wszystkim Greg, ale niewiele go to obchodziło. A jeśli 
chodzi o Bruna ... Uśmiechnął się. Taki facet jak Bruno zawsze jest pożyteczny. Kiedy Morgan  
pozwolił   mu   odejść,   Niemiec   z   zadowoleniem   opuścił   warsztat.   Nie   musiał   wszystkiego 
wiedzieć. 

- Katy,telelon do ciebie! - zawołała Bryn. 
- Dzięki. - Z ciężkim westchnieniem dziewczyna podniosła słuchawkę i oparła się o ścianę. 
W tym momencie Bryn usłyszała szelest wpadających do skrzynki listów i podeszła do drzwi. 
- Czółko, Kate, co słychać na odludziu? 
- Maeve? - Katy od razu poznała głos Maeve Finagal. Po raz pierwszy usłyszała o niej po kilku 
miesiącach pobytu w Londynie. Dziewczyny, z którymi robiła reklamówkę kremów do opalania, 
opowiadały jej o przyjęciu, jakie wydała Maeve w najmodniejszym nocnym lokalu Londynu, i o 
tym, kto tam został zaproszony. Katy spodziewała się, że usłyszy same sławne nazwiska. Ale 
Veronique Finch, znana modelka, zaczęła wymieniać zupełnie nieznane imiona dziewczyn, które 
wywołały pogardliwy śmiech· u słuchaczek. Dopiero później Jayne Moore, jedna ze starszych 
modelek, wszystko. jej wyjaśniła. Maeve prowadziła agencję towarzyską, która dostarczała ~ 
"osób towarzyszących" na różnego rodzaju przyjęcia. 
Katy wiedziała, co to oznacza. Rozrywka dla każdego - dziewczyny z pejczami i kajdankami 
dla szukających odprężenia, przemęczonych  polityków, angielskie blondynki  dla arabskich 
milionerów,   gwiazdeczki,   desperacko  pragnące   przypodobać   się   znudzonym   producentom, 
aby dostać się do show-biznesu. 
- Jesteś tam jeszcze? 
- Co? Tak, tak. Przepraszam, Maeve - powiedziała Katy, marszcząc brwi. Czego, u diabła, mogła 
od niej chcieć Maeve Finagal. 
- Jak ci się tam powodzi? Liżesz rany? 
Katy zaśmiała się bezdźwięcznie. Więc rozeszła się już wiadomość o tym, że sir Lionel ją 
porzucił. 
- Słuchaj, ślicznotko, kiedy masz zamiar wrócić do tego dużego, nie dobrego miasta? 
Katy dotknęła czoła. Koniecznie musi zażyć tabletkę uspokajającą. Rozmowa z Maeve zawsze ją 
denerwowała i pozbawiała zdolności myślenia. Katy wielokrotnie była świadkiem, jak Maeve 
ściągała z różnych agencji starzejące się modelki i umieszczała w swoim domu w Chelsea, 
zwodząc obietnicami znalezienia bogatego męża czy szansą wyjazdu do Hollywood. 
- Nie wiem, kiedy wrócę - powiedziała wreszcie. Domyśliła się, czego Maeve chce. Zrobiło jej 
się słabo. 
- No więc kiedy wrócisz, to pamiętaj o swoich prawdziwych przyjaciołach. Słyszałam,  że 
Braer  wyrzucił  cię  z roboty.  Tylko  dlatego, że  nie  mogłaś pracować  z tym  wycieruchem  
Andym.   A   kto   by   mógł?   Sukinsyny!   Wszyscy   oni   myślą,   że   dwudziestopięcioletnia 
dziewczyna   jest   za   stara   na   modelkę.   W   Agencji   Finagal   jest   inaczej.   Nasze   najlepsze 
dziewczyny to kobiety, a nie głupie panienki. Kiedy mają dwadzieścia pięć lat, to już wiedzą 

background image

co nieco o życiu. Na przykład Mandy Martin. Pamiętasz ją, ślicznotko? 
Mandy znalazła sobie sławnego producenta z Hollywood. 
Ale na jedną Mandy przypadało sto innych dziewczyn. Zwykłych prostytutek. 
- Zadzwoń do mnie wkrótce, okay? Koniecznie. 
- Okay - odpowiedziała automatycznie Katy. Łatwiej było przytaknąć niż dyskutować z Maeve. 
- To świetnie. Jak tylko się zgłosisz, Agencja Finagal  natychmiast podpisze z tobą kontrakt. I nie 
musisz się martwić, że straciłaś to swoje mieszkanko. Załatwimy ci ładny strych w Chelsea. 
Jesteś rozsądną dziewczyną, Kate. Od razu to zauważyłam. 
Dźwięczny śmiech Maeve urwał się nagle i dopiero wtedy Katy zorientowała się, że tamta rzuciła 
słuchawkę. Stała bez ruchu, wpatrzona w aparat telefoniczny. Więc Maeve, kiedy zobaczyła ją po 
raz pierwszy, wiedziała, że wcześniej czy później Katy stanie się łupem jej agencji. Wybuchnęła 
histerycznym śmiechem. Przez cały czas, kiedy mieszkała w swoim miłym mieszkanku, z 
bogatym kochankiem, uważając się za I modelkę, za dziewczynę, której się powiodło, przez ten 
cały czas Maeve Finagal czekała, kiedy będzie ją mogła zwerbować. 
Ruszyła przez sień jak lunatyczka, zastanawiając się, co ma teraz zrobić. Postanowiła zażyć 
najpierw tabletkę uspokajającą. 
Wzięła   torebkę  z   kanapy,  wysypała  na   dłoń  dwie   tabletki  i   zaraz  je  połknęła.   Przeszła   do 
kuchni, stanęła przyoknie i zagapiła się przed siebie. Deszcz uderzał o szyby. Bezkresne zielone 
pastwiska tonęły w szarudze. Nie zauważyła ojca, który siedział przy stole i rozmawiał z Bryn. 
Myślami była gdzieś daleko. Bardzo daleko. 
Bryn nerwowo gniotła w ręku list, wbijając sobie paznokcie w dłoń. 
_ Sukinsyny - wyrzuciła łamiącym się głosem. - Dodatkowe pieniądze za stado. Jak gdyby sto 
funtów więcej miało jakiekolwiek znaczenie. 
John Whittaker przycisnął dłoń do serca. W kuchni zrobiło się nagle strasznie gorąco. Odetchnął 
głęboko. Dziś rano powiedział swoim pracownikom, że W następnym miesiącu będzie musiał 
ich zwolnić. Było to dla niego silne przeżycie, ale żaden z jego ludzi nie okazał zdziwienia.  
Whittaker był przecież ostatnim farmerem, któremu udało się tak długo utrzymać gospodarstwo. 
Poczuł, że nie jest w stanie oddychać. Ogarnęła go panika. Popatrzył na Bryony, która z trudem 
powstrzymywała się od płaczu. Doskonale ją rozumiał. Musiał jeszcze powiedzieć jej o tym,  
czego się dowiedział poprzedniego dnia. 

- Słuchaj, gołąbko. Byłem wczoraj w Clapham, aby obejrzeć dom wystawiony na sprzedaż. 
- Jest dla nas za drogi - odpowiedziała Bryn. 
_ Jest pięknie położony i o wiele mniejszy od naszego. Pomyśl, o ile mniej miałabyś w nim 
pracy. 
Nie słuchała ojca. Myślami była w gaIerii i patrzyła na najpiękniejszego na świecie mężczyznę. 
- Jak on mógł to zrobić - wyszeptała, wstając gwałtownie od stołu i przewracając krzesło. 
Wtedy dopiero John Whittaker zauważył Katy, która patrzyła przed siebie nieprzytomnym 
wzrokiem. 
Bryn  jednym  szarpnięciem otworzyła drzwi i wybiegła na podwórze. Przypomniała sobie, że 
Kynaston Germaine wydaje dzisiaj swoje snobistyczne przyjęcie. Oczami wyobraźni widziała 
ogromne kosze drogich kwiatów, kryształowe kieliszki i srebrną zastawę. Pieniądze, które wydał 
na to przyjęcie, wystarczyłyby na spłacenie długu w banku. A on co zrobił? Stała nieruchomo na  
środku  podwórza,   nie  zdając   sobie   sprawy  z  tego,   że   zimne  krople   deszczu spływają   jej  po 
twarzy,  a gruby sweter nasiąka  wodą.  Co on zrobił? Napisał  list, proponując  dodatkowe  sto 
funtów za owce! 
- Niech cię szlag trafi! - krzyknęła i natychmiast oprzytomniała. Rozejrzała się. Na szczęście nikt 
tego nie usłyszał. Wiatr poniósł jej słowa daleko w dolinę. Nagle wpadł jej do głowy pewien 
pomysł.   Poszła   do   stodoły,   zdjęła   z   gwoździa   stary   sztormiak   i   włożyła   go.   Wyciągnęła   z 
kieszeni   zgniecioną   czapkę   i   przetarła   okulary   chusteczką   do   nosa.   Następnie   podeszła   do 
stojącej w stodole ciężarówki. Był to stary model, z 1960 roku, zaniedbany i brudny, służący ojcu 

background image

do przewożenia owiec na targ. Uruchomiła ją z pewnym trudem, za pomocą korby, i wyjechała 
za bramę. 
Z okna kuchni John dostrzegł odjeżdżającą ciężarówkę. 
Nowe zmartwienie. Bryony Rose miała jakieś własne plany, o których mu nie powiedziała. Ale 
jeszcze bardziej martwiło go dziwne zachowanie Katy. 
- Posłodzisz herbatę, gołąbko? 
Popatrzył na córkę, opierającą się o stół kuchenny i bezmyślnie drącą na strzępy papierową 
chusteczkę. 
Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem. 
- Tak, tatusiu. Oczywiście. - Jeśli ma zostać prostytutką, to jej tusza nie będzie miała już żadnego 
znaczenia. 
Czekając, aż zagotuje się woda, John oparł się o zlew. Potem otworzył okno i wciągnął głęboko 
chłodne, świeże powietrze, mając  nadzieję, że Katy tego nie zauważy.  Wydawała  się być  w 
szoku. Kto by pomyślał, że do tego stopnia przejmie się utratą farmy. 
- Posłuchaj, gołąbko, prawdopodobnie niedługo przeniesiemy się do Clapham. Znalazłem tam 
ładny dom. Jestem pewien, że będzie ci się podobał. 
- Tak, tatusiu - powiedziała Katy. 
- Zamieszkamy tam we trójkę, ty, Bryn i ja. Urządzimy go sobie tak, żeby był równie przyjemny 
jak ten. Nalałem ci herbaty. Wypij, póki gorąca. Muszę spędzić barany na niżej położone 
pastwiska. W nocy może padać śnieg. Dasz sobie radę, Katy? - spytał z troską w głosie. 
Oprzytomniała na chwilę· 
_ Co? Tak, tatusiu. Oczywiście, że dam. 
Westchnął z ulgą i ruszył do drzwi, zabierając ze sobą kluczyki od ciągnika. 
Katy nie zdawała sobie sprawy, jak długo tu tkwi. Była pewna, że pada deszcz, ale kiedy wyjrzała 
przez okno, zobaczyła jasne promienie słońca. Odstawiła nie tkniętą filiżankę herbaty i wolnym 
krokiem przeszła do saloniku. Była okropnie zmęczona. Może powinna się zdrzemnąć. Ale 
przecież nie zaśnie bez środka nasennego. Za każdym razem, kiedy próbowała to zrobić, tak 
długo leżała bezsennie, że w końcu zażywała tabletkę. Z trudem weszła na schody, wzięła ze 
swojego pokoju tabletki i wróciła do saloniku. Usiadła przed kominkiem i zapatrzyła się w ogień. 
A więc miała skończyć tak samo jak te wszystkie nieszczęsne, zdesperowane kobiety. Nie 
zostanie sławną modelką. Wzięła tabletkę i wolno ją przełknęła. Kawałek płonącego drewna 
spadł na dywan przed kominkiem. Patrzyła, jak wypala w nim czarną dziurę. Połknęła następny 
proszek. Dlaczego nie ogarnia jej senność? Z ciężkim westchnieniem rozejrzała się po pokoju. 
Popatrzyła na kanapę, na której jej matka spędziła ostatnie miesiące życia. Wzdrygnęła się i od-
wróciła wzrok. Nie chciała myśleć o matce. Ani o farmie. Komu przyszłoby do głowy, że kiedyś 
ją stracą? Uśmiechnęła się mimo woli. Dla Bryn mogłą to być nawet korzystne, ponieważ 
zostanie zmuszona do poznania większego kawałka świata. 

Miała straszną ochotę na kieliszek wódki, ale w domu nigdy nie było alkoholu. Chociaż ... 

_ No, Katy, wcale nie masz takiej złej pamięci - powiedziała głośno i wstała i fotela. Podłoga 

uciekała jej spod nóg, ale zdołała jakoś dotrzeć do schowka pod schodami. Przecisnęła się obok 

worków z kartoflami i natrafiła na dwa brązowe gąsiory, pełne domowego jabłkowego wina. 

Wyciągnęła jeden z nich. 
Był wielki i ciężki, toteż z trudem, słaniając się na nogach, doniosła go do saloniku. Następnie 
poszła   do   kuchni   po   kubek,   wyjrzała   przez   okno   na   podwórze,   ale   nikogo   nie   zobaczyła. 
Doskonale. Jest więc sama. 
Wyciągnęła korek z gąsiora i nalała do kubka bursztynowego napoju. 
- Za Londyn - powiedziała i zaśmiała się głośno. 
Po pierwszym łyku zabrakło jej tchu. Zapomniała już, jaką moc ma ten domowy trunek. 
- Dobra robota, tato - powiedziała z szacunkiem i pociągnęła następny łyk. 
Nadal   nie   czuła   się   śpiąca.   Odkręciła   nakrętkę   buteleczki,   rozsypując   tabletki   po  dywanie. 
Wzięła jedną i połknęła, popijając winem. Musi zapomnieć o Maeve i o Londynie. To wszystko 

background image

przez niego. Przez Lionela. Niech go szlag trafi! 
Przypomniała sobie, że nic jeszcze nie zapisała dzisiaj w swoim dzienniku. Wyjęła z torebki 
kopertę z napisem "Poufne", papier i pióro. Położyła się na brzuchu przed kominkiem. Różowe 
pastylki leżały rozsypane koło niej na dywanie, wzięła więc jeszcze dwie. 
To wszystko jego wina - zapisała chwiejnym pismem. 
- Tak jest - powtórzyła głośno, popijając z napełnionego • ponownie kubka. Niech szlag trafi 
Lionela. - Gdyby nie on, nadal miałabym swoje mieszkanko ... 
Urwała.   "Mieszkanko"   było   wyrażeniem,   którego   używała   Maeve,   ta   wstrętna   suka. 
Przekreśliła to słowo i napisała "dom". Doznała przyjemnego zawrotu głowy, ale po chwili 
usłyszała głos Maeve, która namawiała ją do "podpisania kontraktu". Pochyliła się nad kartką. 
Nie chcę wracać do Londynu. Była to szczera prawda. Mogłaby wrócić tylko po to, aby zostać 
prostytutką. Na pewno wkrótce zaraziłaby się AIDS. Myśl ta napełniła ją przerażeniem. 
Wolałabym umrzeć - napisała. Ale czy naprawdę? Łzy napłynęły jej do oczu. Dlaczego nie  
może  zasnąć?  Zebrała  z  dywanu  resztę  proszków.  Nie  wiedziała,  ile  ich było,  ale  musiała 
opróżnić cały kubek wina, żeby je przełknąć. 
Z westchnieniem zwinęła się w kłębek na dywanie. 
 
- To tutaj - powiedziała Bryn do Robbiego Petersa, wskazując na nowy hotel. 
Odnalazła Robbiego w pubie. Najpierw zdziwił się, kiedy ją zobaczył, a następnie przestraszył, 
gdy mu powiedziała o swoich planach. Była kompletnie odmieniona, zupełnie nie ta sama Bryn, 
którą znał; taka rozgniewana, że nie potrafił jej odmówić. Robbie, podobnie jak jego bliźniaczy 
brat,   był   nieśmiałym   chłopcem.   Ter~z   nerwowo   spoglądał   na   hotel.   Podjechał   tam   właśnie 
elegancki sportowy samochód; mężczyzna w ciemnozielonym uniformie wskazał jego kierowcy 
miejsce   do   parkowania.   Robbie   popatrzył   z   zazdrością   na   samochód,   po   czym   zamrugał 
powiekami, kiedy spostrzegł, że mężczyzna patrzy w ich stronę. 

_ Uspokój się, Robbie, to tylko portier - powiedziała Bryn, 
rozpoznając postać. Nie mogła jednak liczyć, że będzie on równie przyjazny, jak podczas jej 
pierwszej wizyty w hotelu. 
Z tyłu dobiegły ją niecierpliwe pobekiwania. W ciężarówce znajdowało się dwadzieścia owiec. 
Specjalnie wybrała barany i kilka samic, które nie były ciężarne. 
_ Wjedź tutaj. - Bryn wskazała Robbiemu szeroki podjazd. Ażurowa, kuta w żelazie brama była 
szeroko otwarta. 
Robbie posłusznie skierował tam cięiarówkę. 
_ Co zrobimy, jeśli on wezwie policję? - spytał z przerażeniem. 
Nigdy jeszcze nie miał kłopotów z policją i ojciec chyba by go za to zabił. A może byłby z niego  
dumny?  Robbie nie mniał sobie tego wyobrazić. Pamiętał jedynie uczucie, jakie go ogarnęło, 
kiedy Bryn przedstawiła mu swój plan. Zawsze ją lubił, ale teraz jej zachowanie napawało go 
strachem.  Zachowywała  się' jak ktoś obcy.  Niby wyglądała  tak samo,  w swojej nieforemnej 
czapce i okularach, zsuwających się na czubek nosa, ale jednocześnie zdawała się być... taka 
silna i pewna siebie. 

_ Zanim to się stanie, nas już tu nie będzie - pocieszyła go, chociaż mało ją to obchodziło. Od 

chwili kiedy wpadła na szatański pomysł, żeby zepsuć eleganckie przyjęcie Kynastona Germaine, 

nic innego się nie liczyło. Lont został podpalony i nie było już odwrotu. Wcześniej czy później 

musiał nastąpić wybuch. Przepełniało ją wspaniałe uczucie siły. 
W hotelu było pełno gości. Kiedy Bryn  wyskoczyła  z szoferki i przeszła na tył  samochodu, 
usłyszała przyciszony gwar rozmów. Odźwierny biegł już w ich stronę, ale ona nie zwróciła na  
niego uwagi. 
- Chodź, Robbje, pomóż mi opuścić klapę. 

W hotelu Kynaston Germaine pożegnał się właśnie z jakąś ważną osobistością i podszedł do 
dziennikarza z miejscowej gazety. 

background image

- Witam. Cieszę się, że zdołałeś tu dotrzeć. Czy jedzenie jest w porządku? 
Z uśmiechem słuchał pochwał dziennikarza, odpowiadał na jego pytania, jednocześnie witając 
skinieniem głowy przechodzących gości. Przyjęcie przebiegało w świetnej atmosferze. "Wielka 
trzydziestka",   jak   Michael   nazywał   wszystkich   notabli,   przybyła   wcześniej   i   zjadła   lunch   w 
jadalni, aby potem móc przyłączyć się do zaproszonych na popołudnie gości. 
Największe zainteresowanie głównych  udziałowców Germaine  Corporation budził oczywiście 
hrabia Vane z małżonk:t. Hrabia, który był członkiem licznych rad nadzorczych, mógł okazać się 
przydatny również Germaine'owi. 
Kynaston   pilnie   śledził   przebieg   całego   przyjęcia.   Zauważył,   że   bufet   został   już   do   połowy 
opróżniony, co oznaczało, że jedzenie wszystkim smakuje. Oprócz tradycyjnych zimnych mięs 
bufet   zaopatrzony   był   w   różnorodne   dania   wegetariańskie.   Goście   mogli   raczyć   się   także 
kawiorem,   homarem   w   majonezie   i   pasztetem   z   gęsich   wątróbek.   Na   przykrytym   zielonym 
obrusem   stole   ustawiono   misy   z   sałatkami.   Obok   nich   stały   tace   pełne   ciastek,   musów  
czekoladowych w szklanych pucharkach i koktajli z egzotycznych owoców. 
Do picia podano czerwone i białe amerykańskie i francuskie wina, szampana i likiery. Kynaston 
słyszał, jak jeden z gości zakłada się, że sześciu obsługujących przyjęcie barmanów nie potrafi 
przyrządzić trunku, jakiego tylko gość zażąda. Z przyjemnością stwierdził, że do tej pory nikt 
jeszcze   nie   wygrał   tego  zakładu.   Z   odległego   krańca.   jadalni   dochodziły  dźwięki   dyskretnej 
muzyki kameralnej. Zatrudnieni muzycy grali w najlepszych orkiestrath świata. 
Kynaston zauważył, że spora grupa gości przysłuchuje się im z żywym zainteresowaniem. Był  
wśród  nich  dziennikarz   z   "Timesa".   W   ogrodzie;   pod  rozciągniętymi   markizami,   zebrała   się 
młodsza część towarzystwa. Stały tam namioty z alkoholem i jedzeniem, a miejscowa popowa 
kapela, której specjalnością była muzyka folk, przygrywała młodym yuppies. Czerwone tulipany 
i   kolorowe   prymulki   stanowiły   świetny   akcent   kolorystyczny.   Kynaston   spojrzał   z   ulgą   na 
wpadające do ogrodu jasne  promienie  słońca. Markizy nie  przepuszczały deszczu, ale mimo  
wszystko ... 
Nagle   coś   przerwało   tok   jego   myśli.   Przy   grządce   tulipanów   zobaczył   owcę,   która   z 
upodobaniem zajadała kwiaty. Nie chciał wierzyć własnym oczom. Ale obraz był dostatecznie 
wyraźny. Baran, z ładnie wygiętymi rogami, ocierał się właśnie o nogę jakiejś młodej kobiety. 
Zaskoczona   dziewczyna   krzyknęła   i   upuściła   talerz   z   sałatką;   pozbawione   jakichkolwiek 
skrupułów zwierzę natychmiast ją zjadło. 
Kynaston postanowił wkroczyĆ do akcji. Dyskretnie przywołał kelnera i wydał mu cichy rozkaz. 
- Zasuń zasłony i zapal światła. Wszystkie. - Zaskoczony kelner szybko wypełnił jego rozkaz. Za 
chwilę jadalnia pogrążyła się w ciemności, a rozbawieni goście patrzyli z zachwytem na cztery 
ogromne  kule, zrobione z niezliczonych kolorowych płytek, wysyłających  tęczowe promienie 
światła. 
Kynaston   patrzył   w   osłupieniu   na   ogród.   Dwadzieścia   owiec   przechadzało   się   spokojnie 
pomiędzy gośćmi, którzy przyjmowali ten fakt jakO doskonały żart. 
- Co u diabła ... Mike? Co tu się dzieje?  
Kynaston spostrzegł swojego asystenta, zajętego właśnie odpędzaniem owcy od żony prezesa  
banku.   Kobieta   śmiała   się   z   jego   rozpaczliwej   miny,   która   bawiła   ją   o   wiele   bardziej   niż 
obecność owiec w ogrodzie. 
- To ta cholerna baba. Ona je tutaj przywiozła. - Michael był  bliski płaczu. To było nie do 
uwierzenia.   Kiedy   portier   powiedział   mu   coś   o   owcach,   Michael   nie   wziął   tego   poważnie. 
Uwierzył dopiero, kiedy sam je zobaczył. 
- Jaka baba? - W głosie Kynastona brzmiał gniew. 
- Bryn Whittaker. 
- Whittaker? Sądziłem, że ta sprawa jest już załatwiona. 
- Jest załatwiona. Była. Przynajmniej tak mi się wydawało. Aj! - krzyknął Michael, ponieważ 
owca stanęła kopytem na jego bucie. - Zostaw te cholerne prymulki! - wrzasnął, kiedy zwierzę 

background image

najspokojniej w świecie zabrało się do zjadania grządki kwiatowej. 
- Co to wszystko ma znaczyć? - spytał gniewnie Kynaston, odciągając Michaela od gości. - Co tu 
się dzieje? 
Michael spojrzał ponuro na szefa. 
- Nie wiem. Chyba jest to rodzaj protestu - przyznał wreszcie, zdruzgotany. 
Kyn zaklął. 
- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że masz kłopoty? 
- Nie wiedziałem, że będą jakieś kłopoty! - krzyknął histerycznym głosem Michael. 
- Mów ciszej - wycedził Kynaston przez zęby. - W jadalni zasłony są opuszczone, ale za chwilę  
wszyscy i tak się o tym dowiedzą. Łącznie z dziennikarzami. Idź i zbierz wsżystkich, którzy  
bezpośrednio nie obsługują gości. Trzeba zamknąć gdzieś te owce. I to szybko. 
- Już idę. - W głosie Michaela zabrzmiała ulga. - Ale ... co my z nimi zrobimy? 
Kyn przesunął ręką po włosach. 
- Nie wiem ... Szklarnia jest teraz pusta. Niech tam je wpędzą. Michael wybiegł, a Kyn spojrzał  
na obserwujących go z zainteresowaniem gości. Następnie przeniósł wzrok na stadko owiec, 
pracowicie   wyżerających   jego   nieskazitelną   murawę   i   dorodne   tulipany,   i   nagle   ogarnął   go 
śmiech.   Nie   mógł   się   powstrzymać.   Tak   zabawnej   sceny   nie   widział   od   czasu,   kiedy  jego 
dziadek usiłował złapać świnię. Rozłożył bezradnie ręce. W tym momencie zza rogu wybiegł 
baran, więc Kyn pospiesznie usunął się na bok. Za nim pobiegła reszta owiec. Zatrzymały się  
dopiero przed bramą. Na podjeździe manewrowała właśnie wielka, stara cięzarówka. Jakaś tęga 
postać,   w   znoszonych   sztruksowych   spodniach   i   zielonej   wełnianej   czapce,   pokazywała 
kierowcy, gdzie ma jechać. 
- Chwileczkę! 

Bryn odwróciła głowę. Zamarła z przerażenia, kiedy zoba- 
czyła, że Kynaston idzie w jej kierunku. Przyjechała tu między innymi dlatego, żeby udowodnić 
sobie, że Kynaston Germaine zupełnie jej nie obchodzi. Ale kiedy go ujrzała, wiedziała, że się 
myliła.  Teraz zrobił na niej jeszcze większe wrażenie niż w muzeum.  Wydawał  się jeszcze 
wyższy, a włosy miały bardziej intensywny srebrzystozłoty odcień. I jego twarz ... Nie mogła 
oderwać od niej wzroku. Jakiż on był przystojny. Jego oczy były jednocześnie zimne i gorące. 
Przejął ją dreszcz. Cóż ona narobiła? 

Kyn zatrzymał się przed tęgą kobietą, ubraną w brudny płaszcz i gumiaki. Zobaczył zieloną 

wełnianą czapkę, czerwone policzki, pięknie wykrojone usta i ohydne okulary w czarnych 

oprawkach. Potem spojrzał jej w oczy. Nigdy jeszcze nie widział takich oczu. Wyzierała z nich 

nienawiść, gniew, strach, ból i jeszcze coś. Gniewne słowa uwięzły mu w gardle. Te oczy 

przypominały mu oczy tygrysa i ... były przepiękne. 
_ Tak bardzo zależało ci na naszych owcach? - wykrztusiła wreszcie kobieta jadowitym głosem. - 
To je sobie weź! 
Z tymi słowy odwróciła się i pobiegła przed siebie. Nie była w stanie dłużej na niego patrzeć. 
Płacząc wsiadła do ciężarówki . 
Robbie ruszył, wyciskając ostatnie siły ze starego gruchota. 
Kyn patrzył, jak odjeżdżają. Na twarzy pozostał mu wyraz zdziwienia i zaskoczenia. Odwrócił 
się, kiedy dobiegł go głośny śmiech od strony hotelu. Wszyscy byli już w ogrodzie, obserwując, 
jak kelnerzy starają się zapędzić owce do szklarni. Przeszła mu ochota do śmiechu. Nie mógł  
zapomnieć widoku tych przepięknych oczu, w których błyszczały łzy. 
- Niech cię szlag trafi, Michael - mruknął. - Przecież mówiłem, żeby obchodzić się delikatnie z 
fannerami. 
Kiedy skręcili w boczną drogę, prowadzącą do fanny, Bryn przestała wreszcie płakać. Robbie, 
który poczuł  ogromną  ulgę,  gdy wyjechali   z  miasta,   żałował,  że  nie  miał   dość  odwagi,  aby 
popatrzeć, jak ważni goście zareagowali na owce przed hotelem. Bryn w milczeniu wyglądała 
przez okno. Nie czuła już ani gniewu, ani dumy ze swojego wyczynu. Zamknęła oczy. Co on 
sobie o niej pomyślał? 

background image

Kiedy wjechali na fannę, Bryn natychmiast zapomniała o sobie. Wiedziała już, że wydarzyło się 
coś złego. Ojca nie było na podwórzu. 
- Czy to nie jest samochód doktora Beana? - spytał Robbie, wskazując na beżowe volvo 
zaparkowane przed domem. 
Lodowaty dreszcz przeniknął Bryn do szpiku kości. 
- Tatuś - szepnęła, po czym krzyknęła histerycznie: - Tatusiu! 
Potykając  się, wpadła do kuchni. Ojciec siedział przy stole, blady i zagubiony,  trzymając  w 
rękach  nie   tknięty  kubek  herbaty.   Doktor   Bean  podniósł   głowę   i  popatrzył   na   nią   smutnym 
wzrokiem. 
Z piersi Bryn wydobyło się westchnienie ulgi. 
- Dzięki Bogu, myślałam ... - Urwała widząc wyraz twarzy ojca. 
John Whittaker z wolna podniósł głowę i popatrzył na nią niewidzącym wzrokiem. 
- Twoja siostra nie żyje, Bryone Rose - powiedział głucho. - Katy nie żyje.  

Nowy Jork

Lance  Prescott  postawił  pustą  szklankę  na  barze  i  wpatrywał   się  w  nią  ponurym  wzrokiem. 
Breezie, najmodniejszy bar na Manhattanie, po prostu pękał w szwach. 
Nowy Jork to miasto, .gdzie wielu ludzi żyje na skraju przepaści. Lance zdołał utrzymać swoją 
wysoką  pozycję  towarzyską  dzięki pochodzeniu, nazwisku, prezencji oraz opinii wspaniałego 
kochanka. Odkąd sięgał pamięcią, zawsze stanowił integralną część nowojorskiej elity. Jadał w 
najelegantszych restauracjach, współczuł przyjaciołom, którzy ponieśli straty w czarne giełdowe 
poniedziałki, środy czy piątki. Wyćwiczył się w zakulisowych intrygach. Należał do najlepszych  
klubów.   Był  obecny na   każdym.   przyjęciu,  balu,   promocji,   wernisażu i   wszystkich  ważnych 
premierach teatralnych, oczywiście zawsze jako gość któregoś z przyjaciół. 
I na tym właśnie polegał problem. Lance należał do tak zwanej starej gwardii, co dawało mu 
pozycję   w   towarzystwie   i   miało   inne,   praktyczne   zalety.   W   zamkniętym   kręgu,   grupującym 
jedynie najbogatszych, nie musiał szukać kontaktu z nowymi ludźmi, którzy wykazywali zwykle 
dużą podejrzliwość. W świecie, gdzie każdy gotów był każdemu wbić nóż w plecy, stara gwardia 
trzymała się mocno razem. Mówiono, że chociaż Lance Prescott nie posiada majątku, jest jednym  
z nich. Jego nazwisko znajdowało się na liście śmietanki towarzyskiej Nowego Jorku. 
Był jednym z nich, ale nie mógł korzystać z tych samych co oni przywilejów. Biedni członkowie  
mogli   polegać   na   swoich   przyjaciołach   jedynie   wtedy,   gdy   potrafili   okazać   daleko   idącą 
wdzięczność. 
- Jeszcze jeden, Filipie. 
Barman   natychmiast   napełnił   mu   sżklankę.   Lance   pił   w   milczeniu.   Kiedy   był   w   ponurym 
nastroju, jego twarz stawała się bardziej interesująca. Zbyt słodka uroda nabierała wtedy cech,  
które   pociągały   szukające   ryzyka   kobiety.   A   Grace   Vancouver   właśnie   do   takich   należała. 
Zbliżała   się   do   czterdziestki,   miała   za   sobą   dwa   nieudane   małżeństwa   i   stale   była   w   złym 
humorze. 
- Cześć, koteńku. Nie spodziewałam się ciebie tutaj. Lance zagryzł wargi. 
- Cześć, Grace. Czego się napijesz? 
- Zielonej Bogini. Będzie pasować do mojej sukni. 
Spojrzał z uśmiechem na zieloną kreację. 
- Zielona Bogini, Filipie, dla zielonej bogini. 
- To miejsce przypomina mi targ bydła - powiedziała Grace, siadając na stołku barowym i 
pokazując zgrabne nogi. 
- Czy zatem wszystkie kobiety tutaj są krowami, kochanie? - spytał, przeciągając sylaby, a Grace 

background image

roześmiała się głośno. 
_ Widzę, że małżeństwo z Księżniczką nie przytłumiło twojego poczucia humoru. To dobrze. -  
Cedziła słowa z przymrużonymi oczami. - Będziesz go znowu potrzebować. - Czy wybrałeś już 
sobie jakiś nowy wypchany portfel na dwóch nogach? 

Zatuszował uśmiechem wzbierającą w nim wściekłość. Miał w tym dużą praktykę. 
- A ty? Co byŚ na mnie powiedziała? 
Zaczerwieniła się. Jej pierwszy mąż, stary Francuz, był właścicielem świetnie prosperujących 
winnic i zostawił jej w spadku pokaźną sumę. Była więc zabezpieczona materialnie. Natomiast  
drugi mąż  okazał się pomyłką.  Ten głupiec zbankrutował, jeszcze zanim zdążyła  się z nim 
rozwieść. 
_   Obawiam   się,   że   jesteś   dla   mnie   za   stary,   kochanie   _   zamruczała.   -   Lubię   troszeczkę 
młodszych.   A   propos,   słyszałam,   że   twoja   kochana   mama   wydaje   w   sobotę   przyjęcie. 
Oczywiście, przyjdziemy wszyscy. Jesteśmy bardzo ciekawi, co ona potrafi teraz zrobić. 

_ To znaczy teraz,' kiedy ma pieniądze? - zapytał Lance oschle. 
_ Pieniądze Ventury, kochanie - poprawiła go Grace. - Podobno nie wystarczą wam na długo. 
Ale nawet Moira nie upora się tak szybko z tymi wszystkimi milionami, prawda? Przecież to są 
miliony, prawda, kochanie.? Wszyscy są pewni, że przynajmniej tyle ci się należało. 
_ Tak. Przynajmniej tyle - odpowiedział z uśmiechem Lance. W głębi duszy czuł się jednak 
całkowicie załamany. Cały czas liczył na to, że uda mu się unieważnić przedmałżeńską umowę. 
Potrzebował przynamniej pięciu milionów dolarów, żeby poczuć się w miarę bezpiecznie. Ale 
Marion go tego pozbawiła. Suka! Czemu podpisał ten przeklęty kontrakt? Ale stary nie 
zezwoliłby bez tego na małżeństwo swojej małej Księżniczki. Sukinsyn! 

Grace zaśmiała się głośno, zastanawiając się, co się kryje za tą przystojną, fałszywą twarzą. 
- Słyszałam, że Księżniczka szykuje się do objęcia rządów w firmie ojca - powiedziała miękkim  
głosem, patrząc Lance'owi w oczy. Jej słowa odniosły zamierzony skutek. Źrenice mężczyzny 
zwęziły się nagle. 
- Co takiego?! - wykrzyknął, tracąc całe opanowanie. Grace z przyjemnością przekazała mu 
dalsze informacje. 
-   Straszny   miałeś   niefart,   kochanie   -   powiedziała   z   nie   skrywaną   złośliwością.   -   Marion 
rozpoczęła pracę w firmie. Gdybyś mógł utrzymać się w rodzinie jeszcze ,parę miesięcy, kto wie, 
jakie   byłyby   wtedy   warunki   rozwodu.   Twój   adwokat   mógłby   dowieść,   że   pomogłeś   swojej 
ukochanej żoneczce zarobić miliony. 
Lance nie potrzebował porad prawnych od Grace Vancouver. - Jeszcze jedną Zieloną Boginię, 
Grace? - spytał uprzejmie. 
Po czym dodał, patrząc na jej zbyt pełne uda, widoczne w rozcięciu sukni. - A może masz już 
dosyć? 
Pierwszą rzecz, jaką zrobił po powrocie do domu, był telefon do adwokata. 
- Chcę, żebyś złożył odwołanie od wyroku - powiedział bez wstępu. - Nie obchodzi mnie, na 
jakiej   podstawie   to   zrobisz.   Możesz   powiedzieć,   że   sędzia   był   stronniczy.   Powołaj   się   na 
dyskryminację z powodu płci, powołaj się, na co chcesz. Zrób to tak, żebym miał jakiś punkt  
zaczepienia. 
Odłożył słuchawkę, nie czekając nawet, co Vent mu odpowie. Dusiła go wściekłość. Musi 
wydostać pieniądze od tej suki, z którą się ożenił. 

Marion ziewnęła, spoglądając na zegarek. Dochodziła pierwsza, ale nie miała czasu, żeby zjeść 
lunch. Wstała i przeciągnęła się. Bolała ją szyja i kręgosłup. 
- Nazywam to firmowym skurczem - powiedziała z uśmiechem Felicity. - Dostaje się go od zbyt 
długiego siedzenia nad sprawozdaniami finansowymi. 
Marion roześmiała się. Pracowała w dawnym biurze Keitha, ale na drzwiach widniała teraz 
tabliczka. Marian Ventura. Specjalna Asystentka Prezesa. 
Nie czuła się jednak tak bardzo specjalna. Kiedy Felicity zamknęła drzwi, podeszła do okna, za 

background image

którym   rozciągał   się   widok  na   niebo  i   drapacze   chmur.   Gdzieś   w   dole   była   WaU   Street   i 
Madison   A   venue   z   setkami   sklepów   i   wielkim   centrum   handlowym,   którego   spora   część 
należała do jej ojca. 
Uśmiechnęła ~ię na wspomnienie dnia, kiedy pojawiła się na specjalnie zwołanym zebraniu. 
Wszyscy  byli  już  na  swoich  miejscach.  Pięćdziesięciu mężczyzn   w garniturach.  Ani   jednej 
kobiety, z wyjątkiem dwóch sekretarek, które miały protokołować zebranie. Wciąż miała przed 
oczami   wyraz   twarzy   tych   wszystkich   mężczyzn,   kiedy   ojciec   przedstawił   ją   jako   nową 
specjalną asystentkę prezesa. Najpierw wyglądali na zszokowanych. Potem na złych. Teraz, po 
trzech miesiącach, zachowywali się ostrożnie, zdziwieni, że nie przygniótł jej nawał pracy i  
stres, którego nie szczędził jej nawet własny ojciec. 
Leslie Ventura od razu rzucił ją na głębokie wody.  Wiele dni musiała przedzierać się przez  
gąszcz problemów związanych  z finansami  i marketingiem.  Kiedy,  ku ogólnemu zdziwieniu, 
zaczęła się w tym  trochę orientować, ojc~ec kazał jej zapoznać się z siatką przedsiębiorstw  
składających się na całość firmy. Doskonale wiedziała, dlaczego to zrobił, ale nie zamierzała się  
poddać. Chciała zrozumieć  infrastrukturę firmy.  Czuła jednak, że nie wytrzyma,  jeśli będzie 
musiała spojrzeć na jeszcze jeden wydruk z komputera. Na to właśnie wszyscy,  łącznie z jej 
ojcem, czekali. Było to . szalenie deprymujące. Pomyślała o mężczyźnie, na którym mogłaby 
polegać.   O   mężu,   który   nie   sprzątałby   po   sobie   i   nie   zakręcał   pasty   do   zębów,   ale   który 
czekał1:~y na nią w domu i dodawał otuchy. 

Postanowiła wyjść na lunch. Do diabła z nimi wszystkimi! 
_  Wrócę   o  drugiej   -  powiedziała   do  Felicity  ,  która   podniosła   zdziwiony  wzrok  znad  stosu 
dokumentów.   -   Gdyby   ktoś   dzwonił,   w   żadnym   wypadku   nie   mów,   że   wyszłam   na   lunch. 
Powiedz, że jestem ... że poszłam do portu, sprawdzić dokumenty przewozowe. 
Na   ulicach   czuło   się   już   wiosnę.   Marion   kupiła   duży   bukiet   żonkili   i   jabłko   od   ulicznego 
sprzedawcy. Zawędrowała aż do Central Parku. Usiadła na ławce, jadła jabłko i cieszyła się, że  
jest   na   wagarach.   Zobaczyła   młodą   parę,   która   szła   w   jej   kierunku,   trzymając   się   za   ręce.  
Niczego i nikogo poza sobą nie widzieli. Dziewczyna była wysoka i szczupła, a chłopak niski i 
krępy. On był czarny, a ona biała. Oboje mieli na sobie dżinsy i skórzane kurtki i wyglądali . na  
tak szaleńczo w sobie zakochanych, że Marion musiała odwrócić wzrok. 
Ruszyła wolno w kierunku biura i myślała o miłości. Po tym wszystkim, co przeszła, wiedziała 
już, że nigdy nie była zakochana. Krótkotrwałe zaślepienie, jakiemu uległa, kiedy poznała Lance' 
a, nie miało żadnego znaczenia. Pomyślała o widzianej w parku parze. Pójdą do domu, rzucą się 
na łóżko, zedrą z siebie ubranie i będą się kochać, dawać sobie miłość, niepomni niczego poza  
własnym pożądaniem. Tak bardzo im zazdrościła. 
- Był pilny telefon od twojego adwokata, Marion - powiedziała Felicity, gdy tylko jej szefowa 
stanęła w drzwiach biura. - Prosił, żebyś natychmiast do niego zatelefonowała. 
- Dobrze. Dziękuję ci, Felicity - mruknęła Marion, wręczając jej kwiaty. 
Kiedy znalazła się w swoim biurze, zatelefonowała do kancelarii Bernarda. 
- Cześć, Marion. Nie chcę cię martwić niepotrzebnie, ale Lance ... 
Słuchała w milczeniu, jak adwokat wylicza jej wszystkie problemy związane z odwołaniem od 
wyroku sądowego. 
- Jakie są szanse na obalenie przedślubnego kontraktu? 
- Prawie żadne. Nie martw się, Marion. Jak już mówiłem, robią jedynie rozpaczliwe próby. 
- Ale nadal jestem rozwiedziona? 
- Oczywiście. Nie musisz się tym martwić. Możesz wyjść za mąż choćby jutro. Będę cię 
informował o wszystkim na bieżąco. Nie będziesz już musiała występować w sądzie, jeśli to cię 
gnębi. 
Ale nie to ją gnębiło. Nie martwiła się sprawą Lance'a. Bernard na pewno da sobie z tym radę. 
Martwiła się sobą. Słowa Bernarda nadal dźwięczały jej w uszach. "Możesz wyjść za mąż choćby 
jutro". Ale za kogo? - pomyślała ze smutkiem. Wszyscy mężczyźni, jakich znała, podobni byli do 

background image

Lance'a. Każdy z nich chętnie ożeniłby się z dziedziczką fortuny Ventury, która teraz była już 
kimś więcej niż Księżniczką. 
Łzy napłynęły jej do oczu. Miała dopiero dwadzieścia cztery lata. Chciała być zakochana. Ale w 
kim mogła się zakochać? Na świecie było przecież tylu mężczyzn. Na pewno jest ktoś, kto 
mógłby pokochać ją, a nie jej pieniądze. Pożądać jej, a nie władzy, jaką dawała Ventura 
Industries. 

Hadrian Boulton wjechał na podwórze Ravenheights. Wysiadł z samochodu i stał przez chwilę 
bez ruchu, patrząc na farmę, z którą wiązało się tyle wspomnień. Nic się tu nie zmieniło. W  
kuchni jak zawsze paliło się światło, ale nie było słychać śmiechu i wesołych powitań. Nie czuło 
się również zapachu świeżo pieczonego chleba. 
Przyjechał tu, kiedy miał dziesięć lat. Jego matka, Joan Whittaker, była młodszą siostrą Johna i 
poślubiła nauczyciela z Yorku. Poznali się na Wyścigu Rowerowym Trzech Wzgórz, wspólnie 
wznosili radosne okrzyki na cześć miejscowego zwycię'zcy. Nie była to miłość od pierwszego 
wejrzenia, ale dobrze im było razem. Pobrali się i osiedli w Yorku. Po pięciu latach urodził im 
się syn, a Coli n Boulton otrzymał stanowisko dyrektora szkoły. Życie płynęło im spokojnie. 
Dzieciństwo   Hadriana   nie   obfitowało   w   żadne   nadzwyczajne   wydarzenia.   Był   zawsze 
zadowolonym   chłopcem,   łatwo   nawiązywał   kontakty   z   rówieśnikami,   miał   zdolnQści   do 
matematyki. Martwił się tylko tym, że kiedy pójdzie do liceum, to koledzy będą mu dokuczać, 
że· jest synem nauczyciela. Liceum było jednak na tyle duże, że nie musiałby być w klasie ojca.  
Pewnego sobotniego poranka, niedługo po jego dziesiątych urodzinach, Hadrian siedział w domu 
i   oglądał   w   telewizji   filmy   rysunkowe,   a   rodzice   pojechali   po   zakupy   do   supermarketu   na 
obrzeżach miasta. I nigdy już nie wrócili. Jakiś pijany kierowca spowodował wypadek; zginęli na 
miejscu. 
W ten sposób został nagle zupełnie sam i czuł się bardzo osamotniony nawet wtedy, kiedy wujek 
John i ciocia Marta przyjechali do niego ze wsi. Nie znał dobrze wujka - czasami odwiedzał  
farmę razem z rodzicami, ale wizyty te nie były zbyt częste. Pamiętał, że lubił patrzeć na owce, 
karmił kurczęta i szukał kurzych jajek razem ze swoją ulubioną kuzynką, Bryn. 
Powrócił teraz myślami do pierwszych miesięcy swojego pobytu na farmie. Na początku było mu 
ciężko, czuł się zagubiony, przestraszony. Ale Marta Whittaker miała świętą cierpliwość. Kiedy 
jej mąż zaczynał  się martwić, czy chłopak kiedykolwiek się ustatkuje, skończy z bójkami  w 
szkole i przestanie dokuczać Katy, mówiła zawsze: ,,zostaw go w spokoju" .. I jak zwykle, John 
słuchał rad żony. 
Hadrian wracał ze szkoły razem z Bryn. Wchodzili zawsze do kuchni pełnej zapachów chleba,  
ciasta i potrawki z królika. W pierwszym okresie pobytu na farmie często .zamykał się w swoim  
pokoju, aby cierpieć w samotności. Ale ciotka Marta wywabiała go stamtąd kusząc ciasteczkami  
w   kształcie   motyli.   Rozmyślnie   też   uczyniła   go   odpowiedzialnym   za   opiekę   nad   kurami. 
Wystarczyło   tylko   powiedzieć,   że'   biedne   kury   muszą   być   bardzo   głodne,   żeby   Hadrian 
zapominał   o   własnym   cierpieniu.   Teraz   wydawało   mu   się   to   dziwne,   ale   kury   były   jego 
wybawieniem. Po roku stał się zupełnie innym chłopcem. Miał oczywiście nowe problemy, a 
największym z nich była Katy. Katy była o niego zazdrosna i kiedy nikt nie słyszał, nazywała go  
"kukułką". Ale Bryn wynagradzała mu wszystko. To właśnie ona zapoznała go z życiem na wsi,  
z nazwami kwiatów, pokazała mu nory borsuka, nauczyła go, jak poznać, gdzie chodził lis, i to  
nie po śladach, a po zapachu. Pomagała mu w szkole i zawsze brała jego stronę. 
Ktoś otworzył drzwi kuchni i Hadrian zobaczył ukochaną kuzynkę, którą traktował właściwie jak 
rodzoną siostrę. Nagle poczuł się winny. Bryn tyle dla niego zrobiła, przyjęła go z miłością, 
otaczała bezustanną, serdeczną troską. Powinien być tutaj wtedy, kiedy najbardziej go 
potrzebowała. Oczywiście nie mógł przewidzieć, co zrobi Katy, ale czuł, że zawiódł Bryn. 
Opuścił  farmę,  kiedy  miał  dwadzieścia  lat.  Marta  już  wtedy nie  żyła,  a  Katy wyjechała   do 
Londynu. Wiedział, że marzeniem Johna było, żeby przejął farmę, ale on nie mógł tego zrobić. 
Tęsknił za Yorkiem. A Bryn namawiała go do wyjazdu, zapewniając, że dadzą sobie z ojcem 

background image

radę. Teraz, kiedy patrzył na nią, żałował tego, co zrobił. 
- Cześć, Bryn - powiedział cichym głosem, podchodząc do niej. 
Spojrzała   na   niego   w   milczeniu.   Chociaż   nazywał   się   Boulton,   był   wysoki   jak   wszyscy 
Whittakerowie. Miał ciemne włosy, smagłą cerę i ciepłe szaroniebieskie oczy. Patrzyła na lekki 
zarost   na   jego   brodzie   i   przypomniała   sobie   z   czułością,   że   już   jako   nfstolatek   musiał   się 
codziennie golić. 
Starała się zająć myśli tymi wspomnieniami, byle nie myśleć o Katy. O osamotnionej, 
umierającej Katy. Katy ... 
- Hadrian - powiedziała ciepłym głosef!l. - Brakowało mi ciebie. 
- Wiem - rzekł z żalem. - Żałuję, że tak dawno mnie tu nie było. 
Skinęła głową. 
- Bardzo dawno - przyznała cicho. W jej głosie nie było jednak cienia wyrzutu. 
Patrzyli na siebie i znowu byli rodziną. Rodziną, która zawsze trzyma się razem. 
Podeszła bliżej i ukryła twarz w jego ramieniu. 
- Och, Hadrianie - powiedziała łamiącym się głosem. Objął ją mocno. 
- Wszystko będzie dobrze, Bryn - mruknął, nie znajdując innych słów pocieszenia. 
W uścisku jego silnych ramion niemal w to uwierzyła. 

Morgan wyszedł z podmiejskiego domku, należącego do skarbnika organizacji Zielone Vennont. 
Odetchnął z ulgą. Miał za sobą ciężki dzień. Wizyty w szkołach i zaznajamianie dzieci z ekologią 
uważał za wyjątkowo nudne i frustrujące, a wręczanie ulotek na ulicy było po prostu koszmarem. 
Zerkał nerwowo na zaparkowane przy chodniku samochody. Musiał być ostrożny. Wiedział, że 
Kynaston wynajął całą annię prywatnych detektywów, aby "go śledzili. Droga do warsztatu 
zabrała mu więc, zamiast dziesięciu, aż dwadzieścia pięć minut. Za to mógł być pewien, że nikt 
za nim nie idzie. Zapukał do drzwi w umówiony sposób. 
Warsztat   był   pusty,   ale   wyglądał,   jakby   pracowało   w   nim   mnóstwo   osób.   Miniorganizacja 
Morgana - zwana Głęboką Zielenią - liczyła jedynie czterech członków, lecz ci czterej warci byli 
tysiąca tych, którzy stanowili szacowną fasadę stowarzyszeni.a. Stół zarzucony był żelastwem i 
różnymi 

pudłami. Leżała tam także jakaś szaroniebieska bryła. 

- Jak poszło? 
- Dobrze - odpowiedział krótko Morgan. Miał teraz co innego na głowie. - Jak posuwa się 
prawdziwa praca? 
- Dobrze. - Greg uśmiechnął się. - Mówiłem ci, że nie będzie żadnych problemów. 
Morgan przyjrzał się małpiej twarzy starego przyjaciela. Malowało się na niej rozbawienie i jakaś 
niecierpliwość. Poznali się w szpitalu. Wysoki, przystojny Morgan fascynował małego, 
brzydkiego człowieczka z Arkansas. Dla Grega Morgan był uosobieniem siły. Od razu zwierzył 
mu się ze wszystkich podpaleń, jakich udało mu się dokonać, i opowiedział o służbie w 
marynarce i o długim szkoleniu, po którym go wyrzucono. 
- Odpręż się, Greg - łagodnie p0'Yiedział Morgan. Obserwowanie reakcji przyjaciela weszło mu 
już w nawyk. Znał wszystkie objawy jego zmiennych nastrojów. - Pamiętaj, że teraz nie jesteśmy 
w miejscu odosobnienia. - Świadomie użył słowa, którym zwykli określać szpital. 
Na twarzy Grega pojawił się wyraz ulgi. 
- Wiem, że nie jesteśmy. I to dzięki tobie. 
- Nie musisz mi stale za to dziękować. - Morgan uśmiechnął się patrząc na przedmioty 
rozrzucone na stole. - Rób dalej to, co robisz - dodał. 
Greg spojrzał na "niego z błyskiem w oku. 
- Myślisz o nim, prawda? Ja to wiem. 
Morgan szybko odwrócił wzrok. W chwili słabości zwierzył się Gregowi ze wszystkiego, co go  

background image

spotkało. Podczas tych koszmarnych lat w szpitalu, kiedy osiągał rzadkie momenty 
jasności umysłu i kiedy przestawały działać leki, dni wydawały mu się bardzo długie. Musiał  
wtedy mieć kogoś, z kim mógłby porozmawiać. Opowiedział Gregowi o Kynastonie. Nie musiał 
się obawiać, że tamten go zdradzi. Darzył Morgana niewolniczym przywiązaniem. 
Zabrał się teraz do studiowania kopii projektów nowego hotelu Germaine Corporation, który 
powstawał na obrzeżach miasta. Piękny luksusowy hotel dla bogaczy.  Kynaston również był 
bogaczem. Ale nie zawsze. Dobrze wiedział, co znaczy mieszkać razem z karaluchami. Wiedział, 
co znaczy rozpacz. Ale Kyn wydobył się z tego już dawno temu, podczas gdy on ... 
- Zniszczę go, Greg - powiedział cicho Morgan. - Będę go niszczył stopniowo, żeby mógł to 
odczuć.   Ostrożnie.   Kawałek   po   kawałku.   Rozwalę   wszystko   to,   co   ten   chciwy,   zdradziecki 
skUlwysyn zdołał zbudować. Odbiorę mu wszystko. - Tu spojrzał na swojego towarzysza. - A ty 
mi pomożesz, Greg, prawda, że mi pomożesz? 
- Oczywiście - odparł Greg z zapałem. Poczuł przypływ adrenaliny w żyłach. Oczami wyobraźni  
widział już ogarnięte ogniem budynki i piękne, żółte i czerwone płomienie. 
Morgan spojrzał w zamyśleniu na ceglaną ścianę warsztatu. - Dostanę cię, Kyn - rzekł cicho. - 
Nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. 

Nowy Jork 

W mieście drapaczy chmur zawsze można znaleźć jakiś pałacyk wciśnięty pomiędzy olbrzymie 
budowle. Pałacyki te zbudowane zostały przez rodziny Vanderbiltów, Astorów, Rockefellerów i 
Gettych.   Był   tam   również   pałacyk   Ventury,   ze   ścianami   porośniętymi   bluszczem,   z 
sześcioakrowym   ogrodem.   Wnętrza   wyłożono   wschodnimi   dywanami   i   ozdobiono   rzeźbami 
Brancusiego, Moore'a i Rodina. 
Marion  doskonale  pasowała  do tego  przepychu.  Miała  na  sobie  suknię  od De  Florentino  z 
brzoskwiniowego jedwabiu i pantofle od Maud Frizon. Mimo to czuła się jak dziewczynka 
zaproszona na obiad do domu ojca. 
Dopiero przy stole mogła przyjrzeć się ojc'u i dostrzegła zmianę, jaka w nim zaszła od cza,su  
śmierci Keitha. Wyglądał teraz znacznie l~piej. 

_ Tatusiu ... ja ... chciałam ci podziękować za zaproszenie. Ostatnio nigdzie nie bywam. 

_ Nie trzeba było rozwodzić się z mężem - powiedział surowo Leslie. - To pierwszy rozwód ... 
_ W rodzinie od siedemdziesięciu pięciu lat - ptzerwała mu niecierpliwie Marion. - Wiem o 
tym, tatusiu. Stale to słyszę. 

_ Nie mów do mnie .takim tonem! - krzyknął Leslie, aż Marion podskoczyła na krześle. 

Wiedziała, że powinna go przeprosić, ale nie mogła się do tego zmusić. Spojrzała na niego 

spokojnie. 

- Mój rozwód to moja sprawa. 
Leslie poczerwieniał z gniewu, ale nic nie powiedział. Pochylił się nad talerzem z takim wyrazem 
twarzy,. że Carole postanowiła poprawić nastrój. 

- Jak ci idzie praca, Marion? - spytała. 
_ Dobrze. Chociaż w gruncie rzeczy wcale nie tak dobrze _ odpowiedziała dziewczyna. - Trudno 
jest nauczyć się wszystkiego od razu. 

_ Myślisz, że poznanie struktury firmy nie jest do niczego potrzebne? - podstępnie spytał Leslie. 
_ Oczywiście" że jest potrzebne - odpowiedziała szybko, domyślając się, że ojciec zastawia na  
nią pułapkę. - Uważam jedynie, że wertowanie ton papieru i uganianie się za księgowymi, którzy 
robią wszystko, by nic ci nie powiedzieć, nie jest najlepszą drogą do tego celu. 

_ Masz już więc dosyć? - spytał szyderczym tonem Leslie. 
Opanowała wzbierający w niej gniew. 
- Chciałam tylko powiedzieć, tatusiu, że nie poznam wszystkich arkanów finny,  przeglądając 
jedynie góry papierów. 
Leslie spojrzał na nią z uznaniem. Podziwiał opanowanie córki. Kto daje się ponieść emocjom, 
ten nie potrafi dowieść swoich racji. Był zadowolony z jej pracy i zdziwiony umiejętnościami. Po 

background image

miesiącu wiedziała o finnie więcej niż Keith po całym roku pracy. Zaczynał się zastanawiać, czy 
przypadkiem, oczywiście tylko przypadkiem, nie znalazł w niej swojej następczyni. 
-   Jeśli   chcesz   stanąć   kiedyś   na   czele   finny,   Marion,   będziesz   musiała   wiedzieć   wszystko   o 
każdym z jej oddziałów. - Podkreślał po kolei słowa, stukając palcem o blat stołu. 
- Będziesz musiała wiedzieć, co dzieje się w każdym 
z tych oddziałów. Będziesz musiała wiedzieć, kto się czym  zajmuje, kiedy i gdzie, i w jaki  
sposób powstał zysk lub strata. Będziesz musiała znać każdą śrubkę, każdy najmniejszy tryb  
całej tej ogromnej maszynerii. Tak jak ja. 
Marion skinęła potakująco głową. Czuła, że rozmowa z ojcem zbliża się do punktu zwrotnego, i 
musiała ją dobrze rozegrać. 
- Wiem o tym, tatusiu, ale to przecież ty zbudowałeś tę finnę. Wszystko o niej wiesz, ponieważ  
zdobywałeś tę wiedzę przez pięćdziesiąt lat. Rozpoczynałeś od nieruchomości, prawda? 
Ważyła każde słowo. Wiedziała, że ojciec słucha jej bardzo uważnie i że od tej rozmowy zależy 
cała jej przyszłość. 
Leslie kiwnął głową i zastanawiał się, do czego córki zmierza.
- Zaznajamiałeś się z działalnością finny w trakcie jej tworzenia. Popełniałeś błędy, uczyłeś się 
na błędach i więcej ich nie popełniałeś. Sprzedałeś nieruchomości razem z zatrudnionym tam 
personelem. Poznawałeś stopniowo rynek, nauczyłeś się przewidywać, czego ludzie będą 
potrzebować. Proces ten trwał trzy lata i dopiero wtedy zająłeś się kopalniami. Odpowiedz mi 
uczciwie, tatusiu. Czy okazałam się kompletną idiotką? Czy poddałam się, jak tego wszyscy po 
mnie oczekiwali? Czy też okazało się, że potrafię wykonywać tę pracę? Myślę, że udowodniłam 
tobie i wszystkim w firmie, że jestem jej w stanie podołać, chociaż robiłeś wszystko, aby mi się 
to nie udało. Nie mogę jednak zajmować się każdym zagadnieniem. Powinnam teraz zrobić to, co 
ty kiedyś zrobiłeś. Zająć się jedną sprawą. Być za nią odpowiedzialna i dokładnie ją poznać. W 
ten sposób nauczę się wszystkiego. 
- Masz słuszność - niechętnie przyznał Leslie. Tyle czasu minęło od uruchomienia finny, że już 
prawie   zapomniał   o   jej   początkach,   kiedy   rzeczywiście   uczył   się   wszystkiego   w   trakcie   jej  
powstawania. Patrzył teraz na córkę z uczuciem podobnym do szacunku. - Ta praca polega nie 
tylko  na   wiedzy  -  powiedział  ostrzegawczym  tonem.  -  Mężczyzna   ...  osoba,  która   obejmuje 
stanowisko   prezesa,   musi   być   bezwzględna.   Musi   podejmować   setki   decyzji,   które   innych 
przyprawiłyby o zawrót głowy. Musi umieć wyrzucać ludzi z pracy w czasie złej koniunktury i 
nie   ronić   nad   nimi   łez.   Musi   poruszać   się   po   giełdzie   jak  rekin   w   poszukiwaniu  łupu.   Czy 
rozumiesz, o ~zym mówię, dziewczyno? - zapytał, uważnie obserwując córkę. 
Skinęła głową. Nie aprobowała wszystkich posunięć ojca i na pewno nie naśladowałaby ich, 
gdyby została prezesem finny, ale nie miała zamiaru go o tym infonnować. Miała czas, by go 
przekonać, że współczucie można połączyć z biznesem. 
Popatrzył na nią podejrzliwie. Wiedział, że Marion nie zgadza się z jego metodami. Ale to jest  
dżungla i jeśli ta dziewczyna  nie będzie twarda, to rozerwą ją na strzępy.  Jeśli chce dać jej 
szansę,   musi   ją   najpierw   nauczyć   reguł   gry,   w   której   trzeba   grać   szybko   i   nie   można   mieć 
żadnych skrupułów. 
Marion czuła, że zbliża się moment przełomowy. Czekała w napięciu. 
- Kiedy Keith ... zanim ... umarł - z trudem wykrztusił Leslie - powierzyłem mu zadanie przejęcia 

Germaine Corporation. Słyszałaś o niej? 
Serce mocno jej zabiło. Zwyciężyła! Przekonała ojca! 
- Tak, słyszałam. Specjalizują się w rekreacji, prawda? - Wiedziała, że budują nowy hotel w 
Stowe, gdzie miała willę. Nie, gdzie Lance miał willę. 
- Tak. W porównaniu z naszą to mała. korporacja. Mają tylko dziesięć milionów rocznego obrotu, 
ale rozwijają się bardzo szybko. Co gorsza, weszli już na teren Europy. Musisz być ostrożna. 
Kynaston Germaine jest bardzo bystry. Mogłabyś się od niego wiele nauczyć. To jedyna rada, 
jaką mogę ci dać. Reszta należy do ciebie. 
Spojrzała na ojca. 

background image

- To znaczy ... chcesz, żebym zajęła się przejęciem tej korporacji? - spytała cicho. - Żebym ją  
przejęła wbrew woli właściciela? Chcesz ... żebym temu człowieka ukradła to, co stworzył? 
- Właśnie tego chcę - szorstko odpowiedział Leslie, nie zwracając uwagi na przerażony wzrok 
córki. - Chcesz udowodnić, że jesteś zdolna do prowadzenia Ventura Industries? Więc daj mi 
Germaine Corporation. 

Bryn   stała   nad   otwartym   grobem.   Padał   deszcz.   Kolorowe   kwiaty  leżące   na   brzegu   mogiły 
tworzyły jedyny jasny akcent na szarym tle. Dusiły ją łzy. Obok niej stali ojciec i Hadrian. Pastor 
śpiewał psalm. Nie mogła oderwać wzroku od prostej drewnianej trumny Katy. 
Podniosła głowę i popatrzyła na niebo. Krople deszczu spływały po szkłach jej okularów. Nie 
wycierała   ich.   Nie   chciała   patrzeć,   jak   opuszczają   trumnę   do   ziemi.   Było   to   zbyt   straszne. 
Przecież   Katy  sama   to   zrobiła.   Sama   doprowadziła   do  tego,   co   się   stało.   Zabiła   się.   Jak  to 
możliwe, żeby ktoś mógł być tak zdesperowany, tak pozbawiony wszelkiej nadziei, żeby odebrać 
sobie   życie.   Nie   mogła   tego   pojąć.   Zaczęła   myśleć   o   tym,   jak   zemści   się   na   Kynastonie 
Germaine,   człowieku,   który  popchnął   jej   siostrę   do   samobójstwa.   Gdyby   nie   ograbił   ich   ze 
wszystkiego,   co   kochali,   Katy  żyłaby   dzisiaj.   To   on   ją   zabił.   Miała   go  teraz   przed  oczami.  
Wysoki, przystojny, wzbudzający pożądanie. Skurwysyn! Nienawidziła go z całego serca. 
Deszcz przestał padać. Pastor zamknął Biblię i stał w milczeniu z pochyloną głową. Wszyscy 
myśleli   teraz   o   Katy.   Wszyscy   prócz   Bryn,   która   planowała,   jak   zemści   się   na   Kynastonie 
Germaine.   Chciała,   żeby   cierpiał   tak,   jak   cierpi   teraz   jej   ojciec   i   jak   cierpiała   Katy,   zanim  
połknęła te wszystkie proszki. 
Nie wiedziała jeszcze, jak to zrobi, ale wiedziała, że prędzej umrze, niż zrezygnuje z ukarania 
tego najpodlejszego z ludzi.

Kynaston Gennaine obrzucil wzkiem Michaela Forrestera, który usiadł naprzeciwko niego. 

- Masz dzisiejszą prasę? 
Michael wręczył mu gazety bez słowa. Kynaston zaczął je spokojnie przeglądać, pozostawiając  
przygnębionego przyjaciela w spokoju. W czasie pracy nie miał tak nieskazitelnego wyglądu jak 
przy oficjalnych okazjach. Marynarka wisiała na oparciu krzesła, a górne guziki koszuli były 
rozpięte, ukazując opaloną klatkę piersiową. Podwinął również rękawy. Wygląda jak młody lew, 
pomyślał Michael. Za młody, aby mieć tyle władzy i bogactwa. Jak on to osiągnął? 
- Nie jest tak źle, jak się spodziewałem, ale liczyliśmy na coś o wiele lepszego. 
Głos szefa wyrwał Michaela z nie pozbawionych uczucia zazdrości rozmyślań. Podniósł głowę. 
Niebieskie oczy Kyna miały lodowaty wyraz. 
- Nie. Robiliśn:i

y

 wszystko, co tylko było możliwe. Kynaston uśmiechnął się. Forrester był 

uosobieniem rozpaczy. 
Zasłużył sobie na to. Można było uniknąć całej tej cholernej sytuacji i rozegrać sprawę inaczej. 
Spojrzał na fotografię, którą zamieścił "Journal". Rozbawiła go, chociaż umieszczono ją po to,  
aby ośmieszyć Germaine Corporation. Fotograf uchwycił moment, w którym wyjątkowo uparta 
owca, trzymająca w pysku pęk żonkili, opierała się kelnerowi, usiłującemu wypędzić ją z ogrodu. 
W tle widać było roześmianych gości. Sam artykuł był  zabawny,  utrzymany w lekkim tonie; 
podkreślał jednak, że owce były formą protestu przeciwko zawłaszczeniu farmy Ravenheights, w 
Cragsmoor, okręgu Three Peaks. Kynaston dobrze wiedział, że każdy pragnący się wybić młody 
dziennikarz może mu przysporzyć nie lada kłopotów. . 
- Kontaktowałeś się z Whittakerami? - spytał. Michael skinął głową .. 
- Wczoraj. Jakiś mężczyzna odebrał telefon, ale nie chciał rozmawiać. 
- John Whittaker? 
~ Nie. Powiedział, że jest krewnym. Przyjechał z Yorku na pogrzeb. 
Kyn zmarszczył brwi. 

background image

- Umarł ktoś z rodziny? Ale chyba nie córka, Bryn? - zapytał z niepokojem w głosie. 
- Nie. Ten mężczyzna powiedział, że Bryn nie może podejść do telefonu. Spytałem, czy możemy 
ustalić termin jakiegoś spotkania, ale najwidoczniej zadzwoniłem w nieodpowiedniej chwili. W 
tej sytuacji nie mogłem nalegać. 

- Słusznie postąpiłeś - powiedział Kyn. 
Dobrze pamiętał dzień pogrzebu rodziców. Oboje zginęli w katastrofie kolejki podziemnej, w 
drodze do pracy. Miał wtedy siedemnaście lat, a Vanessa pięć. Nagle zostali zupełnie sami, nie 
wiedząc, w jaki sposób zapłacić za czynsz, i bojąc się, że Vanessa zostanie zabrana do sierocińca.  
Pogrzeb rodziców 
. był pogrzebem biedaków, naj tańszą ofertą domu pogrzebowego. 
Vanessa płakała za matką, kiedy opuszczano trumnę do grobu. On nie płakał. Od czasu kiedy 
skończył czternaście lat, jego stosunki z ojcem pozostawiały wiele do życzenia, ale był to ojciec, 
z   którym   wiązały  go  także   dobre   wspomnienia.   Należały  one   do  okresu,   kiedy  mieszkali   w 
Clearmont, zanim opuścili Vermont i przenieśli się do miasta. Kiedy stał wówczas na cmentarzu, 
trzymając łkającą Vanessę w ramionach, czuł się tak zdruzgotany, jak gdyby cały ciężar świata 
zwalił się na jego wątłe ramiona. 
- Dobrze zrobiłeś - powtórzył cichym głosem. - W takim wypadku trzeba rodzinę zostawić w  
spokoju. Odczekaj kilka tygodni i skontaktuj się z nimi ponownie. 

- Ale wtedy będą już załatwione wszystkie formalności sprzedaży. 

Kyn spojrzał zdumiony na Michaela. 

- Już? Kiedy zostały podpisane dokumenty? 
Michael z przerażeniem spojrzał w zwężone, zimne źrenice szefa. 
- Wydaje mi się, że sześć dni temu. Powinny zostać wysłane po tym, jak bank zażądał spłaty 
długu. Nie powstrzymywałem działań banku. Zaraz wszystko sprawdzę. 

Po chwili wrócił z dokumentami. 
- Tak. Miałem rację. Wszystko zostało podpisane. Zgodnie z prawem, za pięć tygodni farma 
będzie naszą własnością. 

Kynaston wziął od niego papiery. Podpisał je John K. 
Whittaker. Nosiły datę sprzed trzech dni. Czy śmierć w rodzinie nastąpiła przedtem, czy potem? 
Przeniknął go dresżcz. Ta sprawa bardzo mu się nie podobała. 
Osobiście zajmę się przejęciem tych gruntów - powiedział oschłym tonem. 
Michael wyszedł z pokoju. Kynaston długo wpatrywał się w papiery, który czyniły go prawnym 
właścicielem farmy Ravenheights, wraz z całym inwentarzem i gruntami. Z dokumentu patrzyła 
na niego para złocistobrązowych oczu . 
Bardzo dobrze pamiętał dzień, kiedy musieli wyprowadzić się z farmy dziadka w Clearmont. 
Była to mała farma, typowa dla Vermont, i dziadek był bardzo nieszczęśliwy, że najmłodszy syn 
chce ją opuścić. Ale w latach sześćdziesiątych wszystko uległo gwałtownej zmianie. Przedtem 
można było utrzymać się z hodowli krów, uprawy dyni i sprzedaży jabłek. Na wiosnę zbierano 
syrop klonowy, co również dawało jaki taki zarobek. Ale w latach sześćdziesiątych wiele farm 
zbankrutowało. 
Podszedł do okna i spojrzał na ogród. Na trawniku widać było jeszcze ślady owczych kopyt. 
Miał   dziewięć   lat,   kiedy  przeniósł   się   z   rodzicami   do   Nowego   Jorku.   Od   samego   początku 
nienawidził   tego   miasta,   jego   szarości   i   smogu.   Nie   było   tam   pokrytych   śniegiem   gór, 
porośniętych drzewami wzgórz, które jesienią płoną wszystkimi kolorami. Nie było kościołów z 
białymi wieżyczkami, cichych, krętych uliczek, ładnych domków w zadbanych, pełnych kwiatów 
ogródkach. Przygnębiały. go drapacze chmur, a szare, ciągnące się bez końca ulice wydawały się 
ohydne. Zrobiłby wszystko, żeby móc wrócić do Vermont, podobnie zresztą jak Morgan. 
Odwrócił   się   od   okna   i   podszedł   do   biurka.   Postanowił   przejrzeć   dan.e   dotyczące   farmy 
Ravenheights.   Natychmiast   ujrzał   tygrysie   oczy   Bryn.   Nie   mógł   sobie   przypomnieć,   jak   ta 
kobieta wyglądała. Pamiętał tylko, że miała potężną posturę i była ubrana jak strach na wróble. 
Ale te oczy ... Tak piękne i tak pełne złości. Spotkało ją to samo,  co kiedyś  spotkało jego. 

background image

Zdecydowanym ruchem podniósł słuchawkę telefonu. 

- Carpenter? Tu Kynaston. Jedź do okręgu Three Peaks i zrób listę farm w pobliżu Ravenheights, 

Cragsmoor. Nie, nie chcę budować, chcę kupić. Farmę leżącą najbliżej Ravenheights. Tak ... 

właśnie tak. Mam nowy pomysł. 
Ponownie zaczął wertować dokumenty. Musiał mieć grunty należące do Ravenheights, nie było 

innego wyjścia, jeśli nie chciał stracić milionów dolarów. Ale przecież zawsze jest jakieś inne 

wyjście. 
Zamyślił się głęboko. Był znowu czternastoletnim chłopcem, który drżał z zimna, czekając na 

ojca   w   samochodzie   zapar-,   kowanym   przed   budynkiem   z   czerwonej   cegły.   Nie,   pomyślał 

ponuro, nie zawsze istnieje inne wyjście. Chociaż spróbuje je znaleźć dla Bryn Whittaker. 
W tym momencie odzyskał pogodę ducha. 

John Whittaker źle się poczuł. Zatrzymał  traktor i oparł się na kierownicy,  łapiąc powietrze 
szeroko otwartymi ustami. Nie pomagało. Otworzył drzwi kabiny i zsunął się na ziemię. 
Patrzył przed siebie, usiłując zachować spokój. Spojrzał na dolinę. Widok był piękny. Pastwiska 

pokrywała świeża, wiosenna trawa. Wysoko w górze krążył myszołów. John czuł, że ogamia go 

gorąca fala, która dochodzi aż do gardła i utrudnia oddychanie. Przytulił rozgrzany policzek do 

chłodnej ziemi. W dychał jej zapach i myślał o Marcie. Przez czterdzieści lat zasypiał z głową 

opartą o jej krągłe piersi. 
Serce biło mu jak oszalałe. Poczuł straszny ból. Teraz już wiedział, że zostało mu niewiele 
czasu. Może tylko kilka minut. Ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Myślał o swoim 
życiu. Niczego nie żałował. Poślubił dobrą kobietę i darzył ją szczerym uczuciem. Miał dwoje 
uroczych dzieci. Miał również okazję opiekować się tak wartościowym chłopcem jak Hadrian. 
Marta ... Przymknął na chwilę oczy. Niedługo będzie razem z Martą. I z Katy. To wspomnienie  
go zabolało. Zawiódł Katy. Nie potrafił jej pomóc. Myszołów zataczał nad nim koła. Spojrzał 
na owce. Na pewno dziwi je, że zatrzymał się tutaj, zamiast podjechać do paśników. 
Bryn. 
Ta myśl przesłoniła mu wszystko. Nie czuł już wilgoci, jaką nasiąkło ubranie, ostrego bólu w 
sercu, nie słyszał nawet swojego głośnego oddechu .. 
Bryn. Co się stanie z Bryn? 
Zamknął oczy. Ciałem wstrząsały dreszcze, ale ledwie zdawał sobie z tego sprawę. Niech się ktoś 
zaopiekuje Bryn, niech ją ktoś pokocha. 
Dreszcze   ustały.   Ustało   również   bicie   serca.   Owce   otoczyły   go   półkolem.   Ciszę   w   dolinie 
zakłócił jedynie przeciągły "krzyk" myszołowa . 

Lance Prescott podszedł do lustra i poprawił krawat. Matka obserwowa~a go czujnie. Tak dobrze 
znała wszystkie jego słabości i chciwość. Lance był jej dziełem. Mimo skromnego pochodzenia 
udało   jej   się   wyjść   za   mąż   za   Clive'a   Prescotta   III.   W   ten   sposób   dostała   się   do   grona 
amerykańskiej arystokracji Wschodniego Wybrzeża. Mąż zachow,ał się bardzo taktownie i zmarł  
młodo,   a   ona   została   szacowną   wdową   po   jednym   z   członków   starej   gwardii.   Ubierała   się 
skromnie, ale elegancko. Nauczyła się grać w brydża i zaw.ierać odpowiednie znajomości. Miała 
więc pewne atuty towarzyskie, ale jej największym skarbem był Lance. 
Po ślubie Moira nie planowała dziecka. Kiedy jednak poznała sytuację majątkową męża, zmieniła 
zdanie. 'Dzieci dorastają i zawierają odpowiedl'lie małżeństwa. Uznała, że jeśli nawet potomek  
Clive'a Prescotta III nie będzie miał pieniędzy, to będzie posiadał coś o wiele ważniejszego - 
pochodzenie.   Córka   bez   trudu  znajdzie   sobie   męża   milionera,   ponieważ   oprócz   pochodzenia 
będzie miała również klasę. Ale spotkało ją rozczarowanie. Urodziła syna. Oczywiście miało to 
też swoje dobre strony. Zyskała szacunek męża. Z niepokojem obserwowała rozwój dziecka i 
odetchnęła dopiero wtedy,  kiedy wiadomo było, że jego uroda przetrwa do wieku dorosłego. 
Zawsze pilnowała, żeby Lance był  dobrze ubrany,  żeby chodził do najlepszych  szkół i miał 
odpowiednich   przyjaciół.   Jej   zabiegi.   nie   poszły   na   marne.   Umiejętnie   zaaranżowała   jego 

background image

małżeństwo   z   Marion   Ventura,   przeprowadzając   przedtem   gruntowny   wywiad   na   temat 
Księżniczki. Kalendarz miała wypełniony terminami spotkań, towarzyskich, w których powinna 
uczestniczyć  Marion. I teraz cały jej misterny plan poszedł na marne. Nie mogła sobie tego 
darować. Spojrzała gniewnie na syna, który wciąż poprawiał krawat.
 - Jest dobrze. Zostaw go. Za chwilę przyjdą goście - powiedziała szorstko. 
Lance westchnął ciężko. Niech szlag trafi to całe przyjęcie. 
Musiało kosztować masę pieniędzy. Miał z matką wspólne konto w banku i jak na razie nie 
mógł tego zmienić. Moira nie chciała słuchać żadnych argumentów. 
- Zostaw! - powiedziała, kiedy Lance. ruszył w kierunku drzwi. - Służąca otworzy. Na litość 
boską,   przecież   to   ja   wydaję   przyjęcie.   Wszystko   musi   być   zrobione   jak   należy.   Chodź 
przywitać się z gośćmi. 
Byli to Molly i Jerry Tinspinowie, którzy wszędzie przychodzili pierwsi. Zaraz po nich pojawili 
się inni członkowie starej gwardii. Biżuteria i stroje kobiet były skromniejsze niż zwykle. Moira 
miała na sobie swoją jedyną suknię od Valentino i biżuterię należącą kiedyś do babki Clive'a. 
Nikt nie chciał przyćmić strojem gospodyni, ponieważ nie było to w dobrym tonie. Wszyscy 
wiedzieli, że pieniądze, które Lance dostał po rozwodzie z Marion Ventura, nie są duże, ale 
Moira jest jedną z nich i dobrze zna swoje obowiązki. Przez całe lata Prescottowie korzystali z 
gościnności przyjaciół, teraz więc musieli się im odwdzięczyć. Moira nie zawiodła ich zaufania. 
Podała  gościom kawior i homary,  a  do picia Mouton-Rothschild iChandon. Wszyscy mogli 
podziwiać   zgromadzone   przez   Prescottów   dzieła   sztuki   i   pozwalali   gospodyni   sycić   się   tą 
chwilą. 
Lance także nie zawi.ódł zaufania matki. W tłumie gości na pewno znajdzie się jakaś bogata i 
ładna   dziewczyna.   Ktoś   taki   jak   Marion,   ale   mający   mniej   władczego   ojca.   Nie   chciał   być  
przegrany,   chociaż   stale   przegrywał,   nawet   z   własną   matką·   Odczuwał   gorycz,   frustrację   i 
nienawiść. Niech szlag trafi Marion Ventura! Niech szlag trafi Nowy Jork! Niech szlag trafi  
matkę i tych wszystkich gości, którzy jedzą i piją za jego pieniądze! 
Gdyby mógł coś zrobić, cokolwiek, żeby się na nich wszystkich odegrać. Nie wiedział, że jego 
życzenie miało wkrótce się spełnić. 

Wszyscy przyszli pożegnać Bryn, kiedy opuszczała Ravenheights. Sam i Bill, bracia bliźniacy - 
Robbie przyniósł jej bukiet żonkili - a nawet Walter Gornwell ze swoimi sześcioma terierami, 
który zmienił trasę codziennego spaceru, żeby się z nią zobaczyć. Bryn podziękowała mu za to 
serdecznie, po czym odwróciła się i spojrzała na pusty dom. Pod piecem nie palił się ogień, a pies 
nie leżał w kuchni na podłodze, ponieważ pani Kennedy zabrała go do siebie. 
- Jesteś gotowa, Bryn? - spytał Hadrian, patrząc na nią zatroskanym wzrokiem.  
Skinęła   głową   i   podeszła   do   samochodu.   Zabrała   ze   sobą   jedną   walizkę   z   ubraniami,   kufer 
książek, ulubiony wazon matki i krykietowe trofea ojca. 
- Do widzenia, gołąbko. Życzę ci szczęścia! - zawołał Sam, kiedy Bryn siedziała już w 

samochodzie. 
Pomachała mu ręką, ale nie była w stanie wykrzesać z siebie żadnego żywszego uczucia. Od  
dnia, kiedy Bill znalazł jej ojca, leżącego na pON pośród stada owiec, czuła się wewnętrznie 
sparaliżowana i wszystko robiła automatycznie. 
Hadrian popatrzył na nią, chcąc coś powiedzieć, ale zrezygnował z tego zamiaru. W jaki sposób 
mógłby ją pocieszyć? Wyjechał z podwórza, uśmiechając się do przyjaciół, którzy machali im na  
pożegnanie. 
Przed oczami Bryn przesuwała się teraz cała jej przeszłość. Patrzyła na małą, porośniętą 
drzewami dolinkę, gdzie matka lubiła urządzać pikniki, na drzewo, na które wchodzili z Had-
rianem i .Katy, i na owce, które nie były już jej własnością. Miała ochotę wybuchnąć płaczem, 
ale nie zrobiła tego. Pewnie nie mogłaby nawet płakać. Jej świat legł w gruzach. Nawet gdyby 
bardzo tego pragnęła, nie mogła wrócić do domu, ponieważ nie miała już domu. Westchnęła 
ciężko i spostrzegła, że Hadrian przygląda jej się z niepokojem. Biedny Hadrian. Przez te ostatnie 

background image

dwa tygodnie był dla niej taki dobry. 
- Nie przejmuj się - powiedziała cicho. - Nie będę płakać. Hadrian spojrzał w lusterko na wijącą 
się drogę. 
- Lepiej byłoby, żebyś płakała - szepnął, ale Bryn go nie usłyszała. 
Musiało   go   dziwić   jej   zachowanie.   Przepłakała   pierwszą   noc   po   śmierci   ojca,   a   potem   nie 
wspominała już ani jego, ani Katy.  Nie mówiła również nic na temat swojej przyszłości, co 
bardzo martwiło Hadriana, który był wyjątkowo wrażliwy i potrafił wczuć się w cudze smutki.  
Niektórzy  uważali   jego   delikatność   za   objaw   słabości,   ale   wbrew   pozorom   miał   wyjątkowo 
mocny charakter. 
- Polubisz York - odezwał się niepewnie. Chciał za wszelką  cenę odwrócić uwagę Bryn od okna, 
ponieważ za zakrętem ukazało się właśnie pastwisko, na którym znaleziono martwego Johna. - 
Wiem, że teraz trudno ci w to uwierzyć, ale za jakiś czas na pewno będzie lepiej. 
Ku jego zdziwieniu skinęła potakująco głową. 
- Tak. - Jej oczy zaświeciły żółtym blaskiem, jak oczy tygrysa. - Wiem, że tak będzie. 
Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Bezwiednie nacisnął pedał gazu. W głębi duszy wątpił 

w to, że może być lepiej. 
- Bryn, wiesz, że zawsze kiedy będziesz mnie potrzebowała, będę przy tobie? 
- Wiem - powiedziała cicho. Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. - Czy na pewno nie masz  
nic   przeciwko   temu,   żebym   zamieszkała   razem   z   tobą?   Jeśli   kiedyś   będziesz   chciał 
przyprowadzić na noc jakąś kobietę, mogę wtedy przenocować w penSJonaCIe. 
- Nie bądź głupia. Poza tym nikogo teraz nie mam. Odpowiedź Hadriana zdumiała Bryn. Kuzyn 
był przystojny, miał dobrą pracę i był naj wspanialszym mężczyzną, jakiego mogła sobie 
wymarzyć kobieta. Coś musiało być nie w porządku z mieszkankami Yorku. 
Widok miasta wprawiał zwykle Bryn w stan pewnego podenerwowania. Tym razem jednak nie 
wyrwał jej ze stanu odrętwienia. Jedynie myśl o Kynastonie Germaine wzniecała w niej gniew i 
nienawiść, a także dziwny smutek. 
Kiedy Hadrian zatrzymał samochód przed swoim domem, Bryn cmoknęła go w policzek. 
- Dziękuję - powiedziała ciepłym głosem. - Cieszę się, że nie jestem teraz sama. 
- Nie jesteś sama, borsuczku - Hadrian użył jej dawnego przezwiska. - Masz przecież mnie. 
Pomyślał o dziwnym zwrocie w ich życiu. Piętnaście lat temu został sierotą i zamieszkał z Bryn,  
która   stała   się   jego   podporą.   Teraz   wszystko   obróciło   się   o   sto   osiemdziesiąt   stopni.   Miał 
nadzieję, że będzie mógł jej pomóc, tak jak ona kiedyś pomogła jemu. Ale nie był tego całkiem 
pewien.   Z   kuzynką   działo.   się   coś   dziwnego.   Znał   ją   dobrze.   Bryn   miała   silną   osobowość, 
chociaż  wiele   osób uznawało jej   nieśmiałość   i  chęć   niesienia  wszystkim   pomocy  za   oznakę 
słabości. Jednak w ciągu dwóch ostatnich tygodni wyraz jej oczu bardzo się zmienił i czuł się 
dziwnie nieswojo w obecności tej dziewczyny. W jej Qczach dostrzegł skupienie, gniew i jeszcze 
coś bardzo groźnego. 
Bryn nie chciała go martwić i przysparzać mu dodatkowych kłopotów. Musi dać sobie radę. Ale 
czy na pewno da sobie radę? Przypomniał jej się Kynaston Germaine - wysoki i złotowłosy. 
Nagle opuścił ją strach. Tak. Na pewno da sobie radę. Miała przecież pewne plany. Wiedziała, co 
ma robić, i pozostawało jej jedynie obmyślić sposób dostania się tam. Ten podły człowiek zabrał 
jej siostrę, ojca i dom. Już nic więcej nie może jej zrobić, za to ona może zniszczyć jego życie. 
Hadrian mieszkał na, bardzo eleganckiej ulicy, gdzie rosły lipy i kasztany. W każdym domu było  
sześć dużych mieszkań i mały, wspólny ogród. Całe otoczenie zachwyciło Bryn. Dziwiła się, że 
nigdy przedtem tego nie dostrzegła. Ale kiedy tu bywała, miała jeszcze swoją ukochaną farmę.  
T~raz, kiedy już nie była z nią związana, poczuła się całkowicie wolna. Katy mówiła często, że 
ich dom jest jak kamień młyński zawieszony na szyi, że izoluje ją od świata, a ona nigdy tego nie 
mogła zrozumieć. 
Czyżby Katy miała rację? 

- Chodź. Napijemy się herbaty - powiedział Hadrian z wymuszoną beztroską. 

background image

Mieszkanie   było   takie,   jak   je   zapamiętała.   Dwa   duże   okna   wychodziły   na.   ulicę.   Dawniej 
uważała, że to przygnębiający widok. Teraz zachwyciła ją skrzynka z kwitnącymi karłowatymi  
tulipanaDj1i,   stojąca   na   parapecie.   Rozejrzała   się   z   zaciekawieniem.   Na   podłodze   leżał 
ciemnozielony dywan, a ściany były jasnoniebieskie. Zasłony, obicia krzeseł, poduszki i kanapa 
również   były   w   odcieniach   błękitu.   Zrobiło   to   na   niej   wrażenie   bezpiecznej,   podmorskiej 
kryjówki. 
- Słuchaj, Hadrianie. Może powinniśmy zatrzymać rzeczy Katy. Mogą ci się przydać. 
Potrząsnął głową. 
- Nie, Bryn. Teraz to są twoje rzeczy i uważam, że powinnaś je sprzedać, tak jak postanowiłaś.  
Katy też by je sprzedała, gdyby potrzebowała pieniędzy. 
- Tak, wiem o tym - powiedziała cicho, przypominając sobie dzień, kiedy zaczęła przeglądać  
rzeczy   należące   do   siostry.   Zapakowała   ubrania   i   wysłała   je   do   organizacji   dobroczynnej. 
Biżuterię   zamknęła   w   szkatułce,   w   której   przedtem   przechowywała   jakieś   drobiazgi 
odziedziczone po matce.  Koperta z napisem "Poufne", znaleziona w torebce Katy,  leżała nie 
tknięta na samym dnie walizki. Katy zawsze strzegła swojej prywatności i Bryn nawet teraz nie  
chciała jej naruszać. 
- Pójdę po walizki - rzekł Hadńan. - Wiesz, gdzie jest kuchnia, prawda, borsuczku? Zrób herbaty 
- poprosił. Nie miał na nią specjalnie ochoty, ale chciał, żeby Bryn mogła się czymś zająć. 
Rozejrzała się po kuchni w poszukiwaniu odpowiednich naczyń. Kiedy herbata była już gotowa, 
Hadrian stanął w drzwiach i spojrzał na Bryn. Miała na sobie brązową suknię w czarne kropki.  
Włosy  niedbale   ściągnęła   gumką.   Nie   dostrzegł   jej   otyłości,   szerokich   bioder   i   podwójnego 
podbródka. Widział jedynie kobietę o pięknej, szlachetnej duszy, pogrążoną w bezgranicznym 
cierpieniu. 
- Nie ma mleka - powiedziała, podając mu kubek. 
- Nic nie szkodzi. - Przyciągnął kuzynkę do siebie. - Wszystko będzie dobrze, Bryn. 
Przymknęła   oczy.   Jak  dobrze   byłoby  zdać   się   całkowicie   na   Hadriana.   On  by  jej   nigdy  nie 
zawiódł, nigdy by nie zdradził. Ale kto ją właściwie zdradził? - pomyślała nagle, opierając mu  
głowę na ramieniu. 
- Hadrian, zobaczyłam twój samochód ... o, przepraszam, nie wiedziałam ... - Usłyszała nagle 
młody, wesoły głos. 
Zaczerwieniła się i odsunęła gwahownie. W drzwiach kuchni stała drobna kobieta, z krótkimi 
kręconymi, jasnymi włosami, piegowatym noskiem i wesołym, zaraźliwym uśmiechem. 
- Ty zawsze wiesz, kiedy wracam do domu, Lynette - zażartował Hadrian i popatrzył na Bryn, 
którą  zawsze  peszyli   nieznajomi.  -   Lynette,   to  jest  Bryn.  Formalnie   jest  moją   kuzynką,  ale 
traktuję ją bardziej jak siostrę. - Wyraz zdziwienia ustąpił z ładnej buzi Lynette. - Bryn, to jest  
Lynette Granger, moja sąsiadka i zmora mojego życia. 
- Dobrze wiedzieć, że spełniam jakąś pożyteczną rolę - powiedziała wesoło i wyciągnęła rękę do 
Bryn. - Miło cię poznać, Bryn. Hadrian dużo mi o tobie opowiadał. 
Bryn z uśmiechem uścisnęła dłoń dziewczyny. 
- Witaj, Lynette." 
- Bryn. To bardzo niezwykłe imię. 
- To zdrobnienie od Bryony. 
- Bryony? Tak jest o wiele ładniej. Ja używałabym jedynie tej formy. 
- Nigdy o tym nie myślałam - powiedziała Bryn. 
- Czy pozwolisz, żebym cię nazywała Bryony? 
- Tak. Ojciec zawsze nazywał mnie Bryony. Albo Bryone Rose, kiedy narozrabiałam. 
Hadrian patrzył na nie ze zdziwieniem. Albo mu się wydawało, albo te dwie kobiety nawiązały 
między sobą porozumienie. Bryn też to czuła. Lynette Oranger była kimś szczególnym. Kimś, 
kto może odegrać w jej życiu ważną rolę. 
-   Powiedz   mi   teraz,   Hadńanie,   dlaczego   tak   nagle   wyjechałeś?   -   Lynette   natychmiast 
zorientowała się, że pytanie to jest zupełnie nie na miejscu. W pokoju zapanowała pełna napięcia  

background image

cisza. 
Hadńan spojrzał na Bryn; ta lekko skinęła głową. 

_ Opowiadałem ci o latach spędzonych na wsi, prawda? _ zaczął, uważnie obserwując Bryn. - O 

tym, jak mieszkałem razem z ciotką i wujem. 

- Tak - odpowiedziała, czekając na dalszy ciąg. 
- A więc, moja kuzynka, Katy ... siostra Bryn, umarła. 
- Zatelefonowałam do niego i poprosiłam, żeby do mnie przyjechał - wyjaśniła Bryn. Hadrian był  
pierwszą osobą, która jej wtedy przyszła na myśl. Osobą, na której zawsze można było polegać. 
- Tak mi przykro, Bryony - powiedziała Lynette. - Ja również straciłam siostrę. Miałam wtedy 
czternaście lat, a Vivienne dwadzieścia. To był wylew krwi do mózgu. Siedziała przy stole i 
uczyła się, a za chwilę ... już jej nie było. 
- Katy ... Katy popełniła samobójstwo - wykrztusiła Bryn. Słowa te zaszokowały Lynette. Twarz 
jej pobladła. Patrzyła teraz na Bryn rozszerzonymi ze zgrozy oczami. 
- O mój Boże. Tak mi przykro. Nie wiem, co powiedzieć. 
- Lynette jest pielęgniarką - odezwał się Hadrian. Chciał uświadomić Bryn, że jego znajoma jest 
godna zaufania. 
- Jestem również dietetyczką i fizjoterapeutką. Szkoła pielęgniarska bardzo mnie nudziła - 
wyjaśniła. 
- Bryn będzie przez pewien czas mieszkać u mnie - oznajmił Hadrian. - Będziesz więc mogła 
przygarnąć ją pod swoje opiekuńcze skrzydła. 
Lynette zrozumiała tę aluzję. Bryony znajdowała się w szoku, więc Hadrian chciał otoczyć ją  
opieką. Skinęła potakująco głową. 
Pragnąc na chwilę zostać sama, Bryn poszła przygotować herbatę dla Lynette. 
- Zrobiłam ci herbaty - powiedziała. - Zapomniałam cię tylko spytać, czy słodzisz. 
- Dziękuję. Nie używam cukru. 
Bryn spojrzała na jej smukłą sylwetkę. - Tak też myślałam. 
Na wargach Lynette ukazał się lekki uśmiech. W ciele Bryony Rose również mieszkała inna,  
szczupła dziewczyna. Postanowiła wydobyć ją na światło dzienne. Doskonale wiedziała, jak się 
do tego zabrać - taktownie, z wyczuciem, a jednocześnie stanowczo. 
- Jak ci się podoba mieszkanie? - spytała wesoło. - Ładne, prawda? 

Bryn skinęła głową. 
- Gdybyś zobaczyła mój dom ... - Urwała nagle, bo zdała sobie sprawę, że Lynette nigdy nie 
zobaczy Ravenheights. 
Sąsiadka rzuciła Hadrianowi pytające spojrzenie. 
- To była jej rodzinna farma. Bryn musiała ją sprzedać - wyjaśnił. 
- To musiało być okropne - powiedziała Lynette. - A gdzie jest twój ojciec, Bryony? Hadrian 
mówił mi, że jego wuj 
mieszkał na farmie przez całe życie. - Szybko zorientowała się, że znowu zadała niewłaściwe 
pytanie. Dobry Boże, co jeszcze spotkało tę biedną dziewczynę? 
- Mój ojciec umarł pięć dni temu - brzmiała odpowiedź Bryn. Lynette siedziała w milczeniu i  
patrzyła na Hadriana. 
Łączyła ich przyjaźń. Kiedyś na pewno próbowałaby uwieść przystojnego sąsiada, ale teraz była 
szczęśliwą mężatką i wystarczała jej przyjaźń. Porozumieli się wzrokiem. Hadrian wiedział już,  
że Lynette zajmie się Bryony Rose. Jej serce przepełnione było współczuciem dla ludzi. Bryony 
straciła wszystko, co było jej drogie. Musi rozpocząć nowe życie. 
Tak, pomyślała Lynette. O to właśnie chodzi. Musi rozpocząć nowe życie, stać się zupełnie inna. 
Uwa~nie spojrzała na Bryn; ta poczuła jej wzrok na sobie i podniosła głowę. 
- O czym myślisz? - spytała czując instynktownie, że musi to być coś bardzo dla niej ważnego, i 
bała się usłyszeć odpowiedź. 
Lynette postanowiła zagrać w otwarte karty. 
- Myślę właśnie o tym, jak pięknie mogłabyś wyglądać - powiedziała spokojnie. 

background image

Widać   było,   że   Bryn   raz   na   zawsze   uznała   siebie   za   grubaskę   i   okropną   brzydulę.   Lynette 
przypomniała   sobie,   że   Hadrian  mówił   jej,   iż   jedna   z   jego  kuzynek   jest   modelką.   To   także 
musiało pogłębiać kompleksy Bryn. 
- Bryony, mogłabyś być piękną kobietą, gdybyś trochę schudła - powiedziała szczerze, ale na 
twarzy Bryn  malowało się powątpiewanie. - Zacznijmy od początku. W opinii ekspertów od 
urody włosy odgrywają najważniejszą rolę. Ty masz piękne włosy i domyślam się, że to twój 
naturalny kolor, prawda? 
Bryn chwyciła swój koński ogon i spojrzała na niego podejrzliwie. Były to po prostu jej włosy - 
dość gęste, ale łatwo się przetłuszczały. Musiała je myć co drugi dzień. Nie uważała, żeby miały 
jakiś szczególnie piękny kolor. 
- Oczy są także bardzo ważne - ciągnęła Lynette. Uklękła przed siedzącą przy stole Bryn i zdjęła 
jej z nosa ciężkie okulary w czarnych oprawkach. - Nigdy przedtem nie widziałam takich oczu. -  
Potrząsnęła w zdziwieniu głową. One są ... 
- Piwne - dopowiedziała Bryn. 
- Nie, nie piwne - zaprzeczyła Lynette. - Raczej pomarańczowe. Może nawet czerwone. Nie 
umiem opisać ich koloru. Przejdźmy zatem do czegoś łatwiejszego. Masz ładnie ukształtowaną 
twarz. Kiedy schudniesz, uwidocznią się kości policzkowe i linia szczęki. Nie jestem ekspertem 
w tej dziedzinie, ale wyraźnie widię, jak będziesz wyglądać. 
Lynette   klęczała   przed   Bryn,   patrząc   na   nią   swoim   pogodnym   i   szczerym   wzrokiem.   Bryn  
poczuła, że cały pokój wiruje jej w głowie. Zrozumiała, że Lynette naprawdę wierzy w to, co  
mówi.   Oczy   Bryn   przypominały   teraz   oczy   tygrysa.   Gdyby   rzeczywiście   w   jakiś   sposób 
wyładniała, jej szanse dokonania zemsty na Kynastonie Germaine byłyby większe. 

Kiedy  Vince   zatrzymał   samochód   przed   farmą   Ravenheights,   Kynastona   ogarnął   gwałtowny 
niepokój. Nie wiedział dlaczego. Nie spodziewał się, że spotkanie z Johnem i Bryn Whittakerami 
będzie przebiegać w przyjaznej atmosferze. Wręcz przeciwnie. Spodziewał się wrogości z ich 
strony. Był jednak przekonany, że uda mu się przekonać ich do zamiany. Gospodarstwo, które 
dla nich znalazł, leżało w odległości trzydziestu mil od Ravenheights. Nie przewidywał więc 
specjalnych trudności. 
Widok   domu   wprawił   go   w   zdumienie.   Nie   sądził,   że   będzie   tak   stary,   prawie   zabytkowy.  
Budynek, który przejął razem z farmą Duckworth, był bardziej nowoczesny. Wysiadł z samo-
chodu i stanął po kostki w błocie, nie zważając na ostre podmuchy wiatru. Rozejrzał się po  
gospodarstwie. 
Wiedział, że na farmie są stodoły, prawnie uznane za zabytki, i że nie wolno mu ich rozebrać. 
Zafascynowany   spojrzał   na   sowę,   która   bezszelestnie   wyfrunęła   z   otworu   wentylacyjnego 
jednego z budynków gospodarczych. Widział miejsce, gdzie niegdyś stała Mudnia. Dom jednak 
był pusty. Kynaston poczuł się zawiedziony. Pomyślał o kobiecie z oczami koloru bursztynu,  
którą widział tylko przez chwilę i która zrobiła na nim wielkie wrażenie. Wiedział, że jej tu nie  
znajdzie. Coś zostało z tego miejsca bezpowrotnie zabrane. 
Podszedł do okna i zajrzał do kuchni. Zobaczył starą, wykładaną kafelkami podłogę, drewniane 
belki i odpadający ze ścian tynk. Zaglądał w przeszłość. Zamyślił się i obszedł całe podwórze. W 
tym miejscu czas się zatrzymał. Teraz już wiedział, co ma z nim zrobić. 

Limuzyna wioząca Marion wjechała na pas startowy, gdzie czekał już samolot odrzutowy Lear  
należący  do   Ventura   Industries.   Ojciec   Marion   wollił   podróżować   luksusowo   wyposażonym 
DClO. Samolot wystartował punktualnie i wreszcie mogła się odprężyć.  Bała się latania, ale 
przed ~yjściem z domu zażyła łagodny środek uspokajający. Kiedy zasłaniała okienko firanką, 
pojawił się przed nią niewysoki, ale wyjątkowo przystojny steward. 
- Czy słońce świeci pani w oczy, pani Ventura? 

background image

- Nie. - Marion uśmiechnęła się. - Robię to z tchórzostwa. Czy można zasłonić wszystkie okna i 

zapalić światło? 
- Oczywiście - odpowiedział steward z uśmiechem. - Może już pani odpiąć pasy. 
- Kiedy będziemy w Burlington? - spytała. 
- Za niecałe dwie godziny. C~y mógłbym jeszcze coś dla pani zrobić? 
Podniosła głowę. Ich oczy spotkały się na chwilę. Serce zabiło jej mocniej. Steward zorientował 

się, że jego słowa mogły być inaczej zrozumiane, i zaczerwienił się gwałtownie. - Myślałem o 

kawie, herbacie lub kieliszku wina. A może mogę zaproponować pani koktajl? 
- Poproszę kawę. Czarną, bez cukru - powiedziała Marion i aby go uspokoić, wyjęła z teczki  
papiery i rozłożyła je przed sobą na stoliku. 
Kiedy steward przyniósł jej kawę, udawała, że jest zajęta czytaniem. Gdy odszedł, odchyliła się 
na oparcie fotela. Zrozurniała, że ten chłopak boi się jej, i odczuła to jako wymierzony w nią cios. 
Był przerażony. Bał się, że może zostać wyrzucony z pracy. Chciało jej się płakać. Zapomniała 
już, że ma do przeczytania życiorys Kynastona Germaine. Podniosła do ust filiżankę. Ręce jej 
drżały.   Uśmiechnęła   się   z   goryczą.   Jej   osoba   napawała   mężczyzn   strachem!   To   pieniądze   i 
władza ojca wprawiały ich w przerażenie. Ogarnęło ją przygnębienie. Zamknęła oczy. 

Zanim   jeszcze   zdążył   włożyć   klucz   do   zamka,   usłyszał   dochodzące   z   mieszkania   dźwięki 
muzyki.   Kiedy wszedł  do  saloniku,  ujrzał  Lynette   i  Bryn,  leżące  na   podłodze  i  wykonujące 
ćwiczenia gimnastyczne. Kiedy po raz pierwszy zobaczył je w. tej sytuacji, stanął oniemiały, a 
one wybuchnęły głośnym śmiechem. Bryn miała wtedy na sobie tę okropną brązową sukienkę w 
czarne   kropki   i   wyglądała   jak   siedem   nieszczęść.   Dzisiaj   ubrana   była   w   czarny   kostium 
gimnastyczny, a jej twarz zaróżowiła się z wysiłku. 
- Dobrze, Bryn. Bardzo dobrze ci idzie - mówiła Lynette.- Wiem, że to trudne, ale ten wysiłek się 
opłaci. Kiedy wzmocnią ci się mięśnie brzucha, jeszcze bardziej zeszczuplejesz. No, jeszcze dwa 
ćwiczenia. 
Hadrian usiadł na kanapie i obserwował kuzynkę. Była taka zdeterminowana. Już teraz widać 
było,   że   zeszczuplała.   Hadrian   cieszył   się   ze   względu   na   nią,   ale   jednocześnie   ogarniał   go 
pewien niepokój, którego przyczyny nie potrafił wytłumaczyć. 
- Dobrze. Teraz chwila odpoczynku i przejdziemy do ćwiczeń biustu, żeby twoje piersi stały się 
tak twarde i jędrne jak moje. - Lynette ujęła w dłonie swoje duże, lecz ksztahne piersi, a Hadrian 
głośno chrząknął, chcąc przypomnieć jej o swojej obecności. Obie kobiety spojrzały na niego, a  
Lynette '\śmiechnęła się. 
- Muszę wam powiedzieć, moje panie, że nie przypuszczałem, iż moje mieszkanie stanie się salą 
gimnastyczną. 
- Och, tak mi przykro. Nie pomyślałam ... - zaczęła Bryn, która nagle zdała sobie sprawę, że w 
tym domu mieszkają przecież sąsiedzi. 
- On żartuje - zapewniła ją Lynette, podnosząc się zgrabnie z podłogi. 
Bryn popatrzyła na nią z zazdrością. Czuła się strasznie obolała. 
- Musimy się czegoś napić - oznajmiła Lynette. - Czy pamiętasz, co ci mówiłam o odwodnieniu? 
- zapytała, nalewając wody mineralnej do szklanki. 
Bryn skinęła potakująco głową. Hadrian obserwował ją uważnie. Lynette dokonała prawdziwych 
cudów. Z oczu Bryn zniknął wyraz zagubienia i przerażenia. Czasem, kiedy wracał do domu, 
zastawał obie dziewczyny rozmawiające i śmiejące się wesoło. 
- Jak ci poszło w pracy? - spytała Bryn, oddychając ciężko. 
- Dobrze. A nawet więcej niż dobrze. - Wstał z kanapy i uśmiechnął szeroko. - To jest już 
oficjalna wiadClmość. Moi pracodawcy zaproponowali mi, żebym przystąpił do spółki. 
Zaoszczędziłem wystarczająco dużo, żeby zostać wspólnikiem firmy Wright, Carter i Phipps. A 
może powinienem był powiedzieć Wright, Carter, Phipps i Boulton? 
Hadrian pracował w jednej z najlepszych firm buchalteryjnych w Yorku. 

background image

- To wspaniale! - zawołała Bryn i serdecznie go uściskała. 
- Gratuluję - zawtórowała jej Lynette. - Ale to było oczywiste. Sam wiesz, że bez ciebie nie 
daliby sobie rady. Jesteś geniuszem, jeśli chodzi o liczenie. 
Bryn   piła   wodę   mineralną   z   plasterkiem   cytryny.   Słodkie,   tuczące   napoje   należały   już   do 
przeszłości. Hadrian upił łyk z jej szklanki. 
- Jeśli tak dalej pójdzie - powiedział - to zmienisz się nie do poznania. 
- On ma rację - dodała ze śmiechem Lynette. - Nie masz pojęcia, jak utrata wagi może człowieka 
zmienić. Nie tylko fizycznie. 
I Bryn zrobiło się nagle gorąco. Czy .naprawdę jest to możliwe? 
Czy nikt by jej nie rozpoznał? Nie słuchała rozmowy, jaką prowadziła Lynette z Hadrianem na 
temat   jego   nowej   sytuacji   zawodowej.   Wszystkie   jej   myśli   pochłonęła   osoba   Kynastona 
Germaine. Na pewno był dokładnie zorientowany we wszystkim, co dotyczyło jego interesów. 
Musiał   więc   się   dowiedzieć   o   śmierci   ojca   i   Katy.   Niewątpliwie   zdawał   sobie   sprawę   - 
szczególnie po tym incydencie z owcami w czasie uroczystego otwarcia hotelu - że strata farmy  
potwornie ją rozwścieczyła. 
- Co ty na to, Bryn? 
- Słucham? - Bryn spojrzała na Hadriana nieprzytomnym wzrokiem. - Przepraszam, zamyśliłam 
się. 
- Proponowałem, żebyśmy dziś wieczór poszli do restauracji. Cała nasza czwórka: ty, Lynette, 
Phil i ja. 
- To świetny pomysł. Ale ja będę jadła wyłącznie sałatę. 

- Zawsze mi się wydawało, że nie lubisz sałaty. - Hadrian, zerknął z uśmiechem na Lynette. 
Ustalenie diety Bryn okazało się zadziwiająco łatwym zadaniem. Dziewczyna szybko pojęła, że 

nie powinna jeść tłustych potraw ani szukać pociechy w słodyczach. 
- Tatuś nie cierpiał sałaty. Hadrian dobrze ó tym wie. Nazywał ją potrawą dla królików - 
powiedziała. 
Dieta, którą stosowała, nie była dla niej wielkim wyrzeczeniem. Postanowiła przecież schudnąć. 
Czy naprawdę mogłaby odmienić swój wygląd? Hadrian zauważył, że w jej oczach pojawił się 
tygrysi błysk. Zerknął na Lynette, która najwidoczniej niczego nie zauważyła. Coś było nie w 
porządku.   Czuł   również,   że   gdy  dowie   się   wreszcie,   o   co   chodzi,   nie   będzie   to   dla   niego 
przyjemna wiadomość. 

Stowe, Vermont 

Marion zameldowała się w Chateau Lake Louise o czternastej, a dwie godziny później Morgan 

wiedział już, że tam jest. Miał całą siatkę szpiegów, której nie powstydziłaby się CIA. Osoba 

Marion niezbyt go zresztą interesowała. Uznał ją za jeszcze jedną milionerkę, która przyjechała  

na spóźnione narciarskie wakacje. Jednak na wszelki wypadek polecił ją obserwować. 
Nie rozpakowała nawet walizek. Od razu wypożyczyła narty i popędziła na stok. Jej 
samopoczucie natychmiast uległo zmianie. Od dawna nie czuła się tak dobrze. W górach, 
wśród śniegu, odzyskała poczucie wolności. Kiedy zjechała do podnóża Mount Mansfield, 
Ventura Industries była dla niej jedynie odległym wspomnieniem. Zrozumiała, dlaczego 
Kynaston Germaine właśnie tutaj zbudował swoje hotele. Nagle oprzytomniała. Przyjechała tu 
przecież w pewnym celu. Była to brudna robota, ale musiała ją wykonać, żeby udowodnić ojcu 
swoją wartość. 

Podczas pobytu w restauracji Bryn mówiła niewiele. Siedziała pogrążona we własnych 
myślach. Nie wiedziała zresztą, co mogłaby wnieść do tej lekkiej, inteligentnej konwersacji, 
jaka toczyła się przy stoliku. Umiała mówić jedynie o owcach. Po kolacji wszyscy postanowili 
przejść się po mieście. Na Stonegate zatrzymali się przed sklepem z ubraniami. Bryn 

background image

wpatrywała się w naj nowszą letnią kolekcję. 

- Jakie to piękne - powiedziała cicho. 

- Niedługo będziesz mogła kupić sobie coś z tej koiekcji - powiedziała z uśmiechem Lynette. Po 

zastosowaniu ostrej diety i intensywnych ćwiczeniach fizycznych Bryn schudła osiem kilo. 

Lynette zdawała sobie sprawę, że teraz proces tracenia wagi będzie wolniejszy, ale liczyła na to, 

że za pięć miesięcy, w sierpniu, jej podopieczna będzie miała już zupełnie inną figurę. 
Bryn wzruszyła ramionami. 
- Zobaczymy. 
Mąż Lynette, Phil, zmienił taktownie temat rozmowy. Bryn wiedziała jednak, że eleganckie stroje 
będą jej potrzebne, jeśli ma zamiar wejść do świata, w którym obraca się Kynaston Germaine.  
Będzie potrzebowała tylu rzeczy, że postanowiła sprzedać wszystkie wartościowe przedmioty,  
jakie   posiadała.   Swoje   własne   oraz   te,   która   pozostawiła   Katy.   Sprzeda   całą   biżuterię-,   z 
wyjątkiem tych trzech drobiazgów po matce. Postanowiła, że zajmie się tym nazajutrz. 

Kiedy wrócili do mieszkania, Bryn poszła prosto do kuchni. 
Zrobiła herbatę dla siebie i dla Hadriana. Do swojego kubka wsypała trochę słodziku. Nie 
używała już cukru. 

- Hadrian, w jaki sposób można oficjalnie zmienić nazwisko? - spytała nagle. 

- Nie wiem. Dlaczego pytasz? - Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

- Bo chcę zmienić nazwisko. 
Zimny dreszcz przebiegł Hadrianowi po plecach. Wiedział, że coś się szykuje. Czuł to.  
- Dlaczego, Bryn? I jak chcesz się teraz nazywać? 
- Bryony Rose. Tak sobie pomyślałam... Przecież Bryony jest moim prawdziwym imieniem. Rose 
jest również moim imieniem. Praktycznie więc niczego nie zmieniam. 
- Poza tym, że pozbywasz się nazwiska Whittaker - wytknął jej ostro Hadrian. - Dlaczego chcesz 
to zrobić? Czy jesteś ... Czy na pewno dobrze się czujesz? - Zaczął podejrzewać, że dziewczyna  
przechodzi załamanie nerwowe. 
Bryn wiedziała, o czym kuzyn myśli. Popatrzyła na niego ze smutnym uśmiechem. 
- Dobrze, Hadrianie. Ale nie powiedziałam ci wszystkiego. O Katy. - Odstawiła kubek i z gracją 
wstała z krzesła. Wyjęła z torebki ostatnie zapiski Katy. - Ani tatuś, ani ja nie pokazywaliśmy ci 
tego, ponieważ ... chcieliśmy to najpierw sami przemyśleć. Ale teraz uważam, że powinieneś to 
przeczytać. 
Hadrian popatrzył na kartkę, którą Bryn trzymała w ręku. Nie miał ochoty zapoznawać się z jej 

treścią. 
- Nie pokazałaś tego prowadzącemu śledztwo, prawda? Wiesz, że złamałaś prawo? 
- Tatuś nie chciał, aby ktoś to odczytywał w sądzie. Czuł się winny, że obciążył hipotekę farmy 
długami, co z kolei doprowadziło do tego, że Kynaston Germaine mógł ją nam odebrać. - 
Germaine? A co on ma do tego? - spytał Hadrian. 
Zebrał trochę wiadomości na temat Germaine Corporation. 
Kiedy wyszło na jaw, że chcą wejść na angielski rynek, jego firma starała się - jak się potem 
okazało, bezskutecznie - o możliwość prowadzenia niektórych spraw korporacji. 
- Wszystko - odpowiedziała Bryn. - To przez niego Katy się zabiła. 
Hadrianowi nie podobał się sposób, w jaki kuzynka· mu to oznajmiła. Nie wierzył w to, co 
mówiła. Niechętnie wziął kartkę, którą mu podała. Od razu poznał pismo Katy. Zrobiło mu się  
zimno, kiedy odczytał tych kilka krótkich zdań. Nie kochał Katy tak mocno jak Bryn, ale mimo 
wszystko ... Żadna istota ludzka nie zasługiwała na takie cierpienie. Zaczął wierzyć słowom 
kuzynki. Katy przeżyła utratę farmy o wiele ciężej, niż mógł się tego spodziewać. 
- Nie wiem, co powiedzieć - odezwał się cichym głosem. Bryn zdecydowała w tej chwili, że nie 
będzie go prosić o pomoc. Nie chciała wykorzystywać jego dobrej woli. Postanowiła pojechać 
sama do Ameryki. 

background image

- Nie mogę pozwolić, żeby mu to uszło bezkarnie - powie- 

działa cicho jakby do siebie. - To, co stało się z Katy. I z tatusiem. 
Hadrian spojrzał na nią przerażony. - O czym ty myślisz, Bryn? 
Wyjęła mu z dłoni kartkę i wrzuciła ją do torebki. Nie miała odwagi spojrzeć Hadrianowi w oczy.  
Podeszła do okna i popatrzyła na oświetlony kościół. Nigdy go przedtem nie zauważyła. Wieże i 
wysokie, łukowate okna tonęły w złotym blasku. 
- Bryn? 
Odwróciła się od okna. Hadrian nie widział dobrze Jej ukrytych za okularami oczu, ale wiedział, 
że błyszczą jak oczy tygrysa. 
- Bryn już nie istnieje - powiedziła twardym głosem. - Nazywam się Bryony Rose. Jutro rano 
dowiem się, jak zalegalizować moje nowe nazwisko.
 -  A potem? - spytał. 
- Potem będę przestrzegać diety i wykonywać ćwiczenia. 
- A potem? 
- Obetnę włosy. Lynette mówi, że są za długie. 
- I co jeszcze? 
- Sprawdzę, cz.y będę mogła nosić szkła kontaktowe. 
- Rozumiem. Chcesz, żeby Bryony Rose różniła się całkowicie od Bryn Whittaker. 
- Tak. Ona musi być inna. Zupełnie inna. Podszedł do niej. 
- Dlaczego, Bryn? 
- Bryony. 
- Dlaczego, Bryony? Popatrzyła mu w oczy. 
- Bryn była ofiarą, Hadrianie. Nie chcę być nadal ofiarą. Muszę się zmienić. Poza tym chcę być  
ładna. Najwyższy czas, abym stała się kobietą. To nie ma nic wspólnego z Kynastonem Germaine 
- skłamała, nie odwracając wzroku, chociaż ciemny rumieniec wystąpił jej na policzki. 
Na szczęście Hadrian tego nie zauważył. 
- Chcesz się zemścić na Kynastonie Germaine, tak? 
- Tak. 
- Czy naprawdę wierzysz, że zemsta przyniesie ci zadowolenie? 
W jej oczach znowu pojawił się tygrysi błysk. 
- To nie jest zemsta, Hadrianie. To zwykła sprawiedliwość. 
Tacy ludzie jak Kynaston Germaine uważają, że mogą robić, co im się podoba, i nie ponosić  
żadnych konsekwencji. I przeważnie tak się dzieje. Ale nie w tym wypadku. Kynaston skrzywdził 
moich bliskich. Nie chcę, żeby skrzywdził innych. Chcę ... sprawdzić, co robi, dowiedzieć się 
wszystkiego na temat Germaine Corporation. Sprawdzić, czy istnieje możliwość wytoczenia mu 
sprawy sądowej, albo czy można opisać naszą historię w gazetach, aby ostrzec przed nim innych. 
Dobrze wiedziała, że to, co mówi, jest kłamstwem. Nie przypuszczała, żeby istniały jakiekolwiek 
podstawy do wszczęcia kroków prawnych przeciwko Kynastonowi Germaine. Mogło się jednak 
zdarzyć, że będzie potrzebować pomocy Hadriana, gdyby udało jej się w jakiś sposób dotrzeć do 
księgowości korporacji. W inne sprawy nie chciała go wciągać. Nie będzie to czysta walka. I na 
pewno okaże się niebezpieczna. Hadrian powinien w tym czasie siedzieć spokojnie w Ariglii. 
Skinął głową. Wiedział już, w jaki sposób może jej pomóc. 
- Dobrze. Mam swoje dojścia. Zobaczymy, ile informacji uda mi się zdobyć. 
Nie musiała mu przypominać, ile zawdzięczał jej rodzinie. Zawsze będzie o tym pamiętał. 

Morgan wszedł swobodnym krokiem dn Trapp Family Lodge i bez trudu odnalazł drogę do sali, 
w której podawano gościom kawę i herbatę. Miał na sobie ciemnozielone spodnie i czarny. 
sweter. Z gładko zaczesanymi włosami i opaloną twarzą wyglądał jeszcze bardziej 

background image

uwodzicielsko. U siadł przy stoliku sąsiadującym ze stolikiem Marion Ventura. Marion 
przebywała w Stowe już cały miesiąc i Morgan był pewien, że coś planuje. Sezon narciarski już 
dawno się skończył, a ona nie wyjeżdżała. Poza tym było w niej coś, co nie przystawało do 
zewnętrznego, bardzo kobiecego wyglądu. Patrzył teraz na nią okiem mężczyzny. Emanowała z 
mej niesamowita kobiecość. Czuł to wyraźnie, chociaż myślał o zupełnie innych sprawach. 
Sezon już się skończył,  a ona nie wyjeżdżała. Na dodatek co drugi dzień zmieniała miejsce  
pobytu.   Odwiedziła   już   wszystkie   najlepsze   hotele   w   mieście.   A   w   zeszłym   tygodniu   prze -
prowadziła się do Top Notch, gdzie był podgrzewany basen i kort tenisowy. 
To  wszystko   intrygowało   i   niepokoiło  Morgana.   Zasięgnął   informacji   u  swoich  szpiegów  w 
Nowym Jorku, ale nie dowiedział się niczego ciekawego. Poinformowali go, że Marion niedawno 
się   rozwiodła   i   że   wszyscy   są   zdumieni   jej   nowym   stanowiskiem   w   Ventura   Industries. 
Niewątpliwie musiała jeszcze nauczyć się wielu rzeczy. Zastanawiał się, czego mogła uczyć się 
w Stowe. Nie wróżyło to jednak nic dobrego. Czuł, że kolejna korporacja chce zawłaszczyć 
Vermont. 
Podszedł do jej stolika. Kiedy podniosła głowę, zobaczyła wysokiego mężczyznę, patrzącego na 
nią z uśmiechem.
 - Cześć - powiedział. 
Automatycznie odwzajemniła uśmiech. 

- Cześć. 
- Czy mogę się przysiąść? 
Zawahała się. - Nie jestem ... 
- Chcę porozmawiać o interesach - uspokoił ją Morgan. - Reprezentuję organizację Zielony 
Vermont. Wydaje mi się, że moglibyśmy zacząć działać wspólnie. 
Spojrzała na niego z uwagą. Coraz bardziej mu się podobała. Lubił silne kobiety. Pod tym 
względem był podobny do Kyna. Silne, piękne kobiety. 
- To jest chyba stowarzyszenie ekologiczne - powiedziała. 
- Tak - odparł i usiadł przy jej stoliku. Opuścił powieki. Wiedział, że to dodaje mu uroku. 
Piła   wolno   herbatę.   Musiała   się   zastanowić.   Z   jednej   strony   byłoby   głupotą   nie   nawiązać 
kontaktu z lokalnymi Zielonymi, ponieważ w dużej mierze zgadzała się z ich poglądami. Ale z 
drugiej strony ... Spojrzała ponownie na siedzącego przed nią mężczyznę. Instynkt mówił jej, że 
należy on do gatunku niebezpiecznych. 
- Nie bardzo wiem, co mogłabym zrobić dla pana, czy też dla pańskiego stowarzyszenia, panie ... 
- Morgan. Po prostu Morgan. 

Zesztywniała. Dlaczego nie podał nazwiska? 
-  Jak już  powiedziałam,  nie  bardzo  rozumiem,   dlaczego wybrał  pan  akurat  mnie.  Chyba   że 
przeprowadza pan rekrutację nowych członków? 
Kiedy Morgan pochylił  się do przodu, Marion instynktownie  cofnęła się na oparcie krzesła. 
Uśmiechnął się. Był to uśmiech mężczyzny, który zna swoją siłę. 
- Niczego bardziej bym sobie nie życzył - powiedział uwodzicielskim tonem. - Przeciągnięcie 
Marion Ventura na stronę Zielonych pomogłoby rozwiązać wiele problemów na skalę światową. 
Zaśmiała się głośno. 
- Wątpię. 
- Aja nie. Ventura Industries to gigant. Wypuszcza ogromne ilości ścieków do rzek i szkodliwych 
gazów do atmosfery. Niszczy lasy. Eksploatuje złoża. Osoba, która jest u steru, mogłaby się stać 
wielką pomocą· 
Mówił to w niezwykle przekonywający sposób. Wyraz jego oczu diametralnie się zmienił. Stał 
się ostry i zdeterminowany. Chociaż jego zasadniczym celem było zniszczenie Kyna, nienawidził 
z całego serca wszelkich przedsiębiorców. 
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. 
- Widzę, że wierzy pan we wszystko, co pan mówi. Pochylił się do przodu i zanim zdążyła 

background image

zaprotestować, wziął 
jej ręce w swoje dłonie. 
- Oczywiście, że wierzę. 
Poczuła, że jego palce dotykają delikatnie jej nadgarstków. Gorący prąd przebiegł jej przez ręce 
aż do ramienia. 
Wyrwała mu dłoń, a w oczach błysnął gniew. Ten mężczyzna zaczął budzić w niej nienawiść. 
- Przykro mi, ale muszę pana rozczarować, Morgan _ powiedziała. - Już dawno postanowiłam 

zrobić coś pod kątem ochrony środowiska. 
Jej szybkie przejście do ofensywy zaskoczyło Morgana, ale zaraz znalazł sposób, żeby zepchnąć 

ją na pozycje obronne. 
-   Wiem,   po   co   pani   tu   przyjechała.   Chce   pani   zapoznać   się   ze   wszystkimi   atrakcjami 

turystycznymi, wypróbować najlepsze hotele. Czy naprawdę myśli pani, że o niczym nie wiem? 
Marion   zamarła   z   przerażenia.   Czyżby   nie   potrafiła   ukryć   prawdziwej   przyczyny   swojego 

przyjazdu do Vermont? Jeśli ten człowiek ją rozszyfrował, mógł to również zrobić ktoś inny. A 

może wykazywała zbyt wiele zapału w poznawaniu wszystkiego, co było tu do poznania? 
- Nie wiem, o czym pan mówi - zdobyła się wreszcie na odpowiedź. 
- Nie? - Morgan kołysał się na krześle. - Czy chce mnie pani przekonać, że Ventura Industries 

nie jest zainteresowana wejściem na' zimowy rynek turystyczny? W tej chwili zajmujecie się 

raczej wypoczynkiem letnim, prawda? 
Była to prawda. Był to również powód, dla którego jej ojciec chciał mieć bazę turystyki 

zimowej. 
- Nadal nie rozumiem, dlaczego miałoby to pana interesować, czy też pańskie stowarzyszenie,  

panie ... och, zapomniałam. Pan nie ma nazwiska? Zastanawiam się, czy władze nie byłyby  

ciekawe, jak brzmi pana nazwisko. 
Strzał był celny. Dostrzegła jego przerażony wzrok. Wyprostował się gwałtownie i wstał od 

stolika. Morgan był bardzo wysoki. Cofnęła się instynktownie. Napięcie między nimi wyraźnie 

wzrosło. 
Po chwili mężczyzna uśmiechnął się, chociaż oczy zachowały czujność. 
- Mogłem się tego spodziewać po Księżniczce Venturze - powiedział przeciągając sylaby. 
Zacisnęła usta. Nienawidziła tego przydomku. 

- Ale osoba, która ma być prezesem firmy - ciągnął - powinna być bardziej przewidująca. Pani 

powinna przewidzieć 
atak. A jeśli zbuduje pani tutaj jeden z tych gigantycznych budynków, to ja gwarantuję pani atak. 

Uśmiechnęła się. 

- Widzę, że jest pan gorzej poinformowany, niż myślałam - odparła zadowolona, że jej rozmówca 

jednak wszystkiego nie wie. 

Zesztywniał. 

- Co pani chce przez to powiedzieć? 

- Chcę powiedzieć, panie ... Morgan - postanowiła posłużyć się tym imieniem jako bronią 

psychologiczną - że nie mam zamiaru budować nowego hotelu w Stowe. Uważam, że jest tu już 

dosyć hoteli. 
Patrzył   na   nią   przymrużonymi   oczami.   To   spotkanie   przybrało   inny   obrót,   niż   się   tego 
spodziewał. Marion Ventura nie dawała się zastraszyć. Postanowił posłużyć się perswazją. 
- Czy pani chce, żebym w to wierzył? Czy pani uważa nas za głupców? 

Zaczerwieniła się. 

- Jak już panu mówiłam, zgadzam się z polityką ekologiczną. Istnieją inne sposoby na zdobycie 

bazy sportów zimowych niż budowanie ... 
Nagle uświadomiła sobie, że powiedziała za wiele. Wzięła torebkę i chciała odejść. Po wyrazie 
jego twarzy zorientowała się jednak, że popełniła duży błąd. 

- Planujecie przejęcie własności - rzekł cichym głosem. 

background image

- Nigdy tego !lie powiedziałam - odparła ostro. 

- Czyjej? - spytał. 
Szybko przebiegł myślami wszystkie korporacje zajmujące się sportem zimowym, ale żadna z 
nich nie  wydała  mu  się  odpowiednia dla Ventury.  Będą chcieli dostać  coś najlepszego. Nie 
interesuje ich rynek przeznaczony dla średnio zamożnych obywateli. W Stowe był to ... 

- Kynaston Germaine - powiedział. 
W oczach Marion pojawił się lęk, którego nie potrafiła ukryć. - Nigdy tego nie powiedziałam - 
powtórzyła. Fatalnie to rozegrała. 
Nagle zauważyła, że stojący przed nią mężczyzna blednie, a w jego oczach pojawia się wyraz 
szaleństwa. Pokręcił głową, a dłonie zacisnęły się nerwowo. 
- Nie - wykrztusił wreszcie. Nie pozwoli jej przejąć Germaine Corporation. To on musi zniszczyć 
Kynastona. To on mu wszystko zabierze i będzie patrzył, jak cierpi. - Nie pozwolę pani tego 
zrobić - dodał, patrząc na nią wściekłym wzrokiem. 

Cofnęła się o krok. 
- Muszę już iść. - Przyciskając torebkę, okrążyła stół i szybkim krokiem skierowała się do drzwi. 

Patrzył za nią przez chwilę czując, jak złość go opuszcza. Właściwie powinien być zadowolony z 

tego odkrycia. Musi jej tylko przeszkodzić w przejęciu korporacji Kyna. Ale jak to zrobić? 

Zielony Vermont nie był na to przygotowany. Morgan potrzebował innych sojuszników, ludzi 

obracających się w tych samych kręgach co Ventura. Ludzi wielkiego biznesu. Ludzi, którzy 

będą mieli w tym swój interes, takich jak Lance Prescott. 

Nie   tylko   Morgan   myślał   teraz   o   Marion   Ventura.   W   swoim   biurze   w   hotelu   Germanicus  
Kynaston odsunął rachunki i zamyślił się. Hotel był pełen gości, z czego należało się cieszyć. 
Prace nad zadaszonym parkiem postępowały w zawrotnym tempie, a suchy stok narciarski w  
Three Peaks miał zostać niedługo ukończony. Nawet prace na farmie Ravenheights dobiegały 
końca. Pomyślał o smutnej i niespodziewanej śmierci Johna Whittakera. Ale gdzie była teraz jego 
córka? Czy nie, powinien jej odszukać? I co dalej? Przecież nie zwróci jej rodziny. Nie mógł  
zapomnieć jej dziwnych oczu, które wyglądały jak oczy tygrysa. Poczuł się zmęczony. Powinien 
wrócić do domu. Bardzo tęsknił za Vermont i za górami. Odsunął od siebie myśli 

- Na początku będzie się pani dziwnie czuła - powiedział młody człowiek do Bryn. - Oczy są  
bardzo wrażliwe, ale szybko się pani przyzwyczai i sama będzie zakładać szkła 
kontaktowe. 

Pół godziny później Bryn wyszła od okulisty, zostawiając u niego swoje ciężkie okulary w 

czarnych oprawkach. Z uśmiechem zadowolenia ruszyła do domu, gdzie czekała na nią Lynette. 

_ Niech ci się przyjrzę ... Bryony, wyglądasz wspaniale! 
_ Pociągnęła Bryn do lustra. - Widzisz, jak wszystko się zmieniło? Przedtem połowa twojej 
twarzy zakryta była przez te okropne szkła. Teraz możesz zobaczyć, jaki ładny masz nos. A oczy 
... Bryony, one są naprawdę przepiękne. 

_ To samo powiedział okulista - stwierdziła Bryn i zaczerwieniła się gwałtownie. 
Lynette skinęła głową. 

_ Będziesz słyszeć teraz wiele komplementów. Niedługo zajmiemy się twoimi włosami. Trzeba 

będzie pójść do fryzjera i zdać się na jego opinię, w jakiej fryzurze będzie ci do twarzy. 
Bryony skinęła potakująco głową. Mogła jeszcze zaczekać. Kynaston Germaine i tak jej nie 
ucieknie. 

Hadrian westchnął ciętko, prowadząc samochód wąskimi ulicami Yorku. Siedząca obok niego 
Bryony rzuciła mu spojrzenie. 
- Czy coś się stało? 
Pokręcił głową. 
- Nie. 
Bryn nie spuszczała z niego wzroku. 

background image

- Mnie nie oszukasz - powiedziała z wyrzutem. Uśmiechnął się lekko. 
- Jesteś czarownicą, Bryony Rose.  
Zaśmiała   się   cicho,   patrząc   przez   okno.   Ulice   zasłane   były   złotymi   jesiennymi   liśćmi,   co 
przypomniało jej, że zbliża się zima i niedługo w Stanach zacznie się sezon narciarski ... 
Ogarnął ją strach. Kilka dni temu, w tajemnicy przed wszystkimi, kupiła bilet na samolot. Nagle 
zdała sobie sprawę, że już niedługo znajdzie się na terytorium Kynastona Germaine. Nigdy dotąd 
nie miała żadnych tajemnic i źle się czuła okłamując Hadriana. ZdaJała sobie sprawę, że popada  
w obsesję, która może ją zniszczyć, ale już nic nie mogło jej powstrzymać. Czasami miała ochotę  
wszystko mu przebaczyć. Nie mogła jednak zapomnieć. Nawet drobiazgi przypominały jej te 
wszystkie wydarzenia. Często chciało jej się płakać. W bezsenne noce myślała o Kynastonie 
Germaine i o tym, co zrobi, kiedy się znajdzie w Stowe. Przed tygodniem nadeszły pieniądze za  
Ravenheights i Bryn  była  teraz dość zamożna. Mogła zniszczyć  Germaine'a za pomocą  jego 
własnych pieniędzy. 
- Bryony! - Głos Hadriana wyrwał ją z zamyślenia. 
- Kiedy masz taką minę, przypominasz mi Violet - powiedziała żartobliwie. 
Hadrian roześmiał się na wspomnienie starego owczarka.
 - Zatrzymaj samochód. 
- Co? - Spojrzał na nią z niepokojem'. - Źle się czujesz? 
- Czuję się dobrze, ale tobie coś dolega. Co się stało? 
Wzruszył   ramionami,   zauważył,   że   zwalnia   się   miejsce   do   parkowania,   i   szybko   je   zajął, 
wyprzedzając jakiś sportowy wóz. Następnie obrócił się i spojrzał na Bryony,  która siedziała 
skulona na swoim siedzeniu. 
- Nie powinnaś się tak chować - powiedział łagodnie. 
J  miał  rację.  W  ciągu  ostatnich  czterech miesięcy Bryony przeistoczyła   się  w zupełnie  inną 
kobietę. Miała teraz zgrabne nogi, jędrne piersi i zarysowaną linię talii. 
- Powinnam jeszcze bardziej schudnąć. 
- Nie, nie powinnaś. Już dosyć, Bryony. Nie możesz być taka szczupła jak Katy. Ona jest 
zupełnie inaczej zbudowana. Jeśli będziesz dalej chudła, to stracisz dobrą figurę. 

Zapanowała cisza. 
- Wiem, że masz mi jeszcze coś do powiedzenia,. Hadrianie - powiedziała w końcu Bryn. 
Hadrian westchnął ciężko. 
- Wyglądasz świetnie, Bryony. Jesteś wysoką dziewczyną, zaokrągloną tam, gdzie trzeba. Wiem,  
że teraz zaokrąglenia nie są modne, ale nie każdy lubi dziewczyny chude jak patyki. Wczoraj  
Lynette  powiedziała ci, że masz  odpowiednią figurę. Nie ma  więc powodu, żebyś  się nadal 
głodziła. 

- Tak, ale ... 
- Ale ty postanowiłaś jeszcze schudnąć. Chcesz wyglądać jak modelka na wybiegu? - Hadrian 
mówił do niej ostrym tonem i wcale nie miał zamiaru go zmieniać. Musiała to zrozumieć. Bał się, 
że wpadnie w jakąś chorobę. 
Bryony zapatrzyła się w okno. Wiedziała, że Hadrian ma rację, ale walczyła z czasem. Kynaston 
był już od dawna w Stanach, więc musiała doprowadzić się do jak najlepszej formy. 
- Hadrianie, wiesz, że muszę ... To znaczy chcę dobrze wyglądać - poprawiła się szybko. 
- Wyglądasz dobrze, Bryony - rzekł z przekonaniem. - Nie zauważyłaś, że mężczyźni oglądają 

się za tobą? 
Zaczerwieniła się na wspomnienie tego, co zdarzyło się w ostatni piątek. Przechodziła ulicą, na 
której prowadzone były roboty drogowe, i nie mogła się opędzić od zaczepek robotników. 
- Oni żartowali. 
- Oni nie żartowali - poprawił ją Hadrian. - Pamiętasz, co powiedział ten rudy? 
Skinęła głową. 

background image

- Powiedział, że ... miło zobaczyć dziewczynę, która ma jakieś kształty. 
- Tak, dziewczynę, która ma biodra, to właśnie miał na myśli. Jak aktorki w filmach z lat 
trzydziestych i czterdziestych, jak Rita Hayworth i Marilyn Monroe. One nie były chude jak 
szczapy. Wiesz przecież, że twój chód się zmienił. Pamiętasz, jak Lynette ci powtarzała, żebyś  
się nie garbiła i trzymała głowę wysoko? Poruszasz się z takim wdziękiem, że twój wzrost nie 
ma żadnego znaczenia, a twoje kształty przypominają Jane Russell. Poruszasz się ... jak ... 
- Jak wielki statek pasażerski, a nie jak zwinny jacht. Roześmiał się. To był żart w stylu 
dawnej Bryn. 
- Czy nie możesz zrozumieć, że już nie jesteś gruba? Jesteś wysoka i zaokrąglona gdzie trzeba. 
Nie jesteś gruba. 
Spojrzała na niego z uwagą. Czuła, że mówi to zupełnie szczerze. 
- Naprawdę uważasz, że jestem atrakcyjna? 
- Chyba żartujesz. Kiedy mężczyzna idzie z dziewczyną ulicą i wszyscy zwracają na nią uwagę, 
tak jak na ciebie, to wydaje mu się, że idzie z miss świata. 
- Trochę przesadzasz. 
- Ale tylko trochę. Jeśli chcesz zdążyć do fryzjera, to musisz się pospieszyć. 
Wysiadła z samochodu i przebiegła szybko przez jezdnię. Miała na sobie granatowe spodnie i 
żakiet, który uwydatniał jej figurę, a twarz bez makijażu promieniała zdrowym blaskiem. 

Bryony zapakowała niewiele rzeczy, ponieważ dopiero w Stanach miała zamiar sprawić sobie 
całą garderobę. Chciała, żeby jej ubrania były modne i w najlepszym gatunku. Również suknie 
wieczorowe  ...  Nigdy  w życiu  nie  miała  sukni  wieczorowej  ani  nawet  sukienki  koktajlowej. 
Stroje, które widywała w telewizji, przy okazji transmisji z pokazów mody, należały do innego 
świata. Teraz, kiedy miała wejść w ten świat, postanowiła ubierać się elegancko. 
Napisała krótki list do Hadriana, że wyjeżdża na wakacje, ponieważ chce pobyć trochę sama. 
Gdyby poznał jej plany, nigdy by jej nie pozwolił wyjechać samej do Stanów. Włożyła do torebki 
paszport, wyrobiony na nowe nazwisko, i jeszcze raz sprawdziła bilet i czeki podróżne.  
Przejrzała się w lustrze i nagle ogarnęło ją zwątpienie. Co ona zamierza zrobić? Wyjechać z 

kraju. Zostawić Hadriana i udać się na terytorium wroga. 
Przez ostatni miesiąc Hadrian zbierał informacje na temat Kynastona Germaine. 
Wiadomości, które jej dostarczył, były zadziwiające. Okazało się, że Kynaston nie odziedziczył 
żadnego majątku, czego przedtem była prawie pewna, ale doszedł do wszystkiego sam. , Urodził 
się w biednej rodzinie. Nie był nigdy żonaty, chociaż posądzała go o kilka rozwodów. 
Najbardziej zaskoczył ją fakt, 
że  nie  można  było   znaleźć  śladu  żadnej  skandalicznej  afery  związanej  z  jego  korporacją. 
Przekonała się natomiast, jak ogromne wpływy posiada Kynaston Germaine, i walka z taką 
potęgą wydała jej się jeszcze bardziej beznadziejna. Jedyną nadzieją była Marion Ventura. 
Hadrian spotkał się z tym nazwiskiem w czasie służbowych podróży do Leeds. Świat wielkiej 

finansjery dzięki komputerom, telefonom i faksom skurczył się do małych rozmiarów. Nowe 

stanowisko córki Lesliego Ventury wzbudzało w nim dużo emocji. Hadrian dowiedział się 

również o ostatniej wizycie Marion w Stowe, gdzie Germaine Corporation budowała nowy 

hotel. 
Bez pomocy Hadriana Bryony nie dałaby sobie rady. Był nie tylko doskonałym księgowym. 

Studiował ekonomię, bankowość i handel. Znał się na problemach przejmowania własności. 

Poinformował   ją   o   możliwości   przejęcia   korporacji   przez   większą   firmę.   Wtedy   zaczęła 

pracowicie studiować wszelkie dostępne dokumenty dotyczące Ventura Industries, starając 

się znaleźć w nich jakiś punkt, który mógłby być dla niej zaczepieniem. Niczego jednak nie 

znalazła.   Mogła   tylko   cieszyć   się   faktem,   że   zagrażała   Kynastonowi   Germaine.   Gdyby  

wszystko ją zawiodło... Gdyby ona zawiodła... Ale nie zawiedzie. Winna to była ojcu. I Katy.  

Miała przed sobą długą drogę i wiele musiała się jeszcze nauczyć. Postanowiła kupić sobie 

background image

takie stroje, jakie noszą kobiety z otoczenia Kynastona, i nauczyć się trudnej sztuki makijażu. 

Przeszła już trzymiesięczny kurs dykcji, aby zmienić akcent. Robiła wszystko, co wydawało 

jej się konieczne, aby zrealizować swój plan. Przez ostatnie dwa miesiące pobierała naukę 

jazdy na nartach na suchym stoku pod Leeds. 
Oczywiście w tajemnicy. 
Ponownie   ,ogarnęły   ją   wątpliwości.   To,   co   zaplanowała,   stało   się   nagle   betsensowne   i 
niewykonalne. Czekało ją jeszcze wiele pracy, zanim będzie gotowa do walki z Kynastonem 
Germaine. Ale się nie podda. 
Wyjrzała na dwór, żeby sprawdzić, czy Lynnette nie ma gdzieś w pobliżu, i zamknęła za sobą 
drzwi.   Miała   nadzieję,   że   nie   sprawi   Hadrianowi   zbyt   wielkiej   przykrości,   wyjeżdżając   bez 
pożegnania. 

Kiedy Hadrian wrócił do domu, natychmiast zauważył białą kopertę leżącą na kredensie. Szybko  
przeczytał krótki list. Ani przez chwilę nie wierzył w to, co napisała Bryn. Sprawdził, czy teczki 
dotyczące  Germaine  Corporation nadal  leżą   na  miejscu.  Nie   było   ich.  Zostały  tylko  papiery 
yentura   Industries.   Nagle   przypomniał   sobie,   że   Bryn   chciała   zniszczyć   Germaine'a   właśnie 
poprzez tę firmę. 
- Och, Bryony - powiedział cicho. - On cię zje żywcem. Wiedział już, co zrobi. Zwolni się z 
pracy i przeleje pieniądze do banku w Nowym Jorku. Jego paszport był jeszcze ważny. Wiedział, 
że może znaleźć Bryony jedynie poprzez Ventura Industries. Jeśli ona się z nimi skontaktuje ... 
Tak czy o\yak musiał do nich w jakiś sposób dotrzeć. Najlepiej, gdyby dostał u nich pracę. Miał 
wysokie kwalifikacje, a Ventura Industries stale zatrudniała nowych pracowników. 
- Znajdę cię - powiedział. - Poza tym czuję, że w Nowym Jorku ... - Urwał, zdziwiony własnymi 
słowami. Nie wiedział jak, ale czuł, że Nowy Jork zmieni również jego życie. 

Marion Ventura podeszła do okna w swo*m apartamencie w Ventura Towers. Popatrzyła  na 
tętniące życiem miąsto. Czuła się okropnie samotna.  Z westchnieniem przeszła do łazienki i 
odkręciła kran z gorącą w~dą. Wrzuciła do wanny aromatyczną sól i z przyjemnością zanurzyła 
się w pachnącej pianie. 
- Trzymaj się, Marion - szepnęła do siebie. - To tylko zwykły obiad. - Uśmiechnęła się. Tylko  

obiad. Dlaczego się okłamuje? Miała zjeść obiad z Kynastonem Gennaine'em i wiedziała, że to 

spotkanie nie będzie przebiegać w przyjacielskiej atmosferze. 

Kierownik sali w Chasens rozpoznal Kynastona Germaine  i wylewnie  go powitał. Kynaston 

uśmiechnął się do niego życzliwie. 
- Czy moja znajoma już jest? 
- Nie, sir. 
- Zaczekam na nią przy stoliku. 
Wyobraził sobie, co pomyślą goście tej modnej restauracji, kiedy zobaczą go razem z Marion  

Ventura. Cała nowojorska elita przeczyta o tym jutro w gazetach. Rozdzwonią się telefony i 

wszyscy będą przekazywali sobie tę wiadomość. 

Zamówił whisky i czekał. Znudził go już Nowy Jork, ale miał pewne interesy do załatwienia. 
Przez cały miesiąc robił to samo, co Marion Ventura: przeprowadzał rozmowy z udziałowcami, z 
którymi ona rozmawiała, starał się dotrzeć do wszystkich informacji, które Marion chciała 
zachować w sekrecie. Nie było to miłe zadanie. Dowiedział się, że kupiła już dwadzieścia dwa 
procent akcji od jego udziałowców. Postępowała bardzo sprytnie. Zwracała się do tych, którzy 
potrzebowali pieniędzy, proponując im jednocześnie, że kupi udziały w ich firmach. Działała 
ostrożnie i wyjątkowo skutecznie. Kynaston wiedział, że znalazł godnego siebie przeciwnika. 
Marion wysiadała z taksówki przed restauracją. Denerwowała się tym spotkaniem. Wygładziła 

suknię od Balenciagi, która miała lekkie wycięcie z przodu i głęboki dekolt na plecach. Szyję 

background image

zdobił naszyjnik z szafirów i brylantów, zaprojektowany przez Bulgariego. 
Kynaston wstał z miejsca, kiedy podeszła do stolika. Włosy miała spięte w węzeł na karku, a 
oczy rzucały szybkie, nerwowe spojrzenia. Kynaston odprężył się trochę i odsunął dla niej 
krzesło. - Jestem wdzięczny, że zgodziła się pani na to spotkanie. 
- Czy napije się pani aperitifu, madame? - zapytał kelner po francusku. 
Marion odpowiedziała mu w tym samym języku, zamawiając 

kieliszek zimnego wermutu. 

Kynaston uśmiechnął się. 
- Wermut to dość niezwykły wybór. Czy sądziła pani, że nie mówię po francusku? 
Spojrzała na niego zdziwiona. 
- Dlaczego miałabym tak pomyśleć? 
Patrząc w jej szeroko otwarte niewinne oczy, Kynaston rozluźnił się. 
- Przepraszam, jestem przeczulony. Nie pochodzę z wyższych sfer, więc zawsze wyobrażam 

sobie,   że   na   przykład   zamawianie   trunków   po   francusku   ma   mi   przypomnieć   o   moim 

wiejskim pochodzeniu.  

Zaczerwieniła się. 
- Zupełnie nie miałam tego na myśli. 
- Nie - powiedział cicho Kynaston. - Teraz to wiem. 
Odwróciła   wzrok.   Kynaston   był   bardzo   atrakcyjnym   mężczyzną   i   zdawała   sobie   sprawę,   że 
powinna zachowywać się ostrożnie. Jego szczerość rozładowała agresję, która była jej potrzebna 
przy rozmowie. Myśli Kynastona biegły tym samym 

torem. Sądził, że będzie jadł obiad z twardą kobietą interesu, 
tymczasem jej oczy przypominały mu oczy sarny. Marion zamówiła melona i łososia. Kynaston 
zdecydował się na stek i ze znawstwem wybierał wina. 
- Muszę przyznać, że zdziwił mnie pański telefon - powiedziała, obracając w dłoni pusty 
kieliszek. 
Potrząsnął głową. 
- Nie bawmy się w to, Marion - rzekł spokojnie. - Nie mogła być pani zdziwiona. 
- Faktycznie, może nie byłam. Ale muszę przyznać, że nie czekałam na to spotkanie. 
Uśmiechnął się. 
- Inny mężczyzna uznałby to za obelgę, ale ja postaram się nie zwracać na to uwagi. 

Oblała się rumieńcem. Normalnie nigdy nie wypowiadała takich bezmyślnych kwestii. 
- Przykro mi. Nie miałam. na myśli niczego złego. Chodzi tylko o to, że z zawodowego punktu 
widzenia nasza sytuacja jest dość niezręczna. 
Kyn zauważył, że wszyscy goście patrzą w ich stronę, toteż z rozmysłem zniżył głos. 
- Widać, .że chodziła pani do szkoły w Szwajcarii - powiedział. - Sytuacja nie jest niezręczna, 
panno Ventura, lecz po prostu niebezpieczna. 
- Mów do mnie Marion - zaproponowała nagle. - A do szkoły chodziłam we Francji. 
Zauważył, że wyprostowała się na krześle. Wiedział, co teraz nastąpi. Mogła mieć oczy sarny, ale 
serce lisa. 

- Okay, a ja jestem Kyn. 
- W porządku, Kyn. Może przejdziemy do interesów? 
- Dobrze - zgodził się Kynaston. - Powiedz mi, dlaczego myślisz, że masz prawo do przejęcia 

mojej korporacji? 
Osłupiała. Nie spodziewała się tak prostego, bezpośredniego pytania. 
-   Ja   ...   -   Urwała   chcąc   się   zastanowić.   -   Myślę,   że   mam   prawo   do   wykorzystania   obecnej 

sytuacji. Ty robisz to samo. Wiesz, co znaczy biznes. 

Potrząsnął głową. 
- Jeden zero. Nigdy w życiu nie przejąłem cudzej firmy. Spróbuj jeszcze raz. 

background image

Zaczerwieniła się. 
- Może twoja korporacja nie jest wystarczająco duża. Napięcie, które odczuwał przed chwilą, 
zupełnie go opuściło. 
Spojrzał na nią z uśmiechem. 
- Może to firma pani ojca jest zbyt duża? Może nie pamiętacie, jak się tworzy nowe kompanie? 

Może pogrążyliście się w zastoju? 
Wiedziała, że Kynaston atakuje jej ojca. Podejrzewała nawet, że ma rację, ale nigdy by się do 
tego nie przyznała. 

- A może zacząłeś się bać? - przypuściła atak. 

Obrzucił   ją   uważnym   spojrzeniem.   Nie   miał   ochoty   prowadzić   długiej   wojny   z   Ventura 

Industries. Musiał się zastanowić, jaką wybrać taktykę. 
- Masz rację - przyznał spokojnie. - Boję się. 
Popatrzyła na niego zaskoczona. Czyżby ten mężczyzna uważał ją za głupią? 
- Trudno mi w to uwierzyć - powiedziała. Wzruszył ramionami. 
- Nie rozumiem dlaczego. Założyłem Germaine Corporation, kiedy miałem dziewiętnaście lat. 
Wziąłem pożyczkę z banku. Na początku byłem tylko ja sam. Pracowałem bez przerwy, prawie 
nie sypiałem. Miałem na utrzymaniu małą siostrę, więc sprzedałem wszystko, co posiadałem, z 
wyjątkiem jednego dobrego garnituru, pary butów i zegarka. Przez pierwsze pół roku żyłem w 
strachu,   że   wyrzucą   nas  na   ulicę   i  staniemy  się   takimi   samymi   biedakami,   jak  ci,   którym 
czasem rzucasz parę groszy. To chyba normalne, że boję się stracić to, co tak wiele dla mnie  
znaczy. 
Powrócił   myślami   do   tamtych   czasów.   Mówił   teraz   jeszcze   ciszej,   tak   że   Marion   musiała 
pochylić się do przodu, żeby go lepiej słyszeć. 
- Wszystko zaczęło się od slumsów - ciągnął, wprawiając ją tym w zdziwienie. - Kupiłem nędzną 
czynszówkę i zawarłem umowę z jej mieszkańcami. Ja dostarczałem materiały budowlane, a oni 
pracowali za darmo. W tych budynkach mieszkali bezrobotni hydraulicy i stolarze. Po sześciu 
miesiącach dom nadawał się do zamieszkania, był czysty i przyzwoity. Jeździły windy, ze ścian  
znikły   napisy.   Później   sprzedałem   ten   dom,   oczywiście   z   klauzulą   zabezpieczającą   interesy 
mieszkańców. Pieniądze, które za niego otrzymałem, nie znaczyły nic z punktu widzenia Ventura 
Industries, ale było ich więcej, niż mój ojciec zarobił przez całe życie. Wyniosłem się wtedy z 
Nowego Jorku i kupiłem pierwszy hotel, a właściwie wiejską karczmę w Connecticut. Była w 
strasznym stanie, ale ją wyremontowałem i ponownie sprzedałem. 
Teraz mogłem już zatrudniać ludzi, ja, mały Kyn  Germaine, chłopiec z farmy w Vermont  i 
mieszkaniec   slumsów.   Miałem   własną   sekretarkę,   prowadziłem   rozmowy   z   ludźmi,   którzy 
chcieli u mnie pracować. Wszyscy byli bardzo biedni, a w ich oczach rozpacz mieszała się z  
nadzieją. Patrzenie na nich sprawiało mi ból - dodał szeptem. 
Marion słuchała go zafascynowana i głęboko przejęta. 
- Dziewczyna wybrana przeze mnie na sekretarkę pochodziła z rodziny, w której było sześcioro 
dzieci i tylko jedna osoba miała pracę. Sprzedałem karczmę z zyskiem i utworzyłem Germaine 
Corporation. Zbudowałem swój pierwszy hotel w Sugar Bush. - Spojrzał jej w oczy. - To ja 
zbudowałem ten hotel, Marion - powiedział z naciskiem. - Tak jak wszystkie inne. A teraz mi  
powiedz, czy one rzeczywiście będą twoje, jeśli je przejmiesz? 
Marion odchyliła się na oparciu krzesła. Różne myśli krążyły jej po głowie. Z jednej strony była  

mu wdzięczna za to, co jej powiedział. Z drugiej strony wiedziała, że Kyn przyjął bardzo dobrą 

strategię. 
- Myślę, że chcesz wzbudzić we mnie poczucie winy. 

Uśmiechnął się lekko. 
- Oczywiście, że chcę. Walczę o utrzymanie mojej korporacji, mojej korporacji, Marion. Dla 
niej ryzykowałem nie tylko swoją przyszłość, ale również przyszłość mojej siostry. Jeśli to 

background image

będzie konieczne, będę walczyć, aby ją utrzymać. To, co mówiłem, nie było kłamstwem. 
Powiem ci nawet, że pojutrze wracam do Stowe. Vermont jest moim domem. Nie mogę i nie 
chcę mieszkać gdzie indziej. Oczywiście będę robił wszystko, żeby mój hotel był najlepszym 
hotelem i żeby Germaine Corporation rozwijała się nadal, a ja będę stał na jej czele. 
Westchnęła ciężko.  Nie  mogła  mu  przecież powiedzieć, że pogłębił  jej wątpliwości co do 
etycznej strony jej postępowania. Musiała jednak odrzucić takie myśli, ponieważ zadanie, które 
miała wypełnić, było testem wymyślonym przez jej ojca. 
- Powiedz mi, Marion - zwrócił się do niej Kynaston. _ Czy jesteś w stanie stworzyć  sieć 
własnych hoteli? A może jesteś po prostu leniwa? 
Milczała przez chwilę zaskoczona. 
- To wcale nie jest tak proste - powiedziała wreszcie. 
- Wiem - odparł łagodnie. - Ale zapomnijmy teraz o twoim ojcu. To ty musisz podjąć decyzję, co 
teraz zrobisz. Musisz się zastanowić, czy zgadzasz się z ojcem, ćzy też nie. Czy będziesz jego 
wspólnikiem, czy zaczniesz działać na własną rękę i robić to, co uważasz za słuszne dla firmy. 
Czym innym jest wzbudzanie strachu, a czym innym wzbudzanie szacunku. Cokolwiek jednak 
zdecydujesz, musisz zrozumieć jedną rzecz. Nie będę patrzył bezczynnie, jak zabierasz mi to, co 
należy do mnie. 
Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Zdziwił ją ich szczery wyraz. 
- Nie chcę ci zrobić krzywdy, ale jeśli będziesz się upierać przy przejęciu mojej korporacji, to tak 
się stanie. 
- Czy to groźba? - spytała, chociaż nie odczuwała strachu. 
- Nie - poprawił ją łagodnie. - To ostrzeżenie. 

Bruno   siedział   za   kierownicą   starego   forda   i   uważnie   obserwował   drzwi   restauracji.   On   - 
właściciel   Germaine   Corporation   -   wyszedł   pierwszy.   Tuż   za   nim   w   drzwiach   ukazała   się 
dziewczyna . .Na jej widok Bruno wyprostował się i zacisnął ręce na kierownicy. Kiedy Morgan 
powierzył mu to zadanie, Bruno wycinał z gazet fotografie i notatki, dotyczące Marion Ventura. 
Teraz stwierdził, że w rzeczywistości jest ona o wiele ładniejsza niż na fotografiach. Marion i 
Kynaston rozstali się przed restauracją. Kynaston przywołał taksówkę, a Księżniczka Ventura  
wsiadła do lśniącej czarnej limuzyny. 
Bruno pojechał za limuzyną, która zawiozła Marion do Ventura Tower. Potem odszukał czynną  
budkę telefoniczną. Była to niebezpieczna dzielnica, na wszelki wypa~ek sprawdził więc, czy ma 
w kieszeni żyletkę. Podniósł słuchawkę i wykręcił numer. 
- Tak? - spytał ktoś cichym głosem. 
- Głęboka zieleń - powiedział Bruno, starając się mówić szeptem. - Dziewczyna spotkała się z 
Germaine' em. 
Po drugiej stronie Morgan poczuł, że ogarnia go wściekłość. - Miałem nadzieję, że nie będziemy 
musieli martwić się dodatkowo o Marion Ventura - powiedział. 
- Nie musi się pan o nią martwić, szefie - odparł Bruno, zdziwiony, że szef mógł się przejmować  
tak drobną sprawą. - Mogę się nią zająć. 
- Zaczekaj - powiedział Morgan. Znał sposób działania Bruna i wiedział, jak szybko potrafi on 
realizować swoje zamiary. - Musimy być ostrożni. Ojciec tej dziewczyny ma mnóstwo pieniędzy 
i jest bardzo wpływowy. 
Bruno westchnął ciężko.
 - Więc co mam robić? 
Morgan był człowiekiem, który zawsze lubił mieć więcej niż jedno wyjście z sytuacji. Wiedział  

już, jak ma postąpić z dziewczyną, ale gdyby to się nie udało, trzeba będzie znaleźć inny sposób. 
- Śledź ją i melduj o każdym jej ruchu. Chcę mieć także plan biurowca. Sprawdź również jej 

mieszkanie. Zobacz, czy można się tam dostać. 

background image

Bruno skinął głową. 
- Czy myśli pan o napadzie? 
Morgan uśmiechnął się. 
- Myślę, że Nowy Jork jest bardzo niebezpiecznym miastem i że włamywacze interesują się 

przede wszystkim drogimi apartamentami. 

- Wielu ludzi zginęło z rąk włamywaczy _ odpowiedział Bruno. 

Oddalony o wiele mil od Nowego Jorku, w swojej kwaterze w Stowe, Morgan poczuł 

zadowolenie, że ma na usługach takiego człowieka. Z drugiej jednak strony trudno go było 

kontrolować. - Może. Ale raczej nie podjąłbym takiego ryzyka. Mam pomysł, jak usunąć ją z 

drogi i jednocześnie zarobić potrzebne naszej sprawie pieniądze. 

Bruno roześmiał się głośno. To był cały szef. Zawsze wybiegał myślami w przód. 

- Dobrze,  szefie.  - Wyszedł  z  budki  telefonicznej,  wsiadł  do  samochodu   i podjechał  pod 

Ventura Tower. Zamyślił się. Miał tępy wyraz twarzy i przypominał buldoga. Jego wygląd 

wprowadzał ludzi w błąd. Bruno wcale nie był tępy, lecz bardzo bystry. 

Hadrian wziął walizkę i ruszył do wyjścia. Czuł się zmęczony długim lotem, a ostatni tydzień w 
Yorku był bardzo wyczerpujący. Bez trudu zdobył pozwolenie na pracę. Natomiast, aby otrzymać 
zieloną kartę, musiał wykorzystać wszystkie swoje znajomości. 
Za   radą   przyjaciela,   który  znał   Nowy   Jork,   Hadrian   zamówił   telefonicznie   pokój   w   niezbyt 
drogim hotelu. Wsiadł do taksówki i podał adres. Kiedy jechali obrze,Żami Manhattanu, starał się 
dostrzec słynne drapacze chmur. Były jednak schowane w listopadowej mgła.
Pokój hotelowy był mały, lecz czysty. Mimo zmęczenia Hadrian rozpakował walizki, wykąpał 
się i wziął do ręki książkę telefoniczną. Nie spodziewał się w Nowym Jorku aż takiej liczby 
hoteli. Nie był to dobry sposób na znalezienie Bryony. Poza tym nie przypuszczał, że kuzynka  
zatrzyma się tu na dłużej. Zawsze bała się miast. Na pewno już stąd wyjechała. 
Ale   w   Nowym   Jorku   była   Ventura   Industries;   Hadrian   skontaktował   się   z   nią   i   umówił   na 
rozmowę w sprawie pracy. Życiorys, który im posłał, zrobił bardzo dobre wrażenie. Był prawie 
pewien, że dostanie u nich posadę. 

 Stowe 

Kynaston Gennaine zatrzymał się gwałtownie na widok idącej w stronę klubu kobiety. Słowo 

"idąca"  nie   było   w   tym   wypadku   odpowiednie.   Poruszała   się   z   niespotykaną   wprost   gracją, 

dosłownie płynęła po chodniku. Ubrana była w długi szary płaszcz,. szyty na Wzór wojskowych, 

który uwydatniał jej kobiece kształty. Miała długie zgrabne nogi i szczupłe kostki. 
Nie mógł oderwać od niej wzroku. Kiedy kobieta zbliżyła się do wejścia i rozpięła płaszcz, 
ujrzał   duże,  jędrne   piersi,  rysujące  się  pod  obcisłą,  zieloną   sukienką.   W  ciemnych,   gęstych 
włosach przebłyskiwały rudawe pasemka. Widać było, że jest to ich naturalny kolor. 
Wszedł  za  nią  do  klubu.  Była   wyższa,  niż  początkowo  sądził.   Zdjęła  płaszcz,  odsłaniając 
szerokie ramiona i szczupłe ręce. Miała ładne wcięcie w talii i mocno zarysowaną linię bioder. 
Kynaston   poczuł   się   nagle   onieśmielony   jak   nastolatek.   Obserwował   ją   z   uwagą.   Kiedy 
odwróciła się 
i usiadła przy 'stoliku, zobaczył, że nosi okulary przeciwsłoneczne. Przeniósł wzrok na jej usta. 
Miała pełne, pięknie wykrojone wargi i wysokie kości policzkowe. Pomyślał ze złością o 
zasłaniających oczy okularach. Kobieta poprosiła o lemoniadę, co wydało mu się dość dziwnym 
zamówieniem. 
Bryony podniosła szklankę do ust i wypiła duży haust. Kynaston zauważył, że nie pije małymi 
łyczkami jak większość znanych mu kobiet. Bryony była zmęczona; miała za sobą podróż z 
Nowego Jorku. Pożegnała to miasto z uczuciem ulgi. Musiała tam spędzić trochę czasu, żeby 
sprawić sobie nową garderobę, kupić kosmetyki i zasięgnąć porad specjalistów od makijażu. 
Rozglądając się po klubie poczuła nagłe zażenowanie. Była jedyną kobietą, której nie 
towarzyszył' mężczyzna. Był to jej pierwszy wieczór w Stowe, ale uważała, że powinna 

background image

pokazywać się jak najwięcej. Wszyscy powinni wiedzieć, że przyjechała. A szczególnie jeden 
mężczyzna. Miała nadzieję, że wygląda teraz jak kobieta światowa. Znalazła się wreszcie na 
terytorium swojego największego wroga. Terytorium Kynastona Gennaine. 
Do centrum miasta  dojechała autobusem.  Nie wiedziała, jak duże jest Stowe i czy będzie  
mogła wszędzie dojść pieszo. Bez trudu znalazła miejsce w Stoweflake Townhouses, które wy-
najmowało bungalowy z ogródkami. 
Westchnęła   ciężko,   nieświadoma,   że   ktoś   śledzi   każdy   jej   ruch.   Była   w   Stowe,   ale   co 
właściwie miała teraz robić? Jej plany nigdy nie przybrały konkretnego kształtu. Chciała go 
znaleźć,   uwieść   i   zniszczyć.   Teraz   jednak   nie   bardzo   wiedziała,   od   czego   zacząć.   Całe 
popołudnie chodziła po mieście. Kupiła okulary, ponieważ oślepiało ją słońce, odbijające się 
od śniegu. Zorientowała się, że ciągle ma je na nosie, podniosła więc rękę, żeby je zdjąć, i  
zobaczyła Kynastona Germaine. 
Serce zabiło jej tak mocno, że z trudem łapała oddech. Kynaston miał na sobie białe spodnie, 
niebieską koszulę i sweter narzucony na ramiona. Bryony była przerażona. Przypomniała sobie 
scenę z muzeum w Harrogate, kiooy bała się, że on może ją zobaczyć. Ale przecież była teraz 
zupełnie kimś innym. Była Bryony Rose. Wszyscy mówili jej, że jest piękna i czarująca. 
Niestety, sama tego nie czuła. Wiedziała, że piękne kobiety są pewne siebie, a ona ciągle była 
nieśmiała i łatwo się peszyła. 
Kynaston patrzył jej w oczy. Opanuj się, przekonywała siebie w duchu. Jesteś przecież kobietą 

światową ... Wzięła do ręki menu i otworzyła je, udając, że czyta. Serce waliło jej jak młotem. 

Poczuła   tę   dziwną   mieszaninę   wściekłości   i   podniecenia,   podobnie   jak   wtedy,   kiedy   go 

zobaczyła po raz pierwszy. Ogarnęła ją rozpacz. Nie przypuszczała, że uczucia Bryn Whittaker 

mogą dotyczyć także Bryony Rose. Jakże się myliła! 
Kynaston  stał  tak  blisko,  że  czuł  zapach jej  perfum.   Nie  pamiętał,  żeby  jakakolwiek inna 

kobieta wywoływała w nim aż takie pożądanie. 
- Czy pozwoli pani, że się przysiądę? 
Po   plecach   Bryn   przebiegł   dreszcz.   Nigdy   nie   zapomni   tego   głosu.   Podniosła   głowę   i 

popatrzyła w twarz, która nękała ją w snach od chwili, kiedy ją zobaczyła po raz pierwszy. 

Najpierw chciała powiedzieć "nie", ale w porę uprzytomniła sobie, że najbardziej martwiła się 

o to, w jaki sposób nawiąże z nim kontakt. A jednak los jej sprzyjał. Powinna skorzystać z tej 

okazji. 
- Jeśli pan chce - powiedziała, patrząc znacząco na wolne stoliki. 

Wydawał się nie zauważać jej chłodu. Przysunął krzesło i usiadł naprzeciwko niej. Dotknął pod 
stołem kolan Bryony. Gwałtownym ruchem cofnęła się. Wiedziała, że popełnia błąd. Powinna 
unieść brwi i spokojnie zmienić pozycję. Zachowała się jak naiwna wieśniaczka. Kynaston ze 
zdziwieniem zauważył, że mocno się zaczerwieniła. Jej nerwowość była urocza, a jednocześnie 
bardzo osobliwa.  Przecież  piękna  kobieta powinna być  przyzwyczajona  do męskiej  adoracji. 
Dlaczego tak gwałtownie zareagowała na zwykłe, przypadkowe zetknięcie się ich kolan? 
- Polecam pani kuchnię regionalną - powiedział i dał znak kelnerowi; ten natychmiast podał mu 
kartę. - Pozwoli pani, że zamówię? 
- Mam własny rozum - rzuciła ostrym tonem Bryn i natychmiast pożałowała tych słów. Jego 
obecność pozbawiała ją rozsądnego myślenia. 
-   Zapamiętam   to   sobie   -   odparł   spokojnie,   chociaż   znowu   zaskoczyła   go   swoją   niezwykłą  
odpowiedzią. Na szczęście miał wprawę w rozmowach z kobietami i w prowadzeniu tego typu  
rozgrywek. Ale przy tej kobiecie zaczynał mieć pewne wątpliwości. Dlaczego zachowywała się 
tak dziwnie? Spojrzał na jej dłonie. Z ulgą zauważył, że nie ma obrączki. Niezadowolony ze 
swojego   nagłego   zaangażowania,   szybko   przerzucił   wzrokiem   kartę   i   złożył   kelnerowi 
zamówienie. Bryony zrobiła to samo. Kelner skłonił się i odszedł. 

background image

- Pani jest z Yorkshire, prawda? Wyprostowała się gwałtownie. 
- Skąd ... Ach, poznał pan po akcencie. - Miała nadzieję, że brzmi to lekko i żartobliwie. - Czy 
jest on aż tak wyraźny? 
- Nie jest wyraźny - uspokoił ją Kyn. - Po prostu byłem ostatnio w Yorkshire i wydawało mi się, 
że poznaję ten akcent. 
Yorkshire było tematem, którego nie chciała poruszać. 
- Ach tak - powiedziała nonszalancko. Chciała, żeby Kynaston zrozumiał, iż ten temat ją nudzi. 
Uśmiechnął się lekko. Nie był przyzwyczajony, żeby kobiety traktowały go tak chłodno, chyba że 
chciały odgrywać rolę "trudnych do zdobycia". Gra ta wyszła już co prawda z mody, ale niektóre 
kObiety ciągle jeszcze z niej korzystały. Nie przypuszczał jednak, że właśnie ona. Intrygowała 
go. Nagle coś mu mignęło w pamięci... Co to mogło być? Nie chodziło o włosy, bo jeszcze nigdy 
nie widział takiego koloru. Nie zapomniałby też kobiety z taką figurą. Może po prostu przypo-
minała mu piękne doliny w y orkshire. 
- Wino, sir? - Kelner odpowiedzialny za trunki przerwał jego dalsze rozmyślania. Kyn zamówił  

kalifornijskie CMrdonnay. - Madame? 
- Ja nie piję - rzuciła Bryony takim tonem, że kelner wycofał się zaskoczony. 
-  Czy pani zjada mężczyzn na śniadanie? - spytał ją rozbawiony Kyn. - Śmiertelnie pani tego 

biedaka wystraszyła.

 - Naprawdę? - spytała zażenowana. 
- To był tylko żart - szybko powiedział Kyn. Znowu popełnił gafę. Przy tej kobiecie zachowywał 
się jak nastolatek na pierwszej randce. 
Pojawił się kelner. 
- Przykro mi, że tak gwałtownie zareagowałam na propozycję napicia się wina - odezwała się 
Bryony,   ale   kelner   nie   zareagował.   Spokojnie   nalewał   wino   do   kieliszka   Kynastona. 
Pomyślała, że rozmowa  z kelnerem pewnie nie należy do dobrego tonu. Była  wściekła na 
siebie. Chciała udawać światową, wyrafinowaną kobietę, a była po prostu żałosną wieśniaczką. 
Kynaston obserwował ją uważnie. Chociaż nie zdjęła okularów, łatwo można było odczytać 

jej reakcję z wyrazu twarzy. Była  szczerze przejęta tym,  że sprawiła przykrość kelnerowi. 

Uśmiechnął   się.   Podniosła   głowę   i   zobaczywszy   uśmiech   na   jego   twarzy,   uznała,   że 

wyśmiewa się z jej zachowania. Szybko odwróciła głowę. Ogarnął ją gniew. Nienawidziła 

tego mężczyzny z całego serca! Nie mogła doczekać się chwili, kiedy wreszcie go pokona. 

Kelner odszedł, a Bryony ciężko westchnęła. 

- To zabrzmiało tragicznie. Ma pani jakiś problem? 

- Gdybym miała jakieś problemy, to na pewno nie zwierzałabym się z nich obcej osobie. 
- No, tak, naturalnie. Zapomniałem, że istnieje coś takiego jak angielska powściągliwość. - Nagle 
wyciągnął do niej rękę. - Nazywam się Kyn~ston Germaine. - Bryony odsunęła się gwałtownie, 
jakby oczekiwała uderzenia. Popatrzył na nią uważnie. Tu chodziło o coś innego. Jego pierwsze 
wrażenie było mylne. To nie była jedynie nieśmiałość. Ani nerwowość. 
Przygryzła wargi. Znowu zachowała się jak idiotka. Jeśli ma zamiar pokonać tego mężczyznę, to 
musi  nauczyć  się walczyć  jego własną bronią. Wyciągnęła  do niego rękę, której drżenia nie 
mogła opanować. 
- Bryony - powiedziała, a po chwili dodała: - Bryony Rose. - Pod dotykiem jego palców ręka 
zadrżała jej jeszcze mocniej. 
- Piękne imię - powiedział. 
- Moje własne - rzuciła wyniośle. 

Spojrzał na nią zdumiony. 
- Wcale w to nie wątpiłem. A może powinienem? - dodał cicho. 

Zbladła. Desperacko szukała jakiegoś wytłumaczenia. 
-   Mówiono   mi,   że   moje   imię   brzmi   sztucznie.   Jak   pseudonim   aktorki.   -   Zaśmiała   się.   Ona 
aktorką! Nie potrafi nawet odegrać tej małej scenki w restauracji. 

background image

- A więc nie jest pani aktorką. Nie można jednak dziwić się ludziom, że biorą panią za aktorkę. 
Przy pani urodzie ... 
Znowu odżyła w niej dawna Bryn Whittaker. Gdyby mogła usłyszeć te słowa siedem miesięcy 
wcześniej,   kiedy   stała   przed   ciężarówką,   a   jej   owce   niszczyły   mu   ogród   i   zjadały   kwiaty. 
Potrząsnęła głową. Bryn musi odejść na zawsze. 

- Jeśli nie jest pani aktorką, to czym się pani zajmuje? 
- spytał ze szczerym zainteresowaniem. Ta kobieta intrygowała go coraz bardziej. 

Miała ochotę powiedzieć mu, że jest hodowcą owiec, i zobaczyć wyraz jego twarzy. 

Powstrzymała się jednak. Wzruszyła lekko ramionami. 
Obserwował ją uważnie. Wyraźnie coś ukrywała. Kobiety zawsze mają swoje sekrety. Jego życie 

też nie było pozbawione tajemnic ... Na przykład Morgan. Szybko stłumił tę myśl. Miał przed 

sobą ważniejsze zadanie. Musi rozszyfrować tę kobietę, a wiedział, że nie będzie to łatwe. 
- Tajemnicza nieznajoma ? Zawsze marzyłem, żeby taką spotkać - powiedział uwodzicielskim 

tonem. _ Co panią sprowadza do Stowe, Bryony Rose? - spytał. Ciężko się z nią rozmawiało. 

Nigdy jeszcze nie spotkał tak małomównej kobiety. Był to kolejny problem do rozwiązania. 
- Nic szczególnego - odpowiedziała Bryony. _ Chciałam zmienić klimat. Zmienić kraj. 
Skinął głową, myśląc o czymś innym. Żeby chociaż zdjęła te cholerne okulary! 
- To tłumaczy pani przyjazd do Ameryki - zaczął ostrożnie. 
- Ale dlaczego w Vermont? Nie jest to miejsce, do którego często przyjeżdżają Anglicy. Jeżdżą 
raczej do Kalifornii czy do Nowego Jorku. 
- Nienawidzę tego miasta - powiedziała z przekonaniem. 
- Byłam tam kilka dni, i to wystarczyło. 
- Doskonale panią rozumiem. - Był zadowolony, że znaleźli wreszcie temat rozmowy, który nie 
wywoływał żadnych kontrowersji. - Ja też zawsze wyjeżdżam z Nowego Jorku tak szybko, jak to 
tylko możliwe. 
Spojrzała na niego z sympatią, ale było to jedynie przelotne odczucie. Ta przystojna twarz  

była   przecież   twarzą   najgorszego   wroga.   Wyczuł,   że   znów   zapanował   między   nimi   zły 

nastrój, ale nie miał zamiaru się poddać. 
- Chyba jest tu pani od niedawna - rzekł łagodnym tonem. 
- W przeciwnym wypadku na pewno bym panią zauważył. 

- Przyjechałam dziś po południu. 
- A więc szczęście mnie nie opuszcza - powiedział enigmatycznie. 
Zorientowała się, że miał to być komplement. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie umiała sobie  
jeszcze radzić z tego typu rozmową. 
- Czy ma się pani gdzie zatrzymać? 
- Tak. Dziękuję - odparła uprzejmie. 
- Teraz jest dużo wolnych pokoi, ale gdyby pani przyjechała w listopadzie... 
- Zapłaciłam za dwa tygodnie z góry. Nie wiem, jak długo tu będę - skłamała. 
Posmutniał. Nie chciał, żeby już za dwa tygodnie ta kobieta zniknęła z jego życia. Nikt nigdy nie 
oddziaływał na niego w ten sposób. Nie był to jedynie czysty pociąg fizyczny. Ta dziewczyna 
była inna niż wszystkie. Mogła stać się kimś najważniejszym w jego życiu. 
- Powinna pani zostać tu trochę dłużej. Liście dopiero zaczynają zmieniać kolor. Ten wczesny 
śnieg zaskoczył nas wszystkich, ale dopiero za miesiąc Vermont będzie naprawdę piękne. 
- Myślałam, że interesuje pana wyłącznie sezon zimowy. 

Wtedy może pan zarobić najwięcej pieniędzy, prawda? 
Kynaston   spojrzał   na   nią   spod  zmrużouych   powiek.   Stał   się   nagle   czujny.   Ta   nagła   zmiana 
nastroju zaniepokoiła Bryony. 
- Dlaczego pani tak sądzi? - spytał. 
Rozpaczliwie szukała najlepszego wyjścia z sytuacji. 

background image

- Rozpoznałam pańskie nazwisko - wykrztusiła z trudem. 

- Zdaje się, że przechodziłam dziś koło pana hotelu. A może nie ma pan nic wspólnego z 

Germaine Corporation? 
Uśmiechnął się, ale nadal był czujny. 
-   .   Owszem,   jestem   właścicielem   tej   firmy.   Jest   pani   wyjątkowo   spostrzegawczą   osobą   -  
powiedział cicho, ale w jego głosie zabrzmiała groźba. Bryony doszła do wniosku, że ma już tego 
wszystkiego dość: strachu, nieskutecznych prób obrony, ataków; a przede wszystkim pożądania, 
które ogarniało ją na widok tego mężczyzny. Jak na jeden dzień, stanowczo tego za dużo.  
- Jestem inteligentna - rzuciła arogancko. _ A poza tym jestem zmęczona. Nie będę czekać na 

deser. 
Położyła pieniądze na stoliku, wstała i szybko odeszła. Nie obchodziło jej, co Kynaston sobie  

pomyśli. Nie mogła już dłużej słuchać jego głosu i znosić męki pożądania. 
Kynaston odprowadził ją wzrokiem. Nie musiała mu mówić, że jest inteligentna. Doskonale o 

tym wiedział. Rzuciła mu wyzwanie. Postanowił więc podjąć walkę. Ale jeśli ona rzeczywiście 

nie znała reguł gry, to byłoby dla niej lepiej, gdyby się ich szybko nauczyła. 

Hadrian stal przed budynkiem Venlum Industries. Miał jeszcze mnóstwo czasu. Był zły na siebie, 
że   przyszedł   tak   wcześnie.   Znudzonym   wzrokiem   patrzył   na   długą,   czarną   limuzynę,   która 
zatrzymała  się  przed  domem.  W  otwartych  drzwiach samochodu  ukazała  się  para  niezwykle 
pięknych nóg w czarnych pończochach i pantoflach na bardzo wysokim obcasie. Za chwilę ujrzał  
małą dłoń z pomalowanymi na jasny kolor paznokciami, która szukała oparcia przy wysiadaniu. 
Podszedł   bliżej.   Był   zadowolony,   że   ma   na   sobie   nowe,   eleganckie   ubranie   i   wygląda   na 

stuprocentowego biznesmena. 
Kobieta, którą obserwował, wyjmowała jakieś rzeczy z tylnego siedzenia samochodu. Nie chcąc 
być   zauważonym,   podszedł   do   budki   telefonicznej.   Nie   widział   pełnych   zainteresowania 
spojrzeń, które rzucały mu przechodzące kobiety. Nagle jego uwagę zwrócił niski inężczyzna w 
jaskrawym garniturze, który prowadził na smyczy d~iesięć chartów afgańskich. Ledwie go było 
widać zza tego psiego kłębowiska. 
Hadrian szybko przeniósł wzrok na limuzynę. Kobieta stała teraz przy samochodzie. Była 
zachwycająca. Jej mała głowa była zgrabnie osadzona na długiej szyi, twarz miała wyraźnie 
zarysowane kości policzkowe i piękny, prosty nos. Włosy upięte były z tyłu głowy, uszy zdobiły 
złote kolczyki. Ruszyła w stronę budki telefonicznej. W tej samej chwili pojawiła się tęga 
kobieta z parą owczarków alzackich, które bezskutecznie próbowała utrzymać. Czerwona i 
Spocona pokrzykiwała na psy. 

- Spokojnie, chłopcy! Spokojnie! 
Było już jednak za późno. Charty afgańskie zdążyły je spostrzec. Na chodniku zakotłowało się. 
Z masy skłębionych psów dochodziły jedynie odgłosy poszczekiwań i pisków. 
Marion usłyszała ciche warknięcie i odwróciła się gwałtownie. 
Zobaczyła śmiesznie ubranego mężczynę, biegnącego w jej kierunku i trzymającego na smyczy 
charty.   Poczuła,   że   coś   miękkiego   ociera   się   o   jej   nogę   tak   mocno,   że   prawie   straciła 
równowagę, i spostrzegła dużego owczarka. 
Natychmiast zbladła. Od czasu, kiedy jako dziecko została pogryziona przez psa, zawsze się  

ich bała. Krzyknęła i rozejrzała się, szukając sposobu ucieczki. 
- Spokój, Jip. Leżeć, Fiti. Niech pani uspokoi wreszcie swoje psy. 
- Moje psy? To pana psy rozpoczęły tę walkę. Proszę je natychmiast zabrać. 
Jeden chart, który miał właśnie zamiar rzucić się na owczarka, dotknął w tym zamieszaniu  
nogi  Marion.  Krzyknęła  głośno.  Hadrian w jednej  chwili znalazł się przy niej. Zauważył 
przerażoną twarz Marion i oszalałe ze strachu oczy. 

background image

- Spokojnie. Już do pani idę. 
Rzuciła szybkie spojrzenie w kierunku, skąd dochodził głos. Zdziwiło ją, że głos tego człowieka 
przebił   się   przez   psi   jazgot.   Zobaczyła   wysokiego,   bardzo   przystojnego   mężczyznę, 
przedzierającego   się   do   niej   i   odsuwającego   spokojnym   ruchem   blokujące   przejście   psy.'  
Wyciągnął rękę, której Marion natychmiast S\ę uchwyciła. Mimo to nie była w stanie zrobić  
kroku. Dwa charty oplątały smyczą jej nogi. 
Nagle rozpętała się prawdziwa wojna. Marion zamknęła z przerażenia oczy, aby nie widzieć tych 
wszystkich błyskających kłów. Słyszała, jak mały człowieczek wymyśla otyłej kobiecie. Było to 
nawet zabawne, ale w tej chwili nic nie mogło jej rozśmieszyć. 
Hadrian,   który   kochał   zwierzęta   i   umiał   się   z   nimi   obchodzić,   wiedział,   że   wystarczyłoby 
zdecydowanie   odsunąć   psy,   a   nie   zrobiłyby   jej   żadnej   krzywdy.   Ale   dostrzegł,   że   kobieta 
śmiertelnie się ich boi. Szybko odsunął kolanem owczarka, podszedł do Marion i wziął ją na ręce. 
Zdziwił się, że jest taka lekka i pomimo wysokich obcasów sięga mu zaledwie do ramienia. 
Marion  chwyciła   się   kurczowo   swojego   ~ybawcy.   Ukryła   twarz   na   jego  ramieniu   i   poczuła 
przyjemny   zapach   igieł   sosnowych,   całkowicie   inny   niż   zapach   drogich   wód   toaletowych, 
których używali mężczyźni z jej otoczenia. 
Kiedy znaleźli się w bezpiecznej odległości od walczących psów, powoli uniosła głowę. Oczy 
mężczyzny, który trzymał ją w ramionach, były prawie granatowe. Jej dłonie obejmowały 
opalony kark i dotykały ciemnych, gęstych włosów. Sprawiało jej to dziwną przyjemność. 
Hadrian szedł pewnie przed siebie. Wiedział, że powinien postawić ją na chodniku, ale nie miał 
ochoty wypuścić jej z objęć. Wreszcie Marion  stanęła na drżących nogach. Nie była pewna, czy 
jest to wynik przeżytego strachu, czy też ma to inną przyczynę. Spojrzała na nieznqajomego; ten 
uśmiechnął się do niej serdecznie.
- Bardzo dziękuję - powiedziała. - Byłam naprawdę przerażona. 

- One nic by pani nie zrobiły - odpowiedział. _ Właściwie wcale nie były panią zainteresowane. 
Jego głos zafascynował Marion. Pierwszy raz w życiu słyszała taki ton głosu i nie wynikało to 

wcale   z   obcego   akcentu.   Był   niezwykle   ciepły   i   jednocześnie   głęboki   i   prawdziwie   męski. 

Działał na nią uspokajająco. 
- Wiem - przyznała. - Ale mimo wszystko ... - Przycisnęła dłoń do serca i potrząsnęła głową. 

Hadrian roześmiał się. 
- Przepraszam. Oczywiście, nie śmieję się z pani, ale ten widok. .. - Spojrzał na walczące psy i 

ich właścicieli i wybuchnął śmiechem. 
Był   to   szczery   i   tak   zaraźliwy   śmiech,   że   Marion   również   musiała   się   roześmiać.   Nagle 

zorientowała się, że ma potargane włosy. Szybko je poprawiła i wygładziła spódnicę. 
- Czy już dobrze się pani czuje? - spytał Hadrian. Posmutniała. Wiedziała, że ten mężczyzna 

zaraz odejdzie i zostawi ją samą. Szukała wymówki, żeby go jeszcze przez chwilę zatrzymać. 
- Trochę kręci mi się w głowie. Chyba powinnam napić się kawy. 
Uśmiechnął się. 
- To,na pewno dobrze pani zrobi. Chodźmy. Może zna pani jakąś dobrą kawiarnię w pobliżu? 
Zaprowadziła go do małego bistra, którego specjalnością było capuccino. Nie był zdziwiony,  
że rozmawia z włoskim kelnerem w jego ojczystym języku. Już wcześniej podejrzewał, że 
czarne włosy i oczy odziedziczyła po jakimś włoskim przodku. 
- Czy ratowanie kobiet z opresji należy do pana stałych zajęć? - spytała żartobliwie. 
- Tak - odpowiedział poważnie. - Ratuję przynajmniej trzy dziennie. Czasem pięć, jak mam 

dobry dzień. 

Roześmiała się. 
- Nie mogę rozpoznać pana akcentu? Skąd pan pochodzi, z Europy Wschodniej? 
- Na litość boską, nie. - Hadrian zaśmiał  się. - Pochodzę z y orkshire. Tam się urodziłem i 
wychowałem. To północna Anglia. 

background image

- Wiem, gdzie to jest - odparła wyniośle, ale jej oczy błyszczały radośnie. - Nie jestem aż takim 
nieukiem. 
Kiedy podniósł filiżankę z kawą do ust, zauważyła, że jego spinki od mankietów ozdobione są 
ciemnoczerwoną emalią. Zdziwiło ją to i jednocześnie zachwyciło. Wszyscy jej znajomi nosili 
spinki z brylantami. 
- Czy przyjechał pan do Ameryki na wakacje? - spytała nieśmiało. 

Potrząsnął głową. 
- Nie, ja ... - Nagle przypomniał sobie o czekającym go spotkaniu w sprawie pracy i spojrzał na 
zegarek. Odetchnął z ulgą. Miał jeszcze dwadzieścia minut. Ale za dwadzieścia minut będzie 
musiał ją opuścić i ta myśl go przygnębiła. - Przyjechałem tutaj do pracy - powiedział wreszcie, 
zorientowawszy   się,   że   Marion   czeka   na   odpowiedź.   -   Mam   nadzieję,   że   ją   dostanę.   Za 
dwadzieścia minut mam rozmowę· 
Marion  natychmiast  straciła  dobry  humor.   Wiedziała,  że  mężczyzna  niedługo odejdzie,  i  nie 
miała pojęcia, co zrobić, żeby znow się spotkali. 
- Dokończmy więc kawę - powiedziała przygnębionym głosem. 
- Jeszcze czas. To niedaleko stąd. - Hadrian był zły na siebie, że rozmowa przybrała tak 
nieciekawy obrót. 
- To dobrze. - Marion wyraźnie się ucieszyła i poczuła się lepiej. - Niech mi pan coś powie o  
Yorkshire. Czy tam jest pięknie? 
- Tak. Nawet bardzo - odparł z uśmiechem. - W lecie kamienne murki nabierają złotego koloru.  
Ciągną się całymi kilometrami. W dolinach, przez które płyną strumienie, pasą się owce i rosną 
stuletnie dęby. 

- Och - szepnęła Marion. - Chciałabym tam pojechać. 
- A sam York. .. - Głos Hadriana stał się cieplejszy. - Katedra to najpiękniejszy budynek na 
świecie. A na wąskich, brukowanych uliczkach straszy. 
- Duchy - wyszeptała Marion i przebiegł ją dreszcz. Hadrian zaśmiał się i ujął jej dłoń. 
Zerknął na zegarek. 
- Niech to diabli - powiedział. - Muszę już iść. Westchnęła ciężko. Powoli wysunęła rękę z jego 
ciepłej 
dłoni. Hadrian wstał od stolika. Koniecznie chciał dostać jej numer telefonu i zachodził w głowę, 
jak ma to zrobić. W milczeniu wyszli na ulicę i skierowali się w tę samą stronę. 
- Co pana skłoniło do opuszczenia Yorku? - spytała Marion, która szła wolno, aby przedłużyć ich 
spotkanie. 
- Nie mam tam już nikogo - rzekł niepewnie. Nie chciał kłamać, ale musiał zachować pewną 
ostrożność. - Została mi tylko kuzynka, którą traktuję jak siostrę. Chcieliśmy zmienić otoczenie. 
Przylecieliśmy do Ameryki kilka dni temu. 
- Bardzo mi przykro - odparła Marion. - Dobrze znam to uczucie, kiedy odchodzi bliska osoba.  
Mój brat zmarł pół roku temu, a nadal za nim tęsknię. 
Hadrian dotknął jej dłoni. Marion nigdy jeszcze nie czuła się tak swobodnie w towarzystwie 
mężczyzny.   Wydawało   jej   się,   że   zna   go   od   lat,   a   jednocześnie   wszystko   było   dla   niej  
podniecającą nowością. Jego obcy akcent, dobór spinek, umysłowość, poczucie humoru i ciepło, 
które roztaczał. Miał silną osobowość. Nigdy jeszcze nie spotkała podobnego mężczyzny. Nawet 
najbardziej twardzi wspólnicy ojca nie mogli poszczycić się takim spokojem i siłą. 
- Mówiono mi, że w zimie to miasto jest zupełne inne - odezwał się Hadrian, kiedy podeszli do 
budynku Ventura Industries. Prawie zapomniał, że przyszedł tu w sprawie pracy, ale przypomniał 
sobie o Bryn. - Podobno jest wtedy bardzo nieprzyjemnie i bardzo zimno. Nie mam odwagi 
samotnie stawić temu czoła. 
Marion omal nie podskoczyła z radości. 
_ Rozumiem, że pana kuzynka jest tutaj. 
_ Tak, ale teraz jest w ... Vermont - zaryzykował Hadrian, zastanawiając się, czy rzeczywiście 

background image

tak nie jest. - Przez całe życie mieszkała na wsi i nie znosi miasta. 

_ Ale panu podoba się Nowy Jork? - spytała. To miasto było jej domem i chciała, żeby ten 

mężczyzna również je pokochał. 
_ Tak. Ma w sobie... Nie wiem, jak to określić. Jakąś niesłychaną potęgę. Tak jak samotne 
skały   na   wrzosowiskach   mają   w   sobie   moc   starożytności,   to   miasto   posiada   taką   samą  
magiczną siłę, tylko na innej płaszczyźnie .. 

_ Wiem, co ma pan na myśli. - Marion uśmiechnęła się· Tak byli zajęci sobą, że ni~ zauważyli 

starego forda, który jechał za nimi powoli. 

_ Mówiono mi również, że jest to najbardziej brutalne miasto świata _ dodał Hadrian. - Jeśli od 

razu nie znajdę pracy, moje zezwolenie ... - Urwał, żeby nie pomyślała, że zaczyna narzekać. 

_ Na pewno pan znajdzie - powiedziała z mocą· 

Rozbawiła go jej wiara w pozytywne załatwienie sprawy. 
_ Mam nadzieję. Zresztą niedługo się dowiem. To jest miejsce, gdzie odbędę pierwszą próbę. -  
Wskazał na budynek 

Ventura Industries. 

_ Tutaj? - spytała zdziwiona. 
Spojrzał na nią. Zdumiał go ton, jakim zadała to pytanie. 
_ Tak, tutaj. Czemu nie? Czy to nie jest solidna flrma? Słyszałem, że jest jedną z największych 
flrm na rynku. 
_  Tak.   To   prawda   -   przyznała.   Właściwie   nie   powinna   się   dziwić.   Ventura   Industries  stale 
przyjmowała nowych pracowników. _ Jest to największa flrma na świecie. Jakiego rodzaju pracy 
pan szuka? 

- W dziale księgowości. 

_ Pan jest księgowym? - Nie potraflła ukryć zdziwienia. 

Roześmiał się· 

_ Czyżby miała pani coś do zarzucenia księgowym? - spytał z udawanym gniewem. - Muszę pani 

powiedzieć, że byłem wspólnikiem najpoważniejszej, powtarzam: najpoważniejszej firmy w 

Yorku. 
Nienaturalny, afektowany głos, jakim wypowiedział te słowa, tak nie pasował do jego 'młodej, 

przystojnej twarzy, że Marion wybuchnęła radosnym śmiechem. Przypomniała sobie dni, które 

spędziła w dziale księgowości. Bez powodzenia. 

- Niech się pan nie tłumaczy. Darzę księgowych najwyższym szacunkiem. Może mi pan 

wierzyć. 
~ Proszę posłuchać... Zastanawiałem się właśnie, czy nie zechciałaby się pani zlitować nad 

biednym człowiekiem z Yorkshire i pokazać mu któregoś dnia miasto. A może zjedlibyśmy 

razem lunch albo obiad? 
- Z przyjemnością - odpowiedziała. - Oto moja wizytówka. Stary ford zatrzymał się przy 
krawężniku. Bruno wyciągnął aparat fotograficzny i zrobił kilka zdjęć Marion i towarzyszące-
mu jej mężczyźnie. Marion uśmiechnęła się i szybko weszła do budynku. Zaintrygowany 
Hadrian podążył za nią. W jej oczach błyszczały wesołe iskierki i zupełnie nie przypominała tej 
bladej, przerażonej dziewczyny, którą zaledwie pół godziny temu ratował przed psami. 
- Jeśli nie będzie miał pan innych spotkań w sprawie pracy, to może spotkamy się jutro? - 

spytała. - Wezmę pana na wycieczkę, od Statuy Wolności aż do Broadwayu. 
- Świetnie - powiedział Hadrian, zerkając na otrzymaną od niej wizytówkę. - Marion Ven ... - 

Zmarszczył brwi i spojrzał na nią. - Pani jest Marion Ventura? - spytał wreszcie. 
Skinęła głową. Przestraszył ją dziwny wyraz jego twarzy. 
- To śmieszne, że spędziliśmy tyle czasu razem, nie znając 
swoich nazwisk, prawda? - powiedziała szybko i nerwowo .. - Tak, dziwne - przyznał 

ponuro. 
- A pan nazywa się ... ? - Czuła, że coś poszło nie tak. 
- Przepraszam. Nazywam się Hadrian Boulton. _ Wyciągnął do niej rękę. 

background image

- Miło mi pana poznać - rzekła, ujmując podaną jej dłoń.  
Hadrian zdobył się na uśmiech, chociaż czuł się przygnębiony. Wybrał Ventura Industries nie 

tylko dlatego, że chciał odnaleźć Bryony, ale przede wszystkim dlatego, że chciał jej pomóc. Już 

wcześniej zastanawiał się, czy nie udałoby się pokonać Germaine'a przy pomocy Ventury? 

Znajomość z Marion mogła być niezwykle przydatna. Ale tylko' w tym wypadku, gdyby nią 

odpowiednio pokierował. Ventura Industries mogłaby przejąć Germaine Corporation. Ale on 

musiałby użyć Marion jako narzędzia. A kiedy Bryony byłaby już bezpieczna, odejść ... 
- Dzień dobry, Marion Ventura - powiedział żartobliwie, ale głos odmawiał mu posłuszeństwa. 
Dlaczego to musiała być właśnie ona? 

Morgan wysiadł z autobusu i rozejrzał się uważnie. Miał spotkać się z Brunonem, ale w Nowym 
Jorku mogli go śledzić szpiedzy Kyna. Spotkanie musiało być więc krótkie. 
- Co nowego? 
Bruno wręczył mu bez słowa kopie planów budynku Ventury. 
Morgan przejrzał je szybko. Trzeba będzie wszystko dobrze zaplanować. Ale przecież był 
mistrzem planowania. 

- Obserwowałeś dziewczynę? 

- W dzień i w nocy. - Bruno zrelacjonował incydent z psami. 
- Mam też jego zdjęcie. 
Morgan skinął głową i wysiadł z samochodu. W dziesięć minut później stał przed domem, który 
należał do Lance' a i Moiry Prescott. Pokiwał w zamyśleniu głową i skierował się do klubu Old 
Gold, gdzie ostatnio często bywał Lance. Bardzo chciał się z nim spotkać i chociaż Prescott  
jeszcze o tym nie wiedział, mieli do omówienia ważny interes. 

Bryony wypożyczyła samochód i pojechała w góry. Na początku czuła się tak, jakby siedziała nie 
za   kierownicą,   ale   obok   kierowcy.   Miała   jednak   zaufanie   do   siebie   i   wiedziała,   że   szybko 
przyzwyczai się do prawostronnego ruchu. Stale patrzyła na mapę, żeby nie zmylić drogi. Farma 
Coldstream znajdowała się w odległości zaledwie trzech mil od miasta, u stóp malowniczej góry 
Mansfield. Nic dziwnego, że Kynaston chciał ją kupić. Bryony musiała się tylko dowiedzieć, 
dlaczego niejaki Elijah P. Ellsworthy nie chciał jej sprzedać. 
Dowiedziała się o całej sprawie zupełnie przez przypadek. 
Poprzedniego dnia zwiedzała miasto i wstąpiła na lunch do Trapp Family Lodge. Usłyszała tam 
rozmowę dwóch kelnerek. Mówiły o starym Ellsworthym i jego farmie. Bryony nie zwróciłaby 
na to uwagi, gdyby nie usłyszała nazwiska Germaine. Młodsza kelnerka bardziej była przejęta  
faktem, że Kynaston tak rzadko pokazuje się w kawiarni, starszą natomiast intefesowała sprawą 
jego zabiegów o kupno gospodarstwa. 
Bryony rozglądała się ciekawie. Krajobraz był przepiękny. 
Zachwycała obfitość klonów, które tak rzadko wYStępują w Yorkshire. Liście drzew mieniły się 
wszystkimi kolorami: były żółte, pomarańczowe, rdzawe, różowe i czerwone. Przez otwarte okno 
samochodu obserwowała siedzące na płotach rudziki. Należały do innego gatunku niż angielskie, 
były dużo większe i miały czarne szyje.  Biała strzałka wskazywała  drogę do farmy.  Bryony 
zjechała   z   szosy   na   wąską   asfaltową   drogę.   Gospodarstwo   w   niczym   nie   przypominało 
Ravenheights. Dom zbudowany był częściowo z drewna, a częściowo z kamienia. Pies, który 
powitał ją szczekaniem, również nie przypominał Violet. Był to szaro-brązowy ogar ze smutnymi  
oczami. 
Wysiadła z samochodu i zamarła z przerażenia. Z uchylonych drzwi domu wyłoniła się najpierw  
lufa strzelby, a potem stary mężczyzna. Zdumiał się na widok stojącej przy samochodzie kobiety. 
Patrzył na nią uważnie. -Była ładna, miała długie nogi i lekko zaokrąglone biodra. 
Opuścił strzelbę, uciszył psa i postąpił parę kroków w przód. 
Miał siwe włosy, opaloną twarz i widać było, że przez całe życie pracował przy gospodarstwie. 

background image

Przypominał Bryony ojca. - Pan Ellsworthy? - spytała, ruszając wolno w jego stronę, nie 
spuszczając jednak oczu ze strzelby. 
-   Taa.   -   Spojrzał   uważnie   na   idącą   ku   niemu   kobietę.   Uznał,   że   ma   dobrą   figurę   i   jest 
odpowiednio   ubrana.   Nie   cierpiał   kobiet   w   dżinsach,   ale   ta   dziewczyna   -   każdą   osobę   płci 
żeńskiej, która nie przekroczyła czterdziestki, uważał za dziewczynę - miała na sobie elegancką 
wełnianą sukienkę. Sposób, w jaki się poruszała, przywodził mu na myśl filmy z Ritą Hayworth. 
- Przepraszam, że nie zapowiedziałam telefonicznie swojej wizyty,  ale nie byłam pewna, czy 
zechce się pąn ze mną spotkać. Chodzi mi o Germaine Corporation. 
- Ach. Oni przysłali tu panią, żeby mnie ułagodzić, co? 
Muszę przyznać, że mają dobry gust - powiedział z żartobliwym błyskiem w oczach. 
Uśmiechnęła się do niego. 
- Źle mnie pan zrozumiał, panie Ellsworthy. Nie przyjechałam tu w imieniu pana Germaine, 
tylko we własnej sprawie. To ... Trudno mi to wytłumaczyć. Czy zechciałby mi pan powiedzieć, 
dlaczego nie chce pan sprzedać farmy Germaine Corporation? 
- Nie zechciałbym. To moja sprawa - rzucił ostrym tonem. 
- Ale moją sprawą jest również ugoszczenie młodej damy, która się u mnie zjawiła. 

Przygotowałem właśnie dzbanek lemoniady? Może się pani napije? 
- Chętnie - odpowiedziała Bryony. - Nigdy jeszcze nie piłam prawdziwej, domowej lemoniady. 

W Anglii jej nie robimy. - Hm - mruknął Elijah Ellsworthy. 
Bryony   ostrożnie   wchodziła   po   schodkach   werandy,   ale   ogar   tylko   powąchał   jej   buty.   Z 
zaciekawieniem   rozejrzała   się   po   wnętrzu.   Dębowe   belki   na   suficie,   stary  piec,   kominek   - 
wszystko było solidne, wykonane z dobrych materiałów. 
- Niech pani siada. - Elijah przyniósł dwie szklanki lemoniady i postawił je na stole. 
- Dziękuję. Właśnie podziwiałam pana kominek. 
- Myślę, że wy, młode damy, jesteście teraz przyzwyczajone do kominków opalanych gazem? 
- Wcale nie - odparła, uśmiechając się szeroko. - Na swojej farmie w y orkshire gotowałam na 
bardzo starym  kuchennym  piecu. Używałam twardego drewna, ponieważ inaczej nie można 
było utrzymać w nim jednolitej temperatury. 

- Dębu? - spytał Elijah, siadając przy stole.  
_ Tak - odparła, siadając naprzeciwko niego. Wygładzając sukienkę, nie dostrzegła wyrazu 
uznania, jaki pojawił się w jego oczach. - Jodła też była niezła, ale musiała być naprawdę sucha. 
Stary mężczyzna skinął głową. 
_ Albo naprawdę pochodzi pani :Ze wsi, albo nieźle panią ktoś przeszkolił. Czego pani chce ode 
mnie? 
_   Ja   ...   chciałabym   wiedzieć,   dlaczego   nie   chce   pan   sprzedać   farmy   panu   Germaine   - 
powiedziała. Już wyrobiła sobie pogląd na temat gospodarza. Uznała, że nie jest aż tak groźny, 
na jakiego wygląda, i że jest niewątpliwie uczciwym człowiekiem. 
- Mówiłem już. To moja sprawa. 
_ Także i moja, gdyby chciał pan sprzedać farmę komuś innemu. Mogłabym złożyć panu pewną 
propozycję lub wesprzeć pana w negocjacjach z Germaine Corporation. Co pan woli. 
Spojrzał na nią spod zmrużonych powiek, tak że Bryony poczuła się nieswojo i zajęła się piciem 
lemoniady. 
_ Jest wspaniała. Czy mogłabym dostać przepis? - Jasne. 

Czekała na dalszy ciąg, ale Elijah siedział w milczeniu. 
Współczuła   przedstawicielom   Germaine   Corporation,   którzy   musieli   prowadzić   z   nim 
negocjacje. Uśmiechnęła się nagle wesoło. 

- Co w tym jest śmiesznego? - warknął Elijah. 
Wzruszyła lekko ramionami. 
_ Nic specjalnego. Wyobraziłam sobie tylko, jak pan odsyła z kwitkiem Kynastona Germaine. 
Na twarzy Elijaha pojawił się uśmiech. 

background image

_ Nie ud,ało mi się tego zrobić. To twardy facet. I bardzo dziwny. Zupełnie inaczej go sobie 
wyobrażałem. Nie należy do tych miejskich cwaniaków. Słyszałem, że urodził się i wychował w 
Vermont. Tym gorzej ... Pani jest kobietą, jak się patrzy. 
Zerknęła na niego ze zdziwieniem. 
- Słucham? 

_ Pani jest prawdziwą kobietą, która wygląda i zachowuje się jak kobieta. Moja Betty była taka 

sama. Mówiłem, że się nie zgadzam, a ona tylko się uśmiechała i zanim mogłem się zorientować, 

już robiłem to, co chciała. 
Bryony uśmiechnęła się w odpowiedzi. 
- Mogę teraz odpowiedzieć pani na pytanie. Odziedziczyłem tę farmę po ojcu. Sprzedawaliśmy 
syrop klonowy, mieliśmy też bydło i kilka sztuk koni. Betty urodziła mi dwóch synów. Jeden 
zginął w Wietnamie, a drugi w wypadku samochodowym. 
Elijah mówił spokojnie, ale Bryony wyczuwała w jego słowach cierpienie. 
-   Moja   Betty   już   nie   żyje,   a   nie   mamy   żadnych   krewnych,   którym   mógłbym   zostawić 
gospodarstwo.   Jestem   za   stary,   żeby   pracować.   Postanowiłem   więc   sprzedać   farmę   temu 
Germaine. Ale on buduje wielkie, nowoczesne hotele dla bogatych głupców. Nie chcę, żeby coś 
takiego zrobił z mojego domu. Jest pani zadowolona? 
Uśmiechnęła się ciepło. 
- Tak. Wydawało mi się, że poda pan właśnie taki powód. Myślałam więc ... Mam sposób, 
żebyśmy oboje dopięli swego. 
Elijah spojrzał na nią z uwagą. Znał się na ludziach, a do tej dziewczyny poczuł szczególną 
sympatię. Nie podobało mu się tylko, że w jej słowach brzmi gniew. To nie było kobiece. 
- Co pani ma przeciwko temu Germaine, pani ... 
- Och, przepraszam. Jestem Bryony Rose. - Wyciągnęła do niego rękę. - A jeśli chodzi o pana 
Germaine, to jest to mój interes - powiedziała stanowczo. 
- W porządku. Jaki jest więc pani plan? 
- Chcę od pana kupić farmę, panie Ellsworthy. 
- Ma pani pieniądze? 
- Tak. Ja też miałam kiedyś farmę. W Yorkshire - dodała łamiącym się głosem. - Sprzeda mi ją 
pan? 
Elijah opadł n,a oparcie krzesła i patrzył na nią przymrużonymi oczanu. 
- A dlaczego miałbym to zrobić? 
- Ponieważ zapewnię panu możliwość pozostania na farmie - odparła z uśmiechem. - 
Moglibyśmy też nadal prowadzić gospodarstwo, wynajmując siłę roboczą. Oczywiście, pan by 
nimi kierował. 
Na twarzy Elijaha pojawił się szeroki uśmiech. 
_ To wielka obietnica. Ktoś mógłby powiedzieć, że zbyt wielka, żeby ją traktować poważnie. 
Ale   mam   do   pani   zaufanie.   I   tak   muszę   sprzedać   komuś   tę   farmę.   Równie   dobrze   mogę 
sprzedać ją pani. 

Lance skinął głową na barmana i zajął swoje ulubione miejsce przy klubowym barze. Zamówił 
Manhattan i poczuł, że ktoś siada obok niego. Gdy odwrócił głowę, dostrzegł zupełnie mu nie 
znanego mężczyznę· 
_ Cześć. Pierwszy raz w klubie? - spytał. _ Tak. Czy napije się pan czegoś, 
Lance? 
Nie  zdziwiło go wcale,  że  ten  mężczyzna  zna  jego imię,  ale  instynkt  podpowiadał  mu,  że 
nieznajomy może być niebezpieczny. 

_ Dziękuję. Zamówię następny Manhattan. 
Morgan złożył zamówienie. 
_ Spotykamy się chyba po raz pierwszy - powiedział Lance. _ Tak. Ale mamy wspólny interes. 
Mari~:m Ventura. - Morgan uśmiechnął się triumfalnie na widok zmienionej twarzy rozmówcy. 

background image

_ Zupełnie mnie nie interesuje,· z kim ona chodzi do łóżka _ burknął Lance, wstając ze stołka. 
Morgan złapał go za ramię. 

_ Mnie również nie. Nie mówię o współżyciu z tą damą, przynajmniej nie w sense fizycznym ... 
Lance   usiadł   z   powrotem.   Jego   matka   wydała   już   połowę   pieniędzy,   które   uzyskał   przy 
rozwodzie,   a   romans   z   Giną   Knight,   najmłodszą   córką   tekstylnego   milionera,   również   nie 
rokował żadnych nadziei, ponieważ Gina zaczęła interesować się sławnym kierowcą rajdowym. 

_ Co pan ma przeciwko Marion Ventura? - zapytał z ciekawością. 
- Nic. Tak się zdarzyło, że przypadkiem stanęła na mojej drodze - odparł Morgan. 
Lance'   a   przebiegł   zimny   qreszcz,   a   Morgan   znowu   się   uśmiechnął.   Prescott   okazał   się 
beznadziejnym słabeuszem, ale był rozgoryczony i bardzo chciwy. 
- Więc CQ chce pan zrobić? - spytał ostrożnie Lance. Miał ochotę wstać i uciec, a jednocześnie  
zżerała go ciekawość. Z całego serca nienawidził Marion po tym, co mu zrobiła. 
- Mam zamiar usunąć ją z drogi - wyjaśnił Morgan tak spokojnie, jak gdyby miał do czynienia z 
małym dzieckiem. - A przy tej okazji obaj możemy się wzbogacić. 
Lance'owi zabłysły oczy. - Niech pan to powtórzy. 
- Powiedziałem, że możemy się wzbogacić. Obaj. 

Serce Lance'a zabiło.mocno. Jak pięknie brzmiały te słowa.

 - W jaki sposób? 
- Postaram się, żeby Leslie Ventura dał nam trzydzieści milionów dolarów. 
Leslie popatrzył na Morgana, zastanawiając się, czy ma do czynienia z szaleńcem. 
- To bardzo dużo pieniędzy - wykrztusił wreszcie. - Ale dlaczego Leslie Ventura miałby nam 

dać trzydzieści milionów dolców? 
Morgan   uśmiechnął   się   w   duchu.   Lance   był   wyjątkowym   głupcem.   Nie   to,   co   on   -   silny 

mężczyzna,   który  nikomu   nie   pozwala   się   wykorzystywać.   Przed   oczami   stanęła   mu   twarz 

dwunastoletniego Kynastona. Z nosa ciekła mu krew. "Zabiję cię, Morgan. Przyjdzie dzień, że 

cię dostanę". I tak się stało. 
Otrząsnął się ze wspomnień i sięgnął po szklankę. Kiedy obrócił się w stronę Lance' a, jego 

twarz nie wyrażała żadnych emocJI. 
- Interesuje to pana, czy nie? 
- Trzydzieści ,milionów? Oczywiście, że mnie interesuje. 

A co ja miałbym zrobić? 
Morgan wzruszył ramionami. 
- Nic specjalnego. Zatelefonuje pan do kogoś. 
- Tylko tyle? Co pan zamierza? 
- To proste. Porwiemy Marion Ventura. 

W drodze powrotnej . z farmy Bryony musiała włożyć  słoneczne ok.ulary, ponieważ słońce  

raziło ją w oczy.  W nowym  hotelu Kyna  frontowe drzwi były zamknięte, postanowiła więc 

wejść od tyłu. 
Kynaston,   który   siedział   przy   biurku,   zauważył   jej   cień   i   zerwał   się   raptownie.   Bryony,  
zaskoczona jego gwałtownym ruchem, odskoczyła od okna. Przez chwilę patrzyli na siebie w 
milczeniu. Kynaston pierwszy otrząsnął się ze zdziwienia i otworzył szeroko okno. Jego bliskość 
natychmiast podziałała na Bryony. 
- Cześć - powiedziała bez tchu. 
- Cześć, Bryony Rose - powiedział Kynaston, pożerając ją wzrokiem. Zmarszczył brwi na widok 
okularów. Niech to szlag trafi, czy ona nigdy ich nie zdejmuje? 
- Po prostu Bryony .:.. powiedziała ostro. Tylko ojciec nazywał ją Bryony Rose. 
- W takim razie powinnaś nazywać mnie Kyn. 
- D()brze, Kyn - wykrztusiła. 
- Wejdź. Dostaniesz kawy - Odwrócił się, zamierzając pójść otworzyć frontowe drzwi, kiedy za 

background image

plecami usłyszał szelest. 
Bryony   potraktowała   dosłownie   jego   zaproszenie   i   właśnie   wchodziła   przez   okno.   Wysoko 
podwinięta suknia odsłaniała piękne uda. Zwinnie zeskoczyła na podłogę. 
Spojrzał na nią zdziwiony. - O co chodzi? - spytała. 
- O nic. Myślałem, że będziesz wolała wejść drzwiami. 
Zaczerwieniła się ze wstydu. Na farmie przyzwyczaiła się do pokonywania różnych przeszkód w 
budynkach gospodarczych i stodołach, tak że wchodzenie przez okno nie było dla niej niczym 
dziwnym. 
- Po co chodzić dookoła? Równie dobrze można wejść przez okno - rzuciła gniewnie, starając się 
ukryć zażenowanie. 
- Właśnie widzę - powiedział z uśmiechem. Próbował wyobrazić sobie różne znane mu kobiety, 
jak   wchodzą   przez   okno.   Na   próżno.   Zaraz   zaczęłyby   się   martwić,   że   podrą   rajstopy   albo  
potargają włosy. Bryony była inna. - Usiądź, proszę· Jaką pijesz kawę? 
- Z mlekiem i jedną kostką cukru. 
Nie poprosiła go o słodzik. Inna kobieta poprosiłaby o czarną kawę, aby nie stracić figury. Ta  
przesadna,   paranoiczna   dbałość   o  sylwetkę   doprowadzała   go  do  szału.   Jak  gdyby   wszystkie 
kobiety uważały, że poza wyglądem zewnętrznym nic innego nie ma znaczenia. Jakby ich umysł  
i osobowość nie mogły stanowić żadnej atrakcji. 
Bryony usiadła na krześle przed jego biurkiem. Podał jej kawę i zajął swoje miejsce. Nie dała mu  
wyboru, chociaż w pokoju stała niska, wygodna kanapa. 
- Chciałam porozmawiać o interesach, panie ... Kyn - powiedziała, oddychając szybko. Trudno 
jej było się skoncentrować, kiedy on znajdował się tak blisko. Był bez marynarki i krawata, w 
koszuli z podwiniętymi rękawami. Patrzyła na jego opalone ręce, muskularną klatkę piersiową i 
lekko zmierzwione włosy. Wyglądał, jakby właśnie wstał z łóżka. Na samą myśl zrobiło jej się 
gorąco. 
- Tak? - Był rozczarowany. Będzie musiał jej wytłumaczyć, że nie powinna szukać wym6wek,  
kiedy chce się z nim zobaczyć. Odchylił się na oparcie krzesła i spytał lekko drwiącym głosem:  
- Co masz na myśli, Bryony? 
- Farmę Coldstream - powiedziała bez ogródek. Z zadowoleniem patrzyła, jak zaciska wargi. 
Nie czuł się już tak ważny. 
- Co wiesz o tej sprawie? - spytał, mając się na baczności. 
Ta farma  nie była  mu koniecznie potrzebna, ale jej zakup stanowił dobry interes. O co jej 
chodzi?   Znowu   postawiła   go   w   niezręcznej   sytuacji.   Była   jedyną   osobą,   która   go   stale  
zaskakiwała. Zaczynało to być denerwujące. 
- Jeśli się nie mylę, chciałeś kupić farmę od Elijaha Ellsworthy'ego? 
- Zgadza się. 
- Ale on nie chciał jej sprzedać? - spytała rzeczowym tonem. 
Nie był to głos, o jakim śnił poprzedniej nocy. 
- Nie ukrywał swoich uczuć - rzekł spokojnie. - A na ich poparcie miał strzelbę· 
- Całkiem sporą. - Wbrew sobie, uśmiechnęła się. - I groźnego psa - dodała. 
- Rodem z piekła - przyznał. Nagle znieruchomiał. - Byłaś tam? 
- Oczywiście. I mam dla ciebie propozycję. 
Uśmiechnął się, lecz jego wzrok pozostał czujny. Bryony wydawała się spięta i tak na czymś 
skoncentrowana,   że   wzbudziło   to   jego   podejrzliwość.   Doskonale   wiedział,   że   go   pragnie, 
podobnie jak on jej. Chciał wziąć ją w ramiona, i całować te rozkoszne usta, ale instynkt zalecał 
ostrożność. Patrzył na jej wargi, a Bryony, świadoma tego spojrzenia, poczuła, że przenika ją 
dreszcz pożądania. W końcu Kynaston obrócił się gwałtownie na krześle i oparł ręce na biurku. 
- No, dobrze, Bryony - odezwał się wreszcie. Musi zatrzymać ją przy sobie, czy to w charakterze 
kochanki, czy też nieprzyjaciela. A jeśli przy tej okazji ma robić z nią interesy, to i niech tak 
będzie. - Jaką masz dla mnie propozycję? 

background image

Dla Bryony nadeszła teraz triumfalna chwila. 
- Chciałam ci zaproponować, żebyś kupił moją farmę. Spojrzał na nią marszcząc brwi. 
- Twoją farmę? 
- Tak. M0ją farmę. Dziś rano kupiłam ją od pana Ellsworthy'ego. 
Nie było to ścisłe, ale Elijah podał jej rękę na przypieczętowanie umowy i Bryony uważała, że 
gest ten znaczy więcej niż podpisanie aktu kupna. 
Kynaston starał się nie okazać, jak bardzo zdziwiła go ta wiadomość. 
- Naprawdę? To było ... bardzo sprytne posunięcie z twojej strony. 
Radość zwycięstwa opuściła Bryony. On wcale nie stracił zimnej krwi, nic nie robiło na nim 
wrażenia. 
- Domyślam się, że nadal jesteś zainteresowany tą farmą? Kynaston skinął potakująco głową.
- To dobrze. Może porozmawiamy ocenie? - spytała z uśmiechem. 
Oczywiście   nie   miała   zamiaru   sprzedawać.   Chciała   napisać   list   do   Marion   Ventura   i 
zaproponować   jej   kupienie   farmy,   która   mogła   stać   się   idealnym   miejscem   dla   nowego 
kompleksu hoteli Ventury. A gdyby Marionjej nie chciała, postanowiła zachować ją dla siebie. 
Zrobi wszystko, aby farma nie dostała się w jego ręce. 
-   To   dobry   pomysł.   Może   pójdziemy   dziś   wieczorem   na   kolację   i   omówimy   wszystko?   - 
zaproponował lekkim tonem, ale wzrok miał lodowaty. Jak, u diabła, przekonała tego starego 
farmera, żeby sprzedał jej swoje gospodarstwo? Co chciała zyskać? O co jej naprawdę chodzi? 
- Tak. Oczywiście. Dziękuję - wyjąkała Bryony. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie tę rozmowę. 
Uśmiechnął się ironicznie. Nie przyjęła jego zaproszenia entuzjastycznie. Oboje wstali z miejsc. 
Kiedy do niej podszedł, cofnęła się gwahownie, a jej pełne piersi uniosły się i opadły. Kynaston 
czuł wyraźnie przebiegające między nimi fale pożądania. Wiedział, że ta kobieta pragnie go tak 
samo gorąco, jak on jej. A może była po prostu nieśmiała? Może, mimo swojej atrakcyjności,  
nie miała wielu doświadczeń seksualnych i dlatego zachowywała się tak nerwowo i niepewnie? 
Wezbrało w nim dziwne uczucie. 
- Bryony ... Nie mogę się doczekać wieczoru. - Musi być ostrożny. Każdy niewłaściwy ruch 
może ją spłoszyć. I to na zawsze. 
- Och .. tak ... ja też. - Z niepewnym uśmiechem cofnęła się w kierunku drzwi, a kiedy znalazła 
się na zewnątrz, szybko pobiegła do samochodu. Drżała ze zdenerwowania.  
- Przyjadę po ciebie o ósmej! - zawołał. - Mieszkasz w Stoweflake Townhouse, prawda? Domek 
numer pięć? 
- Tak. Będę gotowa o ósmej - odpowiedziała. Chciała jak najszybciej uciec, ale w głębi serca 
czuła się szczęśliwa. Teraz miała już pewność, że on się nią interesuje. Dopięła swego! Zmusiła 
go, żeby zwrócił na nią uwagę! To było więcej, niż mogła się spodziewać. Długie miesiące  
ćwiczeń i forsownej diety nie poszły na marne. On naprawdę jej pożądał. 
Nagle   radość   ją   opuściła.   Dziś   wieczorem   mieli   spotkać   się   na   pierwszej   randce.   Powinna 
kontynuować to, co rozpoczęła. Powinna postarać się, żeby pożądał jej jeszcze bardziej. Nawet... 
nawet... Potrząsnęła głową. Nie. Nie wytrzymałaby, gdyby jej dotknął. 

Wiedziała jednak, że musi zrobić to, co nakazuje obowiązek. 

Bryony stała przed lustrem i przyglądał. si, swemu odbiciu. Zaraz po powrocie do domu napisała  
obszerny   list   do   Marion   Ventura   i   wysłała.   go   ekspresem.   Zostało   jej   niewiele   czasu   na 
przygotowania. Wzięła prysznic, umyła włosy i wybrała jedną ze swoich trzech wieczorowych  
sukni. 
Była to kreacja w kolorze lawendy,  przetykana drobnymi,  srebrnymi  nitkami. Bryn nie znała 
nazwy materiału, z którego została uszyta, ale zachwycała ją jego lekkość. Górę stanowiły dwa 
zachodzące na siebie kawałki tkaniny, a dekolt na plecach miał głębokie wycięcie. Założyła też 
kolczyki   z   ametystami   i   srebrną   broszkę,   która   należała   do   matki.   Kiedy  skończyła   układać 

background image

włosy, odezwał się dzwonek przy drzwiach. 
Szybko złapała srebrnoszarą torebkę, prezent od Lynette. Wiedziała, że ładnie wygląda, ale była 
potwornie zdenerwowana. 
Dzwonek zadźwięczał ponownie. Na pewno wszystko dobrze się ułoży. Na razie sprawy szły po 
jej myśli. 
W momencie kiedy uchyliła drzwi, Kynaston natychmiast ją poznał. Patrzył oto w te niezwykłe 
oczy,   których   nit"   był   w   stanie   zapomnieć.   Zachodzące   słońce   rozświetlało   jej   twarz.   Krew 
zaczęła   mu   szybciej   krążyć   w   żyłach.   Bryn   Whittaker   wyglądała   tak   pięknie,   że   nie   mógł 
oderwać od niej wzroku. 
- Co ... - Nie dokończył pytania. Ta kobieta mogła być dla niego zagadką, a w naj gorszym 
wypadku nieprzyjacielem. Ich ponowne spotkanie nie było przypadkowe. Zdał sobie sprawę, że 
powinien coś powiedzieć. - Stale sprawia mi pani niespodzianki, panno Rose - odezwał się cicho, 
świadomy wieloznaczności swoich słów. O co jej naprawdę chodziło? Nie wiedział, ale czuł, że 
dla niego nie znaczy to nic przyjemnego. Wiedział także, że nikomu, nawet tej kobiecie, nie 
pozwoli zrobić z siebie głupca. 
Bryony odczuła zmianę nastroju; Ky'naston patrzył na nią teraz w zupełnie inny sposób. Może 
wydawało się jej tylko, lecz jego oczy lśniły lodowatym blaskiem. 
W umyśle Kynastona kawałki skomplikowanej łamigłówki zaczęły układać się w całość. 
- Chciałbym, żebyśmy poszli na kolację do Charlie B. Mają tam świeże kalmary i niezłą 
piosenkarkę country. 
Na myśl o kalmarach wstrząsnęła się lekko, ale postanowiła skupić uwagę na muzyce country.  
Patrzył na nią badawczo. Poczuła, że uginają się pod nią kolana. Miała ochotę uciec i zaszyć się 
w   jakimś   spokojnym   miejscu.   Nie   dała   jednak   niczego   po   sobie   poznać.   Jej   tygrysie   oczy 
wytrzymywały lodowaty wzrok. Uciekłaby, ale ... Poza strachem czuła jeszcze coś ... 
Kynaston zauważył,  jak się zaczerwieniła, i przez cienki materiał sukni dostrzegł nabrzmiałe  
sutki. Odwrócił się szybko, czując przemożną chęć porwania jej w ramiona. 
- Samochód czeka - powiedział, wskazując na niski sportowy wóz, zaparkowany przy 
krawężniku. 
Wiedziała, że musi się uspokoić i chłodno rozegrać tę partię, ale przychodziło jej to z wielkim 
trudem. Kynaston zachowywał się zupełnie inaczej niż przy ich poprzednich spotkaniach. Był o 
wiele mniej przyjacielski i Bryn poczuła się zagrożona. 
-   Zapnij   pas   -   powiedział   spokojnie,   kiedy   wsiedli   do   samochodu.   Wyglądała   na   bardzo 
zdenerwowaną. Ale jeżeli instynkt go nie mylił, to rzeczywiście mogła być zdener wowana. Był 
bliski rozwiązania całej tej zagadki. Nic dziwnego, że Bryony odskakiwała za każdym razem, 
kiedy się do niej zbliżał. Prawdopodobnie w ogóle nie mogła znieść jego obecności. Myśl ta nie 
sprawiła mu' jednak oczekiwanej satysfakcji, a raczej ból. 
Bryony obserwowała go kątem oka. Patrzyła z zachwytem na jego płynne ruchy, kiedy zmieniał 
biegi,   i   napinające   się   mięśnie   ud,   kiedy   naciskał   pedał   gazu.   Gdy   zatrzymali   się   przed 
restauracją, nie czekała, aż otworzy jej drzwiczki, lecz szybko wyskoczyła na chodnik. 
Kynaston spojrzał na nią przymrużonymi oczami. Więc było to dla niej aż tak trudne? Po wizycie 
w Ravenheights polecił Michaelowi zasięgnąć informacji. Dowiedział się wtedy o samobójstwie 
siostry  Bryony   i   o   śmierci   jej   ojca.   Przejął   się   tą   wiadomością   i   kazał   sprawdzić   wszystkie 
okoliczności związane z tymi zgonami. Ze zdziwieniem przyjął wiadomość o trybie życia Katy w 
Londynie.   Stan   zdrowia   Johna   Whittakera   przemawiał   za   tym,   że   powinien   już   dawnO 
zrezygnować z pracy na farmie. Był  pewny, że Bryn Whittaker nie miała pojęcia, jak ciężko 
chory był jej ojciec. 
Patrząc   na   jej   lekki,   seksowny   chód,   nie   mógł   uwierzyć,   że   jest   tą   samą   dziewczyną   z 
Ravenheights. Niewątpliwie poddała się bardzo ostrej kuracji odchudzającej i zaczęła nosić szkła 
kontaktowe zamiast okularów. Włosy ... Nigdy przedtem nie widział jej włosów. Na pewno nie 
były farbowane, ponieważ brwi miały ten sam kolor. Odegnał od siebie te myśli. Dlaczego, do  
cholery, zajmował się kolorem jej włosów, skoro ona knuła przeciwko niemu jakiś spisek. Był 

background image

tego pewien. Prawdopodobnie oskarżała go o śmierć ojca i na pewno obarczała winą za stratę 
rodzinnego domu\ Pamiętał jej pełne ni~nawiści, zapłakane oczy, kiedy odjeżdżała spod hotelu 
ciężarówką do przewożenia 
owiec. 

Teraz patrzyła na niego uśmiechniętymi oczami. Musiał przyznać, że bardzo sprytnie go zwiodła. 

Dławił go gniew. Postanowił pokazać jej, że on również potrafi prowadzić tę grę· 
_ Pewnie jesteś głodna - powiedział, biorąc ją pod rękę i czując, jak drży. - Ja jestem głodny jak 
wilk - dodał szeptem, pochylając głowę tak, że jego wargi prawie dotknęły jej ucha. 

Kiedy usiedli przy stoliku, Bryony poczuła się lepiej. Słuchała, jak Kynaston wybiera wina. 

Kiedy kelner przyniósł butelkę Bordeaux, napełnił jej kieliszek. 
- Ja nie piję. 

Popatrzył na nią ze zdziwieniem. 

_ Trudno mi w to uwierzyć. Dzisiejsze kobiety... - Nie dokończył zdania, czekając na jej reakcję. 
Chciał zobaczyć, jak teraz sobie poradzi. 

Speszyła się. Powinna była wiedzieć, że w tym środowisku kobiety piją wino. Niechętnie 

sięgnęła po kieliszek i upiła mały łyk. 

_ To jest bardzo ... mocne - powiedziała. 

Na twarzy Kynastona pojawił się ironiczny uśmiech. Przeraziła się. Coś było tu nie w porządku, 

ale co? 
Spokojnie pił wino. O czym ona myśli? Na pewno jest bardzo z siebie zadowolona. Do tej pory 
wszystko jej się udawało, wodziła go za nos, jak chciała. 
. Ale na tym  koniec. Co prawda wygrała kilka bitew, lecz udało jej się to tylko dlatego, że 
działała przez zaskoczenie. Ni~ 
była dla niego żadnym przeciwnikiem i chciał, aby się o tym przekonała. 
- Pij. Czyżby ci nie smakowało? - Było mu jej żal, ale mimo wszystko nieprzyjaciel pozostaje  
zawsze nieprzyjacielem. Tej prawdy nauczył go kiedyś Morgan. 
Bryony   niechętnie   podniosła   kieliszek   i   zaczęła   pić   małymi   łykami.   Starała   się   sprawiać 
wrażenie, że wino bardzo jej smakuje. Ten wieczór rozpoczął się niezbyt fortunnie i obawiała się, 
że jego koniec może być jeszcze gorszy. 
Podano przystawkę i Bryony popatrzyła z odrazą na talerz Kynastona. Początkowo myślała, że 
się myli, ale naprawdę leżały na nim ślimaki. Wziął do ręki mały srebrny widelczyk, którym  
wyjmował je ze skorupek. Bryony odwróciła wzrok i sięgnęła po kieliszek. Łyk wina sprawił jej 
przyjemność. Nawet nie tknęła swojego dania. 
- Hmm - mruknął Kynaston. - Ślimaki. Francuska kuchnia jest najlepsza, nie uważasz, Bryony? - 
spytał cichym głosem. Z przyjemnością patrzył na wyraz obrzydzenia, jaki malował się na jej 
twarzy. 
- Tak, oczywiście - zgodziła się pospiesznie. 
- Musisz spróbować, to jest pyszne - powiedział przymilnie i wyciągnął ze skorupki następnego 
ślimaka. 
Ku przerażeniu Bryony przechylił się przez stół i z czarującym uśmiechem podał go jej do ust. 
Kiedy spojrzała na srebrny widelczyk i to, co na nim tkwiło, doznała skurczu żołądka. 
Kyn patrzył na nią, uśmiechając się z zadowoleniem. Tyle trudu zadała sobie, żeby wyglądać na  
wyrafinowaną światową kobietę. Starała się zmienić akcent, sposób chodzenia, ubranie, makijaż, 
a   nawet   styl   życia.   Pomoże   jej   teraz   w   tym   zadaniu,   pomyślał   z   satysfakcją.   Da   jej   lekcję 
wyrafinowanej kuchni. 
Bryony nie zauważyła złośliwego błysku w jego oczach. 
Pochyliła się nad stołem i otworzyła usta. Starała się jak najszybciej połknąć ślimaka, ale nie 
mogła opanować wstrętu i zadrżała z obrzydzenia. Szybko chwyciła kieliszek i napiła się wina. 
Przez moment siedziała bez ruchu przerażona, że zaraz zwymiotuje. Po chwili poczuła się lepiej i 
odetchnęła z ulgą. 
Kynaston spuścił wzrok, ale nadal uśmiechał się szyderczo. 
Podniósł swój kieliszek. Jego silne palce trzymały szkło tak delikatnie, że Bryony wyobraziła 

background image

sobie, jak dotykają jej ciała. Czuła jego ręce na swoich piersiach. Otrząsnęła się· Skąd jej 
przychodzą do głowy takie myśli? 
Zjawił się kelner z kolejną butelką wina i z następnym daniem. Bryony zamówiła pstrąga, a 
Kynaston porcję kalmarow. 
_ Więc powiedz mi, Bryony, z jakiej części Yorkshire pochodzisz? - spytał. 
- Z Leeds - skłamała. 
Z uśmiechem skinął głową. 
_ Ach, Leeds. - Nie był pewny, czy chociaż raz była w tym mieście. Kłamliwa wiedźma, ale taka 
piękna. Odetchnął głęboko. Nie chciał, żeby zdała sobie sprawę, jak bardzo jej pragnie. 
Zaczął jeść kalmary. Bryony szybko połykała swojego pstrąga. Na pewno chciała zabić smak 
ślimaków. Ze złośliwą satysfakcją odkroił kawałek kalmara i nabił go na widelec. 
_   Skoro   smakowały   ci   ślimaki,   na   pewno   będziesz   zachwycona   kalmarami   -   powiedział,   z 
trudeII} powstrzymując się od śmiechu, kiedy przez jej twarz przebiegł grymas obrzydzenia. 
Bryony miała ochotę powiedzieć mu, co może zrobić ze swoimi zachwycającymi kalmarami,. 
ale zagryzła wargi. Kyn przechylił się przez stół i patrzył na nią z takim wyrazem twarzy, jak 
gdyby od dawna byli kochankami. Naj chętniej walnęłaby go czymś w głowę, ale posłusznie 
otworzyła usta. 
Dobrze, że nie jest to ośmiornica, pomyślała i zakrztusiła się. 
Wyprostowała się na krześle, usiłując przełknąć tkwiący w ustach kawałek. Kynaston patrzył 
zafascynowany na jej wspaniałe piersi widoczne przez cienką sukienkę. Szybko jednak opuścił 
wzrok, kiedy posłała mu mordercze spojrzenie. Z satysfakcją napił się wina. 

Bryony miała ochotę wybuchnąć płaczem. Sięgnęła po kieliszek i opróżniła go do połowy. 
- Czy dobrze orientujesz się w handlu nieruchomościami, Bryony? - spytał Kynaston spokojnym 
głosem. 

- Wystarczająco dobrze, panie Germaine - powiedziała ostrym tonem. - A jeśli czegoś nie wiem, 

to szybko się tego nauczę. - Miałaś nazywać mnie Kyn - przypomniał, dotykając jej dłoni. 
Chciała cofnąć rękę, lecz zmieniła zamiar. Zacisnął wargi, ale za chwilę uśmiechnął się szeroko. 
Poczuła się kompletnie zagubiona, miała uczucie, że wszystko wymyka się jej spod kontroli. 
- Jestem pewien, że wszystkiego możesz się szybko nauczyć. Jesteś bardzo inteligentna - 
powiedział pieszczotliwie. - Jesteś również bardzo piękna, ale o tym doskonale wiesz. 
- Dzi ... dziękuję - wyjąkała przerażona, że nie może wymówić tak prostego słowa. Napiła się  
znowu wina. - Wyśmienite wino. - Co się z nią dzieje? Jąka się i przekręca słowa. - Porozmawiaj-
my więc o farmie Coldstream. Rozumiem, że chcesz mi złożyć ofertę. 
Skinął głową. 
- Tak, ale mamy jeszcze czas, żeby porozmawiać o tych nudnych interesach - powiedział ze  
zniewalającym uśmiechem, przesuwając palcami po jej dłoni. 
Zaczęła gwałtownie oddychać. 
- Jesteś bardzo zmysłową kobietą, Bryony - szepnął, zastanawiając się jednocześnie, do jakiego 
stopnia jest już pijana. 
Gdy   spojrzała   na   niego   ze   zdumieniem,   pomyślał,   że   nie   powinien   w   ten   sposób   z   nią  
postępować, ale w końcu sama się o to prosiła. Jeśli chciała prowadzić grę w pierwszej lidze 
razem z dobrymi zawodnikami ... 

- Ja? - Zaśmiała się. - Nie. - W jej głosie zabrzmiał smutek. Na chwilę zrobiło mu się jej żal, lecz 

natychmiast stłumił to UCZUCIe. 
- Ależ tak - powiedział, biorąc ją za rękę. Przecież tego właśnie chciała. Niech sobie myśli, że jej 
się udało. 
Bryony poczuła nagle dotyk jego warg na wewnętrznej stronie dłoni.  
_ Nie - powiedziała. - Ja ... ja ... nie mogę· 
_ Czego nie możesz? - spytał cicho. Nagle opuścił go gniew. 
Potrząsnęła głową. 

_ Ja ... ja ... o Boże, myślę, że jestem pijana. Proszę, zawieź mnie do domu. 

background image

Miał ochotę wziąć ją za ramiona i mocno potrząsnąć. 

Dlaczego nie potrafiła zrezygnować z tych swoich gierek? 

_ Tak, myślę, że czas wracać - powiedział szorstko. 
Kiedy wychodzili z restauracji, Bryony omal nie spadła ze schodów, ale Kynaston zdążył ją 
podtrzymać. 
_ Przepraszam - wyszeptała. - Zwykle się tak nie zachowuję. W oczach miała łzy. Zaprowadził 
ją do samochodu i odwiózł do hotelu. Pożądał jej nieprzytomnie. Opanował się jednak. Pomógł 
jej wysiąść i przytrzymał. kiedy się zachwiała. Wziął jej torebkę, wyjął klucz i sam otworzył 
drzwi. 

_ Dobranoc, Bryony - powiedział, pozbawionym emocji głosem. 

_ Dobranoc, Kyn. - Oparła mu rękę na piersi. 

_ Bryony - powiedział ostrzegawczo, ale ona była szybsza i przywarła do jego warg. 

Objął ją instynktownie i pocałował. Przytuliła się do niego tak mocno, że czuła bicie jego serca. 
Świat przestał dla niej istnieć. Nagle Kynaston odsunął ją od siebie. Przez chwilę patrzyli na 
siebie w milczeniu. 
_ Dobranoc, Bryony - powiedział. Dopiero w drodze do hotelu uprzytomnił sobie, że rozsądniej 
byłoby powiedzieć "Żegnaj". 

Marion siedziała w taks6wce przed budynkiem firmy i nerwowo spoglądała na zegarek. Była  
umówiona z Hadrianem Boultonem, któremu miała pokazać Nowy Jork. Nie była jednak pewna, 
czy   ten   przystojny   Anglik   przyjdzie   na   spotkanie.   Chciało   jej   się   z   siebie   śmiać.   Czyżby  
oczekiwała,   że   wycieczka   po   Manhattanie   stanie   się   początkiem   jakiegoś   poważniejszego 
związku? Liczyła na to. Nawet bardzo. Czuła się jak nastolatka, czekająca na swojego chłopca. 
Było to głupie, ale jednocześnie wspaniałe uczucie. Nagle dostrzegła go. Szedł szybkim krokiem,  
a   ciemne   włosy   rozwiewał   wiatr.   Rozglądał   się   nerwowo   na   boki.   Wzruszyła   się,   kiedy 
zobaczyła, jak posmutniał, nie widząc jej wśród ludzi stojących na chodniku. 

Zapłaciła taksówkarzowi i pobiegła w jego stronę· 

_ Hadrian! - zawołała i z przyjemnością patrzyła, jak uśmiech rozjaśnia mu twarz. 

_ Cześć. Myślpłem już, że zapomniałaś o mnie - zażartował. 

_ To byłoby niemożliwe. - Roześmiała się· Była to prawda, czemu więc miałaby udawać? 

- Wspaniale wyglądasz - powiedział cicho. 
- Dziękuję. Ty też. 

_ Założyliśmy już towarzystwo wzajemnej adoracji, więc gdzie teraz pójdziemy, dziewczyno z 

Nowego Jorku? 
_   Gdzieżby,   jeśli   nie   do   Statuy   Wolności.   Tam   zaczynają   się   wszystkie   wycieczki   po 
Manhattanie. - Wzięła go pod rękę. 

_ Racja. Badanie amerykańskiej duszy należy rozpocząć od zwiedzania francuskiego pomnika. 

- Tego nie powinno się mówić! 
_   Okay.   Statua   Wolności   jest   równie   amerykańska   jak   szarlotka.   Tyle   że   szarlotka   jest 
traqycyjnym angielskim ciastem. 

_ Hadrian - powiedziała ostrzegawczo i oboje wybuchnęli śmiechem. 

_ Okay. - Podniósł ręce. - Teraz już będę się dobrze zachowywał. - Popatrzył na nią. - Jeśli mi się 

uda - dodał. 
Chciała   powiedzieć   coś   żartobliwego,   ale   jakoś   nie   miała   na   to   ochoty.   W   tym   momencie 
Hadrian dotknął jej dłoni i nagle znowu poczuła się szczęśliwa. 

Siedzący w starym fordzie Bruno obserwował uważnie tę scenę· Kilkanaście minut później 

Hadrian patrzył na Statuę Wolności, która była dokładnie taka sama, jak się tego spodziewał. 

Bardziej jednak niż martwy pomnik interesowała go kobieta. 

- Tylko nie mów, że ten pomnik ma jakiś swój odpowiednik, bo ci i tak nie uwierzę - rzuciła 

żartem Marion. 
- Może nie na pierwszy rzut okna - powiedział enigmatycznie. 

background image

- Powinnam wystrzegać się Anglików razem z ich podejrzanymi komplementami - odparła. 
- Masz rację. Anglicy to perfidny naród. Dowiedziałem się tego w szkole na lekcjach historii. 
Starała się wyobrazić sobie Hadriana jako małego chłopca. - Opowiedz mi o swojej szkole - 
poprosiła. 
- Ty pierwsza. 
- Chodziłam do Szkoły dla Młodych Panien panny Fortnum - powiedziała z dumą w głosie, ale w 
jej oczach błyszczały iskierki rozbawienia. 
- Myślę, że szkoła podstawowa w Cragsmoor była trochę inna - rzekł z uśmiechem. - Był to 
budynek z szarego kamienia, stojący u wejścia do doliny ... 
Przez dwie godziny spacerowali po ulicach, opowiadając o swoim życiu. Marion słuchała 
zafascynowana. Kiedy Hadrian mówił o swoim wyjeździe z Yorku na farmę Ravenheights, 
Marion wydało się, że jej życie było mało interesujące. 
- Zawsze miałam pieniędze - oświadczyła. - Nawet wtedy, kiedy byłam dziewczynką. Pieniądze 
odgradzały   mnie   od   normalnego   życia.   -   Zakończyła   swoją   opowieść,   kiedy   doszli   do 
Broadwayu. 
- Nie jesteś odpowiedzialna za swoje dzieciństwo - powiedział ciepło, wyczuwając smutek w jej 
głosie. - Pieniądze są dziedziną ludzi dorosłych, a dzieci pozostają zawsze dziećmi. 
Marion podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. 
- Wiem, że masz rację. Ale skoro dorosłam, powinnam wykształcić własny charakter. 
Posmutniała, a Hadrian potrząsnął głową. 
-   Nie   wierzę,   żebyś   popełniła   jakiś   okropny   czyn   -   powiedział   żartobliwie.   -   Co   zrobiłaś? 
Obrabowałaś bank? A, prawda, przecież twój ojciec jest właścicielem jakiegoś banku. To nawet 
nie byłoby zabawne, to tak, jakbyś kradła jabłka z własnej jabłonki. 
- Kradła jabłka? 
- To stara, angielska rozrywka. Znajdujesz jabłonkę, czekasz aż się ściemni, przeskakujesz przez 
płot, wchodzisz na drzewo i, zrywasz pełną torbę jabłek. To bardzo przyjemna rozrywka. 
Roześmiała się głośno. 
_ Ta rozmowa o jabłkach przypomniała mi, że jestem okropnie głodna. 
- W takim razie zapraszam cię na obiad - powiedział szybko Hadrian. Podszedł do budki z hot 
dogami i zamówił dwie porcje z cebulą i musztardą. 
- Szybki jesteś - rzuciła z uśmiechem. Odgryzł duży kawałek bułki. 
_ Przynajmniej to jedno jest amerykańskie - powiedział. _ Och, przepraszam, pomyliłem się. 
Parówki to przecież niemiecka potrawa. 
Marion niepewnie ugryzła kawałek. 
- To jest bardzo dobre - zauwilżyła ze zdziwieniem. 
_ Chyba nie chcesz powiedzieć, że nigdy w życiu nie jadłaś hot doga. Przecież jesteś z 
dziewczyną z Nowego Jorku. 
_ Przestań! - zawołała wesoło. - O czym to mówiłam? 
_ Chciałaś mi opowiedzieć o tym, co wyprawiałaś jako nastolatka. 
- Ach, tak. - Posmutniała. 
- No, wyrzuć to z siebie. 
_   Okay.   Sam   o   to   prosiłeś.   Kiedy   miałam   osiemnaście   lat,   wyszłam   za   mąż.   Bez   miłości. 
Zrobiłam to, bo tak chciał ojciec. Czy to nie okropne? 
Zastanawiał się nad tym przez chwilę. 
_ Zaraz ... Miałaś wtedy osiemnaście lat. W tym wieku nikt nie odpowiada za swoje czyny.  
Kiedy   miałem   osiemnaście   lat,   byłem   święcie   przekonany,   że   kocham   żonę   właściciela 
pubu.Jeżeli mi powiesz, co czułaś, kiedy miałaś dwadzieścia lat, to będę bardziej zadowolony. 
Uśmiechnęła się. 
- Kiedy miałam dwadzieścia lat, chciałam się rozwieść i dopiero niedawno udało mi się to zrobić. 

background image

Starał się nie pokazywać, jaką ulgę sprawiło mu to wyznanie. - No widzisz. Tak, jak ci mówiłem. 
Jesteś całkowicie normalna. Przynajmniej tak samo normalna jak ja. 
- To mi niewiele wyjaśnia - odparła ze śmiechem. - Mężczyźni przeważnie mówią ... - Spojrzała 
na niego kokieteryjnie. Czuła się przy nim bezpieczna, mog~a sobie pozwolić na takie dziecinne 
zachowanie.   -   No   więc   ...   nazywają   mnie   piękną,   również   ...   zachwycającą   -   wyliczała   na 
palcach'" inteligentną, wyrafinowaną, czarującą, olśniewającą i ... ach, Freddy Berringer-Hoight 
nazwał mnie szampańską. 
- Wydaje mi się, że pomylił cię z winem - powiedział Hadrian. - Jedz swojego hot doga. Jest 
naprawdę dobry. - Mówiąc to zatrzymał taksówkę. - Gdzie teraz jedziemy? 
- Zobaczyć Empire State Building - powiedziała Marion jednocześnie do niego i do kierowcy. 
Siedząc   obok   Hadriana,   czuła,   że   wyparowuje   z   niej   całe   nagromadzone   w   ciągu   ostatnich 
mieśięcy   napięcie.   Spojrzała   na   niego'   z   czułością.   Miał   w   sobie   tyle   ciepła   i   był   tak 
niesamowicie przystojny. Zaraźliwy śmiech, a nawet dziwny akcent działały na nią uspokajająco. 
Odsunąwszy od siebie myśli o jego godnym pożądania ciele, postanowiła po prostu cieszyć się  
jego towarzystwem. 
- Myślę, że na świecie istnieją wyższe budynki - oznajmił Hadrian, nie zdając sobie sprawy,  
gdzie w tej chwili błądzą myśli Marion. - Ale one nic nie znaczą, bo nie wspinał się po nich King 
Kong. Och, zapomniałem. King Kong pochodzi przecież z Hollywood. 
- Ty potworze! - zawołała i uderzyła go z całej siły pięścią w ramię. - Och! - Skrzywiła się z bóiu. 
- Biedne dziecko - powiedział. - Daj, pocałuje. _  DłońMarion zadrżała. Zapomniała o taksówce, 
kierowcy, zapomniała o całym Nowym Jorku. Hadrian całował kolejno wszystkie palce jej 
drobnej dłoni. 
Bruno jechał za taksówką. Widział wszystko przez szybę  i prychnął pogardliwie. Całowanie 
rąk? Czy ten facet jest Francuzem? Będzie musiał wszystkiego się o nim dowiedzieć. Niech to 
szlag trafi! Kiedy wreszcie zacznie się coś dziać? 
_ Bliżej nie mogę podjechać. - Słowa kierowcy sprowadziły Marion z powrotem na ziemię. 
Szybko   wysiedli   z   samochodu.   Patrzyła   na   Hadriana,   kiedy   pochylony   płacił   kierowcy. 
Zauważyła, że on również jest pod silnym wrażeniem tego, co zaszło między nimi. 
Kiedy wsiedli do zatłoczonej windy, która miała ich zawieźć na dach naj słynniejszego budynku 
w Nowym Jorku, Marion zapragnęła, aby znaleźli się teraz w innym miejscu. Tam, gdzie nie ma 
nikogo. Na przykład w jej apartamencie ... 
Na dachu powitały ich silne podmuchy wiatru. Podeszli do barierki i spojrzeli w dół. Patrzyła 
teraz na miasto, które było jej domem, zupełnie innymi oczami. Hadrian ustawił się w kolejce do 
lunety .. Kiedy nadeszła jego kolej, wrzucił monetę· 

_ To jest widok! Pokaż mi, gdzie mieszkasz. Chcę zobaczyć to miejsce. 

Uśmiechnęła się nerwowo. 
_ Możemy tam później pojechać. Muszę się przebrać - dodała szybko. - Chcę cię jeszcze zabrać 
na przejażdżkę statkiem po porcie. 
Popatrzył   na   nią   ciepło.   Nie   chciała   zastanawiać   się   nad   tym,   czy   nie   powiedziała   czegoś 
głupiego. Wiedziała, że ten mężczyzna nie będzie jej osądzać i że jej słowa nie zostaną przez 
niego źle zrozumiane. Było to dla niej zupełnie nowe doświadczenie. Szybko obróciła lunetę i 
skierowała   ją   na   hotel,   który   był   własnością   jej   ojca.   Stali   blisko   siebie   i   Hadrian   objął   ją 
delikatnie.
- Jeśli zobaczysz jakieś dwupłatowce - powiedział cicho, zadowolony, że Marion nie zauważyła 
wrażenia, jakie na nim wywiera jej bliskość, to zasygnalizuj im, że King Kong poszedł w tamtym 
kierunku. - Wskazał ręką na lewo. 
Marion zaśmiała się głośno. 
- Pajac z ciebie. 
- Wiem. Ale wasz wydział rachunkowości uznał mnie za bardzo kompetentnego pajaca. 
Proponują mi pracę. - Obrócił ją twarzą do siebie i spojrzał z powagą w oczy. - Czy ci to nie 

background image

przeszkadza? - spytał cicho. 
Przez chwilę nie mogła zrozumieć tego pytania. Miała ochotę roześmiać się i powiedzieć, że 
oczywiście jej to nie przeszkadza. Dopiero po chwili zrozumiała, o co pyta. Pracowałby dla niej. 
Jako księgowy. Na stanowisku bardzo odległym od stanowiska specjalnej asystentki prezesa i 
dziedziczki firmy.  Jej ojciec na pewno nie zaakceptowałby faktu, że spotyka się ze zwykłym 
urzędnikiem.  A przyjaciele uznaliby ją za szaloną. Nagle roześmiała się głośno. Niech sobie 
myślą, co chcą. Cóż ją obchodzi świat czy zgoda ojca. Po raz pierwszy czuła, że naprawdę żyje,  
że   jest   kobietą,   że   zaczyna   w   niej   kiełkować   uczucie.   Wystarczyło   jedno   popołudnie,   pełne 
śmiechu i błazenady, żeby stał się cud. Smutek zniknął. Nie pozwoli, żeby odebrano jej teraz całą 
radość życia. 
- Nie, Hadrianie - odezwała się wreszcie. - Zupełnie mi to nie przeszkadza. 
Odetchnął z ulgą. 
- Miałem nadzieję, że dasz mi taką odpowiedź. Czy nadal chcesz się przebrać? 
Dobrze wiedziała, że to pytanie ma podwójne znaczenie. 
Mogła się jeszcze wycofać, a on nie miałby oto pretensji. Z Hadrianem nie musiała bawić się w 
grę pozorów. 
- Chcę ci pokazać moje dekadenckie mieszkanie - powiedziała szybko. - Żebyś od razu poznał 
wszystko od najgorszej strony. 
Westchnął. Znał już tę sprawę od naj gorszej strony, ale jak miał jej o tym powiedzieć? Była  
taka   otwarta   i   ufna,   że   czuł   się   jak   Judasz.   Nie   spodziewał   się   wcale,   że   zakocha   się   od 
pierwszego wejrzenia, a tak się właśnie stało. Ta dziewczyna trzymała jego szczęście w swojej 
drobnej dłoni. 
_ Więc chodźmy. - Wziął ją za rękę. - Obiecuję, że nie będę się śmiał z twojego, Picassa, który 
kosztował milion dolarów, i nie będę krytykował wazonów z epoki Ming. 
- To szlachetnie z twojej strony. 
- Też tak uważam. 
Trzymając się za ręce weszli do windy. 
Kiedy Bruno zobaczył ich wychodzących z budynku, ruszył do przodu. Jego samochód 
znajdował się tuż przy krawężniku, przy którym stali. W tej samej chwili zza rogu wyjechała 
żółta taksówka. Marion podniosła rękę, żeby ją zatrzymać, robiąc jednocześnie krok w przód, 
jakby zamierzała zejść na jezdnię. Serce Bruna zabiło mocniej. Przecież Morgan chciał ją usunąć 
z drogi. Co by było, gdyby miała wypadek? Wypadki zdarzają się tak często, że Leslie Ventura 
na pewno by niczego nie podejrzewał. W tym właśnie momencie dziewczyna machnęła na 
taksówkę. Stojący obok niej mężczyzna mówił coś i śmiał się. Teraz albo nigdy. Bruno 
przycisnął pedał gazu i ruszył do przodu. 
Hadrian   usłyszał   potworny   ryk   silnika   i   szybko   obrócił   głowę.   Zobaczył   nadjeżdżający 
samochód, krzyknął i rzucił się w kierunku Marion. Ta usłyszała jego przerażony głos. Poczuła, 
jak silne dłonie wznoszą ją do góry i odciągają w tył. Samochód przemknął zaledwie cal od niej. 
Upadła na czyjeś ciało. Odwróciła się i zobaczyła Hadriana. Jak przez mgłę docierały do niej  
ostre   dźwięki   klaksonów.   Leżała   przez   chwilę   bez   ruchu,   po   czym   spojrzała   na   niego. 
Przechodnie omijali ich 
z daleka. 

_ Nic ci się nie stało? - spytał Hadrian. - Zapomniałem, że w tym mieście jeżdżą jak szaleni. - Nie 

mógł jeszcze dojść do siebie. - Brakowało sekundy ... kilku cali ... Kretyn! - krzyknął, ale 

samochód był już daleko. 
Ciałem   Marion   wstrząsnął   dreszcz.   Przytuliła   policzek   do   płaszcza   Hadriana   i   poczuła,   jak 
mocno   bije   mu   serce.   Leżeli   na   chodniku,   nie   zwracając   uwagi   na   ciekawskie   spojrzenia 
przechodniów. 

Kynaston po raz kolejny wertował dokumenty dotyczące farmy Ravenheights. Za każdym razem 
dochodził do tego samego wniosku. Farmy nie dało się uratować. Nawet gdyby nie złożył oferty 

background image

kupna, to i tak bank zająłby całą posiadłość Johna Whittakera. 
Wiedział jednak, że Bryony nie będzie chciała słuchać, żadnych argumentów. Za stratę farmy  
winiła tylko jego. Czuł się jak człowiek osaczony przez tygrysicę, z tą tylko różnicą, że się nie 
lękał. Jego uczucia miały zupełnie inny charakter. Ta kobieta po prostu go opętała. Była w niej  
jakaś niewinność połączona z morderczą furią. Piękno połączone z niebezpieczeństwem.  Nie 
można było oprzeć się tak fascynującej kobiecie. I tu tkwiło niebezpieczeństwo. Tylko głupiec 
zaufałby tygrysicy. Chryste, jakże jej pragnął. 
Trzeba z tym skończyć. To szaleństwo nie może trwać ani chwili dłużej. Wziął słuchawkę i 
wybrał numer. 
- Halo? 
- Bryony. Chciałbym omówić sprawę farmy Coldstream. - Może gdyby dał jej wystarczającą 
ilość pieniędzy, potraktowałaby to jako rekompensatę i wyjechała. 
- Ach tak, oczywiście - powiedziała z wahaniem. - Jesteś w hotelu? W takim razie zaraz tam 
będę. 
Kiedy przyjechała, zaprowadził ją od razu do swojego biura. Jego twarz pozbawiona była 
jakiegokolwiek wyrazu. 
- Najpierw chciałam cię przeprosić za wczorajszy wieczór - zaczęła, zanim zdążył coś 
powiedzieć. Wyglądał dziś wyjątkowo dobrze. Tym razem nie miał na sobie garnituru, tylko 
dżinsy i biały sweter. Mogłaby nawet uwierzyć, że ma przed sobą zwykłą ludzką istotę, a nie 
zimnego, wyrachowanego biznesmena. - Wino uderzyło mi do głowy - dodała z zażenowaniem, 
siadając na krześle. Po raz pierwszy w życiu miała kaca. Bolała ją głowa i nie pamiętała dobrze, 
co wydarzyło się poprzedniego wieczoru. A może zrobiła z siebie kompletną idiotkę? 
Wyglądała tak pięknie i uwodzicielsko, że Kynaston nie wiedział, co ma zrobić. 
_ Bryony ... Może chciałabyś mi coś powiedzieć? Czy jest coś ... co dotyczy ciebie, o czym  
może powinienem wiedzieć? - Zdziwiły go własne słowa. Dlaczego dawał jej szansę? 
Bryony zrobiło się najpierw gorąco, potem zimno. Potrząsnęła przecząco głową. 
_ Nie. Nie wydaje mi się. Poza tym, co sprawy osobiste mają do mojej propozycji sprzedaży 
farmy? - spytała, uznając atak za najlepszą formę obrony. - Aha, chciałam powiedzieć, że jeszcze 
ktoś interesuje się kupnem tej farmy _ dodała, uważnie go obserwując. Jeśli jemu zależało na tej 
ziemi, to powinna się nią także zainteresować Marion Ventura. 
_ Byłem o tym przekonany - rzekł chłodno. Dał jej szansę, żeby mogła się wycofać z godnością, 
ale ona chciała rozegrać tę partię do końca. Dobra. Niech tak będzie. Ciekawiło go, jak daleko 
Bryony może się posunąć. Trzeba rzucić jej kawałek liny, a potem ... - W porządku, Bryony. 
Skontaktuję się z moimi prawnikami i z bankiem, żeby dokonali obliczeń. Zadzwonię do ciebie, 
k1edy wszystko będzie gotowe. 
Patrzyła na niego z uśmiechem. Będzie go kusić tą farmą, a potem w ostatniej chwili odmówi 
sprzedaży. 
_ Okay. Będę czekać na wiadomość. Ale jak mówiłam, są inni zainteresowani ... 
Nie  zareagował  na   jej  słowa.   Z  uśmiechem  odprowadził   ją   do drzwi,   po czym   powrócił  do 
swojego biurka. Miał wyrzuty sumienia, chociaż wiedział, że w sprawie Ravenheights nic nie  
dałoby się zrobić. Przez dłuższą chwilę siedział, wpatrując się w przestrzeń. Mógł jej dać za tę 
farmę mnóstwo pieniędzy, ale w głębi serca czuł, że by ich nie przyjęła. 
Tak czy owak musiał podjąć walkę. Wiedział, że dla niej oznacza to klęskę, nawet gdyby miała w 

ręku wszystkie atuty. Ta myśl dziwnie go przygnębiła. 

- Wydaje mi się, że portier bacznie nas obserwuje - szepnął Hadrian, kiedy przechodzili przez  

hol. 
- Nie dziwi mnie to. - Marion uśmiechnęła się. - Po raz pierwszy wracam do domu z mężczyzną. 
- Bardzo tu ładnie - stwierdził Hadrian, kiedy weszli do windy. Podłoga pokryta była grubym 

background image

dywanem,   a   tapety   na   ścianach   miały   delikatny   kwiatowy   wzór.   -   Trochę   ciasno   -   dodał, 

rozglądając się. - Nie widzę sypialni. 
- To jest winda, wariacie - powiedziała z uśmiechem Marion. Od dzieciństwa tak dobrze się nie 
bawiła. - Tej windy mogą używać tylko te osoby, które mają klucz do mojego apartamentu. - Czy 
to oznacza, że nikt nie może jej zatrzymać? 
- Tak. - Nie wiedziała, do czego Hadrian zmierza. 
- Powinnaś patrzeć na mnie podejrzliwie. - Zaśmiał się. 
- Nie rozumiem, dlaczego. Przecież jestem zamknięta w win- 
dzie z mężczyzną, po którym wszystkiego można się spodziewać - rzuciła ze śmiechem. 
Weszli do mieszkania. 
- Oto apartament Marion Ventura - powiedziała tonem przewodniczki. - Opisany i 
obfotografowany we wszystkich pismach architektonicznych. Byłby, gdybym wpuściła tu prasę. - 
Na pewno byś tego nie zrobiła. Pozwól mi teraz rozejrzeć się spokojnie po tym przybytku 
bogactwa i zrób mi przez ten czas herbatę. 
- Tak, panie - powiedziała Marion i zniknęła w kuchni, śmiejąc się głośno. 
Hadrian rozglądał się z zainteresowaniem. To, co zobaczył, odbiegało daleko od mieszkań, które 
widział w Yorku. Podszedł do stołu, na którym stał bukiet storczyków. 
- Dobry Boże! - wykrzyknął, a Marion wychyliła się z kuchni. - Czy nie boisz się mieszkać razem 
z tymi pasożytami? - Nie martw się. Jeśli zjedzą mnie żywcem, to ojciec poda kwiaciarnię do 
sądu. 
Zaczął   oglądać   wiszące   na   ścianach   obrazy.   Zatrzymał   się   dłużej   przy   płótnach 
przedstawiających widoki Nowego Jorku. Były pełne życia, wyzywające. Przez uchylone drzwi 
Marion uważnie obserwowała wyraz jego twarzy. 
- To są obrazy mojego brata - poinformowała gościa. 
- Był dobrym malarzem - przyznał Hadrian. 
- Dziękuję ci. - Łzy błysnęły jej w oczach. Wiele osób zachwycało się pracami Keitha, ale proste 
słowa Hadriana bardzo ją poruszyły. 
Dostrzegł jej wzruszenie. 
- Co z moją herbatą? - spytał, patrząc na nią z góry. 
_   Chyba   będę   musiała   wyrzucić   wszystkie   swoje   pantofle   i   kupić   kilka   par   na   wyższych 
obcasach. Jesteś dla mnie za wysoki. 

_ Mogę chodzić na zgiętych kolanach - zaproponował. 
_ Będzie wtedy wstyd przed ludźmi- odrzekła. 
_ Tchórz - powiedział, wchodząc do kuchni. - Wydaje mi się, że znalafłem się w laboratorium 
NASA. Kiedy wystartuje rakieta? 
_ O piątej trzydzieści. Przez świetlik w dachu. 
_ A gdzie moja herbata? - spytał. - Moja kuzynka, Bryony Rose, już dawno wszystko by miała 
przygotowane. 
Marion nie zareagowała. Bryony jeszcze się z nią nie skontaktowała, pomyślał. 
_ Nie mam w domu herbaty - przyznała Marion ze wstydem. 
- Nie masz herbaty? - spytał zdumiony. 
_ Nie. Mam za to szesnaście różnych gatunków kawy. 
_ Nie wierzę. - Zaczął otwierać szafki kuchenne, przeważnie puste. - Chcę ci zadać proste 
pytanie. Co ty jesz? 
_ Często stołuję się na mieście. Codziennie jem razem z ojcem lunch w biurze, a wieczorem 
zamawiam coś przez telefon ... 
- Pewnie pizzę. 
_ Albo wychodzę na kolację - dokończyła Marion. 
_ Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie umiesz gotować? 
Wzruszyła ramionami. 

background image

- Przykro mi. 
Wzniósł ręce do sufitu. 
- Kto by się tego spodziewał? 
- A ty urniesz gotować? - spytała. 
_ Oczywiście. Bardzo dobrze gotuję. Właściwie ... - Spojrzał na zegarek. - Może byśmy odłożyli 
zwiedzanie portu na kiedy indziej, a ja ugotowałbym ci porządny obiad, tutaj, w NASA. 

Czuła, że Hadrian żartuje, chcąc wybawić ją z zakłopotania. Ta niezwykła u meżczyzny 

delikatność głęboko ją wzruszyła.• 
- Dobrze. Muszę cię jednak ostrzec, że jestem przyzwyczajona jadać w najlepszych restauracjach 
francuskich, włoskich, greckich ... 
- Greckich,  śmeckich  - przedrzeźniał  ją  Hadrian.  -  Potrzebujesz  porządnego obiadu,  w  stylu 
Yorkshire, takiego, jaki zawsze robiła Ma-Marta. 
- Ma-Marta? Mówisz o swojej ciotce? 
- Zacząłem ją traktować jak matkę, ale nie chciałem nazywać jej matką. Uważałem, że to byłoby 
nielojalne w stosunku do mojej zmarłej mamy. Nie byłoby też w porządku, gdybym nazywał ją 
ciotką. Kochała mnie na równi ze swoimi córkami. 
- Ma-Marta. To bardzo ładnie brzmi - powiedziała Marion. Przez chwilę patrzyli na siebie w 
milczeniu, po czym spuścili wzrok zawstydzeni. 
- No dobrze. Najbardziej tradycyjną potrawą jest rostbef i Yorkshire pudding. Upiekę ziemniaki i 
przygotuję jakąś jarzynę. Jakie jarzyny lubisz? 
- Żadnych. Przeważnie nie jadam jarzyn. 
- Wypadną ci włosy i zęby. Zrobię ci brukselkę. 
- Tylko nie brukselkę! - wykrzyknęła. 
Toczyli jeszcze spór o brukselkę, wysiadając z taksówki przed supermarketem. 
Hadrian wsunął monetę i odczepił wózek. 
- Pozwolę ci nim kierować, jeśli na to zasłużysz - powiedział. 

Leslie Ventura otworzył drzwi biura córki. 
- Ciao, bambina ... - Biuro Marion było puste, co go ogromnie zdziwiło. Wzrok jego padł na dużą 
szarą kopertę, leżącą na biurku. Zauważył adres: Burlington, Vermonł. 
To musiało  mieć   jakiś związek  z  przejęciem Gemfaine   Corporation.  Leslie   szybko   otworzył 
kopertę i zaczął przeglądać jej zawartość. Uśmiechnął się z zadowoleniem. To wyglądało na 
dobry   interes.   Nie   znał   tej   ...   jeszcze   raz   spojrzał   na   nazwisko,   Bryony   Rose.   Ale   jeśli   ta 
posiadłość rzeczywiście była taka, jak ją opisywała, to będzie idealnym dodatkiem do łańcucha 
hoteli Germaine, kiedy Leslie przejmie tę korporację; Szybko napisał telegram do Bryony Rose i 
oddał go sekretarce do wysłania. 
 

Marion wzięła wózek od Hadriana i zastanawiała się, jak on zareaguje, kiedy mu powie. Nie 

chciała, żeby się domyślił, że po raz pierwszy w życiu jest w supermarkecie. 
- Te kółka rozjeżdżają się na wszystkie strony! - zawołała, z trudem popychając wózek. 
Hadrian uśmiechnął się. Jej wytworna sylwetka nie pasowała do półek pełnych puszek z fasolą i 
żywnością dla psów. 
- Pomogę ci. Męska ręka zawsze jest potrzebna. 
- Szowinista. 
Sprzeczając się żartobliwie, zrobili wreszcie zakupy. Hadrian dał się przekonać i zamiast 
brukselki kupił pory i szpinak. 
Kiedy  wrócili   do  hotelu,   portier   przeżył   kolejny  tego  dnia   szok  -   po  raz   pierwszy  zobaczył 
Marion Ventura powracającą z miasta z torbami pełnymi zakupów. 

Bruno widział ich, jak wchodzą do budynku. Siedział w samochodzie, przemalowanym teraz na 
brudnopopielaty kolor. Dręczyły go wyrzuty sumienia. Nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że  

background image

jej nie zabił. Miał nadzieję, że Morgan nigdy się o tym nie dowie. Postanowił naprawić swój 
błąd. Ale jak dostanie się do jej mieszkania? Portier był młody i silny. Nie dałby sobie z nim 
rady. Musiał wymyślić coś innego. 

- Chyba zepsułeś mi reputację - powiedziała Marion, kiedy Hadrian rozpakowywał zakupy w 
kuchni. 
- A co z moją reputacją? - odparował. 
Postawiła dwie szklanki campari na mannurowym blacie. Usiadła na stołku i patrzyła, jak 
Hadrian w skupieniu przygotowuje obiad. Kosmyk włosów opadał mu na oczy i Marion miała 
ochotę go odgarnąć. Co by wtedy zrobił, pomyślała, wolno sącząc drinka. 
- Gotowe - obwieścił wreszcie Hadrian. - Mięso musi się jeszcze piec, więc mamy teraz trochę 

czasu dla siebie. 
- Co proponujesz? - spytała. Chciała powiedzieć to żartobliwie, a.le z jego spojrzenia wyczytała, 

że zabrzmiało to zupełnie inaczej. Nie czuła jednak zażenowania. 
Hadrian uśmiechnął się smutno. 
- Wiem, co chciałbym. Ale na to jest jeszcze za wcześnie. 
- Naprawdę? - spytała cicho. 
- Marion, znamy się zaledwie od dwóch dni. 
- Wiem. 
- Nic o sobie nie wiemy. 
- Tak myślisz? Wydaje mi się, że już dobrze się znamy - zaoponowała. 
- Mariofl, powinniśmy być ostrożni. 
Uśmiechnęła się drżąc, Działo się z nią coś dziwnego. 
Przecież zawsze zachowywała się bardzo ostrożnie. A teraz niczego się nie bała. Hadrian był 
przecież przy niej. 
- Marion ... Chodź, usiądź przy mnie. Chcę z tobą porozmawiać. - Wziął ją za rękę, a po jej 

ciele przebiegł dreszcz. 
Nagle odezwał się domofon. Marion ze złością wcisnęła przycisk. Hadrian usłyszał stłumiony 
głos. 
- Dobrze. Przyślij go na górę. 
- Gość? - spytał. 

- Nie. Tylko posłaniec. 
Rozległ się dzwonek do drzwi. Marion otworzyła i zobaczyła ogromny bukiet kwiatów, spoza 

którego niewidoczny mężczyzna mruknął: 
- Ptzesyłka dla pani Ventura. 
- Dziękuję. - Odebrała od niego kwiaty, lecz posłaniec nadal stał w drzwiach. Zorientowała się, 
że czeka na napiwek. - Chwileczkę. 
Ani ona, ani Hadrian nie zauważyli, że mężczyzna wchodzi do mieszkania. Spod naciągniętej na 
czoło niebieskiej czapki uważne oczy śledziły każdy fragment pokoju. Obejrzał okna. i wyjście 
przeciwpożarowe. Szybko zlustrował zamki w drzwi41ch. Zapamiętał również rodzaj alannu. 
Marion wróciła z dwudziestodolarowym banknotem. Mruknął jakieś podziękowanie i wyszedł. 
Był tam tylko chwilę, ale wiedział już wszystko o systemie zabezpieczenia. Morgan powinien 
być z niego zadowolony. 
Marion szybko zamknęła drzwi. Nie zwróciła uwagi, że przy bukiecie kwiatów nie ma żadnej 
wizytówki. 
Hadrian pociągnął ją na kanapę i spojrzał z powagą w oczy.

 - Marion, musimy sobie wyjaśnić pewne rzeczy, nie uważasz? 
Skinęła potakująco głową. Westchnął. 
- Uczciwość wymaga ... Chciałem ci powiedzieć, że chociaż dopiero się poznaliśmy, jestem w 

background image

tobie prawie zakochany. 
- Tylko prawie? 
- Nie żartuj. 
- Nie żartuję. Ja też jestem w tobie zakochana. 
- Daj spokój! - powiedział szorstkim tonem. Marion wzdrygnęła się. - Tak łatwo cię zranić. Czy 
ty tego nie rozumiesz? 
Potrząsnęła przecząco głową. 
- Jeszcze nigdy nie czułam się taka silna. Hadrian westchnął ciężko. 
- Marion, jesteś bardzo bogatą kobietą, a ja nie jestem bogaty. Nie jestem nawet średnio 
zamożny. 
- Więc? 
Przez całe życie  Marion obracała się wśród ludzi, dla których pieniądze były najważniejszą 
rzeczą. Czuła jednak, że temu Anglikowi z Yorkshire zupełnie nie zależy na jej fortunie. 

Hadrian był zdumiony jej reakcją. 
- Więc ... ludzie pomyślą, że ty oszalałaś, a ja zdobyłem główną wygraną. 
- Wiem, że tak będzie - odpowiedziała cicho. 
- Nie mów mi tylko, że cię to nic nie obchodzi. - Przesunął palcem po jej policzku. - To nie jest 

łatwe, kochanie. To, co mówią ludzie, często boli. Jest jeszcze prasa. Będzie pełno brzydkich 

domysłów i złośliwości. A twój ojciec ... 

- Tak - powiedziała Marion. - Tatuś będzie ... zdziwiony. 

- Tatuś będzie wściekły - poprawił ją i oboje wybuchnęli głośnym śmiechem. 

- Co zrobimy? - spytała poważnie. 

- Wstawimy ziemniaki do piekarnika - odpowiedział i poszedł do kuchni, a Marion podążyła za 

nim. Wiedziała, że jego obawy wynikają z troski o nią. Ale tym razem wiedziała, czego naprawdę 

chce. Ona i Hadrian mieli prawo do jakiejś szansy w życiu. Zasługiwali na nią. 
- Nie mam zamiaru dostosowywać swojego życia do cudzych oczekiwań - oświadczyła .. 
- Dzielna jesteś. - Wyczuła w jego głosie podziw. 
- Pomożesz mi? - spytała. 

- W jaki sposÓb? 
- Pozwolisz mi się kochać, nie myśląc o tych wszystkich obciążeniach? 
W tym momencie czas się jakby zatrzymał. Ich oczy się spotkały i rozpoczęły dialog. W końcu 
Hadrian odetchnął. 
- Tak. Ale tylko pod jednym warunkiem. 
Marion zesztywniała. 

- Jakim? 
- Że ty też pozwolisz mi się kochać. 
- Załatwione. 

- Jesteś wspaniałomyślna. 

- Staram się, jak mogę. 

- Chodź do mnie. 

- Chcesz mnie pocałować? 
_ Nie. - Potrząsnął przecząco głową. - Chcę cię nauczyć gotować pory. 
- W takim razie ... 
Jednak kiedy do niego podeszła, złapał ją w ramiona  i przywarł  do niej gorącymi  wargami. 
Przytuliła się mocno do niego i rozchyliła wargi. Ich języki się spotkały. Hadrian nie mógł się od  
niej   oderwać.   Delikatny   zapach   jej   ciała   doprowadzał   go   do   szaleństwa.   W   strząśnięty, 
oszołomiony i niewymownie szczęśliwy uniósł w końcu głowę i spojrzał w jej rozpłomienioną 
twarz. Musi odszukać Bryony i wszystko jej wytłumaczyć ... 

- Kocham cię, Hadrianie - szepnęła Marion. 
Łagodnie odsunął ją od siebie. Mieli przed sobą tak wiele przeszkód do pokonania. Jak powie  
Bryony,  że straciła swojego jedynego sojusznika? Jak poradzi sobie z tym nowym dla niego  

background image

uczuciem? Jak będzie się poruszał w świecie, w którym żyła Marion? Nie mógł jej przecież 
zaproponować, aby zechciała żyć w jego środowisku. Jak sobie poradzą z niechęcią wszystkich  
jej znajomych? 
Pozostaje jeszcze jej ojciec, Leslie Ventura. 
- Chyba zwariowaliśmy - powiedział. 
- No to co. 

Spadł pierwszy śnieg i nikt o niczym inoym nie mówił. Bryony wielokrotnie słyszała rozmowy 
narciarzy, którzy chwalili dobrze przygotowane trasy. Będąc pod wrażeniem tego, co usłyszała, 
postanowiła sama się o tym przekonać. Wjechała wyciągiem krzesełkowym na jedno z 
najwyższych wzniesień. Miała bardzo dobry ekwipunek narciarski. Kupiła najlepsze i naj droższe 
narty, kijki, gogle i ciepły kombinezon w kolorze wiśniowym. Mimo to była zdenerwowana. 
Wydawało jej się, że wszyscy od razu poznają, że jest nowicjuszem, który tylko udaje, że należy 
do grona wtajemniczonych.  
Kiedy jednak okazało się, że nikt nie zwraca na nią uwagi, zaczęła się uspokajać. Tego dnia góry 
wyglądały wspaniale. Gdzieś bardzo daleko w dole leżało Stowe otoczone drzewami, których 
liście zachowały jeszcze jesienne barwy. Blask słońca był tak ostry, że zaciskała zęby z bólu.  
Włożyła gogle i poczuła, że opuszcza ją odwaga. Wszyscy narciarze zjeżdżali już w dół stoku, 
którego widok napawał ją przerażeniem. Nagle usłyszała za sobą rozbawiony głos. 
- Porwałaś się z motyką na słońce, Bryony Rose. Obok niej stał Kynaston Germaine. 
- Nie wiem, co przez to rozumiesz - powiedziała gniewnym tonem. 
Uśmiechnął się. 
-   Nie?   Wydawało   mi   się,   że   jesteś   trochę   zdenerwowana,   ale   jeśli   ta   trasa   jest   dla   ciebie 
odpowiednia ... - Wbił kijki w śnieg, szykując się do zjazdu. 
- Nie! - krzyknęła, chociaż chętnie cofnęłaby te słowa. Odwróoił się i spojrzał na nią z 
uśmiechem. Miała ochotę zetrzeć mu ten ironiczny uśmiech z twarzy. Musiała jednak przyznać, 
że wygląda wspaniale w ciemnogranatowym kombinezonie i pomarańczowej kurtce. . 
- Coś nie tak? - spytał spokojnie, lecz wargi mu drżały, domyśliła się więc, iż doskonale zdaje 
sobie sprawę z tego, co się z nią dzieje. 
Do diabła z nim. Nie da mu tej satysfakcji. Tylko czeka na to, żeby go poprosiła o pomoc. 
Prędzej umrze. Desperacko szukała w myślach jakiegoś zdania, które mogłoby uratować jej 
honor. - Zastanawiałam się właśnie, czy ustaliłeś już cenę. Za farmę - dodała rzeczowym tonem 
kobiety interesu. 
Potrząsnął przecząco głową. 
- Jeszcze nie - powiedział wesoło. - Zjeżdżasz? - spytał, wskazując stromą i niebezpieczną trasę.  
Na jego wargach znów pojawił się tłumiony uśmiech. 
Sppjrzała w dół i przypomniała sobie łagodny suchy stok, na którym pobierała lekcje jazdy na 
nartach. 

- Za chwilę, jedź pierwszy. - Chcę tu jeszcze chwilę postać i popatrzeć na ten piękny widok. 

Przecież po to przyjechałam do Vermont. 
- Niewątpliwie - rzucił kpiąco i szybko ruszył w dół. 
Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Zostawił ją samą! O Boże, co ona teraz zrobi? W końcu 
przyjechał wyciąg i pojawiło się kilku narciarzy. Poczuła się trochę lepiej. Przecież może zjechać 
w dół wyciągiem. 
Daleko   w   dole,   za   ciemną   linią   jodeł,   oznaczającą   zmianę   trasy,   dostrzegła   pomarańczowy 
punkt. Domyśliła się, że to Kynaston tam stoi i bacznie ją obserwuje. Wydawało jej się, że 
słyszy jego drwiący śmiech. Gdyby zobaczył, że zjeżdża wyciągiem, miałby niezłą zabawę. Nie 
może pozwolić sobie na takie upokorzenie. Poza tym wcieliła się przecież w kobietę światową, 
która świetnie jeździ na nartach i która mogłaby zjechać z tego stoku nawet z zamkniętymi 

background image

oczami. 
Przypięła narty. Wzięła głęboki oddech, starając się przypomnieć sobie wszystkie wskazówki 
instruktora. Na pewno jej się uda. Kiedy uczyła się na suchym stoku w Y orkshire, nie było to 
wcale   takie   trudne,   ale   w   tym   wypadku   potrzebna   była   inna   technika   jazdy.   A   na   dodatek 
Kynaston nadal stał tam w dole i czekał, aż ona zrobi z siebie pośmiewisko. 
- Hej, Colin, tutaj. Jack Mensing mówił, że tam jest świeższy śnieg. 
Bryony odwróciła się i zobaczyła chłopca, który najprawdopodobniej nie miał jeszcze piętnastu 
lat. Jego przyjaciel był mniej więcej w tym samym wieku. Znowu została sama. Wyobraziła 
sobie minę Kynastona, który pomaga jej zjechać w dół. Nie sprawi mu tej przyjemności. Nie 
namyślając się dłużej, ruszyła śladem dwóch nastolatków, którzy dawno zniknęli jej z oczu. Po 
chwili znalazła się już poza dobrze oznakowaną trasą, od której oddzielał ją szpaler drzew. 
Zjeżdżała wolno, zakosami. Czuła, że robi to niezręcznie, ale w tej chwili jedynym jej celem  
było utrzymanie się na nogach. Nie myślała o ładnym stylu, chciała jedynie znaleźć się na dole. 
Starała się jechać jak najwolniej, żeby nie stracić kontroli nad nartami. Nie obchodziło jej, ile 
godzin zajmie to powolne zsuwanie się w dół. Pot spływał jej po czole, bolały ją mięśnie nóg. 
Nie spuszczała z oczu śladów, które wyżłobiły w śniegu narty dwóch chłopców. Nagle przyszło 
jej do głowy, że jeśli ci dwaj nie znają drogi, to wszyscy troje mogą zabłądzić i zamarznąć na 
śmierć, zanim ktoś ich odnajdzie. 

W tym momencie straciła kontrolę nad nartami i upadła na plecy, ale zaraz się podniosła. 

Kynaston, który cały czas bacznie ją obserwował, pokręcił tylko głową. Wiedział, że nie 

powinien zostawiać jej samej na górze. Czekał, aż znajdzie się poniżej miejsca, w którym się 

zatrzymał. Było oczywiste, że jest początkującą narciarką, która lekkomyślnie wybrała trudną 

trasę. Odetchnął z ulgą, kiedy zauważył, że ma zamiar zjechać w dół wyciągiem. Ku jego 

przerażeniu, zrezygnowała z tego pomysłu i nagle zniknęła mu z oczu. Domyślił się, że zjechała z 

trasy. Ogarnęła go wściekłość na jej głupotę. Ruszył jej śladem i po pięciu nerwowych minutach 

zobaczył ją. 
Patrzył,   jak podnosi  się  ze  śniegu  i  rusza  dalej.  Nie  miała  pojęcia  o  jeździe  na  nartach,  ale 
podziwiał jej determinację. Gdyby wiedziała, jak długą drogę musi jeszcze pokonać, to usiadłaby 
na śniegu i zalała się łzami,' pomyślał. Myśl ta sprawiła mu dziwną satysfakcję. 
Nagle usłyszał charakterystyczny,  niski dźwięk. Wiedział, że ratownicy górscy, zaniepokojeni 
wczesnymi opadami śniegu, już kilkakrotnie detonowali niebezpieczne nawisy. Rozejrzał się i 
dostrzegł lawinę, która nie zagrażała narciarzom, zjeżdżającym oznakowaną trasą, ale schodziła 
zboczem,   którym   usiłowała   zjechać   Bryony.   Błyskawicznie   ruszył   w   jej   stronę.   Bryony   nie 
słyszała   niczego   poza   swoim   ciężkim   oddechem   i   łomotaniem   serca.   Na   widok   Kynastona 
straciła równowagę. Chwycił ją za ramię, zanim zdążyła upaść. 
- Co, u diabła ... 
- Lawina! - krzyknął. 
Bryony zamarła z przerażenia. Chciała się rozejrzeć, ale ściskająca jej ramię dłoń Kynastona 
popchnęła ją w przód. Zobaczyła tylko sunący ku niej biały obłok. Teraz usłyszała wyraźny 
grzmot lawiny. 
- Ruszaj! - krzyknął Kynaston. 
- Ja tak nia potrafię - jęknęła. 
- Wiem! - odkrzyknął. - Jedź za mną. Naśladuj moje ruchy. 
Puścił jej ramię  i pojechał w dół. Pomimo  szoku zdawała sobie sprawę, że gdyby był  sam,  
mógłby zjechać o wiele szybciej. Mógł ją zostawić i ratować własne życie. Zobaczyła, że jedzie  
na nisko ugiętych nogach i zrobiła to samo. Naśladowała wszystkie jego ruchy, tak jak potrafiła. 
Kynaston co chwilę się oglądał, by zorientować się w sytuacji. Wydawało mu się, że lawina 
posuwa się coraz wolniej. Starał się nie jechać zbyt szybko, wiedząc, że Bryony nie mogłaby za 
nim nadążyć. Kiedy obejrzał się znowu, był już pewien, że lawina ich nie dosięgnie. Powinien 
przekazać Bryony tę wiadomość, ale nie zrobił tego. Gniew ponownie ustąpił miejsca strachowi. 
Tę idiotkę zasypałoby na tej nie oznaczonej trasie, na którą tak nieroztropnie wjechała. W tej 

background image

chwili leżałaby prawdopodobnie pod zwałami śniegu. Nieżywa. Obejrzał się. Twarz Bryony była 
śmiertelnie blada. Ten strach dobrze jej zrobi. 
Bryony   czuła   ból   wszystkich   mięśni.   Wydawało   jej   się,   że   Kynaston   jedzie   coraz   szybciej. 
Wiedziała, że długo tego nie wytrzyma. Kilkakrotnie ledwie uniknęła upadku. Jak długo jeszcze? 
Dobry Boże, jak długo? 
Gniew Kynastona powoli wygasał. Zobaczył, że śnieg za nimi przestał się już poruszać. Zwolnił i 
zatrzymał  się. Zaskoczona Bryony pojechała dalej. Zauważył,  że jedzie za szybko,  aby przy 
swoich nędznych umiejętnościach od razu się zatrzymać. Ta idiotka powinna jeździć na oślich 
łączkach.   Ruszył   za   nią.   Bryony   usiłowała   zwolnić,   jechać   pługiem,   ale   nic   z   tego   nie 
wychodziło. Nagle Kyn znalazł się przed nią. 
- Zrób tak! - krzyknął, demonstrując, jakie ma wykonywać ruchy. 
Łzy popłynęły jej po policzkach. Nie wiedziała, czy ze zmęczenia, czy ze strachu, ale starała się 
go naśladować. Kiedy w końcu się zatrzymała, Kyn stanął przed nią i złapał ją w ramiona. 
Przewrócili się oboje na śnieg. Przez chwilę Bryony leżała bez ruchu nie mogąc uwierzyć, że jest 
po wszystkim. 
- Co z lawiną? - zapytała. Kynaston popatrzył w niebo. 

_ Uciekliśmy prz,ed nią - powiedział pozbawionym emocji głosem. 

Zamknęła oczy i ukryła twarz na jego piersi. Zaczęła drżeć. 
- Myślałam, że umrę. 
Kynastona ogarnęła furia. Poderwał się tak szybko, że Bryony upadła na plecy. Zdjął jej gogle i 
pochylił się nad nią. 
_ Byłaś tego cholernie bliska - warknął. Chwycił ją za ramiona i zaczął potrząsać. Głowa Bryony 
uderzała o śnieg. _ Wiesz, czym grozi zjechanie z wyznaczonego szlaku? Szczególnie jeśli jest 
się pieprzonym nowicjuszem? - wrzasnął. 
Patrzyła na niego bez słowa ogromnymi, rozszerzonymi ze strachu oczami, w których błyszczały 
łzy. Wargi jej drżały. Wiedziała, że uratował jej życie, że nie zostawił samej na stoku, choć jej  
głupota mogła narazić ich na śmiertelne niebezpieczeństwo. 
- Kynaston, ja ... 
Patrzył teraz na nią bez słowa, ale w oczach nie widać już było gniewu. Malowało się w nich  
uczucie, którego nie potrafiła nazwać. Pochylił się jeszcze niżej. 
_ Kynaston - szepnęła, ale w tym momencie I przykrył wargami jej usta. Bezwiednie zarzuciła  
mu ręce na szyję i uniosła głowę, pragnąc pogłębić pocałunek. W jej wnętrzu zapłonął tak gorący  
ogień, że z pewnością stopił śnieg wokół nich. Kynaston zmusił  ją, żeby rozsunęła wargi, i 
wniknął   językiem   do   aksamitnego   wnętrza.   Jej   ciałem   wstrząsnął   dreszcz.   Poczuła,   jak 
twardnieją jej sutki. Żar tego pożądania powinien stopić śnieg, na którym leżymy,  pomyślała. 
Czuła napór jego ciała i twardą męskość. Rozchyliła uda i chwyciła go mocno za szyję. Drugą 
ręką odgarnęła mu delikatnie włosy z czoła. 
Kynaston zadrżał. Jeden jej dotyk wystarczył, by rozpaliła go do białości. Jęknął, uniósł głowę i  
odsunął   się   od   niej,   ciężko   dysząc.   Otworzył   oczy   i   usiadł.   Bryony   spojrzała   na   niego 
oszołomiona. 
-   Przepraszam   -   powiedziała.   Nie   wiedziała,   za   co   przeprasza:   czy  za   to,   że   naraziła   go   na 
niebezpieczeństwo, czy za to, że go całowała. - Nie wiedziałam, że za mną jedziesz - dodała. -  
Nie prosiłam cię o to. 
Mówiąc to usiłowała się podnieść. Kynaston, który zdążył już wstać, podał jej rękę. Potrząsnęła 
przecząco głową. 
- Dziękuję, poradzę sobie - odparła. 
Obserwował w milczeniu jej wysiłki. Szybko zapomniała o wdzięczności, pomyślał. 
- Przed nami długa droga - rzekł beznamiętnie. - Cofniemy się teraz na oznakowaną trasę, żeby 
dostać się do wyciągu. Zjedziemy nim na dół. - Mówił tak, jakby to, co między nimi zaszło, w 
ogóle się nie wydarzyło. 

background image

Pewnie, pomyślała ponuro Bryony.  Nie miało to dla niego żadnego znaczenia .. Zbyt  często 
całuje piękne kobiety. Postanowiła także nie okazywać emocji. 
-   Dziękuję   -   powiedziała   oschłym   tonem.   Zaraz   jednak   przypomniała   sobie,   jak   wiele   mu  
zawdzięcza, i dodała ciepło: - Dziękuję ci za wszystko. Mogłeś mnie przecież tam zostawić ... 
Uśmiechnął się krzywo. Tego właśnie po nim oczekiwała. Musi być teraz zdziwiona, że tego nie 
zrobił. 
- Nie ma.o czym mówić. Posłuchaj, w Vermont jest dużo więcej ciekawych rzeczy niż tylko  
jazda   na   nartach.   -   W   jego   głosie   zabrzmiało   ostrzeżenie.   -   Powinnaś   dać   sobie   spokój   z 
wyprawami w góry. Mogę cię jutro zabrać na wycieczkę i pokazać mniej niebezpieczne miejsca -  
zaproponował. 
W pierwszym odruchu chciała odmówić, zmieniła jednak zamiar. 
- Dziękuję. Z przyjemnością się wybiorę. Kiwnął głową. Szybko doszła do 
siebie. 
- Przyjadę po ciebie jutro rano o dziewiątej. 

Już od kilku tygodni  Lance Prescott flirtował z córką pewnego tekstylnego magnata  i dziś 
ważyły się jego losy. Przygasił światła i podał jej kieliszek schłodzonego szampana. Stąd był 
zaledwie krok do sypialni. Rozbierał dziewczynę powoli, starając się nie zwracać uwagi na jej 
grube uda i wydatny brzuch. Na szczęście szybko zgasiła światło i przyciągnęła go do siebie. Po 
chwili był już w niej. Wyczuwał 

rosnące pożądanie dziewczyny i jego ruchy stały się szybsze. 

Musiał dać jej zaspokojenie. Chciał, żeby była z niego zadowolona. Dlatego drgnął gwałtownie 
na ostry dźwięk dzwonka. Powiedział jej, że za chwilę wróci, i pędem pobiegł do przedpokoju. 
Uchylił drzwi i wyjrzał, nie otwierając łańcucha. 
_ Wpuść mnie - usłyszał szept Morgana. - Czy jest u ciebie Gina Knight? - Jego głos był tak 
donośny,   że   Lance   był   pewny,   iż   słychać   go  również   za   zamkniętymi   drzwiami   sypialni.   _ 
Wiem, że jest nadziana - dodał wesoło, podnosząc głos o jeszcze parę tonów. - Czy ona wie, jak 
desperacko po- 
trzebujesz pieniędzy? 
Lance patrzył na niego bezradnie. 
_ Ty skurwielu - odezwał się wreszcie, patrząc, jak dziewczyna mija go bez słowa. Razem z nią 
zniknęła   cała   nadzieja   na   pieniądze.  Lance   spojrzał  na   Morgana.   -  Mam  ochotę   cię  zabić   - 
powiedział. Obaj dobrze wiedzieli, że nigdy by się na to nie odważył. 

Morgan uśmiechnął się· 

_ Nie mogłem przecież. pozwolić, abyś teraz dorwał się do pieniędzy. Nie potrzebowałbyś wtedy 

tych milionów, które da nam Leslie Ventura za swoją ukochaną córeczkę· 

Hadrian rozejrzał się po pustym pokoju. W kącie stał 'zlew i kuchenka. Duże okno wychodziło na 

ulicę. Ściany pomalowane były na brzydki, brudnoniebieski kolor, a farba schodziła z nich 

płatami. 
- Biorę go - powiedział. 
Agent przyjął tę wiadomość z widoczną ulgą. 
-   Czy   chce   pan   zawrzeć   umowę   na   trzy   miesiące,   czy   na   dłuższy   okres,   panie   Boulton? 

Oczywiście umowa na dłuższy okres jest bardziej opłacalna. 
- Oczywiście - powtórzył za nim Hadrian, ale podpisał umowę na trzy miesiące. 

Przedstawiciel   agencji   wręczył   mu   klucze   i   wyszedł.   Hadrian   zaczął   oglądać   swoje   nowe 

mieszkanie. Stwierdził, że po odkręceniu kurka płynie woda, a telefon działa. Szybko wystukał  

numer, który znał już na pamięć. 
- Cześć, to ja. 
- Cześć "ja" - odpowiedział ,ciepły głos po drugiej stronie, słuchawki. 

background image

- Długo nie odbierałaś - zauważył. Na spotkanie z agentem przyszedł zaraz po pierwszym dniu 

pracy w Ventura Industries. W głowie huczało mu jeszcze od cyfr. 
- Wyciągnąłeś mnie z wanny. 
Wszystkie cyfry -natychmiast uleciały mu z pamięci. Ich miejsce zajął obraz' Marion, która 
wyszła z kąpieli i stoi w narzuconym na ramiona szlafroku, a piana spływa z jej ciała.
 - To nie w porządku - powiedział. - Wyobraziłem sobie ciebie całą w pianie, tymczasem stoję w 
pustym mieszkaniu, gdzie jest tylko zlew, telefon i złażąca ze ścian farba. 
- ,Masz mieszkanie? - wykrzyknęła Marion. - Tak szybko? 
- Zgodziłem się na brudny, ale za to elegancki pokój - powiedział ze śmiechem, rozglądając się. - 
Chyba nie zdołam cię namówić, żebyś kupiła parę puszęk farby w pastelowym kolorze i 
przyjechała pomóc mi pomalować ściany. 
- Nie zdołasz? - mruknęła. - Daj mi pół godziny. Jaki jest twój ulubiony kolor? 
- Hm ... myślę, że jasnożółty. Dlaczego pytasz? 
- Chcesz pomalować mieszkanie na żółto? - spytała zdziwiona. - Co prawda gust to indywidualna 
sprawa. Niedługo tam będę· 
Hadrian podał jej adres i odłożył słuchawkę. Uśmiechnął się do siebie. Marion stale sprawiała mu 

niespodzianki. Zrobił sobie herbatę i powrócił myślami  do ciężkiego dnia w firmie. Wydział 

rachunkowości  zajmował  ogromną  przestrzeń,  która   podzielona   została   na  małe,  przeszklone 

sektory.  Jego szef, Herb Lawrence, natychmiast posadził go przy stosie rachunków. Po kilku 

godzinach Hadrian, przyzwyczaił się do ogromnych sum figurujących w księgach rachunkowych. 
Rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu i pokręcił głową. Czy naprawdę Księżniczka Ventura 
przywiezie tutaj farbę? 
Podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. W światłach Manhattanu połyskiwały budynki biurowe i 
mieszkalne. Niebo, usiane było gwiazdami. Pomyślał o Bryony. Tam, gdzie się teraz znajdowała, 
gwiazdy na pewno świeciły jaśniej, a powietrze było bardziej przejrzyste. Nie zachwyciłby jej 
widok, jaki roztaczał się z tego okna. Domyślał się już, gdzie może być. Marion powiedziała mu, 
że jej ojciec chce kupić farmę w Vermont, wbrew jej woli. Poczuł wyrzuty sumienia na myśl, jak 
łatwo mógłby wydobyć z Marion informację o tym, kto jest właścicielem farmy. Był pewny, że  
to Bryony Rose nabyła farmę i chciała ją sprzedać Ventura Industries, aby ułatwić im przejęcie 
Germaine Corporation. Sam nie wiedział, czy powinien się cieszyć, czy martwić tym, że Marion 
postanowiła nie przejmować żadnej korporacji, tylko zbudować od podstaw własny kompleks 
hoteli. Nie chciał znaleźć się w sytuacji, w której będzie musiał dokonywać wyboru pomiędzy 
dwiema   kobietami,   które   kochał   nad   życie.   Wiedział   już,   że   Bryony   jest   w   Stowe.   Ale   nie 
wiedział, jak daje sobie radę. 
Zmarszczył czoło. Bryony stała się piękną kobietą. Jeśli spotkała się z Kynastonem Germaine (a 
na pewno już się o to postarała), on może zrobić jej krzywdę. Nikt nie zdoła jej jednak przekonać, 
żeby zostawiła wszystko, wyjechała z Vermont i zaniechała myśli o zemście. Była obsesyjnie 
pochłonięta tą myślą. Może to właśnie ją uratuje, pocieszał się. 
- Bądź ostrożna, Bryn - szepnął. 
Bryony usunęła się na bok, kiedy Kynaston sięgnął do kontaktu i zapalił światło. 
- Nareszcie w domu - powiedział, zamykając za sobą drzwi. Spędzili cały dzień na zwiedzaniu 
okolicy. Bryony starała się być czarująca i dowcipna. Pozwalała brać się pod rękę, kiedy szli po 
oblodzonej ulicy, i nie reagowała gwahownie na każdy dotyk Kynastona. Zjedli kolację w uroczej 
atmosferze. Nie mogła jednak zrozumieć, dlaczego przyjęła zaproszenie do jego domu za 
miastem. 

_ Wygląda imponująco - powiedziała, rozglądając się· Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła jej się w 

oczy, był duży, zbudowany z cegieł kominek. Kyn dorzucił do niego kilka sosnowych polan. 
Na jednej ze ścian wisiał obraz Rubensa i biało-granatowa flaga college'u, do którego chodziła 
siostra   Kyna.   Bryony   spodziewała   się,   że   w   takim   domu   znajdzie   bardziej   wyszukane   i 
kosztowne meble. Podeszła do dużych okien, z których roztaczał się widok na miasto. Kyn był  
jednak szybszy i zaciągnął zasłony. Bryony zamarła z przerażenia. 

background image

_, Nie lubisz tego widoku? - spytała przez zaciśnięte gardło. 
_ Kocham ten widok. Dlatego kupiłem ten dom. Nie podzielam jednak zwyczaju moich 
rodaków, którzy zapalają światło i zostawiają odsłonięte okna. Wolę intymny nastrój. 
Czyżby chciał ją przestraszyć? Wizyta w domu samotnego mężczyzny nie powinna być niczym 
szczególnym dla kobiety światowej. Dlaczego więc miała uczucie, że celowo wystawia ją na  
próbę? Sprawdzał, jak daleko może się posunąć? 
_ Jeśli dobrze pamiętam, mówiliśmy coś o gorącej czekoladzie - powiedział cicho. 
Bryony odetchnęła z ulgą. Przez chwilę zostanie sama. Jednak kiedy wrócił, usiadł na niskiej 
skórzanej kanapie obok kominka. Dostrzegł w jej oczach panikę i uśmiechnął się chmurnie. 
_ Czy masz zamiar tak stać cały wieczór? Kanapy służą do siedzenia. W tym celu zostały 
zaprojektowane. 
Usiadła obok.niego. Popatrzył na jej spiętą twarz i westchnął. 
Wyglądała na taką nieszczęśliwą, że wezbrał w nim gniew. To wszystko był przecież jej pomysł.  
Obrócił się powoli w jej stronę i podniósł rękę. Bryony zesztywniała. Dostrzegł to i uśmiechnął  
się ponuro. Jak długo jeszcze ta dziewczyna będzie się opierać? 
_ Masz naprawdę piękne włosy - powiedział, dotykając ich. 

Bryony zadrżała i odetchnęła głęboko. 
- Dziękuję - odezwała się stłumionym głosem. 
- I piękną skórę - dodał, przesuwając palcami po jej policzku. - Przypomina mi angielską różę. 
Ma taki sam jasnokremowy odcień i jest tak samo miękka. - Obrócił się tak, że ich kolana się 
zetknęły. - Z pewnością dobrze o tym wiesz. Wielu mężczyzn musiało ci to mówić. 
Czy w ogóle byli jacyś inni mężczyźni? Mieszkała przecież na takim odludziu. Trudno byłoby 
znaleźć   adoratorów   w   Yorkshire.   Na   myśl   o   tym,   że   Bryony   może   być   jeszcze   dziewicą, 
przebiegł mu dreszcz po plecach. Cofnął rękę. Ta gra w kotka i myszkę przestaje być zabawna. 
Bryony była zapewne prz~konana, że jest kotem,  który tylko czeka na okazję, aby wbić mu  
pazury w skórę. On natomiast uważał, że to on jest kotem. Teraz nie był już tego pewien. Zbyt  
często go zaskakiwała, chociaż przeważnie robiła to nieświadomie. 
- Pyszna czekolada - zauważyła Bryony. 
- Cieszę się, że ci smakuje. 
- Bardzo lubię taką czekoladę - dodała, łając siebie w duchu za bezsensowną paplaninę. 
- To dobrze. Uwielbiam sprawiać ci przyjemność - powiedział cicho, kładąc rękę na jej dłoni. 
Czuł pod palcami szybkie bicie jej pulsu. - Ale to nie jest dla ciebie niespodzianką, prawda, 
Bryony Rose? 
Podniosła wzrok. Jak mogła myśleć, że jego oczy mają lodowaty wyraz? 
- Nie rozumiem, co masz na myśli - wyjąkała. Kynaston uśmiechnął się kpiąco. Wkrótce 
się dowie. 
- Chciałem powiedzieć, że kobieta tak piękna jak ty uważa za naturalne, że mężczyźni robią  
wszystko, czego tylko zapragnie. 
Serce zaczęło jej walić jak szalone. Przecież tego właśnie pragnęła. Zawsze wyobrażała sobie  
chwilę, kiedy Kynaston Germaine wyzna jej miłość. Pragnęła wzbudzić w nim pożądanie i w ten 
sposób uzależnić go od siebie. 
- Nie zauważyłam tego - rzuciła żartobliwym tonem.  

Kynaston popatrzył na nią uważnie. 
_   Nie   zauważyłaś?   Weź,   na   przykład,   mnie.   Chciałaś,   żebym   cię   pragnął,   i   tak   się   stało. 
Sprawiłaś, że płonę z pożądania. Ale taki właśnie miałaś zamiar, prawda? 

Z trudem przełknęła ślinę i wtuliła się w oparcie kanapy, kiedy Kynaston przysunął się do niej. 

_ Ja ... tak, właśnie tego chciałam - przyznała. 
Dostrzegła zdziwienie w jego oczach. Nie bardzo zdając sobie sprawę z tego; co robi, przytuliła  
się do niego i przesunęła dłonią po jego piersi, wyczuwając pod palcami twardniejący sutek. 
Kynaston zesztywniał. Jej dotyk rozpalił w nim płomień pożądania. 

Nie opierała się, kiedy wziął ją w ramiona i przywarł wargami 

background image

do jej ust. Poczuła, jak jego język wnika do środka, i westchnęła z rozkoszy. Powoli pchnął ją na 
plecy i przytulił do umięśnionej piersi. Sutki Bryony naprężyły się, a w dole brzucha poczuła  
pulsujący ból. Zaskoczona gwałtownością reakcji ciała jęknęła cicho, a wówczas jego pocałunek 
stał się delikatniejszy. Po chwili Kynaston zaczął pieścić jej policzek i ucho. 
Kiedy jego dłonie spoczęły na piersiach Bryony, zadrżał. 
A więc pożądał jej równie mocno, jak ona jego. Wkraczali razem w ten zupełnie nowy dla niej 
świat. Ale jedna myśl nie dawała jej spokoju. Przecież to, co się teraz między nimi działo, nie  
było   dla   niego   żadną   nowością·   Robił   to   już   wielokrotnie,   z   różnymi   kobietami,   takimi   na 
przykład jak ta, którą Bryony widziała w galerii sztuki w Yorku - elegancka dama z czarnymi 
włosami. 
_ Nie ... nie ... przestań ... nie jestem ... gotowa - wyszeptała nagle. 

Kyn znieruchomiał, uniósł się lekko na łokciach i spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem. 

Oddychał z trudem. 
_ O czym ty mówisz? - spytał, starając się pozbierać. Jego oczy, jeszcze przed chwilą zamglone, 
nabierały powoli tak dobrze jej znanego, lodowatego wyrazu. - Jaką grę tym razem prowadzisz, 
Bryony? 

Potrząsnęła głową, przerażona, że wszystko zepsuła. 
- Ja ... to nie znaczy, że ciebie nie pragnę. Tylko ... nie jestem gotowa. No wiesz ... zabezpieczona 

- dodała niezręcznie. Chciało jej się płakać. 
Kyn powoli się wyprostował i przesunął ręką po włosach. 
Szybko  wstała   z  kanapy i  doprowadziła   się  w  pośpiechu  do porządku.   Trzęsła  się   z  zimna, 
pomimo płonącego ognia w kominku. 

- Przykro mi - powiedziała. 

- Mnie nie. - Kynaston potrząsnął głową. 

Zamarła. 
- Co chcesz przez to powiedzieć? Czy ... już mnie nie chcesz?
 Uśmiechnął się. Czy jej nie chciał? Jeszcze żadnej kobiety tak nie chciał. 
- Odwiozę cię do domu - powiedział zmęczonym głosem. Musiał to sobie wszystko przemyśleć. 

- Chyba bardziej podobasz mi się z żółtym nosem. 
- Co takiego? - Marion obróciła się szybko. Miała na sobie dżinsowe ogrodniczki i biały 
podkoszulek, a włosy związała w koński ogon. W ręku trzymała wałek do malowania. Jej nos 
pobrudzony był farbą. 
- Mówię o twoim żóhym nosie - wyjaśnił Hadrian. - Bardzo mi się podoba. 
- To wspaniale! - zawołała wesoło Marion. - Może wprowadzę nową modę· 
Hadrian przechylił głowę na bok i obserwował ją spod zmrużonych powiek. 
- Myślę, że zielony byłby bardziej odpowiedni. Jak sądzisz? 
- Sądzę, że powinieneś zabrać się do malowania ściany, bo zaraz cię prześcignę. I co wtedy 
zrobisz? - Będę się martwił. 
- W takim razie wszystko w porządku - odpowiedziała i wróciła do malowania. 
Doprowadzanie   tego   mieszkania   do   porządku   sprawiało   jej   ogromną   przyjemność.   Kiedy 
zobaczyła je po raz pierwszy, ogarnęło ją uczucie gniewu. Uważała, że Hadrian nie powinien 
mieszkać w takiej norze, kiedy ona mogłaby ofiarować mu coś lepszego. Nie odważyła się jednak 
zaproponować   mu,   że   kupi   większe   mieszkanie.   Ucieszyła   się,   kiedy   poprosił   ją   o   pomoc, 
mówiąc, że bardzo ceni jej dobry gust. Po raz pierwszy w życiu ktoś prosił ją o pomoc. 
Ściany wymagały skrobania, a podłogi dokładnego oczyszczenia. Marion, która do tej pory nie 
wykonywała żadnej pracy fizycznej, teraz, często do dziesiątej wieczór, szorowała na kolanach 
parkiet. Gdyby tylko ojciec ją zobaczył... Miała połamane  paznokcie, bolały ją plecy,  kark i 
wszystkie mięśnie. 
Nie miało to jednak żadnego znaczenia, tak samo jak jej pomazany na żółto nos. Najważniejsze, 

background image

że Hadrian był przy niej. Co wieczór, po skończonej pracy, rzucali się na dwa kupione przez 
Marion fotele,   które  stanowiły  jedyne  wyposażenie   mieszkania.   Pili  kawę   z  jedynego   kubka 
Hadriana, rozmawiali, śmiali się, trzymali za ręce i całowali, aż do północy. Nigdy nie była tak 
szczęśliwa. Jakie znaczenie mogły mieć połamane paznokcie czy obolałe mięśnie. 
- Skończyłem! - zawołał Hadrian. 
Popatrzyła na mokrą ścianę i zmarszczyła brwi.
 - Chyba oszukiwałeś. 
- Akurat. Nie umiesz przegrywać. I tyle. 
- Chcesz. żebym rzuciła w ciebie puszką farby? 
- A widzisz. Nie umiesz przegrywać - powtórzył z uśmiechem. Kiedy wolno obróciła się w jego 
stronę, podniósł ręce na znak, że się poddaje. - Okay, okay. Zaraz zrobię kawy. Może to zdoła cię 
uspokoić. 
U słyszała jeszcze, jak mruczy coś do siebie w małej kuchence. Z uśmiechem pociągnęła 
wałkiem po ścianie. Skończone! 
Miała   dziś   wyjątkowo   ciężki   dzień.   Po   rozmowie   z   Kynastonem   Germaine   zleciła   swoim 
pracownikom wykonanie obliczeń i przeprowadzenie analiz związanych z budową kompleksu 
hoteli. Okazało się, że jest to ogromne przedsięwzięcie. Zaczynała teraz rozumieć, co Kynaston 
miał na myśli, mówiąc o rozpoczynaniu wszystkiego od zera. 
_ Masz podejrzanie zadowoloną minę - zauważył Hadrian, podając jej kubek. 
Upiła duży łyk. Kawa była dobra, chociaż Marion doskonale wiedziała, że jest to najtańszy 
gatunek. 
_ Właśnie myślałam o tym, jak wielkich rzeczy udało mi się dokonać w tej norze. 
_ Jesteś bardzo skromna. Kiedy się jednak nad tym zastanawiam ... - Rozejrzał się po pokoju. 
Przy pomalowanych na jasno ścianach wydawał się dwa razy większy niż przedtem. Brakowało 
tylko mebli. - Może rozłożymy dywan? 
W   sobotę   rano   kupili   na   pchlim   targu   dywan.   Był   używany,   ale   w   bardzo   dobrym   stanie. 
Hadrianowi podobał się jego wzór: granatowe, białe i żółte kwiaty lotosu. Marion miała pewne 
wątpliwości, ale kiedy teraz rozłożyli go na podłodze, przyznała Hadrianowi rację. 

_ Trzeba będzie uważnie dobierać meble - powiedziała. - Nie wypijaj całej kawy. Zostaw coś dla 

mnie. 
_ Zawsze   podejrzewałem,   że   masz  oczy  z  tyłu   głowy _  mruknął,  podając   jej  kubek.  -  Czy 
pomożesz mi wybrać łóżko? - spytał, uśmiechając się znacząco. Jeśli wszystko dobrze się ułoży i 
zostanie w Nowym Jorku na stałe, to wtedy pomyśli o kupieniu kanapy i stołu. 

Nagle uśmiech zniknął z jego twarzy. Nie chciał myśleć o przyszłości. Wszystko zależało 

przecież od Bryony. I od Marion. A także od tego, jakie będą plany Ventura Industries. 

Potrząsnął głową. Przyszłość była na razie niepewna. 
- Co się stało? - cicho spytała Marion. Podeszła od tyłu, objęła go w pasie i przytuliła policzek do 
jego pleców. - Tak nagle posmutniałeś. 
Nie po raz pierwszy dostrzegła ten dziwny wyraz na twarzy Hadriana. Chociaż wyjaśnili już 
najważniejszą sprawę,  jaka  stała  na drodze  ich związku - jej  sytuację  finansową  - i chociaż 
wierzyła, że nie ma w jego życiu innej kobiety, wiedziała, że coś jest nie tak. Czuła, że jest to coś 
ważnego. Ciałem Hadriana wstrząsnął gwałtowny dreszcz. 
- Zimno ci? - spytała. - Zdaje się, że dobrze tu grzeją. 
- Tak, dobrze - powiedział zdławionym głosem. - Dlaczego pytasz? 
- Bo zadrżałeś. 
- Aha ... Czy myślisz, że twoja bliskość, która doprowadza mnie do szaleństwa, nie ma nic z tym 
wspólnego? - spytał. 
Przytuliła się do niego mocniej i przesunęła niżej ręce. Jej palce dotknęły paska spodni. Gdyby  
tak przesunęła je jeszcze niżej ... 
Nagle   zdała   sobie   sprawę,   jak   bardzo   pragnie   Hadriana.   Nie   było   to   zwykłe   pragnienie 
mężczyzny  czy też   ochota   na  seks.   Pragnęła   właśnie   jego.   Chciała  go  dotykać   i  smakować. 

background image

Chciała usłyszeć jego głos w chwili intymnego zbliżenia. Chciała poczuć go w sobie ... Odsunęła 
się wolno od niego. Obrócił się i spojrzał jej w oczy. Z wyrazu jego twarzy domyśliła się, że 
myśli o tym samym co ona. 
- Marion. - To słowo znaczyło coś więcej niż tylko imię - zawierało pytanie, miłosne wyznanie. 
- Chodź. - Wzięła go za rękę. 
Jego dłoń zadrżała, ta silna dłoń. Niejednokrotnie Marion widziała, jak Hadrian zgina gwoździe i 
odrywa deski z podłogi. Pod wpływem nagłego impulsu podniosła jego rękę do ust. - Wydaje mi 
się, że nadszedł czas, żebyśmy wypróbowali twój nowy dywan - powiedziała ciepłym głosem.  
Hadrian przełknął głośno ślinę. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć odpowiednich 
słów. Pocałował wnętrze jej dłoni i przytulił do policzka. 
Z ustami złączonymi w pocałunku opadli na dywan. Wolno 
odpiął   jej   szelki   od   spodni.   Sutki   Marion,   wyraźnie   widoczne   pod   białym   podkoszulkiem, 
czekały na dotyk jego dłoni. Kiedy położył rękę na j~j piersi, Marion wyprężyła się i cicho  
jęknęła. 
_ Marion - powtórzył i przywarł do jej ust gorącymi wargami. Ujęła go za rękę i położyła ją na 
swojej piersi. Leżał teraz oparty na niej całym ciężarem ciała. Zaraz jednak obrócił się na bok, 
pociągając ją za sobą. Marion spojrzała mu głęboko w oczy i dostrzegła w nich bezgraniczną 
miłość. 
Wiedziała, że ojciec ją kocha, że kochała ją matka i Keith. 
Nigdy jednak nie widziała takiego spojrzenia. Zrozumiała nagle, czym jest miłość. Miłość, dla  
której ludzie umierają. Miłość, o której pisują poeci. Nic nie miało teraz znaczenia, poza tym  
niezwykłym wyrazem płonącym w jego oczach. 
_ Kocham cię - powiedziała, kiedy uniósł głowę. 
- Ja też cię kocham - szepnął. 
Łzy napłynęły jej do oczu i wolno spływały po policzkach. Hadrian przytulił ją, kołysał i 

pocieszał .tak, jak pociesza się dziecko. Ale ona nie była dzieckiem. Jej ciało przepełnione było 

pożądaniem. Oddała mu serce i duszę, teraz chciała również oddać mu ciało. Drżącymi palcami 

rozpięła guziki koszuli i dotknęła szerokiej piersi, szukając twardych sutek. 
Z   ust   Hadriana   wydobył   się   jęk   rozkoszy.   Marion   zsunęła   koszulę   z   jego   ramion   i   zaczęła 
obsypywać pocałunkami policzki, uszy, szyję i ramiona. 
On tymczasem uniósł jej podkoszulek. Przez chwilę patrzył na nią bez ruchu. Była oszałamiająco 
piękna. Miała nieduże, lecz kształtne piersi z różowymi sutkami. Z gardłowym iekif'.f\'\ pochylił 
głowę i wziął je do ust. 
Marion. krzyknęła i przywarła do niego całym ciałem. Całował teraz jej szyję, potem wargi i 

znów piersi.

Powoli osunęli się na dywan. Leżała z zamkniętymi oczamii oddychała spazmatycznie. Kiedy 

poczuła, że Hadrian ściąga z niej dżinsy, uniosła się lekko. Jego usta wędrowały teraz od jej stóp, 

aż do kolan, całując wszystkie zagłębienia. Dotarły wreszcie do jedynego skrawka bielizny, jaki 

miała jeszcze na sobie. Szybkim ruchem zsunął go z niej i dotknął językiem najczulszego 

miejsca. Powoli rozsunęła nogi i jęknęła z rozkoszy. 
Szybko zdjął spodnie, a Marion delikatnie objęła palcami wyprężony członek. Lance nigdy nie 
pozwalał, żeby go dotykała. Dopiero teraz zdała sobie sprawę dlaczego. Nie pożądał jej i nie dbał  
o to, czy ona go pragnie. Hadrian oddawał jej bez żadnych zastrzeżeń swoje ciało, tak jak ona  
oddawała mu swoje. Nie łączyło ich jedynie pożądanie, lecz wzajemna ufność. Łzy szczęścia 
zabłysły w jej oczach. Przyciągnęła go mocno do siebie i rozsunęła nogi. Za chwilę poczuła go w 
sobie. 
Jego ruchy były wolne, lecz zdecydowane. Wspólnie osiągnęli harmonię. Rytm stawał się coraz 
szybszy i szybszy. 
- Hadrian! - krzyknęła, czując zbliżający się orgazm. Nie wiedziała, że krzyczy w zapamiętaniu. 
Słyszała, jak Hadrian wielokrotnie wymawia jej imię. On nawet nie poczuł, że Marion wbija mu 

background image

paznokcie w plecy. 
Dopiero po dłuższej chwili zsunął się z niej. Leżeli wyczerpani, ze splecionymi dłońmi i oczami 
utkwionymi w suficie, który skończyli malować poprzedniego dnia. 
- Po raz pierwszy naprawdę się kochałam - odezwała się cicho Marion. - To znaczy ... 
- Wiem,  co chcesz powiedzieć - mruknął. - Mnie też wydaje się, że nigdy przedtem się nie  
kochałem. Nigdy tak, jak dzisiaj. 
Obróciła się na bok i dotknęła palcami jego policzka. - Nigdy mnie nie opuszczaj. Proszę. 
- Nie opuszczę. Nie mógłbym tego zrobić, nawet gdybym chciał. 
- I nie będziesz nigdy kochał nikogo innego? 
- Nikogo. 
Skinęła głową. Sama nie wiedziała, dlaczego zadaje mu takie naiwne pytania. W głębi duszy była  
przekonana, że Hadrian nigdy by jej nie skrzywdził. Lecz gdzieś tam czaił się strach. Może z  
powodu tego dziwnego, smutnego wyrazu, który czasem pojawiał się w jego oczach. 
Hadrian myślał o Bryony, która walczyła samotnie z Kynastonem Germaine. Myślał o tym, jak 
wiele   jej   zawdzięcza,   i   zastanawiał   się,   jak   mógłby   jej   pomóc.   Ta   myśl   napełniała   go 
przerażeniem. Jeśli miał pomóc Bryony, musiał wykorzystać zaufanie Marion. Przejął go zimny 
dreszcz. Objął ukochaną i przytulił mocno do siebie. Gdyby podniosła wzrok, zobaczyła by, że 
jego oczy znowu mają ten smutny wyraz, który tak ją niepokoił. 

Siedząc   w   samochodzie   zaparkowanym   przed   domem   Hadriana,   Bruno   notował   skrzętnie 
wszystkie informacje, jakie udało mu się zebrać. Znał już nazwisko Hadriana i wiedział, że 
pracuje u Ventury. Kiedy skończył pisać, obejrzał dokładnie budynek. Na dole nie było portiera.  
Nie było również żadnego systemu alarmowego. Postanowił zawiadomić o tym Morgana. 

W swoim pałacyku Leslie Ventura przeglądał teczkę z papierami. Były to kopie dokumentów, 
nad którymi  pracowała  Marion. Tak jak podejrzewał, nie dotyczyły  one przejęcia  Germaine 
Corporation,  tylko  budowy hotelu  przy  już  istniejącym  zespole   hoteli   Ventura.  Projekt  miał 
solidne podstawy i został profesjonalnie opraGOwany. Nie miał mu nic do zarzucenia, poza tym,  
że nie było to zadanie, które zlecił córce do wykonania. 

Westchnął ciężko. Powinien wiedzieć, że żadna kobieta nie nadaje się do kierowania firmą. 

Marion nie miała niestety morderczych instynktów. Zwinęła żagle już po pierwszym spotkaniu z 

Kynastonem Germaine. Ten człowiek parł do przodu. Takjak on. Po otrzymaniu wiadomości od 

agenta, który donosił, że farma Coldstream to dobra inwestycja, wysłał depeszę z ofertą do 

Bryony Rose. Miał zamiar rozreklamować to miejsce pod hasłem "Prawdziwy Vermont". Chciał 

wykorzystać również zwierzęta, które znajdowały się na farmie. Konie można by użyć do 

ciągnięcia sań. Krowy dostarczałaby gośc.iom świeżego mleka, a kury świeżych jajek. Taka 

farma będzie dodatkową atrakcją przy kompleksie hotelowym Germaine Corporation, kiedy 

stanie się już jego własnością. 
Ponownie westchnął. Będzie musiał odebrać Marion to zadanie. Znajdzie dla niej coś bardziej 
odpowiedniego. Może postawi ją na czele działu public relations? Z dołu Carole wołała, żeby 
kładł się spać. 
- Już idę! - odkrzyknął. - Miałem pewną sprawę do załatwienia, ale już się z tym uporałem. 

Lance podskoczył nerwowo na dź:lęk dzwonka do drzwi. Wpuścił Morgana, po czym wyjrzał na 

korytarz i sprawdził, czy nikogo tam nie ma. 
- Nie powinieneś tu przychodzić - powiedział. - Czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy umawiali się w 
jakimś zatłoczonym lokalu? 
-   Żeby  ułożyć   plan   porwania?   Nie   wydaje   mi   się.   -   Morgan   postawił   zniszcwną   teczkę   na 
szklanym bl<;lcie stolika. ~ Masz kawę? 
Lance wzdrygnął się. W towarzystwie Morgana tracił pewność siebie. 
- Oczywiście. Kolumbijską czy z Kostaryki? 
- Tę ważną decyzję pozostawiam tobie - rzekł z uśmiechem Morgan. 

background image

Lance zaczerwienił się z gniewu. Nie miał jednak wyboru; poszedł do kuchni przygotować kawę. 
Od czasu, kiedy Morgan pozbawił go nadziei na zdobycie Giny Knight, Lance pogrążył się w 
depresji. Wiedział, że niedługo odwrócą się od niego wszyscy przyjaciele. Jedyną drogą pozbycia 
się Morgana było posłuszne wypełnianie jego rozkazów. Może rzeczywiście był  on w stanie 
przeprowadzić   swój  plan i  uwieńczyć   go sukcesem.  Myśl,  że   może  wyciągnąć  pieniądze  od 
rodziny Ventura, po tym wszystkim, co przez nich cierpiał, stanowiła wielką pociechę. 
Kiedy wrócił z kawą, jego gość zajęty był oglądaniem planów biurowca Ventury. 
- Słyszałem, że twoja była żona znalazła sobie nowego faceta - powiedział Morgan, wpatrując się 
czujnie w twarz Lance'a. - Jakiegoś Anglika. Wysokiego, przystojnego faceta. 
Lance zesztywniał, a Morgan uśmiechnął się z zadowoleniem. To dobrze. Niech zżera go 
zazdrość. Okazuje się, że informacje Bruna są czasami przydatne. 
- A więc ... opowiedzieć ci o tym? - spytał. Lance nie musiał odpowiadać. W jego oczach płonęła  
chęć działania. - No więc, wymyśliłem ... 

Kiedy po godzinie Morgan wyszedł z mieszkania' Prescotta, rozpierało go uczucie zadowolenia. 
Udało mu się zaplanować małą niespodziankę dla Kynastona Germaine z okazji otwarcia nowego 
hotelu, które miało nastąpić w styczniu. Jakim słodkim uczuciem jest zemsta. Nie zapomniał o 
tych   wszystkich   lekarstwach,   które   kiedyś   w   niego   wmuszano,   ani   o   zastrzykach,   ani   o 
rozmowach z wariatami, ani o terapii szokowej. Zemsta będzie naprawdę słodka. 
Kolejką   podziemną   dotarł   do obskurnego hotelu,  w  którym  się  zatrzymał,   wszedł   na  górę  i 
otworzył drzwi małego, brudnego pokoju. Teraz, kiedy już skutecznie usidlił Lance'a Prescotta, z 
przyjemnością wróci do Vermont. Położył się na łóżku i patrzył w zamyśleniu na popękany sufit. 
Teraz   brud   nie   przeszkadzał   mu   już   tak   bardzo,   ale   kiedyś   doprowadzał   go   do   szału.   To 
nowojorskie   slumsy,   nazywane   przez   ojca   "domem",   zmusiły   go   do   wprowadzenia   w   życie 
planu, który dał Kynastonowi broń do ręki i szansę pozbycia się go. 
Zaśmiał si\ gorzko. To był bardzo dobry plan. Vanessie nic by się nie stało. Ale Kyn wpadł w  
panikę. Gdyby nie to, wszystko poszłoby dobrze. Władze zostałyby zmuszone do tego, aby dać 
im lepsze mieszkanie. A gdyby nie, to miał zamiar zwrócić się do prasy. Oni zawsze szukali tego 
typu historii. Można byłoby starać się dostać odszkodowanie od miasta i wrócić do Vermont. 
Ale Kyn poszedł na policję. 
Morgan przez cały czas wierzył, że kiedyś nadejdzie jego czas. Dokona zniszczenia i zdobędzie  
wielkie pieniądze. Już niedługo. Bardzo niedługo. 

Kynaston obserwował stok narciarski przez lornetkę· Ostatni tydzień listopada przyniósł opady 
śniegu   i   Stowe   zapełniło   się   turystami.   Stał   na   szczycie   Spruce   Peak,   z   którego   zjeżdżali 
przeważnie   początkujący   narciarze,   i   obserwował   z   uśmiechem   dziewczynę   w   bordowym 
kombinezonie. Był z niej dumny. Większość ludzi nie przypięłaby nart po wypadku z lawiną. 
Ale ona była wyjątkowo uparta. Ćwiczyła wytrwale, nie korzystając nawet z opieki instruktora. 
Ruszył w jej kierunku. Bryony, wpatrzona w czubki swoich nart, zauważyła go w ostatniej chwili 
i zatrzymała się z wysiłkiem. 
_ Trzeba uważać. Ja ... - Zamilkła, kiedy zdjął gogle i ujrzała tak dobrze jej znane niebieskie 
oczy. 

- Nigdy się nie poddajesz, prawda? - powiedział cicho. 

- Nie, nigdy. Muszę dalej ćwiczyć. - Z tymi słowami wylądowała w śniegu. 
- Nic ci się nie stało? - spytał z uśmiechem Kynaston, pomagając jej się podnieść. 
- Nie, nic - odparła. Nadal ją podtrzymywał, a ich narty się skrzyżowały. Czuła, że bezwiednie 
pochyla się w jego stronę. Złapała go za ramiona, żeby nie upaść. - Chyba nie powinnam jeździć 
na nartach. 
- Nieprawda. Potrzebujesz jedynie instruktora. Chętnie udzielę ci kilku lekcji. Mam na myśli 
lekcje jazdy na nartach - dodał, kiedy obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem. 
- To nie jest konieczne - powiedziała szybko. - Nie przeszkadzaj mi uczyć się na błędach. 

background image

- To jest bardzo bolesna nauka, Bryony. Czy wypadek z lawiną niczego cię nie nauczył? 
Nie odpowiedziała. Przez chwilę stali w milczeniu, po czym Kynaston puścił ją i odsunął się na 
bok.   Nawet   gruby   kombinezon   narciarski   nie   był   w   stanie   ukryć   jej   ponętnych   kształtów; 
Kynaston patrzył na nią pożądliwym wzrokiem. 
- Zastanawiałam się właśnie, czy podjąłeś już decyzję w sprawie farmy Coldstream? Nie mogę  
czekać w nieskończoność - dodała, wbijając kijki w śnieg i ruszając w dół. 

Uśmiechnęła się, kiedy wymamrotał jakieś przekleństwo. 
Doskonale   bawiła   się  w  Stowe.  Jeździła  na  nartach  ubrana  w  modny  bordowy kombinezon. 
Ravenheights, jej stara brązowa sukienka i monotonna codzienna praca należały już do prze-
szłości. Trudno było uwierzyć, że ona i dawna Bryn Whittaker to jedna i ta sama osoba. Kątem  
oka dostrzegła granatową kurtkę. Kynaston Germaine jechał tuż obok niej. 
Tym  razem zatrzymała  się bez wysiłku,  chciała  rzucić  jakiś żart, ale  nie  zdołała wykrztusić 
słowa. Serce podeszło jej do gardła, kiedy stanął tuż przy niej i ujrzała w jego oczach wściekłość 
i pożądanie. 

- O czym myślisz? - spytał cicho, pochylił się i zdjął jejgogle. - Tak jest lepiej. Masz niesamowite 

oczy. Brakuje mi tchu, kiedy w nie patrzę. 
_ Myślałam ... - Przełknęła z trudem ślinę i spróbowała ponownie. - Myślałam, że jeśli ty nie 
wystąpisz z ofertą kupna, będę musiała sprzedać ją komuś innemu. Muszę mieć z niej jakiś zysk 
- dodała. 
Kyn uśmiechnął się złośliwie. Chciała, żeby ją błagał. Może teraz nadszedł właściwy moment, 
aby ją wypróbować. Spojrzał na nią z czarującym uśmiechem. 
_   Och,   sam   nie   wiem,   czy  naprawdę   potrzebuję   tej   farmy   _   powiedział   nonszalancko,   nie 
spuszczając wzroku z Bryn. _ Kupiłem ostatnio kawałek gruntu obok hotelu. Trochę to trwało. 
Właściciel zmarł miesiąc temu, a sprawy spadkowe przeciągały się. Czekałem, aż będę mógł  
podpisać umowę kupna ze spadkobiercą. Załatwiłem to dziś rano. Jak widzisz, nie potrzebuję 
już farmy Coldstream. 

_ Dziękuję za informację - odparła sztywno. Niech to diabli! 
Ale właściwie dlaczego jej o tym wszystkim mówi? Czyżby coś podejrzewał? Nie. Stara się 
jedynie   wykazać   wyższość.   -   W   takim   razie   przyjmę   ofertę   drugiego   kupca.   Oni   ...   on   - 
poprawiła się - jest nią bardzo zainteresowany. Mogę więc jutro zadzwonić do Nowego Jorku, 
tak? 
Kynaston   zamarł   z   przerażenia.   Doskonale   wiedziała,   że   sprzedanie   farmy   konkurencyjnej 
,firmie bardzo mu zaszkodzi. Zmusił się jednak do uśmiechu. Odpowiedziała mu tym samym. 
Jej oczy błyszczały jak oczy tygrysa. Wyglądała jak drapieżny, pełen ukrytej siły kot. Boże, jak  
on jej pragnął. Serce zaczęło mu walić jak szalone, a krew pulsować w żyłach. Dostrzegła ogień  
w jego oczach i kolana się pod nią ugięły. Poczuła nagle wilgoć między udami. Co się z nią  
dzieje? 
Nagle Kyn przysunął się bliżej. Stanął na jej nartach tak, że została unieruchomiona. Chciała się 
cofnać i straciła równowagę. Pochwycił ją w ramiona i zaczął całować. Trzymał ją mocno, jak 
gdyby oczekiwał, że będzie się bronić. Ale Bryony wcale nie chciała się bronić. Od dawna 
pragnęła, aby to zrobił, i bała się, że może to już nigdy nie nastąpić po tym, jak odepchnęła go od 
siebie, wtedy, w jego mieszkaniu. Teraz zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do niego całym 
ciałem. Rozchyliła wargi i jęknęła, kiedy poczuła jego język. Sutki jej nabrzmiały, a całe ciało 
stanęło w ogniu. 
- Kyn ... - wyszeptała, kiedy podniósł głowę. 
- Dosyć tych gierek, Bryony - powiedział na wpół proszącym i na wpół rozkazującym tonem. 
Skinęła potakująco głową. - Tak. Już nigdy więcej. 
- Zjesz dzisiaj ze mną kolację? 
- Tak. - Miała wrażenie, jakby rozbierał ją wzrokiem. O czym on myślał? O czym ona myślała? 
Sama już nie wiedziała. Próbowała się skoncentrować. Zależało jej na tym, by nadal jej pragnął. 

background image

Musiała w jakiś sposób zdobyć dokumenty, które znajdowały się w jego hotelu. I zrobić to na 
tyle szybko, żeby zdążyć przed otwarciem. W tym celu musiała pozyskać jego zaufanie. Tylko o 
to jej chodziło. Ale jej ciało mówiło zupełnie co innego. 
-   Dobrze   -   odezwał   się   Kynaston.   Zauważyła,   że   nie   patrzy  już   na   nią   czule,   a   jego   oczy 
przybrały znów ten lodowaty wyraz. - Przyjadę po ciebie o siódmej. 
- Doskonale. - Patrzyła, jak zjeżdża ze stoku. Zagryzła wargę. Czas upływał. Powinna wreszcie 
coś zrobić. Dziś wieczór... kiedy znajdą się sami. Nie miała żadnego doświadczenia, ale czuła, że 
pociągają się nawzajem. Kynaston Germaine nie był mężczyzną, który daje się zwodzić. Zresztą 
nie będzie jej trudno go usidlić, pomyślała przypominając sobie z dezaprobatą własne reakcje. 
Ale poza uwiedzeniem musi jeszcze zrobić coś konstruktywnego. Musi coś wymyślić. Wolno 
zjechała ze stoku. Oprócz Ventury znajdą się na pewno inni, którzy mogliby jej pomóc. 
Wróciła   do   domu,   przebrała   się   i   poszła   do   biblioteki.   Musi   znaleźć   kogoś,   kto   byłby 
zainteresowany Germaine Corporation. 
I znalazła. Była to organizacja Zielony Vermont. 

Używane subaru wjechało na podjazd. Hadrian wyłączył silnik. Siedząca obok niego Marion 
nerwowo przygryzła wargi. Tego ranka zdobyła się na odwagę i powiedziała ojcu o· Hadrianie. 
Tak jak się tego spodziewała, kazał go przyprowadzć na obiad. Kiedy wysiedli z samochodu, 
zerknęła na ukochanego, chcąc się przekonać, jak zareaguje na widok pałacyku ojca. Zapomniała, 
że pochodzi z kraju, który ma wiele imponujących budowli. 
- Niezły - ocenił. 
W odpowiedzi wyciągnęła ku niemu rękę i roześmiała się serdecznie. Strach zupełnie ją opuścił. 
Nagle drzwi się otworzyły i kamerdyner Jacobs pojawił się na progu. 
- Dobry wieczór, panno Ventura. Dobry wieczór panu. Hadrian wziął Marion za rękę i razem 
weszli do domu. 
- Nie puszczaj mojej ręki, bo mogę się tutaj zgubić - powiedział, kiedy prowadziła go do gabinetu 
ojca. 
Roześmiała  się wesoło. Kiedy jednak stanęli przed dużymi  dębowymi  drzwiami,  zadrżała ze 
strachu. Hadrian ścisnął jej dłoń. 
- Wiem, że to głupie - powiedziała. - Ale czuję, że poniesiemy klęskę. 
- To mi się właśnie w tobie podoba. Twój optymizm. Marion westchnęła głęboko i otworzyła 
drzwi. Hadrian wszedł za nią. 
Carole Ballinger uniosła głowę. Każdy mężczyzna, który towarzyszył Marion, wyglądał zawsze, 
jakby potulnie kroczył jej śladami. Chociaż nadal była Księżniczką, ten mężczyzna nie należał  
do  jej   orszaku.   Leslie   podniósł   się   wolno  z  fotela.   Obaj   mężczyźni   spojrzeli   sobie   w  oczy.  
Marion wstrzymała oddech. 
Z postaci ojca emanowała niezwykła siła. Miał na sobie drogi garnitur, a szpilka od krawata i 
spinki do mankietów musiały kosztować więcej, niż Hadrian zdołałby zarobić w ciągu trzech lat  
ciężkiej pracy. Lesie dobrze o tym wiedział. Hadrian także zdawał sobie z tego sprawę, ale nie 
robiło to na nim wrażenia. 
- Miło mi pana poznać, panie Ventura - powiedział przyjaznym głosem. 
Leslie wyciągnął ku niemu rękę. 
- . Pan Boulton, jak się domyślam. - Rzucił karcące spojrzenie w kierunku Marion, która 
zapomniała przedstawić Hadriana. 
Hadrian miał uczucie, że Leslie Ventura za chwilę zmiażdży mu dłoń. Mógł odwzajemnić się 
równie silnym uściskiem, ale poprzestał na zwykłym geście. Leslie, który przyzwyczajony był do 
tego, że wszyscy zawsze muszą zadzierać głowy, kiedy chcą na niego spojrzeć, zauważył, że  
Hadrian jest od niego o parę centymetrów wyższy. 
Marion znowu wstrzymała oddech. Wydawało jej się, że obaj mężczyźni stoją tak już bardzo 
długo. Wreszcie Leslie puścił rękę Hadriana. 
- To jest pani Ballinger. Carole, Hadrian Boulton. 

background image

Hadrian uśmiechnął się do pięknej kobiety, która do niego podeszła. 
- Miło mi panią poznać, pani Ballinger. 
- Proszę mówić do mnie Carole. 
- Proszę mówić do mnie Hadrian. 
- To niezwykłe imię. 
_ Myślę, że otrzymałem je na cześć cesarza rzymskiego. Tego, który zbudował mur. 
_ Nie dziwi mnie to. - Carole roześmiała się, patrząc na Marion wymownym wzrokiem. 
- Proszę usiąść, panie Boulton - wtrącił Leslie. - Brandy? _ Proszę mówić mi po imieniu. 
Wolałbym piwo, jeśli to nie sprawi kłopotu. 
_ Chyba mamy gdzieś piwo - odparł zdziwiony Leslie. - Zaraz wezwę Jacobsa. 
Marion popatrzyła na ojca, dzwoniącego na kamerdynera, a potem na Hadriana; uniósł brew i 
uśmiechnął się ciepło. Pojawił się Jacobs i po chwili wrócił z piwem. Hadrian, który usiadł już na 
skórzanym fotelu przy kominku, wziął od niego szklankę· 
- Dziękuję - powiedział. 
Przez twarz kamerdynera przemknął wyraz zdziwienia. Kiedy Jacobs wyszedł, Leslie usiadł 
naprzeciwko Hadriana. 
_ Nie trzeba dziękować służącemu, panie Boulton - pouczył go. - Oni tego nie oczekują. 
Hadrian spojrzał na niego. 
- Może i nie - zgodził się. - Ale nauczono mnie mówić "proszę" i "dziękuję", i jest to zwyczaj,  
którego nie chcę zmieniać. 

Leslie poczuł się niezręcznie. Po raz pierwszy od wielu lat jakby popełnił nietakt. 

- Nie mam nic przeciwko dobrym manierom - rzekł wreszcie. - Chciałem tylko zwrócić uwagę na 

obowiązującą w pewnych sytuacjach etykietę. 
-   Dziękuję.   Ale   stosuję   się   do   etykiety   jedynie   wtedy,   kiedy   wydaje   mi   się   to   właściwe   - 
odpowiedział Hadrian z uśmiechem. 
-   Ja   też   -   odparował   Leslie.   -   I   chociaż   etykieta   wymaga,   żebym   zabawiał   pana   uprzejmą  
rozmową, chcę powiedzieć, że martwię się o moją córkę i chciałbym usłyszeć coś na ten temat od 
pana. 
- Tatusiu - wtrąciła szybko Marion. - Nie zaprosiłam Hadriana po to, żebyś brał go na 
przesłuchanie. 
- Dziwię się, że tego nie przewidziałaś, córko - powiedział surowo Leslie. 
Marion   westchnęła.   Żeby  Hadrian   nie   był   tak   niezłomny   i   poszedł   z   ojcem   na   kompromis. 
Żeby ... Żeby co? - pomyślała. Zgadzał się z każdym jego słowem tak, jak wszyscy inni? Nie! 
Była zadowolona, że Hadrian nie poddaje się ojcu. Spojrzała na niego z dumą. Spostrzegł jej 
wzrok i puścił do niej oko. Carole uśmiechnęła się, a Leslie poczerwieniał ze złości. 

- A więc, panie Boulton ... 
- Hadrian, jeśli łaska. 

- Hadrian. - Leslie zacisnął zęby. Ten Anglik patrzył na niego tak spokojnie, że zapomniał, co 

miał do powiedzenia. Był przyzwyczajony do tego, że wszędzie jest najważniejszy. Teraz spotkał 

godnego siebie przeciwnika, choć był to zwykły księgowy. - Więc... Hadrianie, jak ci się podoba 

praca u mnie? 
Arogancja tego pytania zdziwiła Carole. Oczywiście doskonale wiedziała, dlaczego Leslie tak się 
zachowuje.   Nie   był   przyzwyczajony   do   rozmowy   z   ludźmi,   którzy   doskonale   władają   jego 
własną bronią. Marion pobladła ze złości. Obie z Carole spojrzały na Hadriana; na jego twarzy 
widniał szczery uśmiech. 
_ Uważam swoją pracę za bardzo interesującą. Daje mi ona wiele zadowolenia, panie Ventura. - 
W jego głosie nie słychać było śladu gniewu. - Wydaje mi się, że dobrze się spisuję, ponieważ 
dzisiaj zostałem przeniesiony na wyższe stanowisko. 

Leslie uśmiechnął się ponuro. 
_ Powiedzino mi o tym. - Sam nie wiedział, czy ma go to cieszyć, czy złościć, że chłopak jego 
córki robi wielką karierę w dziale rachunkowości. 

_ Tak przypuszczałem - odparł Hadrian. 

background image

Leslie milczał. To był jeden z jego ulubionych trików. Jego przeciwnicy zazwyczaj nie 

wytrzymywali przedłużającej się ciszy. Wiedział jednak, że z tym mężczyzną mu się to nie uda. 

Marion czuła się coraz bardziej nieswojo. Chciała coś zrobić, ale nie wiedziała, jak ma się do 

tego zabrać. 

_ Zdziwiła mnie twoja decyzja przyjazdu do Ameryki _ przemówił wreszcie Leslie. - Bardzo 

dobrze powodziło ci się y orku. Miałeś przystąpić do spółki w starej i szanowanej firmie. Miałeś 

również niezłe mieszkanie, ale nie miałeś dziewczyny. Dlaczego? 

_ Wysłałeś swoich cholernych detektywów na przeszpiegi, tak? - syknęła gniewnie Marion. 
_ Oczywiście - warknął Leslie. - Jesteś moją jedyną córką i jeżeli zawiadamiasz mnie o tym, że 
spotykasz   się   z   jakimś   nie   znanym   nikomu   cudzoziemcem,   to   czego   możesz   się   po   mnie 
spodziewać? 

_ Spodziewałam się, że będziesz szczęśliwy, skoro ja jestem szczęśliwa, tatusiu - powiedziała 

łamiącym się głosem. 

_ Oczywiście, że byłbym szczęśliwy. Gdybym miał pewność, że zadajesz się ... 
_ Że zadaję się z odpowiednim człowiekiem, tak? - weszła mu w słowo. - Powiedz mi, tatusiu,  
kto jest, według oiebie, odpowiednim człowiekiem? 

_ Po pierwsze Amerykanin - odburknął Leslie.  

- Wydawało mi się, że jest pan Włochem, panie Ventura - odezwał się Hadrian. 

- Tak. A raczej mój ojciec był Włochem. Ja urodziłem się w Nowym Jorku. 

- Aha. Rozumiem. 

- Nie mam żadnych uprzedzeń w stosunku do Anglików, panie Boulton - oświadczył Leslie, 

któremu nie podobało się, że znalazł się w defensywie. 
- Ale nie chciałby pan, żeby Marion wyszła za mąż za Anglika? 

- Nie. Nie chciałbym - odparł sucho Leslie. 

- Wydaje mi się, że decyzja należy do niej. - Hadrian z trudem hamował gniew. Wiedział, że 

rozmowa z Venturą będzie ciężka, ale miał nadzieję, że zdoła mu przemówić do rozsądku. Teraz 

nie był już tego pewien. 

Leslie odetchnął głęboko. 
- Oczywiście, że to zależy od niej - przyznał, a Marion wydała westchnienie ulgi. - Ale ode mnie 
zależy, ile dam jej pieniędzy i jaką pracę pozwolę jej wykonywać. 
Więc to tak, pomyślał Hadrian. Leslie Ventura traktuje go jak łowcę posagu. 

- A co to ma do rzeczy? - spytała Marion. 
Hadrian spojrzał na nią zdziwiony. Czyżby nie rozumiała, co chciał powiedzieć jej ojciec? Nagle 
zdał sobie sprawę, że tej dziewczynie nie przeszło nawet przez myśl, że mogłoby mu zależeć na  
jej pieniądzach. 
- Miałbym ochotę zacałować cię teraz na śmierć - powiedział miękko. 
- Naprawdę? - Spojrzała na niego rozpalonym wzrokiem. Leslie odchrząknął gniewnie. On miał 
ochotę udusić tego Anglika, który ośmielił się prowadzić tak intymne rozmowy w jego 
obecności. 
- Ciekaw jestem, jak długo tu jeszcze zostaniesz, jeśli ona nie będzie po mnie dziedziczyć? -  
spytał lodowatym tonem. 

- Niedługo - odparł Hadrian. 

Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem. 

- Nie zostaniesz? - spytała Marion niepewnym głosem. 

- Oczywiście, że nie - powiedział Hadrian. - Jeśli nie zostaniesz spadkobierczynią ojca, to 

będziesz chciała mieć coś własnego. Wątpię, czy udałoby się nam dojść do tego w Nowym Jorku. 

Przynajmniej nie ... - zerknął na Lesliego - w tej sytuacji. Ale moglibyśmy spróbować gdzieś 

indziej. Na przykład w Yorku. Albo na Zachodnim Wybrzeżu, jeśli chciałabyś pozostać w 

Ameryce. 

Oczy  Marion  zapłonęły  radością.   Hadrian  powiedział   tak  niewiele,   a   jednocześnie   tak  dużo. 
Przede wszystkim uznał jej prawo do samodzielności. Powiedział również "my". Nie chciał, aby 
zrywała z rodziną i swoim ojczystym krajem, chociaż zrobiłaby to dla niego. 
- To brzmi bardzo pięknie, ale wątpię, czy tak by istotnie było - powiedział Leslie. 

background image

Hadrian westchnął głęboko. 
- Nie chcę, żebyśmy byli wrogami, panie Ventura. Ze względu na Marion. 

- Chciał pan powiedzieć, że ze ,względu na siebie samego - poprawił go Leslie. 

- Nie - odparł cicho Hadrian. - Pan nie ma nic, na czym mogłoby mi zależeć. 

Leslie roześmiał się z niedowierzaniem. 
- Nie? Ja mam miliony dolarów. Setki milionów. Tysiące milionów. I pan nic z tego nie chce? 

Hadrian uśmiechnął się. 
- Można mieszkać tylko w jednym domu, panie Ventura, Mieć na sobie tylko jeden garnitur. Jeść 
jeden posiłek dziennie. To wszystko mogę zapewnić sobie i Marion. Marion może również sama 
zapewnić sobie to wszystko. Jest zdolna, utalentowana i silna. Naprawdę nie potrzebujemy pana 
tysięcy milionów dolarów, panie Ventura. 
Mówił spokojnie, nie podnosząc głosu, a Carole i Marion 
słuchały go zafascynowane. Marion przełknęła łzy szczęścia. O Boże, jak ona go kochała. 
- Czy pan myśli, że ja w to uwierzę? - spytał Leslie. Na twarzy wystąpiły mu czerwone plamy, 
jak zwykle, kiedy wpadał w furię. Nie wiedział, co ma teraz robić. 
- Nie - odpowiedział Hadrian. - Nie przypuszczam, że pan mi uwierzy, i żałuję tego. 
- Niech pan żałuje samego siebie, Boulton! - warknął Leslie. - Niech pan również zachowa trochę 
żalu dla mojej córki, ponieważ przez pańskie intrygi i chciwość jestem zmuszony pozbawić ją 
stanowiska   specjalnej   asystentki.   -   Natychmiast   po   wypowiedzeniu   tych   słów   poczuł   wstyd. 
Oskarżał o to Hadriana Boultona, chociaż już wcześniej zdecydował przenieść Marion na inne 
stanowisko. Uczucie wstydu wzmogło jeszcze jego furię. - Niech się pan wynosi z mojego domu!  
- krzyknął zrywając się z fotela. 
Marion również się podniosła. 
- Tatusiu! Jeśli Hadrian wyjdzie z tego domu, to ja też wyjdę. I żadne z nas już tu nigdy nie 
wróci. 
Carole otworzyła usta, ale nie odezwała się słowem. 
- Jeśli to zrobisz, to możesz pożegnać się również z firmą. - Były to pierwsze słowa, jakie 
przyszły mu na myśl. Nie mógł uwierzyć, że własna córka mogłaby wybrać jakiegoś Anglika. - 
Chciałem, żebyś stanęła na czele wydziału public relations ... 
- Możesz się wypchać z tym swoim wydziałem! - krzyknęła Marion. 
- Szałwią i cebulą, czy pieprzem? - zapytał Hadrian, a Carole, której nerwy nie wytrzymały,  
zaśmiała się histerycznie. 
Marion chciało się płakać i śmiać jednocześnie. Nie miała ochoty wychodzić w ten sposób. To  
wszystko było takie ... niepotrzebne. 
- Tatusiu - powiedziała proszącym tonem, ale Leslie miał już dosyć. 
Ten Anglik się z niego wyśmiewał. Miał ochotę go zabić. Odwrócił się do nich plecami i oparł 
dłonie na obramowaniu kominka. 

Hadrian zrozumiał, że poniósł porażkę. Źle się do tego 
zabrał. Ale czy miał inne wyjście? Miał pozwolić, żeby Leslie Ventura podeptał go jak jakiegoś 
śmiecia? Jakie życie mogli,by wtedy prowadzić z Marion? Ale co ona teraz czuła? Wiedział, że 
kocha ojca. Dostrzegła w jego wzroku gorycz porażki, podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na 
szyję· 

_ Kocham cię - szepnęła. - Chodźmy stąd. 
Skinął głową. Spojrzał na Carole, która patrzyła na nich smutnym wzrokiem, i odwrócił się z 
westchnieniem. Objął Marion i wyprowadził z pokoju. 

Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Leslie obrócił się do Carole. 
- Poszli? 

_ Tak - odparła Carole. - Poszli. 

_ To dobrze. Nie życzę sobie, żeby w tym domu wymawiano jej imię· 

Carole obróciła się do niego. 

_ Jesteś głupcem - rzuciła. - Straciłeś syna, a teraz tracisz również córkę. Nie przypuszczasz 

chyba, że ona tu wróci? 

background image

Popatrzył na nią zdumiony. Po raz pierwszy Carole zwracała się do niego w ten sposób. 

_ Nie miałem wyboru - mruknął. - Widziałaś, jak on się zachowywał. 

_ Tak _ powiedziała. - Widziałam. On jest silny. Zbyt silny, aby się tobie poddać. Jest również 

inteligentny. Zbyt inteligentny na to, aby pozwolić sobą manipulować. To cię właśnie rozzłościło. 

Nie zauważyłeś jednak, jak bardzo Hadrian Boulton kocha twoją córkę. I jak bardzo ona jest w 

nim zakochana. Dlatego nigdy więcej jej nie zobaczysz, chyba że sam zrobisz coś w tym 

kierunku. I to szybko. - Z tymi słowami opuściła pokój. 

Leslie patrzył na zamknięte drzwi, oczekując, że za chwilę  się otworzą i stanie w nich Marion. 
Albo Carole. A może nawet ten Anglik. Ale nic takiego się nie stało. Nagle ten wielki dom wydał 
mu się bardzo pusty. 

Kiedy weszli do apartamentu, Marion zrzuciła buty 1 ze spuszczoną głową usiadła w fotelu. 
Hadrian spojrzał na nią z uśmiechem. 
- Rozmowa z ojcem bardzo cię wyczerpała. 
- Nie chcę o tym mówić. On już na zawsze zniknął z naszego życia. 
- Nie - rzekł łagodnie. - Minie jakiś czas, ale on wróci. - Dostrzegł wyraz ulgi na jej twarzy. - 
Zabierajmy się do pracy - powiedział. - Jaki mamy kapitał? 
Przez następną godzinę robili obliczenia. Okazało się, że dysponują całkiem pokaźną sumą. Sama  
biżuteria Marion warta była przeszło milion dolarów. 
-   Widzę,   że   mamy   sporo   pieniędzy,   a   ja   mogę   zająć   się   rachunkowością.   -   Pozostaje   tylko 
pytanie, w co zainwestujemy? 
Marion westchnęła. 
- Nie wiem. Bardzo się tego wszystkiego boję. Co będzie, jeśli nie damy sobie rady? 
- Pójdziemy na zasiłek - odparł spokojnie. - Pomyśl trochę, nad czym ostatnio pracowałaś? Na 
czym najlepiej się znasz, żebyśmy mogli to wykorzystać? 
- Hotele w miejscowościach wypoczynkowych - powiedziała triumfalnie. - Już wiem! Kupimy 
farmę w Stowe. Oczywiście, będziemy ją musieli wyremontować do naszych potrzeb. Potem 
kupimy grunty w innych miejscowościach, na przykład w Europie. 
Oczy jej błyszczały radośnie. Nie zauważyła zmiany w wyrazie twarzy Hadriana. Wzięła do ręki 
dokumenty dotyczące farmy Coldstream. 
- Muszę teraz nad tym popracować - dodała. Zaczęła przeglądać papiery i robić notatki, nie 
zwracając uwagi na nazwisko nowej właścicielki farmy figurujące w dokumentach. 
Hadrian wrócił do swojego mieszkania. A więc stało się, pomyślał. Nadszedł moment, którego 
przez cały czas tak bardzo się obawiał. Musiał wybrać pomiędzy Marion a kuzynką. Udało mu  
się zdobyć adres Bryony w Stowe. Ale ona chciała sprzedać farmę Lesliemu Venturuze, aby jej 
plan się powiódł. Czy może teraz zadzwonić do niej z prośbą, żeby sprzedała farmę  jemu i  
Marion? Jeśli tego nie zrobi, co stanie się z nimi i z ich wspólnym życiem? Oni również bardzo 
potrzebowali tej farmy ... 
Długo wpatrywał się w aparat telefoniczny, zanim zdecydował się podnieść słuchawkę· 

Bryony otworzyła drzwi i zapalila światło. 

- To jest właśnie mój tymczasowy dom. 
Kynaston rozejrzał się. Na półkach nie stały żadne fotografie, a na ścianach nie było ozdób. 
- Chcesz kawy, czekolady, czy cośmocniejszego? - spytała, zdejmując płaszcz. Spojrzał na nią.  
Głęboko wycięta złocista suknia odsłaniała jej nagie ramiona, a włosy jedwabistą falą opadły na 
plecy.   Pociągnięte   jasnoczerwoną   szminką   usta   aż   prosiły   się   o   pocałunek.   A   te   niezwykłe 
oczy ... Nagle zdał sobie sprawę, że Bryony patrzy na niego zdziwiona, czekając na odpowiedź. 

- Napiję się kawy, jeśli to nie sprawi ci kłopotu. 

- Jeśli to dla ciebie, to na pewno nie sprawi mi kłopotu - powiedziała i poszła do kuchni. 
Uśmiechnął się ironicznie. Bryony flirtowała z nim przez cały wieczór. Gładziła go po ręce w 
restauracji.   Patrzyła   wymownie   w   oczy.   Jako   uwodzicielka   była   beznadziejna,   ale   on  chcial 
zostać uwiedziony. Zaklął pod nosem. Ponownie rozejrzał się po pokoju, ale nie znalazł żadnego 

background image

klucza do osobowości prawdziwej Bryony Rose Whittaker. Mimo to czuł, że zna ją jak własną  
duszę· 
- Mleko i jeden kawałek cukru, prawda? Obrócił się i wziął kubek. 
- Pyszna. - Patrzył jej wymownie w oczy. Jeśli chce odgrywać rolę uwodzicielki, to jej w tym 

pomoże. 
Zbliżyła się do niego z rozchylonymi wargami ... I w tym momencie zadzwonił telefon. 
Drgnęła nerwowo. 
- Muszę odebrać - powiedziała przepraszającym tonem, sądząc, że telefonują do niej z Zielonego 

Vermont. 
- Halo? Bryony Rose? 

Natychmiast rozpoznała ten głos.. Twarz jej się rozpromieniła. Kynaston, który zamierzał się 

odwrócić i nie przeszkadzać w rozmowie, dostrzegł jej radość i nagle zaczął się w nią wpatrywać. 

- Hadrian! - wykrzyknęła. - Jak mnie odnalazłeś? 

- Nietrudno było się domyślić, gdzie jesteś - usłyszała łagodny głos i zaczerwieniła się ze wstydu. 
- Wiem. Przepraszam, że wyjechałam bez pożegnania, ale zostawiłam ci list, który powinien cię 

uspokoić. 
- Nie uspokoił. Od razu poleciałem do Nowego Jorku. Jutro wybieram się do Stowe. 
- To wspaniale. Powiedz mi, o której przyjeżdżasz, to wyjdę po ciebie na stację. Tęskniłam za 

tobą - powiedziała czule. 

- Ja też za tobą tęskniłem. Ale jest jeszcze coś ... Bryony ... Ktoś ze mną przyjedzie. Ktoś ... kto, 

mam nadzieję, zgodzi się mnie poślubić, kiedy zdobędę się na odwagę, żeby jej to zaproponować. 
- Poślubić ciebie?! - wykrzyknęła zdumiona Bryony i opadła na najbliższe krzesło. 
Kynaston zesztywniał. 
- Tak. Ja ją kocham, Bryony Rose - mówił Hadrian, głosem pełnym napięcia. 
Zmarszczyła brwi. Wyczuła, że Hadrian czymś się martwi. 
- Jest jeszcze jedna sprawa - ciągnął. - Chciałem z tobą o tym porozmawiać, kiedy się spotkamy, 
ale mam pewien problem i nie mogę tracić czasu - mówił dalej coraz bardziej nerwowym tonem. 
- Powiedz mi, czy Leslie Ventura złożył ci już ofertę kupna farmy? 
- Skąd wiesz? - spytała zdziwiona. - Tak, złożył. Bardzo na to liczę. Miałam zaczekać ... - I  
zemścić się na Kynastonie Germaine, chciała dodać, ale w porę zdała sobie sprawę, że Kyn stoi 
tuż za nią. Spojrzała na niego. Zmroził ją morderczy wyraz jego oczu. Odwróciła głowę. 
- To dobrze - powiedział szybko Hadrian. - Bryony, chciałbym, żebyś się powstrzymała i nie 
sprzedawała farmy aż do mojego przyjazdu. Przyjadę do Stowe z Marion. Z Marion Ventura - 
dodał. Z brzmienia jego głosu zorientowała się, że to właśnie ona jest kobietą, którą kocha. 
- Och, Hadrianie - powiedziała, a w głosie jej brzmiało przerażenie. 
- Wiem - odpowiedział. - Bryony, wszystko ci wytłumaczę. Ta sprawa jest trudna i 
skomplikowana, a ja ... potrzebuję twojej pomocy. Wiem, że to nie jest w porządku. Powinienem 
ci pomagać. Po to właśnie przyjechałem do Ameryki. Dlatego przyjąłem pracę u Ventury, ale 
sprawy wymknęły się spod kontroli. Czy możesz to zrozumieć? 
Bryony spojrzała na Kynastona, który udawał, że wygląda przez okno. Patrzyła na jego piękny 

profil i zalała ją fala podniecenia. 
- Tak. Bardzo dobrze to rozumiem. 

Usłyszała, jak Hadrian odetchnął z ulgą. 
- Zaczekasz z decyzją do naszego przyjazdu? 
- Oczywiście - powiedziała miękko. 
- Kocham cię, Bryn. 
- Ja też cię kocham - szepnęła, ale nie dość cicho, żeby Kynaston jej nie usłyszał. - Do jutra. - 

Odłożyła słuchawkę. 
Kynaston patrzył przed siebie. Myśl, że inny mężczyzna mógłby się z nią kochać, wyzwalała w 
nim mordercze instynkty. Słyszał jej głos, mówiący "kocham cię". Powoli wstał z krzesła, w tym  

background image

momencie klucze wypadły mu z kieszeni. 
- Wypadły ci ... - zaczęła Bryony. 
- Z kim rozmawiałaś? - przerwał jej gwałtownie. Wyczuła w jego głosie wściekłość. On jest 

zazdrosny, pomyślała z radością. 
Wzruszyła ramionami. 
- Z kimś, kogo znam jeszcze z Anglii. 
- Czy to twój kochanek? - spytał. 
- To nie twoja sprawa! 
Uśmiechnął się szyderczo. 
- Nie moja sprawa? Myślałem, że jednak moja. Ale jeśli tak mówisz, to znaczy, że źle oceniłem 
sytuację. W takim razie dobranoc. A raczej żegnaj - dodał chł9dno. Obrócił się i ruszył do drzwi. 
- Zaczekaj! - Bryony podbiegła do niego. 
Zatrzymał się. Nie przypuszczał, że zdecyduje się na to. 
- Mógłbym cię za to zabić - rzucił ze złością, po czym odwrócił się gwałtownie i porwał ją w 
ramiona. Zanim zdążyła odetchnąć, jego usta znalazły się na jej wargach. Pocałunek był zaborczy 
i namiętny. Przez ciało Bryony przebiegł gwahowny dreszcz. Jęknęła cicho. Po chwili Kynaston 
uniósł głowę. - Czy był twoim kochankiem, Bryony Rose? 
Potrząsnęła głową. W tej chwili nie chciała go zranić.
 - Nie, nie. 
Uwierzył jej. Nie potrafił powiedzieć dlaczego, ale wiedział, że mówi prawdę. Objął ją ponownie 

i przywarł do jej ust. Jedną ręką przyciągnął ją do siebie, a drugą dotknął jej piersi. Bryony 

zapomniała o Hadrianie, zapomniała o nienawiści, zapomniała o zemście. Liczyły się jedynie 

jego usta i ręce pieszczące jej ciało. 
Wreszcie wypuścił ją z objęć. Ogarnęło go uczucie ulgi, które po chwili ustąpiło pod wpływem 
nagłej myśli. Przecież on ją kocha. Całym sercem, gorąco. A ona chętnie wydarłaby mu je z 
piersi. Cofnął się parę kroków i zmrużył  oczy.  Musi to sobie przemyśleć, musi opuścić ten 
przeklęty krąg. 
- Dobranoc, Bryone Rose. Zobaczymy się jutro. 
Spojrzała smutnym wzrokiem na zamykające się za nim drzwi. Po chwili zauważyła drobny 
przedmiot leżący na krześle. Zapomniał o kluczach. Wbrew temu, co teraz czuła, zdjęła z kółka 
klucz z napisem "hotel" po czym otworzyła drzwi i wybiegła za Kynastonem na korytarz. 
Wziął od niej klucze. 
- Dziękuję. Wracaj do mieszkania. Jest bardzo zimno - dodał obojętnym tonem. 
Skinęła   głową   i   wróciła   do   siebie.   Wzięła   do   ręki   klucz   i   obracała   go   powoli   w   palcach. 
Przeszuka jego biuro. Znajdzie jakieś dokumenty, których będzie mogła użyć przeciwko niemu. 
Zielony Vermont chętnie jej w tym pomoże. Wykazali ogromne zainteresowanie jej propozycją. 
Na początek wystarczyłoby,  żeby znalazła dowód na to, że działania Germaine Corporation 
przynoszą   szkodę  naturalnemu  środowisku.  Przytknęła   zimny  klucz  do  warg,  których  przed 
chwilą dotykały jego usta. Łzy spływały jej po policzkach. 

Vanessa Germaine wysiadła z pociągu i postawiła walizkę na peronie. Była ładną dziewczyną o 
długich jasnych włosach i niebieskich oczach. Niedawno skończyła dwadzieścia lat. 
- Chyba pani zmarzła, Fraulein. Może gdzieś panią podwieźć? - usłyszała głos z niemieckim 
akcentem. . 
Obejrzała się nerwowo. Z okna samochodu wychylał się najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego 
kiedykolwiek widziała.  
- Nie, dziękuję - powiedziała ostrożnie. Uśmiechnął się lekko. 
_ Rozumiem. Może spotkamy się w lepszych okolicznościach, Fraulein. - Lustrował ją od stóp do 
głów. - Jestem instruktorem narciarskim. Mam na imię Klaus. Wszyscy mnie tu znają. - 
Pomachał jej ręką i odjechał. 
Vanessa również mu pomachała. Wyglądało na to, że spędzi wspaniałe ferie Bożego 

background image

Narodzenia. 

Pierwszego grudnia o wpół do siódmej  rano Bryony otworzyła  drzwi do biura Kynastona  i 
rozpoczęła   poszukiwania.   Podeszła   do   stojącej   najbliżej   szafy,   ale   okazała   się   zamknięta. 
Westchnęła i podeszła do biurka, szukając klucza. 
- Gdzie on, u diabła, jest? 
- Gdzie co jest? 
Drgnęła na dźwięk szyderczego głosu. W pokoju rozbłysły wszystkie światła, a Bryony cofnęła 
się instynktownie pod ścianę· _ Co robisz tu tak wcześnie? - zdołała wykrztusić, kiedy Kynaston 
zamykał drzwi. - Skąd wiedziałeś, że tu będę? - zapytała drżącym głosem. 
Uśmiechnął się lekko. 
_ Kiedy oddałaś mi wszystkie klucze oprócz jednego, mogłem się tego domyślić. 
Bryony ogarnęła panika. 
_ Pewnie zastanawiasz się, co tutaj robię? - Desperacko usiłowała ratować sytuację. Musi znaleźć 
jakąś wymówkę. 
Ale Kynaston ponownie ją zaskoczył. 
_   Doskonale   w.iem,   co   tutaj   robisz.   Szukasz   czegoś,   co   by   mnie   mogło   skompromitować. 
Czegoś, co by mnie obciążało. Żeby dać temat prasie. 
Otworzyła usta ze zdziwienia. - Skąd wiesz? 
Kynaston uśmiechnął się. 
_ Och, Bryony Rose. Powinienem raczej powiedzieć Bryn Whittaker. .. - Urwał i spojrzał na nią. 
Jej twarz zrobiła się kredowobiała. - Tak, wiem, kim jesteś. 
- Od kiedy? - wyszeptała. 
- Od chwili, kiedy zobaczyłem twoje oczy - powiedział rzeczowym tonem. Chociaż nie 
wydawało się to możliwe, jej twarz jeszcze bardziej zbladła. 
- To znaczy, od samego początku? 

Skinął głową. 

- Więc przez cały ten czas ... - Głos jej zamarł. 
- Tak, wiem, że obarczasz mnie winą za utratę Ravenheights - powiedział łagodnym tonem, 
podchodząc do niej. - Ale gdybyś zobaczyła, co tam zrobiłem ... 
- Tu nie chodzi tylko o Ravenheights - powiedziała szybko, chociaż całym sercem chciała mu  
uwierzyć. - Mój ojciec ... - zaczęła, usiłując przywołać dawną nienawiść. 
Kynaston podniósł rękę. 
- Wiem o twoim ojcu. - Podał jej teczkę, którą ze sobą przyniósł. 
Popatrzyła na nią z przerażeniem. - Co to jest? 
- Przeczytaj. A może się boisz? - spytał łagodnie. 
Otworzyła teczkę. Znalazła w niej wszystko. O powolnym upadku farmy,  który nie miał nic 
wspólnego z Germaine Corporation, o ciężkiej, trwającej całe lata chorobie ojca, z której nie  
zdawała sobie sprawy. Łzy spływały jej po policzkach. Bez słowa zamknęła teczkę. Poczuła, że 
Kyńaston obejmuje ją, i ukryła twarz na jego piersi. 
- Nigdy mi o tym nie mówił - wyjąkała. - Gdybym wiedziała, to zmusiłabym go do opuszczenia  
Ravenheights. - Załkała. 
- Wiem o tym - mruknął, dotykając wargami jej skroni. 

- To nie była twoja wina. Uwierz mi. Ale musiałem ci to 
udowodnić. Chciałem, żebyś spojrzała prawdzie w oczy. Kocham cię, Bryony Rose Whittaker - 
dodał, patrząc w jej przepełnione bólem oczy. 
- Ale Katy - zaczęła i urwała. Tak, Katy. Utrata Ravenheights i śmierć ojca nie były przez niego 
zawinione. Ale Katy ... Katy potrzebowała domu rodzinnego, a ten człowiek go jej odebrał.  
Teraz Katy nie żyje ... 
Kynaston westchnął i mocniej ją przytulił. Tak dobrze było ją trzymać w objęciach i nie martwić  

background image

się o jej zamiary. Poprzedniego wi~czoru doszedł do wniosku, że miłość jest rzeczą tak rzadką, 
że bez względu na komplikacje trzeba dać jej szansę. Chciał również uratować Bryony przed 
zżerającą ją nienawiścią· 
Bryony otarła łzy i spytała. 
- Kochasz mnie? Naprawdę? Skinął głową z uśmiechem. 
- Tak, naprawdę. 
Zamknęła oczy. Była zbyt zmęczona, aby móc myśleć o czymkolwiek. On ją kochał. Ale jakie to 
miało znaczenie? Nie mogła na to pozwolić. Musiała pamiętać o obietnicy danej Katy. Ale on ją 
kochał! 
_ Wszystko I będzie dobrze, Bryony Rose - powiedział miękko. - Obiecuję ci to. 
Skinęła głową. Wierzyła w jego obietnicę, ponieważ sama zawsze ich dotrzymywała, bez 
względu na koszty. 

Lance podniósł słuchawkę i powoli wystukał numer do apartamentu Marion. Pot spływał mu po 
twarzy. Usłyszał sygnał i z trudem przełknął ślinę. Paraliżował go strach, a jednocześnie 
odczuwał dziwne podniecenie. W tej właśnie chwili Morgan i reszta ekipy znajdowali się w 
biurowcu Ventury. Spojrzał na zegarek. Było wpół do dwunastej. Telefon dzwonił po raz 
czwarty. Marion nie podnosiła słuchawki. Co będzie, jeśli nie ma jej w domu?  

- Halo? 

- Cześć, Marion. To ja, Lance. 

W słuchawce zapanowała długa cisza. 
- Czego chcesz, Lance? - odezwał się po chwili głos Marion. Wyczuł w jej głosie 
zniecierpliwienie. 
- Mogłabyś być dla mnie milsza, kochanie - powiedział pieszczotliwym toąem. - Zwłaszcza że 
dzwonię, by wyświadczyć ci przysługę. 
Po drugiej stronie Marion uśmiechnęła się ponuro. Tylko tego jej brakowało. Jutro wyjeżdża z  
Hadrianem do Stowe. Im szybciej ojciec zorientuje się, że mówiła poważnie, tym lepiej. Czekało 
ją jeszcze dużo pracy. A teraz jeszcze ten Lance. 
- Dzień, w którym oddasz mi przysługę, Lance, uczczę tańcząc nago na przyjęciu u burmistrza 
Nowego Jorku. 
Roześmiał się głośno. Suka! Popamięta go. Musi jednak spełnić swoje zadanie. 
- Daj spokój, Marion - powiedział czule. - Czy nie możemy zapomnieć o przeszłości? Nie ma  
sensu, żebyśmy byli wrogami. Dzisiaj usłyszl'clem plotki o kartelu, który chce przejąć udziały 
Ventury w ... 
- Powiedz to mojemu ojcu, Lance - przerwała mu Marion. - Ja już nie pracuję dla Ventury. 
Odesłałam swoją przepustkę. 
- Co zrobiłaś? - wydyszał Lance. Zbladł, a pot zaczął ściekać mu po twarzy. Ona musi iść do 
biura! Przecież tam czeka na nią Morgan. 
- W każdym razie dziękuję za informację - odezwała się Marion. Jeśli Lance chciał zapomnieć o  
dawnych urazach, to ona też nie będzie chowała do niego żalu. - Jestem pewna, że ojciec będzie 
ci wdzięczny za tę wiadomość. Muszę już kończyć. Jutro wyjeżdżam z Nowego Jorku i muszę się 
zacząć pakować. 
- Zaczekaj! - krzyknął, ale odłożyła już słuchawkę. Z trudem się opanował. Morgan na pewno nie 
zrezygnuje. Trzeba zaczekać do następnej okazji. 

Zadzwonił telefon. 
Bryony podbiegła, żeby go odebrać. - Słucham? 
- Cześć, Bryony Rose. 
Krew zaczęła jej szybciej krążyć w żyłach.

.- Cześć, Kyn. 
- Czy ... wszystko w porządku? - spytał. 

background image

Kiedy usłyszała wahanie w jego głosie, do oczu napłynęły jej łzy. Opadła na krzesło. Przez całą  
noc odtwarzała w myśli to, co zdarzyło się poprzedniego dnia. Czy on naprawdę ją kochał, czy 
była to tylko gra? Mógł się jej bardzo łatwo pozbyć, ale zamiast tego powiedział "kocham cię".  
Były to słowa, których nigdy nie spodziewała się usłyszeć. Ale co z tego? Przecież to przez niego 
utraciła Katy. Kartka papieru z jej ostatnimi słowami wryła jej się w pamięć. I obietnica, którą  
złożyła na grobie siostry ... 
- Bryony? - odezwał się z niepokojem Kyn. 
- Tak. Wszystko w porządku. Tylko ... nie spałam dobrze tej nocy. 
To przynajmniej było prawdą. Kiedy rozważała wszystkie za i przeciw, doszła do wniosku, że  
Kynaston naprawdę ją kocha. Nie wiedziała dlaczego, ale tak było. Oznaczało to, że mogła go 
teraz zniszczyć, i pomścić Katy. Czemu więc była tak okropnie nieszczęśliwa? 
-   Rozumiem   -   powiedział   łagodnym   tonem.   -   Ja   też   źle   spałem.   Chciałem   spytać,   czy 
moglibyśmy zjeść dziś kolację. Moja siostra bardzo chce cię poznać. 
Prawda, przyjechała Vanessa. On naprawdę chce, żeby poznała jego rodzinę. To znaczy,  że 
rzeczywiście ją kocha. Serce podeszło jej do gardła. 
- Dobrze, zobaczymy się wieczorem - wydusiła z trudem. 
- Przyjadę po ciebie o siódmej, kochanie. - Jeśli poczuł się dotknięty jej brakiem entuzjazmu, to 

nie okazał tego. 
Bryony odłożyła słuchawkę i podeszła do okna. 

Zauważyła  taksówkę,  która  zatrzymała   się  kilka  domów  dalej.  Podskoczyła   z radości,  kiedy 
dostrzegła Hadriana i drobną, elegancką kobietę, która wskazywała ręką na nowoczesne bloki 
mieszkalne. 
- Czy tutaj się zatrzymamy? - spytała Marion, ale Hadrian potrząsnął przecząco głową. - Jeszcze 
nie wiem. 
Spojrzała na. niego ze zdziwieniem, ale on pochylił się, by podnieść walizki z chodnika i nie  
zauważył   jej  spojrzenia.  Bryony  spostrzegła,   że   kobieta  towarzysząca  Hadrianowi  wzruszyła 
ramionami i poszła za nim. Marion Ventura. Bryony westchnęła, modląc się w duchu, żeby ich  
spotkanie nie zakończyło się katastrofą, i poszła otworzyć drzwi. 
- Bryn! - krzyknął Hadrian. Chwycił ją w ramiona i uniósł. - Jak się cieszę, że cię widzę. 
Wyglądasz ... wspaniale! - Dostrzegł zmianę w jej wyglądzie - nową fryzurę i dyskretny makijaż. 
Twarz Bryony rozjaśniła się. Spotkanie z Hadrianem przypominało jej dom i Ravenheights. 
- Tak się cieszę, że cię widzę - powiedziała, całując go serdecznie. 
Marion patrzyła na nich w milczeniu. Ta piękna kobieta o wspaniałej figurze całowała właśnie jej 
mężczyznę. Nigdy nie widziała tak pięknych włosów, a fakt, że były naturalne, tym bardziej ją 
rozzłościł. Miała ochotę wydrapać tej kobiecie oczy. Podeszła bliżej. Najpierw policzy się z tą ... 
modliszką, a z nim porozmawia później. Otworzyła usta, żeby powiedzieć tej kobiecie, aby 
puściła Hadriana, lecz w tym momencie Hadrian odwrócił się z uśmiechem. 
- Marion, kochanie. To jest moja kuzynka, Bryony Rose. Pamiętasz, opowiadałem ci o niej. 
- Bryony? - Znieruchomiała. - Twoja przybrana siostra? - Musiała to dokładnie wiedzieć. 
- Tak. Mieszkaliśmy razem w Ravenheights, kiedy byliśmy dziećmi. 
Skinęła głową. Hadrian opisywał jej swoją siostrę jako grubą, brzydką dziewczynę, noszącą 
okulary. 
- Miło mi cię poznać, Bryony - odezwała się wreszcie Marion. - Hadrian dużo mi o tobie mówił. 
Bryony uśmiechnęła się do niej. 
- Hadrian powiedział mi o tobie dopiero wczoraj. Wejdźcie do środka. Nie możecie przecież stać 
na ulicy. 
Marion odetchnęła z ulgą. W głosie Bryony nie wyczuła wrogości. 
Kiedy   siedzieli   już   przy   stole,   pijąc   gorącą   czekoladę   z   rumem   i   jedząc   sałatki,   które 

background image

przygotowała Bryony, Marion spojrzała na nią uważnie. 
- Czy nigdy nie myślałaś o tym, żeby zostać modelką, Bryony? 
Bryony roześmiała się głośno. 
- Nigdy. Żebyś mnie zobaczyła rok temu ... 
Hadrian mówił prawdę, pomyślała Marion. Zorientowała się, że Bryony nosi szkła kontaktowe. 
Ale soczewki nie były barw~one. Ten niezwykły kolor oczu był więc naturalny. 
- Chciałabym mieć twoją figurę - powiedziała z westchnieniem. 
Hadrian zachichotał. Spojrzały na niego, potem jedna na 6rugą i wybuchnęły śmiechem. 
Bryony   spodobała   się   Marion.   Po  telefonie   Hadriana   zamartwiała   się,   że   nie   znajdzie   z   nią 
wspólnego języka i straci przez to ukochanego. 
Dopiero kiedy usiedli przy kominku, Hadrian poruszył sprawę farmy Coldstream. Wytłumaczył 
wszystko kuzynce. 
- Jak widzisz, farma Coldstream byłaby dla nas doskonałym początkiem - zakończył. 
- Oczywiście, dobrze ci zapłacimy - dodała Marion i spojrzała na Hadriana, który siedział 
przygnębiony. 
Bryony doskonale znała powód jego przygnębienia. Ona również pomyślilła o Kynastonie. Ale 
przecież jeśli sprzeda farmę Marion i kuzynowi, to Kynaston nie powi~ien tego uznać za akt  
wrogości. Nie sprzedawała jej przecież Ventura Industries. 
- Czy coś się stało? - spytała Marion. 
_ Nie, nic - zapewniła ją Bryony. - Ale istnieją pewne warunki. - Powiedziała im o obietnicy,  
jaką złożyła Elijahowi Ellsworsthy' emu. 

_ To wspaniale - ucieszyła się Marion. - Będziemy potrzebować dobrego zarządcy. 
- Bryn, nie musisz ... - zaczął Hadrian. 
_ Wszystko w porządku - zapewniła go. - Mam swoje powody, żeby tak zrobić. Kiedyś ci to 
wytłumaczę - dodała szybko, widząc, że Marion ich obserwuje. 
Hadrian uśmiechnął się. 
- Nie wiem, jak ci dziękować, Bryony. 
- Nie musisz, głuptasie. 
Hadrian spojrzał na Marion. 
_ Czy chcesz zobaczyć naszą nową farmę? 
_ Chciałeś powiedzieć, nasz nowy kompleks hotelowy. - Marion zaśmiała się. 
Bryony została sama. Znowu ogarnęło ją przygnębienie. Czekało ją ciężkie zadanie do 
spełnienia .. Musiała udowodnić Kynastonowi, że naprawdę go kocha. Nie będzie to jednak 
trudne, bo rzeczywiście tak było. Kochała człowieka, który doprowadził do śmierci jej siostrę.

Vanessa oniemiała na widok kobiety, która stanęła w drzwiach. Nigdy jeszcze nie widziała takich 
oczu. A włosy . lśniły bursztynowym blaskiem, figura zaś przypominała figury aktorek z lat 
czterdziestych. 

_ Witaj, kochanie - powiedział Kyn, całując to bóstwo. - To jest moja siostra, Vanessa. 

Tak piękna kobieta jest na pewno niezłą diablicą, pomyślała Vanessa. 

Bryony uśmiechnęła się do niej. 
- Cześć, Vanesso. Cieszę się, że przyjechałaś. Bardzo chciałam cię poznać. 
Vanessa popatrzyła na nią zdziwiona. Ta kobieta miała dziwny akcent, ale nie był to znany z 
seriali telewizyjnych akcent angielskiej arystokracji. Nie mówiła również protekcjonalnym tonem 
kobiety, która czuje swoją władzę. 
- Wygląda na to, że jestem osaczony przez kobiety - zażartował Kyn, przenosząc wzrok z 
ukochanej na siostrę. 
-   Oczywiście.   -   Bryony   śmiała   się.   -   Tak   właśnie   powinno   być.   Kobiety   powinny   trzymać 
mężczyzn pod pantoflem - dodała, mrugając do Vanessy. 
- Nauczysz mnie tego? - spytała Vanessa. 
- Patrz i ucz się - odparła Bryony. Zachowywała się z taką beztroską, jakby obce jej były 

background image

wszelkie zmartwienia. 
Pojechali   na   kolację   do   Trapp   Family   Lodge.   Vanessa   patrzyła   na   Bryony   z   coraz   większą 
sympatią. Nie miała już wątpliwości, że ta kobieta jest zakochana w jej bracie, chociaż chwilami 
wydawała się dziwnie spięta. 
Przy kawie Kynaston opowiedział Vanessie o przygodzie z lawiną. 
- Musiałaś się potwornie przestraszyć - zwróciła się do Bryony. - Ja bym umarła ze strachu. 
- Byłam przerażona, ale twój brat był ze mną i to dodało mi otuchy. 
Vanessa westchnęła. 
- Rozumiem cię. Gdyby Klaus był przy mnie w takiej sytuacji, czułabym się o wiele lepiej. 
- Klaus? - Kyn uniósł brwi, a Vanessa zaczerwieniła się nagle. 
- Klaus jest instruktorem narciarskim. Jeździłam z nim dzisiaj. Jest bardzo atrakcyjny. 
- Panna Rose?
Bryony drgnęła i podniosła oczy. Stał przed nią niezwykle przystojny mężczyzna w średnim 
wieku.
- Tak. To ja.
_ Nazywam się Leslie Ventura - przedstawił się z lekkim ukłonem. 

Bryony zerknęła na Kyna, który czujnie ich obserwował. 
_ Miło mi. W czym mogłabym pomóc, panie Ventura. Och, przepraszam. To jest Vanessa i 
Kynaston Germaine. 
Przez chwilę mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Leslie pocałował -Vanessę w rękę i zwrócił się 
ponownie do Bryony. 

_ Miałem nadzieję, że porozmawiamy o interesach, ale widzę, że jest pani teraz w towarzystwie 

przyjaciół. 
_ O interesach? Ach, tak. Myśli pan o farmie Coldstream. Przykro mi, panie Ventura, ale już 
sprzedałam farmę mojemu kuzynowi i pana córce. Rozumiem, że Marion jest pana córką? 
Leslie zmarszczył brwi. 
- Tak. Więc pani kuzynem jest... 
_ Hadrian Boulton. - Bryony patrzyła mu prosto w oczy. 
_ Rozumiem. Spóźniłem się - powiedział Leslie z zatroskaną miną· 
Bryony potrząsnęła głową. 
_ Proszę tak nie myśleć.' Córka bardzo serdecznie o panu mówiła. 
Mężczyzna odpowiedział jej uprzejmym uśmiechem, ale Bryony wyczuła, że nie przejął się jej 
słowami. Leslie nigdy nie przyjmował cudzych rad. Teraz też nie miał zamiaru słuchać kuzynki  
znienawidzonego Hadriana Boultona. Skłonił się lekko, obrzucił Kynastona długim spojrzeniem 
i odszedł od stolika. 

_ Ale przystojny facet - powiedziała Vanessa. 
Bryony uśmiechnęła się do niej, po czym spojrzała na Kynastona. 
_ Sprzedałaś farmę kuzynowi? - spytał cicho. 
- Tak. On i Marion są ... razem. 

Kynaston poczuł ogromną ulgę. Przestała ich wreszcie dzielić sprawa firmy coldstream. Teraz 

nic już nie stało na ich drodze. Chyba że prywatny detektyw,

 którego  zatrudnił dla wyjaśnienia okoliczności śmierci Katy Whittaker, przyniesie jakieś nie-

spodziewane wiadomości. 
Czuł, że śmierć Katy okrywa tajemnica. Bryony miała jakiś szczególny stosunek do tej sprawy.  
Wynajął detektywa, aby być pewnym, że nic go już nie zaskoczy. 
Nie spodziewał się tego, co miało niebawem nastąpić. 

Morgan szalał z wście!dości. Leslie i Ma· rion Ventura byli w Stowe, gdzie się ich najmniej  
spodziewał. Przemierzał warsztat nerwowym krokiem. Bruno siedział w kącie, dłubiąc w zębach, 

background image

a Greg bezskutecznie usiłował nastawić zegar na godzinę wybuchu. 
Usłyszeli lekkie stukanie do drzwi. Jedno uderzenie, przerwa, potem trzy uderzenia. To musiał 
być ten Niemiec. Klaus rozejrzał się niepewnie. Wiedział, że Morgan poniósł poważną klęskę w 
Nowym Jorku, ale nie miał zamiaru o nic pytać. Miał nadzieję, że wiadomości, które udało mu 
się uzyskać od Vanessy, poprawią jego samopoczucie. 
- Widziałeś farmę? - Ostry głos Morgana przerwał panującą w warsztacie ciszę. 
- Ja - odparł Klaus. - Jest tam pełno robotników. Cieśle, dekarze, elektrycy. 
- Nie tracą czasu - warknął Morgan. 
- Zabierzemy się za nią? - spytał Bruno z nadzieją w głosie. 
- Nie - uciął Morgan. - Potrzebujemy pieniędzy dla naszej sprawy. Wyeliminowanie Germaine'a 
to dopiero początek. Jeśli chcemy coś zdziałać, musimy mieć dużo pieniędzy. Musimy mieć 
własną gazetę. Musimy przekupić kilku polityków. To wymaga pieniędzy, pieniędzy Ventury. 
- To nie będzie trudne. - Greg podniósł głowę znad zwojów drutu. - Mówię o przekupieniu 
polityków. 
Klaus,   któremu   cała   ta   sprawa   zaczynała   się   coraz   mniej   podobać,   postanowił   przekazać 
otrzymane informacje i jak naj prędzej opuścić warsztat. 
-   Dowiedziałem   się   od  tej   dziewczyny,   że   jej   brat   się   zakochał   -   powiedział   spokojnie,   nie  
przewidując, jaka będzie reakcja Morgana. 
- Co takiego? - krzyknął Morgan tak przeraźliwie, że nawet Bruno podskoczył na krześlę. 
- Dowiedziałem się tego od jego siostry, Vanessy - powtórzył niepewnie Klaus. - Ustaliliśmy, że 
się z nią zaprzyjaźnię ... 
- Do cholery z siostrą! - wrzasnął Morgan. - Co to znaczy, że Kyn jest zakochany? On nigdy w 
życiu nie był zakochany. Brał, co chciał, i szedł dalej. Zawsze tak było. 
Klaus potrząsnął głową. 
-   Teraz   jest   inaczej.   Vanessa   powiedziała,   że   przedstawił   jej   tę   dziewczynę,   czego   nigdy 
przedtem nie robił. Uważa, że jest to coś poważnego. 
Morgan opadł na krzesło. 
- To prawda. Nigdy dotąd nie sprowadzał swoich dziewczyn do domu. 
Bruno i Klaus wymienili spojrzenia. Byli zdziwieni, że Morgan tak dużo wie o Kynastonie 
Germaine. Greg uśmiechnął się lekko. On znał wszystkie tajemnice Morgana. Ale nigdy ich 
nikomu nie zdradzi. 
_ Czego się jeszcze dowiedziałeś? - spytał Morgan. - Kim jest ta dziewczyna? Czy ona tutaj 
mieszka? 
Klausowi zaschło w gardle. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że za tym wszystkim kryje się 
coś niedobrego. Kochał góry, czyste powietrze i jazdę na nartach. Nienawidził hotelarzy, którzy 
niszczą środowisko, i chciał temu przeciwdziałać. Teraz czuł, że wybrał niewłaściwą drogę. 
_ Nazywa się Bryony Rose - powiedział wreszcie. Morgan wpatrywał się w niego z 
niedowierzaniem. 
_ Ta sama Bryony Rose, która sprzedała Marion Ventura farmę Coldstream? 
- Tak mi się wydaje. Morgan zmarszczył brwi. 
_ Nie rozumiem. Dlaczego miałaby sprzedać farmę Marion Ventura, a nie Kynowi? 
Klaus wzruszył ramionami. 
_ Nie wiem. Wiem tylko tyle, co powiedziała mi Vanessa. 
Mówiła, że Bryony Rose pochodzi z Anglii, z y orkshire, i że jej brat za nią szaleje. 
_ Kyn zakochany ... - mruknął Morgan. Nie mógł w to uwierzyć. Jeśli to jednak prawda, trzeba 
ten fakt wykorzystać. 
Tymczasem Klaus szybko opuścił warsztat. Pomyślał, że musi wycofać się z organizacji Zielony 
Vermont. 
Morgan   wpatrywał   się   w   przestrzeń.   Skąd   znał   nazwisko   Bryony   Rose?   Kto   mu   o   niej  

background image

wspominał? Tak. To był Mike W ood, emerytowany nauczyciel, członek Zielonego Vermontu, 
który oczywiście nie miał pojęcia o prawdziwych celach tej organizacji. Ta Bryony Rose zgłosiła 
się chyba do ich biura. Szybko wykręcił numer Mike'a. 
- Cześć, Mike. Tu Morgan. 
_ Cześć, Morgan. Czy słyszałeś o wysypisku śmieci w ... ? 
Morgan słuchał go w milczeniu. Bardzo ostrożnie poruszył temat farmy Coldstream. 
- W tym wypadku odnieśliśmy wielkie zwycięstwo - powiedział Mike radosnym głosem. - Tę 
farmę   kupiła   nowo   powstała   firma.   Widziałem   ich   projekt,   który   nie   przewiduje   stawiania 
żadnych nowych budynków. 
-   Wiem   o   tym   -   skłamał   Morgan.   -   Interesuje   mnie   tylko,   jak   to   się   stało,   że   ostatnia 
właścicielka, niejaka Rose, sprzedała farmę Marion Ventura? 
- To śmieszne, że o to pytasz - powiedział Mike. - Zależało jej bardzo, żeby sprzedać farmę  
dobrej firmie i wypytywała nas szczegółowo o Germaine Corporation. 
- Zależało jej, żeby sprzedać im farmę? - W głosie Morgana można było wyczuć napięcie. 
- Nie. Wręcz przeciwnie. Nie chciała mi wierzyć, kiedy mówiłem, że Germaine Corporation ma  
dobrą opinię. Mogę się, oczywiście, mylić, ale wydawało mi się, że była wrogo nastawiona do 
tego Germaine'a, chociaż starała się to ukryć. W każdym razie cieszę się, że sprzedała farmę tej 
nowej firmie. Oni zatrzymali nawet starego Elijaha .... 
- Jestem ci bardzo wdzięczny za te informacje - przerwał mu Morgan. - Uspokoiłeś mnie. -  
Zamyślił się. Kyn był zakochany w Bryony Rose. Ale o co jej chodziło? Musiał szybko się tego 
dowiedzieć. - Mike, może mógłbyś zaprosić Bryony Rose na herbatę. Chciałbym ją poznać. Jeśli 
nadal ma zamiar sprzedawać nieruchomości, to dobrze byłoby mieć ją w naszym obozie. 
- Oczywiście. Zaraz się tym zajmę. Na pewno będziesz zadowolony z tego spotkania. Ona jest 
naprawdę piękna. 
Morgan   uśmiechnął   się.   Był   pewien,   że   Bryony   Rose   jest   niezwykłą   kobietą.   Inaczej   nie 

udałoby się jej usidlić Kyna. Powoli odłożył słuchawkę. Chętnie pozna kobietę, która zdobyła 

Kynastona Gennaine'a. 
Przemyślawszy całą sprawę, doszedł do wniosku, że teraz będzie mu  łatwiej zorganizować 

porwanie Marian. Farma 
położona   była   z   dala   od   miasta,   w   lesie.   Nawet   Leslie   Ventura   zrobił   mu   przysługę, 
przyjeżdżając tutaj. Będzie pod ręką, kiedy dojdzie do rozmowy o pieniądzach. Trzeba szybko 
sprowadzić Lance' a Prescotta. Nie będzie to trudne, ponieważ Lance, zgodnie z zawartą przy 
rozwodzie umową, odziedziczył tu willę. 

Hadrian przesunął dłonią po nagim ciele Marion. Leżeli przed kominkiem, w wynajętym domku 
na przedmieściu. Pochylił się i zaczął pieścić ustami jej plecy, idąc w dół ku pośladkom. Nagle 
rozwarł jej nogi i wsunął język głęboko w jej wnętrze. Marion jęknęła i wyprężyła się. Po chwili  
jej ciałem wstrząsnął dreszcz rozkoszy. Oddychając spazmatycznie, odwróciła się do Hadriana, 
chwyciła jego nabrzmiały członek i ścisnęła lekko. Odchylił głowę i jęknął. Pchnęła go na plecy i 
pochyliła  się nad nim.  Uwielbiała patrzeć, jak traci nad sobą kontrolę. Jego głowa nerwowo 
przetaczała   się   po  dywanie.   Marion  poczuła,   jak  wzbiera   w   niej   pożądanie.   Usiadła   na   nim 
okrakiem i jęknęła, kiedy poczuła go głęboko w sobie. 
- Marion! Marion! - krzyknął wchodząc w nią szybkimi ruchami. Jej ciałem wstrząsnął orgazm w 
tej samej chwili, kiedy i on osiągnął spełnienie. Osunęła się na pierś Hadriana niczym zwiędły 
kwiat. 
-   Czy   nadal   chcesz   jechać   i   sprawdzić,   jak   postępuje   praca   na   farmie?   -   spytała   cicho,   z 
policzkiem przytulonym do jego ramienia. 
- Tak, tylko nie teraz - szepnął. 
- Masz rację·- zgodziła się. 
Wiedziała już, że farma będzie ziszczeniem ich marzeń. Zatrudniła najlepszego architekta. 

background image

Zaprojektowane przez niego stajnie doskonale wtapiały się w krajobraz. Elijah, do którego 
Marion miała pełne zaufanie, stale doglądał postępu robót, nie było więc potrzeby, aby często 
tam bywali. Poza tym miała inne sprawy na głowie

- Zastanawiałam się nad tym, dokąd pojedziemy, kiedy skończy się remont farmy.

 - Hmmm? 

- Pojedziemy do Gstaad i Lech. Jutro. 

Westchnął ciężko. 

- Po co mielibyśmy tam jechać? 

- Pomyślałam sobie, że jeśli są tu tacy ludzie jak Elijah Ellsworthy, to na pewno można ich także 

spotkać w Gstaad, Lech, St. Moritz i innych miejscowościach. 

- Mów dalej. 
- Powiedz mi, czego najbardziej pragną' średnio zamożni ludzie? - spytała. 

- Nie wiem - odparł ze śmiechem. 

- Chcą żyć jak bogacze. Przynajmniej przez dwa tygodnie w roku. Tych ludzi nie stać na 

luksusowe hotele. Ale ... gdybyśmy tak poszukali farmerów, którzy mają domy położone wysoko 

w górach, i ubili z nimi interes? 

- Jaki? 
- Wyobraź sobie mieszkające w górach starsze małżeństwo. Ich dzieci poszły już dawno w świat, 
został duży dom i farma, która nie przynosi wystarczających dochodów. I nagle pojawia się ktoś, 
kto podejmuje się przebudowy domu, do odpowiedniego standardu, z łazienką w każdym pokoju, 
balkonami i tym podobnymi rzeczami. Taki dom zamienia się wtedy w luksusowy Gasthoj, czy li 
pensjonat. Co odpowiedzieliby na taką propozycję? 

- Powiedzieliby "tak". Ale co z tego będą mieli? 

- My będziemy mieli siedemdziesiąt procent zysku, a oni trzydzieści. Ich dzieci będą mogły 

przejąć w przyszłości prowadzenie pensjonatu. W ten sposób uzyskają stały dochód, a nasi goście 

luksusowe pokoje, w "prawdziwym wiejskim" pensjonacie, prowadzonym przez "prawdziwych" 

Austriaków czy też Szwajcarów. Będą mogli chwalić się przed przyjaciółmi, że spędzają ferie 

zimowe w Gstaad. A my zyskamy opinię. tych, którzy prowadzą pensjonaty w naturalnym oto-

czeniu. I co ty na to? 
_ Musimy naJpierw sprawdzić położenie tych przyszłych pensjonatów. - Hadrian już zaczął 
myśleć o stronie finansowej całego przedsięwzięcia. - Twój ojciec byłby z ciebie dumny. Przy 
okazji, powinniśmy się dowiedzieć, jakie są jego zamiary. Dziwi mnie, że nie dał jeszcze znaku 
życia. 

Marion wzruszyła ramionami 

_ Pewnie naąal się gniewa. I obmyśla plany przejęcia Germaine Corporation. 

Bryony otworzyła list, który doręczył jej posłaniec. Było to zaproszenie na podwieczorek od 
organizacji Zielony Vermonł. Wiedziała od Marion, że jej ojciec zamierza przejąć Germaine 
Corporation,   ale   dobrze   było   mieć   również   po   swojej   stronie   Zielonych.   Przyjęła   więc 
zaproszenie 

Kiedy zadzwonił telefon, wiedziała, że to Kyn. 

_ Cześć, kochanie. Nie zapomniałaś, że dzisiaj jemy kolację u mnie . 

- Oczywiście, że nie. 
_ To dobrze. A tak na marginesie, jakie masz plany na Boże Narodzenie? - Zaskoczył ją tym  
pytani.em. - To będą nasze pierwsze Święta - dodał miękko. - Może zdołam cię namówić, żebyś  
pojechała ze mną do Aspen. Muszę tam być, żeby czuwać nad uroczystościami, jakie co roku 
urządzamy na Gwiazdkę w naszym hotelu. 

_ Aspen? - powtórzyła, usiłując zebrać myśli. - A twój nowy hotel w Stowe? 

_ Już wszystko jest zrobione. Otwieramy go wielkim balem noworocznym. Wrócimy z Aspen 

dwudziestego ósmego. Powiedz tak, Bryony. Chcę, żebyś tam ze mną pojechała - szepnął. 

- Dobrze - powiedziała z westchnieniem. 

_ W takim razie do zobaczenia wieczorem - dodał i odłożył słuchawkę. 

Wyczuła w jego głosie radość. Powinna się cieszyć. Teraz rzeczywiście miała go już w ręku. Nie 

sprawiło jej to jednak satysfakcji. Wydawał się taki szczęśliwy. Wolnym krokiem podeszła do 

background image

okna. Pokochała Vennont i przyzwyczaiła się do widoku śniegu. W każdym oknie stały 

oświetlone choinki, a na ulicy paliły się różnokolorowe lampki. Przypomniała sobie Boże 

Narodzenie w Ravenheights, ogromną choinkę w salonie i gałązki jemioły. Zawsze piekła 

wielkiego indyka, a Katy przyjeżdżała na Święta do domu. Czasami zjawiała się dopiero w 

Wigilię i po dwóch dniach wyjeżdżała, ale zawsze z nimi . była. Tego roku nie będzie Katy, nie 

będzie również Johna Whittakera. Będzie tylko ona i Kynaston Gennaine, mężczyzna, którego 

kochała i jednocześnie nienawidziła. Mężczyzna, którego chciała zniszczyć i z którym zamierzała 

pójść do łóżka. 
Już to postanowiła. Pragnęła go aż do bólu. Jeśli nie zrobi tego teraz, to straci ostatnią szansę,  
bo niedługo Kyn ją znienawidzi. A ona nigdy już nie odda się innemu mężczyźnie. 

 Lech, Austria 

Hadrian zachwycił się Gstaad, chociaż spodziewał się, że ta miejscowość będzie o wiele większa. 
Marion zaabsorbowana była odwiedzaniem agencji nieruchomości. Udało im się znaleźli 
przynajmniej dziesięć miejsc, w których mogliby założyć luksusowe Gasthof Niechętnie stąd 
wyjeżdżali, ale do Bożego Narodzenia zostały tylko cztery dni, a musieli odwiedzić jeszcze Lech. 
Zatrzymali się w hotelu, w którym niedawno przebywała księżniczka Diana. 
Nie tracąc czasu, poszli obejrzeć miasto. Hadrian zaczął robić zdjęcia, zachwycony czystością i 
urodą ulic. 
- To już nie jest mała alpejska wioska - mruknął, otaczając ramieniem talię Marion. - A te domy 
na górze? 
- To jest Oberlech - poinformowała go Marion, która dokładnie przygotowała się do podróży. - 
Można tam dojechać kolejką linową albo szosą. Myślę, że tam właśnie zaczniemy. 
Tymczasem   na   lotnisku   w   Zurychu   wylądował   samolot,   z   którego   wysiadł   Leslie   Ventura. 
Wynajął limuzynę i ruszył w kierunku Lech. Jego pobyt w Stowe nie poszedł na marne. Prócz 
prac związanych z planem przejęcia Germaine Corporation, zajmowała go jeszcze jedna sprawa. 
Kiedy  Bryony   Rose   powiedziała   mu,   że   jest   kuzynką   Hadriana   Boultona,   Leslie   zaczął   coś 
podejrzewać.   Co   ta   angielska   piękność   mogła   mieć   wspólnego   z   Kynastonem   Germaine? 
Dlaczego Hadrian Boulton szukał pracy w Ventura Industries? By znaleźć odpowiedzi na te 
pytania, wynajął prywatnych detektywów, którzy mieli to wyjaśnić. 
Patrzył z podziwem na prace przy farmie Coldstream. 
Marion   była   rzeczywiście   kobietą   interesu.   Jej   podróż   do   Europy   stała   się   tego   kolejnym  
dowodem.   Nie   załamała   się,   kiedy   przestało   ją   chronić   nazwisko   Lesliego   Venturyi   jego 
pieniądze. Jak mu  doniesiono, niemało było  w tym  również zasługi Hadriana. Ten facet był 
geniuszem finansowym. Leslie szybko jednak zapomniał o interesach, kiedy otrzymał raporty z 
Yorkshire. Wynajęci przez niego detektywi przeprowadzili dokładne dochodzenie i zetknęli się z 
inną   grupą   wywiadowczą,   którą   zatrudniał   Kynaston   Germaine.   Ale   tamci   interesowali   się 
okolicznościami śmierci siostry Bryony Rose. 
Leslie wzdrygnął się, kiedy o tym pomyślał. Katy Whittaker popełniła samobójstwo, podobnie 
jak jego syn Keith. 
Postanowił, że odzyska Marion. Za wszelką cenę. Wiedział już teraz wszystko o podstępnych 
planach Hadriana Boultona. Właśnie jechał ratować córkę. Powinien być szczęśliwy, ale czuł się 
dziwnie przygnębiony. 
W pokoju hotelowym Hadrian obserwował Marion, która robiła sobie makijaż. Nagle rozległo się 
pukanie. Otworzył drzwi i do pokoju wpadł Leslie Ventura. Hadrian poczuł gwałtowny skurcz 
żołądka. 
Leslie zatrzymał  się na środku pokoju i rozejrzał. Był  to zwykły,  skromny pokój hotelowy. 
Marion musiała się przyzwyczaić do innego trybu życia: Przez głowę przebiegła mu myśl, jak 
ona to znosi. 
- Tatusiu! - krzyknęła radośnie. 

background image

_ Marion. - Poczuł się nagle niezręcznie. Przez całe życie ciężko pracował, bo j;hciał, żeby jego 
dzieci miały wszystko. _ Nie jesteś przyzwyczajona do takich warunków, prawda? _ spytał, nie 
patrząc nawet na Hadriana, który cicho zamknął za nim drzwi i czekał z niepokojem na to, co 
Leslie Ventura ma mu do zakomunikowania. 
Marion rozejrzała się ze zdziwieniem po pokoju. - Czego tu brakuje? 
_ Niczego - odparł Leslie, który sam nie wiedział, dlaczego 
w ten sposób zaczął rozmowę, kiedy miał ważniejsze rzeczy do powiedzenia. - Chcę, żebyś się 
spakowała i wróciła ze mną do Stowe. Mam dla ciebie pewne informacje. 
Nie   chciał   konfrontacji   z   Boultonem.   Rzucił   mu   tylko   jedno  spojrzenie.   Był   taki,   jakim   go 
zapamiętał.   Teraz   też   nie   zauważył   strachu   w   jego   oczach.   Ten   Anglik   wzbudzał   w   nim  
szacunek, którego nigdy nie odczuwał dla innych wielbicieli Marion. 
_ Tatusiu. - Marion westchnęła' i popatrzyła na Hadriana. 
Zdziwił ją wyraz jego oczu. - Nie mogę wrócić do Stowe, dopóki nie zakończymy naszych 
interesów. Hadrian i ja ... 
_ Znam twoje plany - przerwał jej Leslie. - Ale nie o tym chcę z tobą rozmawiać. Chcę, żebyś od 
niego odeszła. - Ruchem głowy wskazał na' Hadriana. 
Hadrian opadł na najbliżej stojące krzesło. Doskonale wiedział, co Leslie Ventura ma córce do 
powiedzenia. 
_ O czym ty mówisz? - zapytała ostro. Bardziej przeraziło ją dziwne zachowanie Hadriana niż to, 
co mówił ojciec. 
_ Mówię o prawdziwej przyczynie przyjazdu Boultona do Ameryki. - Gniew go opuścił, kiedy 
zobaczył przerażone oczy córki. Marion naprawdę kochała tego mężczyznę. A on miał zamiar 
zniszczyć tę miłość. Zastanawiał się przez chwilę, czy może mówić dalej. Ale Marion została już 
raz oszukana. Przez Lance'a Prescotta. Jeśli chce poślubić tego człowieka, to musi poznać 
prawdę. - To nie był przypadek, że starał się o pracę w naszej firmie, prawda, Boulton? 
- Nie - przyznał Hadrian. 
- Co to ma znaczyć? - spytała Marion drżącym głosem. 
- Starał się o pracę, ponieważ chciał pomóc swojej kuzynce zemścić się na Kynastonie Germaine. 
Czy dobrze mówię, Boulton? - Leslie patrzył mu teraz prosto w oczy. 
Twarz Hadriana pozbawiona była jakiegokolwiek wyrazu. 
Tylko w jego oczach malował się ból. Leslie zrozumiał, że ten mężczyzna kocha jego córkę. 
~ Ma pan rację - powiedział Hadrian głuchym głosem. - Bryony? - spytała Marion. - Co ma 
do tego Bryony? 
- Czy pan jej to powie, czy ja mam to zrobić? - spytał Leslie. 
- Czy pamiętasz, jak ci opowiadałem o Raveoheights? - zaczął Hadrian, patrząc na Marion i 
modląc się, żeby go zrozumiała. - Nie zdradziłem ci tylko, że Germaine Corporation kupiła tę 
farmę. To przez utratę farmy mój wuj, ojciec Bryony, dostał ataku serca i umarł. 
- O, mój Boże - szepnęła Marion. 
- To nie wszystko. Siostra Bryony, moja kuzynka, Katy ... - Westchnął ciężko. - Mieszkała w 
Londynie, ale jej sprawy przybrały zły obrót. Chciała wrócić do domu, ale... Ravenheights nie 
było już jej domem. Więc... popełniła samobójstwo. 
Marian gwałtownie wciągnęła powietrze, a Leslie zacisnął usta. 
- Po tych wydarzeniach Bryony popadła w depresję. Ale doszła do siebie, kiedy zabrałem ją do 
Yorku. Zaczęła się odchudzać, kupiła sobie szkła kontaktowe, poszła do fryzjera i zaczęła dbać o 
swój wygląd. Myślałem, że wydobyła się z depresji. Nie zdawałem sobie sprawy,  jak bardzo 
nienawidzi Kynastona Germaine'a aż do momentu jej nagłego wyjazdu do Ameryki. 
Marion potrząsnęła głową. 
_ Mówiłeś, że ona spotyka się z Kynastonem. Widzieliśmy ich przecież w Stowe. Wyglądali na 
szczęśliwych, że są razem ... _ Ona udaie - powiedział Hadrian. - Chce się na nim zemścić. 
Uważa, że zniszczył jej rodzinę i odebrał dom. 

background image

_  A   pan   chciał   jej   pomóc,   prawda,   Boulton?   -   wtrącił   Leslie.   -   Dlatego  przyjechał   pan  do  
Ameryki,   postarał   się   o   pracę   w   Ventura   Industries   i   zaczął   uwodzić   moją   córkę.   _   Twarz 
Marion   zrobiła   się   śmiertelnie   blada.   -   Miał   pan   za   zadanie   wspomagać   projekt   przejęcia 
korporacji, a Bryony pracowała nad Kynastonem w Stowe. W ten sposób zaplanowaliście jego 
upadek. Tylko o to panu chodziło, prawda? Od samego początku, od pierwszego dnia, Marion 
służyła panu za narzędzie, czy tak ... ? 
Nie dokończył zdania, ponieważ Marion pobiegła do drzwi, łkając głośno. Hadrian zerwał się z 
krzesła, ale silne dłonie Lesliego Ventury zatrzymały go na miejscu. 
- Zostaw ją w spokoju, Boulton. N~e dość ją skrzywdziłeś? Hadrian otworzył usta, ale nic nie 
powiedział. Wyrwał się Lesliemu i wolno podszedł do okna. 
Marion zbiegła ze schodów, otworzyła  drzwi i zatrzymała  się przy wyjściu. Zobaczyła  dużą 
czarną limuzynę zaparkowaną przy chodniku. Domyśliła się, że należy do ojca. Zrobiła parę 
kroków   w   kierunku   samochodu.   Szofer   natychmiast   otworzył   przed   nią   drzwi,   odwracając 
dyskretnie oczy od jej zalanej łzami twarzy. 

Hadrian patrzył, jak wsiada do samochodu. 

_ Zostawię ją w spokoju - powiedział. - Dopóki się nie uspokoi. 

_ Zostawisz ją w spokoju na zawsze - warknął Leslie. Nigdy jeszcze nie widział Marion w takim 

stanie i powtórnie znienawidził tego Anglika. - Ja się nią teraz zajmę. Marion wróci do firmy. 

Będzie moim następcą. Udowodniła, że ma do tego pełne prawo. 
Hadrian odwrócił się. 
- Nie zna pan swojej córki - rzekł cichym głosem. - Ona zawsze była zdolna do prowadzenia 
firmy. A jeśli chodzi o zajęcie się nią ... - Potrząsnął głową. - Ja wierzę w nią bardziej niż pan. 
- Co to ma znaczyć? - spytał Leslie. 
- Chciałem powiedzieć, panie Ventura, że kiedy Marion się uspokoi, to zacznie myśleć. Wtedy 
zrozumie, że ten brudny, wyrachowany scenariusz wydarzeń, który jej pan przedstawił, wyglądał 
w rzeczywistości trochę inaczej. Kiedy minie szok, przypomni sobie, jak bardzo mnie kocha. I 
jak bardzo ja ją kocham. 
Leslie czuł, że słowa Hadriana są szczere. - Jesteś szalony - powiedział. 
- Nie. Znam Marion. I znam siłę naszej miłości. Kiedy sobie o niej przypomni, wróci do mnie. 
- Stawiasz na to? - spytał Leslie, którego gniew już opuścił. 
- Już postawiłem - odrzekł Hadrian, odwracając się w stronę okna. 
Patrzył na limuzynę i wyobrażał sobie łkającą z bólu i rozczarowania Marion. Pomyśl, kochanie, 
powiedział do niej w myślach. Pomyśl. 
- Postawiłem na to całe swoje życie - oznajmił spokojnym głosem. Życie bez Marion nie byłoby 
już życiem. 

Stowe 

Bryony nie miała trudności z odnalezieniem domu Mike'a Wooda, ale mężczyzna, który otworzył 
jej drzwi, był kimś zupełnie obcym. 
- Nazywam się Morgan - powiedział, wyciągając rękę na powitanie. - Mam nadzieję, że Mike 
wspominał pani o mnie?
- Tak - przyznała Bryony. 
_ Proszę wejść! - Morgan wprowadził ją do niezwykle czystego i uporządkowanego pokoju. 
Usiadł przy stoliku i nalał jej filiżankę herbaty. - Biskwita? Mike musiał na chwilę wyjść. _  
Przyglądał się jej z przyjemnością. - Właściwie, to ja panią zaprosiłem. Nie chcę rozmawiać o  
farmie, ale o zupełnie innej sprawie. Prosj:ę mi powiedzieć, czy kupiła pani farmę Cold stream 
zupełnie przypadkowo, czy dlatego, że lubi pani wieś? 
_   Owszem,   lubię   wieś.   Wychowałam   się   na   farmie   i   mieszkałam   tam   do   chwili   ...   kiedy 
zmuszono nas do jej opuszczenia. 
_ Proszę mnie źle nie zrozumieć - mówił gładkim tonem _ ale wydaje mi się, że pani mogłaby  
bardzo pomóc naszemu stowarzyszeniu, pani Rose. Będę z panią szczery. Od bardzo dawna 

background image

mamy problemy z Germaine Corporation. 

_ Wydawało mi się, że ma dobrą opinię? - Ogarnęła ją złość, że Morgan źle mówi o Kynie. 
_ To jest wersja oficjalna. Ale chociaż dokładnie wiemy, w jaki sposób Germaine Corporation 
przyczynia   się   do   skażenia   środowiska,   nie   jesteśmy   w   stanie   niczego   im   udowodnić. 
Odzyskaliśmy nadzieję, kiedy dowiedzieliśmy się, że szefowie Germaine Corporation planują 
potajeąme spotkanie. - Uważnie obserwował twarz Bryony. Miał rację. Ona chciała zniszczyć 
Kyna. Zdradził ją nagły błysk oczu. 
_ Tak? Kiedy ma się ono odbyć? - Nic o tym nie słyszała. _ Pan Germaine jest bardzo przebiegły. 
Spotkanie ma się odbyć podczas uroczystości otwarcia nowego hotelu, kiedy wszyscy będą 
świętować Nowy Rok. Mamy wiadomości z pewnego źródła - gładko kłamał Morgan - że 
zebranie ma się odbyć w sali konferencyjnej. Mają omawiać nową formę działalności: kopalnie 
odkrywkowe w Argentynie. 
_ Kopalnie odkrywkowe? - zdziwiła się Bryony. - Dlaczego Germaine Corporation miałaby się 
interesować kopalniami?
- Germaine Corporation prowadzi wiele prac, które są szkodliwe dla środowiska. Potrzebujemy 
jednak niezbitych dowodów. A w tym mogłaby nam pani pomóc.
- Co miałabym zrobić? - W głosie Bryony dało się wyczuć wahanie. 
- Jest pani zaproszona na bal z okazji otwarcia hotelu, prawda? - Skinęła potakująco głową. - 
Chcielibyśmy,   żeby  pani   ukryła   kamerę   i   magnetofon   w   sali   konferencyjnej.   Ten   sprzęt   nie 
zajmie dużo miejsca. Pani zadaniem byłoby umieszczenie go na jednym ze stołów, naprzeciwko 
stołu  konferencyjnego.  I ustawienie  w taki  sposób,  żeby kamera   mogła   rejestrować  przebieg 
konferencji. 
Oto dowiedziała się, że Kyn prowadzi brudne interesy. Miała ochotę się rozpłakać, ale nie mogła 
sobie na to pozwolić. Kynaston nigdy nie okazywał słabości i ona też będzie twarda. 
- Dobrze - powiedziała. - Mam dużą torbę. Wyjdę na chwilę z balu przed konferencją. 
Morgan   skinął   głową   zadowolony.   Zniszczy   Kyna   rękami   jego   ukochanej.   Ustawi   zapalnik 
bomby w ten sposób, by sygnał alarmowy zabrzmiał pięć minut wcześniej. Nikomu nie stanie się 
krzywda, ale nowy hotel legnie w gruzach od bomby, podłożonej przez jego ukochaną, Bryony  
Rose.   Po   tym   incydencie   nikt   nie   będzie   się   chciał   zatrzymywać   w   hotelach   Germaine 
Corporation i Kynaston będzie zniszczony. 
Bryony wstała na miękkich nogach. 
- Muszę już iść. Gdzie i kiedy mam odebrać paczkę? - Chciała jak najszybciej opuścić ten dom i 
tajemniczego mężczyznę· 
- Tutaj - odrzekł Morgan. 
- Już poszła? 
Bryony podskoczyła na dźwięk dziwnego głosu, który wydobywał się nie wiadomo skąd. 
- To tylko domofon - powiedział Morgan, wściekły, że ten incydent może wszystko popsuć. - 
Przeprowadziliśmy linię aż na strych. Mamy tam pokój do pracy - wyjaśnił. Podszedł szybko do 
domofonu i nacisnął przycisk. - Jeszcze nie wyszła 
_ warknął. Nie powiedział jej, że na strychu pracuje Greg, a bomba jest już prawie gotowa. - 
Odprowadzę panią do drzwi _ zaproponował z uśmiechem.'Miał ochotę zabić Grega. 
Ale Bryony nie  myślała  o domofonie, lecz o tym,  że  nareszcie  świat dowie  się o brudnych  
interesach Kynastona Germaine'a. A jutro wyjeżdżają do Aspen i Kyn zostanie jej kochankiem. 

Lance Prescott westchnął ciężko i spojrzał niespokojnie na Morgana, który ściągnął go do Stowe 
i natychmiast zjawił się w jego willi. 
- Chyba nie powinienem telefonować do niej po raz drugi. 
Ostatnim razem miałem niezłą wymówkę. Teraz ... 
- Teraz twoja eksżona ma złamane serce. Łatwo ją przekonasz, żeby spotkała się z tobą na farmie. 

background image

Powiedz jej to, o czym ci mówiłem. Na pewno przyjdzie. 
Lance uśmiechnął się. Z zadowoleniem przyjął wiadomość o nieudanym romansie Księżniczki. 
Za parę godzin Marion będzie leżała związana, z zakneblowanymi ustami. Mogą go podejrzewać 
o udział w porwaniu, ale niczego mu nie udowodnią. On jedynie telefonował. 
Morgan patrzył zamyślony w sufit. Dobrze, że Kyn jest teraz w Aspen. Jeszcze by mu 
pokrzyżował plany ... 

Aspen, Kolorado 
Bryony i Kyn spędzili parę godzin na nartach, potem poszli na obiad do restauracji i wolnym  
krokiem wracali do hotelu. Kynaston obejmował ją. Bryony uwielbiała sposób, w jaki na nią 
patrzył, gdy rozmawiał z nią i śmiał się wesoło. Kochała go. I pożądała. 
Kiedy zatrzymali się przed jej pokojem, rzuciła mu wymowne spojrzenie. Serce zabiło mu 
mocniej. 
- Bryony? 
Bez słowa otworzyła drzwi i wciągnęła go do środka. Nie odczuwała strachu, lecz podniecenie i 
radość. Bez względu na to, co miało się wydarzyć w Nowy Rok, ta chwila należała do niej i nie 
pozwoli jej sobie odebrać. ijędzie nagrodą za lata samotności spędzone na farmie w Y orkshire, 
za wszystko, co wycierpiała. Będzie to najpiękniejsza noc w jej życiu. Jej oczy płonęły ogniem,  
kiedy zsunęła Kynastonowi kurtkę z rarmon. 
Patrzył na nią bez słowa, czując, jak krew' zaczyna mu pulsować w żyłach. 
- Bryony? - wymówił ponownie jej imię nie mogąc uwierzyć w to, co wkrótce miało nastąpić. 
Przesunęła mu dłonią po piersi, wyczuwając napięte pod swetrem mięśnie i twarde sutki. Zadrżał. 
Spojrzała mu w oczy i dostrzegła w nich pożądanie. Ogarnęła ją duma z władzy, jaką kobieta ma 
nad mężczyzną, który jej pragnie. Przycisnęła usta do jego szyi. Pachniał tak wspaniale. Zaczęła 
obsypywać jego twarz pocałunkami. 
Oddychał  spazmatycznie, przesuwając dłońmi  wzdłuż jej pleców. Bał się zbyt  gwałtownych 
ruchów, pamiętając o wszystkim, co się między nimi wydarzyło, i o wrogich uczuciach, które 
ich rozdzieliły. Namiętność Bryony była dla niego niespodzianką. 
Niezręcznym ruchem ściągnęła mu sweter przez głowę. 
Przez chwilę patrzyła  na jego nagi, opalony tors, po czym  położyła  obie dłonie na sutkach. 

Poczuła, jak twardnieją pod dotykiem. 
Kynaston zamknął oczy i jęknął z rozkoszy. Przycisnął ją mocniej do siebie. Opadła na kolana, 
przesuwając wargami po jego brzuchu. Uklęknął również, wziął w dłonie jej twarz i przywarł do 
ust   gorącymi   wargami,   wnikając   językiem   do   środka.   Przywarła   do   niego   całym   ciałem.  
Zorientowała  się, że chce zdjąć  z niej  sweter,  i posłusznie  uniosła ręce  do góry.  Ich wargi 
złączyły się ponownie. Rozpiął jej biustonosz i jęknął chrapliwie, kiedy nagie piersi dotknęły 
torsu. Objął je dłońmi i kciukami zaczął pieścić sutki. Ciało Bryony wygięło się w łuk. Pchnął ją  
lekko na dywan i chwycił wargami różowe pączki. 
Wbiła mu palce w plecy,  drapiąc paznokciami po skórze, ale w miłosnym zapamiętaniu nie 
zwrócili na to uwagi. Kiedy Kynaston zaczął rozpinać jej spodnie, dłonie Bryony powędrowały 
do rozporka. Jęknął. Byli teraz zupełnie nadzy. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. 
Kynaston   omiótł   wzrokiem   jej   wspaniałe   ciało   i   ciemny   trójkąt   między   nogami.   Przesunął 
dłońmi wzdłuż łydek ku biodrom. 
Bryony nigdy przedtem nie widziała nagiego mężczyzny, a to, co zobaczyła, było wspaniałe - 
silnie umięśniona klatka piersiowa, płaski brzuch i długie nogi. Widok jego męskości prawie  
pozbawił ją tchu. Patrzyła jak zahipnotyzowana. 
Kynaston spojrzał jej głęboko w oczy. 
- Bryony - wyszeptał namiętnie. Zawsze marzyła, żeby usłyszeć swoje imię, wypowiedziane 
takim tonem. Brzmiało w nim pożądanie, niecierpliwość i tęsknota. On naprawdę mnie kocha, 
pomyślała i serce ścisnęło jej się boleśnie. 

background image

- Kynaston - szepnęła, obejmując go i całując delikatnie. Poczuła, jak rozsuwa jej nogi i wchodzi 

w nią powoli. Gdzieś w dole brzucha zapłonął ogień, który ogarnął całe ciało. Kynaston starał się 

być ostrożny, zdając sobie sprawę z jej dziewictwa, chociaż tkwiące w nim napięcie domagało się 

spełnienia. Bryony tak bardzo pragnęła poczuć go całego w sobie, że pomimo pólu otoczyła 

Kynastona nogami i przywarła do niego gwałtownie. Zrozumiał to i zanurzył się w jej wnętrzu. 

Jęknęła z rozkoszy, lecz on nagle zaczął się poruszać, najpierw wolno, potem coraz szybciej. 
Za każdym razem, kiedy w nią wchodził, odczuwała coraz silniejszą rozkosz. Było to cudowne i 
zarazem przerażające uczucie. Zapragnęła zatrzymać go w sobie na zawsze, lecz nagle porwał ją  
ożywczy prąd i uniósł wysoko. Krzyknęła z rozkoszy, a po chwili usłyszała, że Kyn wypowiada 
jej   imię.   Ich   ciała   odnalazły  wspólny  rytm,   złączone   w   miłosnej   ekstazie.   Szalone   napięcie 
eksplodowało, wprawiając w drżenie każdy nerw i unosząc ich na fali spełnienia. 
Dopiero po dłuższym czasie Bryony otworzyła oczy. Kyn leżał na niej, a ich serca biły wspólnym 
rytmem.   Miarowy   oddech   muskał   jej   ucho.   Otoczyła   ramionami   .ciało   ukochanego.   Po 
policzkach spływały jej łzy. Za oknem zaczęły bić dzwony, wzywając wiernych na mszę. Tysiące  
płonących  świateł rzucało cienie na ściany pokoju. A Bryony wciąż obejmowała  kochanka i 
cicho płakała. 

Hadrian wrócił do Stowe, do domku, który wynajmowali razem z Marion. Rozpalił w kominku i 
spojrzał na zegarek. Była dziewiąta. Czy Marion wiedziała, że wrócił? Podszedł do telefonu. 
Kiedy wybrał numer, usłyszał przerywany sygnał. W tym samym czasie do Marion telefonował 

Lance. 
- Haloą - Ociągając się podniosła słuchawkę. 
- Cześć, Marion. To ja, Lance. Jestem w Stowe. Prawda, jaki świat jest mały? 
Morgan szybko przerwał tę towarzyską rozmowę, wskazując wymownie na zegarek. 
- Słuchaj, muszę się z tobą zobaczyć - ciągnął Lance. - W bardzo ważnej sprawie. 
- Nie mogę się z tobą spotkać. Mam pilny telefon do załatwienia. 
Nie   kłamała.   Przez   cały  dzień   telefonowała   do   Hadriana.   Od   czasu   powrotu   z   Lech   często 
płakała, ale także przemyślała  wiele rzeczy.  Wtedy,  w Lech, mówił  głównie ojciec. Hadrian 
rzadko się odzywał. Początkowo opanował ją gniew. Dlaczego nie zaprzeczył, jeśli to, co mówił 
Leslie, nie było prawdą? Potem, kiedy już na spokojnie zaczęła odtwarzać wszystko w pamięci, 
spostrzegła luki w rozumowaniu ojca. 
Tego dnia, kiedy Hadrian uratował ją przed rozszalałymi psami, nie wiedział, kim była. Już przy 
tym pierwszym spotkaniu wszystko się dla nich zaczęło. Pozostawała jeszcze sprawa kłamstw,  
których jej naopowiadał. Ale kiedy przypomniała sobie wszystkie chwile, jakie spędzili razem, 
doszła do wniosku, że Hadrian nigdy jej nie oszukał. Powiedział jej wszystko o Bryony, oprócz  
sprawy z Kynastonem Germaine. Poza tym był z nią absolutnie szczery. Upadł również główny 
zarzut   ojca,   że   Hadrian   potraktował   ją   jak   narzędzie,   które   miało   posłużyć   do   zniszczenia 
Kynastona Germaine. Przecież nigdy jej do tego nie zachęcał. 
Tak krótko trwało jej szczęście. Dlaczego mu nie zaufała? Przypomniała sobie jego bladą, 
ściągniętą bólem twarz i niemą prośbę w oczach ... Dlaczego posłuchała ojca, zamiast posłuchać 
głosu serca? Uciekła od niego. Księżniczka Ventura powróciła do swojego królestwa. Jak ma 
teraz z nim rozmawiać? Jak przeprosić za zdradę? On nigdy by nie uwierzył, gdyby ktoś mówił 
coś złego o niej. Bezgranicznie jej ufał. Musi się z nim spotkać. Postarać się wszystko 
wyjaśnić ... 
- Nie mogę teraz z tobą rozmawiać, Lance - powiedziała. Lance zerknął na Morgana. 
- Marion, mam ci coś ważnego do powiedzenia. O Bryony Rose. Wpakowała się w okropną 
historię ... Słuchaj, nie mogę ci tego wytłumaczyć  przez telefon. Czy nie możemy się gdzieś  
spotkać? Może u ciebie. Na farmie. Myślę, że drogi są odśnieżone. 
- Chyba tak, Lance. W jaki sposób ... 
- Będę tam za pół godziny. - Lance szybko odłożył słuchawkę. - Wszystko załatwione - 

background image

powiedział do Morgana. 
- Wprowadzę teraz do akcji Bruna - oznajmił Morgan. Zanim skończył rozmawiać przez telefon, 
Lance był już w drodze. Wracał do Nowego Jorku. 
Marion przeszła na palcach obok uchylonych  drzwi pokoju ojca. Słyszała,  jak mówi  coś do 
dyktafonu. Westchnął głęboko, słysząc,  jak drzwi wejściowe otwierają się i cicho zamykają. 
Martwił się o córkę. Przypomniał sobie nagle, że Boulton miał powrócić do Stowe tego samego 
dnia. Czy to możliwe, że ona chce do niego wrócić? Sięgnął po płaszcz. Tymczasem Hadrian 
nadal usiłował dodzwonić się do Marion. Tym razem nikt nie odbierał telefonu. 
Marion zatrzymała taksówkę. Kiedy samochód wyjechał poza miasto, ogarnął ją lekki niepokój. 
Co Lance miał na myśli, mówiąc, że Bryony jest w okropnej sytuacji? I skąd, u diabła, mógł się o  
tym dowiedzieć? 

Bruno jechał na farmę jak szalony. Kiedy dotarł na miejsce, zaparkował samochód na poboczu, 
pod pokrytymi śniegiem sosnami. Znał na pamięć plan posiadłości i skierował się do najdalej 
położonej   stajni   przerobionej   teraz   na   wiejski   domek.   To   miejsce   znajdowało   się   na   takim 
odludziu, że porwanie Marion nie powinno przedstawiać najmniej szych trudności. Po chwili 
dołączył   do   niego   Morgan.   Wszystko   było   opracowane   w   najdrobniejszych   szczegółach. 
Morgan   miał   wrócić   do   samochodu.   Gdyby   coś   się   nie   powiodło   i   dziewczyna   zdołałaby 
wyrwać   się   z   rąk   Bruna,   wtedy   Morgan   uniemożliwi   jej   ucieczkę.   Ale   nie   było   żadnego 
powodu, aby ich plan miał się nie powieść. Żaden z nich nie pomyślał o Elijahu P. Ellsworthym. 

Hadrian skoczył na równe nogi, kiedy usłyszał, że ktoś dobija się do drzwi. 
- Gdzie ona jest?! - krzyknął Leslie, wpadając do środka jak burza. 

Elijah siedział przed kominkiem i czytał książkę. Nagle leżący u jego nóg pies zaczął war~zeć i  
nastawił uszu. Jego pan odłożył książkę. Ufał swojemu psu. Kiedy on zaczynał się denerwować, 
Elijah   był   również   niespokojny.   Podszedł   do   okna   i   uchylił   firankę.   Za   oknem   panowała 
ciemność. Nagle, od strony stajni, zauważył światło. 
Złodzieje? Szybko zasunął firankę. Pies stał obok niego, patrząc mu w oczy i czekając na rozkaz.  
Elijah sięgnął po strzelbę, sprawdził, czy jest nabita. Nie chciał, żeby ktoś zabił mu psa. Nie  
chciał również mieć nic do czynienia z policją. Przypomniał sobie nagle o Hadrianie Boultonie. 
Polubił tego Anglika z Y orkshire, który również wychował  się na farmie.  Hadrian Boulton 
będzie wiedział, co robić. Przecież farma należała teraz do niego i do jego ślicznej dziewczyny. 

Morgan i Bruno omawiali ostatnie szczegóły. 
- Ona prawdopodobnie przyjedzie taksówką. Jeśli kierowca będzie na nią czekał, to ja się nim 
zajmę. Ty zajmiesz się Marion. Masz wszystko co trzeba? - spytał. 
Bruno wyjął  z  kieszeni  buteleczkę z  bezbarwnym  płynem  i białą chusteczkę.  Morgan skinął 
głową z aprobatą. Bruno czuł podniecenie. Uwielbiał takie sytuacje. 

Hadrian popatrzył zdurniony na Lesliego Venturę. 
- Co się stało? 
- Chodzi o Marion. Wiem, że ona tu jest. 
- Chciałbym, żeby tu była - Powiedział Hadrian. - Jeśli ona ... - Nagle zadzwonił telefon. Hadrian 
szybko podniósł słuchawkę. - Tak? 
- Pan Boulton? Tu Elijah. Dzwonię z farmy. Ktoś jest w starych stajniach. 
- Marion? - spytał Hadrian. Cóż ona mogła tam robić? 
- Chyba nie. Mój pies ją zna. A teraz warczy i jest bardzo zdenerwowany. Nie podoba mi się to, 
panie Boulton. 
Znaczenie tych słów zaczęło powoli docierać do Hadriana. 

background image

Zimny   dreszcz   przebiegł   mu   po   plecach.   Kątem   oka   zauważył,   że   Leslie   Ventura   wchodzi 
ponownie do pokoju po przeszukaniu całego domku. 
- Niech pan nigdzie nie wychodzi. Zaraz tam będę - powiedział szybko i odłożył słuchawkę. Był 
przerażony. Czuł, że Marion grozi niebezpieczeństwo. Spojrzał na Lesliego Venturę. - Niech pan 
jedzie ze mną - rzucił krótko. 
- Co? Posłuchaj pan ... - zaczął Leslie, ale Hadrian był już przy drzwiach. 
- Wydaje mi się, że Marion jest w niebezpieczeństwie - powiedział. - Czy przyjechał pan 
samochodem? 
Leslie nie tracił czasu. Pobiegł za Anglikiem, otworzył drzwi i wpuścił Hadriana do środka .. 
- O co chodzi? - spytał. - Co to wszystko ma wspólnego z Marion? 
Hadrian powiedział mu o telefonie Elijaha. 
- To nic nie znaczy. Nawet nie wiemy, czy moja córka tam jest - argumentował. 
Hadrian spojrzał na niego. 
- Mam złe przeczucia, Leslie. 
Leslie otworzył usta, ale szybko je zamknął. Skinął głową.
 - Prowadź - zwrócił się do Hadriana. 

Marion wysiadła z taksówki. 
- Proszę na mnie zaczekać - poprosiła kierowcę. 
Zdziwił ją brak świateł w oknach farmy. Elijah powinien być przecież w domu. Zdziwiło ją 
również, że pies nie wybiegł, żeby się z nią przywitać. Oswoiła się z nim i bardzo go polubiła, 
pokonując awersję do psów. Ale gdzie jest Lance? 
Snieg skrzypiał  jej pod butami. Bruno, ukryty w cieniu starych  stajni, trzymał  w pogotowiu 
butelkę z chloroformem. 
Marion zatrzymała się na chwilę. Pomyślała, że powinna najpierw zobaczyć się z Elijahem. 
Bruno postąpił parę kroków do przodu. Dostrzegł Marian w światłach samochodu, kierującą się 
w stronę farmy. Nagle stanęła. Wydało jej się, że słyszy jakiś dziwny dźwięk. Rozej·· rzała się, 
lecz   zobaczyła   jedynie   taksówkę   'i   kierowcę   z   głową   odrzuconą   do  tyłu.   Na   pewno   zasnął, 
pomyślała. 

Hadrian jechał tak szybko, że omal nie wpadli w poślizg, ale Leslie Ventura nie uczynił żadnego  
komentarza. Bardzo bał się o Marion. Żeby tylko nie zrobiła jakiegoś głupstwa. 

Marion ruszyła w stronę domu. 
_ Pssst... Pssst. - Dźwięk ten dochodził z budynku, który dawniej był spichlerzem. Skierowała się 
w tamtą stronę· 
_ Lance? - spytała. Wnętrze budynku było ciemne. 
Elijah nie odchodził od okna. Światła samochodu oświetliły drobną postać Marian. Uchylił drzwi 
z tyłu domu. Pies przecisnął się przez szparę i wybiegł na dwór. Niech to szlag trafi. Co za 
głupek, pomyślał Elijah. Był jednak dumny, że jego ogar wykazał należytą odwagę. 
_ Lance, to wszystko jest idiotyczne - powiedziała Marion. Zaczęła się bać. - O co tutaj chodzi? 
Oślepiło ją światło latarki. Po chwili Bruno opuścił latarkę i wystawił rękę przez uchylone drzwi, 
zapraszając ją gestem do środka. Pamiętał wskazówki Morgana. Miał się nie odzywać, żeby 
Marion nie zorientowała się, że ma do czynienia z zupełnie obcym mężczyzną. 
Marion westchnęła. Lance lubił takie teatralne sztuczki. Ruszyła wolnym krokiem w kierunku 
drzwi. 

Hadrian skręcił na drogę prowadzącą do domu. Mieli jeszcze niecałą milę do pokonania. Leslie 
siedział w milczeniu, z zaciśniętymi ustami. On również miał jak najgorsze przeczucia. Gdyby 
coś stało się z Marion ... 

background image

Pies Elijaha zatrzymał  się na środku podwórza. Czuł zapach Marion, który dobrze znał. Ale 
wyczuł jeszcze inny, obcy. W pobliżu lasu. 
Morgan, który obezwładnił kierowcę taksówki ciosem karate, postanowił zorientować się w 
sytuacji. Wyszedł zza spichlerza i zobaczył, że Marion idzie w kierunku stajni. Wszystko dobrze 
się układało. Kobieta nie miała najmniejszej szansy w konfrontacji z Brunem. Nagle usłyszał 
zbliżający   się   samochód.   Szybko   odwrócił   głowę.   Widział   blask   przednich   świateł, 
przesuwający się między drzewami. Czy zdoła go zatrzymać? 
Elijah wkładał buty i zastanawiał się, dlaczego nie słyszy psa. Powinien już dawno dać sobie radę 
ze złodziejami. 
Marion weszła do środka. 
_ Lance? O co chodzi? - Poczuła ostry zapach i nagły ruch. 
Chciała się odwrócić i uciec, ale instynkt ostrzegł ją, że jest już za późno. Osunęła się więc na 
kolana i opuściła nisko głowę. 
Bruno stracił ją z oczu. Przed chwilą stała jeszcze w drzwiach, a teraz zniknęła. Postąpił krok do  
przodu i wpadł na skuloną Marion. Krzyknęła głośno. 
Hadrian wjechał na podwórze i zgasił silnik. 
_ Słyszałeś? - spytał Lesliego, który wysiadał już z samochodu. 
- Chyba tak. Jakiś krzyk. 
Marion krzyknęła ponownie, kiedy poczuła, że jakieś ręce ją unoszą. Elijah wybiegł z domu.  
Kiedy   dotarł   w   pobliże   starego   koryta   do   pojenia   bydła,   schował   się   za   nim   i   zamarł   w 
bezruchu. Walczył w pierwszej i drugiej wojnie światowej i wiedział, co robić w momencie  
zagrożenia. 
Morgan zobaczył dwóch mężczyzn, którzy rzucają się biegiem w kierunku stajni. Podbiegł do 
taksówki i wypchnął nieprzytomnego kierowcę na śnieg. 
Bruno zaśmiał  się głośno. Był  tak podniecony tym,  co miał  zrobić, że nawet nie zauważył 
przybycia obcego samochodu. 

_ Co się stało, mała damo? - Warknął. - Oczekiwała pani kogoś innego? 

Morgan siedział już w taksówce i usiłował zapalić silnik. Nie zdążył zamknąć drzwi, kiedy pies 

rzucił się na niego i złapał zębami za ramię. Mimo grubej kurtki, poczuł przenikliwy ból. Kopnął 

psa, usiłując zrzucić go z siebie. Pies puścił jego ramię i zatopił zęby w nodze. Morgan krzyknął 

z bólu. 
Elijah, Leslie i Hadrian usłyszeli jego przeraźliwy ryk. Leslie i Hadrian, którzy biegli w kierunku 
stajni, nie zwrócili nań uwagi, Elijah natomiast pobiegł w tamtym kierunku. 
Marion poczuła, że ten obcy mężczyzna przykłada jej jakąś szmatę do ust. Zaczęła się dusić. Już  
wiedziała, że to porwanie. Temat ten przewijał się często w rozmowach jej znajomych. Była to 
zmora trapiąca bogatych ludzi. Ostatkiem sił zaczęła się wyrywać i kopać na oślep. Jej ostry 
obcas trafił Bruna w łydkę. Zaskoczony puścił Marion. Upadła na plecy, ale podniosła się szybko 
i wybiegła na zewnątrz. 

W tym momencie zobaczyli ją Leslie i Hadrian. Dostrzegli również mężczyznę, który wybiegł za 

nią i złapał za połę kurtki. Hadrian krzyknął głośno, a zaskoczony Bruno ponownie puścił 

Marion. Skąd się wzięli ci ludzie? 

Morgan kopnął psa tak mocno, że ten wylądował w śniegu. 
Zatrzasnął drzwi i ruszył z miejsca. Elijah podniósł strzelbę i wymierzył w samochód. U słyszał 
brzęk szkła,  ale auto nie zatrzymało  się.  Słyszał  teraz okrzyki,  dochodzące od strony stajni. 
Szybko pobiegł w tamtą stronę· 
- Marion, wstawaj! - krzyczał Hadrian, patrząc na drobną postać, leżącą bez ruchu na śniegu. 
Porywacz stał dwa kroki od niej. Radość zapłonęła w jej wnętrzu na dźwięk głosu Hadriana. 
Podniosła się z wysiłkiem i zaczęła uciekać, ale nogi ślizgały się jej po lodzie, w głowie huczało. 
Leslie,   który  stał   za   Hadrianem,   zobaczył,   że   napastnik  wyciąga   z   kieszeni   jakiś  przedmiot. 
Odbiło się w nim światło padające zza uchylonych drzwi domu. 
- Nóż! - krzyknął. 

background image

Elijah usłyszał ten okrzyk. Nienawidził nożowników. Zaraz się przekonają, że strzelba jest 
skuteczniejsza od noża. 
Bruno patrzył za oddalającą się dziewczyną. Nie tylko zawiódł Morgana, ale jeszcze pójdzie za to 
wszystko do więzienia. Odchylił rękę do tyłu. Miał wprawę w rzucaniu nożem. Leslie wiedział 
już, że Marion znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie mógł nic zrobić. Zbyt wielka 
odległość dzieliła go od córki. 
Hadrian również zobaczył nóż. 
- Nie! - zawołał, przebiegł parę kroków, złapał ją za rękaw i silnym szarpnięciem odciągnął na  
bok, zasłaniając własnymi plecami. 
Marion krzyknęła zaskoczona, kiedy Hadrian odepchnął ją. 
Zdekoncentrowany tymi okrzykami i nagłą zmianą sytuacji, Bruno znieruchomiał z ręką w górze. 
Leslie widział to wszystko. Obserwował, jak Anglik tuli do siebie Marion, jak prostuje ramiona, 
spodziewając się uderzenia nożem. Szybko spojrzał w kierunku mężczyzny, który szykował się 
do rzutu. 
- Nie! - wrzasnął z całej siły. 
Bruno nie zwracał na niego uwagi. Ktoś tu dzisiaj umrze, pomyślał. W tym momencie padł strzał. 
Kula ze strzelby Elijaha ugodziła Bruna prosto w serce. Padł na śnieg. 
Oczekujący uderzenia Hadrian podskoczył, kiedy poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Była to dłoń 
Lesliego. 
- W porządku. Ten skurwiel nie żyje. 
Hadrian westchnął głęboko i mocniej przytulił do siebie Marion. 
- Dzięki Bogu. Kocham cię - wyszeptał. 
Marion nie mogła wymówić słowa. Chciała mu powiedzieć, że nie wyobraża sobie życia bez 
niego, żeby jej przebaczył, ale głos odmówił jej posłuszeństwa. 
_ Wiem, ty też mnie kochasz - powiedział Hadrian i delikatnie ucałował jej usta. 

Kiedy samochód Kynastona wjechał na podjazd nowego hotelu, Bryony otworzyła szeroko oczy 
ze zdumienia. Duże złocone litery układały się w napis: "Hotel Bryony Rose". Za chwilę miał się 
rozpocząć bal. Był pierwszy dzień nowego roku. 
- Nazwałeś hotel moim imieniem - szepnęła. Kynaston obrócił się do niej. 
- Szczęśliwego Nowego Roku, kochanie. Czy nie zdziwiło cię, dlaczego nie dostałaś ode mnie 
prezentu na Boże Narodzenie? 
Popatrzyła jeszcze raz na hotel i odwróciła głowę, żeby Kyn nie dostrzegł w jej oczach łez. 
Nazwał hotel jej imieniem, a ona za chwilę umieści tam podsłuch, aby go skompromitować. 
Szybko otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu, nie zauważywszy, że Kynaston patrzy na nią ze 
zmarszczonym czołem. 
W hotelu znajdowało się już mnóstwo gości. Bryony zwracała na siebie powszechną uwagę. Jej 
włosy odbijały się złotym blaskiem od ciemnozielonej aksamitnej sukni. Stoły zastawione były 
jedzeniem, bary serwowały różnorodne wina i alkohole. Za dekorację służyły zielone gałązki 
oraz białe czerwone poinsecje. W sali balowej grała orkiestra. 
Leslie Ventura podszedł z uśmiechem do Carole, która na jego prośbę przyjechała do Stowe. 
- Zatańczysz ze mną? 
Hadrian rozglądał się, szukając wzrokiem Bryony. Martwił się o nią. Od czasu kiedy wróciła z 
Aspen,   widzieli   się   tylko   raz.   Opowiedział   o   próbie   porwania   Marion   i   chciał   się   również 
dowiedzieć czegoś od niej. Bryony unikała jednak odpowiedzi na pytania dotyczące Kynastona  
Germaine'a. Hadrian czuł, że coś jest nie w porządku. Wydawała mu się dziwnie zmieniona. 
- Hadrianie, co się stało? - usłyszał głos Marion. Wyglądała wspaniale w czerwonej wieczorowej  
sukni. Szok wywołany porwaniem minął bez śladu. W jej oczach błyszczała wesołość. Kiedy 
Hadrian i Leslie zaprowadzili ją do domu Elijaha, Marion cała się trzęsła. Leslie natychmiast 

background image

wezwał lekarza i policję. Elijah, który martwił się tym, że zabił Bruna, przekonał się, że Leslie to  
człowiek wpływowy. Skończyło się na złożeniu zeznania na komisariacie. 
Następnego dnia Leslie opowiedział córce, jak Hadrian osłaniał ją własnym ciałem przed 
uderzeniem noża. Marion wybuchnęła płaczem. Ojciec zostawił ich tulących się do siebie. - 
Jesteś czymś zmartwiony - powiedziała. - Och, Hadrianie, tak cię kocham, że to aż boli - dodała. 
Spojrzał w jej promieniejące szczęściem oczy i nerwowo przełknął ślinę. 
- Marion ... chciałem cię o coś spytać. 

- O co? 

- Teraz, kiedy twój ojciec zmienił zdanie ... 

Roześmiała się głośno. 

- Zmienił zdanie? On stał się twoim naj gorętszym fanem. Opowiada o twoich czynach każdemu. 
Hadrian uśmiechnął się. Leslie diametralnie zmienił swój stosunek do niego. 

- Myślałem, że ... teraz, kiedy zniknęły przeszkody ... - Urwał. - Do diabła, zacząłem nie tak, jak 

powinienem. 

- Co powinieneś, głuptasie? Weź głęboki oddech i wyrzuć to z siebie. - Marion ścisnęła go za 

kolano. 
- Dobrze, skoro tego chcesz. Czy wyjdziesz za mnie? Otworzyła usta ze zdumienia. Po chwili na 
jej twarzy pojawił się radosny uśmiech. 
- To są bardzo romantyczne oświadczyny, Boulton - powiedziała. - Wyrzuciłeś to z siebie w biały 
dzień,   wśród   pijanych   gości   hotelowych.   Nie   mogłeś   zaczekać,   aż   wzejdzie   księżyc? 
Przyklęknąć? 

- A więc tak czy nie? - zapytał ze śmiechem. 

- A jak myślisz? Oczywiście, że wyjdę za ciebie, ty wariacie. Nikt inny by ciebie nie zechciał. 
- Na pewno nie - przyznał. - Czy nie uważasz, że powinniśmy zawiadomić o tym twojego ojca? 
- Dobrze. - Marion uśmiechnęła się. - Nie przypuszczam jednak:żeby był zdziwiony. 

- W takim razie powiemy, że jesteś w ciąży. 

Morgan usłyszał dźwięk dzwonka i natychmiast otworzył drzwi. 
- Myślałem już, że pani nie przyjdzie - powiedział rzeczowym tonem, aby zamaskować strach, 
który nie opuszczał go od tamtej pamiętnej nocy na farmie. 
- Trudno mi było wyjść - odrzekła Bryony. - Czy to ten przedmiot? - spytała, patrząc na leżącą 
na kredensie, zawiniętą  w szary papier, paczkę. Wyciągnęła rękę, ale Morgan był szybszy. 

_ Ostrożnie - syknął, czując, że serce podchodzi mu do gardła. - Trzeba się z tym obchodzić 

bardzo delikatnie. Przy naj mniejszym wstrząsie kamera przestanie działać. 
Bryony skinęła głową. Pudełko było bardzo lekkie, a przecież znajdował się w nim magnetofon i  
kamera wideo. Coś tu było nie w porządku. 

_ Pójdę już - powiedziała. - Nikt nie wszedł jeszcze do sali 
konferencyjnej, ale nie chcę tracić czasu. Co się panu stało w nogę? - spytała, kiedy zauważyła, 
że Morgan mocno utyka. - Och, nic takiego. Zwykły narciarski wypadek. 
Skinęła głową. 
_   Wrócę   z   tym   ....   -   Podniosła   pudełko,   nie   dostrzegając,   że   Morgan   zbladł   i   cofnął   się  
nieznacznie. - Jak tylko skończy się zebranie. 

- Dobrze - odparł z dziwnym uśmiechem. 
Zauważyła ten grymas. A więc jemu również zależy na skompromitowaniu Kyna. Cóż w tym  
złego? - pomyślała gniewnie. Ona też tego chciała. Ale to było dawniej. Teraz czuła coś innego. 
Po wyjściu Bryony Morgan wsze.dł z trudem na strych i ustawił radio. Bomba miała wybuchnąć 
o   piątej.   Nastawił   sygnał   ostrzegawczy  na   czwartą   pięćdziesiąt.   Wystarczy,   aby  ewakuować 
wszystkich ludzi, lecz nie dość, aby rozbroić bombę. Greg wszedł do domu i zamknął za sobą 
drzwi. Na dole nie było nikogo. Nacisnął wewnętrzny domofon. 
- Jesteś tam? 
- Tak - usłyszał głos Morgana. - Wejdź na górę. 

background image

Greg ruszył w kierunku schodów, zapominając wyłączyć domofon. Teraz pozostało im tylko 
czekać. 

Marion była pierwszą osobą, którą spotkała Bryony po powrocie do hotelu. 

- Och, Bryony. Muszę ci coś powiedzieć. Wiem, że Hadrian chciałby ci sam powiedzieć, ale ... 

no, zamierzamy się pobrać! - Marion zaśmiała się i zarzuciła jej ręce na szyję. Przechodzący 

obok kelner potrącił torbę, którą Bryony trzymała w ręku. 

- To wspaniała wiadomość, Marion. 
- Będziesz moją druhną, prawda? 
- Oczywiście. - Uległa radosnemu nastrojowi i przez chwilę rozmawiały wesoło na temat wesela. 
Dopiero kiedy Marion poszła przekazać nowinę Carole Ballinger, Bryony przypomniała sobie o 
kamerze. Przecisnęła się przez tłum bardzo ostrożnie, żeby nie narazić torby na wstrząsy, i 
dotarła do sali konferencyjnej. Cicho otworzyła drzwi i zajrzała do środka. Sala była pusta. 
Wyjęła paczkę z torby i umieściła ją tak, jak polecił Morgan. Wycięty w kartonie kwadrat 
znajdował się teraz naprzeciwko stołu konferencyjnego. Po bokach ustawiła oprawione w ramki 
fotografie sławnych ludzi, którzy zatrzymywali się w hotelach Germaine Corporation. 
Sprawdziła, czy pudełko zostało w dostateczny sposób zakamuflowane, i szybko opuściła salę. 
Goście bawili się w najlepsze. Wszędzie panował straszny hałas. 
- Wyjdźmy stąd na chwilę. - Na dźwięk tego głosu Bryony podeszło serce do gardła. Kyn wziął 
ją za rękę i zaprowadził do pustego pokoju biurowego. - Co roku jest gorzej - powiedział, 
patrząc na nią z uśmiechem. - Chodź do mnie. - Podeszła do niego na miękkich kolanach. Ujął ją 
za ręce. - Są takie zimne - szepnął, przykładając jej dłoń do policzka. - Jest takie powiedzenie.  
Zimne ręce, gorące serce. 
Przeszył ją ból. 
- Kyn... - zaczęła, po czym zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do jego ust w namiętnym 

pocałunku. 
- To się nazywa prawdziwy pocałunek - powiedział ze śmiechem, kiedy Bryony odsunęła się od 
niego. - Teraz mam odwagę dać ci to, co tutaj mam. - Wyjął z kieszeni małe czerwone pudełko. 
- Kynaston. - W głosie Bryony zabrzmiała prośba. Wewnątrz był złoty pierścionek z brylantem. 

- Bryany Rose Whittaker, czy wyjdziesz za mnie? 
Bez słowa rzuciła mu się w ramiona. Kyn trzymał ją mocno w objęciach i czuł się niewymownie 
szczęśliwy. Nie przypuszczał, że miłość może być tak wspaniała. 
- Bryony - szepnął czule, całując jej skronie, policzki, wargi. Przytuliła się do niego, czując, że za 
chwilę serce pęknie jej z rozpaczy. Delikatnie odsunął ją od siebie i włożył pierścionek na palec. 
Pasował doskonale. Bryony nie mogła już powstrzymać łez. Ale Kynaston Germaine zrozumiał 
to inaczej. 
- Ty głuptasie - powiedział czule. - Od kilku tygodni usiłuję cię przekonać, że cię kocham, po  
Aspen ... Myślałaś, że chciałem mieć kolejny romans? 
Nagle otworzyły się drzwi. 
- Panie Germaine ... Przepraszam ... nie chciałem przeszkadzać ... - W drzwiach stał zażenowany 
kierownik sali. - Bardzo przepraszam, sir, ale ... pan Colquist zemdlał. Wiem, że dużo pił, ale ... 
- On ma cukrzycę - powiedział Kynaston ostrym tonem. - Wezwij natychmiast lekarza. - 
Odwrócił się do Bryony, ale ona popchnęła go delikatnie w kierunku drzwi. 
- Idź. Musisz zobaczyć, co się stało. twojemu przyjacielowi. - Była szczęśliwa, że może zostać 
sama. 
- Zaraz wracam - powiedział i szybko wyszedł z pokoju. 
Bryony nie mogła powstrzymać łez. Kynaston ją kochał. Co więcej, ufał jej. Prosił, żeby została  
jego  żoną.  Był   to  również   w  pewnym   sensie  dowód  miłości   i  zaufania.  Nie   może   się  temu 
sprzeniewierzyć. Nie może! 
- Przykro mi, Katy, ale ja go kocham - szepnęła. 
Wyszła  cicho z pokoju i skierowała się w stronę sali konferencyjnej. Kiedy zapaliła światło,  

background image

zobaczyła   półnagą   kobietę   leżącą   na   stole.   Czerwony   na   twarzy  mężczyzna   spojrzał   na   nią 
wściekłym wzrokiem. 
- Przepraszam - wykrztusiła, zamykając za sobą drzwi. Będzie musiała później wrócić po tę 
kamerę. Zaraz też zawiadomi o tym Morgana. Nie byłoby w porządku, gdyby pokrzyżowała mu 
plany i zostawiła go bez żadnej wiadomości. Za chwilę Kyn zacznie jej szukać. Nie chciała go 
teraz spotkać. Będzie musiała wszystko mu wyznać. Wybiegła z hotelu. Zrobiło się już ciemno. 
Spojrzała na zegarek. Było dwadzieścia po czwartej. 
Szybko wskoczyła do samochodu i po chwili była już przed domem Mike'a Wooda. Zastukała, 
ale nikt się nie odezwał. Lekko pchnęła drzwi. W środku było ciemno. 
- Czy jest tu ktoś? - zapytała niepewnie. 
Nagle, tuż za jej plecami, odezwał się donośny głos. - Włącz radio. Nie możemy tego 
przegapić. 
Bryony   podskoczyła   z   przerażenia.   Przecież   tu   nikogo   nie   ma!   -   Nie   martw   się.   Kiedy 
wybuchnie, to wszystkie stacje będą o tym mówić. Poza tym jeszcze tam nie telefonowałem z 
ostrzeżeniem. 
Bryony poznała głos Morgana. O czym oni mówili? Przypomniała sobie, że mieli wewnętrzny 
domofon. Chciała zapalić światło i zawiadomić ich, że jest na dole, kiedy znowu usłyszała głos 
Morgana. 
- Jesteś pewny, że zegar nastawiony jest na piątą? 
- Oczywiście. Nie martw się, marynarka dobrze mnie przeszkoliła. Kiedy już coś wysadzam, to to 
coś wylatuje w powietrze zgodnie z planem. Nie martw się, Morgan. Z tego hotelu o piątej 
zostaną tylko gruzy. 
Bryony zamarła. Oni mówią o bombie! Nie o kamerze. W hotelu. A tam jest tyle ludzi! 
Wyślizgnęła się z domu i pobiegła do samochodu. Spojrzała na zegarek. Dochodziła czwarta 
trzydzieści. Jechała jak szalona. Przed hotelem wyskoczyła z samochodu, nie gasząc silnika i nie 
zamykając drzwi. 
Musi natychmiast znaleźć Kyna. Gorączkowo przepychała się między gośćmi. Marion, widząc 
jej bladą twarz i rozszerzone z przerażenia oczy, chwyciła ją za ramię. 
- Co się stało? 
Bryony odepchnęła jej rękę. Nie było czasu na wyjaśnienia. Nagle dostrzegła jasną głowę 
Kynastona wśród grupki rozbawionych gości. Rzuciła się w jego stronę.  
- Kyn! Kyn! - Jej krzyk ginął w ogólnym hałasie. Orkiestra zaczęła grać melodię "Przyjęcie  
dobiega końca". Bryony omal nie wybuchnęła histerycznym śmiechem. Spojrzała na zegarek. 
Czwarta   czterdzieści   dwa.   Nie   było   chwili   do   stracenia.   -   Kyn!   -   krzyknęła   jeszcze   raz 
rozpaczliwie. 
Tym razem ją usłyszał. Szybko przepchnął się przez tłum
. - Gdzie byłaś? 
- Bomba! Tu jest bomba! 
Potrząsnął głową i pokazał na ucho. Złapała go za rękę i pociągnęła do sali konferencyjnej. Nie 
było tam nikogo. 
- W tej paczce jest bomba - wyjąkała bez tchu. 
- Co takiego? - krzyknął. 
Szybko podeszła do stołu i rozsunęła pieczołowicie ustawione fotografie. W skazała palcem 
szarą paczkę. 
-  Tu   jest   bomba.   Myślałam,   że   to  kamera   wideo,   że   będziesz   miał   tu  tajną   konferencję...   - 
Urwała. Nie może mu teraz wszystkiego wyjaśniać. Nie było na to czasu. - To nie jest kamera. 
Słyszałam, jak Morgan mówił ... 
- Morgan? - Kyn złapał ją za ramię. - On tu jest? W Stowe? 
- Kyn, posłuchaj! - krzyknęła, łapiąc go za rękę. - Bomba wybuchnie o piątej. 
W tym momencie otworzyły się drzwi i stanął w nich Hadrian. Marion powiedziała mu, że z  

background image

Bryony dzieje się coś dziwnego, i kazała mu jej szukać. 
- Co tu się dzieje? - spytał, przenosząc wzrok z przerażonej twarzy Bryony na zaciętą twarz 
Kynastona. - Jeśli ty ... 
- Wyprowadź wszystkich z hotelu! - zawołał Kynaston. - Tutaj jest bomba. Niech wszyscy 
opuszczą hotel. Kelnerzy ci pomogą. Ucisz orkiestrę. Niech otworzą wszystkie drzwi. Na pewno 
wybuchnie panika. 
_ Dobra - powiedział Hadrian i szybko wyszedł z sali. 
- Skąd wiesz, że bomba wybuchnie o piątej? - Kynaston patrzył na Bryony lodowatym wzrokiem. 
- Słyszam, jak mówił Morgan. Przez domofon. Oni nie wiedzieli, że tam jestem. Wróciłam, bo 
nie mogłam się na to zdobyć. 
Kyn uwierzył jej od razu, chociaż nic z tego nie rozumiał. 
- Dobrze. Teraz ... - Urwał, ponieważ w hotelu zapanowała nagła cisza, po chwili rozległy się 
okrzyki   przerażenia.   Kyn   wiedział,   że   jeśli   wybuchnie   panika,   ludzie   będą   się   tratować 
nawzajem, ale w tej chwili myślał przede wszystkim o bezpieczeństwie Bryony. Otworzył okno. 
- Wyjdź przez okno - powiedział. 

Obejrzała się, kiedy była już na zewnątrz, i zobaczyła, że Kynaston podchodzi do drzwi.

 - Dokąd idziesz? - zawołała. 

- Pomóc ewakuować ludzi! - odkrzyknął i zniknął jej z oczu. 

Bryony oparła się o ścianę. Hotel wkrótce będzie zniszczony. Pozostanie z niego tylko kupa 

gruzów. Tak mówili ci mężczyźni. Wolno uniosła głowę i jej wzrok spoczął na szarej paczce. 

Jeśli ją tu wniosła, to może ją również wynieść. Wdrapała się z powrotem przez okno i drżącymi 

rękami wzięła pudełko ze stołu. Tym razem nie patrzyła na zegarek. Wolno podeszła do okna, 

postawiła paczkę na parapecie i ostrożnie wyszła na zewnątrz. 
Rozejrzała Się. Było bardzo ciemno. Musiała wynieść bombę daleko od hotelu. W miarę, jak się  
oddalała,   coraz   bardziej   grzęzła   w  śniegu.   Sięgał   jej   już   prawie   do  kolan.   Ciężko  było   iść, 
musiała również uważać, żeby nie upuścić paczki. 
Kyn wyciągnął spod stołu jakiegoś starszego mężczyznę i spojrzał na Hadriana. 

- Czy wszyscy już wyszli? 

- Za chwilę wszyscy będą na zewnątrz. Gdzie jest Bryony? - krzyknął Hadrian. 

- Wyprowadziłem ją. Sprawdź, czy nikogo nie ma w hotelu, i pozamykaj drzwi. Jeśli bomba 

wybuchnie, to polecą wszystkie szyby. Odprowadź ludzi jak najdalej. I zadzwoń po policję! 
Pobiegł do sali konferencyjnej. Spojrzał na stolik. Bomba zniknęła. Podmuch wiatru załopotał 
firankami w otwartym oknie. - Bryony! - wyszeptał zbielałymi wargami. Wyskoczył przez okno. 
Wszędzie panowała ciemność. 
- Bryony! - krzyknął. 

Usłyszała jego głos z daleka, to znaczy, że wystarczająco oddaliła się od hotelu. Postawiła 

pudełko, wygrzebała dziurę w śniegu i wstawiła je do środka. Dopiero teraz spojrzała na zegarek. 

Serce jej zamarło. Czwarta pięćdziesiąt dziewięć. Rzuciła się do biegu, potykając się i co chwila 

padając w śnieg. Kynaston, który odnalazł jej ślady, ruszył tą samą drogą. Nagle rozległ się huk i 

żółtopomarańczowy płomień rozjaśnił panującą ciemność. Siła wybuchu rzuciła Kynastona w 

głęboką zaspę· 

Przez chwilę letał, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Z trudem podniósł się na kolana. 

_ Bryony - wyszeptał zmartwiałym z przerażenia głosem. - Bryony! 

 

Epilog

York

Kiedy Lynette usłyszała dzwonek, natychmiast otworzyła drzwi. 
- Bryony - powiedziała i uśmiechnęła się ciepło. - Tak się cieszę, że cię widzę. Zaraz zrobię 
herbaty. 
Wiedziała   już   od   Hadriana,   że   Bryony   doznała   lekkiego   wstrząsu   mózgu   i   nieszkodliwych 

background image

zewnętrznych obrażeń. Ale teraz dostrzegła również, że przyjaciółka ma bladą ściągniętą twarz, a 
w jej oczach wyraz bólu. To nie ma nic wspólnego z wypadkiem, pomyŚJ,ilła. 
- Opowiedz mi o wszystkim - poprosiła. 
Bryony zaczęła opowiadać, niczego przed nią nie ukrywając, o swojej miłości do Kyna, o 
Morganie i o bombie.
 - Więc uratował cię śnieg? - spytała Lynette. Bryony skinęła głową. 
- Tak. Upadłam przy pierwszym wybuchu i prawie wszystkie odłamki przeleciały mi nad głową. 
To znaczy prócz tych, które poraniły mi glecy. 
- Czy Kynaston ... - zaczęła Lynette ostrożnie. 
- Nie widziałam Kynastona od ... tamtego czasu - przerwała jej Bryony i szybko zmieniła temat 
rozmowy. - Czy Hadrian powiedział ci, że się żeni? I że za osiem miesięcy zostanie ojcem? Ona 
nazywa się Marion Ventura. Nie martw się. Jest naprawdę świetna. 
Nagle Lynette stuknęła się w czoło. 
- A propos Hadriana ... - Podeszła do szuflady biurka i zaczęła przerzucać papiery. - Gdzież ja to 
mogłam włożyć ... Już mam. Czy pamiętasz, że Hadrian pojechał do londyńskiego mieszkania  
Katy,  aby zabrać resztę rzeczy?  Pomagała mu w tym sąsiadka, która przyjaźniła się z twoją  
siostrą. - Bryony skinęła głową, patrząc na małą paczuszkę, którą trzymała Lynette. - Hadrian 
prosił   mnie,   żebym   odbierała   jego.   pocztę,   a   ta   przesyłka   nadeszła   wczoraj.   Miałam   mu   ją 
przesłać, ale właśnie zatelefonował i powiedział, żebym oddała ją tobie. Sąsiadka znalazła to pod 
stołem. Myślę, że to jest dziennik Katy. 
Bryony wzięła paczkę z rąk Lynette. Miała łzy w oczach. 
- Pójdę już. Hadrian powiedział, że mogę zostać u niego, jak długo zechcę. 
W mieszkaniu opadła na kanapę, krzywiąc się z bólu. Rozmowa z. Lynette przypomniała jej 
ostatnie, koszmarne wydarzenia. Obudziła się w szpitalu. Był przy niej Hadrian. Opowiedział, co 
się wydarzyło po wybuchu. U słyszał krzyki Kynastona i pobiegł w tamtym kierunku. Kynaston 
trzymał jej bezwładne ciało w ramionach i wzywał pomocy. Hadrian powiedział jej również, że 
Kynaston płakał. Ale Bryony odwróciła głowę do ściany. Nie chciała o tym myśleć. Kynaston 
Gennaine płakał? To było takie nieprawdopodobne. To było takie okropne! Co ona mu zrobiła? 
Nie będzie o tym myśleć! Była zadowolona, że nie przyszedł do szpitala, bo nie mogłaby znieść 
nienawiści w jego oczach. 
Z trudem odepchnęła te myśli  od siebie i popatrzyła na paczuszkę, którą dostała od Lynette. 

Wyjęła z koperty oprawny w skórę zeszyt. Dziertnik Katy. 
- Katy - szepnęła, otwierając zeszyt. Pół godziny później odłożyła go, a po policzkach spływały 

jej łzy. Katy miała romans z żonatym mężczyzną, który ją porzucił. Była zdruzgotana. Drżącymi 

palcami Bryony wyjęła z torebki ostatni list siostry. Teraz już wiedziała, że nie był to żaden list 

pożegnalny,   tylko   kartka   z   dziennika.   "On"   to  nie   był   Kynaston   Gennaine,   tylko   jej   żonaty 

kochanek. A "dom" był londyńskim mieszkaniem Katy, z którego utratą nie mogła się pogodzić. 
Bryony westchnęła. Jej nienawiść do Kynastona była bezpodstawna. I na dodatek zdradziła go. 
Przez dwie godziny płakała. W końcu uspokoiła się. Włożyła dziennik Katy do koperty i zakleiła 
mocno. Postanowiła, że nigdy więcej go nie otworzy.  Siostra była nieszczęśliwa, ale ona nie 
ponosi za to odpowiedzialności. Mogła teraz spokojnie pożegnać Katy.  Pozostało jej jeszcze 
jedno miejsce, z którym chciała się pożegnać. Potem będzie mogła zacząć nowe życie. Życie bez 
Kynastona ... Nie będzie teraz o tym myśleć. 
Zastukała do drzwi Lynette. 
- Czy możesz pożyczyć mi samochód? Muszę ... gdzieś pojechać. 
- Oczywiście. Ale czy czujesz się na siłach, żeby sama prowadzić? 
Skinęła potakująco głową. Lynette dała jej kluczyki. 

- Jedź ostrożnie - powiedziała. 
Tak dobrze było znaleźć się znowu w Yorkshire. Był  styczeń, mimo to wzgórza wyglądały 
świeżo i zielono. Patrząc mi. głębokie doliny, ciągnące się kilometrami kamienne murki i białe 

background image

plamy pasących się owiec, poczuła, że jest w domu. Ale to nie był już jej dom. Przypomniała  
sobie Vennont - drzewa, góry, jeziora. 
Jechała   wolno   na   północ.   Przed   skrętem   do   Ravenheights   zatrzymała   się   nagle,   zdziwiona. 
Zobaczyła sylwetki narciarzy na stoku. Na czym oni jeździli? Na trawie? Zieleń stoku różniła się 
nieco   od   zieleni   trawy.   Był   to,   tak   przez   nią   znienawidzony,   suchy   stok.   Prawie   pie   do 
odróżnienia od otoczenia. Potrząsnęła głową i ruszyła dalej. Wiedziała, że za chwilę zobaczy 
dom, to znaczy miejsce, w którym kiedyś stał. Była na to przygotowana. 
Wjechała na szczyt wzgórza i wcisnęła hamulec. W Ravenheights nic się nie zmieniło. Nawet 
dym   wydobywał   się   z   komina.   Skoro   jednak   mieszkali   tam   ludzie,   czemu   Kynaston   jej   to 
odebrał? 
Zaparkowała samochód przed bramą i weszła na podwórko. 
Zatrzymała się na widok studni, którą znała jedynie ze starych, rodzinnych fotografii. Jeszcze nie 
ochłonęła ze zdziwienia, kiedy zobaczyła czarno-białego psa, drepcącego w jej kierunku. 
- Violet? - Stara suka machała radośnie ogonem. Bryony pochyliła się nad nią i łzy płynęły jej po  
twarzy. - Co tu robisz, staruszko? - Pogładziła łeb psa. - Miałaś być u pani... 
- Violet, pobrudziłaś pani płaszcz. 
Bryony podniosła oczy. Zobaczyła mętczyznę w średnim wieku, który uśmiechał się do niej 
przyjaźnie. 
- Przepraszam za psa, panienko. Violet jest bardzo przyjacielska. Kiedyś tu mieszkała i teraz stale 
tu przychodzi. Po otwarciu muzeum, kiedy zamieszkałem tu na stałe, zająłem się nią. 
- Muzeum? - szepnęła Bryony. 
- Tak. Jest otwarte dla każdego. Przychodzi tu wielu narciarzy. Zapraszam panią do środka. 
Można zobaczyć, jak tu dawniej żyli ludzie. Chodź, Violet, mam dla ciebie kości z gulaszu. 
Violet podreptała za swoim nowym panem, a Bryony rozejrzała się. Najpierw zajrzała do stodoły, 
gdzie   stały,   pieczołowicie   odrestaurowane,   stare   maszyny   rolnicze.   Na   ścianach   wisiała 
zakonserwowana   końska   uprząż.   Bryony   przypomniała   sobie,   że   niegdyś   do   ciągnięcia   tych 
maszyn używano koni. 
Weszła do domu. Nie mogła poznać swojej kuchni. Na miejscu starego pieca znajdowało się 
palenisko,   pod   którym   buszował   ogień,   a   nad   nim   wisiał   miedziany   kocioł.   Przy   palenisku 
umieszczona była tabliczka z opisem. Oszołomiona, przeszła do salonu. W rogu stał kołowrotek i 
krosno. Tabliczka na ścianie informowała, w jaki sposób przetwarzano dawniej owcze runo na 
tkaniny. Bryony wyszła do holu i wsłuchała się w odgłosy domu - trzaskanie ognia na palenisku,  
kroki dozorcy muzeum ~ człapanie Violet. Ten dom był  szczęśliwy.  Pięknie odrestaurowany 
oddychał jak za dawnych czasów. 
Wyszła na podwórze. Dozorca stał w otwartych drzwiach składziku, przerobionego na domek 
mieszkalny. Skinęła mu głową na pożegnanie i rzuciła ostatnie spojrzenie na dom. Do widzenia, 
Ravenheights. Będzie mi ciebie brak, ale mój czas tutaj minął bezpowrotnie. 
Ruszyła wolno do samochodu. Wiał silny wiatr, więc wtuliła twarz w kołnierz płaszcza. Kiedy 
podniosła   oczy,   zobaczyła,   że   przed   bramą   stoi   jeszcze   jeden  samochód,   z   którego  wysiada 
wysoki mężczyzna o jasnych włosach. Serce jej zamarło. 
- Kynaston? - szepnęła. Podszedł do niej. 
- Tak myślałem, że cię tu znajdę - powiedział cicho. - Dlaczego mnie opuściłaś? 
Potrząsnęła głową. 
- Nie wiem ... o czym mówisz. 
- Policja przesłuchiwała mnie całymi dniami. Dlatego nie mogłem być przy tobie, kiedy leżałaś w 
szpitalu. 
- Nie wiedziałam o tym - szepnęła. - Myślałam, że nie chcesz mnie widzieć. 
- Czasami bywasz bardzo głupia, Bryony Rose Whittaker - powiedział miękko. 
- Wiem. Uwierzyłam Morganowi ... Co się z nim stało? Złapali go? 
- Tak. Kiedy podałem policji jego nazwisko, znaleźli go w ciągu godziny. Porwanie Marion to 
też jego sprawka. Przyznał się do wszystkiego i obciążył zeznaniami Lance' a Prescotta, który 

background image

został wczoraj aresztowany w Nowym Jorku. 
Słuchała tego wszystkiego ze zdumieniem. 
- Ale dlaczego chciał porwać Marion? 
_ Ponieważ myślał, że ona chce przejąć moją korporację. Nie mógł do tego dopuścić. Pragnął 
zniszczyć mnie własnymi rękami. 
- Czy on czuł do ciebie jakąś osobistą urazę? 
Skinął głową. 
- Morgan jest moim bratem - powiedział. 
- Co? 
_ To długa historia. - Nie miał ochoty jej teraz niczego wyjaśniać. Pragnął wziąć ją w ramiona i 
całować do utraty tchu. Kiedy dowiedział się, że wyjechała z kraju, o mało nie oszalał. Był 
szczęśliwy, że nareszcie ją odnalazł. 
_ Dlaczego twój brat cię nienawidzi? - spytała Bryony. Miała ochotę rzucić mu się w ramiona, ale 
nie śmiała. 
_ Morgan był  zawsze ... niezrównoważony - zaczął  Kynaston.  _ Kiedy opuściliśmy farmę  i 
przenieśliśmy się do Nowego Jorku, jego stan jeszcze się pogorszył. Bił mnie, kiedy rodzice tego 
nie widzieli. Ja też nienawidziłem slumsów, w których mieszkaliśmy, ale nienawiść Morgana' 
była fanatyczna. Postanowił się stamtąd wydostać i wrócić do Vermont. To stało się jego obsesją. 
Któregoś dnia, kiedy wróciłem ze szkoły,  usłyszałem krzyk  Vanessy.  Miała wtedy dwa latą· 
Przeszukałem całe  mieszkanie,  ale  nigdzie  jej nie było.  Zobaczyłem  przez  okno,  że  Morgan 
trzymają i wlewa jej do ust wodę z rynsztoka ... _ Przesunął dłonią po włosach. - Tam, gdzie 
mieszkaliśmy, był straszny brud. ~ mnóstwo szczurów. Woda w rynsztoku była skażona, pełno w 
niej było ropy i benzyny, wyciekającej z wraków samochodów, które stały na chodniku .. ; 
- O Boże! - szepnęła Bryony. - Ona mogła umrzeć. 
- O mało nie umarła. Na to właśnie liczył Morgan. Wpadł na szalony pomysł, że. jeśli Vanessa 
ciężko się rozchoruje, to władze miejskie przeniosą nas do lepszego mieszkania. Może nawet do 
Vermont. To było szaleństwo. Przecież nikt by się tym nie przejął. Nikt by nic nie zrobił ... 
Odepchnąłem Morgana, złapałem Vanessę i pobiegłem na najbliższy komisariat. Przewieźli ją do 
szpitala i zrobili płukanie żołądka. Musiałem im jednak powiedzieć o Morganie. Rodzice nie 
chcieli przyjąć do wiadomości faktu, że jest z nim coś nie w porządku. - Potrząsnął głową. - 
Umieszczono go w szpitalu dla psychicznie chorych. Pamiętam, jak pojechaliśmy tam z ojcem. 
Miałem wtedy chyba czternaście lat. Był to budynek z czerwonej cegły. Czekałem w 
samochodzie, a ojciec wszedł razem z Morganem... Kiedy wrócił, nie ode;zwał się do mnie 
słowem. Od tamtej pory prawie ze sobą nie rozmawiflliśmy. Kilka lat później. rodzice zginęli w 
wypadku i ... zostaliśmy z Vanessą sami. 
- Dlaczego wypuścili Morgana ze szpitala? Przecież musieli wiedzieć, że jest groźny dla 
otoczenia? - zapytała Bryony. 
- Nie wypuścili go. Uciekł razem z facetem, który służył przedtem w marynarce i miał duże  
doświadczenie   z   materiałami   wybuchowymi.   Nie   miałem   pojęcia,   że   Morgan   ukrywa   się   w 
Stowe   pod   przykrywką   organizacji   Zielonych.   Teraz   jest   już   z   powrotem   w   szpitalu   dla 
psychicznie chorych. To najlepszy szpital w Ameryce. Przecież stać mnie na to. Kto wie ... może  
kiedyś ... 
Skinęła głową. Ona również miała nadzieję, że brat K ynastona zostanie wyleczony. 
- A ja uwierzyłam jemu, a nie tobie - powiedziała łamiącym się głosem. 
Spojrzał na nią. W jego niebieskich oczach nie dostrzegła gniewu, tylko zdziwienie i ból. 
- Myślałem o tym - powiedział cicho. - Dlaczego to zrobiłaś? Opowiedziała mu o Katy i o 
dzienniku. 
- Biedne dziecko - powiedział, przyciągając ją do siebie. - Przeszłaś ciężkie chwile. 
- Tak. Och, Kyn, tak mi przykro ... - Jej wzrok padł na pierścionek. Odsunęła się od niego. - 
Myślę, że powinnam ci go zwrócić - powiedziała, łamiącym się z bólu głosem. 
Popatrzył na pierścionek, a potem spojrzał jej w oczy. - Tak. Ale razem ze sobą· 

background image

Bryony głośn:o wciągnęła powietrze. 
- Nie możesz mnie już pragnąć. Po tym, co zrobiłam ... 
- A co zrobiłaś? - spytał z uśmiechem. 
- Co zrobiłam? Podłożyłam w twoim hotelu bombę i ... 
- Wyniosłaś ją z hotelu, narażając własne życie. Kiedy znalazłem cię leżącą na śniegu ... 
Myślałem, że nie żyjesz, i sam też chciałem umrzeć. 
_ Ale ja ... kłamałam - powiedziała niepewnie, nie wierząc, że on nadal ją kocha. 
- Od początku o tym wiedziałem. I miałem zamiar dać ci porządną nauczkę. Też nie byłem bez 
winy. 
- Mówiłam, że ... cię kocham. - Jej szept był ledwie dosłyszalny. 
- Ale to nie było kłamstwo, prawda? Potrząsnęła przecząco głową. 
- Więc ... wrócisz ze mną do domu? Skinęła głową. 
- I wyjdziesz za mnie za mąż? Skinęła głową. 
- To dobrze. A teraz mnie pocałuj. 
Kiedy ich usta się spotkały, Bryony poczuła, że jest znowu dawną Bryn Whittaker, a jej serce 
przepełnia miłość. Była wolna i szczęśliwa. 

2008-05-27
em1