background image
background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

John  Pettigrew  mówił  tak  długo,  że  jego  głos  stał  się 

podobny  do  brzęczenia  muchy  i  Kimberley  Burnham  słuchała 

coraz  bardziej  znużona.  Na  domiar  złego  w  gabinecie  było 

gorąco  i  duszno,  więc  bała  się,  że  nie  zachowa  przytomności 
umysłu.  A  byłoby  to  szczególnie  niekorzystne  w  obecności 

siedzącego obok Tannera Calhouna.

W duchu wyliczała plusy tego, że pan Pettigrew wyznaczył 

im spotkanie o tej samej godzinie. Oboje czekali na decyzję, kto 

otrzyma  zlecenie.  Monotonny  głos  starszego  pana  działał 

usypiająco, jednak obecność rywala mobilizowała.

Nie odwracając głowy, spróbowała zerknąć na Tannera, ale 

siedzieli  tak  blisko  siebie,  że  kątem  oka  dostrzegła  jedynie 

opartą na kolanie dłoń o długich palcach i krótkich paznokciach. 

Zastanawiała się, czy przeciwnik denerwuje się, czy ma spocone 

ręce i czy na jego szarych spodniach zostanie mokry ślad.

Była  pewna,  że  sprzątnie  Tannerowi  sprzed  nosa  intratne 

zamówienie. Chciałaby choć raz móc się przekonać, że nie ma 

do  czynienia  z  głazem,  którego  nic  nie  wzrusza.  Odczułaby 

wtedy złośliwą satysfakcję.

Nie  słyszała  wszystkiego,  co  starszy  pan  mówił.  Nagle  z 

odrętwienia  wyrwało  ją  wypowiedziane  jakby  przez  nos  jej 
nazwisko. Nastawiła uszu.

- Dziękuję pani  za przedłożenie oferty. Mam nadzieję,  że 

nadal będziemy w kontakcie. - Pan Pettigrew wstał i wyciągnął 

rękę. - A  panu  prześlę  materiały  jeszcze  dziś  po  południu. 

Mamy  bardzo  mało  czasu,  wiec  trzeba  jak  najszybciej  zacząć 
drukowanie.

Kim nie wierzyła własnym uszom. Wmawiała sobie, że się 

przesłyszała.  Widocznie  zdrzemnęła  się  i  śni  jakiś  koszmarny 

sen,  który  na  pewno  zaraz  się  skończy.  Tylko  dlaczego  pan 

Pettigrew  stoi  z  ręką  wyciągniętą  do  Tannera?  Czyżby  to  był 
dowód  jej  porażki?  Niezgrabnie  wstała  i  krótko  podziękowała 

za wzięcie jej oferty pod uwagę.

background image

Tanner wyprzedził ją i otworzył drzwi.

- Dżentelmen z ciebie! - mruknęła z przekąsem. - Szkoda, 

że zapominasz o bon tonie, gdy w grę wchodzą pieniądze.

Tanner zrobił zdziwioną minę.

- Chciałabyś  żyć  z  mojej  łaski?  Chyba  czułabyś  się 

urażona, gdybyś otrzymała pracę, bo ja zlekceważyłem sprawę, 
prawda?

- Oczywiście.
- Wiec czemu masz pretensje? Czyżby było tak źle, że to 

zamówienie  miało  uratować  Printers  Ink  przed  bankructwem? 

Zgadłem?

- Co ci do tego? Tobie nie poskarżę się nawet wtedy, gdy 

będę  przymierała  głodem - syknęła  ze  złością. - I  dlaczego  z 

taką ironią wymawiasz nazwę mojej firmy?

- Ja? Z ironią?
- Nie wypieraj się.

Kim wolałaby  zostać  sama,  lecz  Tanner uparcie  szedł  tuż 

obok.

- To  ja  powinnam  dostać  to  zlecenie - wybuchnęła. -

Podałam zaniżony kosztorys...

- Czy  aby  tylko  tyle?  Byłaś  nadzwyczaj  pewna  swego. 

Ciekawe, czy to kwestia twoich pobożnych życzeń, czy miałaś 
wtyczkę w moim biurze. - Spojrzał na nią zezem.

Kim  nie  mogła  pozwolić,  by  podejrzenie  padło  na 

niewinnych ludzi.

- Nie  mam  żadnej  wtyczki  i  nikt  mi  nic  nie  mówił.  Ale 

mój kosztorys i cena za usługę na pewno były niższe niż twoje.

- Może  moja  oferta  okazała  się  lepsza  pod  innymi 

względami.

Na korytarz wyszedł młody mężczyzna.

- Pani  Burnham! - zawołał. - Pani  Burnham!  Kim  szła 

dalej. Uważała, że triumfujący rywal nie powinien słyszeć tego, 
co ów człowiek chciał jej powiedzieć.

- Zaczekaj. - Tanner  przystanął. - Woła  cię  Pettigrew 

background image

junior.

- Do widzenia. Nie trać czasu. - Zrobiła niewinną minę. -

Wypada od razu zabrać się do pracy.

- Nie  muszę  się  spieszyć.  Kupiłem  maszyny,  które  mają 

ten plus, że są szybkie i wydajne.

Kim  z  trudem  opanowała  irytację.  A  wiec  pogłoski  o 

nowoczesnym  sprzęcie  w  konkurencyjnej  firmie  były 
prawdziwe. Ze słów Tannera wynikało, że od razu zakupił dużo 

urządzeń.  Czy  właśnie  dlatego  otrzymał  zlecenie,  na  które  tak 

bardzo liczyła? I czy z powodu ostatnich wydatków korzysta z 

każdej okazji - niezależnie od zysku - aby jak najprędzej spłacić 
raty?

- Mam  nadzieję,  że  moja  współpraca  z  Pettigrewami  nie 

skończy się na jednym zleceniu - powiedział Tanner spokojnie.
- Dlatego  chętnie  poznam  drugie  pokolenie. - Obejrzał  się  i 

dodał  półgłosem: - W  przeciwieństwie  do  ciebie  nie  dążę  do 

zbytniej poufałości.

Kim  groźnie  łypnęła  okiem,  ale  zaraz  odwróciła  się  i 

spojrzała na nadchodzącego. Jasper Pettigrew był bardzo młody, 

bardzo  chudy  i  w  tej  chwili  bardzo  czymś  przejęty.  W 

błękitnych  oczach  za  grubymi  szkłami  widniało  niemal 
uwielbienie.

- Dziękuję panu. - Kim uśmiechnęła się serdecznie. - Jest 

pan bardzo uprzejmy.

- Przykro  mi,  że  nie  mogłem  nic  więcej  osiągnąć,  ale 

ojciec... - Zerknął przez ramię. - Oj, muszę wracać.

- Rozumiem.

Jasper ukłonił się i odszedł.

- A  więc  to  tak... - Tanner  przepuścił  ją  w  drzwiach. -

Wydało  się,  czemu  byłaś  pewna,  że  masz  umowę  w  kieszeni. 

Powinnaś  się  wstydzić!  Wykorzystując  swój  nieodparty  urok  i 

stosując  kobiece  sztuczki,  nakłoniłaś  Jaspera,  żeby  wpłynął  na 
decyzję ojca.

Kim dumnie uniosła głowę.

background image

- Zaraz  się  dowiem,  co  bardziej  krytykujesz:  fakt,  że 

stosuję  kobiece  sztuczki,  czy  to,  że  Jasper  chciał  wpłynąć  na 
ojca.

- Nic  więcej  nie  powiem.  Przecież  sama  uznałaś  mnie 

kiedyś za dżentelmena. Czy mogę postawić ci kawę?

Kim  wewnętrznie  zawrzała.  Aluzja  była  oczywista.  Jeśli 

Tanner nie chciał mówić, to znaczy, że jego opinia była niezbyt 
pochlebna.  Zastanawiała  się,  jak  można  być  z  pozoru 

uprzejmym  człowiekiem,  a  w  gruncie  rzeczy  impertynentem. 

Jego  zaproszenie  na  kawę  dotarło  do  niej  dopiero  po  chwili. 

Zaskoczona aż przystanęła.

- Co  takiego?  Mam  iść  z  tobą  na  kawę?  Dlaczego? -

spytała  ostrym  tonem. - Litujesz  się  nade  mną,  bo  zlecenie 

przeszło mi koło nosa? _

- Daj  spokój, kawa  to  nie  nagroda pocieszenia.  Po prostu 

chciałbym  z  tobą  porozmawiać.  Pogadać  po  przyjacielsku, 

zapytać, co słychać, jak interesy...

- I myślisz, że ci coś powiem?
- Czyli jest źle?
- Tego  nie  powiedziałam - warknęła. - Czemu  nagle 

interesują cię  moje sprawy? Masz zamiar podesłać mi klienta? 

Chcesz odstąpić mi jakieś zamówienie?

- Jesteś  strasznie  nieufna,  a  ja  zwyczajnie  mam  ochotę  z 

tobą pogawędzić.

Kim zmrużyła oczy i prychneła.

- Ooo! Brak ci towarzystwa? Nie możesz znaleźć kobiety, 

która pójdzie z tobą na kawę i cierpliwie cię wysłucha? Mówisz 
takim błagalnym tonem, że aż wydaje mi się to podejrzane. Nie, 

nie  będzie  żadnej  pogawędki.  Mam  na  głowie  ważniejsze 

sprawy niż zabawianie cię rozmową.

Tanner  nie  skręcił  na  parking,  na  którym  zostawił 

samochód.

- Spróbuję zgadnąć, co to takiego - powiedział niezrażony.

- Musisz pomalować paznokcie, czy wyrzucić te ważne sprawy 

background image

z  głowy? - Przyjrzał  się  jej  uważnie. - Nie,  jedno  i  drugie 

niepotrzebne... Już wiem! Trzeba uprzątnąć klatkę chomika.

Kim ze złości przygryzła wargę.

- O,  prawie  się  uśmiechnęłaś - ucieszył  się  Tanner. -

Usiłujesz to ukryć, ale przecież widzę...

- Muszę  rozliczyć  się  z  koleżankami  za  rozmowy 

zamiejscowe - wyznała niechętnie. - Do widzenia.

Oddaliła się już, gdy Tanner zawołał:

- Rozliczyć  się  za  telefon?  Myślałem,  że  masz  więcej 

fantazji i wymyślisz coś oryginalnego. Rozczarowałaś mnie.

- To  dobrze - krzyknęła. - Cieszy  mnie,  że  jesteś

rozczarowany.

Zapach  pizzy  wciąż  jeszcze  unosił  się  w  powietrzu.  Kim, 

Marissa  i  Brenna  szybko  ustaliły,  która  ile  i  za  co  płaci.  Kim 

usiadła wygodniej i popatrzyła na rachunek.

- Żałosne - stwierdziła półgłosem. Marissa, która siedziała 

na podłodze koło walizki służącej jako stolik, zgarnęła z talerza 
resztki sera.

- O co chodzi?
- Ja ci wytłumaczę. - Brenna przycupnęła w rogu kanapy. -

Jej chodzi o to, że trzy wybitnie atrakcyjne, zdolne i fascynujące 

kobiety  dzwonią  tylko  do  krewnych,  a  nie  do  adoratorów.  W 
takim rozumowaniu kryje się fałsz.

Marissa pokręciła głową.

- Słowo „wybitnie" budzi zastrzeżenia.
- Mów za siebie - fuknęła Brenna. Kim uśmiechnęła się.
- Teraz ja wam coś wytłumaczę. Chodzi o to, że do każdej 

z  nas  pasuje  tylko  jeden  z  tych  przymiotników.  Prawda, 

Brenno?  Ty  niewątpliwie  uważasz,  że  jesteś  piękna,  a  nam 

pozostaje ustalenie, która jest zdolna, a która fascynująca.

Rzuciła  rachunek  na  walizkę  i  pomyślała,  że  to,  co 

powiedziała, jest zgodne z prawdą. Brenna ma niezwykłą urodę, 
ona dość przeciętną, a Marissa wygląda jak szara myszka. W tej 

chwili nie czuła się ani zdolna, ani fascynująca.

background image

- Mnie  jest  wszystko  jedno,  ale  możemy  głosować  albo 

ciągnąć  losy - zaproponowała  Marissa. - Najlepiej  byłoby 
zapytać  kogoś  bezstronnego,  tylko  nie  wiem  kogo. 

Przedstawiciele  płci  brzydkiej,  z  którymi  mam  do  czynienia, 

jeszcze  przejmują  się  trądzikiem  i  mutacją,  a  na  koleżanki 

patrzą krzywym okiem. - Niechętnie wstała. - A właśnie, muszę 

sprawdzić ich wypracowania.

- Zaczekaj. - Brenna przeciągnęła się jak kot. - Bynajmniej 

nie chodzi mi o takie wnioski, lecz o to, że mężczyźni powinni 

dzwonić do nas, a nie my do nich. Takich rozmów nie byłoby w 
naszym rachunku.

- Podpowiedz im, bo sami jakoś na to nie wpadli - ponuro 

wtrąciła Marissa. - Macie ochotę na czekoladę?

- Ja  nie. - Brenna  żałośnie  westchnęła. - Rano  zważyłam 

się  i  przybyło  mi  pół  kilo,  więc  postanowiłam  przez  parę  dni 

jeść  tylko  brokuły.  Tej  pizzy  nie  powinnam  nawet  powąchać. 

Wiesz  co,  belferko,  gdybyś  spędzała  mniej  czasu  w  szkole,  a 
więcej w barach dla samotnych...

- Dziękuję.  Tam  jest  okropnie.  Robi  mi  się  niedobrze  na 

samą myśl, że mam słuchać wciąż tej samej śpiewki. Wiecie, co 

według  mnie  jest  największym  problemem  dzisiejszych 

czasów?  Brak  okazji,  żeby  poznać  w  miarę  ciekawych  ludzi. 
Bywanie  w  barach  dla  samotnych  jest  beznadziejnie  nudne,  a 

dawanie ogłoszeń to przyznanie się, że człowiek znalazł się na 
dnie rozpaczy...

- Znalazłaś się tam? - podstępnie zapytała Brenna.
- Nie. Ale chciałabym mieć kogoś, z kim mogłabym pójść 

do kina.

- Ja  wolałabym  mieć  dużo  znajomych,  a  nie  tylko 

jednego... od kina - wyznała Brenna.

- Internet  jest  niebezpieczny. - Marissa  jeszcze  bardziej

posmutniała. - Nie  ma  żadnej  pewności,  że  ludzie  mówią 
prawdę. Skąd mam  wiedzieć, czy dany facet jest tym, za kogo 

się podaje?

background image

- Nawet  nie  wiadomo,  czy  to  naprawdę  mężczyzna -

mruknęła Kim.

- Otóż  to!  Kolegów  z  pracy  lepiej  unikać,  żeby  nie 

skomplikować sobie życia.

- Pozostaje  stary,  sprawdzony  sposób,  czyli  zapisanie  się 

do chóru kościelnego albo...

- Próbowałam. - Marissa  machnęła  ręką. - Nawet  parę 

razy.  Zniechęciłam  się  zupełnie,  gdy  przystojny  tenor  zaczął 

odprowadzać do domu barytona.

Brenna  głośno  klasnęła,  więc  koleżanki  spojrzały  na  nią 

zdziwione.

- Nie  masz  racji.  Naszym  problemem  wcale  nie  jest  brak 

mężczyzn, bo przecież mamy wielu znajomych.

- Ilu  jest  wśród nich takich,  z  którymi  chciałabyś  spędzić 

wieczór?

Brenna obojętnie wzruszyła ramionami.

- Na razie nie widzę ani jednego. Ale może wynika to stąd, 

że znam ich za dobrze?

- I w żadnym nie widzisz romantycznego kochanka. - Kim 

wyprostowała  się. - Tu  leży  pies  pogrzebany.  Weźmy  jako 

przykład takiego Tannera Calhouna...

- Ja wzięłabym go z pocałowaniem ręki - szepnęła Brenna.

- Wprawdzie  nigdy  go  nie  widziałam,  ale  nasłuchałam  się,  jak 
go krytykujesz.

- I  właśnie  o  to  chodzi.  Mnie  on  doprowadza  do  szału,  a 

tobie  może  przypadłby  do  gustu.  Ale  skąd  masz  to  wiedzieć, 

jeśli go nie znasz?

Brenna przymknęła oczy.

- Przestań,  bo  jak  mnie  pognębisz,  poproszę  Marissę  o 

kawałek czekolady.

- Mam!  Wiem,  co  trzeba  zrobić! - zawołała  Kim. -

Musimy urządzić wymianę znajomych.

- Ale  jak  to  przeprowadzić? - Marissa  wzięła  garść 

orzeszków. - Zaczniemy od podawania adresów?

background image

Kim czuła szczególne podniecenie, oznaczające, że wpadła 

na dobry pomysł.

- Na  pewno  jest  jakiś  sposób.  Trzeba  się  zastanowić... 

Urządzimy prywatkę. Jeżeli każda z nas zaprosi na przykład po 

trzy koleżanki...

Marissa gniewnie zmarszczyła brwi.

- Coś  ty!  Mamy  zapraszać  dziewczyny?  Myślałam,  że 

chodzi o to, żeby...

- Będzie  nas  dwanaście - przerwała  jej  Kim. - I  jeżeli 

każda  przyprowadzi  dwóch  znajomych...  Brenna  otworzyła 
jedno oko.

- Takich nie w jej guście?
- Owszem. Zaprosi kolegów, których dość dobrze zna, ale 

którzy  jej  nie  pociągają.  Tym  sposobem  na  przyjęciu  będzie 
ponad  dwudziestu  mężczyzn...  Takich,  których  normalnie  nie 

miałybyśmy okazji spotkać.

- Ale to trochę ryzykowne - ostrzegła Marissa.
- Wszystkim  dziewczynom  dokładnie  wyjaśnimy  zasady. 

Każda  będzie  musiała  obiecać,  że  zaprosi  rozsądnego  i 

niezależnego kawalera...

- Normalnego - podpowiedziała Marissa.
- Niekaranego.
- Szczegóły dopracujemy później - zadecydowała Kim.

 Wszystkie będziemy w tej samej sytuacji i dlatego każda z 

nas musi rozumieć, o co idzie gra.

- A jeśli  mężczyźni  zgłoszą sprzeciw, że ma ich  być dwa 

razy więcej?

- Otrzymają  zaproszenie  na  zwykłe  przyjęcie. - Marissa 

położyła  czekoladę  na  walizce. - Wcale  nie  muszą  wiedzieć  o 

dodatkowym celu spotkania. Wystarczy, jak im się powie, że to 
prywatka.

- Kiermasz  kawalerów...  Ponad  dwudziestu  kandydatów 

do wyboru... - Kim rozmarzyła się.

- Daj mi rachunek - powiedziała Brenna.

background image

- Po co?
- Na  odwrocie  wypiszę  listę  gości.  Ja  już  mam  jednego 

odpowiedniego  kandydata.  W  agencji  fotograficznej,  z  którą 

teraz  współpracuję,  jest  nowy  człowiek...  Marisso,  kogo 
zaprosisz? Dyrektora?

- Może. Zastanowię się.
- A ty, Kim? Kto dostanie drugie zaproszenie?
- Drugie? - zdziwiła się Kim.
- Nie udawaj Greka, bo pierwszy kandydat jest pewny.
- Brenna  zapisała  coś  i  spojrzała  znad  kartki. - Tanner, 

prawda?

Idąc  do  pracy,  Kim  starała  się  omijać  wzrokiem budynek 

po  przeciwnej  stronie  ulicy.  Budowla  ze  szkła  i  stali  wznosiła 

się tam od dawna i zawsze kłuła ją w oczy. Kim przeklinała los 

za  to,  że  nieustannie  musiała  rywalizować  z  Tannerem.  Oboje 

zawsze  ubiegali  się  o  te  same  zlecenia.  Jeszcze  bardziej 

irytowało  ją,  że  ich  drukarnie  mieściły  się  naprzeciw  siebie. 
Dość  długo  nie  rozumiała,  dlaczego  pan  Charles  Calhoun  nie 

przeniósł się do lepszej dzielnicy. Potem doszła do wniosku, że 

widocznie  był  mściwy  i  sprawiało  mu  złośliwą  satysfakcję,  że 

dawny  wspólnik,  czyli  jej  ojciec,  będzie  z  irytacją  patrzył  na 

jego okazałą siedzibę.

Pan  Burnham  rzeczywiście  reagował  tak,  jak  przewidział 

rywal. Do  samej śmierci  nie  pogodził  się z  faktem, że  byłemu 

wspólnikowi  powodzi  się  świetnie,  a  on  z  trudem  zarabia  na 
utrzymanie rodziny.

Kim  przez  wiele  lat  obserwowała  udrękę  ojca  i  nauczyła 

się nie patrzeć na nienawistny budynek. Teraz jednak nie miała 

wyboru.  Będzie  musiała  tam  pójść,  aby  osobiście  zaprosić 

Tannera na prywatkę.

Nie  rozumiała,  dlaczego  pomysł,  który  wieczorem  uznała 

za  świetny,  rano  wydawał  się  jej  głupi  i  kłopotliwy.  Zresztą, 
przyjęcia  to  chyba  już  trochę  staroświecka  forma  spotkań.  Nie 

to co Internet, dzięki któremu ludzie szybciej nawiązują kontakt, 

background image

mówią  szczerze  o  pracy,  o  ambicjach  zawodowych,  o  swoich 

problemach.  Może  tą  drogą  należałoby  szukać  idealnego 
partnera?  To  byłoby  niewątpliwie  nowoczesne  i  praktyczne 

rozwiązanie problemu.

Kim  żałowała,  że  tak  często  opowiadała  koleżankom  o 

Tannerze.  Teraz  nie  mogła  zaprzeczyć,  że  spełnia  on  ich 

wymagania.  Był  kawalerem,  umiejętnie  zarządzał  dużym 
zakładem  i  na  ogół  trzeźwo  myślał.  Tylko  tym  razem 

wyjątkowo się przeliczył - skoro ona podała zaniżony kosztorys, 

on  najwyraźniej  zamierzał  wykonać pracę  za  bezcen,  czyli  nic 
nie zarobi. No, ale to jeszcze nie oznacza, że zwariował i słyszy 

głosy z zaświatów.

Czy  jest  finansowo  niezależny?  Nie  wiadomo.  Większość 

ludzi  na  wyższym  stanowisku  ubiera  się  elegancko,  jeździ 

drogimi  samochodami,  lecz  żyje  na  kredyt.  Tanner  jest  chyba 
inny, ponieważ nie ma żadnych długów. Kim dowiedziała się o 

tym,  gdy  niedoszły  zleceniodawca  wyjaśniał,  dlaczego 
rezygnuje z usług Printers Ink i przenosi się do firmy Calhoun i 
Sp.

Co  do  tego,  że  Tanner  lubi  kobiety,  miała  stuprocentową 

pewność. Obracali się w różnych kręgach, ale czasem bywali na 

tych  samych  bankietach  urządzanych  przez  Izbę  Handlową. 
Tannerowi najczęściej towarzyszyły blondynki, ale zdarzało się 

też,  że  przychodził  z  szatynką  lub  brunetką.  A  na  przyjęciu 

przed  Bożym  Narodzeniem  zjawił  się  z  rudowłosą  pięknością 

przy boku, która wpatrywała się w niego jak w obraz.

Na pewno nie cierpiał z powodu braku znajomych kobiet i 

właśnie  dlatego  tamto  zaproszenie  na  kawę  było  intrygujące. 

Kun  chwilami  żałowała,  że  je  odrzuciła,  bo  dzięki  temu 

wróciłaby  później  do  domu  i  nie  miałaby  okazji  wymyślić 

kiermaszu kawalerów. W końcu od tych rozważań rozbolała ją 

głowa.

Zatrzymała się  na progu, ponieważ przy biurku sekretarki 

stał wysoki mężczyzna podobny do sępa.

background image

- Przykro  mi - mówiła  Marge - ale  szefa  jeszcze  nie  ma. 

Jeżeli jest pan umówiony...

- Co znaczy .jeżeli"? - gniewnie zawołał nieznajomy. - Jak 

pani  śmie  zakładać,  że  nie  wiem,  co  mówię?  Mój  czas  jest 

bardzo cenny, liczy się każda minuta! Skoro pani szef zapomina 

o  obowiązkach  służbowych,  wycofuję  się  i  idę  do  innej 
drukarni.

Kim gorączkowo zastanawiała się, kto to mógł być. Nigdy 

nie  zapominała  o  spotkaniach  z  klientami.  Dlaczego  więc  nie 

poznaje  tego  człowieka? Miała dobrą  pamięć  i  powinna  nawet 

od tyłu poznać kogoś, z kim już kiedyś rozmawiała.

Sekretarka zauważyła ją i uśmiechnęła się.

- O, jest już szef... - zaczęła uradowana.
- Najwyższy czas. - Mężczyzna przerwał jej w pół słowa i 

odwrócił  się. - Zaczekałem  tylko  dlatego,  żeby  panu 

powiedzieć... - Zamilkł  zdezorientowany. - Jak  to?  Pani... 
chyba... nie zarządza drukarnią.

- Słucham?
- Przecież zakładem kieruje facet.

Kim była przyzwyczajona do podobnych pomyłek.

- Rzeczywiście,  dano  mi  imię,  które  zwykle  noszą 

mężczyźni,  i  to  często  wprowadza  ludzi  w  błąd.  Nieznajomy 
pokręcił głową.

- W  życiu  nie  słyszałem,  żeby  kobieta  miała  na  imię 

Tanner.

Kim  najpierw  zirytowała  się,  szkoda  przecież  każdego 

klienta,  ale  jednocześnie  ucieszyła  się,  bo  to  oznaczało,  że  nie 
zapomniała o umówionym spotkaniu.

- Pomylił  pan  adresy - powiedziała  bardzo  spokojnie. -

Zapewne chodzi panu o firmę naprzeciwko. Mężczyzna speszył 

się.

- Przecież tu jest drukarnia.
- Tu  jedna,  a  tam  druga.  Radzę  się  pospieszyć,  bo  mój 

sąsiad bardzo ceni swój czas i jest tak niecierpliwy jak pan. Po 

background image

wyjściu choleryka westchnęła.

- Ale  typek!  Takich  klientów  bardzo  chętnie  odstępuję 

bliźnim.  No  dobrze,  dzień  zaczął  się  źle,  ale  może  dobrze  się 

skończy.

- Wątpię - odparła  Marge  ze  smutkiem. - Przyszła  twoja 

macocha.

- Och! - Kim  znużonym  gestem  potarła  czoło. - Masz 

aspirynę?

- Przypadkowo mam.
- To dobrze. Dziękuję.

Połknęła  tabletkę  i  z  filiżanką  kawy  w  ręce  poszła  do 

gabinetu.  Przy  biurku  siedziała  siwowłosa  kobieta  w 
czerwonym  kostiumie.  Kim  rzuciła  okiem  na  rozłożone  na 

blacie papiery i znowu się zdenerwowała.

- Dzień dobry - powiedziała, hamując gniew. - O ile sobie 

przypominam,  nie  upoważniłam  cię  do  sprawdzania  bilansu 
zysków i strat.

Letha Burnham nawet nie podniosła oczu.

- Mam  prawo  przeglądać  wszystkie  dokumenty.  Jestem 

przecież udziałowcem. Nie zapominaj o tym.

Wprawdzie  Kim tak  nie uważała, ale na wszelki wypadek 

ugryzła się w język.

Po chwili starsza pani odsunęła papiery na bok i wreszcie 

spojrzała na pasierbicę.

- Nie zarabiasz kokosów.
- Mieliśmy przejściowe trudności.

Cicho  otworzyły  się  drzwi.  Co  prawda  Marge  zaczęła 

pracować  w  Printers;Ink  dawno  temu,  jeszcze  przed  śmiercią 

matki  Kim  i  przed  powtórnym  ożenkiem  ojca,  ale  Kim 

pomyślała, że sekretarka mimo wszystko nie powinna wchodzić 

podczas niemiłych wizyt macochy. Dlaczego przeszkadza?

- Telefon do ciebie - poinformowała szefową Marge.

Kim  nigdy  nie  kwestionowała  decyzji  sekretarki  co  do 

ważności spraw.

background image

- Klient może poczekać, aż skończymy - ostro rzuciła pani 

Burnham.

Jednak Kim przesunęła telefon w swoją stronę.

- Słucham.
- Dzień dobry.

Siła  złego  na  jednego!  Kim  przejęła  Printers  Ink  przed 

trzema  laty,  a  ani  razu  nie  rozmawiała  z  Tannerem  przez 
telefon.  Dopiero  dziś  zamierzała  do  niego  zadzwonić. 

Tymczasem on ją uprzedził. I w dodatku mówił głosem słodkim 
jak miód.

- Dziękuję  ci  za  to,  że  mój  pierwszy  dzisiejszego  dnia 

klient spóźnił się i miał... osobliwy humor.

- Nie moja wina! Ja nie wyprowadziłam go z równowagi •

- zawołała  Kim. - Okazało  się,  że  pomylił  adresy,  wiec 

odesłałam go do ciebie.

- Czy rozmawiasz z...?

Pani  Burnham  nie  wymówiła  nazwiska,  które  rzadko

przechodziło jej przez gardło.

Kim skinęła głową i odwróciła się tyłem do biurka.

- Awanturował się jeszcze u ciebie?
- Nie,  był  cichy  i  grzeczny.  Nawet  przeprosił  za 

spóźnienie.  Podobno  uprzedziłaś  go,  że  od  wszystkich 
wymagani punktualności.

- Chciałam tylko, żeby poszedł pod właściwy adres.
- I zszedł ci z oczu.
- To też. Posłuchaj, korzystając z okazji, że rozmawiamy. 

.. - Głośno  przełknęła  ślinę. - Wiesz,  teraz  ja  chciałabym 
zaprosić ciebie na kawę.

Zapadło  tak  długie  milczenie,  aż  się  przelękła,  że  Tanner 

odłożył słuchawkę.

- Obojętnie  kiedy - dodała  niepewnym  głosem. -

Zostawiam ci wybór dnia i miejsca.

- Aleś  mnie  zaskoczyła!  Skąd  ta  nagła  zmiana?  Mówisz 

takim błagalnym głosem...

background image

Skrzywiła się, gdyż powtórzył jej ironiczne słowa.

- Chcę z tobą porozmawiać. Tylko tyle.
- Przyjdź do mnie o pierwszej. Zapraszam na lunch.
- Nie to miałam...

Ale  Tanner  rozłączył  się  szybko,  więc  nie  dokończyła 

zdania.  Powoli  odłożyła  słuchawkę,  Nie  przewidziała  takiego 

obrotu sprawy. No cóż,  przynajmniej  będzie  miała dość czasu, 
by zadać najważniejsze pytanie. Ciekawe, czy Tanner przyjmie 
zaproszenie.

Pani Burnham skrzywiła się i syknęła:

- Twój ojciec przewraca się w grobie.
- Przepraszam  cię,  ale  mam  dziś  mnóstwo  spraw  do 

załatwienia. Lepiej od razu powiedz, czego znowu chcesz.

Kim miała wrażenie, że odległość miedzy drukarniami jest 

większa  niż  zwykle.  Przepuściła  kilka  samochodów,  ale 

ponieważ  głupio  jej  było  tkwić  zbyt  długo  przy  krawężniku, 

powoli weszła na jezdnię.

Budynek firmy Calhoun  i Sp. był ogromny i dlatego Kim 

sądziła,  że  wewnątrz  znajdują  się  wielkie,  ponure  hale,  w 

których  brzydko  pachnie.  Tymczasem  znalazła  się  w  niezbyt 

dużym  atrium  wyglądającym  jak  oranżeria  w  podmiejskim 

domu.  Powietrze  pachniało  świeżością,  łagodnie  szemrała 
fontanna,  a  przy  wygodnych  fotelach  stały  donice  z 

egzotycznymi  roślinami.  W  górze  mignęło  coś  żółtego - to 

przeleciał kanarek i usiadł na wysokim fikusie.

Same dziwy! Słychać śpiew ptaków i szum wody, zamiast 

charakterystycznych  odgłosów  maszyn.  W  Printers  Ink  stukot 
był  nieustanny,  jak  bicie  serca,  i  dlatego  prawie  się  go  nie 

słyszało.

Zza biurka wyszedł młody mężczyzna.

- Dzień dobry. Pan Calhoun polecił mi zaprowadzić panią 

do sali konferencyjnej. Pozwoli pani, że wezmę jej płaszcz.

Przeszli pod łukiem znajdującym się  za rozłożystą palmą. 

Mężczyzna  otworzył  drzwi  w  połowie  korytarza,  skłonił  się  i 

background image

odszedł.

Kun rozejrzała się i podeszła do przeciwległej ściany, całej 

ze  szkła.  Cicho  gwizdnęła,  gdy  zobaczyła,  że  dwie  trzecie 

budynku  mieści  się pod  ziemią. Z  zapartym tchem  patrzyła  na 

olbrzymie  hale  wyposażone  w  nowoczesny  sprzęt  i  na 

uwijających się miedzy maszynami ludzi.

Po chwili usłyszała, że otwierają się drzwi, więc odwróciła 

głowę.

- To mój ulubiony widok - rzekł Tanner. - A jak tobie się 

podoba?

- Jest imponujący.

Kelner  nakrył  dla  dwóch  osób  u  szczytu  stołu,  a  Kim 

zrobiła wielkie oczy.

- Zaprosiłem  cię  tutaj,  żebyśmy  mogli  swobodnie 

porozmawiać - wyjaśnił Tanner.

Kim  uważała,  że  raczej  po  to,  by  się  pochwalić, 

zaimponować.  Oczywiście,  nie  przyznała  się,  że  osiągnął 
zamierzony cel.

- Co nagle skłoniło cię,  żeby zaproponować mi randkę? -

spytał Tanner.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Powiedział  tak  dla  żartu,  więc  zdziwił  się,  że  oczy  Kim 

gniewnie 

pociemniały. 

Dlaczego 

niewinne 

pytanie 

spowodowało taką reakcję?

- Co ty wygadujesz! Na jaką randkę?
- Nie  denerwuj  się - powiedział  chłodno. - Nie  masz 

poczucia humoru?

- Mam...  Wczoraj  nie  mogłam  iść  na  kawę,  a  dziś 

pomyślałam,  że  jednak  warto  się  dowiedzieć,  czemu 

zaproponowałeś mi spotkanie.

- Zaraz się dowiesz.

Kelner przygotował wszystko i wyszedł.

- Wyjątkowo  sprawna  obsługa - skomentowała. - Często 

zapraszasz tu gości na lunch?

Tanner zaprowadził ją do stołu i odsunął krzesło.

- Sporadycznie. Zawarliśmy umowę z restauratorem, który 

z  dwudniowym  wyprzedzeniem  przysyła  nam  jadłospisy. 
Pracownicy  coś  sobie  zamawiają  i  jedzą  lunch  na  miejscu,  a 

jeśli menu im nie odpowiada, idą do pobliskiego baru.

Kim  popatrzyła  na  apetycznie  zrumienionego  kurczaka  z 

ryżem i jarzynami.

- Zawsze tak dobrze karmisz ludzi?
- Owszem.  Część  płacą  oni,  resztę  ja.  Na  dłuższą  metę 

takie  rozwiązanie  wszystkim  się  opłaca.  Jeżeli  ludzie  muszą 

wyjść  z  zakładu,  wszyscy  na  tym  tracą.  A  tak,  zostają  na 

miejscu,  nie  marnują  czasu  i  energii  na  dojście  tam  i  z 
powrotem.

- Racja. - Kim  nabiła  fasolkę  na  widelec. - Rzeczywiście 

niezły pomysł.

- Mam  nadzieję,  że  smakuje  ci  to,  co  pozwoliłem  sobie 

wybrać  bez  pytania.  Oprócz  kurczaka  jest  stek.  Może  byś 

wolała?

- Nie. Ale pomyślałam... - urwała.
- Intryguje cię, czemu się wysiliłem?

background image

- Tak.
- Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  minęło  prawie  ćwierć 

wieku  od  dnia,  gdy  nasi  ojcowie  poróżnili  się  i  ich  drogi  się 

rozeszły?  Według  mnie  już  najwyższy  czas  zapomnieć  o 
tamtym nieporozumieniu.

Kim rzuciła mu nieufne spojrzenie i odłożyła widelec.

- Wybacz,  ale  to  argument  bez  sensu.  Mój  ojciec  zmarł 

dwa lata temu, a twój...

- Dużo wcześniej.
- Więc czemu akurat teraz mamy się godzić? Dlaczego nie 

w ubiegłym roku albo w przyszłym?

- Rok  temu  o  tym  nie  pomyślałem,  a  do  przyszłego  nie 

warto czekać. Można coś zyskać w międzyczasie.

- Kto i co miałby zyskać?

Tanner  wiedział,  że  Kim  jest  nieufna.  Nie  dziwiło  go,  że 

tak się dopytuje. Przez dwa lata rywalizacji na rynku dobrze ją 

poznał. Wolał zmienić temat.

- Czy nadal masz prasę Ripleya?
- Chodzi o kość niezgody?  Nasi ojcowie pokłócili się, bo 

mój kupił tę maszynę, a twój skrytykował jego posuniecie.

Wprawdzie  Tanner  słyszał  inną  wersję,  nie  zamierzał 

jednak dyskutować..

- Opowieści  krążące  w  rodzinach  to  osobny  gatunek 

literacki - powiedział  cicho. - To  samo  wydarzenie  bywa 
odmiennie naświetlane przez różne osoby.

Kim wyprostowała się.

- Czy  dajesz  mi  do  zrozumienia,  że  twój  ojciec  oskarżał 

mojego  o  przywłaszczenie  sobie  pieniędzy  należących  do 

spółki?

- Niezupełnie. Zresztą to, co zdarzyło się dawno temu, jest 

już bez znaczenia. Masz tę prasę?

- Tak, ale uprzedzam, nie jest na sprzedaż.
- Wcale nie zamierzam jej kupić. Smarujesz może tę bułkę 

masłem?

background image

- Nie, dziękuję. Dlaczego dopytujesz się, czy mam to stare 

urządzenie,  skoro  nie  zamierzasz  go  kupić?  To  nie  antyk  ani 
dzieło sztuki. Dla ciebie chyba nie ma żadnej wartości.

- Chętnie przekażę ci niektóre zlecenia.

Zauważył, że piękne oczy zmieniły się i  z  jasnozielonych 

stały się  ciemne jak wzburzone morze. To  znaczy,  że  Kim ma 

się na baczności, jest ostrożna i bardzo nieufna.

- Dziękuję.  To  ładnie  z  twojej  strony. - Zmrużone  oczy 

zadawały kłam szczerości podziękowania. - Będziesz mi rzucał 

resztki z pańskiego stołu, tak?

- Coś  mi  się  zdaje,  że  nikomu  nie  ufasz  i  jesteś  równie 

drażliwa jak twój ojciec.

Kim zaczerwieniła się i wycedziła:

- Trzeba mieć tupet, żeby mi to mówić.
- Uspokój się. Jestem przekonany, że jak zawsze zawiniły 

obie  strony.  Według  mnie  najważniejsze  jest  teraz  to,  byśmy 

uznali  dawne  nieporozumienia  za  nieważne.  Im  prędzej 
pozbędziemy  się  balastu  z  przeszłości,  tym  dla  nas  lepiej. -

Przełamał bułkę i posmarował masłem. - Mój nowy sprzęt  jest 

szybki i wydajny. Czasami aż za bardzo.

- Pni, wielki problem.
- Bywa  wielki,  gdy  chodzi  o  małe  zamówienie.  Na 

przykład  jeden  klient  chce  wysłać  życzenia  świąteczne  i 
noworoczne w formie gazetki.

- Oryginalny pomysł.
- Ale  z  mojego  punktu  widzenia  kłopotliwy.  Nowe 

maszyny są  tak szybkie, że pierwsze trzy tysiące kopii  zwykle 
trzeba  wyrzucić.  Jeśli  mamy  wydrukować  pół  miliona,  to  taka 

strata jest kroplą w morzu, ale w danym wypadku...

- Ile kopii zamówiono?
- Pięćset. Zlecenie nie przyniosło żadnego zysku.
- Bo  nie  mogłeś  zażądać  od  klienta  tyle,  ile  praca  była 

warta?  Pomijając  koszty  własne.  , - Otóż  to.  Czasem  drobne 

usługi są bardzo kosztowne.

background image

- Ja też miewam takie zamówienia. Czy zauważyłeś, że im 

mniejsze, tym bardziej uprzykrzone?

- Zauważyłem.  W  dodatku  najmniej  płacący klienci  mają 

największe  wymagania.  Dziwne,  prawda?  Ale  jeśli  nawet  nic 

nie  zarobię,  to  nie  jest  takie  istotne.  Ważniejsze,  że  drobne 
zlecenia  przeszkadzają  w  terminowym  realizowaniu  tych 

dużych.

- I intratnych? - spytała Kim ze źle skrywaną konia.
- Nie  widzę  nic  złego  w  pracy  z  zyskiem - obruszył  się 

Tanner. - Ale chodzi mi też o to, że dla mnie takie złe -

cenią są kłopotliwe, a na prasie Ripleya wykonałoby się je 

bez większego trudu. I bez naruszenia waszego rytmu pracy.

- Następnym razem przyślij mi takiego klienta i ja się nim 

zajmę - powiedziała poważnie.

- O, teraz ciebie trzymają się żarty! Przecież wiesz, że tego 

nie zrobię.

Kim uśmiechnęła się filuternie.

- Mimo  wszystko  warto  było  jednak  spróbować... 

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nikomu nie odstąpisz klienta 

z obawy, że potem duże zamówienie też dostanie ktoś inny.

- Zgadłaś. Po obliczeniu, ile pieniędzy straciliśmy na tym 

świątecznym  drobiazgu,  przyszło  mi  do  głowy,  że  mógłbym 
zlecać podobne prace tobie. Dzięki temu nie zajmowałbym pras 

czymś, co  nie  przynosi zysku,  a klienci  byliby zadowoleni,  bo 

im wszystko jedno, kto i co robi, byle praca została wykonana 
na czas. Ty też byłabyś zadowolona. Mogłabyś zarabiać na tym, 

na czym ja tracę.

- Wątpię, czy można tu mówić o moim zadowoleniu.
- Może nie masz powodu, by skakać z radości, ale musisz 

przyznać,  że  to  przyzwoita  propozycja.  Moim  zdaniem  nawet 

całkiem dobra.

- Szczególnie  dla  ciebie,  bo  ty  dodatkowo  na  tym 

skorzystasz. Jeśli będziesz stale podrzucać mi małe zlecenia, nie 

starczy  mi czasu na szukanie  większych. A  skoro nie będziesz 

background image

miał konkurencji, wyśrubujesz ceny.

Tanner zrozumiał, dlaczego ojciec nazywał niekiedy swego 

wspólnika  Benem  Buldogiem.  Kim  była  bardzo  podobna  do 
ojca.

- Prawdę  powiedziawszy - rzekł  chłodno - i  tak  masz 

znikome szansę, żeby ze mną wygrać.

- Czyżby? - Głośno  odsunęła  krzesło  i  wstała. - Jeszcze 

zobaczymy...

- Siadaj  i  jedz.  Nie  skończyliśmy  rozmowy.  Ja  już 

powiedziałem, dlaczego prosiłem o spotkanie, a teraz ty zdradź, 

co spowodowało, że chciałaś umówić się ze mną.

Kim  niechętnie  usiadła.  Z  powodu  impertynencji  Tan -

nera  zdenerwowała  się  do  tego  stopnia,  że  zapomniała  o 

przyjęciu.  Czy  miała  jednak  prawo  pozbawić  Brennę  okazji 

poznania  człowieka,  o  którym  tyle  się  nasłuchała?  Sama 

wolałaby już nigdy więcej nie oglądać Tannera. Ale może mimo 

wszystko  warto  go  zaprosić?  Tylko  po  to,  by  odstąpić  go 
koleżance.  Czyż  to  nie  wystarczająca  satysfakcja?  Tanner 

poczuje się  mile połechtany,  a  ona będzie  się cieszyć, że  facet 

nie wie, co go czeka. Tak, odpłaci mu z nawiązką!

- Och,  byłabym  zapomniała. - Niedbale  machnęła  ręką. -

Chciałam  zaprosić  cię  na  przyjęcie.  Tanner  nie  zdołał  ukryć 
zaskoczenia.

- Hmmm...  Teraz  rozumiem  twoją  dziwną  reakcję,  gdy 

zażartowałem o randce.

- Wątpię.
- Jeśli nie randka, to co?
- Po prostu przyjęcie.
- Z jakiej okazji?
- I kto tu jest podejrzliwy? Nie rób takiej zdumionej miny. 

Doszłyśmy  z  koleżankami  do  wniosku,  że  dobrze  byłoby 

zaprosić parę osób. To wszystko.

- Czy  te  osoby  przypadną  mi  do  gustu?  Kim  posądzała 

Tannera o to, że zastawia na nią pułapkę, ale odparła:

background image

- Chyba  tak.  Na  ogół  dobiera  się  gości,  którzy  mają  ze 

sobą  coś  wspólnego,  których  interesuje  polityka,  jedna 
dziedzina  sportu  albo...  wymiana  partnerów...  Co  jest  waszym 
kryterium?

Waśnie to ostatnie, pomyślała Kim.

- Wszystkich  gości  będzie  łączyć  fakt,  że  nas  znają. 

Brenna jest modelką, a marzy o karierze aktorki. Marissa uczy 
angielskiego w prywatnej szkole, a...

- Ty zarządzasz małą drukarnią po ojcu.

Nie taką znów małą, poprawiła go w duchu Kim.

- Często urządzacie podobne przyjęcia? Za nic  nie  mogła 

się przyznać, że to będzie dopiero ich pierwszy raz.

- Niezbyt.
- Macie tak  różne zawody, że  wasi znajomi  mogą okazać 

się całkiem zajmującymi ludźmi.

- Jedni  są  bardziej  interesujący,  inni  mniej,  ale  sądzę,  że 

będziesz dobrze się bawił.

- Miło mi, że myślisz o mojej przyjemności.
- Początek  w  sobotę  o  siódmej.  Podała  adres  i  z 

satysfakcją zauważyła, że w oczach Tannera mignęło uznanie.

- Mieszkania  w  blokach  nad  jeziorem  są  najdroższe  w 

mieście.

- Czyżbym zburzyła twoje  wyobrażenie o  mojej biedzie  i 

upadającej  firmie?  Widzisz,  całkiem  nieźle  sobie  radzę  bez 

jałmużny.

- Jeśli  mieszkacie  w  trójkę,  to  czynsz  na  pewno  jest  do 

przyjęcia. Mimo wszystko przemyśl moją propozycję. Miałabyś 
stałe dochody.

- Na pewno przemyślę.

Tanner wziął dwa talerzyki.

- Który deser wolisz? Oba wyglądają apetycznie.

Czynsz  w  wieżowcach  był  duży,  lecz  mieszkania  dość 

małe. Kim, Marissa  i Brenna straciły mnóstwo  czasu i energii, 

by  poprzesuwać  meble  i  zrobić  więcej  miejsca  dla  prawie 

background image

czterdziestu osób. Zależało im, aby goście mogli swobodnie się 

poruszać i ze wszystkimi porozmawiać.

- Będzie straszny tłok - martwiła się Marissa. - A radziłam 

wynająć salę na parterze.

-

Ale  tam  nie  byłoby  odpowiedniego  klimatu -

argumentowała  Brenna. - A  jeśli  kiermasz  kawalerów  ma 

przynieść  spodziewany  efekt,  na  przyjęciu  musi  panować 
sprzyjająca  atmosfera.  Nasi  goście  powinni  ze  sobą  naprawdę 

rozmawiać, a nie tylko nawiązać zdawkowy kontakt.

Marissa nadal miała zatroskaną minę.

- Miejmy  nadzieję,  że  pary  nie  będą  znikać  w  sypialni. 

Szkoda, że większości zaproszonych w ogóle nie znamy.

- Przestań  krakać - zganiła  ją  Brenna. - Przecież

zapraszamy tych ludzi właśnie po to, żeby ich poznać.

- Nigdy nie ma kompletu, na żadnym przyjęciu - odezwała 

się  Kim. - Do  nas  też  nie  wszyscy  przyjdą.  Brenna  rzuciła  jej 
podejrzliwe spojrzenie.

- Masz  na  myśli  kogoś  konkretnego?  Ostatnio  prawie 

wcale nie opowiadasz o Tannerze. Przyjdzie?

- Jeśli się nie zjawi, na pewno będzie miał ważny powód. 

Obiecał wpaść.

Lepiej  niech  się  nie  wykręca - groźnie  zapowiedziała 

Brenna. - Przynajmniej nasi najbliżsi znajomi powinni dopisać.

- Chyba nie będziemy trąbić o tych, którzy nie przyjdą?

- Kim  zmyła  szpinak  z  palców. - Wiecie,  co  będzie  na 

początku? - Zmieniła  głos. - Dobry  wieczór.  Jestem  Sally. 

Przyprowadziłam  mojego  byłego  męża.  Bardzo  dobry,  ale 
nudny, dlatego  się  z nim rozwiodłam. Zaprosiłam też  malarza, 
który odnawia mi mieszkanie. Sprzykrzyły mi się jego natrętne 

propozycje, więc chętnie go odstąpię. -

- Już widzę minę biednego męża - wtrąciła się Marissa.
- Ja powitam pierwszych gości - oświadczyła Brenna.
- Dziewczyny obiecały przynieść jakąś swoją specjalność, 

więc wezmę je na bok, odbiorę jedzenie i poproszę o informacje 

background image

o kawalerach. Wystarczy imię, nazwisko, miejsce pracy.

- Zamierzasz ścigać tych, którzy nie przyjdą?
- Nie.  Ale  będę  wiedziała,  na  kim  można  polegać.  Może 

zrobimy powtórkę.

- Wątpię.

Kim  właśnie  się  przebierała,  gdy  rozległ  się  pierwszy 

dzwonek.  Nim  skończyła  toaletę,  w  mieszkaniu  już  panował 
gwar.  Kilka  osób  stało  przy  szafkach  oddzielających  pokój  od 

kuchni i częstowało się zakąskami. Marissa była zajęta płytami, 
a  Brenna  szukała  czegoś  w  lodówce.  Kim  spojrzała  na 

mężczyznę  opartego  o  filar,  wpatrującego  się  w  puste, 

wbudowane w ścianę akwarium.

- Ciekawe, czemu nie ma rybek - zagadnął nieznajomy.
- Bo  jeszcze  nie  zdążyłyśmy  kupić.  Akwarium  zostawili 

poprzedni  lokatorzy.  Wprawdzie  rybki  niezbyt  nas  interesują, 

ale szkoda niszczyć ścianę.

- O,  to  ty  tu  mieszkasz?  Czuję  się  jak  intruz,  bo  nie 

zostałem oficjalnie zaproszony.

- Nie  szkodzi.  Serdecznie witam.  Można  wiedzieć,  z  kim 

przyjechałeś?

- Z siostrą. Uparła się, że muszę jej towarzyszyć.
- Aha.
- Betsy  twierdzi,  że  nie  czuje  się  bezpiecznie  w  tej 

dzielnicy.  Nie  wiem,  co  jej  się  stało.  Dotychczas  wszędzie 

jeździła sama, a dziś nagle boi się własnego cienia.

Kim  usiłowała  przypomnieć  sobie,  gdzie  i  kiedy  spotkała 

Betsy  lub  o  niej  słyszała.  Czy  to  nie  nauczycielka  ze  szkoły 
Marissy?  Dziwne,  że  miała  odwagę  pracować  w  szkole  o  złej 

reputacji,  na  peryferiach,  a  bała  się  spokojnej  dzielnicy  Lakę 
Shore Drive.

- Miło mi, że przyjechałeś. Jestem Kim.
- Dań.  Moja  siostra  natychmiast  gdzieś  się  ulotniła,  a  ja 

sterczę tu jak kołek.

- Bardzo  mi  przykro.  Zaraz  przedstawię  cię  Marissie.  A 

background image

może ją znasz?

- Chyba nie.

W tym momencie rozległ się dzwonek.

- Przepraszam  na  chwilę. - Otworzyła  drzwi. - Witam... 

Nie dokończyła, ponieważ na progu stał Tanner.

- Dobry  wieczór.  O,  widzę,  że  cię  zaskoczyłem -

powiedział, uśmiechając się. - Mówiłaś, że początek o siódmej, 
więc...

- Myślałam... Nie potwierdziłeś, że przyjdziesz.
- Ale nie odrzuciłem zaproszenia. Nie mogłem. Połechtało 

moją próżność. Zresztą jestem...

- Wiem, wiem, jesteś dżentelmenem. Czuj się jak u siebie 

w  domu.  Wybacz,  ale  obiecałam  Danowi,  że  poznam  go  z 

naszymi gośćmi.

Przedstawiła Dana kilku osobom, po czym zostawiła go w 

towarzystwie  Marissy  i  udała  się  w  stronę  kuchni.  Nagle  u  jej 

boku zjawił się Tanner.

- Twój  towarzysz  był  bardzo  rozczarowany,  że  go 

opuściłaś - zauważył półgłosem.

- Marissa się nim zajmie.

Wzięła tacę, na której została jedna faszerowana pieczarka.

- Założę  się,  że  wolałby  być  z  tobą - ciągnął  Tanner. -

Patrzył na ciebie tak pożądliwie, jak ten olbrzym na pieczarkę.

Kim rozejrzała się i podsunęła tacę potężnie zbudowanemu 

nieznajomemu.

- Dziękuję. - Olbrzym  uśmiechnął  się  zażenowany. - Są 

wyśmienite. Sama je przygotowałaś?

- Tak.

Brenna  wyjęła  z  lodówki  butelkę  coli  i  podała  stojącemu 

obok  mężczyźnie,  który  próbował  pić,  nie  odrywając  oczu  od 

dziewczyny. Kim szybko się wycofała i wpadła na Tan - nera. 

Ten objął ją i podtrzymał.

- Dobrze, że akurat byłem pod ręką - szepnął.
- Dlaczego za mną chodzisz? Baw się...

background image

- Przecież się bawię. Zresztą, skoro ty mnie zaprosiłaś, nie 

wypada, żebym szukał towarzystwa innych dam. Wiesz, bardzo 
lubię faszerowane pieczarki.

Podeszła Brenna i uśmiechnęła się zalotnie.

- Tanner  Calhoun,  prawda?  Nasłuchałam  się  o  tobie  tyle, 

że wszędzie bym cię poznała.

- Oj, to brzmi dość groźnie.
- Usiądźmy gdzieś z boku. - Brenna zaśmiała się perliście.

- Zdradzę ci, co Kim o tobie mówiła.

- Idźcie stąd.
- A pieczarki?
- Przyniosę ci, jak będą gotowe.
- Dziękuję.

Brenna  ujęła  Tannera  pod  rękę  i  wyprowadziła  z  kuchni. 

Kim  odetchnęła,  zamknęła  lodówkę  i  wstawiła  pieczarki  do 

piekarnika.  W  chwili  gdy  je  wyjmowała,  zjawił  się  ich 
zdeklarowany amator.

-

Czy  wszystko,  co  gotujesz,  jest  tak  dobrze 

przyprawione? - spytał olbrzym.

- Potrafię ugotować tylko dwie rzeczy.
- Czyli co jeszcze?
- Spaghetti... z gotowym sosem.
- Dziwne.  Skoro  nie  umiesz  gotować,  czemu  tylko  ty 

jesteś w kuchni?

- Bo  moje  koleżanki  umieją  jeszcze  mniej. - Położyła 

jedną  pieczarkę  na  talerzyku. - Przepraszam,  muszę  to  komuś 

zanieść. Obiecałam.

Nie  znalazła  Brenny  i  Tannera  razem.  Widocznie  już  się 

nagadali. Brenna tańczyła teraz z jakimś wysokim blondynem, a 

Tanner rozmawiał z Marissa.

To chyba ironia losu, pomyślała  Kim, przecież Brenna od 

dawna pragnęła poznać Tannera. Cóż, widocznie okazała się nie 
w  jego  guście.  Dziwne  jednak,  że  zainteresował  się  Marissa, 

która  w  niczym  nie  przypominała  jego  pięknych  znajomych. 

background image

Gdy  podeszła  bliżej,  Tanner  odwrócił  się  i  spojrzał  na  nią 

bacznie,  a  Marissa  popatrzyła  na  swego  partnera  z  wyraźną 
troską.

- Proszę.  Przyniosłam,  co  obiecałam.  Nie  patrz  tak 

pożądliwie, bo ludzie pomyślą nie wiadomo co.

- Czemu  wydzieliłaś  mi  tylko  jedną? - Tanner  odgryzł 

kawałek pieczarki i sos trysnął mu na palce. - Oj, poparzę się!

- Twoja  wina!  Nie  bądź  taki  łakomy,  poczekaj,  aż  prze -

stygnie.

Po  powrocie  do  kuchni  Kim  ponownie  ujrzała  olbrzyma. 

Trzymał  w  ręce  dwie  torebki  płatków  kukurydzianych,  a  za 

paskiem miał zatknięty ręcznik zastępujący fartuch.

- Nie gniewasz się?
- Za to, że się tu kręcisz? Nie.
- Niektórym przeszkadza. Jestem Robert. - Wysypał porcję 

płatków na stół. - Zaraz coś z tego zrobimy.

- Mów w liczbie pojedynczej, bo ja będę tylko patrzeć. Z 

drugiej strony szafek przystanął chudy mężczyzna w okularach.

- Kto to widział szpinakiem psuć smak pieczarek! Czemu 

normalne jedzenie wyszło z mody? - mruknął pod nosem, biorąc 

garść chrupek.

Robert sprawdził ostrość dwóch noży.

- Do  niczego.  Głowę  dam,  że  nie  macie  ani  jednego 

porządnie naostrzonego.

W tej samej chwili zjawiła się koleżanka Brenny.

- No, proszę, ten jak zwykle w kuchni! Człowieku, czy ty 

nie potrafisz żyć bez gotowania?

- To twoje hobby czy zawód? - spytała Kim.
- Pracuję jako szef kuchni w „Captain's Table".
- Ale teraz jesteś na przyjęciu, nie w pracy.
- Wolę gotować, niż rozmawiać z nieznajomymi.
- A ze mną rozmawiasz.
- Ciebie już znam - odparł, nie patrząc na nią, a po chwili 

coś jej podał. - Spróbuj.

background image

Weszła Brenna.

- Kim, poznałaś wszystkich gości?
- Nie, a ty?

Brenna znacząco spojrzała na Roberta.

- Wszystkich oprócz artysty, który ukrywa się w kuchni.
- Dziękuję za komplement - odpowiedział Robert.
- Ten  twój  Tanner  jest  czarujący - dodała  ciszej  Brenna. 

Kim włożyła do ust to coś, co przed chwilą dostała od Roberta.

- Nie  lubię  się  narzucać,  ale  ktoś  musi  przełamać  lody -

ciągnęła Brenna. - Inaczej nic z tego nie wyjdzie.

Kim  dostrzegła  nadchodzącego  Tannera,  chciała  więc 

uprzedzić koleżankę, ale, niestety, miała pełne usta. Wobec tego 
chrząknęła i machnęła ręką, co przeszło niezauważone.

- Nie  pozwoliłabym,  żeby  Tanner  tkwił  przy  mnie  przez 

cały  wieczór - oświadczyła  Brenna  stanowczo. - Mogłoby 

wyglądać, że nikomu się nie podobam.

- A  jest  wręcz  przeciwnie. - Tanner  oparł  się  o  szafkę  i 

popatrzył  na  gości. - To  wasze  przyjęcie  wydaje  mi  się  jakieś 

dziwne. Według mnie coś tu nie gra.

Brenna  zaniemówiła,  ale  Kim  zdążyła  już  przełknąć  i 

odezwała się ironicznym tonem:

- Pewno czekasz, żebyśmy cię zapytały, co w tym widzisz 

złego. Więc zrobię ci przyjemność i pytam.

- Nie  mówiłem,  że  widzę  coś  złego,  ale  proporcje  są 

osobliwe.  Mężczyzn  jest  więcej  niż  kobiet,  a  zazwyczaj  bywa 
odwrotnie.

- Mam wielu kolegów...
- Przedstawisz mnie wszystkim po kolei? - Spojrzał na nią 

z ukosa. - Jeśli są twoimi kolegami...

- Naszymi - sprostowała. - Ale mogę cię z nimi zapoznać. 

Zacznę od Roberta, który...

- Nazywa się? - przerwał Tanner.
- Yaskovitz - powiedział Robert.
- Dziękuję,  że  mnie  wyręczyłeś. - Kim  uśmiechnęła  się 

background image

serdecznie. - Wciąż mam kłopoty z wymową.

- A jak nazywa się tamten chudzielec w okularach?
- Który? Ten, co nie lubi szpinaku i w ogóle zieleniny? To 

Jake  Jones. - Zerknęła na  przyjaciółkę. - Chyba  nie  pomyliłam 
go z okularnikiem - komputerowcem?

- Z kim? - wykrztusiła Brenna.
- Chętnie go poznam.

Tanner złapał Kim za rękę i wyprowadził z kuchni.

- Poddaję  się,  bo  nie  wiem, jak  on  się  nazywa.  Przyszedł 

ze  znajomą  Marissy.  O  co  ci  chodzi?  Przystanęli  koło 
akwarium.

- O  nic.  Po  prostu  jestem  ciekaw. - Uśmiechnął  się 

przewrotnie. - Po  pierwsze  chciałbym  wiedzieć,  ilu  facetów 
zdaje sobie sprawę, że zostali zwabieni na targ niewolników.

Kim osłupiała.

- Pewno  żaden - ciągnął  Tanner. - Dużo  bym  dał,  żeby 

usłyszeć, co powiedzą, gdy prawda Wyjdzie na jaw.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Zastanawiał  się,  czy  Kim  rzeczywiście  zzieleniała,  czy  to 

odblask światła z akwarium.

- Nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówisz - odezwała  się  nie -

swoim głosem. - Jaki targ niewolników?

- Zaprzeczasz?
- Skąd przyszło ci do głowy, że ktoś mógłby...
- Wpaść na pomysł spędzenia tu kawalerów i sporządzenia 

ich  listy? - dokończył  Tanner. - Jestem  gotów  podać  ci  kilka 
powodów.

- To  obraźliwe  przypuszczenie!  Tanner  podziwiał  jej 

opanowanie  i  to,  że  błyskawicznie  odparowała  cios,  ale  nie 

zamierzał ustąpić.

- Bardzo  obraźliwe - powiedział. - Dla  wszystkich 

obecnych tu ofiar. No, może zbyt dosadnie się wyraziłem, więc 
ujmę rzecz inaczej. Zaprosiłaś tych nieświadomych panów tylko 

po  to,  by  o  połowę  mniejsza  liczba  pań  miała  okazję  obejrzeć 

ich,  przepytać,  ocenić.  Powody,  jakimi  się  kierowałaś, 

chwilowo pomijam. Czy teraz wyraziłem się lepiej? No jak?

- Wcale nie. Skoro uważasz, że każde przyjęcie musi mieć 

określony  cel,  wiedz,  że  nami  kierowała  wyłącznie  chęć 

bawienia się.

- Zmyślasz.  Na  takie  wyjaśnienie  nie  dam  się  nabrać,  bo 

wszystkie piękne panie  wyglądają jak łakome dzieci  w sklepie 

ze słodyczami...

- Mówisz zagadkami.
- Nie  udawaj  mało  inteligentnej  ślicznotki,  bo  dobrze 

wiesz,  o  co  mi  chodzi.  Rozglądacie  się,  jakbyście  miały 

zaledwie  po  dolarze,  a  na  półkach  leżało  sto  czekolad  do 
wyboru.

-

Dość  ciekawe  porównanie. - Kim  lekceważąco 

wzruszyła ramionami. - Ale jest...

- Bardzo  trafne.  Zobacz  sama.  Twoja  przyjaciółka 

background image

rozmawia z jedną ofiarą, a zerka na drugą z listy.

Kim nawet nie raczyła spojrzeć we wskazanym kierunku.

- Nie znasz Brenny, wiec nie wiesz, że ona zawsze tak się 

zachowuje.

- Chodzi o tę drugą.
- O Marissę?
- Przestań  udawać!  Mnie  możesz  powiedzieć,  co  to 

właściwie  jest.  Szczególny  pchli  targ.  Czy  te  miłe  panie 

przyprowadziły kawalerów, których odrzuciły? Tych, którzy im 

się  nie  spodobali?  Odstępują  ich  koleżankom  i  wybierają 

innych? Zgadłem?

Wiedział, że trafił w dziesiątkę, ponieważ Kim bardzo się 

zmieniła  na  twarzy.  To  trwało  ułamek  sekundy  i  dziewczyna 

błyskawicznie się opanowała.

- Nikt nie został odrzucony - odpowiedziała zaczepnie.
- Dobre i to. Zresztą, trudno odrzucić coś, czego człowiek 

nigdy nie posiadał.

Kim spuściła  powieki, aby Tanner  nie  widział gniewnego 

błysku w jej oczach.

- Ustaliłyśmy,  że  zaprosimy  znajomych,  którzy  nas 

zbytnio nie interesują, ale niekoniecznie tych, z którymi kiedyś 

chodziłyśmy.

- A  jednak  targ  i  wymiana - mruknął  Tanner. - Chcecie 

przebierać jak w ulęgałkach i wziąć sobie, co wam odpowiada.

- Przestań! To wcale nie było wykalkulowane na zimno.
- Więc  pod  jakim  hasłem  odbywa  się  wasze  przyjęcie? 

Osobiście  nie  lubię,  gdy  traktuje  się  mnie  jak  niepotrzebny 
element.

- Przekręcasz wszystko, co mówię.
- Powiedz  wreszcie,  jak  nazwałaś  tę  „prywatkę",  a 

przestanę  zgadywać. Trochę  cię  znam, więc  jestem  pewien,  że 

coś wymyśliłaś.

Kun przygryzła wargę.

- No?  Lepiej  się  przyznaj,  bo  jak  nie,  to  uprzedzę 

background image

biedaków, że są na rykowisku.

- Kiermasz kawalerów.

Powiedziała  to  bardzo  cicho,  więc  Tanner  automatycznie 

pochylił się, by dosłyszeć. Poczuł zapach jej perfum i ogarnęło 
go podniecenie.

Człowieku, pilnuj się! - pomyślał.

- Zaproszonym  powinno  pochlebiać - dodała  Kim  nieco 

głośniej.

- Czemu?
- Bo... - Zawahała  się  i  odwróciła  wzrok. - Trzeba  było 

spełnić określone warunki.

- Na  przykład  mieć  sporą  kwotę  w  banku  oraz  rokować 

nadzieję, że zarobi się na dostatnie życie rodziny?

- Uważasz, że kobiety interesują się wyłącznie pieniędzmi 

i stabilizacją życiową?

- Ależ  skąd!  Na  pewno  poważnie  myślą  o  genach 

kandydata, bo przecież trzeba dbać o następne pokolenia.

- Przestań kpić! Przyjęcie daje sposobność, żeby spotkać i 

poznać  nowych  ludzi.  To  nie  bezduszne  doświadczenie 
hodowlane.

- Cieszy mnie... Jakie były kryteria doboru?
- Nie powiem.
- Dobrze, wobec tego zapytam obecnych, co mają ze sobą 

wspólnego.

Kim złapała go za rękaw.

- Nie zrobisz tego! Obiecałeś, że nic nikomu nie powiesz, 

jeśli dowiesz się, jak nazwałam nasze przyjęcie.

- Nieprawda.  Powiedziałem,  że  rozgłoszę,  jeśli  mi  nie 

powiesz.  Interesuje  mnie,  co  różni  kandydata,  którego 

zakwalifikowano  na  kiermasz,  od  tego,  który  nie  przeszedł 
eliminacji.

Kim mocno zacisnęła usta.

- Niektórzy traktują taką minę jako przewrotną zachętę do 

pocałunku.

background image

- Tylko spróbuj mnie pocałować! - syknęła.
- Nie  mówiłem  o  sobie. - Tanner  lekko  wzruszył 

ramionami. - Dobrze,  nie  będę  psuł  ci  zabawy.  Wystarczy,  że 
wiem, co mi grozi, a inni niech wpadają w wasze sidła.

Kim  ucieszyła  się,  że  niebezpieczeństwo  minęło,  ale 

Tanner uśmiechnął się przekornie i dodał:

- To  nawet  lepszy  pomysł  niż  wyprzedaż  w  garażu.  Nie 

wiem  jak  inni,  ale  ja  nie  pozwoliłbym,  żeby  mi  przyczepiono 

cenę i posadzono na stole.

Kim nie ufała mu ani służbowo, ani prywatnie, wolała wiec 

nie zostawiać go samego. Bała się, że powie lub zrobi

coś niepożądanego. Miał dość osobliwe poczucie humoru i 

mógłby zdradzić mężczyznom cel przyjęcia.

I choć niechętnie, musiała jednak uznać, że jeśli dotrzyma 

mu  towarzystwa,  jego  irytująca  spostrzegawczość  nie 
doprowadzi  do  kompromitacji.  Całkiem  możliwe,  że  Tanner 

znał kilka z zaproszonych osób, ale wątpliwe, czy obracali się w 

tym  samym  środowisku.  Kim  miała  nadzieję,  że  po  przyjęciu 
nigdzie  się  nie  zetkną.  Dlatego  łudziła  się,  że  wystarczy  przez 

kilka  godzin  pilnować,  by  Tanner  z  nikim  nie  rozmawiał  na 
niebezpieczny  temat.  Z  ponurą  determinacją  postanowiła 

towarzyszyć mu przez cały wieczór.

Wkrótce  zorientowała  się,  że  Tanner  odgadł  jej  zamiar. 

Wprawdzie  nic  nie  powiedział,  ale  w  jego  oczach  zapaliły  się 

wesołe iskierki. Po kwadransie wziął ją pod rękę, a pół godziny 
później  uprzejmie  oświadczył  znajomej  Marissy,  że  nie  może 

rozmawiać z nią dłużej, bo Kun nie życzy sobie, by poświęcał 

uwagę  innym  kobietom.  Juliet  rzuciła  Kim  nieprzyjazne 

spojrzenie i odwróciła się na pięcie.

Po jej odejściu Tanner całkiem spokojnie powiedział:

- Gdybyś  chciała,  mogłabyś  znaleźć  jakiś  ciekawszy 

sposób, żeby mnie zająć do końca przyjęcia.

- Niby jaki? Nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego.

background image

- Nie masz ochoty na drinka w cichym lokalu? - zapytał z 

niewinną miną.

- Na drinka?
- A myślałaś, że zaproponuję ci coś zdrożnego?
- Nie.  Po  prostu  uważam,  że  jest  za  późno,  by 

gdziekolwiek iść. Przyjęcie i tak dobiega końca.

- Ale  nie  musi  skończyć  się  dla  nas.  Znam  miłą 

kawiarenkę  niedaleko  stąd.  Przy  dobrej  kawie  moglibyśmy 

bawić się przez całą noc. - Zwrócił się do przechodzącego obok 
chudzielca  w  okularach. - Umknęło  mi  pańskie  nazwisko,  ale 

wiem, że interesują pana komputery.

- Mnie?  Komputery? - spytał  zaskoczony  mężczyzna. -

Oczywiście, 

interesują. 

Jak 

wszystkich. 

Tanner 

porozumiewawczo mrugnął do Kim.

- Czy  ma pan  przy sobie  wizytówkę? Chętnie  wezmę,  bo 

może kiedyś skorzystam z pańskich usług.

Mężczyzna  wyjął  wizytówkę,  którą  Kim  mu  wyrwała  i 

schowała do kieszeni.

- Dziękuję. - Spojrzała na Tannera. - Prosiłam, żebyś choć 

raz  przestał  myśleć  o  interesach. - Pociągnęła  go  za  rękaw. -

Jesteś niepoprawny.

Chudzielec popatrzył na nich zaskoczony i odszedł.
Około  północy  Tanner  rzucił  jakby  mimochodem,  że  nie 

lubi  naprzykrzać  się  gospodarzom.  Kim  ucieszyła  się,  że 

nareszcie uwolni się od niego, ale natychmiast pomyślała, że nie 

powinien wychodzić razem z innymi. Lepiej, żeby w windzie z 

nikim nie rozmawiał.

- Zostań  jeszcze  trochę - poprosiła  bez  uśmiechu.  Dużo 

później, po odejściu ostatnich gości, odprowadziła go do drzwi i 

niemal  wypchnęła  z  mieszkania.  Przyjaciółki  patrzyły  na  nią 
zgorszone.

- Co  cię  napadło? - wybuchnęła  Brenna. - Czemu  nie 

odstępowałaś go na krok? Zapomniałaś o zasadach, które sama 

ustaliłaś? Skoro chcesz mieć Tannera dla siebie, nie trzeba było 

background image

go zapraszać.

- Ja?  Tannera? - zawołała  Kim. - Przysięgam,  że  go  nie 

chcę,  ale  musiałam  przy  nim  tkwić,  żeby  ustrzec  nas  przed 

wpadką. Zagroził, że wszystkim zdradzi... - Bezsilnie opadła na 

krzesło. - Zapamiętajcie  sobie,  co  powiem.  Nigdy  więcej  nie 

chcę nawet słyszeć o kiermaszu kawalerów. - Przymknęła oczy.
- Zrozumiałyście?

W  nocy  męczyły  ją  okropne  sny  i  rano  obudziła  się  z 

bólem  głowy.  W  bawialni  zastała  Marissę,  która  zrozpaczona 

patrzyła na pobojowisko.

- Najpierw napijemy się kawy, dopiero potem zabierzemy 

się do sprzątania - zarządziła Kim.

- Wolałabym  przeprowadzkę  do  innego  mieszkania  niż 

porządkowanie tego - jęknęła Marissa. - Sodoma i Gomora. No 
nie...

- Idź obudzić Brennę.
- Za żadne skarby. Jeszcze mi życie miłe. Jak chcesz, żeby 

nam pomogła, sama wyciągnij ją z łóżka.

Zadzwonił  telefon  i  Kim  nerwowo  podskoczyła.  Kto 

dzwoni  w  niedzielę  o  tej  porze?  Na  pewno  nikt  do  Brenny  i 
Marissy,  bo  znajomi  koleżanek  wiedzieli,  że  przed  południem 

nie  należy  im  przeszkadzać.  Pozostaje  zatem  macocha,  która 
często odzywała się właśnie w niedzielę. Kim uśmiechnęła się z 

przymusem i podniosła słuchawkę.

- Dzień dobry. - Usłyszała radosny głos Tannera. - Dobrze 

spałaś?

- Nieźle. A ty?
- Nie bardzo. Rozważałem różne możliwości...
- Jakie?  Chcesz  mnie  szantażować?  Jeśli  w  tym  celu 

dzwonisz, uprzedzam, że nie zamierzam...

- Chwileczkę, moja droga. Czy powiedziałem, że dzwonię 

do ciebie?

Co?  Jak  to? - wyjąkała  Kim. - Przecież  wybrałeś  mój 

numer.

background image

- Ale nie prosiłem cię do telefonu. Akurat ty odebrałaś.

- Wiec z kim chcesz rozmawiać?
- Z  twoją  koleżanką,  Marissą.  To  urocza  istota  i  chętnie 

zapoznam  się  z  nią  bliżej.  Pamiętam,  że  cel,  jaki  wam 

przyświecał, to poznawanie nowych ludzi. Rozmyślałem o tym 

w nocy i doceniłem pomysł z kiermaszem kawalerów. Gratuluję 

ci, bo chyba ty na to wpadłaś.

Kim pociągnęła łyk kawy.

- Jesteś tam? - zapytał Tanner. - Mam nadzieję, że prosząc 

do  telefonu  twoją  koleżankę,  nie  ranie  twych  uczuć.  Wczoraj 

byłaś nadzwyczaj miła...

Kim podała słuchawkę Marissie.

- Do ciebie. Miej się na baczności, on na pewno coś knuje.

Zabrała  papierowe  talerze  oraz  plastikowe  kubki.  Nie 

chciała  podsłuchiwać.  W  kuchni  zajrzała  do  lodówki, 

sprawdzić, co zostało na śniadanie.

Po  chwili  Marissą  skończyła  mówić  półgłosem  do 

słuchawki i zawołała:

- Musimy błyskawicznie posprzątać.
- Dlaczegóż to?
- Bo Tanner przyjeżdża.
- No i co z tego? - Kim obojętnie wzruszyła ramionami. -

Widział ten bajzel wczoraj, więc się nie przestraszy.

- Ale nie chcę, żeby uważał nas za flejtuchy.
- Szczególnie ciebie.
- Nie  przeczę. - Marissą  zamknęła  zmywarkę. - Jest 

szalenie miły, prawda? Oj, przepraszam, zapomniałam, że masz 
o nim inne zdanie. Przecież dlatego zaprosiłaś go na nasz kier...

- Znam go trochę dłużej niż ty.
- Może  za  długo  i  dlatego  jesteś  uprzedzona.  Mam 

nadzieję, że będziesz uprzejma.

- Będę, choćbym miała pęknąć. Marissą popatrzyła na nią 

z troską.

- Wiesz co, idź na spacer.

background image

- O,  nie!  Chcę  widzieć  reakcję  Brenny,  gdy  zobaczy 

umizgi Tannera do ciebie.

- Umizgi! Co za staroświeckie określenie.
- Tanner  też  jest  staroświecki.  Bardzo  się  zgorszył,  gdy 

usłyszał,  że  przejęłyśmy  inicjatywę  w  szukaniu  partnerów. 

Pogadaliście sobie od serca, prawda? Kiedy zdążyliście?

Marissą zasępiła się.

- Czemu pytasz?
- Z czystej ciekawości.
- Dobrze, że nie z zazdrości.
- Ja  zazdrosna? - Kim  wybuchnęła  śmiechem. - Mówisz 

od rzeczy.

Weszła zaspana Brenna.

- Obudził mnie telefon. Kto...
- Nie  do  ciebie.  Wyobraź  sobie,  że  Marissą  zaraz  będzie 

miała randkę.

- Już? - Brenna głośno ziewnęła. - Ja nie umówiłabym się 

z  takim,  co  dzwoni  w  niedzielę  skoro  świt.  Ale  muszę  się 

umalować.

- Po co? On na nas nawet nie spojrzy. Riss, idź się ubrać, 

bo chyba nie powitasz swego Don Juana w piżamie.

Poranna  toaleta  Marissy  zazwyczaj  trwała  raczej  krótko, 

lecz  tym  razem  zajęła  jej  bardzo  dużo  czasu.  Natomiast  Kim 

szybko  umyła  się,  włożyła  dżinsy  i  luźny  sweter,  po  czym 

zabrała  się  do  odkurzania  pokoju.  Gdy  po  pewnym  czasie 
zadzwonił dzwonek do drzwi, wyłączyła odkurzacz.

- Nie  wyobrażaj  sobie,  że  skoro  ci  otwieram... - Urwała, 

ponieważ na progu stał Robert. - O, witaj.

- Dzień dobry. Jadę  do pracy, ale przypomniałem sobie o 

waszych  tępych  nożach,  więc  wstąpiłem.  Mam  przy  sobie 
ostrzałkę.

Wyjął spod pachy zawiniątko  w  ściereczce do  wycierania 

naczyń.

- Myślałam,  że  już  pracujesz.  W  niedzielę  nie  serwujecie 

background image

lunchu?

- Owszem, ale ja przygotowuję kolację. Liczyłem, że o tej 

porze zastanę któraś z was. Ostrzenie nie potrwa długo.

- Jesteś  bardzo  miły,  ale  niepotrzebnie  tak  się  fatygujesz. 

Robert  rozwinął  ściereczkę  i  oczom  Kim  ukazały  się  noże, 

nożyki, obieraczki, łopatki i drewniane łyżki.

- Lubię mieć własne narzędzia - wyjaśnił.
- Widzę.
- Ludzie  boją  się  ostrych  noży,  a  tymczasem  tępe  są 

bardziej niebezpieczne. Zamiast porządnie coś ukroić, człowiek 

często się kaleczy.

Znowu  rozległ  się  dzwonek.  Za  drzwiami  stał  Tanner  z 

dużą papierową torbą.

- Kupiłeś coś do jedzenia? Zamierzasz popisać się swoimi 

umiejętnościami  kulinarnymi? - zapytała  Kim  złośliwie. -

Będzie ostra rywalizacja.

- Staram się trzymać jak najdalej od kuchni.
- Więc, co tam przyniosłeś? Tanner zajrzał do torby.
- Człowiek mało wybredny ostatecznie może to zjeść.

Z  kuchni  wynurzył  się  Robert  z  nożem  w  jednej  ręce  i 

arkuszem papieru w drugiej.

- Uwaga! Uwaga! - Za jednym zamachem przeciął kartkę 

na pół. - Okazuje się, że to doskonały nóż i będzie wam służył 

długie lata.

Po chwili zjawiła się również Brenna.

- O,  jakich  miłych  gości  mamy  w  niedzielny  poranek. -

Popatrzyła  na  Tannera  i  na  Kim,  potem  na  Roberta. - Marrisa 
jeszcze nie jest gotowa. Tanner, tym razem wybaczam ci, że nas 

zaskoczyłeś, ale powinieneś był uprzedzić.

- On dzwonił... - zaczęła Kim.
- Sam  się  wytłumaczę - przerwał  jej  Tanner. - Ja 

umówiłem  się  z  Marissą,  a  Robert  chyba  przyjechał  do  Kim. 
Zaskoczona Brenna na moment zaniemówiła.

- Właściwie... - zaczął Robert.

background image

- Robert wstąpił, żeby naostrzyć noże - wyjaśniła Kim.
- Aha - mruknęła  Brenna. - Bardzo  dobrze,  bo  porządny 

nóż  ułatwi  mi  otwieranie  kopert.  Robert  skrzywił  się  z 
niesmakiem.

- Dobry nóż nie służy do cięcia papieru.
- Dlaczego nie? - zdziwiła się Brenna. - Sam przed chwilą 

rozciąłeś  kartkę. - Odwróciła  się  do  Tannera. - Powinnam 
pamiętać,  że  jesteś  dżentelmenem  i  nie  wpadasz  bez 
uprzedzenia.

Robert  chciał  coś  jeszcze  powiedzieć,  ale  rozmyślił  się  i 

wycofał  się  do  kuchni.  Kim,  zawstydzona  gafą  przyjaciółki, 

poszła za nim.

- Przepraszam  cię  za  nietakt  Brenny - powiedziała. - Jak 

można posądzać cię...

Uświadomiła sobie jednak, że tylko pogarsza sprawę.

- Nie  obraziłem  się  o  to,  że  nie  uważa  mnie  za 

dżentelmena - burknął  Robert. - Ale  otwiera  koperty  dobrym 
nożem... Toż to skandal.

- Uprzedziłam cię, że Brenna i Marissa w kuchni są gorsze 

ode mnie.

W  bawialni  rozległ  się  radosny  okrzyk,  a  po  chwili 

przybiegła roześmiana Marissa.

- Z czego tak się cieszysz? - spytała Kim.
- Zaraz  zobaczysz. - Marissa  rozejrzała  się. - Muszę  je 

włożyć do wody.

- Dostałaś kwiaty?
- Woda  jest  w  kranie - odezwał  się  Robert. - W  jednym 

zimna, w drugim ciepła.

- Tyle  sama  wiem - obruszyła  się  Marissa. - Szukam 

jakiegoś większego pojemnika, żeby prędko napełnić akwarium.

- Tanner przyniósł ryby? Po co?
- Wczoraj  wspomniałam,  że  chciałabym  zagospodarować 

akwarium, ale nie mogę się zmobilizować.

- Nie wiedziałam, że marzysz o rybkach.

background image

- Chciałabym  mieć  jakieś  żywe  stworzenie,  ale  psy 

sprawiają za dużo kłopotu, a Brenna jest uczulona na koty.

- Chociaż  sama  ma  ostre  pazury - mruknął  Robert, 

zawijając swoje narzędzia w ściereczkę. - Znikam, bo widzę, że 
macie robotę.

Kim  znowu  zrobiło  się  go  żal.  Zastanawiała  się,  co 

powiedzieć, aby złagodzić wrażenie. Było jej przykro, że Robert 
chciał  wyświadczyć  im  przysługę,  a  Brenna  tak  źle  go 

potraktowała.

- Spieszysz się? Jeszcze raz serdecznie dziękuję za pamięć 

i życzliwość.

Brenna  siedziała  na  kanapie  i  przeglądała  najnowszy 

numer ulubionego czasopisma.

- Uprzedzam,  że  nie  chcę  mieć  nic  wspólnego  z  rybami. 

Robert  przystanął  i  popatrzył  na  rybki  w  plastikowych 

torebkach z wodą.

- Takie zwykłe złote?

Tanner wlał dzban wody do akwarium.

- Poradzono  mi,  żeby  na  początek - wziąć  najmniej 

wymagające.  Ten  gatunek  chowa  się  dobrze  w  każdych 

warunkach, a tropikalne wymagają fachowej opieki.

- Której tu nie będą miały - mruknął Robert.
- Trzymanie homarów byłoby rozsądniejsze - oświadczyła 

Brenna.

- Akwarium jest za małe.
- Homary  byłyby  w  nim  krótko.  Kim,  jeśli  ładnie 

poprosisz, może Robert udzieli nam kilku lekcji gotowania.

Kim  pomyślała,  że  Brenna  bywa  nietaktowna,  ale  miewa 

genialne pomysły. Czy można lepiej ułagodzić zranione uczucia 

Roberta  niż  przez  odwołanie  się  do  jego  zawodowych 

umiejętności?

- Świetny  pomysł - ucieszyła  się. - Robert,  co  ty  na  to? 

Wtedy wysiłek ostrzenia noży nie pójdzie na marne.

- Lekcje  gotowania? - spytał  mile  połechtany  olbrzym. -

background image

Jeszcze nikogo nie uczyłem, ale mogę spróbować.

-

Wyświadczysz 

nam 

wielką 

przysługę. 

Usatysfakcjonowany  Robert  uśmiechnął  się  i  pożegnał.  Kim 

zamknęła za nim drzwi i westchnęła, a Brenna popatrzyła na nią 
krytycznie.

- Wstydź  się.  Wyglądało,  jakbyś  błagała,  żeby  znowu  do 

nas przyszedł. Nie wiesz, jak należy traktować mężczyzn.

- Ty chyba też nie wiesz - wtrącił się  Tanner. - Jakoś nie 

widać twoich wielbicieli.

Obrażona Brenna rzuciła czasopismo na stolik i wybiegła z 

pokoju. Marissa poszła po wodę, więc Kim skorzystała z okazji 

i powiedziała przyciszonym głosem:

- Wiem,  że  jesteś  na  mnie  wściekły,  ale  nie  mścij  się  na 

moich przyjaciółkach.

- Nie podoba ci się, że utarłem nosa Brennie?
- Po niej wszystko spływa jak woda po kaczce. Chodzi mi 

o  Marissę.  Ona  ma  dobre  serce  i  jeśli  je  złamiesz...  Tanner 
podniósł prawą rękę.

- Przysięgam, że nie zrobię jej krzywdy.

Kim nie posądzała go o wyrachowanie. Wiedziała jednak, 

że  mężczyźni  rzadko  zdają  sobie  sprawę  z  następstw  swoich 

czynów.  Zresztą,  niepokoiło  ją  jeszcze  coś  innego,  chociaż  na 
razie nie umiała tego nazwać.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Prasa  Ripleya  robiła  najwięcej  hałasu  ze  wszystkich 

maszyn. W poniedziałek Kim poszła do hali, aby rozmówić się 

z  pracownikiem  obsługującym  przestarzałą  maszynę.  Miała 

ochronne słuchawki, a mimo to huk zagłuszał nawet myśli.

Staroświecka prasa nie była  ani elegancka z  wyglądu, ani 

szczególnie  wydajna,  ale  doskonale  nadawała  się  do  pewnych 

zadań.  Sporządzenie  jednej  kopii  trwało  dwie  sekundy,  a 

maszyna  mogła  pracować  przez  kilka  tygodni  bez  przerwy. 

Akurat  drukowano  miesięcznik  dla  właścicieli  antykwariatów, 

którzy  zazwyczaj  doceniają  wszystko,  co  stare.  Niezbyt  duże, 
lecz  stałe  zlecenie  od  nich  zapewniało  firmie  część  dochodów 

niezbędnych  do  przetrwania  z  miesiąca  na  miesiąc.  Dla 
konkurenta  z  naprzeciwka  takie  zamówienie  byłoby  za  małe  i 

irytujące.

Kim  zastanawiała  się,  czy  odrzucając  propozycję  Tan -

nera,  popełniła  duży  błąd.  Gdyby  stale  otrzymywała  dziesięć 

podobnych  zamówień,  sytuacja  finansowa  Printers  Ink  byłaby 

dużo  lepsza.  Lecz  czy  warto  za  taką  cenę  współpracować  z 
rywalem?

Zresztą,  taka  współpraca  wiązała  się  również  z  pewnym 

ryzykiem.  Nagle  mogłoby  się  okazać,  że  nie  zbywa  już 

drobnych  zleceń.  Fakt,  teraz  jej  drukarnia  była  Tannerowi 

potrzebna,  ale  przecież  za  kilka  miesięcy  sytuacja  mogła  ulec 

zmianie.  Poza  tym  Kim  bała  się,  że  zostanie  zarzucona 
drobnymi  zamówieniami,  przez  co  na  inne  zlecenia  zabraknie 
jej czasu.

Bardzo się  rozzłościła, gdy Tanner  bez  ogródek oznajmił, 

że jej firma nie ma szans konkurować z nim o większe zlecenia. 

Niestety,  miał  rację.  Było  jednak  dużo  mniejszych  prac,  które 

mogła wykonać lepiej i dużo mniejszym kosztem niż on.

Na przykład katalog dla Westway Cosmetics. Trzeba tylko 

dopracować  szczegóły  i  złożyć  ofertę  tuż  przed  upływem 

background image

ostatecznego  terminu,  czyli  nazajutrz  rano.  Potem  pozostaje 

cierpliwie  czekać  na  decyzję  zarządu  spółki.  Kim  oczywiście 
nie wiedziała, kiedy to nastąpi. Lecz jeśli wybór padłby na nią, 

podpisałaby największy z dotychczasowych kontraktów.

Niewiele  brakowało,  a  przeoczyłaby  szansę,  bo  przed 

miesiącem  omal  nie  zlekceważyła  przesyłki.  Zakładała,  że 

firmie  Westway  Cosmetics  chodzi  o  to,  by  nowy  katalog  był 
podobny  do  wydawanych  w  ubiegłych  latach.  Dlatego 

zamierzała  wyrzucić  papiery  do  kosza,  ale  w  ostatniej  chwili 

zauważyła  coś,  co  ją  zaintrygowało.  Okazało  się,  że  spółka 

postanowiła  zmienić  swój  wizerunek.  Kim  czytała  z  rosnącym 

zainteresowaniem.  Wymagania  Westway  Cosmetics  mieściły 
się w ramach jej możliwości, a zlecenie byłoby bardzo intratne.

Tymczasem  do  hali  weszła  Marge  z  plikiem  czeków  i 

listów.

- Idę  na  pocztę - zawołała,  aby  przekrzyczeć  huk. - Jeśli 

podpiszesz te papiery, wyślę wszystko razem.

Kim  przeszła  do  sąsiedniego  pomieszczenia  i  znużonym 

gestem zdjęła słuchawki.

- Muszę  cię  przeprosić - powiedziała  Marge,  unikając 

wzroku  szefowej. - Niechcący  zerknęłam  na  czek  wystawiony 
dla pani Burnham.

Kim włożyła okulary i dokładnie sprawdzała, co podpisuje.

-

Przecież  starcza  nam  na  płacenie  rachunków -

powiedziała  na  głos,  a  w  duchu  dodała:  reszta  to  nie  twoja 
sprawa.

Jednak  nie  ośmieliłaby  się  wypowiedzieć  tego  otwarcie. 

Marge zaczęła pracować w Printers Ink, zanim ona przyszła na 

świat.  I  choć  sekretarka  nie  posiadała  żadnych  akcji,  czuła  się 

bardzo związana z firmą.

- Starcza  ledwo,  ledwo.  Zapomniałaś  o  papierze,  który

niedawno kupiłaś bez zastanowienia?

Kim  przygryzła  wargę  i  nie  przyznała  się,  że  niestety 

zapomniała.

background image

- No  tak,  kupowanie  na  wyprzedażach  ma  jeden  minus. 

Trzeba  płacić  za  dostawę. - Marge  patrzyła  na  szefową  z 
wyrzutem. - Ale  wracając  do  czeku,  złości  mnie  sam  fakt,  że 

twoja macocha tyle dostaje. Jej postępowanie to rozbój w biały 

dzień.

- Posiada akcje, interesuje się...
- Tylko wynikami, a nie pracą, którą trzeba wykonać, żeby 

zarobić pieniądze.

Kim złożyła ostatni podpis.

- Przed śmiercią ojciec prosił mnie, bym zadbała, żeby ona 

miała wszystko, co niezbędne.

- Hmmm...  Czy  bilet  na  Karaiby  to  artykuł  pierwszej 

potrzeby? Widziałam, co napisałaś...

- Spójrz  na  to  z  innej  strony  i  ciesz  się,  że  przez  dwa 

tygodnie moja macocha będzie za siedmioma górami i morzami. 

Zarobimy  na  te  jej  wakacje,  bo  dostaniemy  duże  zlecenie  od 
Tylera - Royale'a...

- Przysłano wreszcie? Nic nie widziałam.
- Przyjdzie  lada  dzień.  Jak  się  z  tym  uporamy,  będziemy 

leżeć na pieniądzach.

- Do  czasu,  gdy  twoja  macocha  wymyśli  kolejną  pilną 

potrzebę - mruknęła Marge i natychmiast dodała: - Przepraszam.

- Za  co?  Że  mówisz,  co  myślisz?  Marge  przecząco 

pokręciła głową.

- Za to, że wtedy pozwoliłam jej wejść do gabinetu. Byłam 

pewna, że najważniejsze dokumenty są w najniższej szufladzie 
biurka.

- Były, wiec nie rób sobie żadnych wyrzutów. Ona potrafi 

wszystko wywąchać, jak pies myśliwski.

- Nawet jest podobna do psa. Kim uśmiechnęła się mimo 

woli.

- O, jest tutaj - zawołał ktoś za uchylonymi drzwiami.

Kim  odwróciła  się  i  uśmiech  zamarł  jej  na  ustach.  W 

drzwiach  ujrzała  elegancko  ubranego  Tannera.  Czego  on  tu 

background image

chce?

- Dzień dobry.
- Musiałeś daleko mnie szukać.
- Z przyjemnością się przeszedłem.
- Z przyjemnością?

Skrzywiła  się  niezadowolona,  że  Tanner  zaglądał  we 

wszystkie  kąty.  Nie  miała  wielkich  tajemnic  i  akurat  nie  było 
żadnego zlecenia, które klient uważałby za poufne. Co innego, 

gdyby już rozpoczęto drukowanie ulotki reklamowej dla Tylera
- Royale'a.

- Obeszliśmy  chyba  cały  budynek - powiedział  Tanner. -

Wasza hala maszyn...

- Szalenie ciekawa, co? - mruknęła Kim.
- Bardzo.  Pierwszy  raz  widziałem  niesławną  prasę 

Ripleya, którą naprawdę warto obejrzeć. Szkoda, że u  was tyle 
falcówek stoi bezczynnie...

- Czy  w  tak  zawoalowany  sposób  chcesz  powiedzieć,  że 

nie mamy co robić?

Tannerowi podejrzanie rozbłysły oczy.

- I  numeratory...  Nie  pamiętam,  kiedy  widziałem taki  typ 

w akcji.

- Niektórzy  klienci  proszą  o  numerowanie  faktur  po 

staremu. - Wzruszyła ramionami. - Rozumiem, że przyszedłeś w 
interesie.

- Oczywiście - odparł, zerkając na Marge.
- Sądząc  po  twoich  znaczących  spojrzeniach,  chciałbyś 

rozmawiać w cztery oczy. - Kim westchnęła. - Chodźmy zatem 
do mojego gabinetu.

- Nie chciałbym odrywać cię od pracy. Zaczekam tutaj, aż 

skończysz.

I  pewnie  chętnie  posłucha,  o  czym  jest  mowa,  pomyślała 

zirytowana Kim.

- Mogę to odłożyć na później.

Dopiero otwierając drzwi gabinetu, przypomniała sobie, że 

background image

na  biurku  leży  prawie  gotowa  oferta.  Że  też  zostawiła  ją  na 

wierzchu! Czy Tanner wcześniej tu zaglądał? Może nie, ale i tak 
już nic nie mogła na to poradzić. On zapewne potrafi czytać do 

góry nogami. Czy natychmiast zauważy ofertę?

Jak  się  zachować?  Jeśli  podbiegnie  do  biurka,  wzbudzi 

podejrzliwość  Tannera  i  wtedy  każdy  drobiazg  wyda  mu  się 

bardzo ważny. Skoro jest już za późno, żeby się martwić, lepiej 
potraktować  sprawę  jako  mało  istotną  i  nie  rozbudzać 

niepotrzebnie ciekawości konkurenta.

Szerokim gestem wskazała mu krzesło, a sama usiadła na 

brzegu biurka, podpierając się tak, by zasłonić część papierów.

- Sprawa widocznie jest poufna, skoro nie chciałeś mówić 

w  obecności  Marge. Czyli  chodzi o  jakiś kokosowy interes.  A 

może o randkę z Marissą?

- O? - Tanner  postawił  dyplomatkę  koło  krzesła. - A  co 

według ciebie wydaje się bardziej prawdopodobne?

- Nie  prowadzimy  sekretnych  interesów,  wiec  chyba 

jednak chodzi o Marissę. Dobrze się bawiliście?

- A co ona na ten temat mówiła?
-

Właściwie  nic.  Ale  przez  cały  dzień  chodziła 

rozpromieniona.

- Doprawdy?
- Nie  myśl,  że  to  twoja  szczególna  zasługa.  Marissie 

bardzo  łatwo  sprawić  przyjemność.  Sam  widziałeś,  wystarczy 

kilka  rybek  i  już  jest  zachwycona. - Pochyliła  się  nieco  do 
przodu. - Co  przyniesiesz  następnym  razem?  i  Szczeniaczka 
albo kotka?

- Może...
- Żartowałam.
- A ja nie. Gdy zabraknie mi pomysłów, zgłoszę się

ciebie.

- Po co? Od razu mogę ci poradzić. Kup bukiet pąsowych 

róż.

- Rozczarowałaś  mnie.  Kwiaty  są  zbyt  oklepanym 

background image

prezentem. Szczeniak dużo lepszym.

- Ale...
- Zresztą nie o to chodzi - przerwał Tanner. - Przyszedłem, 

żeby  omówić  nadzwyczaj  poufną  sprawę.  Pamiętam,  że  nie 

interesują cię żadne dodatkowe zamówienia, ale mimo to dam ci 
jeszcze jedną szansę. Może zdążyłaś przemyśleć...

Kim  zamierzała  powtórzyć,  że  nie  chce  żadnej  pracy  od 

niego, tymczasem ku swemu zaskoczeniu powiedziała:

- Nie zaszkodzi, jeśli posłucham.
- Rozsądnie rozumujesz - pochwalił Tanner.

Tak, postanowiła wysłuchać go, ale nie przyjmie żadnego 

zlecenia. Chciała w ten sposób poznać jego Unię postępowania. 

Wiedza  o  tym,  jak  konkurent  prowadzi  interesy,  zawsze  może 

się  przydać.  Warto  dowiedzieć  się,  jak  zarządza  firmą,  jakich 

ma klientów i jakie prace mu zlecają.

Pomyślała, że to niemal szpiegostwo, ale pocieszyła się, że 

jeszcze  nie  przestępstwo.  Przecież  nie  odbierze  konkurentowi 

klienteli, a jedynie dzięki nabytej wiedzy wprowadzi ulepszenia 
u siebie.

Tanner postawił dyplomatkę na kolanach. Kim najchętniej 

położyłaby się na biurku i całym ciałem zasłoniła przygotowaną 

ofertę.  Jej  myśli  natychmiast  pobiegły  niewłaściwym  torem  i 

wyobraziła  sobie,  że  leży  razem  z  Tannerem,  w  jego 

ramionach... Zmieszała się.

- Co ci jest? - zaniepokoił się.
- Nic.
- Wyglądasz, jakby coś cię zabolało.
- Nic mi nie jest. Mów, z czym przyszedłeś.
- Chodzi o cotygodniowy biuletyn dla pracowników firmy, 

która miedzy innymi produkuje taśmy przenośnikowe.

- Och, fascynujące.
- Nie  musisz  nic  czytać,  wszystko  jest  gotowe.  Ty  tylko 

drukujesz. - Wyciągnął z dyplomatki złożony arkusz. - Żadnych 

background image

ozdobników, zwykły czarno - biały druk.

- Ile kopii i za jaką cenę?
- Dziewięć  tysięcy  kopii  tygodniowo.  Hę  zażyczyłabyś 

sobie bezpośrednio od nich?

Kim  zastanowiła  się  przez  chwilę  i  obliczyła  cenę  za 

usługę.

- Za każdą kopię dam ci trzy centy więcej, a i tak jeszcze 

trochę zarobię. Kim gwizdnęła.

- Nie wstydzisz się mówić, ile zarabiasz, prawda?
- Tak  należy  postępować.  Klienci  to  specyficzny  gatunek 

ludzi,  nie  doceniają  człowieka,  który  zbyt  dobrze  ich  traktuje. 

Uważają, że jeśli ktoś podaje niską cenę, jest kiepski.

- Dziękuję za udzielenie mi pierwszej lekcji. Dzięki twoim 

naukom z pewnością dojdę do magisterki.

- Myślałem, że już masz.
- Tak jakby. - Wyciągnęła rękę po biuletyn. - Pokaż, | jak 

to wygląda.

- Zawieramy umowę?
- Najpierw chcę zobaczyć, a potem zadecydować.
- Nic  ci  nie  pokażę,  póki  się  nie  zgodzisz.  Wolę  zbyt 

wcześnie nie ujawniać nazwy zleceniodawcy.

- Stałe zlecenie? Co tydzień?
- Tak.  Oprócz  tygodnia  między  Bożym  Narodzeniem  a 

Nowym Rokiem, gdy zakłady są zamknięte.

- Hm, chyba damy sobie radę. Tak, na pewno.
- Brawo. - Tanner podał jej biuletyn i wyjął kopertę. - Oto 

kopia  do  pierwszego  wydania.  Wszystko  musi  być  u  klienta 
najpóźniej w środę rano. Gdy we wtorek przyślesz to do mnie, 

czek już będzie wypisany.

- Umowa stoi.

Kim  przeczytała  nazwę  korporacji.  Universal  Conveyer! 

Nic  dziwnego,  że  Tanner  nie  chciał  zdradzić,  jakiego  ma 
klienta.

- Co znaczyło twoje „tak jakby"?

background image

- Słucham? - Z trudem przypomniała sobie, o co chodzi. -

Zrobiłam  dyplom,  ale  nie  zdążyłam  już  obronić  pracy 
magisterskiej,  bo  ojciec  właśnie  zachorował.  Nie  zatrudnisz 

osoby bez tytułu?

- Nie  o  to  chodzi.  Zaskoczyło  mnie,  że  tak  łatwo  cię 

namówiłem.  Bardzo  jestem  ciekaw,  dlaczego  tak  naprawdę 

zmieniłaś zdanie.

- Czemu  się  dziwisz? - zawołała. - Proponujesz  dobrą 

stawkę  i  pracę  na  znośnych  warunkach,  a  ogarniają  cię 

wątpliwości, bo się zgodziłam.

Wybuchnęła,  ponieważ  czuła  się  trochę  winna.  Nie 

zamierzała  ubiegać  się  o  zamówienia  z  zakładów  Universal 
Conveyer ze względów etycznych oraz dlatego, że przekraczały 

jej  możliwości.  A  mimo  to  pomyślała,  że  gdyby  miała  lepszy 

sprzęt...

- Sądziłem,  że  będę  zmuszony  uciec  się  do  szantażu -

wyznał Tanner.

- Ciekawe, czym chciałeś mnie zaszantażować?

Czy zamierzał wykorzystać fakt, że widział przygotowaną 

ofertę dla  Westway  Cosmetics?  Zdenerwowała się.  To ona  ma 

skrupuły, a on żadnych.

- Sama podsunęłaś mi pomysł.

Kim pluła sobie w brodę, że ma za długi język.

- Jaki miecz miał zawisnąć nad mą głową?
- Od Marissy dostałem listę zaproszonych kawalerów.
- Nie wiedziałam, że była jakaś lista.
- Brenna  zrobiła.  Dzięki  temu  mogę  w  każdej  chwili 

skontaktować  się  z  waszymi  gośćmi.  Gdybyś  uparta  się  i  nie 

chciała  brać  zleceń  ode  mnie,  zagroziłbym  ci,  że  zaproszę 

wszystkie  wasze  nieświadome  ofiary  na  przyjęcie  do  mnie  i 

powiem im, o co wam chodziło.

Kim zamknęła drzwi i gniewnie spojrzała na Marissę, która 

malowała sobie paznokcie.

- Czekasz na telefon? - zapytała z wyraźną ironią.

background image

- Nie.
- To dobrze. Tanner dostał, co chciał, więc pewnie więcej 

już nie zadzwoni. Czemu dałaś mu listę?

- Bo  mnie  prosił. - Marissa  spojrzała  przelotnie  na 

przyjaciółkę. - Co złego tym razem ci zrobił? Kim opowiedziała 

o pomyśle szantażu.

- Ale  dowcipnie! - Marrissa  roześmiała  się. - Trzeba 

przyznać, że Tanner ma niezwykłe poczucie humoru.

- Poczucie  humoru?  Riss,  nie  łudź  się.  Umawiasz  się  z 

takim  typem,  robisz,  co  on  chce,  więc  zasługujesz  na  to,  żeby 

wyprowadził cię w pole.

-

Przecież  twierdzisz,  że  więcej  nie  zadzwoni -

przypomniała Marissa ze spokojem. - Może masz rację. Ale dziś 
jeszcze tu przyjdzie, bo zabiera mnie na szkolny kiermasz.

- Ha! Ha! Znowu kiermasz! - Kim wybuchnęła śmiechem.

- Tanner wybiera się na zabawę dla dzieci?

- Czemu tak się dziwisz?
- Jakim sposobem namówiłaś go na coś podobnego?
- Powiedziałam, że mam jeden wolny bilet.
- I on chętnie skorzystał?
- Uważa, że to może być przyjemna zabawa.
- Nie wiedziałam, że jesteś taką uwodzicielką.
- Jeśli  chcesz,  postaram  się  o  bilet  dla  ciebie.  Wystarczy 

pięć dolarów i będziesz mogła chodzić za Tannerem przez cały 
wieczór.

- Dziękuję,  postoję.  Przyniosłam  do  domu  pracę,  a  poza 

tym nie chcę przeszkadzać ci na randce.

- A właśnie... Były  dwa telefony do ciebie. Jeden pan nie 

raczył  się  przedstawić,  a  drugi... - Przerwała,  zakręciła 

buteleczkę z lakierem i pomachała ręką. - Pamiętasz Dana?

- To ten, co przywiózł siostrę?
- Tak. Powiedziałam, że wrócisz około siódmej.
- A  widzisz?  Nie  mogę  iść  z  wami,  bo  muszę  czekać  na 

telefon.

background image

Przebrała  się  w  spodnie  i  sweter  i  zasiadła  do  pracy. 

Chciała  ją  skończyć  po  południu,  ale  przeszkodził  jej  Rick. 
Zadzwonił z pewnymi zastrzeżeniami. Początkowo nie zgadzała 

się z jego opinią, ale w końcu musiała przyznać, że przy dużych 

zleceniach nie można pozwalać sobie na popełnianie błędów.

Była  bardzo  zaabsorbowana  i  gdy  weszła  Brenna,  nawet 

nie podniosła głowy.

- Jaki miałaś dzień?
- .  Ciężki.  Trudno  zadowolić  dwóch  facetów,  jeżeli  mają 

różne pomysły na zdjęcia. Ten, którego zaprosiłam na kiermasz, 

widocznie źle mnie zrozumiał. Stale łazi za mną i naprzykrza się 

z  niedwuznacznymi  propozycjami.  Odsapnę  chwilę  i  zamówię 
sobie  jakieś  smakowite,  tuczące  danie.  Ty  też  zjesz  coś 
dobrego?

- A brokuły na parze?
- Musiałabym je sama ugotować, a nie chce mi się.

Brenna  usiadła  wygodniej,  zamknęła  oczy  i  nawet  nie 

drgnęła,  gdy  rozległ  się  dzwonek.  Kim  pospiesznie  schowała 

papiery i poszła otworzyć.

Na  progu  stał  Tanner.  Miał  na  sobie  dżinsy,  koszulę 

rozpiętą  pod  szyją  i  skórzaną  kurtkę.  Zerknął  ciekawie w  głąb 
mieszkania.

- Marissa  jeszcze  się  ubiera,  więc  musisz  zaczekać -

poinformowała go  Kim. - Usiądź  sobie,  jeśli  znajdziesz  wolne 

krzesło.

Tanner przystanął koło akwarium, w którym pływały trzy 

rybki.  Postukał  w  szkło  i  dwie  odwróciły  się  w  jego  stronę,  a 
trzecia popłynęła dalej.

- Trzeba  wymienić  żarówki,  bo  w tym świetle  łuski  mają 

kolor mosiądzu - powiedział.

Zadzwonił telefon. Nie otwierając oczu, Brenna bezbłędnie 

trafiła ręką na słuchawkę,

- O! - zdziwił się Tanner.
- Potrafi znaleźć słuchawkę, nawet gdy telefon wyrwie ją z 

background image

głębokiego snu - wyjaśniła Kim.

- Słucham? Do ciebie.

Brenna,  wciąż z  zamkniętymi  oczami,  wyciągnęła  rękę  w 

stronę Kim.

Dziewczyna zerknęła na zegarek. Było pięć po siódmej, co 

oznaczało, że Dań uwierzył w jej punktualny powrót do domu. 

Pochlebiało  jej,  że  tak  bardzo  zależy  mu  na  rozmowie,  ale 
wolałaby, żeby zadzwonił później, gdy zostanie już sama.

Po  sekundzie namysłu przeszła do kuchni,  aby  mieć choć 

złudzenie prywatności.

Dań zdążył podziękować za udane przyjęcie, gdy zajrzała 

Marissa i głośno zapytała:

- No i co? Idziesz na zabawę?
- Na  jaką  zabawę? - zdziwił  się  Dań. - Przecież  to  nie 

karnawał.

- Zaproś  go,  jeśli  nie  chcesz  siać  pietruszki - dodała 

Marissa.

- Nie...

Marissa wyrwała jej słuchawkę.

- Dań, wybierzesz się z nami? Tak, Tanner, ja i wy dwoje. 

Kim ma ochotę, ale... Gdzie? W mojej szkole. Opowiadałam ci 

o niej, pamiętasz? W sali gimnastycznej. Dobrze, do zobaczenia 
za pół godziny.

Odłożyła  słuchawkę  i  zadowolona  zatarta  ręce.  Kim 

przyjrzała się jej spod zmrużonych powiek.

- Nie podoba mi się, że podejmujesz decyzję za mnie.
- Czasem  ktoś  musi.  Zresztą,  to  dla  twojego  dobra.  Na 

pierwszej  randce  człowiek  zwykle  czuje  się  skrępowany,  a  z 

nami będzie ci łatwiej.

- Wcale nie zamierzałam się umawiać...
- Nie  bądź  dziecinna.  Po  co  zapraszać  dwudziestu 

przystojnych  kawalerów,  jeśli  nie  chcesz  żadnego  poznać 
bliżej?

- To  nie  fair  wobec  kogoś,  kto  nie  za  bardzo  mnie 

background image

interesuje. Czemu Dań ma marnować wieczór, skoro żaden ciąg 
dalszy nie nastąpi?

- A jeśli dla niego to nie będzie strata czasu?
- Riss...
- Skąd  masz  pewność,  że  nie  będzie  dalszego  ciągu?  Daj 

mu szansę. Może to najmilszy człowiek pod słońcem.

Na taki argument Kim nie znalazła odpowiedzi. Poza tym 

uznała,  że  już  za  późno,  by  dzwonić  do  Dana  i  wszystko 

odkręcać. Zresztą, nie miała jego numeru.

Randka w szkole! Też pomysł!

Znowu rozległ się dzwonek.

- Ale zrobił się ruch - mruknęła pod nosem.
- Przecież o to wam chodziło - słusznie zauważył Tanner.

W  drzwiach  ukazał  się  uśmiechnięty  Robert  z 

nieodłącznym  zawiniątkiem  pod  pachą.  Obrzucił  obecnych 

pytającym spojrzeniem i zatrzymał wzrok na Kim.

- Dzwoniłem  wcześniej  i  dowiedziałem  się,  że  o  siódmej 

będziesz w domu.

- A,  to  ty  dzwoniłeś  incognito - powiedziała  Marissa. -

Przepraszam,  ale  plany  się  zmieniły  i  wychodzimy.  Robert 

posmutniał.

- Wszystkie?

Kim zrobiło się go żal, więc powiedziała:

- Nie, Brenna zostaje.
- Brenno, masz szczęście - zawołała uradowana Marissa. -

Jeśli będziesz miła, może Robert ugotuje ci brokuły.

- Co? - Brenna zalotnie spojrzała na Roberta. - Do diabła z 

brokułami.  Siadaj  koło  mnie  i  pogadamy  o  fettuc - cine 
carbonara.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

W windzie Kim powiedziała:

- Biedny Robert! Nie wypada go tak traktować.
- Czemu? - zdziwiła  się  Marissa. - „Biedny"  Robert  jest 

dorosły i gdy będzie miał dość Brenny, po prostu sobie pójdzie. 

Przecież nie zostawiliśmy go w klatce z tygrysem ludojadem.

- Brenna jest gorsza od tygrysa - mruknął Tanner.
- Jak  śmiesz  tak  mówić! - oburzyła  się  Kim. - Nie  znasz 

jej. Bywa nietaktowna, ale...

- Zdecyduj  się,  po  czyjej  jesteś  stronie.  Martwisz  się  o 

tego biedaka czy nie? - spytał Tanner.

Kim  przygryzła  wargę  i  postanowiła  nie  odzywać  się  do 

niego przez cały wieczór. Po chwili zreflektowała się. Przecież 
on  tego  nawet  nie  zauważy,  będzie  uprzejmie  słuchał  Marissy, 

która już zaczęła opowiadać o swoich uczniach.

Niewielki  parking  przed  szkołą  był  zapełniony.  Tanner 

zatrzymał  auto  między  dwiema  półciężarówkami.  Kim  z 
dezaprobatą  popatrzyła  na  wąskie  przejście  między 
samochodami.

- Szkoda,  że  nie  wybrałeś  węższego  miejsca - rzuciła 

poirytowana. - Nie musiałabym się głowić, jak wysiąść.

Tanner  złapał  ją  za  ręce  i  bezceremonialnie  wyciągnął  z 

auta.

- Co mówiłaś?
- Że... bardzo dziękuję - syknęła.
- O,  widzę  Dana - zawołała  Marissa. - Stoi  na  schodach. 

Świetnie.

- Tak prędko dojechał? - zdumiał się Tanner.

Dlaczego dziwi go fakt, że ktoś na mnie czeka? - zżymała 

się  Kim  w  duchu.  Odeszła  szybkim  krokiem,  zostawiając 

Marissę i Tannera w tyle.

- Już  mam  bilety - oznajmił  Dań. - Wchodzimy,  czy 

zaczekamy na Marissę?

- Muszę  zapytać  ją,  jak  długo  zamierza  tu  zostać  i  kiedy 

background image

wracamy do domu.

- Ja cię odwiozę.
- Dziękuję.

Kątem  oka  obserwowała  Marissę  i  Tannera.  Przystanęli. 

Uśmiechnięta  przyjaciółka  coś  powiedziała  i  wzięła  swego 

towarzysza pod rękę. Kun widywała Tannera z zupełnie innymi 

kobietami,  więc  wystraszyła  się,  że  Marissie  grozi 
niebezpieczeństwo. Czy to może być dobry znak, że umówił się 

z osobą, dzięki której ma okazję uświadomić sobie, co tracił w 
kontaktach  z  blondynkami?  A  jeśli - nawet  niechcący - zrani 

uczucia  dobrej  i  wrażliwej  istoty?  Kim  nieznacznie  wzruszyła 

ramionami. Ostrzegła przyjaciółkę. Nic więcej nie mogła zrobić.

- Chodźmy. - Uśmiechnęła  się  do  Dana. - Ty  kupiłeś 

bilety, ja zafunduję lemoniadę.

Uczniowie 

niezbyt  pomysłowo  udekorowali  salę 

balonikami i serpentynami z bibułki, podłogę zakryli brezentem, 

a  stoiska  rozmieścili  bez  wyraźnego  planu.  Za  szklaną  ścianą 
znajdował  się  basen,  nad  którym  wisiało  składane  krzesełko 
przyczepione  do  tarczy  strzelniczej.  Koślawy  napis na  ścianie 

obwieszczał,  że  za  dolara  można  spróbować  opryskać  wodą 

dyrektora  szkoły.  Kilku  chłopców  stało  w  kolejce.  Dyrektor 

miał mokre włosy, więc komuś już się udało.

- Podziwiam  go,  że  zgodził  się  wziąć  udział  w  takiej 

zabawie - zauważył Dań.

- Jak  twierdzi  Marissa,  to  wyjątkowy  pedagog  i  ma 

doskonały  kontakt  z  uczniami.  Był  u  nas  na  przyjęciu. 

Poznaliście się?

Sama nie  miała  wtedy  okazji  porozmawiać  z  dyrektorem, 

ponieważ nie odstępowała Tannera.

- Chyba...
- Masz jakieś wątpliwości?
- Bo z mokrymi włosami wygląda inaczej.
- Aha.  O,  tam  jest  stoisko,  którego  szukam.  Niestety,  nie 

widzę lemoniady. Napijesz się kawy?

background image

- Chętnie.

Kupili kawę  i  powoli szli  wzdłuż stoisk, w  których  różne 

kluby  i  szkolne  koła  zainteresowań  prezentowały  swoje 

popisowe wyroby. Kim łakomie patrzyła na placuszki i ciastka 

w  czekoladzie.  W  rogu  sali  kwintet  muzyczny  stroił 
instrumenty.

Dań  rozglądał  się  z  takim  zainteresowaniem,  jakby  nigdy 

w życiu nie widział nic ciekawszego. Gdy obeszli salę dwa razy, 
znudzona Kim dyskretnie ziewnęła.

- Ja na chwilę usiądę, ale ty idź dalej, jeśli masz ochotę.

Dań sprzeciwił się bez przekonania, ale niebawem odszedł. 

Popijając  kawę,  Kim  przez  parę  minut  obserwowała  dzieci  i 
dorosłych.

-

Czy  już  chcesz  wezwać  taksówkę? - usłyszała 

nieoczekiwanie za plecami.

Przy stoliku stanął Tanner.

- Jeszcze nie, ale chyba niedługo to zrobię. Dań na pewno 

nie zauważy, że zniknęłam. Gdzie Marissa?

- Pilnuje  stoiska  z  książkami.  Mnie  odesłała  i  życzyła 

dobrej zabawy.

- Weź udział w konkursie. Może wygrasz placek.
- Nie przepadam... Co ty zrobiłabyś z nagrodą?
- Oddałabym  z  powrotem,  bo  wiem,  że  uczniowie  w  ten 

sposób  zbierają  pieniądze - sprzedają  tę  samą  rzecz  po  kilka 

razy. Czy Marissa namówiła cię na fanty?

- To tajemnica.

Kim rzuciła pusty kubek do kosza.

- Kawa była nawet niezła.
- Strasznie  tu  gorąco - zauważył  Tanner. - Chcesz 

odetchnąć świeżym powietrzem?

Kim już wcześniej zastanawiała się, dlaczego jest duszno. 

Okna wprawdzie otwarto, lecz były tak wysoko, że nie czuło się 
powiewów  świeżego  powietrza,  a  od  różnych  zapachów 

chwilami aż kręciło się w głowie.

background image

- Chętnie wyjdę.

Automatycznie skierowała się ku głównym drzwiom, lecz 

Tanner  pociągnął  ją  w  przeciwną  stronę.  Wprowadził  ją  do 

wąskiego korytarza i otworzył boczne drzwi wiodące na taras.

- Skąd wiedziałeś o tym wyjściu?
- Od Marissy.

Kim  odniosła  wrażenie,  że  się  speszył.  Czyżby  byli  tu 

razem?  To  niepodobne  do  Marissy,  która  nigdzie - a  tym 
bardziej  w  szkole

-

nie  szukała  ciemnych  zakątków 

odpowiednich  do  wymieniania  ukradkowych  pocałunków. 

Chyba Tanner nie zawrócił jej w głowie do tego stopnia, że się 

zapomniała?

- Myślałam, że chodziłeś do tej szkoły.
- To ona już tak długo istnieje?

Stanęli  przy  balustradzie,  z  daleka  od  siebie.  Dziedziniec 

był  skąpany  w  księżycowym  blasku,  a  z  sali  dobiegały 

przyciszone dźwięki sentymentalnej melodii.

- Muzycy  powinni  grać  tutaj - odezwała  się  Kim 

półgłosem. - Idealne miejsce... Nogi same rwą się do tańca...

- Może  celowo  umieszczono  ich  tam,  żeby  nie  było 

kłopotów - odparł  Tanner. - Chłopcy  są  w  niebezpiecznym 

wieku,  więc  lepiej  nie  kusić  licha - dodał  i  ukłonił  się 
szarmancko. - Ale skoro warunki są odpowiednie, a mademoi -
selle 
rwie się do tańca... Czy uczyni mi pani ten zaszczyt?

Kim parsknęła zduszonym śmiechem.

- Daj spokój. Ja tylko...
- Chcę zatańczyć - dokończył Tanner. - Według zasad bon 

tonu  powinienem  poprosić  Dana  o  pozwolenie,  ale  nim  go 

znajdę,  orkiestra  zagra  inny  kawałek  i  okazja  przepadnie. -

Wyciągnął ręce. - Chodź.

Kim  uznała,  że  nie  warto  się  opierać.  W  końcu  to  tylko 

jeden taniec. Jednak wewnętrzny głos ostrzegał ją, że lepiej nie 
zbliżać  się  do  Tannera,  nie  tańczyć  z  nim.  Nie  posłuchała, 

zamknęła oczy, rozkoszując się melodią.

background image

Nie od razu zorientowała się, że muzyka umilkła. Poczuła 

gorący  oddech  na  policzku  i  otworzyła  oczy.  Przemknęła  jej 
myśl, że mogłaby zarzucić Tannerowi ręce na szyję i...

Co mi przychodzi do głowy? - zreflektowała się. Przecież 

on przyszedł tu z Marissa.

- Musimy  wracać - odezwała  się  zmienionym  głosem. -

Zapomniałam,  że  chcę  jeszcze  coś  sprawdzić.  Przekazałam  na 
aukcję  dość  nietypową  rzecz,  wiec  zobaczę,  czy  dobrze  ją 
oznaczono.

Tanner  natychmiast  opuścił  ręce,  a  Kim  speszyła  się 

jeszcze bardziej. Czy łudziła się, że przytuli ją wbrew jej woli?

W sali było zdecydowanie mniej powietrza niż przedtem.

- Aukcja już się zaczęła.

Kim  liczyła,  że  niebawem  uwolni  się  od  Tannera.  Szli 

właśnie  wąskim  przejściem  między  stoiskami,  gdy  nagle 

potknęła się. Spojrzała pod nogi. Na podłodze leżały rozrzucone 

książki. Okazało się, że przechodzą obok stoiska bibliotecznego, 
w  którym  przed  chwilą  spadły  półki.  Marissa  właśnie 

podtrzymywała ściankę, a Dań przykręcał śrubki.

- Patrzcie, co się stało - zawołała zasapana Marissa. - Półki 

rozleciały  się,  bo  chłopcy  niedbale  je  zmontowali.  Całe 

szczęście, że Dań był w pobliżu. Dzięki niemu nie zginęłam pod 
lawiną książek.

- Dziękuję  ci  za  uratowanie  mojej  przyjaciółki.  Dań 

popatrzył  na  Tannera  z  wyrzutem.  To  on  powinien  wybawić 

Marissę z opresji.

- Pomogę ci ułożyć książki - zaofiarowała się Kim.
- Nie  warto.  Zanim  Dań  zmontuje  półki,  impreza 

dobiegnie końca. Jutro uczniowie pozbierają książki i zaniosą je 

do  biblioteki.  Idźcie  stąd,  bo  tylko  przeszkadzacie.  Spróbujcie 

coś wygrać. Aha, przydałoby się ciasto do wieczornej herbaty.

- Bardzo lubię tort czekoladowy - odezwał się Dań.

Wprawdzie  Kim  zżymała  się  w  duchu,  ale  posłusznie 

odeszła.  Ciekawe,  czy  Marissa  domyśliła  się,  co  zaszło  na 

background image

tarasie. No, właściwie nic się nie stało. Przelotna myśl  nie jest 

zdrożnym uczynkiem. W sprzyjających warunkach - księżyc w 
pełni,  ładna  muzyka  i  przystojny  mężczyzna - pokusa  jest 

zrozumiała, lecz Kim była zadowolona, że jej nie uległa. Zresztą 

Marissa  i  Tanner  nie  ogłosili  zaręczyn,  wiec  nawet  gdyby 

pocałowała sympatię przyjaciółki, nie popełniłaby przestępstwa. 

Byłoby  to  zachowanie  nietaktowne,  niemądre,  może  trochę 
ryzykowne, ale nie niemoralne.

Nie rozumiała, dlaczego ma wyrzuty sumienia.

Wolałaby wrócić do domu z Marissa i Tannerem, lecz Dań 

uparł  się,  że  ją  odwiezie.  I  zepsuł  jej  humor,  ponieważ  przez 

całą  drogę  ostro  krytykował  Tannera  za  to,  że  w  krytycznym 
momencie nie było go przy Marissie.

Chcąc, nie chcąc, stanęła w obronie przeciwnika.

- Tanner twierdził, że odesłała go i kazała mu się zabawić.
- To nie ma nic do rzeczy. Na pewno zrobiła tak z dobrego 

serca,  a  nie  dlatego,  by  się  go  pozbyć.  Nie  chciała,  żeby  się 
nudził.  Zresztą,  nieważne,  co  powiedziała.  Powinien  być  pod 

ręką, gdy go potrzebowała.

- Skąd miał wiedzieć, że półki się zawalą?
- Ja od razu zauważyłem, że są źle zmontowane.
- To  zrozumiałe.  Słyszałam,  jak  mówiłeś  Marissie,  że 

lubisz obrabiać drewno.

- Jestem  stolarzem.  Ale  każdy,  kto  ma  oczy,  powinien 

widzieć,  że  konstrukcja  jest  chwiejna - upierał  się  Dań. -

Najgorsze, że Tanner zniknął jak kamfora. Ciekawe, gdzie był i 

co  robił.  Nie  dotrzymywał  towarzystwa  dziewczynie,  z  którą 
przyszedł.

- Podobnie jak ty - mruknęła Kim.
- Co takiego?
- Nic.

W milczeniu zajechali przed blok.

- O,  znowu  pełen  parking.  Zatrzymaj  się  pod  tamtym 

drzewem, a ja prędko wyskoczę.

background image

- Myślałem,  że  zaprosisz  mnie  na  wygrane  ciasto.  Kim 

zerknęła na pudło, które zamierzała „przez nieuwagę" zostawić 
w samochodzie.

- Lepiej  nie  narażać  się  na  to,  że  straż  miejska  zabierze 

auto zostawione poza parkingiem.

Niezrażony Dań znalazł jednak wolne miejsce.

- Stanę tutaj.
- Do  licha,  nie  zauważyłam.  Chyba  muszę  wybrać  się  do 

okulisty...

W  windzie  nacisnęła  już  przycisk,  ale  Dań  przytrzymał 

drzwi.

- Zaczekaj, oni też idą.
- Kto? - Kim  obejrzała  się  i  zobaczyła  Marissę  z 

Tannerem. - Aha.

Gdy weszli do mieszkania, Brenna siedziała na podłodze w 

pozycji  lotosu.  Kim  zauważyła,  że  Tanner  patrzy  na  jej 

przyjaciółkę podejrzliwie, więc podeszła do niego.

- Na dywanie nie widać śladów krwi - szepnęła.
- Ale  zobacz,  jaki  ona  ma  brzuch - rzekł  Tanner  również 

szeptem, - A Roberta ani śladu.

- Wstydźcie się! - Marissa popatrzyła na nich zgorszona. -

Bren, jak minął wieczór?

- Bardzo  przyjemnie.  Robert  nauczył  mnie  robić  nisko -

kaloryczne fettuccine carbonara.

Nauczył cię? - zdumiała się Kim. - Ty gotowałaś?
- Ściślej  mówiąc,  pokazał  mi,  jak  się  robi.  Jestem  mało 

pojętna, więc mam nadzieję, że gdy nabiorę ochoty na to samo, 
Robert znowu udzieli mi lekcji pokazowej.

- No, no, nie przypuszczałem, że on jest taki bystry - rzekł 

Tanner. - Nakarmił  ją  byle  czym,  aby  tylko  ocalić  siebie. 
Genialne posunięcie.

Biurowiec  firmy  Westway  Cosmetics  znajdował  się  dość 

daleko od Printers Ink. Nie chcąc tracić czasu na jazdę w tę i z 

powrotem, Kim zabrała ofertę do domu, żeby oddać ją rano, w 

background image

drodze  do  pracy.  Z  bliska  biurowiec  wywierał  imponujące 

wrażenie,  a  wystrój  wnętrza  świadczył,  że  nie  szczędzono 
pieniędzy  na  jego  wykończenie.  Posadzkę  zakrywał 

niebieskoszary dywan, na ścianach wisiały gustowne akwarele, 

a  kryształowe  żyrandole  i  kinkiety  mieniły  się  różnymi 

kolorami. Wszystko było starannie skomponowane.

Kim  doszła  do  wniosku,  że  ludzie,  którzy  zadbali  o  taki 

wystrój  wnętrza,  niewątpliwie  zechcą  otrzymać  wytworny 

katalog. Przez chwilę miała ochotę zawrócić i uciec. Pomyślała 

jednak,  że  nie  ma  powodu  do  obaw.  Nie  do  niej  należy 
zaprojektowanie katalogu. Ona ewentualnie otrzyma zlecenie na 

wydrukowanie  przygotowanego  wzoru.  Uniosła  wyżej  głowę  i 
ruszyła za ochroniarzem.

- Dzień dobry.

Sekretarka  oderwała  wzrok  od  komputera  i  spojrzała  na 

nią, więc Kim uśmiechnęła się i podała wizytówkę.

- Jestem  Kimberley  Burnham.  Przyszłam  do  pani  Wal -

lace w sprawie nowego katalogu.

- Proszę  zostawić  ofertę  u  mnie.  Kim  zrzedła  mina. 

Niezręcznie  wyjęła  lśniącą  białą  teczkę  i  przez  moment 

trzymała jak drogocenny skarb.

- Gdyby pani Wallace miała jakieś pytania...
- Na pewno skontaktuje się z panią.

Sekretarka obojętnie położyła teczkę na pliku kopert.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi gabinetu.

- Dziękuję, że osobiście nam doręczyłeś. Doceniamy takie 

podejście.

Na  progu  ukazał  się  Tanner - w  nowym  garniturze, 

śnieżnobiałej  koszuli  i  czerwonym  krawacie - ściskający  rękę 
postawnej blondynki.

Kim  zirytowała  się.  Ją  potraktowano  zdawkowo,  a  jej 

przeciwnika  poproszono  do  gabinetu.  To  dowód,  że  w  tym 
wypadku  nie  ma  mowy  o  prawdziwej  konkurencji  i 
niepotrzebnie wysłano zawiadomienia o przetargu.

background image

- Dzień  dobry,  Tanner - powiedziała  chłodno. - Tanner 

odwrócił się i ukłonił.

- Dzień dobry. Co za niespodzianka! Ty też ubiegasz się o 

zlecenie? Gdzie twoja oferta?

Mówił tonem, który Kim uznała za lekceważący. Bała się,

że  wybuchnie,  więc  przygryzła  wargę  i  bez  słowa  wskazała 

swoją teczkę.

- Znasz  Jerri  Wallace? - spytał  Tanner. - Jerri,  to  Kim 

Burnham z Printers Ink.

Blondynka nie zdołała ukryć zdumienia.

- Z konkurencyjnej drukarni? - Podała Kim rękę. - Miło mi 

panią poznać. Czy już złożyła pani ofertę?

Sekretarka podała szefowej białą teczkę, a Tanner zapytał:

- Zostajesz?
- Nie. - Spojrzała  na Jerri  Wallace. - Wszystko  jest  w tej 

teczce, więc nie chcę zabierać pani czasu.

- Wyjdziemy razem - zaproponował Tanner.
- Dobrze.
- Do zobaczenia za tydzień - powiedziała Jerri.

Przed sekretariatem stał ten sam ochroniarz. Kim zacisnęła 

pięści ze złości. Widocznie wiedział, że ona długo nie zabawi.

- Ja  odprowadzę  panią  Burnham - zwrócił  się  do  niego 

Tanner.

Po odejściu ochroniarza Kim przystanęła.

- Ale masz tupet! - syknęła. Tanner wysoko uniósł brwi.
- Co  ja  takiego  zrobiłem?  Masz  mi  za  złe,  że  cię 

odprowadzam?

- Nie,  ale  mierzi  mnie,  że  ja  dostałam  obstawę,  a  tobie 

wolno eskortować innych.

- O co ci chodzi?
- Jeszcze  ci  trzeba  tłumaczyć?  To  przecież  jasne,  że  nie 

mam  najmniejszej  szansy  na  zlecenie  od  nich,  niezależnie  od 
tego, jakie rozwiązania i kosztorysy podaliśmy.

- Masz takie same szansę jak inni.

background image

- Z  wyjątkiem  ciebie. - Zmieniła  głos  i  zjadliwie 

zakończyła: - Bardzo uczciwa konkurencja.

- Znam  Jerri  jeszcze  ze  studiów,  ale  ten  fakt  nic  nie 

znaczy.

- O,  to  mi  ulżyło!  Wczoraj  martwiłam  się,  że  zobaczysz 

moją ofertę leżącą na biurku... Na pewno śmiałeś się w kułak, że 

próbuję ją zasłonić.

- Niczego nie  widziałem.  A  nawet  gdyby, to  nic  bym nie 

odczytał.

- Bo nie potrzebowałeś.
- Wybacz, ale to nie pora i miejsce na kłótnię.
- Ja już skończyłam.
- Cieszy  mnie. - Gdy  wyszli  z  budynku,  zaproponował: -

Podwiozę cię do stacji metra.

- Dziękuję, nie skorzystam.
- Wsiadaj. - Otworzył drzwi samochodu. - No?
- Właściwie, czemu nie? Przynajmniej zaoszczędzę trochę 

czasu.

Ledwo ruszyli, Tanner odezwał się ostrym tonem:

- Zarzucasz mi, że mam konszachty z dyrektorką Westway 

Cosmetics  i  posługując  się  nieuczciwymi  metodami,  usiłuję 

zdobyć  zlecenie,  choć  prawdopodobnie  mój  kosztorys  jest 
wyższy niż twój.

- Na  pewno  w  ten  sam  sposób  dostałeś  zamówienie  od 

Pettigrew.  „Może  moja  oferta  jest  lepsza  pod  innymi 

względami" - powtórzyła  jego  słowa. - Musi przecież być coś, 
co jest warte dodatkowych kosztów.

- To  bardzo  poważne  oskarżenie.  Nie  lubię,  gdy  moja 

uczciwość jest kwestionowana.

- Przepraszam. Trochę się zapędziłam.
- Zobaczymy,  jaki  będzie  wynik.  Może  zwycięży  jakiś 

nowicjusz, który ma jedną fotokopiarkę i uważa się za drukarza 
pełną gębą.

Kim nie dała odwieść się od tematu.

background image

- Musisz  przyznać,  że  sprawa  wygląda  podejrzanie.  Inne 

oferty  lądują  na  biurku  sekretarki,  a  ty  zostałeś  dopuszczony 
przed oblicze najważniejszej osoby.

- Moja  oferta  też  wylądowała  na  biurku,  ale  sekretarka 

powiedziała, że Jerri chce się ze mną widzieć. Mogę ci zdradzić, 

że w innej sprawie.

Nieprzekonana Kim zamilkła.

- Jedziesz do pracy? - zagadnął po chwili Tanner.
- Tak. Czemu pytasz?
- Podwiozę cię do biura.
- Nie musisz.
- Ale to po drodze.
- Fakt, nawet ci wygodniej zawieźć mnie na miejsce niż do 

metra.

- Masz  rację,  ale  niepotrzebnie  mówisz  to  głośno. 

Naprawdę  wolałabyś  czekać  na  peronie,  niż  jechać  ze  mną? 

Kim nie odpowiedziała.

- Jak spędziłaś czas z Danem?
- Przyjemnie. To bardzo miły człowiek.
- Usuń go z listy.
- Czemu?
- Określenie  „bardzo  miły  człowiek"  źle  rokuje.  Nie 

wyglądałaś  na  zachwyconą,  gdy  poprosił,  żebyś  odprowadziła 
go do windy.

Kim  była  zła,  że  Tanner  nie  tylko  wszystko  widzi,  ale 

ośmiela  się  komentować.  Nie  lubiła  ludzi  wtrącających  się  w 
cudze sprawy.

- Kto figuruje jako następny na twojej liście? - dopytywał 

się  Tanner. - Jak  ich  poszeregowałaś?  Od  najlepszych  do 
najgorszych  czy  na  odwrót?  Kogo  wyeliminujesz  najpierw? 

Wczorajsza randka z Danem okazała się pomyłką, prawda?

- Nie będę z tobą omawiać moich osobistych spraw.
- Jak chcesz. Ale gdybyś potrzebowała rady...
- Dobrze wiedzieć, że jesteś chętny. A tymczasem ja tobie 

background image

dam dobrą radę. Strzeż się Dana.

Chce mnie pobić?

- Nie wiem, ale bardzo troszczy się o Marissę.

- Martwi się, że będę ją nachodził? - Właśnie dojechali do 

Printers Ink. Tanner zmienił temat: - Zamierzasz ubiegać się o 
zlecenie od Hallowella?

- Nie mam odpowiedniego sprzętu.
- Dobrze, ze zdajesz sobie z tego sprawę.

Kim  zacisnęła  pięści  i  policzyła  do  dziesięciu,  aby 

powstrzymać się przed wybuchem. Czy ten facet uważa, że ona 

nie  potrafi  wykonać  żadnego  bardziej  skomplikowanego 

zadania?  Wzburzona  wyskoczyła  z  samochodu  i  zatrzasnęła 
drzwi.

Tanner wychylił się przez okno.

- Szkoda, bo moglibyśmy pojechać tam razem. To byłaby 

prawie  randka!  Och,  przepraszam,  mojego  nazwiska  na  pewno 

nie ma na liście szanownej pani.

Uśmiechnął się szelmowsko i odjechał.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Gdyby  Tanner  znajdował  się  na  liście,  taka  uwaga 

zdyskwalifikowałaby  go  zupełnie.  Kim  była  przekonana,  że  w 

zwykłych okolicznościach nie podwozi znajomych ubiegających 

się  o  te  same  zlecenia.  Dlaczego  teraz  wpadł  na  ten  pomysł? 

Dobrze,  że  nie  wie,  jak  bardzo  ją  zirytował  i  na  jakie  tory 

skierował jej myśli. Z satysfakcji zacierałby ręce.

Marge spojrzała na nią krytycznie.

- Ale dziś się spóźniłaś! Rick cię szukał, bo chce zapytać o 

jakąś robotę.

- O ulotkę reklamową dla Tylera - Royale'a?
- Nie  wiem.  Kręcił  się  tu  dość  długo,  ale  w  końcu  nie 

wytrzymał  nerwowo  i  poszedł  sobie.  Obiecałam,  że  jak  tylko 

przyjdziesz, od razu poślę cię do niego.

- Pozwól mi się rozebrać.

Wróciła  bez  płaszcza,  a  Marge  wymownie  popatrzyła  na 

pąsowy kostium.

- Z jakiej okazji tak się wystroiłaś?
- Byłam  w  Westway  Cosmetics.  Nie  powiedziała  jednak, 

jak ją potraktowano, żeby sekretarka nie dolała oliwy do ognia.

- Myślałam,  że  chciałaś  odpowiednio  prezentować  się  w 

mercedesie. - Marge  poprawiła  okulary. - Przypadkiem 
widziałam, z czyjego auta wysiadłaś. Od kiedy Tanner dorabia 
jako taksówkarz?

- Jeszcze  nie  dorabia,  ale  to  niezła  myśl. - Kim 

uśmiechnęła  się  przewrotnie. - Przy  następnym  spotkaniu 

podsunę mu twój pomysł. Idę do hali maszyn.

- Uważaj, żebyś nie poplamiła kostiumu.

W  hali  było  wyjątkowo  cicho.  Prasa  Ripleya  drukowała 

ostatnią  partię  biuletynu,  który  należało  dostarczyć  Tannerowi

tego  popołudnia.  Stos  zadrukowanych  stron  rósł  powoli,  ale 
bezustannie.

Rick majstrował przy sąsiedniej maszynie.

- Awaria? - zapytała Kim.

background image

Rick wyprostował się i odłożył klucz.

- Nie. Robię przegląd, żeby zabić czas.
- Podobno coś cię gnębi.
- Dostałaś kopię ulotki dla Tylera - Royale'a?
- Nie.
- Kiedy ją wreszcie przyślą?
- Nie podali dokładnej daty.
- Zawsze  zwlekają  do  ostatniej  chwili,  a  tu  zlecenie  dla 

szkoły  czeka.  Co  mam  robić?  Jeśli  zacznę  drukować 

podręczniki, a przyjdzie kopia ulotki, będę musiał przerwać.

- A  po  ponownym  ustawieniu  maszyny  może  się  okazać, 

że w podręcznikach będą drobne różnice.

- Otóż  to.  Nie  wiem,  czy  dyrektor  szkoły  jest  bardzo 

wymagający. Wiadomo natomiast, że ludzie z Tylera - Royale'a 

zawsze  się  spóźniają,  choć  innych  poganiają.  Więc,  co  mam 

robić: siedzieć i czekać, czy drukować podręczniki?

- Weź  się  za  podręczniki - zadecydowała  Kim. - Nawet 

jeśli  będą  drobne  różnice,  kto  je  zauważy?  Chyba  nikt  nie 

będzie sprawdzał wszystkich egzemplarzy strona po stronie.

- Podałaś najniższy możliwy kosztorys, prawda?
- Tak, ale to nie znaczy, że szkoła dostanie produkt gorszej 

jakości.  Uprzedziłam  dyrektora,  że  zapłaci  mniej,  bo 
podręczniki  będą  drukowane  w  przerwach  miedzy  innymi 
zleceniami.

- Niedługo  możemy  tu  mieć  urwanie  głowy,  więc 

rozsądniej  będzie  zacząć  robotę.  Zaraz  za  to  się  zabiorę.  Jak 

wypadła wizyta w Westway Cosmetics?

- Inaczej  niż  myślałam. - Kim  westchnęła. - Lepiej  nie 

liczyć na pracę od nich.

- Nie ma nadziei?
- Słaba.
- Szkoda,  bo  cieszyłem  się  na  tę  robotę.  Początkowo 

uważałem,  że  to  szaleństwo,  ale  moglibyśmy  pokazać,  co 

potrafimy. Nie mieliśmy takiego zlecenia od...

background image

- Rozejścia  się  wsporników - dokończyła  Kim  głuchym 

głosem. - Nigdy nie wspominasz tamtych czasów.

- Ale chyba nadeszła pora, bo niedługo minie dwadzieścia 

pięć lat Ty wtedy byłaś dzieckiem.

- Miałam cztery latka.
- A ja kilkanaście i dopiero zaczynałem uczyć się fachu.
- Czemu zostałeś  z moim ojcem, zamiast  odejść  z  panem 

Calhounem?  Czy  oni  zadecydowali,  kto  do  kogo  przechodzi? 

Zawsze mnie to intrygowało.

- Nie wiem, co omawiano w gabinecie, ale czasami krzyki 

dochodziły  aż  tutaj,  mimo  huku  maszyn.  Zostałem,  bo  twój 
ojciec mnie o to prosił. Prosił wszystkich, ale innych pociągała 
zmiana,  nowość,  więc  się  przenieśli.  Zostałem  ja  i  główny 

maszynista.  Gdy  on  przeszedł  na  emeryturę,  objąłem  jego 
stanowisko.

- Teraz to pusty tytuł - rzekła Kim. - Miałam nadzieję, że 

stała praca dla Westway Cosmetics zmieni tę sytuację i pozwoli 
mi zatrudnić parę osób. Wtedy ty tylko nadzorowałbyś innych, a 

tak, musisz wszystko robić sam.

- Może  tak  jest  lepiej.  Mniejsze  napięcie  to  też  plus. 

Współpraca  z  Westway  Cosmetics  wiązałaby  się  przecież  z 

dużym ryzykiem.

Kim  doceniła  próbę  pocieszenia,  lecz  w  głosie  Ricka 

słyszała nutę rozczarowania.

Oczywiście,  trudno  otrzymać  każdą  pracę,  o  którą 

człowiek  się  ubiega.  Gdy  konkurencja  jest  uczciwa,  łatwiej 

pogodzić się z przegraną. Ale w tym wypadku...

Kiermasz kawalerów przyniósł spodziewany efekt i telefon 

dzwonił  bez  przerwy.  Tego  wieczoru  Kim  wróciła  do  domu 

pierwsza i włączyła automatyczną sekretarkę. Nie zdziwiła się, 

że większość ludzi dzwoniła do Brenny, ale zaskoczyła ją liczba 
telefonów  do  Marissy.  Do  niej  zadzwoniły  tylko  dwie  osoby. 
Ledwo  usłyszała  głos  Roberta,  znowu  •  {  poczuła  się  wobec 

niego winna. Kończyła notować numery, gdy weszła Brenna.

background image

- Wiesz,  zgłosiło  się  sporo  panów,  którzy  byli  na 

przyjęciu. Zadzwonisz do wszystkich?

- Nie. - Brenna  wzruszyła  ramionami. - Bo  wiem,  jak 

należy  postępować  z  mężczyznami.  Pierwszy  telefon  zostawia 

się  bez  odpowiedzi,  drugiego  wysłuchuje  się  bez  entuzjazmu. 
Dopiero gdy facet zadzwoni po raz trzeci...

- Większość chyba zrezygnuje po drugiej próbie.
- Tacy nie są warci zachodu.

Kim  wyznawała  inne  zasady  i  dlatego  wybrała  numer 

Roberta.  Musiała  chwilę  poczekać,  aż  odbierze  telefon,  a  gdy 

się odezwał, powiedziała:

- Przepraszam, że odrywam cię od pracy, ale myślałam, że 

mam oddzwonić, jak tylko wrócę.

- Miło  mi,  że  dzwonisz. - Robert  był  zaskoczony,  ale 

zadowolony. - Chciałbym  po  pracy  wpaść  do  was  i  przywieźć 

coś słodkiego. Oczywiście, jeśli można...

Kim  pomyślała,  że  zapamiętał  nauczkę  i  woli  nie 

przyjeżdżać bez uprzedzenia. Może chce wiedzieć, kogo u nich 
zastanie.

- Nie zamierzam wychodzić, a Brenna i Marissa chyba też 

będą w domu.

Brenna przecząco pokręciła głową.

- Ja  wychodzę,  bo  umówiłam  się  z  jednym  maklerem, 

który był na przyjęciu. Kim zakryła słuchawkę.

- Już  dzwonił  trzy  razy?  Ciekawe,  ja  tego  jakoś  nie 

zauważyłam.

- Wiec  do  zobaczenia - powiedział  Robert. - Dziś  mamy 

naszą  specjalność:  creme  brulee.  Najlepiej  smakuje  zaraz  po 

wyjęciu  z  piekarnika,  a  następnego  dnia,  niestety,  bywa  do 
wyrzucenia.

- Chętnie pomożemy zjeść resztki.
- Resztki? - oburzył się Robert. - Jak możesz...
- Przepraszam.  Wiem,  że  nie  to  miałeś  na  myśli.  Już  mi 

ślinka  leci,  bo  creme  brulee  bardzo  rzadko  pojawia  się  na 

background image

naszym stole. Do zobaczenia.

Creme  brulee? - powtórzyła  Brenna. - Dobrze,  że 

wychodzę, bo nie oparłabym się pokusie.

- Może Robert zna wersję niskokaloryczną.
- Wątpię. - Brenna  włożyła  płaszcz. - Zjedz  moją  porcję, 

niech ci idzie na zdrowie.

- Nie czekasz na maklera? Rzekomo wyznajesz zasadę, że 

nie należy wychodzić mężczyznom naprzeciw.

- Umówiliśmy się nie na randkę, lecz na drinka.

Kim  nie  zdążyła  zapytać,  jaka  to  różnica,  ponieważ 

zadzwonił  telefon.  Sądząc,  że  to  Robert  o  czymś  zapomniał, 

podniosła słuchawkę i uśmiechnęła się.

- Słucham.
- Co za niespodzianka. - W słuchawce usłyszała głos Tan -

nera. - Gdy niczego nie podejrzewasz, masz bardzo miły głos.

- Wszystko zależy od tego, z kim rozmawiam.
- Nadal jesteś na mnie zła?
-

Wcale  nie  byłam  zła - sprostowała. - Tylko 

zdegustowana.

- Cieszy  mnie.  Jak  często  obsługujesz  telefon  w  waszej 

centrali randkowej? Robicie to na zmianę, czy ciągniecie losy?

- Po  prostu  zapomniałam,  że  mamy  sekretarkę.  Zadzwoń 

jeszcze raz i nagraj wiadomość.

- Wolę rozmawiać z tobą.
- Ale na mnie nie można tak polegać jak na maszynie. Już 

notuję,  co  mam  przekazać:  „Marisso,  dzwonił  Tanner. 

Uprzedził, że więcej się nie spotkacie". Nie, mam lepszą wersję: 
„Tanner chce się oświadczyć". A najlepiej będzie, jeśli zostawię 

obie wiadomości do wyboru.

- Wcale nie chciałem rozmawiać z Marissą. Tego Kim się 

nie spodziewała.

- Dzwonię  z  dwóch  powodów - spokojnie  wyjaśnił 

Tanner. - Po pierwsze, żeby spytać, czy chcesz z nami zarządzać 

tutejszym  terenem.  Należę  do  komitetu  nominacyjnego  i  stąd 

background image

wiem, że wysunięto twoją kandydaturę.

- Dziękuję  za  wyróżnienie,  ale  nie  mogę  przyjąć 

zaszczytu.  Nie  nadaję  się  do  takich  funkcji.  Mam  zbyt 
buntownicze usposobienie.

-

Czasem  przydaje  się  osoba,  która  kwestionuje 

propozycje pozostałych.

- I jest utrapieniem dla całego zarządu?
- To też bywa potrzebne. Nie podejmuj decyzji pochopnie. 

Zawsze  warto  się  zastanowić.  Szkoda  tracić  szansę  wpływania 
na gospodarowanie wspólnym terenem.

- Wobec  tego poczekam ze  trzy  dni  i  potem odmówię.  A 

drugi powód?

- Mam sprawę do Brenny.
-

Chcesz  rozmawiać  z  pogromczynią  mężczyzn? 

Niemożliwe,

- Mówiłaś,  że powinienem dać  jej szansę.  Wziąłem sobie 

twoje słowa do serca. Kim nie potknęła haczyka.

- Ciekawe, co Marissą na to.
- Zapytaj ją.
- Dobrze,  zapytam.  A  jeśli  chodzi  o  Brennę,  właśnie 

poszła na randkę.

- Niech zgłosi się do mnie po powrocie.
- Uprzedzam - rzekła Kim słodziutkim głosem - że ona ma 

zasady  i  nie  dzwoni  do  nowo  poznanych  mężczyzn.  A 
przynajmniej nie po pierwszym telefonie...

- Założę się, że do mnie zadzwoni.
- Lepiej nie ryzykuj. Jeśli stawka będzie wysoka, mogę nie 

przekazać wiadomości i ona nie zadzwoni, wiec wygram zakład.

- A ja kiedyś zapytam, dlaczego się nie odezwała i wtedy 

znajdziesz się w głupiej sytuacji. No, o co zakład?

- Naprawdę chcesz się założyć?
- Tak.
- Dobrze. Załóżmy się o kawę, na którą mnie zapraszałeś.
- Rozczarowałaś  mnie.  Taka  niska  stawka  świadczy  o 

background image

braku pewności siebie. Chyba stać cię na to, żeby zaryzykować 

coś ciekawszego?

- Pod  jakim  względem?  Jeśli  spodziewasz  się  czegoś 

szalonego... Na przykład, że się z tobą prześpię...

- O, to już lepsze. Zgadzam się.
- Wcale nie chciałam...

Urwała speszona, ale pomyślała, że Tanner żartuje i oboje 

wiedzą,  że  zakład  jest  absurdalny.  Nie  ma  powodu  do  paniki. 

Trzeba  zachować  spokój,  bo  w  przeciwnym  razie  Tanner 

nabierze  podejrzeń  i  będzie  zastanawiał  się,  dlaczego  ona 
traktuje  żart  poważnie.  Doszła  do  wniosku,  że  może 

zaryzykować. Zna przecież Brennę, wiec wygra.

- Czemu zamilkłaś?
- Bo myślę... Musimy ustalić warunki.
- Co  tu  ustalać,  gdy  wszystko  jasne?  Jeśli  ja  wygram,  ty 

prześpisz się ze mną, w przeciwnym razie, ja prześpię się z tobą. 

Dobranoc, życzę pięknych snów.

W  połowie  samotnego  wieczoru  Kim  z  rozrzewnieniem 

pomyślała o szkolnym kiermaszu. Wprawdzie rozrywka była na 

poziomie dorastającej młodzieży, ale lepsza niż nudna powieść. 

Ziewnęła,  zamknęła  książkę  i  szczelniej  otuliła  się  kołdrą 

odziedziczoną  po  babci.  Zrobiło  się  późno.  Widocznie  Robert 
wciąż  jeszcze  był  zajęty,  a  makler  Brenny  wyjątkowo 

interesujący.  Marissa  też  nie  wróciła,  a  Kim  wolałaby 

powiedzieć jej o telefonie od Tannera bez świadków.

Z  drzemki  wyrwał  ją  zgrzyt  klucza  w  zamku.  Marissa 

weszła z Robertem niosącym dużą papierową torbę.

- Patrz,  kogo  spotkałam  przy  windzie.  Robert  mówi,  że 

czekasz na niego.

Kim odrzuciła kołdrę i chciała wstać.

- Siedź - zarządził Robert. - Idę prosto do kuchni.
- Powroty do domu stają się coraz ciekawsze - powiedziała 

Marissa  półgłosem. - Nigdy  nie  wiadomo,  kto  nas  odwiedzi. -

Usiadła  na  kanapie. - Nie  cierpię  szkolnych  zebrań.  Tyle 

background image

pustego gadania, a...

- Riss - przerwała jej Kim - dzwonił Tanner.
- Czego chciał? - spytała Marissa, ziewając.
- Rozmawiać  z  Brenną.  Uważam,  że  powinnaś  o  tym 

wiedzieć.

Marissa westchnęła.

- Rozumiem  i  przykro  mi - ciszej  dodała  Kim.  W  tym 

momencie do pokoju wszedł Robert z tacą.

- Oto obiecany deser. - Postawił creme brulee na stoliku. -

Zapraszam panie.

- Takiego arcydzieła nie wypada niszczyć - orzekła wesoło 

Kim.

- Mów  za  siebie. - Marissa  wzięła  łyżeczkę. - Ja 

zgłodniałam.

Robert usiadł na krześle naprzeciw nich.

- Czemu się nie częstujesz? - zapytała Kim.
- I  tak  jem  za  dużo.  Przyniosłem  trzy  porcje,  bo  Brenna 

miała być w domu.

- Niestety, wyszła.
- Ale właśnie wraca. Brenna przystanęła na progu.
- Urządziliście  przyjęcie  beze  mnie? - zawołała  z 

wyrzutem. - Wstyd!

Robert wyprostował się.

- Dla ciebie też przyniosłem.
- Jesteś wspaniały, ale ja nie mogę tego jeść.
- Dzwonił Tanner. - Marissa oblizała łyżeczkę. - Chciał z 

tobą rozmawiać. - Brenna uśmiechnęła się triumfalnie.

- Dość długo zwlekał i ciekawa byłam, kiedy się namyśli. 

Nie wiedziałam, że jest nieśmiały. Zostawił numer?

- Po co ci? Chyba nie zadzwonisz? - zawołała Kim.
- Od  każdej  reguły  są  wyjątki...  Ale  masz rację,  nie  będę 

schlebiać  jego  próżności. - Usiadła  i  niby  od  niechcenia 
przesunęła  creme  brulee  bliżej  siebie. - Już  z  powodu 
uwielbienia Marissy tak się puszy, że trudno to znieść.

background image

- Mojego uwielbienia?
- Oczywiście. - Brenna  zjadła  trochę  i  z  lubością 

przymknęła oczy, gdy nagle zdała sobie sprawę z tego, co robi i 

krzyknęła: - Robercie,  jesteś  niemożliwy! - Pogroziła  mu 
palcem. - Nie  masz  pojęcia,  ile  mnie  kosztowała  pokuta  za 

twoją lekcję gotowania.

- Czemu pokutowałaś? - zdziwił się Robert. - Zdawało mi 

się, że fettuccine ci smakowało.

- Niestety,  aż  za  bardzo.  Powiedziałam  tym  dwóm 

żarłokom,  jakie  było  pyszne,  wiec  chcą,  żebym  je  nauczyła 

przyrządzać.

Kim porozumiewawczo zerknęła na Marissę.

- Wolałabym wziąć lekcję u samego mistrza.
- Słusznie. - Brenna klasnęła w ręce. Wiecie co,  wydamy 

elegancką  kolację  dla  trzech  par.  Robert  nauczy  nas  gotować, 

przyrządzimy jakieś specjały i uraczymy się razem z gośćmi. Ja 

zaproszę  Tannera. Marissa, ty kogo? - Brenna uśmiechnęła się 
do  Kim. - Znowu  wpadłaś  na  genialny  pomysł.  Mam  powód, 

żeby zadzwonić do Tannera.

Kim  jako  dziecko  zawsze  dostawała  do  zabawy  mnóstwo 

kartek,  które  wyrzucano,  ponieważ  były  poplamione  lub 

nierówno  zadrukowane.  A  jednym  z  pierwszych  wrażeń,  jakie 
zapamiętała,  był  zapach  farby.  Zawsze,  wchodząc  do  hali 

maszyn,  z  przyjemnością  wdychała  znajomą  woń.  Często  tu 

pomagała,  lecz  nigdy  nie  obsługiwała  prasy  Ripleya.  Rick 

niepodzielnie  władał  swym  królestwem,  a  poza  tym  nauka 

wszystkich tajników zajęłaby zbyt wiele czasu.

Tym  razem  Marge  zastała  szefową  przy  próżniowym 

pakowaniu podręczników dla szkoły Marissy.

- Przyszedł  Tanner.  Powiedziałam  mu,  że  jesteś  bardzo 

zajęta, ale on gotów jest zaczekać.

- Czegóż znowu chce?

Była  pewna,  że  nie  chodzi  o  biuletyn.  Gdyby  Tanner 

zamierzał  wytknąć  usterki,  nie  czekałby  kilka  dni,  ale  od  razu 

background image

zgłosiłby  zastrzeżenia.  Ciekawe,  czy  nawiąże  do  niemądrego 

zakładu. Bo chyba nie oczekiwał tego od niej.

Kim  weszła  do  sekretariatu,  podała  Marge  kilka 

podręczników i zwróciła się do Tannera:

- Czym mogę szanownemu panu służyć?
- Pomyślałem, że podwiozę cię do Westway Cosmetics.

Na pewno Jem zawiadomiła cię, że dziś po południu ogłosi 

decyzje.

- Owszem,  ale  nie  zamierzałam  jechać - odparła  Kim 

ostro. - Szkoda tracić czas tylko po to, żeby dowiedzieć się, że 

nie dostanę tego zamówienia.

- Skąd  ten  pesymizm?  Moim  zdaniem,  zawsze  warto  się 

pokazać.  Wytrwałość  popłaca  i  ten,  co  często  przychodzi, 

prędzej coś utarguje.

Tanner mówił obojętnym tonem, co tylko jeszcze bardziej 

ją irytowało.

- Ale  choćby przychodził sto razy - wybuchnęła - nic nie 

sprzeda,  jeśli  klient  już  od  kogoś  innego  kupił  to,  czego 
potrzebuje.

Jednak  w  duchu  przyznała  Tannerowi  rację.  Przecież 

chciała,  żeby  Jerri  Wallace  ją  zapamiętała  i  dlatego  poszła 

osobiście  złożyć  ofertę.  Wiedziała,  jak  działają  pewne 
mechanizmy.  Ludzie  z  reguły  wolą  współpracować  z  tymi, 

których  znają.  Obawiają  się  powierzania  dużych  zamówień 
nieznajomym.

Poza  tym  Kim  była  ciekawa,  jak  szefowa  Westway 

Cosmetics  uzasadni  wybór.  To  pomogłoby  jej  zorientować  się, 
czy w przyszłości warto ubiegać się o inne zlecenia z tej firmy. 

Najbardziej  jednak  intrygowało  ją,  dlaczego  Tanner  przyszedł. 

Posądzała go o jakieś ukryte motywy.

- No? Jedziesz?
- Ostatecznie mogę się wybrać, ale nie musisz mnie wozić. 

Tanner spojrzał na zegarek.

- Jeśli chcesz zdążyć, muszę.

background image

- Jak ładnie, że o mnie myślisz.

Traktował ją tak szarmancko, że aż było to podejrzane.

- Przyznaj się, o co naprawdę ci chodzi - zagadnęła, ledwo 

wsiedli do samochodu.

- Uważałem,  że  nie  będzie  ci  miło,  jeśli  przy  Marge 

wspomnę  o  naszym  zakładzie.  Wyobraź  sobie,  że  Brenna  do 

mnie zadzwoniła.

- I  pewnie  zastanawiasz  się  teraz,  kiedy  otrzymasz 

wygraną? Od razu ci mówię, nic nie dostaniesz.

- Jesteś oszustką!
- Wcale  nie.  Po  pierwsze,  nie  przegrałam,  bo  Brenna 

zadzwoniła do ciebie z zaproszeniem, a to co innego. Spytaj ją, 

to ci powie, jak było.

- Naprawdę chcesz, żebym poprosił ją o wyjaśnienie?
- Czemu nie? Wstydzisz się przyznać, że chcesz wskoczyć 

do mojego łóżka? Nie rozumiem, czemu miałoby krępować cię 

mówienie o czymś, co masz zamiar zrobić.

- Myślałem, że byłoby to krępujące dla Brenny.
- Wątpię. Ona ma bardzo liberalne poglądy na te sprawy.
- Uważasz, że stanie po twojej stronie?
- Tak.
- W takim razie przegrałem. Oczywiście, w każdej chwili 

jestem do twojej dyspozycji.

Kim pomyślała, że należało spodziewać się takiego obrotu 

sprawy.

- Dziękuję - odpowiedziała  na  pozór  obojętnie. - Nawet 

teraz?

- Jeśli sobie życzysz.

Zrobiło się jej słabo, wiec zacisnęła pięści.

- Ale niestety, spieszymy się - dodał Tanner.
- Właśnie... Chyba nie chcesz tłumaczyć swojej znajomej, 

dlaczego się spóźniliśmy.

Kim ucieszyła się, że dojeżdżają do Westway Cosmetics i 

background image

nie  wpadnie  we  własne  sidła.  Tym  razem  nie  przydzielono  im 

ochroniarza, co pogorszyło jej i tak zły nastrój.

Tanner  ukłonił  się  zebranym  i  poprowadził  Kim  do 

ostatnich wolnych krzeseł.

- Ci  wszyscy  ludzie  chcą  drukować  katalog? - spytała 

szeptem.

- Tak. Było nawet parę ofert spoza Chicago.
-

Przy  takiej  konkurencji  tym  bardziej  będziesz 

zadowolony, gdy dostaniesz zlecenie.

- Jesteś pewniejsza mojego zwycięstwa niż ja sam.
- Czyżby?

Ledwo  usiedli,  sekretarka  szepnęła  coś  do  słuchawki,  a 

potem głośno powiedziała:

- Pani Wallace prosi.
- No, no! - syknęła Kim. - To niby zbieg okoliczności, że 

spektakl zaczyna się tuż po twoim przyjściu?

- Zawsze i wszędzie zjawiam się na czas. Obecni przeszli 

do sąsiedniej sali i zajęli miejsca. Jerri stanęła przy pulpicie.

- Podjęcie decyzji było bardzo trudne - zaczęła.
- Myślałby kto - mruknęła Kim.
- Oferty są bardzo zbliżone, niektóre kosztorysy różnią się 

o  nieistotne  kwoty.  Otrzymaliśmy  ciekawe  propozycje,  z 
nowatorskimi  pomysłami.  Na  przykład  z  Printers  Ink. 

Wybraliśmy  jednak  najtańszą  ofertę  z  firmy,  z  którą  już 

wcześniej  mieliśmy  kontakt  Czyli  z  Calhoun  i  Sp.  Tanner, 

gratuluję.

- Absolutna  niespodzianka - wycedziła  Kim  przez 

zaciśnięte zęby. - Różnica kilku centów...

- Chyba nie sadzisz, że podglądałem?
- Nie musiałeś.
- Dziękuję państwu za przybycie. - Jerri zamknęła teczkę.
- Mam nadzieję,  że jeszcze nie  raz się spotkamy. Zebrani 

zaczęli wychodzić, a Tanner zawołał:

- Jerri, czy można? Dyrektorka skinęła głową.

background image

- Kim, idziemy do gabinetu.
- Poczekam na ciebie tutaj. Tanner chwycił ją za rękę.
- To  może  być  pouczające.  Jerri,  pamiętasz  panią  Kim 

Burnham  z  Printers  Ink,  prawda?  Czy  pozwolisz  mi  rzucić 
okiem na nasze oferty?

- Tego  się  nie  praktykuje,  ale  jeśli  pani  Burnham  wyrazi 

zgodę...

- Wyrażam.

Tanner usiadł w fotelu i rozłożył papiery.

- Czasem musimy ustępować Tannerowi - wyjaśniła Jerri.
- Skorzystam  z  okazji  i  o  coś  zapytam.  Czy  pani  śliczny 

kostium był szyty na zamówienie?

- Nie,  kupiłam  go  u  Tylera - Royale'a.  Często  dla  nich 

drukujemy.  Zwykle  są  to  reklamy,  stąd  wiem,  co  mają  w 

sklepach, i dlatego tam robię zakupy.

- Wybiorę się do nich.

Tanner odłożył papiery na biurko.

- Rozwiązanie  Kim  jest  niezwykle  ciekawe.  Jerri,  ja  na 

twoim  miejscu  przejrzałbym  oferty  jeszcze  raz  i  zmienił 

decyzję. Kim ceni się wyżej niż ja, ale jej propozycja jest dużo 
lepsza.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Kim była pewna,  że się przesłyszała. Nieprawdopodobne! 

Tanner mówiący coś takiego! Niemożliwe, żeby odstąpił jej tak 

intratne zlecenie. Przecież dla niej to największe zamówienie ze 
wszystkich,  jakie  ostatnio  udało  jej  się  zdobyć!  Tanner 

zrezygnował,  choć  wygrał  przetarg.  Dlaczego  odrzucił 

możliwość dobrego zarobku?

Szefowa  Westway  Cosmetics  była  zaskoczona  bodaj 

jeszcze bardziej. Jasne! Przecież normalnie Tanner nigdy tak się 
nie zachowywał. Jego postępowanie było bezprecedensowe.

Co się za tym kryje?

- Dobrze, przejrzę obie oferty jeszcze raz.

Jerri mówiła niepewnym głosem i miała zbolałą minę, jak 

po silnym uderzeniu. Czyżby propozycja Tannera była dla niej 

ciosem? Czy rzeczywiście obyło się bez oszustwa? Czy Tanner 

naprawdę złożył najkorzystniejszą ofertę?

Jeżeli istotnie jego rozwiązanie było najlepsze, a kosztorys 

najniższy, dlaczego Jerri uzasadniała swą decyzję? Nie musiała 

się przecież tłumaczyć, że wybrano najlepszą ofertę, w dodatku 

drukarni, z którą firma już wcześniej współpracowała.

Tanner wygrał przetarg, a teraz się wycofuje. Dlaczego nie 

przyjął zlecenia?

-

Najpóźniej  jutro  podejmę  ostateczną  decyzję -

oświadczyła Jerri.

- Nie  ma  pośpiechu. - Tanner  wstał. - Do  widzenia.  Kim 

wstała  jak  automat,  pożegnała  szefową  Westway  Cosmetics  i 

dopiero na parkingu odzyskała mowę.

- Jakie minusy ma ta praca?
- Czemu uważasz, że są jakieś minusy?
- Bo jej nie chcesz.
- Wcale nie powiedziałem, że nie chcę.
- Wytłumacz  mi  w  takim  razie,  co  oznacza  twoje 

zachowanie?  Gdyby  zależało  ci  na  tej  robocie,  nie 

proponowałbyś,  żeby  ją  dano  mnie.  A  musiało  ci  bardzo 

background image

zależeć,  bo  poświęciłeś  mnóstwo  czasu,  żeby  opracować 

szczegóły i obliczyć kosztorys z dokładnością do jednego centa. 
I teraz nagle rezygnujesz. Dlaczego zmieniłeś zdanie?

- O  jednym  mogę  cię  zapewnić.  Nie  próbuję  przerzucić 

złego zlecenia na ciebie.

- A co innego robisz? Nie jesteś filantropem, nie należysz 

do  Armii  Zbawienia,  nigdy  nie  słyszałam,  żebyś  wspomagał 
potrzebujących... - Urwała  na  chwilę. - Czyżbyś  robił  to  z 

litości?  Printers Ink ledwo zipie,  trzeba pomóc Kim i  na  rzecz 

biedaczki zrezygnować z dochodu.

- Człowiek rozsądny tak nie postępuje. Gdybym kierował 

się miłosierdziem, powiedziałbym Jerri, co robię i dlaczego.

- Nie wierzę. Wtedy wyszłoby na to, że uważasz interesy z 

nią za mało ważne i dlatego odstępujesz je byle komu, prawda?

- Nie jesteś byle kim. Poza tym nie mam zwyczaju mówić, 

że  ktoś  wykona  zadanie  lepiej  niż  ja,  jeśli  nie  jestem  o  tym 
absolutnie  przekonany.  Gdybym  poręczył  za  ciebie,  a  ty 
zawaliłabyś sprawę, straciłbym twarz.

- A do tego nie możesz dopuścić, prawda? Powiedzmy, że 

ci wierzę... Jeśli nie odstępujesz mi zlecenia z litości, to czemu?

- Bo ty lepiej...
- Przyznaję.  Ale  nie  przejrzałeś  ofert  na  tyle  dokładnie, 

żeby twierdzić, że jest miedzy nimi istotna różnica.

- Może  wiedziałem,  czego  szukać,  i  dlatego  szybko 

znalazłem?

- Albo zwyczajnie udawałeś. Oczywiście, zamiast  J 

wspierać  mnie  i  dawać  zlecenia,  rozsądniej  byłoby  zupełnie 
wyeliminować rywalkę.

- Po  co  miałbym  dawać  ci  pracę,  gdybym  chciał  pozbyć 

się ciebie z rynku?

- Nie  widzisz  różnicy?  Te  drobne  zlecenia,  które  mi 

odstępujesz, umożliwiają ci zwiększenie produkcji, a co za tym 
idzie zysków. No i zjednujesz sobie klientów, bo okazujesz się 

człowiekiem  gotowym  zrobić  wszystko,  żeby  ich  l  zadowolić. 

background image

Postępujesz  tak  nie  dla  mojego  dobra,  lecz  dla  l  własnej 

korzyści.

- A nie bierzesz pod uwagę, że to będzie korzystne dla obu 

stron?

Pytanie zaniepokoiło Kim.

- Mówimy  o  interesach,  a  nie  o  seksie! - wybuchnęła. -

Myślisz,  że  z  wdzięczności  zaraz  polecę  z  tobą  do  łóżka? 
Tanner obojętnie wzruszył ramionami.

- Przypominam, że ty ustaliłaś warunki, a ja łaskawie J się 

zgodziłem.

- Zmieniasz temat! Dlaczego? Bo trafiłam w sedno? |

Widocznie  odgadłam  motywy  twojego  postępowania. 

Eliminujesz  konkurencję!  Przypuszczasz,  że  nie  podołam 

zadaniu, zbankrutuję i już nigdy nie wejdę ci w paradę.

- Skąd ta pewność, że mam ukryty powód, inny niż ten, że 

naprawdę uznałem twoją ofertę za lepszą?

- Wcale tak nie uważasz. Coś się za tym kryje. Albo jesteś 

przekonany, że potknę się i zbankrutuję, albo zorientowałeś się, 

że podałeś zbyt niski kosztorys. Przypomniałeś sobie, że czegoś 

nie uwzględniłeś, coś przeoczyłeś. Może chciałeś użyć tańszego 
papieru, a Jerri żąda najlepszego...

- Doskonale wiem, jakie ona ma wymagania.
- Więc musi być coś mniej oczywistego. Tanner rzucił jej 

wiele mówiące spojrzenie.

- Trafiłaś w samo sedno. Czy wiesz, co Jem pomyślałaby 

o  mnie,  gdyby  zorientowała  się,  że  przedłożyłem  własną 

korzyść nad dobro Westway Cosmetics?

- Masz  gotową  odpowiedź  na  każde  pytanie.  Ale  i  tak 

sądzę,  że  gdybyś  mógł  się  obłowić, nie  przerzucałbyś zlecenia 

na mnie, udając, że masz dobre serce.

- Jesteś strasznie podejrzliwa.

Kim nie dała odwieść się od tematu.

- Kiedy spostrzegłeś swój błąd? Dopiero tam, na miejscu, 

czy wcześniej? Może zabrałeś mnie, bo za późno uświadomiłeś 

background image

sobie, że zawaliłeś sprawę? Wiedziałeś, że wygrasz przetarg, ale 

nie mogłeś się już wycofać i dlatego obmyśliłeś ten chytry plan. 
Gdyby  Jerri  zleciła  pracę  komuś  innemu,  odetchnąłbyś  i 

zafundowałbyś mi kawę. Ale stało się inaczej i musiałeś pozbyć 

się  ciężaru.  Dlatego  wymyśliłeś  bajeczkę,  że  moja  oferta  jest 
lepsza.

Tanner zaczął klaskać.

- Brawo! Brawo!
- Uważaj, jak jedziesz! - krzyknęła Kim.
- Uważam,  ale  musiałem  nagrodzić  oklaskami  najlepszą 

historyjkę, jaką ostatnio usłyszałem. Moja droga, minęłaś się z 

powołaniem. Powinnaś pisać opowiadania fantastyczne.

- Jeszcze  raz  mówię,  że  masz  jakiś  ukryty  powód - z 

uporem  powtórzyła  Kim. - Przyznaj  się,  żebym  wiedziała,  na 

czym stoję.

- Nie  poczuwam  się  do  winy. - Zatrzymał  się  na 

skrzyżowaniu i wyjął telefon. - Zadzwonię do Jerri i powiem jej, 
że  miałem  zaćmienie  umysłu,  a  teraz  mi  przeszło  i  przyjmuję 
zlecenie.

Kim, choć ze złością, musiała przyznać w duchu, że Tan -

ner  jest  doskonałym  aktorem.  Wprawdzie  nie  wierzyła,  by 

wykonał taki telefon, a jednak ogarnęły ją wątpliwości. A jeśli 
mówił poważnie?

- No i  co? Jesteś tak pewna swego, że zmarnujesz okazję 

złapania dobrego zamówienia?

Kim wystraszyła się. Przez swoją nieufność może w końcu 

naprawdę zaprzepaścić największą życiową szansę. Nie, nie, nie 
powinna myśleć w ten sposób. Przecież w rzeczywistości chodzi 

o to, czy jest gotowa zaufać Tannerowi i narazić Printers Ink.

- Muszę przestudiować twoją ofertę - oświadczyła ponuro.

- Ty widziałeś moją, więc mam prawo obejrzeć twoją.

- Nie znajdziesz w niej nic szczególnego.
- Ale przynajmniej na własne oczy zobaczę różnice.
- Chcesz  mieć  pewność,  że  nie  podałaś  zbyt  niskiej  ceny 

background image

za  usługę?  A  może  chcesz  sprawdzić,  czy  będziesz  musiała 

dopłacić?

- Chodzi  o  jedno  i  drugie.  Tanner  popatrzył  na  nią 

uważnie.

- Kimberley,  czyżbym  słyszał  w  twoim  głosie  nutę 

niepewności? Bo chyba nie jest to żal, że stawiasz mi niesłuszne 
zarzuty?

Zatrzymali się przed Printers Ink, ale Kim nie ruszyła się z 

miejsca.

- Chyba przyznasz, że moja nieufność jest uzasadniona. Po 

tylu latach...

- Och,  znowu  wracasz  do  kłótni  naszych  ojców.  Zrozum 

wreszcie,  my  nie  mamy  z  tamtym  konfliktem  nic  wspólnego. 
Przemyśl sprawę i daj mi znać.

Po  powrocie  do  firmy Tanner  wszedł  do  swego  gabinetu, 

ale  zamiast  usiąść  za  biurkiem,  stanął  przy  oknie.  Patrzył  na 

oświetlony słońcem budynek Printers Ink i zastanawiał się, czy 
mądrzej byłoby nie ingerować. Może powinien nabrać wody w 

usta i zatrzymać to zlecenie. Cóż, teraz za późno na żal, klamka 

zapadła.  Nie  dziwiło  go,  że  Kim  wątpiła  w  szczerość  jego 

motywów. Nawet jeśli intuicja rzadko ją zawodziła, tym razem 

nie  miała  racji.  Ale  rozumiał  jej  podejrzliwość.  Rozstanie  z 
partnerem  nie  wyszło  panu  Burnhamowi  na  dobre.  Tanner  nie 

wiedział - i  nie  chciał  wiedzieć - czy  był  to  jedynie  zbieg 

okoliczności, czy też jego ojciec rzeczywiście przyczynił się do 

tego, że byłemu wspólnikowi wiodło się gorzej. Mówił prawdę, 

gdy zapewniał Kim, że nieporozumienie sprzed lat dziś nie ma 
już najmniejszego znaczenia.

Czy nieufna konkurentka kiedyś przyzna mu rację?

Był przestój,  więc Kim miała czas  na  rozmyślania.  Część 

podręczników  zapakowano,  biuletyn  już  oddano,  a  Tyler -

Royale  nadal  milczał.  Kim  poradziła  Rickowi,  by  poszedł  do 
domu,  jednak  on  wolał  zostać  i  spokojnie  przeczyścić j  prasę 
Ripleya.

background image

Maszyny  nie  pracowały,  ale  cisza  dźwięczała  w  uszach 

jeszcze  głośniej  niż  huk  i  przypominała,  że  każdy  przestój 
oznacza  mniej  pieniędzy,  a  największe  zlecenie  być  może 

znajduje się właśnie w zasięgu ręki. Chyba że Tanner zadzwonił 

do  Jerri  i  przekonał  ją,  że  nie  warto  rozpatrywać  oferty  z 
Printers Ink.

Kim  uważała  swoje  rozumowanie  za  słuszne.  W  każdej 

branży  rezygnacja  konkurenta  z  intratnego  zamówienia  budzi 

nieufność.  Tanner  na  pewno  miał  jakiś  ważny  powód. 

Koniecznie trzeba dowiedzieć się, dlaczego nie chciał drukować 

katalogu  dla  Westway  Cosmetics.  W  przeciwnym  razie  można 

wpaść w nieprzyjemną pułapkę.

Tymczasem najlepiej zająć się czymś konkretnym. Dlatego 

Kim zadzwoniła do Tylera - Royale'a, aby rozmówić się z panią 
Binden.

- Szefowa jest na zwolnieniu - powiedziała zastępczyni. -

Przykro mi, ale ja nic nie wiem o okólniku, jednak rozejrzę się i 
sprawdzę,  czy  coś  przygotowano.  I  zostawię  szefowej

wiadomość.  Pani  Binden  zadzwoni  do  państwa  zaraz  po 
powrocie.

Kim podała swój numer i poszła do sekretariatu.

- Zawsze  gdy  jest  tak  cicho,  robię  się  nerwowa -

powiedziała Marge.

- A  powinnaś  się  cieszyć,  że  możesz  odetchnąć.  Krótki 

przestój to  jeszcze nie  tragedia.  Niedługo będziemy  mieli  dużo 
pracy.

Na  wszelki  wypadek  wolała  jednak  nie  wspominać  o 

Tannerze  i  Westway  Cosmetics.  Kwadrans  później  usłyszała 

sygnał włączającego się faksu. Pomyślała, że na pewno nadeszła 

wiadomość  w  sprawie  okólnika.  Po  chwili  do  gabinetu  weszła 
Marge.

- Wygląda  na  to,  że  w  naszej  konkurencji  dzieją  się 

dziwne  rzeczy.  Patrz,  przez  pomyłkę  wysłano  do  nas  coś,  co 

powinno  iść  do  klienta.  Dziwię  się  tylko,  że  oni  znają  nasz 

background image

numer.

Kim  spojrzała  na  wydruk  i  zrobiła  wielkie  oczy.  Tanner 

przesłał swoją ofertę!

- To nie pomyłka.

Prosiła  Tannera  bez  większej  nadziei  i  myślała,  że 

najwyżej  pozwoli  jej  pobieżnie  rzucić  okiem  na  część 

dokumentacji. A tymczasem przysłał całość. Niepojęte!

Miała  zatem  możliwość  swobodnie,  bez  pośpiechu 

przejrzeć  i  porównać  wszystkie  dane.  A  co  najważniejsze, 

mogła  prześledzić  tok  rozumowania  Tannera  i  wydedukować, 

czym  się  kieruje,  ustalając  ceny.  W  przyszłości  spożytkuje  tę 

wiedzę.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  to  niezbyt  etyczne 
wykorzystanie  poufnej  informacji,  lecz  pocieszała  się,  że  nie 

zdobyła  jego  oferty  podstępem.  Tanner  przesłał  ją  z  własnej 

woli. Czy liczył na to, że z wdzięczności coś dostanie?

- Marge, bądź tak dobra i zrób mi kawę. Muszę mieć jasny 

umysł.

Rozłożyła na biurku obie oferty, aby móc je szczegółowo 

porównać.  Ale  zdążyła  przestudiować  zaledwie  jedną  stronę, 

gdy  rozległo  się  pukanie  i  do  sekretariatu  wszedł  wysoki 

mężczyzna  w  ciemnym  blezerze  i  spodniach  khaki.  Przystanął 

koło biurka Marge, rozejrzał się, po czym skierował się wprost 
do gabinetu.

Kim wstała i uprzejmie zapytała:

- Pan w jakiej sprawie?
- Przyjechałem  po  podręczniki.  Zawiadomiono  nas,  że  są 

już gotowe.

Dopiero  teraz  przypomniała  sobie,  gdzie  widziała  tego 

człowieka.

- Nie  sądziłam,  że  podręczniki  osobiście  odbierze  sam 

dyrektor szkoły.

- W  naszej  szkole  każdy  jest  przygotowany,  by  w  razie 

potrzeby móc zastąpić kolegę. Bywam więc od czasu do czasu 

sekretarzem,  trenerem  albo  woźnym.  Aktualnie  jestem 

background image

zaopatrzeniowcem.

- Tak,  Marissa  opowiadała,  że  tworzycie  wyjątkowy 

zespół. Masz wyjątkowo utalentowaną kadrę. Podręczniki są już 

w ekspedyturze. Gdzie zostawiłeś samochód?

- Z boku budynku.
-

To  dobrze,  bo  łatwiej  będzie  ładować  paczki. 

Poprowadziła gościa korytarzem.

- Dziękuję za komplement - powiedział dyrektor.
- Jaki?
- Ze jesteśmy utalentowani.
- Marissa  dużo  opowiada  o  szkole.  Podziwiam,  jak 

doskonale radzicie sobie z rozbrykanymi chłopcami w trudnym 
wieku.

Dyrektor uśmiechnął się zadowolony.

- Szkoda,  że  nie  miałem  okazji  porozmawiać  z  tobą  na 

kiermaszu  w  szkole  albo  u  was  na  przyjęciu.  Wprawdzie 

próbowałem, ale byłaś bardzo zajęta.

- Tak?  Nie  pamiętam.  W  szkole  był  straszny  tłum,  więc 

jestem zaskoczona, że mnie zauważyłeś. Stale byłeś oblężony.

- Pańskie oko - nawet zalane wodą - konia tuczy.

Kim wybuchnęła śmiechem.

- Jesteśmy  na  miejscu.  Zawołam  Ricka,  żeby  pomógł 

nosić paki.

- Chwileczkę.

Osobliwa  nuta  w  głosie  dyrektora  sprawiła,  że  Kim 

odwróciła się zdziwiona.

- Chciałbym  zaprosić  cię  na  kolację...  w  ramach 

wdzięczności za podręczniki.

- Podziękowanie  należy  się  Rickowi,  a  nie  mnie.  On 

wszystko zrobił.

- Myślałem,  że  moglibyśmy  spędzić  wieczór  tylko  we 

dwoje...

Kim nie bardzo wiedziała, jak zareagować.

- Przepraszam, nie chciałam cię urazić.

background image

- Powinienem  wyrażać  się  jaśniej.  Zapraszam  cię  na 

kolację wcale nie z powodu podręczników.

Kim  zawahała  się.  Na  wieczór  zaplanowała  jedynie 

rozszyfrowanie  oferty  i  zachowania  Tannera,  co  nie  stanowiło 

dostatecznej wymówki. A przecież celem pamiętnego kiermaszu 

kawalerów było poznawanie nowych ludzi.

- Dziękuję.

Poprosiła  Ricka,  by  pomógł  dyrektorowi,  wróciła  do 

gabinetu, zamknęła drzwi i zadzwoniła do domu. Ulżyło jej, gdy 

usłyszała głos Marissy.

- Och,  jak  dobrze,  że  jesteś.  Wyobraź  sobie,  że  twój 

dyrektor zaprosił mnie na kolację, a ja nawet nie pamiętam, jak 
on ma na imię.

Poszli  do  niemieckiej  restauracji  i  przy  sauerbraten  oraz 

przy  reńskim  winie  rozmawiali  o  trudnych  uczniach,  braku 
oraz wykwalifikowanych 

nauczycieli 

kiepskim 

stanie 

szkolnictwa. Wieczór byłby bardziej udany, gdyby rozmowa nie 
rwała  się  tak  często.  Przeskakiwali  z  tematu  na  temat  i  Kim  z 

coraz  większym trudem  znajdowała  interesujący  wątek.  Wciąż 

obawiała się, że może popełnić jakąś gafę.

Obserwując  Gregga,  chwilami  żałowała,  że  wymyśliła 

kiermasz  kawalerów.  Dlaczego  od  razu  nie  przyszło  jej  do 
głowy, że to nienaturalny i wyrachowany sposób nawiązywania 

znajomości?  Pocieszała  się,  że  Gregg  sam  zaproponował 

spotkanie,  niczego  na  nim  nie  wymusiła.  Mimo  to  miała 

wyrzuty  sumienia,  jakby  coś  przed  nim  ukrywała.  Podobne 

niejasne uczucie dręczyło ją, gdy Marissa namówiła Dana, żeby 
przyjechał do szkoły, i gdy zostawili Roberta z Brenną. Gdyby 

uprzedzono mężczyzn o celu przyjęcia, sytuacja byłaby jasna.

A  teraz  było  już  za  późno.  Jedyne,  co  można  zrobić,  by 

uniknąć  takich  błędów  w  przyszłości,  to  odrzucać  zaproszenia 
od  ludzi,  którzy  uczestniczyli  w  tamtym  niefortunnym 
przyjęciu. Albo szczerze wyznać, o co wtedy chodziło. Niestety, 

szczerość  mogłaby  się  okazać  przykra  dla  wszystkich 

background image

zainteresowanych.  Dziewczyny  na  pewno  by  się  obraziły,  a 

mężczyźni najprawdopodobniej też.

Wprawdzie  Tanner  domyślił  się  wszystkiego  i  jego  to 

bawiło,  lecz  Dań  i  Robert  uznaliby,  że  ich  wykorzystano. 

Ciekawe, do jakiej grupy należy Gregg. Miał poczucie humoru, 

gdyż w przeciwnym razie nie zgodziłby się na oblewanie wodą. 
Ale  jej  żartobliwa  propozycja,  by  zaprosił  na  kolację  Ricka, 
padła na jałowy grunt.

Jednak Kim nie zamierzała sprawdzać, jakiego rodzaju jest 

poczucie humoru dyrektora szkoły. Lepiej uczyć się na błędach 

i unikać ich powtarzania. Przysięgła sobie, że nigdy więcej nie 

urządzą  kiermaszu  kawalerów.  Była  przekonana,  że  to 
postanowienie łatwiej wprowadzić w życie, niż zrezygnować z 
czekolady.

Gregg  dopił  kawę,  uregulował  rachunek  i  jakby 

mimochodem  rzucił,  że  lekcje  w  jego  szkole  zaczynają  się 

bardzo  wcześnie.  Kim,  zadowolona  z  takiego  obrotu  sprawy, 
mruknęła,  że  i  ona  musi  iść  rano  do  pracy.  W  samochodzie 

zdziwiło ją, że Gregg, choć podobno się spieszył, jechał bardzo 

wolno.  Odniosła  wrażenie,  jakby  chciał  coś  powiedzieć,  ale 

brakowało mu odwagi.

Minęli ostami zakręt.

- Dziękuję  za  miły  wieczór - odezwała  się. - Nie  musisz 

mnie  odprowadzać,  bo  to  bezpieczna  okolica.  Koleżanki  są 
zapewne...

- Właśnie  o  tym  myślę. - Gregg  zjechał  na  bok,  nie  na 

parking. - Może wstąpimy do mnie?

- Niedawno  martwiłeś  się,  że  zrobiło  się  późno,  a  teraz 

miałbyś ochotę odwozić mnie z powrotem jeszcze raz?

- Bynajmniej. - Gregg  uśmiechnął  się  znacząco. - Nie 

udawaj, że nie wiesz, o co chodzi. Po co innym zakłócać spokój, 

jeśli możemy być sami?

Kim wzdrygnęła się.

- Czyżbyś  dawał  mi  do  zrozumienia,  że  po  wspólnej 

background image

kolacji obowiązuje spędzenie razem nocy?

- Wszyscy tak postępują.

Poprzednio Kim nie zauważyła nieprzyjemnej nuty w jego 

głosie. Czyżby pojawiła się dopiero teraz?

- Ale ja nie - odparła chłodno. Gregg chwycił ją za rękę.
- Kolacja sporo kosztowała.

Kim  spojrzała  na  niego  takim  wzrokiem,  że  gdyby 

spojrzenie mogło zabijać, dyrektor padłby trupem.

- Czuję  się  zaszczycona, że  wysoko  cenisz moją usługę -

syknęła,  pogardliwie  wydymając  usta.  Gregg  speszył  się  i 

rozluźnił uścisk.

- Nie to... miałem na myśli...
- Jest mi obojętne, co myślałeś. Przyślę ci pieniądze za to, 

co zjadłam. Dobranoc.

Wyskoczyła z samochodu i z całej siły trzasnęła drzwiami. 

Wzburzona  wbiegła  do  mieszkania,  niemalże  wpadając  na 

Marissę karmiącą rybki.

-

Nigdy

więcej żadnego kiermaszu kawalerów -

oświadczyła  kategorycznie. - Kryteria  nie  były  jasno 

sprecyzowane.  Do  wymaganych  cech  kandydatów  należało 

dodać rozsądek i wrażliwość.

Marissa  położyła  palec  na  ustach  i  zerknęła  w  stronę 

kuchni. Przy szafce Tanner układał pasjansa.

- Nie udała się randka? - spytał uprzejmie. - A swoją drogą 

wciąż  mnie  nurtuje,  jakie  kwalifikacje  należało  posiadać,  by 

zostać  zaproszonym  na  to  wasze  przyjęcie.  Skoro 

zapomniałyście  o  rozsądku  i  wrażliwości,  to  czego  od  nas 
wymagałyście?

- Co ty tu robisz? - krzyknęła Kim. - Brenna pracuje... 
- Przyszedłem do ciebie.
- Niezły  wykręt.  Chcesz  kokietować  trzy  dziewczyny  w 

jednym mieszkaniu. Bardzo wygodny układ.

- Kto  mówi  o  kokietowaniu? - Tanner  położył  kolejną 

kartę. - Ja nie kłamię. Naprawdę, chciałem jedynie zobaczyć się 

background image

z tobą, nie zamierzałem zapraszać cię na kolacje.

Marissa  twierdziła,  że  szybko  wrócisz  i  pozwoliła  mi 

zaczekać.

Kim  groźnie  łypnęła  okiem  na  Marissę,  ale  przyjaciółka 

obojętnie wzruszyła ramionami. Czyżby była lepszą aktorką niż 
Brenna?

- Dobrze,  że  zostałem - podjął  Tanner. - Cóż  takiego 

zaszło? Czy adorator kazał ci zapłacić za połowę kolacji? Nie, 

chyba nie, bo to by świadczyło, że jest rozsądny.

- Nie zamierzam odpowiadać.
- Wobec  tego  zmienię  temat.  Czy  rozgryzłaś  już  moją 

ofertę i doszukałaś się czegoś interesującego?

- Nic nie znalazłam.
- Bo nic tam nie ma.
- Przyszedłeś, żeby zapytać, co sądzę o twojej ofercie?
- Nie. Chciałem ci powiedzieć, że rozmawiałem z Jem. Do 

ciebie się nie dodzwoniła, bo już wyszłaś z pracy.

- Co mówiła?

Tanner  bez  pośpiechu  przełożył  kilka  kart,  choć  Kim  z 

trudem  panowała  nad  sobą.  W  końcu  beznamiętnym  tonem 

oświadczył:

- Jeśli chcesz, możesz dostać zlecenie.

Kim  spędziła  bezsenną  noc.  Nie  wiedziała,  czy  ma  się 

obawiać, czy też cieszyć, że otrzymała pracę dzięki Tannerowi. 

Starała  się  przewidzieć  wszystkie  możliwe  pułapki.  Wyliczyła 

wiele trudności, a wciąż przychodziły jej do głowy nowe.

Rano  od  razu  odsłuchała  wiadomość  od  Jerri.  Dla 

uspokojenia  nerwów  wykonała  kilka  ćwiczeń  oddechowych  i 

dopiero potem podniosła słuchawkę.

- Jeszcze  raz  dokładnie  przejrzałam  państwa  oferty -

powiedziała Jerri. - Ufam Tannerowi i jego rekomendacji, wiec 

dam  pani  to  zlecenie...  oczywiście,  jeśli  praca  dla  nas  nadal 
panią interesuje.

- Owszem, interesuje - odpowiedziała Kim lekko drżącym 

background image

głosem.

- Wobec tego natychmiast prześlę umowę. Leży gotowa na 

biurku,  więc  niebawem  ją  pani  dostanie.  Po  otrzymaniu 

podpisanej  kopii,  dostarczę  materiał  przez  posłańca.  Mam 

nadzieję,  że  za  dziesięć  dni  otrzymam  wydrukowany  katalog. 

Zatrudniając nieznaną firmę, trochę ryzykuję, ale liczę, że pani 
mnie nie zawiedzie.

,3o  w  przeciwnym  razie  będzie  źle".  Niedopowiedziane 

słowa zawisły w powietrzu.

Kim  podpisała  umowę  mniej  pewną  ręką  niż  zwykle, 

wręczyła  ją  Marge  do  wysłania  faksem  i  poszła  powiedzieć  o 
zdobyciu  zamówienia  Rickowi.  Na  progu  hali  maszyn 
zdrętwiała. Blady, spocony Rick leżał na podłodze i otwartymi 

ustami łapał powietrze.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Stanęła jak wryta i przerażona patrzyła na skuloną postać. 

Przecież  Rick  był  niezawodny,  więc  niemożliwe,  żeby  zasłabł, 

żeby  coś  go  bolało.  Po  chwili  opanowała  się,  kazała  wezwać 

pogotowie i uklękła przy Ricku.

Jego poszarzała twarz i zbolałe oczy przeraziły ją mniej niż 

fakt,  że  nie  sprzeciwił  się  wezwaniu  karetki.  To  zupełnie 
niepodobne  do  człowieka, który  nawet  z  grypą  przychodził do 

pracy.  Kiedyś  złamał  nogę  w  kostce,  ale  i  wtedy  nie  wziął 

zwolnienia  i  o  kulach  kuśtykał  przy  maszynach.  Koledzy 

pokpiwali z niego i jego oddania firmie. Mówili, że nawet atak 
woreczka żółciowego zaplanował na okres urlopu.

- Czujesz ból w piersiach?
- Nie... to kręgosłup... nie serce... - odparł Rick urywanym, 

głuchym głosem.

- Leż bez ruchu, ale jeśli  możesz mówić, powiedz, co się 

stało.

- Pochyliłem się... i coś trzasnęło...
- W kręgosłupie?
- Nie, w maszynie. Chyba za mocno się oparłem.
-

Odskoczyłeś  wystraszony,  straciłeś  równowagę  i 

upadłeś?

- Tak. Uderzyłem plecami o kant i jak kłoda zwaliłem się 

na podłogę. - Spróbował unieść nogę, ale skrzywił się z bólu. -

Słyszałem, jak coś chrupnęło.

- Nie ruszaj się. Pogotowie zaraz tu będzie.

Po odjeździe karetki Kim wróciła do gabinetu roztrzęsiona. 

Na  biurku  leżała  podpisana  umowa  z  Westway  Cosmetics,  co 

oznaczało,  że  zegar  zaczął  tykać  i  czas  ucieka.  Normalnie 

dziesięć  dni  w  zupełności  starczyłoby  na  wydrukowanie 

katalogu, ale właśnie zabrakło fachowca, który wykonałby takie 
zadanie.

Kim  miała  ochotę  walić  głową  w  mur.  Oczywiście, 

bardziej martwiła się o Ricka niż o katalog. Uraz kręgosłupa nie 

background image

wróży nic dobrego, ale Rick niebawem znajdzie się w szpitalu, 

pod  dobrą  opieką.  Chwilowo  nic  więcej  nie  mogła  dla  niego 
zrobić.

Rozległ  się  dzwonek.  Drzwi  były  uchylone,  więc 

zobaczyła,  że  twarz  Marge  zmieniła  się  w  kamienną  maskę. 

Taką  reakcję  wywoływała  tylko  jedna  osoba,  która  teraz 
powinna być bardzo daleko.

Pani  Burnham  ledwo  raczyła  odpowiedzieć  na  powitanie 

sekretarki i weszła do gabinetu.

- Co za niespodzianka! - Kim wstała. - Czyżby nie służył 

ci klimat na Karaibach?

Macocha usiadła i założyła nogę na nogę.

- Otóż,  wcale  nie  wyjechałam.  Jesteś  zaskoczona  tym, że 

poświęciłam  się  i  zrezygnowałam  z  wyprawy,  co?  Twoje 

zachowanie podczas mojej poprzedniej wizyty w firmie dało mi 

dużo do myślenia, więc sprawdziłam to i owo.

Kim  przypomniała  sobie  ostatnie  spotkanie  z  macochą, 

podczas którego zadzwonił Tanner.

-

Dlaczego  zwyczajny  telefon  skłonił  cię  do 

przeprowadzenia śledztwa?

- Bo Calhounowie nigdy nie robią niczego bez powodu.

A ten przedstawiciel ich klanu ma więcej wdzięku niż inni, 

co wcale nie znaczy, że jego motywy są uczciwsze.

- Rozmawiałaś z nim?
- Bardzo krótko.

Kim  pomyślała,  że  być  może  Tanner  kierował  się 

współczuciem,  skoro  poznał  jej  macochę,  ale  taka  konkluzja 

przeczyła  wnioskom,  do  jakich  doszła  po  dokładnym 

przejrzeniu jego oferty. Nie otrzymała pracy z litości, co do tego 

nie  miała  wątpliwości.  Oczywiście,  wycofanie  się  było 
wspaniałomyślnym  gestem,  ale  Tanner  słusznie  ocenił,  że  jej 

oferta  jest  lepsza.  Czy  takie  wyjaśnienie  wystarczy? 

Zważywszy, że mógł na tym zamówieniu nieźle zarobić?

background image

- Czego się dowiedziałaś?
- Bardzo  mało  i  dlatego  nie  przyszłam  wcześniej.  Ale 

ostrzegam  cię.  Miej  się  na  baczności,  bo  Tanner  chce  coś  od 

ciebie wyciągnąć. Na razie nie wiem co.

Po  tych  słowach  pani  Burnham  wstała  i  wyszła  bez 

pożegnania. Tym razem nie domagała się rzekomo należnych jej 

odsetek,  co  było  bardzo  niepokojące.  Jeśli  macocha  była 
wzburzona  do  tego  stopnia,  że  zapominała  o  pieniądzach,  to 

sytuacja musi wyglądać naprawdę źle.

- Pamiętaj,  Tanner  chce  coś  od  ciebie  wyciągnąć -

powtórzyła, stojąc w drzwiach.

Może to i prawda, chociaż macocha nie miała zbyt dobrej 

intuicji  i  wszystko  przesłaniały  jej  pretensje  do  całego  świata. 

Lecz  jeżeli  Tanner  rzeczywiście  chce  coś  dostać,  będzie  miał 

idealną okazję. Na pewno nawet nie przypuszcza, że ona musi 

błagać go o pomoc.

Kim  wolnym  krokiem  szła  do  siedziby konkurenta.  Nadal 

było  tam  pięknie,  kanarek  ładnie  śpiewał,  w  fontannie 

przyjemnie  szumiała  woda.  Jej  monotonny  plusk  z  pewnością 

działałby kojąco, gdyby Kim wybrała się tu w innej sprawie.

Nie  była  umówiona,  więc  recepcjonista  zrobił  zdziwioną 

minę.  Zadzwonił  do  szefa  i  powiadomił  go,  kto  przyszedł. 
Widocznie odpowiedź tak go zaskoczyła, że odłożył słuchawkę, 

jakby parzyła w rękę.

- Pani pozwoli za mną.

Minęli  salę  konferencyjną  i  doszli  do  końca  korytarza. 

Recepcjonista zastukał do ostatnich drzwi, otworzył je i wpuścił 
gościa.

Tanner  stał  przy  oknie  wychodzącym  wprost  na  Printers 

Ink.  Ciekawe,  czy  odziedziczył  gabinet  po  ojcu,  czy  przeniósł 

się tutaj po przejęciu firmy.

- Dziękuję,  że  od  razu  mnie  przyjmujesz - powiedziała 

Kim.

-

I  przepraszam,  że  niezapowiedzianą  wizytą 

przeszkadzam ci.

background image

- Widziałem,  jak  przechodziłaś  przez  jezdnię. - Tanner 

zapraszającym  gestem  wskazał  fotele  w  rogu  pokoju. - Nie 
przeszkadzasz mi. Przeciwnie, jest mi miło.

Kim  zdziwiła  się,  bo  jego  słowa  zabrzmiały  tak,  jakby 

naprawdę  na  nią  czekał.  Usłyszała  w  jego  głosie  jakąś 

intrygującą  nutę,  ale  nie  miała  czasu  zastanawiać  się,  co  ona 
znaczy.

- Wiesz,  mam  kolejne  zlecenie  dla  ciebie.  Kim  ogarnął 

pusty śmiech. Jak mogła posądzać Tannera o żywszą sympatię? 

Przecież on uwodził jej koleżanki.

- Zamierzałem  właśnie  wybrać  się  do  ciebie,  ale  przez 

okno zobaczyłem karetkę i uznałem, że masz jakieś kłopoty.

- Rzeczywiście, mam. I dlatego nie mogę przyjąć żadnego 

nowego zlecenia.

- To,  o  którym  mówię,  nie  jest  pilne.  Można  wiedzieć, 

dlaczego przyszłaś? Chyba nie z przeprosinami?

- Nie. - Kim przygryzła wargę. - Ale żałuję, że tak mi się 

wczoraj wyrwało.

- Możesz wyrażać się jaśniej? Co ci się wyrwało?
- Wszystko - odparta  poirytowana. - Przepraszam  za 

zarzut,  że  dajesz  mi  pracę  z  litości,  że  chcesz  się  wykpić,  że 

planujesz moją zgubę. Czy wyznałam wszystkie grzechy?

- Główne. Przepraszasz szczerze?
- Tak. - Westchnęła. - Wiesz, gdybyś chciał doprowadzić 

mnie do ruiny, lepiej nie mógłbyś tego zaplanować.

- Napijesz się kawy?
- Bardzo chętnie.
- A ja słucham.
- Ricka  zabrało  pogotowie.  Dopiero  prześwietlenie 

wykaże, czy ma połamane kości, ale pewno wypadł mu dysk, bo 

krzyczał  z  bólu. - Wypiła  łyk  mocnej,  aromatycznej  kawy. -

Nawet  jeśli  ma  tylko  naderwane  mięśnie,  na  razie  nie  będzie 
mógł pracować.

- Bez niego nie wydrukujesz katalogu.

background image

- I dlatego muszę wycofać się z umowy.
- Nie możesz.
- Ogłuchłeś  czy  co?  Przecież  wyraźnie  mówię,  że  bez 

Ricka wszystko się wali.

- To ryzyko polegać na jednym fachowcu.
- Ciebie  stać  na  nadliczbowych  pracowników,  ale  mnie 

nie.  Podszkoliłam  się  i  potrafię  zastąpić  każdego,  z  wyjątkiem 
Ricka.  Nawet  nie  spróbuję  uruchomić  prasy  Ripleya,  bo 

zamówienie jest za duże, a termin za krótki. Nie mam wyboru. 

Muszę się wycofać.

- Zaprzepaścisz  szansę  otrzymywania  dalszych  zleceń  od 

Jerri.

- Myślisz,  że  tego  nie  wiem? - spytała  podniesionym 

głosem. - Już i tak mi ciężko, więc mnie nie dobijaj.

- Chciałem tylko podkreślić wagę problemu.
- Jakbym sama nie wiedziała! Przemyślałam wszystkie za 

i przeciw i najlepiej będzie, jeżeli od razu się przyznam, że nie 
wykonam katalogu w terminie. Lepsze to niż oddanie byle jakiej 
roboty.

- Prawda. Tego Jerri by ci nie darowała.
- Przyszłam prosić  cię,  żebyś wziął  to  zlecenie. Jeżeli się 

zgodzisz,  zadzwonię  do  Jerri,  przeproszę  ją  i  powiem,  że 
znalazłam rozwiązanie.

- Jest inne.
- Jakie?
- Dam ci kogoś, kto poradzi sobie z twoim sprzętem.

Kim zdębiała. To niemożliwe! Na pewno się przesłyszała, 

bo Tanner spokojnie pił kawę i wyglądał tak, jakby powiedział 

coś zwyczajnego.

- Czemu chcesz to zrobić? - spytała, gdy odzyskała mowę.

- Masz okazję zniszczyć Printers Ink, a chcesz mnie ratować?

- Nie zamierzam cię niszczyć.
- A  tak,  zapomniałam,  że  przydaję  się  do  wykonywania 

prac, których nie lubisz.

background image

- Mam inny powód. Dolać ci kawy?
- Nie, dziękuję. O czym mówisz?
- Uważam, że rozejście się wspólników było kardynalnym 

błędem.

- Co ma piernik do wiatraka?
- Powinniśmy znowu połączyć firmy.
- Co? Mamy zostać wspólnikami?
- Raczej  widzę  to  tak,  że  Printers  Ink  stanie  się  filią 

Calhoun i Sp.

- Chcesz mnie wykupić - szepnęła Kim martwym głosem.
- Wcale nie. Myślę o fuzji.
- Nic nie rozumiem.
- Gdyby  zależało  mi  tylko  na  pracy,  którą  teraz 

wykonujesz, 

nie 

potrzebowałbym 

twojej 

drukarni. 

Wystarczyłoby kupić odpowiednie maszyny. Mam dość miejsca 

i ludzi. Ale nie potrzeba mi już dodatkowych obowiązków.

- Ja mam cię zastąpić?
- Chcę,  żebyś  robiła  to,  co  dotychczas - sprostował 

Tanner. - Printers  Ink  to  ty,  wiec  jeśli  nie  będziesz  kierować 

drukarnią, cofam propozycję.

Kim zakręciło się w głowie.

- Widzę w tym korzyści dla obu stron - ciągnął Tanner. -

Ty  będziesz  miała  więcej  personelu,  wyspecjalizujesz  się.  Ja 

natomiast będę brał te małe zlecenia, zamiast ich unikać.

- I  przestaniesz martwić się, czy je przyjmę, bo  to będzie 

mój  służbowy  obowiązek.  Będę  pracować  dla  ciebie  i  przed 

tobą odpowiadać.

- W  pewnym  sensie  tak.  Spójrz  prawdzie  w  oczy.  Nie 

masz aktywów, żeby być pełnoprawnym wspólnikiem.

- Wiem.  Dlatego  przyszłam...  Czy  jedno  z  drugim  jest 

związane?

- Jak to, związane?
- Jeśli  nie  zgodzę  się,  żebyś  mnie  wykupił,  nie  udzielisz 

mi pomocy, tak?

background image

Pomysł wyraźnie zaskoczył Tannera, a Kim pluła sobie w 

brodę, że znowu podsunęła mu myśl, która jemu nie przyszła do 
głowy.

- Czy ty  byś tak  postąpiła? - zapytał cicho. - Nie,  nie  ma 

związku  miedzy  jedną  sprawą  a  drugą.  Wydawało  mi  się,  że 

nadszedł moment, by poruszyć kwestię fuzji.

- Gdy leżę na obu łopatkach.
- Może leżysz, ale nie na obu. Masz czas, zastanów się. A 

fachowca  i  tak  ci  przyślę. - Podszedł  do  biurka  i  podniósł 

słuchawkę. - Harry,  czy  bez  Chrisa  poradzisz  sobie  przez 

tydzień, najdłużej dziesięć dni?

Kim  zacisnęła  pięści,  żeby  się  opanować.  Tym  razem 

macocha  miała  rację.  Okazało  się,  że  Tanner  chce  jej  zabrać 
Printers Ink, czyli wszystko.

Brenna  zaplanowała  wystawną  kolację  i  wysłała 

przyjaciółki po zakupy.

- To chyba wszystko - powiedziała zasapana Marissa.
- Powieszę ją za takie wykorzystywanie - zagroziła Kim.
- Nie złość się. Lepiej pomyśl, jak sobie podjesz. - Marissa 

popatrzyła  na  polędwicę. - Warto  się  trochę  pomęczyć,  żeby 

zjeść dobrą pieczeń. I mus czekoladowy.

- Kogo zaprosiłaś?
- Dana.
- O,  to  nawet  ciekawe.  Do  szkoły  zabrał  mnie,  a  teraz 

asystuje tobie. Tanner wtedy wybrał się z tobą, ale nadskakuje 
Brennie. Tylko biedny Robert wciąż siedzi w kuchni. Chyba jest 

zadowolony, że tym razem bez Brenny. Może po kolacji w coś 
zagramy?

- W co?
- Mnie dobrze zrobi „Człowieku, nie irytuj się".
- Ale  masz humor!  Rzadko  jesteś  w  podłym  nastroju.  Co 

cię ukąsiło?

Kim nie wiedziała, co jej najbardziej dokucza. Współczuła 

Robertowi i ze względu na niego była zła na Brennę. Uważała, 

background image

że  kapryśna  modelka  cynicznie  wykorzystuje  dobrodusznego 

kucharza, aby spotkać się z Tannerem. Czy naprawdę tak jest? 
Przecież nikt Roberta do niczego nie zmusza, więc może on nie 

buntuje się przeciwko gotowaniu wystawnej kolacji?

Oczywiście,  denerwowała  się  z  powodu  katalogu.  Chris 

natychmiast  zgłosił  się  do  pracy  i  był  dobrym  fachowcem. 

Rosły  stosy  zadrukowanych  arkuszy,  a  mimo  to  Kim  miała 
wątpliwości, czy wykona zamówienie w terminie.

Martwiła się o Ricka, który wyraził zgodę na dłuższy pobyt 

w szpitalu. Badania nie wykazały żadnego złamania, a mimo to 

lekarze nie wypisywali pacjenta. Kim zdawała sobie sprawę, że 

Rick już nigdy nie będzie pracował jak dawniej, nie będzie mógł 
dźwigać paczek.

Irytowały  ją  zbyt  częste  telefony  od  macochy.  Nie 

zamierzała mówić jej o propozycji Tannera. Sama odpowiadała 

za  losy  Printers  Ink.  Decyzja  co  do  przyszłości  firmy  należała 

wyłącznie do niej, niezależnie od roszczeń macochy.

Jednak  perspektywa połączenia  się  z  firmą  syna  dawnego 

wspólnika  ojca  wzbudzała  jej  niepokój.  Kim  nie  potrafiła  bez 

oporów oddać drukarni, którą ojciec z wielkim trudem urządził. 

Uważała, że zgoda na fuzję byłaby zdradą wobec niego, bo po 

odejściu  wspornika  przez  lata  musiał  walczyć  o  utrzymanie 
drukarni.  Poza  tym  nie  mogła  zrezygnować  z  niezależności  i 

zostać  podwładną  niedawnego  zawziętego  rywala,  prawie 

wroga.  Bardzo,  niechętnie  przyznawała  jednak,  że  są  również 

plusy  takiego  rozwiązania.  Jeżeli  Printers  Ink  zostanie  filią 

Calhoun  i  Sp.,  zniknie  troska  o  pieniądze  i  zlecenia  oraz 
odpadną kłopoty z zastępstwem w razie choroby Ricka.

- Kim! - Marissa  schwyciła  ją  za  rękę. - Jeśli  chcesz 

zemdleć,  to  bądź  łaskawa  się  położyć.  Będzie  mniej  kłopotu  i 
nie potłuczesz się.

- Przepraszam, myślałam...
- O czym?
- O sprawach zawodowych.

background image

- Najpierw pomyśl o tym. - Marissa pokazała rachunek. -

Patrz,  ile  wydałyśmy.  Brenna  musi  zapłacić  co  najmniej  jedną 
trzecią. Niech wie, jakie kosztowne ma pomysły. - Wymownie 

spojrzała na Kim. - Przyznaj się z ręką na sercu, czy kryje się za 

tym mężczyzna.

- Daję  ci  słowo,  że  nie.  Ale  gryzie  mnie  sumienie  z 

powodu Roberta. Nie umówił się ze mną...

- Dziś nikt nie przychodzi na randkę.
- Lepiej nie mów tego Brennie.
- Przecież ona wie, że Tanner nie myśli o niej poważnie.
- Czyli  nie  będzie  rozczarowana,  w  przeciwieństwie  do 

ciebie.

- Naprawdę myślałaś, że mi przykro?
- Oczywiście. A co, nie mam racji?
-

Nie.  Pamiętaj,  co  powiedziałam:  zaprosiłyśmy 

znajomych na dobrą kolację, a nie na randkę. Po prostu chcemy 

spotkać się z nimi i porozmawiać.

W  kuchni  zastały  Roberta  i  Brennę.  Robert  już  był  w 

fartuchu  i  rozłożył  swe  przybory,  a  Brenna  układała  kwiaty  w 
wazonie.

- O, dobrze, że jesteście - ucieszył się Robert. - Kupiłyście 

to, co było na liście?

- Tak.  Myślałam,  że  ogołocimy  wszystkie  półki -

zażartowała Kim.

- Brenna,  posuń  się - poprosiła  Marissa. - Musimy 

wyłożyć zakupy.

- Artystom się nie przeszkadza. Brenna spokojnie wyjęła z 

wazonu dwa tulipany, przycięła je i włożyła z powrotem.

- Robert  jest  większym  artystą - słusznie  zauważyła 

Marissa. - Jemu potrzeba  więcej przestrzeni do twórczej pracy. 

Robert opróżnił torby.

- Gdzie jest śmietanka do pieczonych ziemniaków?
- Włożyłeś do lodówki.
- To  była  kremówka  do  musu  czekoladowego.  Miałyście 

background image

też kupić zwykłą.

- Oj,  moja  wina - przyznała  się  Marissa. - Myślałam,  że 

przez pomyłkę wpisałeś dwa razy to samo.

- Nigdy  nie  mylę  się  w  kwestiach  kulinarnych.  Czasem 

eksperymentuję - nie  zawsze  z  dobrym  skutkiem - ale  błędów 

nie popełniani.

- Weź mleko - poradziła Kim.
- Wziąłbym,  gdyby  było  świeże,  ale  to  w  lodówce  już 

tydzień temu było stare.

- Bardzo  mi  przykro.  Uprzedziłam  cię,  że  marne  z  nas 

gospodynie.  No  cóż,  skoro  musi  być  śmietanka,  skoczę  do 
sklepu.

Wychodząc,  usłyszała  jeszcze,  jak  Robert  kazał  Brennie 

przygotować  czekoladę.  Na  dworze  wiał  chłodny  wiatr,  więc 

Kim  postawiła  kołnierz  i  ruszyła  raźnym  krokiem.  Ze  sklepu 

wracała  już  wolniej,  bo  nie  za  bardzo  pociągała  ją  rola  pod -
kuchennej.

Zauważyła zamykające się drzwi windy, wiec podbiegła i 

krzyknęła:

- Proszę zaczekać!

Z windy wyjrzał Tanner.

- Jak miło, że chcesz dotrzymać mi towarzystwa.

Kim  zaklęła  pod  nosem.  Ostatni  raz  widziała  się  z 

Tannerem przed  trzema dniami.  Czy  teraz  od  razu  zapyta  ją  o 

decyzję?

- Jak Chris sobie radzi? - zagadnął.
- Bardzo dobrze, wiec znaczna część zamówienia  jest już 

gotowa. Nie przyszedłeś przypadkiem za wcześnie?

- Brenna prosiła, żebym pomógł ustawić stół.
- Wczoraj  go  pożyczyłyśmy.  Nie  rozumiem,  czemu 

Brenna  nie  poprosiła  tych,  co  go  przynieśli,  żeby  od  razu 

rozłożyli.

- Zabrałby dużo miejsca.
- Raczej  chciała,  żebyś  czuł  się  potrzebny,  związany  z 

background image

nami.

Tanner  chyba  zrozumiał  aluzję,  ale  nie  speszył  się  ani 

trochę. A nawet jakby poweselał.

- Z kim jesteś umówiona?
- Teoretycznie z Robertem.
- I  będziesz  tkwiła  w  kuchni?  Mało  pociągająca 

perspektywa.  Jednak  chyba  lepiej,  że  nie  umówiłaś  się  z  tym 
typem, z którym niedawno byłaś na kolacji.

- O,  dobrze,  że  mi  przypomniałeś.  Miała  szczery  zamiar 

posłać Greggowi czek, ale zupełnie zapomniała.

- Co  wtedy  zaszło?  Powiedz  mi  łaskawie,  bo  domysły 

doprowadzą mnie do szału.

Przemilczany  epizod  niepotrzebnie  zaczynał  nabierać 

większej wagi, niż było w istocie. Kim pomyślała, że jeśli powie 

teraz prawdę, najprawdopodobniej wyda się Tannerowi niezbyt 

mądra, co było mało przyjemne, ale mogło mieć jeden duży plus
- wobec takiego stanu rzeczy Tanner nie podtrzyma propozycji 
fuzji. Tak więc odpadnie jej podjecie trudnej decyzji.

-

Najpierw  zadam  ci  pytanie.  Czy  uważasz,  że 

dziewczyna,  którą  zaprosiłeś  na  kolację,  musi  się  z  tobą 

przespać?

- Aha,  czyli  na  to  liczył.  Nie,  nie  uważam.  Co  innego 

gdybym zafundował jej dwie kolacje... Kim rzuciła mu wściekłe 
spojrzenie.

- Nie  złość się.  Ale oczekiwałbym  tego  od  kobiety, która 

się ze mną założyła...

- Przecież nie przegrałam.
- Czy wiesz, że wobec niedotrzymania obietnicy wszelkie 

posunięcia są dozwolone?

- Wszelkie? Czy to znaczy, że grozi mi niebezpieczeństwo 

nawet w tej chwili?

- Teraz jesteś bezpieczna, bo nie lubię amorów w windzie. 

Wolę  w  łóżku  czy  choćby  na  wygodnej  kanapie. - Mrugnął 
porozumiewawczo. - Gdy  zakładaliśmy  się,  była  mowa  o 

background image

łóżku...  Nie  rób  takiej  zgorszonej  miny.  Gdzie  twoje  poczucie 
humoru?

Kim próbowała się roześmiać, ale tylko jęknęła, bo, ku jej 

zaskoczeniu,  słowa  Tannera  podnieciły  ją,  zamiast  rozbawić. 

Wyobraziła go sobie w dużym łóżku...

Nie  bądź  śmieszna! - skarciła  się  w  duchu.  Zachowaj 

zimną krew! Opanuj się!

Oczami  wyobraźni  ujrzała  go  zdejmującego  koszule  i... 

oblizała  wargi.  Zbyt  późno  zorientowała  się,  że  Tanner 
wymownie patrzy na jej usta.

Nieoczekiwanie  oboje  jednocześnie  przysunęli  się  do 

siebie,  jakby  ich  coś  ku  sobie  popchnęło.  Tanner  objął  ją  i 
pocałował. Nie za mocno, ale i nie za słabo. Panował nad jej i 

swoim  podnieceniem,  ale  wiedział,  jak  rozbudzić  pożądanie 
kobiety.

Kim bezwiednie przytuliła się do niego, a wtedy pocałował 

ją  inaczej.  Mocniej  i  namiętniej.  Odskoczyła  od  niego  na 
sekundę  przed  zatrzymaniem  się  windy.  Była  na  siebie  zła. 

Przecież  Tanner  umówił  się  dziś  z  Brenną.  Ciekawe,  czy 
otrzymał zaproszenie jedynie na kolację, czy na coś więcej. Na 

szczęście  przypomniała  sobie  zapewnienie  Marissy,  że  tego 

wieczoru  nie  będzie  żadnych  randek.  Poczuła  się  trochę 
rozgrzeszona,  bo  wobec  tego  nie  popełniła  przestępstwa,  nie 

ukradła niczego, co należało się Brennie. Ale ta myśl wcale nie 

poprawiła  jej  samopoczucia,  wręcz  przeciwnie.  Doszła  do 

smutnego wniosku, że Tanner jest oportunistą, a ona stale o tym 

zapominała.

- Kim - odezwał się Tanner zmienionym głosem.
- Brenną czeka...

W domu poszła prosto do kuchni.

- Już jestem.
- Świetnie - pochwalił  Robert,  nie  patrząc  na  nią, 

ponieważ wstawiał mięso do piekarnika. - Zaraz zabiorę się za 
ziemniaki.

background image

Podczas kolacji Kim starała się omijać Tannera wzrokiem. 

Nie  było  to  łatwe,  bo  siedział  naprzeciw  niej  i  działał  jak 
magnes. W połowie wieczoru spostrzegła, że jej zmysły uległy 

wyostrzeniu,  szczególnie  wzrok  i  słuch.  Miała  wrażenie,  że 

Brenną  zachowuje  się  inaczej,  mówi  głośniej,  więcej 

gestykuluje. Dlaczego? Czy domyśla się, co zaszło w windzie?

Marissa  sprzątnęła talerze  i  przyniosła deser.  Porcje  musu 

były  ładnie  przybrane,  ale  Robert  nałożył  je  do  plastikowych 

pojemników po margarynie i twarożkach.

- Przepraszam,  brakuje  nam  odpowiednich  naczyń -

wyjaśniła  Marissa  pogodnie. - Dobrze,  że  długo  nie 
rozmrażałyśmy  lodówki  i  znalazłam  choć  tyle  pojemników. 
Tanner, nie patrz tak na mnie, bo wszystkie starannie umyłam.

Usiadła  obok  Dana  i  ochoczo  zaczęła  jeść,  ale  po  chwili 

skrzywiła się i odłożyła łyżeczkę.

- Robert, czemu to takie gorzkie?
- Czekoladowy...
- Smakuje, jakby wcale nie było cukru.
- Niemożliwe.

Robert  postawił  tacę  z  kawą,  zjadł  trochę  musu  i  też  się 

skrzywił.

- Faktycznie, brak cukru.
- A mówiłeś, że nie popełniasz błędów! - Marissa nabrała 

sporą  porcję  musu  i  rzuciła  w  niego. - Masz  za  to,  że  Brenną 

zawróciła ci w głowie.

Robert odwzajemnił się większą porcją, która wylądowała 

na głowie Marissy. Brenną źle wycelowała i jej mus znalazł się 
na nosie Dana.

Kim zasłoniła się serwetką. Po chwili ukradkiem wyjrzała i 

popatrzyła  na  Tannera,  który  z  rozbawieniem  przyglądał  się 

niewybrednej zabawie.  Nagle  odwrócił  głowę i  uśmiechnął się 
do niej.

A  Kim  poczuła,  że  traci  grunt  pod  nogami,  bo  w  tym 

momencie  poznała  przyczynę  swych  udręk  i  złości.  Wcale  nie 

background image

cierpiała z powodu nielojalności wobec przyjaciółek. Gnębiła ją 

zazdrość o Tannera. Zaprosiła go na przyjęcie - kiermasz, bo nie 
budził w niej żadnych cieplejszych uczuć. Ale pomyliła się. I to 

bardzo. Dopiero teraz zrozumiała, że pragnie mieć go wyłącznie 

dla siebie. Do końca życia.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Następna zmiana polegała na tym, że dźwięki przycichły, a 

barwy  zbladły.  Wszystko,  z  wyjątkiem  Tannera,  zdawało  się 

przymglone. Jego twarz została w polu widzenia, a inne znikły. 

Kim  była  porażona  nagłym  odkryciem  i  czuła  się  tak,  jakby 

wpadła do lodowatej wody.

Nieświadome  uczucie  zrodziło  się  przed  kilkoma 

miesiącami albo  jeszcze  wcześniej. Zakochała  się  w  Tannerze, 

wcale  o  tym  nie  wiedząc.  A  może  nie  chciała  zauważyć 

pierwszych  oznak?  Dopiero  z  perspektywy  czasu  zrozumiała, 

jak było naprawdę.

Na  widok  Tannera  zawsze  ogarniała  ją  irytacja,  chęć 

rywalizowania, zazdrość. Tłumaczyła sobie swoje reakcje tym, 

że  rywal - mający  lepsze  wyposażenie  i  liczniejszy  personel -

był  nie  do  pokonania.  Teraz  wszystko  zrozumiała - zamiast 

groźnego przeciwnika widziała w nim atrakcyjnego mężczyznę. 

Sądziła,  że  chodzi  o  kwestie  zawodowe,  gdy  tymczasem  było 
inaczej. Czuła się zagrożona, ale nie uświadamiała sobie, że to 

sam Tanner ją intryguje.

Dlatego  krytycznym  okiem  patrzyła  na  kobiety  u  jego 

boku.  Była  przekonana,  że  nie  traktuje  ich  poważnie,  a 

podświadomie uważała, że czeka właśnie na nią.

Mówiąc Marissie, że nie chce zwodzić Dana, powiedziała 

prawdę. W głębi  serca czuła bowiem,  że żaden mężczyzna nie 
zajmie miejsca przeznaczonego dla Tannera.

Gdyby  to  od  niej  zależało,  nie  zaprosiłaby  Tannera  na 

kiermasz kawalerów. Wyjaśniłaby przyjaciółkom, że  nie  warto 
zapraszać  człowieka,  z  którym  nie  można  wiązać  żadnych 

nadziei.  Tym  samym  rozminęłaby  się  z  prawdą,  ponieważ 

jedynym  powodem,  dla  którego  nie  zamierzała  zaprosić 

konkurenta był fakt, że chciała go mieć wyłącznie dla siebie.

Niestety, nie należał do niej!
Uległa  jednak  Brennie  i  zaprosiła  go.  Już  wtedy  coś 

przeczuwała  i  dlatego  tak  zdecydowanie  odizolowała  go  od 

background image

gości.  Bała  się,  że  zwróci  uwagę  na  inną  kobietę,  więc  nie 

odstępowała go, a mimo to nie upilnowała. Tannerowi najpierw 
spodobała się skromna, serdeczna i bezpretensjonalna Marissa, a 

potem piękna i pewna siebie Brenna.

Teraz  Kim  musiała  uczciwie  przyznać,  że  bynajmniej  nie 

martwiła  się  o  Marissę.  Gdy  Tanner  umówił  się  z  jej  drugą 

koleżanką,  zirytowała  się,  lecz  nie  ze  względu  na  dobro 
przyjaciółki.  Byłoby  jej  bardzo  przykro,  gdyby  Marissa  lub 

Brenna  cierpiały  z  powodu  Tannera,  ale  ich  zranione  uczucia 

nie  spędziłyby  jej  snu  z  powiek.  Nic  dziwnego,  że  miała 
wyrzuty  sumienia.  Myślała  niby  o  przyjaciółkach,  a  sama 

pragnęła  zdobyć  Tannera  i  dlatego  nieświadomie  starała  się 
zwrócić na siebie jego uwagę.

Na szkolnym tarasie zaprosił ją do tańca, ale przecież sama 

podsunęła  mu  tę  myśl.  Poniewczasie  wstydziła  się  swego 

postępku.  Niedorzeczny  zakład  też  ją  skompromitował. 

Wmawiała  Tannerowi,  że  nie  zgodziła  się  na  warunki,  a 
przecież  sama  je  ustaliła.  W  taki  zawoalowany  sposób  złożyła 

mu  miłosną  propozycję.  Nie  wpadłaby  na  taki  pomysł,  gdyby 

Tanner  jej  nie  pociągał,  gdyby  nie  marzyła  o  nim.  Coraz 

częściej wyobrażała sobie ich pierwszą randkę.

A  incydent  w  windzie?  Przytuliła się  do  niego  i  całowała 

go,  a  potem  rozgrzeszyła  się  przed  sobą,  że  jej  postępowanie 

wcale  nie  było  nielojalne  wobec  przyjaciółek.  Widziała,  jak 
Tanner zareagował na pocałunki, jaki  był poruszony. Dlaczego 

nie pozostał obojętny? Czy wtedy uświadomił sobie, że ona jest 

godna pożądania? Nie. Raczej zdziwił się, że mu uległa i bał się 
jej następnego kroku.

Kim  zdawała  sobie  sprawę,  że  postąpiła  w  sposób 

niewybaczalny.  Co  teraz  zrobić?  Jak  wybrnąć  z  niezręcznej 

sytuacji? Po krótkim namyśle uznała, że najlepiej zachowywać 

się  zupełnie  naturalnie.  Jakby  nic  się  nie  stało.  Rozejrzała  się 
wokół,  stwierdziła,  że  batalia  skończona,  więc  zwróciła  się  do 
Roberta:

background image

- Chodź  do  łazienki.  Zmyję  tę  plamę,  bo  inaczej  twój 

krawat będzie do wyrzucenia.

- Zostaw go - powiedziała zdyszana Brenna. - Krawat i tak 

ma  kropki  we  wszystkich  kolorach  tęczy,  więc  jeszcze  jedna 

plama nikomu nie wyda się podejrzana.

Robert zrobił strapioną minę - ciekawe, czy z powodu słów 

Brenny, czy z powodu pożałowania godnego stanu krawata?

- Mylisz  się - zaprzeczyła  Kim. - Każdemu  wyda  się 

podejrzane, bo  w tęczy nie  ma koloru  czekoladowego. Robert, 

idziesz? Do gotowania mam dwie lewe ręce, ale na wywabianiu 

plam znam się jak nikt inny.

Tuż  przed  zaśnięciem  ostatecznie  zadecydowała,  że 

połączenie firm nie wchodzi w rachubę, ponieważ oznaczałoby 

to częste spotkania z Tannerem. Wprawdzie zostałaby w swojej 

drukarni i realizowała osobne zlecenia, lecz wzajemne kontakty 

miałyby  miejsce  regularnie,  co  było  niewskazane.  Trudno 

widywać  ukochanego  i  obojętnie  rozmawiać,  mając 
świadomość, że dla niego jest się tylko i wyłącznie pracownicą.

Odtąd  kłopotliwe  będą  nawet  sporadyczne  spotkania  na 

neutralnym gruncie. Trzeba będzie robić dobrą minę do złej gry 

lub  w  ostateczności  zrezygnować  z  ubiegania  się  o  te  same 
zlecenia.

Nie,  to  ostatnie  wyjście  było  nie  do  przyjęcia!  Jeżeli 

miałaby rezygnować z pracy z obawy przed Tannerem, lepiej od 

razu  zamknąć  drukarnię.  Nie rozumiała,  jak  znalazła się  w tak 

niekorzystnej  sytuacji.  Jedynym  wyjaśnieniem  było  to,  że 

proces  odbywał  się  powoli,  niezauważalnie.  A  nawet  jeśli 
wystąpiły  jakieś  oznaki,  zlekceważyła  je.  Uczucie  stawało  się 

coraz wyraźniejsze, a ona wciąż udawała, że nic nie widzi.

Ale dłużej nie mogła udawać.

Doszła do  wniosku, że  oszukiwała się  również w  sprawie 

fuzji.  Nie  chodziło  jej  wyłącznie  o  dobro  firmy.  Nie  miała 
wyjścia i musiała odrzucić propozycję Tannera. Jak to zrobić i 

pozostać  w  dobrych  stosunkach  z  rywalem?  Dopiero  połowa 

background image

katalogu  została  wydrukowana.  Tanner  nie  jest  mściwy,  ale 

prawdopodobnie  zażąda,  aby  odesłała  mu  Chrisa.  Odstąpienie 
pracownika 

ewentualnemu 

partnerowi 

wspomaganie 

konkurencji to dwie różne rzeczy.

Długo  zastanawiała się,  jaki podać powód.  Nie  wystarczy 

suche  oświadczenie,  że  do  fuzji  nie  dojdzie.  Oczywiście,  nie 

może  też  powiedzieć,  że  współpraca  z  człowiekiem,  którego 
kocha,  stwarza  jej  pewne  problemy.  Tanner  wybuchnie 

śmiechem. Trzeba znaleźć jakiś rozsądny argument. Dobrze, że 
jest trochę czasu do namysłu. Sam jej poradził, żeby się dobrze 

zastanowiła.

Zrobi to po ukończeniu i oddaniu katalogu. Odeśle Chrisa, 

a  potem  odrzuci  propozycję  fuzji.  Wolałaby,  żeby  Tanner  nie 

odgadł  jej  uczuć.  Niech  uważa,  że  jest  wyrachowana  i  celowo 
zwlekała z odpowiedzią. To lepsze niż wyznanie prawdy.

Przez  trzy  dni  Chris  jako  pierwszy  stawiał  się  do  pracy, 

wiec  Kim  dała  mu  klucze.  Odtąd  zawsze  już  pracował,  gdy 
pozostali  dopiero  przychodzili  do  drukarni.  Nazajutrz  po 

wystawnej kolacji  Kim  przyjechała  bardzo  wcześnie, ale  Chris 

już  był.  Dlaczego?  Czy  chciał  jak  najprędzej  wydrukować 

katalog i wrócić do macierzystej firmy?

Zdjęła  płaszcz  i,  jak  zwykle,  najpierw  poszła  do  hali 

maszyn.  Nie  zastała tam  Chrisa,  a  prasa Ripleya  pracowała  na 
zwolnionych  obrotach.  To  wydało  się  jej  podejrzane. 

Wprawdzie  stary  sprzęt  nie  wymagał  takiego  nadzoru  jak 

nowoczesny,  lecz  mimo  to  należało  pilnować  maszyn.  Chris 

powinien  wiedzieć,  że  zawsze  może  zdarzyć  się  coś 
nieprzewidzianego.

Gdzie on jest?

- Halo! - zawołała.

Ku jej zaskoczeniu Chris natychmiast wyjrzał z magazynu.

- O! Dzień dobry pani.
- Usłyszał mnie pan mimo huku? - zdziwiła się.
- Moje słuchawki nie tłumią ludzkiego głosu.

background image

- Wystraszyłam  się,  bo  pomyślałam,  że  znowu  stało  się 

nieszczęście. Co pan robił w magazynie?

- Rozglądałem się - odparł nieco speszony Chris.
- Można wiedzieć, czego pan szukał?
- Pomysłów.
- Tam można znaleźć jedynie bardzo przestarzałe.
- Ale magazyn jest ciekawy. Jak muzeum.
- Niech  pan  nie  robi  ze  mnie  bardziej  staroświeckiego

drukarza  niż  jestem.  Od  dawna  mam  zamiar  wyrzucić  te 
rupiecie.

- Och, nie! Niech pani tego nie robi.
- A to czemu?
- Bo tam są prawdziwe skarby.
- Nie  chcę  pana  rozczarować,  ale  jest  różnica  między 

starymi  rzeczami  i  rzeczami  cennymi.  Tam  nie  ma  nic,  co 

można  by  nazwać  obiektem  muzealnym.  Sam  budynek  ma 

dopiero pięćdziesiąt lat.

Chris pokręcił głową.

- Widocznie  ktoś  zdobył  gdzieś  stary  sprzęt.  Tam  stoi 

ręczna prasa z dziewiętnastego wieku.

Kim od lat nie zaglądała do magazynu i nie przypominała 

sobie takiej maszyny.

- Przyznam  się  pani - dorzucił  Chris  z  tajemniczą  miną -

że mam zamiar otworzyć własną drukarnię. Nie odpowiada mi 

szaleńcze tempo...

- Niech  pan  nie  postępuje  zbyt  pochopnie.  Utrzymanie 

własnej firmy bywa sto razy gorsze niż „szaleńcze tempo".

- Wcale  nie  musi  tak  być.  Chcę  osiąść  w  jakiejś 

atrakcyjnej  miejscowości  turystycznej - może  w  Górach 
Skalistych - i wykonywać fotografie w dawnym stylu. Marzy mi 

się  lokalna  gazeta  według  wzoru  z  końca  dziewiętnastego 
wieku, plakaty z tamtego okresu.

- W ten sposób chyba trudno zarobić na życie.
- Ja  niewiele  potrzebuję.  Jeśli  pani  naprawdę  chce  się 

background image

pozbyć tych starych urządzeń... Niestety, nie stać mnie, żeby od 

ręki zapłacić tyle, ile są rzeczywiście warte, ale może jakoś się 
dogadamy.

- Dostanę  procent  od  zysków? - spytała  Kim  z  ironią. -

Zawiadomię  pana,  gdy  zechcę  zrobić  porządek,  a  tymczasem 
chyba...

- Trzeba drukować katalog.
- Właśnie.

Wróciła do sekretariatu.

- O,  wcześnie  dziś  przyszłaś - zdziwiła  się  Marge. - Nie 

mogłaś spać po obżarstwie?

Kim zignorowała sarkastyczne pytanie.

- Wiesz, co Chris powiedział? Według niego w magazynie 

jest  dużo  skarbów.  Niemożliwe,  żebyśmy  mieli  bardzo  stare 
maszyny, prawda?

- Możliwe,  bo  twój  ojciec  odkupił  drukarnię,  której 

początki  sięgają  okresu  sprzed  1871  roku.  Nie  wiedziałaś,  że 
właśnie ten zakup stał się kością niezgody?

- Myślałam, że chodziło o prasę Ripleya.
- Ona  też  tam  była,  ale  twój  ojciec  musiał  kupić  całe 

wyposażenie. Pan Calhoun właśnie o to zrobił dziką awanturę, 

bo  nie  rozumiał,  czemu  twój  ojciec  wyrzuca  pieniądze  na 
rupiecie.

- Nie zamierzam popierać jego stanowiska...
- Może  miał  rację,  ale  strasznie  się  wściekł  i  gdy  się 

rozstawali, nie uznał tego za aktywa. A wtedy twój ojciec ujął 

się honorem, wyłożył swoje pieniądze i oświadczył, że sprzęt ze 
starej  drukarni  będzie  jego  osobistą  własnością. Potem  nie 

chciał  przyznać,  że  wziął  rupiecie,  wiec  upchnął  wszystko  w 
magazynie.

Kim  weszła  do  gabinetu  i  zamyśliła  się.  Usiłowała 

przypomnieć  sobie,  co  Tanner  mówił  podczas  lunchu  w  sali
konferencyjnej.  Gdy  napomknęła,  że  prasa  Ripleya 

spowodowała  rozłam,  wspomniał  coś  o  różnicach  w 

background image

interpretacji  tych  samych  wydarzeń.  Ojciec  powiedział  jej,  że 

poróżnił  się  z  panem  Calhounem  o  cenną  starą  maszynę.  A 
Tanner zapewne słyszał, że chodziło o złom.

- Teraz to bez znaczenia - powiedziała na głos.

Tanner też uważał, że kłótnia ich ojców już się nie liczy i 

pytał  tylko  o  prasę  Ripleya.  Lecz  skoro  Chris  potrafił  docenić 

wartość  innych  urządzeń,  Tanner  też  może  o  nich  myśleć. 
Dlaczego  Chris  myszkował  w  magazynie?  Chyba  nie  poszedł 

tam  odpocząć  od  razu  na  początku  dnia  pracy.  A  może  to  był 

zwiad? Może Tanner polecił mu sprawdzić, czy w Printers Ink 

są jeszcze jakieś inne cenne urządzenia. Poniewczasie uderzyło 

ją, że Tanner zbyt chętnie odstąpił pracownika, a Chris zawsze 
przychodził  do  pracy  pierwszy  i  wychodził  ostatni.  Nawet  w 

sobotę  pracował  bez  szemrania!  Dlaczego?  Czy  zależy  mu  na 
wykonaniu  pracy  w  terminie,  czy  raczej  szpieguje  i  donosi 
swemu szefowi?

Niecierpliwie  machnęła  ręką.  Przecież  to  naprawdę 

nieistotne.  Jeżeli  Tanner  wymyślił  fuzję,  bo  chodziło  mu  o 

przejęcie  starych  maszyn,  to  się  przeliczył.  Postanowienie,  by 

odrzucić jego propozycję było w niej coraz mocniejsze, a mimo 

to wciąż się wahała. To prawda, że jej aktywa są mizerne i nie 

może  być  równorzędnym  wspólnikiem,  ale  jeżeli  te  stare 
maszyny są naprawdę cenne...

Ciekawe, ile mogą być warte?

Od gonitwy myśli dostała bólu głowy. Zadzwonił telefon.

- Dzwoni  pan  Jasper  Pettigrew. - Kim  usłyszała  w 

słuchawce głos Marge.

- Starszy czy młodszy?
- Nie  wiem. Mówił  tak  cicho, że  z trudem  rozumiałam, o 

co chodzi.

- Czyli junior. - Podniosła słuchawkę. - Słucham?
- Niedługo  ogłosimy  nowy  przetarg - powiedział  Jasper 

ledwo dosłyszalnie. - Chciałem, żeby pani zawczasu wiedziała i 

mogła się przygotować.

background image

- Nie złożę oferty. Nie warto.

Pamiętała  oświadczenie  Tannera,  że  zamierza  długo 

współpracować z Pettigrewami. Nie  mogła z nim konkurować, 

podając  zaniżony  kosztorys,  bo  praca  byłaby  zupełnie 

nieopłacalna.

- Warto, warto - rzucił zniecierpliwiony Jasper.
- Czy  przekonał  pan  ojca,  żeby  dał  mi  zlecenie?  Zarząd 

postanowił ogłosić przetarg...

- Wszystko załatwiłem jak trzeba. Pan Calhoun więcej nie 

będzie  startował. - Jasper  był  wyraźnie  z  siebie  zadowolony. -

Podsunąłem  ojcu  myśl,  żeby  zamówił  połowę  rocznych 

sprawozdań.  Po  ich  otrzymaniu  powie  panu  Calhounowi,  że 
znalazł  drobny  błąd  i  trzeba  będzie  jeszcze  raz  drukować. 

Zaproponujemy,  że  sprawozdania  z  błędem  sami  zniszczymy, 

aby zaoszczędzić mu kłopotu.

Bezczelność Jaspera wołała o pomstę do nieba. Kim ledwo 

nad sobą panowała.

- Ale ponieważ to  mały błąd - wycedziła - wykorzystacie 

pierwszą  partię  i  za  pół  ceny  będziecie  mieli  tyle  kopii,  ile 
trzeba.

- Ojcu pomysł się spodobał - dodał Jasper skromnie.
- Nie wątpię.
- Ale  nie  w  tym  celu  to  wymyśliłem.  Chodziło  mi  o  to, 

żeby pan Calhoun przestał starać się o zlecenia od nas.

- Przestanie - syknęła Kim.
- Od  razu  wyślę  do  pani  specyfikacje.  W  przyszłym 

tygodniu roześlemy je także do innych drukarni, ale pani będzie 
miała przewagę.

Kim  pomyślała,  że  jako  pierwsza  wyrzuci  je  do  kosza. 

Odłożyła  słuchawkę  i  przez  parę  minut  siedziała  pogrążona  w 

myślach. Nie miała najmniejszej ochoty rozmawiać z Tannerem, 

ale  uważała,  że  powinna  go  ostrzec  przed  machinacjami 
Pettigrewów.  Udzielając  jej  pomocy,  zachował  się  bardzo 

przyzwoicie, więc powinna spłacić dług wdzięczności.

background image

Tanner zdziwił się na jej widok, lecz nie dał tego po sobie 

poznać.  Nie  wiedział,  w  jakiej  sprawie  przyszła.  Najbardziej 
prawdopodobnym  powodem  wydawała  się  kwestia  fuzji. 
Doskonale  rozumiał  opory  Kim.  Na  pewno  trudno  jej 

zrezygnować z zarządzania rodzinną firmą.

- Co cię sprowadza? - zapytał uprzejmie.
- Zamówienie  od  Pettigrewów. Jej  odpowiedź  zaskoczyła 

go.

- Daj  spokój.  Za  późno  na  kłótnię.  Umowa  została 

podpisana i rozpoczęliśmy drukowanie.

- Oni chcą cię nabrać.

Wysłuchał jej zwięzłej relacji, nie przerywając ani słowem. 

Uwierzył,  że  to  prawda  dopiero  wtedy,  gdy  wyjawiła,  kto  był 

autorem pomysłu.

- Podejrzewam,  że  wykoncypował  coś  takiego,  bo  uważa 

siebie  za  mojego  stronnika - zakończyła  Kim,  lekko  się 

rumieniąc.

- Nie posądzałem go o taką przebiegłość.
- Ja też.
- Czy  to  z  powodu  braku  zaufania  nie  zaprosiłaś  go  na 

przyjęcie? - spytał Tanner z szelmowskim uśmiechem.

- Nie odpowiadał wielu kryteriom.
- Chciałbym wierzyć, że wszyscy ci, którzy przeszli wtedy 

eliminacje,  są  godni  zaufania.  Wiesz,  weszłaś  z  taką  miną,  że 

trochę się wystraszyłem. Myślałem, że Chris źle pracuje.

- Wręcz  przeciwnie.  Katalog  będzie  gotowy  na  czas.  Jest 

jeszcze jedna kwestia...

Tanner patrzył na nią z coraz większym zainteresowaniem. 

O co może chodzić?

Kim  też  uważnie  go  obserwowała.  Trzeba  wykorzystać 

nadarzającą  się  okazję  i  sprawdzić,  czy  Tanner  wie,  co  jest  w 

magazynie. Czy wysłał Chrisa na przeszpiegi? Czy proponując 
jej fuzję, celowo nie powiedział, o co naprawdę chodzi?

-

Niedługo  możesz  stracić  Chrisa.  On  zamierza 

background image

uniezależnić się i pracować na własne konto.

- Każdy  początkowo  marzy  o  samodzielności,  a  potem 

widzi, jaka jest rzeczywistość.

- Powiedział, że chętnie weźmie moje stare urządzenia. Te 

rupiecie,  które  ojciec  wstawił  do  magazynu.  Mam  ochotę 

skorzystać z jego oferty i pozbyć się staroci.

Bacznie obserwowała Tannera, ale on niczym nie zdradził, 

że  ten  temat  go  interesuje.  Wiedziała,  że  jest  nadzwyczaj 

opanowany,  jednak  gdyby  Chris  działał  na  jego  polecenie, 

musiałby choć nieznacznym drgnieniem powiek zareagować na 

wiadomość, że jego szpieg ma własne plany. Tymczasem nic.

- Czyżby się  łudził, że,  mając  taki  sprzęt, będzie mógł ze 

mną konkurować?

- Jemu nie chodzi o rywalizację. Ma na myśli coś zupełnie 

innego.

- Zaproponowałaś mu cały etat?
- Skądże.  Nie  stać  mnie  na  zatrudnienie  dodatkowego 

pracownika.  A  właśnie,  mam  mu  zapłacić,  czy  dostanie 

normalną pensję u ciebie, a ja potem rozliczę się z tobą?

- Po co decydować w pośpiechu? Jeżeli się połączymy, nie 

będzie problemu.

Wprawdzie  Kim  spodziewała  się,  że  kwestia  fuzji 

wcześniej  czy  później  wypłynie  w  tej  rozmowie,  a  mimo  to 

zdenerwowała  się.  Tanner  był  niezwykle  pewny  siebie,  jakby 

decyzja po jego myśli już zapadła.

- Nie połączymy się.

Zaskoczony Tanner bawił się piórem, nie patrząc na nią.

-

To  ostateczna  odpowiedź  czy  wybieg,  żebym 

zaproponował lepsze warunki?

- Ostateczna decyzja.
- Mogę  wiedzieć,  dlaczego  odmawiasz?  Kim  wymyśliła 

sobie  wiarygodną  historyjkę,  ale  nie  zdążyła  dopracować 
szczegółów.

- Ze względu na macochę, która dobrze pamięta awanturę 

background image

sprzed lat i nadal o wszystko oskarża twojego ojca. Połączenie 

firm byłoby dla niej bardzo przykre.

- O ile wiem, pani Burnham nie ma nic do powiedzenia w 

sprawie Printers Ink. Odziedziczyła cały osobisty majątek męża, 

a drukarnia przeszła wyłącznie na ciebie.

Kim poczuła się nieprzyjemnie zaskoczona, że Tanner tyle 

wie  o  sprawach  majątkowych  jej  rodziny.  Chociaż  z  drugiej 
strony nie powinno jej to dziwić. Zanim zaproponował fuzję, na 

pewno  przeprowadził  dokładny  wywiad.  Był  stuprocentowym 

człowiekiem interesu.

- To  prawda,  że  macocha  oficjalnie  nie  jest  wspólniczką, 

ale ma akcje i bardzo się interesuje kondycją firmy. Wypada mi 
uszanować  jej  uczucia.  Jak  długo  będzie  przeciwna  fuzji... -

Wzruszyła  ramionami. - Bez  jej  zgody  nie  mogę  podjąć  tak 

ważnej decyzji.

- Nie  wiedziałem,  że  nadal  chce  walczyć  z  rzekomym 

wrogiem - mruknął Tanner.

Kim  wystraszyła  się.  Czyżby  macocha  powiedziała 

Tannerowi coś, co pozostawało w niezgodzie z jej wymówką?

- Nigdy  nie  wybaczyła  twojemu  ojcu,  bo  wychodząc  za 

mąż, spodziewała się kokosów, a po kłótni wspólników okazało 

się, że będzie miała dużo mniej. O zmianę na gorsze obwiniała 
wyłącznie twojego ojca.

- W  takim  razie  ucieszy  ją  fakt,  że  los  się  zemścił,  bo 

Calhoun i Sp. przyznaje, że nie radzi sobie bez Printers Ink. Ta 

ironia powinna się jej spodobać.

- Jak  to,  nie  radzisz  sobie  bez  mojej  drukarni?  Co  to 

znaczy?

- Ależ ty jesteś nieufna. Tak tylko się wyraziłem. Nikogo 

nie  skrzywdzimy,  jeśli  powiesz  macosze,  że  się  poddałem, 

uznałem za pokonanego.

- Nie  lubię  udawać. - Kim  wstała. - Muszę  wracać  do 

pracy. A skoro wyczerpaliśmy temat...

Tanner bez słowa odprowadził ją do drzwi.

background image

Kim podziwiała go za spokój, z jakim przyjął odmowę. Na 

ulicy nie oparła się pokusie i obejrzała się, ale gdy zobaczyła go 
w  oknie,  prędko  odwróciła  głowę.  Zrobiło  się  jej  smutno  na 

myśl  o  straconych  dodatkowych  zleceniach.  Tydzień  później 

wysłano  katalogi  i  Kim  wreszcie  odetchnęła.  Jerri  była 

zachwycona  i  od  razu  zaczęła  snuć  plany  następnego 

zamówienia.  Kim  wysłuchała  jej  i  obiecała,  ze  się  zastanowi. 
Nie  zamierzała  palić  za  sobą  mostów,  ale  wiedziała,  że  nie 

będzie ubiegać się o zlecenia z Westway Cosmetics.

Dobrze spełnione zadanie zawsze daje dużo satysfakcji, ale 

wszyscy  byli  zmęczeni  i  poirytowani.  Dopiero  teraz  Kim 

uświadomiła  sobie,  ile  zaryzykowała.  Gdyby  nie  pomoc  Tan -
nera  i  wytężona  praca  Chrisa,  nie  dotrzymałaby  terminu.  Tym 

razem szczęście jej dopisało, jednak w przyszłości nie można na 

to Uczyć. Lepiej pozostać przy dotychczasowych zleceniach.

Takie  prace  jak  drukowanie  ulotek  reklamowych  dla 

Tylera - Royale'a nie były wprawdzie ambitne, ale stałe, i to one 
umożliwiały  regularne  uiszczanie  opłat.  No  właśnie, 

przynajmniej  wydawały  się  stałe.  Ostatnio  myślała  jedynie  o 

katalogu, przez co inne zamówienia poszły w niepamięć.

Uporządkowała  biurko,  aby  zorientować  się  w  kolejności 

zadań. Najważniejsze było zlecenie od Tylera - Royale'a,  więc 
najpierw  zadzwoniła  właśnie  tam.  Zanim  połączono  ją  z  panią 
Binden, do gabinetu weszła macocha.

- Przepraszam, jestem zajęta - szepnęła Kim.
- Chcę  ci  tylko  powiedzieć,  że  jutro  wreszcie  wyjeżdżam 

na Karaiby.

- Wiec jednak jedziesz?
- Teraz,  gdy  wszystko  zostało  załatwione,  mogę  sobie  na 

to pozwolić. Chciałam cię uprzedzić, że przyjedzie ekipa po te 

rzeczy, które sprzedałam.

- Co sprzedałaś? Nic tu nie jest twoją własnością.
- Teraz już nie. Myślałam, że twój ojciec zostawił mi same 

rupiecie, a okazuje się, że były one dość wartościowe.

background image

- Jeśli mówisz o urządzeniach w magazynie...
- Nie  próbuj  wmawiać  mi,  że  są  twoje - rzekła  pani 

Bumham  lodowatym  tonem. - Te  maszyny  nie  należały  do 

wspólników, a tym samym nie znajdowały się na stanie Printers 

Ink. To była prywatna własność twojego ojca, a tę zapisał mnie.

Kim  przypomniały  się  słowa  Marge,  że  ojciec  z  własnej 

kieszeni zapłacił za wyposażenie starej drukami.

- Kto to kupił? - spytała, chociaż znała odpowiedź.

Tylko  dwóch  ludzi  wiedziało  o  istnieniu  przestarzałego 

sprzętu.  Chris  nie  miał  wystarczająco  dużo  pieniędzy,  żeby 
zadowolić macochę, więc kupcem musiał być Tanner.

- Bardzo  miły  młodzian - odparta  pani  Burnham. -

Zupełnie  niepodobny  do  ojca.  Uprzejmy,  ustępliwy,  hojny. 

Naraz rozległ się dzwonek telefonu.

- Pani  Kim  Burnham? - odezwał  się  głos  w  słuchawce. -

Przykro mi, ale mam niedobrą wiadomość. Wczoraj przegrałam 

sprawę.  Niestety, nie  dostanie pani  naszego  zlecenia.  Dyrektor 
nie  słuchał  moich  argumentów.  Jego  zdaniem  pan  Calhoun 

przysłał lepszą ofertę.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Kim zamarła. Nie rozumiała ani macochy, ani pani Binden. 

Jeden  taki  niespodziewany  cios  mógłby  ogłuszyć,  a  dwa 

jednocześnie  były  porażające.  Nie  mogła  sobie  darować,  że 

uwierzyła  Tannerowi,  a  on  zwiódł  ją  swym  ujmującym 

zachowaniem.  Był  uprzejmy,  miły,  więc  sądziła,  że  taki  jest  z 

natury  i  wyświadcza  przysługi  z  dobrego  serca,  a  nie 
interesownie. Podziwiała go za spokój, z jakim przyjął odmowę, 

a powinna spodziewać się raczej odwetu.

Tanner nie denerwował się, nawet wiadomość o podstępie 

Jaspera  nie  wyprowadziła  go  z  równowagi.  Jednak  to,  że  nie 
wpadał  we  wściekłość,  nie  oznaczało,  iż  nic  go  nie  złościło. 
Zimny gniew bywa groźniejszy niż furia, bo trwa dłużej. Tanner 

pomógł  jej,  gdy  Uczył  na  fuzję,  a  teraz  postępował  jak  rekin, 

który poczuł krew i okrąża ofiarę.

Tym  razem  nie  czekała,  aż  zawiadomią  Tannera  o  jej 

przybyciu. Bez słowa minęła recepcjonistę i wpadła do gabinetu 
jak bomba.

- O,  kogo  widzę! - Tanner  wstał. - Musisz  mieć  pilną 

sprawę.

Kim oparła się o biurko i spojrzała na rozłożone papiery.

- Czy to jest zlecenie, które mi ukradłeś?
- Używasz mocnych słów.
- A  nie  mam  racji?  Może  powiesz,  że  sama  ci  je 

odstąpiłam?  Zresztą  w  pewnym  sensie  tak,  bo  powiedziałam 

twojej  przyjaciółce,  że  Tyler - Royale  jest  moim  stałym  i 

największym zleceniodawcą. Udawałeś, że porównujesz oferty, 
ale pilnie słuchałeś i... wyciągnąłeś odpowiednie wnioski.

- Mylisz  się,  wcale  was  nie  słuchałem.  Nie  pamiętam, 

żebyś  w  mojej  obecności  wymieniła  choć  jednego  swojego 
klienta.

Kim wlepiła w niego oczy pełne niedowierzania.

- Dostałem zawiadomienie  o  przetargu - ciągnął  Tanner -

więc złożyłem ofertę, a to trudno nazwać kradzieżą. No, jedną 

background image

sprawę wyjaśniliśmy. Co jeszcze mogę dla ciebie zrobić? Mam 

się powiesić?

- Dobrze by było... Jednak planujesz moją zgubę.
- Uważaj  na  słowa.  Znowu  podpowiadasz  mi  coś,  co  nie 

przyszło mi do głowy.

- Myślałby  kto,  że  masz  słabą!  Co  jest  w  moim 

magazynie?  Nie  udawaj,  że  nie  rozumiesz,  o  co  pytam. 
Macocha przyznała się do transakcji z tobą.

- Naprawdę nie wiesz, co masz w magazynie? Moja droga, 

rozczarowałaś mnie. Przecież dawno mogłaś sama sprawdzić.

Kim  nie  przyznała  się,  że  zaraz  po  wyjściu  macochy 

pobiegła tam. Długo szukała, zaglądała we wszystkie kąty, lecz 
nie  znalazła  niczego,  co  przedstawiałoby  większą  wartość.  Co 

mogło kosztować tyle, ile Tanner rzekomo zapłacił? Czy Chris 

wprowadził go w błąd? Czy ona sama coś przeoczyła?

- Według  mnie  to  sterta  rupieci  warta  zaledwie  parę 

dolarów.  Co  znalazłeś  wśród  nich  tak  cennego,  że  wyrzuciłeś 
tyle pieniędzy?

- Nie  twoje  „rupiecie",  wiec  nie  powinno  cię  obchodzić, 

co  i  za  ile  kupiłem.  Ale  skoro  grzecznie  pytasz...  Urwał,  więc 

Kim wycedziła przez zaciśnięte zęby:

- Proszę, powiedz mi, co tam jest takiego cennego.
- Nic. Absolutnie nic.
- Chyba nie myślisz, że ci uwierzę?
- Ale  to  prawda.  Kupiłem  nie  urządzenia,  lecz  poparcie 

twojej macochy. Kim oniemiała.

- Wspomniałaś,  że  sprzeciwia  się  fuzji - wyjaśnił  Tan -

ner. - Teraz już nie.

- Za  grube  pieniądze  kupiłeś  złom,  żeby  postawić  na 

swoim? - wykrztusiła Kim.

- Z tego, co mówiłaś, wynikało, że twoja macocha nie ma 

serca. Gdybym zdradził jej, o co mi chodzi, do sądnego dnia nie 
wyraziłaby 

zgody. 

Dlatego 

zaproponowałem 

kupno 

przestarzałych urządzeń.

background image

- Pieniądze to ona lubi - mruknęła Kim. - Szczególnie bez 

pracy.

- Teraz  już  nie  będzie  się  sprzeciwiać,  więc  możemy 

połączyć firmy.

Kim zrobiło się słabo. Tanner wytrącił jej broń z ręki. Nie 

miała  wyjścia  i  musiała  albo  zgodzić  się,  albo  na  poczekaniu 

wymyślić inną historyjkę. Wyznanie prawdy dałoby gwarancję, 
że  więcej  się  nie  spotkają  i  nie  poruszą  drażliwego  tematu. 

Wstyd  przyznać  się  do  skrywanych  uczuć,  ale  przynajmniej 

potem Tanner już nigdy nie ponowi propozycji.

Czy to najlepsze rozwiązanie? Na dłuższą metę chyba nie. 

Widok  Tannera  zawsze  będzie  w  niej  wywoływał  przykre 
wspomnienie  o  własnej  głupocie.  Niestety,  nie  da  się  uniknąć 

służbowych  spotkań  podczas  przetargów,  no  i  prywatnie,  z 

okazji  wizyt Tannera u  Brenny lub  Marissy.  Na  pewno  będzie 

patrzył  na  nią  wtedy  z  politowaniem.  O  nie,  to  jest  nie  do 

zniesienia. Nie chciała wyglądać jeszcze żałośniej.

- Kim, droga wolna. Decydujesz się?
- Nie.
- Porozmawiaj z macochą.
- Nie warto. Stanowczo odmawiam.
- Dlaczego?
- Nie muszę się tłumaczyć.
- Rzeczywiście nie musisz. Ale jeśli powodem jest kłótnia 

naszych ojców...

Chciała  zaprzeczyć,  lecz  w  porę  ugryzła  się  w  język. 

Lepiej,  by  Tanner  pozostał  w  przekonaniu,  że  to  z  powodu 
zadawnionych  pretensji,  niż  gdyby  domyślił  się  prawdziwej 
przyczyny.

- Powiem ci jeszcze tylko jedno - oznajmił innym tonem. -

Mnie możesz oszukiwać, ale siebie nie powinnaś.

Kim patrzyła na złote rybki i wspominała dzień, w którym 

Marissa  je  dostała.  Dziwiła  się,  że  tak  niedawno  życie  było 

mniej skomplikowane. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że pragnie 

background image

Tannera.

- Jesteś dziwnie milcząca - odezwała się Marissa.
- Przepraszam, zamyśliłam się. - Kim drgnęła nerwowo.
- Widziałaś ostatnio Tannera? - spytała Marissa, umykając 

wzrokiem.

Mówiła  jakby  z  żalem.  Czy  dlatego,  że  Tanner  ich  nie 

odwiedzał i nie dzwonił?

- Przepraszam cię, Riss.
- Za co?
- Że ci go przedstawiłam. I przepraszam za ten idiotyczny 

pomysł z kiermaszem kawalerów. To była klapa.

- Przesadzasz.
- Czyżby?  Przecież  znowu  siedzimy  same  i  spędzamy 

nudny wieczór w domu. Jak przed przyjęciem, które miało nam 

urozmaicić życie.

-

Miałyśmy  kilka  miłych  wieczorów...  Ale  nie 

odpowiedziałaś na pytanie, czy widziałaś Tannera.

- Tylko  przez okno. Wysiadał  z samochodu... Jeszcze raz 

przepraszam, że przeze mnie źle ulokowałaś uczucia.

- Nie  ma  za  co,  ja  go  nigdy  nie  interesowałam.  Kim 

wątpiła,  czy  to  prawda.  Marissę  chyba  bolało,  że  Tanner  ją 

rzucił i zaczął zalecać się do Brenny.

- Dobrze, że przyjmujesz to tak spokojnie, ale...
- Interesował się tobą.

Te  słowa  spadły  jak  grom  z  jasnego  nieba.  Czy  to 

możliwe? Czy Marissa coś zauważyła?

- Więc czemu umawiał się z tobą i z Brenną?
- Bo dzięki temu mógł tu przychodzić i widywać ciebie.

Marissa zazwyczaj patrzyła na świat przez różowe okulary 

i większość spraw interpretowała opacznie. Tym razem Kim w 

duchu przyznała jej rację, bo Tanner - owszem - zwrócił na nią 

uwagę,  ale  chodziło  mu  o  własne  interesy.  Zapewne  dużo 
wcześniej  obmyślił  fuzję  i  konsekwentnie  dążył  do  realizacji 

swego  planu.  Pierwszy  krok  to  zaproszenie  jej  na  kawę. 

background image

Kiermasz kawalerów też był mu na rękę - przybliżał go do celu.

- To  jeszcze  nie  wyjaśnia,  czemu  czarował  was  obie 

jednocześnie.

- Ja  wpadłam  na  taki  pomysł - przyznała  się  Marissa. -

Wiem,  że  jesteś  lojalna  i  nie  odbiłabyś  mi  chłopaka. 

Pomyślałam, że jeśli Tanner będzie do nas przychodził, prędzej 

się przekonasz, jaki jest naprawdę.

Zadzwonił telefon, więc urwała i podniosła słuchawkę.

- Jesteś beznadziejną romantyczką - mruknęła Kim.
- Chwileczkę,  Dań. - Marissa  zakryła  słuchawkę. - A 

według ciebie, jaka miałabym być?

- Rozsądna. Powiedz Danowi, że wyszłam.
- On  nie  dzwoni  do  ciebie.  Nie  spisuj  kiermaszu 

kawalerów na straty.

- Czemu?
- Może  tobie  pozostaje  obserwowanie  rybek,  ale  Brenną 

umówiła się z Robertem, a ja jutro jadę do Wisconsin.

- Po co?
- Dań chce mnie przedstawić swoim rodzicom.

Kim odłożyła faks od Jaspera bez czytania, później jednak 

przejrzała go. Była ciekawa, jak Tanner zareagował na podstęp, 

ale  nie  sądziła,  że  kiedykolwiek  się  o  tym  dowie.  Wciąż 
dźwięczały  jej  w  uszach  słowa  Marissy.  Owszem,  Tanner  był 

nią  zainteresowany,  chociaż  nie  tak,  jak  myślała  naiwna 

przyjaciółka.  Chodziło  mu  o  zagarnięcie  Printers  Ink.  Marissa 

wierzyła, że każde spotkanie dwojga ludzi prowadzi do wielkiej 

miłości.  Ciekawe,  jak  oceniłaby  niemądry  zakład  oraz 
pocałunek  w  windzie.  W  jej  oczach  drobiazgi  urastały 

zazwyczaj do bardzo dużych rozmiarów.

Pamiętała  też  słowa  Tannera.  Co  on  miał  na  myśli, 

mówiąc, że nie powinna się oszukiwać? Jakby coś podejrzewał. 

Czyżby domyślił się jej uczuć?

- Dzwoni pan Pettigrew - zawołała Marge.
- Pani  Burnham,  gdzie  pani  oferta? - zapytał  Jasper  bez 

background image

powitania. - Termin upływa o trzeciej, a do nas wpłynęła tylko 

jedna propozycja. Wiem, że lubi pani czekać do ostatniej chwili, 
by nikt nic nie podpatrzył, ale tym razem to przesada.

Kim 

pomyślała, 

że 

najprawdopodobniej 

Tanner 

rozpowiedział o nieuczciwości Jaspera i nikt nie chce starać się 
o  zlecenie  od  oszustów.  To  skuteczna  sankcja,  ale  chyba 

Tannera stać na bardziej wyrafinowaną zemstę.

- Jedna oferta to i tak dużo. Radzę ją przyjąć.
- Ale to jest oferta od pana Calhouna! - krzyknął Jasper. -

A przecież chodziło o to, żeby raz na zawsze go zniechęcić.

- On coś przygotował? - zdumiała się Kim. .
- Tak.  Jeśli  pani  nie  zdąży,  znowu  on  dostanie 

zamówienie.

Kim  nie  rozumiała,  dlaczego  Tanner  złożył  ofertę. 

Widocznie  sądził,  że  wymyśliła  taką  bajeczkę,  by  usunąć 
konkurenta  i  zabezpieczyć  się  na  przyszłość.  Nie  mogła 

pozwolić, by żył w przekonaniu, że chciała go oszukać.

- Widział pan jego ofertę?
- Nie. Pan Calhoun przyjechał przed kwadransem i czeka, 

aż zegar wybije trzecią. Może ma kilka propozycji do wyboru, 

w zależności od tego, ilu będzie chętnych.

Kim  zerknęła  na  zegarek,  narzuciła  płaszcz  i  wybiegła. 

Dojazd  zdawał  się  dłuższy  niż  zwykle.  Za  pięć  trzecia  wpadła 

zdyszana  do  poczekalni.  Tanner  spojrzał  na  nią  przelotnie  i 

spokojnie  pochylił  się  nad  swoimi  papierami.  Usiadła  obok 
niego.

- Ciekaw byłem, czy przyjedziesz - powiedział półgłosem.

- Ledwo zdążyłaś.

- Nie wierzysz, że oni uknuli spisek, prawda? Myślisz, że 

chcę  mieć  wolne  pole  do  działania  i  dlatego  wymyśliłam  tę 

bajkę.

- Uwierzyłem ci.

Kim  zakrztusiła  się  i  zaczęła  kasłać,  a  Tanner  cierpliwie 

czekał, aż przestanie.

background image

- Biegłaś przez całą drogę? Żeby mnie ratować?
- Nie.
- W takim razie składasz ofertę.
- Jeszcze  nie  zgłupiałam.  Czemu  miałabym  brać  zlecenia 

od takich ludzi?

- Nie  wiem.  Nie  składasz  oferty,  nie  chcesz  mnie 

ratować... Dlaczego przyjechałaś?

Kim nie wiedziała, co odpowiedzieć. Gdyby nie wybiegła 

bez  zastanowienia,  gdyby  choć  przez  chwilę  pomyślała... 

Czemu stale wyciąga błędne wnioski?

- A ty, co tu  robisz? - zapytała ostro. - Widocznie cienko 

śpiewasz, jeśli ubiegasz się nawet o takie zlecenie.

- Łudziłem się, że połączenie z pewną firmą uchroni mnie 

przed plajtą - odparł beznamiętnie.

- Żarty  się  ciebie  trzymają.  Nasze  roczne  dochody  tobie 

starczyłyby zaledwie na kilka dni.

- Skoro fuzja nie doszła do skutku, muszę wszędzie szukać 

zarobku. Powiem ci, co tu robię. Otóż chciałem mieć pewność, 

że ten, kto weźmie to zlecenie, będzie wiedział, z jakimi typami 
ma do czynienia.

To oznaczało, że uwierzył. Kim ucieszyła się.

- Chodźmy. - Tanner  wziął  ją  za  rękę. - Minęła  trzecia  i 

nikt już nie przyjdzie.

Kim  nie  wypadało  zostać  ani  upierać  się,  że  pojedzie 

metrem. Czuła się jak w potrzasku i obiecała sobie solennie, że 

odtąd zawsze zastanowi się, nim coś powie lub zrobi.

- Zadzwoniłem do Pettigrewa seniora - odezwał się Tanner

- i  powiedziałem,  że  nie  rozumiem,  dlaczego  takie  dobre 

przedsiębiorstwo ma tak mało akcjonariuszy.

- Myślałeś, że w ten sposób skłonisz go do przyznania się, 

że zamówił za mało egzemplarzy?

- Trochę  go  zwiodłem,  bo  dałem  mu  do  zrozumienia,  że 

zastanowię  się  nad  zainwestowaniem  u  niego,  jeżeli  przekona 

mnie, że jest więcej akcjonariuszy gotowych zaryzykować.

background image

- I podał ci jakąś liczbę?
- Musiał, w przeciwnym razie przyznałby się, że oszukuje. 

Dowiedziałem się, czego chciałem, i na tym koniec. - Przelotnie 

zerknął na Kim. - Jak się miewają twoje urocze koleżanki?

- Nie tęsknią za tobą.
- Bo  Marissa  chodzi  z  Danem,  a  Brennę  otacza  tłum 

przystojnych maklerów.

- Zgadłeś tylko w połowie. Skąd wiesz o Marissie?
- Sama  mi  podpowiedziałaś,  mówiąc,  że  Dań  jest  wobec 

niej opiekuńczy. A czemu Brennie brak świty?

- Okazuje się, że Robert przychodził niby do mnie, bo bał 

się  umówić  z  nią  bezpośrednio.  Dziś  Brenna  spokojnie 
oznajmiła, że przytyła dwa kilo.

- Jeśli  nie  ma  tego  Robertowi  za  złe,  to  znaczy,  że  się 

zakochała.

Kim  poczuła  się  trochę  zaskoczona,  bo  Tanner  wcale  się 

tym  nie  zmartwił.  Widocznie  nie  traktował  jej  przyjaciółek 
poważnie. Ale czy on w ogóle traktuje kobiety poważnie?

Minęli ostatni zakręt przed Printers Ink.

- Dziękuję, że mnie podrzuciłeś. Tanner nie zatrzymał się 

jednak  przed  wejściem,  lecz  za  bramą.  Zaparkował  obok 
samochodu Marge.

- Zapomniałeś,  że  nie  połączyliśmy  się?  Nadal  pracujesz 

po  drugiej  stronie  ulicy - przypomniała  mu  Kim,  siląc  się  na 

żartobliwy ton.

- Nie mogę iść do siebie, bo umieram z ciekawości.

Kim przygryzła wargę i nie odpowiedziała. Gdy wysiadła, 

Tanner  wziął  ją  pod  rękę,  zaprowadził  do  gabinetu  i  zamknął 
drzwi.

- Nie pytasz, dlaczego umieram?
- I tak mi powiesz.
- Masz rację. Czemu przybiegłaś mnie ratować?
- Już ci mówiłam, że nie...
- Moja droga, nie umiesz kłamać.

background image

- A  ty  jesteś...  Przyznaj się, czemu tak  uparcie dążysz do 

połączenia?

- Bo to korzystne dla obu firm.
- Aha.
- I  dla  nas  osobiście - dodał  Tanner  ciszej. - Lepiej 

współpracować,  niż  konkurować. - Zrobił  dwa  kroki. - Może 

spodoba się nam...

Kim  była  ciekawa,  jak  daleko  Tanner  się  posunie,  by 

dostać to, czego chce. I czy ona mu na to pozwoli.

- Jak  bardzo  zależy  ci  na  fuzji? - spytała  lekko  drżącym 

głosem.

- Chcesz  wiedzieć, czy  do  tego  stopnia,  że  postanowiłem 

cię uwieść?

- Tak.
- No, aż tak bardzo mi nie zależy.

Powinna  być  zadowolona,  a  tymczasem  ogarnęło  ją 

rozczarowanie.

Nagle  Tanner objął ją  i  pocałował. Długo, namiętnie.  Nie 

miała  nawet  czasu  zastanowić  się,  co  to  znaczy.  Zaczęła 

dygotać, jak gdyby stała na mrozie. Chciała się odsunąć, ale jej 

nie pozwolił.

- Mało ci?
- Oczywiście. - Tannerowi  podejrzanie  zalśniły  oczy. -

Wolisz, żebym cię nadal całował, czy najpierw coś wyjaśnił?

- Wyjaśnij - odparła niezgodnie z prawdą. - Bo przeczysz

sobie. Twierdzisz, że fuzja nie interesuje cię na tyle, żeby zrobić 

coś, na co nie masz ochoty, a potem i tak to robisz.

- Nigdy  nie  mówiłem,  że  nie  chcę  cię  całować.  Chyba 

wyraźnie dałem ci do zrozumienia, że mam ogromną ochotę nie 

tylko na pocałunki.

- Przestań! Nie traktowałam naszego zakładu poważnie.
- Szkoda,  bo  ja  tak.  A  nawet  proponuję  podwoić  stawkę. 

Jak będzie? - Nagle spoważniał. - Żarty na bok. Fuzja to świetny 

pomysł.  Ale  te  wszystkie  powody,  które  ci  podałem,  nie  były 

background image

prawdziwe. A raczej nie najważniejsze.

Kim zmarszczyła brwi.

- Chciałem naprawić błąd naszych ojców, bo łudziłem się, 

że  zobaczysz  we  mnie  nie  tylko  konkurencję.  Kim  przestała 

oddychać.

- Ja  w  tobie  widzę  piękną,  zdolną  kobietę,  którą 

pragnąłbym  poznać  bliżej.  A  na  to  nigdy  mi  nie  pozwalałaś. 
Kim nie przyznała się, że postępowała tak ze strachu.

- Na  kiermaszu  chciałaś  się  mnie  pozbyć,  odstąpić 

koleżance.  Zrezygnowany  postanowiłem  skorzystać.  Tyle  tam 

było  miłych  pań.  Po  co  narzucać  się  tej,  która  mnie  nie  chce? 
Ale Marissa mnie rozszyfrowała i obiecała pomóc.

- Po co?
- Żebyś  ujrzała  we  mnie  mężczyznę,  a  nie  wroga. 

Skrytykowała  pomysł  z  fuzją,  ale  uważała,  że  gdy  zobaczysz, 

jak czaruję inne kobiety...

- Zapragnę cię dla siebie?
- Tak.
- Omotałeś mnie, wykorzystując moje przyjaciółki.
- One same się zaofiarowały. Przepraszam cię, bo to było 

niezbyt uczciwe, ale...

- Miała rację.
- Kto?
- Marissa.  Oszukiwałam  się,  udawałam,  że  nic  nie  czuję, 

ale  gdy  widziałam  cię  z  inną,  byłam  bardzo  nieszczęśliwa. 

Wszystkich 

mężczyzn, 

którymi 

się 

umawiałam, 

porównywałam z tobą.

Tanner  przytulił  ją  mocno.  W  jego  ramionach  czuła  się 

cudownie.

- Jesteś  doskonałą  aktorką  i  dobrze  się  maskowałaś.  Gdy 

powtórnie odrzuciłaś propozycję fuzji, pomyślałem, że mnie nie 
cierpisz.

- A było inaczej.
- Szkoda, że dopiero dziś się zdradziłaś.

background image

- Mogłeś wcześniej powiedzieć, o co chodzi.
- Wtedy  nie  widziałbym,  jak  biegniesz  mnie  ratować.  Za 

żadne  skarby  świata  nie  zrezygnowałbym  z  tego  widoku.  Tyle 
entuzjazmu...

- Ty  z  jeszcze  większym  odgrywałeś  swoją  rolę.  Po 

przyjęciu  Brenna  odprowadziła  cię  do  windy  i  wróciła 
rozpromieniona.

- Myślałaś, że się całowaliśmy?
- Wiem, co robisz w windzie...
- Kochanie,  myliłaś  się.  Brenna  była  uszczęśliwiona,  bo 

dałem jej wizytówkę znajomego, który akurat szukał modelki.

- Czyli...
- Robert  będzie  musiał  dobrze  Brenny  pilnować.  No,  ale 

on  jest  odważny  i  silny.  A  wracając  do  nas,  mówiłem,  że  nie 

lubię kochać się byle gdzie, ale tutaj mogę.

- Szanujmy tradycję...
- Dobrze.  Kiedy  weźmiemy  ślub?  Kun  uśmiechnęła  się 

przekornie.

- Niedługo.  Na  razie  wracaj  do  pracy,  żeby  nie  ulec 

pokusie.

- Moje  rozumienie  tradycji  jest  inne  niż  twoje. - Tanner 

ujął  jej twarz w dłonie. - Czy wreszcie powiesz mi, jakie  były 
zasady przydzielania zaproszeń na kiermasz?

- Teraz  i  tak  odpadasz  w  przedbiegach,  więc  nie  musisz 

już wiedzieć.

- Uparciuch z ciebie. Obiecaj przynajmniej, że nie  będzie 

żadnej wymiany z koleżankami.

- A jak nie obiecam?
- Postaram  się,  żebyś  zmieniła  zdanie.  Najdroższa,  czeka 

nas wielkie szczęście.

- Wkrótce się przekonamy.