background image

1

ELLEN JAMES

Na przekór miłości

background image

2

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Okna  salonu  otwarte  były  szeroko  ku  letniemu 

popołudniu.  Intensywne,  złociste  światło  sączyło  się  do 
pokoju,  a  lekki  wiatr  szeleścił  w  zasłonkach,  jakby  chciał 
wywabić  Christine  do  ogrodu.  Lecz  Christine  Daniels  nie 
miała  czasu  na  delektowanie  się  urodą  dnia.  Borykała  się 
właśnie  z  kuponem  jasnoczerwonego,  bawełnianego 
materiału.

Zebrała kraj materiału i narzuciła go zawadiacko na ramię 

manekina. Żywa czerwień była jej ulubionym kolorem. Czuła, 
że  uda  jej  się  uszyć  wspaniałą  sukienkę,  mimo  że  dotąd 
potrafiła  jedynie  fastrygować.  Ale  w  końcu  szycie  -  to  taki 
sam  cel  jak  wszystkie  dotychczasowe,  a  zatem  coś,  z  czym 
należało się zmierzyć, stoczyć walkę i ostatecznie wygrać. To 
wszystko było częścią jej zupełnie nowego życia, dalekiego od 
napięć i presji, z którymi mocowała się w Nowym Jorku jako 
wspólnik  w  ojcowskiej  firmie  maklerskiej  na  Wall  Street. 
Teraz  wiodła  żywot  nieskomplikowany,  lecz  dostarczający 
więcej  satysfakcji -  prowadziła  swój  własny  interes,  uroczy 
pensjonat  w  niedużym,  malowniczym  miasteczku  Red  River 
w stanie Nowy Meksyk.

Mrucząc coś do siebie, szperała w znalezionym na strychu 

pudełku po cygarach wypełnionym guzikami. Wyjęła jeden z 
nich, biały, dość zwykły i przyłożyła go do czerwonej tkaniny. 
Mógł  pasować,  lecz  wydawał  się  nieco  pospolity.  Odgarnęła 
do  tyłu  pasmo  długich,  jasnomiodowych  włosów  i  wsunęła 
guzik  w  usta  niczym  cukierek.  Ssała  go  w  zamyśleniu, 
przeczesując pudełko w poszukiwaniu czegoś niecodziennego. 
Może  rząd  małych,  perłowych  guziczków  wzdłuż  całej 
sukienki z góry aż na dół...

-  Przepraszam  -  zagrzmiał  głęboki,  męski  głos  tuż  za  jej 

plecami.  Christine  drgnęła  zaskoczona,  a  wessany  wraz  z 

background image

3

dużym  łykiem  powietrza  guzik  wylądował  w  okolicach 
tchawicy,  gdzie  utknął,  zamykając  dostęp  powietrza.  Nie 
mogła oddychać! Jej serce zaczęło szaleńczo łomotać, podczas 
gdy mężczyzna wciąż mówił.

- Szukam Mary Christine Daniels. Czy dobrze trafiłem?
Christine panicznie przestraszona usiłowała krzyknąć, lecz 

nie  mogła  wydobyć  z  siebie  ani  słowa.  Czuła,  że  jej  płuca 
eksplodują  za  chwilę  z  braku  powietrza.  Jedyne,  co  mogła 
zrobić,  to  zatrzepotać  ramionami  jak  pingwin  pragnący 
ulecieć.

- Czy to oznacza, że pani jej nie zna? - zapytał mężczyzna 

z  powątpiewaniem.  Christine  zatrzepotała  ponownie,  ale  już 
słabiej.  Jak  przez  mgłę  zobaczyła  wzór  na  tapecie,  który 
zaczął falować - przekwitłe kuliste róże rozprzestrzeniające się 
i kurczące w niepokojący sposób.

Twarz  mężczyzny  majaczyła  gdzieś  pomiędzy  nią  a 

tapetą. Christine miała niejasne wrażenie, że jego rudawe brwi 
zmarszczyły się złowrogo. Twarz przybliżała się i zdawała się 
dziwnie nie należeć do żadnego ciała.

-  Dobry  Boże  -  powiedział  nieznajomy.  -  Co  pani  sobie 

zrobiła?

Poczuła  na  plecach  uderzenie  silnej  dłoni  i  jeszcze 

mocniej  zaczęła  się  dławić.  Ogarnęło  ją  przerażenie. 
Mężczyzna  chwycił  stojący  na  stoliku  wazon  z  jaskrami, 
wyciągnął z niego kwiaty i podsunął go tuż pod jej nos.

- Wody - powiedział. - Pani musi napić się wody! 
Christine  chciała  histerycznie  roześmiać  się.  Spojrzała w 

głąb wazonu i zobaczyła tam ciemną ciecz i zatopione w niej 
rozmokłe łodygi. Poczuła się jak wessana w próżnię. Nie było 
powietrza,  nie  było  światła,  niczego  czego  można  by  się 
uchwycić...

Męskie ramię przytrzymało ją od tyłu, zaciskając się na jej 

ciele  jak  imadło.  Wiedziała,  że  nieznajomy  starał  się  jej 

background image

4

pomóc, ale bolesny ucisk jego ramion sprawił, że poczuła się 
jeszcze bardziej jak w potrzasku. Ogarnięta paniką zaczęła się 
wyrywać. Atakowała kopniakami kość goleniową mężczyzny, 
dopóki jego uścisk nie zwiotczał nieco.

Mężczyzna jej nie puszczał.
-  Stój  do  cholery!  -  krzyczał.  Nagle  straciwszy 

równowagę,  oboje  potknęli  się  o  manekin,  który  zawirował 
szaleńczo  i  runął  na  bok.  Christine  zaczęła  pogrążać  się  w 
nieświadomości.  Wówczas  ramiona  mężczyzny  znów  się 
zacisnęły.  Mocnym  uderzeniem  pięści  podbił  jej  klatkę 
piersiową i guzik wyskoczył z niej gwałtownie.

Pierwsze  co  poczuła,  to  zbawienny  zastrzyk  powietrza 

wdzierającego  się  do  płuc.  Dotąd  tylko  częściowo  była 
świadoma  silnych  ramion  wciąż  ją  obejmujących  i 
masywnego,  męskiego  ciała,  które  do  niej  przywarło.  Teraz 
niespodziewanie  poczuła  się  bezpieczniejsza  dzięki  ciepłu 
promieniującemu  z  tego  człowieka.  Osunęła  się  bezwładnie 
jak  szmaciana  lalka.  Mężczyzna  uniósł  ją  i  bezceremonialnie 
położył  na  kanapie.  Opadła  na  poduszki,  chwytając  w  płuca 
powietrze.  Wszystko  wokół  wydało  się  teraz  jasne  i  ostre. 
Delektowała  się  popołudniowym  słońcem,  zaglądającym 
przez  okna  i  wilgotnym,  cierpkim  zapachem  jaskrów 
rozsypanych na stoliku.

Mężczyzna pochylał się nad nią.
- Dobrze się pani czuje? - pytał z troską.
- Tak - zachrypiała, przypatrując mu się uważnie. 
Był  niezwykle  przystojny,  miał  ciemnordzawe  włosy  i 

wyraziste  rysy  twarzy.  Nawet  jego  wydatny  nos  jakby 
przydawał 

mu 

atrakcyjności. 

Słoneczne 

promienie 

wydobywały 

rudawozłoty 

refleks 

na 

owłosieniu 

przedramienia, a jego skóra miała złocisty odcień. Mężczyzna 
z miedzi i złota...

background image

5

Christine  zamknęła  i  otworzyła  oczy.  Była  tak 

roztrzęsiona,  że  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  przypadkiem 
nadal jeszcze nie jest ofiarą halucynacji.

Mężczyzna wyprostował się.
-  Przyniosę  szklankę  wody  -  powiedział.  -  Gdzie  jest 

kuchnia?

Wskazała  kierunek  i  obserwowała  go,  gdy  odchodził. 

Poruszał  się  energicznie,  stawiając  długie,  sprężyste  kroki. 
Gdy  po  chwili  wrócił,  z  wdzięcznością  przyjęła  szklankę 
wody sodowej. Uniosła się, by wypić parę łyczków, lecz zaraz 
opadła na poduszki, poruszona nagłą myślą.

- Pan uratował mi życie - powiedziała. - Gdyby nie to, co 

pan zrobił, byłoby już...

Nie  mogła  nawet  dokończyć  zdania.  Objęła  szklankę 

dłońmi, jej palce drżały.

-  To  nie  było  dla  mnie  przyjemne  przeżycie  -  od-

powiedział  cierpko.  -  Proszę  nadal  trenować  te  kopniaki. 
Świetnie to pani idzie.

Pochylił się nad wyblakłym perskim dywanem i podniósł 

z podłogi coś białego i niedużego.

- Co robił ten guzik w pani buzi?
- Lepiej mi się myśli, kiedy coś żuję - wyjaśniła.
- Dość zwariowany zwyczaj - odpowiedział. - Może teraz 

zrozumie to pani.

Podrzucił  guzik,  który  z  cichym  „pac”  wylądował  na 

blacie stolika.

-  No  cóż  -  powiedziała  Christine.  -  Zakradł  się  pan

znienacka  od  tyłu.  Każdy  na  moim  miejscu  skoczyłby  jak 
oparzony.

- Pukałem do drzwi frontowych, lecz nikt nie odpowiadał. 

Czy to pani jest Mary Christine?

-  Po  prostu  Christie  -  poprawiła  go,  przypatrując  mu  się 

uważnie.

background image

6

Jego  piwne  oczy  przywoływały  na  myśl  obraz  górskiego 

potoku, unoszącego garść jesiennych liści.

-  Jak  by  na  to  nie  patrzeć  -  powiedziała  -  uratowałeś  mi 

życie. Nie wiem, jak mogłabym się odwdzięczyć.

- Nie ma o czym mówić - odpowiedział zniecierpliwiony. 

- Miałem co prawda zatrzymać się tu na parę dni, lecz może 
zniknę  na  moment  i  pozwolę  ci  wydobrzeć.  Wrócę 
wieczorem...

-  O,  nie  -  zaprotestowała,  kręcąc  słabo  głową  opartą  na 

poduszkach  kanapy.  -  Nie  możesz  odejść  po  tym,  co  zaszło. 
Nie rozumiesz tego? Ocaliłeś mi życie, a to nas jakoś wiąże, to 
znaczy... Nie możesz tak po prostu sobie pójść.

Christie  widziała,  jak  twarz  mężczyzny  lekko  tężeje. 

Najwyraźniej  nie  chciał  w  żaden  sposób  ulec  jej 
niestosownym  emocjom,  ale  to  nie  miało  znaczenia.  Drżała 
wciąż od stóp do głów i bardzo kogoś potrzebowała. A on był 
tuż, obok...

-  To  było  ważne  przeżycie  dla  nas  obojga  -  powiedziała, 

dzwoniąc lekko zębami. - Na pewno nie na co dzień ratujesz 
komuś  życie.  To  sprawia,  że  widzi  się  wszystko  w  innym 
świetle.  Taka  byłam  dziś  wściekła  na  jednego  z  gości. 
Zostawił  w  pokoju  okropny  bałagan,  który  musiałam 
posprzątać.  Ale  to  już  teraz  nieważne.  To  nie  ma 
najmniejszego znaczenia. Prawda?

Nie odpowiadał. Po prostu stał, przypatrując się Christie w 

taki  sposób,  w  jaki  uczony  mógłby  studiować  dziwaczny 
gatunek zwierzęcia. Jego spojrzenie zatrzymało się na zmiętej, 
kloszowej  spódnicy  z  perkalu  i  luźnym  podkoszulku,  który 
nawoływał  śmiałym  napisem  „Przybądźcie  na  spływ  potężną 
rzeką Rio Grande”. Wreszcie przemówił.

-  Jak  się  czujesz,  Christie?  -  pytanie  zabrzmiało  dość 

szorstko.

background image

7

-  Kręci  mi  się  w  głowie.  Czuję  się  nieźle,  tylko  jestem 

trochę rozbita.

Odebrał  od niej szklankę  i  odstawił na  stolik.  Potem ujął 

jej dłonie.

- Masz zimne ręce - powiedział. - Pewnie jesteś w szoku. -

Christie  nie  zaprzeczyła.  Bliskość  tego  mężczyzny  jakby 
potęgowała  niepokój  w  jej  sercu,  które  waliło  nierówno  i 
nawet zawroty głowy zdawały się nasilać.

Dotknął wierzchem dłoni jej czoła.
-  Nie  masz  gorączki  -  stwierdził.  Przemawiał  szorstko  i 

rzeczowo, ale jego dotyk był ciepły i Christie czegoś zabrakło, 
kiedy  po  chwili  cofnął  rękę.  Otulił  ją  szydełkowym, 
wełnianym szalem, który leżał na kanapie. Jego gest nie miał 
w sobie nic czułego, a jednak Christie poczuła się niezmiernie 
błogo.  Usiadł  w  fotelu  naprzeciwko.  Nosił  wąskie  dżinsy, 
które  podkreślały  szczupłość  jego  bioder.  Były  najwyraźniej 
nowiuteńkie.  Podobne  wrażenie  sprawiała  koszula.  Jej  krój 
podkreślał szerokie ramiona, ale zdawało się, że jest noszona 
po  raz  pierwszy.  Widoczne  były  charakterystyczne 
zagniecenia materiału.

- Jak się nazywasz? - zapytała.
- Matt Gallagher.
-  Gallagher...  a,  tak  -  powiedziała  ucieszona.  -

Zarezerwowałeś  pokój  na  weekend.  Ulokowałam  cię  na 
drugim piętrze, jest tam spokój i cisza oraz cudowny widok na 
narciarskie  stoki.  Wyglądają  przepięknie,  takie  zielone. 
Oczywiście  są  malownicze  także,  kiedy  spadnie  śnieg  -
dorzuciła  niezupełnie  a  propos.  -  A  tej  zimy  mam  zamiar 
szaleć na nartach. Czy jeździsz na nartach, Matt?

-  Nie  miałem  okazji  spróbować  -  padła  lakoniczna 

odpowiedź. Kręcił się na fotelu i wyglądał nieswojo.

Po  chwili  wyjął  z  kieszeni  dżinsów  niewielki  złoty 

zegarek i sprawdziwszy godzinę, zaczął obracać go w palcach 

background image

8

pieczołowicie  niczym  talizman.  Kiedy  po  chwili  spojrzał  na 
nią  badawczym,  taksującym  wzrokiem,  Christie  posmutniała. 
Ten  wyraźny  brak  entuzjazmu  czy  jakiejkolwiek  zachęty 
sprawiał  jej  przykrość.  Przybysz  najwidoczniej  nie  dostrzegł 
w  niej  pięknej  kobiety,  chociaż  z  pewnością  wyglądała 
atrakcyjnie. Jej ciemnoblond włosy o niespotykanym odcieniu 
opadały puklami aż do pasa, a oczy miały odcień głębokiego 
błękitu.  Policzki  były  nieco  zaokrąglone,  ale  cała  sylwetka 
wysmukła. A oto niejaki Matt Gallagher spoglądał na nią bez 
najmniejszej aprobaty niczym na oskubaną gęś. Odrzuciła szal 
i usiłowała usiąść.

-  Auu!  -  krzyknęła  z  bólu,  zaczepiwszy  kosmykiem 

włosów o jeden z guzików w oparciu kanapy.

- Cóż się znowu stało? - zapytał Matt, wpychając zegarek 

na  powrót  do  kieszonki.  W  mgnieniu  oka  był  przy  niej. 
Poczuła przyjemną woń wody kolońskiej, która mieszała się z 
zapachem  nowiusieńkiego  teksasu.  Bardzo  pociągające 
wydały się jej piegi na jego nosie.

Pociągnęła za uwięziony kosmyk.
- Pomogę ci - zaproponował.
Delikatnie  manipulował  przy  jej  włosach,  lecz  bez 

powodzenia.

-  Musi  być  jakiś  sposób  -  mruczał  do  siebie.  -

Zobaczymy...

Usiadł  obok  na  kanapie  i  obiema  rękami  dotykał  jej 

głowy. Niczym harfista starający się opanować nową melodię 
pracował  pieczołowicie  na  strunach  jej  włosów.  Miał 
sprężyste,  kształtne  palce  o  mocnych  kostkach.  Nigdy  nie 
przypuszczała,  że  kostki  męskich  dłoni  mogą  kryć  w  sobie 
tyle magnetyzmu.

- Stanowczo powinnaś unikać guzików - oświadczył Matt. 

Nadal  nie  dawał  za  wygraną.  -  Wygląda  na  to,  że  już  wiem. 
Zaczekaj... mam!

background image

9

Triumfalnie uwolnił ostatnie pasemko.
Nie  od  razu  wypuścił  z  ręki  jej  włosy.  Przez  chwilę 

spływały swobodnie między jego palcami. Przyjrzał się im.

-  Hmm  -  w  jego  głosie  brzmiało  lekkie  zdziwienie. 

Cokolwiek  miał  na  myśli,  nie  było  to  miłe.  Do licha!  To 
brzmiało,  jakby  właśnie  zobaczył  węża  zaplątanego  wokół 
własnego  ramienia.  Christie  uniosła  głowę  i  zdecydowanym 
gestem odgarnęła wszystkie włosy na jedno ramię.

Matt przyglądał się jej, pocierając w zamyśleniu brodę.
-  Być  może  twój  ojciec  ma  rację.  Ktoś  powinien 

zaopiekować się tobą.

Słowa te spadły na Christie jak piorun z jasnego nieba.
-  Co?!  Znasz  mojego  ojca?  - zapytała  oburzona.  Z  osobą 

własnego ojca, Christophera Danielsa

Trzeciego,  wiązała  Christie  większość  bolesnych 

wspomnień.  Bardzo  długo  próbowała  żyć  podług  jego 
oczekiwań, lecz nigdy jej się to w pełni nie udało. Teraz, gdy 
była wreszcie wolna, nie miała najmniejszej ochoty wrócić ani 
pod jego, ani pod czyjekolwiek skrzydełka.

Matt  wzruszył  ramionami  niecierpliwie,  jakby  chciał  coś 

wyjaśnić.

- Jestem nowym wspólnikiem twojego ojca.
- Rozumiem - wycedziła Christie. - Zająłeś moje miejsce 

w  firmie  Daniels,  Peters  i  Bainbridge.  Teraz  jest  to  już  z 
pewnością firma Daniels, Peters, Bainbridge i Gallagher.

-  Świetna  myśl.  Jednak  obawiam  się,  że  całą  firmę 

wkrótce  diabli  wezmą  i  nie  będzie  co  zbierać.  A  wszystko  z 
twojego powodu, droga Christie Daniels!

Spoglądał na nią z jawną niechęcią.
- O czym ty mówisz? - zapytała. - Mój ojciec jest jednym 

z najlepiej prosperujących maklerów na całej Wall Street. I z 
pewnością ma się dobrze. Cóż takiego się stało?

background image

10

Poczuła  nagły  niepokój,  wróciły  echa  dzieciństwa,  kiedy 

ojciec  był  dla  niej  wszystkim.  Dzisiaj  nie  miała  co  do  tego 
złudzeń, lecz wciąż przecież nie życzyła mu źle...

-  Wiedziałabyś,  co  się  dzieje,  gdybyś  odbierała  jego 

telefony  lub  odpowiadała  na  listy,  zamiast  wysyłać  je 
nietknięte.

Zmienił pozycję i stare sprężyny kanapy jęknęły pod jego 

ciężarem.  Był  mężczyzną  potężnym  i  masywnym,  lecz  nie 
ponad  miarę.  Wyglądał  niczym  poszukiwacz  złota,  który 
właśnie zjawił się w dolinie, by nabyć dla siebie ekwipunek w 
miejskim składziku. Z pewnością nie jak nowojorski makler... 
mężczyzna  ulepiony  z  tej  samej  gliny,  co  jej  ojciec.  Poczuła 
się  osaczona  przez  kogoś,  kto  w  końcu  wdarł  się  podstępnie 
do jej domu. Zacisnęła dłonie w pięści i oświadczyła:

-  Moje  wzajemne  stosunki  z  ojcem  to  z  pewnością  nie 

twój interes.

-  Niestety  to  jest  mój  interes  -  Matt  pochylił  się  ku  niej. 

Miał  złowrogi  wyraz  twarzy,  w  czym  trochę  przypominał 
niedźwiedzia  grizzly,  oglądanego  kiedyś  przez  Christie  w 
parku Yellowstone.

- Czy myślisz, że dla przyjemności przywlokłem się tu, by 

cię odszukać? Otóż nie. Ale ponieważ z twojego powodu stoi 
pod  znakiem  zapytania  cała  moja  kariera,  nie  miałem 
specjalnego wyboru.

- Nie  wiem,  o czym mówisz - zaprotestowała. - W ciągu 

ostatnich  czterech  miesięcy  nie  miałam  żadnego  kontaktu  z 
ojcem.  Jakim  więc  cudem  mogłam  mieć  wpływ  na  twoją 
karierę?

Matt  zaklął  pod  nosem.  Wstał  i  podszedł  do  walizki. 

Wyjął  z  jej  bocznej  kieszeni  jakąś  teczkę  i  podał  ją 
dziewczynie.

- Czytaj - nakazał.

background image

11

Christie  była  wściekła.  Miała  raz  na  zawsze  dość 

rozkazujących  jej  facetów.  Ale  musiała  wiedzieć,  o  czym 
mówi  ten  człowiek.  Otworzyła  teczkę  i  wśród  pliku 
dokumentów zobaczyła list od ojca. Przez chwilkę ważyła go 
w  dłoni.  Papier  był  w  najlepszym  gatunku,  jak  zresztą 
wszystko,  czego  kiedykolwiek  dotknął  jej  ojciec.  Sam  był 
chodzącą doskonałością i wymagał perfekcjonizmu od innych. 
Wciąż nie mogła otworzyć listu. W ciągu minionych miesięcy 
żal  walczył  w  niej  z  poczuciem  winy  z  powodu  zerwania  z 
domem. Jednak wyzwolenie się spod władzy ojca stało się dla 
niej  w  pewnym  momencie  jedynym  wyjściem,  prawdziwym 
wybawieniem po wielu latach życia w nieustannym napięciu. 
On nie miał prawa znów wdzierać się do jej świata!

Christie spojrzała na Matta, który stał teraz obok kominka 

i  lustrował  ponuro  kolekcję  porcelanowych  kotków. 
Rozerwała kopertę. Im szybciej dowie się w czym rzecz, tym 
lepiej.  Szybko  przebiegła  wzrokiem  list,  napisany  na  równie 
wytwornym papierze jak koperta.

Moja droga Mary Christine!
Bardzo  mnie  boli  to,  że  unikasz  ze  mną  wszelkich 

kontaktów.  Nie  widzę  innego  wyjścia  niż  wysłanie  Matta  w 
charakterze emisariusza.

Ostatniego  dnia,  rzuciwszy  wiele  gorzkich  oskarżeń  pod 

moim adresem, nie dałaś mi jednocześnie szans obrony. Przez 
całe  życie  pracowałem  i  walczyłem  głównie  po  to,  by 
zostawić  ci  coś  cennego  w  spadku.  Tylko  dlatego  firma 
Daniels, Peters i Bainbridge cokolwiek dla mnie znaczyła.

Cóż,  przyznaję,  że  starałem  się  zaaranżować  twoje 

zaręczyny  z  Orenem  Petersem,  lecz  czy  nie  miałem  swoich 
racji?  Oren  jest  ambitnym  młodym  człowiekiem  i  podobnie 
jak  ty,  spadkobiercą  firmy.  Jego  ojciec  zawsze  był  dla  mnie 
kimś  więcej  niż  wspólnikiem,  był  moim  najbliższym 

background image

12

przyjacielem. Dlaczego nasze dzieci nie miałyby się połączyć, 
by  wspólnie  kiedyś  przejąć  dziedzictwo?  Miałem  zresztą 
wrażenie, że byłaś zainteresowana Orenem, zanim przejrzałaś 
mój plan.

Dzisiaj  to  wszystko  nie  ma  żadnego  znaczenia.  Nie 

chciałaś  przejąć  mojej  spuścizny  i  odtąd  firma  praktycznie 
przestała się dla mnie liczyć, Mary Christine. Postanowiłem ją 
zatem rozwiązać po trzydziestu latach budowania. Bez ciebie 
moja  praca  straciła  sens.  Otrzymasz  od  Matta  niezbędne 
dokumenty,  których  podpisanie  umożliwi  mi  dalsze  kroki 
likwidacyjne. Nadal jesteś głównym udziałowcem i bez twojej 
zgody  nie  mogę  nic  zrobić.  Jest  w  tym  zresztą  pewna  ironia 
losu,  nie  sądzisz?  W  efekcie  więc  ty  zwyciężyłaś.  Myślę,  że 
zawsze ci o to chodziło.

Szczerze oddany 

Twój ojciec

Christie  przeczytała  list  raz  jeszcze  i  z  niedowierzaniem 

roześmiała się głośno.

-  Przeszedł  samego  siebie  -  oświadczyła.  -  Grozi 

zlikwidowaniem biznesu! W rzeczywistości to ostatnia rzecz, 
na  jaką  by  się  zdobył.  Za  to  po  mistrzowsku  usiłuje  mnie 
podejść,  abym  przepełniona  uczuciem  winy  wróciła  do 
Nowego  Jorku  pierwszym  samolotem.  Prawdziwy  mistrz 
manipulacji!

Przez chwilę odczuła szczery podziw dla gry ojca, a potem 

z  pogardą  cisnęła  list  na  podłogę.  Oburzyła  ją  ta  przebiegła 
próba ponownego zawładnięcia nią, ale jednocześnie była zła 
na  siebie.  Psiakrew!  Znowu  w  końcu  czuła  się  winna,  a 
przecież dokładnie o to chodziło jej prześladowcy.

Matt odwrócił się w jej stronę.
- Wydaje mi się, że czegoś tu nie rozumiesz - powiedział 

chłodno.  -  On  naprawdę  chce  zlikwidować  firmę  z  powodu 

background image

13

tych sentymentalnych idiotyzmów. I tak czy inaczej musisz go 
powstrzymać,  zanim  zrobi  coś  arcygłupiego.  Obiecałem  mu, 
że przekażę ci te papiery, ale nie mam zamiaru pozwolić ci na 
ich podpisanie.

-  A  więc  świetnie  się  składa.  Bo  ja  ich  na  pewno  nie 

podpiszę! - odepchnęła od siebie teczkę.

-  To  jeszcze  mało  -  kontynuował  Matt.  -  Musisz 

uporządkować  swoje  rachunki  z  ojcem.  Nieważne  jak -
zadzwoń do niego albo najlepiej leć ze mną do Nowego Jorku. 
Jesteś jedyną osobą, która może sprawić, że zmieni zdanie. Im 
szybciej się do tego weźmiesz, tym lepiej dla nas wszystkich.

Christie  rozdrażniło  to  nachalne  mieszanie  się  do  jej 

spraw. Obrzuciła rozmówcę lodowatym spojrzeniem.

- Nie pozwolę sobą manipulować. Ani tobie, ani mojemu 

ojcu  -  powiedziała.  -  A  swoją  drogą,  jeśli  rzeczywiście 
obchodzi cię przyszłość firmy, możesz sobie wykupić mojego 
ojca  razem  z  Orenem  Petersem.  Terence  Bainbridge  wycofa 
się  wkrótce,  nie  ma  więc  co  na  niego  liczyć,  lecz  ty  i  Oren 
stworzycie z pewnością miły duet - ironizowała.

-  To  niezły  dowcip.  Ja  i  twój  beztroski  eks-narzeczony 

jako para wspólników.

-  Oren  nie  jest  żadnym  lekkoduchem  -  zaprotestowała.  -

Jest  tak  samo  despotyczny  i  uparty  jak  mój  ojciec  - utkwiła 
spojrzenie  w  rozmówcy  -  który  zresztą  zawsze  otaczał  się 
ludźmi tego pokroju. Ty też nie wyglądasz na wyjątek.

Zignorował  tę  uwagę,  zajęty  nagle  porcelanową  figurką 

kota z wymalowanymi na ogonku dzwoneczkami. Obejrzał ją 
krytycznie ze wszystkich stron mówiąc:

- Nawet gdybym chciał wykupić twojego ojca, nie byłoby 

mnie  na  to  stać  -  lekki  grymas  wykrzywił  jego  usta.  -  Mój 
ostatni  wspólnik  dokonał  poważnych  nadużyć  i  zupełnie 
rozłożył  interes.  Musiałem  zaczynać  wszystko  od  początku  i 
oto  po  raz  drugi  mogę  zrobić  klapę,  w  dodatku  z  powodu 

background image

14

niedorzecznej kłótni rodzinnej. Prześladuje mnie chyba jakieś 
fatum.

Wypuścił  z  ręki  porcelanową  figurkę,  która  upadła  z 

hałasem.  Dziwnym  trafem  nie  rozleciała  się  na  kawałki. 
Christie przeszyła Matta zimnym wzrokiem.

-  Obwiniasz  mnie  za  wszystkie  niepowodzenia  swojego 

życia. To raczej nie w porządku, nie uważasz?

Wolnymi  krokami  przemierzał  pokój,  zatrzymując  się  co 

chwila, by usunąć ze swojej drogi jakiś wiklinowy mebel.

-  Obwiniam  korupcję  i  nadużycia  na  rynku  papierów 

wartościowych. Obwiniam mojego wspólnika, który zniszczył 
nasz  wspólny  interes  i  moją  wiarę  w  przyjaźń.  Obwiniam 
twojego  ojca,  który  zachowuje  się  jak  sentymentalny  stary 
głupiec  -  i  ciebie  także  za  to,  że  uciekłaś  z  Nowego  Jorku, 
zostawiając  po  sobie  cały  ten  bałagan  i  licząc,  że  ktoś  go  za 
ciebie uporządkuje.

Zatrzymał  się  na  widok  wysokiej,  osobliwej  komody, 

która mu stała na drodze.

-  Po  jakiego  czorta  jest  tu  aż  tyle  mebli?  -  zapytał 

zaczepnie. - Ten pokój przypomina jakiś opętany antykwariat.

-  Lubię  starocie  -  oświadczyła  Christie.  -  Nigdy  nie 

miałam  na  to  czasu  w  Nowym  Jorku.  Właściwie  na  nic  nie 
miałam tam czasu.

Rozejrzała  się  dokoła,  obdarzając  ciepłym  spojrzeniem 

otaczający  ją  rozgardiasz  -  pokiereszowane  biurko  z 
żaluzjowym  zamknięciem,  które  przycupnęło  w  kącie  jak 
zwierzak  pielęgnujący  swe  rany,  staroświecki  grzejnik, 
wynaleziony  gdzieś  w  sklepie  ze  starzyzną  w  Santa  Fe, 
ozdobny  wiktoriański  kwietnik.  Jak  dotąd  nic  nie  cieszyło  ją 
bardziej  niż  wynajdowanie  coraz  to  nowych  drobiazgów  w 
coraz to innych stylach - egipskim, gotyckim, renesansowym, 
rokokowym, kolonialnym czy japońskim.

background image

15

Zwróciła  się  w  stronę  Matta,  ciekawa  czy  jest  w  stanie 

dostrzec,  jak  wiele  znaczyło  dla  niej  to  nowe  życie,  którego 
każdy  kolejny  dzień  krył  w  sobie  masę  radości  i 
niespodzianek. Lecz Matt Gallagher należał do innego świata i 
prawdopodobnie  nie  doceniał  uroków  rzeczy  małych  i 
prostych. Musiała przyjąć inną linię obrony.

-  Posłuchaj,  Matt  -  zaczęła.  -  Ja  właściwie  nie  miałam 

innego wyjścia. To narastało od tak dawna... - pokiwała głową 
ze smutkiem. - Gdy jesteś maklerem, jedyne co cię obchodzi -
to pchanie akcji w górę, wyżej niż w zeszłym tygodniu, wyżej 
niż  wczoraj.  Codziennie  rano  budziłam  się  z  nerwową 
wysypką - otrząsnęła się na samo wspomnienie. - Śniłam sen 
swojego ojca, a nie mój własny, i to stawało się czasem nie do 
zniesienia - ciągnęła. - A potem miała miejsce wielka farsa z 
moimi  zaręczynami  z  Orenem.  Zorientowałam  się,  że 
wszystko to uknuł mój ojciec, praktycznie przekupił Orena, by 
tylko  biedak  mi  się  oświadczył!  Tak  więc  ostatnia  kropla 
przepełniła  mój  kielich  goryczy.  Życie  pod  presją  wymagań 
ojca było jednym pasmem udręk i już to wystarczyłoby, żeby 
odejść.  Lecz  on  posunął  się  jeszcze  dalej,  próbując  narzucić 
mi  małżeństwo.  Nie  pozostawało  mi  nic  innego,  jak 
natychmiast wyjechać. Czy jesteś w stanie to zrozumieć?

- Mimo wszystko powinnaś była zostać w Nowym Jorku -

odpowiedział  Matt.  -  Należało  rozwiązać  własne  problemy, 
zamiast od nich uciekać.

Miał  niezadowoloną  minę.  Najwyraźniej  zastanawiał  się 

nad  tym,  jak  dowieść,  że  gdyby  tylko  starczyło  jej  odwagi, 
powinna wrócić do domu dla własnego dobra.

- Nie mam zamiaru kroczyć kolejną wydeptaną przez ojca 

ścieżką - oznajmiła stanowczo. - I możesz mu to powtórzyć.

-  Pośredniczenie  między  tobą  a  ojcem  nie  ma  żadnego 

sensu - zawyrokował.  - I niczego nie rozwiąże. Musisz sama 
to  z  nim  załatwić  i  powstrzymać  go  w  jego  szaleństwie. 

background image

16

Naprawdę  nie  chciałbym  przyglądać  się,  jak  kolejna  firma 
pada  na  moich  oczach.  Możesz  być  tego  pewna  -  to  bardzo 
żałosny widok.

Christie poczuła, jak krew uderza jej do głowy.
-  Tracisz  czas!  -  wykrzyknęła.  -  O  ile  wiem  Christopher 

Daniels Trzeci może robić wszystko, na co ma ochotę!

Matt  stanął  przed  nią  z  rękoma  ukrytymi  głęboko  w 

kieszeniach dżinsów. Wyglądał groźnie.

- Przekonam cię, Christie, nieważne jakim kosztem.
- Żaden człowiek nie będzie mi dyktował, co mam robić. 

Dotyczy to i ciebie!

Po raz pierwszy uśmiechnął się - zwodniczym, ujmującym 

uśmiechem.

-  Jeszcze  zobaczymy,  Christie  -  powiedział  miękko.  -

Zobaczymy...

background image

17

ROZDZIAŁ DRUGI

Christie z trudem wydobyła  się z objęć zapadniętej starej 

kanapy. Wciąż jeszcze była oszołomiona i zdawało się jej, że 
zaraz straci przytomność. Rzeczywiście, zachwiała się nieco i 
wtedy  Matt  ponownie  ruszył  z  pomocą.  Objął  ją  ramieniem 
pewnie  i  stanowczo,  a  zarazem  zaskakująco  delikatnie. 
Poczuła dziwną, bezwładną błogość w całym ciele.

- Dobrze się czujesz? - zapytał z niepokojem.
-  O  tak...  Nieźle,  dziękuję  -  odparła,  odsuwając się  nieco 

od niego. Krępowała ją subtelność tego uścisku.

- No cóż - przemówiła rzeczowym tonem. - Skoro musisz 

zatrzymać  się  w  Red  River,  powinieneś  spróbować  w  hotelu 
Blue Spruce na Main Street, pewnie mają tam wolne miejsca.

- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo - powiedział pewnie. 

- Zostanę tutaj.

- Nie ma mowy!
- Jak to, czyżbym nie miał rezerwacji?
- W zasadzie tak, ale...
- Więc nie możesz mnie odesłać. Jestem gościem jak inni.
Christie  zerknęła  kpiąco  na  rozmówcę.  Targały  nią 

sprzeczne  uczucia.  W  gruncie  rzeczy  Matt  bardzo  jej  się 
podobał  i  niemiła  była  myśl,  że  oto  miałby  zniknąć  raz  na 
zawsze  za  drzwiami  i  umknąć  z  jej  życia.  Rozsądek  jednak 
nakazywał  pozbyć  się  go  natychmiast,  zanim  przestałaby 
panować  nad  emocjami.  To  przecież  wysłannik  jej  ojca. 
Należało się go wystrzegać.

Lecz  z  drugiej  strony  ufała  przecież  sobie  i  własnej 

odporności na jego wdzięki. A Matt będzie w Red River tylko 
kilka dni. Dlaczego nie pozwolić mu zostać?

-  Jestem  kobietą  interesu  -  powiedziała  po  chwili  -  i 

byłoby  głupotą  odsyłać  gościa,  który  płaci.  Ale  nie  oczekuj 
specjalnego traktowania.

background image

18

Rozmowa utknęła w martwym punkcie. Christie wreszcie 

przemówiła.

-  Zaprowadzę  cię  do  twojego  pokoju,  żebyś  mógł  się 

rozgościć  -  zadecydowała.  -  Trochę  później  dopełnimy 
formalności.

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w kierunku schodów. 

Matt  podniósł  walizkę  i  podążył  za  nią.  Nim  przeszła  parę 
kroków, położył dłoń na jej ramieniu.

-  Zwolnij  -  doradził.  -  Lepiej  nie  chodź  zbyt  energicznie 

jeszcze przez jakiś czas.

Ta  poufałość  irytowała  i  dziwnie  niepokoiła  dziewczynę. 

Ponieważ  wciąż  jednak  nie  czuła  się  dobrze,  pozwoliła,  by 
ujął ją pod rękę i razem weszli na drugie piętro.

-  Oto  twój  pokój  -  oznajmiła,  otwierając  zamaszyście 

drzwi.

We  wnętrzu  niepodzielnie  królowały  starocie.  Oczom 

gościa ukazały się dwa sekretarzyki z lustrami, bujane krzesło 
i  fotel,  taboret  i  krzesło  na  kółkach,  parę  oszklonych 
biblioteczek,  rustykalne  sosnowe  biurko  i  miniaturowy 
klawikord  w  idealnym  stanie.  Całego  tego  dobytku,  niczym 
obwarowanej  fortecy,  strzegło  ogromne  łoże,  ulokowane 
pośrodku.

- Przytulnie tu, prawda? - zapytała Christie, torując sobie 

drogę między sekretarzykiem a bambusowym bujakiem. Matt 
stał w drzwiach, obserwując podejrzliwie pokój, jakby miał do 
czynienia  z  niebezpieczną  zasadzką.  Wreszcie  przekroczył 
próg, podszedł do łóżka i położył na nim walizkę, sprawdzając 
jednocześnie  sprężystość  materaca  i  obrzucając  Christie 
odpowiednio wymownym spojrzeniem.

- Musisz wiedzieć, Matt - zagadała - że skoro już jesteś w 

Red  River,  możesz  tutaj  nieźle  się  rozerwać.  Masz  wiele 
różnych  możliwości:  łowienie  ryb,  pływanie  tratwą,  piesze 
wyprawy...

background image

19

Spojrzał na nią ironicznie.
- Obawiam się, że nie będę miał na to czasu. Wracam do 

Nowego Jorku w poniedziałek, a ty polecisz ze mną.

Zmarszczyła gniewnie brwi w odpowiedzi.
-  Nigdy  nie  wrócę  do  Nowego  Jorku.  Jestem  teraz  kimś 

innym i żyję zupełnie innym życiem.

Matt otworzył walizkę.
- Nikt nie żąda od ciebie wielkich ofiar, Christie. Jedyne, 

czego oczekuję, to że zjawisz się w domu i powstrzymasz ojca 
od  robienia  głupstw.  Potem  możesz  spokojnie  wracać  do 
swojego raju na końcu świata.

Christie poruszyła się gwałtownie.
-  Kiedy  się  przekona,  że  jestem  w  Nowym  Jorku,  zrobi 

wszystko, żeby mnie tam zatrzymać. W tym cały problem - on 
stara  się  grać  na  moich  emocjach  i  na  moim  poczuciu  winy. 
Naprawdę świetnie to potrafi.

Matt wzruszył ramionami.
-  To  może  wrócisz  do  pracy  w  firmie?  Naprawdę  tak 

bardzo  przeraża  cię  perspektywa  życia  w  Nowym  Jorku  i 
pracy na giełdzie?

Christie kiwnęła głową.
-  To  piekło  jest  nie  do  wytrzymania.  Czy  ty  tego  nie 

zauważyłeś?  Spójrz  na  siebie.  Jesteś  napięty  jak  struna, 
wezbrany wulkan, który za chwilę wybuchnie.

Matt gniewnie zerknął na Christie znad walizki.
- To fakt, że żyję w napięciu - przyznał cierpko.
-  I  czasem  mam  tego  dość!  Ale  nie  mogę  tak  po  prostu 

wszystkiego  rzucić  po  piętnastu  latach  pracy.  Nie  wolno 
uciekać od odpowiedzialności w taki sposób, jak robisz to ty.

-  Czasami  obowiązek  nas  przytłacza  -  odpowiedziała 

Christie.  -  Bardzo  długo  starałam  się  spełniać  wszystkie 
polecenia mojego ojca. Nie mogę jednak poświęcić własnego 
szczęścia, by go zadowolić.

background image

20

Obserwował ją z zaciętą miną, lecz milczał. Christie czuła, 

że  zdobyła  lekką  przewagę.  Usiadła  na  łóżku  i  rozkołysała 
materac, który okazał się sprężysty i jędrny. Na pewno dobrze 
będzie  służyć  Mattowi...  Wyobraziła  sobie  jego  duże,  silne 
ciało rozciągnięte na łóżku i pogrążone we śnie...

Z  trudem  przełknęła  ślinę,  przywołując  wyobraźnię  do 

porządku. Matt wypakowywał właśnie z walizki stertę koszul. 
Wszystkie miały oryginalne opakowania i wyglądało na to, że 
ich  właściciel  odwiedził  niedawno  jakiś  sklep,  zażądawszy 
różnych koszul na każdą okazję.

-  Dlaczego  przytaskałem  ze  sobą  cały  ten  śmietnik? -

marudził, rozwijając parę długich, żółtych skarpetek. Coraz to 
nowe  rzeczy  wyskakiwały  z  walizki,  a  Matt  miał  taką  minę, 
jakby nie on je tam wkładał.

Christie  zwróciła  uwagę  na  flanelową  bluzę  w  zielono-

niebieską kratę i parę sztruksowych spodni.

-  To  akurat  bardzo  mi  się  podoba  -  pochwaliła,  gładząc 

miękką  flanelę.  -  Czy  zabrałeś  ze  sobą  także  szorty?  Albo 
adidasy?

Wychyliła  się,  by  dojrzeć  buty,  które  miał  na  nogach. 

Okazały  się  nieskazitelnie  nowymi  butami  do  górskiej 
wspinaczki.

-  Jesteś  całkiem  nieźle  wyposażony.  Myślę,  że  nie  jesteś 

przypadkiem beznadziejnym.

- Co za wścibska osoba z ciebie.
-  Zgadza  się  -  przyznała,  nie  tracąc  pewności  siebie. 

Wyprostowawszy  się  próbowała  właśnie  zgarnąć  włosy  tak, 
by je zapleść w jeden luźny warkocz.

- Jestem okropnie  wścibska, ale przy  okazji życzliwa. Te 

cechy uczyniły ze mnie niezłego maklera. W moich klientach 
zawsze  bardziej  interesowało  mnie  to,  kim  są,  niż  to,  ile
posiadają.  A  oni  to  we  mnie  cenili.  Czy  możesz  to  sobie 

background image

21

wyobrazić?  Makler,  który  w  gruncie  rzeczy  nienawidzi 
mechanizmów giełdy.

Matt  skrzyżował  ręce  na  piersiach  i  obojętnie  przyglądał 

się dziewczynie.

-  Niezły  makler?  Jeśli  wierzyć  twojemu  ojcu,  byłaś 

rewelacyjna.

- Jakie to dziwne... Nigdy mi tego nie powiedział. Raczej 

dawał do zrozumienia, że nie spełniam jego oczekiwań.

- Mogłaś mu przecież powiedzieć, że potrzebujesz jakiejś 

zachęty - podsunął. - Więcej uznania z jego strony...

- To by niczego nie załatwiło - żachnęła się.
-  Sprawy  zbyt  się  skomplikowały.  Chciałam przecież,  by 

nie  tylko  mnie  doceniał,  ale  również  szanował.  Chciałam, 
żeby  zaakceptował  moje  prawo  do  podążania  własną  drogą, 
nie tylko tą jedną jedyną, którą on sam wytyczył.

Podeszła do okna.
-  Red  River  jest  dla  mnie  miejscem  szczególnym -

powiedziała  z  przejęciem.  -  Kiedyś  spędziłam  tu  z  ciotką 
wspaniałe  wakacje,  miałam  wtedy  czternaście  lat.  Tutejsze 
lato po prostu mnie oczarowało i nigdy nie przestałam marzyć, 
że  powrócę  w  to  miejsce.  I  wróciłam!  To  mój  największy  w 
życiu  sukces,  niestety,  bardzo  różny  od  tego,  jakiego 
oczekiwał  mój  ojciec.  Czy  wiesz,  że  był  to  mój  pierwszy 
samodzielny  wybór?  Nie  przyszło  mi  łatwo  i  tym  bardziej 
jestem z siebie dumna.

-  Moje  gratulacje  -  oświadczył  Matt  bez  przekonania. 

Wciąż opróżniał walizkę, coś przy tym do siebie mrucząc pod 
nosem.  Bez  trudu  mogła  się  zorientować,  że  jego  biadolenie 
dotyczyło  w  równym  stopniu  poszczególnych  części  własnej 
garderoby, jak również jej niepoczytalnego postępowania.

Christie  patrzyła  jak  znoszony,  szaro-brązowy  dres, 

wyrzucony  w  powietrze,  wylądował  po  chwili  na  stercie 
rozrzuconych po całym łóżku ubrań.

background image

22

-  Och,  ta  rzecz  już  była  w  użyciu  -  stwierdziła 

zaciekawiona. - Pewnie w tym biegasz?

- W zasadzie tak - przyznał niechętnie, jakby odkryła coś 

nazbyt osobistego.

-  Dobrze,  że  ćwiczysz,  to  rozładowuje  napięcia.  Czy 

stosujesz  jakąś  dietę?  -  dopytywała  się.  -  Jadasz  jak  należy, 
czy  raczej  tylko  zimne  napoje  i  kawa  przez  cały  dzień? 
Służbowe  obiady  i  kolacyjki  z  klientami  też  nie  są  szczytem 
racjonalnego  odżywiania.  Prędzej  czy  później  kończy  się  to 
wrzodami żołądka.

Matt  postanowił  odwrócić  uwagę  Christie  od  własnych 

zwyczajów gastronomicznych.

- Wrzody... - podchwycił hasło. - To mi przypomniało, że 

jestem głodny. Czy jest tu blisko jakaś dobra knajpka?

Christie  odstąpiła  od  okna.  Przyjrzała  się  rdzawo-

brunatnej  czuprynie  Matta  i  wyrazistym  rysom  jego  twarzy. 
Był stanowczo zbyt przystojny. Fizycznie pasował jak ulał do 
górskiego otoczenia, ale coś zaciętego w jego twarzy mówiło 
jej,  że  myślami  jest  daleko.  Ogarnęło  ją  dziwne  wzruszenie. 
Ten człowiek kilka chwil wcześniej uratował jej życie.

-  Nie  musisz  jeść  w  restauracji  -  powiedziała.  -  Możesz 

zjeść kolację ze mną, przygotuję coś szybkiego.

Zmarszczył brwi i lekka bruzda przecięła mu czoło. Myśl 

o wspólnej kolacji wyraźnie nie wzbudziła w nim entuzjazmu.

-  Nie  oczekuję  specjalnego  traktowania  -  powiedział 

oschle.

- Jak chcesz - Christie ruszyła w stronę toalety, potykając 

się o nogę zastawiającego przejście krzesła.

- Jesteś chodzącym nieszczęściem.
-  Nie  przypominam  sobie,  aby  przydarzały  mi  się  takie 

historie, zanim się tu pojawiłeś.

Z szafki wyjęła dwa czyste ręczniki i podała je Mattowi.
- Wykąpać się można na dole - informowała.

background image

23

-  Poza  tobą  nikt  się  na  tym  piętrze  nie  zatrzymał,  jesteś 

więc sam.

Skierowała  się  w  stronę  drzwi,  lawirując  pomiędzy 

meblami. Odwróciła się w progu.

-  Parę  kroków  stąd  w  Miner's  Cafe  podają  dość  lichy 

kotlet  rybny  -  powiedziała.  -  Ale  gdybyś  zdecydował  się 
dołączyć  do  mnie,  będę  na  dole...  Potraktuj  to  jako  wyraz 
wdzięczności za uratowanie mi życia. Zazwyczaj nie serwuję 
kolacji moim gościom - dodała powściągliwie - ale tym razem 
mam ochotę zrobić wyjątek.

Wyszła  z  pokoju, nie  czekając na  odpowiedź.  Cóż,  jeżeli 

on  nie  zdecyduje  się  na  wspólną  kolację,  to  nawet  lepiej  dla 
obojga.  W  swoim  nowym  życiu  Christie  nie  przewidywała 
specjalnego miejsca na męskie towarzystwo.

Wróciła  do  salonu,  gdzie  wciąż  leżał  na  podłodze 

przewrócony  manekin.  Podniosła go.  Odruchowo wygładzała 
fałdy  materiału,  daleka  już  teraz  od  fantazjowania  na  temat 
kroju sukienki.

Jej  uwagę  przykuł  biały  guzik  na  nocnym  stoliku -

sprawca niedawnej katastrofy. Ukryła go w dłoni, myśląc, że 
mimowolnie stał się w jej oczach symbolem więzi między nią 
a Mattem.

-  Do  diabła!  -  zaklęła.  Nawet  jeśli  rzeczywiście  uratował 

mi życie, tego typu wzruszenia nie powinny mnie dotyczyć. I 
naprawdę  nie  wiem,  dlaczego  tak  zależy  mi  na  tym,  żeby  tu 
zszedł  na  kolację!  Może  działa  tu  syndrom  wybawcy  i 
wybawionej. Heros wybawił z opresji heroinę i teraz ona jest 
mu  winna  dozgonną  wdzięczność.  Jakie  to  dogodne  pole  do 
fantazjowania i snucia romantycznych mrzonek!

Wrzuciła  guzik  do  pudełka  po  cygarach  i  zatrzasnęła 

wieczko.  Żaden  mężczyzna  nie  zakłóci  spokoju  jej  nowej 
egzystencji,  nawet  Matt  Gallagher.  Bez  względu  na  to  jak 
dalece byłaby mu wdzięczna i niezależnie od tego, czy jej się 

background image

24

podobał,  czy  nie  -  reprezentował  wrogi  obóz  i  o  tym  nie 
należało zapominać.

Uznawszy,  że  dostatecznie  zapanowała  nad  sytuacją, 

Christie przekroczyła próg kuchni, jednego z najukochańszych 
miejsc w swoim nowym domu.

Zmierzyła  wzrokiem  potężny,  zwalisty  piec  niczym 

przeciwnika przed walką. Również na polu kulinarnym miała 
zamiar  niebawem  osiągnąć  mistrzostwo,  zwłaszcza  że  w 
Nowym  Jorku  zawsze  jadała  poza  domem.  Miała  zwyczaj 
wyrywać  się  z  pracy  na  krótko  w  porze  lunchu,  kupować  na 
wynos  porcję  ciepłej  zupy,  a  na  pobliskim  straganie  banana 
lub jabłko i wszystko to przełykać pospiesznie na schodach u 
podnóża  biurowca.  Teraz  nikt  nie  zmusiłby  jej  do  takich 
poświęceń.  Z  upodobaniem  pielęgnowała  wizję  samej  siebie 
jako  niezrównanej  autorki  pysznych,  domowych  potraw. 
Pewne  sukcesy  w  tej  dziedzinie  miała  już  za  sobą  i  dziś 
wieczorem  postanowiła  odnieść  kolejny,  oszałamiający 
sukces, na wypadek gdyby niejaki Matt Gallagher miał zamiar 
do niej dołączyć.

Oczywiście  nie  chodziło  o  to,  żeby  wywrzeć  na  nim 

wrażenie,  czy  też  dowieść  swej  kobiecości.  Co  to,  to  nie! 
Kobiety stosują takie sztuczki, kiedy chcą zdobyć mężczyznę, 
a  o  to  Christie  z  pewnością  nie  chodziło.  To  była  kwestia 
pewnej ambicji. Jeśli ona pitrasi jakieś danie, to będzie to coś 
wyśmienitego,  nawet  gdyby  miała  zjeść  je  sama.  Pal  licho 
Matta!

Zaczęła  myszkować  w  staroświeckiej  lodówce,  która 

brzęczała i  furkotała tajemniczo. Już za chwilę na  rozgrzanej 
w  rondlu  oliwie  skwierczały  plastry  bakłażanów,  a  obok 
bulgotał  pomidorowy  sos.  W  piekarniku  podgrzewały  się 
pszenne  bułeczki  upieczone  poprzedniego  dnia.  Kuchnię 
przepełniała  błoga  mieszanina  dźwięków  towarzyszących 
gotowaniu  oraz  kuszący  aromat  bazylii  i  oregano.  Christie 

background image

25

delektowała  się  chłodnym,  spokojnym  światłem  wieczoru, 
ucierając na blacie kuchennym kawałek żółtego sera.

Bez  reszty  zaabsorbowana  tą  czynnością  nie  usłyszała 

Matta,  który  właśnie  pokonał  wahadłowe  drzwi  tuż  za  jej 
plecami.  Odchrząknął  cicho,  co  sprawiło,  że  odwróciła  się 
gwałtownie i odruchowo przyłożyła dłoń do szyi. Poczuła pod 
palcami przyspieszone tętno.

-  Nie  chciałem  cię  przestraszyć  -  wytłumaczył  się. 

Uśmiechnęła się cierpko w odpowiedzi.

-  Nic  nie  szkodzi.  Na  szczęście  tym  razem  nie  miałam 

niczego w ustach.

Stali  tak  przez  chwilę  naprzeciw  siebie.  Christie  wytarła 

dłonie w ściereczkę, zatkniętą za pasek spódnicy.

-  No  cóż  -  powiedział  Matt.  -  Pomyślałem,  że  może 

moglibyśmy zjeść razem kolację.

Uradowana zaczęła się krzątać przy blacie.
-  Usiądź  tam  przy  stole,  proszę. Jedna  chwila  i  wszystko 

będzie gotowe.

Zasiadł  wygodnie  na  krześle  przy  pokiereszowanym, 

dębowym  stole  i  obserwował  jej  kolejne  poczynania.  Nieco 
tym  speszona,  Christie  upuściła  łyżkę,  która  wylądowała  w 
pomidorowym  sosie,  brudząc  jej  podkoszulek  serią 
czerwonych  plamek.  Zdając  sobie  sprawę  z  tego,  że 
zachowuje się nerwowo, stanęła tyłem do gościa, starając się 
skoncentrować  na  precyzyjnym  krojeniu  papryki.  Och, 
przecież  wcale  nie  musi  wywierać  na  nim  wstrząsającego 
wrażenia.

Myśl  ta  uspokoiła  ją  i  kolejne  czynności  przebiegały  we 

właściwym  rytmie  -  trzeba  wyjąć  z  kredensu  talerze  i 
salaterki,  o,  tak,  zamieszać  w  trzech  różnych  rondlach, 
stojących  na  kuchni,  teraz  poodrywać  liście  sałaty...  Wciąż 
czuła  na  sobie  wzrok  Matta,  lecz  nie  dbała  o  to.  Działała  z 
pełną swobodą. Po chwili dwa kopiaste talerze z bakłażanami 

background image

26

z  serem  w  sosie  pomidorowym  powędrowały  bezpiecznie  na 
stół,  a  towarzyszyła  im  butelka  wina  i  paprykowo-ogórkowa 
sałatka.  W  wyłożonym  serwetką  koszyku  piętrzyły  się 
zachęcająco  gorące  bułeczki.  Pokręciła  się  jeszcze  przez 
chwilę  i  uwieńczyła  dzieło  ćwiartką  świeżutkiego  masła 
podanego  na  talerzyku  z  chińskiej  porcelany,  porzeczkową 
konfiturą  w  szklanej  salaterce  i  lnianymi,  zamiast 
papierowych, serwetkami. Zasiadła teraz naprzeciw Matta i z 
dumą przyjrzała się całości. Danie pachniało zbyt apetycznie, 
by  zwlekać  z  rozpoczęciem  uczty,  a  po  całym,  pełnym 
niespodzianek dniu, czuła się solidnie głodna.

Żadne z nich nie odzywało się przez dłuższą chwilę. Matt 

jadł uważnie, niczym zawodowy degustator. Po jakimś czasie 
wydał swój sąd.

-  Wyśmienite  -  orzekł  z  podziwem.  -  Przywykłem  do 

restauracyjnych  posiłków  i  właściwie  już  zapomniałem,  jak 
smakuje prawdziwa domowa kuchnia.

Christie uśmiechnęła się z wdzięcznością.
-  Cieszę  się,  że  to  przyznałeś.  Mój  styl  życia  ma,  jak 

widzisz, znaczną przewagę nad twoim.

-  To  zbyt  daleko  posunięty  wniosek  -  odpowiedział, 

sięgając po sałatę. - Poprzestałbym na stwierdzeniu, że twoja 
kuchnia jest wspaniała.

-  Dziękuję  -  skwitowała,  nawijając  na  widelec  nitkę 

roztopionego  sera.  -  Skąd  właściwie  pochodzisz,  Matt? 
Urodziłeś się w Nowym Jorku?

- Tak, dzieciństwo spędziłem w Brooklynie, a potem przez 

wiele lat mieszkałem na Manhattanie.

-  Dla  mnie  Manhattan  to  całe  moje  życie,  aż  do  chwili, 

gdy  przeniosłam  się  tutaj.  Jako  dziecko  wciąż  wędrowałam 
między  apartamentem  ojca  na  Park  Avenue  a  mieszkaniem 
matki po zachodniej stronie Central Parku.

background image

27

-  Wiem,  że  twoi  rodzice  się  rozwiedli.  Podobnie  zresztą 

jak i moi... Mamy więc coś wspólnego

-  powiedział  dość  obojętnie,  pocierając  w  zamyśleniu 

podbródek.

- Ile miałeś lat, kiedy to się stało? - zapytała Christie.
- Kiedy co się stało? - spojrzał na nią z roztargnieniem. -

Ach, rozwód moich rodziców? Miałem trzynaście lat.

- Ja dwanaście. Okropnie to przeżywałam... Każde z nich 

walczyło o wyłączne prawo do opieki nade mną, ale w końcu 
sąd przyznał to prawo obojgu - mówiła z uśmiechem, lecz w 
kącikach  jej  usta  czaiła  się  jakaś  gorycz.  Dla  matki  Christie 
cała  ta  stoczona  w  przeszłości  wojna  była  niczym  innym  jak 
rzuceniem  wyzwania  wielkiemu  Christopherowi  Danielsowi 
Trzeciemu. Nie chodziło wcale o Christie. Dopiąwszy swego, 
Juliet  Daniels  prawie  natychmiast  przestała  interesować  się 
córką  i  wróciła  do  swego  życiowego  nałogu  -  nigdy  nie 
kończących się podróży po całym świecie.

Matt odstawił kieliszek z winem.
- Ja też miałem nielekko - przyznał niechętnie.
-  Mieszkałem  z  matką  dopóki  nie  uznała,  że  jestem 

nieznośny.  Potem  byłem  przy  ojcu,  aż  on  również  uznał,  że 
jestem nie do wytrzymania.

Christie roześmiała się.
-  Trudno  mi  sobie  ciebie  wyobrazić  jako  zbuntowanego 

nastolatka. Wyglądasz raczej bardzo...

-  szukała  odpowiednich  słów  -  poważnie  i  od-

powiedzialnie.

Matt przełamał bułeczkę i obficie posmarował ją masłem.
-  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  jestem  statecznym 

nudziarzem?

Przyjrzała  mu  się  badawczo.  Nudziarz?  O,  nie,  raczej 

trudno  byłoby  dopatrzeć  się  czegoś  nudnego  w  złotawym, 
fascynującym kolorycie tego mężczyzny...

background image

28

- „Stateczny” to nie jest właściwie słowo - myślała głośno. 

-  Przypominasz  raczej  wulkan,  który  za  chwilę  może
wybuchnąć z wielką siłą.

- Miło to słyszeć - odparł z przekąsem.
- Bardzo wierzę w to, że w życiu trzeba oddać się czemuś 

bez  reszty,  zwłaszcza  jeśli  można  w  tym  odnaleźć  własne 
szczęście.  I  nie  mogę  oprzeć  się  wrażeniu,  że...  Matt,  czy  ty 
czujesz się szczęśliwy?

Ścigał  widelcem  kawałek  pomidora,  pląsający  po  talerzu 

w ostatniej łyżce smakowitego sosu.

- Oczywiście że tak - oświadczył, przełykając upolowany 

kęs.

Christie  miała  wielką  ochotę  podrążyć  trochę  ten  temat. 

Matt  wydawał  jej  się  osobą  wewnętrznie  niespokojną.  Kimś, 
kto  nie  umie  sprostać  wysokim  wymaganiom  stawianym 
samemu sobie i bezwiednie oczekuje jakiegoś rozstrzygnięcia, 
które  dokonałoby  się  poza  nim.  Ciekawe  co  ma  na  myśli, 
kiedy mówi o szczęściu... Spytała go o to, lecz przerwał jej w 
pół słowa.

- Ten dom ma już swoje lata - zauważył. - Opowiesz mi o 

nim?

Christie uniosła do ust kieliszek. W tym pytaniu brzmiała 

obojętność i dla obojga było jasne, że padło ono tylko po to, 
by zamknąć rozmowę o sprawach nazbyt osobistych.

-  Dość  długo  poszukiwałam  domu,  który  mógłby  się 

nadawać na pensjonat. Wiedziałam od dawna, że w Red River 
są idealne warunki do stworzenia małego przedsięwzięcia tego 
typu i że będzie ono nieźle prosperować - uświadomiła sobie, 
że  przemawia  językiem  dawnej  Mary  Christine  Daniels, 
kobiety  interesu.  A  przecież  chciała,  by  zrozumiał  drugą 
stronę  medalu,  by  odczuł,  że  w  to  przedsięwzięcie 
zaangażowała  przede  wszystkim własną  duszę. Oparła  łokcie 
o stół i spojrzała mu przenikliwie w oczy. - Kiedy zobaczyłam 

background image

29

ten dom po raz pierwszy, wcale nie byłam pewna, czy w ogóle 
się do czegokolwiek nadaje. Okap dachu, zwisający prawie do 
ziemi,  jakby  ktoś  go  zapomniał  przystrzyc,  ta  absurdalna 
weranda  ciągnąca  się  wzdłuż  frontu  tak,  że  nie  widać  jej 
końca... Ale w krótkim czasie okazało się, że jesteśmy bardzo 
dobraną  parą  -  dom  i  ja.  Albo  razem  zatoniemy,  albo  razem 
wypłyniemy na szerokie wody. Czy ty to rozumiesz?

- Ani trochę - odpowiedział. - Dopóki opowiadasz mi, jak 

podejmujesz  decyzje  na  podstawie  różnych  „oczarowało 
mnie” czy „marzyłam”, dopóty nie brzmi to zbyt mądrze.

-  A  kto  powiedział,  że  muszę  być  mądra?  -  pomyślała 

chwilę.  -  Za  to  wiesz,  co?  Po  raz  pierwszy  w  życiu  jestem 
autentycznie szczęśliwa.

Matt nie odzywał się. Odłożył na bok sztućce i spojrzał na 

nią  z  uwagą,  aż  poczuła  się  trochę  nieswojo.  Co  on  sobie 
myśli? Usiłowała wytrzymać jego wzrok, ale było w nim coś, 
co  ją  przyprawiało  o  przyspieszone  bicie  serca.  Ta 
intensywność,  czy  może  ten  niezwykły  kolor  jego  oczu, 
przypominających  ciemny  topaz...  Christie  nie  mogła  się 
oprzeć wrażeniu, że traci poczucie równowagi i dziwnie lekka, 
a  zarazem  zlękniona,  daje  się  ponieść  jakiemuś  spienionemu 
nurtowi  w  nieznane.  Przytrzymała  się  krawędzi  stołu. 
Przybladłe słońce chowało się już za korony sosen i do pokoju 
zakradał  się  zmrok.  Smużka  cienia  zacierała  rysy  twarzy 
Matta,  co  czyniło  go  jeszcze  bardziej  nieodgadnionym. 
Między nim a dziewczyną narastało napięcie. Wyciągnął rękę 
ponad  stołem  i  przez  chwilę  Christie  myślała,  że  chce  ją 
dotknąć.  On  jednak  sięgnął  po  jej  pusty  talerz  i  położył  na 
swoim. Wstał i odniósł naczynia do zlewu.  Każdy jego ruch, 
bardzo  naturalny,  lecz  zarazem  pełen  wdzięku,  przykuwał 
mimowolnie  jej  uwagę.  Patrzyła,  jak  ostrożnie  układa  w 
zlewie  chińskie  talerze,  najwidoczniej  zdając  sobie  sprawę  z 
tego, jak są jej drogie.

background image

30

Wstała  i  ona,  bezmyślnie  zabierając  ze  stołu  salaterkę  z 

konfiturami  i  trzymała  ją  bezradnie  w  ręku,  nie  wiedząc,  co 
dalej...  Wtedy  Matt  podszedł  do  niej  dość  blisko,  tak  że 
brązowa krata koszuli opinającej jego ramiona znalazła się na 
wysokości jej oczu.

-  Christie  -  powiedział  cicho  i  bardziej  do  siebie  niż  do 

niej, jakby chciał odkryć jakieś nowe, sobie wiadome nuty w 
brzmieniu  jej  imienia.  -  Christie  -  powtórzył  w  tonie 
subtelnego, lecz stanowczego rozkazu.

Patrzyli  sobie  z  bliska  w  oczy.  Christie  czuła  własne 

spowolnione tętno i bezwład, ogarniający całe jej ciało, jakby 
za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki  została  zamieniona  w 
niemy  i  wyczekujący  posąg.  Wtedy  Matt  bardzo  powoli 
pochylił się nad nią i dotknął wargami jej ust.

background image

31

ROZDZIAŁ TRZECI

Pocałunek  delikatny  jak  muśnięcie  jedwabiu  dotknął  ust 

dziewczyny,  nie  domagając  się  niczego  w  zamian.  A  jednak 
Christie  nie mogła nie zareagować,  poddała się jego wargom 
chętnie,  ulegle...  Dłoń  Matta  błądziła  pieszczotliwie  po 
zakątkach  jej  twarzy,  jego  kciuk  pocierał  w  skupieniu  gładki 
policzek  dziewczyny.  Christie  westchnęła  głęboko  i  w  tym 
momencie zdała sobie sprawę z tego, że Matt, całując ją, nie 
przestaje się uśmiechać. Po chwili cofnął się o krok.

Christie  stała  bez  ruchu  jak  opuszczone  dziecko,  z 

zamkniętymi  oczami  i  wciąż  trzymając  kurczowo  szklaną 
salaterkę.  Wreszcie  spojrzała  na  Matta  półprzytomnie. 
Niewiele  mogła  dostrzec  poprzez  mrok  ocieniający  jego 
twarz,  bardziej  więc  czuła,  niż  wiedziała,  że  wciąż  się 
uśmiecha.

-  Dziękuję  za  wspaniałą  kolację  -  powiedział,  a  w  jego 

głosie  pobrzmiewały  wesołe  nutki.  Wyszedł  z  kuchni  lekkim 
krokiem  człowieka,  któremu  coś  przed  chwilą  niezwykle 
poprawiło humor.

Christie  wiedziała,  że  powinna  jakoś  zareagować  i  dać 

wyraz swemu oburzeniu, jednak zbyt wielki chaos panował w 
jej głowie. Pomyślała ze zgrozą, że wcale nie wie, czy bardziej 
oburza ją to, że Matt ją pocałował, czy to, że sobie poszedł...

-  To  niemożliwe!  -  powiedziała  do  siebie.  Podeszła  do 

ściany  i  przekręciła  kontakt.  Oślepiona  ostrym,  nazbyt 
jaskrawym światłem, mrugała bezradnie jak ktoś, kto dopiero 
przebudził  się  z  długiego,  rozkosznego snu.  Wciąż  jeszcze 
czuła  smak  pocałunku,  który  niczym  dobre  wino  nadal 
upajał...

-  O,  nie!  -  próbowała  się  otrząsnąć.  Opadła  na  krzesło, 

pocierając  w  skupieniu  skronie,  jakby  chciała  wymazać  z 
pamięci  cały  ten  incydent.  Lecz  nie  potrafiła...  Ta  krótka, 

background image

32

przelotna  pieszczota  poruszyła  w  niej  jakąś  strunę,  której 
istnienia nawet nie podejrzewała.

Stało  się  coś  niepojętego.  Przy  Orenie  nigdy  nie 

doświadczyła  nawet  przybliżonego  uczucia.  W  jej  wnętrzu 
zapłonął osobliwy płomyczek, rozświetlając ją od środka.

-  Do  diabła  z  tobą,  Matt  Gallagher  -  powiedziała, 

uderzywszy pięścią w stół. - Po prostu... idź do diabła!

Nazajutrz rano cały dom wypełnił jazgot gromadki dzieci, 

drących  się  w  niebogłosy  i  wymachujących  drewnianymi 
mieczami.  Christie  wsparta  na  poręczy  schodów  usiłowała 
przywołać maluchy do porządku.

- Stephanie! - napominała. - Oddaj Jasonowi jego miecz i 

idźcie już do domu. I pamiętaj, że nie jesteś średniowiecznym 
rycerzem, tylko średniowieczną damą.

Christie zbiegła po schodach w poszukiwaniu pozostałych 

błędnych  rycerzy.  W  drzwiach  jadalni  stanęła  jak  wryta.  Jej 
oczom  przedstawiał  się  przerażający  widok.  Talerze  z 
resztkami  gofrów  zajmowały  cały  stół,  a  rozlany  syrop 
klonowy utworzył na podłodze małą kałużę. Drużyna rycerska 
w  pełnym  rynsztunku  musiała  się  widać  przeobrazić  we 
wrogą, najeźdźczą hordę siejącą postrach i zniszczenie na swej 
drodze.

Państwo  Fanshaw,  goście  hotelowi,  znaleźli  się  już 

niestety w jadalni i właśnie rozglądali się dookoła zgorszeni.

-  Zeszliśmy  na  śniadanie  -  powiedział  pan  Fanshaw 

zirytowany - i zastaliśmy to.

-  W  dodatku  słyszeliśmy  i  widzieliśmy  jakieś  dzieci -

dorzuciła  pani  Fanshaw.  -  Cały  tłum.  Panno  Daniels,  nie 
uprzedzała nas pani, że tu będą jakieś dzieci.

Christie uśmiechnęła się przepraszająco.
-  Zapewniam  państwa,  że  to  tylko  chwilowo.  Wszystko 

wyjaśnię...

background image

33

-  Dziękujemy  -  przerwał  pan  Fanshaw.  -  Zjemy  dziś 

śniadanie na mieście.

Christie  zaklęła  w  duchu.  Zrezygnowana  przyklękła  i  za

pomocą  paru  serwetek  zaczęła  wycierać  podłogę.  Jej  włosy 
swobodnie spłynęły w dół i natychmiast ich końce utonęły w 
gęstej mazi. Kiedy zastanawiała się, co jeszcze miłego może ją 
spotkać, do jadalni wkroczył ze zbolałą miną Matt. Tuż za nim 
z  niewinnym  wyrazem w okrągłych,  błękitnych oczach  sunął 
dostojnie syjamski kot. Christie usiadła na podłodze, próbując 
wytrzeć syrop zlepiający jej włosy.

-  Dzień  dobry,  Matt  -  powiedziała.  -  Widzę,  że  zawarłeś 

przyjaźń z Vincentem.

Matt zerknął na kota spode łba.
-  Obudziłem  się  i  zobaczyłem  go  liżącego  mój  palec  u 

nogi. Od tej pory wszędzie za mną łazi.

- No cóż - westchnęła Christie. - Musisz mieć coś w sobie.
Odpowiedział jej wymownym spojrzeniem.
- Na dodatek potem coś przeraźliwie skrzeczało. 
Christie  przyjrzała  się  z  troską  kotu,  który  właśnie

wylizywał rozlany syrop.

-  Nigdy  nie  słyszałam,  żeby  skrzeczał.  Co  najwyżej 

pomiaukuje. Ale sporadycznie.

- Ale to nie kot skrzeczał - oświadczył Matt.
-  Tylko  jakieś  dziecko  poowijane  w  ręczniki.  Nazywało 

się Sir Dunsmore i powiedziało, że szuka smoka.

Christie  podniosła  się  z  podłogi  i  otrzepała  kolana. 

Włożyła  dzisiaj  jasnoczerwoną  bluzę  z  długimi  rękawami  i 
dżinsy,  które podtrzymywał  pasek z  ogromną srebrną  klamrą 
w kształcie wierzgającego konia. Zatknąwszy kciuki za szlufki 
spodni,  stała  przez  chwilę  spokojnie  i  obserwowała  kolejne 
poczynania  Vincenta,  który  teraz  z  widoczną  przyjemnością 
ocierał się wąsikami o łydki Matta.

background image

34

- Czy mogłabyś jakoś powstrzymać to zwierzę? - zażądał 

Matt.

Wzruszyła ramionami.
- Vincenta zawsze interesują nowi goście. Ale na ogół jest 

dosyć wybredny, więc możesz to uznać za wyróżnienie.

- Ale ja nienawidzę kotów - zadeklarował.
W  odpowiedzi  Christie  posłała  mu  spojrzenie  pełne 

dezaprobaty.

Tymczasem Vincent przewrócił się na grzbiet, wyrzucając 

wysoko  w  powietrze  czarne  łapy  i  kusząco  eksponując 
puszysty, biały brzuszek. Najwyraźniej domagał się pieszczot. 
Matt  jednak  był  niewzruszony.  Wówczas  kot  sprężył  się  do 
skoku,  z  oczywistym  zamiarem  spenetrowania  resztek  po-
zostawionych  na  stole.  Christie  spojrzała  na  niego  karcąco  i 
ostrzegła:

-  Nawet  o  tym  nie  marz,  Vincent.  Mam  aż  nadto 

sprzątania.

Kot  jeszcze  przez  chwilę  mocował  się  z  nią  wzrokiem, 

lecz  wkrótce  skapitulował  i  podwinąwszy  ogon  pokornie 
opuścił jadalnię.

Christie  odwróciła  się  i  spojrzała  na  Matta.  Jego  czoło 

okalały  niesforne,  skręcone  kosmyki,  z  pewnością  nie 
poddające  się  łatwo  grzebieniowi  czy  szczotce.  Dziewczyna 
poczuła  dziwny  dreszczyk  i  przypomniała  sobie  wczorajszy 
pocałunek. Zagryzła wargi i próbowała oddalić w myślach to
wspomnienie.  Przecież  to  wróg  kotów  -  przyszedł  jej  do 
głowy zbawienny argument - czy ktoś taki w ogóle może się 
liczyć?

Podeszła do mahoniowego kredensu, gdzie znalazła kilka 

ostatnich  gofrów,  cudem  ocalałych  z  najazdu  wojowniczej 
hordy. Zaniosła je na stół.

- Rycerze  powrócili już  z  wyprawy do swych  domostw -

zauważyła. - Nie słyszę żadnych dziwnych odgłosów, a ty?

background image

35

Matt zasiadł przy stole i polał swojego gofra sporą porcją 

syropu.

-  Nie  zdołałem  zapytać  Sir  Dunsmore'a  i  jego  dzielnych 

rycerzy,  w  jakim  celu  napełnili  wannę  wodą  aż  po  brzegi  i 
wlali do niej taką masę mydła.

-  O,  nie!  -  wykrzyknęła  Christie  ze  zgrozą.  Ruszyła  ku 

drzwiom, lecz Matt ją powstrzymał.

- Spokojnie - powiedział. - Wypuściłem już wodę. Zostało 

tylko trochę mydlin.

Christie opadła z ulgą na krzesło.
-  Chciałabym,  żeby  nasz  występ  w  końcu  się  udał... 

Organizujemy  w  Red  River  Święto  Średniowiecza,  będzie 
pełno  atrakcji:  występy  madrygalistów,  tańce  dworskie, 
ruchomy bufet, no i oczywiście żywe obrazy.

Matt spojrzał na nią nieco zbity z tropu.
- Jakim cudem udało ci się zaangażować w to wszystko? 

Jesteś tu zaledwie parę miesięcy.

- Ale już jestem członkiem tutejszej społeczności - odparła 

dumnie. - W obchody Święta zaangażowałam się za namową 
Evelyn  Tucker.  Poznałam  ją  na  czwartkowych  spotkaniach 
Dyskusyjnego Klubu Książki. Jesteśmy też obie członkiniami 
ochotniczej straży pożarnej.

W oczach Matta zabłysły wesołe iskierki.
-  Co  jeszcze  porabiasz  w  wolnym  czasie?  -  zapytał. 

Przechylając wysoko nad talerzem wypełniony miodem słoik, 
Christie  obserwowała, jak  złota  strużka  spływa w  dół  wprost 
na  jej  porcję  gofrów.  Jednocześnie  delektowała  się  każdym 
słowem następującej wyliczanki:

-  Gram  w  miejskiej  drużynie  piłkarskiej,  pracuję 

społecznie  w  bibliotece,  działam  w  komitecie  fundacji  na 
rzecz  budowy  nowego  muzeum...  zaraz,  co  tam  jeszcze...?  -
zerknęła  na  przypięty  do  bluzy  spory  okrągły  znaczek 
nawołujący  do  wstąpienia  w  szeregi  Klubu  Włóczykijów  z 

background image

36

Red  River.  -  Aha,  zorganizowałam  nowy  klub.  Urządzamy 
wycieczki  górskie  dla  osób  po  sześćdziesiątce.  Nie  uważasz, 
że to piękna idea?

Matt  parsknął  głośno.  Widać  było,  że  ledwie  panuje  nad 

rozsadzającym go wielkim wybuchem wesołości.

-  Co  w  tym  takiego  zabawnego?  -  spytała  Christie  z 

wymówką w głosie.

Jej  rozmówca  przybrał  poważny  wyraz  twarzy,  tylko 

gdzieś w kącikach oczu nadal czaiła się ironia.

-  Wprawdzie  udało  ci  się  zwiać  od  nowojorskich 

przepychanek,  ale  najwyraźniej  trafiłaś  z  deszczu  pod  rynnę. 
Twój rozkład zajęć wygląda jeszcze gorzej niż mój.

- To  zupełnie  nie to  samo - zaprotestowała.  - W Nowym 

Jorku  odbywałam  nie  kończące  się  sesje  z  klientami  i 
godzinami  wisiałam  na  telefonie!  Tutaj  moja  praca  ma 
zupełnie inny wymiar.

-  Zapewne.  Posiedzenia  w  komitetach  i  klubach  to  coś 

zupełnie innego niż sesje z klientami.

-  Owszem,  tak.  Stawiam  sobie  nowe  cele  i  każdy  z  nich 

ma  swój  głęboki  sens.  Osiągnęłam  wyższy  stopień 
samorealizacji, który  polega na byciu bardziej ludzkim, a nie 
na napychaniu kabzy. Tak rozumiem teraz słowo sukces!

Nie wywarło to zbytniego wrażenia na Macie, który nadal 

spokojnie konsumował swoją porcję.

-  O  rany,  zupełnie  jakbym  słyszał  twojego  ojca.  On  też 

odmienia  słowa  „cel”,  „osiągnięcie”  i  „sukces”  przez 
wszystkie przypadki.

Christie  zabolało  to  porównanie.  Nie  chciała  w  niczym 

przypominać swojego ojca. Odwróciła się i podeszła do okna. 
Wzdłuż ogrodzenia wysoko pięły się równym rzędem malwy. 
W  Nowym  Jorku  nigdy  nie  miała  ogródka,  zaledwie  liche 
geranium w doniczkach. Tak wiele zmieniło się w jej życiu...

background image

37

-  Zdaje  się,  że  dotknąłem  czułego  punktu  -  skomentował 

Matt. - Co cię tak ubodło w moich słowach?

-  Nie  zrozumiesz  tego.  Ojciec  spodziewał  się,  że  urodzi 

mu  się  syn,  Christopher  Daniels  Czwarty.  Zgrzeszyłam  na 
samym wstępie, przychodząc na świat jako dziewczynka... Ale 
starałam  się  to  wynagrodzić  mojemu  ojcu.  Kiedy  byłam  w 
szkole,  grałem  w  football  i  baseball,  kiedyś  nawet 
próbowałam zorganizować drużynę - uśmiechnęła się smutno. 
- Trener twierdził, że byłabym świetna w defensywie, ale ojcu 
nie  spodobała  się  perspektywa  kibicowania  córeczce 
blokowanej na boisku przez muskularnych wyrostków.

Przysunęła  do  siebie  duży  wazon  z  cyniami  i  poprawiała 

kwiaty.

-  Czy  wiesz,  jak  trudno  jest  dogodzić  własnemu  ojcu? 

Studiowałam  ekonomię  tylko  dlatego,  że  on  tak  chciał. 
Ukończyłam studia zamiast w cztery - w trzy lata, żeby tylko 
mu  zaimponować.  I  wiesz,  co  on  na  to  powiedział?  Że 
mogłabym mieć wyższą średnią.

Wepchnięta  niedbale  do  wazonu  żółta  cynia  straciła  parę 

płatków.

-  No  dobrze,  być  może  takie  postępowanie  nie  przynosi 

mu  chluby,  ale  zrozum,  że  jest  taki  wobec  wszystkich.  Do 
licha,  wobec  mnie  także.  W  zeszłym  tygodniu  zdobyłem 
dwóch  pierwszorzędnych  nowych  klientów  i  nie  usłyszałem 
nawet  pół  słowa  na  ten  temat.  Ale  ja  się  tym  po  prostu  nie 
przejmuję  i  tobie  radzę  to  samo.  Jedź  do  Nowego  Jorku  i 
ureguluj  raz  na  zawsze  swoje  rachunki  z  ojcem.  Wtedy  i  ja 
będę  mógł  wrócić  do  swoich  spraw  i  ty  ze  spokojnym 
sumieniem osiądziesz na swojej ziemi obiecanej.

- Nie rozpędzaj się, proszę. Już powiedziałam - nie pojadę 

do Nowego Jorku!

Podniosła  się  energicznie  zza  stołu,  zaczęła  układać 

naczynia i wynosić je do kuchni. Miała nadzieję, że Matt już 

background image

38

sobie  poszedł,  ale  kiedy  chciała  wrócić  do  jadalni  po  resztę 
naczyń,  napotkała  opór  z  drugiej  strony  drzwi.  Pchnęła  je 
trochę mocniej, lecz nawet nie drgnęły.

- Co tam się dzieje? - zapytała zniecierpliwiona.
-  Pozwól  mi  wejść  -  dobiegł  ją  głos  Matta.  Napierał  na 

drzwi  od  drugiej  strony,  ale  Christie  nie  dawała  za  wygraną. 
Całym swoim ciałem broniła wejścia.

- Matt, radzę ci iść na spacer i porozglądać się trochę po 

okolicy - zaproponowała. - Dobrze ci zrobi odrobina świeżego 
powietrza. Wywietrzeje ci z głowy miejski smog.

- Zaraz to upuszczę. Zwłaszcza syrop - odpowiedział.
Christie  wycofała  się  szybko,  tak  że  mógł  wreszcie 

pokonać  drzwi.  Niósł  stertę  naczyń  i  dzbanuszek  z  syropem. 
Jakoś udało mu się to wszystko donieść w bezpieczne miejsce. 
Następnie, znalazłszy gąbkę, zabrał się do zmywania.

- Dam sobie radę sama - usiłowała go przekonać, torując 

drogę łokciem. - Zostaw to, Matt.

- Myślałem, że kobiety lubią, kiedy mężczyzna pomaga w 

domu  -  zauważył,  wyciągając  rękę  z  gąbką  wysoko,  by  nie 
mogła jej dosięgnąć. 

-  I  tak  nie  masz  u  mnie  szans  -  Christie  bezskutecznie 

usiłowała dosięgnąć gąbki, lecz Matt  przerzucił ją  do drugiej 
ręki  ponad  jej  głową.  Nadal  napierała  na  niego  buńczucznie, 
aż  poczuła  zapach  jego  wody  po  goleniu,  który  przypominał 
trochę leśny aromat zadrzewionych górskich zboczy Nowego 
Meksyku.  W  dodatku  Matt  uśmiechał  się  teraz  do  niej  i  na 
dnie  jego  oczu  igrało  znajome  złotobrązowe  światełko... 
Uznała, że najwyższy czas przestać i wycofać się z honorem.

Matt zmywał ochoczo, nucąc coś pod nosem.
Christie, korzystając z okazji, przyjrzała się uważnie jego 

umięśnionym  plecom,  po  czym  z  niejakim  trudem 
oderwawszy od nich wzrok, zabrała się do czyszczenia innych 
naczyń.

background image

39

-  Twój  ojciec  i  ty  jesteście  ulepieni  z  tej  samej  gliny -

powiedział Matt. - Kiedy was słucham, to jakbym czytał dwa 
rozdziały tej samej powieści, tyle że nie po kolei.

Christie przerwała na chwilę pucowanie gofrownicy.
- Czy mój ojciec dużo ci opowiadał? - dociekała. - Zwykle 

nie jest rozmowny na tematy rodzinne.

-  Był  dość  wylewny.  Zwłaszcza  na  twój  temat,  a  to  coś 

znaczy.  Wciąż  opowiadał,  jaka  jesteś  cudowna,  serdeczna, 
miła, inteligentna i piękna.

Matt wyrecytował listę jej zalet, jakby podawał notowania 

dnia.  Ten  świetlany  wizerunek  samej  siebie  nie  zwalił  jakoś 
Christie  z  nóg,  za  to  coś  zaświtało  w  jej  głowie.  Ze  zgrozą 
zmięła w dłoni papierowy ręcznik.

-  On  to  znowu  robi  -  powiedziała  głosem  drżącym  ze 

zdenerwowania.  -  Jeden  raz  mu  nie  wystarczył.  Znowu 
próbuje!

Matt zerknął na nią znad zlewu zaintrygowany.
- O czym ty mówisz, Christie? 
Wzięła głęboki oddech.
-  Już  ci  mówiłam,  że  próbował  mnie  swatać  z  Orenem 

Petersem.  Nie  udało  mu  się,  więc  wymyślił  kolejną  intrygę. 
Tym  razem  chodzi  o  ciebie  -  wymierzyła  w  Matta 
oskarżycielski palec.

Roześmiał się z niedowierzaniem.
-  To  jakaś  paranoja,  Christie.  Robisz  z  własnego  ojca 

jakieś zwariowane biuro matrymonialne.

- Może minął się z powołaniem - kpiła. Wziąwszy się pod 

boki, stanęła na wprost Matta.

-  Wszystko  układa  się  w  logiczną  całość.  Mój  ojciec 

najpierw opowiada ci o mnie wszystkie te głupstwa, a potem 
wysyła tutaj z misją odstawienia mnie do Nowego Jorku. Tak 
jakby nie mógł przyjechać Terence Bainbridge, który jest dla 
mnie  jak  mój  własny  dziadek.  Ale  nie,  on  wybrał  ciebie. 

background image

40

Nieprzypadkowo!  I  nieprzypadkowo  pocałowałeś  mnie 
wczoraj w taki sposób!

Matt wytarł ścierką mokre dłonie.
- A co ma jedno do drugiego? - zapytał najeżony.
- Musiałeś się domyślić, o co ojcu chodzi - na oślep snuła 

dalsze  oskarżenia.  -  To  by  ci  nawet  odpowiadało,  prawda? 
Gdybym  zakochała  się  w  tobie,  mógłbyś  bez  trudu  wywieźć 
mnie  do  Nowego  Jorku.  Wróciłabym  do  pracy,  ojciec  nie 
zlikwidowałby  firmy  i  to  by  rozwiązało  wszystkie  twoje 
problemy.

Nagle  spostrzegła,  że  trochę  się  zagalopowała.  Twarz 

Matta  spochmurniała,  a  w  jego  wzroku  pojawiły  się  groźne 
błyski. Przemówił jednak głosem zaskakująco opanowanym, z 
lekką tylko nutą szyderstwa.

-  Jesteś  niesamowita,  Christie.  Nawet  w  tym  uroczym, 

niewinnym pocałunku zobaczyłaś coś złego. Nie wiesz sama, 
jak bardzo zgorzkniałaś w tej wojnie z ojcem i jak wypacza to 
twój obraz rzeczywistości. Mój Boże, żal mi ciebie.

Odłożył ścierkę i z kwaśną miną opuścił kuchnię. Drzwi, 

pchnięte  z  impetem,  długo  jeszcze  kołysały  się  po  jego 
zniknięciu.

Christie  czuła  dotkliwą  pustkę  w  środku,  jakby  utraciła 

przed chwilą coś cennego. Rozkoszne wspomnienie pocałunku 
zostało  zbrukane...  I  to  przez  jej  własną  podejrzliwość.  Nie 
miała  wątpliwości  co  do  Orena,  który  bardziej  zabiegał  o 
większe wpływy w firmie niż o nią, ale czy słusznie posądziła
o to samo Matta?

Westchnęła  głęboko.  Intuicja  mówiła  jej,  że  Matt 

Gallagher to człowiek uczciwy. Nie wierzyła, że jest podobny 
do  Orena  Petersa.  Lecz  nawet  jeśli  nie  brał  udziału  w  grze 
świadomie,  z  pewnością  został  wykorzystany  przez  jej  ojca 
jako as atutowy. Zbyt dobrze znała ten schemat, by wiedzieć, 
że  to  kolejny,  dobrze  skalkulowany  ruch,  mający  na  celu 

background image

41

odzyskanie  nad  nią  władzy.  Podeszła  do  zlewu  i  odkręciła 
kurek.  Gorąca  woda  spłynęła  strumieniem  na  talerze,  roz-
pryskując  się  i  parząc  jej  palce.  O  tak,  jej  ojciec  był 
niezrównany.  Po  tylu  latach  wiedział  doskonałe,  jaki  typ 
mężczyzny może jej się podobać. Nie mógł dokonać lepszego 
wyboru.

Do  kuchni  wkroczyła  Lisa  Barrera.  Jak  zwykle  szła  z 

nosem w książce, a ciemne loczki kołysały się na jej głowie. 
Po  omacku  okrążyła  bufet,  wyminęła  stojącą  przy  zlewie 
Christie,  odsunęła  zza  stołu  krzesło  i  z  wdziękiem  na  nie 
opadła.

-  Dzień  dobry  -  bąknęła,  przewracając  stronę.  Zwykle 

poruszała  się  w  ten  właśnie  sposób,  ale  też nigdy  na  nic  nie 
wpadała, ani nie potykała się o nic. Była studentką, dorabiała 
w pensjonacie od początku jego istnienia.

-  Minęłam  w  holu  jakiegoś  wystrzałowego  faceta -

oświadczyła, przewracając kolejną kartkę książki.

-  Sprawiał  wrażenie  lekko  zagubionego,  jakby  pomylił 

adres.  Ale  wszedł  na  górę  po  schodach,  więc  chyba  tu 
mieszka.  Ma  absolutnie  niewiarygodny  brązowy  odcień 
włosów. Nie całkiem rudy, ale prawie.

Christie  zaczęła  płukać  talerze,  wylewając  przy  tym  na 

siebie ogromne ilości gorącej wody.

- Umiarkowanie przystojny - przyznała ostrożnie.
- Ale rzeczywiście rudy. Wprawdzie ciemnorudy, to fakt, 

nie mniej jednak - rudzielec.

-  Nie  zgadzam  się  z  tobą  -  odpowiedziała  Lisa, 

podpierając  ręką  podbródek  i  jeszcze  mocniej  zapuszczając 
nos  w  książkę.  -  Ma  włosy  brązowe  z  lekko  rudawym 
odcieniem. Poza tym nie można określić go innym słowem niż 
„wystrzałowy”.  „Przystojny”  jest  tu  raczej  nie  na  miejscu, 
podobnie  jak  „niezły”.  „Piękny”  brzmiałoby  już  lepiej, 
chociaż trochę staroświecko.

background image

42

- Lisa - zaprotestowała Christie. - Już wystarczy! 
Mimo  absolutnego  zatopienia  w  lekturze,  Lisa nie  traciła 

zadziwiającej  zdolności  rejestrowania  pewnych  istotnych 
danych  z  otoczenia.  Prawdopodobnie  znała  już  dokładną 
liczbę piegów na nosie Matta Gallaghera.

Christie  nie  miała  jednak  zamiaru  dumać  o  czyichś 

piegach. Zakręciła wodę.

-  Czy  możesz  coś  dla  mnie  zrobić,  Lisa?  -  zapytała.  -

Przejmij  pałeczkę  na  resztę  dnia.  Muszę  się  urwać.  Chcę 
trochę pochodzić po górach.

-  Nie  ma  sprawy  -  Lisa  spokojnie  przewróciła  kolejną 

stronę, a Christie serdecznie pozazdrościła jej tego spokoju. Ją 
samą przepełniał paniczny niepokój na myśl, że Matt obecny 
jest gdzieś w jej domu. Tęskniła do zacisza gór, które mogły 
przynieść  ukojenie  targającym  nią  emocjom.  Otworzyła 
lodówkę  i  wyjęła  parę  jajek  ugotowanych  na  twardo  i  słoik 
majonezu  domowej  roboty.  Sporządziła  smaczną  pastę  i  po-
smarowała nią kilka kromek chrupkiego, pszennego pieczywa. 
Zapakowała  je  w  papier,  a  ze  spiżarni  wyjęła  hermetyczny 
pojemnik na lód.

-  Lisa,  czy  mogłabyś  zejść  do  sklepu  po  lód  i  parę 

lemoniad?  A  jeśli  napotkasz  na  drodze  tego  wystrzałowego 
faceta,  to  nie  informuj  go  o  moich  planach.  Chciałabym 
uniknąć rozmowy z nim.

Ta  wypowiedź  ostatecznie  zdołała  oderwać  Lisę  od 

lektury.  Po  raz  pierwszy  uniosła  głowę  znad  książki,  a  w  jej 
ciemnych oczach zabłysło zainteresowanie.

-  Coś  jest  między  wami  -  dociekała.  -  Cała  jesteś 

naładowana jak prądnica, Chris. Mam wrażenie, że gdyby cię 
dotknąć, przeskoczyłoby parę iskier, a może nawet mogłabyś 
kogoś porazić...

-  Lisa  -  nalegała  Christie,  wrzucając  do  przenośnej 

lodówki owoce. - Zejdź na dół do sklepu, błagam.

background image

43

Lisa zamknęła książkę z ostentacyjną niechęcią, lecz zaraz 

załatwiła  sprawunki,  i  to  jak  zazwyczaj  zadziwiająco 
sprawnie.

Christie  załadowała  swój  skromny  bagaż  na  starego  land 

rovera. Jednym skokiem usadowiła się na siedzeniu kierowcy i 
oto gotowa była do drogi.

- I znowu dajesz nogę - dobiegł ją z otwartego okna niski 

głos Matta.

Christie  ujęła  koło  kierownicy,  patrząc  obojętnie  przed 

siebie.

-  Nigdzie  nie  uciekam,  do  ciężkiego  diabła.  Wyruszam 

gdzieś w swoich własnych sprawach, to wszystko.

-  Być  może.  Z  moich  obserwacji  wynika  jednak,  że 

chętnie wiejesz, kiedy sprawy źle idą.

Matt wychylał się brawurowo z okna w stronę łazika.
Dłonie  Christie  zacisnęły  się  kurczowo  na  kierownicy. 

Odwróciła  głowę,  by  spojrzeć  w  oczy  rozmówcy.  Miał  na 
głowie  czapkę  z  napisem  „Czerwone  Skarpety  z  Bostonu”. 
Czapka  reklamująca  najwidoczniej  jego  ulubioną  drużynę 
baseballową  nie  zdążyła  jakoś  dopasować  się  do  kształtu 
głowy.  Przycupnęła  na  samym  jej  czubku  niczym  kura  na 
grzędzie.  Niespodziewanie  i  wbrew  jej  woli  cała  złość 
opuściła Christie.

-  Cokolwiek  sobie  o  mnie  myślisz,  mam  zamiar  dzisiaj 

spędzić  czas  przyjemnie  i  samotnie.  Mam  bowiem  dość 
pewnego faceta, który uparł się, aby mnie dręczyć.

-  Twoja  przyjaciółka  Lisa  powiedziała,  że  udajesz  się  w 

góry i będziesz szczęśliwa, jeśli dotrzymam ci towarzystwa.

-  Zostałeś  źle  poinformowany  -  Christie  zanotowała  w 

pamięci: „Punkt pierwszy. Poważna rozmowa z Lisą na temat 
podstawowych zasad lojalności wobec chlebodawcy”.

-  Wciąż  mamy  sobie  dużo  do  powiedzenia.  Nie 

znajdziemy  lepszej  okazji  -  zadecydował  i  w  mgnieniu  oka 

background image

44

ulokował  się  wygodnie  na  siedzeniu  obok,  rozprostowując  w 
miarę możliwości swoje długie nogi.

- Jestem gotów na wszystko.
Christie  miała  ochotę  zawyć  niczym  ranny  łoś.  Matt 

ucieleśniał w jej oczach prześladowcę zesłanego przez ojca ku 
jej zgubie. Wścibiał wszędzie swój nos i próbował przełamać 
jej  opór,  nie  przebierając  w  środkach.  Żerował  też  na  jej 
słabości  do  niego  i  najwyraźniej  angażował  zupełnie 
nieświadomie  cały  swój  urok,  by  tylko  osiągnąć  cel.  Na 
przykład  teraz,  gdy  tak  siedział  obok,  męski  i  tryskający 
energią...

Christie  bębniła  palcami  po  kierownicy.  Matt, 

doprowadzając  ją  do  szału,  powodował  jednocześnie  żywsze 
pulsowanie  krwi  w  jej  żyłach.  Przyjrzała  mu  się  z  ukosa  i 
dostrzegła, że uśmiecha się od ucha do ucha.

„Punkt  drugi  -  pomyślała.  -  Wyposażyć  samochód  w 

dodatkowy  sprzęt  na  wypadek  inwazji  ze  strony  intruza. 
Najlepsza długa żerdź”. 

- Wspomniałaś, że powinienem trochę rozejrzeć się dokoła 

- oświadczył. - Czy znajdę lepszą okazję?

- Och, diabli nadali... - syknęła przez zaciśnięte zęby. Nie 

odzywając  się  już  więcej,  przekręciła  kluczyki  w  stacyjce  i 
uruchomiła  silnik.  Starała  się  wyobrazić  sobie,  że  siedzący 
obok  Matt  po  prostu  nie  istnieje.  Po  chwili  łazik  mknął 
żwirowaną drogą, wioząc ich oboje w kierunku gór.

background image

45

ROZDZIAŁ CZWARTY

Łazik  podskakiwał  na  wąskiej,  wyboistej  drodze,  która 

pięła  się  w  górę  gdzieś  ku  zalesionym  obszarom.  Świerki  i 
sosny,  kołyszące  się  wysoko,  rzucały  zagadkowy, 
ciemnozielony  cień,  a  kontrastujące  z  nimi  pnie  osikowe  w 
kolorze  kości  słoniowej  strzeliście  wznosiły  się  ku  niebu. 
Christie  umiejętnie  wyminęła  głaz  tarasujący  środek  drogi, 
jednak kierownica lekko wymknęła się jej spod kontroli. Stary 
samochód  miał  swoje  dziwactwa  i  czasem  niczym  uparty, 
hardy  muł  wprost  dopraszał  się  rządów  silnej  ręki.  Christie 
skręciła  koło  kierownicy  z  taką  siłą,  że  Matta  aż  rzuciło  o 
drzwiczki.

-  Zdałabyś  egzamin  na  nowojorskiego  taksówkarza  -

zauważył - i to z wyróżnieniem.

- Uliczny ruch - to nie dla mnie - oświadczyła Christie. -

W  żadnym  wypadku.  Te  korki  i  wrzeszczący  na  siebie 
kierowcy... Co to, to nie. Nauczyłam się prowadzić samochód 
na polnych drogach, byłam wtedy w college'u i nareszcie poza 
wielkim  miastem.  To  pozostawiło  we  mnie  ślad.  Kiedyś 
wzięłam nawet udział w rajdzie samochodowym.

Łazik  podskakiwał  na  wybojach  i  w  identycznym  rytmie 

balansowało  ciało  Matta.  Zadarł  do  góry  daszek  swej  czapki 
mówiąc:

- Chyba właśnie trenujesz przed jakimś rajdem. 
Christie nie zwracała na jego docinki najmniejszej uwagi. 

Docisnęła  pedał  gazu  i  samochód  znacznie  przyspieszył. 
Drobny  żwir  wypryskiwał  spod kół  na  boki,  a  wiatr  odrzucił 
do  tyłu  splątany  strumień włosów  dziewczyny.  Poczuła  się 
nagle lekka i beztroska jak szybujący w powietrzu sokół. Czy 
to uroda dnia wprawiła ją w stan nieważkości, czy też bliskość 
siedzącej obok osoby... - rozważała w duchu.

background image

46

Matt  pokręcił  głową  z  niedowierzaniem,  gdy  ostrym 

łukiem ominęła kolejny kamień na drodze.

-  O  twoich  samochodowych  umiejętnościach  nie  mam 

jakoś  sprecyzowanego  zdania  -  skomentował.  -  Za  to  twój 
wehikuł naprawdę robi wrażenie. Ma wytrzymałość czołgu.

Christie uśmiechnęła się.
-  W  Nowym  Jorku  nigdy  nie  miałam  samochodu.  Lecz 

tutaj  nie  można  się  bez  niego  obyć  -  nie  ma  taksówek  ani 
metra!  Postanowiłam  kupić  sportowy  wóz,  taki  o  jakim 
zawsze  marzyłam. Ale  któregoś dnia zauważyłam tego  grata, 
tkwiącego  smętnie  pod  sosną  na  czyimś  podwórzu  z 
obszarpanym  napisem  „na  sprzedaż”  zatkniętym  za  szybę. 
Trawa  niemal  zarastała  mu  opony  i  widać  było,  że  stał  tak 
latami. Pomyślałam, że musiałabym stracić rozum, żeby kupić 
coś takiego... Dalej przeszukiwałam salony sprzedaży w Santa 
Fe. Ale mimo usilnych starań nie mogłam wyrzucić z pamięci 
tego staruszka. Najwyraźniej jeszcze nie nadawał się na złom -
mówiąc to, pogłaskała czule ulubieńca po tablicy rozdzielczej.

- Spróbuję zgadnąć - zaproponował Matt. - Ten samochód 

musiał mieć w sobie coś, jakiś nieodparty urok...

- Tak!  Skąd wiesz? Tak dokładnie  było. W dodatku miał 

podkowę  przytwierdzoną  do  przedniego  zderzaka  i  to  mnie 
ostatecznie przekonało.

- Kupiłaś samochód z powodu podkowy?
-  No,  właściwie...  -  zawahała  się.  -  Dowiedziałam  się  od 

właściciela,  że  podkowa  należała  do  klaczy  o  imieniu 
Pierwiosnek.

- A cóż to ma znowu do rzeczy? - Matt dociekał.
-  Pierwiosnek  miała  niesłychanie  wybredne  maniery. 

Jadała czekoladki, ale tylko z nadzieniem karmelowym.

Spojrzał  na  nią  z  podziwem,  pocierając  swój  stanowczy, 

mocno zarysowany podbródek.

background image

47

-  Gdyby  podążać  za  twoim  rozumowaniem  należałoby 

pożegnać  się  z  logiką  na  zawsze.  Trochę  to  przypomina 
zasady, rządzące wzrostem cen akcji na giełdzie.

-  Och,  każdy  ma  jednak  w  końcu  jakiś  swój  system -

powiedziała  uśmiechając  się.  -  I  każdy  uważa,  że  mylą  się
inni, a nie on. Mogłabym się założyć, że taki Oren jest teraz w 
biurze,  drepcąc  dookoła,  wymachuje  swoimi  tajemniczymi 
wykresami i sam ze sobą kłóci się na temat plusów i minusów 
kolejnej transakcji.

Przez  dłuższą  chwilę  oboje  milczeli.  Pogrążony  we 

własnych myślach Matt wystukiwał palcami na kolanie jakieś 
niecierpliwe  rytmy.  Christie  spoglądała  w  pełnej  napięcia 
zadumie na drogę przez zakurzone szyby auta.

- Czy byłaś zakochana w Orenie? - pytanie Matta brutalnie 

przerwało  ciszę.  Nie  brzmiało  zbyt  grzecznie  i  wprawiło 
Christie w zakłopotanie, nie chciała jednak pozostawić go bez 
odpowiedzi.

-  Nie,  nigdy  go  nie  kochałam  -  odparła.  -  Przez  chwilę 

wydawało mi się, że tak jest. Oren potrafi być czarujący, kiedy 
się  postara.  Ale  w  rzeczywistości  z  mojej  strony  było  to 
wyłącznie  spełnianie  oczekiwań  ojca.  Wciąż  opowiadał,  jaki 
jest szczęśliwy z powodu naszych zaręczyn - Christie zerknęła 
na Matta z ukosa.

-  Nigdy  nie  popełnię  więcej  takiego  błędu.  Możesz  być 

tego pewny!

Spojrzał na nią gniewnie.
-  Czy  ty  naprawdę  myślisz,  że  jestem  wplątany  w  jakąś 

obłędną intrygę uknutą przez twego ojca? Mój Boże, ostatnia 
rzecz,  jakiej  bym  sobie  życzył,  to  żebyś  się  we  mnie 
zakochała,  Christie.  I  najmniej  odpowiednią  rzeczą,  jaka 
mogłaby  mi  się  przydarzyć,  byłoby  zakochać  się  w  tobie  -
powiedział to zdecydowanym tonem, bez cienia wahania.

background image

48

No  cóż,  pochlebcą  nazwać  go  nie  można  -  pomyślała 

Christie.

- W porządku, wierzę ci, że nie brałeś udziału w kolejnym 

planie  wyswatania  mnie  wbrew  mojej  woli.  Ale  w  końcu 
przyjechałeś  tu  jednak  jako  rzecznik  jego  spraw. I  dlatego  ci 
nie ufam.

-  Do  licha,  nie  trzymam  ani  jego,  ani  twojej  strony,  nie 

rozumiesz? Chcę po prostu uporządkować swoje własne życie.

Christie  przyszło  na  myśl,  że  Matt  jest  człowiekiem 

pełnym sprzeczności. Sama czuła się przy nim rozdarta i zbita 
z tropu. Czasami miała ochotę przeczesać palcami jego włosy, 
żeby sprawdzić, czy rzeczywiście są jak jedwab, czy tylko tak 
wyglądają...

A  czasami  miała  ochotę  porządnym  kuksańcem  zrzucić 

mu z głowy jego baseballową czapkę.

Droga  zwężała  się  stopniowo  i  wkrótce  osiągnęła 

szerokość  ścieżki.  Gałęzie  drzew  zahaczały  o  samochód, 
bębniąc  w  jego  szyby  niczym  natarczywe  palce.  Przebyli 
jeszcze  około  mili  i  Christie  zatrzymała  wóz.  Wyłączyła 
silnik,  szeroko  otworzyła  drzwi  i  wyskoczyła  na  zewnątrz.  Z 
przyjemnością  rozciągnęła  zesztywniałe  od  długiej  jazdy 
mięśnie  nóg.  Z  tylnej  kieszeni  spodni  wyjęła  mapę,  roz-
postarła ją na masce samochodu i zaczęła pilnie studiować.

Matt  posnuł  się  trochę  dookoła,  po  czym  zajrzał  Christie 

przez ramię.

- A cóż to znowu jest? - zapytał.
-  Dokładnie  to,  co  widzisz.  Chciałabym  trochę  rozejrzeć 

się po okolicy. Po to tu przyjechałam.

Nieco  pilniej  przyjrzał  się  niewyraźnemu  rysunkowi 

mapy.

-  Wielka  kopalnia  złota  Shelby'ego  -  odczytał  odręczny 

napis i roześmiał się. - Ty chyba żartujesz. Poszukujesz jakiejś 
kopalni złota?

background image

49

Jego drwiący ton irytował Christie, a w dodatku nie mogła 

skupić  się  nad  mapą,  czując  za  plecami  jego  bliskość, 
wprawdzie 

przypadkową,  ale  mimo  to  krępującą. 

Odchrząknęła znacząco.

-  Nie  szukam  „jakiejś”  kopalni  złota  -  oświadczyła. -

Zdążyłam już dotrzeć do wielu starych, opuszczonych szybów 
tu, w górach. Ale to nie było to. Szukam czegoś... - zawahała 
się, lecz po chwili dokończyła - szukam czegoś wyjątkowego i 
nie obchodzi mnie, co akurat ty sobie o tym pomyślisz, Matt.

Złożyła  mapę  i  wetknęła  ją  z  powrotem  do  kieszeni,  po 

czym  spojrzała  mu  wyzywająco  w  oczy,  zadzierając  brodę 
zaczepnie do góry. Wciąż stał bardzo blisko i patrzył teraz na 
jej  usta.  Jego  twarz  ocieniona  daszkiem  czapki  miała 
nieprzenikniony wyraz. W jakiś naturalny sposób pochylił się 
nisko nad nią, a Christie, nie mogąc się temu oprzeć, zbliżała 
pomalutku  twarz  do  jego  twarzy,  już  nie  zaczepnie,  lecz 
ulegle, dążąc na spotkanie jego ust.

Całował  ją  jakoś  stanowczo  i  rzeczowo,  jego  wargi  były 

chłodne,  bardzo  pewne...  Christie  przylgnęła  do  niego  cała, 
zarzucając  mu  ręce  na  szyję.  Jeszcze  wówczas,  gdy  ich  usta 
oderwały  się  już  od  siebie,  wciąż  trwała  tak,  oparta  o  niego 
oddychając  nierówno.  Jego  dłonie  luźno  obejmowały  ją  w 
talii.

- Mapy skarbów i kopalnie złota... - wymruczał.
-  Jesteś  nie  gorsza  od  Orena  w  tym  fantazjowaniu.  No, 

może  twoje  mapy  skarbów  są  trochę  zabawniejsze  od  jego 
tabelek i wykresów.

- Nie porównuj mnie z Orenem, proszę - odparła. - On jest 

opętany żądzą pieniędzy i władzy.

- Czego ty tak wciąż szukasz, Christie? - zapytał miękko. -

Jaki  to  ukryty  skarb  chciałabyś  odnaleźć? -  Jego  ciepłe  i 
mocne dłonie nieco ciaśniej objęły ją w talii.

background image

50

Dziewczyna  wdychała  sosnowy  aromat,  nie  wiedząc,  czy 

to  Matt  tak  pachnie,  czy  las  dookoła.  Przytuliła  się  do  niego 
trochę mocniej, chciała, by zrozumiał dobrze to, co miała mu 
do powiedzenia. 

-  Przybyłam  do  Red  Rever,  żeby  odnaleźć  coś,  co 

straciłam  dawno  temu  -  zaczęła  półgłosem.  -  Tamtego  lata 
przyjechałam  tu  z  ciotką...  Wszystko  układało  się  wspaniale. 
Ciotka  Sarah  była  wtedy  moją  najlepszą  przyjaciółką, 
akceptowała  mnie  taką,  jaką  byłam,  nie  musiałam  udawać 
kogoś innego. Kiedy spędzałyśmy tu wakacje, zakochała się w 
pewnym  mężczyźnie,  który  wprost  idealnie  do  niej  pasował. 
Wędrowaliśmy  wszyscy  troje  po  górach,  poszukując  starych 
kopalni  złota.  Czułam  się  tak,  jakbym  odnalazła  prawdziwą 
rodzinę.

-  Rozumiem.  Starasz  się  odtworzyć  tamto  lato,  prawda? 

Pogoń  za  kopalniami  złota  i  te  rzeczy.  I tak  jak  twoja  ciotka 
znalazła  sobie  tutaj  mężczyznę,  ty  też  jakiegoś  poszukujesz. 
Hmmm... - zakończył w tonie dezaprobaty.

Christie  zaczerwieniła  się  ze  złości.  Dlaczego  Matt 

uważał, że rozszyfruje bez trudu jej postępowanie, jeśli tylko 
przyłoży do niego pierwszy lepszy  schemat? A poza tym jak 
mógł przytulać ją z taką obojętnością? Jego pierś podnosiła się 
i  opadała  spokojnie,  podczas  gdy  jej  serce  mało  nie 
wyskakiwało  z piersi  za każdym jego  dotknięciem.  Odsunęła 
się gwałtownie.

- Nie jestem aż tak naiwna, jak przypuszczasz - oznajmiła. 

-  To  prawda,  że  przyjechałam  do  Red  Rever  z  powodu 
tamtych  wakacji.  Wiem,  że  tutaj  potrafię  być  szczęśliwa. 
Prawdą jest również to, że drepcę po starych śladach, szukając 
kopalni  złota.  Ale  co  do  jednego,  to  jesteś  w  błędzie.  Ja  nie 
poszukuję żadnego mężczyzny!

Oddaliła  się  od  niego,  przeszedłszy  na  drugą  stronę 

samochodu.

background image

51

Matt  pochylił  się  nad  zderzakiem  i  obejrzał  przy-

twierdzoną tam podkowę Pierwiosnka.

- Mogłabyś się przyznać do tego, Christie. Jesteś w końcu 

okropnie  sentymentalna,  w  przeciwnym  razie  już  dawno 
wyrzuciłabyś  tę  podkowę.  Prawdopodobnie  zwariujesz 
niedługo na punkcie jakiegoś gościa stąd, który będzie dobrze 
wiedział, co chcesz od niego usłyszeć i będzie plótł głupoty o 
różnych oczarowaniach i urokach, w które ty tak wierzysz.

W jego  słowach  najwyraźniej  pobrzmiewała  zazdrość. W 

dodatku  spoglądał  już  groźnie  dookoła,  jakby  wypatrywał 
podejrzanego kowboja, który tu przygalopuje na mustangu, by 
łowić  Christie  na  lasso  swych  słodkich  słówek.  Dziewczyna 
podniosła z ziemi kij i przełamała go na pół.

-  Jestem  realistką  -  powiedziała  zdecydowanie.  -  Być 

może tamtego lata wierzyłam w miłość romantyczną. Miałam 
czternaście lat i ciotka Sarah wydawała mi się najszczęśliwszą 
osobą  na  świecie.  Ale  wiesz,  co  było  potem?  Pobrali  się  i 
wszystko między nimi wygasło. Teraz mieszkają w Wisconsin 
i  tak  się  ze  sobą  kłócą,  że  ledwie  to  znoszę,  kiedy  ich 
odwiedzam.

Odrzuciła daleko oba kawałki kija.
-  Widziałam,  co  się  działo  z  ciotką  Sarah,  widziałam,  co 

przydarzyło się moim rodzicom... I cała ta farsa z zaręczynami 
z Orenem też nie przyczyniła się do pogłębienia mojej wiary 
w prawdziwą miłość!

Matt zerknął na nią sceptycznie.
-  Może  obdarzysz  uczuciem  kogoś,  komu  nie  zależy  na 

miłości.

- No, a ty? - spytała prowokująco. - Może ty też nie jesteś 

takim  cynikiem,  na  jakiego  wyglądasz.  Może  jest  w  Nowym 
Jorku  jakaś  kobieta,  która  sprawia,  że  mimowolnie 
dopuszczasz się najróżniejszych szaleństw...

- Do licha, nie - uciął krótko. I nic już nie miał do dodania.

background image

52

Christie  kopnęła  prawą  przednią  oponę  łazika.  Czuła  się 

absurdalnie  szczęśliwa  na  myśl,  że  Matt  nie  jest  związany  z 
żadną  kobietą. Z dużym trudem przyszło jej wyperswadować 
sobie, że to jej w ogóle nie powinno obchodzić.

Otworzyła tylne drzwi samochodu i wydostała pojemnik z 

jedzeniem.

- Jestem głodna - oświadczyła. - Pora na lunch! 
Zupełnie  nie  zwróciła  uwagi  na  fakt,  że  do  południa

brakowało  jeszcze  paru  godzin.  Matt  jakoś  zakłócał  jej 
naturalny  rytm  posiłków  samą  swą  obecnością.  Usiedli  obok 
siebie. Christie podała Mattowi kanapkę i lemoniadę.

-  Masz  prawdziwy  talent.  Nawet  twoja  pasta  z  jajek 

smakuje jak najwykwintniejszy przysmak... - oparł się o pień 
sosny, wyciągnął nogi i nasunął czapkę głębiej na oczy. - Jest 
taka  pyszna  -  mamrotał,  ziewając  jednocześnie  szeroko.  -
Naprawdę jest zupełnie w porządku...

Christie  nie  mogła  dojrzeć  jego  oczu  ukrytych  pod 

daszkiem czapki. Dopiero po kilku minutach wsłuchiwania się 
w jego równy oddech zrozumiała, że śpi jak kamień. Usiadła 
na  wilgotnej  darni  i  pałaszując  chleb,  przyglądała  się 
śpiącemu.

Jego  dłonie  spoczywały  na  brzuchu,  a  między  nimi 

chwiała  się  butelka  z  lemoniadą.  Przez  lekko  otwarte  usta 
dobiegło  subtelne  pochrapywanie.  Wyglądał  tak  spokojnie  i 
błogo, jakby opadło całe napięcie, które towarzyszyło mu tego 
ranka.  Christie  zapragnęła  położyć  głowę  na  jego  kolanach  i 
wyciągnąć się na ziemi u jego boku. Czuła, że mogłoby to być 
naprawdę niezwykle przyjemne...

Oparła  dłonie  mocno  na  kolanach,  by  powstrzymać  się 

przed  tym.  Nadal  jednak  mu  się  przyglądała.  Miał  silne, 
umięśnione  ramiona,  prawdopodobnie  w  wolnych  chwilach 
ćwiczył  regularnie  w  którymś  z  klubów kulturystycznych  na 
Manhattanie.  Całe  jego  ciało  promieniowało  siłą  i 

background image

53

sprężystością,  lecz  tu  i  tam  Christie  odkryła  pewne 
charakterystyczne szczegóły, które ją wzruszały - na przykład 
uszy, 

wystające 

bezradnie 

spod 

czapki, 

łokcie, 

zdezorientowane  i  zawstydzone  swoją  nagością  nieosłoniętą 
rękawem marynarki...

Zapragnęła  nagle  zerwać  mu  z  głowy  czapkę  i  ucałować 

go.  Budził  w  niej  jakieś  dzikie  łakomstwo,  niczym 
czekoladowy  łakoć,  który  chciałaby  smakować  kawałek  po 
kawałku,  wiedząc  dobrze,  że  zjadła  już  dość.  Z  minuty  na 
minutę  rósł  w  niej  nieopanowany  apetyt  na  jeszcze  jedno 
spojrzenie  piwnych  oczu  i  jeszcze  jedną  pieszczotę 
delikatnych dłoni. On wyjeżdża w poniedziałek! Można by tak 
podelektować się chociaż małym pocałunkiem...

Zacisnęła  dłonie aż  do bólu,  by się  powstrzymać.  O,  nie, 

Matt  Gallagher  może  zaszkodzić  jej  bardziej  niż  tysiąc 
czekoladek zjedzonych naraz!

Poruszył  się  przez  sen,  mamrocząc  pod  nosem  coś,  co 

brzmiało  jak  „sprzedać,  cholera,  sprzedać”.  Prawie  pełna 
butelka  lemoniady  tkwiąca  w  jego  dłoniach  niebezpiecznie 
przechyliła  się  w  prawo,  grożąc  wylaniem  całej  zawartości. 
Przykuło to uwagę Christie.

Kiedy butelka mocno przechyliła się na bok, rzuciła się na 

kolana obok śpiącego i w ostatniej sekundzie ją złapała. Matt 
przebudził się gwałtownie i sztywno usiadł.

-  Co  za  czort!  -  wykrzyknął,  strącając  sobie  z  głowy 

czapkę bezwładnym ruchem ramienia. Jednocześnie omal nie 
uderzył w głowę dziewczyny. Wciąż klęczała nieco pochylona 
nad Mattem, ściskając w dłoni uratowaną butelkę i wpatrując 
się  w  jego  twarz  z  bardzo  bliska.  Miał  takie  wymowne  usta, 
duże  i  dynamiczne.  Teraz  lekko  wykrzywione  wyrażały  stan 
wzburzenia,  ale  mimo  to  nie  traciły  nic  ze  swego  czaru. 
Gdyby tak przesunąć się w ich kierunku choćby

background image

54

o  parę  centymetrów,  pocałunek  stałby  się  nieunikniony... 

Dzielnie  pokonała  w  sobie  tę  pokusę  i  niezgrabnym  ruchem 
wycofała  się  na  poprzednie  miejsce,  obficie  ochlapując  przy 
tym własne dżinsy lemoniadą.

Matt spojrzał trochę przytomniej.
-  Dlaczego  mnie  nie  obudziłaś?  -  zapytał  z  lekką 

wymówką w głosie.

- Wyglądałeś na kogoś, komu drzemka dobrze robi. 
Wyjął z kieszeni zegarek i sprawdził godzinę.
- Dobry Boże, dopiero wpół do jedenastej. Nigdy nie śpię 

o  tej  porze,  a  właściwie  w  ogóle  nigdy  nie  sypiam  w  ciągu 
dnia.

- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - odpowiedziała.
-  Rzeczywiście  musiałem  mocno  zasnąć  -  mamrotał, 

wsuwając zegarek do kieszeni. - Znaleźć się o tej porze gdzieś 
w  środku  lasu,  to  dla  mnie  prawdziwy  szok.  Soboty  zwykle 
spędzam w biurze.

- To żałosne. Pomyśl, ile tracisz, tkwiąc tam, pięćdziesiąt 

pięter  ponad  poziomem  ulicy  -  Christie  podniosła  z  ziemi 
czapkę Matta i zaczęła ją modelować. - Tylko sobie wyobraź, 
Matt.  W  soboty  wszyscy  normalni  ludzie  dobrze  się  bawią 
gdzieś  w  Central  Parku,  a  ty  siedzisz  w  ciasnej  klitce  bez 
okien i studiujesz raporty finansowe.

- Ale tam są okna.
- O! - najwyraźniej ją to zaskoczyło. - Nie zajmujesz biura 

po mnie na tyłach pokoju Terence'a?

-  Nie,  mam  duży  gabinet  narożny.  Dawną  salę 

konferencyjną, jak przypuszczam.

Christie wygięła daszek czapki Matta, którą wciąż jeszcze 

miętosiła w rękach. Do ciężkiej cholery, zawsze chciała dostać 
ten  gabinet  z  dwoma  rzędami  okien,  miejsce,  w  którym  nie 
czułaby  się  jak  w  puszce.  Ojciec  jednak  nalegał,  żeby 
pozostało  salą  konferencyjną.  Jak  on  zdołał,  ten  cały  Matt 

background image

55

Gallagher,  przyjść sobie  znikąd i  od razu  dostać w prezencie 
to, co chciał?

Poczuła przypływ gniewu. Z powodu ojca, Matta, czy też 

ich  obu  razem  -  sama  nie  wiedziała.  Dlaczego  w  ogóle 
obchodziło  ją,  co  się  dzieje  wewnątrz  spółki  Daniels,  Peters, 
Bainbridge i Gallagher? Te sprawy przecież już dawno jej nie 
dotyczyły!

Oddała Mattowi jego baseballową czapkę. Gdy ją założył, 

okazało  się,  że  zbyt  przesadnie  poprawiła  daszek,  który 
sterczał teraz mocno koślawo. Spojrzała na niego z wyrzutem, 
jakby i to było wyłącznie jego winą.

Matt przesunął czapkę na tył głowy.
-  Nie  wybrałem  się  tu  z  tobą,  żeby  ucinać  drzemkę  i 

marnotrawić  czas.  Musimy  porozmawiać  o  twoim  powrocie 
do  Nowego  Jorku.  Do  poniedziałku  masz  sporo  czasu  na 
przygotowanie  się,  a  ponadto  musimy  potrenować  twoje 
wystąpienie przed ojcem.

- Potrenować? - powtórzyła z niedowierzaniem. - Za kogo 

ty się masz?

- To oczywiste, że nie możesz tak po prostu wkroczyć do 

jego  gabinetu,  bez  żadnego  przygotowania.  Masz  do  niego 
zbyt  emocjonalny  stosunek,  potrzebujesz  kogoś,  kto  ci 
pomoże  opanować  uczucia  i  zyskać  pewien  dystans,  zanim 
dojdzie do waszej konfrontacji.

Christie  otworzyła  i  zamknęła  usta  niczym  ryba 

wyrzucona na piasek.

-  To  staje  się  nie  do  zniesienia  -  przemówiła  wreszcie 

oburzona.  - Wybij sobie z głowy ten plan. Nie pojadę z tobą 
do  Nowego  Jorku.  I  coś  ci  powiem:  jeżeli  kiedykolwiek 
dojdzie  do  konfrontacji  z  ojcem,  to  ciebie  z  pewnością  przy 
tym nie będzie!

Zgarnęła resztki prowiantu do pojemnika i wrzuciła go do 

samochodu.

background image

56

Matt nie dawał za wygraną.
- Musimy o tym pomówić, Christie...
-  Nie  -  urwała  krótko.  -  Nic  nie  musimy.  Mam  teraz 

zamiar udać się na poszukiwanie mojej kopalni. Możesz pójść 
ze mną albo zostać tutaj.

Z tylnego siedzenia łazika Christie zabrała swój słomkowy 

kapelusz. Wcisnęła go na głowę i pomaszerowała w głąb lasu.

Matt podążył w ślad za nią.
- Skąd wiesz dokąd iść? - zapytał.
- Sprawdziłam na mapie i wiem.
- Nie wydaje mi się, żeby to miało jakiś sens. Tu nie ma 

nawet śladu żadnego szlaku.

-  Owszem,  jest  -  odpowiedziała  zdecydowanie.  -  Trzeba 

tylko umieć patrzeć.

- Tu nie ma żadnej ścieżki.
- Właśnie, że jest.
- Niby gdzie?
Christie  zatrzymała  się  dość  gwałtownie i  Matt wpadł  na 

nią  z  impetem.  Objął  ją  szybko  ramionami,  by  zapobiec 
upadkowi.  Podobnie  jak  wczoraj  jego  uścisk  był  pewny, 
mocny,  a  zarazem  uwodzicielski.  Christie  z  niejakim 
wysiłkiem oparła się czarowi jego dotyku, już po raz kolejny.

Energicznym ruchem wręczyła Mattowi mapę.
- Proszę. Sam ją sobie obejrzyj.
Rozwijał  sfatygowany  kawałek  papieru  z  oczywistym 

brakiem przekonania.

-  Wygląda  jak  rysunek  trzyletniego  dziecka  -  narzekał.  -

Jakim  cudem  możesz  z  tego  cokolwiek  odczytać?  Odwrócił 
mapę  do  góry  nogami,  postudiował  ją  chwilę  i  wreszcie 
podejrzliwie zapytał: - Skąd ją wzięłaś?

Christie pogardliwie wydęła policzki i odebrała mu mapę 

stanowczym ruchem.

background image

57

- Jeżeli już koniecznie musisz wiedzieć, to dostałam ją od 

pewnej  kobiety,  właścicielki  tych  ziem.  To  kopia  mapy 
Wielkiego  Shelby'ego,  który  wyznaczył  granicę  złotodajnej 
działki  w  1890  roku  i  przystąpił do  budowy  szybu.  Musisz 
wiedzieć, że Wielki Shelby naprawdę był wielki - ciągnęła. -
Z powodu wybujałego wzrostu zawsze straszliwie walił głową 
we  framugę,  przekraczając  próg  salonu  Złota  Strzała,  który 
prowadziła  wówczas  niejaka  Flo  Jackson.  Nigdy  biedak  nie 
pamiętał,  by  w  porę  się  uchylić.  Ale  okrutnie  kochał  się  we 
Flo i coś go tam stale przyciągało.

-  Christie,  na  litość  boską,  a  cóż  to  ma  wspólnego  z  tą 

mapą?!

Pomyślała chwilę.
- Zupełnie nic - przyznała. - Ale tu nie o to chodzi.
- A o co chodzi? - spytał zbity z tropu.
- Zlituj się! Jakoś w ogóle nie da się z tobą rozmawiać.
Obróciła  się  na  pięcie  i  dała  nura  między  drzewa.  Matt 

niechętnie podążył za nią, wypowiadając serię uszczypliwych 
uwag pod jej adresem.

Słoneczne  promienie  przebijały  się  malowniczo  przez 

korony  drzew,  a  odgłos  ptasiego  świergotu  i  przekomarzania 
towarzyszył idącym ze wszystkich stron.

-  Zastanawiam  się,  czy  to  głos  sójki  błękitnej...  -

wsłuchiwała  się  Christie.  -  W  przyszłym  tygodniu  mam 
zebranie  kółka  ornitologicznego,  więc  się  o  to  dokładnie 
wypytam. Czy ty kiedyś obserwowałeś ptaki, Matt?

-  Właśnie  mi  się  wydaje,  że  jestem  na  tropie  pewnego 

rzadkiego ptaszka - oświadczył. - Wygląda mi to na kukułkę-
żółtobrzuszkę  -  odpowiedział  niewinnym  uśmieszkiem  na  jej 
złowrogie spojrzenie.

Christie nie zważała na złośliwości Matta i czuła się coraz 

wspanialej, wędrując tak przez las i ciesząc się jego pięknem. 
Maszerowała  raźnym,  swobodnym  krokiem,  wymachując 

background image

58

ramionami. W dodatku coś jej szeptało do ucha, że nareszcie 
kroczy szlakiem Shelby'ego.

Wędrowali jakiś czas w milczeniu, wsłuchani w tłumione 

szmery  i  szelesty  tajemniczego,  leśnego  organizmu,  który 
pulsował  dookoła.  Po  jakimś  czasie  Christie  zerknęła 
ukradkiem  na  zegarek.  Według  jej  obliczeń  powinni  już 
dotrzeć  do  szybu  jakiś  czas  temu.  Nie  widziała  jednak 
większego sensu w informowaniu o tym swojego towarzysza. 
Starając  się  nadać  swym  ruchom  możliwie  największą 
nonszalancję, sięgnęła ponownie po mapę i zerknęła na nią z 
ukosa.

- Zgubiliśmy się, Christie - stwierdził Matt. - Zaczęliśmy 

błądzić już w tej samej minucie, w której opuściliśmy miasto.

-  Po  prostu  trochę  zboczyliśmy  z  trasy  i  tyle!  Zaraz  to 

zresztą naprawimy, niech się tylko dobrze zorientuję...

Przemawiała głosem osoby bardzo pewnej siebie, badając 

mapę  centymetr  po  centymetrze i  rozglądając  się  po  okolicy. 
Nagle  Christie  uzmysłowiła  sobie,  że  nie  ma  zielonego 
pojęcia, dokąd powinni się udać.

-  Spójrz  wreszcie  prawdzie  w  oczy,  dziewczyno.  Jesteś 

mieszczuchem  i  należysz  do  innej  rzeczywistości.  Wróć  do 
Nowego  Jorku  i  przestań  udawać  Robin  Hooda,  bo  ci  z  tym 
nie do twarzy!

Na te słowa aż coś zagotowało się w Christie. O nie! Ona 

nikogo  nie  udaje  -  ona  naprawdę  przynależy  właśnie  tutaj.  I 
nie  będzie  z  powodu  kogoś  takiego  jak  Matt  gubić  się  w 
niepotrzebnych  analizach  samej  siebie,  bo  zna  siebie 
doskonale  i  niektórych  decyzji  jest  po  prostu  absolutnie 
pewna!

Ale  pewne  stało  się  również  to,  że...  właśnie  niestety 

zabłądziła.  Gdzieś  w  górach,  w  samym  sercu  gęstego  lasu, 
straciwszy  wszelkie  poczucie  orientacji  -  zagubiła  się  jak 

background image

59

dziecko. A wraz z nią wpadł w te same tarapaty niejaki Matt 
Gallagher.

background image

60

ROZDZIAŁ PIĄTY

Christie  przeszła  jeszcze  parę  metrów  i  wreszcie  usiadła 

na omszałym pniu. Matt zbliżył się do niej.

- Posuń się trochę - poprosił.
-  Tu  nie  ma  dosyć  miejsca  -  odpowiedziała  szorstko. -

Siadaj sobie gdzie indziej.

Nie  usłuchał  i  przysiadł  jednak obok.  Rozpostarł  szeroko 

mapę tak, by oboje mogli się jej przyjrzeć.

- No dobrze - powiedział. - Spróbujemy to rozgryźć. Jeśli 

wierzyć mapie, powinniśmy się kierować na północ. A północ 
jest  tam  -  pomachał  kciukiem  na  lewo  jak  autostopowicz 
zatrzymujący okazję.

- Ależ północ jest tam! - Christie zdecydowanie wskazała 

kierunek na wprost.

- Mój Boże, nie masz za grosz orientacji w terenie.
-  Północ  musi  być  tam  -  upierała  się.  -  To  znaczy... 

Wystarczy  zbadać  położenie  słońca  i  wszystkiego  się 
dowiemy.

Zadarła  głowę,  by  przyjrzeć  się  niebu  i  dać  praktyczny 

dowód  swoim  uczonym  zasadom,  ale  zobaczyła  jedynie 
wiecznie  zielone  korony  drzew.  W  żaden  sposób  nie  mogła 
dojrzeć  słońca,  co  pozwoliłoby  jej  może  wyciągnąć  jakieś 
wnioski.

- W każdym razie tak się te rzeczy sprawdza... - dodała już 

bez uprzedniej pewności siebie.

-  Zaprowadzę  cię  do  tej  kopalni,  chodź!  -  Matt  zwinął 

mapę i ruszył dziarsko przed siebie z widoczną determinacją.

-  Zaczekaj!  -  wołała,  goniąc  go.  -  Mech!  Przecież mech 

obrasta pnie drzew od północnej strony... Cholera, a może od 
południowej.

background image

61

-  Teraz  ja  jestem  kierownikiem  wycieczki,  dobrze? 

Zachowaj dla siebie te genialne wskazówki, ty niedopieczony 
skaucie i chodź wreszcie.

Ratunek  przyszedł  nagle  i  zupełnie  niespodziewanie. 

Drzewa rozstąpiły się przed idącymi, ukazując szeroką, jasną 
płaszczyznę  łąki  porosłej  polnym  kwieciem.  Po  przeciwnej 
stronie  zamykał  ją  gaj  osikowy,  pulsujący  światłem  tak 
promieniście,  jakby  wchłonął  całe  słońce  i  więził  je  między 
drobnymi  gałęziami.  Christie  zatrzymała  się  w  nabożnym 
skupieniu.  Jej  uwagę  przykuł  widok  zmurszałej,  starej  chaty, 
otoczonej  walącym  się  płotkiem,  ukrytej  w  cieniu  osiki. 
Niedoszła 

złotonośna 

działka 

tworzyła 

wyrwę 

malowniczym  rysunku  gór  okalającym  cały  horyzont,  ale  po 
wielu  latach  opuszczenia  tak  naturalnie  wtopiła  się  w 
krajobraz, że była ledwie widoczna.

- Oto nasz cel - wyszeptała Christie bardzo cichutko, jakby 

nie chciała spłoszyć tej chwili. Nie wiedziała, jak to się stało, 
że  jej  dłoń  znalazła  się  w  dłoni  Matta.  Brnęli  razem  przez 
gęstą łąkę.

Na  początek  postanowili  zbadać  stary  górniczy  szyb. 

Podpierające  go  spróchniałe  belki  tkwiły  tu,  pomyślała 
Christie,  niczym  memento  dla  wszystkich  marzeń 
pogrzebanych w ciemnym tunelu.

- Wielki Shelby nigdy nie znalazł tu większej ilości złota -

przytrzymując na głowie kapelusz, ostrożnie wyciągała szyję, 
aby coś dojrzeć wewnątrz szybu. - I nie sądzę, by to się udało 
jego  towarzyszom.  To  smutne...  Tyle  zmarnowanej  pracy  i 
energii...

- Bo ja wiem? - Matt westchnął refleksyjnie i przykucnął, 

by przyjrzeć się z bliska strukturze . - Może to nie było takie 
złe?  Jeśli  nic  im  się  nie  udawało  znaleźć,  to  mogli  zawsze 
zapakować  swoje  narzędzia  i  przenieść  się  w  inne  miejsce. 
Możliwe,  że  w  rzeczywistości  to  nie  miało  dla  nich  takiego 

background image

62

wielkiego  znaczenia.  W  gruncie  rzeczy  przecież  szukali 
przygody.

Christie  zaskoczyły  mocno  te  słowa  oraz  wyraźna  nutka 

nostalgii  brzmiąca  w  głosie  Matta.  Wycofała  głowę  z 
ciemnego otworu, by mu się lepiej przyjrzeć.

-  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  to  na  tym  polegało.  Ci  ludzie 

zawsze  opuszczali  tonący  okręt,  nigdy  nie  przywiązywali  się 
na  dłużej  do  żadnego  miejsca,  ciągle  gnała  ich  gdzieś  dalej 
żądza wygranej.

Matt  wyprostował  się  i  schował  ręce  głęboko  w 

kieszeniach dżinsów.

- Tak tylko sobie teoretyzowałem... Bujałem w obłokach... 

Fantazjowałem... - ironizował subtelnie.

-  Poszukiwanie  złota  to  niezły  fach.  Z  dala  od 

obowiązków  i  tego  cholernego  poczucia  odpowiedzialności,
koczuje  się  gdzieś  pod  gołym  niebem,  znosi  cierpliwie 
wszelkie niewygody... - pokręcił nagle głową. - Tylko, że to są 
piękne marzenia. Życie nigdy nie jest takie proste - jego twarz 
nieoczekiwanie  zachmurzyła  się,  wyrażając  coś  pośredniego 
między  bólem  a  żalem.  Nie  patrząc  na  Christie,  zszedł  parę 
kroków niżej, do potoku.

Christie  podążyła  jego  śladem.  Niezbyt  głęboki,  rwący 

strumień obmywał kryształowo czystą wodą osadzone na dnie 
kamienie  i  skałki.  Christie  usiadła,  opierając  się  plecami  o 
gładki  głaz  i  zaczęła  rozsupływać  żółte  sznurowadła 
adidasów. Potem zdjęła skarpetki, nieprzypadkowo utrzymane 
w dokładnie tym samym odcieniu czerwieni, co jej bluza.

- Matt, dlaczego właściwie zostałeś maklerem? - zapytała. 

-  Nigdy  nie  marzyłeś,  żeby  być  pilotem,  archeologiem  albo 
fotoreporterem?

Podniósł  z  ziemi  dwa  niewielkie  kamyki  i  z  gorzkim 

uśmiechem pocierał jeden o drugi.

background image

63

- Czy ty naprawdę nigdy nie odczułaś tej potężnej emocji, 

pulsującej  zawsze  wzdłuż  całej  Wall  Street? -  spytał.  -  To 
właśnie tak bardzo mnie porwało piętnaście lat temu.

Christie przyjrzała mu się z namysłem.
- Ale dziś to już ciebie nie dotyczy, prawda? - sugerowała 

- Mówisz o tym jak o czymś minionym. 

Zanurzyła stopy w zimnym strumieniu. Matt spoglądał na 

kamyki  trzymane  w  ręku  i  potrząsał  nimi  niczym  kośćmi  do 
gry.

-  Byłem  trochę  młodszy  niż  teraz  i  trochę  bardziej 

idealistycznie  nastawiony  do  życia.  I  myślałem,  że  do  jasnej 
cholery  wszyscy  grają  fair,  podobnie  jak  ja.  Uważałem 
swojego  partnera  za  kogoś,  komu  mogę  ufać,  za  najlepszego 
przyjaciela... - poruszył się niespokojnie.

- Ile masz lat, Christie? - zapytał niespodziewanie.
- Dwadzieścia siedem.
- Pamiętam, jak to jest, kiedy ma się dwadzieścia siedem 

lat  -  westchnął.  -  Ale  parę  miesięcy  temu  skończyłem 
trzydzieści pięć... - urwał nagle. - Pewien jestem, że nie masz 
ochoty  wysłuchiwać  wszystkich  zawiłych  historii  mojego 
życia - zakończył grobowym głosem.

-  Właśnie,  że  mam  -  oświadczyła  przekornie,  zanurzając 

stopy głębiej w potoku, aż oparła je o dno.

- Chcę wiedzieć o tobie jak najwięcej - uniosła głowę na 

tyle wysoko, by móc go dostrzec spod ronda kapelusza.

Stał w odległości paru kroków i spoglądał na wodę.
- Wydawało  mi się, że wyszedłem na prostą - mruknął. -

Zamknąłem  ten  rozdział  życia,  w  którym  znaczącą  rolę 
odegrał  mój  nieuczciwy  wspólnik  i  wstąpiłem  do  firmy 
twojego ojca. I wtedy... - zawiesił głos.

Nie doczekawszy się dalszego ciągu, Christie dokończyła 

za niego:

- I wtedy potknąłeś się o moją osobę.

background image

64

-  Zgadza  się  -  odpowiedział.  -  Zaledwie  kilka  dni  po 

moich urodzinach twój ojciec zaczął przebąkiwać coś na temat 
rozwiązania firmy. I tak to wygląda. Mam trzydzieści pięć lat, 
jestem  w  połowie  drogi, a  moje życie  przypomina  rozsypaną 
układankę.

Christie przywarła plecami do twardego głazu, wspierając 

się  obiema  dłońmi  o  piasek.  Ostre  kamyki  wbijały  się  w  jej 
skórę. Nadal nie wyjmowała stóp z wody, choć przemarzły już 
do kości.

-  Ja  jakoś  zdołałam  odmienić  całe  swoje  życie.  Może  ty 

powinieneś spróbować zrobić to samo?

- sugerowała ostrożnie.
Cisnął  w  wodę  jeden  z  kamyków  gestem,  który  zdradzał 

rosnące w nim napięcie.

-  Mówisz  o  czymś,  co  jest  niemożliwe.  Nie  jestem  w 

stanie kompletnie zmienić swojego życia - i ty też nie, Christie 
-  powiedział  z  determinacją.  -  Oczywiście  możesz  wykonać 
parę  pozornych  posunięć,  ale  tak  naprawdę  wciąż  dążysz  do 
sukcesu,  zupełnie  jak  twój  ojciec.  Wciąż  wyznaczasz  sobie 
jakieś  cele  i  plany.  Weźmy  choćby  te  wszystkie  kluby  i 
komitety, do których należysz. Ornitologiczne, turystyczne, co 
tam jeszcze? Biblioteki, muzea, pokazy, o rany, wspomniałaś 
coś nawet o straży pożarnej! Wyznajesz zasadę „jeden pomysł 
-  dobrze,  dziesięć  pomysłów  -  jeszcze  lepiej”,  dokładnie  tak 
jak twój stary.

Skoczyła  na  równe  nogi,  rozbryzgując  dokoła  wodę, 

urażona do żywego.

-  Nie  będę  taka  jak  on!  On  nigdy  nie  jest  zadowolony,  z 

niczego i z nikogo. Wciąż wyżej i wyżej podnosi poprzeczkę, 
tak, żeby nikt nigdy nie mógł jej przeskoczyć, nawet on sam. 
To nie jest życie dla mnie!

Matt wrzucił do strumienia następny kamyczek. Kropelki 

wody wyprysnęły wysoko.

background image

65

-  Możesz  się  ze  mną  spierać  w  nieskończoność -

powiedział.  -  Możesz  dużo  opowiadać  o  tym,  jak chciałabyś 
wszystko  urządzić,  ale  wiedz,  że  zawsze  coś  tobą  powoduje, 
niezależnie  od  twej  woli  i  świadomości.  I  zawsze  będziesz 
ambitna i przebojowa i bardzo w tym podobna do ojca.

-  Mówisz  tak,  żeby  uniknąć  rozmowy  na  niewygodny 

temat. A w rzeczywistości to ty sam nie chcesz znać prawdy o 
sobie. Nie masz ochoty przyjąć do wiadomości faktu, że coś w 
twoim życiu jest nie tak. Powiedziałabym nawet, że uratować 
cię może tylko jakiś bardzo radykalny zwrot!

- Jedno, co na pewno jest mi potrzebne jak zbawienie, to 

twoje  szczere  postanowienie  powrotu  do  Nowego  Jorku. 
Wtedy nareszcie wszystko wróci na swoje miejsce.

Christie stanęła naprzeciw Matta. Jej stopy całkowicie już 

zdrętwiały z zimna, ale nie czuła tego.

-  Ja  tu  jestem  tylko  pretekstem,  Matt.  Cały  ten  chaos,  w 

którym  jesteś  pogrążony,  wcale  nie  zniknie  w  dniu  mojego 
pojednania z ojcem.

Spoglądała  na  niego  oskarżycielsko.  Matt  zerknął  spode 

łba  w  jej  kierunku,  zdjął  czapkę  i  tak  długo  mierzwił 
czuprynę,  aż  jego  włosy  opadły  bezwładnie  na  wszystkie 
strony.  Potem  odwrócił  się  z  pozorną  obojętnością,  gotów 
wyraźnie zrobić jakiś unik.

-  Mam  ochotę  przyjrzeć  się  tej  chacie  -  powiedział 

zadziornie.

- Wydawało mi się, że to raczej ja mam ochotę przyglądać 

się czemukolwiek tutaj.

Christie  brnęła  przez  zimny  nurt  ku  brzegowi.  Kiedy 

wreszcie  dotarła  do  chaty,  niosąc  skarpetki  i  buty  z 
rozwiązanymi,  uwalanymi  ziemią  sznurowadłami,  Matt  już 
tam był od jakiegoś czasu.

background image

66

Drzwi  chaty  zabezpieczono  solidną  kłódką,  która 

kontrastowała z lichym, zmurszałym drewnem. Matt dosięgnął
dłonią belki wieńczącej futrynę.

- Wielki Shelby zapewne niejeden raz grzmotnął głową w 

tą deskę - zauważył.

- Właścicielka dała mi klucz. Mam go gdzieś przy sobie...
Christie wydobyła z kieszeni pęk kluczy z breloczkiem w 

kształcie  pulchnej  złotej  rybki.  Zawierał  tak  bogatą  kolekcję 
kluczy,  że  sama  nie  pamiętała  przeznaczenia  co  najmniej 
połowy  z  nich.  Pobrzękując  nimi,  dopasowywała  kolejne 
klucze do zamka, aż wreszcie trafiła na właściwy i otworzyła 
kłódkę.  Drzwi  zaskrzypiały  przeraźliwie,  lecz  ustąpiły 
posłusznie i dziewczyna bez większych ceregieli przekroczyła 
sfatygowany próg.

Matt zmuszony był pochylić głowę, wchodząc do chaty w 

ślad  za  nią.  Oboje  przystanęli  na  chwilę  tuż  za  progiem,  by 
przyzwyczaić  oczy  do  panującego  mroku.  Wszystkie  okna 
zabito  deskami,  lecz  tu  i  ówdzie,  przez  niewielkie  szpary, 
wdzierały  się  promyki  światła.  Stopniowo  Christie  mogła 
dostrzec  poszczególne  przedmioty  -  pordzewiały  stelaż  od 
łóżka,  półkę  na  narzędzia,  pożółkły  kalendarz,  spod  którego 
najwyraźniej  wystawał  poprzedni,  również  mocno  już 
nieaktualny.  Przyjrzała  mu  się  uważnie  i  z  niejakim  trudem 
odcyfrowała datę.

-  Lipiec  1947  -  przeczytała  półgłosem.  -  Wielki  Shelby 

urzędował  tutaj  dużo  wcześniej,  ale  to  miejsce  miało  potem 
kilku  właścicieli.  I  aż  dziwne,  że  nikt  z  nich  nie  wpadł  na 
pomysł,  żeby  tu  na  przykład  urządzić  letnisko.  Musisz 
wiedzieć, że cena wcale nie jest wygórowana.

Matt myszkował wśród narzędzi na półce.
- Jaka jest powierzchnia posesji? - zapytał fachowo.
- Nie pamiętam, ale wiem, że należy do niej cała ta piękna 

polana.

background image

67

Zanurkował ponownie pod framugą, a wydostawszy się na 

zewnątrz, rzucił bystro okiem na teren dookoła.

Christie  grzecznie  mu  towarzyszyła,  ukradkiem  ob-

serwując  jego  profil.  Miał  zacięty  wyraz  twarzy,  lecz  gdy 
mówił,  w  jego  głosie  pobrzmiewała  ciepła  nuta  nostalgii  i 
jakiejś nieukojonej tęsknoty.

- To kawał pięknej ziemi - powiedział. - Tyle tu otwartej 

przestrzeni, a przy tym ostra krawędź gór w tle... I ta cisza... 
Posłuchaj.

Christie  zamknęła  oczy.  Słyszała  pobrzękiwanie  owadów 

gdzieś blisko, szelest wiatru w liściach osiki, świergot ptaków. 
Tak,  to  była  prawdziwa  cisza  w  porównaniu  z  jazgotem  i 
harmiderem nowojorskich ulic.

Gdy  ponownie  otworzyła  oczy,  poczuła  na  sobie  baczne 

spojrzenie Matta. Zmieszana umknęła przed jego wzrokiem w 
obawie,  że  mógłby  zobaczyć  więcej,  niż  powinien.  Nie 
chciała,  żeby  wiedział,  jak  bardzo  jej  się  podoba.  Lecz  z 
drugiej  strony  jej  płochliwość  byłaby  jeszcze  bardziej 
podejrzana.  Odpowiedziała  więc  na  jego  spojrzenie  z 
możliwie  największym  opanowaniem  i  podeszła  do 
ogrodzenia.

-  Klamka  jest  złamana  -  zauważyła,  majstrując  przy 

bramie.

-  To  raczej  nie  ma  specjalnego  znaczenia,  większość 

ogrodzenia praktycznie nie istnieje.

Christie  zwróciła  się  w  stronę  topornie  ociosanych 

palików, które leżały powalone na ziemi. Brama tkwiła wśród 
nich  samotnie,  co  tworzyło  dość  absurdalny  obrazek,  lecz 
Matt zdawał się być nim bardzo fascynowany.

- Mogę naprawić klamkę - zaofiarował się, obejrzawszy ją 

ze  wszystkich  stron.  -  Wiem  w  czym  rzecz, zaraz  będzie  jak 
nowa.  Wszedł  do  chaty  i  po  chwili  wrócił,  niosąc  młotek  i 

background image

68

obcęgi. - Nie trzymałem młotka w ręku od czasów szkolnych -
powiedział do Christie.

Początkowo  Christie  obserwowała  Matta  z  pewnym 

sceptycyzmem, za chwilę jednak przekonała się, że raczej wie, 
co  robi.  Odzyskała  już  czucie  w  nogach,  więc  ponownie 
osadziwszy  kapelusz  na  głowie,  zanurkowała  w  wysokie 
trawy łąki. Lisa robiła jej ostatnio wykłady na temat gatunków 
polnego  kwiecia  i  teraz  Christie  usiłowała  zidentyfikować 
poszczególne  okazy,  obficie  pyszniące  się  dookoła.  Te 
wysokie, faliste o odcieniu pomarańczowocynobrowym - to z 
pewnością  hinduskie  dzwoneczki.  Niebieskie  -  to  łubin,  a 
delikatne, białe kwiatuszki muszą być śnieguliczkami.

Usiadła  na  dywanie  z  traw,  pogrążona  w  rozmyślaniach. 

Zamiast cieszyć się pięknem tego, co ją otaczało, snuła smutne 
refleksje  na  temat  własnej  osoby  i  tej  oczywistej  cechy 
własnego charakteru, która kazała jej być ekspertem w każdej 
dziedzinie. Rzeczywiście, przypominała w tym swojego ojca -
Matt nie mylił się wcale.

Zerwała źdźbło trawy i rozdzieliła je na dwoje. Gdzieś w 

jej  wnętrzu  kiełkował  niepokój.  Przez  całe  życie  próbowała 
dostosować się do wyobrażeń ojca, z wielkim trudem zdołała 
wyrwać  się  z  tego  schematu  i  odnaleźć  swoje  „ja”.  I  nagle 
pojawił  się  Matt,  który  spowodował,  że  uświadomiła  sobie 
pewną przykrą prawdę - te wszystkie lata pogoni za pozorami 
pozostawiły w niej trwały ślad. Znowu znalazła się na drodze 
do jakiegoś sukcesu, nie umiała przeskoczyć samej siebie, nie 
umiała  stać się kimś innym,  niż ...  Christopherem Danielsem 
Czwartym!

Ukryła  twarz  w  dłoniach.  Nie,  to  niemożliwe!  Skoro  nie 

czuła  już  szacunku do  ojca,  jak  wobec  tego  mogła  szanować 
samą  siebie?  Myśli  jak  błyskawice  przebiegały  przez  jej 
głowę.

background image

69

- Hej, spójrz, naprawiłem! - zawołał Matt. - Brama jest już 

w porządku!

W jego głosie pobrzmiewała duma. Christie uniosła wolno 

głowę i zobaczyła, jak demonstruje z satysfakcją efekty swojej 
pracy,  naprzemian  otwierając  i  zamykając  bramę.  Klamka 
działała bez zarzutu.

-  Cudownie  -  powiedziała  Christie  bez  przekonania,  ale 

Matt  wcale  nie  zauważył  jej  braku  entuzjazmu  i  minorowej 
miny.  Buszował  właśnie  po  chacie,  potrząsając  już  lekko 
nadbutwiałym klocem drewna.

Christie  podeszła  wolno  do  solidnie  już  umocowanej 

bramy  i  oparła  się  o  nią  całym  ciężarem.  Obserwowała  spod 
oka  poczynania  Matta,  który  właśnie  ważył  w  dłoni 
zaśniedziałą  siekierę,  z  wyrazem  prawdziwej  błogości  na 
twarzy. Odrąbał od belki sporej wielkości klocek i ułożywszy 
go  na  pniu,  z  wielkim  zapałem  odciosywał  kawałek  po 
kawałku.  Na  początku  szło  mu  to  niezdarnie,  lecz  po  chwili 
uchwycił  właściwy  rytm.  Czynność  ta  pochłonęła  go 
całkowicie,  nie  zważał  ani  na  smugi  słońca  przebijające  się 
przez  korony  osik  i  oświetlające  całą  jego  postać,  ani  na 
strużki potu, które znaczyły jego koszulę ciemnymi plamami. 
Na krótki moment przerwał pracę, żeby zdjąć koszulę. Oczom 
Christie  ukazał  się  silny,  umięśniony  tors,  pokryty 
gdzieniegdzie 

rudo-złotym 

owłosieniem. 

Nieświadom 

spoczywającego  na  nim  spojrzenia  dziewczyny,  z  zacięciem 
kończył rozpoczęte dzieło, niczym urodzony drwal.

Kiedy  Christie patrzyła  na  Matta,  jej  rozterki  i  niepokoje 

gdzieś  się  ulatniały.  Zauważyła  rozbrajający  kontrast  między 
brązem  jego  przedramienia,  kończącym  się  na  linii  krańców 
rękawa,  a  olśniewającą  bielą,  panującą  tuż  powyżej  tej  linii. 
Obserwowała, jak pod skórą poruszają się węzły jego mięśni, 
gdy  unosi  siekierę  i  potem  z  rozmachem  nią  uderza. 
Dziewczyna  uśmiechała  się  do  siebie.  Matt  z  pewnością 

background image

70

pracował  bardzo  systematycznie,  nie  był  natomiast  na  tyle 
próżny,  by  spędzać  czas  pod  lampą  kwarcową,  miał  w  sobie 
jakąś naturalną surowość. Gdyby nie blady odcień jego skóry, 
można  by  go  wziąć  za  pioniera  Dzikiego  Zachodu.  Jego 
skumulowana  energia  znajdowała  teraz  ujście  -  odrąbywane 
drzazgi jedna za drugą wyskakiwały spod jego siekiery.

Wreszcie  odłożył  ją  na  bok  i  otarł  spocone  czoło.  Lekko 

zmieszał  się,  uchwyciwszy  badawcze  spojrzenie  Christie. 
Podszedł  do  niej  i  stanął  naprzeciwko,  po  drugiej  stronie 
bramy.

- Rany boskie, to było coś!
-  No  cóż...  Może  powinieneś  zaopatrzyć  swoje 

nowojorskie biuro w drewno do rąbania. Byłoby to skuteczne 
lekarstwo na twoje stresy.

- Stresy - powtórzył jak echo. - Mam ich wiele w Nowym 

Jorku,  to  fakt.  A  wiesz,  co  najbardziej  zżera  mi  nerwy?  Ta 
cholerna, wszechobecna korupcja. Liczyłem na to, że w firmie 
twojego ojca będzie inaczej, ale pomyliłem się.

Na te słowa Christie drgnęła czujnie.
- Chwileczkę - zaprotestowała. - Mój ojciec popełnia wiele 

błędów,  to  prawda,  ale  w  tym  wypadku  mocno  przesadziłeś. 
Jest  absolutnie  uczciwym  człowiekiem  we  wszystkich 
posunięciach giełdowych i...

- Zaczekaj. O nic nie oskarżam twojego ojca. Uwierz mi, 

że  zanim  jeszcze  zacząłem  z  nim  współpracować,  dokładnie 
sprawdziłem,  czy  mogę  mu  ufać.  Mówię  o  czymś  innym  -
oparł zaciśniętą pięść o sztachety płotu. - Korupcja opanowała 
cały  rynek,  wciska  się  wszędzie  jak  śmiertelna  zaraza.  Nie 
możesz od tego uciec, bo zbyt wielu ludzi gra nie fair. Giełda 
powinna  być  miejscem  wielkiej  gry  dla  wielkich  graczy, 
sprawdzianem  refleksu,  kompetencji  i  zdolności  prze-
widywania.  A  powoli  staje  się  polem  popisu  dla  krętaczy  i 
hochsztaplerów.

background image

71

Wzburzenie i pasja, z jaką przemawiał Matt, poruszyły w 

duszy  Christie  jakąś  strunę.  Jednak  odsunęła  się 
niepostrzeżenie od bramy i zrejterowała w zacisze ukwieconej 
łąki. Nie chciała dać się wciągnąć w rozmowy o Wall Street. 
Matt  nie  dawał  z  kolei  za  wygraną  i  przeskoczywszy 
ogrodzenie dogonił ją.

-  Wiesz,  gdzie  tkwi  sedno  sprawy?  -  kontynuował 

podniecony.  -  Powiem  ci,  chodzi  o  samą  definicję  zjawiska. 
Wewnętrzne nadużycia - co to dla ciebie znaczy?

-  Nie  jestem,  jak  mi  się  wydaje,  na  egzaminie  -

oponowała. - Wybacz, ale bardzo bym teraz chciała przyjrzeć 
się  kwiatom.  Szczególnie  mnie  intryguje  pewna  odmiana 
pasternaka...

- Nie wykręcaj się Christie, proszę.
- Na miłość boską! - zatrzymała się przyparta do muru. -

Wewnętrzne  nadużycie  ma  miejsce  zawsze  wtedy,  kiedy 
zawierasz  korzystną  transakcję,  kierując  się  w  swoich 
decyzjach  informacjami,  do  których  nie  powinieneś  mieć 
dostępu.

-  Aha!  A  możesz  uściślić  określenie  „informacje,  do 

których nie powinieneś mieć dostępu”?

Christie westchnęła zniecierpliwiona, ale wyglądało na to, 

że nie zdoła uciec od tej rozmowy.

-  No  dobrze  -  powiedziała.  -  Wyobraźmy  sobie,  że  twój 

wujek  jest  szefem  dobrze  prosperującej  sieci  restauracji 
szybkiej  obsługi.  Ty  jesteś  jego  ulubionym  krewniakiem,  bo 
tylko  tobie  jednemu  z  całej  rodziny  smakują  te  obrzydliwe 
hamburgery i frytki. Wuj ci ufa, więc zdradza w sekrecie, że 
ma  zamiar  przejąć  firmę  Iks,  która  zarządza  konkurencyjną 
siecią  knajp.  Kiedy  dochodzi  do  zgłoszenia  ofert  kupna,  wuj 
oferuje  za  akcje  Iksa  wysoką  cenę  i  wszyscy  akcjonariusze 
odsprzedają  mu  swoje  udziały.  No  i  masz!  Oto  przykład 
poufnej  informacji: wuj zwierzył  ci się w sekrecie ze  swoich 

background image

72

planów  -  Christie  rozprawiała  z  coraz  większym 
zaangażowaniem.  -  I  ty  możesz  to  wykorzystać.  Po  kryjomu 
kupić  pakiecik  akcji  u  Iksa,  a  potem  wykończyć  wuja,  gdy 
cena  osiągnie  niebotyczne  wyżyny.  Ale  wuj  nie  jest  całkiem 
głupi  i  niestety  jest  w  stanie  dociec,  że  to  twoja  sprawka, 
zwłaszcza  jeśli  skorzysta  z  usług  giełdowych  organów 
ścigania, których przedstawiciele bladym rankiem zapukają do 
twoich drzwi. Musisz wtedy, biedaku, pożegnać się na dobre z 
ukochanymi  hamburgerami  i  frytkami.  Nie  wyszły  ci  na 
zdrowie.  Dużo  lepiej  czułbyś  się  po  moich  pulpetach 
sojowych.

Matt,  który  wyglądał  na  nieco  oszołomionego,  aż 

przysiadł na trawie.

- Starałem się coś ci wyjaśnić - powiedział. - Czy nie tak?
- Tak - przyznała posłusznie Christie, gotowa teraz stawić 

mu  czoła  w  dyskusji.  -  Może  powinnam  posłużyć  się 
przykładem jakiegoś innego wuja?

-  Nie,  nie,  proszę.  W  porządku  -  dałaś  mi  przykład 

nielegalnego  użycia  wewnętrznego  przecieku,  zresztą 
przykład bardzo dobry. Ale odwróćmy sytuację. Jak wszystko 
to  wygląda  wówczas,  kiedy  mnie  się  tylko  wydaje,  że  wuj 
chce przejąć Iksa? Cała moja intuicja podpowiada mi, że on z 
pewnością  to  zrobi.  Co  wtedy?  Czy  jeżeli  wtedy  wykupię 
akcje  u  Iksa  i  zrobię  fortunę  w  dniu  zgłaszania  ofert,  to  czy 
jest to przestępstwo?

Christie zmarszczyła nos w głębokiej zadumie.
-  To  prawda,  rzeczywiście  trudno  jest  ustalić,  gdzie 

zaczyna  się  nadużycie.  Granica  między  przestępstwem  a 
legalnością jest tu dosyć płynna.

- No właśnie! - huknął Matt triumfalnie i pochylił się nad 

nią  poufale.  - I tu  jest  pies pogrzebany.  Nie  ma zgody  co  do 
definicji,  zasady  są  dosyć  niejasne,  więc  łatwo  je  obejść.  I 

background image

73

ludziom  wydaje  się,  że  dopóki  nie  zostaną  przyłapani,  mogą 
robić wszelkie świństwa.

-  Tak...  Pewnie  masz  rację  -  odparła  trochę  roztargniona. 

Przyglądała  się  właśnie  z  uwagą  długim,  gęstym  rzęsom 
Matta,  które  miały  nieco  ciemniejszy  odcień  brązu  niż  jego 
czupryna.  Powinno  się  wprowadzić  jakiś  zakaz,  który 
kategorycznie  zabraniałby  mężczyznom  posiadania  takich 
szałowych rzęs...

- Czemu tak wytrzeszczasz oczy? - zapytał Matt.
- Czy coś ci wpadło pod powiekę?
- Nnnie... - zmieszana wróciła do rzeczywistości.
- Mówiłeś właśnie o płynności zasad...
-  Tak  jest.  Mój eks-partner  jest tu  świetnym  przykładem. 

Przez  lata  postępował  uczciwiej  niż  najuczciwsi.  A  potem 
wystarczył mały krok i zboczył z prostej drogi.

-  Tak  to  się  dzieje  -  zawyrokowała  Christie.  -  Kiedy 

oddychasz  przez  długi  czas  morowym  powietrzem,  sam 
stajesz  się  z  czasem  trędowaty.  Jakie  to  szczęście,  że  dziś 
jestem bardzo daleko od tych spraw i mogę się tylko śmiać.

- Mnie, niestety, jest zupełnie nie do śmiechu. Muszę coś z 

tym zrobić, jakoś powstrzymać tą falę obłędu. A przynajmniej 
otworzyć oczy niektórym naiwnym inwestorom.

Christie spojrzała na niego przenikliwie.
-  Napisz  o  tym,  Matt.  Opisz  swoje  doświadczenia 

giełdowe.  Powinieneś  to  zrobić  -  może  seria  artykułów  do 
gazet? Albo od razu pójdź na całość i opublikuj książkę!

Teraz  i  ona  zapaliła  się.  Jaki  doskonały  pomysł!  Oczami 

wyobraźni  już  widziała  książkę  Matta  z  jego  podobizną  na 
obwolucie, zarzucone nią witryny księgarń.

Odpowiedział jej zdumionym spojrzeniem.
- O czym ty mówisz, do diaska? Nie napisałem ani słowa 

od czasów szkolnych.

background image

74

- Aha - ta informacja  sprowadziła  Christie na ziemię, ale 

nie  na  długo.  -  Więc  może  powinieneś  wydawać  własne 
pismo?  To  byłoby  dobre  na  początek.  Podobno  własne 
czasopismo  -  to  rewelacyjny  sposób  wyzwalania  energii 
twórczej.

-  O  mój  Boże...  -  to  było  jedyną  odpowiedzią  Matta. 

Christie  jednak  bardzo  się  już  przywiązała  do  swojego 
pomysłu.

-  Mam  świetny  tytuł  dla  twojej  książki  -  oświadczyła.  -

„Moje życie w ślepym zaułku Wall Street”. Chyba niezły, co?

Przyjrzał się jej sceptycznie, lecz Christie tylko wzruszyła 

ramionami.

- No dobrze, więc może sam wymyślisz lepszy - wycofała 

się. - Tak czy owak uważam, że powinieneś napisać o tym, co 
się dzieje, Matt. To by ci dobrze zrobiło.

- Czy nie musisz przypadkiem już wracać do Red River? -

zapytał  nienaturalnym  głosem.  -  Na  pewno  masz  dziś  jakieś 
zebranie, może nawet niejedno...

Niechętnie zerknęła na zegarek.
- Tak, rzeczywiście. Po południu zbiera się nadzwyczajne 

posiedzenie  komitetu  Fundacji  na  rzecz  budowy  muzeum. 
Obiecałam, że będę.

Gdyby  mogła,  chciałaby  tu  spędzić  resztę  dnia,  spierając 

się z Mattem i patrząc na niego, po prostu być wciąż przy nim 
w miejscu, które stało się trochę ich miejscem.

To  wrażenie  niezwykłej,  intymnej  bliskości,  podsycane 

aromatem polnych ziół i leniwym koncertem pszczół, stawało 
się  niebezpieczne  niczym  zdradliwa  zasadzka.  Christie 
skoczyła na równe nogi, starając się spłoszyć czar tej dziwnej 
chwili.

-  Tak,  lepiej  już  chodźmy  -  powiedziała.  -  Robi  się 

późno...  lepiej  chodźmy,  zanim  będzie  za  późno...  Chodźmy 
już stąd!

background image

75

background image

76

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Chistie  i  Matt  bez  nadmiernego  pośpiechu  dotarli 

ponownie  w  pobliże  chaty.  Matt  włożył  koszulę  i  posprzątał 
narzędzia.  Poruszał  się  dość  opieszale,  choć  to  on  pierwszy 
zaproponował  powrót.  Także  Christie  nie  zdradzała 
niecierpliwości.  Kiedy  Matt  zakładał  swoje  baseballowe 
nakrycie głowy, powstrzymała jego dłoń w pół gestu.

- Poczekaj, twoja czapka ciągle źle wygląda - powiedziała. 

Dłuższą chwilę obracała ją w ręku, wyginając i naciągając na 
wszystkie strony. - Spróbuj teraz.

Matt naciągnął czapkę mocno na uszy. Wreszcie niesforny

daszek  sterczał  nienagannie  pod  właściwym  kątem.  Również 
pozostałe rzeczy Matta wyglądały jakby lepiej niż poprzednio 
- dżinsy były ubrudzone tu i ówdzie ziemią, koszula już trochę 
wymięta.  Zupełnie  nie  przypominał  rezydenta  nowojorskiego 
drapacza  chmur,  lecz  kogoś,  kto  duszą  przynależy  właśnie 
tutaj, do tego górzystego zakątka Nowego Meksyku.

-  Christie  -  zaczął  z  poważną  miną,  jakby  zbierał  się  do 

wypowiedzenia słów niezmiernie ważkich.

-  Tak?  -  uniosła  głowę  znad  wielkiej  kłódki,  którą 

usiłowała zamknąć.

-  Czas  spędzony  tu  dzisiaj  z  tobą,  to  dla  mnie...  -  urwał, 

nie bardzo wiedząc, jak dokończyć.

- Wiesz, chciałbym... - zaczął ponownie. - Chciałbym znać 

nazwisko właścicielki, która cię tutaj przysłała.

Christie  zawahała  się  przez  chwilę,  upychając  w  tylnej 

kieszeni dżinsów ogromny pęk kluczy.

- Mam nadzieję, że nie planujesz kupna?
-  To  niezły  kawałek  gruntu.  Mógłby  się  okazać  dobrą 

inwestycją - zauważył.

Jego  chłodny,  trochę  interesowny  ton  zbulwersował 

Christie.  Stanęła  przed  drzwiami  chaty,  podpierając  się  pod 

background image

77

boki na szeroko rozstawionych nogach, jakby chciała obronić 
to miejsce przed zakusami intruza.

- Inwestycja?! - wykrzyknęła. - To jedyne, co przychodzi 

ci do głowy? Nie widzisz, jak tu jest pięknie, jak cicho? Czy 
naprawdę interesuje cię wyłącznie, jak szybko zbić forsę?

- Widocznie tak chcesz mnie widzieć, Christie. Tylko że to 

bardzo fałszywy obraz - odparł.

- To dlaczego myślisz o tym cudownym kawałku ziemi w 

takich  kategoriach?  Jesteś  maklerem  w  każdym  calu.  Nie 
umiesz  już  dostrzegać  rzeczy  samej  w  sobie,  a  jedynie  jako 
obiekt mogący przynieść zyski.

-  Daj  mi  szansę  coś  powiedzieć,  proszę!  Nie  myślałem 

wcale o kupnie tego miejsca po to, żeby czerpać z niego jakieś 
zyski. Bywają różne rodzaje inwestycji, jak wiesz - kołysał się 
lekko  z  rękoma wepchniętymi  głęboko  w  kieszenie  spodni.  -
Bardzo brakuje mi w życiu czegoś, co miałbym na własność. 
Wciąż  obracam  pieniędzmi,  których  ani  nie  widzę,  ani  nie 
dotykam.  Pieniądze  -  to  dla  mnie  rzędy  elektronicznych 
cyferek  przebiegające  przez  ekran  komputera  i  szybko 
znikające. Właściwie nigdy nie miałem nic wartościowego, co 
byłoby naprawdę tylko moje. Jeżdżę wynajętym samochodem, 
mieszkanie  też  nie  należy  do  mnie...  Pewnie  przyjemnie  jest 
mieć własny skrawek ziemi...

Christie  oparła  się  plecami  o  chropowatą,  drewnianą 

ścianę chaty.

-  Załóżmy,  że  kupisz  ten  teren,  Matt.  Powiedz  mi,  jaki 

będziesz  miał  z  niego  pożytek,  skoro  mieszkasz  w  Nowym 
Jorku, a więc ni mniej, ni więcej tylko dwa tysiące mil stąd? 
Czy to logiczne?

- Jestem ostatnio z logiką na bakier i to chyba pod twoim 

wpływem  -  odpowiedział,  rzucając  Christie  wymowne 
spojrzenie.

background image

78

-  Ja  z  tym  nie  mam  nic  wspólnego.  Ani  z  twoimi 

pomysłami,  ani  z  problemami,  które  cię  gryzą.  Nie  obwiniaj 
mnie  więc,  Matt,  zwłaszcza  że  nie  zapraszałam  cię  na  tę 
przejażdżkę.

- Chciałbym powiedzieć coś z sensem, ale czuję, jak mój 

mózg pogrąża się w chaosie.

-  Dlaczego  nie  kupisz  sobie  małej  farmy  w  Connecticut 

albo w Rhode Island? - pytała nieustępliwie.

-  Z  pewnych  niejasnych  dla  mnie  samego  przyczyn 

podoba  mi  się  ta  właśnie  polana  -  ta  stara  chata,  góry 
dookoła...  Za  to  lokalizacja  jest  zupełnie  niewłaściwa. 
Chciałbym,  żeby  to  miejsce  znalazło  się  godzinę  drogi  od 
Nowego Jorku...

- Ale dzięki Bogu nie znajduje się tam i nie znajdzie. I nie 

spodziewaj  się,  że  podam  ci  nazwisko  właścicielki.  Sama 
mam  zamiar  kupić  ten  grunt.  To  jest  miejsce,  jakiego  od 
dawna szukałam.

Matt potarł dłonią kark.
-  Masz  już  przecież  własny  dom  w  Red  River.  Po  co  ci 

jeszcze jedna posiadłość?

-  Wspominałam  ci  już,  że  poszukuję  kopalni  złota,  która 

miałaby  w  sobie  to  „coś”,  coś  specjalnego...  Właśnie  jedną 
znalazłam.

- Jesteś jeszcze bardziej nielogiczna niż ja - utyskiwał.
- Może tak, a może nie... W każdym razie ta ziemia będzie 

moja  -  podkreślała  uparcie,  prostując  dumnie  plecy  i  patrząc 
Mattowi odważnie prosto w oczy. - Wracaj do Nowego Jorku, 
Matt.  Kup  sobie  lepiej  jeden  z  tych  oszałamiających 
apartamentów  w  okolicach  Central  Parku,  taka  umiarkowana 
dawka  zieleni  w  sąsiedztwie  powinna  ci  wystarczyć  do 
szczęścia.  Może  wyglądasz  na  dzikiego  człowieka  gór,  ale  z 
pewnością nim nie jesteś. 

Uśmiechnął się kpiąco.

background image

79

-  A  ty,  Christie?  Naprawdę  uważasz  się  za  kobietę  stąd? 

Wierzysz, że to twoje miejsce?

To  pytanie  ugodziło  dziewczynę  w  najczulszy  punkt  i 

spowodowało,  że  wszelkie  wątpliwości  odsuwane  na  dalszy 
plan, znowu ją opanowały. Nie mogła dłużej oszukiwać samej 
siebie,  musiała  przyznać  w  duchu,  że  jest  jak  jej  ojciec  -
zacięta,  ambitna,  wciąż  podwyższająca  poprzeczkę.  Lecz  te 
cechy  charakteru  stawały  się  zupełnie  niepotrzebne  tutaj  -  w 
środku  leśnego  odludzia.  Tu  przydawał  się  spokój, 
umiejętność  pogodnej  rezygnacji  i  cieszenia  się  tym,  co  jest, 
wewnętrzna równowaga... Christie bardzo chciała ją osiągnąć 
- i tu zaczynał się paradoks: kolejny cel, kolejne dążenie...

- Wszystko jedno, co sobie o tym myślisz, ja i tak jestem 

tu  u  siebie  -  oświadczyła,  starając  się  zapomnieć  o  własnych 
rozterkach  i  o  podejrzeniach  Matta.  Obróciła  się  na  pięcie  i 
pomaszerowała  z  rozmachem  przez  ukwiecone  pole.  Matt 
podążył  spiesznie  za  nią.  Zatrzymała  się  jeszcze  na  krótką 
chwilę,  by  spojrzeć  za  siebie.  Chciała  zachować  w  pamięci 
cały  ten  urokliwy  obrazek:  starą  chatę  pochyloną  nad 
zmurszałym  płotem,  skupione  ciasno,  napromieniowane 
słońcem  osiki  i  zatrzęsienie  polnych  kwiatów  o  odcieniach 
cynobru i głębokiego błękitu...

Wszystko to wyglądało wspaniale, ale jeszcze coś innego 

czyniło to miejsce wyjątkowym. Było to od teraz ich wspólne 
miejsce  -  jej  i  Matta.  Do  kroćset  diabłów!  Nie  miała  już 
wyjścia. Ten człowiek wkradł się do jej życia jak nieproszony 
gość  i  zapanował  nad  jej  emocjami.  Zostawiła  za  sobą 
niezapomniany,  czarujący  widok  i  ruszyła  z  determinacją  w 
stronę lasu.

- Znowu obrałaś nie ten kierunek - zwrócił jej uwagę Matt. 

Zacisnęła  drobne  pięści  w  bezsilnej  złości,  ale  posłusznie 
podążyła  w  ślad  za  nim.  W  bardzo  krótkim  czasie  dotarli  do 

background image

80

samochodu. Skąd taki mieszczuch wiedział, jak orientować się 
w terenie? Pozostało to dla niej zagadką.

Matt tymczasem z widocznym zadowoleniem poklepywał 

maskę łazika.

-  Bardzo  mi  się  podoba  ta  bestia.  Chętnie  bym  się  z  nią 

zmierzył.

- Przepraszam bardzo - Christie starała się zignorować to 

jawne natręctwo i zasiadła za kierownicą. Gdy jednak włożyła 
kluczyki  do  stacyjki,  przez  otwarte  okno  wsunęła  się  do 
środka kędzierzawa głowa Matta.

- Już pojutrze wracam na zawsze do taksówek i ulicznych 

korków  -  powiedział.  -  Pomyśl,  może  już  nie  będę  miał 
drugiej takiej szansy... - patrzył na nią błagalnie, jak dziecko, 
które chciałoby się przejechać na pierwszym w życiu rowerze.

- Masz ci los... - zrezygnowana Christie przeniosła się na 

siedzenie  obok.  Matt  z  wyrazem  głębokiej  wdzięczności  na 
twarzy  pieszczotliwym  gestem  objął  kierownicę  i  uruchomił 
silnik.

-  Twój  breloczek  od  kluczyków  jest  zbyt  ciężki  -

zauważył.

-  Wezmę  to  pod  uwagę  -  Christie  zapinała  swój  pas  z 

kwaśną  miną,  trochę  wyprowadzona  z  równowagi 
wścibstwem  Matta.  Jak  tak  dalej  pójdzie,  za  chwilę  zechce 
opanować  także  cały  pensjonat.  Nie  poprawiło  jej  nastroju 
także  to,  jak  zręcznie  Matt  zawrócił  samochód  na  wąskiej 
drodze.  Z  trudem  przystosowała  się  do  kołyszącego  ruchu 
auta, w przeciwieństwie do kierowcy, który najwyraźniej czuł 
się  jak  ryba  w  wodzie,  zmieniając  biegi  z  dużą  wprawą. 
Christie zastanowił wyraz ogromnej błogości malującej się na 
jego  twarzy,  jakby  żadne  zmartwienia  czy  kłopoty  nie  miały 
teraz  do  niego  dostępu.  Bardzo  podobał  się  dziewczynie 
właśnie  taki  jak  teraz,  beztroski  i  rozjaśniony.  Lecz  co 
dziwniejsze,  podobał  się  jej  także  wówczas,  kiedy  się 

background image

81

wściekał.  Zastanawiała  się,  jakby  wyglądało  dzielenie  z  nim 
na  co  dzień  złych i  dobrych  dni. Prawdopodobnie  należał  do 
tych  mężczyzn,  którzy  zachowują  się  nieznośnie  z  powodu 
byle kataru czy przeziębienia. Lecz z drugiej strony mogłoby 
być miło razem w zimowe wieczory posiedzieć przy kominku 
albo zagrać partyjkę w karty...

Dość!  Co  też  jej  przyszło  do  głowy?  Jeszcze  trochę,  a 

zobaczyłaby  ich  razem  jako  kuśtykających  o  laseczce 
staruszków, którzy przeżyli zgodnie przynajmniej pół wieku w 
harmonii  i  szczęściu!  Nic  bardziej  absurdalnego.  W 
poniedziałek Matt opuści Red River i pewnie nigdy już się nie 
zobaczą - tak przynajmniej powinno być. W końcu nie należy 
zapominać o tym, że to wysłannik ojca...

Matt  wjechał  gładkim  łukiem  na  drogę  prowadzącą  do 

domu i zaparkował tuż pod szyldem reklamującym pensjonat. 
Jak  zawsze  w  chwili  powrotu  do  domu  Christie  poczuła 
przyjemne  znużenie.  To  miejsce  uosabiało  jej  tęsknotę  za 
dzieciństwem.  Kochała  mansardowe  okna  na  poddaszu  i 
frontowy  dziedziniec  opadający  ukośnie  w  dół  ku  drodze. 
Goście wprowadzali się i wyprowadzali, nie pozostawiając po 
sobie śladów, a ona czuła się tu jak we własnym raju. Aż do 
dziś.  Bo  teraz  niestety  przybył  pewien  gość  specjalny,  nad 
którym  nie  bardzo dało  się  przejść  do  porządku  dziennego.  I 
Christie nie miała na to żadnej rady.

Wieczór,  zasnuwający  niebo  cieniem  barwy  głębokiego 

kobaltu,  zastał  Christie  w  salonie.  Obłożona  księgami 
rachunkowymi  siedziała  na  podłodze  ze  skrzyżowanymi 
nogami.  Nade  wszystko  starała  się  nie  myśleć  o  Macie. 
Zniknął  gdzieś,  zanim  jeszcze  wróciła  z  zebrania  i  nie 
widziała  go  przez  resztę  dnia.  Na  chwilę  pojawili  się  tylko 
państwo Fanshaw, by opłacić rachunek i wymeldować się.

W  wielkim,  starym  domu  panowała  błoga  cisza, 

przerywana 

niekiedy 

ledwo 

słyszalnymi 

odgłosami 

background image

82

dobiegającymi z pokoju gospodarczego, w którym krzątała się 
Lisa.  Gdzież,  do  pioruna,  mógł  podziewać  się  Matt,  i  to  tak 
długo? Może zawieruszył się gdzieś w okolice Miner's Cafe i 
spotkał  tam  na  przykład  jakąś  ładną  dziewuszkę...  A  potem 
poszli  razem  do  baru  u  Hildy  i  właśnie  tam  teraz  tańczą 
fokstrota...

- Pięknie, nie ma co, panie Gallagher, nie traci pan czasu -

syknęła ze złością pod adresem nieobecnego. - Bardzo mi się 
to podoba!

Zza drzwi salonu wychyliła się głowa Lisy.
- Poskładałam ostatnią partię pościeli, do zobaczenia jutro, 

Chris.  Gdyby  cię  to  interesowało,  oszałamiający  samiec 
wyszedł  z  domu  po  popołudniu,  mamrocząc  coś  o  jakichś 
wędkach.

-  To  mnie  naprawdę  nie  interesuje!  -  zaprotestowała 

Christie,  lecz  głowa  Lisy  zdążyła  już  zniknąć.  W  domu 
zapanowała cisza jeszcze głębsza niż poprzednio i dziewczynę 
ogarnęło nagłe poczucie osamotnienia. Nie zaznała tego stanu 
nigdy  przedtem,  czy  to  możliwe,  że  przybycie  Matta 
wywołało aż taką rewolucję?

Przeraźliwy łoskot i rumor przerwał nieoczekiwanie ciszę, 

a dobiegał najwyraźniej z okolicy frontowych drzwi. Po chwili 
do  salonu  wkroczył  Matt,  obładowany  do  niemożliwości. 
Przedstawiał dość osobliwy widok. Christie wpatrywała się w 
niego  osłupiała.  Z  jego  rąk  sterczały  na  wszystkie  strony 
mniejsze i  większe wędki. U ramienia dyndało zielone  pudło 
na  sprzęt  wędkarski  oraz  wiklinowy  kosz,  a  sieć  rybacka 
zwieszała się z jego pasa. Na nogach miał obłocone rybackie 
buciory.  Ubrany  był  w  kamizelkę  w  kolorze  khaki  z 
nieskończoną  liczbą  różnorodnych  kieszeni,  a  na  głowie 
zamiast  baseballowej  czapki  - kapelusz  ze  zwisającymi  u 
ronda  haczykami.  Jego  oczy  rzucały  niebezpieczne  błyski 
niczym  w  gorączce.  Wyraźnie  miał  wszelkie  objawy  obłędu, 

background image

83

jaki  ogarnia  niewinnego  człowieka  tuż  za  progiem  sklepu 
wędkarskiego  i  każe  mu  zamiast  jednej  skromnej  wędki 
wykupić całą zawartość półek.

Zerknął  spode  łba  na  Christie,  przy  czym  wszystkie 

haczyki,  dyndające  wokół  ronda,  zakołysały  się  w  jednym, 
zgodnym rytmie.

- Czy masz jakieś dżdżownice? - zapytał.
- Bardzo mi przykro, Matt, ale akurat mi się skończyły.
-  Cholera,  to  wielka  szkoda.  Potrzebuję  trochę  robali  -

westchnął. Pobrzękując i podzwaniając, wycofał się z salonu.

Christie  wsłuchiwała  się  w  jego  dudniące  kroki, 

wywołujące  nie  mniej  hałasu  niż  byłoby  w  stanie  wzniecić 
średniej wielkości stado słoni.

A  jednak  te  przeraźliwe  dźwięki  najwyraźniej  wprawiły 

Christie w przedziwny błogostan, bo długą chwilę uśmiechała 
się rozanielona, a potem z zapałem wróciła do rachunków.

-  Oooaaauuu!!!  -  z  najwyższego  piętra  dobiegło  nagle 

dzikie  wycie,  pełne rozpaczy  i  przerażenia.  Christie  skoczyła 
na równie nogi.

-  Zaczekaj,  już  idę!  -  krzyczała.  Wpadła  na  drugie  piętro 

jak  bomba  i  pomknęła  tropem  błotnistych  śladów 
pozostawionych  przez  nieprzemakalne  buty  Matta.  Ich 
właściciel zdrów i cały stał na środku korytarza, trzymając w 
sztywno  wyciągniętej  przed  siebie  sieci  jakieś  zwierzę, 
skręcające się i wijące. Matt uśmiechał się zwycięsko.

- To  moja pierwsza zdobycz  dzisiejszego dnia - oznajmił 

dumnie. - Czy domyślasz się, co to takiego może być?

Christie  wyjęła  uważnie  sieć  z  jego  rąk  i  położyła  ją  na 

podłodze.  Oboje  cofnęli  się  o  krok  z  ostrożnością  saperów, 
mających do czynienia z podejrzanym niewypałem. Jakiś czas 
sieć  leżała  na  ziemi  nieruchomo  i  bezgłośnie.  Nagle  coś 
wystrzeliło  z  jej  wnętrza  wysoko  w  powietrze,  przybrało 

background image

84

kształt  syjamskiego  kota,  który  opadł  na  cztery  łapy  i 
błyskawicznie zniknął w głębi korytarza.

-  Byłam  pewna,  że  Gomez  może  szybko  się  poruszać, 

tylko  potrzebuje  odpowiedniego  bodźca  -  oświadczyła 
Christie z entuzjazmem.

Matt obdarzył ją nieufnym spojrzeniem.
- Czy on aby nie nazywa się Vincent?
-  To  brat  Vincenta,  Gomez  -  wyjaśniła.  -  Chyba  nie 

przypuszczałeś, że mam tylko jednego kota.

Matt  bąknął  coś  pod  nosem,  co  brzmiało  jak  „dom 

wariatów, słowo daję” i dał nura do swojego pokoju wraz ze 
sprzętem. Po piętach dreptała mu Christie. Wędki balansowały 
niebezpiecznie  wśród  mebli  i  dość  opornie  przychodziło 
Mattowi  znalezienie  dogodnego  miejsca,  w  którym  mógłby 
wszystkie  je  złożyć.  Z  pomocą  pospieszyła  Christie  i 
ostatecznie  oparła  wędki  o  strojną,  wiktoriańską  komodę. 
Musiała  przyznać  w  duchu,  że  w  pokoju  jest  dosyć  tłoczno, 
lecz  z  drugiej  strony  wiedziała  dobrze,  że  nie  umiałaby 
zrezygnować  z  jednego  choćby  drobiazgu.  Gładziła  dłonią 
marmurowy  blat  komody,  obserwując  jak  Matt  przysiada 
sztywno na krawędzi łóżka, próbując pochylić się do przodu, a 
potem nagle zamiera w bezruchu z głuchym jękiem. Po jakimś 
czasie znowu próbuje wrócić do pozycji wyjściowej, lecz bez 
skutku,  wydając  z  siebie  jeszcze  dziwniejszy  dźwięk, 
przypominający trochę skargę żaby miotanej atakiem czkawki.

- Christie - wydusił wreszcie z siebie żałośnie. - Coś mi się 

wydaje, że nie dosięgnę własnych stóp. 

Wszystko  stało  się  jasne.  Christie  przyklękła  grzecznie  i 

jeden za drugim zsunęła z jego nóg dlugaśne buty.

Matt sieknął po raz kolejny, rozbierając się z opinającej go 

kamizelki.  Christie  podniosła  się  i  usłużnie  pomogła  mu 
pozbyć  się  koszuli.  Wówczas  w  całej  okazałości  zobaczyła 

background image

85

jego  kark  płonący  jasną  czerwienią  i  nieco  tylko  jaśniejsze, 
jaskrawo różowe ramiona.

- Z taką opalenizną nikt nie byłby w stanie normalnie się 

poruszać  -  orzekła  Christie.  -  Wyglądasz  jak  niedogotowany 
homar.

Zbiegła  szybko  na  pierwsze  piętro,  porwała  z  toaletki 

słoiczek z kremem i pognała z powrotem. Wskoczyła na łóżko 
za jego plecami i przysiadła wygodnie na piętach.

- Co masz zamiar zrobić? - dopytywał się z niepokojem. -

Nie ufam ci! - próbował spojrzeć za siebie.

- Zachowaj zimną krew - nakazała Christie, biorąc na dłoń 

ogromną  ilość  kremu.  Zaczęła  go  wcierać  w  powierzchnię 
jego pleców pewnymi, zwinnymi pociągnięciami dłoni.

- Odkryć  w sobie dzikiego drwala, a zaraz potem poczuć 

powołanie wędkarskie - to trochę za dużo jak na jeden dzień.

-  Co  do  szlachetnej  cechy  umiaru,  jestem  gotów  przyjąć 

wiele uwag, ale nie od ciebie - odrzekł z kwaśną miną. - Poza 
tym,  musisz  wiedzieć,  Christie,  że  dzisiaj  odkryłem  coś 
nadzwyczajnego...

Zwierzenie to brzmiało autentycznie i przekonująco, więc 

Christie nadstawiła pilnie ucha.

- Co takiego, powiedz, proszę.
-  Łowienie  pstrągów -  tłumaczył  z  ożywieniem -  jest  jak 

samo  życie.  Zapuszczasz  swoją  żyłkę  w  granatowo-zieloną 
głębinę  i  czekasz  na  tę  jedną  rybę.  Nie  śpieszysz  się,  nie 
krzątasz... Po prostu czekasz na pstrąga.

Christie słuchała tego na pozór obojętnie, wciąż delikatnie 

nacierając  kremem  jego  plecy  i  ramiona,  ale  gdzieś  w  jej
wnętrzu  kiełkowało  lekkie  uczucie  zazdrości.  Ten  człowiek 
przebywał w Red River ledwie dwadzieścia cztery godziny, a 
zadomowił  się  tu  bardziej,  niż  to  się  jej  udało.  Może  on  po 
prostu się o to nie stara, w przeciwieństwie do niej samej?

background image

86

- Żałuję, że nie byłaś tam ze mną, Christie - mówił dalej. -

To naprawdę przepiękne jezioro i w dodatku blisko miasta.  -
Poruszył  ramieniem,  jakby  ponownie  wypróbowywał 
zarzucanie  wędki.  -  Wędkowanie  to  prawdziwa  sztuka  -
wzdychał. - To twórczość... 

Wyciągnął  daleko  przed  siebie  obie  dłonie.  -  Oto  moja 

kariera  -  powiedział,  rozcapierzając  palce  prawej.  -  A  to  jest 
łowienie  pstrągów  -  lewą  dłoń  zacisnął  w  pięść.  Po  chwili 
ciężko  westchnął.  -  To  dwie  kompletnie  różne  dziedziny.  W 
żaden  sposób  nie  da  się  ich  połączyć,  jeśli  by  się  chciało  w 
którąś zaangażować całym sercem.

- Widzę jedno wyjście - podsumowała Christie. Pochyliła 

się  ponad  jego barkiem  i  wskazała  lewą  pięść.  - Wybierz  to! 
Rzuć całą tę giełdę i posadę u mojego starego. Zrób dokładnie 
to, co ja zrobiłam.

-  To  niemożliwe.  Poświęciłem  już  tej  piekielnej  Wall 

Street piętnaście najlepszych lat życia. Nie mógłbym teraz tak 
po  prostu  zostawić  wszystkiego,  co  osiągnąłem.  Nie 
zrobiłbym  tego,  nawet  gdyby  opatrzność  miała  mi  zesłać  w 
nagrodę największego i najsoczystszego pstrąga ze wszystkich 
pstrągów w Mississippi.

Straszny  był  jednak  uparciuch  z  tego  Matta  Gallaghera. 

Christie  spoglądała  na  jego  wojowniczo  zmierzwioną 
czuprynę.  Do  licha,  ten  miedzianorudy  koloryt  Matta 
zdecydowanie  był  intrygujący...  Palce Christie  wędrowały 
coraz  wolniej  po  jego  skórze,  ich  subtelny  dotyk  stawał  się 
prawie pieszczotą. Christie czuła własne przyspieszone tętno, 
ciepły  krąg  światła  nocnej  lampki  obejmował  ich  oboje  i 
zamykał w małym, intymnym światku. Spojrzenie dziewczyny 
powędrowało w stronę komody po przeciwnej stronie pokoju i 
tam w lustrzanym odbiciu napotkało wzrok Matta.

Jego  oczy  pociemniały  i  przybrały  odcień  zmatowiałego 

bursztynu. Na ich dnie czaiło się pełne napięcia pragnienie. I 

background image

87

nie była to bliżej nieokreślona nostalgia, jaka już kilkakrotnie 
tego  dnia  zasnuwała  jego  twarz  zagadkową  mgiełką,  lecz 
bardzo  realna  tęsknota,  której  przedmiot  znajdował  się  tuż, 
tuż...

Christie  odsunęła  się  od  niego  gwałtownie,  jej  dłonie 

niczym poparzone odskoczyły od rozgrzanej powierzchni jego 
skóry.

Matt  odwrócił  się  do  niej  dość  niezręcznie  i  kiedy 

próbował  objąć  ramieniem  jej  talię,  Christie  straciła 
równowagę i przechyliła się na materac, nie chcący pociągając 
go  za  sobą.  Runęli  oboje  w  niezgrabnym  uścisku  na  kołdrę. 
Twarz  Matta  znalazła  się  tuż  ponad  jej  twarzą.  Skrzywił  się 
leciutko.

-  Mój  Boże,  nawet  usta  okropnie  mnie  pieką,  płoną  po 

prostu... - szeptał.

Teraz nie sposób było mu się oprzeć. Mając go przy sobie 

tak blisko, Christie czuła rozlewające się gdzieś w jej środku 
miłe  ciepło  i  ogarniającą  całe  ciało  rozkoszną  bezwładność, 
jak  po  wypiciu  olbrzymiego  kieliszka  mocnego,  korzennego 
calvadosu.

-  Będę  bardzo  delikatna...  -  powiedziała  cicho  i  lekko 

dotknęła jego warg swoimi.

Na początku ich pocałunek ostrożnie balansował na samej 

granicy  rozkoszy,  ale  potem  porwał  nagle  oboje  w  długą, 
upojną podróż. Matt obejmował Christie ciasno ramionami, a 
ona przywarła całym ciałem do niego, oplątując rękoma jego 
szyję i czując, jak powoli przestaje nad sobą panować.

Matt  jęknął  niespodziewanie  i  Christie  dopiero  wówczas 

zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  już  od  dłuższej  chwili  ściska 
mocno palcami jego poparzoną skórę.

- Przepraszam... - bąknęła. - Czy to cię zabolało?

background image

88

- Żaden ból nigdy nie sprawił mi większej przyjemności -

mruczał kurtuazyjnie do jej ucha.- Christie, czy nie wydaje ci 
się, że między nami coś...

- Tak, dzieje się coś... Czego być nie powinno.
- Ale jest. Nic na to nie poradzimy.
Ucałował sam kącik jej ust, lecz i to wystarczyło, by po jej 

plecach przebiegł błogi dreszczyk.

-  Nie,  nic  nie  poradzimy...  -  przeczesywała  palcami  jego 

jedwabistą czuprynę, a on znów ją całował z zapamiętaniem.

-  Ojej,  Matt,  co  my  z  tym  zrobimy...?  -  westchnęła  po 

chwili, spoglądając na niego w lekkim oszołomieniu.

-  Poczekamy  i  zobaczymy,  co  się  dalej  wydarzy  -

odpowiedział. - Przecież uwielbiasz rzucać losowi wyzwania, 
prawda?

- Tak - westchnęła, gładząc palcem złocisty zarost na jego 

policzku. - Ale jeśli mamy się dowiedzieć, dokąd nas wiedzie 
los, musisz zostać w Red River trochę dłużej.

Jego  wargi  wędrowały  po  delikatnej  muszelce  ucha 

Christie.

- Moja śliczna Christie... wróci do Nowego Jorku razem ze 

mną.

Aż  podskoczyła  z  oburzenia,  po  czym  usiadła  sztywno, 

mocno zaparta obiema dłońmi o materac.

-  Przecież  wiesz,  że  to  niemożliwe.  Moje  życie 

nieodwracalnie  wiąże  się  teraz  z  tym  miejscem  i  nie 
zaryzykuję utracenia tego, co dopiero zaczęłam budować!

- A moje życie - to Nowy Jork - odpowiedział spokojnie. 

Pocierał  z  czułością  napięte  mięśnie  jej  pleców.  Christie 
jednak tężała jeszcze mocniej pod jego dotykiem.

-  Gdybyś  tylko  nie  był  tak  beznadziejnie  uparty,  Matt. 

Sam wiesz, że potrzebna jest ci jakaś zmiana, a przynajmniej 
wakacje. Dlaczego nie chcesz spędzić tu choćby paru tygodni? 
To wszystko, o co proszę.

background image

89

-  Wiesz  doskonale,  co  myślą  klienci  o  pośredniku,  który 

jest  dla  nich  nieosiągalny  choćby  przez  dzień  lub  dwa.  Nie, 
Christie, to ty powinnaś pojechać do Nowego Jorku.

Christie  patrzyła  wymownie  w  jego  piwne  oczy,  starając 

się  nie  słuchać  tego,  co  mówi,  lecz  jakoś  nakłonić  go  do 
pozostania w Red River.

- A pstrągi, Matt? - szepnęła. - Pamiętasz swoje pstrągi...?
I nie mogła już powiedzieć nic więcej, bo jego usta znów 

zamknęły  się  wokół  jej  warg  w  namiętnym,  a  zarazem 
subtelnym  pocałunku,  a  jego  dłonie  błądziły  po  jej  twarzy. 
Niejasna przyszłość przestała na chwilę być ważna, tak jakby 
nigdy  nie  miała  zaistnieć.  Liczyła  się  tylko  teraźniejszość  -
realny, choć graniczący z cudem, krótki moment zatracenia się 
w cudownej przepaści silnych ramion Matta...

Rozkołysane  dzwony  odezwały  się  gdzieś  w  głowie 

Christie,  dalekie  i  przenikliwe.  Jak  dziwne  doznania  potrafił 
wzbudzić w niej ten mężczyzna! Mimo oszołomienia, w jakie 
wprawił  ją  pocałunek,  stopniowo  zdołało  jednak  do  niej 
dotrzeć,  że  odgłosy  są  całkiem  rzeczywiste,  pochodzą  z 
parteru  i  oznaczają  w  sposób  oczywisty,  iż  ktoś  usiłuje  się 
dostać do domu.

- Ojej... - wyszeptała półprzytomnie. - Muszę zejść na dół.
- Nie zwracaj na to uwagi. 
Dzwonek odezwał się jeszcze raz, słabo, lecz uparcie.
-  To  jacyś  goście  -  stwierdziła  rzeczowo  Christie, 

wyzwalając  się  z  namiętnego  uścisku  i  usiłując  zaprowadzić 
porządek  wśród  zmierzwionej  grzywy  swoich  włosów.  -  Idę 
tam. Matt.

- Christie...
Lecz  już  go  nie  słuchała.  Lawirując  zręcznie  między 

meblami,  wydostała  się  szybko  z  pokoju  i  pognała  w  dół, 
przeskakując po dwa stopnie. Należało zyskać trochę dystansu 
do  tego,  co  działo  się  między  nią  a  Mattem  i  spojrzeć  na 

background image

90

sprawy  przytomniej.  Nieoczekiwany  gość,  kimkolwiek  był, 
stał  się  w  tej  sytuacji  po  trosze  intruzem,  lecz  i  po  trosze  -
wybawieniem!

Przy  stoliku  recepcyjnym  na  dole  Christie  zastała  dwie 

urocze starsze panie.

-  Chciałybyśmy  wynająć  pokój  na  jedną  dobę- oznajmiła 

pierwsza z  nich. - Oczywiście  pod warunkiem, że  nie panuje 
tu jakiś zaraźliwy wirus, kochaniutka, bo wyglądasz na osobę 
rozpaloną  gorączką.  Czy  to  jakieś  przeziębienie?  Adeline 
łatwo się zaraża, zwłaszcza letnią porą!

-  To  ty  raczej  wciąż  się  przeziębiasz,  Abigaile  -

zaoponowała druga staruszka. - Nie zrzucaj tego na mnie.   

Badawczo przyjrzała się Christie.
-  Cała  jesteś  rozogniona,  dziewczyno.  Przygotuję  dla 

ciebie  pewien  specyfik,  który  powinien  ci  pomóc.  Musisz 
wiedzieć,  że  jestem  znana  z  przyrządzania  skutecznych 
domowych mikstur ziołowych.

Christie  uśmiechnęła  się  blado.  Gdzieś  na  dnie  duszy 

żywiła  nieśmiałą  nadzieję,  że  rzeczywiście  istnieje  jakiś 
cudowny  środek  na  jej  dolegliwość...  której  imię  brzmiało 
Matt Gallagher.

background image

91

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Przyrządy  do  ćwiczeń  ustawiane  w  pokoju  bawialnym 

zostały właśnie wprawione w ruch przez Christie, która uparła 
się,  by  poddać  swój  brzuch  serii  wymyślnych  tortur.  Tego 
ranka  Abigail  i  Adeline  wmusiły  w  nią  tajemniczy  wywar 
nazywany  przez  nie  „kleikiem”.  Kleik  okazał  się 
ciemnobrązowym,  zawiesistym  płynem  z  osiadłymi  na  dnie 
paprochami  i  jak  dotąd  nie  wywołał  żadnych  pioronujących 
skutków. Christie nadal czuła się dość nieswojo po bezsennej, 
niespokojnej  nocy,  wypełnionej  fantazjowaniem  na  temat 
Matta.

Winowajca  nie  pojawił  się  jeszcze  na  dole  i  Christie, 

chcąc nie chcąc, wsłuchiwała się w każdy dźwięk, który choć 
trochę przypominał odgłos kroków na schodach. Dlaczego nie 
mogła przestać o nim myśleć?

Ćwiczyła  zapamiętale,  starając  się  całym  wysiłkiem 

mięśni  wyrzucić  z  duszy  przedmiot  jej  rozmyślań.  Coś 
zaszeleściło  w  okolicy  schodów  i  Christie  zamarła  w  pół 
ruchu.  Wbrew  przypuszczeniom  zamiast  Matta  wkroczył  do 
bawialni Gomez, tocząc przed sobą papierową kulę.

-  Ty  ptasi  móżdżku!  -  parsknęła  Christie.  -  Przepraszam, 

Gomez,  nie  miałam  na  myśli  ciebie  -  zaznaczyła.  -
Powiedziałam  to  oczywiście  do  siebie.  Czy  nie  uważasz,  że 
rozsądna,  dorosła  kobieta  powinna  odznaczać  się  większą 
odpornością na męskie piegi?

Gomez turlał się po podłodze, walcząc z kłębkiem papieru 

przednimi  łapami.  Znużona  Christie  podniosła  ręcznik  na 
wysokość  twarzy,  lecz  przekonawszy  się, że  nie  mana  czole 
ani  jednej  kropelki  potu,  odrzuciła  go  z  niesmakiem.  Matt 
Gallagher  najwidoczniej  wpływał  paraliżująco  na  wszystkie 
gruczoły  jej  ciała.  Pochyliła  się  i  odebrała  kotu  zmięty 
kawałek  papieru,  nie  zważając  na  jego  protesty.  Usiadła  na 

background image

92

kanapie,  bezmyślnie  rozprostowując  i  wygładzając  kartkę. 
Wypełniały  ją  ciasne  rządki  odręcznego  pisma,  upstrzone 
gdzieniegdzie  kleksami,  które  spłynęły  z  jakiegoś 
nieszczelnego  pióra.  Christie  przystąpiła  do  cierpliwego 
odcyfrowywania gryzmołów.

Gdy  przeczytała całą  stronę, wyprostowała się czujnie na 

kanapie  i  z  rosnącym  podnieceniem  przebiegła  wzrokiem 
całość  jeszcze  parę  razy.  Wreszcie  poderwała  się  z  miejsca  i 
pognała do kuchni, nie wypuszczając kartki z ręki. Wiedziała 
już, co począć z tym fantem!

Po upływie może dziesięciu minut pukała do drzwi pokoju 

Matta, podtrzymując ostrożnie drugą ręką tacę ze śniadaniem. 
Nie  usłyszawszy  żadnej  odpowiedzi,  ostrzegawczo  zapukała 
ponownie, po czym sforsowała drzwi i wpłynęła do pokoju.

-  Co  tam,  do  ciężkiego  czorta?!  -  Matt  podniósł  głowę 

znad sosnowego biurka w rogu pokoju. Podłogę wokół niego
zaścielały  sterty  zmiętych  kartek.  Sam  Matt  przypominał 
żywcem  potarganą  przez  kota  papierową  kulę,  w 
niemiłosiernie  wymiętoszonej  koszuli,  ze  sterczącymi  na 
wszystkie 

strony 

włosami 

mętnym 

spojrzeniem 

zaczerwienionych oczu.

-  Dobry  Boże!  -  powiedziała  Christie,  stawiając  tacę  na 

komodzie.

Matt ostentacyjnie pochylił się nad biurkiem.
- Co ty tu robisz? - gderał.
-  W  twój  rachunek,  jak  wiesz,  wliczone  jest  śniadanie  i 

czysta  pościel.  Wygląda  na  to,  że  pościeli  nie  używasz,  a  na 
śniadanie  nie  raczysz  zejść.  Chcę,  żebyś  wiedział,  za  co 
płacisz.

Tacę  ozdabiał  flakonik  z  bukietem  świeżych  fiołków. 

Christie, wdychając z przyjemnością ich miły aromat, zabrała 
się  do  smarowania  dżemem  grzanek  z  żytniego  chleba.  Do 
miseczki  z  waniliowym  jogurtem  dodała  kilka  plastrów 

background image

93

brzoskwini,  a  w  salaterce  z  owsianką,  posłodzoną  miodem, 
ulokowała  zachęcająco  łyżkę.  Matt  wyglądał  na  skrajnie 
wyczerpanego  i  zapewne  nie  podołałby  sam  wszystkim  tym 
czynnościom.

-  Jedz,  proszę  -  nakazała,  dosuwając  do  blatu  komody 

jedno  z  krzeseł.  Matt  wahał  się  chwilę,  w  końcu  jednak 
podszedł, a pochłonąwszy pierwszą grzankę, nie umiał się już 
zatrzymać.  Z  wysokości  okiennego  parapetu  Christie 
obserwowała go zadowolona, a doczekawszy momentu, kiedy 
najwyraźniej nasycił pierwszy głód, wyjęła z kieszeni szortów 
zmiętą kartkę i zaczęła nią powiewać w powietrzu.

- To jest bardzo obiecujące, Matt - oznajmiła. - Naprawdę 

świetne!  Podobały  mi  się  nawet  te  wiatraki  nabazgrane  na 
marginesach - wskazała rysuneczki pokrywające brzeg strony.

-  Skąd  to  masz?  -  Matt  dwoma  susami  znalazł  się  przy 

niej. Wyrwał jej z ręki papier.

-  Rany  boskie,  to  nie  miało  nigdy  ujrzeć  światła 

dziennego, to są zwykłe brednie!

- Ależ Matt,  masz świetne  pióro! - protestowała Christie. 

Usadowiła się na krześle za biurkiem, rozprostowując kolejne 
wymięte kartki papieru.

-  Twoje  pisanie  ma  w  sobie  ogień.  Sam  wiesz,  jak 

obrzydła  mi  giełda,  a  jednak  kiedy  czytam  to,  co  o  niej 
napisałeś, znowu jestem na Wall Street, wbrew swojej woli. I 
znowu mi przebiega po plecach dreszczyk, który musi poczuć 
każdy, kto się o to otarł choć raz...

- Bzdura - urwał, mnąc kartkę w dłoni i wolno pochodząc 

do  biurka.  Spojrzał  w  zamyśleniu  na  papiery,  a  potem  na 
dziewczynę.

- Czy naprawdę przekonuje cię moja idea? - zapytał.
-  Wierzysz,  że  giełda  może  znowu  stać  się  miejscem 

szlachetnego  wyścigu,  polem  wielkiej  gry,  której  reguły 
byłyby  uczciwe  i  jednakowe  dla  wszystkich  -  mówiąc  to, 

background image

94

gestykulował żywo. Promieniował jakąś wielką energią, jakby 
na przekór swoim zmęczonym oczom i wymiętemu ubraniu.

- Tak - powiedziała Christie cicho. - Rozumiem cię, Matt, 

nawet  nie  wiesz,  jak  dobrze.  Giełda  wiele  dla  ciebie  znaczy, 
prawda?  Dla  mnie  była  właściwie  tylko  miejscem  pracy,  ale 
dla ciebie jest wyraźnie czymś więcej.

-  Mam  ją  we  krwi,  Christie.  Dlatego  widzę  tak  dobrze 

wszystkie łajdactwa, całe to przekupstwo i nie umiem przejść 
obok  obojętnie.  Giełda,  powtarzam,  to  fascynująca  gra  -  jak 
football czy baseball, ale należy grać fair.

Christie  nie  odzywała  się  przez  długą  chwilę.  Zaczynała 

coraz lepiej rozumieć Matta. Lecz mimo to czuła rodzący się 
w niej bunt.

- Rzuć to wszystko w diabły, Matt - powiedziała, patrząc 

mu  w  oczy.  -  Pomyśl,  że  mógłbyś  łowić  pstrągi  i  mieć  ten 
swój wymarzony kawałek ziemi.

Położył się na łóżku, podkładając pod głowę obie dłonie.
- Nie można mieć wszystkiego, Christie. Zawsze musimy 

coś wybierać, a z czegoś rezygnować.

- A ja mam tu wszystko - twierdziła uparcie.
-  W  Red  River  mam  dokładnie  wszystko,  co  jest  mi 

potrzebne do szczęścia.

Matt uniósł głowę, by na nią spojrzeć.
-  Może  najtrudniejszy  wybór  masz  wciąż  jeszcze  przed 

sobą...

Christie wstała gwałtownie, odsuwając krzesło. Nie miała 

ochoty  zastanawiać  się  nad perspektywą trudnych życiowych 
wyborów,  zbyt  wiele  wysiłku  włożyła  w  stworzenie  swojego 
nowego świata.

-  Jedno  wiem  na  pewno,  Matt.  Powinieneś  nadal  pisać, 

skoro raz zacząłeś.

Roześmiał się sucho, sceptycznie.

background image

95

-  Nie  mam  złudzeń  co  do  siebie  i  swojej  pisaniny. 

Próbowałem po prostu uporządkować na papierze parę myśli. 
Zresztą wracam do Nowego Jorku, a tam nie znajdę ani chwili 
na pisanie.

- I będzie to twój kolejny błędny wybór, kolejny fałszywy 

krok! Tak nie można postępować z sobą samym, Matt.

-  A  więc  powiedz  mi  jak  -  odparł,  ziewając  dyskretnie.  -

Zestaw  razem  wszystkie  te  sprawy:  giełdę,  pstrągi,  ciebie, 
kopalnie  złota,  to  cholerne,  zwariowane  pisanie,  które 
rozpocząłem...  Złóż  to  wszystko  do  kupy  tak,  aby  jedno 
pasowało do drugiego, a wszystko razem miało sens. Wtedy ci 
uwierzę.

Christie żywiła mieszane uczucia wobec umieszczenia jej 

osoby na tej liście. Sklasyfikowana została na trzeciej pozycji, 
tuż  za  rybami,  co  nie  przynosiło  jej  zaszczytu,  niemniej 
ogarnęło  ją  lekkie  wzruszenie  na  myśl,  że  jakoś  zaistniała  w 
życiu Matta...

- Może lepiej prześpij się trochę... - poradziła i popchnęła 

go jednym palcem, a on runął płasko na plecy, bezwładnie jak 
worek. Nakryła go troskliwie kołdrą.

-  O  rany,  pięknie  wyglądasz  w  tym  podkoszulku  -

wymruczał. - Nie miałabyś ochoty przyłączyć się do mnie?

Poprawiła  z  godnością  ramiączka  swojej  gimnastycznej 

koszulki i wycofała się na bezpieczne pozycje.

-  Hmmm...  Moi  nowi  goście  mają  dziś  zamiar  nauczyć 

mnie  uprawy  ziół  w  ogrodzie,  więc  lepiej  zajmę  się  teraz 
majerankiem.

- Szkoda. Miałem nadzieję, że nadrobimy straconą noc...
Christie przełknęła ślinę. Matt, rozczochrany i nieogolony, 

wyglądał jeszcze bardziej pociągająco niż zwykle, zerkając tak 
na  nią  znad  rąbka  kołdry.  Była  w  rozterce...  Miała  ogromną 
ochotę przytulić się do niego choćby na kilka chwil, na kilka 

background image

96

godzin,  ale  czy  aby  nie  będzie  potem  cierpiała?  Może  Matt 
miał jednak trochę racji - życie to pasmo trudnych wyborów...

Powieki  Matta  opadły  ciężko  i  zapadł  w  sen  równie 

niespodziewanie  jak  poprzedniego  dnia  w  lesie.  Christie 
uśmiechnęła  się  do  siebie  z  ulgą,  a  zarazem  odrobiną  żalu. 
Zaczekała  jeszcze,  by  wsłuchać  się  w  równy  rytm  jego 
oddechu i cichutko wymknęła się z pokoju.

Tego samego dnia po południu Christie z niejakim trudem 

usiłowała  zbadać  własne  odbicie  w  łazienkowym  lustrze. 
Skutecznie uniemożliwiał jej to żeglujący od brzegu do brzegu 
zwierciadlanej  tafli  ogon  Vincenta.  Kot,  nie  wiedząc  czemu, 
postanowił  przechadzać  się  w  tę  i  z  powrotem  po  półce  na 
kosmetyki.  Christie  prawie  po  omacku  próbowała  pokryć 
powieki cienką warstwą fioletu. Wreszcie Vincent szczęśliwie 
zwinął  się  w  kłębek  i  zeskoczył,  a  dziewczyna  mogła 
przyjrzeć się sobie bez przeszkód.

Wyglądała  okropnie.  W  niczym  nie  pomogły  nałożone 

cienie,  szpecące  jej  powieki  dwoma  nieforemnymi  kleksami. 
Dlaczego była aż tak przejęta i roztrzęsiona?

-  To  tylko  randka  -  powiedziała  do  Vincenta.  -  A  nawet 

nie  całkiem randka.  Szczerze mówiąc,  prawie  wymusiłam  na 
nim to dzisiejsze pójście na tańce.

Vincent  wydawał  jakieś  obojętne  pomruki.  Jego  pani 

westchnęła i z rezygnacją przetarła powieki wacikiem. Dzisiaj 
spędzi  ostatni wieczór  z  Mattem...  Chciała, by wydarzyło  się 
coś szalonego, co oboje zapamiętają na długo  i co będzie im 
towarzyszyć,  gdy  rozejdą  się  ich  drogi.  Nie  była  pewna,  czy 
akurat square dance jest sam w sobie wyczynem dostatecznie 
brawurowym,  ale  nic  innego  nie  przyszło  jej  do  głowy,  w 
której  kołatały  niczym  uparty  refren  słowa:  „to  ostatni  raz, 
ostatni raz”...

-  On  nic  dla  mnie  znaczy  -  mówiła  do  siebie.  -  Nie 

jesteśmy nawet przyjaciółmi i właściwie niewiele nas łączy.

background image

97

Nie brzmiało to jednak przekonująco. Wytarła chusteczką 

resztki  kremu  z  twarzy,  pomalowała  rzęsy  czarnym  tuszem  i
zdecydowała się na tym poprzestać.

Kreację na dzisiejszy wieczór przygotowała pieczołowicie 

już  wcześniej  -  bluzkę  z  jasnobłękitnego  szyfonu  z 
ekstrawaganckimi  frędzelkami  przy  karczku,  płócienną 
spódnicę w głębokie fałdy do pół uda i buty z drogiej, lśniącej 
skóry.  Ubrała  się  z  wyjątkową  starannością,  po  czym 
rozczesała  włosy  szczotką,  aż  spłynęły  bujną  falą  do  pasa. 
Teraz pozostało tylko rozejrzeć się za Mattem.

Znalazła go w salonie. Prezentował się tak imponująco, że 

aż  oparła  się  o  framugę  drzwi,  by złapać  równowagę  i  lepiej 
mu  się  przyjrzeć.  Jego  szeroki  tors  opinała  westernowa 
koszula zapinana na perłowe zatrzaski. Dżinsy przytrzymywał 
nisko na biodrach pas z ogromną, srebrną klamrą w kształcie 
głowy  byka,  na  nogach  miał  efektowne,  tłoczone  we  wzory 
wysokie  kowbojskie  buty.  Największe  jednak  wrażenie 
wywarł  na  Christie  rewelacyjny,  wielki  kapelusz.  Nie  miała 
żadnych  wątpliwości,  że  oto  idzie  na  tańce  z 
najprzystojniejszym,  najbardziej  wystrzałowym  facetem  w 
całym mieście.

-  Będę  zgadywać  -  powiedziała  kokieteryjnie.  -

Odwiedziłeś  sklepik  Mary  Bell  z  rekwizytami  z  Dzikiego 
Zachodu i kupiłeś specjalny kostium do square dance.

Matt  zdjął  z  głowy  kapelusz  i  spojrzał  nieufnie  w  jego 

przepastną  głębinę,  jakby  spodziewał  się  tam  wypatrzyć 
przyczajonego grzechotnika.

- Nie wiem, co się ze mną dzieje - westchnął. - Zupełnie 

przestaję nad sobą panować.

Christie  podeszła  blisko  i  ponownie  osadziła  kapelusz  na 

jego głowie.

- Co by to nie było, bardzo ci w tym do twarzy... 
Spoglądał na nią w pełnym podziwu napięciu.

background image

98

-  Ty  za  to  jesteś  naprawdę  piękna,  Christie  -  przyznał.  -

Wyglądasz  wspanialej  niż  kiedykolwiek  -  wygłosił  ten 
komplement w rutynowo-maklerskim tonie, lecz Christie i tak 
się zarumieniała.

- Tworzymy  dziś wieczór  szałową parę  - starała  się  udać 

nonszalancję. - Możemy już iść?

Na  drzwiach  frontowych  Christie  przyczepiła  odręcznie 

napisaną karteczkę: „Poszłam na tańce”.

-  Kto  będzie  doglądał  gospodarstwa  pod  twoją 

nieobecność? Może koty? - zapytał Matt ironicznie.

- Zwykle zostawiam drzwi otwarte, więc moi goście mogą 

swobodnie  wchodzić  i  wychodzić,  kiedy  tylko  sobie  życzą.  -
Christie uważała, że to najlepsze z możliwych rozwiązań.

- Może ktoś nowy będzie chciał się zameldować i odejdzie 

z niczym.

- Trudno. Nie miałam serca prosić Lisy o zastępstwo, ona 

też chciała potańczyć.

- I ty oczywiście również musisz tam iść.
- Oczywiście - przyznała. - W przeciwnym razie ty byś nie 

szedł i pomyśl sam, jak wiele byś stracił!

-  O,  tak.  Byłaby  to  strata  nie  do  odrobienia...-  odrzekł  z 

jawną  kpiną.  -  Te  podskoki  wokół  parkietu,  jak  mógłbym  to 
sobie darować?

-  To  samo  pomyślałam  i  ja,  takiej  okazji  nie  można 

darować!

Zatrzymała  się  na  chwilę,  by  poprawić  doniczkę  z 

geranium na skraju werandy.

- Gdy dobrze ci się przyjrzeć, widać od razu, że wcale nie 

jesteś  tak  w  stu  procentach  pochłonięta  tym,  co  tu  robisz. 
Sprawiasz  wrażenie,  że  mogłabyś,  jak  motylek,  przeskoczyć 
już na jakiś inny kwiatek.

Christie wyprostowała się i strzepnęła z palców ziemię.

background image

99

-  Nic  podobnego.  Jestem  bardzo  przywiązana  i  do  tego 

miejsca,  i  do  całego  mojego  nowego  życia.  Po  prostu  zbyt 
wiele czasu spędziłam przykuta do biurka w gabinecie, który 
był  dla  mnie  jak  więzienie.  Teraz  muszę  nacieszyć  się 
wolnością!

-  Nie  mam  ci  za  złe,  że  wychodzisz  sobie  wieczorem 

potańczyć,  mam tylko  wrażenie, że  trzymasz zbyt  wiele srok 
za ogon. Kiedy snuje się za dużo planów na raz, niczego nie 
da się zrobić do końca dobrze. Twój interes może ucierpieć na 
takim traktowaniu.

Znowu  udało  się  Mattowi  trafić  w  czuły  punkt, 

wypowiedzieć  głośno  to,  co  w  skrytości  ducha  trapiło  samą 
Christie.  Ale  nie  dopuszczała  do  siebie  myśli,  że  coś 
rzeczywiście mogłoby się nie udać.

- Darujmy więc sobie tę dyskusję - przyspieszyła kroku, a 

zapadający  zmierzch  obrysowywał  głębokim  cieniem  jej 
sylwetkę. - Mój pensjonat prosperuje znakomicie. I poza tym 
wszystko w moim życiu układa się nieźle.

- Jeśli tak twierdzisz... - Matt człapał dość niezgrabnie tuż 

za nią w nowych kowbojskich butach.

-  Dość  dobrze  się  składa,  że  jutro  wyjeżdżasz  -

powiedziała  Christie.  -  Oboje  ostatnio  gramy  sobie  na 
nerwach, prawda?

- Tak, ale cóż to za niezwykła symfonia, którą tworzymy 

w duecie.

Serdecznym gestem ujął jej dłoń i szli w zgodnym rytmie. 

Christie zdziwiło, jak bardzo naturalną rzeczą okazało się dla 
niej  tak  iść  za  rękę  z  Mattem,  który  właśnie  pogwizdywał
jakąś  nieznaną  melodyjkę,  wykazując  przy  tym  katastrofalny 
brak słuchu.

-  Skąd  nagle  twój  świetny  humor?  -  zapytała  obojętnie, 

starając się nie okazać, jak bardzo jest zadowolona.

- Nie mam pojęcia. Dobrze mi i już.

background image

100

Wieczór  zapowiadał  się  wyjątkowo  pięknie,  niebo  miało 

głęboki,  ametystowo-błękitny  odcień,  a  chłodny  wietrzyk 
figlował  wśród  porastających  wzgórza  drzew.  Lotem  strzały 
przeszywały  powietrze  kolibry,  zwabione  zawartością 
karmników  umieszczonych  na  werandach  domów  przez 
życzliwych  gospodarzy.  Zawieszały  swe  drobne  ciałka  w 
powietrzu,  by  wypić  słodki,  czerwony  nektar,  po  czym 
ulatywały w powietrze.

-  Zaczekaj,  czy  jeszcze  słyszysz?  -  szepnęła  Christie, 

pociągając Matta za rękę, by się zatrzymał. - O, teraz!

Wsłuchiwał  się  przez  długą  chwilę,  po  czym  pokręcił 

głową przecząco.

- Nie, nie słyszę.
- To kolibry. Wywołują leciutkie drżenie powietrza, ledwo 

zauważalną  wibrację,  która  ma  prawie  własną  melodię, 
posłuchaj dobrze...

Na twarzy Matta malował się bezowocny wysiłek.
- Jaka szkoda, że nie możesz tego słyszeć... Gdybyś został 

w Red River choć parę dni dłużej, na pewno byś w końcu się 
wsłuchał. W tym mieście jest mnóstwo kolibrów.

Szli dalej i teraz Matt wyglądał na mocno zadumanego.
- Wiesz  Christie,  miewam momenty,  w których czuję,  że 

powinienem  zostać  w  Red  River  tydzień  lub  dwa.  A,  może 
nawet  dłużej...  Ale  to  absolutnie  niemożliwe.  Oboje  musimy 
jutro polecieć do Nowego Jorku.

- O, nie. Proszę cię, przestań...
-  To  nieuniknione,  dziewczyno  i  musisz  się  z  tym 

pogodzić.  Wszystko  zresztą  przygotowane.  Mam  nawet  bilet 
dla ciebie.

Wyrwała  dłoń  z  jego  dłoni  i  spojrzała  na  niego  z 

najwyższym oburzeniem.

- Macie Gallagher, jesteś podstępnym, zdradliwym...

background image

101

- Nie złość się. Miejsce w samolocie zarezerwowałem dla 

ciebie jeszcze w Nowym Jorku, zanim tu przyleciałem.

-  Myślisz  może,  że  to  cię  usprawiedliwia?  Właściwie  to 

nie  powinnam  się  niczemu  dziwić.  Szczerze  mówiąc,  od 
początku  spodziewałam  się  po  tobie  jakiejś  nikczemnej 
intrygi.  Lecz  niestety  twój  plan  nie  wypali.  Możesz  sobie 
wyrzucić ten bilet.

Gwałtownie  skręciła  w  prawo  w  Main  Street  i  zostawiła 

Matta daleko w tyle. W gruncie rzeczy to, że wyprowadził ją z 
równowagi,  było  jej  nawet  na  rękę.  Takie  podnoszące  na 
duchu  otrzeźwienie  stanowiło  silną  broń  przeciw  urokowi 
Matta.

Dołączył  do  niej,  nie  wspominając  więcej  o  Nowym 

Jorku. Szli w pełnym napięciu milczeniu. Christie postanowiła 
mieć  się  na  baczności  na  wypadek  dalszych  prób  ataku. 
Dodawała sobie otuchy myślą, że z pewnością stawi im czoła 
bo  tym  razem  Matt  Gallagher  trafił  na  przeciwnika  równego 
sobie!

Wiele domów przy Main Street zostało zaprojektowanych 

i zbudowanych w stylu alpejskim. Również budynek Centrum 
Kulturalnego 

Red 

River 

miał 

podobny 

kształt, 

charakterystyczny  stromy  dach  z  gontów  i  drewniane 
rzeźbienia.  Matt  zawahał  się  przed  przestąpieniem  progu 
drzwi, do których tak zdecydowanie przywiodła go Christie.

-  Posłuchaj...  -  zaczął.  -  Muszę  ci  wyznać,  że  nie  jestem 

zbyt  dobrym  tancerzem.  Właściwie  mam  dwie  lewe  nogi.  A 
nawet chwilami w tańcu mogłoby się wydawać, że mam trzy 
lewe nogi. Obawiam się, że ten wieczór będzie...

Christie  złapała  go  pod  ramię  i  wepchnęła  do  środka.  Z 

satysfakcją  stwierdziła  po  chwili,  że  wiele  osób,  które 
przyszły  dziś  wieczorem  potańczyć,  formowało  już  ścisłe 
grupki na wywoskowanej podłodze sali balowej. Zanim Matt 
zdążył  się  dobrze  rozejrzeć,  ujęła  go  mocno  za  rękę  i 

background image

102

pociągnęła  w  kierunku  stojącej  nieopodal  Lisy  i  jej 
szczupłego, kędzierzawego towarzysza.

- Cześć Lisa, cześć Stan - zawołała radośnie.
-  Potrzebujemy  jeszcze  tylko  dwóch  par.  O,  właśnie  idą! 

Wygląda na to, że jesteśmy w komplecie!

Matt  robił  wszystko,  by  wydostać  swe  palce  z  żelaznego 

uścisku,  ale  Christie  przezornie  uchwyciła  obiema  rękami 
przegub jego dłoni, unieruchamiając go na dobre, nawet lepiej 
niż policyjne kajdanki.

Lisa  na  ten  widok  w  najwyższym  zdumieniu  uniosła  do 

góry brwi, lecz roztropnie powstrzymała się od komentarza.

Parę  kroków  dalej,  na  podeście,  szykowali  się  do  gry 

członkowie Górskiej Sekcji Instrumentów Smyczkowych Jeba 
Randalla. Jeden z nich stroił banjo, a sam słynny Jeb właśnie 
lokował  skrzypce  na  właściwym  miejscu  -  pomiędzy 
ramieniem a pokrytym siwizną podbródkiem. Po chwili uniósł 
w  górę  smyczek  i  pochylił  nisko  łysą  głowę.  Na  ten  sygnał 
orkiestra  wystartowała  z  dyskretnym  preludium  w  rytmie 
country.

- A więc panowie, czas złożyć ukłon partnerkom - zanucił 

Jeb  do  mikrofonu  piskliwym  głosem.  -  A  wy,  drogie  panie, 
dygnijcie wdzięcznie i bierzemy się za rączki! Kółko w lewo i 
jedno za drugim, obracamy się!

Ósemka  tancerzy  w  grupie  Christie  i  Matta  posłusznie 

ruszyła  w  koło.  Christie  w  każdym  razie  miała  nadzieję,  że 
jest ich nadal ośmioro. Dyskretnie obejrzała się za siebie, żeby 
sprawdzić, czy Matt wciąż jeszcze tam jest. Był! I dreptał tuż 
za nią z buntowniczym wyrazem twarzy.

-  Czuję  się  jak  głupek  -  biadolił  głośno.  Christie 

uśmiechała się do niego zachęcająco.

- W końcu na pewno cię to porwie, przekonasz się. Staraj 

się poddawać nastrojowi!

background image

103

Te  słowa  niespecjalnie  go  przekonały,  ale  też  stało  się 

jasne, że po męsku zdecydował stawić czoła wyzwaniu.

Jeb nadal wodził rej, nie przestając uderzać smyczkiem w 

struny skrzypiec.

-  Ludziska  kochani,  przesuwamy  się  do  przodu  przed 

partnerki, tak jest! Obracamy się wokół naszej damy, w lewo 
zwrot i przeplatanka w drugą stronę!

Nadszedł  moment,  gdy  panowie  mieli  przechodzić 

naprzemiennie  w  koło,  w  kierunku  odwrotnym  do  pań. 
Christie musiała naprowadzić Matta na właściwą drogę i lekko 
go pchnąć, by ruszył w odpowiedniej chwili. Poszło mu to w 
zasadzie  gładko,  tyle,  że  wyciągnął  lewą  dłoń  wtedy,  gdy 
powinien  prawą,  a  prawą  gdy  powinien  lewą.  Dziewczęta 
wybaczały mu to jednak bez wahania. Lisa miała wypisane na 
twarzy  najwyższe  uznanie  za  jego  występ,  a  Suzanne  Block 
tak  długo  nie  wypuszczała  jego  dłoni  z  własnej,  że  reszta 
tańczących mało nie utknęła w martwym punkcie.

Wkrótce Matt i Christie znów znaleźli się razem w parze.
-  Fantastycznie,  co?  -  rzuciła  Christie,  korzystając  ze 

sposobności.  Przestępowała  z  nogi  na  nogę,  kołysząc  się  w 
takt muzyki.

- Jest to przyjemność mniej więcej porównywalna do gry 

w kręgle, zwłaszcza wtedy, kiedy ciężka kula przetoczy ci się 
po palcach.

Christie miała ogromną ochotę rozwinąć ten temat, bo gra 

w kręgle należała od niedawna do kilku jej ulubionych zajęć. 
Lecz Jeb zarządził właśnie kolejną figurę:

-  Obracamy  partnerkę  dokoła,  jeszcze  raz,  jeszcze! 

Spójrzmy, jaka ładna dziewczyna nam się trafiła!

-  A  więc  dobrze,  zobaczymy,  co  się  da  zrobić...  -

oświadczył  w  wielkim  skupieniu.  -  Uwaga,  ruszamy  na 
całego!

background image

104

Z dużym rozmachem obrócił Christie w koło raz, jeszcze 

raz i jeszcze, aż musiała oprzeć się o jego ramię, by nie upaść. 
Roześmiała się teraz, uszczęśliwiona i wyraźnie zasmakowała 
w uścisku jego silnych ramion.

- Jesteś arcymistrzem! - rzuciła, z trudem łapiąc oddech. -

Naprawdę!

Nie odpowiadał, tylko  wpatrywał się z bliska w jej oczy, 

jakby  wirowali  zupełnie  sami  w  jakimś  bardzo  intymnym 
tańcu.  Wszystko  dokoła  Christie  zlało  się  w  jedną,  kolorową 
smugę,  zatarły  się  kształty  i  barwy,  wszystkie  z  wyjątkiem 
twarzy  Matta.  Był  centralnym  punktem,  ogniskującym  całą 
rzeczywistość,  jego  złoto-brązowe  oczy  płonęły  czystym, 
głębokim płomieniem. Chciała mieć go tak blisko przy  sobie 
już na zawsze i nigdy nie pozwolić mu odejść. Nigdy...

Ale Jeb właśnie dyktował kolejne figury i Christie wbrew 

własnej  woli  wylądowała,  wciąż  wirując,  w  obcych 
ramionach, a to już nie było to samo. Te czary, które działy się 
przed chwilą,, wymagały obecności Matta i tylko jego...

Jakiś  czas  później  Górska  Sekcja  Smyczków  urządziła 

sobie przerwę, a z gramofonu popłynęła rzewna ballada. Ktoś 
przykręcił  światła  tak,  że  zapanował  półmrok  i  grupy 
tańczących  rozpadły  się  na  wolno  snujące  się  pary.  Christie 
miała Matta znów tylko dla siebie i znów zatonęła bez reszty 
w uścisku jego ramion.

-  Christie  -  szeptał,  zanurzywszy  twarz  w  jej  włosach.  -

Jak  tak  dalej  pójdzie,  nie  będę  cię  odstępował  ani  na  krok. 
Lojalnie ostrzegam...

Przytuliła  policzek  do  ciepłego  zagłębienia  nad  jego 

obojczykiem.

-  O  to  właśnie  chodzi,  Matt  -  westchnęła  rozmarzona.  -

Tak trzymać!

Przyciągnął ją do siebie i jeszcze ciaśniej objął ramionami, 

pieszcząc ustami koniuszek jej ucha.

background image

105

-  Musimy  pomówić  o  tym,  co  wydarzy  się  jutro  -

powiedział cicho. - Nie uciekniemy od tego.

Odsunęła się leciutko, żeby móc na niego spojrzeć.
-  Proszę  cię,  Matt.  Zapomnijmy  o  tym  już  dziś  wieczór. 

Tak mało czasu nam zostało... Dla siebie... Nie psujmy tego.

-  Jutro  będziemy  razem,  jeśli  wsiądziesz  ze  mną  do 

samolotu.  Christie,  posłuchaj  mnie,  posłuchaj  choć  raz. 
Obserwowałem cię pilnie przez cały weekend i przyglądałem 
się  twojemu,  jak  to  nazywasz,  nowemu  życiu.  Z  całym 
przekonaniem  twierdzę,  że  nie  znajdziesz  prawdziwego 
spokoju,  zanim  nie  spojrzysz  swojemu  ojcu  jeszcze  raz  w 
oczy.

- Dość - Christie westchnęła ciężko. - Nie chcę pamiętać o 

moim ojcu, zwłaszcza dzisiaj. Dzisiaj istniejemy tylko my...

- Twój ojciec wysłał mnie tu, żebym cię powstrzymał od 

dalszej ucieczki. I zrobię to, do diabła, nie pozwolę na kolejne 
uniki z twojej strony.

- No tak - parsknęła z goryczą. - Jak mogłam zapomnieć. 

Przyjechałeś od Red River z misją specjalną. Jestem dla ciebie 
problemem do rozwiązania, zawalidrogą, którą trzeba usunąć. 
Widzisz we mnie tylko Mary Christine Daniels, marnotrawną 
córkę potężnego ojca. Ale to nie jestem ja. Ja jestem już kimś 
zupełnie innym!

Wyplątała  się  z  jego  uścisku  i  obróciwszy  się  na  pięcie 

wybiegła  z  sali  w  rozgwieżdżoną  noc.  Biegła  szybko  przed 
siebie,  aż  do  niewielkiego  mostu  na  rzece.  Tam  zatrzymała 
się, oparła bezwładnie o barierę i spojrzała w dół na spienioną 
wodę.  Z  trudem  łapała  oddech.  Po  chwili  za  jej  plecami 
zaskrzypiała jakaś deska i Christie, nawet nie oglądając się za 
siebie, wiedziała, że to Matt.

-  Christie  -  zaczął  cicho.  -  Przecież  ja  wiem,  jaka  jesteś 

naprawdę.  Jesteś  ciepłą,  piękną  kobietą.  Kipiącą  życiem, 
atrakcyjną,  intrygującą...  Wszystko  to  widzę.  Ale  widzę  też, 

background image

106

jak  się  niepotrzebnie  męczysz  z  powodu  bezsensownego 
zerwania z ojcem.

Dłoń  Christie  ześlizgnęła  się  po  barierce  w  geście 

bezsilności.

-  Widzisz  dla  mnie  jedno  łatwe  rozwiązanie,  prawda, 

Matt?  Wrócę  do  Nowego  Jorku,  przekonam  go,  żeby  nie 
rozwiązywał  firmy,  odnajdę spokój  sumienia,  a tobie  ułatwię 
dalszą karierę.

-  Już  ci  mówiłem,  że  nie  widzę  żadnego  łatwego 

rozwiązania  tej  sytuacji.-  Wyraźny  odcień  smutku  zabrzmiał 
nieoczekiwanie  w  jego  głosie.  -  Odkąd  cię  poznałem,  cały 
chaos mojego życia jeszcze się pogłębił. Co pocznę z sobą po 
wyjeździe  stąd  -  naprawdę  nie  wiem,  pal  licho!  Jedno,  co 
wiem  na  pewno  to,  że  musisz  zobaczyć  się  z  ojcem...  Dla 
siebie samej przede wszystkim, nie dla mnie.

-  Wciąż  nic  nie  rozumiesz!  -  Christie  w  napięciu 

wpatrywała się w jego twarz, próbując rozeznać w ciemności 
jego rysy.

-  Ostatniego  dnia  przeżyłam  prawdziwe  piekło.  Żeby  w 

ogóle  stanąć  twarzą  w  twarz  z  nim  w  jego  biurze,  musiałam 
pokonać  potworny,  paraliżujący  strach,  a  potem  przestałam 
zupełnie  nad  sobą  panować.  Cały  nagromadzony  we  mnie 
gniew  nagle  eksplodował.  Zachowywałam  się  jak  kilkuletnie 
dziecko  w  napadzie  wściekłości,  tupiące  i  rzucające  się  na 
ziemię.  Wrzeszczałam  na  niego...  A  on  po  prostu  siedział. 
Spokojny  i  chłodny,  znosił  to  wszystko  w  milczeniu.  Nawet 
się  lekko  uśmiechał,  tym  swoim  wyniosłym  uśmieszkiem, 
który ma przekonać otoczenie, że on i tak wygra, że i tak ma 
rację.  Więc  w  końcu  uciekłam  stamtąd.  Stało  się  dokładnie 
tak,  jak powiedziałeś, Matt  - dałam nogę,  zwiałam! A potem 
nie  odpowiadałam  na  jego  telefony  ani  na  listy  z  obawy,  że 
zdoła mnie złamać. Aż w końcu przysłał tu ciebie... - zamilkła, 
schrypnięta jakby już same te słowa kaleczyły jej gardło.

background image

107

Matt oparł się o barierę mostu tuż przy niej.
-  To  nieprawda,  że  jesteś  słaba,  jesteś  bardzo  silna.  I 

powinnaś  to  udowodnić  swojemu  ojcu,  spotkać  się  z  nim  po 
raz  pierwszy  jak  ktoś  dorosły  i  dojrzały.  Dopóki  będziesz 
dawała  mu  się  zastraszyć,  dopóty  on  będzie  miał  nad  tobą 
władzę  i  nie  wywalczysz  prawdziwej  wolności.  Nawet  jeżeli 
przejedziesz następne dwa tysiące mil.

Zamknęła oczy, wsłuchana w szum wody kłębiącej się pod 

mostem  w  pełnym  wirów  nurcie.  To,  co  mówił  Matt,  było 
prawdą, i tym bardziej ją raniło. Zdawała sobie sprawę z tego, 
że  wyjechała  z  Nowego  Jorku  jako  zbuntowane,  zranione 
dziecko,  nie  jak  ktoś  wolny  i  dojrzały.  Ale  powrót  tam 
oznaczałby dramatyczną konfrontację własnych, wątłych sił z 
potężną i niezłomną wolą ojca. Ta perspektywa ją przerażała.

- Nie mogę... - odwróciła się do Matta plecami i starała się 

zapanować  nad  drżeniem  własnego  głosu.  Zawstydzało  ją 
własne tchórzostwo, lecz nie umiała go przemóc. - Po prostu 
nie mogę - powtórzyła. - Jutro odlecisz z powrotem... Ale beze 
mnie...

background image

108

ROZDZIAŁ ÓSMY

Christie  obserwowała  z  okna  salonu,  jak  w  bagażniku 

wynajętego  samochodu  Matta  lądują  kolejne  tajemnicze 
pakunki.  Dwie  podłużne  puszki,  wielki  papierowy  worek 
spięty u góry klamrą i wybrzuszony w osobliwy sposób, trzy 
pudła  związane  razem  kawałkiem  sznurka,  nowa,  płócienna 
walizka  w  jaskrawe  prążki,  a  na  koniec  skórzana  waliza,  z 
którą Matt zjawił się w Red River w piątkowe popołudnie. Był 
poniedziałek, wcześnie rano.

Matt  zatrzasnął  bagażnik,  a  Christie  wycofała  się  w  głąb 

pokoju.  Oczy  piekły  ją  z  niewyspania.  Niemal  całą  noc 
spędziła bezsennie, targana wątpliwościami i lękami, które nie 
pozwalały jej zmrużyć oka. Poranek, który wreszcie nadszedł, 
oblewając  pokój  chłodnym,  bladym  światłem,  nie  przyniósł 
wcale  ukojenia,  za  to  powitał  ją  na  progu  pewnej  trudnej  i 
złożonej  decyzji,  na  razie  dość  mgliście  rysującej  się  w  jej 
wyobraźni.

Matt stanął w drzwiach salonu.
-  Chciałbym  zapłacić  za  pokój  -  powiedział  tonem 

powściągliwym  i  rzeczowym.  -  Czeka  mnie  długa  jazda  do 
Albuquerque, a chciałbym zdążyć na samolot.

-  Twój  rachunek  nie  jest  jeszcze  przygotowany  -

oświadczyła  Christie.  -  Sama  nie  wiem,  ile  powinnam  od 
ciebie zażądać.

Matt  zmarszczył  brwi  i  zagłębił  dłonie  w  kieszeniach 

sztruksowych spodni.

-  Dziękuję  za  szczerość.  Postaram  się  jednak  zapłacić 

przynajmniej pierwszą ratę, jeśli zdołam.

-  Muszę  zastosować  specjalny  domiar,  którym obciążam 

gości  zakłócających  spokój  i  sprawiających  dodatkowe 
kłopoty. Nie zapominaj też o wycieczce krajoznawczej, którą 
odbyłeś, i o lekcji square dance.

background image

109

- Mógłbym i ja wprowadzić pewne korekty do rachunku -

zauważył. - Co powiesz o kocich kłakach w mojej jajecznicy 
dziś  rano?  A  sam  fakt,  że  kompletnie  wariuję  i  w  ogóle 
przestaję logicznie myśleć, gdy tylko znajdziesz się w pobliżu, 
czy to nie wymaga jakiegoś odszkodowania?

Christie westchnęła z ubolewaniem.
-  Nie  powinieneś  dzisiaj  na  mnie  narzekać,  Matt,  mam 

zamiar cię naprawdę zadowolić. Postanowiłam w końcu lecieć 
z tobą.

No i stało się! Wypowiedziała te słowa i klamka zapadła. 

Nie było odwrotu...

-  To  wspaniale,  Christie.  Wierz  mi,  że  to  bardzo  słuszna 

decyzja.

-  Chciałabym  mieć  twoją  radosną  pewność...  -  znużona 

pocierała skronie. - Starałam się początkowo nie przyjmować 
do wiadomości tego wszystkiego, co powiedziałeś mi wczoraj 
wieczorem.  Bałam  się  twoich  słów.  Lecz  z  ich  powodu  całą 
noc rozmyślałam - zacisnęła usta w grymasie rozgoryczenia. -
Wreszcie  nad  ranem  doszłam  do  wniosku,  że  masz  rację. 
Muszę ci to przyznać, rzeczywiście powinnam znowu spotkać 
się  z  ojcem.  Diabli  mnie  biorą  na  myśl  o  tym,  ale  wiem,  że 
muszę się przełamać i rozliczyć z nim na dobre, nareszcie jako 
ktoś  dorosły,  a  nie  histeryzujący  dzieciak.  -  Wędrowała  po 
pokoju, zatrzymując się co krok, żeby poprawić abażur lampy 
albo  otworzyć  wieczko  staroświeckiej  pozytywki,  która  od 
dawna  już  nie  wygrywała  melodyjek.  Zachowywała  się  tak, 
jakby  oczekiwała  wsparcia  od  otaczających  ją  znajomych 
przedmiotów.

-  Wiem,  że  muszę  się  z  nim  zobaczyć  -  ciągnęła. -  Ale 

wiem  jednocześnie,  że  nigdy  z  nim  nie  wygram. Również  i 
tym  razem.  Boję  się  też,  że  jeszcze  mocniej  niż  dotąd  zdoła 
pochwycić mnie w swoje szpony, po prostu to czuję!

background image

110

-  Uwierz  wreszcie  w  siebie  -  odrzekł  Matt  spokojnie. 

Przemierzył  cały  pokój,  aby  podejść  do  Christie,  ująć 
delikatnie  w  dłonie  jej  podbródek  i  unieść  go  do  góry  ku 
swojej  twarzy.  -  Spójrz  mu  prosto  w  oczy,  jak  mnie  teraz,  i 
powiedz, kim jesteś i czego oczekujesz od życia.

Serdeczny  dotyk Matta na chwilę złagodził paniczny lęk, 

jaki  już  zaczynał  paraliżować  dziewczynę.  Teraz  pogładził 
palcami jej policzek.

-  Pomyśl  tylko  Christie  -  dodał  trochę  nienaturalnym 

głosem. - Dzięki temu spędzimy przynajmniej... Jeszcze kilka 
dni razem...

- Szczerze mówiąc, już o tym pomyślałam - przyznała się 

niewinnie, poskramiając nagłą ochotę na chwilę zapomnienia 
w ramionach Matta. - Ale przekonasz się, że to tylko jeszcze 
bardziej  wszystko  skomplikuje.  Nie  wiem,  co  dzieje  się 
między  nami,  lecz  jeśli  pozwolę,  żeby  to  miało  wpływ  na 
moje  decyzje,  nigdy  nie  zdołam  wyplątać  się  z  sieci  mojego 
ojca.

Dłonie  Matta  wędrowały  wzdłuż  linii  jej  ramion,  unosiły 

ciężkie sploty jej włosów.

-  Z  tym,  co  istnieje  między  nami,  twój  ojciec  nie  ma 

absolutnie nic wspólnego - powiedział miękko. - Czy ty tego 
nie widzisz?

-  Chciałabym,  żeby  to  było  takie  oczywiste  -  westchnęła 

cichutko. - I takie proste.

Wreszcie  uległa  pokusie  i  oparła  czoło  na  piersi  Matta. 

Tak łatwo przyszło jej zdać się na niego i tak bardzo zagrażało 
to  jej  niezależności,  wywalczonej  z  wielkim  trudem...  Mimo 
to  postanowiła  pozwolić  sobie  na  ten  króciutki  moment 
rozkoszowania się jego siłą.

Z  kuchni  nieoczekiwanie  przywędrowała  Lisa,  pilnie 

pochylona  nad  notatnikiem.  Jej  sprężynujące,  ciemne  loki 

background image

111

podskakiwały jak zwykle, a cała uwaga koncentrowała się na 
precyzyjnych zapiskach, których nie przerywała idąc.

- O, przepraszam - powiedziała, nie unosząc nawet głowy 

znad notesu. - Nie chciałabym przeszkadzać.

Christie wydostała się z objęć Matta.
-  Nic  nie  szkodzi,  Lisa.  My  właśnie...  Szykowaliśmy  się 

do drogi.

Lisa  uniosła  wymownie  do  góry  jedną  brew  i  nadal 

skrupulatnie coś notowała.

-  Zobaczmy,  co  tu  mamy.  Muszę  zatelefonować  do  pani 

Dorchester  i  powiedzieć  jej,  że  w  tym  tygodniu  nie  będziesz 
na zebraniu w bibliotece. Mam na szczęście numery telefonów 
całego  Klubu  Włóczykijów,  więc  odwołam  jutrzejszą 
wycieczkę. Czy coś jeszcze?

Christie  pokręciła  przecząco  głową,  nic  nie  mówiąc. 

Uniosła z kanapy wypakowaną torbę turystyczną i przerzuciła 
przez ramię jej długi uchwyt.

- Możesz być całkiem spokojna o wszystko - uspokajała ją 

Lisa.  - Przeniesie się tutaj  moja siostra  Jolene. Obie  świetnie 
sobie damy radę z całym kramem.

-  Nie  mam  co  do  tego  żadnych  wątpliwości  -  w 

przypływie nagłej czułości Christie zarzuciła ramiona na szyję 
Lisy,  ściskając  ją  i  omal  nie  zwalając  z  nóg  ciężarem 
zwisającej z ramienia torby. - Jesteś wspaniałą przyjaciółką -
powiedziała grobowym głosem. - Naprawdę...

Lekko  oszołomiona  Lisa  uwolniła  się  z  niedźwiedziego 

uścisku.

-  Co  to  za  rozdzierająca  scena  pożegnania?  Przecież 

wyjeżdżasz na kilka dni.

- Zgadza  się  -  Christie  rzuciła  Mattowi  buntownicze 

spojrzenie.  -  Będę  z  powrotem  jeszcze  przed  końcem 
tygodnia. To tylko krótka wizyta, nic więcej.

background image

112

-  Nigdy  nie  wymagałem  od  ciebie  czegoś  więcej  -

powiedział  Matt  zniecierpliwiony.  -  A  poza  tym  na  nas  już 
czas, Christie - ruszył w kierunku drzwi.

Zajmując  miejsce  w  samochodzie,  Christie  obrzuciła 

tęsknym  spojrzeniem  swoje  domostwo.  Budynek  stanowił 
niezdarny  zlepek  różnych  stylów,  ale  był  jej  domem,  który 
teraz właśnie opuszczała. Poczuła paniczny lęk. Gdyby żyła tu 
choć  trochę  dłużej,  dużo  łatwiej  przyszłoby  jej  teraz  stawić 
czoła ojcu. Czułaby się silniejsza.

Ale  Matt  już  uruchomił  silnik  i  opony  zachrzęściły  na 

zbitym  żwirze  drogi.  Christie  opuszczała  Red  River...  A  tym 
samym cofała się do tego punktu, w którym znalazła się cztery 
miesiące wcześniej.

Nowy  Jork osaczył Christie zuchwałą  powodzią świateł  i 

dźwięków. W Nowym Meksyku zdążyła się już przyzwyczaić 
do  widoku  gwiazd  późną  nocą  i  błogiej  ciszy,  okraszonej  co 
najwyżej szelestem sosen dobiegającym z oddali. Tutaj niebo 
przesłaniały  sztuczne  gwiazdozbiory  rozświetlonych  okien 
biurowców, a uparte klaksony aut atakowały ucho agresywną, 
dysonansową  symfonią.  Taksówka,  która  wiozła  ich  oboje, 
weszła właśnie w ostry wiraż. Krzepki kierowca najwyraźniej 
oszczędzał  hamulce,  jak  tylko  mógł.  Trudno  go  było  za  to 
winić - Nowy Jork wymuszał na ludziach przyspieszenie, nie 
przewidywał miejsca dla opieszałych. Christie poczuła, jak jej 
cały system nerwowy przestawia się na szybszy bieg, zupełnie 
jak  za  dawnych,  dobrych  czasów.  Pomimo  bezsennej  nocy  i 
długiego  nużącego  lotu,  wierciła  się  w  taksówce  czujna  i 
przytomna.

Samochód z głośnym piskiem opon pokonał kolejny ostry 

zakręt,  a  kierowca  roześmiał  się  tubalnie.  Najwyraźniej 
świetnie się bawił. Christie rzuciło trochę na bok i wylądowała 
nosem na ramieniu Matta.

background image

113

Przez  chwilę  wdychała  zapach  jego  wody,  do  złudzenia 

przypominający  zapach  sosnowego  lasu,  po  czym 
wyprostowała się na siedzeniu.

- Matt, nie bądź taki tajemniczy i powiedz wreszcie dokąd 

jedziemy.

-  To  niespodzianka  -  odpowiedział.  -  Nie  będziesz  mi 

chyba  jej  psuła?  -  w  jego  głosie  zabrzmiała  nuta  fałszywej 
uciechy, która wydała się Christie mocno podejrzana.

-  Jest  już  późno  i  chciałabym  znaleźć  się  w  mieszkaniu 

matki, możliwie najszybciej.

Jej matka jak zwykle przebywała w podróży, bawiąc całe 

lato  wraz  z  przyjaciółmi  w  uroczych  zakątkach  Nowej 
Szkocji.  Jej  apartament  po  zachodniej  stronie  Central  Parku 
wydawał  się  Christie  idealnym  miejscem  na  kilkudniowy 
pobyt. Lecz oto taksówka hulała po przypadkowych uliczkach 
dzielnicy  Village,  mijając  mnóstwo  kolorowo  oświetlonych 
sklepów i kafejek. Nagle skręciła w jakąś znajomą przecznicę, 
gdzie  gwałtownie  i  z  fasonem  zwolniła.  Christie  wyjrzała 
przez  okno.  Ujrzała  kępę  trzech  wątłych  klonów, 
wyrastających  z  lichutkiego  skrawka  jałowej  ziemi,  która 
jakimś  cudem  uchowała  się  wśród  betonu.  Te  drzewa  znała 
bardzo dobrze.

-  O  co  tu  chodzi?  -  zapytała  Christie  ze  zdumieniem.  -

Przecież ja tu mieszkałam...

Matt bezceremonialnie wetknął jej do ręki klucze.
- Jak wyjechałaś z Nowego Jorku, twój ojciec wynajął to 

mieszkanie.  Mocno  wierzył  w  to,  że  wrócisz  i  być  może 
zechcesz znowu tu zamieszkać.

Christie,  potykając  się,  wysiadła  z  taksówki,  sama  nie 

wiedząc, czy ma się śmiać, czy płakać. Zuchwalstwo jej ojca 
przechodziło  wszelkie  granice.  Z  ogromną  pewnością  siebie 
zakładał, że zdoła ponownie zapanować nad jej życiem, a ona 
rzeczywiście  wylądowała  znowu  w  Nowym  Jorku,  w  swoim 

background image

114

dawnym mieszkaniu, dokładnie tak, jak on sobie tego życzył. 
Jak dotąd, jego plan sprawdzał się w stu procentach!

Matt dogonił Christie na chodniku przed domem. Dźwigał 

na  ramieniu  jej  torbę  i  wyglądał  trochę  jak  marynarz  na 
przepustce.  Przyglądała  się  jego  barczystej  sylwetce, 
oświetlonej matowym blaskiem starej, ulicznej latarni.

-  Powinieneś  był  uchylić  mi  rąbka  tajemnicy -

powiedziała. - A ty milczałeś jak grób przez cały weekend. Co 
jeszcze ukrywasz przede mną, Matt?

Z  zakłopotaniem  podrapał  się  w  łopatkę  jedyną  wolną 

ręką.

-  Wejdźmy  do  środka  i  zamknijmy  szybko  ten  rozdział  -

westchnął.

Głęboko  zakorzenione  przyzwyczajenia  doszły  do  głosu 

od  razu  i  Christie  wprawnie  otworzyła  drzwi  do  holu, 
umiejętnie  przekręcając  klucz  w  zamku,  który  lubił  się 
zacinać. Weszła do mrocznego korytarza.

Z  każdym  krokiem  Christie  czuła  się  bardziej  swojsko. 

Mieszkała  w  tym  domu  długo,  od  czasów  ukończenia 
college'u.  Dokładnie  jeszcze  pamiętała,  że  w  chodniku 
pokrywającym  schody  jest  dziura,  w  której  grzęzną  obcasy 
butów.  Wiedziała  doskonale,  że  za  drzwiami  mijanego  teraz 
mieszkania jak zwykle czai się pan Bretton z rakietą tenisową 
w  zaciśniętej  dłoni,  gotów  wygrzmocić  nią  potencjalnych 
włamywaczy. Sama zresztą nieraz oberwała tą rakietą.

Wreszcie  znaleźli  się  przed  drzwiami  jej  mieszkania. 

Christie  sprawnie  pokonała  kluczami  zestaw  skom-
plikowanych  zamków  i  po  chwili  przestąpiła  próg.  We 
wnętrzu powitały dawną gospodynię pozapalane lampy.

- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - zakpiła.
-  No  proszę,  kto  by  to  pomyślał...  -  zamarła  nagle  wpół 

kroku z wyrazem przerażenia. Z fotela, ustawionego w samym 

background image

115

środku niewielkiej bawialni, wstał właśnie sam... Christopher 
Daniels Trzeci we własnej osobie.

Obróciła  się  błyskawicznie  na  pięcie  i  z  wyrzutem 

spojrzała na Matta.

- Jak mogłeś mi to zrobić? - syknęła. - Za wcześnie! Nie 

jestem gotowa...

Usłyszała  za  plecami  spokojny,  lecz  nie  znoszący 

sprzeciwu głos ojca:

-  Znakomicie  się  spisałeś,  Matthew,  przywożąc  mi  ją  z 

powrotem.  Umiem  być  wdzięczny  dla  kogoś,  kto  tak  dobrze 
wywiązuje się z powierzonych zadań, przekonasz się.

Christie drgnęła, dotknięta do żywego obojętnym tonem i 

tym,  że  mówił  o  niej  w  trzeciej  osobie,  jakby  była  jakąś 
paczką  zagubioną  na  poczcie,  a  potem  odnalezioną  i 
dostarczoną  przez  usłużnego  posłańca.  Matt  jednak  milczał  i 
intensywnie  wpatrywał  się  w  dziewczynę.  Czy  starał  się  coś 
jej  tym  powiedzieć?  Doprawdy,  mało  ją  to  już  obchodziło. 
Wyniosłym  spojrzeniem  odtrąciła  jego  nieme  wysiłki. 
Przywiódł  ją  tutaj,  bez  najmniejszego  ostrzeżenia  wprost  w 
zastawione sidła i tym samym nadużył jej zaufania na zawsze.

Matt  ostatecznie  wzruszył  ramionami  i  odstawił  na  bok 

bagaż  dziewczyny.  Jego  ruchy  zdradzały  oczywiste 
zniecierpliwienie.

-  Dobranoc,  Christopher  -  powiedział  beznamiętnie. 

Jeszcze  raz  zerknął  na  Christie.  -  Trzymaj  się  -  rzucił  cicho 
pod  jej  adresem,  po  czym  odszedł,  zostawiając  ją  w  jaskini 
lwa.

Zamknęła  za  nim  drzwi.  Nieoczekiwana,  zaskakująca 

konfrontacja z ojcem stała się nieunikniona i nie było sensu jej 
odwlekać.  Christopher  Daniels  Trzeci  świetnie  potrafił 
aranżować  sytuacje,  które  miały  na  celu  osłabienie 
przeciwnika.  Christie  oparła  na  chwilę  czoło  o  drzwi  i 
wziąwszy głęboki oddech, odwróciła się w stronę ojca.

background image

116

Był to mężczyzna średniego wzrostu, o szczupłej budowie 

ciała. Pomimo to jednak przedstawiał sobą widok imponujący. 
Jego przedwcześnie posiwiałe, białe jak śnieg włosy wznosiły 
się  gęstą,  lśniącą  falą  ponad  wysokim czołem.  Miał  na  sobie 
nieskazitelny,  ciemny  garnitur  utrzymany  w  stylu 
umiarkowanej, kosztownej elegancji, jak wszystko, co zwykle 
nosił.  Christie  jeszcze  jako  dziecko  została  nauczona,  aby 
nigdy  nie  wspinać  się  na  jego  kolana  i  nie  miętosić 
wytwornych ubrań, nie przytulać się i nie targać mu włosów.

Również teraz, co łatwo dało się przewidzieć, nie wykonał 

żadnego  gestu,  który  mógłby  zdradzić  jego  uczucia.  Stał  w 
głębi pokoju, przenikając córkę jakby na wskroś spojrzeniem 
przenikliwych, niebieskich oczu.

-  Znakomicie  wyglądasz,  Mary  Christine.  Pobyt  w 

Nowym Meksyku ci służy.

-  Dziękuję  -  jak  zawsze  wtedy,  gdy  stała  przed  nim,  jej 

żołądek  kurczył  się  ze  strachu  wobec  niejasnego, 
absurdalnego  przeświadczenia, 

że 

coś 

przeskrobała. 

Wystarczyło  tylko  trochę  unieść  głowę  do  góry,  żeby 
zobaczyć jego gładką twarz bez jednej zmarszczki, lecz wciąż 
pokutowało w niej wspomnienie czasów, kiedy ojciec górował 
nad  nią  znacznie  i  musiała  zadzierać  głowę  bardzo  wysoko, 
aby  go  zobaczyć.  Była  już  dorosła,  a  on  wciąż  spoglądał  na 
nią z niebotycznych wyżyn.

Podeszła bliżej, starając się zmniejszyć dystans pomiędzy 

nimi.

- Meble są tu te same co kiedyś - zauważyła. - To dziwne. 

Odstąpiłam je wszystkie pani Kirby z dołu. Czyżbyś je od niej 
odkupił?

-  Zaproponowałem  jej  bardzo  przyzwoitą  cenę.  Oboje 

byliśmy zadowoleni z transakcji.

Christie  rozejrzała  się  wokół,  co  krok  napotykając 

wzrokiem  pamiątki  swej  dawnej,  nowojorskiej  egzystencji  -

background image

117

kanapę  wyściełaną  pluszem  w  kolorze  łagodnego  beżu, 
kruche,  bambusowe  półki  na  książki,  fotel  w  kolorze 
czerwonego  wina,  wypchany  tak  przesadnie,  że  aż 
przypominający  monstrualnego  grzyba.  Przez  długi  czas 
nosiła się z zamiarem wyrzucenia tej graciarni. Nigdy tego nie 
uczyniła.  A  dzisiaj  całe  to  bezguście  znów  ją  otoczyło. 
Absurdalność sytuacji rozśmieszyła ją nagle.

- Mógłbym wiedzieć, co cię tak bawi? - zapytał ojciec.
Zawahała  się,  po  czym  przecząco  pokręciła  głową, 

Christopher  Daniels  przecież  nie  odznaczał  się  nigdy 
nadmiernym poczuciem humoru. Opadła na rozdęty fotel.

-  Proszę  ojca...  Ojcze...  -  zaczęła  nie  całkiem  pewna,  jak 

powinna  się  do  niego  zwracać.  -  Doceniam  wszystkie  twoje 
wysiłki, które miały sprawić, abym poczuła się tu jak w domu. 
Ale  Nowy  Jork  nie  jest  już  moim  domem  i  powinieneś 
wreszcie przyjąć ten fakt do wiadomości - spokojny, rzeczowy 
ton,  jakim  udało  jej  się  przemówić,  uznała  za  pierwsze 
zwycięstwo. Zaczęła nareszcie panować nad sytuacją.

- A co do pana Matta Gallaghera - podniosła lekko głos. -

Nietrudno  zgadnąć,  jakie  w  rzeczywistości  wyznaczyłeś  mu 
zadanie.  Miał  zapewne  stać  się  obiektem  moich  gorących 
uczuć  i  głównym powodem,  dla  którego  powróciłabym tutaj. 
Przykro mi, że cię rozczaruję, ale twój plan się nie powiódł. -
Na myśl o Macie ogarnęły ją pomieszane uczucia złości, żalu i
tęsknoty.  Lecz  nie  mogła  dać  poznać  swojemu  ojcu,  jak 
bliskie spełnienia były tym razem jego projekty.

Ojciec  zasiadł  naprzeciwko  na  kanapie,  poprawiając 

nienaganne  kanty  spodni.  Jego  zachowaniu  towarzyszył 
zazwyczaj  cały  ceremoniał  tego  typu  drobnych  gestów. 
Zawsze  dyskretnie  sprawdzał  węzeł  jedwabnego  krawata, 
unosił  nieskazitelny  mankiet  rękawa  na  właściwą  wysokość 
lub przekręcał kosztowny złoty zegarek.

background image

118

Gesty te nigdy nie zdradzały nerwowości, były stateczne i 

precyzyjne.

Teraz  spoglądał  na  Christie  z  powagą,  oparty  łokciem  o 

poręcz fotela.

-  Jeśli  mam  być  szczery,  jak  tylko  zobaczyłem  Matthew 

po raz pierwszy, od razu przyszło mi do głowy, że wy oboje 
macie  coś  wspólnego.  Jednak  po  nieporozumieniu  z  Orenem 
raz  na  zawsze  oduczyłem  się  aranżowania  dla  ciebie 
jakichkolwiek  mariaży.  Matthew  wydawał  mi  się  po  prostu 
najwłaściwszym  człowiekiem  do  sprowadzenia  cię  z 
powrotem. Budzi moje zaufanie.

Christie  zacisnęła  usta  w  grymasie  goryczy.  Imię  Matta 

wypowiadane w beznamiętnym tonie przynajmniej nie budziło 
w  niej  żadnych  emocji.  Do  diabła  z  Mattem!  Dzisiejszego 
wieczoru  gotowa  była  solidaryzować  się  z  własnym  ojcem, 
byle  nie  z  tym  zdrajcą.  Nie  wolno  jej  okazać  ojcu  własnej 
rozpaczy,  nie  powinna  dać  się  ponieść  emocjom  i  znów  na 
niego krzyczeć. Będzie równie opanowana jak on.

- Przyjechałam do Nowego Jorku z jednego tylko powodu. 

Chcę odwieźć cię od zamiaru zlikwidowania firmy, uważam, 
że to nonsens.

Poprawił rąbek jedwabnej, brązowej chusteczki wystający 

dyskretnie z kieszeni.

-  Zapewniam  cię,  Mary  Christine,  brałem  tę  możliwość 

pod uwagę bardzo poważnie. Teraz jednak widzę jeszcze inne 
rozwiązanie  -  zawiesił  głos  dla  większego  efektu.  Jego 
teatralne zagrania miały pełen dystynkcji umiar, co czyniło je 
wiarygodniejszymi,  niż  gdyby  zanadto  folgował  swojej 
potrzebie dramatyzmu.

Christie z pewnym lękiem oczekiwała dalszych jego słów.
-  Mary  Christine...  Jak  wiesz,  jestem  już  stary...  -

dyskretnym  gestem  wypielęgnowanej  dłoni  powstrzymał  jej 
protesty.  -  Nie  mów  mi,  proszę,  że  dopiero  przekroczyłem 

background image

119

pięćdziesiątkę  i  ze  swoją  wspaniałą  kondycją  osiągnę  bez 
wątpienia  dziewięćdziesiąt  pięć  lat.  Szczerze  mówiąc, 
rzeczywiście  mam  zamiar  dożyć  w  zdrowiu  późnych  lat  i 
również  dlatego  chciałbym  przeznaczyć  ci  stosowne  miejsce 
w  naszym  rodzinnym  przedsiębiorstwie.  Jeśli  zaczniemy  od 
zaraz, wkrótce wprowadzę cię na urząd prezesa zarządu firmy 
Daniels,  Peters,  Bainbridge  i  Gallagher.  Będziesz  głównym 
akcjonariuszem... Głową firmy.

Patrzyła  na  niego  szeroko  rozwartymi  ze  zdumienia 

oczami.

-  Przecież  to  twoje  stanowisko,  tato...  To  znaczy  ojcze... 

Proszę ojca...

-  Nigdy  nie  mówiłaś  do  mnie  tato  -  zauważył, 

najwyraźniej  tym  poruszony.  -  Tak  mówią  do  swoich  ojców 
wszystkie małe dzieci. Dlaczego ty nigdy...?

- Tata to ktoś taki, kto rozdaje klapsy, a czasem zabiera na 

sanki - odpowiedziała dość obojętnym tonem.

Na  statecznej  twarzy  jej  ojca  wymalował  się  trudny  do 

zidentyfikowania  wyraz  jakby  żalu,  znikł  jednak  bardzo 
szybko.

- Mary Christine, przyznaję, że nigdy nie dokazywaliśmy 

razem jak niektórzy ojcowie ze swoimi córkami, chciałbym ci 
to  jakoś  dzisiaj  wynagrodzić.  Zarzucasz  mi,  że  tobą 
manipuluję  i  że  jestem  apodyktyczny.  Przecież  kiedy 
wycofam  się  z  firmy  i  ty  zajmiesz  moje  miejsce,  przejmiesz 
także  całą  odpowiedzialność.  Będziesz  niezależna  w  swoich 
decyzjach, niezależna także ode mnie.

-  Ta  firma  -  to  całe  twoje  życie,  tato,  więc  o  czym  ty 

mówisz?  Nie  wyobrażam  sobie,  żebyś  mógł  tak  po  prostu 
odejść. Wszystko, co mówisz, brzmi niewiarygodnie.

Poderwał  się  na  równe  nogi  ze  sprężystością 

dwudziestolatka.  Na  wypolerowane  czubki  butów  opadły 
nienaganne brzegi jego spodni, które jak zawsze miał idealną 

background image

120

długość i linię. W zadumie przemierzył całą długość pokoju i 
podszedł do okna.

-  Tak  samo  jak  bokser  czy  piłkarz,  który  kończy  swoją 

karierę  wtedy,  kiedy  jest  na  topie  i  nie  stracił  jeszcze 
mistrzowskiego  tytułu,  chcę  odejść  w  porę,  Mary  Christine. 
Bądź  spokojna,  mam  już  nowe  projekty  i  plany.  Chciałbym 
pożegnać  się  z  giełdą  jak  ktoś  z  klasą,  a  nigdy  nie  miałem 
wątpliwości co do tego, że powierzę pieczę nad firmą właśnie 
tobie. Mojej córce i zarazem mojej spadkobierczyni.

Christie również zbliżyła się do okna.
-  Nic  tu  się  nie  zgadza.  Dobrze  cię  znam,  zawsze  byłeś 

niewolnikiem  schematów.  Po  pierwsze  chciałbyś  powierzyć 
firmę nie własnej córce, lecz najchętniej -własnemu synowi. A 
po  drugie  wcale  nie  wierzysz,  że  mogłabym  sama  podołać 
takiemu  zadaniu,  ponieważ  tak  do  końca  nie  ufasz  moim 
zawodowym  kompetencjom  -  jej  głos  drżał  lekko  pod 
wpływem  silnej  emocji.  Czuła  rosnącą  irytację,  a  zarazem 
całym wysiłkiem woli starała się opanować.

Ojciec  poruszył  się  ledwo  dostrzegalnie.  Przez  moment 

mogło  się  wydawać,  że  chce  zbliżyć  się  o  krok  do  córki  i 
dotknąć  dłonią  jej  ramienia.  Jednak  odwrócił  się  obojętnie  i 
spojrzał za okno.

-  Wydaje  mi  się,  że  powinniśmy  sobie  wyjaśnić  kilka 

spraw  -  zaczął  beznamiętnie.  -  To  prawda,  że  chciałem  mieć 
syna.  Przeżyłem  wielkie  rozczarowanie,  gdy  okazało  się,  że 
zdrowie  nie  pozwoli  twojej  matce  mieć  więcej  dzieci.  Może 
cię  to  zdziwi,  Mary  Christine,  ale  zawsze  marzyłem  o  domu 
pełnym i synów, i córek.

-  A  tymczasem  musiałeś  się  zadowolić  tą  jedną  jedyną... 

Pierworodną... - podsumowała opanowanym głosem.

-  To  nieprawda.  Nawet  gdy  jeszcze  byłaś  dzieciakiem, 

dobrze  wiedziałem,  że  jesteś  sprytniejsza,  szybsza, 
dzielniejsza  niż  niejeden  chłopak.  Zawsze  byłem  z  ciebie 

background image

121

dumny...  Być może tylko  nie umiałem ci tego okazać. Kiedy 
wyjechałaś  do  Nowego  Meksyku,  pomyślałem,  że  cię 
straciłem na zawsze. Chcę, żebyś wróciła, Mary Christine, nie 
wiem, co mam jeszcze powiedzieć.

Zacisnęła  dłonie  na  krawędzi  parapetu.  Nigdy  wcześniej 

nie  słyszała  od  niego  słów  tak  otwarcie  opisujących  jego 
uczucia.  Doznała  prawdziwego  wstrząsu.  Taki  szmat  życia 
straciła  na  pełnych  czci,  a  przecież  bezowocnych  próbach 
zdobycia  jego  uznania i  miłości. Czyżby  nareszcie pozyskała 
jego  serce?  Czy  też  był  to  tylko  kolejny  ruch  w 
skomplikowanej grze sił?

-  Już  bardzo  późno  -  powiedział,  zerkając  na  zegarek.  -

Powinnaś  odpocząć,  Mary  Christine  i  może  chciałabyś  coś 
zjeść.  Znajdziesz  to  i  owo  w  lodówce.  Pomyśl  też,  proszę,  o 
wszystkim,  o  czym  dzisiaj  sobie  powiedzieliśmy.  Nie  warto 
podejmować  pospiesznych,  nie  przemyślanych  decyzji, 
pamiętaj, bardzo mi na tym zależy!

Christie  nie  odpowiadała.  Zaproponował  jej  tak  wiele, 

właściwie zbyt wiele, a potem dał jeszcze czas do namysłu... 
Na  pewno  dobrze  to  wszystko  wcześniej  przemyślał.  Teraz 
podążał  wolno  ku  drzwiom,  jak  zawsze  nie  zdradzając 
pośpiechu.  Christopher  Daniels  odnosił  setki  sukcesów  i 
realizował tysiące planów, a przy tym nigdy nie wyglądał na 
człowieka, któremu się spieszy.

-  Poczekaj,  proszę  -  zatrzymała  go  Christie  na  chwilę.  -

Powiedz  mi  jeszcze  parę  słów  na  temat  Matta.  Wiem  z  całą 
pewnością,  że  przewidywałeś  dla  niego  jakąś  rolę  w  moim 
życiu.  Podejrzewam  nawet,  że  liczyłeś  na  to,  że  wywrze  na 
mnie wpływ!

Uśmiechnął się powściągliwie.
-  Uczciwie  mówiąc,  jako  twój  ojciec  bardzo  bym  chciał, 

żebyś  wybrała  dla  siebie  jakiegoś  wartościowego  człowieka. 
Może  kogoś  takiego  jak  Matthew,  a  być  może  nawet  jego 

background image

122

samego...  Tylko,  że  on  jest  osobą  mającą  własne  zdanie  w 
każdej sprawie, podobnie zresztą jak ty. Byłbym skończonym 
głupcem,  gdybym  przypuszczał,  że  zdołam  coś  wymusić  na 
nim lub na tobie - mówiąc te słowa, opuścił mieszkanie.

Christie  weszła  do  niewielkiej  kuchenki  i  otworzyła 

lodówkę.  W  środku  znalazła  całą  masę  ulubionych 
smakołyków:  kajzerki  z  piekarni  przy  Second  Avenue,  dwie 
butelki 

słodko-kwaśnego 

mleka, 

słoiczek 

dżemu 

pomarańczowego,  a  w  zamrażalniku  karton  czekoladowego 
jogurtu.

Wzruszyła  ją  zapobiegliwość  ojca  i  to,  jak  świetnie 

orientował  się  w  jej  upodobaniach.  Przypomniała  sobie 
jednak, 

że 

zawsze 

był 

skrzętnym 

obserwatorem, 

kolekcjonującym  drobne  fakty  i  szczegóły,  by  później  z 
pożytkiem je wykorzystać. Zasadę tę stosował w stosunku do 
wszystkich.   

Zatrzasnęła  drzwiczki  ze  złością,  lecz  jej  pusty  żołądek 

zaraz  przekornie  dał  o  sobie  znać.  Nie  jadła  zbyt  wiele  tego 
dnia, więc teraz zrezygnowana otworzyła ponownie lodówkę. 
Wyjęła z niej kajzerkę oraz słoik dżemu.

Słynna  nowojorska  kajzerka  smakowała  wyśmienicie. 

Christie  rozkoszowała  się  każdym  kolejnym  kęsem,  w  głębi 
duszy czując się zarazem trochę jak zdrajczyni. Jej ukochane 
Red River wydawało się tego wieczoru tak odległe...

background image

123

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

-  Puk,  puk,  puk!  -  stłumiony  odgłos  odezwał  się  znowu. 

Nie  ustawał  przez  długą  chwilę,  aż  Christie  nakryła  głowę 
poduszką  i  mocno  zacisnęła  powieki.  Nie  chciała  opuszczać 
cudownej  krainy  snu,  do  której  nie  miały  wstępu  żadne 
zmartwienia.

- Puk, puk!
-  A  niech  to  licho!  -  zniecierpliwiona  opuściła  w  końcu 

łóżko i narzuciwszy na siebie szlafroczek, poczłapała do drzwi 
wejściowych. Ktoś dobijał się z rosnącą natarczywością.

- Kto tam? - zapytała.
-  To  ja  -  odpowiedział  niski  głos  Matta.  -  Wpuść  mnie, 

proszę. Atakuje mnie właśnie jakiś facet z rakietą tenisową.

Christie popatrzyła na drzwi z niesmakiem.
- Odejdź stąd. Nie chcę cię widzieć.
- Musimy pomówić, pozwól mi wejść!
Znała go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie odejdzie z 

kwitkiem. Był uparty jak osioł, nachalny i zupełnie nieznośny. 
Mamrocząc  coś  gniewnie  pod  nosem,  Christie  otworzyła 
drzwi.

Matt wkroczył do pokoju świeżutki i promienny. Miał na 

sobie  te  same  granatowe  spodnie  ze  sztruksu  i  koszulę  w 
zielonobłękitną kratę z podwiniętymi rękawami. Cofnęła się o 
krok, przecierając zaspane oczy.

- Dobrze ci w negliżu - Matt mruknął półgłosem, zbliżając 

się. - Wyglądasz słodko...

Christie  zrejterowała  do  kuchni,  wskoczyła  za  kuchenny 

blat i ostrzegła:

-  Lepiej  trzymaj się  ode  mnie  z  daleka.  Nie  mam ochoty 

na figle, zwłaszcza po tym, co się stało wczoraj wieczorem.

Stał  już  w  drzwiach,  bezczelnie  wpatrzony  w  jej 

półotwarte wargi.

background image

124

-  Przywodzisz  mi  na  myśl  świeże  jagódki  -  powiedział, 

niemal się oblizując.

- Lepiej zjedz to - z patery stojącej na bufecie podała mu 

brzoskwinie.

- Piękny mamy dziś dzień, prawda? - zagadał.
-  Cudowny  -  przyznała  Christie.  -  Prawdopodobnie 

uknuliście  już  z  ojcem  coś  nowego  za  moimi  plecami.  Nie 
mogę  się  doczekać,  kiedy  wyjdzie  na  jaw,  o  co  chodzi  tym 
razem.

Przysiadł na stołku po przeciwnej stronie blatu, spokojnie 

pałaszując brzoskwinię.

- Wcale mi się nie uśmiechało to wystawianie cię na strzał, 

ale przyznaj sama, czy weszłabyś do mieszkania, wiedząc, że
ojciec jest w środku?

- Na pewno nie. Ale to cię bynajmniej nie usprawiedliwia.
Nalała trochę mleka do miski z dmuchanym ryżem, dodała 

łyżeczkę  pomarańczowego  dżemu i  wszystko  to  wymieszała. 
Matt przyglądał się temu raczej zdegustowany.

- Czy ty naprawdę masz zamiar wziąć do ust coś takiego?
-  To  moja  ulubiona  wersja  śniadania  z  okresu,  kiedy 

miałam sześć lat - odparła posępnie. - Mój ojciec świetnie to 
zapamiętał,  zresztą  nie  tylko  to.  Spójrz  tylko,  jak  mnie  tu 
urządził.  Myślał,  że  jeśli  odtworzy  drobiazgowo moje  dawne 
życie, to wskoczę w nie na powrót jak w przydeptane kapcie.

- A jednak nie wspomina już o likwidacji firmy - wtrącił 

Matt.

Posłała mu zjadliwe spojrzenie.
-  Oczywiście  wiesz  już  o  wszystkim,  prawda?  O  tym,  że 

chciałby,  bym  jakby  stanęła  na  jej  czele  zamiast  niego. 
Przypuszczam,  że  całą  tę  śmiechu  wartą  intrygę  uknuliście 
razem, punkt po punkcie.

-  To  nie  jest  żadna  intryga,  twój  ojciec  naprawdę  chce, 

żebyś poprowadziła firmę. Tylko, że dowiedziałem się o tym 

background image

125

po  raz  pierwszy  dziś  rano,  kiedy  zatelefonował  do  mnie  do 
domu.  Wydawało  mi  się,  że  jest  tym  pomysłem  bardzo 
podniecony.

-  On  nigdy  nie  okazuje  najmniejszego  podniecenia  -

odrzekła Christie sceptycznie.

-  Może  nie  umiesz  tego  dostrzec.  Moim  zdaniem,  jeżeli 

mówi o czymś  wolniej i obojętniej niż zwykle, to znaczy, że 
wprost wariuje z emocji.

-  Matt,  czy  wiesz,  co  ten  plan  oznacza?  Byłabym  twoim 

szefem! Założę się, że to by cię przerażało, przyznaj.

Uważnie oglądał pestkę.
-  To  by  było  do  wytrzymania.  Szybko  byś  się  zresztą 

przekonała, że nie daję się łatwo wodzić za nos.

- Ha! - zanurzyła łyżkę w słodkiej papce. - Trafiłaby kosa 

na kamień! Miałabym cię w garści i trzymała krótko - prawie 
uśmiechała  się  do  tej  myśli.  Matt  ujął  jej  dłoń  i  zaczął 
delikatnie bawić się szczupłymi palcami.

- Masz takie drobne paluszki... Nie dałabyś mi rady. 
Wyrwała dłoń z jego ręki.
-  Tak  czy  owak  ta  rozmowa  nie  ma  sensu.  Ja  na  czele 

firmy! Ten pomysł to kompletna bzdura.

- Dlaczego? Twój ojciec uważa, że podołałabyś, ja myślę 

zresztą podobnie.

Christie  przeczesała  palcami  włosy,  mimowolnie 

poruszona tą rozmową. W ciągu minionej doby doświadczyła 
paru  nieoczekiwanych  sytuacji,  które  bardzo  jej  schlebiały. 
Najpierw  ojciec,  a  teraz  Matt  zupełnie  serio  przyznał,  że 
mogłaby  poprowadzić  jedną  z  najznaczniejszych  na  Wall 
Street firm maklerskich.

Odsunęła  od  siebie  miseczkę  gwałtownym  ruchem, 

rozlewając resztki mleka.

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  w  ogóle  się  nad  tym 

zastanawiam  -  warknęła  -  kiedy  zupełnie  nie  ma  nad  czym. 

background image

126

Przecież  już  samo  to  zajęcie  przyprawia  mnie  o  rozstrój
nerwowy.  Być  może  prowadzenie  pensjonatu  nie  przysparza 
mi ani wielkiej sławy, ani wielkich pieniędzy, ale ja to lubię i 
to mi służy! Czy to nie dość?

Matt  pochylił  się  ku  niej,  opierając  łokcie  o  blat.  Jego 

złotobrązowe oczy spoglądały z niezwykłą intensywnością.

-  Christie,  jeżeli  wrócisz  do  firmy,  twoja  sytuacja  się 

zmieni,  właściwie  będzie  to  wtedy  twoja  firma.  Im  dłużej  o 
tym myślę, tym bardziej podoba mi się ten pomysł.

-  Zrozum  wreszcie,  że  ja  tej  wielkiej  i  wspaniałej  twoim 

zdaniem możliwości po prostu sobie nie życzę!

-  No  a  co  z  nami,  Christie?  Jeżeli  zostaniesz  w  Nowym 

Jorku, będziemy mieli szansę być trochę razem... - zniżył głos 
tak,  że  zabrzmiał  on  bardzo  intymnie  i  wyciągnął  dłonie,  by 
dotknąć jej twarzy. Christie błyskawicznie zamknęła oczy.

- Matt... Przyjechałam do Nowego Jorku tylko na kilka dni 

- westchnęła. - Taka była umowa.

- Ale wszystko się zmieniło, twój ojciec stworzył ci nowe 

możliwości kariery. Poza tym chciałbym, do diabła, żebyśmy 
my dwoje również dali sobie szansę.

Przyciągnął  ją  do  siebie  nad  kuchennym  blatem.  Christie 

wspięła się na palce i pochyliła, wygięta w niezgrabny łuk, z 
paskiem szlafroka utopionym w talerzu z mlekiem. Nie czuła 
się  jednak  niewygodnie,  ponieważ  jej  policzek  opierał  się  o 
delikatny materiał koszuli opinającej pierś Matta.

- Ty też nie zdołasz zapomnieć o Red River, podobnie jak 

ja.  To  właśnie  tam  zdarzyło  się  coś  wyjątkowego  między 
nami. Nie rozumiesz?

-  Wszędzie  możemy  przeżyć  razem  coś  wyjątkowego, 

Christie.  Jeśli  dasz  mi  szansę,  udowodnię  ci  to.  Chciałbym 
spędzić  z  tobą  cały  dzisiejszy  dzień,  już  powiedziałem 
twojemu ojcu, że nie zjawię się w pracy.

background image

127

Ostatnie  słowa  sprawiły,  że  Christie  wyprostowała  się 

gwałtownie.

-  Nie  do  wiary,  że  wziąłeś  sobie  wolny  dzień.  To 

prawdziwa  rewelacja!  Czy  wciąż  jesteś  tym  samym 
człowiekiem, który od piętnastu lat nie miał wakacji?

Nie wyglądał na zbytnio zadowolonego.
-  Red  River  odniosło  nad  tobą  zwycięstwo  -  orzekła 

Christie  triumfalnie.  -  Masz  wszystkie  typowe  tego  objawy, 
niezdolność  do  przesiadywania  w  biurze,  upodobanie  do 
noszenia  sztruksowych  spodni,  dobry  nastrój  we  wczesne 
poranki wtorkowe...

- To brzmi jak symptomy jakiejś choroby - zaprotestował.
-  Cóż,  można  spojrzeć  na  to  i  tak.  Poczekaj  tu,  aż  będę 

gotowa. Mam ochotę skorzystać z propozycji i spędzić z tobą 
ten  dzień,  żeby  się  przekonać,  jak  ciężki  przypadek 
reprezentujesz.

Pospieszyła  do  łazienki  i  zamknąwszy  drzwi  za  sobą, 

odkręciła kurki prysznica. Czuła radosne podniecenie na myśl, 
że spędzi z Mattem w Nowym Jorku cały jeden dzień. Na tak 
niewiele mogła sobie w końcu pozwolić bez obawy.

Energicznie  namydliła  całe  ciało,  ale  nagle  znieru-

chomiała.  Matt  czekał  na  nią  tuż  za  drzwiami  i  było  coś 
bardzo  intymnego  w  tej  ich  bliskości  na  małej  powierzchni 
mieszkania.  Gorący  prysznic  rozgrzewał  jej  skórę,  która 
płonęła bezwstydnie także z powodu tej bliskości...

W  pośpiechu  polała  głowę  szamponem,  przeklinając 

gęstość  swoich  włosów.  Umyła  je  i  wytarła  w  rekordowym 
tempie,  po czym z ulgą wyskoczyła spod prysznica. Owinęła 
się  ogromnym,  włochatym  ręcznikiem,  co  jednak  nie 
ujarzmiło  krnąbrnych  reakcji  jej  organizmu.  Spojrzała  na 
swoje  odbicie  w  zaparowanym  lustrze.  Nie  mogła  dostrzec 
wyrazu  oczu,  lecz  i  bez  tego  wiedziała,  że  wyziera  z  nich... 
Potężna, przeraźliwa tęsknota za Mattem. Wiedziała też, co by 

background image

128

się  stało,  gdyby  uległa  nagłemu  impulsowi,  rozmyślnie 
otworzyła teraz drzwi i wyszła do niego...

Chwyciła  grzebień  i  zaczęła  zawzięcie  rozplątywać 

skręcone,  mokre  pasma.  To  bolało,  lecz  pozwalało  trochę 
opanować  przepełniające  ją  pragnienie,  nie  tylko  fizyczne, 
lecz  jakby  głębsze  i  intensywniejsze  niż  kiedykolwiek  dotąd. 
Co mogłoby się stać, gdyby dała się mu ponieść...?

Po  jakimś  czasie  Christie  wyszła  z  łazienki  zawinięta  w 

szlafrok,  kurczowo  przyciskając  do  piersi  ręcznik,  jakby  w 
obronie przed samą sobą.

Dobiegł ją głos Matta, rozmawiającego przez telefon.
- Mówię ci, Sawyer, te akcje są bardzo nisko oszacowane! 

Powinniśmy  je  teraz  kupować,  a  nie  sprzedawać  -  jego  głos 
brzmiał  niecierpliwie,  lecz  zarazem  energicznie  i  stanowczo. 
Christie czuła, jak opada w niej napięcie. Podczas gdy śniła o 
nim na jawie, Matt z całym spokojem zajmował się sprawami 
giełdy.  Obserwowała,  jak  gestykuluje  żywo,  unosząc  w  górę 
wskazujący  palec.  Nie  był  świadom  obecności  Christie  za 
plecami,  a  mimo  to  poczuła  ekscytujący  dreszczyk. 
Pomaszerowała  spiesznie  do  sypialni,  zamykając  za  sobą 
drzwi.

Po  chwili,  bardziej  opanowana,  zapinała  guziki  jedynej 

sukienki  zabranej  z  Red  River.  Christie  związała  wciąż 
wilgotne  włosy  w  koński  ogon  i  włożyła  sandały.  Wyszła  z 
sypialni i zobaczyła Matta, który nie był już zajęty rozmową. 
Miał  tak  zmierzwioną  czuprynę,  jakby  godzinami  targał 
własne włosy.

-  Chodźmy  -  powiedziała  Christie,  ignorując  całkowicie 

jego  spojrzenie  pełne  uznania.  Piekielna  sukienka  miała  zbyt 
głęboki dekolt.

- Christie - zaczął Matt, ale ona już wiodła go ku drzwiom 

wyjściowym,  a  potem  schodami  w  dół.  Matt  jednak  nigdy 
łatwo nie rezygnował.

background image

129

- Christie, postępujesz tak, jakbyś się obawiała tego, co się 

między nami dzieje.

Christie  ruszyła  ulicą  w  szybkim  tempie,  ale  na  dwa  jej 

kroczki wystarczył jeden krok Matta.

- Może i ty się tego boisz? - spytała zadziornie.
-  Może  nie  mniej  niż  ja  jesteś  przerażony  myślą  o  tym, 

dokąd nas to prowadzi.

-  Zrozum,  Christie.  Przyznaję,  że  zupełnie  zwariowałem 

na  twoim  punkcie.  Żadna  kobieta  dotąd  nie  zdołała  wytrącić 
mnie z równowagi  w takim  stopniu, naprawdę! Próbuję  więc 
znaleźć jakieś rozwiązanie.

Christie energicznie skręciła za róg ulicy.
- Ja też chciałabym je znaleźć - powiedziała.
- W dodatku powiem ci, co mnie wytrąca z równowagi.
-  Beztroska,  z  jaką  utożsamiasz  dwie  sprawy:  moje 

wejście  w  biznes  ojca  i  moją  zażyłość  z  tobą.  Najwyraźniej 
jest to dla ciebie transakcja wiązana. Czy musi być tak?

Ujął  ją  za  łokieć,  chroniąc  przed  szturchańcami 

przechodniów, popychających się na zatłoczonej ulicy.

-  Mylisz  się,  nie  chodzi  o  żadną  wiązaną  transakcję. 

Przypuśćmy, że odmówisz ojcu, do czego masz święte prawo, 
nie ty pierwsza i nie ostatnia masz po dziurki w nosie pracy na 
giełdzie.  Mówisz  mu  wtedy  „dziękuję,  nie”  i  otwierasz 
pensjonat,  tu,  na Manhattanie. To naprawdę  świetny pomysł! 
Miałabyś  doskonały  obrót,  a  poza  tym  my  oboje 
znaleźlibyśmy  się  w  pewnym  sensie  poza  wpływem  twojego 
ojca - uśmiechnął się z satysfakcją, przekonany że oto w dwie 
minuty znalazł odpowiedź na wszystkie dręczące ją pytania.

- Nie rozumiesz nadal niczego - odparła. - Przez całe życie 

dokonywałam  kolejnych  wyborów,  mających  zadowolić 
mojego  ojca.  Jeżeli  teraz  zacznę  decydować  tak,  żeby 
zadowolić ciebie, to znowu będzie ta sama pułapka!

background image

130

-  Wydaje  mi  się,  że  zaproponowałem  ci  pewien  uczciwy 

kompromis.  Wprawdzie  zmuszona  byłabyś  tu  wrócić,  lecz 
zachowałabyś możność wyboru kariery.

Christie parsknęła gniewnie i ruszyła dalej ulicą.
-  Po  pierwsze  pensjonat  na  Manhattanie  -  to  najbardziej 

idiotyczny  pomysł,  jaki  można  sobie  wyobrazić.  Już  widzę 
siebie z paroma ciasnymi pokoikami, bez windy. W Red River 
mam duży dom z ogrodem! To jest to, co chcę dzielić z moimi 
gośćmi - prawdziwy dom!

- Nic prostszego. Możesz kupić dom gdzieś niedaleko, na 

przykład w Connecticut.

- Przestań - przystanęła na środku chodnika.
- Znowu nic nie rozumiesz... Przecież to ja postanowiłam 

przenieść  się  do  Red  River.  To  ja  postanowiłam  kupić  ten 
konkretny  dom.  Dla  ciebie  jest  to  prawdopodobnie  bez 
znaczenia,  lecz  dla  mnie  to  są  sprawy  zasadnicze.  Jeżeli 
przeprowadzę  się  do  Connecticut,  nawet  jeżeli  znajdę  tam 
wspaniały, idealny dom, to będzie twój wybór, nie mój!

-  Boże,  jesteś  okropnie  uparta.  Tu  jest  potrzebny 

kompromis, to podstawa każdego związku!

-  Nie  możesz  wymagać  kompromisu  tylko  od  jednej 

strony - odparła cierpko. - Oczekujesz ode mnie poświęceń, a 
co sam masz zamiar zmienić u siebie?

W  milczeniu  przeszli  na  drugą  stronę  ulicy.  Christie 

jeszcze bardziej przyspieszyła.

- A cóż to ? - zapytał Matt. - Starasz się uciec ode mnie? 

Nie warto! Sama się przekonasz już wkrótce, jak wiele radości 
przyniesie ci dzień spędzony ze mną w Nowym Jorku.

Zerknęła na niego kpiąco.
- Powiedz mi tylko, proszę, kiedy mam się zacząć śmiać.
-  Już  teraz.  Zaraz  złapiemy  autobus  i  przekonasz  się  w 

czym  rzecz  -  z  determinacją  wymalowaną  na  twarzy  wiódł 
Christie naprzód.

background image

131

Po niedługim czasie znaleźli się w Battery Park, na samym 

koniuszku Manhattanu, gdzie ustawili się w ogonku po bilety. 
Poranny chłód przeminął bez śladu i z nieba lał się słoneczny 
żar.

- Założę się, że nie zwiedzałaś Statuy Wolności od czasów 

dzieciństwa - powiedział.

- Rzeczywiście nie.
-  Spodoba  ci  się,  zobaczysz.  To  będzie  najwspanialszy 

dzień w twoim życiu.

Gorący  powiew  potoczył  wprost  pod  nogi  Christie  pustą 

puszkę po coli. Kopnęła ją od niechcenia.

-  Czy  już  się  dobrze  bawimy?  -  zapytała.  Obdarzył  ją 

spojrzeniem spode łba.

- Właściwie już.
- To dobrze. No wiesz, nie chciałabym niczego stracić.
- Niech wreszcie ruszy się ta kolejka. Wtedy zobaczysz, na 

czym  polega  cała  zabawa  -  sprawiał  wrażenie  coraz 
pochmurniejszego i coraz bardziej zawziętego.

Wreszcie kolejka drgnęła i wkrótce Matt, zdobywszy dwa 

bilety, zwycięsko powiewał nimi nad głową. Przenieśli się na 
koniec  następnej  kolejki,  oczekującej  na  przybycie  promu. 
Christie ocierała pot z czoła.

W kiosku nie opodal Matt kupił dwie lemoniady i jedną z 

nich podał Christie. Taką samą lemoniadę pili razem wtedy w 
lesie, w Nowym Meksyku, lecz smakowała im znacznie lepiej 
niż tu. Ta myśl dziwnie podniosła Christie na duchu.

- Matt - zaczęła. - To przecież nie ma sensu, przyznaj sam. 

W  Nowym  Meksyku  i  ty  wyglądałeś  na  znacznie 
szczęśliwszego.

-  Ależ  czuję  się  świetnie,  ty  zresztą  też.  Niech  tylko 

przypłynie prom, a zacznie się najlepszy dzień w twoim życiu!

W  jakiś  czas  później  Christie  opadła  wreszcie  z  ulgą  na 

ławkę  górnego  pokładu  promu.  Zmaltretowana  upałem 

background image

132

sukienka przykleiła się do jej ciała. Dziewczyna rozprostowała 
nogi. Matt usadowił się tuż obok.

-  No  nareszcie  -  westchnął  i  wyczekująco  rozejrzał  się 

dokoła.

Obok niego przycupnął na ławce nieduży ośmiolatek.
- Niedobrze  mi  -  oznajmił  rzeczowo  z  zadziwiającym 

spokojem. 

Matt zamarł z wyrazem najwyższego lęku.
- Hej, mały, tylko nie tutaj. Gdzie są twoi rodzice?
- Mama stoi tam, przy barierce. Ale ona mi nie pomoże.
Matt  skrzywił  się  cierpiętniczo  i  sam  lekko  pozieleniał. 

Christie poklepała chłopca po ramieniu.

-  Posłuchaj  mnie  -  poprosiła.  -  Pamiętaj,  że  w  życiu  nad 

wszystkim da się jakoś zapanować. Powiedz sobie po prostu, 
że  na  pewno  nie  zwymiotujesz,  idź  szybko  do  mamy  i 
zaczerpnij  tam  trochę  świeżego  powietrza.  Sam  się 
przekonasz, że mam rację.

Malec  milczał  przez  chwilę,  zastanawiając  się  widocznie 

nad jej słowami. Potem pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Nadal mi niedobrze - oświadczył. Wstał jednak i odszedł.
Matt nerwowo potarł czoło. 
-  Przestaję  kochać  dzieci,  kiedy  zabierają  się  do 

wymiotowania na moje buty - mruknął. - Ale może najgorsze 
już poza nami. Teraz wreszcie zaczniemy się dobrze bawić.

Jednak  z  każdym  przechyłem  promu  stawał  się  coraz 

bardziej blady. Christie ruszyło wreszcie sumienie. Tak bardzo 
przez  cały czas starał się ją rozerwać, a ona robiła wszystko, 
żeby mu się to nie udało. Zrobiło jej się żal Matta i pociągnęła 
go za rękę.

-  Chodź,  sam  chyba  potrzebujesz  świeżego  powietrza  -

popchnęła go w kierunku burty.

- Popatrz na ten widok - zachęcała. - Wyobraź sobie tylko, 

że.... że może jednak nie będziesz wymiotował.

background image

133

Zerknął na nią, nienaturalnie zgięty wpół nad balustradą.
-  Przepraszam  -  westchnął.  -  Ale  rzeczywiście,  warto 

przyjrzeć się temu wszystkiemu...

Sylwetka  Manhattanu  stopniowo  znikała.  Stare  i  nowe 

drapacze  chmur  kontrastowały  ze  sobą  w  pełen  wdzięku 
sposób.  Nowoczesne  budynki  pięły  się  stromo  w  górę.  Ich 
czystą,  chłodną  linię  łagodziły  starsze  budynki,  niższe, 
ceglane  lub  pokryte  kamiennymi  zdobieniami.  Wszystko 
razem  tworzyło  zapierający  dech  w  piersiach  widok.  Wyspa 
drapaczy chmur wyrastająca z oceanu...

Matt  wyprostował  się  dumnie,  wyraźnie  usatysfak-

cjonowany.

-  Masz  rację  -  powiedział.  -  Popatrz  tylko,  nie  ma  na 

świecie  drugiego  takiego  miasta.  Pomyśl  też,  ile  straciłaś  w 
ciągu  minionych  paru  miesięcy.  Spektakle  na  Broadway'u, 
kolacje w kafejkach, przejażdżki rowerowe po Central Parku...

Wszystkie  atrakcje  Christie  mogła  sobie  spokojnie 

darować...  Aż  do  dziś.  Jego  głos  brzmiał  tak  kusząco,  że 
musiała zająć pozycję obronną.

- A  co  powiesz  o  zanieczyszczeniu  środowiska?  -

ripostowała.  -  Choćby  teraz,  niebo  zamiast  czystego  błękitu, 
ma  okropny,  brunatny  odcień. Codziennie  wieczorem  musisz 
zmyć  z  twarzy  warstwę  brudu  i  sadzy.  Poza  tym  ten  ruch, 
jazgot...

-  Polarne  niedźwiedzie  w  ZOO  na  Bronxie...  -  mruczał 

wprost  do  jej  ucha.  -  Radio  City  Musie  Hall  i  Rockettes, 
deptak na Coney Island...

O,  do  diaska,  tym  razem  grał  nie  fair.  Christie  ogarnęła 

nagła  nostalgia,  spotęgowana  dodatkowo  poszumem 
oceanicznego wiatru i pokrzykiwaniem mew. Prawie poczuła 
już  na  języku  smak  hot-dogów  z  Coney  Island.  Z  niejakim 
wysiłkiem odwróciła  się w drugą stronę, lecz tylko po to, by 

background image

134

stanąć  twarzą  w  twarz  z  majestatycznie  piękną  Statuą 
Wolności.

Potężny,  okazały  posąg  został  odlany  tak  starannie,  że 

fałdy ubrania zdawały się raczej ciężką tkaniną niż warstwami 
metalu.  Postać  wznosiła  w  górę  złotą  pochodnię  niczym 
drogowskaz  dla  wszystkich  osadników,  którzy  dawno  temu 
znużeni  i  oszołomieni  docierali  do  Ellis  Island.  Pochodnia 
górowała  nad  miastem  jako  symbol  przeszłości,  a  zarazem 
jakby  rękojmia przyszłości...  Wszystko  to  przez lata  zdawało 
się  Christie  oczywiste  i  samo  przez  się  zrozumiałe.  Teraz 
jednak  nabrało  świeżości  i  niemal  magicznego  znaczenia,  bo 
obok niej był Matt i patrzyła na wszystko trochę jego oczami.

Gdy prom przybił wreszcie do Liberty Island i Matt poczuł 

pod  stopą  stały  ląd,  na  nowo  zapałał  entuzjazmem. 
Energicznie prowadził Christie naprzód.

- Mógłbym  się  założyć,  że  upłynęły całe  wieki od czasu, 

kiedy  ostatni  raz  wspinałaś  się  na  szczyt  statuy,  prawda?  -
dopytywał.

- Tak, ale...
- Wiedziałem! Nareszcie się zabawimy. 
Christie uważała się zawsze za osobę sprawną fizycznie i 

wytrzymałą,  lecz  pokonując  z  wysiłkiem  dziesiątki  schodów 
prowadzących w górę wewnątrz posągu, zwątpiła w to nagle. 
Z trudem łapiąc oddech, przeklinała wspinaczkę.

-  Chyba  już  wystarczy  -  wysapała.  -  Tutaj  można  trochę 

odpocząć, a potem zjechać windą na dół.

-  Nie  ma  mowy.  Idziemy  na  samą  górę  -  bezlitośnie 

komenderował Matt, pociągając ją za sobą wciąż wyżej.

- To zaczyna być śmieszne - bąknęła  Christie, pokonując 

mozolnie dalsze stopnie.

Matt zatrzymał się i przyciągnął ją ku sobie.
-  No,  przyznaj  się  -  szepnął.  -  Przecież  czujesz  się 

wspaniale, prawda?

background image

135

- Nieprawda - burknęła.
-  Wiem,  że  tak.  Wolisz  być  tutaj,  ze  mną,  niż 

gdziekolwiek indziej beze mnie. Nie zaprzeczaj.

To  było  nieuczciwe  zagranie,  zwłaszcza  że  jego  słowom 

towarzyszył czuły dotyk. Christie czujnie zesztywniała, ale nie 
umiała oprzeć się własnej reakcji. Do diabła, miał rację! Czuła 
się  zmęczona  upałem,  spragniona  i  zmięta.  Lecz  mimo  to, 
chciała przecież być właśnie tu, we wnętrzu posągu, razem z 
nim. Co więcej chciała być z nim wszędzie, gdziekolwiek by 
był.

background image

136

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Mimo  północy  jasno  oświetlone  ulice  Manhattanu  wciąż 

tętniły  życiem.  Christie  i  Matt  siedzieli  naprzeciw  siebie  w 
knajpce  zwanej  Gospodą  Rudiego,  słuchając  ballad  z  lat 
czterdziestych.  Melancholijne  i  pełne  pasji,  opowiadały  o 
nieszczęśliwej  miłości,  dobrze  harmonizując  z  nastrojem,  w 
jakim znalazła się Christie, obracająca bezmyślnie w dłoniach 
pusty kufel po piwie. Nic nie mogło ukoić dziwnego pieczenia 
w krtani, które się nasilało za każdym razem, gdy spoglądała 
na Matta.

- Nie  żałujesz, że spędziliśmy  ten dzień razem? - zapytał 

cicho Matt, odstawiając swoje piwo.

-  Tak...  To  znaczy,  nie...  Sam  wiesz,  że  w  końcu  zrobiło 

się  cudownie.  Niepotrzebnie  tylko  dyskutowaliśmy  w 
nieskończoność. Nasze pytania pozostały bez odpowiedzi.

- Ale dzień był udany?
- Był... Niezwykły - przyznała Christie z bólem serca. Po 

wycieczce na Liberty Island ruszyli na spacer po Manhattanie. 
Posmakowali po trosze wszystkiego - zjedli na obiad kiełbaski 
w  cieście  w  dzielnicy  włoskiej,  myszkowali  w  sklepach  ze 
starzyzną  na  Canal  Street,  wałęsali  się  po  Seventh  Avenue, 
zajadając  mrożony  jogurt  czekoladowy...  Niby  nic 
nadzwyczajnego nie wydarzyło się tego dnia, a jednak Christie 
nie mogłaby zapomnieć ani jednej jego minuty. Matt nie mylił 
się, przewidując, że będzie to dzień wyjątkowy. Pamiętała, jak 
zatrzymali  się,  żeby  podziwiać  kwitnące  fiołki,  rozjaśniające
starzyznę  przeciwpożarowych  schodów,  jak  pilnie  studiowali 
teatralne afisze okalające ceglaną ścianę jakiegoś budynku...

Lecz  dzień  ten  dobiegł  końca,  oboje  przeżywali  właśnie 

ostatnie  jego  chwile.  Christie  oparła  dłonie  o  wyszczerbioną 
powierzchnię stolika.

background image

137

-  Chcę,  żebyś  wiedziała,  dlaczego  nie  przemawiają  do 

mnie twoje argumenty, Christie - mówił Matt, pochylając się 
ku  niej.  -  Chodzi w  nich  tylko  i  wyłącznie  o    obronę  twoich 
zasad.  Nie  chcesz  otworzyć  pensjonatu  w  Connecticut,  bo  to 
zagroziłoby  twojej  wolności  wyboru.  Ale,  powiedz,  cóż 
takiego byś straciła na tych przenosinach?

Zaczęła rozdzierać na strzępki papierową serwetkę.
- Wolność decydowania  o sobie to najdroższy  skarb, jaki 

posiadam,  ciężko  zdobyty  po  długiej  szamotaninie.  Zawsze 
będę  go  bronić.  Nie  pamiętasz  zresztą,  co  mówiłeś,  gdy 
byliśmy  w  kopalni  Shelby'ego?  Zapytałam  cię,  dlaczego  nie 
kupisz  kawałka  ziemi  w  pobliżu  Nowego  Jorku,  a  ty 
odpowiedziałeś, że nie chcesz „jakiegoś tam”  kawałka, tylko 
właśnie  ten,  konkretny.  Widzisz  więc,  czuję  coś  podobnego, 
gdy myślę o Red River. To wyjątkowe miejsce, które jest teraz 
moim domem.

Matt  nie  od  razu  znalazł  stosowną  odpowiedź  i  Christie 

poczuła, że uzyskuje przewagę.

-  Myślałem  również  o  czymś  innym.  Przypuśćmy,  że  ci 

ustąpię  i  zakupię  dom  w  Connecticut.  Odmienię  całe  swoje 
życie  tak,  jak  sobie  tego  życzysz.  Cudownie,  pięknie.  Ale  to 
nie załagodzi kryzysu, który przechodzisz, Matt!

- Nigdy nic nie mówiłem o żadnym kryzysie - zaprzeczył.
-  Nie  musisz  o  tym  mówić.  Cały  jesteś  sfrustrowany  i 

niezadowolony. Wbrew twoim słowom widać,  że ta harówka 
na  giełdzie  wychodzi  ci  bokiem,  Matt. Straciłeś  złudzenia. 
Trzyma cię tylko źle rozumiane poczucie lojalności!

Zmięła  postrzępione  kawałki  serwetki,  podniecona 

własnym  płomiennym  wystąpieniem.  Nareszcie  jej  słowa 
zdawały się choć trochę docierać do Matta.

- Psiakrew, to prawda - odezwał się szorstko. - Te afery na 

giełdzie spędzają mi sen z oczu.

background image

138

-  Napisz  o  nich  -  podsunęła  Christie,  starając  się  dojrzeć 

wyraz  jego  twarzy  poprzez  półmrok.  -  Tak  wielu  ludziom 
przydałyby się twoje rady.

- Christie, to są jakieś żarty. Nie znam się na tym. Trzeba 

mieć  odwagę,  żeby  zasiąść  przed  czystą  kartką  papieru  z 
przekonaniem,  że  jest  się  w  stanie  stworzyć  coś,  co  będzie 
miało  ręce  i  nogi.  Próbowałem  tego  wczoraj  wieczorem,  po 
powrocie  do  siebie.  Gapiłem  się  na  pusty  papier  bite  trzy 
godziny  i  nie  przyszło  mi  do  głowy  nawet  jedno  rozsądne 
zdanie... - otrząsnął się z niesmakiem.

Christie  starała  się  rozpędzić  smugę  dymu  docierającą  z 

sąsiedniego stolika.

-  Moje  gratulacje.  Po  raz  pierwszy  doświadczyłeś  braku 

natchnienia. Czy to nie wspaniałe?

- Czasami myślę, że brak ci piątej klepki.
- Za to mam siódmy zmysł! Wiedziałeś o tym? A wracając 

do  ciebie,  myślę,  że  potrzebujesz  odpowiedniej  atmosfery, 
żeby  pisać.  W  Red  River  szło  ci  doskonale.  Myślę,  że 
powinieneś  wrócić  do  Nowego  Meksyku  -  triumfalnie 
uderzyła  pięścią  w  stół.  Tym  razem  nie  było  nawet  o  czym 
mówić,  położyła  go  na  cztery  łopatki.  Aby  uczcić  swoje 
zwycięstwo,  uniosła  kufel  w  geście  toastu,  Matt  jednak  nie 
podzielał jej entuzjazmu i nie podniósł swojego.

-  Za  twoją  najbliższą  przyszłość!  -  obwieściła,  wznosząc 

toast samotnie. - Matthew Gallagher, konsultant giełdowy. To 
brzmi fantastycznie!

-  Mój  Boże,  najwyraźniej  nic  nie  rozumiesz.  Przecież  ja 

już  mam  zawód,  któremu  zresztą  poświęciłem  bardzo  dużo 
czasu  i  wysiłku.  Co  więcej,  jestem  w  nim  dobry.  Jestem 
niezłym maklerem, Christie, i to mi daje satysfakcję. Nie czuję 
natomiast  żadnego  zadowolenia,  gdy  zasiadam  do  pisania. 
Czuję się niekompetentny, niepewny, po prostu nie na swoim 
miejscu. Czy wiesz, o czym mówię?

background image

139

-  Tak,  wiem.  Z  grubsza  biorąc,  chodzi  o  to,  że  boisz  się 

ryzyka. Kto by się nie bał na twoim miejscu? Zaczynać coś od 
samego  początku,  bez  żadnych  dokonań  na  koncie,  nic  tylko 
ty i czysta kartka papieru.

Zaśmiał się gorzko.
- Cóż ty wiesz, Christie. Mówisz tak, jakbyś była w stanie 

zrozumieć...

-  Poczekaj,  jeszcze  nie  skończyłam.  Świetnie  rozumiem 

twoje  wątpliwości  i  opory,  lecz  nie  wolno  ci  się  im  poddać! 
Masz zadatki na dobrego pisarza, być może nawet wybitnego.

- W Red River uległem pewnym złudzeniom. Przez chwilę 

nawet  wierzyłem,  że  mógłbym  żyć  z  pisania,  a  w  przerwach 
łowić  ryby.  Ale  przecież  -  to  kompletna  bzdura!  -  w  jego 
głosie brzmiał pełen zadumy smutek.

- Ale już po wszystkim - kontynuował po chwili posępnie. 

-  Wróciłem  do  Nowego  Jorku,  wróciłem  do  rzeczywistości. 
Wszystko jest tak, jak być powinno.

Christie  naszła  nagle  ochota,  by  poderwać  się  na  równe 

nogi  i  potrząsnąć  mocno  Mattem,  pociągnąć  go  za  uszy, 
szturchnąć, jednym słowem zrobić coś, co wreszcie kazałoby 
mu uwierzyć we własne marzenia.

Ktoś  uruchomił  szafę  grającą  i  popłynęły  z  niej  dźwięki 

kolejnej  rzewnej  melodii.  Christie  poczuła,  że  jest  u  kresu  i 
jeszcze chwila, a wyląduje łkając w ramionach Matta. Wstała 
od stołu.

-  Wyrządzamy  sobie  nawzajem  krzywdę,  Mat  -

powiedziała. - Odprowadź mnie do domu, proszę. 

Kiedy dotarli do mieszkania Christie, Matt nie kwapił się 

do  wyjścia.  Omiótł  pokój  niespokojnym  spojrzeniem, 
zatrzymując wzrok na kilku sprzętach - brzydkim, metalowym 
stojaku  na  czasopisma,  pokracznym  stoliku  koktajlowym  ze 
szklanym blatem...

- To wnętrze do ciebie nie pasuje - zauważył.

background image

140

- Masz rację - przyznała. - Czuję się tu obco. Wyrosłam z 

tego  mieszkania  jak  z  za  ciasnej  sukienki.  To  śmieszne,  a 
zarazem  trochę  smutne,  bo  ojciec  prawdopodobnie  naprawdę 
życzył sobie, żebym poczuła się tu jak w domu.

- Nie jesteś już na niego zła?
-  Wczoraj  wieczorem  zupełnie  mnie  zaskoczył -

przyznała. - Wytrącił mnie z równowagi.

- Następny  ruch należy  do ciebie,  Christie, nie do mnie i 

do twojego ojca. Co masz zamiar zrobić?

- Nie wiem - odpowiedziała nieco zbita z tropu.
- Bardzo mnie dzisiaj przypierasz do muru.
-  Rozmawialiśmy  o  wielu  różnych  możliwościach  - jego 

głos zabrzmiał trochę szorstko. - A ty wybierzesz jedną z nich. 
Przystaniesz na propozycję ojca lub zdecydujesz się otworzyć 
nowy pensjonat, gdzieś niedaleko, albo wreszcie... Wrócisz do 
Nowego  Meksyku  i  wszystko  będzie  po  staremu.  Chciałaś 
mieć wolność wyboru, to ją masz.

Christie prychnęła ze złością.
- To brzmi raczej jak jakieś ultimatum. 
Matt podszedł do niej powoli.
-  Zagadujemy  się  na  śmierć,  Christie,  a  przecież  słowa 

niewiele  nam  pomogą.  Cały  dzień  dziś  ciebie  pragnąłem, 
dobry Boże, właściwie pragnąłem cię od chwili, kiedy cię po 
raz  pierwszy  zobaczyłem,  krztuszącą  się  z  powodu  tego 
głupiego  guzika.  Patrzyłem  wtedy  na  ciebie  i  wydawałaś  mi 
się  najbardziej  godną  pożądania  kobietą,  jaką  kiedykolwiek 
znałem. Najwyższy czas, żeby przestać gadać i wreszcie coś z 
tym zrobić.

Bliskość Matta nie pozwalała Christie racjonalnie myśleć. 

Cofnęła się o krok, lecz on chwycił ją za przegub dłoni. Jego 
oczy płonęły złotym ogniem.

background image

141

Christie  słyszała  dziki  łomot  własnego  serca  i  czuła,  jak 

fala gorąca przetacza się przez jej żyły. Wciąż próbowała się 
wycofać.

- Matt zaczekaj...
Jego wargi w pół słowa zamknęły jej usta. Władcze dłonie 

powędrowały wzdłuż jej pleców i bioder, zagarniając ją całą i 
przyciągając  mocno.  Z  początku  opierała  się  magii  jego 
dotknięć,  lecz  jej  własne  pragnienie  zwyciężyło  i  nagle 
skapitulowała.  Z  głębokim  westchnieniem  poddała  się 
pocałunkom,  a  po  chwili  zaczęła  je  oddawać,  niecierpliwa  i 
złakniona.  Gdy  oderwali  się  od  siebie,  usta  Christie  były 
miękkie niczym płatki kwiatu i pulsowały pragnieniem.

To  jednak  nie  mógł  być  koniec,  teraz  Matt  rozkołysał  ją 

całą. Nie zdejmując dłoni z jej bioder, poruszał nią w jakimś 
powolnym,  zmysłowym  rytmie,  aż  oboje  oparli  się  o  ścianę. 
Oswobodził  jej  włosy  z  gumki  jednym  stanowczym  ruchem. 
Spłynęły jedwabną, miodową falą na jedno ramię. Pogłaskał je 
dłonią,  a  potem  wodził  palcami  po  nisko  wyciętej  linii  jej 
dekoltu. Christie czuła, że coś się w niej otwiera i ledwie już 
nad sobą panowała, kiedy odpinał guziki sukienki.

- Jesteś taka piękna... - szeptał stłumionym głosem. Zsunął 

w  dół  wąskie  ramiączka  sukni  i  pochylił  się,  aby  całować 
delikatną  wypukłość  piersi.  Przywarła  do  niego,  błądząc 
palcami w jego rdzawych włosach.

Nagle  dotarł  do  niej  z  jakiejś  oddalonej  cząstki  mózgu 

ostrzegawczy  impuls.  Z  każdą  pieszczotą  i  z  każdym 
dotknięciem  warg  Matt  zaczynał  nad  nią  panować,  brał  ją  w 
posiadanie. Jeżeli nie przeciwstawi się tej potężnej, magicznej 
sile, która ją obezwładniała, to przepadnie z kretesem.

-  Matt...  Przestań  -  westchnęła,  sztywniejąc  w  jego 

objęciu.

Podniósł głowę.

background image

142

-  Wciąż  się  boisz,  Christie?  -  jego  głos  brzmiał  teraz 

twardo  i  nieustępliwie.  -  To  jest  ten  prawdziwy  problem 
między  nami,  prawda?  Boisz  się  zaufać  własnym  uczuciom! 
Umiesz świetnie panować nad swoimi celami i dążeniami, ale 
nie nad tym, co czujesz. Myślisz pewnie, że jeżeli poddasz się 
emocjom, to zdradzisz swoje żelazne zasady!

Odwróciła  twarz  i  zasłona  włosów,  opadając  w  dół, 

osłoniła niczym tarcza jej obnażone ramiona.

- Wszystko odwracasz - zaprzeczyła z pasją. - To ty jesteś 

nieustępliwy, ty sam! To ty nie słuchasz głosu własnego serca, 
który  ci  podszeptuje,  że  jesteś  nieszczęśliwy  i  musisz  coś  z 
tym zrobić, coś zmienić w swoim życiu!

- Może jesteśmy tacy sami - padła zaskakująca odpowiedź. 

-  Nie  zauważyłaś?  Oboje  nie  chcemy  dać  się  porwać 
emocjom... Ze strachu przed tym, do czego nas przywiodą.

Christie  nie  odpowiadała.  Stała  tak  z  rękoma 

skrzyżowanymi  na  piersiach,  starając  się  go  nie  słuchać.  Po 
chwili Matt ruszył ku drzwiom.

-  Następny  ruch  wciąż  należy  do  ciebie,  Christie  -

powiedział.  -  Twój  ojciec  odkrył  już  swoje  karty  i  ja  też.  A 
pewne  sprawy  są  poza  dyskusją  -  wyszedł,  zatrzaskując  za 
sobą drzwi.

Christie  poprawiła  ramiączka  sukni.  Ten  cały  Matt 

Gallagher  -  to  najbardziej  hardy,  nieustępliwy  i  po  prostu 
najbardziej nieznośny człowiek na świecie! Gdyby miała tylko 
pod  ręką  coś  ciężkiego,  cisnęłaby  tym  w  ślad  za  nim,  ale 
jedyną rzeczą znajdującą się w zasięgu jej wzroku okazała się 
niewinnie wyglądająca samotna brzoskwinia.

Usiadła na stołku barowym, przyciskając grzbiety dłoni do 

rozpalonej twarzy. Wciąż jeszcze dygotała cała niczym ofiara 
trzęsienia ziemi, a pragnęła nie czuć nic. Więc może Matt miał 
znowu rację? Może naprawdę bała się własnych uczuć...

background image

143

Wzięła  do  ręki  brzoskwinię  i  z  całej  siły  cisnęła  nią  w 

drzwi.

Nie poczuła się jednak lepiej.
Biurowce  nowojorskiej  dzielnicy  bankowej  wznosiły  się 

wysoko  ponad  głową  Christie,  zamykając  dostęp  porannym 
promieniom  słońca.  Podążała  szybkim  krokiem  ocienioną 
ulicą, aż dotarła do schodów u stóp Gmachu Federalnego, na 
których  jadała  kiedyś  swoje  pospieszne  lunche.  Teraz 
przysiadła  na  moment,  by  rozprostować  nogi.  Czuła  się 
dziwnie,  siedząc  w  tym  miejscu  tak  spokojnie.  Przez  chwilę 
miała  ochotę  zerwać  się  i  pognać  na  górę,  żeby  zdążyć 
załatwić jeszcze kilka nie cierpiących zwłoki spraw zleconych 
przez ojca, ale trwało to tylko moment. Tak wiele zmieniło się 
w jej życiu od tamtej pory!

Naprzeciwko  wznosiła  się  okazała  fasada  budynku 

nowojorskiej giełdy. Christie znała na pamięć monumentalny 
zarys  klasycystycznej  kolumnady  wieńczącej  front.  Po  raz 
pierwszy ten obraz utrwalił się w jej pamięci, kiedy miała trzy 
lub cztery lata i ojciec przyprowadził ją tu, aby przyjrzała się 
symbolowi świetlanej przyszłości. Efekt był odwrotny od spo-
dziewanego,  bo  jeszcze  długi  czas  później  śniła  o  tym,  że 
kolumny ożyły i pod postacią niezdarnych olbrzymów ścigały 
ją w zbrodniczych zamiarach.

Christie  skłoniła głowę  i  objęła rękoma  kolana.  Minionej 

nocy  nie  dręczyły  jej  żadne  senne  koszmary  z  tej  prostej 
przyczyny,  że  nie  zmrużyła  nawet  oka.  Prześladowało  ją 
wspomnienie słów Matta i jego pocałunków. Domagał się od 
niej  podjęcia  jakiejś  decyzji  i  rzeczywiście  było  to 
nieuniknione.  Lecz  choć  przez  całą  noc  Christie  próbowała 
rozważyć swoje położenie, żadne wyjście nie wydawało się jej 
zadowalające. W jej głowie zapanował jeszcze większy chaos.

Jakiś rozczochrany młody mężczyzna przysiadł nie opodal 

i  dzięki  charakterystycznej  marynarce  Christie  mogła  w  nim 

background image

144

rozpoznać  asystenta  giełdowego.  Cała  jego  kieszeń  najeżona 
była ołówkami, krawat miał potargany i przekrzywiony, mimo 
że  jego  pracowity  dzień  praktycznie  jeszcze  się  nie  zaczął. 
Zajadając pączka i wsłuchując się w dobiegającą ze słuchawek 
muzykę,  przebywał  najwyraźniej  we  własnym,  prywatnym  i 
dość  zamkniętym  świecie.  Jego  twarz  nie  zdradzała  żadnych 
emocji. Christie odwróciła od niego wzrok, zdając sobie nagle 
sprawę z tego, że narusza zwyczajowe prawo tego miasta, aby 
nie  przyglądać  się  innym  ludziom. Nieprzenikniony,  chłodny 
wyraz  twarzy  chłopaka  wydał  się  Christie  nie  na  miejscu. 
Giełda  w  końcu  napędzana  była  przede  wszystkim  ludzkimi 
emocjami,  dlaczego  więc  tak  wiele  osób  z  nią  związanych 
zachowywało się beznamiętnie i nad wyraz powściągliwie. Na 
przykład  jej  ojciec,  kwitujący  zaledwie  lekkim  uśmieszkiem 
każde,  nawet  najbardziej  sensacyjne  zwycięstwo,  uważający, 
że okazywanie emocji - to zarazem obnażanie swoich słabych 
punktów  i  wystawianie  się  na  cios  przeciwnika.  Czy 
odziedziczyła  po  nim  tę  cechę?  Zawsze  uważała  się  za  inną, 
otwartą  i  spontaniczną,  ale  Matt  zarzucił  jej  coś  wręcz 
przeciwnego.  Jego  zdaniem  panicznie  bała  się  własnych 
uczuć.

Podniosła  się  energicznie  i  otrzepała  nogawki 

bawełnianych spodni. Pomyśleć, że jeszcze niespełna tydzień 
temu  żyła  spokojnie  w  Red  River,  beztroska  i  szczęśliwa.  A 
potem  wkroczył  w  jej  życie  Matt  Gallagher  i  przewrócił 
wszystko  do  góry  nogami.  Z  jego  powodu  zaczęła 
kwestionować  wszystkie  swoje  działania  i  ich  motywacje.  A 
co gorsza, nie mogła przestać go pragnąć, nawet na sekundę!

Przemierzyła  jeszcze  dość  długi  odcinek  Wall  Street  i 

weszła  do  budynku,  który  reprezentował  starszą  generację 
biurowców. Wjechała windą na jedno z wyższych pięter.

Posadzkę holu prowadzącego do firmy Daniels, Peters etc. 

pokrywał gruby, wełniany dywan. Na ścianach wisiały obrazy 

background image

145

przedstawiające  Nowy  Jork.  Wszystkie  były  namalowane 
przez  znanych,  prestiżowych  malarzy.  Meble,  oczywiście 
najwyższej  jakości,  miały  stonowane,  szarozielone  obicia, 
niczym  morskie  wodorosty,  łagodzące  swym  dyskretnym
kolorem przepych dywanu.

Było  jeszcze  wcześnie  i  zaledwie  kilku  najbardziej 

ofiarnych  maklerów  zasiadało  przy  biurkach  w  dużej  sali, 
zwanej  też  „mordownią”.  Prawie  wszyscy  rozmawiali  przez 
telefon, przyciskając słuchawki do ucha, a jednocześnie tłukąc 
zajadle  w  klawisze  komputerów.  Żaden  z  nich  nie  zwrócił 
uwagi  na  Christie,  która  odbyła  tu  kiedyś  długą  i 
wyczerpującą praktykę.

Przeszła  przez  hol  i  otworzyła  ciężkie  drzwi  z  ciemnego 

drewna,  prowadzące  do  gabinetu  ojca.  Po  chwili  wahania 
przekroczyła próg.

Rzadko  bywała  tu  sama  i  teraz  przyłapała  się  na  tym,  że 

wchodzi  prawie  na  paluszkach.  Dotarła  do  ogromnego, 
mahoniowego  biurka  i  ostrożnie  opadła  na  obite  skórą 
masywne  krzesło.  Zupełnie  w  nim  utonęła,  i  to  jej 
przypomniało,  że ojciec zawsze wyglądał  nieco potężniej  niż 
w rzeczywistości, gdy na nim zasiadał. Czy naprawdę wierzył 
w  to,  że  ona  zdoła  go  zastąpić,  takiego  imponującego 
dyktatora?

Powierzchnia  biurka  była  wypolerowana  na  wysoki 

połysk.  Znajdowało  się  na  nim  sporo  dokumentów  i  kilka 
numerów  czasopism  ekonomicznych.  Christopher  Daniels 
wiódł  życie  pracowite  i  intensywne,  lecz  zarazem  dobrze 
zorganizowane.  Nie  musiał  zabiegać  o  zlecenia  jak  jego 
wspólnicy,  miał  bowiem  stałą  i  starannie  dobraną  klientelę. 
Mimo  to  wcale  nie  pozwalał  sobie  na  luksus  czasu  wolnego, 
nieustannie  absorbowała  go  giełdowa  gra,  którą  traktował  z 
taką  samą  powagą,  z  jaką  zasiada  się  do  rozegrania  partii 
szachów z arcymistrzem.

background image

146

Krzesło  okazało  się  zadziwiająco  wygodne.  Christie 

odchyliła się do tyłu i oparła nogi na biurku. Uśmiechnęła się 
na  myśl,  że  ojciec  nigdy  pewnie  nie  zdobył  się  na  to,  żeby 
odpoczywać  w  taki  sposób.  Nie  wiedział,  ile  traci!  Za  to 
pewnie  czuł  dobrze  to,  co  ona  w  tej  chwili...  Podniecający 
dreszczyk  na  myśl  o  wielkich  możliwościach,  jakie  daje 
władza... Jemu z pewnością było to potrzebne jak rybie woda.

Christie  zastanawiała  się  nad  wszelkimi  pokusami  roli 

szefa  i  nad  tym,  jakie  wprowadziłaby  w  firmie  zmiany.  W 
pierwszej  kolejności  nagrodziłaby  specjalnymi  premiami 
nowe  inicjatywy  pracowników,  zorganizowała  całodzienną 
ochronę  budynku  i  nie  kazała  nikomu  pracować  w  pełnym 
wymiarze godzin, na przykład w Dzień Dziękczynienia...

Z  zadumy  wyrwał  dziewczynę  widok  otwierających  się 

bezszelestnie drzwi. Do pokoju wkroczyli ramię w ramię Matt 
oraz  jej  ojciec.  Christie  nagle  znieruchomiała.  Wyprostowała 
się błyskawicznie, opuszczając nogi na podłogę.

- Hmm, dzień dobry proszę ojca... Ojcze... Tato.
- Mary Christine,  no proszę, nie spodziewałem się  zastać 

cię tu tak wcześnie rano. Bardzo jestem rad - mówił, zręcznie 
maskując  początkowe  zaskoczenie  obcą  inwazją  na  teren 
sanktuarium.

- Cześć Christie - rzucił Matt od niechcenia, lecz zarazem 

serdecznie.  To  wywołało  u  niej  dwa  nagłe  i  zupełnie 
sprzeczne  pragnienia:  strzelić  do  niego  z  gumki  albo  rzucić 
mu  się  na  szyję.  Żadne  z  nich  nie  okazałoby  się  jednak 
właściwe w obecności jej ojca.

Obaj stanowili efektowną parę. Matt włożył dziś garnitur z 

jasnobrązowej  wełny,  podkreślający  jego  naturalną  karnację. 
Pomimo  iż  zarówno  marynarka,  jak  i  spodnie  leżały 
nienagannie,  Christie  pomyślała  od  razu,  że  zdecydowanie 
woli go w dżinsach i kowbojskich butach. Zwykle to jej ojciec 
bezkonkurencyjnie  wysuwał  się  na  pierwszy  plan, 

background image

147

pozostawiając  w  cieniu  każdego  towarzyszącego  mu 
mężczyznę.  Tym  razem  widoczniejszy  był  Matt,  który 
zachowywał  się  przy  Christopherze  Danielsie  z  ogromną 
swobodą i bez cienia uniżoności.

-  Mary  Christine,  widzę,  że  wypróbowujesz  swoje  nowe 

krzesło. Wygodne? - zapytał ojciec jowialnie.

Christie wstała zza biurka jak oparzona.
- Ależ tato, to jest twoje krzesło, do mnie ono zupełnie nie 

pasuje. Trochę sobie fantazjowałam i tyle.

-  Możesz  sobie  zamówić  wygodniejsze  -  odpowiedział  z 

powagą.  Często  zdarzało  mu  się  nie  wychwytywać  pewnych 
niuansów  w  rozmowie,  więc  i  tym  razem  Christie  musiała 
wyrazić się precyzyjniej.

-  Nie  mam  zamiaru  przyjąć  twojej  propozycji  i  nie  będę 

potrzebowała  nowego krzesła.  Dużo nad  tym  myślałam, tato. 
Przed chwilą usiadłam tutaj po to tylko, żeby spróbować sobie 
wyobrazić, jak czuje się ktoś taki jak ty.

-  Kierowanie  przychodzi  ci  niejako  naturalnie,  nie 

będziesz  też  miała  trudności  z  wydawaniem  poleceń,  bardzo 
więc liczę na to następstwo i wiem, że się nie przeliczę.

Christie  poczuła  rodzący  się  bunt,  taki  sam  jak  niegdyś. 

Znowu  jej  nie  słuchał,  znowu  próbował  ją  sobie 
podporządkować, ignorując wszelkie jej sprzeciwy.

- Najwyraźniej macie sobie coś ważnego do powiedzenia -

wtrącił Matt taktownie. - Zostawię was samych.

- Nie, nie, Matthew, zostań proszę - zaprotestował ojciec. -

Może pomożesz mi przekonać Mary Christine.

Matt  zawahał  się,  a  potem  wzruszył  ramionami  i  stanął 

obok  biblioteczki,  parę kroków od  biurka.  Christie czuła,  jak 
taksuje  ją  badawczym  spojrzeniem.  Trzęsła  się  cała  ze 
zdenerwowania,  lecz  wielkim  wysiłkiem  woli  próbowała 
nadać swojemu głosowi opanowane i spokojne brzmienie.

background image

148

-  Tato,  posłuchaj  mnie  nareszcie  i  postaraj  się  dobrze 

zrozumieć. To, że zaproponowałeś mi przejęcie firmy, ma dla 
mnie ogromne znaczenie i chciałabym, żebyś o tym pamiętał. 
Nigdy  dotąd  nie  sądziłam,  że  ufasz  mi  do  tego  stopnia. 
Owszem,  często  o  takiej  możliwości  wspominałeś,  ale 
brzmiało to jak czcze obietnice, które mają mnie zdopingować 
do  jeszcze  większej  harówki  -  zamilkła  na  chwilę,  nie  do 
końca pewna, czy użyła właściwych słów i czy trafiły one ojcu 
do przekonania. Christopher Daniels zacisnął usta zagadkowo 
i  usadowił  się  naprzeciw  biurka.  Automatycznie  i  Christie 
opadła  na  sprężynujące  siedzenie  „tronu”.  Obecność  jej  ojca 
zazwyczaj  zniewalała  ludzi  i  kazała  im  naśladować  jego 
ruchy, do dziś jeszcze Christie nie wyzwoliła się z tego.

-  Mary  Christine,  cieszę  się,  że  zdajesz  sobie  sprawę  z 

tego,  jak  bardzo  chciałbym  cię  widzieć  na  właściwej  pozycji 
w firmie - powiedział ojciec. - Jesteś moją córką, nosisz moje 
nazwisko i zawsze w ciebie wierzyłem. Starałem się również 
sprawdzać 

cię 

pracy, 

byłaś 

swoistym 

polem 

doświadczalnym  dla  moich  genów  i  dowiodłaś,  że  podołasz 
zadaniu, jakie ci wyznaczę.

Christie  mocno  zszokowało  określenie  jej  polem 

doświadczalnym.  A  jednak  nie  mogła  nie  docenić  intencji 
ojca, który zwykle bardzo niechętnie ją chwalił.

-  Dziękuję,  tato.  Cudownie  jest  usłyszeć  od  ciebie  takie 

słowa. Zawsze pragnęłam twojej aprobaty i nareszcie chyba ją 
mam. To dla mnie wiele znaczy.

-  A  więc  nie  widzę  żadnego  problemu  -  skwitował 

natychmiast jej słowa. - Przekażę ci moje udziały i zostaniesz 
prezesem  zarządu firmy.  Czy  też może raczej  prezeską. Tym 
samym staniesz się jedną z najbardziej wpływowych kobiet w 
Nowym Jorku.

Władza...  To  słowo  miało  tak  wiele  znaczeń. 

Najpotężniejszą władzą wydawała się jednak Christine władza 

background image

149

nad  sobą.  Zdobycie  jej  najtrudniej  jej  przyszło...  Ważyła  w 
dłoni srebrny przycisk do papieru w kształcie kuli, odbijający 
poranne światło.

- Tato, być może przy maksymalnym wysiłku zdołałabym 

zarządzać  firmą  w  sposób  przyzwoity.  Wprowadziłabym 
pewnie  kilka  innowacji,  które  by  dobrze  wpłynęły  na 
atmosferę  pracy.  To  mógłby  być  mój  mocny  punkt...  Ale  z 
którejkolwiek strony na to nie spojrzę, prawda jest jedna, i nie 
mogę  jej  nie  brać  pod  uwagę.  Ja  po  prostu  nie  chcę  być 
maklerem  -  bardzo  ostrożnie  odłożyła  przycisk  na  plik 
papierów, po czym wstała zza biurka. Spojrzała ojcu w oczy.

- Giełda jest twoją wielką pasję, nie moją. Próbowałeś mi 

ją zaszczepić, ale to się okazało niemożliwe. Nie sposób wciąż 
udawać  kogoś,  kim  się  nie  jest.  W  dodatku  nie  wierzę,  że 
byłbyś w stanie zostawić mi firmę. Myślę, że po prostu starasz 
się  znaleźć  skuteczną  metodę  przyciągnięcia  mnie  z 
powrotem...  Ale  tak  naprawdę  nie  umiałbyś  ustąpić. 
Widziałam twoje spojrzenie, gdy zastałeś mnie dziś na swoim 
miejscu. Wpadłeś w panikę, prawda?

Chłodne  spojrzenie  niebieskich  oczu  jej  ojca  zmącił  na 

chwilę niepokojący błysk, który szybko znikł. Ojciec Christie 
poprawił  dyskretnie  kant  jednej  z  nogawek  swoich 
nienagannych spodni.

-  Zapewniam  cię,  że  stać  mnie  na  to,  by  stąd  wyjść,  nie 

oglądając się za siebie.

Christie uśmiechnęła się blado.
-  O  tak,  na  pewno.  Wyszedłbyś  bez  mrugnięcia  okiem, 

nawet gdybyś w środku cały się gotował. Chciałabym kiedyś, 
tato,  porozmawiać  o  nas  obojgu,  o  tym,  co  czujemy  wobec 
siebie.  Ale  jeszcze  nie  dziś...  Jeszcze  na  to  za  wcześnie. 
Jesteśmy  do  siebie  zbyt  podobni  pod  wieloma  względami  -
mówiąc  to,  zerknęła  na  Matta.  -  Przekonałam  się  o  tym 
ostatnio.  W  gruncie  rzeczy  cieszę  się,  że  odziedziczyłam  po 

background image

150

tobie ambicję i upór. Może czasem przesadzam, pewnie nawet 
często...  Lecz  bardzo  cenię  sobie  te  cechy.  To  najcenniejsze 
dziedzictwo, jakie otrzymałam - westchnęła głęboko i ruszyła 
ku  drzwiom.  -  Do  widzenia,  tato.  I  proszę,  ciesz  się  tym,  co 
masz, zamiast zamartwiać się myśleniem o tym, komu masz to 
zostawić.

Christopher Daniels poderwał się z miejsca.
-  Mary  Christine,  chyba  nie  masz  zamiaru  odejść?  -

zapytał  z  niedowierzaniem.  Jej  słowa  prawdopodobnie  znów 
nie trafiły do niego i to Christie zabolało. Myśl, że tak bardzo 
pragnął ją zatrzymać, a jednocześnie ona w żaden sposób nie 
mogła na to przystać... Utracił pewną jej część na zawsze i nie 
umiał się z tym pogodzić. Jedno było pewne. Nie potrzebował 
niczyjej litości, również ze strony Christie.

- Do widzenia, tato - powtórzyła ciepło i odeszła. 
Prawie biegła ulicą, gdy Matt ją dogonił.
- Christie, możesz być z siebie dumna! Wreszcie stawiłaś 

mu czoła! I wreszcie określiłaś się wyraźnie i ostatecznie.

- Wcale nie jestem tego pewna. W każdym razie ty możesz 

już być spokojny. On nie zlikwiduje firmy i nie zrobi żadnego 
szalonego ruchu - przemawiała głosem opanowanym, choć jej 
gardło zaciskało się ze wzruszenia.

Matt chwycił jej ramię i zatrzymał ją gwałtownie.
-  Musimy  teraz  pomówić  o  nas.  Nie  próbuj  przede  mną 

uciekać, Christie.

Uwolniła spokojnie rękę i oparła się o chłodną, kamienną 

ścianę domu. Ulica pogrążona była w cieniu, który spatynował 
wszystkie  żywsze  barwy.  Christie  pomyślała,  że  nigdy  tak 
naprawdę  nie  należała  do  tego  miejsca,  zawsze  pragnęła  w 
życiu  większej  jasności  i  jaskrawości...  Czy  jednak  będzie  w 
stanie  ją  znowu  gdziekolwiek  odnaleźć  po  tym,  co  teraz 
musiała powiedzieć Mattowi?

background image

151

- Nie uciekam przed tobą, Matt - zaczęła niepewnie. - To 

nie jest tak. Ja po prostu coś przed chwilą zrozumiałam, tam, 
w  biurze  ojca.  My  oboje  próbujemy  nawzajem  coś  na  sobie 
wymusić,  dokładnie  w  taki  sam  sposób,  w  jaki  mój  ojciec 
wymuszał  na  mnie  dosłownie  wszystko.  To  przecież  nie  ma 
sensu!  W  końcu  zaczęlibyśmy  się  nienawidzić.  Chciałabym, 
żebyś  sam  podejmował  wszelkie  decyzje  dotyczące  twojego 
życia,  bez  najmniejszej  presji  z  mojej  strony.  To  jedyne 
wyjście.

W jej oczach  zakręciły się łzy, ale głos pozostał pewny i 

stanowczy.

- Wyjeżdżam, Matt. Wracam do Red River.

background image

152

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Na  kanapie  równym  rządkiem  spoczęła  dwudziestka 

zielonych  smoków  ze  sztruksu.  Wszystkie  miały  czerwone, 
filcowe łuski na grzbietach, czarne oczka z guzików i dobrze 
wypchane brzuszki, co nadawało im wygląd zadowolonych z 
siebie obżartuchów. Parę z nich miało kształty nieco koślawe, 
ale,  począwszy od smoka numer  dziesięć,  Christie starała się 
je  zszywać  nienagannie.  Na  koniec  uznała  swoje  dzieło  za 
bardzo udane, dlaczego więc nie umiała się nim jakoś cieszyć?

Wbiła igłę w kolejnego i spojrzała za okno, gdzie królował 

piękny,  letni  poranek.  Przygotowywała  się  właśnie  do 
uroczystej  inauguracji  Dni  Średniowiecza  w  Red  River. 
Przecież  robiła  dokładnie  to,  co  miała  ochotę  robić, 
przebywała tam, gdzie miała ochotę przebywać, a w dodatku 
towarzyszył jej Vincent oraz Gomez - koty, które sama sobie 
wybrała. Co więc było nie tak?

Do  pokoju  weszła  Lisa  z  głową  zatopioną  w  ogromnym, 

co  najmniej  siedemsetstronicowym  tomie.  Christie  zdumiało, 
z jaką lekkością dźwiga tak pokaźny ciężar.

- Wciąż usychasz z tęsknoty za tym obłędnym samcem? -

spytała Lisa z przepastnych głębin księgi.

-  Błagam  cię,  nie  wygaduj  takich  głupstw  -  warknęła 

Christie  pochylona  nad  zasupłaną,  zieloną  nitką.  -  Już  ci 
mówiłam, że Matt Gallagher to dla mnie przeszłość. Skoro nie 
pofatygował się nawet, żeby wysłać mi jedną kartkę przez tyle 
tygodni,  to  ja  miałabym  za  nim usychać?  Nie  ma  mowy.  On 
świetnie  wie,  dlaczego  się  nie  odzywam.  Nie  chcę  wywierać 
na niego nacisku,

taką przyjęłam strategię. Natomiast on wcale nie musi jej 

stosować  w  stosunku  do  mnie.  Doprawdy,  zna  mój  numer 
telefonu i mógłby chyba zadzwonić choć raz...

background image

153

Wibrujący  dźwięk  telefonu  dobiegał  z  holu  i  Christie  o 

mało nie zeszyła razem swoich dwóch palców. Wyskoczyła z 
krzesła, przefrunęła nad śpiącymi kotami, odepchnęła na bok 
Lisę i rzuciła się jak lwica na aparat.

- Halo - wysapała.
-  Dzień  dobry,  Mary  Christine  -  pozdrowił  ją 

powściągliwy głos ojca. Z początku poczuła się zawiedziona, 
a potem obudziła się w niej czujność. Czyżby telefonował po 
to, by wypróbować na niej kolejny chwyt? Nie odzywał się od 
czasu, gdy wyjechała z Nowego Jorku i być może zdążył już 
uknuć następną intrygę, może wciąż nie dowierzał jej słowom.

-  Miło  cię  usłyszeć  -  powiedziała  ostrożnie,  obserwując 

Lisę,  która  dyskretnie  oddaliła  się  w  stronę  kuchni.  -  Jak  się 
czujesz?

- Dziękuję, świetnie. Co u ciebie?
-  Wszystko  dobrze,  dziękuję  -  wzięła  do  ust  kosmyk 

włosów i żuła go odruchowo.

- Mam nadzieję, że interes kwitnie. 
Westchnęła.
- Właściwie tak. Mamy teraz duży ruch, a koszty bieżące 

są wciąż dosyć niskie.

- To dobrze. Doskonale. Zresztą nie dziwi mnie to wcale, 

w interesach zawsze jesteś niezrównana - odchrząknął. - Mary 
Christine, dzwonię, żeby ci coś powiedzieć... Kocham cię.

Wypowiedział  to  zdanie  niezmiennym,  beznamiętnym 

tonem,  jakby  informował  ją  o  swoim  ostatnim  zakupie  na 
giełdzie,  ale  Christie  była  wstrząśnięta.  Nigdy,  przenigdy 
dotąd nie słyszała od niego tych słów.

- Tato... Ja też cię kocham - wykrztusiła w końcu.
-  No  tak,  cóż,  dobrze  więc,  Mary  Christine.  Zadzwonię 

znowu niedługo.

-  Zadzwoń,  proszę  cię.  Będzie  mi  bardzo  miło...  Do 

widzenia, tato - powoli odłożyła słuchawkę. Wyglądało na to, 

background image

154

że właśnie pojednała się z ojcem po wielu latach cichej wojny. 
To był wspaniały dar losu. Stała wpatrzona w telefon dłuższą 
chwilę,  rozkoszując  się  zupełnie  nowym  rodzajem  spokoju, 
jaki zapanował w jej duszy.

Potem spojrzała na zegarek i zorientowała się, że jest już 

dosyć  późno.  Dokończyła  w  pośpiechu  ostatniego  smoka  i 
włożyła  go  razem  z  innymi  do  ogromnego,  plastikowego 
worka.  Taszcząc  go,  wybiegła  z  domu  i  pospieszyła  w 
kierunku Main Street.

Kolorowe,  jasne  proporce  powiewały  na  wietrze  nad 

straganami  ustawionymi  wzdłuż  całej  ulicy.  Gęste  grupki 
przechodniów  dreptały  wokół,  próbując  klasyczne  angielskie 
piwo, które w rzeczywistości sporządzone było z jabłecznika, 
kebaby  udające  mięsiwo  z  rożna  i  niby-autentyczny 
czternastowieczny 

pudding 

sporządzony 

według 

starodawnego  przepisu  z  mleka  i  chleba,  dostarczony  przez 
miejscowy sklep z towarami kolonialnymi.

Nazajutrz  miał  się  odbyć  występ  dziecięcy,  a  dzisiaj 

Christie  sprawowała  opiekę  nad  strzelnicą.  Wszystkie  smoki 
ustawiła  w  efektownym  szeregu  tuż  pod  tarczą  strzelniczą,  a 
obok  zatknęła  tabliczkę  z  napisem:  Każdy,  kto  wyceluje  w 
bycze oko, wygrywa smoka! 50 centów - jeden strzał. Dochód 
z  zabawy  przeznaczony  na  budowę  nowego  muzeum  w  Red 
River.

Zasiadła  na  stołeczku  w  oczekiwaniu  na  chętnych.  Nie 

było  ich  jednak  wielu,  może  z  powodu  niezbyt  zachęcającej 
miny  Christie,  która  z  uporem  wpatrywała  się  posępnie  w 
ziemię, przeklinając w duchu dzień, w którym po raz pierwszy 
usłyszała o Gallagherze.

- Hej, piękna panienko, może ja bym spróbował - huknął 

donośny, męski głos tuż nad jej uchem. Christie zadarła głowę 
i  zobaczyła  przed  sobą barczystą  sylwetkę  kowboja,  w 
kapeluszu  zsuniętym  na  tył  głowy  i  odsłaniającym  rudawą 

background image

155

grzywkę.  Stał  z  kciukami  zatkniętymi  zawadiacko  za  szlufki 
dżinsów, i spoglądał na nią piwnymi oczami, w których czaił 
się figlarny błysk.

Christie  poczuła,  jak  serce  jej  łomocze  opętańczo,  lecz 

przemówiła tonem swobodnym i wręcz nonszalanckim.

- O, cześć Matt. Nie wiedziałam, że się tu wybierasz. 
Matt położył na ladzie dwie dwudziestopięciocentówki.
- Celuję w samo oko byka. Milcz i patrz.
Bez  słowa  podała  mu  łuk  i  strzałę  lekko  drążącą  dłonią. 

Matt z całym spokojem napiął cięciwę i wycelował strzałę w 
centrum tarczy. Paf. Gumowa końcówka strzały przyssała się
w samym środeczku byczego oka.

-  Niezły  strzał  -  powiedziała  Christie  i  wręczyła  mu 

smoka,  który  trochę  chwiał  się  z  trudem  utrzymując 
równowagę. Matt wydobył z kieszeni nowiutki jednodolarowy 
banknot.

-  No  to  jeszcze  dwa  razy  poproszę.  Szczęście  mi  dziś 

dopisuje.

Wygrał  dwa  kolejne  smoki,  z  których  jeden  uparcie  się 

przewracał.

- Zobacz, Matt...
-  No  to  jeszcze  trzy  razy.  Jestem  w  transie  -  sześć 

dwudziestopięciocentówek  zadzwoniło  o  ladę.  Za  pierwszym 
razem  chybił,  ale  już  po  chwili  stał  się  szczęśliwym 
posiadaczem  już  pięciu  sztruksowych  smoków.  Podniósł  do 
góry jednego z nich i pociągnął za ogon.

- Chyba zaczynam lubić te potworki - zauważył.
- Powinienem im stworzyć jakiś dom.
-  One  miały  już  swój  dom,  zanim  się  tu  pojawiłeś -

oznajmiła.

-  Czy  wciąż  jeszcze  ukrywasz  swoje  uczucia,  Mary 

Christine? - zapytał Matt ciepłym głosem.

background image

156

-  Idź  do  diabła,  Matt!  -  przycisnęła  ramiona  do  piersi, 

czując, że drży jak w febrze. - A w ogóle, co ty tutaj robisz? -
zapytała szorstko.

- Przywiozłem parę nowinek, którymi chciałbym się z tobą 

podzielić  -  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu,  co  sprawiło,  że 
wyglądał  łobuzersko  i  stanowczo  nazbyt  pociągająco.  -
Opublikowałem artykuł.

- Ojej, Matt... To wspaniale! - wykrzyknęła, pochylając się 

ku niemu nad ladą. - Wiedziałam, że tak się stanie, po prostu 
byłam tego pewna! Ty to przecież potrafisz...

-  Zaczekaj,  nie  przesadzaj  z  tym  entuzjazmem.  To  tylko 

dwustronicowy  kawałek  dla  mało  znanego  czasopisma 
ekonomicznego.  Napisałem  o  potrzebie  uściślenia  przepisów 
regulujących  zawieranie  transakcji  giełdowych.  Doprawdy, 
nie  jest  to  materiał  na  serial  telewizyjny,  przeczyta  to  może 
dziesięć osób.

- Ja to przeczytam - oświadczyła Christie żarliwie.
-  Och,  Matt...  -  Wyciągnęła  ku  niemu  ramiona  ponad 

przedzielającą  ich  ladą  straganu.  Matt  nie  zwlekając, 
przesadził  ladę  jednym  susem  i  mogła  teraz  przytulić  się  do 
niego,  oprzeć  policzek  o  gładki  materiał  kraciastej  koszuli  i 
wdychać jego sosnowy zapach.

- Powiedziałam ci już, że nigdy nie będę niczego na tobie 

wymuszać  -  mruczała  Christie.  -I  dotrzymam  słowa,  może  z 
tym jednym, jedynym wyjątkiem. Nie wypuszczaj mnie teraz 
z ramion...

Zaśmiał się cicho i uniósł w górę jej podbródek.
-  Ależ  Christie,  zaczęłaś  wywierać  na  mnie  presję  od 

chwili,  kiedy  przekroczyłem  próg  twoich  drzwi,  ja  to  sobie 
nawet chwalę. Czasami człowiek potrzebuje, by ktoś go lekko 
pchnął,  czy  też  raczej  dał  mu  solidnego  kopniaka,  wszystko 
jedno,  jak  na  to  spojrzymy.  Ty  miałaś  rację.  Bardzo 
potrzebowałem  jakiejś  odmiany  w  życiu.  W  gruncie  rzeczy 

background image

157

miałem już po dziurki w nosie giełdy, ale nie chciałem się do 
tego  przyznać  nawet  przed  samym  sobą,  nie  chciałem  uznać 
za  stracone  wszystkich  tych  lat.  Przekonałem  się  jednak,  że 
mogę  zmienić  kierunek  mojej  drogi,  nie  zbaczając  z  niej  tak 
zupełnie.  Giełda  zawsze  będzie  mnie  fascynować  i  zawsze 
będę  żył  jej  życiem.  Znalazłem  tylko  inny,  lepszy  sposób 
zajmowania  się  nią.  A  honorarium  za  napisanie  artykułu 
wystarczyło mi nawet na kupno jeszcze jednej wędki!

Przerwał swój wywód, by ją pocałować. Christie zmrużyła 

rozkosznie  powieki,  delektując  się  orzeźwiającym  smakiem 
pocałunku.  Już  nie  drżała,  czuła  za  to  błogą  słodycz, 
rozlewającą  się  w  jej  żyłach.  Pozostawała  tak  w  ramionach 
Matta do czasu, aż nad jej głową jakiś obcy głos zapytał:

- Hej, czy tu się sprzedaje całusy?
Matt uśmiechnął się do Christie i ciasno objął ją w talii.
- Ta dama już należy do mnie.
Młody  człowiek  odprawiony  z  kwitkiem  poszedł  swoją 

drogą.

- Nie bądź taki zaborczy - zaprotestowała Christie.
- Kiedy ja już nie mogę bez ciebie żyć, Christie. Kocham 

cię.

Fala  dziwnego  ciepła  zalała  ją  całą  i  jakieś  wewnętrzne 

światło zapłonęło w jej sercu.

- Już drugi raz dzisiaj słyszę te słowa, wiesz? 
Matt zmarszczył z troską brwi.
- Czy to znaczy, że mam rywala?
-  Wyobraź  sobie,  powiedział  mi  to  mój  ojciec  -

uśmiechnęła  się  promiennie.  -  Ja  też  cię  kocham,  Macie 
Gallagher. Już nigdy nie chcę się z tobą rozstawać! Red River 
przestało  być  moim  domem,  odkąd  zabrakło  tu  ciebie. 
Mogłabym chyba mieszkać na Saharze, bylebyś był ze mną... 

Gładził delikatnie jej twarz.

background image

158

-  Wyjdź  za  mnie,  Christie.  Natychmiast.  Spędzimy 

miesiąc miodowy w mojej nowej kopalni złota...

-  A  więc  to  ty  kupiłeś  Wielkiego  Shelbiego!  Sprzątnąłeś 

mi go sprzed nosa! - zakrzyknęła oburzona.

- Możemy to zaliczyć do wspólnego majątku.
- To  chyba  da  się  zrobić...  - zarzuciła mu ręce  na  szyję  i 

upajała  się  jego  bliskością,  obezwładniona  nagłym 
szczęściem.

-  Christie,  ta  moja  pisarska  kariera  -  to  zupełnie 

karkołomny pomysł. Czy zdajesz sobie z tego sprawę? To nie 
pójdzie łatwo, przekonasz się.

- Ale będzie z tego dużo radości, dopóki będziemy się tym 

cieszyć oboje - powiedziała Christie z przekonaniem. - Czuję 
to,  Matt.  Znajdziesz  w  domu  doskonałe  warunki  do  pracy. 
Powinniśmy też może zorganizować wkrótce objazd z cyklem 
odczytów,  im  szybciej  tym  lepiej.  Tak  wiele  masz  do 
powiedzenia  na  temat  giełdy.  Uważam,  że  mogłabym  się 
okazać zupełnie niezłym agentem. Co ty na to?

Matt parsknął śmiechem.
-  Widzę,  że  jak  zwykle  rozsadzają  cię  nowe  pomysły  i 

plany,  zupełnie  jak  twojego  tatę.  Muszę  się  mocno  postarać, 
żeby ci dotrzymać kroku.

-  Nie  przejmuj  się.  Nauczę  się  przy  tobie  odpoczywać. 

Może polubię wędkować - jej ucho przytulone do piersi Matta 
wysłuchało  eksplozji  śmiechu.  Ucałował  ją  w  nos  i  spojrzał 
serdecznie w oczy.

-  Christie,  wiem,  że  stać  cię  na  wiele.  Ale  czy  ty 

wytrzymasz  moje  częste  podróże  do  Nowego  Jorku.  Muszę 
bywać tam regularnie.

-  Będziesz  mnie  ze  sobą  zabierał.  Muszę  odrobić 

zaległości w kontaktach z ojcem. Właściwie nie mogę się tego 
doczekać.  Poza  tym  przypuszczam,  że  Christopher  Daniels 

background image

159

Trzeci  chętnie  będzie  oglądał  swoje  wnuczęta  tak  często,  jak 
to tylko będzie możliwe... 

Matt obdarzył pocałunkiem jej ucho.
-  Ale  jedna  prośba.  Upewnijmy  się,  że  nasze  dzieci  są 

odporne  na  morską  chorobę,  zanim  wejdziemy  z  nimi  na 
pokład jakiegokolwiek promu...

Christie splotła palce na jego karku.
- Muszę wyjść za ciebie jak najszybciej, zanim jakaś ładna 

kowbojka zagnie na ciebie parol. Kilka z nich właśnie ci się w 
tej chwili przygląda.

Matta  jednak  nie  interesowało  nic,  co  działo  się  poza 

strzelnicą. Objął Christie jeszcze mocniej.

-  Mary  Christine  Daniels  Gallagher...  Hmm,  to  brzmi 

zupełnie nieźle. Całkiem, całkiem nieźle...

Znów  ją  pocałował.  Żadne  słowa  nie  były  im  więcej 

potrzebne.  Nie  chcieli  już  dłużej  żyć  na  przekór  sobie  i  na 
przekór miłości.