background image
background image

„Siostry Księżyca” tom 6

Tłumaczenie z francuskiego: fort12

Jesteśmy siostry d'Artigo, agentki CIA Innego Świata.

Camille jest czarownicą a Delilah potrafi zmieniać się w kota.

A ja? Nazywam sie Menolly, pól-człowiek, pól-wróżka i krew z 
krwi wampir. 

Mam jeszcze niedokończone porachunki z tymi, którzy mnie 
przemienili.

Mówiąc o skopaniu paru tyłków, mam robotę: tajne 
stowarzyszenie służące Skrzydlatemu Cieniowi siejące chaos, 
które w dodatku wynajęło demona który ma ukraść duszę 
Delilah... i co wtedy będzie?

background image

Rozdział 1

Czy mogłabyś przynajmniej poczekać aż otworzę okno, zanim zaczniesz tym 
potrząsnąć? zawołała Iris spoglądając na mnie ze złością, gdy zdjąwszy z ziemi 
pleciony dywan zaczęłam trzepać nim o ścianę. Jest tu tyle pyłu, że ledwo mogę 
oddychać!

Z poczuciem winy rzuciłam go na podłogę. Jako że kurz mi nie przeszkadzał, 
czasami zapominałam iż inni musieli oddychać. 

—Przepraszam. Otwórz okno, wytrzepię go na zewnątrz.

Z rozdrażnieniem Iris otwarła je najszerzej jak się dało. Pomogłam jej. Pokój 
wypełnił powiew gorącego powietrza. Wraz z dźwiękami klaksonów, rozbrzmiała 
muzyka i śmiech miejscowego gangu dzieciaków zajętych paleniem trawki w alejce 
za Voyagerem. Powietrze wypełniała atmosfera lekkości, ekscytacji i niekończącej 
się zabawy.

Oparłam się o parapet i pomachałam do jednego z chłopaków który się na mnie gapił. 
Jego prawdziwe imię brzmiało Chester, ale on wolał by wołać na niego Chit.
W ostatnich tygodniach on i jego kumple stali się stałymi bywalcami okolic baru. 
Zbyt młodzi by wejść do środka, wałęsali się w pobliżu co jakiś czas dostając resztki 
z grilla. Naprawdę ich lubiłam. Nie wyglądali zbyt korzystnie ale nie stwarzali 
problemów. Nie byli bandytami ani ćpunami. W rzeczywistości trzymali na dystans 
mniej pożądanych typków czających się w zaułkach.

Chit pomachał do mnie.

—Hej Menolly! Jak leci kochanie?

Nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu. Mimo iż nie wyglądałam na to, byłam 
dużo starsza od niego. Rzecz jasna on o tym nie wiedział, jak większość mężczyzn 
których poznałam. Flirtowali z każdą kobietą poniżej czterdziestki, zwłaszcza jeśli ta 
była wróżką. Nie przeszkadzało im że byłam w połowie wróżką a w połowie 
wampirem. Traktowali mnie jak każdą inną dziewczynę w okolicy...

—Wiosenne porządki, odpowiedziałam machając mu ponownie, następnie  
odwróciłam się do Iris która zajęta była starym kufrem ukrytym w kącie pokoju.

Teraz gdy cały budynek i Voyager należały do mnie, postanowiłam posprzątać trochę 
pokoje nad barem pod kątem wynajęcia. Moje siostry i ja mogłybyśmy je umeblować 
i wynajmować podróżnym, mając z tego ekstra źródło dochodu.
Mimo że Trybunał i Korona wznowiły wypłaty, pieniądze i tak szybciej wypływały z 
naszego konta aniżeli tam wpływały.

background image

Zwłaszcza gdy zatrudniłyśmy Tima Winthropa przy pracy nad bazą danych 
społeczności nadprzyrodzonej.

Na pierwszym piętrze Voyagera znajdowało się dziesięć pokoi, w tym dwie łazienki. 
Wyglądały jakby nie były używane od lat. Wszystko pokrywały stosy śmieci i gruba 
warstwa kurzu. Z pomocą Iris skończyłam sprzątać jeden z pokoi ale zajęło nam to 
dwa dni. W szczególności czasochłonne było sortowanie i pozbywanie się wszystkich 
zalegających pudeł, wypełnionych starymi gazetami i ubraniami.

Przeciągnąwszy się, pokręciłam głową.

—Co za bałagan!

Pokój najwyraźniej służył jako magazyn. Z pewnością to pomysł Jocko, który nie był 
najlepiej zorganizowanym właścicielem Voyagera. Niestety spotkał go okrutny los z 
rąk Luc'a le Terrible, demona z Podziemnego Królestwa. Gdy jeszcze żył, Jocko 
mieszkał w służbowym mieszkaniu należącym do OIA. Byłam prawie pewna że 
nigdy tutaj nie spał. Po wszystkim nie znaleźliśmy żadnych jego ubrań. Przynajmniej 
jeszcze nie. W każdym razie wyglądało na to, że pomieszkiwała tu przez jakiś czas 
kobieta ze świata wróżek, ponieważ pozostało wiele jej rzeczy. Ponadto rozpoznałam 
tkaniny poszczególnych tunik. Na pewno nie zostały wykonane na Ziemi.

Iris zachichotała. 

—Nie ma na to innego słowa, to prawda. A teraz jeśli łaska, rusz swój albinoski tyłek 
i  pomóż mi przenieść ten kufer! Z rękami na biodrach, wskazała na drewnianą 
skrzynię. Odkopała ją spod stosu gazet. Otrząsając się z zamyślenia, podniosłam ją 
bez wysiłku i ustawiłam na środku pomieszczenia. 

Bycie wampirem miało swoje zalety, posiadałam nadludzką siłę. Nie byłam dużo 
wyższa od Iris, nie miałam nawet metra sześćdziesiąt, ale i tak byłam wyższa od niej 
o dobre trzydzieści centymetrów.

Mimo to udawało mi się podnieść stwora pięć razy cięższego ode mnie.

—Gdzie do diabła ukrywają się twoje siostry? Czy nie powinny nam pomóc?

Talon-haltija, fiński duch, usunęła pajęczynę z czoła pozostawiając tam szarą smugę. 
Swoje długie złote włosy związała w koński ogon robiąc z niego kok, tak aby jej nie 
przeszkadzały. Miała na sobie dżinsowe szorty i czerwono- białą koszulę w kratkę 
związaną poniżej klatki piersiowej. Całości stylu „wiejska dziewczyna” dopełniała 
para niebieskich tenisówek.

—Pomagają nam na swój własny sposób, odparłam uśmiechając się. Camille poszła 
dokupić środki czyszczące oraz nasz posiłek.

background image

A Delilah ma nam załatwić jakąś furgonetkę, abyśmy mogły wywalić te śmieci.

Tego wieczoru powierzyłam pieczę nad barem Chrysandrze. Wiedziała gdzie w razie 
czego mnie znaleźć, była moją najlepszą kelnerką. Ponadto za barem stał Luke.
W razie kłopotów potrafił poradzić sobie z każdym robactwem. I jak zwykle Tavah 
strzegła portalu w piwnicy. 

—Na swój sposób, dobre sobie! wymamrotała Iris uśmiechając się pod nosem (nie 
ma wątpliwości - miała zdrowe zęby). Zobaczmy co jest w tym starym kufrze. Z 
naszym szczęściem znajdziemy w nim martwe szczury! 

—Jeśli tak, to nie mów Delilah. Chciałaby pobawić się nimi! uklękłam w jej pobliżu 
przyjrzawszy się zamkowi. 

—Wygląda na to, że będziemy potrzebowały wytrycha jeśli nie chcesz żebym  
skasowała zamek.

—Nie ma takiej potrzeby, odparła Iris zręcznie wyjmując z włosów spinkę i 
wsunąwszy ją w otwór zaczęła mruczeć zaklęcie. Kilka sekund później zamek był 
otwarty. Kiedy spojrzałam na nią przerażonym wzrokiem, ta jedynie wzruszyła 
ramionami. Co? Mogę otwierać proste zamki, to wszystko. Życie jest łatwiejsze, gdy 
nie obawiasz się że skończysz zamknięta za kratkami.

—Całkowicie się z tobą zgadzam, odparłam podnosząc pokrywę. 

Drewno zaskrzypiało cicho a w powietrzu uniósł się lekki zapach cedru. Nie 
potrzebowałam oddychać, ale wciąż potrafiłam poczuć zapach, przynajmniej kiedy 
tak postanowiłam, w innych okolicznościach przytłaczał mnie on. Zapach tytoniu, 
kadzideł i kurzu, jaki można było napotkać w starej bibliotece wypełnionej książkami 
w skórzanych okładkach i dębowymi meblami sprawił, że pomyślałam o naszym 
rodzinnym domu.

Iris zajrzała do środka. 

—Co my tu mamy!

Przyszła kolej bym i ja zajrzała do wnętrza kufra. Żadnego martwego szczura, 
szlachetnych kamieni czy biżuterii. Zamiast tego były tam ubrania, kilka książek i 
coś co wyglądało jak pozytywka. Powoli ją wyjęłam. Zawinięta była w jedną z 
sukienek. Z całą pewnością  pochodziła ze świata wróżek.

—Arnikcah, mruknęłam przyglądając się jej bliżej. Pochodzi z Krainy Wróżek. 

—Domyśliłam się, odparła Iris pochylając się nade mną. 

background image

Drewno arnikcah  było twarde, ciemne, z naturalnym połyskiem. Lśniło gdy się je 
polerowało. Łatwe do rozpoznania ze względu na swój bordowy kolor, coś pomiędzy 
mahoniem a czereśnią.

Szkatułka była zamknięta srebrnym zawiasem. Używając długopisu delikatnie 
uniosłam wieko inkrustowane błyszczącym kaboszonem perydotytu. W powietrzu 
rozbrzmiały dźwięki muzyki. Nie była to fletnia pana ale srebrny flet, który 
przypomniał pieśni leśnych ptaków zapowiadające nadejście zmierzchu.

Iris zamknęła oczy wsłuchując się w melodię. Gdy ta umilkła, przygryzła wargę.

—Jest przepiękna!

—Tak (zajrzałam do środka). Moja matka miała podobną. Ojciec jej podarował. Nie 
wiem co się z nią stało. Camille na pewno ją pamięta. Melodia jest dobrze znana w 
świecie wróżek, to kołysanka. Wnętrze szkatułki wyłożone było przeozdobnym 
aksamitem który widywałam na spódnicach niektórych kobiet Trybunału. Tkanina 
miała kolor śliwki i przesiąknięta była zapachem drewna arnikcah. Dotykając 
kamienia czubkami palców zadrżałam, czując jak zalewa mnie uczucie intensywnego 
smutku. Melodia ponownie zaczęła grać. Zamknęłam oczy, przenosząc się  z 
powrotem do przeszłości, w letnie noce z mojej młodości, gdy tańczyłam na łące 
podczas gdy Camille recytowała swoje zaklęcia księżycowi, a Delilah w swojej 
kociej formie polowała na motyle. Wszystko to wydawało się tak odlegle...

Iris zajrzała do szkatułki. 

—Patrz, tam jest medalion.

Delikatnie położywszy szkatułkę na ziemi, chwyciłam medalion w kształcie serca. 
Był srebrny, ozdobiony rycinami róż i winorośli. Otwarłszy go, ujrzałam zdjęcie i 
kosmyk włosów. Zdjęcie zostało zrobione na Ziemi ale przedstawiało elfa, 
mężczyznę. Kosmyk włosów był bardzo jasny, prawie platynowy, ale wydawał się 
naturalny.  Podałam go Iris. Ta ścisnąwszy go w dłoni intensywnie się 
skoncentrowała zmrużywszy oczy. 

—Co za piękny wisiorek! Zastanawiam się do kogo należy? 

—Nie mam pojęcia, odpowiedziałam. Co tam jeszcze jest? 

Iris wyjęła książki i stos ubrań. Książki były z pewnością tutejsze: przewodnik dla 
istot żyjących na Ziemi i język angielski dla elfów. Ubrania należały do kobiety: 
tunika, kilka par legginsów, pasek, kurtka i biustonosz. Bielizna jaką miałam w 
swoich rękach świadczyła o tym, że ich właścicielka miała bardzo małe piersi. I że 
wykonana była przez elfy.

background image

Pod stosem  ubrań, na dnie, ukryty był pamiętnik. Otworzyłam go na pierwszej 
stronie. Było tam imię „Sabele” napisane ręcznie. Imię napisane było po angielsku 
ale cała reszta była w bardzo rzadkim języku cryptos „Melosealfôr”. Rozpoznawałam 
go ale sama nie potrafiłam go odczytać. To była specjalność Camille.

—Wygląda na pamiętnik, powiedziała przerzucając kilka stron.

—Zastanawiam się... wstała rozglądając się po pokoju. Hej! Tutaj jest łóżko! I szafa 
w rogu! Założysz się że to był pokój właścicielki wisiorka i pamiętnika? 

Spojrzałam na stos starych czasopism, gazet i pożółkłych kartonów. 

—Wpierw uprzątnijmy ten bałagan przenosząc tymczasowo wszystko do pokoju 
obok. Chcę po prostu zobaczyć co jest pod spodem. 

Chowając wszystko z powrotem do kufra, usłyszałyśmy śmiech rozchodzący się 
echem od schodów, a kilka sekund później w progu ukazała się moja siostra Camille, 
w asyście swoich dwóch mężczyzn.

—Pizza! wykrzyknęła wchodząc i ostrożnie przestępując przez zwinięty dywan. Jak 
zwykle jej strój nie mógł przejść niezauważony: czarna aksamitna spódnica, gorset 
koloru śliwki i szpilki. 

Tuż za nią szedł Morio, niosąc pięć pudełek pizzy, a za nim Flam górujący nad 
wszystkimi i rozglądający się wokoło z zaskoczeniem, nie do końca zadowolony z 
bycia tutaj. 

Iris wstała, wycierając ręce o szorty.

—Jestem tak głodna że mogłabym zjeść konia z kopytami! 

—Bądź cicho, inaczej Flam weźmie to na poważne, powiedziała Camille posyłając 
smokowi figlarne spojrzenie.

W postaci wysokiego mężczyzny o srebrnych włosach, Flam był w rzeczywistości 
biało srebrnym smokiem. Pożerał konie, krowy i kozy. Zwykł też żartować o jedzeniu 
ludzi, ale żadne z nas nie brało tego poważnie. Jednakże sama czułam że można by 
mu przypisać kilka niewyjaśnionych zaginięć...

Flam był smokiem, który mógł przybrać ludzką postać. Był także mężem mojej 
siostry, przynajmniej jednym z nich.

Drugim był Morio Yokai Kitsune, inaczej japoński demon lis. Chociaż nie był tak 
wysoki jak Flam, był bez wątpienia bardzo przystojny, z włosami związanymi w 
koński ogon, finezyjną bródką i wąsami.

background image

Camille miała również trzeciego kochanka, Svartåna, który zaginął jakiś czas temu a 
o którego bardzo się martwiła. 

—Nie zaczynaj znowu o moich nawykach żywieniowych, kobieto! powiedział Flam 
klepiąc ją delikatnie po ramieniu. 

Jestem pewna że gdyby powiedziałby to ktokolwiek inny niż Camille, dostałby bilet 
w jedną stronę do królestwa węgla. Mówi się, że miłość jest ślepa ale w przypadku 
Flama przyczyniła się ona do rozwoju u niego nadludzkiej cierpliwości...

Widząc pizzę zmarszczyłam brwi. Oddałabym wszystko aby być w stanie ją zjeść. 
By w ogóle móc jeść. By przeżyć potrzebowałam krwi, aczkolwiek ta nie była 
najsmaczniejsza i nie należała do moich ulubionych. Zawsze słona, bez żadnych 
cukrów.

Nagle Morio podał mi termos. Jego oczy miały szczególny blask.

—Nie jestem spragniona, odparłam. Butelkowana krew nie była dokładnie tym co 
lubiłam. Smakiem przypominała trochę bezalkoholowe piwo. Czułam się po niej syta 
ale nie można było nazwać tego ucztą smaków. Więc gdy nie byłam naprawdę 
głodna, nie tykałam jej. 

—Wypij, nalegał. 

Przechyliłam głowę na bok.

—Co ci znowu chodzi po głowie?

Nie każąc dłużej się prosić, otworzyłam termos. Ale krew wcale nie pachniała jak 
krew... ale jak... ananas? Z wahaniem, ostrożnie upiłam łyk... wszystko poza krwią 
sprawiało że dostawałam strasznych skurczów żołądka.

Jednak, ku mojemu zdziwieniu i radości, jeśli rzeczywiście do gardła spływała mi 
krew, to smakowała jak mleczko kokosowe wymieszane z ananasem. Spojrzałam na 
termos, by następnie skupić całą swoją uwagę na Morio.

—To niemożliwe! Udało ci się!

—Można tak powiedzieć, odpowiedział uśmiechnięty. Wreszcie znalazłem 
odpowiednie zaklęcie. Więc pomyślałem, że pina colada byłaby dobra na początek. 

Od jakiegoś czasu Morio poszukiwał sposobu by nadać mojej żywności smak, 
którego mi brakowało gdy piłam krew. 

background image

—Cóż, to działa! zaśmiałam się przysiadłszy na parapecie i podciągnąwszy kolano 
do piersi. Z każdym łykiem, moje kubki smakowe odtańcowywały taniec radości. 
Nagle zdałam sobie sprawę, że upłynęło więcej niż dwanaście lat od czasu gdy po raz 
ostatni smakowałam coś poza krwią.

—Jestem tak szczęśliwa, że mogłabym cię wycałować! 

—Śmiało, rzuciła Camille mrugnąwszy do mnie. On jest w tym naprawdę dobry.

Chichocząc odstawiłam termos, wycierając ostrożnie usta. Wolałam unikać 
przechadzania się ze śladami krwi na twarzy, niczym spragniony potwór. 

—Z całym szacunkiem dla twojego drogiego męża myślę, że pozwolę ci zrobić to 
samej. On nie jest naprawdę w moim typie, zauważyłam czyniąc ukłon w stronę 
Morio. Nie zrozum mnie źle.

—Nie ma sprawy, odparł z uśmiechem. Następnym razem spróbuję z zupą. Jaka jest 
twoja ulubiona?

—Niech pomyślę... z mięsem i z warzywami? Byłoby wspaniale. Szczęśliwsza niż 
kiedykolwiek, rozejrzałam się po pokoju. Podczas gdy wy będziecie jeść pizzę, ja 
zajmę się usuwaniem niektórych śmieci. Iris i ja znalazłyśmy coś ciekawego. Nie 
wyrzucajcie niczego, co mogłoby wyglądać na wyposażenie sypialni elfa lub mogło  
do niego należeć. 

Zapakowałam stare czasopisma w karton, a następnie wyniosłam je do pokoju po 
drugiej stronie korytarza. Flam i Morio nie zainteresowani pizzą, przyszli mi pomóc, 
a Iris i Camille usiadły na ławce i zaatakowały hawajską pizzę. 

Podczas gdy my pracowaliśmy, Camille w przerwach między jedzeniem od czasu do 
czasu opowiadała mi o tym, co mnie ominęło w ciągu dnia. Zbliżało się przesilenie 
letnie a mój czas po przebudzeniu został drastycznie  skrócony. Teraz spałam osiem 
godzin na dobę między wschodem a zachodem słońca. Z niecierpliwością 
oczekiwałam okresu jesienno zimowego. Miałam już serdecznie dość chodzenia spać 
przed piątą trzydzieści rano!

—W końcu otrzymaliśmy zaproszenie na ślub Jason'a i Tim'a. Odbędzie się on w 
nocy; w ten sposób Erin będzie mogła być obecna. Wzięła kolejny kawałek i 
trzymała go przez chwilę, pozwalając by ciągnąca się mozzarella spłynęła jej do ust. 

—Cieszę się że biorą ślub. Tworzą miłą parę.

Tim zyskał mój szacunek po tym, jak przemieniwszy Erin w wampira musiałam 
zwrócić się do niego o pomoc. Przysięgłam że nigdy nikogo nie przemienię ale nie 
mogłam pozwolić jej umrzeć. Ponadto to Erin podjęła tę decyzję. 

background image

W ten właśnie sposób Erin, która wyglądała na starszą ode mnie, stała się moją 
córką... Tim nadal był jej najlepszym przyjacielem - był przy niej gdy najbardziej go 
potrzebowała. Od tego czasu, z każdym dniem mój szacunek dla niego rósł. 

—Przy okazji, wtrąciłam, Erin sprzedaje swój butik. Nie może tam pracować w ciągu 
dnia, więc on go przejmuje. Po ukończeniu studiów planuje otworzyć firmę 
konsultingową. 

—Wiem, mówił mi o tym, odparła. Będę smutna nie mogąc więcej zobaczyć 
ponownie Cleo Blanco, mimo iż nigdy nie sądziłam by był przekonujący jako 
kobieta. O wiele lepiej wygląda jako mężczyzna. Mimo że udawanie Marilyn Monroe 
wyszło mu naprawdę całkiem nieźle (oblizała usta). Ach! Prawie bym zapomniała! 
Kiedy wychodziłam, dzwonił Wade. Powiedział że musi z tobą porozmawiać. 
Powiedziałam mu aby wpadł do baru. Powinien niedługo być. 

Cholera! Nie miałam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. Ostatnimi czasy się nie 
dogadywaliśmy. Nie wiem czy to wina upałów czy przedawkowania snu ale faktem 
pozostawało, iż skakaliśmy sobie do gardeł o byle co, i nic nie zapowiadało poprawy.

—Wspaniale, mruknęłam. Flam, pomożesz mi wynieść ten dywan? Mogę go 
podnieść, ale jest zbyt długi i nie udaje mi się go samej przenieść. 

Flam natychmiast chwycił jeden koniec perskiego dywanu i położył go sobie na 
ramieniu. Zrobiłam to samo z drugim końcem. Wynieśliśmy go na korytarz i 
rzuciliśmy na rosnącą górę śmieci do wywiezienia.  

—Gdzie jest Delilah? Musimy pozbyć się tego wszystkiego zanim wszystko się 
zapali. Jedna iskra, i to miejsce pójdzie z dymem! kopnęłam w dywan który drgnął. 

—Cierpliwości, cierpliwości, szepnął Flam. Pozwól mi rzucić zaklęcie mrozu. Gdy 
wszystko pokryje się warstwą szronu, trudniej będzie mu się zapalić.

—Tak, ale za to wszystko stanie się pożywką dla pleśni... śmiało zrób to, 
przynajmniej nie będę musiała się martwić pożarem.

Godzinę później uprzątnęliśmy wszystko co niepotrzebne. Ustawiliśmy łóżko, szafę, 
kufer, biurko, regał na książki i bujany fotel. Wszystko wskazywało na to, że pokój 
ten zamieszkiwał elf.

—Kto tu mieszkał? spytała Camille, dojadając resztki drugiej pizzy.

Po chwili dołączyli do nas Flam z Morio. Pozostałe trzy pizze wkrótce przejdą do 
historii...

Wzruszyłam ramionami.

background image

—Nie mam pojęcia. OIA nigdy mnie nie informowała kto zajmował się Voyagerem 
przed Jocko.

Iris usiadła w bujanym fotelu, pocierając dłonią o błyszczący podłokietnik.

—Czy myślisz że OIA mogłaby nam to powiedzieć?

Camille pokręciła głową.

—Nie, odparła Camille kręcąc głową. Mimo iż organizacja wznowiła swoją 
działalność, większość danych została zniszczona podczas wojny domowej. 

Musiałam się z nią zgodzić. 

—To prawda. Wszyscy byli pracownicy zostali aresztowani lub zwolnieni w 
zależności od stopnia lojalności wobec Lethesanar. Z wyjątkiem, o dziwo, szefa OIA. 
Ojciec ostrzegał nas, że ten był podwójnym agentem, ale w tamtym czasie trudno 
było mi w to uwierzyć.

—A Jocko nie żyje i nie może nam pomóc, wtrąciła Camille. 

—A kelnerki? Czy któraś z nich może coś wiedzieć? 

—Wątpię, ale to daje mi pewien pomysł (wstałam i i ruszyłam do drzwi). 
Poczekajcie, zaraz wracam. W międzyczasie rozejrzyjcie się po szafie, biurku i 
spróbujcie znaleźć jakieś wskazówki. Ach! I sprawdźcie również pod materacem.

Zbiegłam na dół po schodach. Chrysandra i Luke rozpoczęli pracę już po śmierci 
Jocko. Oprócz nich była jeszcze jedna osoba, która go pamiętała: Peder, dzienny 
bramkarz. Przejrzawszy notes z telefonami który trzymaliśmy w barze, chwyciłam 
słuchawkę i szybko wykręciłam numer.

Peder był olbrzymem jak Jocko, tyle że w przeciwieństwie do niego był w swojej 
rodzinie czarną owcą. Jak na swój gatunek był średniej masy ciała i rozmiaru.  
Odebrał po trzecim dzwonku.

—Tak?

Jego angielski był dość ograniczony, a akcent okropny. Na szczęście znałam Calouk, 
wspólny dialekt używany przez bardziej nieokrzesane i brutalne gatunki 
zamieszkujące Krainę Wróżek.

—Peder, tu Menolly, powiedziałam tłumacząc swoje słowa na język Calouk. 
Wiem że pracowałeś dla Jocko. Czy pamiętasz przypadkiem osobę która zajmowała 
się barem przed nim? Czy była to może kobieta elf? Powinna się nazywać...

background image

—Sabélé, skończył za mnie. Tak, Sabélé zajmowała się barem przed Jocko. Ale 
wróciła do Krainy Wróżek. Pewnego dnia po prostu zniknęła.

Zniknęła? Wydawało mi się to dziwne, biorąc pod uwagę medalion i pamiętnik...

—Co masz na myśli mówiąc że zniknęła? 

—Zrezygnowała. To ja byłem tym który powiedział o tym Jocko.

Coś było nie tak. Byłam niemal pewna, że Peder by mnie nie okłamał ale to nie 
oznaczało że powiedział prawdę. Ponadto giganci nie słynęli z inteligencji, a Peder 
nie wydawał się najmądrzejszym ze swojego rodzaju.

—Jesteś pewien? Porządkując jeden z pokoi nad barem znalazłam kilka jej 
osobistych rzeczy. Wątpię aby pozostawiła je tak odchodząc.  

—To... to co Jocko mi powiedział. Powiedział... powiedział, że OIA poinformowała 
go, że Sabélé opuściła swoje stanowisko. Była bardzo miła. Lubiłem ją... nigdy się ze 
mnie nie śmiała. 

Jego głos powiedział mi, że Peder - podobnie jak Jocko - był wrażliwy na tym 
punkcie. Giganci byli zaskakująco wrażliwi, nie tak jak trolle i ogry. Widać bycie 
głupcem nie miało tutaj znaczenia.

—Czy wiesz może czy miała ona jakiś znajomych w okolicy? Może chłopaka? Lub 
brata? spytałam mając w pamięci zdjęcie elfa w jej wisiorku.

—Chłopaka? Tak, miała chłopaka. Często wpadał do baru. Myślałem że wrócili do 
Krainy Wróżek aby się pobrać. Niech pomyślę... (po chwili Peder westchnął). 
Wszystko co pamiętam to to, że na imię miał Harish a na nazwisko... Olahava. 
Pomoże ci to jakoś?

—Tak, odrzekłam notując wszystko, bardziej niż myślisz. Peder, dziękuję. Wykonałeś 
dobrą robotę.

Komplementy zawsze sprawiały przyjemność, nawet olbrzymom. 

—Dziękuję szefie! wykrzyknął radosnym tonem.

Gdy odkładałam słuchawkę, drzwi otworzyły się i wszedł Wade. Jego włosy 
wydawały się być bielsze niż zwykle. Zdjął okulary za którymi zawsze się skrywał. 
Miał na sobie spodnie pvc i biały t-shirt.

Całości dopełniał czarny, błyszczący, skórzany ozdobny pas na biodrach. 
Zachodziłam w głowę skąd on to wytrzasnął??

background image

Zamrugałam. Od kiedy to Wade ubierał się jak punk? 

Przed zamianą  w wampira, Wade Stevens był psychiatrą. Obecnie stał na czele 
stowarzyszenia Anonimowych Wampirów, grupy wsparcia dla nowych nieumarłych.

Stał się moim pierwszym wampirzym przyjacielem (moja siostra Camille nalegała 
bym dołączyła do grupy wsparcia). Jednak ostatnio Wade stał się oschły i drażliwy, a 
ja nie miałam zamiaru marnować energii na dochodzenie dlaczego?

Miałam wystarczająco dużo innych problemów, bez dodawania do listy kapryśnego 
wampira. W każdym razie nie byłam typem pocieszycielki. Wystarczy że robiła to 
jego matka, również wampir.

W rzeczywistości jego matka była jednym z głównych powodów, dla których 
przestałam się z nim umawiać. Była znakomitym antidotum na jakikolwiek pociąg 
który mogłam odczuwać w stosunku do Wade'a.

Oparł się o bar.

—Musimy porozmawiać.

—Jestem zajęta, odparowałam (unikanie konfrontacji nie leżało w mojej naturze ale 
nie chciałam by popsuł mi dobry nastrój). Czy to nie może poczekać?

—Nie, musimy porozmawiać teraz, odparł z czerwonymi oczami.

Był dziś drażliwy i nad wyraz niecierpliwy.

—OK, chodźmy na zaplecze. Nie chcę by klienci nas słyszeli. 

Poprowadziłam go do mojego gabinetu i zamknęłam za nami drzwi.

—Dobrze. Co jest tak cholernie ważne, że nie może poczekać kilka godzin? Lub dni?

Czekałam, ale on milczał. Rozdrażniona zrobiłam krok jakbym chciała wrócić do 
baru. 

Zablokował mi drogę ramieniem.

—OK, nie wiem jak ci to powiedzieć, więc powiem to wprost. Wiele myślałem przez 
ostatnie kilka tygodni i nie znalazłem lepszego sposobu jak ci to powiedzieć. Muszę 
się od ciebie oddalić, inaczej zrujnujesz moje szanse na stanie się regentem północno-
zachodniego imperium wampirów.

background image

Patrzyłam na niego, nie mogąc uwierzyć w to co słyszę. Nie wierzyłam własnym 
uszom!

—Żartujesz??!

—Nie, odparł. Proszę cie abyś po cichu wycofała sie z organizacji Anonimowych 
Wampirów. Nie przychodź więcej na spotkania i nie kontaktuj się ze mną publicznie. 
Nasza komunikacja musi pozostać poufna... Stałaś się ciężarem Menolly. Dla mnie i 
dla grupy...

background image

Rozdział 2

Spojrzałam na niego uważnie. Ciężarem? Co chciał przez to powiedzieć?

—Mam nadzieję że żartujesz! Co się stało z naszymi planami?! Wiesz, tymi w 
których miałam być twoim zastępcą jeśli wygrasz? I całe to gadanie o stworzeniu 
tajnej policji wampirycznej, mającej za zadanie tropienie wampirów wyjętych spod 
prawa? Wszystkie te plany mają teraz nagle pójść z dymem?!

Wade unikał mojego wzroku.

—Wiem, wiem. Ale musimy zmierzyć się z rzeczywistością. Twoja obecność   
podzieliła grupę. Połowa jej członków chce cię zabić, a druga wielbi niczym boginię. 
W społeczności wampirzej twoje imię stało się synonimem kłopotów. Menolly, przez 
ciebie tracę zbyt wiele głosów... nie mogę sobie na to pozwolić, powiedział głosem o 
oktawę wyższym niż zwykle, uderzając pięścią w ścianę obok mnie. 

—Jeśli nie wygram tych wyborów, to Terrance zostanie regentem. A wszystko to o co 
do tej pory walczyliśmy, przepadnie.

Patrzyłam na niego długo, zastanawiając się gdzie do tej pory podziewał się ten 
paskudny aspekt jego osobowości?. Zazwyczaj Wade był naturalnie sympatyczny i 
opanowany. Co się stało? W głębi serca znałam już odpowiedź.

Odkąd wampiry na ziemi zaczęły wychodzić z ukrycia, przegrupowywały się 
wybierając swoich przywódców. Stanowisko regenta zostało utworzone dopiero co. I 
Wade pragnął go bardziej niż czegokolwiek innego.

—OK, odparłam otwierając drzwi tak mocno, że jeden z zawiasów pękł. Więc 
odejdź! Nie będę więcej przeszkadzać ani tobie ani twojej cholernej grupie! Jeśli o 
mnie chodzi, możesz iść do diabła! I nie zapomnij zabrać ze sobą swojej mamusi!

Wyraz zaskoczenia na jego twarzy był bezcenny i sprawił mi nieukrytą satysfakcję. 
Miałam nadzieję, że sprawiłam mu tym ból. Nikt nie będzie mnie wykorzystywać 
aby następnie pozbyć się mnie gdy stanę się niewygodna! Im wcześniej zda sobie z 
tego sprawę, tym lepiej. 

—Menolly nie bądź taka, powiedział cicho.

—Nie bądź jaka?! Wyrzucasz mnie ze swojej grupy, mówisz że nie chcesz być ze 
mną widziany! I oczekujesz jeszcze że się uśmiechnę i ci za to podziękuję??! Obudź 
się! wskazując palcem na drzwi dodałam: Powiedziałam: wynoś się!

background image

—Wiedziałem że będziesz zła, odparł wkurzony. Ale postaraj się zrozumieć! To jest 
moja szansa aby coś zmienić i zdobyć cenne punkty. To prawda że miałaś zostać 
moją prawą ręką, rozmawialiśmy o tym, ale to było przed tym nim zdecydowałaś się 
wbić kołek w serce Dredge'a ! Kiedy go zabiłaś, społeczność wampirów doznała 
szoku po którym jeszcze się nie podniosła.

Zdegustowana zmrużyłam oczy.

—Idiota! Dredge był potworem! Prawdopodobnie zniszczyłby możliwość życia 
pośród ludzi dla wszystkich wampirów. To co zrobiłam, było trudniejsze niż 
cokolwiek innego, co kiedykolwiek musiałam zrobić. Doskonale wiesz przez co 
musiałam przejść. Czy rozumiesz ból jaki odczuwam wracając pamięcią do tortur, 
gwałtu i morderstwa, w celu zerwania więzi która wiązała mnie z moim Panem. 

—Tak, wiem…

—Nic nie wiesz! przerwałam mu tak zła, że odepchnęłam go nie mogąc znieść jego 
obecności tak blisko mnie. Gdybyś chociaż sam przeżył choćby szczyptę z tego co ja, 
wtedy mógłbyś mi spojrzeć w oczy i powiedzieć że to co zrobiłam, było 
nieuzasadnione. Ale nie możesz, prawda? Skończyłbyś czołgając się na brzuchu, ssąc 
jego fiuta i błagając by cię oszczędził. Modląc się by tortury się skończyły.

Nie obchodziło mnie czy ktoś mnie teraz słyszał. Jeśli chodziło o Dredge'a, nie 
miałam nic do ukrycia. W stosunku do nikogo.

Jego oczy rozbłysły na czerwono. Pochylił się do przodu aby spojrzeć mi w oczy. 
Jego długie rzęsy odbijały się cieniem na jego bladej skórze.

—Przestań, doskonale wiem przez co przeszłaś! Wiem że musiałaś go zabić. Ale 
pomyśl przez chwilę. Jeśli przegram, Terrance wygra, będzie kolejnym Dredge'm. 
Oboje wiemy, że jest to wysoce prawdopodobne. On ma nadzieję na przywrócenie 
społeczności wampirów jej przerażającego i mistycznego obrazu.

Właściciel Fangtabula, Terrance, był wampirem z XIX wieku i pochodził ze starej 
szkoły. Arogancki i nieprzyjemny, nie miał żadnych skrupułów z opróżniania 
człowieka do ostatniej kropli krwi i odrzucania go jak niepotrzebnego śmiecia. Ale w 
porównaniu z Dredge'm to był mały pikuś.

—Co za bzdury!

Unikałam jego wzroku. Nawet jeśli nie przyznawałam się do tego, to wiedziałam że 
miał rację. Stałam się przedmiotem kontrowersji i podziałów w społeczności 
wampirów. Pozostanę ciężarem dla jego kampanii, chyba że zdecyduje się walczyć u 
mego boku. A mógłby to zrobić, gdyby chciał... Ale Wade nie lubił być tym złym. 

background image

Chciał wygrać poprzez swój urok, nie przez zdolności przywódcze.

Czułam jak do oczu napływają mi krwawe łzy, starałam się je powstrzymać. Nie 
ujrzy mnie płaczącej. 

—Niech cię szlag trafi! Tyle dałam z siebie! Po to tylko by zostać wyrzuconą, to 
prawdziwy policzek…

—Menolly...

—Nie zaczynaj! Jeśli miałbyś jaja, Terrance nie uzyskałaby takiego poparcia jakie ma 
dzisiaj. Uciekasz przez konfrontacją i próbujesz wszystkich zadowolić, ale doskonale 
wiesz że jest to niemożliwe. Gdybyś się go pozbył na początku, gdy ten zaczął 
stwarzać problemy, nie byłoby tej rozmowy!

Wade złapał mnie za ramiona. Chwyciłam go za nadgarstek ściskając tak mocno, aż 
poczułam przemieszczające się kości. 

—Łapy precz, jeśli nie chcesz przelecieć na drugą stronę pokoju!!

Pod wpływem chwili, poczułam jak moje kły się wydłużają. Natychmiast mnie 
puścił. Odepchnęłam go by zrozumiał że nie żartuję. Podnosząc się, nie spuszczał ze 
mnie wzroku. 

—Wykonałaś świetną robotę dla anonimowych wampirów, to prawda, ale nie 
zapominaj że grupa jest moim dzieckiem. Założyłem ją i uczyniłem z niej to czym 
jest teraz. Inne osoby dały z siebie tyle samo co ty, jeśli nie więcej. Na przykład 
Sassy Branson. Cóż, czy możemy teraz wznowić naszą rozmowę? 

Pochylił się, jego usta były zaledwie kilka centymetrów od moich. 

—Nie rób mi tu czerwonych oczu, rzuciłam mu w twarz. 

Nie spuszczał ze mnie wzroku. 
—Myślałem, że wolisz mężczyzn którzy biorą sprawy w swoje ręce. W końcu 
spędzasz ostatnio dużo czasu z tym inkubem który nadal oddycha, nieważne czy jest 
dzieckiem demona czy nie.

To rzekłszy Wade pocałował mnie, przyciskając gwałtownie do drzwi. Bez 
zastanowienia wymierzyłam mu cios kolanem między nogi. 

Wzdrygnął się i cofnął. Nawet jeśli nie zabolało go to tak jak ludzkich mężczyzn, to z 
pewnością to odczuł. 

—Jeśli spróbujesz raz jeszcze mnie dotknąć, wbiję ci kołek w serce! Nie rozumiem. 

background image

Wpierw wywalasz mnie za próg a następnie próbujesz mnie pocałować? Nigdy 
więcej! Cofam moje zaproszenie: Wade Stevens, już nie jesteś mile widziany w 
moim domu. Nie przekroczysz więcej progu mojego domu. I pomyśl dwa razy zanim 
przyjdziesz do baru.

Nie mogłam powstrzymać go przed przyjściem do Voyagera, ponieważ było to 
miejsce publiczne. W przeciwieństwie do naszego domu.

Wyglądał na zszokowanego.

—Menolly, nie rób tego! Znajdziemy rozwiązanie…

—Za późno. Wynoś się natychmiast! W przeciwnym razie wezwę Tavah by mi 
pomogła. Nie poradzisz sobie z nami obiema (w moich żyłach i uszach bębniła krew; 
chciałam zapolować i rozedrzeć coś na strzępy). Lepiej jak już pójdziesz. Nie wiem 
jak długo jeszcze będę w stanie się kontrolować...

Spojrzał na mnie po raz ostatni, następnie będąc wystarczająco inteligentny by zdać 
sobie sprawę z tego, że osiągnęłam swój limit, wyszedł. Igrał z ogniem. Byłam 
znacznie silniejsza od niego i on o tym wiedział.

Starałam się pozbierać myśli. Przynajmniej wiedziałam czego się trzymać. Wade 
zdradził mnie z powodów politycznych. To zniszczyło naszą przyjaźń, dla jego 
osobistego interesu. Mimo że rozumiałam jego pragnienie wygranej na stanowisku 
regenta, podejrzewałam że przesadza w odgrywaniu swojej roli przed nowymi 
przyjaciółmi. Zawsze chciał być dobrym gliną. Aby się nim stać zrobił ze mnie 
czarną owcę. Klasyczne.

Kiedy wróciłam do baru, prosto w twarz uderzył mnie dźwięk uderzeń serc, zapach 
potu i alkoholu. Wzięłam głęboki oddech. Byłam o krok od załamania się. 

Skinęłam na Luka.

Jedno spojrzenie i natychmiast zrozumiał, skinąwszy głową w kierunku drzwi.
—Musisz zapolować.

Luke był zmiennym wilkiem. Rozumiał moje instynkty, bo sam żył poza swoim 
stadem. Jak każdy samotny wilk, musiał stale zachować czujność. Luke nigdy nie 
zdradził mi powodu dla którego opuścił swoje stado. Ale przeprowadzając na własną 
rękę małe śledztwo odkryłam, że nie miał kryminalnych akt. Jednak blizna wiodąca 
w dół jego twarzy mówiła sama za siebie...

—Tak. To nie może czekać. Czy możesz przekazać Camille że niedługo wrócę? Jeśli 
zaraz stąd nie wyjdę, eksploduję, a to nie byłoby dobre. A jeśli wróci Wade, powiedz 
mu żeby wypierdalał z mojego baru i trzymał się z dala.

background image

Luke był dobry w czytaniu między wierszami. Bez pytania zarzucił sobie szmatkę na 
ramię i skierował się w stronę schodów. Rzuciwszy ostatni raz za siebie, wymknęłam 
się na zewnątrz.

Poruszając się tak szybko, że nikt nie mógł mnie zauważyć, skierowałam się ku 
alejce mieszczącej się za Voyagerem. W stanie w jakim byłam, wolałam nie natykać 
się na Chita i jego kumpli. Dokładnie wiedziałam dokąd się udać.

Kiedy polowałam, moim celem byli gwałciciele i dilerzy narkotykowi, alfonsi i 
wszyscy ci którzy byli plagą tego miasta. Jeśli przez przypadek wypiłam krew 
niewinnej ofiary, upewniałam się aby wziąć tylko tyle ile potrzebowałam i następnie 
wymazując jej pamięć, zastąpić jej wspomnienia czymś miłym - jak orzeźwiający 
spacer.

Powietrze nasycone było zapachem spalin i rozgrzanymi chodnikami, mieszając się z 
zapachami ponad pół miliona mieszkańców.

Podążając bocznymi alejkami, dotarłam do centrum gdzie znajdowało się skupisko  
najwyższej przestępczości w mieście. Miejsce często przeze mnie odwiedzane. 
Prawie zawsze udawało mi tu kogoś znaleźć. Często polowałam i nigdy nie wracałam 
głodna.

Zamykając oczy, otworzyłam swoje zmysły...

Tam w głębi w alejce przebywała grupka zbirów; mogłam wyczuć ich emocje. 
Ostatnimi czasy pojawiły się nowe gangi. Zeets, nazwa pochodziła od Z-fen, tabletki 
gwałtu stosowanej głównie przez sutenerów i gwałcicieli. Azjatycki gang o nazwie 
„Skrzydła” zajmował się pobieraniem haraczu. 

Znalazłam moje zdobycze... dziesięciu lub jedenastu. W powietrzu unosiła się 
emanująca z ich ciał energia, typowa po zażyciu narkotyku. 

Pozostając w cieniu, zbliżyłam się do końca alejki, gdy dotarły do mnie strzępy ich 
rozmowy. 

—Kiedy z nimi skończymy, narobią w spodnie.

—Stary, daj mi działkę. Teraz moja kolej.

—Więc wszedłem i znalazłem Lane, pieprzącą się z jakimś dupkiem którego poznała 
w szkole. Wierzcie mi, nie zrobi tego więcej!

—Co jej zrobiłeś, stary?

background image

—Dałem jej nauczkę której długo nie zapomni. 

—Jesteście gotowi? Moja stara suszy mi głowę, bo późno wracam do domu.

Spojrzałam na mężczyznę który pobił swoją dziewczynę. Robił wrażenie: wysoki, 
szczupły i smukły, z długim kucykiem, miał brodę i blond wąsy ale jego oczy były 
tak ciemne, że wydawały się czarne. Miał na sobie niebieską koszulkę bez rękawów i 
wojskowe spodnie z łańcuchami. Z jednej z głębokich kieszeni wystawała mu 
metalowa pałka. O tak, będzie w sam raz!

Przyjrzałam mu się uważnie. Koncentrując się na nim, rozkazałam mu by pozostał w 
tyle za swoimi kumplami. Wampiry starej daty często tego używały, ale nie ja... aż do 
teraz.  

Czułam się jakbym oszukiwała. Ale tej nocy nie obchodziło mnie to wcale. Pobił 
wszelkie rekordy, chwaląc się pobiciem swojej dziewczyny.

—Za chwilę do was dołączę, rzucił gdy inni ruszyli w dół alei. 

Gdy tamci zniknęli, moja ofiara rozejrzała się nerwowo wokoło, jakby nie wiedziała 
dlaczego tu jest. 

Zadrżał. Z miejsca gdzie stałam mogłam wyczuć jego napięcie. Gdy zrobił krok 
jakby chciał dołączyć do swoich towarzyszy, wyszłam z cienia blokując mu drogę.

—Wybierasz się gdzieś? spytałam cicho z głową pochyloną w dół, tak by ukryć 
szkarłat moich oczu.

—Zejdź mi z drogi, suko! rzucił z nutą pogardy.

Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się, odsłoniwszy moje w pełni wysunięte kły.

—Co jest...?! zawołał, robiąc krok do tyłu.
—Och kochanie, nie uciekaj! Obiecuję że nie spotka cię nic ponadto, co przydarzyło 
się twojej dziewczynie.

Następnie z lekkim pomrukiem, podeszłam bez pośpiechu, przyglądając się strachowi 
malującemu się na jego twarzy. O tak! Czasami bycie wampirem było dobre. Moc 
zastraszania i rzucenia na kolana kogoś tak pewnego siebie, który myśli że jest 
królem całego świata. Czułam się lepiej niż kiedykolwiek. Żaden narkotyk nie był w 
stanie tego zastąpić.

Cofnął się o kolejny krok, po czym odwrócił się i rzucił do ucieczki, biegnąc w 
kierunku ogrodzenia z drutu. Pozwoliłam mu oddalić się kilka metrów, a następnie w 
dwóch skokach wylądowałam przed nim. 

background image

—Kim jesteś? Czego chcesz? zapytał drżącym głosem. Nie jesteś człowiekiem, 
prawda?

—Tylko w połowie, szepnęłam, lub przynajmniej byłam zanim umarłam. 

—Wampir!

Zrozumiawszy z kim ma do czynienia, spróbował raz jeszcze uciec. 

—Nie tak szybko, złotko.

Złapałam go za kołnierz, przygważdżając do ściany.

—Spójrz na mnie, powiedziałam. Zabawa się skończyła.

Posłuchał mnie, spoglądając na mnie dużymi, przerażonymi oczami.

—Jak się nazywasz?

—Jake.

—Dobrze, Jake. Chcę abyś mi powiedział czy naprawdę zrobiłeś krzywdę swojej 
dziewczynie?

Pod moją kontrolą, skinął głową.

—Tak, tak.

—Uderzyłeś ją? 

Kolejne skinienie. 

—Tak. 

—Pobiłeś? Sprawiłeś że krwawiła?
 
—Tak, tak! 

—A dlaczego?

Chciałam usłyszeć to z jego ust. Chciałam usłyszeć jego historię. To czyniło sprawy 
łatwiejszymi.

—Chciała mnie zostawić, bo zbyt często ją biłem. Znalazła sobie kogoś, 
odpowiedział drżącym głosem.

background image

Mogłam poczuć emanujący z niego falami strach.

—Więc dałeś jej nauczkę? Założę się że ci się podobało, prawda? Wyglądasz mi na 
faceta, który aby zdobyć szacunek kobiet, uwielbia używać pięści. Co zrobiłeś z jej 
kochankiem?

Gra w kotka i myszkę. Podobnie jak Delilah, bawiłam się moim pożywieniem przed 
zjedzeniem go.

Zamknął oczy.

—Zabiłem go. Potem zmusiłem moją dziewczynę by pomogła mi pozbyć się ciała.

—Tak właśnie myślałam. Wszyscy jesteście tacy sami. Żałosne szumowiny.

Ogarnęła mnie fala obrzydzenia. Gdybym puściła go wolno, nadal pasożytowałby na  
społeczeństwie, aż w końcu zabiłby swoją dziewczynę. Zabiłby ją gdyby próbowała 
odejść a nawet jeśli by została. Kobiety więzione przez takich dupków, nie mogły 
łatwo uciec.

—Co masz zamiar ze mną zrobić? zapytał; jego oddech był nierówny. Nie chcę 
umrzeć. Proszę, nie zabijaj mnie!

—Ile razy twoja dziewczyna błagała cię abyś jej nie krzywdził? Ile razy jej 
posłuchałeś? szepnęłam mu do ucha, biorąc jego małżowinę między zęby.

Wymamrotał coś, ale już go nie słuchałam. Zamiast tego wgryzłam mu się w szyję. 
W ustach poczułam bogaty smak krwi który wprawił mnie w euforię. Z jękiem, 
zaczęłam ssać mocniej, zlizując drogocenną ciecz.

Jake jęknął, poczułam jego erekcję.
Nie zwracałam na niego uwagi dopóki nie oplótł rąk wokół mojej szyi. 

—Nie przestawaj, proszę..!

Moje pragnienie natychmiast zniknęło. Odsunęłam się na bok by przyjrzeć się 
mężczyźnie, który oczarowany moim urokiem opadł przede mną na kolana.

Zniesmaczona i zirytowana swoim własnym zachowaniem, pochyliłam się nad nim.

—Posłuchaj mnie. Chcę żebyś poszedł do klubu Fangtabula. Wiesz gdzie to jest? 
(skinął głową). Dobra. Idź i powiedz im, że chcesz ofiarować im swoją krew. 
Powiedz im że lubisz ból. 

Jake z trudem wstał i potykając się odszedł, a ja wiedziałam że posyłam go na śmierć. 

background image

Pójdzie do klubu, zbyt oczarowany moim wampirzym urokiem aby mnie nie 
posłuchać. Ludzie Terrance'a pozwolą mu wejść. A przed świtem będzie na tej ziemi 
o jednego dupka mniej. 

Jakoś myśl ta nie cieszyła mnie tak jakbym tego chciała. Ponieważ za każdym razem 
gdy pozbywałam się jakiegoś „Jake'a”, na jego miejsce pojawiało się dziesięciu 
innych. Syta, zdecydowałam się na powrót do baru.

***************

Nazywam się Menolly D'Artigo, jestem wampirem. Jestem również w połowie 
wróżką, w połowie człowiekiem. Moje siostry i ja pracujemy dla OIA. Zostałyśmy 
przeniesione na Ziemię byśmy nie sprawiały kłopotów. Ale te zaczęły się dopiero po 
naszym przybyciu tutaj. W krótkim czasie odkryłyśmy, że władca demonów 
„Skrzydlaty Cień” planuje przekroczyć bramy, które oddzielają różne światy. Z armią 
demonów, pragnie zniszczyć zarówno Ziemię jak i Krainę Wróżek, by następnie 
samemu ogłosić się królem tego co pozostanie.

Ja i moje siostry jesteśmy na pierwszej linii frontu.

Początkowo walczyłyśmy same ale z czasem zyskałyśmy sojuszników. Na przykład 
trzy niedawno mianowane królowe, które są po naszej stronie. Cóż... mniej więcej. I 
królowa elfów, jak również nowa królowa Y'Elestrial, wspierają nas jak tylko mogą. 
Mamy również obietnice wsparcia od kilku członków społeczności nadprzyrodzonej.

Ale faktem jest, że nie ma znaczenia ile sojuszników mamy w swoich szeregach. 
Nasz wróg ma ich tysiące. A demony nie są łatwe do zabicia. Pociski jedynie się od 
nich odbijają. Są uzależnione od uranu; promieniowanie sprawia im więcej 
przyjemności niż szkody. 
Tak oto jesteśmy tutaj próbując stawić im opór i opracowując plan uratowania obu 
naszych światów. Eliminując po kolej każdego z  nowo pojawiających się na naszej 
drodze demonów. Nie można tego nazwać rozwojem kariery, widzieliśmy lepsze...

Camille, moja najstarsza siostra, jest czarownicą księżyca, której magia jest, jak na 
jej i nasz gust, zbyt niestabilna. Szczególnie odkąd dzięki swojemu mężowi Yokai, 
zaczęła zgłębiać tajniki czarnej magii.

Delilah, moja druga siostra, jest zmienną kotką o dwóch twarzach. W pełni lub gdy 
się kłócimy, zamienia się w kota. Ale niedawno odkryła że ma drugą formę: czarnej 
pantery. 

A ja? Jak już powiedziałam, jestem Menolly D'Artigo. Za życia byłam akrobatką-
szpiegiem, dopóki podczas jednej z misji nie spadłam i nie zostałam złapana przez 
jednego z najbardziej sadystycznych wampirów z Podziemnego Królestwa. 

background image

Na szczęście miałam ostatnie słowo. Skończyło się na przebiciu serca Dredge'a 
kołkiem. Który to sposób w środowisku wampirów - nawiasem mówiąc - nie jest 
zalecany gdy samemu jest się wampirem. Ale guzik mnie obchodzi jak inni teraz na 
mnie patrzą. Sprawia mi to nawet przyjemność.

Dzień w którym Dredge zdał sobie sprawę z tego że przegrał, był najpiękniejszym 
dniem w moim drugim życiu!

Więc oto jesteśmy tutaj, niczym krucha zapora wobec gwałtownego zagrożenia 
wobec wszystkich wróżek i wobec ludzkości.

Z przyjaciółmi takimi jak my, świat na pewno nie potrzebuje więcej wrogów!

background image

Rozdział 3

Po powrocie do Voyagera, moja złość na Wade'a nie była już tak wybuchowa. Dałam 
znak Lukowi że udaję się na górę. Kiedy Camille mnie zobaczyła, położyła rękę na 
mojej klatce piersiowej. Spuściłam wzrok i przyjrzawszy się sobie, skrzywiłam się. 
Nie jadłam jak należy, mój top był poplamiony krwią. 

—Zaraz będę z powrotem, rzuciłam biegnąc dół po schodach na zaplecze, gdzie 
przechowywałam ubrania na zmianę.

Zdjęłam poplamioną koszulkę i nałożyłam na siebie sweter z golfem w odcieniu 
indygo (coś pomiędzy niebieskim a fioletowym). Upewniwszy się że moje dżinsy 
nadal są czyste, udałam się z powrotem na górę.

Po powrocie szepnęłam do Camille: 

—Mam czystą twarz?

Nie mogłam się przejrzeć w lustrze, a trudno było mi to ocenić przez dotyk.

Skinęła głową. 

—Jak łza.

—Dzięki, odpowiedziałam siadając na ławce w pobliżu łóżka, z jedną nogą 
przyciśniętą do piersi. Wykonaliście kawał dobrej roboty, odparłam rozglądając się 
dookoła. Większość śmieci zniknęła. W końcu to pomieszczenie wyglądało jak 
pokój... Następnie dodałam: Wade wyrzucił mnie z grupy. 

—Ze względu na Dredge'a?

Camille westchnęła. 

—Zastanawiałam się czy to zrobi, pieprzony zdrajca. 

—Rozumiem go. Naprawdę. Ale jestem wkurzona, bo nawet nie postarał się znaleźć 
innego rozwiązania. Więc unieważniłam jego zaproszenie do naszego domu. Nie 
zmieniaj tego bez mojej zgody, dobrze?

—Nie ma problemu.

Następnie podeszła do mnie i wzięła mnie za rękę. Kolejny dowód na to, że 
całkowicie zaakceptowała moją transformację. Nigdy nawet nie zamrugała ani się nie 
skrzywiła. Nigdy nie dała żadnego znaku, że moja śmierć i zmartwychwstanie 
zmieniły jej uczucia wobec mnie.

background image

Co się tyczy Delilah, nadal miała ona pewne problemy z zaakceptowaniem tego. 
Kotek był znacznie mniej pewny siebie niż Camille.

Delikatnie ścisnęłam dłoń mojej siostry, posyłając jej wdzięczny uśmiech.

—Dziękuję, odparłam. Dziękuję za bycie taką super starszą siostrą. 

—Po to tu jestem, rzekła rozglądnąwszy się po pokoju, po czym spytała:

 —Więc, czego szukamy?

—Kobieta która tu mieszkała, miała na imię Sabele i zajmowała się barem, jeszcze  
przed Jocko. Według OIA, wzięła nogi za pas i wróciła do swojej rodziny. Nie jestem 
jednak przekonana co do tego. Nie po tym jak znalazłyśmy z Iris jej pozytywkę i 
pamiętnik.

—Iris ci go pokazała?

Iris pokręciła głową. 

—Nie miałam czasu. Nawet nie skończyliśmy wszystkiego porządkować, gdy 
wróciłaś.

—Przykro mi że wam nie pomogłam, spojrzałam na Camille. 

—Potrafisz czytać Melosealfôr, prawda? 

Skinęła głową. 

—Tak, dlaczego?

—Pisała w tym języku swój pamiętnik, wyjaśniłam podając go jej. 

—Co o tym myślisz?

—Twierdzisz że była elfem? spytała dokładnie mu się przyjrzawszy.
 
—Tak mówił  Peder, ponadto ubrania to potwierdzają. 

—Hmm... to dziwne. 

Jej oczy zdradzały jej ciekawość.

—Co?

background image

—Melosealfôr to język używany przez Cryptos. Nawet jeśli niektóre z elfów 
rozumieją kilka słów, to niewielu z nich używa go regularnie. Jedynie Cryptos, jak 
jednorożce lub centaury, driady czy nimfy, mówią tym językiem; również czarownice 
księżyca zaprzysiężone Matce Księżyca. Mimo to język ten nie jest wspólny dla 
wszystkich.

—Więc tak po prostu zniknęła?

—Tak powiedział Peder. Ale wątpię by odeszła tak po prostu, zostawiając swój 
pamiętnik lub tym bardziej to... to rzekłszy, otworzyłam ostrożnie szkatułkę i 
pokazałam jej wisiorek ze zdjęciem i kosmykiem włosów.

—To jej chłopak? spytała marszcząc brwi, następnie przerzuciła kilka stron 
zatrzymując się jakby czegoś szukała. Obserwowałam jej palec, śledzący subtelny 
charakter pisma. OK... to jest trochę przerażające.

—Co takiego? spytałam odkładając wisiorek na miejsce. 

—To! powiedziała stukając palcem we fragment tekstu. Pisze że boi się sama wracać 
do domu, ponieważ „ten mężczyzna" nie przestaje za nią chodzić. Kilka stron 
wcześniej napisała, że ma wrażenie iż ją śledzi. 

Po chwili odłożyła pamiętnik na ławkę i pokręciła głową.

—Najwyraźniej miała kłopoty. Czy wiedziała kto ją śledził? 

Miałam nieprzyjemne uczucie, że OIA nie postarała się dowiedzieć tego, co się 
naprawdę stało. Oni po prostu założyli że uciekła. Być może niesłusznie.

Camille wzruszyła ramionami.

—Nie wiem. Do jutra wieczorem przeczytam go w całości. Może będę w stanie 
powiedzieć ci coś więcej na ten temat. Tymczasem wspomina o innym mężczyźnie, 
myślę że elfie, który nazywa się...

—Harish? W reakcji na jej zdziwienie, dodałam: Peder pamięta imię jej chłopaka.

Byłoby dobrze, gdyby udało wam się go odszukać. Aha! Na nazwisko ma Olahava. 
(Naprawdę bardzo chciałam się dowiedzieć co się z nią stało. Czy żyła gdzieś 
szczęśliwa otoczona gromadką małych elfów? Albo czy stało jej się coś złego?). Co 
sądzisz o tym, abyśmy przeprowadziły małe śledztwo?

Camille się uśmiechnęła.

background image

—Widzę że jej historia cię interesuje - nie ma sprawy. A wiesz że Delilah uwielbia 
tego typu sprawy?

Rzuciłam okiem na zegar, była prawie północ. 

—Powinnaś wracać do domu. Weź ze tobą Iris, wygląda na wykończoną. Talon-
haltija leżała skulona na łóżku i zaczęła zasypiać.

—OK. Przy okazji, podczas gdy cię nie było, dzwoniła Delilah. Znalazła ciężarówkę 
na jutro po południu. Gdy ty będziesz spała, my pozbędziemy się tych wszystkich 
śmieci. Jest teraz w domu z Maggie.

Camille wstała, otrzepując kurz z tyłu sukni. Chwyciła pamiętnik.  

—Zaciekawiłaś mnie. Co może oznaczać tylko jedno: kłopoty! 

Posłałam jej uśmiech.

—W każdym razie nadal siedzimy po szyję w problemach. Jeden więcej nie powinien 
robić nam różnicy! Wystarczająco się tej nocy nasprzątałam. Odprowadzę was na dół 
i pomogę Lukowi w barze.

Ze śmiechem skinęła Flamowi i Morio aby obudzili Iris. Wampir czy nie, miałam 
szczęście że posiadam taką rodzinę... zarówno tę z krwi jak tę z serca. 

Było dokładnie pięć minut po pierwszej, gdy drzwi otwarły się, ukazując w progu 
Chase'a. Szefa brygady CSI, a prywatnie chłopaka mojej siostry Delilah. Osobiście 
nie dawałam im wielkich szans. Mimo to oboje postanowili ponownie spróbować.

Ich związek przypominał jeden z tych z programu Jerry Springer'a. Powiem tylko że 
wiedziałam to dlatego, że Delilah zmusiła mnie do oglądania zbyt wielu odcinków 
tego szajsu. Zgodziłam się jedynie po to, aby móc spędzać z nią więcej czasu. 

Chase podszedł do baru. Ostatnim razem gdy złożył  mi wizytę w Voyagerze, był cały 
we krwi, a zaraz potem rozpoczęło się polowanie na Dredge'a. Tym razem jednak 
wyglądał na względnie czystego i cichego.
Rozejrzał się po sali, a następnie usiadł na stołku przy barze.

—Klub soda bez lodu, rzucił.

—Czy widziałaś ostatnio Willego?

Zaśmiałam się.

background image

Willy był stuprocentowym człowiekiem, z wyjątkiem dni gdy sobie popił - wtedy 
myślał że jest Supermanem. Na szczęście nigdy nie stwarzał problemów na tyle 
wielkich aby go zamknąć. Przynajmniej jak dotąd. Ale Chase martwił się o niego. 
Nie rozumiałam dlaczego.

—Od tygodnia nikt go nie widział, odparłam. Pewnie wrócił na stare śmieci... ale 
wróci, zawsze wraca. Trochę cierpliwości, niedługo go zobaczysz.

—I to właśnie mnie martwi. Pewnego dnia zacznie majaczyć i ubzdura sobie że 
potrafi latać. Nie chcę odebrać telefonu z wiadomością że znajduje się na jednym z 
wieżowców w centrum miasta. 

Chase bawił się swoją sodą.

—Słuchaj, prawdę mówiąc nie przyszedłem tutaj by jedynie pogadać z tobą o 
Willym...

—Niemożliwe, Sherlocku! Czego chcesz? spytałam, uśmiechając się.

Chase i ja często nie zgadzaliśmy się w wielu sprawach ale nauczyliśmy się 
szanować siebie nawzajem.

—Mam do ciebie pytanie.

Wyczyściłam blat czystą szmatką. O tej porze nadal było tu tłoczno i nikt nie 
wydawał się niezadowolony. Miałam rację zatrudniając Chrysandrę, moją najlepszą 
kelnerkę.

Pochyliłam się nad kontuarem.

—Jasne. O co chodzi? spytałam, napełniając jego szklankę.

—Mam problem i pomyślałem sobie, że mogłabyś mi pomóc. Rzecz jasna mógłbym 
poprosić Delilah, w końcu to ona jest detektywem ale tym razem to bardziej twój 
rewir. 

Nasz wzrok się spotkał. 
—O co chodzi?

Wzruszył ramionami.

—Nawet nie wiem czy warto... przejdę od razu do rzeczy. Kilka dni temu 
otrzymaliśmy informację o zaginięciu. Zwykle nie mówię ci o tego typu rzeczach... 
ale informacja ta przyszła bezpośrednio do FH-CSI. Osobą która zaginęła, jest 
wampir.

background image

Spojrzałam na niego.

—Kto zgłosił zaginięcie?

Wampiry rzadko kiedy zgłaszały policji cokolwiek. Chase miał powód do zmartwień.

—Nie wiem. Ta osoba zrobiła wszystko by pozostać anonimową. Wszystko co mogę 
powiedzieć to to, że był to głos kobiety. Nie mogliśmy wyśledzić jej numeru 
telefonu. Identyfikacja numeru osoby dzwoniącej była zablokowana. Czy 
kiedykolwiek słyszałaś o klubie L’Horlogerie ?

—Znam go, ale nigdy nie zostałam tam zaproszona.

L’Horlogerie był przeciwieństwem Fangtabula. Wyrafinowany, przyciągał wampiry z 
wyższych sfer. Nadużycia nie były dozwolone. Serwowano w nim jedynie 
butelkowaną krew, braną od wolontariuszy. Klub śmierdział starymi pieniędzmi a 
jego członkami w większości były wampiry błękitnej krwi. Nie zwracały uwagi na 
wampiry starej daty, ani na niezgrabnych nowicjuszy, którzy jeszcze nie nauczyli się 
sobie radzić. Elitarni i zdeterminowani aby utrzymać jak najwyższy poziom. Wejście 
jedynie za zaproszeniem. Z tego co wiem, lista oczekujących jest długa, a sam klub 
posiada trzy oddziały: w Seattle, w Portland i w San Francisco.

—Jeden z ich członków, kobieta wampir, zniknęła pięć dni temu. Nikt jej nie widział 
ani o niej nie słyszał. Najwyraźniej nadal żyje w społeczeństwie.

Kilka wampirów usiłowało ukryć swój status nieumarłych przed rodziną i 
znajomymi. I zwykle udawało im się to przez jakiś czas (jak naszej przyjaciółce, 
Sassy Branson, której udawało się to przez ostatnie trzy lata).

Osobiście nie uważałam tego za dobry wybór, mimo iż rozumiałam że niektórym 
ciężko było porzucił dawne życie... trudno było ich za to winić. Wystarczy spojrzeć 
ile lat mi samej zajęło życie z bliznami po Dredgu, zanim w końcu musiałam 
zmierzyć się ze swoją przeszłością...

—Co się stało? Czy jesteś pewien, że nie chodziła po słońcu?

Znasz wskaźnik samobójstw wśród wampirów, który jest astronomiczny w 
porównaniu do innych istot nadprzyrodzonych.

Chase pokręcił głową.

—Kobieta która dzwoniła, zdawała się być pewna że w grę wchodzi przestępstwo. 
Podała nam nazwisko jej córki z mężem. Para ta mieszka w Seattle. Claudette 
Kerston miała w dniu swojej śmierci dwadzieścia jeden lat. Miało to miejsce siedem 
lat temu. Najwyraźniej miała „dobrze ułożone życie”, jeśli można tak powiedzieć.

background image

Jej mąż nadal żyje. Sprawdziłem ją. Pomoc społeczna nie miała pojęcia że nie żyje! 
skończył z podniesionymi brwiami. 

—Doniosłeś na nią! Potrząsnęłam głową. 

Z wykryciem wampirów które ukrywały swoja naturę wiązała się masa papierkowej 
roboty...

—Nie zrobiłem tego umyślnie. Rozmawiałem z jej mężem. On wie że jego żona jest 
wampirem, pomógł jej ukryć ten fakt. System ubezpieczeń społecznych i skarb 
państwa nie dadzą mu spokoju, ale w tej kwestii nic nie mogę zrobić. Co chcesz bym 
ci powiedział? Złamali prawo. Wszystko co wampir zarobi podlega opodatkowaniu. 
Wiesz równie dobrze jak ja, że niektóre z bogatych wampirów deklarują iż w dniu  
śmierci były bez grosza. Wydaje się, że życie wśród nieumarłych jest dobrym 
sposobem zarabiania.

—Ma swoje zalety, przyznałam. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę fakt, że nie 
potrzebuję pożywienia ani niektórych innych udogodnień... i naszą zdolność 
oczarowywania ludzi aby kraść im pieniądze. To dlatego gminy starają się służyć 
jako łącznik między rządem a społecznością wampirów.

—W każdym razie, powiedział Chase, jej mąż szaleje z niepokoju. Według niego, 
Claudette zawsze wracała do domu na czas. Pokazał mi czym zajmowała się nocami.

—Masz na myśli, że nie spędzała czasu na siedzeniu i nic nie robieniu? 

Jeśli była członkiem L’Horlogerie, nie miała powodu by pracować ani robić 
cokolwiek na co nie miałaby ochoty. Nie przychodził tam nikt, kto nie miałby 
ukrytych kilku milionów.

—Odziedziczyła duży majątek po ojcu. Nie musi pracować. Ale pisze książkę 
„Przewodnik dla nowych wampirów”. Wygląda mi ona na dobrze przemyślaną. Nie 
sądzę by była krwiożercza. Nawet jeśli Claudette nadal by żyła, to i tak uważałbym 
jej przypadek za niepokojący, ponieważ nie widzę powodu dla którego chciałaby 
zniknąć. 

Marszcząc brwi, Chase bawił się swoją szklanką, obserwując swój brakujący palec.  
Palec dawno się zagoił, ale blizny istniały nadal. Od tego incydentu, Chase stał się 
mniej uparty i więcej myślał. Był  też bardziej niż kiedykolwiek zmotywowany, aby  
dołączyć do nas w wojnie ze Skrzydlatym Cieniem i jego zbirami.

—Czy jesteś pewien że jej mąż powiedział o ich małżeństwie prawdę? Czy oni 
naprawdę są szczęśliwi?

background image

Jej mąż mógł równie dobrze wbić jej kołek w serce i pozbyć się jej, zgłaszając 
zaginięcie. Jeśli próbowali oszukać władze, tym bardziej mógł teraz nie mówić 
prawdy. Jeśli to ona miała pieniądze, zgłoszenie jej zaginięcia uczyniłoby z niego 
człowieka bogatego. Sądy wciąż nie zdecydowały czy zabicie wampira należało 
traktować jak zabójstwo. Partie konserwatywne chciały pozbawić wampiry wszelkich 
praw. Liberałowie natomiast wprost przeciwnie, dążyli do pełnych i równych praw 
dla wszystkich wampirów. Na dzień dzisiejszy była to wybuchowa debata. I nie 
zapowiadało się na jej rychłe rozwiązanie...

—Również o tym myślałem. Ale moja intuicja mi mówi, że on jest uczciwy.

Zwykle Chase nie stawiał sie na miejscu drugiej strony. Tym razem jednak był 
przekonany, że ten facet mówi prawdę.

—Co ty na to? Przeprowadzisz swoje śledztwo? Będziesz zadawała pytania wokół 
siebie? Na pewno będziesz miała lepsze wyniki niż ja.

—To nie będzie trudne. Większość wampirów nienawidzi glin. 

I wtedy - być może - będę w stanie wywęszyć co jest nie tak. Zwłaszcza jeśli 
poproszę Sassy Branson o informacje na temat klubu L’Horlogerie i jego członków.

Oparłam się na barze.

—Więc? spytał. Zrobisz to?

—Jasne, czemu nie? Ale w zamian chcę żebyś coś dla mnie zrobił, rzuciłam 
uśmiechając się. Inny przypadek zaginięcia. A raczej: możliwego zaginięcia. 
Elf o imieniu Sabele Olahava zajmowała się barem, przed Jocko. Pewnego dnia 
zniknęła. OIA twierdzi że wróciła do Krainy Wróżek. Ale myślę, że to nie to. 

Chase zapisał jej imię w notesie i schował go do kieszeni.

—Sabele, Sabele... myślę że ją spotkałem, raz czy dwa. Tuż po tym jak utworzyliśmy 
FH-CSI... urwał, mrużąc oczy.  Tak, pamiętam ją. Bardzo szczupła. Całkiem ładna ale 
blada, podobnie jak większość elfów. Myślisz że coś jej się stało? 

—Nie jesteśmy pewni. Czy mógłbyś rzucić okiem na swoje archiwa?
Sprawdzić czy w przeszłości wydarzyło się w Voyagerze coś podejrzanego? Lub czy 
złożyła skargę? Do jutra Camille przetłumaczy jej pamiętnik. Na razie wiemy tylko, 
że wydawało jej się że jest śledzona (rzuciłam szmatkę na bar). Cóż, muszę zamykać. 
Zmywaj się. Myślałam że tacy jak ty, nie lubią barów które są otwarte po 2 w nocy?

Prychnął. 

background image

—Tacy jak ja? Zakładam że mówisz o policjantach? Szczerze mówiąc - gdyby to 
zależało ode mnie – już o północy bary byłyby zamknięte. I tak jest wystarczająco 
dużo pijanych facetów na drodze (wstając włożył marynarkę i skierował się do 
drzwi). Do zobaczenia w niedzielę, Delilah zaprosiła mnie na obiad. 

Wyszłam szybko zza baru, podeszłam do niego i położyłam rękę na jego ramieniu...

—Wyjaśnijmy sobie coś, Chase. Nigdy więcej nie rób takiego numeru jak ten z 
Eriką. Bądź z Delilah bezpośredni i szczery, a wszystko będzie w porządku. Kiedy 
dowiem się czegoś więcej o Claudette, obiecuję że zadzwonię. Jeśli znajdziesz coś o 
Sabele, od razu się z nami skontaktuj.

Bez słowa skinął głową i zniknął. Uśmiechnęłam się, zadowolona z siebie. Wciąż 
byłam w stanie go przerazić. Osobiście uważałam że była to bardzo dobra rzecz.

background image

Rozdział 4

Właśnie   zamykałam   bar,   gdy   pojawiła   się   Nerissa.  Wspaniała   blond-bogini,   była 
członkiem stada Pum z gór Rainier. Widziałam jej przemianę raz podziwiając jej 
piękno, zarówno w postaci wielkiego kota, jak i kobiety. Jej ciało było smukłe i 
elastyczne.   Za   każdym   razem   gdy   odpowiadała   na   dzikie   wezwanie   księżyca, 
udawała   się   na   terytorium   Pum.   Zastanawiałam   się,   dlaczego   tak   niesamowicie 
piękna kobieta była moją kochanką.

Nerissa pracowała w opiece społecznej. Zajmowała się dziećmi w potrzebie, którym 
znajdowała   domy.   Najwidoczniej   miała   długi   i   męczący   dzień.   Okrążając   bar   z 
drugiej strony, wyszłam jej na spotkanie. Pochyliła się, delikatnie dotykając moich 
ust.

Jej skóra była tak miękka! A jej zapach... pachniała jak słoneczna łąka. Gdy wydała 
niski pomruk, w moim wnętrzu rozgorzał płomień. Owinęła ramiona wokół mojej 
talii,   przyciągając   mnie   do   siebie   tak   blisko,   że   mogłam   poczuć   jej   puls   i   krew 
krążącą w żyłach. Otworzyłam usta poddając się magii...

Podniecona odwróciłam nasze pozycje przyciskając ją do ściany, podczas gdy moja 
ręka wślizgnęła się pod jej sweter, pieszcząc jej jedwabistą skórę.

Nie   wypuszczając   jej   z   objęć,   wyciągnęłam   rękę   by   zamknąć   drzwi.   Następnie 
skinęłam  by poszła za mną na zaplecze. Jej oczy zabłysły. W moim biurze znajdował 
się tapczan. Zanim do niego dotarłyśmy, zdążyła już zdjąć bluzkę i właśnie zabierała 
się za spodnie. Zrobiłam to samo, rzucając się na nią niczym napalony królik. Pod 
wpływem pieszczot poczułam jak mięśnie jej ud zaciskają się, gdy torturowałam ją 
zmuszając  do osiągnięcia szybkiego orgazmu.

To już przeszło tydzień jak się nie widziałyśmy. Uwielbiałam nasz związek, ale dla 
Nerissy,   podobnie   jak   dla   mojej   siostry   Camille,   seks   był   rodzajem   pożywienia. 
Niezbędnym aby przeżyć. 

Próbując złapać oddech, zaśmiawszy się, potrząsnęła głową.

—Mam wszędzie mrówki! Tak za tobą tęskniłam, że prawie tu frunęłam nie mogąc 
się doczekać by cię zobaczyć. 

Uśmiechając się usiadłam, podczas gdy ona oparła się na łokciach.

—Cieszę się, że mogłam pomóc.

—Teraz twoja kolej, wyszeptała patrząc mi w oczy.

background image

Zadrżałam gdy dotknęła mnie opuszkami palców. Nawet teraz byłam wrażliwa na 
blizny pokrywające moje ciało od od stóp do głów. Ale gdy Nerissa mnie kochała, te 
przestawały istnieć. Jakby Dredge nigdy mnie nie dotknął.

Udało  jej się  zdobyć moje  zaufanie  i  szacunek.  Zaczęła  mnie  pieścić  opuszkami 
palców,   ledwo   co   dotykając   mojej   skóry   i   pozostawiając   w   tym   miejscu   szlak 
płomieni, które zdawały się rozpalać coraz to inne...

Walczyłam z pragnieniem by nie docisnąć jej do podłogi i nie zatopić kłów w jej szyi. 
Początkowo   bałam   się   utraty   kontroli.   Jednak   w   ciągu   miesięcy   odkryłam,   że 
koncentrując   się   mogę   cieszyć   się   pasją,   nie   pozwalając   drapieżnikowi   przejąć 
kontroli. Krew i seks szły ze sobą w parze i zawsze będą. Ale przysięgłam sobie, że 
nigdy nie ugryzę Nerissy. Zaproponowała mi to kiedyś sama, ale odmówiłam. 

Pochyliła się i wzięła jeden z moich sutków w usta ssąc tak mocno, że gdybym była 
człowiekiem nie zniosłabym tego.   Ale uczucie to jedynie pobudziło mnie jeszcze 
bardziej. Zamykając oczy, odrzuciłam głowę do tyłu.

—Pozwól   sobie   kochanie,   powiedziała   podnosząc   głowę.   Poddaj   się   temu,   nie 
kontroluj   się.   Podczas  gdy   ja   walczyłam  z   pragnieniem,   poczułam  jak   zbliża   się 
orgazm niczym fala gotowa by mnie porwać. Więc sama poddałam się,  pozwalając 
mu zabrać mnie z sobą poza mnie samą, do królestwa gdzie nie istniała krew i gdzie 
liczyła się  jedynie  symbioza dusz.

—Menolly? Wszystko w porządku? spytała miękkim głosem, przywracając mnie do 
rzeczywistości.

Usiadłam i oparłam głowę na jej ramieniu.

—Więcej niż myślisz, ja również za tobą tęskniłam. Można powiedzieć że miałam 
zły dzień. W każdym razie jestem zaskoczona widząc cię tutaj tak późno. Czeka cię 
długa droga powrotna, chyba że masz zamiar u nas spać?
Przytuliła mnie. Zamiast budzić moje instynkty, stały rytm bicia jej serca kołysał 
mnie, zapewniając wewnętrzny spokój. Dobrze zrobiłam pożywiwszy się wcześniej. 
Leżałyśmy tak przytulone do siebie przez około dziesięć minut, gdy Nerissa odsunęła 
się w poszukiwaniu swojego swetra.

—Zapomniałam   porozmawiać   z   tobą   o   czymś   ważnym,   powiedziała   z   wyrazem 
smutku na twarzy. 

—Tylko nie mów mi że nie chcesz mnie więcej widzieć. Już doświadczyłam tego 
dzisiaj   i   ostrzegam   cię:   źle   to   przyjęłam.   Kładąc   jej   spodnie   na   krześle,   sama 
zaczęłam się ubierać.

Przechyliła głowę na bok.

background image

—Kto ośmielił się rzucić ci to w twarz? Czy nadal żyje?! Jeśli tak, to daj mi  jego 
imię, a pójdę i poderżnę mu gardło!  

Wciągając dżinsy wzruszyłam ramionami,. Zdrada Wade'a uderzyła mnie bardziej niż 
myślałam.

—Wade, mruknęłam. Wykopał mnie z grupy. Jest przekonany, że moja obecność 
zagraża   jego   szansom   wygranej   na   stanowisko   regenta.   Pieprzyć   go!  Albo   nie... 
uwierzysz   że   po   wszystkim   próbował   się   do   mnie   dobierać?!   Nie   mogę   w   to 
uwierzyć! Co za dupek!

Marszcząc brwi, Nerissa  oparła się o ladę. 

—Myślisz że górę wzięła jego drapieżna natura? Z tego co mi o nim mówiłaś, to nie 
leży w jego charakterze.

Nagle   podniosłam   głowę.   Niemożliwe!   Spośród   wszystkich   wampirów...   Wade 
miałby zmienić się w tego złego??

—Nie, odparłam bez wahania (być może zbyt szybko; usłyszałam panikę w swoim 
głosie). Nie sądzę.

W efekcie zrzucił maskę powagi. Wygrzebał skądeś replikę spodni Jim'a Morrison'a... 
ale żeby tak od razu dać się opanować ciemności?!

Pokręciłam głową.

—Martwi   się   bo   się   boi   że   Terrance   wygra.   Boi   się,   że   wszystkie   wysiłki 
Anonimowych Wampirów pójdą na marne. Może źle zareagowałam.
W końcu nie zrobił nic poza skonfrontowaniem mnie z rzeczywistością.  I nawet jeśli 
nie chcę się do tego przyznać, Wade ma rację. Jestem dla niego ciężarem. Jestem zbyt 
kontrowersyjna. To naprawdę boli, ale pomaga mi zrozumieć jego sposób myślenia. 
Nie mogę zaprzeczać rzeczywistości...

—Cholera! Przykro mi, powiedziała Nerissa wziąwszy moją rękę i lekko ściskając 
moje palce. 

—Więc to są moje wiadomości. A twoje? Co chciałaś mi powiedzieć? 

Przewróciła oczami. 

—Och,   wszystko   układa   się   po   prostu   wspaniale.   Wieczorem   starszyzna   odbyła 
spotkanie i poprosiła mnie, bym wzięła w nim udział. Przyjechałam zaraz po jego 
zakończeniu. Jako że Zachary spędzi resztę lata na wózku, nie może on stanąć w 
wyborach samorządowych.

background image

Vénus,  dziecko księżyca,  chce  bym startowała zamiast  niego. Miałaś  co  do tego 
wątpliwości, nieprawdaż? 

—Tak,  myślałam że rada się sprzeciwi, ponieważ odmawiasz ujawnienia światu że 
jesteś zmienną...

Nerissa nie wyszła jeszcze z ukrycia. Obawiała się jaki to będzie miało wpływ na jej 
dalszą karierę pracownika socjalnego.

—Tak,   szczerze   powiedziawszy   liczyłam   że   nie   nastąpi   to   tak   szybko.   Ale 
najwyraźniej nie miałam racji. Rada spotkała się aby omówić szczegóły. Vénus myśli 
że dla społeczności to bardzo dobra okazja. Jeśli tamci się sprzeciwią ze względu na 
to kim jestem... zawsze będzie można ich zaatakować, bazując na nowych przepisach 
dotyczących   dyskryminacji   istot   nadprzyrodzonych.   Kiedy   rząd   nadawał   prawa 
wróżkom, musiał w nich uwzględnić także zmiennych. Tak więc w teorii, jeśli wyjdę 
z ukrycia, nie mogą pozbawić mnie pracy, dodała nerwowym tonem. 

Wpierw   wróżki,   następnie   istoty   nadprzyrodzone.   Pewnego   dnia   być   może   i 
wampiry. Rząd nigdy nie pałał miłością do równości.

Spojrzałam jej w oczy. Wyglądała na niezdecydowaną.

—Nie chcesz być kandydatem, prawda?

—To nie tak, odparła kręcąc głową. Nie chce brać na siebie takiej odpowiedzialności. 
Kampania pochłania cały mój wolny czas. Chcę czasu dla siebie, szczególnie jeśli 
nadal będę pracowała. A mam zamiar kontynuować! Zbyt lubię moją pracę by ją 
porzucać! A to również oznacza... tu przerwała spoglądając na mnie.
Że nie będę miała zbyt wiele czasu dla przyjaciół i kochanków.

Zamrugałam. 

—Nie chcesz chyba zrobić tego samego co Wade?

—Nie! wykrzyknęła (po tonie jej głosu i widocznym zmęczeniu w jej oczach, bez 
wahania   jej   uwierzyłam).   Jeżeli   rada   zarządzi   bym   zerwała   z   tobą   bo   jesteś 
wampirem, to powiem im że mogą iść do diabła! Vénus wie, że jesteśmy kochankami 
i nie ma nic przeciwko temu. W praktyce to on rządzi stadem. Nie, to nie powinno 
być problemem. Rzecz w tym, że jeśli podejmę się tego wyzwania, większość czasu 
będę spędzać na wsi. Kiedy ty będziesz wstawać, ja będę się już kładła. Nie ma szans 
bym sypiała dłużej niż trzy lub cztery godziny na dobę.

Jej oczy wypełniły się łzami. Trzymając spodnie w jednej ręce, drugą zacisnęła w 
pięść. Przytuliłam ją, całując łzy płynące po jej policzkach.

background image

—Więc dlaczego to robisz? spytałam, mimo iż z góry znałam odpowiedź. Nerissa 
była członkiem stada, miała obowiązki wobec swojej społeczności. Winna im była 
posłuszeństwo. Czasami, jak w wojnie z demonami, dobro ogólne było na pierwszym 
miejscu, przed naszymi własnymi pragnieniami.

Otworzyła usta by coś powiedzieć, ale położyłam palec na jej ustach.

—Nie ma potrzeby, szepnęłam. Rozumiem.

Następnie delikatnie odsunęłam się by założyć  buty. Zapinając je, upewniłam się że 
obcasy   nadal   były   całe.  W  czasie   biegów   i   walk   niewiele   z   nich   było   w   stanie 
przetrwać...

—Wiesz że znaczysz dla mnie bardzo wiele. Uwielbiam być z tobą. I nie oczekuję 
niczego w zamian...

—Tak, odpowiedziała posyłając mi słaby uśmiech. Czuję to samo. To oznacza że 
jesteśmy dla siebie stworzone. Pisane jest nam zestarzeć się razem. 

Do   głowy   przyszła   mi   myśl,   że   będę   żyła   jeszcze   długo   po   jej   śmierci,   ale 
postanowiłam milczeć. 

—Nadal   waham   się   z   odpowiedzią.   Czuję   jakbym   żyła   w   zawieszeniu.   Rada 
starszych oczekuje że do jutra podejmę decyzję.  Przynajmniej dają mi złudzenie że 
mam wybór.
Złapała torebkę, przewieszając ją przez ramię.

—A tak z ciekawości, co by się stało gdybyś odmówiła?

Nie miałam zielonego pojęcia w jaki sposób funkcjonowało stado. Wiedziałam tylko, 
że większość zmiennych była bardzo dumna i szanowała starszych.

—Trzymaliby   mnie   z   dala   od   ważnych   spraw,   odcinając   od   wszystkiego   co   się 
naprawdę   liczy.   Byłabym   członkiem   stada   tylko   z   nazwy.   I   prawdopodobnie 
skończyłabym oddalając się od samej siebie... Spójrz na Zacha! Jedynym powodem 
dlaczego nadal tam jest to to, że jest członkiem starszyzny. Jako że ma poparcie 
Vénus który mu ufa, inni postanowili z nim nie zadzierać. Ale jeśli odwrócisz się do 
nich plecami, to jesteś skończona (przerwała podnosząc głowę, po czym dodała):

—Nie jestem gotowa na to by wszystko porzucić.

—Rozumiem, powtórzyłam.

To była prawda. Nerissa w ciszy skończyła się ubierać; odprowadziłam ją do drzwi. 

background image

—Poradzimy   sobie.   Mogę   częściej   cię   odwiedzać,   powiedzmy   raz   w   tygodniu? 
Wymyślimy coś.

Nie odpowiedziała mi, więc uniosłam się lekko w górę by móc spojrzeć jej prosto w 
oczy, składając delikatny pocałunek na jej ustach. 

—To   nie   tak,   że   nigdy   więcej   się   nie   zobaczymy.   Poza   tym,   możemy   robić   co 
chcemy. Znam cię. Jesteś seksualną osobą, jak Camille. Jeśli zdecydujesz zwrócić się 
do Vénus lub kogoś innego, nie ma żadnego problemu.

—To samo dotyczy ciebie. Mam nadzieję, że to wiesz. Nie jestem zazdrosna.
Przynajmniej... (Nerissa oparła się o framugę drzwi i dotknęła mojego policzka). 
Wiele myślałam. Nie chcę cię stracić, Menolly. Mężczyźni przychodzą i odchodzą, 
ale   ty   jesteś   moją   przyjaciółką.   Co   jeśli...   byłybyśmy   wierne   sobie   na   tej 
płaszczyźnie? Mam na myśli to, by nie spać z innymi kobietami? Co o tym sądzisz?

Nagle zdałam sobie sprawę, że byłam dla niej kimś wyjątkowym. Uśmiechnęłam się. 
Ten rodzaj wyłączności był dla mnie jak najbardziej do zaakceptowania. 

—OK, żadnych innych kobiet. 

—Dobrze, wrócę do domu i powiem Vénus że się zgadzam, a potem będę się modlić 
ze wszystkich sił, żeby przegrać wybory.
Po   tych   słowach,   uśmiechając   się,   zniknęła.   Kiedy   drzwi   zamknęły   się   za   nią, 
pomyślałam o jej sytuacji. To nie różniło się o wiele od tego, z czym ja i moje siostry 
na   co   dzień   miałyśmy   do   czynienia.   Miałyśmy   obowiązki   i   zobowiązania   by 
wypełnić nasze przeznaczenie.

Nawet   jeśli   miałabym   ją   widywać   zaledwie   dwa   lub   trzy   razy   w   tygodniu, 
szanowałam jej decyzję. Była lojalna wobec swojego stada.

Tak, pomyślałam zamykając drzwi na klucz i włączając alarm. Nerissa zdołała podbić 
moje serce. I dlatego nie będę ryzykowała aby to zniszczyć. Następnie udałam się w 
dół cichej ulicy, w stronę parkingu gdzie zostawiłam mojego Jaguara, z poczuciem 
bycia najszczęśliwszą kobietą na świecie.

background image

Rozdział 5

Zamiast wrócić prosto do domu, postanowiłam złożyć wizytę Sassy Branson by 
dowiedzieć się czegoś więcej o Claudette i klubie L’Horlogerie. Do świtu było jakieś 
trzy godziny, ponadto Sassy nie miała nic przeciwko moim niezapowiedzianym 
wizytom, zwłaszcza że mieszkała u niej moja córka Erin – prawdziwe pole minowe. 
Nawet jako dziecko, nigdy nie wyobrażałam sobie bycia matką. A tutaj proszę, ledwo 
co weszłam w dorosłość a wylądowałam z córką w średnim wieku.

Sassy mieszkała w rezydencji w pobliżu Green Lake, w domu wybudowanym przez 
jej męża, równie ogromnym jak teren na którym stał. Fakt że Sassy była lesbijką 
wydawał mu się nie przeszkadzać, choć rzecz jasna nie ujawniła tego w trakcie 
trwania ich małżeństwa. W rzeczywistości oboje prowadzili na boku wygodne życie. 

Ledwie nacisnęłam przycisk interkomu, gdy odezwał się głos Janet która zapytała 
kim jestem. Potem pozostawało mi czekać aż otworzy bramę. 

Janet była zarówno jej asystentką, gospodynią jak i wieloletnią przyjaciółką. Kiedy 
dowiedziałam się o preferencjach seksualnych Sassy, zastanawiałam się czy była też 
jej kochanką? Ale z czasem stało się dla mnie jasnym, że Janet bynajmniej nie 
zmierza w tym kierunku. Opiekowała się Sassy odkąd ta miała szesnaście lat. Trudno 
było o kogoś bardziej lojalnego od niej.

Gdy wysiadałam z mojego Jaguara, Janet czekała na mnie przy drzwiach. Szybko 
wspięłam się po schodach. Wdowi garb całkiem jej pasował. Janet była zabawna jak 
dziecko i wyglądała trochę jak starsza dama specjalizująca się w kuchni francuskiej. 

—Witam, panienko Menolly. Panna Sassy czeka w małym saloniku, powiedziała 
poważnym głosem, posyłając mi ciepły uśmiech. 

—Czy Erin jest z nią? spytałam podekscytowana perspektywą zobaczenia swojej 
córki.

Skinęła głową i skierowała się w stronę kuchni, podczas gdy ja zajrzałam przez drzwi 
prowadzące do saloniku.
Sassy i Erin grały w szachy. 

Jak zawsze, Sassy ubrana była w Chanel, pachnąc perfumami o tej samej nazwie. 
Żaden kosmyk włosów nie odważył się uciec z jej idealnie upiętej fryzury. Była 
przeciwieństwem Erin która nie miała za grosz kobiecości.

Jednak Sassy zadekretowała, że tak długo jak ta pozostaje pod jej dachem, nie ma 
prawa nosić workowatych spodni i flanelowych koszul które tak bardzo uwielbiała. 
Sassy zawsze dostawała to czego chciała. Tak więc Erin się podporządkowała i oto w 
tej chwili miała na sobie lniane spodnie, które nie wyglądały na zbytnio wygodne. 

background image

Moja córka straciła swoją opaleniznę. Obecnie przypominała albinosa, etap o którym 
wiedział każdy wampir o jasnej karnacji skóry, w przeciwieństwie do tych, którzy 
mieli czarną skórę która nie ulegała zmianie.

—Bum! zawołałam wchodząc do pokoju.

Erin skoczyła na równe nogi, a następnie ukłoniła mi się z szacunkiem. 
Nauczyła się w dużej mierze kontrolować swoje naturalne posłuszeństwo wobec 
mnie (w pierwszych latach prawie wszystkie wampiry klękały przed swoimi Panami). 
Ze mną byłoby dokładnie tak samo, gdyby po przemianie Dredge zachował mnie 
przy sobie. Pomimo mojej nienawiści do niego, nie mogłabym uciec od naszej więzi 
rodzinnej.

—Jak się masz? spytałam skinąwszy jej by usiadła. Sama zajęłam miejsce na kanapie 
naprzeciwko niej.

—Sassy uczy mnie kontrolować mój urok.

Erin nadal nie brzmiała jak kiedyś. Było to konsekwencją przemiany. Była teraz 
moim dzieckiem. Odczuwała więc naturalną potrzebę aby mnie zadowolić. Nie 
wspominając o tym, że w poprzednim życiu była prezesem Klubu Obserwatorów 
Wróżek.

—Bardzo dobrze. To ważna lekcja, Erin. Musisz nauczyć się kontrolować siebie vis à 
vis tych którzy jeszcze oddychają, ale także nauczyć się jak nimi manipulować. 
Postaraj się jak najlepiej, dla mnie, dobrze?

Nienawidziłam mówić do niej jak do dziecka. 

Jednak sytuacja tego wymagała. Była młoda, bardzo młoda w swojej nowej formie, 
oczarowana nowo zdobytymi umiejętnościami które mogły bardzo łatwo 
przekształcić się w nadużycia. Wampiry które nie zostały przeszkolone, miały 
tendencje do stawania się  drapieżnikami. 

Ostatnią rzeczą jakiej pragnęłam, to wbicie kołka w serce mojej córki. 

Spojrzałam na Sassy, która z dumą w oczach wpatrywała się w Erin.

—Erin jest bardzo dobrą uczennicą, powiedziała. Robi niezwykłe postępy. Naprawdę 
szybko się uczy. Erin, dlaczego nie pójdziesz teraz do swojego pokoju pooglądać 
telewizję lub poczatować w internecie... cokolwiek chcesz, do wschodu słońca. 

Erin posłuchała jej bez pytania, życząc nam obu dobrej nocy. Autoryzowałam Sassy 
by wydawała jej rozkazy i opiekowała się nią do czasu, aż nie zdecyduję inaczej. 
Gdy mnie nie było, Erin traktowała ją jak swego opiekuna.

background image

Jak tylko Erin wyszła z pokoju, Sassy spojrzała na mnie z niepokojem w oczach.

—Słyszałam o tym, co wydarzyło się między tobą a Wadem. Przykro mi kochanie. 
Przed udaniem się do ciebie, powiedział mi o swoich planach. Starałam się go 
przekonać do zmiany zdania... musi istnieć inny sposób...

Pochyliła się i dotknęła mojej ręki.

Tak jak się spodziewałam, wpierw przylazł tutaj. Nie chciał stracić jej poparcia.

—Jesteś pewna że nie chcesz bym zabrała stąd Erin? Zadawanie się teraz ze mną 
prawdopodobnie nie przyniesie ci nic dobrego. 

Smutna prawda. Wade otworzył mi oczy na ranę która nigdy nie przestanie krwawić. 

—Moja kochana, myślę że zapomniałaś o czymś... ja również zabiłam swojego Pana! 
I nie omieszkałam przypomnieć o tym Wade'owi! Po prostu aktualnie nie jestem w 
centrum uwagi jak ty. A ponieważ trzymam w tajemnicy moją prawdziwą naturę... 
jedynie społeczność wampirów i niektóre nadprzyrodzone istoty wiedzą o tym kim 
jestem. Ale jestem zmęczona ukrywaniem się, dlatego postanowiłam ujawnić się 
wszystkim w wielkim stylu. Zamierzam wszystkim opowiedzieć o moim Panu, 
Takiya...

—Myślę że nadszedł czas, Sassy, odparłam będąc pod wrażeniem. Ujawnij swoją 
prawdziwą naturę.

—Menolly... zawahała się i spojrzała na mnie, nerwowo marszcząc brwi.

—Jest jeszcze coś o czym muszę z tobą porozmawiać.

Przytrzymałam jej wzrok. Wiedziałam doskonale o czym chciała ze mną 
rozmawiać... to wisiało między nami od miesięcy, za każdym razem gdy 
przekraczałam próg jej domu.
—Myślę, że wiem o co chodzi. Podejrzewałam coś od kilku tygodni. Chodzi o Erin, 
prawda? Zakochałaś się w niej?

Sassy wzruszyła ramionami, uśmiechnąwszy się smutno.

—Obie zakochałyśmy się w sobie. Bóg jeden wie, że się tego nie spodziewałam. 
Nigdy nie myślałam że będę w stanie traktować ją w ten sposób ale... dużo 
rozmawiałyśmy przez ostatnie kilka tygodni. Tak dobrze się dogadujemy. Ponadto 
jesteśmy prawie w tym samym wieku. No, co prawda jestem od niej nieco starsza, ale 
to nawet lepiej. 

—Wiem, ale dla niej wszystko jest jeszcze takie nowe...

background image

—Menolly, daję ci moje słowo że nie będę jej do niczego zmuszać. W rzeczywistości 
ostatniej nocy zwierzyła mi się, że zawsze wolała kobiety ale nigdy nie miała odwagi 
tego powiedzieć. Jej rodzina nie zaakceptowałaby tego. Ale teraz nie ma już nic do 
stracenia. Jeśli nie zaakceptują tego że jest lesbijką, to równie źle zareagują gdy im 
powie że jest wampirem. A zamierza to zrobić.

Skinęłam głową. 

Jak podejrzewałam. Erin i Sassy były kimś więcej niż przyjaciółkami. Sam fakt mi 
nie przeszkadzał. Martwiło mnie to, czy Erin była gotowa na tego typu relację. 
Przyznanie się że jest się wampirem było o wiele trudniejsze niż wyjście z ukrycia. 
Ale obie te rzeczy naraz obiecywały kłopoty.

—Po prostu, tak długo jak nie będziesz wymagała od niej zbyt wiele...  Erin musi 
przyzwyczaić się do swojego nowego życia. Nie chciałabym by wasz związek 
pochłonął ją tak, że zaprzestanie nauki kontrolowania swoich nowych mocy. W 
moich żyłach płynie krew Dredge'a, bardzo potężna krew. Najprawdopodobniej 
najpotężniejsza na tej Ziemi. Ponadto jestem w połowie wróżką. Erin będzie musiała 
nauczyć radzić sobie z wieloma rzeczami, zauważyłam z westchnieniem. 

—Jak daleko się posunęłyście? Nie chcę być wścibska ale...

Sassy przechyliła głowę z wdziękiem.

—Będąc jej Panią, masz wszelkie prawo by pytać. Nie zrobiłyśmy... nic. 
Dużo rozmawiałyśmy. Jestem gotowa uszanować twoją decyzję, ale jeśli chcesz aby 
ta relacja pozostała na zawsze czysto platoniczna, to będziesz musiała poszukać dla 
niej innego dachu nad głową. Wiem że to nie fair, ale...

Roześmiałam się.

—Nie fair? Poświeciłaś swój czas i energię aby jej pomóc. Ile innych wampirów by 
to dla mnie zrobiło? Nie Sassy, zbyt wiele ci zawdzięczam. Jestem twoim 
dłużnikiem. Myślę jednak, że najlepiej by było aby wasz związek pozostał 
platoniczny przez następny rok. Nie zabraniam ci byś z nią rozmawiała lub trzymała 
ją za rękę... ale nie posuwajcie się dalej, ok?

Sassy skinęła głową. 

—Obiecuję. Erin nadal będzie tu mieszkać. Będziemy grzeczne. Nie będziesz 
rozczarowana, dodała mrugnąwszy mi.

—A ty? Jak ci się układa z uroczą zmienną pumą?

background image

Jeśli mogłabym się zarumienić, zrobiłabym to teraz. Nie obnosiłam się z moim 
życiem miłosnym jak Camille. Nie byłam szczególnie nieśmiała lub wstydliwa co do 
moich preferencji seksualnych, lubiłam jednak zachować pewne aspekty mojego 
życia dla siebie... jak na przykład kwestię posiłków.

—Zrobiłyśmy sobie przymusową przerwę. Jej stado zdecydowało, by startowała w 
wyborach samorządowych zamiast Zacharego. Czeka go długa rekonwalescencja. I to 
na niej powinien się teraz skupić. Oparłam się wygodniej patrząc w sufit. Pokój 
oświetlał bogato zdobiony żyrandol. To Tiffany?

—Tak, odpowiedziała kiwając głową. Należał do matki mojego męża. Jako że 
wiedziała iż bardzo mi się podoba, podarowała nam go w prezencie ślubnym. To była 
wspaniała kobieta (jej głos się załamał. Po chwili wzruszyła ramionami). Margaret 
była dobrą teściową. Po tym jak nasza córka utonęła, nigdy nie krytykowała nas że 
nie mamy więcej dzieci.

Nigdy nie pytałam Sassy o jej córkę, ze strachu że źle to przyjmie, ale tego wieczoru 
zdawała się być skora do rozmów.

—Jak miała na imię?

Sassy spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

—Nigdy tak naprawdę ci o niej nie mówiłam, prawda?

—Nie, odparłam kręcąc głową. A ja nigdy nie odważyłam się zapytać. 

Janet wybrała właśnie ten moment aby wejść do pokoju z dwoma kieliszkami 
wypełnionymi krwią. Nigdy nie spytałam jej skąd ją bierze; po prostu nie wydało mi 
się to właściwe. Przyjąwszy z jej rąk jeden z kieliszków, skinęłam w podziękowaniu 
głową. Nie lubiła być traktowana przez znajomych Sassy jak przyjaciółka.
 
Wolała by rzeczy pozostały takimi jakie być powinny i nie wykazywała 
zainteresowania rozmową. 

—Dziękuję Janet. Bądź tak mila i zasuń zasłony. Następnie możesz przez godzinę lub 
dwie zająć się czymkolwiek zechcesz. Wystarczy byś była z powrotem przed 
czwartą.

Sassy zwracała się do niej czule, a ta nigdy nie wydawała się poruszona wampirzą 
naturą swojej pani. Kiedy wyszła, Sassy odwróciła się do mnie.

—Towarzyszy ci przez większość twojego życia, prawda?

Zamieszałam mojego drinka. To nie była krew zwierzęca, byłam o tym przekonana.

background image

Sassy uśmiechając się przechyliła głowę.

—Rzeczywiście. I nigdy nie próbowałam jej ugryźć, nawet w czasach gdy byłam 
spragniona. Nie chcę nawet myśleć o dniu w którym mnie opuści. Chciałabym 
uczynić z niej jedną z nas, ale odmawia. Więc zostanę z nią do końca. Janet ma raka, 
wiesz? Guz mózgu który rośnie z każdym dniem. Ona umiera, Menolly, powiedziała 
ze łzami w oczach. Jest mi bliższa niż ktokolwiek inny: moja rodzina, przyjaciele, 
nawet mój zmarły mąż. Janet jest... jest częścią mnie.

—Ale nie przemienisz jej...

Zastanawiałam się co będzie czuła gdy Janet umrze. Obiecałam nigdy nikogo nie 
przemienić do czasu, aż byłam świadkiem agonii Erin i jej chęci do życia. W tamtej 
chwili złamałam daną sobie obietnicę i przemieniłam ją w wampira. I tak oto jestem 
tu teraz... jednak wolałam nic nie mówić. Sassy dokonywała swoich własnych 
wyborów. Z czasem sumienie przypomni jej o nich wszystkich.  

—Nie, odpowiedziała w końcu biorąc łyk krwi (następnie wytarła usta serwetką). 
Menolly, tęsknię za polowaniem. Przez ostatnie sześc miesięcy kupuję krew w banku 
krwi. Wiesz, jest nowy, w centrum miasta. Płacą wałęsającym się po ulicach 
dzieciakom by oddali im swoją krew. To pozwala im zarobić parę groszy, a bank jest 
ostrożny by nie brać zbyt wiele. Wade jest za to odpowiedzialny. 

Spojrzałam na nią poprzez kieliszek szkarłatnego trunku i spytałam: 

—Dlaczego nie pójdziesz zapolować? 

Sassy odchrząknęła. Spojrzałam na nią i napotkałam jej wzrok.

—Za bardzo mi się to spodobało. To mnie pochłania, Menolly, tylko trochę ale to 
mnie przeraża. Dlatego Erin mi pasuje. Przypomina mi, jak ważny jest trening. 
Pomagając jej - pomagam sobie.

Zawahała się, po czym mówiła dalej.

—Chciałabym abyś mi coś obiecała. Nie mam rodziny, więc uważaj to jako zapłatę 
za pomoc Erin.

Wiedziałam już o co mnie poprosi. Musiałam obiecać to samo Camille. 

—Jeśli przyjdzie czas, obiecuję ci. Będę szybka. Nie będziesz cierpieć i nikogo nie 
skrzywdzisz.

Sassy skinęła głową, po czym zrelaksowana odchyliła się do tyłu.

background image

—Dziękuję. To mnie uspokaja... cóż, mówiąc o mojej córce... była piękna. Jej włosy 
miały ten sam kolor blondu co Delilah. Pomimo drobnej budowy ciała, miała dużo 
siły. Abby miała wrodzoną dobroć, bez grama zła w sobie.  Uratowała mnie i  była 
moim zbawieniem. Kochałam ją najbardziej, nad życie, Menolly. Umarłabym za nią 
(zwiesiła głowę i po raz kolejny jej głos się załamał). Kiedy miała pięć lat, 
wybraliśmy się na wakacje, na wybrzeże. Janet, Abby i ja spacerowałyśmy po plaży. 
W tym czasie Johan uczestniczył w jakimś posiedzeniu. Miał ważną rozmowę. W 
każdym razie, opalając się - zasnęłam. Obudziły mnie krzyki Janet, która biegła w 
kierunku fal. Abby bawiła się przy brzegu, gdy nagle fala zaczęła się podnosić i ją 
zabrała...

Zamknęłam oczy by dać jej trochę prywatności w jej bólu.

—Abby została porwana przez prąd, zniknęła zanim Janet zdążyła ją pochwycić. 
Ratownicy natychmiast rzucili się na pomoc. Jej ciało odnaleziono następnego dnia, 
wyrzucone na plażę. 

Sassy westchnęła. Zaczęła robić ćwiczenia których jej nauczyłam. Czasami gdy 
emocje stawały się zbyt intensywne, zmuszałam płuca do pracy, nawet jeśli tlen nie 
był mi potrzebny do życia. Wstrzymać powietrze i liczyć, dopóki panika i strach czy 
gniew nie znikną. Następnie wydech.

—Co się potem stało?

—Światło mojego życia zgasło. Johanowi udało się pokonać tę ciężką próbę, ale 
Janet trudno było się po tym podnieść. Udało mi się wyperswadować jej poczucie 
winy. W końcu to nie ona była winna. To ja nie powinnam była zasnąć! Powinnam 
była pilnować mojej córki! Po policzkach spływały jej krwawe łzy. Resztę mojego 
życia spędziłam na unikaniu pamięci o tym. A odkąd nie żyję, próbuję wykupić siebie 
pomagając innym.

Nie było niczego co mogłabym powiedzieć aby jej pomóc. Sassy otarła twarz 
jasnoczerwoną chusteczką. Po chwili rzekła: 

—Pomówmy o czymś innym. Co cię dzisiaj do mnie sprowadza? Coś się stało, 
prawda?

Wtedy przypomniałam sobie co było prawdziwym powodem mojej wizyty.
 
—Tak, potrzebuję informacji o klubie L’Horlogerie, jeśli je masz. I chciałabym 
wiedzieć czy znasz niejaką Claudette Kerston.

—L’Horlogerie? spytała ze śmiechem. Zaprosili mnie raz, ale to naprawdę nie jest 
mój styl. Przygotuj się do robienia notatek. To dość szczególna grupa. Nie zechcesz 
przegapić ani jednego okruchu z tego co zamierzam ci o nich opowiedzieć. 

background image

I tak po prostu atmosfera rozluźniła się, a Sassy zaczęła opowiadać mi o najbardziej 
elitarnym klubie wampirzym w kraju...

background image

Rozdział 6

Nadejście zmierzchu wyrwało mnie ze snu. Zamrugawszy usiadłam gwałtownie 
odrzuciwszy okrycie. Wtedy uświadomiłam sobie gdzie jestem. Nigdy nie 
potrzebowałam niczego do przykrycia a to dlatego, że nie odczuwałam zimna. Z 
drugiej strony, śpiąc bez niczego czułam się nieswojo...  

Przeciągnęłam się, ziewnąwszy. Pomimo iż od mojej śmierci upłynęło dwanaście lat, 
wciąż nie potrafiłam wyzbyć się pewnych automatyzmów. Nawet jeśli nie 
potrzebowałam tlenu, wciąż instynktownie nabierałam powietrza. Było to częścią 
mojego życia przez prawie sześćdziesiąt lat... nie potrafiłam pozbyć się tego jednym 
pstryknięciem palców.

Czasami gdy ziewałam, nachodziło mnie dziwne uczucie gdy powietrze wpadało do 
mojego ciała i płuc by dać oddech osobie żyjącej. Cząsteczki tlenu krążyły w moich  
żyłach, szukając miejsca gdzie by się tu zakorzenić i starając się stymulować komórki 
krwi, nie uzyskawszy jednak żadnej odpowiedzi. Powoli wypuściłam powietrze, 
moje płuca ponownie ucichły...

Te odruchy pozostaną aż do końca, mimo iż obrały zupełnie inny kierunek. Wstałam 
z łóżka, gdy nagle tajne przejście prowadzące do mojego apartamentu otwarło się, 
ukazując u szczytu schodów Delilah i Camille trzymającą w ręku pamiętnik Sabele. 

—Dobrze że się obudziłaś. Iris chce abyś pomogła jej przy Maggie.  

Czasami jedna z nich schodziła do mnie czekając aż się obudzę, trzymając się jednak 
z dala od mojego łóżka. O zachodzie słońca gdy się budziłam, kontrolę przejmowały 
moje instynkty i łatwo mi było zranić kogokolwiek kto znajdował się zbyt blisko 
mnie.

—Ziemia nie przestała się kręcić kiedy spałam? 

Mój sen nie był porównywalny do drzemki. Jeśli gdy spałam demony zaatakowałyby 
dom lub podłożyłyby ogień, nie zauważyłabym tego przed zmierzchem.

—Przetłumaczyłam pamiętnik Sabele, powiedziała Camille kładąc się na moim łóżku 
na brzuchu, z nogami w powietrzu skrzyżowanymi w kostkach (obcasy jej butów 
wydawały się niebezpiecznie ostre). Muszę ci powiedzieć, że to była fascynująca 
elfica. Była śledzona przez jakiegoś świra.

Delilah wręczyła mi moje dżinsy, które natychmiast założyłam. Moim zdaniem nie 
było nic lepszego jak dopasowane spodnie. Nie musiałam dłużej martwic się  
krwiobiegiem. Najważniejsze że mogłam w nich swobodnie walczyć. Uwielbiałam 
gdy były mocno dopasowane.

background image

—Nieodwzajemniona miłość? spytałam, zakładając sweter z golfem.

—Powinnaś założyć top. Na zewnątrz jest tak gorąco... zauważyła Delilah.

—Nie jestem jeszcze na to gotowa. Poza tym gorąco czy zimno nie ma na mnie 
żadnego wpływu.

Wolna od mojego Pana czy nie, nadal miałam świadomość sieci blizn wyrytych na 
moim ciele pazurami Dredge'a. Nie czułam się komfortowo w ubraniach które je 
odsłaniały. Schyliłam się zapinając buty.

—Nieodwzajemniona miłość? powtórzyła Camille. 

—O dziwo, nie. To co nasuwa się na myśl to... gdzie to jest...? (przerzuciła kilka 
stron). Ach tutaj! Nazywa się Harold Young. Studiował na Uniwersytecie 
Washington. Najwyraźniej cieszyło go śledzenie jej. Nigdy nie próbował się z nią 
umówić lub coś w tym stylu. Sabele zaczęła się bać. Śledził ją przez pięć dni z 
rzędu... następnie szóstego dnia... tutaj pamiętnik się kończy.

Uniosłam głowę, gdy nagle jeden z moich warkoczyków zaczepił się o skraj narzuty 
na łóżku. Cienkie nitki oplotły się wokół jednego z moich koralików z kości 
słoniowej. Delilah pospieszyła jako pierwsza, by pomóc mi się uwolnić.

—Czekaj, jeśli nie będziesz ostrożna, wszystko rozedrzesz.

Podczas gdy rozplątywała moje włosy, w jej oczach pojawił się figlarny blask... 
spoglądała na nitki z błyskiem w oczach... Cholera! Wiedziałam co to znaczy!

—Puść moje włosy i wycofaj się powoli, odparłam chwytając szybko kosmyk 
włosów który trzymała w rękach. Mam go.

Drżała przez chwilę szybko oddychając, a następnie jej oczy się zaświeciły.
W mgnieniu oka w wirze kolorów miałam uczepionego na sobie pręgowatego kota 
bawiącego się kosmykami moich włosów, radosnego niczym dziecko w sklepie ze 
słodyczami.
—Hej ty! Mała....!

Próbowałam jej się wyrwać, ale Delilah tylko zacisnęła uchwyt na moich włosach.

Camille pospiesznie rzuciła się na pomoc, łapiąc ją i zarabiając piękne zadrapanie na 
ramieniu. Zdecydowałam że mogę kupić nową narzutę i szarpnąwszy uwolniłam się, 
rozrywając przy tym materiał.

Kiedy się odwróciłam, ujrzałam Camille która trzymała ją w powietrzu nad głową, 
ściskając ręce wokół jej brzucha. Delilah miauczała żałośnie próbując się wyrwać.  

background image

Była najeżona z szeroko otwartymi oczami i rozcapierzonymi poduszeczkami. 

—Uwolniłaś się? spytała Camille.

Skinęłam głową, a wtedy Camille rzuciła kota na łóżko. Delilah zeskoczyła i 
pobiegła ku schodom, w niemal maniakalnym poszukiwaniu wyjścia... co dokładnie 
robiły koty w takich przypadkach. Spytałam ją o to pewnego dnia ale jedyną 
odpowiedź jaką uzyskałam był wybuch śmiechu. 

—No cóż... nie planowałam w ten sposób rozpocząć wieczoru... zauważyłam, 
spojrzawszy na rozdartą narzutę. Nie jest tak źle, może Iris uda się to naprawić, gdy 
tylko będzie miała czas.

Camille pomogła mi powyciągać nitki z włosów a następnie przyjrzała mi się od stóp 
do głów.

—Nie myślałaś o zmianie fryzury? Byłabym szczęśliwa gdybyś nosiła je 
rozpuszczone i kręcące się.

—A twoim zdaniem, dlaczego je tak czeszę? Zastanów się przez chwilę. Nie 
przeszkadzają mi gdy walczę, inaczej rzecz się ma gdy się pożywiam... za każdym 
razem je brudzę... poza tym myślę że są fajne.

—Powinnaś je rozplątywać od czasu do czasu, aby je umyć. Mogę je potem 
ponownie zapleść, jeśli chcesz (wyrzuciła nitki do kosza). Odrobina wody i 
szamponu nie powinna im zaszkodzić, poza tym to nie wydaje się za bardzo 
higieniczne.

Spojrzałam na nią, zaskoczona kierunkiem jaki obrała nasza rozmowa. 

—Jestem martwa, Camille. Martwa. Czy naprawdę myślisz że higiena ma tu 
jakiekolwiek znaczenie?

—Sama nie wiem, a ty? spytała marszcząc brwi. W rzeczywistości w ogóle  o tym 
nie myślę.
Dla mnie śmierć oznacza gnicie sześć stóp pod ziemią lub bycie pokrytą krwią w 
bitwie z której już nie powrócisz. A ponieważ nie należysz do żadnej z tych kategorii, 
usunęłam cię z tej listy umieszczając na tej, na której znajdują się inne nocne 
stworzenia.

Roześmiałam się.

—To jest najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek powiedziałaś (rzuciłam okiem 
na schody). Myślisz że Delilah wkrótce zejdzie stamtąd? 

background image

—Nie wiem. To zależy od tego, czy wróciła już do siebie.

—Cóż, w takim razie, odparłam skinąwszy by poszła za mną, lepiej już chodźmy. 
Powiedziałaś że mężczyzna który ją śledził nazywał się Harold?

Część mnie podejrzewała o to chłopaka Sabele, ale ten miał na imię Harish.

Camille poszła za mną po schodach, wyłączając na górze światła. Obie 
wymknęłyśmy się zza regału skrywającego tajne wejście do mojego legowiska.

W kuchni zastałyśmy sfrustrowaną Iris siedzącą na stołku i pochylającą się nad 
Maggie.

—Proszę, zjedz swój obiad... (gdy weszłyśmy, spojrzała w górę). Cieszę się że was 
widzę! Może wam uda się ją nakarmić.

—Co się dzieje?

Kiedy zbliżyłam się do dziecka gargulca, Maggie skrzywiła się i zaczęła krzyczeć 
"mouf" wyrażając niezadowolenie. Wyciągnęłam do niej ręce, ale Maggie która 
zwykle rzucała mi się w ramiona, zobaczywszy mnie teraz nie poruszyła się, nie 
przestając płakać w kącie.

—Nie chce zjeść obiadu. Chce swój krem. Ale musi jeść stałe pokarmy. Będzie 
trzeba ją wkrótce odzwyczaić, westchnęła Iris popychając w jej kierunku talerz z 
warzywami i mieloną jagnięciną, na co ta natychmiast zaczęła się dąsać.

Staraliśmy się ją odzwyczaić od tej mieszanki śmietanki, cukru, wanilii i szałwii, 
stanowiącej do niedawna podstawę jej diety. Moja książka o leśnych gargulcach 
mówiła, że następnym etapem jest wprowadzenie dwa razy dziennie mielonego 
mięsa, warzyw i ziół, a do tego mleka raz na dobę. Powinniśmy też dawać jej kilka 
myszy, dopóki sama nie nauczy się polować. Iris nadal podawała jej jagnięcinę. 
W tej właśnie chwili kupka futra złapała kawałek mięsa, ale zamiast go zjeść rzuciła 
mi nim prosto w twarz...

—Dziękuję! krzyknęłam, krzywiąc się przez chwilę.

Iris podała mi ręcznik (użyłam go do wytarcia śladów ataku). Paskudny troll! 
Dlaczego po prostu nie dać jej miski z jej mieszanką? Nie pozwolimy jej przecież 
umrzeć z głodu. Wyraźnie widać, że dzisiaj wieczorem tego nie zje.

—Nie, przerwała nam Camille. Nic się jej nie stanie jak ominie ją jeden posiłek. 
Musi nauczyć się jeść mięso, potrzebuje go do wzrostu kości i skrzydeł. Po prostu nie 
zje dzisiaj kolacji.

background image

Iris westchnęła.

—Masz rację. Mam zamiar zabrać ją do mojej sypialni.

Jak tylko Iris opuściła kuchnię z Maggie płaczącą w jej ramionach, usiadłam przy 
stole kuchennym obok Camille.

—Na czym skończyłyśmy? spytała Camille.

—Mówiłaś mi o Haroldzie. Myślisz że ma on coś wspólnego z jej elfim chłopakiem?

—A  tak, prawda! Nie, wcale nie. Najwyraźniej Harish, jej chłopak, jest na misji na 
Ziemi dla królowej Asterii. Jest techno magiem, odpowiedzialnym za nowinki w 
ziemskiej technologii, by następnie dostarczyć je do domu i tam znaleźć sposób by te 
współgrały z magią elfów.

—Myślisz że nadal tam jest? 

Oparłam łokcie o blat i wyciągnęłam wykałaczkę z kryształowego pojemniczka.

—Mogę się tego dowiedzieć, rzuciła Delilah wsadziwszy głowę do kuchni, następnie 
podeszła do lodówki i otworzywszy ją, nalała sobie szklankę mleka, racząc się przy 
tym kawałkiem szarlotki. Przepraszam za to wcześniej, powiedziała uśmiechając się. 
Dla kota włosy są po prostu zbyt kuszące, wiesz?

Camille popchnęła krzesło w jej kierunku.

—Tak, wiemy.

—Jak już mówiłam, z pomocą Tima mogę przejrzeć bazę danych nadprzyrodzonej 
społeczności, by zobaczyć czy gdzieś tam nie ma o nim jakiejś wzmianki. Z funkcją 
wyszukiwania, powinno to zająć najwyżej kilka minut.

—Dobry pomysł, zgodziła się Camille. Jeśli to nie zadziała, możemy zapytać 
Morgane czy coś o nim wie.
„Święta trójca” ma oko na przebywające na emigracji elfy i wróżki. 

Delilah parsknęła śmiechem tak nagle, że mleko wyszło jej nosem. 

—Pewnego dnia każą ci sobie za to zapłacić. I nie będziesz w stanie odczołgać się   
wystarczająco daleko, lub uciec wystarczająco szybko.

Od jakiegoś czasu Camille nazywała trzy królowe „świętą trójcą”. Jak na razie 
Titania, Aeval i Morgane o niczym nie wiedziały...

background image

—Jeśli tak się stanie, Camille nie pozostanie nic innego jak zaatakować je błyskawicą 
i użyć rogu Czarnego Jednorożca. To je usmaży, rzekłam uderzając w stół. A teraz nie 
traćmy więcej czasu. Nie pozostało mi go wiele... lepiej zabierzmy się już do rzeczy.

Iris wybrała ten właśnie moment aby się pojawić.

—Zasnęła. Mam nadzieję, że się nie obudzi tej nocy (rzuciła okiem na zegar). Mam 
dziś randkę, więc nie będzie mnie w domu aby jej pilnować. 

—Z Bruce'em? spytała Camille.  

—Tak, będzie tu za około godzinę.

Odchrząknęłam.

—Bardzo go lubisz, prawda?

—Tak, przyznała rumieniąc się. Nawet jeśli jest krasnoludem, ma dobre serce. 
Świętujemy dziś wieczorem.

—Co takiego? Wypuszczenie nowej marki piwa na rynek? 

Lubiłam Bruce'a, ale nie podobało mi się że Iris ma na boku swoje prywatne życie. 
Jeśli kiedykolwiek zdecyduje się wziąć z nim ślub i uciec, nie wiem co zrobimy. 
Umieszczając naczynia w zmywarce, posłała mi mordercze spojrzenie. 

—Nie. Przestań nabijać się z mojego chłopaka. Bruce'owi udało się dostać pracę na 
Uniwersytecie Washington. Będzie uczyć historii Irlandii i mitologii celtyckiej. To 
tymczasowe, tylko na jeden semestr, rozpoczyna w jesieni. Obecna nauczycielka 
odchodzi na urlop macierzyński.

Delilah pochłonęła ostatni kęs ciasta. 

—Mogłabyś być dla niego milsza. On jest sympatyczny i bardzo zabawny. 

—OK, OK, powiedziałam. Przykro mi. Po prostu nie przestaję myśleć o tym, że 
kiedyś nas opuścisz. I uwierz mi, nikt z nas nie chce tego. 

Iris wybuchnęła szczerym śmiechem, potrząsając głową.

—To nieprawda! To dlatego zawsze jesteś taka zimna wobec niego? Myślałam że nie 
lubisz jego rodzaju! Menolly, powinnaś wiedzieć że jesteście teraz moją rodziną. 
Nawet jeśli zdecydujemy się pobrać, to zamieszkamy w pobliżu was. Moglibyśmy na 
przykład wybudować sobie coś w ogrodzie. Przysięgłam walczyć w wojnie 
przeciwko Skrzydlatemu Cieniowi przy waszym boku. Nie porzucę was.

background image

—Przykro mi. Naprawdę. Przekaż Bruce'owi proszę, moje przeprosiny.  Baw się 
dobrze. Znajdziemy opiekunkę dla Maggie.

Nagle umieszczony na stole kawałek kwarcu zaczął świecić i gwizdać. Zacisnęłam 
zęby. Nienawidziłam tego dźwięku. Bariery magiczne Camille coś wykryły. Na 
naszym terenie znajdował się intruz.

—Cholera, znowu kłopoty, wymamrotała Delilah.

—Och, na litość boską! Dlaczego teraz? Muszę się przygotować, narzekała Iris 
spoglądając złym okiem na kryształ. Zdjęła ze złością fartuch. Camille podskoczyła 
na swoim miejscu.

—Kto pójdzie to sprawdzić? Morio i Flama nie ma. Nie mam pojęcia gdzie mogą być 
Roz i Vanzir.

—Poczekajcie na nas tutaj. Zawołamy jeśli będziemy potrzebowały waszej pomocy. 
Pójdę pierwsza, bo potrafię bezszelestnie się poruszać. Kotku, ty pójdziesz za mną w 
swojej kociej formie, dobrze?

Kierując się w kierunku drzwi, Delilah szybko się przemieniła. Camille poszła do 
salonu by zgarnąć srebrne sztylety, swój i Delilah. Iris wycofała się do swojego 
pokoju by pilnować Maggie.

Otwarłszy cicho tylne drzwi, zanurzyłam się w ciszy nocy. Gwiazdy błyszczały nade 
mną, a złoty księżyc nadal był widoczny. Powiewał lekki wiatr kołysząc gałęziami 
drzew, których ciemne sylwetki niemal dotykały nieba. Wsłuchałam się w otoczenie, 
starając się odróżnić to co było normalne, a co nie.

Mieszkaliśmy w starym dwupiętrowym wiktoriańskim domu, wliczając w to piwnicę 
która stanowiła moje schronienie, położonym w sąsiedztwie Belles-Faire. Nasz teren 
był dziki, zarośnięty i takim go lubiłyśmy, a ścieżka przez las prowadziła do stawu 
otoczonego brzozami, gdzie w okresie świąt odbywały się nasze rytuały.

Sam dom znajdował się na otwartej przestrzeni, nie licząc kilku otaczających go 
drzew. Wzdłuż trawnika rosły małe klomby: ogródek zielny Camille i ogród Iris, w 
którym hodowała swoje kwiaty, których koloru nigdy nie mogłam ujrzeć w świetle 
dziennym.

Stojąc bez ruchu czekałam, wsłuchując się w otoczenie, aż moją uwagę przykuł 
hałas. Na początku ledwie zauważalny, ale z każdą minutą intensywniejszy; 
dochodził od strony ścieżki prowadzącej do stawu. Zeszłam na dół i pod osłoną nocy 
wtopiłam się w ciemność. Za mną szła Delilah w postaci kota, wtapiając się w niskie 
krzewy. Jedyne co zdradzało jej obecność, to ciepłota jej ciała. Żałowałam że nie 
jestem w stanie przemienić się w nietoperza.

background image

Pomimo moich usilnych starań, jeszcze nie w pełni opanowałam tę sztukę. Raz, 
będąc w powietrzu, dałam się złapać przez prądy powietrzne... jak na razie 
umiejętność ta była bardziej przeszkodą aniżeli błogosławieństwem.

Nagle, niedaleko drzew, hałas się powtórzył. Usłyszałam szelest liści i zgrzytanie 
zębów. Przemknąwszy niczym cień, ledwo co musnąwszy ziemię ruszyłam, gdy 
dźwięk nasilił się ponownie po prawej stronie w lesie, z dala od ścieżki. Poczęłam 
obserwować zarośla.

Wampir czy nie, gdybym spadła mogłam sobie coś złamać. Więc skoczyłam na 
sosnę, trzymając się mocno jej pnia. Kiedy jeszcze żyłam, byłam akrobatką- 
szpiegiem, który mógł przylgnąć do sufitu i wspinać się bez żadnego oparcia, tak 
długo jak moja ludzka krew nie przypomniała sobie o mnie... Przez większość czasu 
to działało. Z wyjątkiem jednego razu, którego wynikiem jest mój obecny stan. Na 
szczęście stanie się wampirem udoskonaliło moje umiejętności.

Prześlizgiwałam sie z pnia na pień, łatwo torując sobie drogę między gałęziami, 
przeskakiwałam z drzewa na drzewo. Las był gęsty i splątany, drzewa rosły blisko 
siebie. Łatwo przemieszczałam się w kierunku hałasu, nie dotykając ziemi ani 
poszycia.

Polana obiecywała ujawnić to, co wywołało alarm. Przynajmniej taką miałam 
nadzieję. Oby nie była to zasługa Rapido, psa sąsiadów. Jednak gdy tkwiłam tak 
przyczepiona do gałęzi olbrzymiego cedru i spojrzałam na rozciągający się obszar 
traw, moje obawy zniknęły. Co jak co, ale nie tego się spodziewałam! Na polanie, 
pochylony nad pniem stał niski człowieczek. Jego skóra była koloru starego 
pergaminu, a twarz pomarszczona i pokryta jasnymi białymi plamami, które 
błyszczały za każdym razem gdy się poruszył. Wydawało się jakby coś żuł. 
Przyjrzawszy mu się dokładniej, zdałam sobie sprawę, że pochyla się nad martwym 
oposem.

Obrzydliwa kreatura zatopiła właśnie swoje żółte i zgniłe zęby w jego obślizgłym 
ciele! Ghul. Czułam jak mój żołądek się wywraca. Mieliśmy ghula na naszym 
terenie.
Co oznaczało, że gdzieś tu w pobliżu musiał być nekromanta który wskrzeszał 
umarłych. Nie był to najbardziej pożądany sąsiad o jakim bym marzyła.
Ghule nie były łatwe do wyeliminowania. Jeśli nie zniszczyło się ich natychmiast, 
walczyły dopóki nie została z nich miazga. Ogień był skuteczny ale nie mogłam z 
niego skorzystać. Nie mogłam również go znokautować, nie dopóki nie znajdę 
sposobu jak się go pozbyć na dobre. Co gorsza, nekromanta będzie w stanie wiedzieć 
gdzie dokładnie na naszym terenie znajduje się jego zwierzątko.

Spuściłam głowę. Delilah ukrywała się w krzewach poniżej i nie spuszczając z niego 
wzroku, dała mi znak. Natychmiast ześlizgnęłam się po pniu, bez ściągnięcia na 
siebie uwagi ghula.

background image

—Delilah, wyszeptałam tak cicho iż nie byłam pewna czy mnie usłyszała dopóki nie 
skinęła  głową... Wracaj do domu przekaż Camille i Iris że na naszym terenie jest 
ghul. Camille powinna wziąć ze sobą róg jednorożca, o ile nadal ma w nim moc 
ognia. Jeśli chcemy na dobre się go pozbyć, musimy doszczętnie go spalić. 
Tymczasem ja tu zostanę i będę miała na niego oko; być może spróbuję go 
poskromić.

Skinęła a następnie pognała ile sił w łapach w kierunku domu. Na powrót zwróciłam 
swoją uwagę na ghula. Doszedł mnie wyraźny dźwięk jego szczęk zamykających się 
na oposie. Mój słuch był wyjątkowo czuły; gdy chciałam, mogłam wyróżnić 
wszystkie dźwięki, ale musiałam się skupić.

Oceniając dzielący mnie od niego dystans, zeskoczyłam. Ghul nie usłyszał mnie, 
dopóki na nim nie wylądowałam. Uniósł wzrok, ale nie na tyle szybko by uniknąć 
mojego kopniaka. Cios powalił go na plecy. Moje kozaki okazywały się bardzo 
praktyczne, szczególnie że miały wysokie obcasy. 

Ghul jęknął. Większość z nich nie umiała ani mówić ani krzyczeć; odskoczył lądując 
na resztkach oposa. Nie mogłam tak naprawdę go zabić, ponieważ już był martwy. 
Ale być może będę w stanie go znokautować do czasu aż przybędzie Camille z 
rogiem.

Ghul wstał. Podobnie jak zombie, stworzenia te nie poddawały się dopóki nie zostały 
zniszczone. Trochę jak królik z baterii marki Duracell. Jednak prawdziwy problem z 
ghulami polegał na tym, że w przeciwieństwie do zombie wciąż myślały na swój 
sposób. Nie były zbytnio inteligentne ale na tyle świadome, by wykonywać rozkazy 
tego kto je ożywił. Nie wiedziałam dokładnie jak to działa, ale z pewnością 
pochodziło z magi która budziła ich do życia.

Jak tylko wstał, uderzyłam go ponownie w plecy rzucając się na niego. Skrzywiłam 
się gdy poczułam jego smród.  Gnił od około roku.

Chwyciłam go za włosy i pociągnęłam skręcając mu kark.
To nie mogło go zabić ale im więcej szkód mu wyrządzę, tym trudniej będzie mu 
zaatakować. I właśnie w tej chwili mnie oświeciło!

Bez głowy nadal będzie się poruszał ale nas już nie zobaczy, przynajmniej tak 
przypuszczałam. Nie chciałam wykorzystywać zębów, chyba że w ostateczności. 
Byłam znacznie silniejsza od niego. Z odrobiną cierpliwości zdołam pociąć go na 
małe kawałki.

Niestety, zbyt zajęta moim nowym przyjacielem, nie zwracałam uwagi na to co się 
dzieje za mną, dopóki nie poczułam silnego uderzenia w plecy które sprawiło, że 
straciłam równowagę. Upadłam ale natychmiast odturlałam się skacząc na nogi w 
stylu Bruce'a Lee.

background image

Odwróciwszy się, znalazłam się twarzą w twarz z wysokim mężczyzną ubranym w 
skórzaną kurtkę. Grube włosy opadały mu na ramiona, a policzki porośnięte były 
brodą. Trochę jak ZZ Top, kupa mięśni ale nie tak przyjazny...

Z wysuniętymi kłami i czerwonymi oczami stanęłam w pozycji do ataku, gotowa do 
walki.

Uśmiechając się lekko, wyciągnął długi drewniany kołek i wskazawszy w moim 
kierunku rzekł:

—Naprawdę chcesz ze mną walczyć? Mógłbym z łatwością przemienić cię w proch, 
zanim zdążysz zamrugać tymi pięknymi krwistymi oczami. A teraz odsuń się od 
mojego ghula, bo zamienię cię w kebab. Decyzja należy do ciebie. Co wybierasz?

background image

Rozdział 7

Patrzyłam na niego, starając się ocenić czy mówił serio. Wyglądał na cholernie 
poważnego. W końcu po chwili wypaliłam: 

—Kim do cholery jesteś, i co ty i twój pieprzony ghul robicie na naszym terenie?!

Zamrugał, wzruszywszy ramionami.

—Mów mi Wilbur. Jestem nekromantą i to jest mój ghul. Wolałbym zachować go w 
jednym kawałku, jeśli nie masz nic przeciwko. Uciekł zanim zdałem sobie z tego 
sprawę. O mój Boże, złamałaś go! 

Spojrzałam na ghula, który wstał z głową przechyloną na lewo, przy tym głupio się 
uśmiechając. Wykonałam dobrą robotę, łamiąc mu kręgi szyjne. 

Zwróciłam uwagę na Wilbura.

—Rzuć kołek. Twój ghul znajdował się na naszym terenie i wywołał alarm. Czego 
się spodziewałeś? Jeśli nie trzymasz swoich zabawek na smyczy, kończą uszkodzone. 
Wilbur, prawda? (przechyliłam głowę, jakby tylko tego mi jeszcze było trzeba). 
Nekromanta który nosił imię takie same jak świnia. 

—Skąd jesteś, Wilbur?

Zamrugał. 

—Mieszkam nieopodal, w starym domu w londyńskim stylu; przeprowadziłem się 
kilka miesięcy temu, odpowiedział zdziwiony. Nigdy nie stwarzałem nikomu 
problemów. Zwykle dobrze go pilnuję, odparł skinąwszy w kierunku ghula. Ale 
wypadki się zdarzają (to powiedziawszy opuścił kołek, nie spuszczając ze mnie 
wzroku). Twoje siostry i ty jesteście dobrze znane w okolicy.  Natychmiast zdałem 
sobie  sprawę, że Martin tutaj jest. Całe to miejsce świeci niczym neon w ciemności.

Hałas na ścieżce sprawił, że oboje się odwróciliśmy.

Wilbur ponownie uniósł swój kołek w górę a następnie uspokoił się, ujrzawszy 
Delilah i Camille biegnące w naszym kierunku. Czekałam aż do nas dołączą. Obie 
wyglądały na zaskoczone rozgrywającą się przed ich oczami sceną. 

—Dziewczyny, poznajcie naszego nowego sąsiada. Wilbur jest nekromantą i 
właścicielem ghula, który nazywa się Martin a któremu najwyraźniej udało się uciec. 

—Martin? spytała Camille.

background image

Po chwili przypomniała sobie, że trzyma w ręce róg jednorożca, bo szybko wsunęła 
go do kieszeni. Ale nie na tyle szybko by umknęło to uwadze Wilbura. Przestroga dla 
mnie by mieć tego faceta na oku. Nekromanci nie byli godni zaufania a jeśli ten 
wiedział jak potężna bronią był róg, mógłby zechcieć go sobie przywłaszczyć.

Delilah odchrząknęła.

—Wilbur? Jesteś człowiekiem? 

—Hej, trochę taktu! Tak, jestem  człowiekiem. Nazywam się Wilbur Folkes i 
mieszkam obok.

—Jak długo jesteś nekromantą? spytała Camille, nie spuszczając wzroku z jego 
twarzy.

Wilbur wzruszył ramionami.

—Kilka lat. A teraz wybaczcie, ale muszę wrócić do mojego laboratorium. 
Zostawiłem kilka mikstur na ogniu, nie chciałbym by mi się zmarnowały. Jeśli 
pozwolicie, chciałbym odzyskać mojego ghula... rzucę na niego czar który sprawi, że 
nie będzie wam więcej sprawiał kłopotów. Mam tylko nadzieję, że uda mi się 
nastawić mu kark, mruknął.

Wzdrygnęłam się słysząc go mamroczącego pod nosem, podczas gdy Martin 
posłusznie poczłapał za swoim panem. Nadal podejrzliwa, zwróciłam się do innych.

—Dopilnuję by obaj się nie zgubili.

Gdy obie skinęły głowami, poprowadziłam naszych nowych znajomych przez las. 
Najwyraźniej Wilbur miał dość rozmów, a Martin jedynie chrząkał. Postanowiłam 
więc trzymać buzię na kłódkę, doszedłszy do wniosku że im mniej o nas wie, tym 
lepiej. Droga zajęła nam pięć minut. Wilbur miał jak na kogoś jego wzrostu, lekki 
krok. Bez najmniejszego wahania przemieszczał się między drzewami i krzewami.

Kiedy dotarliśmy do drogi, w milczeniu chwycił Martina i poprowadził go na drugą 
stronę ulicy, gdzie faktycznie stał stary dom w londyńskim stylu. 

Kiedy wróciłam w miejsce gdzie spotkałam ghula, Camille i Delilah już nie było. 
Pobiegłam więc z powrotem do domu. Kiedy otworzyłam drzwi od strony kuchni, 
obie czekały na mnie, zarówno rozbawione jak i trochę zagubione.

—Opowiedziałyście o wszystkim Iris? spytałam. 

—Tak, i to wszystko wydaje mi się bardzo dziwne. A teraz muszę przygotować się do 
mojej randki. Bruce wkrótce tu będzie.

background image

Przepraszam, odparła Iris kierując się do swojego pokoju.

—A więc? spytałam unosząc się w powietrze, gdzie czułam się najbardziej 
swobodnie. Co sądzicie o naszym nowym sąsiedzie? 

—Myślę że pewnego dnia skończymy za kratkami, odpowiedziała Delilah.

—Mam nadzieję że nie! wykrzyknęła Camille. Nie ufam mu. Nie podoba mi się jego 
wzrok i mogę was zapewnić, że nekromantą jest o wiele dłużej niż "kilka lat". Ten 
człowiek ma ogromną moc. Cuchnie śmiercią, zauważyła wbijając wzrok w stół. 
Wiem o czym mówię. Morio i ja zaczęliśmy zagłębiać się w magię kości. To bardzo 
mroczna ścieżka. Im głębiej w nią wkraczasz, tym większy zalewa się mrok. 

Delilah rzuciła mi pytające spojrzenie, na które odpowiedziałam kręcąc głową. 
Camille robiła to co musiała robić. Czarownice losu zadecydowały, by Morio odegrał 
w jej życiu rolę większą niż jedynie męża i opiekuna. Nie miałyśmy prawa wątpić w 
nie, ani w ich decyzje. 

—Myślisz że Wilbur nas okłamuje?

Ufałam przeczuciom Camille, były o wiele bardziej niezawodne niż jej księżycowa 
magia.

—Och nie, powiedział prawdę co do tego jak się nazywa i że jest człowiekiem. Ale 
za źle przyciętą brodą skrywa się wiele złych rzeczy. Nawet jeśli nie czuję wokół 
niego złej aury, ktoś kto potrafi wskrzeszać umarłych i tworzyć ghule, z pewnością 
musi skrywać ciemne strony.

—Świetnie! Przez wszystkie problemy jakie ostatnio mamy, zapomniałam co miałam 
zrobić... Ach! Przypomniałam sobie! Kotku, zadzwoń do Tima i zobacz co uda ci się 
dowiedzieć o Harishu.

Marszcząc brwi, starałam się sobie przypomnieć o czym mówiliśmy zanim nam 
przerwano. Camille nalała sobie kieliszek wina i chwyciła paczkę ciastek „Oreos”. 

Delilah podniosła słuchawkę telefonu.

—Cześć Jason! Jest u ciebie Tim? spytała Delilah, opierając się o ścianę (po chwili 
milczenia, zaczęła mówić). Słuchaj, wiem że jesteś zajęty przygotowaniami do ślubu 
ale czy mógłbyś pogrzebać dla mnie w aktach społeczności nadprzyrodzonej, proszę? 
Nie mam całości w swoim komputerze, a musimy odnaleźć pewnego elfa. Ma na 
imię Harish, nie znam jego nazwiska. Tak, dokładnie: H-A-R-I-S-H... Zadzwoń 
proszę jeśli coś znajdziesz.

background image

Kiedy odłożyła słuchawkę, skorzystałam z okazji by spytać: 

—A więc kiedy się ma odbyć ślub Tima i Jasona? Wiem że otrzymaliśmy 
zaproszenie, ale zapomniałam na nie spojrzeć.

Camille podeszła do tablicy na której przypinaliśmy wiadomości i notatki, po czym 
odpięła z niej kremową kopertę i mi ją podała. Otwarłszy ją, wyjęłam z niej gruby, 
czerpany papier. Świetna robota, pomyślałam.

Powyżej napisany ręczną kaligrafią, widniał tekst:

Pan i Pani Simon i Virginia Winthrop, mają przyjemność ogłosić małżeństwo 
ich syna, Vincenta Winthropa z Jasonem Alfonso Binds, synem pani Petti-Anne 
Binds. Zapraszamy państwa do nas, Woodbriar Park, 19-tego czerwca o 21:30 
na spotkanie pod gwiazdami. Ceremonii przewodniczyć będzie wielebny pastor 
Monica Trent, członek Kościoła Zjednoczonych Światów.

Ceremonia i bufet odbędą się w parku.
Ubiór: pół formalny.  

Prezenty: Zamiast prezentów, para młoda pragnęłaby aby państwo złożyli 
darowiznę na Złoty Bank Żywności.

Na marginesie dopisano ręcznie, że zaproszenie obejmuje mężów Camille, Chase'a i 
innych. W przypadku Iris i mnie, same możemy wybrać osobę towarzyszącą. 

—Czy wszyscy idziemy? Iris również? spytałam z uśmieszkiem.

Tim i Jason byli razem od lat. Ich silny związek zasługiwał na to, by zostać 
sformalizowany. To mnie ucieszyło. Część mnie uwielbiała rytuał małżeństwa.

—Oczywiście że idziemy wszyscy! Poprosiłam Roza by popilnował Maggie przez 
noc, a on się zgodził, odpowiedziała Camille.  

—Roza?! zawołałam zdziwiona. Roz wrócił? 

Rozurial był inkubem, który od jakiegoś czasu pomagał nam w walce z demonami. 
Najemnik i łowca nagród, bardzo przystojny, a jego metody postępowania naruszały 
wszelkie prawa etyki wobec kobiet. Był także naszym bardzo dobrym przyjacielem. 
Wielokrotnie flirtowaliśmy, ale nigdy nie pozwoliłam posunąć mu się za daleko. 
Jakieś trzy tygodnie temu, królowa Asteria wezwała Roza do Elqavene, elfiego 
miasta, na jakąś krótką misję...

background image

—Tak. Pojawił się wczoraj w nocy, odparła Delilah marszcząc brwi. 

Nagle poczułam się trochę lepiej zdając sobie sprawę, że naprawdę brakowało mi 
Roza i jego paskudnego charakteru. Gdy zadzwonił telefon, złapałam słuchawkę.

—Prawdopodobnie to Tim, rzekłam (pomyliłam się, to był Chase). Mam informacje 
o klubie Horlogerie i Claudette, ale domyślam się że chciałbyś rozmawiać z Delilah?

—Wcale nie. Daj mnie na głośnik, proszę.

Wydał z siebie długie westchnienie. Wiedziałam, że cokolwiek ma nam do 
powiedzenia, nie będą to dobre wieści. Nacisnęłam przycisk. 

—Słuchamy cię.

—Chcę abyście wszystkie trzy natychmiast tu przyjechały. Mamy problem, odparł 
napiętym głosem.

—Co się stało? zapytała Delilah, nagle zaniepokojona.

—Mam ciała dwóch wróżek (zakaszlał). Możecie tu być za pół godziny?

Rzuciłam okiem na Delilah i Camille, obie skinęły głowami.

—W porządku, za niedługo będziemy. 

Kiedy odkładałam słuchawkę, weszła Iris. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. 
Iris zawsze była naturalnie piękna, ale tego wieczoru przeszła samą siebie.
Jej włosy upięte w kok, błyszczały. Miała na sobie sukienkę bez rękawów, koloru 
nocy, która uwydatniała jej kształty. Na ramiona zarzuciła czarno złoty szal.

—O mój Boże! Wyglądasz oszałamiająco! wykrzyknęła Camille, lustrując ją 
wzrokiem od stóp do głów. Bruce zaniemówi jak cię zobaczy!

—Iris, wyglądasz przepięknie, dodałam. Ale my potrzebujemy opiekunki do 
Maggie... Dzwonił Chase, potrzebuje naszej pomocy.

—Żaden problem, odparła uśmiechając się i spoglądając za naszymi plecami.

Odwróciłam się i ujrzałam w progu Roza.

—Roz zajmie się dzisiaj Maggie. Właśnie dzwonił Bruce, limuzyna jest w drodze 
(Iris sprawdziła jeszcze torebkę). Mam pieniądze, klucze i telefon. Dzwońcie do mnie 
tylko jeśli nastąpi koniec świata. W przeciwnym wypadku, prawdopodobnie wrócę 
nad ranem.

background image

Następnie przysławszy nam pocałunek, skierowała się do drzwi musnąwszy lekko 
stojącego w progu Roza, na co ten zagwizdał z podziwem. Ta zatrzymała się i 
odwróciwszy się do niego spytała: 

—Słucham?

—Nie możesz mnie winić, odpowiedział uśmiechając się. Zapomnij o randce i wyjdź 
ze mną!

Nawet jeśli żartował, to naprawdę o tym myślał. Pod jego długim skórzanym 
płaszczem, mini Uzi i całym arsenałem broni oraz długimi włosami, kryło się serce 
maniaka seksualnego. Bardzo miły dla oka i pomocny, ale również demon seksu. Iris 
zatrzepotała rzęsami i wysławszy mu pocałunek, wyszła.

—Tego wieczoru jest jeszcze piękniejsza niż zwykle, mruknął (Camille zachichotała 
a Delilah zaczęła gwizdać nieznaną mi melodię). Co?? Żadna z was nie zgadza się 
pójść ze mną do łóżka bez względu na to, jak bardzo o to błagam. 

Wskazując palcem na Camille, dodał:

—Twój mąż jest szalony, więc nie waż mu się nic mówić.

Ta w odpowiedzi zasalutowała mu, uśmiechając się tajemniczo. 

—Tak jest, kapitanie!

Kilka miesięcy temu, Flam zaciągnął Roza w ustronne miejsce i spuścił mu niezły 
łomot, tylko dlatego że przyłapał go jak dotyka pośladków Camille. Rezultat ich 
spotkania nie był miły dla oka...

Po tym Roz pilnował by trzymać ręce z dala od Camille, z wyjątkiem gdyby ta 
potrzebowała jego pomocy.

—Cóż, musimy już iść. Roz, jesteś odpowiedzialny za dziecko. Maggie jest w łóżku, 
sprawdzaj ją od czasu do czasu. Będziemy w FH-CSI. Pojawił się problem dwóch 
nowych zgonów, wyjaśniłam całując go w nos. Masz! Tym sposobem nie będziesz 
mógł powiedzieć że żadna z nas cię nie pocałowała. Przestań narzekać. A co 
najważniejsze, nie wyjedz wszystkiego co jest w szafkach!

Złapawszy nasze torby i klucze, udałyśmy się w kierunku drzwi, gdzie słyszałyśmy 
mamroczącego jeszcze coś pod nosem Roza. Delilah i Camille śmiejąc się, wsiadły 
do samochodu. Gdy Camille włączyła silnik, wyjrzałam przez okno spoglądając na 
gwiazdy. Martwe ciała i ghule. Lato na Ziemi powinno być piękne, choć w Seattle jak 
na tę porę roku było trochę zimno. Gdybym tylko mogła zobaczyć to wszystko za 
dnia, tylko jeden jedyny raz, pomyślałam gdy samochód pędził przez noc...

background image

Rozdział 8

Budynek FH-CSI znajdował się na przedmieściach Belles-Faire, na północ od Seattle 
na Thatcher Avenue. Został zbudowany z betonu i oświetlony zewsząd latarniami. 
Patrząc na niego z zewnątrz, miało się wrażenie że tworzy całość ale w 
rzeczywistości składał się z trzech kondygnacji, wliczając w to ukrytą piwnicę z 
mieszczącym się w niej arsenałem broni i miejscem gdzie przetrzymywani byli 
nieuczciwi obywatele z innego świata. Ponadto znajdowała się tam  kostnica i 
przylegające do niej laboratorium. Natomiast biura, ambulatorium i kwatera główna 
znajdowały się na parterze.

Krajobraz wokół usiany był kwiatami i krzewami. Nie było żadnych dużych drzew 
ani żywopłotów, co miało utrudnić więźniom ucieczkę.

 Anioły Wolności rosły w siłę, a ich szeregi stale zapełniały się nowymi członkami, 
szczególnie że coraz więcej istot nadprzyrodzonych wychodziło z ukrycia. To 
właśnie przez nich, ostatnimi czasy dochodziło do coraz częstszych ataków i 
krwawych incydentów. Coś mi mówiło, że na tym się nie skończy...

Zaparkowawszy pod latarnią, udałyśmy się ścieżką w kierunku budynku. 
Przed wejściem stało dwóch uzbrojonych po zęby strażników (dwaj wróże wysłani 
tutaj przez Tanaquar). 

Stopniowo Y'Elestrial podnosiło się po wojnie domowej, z naszym ojcem w roli 
głównego doradcy królowej.

Camille pochyliła się by wyszeptać mi do ucha:

—Wyczuwam dużo magii emanującej z tych dwóch lodowych posągów. Potrafię 
nawet dostrzec ich sygnaturę energii.

—Ja też, a nie jestem czarownicą jak ty, dodała Delilah potrząsając głową. 

Próbowałam skupić się na obu mężczyznach ale jedyne co udało mi się postrzec, to 
bicie ich serc i odgłos krwi płynącej w ich żyłach. Jeśli byliby demoniczni lub 
nieumarli, wyglądałoby to inaczej. Wiedziałabym o tym.
Magia zwana „normalną” przekraczała moje rozumowanie. 

Gdy wchodziłyśmy do budynku, strażnicy spojrzeli na nas ale najwyraźniej w ich 
kryteriach nie stanowiłyśmy zagrożenia, bo nawet nie spytali kim jesteśmy.

Wejście prowadziło do dużego holu. Na lewo znajdywało się kilkoro podwójnych 
drzwi z kuloodpornego szkła. Prosto i lekko na prawo były schody prowadzące w 
dół. Windy znajdowały się bezpośrednio przed nami. Skręciwszy w lewo, 
pchnęłyśmy drzwi i weszłyśmy do pokoju w którym panował niezwykły ruch. 

background image

Wszyscy zdawali się być czymś zajęci. W ostatnim miesiącu podwoiła się liczba 
oficerów z innego świata.

Yugi, szwedzki empata awansowany na zastępcę Chase'a, pochylał się nad ramieniem 
elfa, który wydawał się zgłębiać tajniki obsługi komputera. Wyglądał na  bardzo 
młodego, choć prawdopodobnie był starszy od nas wszystkich razem wziętych.

Kiedy Yugi nas zobaczył, spojrzał na nas uśmiechając się.

—Hej dziewczyny! Szef jest w swoim biurze. Kazał mi was przepuścić.

Właśnie wtedy zadzwonił telefon, Yugi odebrał i skinął Real'owi (imię widniało na 
jego identyfikatorze), by kontynuował to co robił.

—Tak? Gdzie? OK, połączę cię z szefem. Yugi nacisnął przycisk, podczas gdy my 
udałyśmy się w kierunku biur.

Delilah wydawała się być zamyślona. 

—Przedtem uwielbiałam tu przychodzić, ale od czasu tej historii z Eriką nie czuję się 
tutaj komfortowo. Drżę za każdym razem gdy widzę biuro Chase'a.

Jakiś czas temu Delilah przyłapała Chase'a in flagranti, gdy ten pieprzył się z Eriką 
na swoim biurku. Konsekwencje nie były całkiem miłe...

—Przynajmniej nauczył się lekcji, zauważyłam starając się pomóc. Następnym razem 
spyta cię o zgodę.

Chase czasami głupio się zachowywał, ale z czasem uczył się na własnych błędach. 
Minęłyśmy labirynt boksów, aż dotarłyśmy do drzwi na których widniała tabliczka z 
nazwiskiem Chase'a. Weneckie żaluzje zakrywały okna do połowy. 

Weszłyśmy za Delilah. Chase rozmawiał przez telefon, robiąc notatki z tego co  
mówił mu jego tajemniczy rozmówca. Ujrzawszy nas, skinął abyśmy weszły. 
Następnie wymamrotawszy coś, odłożył słuchawkę.

—Cholera! Chciałem porozmawiać z wami o tych ciałach ale mamy nowy problem. 
Chodźcie, to pilne!

To powiedziawszy, chwycił marynarkę i zarzucił ją na idealnie wyprasowaną 
niebieską koszulę.

Nagle ujrzałam na jego biurku zdjęcie blond kota stojące tak, że każdy mógł je 
zobaczyć. Pomysł, że mógłby trzymać na swoim biurku zdjęcie mojej siostry w jej 
kociej postaci wywołał u mnie uśmiech. 

background image

—Co się stało? zapytała z niepokojem Delilah.

Chase sprawdził jeszcze swój rewolwer, a następnie nabazgrał coś pospiesznie na 
kartce papieru.

—Kto prowadzi?

—Ja, odparła Camille. 

—Oto adres, powiedział Chase wręczając jej kartkę. Pospieszcie się, nie mamy 
całego dnia! dodał wychodząc z pokoju (udałyśmy się za nim). Jedziemy do nocnego 
klubu „Avalon”. Słyszałyście o nim? Nie czekając na odpowiedź, kontynuował: 
potwór atakuje tancerzy. Nasz informator twierdzi, że przypomina kałamarnicę!

—Kałamarnicę ? Żartujesz! W nocnym klubie?!

Miałam właśnie się roześmiać, gdy ujrzałam wyraz twarzy Chase'a. Czułam 
emanujący z niego zapach potu i stresu. Zapach tacos i wołowiny którą jadł na obiad, 
mieszał się z jego strachem i obawami. 

—To właśnie nam powiedziała. Spotykamy się na miejscu. Nie zatrzymujcie się po 
drodze; wybuchła rozróba. Na miejscu są ranni.

Zatrzymał się przy biurku Yugi.

—Wyślij radiowóz i karetkę do klubu nocnego Avalon. Powiedz im by czekali na nas 
przed wejściem. Nie wiemy z czym mamy do czynienia; nie chcę tracić niepotrzebnie 
swoich  ludzi.

Po tym wybiegliśmy wszyscy z budynku, gdzie otuliła nas ponownie słodycz nocy.

Chase podszedł do swojego służbowego samochodu z Delilah depczącą mu po 
piętach. Włączywszy silnik, Camille z piskiem opon wyjechała z parkingu. 
Otworzyłam okno pasażera i wystawiłam koguta którego dał nam Chase. 

Pędziliśmy ulicami miasta, za nic mając czerwone światła...

Nocny klub „Avalon” był własnością grupy ziemskich wróżek. Przyciągał 
szczególnie wróżki i ich służących którzy mieli nadzieję na spędzenie bajecznej nocy 
w łóżku jednej z nich. Sam klub znajdował się w samym sercu Belles-Faire, 
niedaleko miejsca gdzie byliśmy.

Chase nagle ostro skręcił na parking. W dawnych czasach mieściła się tu restauracja 
należąca do jednej z większych sieci, która zresztą zbankrutowała, dlatego też nie 
było problemu z parkowaniem. Camille trzymała się blisko.

background image

Jak tylko wysiadłyśmy z samochodu, odwróciła się do mnie. 

—Czy to źle że aż się palę do walki?

Odwzajemniłam jej uśmiech.

—Dajesz się porwać polowaniu. To leży w twojej naturze. Wszyscy jesteśmy 
drapieżnikami, Camille. Ty, Delilah, ja. Nawet Chase. Flam poluje na swój obiad. 
Morio jest dzieckiem demona. Vanzir jest demonem polującym na sny ludzi. Rozurial 
goni za pasją. Wszystko co żyje lub jest nieumarłe, czasem poluje. To daje nam 
powód aby żyć. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.

Kiwając głową poklepała się po kieszeni.

—Mam ze sobą róg, tak na wszelki wypadek.

—Ruszajmy, inni już tu są, powiedziałam wskazując na Chase'a i Delilah, którzy dali 
nam znak byśmy się pospieszyły.

Kiedy dołączyłyśmy do nich, Chase wziął głęboki oddech. W tej samej chwili na 
parking wjechał samochód z posiłkami.

—To pocieszające wiedzieć że tu są, wymamrotał otwierając drzwi do klubu. 

Chwycił swój radiotelefon.

—Wóz 82, zostańcie gdzie jesteście dopóki nie rozkażę wam wkroczyć. 
Zrozumiano?

—Zrozumiano szefie, odpowiedział głos po drugiej stronie.

Kiedy weszliśmy do klubu, zewsząd doszły nas wrzaski i krzyki. Dziewczyna z 
szatni zniknęła. Czym prędzej popędziliśmy w kierunku głównej sali.
  
Budynek w którym mieścił się klub był stary. Jego niskie i ciemne sufity zostały 
pokryte lustrami dającymi iluzję otwartej przestrzeni, odbijając tańczących poniżej 
tancerzy. Wszystko było w odcieniach fioletu oraz srebra, a w samym środku wisiała  
ogromna dyskotekowa kula. Muzyka była wyłączona. Na samej scenie rozgrywała 
się prawdziwa masakra. Z tego co widziałam, właśnie spadło z niej sześciu muzyków. 
Nie czułam krwi ale nie wyglądali najlepiej... Dookoła, każdy z obecnych rozpychał 
się ile sił byle tylko wyjść. Wydawało się jednak, jakby coś lub ktoś blokował im 
przejście. Przez panujący tu półmrok, trudno było mi dostrzec co to było. Nie 
wyczuwałam z tamtej strony żadnej ciepłoty ciała... Czyżby nieumarły? Jakbyśmy 
tylko tego jeszcze potrzebowali!

background image

W pobliżu ujrzałam kobietę szarpiącą się z kimś. Delilah i Camille zajęły się tym co 
blokowało wyjście. Przeciwko komu walczyliśmy? Zbliżając się do niej, zdałam 
sobie sprawę że walczyła z czymś, co rzeczywiście przypominało kałamarnicę!

To coś wiło się wokół niej, otaczając ją mackami w pasie i wokół gardła. Zadawała 
mu ciosy starając się uwolnić, ale stwór jedynie syknął i podniósłszy ją, rzucił nią 
brutalnie przez całą salę. Kobieta wydając złowrogi dźwięk, wylądowała w pobliżu 
sceny.

Stwór był jedynie cieniem. Gdy się odwrócił, ujrzałam jak płomienie błyszczały w 
jego oczach. Podchodząc bliżej zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie nie 
pochodził z oceanu... Jego macki wydawały się idealnie dostosowane do chodzenia... 
i były równie ostre jak żyletki. Wydawał się bardziej chętny by narobić jak więcej 
szkód aniżeli po prostu nas pożreć...

—OK, ty draniu! Chodź, zobaczymy na co cię stać! zawołałam przyjmując pozycję 
do ataku, dając mu znak by się zbliżył.

—Chodź do mamusi, brzydalu!

Potwór podszedł do mnie powoli na swoich mackach, przypominając mi ośmiornicę 
z kreskówek. Tyle że to nie była bajka, a ten tutaj nie żartował.

Nie sądziłam bym mogła coś z niego wyczytać ale kiedy się zbliżył, uderzyła mnie 
fala uczuć które mógł wytworzyć tylko jeden gatunek: demon.

—Jasna cholera! Demon! krzyknęłam, gdy ten nagle zaatakował.

Za wszelką cenę starałam się unikać jego macek. Ten zamiast zwykłych przyssawek, 
miał macki pokryte maleńkimi brzytwami, coś na kształt drutu kolczastego. Fuj! 
Mógł wyrządzić prawdziwe szkody!

Cofnęłam się by zebrać myśli. Osiem... nie, dziesięć macek pokrytych haczykami! 
Nie, dziękuję! Kiedy ponownie ruszył w moim kierunku zdałam sobie sprawę, że 
unosił się nieco ponad ziemią. O ho ho! Niedobrze! Wycofałam się, ponownie 
wpadając na stojący za mną stolik. Pozbyłam się go odrzucając go jedną ręką. 
Kawałek marmuru przeleciał przez salę, roztrzaskując się w drobny mak. Szkoda. 
Nie miałam czasu na subtelności.

Oceniając swoją pozycję, szybko wstałam i uniosłam się w powietrze, szybując w 
kierunku okrągłej głowy demona z wycelowanym w nią butem. Nagle jednak moja 
stopa zatrzymała się zaledwie kilka centymetrów od jego głowy i z niedowierzaniem 
poczułam jak moje ciało zalewa fala uderzeniowa. Cholera! Poczułam się jakbym  
uderzyła w ceglaną ścianę! Nagle w powietrzu rozbrzmiała błyskawica, zagrzmiało, a 
ja wylądowałam na gruzach po stoliku który wcześniej roztrzaskałam. Co jest...??

background image

Wziąwszy się w garść i otrzepując się, wstałam. Poczułam że złamałam biodro ale 
wiedziałam też, że w mniej niż godzinę będę jak nowa. Zaleta bycia wampirem. Nic 
na dłuższą metę nie było złamane ani przebite. Czy powinnam spróbować jeszcze 
raz?

Postanowiłam że zaatakuję stwora z innej strony... i tak oto ponownie wzniosłam się 
w powietrze. Wylądowawszy usłyszałam krzyki Delilah. Niezwłocznie ruszyłam w 
jej kierunku i zatrzymałam się nagle... widząc ją...

Była cała we krwi! Camille odciągnęła ją od innego demona ukrytego w cieniu. 
Klęcząc przy niej, potrząsała nią.  

Właśnie ten moment wybrali Vanzir i Flam by wkroczyć do akcji. Flam krzyknął i w 
powietrzu natychmiast rozeszła się fala zimna. Temperatura spadła o co najmniej  
trzydzieści stopni. Wydawało się, że na naszych wrogach nie zrobiło to 
najmniejszego wrażenia, nie wspominając o szkodach. 

—O cholera... mruknął Vanzir by następnie krzyknąć: ukrywają się w ciemności! 
Spróbujcie światła! Ile tylko możecie! 

Światła? Nie było tutaj żadnego światła, i nie sądzę by mówił o suficie! 

Camille ułożyła Delilah na podłodze a następnie wyjęła z kieszeni róg, spojrzawszy 
na mnie ze strachem w oczach.

—Musisz się stąd natychmiast wydostać! krzyknęła.

Nie pytając o nic, rzuciłam się biegiem w kierunku wyjścia. Ledwo zamknęłam za 
sobą drzwi, wnętrze klubu zalał ogromny błysk który sprawił, że straciłam 
równowagę. Zaskoczył wszystkich klientów którzy stali stłoczeni wokół radiowozu i 
karetki.

Nie czułam żadnego ciepła, nie użyła ognia. Nieważne. Cokolwiek to było, gdybym 
pozostała w środku, usmażyłoby mnie w mniej niż dziesięć sekund. Skoncentrowane 
światło dzienne... zamknięte w rogu.

Dołączyłam do policjantów którzy spisywali zeznania oszalałego tłumu. Marquette, 
wróż i Brooks, nowy rekrut HSP, spojrzeli na mnie z pytaniem w oczach.

—Czy szef nas potrzebuje?

—Lepiej tu zostańcie... i wezwijcie więcej karetek. Jest wielu rannych. I upewnijcie 
się by w ekipie byli również lekarze z Innego Świata. Podobno tylko wróżki zostały 
ranne. 

background image

Podczas gdy tamci wzywali przez radio pomoc, wróciłam do budynku. Światło 
zniknęło, a parkiet do tańca był teraz pusty. Nie pozostało żadnego śladu po 
demonach. Camille i Chase klęczeli nad Delilah. Flam i Vanzir zajmowali się 
rannymi.

—Co się stało? Zabiliście ich? spytałam starając się ignorować zapach krwi Delilah 
(z bliska jej rany okazały się być powierzchowne, choć paskudnie wyglądające i 
postrzępione; najprawdopodobniej stanęła na drodze jednej z kolczastych macek 
demona). Musimy się tobą jak najszybciej zająć, inaczej pozostaną ci blizny.

—Menolly ma rację, rzekł Chase ale Delilah pokręciła głową.

—Nie, sami spójrzcie, rany już się zabliźniają. Na boginię Bastet, co się dzieje?! 
Przywykłyśmy że nasze rany szybko się goją, ale to co się teraz dzieje jest po prostu 
śmieszne!

Miała rację. Patrzyliśmy jak boki ran zasklepiają się ze sobą, a chwilę później nie 
było już żadnego śladu. Krew naszego ojca pozwalała nam leczyć się szybciej od 
ludzi ale takie zjawisko było nienaturalne. Nawet dla nas...

—Co jest...?

Przerwało mi pojawienie się Sharah i Mala. Za nimi szło kilku lekarzy i pielęgniarek 
wchodzących w skład FH-CSI. 

Sharah zbliżyła się do nas, podczas gdy Mal wydawał polecenia. 

—Co się stało? Przeciwko czemu walczyliście? spytała, obserwując Delilah która 
powoli wstała.

—Na Wszechmogącego Aeondel! Wszystko w porządku? Skąd ta cała krew?!

—Obłąkany mięczak podstawił mi nogę, odpowiedziała Delilah, na co Camille 
parsknęła. Rozcięcia już się uzdrowiły. Teraz kręci mi się tylko trochę w głowie. 

Wyraz twarzy Sharah pozostał sceptyczny.

—Obłąkany mięczak? spytała neutralnym głosem.

—A dokładniej demon, dorzucił Vanzir dołączywszy do nas.

Vanzir był demonem łowcą snów, który przeszedł na naszą stronę i dobrowolnie 
poddał się rytuałowi ujarzmienia. Dopóki żyje, jego życie pozostaje w naszych 
rękach. Z krótkimi włosami koloru platynowego blondu i dziwnym spojrzeniem, 
przypominał młodszą wersję Davida Bowie z czasów Ziggy Stardust.

background image

Mieszanina punka i héroïne chic.

—Wiedziałam że wyczuwam demona! zawołałam, odwracając się do niego. Starałam 
się go zaatakować, ale... wiesz co to było?

—Nie więcej niż ty. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś tak... dziwnego 
(potrząsnął głową). Udało ci się go uderzyć?

—Nie, mruknęłam, i nie wiem dlaczego. Próbowałam, ale ta istota zdawała się być 
otoczona jakimś polem siłowym. Kiedy moja stopa go dotknęła, walnęło mnie tak że 
poszybowałam do tyłu (wzruszyłam ramionami). Ktoś inny próbował?

Delilah obserwowała wszystkich, którzy po kolei kręcili głowami.

—Najwyraźniej nie, rzuciła. Przynajmniej jedno mogę powiedzieć: w chwili gdy to 
coś atakowało, poczułam mrowienie w głowie, coś wijącego się w mojej głowie. 
Niczym rój komarów (zadrżała). W rzeczywistości, przez chwilę myślałam…

—Tak? zachęciłam ją.

Delilah zmrużyła oczy, podrapała się w głowę.

—Nie pamiętam, co chciałam powiedzieć... ale miałam wrażenie jakby coś 
wwiercało się przez głowę prosto do mojej duszy.

—Świetnie, mruknęłam, wysysacz duszy. Jakbyśmy jeszcze tylko tego potrzebowali! 
Myślicie że są w zmowie ze Skrzydlatym Cieniem? W końcu to pożeracz dusz.

—Tak potężny, że nie pozostawia rannych. Ale to nie musi koniecznie znaczyć, że 
tych dwoje ma ze sobą coś wspólnego, odparł Vanzir zmarszczywszy brwi. 

—Istoty te nie wyglądają na zbirów którymi zwykle otacza się Skrzydlaty Cień. 
Zazwyczaj wykorzystuje do tego brygadę Degath i oddział silnych szpiegów, jak 
Karvanak, Ràksasa. Nie wyobrażam sobie by miał wysyłać potwory jak te dzisiaj, ale 
może się mylę, zauważyła Camille. Lepiej będzie jak szybko dowiedzmy się kim one 
są.

Właśnie wtedy dołączył do nas Mallen.

—Pięciu zabitych. Żadnych widocznych śladów, powiedział, a jego twarz poszarzała. 
Dwoje przeżyło, ale są mało świadomi, zabieramy ich. Co tu się stało? Nie rozumiem 
co ich zabiło!

Chase który dotychczas trzymał się z boku, co nie było w jego zwyczaju, teraz zabrał 
głos: 

background image

—Nieważne kim są te potwory, chcę je znaleźć i zniszczyć. Chcę się również 
dowiedzieć dlaczego atakują tylko wróżki a nie ludzi.

—Powinniśmy skontaktować się z rozmawiającymi ze zmarłymi, zaproponowałam. 
Z racji iż ofiarami są wróżki, być może będą w stanie naprowadzić nas na jakiś ślad.

—Dobry pomysł, powiedziała Sharah. Zajmę się tym. Mamy jednego pod ręką.

—Wspaniałe, wymamrotał Chase, drżąc. Jeszcze tylko tego nam brakowało. Kolejny 
pożeracz... Jeśli myślicie że to może nam w czymś pomóc, przyprowadźcie go jak 
najszybciej. Mamy już w kostnicy dwie martwe wróżki. Żadnych widocznych ran ani 
wyraźnego motywu. Musimy coś zrobić.

Sharah skinęła mu głową, a następnie odwróciła się do mnie.  

—Czy zgodzisz się być łącznikiem? Rozmawiający ze zmarłymi nie przepadają za 
elfami, a ze względu na jej magię wolę aby Camille się do nich nie zbliżała. To może 
wywołać iskry.

Czarownice i rozmawiający ze zmarłymi trzymali się od siebie z daleka. Ich moce 
były po prostu niekompatybilne. Jeśli przypadkowo ich energie weszłyby ze sobą w 
kontakt, spowodowałoby to spektakularną eksplozję. 

Rzuciłam okiem na Delilah. Ostatnie kilka miesięcy sprawiły, że się zahartowała ale 
nie na tyle by odgrywać rolę pośrednika. Może bez problemu służyć jako świadek. 
Mimo to obawiałam się, że zbliżenie się do nich okaże się dla niej zbyt trudne. 
Widziani z daleka, byli wystarczająco przerażający... coś w ich aurze mówiło, by 
nigdy nie odwracać się do nich plecami.

—Nie ma problemu, odparłam w końcu gdy kierowaliśmy się w kierunku wyjścia.  

Nad naszymi głowami zbierały się chmury otaczając Księżyc. Ponieważ nie było 
jeszcze 23-ciej, Matka Księżyca na dobre jeszcze nie wstała. Około pół to trzeciej 
nad ranem, zacznie się zniżać. Złota Aureola znajdowała się w fazie wstępującej. 
Wiedziałam że zarówno Delilah jak Camille, obie słyszą coraz głośniej jej wołanie. 
Trzy dni przed przesileniem Księżyc będzie w pełni i przez całe Litha jego energia 
będzie bardzo silna. Lato zwiastowało poruszenie wśród zmiennych i wróżek 
związanych z Matką Księżyca.

—Nie traćmy więcej czasu, odparłam stojąc w pobliżu samochodu Camille. Chase, 
spotkamy się w kostnicy. Musimy odkryć skąd pochodzą demony i jak je zniszczyć, 
zanim zaczną na dobre zabijać.

background image

Rozdział 9

Kiedy dotarliśmy z powrotem do budynku FH-CSI, Sharah z Mallenem i stażystami 
przenieśli już ciała do kostnicy. Coś było nie tak. Ci co przeżyli, umieszczeni zostali 
na obserwacji na oddziale intensywnej opieki ale pielęgniarki i lekarze nie wiedzieli 
jak ich leczyć. Tiggs który był policjantem, wydawał się mniej więcej przytomny.
Za to Yancy zaczął uciekać. Nikt nie wiedział dlaczego. Sharah zadzwoniła po 
doświadczonego uzdrowiciela z Elqavene ale ten nie zjawi się tu wcześniej jak za 
kilka godzin.

Obserwując ciała poległych ofiar leżące na stołach z nierdzewnej stali, przyszło mi 
do głowy, że jestem równie martwa jak oni. Jedyna różnica między nami była taka, że 
przed śmiercią doznałam pewnych korekt... transfuzji krwi prosto z żył Dredge'a i... 
bingo! Znalazłam się wśród nieumarłych! Byłam anomalią. Camille trzymała się w  
kącie, z dala od stołów. Nie chcieliśmy by doszło do jakiś incydentów gdy przybędzie 
rozmawiająca ze zmarłymi. Blisko niej stał Flam. Co się tyczy Delilah, ta siedziała 
obok nich na krześle w pozycji lotosu trzymając w rękach notes, gotowa robić 
notatki. Vanzir był niedaleko niej.

Chase i ja czekaliśmy przy ciałach. Jego twarz była blada i surowa. Kilka minut 
później weszła Sharah, a za nią rozmawiająca ze zmarłymi. Nikt nie znał 
pochodzenia ich gatunku, ani nie wiedział jak naprawdę wyglądali. Rozmawiający ze 
zmarłymi ukrywali się w podziemnym mieście w Krainie Wróżek, które zgodnie z 
legendą znajdowało się głęboko w lasach Darkynwyrd.

Tylko kobiety odważały zapuszczać się do naszych światów. Tylko kobiety 
rozmawiały ze zmarłymi. Niektóre popadały w obłęd z powodu swoich własnych 
mocy. Zlęknione, pełne obaw i strachu uciekały... bano się ich i unikano. Ale 
większość z nich była zatrudniana w celu odkrycia prawdy o niewyjaśnionych 
zgonach.

Była ubrana w szaty odpowiednie dla jej profesji, całkowicie ją zakrywające, w 
odcieniu indygo równie niebieskim jak ocean,. Na rękach miała rękawiczki które 
podkreślały jej długie, smukłe palce. Kaptur skrywał jej twarz, chociaż od czasu do 
czasu można było dostrzec szarawy blask: pomyślałam – jej oczy.
Wiedzieliśmy już, że nie zdradzi nam swojego imienia więc nawet nie pytaliśmy. 
Spojrzała na wszystkie siedem ciał, a następnie spytała głosem który wydobył się z 
fałd jej kaptura:

—Od kogo mam zacząć?

Chase wzruszył ramionami. Gestem wskazałam jej na najbliższe ciało. Był to 
mężczyzna półkrwi, być może w połowie Svartån a w połowie wróż. Zanim tu 
wylądował był bardzo przystojny, ale długo takim nie pozostanie. 

background image

Rozmawiająca ze zmarłymi pochyliła się nad nim. Jej szata skrywała gesty ale 
wiedzieliśmy co robi. Pocałowała go, wciągając głęboko pozostałości jego duszy aż z 
jego ciała nie wypłynął błękitnawy obłok. Usłyszałam jej szept zapraszający jego 
ducha by przybył tu i przemówił jej ustami. Starożytny rytuał, równie stary jak same 
wróżki, który za każdym razem nie przestawał mnie zadziwiać.

Po chwili podniosła głowę.

—Zadaj pytanie.

Przygryzając wargę, zastanowiłam się nad najbardziej odpowiednimi pytaniami. Przy 
odrobinie szczęścia, otrzymamy od zmarłego dwie lub trzy odpowiedzi. W 
najgorszym przypadku: tylko jedną lub żadnej. Postanowiłam zacząć od 
najprostszego pytania.

—Co cię zabiło?

Rozmawiająca ze zmarłymi westchnęła, by po chwili przemówić głosem równie 
ochrypłym i zakurzonym niczym stary pergamin.

Kałamarnica. To było straszne.

—Ma rację, rzuciła Delilah drżąc. Oni byli przerażający. 

—Pozwól mi skończyć, przerwałam jej, zanim jego dusza zniknie na dobre.

Skupiłam uwagę na rozmawiającej ze zmarłymi.

—Gdzie są twoje rany? Nie znaleźliśmy żadnych. Jak umarłeś?

Ponownie dreszcz, a potem świszczący głos: 

—Zassany...
Zanim dusza skończyła swoje zdanie, rozmawiająca ze zmarłymi zadrżała... i 
straciliśmy połączenie.

Dałam jej znak by przeszła do następnego ciała. Po pierwszym kontakcie mieliśmy 
mało czasu. Gdy dusza opuszcza ciało, rozpoczyna swoją podróż by dołączyć do 
swoich przodków. Nie mielibyśmy możliwości przywołania jej ponownie, aż do 
festiwalu Samhain. O ile oczywiście wcześniej jego udręczona dusza nie powędruje 
do Podziemnego Królestwa zamiast do Srebrnych Wodospadów.

Podczas gdy rozmawiająca ze zmarłymi zajmowała się drugim ciałem, rzuciłam 
okiem na Chase'a.

background image

Według tego co mówiła Camille, za pierwszym razem gdy Chase spotkał 
rozmawiającą ze zmarłymi, prawie zemdlał. Tym razem wydawał się trzymać. 

Gdy ich duchowe esencje łączyły się ze sobą, zdałam sobie sprawę, że Camille nuciła 
coś pod nosem. Prawie bezgłośnie ale na tyle głośno, bym zrozumiała słowa. Była to 
wyliczanka którą śpiewały małe dzieci dla ochrony.

Wargi do warg, usta do ust
Nadchodzi zawoalowany mówca

By wyssać ducha, głosząc jego słowo,
Niech tajemnice zmarłych pozostaną  objawione

Druga ofiara była równie „pomocna” jak pierwsza. Jedyne pytanie na jakie 
odpowiedziała brzmiało:

—Jak umarłeś?

—Nie wiem... tam, wtedy... coś mnie pożarło...

Marszcząc brwi, odwróciłam się do innych którzy zdawali się być równie zaskoczeni 
jak ja. Dusza zniknęła zanim zdążyłam zapytać ją o coś innego. Rozmawiająca ze 
zmarłymi skierowała się w stronę trzeciego ciała które było już puste, a następnie 
czwartego; to również było puste.  Piąte w końcu podało nam kilka istotnych 
szczegółów. 

—Co cię zabiło? spytałam.

—Demon, odparł syczącym głosem, jak wszystkie duchy. To był demon, czułem go. 
Tak się bałem…

Przyjrzałam mu się dokładniej. Ten mężczyzna zdawał sobie sprawę z tego, że był to 
demon.

—Jak umarłeś?

—Coś wkradło się do mojej duszy i pożarło ją, zrywając srebrną nić łączącą ją z 
moim ciałem.

Wyglądało to dokładnie tak samo, jak opisała to Delilah. Jakby coś próbowało 
wkraść się do jej mózgu. Czyżby szukało srebrnej nici? 

Ciekawe w jaki sposób ten mężczyzna rozpoznał demona? Nie mogłam się 
powstrzymać by nie zapytać:

background image

—Co robiłeś zanim umarłeś? Kim byłeś z zawodu?

—Pracowałem w Y'Vaiylestar, jako jasnowidz dla Trybunału i Korony. Wysłano mnie 
na Ziemię w celu badań... (jego głos zaczął zanikać). Mamo...

To było jego ostatnie słowo. Potem zniknął i wiedziałam że dołączył do swoich 
przodków. Wdzięczna że jego matka przyszła po niego, musnęłam lekko jego rękę.

Następnie pokazaliśmy rozmawiającej z duchami dwie wcześniejsze ofiary o których 
mówił nam Chase. Niestety, ich dusze osiągnęły już Królestwo Srebrnych 
Wodospadów.

Bez słowa, rozmawiająca ze zmarłymi odwróciła się do Sharah, która skinęła głową.

—Chodźcie ze mną, powiedziała. Poproszę was abyście poczekali, podczas gdy ja 
zajmę się kwestią płatności...

Kiedy wyszła, Chase zadrżał.

—Wszystkie serca? zapytał.

—Tylko te których duszy dotknęła, odpowiedziała Camille kręcąc głową. To część 
rytuału. Komunikuje się ze zmarłymi zjadając ich serca.

—A dlaczego nie inni? spytał.

—To oznaka uczciwości, odparłam ze śmiechem. W ten sposób wiemy, że nie udaje. 
A może po prostu serca opuszczone przez swoje dusze jej nie interesują. Nie mam 
pojęcia. A wątpię by ktoś udzielił nam konkretnej odpowiedzi. 
Chase zmarszczył brwi nie do końca przekonany, zmieniwszy po chwili temat. 

—Dobrze, więc czego się dowiedzieliśmy? Ostatni wydawał się wiedzieć, iż przyszło 
mu stanąć twarzą w twarz z demonami. Ponadto powiedział że został wchłonięty?

—Tak, odparłam kiwając głową. Założę się, że ich dusze zostały wchłonięte przez te 
demony.

Sharah wybrała ten właśnie moment by wejść, niosąc kilka plastikowych toreb i 
jeden nieprzezroczysty pojemnik.

—Muszę wyciąć ich serca. Proponuję abyście wyszli, jeśli nie chcecie uczestniczyć 
w przygotowaniach posiłku dla naszego gościa, powiedziała z obrzydzeniem.

Elfy i rozmawiający ze zmarłymi nie dogadywały się najlepiej. Jednak musiała zrobić 
to co konieczne.

background image

Chase nie wahał się ani chwili. 

—Chodźcie! Zobaczymy jak się mają ocaleni.

Poszliśmy za nim bez słowa.

Przechodząc obok Sharah, Camille położyła dłoń na jej ramieniu. W odpowiedzi 
elfica posłała jej lekki uśmiech.

Od przybycia na Ziemię, praca Sharah okazała się niezwykle krwawa, w porównaniu 
do tego, czym zajmowała się wcześniej w Elqaneve. Pomimo tego że była 
siostrzenicą samej królowej Asterii, postanowiła pozostać aby pomóc nam ratować 
świat.

Jeden z ocalałych zdawał się umierać na naszych oczach. Inny odzyskał przytomność 
i zdawał się chwilami spójny.

—On jest w mojej głowie, w moim umyśle, wyszeptał. Czuję go...

—Cokolwiek to jest, nadal karmi się ich energią, zauważyłam.

—Prawdopodobnie stara się ich maksymalnie przestraszyć, wtrącił Vanzir. Ponad 
wszystko strach produkuje adrenalinę, co daje mu jeszcze więcej energii.

—On ma rację, powiedziała Camille.

—OK, rzucił Chase. Podsumowując, mamy do czynienia z grupą demonów, które 
mogą wkraść się do umysłu by następnie się pożywić. Następnie zabijają swoją ofiarę 
nie pozostawiając żadnych śladów. Więc dlaczego Delilah została ranna?

—Założę się, że wszystkie ofiary były mniej lub bardziej ranne. To magia 
sympatyczna. Czując że są atakowani, ich ciała zareagowały w ten właśnie sposób. 
Nie wiem natomiast w jaki sposób się uzdrowili. Gdy Delilah została zaatakowana 
przez jednego z nich, jej rany zagoiły się niemal natychmiast, odrzekłam 
zmarszczywszy brwi.

—Oni po prostu chcą by ci wierzyli że są ranni, po to tylko by ich kontrolować, dodał 
Vanzir. Założę się o wszystko, że ci dwaj wciąż są atakowani. A demony wcale nie 
zniknęły.

Odwróciłam się gwałtownie do Chase'a.

—Jeśli to co mówisz jest prawdą, to dlaczego alarm się nie włączył?

background image

—Prawdopodobnie dlatego, że poruszają się na planie astralnym! zawołał Flam. To 
jedyne wytłumaczenie. Gdyby były w tym samym wymiarze co my, poczulibyśmy je 
w taki czy inny sposób (zwrócił się bezpośrednio do Chase'a). Czy wasze czujniki 
magiczne są w stanie wskazać co dzieje się na płaszczyźnie astralnej?

Chase wyraźnie zbladł.

—Nie mam pojęcia. Nikt nigdy tego nie zaproponował, a ja nawet nie myślałem o 
tym. OIA zainstalowała je jakiś czas przed naszym pojawieniem się, gdy założyliśmy 
zespół. Ale podczas fiaska z wampirami, OIA nie mogła ich przywrócić. Więc 
poprosiłem kilku moich ludzi z Krainy Wróżek by je naprawili. Nie wiem czy im się 
to udało. 

—Jasna cholera! Możesz być pewien, że nie wykryją żadnego intruza na 
płaszczyźnie astralnej! wymamrotałam. Wcześniej jedna z ofiar powiedziała, że 
demon zaatakował srebrną nić która łączyła ją z ciałem. Ta natomiast znajduje się w 
królestwach astralnych, co dotyczy zarówno ludzi jak i wróżek. Więc tak oto demony 
nadal tu są, tyle że na płaszczyźnie astralnej, pożywiając się nimi. Cholera! Cholera! 
Cholera! zawołałam przygryzając wargę.

—Co do diabła teraz zrobimy? Czy możemy ich zaatakować? Czy możesz to zrobić? 
spytał Chase obserwując z namysłem pacjentów.

—Nie, dopóki nie dowiemy się jakie to są demony.

Ryzyko jest bardzo wysokie, ponadto walka z nimi na płaszczyźnie astralnej... cóż, 
nie należy do najłatwiejszych. Nie mówiąc już o dostaniu się tam.

—Jeśli dobrze rozumiem, musimy wpierw odkryć kim są te demony i jak udało im 
się tutaj dostać, następnie musimy znaleźć sposób na pozbycie się ich, podsumował 
Chase. I to w miarę możliwości jak najszybciej, zanim znowu ktoś zginie.

Właśnie wtedy zadzwonił telefon Delilah, odeszła odebrać. Chase przyglądał jej się 
przez chwilę, po czym odwrócił się do mnie.

—Nawiasem mówiąc, zrobiłem rozeznanie w sprawie dziewczyny o której mi 
mówiłaś, powiedział. Elficy. Około dwa lata temu złożyła skargę na policję. 
Najwyraźniej była śledzona przez jakiegoś faceta. Pamiętam że wysłałem kogoś by 
porozmawiał z tym facetem, ale niewiele to dało. Facet zaprzeczył zarzutom i dał do 
zrozumienia, że to zbieg okoliczności, że oboje chodzą często w te same miejsca. 
Jako że Sabele nie odezwała się do nas ponownie, sprawa została zamknięta.

—Niech zgadnę. Harold Young.

background image

—Strzał w dziesiątkę. Skąd wiesz? Był na pierwszym roku na Uniwersytecie 
Washington. Mogę ci dać jego ostatni znany adres. Jeśli dobrze pamiętam, jego ojciec 
jest milionerem... (spojrzał na zegarek). Ach! Wspomniałaś że udało ci się uzyskać 
informacje na temat klubu L’Horlogerie i Claudette? Równie dobrze możesz mi 
opowiedzieć teraz, czekając na Delilah.

—Klub L’Horlogerie jest starym klubem wampirzym w którym rządzą pieniądze. 
Dostanie się tam nie jest możliwe, chyba że kogoś znasz. Został stworzony w XVIII 
wieku, ale dopiero niedawno jego istnienie zostało ujawnione. Z tego co wiem, jego 
członkowie nie angażują się w żadne haniebne rytuały. Pragną pozostać w swoim 
zamkniętym światku, jak wszyscy członkowie elitarnych klubów.

Delilah odłożyła słuchawkę.

—O czym rozmawiacie?

—O klubie L’Horlogerie, odpowiedziałam. Chase poszukuje zaginionego wampira. 
Należy do bardzo ekskluzywnego klubu, ukrywała przed światem że jest wampirem, 
na dodatek jest mężatką. Brak poszlak wskazujących na samobójstwo lub męża 
nieumyślnie wbijającego jej kołek w serce.

—Nie ma możliwości byś tam wpadła i popytała o Claudette? zapytał Chase.

Wzruszywszy ramionami zacisnęłam usta.

—Mogę spróbować. Mój informator dał mi nazwisko członka klubu, który bardzo 
lubi wróżki. Zobaczę czy uda mi się zdobyć zaproszenie na imprezę. Nic nie 
obiecuję.

—Ach! Dzwonił Tim. Znalazł naszego elfa, Harisha. Zanotowałam jego adres, 
powiedziała podnosząc swój notes. Nie jest jeszcze  zbyt późno by go odwiedzić. Być 
może przekonamy się że jest żonaty z Sabele i otoczony gromadką dzieci.

—Brzmi nieźle! Ruszajmy!

background image

Rozdział 10

Flam i Vanzir zdecydowali nie towarzyszyć nam do Harish'a. Tak oto, wybrałyśmy 
się do niego same. Mknęłyśmy ulicami miasta, mijając po drodze miejsce gdzie 
mieszkała Siobhan, nasza przyjaciółka Selkie. Od około roku, coraz więcej wróżek 
decydowało się tutaj osiedlić, zakupując grunty i działki pod budowę domów. Coś mi 
mówiło że ten nagły napływ związany był z końcem wojny domowej. Każdy mógł 
znaleźć tutaj coś dla siebie. Podmokłe tereny otaczające parki i jeziora stopniowo 
stawały się dzielnicą wróżek. 

Mijając park zauważyłyśmy, że rosnące po obu stronach drogi drzewa zasłaniały nam 
widok na park. Ten był raczej przyjazny. Delilah i Camille często przychodziły tutaj 
by porozmawiać z duchami przyrody. Brakowało mi tego, ale od czasu mojej 
przemiany, obie nie były już tak swobodne w mojej obecności jak dawniej. Nie 
chciałam stawiać ich w niekomfortowej sytuacji, dlatego czekałam aż kiedyś same 
zaproponują mi bym do nich dołączyła.

Tak wielu ludzi wrzucało nas do jednego worka, podczas gdy zarówno wróżki jak 
elfy czy duchy natury, należały do różnych gatunków.

Duchy natury były w połowie wróżkami a w połowie roślinami. Istniały jedynie po 
to, by służyć swojemu gatunkowi. Na przykład duchy drzew morwy były ogromne i 
zajmowały więcej miejsca niż duchy krzewów.

Duchy drzew, same w sobie mogły osiągnąć sto lat. Nie należy porównywać ich do 
tych ze świata Tolkiena. Te miały oko na dwunożne i czworonożne zwierzęta, które 
zapuszczały się na ich terytoria. Co do duchów kwiatów, te prawie zawsze były 
wesołe i rozmowne, z wyjątkiem dzwonków które miały tendencję do zabijania 
intruzów.

Camille skręciła w lewo na Lawtonwood Road, do skrzyżowania z Cramer Street, 
gdzie ponownie skręciła w lewo. Kilka przecznic w dół zatrzymaliśmy się przed 
imponującym budynkiem.

Camille wyłączyła silnik i rzuciła okiem na dom. W oknach paliły się jeszcze światła. 

—Idziemy?

—Idź pierwsza, powiedziała. To ty z Iris odkryłyście rzeczy Sabele. Zabrałaś ze sobą 
wisiorek i kosmyk włosów? 

Skinęłam głową poklepując się po kieszeni. Z jakiegoś powodu nosiłam przy sobie 
jej szkatułkę. Nie wiedzieć czemu, elfica ta była bliska memu sercu.

—A jej pamiętnik? Nie sądzę byś go zabrała ze sobą? 

background image

—Nie, odparła Camilla kręcąc głową, ale mam dobrą pamięć. Wiem o co pytać.

Droga prowadząca do domu był brukowana. Sam ogród wokół posesji był idealnie 
utrzymany. Rozejrzałam się wokół, szukając jakichkolwiek oznak dzikości którą 
zwykle cechowały się ogrody wróżek. Jak na przykład nasz, dziki i nieokiełznany, w 
którym przeważały trawy, mchy oraz mieszanina wszelakiego rodzaju roślin.

Albo Harish wynajął ogrodnika, albo sam miał obsesję na punkcie porządku. To samo 
tyczyło się domu. Mury były zaskakująco czyste jak na ten region, biorąc pod uwagę 
zaledwie sześćdziesiąt słonecznych dni w roku. Wszystko wydawało się idealne. 
Otoczona przez moje siostry, zapukałam do drzwi.

Te po chwili otworzyły się z piskiem, ukazując w progu młodego i szczupłego 
mężczyznę. Nie było wątpliwości że był elfem. Jednakże nosił okulary i ubrania 
jakby wyjęte prosto z Miami Vice. Uroczy, z jego blond włosami mógłby z łatwością 
uchodzić za Dona Johnsona. Przyjrzawszy nam się od stóp do głów, otworzył szerzej 
drzwi.

—Tak? W czym mogę wam pomóc? zapytał neutralnym tonem.

—Jesteś Harish?

—Tak, odparł robiąc krok do przodu. Czego chcecie?

—Szukamy Sabele Olahava. Myśleliśmy że może wiesz, gdzie się znajduje.

Pytanie to wydawało się go zmrozić. Jego znudzony wyraz twarzy natychmiast 
zniknął, robiąc miejsce wyrazowi pełnemu bólu i zmęczenia.

—Nie ma jej tutaj, powiedział w końcu, starając się zamknąć nam drzwi przed 
nosem.

—Proszę poczekać! Musimy się dowiedzieć gdzie się ukrywa. Czy możesz nam 
poświęcić dziesięć minut? zapytała Delilah.

Harish spojrzał na nią przez chwilę, by następnie głęboko westchnąć.

—W porządku ale nie zaproszę was do środka. W każdym razie nie ją, powiedział 
wskazując na mnie palcem. Ale usiądę z wami na werandzie.

—To nie było uprzejme, zaczęła Delilah zanim jej nie przerwałam, dotknąwszy jej 
ramienia. Miał pełne prawo by chronić swój dom.

—On ma rację, wtrąciłam. Poza tym to nie jest dobry pomysł aby zapraszać do domu 
każdego napotkanego wampira (skupiłam uwagę na nim).

background image

W porządku, dołączysz do nas?

Usiedliśmy wszyscy na zadaszonej werandzie, z Delilah wbijającą w niego swój 
wzrok. Osobiście nie czułam się urażona. Harish wiele by ryzykował, zapraszając 
mnie do środka. Wiedział o tym równie dobrze jak ja. Jeśli czuł się niekomfortowo w 
mojej obecności, miał wszelkie prawo trzymać mnie na zewnątrz. Na jego miejscu 
zrobiłabym to samo.

—Nazywam się Menolly D’Artigo, a to są moje siostry: Camille i Delilah.

Siadając ponownie westchnął, oparłszy się o poręcz. Następnie podwinął rękawy 
marynarki i rzekł: 

—Dlaczego interesujecie się Sabele?

—Zajmowała się Voyagerem. Jestem nową właścicielką, po tym jak Jocko został 
zamordowany, odparłam nie odrywając od niego wzroku.

—Tak długo już nie myślałem o tym barze, zauważył ze zdziwieniem. Odkąd Sabele 
zniknęła, nie myślałem o nim. Nie mogę nawet się zmusić aby przejść obok niego.

—Zniknęła? spytała Camille. Kiedy? Myśleliśmy że może tu być, zamężna z tobą. 

—Zamężna?! zawołał. Skąd taki pomysł ? Co prawda byliśmy zaręczeni ale 
najwyraźniej nie mogła znieść myśli o poślubieniu mnie. Zostawiła mnie w środku 
nocy, bez żadnego pożegnania. Spędziłem rok w żałobie, zastanawiając się co złego  
zrobiłem. A kiedy wreszcie udało mi się pozostawić przeszłość za sobą, zjawiacie się 
wy prosząc bym wam o niej opowiedział?

Rzuciłam okiem na Camille, która bacznie mu się przyglądała. Nasz czar nie działał 
na elfy w taki sposób jak na ludzi. Nie mogłyśmy nikogo zmusić by powiedział nam 
prawdę. Jednak elfy słynęły z tego, iż nie były dobrymi kłamcami. Przekręcały fakty 
lub pomijały pewne szczegóły, ale kłamstwo nie leżało w ich naturze.

—W jej pamiętniku zostało zapisane że byliście zaręczeni, powiedziała Camille. Była 
w tobie bardzo zakochana.

Harish zbladł. Po raz pierwszy ujrzałam emocje malujące się na jego twarzy.

—Jej pamiętnik? wyszeptał. Znalazłyście jej pamiętnik? Sabele nikomu nie 
pozwalała go dotykać... odchodząc nigdy by go nie zostawiła.

—To samo pomyślałyśmy, odparłam wyjmując z kieszeni pudełko. Następnie 
otworzyłam je i podałam mu. Rozpoznajesz to?

background image

Gdy uniósł wisiorek, na jego twarzy zagościł niepokój i rozpacz.

—Podarowałem jej go tydzień przed tym jak zniknęła. To był prezent zaręczynowy.  
Jeśli chodzi o włosy... to należały one do jej matki. Nigdy się z nimi nie rozstawała. 
Jej matka zmarła wkrótce po jej przybyciu na Ziemię. Jako że nie mogła uczestniczyć 
w pogrzebie, ojciec wysłał jej pukiel włosów.

—Czy naprawdę sądzisz, że odeszłaby tak bez słowa? spytałam (nienawidziłam 
wcierać soli w jego rany ale chciałam się dowiedzieć co się naprawdę wydarzyło). 
Dlaczego miałaby to zrobić? Byliście zaręczeni!

—Tak, odparł głaszcząc wisiorek. Planowaliśmy huczne wesele w Elqavene. Kiedy 
podarowałem jej ten klejnot, natychmiast umieściła w nim moje zdjęcie i powiedziała 
że zawsze będzie go strzegła niczym skarbu, odparł drżącym głosem.

Ze względu na rozproszone światło na ganku, dopiero po chwili zdałam sobie sprawę 
że jego blado niebieskie oczy były pełne łez. Po chwili zniknęły.

—Czy próbowałeś ją odnaleźć? spytała Delilah pochyliwszy się do przodu.

Niedawno dzięki Camille, odkryła „Siostry Brontë” po tym jak ta nakłaniała ją do 
przeczytania “Wichrowych Wzgórz” Jane Eyre, co było jedną wielką lawiną 
tragicznych historii o miłości. Od tego czasu nasze piątkowe wieczory z Jerry 
Springerem zostały zastąpione romantycznymi filmami.

—Oczywiście że próbowałem! zawołał. Co wy sobie myślicie?! Jasny gwint,  
straciłem narzeczoną i myślicie że postanowiłem żyć dalej nie przewróciwszy 
wcześniej miasta do góry nogami by ją odnaleźć?! Nie znieważacie mojego 
cierpienia, proszę!!

—Przepraszam, mruknęła Delilah.
 
—Nie, to ja przepraszam, odparł wzruszywszy ramionami. Szczerze, nadal mi jej 
brakuje... Powtarzam sobie, że po trzech latach nadszedł już czas by rozpocząć coś 
nowego... ale szczerze... prawda jest taka, że tęsknię za nią każdego dnia. I każdego 
dnia zastanawiam się gdzie jest i czy wiedzie gdzieś nowe życie. Pomimo mojego 
rozgoryczenia, mam nadzieję że jest szczęśliwa...
—Opowiedz nam co się stało, poprosiłam łagodnie. 

Westchnął i rozpoczął swoją opowieść:

—Kiedy widziałem ją po raz ostatni, pokłóciliśmy się. Nic poważnego, jednak 
wystarczyło by odeszła od stołu. To leżało w jej charakterze. Zawsze reagowała 
niezwykle impulsywnie. Szczerze mówiąc, uwielbiałem to w niej. W każdym razie, 
następnego dnia zadzwoniłem do niej by ją przeprosić. 

background image

ie zastałem jej, więc zostawiłem wiadomość że jest mi przykro, prosząc by przyszła 
wieczorem. Oddzwoniła gdy byłem w pracy, mówiąc że będzie o 22-ej. 

—Ale nigdy się nie pokazała, prawda? wtrąciła Camille przygryzając wargę.

Opowiedzenie tego wszystkiego było bardzo trudne. Widać było, że wiele wycierpiał. 

Harish pokręcił głową.

—Nie. Gdy zadzwoniłem do baru, powiedziano mi że wyszła wieczorem. Nie  
miałem żadnego powodu by im nie wierzyć. Później, kiedy nadal się nie pojawiła, 
poszedłem do baru tą samą drogą którą zwykle wracała. Nie znalazłem jej.

—Czy skontaktowałeś się z policją? Lub FH-CSI? To było kolejnym logicznym 
krokiem. Sabele była agentem OIA, mogła zostać poinstruowana aby się z nim nie 
kontaktować. Moje przeczucie się sprawdziło.

—Nie, następnego dnia dzwoniłem do niej kilkakrotnie, bez powodzenia. Czekałem 
na otwarcie baru, ale zamiast Sabele był tam inny agent OIA. Nie pozwolił mi wejść 
do jej pokoju i kazał mi siedzieć cicho. Powiedział, że jeśli coś poszło nie tak, 
zawiadomienie policji jedynie pogorszy sprawę i zagrozi jej bezpieczeństwu. Więc 
posłuchałem go i czekałem. Po kilku dniach ten sam agent zapukał do moich drzwi. 
Poinformował mnie, że Sabele wróciła do Krainy Wróżek. 

—Czy skontaktowałeś się z jej ojcem i zweryfikowałeś te informacje?

—Nie mogłem natychmiast tam wyruszyć. Miałem kilka pilnych spraw do 
załatwienia. Nawet jeśli umierałem z niepokoju, nie mogłem tak po prostu rzucić 
wszystkiego.

Potrząsnął głową.

—Po trzech dniach, w końcu udało mi się przekroczyć portal. Udałem się do jej 
rodzinnego domu w Elqavene, gdzie dowiedziałem się że jej ojciec wyprowadził się 
stamtąd nie pozostawiając nowego adresu. Jego sąsiedzi powiedzieli mi, że 
wyprowadził się kilka miesięcy temu. Wydedukowałem, że Sabele była z nim i nie 
chciała abym ją znalazł. Nie chciała ślubu.
Postanowiłem więc, że uszanuję jej decyzję i pozwolę jej odejść.

Camille westchnęła.

—Pytałeś może w Voyagerze czy nie zostawiła swoich rzeczy? 

—Owszem, odparł Harish wzruszywszy ramionami. Ale nowy właściciel, Jocko, nie 
był specjalnie miły. Nie pozwolił bym wszedł na górę. Nikt jej nie widział w okolicy. 

background image

Wracałem tam każdej nocy mając nadzieję, że ktoś ją widział i wiedział dlaczego 
odeszła. Ale to było tak, jakby nigdy nie istniała...

Wstałam i zaczęłam się przechadzać tam i z powrotem. 

—Coś mi tutaj nie gra. Dlaczego jej ojciec nie przyszedł jej szukać, jeśli nie miał od 
niej wieści?

—Nie znacie jej rodziny, odparł Harish wstając.

—Przepraszam za moje wcześniejsze niegrzeczne zachowanie. Bardzo był chciał 
abyście weszły i napiły się czegoś (przystanął i spojrzał na mnie, przygryzając 
wargi). Chcę przez to powiedzieć…

—Nie martw się. Nie jestem spragniona. Uwierz mi, nie wykorzystam twojego 
zaproszenia w niecnych celach. Nigdy nie pożywiam się ludźmi którzy na to nie 
zasłużyli. Jeśli chcesz, zaraz po naszym wyjściu możesz cofnąć swoje zaproszenie. 
To mnie nie urazi...

Po tym udałyśmy się za nim do środka.

W porównaniu z naszym, jego dom był znacznie bardziej przestronny. Bez piętra 
wyglądał trochę jak rancho. Okna z salonu wychodziły na morze. Pomimo 
odległości, widok był oszałamiający i zapierał dech w piersiach. Meble 
odzwierciedlały dobry gust naszego gospodarza, choć moim zdaniem były zbyt 
konwencjonalne.

Delilah jak zwykle wypaliła z pierwszą rzeczą, jaka jej przyszła do głowy.

—Naprawdę, lubisz beżowy! wykrzyknęła przyłożywszy dłoń do ust. Przepraszam, 
nie chciałam...

—Nie ma problemu. Nie jestem mężczyzną który kocha przygody, powiedział 
wskazując na duży dębowy stół. Usiądźcie, proszę (nie przestawał bawić się 
naszyjnikiem). Więc jej ojciec nie był zachwycony faktem że wstąpiła do OIA. 
Szczerze mówiąc, pomysł ten w ogóle mu się nie spodobał.

Sabele powiedziała mi, że w dniu w którym podpisała kontrakt, ojciec oświadczył jej 
co następuje: „Jeśli dasz się zabić, nie będę tracił czasu na szukanie twojego ciała. 
Tym bardziej nie wpiszę twojego imienia w archiwa naszych przodków.”

W efekcie oznaczałoby to, że jej dusza byłaby skazana na wałęsanie się po piekle 
dopóki nie zaznałaby spokoju.

background image

—Co za surowy ojciec! zauważyła Camille, spoglądając na Delilah i na mnie. Gdy 
my wstąpiłyśmy do OIA, nasz ojciec był ogromnie dumny. Akceptował nasz wybór i 
wspierał nas na każdym kroku. No prawie... Niemal dostał ataku gdy dowiedział się o 
Trillianie.

Zmarszczyłam brwi.

—Nie lubił OIA? A może po prostu był zły, że jego córka wybrała wróżki a nie elfy?

Mimo iż niektóre elfy wstąpiły do OIA, istniał silny podział między purystami a tymi 
którzy nie mieli problemu z wyjściem z ram które zostały im przypisane. Elfy były 
mniej otwarte na nowe rasy niż wróżki.

Harish wzruszył ramionami.

—Myślę, że jej ojciec jest pacyfistą. Sprzeciwia się wszelkiego rodzaju służbie 
wojskowej. Chciał by została kapłanką w świątyni Araylia, bogini uzdrawiania. Ale 
Sabele lubiła przygody. Nie potrafiła znieść myśli, że będzie zamknięta w świątyni 
wiodąc spokojnie życie, służąc w pokorze innym (przygryzł wargę). Czy 
chciałybyście coś do picia? A  może do jedzenia?

Delilah i Camille z chęcią przyjęły lemoniadę. 

—Nie, dziękuję, odparłam uprzejmie.

—Więc mówisz że do dzisiejszego wieczoru myślałeś, że po prostu uciekła od 
waszego związku?

Ból który wyczytałam w jego oczach był tak świeży, jakbyśmy otwarły na nowo jego 
rany które się nigdy tak naprawdę nie zagoiły.

—Dokładnie tak sądziłem. Ale wy myślicie że coś jej się stało, prawda? spytał 
postawiwszy na stole dzbanek z lemoniadą i talerz ciastek. Dlatego tutaj przyszłyście.

—Nie byłyśmy pewne, odparłam wyciągając nogi, ale teraz... myślę że możemy 
przyjąć, iż coś jej się stało. Nie rozumiem dlaczego OIA ci powiedziała, że wróciła 
do domu. Może nie chciała się przyznać że jeden z jej agentów zniknął w 
niewyjaśnionych okolicznościach?

—Czy wiesz, że była śledzona przez mężczyznę ? spytała Camille, pochylając się do 
przodu.

Harish zamrugał dwa razy.

—Była śledzona przez mężczyznę? 

background image

Wahałam się czy zadać mu następne pytanie. Nie wiedziałam jak zareaguje gdy się 
dowie, że być może Harold miał coś wspólnego z zaginięciem Sabele. Jednak 
musiałyśmy dowiedzieć się możliwie jak najwięcej. Zdecydowałam się więc podjąć 
ryzyko. Na szczęście elfy nie były znane z porywczości. 

—Czy wspominała ci kiedykolwiek o kimś kto nazywa się Harold Young?

Elf usiadł wygodniej z podejrzliwym wyrazem twarzy.

—Harold Young? To nazwisko coś mi mówi... Sabele wspominała o nim dwa lub trzy 
razy. Mówiła że czuje się przy nim nieswojo. Często przychodził do baru. Nie 
myślałem, że... (jego głos się załamał). Sądziłem, że to kolejny natrętny klient i 
poradziłem jej by go ignorowała.

—Czy wiesz że złożyła przeciwko niemu skargę na policji? Policja z nim 
rozmawiała, ale ten wszystkiemu zaprzeczył. Ponieważ nie zgłosiła się ponownie, 
zamknęli sprawę.

—Nie, odpowiedział posyłając mi bezradne spojrzenie. Nigdy mi o tym nie mówiła. 
Dlaczego nie potraktowałem jej poważnie? Myślicie że facet coś jej zrobił? spytał ze 
wzrokiem wbitym w ziemię. Gdy mi o nim mówiła, powiedziałem że przesadza. 
Zdradziłem ją, nie wierząc w jej słowo! 

Nie wiedziałam co powiedzieć. Podobnie Delilah i Camille. Po kilku minutach 
niezręcznej ciszy, odchrząknęłam: 

—Nie ma potrzeby by się zadręczać. Nie mogłeś wiedzieć. A my nie jesteśmy w stu 
procentach pewne czy coś jej się stało. To po prostu najbardziej prawdopodobne 
rozwiązanie.

—Czy możecie mi pomóc dowiedzieć się prawdy? Zapłacę... szepnął. Zrobię 
wszystko...

Delilah chciała coś powiedzieć, kiedy jej przerwałam. To prawda że 
potrzebowałyśmy pieniędzy, ale nie chciałam by myślał że jesteśmy ghulami 
żywiącymi się zmarłymi.

—Posłuchaj. Rozejrzymy się. Jeśli okaże się iż będzie to kosztowne, porozmawiamy 
o pieniądzach. W naszej ekipie Delilah jest prywatnym detektywem. Dowiedzenie się 
czegoś nie powinno jej zająć wiele czasu. Na razie pomożesz nam, spisując wszystko 
co pamiętasz o Haroldzie. Czy wyrobisz się z tym do rana?

—Oczywiście, odrzekł Harish skinąwszy głową z lekkim westchnieniem. Dajcie mi 
wasz adres, wyślę wam to co napiszę.

background image

Gdy wstał, wyglądał na znacznie starszego niż elf który otworzył nam drzwi.

—Dziękuję... nawet jeśli w duchu modlę się aby się okazało, że mnie po prostu 
zostawiła. Ale wiecie...

—Tak? spytała Camille.

—Zawsze czułem, że coś jest nie tak. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić... 
Naturalnie miałem wrażenie że przesadzam. Więc odłożyłem ból... kryjąc się za 
zranionym ego.

—Ostatnie pytanie, przerwałam mu. Czy wiesz dlaczego Sabele pisała swój 
pamiętnik w języku Melosealfôr? Bardzo niewiele osób nim mówi, a jeszcze mniej 
pisze.

Harish posłał mi lekki uśmiech.

—Jako dzieci przyjaźniliśmy się z jednorożcem. Nie pochodził z Dahns. To był 
jednorożec ze Złotego Lasu. Nauczył nas mówić w swoim języku. Duch z którym 
podróżował, nauczył nas pisać. Przez wiele lat Sabele i ja używaliśmy go jako 
tajnego kodu. Najwyraźniej myślała iż w ten sposób odpędzi ciekawskich.

—Dziękuję, powiedziałam czując jak żołądek skręca mi się na widok takiego 
cierpienia.

—Zostawimy cię teraz, proszę: to moja wizytówka, rzekła Dalilah gdy wszyscy 
kierowaliśmy się do drzwi. Zapisałam również nasz numer stacjonarny i nasze 
komórki. Możesz wysłać nam informacje do Voyagera, księgarni Camille lub mojego 
biura, które znajduje się tuż nad nią.

Pożegnawszy się, ruszyłyśmy z powrotem do samochodu.

Gdy dotarłyśmy do domu, było już po północy. Gdy Camille powoli wjechała na 
podwórze, rozejrzałam się wokół po naszych zabezpieczeniach. Wysokich stożkach 
kwarcu ułożonych w okrąg i połączonych bezpośrednio z tymi w kuchni. Ich blask 
oznaczał że wszystko było dobrze.

W kuchni zastałyśmy Iris siedzącą przy piecu w bujanym fotelu. Jej rzęsy były 
ciężkie od łez. Sam makijaż był rozmazany spływając jej smugami po twarzy.  W 
ręce trzymała chusteczkę, podczas gdy jej piękna suknia leżała rzucona u jej stóp. 
Miała na sobie szlafrok a jej włosy były rozpuszczone.

Rozurial parzył jej filiżankę herbaty. Ujrzawszy nas, pokręcił głową ze złością w oku.
Camille i Delilah podbiegły do niej, podczas gdy ja wzięłam od Rozuriala herbatę i 
zaniosłam ją jej.

background image

—Co się stało? zapytała Delilah, głaszcząc jej włosy z których tak bardzo była 
dumna.

—Bruce! odparła rumieniąc się. To się stało! Jego przyjaciele pojawili się w 
restauracji i sprawili że nas wyrzucono. Jako że Bruce się tym nie przejął, tamci 
postanowili udać się do baru. Nie miałam ochoty iść z nimi ale skarżyli się że psuję 
zabawę, więc się zgodziłam. W pubie kolega Bruce'a, Hans, całą mnie obrzygał. To 
było po tym jak wcześniej próbował mnie obmacywać a ja dałam mu w twarz. Bruce 
po prostu śmiał się z całej sprawy. Było mi tak wstyd i czułam się taka zakłopotana! 
Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

Ból w jej głosie sprawił, że miałam wielką ochotę wyruszyć i zapolować na 
krasnoluda! Pragnęłam udusić drania za to, że tak bardzo skrzywdził Iris. Zmusiłam 
się aby się uspokoić.

—Co zrobiłaś?

—A co mogłam zrobić?! Powiedziałam mu że wychodzę, ale zamiast próbować mnie 
zatrzymać, ten nie przestawał się śmiać! Rozumiem że był pijany, ale nie musiał być 
tak okrutny!

Gdy zaczęła płakać, zaczęłam widzieć wszystko na czerwono.

—Chcesz żebym z nim porozmawiała?

Iris wytarła nos kręcąc głową.

—Na pewno nie z wysuniętymi kłami. Obiecaj.

Nie zdawałam sobie sprawy, że moje kły były wydłużone. Zmusiłam się aby się 
opanować. 

—Przepraszam, obiecuję że go nie ugryzę.

Camille podniosła sukienkę leżącą na podłodze. Zmarszczyła nos: smród wymiocin 
mieszał się z zapachem alkoholu.
—Spróbuję ją wyczyścić. W najgorszym przypadku wyślę ją do pralni chemicznej. 
Po czym udała się w kierunku pralki.

Delilah poklepała Iris po dłoni i pocałowała ją w policzek.

—Faceci potrafią być tak cholernie denerwujący! Przypomnij sobie jak sama 
chciałam zamordować Chase'a po tym jak go nakryłam z Eriką!

Roz usadowił się w przy stole z filiżanką herbaty i kanapką z indyka.

background image

—Nie wszyscy jesteśmy tacy, Iris. Ja na przykład, nigdy nie byłem okrutny w 
stosunku do kobiety.

—Tak, to prawda. Ty je uwodzisz, a następnie ulatniasz się nie patrząc za siebie, 
odparłam spoglądając na niego. Kiedy posłał mi szeroki uśmiech, nie mogłam się 
powstrzymać by go nie odwzajemnić.

—Oczywiście. To moja praca, kochanie. Doskonale o tym wiesz. Ale ja zawsze 
upewniam się by pozostawić je zaspokojone i szczęśliwe. 

Bez swojego długiego płaszcza, wyglądał jak każdy przystojny facet, choć miał tę 
przewagę, że w jego oczach można było dostrzec niebezpieczny błysk. Tej nocy miał 
na sobie czarne dżinsy i czarną koszulkę bez rękawów a na głowie australijski 
kapelusz. Wyglądał jakby wyszedł prosto z „Krokodyla Dundee”. Styl który 
wspaniale do niego pasował.

Iris otarła łzy.

—Jestem głupia by płakać z tego powodu. Ale myślałam, że będzie to wyjątkowa noc 
… i popatrzcie jak się skończyło! Jej głos się załamał. Przetarła oczy i nos. Boli mnie 
głowa. Dziękuję za herbatę, Rozurial.

Ten odsunął krzesło i ukląkł u jej boku.

—Nie poddawaj się od razu, moja piękna. Pomimo szorstkiego wyglądu, Bruce jest 
w środku porządnym facetem. Gdy się pokaże, natrzyj mu porządnie uszu a założę 
się, że będzie grzeczniutki jak nigdy przedtem.

To powiedziawszy, pochylił się i złożył pocałunek na jej ustach. Iris się 
zaczerwieniła, ale nie wykonała żadnego gestu. Jesteś zbyt piękna wewnątrz i na 
zewnątrz by być sama przez dłuższy czas. Daj mu drugą szansę. Jeśli ją zmarnuje, 
sam się nim zajmę.

Już miałam coś powiedzieć, gdy rozbrzmiał alarm, dzwoniąc i błyskając na głównym 
stole. Camille wpadła do kuchni z rękami w mydle.

—Jasna cholera! Coś znowu wdarło się na nasz teren! 

—Ghul? spytała Delilah.

—Nie mam pojęcia, odparłam wzruszając ramionami. Nie dowiemy się tego siedząc 
tutaj! Roz, zostań z Iris i Maggie. A my zobaczymy kto pragnie by skopać mu tyłek!

background image

Rozdział 11

Byłam zmęczona ukrywaniem się. Nie ważne kto to był, liczyło się że wywołał alarm 
i nie był tu mile widziany, kropka.

—Chodźcie, tym razem nie będziemy niczego owijać w bawełnę, rzekłam otwierając 
drzwi od strony kuchni, z Camille i Delilah depczącymi mi po piętach. 

Księżyc był wciąż wysoko na niebie, obniżając się powoli i zalewając cały ogród  
swoim blaskiem.

—Gdzie zaczniemy szukać?

Problem polegał na tym, że nigdy nie wiedziałyśmy gdzie został uruchomiony alarm.

—Będziemy kierować się naszą intuicją? zasugerowała Camille, schodząc po 
schodach. 

Noc była długa, obie moje siostry wyglądały na wyczerpane. 

—Rozdzielmy się, powiedziała Camille. Ja pójdę sprawdzić ogród, Delilah staw. 
Menolly, nie sprawdzisz południowo-zachodnich krańców naszej posiadłości? 

—To mi odpowiada, odpowiedziałam skręcając za domem w lewo.
 
Nie zagospodarowałyśmy jeszcze tej części ogrodu. Postanowiłyśmy pozostawić ją 
taką jaka jest, tak by zwierzęta i duchy przyrody mogły spokojnie tutaj żyć. Teraz 
miejsce to porastały olbrzymie krzaki jeżyn i poskręcane winorośle oraz dzikie 
kwiaty próbujące zagarnąć dla siebie jak najwięcej miejsca. Trawa sięgała tu do 
kolan. Pośrodku rosły dwa dęby a ich pnie ukryte były za krzakami. Deszcz sprawił 
że wszystko tutaj rosło w zastraszającym tempie. 

Według Camille duchy były zachwycone. Torując sobie przejście przez zarośla, 
poczułam że spadł na mnie pająk. Zaskoczona strząsnęłam go. Te tutaj były duże i 
miały paski ale nie były jadowite. Zresztą nawet jeśli by były, to i tak nie miało by to 
na mnie żadnego wpływu. Od naszego spotkania ze zmiennymi pająkami, Delilah 
była przewrażliwiona na ich punkcie.

Camille nie lubiła ich ale się ich nie bała. Co się tyczy mnie, lubiłam je ponieważ 
nigdy się nie poddawały i były uparte. Nieprzerwanie tkały swoją sieć, czekając 
wytrwale na swój łup. A potem, podobnie jak ja, pożywiały się  krwią swoich ofiar. 
Wielu obawiało się tych pająków. Dotyczyło to również wampirów.
Mieliśmy ze sobą dużo wspólnego. 

background image

Upewniłam się że tygrzyk [gatunek pająka, przyp. tłum.] odnalazł drogę powrotną 
wśród wysokich traw, gdy ścieżka skończyła się a ja napotkałam na swojej drodze 
gąszcz zarośli, wysokich na co najmniej dwa metry. Ich wierzchołki zakończone 
złotymi kwiatami, błyszczały w blasku księżyca. Usłyszałam dźwięk pękających 
nasion uwalniających w powietrze nasiona nowego pokolenia.

Prześlizgnęłam się chyłkiem pomiędzy dwoma gigantycznymi łodygami, zanurzając 
się coraz bardziej w labiryncie gąszczu zieleni. Nie wiedziałam zbytnio gdzie idę, ale 
kierowałam się swoim instynktem. Po kilku metrach dostrzegłam czyjąś obecność. 
Albo raczej: usłyszałam. Bicie serca; następnie go poczułam. 

Zapach kwiatu delfalia, który rósł wyłącznie w Krainie Wróżek. Szłam ostrożnie, 
rozglądając się w poszukiwaniu źródła dźwięku. Następnie w ciemności, pośród 
wysokich ziół ujrzałam źródło ciepła. Dwunożne stworzenie, może człowiek może 
wróżka lub elf. Ruszyłam, poruszając się bezszelestnie niczym noc. Co to do cholery 
było?! I skąd się tutaj wzięło? Nagle zdałam sobie sprawę, że przestrzeń między 
dębami migocze. Portal! Jasna cholera! Mieliśmy portal na naszym terenie! Co 
wyjaśniało pojawienie się blurgblurfa kilka tygodni temu! Pytanie, z kim teraz 
przyjdzie nam się zmierzyć? Zmrużyłam oczy, mając nadzieję wyraźniej go 
zobaczyć. Jeśli wywołał alarm, nie może mieć wobec nas dobrych intencji. 

Zrobiłam kilka kroków, by następnie zatrzymać się w miejscu. To był elf, nie było co 
do tego wątpliwości. Ubrany był w strój w barwach niebiesko złotych z Y'Elestrial. 
Czyżby strażnik ze starej gwardii? Wszakże nasza poprzednia królowa wciąż 
posiadała garstkę wiernych sobie zwolenników. Od czasu do czasu nasz ojciec  
informował nas o masakrach i bitwach, mających miejsce na pograniczach królestwa. 
Ale co on tutaj robił? Chciał nas zamordować? Lethesanar naprawdę musiała 
nienawidzić naszej rodziny. Nie tylko nasz ojciec i ciotka przyczynili się do jej 
upadku, ja i moje siostry również. 

Nieważne kim był, nie mogłam pozwolić mu wrócić, nie odkrywszy wpierw dlaczego 
tu jest. Poczekałam chwilę  dopóki nie spojrzał w bok, a następnie rzuciłam się na 
niego oplatając go rękami za szyję.

—Kim jesteś i co robisz na naszych ziemiach? spytałam, dociskając go kolanem do 
ziemi. Odpowiedz albo złamię ci kręgosłup. Nie sądzę abyś tego chciał, prawda?

Walczył próbując się wyrwać. Postanowiłam go obezwładnić, zadając mu cios pięścią 
w głowę tak, że stracił przytomność.
Następnie przerzuciłam go sobie przez ramię i ruszyłam z powrotem do domu.

Camille zobaczyła mnie, wyłaniając się z przydomowego ogródka. 

—Kto to jest?

background image

—Nie wiem, ale znalazłam go w pobliżu bliźniaczych dębów. Przy okazji, jest tam 
ukryty portal. Zamierzam poprosić królową Tanaquar lub królową Asterię aby 
przysłała tutaj kogoś by go pilnował. Nie możemy tak go zostawić zwłaszcza, że nie 
wiemy dokąd prowadzi. Wskazawszy ruchem głowy na dom dodałam: przynieś liny i 
knebel. Może zechcieć użyć przeciwko nam zaklęcia.  

Bez słowa pobiegła do domu. Po chwili wróciła z Rozurialem, niosącym na ramieniu 
sznur i czystą szmatkę.

—Pomyślałam że Roz mógłby tej nocy popilnować portalu, powiedziała. 

—Dobry pomysł. Pomóż mi go związać, następnie pokażę Rozowi gdzie jest portal. 

Gdy oboje związali elfowi ręce i nogi, upewniłam się że nie ucieknie, po czym 
zakneblowałam go i zaniosłam do szopy którą niedawno przekształciłyśmy w domek 
gościnny dla Roza, Vanzira i naszego kuzyna Shamasa. Wolałyśmy by nie spali z 
nami pod jednym dachem.

W środku bezceremonialnie rzuciłam go na kanapę. Gdy Camille spojrzała na mnie 
dziwnie, wzruszyłam ramionami.

—Uruchomił alarm, zasłużył na to. Z pewnością jest niebezpieczny, a ja nie czuję się 
w nastroju do bycia uprzejmą w stosunku do faceta, który zamierza nas zabić.

—Rozumiem, odparła. Idźcie. Mogę go doglądać. Pokaż Rozowi gdzie jest portal. 
Jutro zdecydujemy co z nim zrobić, odrzekła niemal wypychając nas za drzwi.  

Rzuciwszy ostatni raz okiem na szopę, dałam znak Rozowi by za mną poszedł. 
Uszliśmy zaledwie kilka kroków, gdy nagle Roz stanął w miejscu oszołomiony, 
wpatrując się w dziką naturę.

—Wspaniale! Czy kiedykolwiek myślałaś o zainwestowaniu w kosiarkę do trawy? 
Hej, nawet koza zdziałałby cuda w tej dżungli! wykrzyknął kręcąc głową. Ach ci 
miłośnicy przyrody... jestem pewien że spędzasz wolny czas wsłuchując się w 
drzewa.

Na szczęście dla niego, uśmiechnął się. To była jedyna rzecz która powstrzymała 
mnie od wepchnięcia go tam głową do przodu. 

—Camille i Iris uważają, że tak jest lepiej dla duchów natury. Jeśli o mnie chodzi 
uważam, że to miła odmiana w porównaniu do  starannie wypielęgnowanych terenów 
w okolicy. Nigdy nie rozumiałam dlaczego ludzie dążyli do przekształcenia natury w 
dzieło sztuki. Nawet w Krainie Wróżek i na przykład Mieście Proroków, przycinają 
wszystko co im wpadnie w ręce, co zaczyna wymykać się spod kontroli i tym samym 
staje się zagrożeniem. 

background image

Rozsunęłam gałęzie jałowca by Roz mógł się przecisnąć. Skaleczenia i zadrapania mi 
nie przeszkadzały ale inkubowi, mimo tego kim był, mogła stać się krzywda. Po 
chwili oboje stanęliśmy przed dębowym portalem.

—Zastanawiam się dokąd prowadzi, zauważył.

—Też chciałabym to wiedzieć. Ale jeśli przejdę przez niego a po drugiej stronie 
będzie słońce... widok nie będzie zbyt miły... Masz ochotę rzucić na niego okiem?

Rozmyślałam właśnie nad różnymi opcjami, gdy Roz przekroczył portal i zniknął. 
Czekałam. Minutę. Dwie. W oddali usłyszałam sowę. Zaczęłam się trochę niepokoić. 
Co jeśli Roz wpadł w pułapkę? Albo jeszcze gorzej? Istniały miejsca przy których  
Podziemne Królestwo przypominało raj. Cztery minuty. Cholera! Gdzie on się 
podziewał?!!

Przygotowywałam się na ewentualną  szybką śmierć, gdy Roz wyskoczył z portalu.

—Gdzieś ty był do diabła?! Umierałam ze strachu!

Nienawidziłam przyznawać się do tego typu rzeczy. Nie pasowało to do mojego 
wizerunku. 

Roz objął mnie ramieniem. Ryzykowne posunięcie, zważywszy iż wiedział że nie 
lubię być dotykana i że sprawia to, iż czuję się nieswojo... nawet jeśli zdarzyło nam 
się to kilkakrotnie. W istocie wszystko zależało od mojego nastroju. 

Zmusiłam się by pozostać w bezruchu. Jego puls był ciepły, pełen seksualnej energii i 
krwi. Mieszanka śmiertelne niebezpieczna dla wampira. Na szczęście będąc 
inkubem, mógł sobie pozwolić na odrobinę swobody.

—Martwiłaś się o mnie? szepnął, chowając twarz w mojej szyi. 

Drżąc, zrobiłam krok do tyłu.

—Przestań, szepnęłam. To nie czas i miejsce. Musimy zająć się rzeczami 
ważniejszymi niż twój penis i jego kaprysy. 

—Kochasz mojego... moje kaprysy. Gdybyś tylko dała mi szansę, odparł głosem 
jakby prosto wyjętym z satynowej pościeli... Przyznaj się że wiesz iż oboje 
wywołujemy iskry. 

I to był właśnie problem. Wiedziałam że ma rację. Ale nie byłam pewna czy chcę 
angażować się w drugi związek. Mimo iż Roz nie tworzył skomplikowanych historii, 
to miał wszystko co niezbędne by przeciągnąć mnie do swojego świata. Na to nie 
byłam jeszcze gotowa.

background image

—Jeśli zaraz nie przestaniesz, nie zaoferuję ci więcej moich ust, zagroziłam 
odpychając go.

Odchrząknął i wzruszył ramionami z niechęcią.

—OK, OK. Obiecuję przyzwoicie się zachowywać. Z tego co widziałem, portal 
prowadzi do doliny Wietrznych Wierzb. Żadnych goblinów ani innych krwiożerczych 
stworzeń. Myślę że portal otwiera się w pobliżu Oceanu Wyvern. 

—To by oznaczało północno-zachodnie granice doliny, blisko równiny Silofel (nigdy 
tam nie byłam, ale pamiętałam jeszcze co nieco z lekcji geografii). Widziałeś kogoś? 
Może jednorożce?

—Nie, odparł kręcąc głową. Nikogo, i to mnie właśnie dziwi. Czy jesteś pewna że elf 
którego spotkałaś chce was skrzywdzić? Jakby na to nie patrzeć, bardzo mało wróżek 
spaceruje po tej dolinie, z wyjątkiem tych które żyją w harmonii z Crypto. To dzika 
ziemia, wrogo nastawiona do wszelkiego rodzaju  rządów... może z wyjątkiem 
Dahnsburg, gdzie tamtejszy król rządzi jednorożcami żelazną ręką. 

 —Miał na sobie barwy Y'Elestrial, odparłam przygryzając wargę. 

Coś było nie tak. Byłam właśnie w drodze do szopy by przesłuchać naszego 
tajemniczego gościa, gdy ciszę rozdarł krzyk Delilah. 

—Jasna cholera! To Delilah! Do diabła z portalem!

Oboje biegiem rzuciliśmy się w kierunku domu, odpychając po drodze gałęzie, krzaki 
i rozdeptując nasiona.

Dobiegłszy, ujrzeliśmy na trawniku naszą kotkę. Walczyła z czymś co z wyglądu 
niebezpiecznie przypominało kałamarnicę! 

—Cholera, to demon! To on uruchomił alarm! Pospiesz się, trzeba jej pomóc! 

To cholerstwo ewoluowało, zarówno na planie astralnym jak i fizycznym. Nie można 
było ot tak sobie się go pozbyć. 
Rzuciłam się biegiem na podwórze, a tuż za mną Roz. Nagle wyskoczył przede mnie 
i zniknął mi z pola widzenia. Zatrzymałam się jak niepyszna, rozglądając się dziko 
wokół siebie. Gdzie on do diabła poszedł?!

Z oszołomienia wyrwały mnie krzyki Delilah. Kreatura trzymała ją jedną z macek a 
drugą zbliżyła do jej głowy. Jasny gwint! To nie wróżyło nic dobrego!

Przyspieszyłam, próbując go uderzyć ale moja stopa trafiła w niewidzialne pole 
siłowe i poleciałam do tyłu. 

background image

Gdy wstałam, zdałam sobie sprawę że coś się dzieje w pobliżu głowy Delilah. Macki 
stwora wydawały się walczyć z niewidzialnym wrogiem. Roz! To musiał być Roz!

Zdesperowana aby mu za wszelką cenę pomóc, starałam się znaleźć sposób jak 
podejść tego stwora. Po chwili wpadłam na pewien pomysł. Nawet jeśli nie byłam w 
stanie go dotknąć, to mogłam dotknąć mojej siostry! Skoczyłam w wir walki, stając 
dokładnie za nią i owinąwszy ramiona wokół jej talii próbowałam odciągnąć ją w 
bezpieczne miejsce, z dala od demona. Ale ten nie chciał jej puścić. Jednak miałam 
przewagę. W przeciwieństwie do niego, całą sobą znajdowałam się na planie 
fizycznym. 

Z trudem, ale udało mi się wyrwać Delilah z jego macek. Tamten zasyczał.

Delilah lekko krwawiła. Zarzuciwszy ją sobie na ramię pognałam ile sił w nogach, 
byle tylko jak najdalej od niego.

—Menolly! Ukryj się za krzakiem i zamknij oczy! zawołała nagle Camille.

Nie pytając o nic zrobiłam jak kazała. Obie z Delilah wylądowałyśmy za wielką 
paprocią mającą co najmniej trzy metry wysokości. Przycisnąwszy twarz do ziemi 
zamknęłam oczy.

Po chwili usłyszałam huk przypominający grzmot i poczułam jak pod wpływem fali 
światła, pali się skóra na moich plecach. Odczekałam bez ruchu aż wszystko minie.

—Już po wszystkim, powiedział Rozurial podchodząc do mnie. Podał mi rękę 
pomagając mi wstać. Po raz pierwszy przyjęłam ją i niepewnie wstałam. 

Światło pozbawiło mnie całej energii. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać co by się 
stało, gdybym była na otwartej przestrzeni.

Gdy Delilah zajęczała, pomogliśmy jej wstać. Z trudem trzymała się na nogach. 

—To był ten sam... ten sam demon który zaatakował mnie w klubie nocnym, 
powiedziała Delilah odzyskawszy głos. Czułam go w mojej głowie.
Myślę że umieścił we mnie coś w rodzaju radaru, zupełnie jakbyśmy byli połączeni 
(potarła skronie). Mam okropny ból głowy. 

—Jak udało mu się cię znaleźć? spytałam. Jeśli to ten demon uruchomił nasz alarm, 
to kim w takim razie jest ten typ...?

—Został wysłany przez Y'Elestrial, przerwała mi Camille suchym tonem. Przez 
królową Tanaquar. Związaliśmy i zakneblowaliśmy głównego asystenta Sądu i 
Korony! I wierzcie mi, wcale nie jest szczęśliwy z tego powodu!

background image

Rozdział 12

Głównym doradcą Trybunału i Korony był nasz ojciec... więc mężczyzna w naszej 
szopie którego związałyśmy i zakneblowałyśmy... nie był nikim innym jak 
asystentem naszego ojca.

—O cholera!

Ponieważ to ja byłam tą która go tak potraktowała, rzuciłam się przodem by wyrazić 
mu swoje przeprosiny. Ojciec by tego oczekiwał, w szczególności ode mnie. Zawsze 
mi powtarzał bym wpierw myślała zanim coś zrobię. W dzieciństwie byłam 
impulsywna i zamknięta w sobie. Kiedy weszłam do szopy, mężczyzna siedział na 
kanapie z rękami skrzyżowanymi na piersi. Ujrzawszy mnie, spojrzał wzrokiem 
pełnym nienawiści, zimnym niczym lód w zimowy poranek.

Camille go rozwiązała. Coś mi mówiło, że zwykłe „przepraszam” nie wystarczy by 
wybaczył mi guz na głowie i otarcia wokół nadgarstków. Związując go, wykonałam 
kawał dobrej roboty, tak aby nie uciekł. Zazwyczaj nie przywiązywałam do tego 
większej wagi. Popełnianie błędów było u nas na porządku dziennym. W wojnie z 
demonami nie raz zdarzało nam się poturbować kogoś niewinnego. Takie były realia. 
Musiałyśmy strzec się na każdym kroku. 

Ale tym razem chodziło o członka Sądu i Korony. Tanaquar wznowiła wypłacanie 
nam pensji. Nie mogłyśmy pozwolić sobie na jej utratę. Zbyt wiele zależało od 
naszych sojuszników.

Camille pogrążyła się w kurtuazji, podobnie Delilah, choć będąc w dżinsach nie 
odniosło to tego samego efektu. Jeśli chodzi o mnie, zdecydowałam się na ukłon w 
jego kierunku. Musiałyśmy szanować protokół. W Krainie Wróżek, Lethesanar 
żądała by jej poddani przed nią klękali. Tanaquar przynajmniej nie była aż tak 
spragniona władzy i uznania. Objąwszy rządy, wprowadziła w przepisach sądowych 
jedynie kilka korekt.

Czekałam w milczeniu.

—Przynajmniej nie zapomniałyście o wszystkich waszych manierach, odparł niskim 
głosem (wstał próbując wygładzić strój, następnie skinął abyśmy wstały). Wstańcie. 
Czy możecie mi powiedzieć, dlaczego mnie zaatakowałyście?

Spojrzałam z niepokojem na Camille, która stała nic nie mówiąc. Sama wpakowałam 
się w tę sytuację i sama się z niej wykaraskam. Moja siostra zrobiła krok do tyłu, 
dając mi niezbędną przestrzeń. Jasny gwint! Nie pamiętałam nawet jak się nazywa 
nasz gość. Ojciec z pewnością musiał nam o tym wspomnieć, tyle że teraz nie 
potrafiłam sobie tego przypomnieć.

background image

—Szlachetny... asystencie...

—Już zapomniałaś? Nazywam się Yssak ob Shishana, powiedział, krzyżując ręce na 
piersi.

Odchrząknęłam.

—Szlachetny asystencie Yssak, jest mi naprawdę bardzo przykro. Nigdy bym cię nie 
zaatakowała gdybym wiedziała, że jesteś asystentem naszego ojca. Myślałam że 
wysłała cię Lethesanar aby nas zamordować. Z pewnością wiesz, że za nasze głowy 
wyznaczona została nagroda.

Zamrugawszy spojrzałam na niego. Pomimo wyrazu twarzy, wydawał się  
usatysfakcjonowany moimi wyjaśnieniami. Może jednak mimo wszystko uda mi się 
jakoś z tego wyjść...

Był imponującym mężczyzną, ani zbyt przystojnym ani czarującym. Miał ciekawą 
twarz, pełną blizn. Jego blond włosy zaczesane były w koński ogon i związane 
rzemykiem w tym samym kolorze co jego strój, podobnie jak u naszego ojca. Był 
wysoki, ale nie za bardzo. Wydawał się całkiem normalny, gdyby nie liczyć tego iż 
emanowała od niego władza. Mogłam wyczuć go niczym feromony...

Wziął głęboki oddech a następnie wypuścił powoli powietrze. 

—Przypuszczam że potrafię zrozumieć twoją reakcję, zważywszy na demoniczne 
zagrożenie z jakim przyszło wam walczyć i charakter poprzednio panującej królowej.

—To nie wszystko, wtrąciła Camille podszedłszy do mnie. Tuż przed waszym 
przybyciem, zabezpieczenia otaczające nasz teren wykryły pojawienie się intruza. 
Zaraz po tym wyruszyłyśmy na jego poszukiwanie. Menolly natknęła się na was 
zanim udało nam się odnaleźć prawdziwego winowajcę - demona którego do tej pory 
nie udało nam się jeszcze zidentyfikować a który jest trudny do zabicia.

Posłałam jej pełen wdzięczności uśmiech. To że Yssak pracował dla naszego ojca, nie 
oznaczało że wybaczy nam nasze błędy. Dotychczas ojciec był surowszy niż 
jakikolwiek z naszych szefów.

Delilah leżała na kanapie. Była blada.

—Przepraszam, czcigodny asystencie, ale nasza siostra została zaatakowana przez 
demona. Czy mogę się nią zająć?

Nienawidziłam tych formalności, ale był to protokół którego musiałam przestrzegać. 
Od najmłodszych lat ojciec uczył nas tego protokołu. Nie zastosowanie się do niego 
było niczym wyrywanie zębów. Niezbyt apetyczne...

background image

Yssak zamrugał.

—Dlaczego nie powiedziałyście wcześniej? Dobry Boże! Jestem zły, to prawda, ale 
nie kazałbym wam czekać gdybyście mi powiedziały! Wasz ojciec by mnie zabił 
gdybym którąś z jego córek naraził na niebezpieczeństwo.

Gdy się cofnął, obie z Camille rzuciłyśmy się ku Delilah.

—Wszystko w porządku kochanie? spytała Camille klękając przy niej. Wzięła ją za  
rękę sprawdzając puls (posłała mi zaniepokojone spojrzenie). Jest o wiele za szybki. 
Cholera! Czy temu czemuś udało się wejść w kontakt z jej srebrną nicią? Nie mogę 
odczytać jej sygnatury, jestem zbyt blisko niej.

Roz odepchnął ją lekko a następnie uniósł jej podbródek, patrząc prosto w oczy. Gdy 
nasza siostra coś szepnęła, cofnął rękę.

—Na bogów! Demon stale jest z nią połączony! Zasysa jej energię.

—Czy możesz zabrać nas ze sobą na plan astralny by z nim walczyć? spytała 
Camille. Flam już tak robił.

—Flam jest znacznie potężniejszy ode mnie, odparł Roz. Nie mogę utrzymać bariery 
wokół nas wszystkich. Ale mogę go znaleźć, musi być u siebie.

To powiedziawszy, w mgnieniu oka zniknął w Morzu Jońskim. Camille zwróciła się 
do mnie.

—Przynieście koce. Musimy utrzymać ją w cieple. Do tego brandy lub porto, coś co 
utrzyma ją przytomną. Jasna cholera!! Za wszelką cenę musimy odkryć przeciw 
komu walczymy i go wyeliminować!
Yssak podszedł do mnie.

—Jak mogę wam pomóc? Powiedz mi.

—Nie wiem, odparłam. Naprawdę nie wiem. Zostań z Camille podczas gdy ja 
przyniosę koce i alkohol.

Skinąwszy głową, stanął przed drzwiami na warcie. Tymczasem ja pobiegłam ile sił 
w nogach do domu. W sytuacjach jak ta teraz, bycie wampirem było pożyteczne. 
Dzięki nadludzkiej prędkości, mogłam szybciej pomóc moim siostrom. 

Kiedy otworzyłam w locie drzwi, wpadłam na Iris która pilnowała Maggie. W ręku 
dzierżyła swoją różdżkę. Pomimo niskiego wzrostu, z pomocą swego kryształu i 
srebra mogła wyrządzić wiele szkód.

background image

Ulżyło mi gdy zobaczyłam u jej boku Vanzira. Ujrzawszy mnie zmarszczył brwi.

—Co się dzieje?

—Znowu te pieprzone demony! Jeden z nich czepił się srebrnej nici Delilah! Ten 
sam, który zaatakował ją wcześniej w klubie. Stwór był w stanie wyśledzić ją 
poprzez plan astralny. Delilah zaczyna tracić całą swoją energię. Iris daj mi ciepłe 
koce i brandy lub porto. Następnie zwróciwszy się do Vanzira, dodałam: musimy 
dowiedzieć się czym są te demony i jak je zabić zanim pogrążymy się w świecie bólu 
i krzywdy!

Vanzir zaskoczył mnie, delikatnie kładąc rękę na moim ramieniu. Zazwyczaj unikał 
dotykania nas. Zatrzymałam się patrząc na niego.

—Wiem czym są, powiedział. Zrobiłem rozeznanie.

—Dalej, mów! 

—Pochodzą ze starożytnej rasy demonów występującej głównie na Ziemi na 
płaszczyźnie astralnej. Zostały wezwane kilka tysięcy lat temu przez przez wielkich 
czarowników Sumeru. Znane są pod imieniem Karsetii.

Vanzir pobladł. Gdy demon blednie, zwłaszcza taki który widział i robił to co Vanzir, 
oznacza to wielkie kłopoty.

—Nie wyglądasz za dobrze, odparłam odwracając się do Iris która wróciła niosąc 
koce i butelkę brandy które mi podała.

—Zostań z Maggie, Iris. Niedługo wrócimy.

Kierując się ku drzwiom, dałam znak Vanzirowi by poszedł za mną, mimo iż sama 
byłam szybsza.

—Spotkajmy się w domku, pronto, rzuciłam pognawszy z powrotem. 

Roz jeszcze nie wrócił gdy dotarłam na miejsce. Pomogłam więc Camille okryć 
Delilah i napoić ją odrobiną brandy. Była przytomna, choć nie do końca z nami. 
Musieliśmy zmusić ją by przełknęła.

—Chciałabym aby jej siostra bliźniaczka jej pomogła. Przebywa na planie 
duchowym, powiedziała Camille.

—Tak, ale plan duchowy nie jest taki sam jak plan astralny. Arial nie będzie mogła go 
tak łatwo  przekroczyć.

background image

Wymawianie tego imienia było dziwne. Niedawno odkryłyśmy, iż Delilah ma 
zmienną siostrę bliźniaczkę. Czuwała nad nią w postaci pantery. Zdolność przemiany 
w panterę u Delilah była być może połączona z Ariel. Albo i nie. Nasz ojciec 
niechętnie o tym mówił i nie wszystko jeszcze było jasne. 

Vanzir pokazał się, gdy Delilah przyjęła łyk bursztynowego płynu. Spojrzał na nią 
bez słowa.

Camille niezwłocznie przedstawiła go Yssakowi.

—Vanzir, pracuje teraz dla nas.

—Tak mi powiedziano, odpowiedział Yssak skinąwszy głową. Następnie zwracając 
się do Vanzira, rzekł: Byłeś bardzo odważny decydując się na rytuał zniewolenia.

—Skoro tak mówisz, wymamrotał Vanzir.

—Właśnie mówiłem Menolly, czego się dowiedziałem o naszych demonach.

—Dzięki bogom! zawołała Camille. Wreszcie jakieś dobre wieści! Kim są i jak 
możemy je zabić? Myślisz że są w zmowie ze Skrzydlatym Cieniem?

—Nie będziesz tak myśleć, gdy usłyszysz wszystko co mam do powiedzenia. To 
Karsetii, rasa demonów żyjącej na płaszczyźnie astralnej. Żywią się przede 
wszystkim ludźmi. 

—Nie mówisz przypadkiem o duchowych demonach, prawda? zapytała Camille. 

—Racja, wtrąciłam. Duchowe demony są bardzo silne. Jednak można je zabić na 
planie fizycznym, gdy użyje się srebra.

Vanzir pokręcił głową.

—Nie... nawet jeśli ich natury są podobne, Karsetii są znacznie gorsze niż demony 
duchowe. Znane są również pod nazwą „Demony Podziemi”. Ostatni raz widziano je 
dwa tysiące lat temu. 

Jasna cholera! Nic dziwnego że są głodne!

—Dwa tysiące lat? Więc to z pewnością Skrzydlaty Cień jest tym które je....

—Nie tak szybko, przerwał mi Vanzir. W przeciwieństwie do duchowych demonów, 
Karsetii nie mieszkają w Podziemnym Królestwie. Nigdy o nich tam nie słyszałem. 
Carter, mój przyjaciel, jest ekspertem w demonologii. Poszedłem się z nim zobaczyć. 
Jest przekonany, że Skrzydlaty  Cień nie ma nic wspólnego z ich pojawieniem się. 

background image

Karsetii nie słuchają rozkazów żadnego demona. 

Vanzir ukląkł obok Delilah, sprawdzając jej puls. 

—Stwór nadal tu jest i pożywia się nią. Musimy utrzymać waszą siostrę przy życiu, 
dopóki nie znajdziemy sposobu jak zabić to coś.

—Więc ten demon nie jest częścią brygady Degath? Prawie żałuję że tak nie jest. 
Tamtych przynajmniej znaliśmy i wiedzieliśmy że możemy stawić im czoła.

—Nie, odrzekł kręcąc głową. Ci nie przywiązują się do nikogo i nie zawierają 
sojuszy. Żyją według własnych reguł. I tak jak już wcześniej powiedziałem, Carter 
sprawdził wszystkie swoje źródła. Ma wszystkie niezbędne dane w komputerze. Nikt 
nie widział ich od dwóch tysięcy lat.

—Jak możemy je zabić? spytałam stukając palcami w stół.

—To jest ta część, która wam się nie spodoba. Będąc tutaj, nie możemy im nic 
zrobić. Musimy ich zaatakować na planie astralnym.

—Wspaniale, mruknęła Camille podszedłszy do okna. Po chwili wróciła do Delilah, 
kleknęła przy niej i odgarnęła kosmyk włosów z jej twarzy. 

—Jeśli dobrze zrozumiałam, musimy udać się na plan astralny i tam go załatwić. A 
następnie dowiedzieć się co tam robią. 

—Jest coś jeszcze, dodał patrząc mi w oczy. 

—Powiedz nam wszystko, poprosiłam. 

—Po pierwsze, nie wiem dokładnie jak można je zabić. Nikt tego nie wie. To coś 
przebywało w ukryciu przez dwa tysiące lat! Możliwe że demon który jest połączony 
z Delilah, jest częścią ula.

—Czy możesz to dokładniej wyjaśnić? 

W ogóle mi się to nie podobało. 

—Demon który czerpie energię z Delilah i inne mu podobne które zabiły gości z 
Avalonu, są jedynie awatarami swojej królowej. W rzeczywistości nie są one 
Karsetii, ale potrafią tworzyć ich wizerunek. Następnie podróżują w poszukiwaniu 
pożywienia, bezpośrednio je wchłaniając. Nawet jeśli udamy się na plan astralny i 
zniszczymy stwora który przywiązany jest do Delilah, królowa nie zawaha się 
stworzyć kolejnego...

background image

—Ale czy ocalimy Delilah? Nie obchodzi mnie w tej chwili zabicie samego źródła! 
Chciałabym tylko by moja siostra była wolna.

Vanzir zdawał się wahać.

—Nie wiem, powiedział powoli. Ale możemy spróbować.

—To znajdźmy sposób aby się dostać na plan astralny, rzuciłam zrywając z siebie 
kurtkę.

W tym samym momencie pojawili się Flam i Rozurial, wprost z Morza Jońskiego. 
Bez żadnych wstępów dałam im znak by do nas dołączyli.

—Pospieszcie się chłopaki, musimy udać się na plan astralny by zapolować na 
demona.

Flam spojrzał na Delilah, skupiwszy następnie uwagę na mnie.

—Mogę zabrać dwie osoby. Camille, Menolly chodźcie ze mną.

—Prawdopodobnie mogę ci pomóc przejść dodał Roz, zwracając się do Vanzira... 
nawet jeśli nie zaryzykuję z dziewczynami.

—Mogę zrobić to na własną rękę. Po prostu nie jestem tak szybki jak smok i ty.

—Nie mamy czasu do stracenia, przerwałam im. Idź z Rozem.

Yssak poklepał mnie po ramieniu.

—Co chcesz abym zrobił?  spytał. 

—Nikogo nie wpuszczaj, powiedziałam wskazując na drzwi machnięciem ręki... 
chyba że będzie to Iris lub Chase Johnson. I doglądaj Delilah. Udamy się fizycznie na 
plan astralny. Więc jesteś jedynym będącym w stanie ją ochronić.

Kiwając głową, Yssak położył dłoń na swoim mieczu. Gdy przygotowywaliśmy się 
do przejścia, ani Flam ani Vanzir nie pytali kim jest nowy przybysz. 

Gdy Flam wyciągnął ramiona, Camille natychmiast stanęła po jego lewej stronie 
podczas gdy ja z wahaniem stanęłam po jego prawej. Lubiłam Flama ale nie byłam 
pod jego urokiem tak jak Camille. Niemal natychmiast poczułam jego zapach, co mi 
przypomniało że nie był człowiekiem. Niezależnie od formy jaką przyjął, był biało 
srebrnym gadem ziejącym ogniem. 

Spojrzał na mnie, jakby wiedział co myślę i uśmiechnął się pod nosem.

background image

—Zajmijmy się Delilah, rzekł.

Camille która stała przytulona do jego piersi, wyglądała na całkowicie rozluźnioną. 
W tej właśnie chwili zdałam sobie sprawę, że nigdy z własnej woli nie postawiłam 
stopy na planie astralnym. W moich snach miałam wrażenie, że przemierzam świat 
ale mój umysł zamknięty był w moim ciele.

Camille położyła rękę na brzuchu Flama, dotykając mojej i ściskając ją mocno. Gdy 
nasze dłonie splotły się ze sobą, napotkałam jej wzrok. Zawsze potrafiła odgadnąć 
moje myśli.

—Nie denerwuj się. Tym razem nasze ciała pozostaną z nami. Wszystko będzie 
dobrze. W porównaniu z Morzem Jońskim, to bułka z masłem. Jest niemal tak samo 
jak wtedy gdy przekraczasz portal, zobaczysz.

—Tak, tak…

Nie podobało mi się zaufanie komuś innemu po to tylko by się przenieść, ale nie 
miałam wyboru. Ale jeśli miała rację... przekroczyłam wystarczająco wiele portali by 
wiedzieć czego mam się spodziewać.

Aura Flama zaczęła nucić. Nawet ja to słyszałam, a jeśli chodzi o aurę i sygnatury  
energii, byłam jak na mieszańca wyjątkowo ślepa. Rozpoznawałam bez problemów 
demony i nieumarłych, podobnie fizyczne objawy takie jak strach, pragnienie lub 
ciepło. Jednak magia księżyca, podobnie jak ta smocza, były mi zupełnie obce... 
zupełnie poza mną...

Wzdrygnęłam się. Świat wokół mnie zaczął znikać, wszystko z wyjątkiem 
ochraniających nas ramion Flama. Camille się myliła. To nie miało nic wspólnego z 
przekraczaniem portalu. Wewnątrz portalu miało się wrażenie, jakby dwa 
gigantyczne magnesy oddzielały twoją duszę od ciała by w następnej chwili 
ponownie je połączyć. Świat wokół wydawał się rozrywać na kawałki, podobnie jak 
twoje ciało.

Tutaj było inaczej. 

Wszystko co nie było częścią bariery która wzniósł wokół siebie Flam, było rozmyte 
i niespójne. Szopa, Delilah, Yssak, wszyscy oni zniknęli za szarą mgłą która iskrzyła 
się srebrno białym światłem, niczym rosa na obłokach chmur.

Mgła była jeszcze gęsta, gdy Flam otworzył ramiona. Obie z Camille wyszłyśmy z  
jego cienia. Mgła wirowała wokół naszych kostek, pełznąc do kolan. W niedużej 
odległości od nas migotały niewyraźne cienie, przypominające zniekształcone 
drzewa.

background image

—Gdzie do diabła jesteśmy? spytałam stawiając niepewnie krok do przodu. Ziemia 
pod moimi stopami zdawała się być stabilna, jednak w powietrzu unosiło się coś 
upiornego. Odwróciłam się zdecydowanie w kierunku Camille.

—Możesz tutaj oddychać? Jest tu tlen? Nie mogę sama tego stwierdzić. 

—Tak, odrzekła skinąwszy delikatnie głową. Na to wygląda. To nie jest... jak Morze 
Jońskie. Wielokrotnie byłam fizycznie na planie astralnym, zwłaszcza gdy 
oddawałam się polowaniu. Ale tym razem jest inaczej. Nie wiem, jak to 
wytłumaczyć. Czuję jakbym nie musiała oddychać. 

Flam odchrząknął.

—Plany astralne są częścią gruntów jonowych. I wszystkie one nie działają podobnie 
jak te na Ziemi lub w Świecie Wróżek. Rządzą nimi zupełnie inne prawa.
 Wszystko będzie w porządku tak długo, jak nie spróbujecie wejść do morza. Lub nie 
natkniecie się na nieuczciwą magię. Strzeżcie się jeśli ujrzycie dziwne światła, 
zwłaszcza czerwone lub pomarańczowe. Zazwyczaj oznaczają one czary. Niektórzy 
czarownicy przychodzą tutaj potrenować...

—W porządku... więc gdzie się ukrywa stwór?

Mój głos zamarł gdy ujrzałam cień po naszej prawej. Z powodu braku perspektywy 
na planie astralnym, miałam problemy z oszacowaniem jak daleko się znajduje. Ale 
bardzo przypominał demona którego szukaliśmy. Tutaj w końcu zobaczyłam go w 
jego prawdziwej postaci. Niezbyt pocieszające...

Był ogromny! Znacznie większy niż na planie fizycznym. Czarny, z bulwiastą głową 
która przypomniała gigantyczny mózg lub kalafior. Dwie z jego macek były 
przywiązane do srebrnej nici która prowadziła do... Jasna cholera! Znalazłam 
Delilah! Jako że nie znajdowała się na planie astralnym, wydawała się rozmyta i 
przypominała zjawę.

—Tam! Pochłania jej energię! warknęłam. Rozszarpmy go na strzępy!

Nagle w pobliżu nas pojawili się Rozurial i Vanzir. Pokazałam im Delilah. Obaj 
przytaknęli gdy podeszłam do Camille.

—Poczekajcie! Pozwólcie mi sprawdzić, czy nie ma niebezpieczeństwa... słowa 
Flama były rozmyte we mgle, gdy nagle ktoś zaatakował naszą siostrę. To 
wystarczyło.

Camille rzuciła jakieś zaklęcie, podczas gdy ja starałam się obliczyć najlepszy kąt z 
którego mogłam zaatakować demona. Nie chcąc by Delilah została ranna, wpierw 
musieliśmy oddzielić ją od kreatury.

background image

Co oznaczało odcięcie macek które wypompowywały z niej energię poprzez srebrną 
nić. 

Zupełnie jakby czytając w moich myślach, Camille uderzyła w niego piorunem 
znacznie jaśniejszym niż zazwyczaj. Ten trafił stwora prosto w górną część macek i 
pancerz chroniący głowę. Nić została przerwana a Delilah zniknęła z naszego pola 
widzenia. Z krzykiem wściekłości, Karsetii zwrócił się w naszym kierunku.

—Chodź, szepnęłam dając mu znak by się zbliżył. 

Najwyraźniej to coś miało uszy, ponieważ minąwszy Camille skierował się 
bezpośrednio na mnie.

Przygotowując się do ataku, czekałam aż wyciągnie w moim kierunku swoją mackę 
by następnie  wykonać skok w powietrzu, zadając mu kopniaka w głowę. Tym razem 
udało mi się go dotknąć. Punkt dla nas. Trafiłam go prosto pod jego gigantycznym 
okiem. Ciało Karsetii nie było takie miękkie na jakie wyglądało na pierwszy rzut oka. 
W rzeczywistości jeśli bym żyła, prawdopodobnie złamałabym nogę. Zostawiłam 
ładny odcisk mojej stopy na jego czole.

Demon ryknął i zaatakował ponownie, tym razem łapiąc mnie z boku. Fala 
uderzeniowa sprawiła że upadłam, z trudem podnosząc się do przysiadu. 
Ignorując ból, zwróciłam się do Camille.

—Uważaj na jego macki! Porażają energią elektryczną!

—Zrozumiano, odrzekła, gotowa by rzucić nowe zaklęcie.

Właśnie w tej chwili Flam włączył się do walki w swoim dobrze znanym stylu: 
wyciągnął ręce do przodu i w miejsce paznokci pojawiły się szpony. Jego długie 
włosy powiewały w powietrzu, żyjąc swoim własnym życiem.  

Udało mu się ranić demona, rozcinając mu bok ale w zamian otrzymał cios w głowę. 
Flam ryknął  i upadł na plecy.

—Jasny gwint! wymamrotałam. 

Nie śmiałam wyobrażać sobie siły tego stwora, zdolnej powalić samego smoka.  

—Myślę, że macki które znajdują się w pobliżu jego głowy, są najbardziej 
niebezpieczne, powiedział nagle wstając, jak gdyby nic się nie stało. 

Ani draśnięcia. Imponujące. Roz rzucił się do mojego boku.

—Zobaczymy czy działa tutaj technologia, powiedział wyjmując rewolwer. 

background image

—Odbiło ci? ! Schowaj to natychmiast!

Przerwał mi nagle grad kul w kierunku demona. Tak jak się spodziewałam, wszystkie 
odbiły się od niego rykoszetem. Na szczęście nikogo nie było na linii strzału. 

—Idioto! Schowaj to! Demony nie boją się pocisków. Powinieneś to wiedzieć! 
zawołał Vanzir podchodząc do niego, wyrywając mu broń z ręki i rzucając ją na 
ziemię. 

—Vanzir ma rację. W każdym razie nie jesteśmy tutaj by go zabić. Wróci z powrotem 
do statku-matki, chyba że uda nam się zniszczyć główną odpowiedzialną za to istotę, 
zauważyła Camille. Chciałabym przywołać błyskawice, ale nie działają one tutaj tak 
jak zwykle. Najlepsze co możemy zrobić bez Morio, to użycie piorunów energii. 
Gdyby Morio tu był, być może mogłabym posłużyć się magią śmierci...

Gdy mówiła, demon podszedł do nas bliżej. Jedna z jego macek znalazła się 
niebezpiecznie blisko jej głowy... Nie mając czasu by ją ostrzec, skoczyłam i 
chwyciwszy ją za ramiona odepchnęłam z dala od niego. Obie wylądowałyśmy 
twardo na ziemi we mgle. Camille zaskoczona krzyknęła, gdy macka demona 
śmignęła nam nad głowami, jednak nas nie dotykając.

Próbując wyplątać się z jej spódnicy która zaplątała się wokół moich nóg, ujrzałam 
Vanzira ruszającego do ataku. Jego oczy przypominały kalejdoskop. Rozpostarł 
wysokie ramiona, a z wnętrza jego dłoni wychodziły nici skierowane ku niebu. Nici 
te zaczęły rosnąć, lśniąc i falując w astralnym wietrze. Vanzir zaśmiał się gardłowo, 
następnie podszedł do Karsetii w błyszczącej chmurze. Wyraz jego twarzy był 
przerażający. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę jak wielkie mieliśmy szczęście 
mając go po naszej stronie.

—Na bogów, spójrz na niego! zawołała Camille drżąc, gdy pomagałam jej wstać. 
Widzisz nici?

—Tak, odparłam. Co to jest?

—Nie jestem pewna ale... Cholera! Spójrz! Złapały demona!

Bez spuszczania wzroku z walczących, cofnęła się o jeden krok. Nici Vanzira 
nawiązały kontakt z Karsetii. Zdawały się przywrzeć do jego boku, w taki sam 
sposób jak wcześniej jego macki więziły Delilah poprzez jej srebrną nić.

Nagle Vanzir odchylił głowę do tyłu z wyrazem intensywnego szczęścia na twarzy. 
Złowieszcza i dzika przyjemność która sprawiła, że zapragnęłam sama dotknąć tej 
energii, a jednocześnie uciec od niej możliwie jak najdalej.

background image

—On się pożywia, mruknęła Camille. Vanzir jest myśliwym snów. Na pewno jest w 
stanie żywić się energią astralnych stworzeń.

—Cokolwiek robi, to działa, wtrącił Flam wskazując na Karsetii. Spójrzcie! Demon 
znikał na naszych oczach. Aura wokół niego zaczęła się  rozpraszać i bez ostrzeżenia 
stwór zniknął. Siła uderzenia odrzuciła Vanzira.

Podbiegłam do niego i kleknąwszy przy nim spytałam:

—Czy wszystko w porządku? Jesteś ranny? ó

—Nie, odparł kręcąc głową.

Kiedy wyciągnęłam do niego rękę, na krótko zawahał się, a następnie spojrzawszy na 
mnie przyjął moją pomoc. Jego zapach zdradzał jego emocje.

—Jesteś pewien że wszystko jest w porządku? 

—Wiesz jaki wpływ ma na ciebie krew? szepnął, pochylając się ku mnie. Cóż, to jest 
to samo. Wchłanianie energii jest jak narkotyk, odurza mnie.

Gdy mówił, zalały mnie fale seksualnego napięcia. Czułam jak moje kły się 
wydłużają. Gdy zdał sobie z tego sprawę, oblizał wargi a w jego oczach pojawił się  
niebezpieczny błysk. Przełknąwszy ślinę, starałam się odepchnąć od siebie myśli 
które zaczęły pojawiać się w moim umyśle.

Naprawdę nie trzeba mi było relacji z demonem, a tym bardziej takim który przeszedł 
rytuał ujarzmienia. Jednak udało mu się zwrócić moją uwagę i wiedział o tym. Z 
lekko szyderczym uśmiechem na twarzy, posłał mi buziaka.

Wstałam i odwróciwszy się do niego plecami, podeszłam do miejsca gdzie stała 
Camille z Flamem.

—Wynośmy się stąd, zanim to coś wróci.

Tak oto, bez słowa wróciliśmy do domu zobaczyć jak się ma Delilah.

background image

Rozdział 13

Yssak stał w tym samym miejscu w którym go zostawiliśmy. Ujrzawszy nas, spojrzał 
beznamiętnym wzrokiem. Delilah leżała skulona na kanapie, obudzona i 
przestraszona.

Podbiegłam do niej. 

—Udało nam się go przegonić. Pozostaje nam zabrać się za królową.  

Zadrżała westchnąwszy.

—Czy on wróci po mnie? Czuję się taka słaba...

—Co możemy zrobić? spytałam innych. Co możemy zrobić aby ją ochronić do czasu 
dopóki nie znajdziemy tej kreatury? Z łatwością może pokonać nasze bariery. Nie 
możemy nawet go zobaczyć... może zakraść się tutaj niepostrzeżenie. Delilah jest dla 
niego zbyt łatwym celem. A jeśli zaatakuje na planie astralnym, będziemy bezradni, 
chyba że udamy się tam za nim. 

—Przychodzi mi do głowy tylko jedno rozwiązanie, wtrąciła Camille głaszcząc 
Delilah po włosach. To nie będzie łatwe, ale przynajmniej będzie bezpieczna.

—Co to jest? spytała zainteresowana. Nie chcę ponownie tego czegoś w mojej 
głowie. Mam uczucie jakbym była gwałcona, mruknęła wybuchając płaczem.

Chwilę później na kanapie siedział mały, drżący kociak. Wzięłam ją w ramiona i 
przytuliłam do piersi. Wtuliła łepek w moją pierś.

—Biedny kotek, miałaś ciężką noc, prawda? Ale twoja jakże szybka przemiana w 
niczym nie pomoże. Wiem, że to boli... szepnęłam.

Zamruczała. Podrapałam ją za uchem. Tymczasem Camille rozejrzała się w 
poszukiwaniu jedzenia dla kotów. Delilah pochłonęła wszystko w mgnieniu oka. Po 
dziesięciu minutach poczułam jak jej ciało drży w znajomy mi sposób, co 
powiedziało mi że za moment ponownie się przemieni.

Jak tylko się zmieniła, posłała nam skruszony uśmiech.

—Tak mi przykro. To dlatego że jestem zestresowana, a pojawienie się demona w 
niczym mi nie pomogło.

Położyłam dłoń na jej ramieniu. Dzięki Dredgowi doskonale wiedziałam jak się 
czuje. Tego rodzaju przemocy niełatwo było zapomnieć. 

background image

—Co chciałaś powiedzieć? spytała Delilah. 

Camille wzruszyła ramionami.

—Może się mylę, ale co myślicie o bezpiecznym pokoju w Voyagerze? Miejscu w 
którym umieściłyśmy Vanzira przed przystąpieniem do rytuału ujarzmienia? 
Zastanówcie się przez chwilę. Miejsce to jest niedostępne przez wymiary astralne, 
duchowe a nawet demoniczne. Jeśli Vanzir nie mógł stamtąd uciec, to tym bardziej 
Karsetii nie zdoła tam wleźć.

—Być może masz rację, przyznałam. Zupełnie zapomniałam o istnieniu tego pokoju. 

Camille zdecydowanie skinęła głową.

—Co o tym myślisz, Delilah? Możemy wstawić tam kanapę, przynieść kilka koców, 
żywność, do tego kilka książek… Nie jest to zbyt ekscytująca perspektywa ale 
przynajmniej byłabyś tam bezpieczna.

Delilah westchnęła głęboko, zwróciwszy się następnie do Vanzira.

—Co do symbiontu który nosisz wokół szyi, bądź ze mną szczery. Czy gdy tam 
byłeś, to naprawdę nie mogłeś stamtąd wyjść ani skontaktować się z kimś z 
zewnątrz?

Spojrzenie Vanzira zamigotało lekko, zastanawiałam się o czym mógł myśleć...

—Szczerze mówiąc, tak naprawdę nie próbowałem, ale… nie czułem tego co 
znajdowało się po drugiej stronie ściany. Chcę przez to powiedzieć, że nie czułem się 
tam swobodnie. Jest tam zbyt cicho. Czułem się odcięty od reszty świata.

—Będąc tam zamknięta, nie będę mogła wam pomóc... zarówno mój telefon jak i 
komputer za barierami magicznymi nie będą działać. Ponadto do wtorku wieczorem 
muszę stamtąd wyjść. W środę jest pełnia. Jeśli zostanę w zamknięciu, zwariuję.  

Rzuciłam okiem na Camille. 

—Już wcześniej dokonywaliśmy niemożliwego. 

—A więc postanowione. Lepiej się pospieszmy zanim wróci ta kreatura. Odkąd 
upatrzyła sobie Delilah, ta wydaje się być jej głównym celem. 

Po tym wszyscy, włącznie z Yssakiem, udaliśmy się z powrotem do domu. Kiedy 
weszliśmy do kuchni, Yssak z szeroko otwartymi oczami rozejrzał się po wnętrzu.

background image

—To twój pierwszy raz na Ziemi, prawda? spytałam, zwracając się jednocześnie do 
Iris.

—Iris, czy możesz pomóc Delilah spakować walizkę? Potrzebuje ubrań, kilka 
książek, jeden lub dwa koce, poduszkę, butelki z wodą i jedzenie. Ach, dopisz do 
listy papier toaletowy i mydło. W pomieszczeniu jest mała toaleta i łazienka ale nie 
sądzę aby było tam wszystko co niezbędne.

W mgnieniu oka Iris odwróciła się i zniknęła, a za nią Delilah. Jedno trzeba było 
przyznać: duch domu reagował szybko. Yssak nie spuszczał wzroku z lodówki.

—To pudło hałasuje, zauważył.

—Tak, to normalne. Później ci to wyjaśnimy. Przy okazji, po co ojciec cię tutaj 
wysłał? Byłyśmy tak zajęte demonem, że nawet nie pomyślałyśmy by spytać.

Chwyciłam kluczyki leżące obok telefonu. 

—Wasz ojciec poprosił mnie, bym przekazał wam najnowsze wieści. Pierwsza z nich 
jest taka, że według naszych źródeł Lethesanar uciekła na południowe krańce pustyni. 
Ale ponieważ nie jesteśmy tego stuprocentowo pewni, mój pan Sephreh zaleca 
abyście były ostrożne. Jest mało prawdopodobne aby poprzednia królowa 
zdecydowała się przekroczyć portal, ale nigdy nie wiadomo.

Dziwnym było słyszeć jak naszego ojca nazywa się „panem”. Przez lata nosił tytuł 
kapitana straży Des'Estar. Czyżby oznaczało to, że będziemy teraz lepiej traktowane 
przez szlachtę, która krążyła wokół Sądu i Korony niczym sępy?

—Dobrze wiedzieć, odparłam marszcząc brwi.

Pustynie na południu były idealnym miejscem kryjówki dla kogoś takiego jak 
Lethesanar. Mogła z łatwością się tam ukryć i zniknąć! 

Ta ogromna pustynia powstała w czasie starożytnej wojny pomiędzy gildiami 
czarowników. Miasta które się tam znajdowały, rządzone były przez potężnego 
nekromantę. Pustynia przyciągała złowrogie kreatury i najemników, którzy 
pozostawali anonimowi.

—Co jeszcze masz dla nas?
—Mam wiadomość dla Camille.

Słysząc to, Camille odstawiła butelkę wody którą właśnie piła.

—Wiadomość od Trilliana? spytała bez tchu.

background image

Trillian wyruszył z misją odnalezienia naszego ojca. Krótko po tym doszły nas wieści 
że został pojmany przez gobliny. Następnie odkryliśmy iż było to częścią sprytnie 
ułożonego planu. W rzeczywistości Trillian był na tajnej misji dla Tanaquar.
Nasz ojciec naprawdę został uprowadzony przez górskie wróżki ale udało mu się 
uciec. W tym czasie mieliśmy nadzieję, że Trillian się pojawi ale tak się nie stało.

Wszyscy się o niego martwiliśmy. Nawet jeśli pomnik jego duszy pozostał 
nienaruszony, to on sam nie dał jak do tej pory znaku życia, mimo iż był widziany 
jakiś czas temu w Darkynwyrd.

—Nie, ale go dotyczy. To nieoficjalna wiadomość, powiedział posyłając mojej 
siostrze spojrzenie które wyraźnie oznaczało: zadowól się tym, co mam ci do 
powiedzenia.

—O co chodzi?

Camille przyłożyła dłoń do szyi. Podeszłam do niej mając nadzieję, że nie były to złe 
nowiny.

—Na rozkaz ojca musisz udać się do Doliny Wietrznych Wierzb i to przed jesienną 
równonocą. Do tego czasu nie masz się czym martwić.

Oszołomiona przechyliła głowę.

—I... gdy już tam dotrę, gdzie dokładnie mam iść?

—Udasz się do Dahnsburg (gdy otworzyła usta, Yssak podniósł rękę by jej 
przerwać). Nic więcej nie wiem.

Camille wzięła głęboki oddech.

—Dziękuję, szepnęła.

—Jest coś jeszcze, powiedział patrząc na mnie z zaciśniętymi ustami. 

Poczułam jak żołądek mi się zaciska. Coś jeszcze? Myślałam że to już wystarczy. 
Zazwyczaj więcej nie zawsze znaczyło lepiej...

—Co się dzieje?

—Obawiam się, że mam dla was złe wieści.

Nie wyglądał na szczęśliwego ale asystenci, zwłaszcza ci pracujący dla Sądu i 
Korony, mieli zwyczaj dostarczania wiadomości zarówno tych dobrych jak i tych 
złych. 

background image

Wyprostował się i przesunął dłonią po włosach.

—Przykro mi, że muszę wam to przekazać. Wasza ciotka Olanda została 
zamordowana przez czarownika podczas podróży przez Darkynwyrd. Była w drodze 
do Y'Elestrial by zobaczyć się z waszym ojcem. Wszyscy zostali zabici: wasza 
ciotka, jej asystenci i jej straż. To główny powód mojej wizyty. Wasz ojciec 
wyznaczył mnie bym eskortował waszego kuzyna Shamasa do Krainy Wróżek na 
pogrzeb. Mąż i dzieci Olandy muszą przejść rytuał separacji przed ceremonią 
pochówku, która odbędzie się w następną bezksiężycową noc.

—O nie, powiedziała Camille krzywiąc się. Ciotka Olanda, choć nieobecna, była 
wspaniałą kobietą. Ojciec co prawda był bliżej z naszą ciotką Rythwar ale obecność 
Olandy, mimo iż odległa, zawsze była bardzo ciepła. Nie znaliśmy jej za dobrze ale 
 wiedzieliśmy, że działała z myślą o dobru wszystkich.

—Czy znamy tożsamość mordercy? spytałam.

—Nie, odparł Yssak kręcąc głową. Obawiam się że nie. Wasz ojciec wynajął 
detektywa, ale jak na razie nie udało nam się wpaść na żaden ślad.

—Camille, ty i Delilah powinnyście udać się na jej pogrzeb, powiedziałam. Ojciec 
będzie potrzebował naszego wsparcia. Ja tymczasem zostanę z Maggie i zajmę się 
naszymi sprawami. Yssak, usiądź proszę podczas gdy my skontaktujemy się z 
Shamasem.

—Masz rację. Powinnyśmy iść, mruknęła Camille podnosząc słuchawkę telefonu. 
Zadzwonię do Chase'a i poproszę go by przysłał do nas Shamasa.

W tym samym czasie, zwróciłam się do Roza i Vanzira:

—Vanzir, chcę żebyś tu został. Ochraniaj Iris i Maggie podczas naszej nieobecności. 
Jeśli pojawią się Flam lub Morio, zadzwoń do nas. Roz, ty pójdziesz z nami.

Skinąwszy lakonicznie głową, Vanzir natychmiast podszedł do tylnych drzwi by je 
zamknąć.

—Nie zapomnij poprosić Camille by przed waszym wyjazdem zresetowała bariery 
ochronne, powiedział. I...

—Jasna cholera! zaklęła Camille odkładając słuchawkę.

—Co się stało? zapytała Delilah. Nie udało ci się go złapać?

—Nie, właśnie z nim rozmawiałam. Spędzi noc w biurze ale podeśle nam zaraz 
Shamasa. To nie jest problem. Było kolejne morderstwo. Elfica.

background image

Została pobita na  śmierć. Ale tym razem Chase ma dla nas cenne informacje.

—Wygląda jak inne ofiary, tyle że została znaleziona w pobliżu domu Harolda 
Younga. Chase rozpoznał adres po tym, jak szukał informacji o Sabele. Warto byśmy  
o tym pamiętali.

To było ciekawe... mimo, iż nie wiedziałam co oznacza...

—Camille, masz coś przeciwko, jeśli weźmiemy twojego Lexusa? Wszyscy się 
zmieścimy a ty będziesz mogła zatrzymać się w Voyagerze, podczas gdy ja sprawdzę 
dwie lub trzy rzeczy. 

—Roz, czy możesz zanieść rzeczy Delilah do samochodu? 

Inkub zrobił o co prosiłam, ocierając się o mnie gdy mnie mijał. Wzdrygnęłam się.  
Moja adrenalina jeszcze nie opadła; poczułam jak moje sutki twardnieją.

—Wyraźnie widziałem co wydarzyło się między tobą a Vanzirem na planie 
astralnym, szepnął mi do ucha. Nie myśl że niczego nie zauważyłem. Lepiej byłoby 
ci ze mną i dobrze o tym wiesz. Jestem o wiele mniej niebezpieczny.

Mogłam poczuć jego gorącą krew... i po raz pierwszy nie wiedziałam co mu 
odpowiedzieć. Pochylił się powoli i pocałował mnie w nos. Następnie roześmiał się, 
skierowawszy kroki w kierunku drzwi. Ani jedno słowo nie padło z moich ust. Ani z 
jedno.

background image

Rozdział 14

Kiedy dotarłyśmy do Voyagera, bar był już prawie pusty. Zbliżała się pora 
zamknięcia. Camille i Delilah wyglądały na wyczerpane. Wiedząc, że stoczyłyśmy 
dwie walki w jeden wieczór, byłam zaskoczona widząc je jeszcze na nogach. Dzięki 
naszemu dziedzictwu byłyśmy wytrzymałe ale istniały granice. 

Widząc nas, Luke wzruszył ramionami westchnąwszy. 

—W końcu zdecydowałaś się pokazać? spytał mrugając. 

W ciągu ostatnich miesięcy nasze relacje stały się przyjacielskie i swobodne. Ufałam 
mu jeśli chodzi o bar, tak długo jak długo Tavah pilnowała portalu.

—Schodzimy do piwnicy, powiedziałam. Za niedługo wrócę. Jeśli zamkniesz 
wcześniej, wystarczy jak zatrzaśniesz za sobą drzwi. 

Skinął głową, podczas gdy my udałyśmy się ku łukowi prowadzącemu na klatkę 
schodową. Schodząc po schodach, usłyszałam Tavah rozmawiającą z kimś. 
Bezpieczny pokój mieścił się w piwnicy, w pobliżu portalu. Zmodyfikowałyśmy 
program magiczny tak, by uniemożliwić Lethesanar zorientowanie się że zostałyśmy 
na Ziemi.

Teraz, kiedy ta suka udała się na południowe pustkowia, nie musiałyśmy dłużej się 
martwić, więc na powrót przywróciłyśmy jego pierwotny cel. Tak oto podróżni ze 
Świata Wróżek mogli go regularnie przekraczać. 

Klub Obserwatorów Wróżek także wznowił swoją działalność, rzecz jasna bez Erin 
na czele. Henry Jeffries, wierny klient i nasz pracownik którego zatrudniłyśmy w 
księgarni Camille na pół etatu, przejął pałeczkę.

Tavah pomachała na pożegnanie elfowi który wchodził do portalu. Obserwowałyśmy 
jak błysnęło jasne światło i elf zniknął w lawinie musującego pyłu. 

Parsknęłam.

—Wszystko w porządku? spytałam. 

Tavah skinęła głową. Podobnie jak ja, była wampirem ale w połowie wróżką. Jeśli 
chodzi o posiłki, była znacznie mniej wybredna ode mnie. Jednakże musiałam kazać 
jej przysiąc, że nie zaatakuje żadnego z naszych klientów.

—Nic niezwykłego. Żadnych trolli czy goblinów. Odkąd przeprogramowaliśmy 
portal do Y'Elestrial i odkąd królowa Tanaquar postawiła strażników po drugiej 
stronie, nie mieliśmy więcej żadnych problemów.

background image

W ciągu godziny powinno przybyć siedmiu Svartån. Pomyślałam że chciałabyś 
wiedzieć.

Ta informacja zdała się zainteresować Camille, bo poderwała się z miejsca ale Tavah 
pokręciła głową.

—Przykro mi Camille, ale wśród nich nie będzie Trilliana.

—Powinnam była się tego domyśleć, mruknęła. 

—Nie zapomnij zapisać celu ich podróży i czasu trwania ich pobytu. Nigdy nic nie 
wiadomo. Istnieje duże prawdopodobieństwo iż planują spędzić tutaj tylko trochę 
czasu na uwodzeniu ludzi by następnie wyłudzić od nich pieniądze.

Zwróciłam się do moich sióstr.

—Chodźcie się rozgościć.

Udałyśmy się słabo oświetlonym korytarzem prowadzącym do bezpiecznego pokoju. 
Pomieszczenie zostało stworzone przez OIA gdy ta nabyła bar.

Korzystając z pomocy najpotężniejszych czarowników, przynajmniej tych 
praworządnych, czarodzieje wprowadzili magię bezpośrednio w molekularną 
strukturę ścian.

Zmienili skład drewna i metalu, wzmocnili je tak aby te wytrzymały tak fizyczny jak 
i magiczny atak. Voyager mógłby się wypalić do gruntu lub eksplodować, ale pokój 
pozostałby nienaruszony. Nikt również korzystając z jakiejkolwiek znanej metody, 
nie byłby w stanie się teleportować na zewnątrz bądź do środka.

Otworzyłam drzwi i włączyłam światło. Nie było telewizji. Było to miejsce do 
przetrzymywania wrogów a nie pokój hotelowy, a tak w ogóle to telewizja i tak by tu 
nie działała. Zabezpieczenia magiczne tworzyły zakłócenia. Nie było mowy o radiu 
lub nawet telefonie komórkowym. Stacjonarne działały bardzo dobrze, ale nie 
zainstalowaliśmy żadnego. Więzień nie potrzebuje kontaktu ze światem 
zewnętrznym.

Delilah rozejrzała się dokoła  i westchnęła.

—To jest najbardziej przerażające miejsce jakie kiedykolwiek widziałam. Ściany są 
w oliwkowym kolorze a oświetlenie przypomina lampy do przesłuchań, prosto z 
czarno białych filmów z lat pięćdziesiątych. Jak Vanzir mógł to znieść?

—Udało mu się. I tobie również się uda. To nie potrwa długo, tylko jakiś czas, 
odrzekła Camilla kładąc torby Delilah na kanapie.

background image

Masz książki, a nawet swój komputer. Co prawda nie masz dostępu do Internetu ale 
możesz pograć na nim w gry.

Roz rozejrzał się wokół siebie, kładąc na ziemi resztę bagaży Delilah.

—Vanzir nie kłamał. Nie byłbym w stanie uciec stąd w Morze Jońskie. 

—Cóż, odparłam, jesteś więc tutaj bezpieczna.

—Słuchajcie, tak sobie pomyślałam... musicie zadzwonić do Tima i poprosić go o 
listę członków społeczności nadprzyrodzonej. Poinformujcie najważniejsze grupy o 
istnieniu Karsetii. Jeśli to coś atakuje wróżki i elfy, musimy ostrzec wszystkich. 
Wszak tym razem mamy do czynienia z twardym i nieustępliwym demonem. 

—Dobry pomysł, zgodziłam się. Zadzwonię do niego jak tylko wrócę na górę.

Camille trzepała koc a ja poduszkę. Delilah ustawiła swój komputer na stoliku
w rogu w pobliżu lampy, a następnie schyliła się do gniazdka aby go podłączyć. 
Wstając cała była pokryta pyłem i kurzem. 

Posłała mi lodowate spojrzenie.

—Mogłabyś od czasu do czasu tutaj posprzątać, rzuciła znikając w łazience.

Znajdowała się tam kabina z prysznicem, toaleta i mała umywalka. Wszystko co 
niezbędne. Camille rzuciła jej ręcznik i mydło.

—Masz! Pomyślałam by zabrać ze sobą szampon i odżywkę... nie zapominając rzecz 
jasna o małych przekąskach, dodała wyciągając ogromne opakowanie Cheetos i 
pączków z cukrem.

—Jesteś najlepszą starszą siostrą jaką można mieć, odparła Delilah uśmiechając się 
(następnie odwróciła się do mnie). Czy możesz wytłumaczyć Chasowi sytuację?

—Nie ma problemu, ale jeśli zechce cię odwiedzić, wpierw będzie musiał przejść 
przez mnie. Nie zamierzam nikomu mówić że tutaj jesteś. Ani Chrysandrze ani 
Lucowi. Po pierwsze dlatego, że to mogłoby narazić ich na niebezpieczeństwo, a po 
drugie lepiej pozostać dyskretnym.

—Mówiąc o Chasie, zaprosiłam go jutro wieczorem na kolację... możesz to dla mnie 
anulować? Wątpię bym była w nastroju do jedzenia spaghetti (westchnęła i usiadła na 
kanapie). Przynajmniej jest wygodna.... jest oświetlenie i dobra wentylacja... Ale to 
nadal klatka.

background image

Camille pocałowała ją delikatnie w czoło.

—Wiemy... wiemy. Ale to dla twojego dobra. W ten sposób skupimy się na naszym 
polowaniu na demona, nie martwiąc się o ciebie. To nie potrwa długo.

—Camille ma rację kotku, powiedziałam gładząc ją po włosach. Im mniej będziemy 
się martwić, tym szybciej stąd wyjdziesz. Pomyśl o tym jak o spędzeniu nocy w 
psiarni. A skoro o tym mowa, czy pomyślałaś by zabrać swoją kuwetę?

—Psia kość! Wiedziałam że czegoś zapomniałam! wykrzyknęła.

—Przyniosę ci jedną, powiedziałam podczas gdy Camille skierowała się do drzwi. 
Wpadnę później z workiem piasku i dobrym gorącym daniem.

Gdy tylko drzwi zamknęły się za nami, Camille odwróciła się do mnie. 

—Nienawidzę tego. 

—Ja również, ale tak naprawdę nie mamy wyboru. To coś zna jej sygnaturę energii i 
z pewnością teraz stara się ją wyśledzić. Mam tylko nadzieję, że jeśli odkryje gdzie 
ukrywa się Delilah, nie zabierze się za moich klientów...

—Pora zamykać. Do jutra nie powinniśmy się niczym martwic. Naprawdę potrzebuję 
snu, dodała Camille wspinając się po schodach.

Gdy wróciłyśmy, Luke'a już nie było a bar był czysty i zamknięty. 

Camille ziewnęła.

—Położę się na łóżku na piętrze, w starym pokoju Sabele.

Skinęłam głową.

—W porządku, odparłam. Mam kilka rzeczy do załatwienia i kuwetę do zaniesienia. 
Roz, zostań tutaj i w razie czego chroń Camille. Bądź ostrożny i trzymaj palce we 
właściwym miejscu, inaczej ponownie skończysz ze złamanym nosem. I to nie będzie 
moja wina.

—Hej! prychnął oburzony. Moje palce zawsze są we właściwym miejscu! Wszystko 
to kwestia zgrania w czasie. Widząc wyraz twarzy Camille wzniósł ręce do nieba. 
OK, OK, dzisiaj czas nie jest odpowiedni. Nie masz się czym martwić. 

—Dobrze, odparła Camille z uśmiechem na twarzy wchodząc zmęczonym krokiem 
po schodach. Dobranoc. Menolly, obudź mnie przed powrotem do domu, zabiorę się 
z tobą.

background image

Wyjaśniając w jaki sposób działa alarm, w duchu modliłam się by Roz nie zrobił 
czegoś głupiego. Flam nie wahał się gotować swoich rywali przed pożarciem. Mimo 
że inni nie traktowali jego gróźb poważnie, znałam go na tyle dobrze by wiedzieć że 
jeśli chodziło o moją siostrę, nie żartował.

Przed opuszczeniem baru, zadzwoniłam do Chase'a. Z racji iż spał w biurze, niemal 
natychmiast odebrał.

—Chase? Tu Menolly. Słuchaj, mam kilka pytań. 

Chase odchrząknął lekko zachrypniętym głosem.

—Spałem ale nie ma problemu, śmiało. Jest tylko... trzecia w nocy.

Co oznaczało, że miałam tylko trzy godziny do wschodu słońca i dwie by obudzić 
Camille i zabrać ją do domu, a następnie zamknąć się w swoim legowisku.

—Czy możesz dać mi adres Harolda? Chciałabym powęszyć na jego temat, odparłam 
chwytając pióro i notatnik.

—Dlaczego? Co zamierzasz zrobić? zapytał podejrzliwie.

—Nie martw sie, odparłam uśmiechając się. Nie zamieram go ugryźć. Chcę tylko go 
trochę wysondować. Obiecuję zostawić go przy życiu. I nie wyssać z niego ani jednej 
kropli krwi.

Chase westchnął, ale po chwili podał mi adres. Zapisawszy go, wyrwałam kartkę i 
schowałam do kieszeni.

—Przy okazji, Delilah pozostanie jakiś czas w bezpiecznym pokoju w Voyagerze. 
Pamiętasz demona, który zaatakował ją wcześniej w klubie? Cóż, udało mu się ją 
namierzyć w domu. Odgoniliśmy go ale jedyne bezpieczne dla niej teraz miejsce, to 
to w Voyagerze do którego żadne magiczne ani astralne stworzenie nie może się 
dostać.

—Ale  skurwysyn! wykrzyknął Chase, odchrząknąwszy po chwili. Czy jesteś pewna 
że nic jej tam nie grozi?

—Na razie nie, ale posłuchaj mnie: nie chcemy by ktokolwiek o tym wiedział. Jeśli 
chcesz się z nią jutro zobaczyć, musisz poczekać do zachodu słońca. Zaprowadzę cię 
do niej. W ten sposób nikt nie będzie niczego podejrzewał. Chyba że wcześniej uda 
nam się złapać demona. Co się tyczy zaproszenia na jutrzejszą kolację, jest ono 
chwilowo anulowane (rzuciłam okiem na zegar). Muszę kończyć. Porozumiem się z 
moim kontaktem i postaram się zdobyć zaproszenie do klubu L’Horlogerie.

background image

Pożegnawszy się, dałam znak Rozowi, który czekał  aż wyjdę by zamknąć za mną. 
Wstał i dołączył do mnie przy barze.  

—Idę, obwieściłam odgarniając warkoczyki z twarzy. Nie powinno być żadnych 
problemów, ale w razie czego dzwoń do Chase'a. On będzie wiedział gdzie jestem. 
Podobnie Sassy Branson. Camille może się z nią skontaktować.

Rozejrzałam się po cichej sali. Voyager stał się moim drugim domem. Uwielbiałam 
swoją pracę. Nie chodziło tylko o to że była to przykrywka. Mogłam spotkać tutaj 
interesujących ludzi, cieszyć się atmosferą tego miejsca i zdobywać najnowsze 
plotki.

Nagle Roz złapał mnie za nadgarstek, przytrzymując w miejscu.

—Poczekaj chwileczkę, to nie zajmie długo.

—O co chodzi?

Jego długie, czarne, kręcone włosy spływały mu na ramiona. Jego czarne oczy 
błyszczały na tle białej skóry. Z lekkim uśmiechem na twarzy zdawał się mnie 
świdrować wzrokiem.

—Wiem że sądzisz iż myślę tylko o seksie. I zazwyczaj jest to prawda. Jestem 
inkubem. To moja praca, zaczął (zmarszczyłam brwi). Do czego dążył i dlaczego 
teraz?

Pochylił się by wyszeptać mi do ucha. 

—Czy nie czujesz chemii między nami? Jestem już zmęczony ukrywaniem tego co 
do ciebie czuję. I nie mów mi o Nerissie. Doskonale wiem że jesteście razem. Nie 
próbuje jej zastąpić. Nigdy nie będę wstanie być z kimś w podobnych relacjach. 
Nigdy już nikogo nie pokocham i nigdy nie będę już więcej dla nikogo mężem ani 
nawet chłopakiem. Gdyby tak mogło być, nadal byłbym z Fraale... a równie dobrze 
jak ja wiesz jak się to skończyło.

Fraale była jego żoną. Wieki temu, bogowie zabawili się ich kosztem przemieniając 
ich oboje w sukuba i inkuba.  Nawet jeśli nadal się kochali, ich związek nigdy nie 
będzie już taki sam. Rozurial wiedział że to beznadziejne...
—Wiem, odpowiedziałam z westchnieniem. I jest mi naprawdę przykro, bo oboje 
jesteście dla siebie stworzeni...

—Nie, już nie, zaprzeczył potrząsając głową, nigdy więcej. Przeszliśmy razem zbyt 
wiele prób. Odchodząc z jej życia, powiedziałem by nie rozpamiętywała przeszłości, 
tego kim oboje byliśmy i tego co straciliśmy. Znacznie lepiej po prostu zostawić 
przeszłość tam gdzie jest. Ty, bardziej niż ktokolwiek inny, powinnaś to wiedzieć.

background image

Zbliżył się. Dzieliło nas od siebie zaledwie kilka centymetrów. Wiedziałam dokładnie 
co miał na myśli. Zanim zostałam przemieniona w wampira, miałam swoje marzenia, 
plany życiowe, które nie obejmowały ani demona ani krwawej kolacji.

Ale teraz nie było już odwrotu. Nawet jeśli jakimś cudem, ja i Roz znowu stalibyśmy 
się ludźmi, nasze wspomnienia i nasze doświadczenia pozostałyby z nami. Nic nie 
byłoby już takie samo. Koniec kropka.

—Wiem. Uwierz mi, wiem to doskonale.

Kiedy moje oczy napotkały jego, byłam zaskoczona pragnieniem aby pokonać 
dzielący nas dystans i pocałować go. 

Co było by w tym złego? Nikt nie zostałby zraniony... Camille i Delilah nie były 
zainteresowane Rozurialem w ten sposób, a ja obiecałam Nerissie jedynie nie spać z 
innymi kobietami... jak dotąd Jareth był jedynym mężczyzną, któremu pozwoliłam 
się dotknąć. Ale on mieszkał w Aladril, mieście proroków. Ponadto jeśli mam być 
szczera, była to z mojej strony raczej swego rodzaju forma podziękowania aniżeli  
cokolwiek innego.

Więc dlaczego się wahałam? Czyżbym bała się związać z inkubem? Rzecz jasna 
kilkakrotnie już się całowaliśmy... pomiędzy przyjaciółmi nic to niezwykłego.

Tym razem to było prawdziwe. Słuchając tykania zegara, podjęłam decyzję. 
Uniosłam się lekko nad ziemią aby go dosięgnąć.

W chwili w której wziął mnie w ramiona i wsunął język w moje usta, poczułam falę 
uderzeniową. Wszystkie nerwy w moim ciele ożyły, rozpalone przez napięcie 
seksualne które z niego emanowało. Ożywił moją potrzebę picia, pożywienia się i 
pragnienia bycia głęboko razem.

Kolor oczu Rozuriala zmienił się, przechodząc z brązowych w głęboką czerń. Mimo 
iż jego ręce pozostały nieruchome, miałam wrażenie jakby były wszędzie, badając 
każdy centymetr mojego ciała. Pocałunek stał się bardziej intensywny, o wiele 
dzikszy i pełen mrocznej pasji pochodzącej prosto z jego aury. I wtedy zrozumiałam 
dlaczego mężczyźni bali się inkubów.

Zaledwie jeden pocałunek wystarczył by oczarować kobiety i zaprowadzić je do 
Świętego Graala seksu, który obiecywał je zaspokoić w każdy możliwy sposób.    

Czy Camille czuła coś podobnego z Trillianem? Czy urok Svartån był jak pocałunek 
inkuba?

Jeśli tak, to rozumiałam dlaczego moja siostra odmówiła opuszczenia go.

background image

Nagle Roz odsunął się i odepchnął mnie delikatnie od siebie. Wydawał się 
triumfować... był podekscytowany i gotowy by przejść do następnego etapu. Ale 
zamiast tego powiedział tylko: zanim nastanie świt, masz coś do zrobienia. To jest 
dopiero początek, moja Menolly. Jesteśmy demonami, istotami nocy, stworzeniami 
krwi. Ty ją pijesz, a ja doprowadzam ją do wrzenia. Razem możemy podbić świat…

Po tych słowach, wypchnął mnie z baru. Zaraz po tym usłyszałam jak aktywuje 
alarm. Odczuwałam kołatanie serca. Czując oszołomienie i suchość w gardle, stałam 
tam wpatrując się w drzwi i myśląc, że właśnie otworzyłam swoją własną puszkę 
Pandory...

background image

Rozdział 15

Ulice były suche i ciemne. Ciepły front powietrza tworzył gęstą mgłę unoszącą się 
nad ziemią. Wiatr ucichł, a w powietrzu wyczuć można było zapach spalin. Nie 
wiedziałam dokładnie czego szukam ale słowa Chase'a nadal pobrzmiewały w mojej 
głowie. Policja znalazła ostatnie ciało w pobliżu domu Harolda Younga, tego samego 
który prześladował Sabele. Jedno było pewne: Harold mieszkał w eleganckiej 
dzielnicy. Zaparkowawszy Lexusa Camille kilka domów wcześniej, udałam się dalej 
na piechotę.

Chodniki były puste, a większość świateł w domach była wygaszona. Przypominałam 
ducha lub zjawę wyjętą prosto ze snu. W milczeniu mijałam uliczki wzdłuż których 
rosły klony rzucające cień. Jedyną oznaką mojej obecności był szelest liści 
ocierających się o moje ramiona.

Czytanie numerów domów nie było łatwe, zwłaszcza gdy księżyc zaczął schodzić 
niżej. Odnalezienie jego domu zajęło mi kilka sekund, zwolniłam. Harold mieszkał w 
cholernie dużym domu, nie tak porządnym i czystym jak jego sąsiedzi. Na podjeździe 
stało zaparkowanych kilka samochodów. Znalazłam skrzynkę na listy i przy użyciu 
latarki przyjrzałam się widniejącym na niej nazwiskach. Rzecz jasna było na niej 
nazwisko Harolda Younga jak również pół tuzina innych męskich nazwisk - jego 
współlokatorów. Czmychnąwszy na trawnik, ukryłam się za jedną z rosnących tam 
jodeł. Dom liczył dwa piętra. W jednym z okien na drugim pietrze paliło się światło. 
Hmm... ktoś jeszcze nie spał, a ja chciałam wiedzieć kto to był.

W pobliżu okna nie rosło żadne drzewo po którym mogłabym się wspiąć. Naturalnie 
mogłam lewitować niezauważona ale tym razem postanowiłam spróbować 
przemienić się w nietoperza. Nie byłam zbytnio dumna z moich umiejętności. 
Niektóre wampiry opanowały swoje do perfekcji, podczas gdy innym nigdy się to nie 
udawało. Byli też tacy jak ja, którym udawało się to od czasu do czasu. Gdyby był 
wiatr, nawet bym nie próbowała... wiatr i nietoperze nie szły ze sobą w parze...

Zamykając oczy, starałam się skoncentrować na swojej przemianie. W 
przeciwieństwie do Delilah, nie było to dla mnie czymś naturalnym, a tym bardziej 
łatwym.

Jednak po chwili, po stworzeniu obrazu nietoperza w moim umyśle, poczułam jak  
moje ciało zaczyna się przekształcać. Przemiana zawsze mnie destabilizowała. Nie 
żeby było to bolesne ale czułam się z tym nieswojo.

Chwilę później unosiłam się w powietrzu. Menolly, wampir-nietoperz. Niecierpliwiąc 
się,  poruszałam skrzydłami aż udało mi się podlecieć do interesującego mnie okna. 
Parapet nie był zbyt szeroki, ale udało mi się na nim osiąść i zajrzeć do środka. 

Pomimo iż pokój był oświetlony, trudno było mi zobaczyć co się znajduje w środku. 

background image

Wbrew powszechnej opinii, nietoperze nie są ślepe, jednak będąc w ludzkiej postaci 
mój wzrok był o wiele lepszy.

Sfrustrowana wylądowałam delikatnie na dachu tuż poniżej i uważając aby się nie 
pośliznąć, na powrót się przemieniłam. Nie wyobrażałam sobie robienia tego 
regularnie. Upewniwszy się że jestem w jednym kawałku, ponownie zajrzałam przez 
okno. Na szczęście pokój był pusty.

Z miejsca gdzie się ukryłam widziałam niezasłane łóżko, a sama pościel wyglądała 
na nieświeżą. Po podłodze walały się porozrzucane ubrania, puste opakowania po 
jedzeniu na wynos i pół tuzina podręczników. Na ścianach wisiały kolorowe plakaty, 
w większości przedstawiające czarodziejów, zamki i dzieła Boris'a Valejo. Moją 
uwagę przykuł jeden z nich, na którym była kobieta z dużymi piersiami i złotej 
skórze. Przypominał mi Nerissę. Poczułam jak budzi się we mnie pragnienie... 

Powrót do rzeczywistości. Na komodzie leżało kilka osobistych rzeczy: szczotka do 
włosów, grzebień, brzytwa, portfel, pieniądze... zupełnie jakby ktoś opróżnił 
kieszenie. Biurko zawalone było książkami i papierami. Właściciel tego pokoju był 
prawdopodobnie członkiem jakiegoś bractwa, bo żadna matka przy zdrowych 
zmysłach nie pozwoliłaby swojemu synowi na taki chlew.

W następnej chwili zobaczyłam obrazek na ścianie wiszący pomiędzy wizerunkiem 
amazonki z bufiastym biustem a jakimś diagramem. Zmrużyłam oczy by móc mu się 
wyraźniej przyjrzeć. Symbole na nim wydawały mi się dziwnie znajome... 
wywołując wewnątrz mnie alarm. Ale były narysowane ołówkiem i trudno było mi je 
odczytać.

Przyjrzałam się oknu, było otwarte. Ludzie czasami potrafią być naprawdę głupi. A 
może zbyt pewni siebie? Nikt nie pomyślał że ktoś może zechcieć wdrapać się do 
okna na drugim pietrze.

Najciszej jak potrafiłam, uchyliłam szerzej okno i wślizgnęłam się do środka. Nikt 
nie zareagował, a drzwi były zamknięte. Podeszłam do plakatu aby przyjrzeć mu się z 
bliska.
Niemal natychmiast uderzyła mnie fala energii... rozpoznałam niektóre z symboli. 
Runy wzywające! A konkretnie te przywołujące demony!!

Moją uwagę przyciągnął nagły ruch na zewnątrz. I zanim drzwi się otwarły, w 
ostatniej chwili udało mi się wsunąć pod łóżko. Przynajmniej nie musiałam martwić 
się oddychaniem. Na szczęście prześcieradła zwisały z krawędzi, wystarczająco by 
się za nimi ukryć. Cofnęłam się głębiej i dopiero wtedy zauważyłam jak bardzo 
brudna była podłoga i co się na niej znajdowało! Jedna lub dwie frytki, ale to nie 
wszystko. Co za koszmar! Wśród kurzu i brudu leżało kilka zużytych prezerwatyw. 
To było wyjątkowo odrażające, nawet jak dla kogoś z moimi nawykami 
żywieniowymi. Nie było wątpliwości, że byli to studenci.

background image

—Uspokój się stary! rzucił męski głos. Dostosowując pozycję ujrzałam jego buty: 
Skecher.

—Ale cholera, człowieku, to co zrobiliśmy...  to co ty zrobiłeś... wyjąkał chłopak w 
Reebokach.

—Ona nie piśnie ani słowa, człowieku. Udoskonaliłem jej drinka. Ma we krwi tyle Z-
Fen, że nic nie będzie pamiętać. I nie mów mi że pękasz, bo sam w tym 
uczestniczyłeś. Nawet nie próbuj mi mówić że ci się nie podobało. 

Kiedy się poruszył, dojrzałam jedynie jego spodnie cargo.

—Poza tym, dodał po chwili groźnym tonem, to był twój pomysł. Chciałeś zaspokoić 
swoje pragnienia.

—Cholera! Tak, wiem, powiedział chłopak w Reebokach westchnąwszy. Wiem o 
tym, po prostu zaczynam mieć wyrzuty sumienia.

—Nie przejmuj się. To już koniec. Jeśli panienka sprawi nam jakieś kłopoty, 
będziemy mieli świeże mięso dla szefa. A teraz zamknij to pieprzone okno, Larry. 
Twoja kolej by czuwać nad kamieniem duszy. Na dodatek się spóźniłeś, zauważył, po 
czym wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi.  

Kamień Duszy? Co to mogło być? Czy miał na myśli pomnik duszy? A jeśli tak, to w 
jaki sposób tym dwóm udało się się go zdobyć? I dlaczego musieli go strzec?

Ci dwaj żyli w swoim własnym małym pokręconym świecie, aż mnie świerzbiło by 
dać im porządną nauczkę. Gwałciciele zajmowali na mojej liście szczególne miejsce. 
A może nie byli oni wcale tak szaleni na jakich wyglądali? Może po prostu grali 
swoje role jak w „World of Warcraft”... chociaż po otwarciu portali zainteresowanie 
tą grą znacznie zmalało. Dla wielu ludzi, prawdziwe życie nagle stało się o wiele 
bardziej interesujące.

Larry, facet w Reebokach, odchrząknął mrucząc pod nosem: Pieprz się Duane, a 
następnie zamknął okno. Miałam nadzieję że wyjdzie jak tamten, dając mi tym 
samym okazję do wykradnięcia się, ale on zdecydował się przebrać. Gdy opuścił 
spodnie zdałam sobie sprawę, że znajduje się pod idealnym kątem by zobaczyć jego 
ptaszka. Jednakże widok wszystkich zużytych prezerwatyw wokół mnie sprawił, że 
moje wcześniejsze zainteresowanie nim wyparowało. Nie miał na sobie T-shirtu i był 
doskonale umięśniony. Udało mi się dostrzec włosy, które wyglądały jakby nie były 
myte od kilku dni. Na łydce miał dziwny tatuaż.

Przyjrzawszy mu się dokładniej zdałam sobie sprawę, że była to demoniczna runa. 
Jasna cholera! Co tu się działo? Dlaczego miał to na ciele?  Było oczywiste że jest 
człowiekiem. W jego żyłach nie płynęła żadna demoniczna krew.

background image

Przynajmniej nie udało mi się jej wyczuć. Zdając sobie sprawę co to oznaczało, 
czekałam aż skończy zakładać spodnie i czarny sweter z golfem. Następnie 
założywszy czapkę na głowę, rozejrzał się po pokoju zatrzymując się nagle. 
Zmusiłam się by pozostać w bezruchu, zastanawiając się czy mnie zauważył. Po 
chwili złapał coś co wyglądało jak taser i wyszedł, zamykając drzwi. 

Nareszcie wolna! Wysunąwszy się spod łóżka, wstałam i otrzepałam ubranie. Za 
wszelką cenę pragnęłam się dowiedzieć, co do cholery się tutaj dzieje. Coś mi tu nie 
pasowało. Coś mi mówiło, że gwałt nie był najgorszą zbrodnią jakiej ci dwaj się 
dopuścili. Pragnęłam dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Jednakże czas płynął 
nieubłaganie i w ciągu dwóch godzin musiałam wrócić do domu. Aby go śledzić, 
musiałabym zrezygnować ze spotkania z Romanem – wampirem z którym umówiła 
mnie Sassy by dowiedzieć się więcej o klubie L’Horlogerie...

Zawahałam się. Nawet gdybym chciała pójść za Larrym i tak nie miałam 
wiarygodnej wymówki usprawiedliwiającej tego co robiłam na ich terenie.

Mogłam rzecz jasna użyć uroku, ale Camille była w tym z pewnością lepsza ode 
mnie. Zrobiwszy kilka zdjęć run swoim telefonem komórkowym, otwarłam okno i 
wymknęłam się na zewnątrz, zamknąwszy je za sobą. W kilka sekund znalazłam się 
na chodniku kierując się do samochodu. Jak zwykle miałam więcej pytań niż 
odpowiedzi. Zależało mi by jak najszybciej zgłębić tę tajemnicę...

Dom Romana nie znajdował się daleko. Imponujący budynek ale tym razem żadnych 
studentów. W oczach wszystkich, Roman odziedziczył sporą fortunę po swoim wuju, 
co w rzeczywistości nie było prawdą. Najbezpieczniejszym sposobem dla wampirów 
było odradzanie się za każdym razem, w przeciwieństwie do ujawniania swojej 
wampirzej tożsamości i wyjścia z ukrycia, co z kolei było źle widziane. 
Dzwoniąc do drzwi, oczekiwałam starszego mężczyzny. Drzwi otwarła mi kobieta w 
stroju pokojówki, która jak ja była wampirem. Od razu to wyczułam. Ale nie była 
silna. Prowadząc mnie do salonu, trzymała spuszczony wzrok. 

Jeśli Sassy posiadała dwór, to dom Romana przypominał pałac... trochę zbyt 
krzykliwy jak na mój gust. Rozejrzawszy się, dojrzałam kilka antyków. Obicia foteli 
były zbyt ciężkie a stoły uginały się pod ciężarem stojących na nich donic z 
kwiatami, udekorowanych drapowanymi koronkowymi serwetkami i koszami 
pełnymi... sama nie wiem czego. Miałam wrażenie jakbym była w sklepie ze 
starociami.

Odchrząknęłam. Zastanawiałam się czy właśnie to członkowie klubu L’Horlogerie 
nazywali starymi fortunami i dobrym gustem? Jeśli tak, to nigdy nie uda mi się tam 
wejść. Nie żebym chciała. Zależało mi by popytać w sprawie zniknięcia Claudette.

background image

Ponieważ nie było nikogo w pokoju, usiadłam na na krawędzi krzesła by uniknąć 
zabrudzenia go, nawet jeśli w słabym świetle i panującym tu bałaganie nikt by tego 
nie zauważył.

Czekałam około dziesięć minut, gdy drzwi otwarły się niemal bezszelestnie i nagle 
Roman pojawił się przy moim boku. Był szybszy niż ja. Nie był stary, przynajmniej z 
wyglądu. Dawałam mu jakieś trzydzieści pięć lat. Miał długie, ciemne włosy, 
brązową brodę i oczy  w kolorze głębokiej szarości. Milczał. Kiedy wstałam aby się  
przywitać, poczułam jak jego wzrok przeszywa mnie na wylot.

Zadrżałam. Emanująca z niego moc przeszywała mnie falami. Zamiast podać mu 
rękę, zdecydowałam się na skinienie. 

—Dziękuję że zgodziłeś się mnie przyjąć, powiedziałam odzyskawszy głos. 

Ten wampir był starszy niż Dredge'a. Obszedł mnie, przyglądając mi się. Wydawał 
się czegoś we mnie szukać. Czułam się przy nim strasznie niekomfortowo. Jego 
moce przypomniały mi te, jakie posiadał mój Pan. Po chwili odsunął się, siadając na 
krześle naprzeciwko mnie, gestem nakazując bym również usiadła. Miał na sobie 
parę czarnych lnianych spodni i nieskazitelnie białą koszulę, na którą narzucił 
paczworkową marynarkę od smokingu, równie ekstrawagancką jak cała reszta i na 
pewno kosztowną. Natychmiast pomyślałam o Siegfriedzie i Roy'u, ale nie 
powiedziałam ani słowa. Nie było mowy bym miała go obrazić, gdy miałam szansę 
poprosić go o pomoc.

Czekał aż usiądę, by następnie spytać:

—Menolly, zaczął z akcentem którego nie udało mi się rozpoznać. Sassy uprzedziła 
mnie o twojej wizycie. Jestem bardzo zadowolony, że mogę cię poznać. Co mogę dla 
ciebie zrobić?

Bez zbędnej gadki lub rozmowach o pogodzie, od razu przeszedł do rzeczy. Nie było 
tak źle jak się obawiałam. Starałam się zebrać w słowa, wszystko co miałam do 
powiedzenia.

—Potrzebuję twojej pomocy by wejść do klubu L’Horlogerie w trakcie jednego z 
wieczorów. Nie chcę być jego członkiem, tym bardziej nie chcę sprawiać ci 
kłopotów. Muszę tylko zadać kilka pytań.

Wyjął paczkę miniaturowych cygaretek i wyjąwszy jedną, postukał nią w stół i 
zapalił. Z głową odrzuconą do tyłu, wypuścił obłok dymu. Obserwowałam go, 
zastanawiając się co by się stało gdyby ją połknął.

Po chwili odrzucił peta do popielniczki, obserwując mnie w zamyśleniu. Miałam 
wstać i wyjść, kiedy znów się odezwał.

background image

—Może być. Sassy... ma moje pełne zaufanie i odwrotnie. Jeśli dała ci mój adres, to 
musiała mieć dobry powód aby to zrobić. Czego szukasz w klubie? 

Wystarczyło powiedzieć całą prawdę.

—Claudette Kerston zniknęła. Jest wampirem, zdaje się być szczęśliwa i dobrze 
przystosowana do nowego życia. Jest członkiem klubu. Nikt nie widział jej od kilku 
dni. Jej przyjaciele i jej mąż martwią się o nią.

Wstał i podszedł do drzwi.

—Margaret cię odprowadzi. Następnie rzucając spojrzenie przez ramię, dodał: Nie 
znajdziesz jej tam, Menolly. To prawda że zniknęła ale daję ci słowo, że odwiedzając 
klub nie uzyskasz żadnych odpowiedzi. Zniknęła nagle, jakby noc ją pochłonęła lub 
słońce przemieniło w popioły.

—Skąd to wiesz?

—Ponieważ jej Pan... ich połączenie zostało zerwane. Czuł jak krzyczy a potem... 
nic. Uznaj że Claudette jest martwa. I tym razem na dobre.

—Kto jest jej Panem?

Z jakiegoś powodu musiałam to wiedzieć. Coś  mnie w nim fascynowało.
Przerażał mnie, ale... również fascynował. 

—Zadajesz za dużo pytań. Jesteś młoda, z wiekiem się nauczysz. Twoja krew jest 
potężna tak, jak twojego Pana (zatrzymał się przy drzwiach z ręką na klamce). 
Claudette była moja córką. Przemieniłem ją... więc uwierz mi kiedy mówię że jest 
martwa. Odejdź w pokoju... tym razem.

Po tych słowach wyszedł z pokoju. Przez chwilę stałam niepewna co robić, gdy 
pojawiła się Margaret i w milczeniu odprowadziła mnie do drzwi. Na progu 
wyszeptała:

—Masz szczęście. Niewiele osób, które przyszły prosić go o pomoc, wróciło do 
świata zewnętrznego. Odradzałabym ponowną wizytę.

Zanim zdążyłam zapytać co miała na myśli, zamknęła drzwi i usłyszałam obrót 
zamka. Odpaliwszy silnik, zastanawiałam się co tu się u licha dzieje? Było zbyt wiele 
tajemnic, zbyt wiele mocy i intryg.

W drodze powrotnej zawinęłam jeszcze do supermarketu. Na szczęście niektóre 
sklepy były otwarte dwadzieścia cztery godziny na dobę! Kupiłam worek piasku do 
kuwety, kilka kanapek, pączki i chipsy. To powinno poprawić Delilah humor. 

background image

Roz pomógł mi przenieść drzemiącą Camille do samochodu. Zaniosłam Delilah jej 
zakupy i pożegnawszy się, popędziłam do domu. Potem udało mi się wsunąć do 
mojego legowiska, zaledwie kilka sekund przed wschodem słońca. Zbyt zmęczona by 
się rozebrać, upadłam na łóżko zapadając w sen który ogarniał nieumarłych...

background image

Rozdział 16

Dźwięki pochodzące z kuchni były głośne i irytujące; czekałam niecierpliwie aż Iris 
wyprosi wszystkich z kuchni tak bym mogła wyjść z mojego legowiska. Poza moimi 
siostrami, Iris i Flamem, nikt nie wiedział gdzie znajduje się wejście ukryte za 
regałem w pobliżu parku Maggie. Chciałam by tak pozostało. Wolałam nie 
ryzykować by nasi wrogowie o nim się dowiedzieli. Przez nasz dom przewijało się 
tak wielu ludzi, że dochowanie tajemnicy stawało się coraz trudniejsze.

Przyłożyłam ucho do ściany. Vanzir i Roz krzyczeli, a ja zastanawiałam się co się tam 
dzieje. Przypomniał mi się mały otwór w tylnej ściance regału, który pozwalał mi 
obserwować co się dzieje w środku, pozostając przy tym niezauważoną. Ale nie był 
wystarczający..., ponadto istniało niewielkie ryzyko, że zostanę odkryta.

Po chwili echem odbił się głos Iris.

—Wszyscy na zewnątrz.

Usłyszałam Vanzira:

—Wszyscy wiemy że wychodzi z kuchni. Dlaczego po prostu nie pokażecie nam 
gdzie ono jest? Jesteśmy rodziną.

—To tylko twoje przypuszczenia i dobrze o tym wiesz, odparła Iris. Nikt z tutaj 
obecnych się tego nie dowie, przynajmniej jak na razie. A teraz wszyscy na zewnątrz!

Po chwili  usłyszałam szepty, szuranie krzeseł, a zaraz potem - kroki. Po kilku 
minutach Iris zastukała w regał.

—Wszystko w porządku, możesz wyjść, szepnęła. 

Popychając dobrze naoliwione drzwi wyszłam, upewniając się by dokładnie je 
zamknąć za sobą.

Camille siedziała przy stole zasypanym kartami i żetonami, zdradzającymi niedawno 
odbytą partię pokera. Iris miała na głowie czapkę bankiera z daszkiem i sukienkę,  
typowo  niemiecką, w której wyglądała uroczo i wprawiała w osłupienie.

—Dzięki, powiedziałam. Już się bałam że nigdy nie wyjdą. 

—Chłopcy nie chcieli dać mi okazji bym zaglądała w ich karty, powiedziała Iris 
posyłając mi szeroki uśmiech i mrugając. Obiecałam im że tego nie zrobię. Ale tak 
naprawdę nie muszę tego robić, bo mam strita w kolorze. 

—Mały rekin! rzuciłam ze śmiechem. Zamierzasz puścić ich w samych skarpetkach?

background image

Nasz duch domu posiadał wiele talentów. Wiedzieliśmy że była kapłanką d’Undutar, 
fińskiej bogini mgły i lodu. Ale była też świetnym wojownikiem i profesjonalnym 
graczem hazardowym.

—Jak zwykle, powiedziała. Rozłożę ich na łopatki (to rzekłszy wsadziła dwa palce 
do ust i zagwizdała przeraźliwie). Wracajcie! zawołała. 

Spojrzałam na zegarek, dziesięć po ósmej. Słońce zaszło kilka minut temu ale 
wzejdzie zbyt szybko jak na mój gust. Po raz kolejny zatęskniłam za jesienią i zimą. 
Co do jednego byłam pewna: nigdy nie przeprowadzę się na Alaskę, chyba że w 
mrocznej połowie roku.

Gdy wrócili Vanzir, Roz i Morio, uderzyła mnie pewna myśl. 

—Co się stało z Yssakiem? Czy nadal tu jest?

—Nie, odparła Camille kręcąc głową. Jak tylko przybył Shamas, obaj wrócili do 
Krainy Wróżek. Z tego co mi mówiła Iris, nasz kuzyn naprawdę źle to przyjął. W 
dzieciństwie spędził wiele czasu z ciotką Rythwar, mimo iż bardzo kochał swoją 
matkę. Flam jest u siebie. Najwyraźniej pokłócił się z Titanią: poszło o Morgane. 
Doskonale wiesz jak Flam jej nie cierpi.

—Ja również, odrzekłam. Nie obchodzi mnie że jest naszym przodkiem. Jeszcze nie 
ujawniła nam swojej  prawdziwej natury. A skoro o tym mowa, to czy naprawdę 
musimy uczestniczyć w obchodach przesilenia letniego? Nie mam najmniejszej 
ochoty brać udziału w koronacji!

—Żartujesz? Musimy mieć oko na trzy królowe! Nie zapominaj że ojciec tam będzie. 
I królowa Asteria. Jesteśmy zobowiązane tam być. Poza tym Delilah nie może się już 
doczekać.

—Delilah?

To było do niej niepodobne.

—Tak, ale nie jestem pewna dlaczego. Od kilku tygodni mówi tylko o tym.

—Ja również chcę tam iść, rzekła Camille posyłając mi spojrzenie które wyraźnie 
mówiło że temat został zamknięty.

—W porządku, powiedziałam wzruszając ramionami. Ale mam  jedno pytanie.

Morio skinął głową.

background image

—Nawet jeśli nie dogadujecie się najlepiej, Camille ma rację. Musimy utrzymać 
dobre stosunki z Sądami. Odkąd Camille pomogła Aeval uwolnić się z kryształu i 
odzyskać tron, wasze losy są związane ze sobą. Kiedy przyjrzymy się temu bliżej, to 
konsekwencje tej odnowy są zdumiewające. Rząd jest zachwycony mając swoje 
własne wróżki. To daje im uczucie jakby byli na równi z Krainą Wróżek. Chociaż 
wątpię, by jakikolwiek polityk potrafił poprawnie napisać słowo „wróżka”.

—Walka o władzę, mruknęłam. „Moje jest większe niż twoje” - tak, wiem. Ale i tak 
mi się to nie podoba. Titania jest w porządku. Natomiast nie ufam Aeval, choć ta 
przynajmniej wydaje się sensowna. Za to Morgane...

 —Morgane jest jak tornado zdolne zniszczyć wszystko co stanie mu na  drodze, 
wtrąciła Iris. Z czasem będzie coraz trudniej ją kontrolować. A ponieważ jest 
członkiem waszej rodziny, nie możecie jej ignorować. Przynajmniej nie bez ważnego 
powodu.

—To prawda, powiedziała Camille. Bawi się nami w złych i dobrych gliniarzy. I to 
my będziemy tymi złymi, jeśli nie przyjmiemy ręki którą do nas wyciąga. Nadal 
uważam że nie masz racji i odrodzenie trzech sądów jest najlepszą rzeczą jaka 
przytrafiła się  Ziemi - ale nie jestem ślepa. Mam tylko nadzieję, że Flam nie usmaży 
ich obu na rożnie.

—Osobiście nie mam nic przeciwko. Szczególnie w odniesieniu do Morgane.

—Zgadzam się, Morgane sprawiła nam wiele problemów, przyznała Camille 
zmarszczywszy brwi. Ale jestem pewna, że w razie czego nam pomoże. A teraz 
proponuję abyśmy zmieniły temat, ok? To jasne że wszystkie mamy w tej kwestii 
odmienne zdania.

—OK, odpowiedziałam siadając na krześle.

—Całą drogę powrotną do domu spałaś. Chciałam zostawić ci wiadomość, ale gdy 
wjechaliśmy na podjazd i Roz wniósł cię do domu, świtało i musiałam się 
natychmiast ukryć (zwróciłam się do Roza). Czy przekazałeś im to co ci 
powiedziałam? 

Skinął głową, przyglądając się swoim kartom.

—Tak, proszę pani.

—Nie nazywaj mnie tak, zachichotałam. 

Camille nam przerwała.

background image

—Rankiem wpadliśmy do baru, by przekazać Delilah najnowsze wieści. Aha... i 
dzwonił Chase. Znaleziono nowe ciało. Teraz, kiedy wiemy czego szukać, Sharah 
potwierdziła że to kolejny atak Karsetii.

—Jasna cholera! Liczba ofiar stale  rośnie.

—Tak, jeden z rannych zmarł dzisiaj, inny nadal walczy z demonem. Powiedziałam 
Chasowi że wpadniemy później wieczorem i spróbujemy pozbyć się demona udając 
się na plan astralny. Nie wiem jeszcze co z nim później zrobimy...

—Hmm... moglibyśmy zamknąć go z Delilah, choć nie jestem zachwycona myślą 
pozostawienia jej z kimś obcym.

Gdy tylko wypowiedziałam te słowa, wiedziałam że nie było to możliwe.

—Nie. Mamy tylko jedno bezpieczne pomieszczenie i Delilah pozostanie w nim 
sama. Camille pokręciła głową. Nie uda nam się ocalić wszystkich ofiar tej kreatury.

—Przynajmniej damy mu trochę czasu, zauważyłam (to była jedyna rzecz którą 
mogliśmy zrobić).

—Znaleźliście informacje o Haroldzie?..

—Tak, i to dużo więcej niż byśmy chcieli, odpowiedziała otwierając notes. Morio i ja 
przeprowadziliśmy małe dochodzenie. Dom Harolda Younga widnieje w rejestrach 
szkoły i nie jest to dokładnie bractwo. Wszyscy chłopcy którzy w nim mieszkają, są 
członkami bardzo ekskluzywnej grupy, zarezerwowanej wyłącznie dla synów których 
ojcowie byli w młodości uczniami tej samej szkoły. Wujek Harolda zostawił mu dom 
który ten teraz dzieli z innymi. To wydawało się dziwne.

—Jego wuj? Nie ojciec?

—Jego ojciec również ma pieniądze ale to jego wuj jest właścicielem domu.

—Stara fortuna?

—Z błękitnej krwi, powiedziała Camille. A teraz przejdźmy do czegoś co z 
pewnością ci się spodoba: Grupa nosi nazwę ”Partyzanci Dantego”.

—Dantego? Nie podoba mi się to. Nie mów mi że traktują „Piekło Dantego” jak 
biblię?

Nie mogłam zrozumieć że tak wielu młodych ludzi brało ją za swój przewodnik.

background image

—Prawie, powiedział Morio objąwszy Camille ramieniem. Pogłaskał ją po włosach 
gdy ta się w niego wtuliła. Z tego co słyszałem, nie nazywają się tak bez powodu. W 
ostatnich latach narobili sporo kłopotów. Ich nazwa złowieszczo dzwoniła w moich 
uszach.

Zmarszczyłam brwi.

—Jeśli dobrze rozumiem, są outsiderami?

—Tak można by to najdelikatniej określić, odparowała Camille. Delilah jest znacznie 
lepsza w zdobywaniu informacji niż ja, ale mogę ci powiedzieć jedno: wszyscy 
chłopcy którzy należą do tej grupy, są geniuszami komputerowymi lub jeszcze wyżej 
i wszyscy studiują informatykę. Ponadto większość z nich pochodzi z rodzin, których 
korzenie sięgają różokrzyżowców.

Różo-krzyż był systemem ezoterycznym, wywodzącym się z tej samej linii co 
Wolnomularstwo. Przypomniałam sobie runy na na ścianie.

—Nie sądzę by ci dwaj byli różokrzyżowcami. Runy były demoniczne, nie mówiąc 
już o Pieczęci Salomona.

—Na podstawie tego co powiedział nam Roz, myślę że masz rację, powiedziała 
Camille przeglądając swoje notatki. Dlatego zadzwoniłam i umówiłam nas za 
czterdzieści pięć minut. Podałam się za dziennikarkę z Krainy Wróżek, piszącą 
artykuł na temat ziemskich metod edukacji. Myślą że chcę napisać artykuł dla 
lokalnej gazety. Oczekują nas o 21:15. Jako że chciałam abyś poszła z nami, 
powiedziałam im że wcześniej się nie da. Morio będzie moim asystentem, a ty 
kamerzystą. Unikaj tylko luster aby nie zdradzić swojej tożsamości.

Morio posłał mi promienny uśmiech. Mimo że jego zęby w niczym nie przypominały 
kłów z jego demonicznej postaci, i tak były bardzo ostre. Od czasu do czasu 
pokazywał nam swoja naturę Yokai.

—Z tego co zrozumiałem pomagając twojej siostrze w zbieraniu informacji, ci faceci 
nie lubią innych wspólnot, zauważył wygładzając sweter i poprawiając kosmyk 
włosów za uchem.

Jego czy błyszczały przechodząc z głębokiego brązu w topaz. Wydawały się dziksze 
niż zwykle...

—Większość z nich została odrzucona z greckich domów, kontynuował. Jedyne co 
udało nam się o nich dowiedzieć to to, że są wyrzutkami. Nie są mile widziani przez 
innych. Nawet inni maniacy komputerowi ich unikają. 

background image

—Wspaniale. Przyjemniaczki. Wiemy już, że Harold prześladował Sabele. A wczoraj 
usłyszałam rozmowę Larry i Duane'a. Przyznali się do podania dziewczynie 
narkotyku i zgwałcenia jej. Miałam wielką ochotę by urwać im głowy ale biorąc pod 
uwagę sytuację, postanowiłam pozostawić ich jeszcze przy życiu przez jakiś czas.

—Uwierz mi, niezależnie od wszystkiego zapłacą za to co zrobili, odparł Morio z 
morderczym błyskiem w oku.

—Uznaj ich za martwych. Tak więc plan jest taki: wejść, rozejrzeć się po domu, a 
następnie zmiażdżyć ich ego. W ich wieku testosteron aż wrze, rzuciła Camille 
uśmiechając się.

—To powinno zadziałać, odparłam lewitując powoli ku sufitowi.

—Morio, czy masz więcej tej krwi która smakuje jak ananas?

Spojrzał na mnie.

—Nie, ale mam jedną butelkę czegoś co smakiem przypomina nektar truskawkowy i 
inną która powinna smakować jak zupa z wołowiny. Zalecam podgrzanie, jest już 
doprawiona. 

Iris wskazałam ruchem głowy na lodówkę.

—Wszystkie są oznakowane. Nie zapomnij umyć po sobie naczyń. Wystarczy że 
toczę walkę z Delilah, by ta czyściła po sobie kuwetę. Wiec proszę nie zostawiaj po 
sobie garnka pełnego krwi.

Z hukiem uderzyłam w podłogę. 

—Zrozumiano panienko Iris. Nie mam teraz czasu, ale z chęcią wypiję po powrocie 
do domu. Jeśli mam być twoim kamerzystą, potrzebuję kamery.

—Użyj mojej, powiedziała Camille. Oni myślą że pracuję dla tabloidu, więc jest 
oczywiste że nie mamy drogiego sprzętu. Pójdę się ubrać.

—Vanzir, ty z Rozem udacie się  do budynku FH-CSI i poczekacie tam na nas. 
Będziemy potrzebowali waszej pomocy by udać się na plan astralny, podobnie jak 
Flama.

Podczas gdy Morio poszedł za nią na górę, zwróciłam się do Roza:

—Chodź ze mną na tyły domu. Chciałabym z tobą porozmawiać podczas gdy tamci 
się przygotowują. 

background image

Gdy tylko drzwi się za nami zamknęły, odwróciłam się do Roza który stał oparty o 
kontuar na którym piętrzyły się doniczki z kwiatkami i narzędzia ogrodnicze. Miał na 
sobie czarny podkoszulek i skórzane spodnie, które w zdumiewający sposób opinały 
jego ciało. Rozpuścił włosy, które spłynęły mu swobodnie na ramiona. Rozłożył nogi 
na tyle, by pozwolić mi stanąć między nimi.

—Nie mamy zbyt wiele czasu, wyszeptałem z nagłą potrzebą w głosie. Nasz ostatni 
pocałunek prześladował mnie we snach.

Objął mnie, otaczając ramionami i zbliżywszy głowę, dotknął moich ust. Ponownie 
poczułam przelatujące między nami iskry. Jego piżmowy zapach mnie odurzył. 
Drażnił mnie, ocierając się o moje kły. Jeślibym żyła, straciłabym kontrolę. Mógł 
robić ze mną co chciał, nie protestowałabym. W obecnym stanie byłam tak 
podniecona, że chciałam krzyczeć.

Udało mi się od niego oderwać.

—Musimy iść. Ale później…

Z błyszczącymi oczami posłał mi kuszący uśmiech.

—Później będziesz leżała pode mną i sprawię, że nie będziesz w stanie oddychać.

Roześmiałam się z całego serca.

—Nie muszę oddychać, więc nie ma problemu. Ale tak... myślę że jestem gotowa, 
Roz. Jestem gotowa by pozwolić ci być częścią mojego życia.

—Dobrze, odparł całując moje czoło. Ponieważ ja jestem na to gotowy odkąd się 
poznaliśmy.

Po tych słowach udaliśmy się do środka, by wziąć nasze okrycia. Wychodząc z domu, 
patrzyliśmy na Iris która trzymała Maggie w ramionach, rozpaczliwie czekając na 
telefon od swojego zapijaczonego krasnoluda. Po chwili moje myśli pognały ku 
pewnemu inkubowi z kręconymi włosami. Co się ze mną działo?

Vanzir i Roz zniknęli zanim jeszcze dotarliśmy do samochodu Camille. Pokręciłam 
głową,  z westchnieniem ich obserwując.

—Mieszkamy z dziwnymi ludźmi.

—To prawda, odparła Camille uśmiechając się. I coś mi mówi, że jeden z nich 
wkrótce wślizgnie się do twojego łóżka.

background image

Siadając na miejscu pasażera, pozwoliła by Morio usiadł za kierownicą. Zajęłam 
miejsce z tyłu z kamerą i innymi drobiazgami.

Gdy Morio ruszył, opowiedziałam Camille ze szczegółami co się działo ostatniej 
nocy. Słuchała kiwając od czasu do czasu głową. Kiedy powiedziałam jej o zużytych 
prezerwatywach i reszcie bałaganu, zadrżała i wydała z siebie zduszone „fuj”.

—Tak, to było dość obrzydliwe, zgodziłam się. Nawet jak dla mnie, która widziała 
straszne rzeczy.

—Cieszę się że nie muszę z nich korzystać, odparowała patrząc na Morio.

Zainteresowany uśmiechnął się, skupiając uwagę na drodze. Ale jeden rzut okiem w 
lusterko powiedział mi, że uważnie słucha tego o czym rozmawiamy.

—Czy zastrzyk który ty i Delilah wzięłyście przed przybyciem tutaj, ma okres 
ważności? Nawet założywszy że wyobrażam sobie ciebie z dzieckiem demona... czy 
smoka.

—Smoki i wróżki nie mogą mieć dzieci. Co się tyczy zastrzyku... będzie on działał 
tak długo, dopóki nie weźmiemy antidotum, powiedziała. Więcej… nie wiem. Morio, 
czy możesz sprawić że zajdę w ciąże? Teoretycznie?

Uśmiechając się głupio, uniósł brew.

—Ależ oczywiście. I nie miałbym nic przeciwko. Ale teraz to naprawdę nie jest 
dobry czas.

—Nie ma dobrego czasu gdy chodzi o dzieci, mruknęła. 

Morio zaparkował przed domem Harolda. Wskazałam im na okno na drugim piętrze.

—To pokój Larry'ego.

—Gotowa? zapytała Camille zwracając się do mnie. Aha, obaj wiedzą że jesteśmy w 
połowie wróżkami. Pomyślałam że ich to zainteresuje. I wierzcie mi, tak się stało. 

Zsunęła się z fotela. Camille wiedziała jak się ubrać. Jak zwykle niczego nie robiła 
połowicznie. Miała na sobie srebrno czarny gorset, który uwydatniał jej biust i długą 
spódnicę z szyfonu w kolorze śliwki; do tego koronkowe rękawiczki i szal.

Co się tyczy Morio, ten nosił dżinsy i czarny podkoszulek.
Na wierzch narzucił czarną skórzaną kurtkę. Rozpuścił swoje błyszczące, lekko 
falujące włosy.

background image

Oboje tworzyli wybuchową parę. Zresztą jeśli chodziło o jej mężczyzn, to wszyscy 
bez wyjątku pasowali do niej niczym puzzle.

Jeśli chodzi o mnie, miałam na sobie jak zwykle dopasowane dżinsy w kolorze 
indygo, a do tego jasno niebieski sweter z golfem który ukrywał moje blizny. Do  
tego bolero i kozaki na obcasie. Niosąc kamerę w sposób w jaki, miałam nadzieję,  
noszą ją zawodowcy, udałam się schodami za Camille i Morio.

Na szczęście gdy otworzyły się drzwi, miałam schyloną głowę. W przeciwnym razie 
z pewnością wszystko bym popsuła. Na progu stanął Larry. Słysząc jego głos, 
starałam się działać tak, jakby nic się nie stało i spojrzałam w górę by mu się 
przyjrzeć. Szybko zdałam sobie sprawę, że w porównaniu z dekoltem Camille moja 
obecność przeszła niezauważona. Larry był jak dziecko w sklepie ze słodyczami. 
Moja siostra miała imponujące argumenty…

—Jestem dziennikarką i nazywam się Camille, mam spotkanie z Haroldem 
Youngiem.

—A tak, oczywiście... wejdźcie proszę.

Zaprowadził nas do dużego salonu, ale rozmiar tak naprawdę się nie liczył. Jeden rzut 
oka zdradził, że zamieszkuje tutaj grupa studentów. Puste opakowania po daniach na 
wynos, gra w piłkarzy w kącie pokoju, do tego plakaty z magazynu Penthouse 
zdobiące ściany i stosy ksiąg i dokumentów piętrzące się na długim stole i w 
biblioteczce.

Czarne aksamitne zasłony w oknach pokryte były kurzem i plamami. Przynajmniej 
nie próbowali sami ich prać… może dlatego były w jednym kawałku.

Larry skinął na kanapę.

—Możecie wszystko postawić na ziemi, powiedział. Macie ochotę napić się piwa lub 
czegoś innego?

Camille i Morio grzecznie odmówili, podczas gdy ja pokręciłam głową chwytając 
kamerę.

—W żadnym przypadku nie powinna mi zadrżeć dłoń, powiedziałam od
niechcenia.

—Aha, odpowiedział po raz pierwszy odnotowując moją obecność.

Zamarłam gdy spojrzał w bok, a następnie jego wzrok ponownie zatrzymał się na 
mnie... wyglądało jakby mnie rozpoznał... ale to niemożliwe, bo starałam się być 
niewidoczna.

background image

Camille spojrzała na niego jakby coś wyczuła, starając się odciągnąć ode mnie jego 
uwagę.

—Dziękuje że zgodziliście się z nami porozmawiać. Jak już mówiłam, nazywam się 
Camille a to jest Morio. Menolly jest naszym kamerzystą. Następnie rozejrzawszy się 
wokoło, spytała: Czy pan Young dołączy do nas? Rozumiem, że jest 
przewodniczącym „Partyzantów Dantego”?

Larry zamrugał, skupiając uwagę na Camille.

—Tak. Za kilka minut dołączy do nas. Nazywam się Larry Andrews. Będę 
uczestniczył w wywiadzie, jeśli nie macie nic przeciwko. Harold mnie o to prosił.

—Nie ma problemu, odpowiedziała spokojnie Camille.

—Więc obie pochodzicie z Krainy Wróżek?

Brakowało tylko by się obślinił. Zauważyłam że Camille, której zwykle nie 
przeszkadzało gdy inni się w nią wpatrywali, teraz trzymała swój urok na wodzy. 
Morio również nie wyglądał na zbyt szczęśliwego.

—Dokładnie, odpowiedziałam. Obie z Camille przybyłyśmy na ziemię przeszło rok 
temu by poznać waszą kulturę, zwłaszcza w odniesieniu do systemów edukacji. Stąd 
nasz pomysł aby się z wami skontaktować.

Kiedy Larry spojrzał na mnie, ponownie doznałam uczucia jakby mnie rozpoznał...

Zmarszczyłam brwi. Czyżby naprawdę tak było? Moja kryjówka była doskonała. Być 
może jestem po prostu paranoikiem.

W tym momencie wyczułam ruch przy drzwiach, a w progu stanął młody mężczyzna. 
Średniego wzrostu, wyglądał na jakieś dwadzieścia pięć lat. Z krótko przyciętymi 
włosami i trzydniowym zarostem. Jego oczy miały ten sam kolor co moje 
warkoczyki. Z okularami w czarnych oprawkach, drogimi podartymi dżinsami i 
podkoszulku z nadrukiem "Fuck you", wyglądał na typowego studenta. Tyle tylko, że 
śmierdział demonem.

Camille podskoczyła, przykładając dłoń do szyi. Po chwili zmusiła się do uśmiechu i 
wstała.

—Ty musisz być Harold? Harold Young?
Przyjrzawszy się nam od stóp do głów, posłał nam uśmiech który wcale nie był 
przyjazny. Potem podszedł do kanapy, podając nam dłoń. Camille zawahała się przez 
chwilę podając mu swoją.

background image

—Tak, to ja. Jesteś Camille, ta dziennikarka? zapytał, spoglądając na nią w zaborczy 
sposób.

—Hmm... tak, odparła Camille próbując wyrwać rękę z jego uścisku. Ale Harold nie 
chciał jej puścić, dopóki ta nie użyła siły.

Następnie uśmiechając się skrzyżował ramiona na piersi, gdy Camille wytarła dłoń o 
spódnicę. Nie sądziłam by zdawała sobie z tego sprawę...

Morio cały się zjeżył. Podeszłam do niego i położyłam dłoń na jego ramieniu. W 
odpowiedzi wciągnął głęboko powietrze. Co nie pozostało niezauważone.

Harold spojrzał na Morio, następnie ignorując go jakby go tu w ogóle nie było, 
spojrzał na mnie.

—A co z tobą? Ty również jesteś wróżką?

Skinęłam głową.

—Tak, nazywam się Menolly, odparłam wyciągając do niego rękę. Chciałam dać mu 
posmakować swojej siły. Chwyciwszy moją rękę, jęknął i próbował ją wyrwać. 
Przytrzymałam jego dłoń dłużej niż to koniecznie, ściskając jeszcze mocniej i 
posyłając mu szeroki  uśmiech. O tak, to było zabawne! Podobnie jak spotkanie w 
OK Corral.

Harold spojrzał na swoją rękę i na mnie. Następnie gestem zaprosił nas byśmy 
usiedli. Sam ostrożnie zajął miejsce w fotelu który wcześniej uprzątnął Larry. Ten 
ostatni zaś usiadł na otomanie blisko niego, co wyraźnie mówiło o jego miejscu w 
hierarchii. To Harold był tu szefem, nie było co do tego wątpliwości.

Camille wyjęła notes i skinęła na mnie.

—Jeśli nie masz nic przeciwko, Menolly będzie filmować nasz wywiad.

—Nie, odpowiedział Harold kręcąc głową. Żadnego filmowania.

—W porządku, odparła posłusznie Camille marszcząc brwi i dając mi znak bym 
odłożyła kamerę.

—Czy możesz nam powiedzieć coś więcej na temat Partyzantów Dantego? Kiedy i 
dlaczego utworzyliście tą grupę?

—Nie utworzyłem jej, odpowiedział szyderczym tonem. Mój ojciec do niej należał, 
podobnie jak mój wuj. Ja tylko do niej wstąpiłem gdy byłem studentem pierwszego 
roku.

background image

—Dlaczego nie wybrałeś innego bractwa?

Kiedy zobaczyłam jej błyszczące oczy, wiedziałam że użyła czaru. 
Nie trzeba było długo czekać na jego reakcję.

Harold roześmiał się gardłowo.

—To proste, ta uczelnia jest pełna bezmyślnych owiec. Nie mam zamiaru bawić się w 
ich pieprzone kluby. Jestem przewodniczącym Partyzantów Dantego, bo uniwersytet 
prowadzony jest przez bandę idiotów. I dlatego, gdy nadejdzie czas, mamy nadzieję 
być jedynymi którzy przeżyją w naszym małym zakątku świata.

Olśniewający uśmiech który nam posłał, należał do drapieżnika. Harold Young był 
niebezpieczny. Tylko bogowie wiedzą co teraz kombinował i w czym maczał palce 
przez ostatnie kilka lat...

background image

Rozdział 17

Camille odwróciła się do mnie i zamrugała. Pokręciłam głową. 

Camille przełknęła ślinę i odwróciła się do Harolda.

—Kiedy nadejdzie czas? To znaczy...?

—Koniec świata kochanie, odparł pochylając się ku niej zbyt blisko jak na mój gust...

Facet mi się nie podobał i miałam co do niego złe przeczucia. Ponadto ignorował 
granice. Na samą myśl że śledził Sabele, dostałam gęsiej skórki. Ale w swoim 
pamiętniku wspomniała, iż nigdy jej nie podrywał. Niezależnie od wszystkiego, 
byłam mocno przekonana że to on był winny jej zniknięcia.

—Mówię o Apokalipsie. O Ragnaroku. O końcu wędrówki gdy światło gaśnie. 
Roześmiał się. Kiedy to wszystko się skończy, a my będziemy ojcami i założycielami 
nowego porządku. Rzecz jasna będziemy potrzebowali kilka kobiet. W przeciwnym 
razie trudno byłoby nam zaludnić planetę.

Ponownie ton jakiego użył sprawił, że miałam ochotę wskoczyć pod prysznic. 
Uśmiech Camille również był sztuczny, miałam tylko nadzieję że nasz przyjaciel tego 
nie zauważy. W każdym razie był tak egocentryczny i pewny siebie, że z tym jego 
nadmiernie rozwiniętym ego z pewnością niczego by nie zauważył.

—Jeśli dobrze rozumiem, uważasz że cywilizacja się zawali? Czułam potrzebę by mu 
przerwać.

Nie podobało mi się to, jak patrzył na Camille. Spojrzał na mnie poirytowany.

—Zaufaj mi marchewko. Koniec jest blisko. Ziemia zostanie oczyszczona przez 
ogień, nie przez lód.

Przyjrzawszy się z bliska jego arogancji, dostrzegłam coś, co mnie przeraziło. 
Śmierdział demonem, bo ściśle współpracował z jednym lub z wieloma z nich. Miał 
poczucie hierarchii i to światło w oczach: synonim demonicznych płomieni. Czy był 
w zmowie ze Skrzydlatym Cieniem? Czy po prostu idiotą igrającym z ogniem?...

Wstałam.
—Przepraszam, muszę zadzwonić. Jeśli nie macie nic przeciwko, pójdę do holu. 

Widząc zagubione spojrzenie Camille, zmusiłam się by się uśmiechnąć. Morio 
westchnął.

—Chcesz żebym poszedł z tobą? spytał cicho.

background image

—Nie, odparłam kręcąc głową. Zostań tu z Camille i chłopcami.

Nie było mowy bym miała zostawić moją siostrę, samą z tymi świrami! Nawet jeśli 
byli ludźmi, Harold i Larry nie mieli dobrych intencji, wolałam nie ryzykować.

Czym prędzej wyszłam i wyjęłam komórkę. Iris odebrała po dwóch dzwonkach. 

—Posłuchaj. Chcę żebyś do mnie zadzwoniła w ciągu pięciu minut. Musimy się stąd 
wydostać, zanim jeszcze bardziej wpakujemy się w kłopoty.  A wierz mi, są one 
niemałe. 

—Nawet sobie nie wyobrażasz, odparła Iris oddychając głęboko. 

—Co się stało?

—Dzwonił Vanzir. Dowiedział się ze swoich źródeł kto zajmie miejsce Karvanaka. 
Innymi słowy, mamy nowego wroga.

—Dziękuję. Wynosimy się stąd. Nie ma potrzeby byś dzwoniła. Znajdę jakiś 
pretekst...

Po rozłączeniu się, jeszcze przez kilka sekund wpatrywałam się w swój telefon. Nie 
wyglądało to najlepiej... Karvanak był bardzo potężny. Nieomal udało mu się nas 
zniszczyć, nie wspominając o porwaniu i torturowaniu Chase'a. Skrzydlaty Cień nie 
wyśle na nas kogoś słabszego. O nie! Będzie to ktoś jeszcze gorszy. Tego możemy 
być pewni.

Wróciwszy, zastałam Harolda na podłodze z Morio który siedział na nim okrakiem, 
zaciskając ręce wokół jego szyi. Camille na próżno starała się ich rozdzielić. Co do 
Larry'ego, ten leżał znokautowany w drugim końcu pokoju.

—Co tu się dzieje?

Camille spojrzała na mnie.

—Morio postanowił...

—Zamknij się Camille! Zajmę się tym. Cofnij się! krzyknął i wstał puszczając swoją 
ofiarę (dał kopa Haroldowi, następnie otarł ręce). Wstawaj natychmiast!

Zamrugałam. Morio nigdy nie mówił tak do mojej siostry. Jego oczy zmieniły kolor. 
Miałam wrażenie, że jeszcze chwila a się przemieni. I nawet jeśli był po naszej 
stronie, to i tak w obecnym stanie na nic by nam się nie przydał. 

background image

—Wszyscy spokój! Albo będziecie mieli ze mną do czynienia!! zagroziłam.  

Harold wstał trzymając się za szyję, krzywiąc się i nie spuszczając wzroku z Morio. 
Jego oczy błyszczały znanym mi blaskiem psychopaty. Przypomniał mi Dredge'a.

Stanęłam między nim a Morio.

—Nie będę pytać co się stało, ale wystarczy.

Gdy Harold się zaśmiał, obróciłam się w jego stronę i syknęłam, pokazując mu moje 
kły. Odskoczył, zachwiał się i zrobił dwa kroki do tyłu.

—Wiedziałam że to cię uspokoi, rzuciłam. Przyjście tutaj nie było najlepszym 
pomysłem. Pieprzyć artykuł. Wynosimy się stąd! Co się tyczy ciebie, dodałam 
dźgnąwszy go palcem w pierś, radzę abyś ponownie przemyślał wszystko co chodzi 
ci po głowie. Walczysz dla świata bólu, podczas gdy nawet nie wiesz czym on jest. 

Następnie gestem dałam znak Morio i Camille by poszli za mną. Kiedy byliśmy na 
zewnątrz, pchnęłam ich oboje w kierunku samochodu. 

—Wsiadajcie! rozkazałam. Musimy porozmawiać. Delilah ma prawo wiedzieć to 
czego dowiedział się Vanzir.

—Złe wieści? zapytał Morio, nadal wściekły.

—Tak. Złe wieści. Zatrzymamy się w barze i weźmiemy Delilah, a następnie udamy 
się do FH-CSI.

—To nie najlepszy pomysł, zauważyła Camille. Jeśli Karsetii nadal atakuje jedną z 
ofiar, może zauważyć obecność Delilah. Pamiętajcie że Karsetii związani są ze swoją 
królową. Jeśli wyczuje obecność Delilah, przyjdzie nam walczyć z dwoma naraz.

—Cholera! Potrzebujemy jej! OK, musimy szybko pozbyć się królowej, tak by 
Delilah mogła się swobodnie poruszać. Później powiemy jej o wszystkim. Camille, 
czy możesz skontaktować się z Flamem i poprosić go aby się do nas przyłączył?

—Świetnie! Jakby nam tego jeszcze było trzeba! Camille westchnęła i dodała gazu.

Oparłam się o przednie siedzenie. 

—Czy w międzyczasie możecie mi powiedzieć co się stało?

Morio wzruszył ramionami.

—Harold ośmielił się położyć ręce na Camille. 

background image

—Od kiedy to reagujesz tak brutalnie?

Nigdy wcześniej nie był tak zaborczy, a teraz jego oczy rozbłysły ponownie. 
Warknął.

—Teraz Camille jest moją żoną. I nikt nie będzie jej dotykać bez mojej zgody, jej ani 
żadnej innej kobiety pod moją opieką. Harold nie zapytał o zgodę, więc go 
powstrzymałem, wyjaśnił.

Spojrzawszy przez okno, ponownie wzruszył ramionami. Temat został zamknięty.

Odwróciłam się do Camille.

—Harold był na tyle głupi, by dobierać się do ciebie przy Morio?

—Gorzej. Czekał aż Morio będzie przyglądał się wszystkiemu z bliska. Usiadł bliżej 
mnie i wsunął mi rękę pod spódnicę! Nawet jeśli wiedziałam że jest szalony, nie 
spodziewałam się czegoś takiego!

—Co?! W obecności Morio?? Czy on jest kompletnym idiotą?!

Camille przewróciła oczami.

—On nie tylko śmierdzi demonem ale jest tak cholernie arogancki, że nie przychodzi 
mu do głowy iż ktoś może spróbować go powstrzymać. Gdy dałam mu w twarz, 
Morio rzucił się na niego. Myślałam że go zabije... szepnęła.

—Gdyby nie pojawiła się Menolly, dodał Morio, pewnie tak by się stało. Wierz mi, 
nie byłaby to wielka strata dla świata.

Odwrócił się w jej stronę i spojrzawszy jej w twarz, dodał: 

—Należysz do Flama, Trilliana i do mnie. Nie jesteś zabawką którą pożycza się 
każdemu. Gdy ja jestem w pobliżu, nikt nie będzie cię tak traktował.

Usiadłam na swoim miejscu, rozmyślając o tym co się wydarzyło. 

Harold Harold nie miał poczucia granic. Zaatakował Camille i gdyby nie było tam 
Morio, razem z Larrym spróbowali by ją zgwałcić. Rzecz jasna, nie udałoby im się 
to... chyba że mieli broń. Ale spróbowali.. Harold prześladował Sabele. Głęboko w 
sercu byłam przekonana, że nie żyła. Larry i jego kumpel Duane podali jakiejś 
dziewczynie Z-Fen, jeden z najsilniejszych i najbardziej uzależniających narkotyków 
gwałtu. Cała grupa wydawała się opanowana przez demoniczne siły. Co jeszcze 
zrobią? Jak daleko są w stanie się posunąć?

background image

Otwierając drzwi do sali konferencyjnej w budynku FH-CSI, zastanawiałam się ile 
razy już tu przychodziliśmy, by opracować plany i strategię. I jak długo jeszcze 
zdołamy się utrzymać przeciwko nadciągającej fali demonów?

Ponieważ wiedzieliśmy że nie uda nam się zniszczyć Skrzydlatego Cienia na jego 
terytorium, walczyliśmy z nim na Ziemi. Poszukiwaliśmy duchowych pieczęci aby 
następnie dobrze je ukryć. Walczyliśmy z demonami i strzegliśmy portali.

Wszystko to nigdy się nie skończy, dopóki nie uda nam się zniszczyć Skrzydlatego 
Cienia, który będzie walczył aż do śmierci. Nawet jeśli udałoby nam się zdobyć 
wszystkie duchowe pieczęcie, to i tak nie moglibyśmy ich wykorzystać. A gdyby 
dowiedział się gdzie one faktycznie są... Elqavene i królowa Asteria również byliby 
w niebezpieczeństwie.

Chase i Yugi siedzieli przy stole. Sharah stała za nimi. Roz i Vanzir czekali na nas 
stojąc, gdy nagle Flam zmaterializował się prosto z Morza Jońskiego. Wszyscy 
usiedliśmy przy stole.

—Delilah nie przyjdzie? zapytał Chase.

—Pomyśl, odpowiedziałam cicho. Czy naprawdę chcesz by została pożarta przez 
demona?

Zamrugał.

—Rozumiem, szepnął. Nie ma sprawy. Gdy czekaliśmy na was, były dwa nowe ataki. 
Chłopaki przynieśli ofiary tutaj. Wciąż żyją. Jak do tej pory udało nam się zachować 
wszystko w tajemnicy, ale jeśli szybko czegoś nie zrobimy, wspólnota wróżek w 
końcu dowie się o wszystkim i wybuchnie panika.

—Taak... jak na razie możesz powstrzymać swoje libido. Mamy większe problemy 
do rozwiązania, powiedział Vanzir. 

Pochylił się, opierając łokcie na stole i mrużąc oczy. Wyglądał jakby miał ochotę 
kogoś uderzyć.
Pomimo ostrzeżenia Roza, Vanzir wydał mi się wyjątkowo atrakcyjny. Powinniśmy 
kontrolować się na każdym kroku. Oboje byliśmy wampirami: ja pożywiałam się 
krwią a on duchową energią.

Doskonale rozumiałam się z Rozem ale z Vanzirem … miałam wrażenie, że 
komunikujemy się na zupełnie innym poziomie... Nic pięknego ani miłego... po 
prostu czyste zrozumienie.

background image

—Powiedz wszystkim to co powiedziałeś Iris, poprosiłam siadając pomiędzy nim a 
Rozem. Pod jego bacznym wzrokiem czułam się nieswojo...

Vanzir spojrzał na mnie i westchnął. 

—OK, Skrzydlaty Cień znalazł na miejsce Karvanaka kogoś nowego. Wiadomość 
rozprzestrzenia się niczym pożar.

—Trzy pytania: Kto to jest? I czy już tu przybył? Czy użył tych samych środków co 
ty, by się tu znaleźć? spytałam. 

Kiedy przeprowadziliśmy rytuał ujarzmienia, Vanzir wyjaśnił nam jak udało mu się 
tutaj dostać niezauważonym, to znaczy poprzez plan astralny. Niewielu było takich 
którym się to udawało. Jedynymi zdolnymi do tego były sukuby, inkuby i kilka 
innych.

—Po pierwsze, to nie jest mężczyzna ale kobieta. Nazywa się Stacia i jest Lamią. Ma 
stopień generała, podobnie jak Karvanak. Nic więcej nie wiem ale biorąc pod uwagę 
to kim jest, nie spodziewałbym się po niej niczego dobrego.

—Świetne! Grecki demon, mruknęłam.

—Grecki, perski,  co za różnica? odparował Chase bawiąc się długopisem. Jak się tu 
dostała? 

Vanzir zmarszczył brwi.

—Może ktoś użył zaklęcia otwierającego demoniczne wrota? Jedynie bardzo potężny 
czarodziej byłby w stanie to zrobić.

—W teorii demoniczne wrota pozwalają człowiekowi kontrolować demona. Czy 
mógłby to zrobić inny demon? zapytałam.

—Demon który może korzystać z wrót demonicznych? spytał z zaskoczeniem Morio, 
wstając. To niezbyt pocieszające. Nie sądziłem by demony mogły kontrolować sobie 
podobnych poprzez magię.

—Z reguły nie są w stanie tego robić, odparł Vanzir, ale niektórzy z nich - zwłaszcza 
ci którzy są w połowie demonami a w połowie ludźmi - są w stanie korzystać z tego 
rodzaju magii, bez żadnej szkody dla siebie.

—Jasna cholera! Jeśli dobrze rozumiem, mamy prawdopodobnie do czynienia z 
czarownikiem który w połowie jest demonem i który stoi u boku Skrzydlatego 
Cienia?

background image

—Po prostu wspaniale! zawołałam.

—Nie wyciągaj pochopnych wniosków, zauważył Flam. Potrzebujemy solidnych 
dowodów. Brak rzetelnych informacji doprowadzi nas do zguby.

—Jak wygląda ta Stacia? Zarówno w jej naturalnej postaci jak i w ludzkiej? spytał 
Chase, wiercąc się na swoim krześle. 

Karvanak porwał go i torturował, próbując nas szantażować abyśmy mu oddali 
czwartą pieczęć duchową. Nie wiedziałam dokładnie co mu się przydarzyło bo nie 
lubił o tym mówić, co doskonale rozumiałam. Mnie samej zajęło dwanaście lat, nim 
zaczęłam mówić o tym co mi się przydarzyło w noc mojej przemiany...

W każdym razie, w tym wydarzeniu Chase stracił palec i stał się o wiele bardziej 
nerwowy. Przedtem ściśle trzymał się instrukcji i przestrzegał przepisów. Teraz z 
kolei stał się o wiele bardziej twardy i skłonny stosować bardziej ekstremalne 
metody.

Vanzir uniósł brew.

—Z pewnością nie ma ona nic wspólnego z wizerunkami kobiet z kolorowych pism. 
Przynajmniej nie w swojej naturalnej postaci. Lamia ogólnie wygląda jak 
gigantyczna anakonda z tułowiem i głową kobiety. W ludzkiej postaci jest jak syrena, 
zdolna oczarować mężczyzn swoim śpiewem. Wszystko czego się o niej 
dowiedziałem to to, że w Podziemnym Królestwie nadali jej przydomek „łamignata”.

Camille potarła skronie.

—Coraz lepiej. Nie wiemy gdzie jest ani jak obecnie wygląda? 

—Nie, odparł Vanzir kręcąc głową. W tej kwestii brakuje nam informacji. Moim 
zdaniem, Skrzydlaty Cień celowo ją ukrył. To do czego jest zdolna i jak wygląda, 
oraz gdzie jest... pozostaje tajemnicą. 

—Świetnie, rzekła Camille. Lepiej przekazać te informacje Trójcy i reszcie 
nadprzyrodzonej społeczności. Może narobić kaszy - wcześniej niż się spodziewamy. 
Założymy się że podróżuje z grupą węży...?
—Węże nie są problemem, zauważyłam. Demony owszem.

—Stają się nim gdy są kontrolowane przez potężną sukę. Biorąc pod uwagę jej 
naturę, istnieje duża szansa że może je przywołać. I coś mi mówi, że będziemy mieli 
do czynienia z kobrami i z gniazdem żmij.

—Masz rację, przyznałam. To jeszcze jedna sprawa którą należy dodać do naszej 
listy.

background image

Wpierw musimy odkryć co potrafi i gdzie się ukrywa, następnie zapolować na nią i 
usunąć z naszej drogi. W tym samym czasie musimy zabić Karsetii lub przynajmniej 
zmusić go aby ponownie zapadł w stan hibernacji - i to przed pełnią księżyca.

—Tak, odparła Camille. Zarówno Delilah jak ja nie będziemy w stanie wam pomóc.

Zastanowiłam się przez chwilę.

—Czy nie możesz poprosić Matki Księżyca by skierowała swoje polowanie na te 
demony?

Camille zamrugała.

—Nigdy o tym nie myślałam, odparła. 

Przygryzła wargę, a następnie potrząsnęła głową.

—Nie. Kiedy poluję... nie potrafię tego wyjaśnić. To tak, jakbym pogrążała się w 
szaleństwie. To Matka Księżyca wybiera nasz teren polowań. Nie mamy innego 
wyjścia jak podążać za nią. Nie jesteśmy w stanie logicznie myśleć. Liczy się jedynie 
przyjemność z polowania.

—Jedynie pytałam, odparłam wzruszając ramionami. Nic nie szkodzi (bawiłam się 
długopisem Chase'a, który ten rzucił na stół). W tym układzie musimy odnaleźć tego 
sukinsyna i pozbyć się go, zanim liczba ofiar wzrośnie jeszcze bardziej osiągając 
krytyczny punkt.

—Czy jest coś jeszcze co może nam się przydać? spytał Chase.

—Tak, odparłam z uśmiechem. To twój szczęśliwy dzień, Chase. Właśnie wróciliśmy 
od Harolda Younga. Na początek powiem, że podejrzewam iż Harold i jego kumple 
zabili Sabele. To niebezpieczny szaleniec. Wierz mi, rozpoznaję drapieżnika gdy go 
widzę.

—Jest on również związany z demonem, ale nie jestem jeszcze pewna w jaki sposób. 
W każdym razie jego energia śmierdzi demonem, wyjaśniła Camille marszcząc brwi.

—Taak, nie wspominając o jego brudnych zalotach do Camille.

—Co powiedziałaś?! zawołał Flam odwracając głowę w moją stronę. Wszystko co 
mogłam zobaczyć to autentycznie wkurzony smok, a nie siedzący spokojnie na 
swoim krześle człowiek.

Ze wszystkich sił starałam się powstrzymać od śmiechu. Roz wiercił się nerwowo na 
swoim miejscu.

background image

—Nie masz powodu by się tak jeżyć, odparłam z rozbawieniem. Morio się tym zajął, 
omal go zabijając. Gdybym w porę nie wróciła i go nie powstrzymała, bez wątpienia 
by to zrobił. Ale nie to jest teraz najważniejsze. Wczoraj podsłuchałam jego 
przyjaciół, Larry'ego i Duan'a, jak rozmawiali o tym że dosypali jakiejś dziewczynie 
do drinka Z-Fen a następnie ją zgwałcili. Byli z tego naprawdę bardzo dumni.

—Cholera, cholera, cholera!!! zaklął Chase. Znowu ten Z-Fen! To gówno jest 
wszędzie. Tanie w produkcji, a po kilku działkach stajesz się prawdziwym ćpunem. 
Dlaczego nie wsypać tego bezpośrednio do zbiorników wody i nie pozbyć się 
dilerów? 

—Już od dłuższego czasu wiemy, że alfonsi używają go do kontrolowania swoich 
dziewczyn. Myślę że musimy się dowiedzieć co łączy Partyzantów Dantego i 
demony.

—Partyzantów Dantego? Nie bardzo rozumiem...

 Chase zmarszczył brwi. Niezwłocznie wprowadziliśmy go w szczegóły, następnie 
zapisałam mu kilka uwag.

—Ta grupa jest przerażająca, zwłaszcza gdy wiemy iż są bardzo inteligentni. Moim 
zdaniem aby stać się członkiem ich grupy, trzeba wpierw przejść pomyślnie test IQ.

—Nie chcę nawet wiedzieć co przypomina ich rytuał inicjacji, zauważyła Camille 
wzdrygnąwszy się.

—Więc mamy trzy problemy do rozwiązania, wtrącił Flam. Po pierwsze: odnaleźć i 
zniszczyć Karsetii. Po drugie: dowiedzieć się co naprawdę dzieje się u Harolda...

—I zobaczyć czy ma to związek ze zniknięciem Sabele, wtrąciłam kiwając głową. 
Ale nie zapomnijmy, że musimy również odszukać piątą pieczęć duchową. W obliczu 
nowego generała nie możemy pozwolić sobie na utratę czujności. Już Karvanak był 
nie lada wyzwaniem ale coś mi mówi, że z Lamią będzie jeszcze gorzej...
(odwróciłam się do Vanzira, który jak się okazało nie spuszczał ze mnie wzroku...).

—Naprawdę nie masz nic więcej do powiedzenia na jej temat? spytałam.
Zamrugał.

—Jak już mówiłem wcześniej, nie udało mi się znaleźć nic więcej. Coś co jest 
owiane taką tajemnicą, nie wróży nic dobrego. Karvanak był hedonistą... kto wie, co 
ta suka dla nas szykuje?

—W porządku, odparłam skinąwszy mu głową. Ponieważ jesteśmy tutaj wszyscy, 
proponuję abyśmy zaczęli od Karsetii. Jeśli te trzy ofiary wciąż są atakowane, być 
może uda nam się poprzez ich połączenie dostać do samej królowej.

background image

—Brzmi nieźle, odrzekła Camille wstając. 

Morio i Flam poszli jej śladem, a za nimi Roz i Vanzir.

—Roz, Flam, potrzebujemy waszej pomocy aby się dostać na plan astralny.

—Chase, ty zrobisz najlepiej pozostając tutaj.

—Jasne, odparł cicho. I tak nie wiedziałbym co tam robić. Pomogę Sharah 
opiekować się ofiarami (tu urwał). Powodzenia i powstrzymajcie to coś raz a dobrze. 
Delilah liczy na nas…

—Wiemy, odparłam kierując się w kierunku drzwi ze złym przeczuciem (to nie 
będzie łatwa walka, a my nie wiedzieliśmy jak dotrzeć do królowej). Wierz mi, 
doskonale o tym wiemy...

background image

Rozdział 18

Byliśmy z powrotem w sekcji medycznej budynku. W ostatnich dniach widzieliśmy 
zbyt wiele zwłok, zbyt wiele ofiar. Przyświecała mi jedna myśl: odnaleźć Karsetii i  
wyeliminować go na dobre. Przez dwanaście lat żyłam w świecie krwi i śmierci. 
Kiedy przybyliśmy na Ziemię, miałam nadzieję na znalezienie spokojnej pracy, bez 
odrobiny stresu. Dziś zdałam sobie sprawę, że rzeź dopiero się rozpoczęła. 
Nadciągająca na nas fala z każdą sekundą rosła coraz bardziej. Demony pukały do 
naszych drzwi. A my wiedzieliśmy że nie zdołamy dłużej odpierać ich ataków.

Wszystkie ofiary znajdowały się w tej samej sali. Tiggs, elf pochodzący z Elqavene, 
zapadł w śpiączkę i z każdą chwilą gasł coraz bardziej. Pięć innych ofiar wciąż żyło. 
Już dawno temu przestałam liczyć zmarłych. Szłam wolno między łóżkami, 
rozmyślając o ich nieuchronnej śmierci i odebranej im energii. Ich dusze niebawem 
dołączą do ich przodków, podczas gdy tak naprawdę nie są na to gotowe. Ich czas 
jeszcze nie nadszedł. To nie był ich wybór ani honorowa śmierć.

Zwróciłam się do pozostałych;

—Chodźmy i skopmy im tyłki! Na miejscu zdecydujemy jak się ich pozbyć na dobre! 

Flam skinął głową i cofnął się wyciągając ręce. Obie z Camille zbliżyłyśmy się do 
niego. Roz i Vanzir wzięli się za ręce. Chase i Sharah obserwowali nas z ponurym 
wyrazem twarzy. 

—Jeśli nie wrócimy... cholera! Jeśli nie wrócimy, powiedzcie Tavah by uwolniła 
Delilah i wysłała ją do Krainy Wróżek. Opowiedzcie jej co się stało. Myślę że to już 
wszystko.

—Wrócicie, odparł Chase mrugając. Demon nie może was wszystkich zabić.

—Rozejrzyj się wokół siebie Chase, rzuciła Camille. Wszystkie ofiary są wróżkami. 
Lub prawie wszystkie. Karsetii interesują się głównie nami. Ale przy odrobinie 
szczęścia, mam nadzieję iż ta rozmowa okaże się niepotrzebna. Przynajmniej wiemy 
przeciwko komu walczymy.

—Morio, zostań tutaj i ochraniaj ich. Nie możemy ryzykować udając się tam 
wszyscy.

Morio wyglądał jakby chciał protestować, ale gdy Flam skinął mu głową, przyjął 
zadanie stając w pobliżu Sharah i Chase'a.

Ulokowana bezpieczne w ramionach Flama Camille wzięła mnie za rękę. Wziąwszy 
głęboki oddech zamknęła oczy; zrobiłam to samo. Flam otulił nasz szczelnie swoim 
płaszczem. W ciągu kilku sekund przenieśliśmy się gdzie indziej.

background image

Czułam lodowaty chłód różnych warstw rzeczywistości które przekraczałyśmy.

Kiedy postawiliśmy stopę na płaszczyźnie astralnej, Flam ponownie otworzył 
ramiona pozwalając nam wyjść. Vanzir i Rozurial pojawili się kilka metrów dalej, na 
prawo. Tym razem Roz nie wyciągnął swojej broni. Zamiast tego, wyjął kawałek 
pergaminu.

—Co to jest? spytałam zmarszczywszy brwi.

—Zaklęcie tropiące. W ten sposób będziemy mogli wyśledzić królową.

Miał jeszcze coś dodać, gdy Vanzir wskazał na lewo. Były tam trzy formy: trzy klony 
Karsetii. Dwóch z nich pożywiało się energią dwojga ofiar. Natomiast trzeci 
zajmował się trzema ofiarami jednocześnie, w tym Tiggs'em.

—Prawdziwe z nich żarłoki, zauważyłam obserwując ich przez chwilę. Jeszcze nas 
nie zauważyli. Muszą być bardzo skoncentrowani na drenażu energii. Myślę że Roz 
powinien wpierw rzucić swoje zaklęcie tropiące. W ten sposób, jeśli zdecydują się 
uciec, uda nam się ich wyśledzić. Następnie zamiast zabijać, spróbujemy ich 
przestraszyć. Łatwiej będzie ich wytropić, inaczej mogą zniknąć w jednej chwili.

—Dobry pomysł, stwierdziła Camille obracając się do Roza.  Do dzieła!

Słowa które wypowiadał brzmiały jak greka. Po pewnym czasie nastąpił niewielki 
błysk a następnie cisza.

Wpatrując się w demony, zmrużył oczy.

—Myślę że to działa.

—Tak, odparła Camille skinąwszy głową. Widzę to w ich aurach. Cóż, jak ich śledzić 
by nas nie zauważyli?

—Twoje piękne światło pochodni, jakże by inaczej? odrzekłam uśmiechając się. Przy 
odrobinie szczęścia i dzięki twoim zdolnościom, zabłyśniesz niczym słońce.

—Och tak, to byłoby świetnie, odparła sarkastycznie. OK, schowaj się za kimś.

Przyniosłam róg (to powiedziawszy zanurzyła rękę w kieszeni wyciągając z niej 
czarny róg jednorożca. Kryształ zabłysł, mieniąc się pokrywającymi go srebrno 
złotymi pajęczynami nici). 

—O tak, kochani! Przygotujcie się na cierpienie!

background image

Nagle zdałam sobie sprawę, że moja siostra pokochała smak walki. Być może trochę
bardziej niż powinna... Ale co mogłam na to powiedzieć? Sama nigdy nie 
odmówiłam sobie tej drobnej przyjemności jaką było upuszczenie komuś odrobiny 
krwi. W rzeczywistości obserwując jej przygotowania zdałam sobie sprawę, że nigdy 
nie zdołamy wrócić do tego co było dawniej. Nigdy już nie będziemy takie jak zaraz 
po przybyciu tutaj. Jeśli powróci pokój, to czy będzie tutaj dla nas miejsce? Czy 
może powinniśmy się wycofać i odejść na emeryturę? Czy znaleźć nowych 
towarzyszy broni? Lub odnaleźć inne miejsce gdzie byłybyśmy potrzebne?

Kręcąc głową by oczyścić umysł spojrzałam na Flama, który uchylił poły swego  
płaszcza.

—Wejdź do środka, powiedział z lubieżnym uśmieszkiem.

Cofnęłam się, ale on tylko się roześmiał.

—Nie pochlebiaj sobie i nie bierz swoich własnych pragnień za rzeczywistość. Ukryj 
się wewnątrz płaszcza, a ochronię cię przed światłem.

—Nie martw się Nana, wtrąciła Camille prychnąwszy. Mój mąż oferuje ci swoją 
ochronę. Radzę byś ją przyjęła.

—Nie martw się Nana? To z jakiegoś video SCA [The Society For Creative 
Anachronism, przyp. tłum.] na YouTube?

—Nie śmiej się z nich! Mają świetne ubiory, rzuciła pokazując mi język.

—Nie daj się prosić i po prostu zrób to.

—Tak, tak, odparłam kręcąc głową i przyglądając się gigantycznej jaszczurce.

Tak oto znalazłam się pod ochroną nieskazitelnie białego płaszcza Flama. Gdy wziął 
mnie w ramiona, poczułam się całkowicie odizolowana od świata, otoczona jego 
piżmowym zapachem.

Musiałam przyznać że był uroczy, choć sama nigdy nie zniosłabym jego zazdrości i 
wybujałego ego. Camille przyjęła to z uśmiechem. Flam poświęcił dla niej więcej  
niż ktokolwiek inny. Postanowiłam że go nie ugryzę za jego wcześniejszy komentarz.

—Hej! Wy brudne zdegenerowane kałamarnice! Przywleczcie tu swoje tyłki i 
walczcie z nami!

Kiedy tam stałam, ukryta w cieniu jego płaszcza, usłyszałam Camille i skrzywiłam 
się. Dlaczego musiała ściągać na nas ich uwagę? Dlaczego po prostu nie rzuciła 
swojego zaklęcia?

background image

Nagle poczułam ruch, a następnie rozległ się głośny trzask, niczym grzmot. Pomimo 
grubej tkaniny, błysk prawie mnie oślepił. Nie zastanawiając się, instynktownie 
wtuliłam głowę w jego pierś, a on mruknął z satysfakcją.

—I proszę, kto jest tutaj lepszy, szepnął a ja zdałam sobie sprawę, że mówił o 
Camille.

Kiedy światło zniknęło, odchylił płaszcz by mnie wypuścić. Posłałam mu nieśmiały 
uśmiech, na co on odpowiedział skinieniem głowy po czym skupił swoją uwagę na 
Camille.

—Wszystko w porządku, kochanie?

Z włosami falującymi na wietrze, roześmiała się.

—Więcej niż dobrze, odpowiedziała (adrenalina wciąż krążyła w jej żyłach). Roz, 
czy zaklęcie tropiące działa?

Zamknął oczy i uniósł ręce.

—Tak, działa, odparł skinąwszy na nas. Musimy się pospieszyć, inaczej go zgubimy. 
Po tych słowach rzucił się w pogoń niczym wiatr. A zaraz za nim Flam i Vanzir. 
Camille złapała mnie za rękę i obie pognałyśmy za nimi przez mgły.

Bieganie na planie astralnym było dla mnie nowym  doświadczeniem. Będąc szybkie 
na planie fizycznym, tutaj niemal leciałyśmy.

Camille szybko dogoniła Flama i Vanzira, puszczając moją dłoń bym z nimi została, 
a sama wznowiła pościg za Rozem i zrównała się z nim.

Szczęka mi opadła. Jak to możliwe by mogła biec tak szybko?!

Ależ oczywiście! Polowanie! Camille była przyzwyczajona do comiesięcznych 
pościgów po niebie z Matką Księżyca. Nawet jeśli nie mogła sama się tu dostać, 
wiedziała jak się poruszać po różnych królestwach. Podczas pełni Księżyca, jej 
bogini przenosiła ją na plan astralny.

Gdy oboje z Rozem zniknęli w oddali, Flam się skrzywił.

—Musimy ich dogonić za wszelką cenę. Nie możemy pozwolić im dotrzeć do celu 
pierwszym, bez naszego wsparcia.

—Jeśli o mnie chodzi, z łatwością ich dogonię, odrzekł Vanzir. Natomiast co do was 
nie jestem już taki pewien.

background image

—Nie jeśli polecę, powiedział Flam i bez ostrzeżenia przemienił się w smoka.

Gdy rozwinął swoje gigantyczne skrzydła, cofnęłam się. Nie tracąc czasu spojrzał na 
nas:

—Wskakujcie!

Jego mlecznobiałe ciało falowało w astralnym powietrzu niczym wąż. Odepchnęłam 
swój strach. Flam był ogromny! Przyzwyczajona do jego ludzkiej postaci, 
zapomniałam jak wyglądał w swojej naturalnej formie.

—Chodź kochanie, powiedział Vanzir, następnie chwycił mnie za ramię i usadził 
przed sobą na grzbiecie bestii i objął w talii.

Flam zachichotał, po czym zaczął trzepotać skrzydłami coraz szybciej i szybciej.  
Znaleźliśmy się w powietrzu prędzej niż mogłam to sobie wyobrazić. Nigdy 
wcześniej nie siedziałam na grzbiecie smoka. Szczerze mówiąc, nigdy nie leciałam 
samolotem. W każdym razie Flam był o wiele szybszy od mojego Jaguara.

Obserwując wirującą mgłę pokrywającą cały plan astralny, zdałam sobie sprawę z 
absurdalności sytuacji: wampir siedzący na grzbiecie męża swojej siostry który jest 
smokiem, opierający się o demona snów który oplata go ramieniem w pasie, 
ścigający mięczaka pożywiającego się życiową energią.

Wybuchnęłam śmiechem ale po chwili śmiech zamarł mi na ustach, gdy  
przypomniałam sobie że Delilah jest zamknięta w bezpiecznym pomieszczeniu 
Voyagera a liczba ofiar Karsetii stale rośnie.

Vanzir zacieśnił uścisk.

—Jesteśmy do siebie podobni, szepnął mi do ucha. Jesteśmy tacy sami, powiedział 
grobowym głosem.

Wiedziałam że czeka na moją reakcję, ale nie odpowiedziałam mu. Co miałabym mu 
powiedzieć? Miał rację. Nie mogłam zaprzeczać prawdzie.

Flam zanurkował w powietrzu, zbliżając się ku ziemi. Po chwili, tuż poniżej, 
dostrzegłam Rozuriala i Camille. Oboje byli na „autopilocie” i nawet nie zauważyli 
naszej obecności.
Żadne z nich nie zwracało uwagi na drugie, byle do przodu! Camille miała szalony 
wyraz twarzy... zbliżała się pełnia; Camille prawdopodobnie już czuła jej energię. 
Pogoń za zwierzyną na planie astralnym jedynie wzmocniła jej pasję.
Dotyk rąk Vanzira zaczął mnie palić. Nie mogłam się powstrzymać i oparłam się o 
niego. Przyłożył usta do mojej szyi, gryząc mnie lekko.

background image

—To naprawdę nie jest najlepsze miejsce ani czas! zawołałam próbując wyzwolić się 
od szaleństwa które nami zawładnęło. 

—Nie dajcie porwać się energii!

 

ryknął nagle Flam. Odczuwacie jedynie burzę 

hormonów targające Camille i Rozem. Biegną tak szybko, że pozostawiają za sobą 
chmurę feromonów. Jedyną rzeczą której się obawiam, zanim nie uporamy się z 
Karsetii to to, że jeden inkub zbliży się zanadto do mojej żony! Wytrzymajcie jeszcze 
trochę!

Kręciło mi się w głowie. Próbowałam uwolnić się z jego uścisku ale ten chwycił 
mnie mocniej i przyciągając mnie do siebie, całował moją szyję, ramiona i policzki. 
Obróciłam się chcąc go odepchnąć, gdy nagle zaskoczył mnie wir kolorów w jego 
oczach. Przyłożywszy usta do moich, zmienił naszą pozycję ustawiając mnie twarzą 
do siebie. Następnie spoczął na mnie i dociskając swoje biodra do moich, pocałował 
mnie tak głęboko, że poczułam jak się zapadam... jego usta zdawały się pożerać moje 
od wewnątrz. Pasja stopniowo rosła, grożąc porwaniem mnie. Nagle z zaskoczeniem 
dotknęłam czubkiem języka swoich kłów. Były schowane.

—Pozostaną takie, chyba że zechcesz inaczej, szepnął Vanzir. Kiedy kochasz się z 
prawdziwym demonem, znacznie łatwiej jest ci kontrolować swoją naturę. I nie będę 
próbował pozbawić cię energii, tak jak robię to normalnie z kimś kto nie posiada 
demonicznego dziedzictwa.

—Spróbuj tylko, a zanim się zorientujesz będziesz martwy! zagroziłam.

Uciszył mnie, całując. Następnie jego palce wywalczyły sobie drogę do zapięcia 
moich dżinsów. Pragnęłam go. Chciałam by mnie rozebrał i wziął tutaj, na grzbiecie 
Flama... ale byliśmy w trakcie bitwy. Musieliśmy zachować całą naszą energię. 

—Nie! Musimy być gotowi do walki! Nie możemy zrobić tego tutaj. Nie teraz! 
Później. Naprawdę cię pragnę, przyznałam opierając ręce na jego klatce piersiowej.

Jego puls nie był normalny. Gdy spojrzałam mu w oczy, jego wargi zadrżały i polizał 
mnie po nosie.

—Wiem, odparł zadowolony z siebie. Nigdy mi nie kłam o swoich uczuciach. Oboje 
jesteśmy demonami. Zostaw kłamstwa dla tych, którzy nie mogą mieć tego czego 
pragną, lub tych którzy nie są wystarczająco silni, by brać życie takie jakie jest.

Razem możemy dzielić się przyjemnością, nie martwiąc się bezpieczeństwem 
drugiego. Gdy wstał, uniosłam głowę by spojrzeć mu w oczy:

—Myślałam że nie lubisz kobiet? spytałam.

—Wiesz że jestem z Nerissą?

background image

—Tak, wiem też że coś się dzieje pomiędzy tobą a Rozurialem. Co się tyczy kobiet i 
mężczyzn... jestem taki jak ty. Wybieram swoich partnerów w oparciu o to czy mnie 
pociągają , a nie o to jakie mają wyposażenie, przyznał ponuro. Karvanak nie był 
moim wyborem. Ale teraz nie żyje. Mam nadzieję że popadnie w zapomnienie. To jak 
mnie potraktował, nie znaczy iż nie doceniam towarzystwa ładnych chłopców od 
czasu do czasu.

Wtedy zrozumiałam co miał na myśli... oboje byliśmy do siebie bardziej podobni niż 
myślałam. Oboje byliśmy torturowani przez sadystę. W moim przypadku Dredge 
przemienił mnie w wampira, co nie znaczy że Vanzir również nie miał ukrytych 
blizn. To prawda, on był już demonem, ale również starał się zapanować nad swoimi 
instynktami. A Karvanak użył ich przeciwko niemu. Wzięłam go za rękę.

—Jesteśmy tacy sami. Ale nie zapominaj... że większość z naszych towarzyszy 
również przeszła przez piekło w swoim życiu. Delilah nigdy nie prosiła się by stać się 
narzeczoną śmierci. Camille zawsze była duchowym wsparciem dla wszystkich, a 
teraz jeden z jej kochanków, Trillian, zniknął. Rozurial był świadkiem jak Dredge 
wymordował całą jego rodzinę. A bogowie zniszczyli jego małżeństwo. Nawet Chase 
był torturowany przez Karvanaka! Nie ma w nas nic szczególnego Vanzir... oprócz 
faktu, że rozumiemy się nawzajem.

—Hej, tam na górze! wykrzyknął nagle Flam. Wygląda na to, że Camille i inkub coś 
znaleźli!

Odwróciłam się, spojrzawszy w kierunku który wskazał Flam. Przechylił głowę na 
bok, pozwalając nam zobaczyć więcej poprzez chmury. Czułam jak żołądek mi się 
wywraca.

Klony Karsetii kierowały się w kierunku czarnego portalu otoczonego runami w 
kształcie niebieskich płomieni. Rozpoznałam je natychmiast! Demoniczne runy! Te 
same które widziałam na ścianie w pokoju Larrego.

—Jasna cholera! Portal! zawołałam. Każdy może przez niego przejść!

—To nie jest zwykły portal, odparł Vanzir zaciskając uścisk wokół mojej talii (ale bez 
tej wcześniejszej pasji). To demoniczne wrota.

—Co?? Kto je otworzył?!
Obserwowałam runy jak migotały w astralnej bryzie. Camille i Roz spojrzeli na 
zbliżające się w naszym kierunku klony.

—Nie wiem... ale mamy problem, rzucił Vanzir. Runy nie są dobrze uformowane. 
Mamy do czynienia z idiotą który nie ma kontroli nad tym co się dzieje.

—Jeśli dobrze rozumiem, Karsetii zostali wezwani, ale ktokolwiek to zrobił…

background image

—Ten kto ich wezwał, powiedział wolno Vanzir, nie ma żadnej kontroli ani władzy 
nad stworzeniami które wezwał. Wrota są wciąż aktywne i otwarte.

—I kto wie co nas czeka po drugiej stronie.

Flam odchrząknął, szykując się do lądowania. Gdy stanął na ziemi, Vanzir i ja
zeskoczyliśmy i pobiegliśmy do Camille i Roza. Flam przekształcił się w mgnieniu 
oka. Jego włosy automatycznie zaplotły się w warkocz. Patrzyliśmy jak klony 
uciekają w stronę wrót. Jasne światło towarzyszące przemianie Flama zdawało się im 
przeszkadzać.

Gdy tamci zniknęli, przyjrzałam się dokładniej runom, zwracając szczególną uwagę 
na to jak zostały namalowane: piórem zanurzonym we krwi. Tak zwykle się to robiło.

Normalnie czarodziej używał do tego wysuszonej skóry żywej istoty: człowieka lub 
wróżki.

Vanzir przechylił głowę na bok.
 
—Spójrzcie na runę po lewej stronie. Zwykle stosuje się ją by wezwać stworzenia 
ognia, ale ta ma w sobie jeden mały błąd...

—Co to znaczy? spytała Camille. Nie posunęłam się aż tak daleko w badaniach 
demonicznej magii.

—Zakrzywiona linia, o tutaj, oznacza „stworzenie z głębin”, odparł Vanzir kręcąc 
głową. Prawdziwa fuszerka. Ktokolwiek to zrobił, nie jest prawdziwym 
czarodziejem, to mogę wam powiedzieć. 

Wiedziałam kto namalował te runy...

—Widziałam ten błąd już wcześniej. Na ścianie w pokoju Larry'ego i na jego kostce. 
To Harold i Partyzanci Dantego! To oni przywołali Karsetii!

—Partyzanci Dantego? wybełkotała Camille. To dlatego obaj śmierdzieli demonem!

—Ale dlaczego mieliby robić coś takiego?
—Nie wiem, ale musimy się tego szybko dowiedzieć. Bo nawet jeśli zamkniemy te 
wrota, to istnieje duża szansa że otworzą się kolejne. A kto wie kogo przywołają 
następnym razem! 

Podczas gdy przyglądaliśmy się demonicznym wrotom, otaczające nas mgły wypełnił 
niski, dudniący hałas. Mój żołądek się wywrócił.

—Mamy problem, rzuciłam. Czy wy również czujecie jak się zbliżają?

background image

Vanzir i Camille skinęli głowami i wszyscy cofnęliśmy się robiąc krok w tył. 
W samą porę!

Nagle w progu ukazał się ogromny Karsetii, cztery razy większy od tych z którymi 
walczyliśmy.

—To mamusia kochani! Myślę że przyszła zagrać z nami w piłkę!

Camille wyjęła róg jednorożca.

—Ukryjcie się! krzyknęła.

Karsetii szedł prosto na nią...

background image

Rozdział 19

—Jasna cholera! skoczyłam ku Camille zmuszając ją aby się cofnęła. Wynoś się 
stamtąd natychmiast! wrzasnęłam.

Camille odwróciła się i wzięła nogi za pas, byle jak najdalej od demona który deptał 
jej po piętach. Albo wyczuł jej magiczną energię albo był zainteresowany jej rogiem. 
Co by to nie było, starał się dosięgnąć ją swoimi mackami. Nie było czasu do 
stracenia. Stwór poruszał się w powietrzu równie zgrabnie jak kałamarnica w wodzie. 

Flam rzucił się na niego, na powrót przybierając postać smoka. Tymczasem Rozurial 
wyciągnął swój długi srebrny miecz i ruszył na stwora z Vanzirem depczącym mu po 
piętach. Postanowiłam pomóc Camille. Może i poruszała się szybciej na planie 
astralnym ale ja byłam od niej silniejsza. Skoczyłam, stając między nią a 
kałamarnicą. 

Demon zmierzał prosto na mnie. Czekałam. Mógł mnie wysłać bez problemu w 
powietrze ale nie zdoła wypompować mojej energii życiowej... Zgadnijcie dlaczego? 
Nie miałam żadnej. Gdy zrównał się ze mną i zwolnił nieznacznie, wykonałam obrót 
i kopnęłam go z całej siły. Moja stopa trafiła go prosto w oko. Usłyszałam jego 
krzyk. Mimo że uderzenie było mocne, to i tak było ono mniej brutalne niż pozostałe. 
Może dlatego że demon był bardziej wrażliwy od swoich dzieci?

Karsetii zawył ponownie. Przeturlawszy się, wygięłam plecy by wstać. Flam był 
teraz na nim. Chwyciwszy jego dużą głowę w paszczę, począł potrząsając nim jak 
pies który złapał szczura. Będąc pod wrażeniem ale i przerażona, cofnęłam się o 
krok.

Camille westchnęła i odwróciwszy się do mnie, krzyknęła: 

—Menolly! Uciekaj jak najdalej! Postaram się go usmażyć!

Pobiegłam ile sił w nogach, niemal wpadając na Roza który rozglądał się wokół 
gotów do ataku. Vanzir natomiast stał z boku z rękami skrzyżowanymi na
klatce piersiowej i obserwował walkę.

Kiedy go mijałam, niespodziewanie powalił mnie na ziemię przygniatając swoim 
ciałem. Podejrzewałam że jego gest nie był całkowicie altruistyczny ale nie byłam na 
pozycji by narzekać. 

Tak długo jak nie zostanę usmażona przez własną siostrę, całkowicie mi to 
odpowiadało.
 
—Flam, cofnij się! 

background image

Jej głos odbił się echem przez mgłę. Wywnioskowałam że jej posłuchał, a ona 
zaczęła monotonie śpiewać. Nagle ogarnęła nas fala ciepła. Karsetii wrzasnął 
przeraźliwie. Z pozycji w jakiej byłam, ujrzałam palącego się niczym pochodnia 
demona, uciekającego w kierunku demonicznych wrót. Te następnie zapulsowały po 
czym nastała cisza.

Kiedy usiadłam, ujrzałam Camille pokrytą sadzą i szlamem. Gdy się skrzywiła,   
zdałam sobie sprawę, że w wyniku eksplozji ona również doznała poparzeń. 
Podbiegłam do niej ale Flam był szybszy. Gdy wziął ją w ramiona, jęknęła. Miała 
oparzenia na rękach i nogach. Nie wyglądało to groźne ale musiało cholernie boleć.

—Musimy się tym zająć zanim wda się zakażenie, zauważył.

—Weź ją z powrotem na drugą stronę. Jesteśmy już w FH-CSI. Tam będą mogli się 
nią zająć. Tymczasem ja, rzekłam zwracając się do Roza, będę musiała zabrać się z 
tobą. 

—Nie, Roz nie jest w tym wystarczająco dobry. Może wziąć Vanzira ale nie ciebie. 
Poczekajcie tu na mnie grzecznie, powiedział Flam po czym zniknął z Camille.

Opadłam na ziemię. Nie byłam zmęczona ale cała ta sytuacja wypompowała moją 
energię.

—Nie podoba mi się to. Nie wiemy czy stwór umarł czy nie.

—Żyje, odrzekł Vanzir. Ale jest poważnie ranny.

—Świetnie, to oznacza że mamy rannego demona na ogonie. I grupę studentów 
zdolnych otworzyć demoniczne wrota. Moja siostra jest ranna... znowu. Spojrzałam 
na Roza który wyciągnął do mnie rękę. Przyjęłam jego pomoc by wstać.

—Nic nie możesz na to poradzić, powiedział podchodząc bliżej.
Vanzir obserwował nas z pytającym wyrazem twarzy.

Nie byłam pewna co zrobić. W ciągu jednego dnia zdecydowałam się spać z oboma,
 a teraz co? To nie tak bym czuła się winna z tego powodu. Jeśli im się to nie podoba, 
trudno. Na dzień dzisiejszy moje serce należało do Nerissy. Ale jak miałam sobie z 
tym wszystkim poradzić? Łóżko Camille wydawało się rozrastać za każdym razem 
gdy brała sobie nowego kochanka, podczas gdy ja sama nie wiedziałam jeszcze czy 
chcę dzielić z kimś moje. Nie miałam problemu z wejściem do ich, tak długo jak 
żaden z nich nie będzie wymagał ode mnie zaangażowania. Poza tym jeden partner 
naraz w zupełności mi odpowiadał.

Flam wybrał akurat ten moment by się pojawić. 

background image

—Chodź Menolly, zabiorę cię na drugą stronę. Gdy do niego podeszłam, Roz i Vanzir
zdążyli zniknąć. Flam dał mi znak bym się zatrzymała.

—Chciałbym przez chwilę z tobą porozmawiać, sam na sam. 

—O co chodzi?

Jego poważny ton zaniepokoił mnie. 

—Pójście do łóżka z demonem byłoby poważnym błędem, ostrzegł mnie.

—Z którym? spytałam. Sama jestem demonem. Podobnie Roz. I Vanzir…

—Mam na myśli Vanzira. Rozurial jest inkubem i choć mnie wkurza, jest nam bardzo 
pomocny i wie jak się zachować. Vanzir natomiast pozostaje dziki, pomimo więzi 
która łączy go z tobą i twoimi siostrami. Nim zdecydujesz się przed nim otworzyć, 
pomyśl dwa razy.

Patrząc mu w oczy, ujrzałam promyk życzliwości. 

Zazwyczaj Delilah i ja byłyśmy dla niego niczym pasożyty. Jasne, był bardzo miły, 
ale obie doskonale wiedziałyśmy że gdyby nie Camille, nigdy by nam nie pomógł. 
Mimo to jego wyraz twarzy... wyglądał jakby faktycznie się o mnie martwił.

—Dlaczego mi to mówisz? Dlaczego cię to obchodzi? 

Zaśmiał się nisko i gardłowo.

—Jesteś siostrą mojej żony, a smoki przywiązują do rodziny dużą wagę. Ja tylko chcę 
chronić swoją rodzinę. Chodź, wracajmy do szpitala by zobaczyć jak się ma Camille. 
Musi pozostać w dobrym zdrowiu, o ile pewnego dnia ma zostać matką moich dzieci. 

—Co takiego? zawołałam przyglądając mu się. 

—Camille nie może zajść w ciążę ze smokiem!

—Zawsze istnieje sposób, odpowiedział uśmiechając się. Uwierz mi, istnieje wiele 
sposobów na poradzenie sobie z tym problemem. Ale nie chcę abyś jej o tym teraz 
mówiła. Ma powody by się martwić. Mówię o bardziej odległej przyszłości.

Gdy otoczył mnie ramionami, nadal byłam oszołomiona nowiną. Wszystko 
wydawało się jaśniejsze. Flam zatwierdził sobie Camille. Był nie tylko jej 
kochankiem i mężem ale miał wobec niej poważne plany. Obie z Delilah również 
byłyśmy z nim związane ale nie sądziłam że będzie traktował to w ten sposób. Morio 
i Trillian z pewnością myśleli podobnie, bo obaj zdecydowali się nam pomagać. 

background image

Nagle poczułam się mniej samotna. Zamknęłam oczy, pozwalając przenieść się poza 
plan astralny i dołączyć do Camille.

Na miejscu zastałam Camille siedzącą na łóżku i krzywiącą się gdy Sharah czyściła  
jej oparzenia, które nie były już tak czerwone i zaczynały się goić. Co nie znaczy że 
nie były bolesne.

—Nie będziesz miała blizn jeśli nałożymy tę maść i podamy Tagot, powiedziała 
Sharah (Tagot był naturalnym antybiotykiem, który sprawdzał się zarówno w 
wypadku ludzi jak i wróżek). Zanim lek nie zacznie działać, chcę abyś przez następne 
dwadzieścia cztery godziny odpoczywała. Nie możemy ryzykować pogorszenia 
twojego stanu. 

—Ale Menolly mnie potrzebuje... zaczęła Camille. 

—Nie, odrzekł Morio stanowczym tonem. Teraz kiedy pozbyliśmy się Karsetii, 
Delilah może pomóc Menolly. Być może wróci, ale nieprędko. Według Roza 
potrzebuje on czasu aby się zregenerować.

—Lis ma rację, wtrącił Flam podchodząc do Camille. Będziesz odpoczywać. W 
przeciwnym razie własnoręcznie przywiążę cię do łóżka.

—Jakby to było coś nowego, mruknął Morio, uśmiechając się. Doskonale wiesz że 
wszyscy pomożemy Menolly.

—Nie, nie wszyscy. Ktoś

 

musi zostać z Iris i Maggie jak również z Camille, bo nie 

może ona walczyć. Morio zostań z nią. Flam i Roz mogą poruszać się na planie 
astralnym. Potrzebuję ich obu. Podobnie jak Vanzir'a i jego demonicznej wiedzy. 
Więc tym razem zostajesz.

—Nie ma problemu, odparł Morio skinąwszy głową.

—OK, zacznijmy od początku: wiemy, że Harold Young wezwał demony. Musimy 
zakraść się do jego domu i dowiedzieć się co w nim ukrywa (spojrzałam na zegar, 
była północ). Mamy czas. Zawiniemy o bar i weźmiemy Delilah. Harold nie 
spodziewa się zobaczyć nas tak szybko. Przy odrobinie szczęścia, jego przyjaciele 
poszli poimprezować.

—Będę towarzyszył Camille i Morio do domu, powiedział Chase. Ucałuj ode mnie 
Delilah.

Vanzir i Roz ruszyli za mną do wyjścia. Nadszedł czas by znaleźć kilka odpowiedzi i 
rozwikłać tę zagadkę.

background image

Kiedy otworzyłam drzwi, Delilah podskoczyła gwałtownie. Leżała na kanapie, zajęta 
podjadaniem Cheetos i oglądaniem dvd „Szkoła rocka” Jacka Blacka. O tak, to był 
mój kotek w całej swojej krasie. Uśmiechając się szeroko, wytarła dłonie o dżinsy. 

—Dorwaliście go? Mogę wyjść? spytała biorąc mnie w ramiona. 

—Cóż, nie zabiliśmy go ale szybko nie wróci. Camille go podsmażyła. Mamy robotę 
do wykonania. Weź swój płaszcz, wynosimy się stąd. 

Po drodze wtajemniczyłam ją we wszystko. 

—Podsumowując, za ten bałagan odpowiedzialni są Partyzanci Dantego.

—Dokładnie. Na dodatek spartaczyli robotę.

—Od czego zaczniemy? spytała Delilah spojrzawszy na mężczyzn.

—Bez urazy chłopaki ale Menolly i ja jesteśmy o wiele dyskretniejsze niż wy. 
Możemy zakraść się tam bez problemu - ale same. Z wami trzema cała akcja weźmie 
w łeb.
Flam warknął nic nie powiedziawszy, Roz westchnął, natomiast Vanzir uśmiechnął 
się kpiąco.

—Oto co zrobimy.

Zaparkowałam samochód jedną przecznicę od domu.

 —Delilah j ja zakradniemy się do domu. W międzyczasie wy trzej zostaniecie na 
czatach. W razie kłopotów będziemy was potrzebowały. Delilah ma rację, nie 
powinniśmy wchodzić tam wszyscy dopóki nie dowiemy się z czym mamy do 
czynienia. Trzymajcie się blisko domu i miejcie oko na to co się dzieje.

Mimo iż nie podobał mi się pomysł rozdzielenia, to jednak Delilah miała rację: z 
nimi trzema nigdy nie uda nam się tam wejść. Kiedy się kłócili, byli gorsi od stada 
gęsi.

—Nie podoba mi się to, powiedział Roz. Już raz nam się udało... pamiętacie 
vénidémons?

—Przepraszam! przerwałam mu. Ty się tam nie wkradłeś! Jak mi wiadomo, 
rozwaliłeś drzwi i zaalarmowałeś wszystkich o waszej obecności. Ta misja wymaga 
subtelności. Wy trzej pozostaniecie na straży i pomyślicie zanim coś zrobicie! 
(potrząsnęłam głową). Lub przynajmniej spróbujecie!

Wysiedliśmy z samochodu i pod osłoną drzew ruszyliśmy w stronę domu bractwa. 

background image

Ku mojemu zaskoczeniu, Flamowi udało się wtopić w tło. Była prawie pełnia. 

Okrążając dom, szukaliśmy najbezpieczniejszego wejścia. Po chwili Roz
wskazał na coś po lewej stronie ganku. Było tam wejście pod schodami. Bingo.

—W porządku. Miejcie oczy otwarte i nie pozwólcie by ktoś was zobaczył.

Otworzyłam cicho drzwi. Komórka była o dobre trzydzieści centymetrów wyższa ode 
mnie. Skinęłam Delilah by uważała na głowę, a następnie wsunęłam się do środka. 
Delilah zrobiła to samo, zamykając za sobą drzwi. Nie widziałyśmy za dobrze w 
ciemności, choć ze względu na naszą naturę byłyśmy przyzwyczajone do słabego 
oświetlenia. Dzięki światłu księżyca sączącemu się na schody, w oddali ujrzałyśmy 
zarys innych drzwi prowadzących bezpośrednio pod dom.

Pociągnęłam za uchwyt, drzwi wyglądały na zamknięte. Już miałam wyłamać zamek, 
gdy powstrzymała mnie Delilah. Grzebiąc w kieszeni wyjęła wytrych.
Po otwarciu drzwi, znalazłyśmy się po drugiej stronie. Zakurzona piwnica nie była 
niczym zaskakującym. Co wzbudziło nasze zainteresowanie, to ślady stóp na ziemi. 
W podłodze dojrzałyśmy otwór który miał na oko trzy metry głębokości, a w nim 
drabinę. Zajrzałam w głąb otworu który prowadził do tunelu, który wydawał się 
pusty.

Korytarz oświetlały zawieszone na suficie lampki choinkowe. Były też inne, w 
okolicach podłogi. Gestem nakazałam Delilah by się nie ruszała, sama wsłuchując się 
w otocznie. Delilah również zamknęła oczy i postawiła uszy. Tworzyłyśmy świetny 
zespół, choć Camille z jej zdolnością wyczuwania magii bardzo by nam się przydała.

—Słyszysz coś? szepnęłam. 

—Nie, nic, odparła Delilah kręcąc głową.

—OK, więc chodźmy.

Ruszyłam, stawiając ostrożnie kroki na deskach. Kto wie co się pod nimi kryło? 
Okolice zamieszkiwały ślimaki viromortis. Nie wspominając o innych stworzeniach, 
niekoniecznie magicznych, które mogły być źródłem kłopotów. Na przykład pająki 
lub szczury.

Poruszając się tunelem, zastanawiałam się jak długo istniał? Harold odziedziczył dom 
cztery lub pięć lat temu, jednak przejście i drewno użyte do chodników wyglądały na 
znacznie starsze. Ściany były brudne, w sposób jaki mógł sprawić tylko czas. Jakby 
czytając w moich myślach, Delilah szepnęła:

—Czuję jak stare jest to miejsce... i śmierć. Dużo śmierci, zadrżała.

background image

—Nie podoba mi się to, Menolly. Ta ziemia wchłonęła wiele bólu. Camille z 
pewnością wyczułaby więcej ode mnie. Wszystko wokół emanuje cierpieniem.

Zamknęłam oczy, starając się wyczuć to co ona. Zwykle nie miało to sensu,
ale tym razem wyczułam obecność energii z którą byłam zaznajomiona.

—Idziemy dalej.

Starałam się ocenić, jak głęboko pod ziemią się znajdowałyśmy. Prawdopodobnie 
cztery do sześciu metrów pod domem. Ale miałam wrażenie, że nie dotarłyśmy 
jeszcze do celu. W jaki sposób stropy były w stanie to utrzymać?

Po chwili dotarłyśmy do skrzyżowania. Tunel się rozgałęział, skręcając w prawo i w 
lewo niczym skorupa muszli. Istny labirynt korytarzy i tuneli. Pamiętając położenie 
domu, zrozumiałam że idąc na lewo znajdziemy się dokładnie tuż pod drogą.

—Kanały? szepnęła Delilah.

Oczywiście! Dałam znak Delilah by się nie ruszała, a sama ruszyłam dalej tunelem 
natrafiając na drzwi. Otworzyłam je ostrożnie. Zgodnie z oczekiwaniami, w 
powietrzu rozszedł się smród ścieków. Patrząc w górę, ujrzałam żelazne kraty 
blokujące dostęp do włazu. Tak więc ta część tunelu dawała dostęp do ulicy poniżej.

Pobiegłam z powrotem do Delilah, dzieląc się z nią moim odkryciem. 

—Ale do czego są im potrzebne? Dlaczego nie korzystać z frontowych drzwi? 
spytała.

—Może nie potrzebują z nich korzystać. Być może ten kto tu wcześniej mieszkał, 
miał swoje powody? To idealne rozwiązanie dla drapieżnika lub seryjnego mordercy.

Delilah zadrżała.

—Nie podoba mi się to. Ta grupa i bez tego jest wystarczająco przerażająca. 

—Pamiętaj że wszyscy członkowie Partyzantów Dantego wybierani byli z pokolenia 
na pokolenie.

—Zastanawia mnie jak daleko wstecz sięga ich tradycja... wcześniej dom należał do 
jego wuja, którego ktoś musiał przecież nauczyć wszystkich tych obrzędów. Jakoś nie 
sądzę by nauczył się tego z gier.

Kiedy ruszyłyśmy dalej skręcając na prawo, Delilah położyła rękę na moim ramieniu.

background image

—Jedna minuta, mój telefon wibruje. Ktoś do mnie dzwoni. Nie mogę uwierzyć że 
jest tutaj zasięg. Z pewnością musieli zainstalować przekaźnik gdzieś w pobliżu.

Odebrała, mówiąc półgłosem.

—Tak, wszystko w porządku (szybko opisała gdzie jesteśmy). Zrozumiałam że 
rozmawia z Flamem lub Rozem. Po chwili się rozłączyła. To był Flam, chciał 
wiedzieć dlaczego się nie odzywamy.

—Och na miłość boską!  On naprawdę zachowuje się jak nasz starszy brat! 
zawołałam krzywiąc się.

Delilah zaśmiała się cicho. 

—Szczerze mówiąc, podoba mi się to.

—Nie dziwię się, rzuciłam z przekąsem. Dobra, sprawdźmy co się znajduje poniżej. 
Tunel zamienił się w schody schodzące spiralą w dół. Ujrzałam metalowe drzwi, 
które z pewnością prowadziły do nowego tunelu.

Do tej pory straciłam orientację jak głęboko byłyśmy pod ziemią. Aczkolwiek był tu 
swobodny przepływ powietrza.

Spojrzałam w górę, spodziewając się ujrzeć wentylatory i faktycznie! Było ich więcej 
niż jeden i znajdowały się co trzy metry. Ten kto zaprojektował to miejsce, nie robił 
niczego połowicznie. I musiał być bardzo zamożny. Zatrzymałam się na dole 
schodów i przycisnęłam ucho do ściany. Delilah dołączyła do mnie i razem 
czekałyśmy nadsłuchując. Z oddali doszły nas szmery i głosy. Nie potrafiłam ustalić 
jak daleko byli ich właściciele ale byłam gotowa się założyć, że te glosy nie należały 
do nikogo dobrego. Musiałyśmy być ostrożne. Niestety, nawet z uszami 
przyciśniętymi do drzwi, nie byłyśmy w stanie nic zrozumieć. 

Spojrzawszy na Delilah, powoli obróciłam gałkę i cicho otworzyłam drzwi.
Niespodziewanie uderzył w nas nagły prąd powietrza. Tunel który sobie 
wyobrażałam, nie istniał. Zamiast niego znalazłyśmy się w podziemnym kompleksie. 
Wzdłuż ściany biegło takie samo oświetlenie jak poprzednio. Korytarz wiódł prosto, 
a na jego końcu znajdowały się kolejne drzwi.

Cholera! Nie było wątpliwości, wpakowałyśmy sie w coś wielkiego, albo w coś co 
kiedyś było wielkie. Gdzieś przed nami słyszałam głosy świadczące o tym, że 
miejsce to nie zostało porzucone. Do kogokolwiek należały głosy, sprawiły że 
dostałam gęsiej skórki.

Delilah położyła rękę na moim ramieniu, wskazując ruchem głowy na inny korytarz. 
Wzruszyłam ramionami.

background image

A teraz, skoro doszłyśmy już tak daleko, mogłyśmy sprawdzić co takiego knują 
Partyzanci Dantego...

background image

Rozdział 20

Usłyszałyśmy nie tyle głosy co śpiew, który był po łacinie lub w innym archaicznym 
języku. Ponadto dołączył do niego dźwięk średniowiecznych instrumentów. Czułam 
jak muzyka przyciąga mnie do siebie. Melodia rozchodziła się echem po korytarzach. 
Dźwięk bębnów i głosy brzmiały tak upiornie, że dostałam gęsiej skórki.

Delilah pochyliła się ku mnie; jej oddech był płytki i szybki.

—W ogóle mi się to nie podoba.

—Trzymaj się kotku. Nie możesz się teraz tutaj przemienić, szepnęłam. Jak 
uciekniesz, nigdy mi się nie uda ciebie znaleźć.  

Wyglądała jakby zaraz miała się przemienić. W swojej kocie formie na wiele by mi 
się nie przydała.

—Wiem. To ta muzyka. Przyciąga mnie do siebie i przenika do mojego ciała niczym 
jesienna mgła. Zadrżała. Kiedy wzięłam ją za rękę, posłała mi lekki uśmiech. 

—Chodźmy dalej. Zobaczymy co to jest, zasugerowałam.

Nie było miejsca gdzie mogłybyśmy się ukryć. Musiałyśmy dalej iść korytarzem, 
mając nadzieję, że nikt nas nie zauważy.  Wskazałam palcem na pierwsze drzwi na 
lewo.

—Spróbujmy te, jeśli usłyszymy że ktoś nadchodzi, możemy się tam ukryć. 

Miałam tylko nadzieję, że pokój będzie pusty. W przeciwnym razie kogoś 
przestraszymy. Zatrzymałam się na chwilę, przykładając ucho do stalowych drzwi. 
Nic. Pchnęłam je wchodząc do środka. Wewnątrz panował mrok. Jedyne co mogłam 
wyczuć to to, że w środku nie było nikogo. Mój nos powiedział mi, że miejsce to nie 
było używane od bardzo dawna. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny, a 
wszystko pokryte było kurzem.

Zamknęłam cicho drzwi za Delilah.

—Masz latarkę?

Nie odpowiedziała, ale sekundę później ciemność rozjaśnił słaby promień światła. 
Zapomniałam że na breloczku od kluczy miała zawieszony długopis – latarkę. Nie 
był tak skuteczny jak prawdziwa latarka ale użyteczny w sytuacjach takich jak ta. 
Rozejrzałyśmy się wokół. Jak na razie wszystko było w porządku.

A potem niespodziewanie Delilah zamarła, świecąc na przeciwległą ścianę. 

background image

Ujrzałyśmy zwisające z łańcuchów trzy ciała w kajdanach przymocowanych do 
ściany. Obok nich były prochy i odzież.

—O cholera! Nie! zawołałam podchodząc ostrożnie.

Kiedy przykucnęłam przed odzieżą, Delilah mi poświeciła. Dżinsy i ładna czerwona 
koszula. Ubrania należały do kobiety noszącej rozmiar 36. W fałdach materiału 
rozsypane były prochy.

—Wampir. Trzymali tutaj przykutego wampira, a następnie obrócili go w proch.

—Idę o zakład na moje kły, że wiem kim on był.

Zwróciłam uwagę na drugie ciało. Była naga i od dawna nie żyła. Częściowo
zmumifikowana. Elf. Niska, drobna i ładna, jej twarz wykrzywiał ból. Brakowało jej 
kilku palców, a dziura w jej piersi sprawiła że się wzdrygnęłam. Przyjrzawszy jej się 
z bliska, poczułam jak żołądek związuje mi się w supeł.

—Na boginię Bastet! zawołała Delilah, która prawdopodobnie pomyślała to samo co 
ja.

—Sabele?

—Nie możemy być pewne, ale… pokiwałam głową. Tak, myślę że to ona. A to tutaj, 
odrzekłam wykazując na popiół, to Claudette. Wampir którego szuka Chase. 
Partyzanci Dantego zyskali właśnie status morderców (przyjrzałam się dokładniej 
ciału Sabele). Wzięli jej serce. Nie ma go.

Delilah się skrzywiła.

—Banda czubków! Chyba nie sądzisz że są powiązani z rozmawiającymi ze 
zmarłymi? 

—To mało prawdopodobne, odpowiedziałam potrząsając głową. Istnieje wiele 
demonicznych rytuałów wymagających części ciała, zwłaszcza krwi i serca. To jest 
naprawdę złe. A biorąc pod uwagę to co odkryłyśmy, myślę że najlepiej będzie jak się 
stąd jak najszybciej wyniesiemy. Weszłyśmy na pole minowe, a sądząc po głosach 
które słyszałyśmy, wydają się liczni. Może to tylko nagranie, nie wiem. Ale wolę nie 
ryzykować starcia z nimi bez odpowiedniego wsparcia, nawet z moją siłą.
Delilah podążała za mną, gdy podeszłam do drzwi i uchyliwszy je, wyjrzałam na 
korytarz. Chciałam zabrać ciała ze sobą, ale wolałam by tamci nie dowiedzieli się że 
ktoś tu był. Zrobiwszy kilka zdjęć swoim telefonem, ruszyłyśmy w drogę powrotną.

Kiedy w końcu znalazłyśmy się na zewnątrz, zamknęłyśmy wszystko dokładnie tak 
jak było przedtem. Na miejscu czekali na nas Flam, Roz i Vanzir.

background image

Przyłożyłam palec do ust i skinęłam w kierunku samochodu. Rozmowa mogła 
poczekać do czasu aż znajdziemy się wszyscy bezpiecznie w domu. Chciałam by 
Camille i Chase byli obecni. Tym razem mieliśmy do czynienia z ludźmi. Nawet jeśli 
mordercy byli powiązani z demonami, nadal pozostawali ludźmi, co oznaczało że 
potrzebowaliśmy opinii inspektora.

W drodze powrotnej Delilah zadzwoniła do Chase'a, prosząc go aby przyjechał do 
nas do domu. Ze sposobu w jaki mówiła wynikało że go obudziła. Dwa ostatnie dni 
były wyczerpujące, nawet dla mnie. Polowanie na Karsetii i dowiedzenie się co knuje 
Harold i jego ziomkowie... Następnie Delilah zadzwoniła do Iris która też już poszła 
spać.

—Będziemy w domu w ciągu dwudziestu minut lub mniej. Czy możesz przygotować 
nam coś na ząb? Umieramy z głodu. I obudź Camille. Musimy jej opowiedzieć co 
odkryłyśmy.

Nacisnęłam pedał gazu i poczułam jak Lexus Camille zamruczał. Samochód mojej 
siostry miał moc pod maską, to pewne.

—Iris przygotuje nam drugą kolację, powiedziała Delilah oblizując wargi. 

Nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu. W porównaniu z ludźmi, jadłyśmy za 
czworo i nigdy nie przybierałyśmy na wadze. Od czasu mojej przemiany i 
konieczności picia krwi, wciąż brakowało mi posiłków jakie gotowała dla nas matka. 
Nawet jeśli moje siostry były tylko w połowie wróżkami, pieniądze wydawane na 
jedzenie przekraczały wszystkie inne wydatki.  Podejrzewałam że Camille używa 
swojego uroku by uzyskać zniżki na dobry stek lub owoce.

Po dotarciu do domu, kryształy ochronne błyszczały jasnym blaskiem - wyraźny znak 
że wszystko jest w porządku.

Oświetlenie domu wydało mi się bardzo gościnne, szczególnie po naszej wizycie u 
Harolda. Iris zawiesiła na ganku świąteczne ozdoby i girlandy, które kołysały się na 
wietrze niczym małe wróżki. Tylko Iris mogła wpaść na taki pomysł. Ich ciepło i 
blask tak bardzo różniły się od tego, co znajdowało się niedawno w tunelach...

Kiedy tylko weszłyśmy do domu, doszły nas zapachy dochodzące z kuchni. 
Camille siedziała w bujanym fotelu z zabandażowanymi nogami w górze.

Iris natomiast krzątała się po kuchni, ubrana jedynie w czarną koszulę nocną i lniany 
szlafrok. Jej włosy były rozpuszczone i sięgały jej do kostek. Co my tu mamy? Jeśli 
się nie myliłam, to niedawno mile spędzała czas...

Nagle drzwi jej pokoju otwarły się, ukazując w progu Bruce'a - krasnoluda. Nie 
mogłam zaprzeczyć że był uroczy.

background image

Nieco wyższy od Iris, jego włosy były czarne niczym onyx i miał najbardziej 
niebieskie oczy jakie kiedykolwiek widziałam. Miał na sobie krótki szlafrok i 
wystające spod niego satynowe spodnie od piżamy.

Wymieniliśmy uśmiechy.

—Co jest do jedzenia? spytała Delilah, nie zdając sobie sprawy z obecności naszego 
gościa.

Roz mrugnął do Iris.

—Ty mała szelmo, śmiesz mnie zdradzać? zażartował, witając się z Bruce'm.

Flam wydał z siebie pomruk niezadowolenia.

—Bądź ostrożny Bruce, w przeciwnym razie ten typ wkroczy na twoje terytorium, 
wymamrotał. Jeśli chcesz mu dać dobrą lekcję, nie wahaj się mi tego powiedzieć. 
Jestem bardziej niż chętny aby ci pomóc.

Pomimo jego uśmiechu, coś w jego oczach powiedziało mi że nie żartował.

Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi i Delilah pobiegła otworzyć. Po chwili wróciła z 
Chasem.

Skinęłam wszystkim by usiedli.

—Rozgośćcie się. Jeśli jesteście głodni, umyjcie ręce. Dajcie znać Iris aby wiedziała 
ile ma przygotować posiłków. Mamy kilka spraw do omówienia i nie są one 
przyjemne.

Każdy zajął swoje miejsce: Flam i Morio blisko Camille, Delilah na kolanach 
Chase'a. Roz i Bruce pomagali Iris nakładać spaghetti.

Ja tymczasem zajęłam swoje zwykłe miejsce, unosząc się lekko w powietrzu. Vanzir i 
ja byliśmy jedynymi którzy nie jedli. Maggie nigdzie nie było widać, musiała spać w 
pokoju Iris.

—Oto co się stało, zaczęłam gdy wokół stołu zaczął krążyć talerz z makaronem i 
bagietką posmarowaną masłem (Iris starała się unikać czosnku). Delilah i ja 
odkryłyśmy ciało Sabele, powiedziałam. 
A zwracając się do Chase'a, dodałam: wiem co się stało z Claudette. Najwyraźniej 
gang Harolda zabił je obie.

—Cholera, wymamrotał Chase odłożywszy kawałek bagietki na stół aby wyjąć swój 
notes.

background image

—Jedz, notatki możesz zrobić później, powiedziała Iris.

Bruce z Iris usiedli na taboretach dzięki którym dorównywali nam wzrostem. Chase 
uśmiechnął się do Iris. Gdy ta podała mu talerz, schował swój długopis i chwycił 
widelec.

W skrócie opowiedziałam im o naszej wyprawie do podziemnego labiryntu 
korytarzy. 

—Nikt nie mógł zbudować tego miejsca w ciągu kilku ostatnich lat. Nie w czasie w 
którym mieszka tam Harold. Kompleks jest znacznie starszy. Nie miałyśmy czasu na 
zwiedzanie ale myślę, że jest tam sala przeznaczona do rytuałów przywołujących 
demony. Zanim tam wrócimy, chciałabym dowiedzieć się więcej o tym miejscu. 

—Nie możemy wiele zrobić nie dowiedziawszy się wpierw z czym mamy do 
czynienia, zauważyła Camille. Możesz być pewna, że nie znajdziesz podobnego 
miejsca w ratuszu. Ale zastanawiam się... Delilah, czy mogłabyś poszperać trochę i 
dowiedzieć się czegoś o samym domu? Jak na przykład to, ile ma lat. Może uda nam 
się dowiedzieć kto był właścicielem przed jego wujem i czy był on powiązany z 
Partyzantami Dantego.

Delilah z pełnymi ustami skinęła głową. Usiadła obok Chase'a gdy tylko zaczęła jeść.

Była jedna rzecz o której trzeba było pamiętać: nasza kicia dbała o swoje terytorium. 
Chase nigdy nie powinien próbować podbierać jedzenia z jej talerza, o ile sama mu 
tego nie zaproponuje. W przeciwnym razie może się to dla niego źle skończyć. 
Wszyscy o tym wiedzieliśmy. Chase przekonał się o tym na własnej skórze; 
świadczyły o tym jego zadrapania... które zafundowała mu Delilah nie potrafiąc się 
kontrolować.

—Dobry pomysł, odparłam. Chase, czy możesz pogrzebać w kartotekach i sprawdzić 
czy któryś z członków bractwa lub sam Harold nie byli aresztowani? Ich rodzice
również. Zwłaszcza ich ojcowie i bracia.

—Najpóźniej jutro wieczorem będziesz to miała, powiedział skinąwszy głową. 

—Świetnie. Musimy zebrać o nich jak najwięcej informacji.

Zastanowiłam się przez chwilę. 
—Vanzir, czy możesz skontaktować nas z Carterem, twoim przyjacielem demonem? 
Spytaj go czy zna inne demony, które nie są związane ze Skrzydlatym Cieniem a 
które pojawiły się w okolicach domu Harolda, powiedzmy w ciągu ostatnich stu lat?

—Nie ma problemu, odparł potrząsając  głową. Myślę że się zgodzi. Chcesz abym 
teraz do niego poszedł?

background image

—Nie, to może poczekać do jutra, odparłam marszcząc brwi. Co jeszcze? Czyżbym o 
czymś zapomniała?

—A co jeśli złożylibyśmy ponownie wizytę Harishowi? Może uda nam się określić 
dokładny czas kiedy Harold zaczął nękać Sabele? I gdzie spotkał Claudette? 
Partyzantom Dantego nigdy nie udałoby się zdobyć tak łatwo zaproszenia do klubu! 
zauważyła Camille.

Camille się wyprostowała.

—Chase, poproszę cię abyś nam przygotował listę wszystkich zaginionych kobiet 
należących do społeczności nadprzyrodzonej. Jak również tych, które mieszkały w 
sąsiedztwie Harolda. Sprawdź swoje archiwa z ostatnich lat. Kajdany wiszące na 
ścianach nie wróżą nic dobrego, rzuciłam pstrykając palcami. Dziewczyna! Ta która 
została odurzona przez Larry'ego i Duane'a. Zastanawiam się czy udałoby nam się ją 
odnaleźć...

—Na pewno nie, chyba że ktoś w tym samym czasie zaginął. To dałoby nam jakieś 
wyobrażenie o tym, jak działają. Jednak co do wampira... żadne narkotyki nie mają 
na nie wpływu. Piją tylko krew. Pozostaje pytanie, w jaki sposób udało im się złapać 
Claudette? zapytał Chase.

Ugryzł kawałek bagietki, następnie otarł z brody ślady masła. 

—Istnieją sposoby by nas sobie podporządkować, odparłam. Srebrne łańcuchy, 
czosnek... to całkiem możliwe.

Camille westchnęła.

—Mamy zbyt wiele pytań bez odpowiedzi.

Spojrzałam na zegarek. Była już prawie czwarta nad ranem. Za mało czasu na 
polowanie. Ponadto Camille i Delilah wyglądały na wykończone.

—Dokończymy jutro. Delilah, nawet jeśli udało nam się przegonić Karsetii, to i tak 
uważam że powinnaś spędzić noc w bezpiecznym pokoju.

—Nie! przerwała mi Delilah dojadając swoje spaghetti i popijając szklanką mleka. 
Nie chcę być zamknięta jak jakiś cenny obiekt. W danym momencie wszyscy 
musimy podejmować ryzyko. Ponadto Karsetti został poważnie ranny. Potrzeba czasu 
aby się zregenerował.

Camille odchrząknęła.

—Nie możemy jej  zmusić. Ja owszem, ale nie zrobię tego.

background image

—W porządku, decyzja należy do ciebie... ale nie zasypiaj zbyt głęboko.

—Zostanę z nią, odrzekł Chase. Jeśli  coś się stanie, obudzę Camille i... (tu spojrzał 
na Morio i Flama). I was obu.

—Poczuję się lepiej wiedząc że w pobliżu jest ktoś, kto w razie czego może przenieść 
się na plan astralny. Vanzir, będziesz spał pod jej drzwiami. Damy ci materac. W ten 
sposób w razie niebezpieczeństwa, Chase będzie mógł cię ostrzec. Sam w tym czasie  
obudzi innych.

—Nie potrzebuję materaca, wystarczy mi śpiwór, powiedział Vanzir.

—Mam jeden ciepły w swoim pokoju, powiedziała Delilah.

Gdy wszystko zostało uzgodnione, Iris i Bruce którzy do tej pory wsłuchiwali się w 
ciszy, w milczeniu udali się do swojego pokoju. Następnie Flam wziął Camille na 
ręce i w towarzystwie Morio, zaniósł ją do jej pokoju. Podobnie zrobili Delilah i 
Chase z Vanzirem trzymającym się z tyłu. Pozostał tylko Rozurial, rozglądający się 
po pustym pokoju. Wreszcie sami. Odwróciłam się do niego. Bez słowa wstał,  zdjął 
płaszcz i powiesił go na krześle. Kapelusz położył na stole.

Nie był zbyt wysoki ale niesamowicie atrakcyjny z czarnymi lokami, które opadały 
mu na plecy i trzydniowym zarostem kontrastującym z jego bladą skórą. Z jego 
mięśniami widocznymi pod czarnym podkoszulkiem i dżinsami opinającymi jego 
długie i smukłe nogi, które mogły owinąć się wokół mnie jak żadne inne.

Kiedy wyciągnął do mnie ramiona, przywarłam do niego, a on delikatnie musnął 
moje usta.

—Weź mnie, szepnęłam (chciałam zapomnieć o martwym ciele Sabele i popiołach 
Claudette). Weź mnie w daleką w podróż, daleko od mojego umysłu.

—Z przyjemnością, odpowiedział prowadząc mnie do salonu.

Mimo iż Rozurial wiedział o moich bliznach, w duchu zastanawiałam się jak 
zareaguje gdy je zobaczy.

Czy się skrzywi? I co powie gdy zauważy znaki jakie pozostawił na moim ciele 
Dredge? Czy nadal będzie mnie chciał?

Zdjąwszy dżinsy, złożyłam je i umieściłam na krawędzi kanapy. Następnie 
odwróciłam się gotowa na wszystko, w razie gdyby zmienił zdanie.

Ku mojemu zdziwieniu, spojrzał na mnie z oczami pełnymi pożądania i podniecenia. 
Powoli oblizał usta. Moje blizny nie miały dla niego znaczenia.

background image

Wyraźny błysk w jego oczach oznaczał, że zamierza mnie dotknąć.

Najbardziej na świecie pragnęłam poczuć na sobie jego dłonie. Zrobił krok do przodu 
a następnie zatrzymał się.

—Czy są rzeczy o których powinienem wiedzieć? wyszeptał. Nigdy nie spałem z 
wampirem. I nigdy... nie chcę przywołać złych wspomnień. Powiedz mi czego nie 
lubisz. I to, co chciałabyś abym zrobił.

Zaskoczyła mnie jego samokontrola. Zapach jego feromonów uderzył mi do głowy. 
Miałam ochotę rzucić się na niego i powalić go na ziemię. Sprawdziłam stan moich 
kłów. Normalne. Być może Vanzir miał rację mówiąc, że spanie z demonem mogłoby 
zahamować moje wampirze instynkty... już całowałam Roza. I pamiętałam że 
chciałam pić jego krew. A jednak coś się zmieniło. Było inaczej.

Zastanawiałam się nad tym, co powiedział. Z Nerissą nie musiałam się niczym 
martwić, bo ona instynktownie wiedziała co robić. Ale oprócz Dredge'a, nie znałam 
innych mężczyzn. To wszystko było dla mnie nowe. Prawie jak mój pierwszy raz...

—Pozwól mi kontrolować sprawy tak bym czuła się bezpiecznie, odpowiedziałam w 
końcu. W żadnym razie nie staraj się krępować mi rąk. Nie znoszę być więziona.

—W porządku, powiedział robiąc kolejny krok do przodu. A co z dotykaniem? Czy 
są miejsca których powinienem unikać?

Z głową przechyloną na bok, z trudem przełknęłam ślinę gdy lustrował mnie 
wzrokiem.

—Nie dotykaj miejsca gdzie wyryte jest jego imię. Nie zwracaj na nie w ogóle 
uwagi.

Wskazałam tuż poniżej pępka, gdzie Dredge wyskrobał paznokciem swoje imię.

Natychmiast przypomniałam sobie jego śmiech i to co powiedział: „Jesteś moja, 
należysz do mnie”. Wiedziałam że nigdy nie zdołam się od niego uwolnić. Blizna 
była wieczna. Nie było sposobu aby się jej pozbyć. Gdybym żyła, być może 
mogłabym się poddać operacji plastycznej ale nie gdy byłam wampirem.
Nerissa zaproponowała mi tatuaż. Wpierw jednak musiałam się dowiedzieć, jak na 
niego reagowały wampiry.

Jego wzrok zatrzymał się na chwilę na bliźnie, po czym pokręcił głową.

—On już przemienił się w proch, jest w rękach swojego mistrza. Do nikogo już nie 
należysz. Bez względu na swoje blizny i świat w którym się obracasz, jesteś wolna. 
To jedna z rzeczy które w tobie lubię, Menolly. Jesteś wojownikiem.

background image

Nigdy nie cofasz się przed przeszkodą. Robisz to co należy zrobić, nie martwiąc się 
zdaniem innych.

Po tych słowach, zdjął buty i ściągnął podkoszulek. Jego pierś porastały ciemne 
kręcone włosy, sięgając niżej. Nigdy wcześniej nie widziałam go bez koszuli. Tym 
bardziej nigdy nie widziałam jego szerokich i muskularnych ramion. Kiedy zaczął 
rozpinać pasek, nie pozwolił mi sobie pomóc kręcąc głową.

—Zostaw to mnie.

Po otwarciu srebrnej klamry, wyjął pasek ze szlufek. Tarcie skóry o materiał 
przyprawił mnie o dreszcz. Upuścił pasek koło koszuli. Następnie jego palce 
dotknęły rozporka; rozpiął go pozwalając by spodnie opadły, po czym z nich 
wyszedł.  

Nagle poczułam się zakłopotana. Gdybym mogła, z pewnością bym się zarumieniła. 
Ale nie byłam w stanie. Zamiast tego patrzyłam na niego chciwie.

Rozurial stał przede mną, umięśniony do perfekcji. Miał idealne kształty. Pośrodku 
trójkąta, jego penis był wyprostowany i gotowy do akcji.

Zahipnotyzowana uniosłam głowę by napotkać jego wzrok. Falami emanowała od 
niego pasja, niczym wieczorna szklanka gorącego miodu.

—To co mówią jest prawdą. Nawet ja to czuję. Nic dziwnego że mężczyźni cię 
nienawidzą (wyczytałam to w jego oczach. Kobiety rzucały mu się gotowe do stóp i 
nigdy tego nie żałowały). Ile kobiet cię dręczyło nim je zostawiłeś?

—Nie wiem, odparł wzruszając ramionami. Nie będę kłamać. Wiesz kim jestem. W 
ciągu ostatnich siedmiu wieków miałem tysiące kobiet. Całowałem je, kochałem się z 
nimi i zostawiałem je błagające o więcej. Kocham kobiety, Menolly, wyszeptał. 
Wszystkie rodzaje kobiet. Wysokie, niskie, szczupłe, grube, młode, stare...  to nie ma 
znaczenia. Potrzebuję ich. Oto kim jestem. To moja natura. Jedyne kobiety które nie 
uważam za atrakcyjne to te, które są nieśmiałe i które czekają na mężczyznę który 
wypełni ich życie.

—Wiem. To zupełnie jak ja i… moja natura, zauważyłam otwierając usta i 
pozwalając by moje kły się wydłużyły.

Obserwował cały proces bez ruchu ani strachu.

—Piję krew i zwodzę moje ofiary by uprzejmie posłużyły mi za pożywienie. Vanzir 
miał rację. Demony potrafią tylko brać.

background image

—Nie, potrafią również dawać, mruknął Roz stając kilka centymetrów ode mnie i 
łaskocząc mnie swoim oddechem. Pozwól mi to dla ciebie zrobić. Oddaj mi się. 
Zobaczmy gdzie nas to zaprowadzi.

Ledwo skinęłam głową, gdy przyciągnął mnie do siebie przyciskając usta do moich.

Schowałam kły rozkoszując się pocałunkiem. Kiedy ułożył mnie na ziemi, świat 
wydał się rozmazany... Jego usta, lekkie niczym motyl były wszędzie, wytyczając 
szlak na moim ciele. Potem stanął nade mną pozwalając bym wzięła go w usta. 
Ssałam go z pasją, czując w ustach jego słony smak. Jego jęki dały mi poczucie 
władzy. Lizałam go z jeszcze większym zapałem, drażniąc jego czubek końcem 
języka, podczas gdy on próbował nie dojść za szybko.

Roz pocałował mnie w brzuch, moje piersi, potem sutki, by w końcu znaleźć się 
między moimi udami. Czułam jakbym się unosiła w powietrzu. Był tak różny od 
Nerissy. Ani lepszy ani gorszy, po prostu inny.

W mgnieniu oka znalazł się na mnie z rękami na moich biodrach. Następnie zmienił  
pozycję. Teraz ja znajdowałam się na nim, podpierając się rękami po jego bokach dla 
utrzymania równowagi.

—Menolly, wyszeptał. Ujeżdżaj mnie mocno!

I tak zrobiłam. Usiadłam na nim wygodniej, podczas gdy on pchnął zanurzając się we 
mnie w ciszy. Przestałam się kontrolować. W przeciwieństwie do Nerissy, nie 
mogłam go zranić. Przynajmniej nie tak łatwo. Zamknęłam oczy kołysząc się,  
kolanami dotykając dywanu. Gdzieś wewnątrz siebie poczułam narastającą falę. 
Może Rozurial się nie mylił, gdy mówił że jesteśmy dla siebie stworzeni.

Odepchnęłam tę myśl i pozwoliłam się zalać fali tsunami. I wyjątkowo, bez walki, 
pozwoliłam porwać się prądowi...

background image

Rozdział 21

Obudziłam się nagle, mając świadomość że ktoś był w pokoju. Bicie jej serca odbiło 
się echem, mieszając się z dźwiękiem krwi płynącej w jej żyłach. Wszystkie zapachy 
wydawały się silniejsze: feromony, pasja, hamburger który zjadła na śniadanie. 
Poczułam niewyobrażalny głód i pragnienie. Zawładnęła mną żądza krwi, pragnęłam 
zapolować...

—Ach obudziłaś się! wykrzyknęła Camille, siedząc w kącie i czytając gazetę.

Posłała mi szeroki uśmiech.

Pokręciłam głową by zebrać myśli. I biorąc głęboki oddech starałam się uspokoić.

—Jesteś spragniona? zauważyła Camille. Przepraszam, nie wiedziałam. W 
przeciwnym razie bym nie schodziła. 

—Powinnam była coś wziąć przed pójściem do łóżka, odparłam ze skruchą. 
Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć.

Byłam tak zajęta Rozurialem, że zapomniałam się pożywić. Starałam się  pamiętać 
by być ostrożną i nie popełnić tych samych błędów co kilka lat temu.

Rok po przystąpieniu do OIA zdecydowano, że miałam wystarczającą kontrolę by 
móc wrócić do domu. Ojciec nie był zadowolony ale nie sprzeciwiał się temu. 
Podczas gdy Delilah chodziła wokół mnie na palcach, Camille traktowała mnie jakby 
nic się nie stało. Przyzwyczajenie się do bycia wampirem wymagało czasu. Żadna z 
nas nie wiedziała tak naprawdę z czym się to wiąże...

Jasne, początkowa zamiana odbywa się dość szybko ale nauczenie się jak sobie 
radzić, w dodatku bez Ojca, zajmuje lata.

Pewnego wieczoru, Camille przyszła sprawdzić czy już wstałam. Kiedy się 
zbudziłam, byłam spragniona a ona stała tuż obok mojego łóżka. W moim 
krwiożerczym szaleństwie nie rozpoznałam jej. Złapałam ją za ramię wbijając 
paznokcie w jej białą skórę. Kiedy ta krzyczała, ja obniżyłam usta do jej rany i 
zaczęłam spijać krew, tak słodką a jednocześnie tak słoną...

—Menolly! Menolly!
Po dwóch okrzykach udało mi się wyjść z transu i zamarłam na jej widok: Camille, 
zakrwawiona i przerażona. Moja siostra uratowała mnie przed zabiciem mojej 
rodziny. Zrobiła wszystko co w jej mocy bym czuła się jej częścią. A teraz była w 
moich ramionach, z szerokimi zadrapaniami na ramionach a mój podbródek był 
mokry od jej krwi.

background image

Puściłam ją i powoli przesunęłam się do tyłu, kuląc się na skraju łóżka.

—Zabij mnie! Zabij mnie! Zanim jeszcze bardziej cię skrzywdzę!

Zapach krwi wołał mnie ale udało mi się zwalczyć swoje impulsy. Jak zwykle nie 
chciała słuchać mojego błagań.

—Nie ma mowy! Możesz nauczyć się kontrolować. To także moja wina... 
powiedziała chwytając ręcznik i przykładając go do rany. Następnym razem nie będę 
podchodziła tak blisko. Ile czasu potrzebujesz aby się całkowicie obudzić?

—Co masz na myśli? spytałam nie do końca rozumiejąc.

—Ile czasu zajmuje ci zdanie sobie sprawy z tego gdzie jesteś?

Patrząc na nią, zastanowiłam się przez chwilę. Mimo zdenerwowania, nie wydawała 
się zdegustowana. W jej oczach wyczytałam że nadal mnie kocha.

—Naprawdę nie wiem... kilka minut. W każdym razie nie mogę natychmiast wstać. 
Jeśli mogę wstać, to znaczy że mam czysty umysł i wiem gdzie jestem.

—Więc jeśli zostanę w drugim końcu pokoju, rozpoznasz mnie? stwierdziła zupełnie 
jakby problem został rozwiązany. Innym wytłumaczę że to zalecenie OIA. Nie ma 
potrzeby mówić o tym komukolwiek.

Próbowałam zaprotestować, ale machnęła ręką nie słuchając.

Od tamtej pory gdy się budziłam, nikt nie zbliżał się do mojego łóżka a ja nie 
zraniłam już nikogo więcej. Camille wciąż nosiła blizny na przedramieniu, ale nigdy 
nie użyła tego przeciwko mnie, nie mówiąc już o żaleniu się. Ojcu powiedziała że 
zraniła się o ogrodzenie które stawiała, by jelenie nie przedostawały się do ogrodu. 

Następnego dnia już go nie było. Delilah wiedziała co się stało; Camille zagroziła 
zabrać jej kocimiętkę jeśli coś piśnie. Do dziś ojciec nie wie co się naprawdę 
wydarzyło.

—Jak twoje poparzenia? spytałam wracając do rzeczywistości.

Camille wzruszyła ramionami.

—Goją się, większość z nich jest powierzchowna. Boli ale da się z tym żyć. Leki 
które podała mi Sharah zdziałały cuda (mówiąc to uniosła sukienkę aby pokazać mi 
nogi. Mimo iż nadal były różowe, wydawały się szybko goić). Nerissa dzwoniła, 
dodała.

background image

Z bijącym sercem uniosłam głowę. Spodziewałam się poczucia winy ale nic takiego 
się nie stało. To co zrobiłam z Rozem nie negowało moich uczuć do Nerissy. Tak 
długo jak wiem co robi z Vénus, dzieckiem księżyca, lub jakimkolwiek innym 
mężczyzną z którym spała.

—Co mówiła?

—Chciała wiedzieć czy ją w tym tygodniu odwiedzisz. Wzięła jutro dzień wolny by 
móc spędzić z tobą całą noc, poinformowała mnie Camille z błyszczącymi oczami.

Uśmiechnęłam się jak kretynka. Nerissa nigdy nie brała urlopu... świadomość że 
zrobiła to dla mnie sprawiła, że zrobiło mi się cieplej na sercu.

—To wyjątkowa kobieta, szepnęłam.

—Bo udaje jej się ciebie znosić? zgadzam się, zażartowała Camille klepiąc złożoną 
gazetę. Andy Gambit wrócił.

—Cholera! Co tym razem napisał? zawołałam wciągając dżinsy i różową koszulę z 
długimi rękawami.

Jeden z tutejszych szmatławców, który szczególnie interesował się wróżkami i 
społecznością nadprzyrodzoną... tylko z tego powodu czytałyśmy go regularnie. 
Andy Gambit zdecydowanie był ich najgorszym dziennikarzem. Uwielbiał robić 
zdjęcia w najgorszych chwilach. Jego celem w życiu było zostać największym 
paparazzim w historii.

Camille spojrzała na mnie.

—Naprawdę chcesz wiedzieć? To nic miłego. Tym razem zabrał się za wampiry i 
zmiennych.

—Świetnie! Co tym razem wymyślił?

Znając go można się było wszystkiego spodziewać. Krzywiąc się z niesmakiem, 
Camille podała mi gazetę.

—Czytaj i płacz.

Rzuciłam okiem na nagłówek: „Anioły Wolności o brudnych praktykach seksualnych 
wśród wampirów i reszcie nadprzyrodzonej społeczności
” O cholera! Usiadłam 
wygodniej i zabrałam się do czytania, podczas gdy Camille zabrała się za ścielenie 
mojego łóżka i wrzucanie do kosza moich brudnych ubrań.

background image

„Anioły Wolności które są naszym głównym moralnym przykładem, ujawniły nam 
brudne sekrety stworzeń nocy. Oto co ma do powiedzenia dr Shawn, psycholog 
pracujący jako wolontariusz w jednej z grup mającej bliższe kontakty z 
demonicznymi istotami: „Pamiętajmy o dwóch rzeczach: dopuszczanie się intymnych  
stosunków z wampirami prowadzi do aktu nekrofilii. Prawo tego nie zabrania, 
aczkolwiek należy pamiętać, że to jedynie seks z trupem który został ożywiony dzięki
magii. Podobnie seks ze zmiennym. Decydując się na niego, popełniacie akt 
barbarzyństwa. Wzywamy wszystkich rdzennych mieszkańców Ziemi aby zachowali 
czystość i oparli się tego rodzajom pokusom. I nie pozwolili by te demoniczne 
stworzenia kajały ich ciała.” W ostatnich dniach Anioły Wolności wystąpiły o status 
organizacji religijnej non profit. Planują zbudowanie świątyni w Nevadzie, zdolnej 
pomieścić dziesięć tysięcy wiernych. Kościół będzie nosił nazwę „Wspólnota 
Ziemian”. Jego budowa powinna zakończyć się przed końcem tego roku, pomimo 
spisku rządu mającego na celu zapobiegnięcie ujawnieniu prawdy”.

Jasna cholera! Nie spuszczałam wzroku z artykułu. Dlaczego mnie to nie dziwi? 
Czy oni naprawdę myślą przyciągnąć aż tylu ludzi aby wypełnić tę świątynię?

Naturalnie że tak, odparła Camille kręcąc głową. Mnóstwo ludzi wierzy, że 
jesteśmy pomiotami szatana. I nie pragną niczego innego jak wywalić nas za drzwi. 
Lub rozpalić dla nas ogromny stos.

—Hmm... zastanawiam się czy wybudują burdele dla tych, którzy się prostytuują dla 
swojej krwi. Nie mam nic przeciwko religii, tak długo jak wierni są przy zdrowych 
zmysłach.

Nawet jeśli prawicowi chrześcijanie chcieli usmażyć nas w piekle, większość innych 
religii nauczyła się z nami żyć. Pomimo to, wampirom było trudniej niż wróżkom lub 
zmiennym. Ci ostatni zostali określeni terminem „ istoty wszechświata”, co scalało 
wszystkich bardziej niż „ludzkość”. Status wampirów nadal rodził wiele pytań. Tak 
długo jak wampiry nie stwarzały żadnych problemów, pozwalano im żyć w spokoju.

—Tak więc dobrze się bawiłaś z Rozem tego ranka? zapytała Camille gdy rzuciłam 
gazetę na moje biurko idąc w stronę schodów.

Przystanęłam nagle i odwróciłam się. Camille uśmiechała się kpiąco.

—Powinnam była wiedzieć że się domyślisz, wymamrotałam. Tak, uprawialiśmy 
seks. Tak, było świetnie. I tak, to co mówią o inkubach nie jest legendą. A że nie 
mogłam się powstrzymać, dodałam: Z pewnością jest wytrzymały.
Camille zachichotała.

—Więc kogo wolisz? Nerissę czy jego?

—To jak jabłka i pomarańcze lub, może powinnam powiedzieć, grupa 0 i grupa A? 

background image

Nie mogę ich tak naprawdę porównywać. W każdym razie nie zamierzam wybierać 
jednego rezygnując z drugiego bądź też zabawiać się z obojgiem w tym samym 
czasie, pani właścicielko haremu! (usiadłam na schodach). Jeśli Camille o wszystkim 
wiedziała, to reszta również. Roz ci powiedział?

—Nie od razu, odrzekła kręcąc głową. Ale jak tylko weszłam do salonu, poczułam 
zapach seksu. Te feromony są bardzo mocne. A kiedy przybył Flam, sądził że to Roz 
chciał mnie uwieść, więc starałam się go chronić. Sporo zajęło mi czasu by go 
przekonać, że to nie o mnie chodzi. Co się tyczy Roza, dla jego własnego dobra i 
bezpieczeństwa zmusiłam go aby nam wszystko wyznał.

O bogowie! Ten wyrośnięty jaszczur na zbyt wiele sobie pozwalał i zbyt pochopnie 
wyciągał wnioski! Podobnie zresztą jak Chase... ale Flam był znacznie bardziej 
niebezpieczny.

—Cudownie! Przypuszczam że teraz każdy już wie?

—Eee... tak. Nasza dysputa była dość głośna, dopóki nie przekonałam Roza aby 
powiedział nam o wszystkim, o ile nie chce zostać zbity na miazgę. Nie 
spodziewałam się że Roz będzie aż tak dyskretny. W tym czasie wszyscy byli w 
salonie próbując uspokoić Flama. Czasami myślę, że on potrzebuje sporej dawki 
środka uspokajającego dla słoni, rzuciła groźnie - śmiejąc się.

—On po prostu się o ciebie martwi, wymamrotałam.

Wiedziałam że to nie wszystko. Camille należała do Flama. Dzielenie jej z Morio i 
Trillianem było limitem jego hojności. W oczach Flama, Camille była jego i nikt inny 
nie miał prawa jej dotknąć.

—OK, wszyscy wiedzą że spaliśmy ze sobą, więc nikt nie będzie zaskoczony jeśli nie 
będę chciała o tym  mówić, prawda? Nienawidzę opowiadać o moim życiu 
miłosnym, nikomu oprócz ciebie i Delilah, no i oczywiście Iris.

Już miała mi odpowiedzieć, gdy usłyszałyśmy straszny harmider na górze. Nie 
zastanawiając się, rzuciłam się do drzwi. Otwarłam wejście do mojej kryjówki, nie 
upewniwszy się nawet czy kuchnia jest pusta.

Hałas dochodził z salonu. Vanzir, Roz, Delilah i Morio zajęci byli szukaniem broni. 
Iris stała z Maggie w ramionach, natomiast nigdzie w zasięgu wzroku nie było widać 
Flama.
Gdy Roz złożył pocałunek na moim czole, ku mojej uldze nikt nie rzekł ani słowa.  
Odwzajemniam się tym samym.

—Co się dzieje?

background image

—Grupa ghuli demoluje cmentarz w Wedgewood, poinformował mnie Morio 
zakładając przez głowę swoją torbę. Chase dzwonił. Potrzebuje naszej pomocy. 
Pospieszmy się!

Cmentarz w Wedgewood mieścił się obok Salish Ranch Park, gdzie rok temu 
walczyliśmy z trollami Dubba. Miejsce to zdawało się przyciągać do siebie wszystkie 
szkaradzieństwa. Znajdujące się w parku piękne oszklone arboretum, nie raz już na 
tym ucierpiało.

—Ghule? (od razu pomyślałam o Wilburze i Martinie). Myślisz że nasz sąsiad ma z 
tym coś wspólnego?

—Nie mam pojęcia, odparła Delilah, ale lepiej się pospieszmy. W parku są ludzie 
którzy piknikują! Możesz sobie tylko wyobrazić ile szkód mogą wyrządzić te 
stworzenia?! I nie ma to nic wspólnego z mrówkami w koszu z jedzeniem. Wszystko 
zamieni się w rzeź!

Wyjrzałam na zewnątrz. Słońce już zaszło ale wciąż było wystarczająco jasno by 
udać się na spacer.

—OK, ruszamy! Gdzie jest Flam?

—U siebie, próbuje zawrzeć pokój z piekielną trójcą. Weźmiemy mój i twój 
samochód, rzuciła Camille chwytając kluczyki. Kicia, Roz, wy pojedziecie z Menolly 
i opowiecie jej co się dzisiaj wydarzyło. Vanzir i Morio jadą ze mną.

—Chwileczkę! A twoje oparzenia?

—Wszystko w porządku. Nie zostanę tutaj!

Posłała mi spojrzenie które wyraźnie oznaczało, że nie było sensu się kłócić. 
Ucałowawszy Maggie, ruszyliśmy.

W drodze Roz siedział z tyłu, grzeczny i milczący do tego stopnia, że miałam ochotę 
go palnąć. Delilah ze szczegółami opowiedziała o tym co się wydarzyło gdy spałam. 

—Vanzir poprosił Cartera aby ten sprawdził czy odnotowano więcej demonicznej 
aktywności. Carter powiedział byśmy wszyscy dzisiaj do niego wpadli. Zrobimy tak, 
gdy tylko uporamy się z ghulami.

Szczerze mówiąc, spotkanie z przyjacielem naszego domowego demona zbytnio 
mnie nie zachwycało, ale zatrzymałam tę myśl dla siebie. Carter nie mógł być gorszy 
od Vanzira, ponadto mógł nam udzielić cennych informacji.

background image

—A ty? Znalazłaś coś na temat domu Harolda?

Skinęła głową.

—Dom ma ponad sto lat. Na początku należał do niejakiego dr Grout'a, wdowca. 
Miał córkę Lily, która poślubiła Trenta Young'a, młodego zamożnego Anglika. Trent 
kupił dom od jej ojca, który gdzieś zniknął. Nie udało mi się dowiedzieć o nim 
niczego więcej. W Anglii Trent był członkiem dość przerażającej grupy o nazwie 
„Ósmy Krąg”.

—Niech zgadnę: ósmy krąg jak w dziewięciu kręgach Piekła Dantego?

—Dokładnie tak.

Delilah skinęła głową.

—Słynął z posługiwania się czarami. Tutaj robi się coraz ciekawiej. Po przybyciu do 
Stanów, Trent stworzył prywatny klub i nazwał go Partyzanci Dantego.

—Ten sam do którego należy teraz Harold.

—Na to wygląda.

Co oznaczało, że Partyzanci Dantego byli o wiele starsi niż myśleliśmy.

—Jak mniemam, Trent Young był przodkiem Harolda?

—Tak, był jego pradziadkiem. Lily i Trent mieli dwóch synów. Jeden z nich, Rutger, 
odziedziczył dom, gdy pod koniec 1940 roku para przeniosła się do mniejszego 
lokum. Miał dwadzieścia lat.

—Jakiego rodzaju był to klub?

—Rodzaj tajnego stowarzyszenia. Rutger objął stanowisko prezesa zaraz po tym, jak 
poślubił kobietę o imieniu Amanda. Mieli czworo dzieci: dwie dziewczynki i dwóch 
chłopców: Jackson'a i Orrin'a.

—Niech zgadnę, jeden z nich był ojcem Harolda?

—Zgadza się. Jackson. Gdy wstąpił do gimnazjum, jego babcia zmarła a wkrótce po 
niej jego dziadek, Rutger. To Orrin był tym, który odziedziczył dom. Co ciekawe, 
Rutger wydziedziczył Jackson'a i jego siostry.

—Zastanawiam się dlaczego.

background image

—Nie wiem, ale prawie wszystko zostawił Orrinowi, z wyjątkiem wypasionego 
konta w banku na nazwisko Harolda. Jackson natomiast odziedziczył pieniądze po 
swojej babci. Orrin mieszkał w domu do czasu, aż tamten rozpoczął studia. Następnie 
przeniósł się do mieszkania, zapisując dom Haroldowi.

Delilah posłała mi zadowolony uśmiech.

—Napracowałaś się dzisiaj! Więc powiedz mi, co innego udało ci się znaleźć na 
temat samych członków Partyzantów Dantego?

Wyjrzałam przez okno. Byliśmy około dziesięciu minut od Salish Ranch Park, który 
był linią graniczna pomiędzy Belles-Faire a centrum Seattle. Park był w sąsiedztwie 
cmentarza Wedgewood gdzie, jak widać, nasze ghule mile spędzały czas. 

—Zniknęli z radarów po tym jak Orrin przejął dom. Był bardzo dobry w ukrywaniu 
rzeczy, także tamci zapadli się pod ziemię do czasu aż Harold nie postanowił  
wskrzesić bractwa (westchnęła). Harold bardzo rozczarował swoich rodziców. Ze 
względu na swoją osobowość, nie udało mu się dostać do Yale, Princeton ani na 
żaden inny znany uniwersytet. Ponadto uwielbiał pakować się w kłopoty.

—A Chase? Czy dowiedział się czegoś o chłopcach którzy z nim mieszkają?

—Tak, rozmawialiśmy właśnie o tym, gdy przerwały nam ghule. Opowie nam 
wszystko, jak tylko uporamy się z nieumarłymi.

Wskazała na parking, który obsługiwał zarówno cmentarz jak i park. W pobliżu 
bramy było jedno wolne miejsce. Z łatwością zaparkowałam, gdy po naszej lewej 
zatrzymał się Lexus Camille. Wszyscy ruszyliśmy idąc przez trawnik. Labirynt
nagrobków oświetlony był przez ciąg gazowych latarni. W rzeczywistości jednak  
były one równie nowe jak laptop Delilah. Lampy stwarzały spokojną atmosferę w 
tym posępnym miejscu. Mimo iż cmentarz był jeszcze otwarty, większość 
przechodniów już go opuściła, przynajmniej ci którzy jeszcze oddychali. Zmarli przy 
odrobinie szczęścia... pozostaną nimi. Jeśli gdzieś w pobliżu znajduje się nekromanta, 
możemy spodziewać się kłopotów.

Chase wyszedł nam na spotkanie i przyprowadził posiłki. Były to w większości elfy 
lub wróżki.

—Co masz dla nas dzisiaj? Spytałam.

—Ghule. Podobno rozpoznał je jeden z piknikujących domowych duchów. To on nas 
wezwał. Powiedział że było ich sporo, a wskazawszy na swoich ludzi spytał: „Czego 
będą potrzebowali? Co zabija ghule? Czy jest istotna różnica pomiędzy nimi a 
padlinożercami?”

background image

Zmarszczyłam brwi. Ostatnio walczyliśmy z padlinożercami, o czym wolałabym 
zapomnieć... ale ghule nie były do nich podobne, były po prostu brzydkie.

—Padlinożercy żywią się zarówno ciałem jak i duchem. Ghule natomiast jedynie 
mięsem. Ale są przebiegłe i nawet jeśli oderwiesz im jedną z kończyn, nadal będą 
walczyć dopóki się ich nie pokroi na małe kawałeczki lub nie spali. 

—Świetnie, odparł Chase zdegustowany (w czym przypominał Camille). 

Kiedy zaczęłam się śmiać, zmarszczył brwi.

—Co?

—Nic takiego. Myślę że zaczynamy się docierać. Cóż, aby zabić ghula... srebro 
zawsze działa ale uwaga... to musi być naprawdę duży kawałek srebra. Metal 
pozbawia je magicznej energii użytej by je ożywić. Co do innych broni... możesz 
walnąć je młotkiem, podobnie maczugą. Jednak aby naprawdę je zniszczyć, 
potrzebujesz prawdziwego ostrza zdolnego posiekać je na drobne kawałeczki. 

—A magia? zapytał niepewnie.

—Ogień, magiczny lub nie, zadziała. Lód nie bardzo, chyba że ich zamrozisz a potem 
zabijesz. Inne czary są bezużyteczne. Nie da się ich utopić... nie oddychają więc nie 
próbuj nawet ich dusić. Zawsze możesz ściąć im głowę, wtedy nic nie będą widziały i 
staną się łatwym celem aż ponownie nie... umrą.

Chase spojrzał na mnie jakbym oszalała.

—Co? To ty chciałeś to wiedzieć!

Dlaczego zawsze odnosiłam wrażenie, że Chase oczekuje iż przemienię się w 
trzygłowego potwora lub w coś równie przerażającego?

—Tak, wiem (potrząsnął głową). Jestem po prostu pełen podziwu dla twojej 
wyobraźni i twoich sposobów na zabicie kogoś. A ty? Czy nie mogłabyś pozbawić 
ich krwi?

Skrzywiłam się.

—Za kogo mnie bierzesz? Za strzykawkę? Czy masz pojęcie jak te stwory smakują?!
Skrzywił się.

—Nie, i nie chcę się tego dowiedzieć.

background image

—Dobrze, ale i tak ci powiem: ich krew ma smak kurzu, odchodów i robaków, więc 
nie, dziękuję! W każdym razie w większości przypadków ich krew praktycznie 
wyparowała z ich ciał. Pozostał stos kości pokrytych gnijącym mięsem. Mój żołądek 
tego nie trawi.

To załatwiło sprawę, bo nagle się zamknął i odwróciwszy się podszedł do Delilah.

—Użyjcie wszystkiego co tylko może je zranić. Tasery są bezużyteczne, tylko je 
połaskoczą. Jedynie uderzenie pioruna może je usmażyć, dodałam.

Biegnąc w kierunku cmentarza, spotkaliśmy kilku nastolatków którzy albo nie 
zauważyli nagłego zamieszania lub po prostu je zignorowali. Chase zawołał jednego 
ze swoich ludzi aby eskortował ich poza teren cmentarza. Minęliśmy ścieżkę która 
prowadziła pośród płaczących wierzb uginających się pod ciężarem liści. Uchyliłam 
się przed jedną z gałęzi, gdy nagle usłyszałam warczenie.

Zatrzymałam się, dając znak innym by zrobili to samo. Tuż przed nami znajdowała 
się grupa ghuli, było ich co najmniej dwudziestu. Wszyscy śmierdzieli. Niektórzy z 
nich nie żyli od dawna, inni wyglądali na świeżych i nie zaczęli się jeszcze rozkładać. 

Z miejsca gdzie staliśmy, żaden z nich nie wyglądał jakby był pod wpływem czarów. 
Nie, to było mięso armatnie, wysłane do walki lub do siania spustoszenia. Ghule jak 
Martin który należał do Wilbura, naszego sąsiada, były znacznie bardziej odporne. 
Ghule, do tej pory odwrócone do nas plecami, nagle obróciły się do nas twarzami.

Jęknęłam. Wszyscy wyglądali jakby świetnie się bawili. Ich posiłek, starszy 
mężczyzna, leżał wypatroszony na ziemi. Usłyszałam jak Camille zassała powietrze 
biorąc głęboki oddech, podczas gdy nasza kotka szepnęła coś do niej klnąc pod 
nosem.

Chase odchrząknął, najwyraźniej czekając na moje rozkazy.

—OK, ruszamy! Tylko nie zapomnijcie że będą walczyć do upadłego, dopóki nie 
zrobicie z nich siekanego mięsa. Wyrwane ramie lub noga nie wystarczy. Nadal będą 
się poruszać, chyba że ten kto rzucił na nie zaklęcie, cofnie je. Chyba że Morio wie 
jak to zrobić... w przeciwnym razie pozostaje nam rozprawić się z nimi własnymi 
siłami moi przyjaciele, rzuciłam.

Odwróciłam się do demona-lisa z odrobiną nadziei... ta nigdy nie zaszkodzi.

Ale Morio tylko się roześmiał.
—Niestety nie. Ale mam za to srebrny miecz i Camille również.

—Więc ruszamy. Bądźcie ostrożni! Będą próbować odgryźć każdy kawałek ciała
znajdujący się w ich zasięgu.

background image

Starając się ocenić ich siłę przyszło mi do głowy, że dla odmiany miło byłoby 
walczyć z przeciwnikiem, który nie byłby jedynie stosem gnijącego mięsa... lub  
przynajmniej takim, który używałby dezodorantu. Następnie odepchnąwszy tę myśl
na bok, zaangażowałam się w walkę. Wybiła godzina konfrontacji!

background image

Rozdział 22

Podczas gdy ja obmyślałam plan ataku, ghule ruszyły na nas całą bandą. Dałam znak 
innym by się rozproszyli. Delilah i Chase skierowali się na prawo, natomiast Camille, 
Morio i Vanzir na lewo. Oboje z Rozem pozostaliśmy w centrum. Ghule zatrzymały 
się naśladując naszą strategię, z wyjątkiem tego iż przewyższały nas liczebnie.

Przynajmniej mieliśmy wybór. Próbowałam wyłowić najsilniejszego z grupy. Roz i ja 
byliśmy tymi, którzy najlepiej nadawali się do zaatakowania tych najbardziej 
umięśnionych. Szczęście nam sprzyjało: wyglądało na to, że najwięksi z nich szli 
prosto na nas. Gdy nasi przeciwnicy się do nas zbliżali, usłyszałam jak reszta bierze 
głęboki oddech. Nastała cisza, jak przed każdą bitwą gdy obie strony są gotowe, 
czekając na rozkaz do ataku. W następnej chwili rzuciłam się na nich w asyście Roza.

Gdy reszta poszła za naszym przykładem, rozbrzmiały okrzyki ale wszystko co 
widziałam to były dwa ghule idące wprost na mnie. Ich ciała przylgnęły do kości 
niczym żagiel zawieszony na drzewie. Pokryte były mchem, a ich twarze całe były w 
czyrakach wypełnionych ropą, co dawało im guzowaty wygląd.

—Potrzebujesz Clearasil, mruknęłam zamachnąwszy się na największego z nich. 
Pomimo swoich zgarbionych ramion i chwiejnego kroku, górował nade mną 
wzrostem. Zamachnęłam się, walnąwszy go w brzuch i mając nadzieję że się zegnie 
w pół tak bym mogła ukręcić mu łeb. Nie było to zbytnio przyjemne ale radykalnie je 
spowalniało. Następnie ktoś uzbrojony w nóż mógł posiekać go na małe kawałeczki. 
Gdy ghul chrząknął, co w jego przypadku oznaczało krzyk, skoczyłam i skrzywiwszy 
się zacisnęłam ręce wokół jego szyi. Siła mojego ataku sprawiła, że się zatoczył. 
Następnie uczepiwszy się go, starałam się powalić go na ziemię. Próbował się 
uwolnić i uciec ale byłam znacznie silniejsza od niego. Chwyciwszy go lewą ręką za 
podbródek, drugą chwyciłam za kark, następnie jednym sprawnym szarpnięciem 
skręciłam mu kark - ale to nie wystarczyło - musiałam urwać mu łeb. Jego oczy 
spojrzały na mnie ze zdziwieniem, lecz nie było w nich śladu bólu.

—Co za koszmar, mruknęłam odrzucając jego głowę jak najdalej od ciała. Potrzebuję 
noża! Zaraz po tym ujrzałam Morio biegnącego w moim kierunku z ostrzem 
wycelowanym w ghula, który oślepiony na próżno próbował się bronić. Pozwoliłam 
mu dokończyć, samej zerkając na innych by zobaczyć jak sobie radzą.

Delilah i Chase walczyli ramię w ramię aby pozbyć się jednego, ale w tej właśnie 
chwili drugi ghul zaatakował Chase'a. Wyglądało na to, że udało mu się zadać parę 
ciosów. Po wszystkim będziemy musieli się upewnić że nasze rany są dobrze 
zdezynfekowane. Rany zadane przez ghule i zombi łatwo się infekowały.

Camille trzymała kulę energii w dłoniach, gdy jeden z ghuli zaczął zmierzać w jej 
kierunku. Ta zamiast uderzyć w niego, skierowała swój atak bezpośrednio na grupę 
ghuli tak, by wyrządzić jak najwięcej szkód.

background image

Odwróciłam się, szybko zasłaniając oczy. Zaraz potem usłyszałam wybuch i 
poczułam w powietrzu zapach palonego mięsa. Camille kaszlała.

W tej samej chwili rozległ się głośny pisk i ujrzeliśmy pędzącego ku nam ogromnego 
ptaka. Jasna cholera! To był nieumarły sęp! Znacznie bardziej niebezpieczny niż 
ghule! Co potwierdzało podejrzenie, że gdzieś niedaleko przebywa potężny 
nekromanta który może wyrządzić wiele szkód. Na szczęście nieumarłe sępy nie były 
zbyt wybredne co do pożywienia.

Rzuciłam okiem w stronę Vanzira, który metodycznie acz skutecznie eliminował 
właśnie drugiego ghula: jedną ręką złapał go za kark a drugą za włosy i szarpnąwszy 
skręcił mu kark, by następnie zadać mu decydujący cios. Może niezbyt wyszukany 
sposób, aczkolwiek skuteczny. Zrozumiałam iż nie doceniałam jego siły. Pod jej 
wpływem kości ghula łamały się niczym zwykłe gałązki, chyba że akurat ten za życia 
cierpiał na osteoporozę... Ta myśl podniosła mnie lekko na duchu.

Roz natomiast wymachując sprawnie mieczem, wyżynał ghule które stały mu na 
drodze. Następnie ruszył by pomóc Chasowi, powalając jednego który starał się 
odgryźć łokieć policjanta.

—Dzięki stary! rzucił Chase, robiąc unik przed następnym.

Delilah uniosła swój sztylet który zabłysł groźnym niebieskawym blaskiem. Ostatnio 
połączyła ona siły ze swoją zmarłą siostrą, ucząc się jej imienia. To sprawiło, że obie 
były teraz jednym.

—Lysanthra!

Jej głos rozniósł się echem, zaskakując i strasząc ptaka siedzącego na drzewie. 
Zaczęły pojawiać się gwiazdy, a niebo wydawało się wahać pomiędzy niebieskim a 
szarym. Przez chwilę miałam wrażenie że widzę srebrzysty połysk pojawiający się na 
ostrzu jej noża, ale to było niemożliwe...

Delilah roześmiała się, a następnie wbiła ostrze w ghula z którym wcześniej walczył 
Chase.
Przez ułamek sekund wszystko wydawało się zatrzymać w miejscu, w następnej 
chwili ghul wymamrotał coś niezrozumiale i upadł.

Co jest?? Z pewnością była to zasługa srebrnego ostrza, pomyślałam przyglądając się 
jak Roz kroi ghula na małe kawałeczki, podczas gdy Delilah i Chase biorą się za 
następnego. Odwróciłam się by zobaczyć gdzie są inni.

Zaklęcie Camille powaliło trzy ghule. Brawo! Tym razem przynajmniej się nie 
poparzyła. Vanzir zajęty był kolejnym ghulem. Udało nam się wykończyć połowę z 
nich.

background image

Rzuciłam się na drugiego, zadając mu cios głową. Ten był słabszy niż poprzedni, 
więc łatwiej było mi go załatwić. Kilka sekund później brałam się za trzeciego, 
podczas gdy Morio kończył po mnie.

Nikt z nas nie został poważnie ranny... choć Chase odniósł kilka ran. Po wszystkim 
ktoś powinien go obejrzeć.

Stojąc tak i przyglądając się rzezi zdałam sobie sprawę, że ostatni ghul znajdował się 
w pobliżu krzewów azalii, przyczajony jakby ze strachu. Kreatury te były 
pozbawione emocji, więc jego zachowanie mnie zaskoczyło. Ruszyłam w jego 
kierunku z zamiarem wysłania go z powrotem do grobu, gdy nagle zatrzymałam się 
w miejscu. Martin. To był Martin. Niesamowite! Czyżby za tym wszystkim stał nasz 
sąsiad Wilbur?

Jęknęłam, podczas gdy inni do mnie dołączyli.

—Co się stało? O cholera! wykrzyknęła Delilah. Czy przypadkiem nie jest to Martin?

—Tak to on, ale on nie mówi.

Pokręciłam głową zastanawiając się, czy się nim zająć czy pozwolić mu odejść. Nie 
próbował nas atakować i nawet jeśli pożywiał się starszym mężczyzną, to nie było 
nic po nim widać. Żadnych śladów krwi na jego twarzy ani ubraniu. W 
rzeczywistości ubrany był w niemodną wyblakłą marynarkę w drobne paski a jego 
szyja po naszym ostatnim spotkaniu była już naprawiona. Wilbur sprawił mu  
metalowy kołnierz podtrzymujący prosto głowę. Super! Dandys i potwór 
Frankensteina w jednym!

—Stójcie! Nie róbcie mu krzywdy! zawołał głos z daleka.

Odwróciłam się. 

W przyćmionym świetle zmierzchu, w naszym kierunku biegł Wilbur – nekromanta.

Chase wyglądał na zmieszanego.

—Czy nie powinniśmy się nim zająć? zapytał, wskazując na Martina.

—Nie, ten ma na imię Martin i należy do naszego sąsiada, odparłam posyłając mu 
spojrzenie które mówiło: „wiem, wiem”.

—Och, to wszystko wyjaśnia, mruknął z irytacją. Następnie skinąwszy na swoich 
ludzi dodał: Posprzątajcie ten bałagan i bądźcie ostrożni - to może jeszcze żyć...

—Poczekaj! Może przydać nam się pomoc.

background image

Gdy Wilbur podszedł do nas, wskazawszy na Martina spytałam:

—Czy błądzenie weszło mu już w zwyczaj?

Jego zmartwiony wyraz twarzy zmienił się w brak zainteresowania.

—To prawda, Martin ma tendencję do ucieczek. Ale staram się trzymać go z dala od 
kłopotów... jego głos ucichł, następnie rozglądając się wokoło spytał: Co się tutaj 
stało? Do kogo należą te wszystkie ghule?

—Myśleliśmy, że może ty będziesz w stanie nam to powiedzieć, odrzekłam. 
Ponieważ jesteś nekromantą i sam masz własnego ghula, pomyśleliśmy że wiesz kto 
mógł przywołać je do życia. A tak przy okazji: świetna robota! rzuciłam wskazując 
na kołnierz.

Wilbur wzruszył ramionami.

—Musiałem coś zrobić, nie mogłem zostawić go w takim stanie, odpowiedział 
obserwując inne ghule (potrząsnął głowa). Nie mam pojęcia skąd pochodzą. W 
każdym razie temu który je tu sprowadził brakuje finezji... Czy sprawdziliście puste 
groby?

Chase jęknął.

—Nie mów mi że mamy tutaj do czynienia z hienami cmentarnymi!

—A co myślisz? Jak nekromanci tworzą ghule i zombi?

Wilbur wydawał się doskonale bawić.
—Martin zapisał swoje ciało nauce. Pracowałem w laboratorium które je dostało. 
Kiedy zdecydowali by z niego nie korzystać i postanowili go pochować, 
zaproponowałem że się nim zajmę. Martin był kloszardem. Nikt się nim nie 
interesował. Więc uczyniłem z niego swoje domowe zwierzątko.

—Czy rozpoznajesz sygnaturę magiczną? spytała Delilah. Bardzo by nam to 
pomogło.

—A dlaczego miałbym wam pomóc? spytał Wilbur.

—Najpierw łamiecie kark mojemu ghulowi, potem traktujecie mnie wszyscy jakbym 
był najgorszym szkodnikiem... Nawet nie próbujcie kłamać, dodał spojrzawszy na 
Camille która zaczęła protestować. Doskonale wiem co wy trzy o mnie myślicie. 
Spojrzał na nią ponownie. Przynajmniej co myślą te dwie. Ty jednak jesteś dziwna. 
Nie potrafię odszyfrować twojej energii, czarownico. Dajcie mi jeden dobry powód 
dlaczego miałbym wam pomóc.

background image

—Bo ja cię o to proszę, odparł Vanzir podchodząc bliżej. Jestem demonem. 
Mógłbym wkraść się w twoje sny i w mgnieniu oka opróżnić cię z twojej siły 
życiowej.

—Spokojnie, rzuciła Delilah posyłając mu ponure spojrzenie. Vanzir, będzie lepiej 
jak przestaniesz, dodała.

Nie chciałam by ktoś jeszcze uczestniczył w tym pojedynku samców alfa.

—Wystarczy! Posłuchajcie wszyscy. Walczymy z niebezpiecznymi przeciwnikami. 
Po pierwsze z Karsetii, demonem który porusza się na płaszczyźnie astralnej atakując 
wróżki i każdego kto używa magii (powiedziałam to z wyraźnym naciskiem na 
"każdego". Wilbur wyraźnie zbladł). Po drugie, napotykamy bandę ghuli które, 
według tego co powiedział Wilbur, zostały stworzone przez amatora. Co oznacza, że 
mamy do czynienia z nekromantą który albo nie jest w tym zbyt dobry, albo jest  
imbecylem który nie ma pojęcia co robi. Osobiście, po tym jak odkryliśmy 
Partyzantów Dantego, stawiam na to ostatnie.

—Partyzanci Dantego? spytał Wilbur.

—Braterstwo kretynów którzy bawią się w przywoływanie demonów i zabijanie 
kobiet i wróżek z nadprzyrodzonej społeczności. Zastanawia mnie czy nie są również 
odpowiedzialni za tę rzeź, wyjaśniłam podchodząc do niego. Czy przypadkiem nie 
studiowałeś w okolicy?

Wilbur pokręcił głową.
—Studiowałem? Nie ukończyłem nawet liceum! Spędziłem kilka lat w Marynarce 
Wojennej w Ameryce Południowej. To tam w dżungli nauczyłem się nekromancji.

Szamańska magia śmierci. Nie ulega wątpliwości, miał doświadczenie. Gdyby uczył 
się od plemienia Indian, a nie od tych którzy używali bardziej konwencjonalnych 
metod, to prawdopodobnie byłby bliżej ze światem spirytualnym i łatwiej byłoby mu 
używać magii. Szamani często okazywali się potężniejsi od wielu czarownic i 
czarowników.

Morio gwizdnął przez zęby. 

—A więc potężna magia.

Wilbur wzruszył ramionami.

—Jedyna która mnie interesuje, wyznał ponownie zwracając się do mnie. Mówisz że 
grupa szczeniaków para się tego typy rzeczami? Nie podoba mi się to...

—Czy znasz ludzi którzy mogliby tworzyć ghule powiedzmy... dla zabawy?

background image

Oparłam się o nagrobek. Camille i Morio usiedli na ziemi, podczas gdy Roz i
Vanzir stanęli przy mnie.

—Przeszukajcie cmentarz. Sprawdźcie czy są ślady zbezczeszczonych grobów. 
Szczątki natomiast... przed spaleniem dokładnie je opakujcie. Nic nie powiemy 
rodzinom. Zamknijcie groby i nic nikomu nie mówcie.

Stał blisko Rozuriala. Delilah przykucnęła u jego stóp.

—Dlaczego ktoś decyduje się powołać do życia bandę ghuli? Myślę że po to, by 
posłużyła jako armia albo bojownicyTo idealne maszyny do zabijania.

—Dlaczego stworzyłeś swojego? spytała Delilah.

Wilbur był jednym z najdziwniejszym ludzi jakich poznałam.

—Ja? Potrzebowałem asystenta. Rozumie najbardziej podstawowe polecenia, jest 
użyteczny i nie rzuca niewłaściwych komentarzy, odpowiedział beztrosko.

—Nie tworzy się tylu ghuli, jeśli nie chce się kogoś zranić lub tylko po to by 
przećwiczyć swoje umiejętności. Być może coś poszło nie tak...

Camille przyłożyła dłoń do ust.
—Hej, w Krainie Wróżek na południowych pustyniach, jest wiele śladów magii z 
bitew między czarodziejami! Użyto tam ogromnej ilości czarów. Co jeśli ghule 
zostały stworzone przez pozostałości czyjejś magii, wykorzystane przez kogoś 
innego?

Wilbur zmarszczył brwi.

—Nigdy o tym nie słyszałem, ale rzadko spotykam innych nekromantów.

—To możliwe, powiedział Morio. Jest kilka miejsc na świecie, gdzie magia jest 
integralną częścią ziemi. Dzieje się tak, gdy dochodzi do intensywnego lub wręcz 
brutalnego użycia magii w jednym konkretnym miejscu. Ale dlaczego właśnie 
cmentarz? Pamiętajcie, to miejsce które przyciągnęło trolle Dubba z którymi  
walczyliśmy.

Na szczęście nie wspomniał o portalu który ich tutaj przywiódł.

Zastanowiłam się przez chwilę.

—Być może masz rację. Co sprawia, że ten cmentarz jest tak wyjątkowy? Czy jest 
stąd blisko do Harolda?

background image

Delilah zmarszczyła brwi.

—Jest coś... zaczęła Delilah. Wracajmy do samochodów. Muszę sprawdzić
coś co zostawiłam w plecaku.

Zostawiwszy sprzątanie ekipie Chase'a, udaliśmy się na parking w towarzystwie 
Wilbura i jego ghula. Martin nie stawiał oporu, ignorując wszystkich z wyjątkiem 
swojego pana, któremu przyglądał się wzrokiem zbitego psa.

Nagle do głowy przyszła mi pewna myśl, ale wolałam odłożyć ją na później. Nie 
było mowy bym teraz zapuściła się na ten teren.

Kiedy dotarliśmy do samochodów, Delilah wykopała swój plecak z którego 
wyciągnęła mapę i rozłożyła ją na masce samochodu, oświetlając latarką Chase'a. 
Wszyscy zebraliśmy się wokół niej.

Delilah pokazała nam swoje notatki.

—Harold mieszka tu. A to... (narysowała linię wiodącą na północ), to jest cmentarz 
Wedgewood. Jeśli pójdziemy dalej, dotrzemy do Voyagera (uniosła głowę).
Myślę że cmentarz graniczy z magicznymi obszarami, a konkretnie leży w miejscu 
gdzie przecinają się linie.

—To oznacza, że energia akumuluje się tutaj, powiedziała Camille. Zastanawiam 
się... spojrzała na Wilbura i pokręciła głową. Zobaczymy później.

Magiczne miejsca były niewidzialnymi liniami energetycznymi biegnącymi przez 
Ziemię i Krainę Wróżek. Ogólnie rzecz biorąc, każda magia w jednym z tych miejsc 
mogła być znacznie silniejsza niż taka sama magia praktykowana gdzie indziej.

Spojrzałam na mapę, raz jeszcze zastanawiając się nad tym co powiedziała Camille. 
Na linii znajdowały się dwa nieoficjalne portale. Czy były połączone? I kto je 
stworzył? Kolejna zagadka do rozwiązania którą zostawił nam Wilbur.

—To oznacza, że Harold i jego banda mogą się tutaj spotykać na swoje ceremonie. 
Lub energia którą generują, podróżuje poprzez magiczne miejsca łącząc się z ich 
ciałami. Hmm... sama nie wiem co myśleć. Chase, poproś swoich ludzi by jak 
najszybciej podali nam dokładną lokalizację grobów które zostały otwarte.

Spojrzałam na Wilbura, który wyglądał na lekko zdezorientowanego.

—Wydaje mi się, że Martina przyciąga tutaj energia magicznych miejsc. Tym 
bardziej, że cmentarz nie leży w sąsiedztwie twojego domu.

—Mogę to wyjaśnić. Wyprowadzałem go na spacer i udało mu się zerwać ze smyczy. 

background image

Pokazał mi smycz koloru niebieskiego kobaltu. Przyjrzawszy się jej zauważyłam, że 
z tyłu w jego kołnierzu był pierścień. Zaczep smyczy był wykrzywiony, jakby ktoś 
mocno ciągnął.

—Smycz? Wyprowadzasz go na spacer jak psa?

Wyobrażenie sobie tego zmarłego człowieka, ubranego w garnitur i prowadzonego na 
smyczy niczym pudel sprawiło, że miałam ochotę się roześmiać lub zwymiotować. 
Co dla wampirów nie było zalecane.

Wilbur spojrzał na mnie.

—Jesteś silna. Czy mogłabyś zgiąć to z powrotem? spytał podając mi smycz.

Miałam wrażenie jakbym znalazła się w filmie Monty Pythona. Chwyciłam smycz i 
doprowadziłam zaczep do pierwotnego stanu, po czym oddałam mu ją bez słowa. 
Następnie odwróciłam się, kierując do swojego samochodu.
—Zbierajmy się! Mamy spotkanie z...  przyjacielem Vanzira.

—Tak, odparł zainteresowany potrząsając głową, ale byłoby lepiej gdybyśmy wpierw 
udali się do FH-CSI by oczyścić rany Chase'a.

Delilah wzięła go za rękę, przyglądając się ukąszeniu w pobliżu łokcia. Ghulowi 
udało się przegryźć przez tkaninę koszuli i dosięgnąć ciała. Nie udało mu się wyrwać 
ciała ale wokół rany powstał siniak.

—Tak, jest już zaczerwienione… a to oznacza zakażenie.

Westchnęła a Chase odchrząknął.

—Muszę wracać do biura. Mam pracę, wiecie? Obiecuję że pokażę to Sharah. Wy 
tymczasem zróbcie co macie do zrobienia, powiedział całując głośno Delilah w usta. 
Do zobaczenia później kochanie, dodał i pobiegł w kierunku radiowozów.

Wilbur posłał nam nienaturalny uśmiech, zupełnie jakby uśmiechanie się było mu 
obce.

—Będę się już zbierał, muszę zaprowadzić Martina do domu. Nadszedł czas by 
obejrzeć Seinfelda.

To była kropla która przepełniła kielich. Starałam się powstrzymywać ale dłużej już 
nie mogłam i wybuchnęłam śmiechem.

—Żartujesz?! Oglądasz powtórki Seinfelda ze swoim ghulem? W jakim dziwnym 
świecie ty żyjesz?

background image

Wilbur spojrzał na mnie ponuro.

—I kto to mówi! Mieszkasz w dużym domu ze swoimi siostrami i bandą facetów. 
Masakrujesz ghule w środku nocy. Jesteś właścicielką baru i na dodatek jesteś 
wampirem. Pijesz krew, na miłość boską! Jesteś ostatnią osobą która powinna rzucać 
kamieniami w innych!

Marszcząc brwi, starałam się powstrzymać, ale myśl o Wilburze i Martinie 
oglądających razem Seinfelda była zbyt dziwna.

—Czy oglądając z nim telewizję, również zakładasz mu smycz czy też go 
wytresowałeś?

—Menolly, wtrącił Rozurial. Przestań być wredna. Mimo wszystko  nam pomógł. 
Kaszlałam tak mocno, że krew spłynęła mi po podbródku. Zdałam sobie sprawę jaki 
dałam spektakl. 

Pobiegłam za Wilburem i Martinem, którzy odeszli w milczeniu.

—Przykro mi. Przepraszam... to napięcie...

Potrząsnął głową.

—Zawsze wymówki. Napięcie nie usprawiedliwia tak niegrzecznego zachowania.

A więc to tak! Pod maską człowieka z puszczy, nasz nekromanta był wrażliwy. 
Postanowiłam odstawić swoją dumę na bok.

—Przepraszam. To było bardzo niegrzeczne z mojej strony. Martin i ty... (zmusiłam 
się do uśmiechu). Miłego wieczoru. Jeszcze raz dziękuję za pomoc.

Pomimo ponurego i nieco sceptycznego wyrazu twarzy, wymamrotał coś co 
zabrzmiało jak zgoda i oddalił się z lekko zdegustowanym wyrazem twarzy.

—Poprosimy Iris aby przygotowała mu półmisek ciasteczek, powiedziała Camille 
kręcąc głową. Menolly, musisz nauczyć się myśleć zanim coś powiesz. Kocham cię, 
ale jesteś najmniej dyplomatyczną osobą na świecie.

—Nie mylisz się, odrzekłam czując się nagle winna.

—Możemy ruszać? przerwał nam Vanzir. Carter na nas czeka, nie chcę go irytować 
spóźniając się.

—Tak, tak, odparłam kierując się w stronę samochodu. Ostatnią rzeczą jakiej nam 
było trzeba, to wkurzony demon depczący nam po piętach.

background image

Wyjeżdżając z parkingu pomyślałam, że być może powinnam spędzać więcej czasu z 
Sassy Branson. Była przecież  dziekanem na wampirzej scenie. Jeśli ktoś mógł mnie 
nauczyć dobrych manier, to tylko ona.

background image

Rozdział 23

Carter mieszkał w piwnicy domu na Broadway Street gdzie mieścił się sklep, w 
ulubionej dzielnicy ćpunów. Rzuciłam okiem przez barierkę za którą znajdowały się 
schody prowadzące do jego mieszkania. Byłam przekonana, że gdyby Carter nie był 
demonem, to klatka schodowa roiłaby się od dilerów i narkomanów. W powietrzu 
wyczuwalna była energia, ostrzeżenie mówiące: „Trzymajcie się z dala, jeśli nie 
chcecie abym was pożarł”.

Vanzir rozejrzał się i upewnił że ulica była pusta. Po drugiej stronie stała prostytutka 
oparta o ścianę. Miała na sobie krótką sukienkę z cekinami i kozaki na platformie. 
Wyglądała na znudzoną, w swoim stroju z lat siedemdziesiątych.

Zastanawiałam się w jakim była wieku. Z wyglądu mogła mieć jakieś trzydzieści a 
nawet pięćdziesiąt lat. Od jak dawna się tym zajmowała? I jak wiele razy próbowała 
się stąd wyrwać? Przyszło mi do głowy, że mogłabym dać jej wizytówkę „Zielonej 
Bogini”, schroniska dla kobiet którym opiekowała się Lindsey Cartridge. Jej 
głównym celem była pomoc kobietom, które były bite przez swoich partnerów ale to 
nie wszystko. Ta sama grupa wsparcia pomagała również kobietom z ulicy wyjść z 
prostytucji. Blisko nas z dużą prędkością przejechały trzy duże samochody. Z 
pewnością młodzi ludzie, którzy nie wiedzą co zrobić z wolnym czasem. Spojrzałam 
na swojego Jaguara który stał zaparkowany tuż obok mieszkania Cartera.

—Myślisz że to bezpieczne by zostawiać w tej dzielnicy nasze auta bez nadzoru? 
Okolica wygląda na podejrzaną.

Vanzir skinął głową.

—Nie ma problemu. Carter zapłacił jednej czarownicy by ta rzuciła zaklęcie przed 
jego domem, wliczając w to miejsca parkingowe. To samo zaklęcie odstrasza złodziei 
i wandali. Gdy tylko wchodzą w jego zasięg, ogarnia ich panika. Jeśli ujrzysz kogoś 
kto czuje się naprawdę nieswojo a w następnej chwili przechodzi na drugą stronę 
ulicy, możesz być pewna że nie ma dobrych intencji. 

—Hmm, rzuciła Delilah. Czy można by kupić jedno dla naszego domu? A co jeśli 
obejmowałoby cały nasz teren...?

—Zapłaciłabyś krocie. Zaklęcie musi być wzmacniane każdego miesiąca, a wierzcie 
mi - czarownica która się tym zajmuje nie jest tania... powiedział Vanzir. Ale jej 
magia działa, dorzucił mrugając do Camille. 

—Spokojnie łowco snów, odparła Camille unosząc brew. Jak na mój gust, było to 
zbyt agresywne, nie sądzisz? 

Popatrzył na nią przez chwilę, po czym zachichotał.

background image

—Szybko reagujesz, brawo! I wskazawszy palcem na drzwi dodał: chodźmy!

Vanzir poprowadził nas schodami w dół, następnie zapukał cztery razy. Po chwili 
usłyszeliśmy kliknięcie i drzwi otworzyły się.

Ponieważ nigdy wcześniej nie byłam w domu demona, nie wiedziałam czego się 
spodziewać. Tak czy owak, na pewno nie spodziewałam się tego co ujrzałam: duży, 
przestronny pokój z wieloma drzwiami prowadzącymi do innych pomieszczeń. Było 
ciemno: okna były zaciemnione. Nic dziwnego że ich nie zauważyłam schodząc. 
Słabe oświetlenie ukazało nam czerwono-złote gobeliny z kanapą i fotelami. Stolik 
do kawy z orzechowego drewna. Meble przypominały te, które mógł posiadać 
wampir. Wszystko było bardzo stare. Miałam wrażenie, że Carter żył na ziemi od 
bardzo bardzo dawna... przynajmniej jeśli chodziło o ludzkie standardy. 

Na ścianach wisiały gobeliny ze scenami z wojen i bitew, z wyjątkiem drugiej ściany 
z regałami wypełnionymi od ziemi po sufit rozmaitymi książkami o różnych 
kształtach i rozmiarach. Przynajmniej jednego mogliśmy być pewni: nasz demon 
lubił czytać. Zaraz obok, na prawo od drzwi, stało orzechowe biurko ustawione tak, 
by siedzący przy nim mógł widzieć wchodzących i wychodzących z budynku.

Siedział przy nim mężczyzna liczący na oko jakieś trzydzieści parę lat. Miał 
falowane włosy tego samego koloru co moje, a jego oczy były nieokreślonej barwy, 
podobnie jak Vanzira. Jednakże demon ten posiadał na czubku głowy dwa ostre rogi, 
zakrzywione i błyszczące. Przypominały mi Impala, zakrzywione do tyłu, królewskie 
i wypolerowane do połysku. Były starannie utrzymane, mimo iż jego włosy 
wyglądały niechlujnie na pierwszy rzut oka. Ale przyjrzawszy mu się dokładniej 
zdałam sobie sprawę, że jego włosy były pokryte żelem. Nieład panujący na jego 
głowie był celowy. Gdy wstał, zdałam sobie sprawę że używał laski. Jego prawe 
kolano było w gipsie.

—Witajcie, nazywam się Carter. Zakładam że Vanzir już wam to powiedział.

To rzekłszy, łaskawym gestem wskazał nam na kanapę.  

—Usiądźcie proszę.

Carter miał na sobie bordową marynarkę i nieskazitelnie czyste, czarne spodnie, 
podczas gdy my... pokryci byliśmy krwią, glebą i pozostałościami z ghuli.

—Jesteś pewien? Nie chcielibyśmy pobrudzić twoich mebli.

Zaśmiał się melodyjnym głosem.

—Nie martwcie się tym. Mam sprzątaczkę która przychodzi raz lub dwa razy w 
miesiącu. Wierzcie mi, przyjmuję gości którzy nawet nie rozumieją pojęcia prysznic.

background image

Gdy usiedliśmy na kanapie i fotelach, Carter pstryknął palcami. Natychmiast 
pojawiła się młoda, ładna, szczupła i delikatna kobieta, która wydawała się mieć w 
swoich żyłach chińską krew. Czekała w milczeniu.

—Kim, przynieś nam proszę herbatę. A patrząc na mnie dodał: i szklankę ciepłej 
krwi. Przerwał gdy zaprotestowałam. Moja gościnność nie może być kwestionowana. 
Przynajmniej nie dopóki żyję.

Usiadłszy w fotelu tuż obok mnie, odchylił się do tyłu, opierając swoją laskę o 
drewniany podłokietnik.

—Vanzir dał mi do zrozumienia że walczycie przeciwko demonowi Karseti, rzucił - 
co zabrzmiało niemal gorliwie.

Odwróciłam się do Camille która skinęła głową.

—To prawda. Udało nam się odstraszyć ich królową, ale nie wierzę by odeszła na 
dobre. Podejrzewamy kto ją wezwał i zastanawiamy się czy zgodziłbyś się wykonać 
dla nas analizę aktywności demonicznej w ściśle określonym obszarze Seattle, 
powiedzmy w ciągu ostatnich stu lat?

Carter spojrzał mi w oczy. Pomimo swojego wyglądu, wydawał się stary i zmęczony.

—Przybyłem tu gdy Seattle było jeszcze bardzo młode. Przyjechałem ze 
Wschodniego Wybrzeża i założyłem firmę drukarską. Wydawałem w mieście kilka 
pierwszych gazet, następnie postanowiłem zniknąć aby ponownie pojawić się, już  
jako ktoś inny. Ludność nie patrzyłaby na mnie tak przychylnie, gdyby odkryła że 
jestem demonem.

—A więc mieszkasz tutaj od bardzo dawna, zauważyłam.

Carter mnie fascynował. Wiedziałam że to demon. Ale był inny od wszystkich jakich 
poznałam wcześniej, takich jak Roz czy Vanzir... Zastanawiałam się do jakiej 
kategorii demonów należał, ale nie odważyłam się spytać z obawy by go nie urazić.

—Tak, byłem świadkiem rozwoju i wzrostu miasta. Prowadziłem moją firmę w 
podziemiach Seattle. 

Carter posłał mi olśniewający uśmiech. Jedno było pewne, zęby miał zdrowe.

—Jestem w stanie ukryć moje rogi gdy czuję obecność kogoś obcego, ale nie 
rozmawiam z wieloma ludźmi. Z natury jestem samotnikiem.

—A w jaki sposób zarabiasz teraz na życie? zapytał Morio wpatrując się w Cartera.

background image

Przyjrzałam się Morio - wydawał się nieufny i ostrożny. Ogólnie rzecz biorąc, miał 
dobry instynkt i ufałam mu.

—Mam małą firmę internetową. Wyszukuję informacje dla profesorów 
uniwersyteckich i naukowców. Moja pensja pozwala mi płacić rachunki i nikt mi nie 
przeszkadza.

W tej właśnie chwili pojawiła się Kim, niosąc tacę z filiżankami, talerzykami i 
imbrykiem. Pamiętała również o szklance krwi. Przyjęłam ją niechętnie. Nie lubiłam 
pić w obecności innych, ponieważ wiedziałam, że niektórych przyprawiało to o 
mdłości. Ale nie chciałam okazać się niegrzeczna. Powąchałam krew czując jak moje 
kły zaczynają się wydłużać. Poczułam jak mój głód rośnie... Wziąwszy łyk, 
zmusiłam się by pozostać skoncentrowaną.

Podczas gdy Kim serwowała innym herbatę, przyglądałam się Carterowi. 
Początkowo myślałam, że była tylko jego służącą, jednak w ich relacjach było coś 
więcej... wydawały się bardziej intymne. Pomimo autorytatywnego tonu, zwracał się 
do niej z miłością i dobrocią.

Gdy skończyła, ponownie się odezwał.

—Dziękuję. Możesz teraz iść do łóżka. Śpij dobrze.

Skinęła głową, po czym zniknęła w milczeniu.
Z ciekawością przekrzywiłam głowę na bok.

—Zastanawiasz się co ona tutaj robi, prawda? spytał Carter.

Zaskoczona skinęłam głową.

—Tak, zastanawiałam się... czy jest człowiekiem?

—Tylko w połowie. Jej matka była demonem-sukubem. Nie interesowała się nią i 
postanowiła ją sprzedać na wolnym rynku; tam ją wypatrzyłem. Kim ma dwadzieścia 
dwa lata, a miało to miejsce dwadzieścia lat temu. Kilka demonów ubiegało się o nią 
ale byli... obrzydliwi. Wiedziałem że miałaby z nimi nieszczęśliwe życie. Więc 
kupiłem ją i przywiozłem tutaj.

Wszyscy przyglądali mu się w milczeniu. Morio skinął głową. Camille i Delilah 
wyglądały na zszokowane. Rozurial tylko słuchał.

—Czy zamierzasz zatrzymać ją przy sobie? spytałam.

—Nie, nie bardzo, odrzekł potrząsnąwszy głową.

background image

Początkowo miałem zamiar zostawić ją na progu kościoła, ale potem zdałem sobie 
sprawę, że przez swoje demoniczne dziedzictwo nigdy nie mogłaby żyć w pokoju w 
jakiejś ludzkiej rodzinie. Wcześniej czy później skończyłaby w szpitalu 
psychiatrycznym lub w więzieniu. Więc zatrudniłem opiekunkę i sam ją 
wychowałem. Traktuję ją jak własną córkę. Kim jest niema. Nigdy nie 
wypowiedziała ani jednego słowa i nie wiemy dlaczego. Uzdrowiciel którego 
zatrudniłem aby ją zbadał uważa, że może to z powodu jej mieszanego pochodzenia. 
Na szczęście nauczyła się języka migowego i świetnie słyszy. Nieustannie zachęcam 
ją by wstąpiła na uniwersytet ale ona woli pozostać tutaj i opiekować się domem.

Kim miała wystarczająco dużo lat aby zostać jego żoną, ale on jak widać nie 
postrzegał jej w ten sposób.

—Jakich informacji potrzebujecie? Czy interesuje was jakiś konkretny obszar czy 
całe miasto?

Gdy Carter skończył swoją herbatę, wstał i podszedł do regału skąd wyjął dużą 
oprawioną w skórę książkę, następnie otworzył ją i położył na stole. Był to atlas 
wypełniony hologramami. Mapami całego miasta. Niewątpliwie magicznymi...

Pokazałam mu na skrzyżowanie w pobliżu domu Harolda. Nie musiał więcej 
wiedzieć. Mimo iż zdawał się być po naszej stronie, warto było być ostrożnym. 
Carter spojrzał na mapę kreśląc palcem rożne ścieżki. Potem zatrzymał się, 
przyglądając się w szczególności jednej stronie, zmarszczył brwi i kulejąc podszedł 
do sekretarzyka, niedaleko biurka. Piętrzyły się tam rzędy idealnie skatalogowanych 
teczek z dokumentami. Wyjąwszy jedną z nich, wręczył mi ją.

—Myślę, że znajdziecie tutaj informacje których szukacie, powiedział. Odnoszę 
wrażenie że szukacie konkretnego nazwiska. Z pewnością je tam znajdziecie.

Gdy otworzyłam teczkę trzymając ją na kolanach, Delilah i Camille stanęły za mną. 
W środku były raporty, robocze szkice i stare wycinki z gazet, z których część
pochodziła z Seattle Tattler, ponadto kilka zdjęć. Prześledziłam wzrokiem różne 
strony.

Dwie czarno białe fotografie przedstawiały rogatego trolla o czerwonych oczach, 
przechadzającego się po parku. Rozmyte zdjęcie przypomniało mi ghule które 
spotkaliśmy na cmentarzu... z tym, że tutaj scena miała miejsce w ogrodzie... a to co? 
Co my tutaj mamy? Zdjęcie domu Harolda nad którym unosiła się czarna chmura. 
Nie była jak inne chmury... to była demoniczna chmura! Pomimo iż zdjęcie było 
stare, nadal czułam jego aurę.

Powoli przekazałam zdjęcie Camille, samej zagłębiając się w gruby plik raportów. 
Przeglądając je zdałam sobie sprawę, że wszystkie były posortowane według daty, 
adresu i typu. Siedem stron zawierało adres Harolda.

background image

Niektóre z nich sięgały roku 1920. W latach 1960, został zauważony wzrost mocy... 
przez tego który je sporządzał.

Co nasunęło mi kolejne pytanie:

—Carter, dlaczego trzymasz to wszystko? Wszystkie te raporty?

Kiedy jego wzrok padł na mnie, jego dobre maniery zniknęły. Znalazłam się w wirze 
kolorów, który przyciągał mnie do siebie. Po raz pierwszy od wielu lat, próbowałam 
złapać oddech i odeprzeć jego energię. Była niczym fala niosąc mnie jak prąd i 
zmuszając bym za nim poszła. Wstałam robiąc krok do przodu. W tej samej chwili 
Camille i Morio stanęli między mną a demonem.

—Natychmiast to powstrzymaj, zagroziła Camille. Czuję co próbujesz zrobić. Zrób 
to ponownie a jesteś martwy.

—Nie igraj ze mną mała dziewczynko, odpowiedział neutralnym tonem. Nie masz 
mocy aby mnie powstrzymać.

Jednak jego dążenie do dominacji zniknęło i ponownie stał się uprzejmym demonem 
jakiego spotkaliśmy wcześniej.

—Co to do jasnej cholery było?!! (ostatnia osoba która to zrobiła, obróciła się w 
proch). Nienawidzę być do niczego zmuszana, zrozumiano?! Nie doceniasz nas! 
Jesteśmy silniejsi niż ci się wydaje!
Carter podniósł rękę.

—Wystarczy. Nie chciałem do niczego cię zmuszać. Odpowiadam jedynie na wasze 
pytanie. Obserwuję, przechowuję dane i staram się unikać radarów Skrzydlatego 
Cienia. Rozumiecie co mam na myśli?

Nie bardzo. Jedyne co zrozumiałam to to, że nie był jedną z marionetek Skrzydlatego 
Cienia. Był dużo starszy niż myśleliśmy, a jego moce porównywalne były z mocami 
najsilniejszych wampirów jakie spotkałam. Ale żył w tym ciemnym mieszkaniu, w 
złej dzielnicy Seattle, z Kim - swoją przybraną córką i z szyną w kolanie. I zgodził 
się nam pomóc.

Chwyciłam plik raportów.

—Czy moglibyśmy dostać kopię?

Wstał i wyciągnął do mnie rękę.

—Daj mi je.

background image

Wziąwszy je ode mnie, skierował się do kserokopiarki stojącej na jego biurku. Gdy 
kopiował dokumenty, ponownie mu się przyjrzałam, starając się zrozumieć kim do 
diabła był i dlaczego nam pomagał?

Jedno spojrzenie na Vanzira powiedziało mi, że nawet gdyby wiedział, za nic by mi 
tego nie powiedział. Moglibyśmy go zmusić ale tylko wtedy gdybyśmy naprawdę 
tego potrzebowali. W żadnym wypadku nie powinniśmy nadużywać władzy jaką 
mieliśmy nad nim... prawa życia i śmierci...

Carter wrócił po chwili niosąc plik papierów.

—Proszę. Wykorzystajcie je jak chcecie. Ale bądźcie ostrożni, zło ma wiele twarzy i 
reinkarnacji. Nie wszystko co wydaje się złem może was zabić ale obecnie paranoja 
jest waszym najlepszym przyjacielem.

Vanzir, jakby rozumiejąc ukrytą wiadomość, wstał.

—Myślę że mamy wszystko czego potrzebowaliśmy.

—Czy aby na pewno? Jak zidentyfikujemy kreatury wymienione w raportach? 
spytałam, przejrzawszy je ponownie i nie będąc w stanie rozszyfrować połowy z 
nich.

—Czy informacja, że przez ostatnie sto lat w jednej konkretnej dzielnicy Seattle 
odnotowano najwyższą aktywność demoniczną, wam nie wystarczy? Radzę wam 
przejrzeć raporty zaginionych osób z ostatnich kilku lat i sprawdzić liczbę 
zaginionych kobiet, które udały się na spacer i nigdy nie wróciły do domu. Użyjcie 
głowy, powiedział Carter wstając. Czasem wystarczy wiedzieć że coś się dzieje, bez 
wnikania w szczegóły.

Po tym odprowadził nas do drzwi, a my nagle znaleźliśmy się na chodniku. 
Grzecznie - ale jasno - wyprosił nas za drzwi.

Odwróciłam się do Vanzira który uniósł podbródek, jakby stawiając mi wyzwanie. 
Rozejrzałam się po ulicy, chłodna bryza niosła ze sobą szmer szeptów. Noc miała 
oczy i uszy...

—Wynośmy się stąd, powiedziałam nagle. Chodźmy do baru, tam wszystko 
omówimy.

Bez słowa wszyscy rozeszliśmy się do swoich samochodów; nie mogłam 
powstrzymać się od myślenia o Carterze. 

Dotarłszy do Voyagera, zebraliśmy się wszyscy w moim biurze, gdy nagle Luke 
zapukał do drzwi. Zanim pozwoliłam mu wejść, dałam znak wszystkim by umilkli. 

background image

Zmienni mieli świetny słuch; nie było potrzeby by znał szczegóły naszej rozmowy. 
Ze szmatką przerzuconą przez ramię, wyglądał jakby był na granicy wybuchu. On też 
czuł wezwanie księżyca; pełnia była coraz bliżej.

—Co się dzieje?

Luke nie miał zwyczaju mi przeszkadzać gdy wiedział że jestem zajęta. Musiało się 
wydarzyć coś ważnego.

—Kłopoty, szefie (ruchem głowy wskazał na na wejście do baru). Anioły Wolności 
zakotwiczyły się w barze i napastują narzeczone wróżek. 

O cholera! Jakby jeszcze było mi trzeba bandy stróżujących psów - samozwańczych 
strażników moralności nękających moich klientów!

Odwróciłam się do Camille:

—Zadzwoń do Chase'a i powiedz mu żeby jak najszybciej przyjechał. 

Podążając za Luke'm do baru, usłyszałam echa sporu.

Było ich trzech. Na pierwszy rzut oka wyglądali jak banda motocyklistów ale ich 
skórzane kurtki pochodziły ze supermarketu na rogu. Ich nowe spodnie nie miały 
żadnych dziur ani przetarć. Natomiast ich zarost na twarzy nie miał więcej jak 
dziesięć godzin. Zapach papieru i dusznego biura przylgnął do nich niczym chmura 
dymu z cygara. Ci tutaj nie byli opryszkami ale chcieli by inni tak myśleli. Moim 
zdaniem, żaden z nich nigdy nie brał udziału w prawdziwej walce... przynajmniej 
jeszcze nie...

Trio zabrało się za dwie narzeczone, które piły drinki przy jednym z pierwszych 
stolików. Faktycznie, dziewczyny były ubrane aby przyciągnąć uwagę, ale nie było to 
przestępstwem. Przynajmniej nie w moim barze. Nawet jeśli wiele nie zamawiały i 
nie zostawiały napiwku, to nadal były bywalczyniami baru.

—Jakiś problem, panowie? spytałam zbliżając się do nich i stając pomiędzy nimi a 
dziewczynami. Nie chciałabym aby ktoś czuł się zagrożony w moim barze.

Jeden z nich, na pewno ich przywódca, zbliżył się do mnie chuchnąwszy mi twarz. W 
jego oddechu wyczułam piwo. Najwyraźniej nie wiedział, że właścicielem baru był 
wampir. W przeciwnym razie nie byłby tak głupi.

Luke natychmiast odepchnął go ode mnie i stanąwszy obok mnie skrzyżował 
ramiona. Zadrżał, a do moich nozdrzy dotarł zapach wilka. Blisko pełni, stres uderzał 
mu do głowy. Zmienni z natury łatwo się unosili...

background image

Odwróciłam się do niego.

—Luke, lepiej będzie jak pójdziesz do domu. Zajmę się tym. 

—Nie pozwolę ci…

Jego oczy błysnęły niebezpiecznie i zaczęły zmieniać kolor.

—Oczywiście że mi pozwolisz. Jestem twoim szefem i rozkazuję ci wrócić do domu, 
odparłam ujawniając swój czar. 

Luke przetrzymał moje spojrzenie a następnie spuścił wzrok. W barze byłam jego 
szefem i stałam wyżej w hierarchii.

—Dobra, ale w ogóle mi się to nie podoba.

Wrócił do baru, rzucił swoją szmatkę na kontuar i zniknął na tyłach. Sądziłam że 
zechce wyjść tylnym wyjściem by nie nadziać się na Anioły Wolności i nie dać się 
sprowokować do bójki.
Odczekałam moment aż zniknął mi z pola widzenia, po czym zwróciłam się do 
mężczyzn:

—Czego do cholery chcecie?

—Posłuchaj mała, może warto pomyśleć o znalezieniu innej pracy? Przebywanie 
pośród tej hołoty może nie być dobre dla twojego... (przerwał przyjrzawszy mi się od 
stóp do głów). Czekaj, mówisz że jesteś właścicielką? (rzucając okiem na innych,
pokręcił głową). Nie, to nie może być prawda. Słyszałem że właścicielem jest...

Otworzyłam usta pozwalając mu ujrzeć moje wydłużające się kły i posłałam mu 
złośliwy uśmieszek.

—Co? Wampir?

—Masz rację twardzielu! Teraz kiedy wszystko jest już jasne, co robisz w moim 
barze i dlaczego nękasz te kobiety? A może nie powinnam pytać? 

Pan twardziel wyprostował się i wsadził kciuki w szlufki.

—Jesteś wampirem? Nie wyglądasz na twardziela. Jesteśmy tu po to, aby nawrócić 
zabłąkane owce. To jest nasze miasto, nasz świat i oczekujemy, że tak pozostanie. 

—Naprawdę wierzysz w te bzdury? wykrzyknęła nagle Camille pojawiając się w 
drzwiach mojego biura. Zdałam sobie sprawę, że Luke musiał dać im znać co się 
dzieje.

background image

—Potrafię się tym zająć! rzuciłam.

Niemniej jednak Rozurial i Vanzir stanęli przy moim boku, po nich dołączyli Morio, 
Camille i Delilah tworząc półkole.

—Mam pomysł, odparłam dźgnąwszy palcem w pierś lidera i zmuszając go do 
wycofania się. Wynoście się stąd zanim sama nie wywalę was na zewnątrz. Jeśli 
kiedykolwiek zobaczę was kręcących się w pobliżu mojej baru, każę was aresztować. 
A jeśli to nie pomoże, przyjdę odwiedzić was w środku nocy we śnie i sprawię, że 
nigdy więcej nie pojawicie się w moim barze.

Z szeroko otwartymi oczami, wszyscy trzej zrobili krok do tyłu. Gdy ich lider znów 
przemówił, brzmiał groźnie.

—Naprawdę jesteś diabelskim nasieniem! Jak wszyscy z twojego rodzaju! I 
nienawidzimy tego.

—A ja nienawidzę recydywistów, rzucił nagle od progu Chase będąc w asyście 
dwóch swoich ludzi. Toby, już ci mówiłem że jeśli dalej będziesz się tak 
zachowywał, skończysz w więzieniu. 

Rzuciłam okiem na Chase'a.

—Toby?

—Toby i jego przyjaciele pracują dla firmy ubezpieczeniowej White Castle. Z 
pewnością nie pomyśleli co do ich CV wniesie notatka o aresztowaniu (Chase 
spokojnie dał mi znak bym się cofnęła). Zajmę się tym, powiedział.

Wiedział co robić, pomyślałam obserwując jego ludzi eskortujących nasze trio do 
wyjścia. Dotarłszy do drzwi odwrócił się.

—Przy okazji, Willy się pojawił - cały i zdrowy. Był w odwiedzinach u swojej 
siostry.

Kiedy drzwi się za nim zamknęły, schowałam kły i odwróciłam się do pozostałych.

—Dziękuję za pomoc. Musiałam odesłać Luka do domu...

—Tak, był o krok od przemienienia się, zauważyła Delilah. Jego aura była tak 
naładowana, że sama miałam ochotę przemienić się w panterę i pogonić tych 
idiotów!

—Idiotów?  Być może, odparłam. Ale nie zapominaj, że członkowie tej grupy już 
wcześniej zabili i zrobią to ponownie.

background image

—Dla wróżek nie ma bardziej niebezpiecznej grupy jak Anioły Wolności, rzucił 
Vanzir. Nawet jeżeli są oni mniej widoczni, mogą narobić dużo więcej szkód. Ale 
nikomu jeszcze nie udało im się nic udowodnić. Mam kilku znajomych którzy mają 
na nich oko.

Odwróciłam się do Vanzira. Po raz kolejny mnie zaskoczył.

—Ilu dokładnie masz przyjaciół - demonów?

Zamrugał. Ze względu na rytuał ujarzmienia, nie mógł odmówić odpowiedzi na 
bezpośrednio zadane pytanie.

—Nie jestem pewien... co najmniej pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu. Nikt nie wie 
ilu z nas tworzy siatkę. To pomaga nam w zachowaniu bezpieczeństwa, dodał 
ponuro.

Było jasne, że nie chciał o tym mówić. 

—Siatkę? Jaką siatkę? spytała Camille. Myślałam że znasz zaledwie kilka demonów 
z którymi wychodzisz od czasu do czasu.

Vanzir głośno westchnął.

—OK, OK, wszystko powiem ale pamiętajcie, że mówiąc wam o tym ryzykuję 
własnym życiem. Jakiś czas temu natknąłem się na siatkę demonów, które zdołały 
przedostać się na Ziemię. Połączyli siły przeciwko Skrzydlatemu Cieniowi. 
Podziemny ruch oporu budowany jest stopniowo ale nie może długo pozostać w 
Podziemnym Królestwie. Niebezpieczeństwo jest zbyt wysokie.

Wiadomo było że niektóre demony nie zgadzają się z planami Skrzydlatego Cienia 
ale nie wiedzieliśmy nic o tworzeniu czynnego ruchu oporu. W każdym razie, to nie 
najlepsze miejsce by o tym dyskutować, o ile chcemy zachować wszystko w 
tajemnicy.

Chase wybrał ten moment by ponownie się pojawić. 

—Nie powinni stwarzać wam więcej problemów. Jeśli okaże się inaczej, po prostu 
zadzwońcie. Ci trzej są stosunkowo nieszkodliwi ale ich przyjaciele z pewnością nie. 
Miejcie się na baczności, ostrzegł. Muszę iść spać. Jestem non stop na służbie i 
potrzebuję wypoczynku. Co macie w planach?

—Myślę że wrócimy do domu Harolda, odrzekła Camille. Przeczytałam raporty które 
dał nam Carter. Wygląda na to, że w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat wokół jego 
domu wzrosła aktywność demoniczna. Jest tam również wiele wzmianek o 
demonicznych wrotach.

background image

Skrzywiłam się.

—Świetnie!

—Dokładnie, odparła bawiąc się kosmykiem włosów. Chase, czy mógłbyś poprosić 
jednego ze swoich ludzi aby przygotował nam listę zaginionych kobiet w tamtejszej 
okolicy w okresie powiedzmy ostatnich pięćdziesięciu lat lub więcej? Każdej osoby 
którą tam widziano a która nigdy nie dotarła do miejsca przeznaczenia.

Chase skinął głową.

—Załatwione. Bądźcie ostrożni. 

Delilah podeszła się do niego aby ucałować go w policzek.

—Obiecujemy. Idź do domu i się prześpij.

Kiedy tylko detektyw zniknął za drzwiami, zwróciłam się do pozostałych:

—Myślę że nie mamy innego wyjścia. Musimy tam wrócić i dowiedzieć się czegoś 
więcej.

Nie było nic więcej do dodania. Poprosiłam Chrysandrę by przez resztę nocy zajęła 
się barem, po czym wyruszyliśmy.

Partyzanci Dantego! Nadchodzimy!

background image

Rozdział 24

Po drodze obserwowałam niebo. Matka Księżyca była prawie w pełni. Musieliśmy 
rozwiązać nasze problemy do wieczora. W przeciwnym razie, Camille i Delilah nie 
będą w stanie nam pomóc. Nie wspominając już o tym, że moc innych wróżek i 
nadprzyrodzonych istot z pewnością ponownie przyciągnęłaby Karsetii przed 
demoniczne wrota. Byłam co do tego przekonana. Zwykle nie miałam przeczuć ale 
tym razem... po prostu o tym wiedziałam.

—Zakradniemy się tam w ten sam sposób jak wcześniej, ale tym razem wszyscy. Nie 
możemy ryzykować. Ostatnim razem z Delilah słyszałyśmy tam zbyt wiele różnych 
głosów. Potrzebujemy pomocy każdego. Jeśli nas złapią, cóż... to nie jest tak by nam 
się to już wcześniej nie zdarzyło... Zajmiemy się tym w odpowiednim czasie.

Wślizgując się do domu Harolda tym samym wejściem co ostatniej nocy, 
odczuwałam niepokój. Walka z demonami to jedno ale walka z ludźmi których łatwo 
jest zabić, to już inna rzecz. Jeśli popełnimy błąd, narazimy się na gniew całej 
społeczności...

I co powiemy rodzicom Harolda jeśli będziemy musieli się go pozbyć? „Państwo 
Young, wiem że to zabrzmi głupio ale wasz syn był liderem demonicznej sekty która 
porywała i mordowała kobiety wróżki”. Nawet jeśli zdołamy to udowodnić, to wątpię 
czy zdobędziemy wśród nich sojuszników, zwłaszcza biorąc pod uwagę historię tej 
rodziny.

Wyglądało jakby Partyzanci Dantego istnieli od bardzo, bardzo dawna... a nasza 
konfrontacja z Aniołami Wolności nie poprawiła mi nastroju. Nie czułam się zbytnio 
tolerancyjna... z demonami mogłam sobie poradzić, podobnie z ghulami i innymi 
stworzeniami nocy. Ale ludzie, ci byli zbyt wyrachowani, zbyt łatwo było im się 
ukryć za fasadą.

Po zaparkowaniu kilka przecznic wcześniej, pod osłoną nocy ruszyliśmy do domu 
Harolda. Światła nadal się paliły. Nie było jeszcze nawet 23-ej ale nie mogliśmy 
czekać. Podwórko było puste, z wyjątkiem dużej furgonetki. Chłopcy musieli być na 
zewnątrz lub starali się przywołać nowego demona, albo grali w gry sieciowe. 
Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy z naszej krótkiej wizyty, ponieważ wejście 
nie było zabarykadowane i wyglądało tak samo jak ostatniej nocy.
Odczekawszy chwilę aż Delilah otworzy wytrychem zamek, dałam znak Rozowi by 
poszedł za mną, po nim Delilah, Camille, Morio i na końcu Vanzir. 

Zeszliśmy po drabinie, dotarłszy w ciszy do tunelu jak ostatniej nocy. Jedyne co 
słyszeliśmy, to szepty w oddali i dźwięki małych stworzeń, pełzających w 
ciemnościach; szczurów, karaluchów i ryjówek. W powietrzu było coś, co wyczuwali 
tylko ci którzy żyli w świetle księżyca. Poczucie koleżeństwa. Byliśmy milczącymi 
partnerami, którzy stąpali po tym świecie za zasłoną tajemnicy.

background image

Ci którzy żyli w świetle dziennym, byli głośni a ich działania były wyraźnie 
widoczne. Niestety, oprócz mistycznych stworzeń, noc kryła w sobie również te 
najbardziej haniebne: seryjnych morderców, gwałcicieli i tych, którzy specjalizowali 
się w strzelaniu innym w plecy.

Kiedy doszliśmy do drzwi prowadzących do podziemnego kompleksu, skinęłam 
pozostałym by się zatrzymali i pozostali cicho, podczas gdy sama przycisnęłam ucho 
do drzwi, nadsłuchując. Na początku dotarły do mnie oddechy moich towarzyszy. 
Skupiwszy się, ponownie usłyszałam szczury i karaluchy... starałam się 
wyeliminować wszystkie dźwięki które mnie nie interesowały. Po chwili udało mi się 
uchwycić to co chciałam: niski śpiew dochodzący z oddali; był głębszy niż 
poprzednio i bardziej intensywny. Musiałam spytać Camille czy wyczuwa magiczną 
energię pochodzącą od niego. Ale by się tego dowiedzieć, musieliśmy dostać się do 
środka. Nasłuchując starałam się wykryć czy nikt nie czai się po drugiej stronie. 
Następnie wskazując w dół tunelu, szeptem opowiedziałam im to co usłyszałam:

—Ukryjemy się w celi gdzie z Delilah znalazłyśmy ciała.

—Nie zapominaj że znam zaklęcie niewidzialności, powiedział Morio. Nie zdoła 
ukryć zapachu lub hałasu ale może być użyte aby oszukać strażników.

—Dobry pomysł, odparłam, poklepując go z ulgą po ramieniu.

Przynajmniej mieliśmy coś co przypominało plan. Nawet jeśli zazwyczaj  naszą 
główną metodą ataku było uderzenie przeciwnika w głowę, to miałam nadzieję, że 
nikomu nie stanie się krzywda. Być może istniała inna, bardziej przemyślana taktyka, 
ale wątpiłam abyśmy kiedyś mieli zmienić nasze sposoby walki.

Otworzyłam ostrożnie drzwi zaglądając do holu. Nikogo. Psalmy odbiły się echem w 
pustym korytarzu, a my udaliśmy się w ciszy w kierunku naszego celu. Cela nie była 
zamknięta na klucz. Otworzywszy drzwi ujrzałam ciało Sabele; nikt jej nie ruszał. 
Wściekła skinęłam innym by weszli. Camille w ciszy zbliżyła się do ciała i musnęła 
palcami pergaminową skórę jej twarzy. 

—Co oni jej zrobili? szepnęła.
—Jak już mówiłam: wyrwali jej serce i odcięli palce. To banda sadystów.

W chwili gdy spojrzałam na Sabele, wszystkie moje obawy co do rodziców Harolda 
poszły w niepamięć. Zastanawiałam się od jak dawna tu była? Czy zabili ją tutaj w 
tym miejscu, czy gdzie indziej a później przenieśli ciało? Czy była przytomna w 
trakcie operacji? Czy ją zgwałcili? I czy bawił ich jej strach?

Wspomnienia mojej własnej nocy grozy w rękach Dredge'a wróciły do mnie niczym 
klatki starego filmu. Pomimo faktu iż przemienił się w pył i łącząca nas nić została 
zerwana, nigdy nie zapomnę tego co mi zrobił.

background image

Camille pogłaskała ją, odgarnąwszy kosmyk włosów z jej twarzy.

—Śpij, śpij. Śpij i dołącz do swoich przodków moja przyjaciółko. Śpij snem 
starożytnych i śnij o samych bóstwach. Spoczywaj w pokoju.

Słaby prąd powietrza poniósł się przez celę; wzdrygnęłam się. Byłam pewna że 
Sabele była wśród nas i nas słyszała. Czy została tutaj uwięziona? Czy jej duch 
czekał aż ją uwolnimy?

Morio pogładził Camille po plecach, a ona zadrżała. Pochylił się i delikatnie 
pocałował ją w ramię, a następnie w ucho by w końcu zwrócić się do mnie:

—Kogo chcesz wysłać na misję rozpoznawczą? Ktokolwiek to będzie, musi poruszać 
się bezszelestnie i wydzielać jak najmniej zapachów, rzekł kładąc swoją torbę na 
ziemi.

—Ja pójdę, odrzekłam. Czy twój czar działa na wampira?

—Nie rozumiem dlaczego miałby nie działać. Mogę rzucić zaklęcie na dwie osoby. 
Chcesz wziąć kogoś ze sobą?

Pokręciłam głową. Myślałam o wzięciu Delilah ale to byłoby zbyt niebezpieczne. 
Pójście samej będzie znacznie prostsze.

—Nie, jestem najszybsza i najbardziej cicha z całej grupy. Jakieś rekomendacje?

Spuściłam głowę patrząc na swoje buty: na obcasach ale praktyczne w walce. 
Podklejone były gumą by nie robić hałasu. Niektóre z moich butów uderzając o 
ziemię wydawały ładny dźwięk, przypominały mi że wciąż żyłam. W praktyce 
przekonałam się, że w walce z demonami lepiej było być jak najcichszym.

—Jeśli na kogoś wpadniesz, wyczuje cię. Jeśli będziesz hałasować, usłyszy cię. Jeśli 
kogoś zaatakujesz, czar zniknie. To zaklęcie służy jedynie w celach rozpoznawczych. 
Niektóre czary działają podczas bitew ale są trudne do opanowania. Tylko 
czarownice i najpotężniejsi czarownicy z nich korzystają.

—Jak długo działa?

Wzruszył ramionami.

—Trudno powiedzieć. Wszystko zależy od odbiorcy. Powinnaś mieć jakieś dziesięć 
minut... być może piętnaście... jeśli będziesz miała szczęście. Kiedy staniesz się 
niewidoczna, sam nie będę cię w stanie zobaczyć. Gdy ponownie zobaczysz swoje 
ręce i ciało, będzie to oznaczać że czar przestał działać. 

background image

—OK, jestem gotowa. Dowiedzmy się  z czym mamy do czynienia. 

Morio stanął w rozkroku, mocno na ziemi. Kiedy uniósł wzrok, jego oczy nabrały  
koloru ciemnego topazu; mogłam dostrzec jego demoniczną naturę. Następnie wziął 
trzy głębokie oddechy. Poczułam jak energia wokół niego wzrosła, wirując i 
obracając się niczym wicher ognia. Potem położył ręce na moich ramionach. Nie 
rozumiałam słów które padały z jego ust, ale poczułam jak moje ciało zaczęło się 
zmieniać. To było prawie jak przechodzenie przez portal, tyle tylko że to nie moje 
otoczenie stawało się zamglone ale ja sama. Miałam wrażenie jakbym obserwowała 
świat patrząc przez kamerę. Spojrzałam w dół i zorientowałam się że nie widzę 
swoich rąk ani stóp, żadnej części mojego ciała.

—OK, to naprawdę dziwne, powiedziałam.

Delilah podskoczyła.

—Szczególnie dla nas. Ty po prostu zniknęłaś.

—Cóż, będę się zbierać. Wracając zapukam trzy razy. Mam tylko nadzieję, że do tego 
czasu zaklęcie będzie działało... Ostatnią rzeczą jakiej potrzebujemy to bycie 
rozdzielonymi.

Ponownie podeszłam do drzwi, wsłuchując się. Nic tylko śpiewy. Zastanawiałam się 
czy to nie nagranie puszczane w kółko. Wyślizgnąwszy się na zewnątrz, zamknęłam 
za sobą drzwi. W holu nikogo nie było. Poruszałam się wzdłuż ścian unikając drzwi, 
które mogły się nagle otworzyć. Mogłam poruszać się szybciej niż którykolwiek z 
pozostałych, z wyjątkiem chyba Vanzira i Roza. Szłam za dźwiękiem głosów i 
muzyki odbijającej się echem w oddali.

Na końcu korytarza ujrzałam schody prowadzące w dół. Ponadto było tam ogromne 
okno, które zajmowało prawie całą ścianę. Kiedy się do niego zbliżyłam, 
podskoczyłam gwałtownie. Schody prowadziły do amfiteatru. Jego ściany zostały 
pomalowane na czarno, ze złotym wykończeniem. Na półkach rozstawione były setki 
miedzianych kandelabrów, w każdym po trzy świece koloru kości słoniowej które 
migotały. Na jednej ze ścian została przymocowana skóra. Ludzka skóra zabarwiona 
krwawymi runami.  Był to klucz do otwarcia demonicznych wrót.

W centrum stał potężny ołtarz z czarnego marmuru. A po obu jego stronach wysokie 
na dwa metry krwistoczerwone świece oświetlające kamień. Sam ołtarz otaczał 
pierścień zakapturzonych mężczyzn w szarych pelerynach, każdy przepasany 
szerokim czerwonym, czarnym i  złotym pasem. Jeden z nich wymachiwał długim 
zębatym mieczem. Ale to co przyciągnęło mój wzrok, to postać przykuta do ołtarza. 
Naga, z wyjątkiem szala na brzuchu, elfica przywiązana za nadgarstki i kostki. Jej 
długie jasne włosy opadały kaskadą na marmur. Jej krzyk tonął w dźwiękach 
śpiewów.

background image

Odwróciłam uwagę od mężczyzny z mieczem, spojrzawszy na to co znajdowało się 
za jego plecami. Kształtująca się czarna dziura... demoniczne wrota!

Cholera! … byli w trakcie otwierania kolejnych demonicznych wrót!

Odwróciłam się aby sprowadzić moich towarzyszy. Niestety, byłam tak 
zaabsorbowana tym co się dzieje, że nie zdawałam sobie sprawy iż ktoś się do mnie 
zbliżył. W efekcie wpadliśmy na siebie. Morio miał rację. Pomimo mojej 
niewidzialności, nadal miałam ciało. Mężczyzna którego potrąciłam, był prawdziwy. 
Podobnie jak fakt, że zaplątałam się w jego szatę i upadłam na niego warcząc.

Tylko tego mi było trzeba! Kiedy próbowałam wstać, udało mu się chwycić mnie za 
włosy szarpnąwszy mocno. Odpowiedziałam natychmiast dając mu w twarz. W 
chwili gdy moja ręka dotknęła jego policzka, powietrze zaczęło drżeć a ja zaczęłam 
się stawać widoczna.

Jasna cholera! Zaatakowałam go, a teraz on mógł mnie zobaczyć!

—Co jest...? (głos wydawał mi się dziwnie znajomy. Szarpnęłam za kaptur, 
odsłaniając jego twarz: Duane. Cudownie! Jeszcze jeden z którym mogłam sobie 
poradzić). Kim jesteś?

Gdy próbował walczyć, przyłożyłam mu w szczękę. Zanim stracił przytomność, 
usłyszałam chrzęst łamanych kości. Unosząc głowę zdałam sobie sprawę, że nie 
jestem sama. Inna zakapturzona postać zaczęła oddalać się ode mnie, krzycząc. 
Początkowo myślałam że chce uciec, ale nagle w holu odezwał się alarm i 
zrozumiałam co on zrobił. To nie był zwykły alarm przeciwpożarowy.

Spojrzawszy w górę ujrzałam mrugające światła pod sufitem i zdałam sobie sprawę, 
że był to jakiś ogólny alarm. O cholera!

Zerwałam się i pobiegłam w jego kierunku ale ten zamknął się w sąsiednim pokoju.
Postanowiłam chwilowo go zostawić i poszukać reszty. Straciliśmy element 
zaskoczenia. Trudno. Nie mogliśmy tak sobie zostawić tutaj tej dziewczyny, tym 
bardziej pozostawić otwartych demonicznych wrót. 

Drzwi otworzyły się ukazując Camille, Morio i innych. 

—Wynosimy się stąd? spytała.

Pokręciłam głową.

—Nie, przetrzymują w niewoli dziewczynę. Wciąż żyje, ale nie potrwa to długo, jeśli 
chcecie znać moje zdanie. Posłuży jako posiłek dla demona którego wzywają.

background image

—Więc wystarczy tych pogaduszek wtrącił Roz.

Razem udaliśmy się do amfiteatru. Kiedy zbliżyliśmy się do ciała Duane'a, rozeszły 
się krzyki i wybuchła panika. Schody zapełniły się uciekającymi mężczyznami, 
którzy zostawiali za sobą swoje szaty. Niektórzy z nich byli o wiele starsi od 
studentów uniwersytetu. Szeregi Partyzantów Dantego składały się zatem z byłych 
studentów i to w dobrej formie!

—Cholera! wykrzyknęła Camille. Idziemy do ataku!

Myślałam że gładko przejdziemy przez grupę, ale ku mojemu zdziwieniu znalazłam 
się twarzą w twarz z jednym z członków bractwa. Chwilę zajęło mi aby sobie 
uświadomić że był wampirem. O cholera! Co oznaczało, że nie wszyscy tutaj byli 
ludźmi. Przynajmniej nie ten. Gdy umarł miał około czterdziestu lat, średniego 
wzrostu i zbyt muskularny jak na mój gust. Głodny, z czerwonym błyskiem w oku. 
Wypuściłam kły i syknęłam krążąc wokół niego. 

—Jakiś problem, Len? zapytał głos.

—Ona też jest wampirem! krzyknął.

Wspaniale! Teraz każdy wiedział że jestem wampirem. Postawiłam moje bariery i 
zaatakowałam, zadając mu uderzenie stopą, co zwykłam robić gdy coś nie szło 
dobrze. Niestety przewidział mój ruch i cofnął się. Straciwszy równowagę upadłam 
do przodu, a on w tej samej chwili rzucił się na mnie. Oboje turlaliśmy się po 
podłodze warcząc, sycząc i obrzucając się wyzwiskami.
Naraz mój zamglony umysł zalały dźwięki metalu, sztuczne ognie i krzyki. Starałam 
się skupić aby ocenić jak niebezpieczny był mój przeciwnik.

Udało mi się go odepchnąć, co oznaczało że nie był silniejszy ode mnie. W 
rzeczywistości użył całej swojej siły aby mnie powstrzymać... Miałam nad nim 
przewagę! Ślady na jego szyi świadczyły o tym, że dopiero co został dobrowolnie 
ugryziony lub został zaatakowany. Czy był słaby? Rany wyglądały na świeże... 
podczas gdy wampiry leczyły się się w ciągu kilku godzin...

—Kim jesteś suko?!

Pytanie dotarło do mnie z lewej strony. Na pewno zostało skierowane do Camille lub 
Delilah.

—Twoim najgorszym koszmarem! warknęła Camille grzmiącym głosem. Może 
niezbyt oryginalne ale… zaraz po tym nastąpił wybuch i dym wypełnił hol. Modliłam 
się by moja starsza siostra ponownie się nie poparzyła.

background image

Podczas gdy mój przeciwnik cofnął się zaskoczony, skorzystałam z okazji by zająć 
się nim w taki sam sposób jak ghulami. To go nie zabije ale...

—Hej, Roz! Potrzebny mi kołek!

Zanim Leny mógł zareagować, Roz znalazł się obok mnie z kołkiem w ręce, który  
następnie zanurzył w jego piersi.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu Camille mając nadzieję, że nic jej się nie stało. Tam 
w kącie walczyła z jakimś typem, zadając mu cios kolanem między nogi – a ten 
jęknąwszy upadł na ziemię. Ujrzałam również Delilah z Lysanthrą w ręku, jej 
sztyletem, goniącą jednego z mężczyzn. Tamten wrzeszczał obejmując się za głowę.

Dwóch leżało na ziemi, a krew barwiła przód ich koszul; ci już nigdy więcej nie będą 
uczestniczyć w imprezach bractwa.

Vanzir wbił mojego kumpla Larrego w ścianę. Uniósł rękę i w mgnieniu oka tamten 
upadł. Co on mu zrobił? Morio natomiast w swojej demonicznej formie walczył 
wręcz z pięcioma mężczyznami, którzy wyglądali jakby umierali ze strachu. 
Wnioskując po smrodzie unoszącym się w powietrzu, jeden z nich narobił w gacie. 

—Zwiążcie ich! I nie zapomnijcie ich zakneblować i zawiązać im oczy... zaczęłam 
myśląc o dostarczeniu ich Chasowi... gdy nagle zapadła cisza a moje słowa zniknęły 
w otchłani. Mówiłam, nie słysząc jednak siebie. Spojrzawszy na moich towarzyszy, 
ujrzałam przerażenie na ich twarzach.
Nagle moją uwagę przykuł ruch na schodach. Wszyscy patrzyli na postać wyłaniającą 
się z mroku. Miał na sobie szatę jak inni, ale w jego aurze było coś groźnego... coś 
mrocznego czego nie mieli inni...

Machnął ręką i wszyscy członkowie Partyzantów Dantego padli na podłogę składając 
mu pokłon. Co jest...? Traktowali go jakby był jakimś bogiem...

O cholera. Czyżby był to demon którego przywołali? Nie... nawet jeśli otaczająca go 
demoniczna energia przykleiła się do niego niczym jeździec rodeo do byka, to nie 
pochodziła bezpośrednio od niego.

Kiedy podszedł bliżej, utworzyliśmy linię obrony. Camille spojrzała na mnie, starając 
mi się coś powiedzieć ale żadne słowa nie padły z jej ust. Dźwięki ginęły w 
korytarzu.

Wtedy mężczyzna odrzucił kaptur i ujrzeliśmy o wiele starszą kopię Harolda. Jego 
ojciec? Nie, zbyt młody. Może wuj?

Płomień w jego oczach powiedział nam, że nie był głupi, a tym bardziej 
nieszkodliwy.

background image

Jego aurę otaczała śmierć, podobnie jak jego peleryna którą nosił
na ramionach.

Nekromanta. Ich mag śmierci. Był adeptem, ale nieostrożnym. Pozwolił się 
kontrolować energii a nie na odwrót.

A potem Camille wskazała mi gestem na coś... wokół jego szyi zawieszony był 
wisiorek, niebieski kamień – akwamaryn osadzony w srebrze. Energia która z niego 
pochodziła sprawiała, że chciałam paść na kolana jak inni. I wtedy zrozumiałam co 
próbowała mi powiedzieć moja siostra. Delilah również. Miał na sobie pieczęć 
duchową. Nasz wróg posiadał piątą pieczęć duchową i planował wykorzystać ją 
przeciwko nam.

background image

Rozdział 25

Wycofałam się, zastanawiając czy wiedział czym jest pieczęć duchowa zawieszona 
na jego szyi. Czy był w zmowie ze Skrzydlatym Cieniem? Przeniosłam wzrok z 
powrotem na Camille i Morio. Musiał wyczuwać bijącą od nich magię śmierci. O 
cholera! Jeśli uzna ich za zagrożenie, to zaatakuje ich w pierwszej kolejności! 
Rzuciłam się w ich stronę, chcąc wskoczyć między nich a nekromantę, kiedy ten 
nagle machnął ręką unieruchamiając mnie w miejscu. Nie mogłam się poruszyć. 
Gwałtownie upadłam na kolana. Gdybym żyła, prawdopodobnie miałabym połamane 
kości. A tak wyleczę się do jutra. Pomimo starań, nie mogłam się ruszyć.

Rzut oka na pozostałych powiedział mi, że Camille i Delilah były również 
unieruchomione przez zaklęcie. Co do Rozuriala, walczył próbując torować sobie 
drogę naprzód, natomiast Vanzir gdzieś zniknął. Czyżby został zabity? Morio 
powrócił do swojej ludzkiej postaci i podobnie jak Roz, usiłował się uwolnić.

Mężczyzna który nas uwięził, kierował się prosto na Camille. Jasna cholera! 
Widziałam strach w jej oczach. Morio udało się odrobinę do niej zbliżyć ale jednym 
gestem dłoni sprawił iż ten wylądował na kolanach. Na szczęście Roz wciąż był w 
stanie się poruszać, robiąc jeden krok naraz.

Nekromanta bez mrugnięcia okiem przeszedł przez magiczną aurę. Złapał Camille za 
rękę i z całej siły uderzył ją w twarz. Dysząc z zaskoczenia, pozwoliła by jej głowa 
upadła do przodu. Następnie przerzuciwszy ją sobie przez ramię, obrócił się i ruszył 
w kierunku schodów.

W obliczu tej sceny, mój gniew i pragnienie wzrosły dziesięciokrotnie. Poczułam jak 
moje kły się wydłużają. Facet był już martwy! Ale wcześniej upewnię się by zaznał 
niewyobrażalnego bólu! Roz zbliżał się powoli ku schodom, cal po calu. Delilah i 
Morio nadal zmagali się z zaklęciem, podobnie jak wszyscy Partyzanci Dantego.

Chwilę później energia zaczęła się rozpraszać. Przynajmniej dla Roza, Delilah, Morio 
i mnie. Partyzanci Dantego nadal pozostawali zamrożeni. Wstając, usłyszałam krzyki 
Camille. Morio zerwał się na równe nogi i na powrót przybrał swoją demoniczną 
postać, równie piękną co przerażającą. Mierząc dwa i pół metra, rzucił się w kierunku 
schodów. Roz zatrzymał się, jakby w zwolnionym tempie. Obaj wpadli na siebie ale 
Morio udało się złapać inkuba, zanim ten zdążył zlecieć po schodach głową w dół. 
Obie z Delilah pobiegłyśmy za nimi.

Znalazłszy się w amfiteatrze, zatrzymałam się w miejscu. Demoniczne wrota 
świeciły frenetycznie czarną niczym kruk energią. Wewnątrz czarnej otchłani 
atramentu wirował kłąb galaktycznej spirali gwiazd. Jedna z nich stawała się coraz 
większa, zbliżając się coraz bardziej ku powierzchni.

—Cholera! Coś szykuje się do wyjścia!

background image

Rozejrzałam się wokół szukając Camille. Tam, na ołtarzu obok elfa! Nekromanta 
przykuł ją kajdanami do ołtarza! Jęczała, podczas gdy spod jej skóry wylewał się 
dym. O tak! Był martwy!

Podczas gdy Morio i Roz pokonywali schody, ja wzięłam skrót; zjeżdżając po 
balustradzie wylądowałam przed ołtarzem.

—Pozwól jej odejść!
 
Wstałam, nie spuszczając wzroku z nekromanty.

Zaśmiał się.

—Którą? Dziewczynę czy elficę? Możesz uratować tylko jedną z nich. W tym 
samym czasie Skrzydlaty Cień pożywi się drugą i ofiara będzie spełniona.

Skrzydlaty Cień? Nie, on nie może przejść przez te wrota! Nie Władca Podziemnego 
Królestwa!

—Jesteś szalony! On zabije nasz wszystkich!

Ogarnięta ślepą paniką, zdałam sobie sprawę że krzyczałam. W obliczu władcy 
demonów bylibyśmy bezsilni. On poprowadzi swoją armię przez wrota i pogrąży 
świat w ogniu i krwi.

Morio nie tracił czasu na zbędne słowa. Następną rzeczą jaką ujrzałam to to, że stoi 
obok nekromanty i zadaje mu uderzenie w kark, uderzenie które zabiłoby zwykłego 
człowieka. Ale w tym przypadku nie było żadnej reakcji. Mężczyzna jedynie zatoczył 
się do tyłu, szybko jednak łapiąc równowagę. Następnie cofnął się i spojrzał na 
Morio morderczym wzrokiem.

—Nie masz tutaj nic do roboty, odparł i podnosząc rękę i zaczął mamrotać coś po 
łacinie.

Vanzir wybrał ten moment by się pojawić i samemu się nim zająć.

Nie czekając ani chwili dłużej, chwyciłam żelazne kajdany które więziły moją 
siostrę. Mogłam je rozgiąć.
Moje ręce na tym ucierpią ale w końcu byłam wampirem - będę mogła się wyleczyć. 
W przeciwieństwie do mnie, jeśli Camille pozostanie w nich przez dłuższy czas, 
będzie miała blizny. Czysta stal nie była problemem, natomiast żelazo okazało się 
prawdziwą torturą.

Camille starała się nie płakać, ale widziałam że cierpi. Dowodem na to był widoczny 
ślad na jej skórze. Udało mi się rozerwać kajdany i ją uwolnić.

background image

W tym czasie Vanzir walczył z nekromantą. Kiedy zadał mu cios w nos, mężczyzna 
upadł. Posłałam mu szeroki uśmiech.

—Kocham cię! krzyknęłam pomagając Camille wstać.

—Zapamiętam to! odkrzyknął.

W chwili gdy miałam uwolnić elficę, powstrzymał mnie hałas pochodzący z 
demonicznych wrót. Mimo że nie miałam ochoty patrzeć, musiałam. Musiałam 
wiedzieć czy nadchodzi Skrzydlaty Cień. W tym przypadku powinniśmy się modlić
o posiłki, bez których świat zostanie zniszczony. Pomimo bólu, Camille zerwała się 
na nogi.

Vanzir zerwał nekromancie naszyjnik z szyi i rzucił go Camille. Ta ukryła go w 
staniku, wyciągając jednocześnie z kieszeni róg czarnego jednorożca. Delilah 
przybrała postać czarnej pantery. Czyżby Władca Jesieni walczył przy naszym boku?

—Wezwij Flama! krzyknęłam do Camille.

Kiwając głową, zamknęła oczy. Magiczna więź która ich łączy, umożliwia jej 
nawiązanie z nim kontaktu i wysłanie wiadomości że jest w tarapatach i potrzebuje 
pomocy. 

Czekając wyłamywałam sobie palce. Dźwięki dochodzące z korytarza powiedział mi 
że Partyzanci Dantego otrząsnęli się wreszcie z zaklęcia. Niektórzy z nich 
obserwowali co się dzieje, inni uciekli. Niezależnie od tego co się stanie, niebawem 
wszyscy będą w szoku. Jeśli to naprawdę Skrzydlaty Cień czai się po drugiej stronie, 
to tamci posłużą mu za przystawkę.

Przygotowując się na nieuniknione, zastanawiałam się czy to już koniec. Delilah 
otarła się o moją nogę, podczas gdy Camille oplotła mnie ramieniem w pasie.

—Czy możemy wygrać? Jeśli to naprawdę jest on? szepnęłam.

Camille pokręciła głową.

—Nie, nie bez pomocy. Potrzebujemy pomocy i … bogów po naszej stronie.
Hej! (przełknęła z trudnością). Zmusiła mnie bym uniosła głowę i spojrzała jej w 
oczy. Do tej pory dobrze sobie radziłyśmy. Ojciec byłby z nas dumny. Jeśli musimy 
polec, to dlaczego nie z rąk wielkiego, złego wilka?

A potem rozległy się potworne trzaski i wrota otwarły się szeroko. Wpatrując się w 
otchłań, mogliśmy tylko stać i czekać.

background image

Czarna dziura pękła niczym skorupka jajka, a w blasku oślepiającego światła pojawił 
się Karsetii. Był ogromny i od naszego ostatniego spotkania w pełni odzyskał siły. 
Energia, która go otaczała zdradzała jego głód. Nieważne. Cokolwiek to jest, było 
ogromne, zdrowe i głodne...

To nie był Skrzydlaty Cień - byliśmy ocaleni. Zaskoczył mnie nagły hałas z tyłu.

Cholera! Nekromanta! Vanzir rzucił się na niego, ale tym razem ten był 
przygotowany.

—Wielki i potężny Skrzydlaty Cieniu, przyjmij moją ofiarę! Ofiarowuję ci duszę tej 
elficy, krzyknął wymachując mieczem.

—Nie!

Skoczyłam i łapiąc go w pasie, rzuciłam go w stronę Karsetii. Istota stworzyła klona 
który natychmiast przyssał się do czaszki nekromanty i ten zniknął.

Zaskoczona, odwróciłam się. Gdzie on się podział? Nigdzie nie mogłam go dostrzec. 
Ale świadomość iż mieliśmy zdrowego i głodnego demona stojącego przed nami, z 
powrotem przyciągnęła moją uwagę do tu i teraz. Lepiej abyśmy pozbyli się go na 
dobre, inaczej wszyscy wylądujemy w jego menu.

Karsetii nas obserwował. Wydawało się jakby się zastanawiał nad taktyką. Nagle 
usłyszeliśmy gwizd, amfiteatr zalały mgliste chmury i prosto z morza jońskiego 
wyłonił się Flam.

Spojrzawszy na Camille, zmrużył groźnie oczy.

—Kto ci to zrobił? zapytał ponurym głosem.

Roz uwolnił elficę, która zemdlała. Nic więcej nie mogliśmy teraz dla niej zrobić.

—Nekromanta, odparła. Z pewnością jeden z Partyzantów Dantego. Karsetii wrócił. 
Tym razem będziemy musieli pozbyć się go na dobre. 

—Gdzie on jest? Gdzie ten czarodziej?

Flam był nastawiony na zabijanie. Camille uspokajająco położyła rękę na jego 
ramieniu.

—Wpierw zajmijmy się demonem, proszę. Inaczej może zechcieć zabrać się za 
Delilah.

Rzuciwszy okiem na Karsetii, wziął rękę mojej siostry i złożył na niej pocałunek.

background image

—Jak sobie życzysz, kochanie.

Następnie zwracając się do nas, dodał:

—Mogę zabrać troje na plan astralny. Roz, czy ty i Vanzir możecie zająć się Delilah?

Zanim ktokolwiek z nas zdążył odpowiedzieć, Karsetii nagle odwrócił się znikając w 
drzwiach które prowadziły wgłąb podziemnego labiryntu.

—Cholera! Gdzie on do diabła poszedł?! zawołałam, rzucając się za nim w pogoń. 
Pospieszcie się! Musimy go złapać zanim stworzy nowe klony!

Inni udali się za mną krętymi korytarzami prowadzącymi do podziemi. Ledwo co 
mogłam ujrzeć koniec ogona Karsetii, przecinającego powietrze niczym kałamarnica 
wodę. Po drodze widziałam kilka drzwi, które zdawały się prowadzić do różnych 
laboratoriów. Miałam wrażenie jakbym grała w jakimś filmie science fiction klasy B 
z 1950 roku : „Robot potwór”, „Wyspa doktora Moreau”, „Początek końca”... 
Wszystkie stare filmy które zdążyłam polubić.

Biegłam tak szybko, że nagle biorąc zakręt wpadłam w poślizg i wylądowałam 
twarzą w ścianie. Po chwili zdałam sobie sprawę, że była wykonana z cegły i 
kamieni. Potrząsnąwszy głową, przyspieszyłam. Około sześciu metrów przede mną 
było przejście prowadzące na zewnątrz. Znalazłam się w dużej sali, która wyglądała 
jakby była wykuta w litej skale. Sztuczna jaskinia była tak ogromna, że ledwo 
mogłam ujrzeć jej drugi koniec. W strategicznych punktach zostały postawione 
ogromne filary będące w stanie utrzymać ciężar sklepienia.

Dzięki lampom zwisającym z sufitu, trochę jak w jaskiniach otwartych dla 
zwiedzających, w samym środku komory ujrzałam ogromny otwór w ziemi z którego 
unosiła się para. Dookoła stały stoły, a na nich palniki Bunsena, zlewki i różne 
dzbany.

Zamrugałam zdezorientowana. Prawdziwa jaskinia szalonego naukowca. W pobliżu 
głównego blatu, na stole znajdowało się kilka ciał. Niebieskawy kolor ich skóry 
świadczył o ich śmierci ... chyba że zostali pomalowani, w co wątpiłam. Jeden z nich 
miał na sobie elektrody i wyglądał prawie normalnie. Pozostałe zwłoki były w 
różnych etapach rozkładu, pokryte niebieskim, lepkim śluzem.
Jasna cholera!

—Ślimaki  viro-mortis! I to te najbardziej agresywne! Bądźcie ostrożni!

Ślimaki te żywiły się ludzkim mięsem. Delilah zwalniając, wydała okrzyk 
obrzydzenia.

—Gdzie jest ten cholerny demon? I czarodziej?

background image

Flam przechadzał się po wnętrzu, szukając zdobyczy. Powywracał wszystkie stoły, 
zwalając wszystko na ziemię w wyniku czego pojawiły się opary.

—Miejmy nadzieję, że nie dojdzie do reakcji wybuchowej, zauważyłam.

Jedno jego spojrzenie kazało mi przełknąć mój sarkazm. Nekromanta powinien 
zacząć się modlić, bym to ja go złapała a nie Flam.

—Tam są drzwi! zawołała Camille.

Wszyscy pobiegliśmy za nią.

Znaleźliśmy się w kolejnej sali, równie dużej co poprzednia, tyle że nie było w niej 
żadnych stołów ani śladu życia. Nagle podskoczyłam, czując coś na ramieniu. 
Odwróciłam się. Za mną stała Delilah ale zbyt daleko by mnie dotknąć.

—Coś mnie dotknęło!

—Cień, a może duch? spytała Delilah, rozglądając się nerwowo wokoło. Nie 
wyczuwam obecności Karsetii. Chyba że zdecydował się mnie nie atakować. Być 
może udało wam się zerwać więź która nas łączyła.

—Nie wiem... (ponownie poskoczyłam stając bliżej niej). Nie jesteśmy sami. 
Camille, wyczuwasz obecność?

Zamknęła oczy, otoczona swoimi mężczyznami z obu stron.

—Demon! Karsetii jest blisko.

—Jest coś jeszcze, wtrącił Flam. Wyczuwam istotę z Podziemi. Nieumarły... i nie 
wygląda na zadowolonego.

Genialnie! Demon wysysający duszę, poruszający się po płaszczyźnie astralnej i 
nekromanta który jest na tyle silny, by zatrzymać nas w miejscu: to nie wszystko! Do 
tego jeszcze nowo przybyły demon z Podziemi. Uroczo!

—Lepiej będzie jak to wszystko spalimy i będziemy to mieli z głowy, mruknęłam 
czując jak coś ponownie mnie musnęło. To przestało być zabawne! Odwróciłam się i 
zamachnąwszy się, walnęłam pięścią w powietrzu. Pokaż się! Jeśli chcesz walki, to 
wyjdź i walcz!

To co wysunąło się z cienia, nie było demonem. Było to około trzydzieści
kobiet, głównie wróżek ale też ludzi. Z udręczonymi twarzami, nagie, z otworem 
zamiast serca.

background image

—A więc to tak! rzuciła Camille. Wszystkie są ofiarami tej bandy zboczeńców! 
Najwyraźniej Partyzanci Dantego przez te wszystkie lata nie próżnowali. 

Obserwując tłum duchów wokół nas, przygryzła wargi.

—Co teraz? zapytała Delilah, wyraźnie zasmucona. Czy możemy coś zrobić aby im 
pomóc?

—Zabić ich morderców, odparłam.

—To być może je uwolni, odparł Morio skinąwszy głową, ale wpierw musimy dostać 
w swoje ręce nekromantę i demona.

—Dobrze. Znajdźmy Karsetii i wyślijmy go na dobre do piekła.

Vanzir wskazał na ciemny punkt na przeciwległej ścianie.

—Znalazłem nekromantę. Używa zaklęcia maskującego.

Morio zwęził oczy.

—Masz rację!

Unosząc ramiona, Morio donośnym głosem zaczął wypowiadać słowa, których nie 
rozumiałam. Następnie z jego palców wypłynął zielony płomień, po czym ogień
owinął czarną kulę, która stała ukryta w pobliżu granitu. Po chwili w jej miejscu 
pojawił się nekromanta. Stał skulony pod ścianą, próbując być tak małym jak to 
możliwe, gdy zdał sobie sprawę że patrzymy prosto na niego. Potem wyprostował się 
i zaczął gorączkowo szukać czegoś po kieszeniach.

—Nie wiem gdzie się ukrywa demon, ale mój posiłek znajduje się prosto przed 
moimi oczami, ryknął nagle Flam rzucając się na niego. 

Zanim czarodziej miał okazję wydać krzyk, smok otworzył jego klatkę piersiową
pazurami i go wypatroszył. Czysto i skutecznie.

Z rękami na brzuchu, na próżno próbując przytrzymać swoje jelita, mag uniósł głowę 
spoglądając na stojącego przed nim mężczyznę w bieli. Następnie z lekkim 
pomrukiem upadł. Flam czubkiem buta odwrócił go na drugą stronę. Tamten się nie 
poruszył.

Z miejsca gdzie stałam, poczułam świeżą krew i moje kły się wydłużyły.

—Teraz zajmiemy się demonem, rzucił Flam wracając do nas i nie zważając na ciało 
swojej ofiary. Wyczuwam jego obecność na planie astralnym.

background image

Czeka na nas (wyciągnął ramiona). Biorę dziewczyny ze sobą. Rozurial, czy możesz 
zająć się Morio i Vanzirem?

Skinęli, podczas gdy Delilah, Camille i ja schroniłyśmy się w płaszczu Flama. 
Zamknęłam oczy: po pierwsze dlatego, że ten rodzaj transportu wywoływał u mnie 
mdłości, a po drugie w ten sposób mogłam się skoncentrować na czymś innym niż 
zapach krwi, który wzbudzał we mnie zupełnie inne reakcje...

Kiedy zbliżaliśmy się do planu astralnego, poczułam jak energia demona się nasila. 
Flam miał rację: Karsetii czekał na nas. Musiał być naprawdę inteligentny. Lub 
przynajmniej przebiegły. Zastanawiałam się czy królowa była straszną bestią głębin i 
czy miała uczucia? Teraz mogłam wyczuć wrogość, typową dla inteligentnych istot. 
Musimy być ostrożni i gotowi na wszystko.

W chwili gdy postawiliśmy nogę na planie astralnym, rzuciła się na nas. Była inna 
niż ostatnio, większa i silniejsza niż kiedykolwiek. Czułam grunt pod nogami,
nie widząc niczego wokół siebie. Gdy Flam rozchylił ramiona, znaleźliśmy się w 
środku mgły. Odskoczyłam na bok, podobnie Delilah. Po naszej prawej, pojawili się 
Vanzir, Roz i Morio wyglądający na lekko zdezorientowanego. Jako że był ziemskim 
demonem, podróże do innych królestw były dla niego trudne.

Bez słowa rozproszyliśmy sie, zajmując nasze pozycje. Camille wyjęła róg czarnego 
jednorożca. Zastanawiałam się, ile jeszcze razy będzie mogla go użyć zanim się 
wyczerpie. Jakby czytając w moich myślach, spojrzała na mnie.

—To ostatni raz. Po tym ataku będzie bezużyteczny, aż do następnego nowiu 
Księżyca. 

—Więc czekaj na właściwy moment, wyszeptałam szukając wzrokiem demona.

Gdzie on był ? Czułam jego obecność, jego energia krążyła wokół nas. Powietrze aż 
trzeszczało od ładunków energetycznych. Zbliżyłam się do Roza, który stał po
mojej prawej. Delilah i Vanzir stali po mojej lewej. Camille, Morio i Flam przesunęli 
się do przodu. Razem tworzyliśmy trójkąt.

—Tym razem nie możemy pozwolić jej uciec. Stała się znacznie silniejsza niż 
ostatnim razem. Co oznacza, że jej moc rośnie, rzekł Morio (jego głos był niższy gdy 
był w swojej demonicznej postaci).

—W żadnym wypadku nie spuszczajcie z niej wzroku i bądźcie czujni, z pewnością 
wyczuwa duchową pieczęć i zechce po nią przyjść, powiedział Vanzir. Dla niej jest 
ona niczym latarnia morska, krzycząca „Chodź i weź mnie, tutaj jestem!”

Powinniśmy byli zostawić czarownicę na planie fizycznym.

background image

—Nie gdy jestem w pobliżu, odparł Flam.

Nagle Camille zadyszała, wskazując na coś. Pośród mgły pojawiły się pomarańczowe 
światła. Były niczym welon, otaczając czarną formę Karsetii, która z głową naprzód 
zmierzała wprost na nas.

—Tam jest!

—Wszyscy gotowi? spytałam ze zniecierpliwieniem.

Delilah wyjęła swój srebrny sztylet, podczas gdy Morio zaczął wymachiwać swoim 
mieczem. Vanzir uniósł ręce, z których wychodziły energetyczne nici. Flam stanął z 
boku, w mgnieniu oka przemieniając się w smoka. Rozurial wyjął parę srebrnych 
kastetów.

—No dobra, wyszeptałam. Skończmy z nią!

Tak oto rzuciliśmy się do walki. Karsetii nacierał prosto na nas!

background image

Rozdział 26

Karsetii czknął, a przynajmniej tak to wyglądało i u jego boku pojawiły się dwa 
klony. Jasna cholera! W jaki sposób zdołamy je ominąć by dosięgnąć królowej??

—Zignorujcie je, powiedział Vanzir. One nie są tak niebezpieczne jak ich matka.

—Ostatnim razem podziałało na nie światło. Proponuję spróbować światła i ognia, 
odparła Camille wymachując swoim rogiem.

—OK, ale wpierw spróbujmy ją osłabić. Potem ty podsmażysz jej tyłek i wyślesz ją 
tam skąd przyszła (dałam jej znak by się cofnęła). Stań z boku, atakujemy!

Roz podniósł rękę.

—Niech wszyscy się odsuną. Przyniosłem amunicję.

—Co takiego??! zawołałam przechylając głowę na bok.

Rozchyliwszy swój płaszcz, z uśmiechem na twarzy wyjął spod niego kilka 
czerwonawych piłek. Już gdzieś je widziałam, ale...

—Bomby zapalające! wykrzyknęła z entuzjazmem Camille, spoglądając na nie 
łapczywym wzrokiem. 

Jej twarz rozjaśniała się za każdym razem, gdy Roz wyjmował materiały 
wybuchowe. Tak bardzo, że zaczęłam wierzyć iż moja siostra miała piromańskie 
skłonności. W każdym razie, to nie był czas aby nad tym deliberować.

—Dokładnie, odparł z radosnym wyrazem twarzy. Bomby zapalające!

Po tych słowach, natychmiast rzucił jedną w demona. Nagły błysk przypomniał mi 
gdzie je już wcześniej widziałam. Użył jednej z nich, by zniszczyć nowo 
stworzonego wampira gdy walczyliśmy przeciwko mojemu Panu. A więc to tak! Roz 
miał więcej niż jednego asa w rękawie. Czy raczej - w jego przypadku - w 
kieszeniach płaszcza.

Bomba eksplodowała i zamieniając się w kulę ognia poleciała w kierunku Karsetii, 
pozostawiając po sobie iskry.
Cofnęłam się w samą porę by uniknąć poparzenia jedną z nich. Demon wrzasnął i 
odskoczył ale bomba raniła go w bok. W powietrzu rozszedł się smród palonego 
ciała.

W następnej chwili klony rzuciły się na Roza. Ten w odpowiedzi rzucił kolejną 
bombę w chwili, gdy te zwróciły się w moją stronę.

background image

To było imponujące: móc obserwować kruczoczarne kałamarnice unoszące się w 
powietrzu z głowami które wyglądały jak gigantyczne mózgi. Mój ulubiony sposób 
w jaki lubiłam spędzać noce!

Pamiętając że ostatnim razem stwór był w stanie przewidzieć moją strategię, starałam 
się uniknąć jego ataku. Zdecydowałam się zaatakować pierwsza i rzuciwszy się na 
niego wylądowałam mu na plecach. 

Cholera! Zły ruch! Wstrząsnęła mną seria szoków elektrycznych sprawiając, że nie 
byłam w stanie go puścić - mimo iż próbowałam. Umyślnie raził mnie prądem! 
Próbowałam coś powiedzieć ale tak bardzo się trzęsłam, że nie mogłam wykrztusić 
słowa. Właśnie wtedy pojawił się Vanzir i chwytając mnie, odciągnął z dala od bestii. 
Turlając się po ziemi, wylądował na mnie. Jego oczy błyszczały.

—W innych okolicznościach cieszyłoby mnie to, wyszeptał, ale mamy potwory do 
zabicia. Będę musiał wziąć numerek.

Odpychając go wstałam, czując się wciąż oszołomiona po ostatniej dawce prądu. 
Vanzir posłał mi buziaka, by następnie rzucić się pędem w kierunku Karsetii. 
Znajdował się zaledwie trzy metry od niego, gdy ten odwrócił się w naszą stronę.
Cholera, on nie żartuje!

—Uważaj! krzyknęłam odsunąwszy się.

Nagle rozległ się głośny huk i ziemia zadrżała pod moimi stopami. Kiedy spojrzałam 
do tyłu zdałam sobie sprawę, że Flam w swojej smoczej formie uderzył w Karsetii 
gdy ten znajdował się blisko niego. Kreatura była w tej chwili jakieś dwadzieścia 
metrów od nas, ale pomimo uderzenia nie wyglądała jakby była ciężko ranna. 
Zmierzała wprost na nas, z mackami skierowanymi wprost ku gardłu Flama.

Jednym ruchem - tak szybkim i pełnym gracji, że aż trudno mi było w to uwierzyć - 
Flam wzniósł sie spiralą w powietrze, poza jej zasięg. Smok był w swoim żywiole, 
świecąc i unosząc sie nad nami, ze skrzydłami bezdźwięcznie unoszonymi przez 
astralne prądy. Para podążała za jego ogonem, tworząc linie wirującego dymu. 
Zatrzymałam się, porażona czystym pięknem tej bestii.

Vanzir skoczył.

Wirujące macki wystrzeliły z jego rąk w kierunku Karsetii.

Wyglądały jak blade robaki wykopane z koszmarnego ogrodu. Kiedy weszły w 
kontakt z mózgiem bestii, zatonęły w nim tak głęboko, że jedyne co mogłam 
zobaczyć, to końcówkę jednej z nich wychodzącą z drugiej strony w astralnym 
wietrze. Przypomniało mi to minoga którego zęby uczepiły się ofiary. W szalonym 
tańcu, wygłodniałe uchwyciły stwora.

background image

Usłyszałam Delilah wymiotującą. Obserwowała z przerażeniem Vanzira i demona, 
nie wiedząc komu kibicować.

Kiedy udało mi się skupić jej uwagę, pokręciłam głową. Nie mogliśmy pozwolić by 
nasze zahamowania zraziły do nas Vanzira. To było dokładnie to samo, co Karsetii  
jej zrobił. Powinna być wdzięczna, że żyła.

Podczas gdy Vanzir pożywiał się energią stwora, Morio włączył się do walki w 
swojej ludzkiej postaci. Zbliżył się i wbił ostrze swojego srebrnego miecza w tył 
głowy walczącego i wijącego się Karsetii. To zdało się wybudzić Delilah z letargu, bo 
dołączyła do Morio ze swoim własnym sztyletem. Co się tyczy mnie, wymierzyłam 
mu porządnego kopa w oko. Wściekła kreatura zdołała uchwycić Morio jedną ze 
swoich macek, wysyłając go w powietrze przez mgłę tak, że wylądował na ziemi w 
pobliżu Camille.

Gdy ta uklękła pomagając mu wstać, rozbrzmiał ryk Flama:

—Przesuńcie się!

I wszyscy odskoczyli, łącznie z Vanzirem który zwinął swoje nici niczym kabel w 
odkurzaczu.

Otworzywszy paszczę, Flam wypuścił ogromną kulę ognia, która przecięła niebo 
uderzając w Karsetii. Matka demon krzyknęła z bólu i natychmiast przywołała do 
siebie swoje klony w celu odzyskania energii.

—Ona się regeneruje! krzyknęłam.

Roz rzucił w jej kierunku następną bombę, która tym razem trafiła ją w oko. Jej ryk 
zadzwonił nam w uszach. Rzuciła się na nas niczym rozjuszony byk.

Delilah rzuciła się do przodu w pogoni za demonem. Głowa Karsetii zdawała się 
pulsować. Do głowy przyszedł mi pomysł z użyciem muzyki by ją uspokoić ale go 
odepchnęłam. Wątpiłam by kołysanka cokolwiek tutaj rozwiązała.

Postanowiłam dołączyć do Delilah. Nawet jeśli cholernie dobrze walczyła, to nie 
miała żadnych szans w starciu z tym stworzeniem. Aczkolwiek udało jej się mnie 
zaskoczyć Rozpędziwszy się, skoczyła i zrobiwszy obrót w powietrzu wylądowała na 
tyle blisko bestii, by zadać cios. 
—Lysanthra! krzyknęła.

W odpowiedzi jej ostrze zamruczało i zaczęło świecić. Zatrzymałam się. Być może 
wcale sobie tego nie wyobrażałam. Może to ostrze dysponowało jakąś nieznaną 
formą magii. Camille nigdy nie udało się zbudzić swojego. Ale widocznie sztylet 
Delilah stał się jej wiernym przyjacielem.

background image

Ostrze nabrało czerwonawego połysku i uniosła sie z niego para... Co do cholery? To 
było dziwne. Gdy Delilah zanurzyła je w boku Karsetii, para stała się spójna i 
przybrała formę skrzydlatego ducha. Nie miał nic wspólnego z duchami natury. Jego 
długie, zamglone zęby zaatakowały bez litości.

—Jasna cholera! wykrzyknęła Camille.

Po tym jak pomogła Morio stanąć na nogi, oboje patrzyli na rozgrywającą się przed 
ich oczami scenę.

—Co to jest do licha?!

—Nie wiem więcej niż ty, odparłam kręcąc głową by otrząsnąć się z letargu.

Demon darł się tak głośno że bolały mnie uszy, ale nadal nacierał na Roza który biegł 
tak szybko, jakby gonił go rozwścieczony ojciec uwiedzionej dziewicy. Co się tyczy 
mnie, uderzyłam stwora w miejscu gdzie raniła go Delilah. Nawet jeśli duch zniknął, 
rana była nadal otwarta. Na domiar zdawała się być szersza. Cios zadany przez 
Delilah zdawał się odnosić skutek.

Nagle Rozurial obrócił się i krzyknął:

—Odsuńcie się!

Nie zastanawiając się, odskoczyłam w bok. Nie trzeba mi było powtarzać tego dwa 
razy, zwłaszcza gdy Roz trzymał w ręce bomby zapalające!

Ledwie co zdążyłam się przyczaić z pochyloną głową, gdy całą okolicą wstrząsnęła 
eksplozja odrzucając mnie dobre dwa metry dalej.

Podnosząc głowę, ujrzałam Karsetii zmieniającego trajektorię. Teraz kierował się 
prosto na mnie! Jej oczy nabrały blasku zranionego, dzikiego drapieżnika. Większość 
z jej macek było albo spalonych albo rozerwanych na strzępy. Czymkolwiek Roz 
naszpikował swoje bomby, działały niczym grzmot.

Zerwałam się na równe nogi. Co jak co, ale wolałam nie zadzierać z wściekłym 
demonem, a tym bardziej stawać mu na drodze! Kto wie, być może zdołam zadać mu 
jeszcze jeden cios.
Jedno było pewne: nadszedł czas by Camille wykorzystała swój róg. Miałam 
nadzieję, że była gotowa...

Miałam jej to właśnie zasugerować, gdy potknęłam się o jakiś występ wystający z 
ziemi.

background image

Plan astralny roił się od skał i dziwnych poskręcanych drzew, często mylonych z tymi 
z planu fizycznego. Nigdy nie można było zapominać, że te tutaj często były żywymi 
istotami - a przynajmniej istotami zdolnymi do uczuć. Cokolwiek to było, zdążyło już 
zniknąć we mgle.

O cholera! Spojrzałam przez ramię, Karsetii dosłownie deptał mi po piętach! Teraz 
kiedy był ranny, wydawał się znacznie silniejszy... lub przynajmniej bardziej 
agresywny. Podczas gdy ja uciekałam ile sił w nogach, jego dwie macki które były 
nienaruszone, okazały się szybsze ode mnie. Złapały mnie i podniosły do góry!  
Wydawało się jakby mnie wąchała, jak na mój gust zbyt blisko mojej głowy. 
Następnie, jakbym jej już nie interesowała, macka opadła a ja poczułam jak zostaję 
wyrzucona w powietrze.

Zanim zorientowałam się co się dzieje, byłam wolna... czując jak szybuję w 
powietrzu. Świat kręcił się wokół mnie, a ja czułam się źle - bardzo źle.  Na szczęście 
byłam wampirem. Złamana kość się naprawi, przecięte tętnice również nie stanowiły 
problemu... przynajmniej tak długo jak nie upadnę na kołek... lub w środek ogniska...

Gdy ziemia się zbliżyła, z łomotem upadłam na ziemię twarzą w dół. Dzięki bogom 
niczego nie było pode mną, żadnych gałęzi ani kamieni. Jednak upadek sprawił, że 
przez moment nie mogłam się poruszyć. Krzywiąc się, usiadłam. Nic nie było 
złamane. Nic poważnego. Żadnych problemów z oddychaniem... Czułam się bardziej 
oszołomiona aniżeli ranna. Wstałam gotowa by wrócić do walki.

Odwróciłam się, by zobaczyć gdzie jest demon. Tam! Kierował się na Camille i 
Morio. Roz biegł za nim z bombą w ręku! Delilah była tuż za nim, a Vanzir pędził w
z boku. Nagle w powietrzu rozbrzmiał szum skrzydeł. Podniosłam głowę i ujrzałam 
Flama ziejącego ogniem na Karsetii. Nagle zatrzymał się i gwałtownie skręcił w bok. 
Karsetii zwolnił. Nie za bardzo, ale wystarczająco by zrozumieć że był ranny. Roz 
podbiegł i rzucił bombę na ranę którą zadała mu wcześniej Delilah a która zdawała 
się urosnąć. Wtedy zrozumiałam moc jej sztyletu: zadawał rany, które się już nie 
zamykały. Karsetii nie zdoła się szybko wyleczyć, nawet jeśli udałoby mu się 
wyciągnąć energię od jednego z nas. Możemy go zabić!

Camille wyjęła z etui róg, machając do mnie rozpaczliwie abym się schowała. 
Zatrzymałam się, szukając miejsca by się ukryć. Roz i Delilah stanęli z boku, a 
Vanzir dołączył do Morio stojącego w pobliżu Camille. Po chwili do moich uszu 
dotarł jej śpiew. Musiałam szybko znaleźć jakąś kryjówkę. Nie miało znaczenia czy 
to światło czy ogień, oba były dla mnie śmiertelnie niebezpieczne.
Nie chciałam znaleźć się w pobliżu rogu, gdy Camille uwolni swoje moce.

Nagle poczułam chwytające mnie w pasie szpony które uniosły mnie wysoko w 
powietrze. Byłam bezpieczna zwisając pomiędzy szponami Flama, byle jak najdalej 
od Camille i jej śmiercionośnego rogu.

background image

Po chwili Flam delikatnie opuścił mnie w mgłę i sam wylądował obok mnie. W 
mgnieniu oka przekształcił się z powrotem do swojej ludzkiej postaci i rozchylił swój 
płaszcz. Nie zastanawiając się ani sekundy, podbiegłam do niego i schroniłam się w 
jego wnętrzu. Zaczynało nam to wchodzić w zwyczaj: mój szwagier, ratujący mnie 
od krnąbrnej magii mojej siostry.

Uśmiechając się, wtuliłam się w niego. Jak zawsze jego ubranie było nieskazitelnie 
czyste; emanował testosteronem i smoczym potem. Gdy zamknął poły swego 
płaszcza, niebo rozświetlił blask i rozbrzmiał krzyk.

—Udało jej się, szepnął Flam. Moja żona zabiła demona.

W tej samej chwili poczułam jak się spiął. O cholera! Czyżby się znowu poparzyła? 
Camille mogła bez problemu zginąć od własnego zaklęcia, nie wspominając już o 
mocy samego rogu...

Jak tylko było bezpiecznie, Flam wypuścił mnie rozchyliwszy swój płaszcz. 
Następnie przemieniwszy się na powrót w smoka, złapał mnie swoimi szponami.  
Wracaliśmy z powrotem do Camille i demona.

Czułam lęk, zastanawiając się czy wszystko jest z nią w porządku. I czy demon 
faktycznie nie żył?

Zbliżając się do miejsca gdzie toczyła się walka, poczuliśmy smród spalonego mięsa. 
Jasna cholera! Oby to był demon! Flam wylądował i postawiwszy mnie na ziemi, 
wrócił do swojej ludzkiej postaci. Następnie oboje ruszyliśmy przez szare opary by 
ocenić szkody. Po drodze dołączyli do nas Delilah i Roz.

Usłyszałam jak ktoś kaszle, kobieta.

—Camille? Wszystko w porządku? krzyknęła Delilah, przedzierając się do niej przez 
kłęby dymu. Camille?!

—Tędy! Tu, jesteśmy! zabrzmiał znajomy głos.

—Do diabła z tym! zawołał Flam i cofnął się. I po raz kolejny przemieniając się w 
smoka i trzepocząc szybko skrzydłami, przedmuchał dym. Teraz mogliśmy w pełni  
zobaczyć jakich spustoszeń dokonała Camille...

Siedziała na ziemi wyczerpana, pokryta sadzą, popiołem i czymś czarnym co 
wyglądało na resztki z demona. Morio i Vanzir przykucnęli obok niej; obaj byli w 
takim samym stanie jak ona. Żadnych śladów demona... przynajmniej nie na tyle 
dużych aby się tym przejmować.

Wokół walały się szczątki Karsetii.

background image

Camille spojrzała na mnie.

—Udało nam się. Zabiliśmy demona!

—Masz przy sobie pieczęć duchową, prawda? spytałam.

Skinąwszy położyła rękę na swoim dekolcie.

—Tak, tu jest bezpieczna.

—Więc nasza praca tutaj jest skończona. Pozostaje nam jedynie wrócić i wytrzeć 
podłogę Partyzantami Dantego. I zniszczyć demoniczne wrota, zanim coś innego 
zechce przez nie przejść.

Rozejrzałam się.

—Myślę że powinniśmy już wracać. Czy któreś z was wciąż wyczuwa energię
królowej?

Vanzir ukląkł, podnosząc z ziemi oślizgły kawałek demona. Starałam się nie 
skrzywić. Zamknąwszy oczy, powąchał go. Po chwili odrzucił go na ziemię i wytarł 
palce.

—Nie, nie żyje i to na dobre.

—Przy odrobinie szczęścia nie będzie innego, nie przed upływem kolejnych dwóch 
tysięcy lat, zauważyłam. Wracajmy do Harolda i połóżmy temu kres, tak by nigdy 
więcej się to już nie powtórzyło. Idę o zakład, że mimo iż ich nekromanta nie żyje, 
wymyślą sposób na utrzymanie otwartych wrót.

—Albo znajdą inne. Jak można zamknąć demoniczne wrota? spytała Camille 
zwracając się do Morio.

—Gdybyśmy mieli wykwalifikowanego nekromantę po naszej stronie, to nie miałby 
on z tym żadnych problemów. Dzięki praktykowanej magii śmierci, z pewnością uda 
nam się zmniejszyć ich moc, ale by je całkowicie zniszczyć, potrzebujemy kogoś
kto potrafi stworzyć takie wrota.

—Co masz na myśli? Chcesz powiedzieć że niezależnie co byście zrobili, tamci 
mogą ponownie je otworzyć?

Bardzo niewiele wiedziałam o magii, a tym bardziej o magii śmierci...

Morio westchnął.

background image

—Nie do końca. Aby stworzyć demoniczne wrota, mag nie rzuca jedynie zaklęcia. W 
rzeczywistości  tworzy przejście do Podziemnego Królestwa, lub przynajmniej taki 
ma zamiar. W tym przypadku mamy do czynienia z szarlatanem, który stworzył 
przejście na plan astralny zamiast do Podziemnego Królestwa. To dlatego 
przyciągnęło ono astralnego demona. Po otwarciu wrót, bardzo trudno jest je 
zamknąć. Nie wystarczy jedynie odwrócić zaklęcie. Oboje z Camille nie posiadamy 
wystarczającej siły by zamknąć wrota stworzone przez nekromantę.

—Cholera! Co więc możemy zrobić? spytała Delilah wstając i wyciągając rękę do 
Camille.

Flam i Rozurial  marszcząc brwi, zastanawiali się nad czymś intensywnie. Vanzir 
natomiast wyglądał na wkurzonego.

—Wiem! rzuciłam, uśmiechając się. Będziemy musieli użyć perswazji i szczypty 
negocjacji, ale może nam się udać! Wiem nawet kogo poprosimy o pomoc!

—Kogo? spytał Flam. Ostrzegam! Camille nie ma prawa się targować!

—Co jest? Boisz się że powtórzy się to co z tobą, co? rzuciłam śmiejąc się z niego 
(widząc groźny wyraz jego twarzy, pokręciłam głową). Nie rób takiej miny! 
Myślałam o Wilburze. Pamiętasz, Wilbur i jego ghul Martin? Nasz nowy sąsiad?  
Założę się, że jest wystarczająco potężny by rozwiązać nasz mały problem.

—Oczywiście! wykrzyknęła Camille. Jeśli był w stanie stworzyć ghula, to na pewno 
wie jak otworzyć i zamknąć demoniczne wrota!

—Jak to zrobimy? zapytał Rozurial. Pójdziemy po niego... czy...?

Pokręciłam głową.

—Nie, najpierw musimy powstrzymać Partyzantów przed przywołaniem następnej 
kreatury. Następnie będziemy błagać Wilbura aby nam pomógł. Jeśli w zamian 
zechce pieniędzy, znajdziemy sposób by mu zapłacić. Jeśli woli jednego lub dwa 
trupy do tworzenia swoich przyjaciół ghuli, dostarczymy mu ich.

—Więc chyba mamy plan, powiedziała Delilah.

Skinęłam głową.

—Tak. Wkrótce rozprawimy sie z Partyzantami Dantego... na dobre. Po wszystkim 
proponuję zalać ich tunele betonem.

—Mogę zrobić coś lepszego, rzucił Vanzir uśmiechając się szeroko.

background image

Po tym opuściliśmy plan astralny i udaliśmy się z powrotem do piekielnego domu...

background image

Rozdział 27

Kiedy weszliśmy, w amfiteatrze panował chaos. Podczas naszego pobytu na planie 
astralnym, sprawy się pogorszyły. Elfica którą zostawiliśmy nieprzytomną, była na 
powrót w kajdanach przywiązana do ołtarza, a wokół niej już bez szat, w trampkach i 
dżinsach zebrali się Partyzanci Dantego z Haroldem na czele, który nucił coś po 
łacinie.

—Próbujecie wywołać kolejnego złego wilka? zapytała Camille, podchodząc. Nawet 
o tym nie myślcie!

Harold spojrzał na nią.

—Macie nasz kamień duszy. Natychmiast go nam oddajcie, albo odbierzemy go wam 
siłą. On należy do naszego arcykapłana, który zniszczy was gdy wróci.

—Wasz najwyższy kapłan spoczywa w podziemnym laboratorium, wypatroszony jak 
ryba, odparł Flam. Radzę wam nie czekać na posiłki.

—Nieważne. Zastąpię go, bez mrugnięcia okiem odparł Harold. 

Patrzyłam na niego, nie wierząc iż ma czelność tak mówić. 

—Obudź się koleś! Twój wuj został zabity, a ciebie nawet to nie obchodzi. 
Zniszczyliśmy demona którego wezwaliście. Czy byłeś nieobecny gdy rozdawano 
mózgi?!

—Zamknij się wampirze, rzucił szyderczo. Albo użyję wykałaczki i przemienię cię w 
pył! 

W jednej chwili odepchnęłam go od ołtarza i elficy. Przeleciał na drugi poziom 
amfiteatru. 

—Skurwysyn! Zabiłeś tak wiele kobiet, że tylko bogowie znają ich liczbę. A teraz 
stoisz tu i śmiesz nam mówić co mamy robić a czego nie ??!!

Kiedy zbliżyłam się do niego, wykonał salto w powietrzu lądując na nogach w stylu 
Bruce'a Lee. Następnie wskazując na mnie palcem, dodał:
 
—Chodź, moja piękna! Być może wyglądamy niepozornie ale umiemy się bić. Więc 
albo walcz albo zjeżdżaj stąd!

Jego protekcjonalny ton irytował mnie na równi z jego zarozumiałością. Temu typowi 
należała się dobra lekcja!

background image

Zanim zdał sobie sprawę, w mgnieniu oka znalazłam się przed nim. Najwyraźniej 
nieczęsto miał do czynienia z wampirem. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, 
chwyciłam go za włosy i pociągnęłam tak mocno, że niemal złamałam mu kark.

—Czujesz kochanie? Czujesz jaka jestem silna? Nie masz pojęcia z jaką łatwością 
mogłabym ci złamać tę chudą szyję!

Pochyliwszy się nad nim, pozwoliłam by moje kły się wydłużyły. Nienawiść jaką 
czułam do niego za zabicie Sabele, Claudette i wszystkich innych kobiet, wrzała w 
moich żyłach.

—Jesteś typem zboczeńca jakich zjadam na obiad. Zrozumiano? Facetów takich jak 
ty, wysysam do ostatniej kropli krwi, a ich resztki rzucam szczurom na pożarcie. Daj 
mi jeden dobry powód, dlaczego nie miałabym zrobić tego samego z tobą. Tylko 
jeden.

Walczył, ale natychmiast przerwał gdy przyłożyłam palec do jego szyi. Ciśnienie 
krwi musiało być naprawdę bolesne... może powinnam sprawić by było jeszcze 
trochę gorzej?

Przycisnęłam mocniej, zaledwie na ułamek sekundy, ale wystarczająco by jęknął. 
Jeśli będę kontynuowała, zemdleje.

Spojrzałam na pozostałych członków grupy. Było ich trzynastu i wszyscy czekali na 
instrukcje Harolda. Wśród nich był też Duane, który jak się okazało miał złamany 
nos. Cholera! Byłam przekonana że złamałam mu szczękę!

Gdy Duane zrobił krok w moją stronę, pokręciłam głową.

—Jeszcze jeden krok, a twój przyjaciel zdechnie. Nie żartuję. Cofnij się, bo na mojej 
liście jesteś następny.

Flam, Morio, Vanzir i Delilah zbliżyli się do pozostałych. Camille z pomocą Roza 
ponownie uwolniła elficę.
Następnie wzięła ją w ramiona jakby ta nic nie ważyła i ułożyła na ziemi. Spojrzała 
na Flama i nie spuszczała z niego wzroku dopóki ten nie zdjął swojego płaszcza i nie 
okrył nim biednej kobiety. W następnej chwili dołączył do reszty, mając oko na 
idiotów których udało nam się zagnać do kupy.

Czując słabnący puls Harolda, zwolniłam nacisk.

—A teraz wszystko nam opowiesz. Na przykład ile kobiet zabiliście, listę waszych 
członków oraz wiele innych ciekawych rzeczy. W przeciwnym razie zginiecie 
wszyscy. Jeden po drugim, i to w najbardziej bolesny sposób jaki uda nam się 
znaleźć.

background image

—Ty... ty... nie odważysz się... zaczął... ale przerwałam mu unosząc koszulę i 
zmuszając go by spojrzał na moje blizny.

—Zła odpowiedź! Spójrz na mnie! Zanim przemieniono mnie w wampira, 
doświadczyłam tortur których nawet nie potrafisz sobie wyobrazić! Nie mam nic do 
stracenia. I potrafię oddać z nawiązką to co się komu należy. Zrozumiano?

Pochylając się nad nim, uwolniłam swój urok wampira i wróżki. Harold natychmiast 
zwiotczał w moich ramionach. Niechętnie go puściłam. Pragnęłam go zranić.

—Na kolana! rozkazałam. Nie mogłam jeszcze zagrać roli kata, nie zanim nie 
sprawię że będzie czołgał się u moich stóp!

Jęcząc spełnił mój rozkaz. Jego towarzysze przyglądali się nam z szeroko otwartymi 
oczami. Próbowali interweniować ale Delilah i chłopcy uniemożliwili im to.

—Zabiłeś Sabele, prawda? Śledziłeś ją, następnie porwałeś i złożyłeś w ofierze 
demonom? (chciałam to usłyszeć z jego ust). Podobnie Claudette, wampira?

Wziął głęboki oddech; musiałam nim potrząsnąć by odpowiedział.

—Tak, to prawda! Sabele nie chciała nawet na mnie spojrzeć. Więc postanowiłem że 
będzie ofiarą. Kiedy wyszła na spacer, złapałem ją. Błagała nas na kolanach, zupełnie 
naga, byśmy darowali jej życie, rzucił z maniakalnym uśmiechem na twarzy.

—A Claudette?

—Na początku myśleliśmy że jest wróżką. Zaprosiliśmy ją tutaj. A później się 
okazało, że planuje się nami pożywić. Tak więc udało nam się ją złapać w pułapkę 
pierścienia czosnku i srebra. Nie mieliśmy innego wyboru. Musieliśmy ją zabić.

Zamknęłam oczy. Harold naprawdę był zainteresowany Sabele. Ale nawet jeśli ona 
zwróciłaby na niego uwagę, to i tak wcześniej czy później by ją zabił. Co do 
Claudette... cóż, myśliwy stał się zwierzyną... szkoda że jej się nie udało.

—Od jak dawna przywołujecie demony?

Harold zamrugał, a jego uśmiech zniknął. 

—Nigdy nie udało nam się przyciągnąć ich uwagi. Aż do zeszłego roku, gdy wuj u 
boku czarownika rozpoczął studia nekromancji. Był to pierwszy raz, gdy demoniczne 
wrota naprawdę się otworzyły. Wcześniej składaliśmy w ofierze jedynie serca 
naszych ofiar.

—Kto to wszystko rozpoczął? spytałam, chociaż znałam już odpowiedź.

background image

Harold jęknął ponownie i odpowiedział:

—Mój pradziadek. Zanim opuścił Anglię, był częścią innego bractwa, znacznie 
silniejszego. Gdy znalazł kamień duszy, ludzie zaczęli się do niego przyłączać. 
Przekazał wszystko mojemu dziadkowi, który z kolei przekazał to mojemu wujowi. 
Aczkolwiek w tamtych czasach, bractwo było jedynie cieniem tego czym jest teraz.

—Dlaczego twój ojciec został pominięty?

Przechyliłam głowę na bok, by móc obserwować pulsowanie tętna na jego szyi. 
Byłam spragniona, strasznie spragniona...

Harold przełknął z trudem.

—Dziadek uważał, iż mój ojciec był słaby. Nie był wystarczająco silny, by przejąć 
wodze w swoje ręce.

—Gdzie twój pradziadek znalazł pieczęć... kamień duszy?

Potrząsnął głową.

—Nie wiem. Ale mój wuj szybko zrozumiał, że kamień jest potężniejszy niż 
wcześniej sądzono. Nie wiem jak, ale rok temu odkryliśmy istnienie Skrzydlatego 
Cienia.

Zesztywniałam. Słyszeliśmy jak go wzywał. Podwoiłam mój urok. Teraz albo nigdy!

—Kto wam powiedział o Skrzydlatym Cieniu? Opowiedz mi wszystko.

—W klubie, w centrum miasta, natknęliśmy się na bandę demonów. Powiedzieli nam 
że nadchodzi inwazja. Do tej pory mój dziadek składał w ofierze diabłu młode 
kobiety. Pomyśleliśmy, że będzie mądrzej ofiarować je Skrzydlatemu Cieniowi, w 
zamian za nasze życie gdy ten przejmie władzę nad Ziemią. Kto wie, może znalazło 
by się dla nas miejsce na jego dworze. To wydawało się logiczne: zamiast ludzi, 
zabijać wróżki i elfy. Wtedy mój wuj nauczył się tworzyć demoniczne wrota, 
używając kamienia duszy dla przywołania Skrzydlatego Cienia...

—Tak, twój wuj! odparłam marszcząc brwi. Twój wuj był głupcem! Nigdy nie 
przywołaliście Skrzydlatego Cienia, kretyni! Zamiast tego, zwabiliście astralnego 
demona! To jedyny powód dlaczego jeszcze żyjecie! Skrzydlaty Cień rozerwałby was 
na strzępy! Twój wuj był partaczem! Kto uczył go magii?

Oblizał wargi.

—Rialto, włoski czarodziej. W zamian wuj ofiarował mu swoją córkę.

background image

Zamykając oczy, starałem się zapanować nad przytłaczającą mnie żądzą krwi.

—Zapłacił mu własną córką?

Harold skinął głową.

—Miała dwanaście lat, była wystarczająco dorosła. 

Wystarczająco dorosła? Biorąc głęboki oddech a następnie licząc do dwudziestu, 
zmusiłam się by zapytać:

—Ostatnie pytanie. Czy Rialto mieszka w Seattle?

Sapiąc skinął głową i podał mi jego adres.

Po tym nie mogłam się już dłużej powstrzymywać. Pochyliwszy się, wbiłam kły w 
jego szyję. Nic nie mogło mnie powstrzymać. Camille i Delilah wiedziały o tym 
doskonale. Nasi przyjaciele również.

Rozerwałam mu gardło. Chciałam by cierpiał możliwe jak najbardziej. Skupiłam się 
na zlizywaniu krwi spływającej z jego rany, nie oferując mu w zamian ani grama 
przyjemności. Wrzeszczał, umierając pod moimi kłami.

Po wszystkim cofnęłam się, przypatrując się reszcie. Czułam satysfakcję widząc jak 
tamci robią krok do tyłu. 

Delilah chciała coś powiedzieć ale Roz ją powstrzymał, kładąc rękę na jej ramieniu. 
W odpowiedzi skinęła głową, wzdychając.

Nie wytarłam krwi z brody ani z koszuli. Chciałam by się mnie bali. By narobili w 
spodnie wiedząc, że byli następni na mojej liście. W szczególności dotyczyło to 
jednego z nich: Duane'a.

Moją uwagę przyciągnął smród moczu.

Podeszłam do niego i uderzyłam go w twarz, na dobre łamiąc mu nos. Jęknął i zaczął 
płakać, ale to nie wystarczyło. Wymierzyłam mu kopniaka między nogi. Upadł na 
ziemię. Z uwagi na siłę jakiej użyłam, nigdy nie będzie w stanie mieć dzieci. Nie 
będzie nawet mógł spróbować.

Z lekkim uśmiechem, zwróciłam się do Camille.

—Jeśli nie chcesz bym się nimi zajęła, szybko dzwoń po Chase'a. Tym razem z 
radością wykonam brudną robotę ale on również ma prawo do swojej części.

background image

Camille pokręciła głową.

—Zbyt wiele wiedzą. Są świadomi istnienia Skrzydlatego Cienia. Nie możemy 
ryzykować i pozwolić im mówić. Szczerze mówiąc, nie wiem co z nimi zrobić.

—Więc nie pozostaje nam nic innego jak zagrać role sędziów, ławy przysięgłych i 
katów. Wszyscy są mordercami. Niektórzy z nich są gwałcicielami i sadystami. 
Obserwowali jak elfica ma zginąć i nie ruszyli nawet palcem by coś zrobić. Sama nie 
wiem co byłoby najlepszym rozwiązaniem. Ale jeśli chcecie się ich pozbyć, bez 
problemu się tym zajmę. I nie będę miała z tego powodu żadnych wyrzutów 
sumienia.

Delilah przerwała nam:

—Możemy przekazać ich Tanaquar. Próbowali przywołać Skrzydlatego Cienia, więc 
są naszymi wrogami. Na dodatek byli w posiadaniu pieczęci duchowej. Są jeńcami 
wojennymi. Nawet jeśli Władca Demonów nie wie o ich istnieniu, starali się 
zaciągnąć do jego armii.

Posłałam jej promienny uśmiech.

—Jesteś najinteligentniejsza z nas wszystkich, kotku. 

—Co zrobimy z domem?

—Jak już mówiłem, wtrącił Vanzir, zajmę się nim. Jak tylko demoniczne wrota 
zostaną zamknięte, poproszę przyjaciół by tu przyszli i mi pomogli. Dom spłonie w 
ogniu tak potężnym, że nie pozostanie żadnych dowodów a tym bardziej ciał. Nikt 
nigdy się nie dowie, że ci chłopcy wciąż żyją.

Camille skinęła głową.

—Bardzo dobrze. Flam może zabrać mnie do domu. Na miejscu udam się do Wilbura 
i przyprowadzę go tutaj, tymczasem wy za pośrednictwem portalu dostarczycie 
naszych przyjaciół Tanaquar. Uprzedzę OIA. 

—Brzmi nieźle. Do dzieła! zgodziłam się zadowolona, iż niebawem wszystko to się 
już skończy.

Wolałabym już walczyć z Karsetii niż z ludźmi, którzy mieli twarze chłopców ale 
byli znacznie gorsi od samych demonów...

Jak tylko Camille i Flam wyszli, wysłałam Roza i Delilah by udali się na górę i 
sprawdzili czy nikt się  tam nie ukrywa a następnie zamknęli frontowe drzwi.

background image

By zapobiec buntowi, naszpikowaliśmy wszystkich naszych więźniów pigułkami 
znalezionymi w ich pokojach. Osobiście miałam nadzieję, że był to ich ostatni 
spokojny sen jakiego mogli doświadczyć.

Zleciłam Delilah by przeszukała ich pokoje. Kiedy wróciła, wyglądała jakby miała 
dostać mdłości. Rzuciła u moich stóp duże pudełko Z-fen'u i kilka kaset wideo.

—Chase z pewnością będzie chciał je zobaczyć. Kiedy odkryje czym ci faceci się 
zajmowali, nie będzie zadawał zbyt wielu pytań o to co z nimi zrobiliśmy, 
wymamrotała.

Była na granicy przemienienia się, ale wyczułam w jej aurze przewagę pantery nad 
kotem.

—Dziewczyny? spytałam cicho.

Skinęła głową.

—Tak, filmowali wszystkie rytuały. To okropne. Vanzir ma rację. Całe to miejsce 
trzeba zrównać z ziemią. Te mury kryją zbyt wiele duchów, Menollly. Zbyt dużo 
bólu. Wszystkie te kobiety... czy będziemy mogli je jakoś uwolnić? Czy nadal będą 
nawiedzać to miejsce?
 
—Nie potrafię ci na to odpowiedzieć. Jak tego rodzaju masakra mogla przez tyle lat 
pozostać w tajemnicy? Sama nie rozumiem dlaczego żaden z nich nigdy nie popełnił 
fałszywego ruchu.

Delilah westchnęła.

—Wszyscy wzajemnie się ochraniali. Jak na wojnie. Łatwiej jest utrzymać coś w 
tajemnicy, gdy twoi kumple dzielą ją z tobą. Każdy ma coś do stracenia i żaden z 
nich nie chce skończyć w więzieniu lub jeszcze gorzej - na krześle elektrycznym 
(otarła oczy). Oni naprawdę wierzyli, że Skrzydlaty Cień ich ochroni. Ludzie potrafią 
wymyślać najdziwniejsze bujdy. Czasami mam ochotę po prostu przemienić się w 
kota i nigdy nie wrócić... tak byłoby o wiele łatwiej.

Wzięłam ją w ramiona.

—Oczywiście że tak byłoby łatwiej, ale potrzebujemy cię. Ponadto przegapiłabyś 
emisje Jerry Springer'a! Spójrz na to pod tym kątem: ta banda drani już nigdy nie 
będzie mogła nikogo zabić. Nie byliśmy w stanie zapobiec wszystkim ich 
morderstwom ale wiemy że nie będzie następnych. Na dodatek uratowaliśmy życie 
elficy!

background image

Delilah przyjrzała się elficy, która już odzyskała przytomność. Morio się nią 
opiekował. Rozowi udało się znaleźć jakiś środek przeciwbólowy w jednej ze swoich 
obszernych kieszeni płaszcza. Chociaż została poważnie ranna, wszystko będzie z nią 
w porządku. Planowaliśmy zabrać ją z powrotem do Krainy Wróżek wraz z naszymi 
więźniami.

—Masz rację. Nie możemy wygrywać za każdym razem. Na dodatek mamy piątą 
pieczęć duchową!

Z westchnieniem dołączyła do Morio. Podczas gdy ja usiadłam na ołtarzu, czekając 
na powrót Camille i Flama. Roz dołączył do mnie, oplatając rękę wokół mojej talii. 
Oparłam głowę na jego ramieniu, pocałował mnie w czoło a ja go nie odepchnęłam. 
Potrzebowałam pocieszenia. Czułam się podobnie jak Delilah, nawet jeśli tego nie 
okazywałam. Ale musiałam grać rolę silnej, mimo iż byłam młodsza. Gotowej stawić 
czoła każdemu zagrożeniu i bycia dla niej oparciem, gdyby mnie potrzebowała. To 
nie był moment by odsłaniać swoje słabe strony...

—Jeśli dobrze rozumiem, jak tylko stąd wyjdziemy masz zamiar jak najszybciej 
odszukać Rialto, szepnął mi do ucha.

Skinęłam głową.

—Możesz na to liczyć! Mam tylko nadzieję, że dziewczynka wciąż żyje. Poproszę 
Nerissę by umieściła ją w rodzinie zastępczej, daleko stąd. Tak czy inaczej, Rialto 
jest już martwy.

—Pójdę z tobą. Ja również chcę dać mu lekcję, rzekł Roz. Vanzir obiecał zająć się 
domem wraz ze swoimi przyjaciółmi, bez niszczenia okolicznych budynków. 
Pomyślałem że chciałabyś wiedzieć.

Roz pokręcił głową.

—Nienawidzę tego. Jestem inkubem. Uwielbiam seks, ale nigdy nie zgwałciłem 
kobiety. I nigdy tego nie zrobię.

—Wiem o tym, szepnęłam. To co tutaj odkryliśmy, jest znacznie poważniejsze niż 
cała ta historia ze składaniem ofiar demonom. Jak oni na to wpadli? Z kiepskich 
horrorów?

—Nie tylko, odparł Roz. Wszystkie kultury mówią o składaniu żywych ofiar. 
Pamiętaj że potwory są bliskie bogom.

—I dlatego nienawidzę bogów. Życie byłoby o wiele spokojniejsze bez nich.

—Całkowicie się z tobą zgadzam, odparł.

background image

Znając jego przeszłość, wiedziałam że nie mówił tego by sprawić mi przyjemność. 
Właśnie wtedy, wprost z Morza Jońskiego, wyszli Camille i Flam. Camille wyglądała 
na śpiącą, podobnie jak mężczyzna którego trzymał Flam. Od razu go rozpoznałam! 
To był Wilbur.

Przyprowadzenie Wilbura zajęło im około dziesięciu minut. Wyjaśniliśmy mu 
sytuację, pokazując demoniczne wrota. Nie było potrzeby aby wspominać mu o 
Skrzydlatym Cieniu.

Zbadał portal i skrzywił się na widok rozsianych gwiazd na czarnej niczym tusz 
zasłonie.

—Ten, kto otworzył wrota jest tym samym który stworzył ghule. Prawdziwa 
fuszerka. Wrota nie mają konkretnego kierunku.

Nie miałam pojęcia o czym mówił, ale wydawał się pewny swego.

—Czy możesz je zniszczyć?

Wilbur skinął głową.

—To nie powinno być trudne. Sygnatura magiczna jest wypaczona. Ktokolwiek to 
zrobił, poruszał sie w ciemnych, ciemnych obszarach (następnie odwrócił głowę i 
spojrzał na mnie, marszcząc brwi). Kimkolwiek był, miał chorą duszę.

—To nie ma znaczenia. On nie żyje, a my chcielibyśmy aby jego dzieło umarło wraz 
z nim. Tworzysz ghule, posługujesz się magią śmierci i ty uważasz to za odrażające? 
To nie do końca pasuje do twojego wizerunku...

Wilbur roześmiał się głośno.

—Magia śmierci musi być używana świadomie. Nie oceniaj mnie po tym jak jej 
używam. W końcu sama jesteś wampirem. Czy nie powinnaś właśnie opróżniać 
kogoś z krwi? 

—Trafiony! odpowiedziałam, uśmiechając się. Masz mnie. Dobrze, czego 
potrzebujesz? I czy będziesz mógł zapomnieć o wszystkim co tu dzisiaj widziałeś?

Zdziwiony patrzył na mnie przez chwilę.

—Chciałbym poznać lepiej moich sąsiadów, szepnął pochylając się ku mnie. Nigdy 
nie spałem z wampirem ale powiedziano mi, że to wyjątkowe doświadczenie.

Cofnęłam się o krok. Chciał, żebym się z nim przespała w zamian za zamknięcie 
demonicznych wrót??

background image

—Nie jestem dziwką, odparłam.

Nawet jeśli Camille spała z Flamem by pomóc nam zdobyć cenne informacje, to było 
to coś innego. Camille od początku go pożądała. Co się mnie tyczy, nigdy nie byłam 
dobrym  dyplomatą i nie bawiłam się w gierki. Zrobi to albo nie.
 
—Słuchaj, powiedziałam zbliżając się do niego. Po prostu zamknij te wrota. Zrób to 
ze względu na dumę z wykonywanego zawodu by naprawić chaos spowodowany 
przez kolegę po fachu który spartaczył robotę. Jeśli odmówisz, skręcę ci kark. 
Obiecuję ci, że znajdziemy świra który służył mu jako mentor i zajmiemy się nim jak 
należy.

Wilbur potarł podbródek z lekkim uśmiechem na twarzy.

—Źle was oceniłem. Bardzo dobrze. Zrobię to. Sytuacja wydała mi się bardzo 
interesująca, odparł rozglądając się.
Spojrzałam na wrota a potem na Wilbura. Będziemy musieli znaleźć sposób, aby po 
wszystkim wymazać mu pamięć.

—Gotowy?

Skinął głową.

—Potrzebuję prywatności. I tego tam, rzekł wskazując na Morio.

Skrzywiłam się.

—On jest Japończykiem i nie jest głuchy, kretynie! Jest on również Kitsune Yokai i w 
swojej demonicznej postaci mógłby cię pożreć w całości. Więc trochę więcej 
szacunku. Nie wiesz do kogo się zwracasz.

Wilbur wzruszył ramionami.

—Skoro tak mówisz. Potrzebuję pomocy. A on wie wystarczająco dużo o 
nekromancji by mi pomóc. 

Przeprowadziliśmy pozostałych członków Partyzantów Dantego na korytarz, 
natomiast Morio pozostał. 

Upewniwszy się że Wilbur nas nie słyszy, Camille podeszła do mnie i spytała.

—Naprawdę myślisz, że możemy mu zaufać i że nic nikomu nie powie?

Zmarszczyłam brwi.

background image

—Nie podoba mi to ale myślę, że lepiej będzie poprosić Vanzira aby wymazał mu 
pamięć. On jest czarownikiem...

—Czarownik, śmiertelnik, jakie to ma znaczenie? Tak długo jak śpi, mogę zakraść 
się do jego umysłu, wtrącił Vanzir. Nigdy nie myślałem, że będę wykorzystywał  
swoje talenty w ten sposób ale chyba nie mamy wyboru.

Gdy ujrzałam pragnienie w jego oczach, przypomniałam sobie o tym co nam 
powiedział. Próbował przestać nawiedzać innych we śnie i karmić się ich energią 
witalną wymazując przy tym ich wspomnienia. Ale potem Karvanak Raksasa zmusił 
go do tego. Teraz my robimy to samo.

Jęknęłam z frustracji.

—Nigdy nie odważyłabym się poprosić cię o to, gdyby...

—Gdyby sytuacja tego nie wymagała, wiem. Nie ma sprawy. Trzeba będzie sprawić 
by stracił przytomność (spojrzał na mnie i delikatnie pogładził mnie po brodzie). 
Zrobię to dla ciebie... i po to aby popsuć szyki Skrzydlatemu Cieniowi.

Kiwnęłam głową, gryząc jeden z jego palców który był blisko moich ust.

—Dziękuję. Wszyscy jesteśmy zmuszeni do robienia rzeczy na które nie mamy 
ochoty.

—Spójrzcie! przerwała nam Camille wskazując na okno z widokiem na amfiteatr.

Wilbur i Morio nie próżnowali. Miejsce w którym mieściły się wrota eksplodowało w 
białości lampy błyskowej i wszyscy upadliśmy na ziemię. 

Przykucnąwszy, rzuciłam okiem przez okno. Wszystko wydawało się być w 
porządku. Wilbur i Morio stali tam gdzie przedtem, natomiast demoniczne wrota 
zniknęły.

—Jeszcze dwie lub trzy sprawy i kończymy, powiedziałam cicho. Pójdę po Wilbura.

Vanzir skinął głową.

—Będę czekać.

Nie trwało to długo: jedno szybkie uderzenie w głowę i Wilbur stracił przytomność. 
Vanzir spędził piętnaście minut na płaszczyźnie astralnej, zanim nie upewnił się że 
nasz sąsiad nic nie pamięta od momentu pojawienia się u niego Camille i Flama. 
Znaleźliśmy klucze do furgonetki zaparkowanej przed domem, do której pod osłoną 
ciemności załadowaliśmy wszystkich Partyzantów Dantego.

background image

Potem szybko wróciliśmy do tuneli, by wydobyć ciało Sabele i ubrania Claudette. W 
ciągu dwóch godzin wzejdzie słońce. Byłam wyczerpana, podobnie jak inni.

W domu czekali na nas Yssak i strażnicy Des'Estar. Zabrali naszych więźniów i 
odprowadzili Camille i Morio do portalu Babci Kojot, który przeniósł ich do 
Y'Elestrial. Następnie udali się do królowej Asterii, by oddać jej piątą pieczęć
duchową. Zabrali ze sobą ciało Sabele i ranną elficę.

—Zajmę się domem, obiecał Roz. Masz na to moje słowo.

Zmęczona, skinęłam głową.

—Dziękuję. Dziękuję wam obojgu.

Po tym Vanzir i Roz odjechali furgonetką. 

Po odprowadzeniu Wilbura do domu, Flam sprawdził czy wszystko w porządku a 
następnie udał się do sypialni Camille.

Natomiast Delilah i ja usadowiłyśmy się na kanapie przed telewizorem z 
opakowaniem chipsów i z Maggie siedzącą na moich kolanach.

—Nie wiem co powiedzieć Chasowi, przyznała się Delilah.

—Nie możemy mu powiedzieć o więźniach. Jest po naszej stronie ale to o czym nie 
wie, nie może mu zaszkodzić (zmarszczyłam brwi). Daj mu taśmy. Przynajmniej nie 
będzie kwestionował naszych decyzji.

Delilah zastanowiła się przez chwilę.

—Mamy cztery pieczęcie duchowe. Skrzydlaty Cień ma tylko jedną. Jeśli uda nam 
się odnaleźć pozostałe cztery, być może będziemy w stanie odeprzeć atak i wygrać 
wojnę. Ale z tym nowym generałem sprawy stają się coraz trudniejsze.

Połknęła garść chipsów i oparła się wygodniej na kanapie.

—Wiem o tym, odpowiedziałam (spojrzałam przez okno). Zbliża się świt. Idę
do swojej kryjówki. Przy odrobinie szczęścia nic strasznego się dzisiaj nie wydarzy.

Delilah pokręciła głową.

—Nie, jedynie ogromny ogień który wypali do kości swoje ofiary.

To rzekłszy, wzięła Maggie w ramiona i przytuliła do piersi, patrząc na migające 
obrazy na ekranie.

background image

Co do mnie, zmusiłam się by pójść spać, modląc się o sen bez marzeń sennych. 
Pamiętam, że odwróciłam się plecami do bogów. I tak mnie nie słuchali...

background image

Rozdział 28

Trzy dni później, w noc pełni księżyca, ubraliśmy się wszyscy elegancko by 
uczestniczyć w ślubie Tima i Jasona w Woodbriar Park. Dom bractwa przeszedł do 
historii. Został kompletnie spalony. Wszystkie wejścia  do podziemnego labiryntu 
zostały starannie zamknięte tak, że nawet policja nie była świadoma ich istnienia. 
Ogień pochłonął wszystko, nie pozostały żadne kości ani ciała. Nawet gdyby ludzie 
pytali co się stało, sprawa zostałaby szybko zamknięta z braku odpowiedzi.

Chase obejrzał wszystkie taśmy wideo. Wiedział przeciwko komu walczyliśmy i nie 
miał żadnych pytań. Nikt nigdy się nie dowie co się naprawdę wydarzyło. Vanzir 
dotrzymał słowa.

Idąc wolnym krokiem w stronę krzeseł idealnie skoszonym trawnikiem, chwyciłam 
Camille za ramię. Była ubrana w suknię w kwiaty koloru śliwki, która ledwie co 
skrywała jej piersi. Na tle gości wyglądała perfekcyjnie... ponadto miała na sobie 
czarno srebrny szal i buty na obcasach związane wstążką w kostce.

—Jak wyglądam? spytałam nerwowo. Był to pierwszy raz gdy odważyłam się 
publicznie pokazać moje blizny i czułam się na tym punkcie lekko przewrażliwiona...

—Mówiłam ci już pięć razy! Jesteś piękna. Co myśli Nerissa?

Nerissa próbowała dać mi do zrozumienia, że nie mam nic do ukrycia. Aby sprawić 
jej przyjemność, wybrałam sukienkę która sięgała mi do kolan. Na ramiona 
zarzuciłam bolerko i wysokie buty do kolan. Był to dla mnie duży krok naprzód.

—Nerissa uważa że jest bardzo ładna, odpowiedziała Puma pojawiając się nagle 
przede mną i składając leniwy pocałunek na moich ustach. Dawała mi poczucie 
bezpieczeństwa i ciepła. Camille, Delilah, wy również wyglądacie pięknie. Jeśli 
pozwolicie, zabiorę wam na chwilę Menolly, odpowiedziała. 

Odciągnęła mnie na bok.

—Tęskniłam za tobą, powiedziała. 

—Ja również, odparłam. Po chwili dodałam: 

—Spałam z Rozem.
W końcu obiecałyśmy sobie, że nic nie będziemy przed sobą ukrywać. 

—Wiem, powiedział mi. Chciał abym wiedziała, że nie stara się wkroczyć na moje 
terytorium. Czy był dobry?

Posłałam jej promienny uśmiech.

background image

—Bardzo. Powinnaś spróbować. Jest zabawny... ale to nie jest to samo co ty, 
dokończyłam z wahaniem.

Oczy Nerissy zabłysły. 

—On nie jest w ogóle w moim typie. Zbyt krzykliwy. Ty jednak jesteś... następnie nie 
zaczerpnąwszy nawet tchu, dodała: Naprawdę cię potrzebuję, Menolly. Chcę się z 
tobą kochać całą noc. Czy mogę zostać z tobą tej nocy? Kupiłam nowe zabawki które 
pokochasz.

—Oczywiście że tak, odparłam czując dreszcz podniecenia przebiegający mi po 
kręgosłupie. Całą noc. Tylko ty i ja.

Sama myśl o jej złotej skórze sprawiła, że miałam ochotę rozebrać ją tu i teraz by 
móc cieszyć się jej smakiem który tak dobrze znałam. Gdy spojrzałam na jej piersi, 
ledwie co ukryte pod cienką letnią sukienką, zaświerzbiły mnie palce. Pragnęłam ją 
pieścić.

—Nie mogę się już doczekać aż to się skończy, wyszeptałam. Cieszę się ze szczęścia 
Jasona i Tima ale nawet sobie nie wyobrazasz jaki masz na mnie wpływ.

—Bardzo dobrze, odparła uśmiechnąwszy się. Teraz jesteśmy kwita. Wystarczy że 
patrzę na ciebie, a pragnę zedrzeć z ciebie ubranie. Chodź, zajmijmy nasze miejsca 
zanim zacznie się ceremonia.

—Myślałam by zmienić fryzurę... przynajmniej na specjalne okazje, rzekłam 
rozglądając się za innymi.

Nie zdradziłam że na samą myśl o tym stawałam się nerwowa. Zaczęłam zaplatać 
moje warkoczyki w dniu, w którym opuściłam centrum terapii OIA, by po roku od 
przemiany wrócić do domu. Od tamtego czasu, niczego nie zmieniłam w swoim 
wyglądzie. 

—Chciałabym cię zobaczyć z rozpuszczonymi włosami, wyznała Nerissa. Miedziana 
grzywa... musi być piękna...

Wreszcie usiadłyśmy blisko Delilah i Chase'a. Moja siostra uśmiechnęła się do nas. 
Miała na sobie jedwabny różowy top i blado różowe spodnie.
Zwykłe buty zamieniła na baleriny koloru kości słoniowej. Chase pozdrowił mnie 
ruchem dłoni. Jak zwykle ubrany był w Armaniego. Camille, Flam i Morio usiedli 
przed nami, w pobliżu Iris.

Reszta krzeseł zajęta była przez ludzi, choć widziałam Sassy i Erin siedzące po 
drugiej stronie. Zalało mnie poczucie winy. Powinnam siedzieć z nimi.

background image

Choć z drugiej strony, im szybciej Erin nauczy się radzić sobie beze mnie, tym 
szybciej będzie mogła działać na własną rękę. Radzenie sobie z życiem u boku 
innego wampira to jedno ale bycie zbyt długo blisko swojego Pana nie zawsze było 
dobre.

Gdy Jason zajął miejsce przy ołtarzu, nastało poruszenie. Ubrany był w elegancki 
smoking z różową kamizelką; wyglądał oszałamiająco. Po jego prawej stał inny 
mężczyzna, o skórze równie ciemniej, ale młodszy. To musiał być jego brat.

Pani proboszcz zajęła miejsce na podium. Rozbrzmiał śpiew Jim'a Croce'a "Time in a 
Bottle" gdy na  końcu alejki pojawił się Tim. Miał na sobie czarny garnitur i  koszulę 
równie niebieską jak jego oczy. Za nim szły trzy druhny. Ciężko było powiedzieć czy 
były to kobiety czy przebrani za nie mężczyźni. Kto by to nie był, miały na sobie 
gustowne srebrne sukienki a w dłoniach trzymały bukiety czerwonych róż i białych 
goździków.

Gdy Tim dołączył do Jasona przy ołtarzu, pomyślałam o miłości. O tym jak cudownie 
było znaleźć kogoś, z kim mogłeś wszystko dzielić. Aż do teraz nie zastanawiałam 
się nad tym zbytnio... ale dziś  była przy mnie Nerissa... i to wystarczyło.

Gdy proboszcz zaczął mówić, skupiłam się na ceremonii .

—Miłość. Wszystko obraca się wokół miłości. Spotykamy się, zakładamy rodziny, 
wybieramy naszego partnera i decydujemy się spędzić z nim resztę życia. Miłość 
przybiera różne formy i twarze, ale jest prawdziwa. Zrozumiecie to gdy dotknie 
waszego serca i napełni je nadzieją. Miłość jest silniejsza niż nienawiść. Silniejsza 
niż gniew. Silniejsza od wszystkich sztucznych podziałów, które istnieją w naszym 
świecie... ale musi być pielęgnowana i konserwowana.

Moje myśli powędrowały daleko stąd... Harish kochał Sabele, ale odebrano mu ją. 
Gdy powiedzieliśmy mu że znaleźliśmy jej ciało, trzymałam go za rękę. Rozurial 
również kochał... w konsekwencji musiał patrzeć jak ta miłość brutalnie się od niego 
oddala. Matka odeszła do innego świata miłości. Camille kochała trzech  mężczyzn 
na raz. Delilah została złapana pomiędzy dwoma kochankami. Czy miłość była 
trwała? Może i tak.

Miłość może być zabita, rozdarta ale jedno jest pewne: jest niezbędna i zawsze 
będzie trwać. Bez względu na całe zło jakie czai się na świecie, ona będzie zawsze 
prawdziwa.
Gdy Jason pocałował Tima, wstaliśmy aby poklaskać. Czułam krwawe łzy w oczach. 
Otarłam je czerwoną chusteczką którą podała mi Sassy, następnie odwróciłam się do 
Nerissy. Schyliła się i pocałowała mnie.

—Pocałunek miłości, szepnęła. Chodźmy pogratulować nowożeńcom!

background image

Rozdział 29

Następnej nocy była Litha, przesilenie letnie. Na uroczystości koronacji trzech 
królowych, nasza obecność jako emisariuszy z Krainy Wróżek i krewnych Morgane 
była wymagana.

Na tę okazję założyłyśmy nasze odświętne stroje. Tatuaż na ramieniu Camille, 
świadczący iż była jedną z córek Matki Księżyca, świecił srebrnym blaskiem. Miała 
na sobie długą suknię bez ramiączek z wysokim stanem z musującego tiulu.

Delilah natomiast założyła swoją najlepszą tunikę i legginsy, a do nogi 
przymocowała swój sztylet - Lysandrę. Czarny tatuaż na jej czole błyszczał smugami 
pomarańczowych płomieni. 

Jeśli o mnie chodzi, wybrałam długą szkarłatną suknię i po raz pierwszy od lat 
rozpuściłam swoje włosy, które kaskadą spływały mi na ramiona. Nadal nie byłam 
pewna co do mojego nowego wizerunku ale dzisiaj była to moja wieczorowa fryzura.

Zgromadzenie odbywało się w rezerwacie liczącym przeszło sto hektarów ziemi, 
zakupionej przez trzy królowe na północny wschód od Seattle. Rosły w nim jodły, 
cedry, dęby, klony a ponadto krzewy jagód i jeżyn. Miejsce to było położone w 
pobliżu wodospadów, przez co łatwo było je znaleźć. Znajdowało się ono 
wystarczająco na uboczu, by nie zostało wchłonięte przez okoliczne miasta.

Wiedziałam że królowe zakupiły małe działki, możliwie jak najbliżej rezerwatu. 
Titania była w trakcie przeprowadzki. Wkrótce Flam uwolni się od jej towarzystwa. 
Był tak szczęśliwy, że zgodził się dzisiaj towarzyszyć Camille i Morio.

Podczas gdy zmienne Pumy zdecydowały pozostać u siebie, Chase postanowił
towarzyszyć Delilah. Osobiście uważałam to za dziwne. Czyżby nie był świadom 
niebezpieczeństwa jakie groziło człowiekowi w otoczeniu tak wielu wróżek?

Oczywiście wśród gości znajdowali się niektórzy ziemscy ambasadorzy, ponadto 
przedstawiciele rządów którzy mieli prowadzić rozmowy z przybyszami z Krainy 
Wróżek. Obecnie dzielili oni świat z ziemskimi wróżkami i tak oto równowaga 
ponownie została zachwiana.

Czarownice i ludzcy poganie podpisali petycje w tej sprawie, ale tylko nieliczni 
zostali dopuszczeni do udziału w dzisiejszym zgromadzeniu. Z pewnością były to 
pełnej krwi wróżki, driady, duchy czy Sylfy. Nimfy i syreny zajęły miejsce w jeziorze 
razem z selkies - zmiennymi fokami.

Przechadzając się pomyślałam, że tutejsze drzewa w pełni się już zbudziły. Zresztą 
nie tylko one. Ziemia, jeziora... wszystko wydawało się żyć i być świadome tego co 
się dzieje wokół...

background image

Na każdym rogu obserwowały nas duchy przyrody: pełne życia, radosne a zarazem 
ponure. Przesilenie letnie było najkrótszą nocą w roku, progiem nowej ery.

Dziś wieczorem trzy królowe oficjalnie wstąpią na tron. Rzuciłam okiem w kierunku 
platformy gdzie miała odbyć się koronacja. Królowa Asteria już tam była. Obok niej 
stał nasz ojciec, który brał udział w ceremonii jako ambasador Y'Elestrial. Feddrah-
Dahns był emisariuszem reprezentującym hordę jednorożców z doliny Dahns. 
Towarzyszyło im wiele innych ważnych osobistości...

Nagle zabrzmiała trąbka. Dołączyłam do Delilah i Camille które rozmawiały z 
naszym ojcem. Ujrzawszy mnie, pocałował mnie w policzek.

Odkąd przybył, nie mieliśmy zbyt dużo czasu na rozmowy. Po raz pierwszy zaczęłam 
wierzyć, że naprawdę miał na myśli to, co powiedział ostatnim razem. Zaakceptował 
fakt że jestem wampirem i wszystko co się z tym wiązało.

Był naprawdę bardzo przystojnym mężczyzną. Patrząc wstecz i wracając pamięcią do 
ślubu Tima i Jasona, pragnęłam by również on odnalazł nową miłość. Śmierć matki 
bardzo go zraniła.

—Menolly, cieszę się że tu jesteś. Przed koronacją Morgane chciałaby z tobą 
porozmawiać. Tak naprawdę to chciałaby porozmawiać z wami wszystkimi, 
powiedział nasz ojciec cofnąwszy się i zmarszczywszy brwi.

Bez względu na to, o co chodziło, było jasne że mu się to nie podoba ale nie 
skomentował tego.

W następnej chwili w chmurze lawendy i srebra, czerni i indygo, pojawiła się 
Morgane. Jako Królowa Zmierzchu panowała nad przestrzenią oddzielającą dzień od 
nocy. A jej dwór na zawsze pozostanie w półmroku.

—Dobrze że w końcu jesteście, powiedziała patrząc na nas wszystkie. Przed 
koronacją musimy porozmawiać.

Mordred, jej siostrzeniec, krzywiąc się podszedł do niej. Było jasne że nas nie lubił. 
Westchnął, skinąwszy nam w wyniosły sposób.
—Czy już zdecydowały, ciociu? spytał.

—Zdecydowałyśmy, co? spytała Camille.

Morgane obserwowała nas z powagą.

—Tak jak ja żyjecie pomiędzy światem śmiertelników, światem Y'Eirialiastar i 
światem ziemskich wróżek.

background image

Minęło sporo czasu odkąd słyszałam nazwę „Sidhe”, określającą świat wróżek. 
Zaskoczyła mnie tym przez chwilę.

Wydawało się że Morgane zauważyła moje zdziwienie i uśmiechnęła się do mnie.

—Termin „ludzkość” nie oddaje należytego hołdu dla piękna tego świata. Ja tylko 
oddaję mu należną cześć.

—Nie posuwałabym się tak daleko, odpowiedziałam.

Przodek czy nie, nie ufałam jej i nigdy nie zaufam. 

Morgane westchnęła cicho.

—Dzisiejszego wieczoru będziecie musiały dokonać wyboru.

—Wyboru? O czym mówisz? zapytała Camille.

Z chytrym uśmieszkiem na twarzy, Morgane zrobiła krok do tyłu. Nie była po naszej 
stronie. Kierowała się jedynie swoim własnym interesem.

—Proponuję abyście były na moim dworze. Jesteście moim ciałem i krwią, bez 
względu na dzielące nas wieki, miejsce  czy dni narodzin. Należymy do tej samej 
rodziny. Ponadto oferuję wam tytuł księżniczek.

To rzekłszy, spojrzała na Mordreda.

—Mordred jest moim pierwszym dziedzicem, ale jeśli nie będzie miał dzieci, wy 
będziecie następne w kolejce do tronu Królowej Zmierzchu. Camille pierwsza, 
następnie Delilah... (po czym zwróciła się do mnie). Tobie nie mogę zaoferować 
tronu, a jedynie miejsce na dworze, bo nigdy nie będziesz mogła mieć dzieci.

Podczas gdy Camille i Delilah sapnęły z zaskoczenia, ja przyglądałam się Morgane, 
zastanawiając się w czym jest haczyk.

—Co musimy zrobić by dostąpić tego honoru?
Morgane mrugnęła do mnie.

—To bardzo proste, dziewczęta. Musicie zrzec się Y'Eirialiastar i złożyć przysięgę 
wierności mnie i ziemi. Ponadto zrezygnować z waszych zobowiązań w stosunku do 
Krainy Wróżek, z wyjątkiem oczywiście tych, które wiążą was z bogami, a następnie 
podjąć pracę na moim dworze.

Pochyliła się ku nam.

background image

—Nadal będziecie walczyć z demonami, ale już w moim imieniu. W imieniu 
wszystkich ziemian i ziemskich wróżek.

Natychmiast pokręciłam głową.

—Nie ma mowy, odparłam. Dziękuję ale to niemożliwe. Jestem lojalna wobec moich 
zobowiązań. Nigdy nie opuszczę ojczyzny, Trybunału i Korony, która ponownie 
rządzi teraz miastem.

Camille posłała mi zaniepokojone spojrzenie. Następnie spojrzała na Morgane i 
starannie dobierając słowa, rzekła:

—To byłby wielki zaszczyt, Królowo Zmierzchu, ale nie mamy innego wyboru jak ci 
odmówić. Czy zaakceptowałabyś na swoim dworze kogoś, kto złamał przysięgę 
lojalności bez ważnego powodu? Czy mogłabyś nam po tym naprawdę zaufać?

W morderczym spojrzeniu Mordreda ujrzałam swego rodzaju ulgę. Chciał pozostać 
jedynym następcą tronu.

Delilah pokręciła głową.

—Nie, nie możemy zaakceptować twojej propozycji. Jesteśmy tutaj, by oddać ci 
cześć i uczcić narodziny nowej ery.

Morgane obserwowała nas z powagą, po czym odwróciła się. 

—Nigdy nie zapomnijcie tego co wam zaoferowałam. Oferta będzie ważna przez 
jakiś czas, ale im później podejmiecie decyzję, tym warunki będą inne. Zastanówcie 
się jeszcze nim odmówicie. Macie czas do wschodu słońca.

Kiedy odeszła, wymieniłyśmy między sobą zaniepokojone spojrzenia.

—Ona sieje kłopoty gdziekolwiek się pojawi, mruknęłam. Będzie trzeba mieć ją na 
oku.

—Moim zdaniem, ziemska społeczność nadprzyrodzona zacznie się dzielić. Dojdzie 
po podziałów. Wróżki dołączą do trzech królowych, natomiast zmienni i wampiry 
pozostaną same, zauważyła Delilah z westchnieniem. Na razie nic nie możemy w tej 
sprawie zrobić, jedynie obserwować, czekać i mieć nadzieję, że Morgane nigdy nie 
dostanie w swoje ręce pieczęci duchowych, bo wszystkie wiemy że nic dobrego by z 
tego nie wyszło.

—W końcu zaczynam myśleć jak ty... powiedziała Camille smutnym głosem. 

background image

—Koronacja wkrótce się rozpocznie Pójdziemy popatrzeć?

Delilah wzruszyła ramionami.

—Jak już tu jesteśmy... dołączmy do ojca i królowej Asterii. Z nimi będę czuć się 
bezpieczniej.

Odwróciłam się i objęłam ją w talii.

—Co to jest? spytałam czując w jej kieszeni butelkę.

Uśmiechając się, pokręciła głową.

—Nic co by ciebie dotyczyło.

Zatrzymałam się i pozwoliłam by odeszła, po czym sama w milczeniu otwarłam 
butelkę którą wyjęłam jej z kieszeni. Musiałam powstrzymać się od krzyku. Nektar 
życia! Eliksir który może wydłużyć życie śmiertelnika! Jeśli Chase by go wypił, 
mógłby żyć tak długo jak wróżka czystej krwi!

Z powodu naszej mieszanej krwi, wcześniej czy później staniemy przed wyborem 
wypicia go lub też nie (o ile Sąd i Korona wyrażą na to zgodę). Delilah z pewnością 
musiała go ukraść. Nikt przy zdrowych zmysłach by jej go nie dał. 

Patrzyłam na nią zastanawiając się, czy powinnam powiedzieć o wszystkim Camille, 
gdy ta rozwinąwszy zwój przywieziony przez posłańca naszego ojca, wydała 
niespodziewany okrzyk.

—Co to jest? spytałam. Wszystko w porządku?

Z oczami pełnymi łez skinęła głową, obdarzając mnie olśniewającym uśmiechem.

—To wiadomość od Trilliana! Żyje i ma się dobrze! Pisze że jesienią zobaczymy się 
w Krainie Wróżek i wróci ze mną do domu. Na ten list zostało rzucone zaklęcie 
prawdy, nie może być fałszywy!

Po chwili dołączyli do nas Morio i Flam. Korzystając z zamieszania, wsunęłam z 
powrotem butelkę do kieszeni Delilah. Nie miałam zamiaru rozmawiać z nią o tym 
teraz. Omówimy to później.

Gdy zabrzmiały trąby, trzy królowe uklękły przed królową Asterią by otrzymać swoje 
korony. Starałam się zapomnieć o wszystkich swoich obawach co do demonicznych 
władczyń, ich polityki i rasistowskich ugrupowań.  

background image

Piękno tego świata było wszędzie: w życiu, w śmierci i we wszystkich etapach 
pomiędzy nimi. Było wokół nas tyle piękna, piękna ohydnego i piękna tak genialnego 
i tak jasnego, że chciało mi się płakać.

Titania wyrecytowała przysięgę odzyskując swój tron. Zerwałam czerwoną różę która 
rosła obok mnie i wtuliłam w nią twarz, by poczuć jej zapach. Czasami musieliśmy 
odłożyć na bok nasze zmartwienia i skupić na tym, co było przed nami.

Lepiej było zapomnieć o swoich obawach o przyszłość i żyć teraźniejszością. 
Czasem nawet wampir powinien znaleźć czas by powąchać różę...