background image

Prolog

2

Rozdział 1

3

Rozdział 2

8

Rozdział 3

12

Rozdział 4

18

Rozdział 5

23

Rozdział 6

31

Rozdział 7

38

background image

Prolog.

W

szyscy w kółko powtarzają, że po burzy, nawet tej najgorszej, zawsze przychodzi świt. Mówią 

też, że każdy medal ma dwa końce. Albo nie, to z końcami było o kiju. Medal miał strony. Nieważne.
Nikt jakoś nie myśli o tym, że najpierw ta burza musi nadejść. Choćby nie wiem jak idealny był świt, 
dzień, zmierzch, i tak później przyjdzie ta cholerna burza.
Myślałam,   że   gdzie   jak   gdzie,   ale   w   moim   życiu   już   wystarczająco   się   wygrzmiało,   wypadało   i 
wypiorunowało. Że skoro tyle już przeszłam, to już nic mi nie przeszkodzi. Że nadszedł już Świt 
Ostateczny. 
W końcu było idealnie - byłam zaręczona, kochana, rozpieszczana. Miałam plany i całą wieczność 
przed sobą na ich realizowanie.
No, z tą wiecznością to nie do końca. To była część tego planu. Ale jednak wszystko wskazywało na 
to, że będę ją miała.
Ale przede wszystkim miałam Jego. To On czynił mój świat idealnym. A właściwie to nie idealnym, 
raczej...   Idealnie   nieidealnym.   Sprawiał,   że   z   radością   stawiałam   czoło   wyzwaniom.   Że   byłam 
przeszczęśliwa. On był podstawą planu. Fundamentem wieczności.
A potem... A potem nadszedł huragan.  

background image

Rozdział 1

Eksperyment

B

ella, jako częsta wizytatorka szpitala, przywykła co prawda do budzenia się z różnego rodzaju 

bólami, ale to nie oznaczało, że to lubiła. Na Boga, nie była przecież masochistką. Tym bardziej, że 
jakoś nie mogła sobie przypomnieć, co właściwie jej się stało. Wyschnięte gardło, przewracanie w 
żołądku i tępy, irytujący ból rozsadzający czaszkę nie były raczej symptomami choroby, prędzej 
wypadku. Ale jakiego wypadku? Przecież nie miała ostatnio żadnego. A bynajmniej nie była go 
świadoma.
Przewróciła się na drugi bok, uderzając o coś twardego. Do tego także przywykła - Edward przecież 
spędzał   koło   niej   niemal   każdą   noc,   a   ciała   wampirów   strukturą   dorównywały   najtwardszym 
skałom.   Tym,   co   ją   zaalarmowało,   była   temperatura   owego   „czegoś”.   Od   kiedy   to   Edward   był 
gorący? No nic, więc to pewnie był Jacob. Też był przecież twardy. Nawet chrapanie pasowało.
Odsunęła   się   od   niego,   by   nie   pogarszać   swojego   stanu   gorączką   przyjaciela.   Leżała   tak   przez 
chwilę,  masując   skórę   głowy   i   powstrzymując   odruch   wymiotny.  Potrzebowała   kilku   minut,   by 
uświadomić sobie, że coś było nie tak.
Od kiedy to budziła się obok Jake'a? 
Usiłowała przypomnieć sobie, dlaczego spali w jednym łóżku, ale jej umysł był w tym momencie 
wielką, czarną dziurę. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała, była impreza urodzinowa Quila. 
Pokłóciła się z ojcem, który - mimo swoich obietnic - nadal wrogo odnosił się do jej narzeczonego, a 
na dodatek stale kontrolował ich spotkania, twierdząc uparcie, że w wakacje „Różne głupie rzeczy 
przychodzą nastolatkom do głowy”. Najbardziej zdenerwowała ją ta jego stronniczość. Edward był 
zły. Jacob był wspaniały, dobry, po prostu idealny. To właśnie przez to zbuntowała się i poszła na 
przyjęcie,   choć   obiecała   sobie   kilka   dni   wcześniej,   że   będzie   unikać   swojego   przyjaciela.   Miała 
zamiar zrobić coś tak złego i szalonego, żeby raz na zawsze utrzeć ojcu nosa. Żeby uczulić go na La 
Push.    
Oczywiście, Charlie do tego całego imprezowania podszedł z wręcz niedorzecznym entuzjazmem. 
Zaprosił nawet na noc Billy'ego, wielkodusznie proponując, że mogła przenocować u Jacoba. Miał 
pewnie nadzieję, że jak będzie miała styczność z Blackiem przez tak długi, nieustanny czas, to 
porzuci Edwarda i da Jacobowi szansę. Niedoczekanie.
Na przyjęciu nie mieli co prawda narzuconej kontroli rodzicielskiej, ale nie wydarzyło się nic, co 
dawałoby   okazję   do  prawdziwych  wygłupów.   Dlatego   uderzyła   z   innej   strony.   No   cóż,   była 
zdesperowana.

- Jake, wiesz co? - spytała wesoło, przekraczając próg jego domu. Pierwszą rzeczą jaka rzucała 
się w oczy, był duży, staromodny zegar. Wskazywał godzinę drugą w nocy.
- Nie wiem, ale pewnie zaraz mi powiesz.
Nie miała czasu na przekomarzania.
- Mamy wolną chatę - zaczęła tajemniczo. - A ja jeszcze nigdy się nie upiłam.
- Teraz jesteś upita - uświadomił jej rozbawiony.
- Tylko trochę podchmielona. - Mówiła prawdę. Na przyjęciu Quila wypiła zaledwie parę piw. - 
Co oznacza, że tak czy owak będę miała kaca. A mam ochotę poeksperymentować.
- No nie wiem - zgrywał się. -  Jakby co, to będzie na mnie.
- Coś ty - prychnęła. - Charlie i tak zrzuci całą winę na Edwarda - nie pytaj jak, on znajdzie  
sposób.   Poza   tym,   ja   nie   mam   zamiaru   kablować.   A   ty?   -   ciągnęła   dalej,   uważając   jego  
odpowiedź za oczywistość. -  No więc nie widzę przeszkód.
- Pijani ludzie robią różne rzeczy, których normalnie by nie robili - uświadomił ją.
- Pewnie nie możesz się doczekać, co?
- Pewnie - Wyszczerzył się jeszcze radośniej. - Dobra. Ale jakby ci się film urwał albo kac cię  
później zabijał, to nie moja wina. To co? Robimy nalot na barek Billy'ego?  

Wtedy nie zdawała sobie sprawy, że przydarzy jej się i jedno, i drugie. Jej świadomość dotrwała 
zaledwie do trzeciej w nocy, później wspomnienia były mocno zamglone, a jeszcze później nie było 
ich w ogóle. Miała nadzieję, że po prostu położyli się spać jak na grzeczne dzieci przystało. Byli w 

background image

końcu w łóżku. Co takiego mogli nawywijać w łóżku?
Jej palce nadal uparcie masowały skronie, chcąc odrobinę zmniejszyć ból, co sprawiało, że naga 
skóra ramion nieustannie ocierała się o niczym nie okryte okolice klatki piersiowej.
Zaraz... Naga? Niczym nie okryte? Skóra przy skórze?
  Dziewczyna poderwała się gwałtownie, co zwielokrotniło ból głowy, ale starała się to ignorować. 
Przerażona obrzuciła wzrokiem swoje ciało. Miała na sobie jedynie bieliznę. Reszta ciuchów jej (i 
Jacoba) rozrzucona została po niewielkiej powierzchni pokoju chłopaka. Odruchowo przycisnęła do 
siebie prześcieradło, oddychając spazmatycznie. To niemożliwe!, krzyczały jej myśli. Nie mogłam 
przespać się z Jakiem
! Wszystko jednak wskazywało na to, że mogła. Więcej. Wszystko wskazywało 
na to, że się rzeczywiście przespała.
Nagle pod dom zajechał jakiś pojazd. Odruchowo wygrzebała się z pościeli i wyjrzała przez okno, ale 
z tej strony domu mogła zobaczyć jedynie ścianę lasu. Mimo że jej umysł pracował nieco wolniej niż 
zazwyczaj, zaraz zorientowała się, że to Charlie przywiózł Billy'ego i najwyraźniej miał zamiar ją 
podrzucić z powrotem. 
- Cholera- zaklęła pod nosem, otwierając okno na oścież, by wywietrzyć nieco zapach alkoholu. 
Duszne powietrze niemal zwaliło ją z nóg. Szybko poderwała z ziemi swoje dżinsy i wsunęła je jedną 
ręką, drugą jednocześnie dobudzając przyjaciela. Ten jedynie otworzył pytająco jedno oko, by po 
chwili znowu je zamknąć. Po paru sekundach, gdy zorientował się, że właśnie zobaczył skaczącą po 
jego   sypialni   Bellę   w   samym   staniku   i   do   połowy   wciągniętymi   spodniami,   rozbudził   się  z  już 
całkowicie.  -   Odwróć   się  -   syknęła,   usiłując   się   zasłonić.   W   następnej   sekundzie   runęła   w  dół, 
zahaczając o nogawkę i lądując na łóżku, na kolanach wilkołaka.
- Czy my... - Sugestywnie nie dokończył, nie wiedząc, czy patrzeć na roznegliżowaną Bellę, czy na 
usłane ubraniami panele. Gdy do dziewczyny dobiegł sens jego pytanie, jęknęła przeciągle.
- Myślałam, że ty wiesz!
- Więc my... tak?
- Nie wiem - rzuciła zrozpaczona, dopinając dżinsy, które wreszcie znalazły się na prawowitym 
miejscu. Podniosła się z jego nóg w tym samym momencie, kiedy zazgrzytał zamek i drzwi się 
otworzyły. Tym razem zaklęła bardziej szpetnie, rozglądając się za wczorajszą bluzką. - Masz na 
sobie bokserki?
 - Mam, ale czy to coś zmienia?     
- Raczej nie - odpowiedziała.
-  Chcesz  mi powiedzieć,  że uprawialiśmy seks,  a ja  tego  nie  pamiętam? -  powiedział  głośnym, 
niedowierzającym szeptem. Brunetka zmroziła go wzrokiem, nurkując pod łóżko i wyciągając spod 
niego brakującą część garderoby i t-shirt Jacoba, który rzuciła w jego kierunku. Sama w trybie 
natychmiastowym włożyła swój. 
- Bells! Jake! Jesteście w domu? - krzyknął Charlie.
- Do jasnej... Jesteśmy! - rzuciła głośniej, tak, aby ojciec ją usłyszał. Przyjaciel wciągnął co prawda 
koszulkę,   ale   nie   miał   bynajmniej   zamiaru   wstawać   z   łóżka,   bo   opadł   ponownie   na   poduszki, 
psiocząc coś o tym, że boli go głowa. Bells nie dostrzegła nigdzie żadnych zużytych prezerwatyw, ale 
nie mogła się zdecydować, czy to dobrze, czy źle. Pociągnęła nosem, stwierdzając, że pod żadnym 
pozorem żaden z mężczyzn nie może tu wejść. - Już idę!
Znalazła na komodzie mały odświeżacz powietrza, więc nie zastanawiając się długo wypryskała 
większą część buteleczki po całym pomieszczeniu, latając wte i wewte jak szalona, potykając się 
parę   razy,   jako   że   była   jeszcze   bardzo   zaspana.   Naprawdę,   temu   pokojowi   przydałoby   się 
gruntownie sprzątanie. I zegar. I lustro.
Stwierdziwszy,   że   na   nic   więcej   nie   może   liczyć,   przeczesała   włosy   palcami   i   boso   wypadła   z 
pomieszczenia. Black i Charlie byli najprawdopodobniej w kuchni, więc właśnie tam się udała, a 
zimne deski podłogi działały w kontakcie z jej stopami odświeżająco i rozbudzająco.
- Mój Boże, Bells! - przeraził się komendant Swan. - Wyglądasz, jakbyś całą noc balowała.
- No cóż, poniekąd tak było. - Próbowała się uśmiechać, ale głowa ciągle jej dokuczała, gardło paliło, 
a   żołądek   buntował   się   przeciw   każdemu   krokowi,   gotów   w   każdym   momencie   zwrócić   swoją 
zawartość, co nie było sprzyjającą uśmiechom sytuacją. 
- Idziemy?
- Pewnie.
- Jake gdzie?
- Śpi jeszcze - odpowiedziała z wysiłkiem. Ojciec pożegnał się z Billy'm, a Bella czekała na niego w 
przedpokoju,   choć   upierdliwe   tykanie   zegara   było   drogą   krzyżową   dla   jej   biednej   czaszki. 
Przynajmniej wiedziała już, która godzina, choć chętnie zamieniałaby te informacje  na trochę ciszy. 

background image

Doprawdy, teraz nawet szuranie myszy wywoływało lawinę bólu. 
Automatycznie włożyła buty i chwyciła wiszącą na wieszaku torebkę, którą zostawiła tam w nocy, 
postanawiając, że jak tylko wróci do domu, to wypije jakieś dwa litry wody, weźmie prysznic i 
położy się spać we własnym łóżku. Zastanawiało ją, czy Charlie miał jakieś plany na dzisiejszy 
poranek. Czy też raczej popołudnie. Chyba nie, jako że była już pierwsza. I że była niedziela. 
W drodze do domu nie odzywali się, co było normą. Bella otworzyła okna, wiedząc, że w dusznym, 
ciasnym samochodzie zapach alkoholi będzie aż nadto wyczuwalny. Wolała nie mieć styczności z 
alkomatem spoczywającym na tylnym siedzeniu auta. Całą swoją uwagę skupiała na tym, by nie 
zasnąć. I nie zwymiotować. 
Wreszcie,   całe   lata   świetlne   później,   ujrzała   przed   sobą   znajomy   budynek.   Wygramoliła   się   z 
pojazdu i - starając się nie włóczyć nogami, co średnio jej wychodziło - otworzyła drzwi. Dopadła się 
do lodówki, ale nie była ostatnio na zakupach, dotarło więc do niej, że będzie musiała zadowolić się 
wodą z kranu. Może to i dobrze. Ojciec i tak podejrzliwie na nią patrzył. 
I nagle uświadomiła sobie, że ma jeszcze obiad do zrobienia. Była bardzo bliska zaproponowaniu 
Charliemu, żeby zamówił sobie pizzę, ale, chwalić Pana, ją w tym ubiegł, twierdząc, że przyda jej się 
trochę odpoczynku. Czasami naprawdę łatwo się z nim żyło.
Nie pamiętała drogi z kuchni do swojego pokoju, ale musiała ją przebyć, bo gdy wróciły jej zmysły, 
zorientowała   się,   że   szuka   własnej   piżamy.   Odnalazła   ją   w   końcu,   chwyciła   kosmetyczkę   i 
wymaszerowała do łazienki. 
Zaspokoiwszy   pragnienie   (a   zaspakajała   niezwykle   długo),   umyła   twarz   i   zęby,   starając   się   nie 
przestraszyć potwora, który  obserwował  jej  z drugiej  strony  lustra,  po  czym wgramoliła  się  do 
kabiny. Gorąca woda, która zwykle ją rozbudzała, tym razem była usypiająca. Woń truskawkowego 
szamponu drażniła ją  swoją  intensywnością, a  dźwięk obijanych  od brodzika    kropel  wody był 
mordęgą dla jej obolałej czaszki. Oparła się plecami o kafelki, pozwalając strumieniom zmywać z jej 
ciała pianę. 
Powoli zaczęło docierać do niej, co prawdopodobnie zrobiła. Co obydwoje z Jacobem zrobili.
  Lewa dłoń zaczęła jej dziwnie ciążyć, choć nie miała na sobie pierścionka zaręczynowego. Jak 
mogła zdradzić Edwarda? Swojego idealnego w każdym calu wampira? Swojego narzeczonego
Nadeszła fala wyrzutów sumienia, dotąd skutecznie tłumionych bólem kaca. Była o stokroć gorsza 
od głowy, palącego gardła i nieposłusznego żołądka. Jej dusza zwijała się spazmatycznie. Czemu jej 
upita   wersja   nie   mogła   powstrzymać   się  od   takiej   głupoty?   Odpowiedź   nadeszła   sama:   Jacoba 
przecież także kochała. Na co dzień tłumiła w sobie to uczucie. Musiała. Ale pod wpływem alkoholu 
najwyraźniej zapomniała o wszelkich ograniczeniach.
Chwila, Bello, pomyślała. Wcale nie musieliście uprawiać seksu. Może było wam za gorąco, żeby 
spać w ubraniach. O Boże, kogo ja próbuję oszukać?
W   jej   głowie   zrodziło   się   postanowienie,   że   za   wszelką   cenę   spróbuje   odblokować   swoje 
wspomnienia.   Jeśli   nic   nie   będzie   wiedziała,   wyrzuty   sumienia   i   tak   zeżrą   ją   żywcem.   Jeśli 
przypomni sobie, że z Jakiem odbyli stosunek seksualny, to będzie jeszcze gorzej. Ale mogłoby 
okazać się, że to była po prostu zwykła, pijacka noc dwójki przyjaciół. Wtedy całkowicie by się 
uspokoiła. I uczuliła na picie. Właściwie, to już była na nie uczulona.
Dotarło do niej, jak wielkie miała szczęście, że Edwarda nie było w pokoju. Przesiadywał w nim 
przecież non stop. Natychmiast zorientowałby się, że coś jest nie tak. A tak, to weźmie tabletkę, 
prześpi się, i będzie jak nowonarodzona. Może uda jej się nawet poudawać przed nim trochę, że nic 
się nie stało. Chwała Bogu, że nie potrafił czytać jej w myślach.
I koniecznie trzeba trzymać go z dala od Jacoba.

Zeszła na dół w tym samym momencie, w którym Charlie przygotowywał sobie talerz i sztućce. 
Dobrze, że potrafił chociaż „przyrządzić” dla siebie pizzę. Apetycznie pachnące pudełko spoczywało 
już na samym środku stołu.
- Myślałem, że będziesz odpoczywać - zdziwił się, widząc ją.
- Zgłodniałam - wyjaśniła, siadając i obserwując, jak ojciec wyjmuje drugie naczynie dla niej. To 
była miła odmiana, być obsługiwaną zamiast obsługiwać. 
- Mam nadzieję, że nie wypiliście wczoraj zbyt dużo.
- Tylko trochę. - Co poniekąd było prawdą. Prawdziwe picie zaczęło się mocno po północy, a więc 
już nie wczoraj. - Pewnie czuję się tak, bo to był dla mnie pierwszy raz.   
 - Aż tak źle? - Popatrzył na nią ze współczuciem, wyjmując z apteczki fiolkę z lekarstwami i kładąc 
ją przed dziewczyną razem ze szklanką z sokiem, którego wcześniej musiała nie zauważyć. Od kiedy 

background image

to Charlie jest taki opiekuńczy? Nie powinien mnie ochrzanić za doprowadzenie się do takiego  
stanu? 
Najwyraźniej strefa La Push miała większą taryfę ulgową, niż się spodziewała. - Weź dwie - 
poradził. Dostosowała się do zalecenia ojca, wypijając sok jednym duszkiem. Gardło nadal ją paliło, 
dając jej nieco dokładniejszą wizję bycia wampirem. Nie zatracając się niepotrzebnie w myślach 
nałożyła sobie kawałek pizzy. Przez dłuższy czas konsumowali w milczeniu, po czym Bella udała się 
na górę. Odetchnęła z ulgą, zastając pokój pusty. Miała ochotę zamknąć okno, aby uświadomić 
narzeczonemu,   że   nie   jest   mile   widzianym   gościem.   Na   dworze   nadal   było   bardzo   parno,   co 
pozwalało stwierdzić, że wieczorem rozpęta się burza. Przy takiej pogodzie strasznie by się męczyła, 
próbując się zdrzemnąć. Jej sypialnia i tak przypominała saunę, nawet gdyby jednak postanowiła 
zamknąć to okno. Przypomniała sobie, jaki przyjemny chłód panował w salonie, gdzie ojciec oglądał 
mecz i mimo że odgłos telewizji nie był czymś, na co wyczekiwała z utęsknieniem, złapała małą 
poduszkę i poszła z powrotem na dół. Jeśli ojciec zdziwił się, widząc ją wcześniej u progu kuchni, to 
wyrazu, z jakim popatrzył na nią teraz, nie oddawał żaden epitet.

-   Żyjesz?  -   usłyszała   po   drugiej   stronie   słuchawki.   Głos   jej   przyjaciela   był   jeszcze   bardziej 
zachrypnięty niż zazwyczaj.
- Tak, wszystko okay - odpowiedziała, nie umiejąc zamaskować smutnej nuty, która od paru godzin 
nieustannie wdzierała się do jej głosu.
- Ja dopiero wstałem, w gardle mam prawdziwą Saharę, a łeb mi pęka tak, że to aż dziwne. Ile ja 
musiałem   wypić?   Przecież   nie   tak   łatwo   rozłożyć   wilkołaka.   I   jeszcze   musiałem   posprzątać   w 
pokoju, żeby Billy nie natknął się na żadne butelki. Nie, żeby tu kiedykolwiek wchodził, to jest, 
wjeżdżał. Ale lepiej chuchać na zimne, nie? W każdym razie czuję się, jakby mnie czołg przejechał. I 
nie mogę sobie wybaczyć, że odpłynąłem.
- Odpłynąłeś?
- No, że film mi się urwał... Że nic nie pamiętam...
- Dupek! - zawołała oburzona do słuchawki, przerywając jego wypowiedź.  
- Nie wiń mnie. Zawsze tej twój pan wampir tak wokół ciebie skacze, że cud się staje, jeśli uda mi się 
pogłaskać cię po ręce. Dziwisz się, że mam do siebie żal, że jak mi się trafiła okazja, to ja nie 
kontaktowałem?
- Jakoś tym skaczącym wampirem nigdy się zbytnio nie przejmowałeś - warknęła cicho, upewniając 
się, że Charlie jest całkowicie pochłonięty koszykówką.
- Oj tam. Zejdźmy z tematu, bo mnie zżerają wyrzuty sumienia.
- I vice versa. Wątpię, żeby nasze wyrzuty miały podobne źródła, ale i tak pozostają wyrzutami.
- Ty się naprawdę aż tak przejmujesz tym swoim Edziem?
-   Na   Boga,   Jake!   -   jęknęła.   -   Przecież   on   jest   moim...   -   Tu   jeszcze   bardziej   zniżyła   głos. 
-narzeczonym.
- Tym bardziej nie chcę o tym gadać - odparł sucho.  
- A ja go chyba zdradziłam - dokończyła zrozpaczona, tym razem zerkając w stronę schodów i 
modląc się, aby go tam nie było. Jeszcze nigdy dotąd nie zdarzyło się, żeby nie miała ochoty go 
widzieć. - Wiesz co, muszę gdzieś zadzwonić. Na razie.
- Czekaj! - zawołał. - Nie rozłączaj się. No dobra, przepraszam. Nie powinienem był tego mówić. Jak 
zareagował Charlie?
- Aż za dobrze. Nie miał żadnych pretensji. Na razie, Jake.
- Czekaj! - powtórzył. - Nie będziesz się gniewać? Odwiedzisz mnie czasem?
- Postaram się - odpowiedziała wymijająco, wiedząc, że kłamała. Potrafiłaby mu spojrzeć twarz 
tylko wtedy, gdyby okazało się, że między nimi nic nie zaszło. - Na razie.
Rozłączyła się, nie czekając na kolejne „Czekaj”. Miała dziwne przeczucie, że takowe by się pojawiło. 
Stała przez chwilę ze słuchawką w ręku.
- Kto dzwonił? - spytał tato, przekrzykując transmisję meczu.           
- Jacob - odkrzyknęła. Zastanawiała się chwilę, po czym sięgnęła po notes i wybrała numer komórki 
Alice. Zanim jednak doszła do trzeciej cyfry, aparat sam się rozdzwonił.
- Hej, Bella - zaświergotała Ally. - Widziałam, jak rozmawiamy. To zadzwoniłam - wytłumaczyła. - 
Coś się stało?
- Nie – zaprzeczyła Swan. - Tak tylko chciałam...
- U nas wszystko w porządku - odpowiedziała na jeszcze nie zadane pytanie. - A co, stęskniłaś się za 
Edwardem? Pojechał na polowanie z Jasperem i nudzę się jak mops. Pojedziemy na zakupy?
- Alice, jest piąta po południu - uświadomiła ją dziewczyna.

background image

- Dokładnie to piąta osiem, dwadzieścia sześć sekund - poprawiła ją wesoło. - No to co?
- Większość sklepów zamykają o szóstej - poinformowała, zastanawiając się, jak do tego doszło, że 
to ona mówiła Al, o której zamykają sklepy.
- Na jakim świecie ty żyjesz? Nie, to nie było pytanie retoryczne. Zaraz po ciebie podjadę.
- Zabiłoby cię, gdybyś spokojnie poczekała na odpowiedź?
- Też cię kocham! Będę za pięć minut.
Rozłączyła się, a Isabella uświadomiła sobie, że właśnie samą siebie wrobiła w zakupy z Alice. Ten 
dzień chyba nie mógł być gorszy.

Wbrew   pozorom   obie   spędziły   czas   niezwykle   przyjemnie.   Tak   na   dobrą   sprawę   to   ich   wypad 
składał się bardziej z rozmowy, którą prowadziły wśród ciuchów, niż z ciuchów, w które od czasu do 
czasu wplatały rozmowę. Naturalnie, Al już w pierwszej minucie zorientowała się, że coś było nie 
tak, ale wyjątkowo nie naciskała. Usatysfakcjonowało ją także bardzo krótkie streszczenie balangi u 
Quila, jako że temat wilkołaków uważała za dosyć nudny. 
- Widzę ciebie w tej sukience, ale jesteś strasznie zamazana - powiedziała Alice, ściągając z wieszaka 
ładną, niebieską sukienkę na ramiączka.
- Czy to jest twój sposób na powiedzenie „Weź to, będzie bosko na tobie wyglądać”?
- Nie. Naprawdę cię w niej widzę. Ten rozmiar. I kolor... Wiesz, że mój brat ubóstwia ciebie w 
błękitach. Będzie pasować idealnie. 
- To jest błękit? - upewniła się Bella.
- Tak. Ciepły błękit. Czyżbyś stała się daltonistką, B.?
- B.?
- Nie czepiaj się. Stałaś się czy się nie stałaś? O Boże, twoja ignorancja co do mody jest nieznośna. 
Nie wzruszaj ramionami, jeśli ci życie miłe. Po prostu... Przymierz.
- Po co? - zdziwiła się, nie chcąc okazywać paniki. Stanowczo nie uśmiechało jej się wchodzenie do 
przebieralni. Ally nie wypuściłaby jej stamtąd do północy. Po sukience znalazłaby się jakaś bluzka, 
jakieś spodnie, następna sukienka... Brr. - Przecież i tak wiesz, że będzie pasować?
- Psujesz całą frajdę - oskarżyła ją, wydymając dolną wargę i patrząc na nią spode łba. - A sukienkę i 
tak ci kupię.
- I tak jej nigdzie nie założę. Jest zbyt... elegancka.
- Gdzieś ją założysz, ale nie wiem, gdzie - uparła się.
- Nie mam pieniędzy - oponowała, patrząc krytycznie na metkę.
- Bello - powiedziała Alice z pobłażliwym uśmiechem. - Czy ja ci kiedykolwiek kazałam za coś płacić 
w moim towarzystwie?
- No nie, ale...
- O mój Boże, ta bluzka będzie idealnie pasowała do nowych botków Rosalie! Ona musi ją mieć! - 
zachwyciła się wampirzyca, sięgając po skrawek czerwonego materiału, a Bella, choć pokonana, 
odetchnęła zadowolona. Nareszcie koniec.
Jej odbicie mignęło w lustrze, gdy  przeszła  obok przebieralni.  Na  ten  widok  zebrało  jej  się  na 
mdłości, wezbrało się w niej obrzydzenie do samej siebie. Najwyraźniej nie tylko Jacobowi nie 
mogła spojrzeć w twarz. 
Przez jakiś czas trzeba będzie unikać Jaspera.

background image

Rozdział 2

Rozdarta

C

zy Charlie będzie wkurzony? - spytała Bella, gdy kanarkowe Porsche Alice zatrzymało się na 

podjeździe i okazało się, że - mimo późnej godziny - światła na parterze były włączone.
- Nie - odpowiedziała bez wahania wampirzyca.
- A czy mogłabyś... - urwała. Nie, nie mogła o to prosić. To jakieś szaleństwo.
- Bello, czemu chcesz, żebym u ciebie nocowała? - spytała Al z iście szatańskim błyskiem w oku. 
Cholera, posiadanie przyjaciółki-jasnowidza bywało mocno irytujące.
- Nie „nocowała”... W końcu ty nie śpisz. Ale chciałabym... pogadać trochę. Czy coś. 
-   Czy   coś?   -   Uniosła   swoją   idealną   brew   w   pytającym   geście.   -   Chcesz   pogadać   o   czymś 
konkretnym?
- Nie - zaprzeczyła. - Po prostu, hm, przyzwyczaiłam się do zasypiania obok jakiegoś wampira. - To 
było takie kłamstwo, że Ally musiałaby być albo głupia, albo wybitnie mało spostrzegawcza, żeby 
tego nie wyłapać, a przecież każdy, kto choć odrobinę ją znał, nigdy nie zarzuciłby jej owych cech. 
Tym bardziej, że w rzeczywistości było wręcz odwrotnie: nie miała ochoty, aby wyżej wspomniany 
wampir do niej przyszedł dziś w nocy. Markowanie snu mogłoby się nie sprawdzić - zdradziłoby ją 
serce, które miało tendencję do ostrego przyspieszania w obecności Edwarda.
Najwyraźniej Al dostrzegła, w jakim stanie była dziewczyna, bo nie skomentowała już żadnego 
fragmentu   jej   wypowiedzi.   Niezauważalnym   dla   Belli   ruchem   wyciągnęła   komórkę   i   wystukała 
komuś wiadomość, po czym energicznie wyłączyła silnik i wyskoczyła z pojazdu, zatrzaskując za 
sobą drzwi. Obydwie zajęły się wypakowywaniem licznych toreb z bagażnika, z tym, że te cięższe 
Alice brała na siebie. 
- To już wszystko? - spytała.
- Reszta jest moja - odpowiedziała wampirzyca. Bells wzruszyła ramionami w geście mówiącym „z 
nas dwojga ty masz lepszą pamięć, więc kłócić się nie będę”. Czarnowłosa, nie przejmując się czymś 
tak banalnym jak zamykanie samochodu, w podskokach pokonała odległość dzielącą ją od ganku. 
Za nią poczłapała Isabella. Gdy ta ledwie dotknęła stopą pierwszego stopnia, Cullen wleciała już do 
domu, witając się niezwykle - nawet jak na nią - entuzjastycznie z Charliem.   Ignorując ją, Bella 
udała się do kuchni i zaczęła wypakowywać zakupy, które zrobiła przy okazji wizyty w Port Angeles. 
Wysoki głosik Alice przenikał przez ściany, więc doskonale słyszała, jak opowiadała ojcu o swoich 
planach   na   studia.   Gdy   wszystkie   produkty   spożywcze   porozkładane   zostały   na   odpowiednich 
półkach, chwyciła resztę toreb, w których było tych parę ubrań, na które uparła się Al i zaniosła je 
do pokoju. Nadal było nieznośnie duszno, ale pierwsze krople już uderzały nieśmiało o parapet, 
przynosząc   ze   sobą   trochę   niższej   temperatury.   Gdy   odwieszała   sukienkę   do   szafy,   jej   palce 
prześlizgnęły się po zachwycająco miękkiej tkaninie, z której została uszyta. Mimowolnie rozłożyła 
materiał i pierwszy raz dokładnie jej się przyjrzała. U góry była obcisła, za to jej dół dość znacznie 
się rozszerzał - idealnie pasowałaby do tancerki robiącej obroty. Mogła bez trudu wyobrazić sobie 
siebie tańczącą z Edwardem tango, podczas gdy spódnica wirowałaby wokół niej...  Bello, ty się 
notorycznie przewracasz na prostej powierzchni, a myślisz o tangu
, upomniała się. Chociaż, jakby 
spojrzeć na to logicznie... Jej narzeczony był tak doskonałym tancerzem, że pewnie poprowadziłby 
ją tak, że nie straciłaby równowagi przez całą piosenkę.   
Przyłożyła materiał do siebie. Mogłaby pasować. Szkoda, że nigdy jej nie założy - wbrew temu, co 
mówiła przyjaciółka.

- Bello? Co się dzieje? - spytała Alice. Dziewczyna oderwała wzrok od okna; zapomniała już, że nie 
jest w salonie sama.
- Nic się nie dzieje - wyszeptała mało przekonywająco.
- Bella - upomniała ją wampirzyca. - To coś poważnego?
- Trochę - skapitulowała.
- Trochę? Bello, proszę cię.
- Mogłabym ci powiedzieć... Ale... 
- Ale co?

background image

- Przykro mi. Ja... Przed tobą nic do ukrycia nie mam. Ale przed niektórymi...
Alice natychmiast zorientowała się, o jakich „niektórych” chodziło przyjaciółce.
- Stało się coś złego? - przyjrzała jej się badawczo. - Nie, zauważyłabym, jakbyś... Chociaż... Czy to 
miało miejsce w La Push? O Boże! - rozemocjonowała się, gdy coś do niej dotarło. Bells przeraziła 
się, widząc to. - Chodzi o Jacoba, prawda? O to, że ty go kochasz!
Isabella z całych sił powstrzymywała westchnienie ulgi. Gdyby to tylko o to chodziło! O tym małym 
dramacie   i   tak   każdy   wiedział,   z   samym   zainteresowanym   włącznie.   Na   dodatek,   Alice 
nieświadomie podsunęła jej świetną wymówkę.
- Ale chyba nie myślisz, żeby…? Myślisz?
- O co ci chodzi?
- Chyba nie chcesz rzucić Edwarda dla tego psa... znaczy, Jacoba?
- Co?! - wrzasnęła, zapominając na chwilę, że na górze śpi Charlie. Na szczęście nie zapomniała o 
tym jej rozmówczyni, błyskawicznie doskakując do niej i zatykając jej usta lodowatą dłonią. – Alice 
- syknęła już ciszej. - O czym ty mówisz? Ja nie mogę żyć bez Edwarda.
- Obawiam się, że możesz - odpowiedziała ze smutkiem.
- Teraz już cię kompletnie nie rozumiem - stwierdziła brunetka.
- Wiosną - zaczęła spokojnie. - Kiedy przyjechałam po mojej wizji. Ty byłaś... zrezygnowana, ale już 
nie zrozpaczona, jak to podobno było na początku. Miłość Jacoba postawiła cię z powrotem na nogi. 
I może... I może właśnie to jest twoje antidotum na miłość do mojego brata.
- Alice! - wyjęczała zrozpaczona. - Czy ty mi próbujesz wmówić, że lepiej bym wyszła, gdybym była z 
Jakiem?
- Na litość Pana, nie! Bella, co ty gadasz? Po prostu próbuję się wczuć w twój tok myślenia.
- Mój tok myślenia jest pełen miłości do Edwarda - oznajmiła zdecydowanie.
- No to o co chodzi?
- Ja... Myślę, że... On jest taki dobry, taki kochany, a ja... - Nagle zorientowała się, że w jej oczach 
zaczęły krystalizować się łzy. Zamrugała nerwowo, chcąc się ich pozbyć, ale ciągle napływały nowe, 
spływały po twarzy, mocząc policzki w ekspresowym tempie. W gardle rosła jej gula.  
- Bella, czemu płaczesz? - Wampirzyca objęła ją ramieniem, chcąc jakoś pocieszyć. Dziewczyna 
wtuliła się w jej ramię, niszcząc drogą koszulkę słonymi kroplami. Nagle jej ciało zatrzęsło się od 
szlochu. Chciała powstrzymać płacz, ale to tylko pogorszyło sytuację. - Bella, ale o czym ty mówisz? 
On jest kochany, a ty jaka? Przecież jesteś wspaniała! Jesteś najlepszą rzeczą, jaka mu się w życiu 
przytrafiła, i może masz jakieś wady, ale przecież każdy je ma! I jesteś moją najlepszą przyjaciółką! 
Najlepszą, słyszysz? Czy ja mogłabym przyjaźnić się z byle kim?
- Ja... Ja zrobiłam... - wykrztusiła.
- Nie zrobiłaś nic złego! Zakochałaś się, no cóż, zdarza się. Wiem, że to może trochę boleć, ale takie 
jest życie. I nie obwiniaj o to siebie ani nawet Jacoba. Stało się, bo się stało. Gdyby Edward cię nie 
zostawił, gdyby Jasper cię nie zaatakował, gdyby twoja mama nie wyszła za mąż... Twoje życie 
mogło się inaczej ułożyć. A ułożyło się właśnie tak. Co znaczy, że tak miało być. No już, spokojnie. 
Chyba nikogo nie zabiłaś w La Push, co? Akurat o to by się Edward nie obraził - zażartowała. 
Niestety,   przyniosło   to   odwrotny   od   zamierzonego   skutek.   Bella,   zamiast   poczuć   się   lepiej, 
odczuwała jeszcze większe obrzydzenie do samej siebie. Jak mogła zrobić coś takiego? Wcale nie 
była wspaniałą osobą. Ani trochę. - Bella, rozchmurz się. Będziemy miały gości.
- Hę? - podniosła głowę, by spojrzeć jej w oczy.
- Twój narzeczony i mój mąż właśnie tu idą. Edward do ciebie, a Jazz sprawdzić, czy tu jestem. 
Paranoik - dodała rozczulona. O nie. Widząc jej minę, Al zmieniła zdanie. - Wiesz co? Nie musimy 
ich wpuszczać. To nasza noc. Oni niech sobie pooglądają mecz z Emmettem, czy coś. - Z tymi 
słowami   rzuciła   się,   by   zamknąć   szczelniej   okno.   Nie   wyglądała   przy   tym   tak   jakby   była 
rozczarowana takim obrotem spraw. - A właśnie, czy wyznaczyliście datę ślubu? Muszę zamówić 
suknię. Zobaczysz, widziałam już wstępny projekt i mówię ci, będziesz wyglądać prześlicznie. Jest 
stylizowana na czasy, w których...
- Ally - przerwała jej. - Nie będziemy mieli takiego... sukienkowego ślubu - wychlipała. Teraz zaczęła 
się zastanawiać, czy w ogóle do zaślubin dojdzie. Jak nigdy wcześniej, miała ochotę stać się już 
panią Cullen.
- Nie ma mowy, wpłaciłam już zaliczkę. - Wystawiła język. - A ślub odbędzie się za jakieś dwa, trzy 
miesiące. Na początku września wprowadzisz się do nas, w październiku wyjeżdżamy. Carlisle nie 
może wynieść się z miasta tak od razu, kolejna „szybka propozycja pracy” już będzie podejrzana. 
Oficjalna wersja to taka, że jego stara ciotka zmarła i zostawiła w spadku dom. Zastanawiamy się 
nad dwoma miejscami, gdzie jest stosunkowo pochmurno - nie tak jak tutaj oczywiście, ale od czasu 

background image

do czasu można będzie wyjść gdzieś w dzień...
- Czekaj, czekaj. Wolniej. Mam złe wspomnienia, jeśli chodzi o wasze wyprowadzki.
- Ale tym razem jedziesz z nami - zapewniła entuzjastycznie. - W każdym razie myślałam nad tym, 
żeby ślub odbył się już tam, skoro nie chcesz wtajemniczać Charliego i Renee. Edward nie będzie 
chodził ani do szkoły, ani do pracy, żeby opiekować się tobą przez pierwszy rok i żeby cię trochę 
wychować. Rozważamy miejsca, gdzie jest sporo zwierząt. Carlisle nawet myślał o Amazonii, gdzie 
jest sporo egzotycznych przystawek, ale tam nie ma domów, a my jesteśmy zbyt rozpieszczeni na 
jakieś chatki bez prądu. - Zmarszczyła zabawnie nos. Bells zachichotała na wyrażenie „przystawki”. 
Trajkotanie   Alice   nieco   ją   uspokoiło,   tym   bardziej,   że   tempo,   w   jakim   zmieniała   tematy,   nie 
pozwalało na rozmyślanie o czymkolwiek innym.
- Nie, Alice.
- Co nie?
- Nie chcę ślubu z suknią. Nie chcę w ogóle tego ślubu, znaczy...
- O mój Boże! - Al się przeraziła. - Czyli jednak wolisz Jacoba?
- Tak! Boże, co ja gadam, nie! - zmieniła zaraz zdanie, zaskoczona własną, pierwotną odpowiedzią. - 
Ja po prostu nie chcę się żenić!
- No i nie będziesz, bo kto jak kto, ale Edward to się na żonę nie nadaje.
Bells parsknęła lekko, pocierając oczy, by pozbyć się resztek łez, które - chwalić Pana - wreszcie 
przestały płynąć.
- Wiesz doskonale, co miałam na myśli.
- Daj spokój. Kochasz go, prawda?
- Co to jest w ogóle za pytanie?
- Kochasz?
- Pewnie, że kocham! Ja...
- Więc w czym problem? - przerwała jej.
- Ja mam osiemnaście lat!
- Wszyscy jesteśmy tego świadomi. Poza tym, nie do końca.
- Co nie do końca?
- Podczas składania przysięgi będziesz mieć już dziewiętnaście. Poza tym, Bello! Kochacie się, a o 
ślubie nie dowie się nikt, kto nie powinien! On po prostu chce, żebyś była już jego.
- Jestem jego.
- Nie jesteś.
Patrzyła na nią tak sugestywnym wzrokiem, że odpowiedź zasuwała się sama.
- Chodzi ci o Jacoba.
- Nie mi o niego chodzi. 
- Edwardowi?
- Trochę, owszem. Ale przede wszystkim tobie.
-   Czyli   po   to   jest   ten   cały   ślub?  -  dopytywała   się  wypranym   z  emocji   głosem.   -   Żeby   pokazać 
Jacobowi, że już jestem zajęta?
- Jacob nie dowie się o ślubie, jeśli mu nie powiesz.
-   Alice,   na   litość   boską,   powiedz   o   co  chodzi   albo   daj   mi   już  spać,  bo  mam   dość   tych  twoich 
podchodów! - warknęła zniecierpliwiona.
- To jest dla Edwarda. Moim zdaniem on chce mieć pewność, że już go nie zdradzisz, czy coś. 
Że już go nie zdradzisz. Te słowa trafiły w nią od razu. 
Było za późno. Ona już go zdradziła... Najprawdopodobniej.
Nagle dotarło do niej, że przyjaciółka nieco zbyt intensywnie wpatruje się w okno za jej plecami. 
Odwróciła się. Musiała wytężyć wzrok, żeby dostrzec dwie sylwetki stojące na deszczu.
- Idą sobie - uświadomiła jej Al.
- Czekaj. - Choć nie miała ochoty zrobić tego, co zamierzała, podeszła do okna i otworzyła je na 
oścież. - Cześć.
- Bello, czemu czujesz do siebie obrzydzenie? - wypalił w grubej rury Jasper. Cholera. A chciała 
tylko się przywitać.
- Nic takiego - rzuciła lekko, mając nadzieję, że nie widać po niej kłamstwa. Taa, śnij dalej.
- Bello - upomniał ją Edward. Na dźwięk jego cudownego głosu znowu zachciało jej się płakać. 
Przypatrzył jej się uważniej i spytał przerażony - Płakałaś?
- Nic takiego - powtórzyła uparcie. Widać było, że ani jeden, ani drugi wampir jej nie uwierzył. 
Stanowczo powinna nauczyć się kłamać. Jej ukochany już otwierał usta, ale podparła się dłońmi o 
parapet i stanowczo go pocałowała, żeby zatkać mu usta. - Pogadamy później - obiecała, żałując, że 

background image

nie ma jak skrzyżować palców.
- Na pewno? - upewnił się.
- Pewnie. Na razie.
- Mam sobie iść? - zdziwił się.
- To babski wieczór. Jeśli czujesz się kobietą, zostań. Wtedy Bella może będzie miała swoją żonę – 
powiedział   Jasper.   Dziewczynę   te   słowa   wprawiły   w   osłupienie.   Zdała   sobie   nagle   sprawę,   że 
wampiry są istotami obdarzonymi słuchem absolutnym i że pewnie podsłuchiwali ich rozmowę. To 
by tłumaczyło niemrawą minę Edwarda - na myśl o tym, jak musiał się poczuć, napadły ją mdłości. 
Po raz kolejny podziękowała gorąco wszelkim bóstwom za to dziwne „coś” w jej głowie. Wolała nie 
myśleć, co by było, gdyby było inaczej.
- Pa, Alice - pożegnał się Jazz, nadal przypatrując się Belli podejrzliwie. - Żegnaj, Bello.
- Bella - wyszeptał jej narzeczony prosto do ucha, choć inni i tak mogli to usłyszeć. - Chcę się z tobą 
ożenić, bo cię kocham. Jacob nie ma nic do rzeczy.
- Srata tata - mruknęła drobna wampirzyca, na co chłopak nieznacznie warknął.
- Nie słuchaj jej - poradził, usiłując szelmowsko się uśmiechnąć, choć wyszło mu to tak, jakby go coś 
nagle zabolało. – Dobranoc. - Pocałował ją krótko i zniknęli. Brunetka stała jeszcze chwilę, czując 
zimny deszcz na swojej twarzy i słodki posmak w ustach. Choć Edward zawsze starał się przerywać, 
zanim napływał mu jad, to Bella osobiście nie miała nic przeciwko niemu. Był tak pyszny i słodki 
jak wszystko u wampirów. Nie mogła wprost uwierzyć, że coś, co tak smakuje, w kontakcie z żyłami 
przynosiło niewiarygodny ból. 
Ally jej nie poganiała. Po prostu stały tam obie i wpatrywały się w ciemną, burzową noc.
***

- To była jedna z najtrudniejszych nocy w moim życiu.
- Dlaczego? - spytała.
- Martwiło mnie to, że jesteś aż tak świadoma mojej nietolerancji wobec Jacoba. Uświadomiłem 
sobie, że unieszczęśliwiam cię dla swoich egoistycznych pobudek. Bo Alice miała rację - byłem tak 
zazdrosny, że chciałem osiągnąć pewność, że on cię nie dostanie. Usłyszeliśmy waszą rozmowę od 
momentu,   w   którym   zirytowałaś   się,   że  Alice   nie   mówi   ci   wszystkiego,   tylko   tak   krąży.   Byłem 
przerażony, a także zdziwiony, że Jasper wyczuwał u ciebie tak wielkie obrzydzenie do samej siebie. 
Wtedy. Bo potem już nie.
- Nie co?
- Nie byłem zdziwiony. Z czasem się uspokoiłaś, a ja ciągle wracałem wspomnieniami do tamtej 
nocy, szukałem źródła twojego samopoczucia. A potem...
- Potem co?
- Później. Na razie kontynuuj.
- Tu jest tak gorąco...
***

Odczekała chwilę, gdy radiowóz odjechał z podjazdu, po czym rzuciła się do telefonu i zaczęła w 
pośpiechu wykręcać znajomy numer.
- Halo?
- Cześć, Billy - przywitała się grzecznie. - Jest Jacob?
- Na patrolu.
- Cholera - mruknęła.
- To coś ważnego? Coś mu przekazać? - spytał uprzejmie.
- Tylko to, że dzwoniłam.
- Dobrze.
- Na razie - Odłożyła słuchawkę, nie zaprzątając sobie głowy czekaniem na odpowiedź. 
Odkąd się obudziła, wprost roznosiła ją energia. Miała ochotę skakać, śpiewać i tańczyć, choć nie 
miała stuprocentowej pewności, że to wszystko nie było tylko snem. 
Czasem, zaraz po obudzeniu, pamięta się więcej niż przy zasypianiu. Tak było w przypadku Belli. 
Nadal nie miała pełnego obrazu, ale z przebłysków, które nękały ją nieustannie od miesiąca - od 
czasu imprezy - potrafiła już wywnioskować, że owszem, może nieco zbyt gorliwie się całowali, ale 
nie doszło między nimi do czegoś więcej. Na dodatek tydzień temu dostała okres (z którego po raz 
pierwszy w życiu naprawdę się ucieszyła), a w ostatnich dniach chmury były zbyt masywne, by 
przedostawało się przez nie słońce, więc Edward mógł  spokojnie ją odwiedzać. Czy ten dzień mógł 
być   piękniejszy?   Dopóki   to   z   niej   nie   zeszło,   nie   zdawała   sobie   sprawy,   jak   bardzo   fakt 

background image

domniemanej zdrady zatruł jej połowę wakacji.
Choć nadal czuła się trochę nieswojo. Fakt, fizycznie nie zdradziła swojego ukochanego (pocałunki 
pomijając, ale, choć to okrutne, do tego powinien się przyzwyczaić), ale fatalnie czuła się z myślą, że 
ma   rozdarte   serce.  Wolałaby  całą   swoją  miłością  obdarzać  Edwarda,  nie  dzielić  się  nią   z  kimś 
innym, pokazać mu, że on jedyny liczy się w jej życiu. Ale nie mogła.
Nie  mając  nic  ciekawszego  do  roboty, włączyła  komputer, w  międzyczasie  przygotowując  sobie 
płatki. Starała się przedłużać każdą czynność jak najdłużej, ale i tak po powrocie na górę okazało 
się, że system nie zdążył się włączyć.
Zanotować: nie oponować, kiedy Edward zaproponuje kupno nowego komputera.
Prychnęła do swoich myśli. Edward nie zdążyłby kupić jej nic do obecnego domu. Będzie tu w 
końcu jeszcze tylko niecałe dwa tygodnie.
A nawet jeśli dłużej, to i tak by mu nie pozwoliła. Taka jej natura.
W końcu, po prawdopodobnie wielu latach świetlnych, otworzyła się skrzynka mailowa. Wtedy też 
Bella uświadomiła sobie, że ma zamknięte okno w pokoju. Czym prędzej je otworzyła. Nie chciała, 
żeby jej ukochany pomyślał, że nadal nie chce go widzieć. Co prawda ostatnio nie dała mu wyraźnie 
do   zrozumienia,   że  potrzebuje   odpoczynku,   ale   on  znakomicie   umiał   czytać   między   wierszami, 
zwłaszcza coś, czego nie było.
- Co u Renee?
Dziewczyna podskoczyła na krześle.
- Nie zauważyłam cię - powiedziała. - Którędy wszedłeś?
- Drzwiami, jak każdy normalny człowiek.
- Ha, ha.
- Zamknęłaś okno. 
- Otworzyłam okno.
- Teraz.
- A kiedy?
- Czemu je w ogóle zamknęłaś? Zrozumiem. 
-   Co   to   za   przesłuchanie   -   zirytowała   się   trochę,   ale   nadal   miała   dobry   humor.   -   Jakbyś   nie 
zauważył, jest wybitnie gorąco. Mój pokój przypomina saunę.
- Tym bardziej powinnaś go wywietrzyć.
- Edward - jęknęła, odwracając się do niego. Miał nietęgą minę. Westchnąwszy, wstała z krzesła, 
dając   mu   do   zrozumienia,   że   chciałaby   usiąść   mu   na   kolanach.   Niepewnie   usiadł   na   jej 
wcześniejszym miejscu, a ona usadowiła się na nim, opierając plecy na jego klatce piersiowej. Bała 
się tej sytuacji. Ostatnio, kiedy jej ukochany miał humorki, omal nie skończyło się to śmiercią 
obydwojga. - Chcę ciebie. Teraz ciągle mam jakieś takie złe dni. Nie możemy o tym zapomnieć?
- Możemy - zgodził się, choć ciągle był jakiś niezdecydowany. Nagle pochylił się i pocałował ją w 
szyję. Zachichotała lekko.
- Więc się godzimy? - spytała rozbawiona.
- A się obrażaliśmy? - odpowiedział pytaniem na pytanie, ciągle z wargami przy jej skórze.
- Nie... Ale pogodzić się możemy - zaproponowała.
Zaśmiał się delikatnie. - No więc, co u Renee?
- Sam widzisz. Pyta, kiedy ją odwiedzę. I co ja mam jej odpisać?
- Ciągle mamy wakacje. To od ciebie zależy, czy jeszcze chcesz do niej pojechać.
- Serio? - pisnęła rozemocjonowana. - Chcę, chcę, chcę!
- Pojedziemy pod koniec sierpnia.
- Teraz teoretycznie jest koniec sierpnia.
- Jest połowa sierpnia – poprawił ją z pobłażliwym uśmiechem.
- Doprawdy? Ostatnio tak mi się czas wlecze, że myślałam, że już prawie wrzesień.
- Ludziom wolniej czas leci, jak się czymś zamartwiają – rzucił, a wyraz niepokoju zmył mu z twarzy 
uśmiech. - Oczywiście nie powiesz mi, czym się martwisz?
- Niczym się nie martwię – skłamała niezbyt przekonująco. - A przynajmniej nie teraz – dodała, 
widząc, że jej nie uwierzył.
- Ale czymś się ostatnio martwiłaś.
- To było... Może kiedyś ci powiem. 
Zastanawiała się, czy kiedykolwiek będą się w stanie śmiać, czy choćby ze spokojem przyjmować 
zaistniałą sytuację. W końcu, jakby nie patrzeć, nic się właściwie nie stało. Nie było żadnej zdrady. 
Tylko niepewność.
Wątpiła. 

background image

Rozdział 3

Nie zamykaj oczu

O

budziła się jakiś czas temu, ale nie mogła zmusić swoich powiek do otwarcia. Przeciągnęła się 

leniwie z cichym sapnięciem. Chwilę później coś chłodnego i przyjemnie gładkiego musnęło jej 
czoło. Wymruczała niezrozumiałe powitanie, a jej usta wygięły się w uśmiechu. Było jej tak dobrze, 
że niezależnie od godziny postanowiła jeszcze trochę poleżeć.
- Nie śpisz już? - spytał aksamitny baryton wprost do jej ucha, a lodowate igiełki oddechu chłopaka 
wywołały u niej gęsią skórkę.
- Śpię – wymamrotała. 
- Jesteś pewna? - Moment później poczuła jego delikatne pocałunki na całej twarzy - na policzkach, 
powiekach - ale uparcie nie chciały one dojść do ust. Otworzyła z niezadowoleniem oczy. Zamrugała 
kilkakrotnie, widząc przed sobą jedynie świecącą się plamę. Niezadowolenie minęło jak ręką odjął, 
gdy wzrok wyostrzył jej się na tyle, by mogła obserwować roziskrzoną od słońca twarz ukochanego. 
Westchnienie zachwytu wydarło się z jej ust, co nie uszło na uwadze Edwardowi, który zachichotał. 
- Nadal śpisz?
- Tak. Mam bardzo ładny sen – odpowiedziała zaspanym głosem.
- Zabieram cię dziś na naszą polankę. Pounikamy razem ludzi. Ewentualnie wampirów. Jak to 
brzmi?
- Jak jeszcze ładniejszy sen. - Ziewnęła.
- Wstajesz już?
- Nie. Przyniesiesz mi śniadanie do łóżka? 
- Pewnie. - Pocałował ją po raz ostatni w czoło i zniknął. Bella rozejrzała się zaskoczona.
- Ej! - krzyknęła. - Ja żartowałam! Ani mi się waż! 
Najwyraźniej   jednak   wampir   postanowił   poudawać,   że   jej   nie   słyszy.   Bez   niego   łóżko   było 
stanowczo za ciepłe, więc bez większego żalu odrzuciła kołdrę i poczłapała na dół. Chłopak grzebał 
właśnie   w   szafkach,   a   na   blacie   kuchennym   porozkładane   zostały   różnego   rodzaju   produkty 
spożywcze.
- Wariat – skomentowała krótko. - Ja żartowałam. Naprawdę, zrobię sobie płatki. Nie kłopocz się. 
- I tak będę się nudził, podczas gdy ty będziesz brała prysznic – zbył ją. Chyba zbyt dobrze się bawił, 
usiłując postawić na swoim. - Nie po to się nauczyłem gotować, żebyś sobie robiła płatki.
- Nie rozumiem, co takiego złego jest w płatkach. - Założyła ręce na piersiach, robiąc minę dziecka, 
któremu się czegoś odmawia. Widząc, że ta metoda nie działa, otworzyła lodówkę w poszukiwaniu 
mleka.   Po   minucie   uważnej   rewizji   zmuszona   była   stwierdzić,   że   takowego   nie   było.   Dziwne. 
Przecież była niedawno na zakupach. Zrezygnowana odwróciła się do narzeczonego. Aż sapnęła, 
gdy zobaczyła znajome pudełko z krową wśród jajek i mąki ustawionych w pobliżu miski, w której 
Edward energicznie mieszał podejrzanie wyglądającą, żółtawą masę. - A ty co niby robisz?
- Naleśniki – odpowiedział, nie przerywając pracy.
- Jak ty mnie potrafisz zdenerwować od samego rana – warknęła z frustracji. - Chcę płatki!
- Jak będziesz codziennie jadła płatki, to ci się w końcu przejedzą, a tego nie chcemy, prawda? - 
Zabawne, bo  jego  mina  sugerowała,  że dzień,  w którym  Bella  nie  będzie  miała  ochoty  na  owy 
przysmak   śniadaniowy,   ma   szansę   stać   się   jego   ulubionym   dniem...   Może   nie   życia,   ale 
przynajmniej miesiąca. Dziewczyna zdenerwowała się nieco, po czym sięgnęła po osobne naczynie i 
wsypała do niego standardową porcję zbożowych kółek. Zaraz potem miska w tajemniczy sposób 
zdematerializowała się sprzed jej oczu. Z uporem maniaka sięgnęła po następną.
- Bello – wyszeptał ukochany prosto do jej ucha, przegryzając jego płatek. Starała się go ignorować, 
co średnio jej wychodziło. Nagle jego silne dłonie oplotły jej talię, a stopy oderwały się od podłogi. 
Ledwie zdążyła pisnąć, a już stała w łazience. - Ty się odśwież, a śniadanie zostaw mnie.
- A co, chcesz mnie otruć, więc musisz upewnić się, że zjem to, co mi przygotujesz? - palnęła 
obrażona.  
- Kochanie, tłumaczyłem ci już. Nie po to nauczyłem się gotować, by to poszło na marne. Poza tym, 
niedługo już nie będę miał komu gotować. - Zasępił się nieco.
- Wtedy będziemy jadali razem – rozchmurzyła się Isabella. - Niech ci będzie. Ale tylko dzisiaj! Nie 
myśl sobie, że jestem uległa – dodała dla zasady.

background image

- Jesteś najmniej uległą osobą, jaką znam – przymilił się, po czym zniknął.
- I dyskutuj tu z wampirem – mruknęła cicho, wiedząc, że i tak to usłyszał. - Cholerne wampiry i ich 
cholerne super-uszy.  
Błyskawicznie wzięła prysznic, notując w myślach, by przy najbliższej okazji kupić nowy szampon i 
włożyła na siebie pierwsze z brzegu ubrania. Wiedziała, że większość dnia spędzi w lesie - tudzież w 
jego   okolicach   -   więc   stawiała   przede   wszystkim   na   wygodę.   Fakt,   że   z   bardzo   małym 
prawdopodobieństwem   będzie   mogła   poruszać   się   na   własnych   nogach   nie   przekonywał   jej 
bynajmniej do wystrojenia się. Bądź co bądź, ale las pozostaje lasem i nie należy do niego ubierać 
się jak na wybieg. Co prawda Alice nie zgodziłaby się z tym stwierdzeniem, ale, no cóż, ona nie była 
zbyt dobrym przykładem.
Stanęła w progu pomieszczenia, a ślinka napłynęła jej do ust, gdy doleciał do niej apetyczny zapach 
naleśników oblanych obficie syropem klonowym spoczywających na stole. Do tego należy dodać 
widok wampira skąpanego w promieniach słońca wpadających przez pojedyncze, kuchenne okno i 
otrzymujemy przepis na śniadanie idealne. Tym bardziej, że ten wampir był wyjątkowo przystojny.
- I co? Nadal masz ochotę na płatki? - zgrywał się.
- Owszem. Niezbyt ci wyszły – skłamała.
Przez   dłuższą   chwilę   pałaszowała   z   apetytem   słodki   posiłek.   Edward,   dla   odmiany,   zdawał   się 
pałaszować wzrokiem ją, co kiedyś nieco ją peszyło, ale teraz ledwie to zauważała, więcej, nawet jej 
to   zainteresowanie   schlebiało.   Zawsze   w   takich   sytuacjach   przypominała   sobie   tekst   Mike'a 
Newtona z czasów, gdy jeszcze wszystko było zabarwione odcieniem różowych okularów. Mike do 
teraz nie wiedział, jak bliskie prawdy było stwierdzenie o „patrzeniu jak na coś do jedzenia”.  
- Spotkamy się za jakiś kwadrans – rzucił chłopak, przelotnie całując ją we włosy.
- A ty dokąd? - zdziwiła się.
- Po samochód – odpowiedział krótko.
- Jedziemy samochodem?
- Tak jak wtedy, do końca drogi.
- Aha – wymamrotała niezbyt elokwentnie. - Na razie.
Miała piętnaście minut. Nie ruszała się z miejsca jeszcze przez moment, po czym stwierdziła, że 
druga taka okazja może się nie trafić. Wolnym krokiem podeszła do telefonu i wybrała znajomy 
numer.
- Halo?
- Cześć, Billy – mruknęła, starając się nie okazywać zniecierpliwienia. Zaraz powtórzy się stały 
schemat: 'Czy jest Jacob', 'Nie ma - czy coś przekazać?', 'Nie, do widzenia'.  
- Zawołać Jake'a?
- A jest?
- Jest, właśnie przyszedł z patrolu. Jacob!
Isabella   odczekała   chwilę,   słysząc   w   tle   odgłosy   ich   rozmowy.   Nie   mogła   opanować   ciągłego 
oglądania się wokół siebie. Mogliby się pospieszyć; w takim tempie zaraz do domu wkroczy bardzo 
niepożądana dla rozmowy osoba.
- Bells, to ty?
- Nie, Edward – odpowiedziała żartobliwie. 
- Pękam ze śmiechu. Co ta-aaa… – Resztę wypowiedzi stłumiło potężne ziewnięcie. - Znaczy, co 
tam? 
- Zmęczony?
- Cholernie. Nie mam pojęcia, po co tak patrolujemy okolicę. Przecież...
- Dobrze. Dzwonię tylko, żeby powiedzieć, że my nie.
- Że my nie... co?
- Jake – fuknęła. - Wiesz 'co'.
- O co ci... Aaa! To 'to' – zrozumiał. - Nie moja wina, że gadasz jakimiś hieroglifami. Chwila... Nie? 
Jesteś pewna?
- Raczej tak. Nie mam stuprocentowej pewności, czy to mi się nie przyśniło, ale raczej nie. Wiesz, 
swoją   drogą   to   ty   jesteś   istotą   posiadającą   nadprzyrodzone   umiejętności.   Ty   powinieneś   to 
pamiętać, nie ja.
-   Moje   nadprzyrodzone   umiejętności   obejmują   regularne   zmiany   w   wilka,   a   nie   komputerową 
pamięć – żachnął się.
- No dobra, jak uważasz. Słuchaj, spadam. Umówiliśmy się z Edwardem. Trzymaj się z łaski swojej z 
dala od polany.
- To wy się jeszcze umawiacie na randki? Pomyślałby kto, że takie atrakcje są zbyt ludzkie – zakpił. 

background image

- A co do polany, to tak czy owak nie mogę tam iść - należy bardziej do terytorium Cullenów niż 
naszego. Poza tym, padam na twarz. Ostatnie, na co mam ochotę, to poleźć tam i patrzyć, jak się 
migdalicie – marudził. 
- I bardzo dobrze – odparła, nieprzejęta tą kąśliwą uwagą. - Zdzwonimy się jeszcze. Pa, Jake.
- Na razie, Bells – wybełkotał. Nie dałaby sobie ręki uciąć, ale chyba pod koniec musiał tłumić 
kolejne ziewnięcie. To było niedorzeczne ze strony Sama - po co w ogóle organizował te patrole? Od 
czasów Victorii okolica była bardzo spokojna. Jacob mógł spokojnie spać, zamiast latać po lesie w 
swojej wilczej postaci. 
Odłożyła słuchawkę na miejsce i przeczesała palcami wilgotne jeszcze włosy. Nie bardzo wiedziała, 
co ze sobą zrobić. Talerz z niedojedzonymi naleśnikami okryła folią i odłożyła na bok, a sztućce 
umyła   i  wysuszyła.  Chciała  też  pozmywać   pozostałe  naczynia,  ale  oczywiście   Edward  ją   w  tym 
uprzedził. Jakżeby inaczej.
Pokręciła  się  jeszcze   trochę   po   salonie,   przekładając   z   miejsca   na   miejsce   różne   przedmioty   i 
napisała krótką notkę dla Charliego, na wypadek, gdyby wrócił przed nimi. Miała już serdecznie 
dość oczekiwania, gdy z podjazdu ktoś zatrąbił. Z westchnieniem ulgi wypadła z domu, zamknęła 
drzwi na klucz i dopiero wtedy stanęła jak wmurowana. Samochód przed jej oczami był owszem, 
srebrny, ale na tym podobieństwa się kończyły. Po chwili rozpoznała w nim pojazd, którym Edward 
wziął ją na bal absolwentów ponad rok temu.
- Czemu jedziemy Vanquishem? - spytała, usiłując z gracją - czyli, w jej przypadku, możliwie mało 
pokracznie - wsiąść na niski fotel.
- Ma przyciemniane szyby – odpowiedział wampir. Na twarzy miał uśmiech i wyglądał na bardzo 
zrelaksowanego. Bella musiała po raz enty tego dnia stłumić westchnienie podziwu. Jak tak dalej 
pójdzie, to do wieczora poziom próżności chłopaka znacznie wzrośnie.
- No tak.
W   tle   grała   cicho   muzyka,   dla   odmiany   współczesna.   Oparła   się   o   szybę,   by   móc   swobodnie 
obserwować narzeczonego. Prowadzenie, jak zwykle, nie sprawiało mu najmniejszego problemu, 
pomimo że w ogóle nie zawracał sobie głowy patrzeniem na drogę. Miał chyba ciekawsze widoki, a 
ją oblewał lekki rumieniec za każdym razem, gdy docierało do niej, że to właśnie ona się do tych 
widoków zalicza.
Jako   że   wskazówka   szybkościomierza   ani   na   moment   nie   schodziła   poniżej   stu   czterdziestu 
kilometrów na godzinę, do celu dotarli bardzo szybko. Nie rozmawiali w czasie jazdy; upajali się 
tylko swoją obecnością. Zaparkował w cieniu drzew, chociaż szansa, że ktokolwiek ich tam zobaczy, 
była znikoma. Zgasił silnik, a ułamek sekundy później już otwierał jej drzwi. Widząc, że dziewczyna 
ma mały problem, ze śmiechem pomógł jej wysiąść. Nie potrafiła się gniewać, choć w gruncie rzeczy 
śmiał się z niej. Ostatnio tak rzadko miewał dobry humor, że postanowiła się nim cieszyć, póki się 
da. Przez jakiś czas szli ramię w ramię, trzymając się za ręce, ale gdy znaleźli się za linią lasu, 
zręcznie umieścił ją sobie na plecach i puścił się pędem w znajomą stronę. Bella objęła go mocno 
ramionami, rozkoszując się prędkością i wiatrem we włosach. Było cicho. Spokojnie.
Po kilku minutach znaleźli się wreszcie na miejscu. Polne kwiaty rozkwitły w pełni okazałości, 
dodając - i bez tego niezwykłej - polanie jeszcze więcej uroku. Chłonęła ten widok, nie oglądając się 
na   towarzysza   -   przez   moment   chciała   tylko   zachwycać   się   pięknem   ich   schronienia,   a   uroda 
Edwarda natychmiast by to przyćmiła. W końcu jednak, nie mogąc się powstrzymać, spojrzała tam, 
gdzie kątem oka wcześnie dostrzegała charakterystyczne migotanie. Jej uśmiech zrobił się jeszcze 
szerszy.
-   Kocham   cię   –   wyznała,   nie   mogąc   się   powstrzymać.   Na   jego   twarz   wstąpił   jeszcze   większy 
uśmiech, niż miał przed chwilą. 
- Też cię kocham. - Pocałował ją w usta, po czym złapał za rękę i poprowadził na środek polanki, 
gdzie   obydwoje   opadli.   Tym   razem   brunetka   nie   siedziała,   lecz   leżała,   przytulając   się   do   boku 
ukochanego i wpatrując się w jego ciemnozłote oczy.
- Kiedy ostatnio polowałeś? - zainteresowała się. Zwykle potrafiła podać czas jego polowań co do 
sekundy, ale ostatnio była nieco zakręcona.
- Cztery dni temu. - No tak. Teraz już pamiętała. Nie było go trzy dni, akurat wtedy, kiedy miała 
miesiączkę. Ciszyło ją wtedy to, że nie musiał się stresować. Zawsze, gdy miała okres, było mu 
trudniej, choć ciężko określić, czy to przez krew, czy przez jej nastroje. Zresztą, ostatnimi czasy jej 
„okresowy” nastrój utrzymywał się przez cały miesiąc, więc tym razem chodziło bardziej o pierwszy 
argument.
- No tak – wyraziła na głos to, o czym przed chwilą pomyślała, zachowując jednak dla siebie dalszy 
ciąg tej mentalnej wypowiedzi. - Ostatnio byłam nieznośna, nieprawdaż?

background image

- Nie – zaprzeczył.
- Kłamca. - Wystawiła język.
- Może odrobinę. - Zamiast rozweselić się na ten gest, znowu się zasępił. Jego humor udzielił się 
Isabelli. Nie rozumiała, o co mu chodziło...
***

- Bałem się, że to się utrzymywało tak długo... Że byłaś taka niepewna. Nie wiem, czy zdajesz sobie z 
tego sprawę, ale już wtedy nasz związek wisiał na włosku.
- Nie... W każdym razie, nie wtedy – poprawiła się, mocniej wtulając się w jego silne ramiona. - 
Później,  gdy wracałam  do tego, dotarło to  do mnie. Właśnie dlatego  rozpoczęłam opowieść od 
imprezy. To się wtedy zaczęło. Edwardzie...?
- Tak?
- Te naleśniki były przepyszne – wyszeptała. - Nigdy nie zdążyłam ci tego powiedzieć... A chciałam. 
Wiesz,   ten   posiłek   był   idealnym   początkiem   najlepszego   dnia   -   w   każdym   razie   był   taki   do 
popołudnia - w moim życiu... Ach, zaczynam gadać od rzeczy. No dobra, kontynuujmy. Pamiętasz 
oczywiście, co stało się potem.
- Jak mógłbym zapomnieć?
***

- Tylko odrobinę? Och, nie udawaj. Byłam jędzą. PMS dwadzieścia cztery na siedem, przez całe 
trzydzieści dni – zgrywała się.
-   Dwadzieścia   dziewięć.   Trzydziestego   już   było   prawie   normalnie   –   mruknął,   a   na   ustach 
zamajaczył mu cień czegoś, co na upartego można nazwać uśmiechem.
- Przepraszam cię. Nie chciałam cię denerwować. Już jest okej, serio.
- Na pewno? - upewnił się.
- Przysięgam.
W   tym   samym   momencie   jakaś   złośliwa   chmura   zasłoniła   słońce,   sprawiając,   że   migotanie   na 
skórze Cullena ustało. Bella, rozczarowana, wydęła wargę.
- Chyba będzie padać – stwierdził chłopak.
- E, nie. To tylko taka mała chmurka – zaprzeczyła odruchowo, ale gdy w następnej sekundzie 
spojrzała w niebo, zmuszona była przyznać mu rację; ciemne kłębowisko miało iście monstrualne 
rozmiary. - Uch. A miało być tak fajnie.
- No nic, posiedzimy w domu – odparł Edward, choć po tonie jego głosu poznała, że także nie był 
tym zachwycony. Niechętnie podniósł się - co zajęło mu ułamek sekundy – i pomógł jej wstać. Na 
ich splecione dłonie spadła już pierwsza kropla deszczu.
Gdy po paru minutach opuścili las, lało już jak z cebra. Doniósł ją aż do samochodu, otworzył jej 
drzwi   i   dopiero,   gdy   Isabella   już   siedziała,   zajął   swoje   miejsce   za   kierownicą.   Włączył   też 
ogrzewanie,   bo   temperatura   wewnątrz   pojazdu   nie   była   zbyt   wysoka,   a   Bella   zaczęła   drżeć   od 
deszczu. 
Mimo zepsutej pogody miała dziwne przeczucie, że dzień nie był do końca stracony.

Za tobą!, chciała krzyknąć Bella. Zdawała sobie jednak sprawę, że było to działanie bezcelowe. 
Przez ekran telewizora główna bohaterka i tak nic by nie usłyszała, a ona dałaby tylko Edwardowi 
powód to tych irytujących, rozbawionych spojrzeń. To była właśnie wada oglądania emocjonującego 
filmu w towarzystwie faceta – zwłaszcza, gdy owy facet był wampirem. 
To była już końcówka i Nolly – czyli jedyna postać, która do tej pory pozostała żywa – została 
uwięziona   w   jednym   wielkim   domu   z   psychopatycznym   mordercą.   I   tu   pojawiała   się   zaleta 
posiadania narzeczonego pod ręką – bez niego bałaby się pewnie na tyle, by nie obejrzeć reszty, a 
naprawdę była ciekawa, kto zwycięży.
- Hej! - krzyknęła oburzona, gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe.
- O co chodzi?
- Nie pokazali, czy się wydostała – wytłumaczyła.
- Najwyraźniej nie – zgadywał, całując ją w czubek głowy. Krople waliły o okno tak głośno, że ledwo 
słyszała   własne   myśli.   Mimo   że   była   dopiero   trzecia,   na   podstawie   „oświetlenia”   można   by 
stwierdzić, iż minęła już dziewiąta. - To co chcesz teraz robić?
Siedzieli na podłodze, oparci o kanapę. Wampir bez większego żalu wziął pilot i wyłączył odbiornik. 

background image

Przytuliła się do niego mocniej.
- A co ty chcesz robić?
- Nie jesteś głodna?
- Nie – odparła. W tym samym momencie zdradziecki żołądek zaburczał donośnie. Westchnęła. - 
Zrobię kanapki.
- Pomóc ci?
- Poradzę sobie.
Obserwował ją, jak kręciła się po kuchni, szykując jednoosobowy, skromny lunch. Nie zajęło jej to 
dużo czasu, podobnie jak konsumpcja. W parę minut talerz został opróżniony. Nie chcąc zostawiać 
roboty  na później, błyskawicznie  umyła i osuszyła  naczynie. Choć chłopak w żaden  sposób  nie 
skomentował jej tempa, to jego brwi marszczyły się w geście pełnym niezrozumienia.
- No więc, co teraz? - spytała, ciągnąc go za rękę w stronę salonu. Przytuliła się do niego, czując 
nagłą potrzebę bliskości. Ostatnio non stop siedziała jej w głowie myśl, że nie była warta jego 
pocałunków i czułości – teraz nadrabiała zaległości. Wpasowała się idealnie w jego ciało. Przez jakiś 
czas stali tak w przedpokoju, po prostu ciesząc się sobą.
Ze zdumieniem zauważyła, że zrobił się podniecony. Było to tak przyjemne, być w pobliżu jego... 
no... że widząc, iż zamierza ją z od siebie odepchnąć z wyjątkowo zażenowaną miną, desperacko się 
do niego przyczepiła. Wiedziała naturalnie, że to nic nie da, ale to był chyba najlepszy sposób, aby 
pokazać mu, że bardzo chciała pozostać tam, gdzie była. Serce waliło jej o wiele mocniej niż przed 
momentem, czego nie mógł nie zauważyć.
I wtedy on, zamiast delikatnie postawić ją w pewnej odległości od siebie, czego się spodziewała, 
spytał z dużą niepewnością w głosie:
- Na pewno tego chcesz?
Trochę czasu zajęło jej zrozumienie sensu pytania, a drugie tyle potrzebowała na uwierzenie, że 
chodzi   właśnie   o   to,   o   czym   myślała.   Wpatrywała   się   w   niego   z   niedowierzaniem   w   szeroko 
otwartych   oczach.   Widząc   jej   niezdecydowanie   chciał   się   wycofać,   ale   zanim   zdążył   cokolwiek 
powiedzieć, stanowczo zamknęła mu usta pocałunkiem.
- Chcę – wyszeptała, prawie nie odrywając warg. Bała się, że zaraz przypomni sobie, że chciał 
czekać do ślubu. Powoli zaczął oddawać pocałunek. Jej ręce chciwie, choć wolno powędrowały do 
guzików jego koszuli. Ignorowała to, że on także ją rozbierał; jeśli nie chciała się speszyć, wolała nie 
myśleć o tym, że nie tylko ona zobaczy dziś trochę więcej niż zazwyczaj. Na chwilę oderwała się od 
czynności, by umożliwić ukochanemu ściągnięcie jej koszulki przez głowę, a przez ten moment 
przez jej myśli przeleciały tysiące wyrzutów dotyczących niedbania o figurę. Jednak zachwycone 
spojrzenie, jakim ją obdarował, szybko odpędziło od niej kompleksy. Dostrzegała jednak, że pod 
tym   zachwytem   oczy   chłopaka   były   pełne   stresu   i   niedowierzania,   a   także,   że   błyszczały 
determinacją. Odrzuciła jego koszulę na panele. Skierowali się w stronę schodów, nie przerywając 
pocałunków. Widok jego nagiego torsu wywoływał w niej bezbrzeżną ekstazę. Jego dłonie błądziły 
po   górnej   części   jej   ciała,   nie   spiesząc   się;   mieli   przecież   czas.  Ona   głaskała   jego   plecy,   klatkę 
piersiową, upajając się każdą sekundą tej intymnej chwili. 
Przy   schodach   odwrócili   się   –   teraz   on   szedł   tyłem,   asekurując   ją   lekko,   by   -   mimo   bardziej 
komfortowej pozycji - nie potknęła się. Gdy zdjął jej stanik, zacisnęła spłoszona powieki, nagle 
bardzo pragnąc stać się niewidzialną. Krew napłynęła jej do twarzy. Zatrzymali się. Byli już pod 
drzwiami jej pokoju.
- Nie zamykaj oczu – poprosił cicho. - Nie masz się czego wstydzić. To tylko ja. - Tylko?  Czy ten 
facet oszalał? - Kocham cię – uspokajał drżącym barytonem. Niepewnie zamrugała, ale podziw w 
jego złotych tęczówkach nie zbladł ani trochę, wręcz przeciwnie - bardziej się pogłębił. Pociągnął za 
klamkę i wpadli do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Pocałował ją delikatnie w usta, po 
czym jego wargi rozpoczęły wędrówkę po reszcie jej ciała. Znowu przymknęła powieki, ale tym 
razem   nie  z  zażenowania,  a   z  przyjemności,  jaką  zapewniały   nowe  pieszczoty.  Jego  wargi  były 
zimne, stanowiły idealne antidotum na gorąco szalejące w jej ciele. Na ramię spadła jej kropla 
deszczu, jedna z wielu, które wdzierały się do sypialni przez otwarte okno. Odchyliła głowę z cichym 
jękiem, gdy jego zęby muskały jej sutek. Pozwalała zasypywać się czułościami, ale sama nie mogła 
się doczekać, kiedy będzie mogła zacząć je odwzajemniać. Jej dłonie, trochę bardziej niecierpliwe 
niż na początku, wbijały się w jego ramię - a raczej starały się wbijać lecz nie pozwalała na to 
wampirza skóra. Przechodziły przez nią dreszcze podniecenia. To była idealna chwila. 
Padł na wąskie łóżko, ciągnąc ją za sobą. Przez chwilę leżała obok niego, ale szybko zmienił pozycję, 
przetaczając się na nią. Sapnęła, czując, jak bardzo ją przygniatał. Prawie nie mogła oddychać. Choć 
z technicznego punktu widzenia powinno jej być niewygodnie, to jednak podobało jej się to o wiele 

background image

bardziej niż zwykłe wylegiwanie w jego ramionach. 
Usta Cullena oderwały się od niej. Chłopak przyglądał jej się teraz uważnie. Najwyraźniej to, co 
ujrzał w czekoladowych tęczówkach Belli, wziął za przyzwolenie na wszelkiego rodzaju działania, bo 
zaraz odpiął jej dżinsy i zsunął je ze szczupłych nóg dziewczyny razem z bielizną. Westchnęła, na 
powrót speszona, ale inne doznania nie pozwalały jej tkwić dłużej w tym stanie, gdy długie palce 
wampira   zawędrowały   tam,   gdzie   jeszcze   nikt   nie   dotarł.   Nie   potrafiła   powstrzymywać   jęków 
rozkoszy.   Próbowała   zagryzać   wargę,   ale   to   nic   nie   dawało.   Ponadto,   dźwięki,   jakie   z   siebie 
wydawała, zdawały się go jeszcze bardziej zachęcać, więc po co się powstrzymywać?
Nim   się   zorientowała,   obydwoje   byli   całkiem   nadzy.   Drżała   już   na   całym   ciele,   tak,   jakby 
podłączono ją do elektrowstrząsów. Pod sobą miała miękki materac, a na sobie twardy marmur. To 
drugie było o stokroć przyjemniejsze.
Na   początku   poczuła   piekący   ból.   Syknęła   lekko,  bardziej   zirytowana   niż   obolała   -   jak   coś  tak 
trywialnego jak błona dziewicza śmiało zakłócić ten idealny moment? Edward także się skrzywił, po 
czym zaczął się wycofywać.
- Ani mi się waż! - szepnęła stanowczo, oplatając go w pasie nogami. Nie była to zbyt wyszukana 
metoda, ale poskutkowała. Pieczenie nadal nie ustawało. Cóż, musiała je znosić. 
Z czasem cierpienie zaczęło się zabarwiać rozkoszą. Spokój także został zachwiany – ich ciała były 
nienasycone, chciały coraz więcej, szybciej... Jego palce mocno zaciskały się na jej ramionach, ale 
nie chciała, by poluźnił uścisk – wręcz przeciwnie, pragnęła, by trzymał ją jeszcze mocniej... by już 
nigdy jej nie wypuszczał. 
Zapomniała już, że na początku ją coś bolało. Ba! Zapomniała, że w ogóle był jakiś początek. Liczyła 
się tylko obecna chwila, a fakt, że gdzieś w czasoprzestrzeni istniały pojęcia przyszłości i przeszłości 
był poza jej zdolnością rozumowania.
Była   to   tak   krótka   i   ulotna   chwila,   że   nim   się   zorientowała,   było   już   po   wszystkim.   Gorąco, 
spełnienie, drgawki – i koniec. Później wrócił jej umysł – do tej pory był daleko, na egzotycznych 
wakacjach. Poczuła szczęście. Bezgraniczne szczęście. I było jeszcze coś – zachwyt. Podejrzewała, że 
gdyby spotkała teraz Jaspera, to ten pod wpływem jej emocji skakałby po całym pokoju. Byłby to z 
pewnością ciekawy widok.
Zaśmiała   się,   gdy   dotarła   do   niej   absurdalność   całej   tej   sytuacji   –   oto   ona,   Bella   Swan   (lat 
osiemnaście), właśnie straciła dziewictwo ze swoim chłopakiem – wampirem (lat sto pięć). Odkąd 
przeprowadziła się do Forks, jeszcze nigdy nie czuła się tak... zwyczajnie.
Ciągle chichocąc, przytuliła się do boku Edwarda.

background image

Rozdział 4

Zranienia

Z

za pleców dobiegł ją zbyt późno zduszony jęk. Poczuła, jak ogarnia ją irytacja. O co mu znowu 

chodziło?   Myślała,   że   temat   siniaków   mieli   za   sobą.   Najwyraźniej   wampir   miał   ochotę   jeszcze 
trochę ją powkurzać.
- Alice, proszę cię, powiedz, że to co masz w tej dużej torbie, to nie są kosmetyki. - Popatrzyła z 
przerażeniem   na   torebkę   przyjaciółki,   usiłując   odkryć   w   sobie   zdolność   rentgenowskich   oczu   i 
przejrzeć jej zawartość.
-   Oczywiście,   że   to   kosmetyki   –   wyszczerzyła   się   wampirzyca,   zrzucając   z   siebie   płaszcz.   Na 
zewnątrz szalała burza, więc w jej krótkich włosach tkwiły kropelki deszczu. 
- A po co ci one?
- Jest za ciepło, żebyś ubrała coś z długim rękawem, a Charliemu niezbyt spodobają się twoje ręce. - 
Omiotła krytycznym spojrzeniem posiniaczone ramiona dziewczyny. Ta w obronnym geście splotła 
je na piersi. - Idź sobie – rzuciła do brata. - Dosyć nabroiłeś.
- Aaalice – wysyczała Bella. - Nie słuchaj jej – dodała zapobiegawczo na wypadek, gdyby ukochany 
dostosował się do prośby siostry.
- Nie, pójdę już – mruknął ochoczo, jakby od dawna czekał na pretekst do opuszczenia domu 
narzeczonej. Kąciki ust dziewczyny raptownie opadły jeszcze niżej.
- Nie zostawiaj mnie z nią! Edward! Ona tu przywlekła cały salon kosmetyczny!
- Na razie. Wpadnę wieczorem... Chyba.
-   Wpadnij   –  zgodziła   się   bezbarwnym   głosem.   Nim   zdążyła   mrugnąć,   w  przedpokoju   stała   już 
jedynie ona i Al. Zamknęła oczy, starając się powstrzymać cisnące do nich łzy. Przypomniał jej się 
okres   czasu   obejmujący   trzy  najmniej   pewne  dni   w   jej   życiu   –  okres  między   jej   urodzinami   a 
konfrontacją w lesie. Teraz jej ukochany przypominał siebie z tamtych dni. Zadrżała, sparaliżowana 
myślą, że i tym razem może skończyć się to w ten sam sposób – i to wszystko z powodu paru 
ulotnych chwil rozkoszy i kilku zsinień na ramionach i różnych innych partiach ciała. Nie zranił jej 
przecież – a jeśli już, to był to ból niewiarygodnie przyjemny – ale nie da sobie tego wmówić. Taki 
już miał  charakter, a  jego dewiza przecież brzmiała:  „Jeśli nie widzisz winnego,  obwiń siebie”. 
Chociaż, nawet jak był winowajca, to i tak zawsze czuł się za to odpowiedzialny. Nieważne.    
- I co masz taką smutną winę? Przecież cię nie zabiję. A bynajmniej nie planuję.
- Al, powiedziałabyś mi, gdyby... coś głupiego wpadło mu do głowy? - spytała niepewnie.
- Pomyliły ci się wampiry. Od czytania w myślach jest Edward.
Isabella chciałaby rzec, że w tym momencie spiorunowała przyjaciółkę wzrokiem, ale niestety była 
zbyt zrozpaczona, by wywrzeć odpowiednio dobry wpływ.
- Nie zamierza uciekać – stwierdziła już poważniej. - Będzie się boczył przez jakiś tydzień, dopóki 
twoja skóra nie wróci do normy, ale nie zamierza uciekać.
- Chwała Bogu. Módlmy się, aby nie zmienił zdania.
***

Przypatrywała się mu uważnie – na tyle uważnie, na ile pozwalała temperatura szalejących wokół 
płomieni. Szkoda, że nie mogli się ruszyć – ogień niestety napierał zbyt mocno, by zrobić z ich 
powłoką choćby jeden krok. 
Chłopak był bardziej spięty niż przed chwilą. 
- Co się stało? 
- Bello... - wyszeptał niepewnie. - Bolało cię, bo... Bo to był twój pierwszy raz? Naprawdę byłaś 
dziewicą? 
- Edward! - warknęła oburzona. - Nie, pracowałam wcześniej jako panienka lekkich obyczajów i 
uprawiałam  seks  z  każdym  napotkanym  mężczyzną.  Na  litość  boską,  oczywiście, że  to  był  mój 
pierwszy raz! Przecież powiedziałam ci o tym, gdy się poznaliśmy. To było w pierwszą noc, kiedy 
dowiedziałam się, że lubisz przesiadywać w moim pokoju, gdy śpię. Nie mów, że nie pamiętasz!
- Pamiętam – wycedził przez zaciśnięte zęby.
- No więc o co chodzi?
- Później... Najpierw ty opowiedz wszystko z własnej perspektywy.

background image

- Nie chcę psuć atmosfery, ale później może być za późno – jęknęła. Bardzo kręciło jej się w głowie. 
Od przemiany nigdy tego nie doświadczała, ale była pewna, że jej człowiecze bóle nijak równały się 
z tym. Była słaba.
Wtedy po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że nie da rady utrzymać tarczy... Że nie będzie w stanie 
ich uratować.
***

Obudziła się z przeczuciem, że było jeszcze bardzo, bardzo wcześnie.
Najpierw niepewnie pomacała łóżko wokół siebie, ale jej dłonie natrafiały tylko na pustkę. Jęknęła 
przeciągle i z wysiłkiem otworzyła sklejone powieki. Zamrugała nerwowo, gdy jej oczy przyswajały 
się   do   otaczających   ciemności.   Odblaskowa   tarcza   na   zegarku   wskazywała   czwartą   w   nocy. 
Rozejrzała się wokoło. Narzeczonego nigdzie nie było widać. 
Potrzebowała chwili, by jej opóźniony okolicznościami umysł przetrawił tę wiadomość. Edward 
musiał pobiec do domu, spakować się, przebrać czy coś.
A nie, chwila. To ona miała się spakować, nie on.
Musiała się spakować... Po co? A, tak. Dzisiaj wyjeżdżali.
Reakcją łańcuchową doszła do wniosku, że właśnie obudziła się po ostatniej nocy spędzonej we 
własnym łóżku.
Nie chciała już zasypiać. Bilet na Florydę zarezerwowany był na jedenastą z minutami, a ona była 
jeszcze w proszku, czy też raczej, z racji zamieszkania, w lesie. Wczoraj była wyjątkowo zmęczona, 
więc położyła się wcześniej, planując, że rano wstanie i się spakuje. Wstała w środku nocy? Tym 
lepiej, będzie miała więcej czasu.
Poleżała jeszcze chwilę, ale gdy powieki stawały się ciężkie i w głowie zaświtała jej myśl, aby jeszcze 
chwilę pospać, stanowczo wyskoczyła z łóżka. Zachwiała się lekko, a kolana niemal się pod nią 
ugięły, więc desperacko złapała się szafki nocnej, zahaczając przy okazji łokciem o kant zagłówka. 
Syknęła przez piekący i irytujący bólu, jaki poczuła. Będzie miała jakąś bliznę.

 Super, przecież już 

od   tak   dawna   nic   sobie   nie   zrobiłam

,   ironizowała   w   myślach.   Sprawdziła   dłonią,   czy   nie 

krwawiła, ale wyglądało na to, że skończy się tylko na siniaku.
Alice miała rację – po niespełna tygodniu zsinienia przeszły już do historii, a ukochany z dnia na 
dzień   miał   lepszy   humor.   Zdziwiło   ją   co   prawda,   że   skóra   zagoiła   się   w   takim   tempie   –   była 
doświadczona w sprawach obrażeń i wiedziała, że siniaki o takim natężeniu koloru utrzymywały się 
od dwóch do czterech tygodni, ale daleko jej było do narzekania. Po głębokim namyśle stwierdziła, 
że to zasługa maści od Ally i odpuściła. Przecież nie będzie rozpaczać, że to natręctwo zniknęło!
Poczłapała   do  włącznika.  Już  moment  później   pokój  zalało  niezwykle  jaskrawe  światło.  Minęła 
dłuższa chwila, zanim przyzwyczaiła się do nowego oświetlenia. Stała, nie bardzo wiedząc, co ze 
sobą zrobić. Wreszcie rozciągając się nieco, cicho wymknęła się do łazienki. 
Przemyła parokrotnie twarz zimną, a później gorącą wodą i choć powieki przestały się lepić, to 
nadal czuła się mocno zmęczona. Nie chciała na razie brać prysznica, więc odkładając to na później, 
wytarła się i wróciła do pokoju. 
Po jakiejś godzinie większość jej ciuchów rozmieszczona została w dwóch torbach. Alice bardzo 
protestowała przeciw temu, aby Bella zabrała z domu własne ubrania – podświadomie chyba liczyła 
na to, że dziewczyna pozwoli jej skompletować jej nową garderobę. Ostatnie dwa dni na przemian 
przymilała się, jęczała, a nawet groziła - z marnym skutkiem. Jedyne, co osiągnęła, to, że Bells nie 
wzięła prawie żadnych ubrań z tych, które wampirzyca jej kupiła.
Miała już zamknąć drzwiczki mebla, gdy jej uwagę przyciągnęła niebieska tkanina. Zawahała się. 

Nie,   nie   przyda   mi   się,  

pomyślała,   ale   mimowolnym   ruchem   sięgnęła   po   sukienkę.   Fałdy 

ciemnobłękitnego  materiału  układały się w poważnym, eleganckim  fasonie,  a był tak  miękki w 
dotyku, że nabrała ochoty, by go przymierzyć.  

Głupota, głupota, głupota!,  

jęczała w myślach, 

przykładając ciuch do siebie. Sukienka sięgała odrobinę przed kolano, tak jak ostatnio. Nic się nie 
zmieniła.   Nie,   żeby   Swan   się   tego   spodziewała.   Zabrała   wieszak   z   ubraniem   do   łazienki. 
Przekonując się w myślach, że to dlatego, że nie miała nic ciekawszego do roboty, zrzuciła z siebie 
prowizoryczną piżamę i wciągnęła materiał przez głowę. Tkanina była rozciągliwa, nie wymagała 
żadnych zamków czy guzików. Opinała i maskowała wszystkie odpowiednie miejsca i była bardzo 
wygodna. Choć miała dość duży dekolt – przynajmniej w porównaniu do garderoby jaką zwykła 
nosić   –   to   nie   czuła   się   w   niej   niestosownie.   Dół   był   luźny,   co   już   wcześniej   zauważyła. 
Przypominając   sobie   spostrzeżenie,   iż   pięknie   wirowałaby   w   tańcu,   zrobiła   impulsywnie   jeden 
obrót, zapominając na moment o swojej niezdarności. Prawie runęła na podłogę, ale w ostatniej 

background image

chwili   podtrzymała   się   jakiejś   życzliwej   szafki.   Zarumieniona   wyprostowała   się   i   odruchowo 
otrzepała   z   niewidocznego   pyłu.   Jej   uwagę   przyciągnął   nagle   łokieć.   Zaciekawiona,   obejrzała 
zranione miejsce w lustrze... Z tym, że było już całkiem zagojone.
Myśląc, że może pomyliły jej się ręce - choć dobrze pamiętała, że uderzyła się w prawy łokieć – 
zbadała także drugi. Także nic. Ściągnęła niecierpliwie brwi i zaczęła naciskać na skórę w obitym 
miejscu. Żadnego pieczenia ani zsinienia. Kompletnie nic. 
Edward ściskał ją o wiele lżej, a i tak pozostawił jej prawie tygodniową „pamiątkę”, którą musiała 
pokrywać niezliczonymi warstwami maści i fluidów. Niewykonalne, aby po tak mocnym urazie nie 
została jej żadna rana. 
No   cóż,   pewnie   jeszcze   za   wcześnie   na   siniaka,    pomyślała,   opierając   się   o   umywalkę.   Nagle 
zakręciło   jej   się   w   głowie.   Zamknęła   na   chwilę   oczy,   oddychając   głęboko.   Poczuła,   jakby   cała 
zawartość jej brzucha wywróciła jej się na lewą stronę. Jęknęła i opadła na kolana. Od kilku dni co 
jakiś czas pobolewało ją to miejsce, ale nigdy tak intensywnie.
Oparła się policzkiem o chłodne kafelki. Przeleżała tak chwilę, prawie zasypiając. Ból minął jak ręką 
odjął, więc podniosła się na drżących nogach. Wzięła jeszcze parę głębszych oddechów i spojrzała 
przed siebie. 
Widziała swoją twarz z ogromnymi, błyszczącymi oczami koloru czekolady i cerą w odcieniu kości 
słoniowej.   Może   był   to   efekt   sukienki,   ale   wydawała   się   być   całkiem   ładna,   można   by   nawet 
obiektywnie rzec, że piękna. Jeden opadający na czoło kosmyk uwił się w perfekcyjny lok, taki, jakie 
czasem zakręcała u niej Alice – pewnie spała w sprzyjającej kręceniu pozycji. Odgarnęła go do tyłu z 
westchnieniem. Nagle zaburczało jej w brzuchu. Zastanowiła się chwilę. Nie była na tyle głodna, by 
robić już śniadanie, ale żołądek już jej się zwijał w supełek, a w kuchni powinny być jeszcze batoniki 
zbożowe.   Starając   się   robić   jak   najmniej   hałasu,   zeszła   na   dół   i   zaczęła   grzebać   w   szafkach   w 
poszukiwaniu słodyczy. Chwyciła dwa opakowania i odwróciła się na pięcie. Omiotła przelotnym 
spojrzeniem   zdjęcia   stojące   na   blacie   (których,   mimo   jej   błagań,   ojciec   za   nic   nie   zgodził   się 
usunąć). Jedno z nich przedstawiało jej rodziców w Las Vegas. 
Las   Vegas...   Zapomniała   już,   że   to   właśnie   tam   zalegalizowano   związek   Renee   i   Charliego. 
Przyjrzała się bliżej fotografii. Wydawali się być tacy szczęśliwi... Po prostu wzięli ślub, sami, w 
towarzystwie jedynie dwojga świadków. Bez sukienki, bukietu i tego całego zamieszania, którego 
bała się Bella. Westchnęła i powróciła do łazienki, by zrzucić z siebie zakupiony przez Alice ciuch. 
Chciałaby wziąć ślub w Las Vegas. W starym dresie, tylko ona i Edward... Jaka szkoda, że właśnie ta 
opcja zaliczała się do niemożliwych.
Niech cię piekło pochłonie, Alice Cullen!    

Zamknęła za sobą drzwi samochodu i obserwowała biały budynek. Kiedyś, w styczniu ubiegłego 
roku, traktowała go jako tymczasowy przystanek, coś, co trzeba odbębnić w drodze na studia. Los 
jednak spłatał potężnego figla – mieszkanko stało się jej prawdziwym domem, a na studia nie 
wybierała   się   wcale,   za   to   szykowała   się   do   ślubu   z   wampirem   w   tajemnicy   przed   wszystkimi 
znajomymi. Choćby  miała  całe  tygodnie  na  zastanowienie  się,  nigdy  nie  wymyśliłaby podobnie 
pokręconego scenariusza. 
Charlie machał jej z ganku, dopóki pojazd nie zniknął za rogiem. Bella ze zdumieniem poczuła, że 
ma mokre policzki. Płakała? Ostatnio była aż za bardzo sentymentalna. Chociaż, z drugiej strony, 
naprawdę trudno było zachować pokerową twarz, wiedząc, że widzieli się ostatni raz w życiu.
- Głowa do góry – zawołała mało entuzjastycznie Alice z siedzenia kierowcy. Była ostatnio czymś 
zaniepokojona,   ale   niestety   postanowiła   jej   się   nie   zwierzać.   Z   jej   wymijających   odpowiedzi 
dziewczyna wywnioskowała, że jej nastrój zależał od jakichś komplikacji z darem.
- Jasne – mruknęła.
- Wiesz, będę tęsknił za tym domem – powiedział Edward z siedzenia pasażera.
- Mi to mówisz. - Przypomniała sobie, ile razy wymykał się do niej pod osłoną nocy, by trzymać ją w 
ramionach i nucić do snu kołysankę... Tak, zdecydowanie będzie za tym tęskniła. I za meczami ojca 
w salonie, za kuchnią, która była tak jakby jej królestwem, za... za wszystkim.
Wspominała   sobie   całą   drogę   na   lotnisko,   podczas   gdy   Cullenowie   dyskutowali   o   czymś   na 
przednich siedzeniach. Początkowo mówili normalnie, by nie czuła się wykluczona z rozmowy, ale 
gdy   zorientowali   się,   że   nie   ma   zamiaru   do   nich   dołączyć,   przeszli   na   tryb   wampirzy.   Al   nie 
prowadziła tak szybko jak ukochany Isabelli, ale i tak nie schodziła poniżej stu kilometrów na 
godzinę.   Od   jazdy   samochodem   poczuła   lekkie   mdłości.   Dziwne   –   nigdy   nie   miała   choroby 
lokomocyjnej. Może przed jazdą samolotem warto by zażyć odpowiednią tabletkę. Dopadło ją też 

background image

dziwne odrętwienie.
Wjechali na podziemny parking, po czym udali się prosto do głównej sali. Jako że Cullenowie często 
latali  samolotami,   wiedzieli  jak   najlepiej  unikać  słońca   –  nie,  żeby  takowe  się  pokazywało,   ale 
należało zachować ostrożność.
Rozmyślania o słońcu naprowadziły Bellę na pewien temat.
- Edward, w jaki sposób dostaniemy się do domu Renee?
Do tej pory odwiedzili ją tylko raz, a wszelkie podróże odbywały się w nocy. Niestety, biorąc pod 
uwagę   czas   lotu   i   zmianę   czasu,   najprawdopodobniej   wylądują   na   Florydzie   wczesnym 
popołudniem. 
- Taksówką – odpowiedział usłużnie jej ukochany, na co rzuciła mu znaczące spojrzenie.
- Na Florydzie nie jest tak pochmurno jak tu – naprowadziła go.
- Teraz lecimy do Nevady. Stamtąd będziemy mieli przesiadkę do innego samolotu, ale dopiero za 
kilka godzin.
- Do Nevady? - zainteresowała się. - Nie wspominałeś. A gdzie konkretnie?
- Lotnisko McCarran – odpowiedział odruchowo, jakby owa nazwa nic dla niego nie znaczyła. No 
bo i cóż miała znaczyć?
- Aha – mruknęła. 
Udali się do hali odlotów, gdzie należało pozałatwiać formalności, po czym zostało im jakieś pół 
godziny dla siebie. Spędzili ten czas, szukając apteki – chociaż w towarzystwie dwóch wyczulonych 
na wszelkie bodźce wampirów (z których jeden czytał w myślach) przypominało to raczej bieg do 
celu. Bella była jak w transie – chodziła, siadała i stawała pod dyktando Ally i Edwarda. Jej myśli 
były przyjemnie wyciszone, tak jakby nagle oderwała się od ciała. Nie było to co prawda normalne, 
ale jakoś nie chciała się teraz zastanawiać nad przyczyną. I było jeszcze coś, czego nie potrafiła 
nazwać. Gdy po kilku minutach uświadomiła sobie, że ma zamknięte, zlepione powieki, dotarło do 
niej, że była najzwyczajniej w świecie śpiąca. Dziwne – po spakowaniu się położyła się na chwilę i 
od   razu  zasnęła  i  spała  dopóki   Charlie  nie  obudził  jej   o  siódmej,  aby  zdążyła   na  samolot.  Nie 
powinna być śpiąca. Ale była i to okrutnie.
Ledwo zarejestrowała, że pożegnali się z Alice i wsiedli na pokład maszyny. Po chwili ułożyła się już 
wygodnie w ramionach wampira, zażyła lek i odpłynęła.

- Bello... Bello, skarbie.
Miała cudowny sen. Zresztą, sny z natury bywały miłe, ale jeśli dodatkowo występował w nich 
edwardowy głos... 
- Kochanie...
Czy on czegoś czasem od niej nie chciał?
- Bella!
Otworzyła z niezadowoleniem oczy, po czym przetarła je palcami.
- Nie – odpowiedziała.
- Co nie? - zapytał zdezorientowany.
-   Nie   chcę   ani   nic   do   jedzenia,   ani   coli,  ani   niczego   innego.   Po   prostu   sobie   jeszcze   pośpię  – 
odpowiedziała niewyraźnie, ziewając lekko.
- Bello, ale my jesteśmy na miejscu.
- Nie wystartowaliśmy jeszcze? - zdziwiła się nieprzytomnie.
- Na miejscu w Las Vegas – uśmiechnął się szeroko.
-   Nie   ma   mowy   –   burknęła.   -   Dopiero   wystartowaliśmy.   Nie   robią   jeszcze   takich   szybkich 
samolotów – uświadomiła go, po czym ponownie schowała głowę w zagłębieniu jego pachy. Może i 
by zasnęła, ale przeszkodził jej w tym głos z interkomu, czy jak to urządzenie się zwało, nakazujący 
zapiąć pasy. Zerknęła wokoło, sprawdzając, czy to jakiś żart, ale wszyscy dostosowywali się do 
polecenia stewardessy. Nagle przyszła jej do głowy niepokojąca myśl. - Nie lądujemy awaryjnie, 
prawda?
- Nie, skarbie. Przespałaś cały lot. - Znienacka uśmiechnął się zawadiacko i mrugnął do niej. - Swoją 
drogą, taka rozespana jesteś całkiem zabawna. 
- A odczep się – mruknęła, zapinając niezbyt zręcznie pas.
Wszystko   poszło   szybko   –   lądowanie,   wysiadanie...   Jako   pasażerowie   pierwszej   klasy   byli   też 
bardziej uprzywilejowani niż inni, więc jako jedni z pierwszych weszli do długiego rękawa.
Lotnisko McCarran nie wyróżniało się niczym szczególnym na tle innych portów lotniczych. Ot, 
duszno, szaro i tłoczno. Nie czekali na bagaż, bo został on skierowany bezpośrednio do następnego 

background image

samolotu. Bella miała ze sobą tylko jedną walizkę – druga wróciła do domu Cullenów wraz z Alice. 
Dziewczynę męczyło nieprzyjemne uczucie, że jej ciuchy w jakiś niewytłumaczony sposób zgubią się 
po   drodze.   Oczywiście   ten   mały,   nazbyt   energiczny   pomiot   szatana   nie   będzie   miał   zielonego 
pojęcia, jak do tego doszło...
Z początku nie zwróciła uwagi na to, że Edward coś mówił. Dopiero, gdy w jego melodyjnym głosie 
zaczęło pobrzmiewać zdenerwowanie, zauważyła, że jej ukochany nadaje w zabójczym tempie przez 
komórkę.   Mimo   najszczerszych   chęci   potrafiła   wyłowić   jedynie   piąte   przez   dziesiąte,   a   nic   nie 
układało się w logiczną całość. Nagle wampir warknął i schował telefon do kieszeni. 
- Co się stało?
-   Będzie   strajk  –   jęknął   sfrustrowany.   -  Zacznie   się   akurat   na  dwanaście   minut   przed  naszym 
odlotem   i   potrwa   równo   dwadzieścia   cztery   godziny.   Niech   to   szlag   trafi!   A   najgorsze   w   tym 
wszystkim jest to, że planowali go już od paru dni, ale Alice ma ostatnio straszne zakłócenia. Żeby 
było zabawniej, wszystkich innych widzi jasno – tylko u nas jej się plącze. 
- Czyli spędzimy tu najbliższą dobę? - upewniła się.
- Tak. Chyba trzeba będzie zarezerwować noc w hotelu. 
Edward zabukował bilety na następny dzień i udali się, aby odebrać walizki – na szczęście nie 
umieszczono   ich   jeszcze   w   bagażniku.   Bella   nie   chciała   uczestniczyć   w   tych   wszystkich 
formalnościach,   więc   poprosiła   chłopaka,   by   poczekał   na   nią   przed   wejściem   do   toalety,   gdy 
skończy wszelkie podpisywanie i tym podobne. Już w drodze do łazienki zaczęło ją mdlić – pewnie 
zbyt późno wzięła lekarstwa. A może się czymś otruła? Nieważne. Spędziła pół godziny w kabinie, 
czując   jedynie   mdłości   –   żadnych   odruchów   wymiotnych,   o   samych   wymiotach   nawet   nie 
wspominając. Wreszcie obmyła lekko twarz i wyszła do ukochanego. 
Był nieco zaniepokojony jej bladością, ale zbyła to zmęczeniem. Hotel znajdował się około pięćset 
metrów od głównego wejścia hali, ale było to pięćset metrów skąpane w najbardziej jaskrawym 
słońcu, jakie oczy Belli widziały od miesięcy. Nie mieli szans pozostać niezauważeni. Nagle Edward 
się zamyślił – prawdopodobnie układał plan działania. Niezauważalnym gestem odebrał telefon na 
ułamek sekundy po tym, jak ten zaczął dzwonić. Wyrzucił z siebie kilka niezrozumiałych słów, 
posłuchał tego, co druga osoba miała do powiedzenia i zakończył rozmowę.
- Będziemy musieli przebiec – wyjaśnił, prowadząc ją do najbardziej zacienionego kąta na wprost 
otwartych drzwi. - Wystartujemy stąd, a tam – wskazał na jakiś odległy punkt – się zatrzymamy. 
Według Alice nikt nie powinien nas zauważyć, choć ostatnio nie za bardzo wiem czy jej ufać. 
- Ja pójdę na nogach – uspokoiła go. - To tylko kawałek, a tobie będzie łatwej.
- Nie jesteś dla mnie ciężarem, Bello.
-   Spokojnie,   mogę   się   przejść.   Tęskniłam   za   tak   intensywnym   słońcem   –   przekonywała. 
Przypatrywał się jej nieufnie, ale w końcu poddał się, całując ją w czoło i dematerializując się. 
Westchnęła ciężko i ruszyła. 
Teraz dotarło do niej, że na dobrą sprawę nie wie, gdzie się znajduje. Wokół roztaczała się pustynia 
poprzetykana   licznymi   pasami   autostrady.   Powietrze   było   wręcz   duszące,   a   jego   temperatura 
spokojnie   przekraczała   trzydzieści   stopni   Celsjusza.   Nagle   jej   uwagę   przyciągnęła   nad   wyraz 
intrygująca tabliczka. 
Las Vegas, 2 kilometry.    

background image

Rozdział 5

Umowa

P

ożegnała się krótko i wyłączyła telefon.

Renee bardzo zmartwiła wiadomość o strajku – podobno odliczała dni do ich przyjazdu (choć Bella 
nie potrafiła sobie wyobrazić swojej impulsywnej matki odliczającej dni do czegokolwiek), a jeden 
dzień   to   było   według   niej   o   całe   dwadzieścia   cztery   godziny   za   długo.   Westchnęła   lekko   i 
przeciągnęła się na wielkim, małżeńskim łożu, opierając głowę o tors ukochanego. Było jej tak 
dobrze, że mogłaby tu spędzić dużo więcej niż tylko noc i jeden dzień. 
Hotel   przeżywał   prawdziwe   oblężenie   –   po   ogłoszeniu   strajku   (czyli   od   godziny)   wszyscy 
pasażerowie   nagminnie   napływali   do   ośrodka,   jako   że   pozostałe   hotele   –   i   to   te   położone   jak 
najbliżej - znajdowały się już w mieście, co nie wszystkim odpowiadało. Szczęście w nieszczęściu, że 
Alice   zobaczyła   protest   na   parę   godzin   przed   oficjalnym   ogłoszeniem,   co   pozwoliło   im   bez 
większych przeszkód zarezerwować pokój. 
- Więc... - mruknęła. - Co będziemy robić?
- Jak na razie jesteśmy tu uwięzieni – wskazał znacząco na zasłonięte lekką firanką okna, przez 
które przedostawały się pojedyncze promienie słońca, roziskrzając ciało wampira.
Nie będę narzekać – odpowiedziała, po czym przeturlała się na brzuch i pocałowała go namiętnie. 
Czuła tak silne pożądanie, że to niemal bolało. 
Z   początku   oddawał   pocałunki,   ale   niestety   szybko   zorientował   się,   o   co   naprawdę   chodziło 
dziewczynie.
- Już tęsknisz za siniakami?
- Owszem – wymruczała. - Bardzo tęsknię.
-   Bello.   -   W   jego   głosie   pobrzmiewała   dezaprobata.   -   Umawialiśmy   się,   że   spróbujemy...   I 
spróbowaliśmy. Nawet jeśli naprawdę podobało ci się to tak bardzo, jak opowiadałaś, to wolałbym 
poczekać ten miesiąc na przemianę.
- Ale po przemianie nie będę taka jak teraz! - zaprotestowała. - Będę chciała tylko krwi! A teraz. 
Chcę. Ciebie – dokończyła dobitnie.  
- Ten proces z krwią wreszcie osłabnie – pocieszył ją. 
- No to co? Jesteśmy w hotelowym pokoju, wyposażonym w wielkie łoże, a członkowie mojej jak i 
twojej rodziny są oddaleni o tysiące kilometrów! Kiedy jeszcze nadarzy się taka okazja?
Nie czekając na odpowiedź, ponownie zaczęła go całować. Szybko oderwał ją od siebie.
- Bello, nie.
Poczuła   się   tak   jak   tej   nocy,   kiedy   –   koniec   końców   –   przyjęła   jego   oświadczyny.   To   samo 
odrzucenie, ale silniejsze. Do tego dochodziło niezaspokojenie. W gardle urosła jej wielka gula, 
której   nijak   nie  mogła   przełknąć.   Zerwała   się   z   łóżka   i   pognała   do   łazienki   –  nie   chciała,  aby 
narzeczony oglądał ją  w  takim stanie. Zamknęła  drzwi na  klucz i chwyciła  garść  ręczników do 
stłumienia szlochów. Było to oczywiście trochę bezcelowe – Edward przecież posiadał doskonały 
słuch, więc tak czy owak mógł ją usłyszeć – ale trochę lepiej się poczuła. Chłopak wyczekiwał pod 
drzwiami, przepraszając ją i coś tłumacząc. Nie odpowiadała mu. Zamiast tego napuściła sobie 
wody do dużej wanny i wzięła długą kąpiel, która – jak miała nadzieję – by ją odprężyła.
Umawialiśmy się, że spróbujemy... I spróbowaliśmy.
Wcale nie, uświadomiła sobie jakiś czas później. Umawiali się inaczej. Że spróbują, ale ona miała w 
zamian za niego wyjść. Ten układ brzmiał głupio nawet w jej głowie. Ale cóż, przecież się zgodziła. 
Za jakiś miesiąc stanie na ślubnym kobiercu z wymuszonym uśmiechem, zadowalając wszystkich 
dookoła – wszystkich z wyjątkiem jej samej. Westchnęła boleśnie, gdy znowu przewróciło jej się w 
żołądku. Po powrocie od Renee będzie musiała dać się zbadać Carlisle'owi.
Wyszła z chłodnej już wody i opatuliła się szczelnie białym, miękkim szlafrokiem z logo hotelu. W 
łazience było duże okno, ale zasłonięte, by uniemożliwić podglądanie. Teraz jednak dziewczyna z 
niemałym trudem odsunęła żaluzje i zapatrzyła się na pustynny krajobraz Nevady skąpany w blasku 
zachodzącego już słońca - nie miała pojęcia, że było aż tak późno. W oddali majaczyły światła 
miasta, a ze swojego punktu widzenia dostrzegała tylko jedną prowadzącą do niego drogę.
Las Vegas. To tu wzięli ślub jej rodzice.
Następna myśl niemal zwaliła ją z nóg. Nie, to się nie uda. Nie mogli tego zrobić! A właściwie... 

background image

Dlaczego nie?
Jedyną   osobą,   jaka   mogłaby   się   sprzeciwić   –   nie,   inaczej.   Jaka   mogłaby   się   z   powodzeniem 
sprzeciwić – zawarciu małżeństwa w jednym z kasyn lub kaplic w tym wielkim mieście, była Alice, a 
ta   znajdowała   się   teraz   w   Forks   i   niewiele   mogła   stamtąd   zdziałać.   I   tak   utkwili   tu   do   ósmej 
wieczorem następnego dnia. Skoro mieli Las Vegas praktycznie pod nosem, to co się tu długo 
zastanawiać?
Przyzwyczaiła się do tego, że na myśl o ślubie czuje jedynie pogardę i niechęć, więc jakież było jej 
zdziwienie, gdy uświadomiła sobie, że jest podekscytowana. Radośnie podekscytowana. 
Zawsze była rozważną osobą, ale teraz chciała postąpić bardziej spontanicznie. Podjęła decyzję w 
dwie sekundy – dziś (a właściwie jutro, jeśli nie zdążą przed północą) zostanie panią Cullen. Szeroki 
uśmiech wpłynął na jej twarz. Alice mnie zabije.
Wyłącz telefon – powiedziała głośno.
- Co? - spytał zdezorientowany. Jakby nie patrzeć, od dwóch godzin nie dawała znaków życia, a 
ostatnia wypowiedź wydawała się być całkowicie wyrwana z kontekstu.
- Jeśli mi ufasz, wyłącz telefon. - Nie miała zamiaru tłumaczyć nic więcej. Chyba dostosował się do 
jej prośby – w każdym razie urządzenie nie rozdzwoniło się. Wolała, aby narzeczony dowiedział się 
o jej decyzji od niej, a nie od rozeźlonej siostry.
Czuła też podenerwowanie. A co, jeśli jemu zależało na tradycyjnych zaślubinach? Jeśli nie chciał 
brać ślubu tu i teraz? Znowu zaczęło jej się robić niedobrze.
Siedziała sama dopóki ostatnie promyczki nie zniknęły za horyzontem. Nie włączyła nawet światła. 
Po prostu stała i rozmyślała, choć trafniejszym określeniem byłoby raczej „zamartwiała się”.

Przekręciła klucz i weszła do głównego pomieszczenia w ich apartamencie. Na pierwszy rzut oka 
dało się stwierdzić, że chłopak był bardzo zaniepokojony. Nie wiedział chyba, jak się zachować. Dla 
pewności rozsunęła zasłony i sprawdziła, jak zareaguje jego skóra. Żadnego migotania.
- Wszystko okay? - upewnił się. 
- Jak najbardziej – potwierdziła.
- Przepraszam, kochanie, nie chciałem cię...
- Jest dobrze – przerwała mu. - Nie gniewam się.
- Ale naprawdę, ja...
- Powiedziałam, nie gniewam się.
- Czemu miałem wyłączyć komórkę?
- Podejrzewam, że Al będzie się chciała z nami skontaktować... Szczególnie ze mną.
- Postanowiłaś coś, o czym chciałaby podyskutować? - zasugerował, przybiegając do niej z fotela, na 
którym siedział.
- Owszem. Coś, co nie bardzo jej się spodoba – spojrzała na niego niepewnie.
- Czy powinienem wiedzieć, o co chodzi?
- Powinieneś. - Przegryzła dolną wargę. Cały jej entuzjazm wyjechał na Jamajkę. Nie mogła go 
przecież o to poprosić! To było... przynajmniej niekomfortowe.
- Bella! O co chodzi?
Wyglądał na przerażonego.
- Zmieniłam zdanie co do ślubu.
Zbladł. 
- Nie chcesz go?
- Pod organizacją Alice? Nie.
Gdy wampir zaczął coś mruczeć o tym, że jej ufa i że w stu procentach ją rozumie, dotarło do niej, że 
chyba nie wyraziła się dość jasno.
- Edward, mamy dla siebie całą noc. I jesteśmy w Las Vegas – naprowadzała.
- Zdaję sobie z tego sprawę – burknął.
- Najwyraźniej nie zdajesz. Chyba nie zamykają tych wszystkich kaplic w nocy, co?
- Czekaj. Chyba rzeczywiście czegoś nie rozumiem.
- Jeśli chcesz się żenić, to albo teraz, albo za parędziesiąt lat – oznajmiła stanowczo.
- Co masz na myśli? - Nie dowierzał, a jego mimika ukazywała, że chyba zaczynał się martwić o 
zdrowie psychiczne – z tym, że nie była pewna, czyje zdrowie miał na myśli, swoje czy jej.
- Chcę wziąć ślub, teraz, zaraz, możliwie jak najszybciej! - warknęła w końcu.
- Czy ty mówisz poważnie?
- Jak najbardziej – powtórzyła swoje własne słowa sprzed minuty.

background image

Edward sam w sobie był pięknym widokiem, ale gdy jego twarz nagle rozpogadzała się, a jego usta 
wyginały w najszerszym uśmiechu, jaki kiedykolwiek u kogokolwiek widziała, to doprowadzał ją do 
szaleństwa. Ktoś tak idealny nie powinien istnieć! To było wbrew prawom natury. Niemniej jednak 
dziękowała za niego wszystkim bóstwom. W takich chwilach naprawdę trudno było jej uwierzyć, że 
ktoś taki był w niej szaleńczo i do utraty tchu zakochany.
No, może nie do utraty tchu, bo w końcu mówimy o wampirze, ale wiadomo, o co chodzi.
A teraz jeszcze dochodził do tych wszystkich wspaniałości fakt, że wkrótce zostanie jego żoną. W 
życiu nie była taka szczęśliwa! A gdy złapał ją oburącz i kręcił niczym małe dziecko, nie mogła się 
powstrzymać od śmiechu – z tym, że owy śmiech zaraz został stłumiony przez pocałunek.
Takie chwile jak ta pamięta się przez wieczność.

- Proszę się tu zatrzymać – powiedział Edward do kierowcy.
- Tu nie ma żadnej kaplicy – zdziwiła się dziewczyna, wyskakując z taksówki. Jej ukochany zapłacił 
za kurs, złapał ją za rękę i poprowadził do pobliskiego sklepu. Bella stanęła jak wryta, po czym 
przybrała buntowniczą minę i założyła ręce na piersi. - Nie! Nie wejdę tam. To Tiffany, na litość 
boską! Samo pudełko na biżuterię kosztuje połowę miesięcznej wypłaty Charliego!
- Musisz mieć jakąś obrączkę – uparł się. - A do wydawania pieniędzy w towarzystwie Cullenów 
powinnaś   się   już   przecież   przyzwyczaić.   Zwłaszcza,   że   już   niedługo   sama   będziesz   nosić   to 
nazwisko. - Na wzmiankę o tym jego uśmiech poszerzył się. Brunetka, choć nadal nieufnie do tego 
nastawiona, posłusznie dała się wprowadzić do kamienicy.
Kobieta   za   ladą   przysypiała.   Na   dźwięk   dzwonków   podniosła   leniwie   głowę.   Widok   Cullena 
skutecznie   ją   rozbudził   –   uroda   chłopaka   sprawiła,   że   na   moment   ją   przytkało,   ale   chwila 
zaskoczenia wkrótce minęła. Podskoczyła na równe nogi i zaczęła szczebiotać wyuczoną formułkę.
- Dziękujemy, damy sobie radę – zbył ją. Isabella rozejrzała się ciekawie po sklepie, starannie 
omijając wzrokiem metki dołączone do pierścionków i innego rodzaju biżuterii. Czując na sobie 
natarczywy   wzrok   sprzedawczyni   wygładziła   nerwowo   fałdy   sukienki,   ciesząc   się   w   duchu,   że 
postanowiła ją jednak spakować, a jednocześnie żałując, że nie miała odpowiedniejszego obuwia – 
białe   japonki   nijak   nie   pasowały   do   eleganckiej   kreacji,   choć   i   tak   były   lepsze   niż   pierwotne 
trampki.
Wampir objął ją w pasie.
- Coś ci wpadło w oko?
- Ceny – odpowiedziała.
- Ceny nie założysz na palec.
- Trafna uwaga – mruknęła.
Chciała jak najszybciej stąd pójść, ale jednocześnie zależało jej na najskromniejszym wyrobie, jaki 
się   da.   Ekspresowy   wybór   padł   na   cieniutki,   złoty   pierścionek   z   oczkami   bursztynu.   Żałowała 
trochę, że nie wzięli ze sobą szkatułki zostawionej przez biologiczną matkę Edwarda. Na szczęście 
jej nowa obrączka pasowała idealnie.
Cena tego małego cacka niemalże zwaliła ją z nóg. Zacisnęła jednak usta i z chęcią przystała na 
propozycję Edwarda, aby on sam użył jedynego pierścionka, jaki zawsze nosił – srebrny, niezbyt 
szeroki, jaki przekazywano sobie w jego rodzinie od pokoleń i należał wcześniej do jego ojca.
- Łapiemy taksówkę? - zainteresowała się, gdy z powrotem znaleźli się na ulicy.
- A chcesz? Tu na każdym kroku są specjalne kasyna i kaplice, więc pieszo i tak prędzej czy później 
do jakiejś dojdziemy.
- Idziemy – postanowiła. 
Miasto,   mimo   późnej   godziny,   tętniło   życiem.   Kolorowe   światła   migotały   wesoło   z   każdego 
zakamarka, a ludzie wyglądali, jakby dopiero co wstali i zaczynali swój dzień – co mogło być nawet 
prawdą. Narzeczony się nie mylił – już po jakichś sześciuset metrach znaleźli się u celu, w pewnej 
prywatnej, małej kapliczce. Domofon, którym zadzwonili, obudził pastora, ale wysoka zapłata za 
udzielenie   sakramentu   z   nawiązką   wynagrodziła   mu   tę   chwilę   snu.   Cała   ceremonia,   wbrew 
pozorom,   była   bardzo   romantyczna   –   trzymali   się   za   ręce,   powtarzali   słowa   przysięgi,   a   ich 
świadkowie – dwójka przypadkowych przechodniów, też para – stali z boku i obserwowali ich z 
radością. To wszystko trwało zaledwie kilka minut.
Według   zegara   wiszącego   na   ścianie   było   dwadzieścia   sześć   minut   po   pierwszej,   dwudziestego 
siódmego   lipca   2006   roku.   Jedna   z   najszczęśliwszych   chwil   ich   wspólnego   życia   –   chwila 
powiedzenia sobie „tak”.

background image

Formalności   nie   trwały   długo   –   pospisywali   dane   Isabelli   i   Edwarda   z   ich   paszportów   w 
odpowiednie rubryki odpowiedniego dokumentu, pastor Chrelles podpisał się u dołu i oficjalnie 
stali się małżeństwem. Pierścionek zaskakująco ładnie prezentował się na palcu dziewczyny, a i 
obrączka   Edwarda   nabrała   ważniejszego   znaczenia   niż   jeszcze   parę   minut   wcześniej.   Uczynni 
świadkowie, którzy okazali się być także posiadaczami aparatu, który od razu wywoływał zdjęcia, 
zrobili im dwie takie same fotografie, z których jedną wzięli ze sobą na pamiątkę, a drugą im 
podarowali.
Na twarzach państwa młodych widniały niewielkie uśmiechy. Po wszelkiego rodzaju pożegnaniach i 
życzeniach szczęścia na dalszej drodze od świadków i pastora, Edward wziął ją za rękę i zatrzymali 
taksówkę. Spokojnie dojechali do hotelu.
Dopiero   w  pokoju   dotarł  do   nich  ogrom  sytuacji.   Byli  małżeństwem...  Małżeństwem.  Wreszcie 
należeli tylko do siebie. Bez zbędnych falbanek i białych sukien. Bez kłopotów i stresu. Po prostu... 
byli razem. To było najważniejsze.
Szczęściem dla panny młodej, jej świeżo upieczony mąż bez większych protestów zgodził się na noc 
poślubną.

Skończyły się truskawki w czekoladzie, którymi karmił ją  mąż,  godziny wspólnego lenistwa pod 
kołdrą i wizyta u nic nie podejrzewającej Renee, które nierozłącznie wiązało się z ostatecznym 
pożegnaniem matki – choć pani Dwyer nie zdawała sobie naturalnie sprawy, iż po raz ostatni widzi 
swoje dziecko. 
Nadszedł czas zmierzyć się z gorszą stroną całej sytuacji. 
Bella doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Alice będzie bardzo niepocieszona. A niepocieszona 
Alice to wściekła Alice – natomiast wściekła Alice jest czymś, czego nikt o zdrowych zmysłach nie 
chciałby doświadczyć nawet w najgorszym z koszmarów. Mimo dość ciepłej temperatury drżała na 
całym ciele. Nowy pierścionek zdawał się błyszczeć w wyjątkowo przyciągający wzrok sposób, co 
sprawiało, że czuła się jeszcze gorzej. Znowu przewracało jej się w żołądku, tym razem chyba ze 
zdenerwowania.
Jej ukochany miał wyjątkowo skupioną minę – pewnie badał myśli członków swojej – czy też raczej 
ich – rodziny. Chłopak wyciągnął torby z bagażnika. Emmett, który przyjechał po nich na lotnisko, 
nie wiedział nic o ich ślubie, co pozwalało wysnuć teorię, iż Al nikogo nie powiadomiła, planując 
urządzić jakieś większe „przedstawienie”.
Spojrzał na nią, czując na sobie jej czujny wzrok i pokręcił głową. Nie wiedzieli. Ale... Czy w domu 
nie było jego siostry? Ona przecież wiedziała. Więc o co chodziło z tym pokręceniem?
Może wyjechała na polowanie.
Weszli do domu tuż za Emmettem. Nikt im nie wyszedł na powitanie – kolejny dowód, że byli 
niczego nieświadomi. Inaczej cała rodzina zbiegłaby się w ciągu ułamka sekundy, by skomentować 
ich występek i obejrzeć obrączkę.
W salonie siedziały tylko Esme i Rosalie. Ta pierwsza podniosła głowę znad sporych rozmiarów 
szkicownika i obdarzyła ich szerokim uśmiechem.
- Edward, Bella! - zawołała radośnie. - Dobrze, że już jesteście. Brakowało mi waszej obecności.
- I tak nigdy nas nie było w domu – odpowiedział jej na to wampir.
- Właśnie dlatego cieszę się, że się do nas przeprowadzasz, Bello – spojrzała ciepło na swoją nową 
córkę, na co ta spłonęła lekkim rumieńcem, ganiąc się za to w duchu; mogłaby się powstrzymać, na 
litość Pana. Jakby nie wystarczył sam fakt, że ma apetycznie pachnącą krew. Nie, ona musiała ją 
demonstrować.
- Nowy pierścionek? - zainteresowała się Rose.
- Eee... Tak? – bąknęła niepewnie dziewczyna. 
- Ładny. - Na potwierdzenie swoich słów pokiwała głową z aprobatą.
-   Bella   nosi   jakiś   pierścionek?   -   Stało   się.   Dźwięczny,   wysoki   głosik   rozdzwonił   się   po   całym 
pomieszczeniu, a jego właścicielka spłynęła z gracją po schodach, u których szczytu stał niepewnie 
Jasper, kiwając im na przywitanie. - Nie wierzę. Pokaż! - pisnęła, pojawiając się koło niej i ciągnąc 
władczo za jej dłoń, wyplątując ją z uścisku Edwarda. Przyjrzała się uważnie biżuterii. - Śliczny. Co 
to za firma?
- Tiffany – odpowiedziała słabo.
- Z jakiej to okazji?
- Eee...

background image

Wampirzyca spoważniała.
- Bello, musimy porozmawiać. Jedziemy na przejażdżkę.
- Dopiero wróciłam z... - Westchnęła z rezygnacją, rezygnując z dalszych negocjacji. Ta bitwa była z 
góry przegrana. - No dobra. Tylko my dwie? - upewniła się.
- A kto jeszcze?
Dziwne. Co jak co, ale w tej sprawie wypadałoby przecież ochrzanić zarówno panią jak i pana 
młodego. Może Edwarda zostawiła sobie na deser.
Alice   była   dziwnie   mało   rozmowna.   Koncentrowała   się   na   prowadzeniu   Volvo,   a   przecież   nie 
musiała. Wyraźnie coś ją trapiło. Nagle zatrzymała się na poboczu i głośno odetchnęła.
- Muszę cię o coś zapytać, a ty musisz mi szczerze odpowiedzieć – powiedziała smutno. - Nie martw 
się, nie powiem Edwardowi. I, słowo, nikt nas nie podsłuchuje.
Brunetka zmartwiła się; coś było nie tak.
- Pewnie, pytaj – zachęciła.
- Czy ty... - Wyraźnie nie chciało jej to przejść przez gardło. - Czy postanowiłaś, że... że zwiążesz się z 
wilkołakiem?
Musiało minąć trochę czasu, zanim Bella odzyskała panowanie nad własną, opadniętą szczęką.
- Alice... Czemu ty mnie o to pytasz?
- Odpowiedz – burknęła, zamykając swoje ciemnozłote oczy.
- Nie – powiedziała z całym przekonaniem. - Ale skąd taki wniosek?
- Na pewno? 
- Tak! - Była już mocno poirytowana. - Al, o co chodzi?
- Miałam ostatnio problemy z wizjami... - zaczęła. - Ale zorientowałam się, że kłopot nie leży w 
moim darze.   
- Tylko w czym?
- Widzę wszystko... Wszystko i wyraźnie. Wszystko oprócz ciebie – wyjawiła.
Isabella zmarszczyła brwi.
- Jesteś strasznie zamazana. Wszystko, co ciebie dotyczy, jest nie do odczytania. Nie znika – czyli 
na pewno będziesz żyła – ale nie umiem powiedzieć, co się z tobą stanie... Co się z tobą stało – 
dokończyła ponuro. 
Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Czuła się tak zdezorientowana jak jeszcze nigdy w życiu. 
Czemu Alice nie mogła jej zobaczyć? O co tu chodziło? 

Obudziła się z dziwnym przeczuciem, że coś się stanie.
Nie dając żadnego znaku, że już nie śpi, gorączkowo przeczesywała swój umysł w celu odnalezienia 
źródła niepokoju. Może poprzedniego wieczoru zrobiła coś niestosownego (i tu należałoby dodać 
„znowu”)? Albo był jakiś ważny dzień? Coś planowali zrobić? Może to jakieś święto, albo czyjeś 
urodz...
Ocholera.
Trzynasty września. Najgorszy termin w całym roku. Zwłaszcza, jeśli się mieszka z nadnaturalnie 
podekscytowaną Alice Cullen pod jednym dachem.
Może udam, że śpię, rozmyślała. Może nawet uda mi się naprawdę zasnąć i po prostu prześpię ten  
paskudny dzień.
Aha, jasne. Bo Al mi na to pozwoli.
Cichy szmer głosów w jej głowie był całkiem niezrozumiały. Po pewnym czasie zorientowała się, że 
nie należy on do niej, a do wampira koczującego nad łóżkiem. Przyszła po mnie.
Nie mogła się powstrzymać i uchyliła lekko jedną powiekę. Mało się nie popłakała. Było znacznie 
gorzej, niż myślała – zamiast samej czarnowłosej przyjaciółki zobaczyła dodatkowo swojego męża, 
teścia, teściową, brata, drugiego brata i siostrę. Wszyscy po mnie przyszli.
-  
Wszystkiego najlepszego! - wrzasnęli zgodnie. Tym razem nie mogła się powstrzymać i jęknęła 
głośno. Chciała powiedzieć, żeby sobie poszli – i pewnie by to zrobiła, ale krępowała się to zrobić w 
towarzystwie rodziców. 
- To się nie dzieje naprawdę – przekonywała samą siebie, przykrywając się całkowicie kołdrą, którą 
w sekundę później ktoś brutalnie z niej ściągnął. Pisnęła zaskoczona, gdy jej ogrzane ciało objęły 
lodowate ramiona, a nad jej uchem rozbrzmiało „Sto lat, sto lat” w wykonaniu pięciu wampirów. 
Potem wszyscy zaczęli gadać jeden przez drugiego, więc dziewczyna rozróżniała jedynie co piąte 
słowo, a zrozumiała tylko tyle, że składają jej – chyba - życzenia. 
- Wybacz nam – odezwał się Carlisle. - Alice użyła niezwykle przekonywujących argumentów, w 

background image

których skład wchodziły jej błagalne oczy i wyrzuty sumienia.
- Ja cię kiedyś zabiję – poinformowała przyjaciółkę. - Poczekaj tylko, aż mnie ktoś zmieni. 
- Tak, tak – machnęła ręką, mało przejmując się jej groźbami. - Ale na razie musisz otworzyć...
- Nie wymawiaj tego słowa! - krzyknęła ostrzegawczo.
- Prezenty! - dokończyła radośnie, nie przestając jej obejmować.
- Lepiej nie – mruknęła. - Ostatnim razem skończyłam ze zranioną ręką i złamanym sercem, więc 
nie,   dziękuję.   -   Na   twarze   obecnych   w   pokoju   wampirów   nie   wpłynęło   zmieszanie,   czego   się 
właściwie spodziewała. Burknęła z frustracji. A wydawać by się mogło, że to był taki dobry sposób!
- Nie martw się, mamy same pudełka, nie skaleczysz się – zapewniła ją Ally. - A poza tym, to 
zrobiliśmy ci tort! Nie zamówiliśmy, ale zrobiliśmy, sami! 
- Dobrze, dobrze, przecież ci wierzę. Nie rozumiem tylko, po co to wszystko.    
Nie dyskutując z nią dłużej, wyskoczyła z łóżka i uciekła do łazienki, chwytając w przelocie pierwsze 
lepsze ubrania. Wzięła szybki prysznic. Od gorącej wody niespodziewanie zaczęło jej się kręcić w 
głowie - chociaż zawsze myła się w takiej temperaturze, nigdy nie zrobiło jej się jeszcze od tego 
słabo. Owinęła się ręcznikiem i przysiadła na brodziku, opierając się ręką o ścianę. Przesiedziała tak 
dobrą minutę, to otrzeźwiając, to ponownie odpływając. To był taki dziwny stan, w czasie którego 
nie była świadoma, co się z nią działo. Czuła dreszcze i tylko to się liczyło. Zapominała, gdzie była i 
co robiła, więcej, zapominała, że w ogóle istniała.
Gdy otrząsnęła się na tyle, by odzyskać powoli świadomość, ogarnęło ją przerażenie. Co się z nią 
działo?   Co   prawda   zdarzyło   się   to   po   raz   pierwszy,   ale   wcześniej   były   te   wywroty   żołądka   i 
dodatkowo   wszystko   z   dnia   na   dzień   zaczęło   robić   się   coraz   intensywniejsze.   Kolory,   zapachy, 
smaki... Wszystko się zmieniało.
Na dodatek jej ciało zdawało się być niezniszczalne. Od jakiegoś czasu nie pojawiały się na nim 
żadne siniaki ani zadrapania, a sytuacji do zranień miała przecież wiele – z nocą poślubną na czele. 
Nie stroniła też przecież od upadków, które nadal ją uwielbiały. 
Bezwiednie wytarła się i ubrała. Wolno, acz niezbyt dokładnie umyła zęby i wyszła z pomieszczenia. 
Natychmiast jakiś niski Ktoś podszedł do niej od tyłu i zakrył jej oczy. 
- Wiem, że nie chcesz tego całego zamieszania, więc po prostu zjesz śniadanie, potem kawałek 
ciasta, potem rozpakujesz prezenty, a poza tym dasz się przez cały dzień rozpieszczać. Edward kazał 
mi obiecać, że nie będzie żadnych ozdób w modnym stylu – dodała z żalem.
- I chwała mu za to – mruknęła.
Chociaż wszyscy bardzo się starali, a Al do minimum ograniczyła swoje artystyczno-sadystyczne 
zapędy, to nie czuła się komfortowo. Śniadanie mogłoby uchodzić za pyszne, ale Bella miała ochotę 
na coś kompletnie innego – marzyły jej się chrupiące tosty z serem, szynką i pieczarkami... – nie 
powiedziała jednak nic, nie chcąc sprawiać kłopotu. Widziała, ile roboty włożono w przygotowanie 
tego   posiłku,   więc   udając   apetyt   przełknęła   połowę   swojej   porcji.   Jedynie   Edward   i   Jasper 
obserwowali ją niepewnie.
Alice wydawała się niezmiernie podekscytowana, jako że wspólnie z mężem Belli (nie, żeby ona 
wiedziała, że się pobrali. Nie byli aż takimi masochistami, by jej to powiedzieć) wygrzebali skądś 
przepis na ciasto i cały poranek je przygotowywali, piekli i dekorowali. Widać było jak na dłoni, że 
nie mogła się doczekać, aż Isabella spróbuje ich wypieku. Przy niej jej brat wyglądał na wyjątkowo 
sceptycznego. 
Było około dziesiątej, gdy oczy Belli ujrzały wreszcie legendarny wypiek. Nie chciała rozczarowywać 
przyjaciółki,   więc   fałszywie   rozpromieniła   się   na   widok   ogromnego,   biało   –   różowego   tortu   w 
kształcie   serca   z   wypisanymi   krótkimi   życzeniami.   Chociaż   był   strasznie   słodki,   zjadła   bez 
szemrania   dwa   kawałki;   nie   miała   większego   wyboru,  skoro   była   jedyną   osobą   w  domu,   która 
mogła  jadać   coś   takiego.   Jednakże   nie   wzięła   pod   uwagi   reakcji   swojego   ciała.   Gdy   usiłowała 
wcisnąć w siebie kolejną łyżeczkę biszkoptu z malinowym kremem, w żołądku mocno jej się coś 
przewróciło, a całe śniadanie podeszło do gardła. Zatykając usta, pognała do najbliższej łazienki, 
gdzie   zwymiotowała.   Kolana   oparte   o   zimną   posadzkę   drżały,   a   ręce   odgarniały   wszędobylskie 
włosy. Czuła się fatalnie, a w oczach miała łzy. Oczywiście, komitet wysyłkowy w postaci Edwarda i 
Alice natychmiast pojawił się przy niej, przepraszając i dopytując, czy mogą coś zrobić. Poczuła się 
w tamtym momencie tak upokorzona... Nie miała chyba powodu, ale to odczucie było tak silne, jak 
jeszcze nigdy. Dlatego, w przerwach pomiędzy skurczami, zawołała histerycznie:
- Wynoście się stąd!                  
- Ale... - chciała zaprzeczyć wampirzyca. Nagle znikąd pojawił się Jasper i stanowczo wyprowadził 
swoją żonę, zerkając jednocześnie znacząco na Edwarda. Do Belli dotarło, że wyczuł jej emocje. Cóż, 
choć raz jego talent się do czegoś przydał.

background image

- Kochanie – wyszeptał jej ukochany.
- Wynoś się stąd! - wrzasnęła z płaczem, po raz kolejny pochylając się nad muszlą. Szlochanie 
dodatkowo utrudniało sprawę.
- Ale...
- Edward, chodź tu! - krzyknęła stanowczo z jadalni Esme, za co dziewczyna była jej niezmiernie 
wdzięczna.   Ten  jednak   ciągle   się  wahał,  więc  wampirzyca  sama  po   niego  przyszła.  -  Idźcie   się 
wszyscy   czymś   zająć!   -   rozkazała.   Chłopak   rzucił   ukochanej   ostatnie,   powłóczyste   spojrzenie   i 
niechętnie wyszedł. - Zostać z tobą? - spytała jeszcze.
Rozważyła   to   przez   chwilę.   Chciała   zostać   sama,   ale   jednocześnie   brakowało   jej   opiekuńczej, 
macierzyńskiej troski – wciąż nie mogła przyzwyczaić się, że pożegnała Renee na zawsze.
W   końcu   kiwnęła   lekko   głową,   a   Esme   kucnęła   obok   niej   i   objęła   ją   swoimi   marmurowymi 
ramionami. Jej idealne ciało w porównaniu do drżącej Belli wyglądało bardziej nienaturalnie niż 
zwykle.
- Bello, czemu płaczesz? - spytała, odgarniając jej kosmyk włosów za ucho. - Nic się nie stało, cii... 
Nic się nie stało. 
Wtedy poczuła dziwne, spokojne odrętwienie.
- Jasper! - krzyknęła; miała nieco ochrypnięty głos.   
- Jak chcesz – odkrzyknął, a dawne uczucia słynęły na nią silną falą. Już nie wymiotowała – nie 
miała czym – ale wciąż miała skurcze i nie przestała szlochać. Esme wciąż głaskała ją po głowie, 
którą przyłożyła sobie do piersi i szeptała pocieszające słówka.
- Ciasto było za słodkie, prawda? - domyśliła się.
- Tylko proszę cię, bez „a nie mówiłam” - powiedziała głośno Alice z salonu; była zdołowana. Bella 
przytaknęła. - To po co je jadłaś? - spytała. - Nie musiałaś.
- Ja nie... - zaczęła, ale nijak nie wiedziała, jak dokończyć.
- Musisz przestać tak dbać o innych i zająć się sobą – poradziła jej wampirzyca.
- Nie p – potrafię – mruknęła, powoli się uspakajając. Zaczęła się poważnie zastanawiać, co tak 
naprawdę się z nią ostatnio działo. Miała mdłości, huśtawki nastrojów i wszystko odczuwała tak... 
intensywnie. O co tu, do diabła, chodziło?
Mimo że towarzystwo Esme wpływało na nią kojąco, to chciała na chwilę zostać sama – całkowicie 
sama,   bez   nazbyt   wyczulonych   istot   kręcących   się   w   pobliżu.   Gdy   więc   wszystko   jej   przeszło, 
podniosła się chwiejnie i podziękowała wampirzycy, po czym odetchnęła kilkakrotnie, umyła zęby i 
wyszła do korytarza.
- Już wszystko okay? Naprawdę, przepraszam... - zaczął Edward, gdy tylko ją zobaczył.
- Pożyczysz mi Volvo? - spytała, przerywając mu.
- Po co ci Volvo? 
- Chcę się przejechać, a rozwaliłeś mi furgonetkę – wyjaśniła słabo.
- Mogę pojechać z tobą.
- Chcę pobyć trochę we własnym towarzystwie.
- Jesteś bardzo słaba.
- Już jest okay. Poradzę sobie – przekonywała.
Ostatecznie się zgodził; niechętnie, to prawda, ale jednak. Uzbrojona w kluczyki i kartę kredytową 
(wyrobioną na żądanie Alice) wyjechała z garażu i ostrożnie przejechała z dziesięć kilometrów. 
Kiedy uznała, że jest już całkowicie bezpieczna, zaparkowała na poboczu i oparła głowę o zagłówek. 
Nie rozumiała, co jest nie tak. Przeszukiwała zakamarki swojej pamięci, chcąc wyłapać rozwiązanie. 
Zastanawiała się, kiedy to się stało. Po imprezie? Nie, wtedy była tylko smutna, ale w  normalny 
sposób. Po jakimś czasie stwierdziła, że to się zaczęło parę dni po ich pierwszym razie. 
Teraz było trochę tak, jakby cały czas miała PMS...
Zamarła. 
Napięcie przedmiesiączkowe... Miesiączka... Przecież niedawno powinna dostać okres!
Spokojnie,  Bello,  pocieszała   się   w   myślach.  Nie   możesz   być   w   ciąży.   Jedyną   osobą,   z   jaką 
uprawiałaś seks, był wampirem. Nie miałaś możliwości się zapłodnić. Mdłości i inne objawy  
muszą mieć jakieś inne źródło.
     
Wbrew sobie jednak dotknęła brzuch. Nadal był płaski, jak zawsze. Może trochę twardy, ale nadal 
płaski.
No a jaki miałby być po niespełna miesiącu?
Po jakim miesiącu? Nie jestem w ciąży!
Zagryzła wargę. Pomyślała, że warto by się jednak upewnić. Ale jak? W życiu nie poprosiła by o to 
Carlisle'a. W mieście pokazać się nie mogła z wiadomych powodów. Może Port Angeles?

background image

Znowu zakręciło jej się w głowie, tak jak rano. Stwierdzając, że sama do Port Angeles nie dojedzie, 
wyciągnęła  komórkę   Edwarda  (nie   mogła   się  przyzwyczaić  do   mówienia  o  „swojej   komórce”)   i 
wykręciła znajomy numer.
***

Zaczerpnęła gwałtownie lodowatego powietrza, które rozeszło się po jej płucach, dając radosne 
ukojenie przegrzanemu ciału. 
- Alice – krzyknął Edward radośnie. Do Belli dotarło, że płomieni już nie ma; opuściła tarczę i od 
razu poczuła się jeszcze lepiej. Wykręciła tułów i spojrzała na przyjaciółkę stojącą w oddali. Obok 
niej była Soraya.
- Musimy się spieszyć – zawołała nagląco. - Zostawiłyśmy ich tam na polu walki i przegrywają. 
Potrzebują nas! Szybko, szybko, szybko!
- Napadli na was? - spytał wampir, gdy wszyscy ruszyli już do biegu.
-   Wyszli   nam   naprzeciw.   Teraz   walczą,   ale   jesteśmy   na   straconej   pozycji.   Zabiliście   dwóch 
najgorszych, ale reszta ciągle działa i niestety są w świetnej formie – poinformowała Soraya. - 
Niestety,   straciliśmy   już   Irinę,   a   Esme   była   na   granicy   między   życiem   a   śmiercią,   kiedy 
pospieszyliśmy wam na ratunek.
- Esme. Żyje – wycedziła Alice; niestety, brzmiało to tak, jakby usiłowała przekonać samą siebie.
-   Dodatkowo   –   ciągnęła   szatynka   –   wszyscy   są   duchowo   osłabieni;   myślą,   że   nie   żyjecie.   Nie 
mogłyśmy ich wyprowadzić z błędu, bo, po pierwsze, Rodriguezowie by się dowiedzieli, a dwa, że 
mi samej Al powiedziała dopiero przed chwilą. Co tu tak śmierdzi? - spytała, pociągając nosem. 
Woń była lekka, ale paląca. - No nic. Co się stało? - spytała z przerażeniem, gdy Alice złapała się za 
głowę i padła na kolana. Po chwili dołączył do niej Edward. Obydwoje mieli ten sam zrozpaczony 
wyraz twarzy.
- Czy to Esme? - wyszeptała Bella, a jej i tak martwe serce powoli zaczęło zamrażać się jeszcze 
mocniej.            
- Nie – jęknęła czarnowłosa. - To Tanya. Ten z odrąbaną głową podpala jak popadnie. Trafił w nią. 
Nie miała szans. 
Rozległ się zbiorowy jęk. Wampiry szybko podniosły się z ziemi i jeszcze szybciej pobiegli na pole 
bitwy. Nie mogli dopuścić, by ktoś jeszcze z ich bliskich poniósł śmierć.
Było gorzej niż Edward i Isabella się spodziewali, ale nie pozwalali sobie na zaskoczenie; zajęli się 
tym, co mieli do roboty. Bella zaczęła namierzać ich sprzymierzeńców i okrywać tarczą, bo teraz 
wszyscy walczyli w spazmach bólu. Ich pojawienie się wywołało niemałe poruszenie, zarówno u 
dobrych jak i złych wampirów.
Edward i Alice zajęli się ochranianiem dwóch kobiet, których jedynym zadaniem była koncentracja. 
Niestety, nie szło im to za dobrze – większość tamtych obrała ich za swój cel.
To się stało w ułamku sekundy. Alice i Soraya odskoczyły w bok, ale Isabella zbyt przejmowała się 
innymi, aby zadbać o siebie.
W jej kierunku skoczył stanowczo zbyt silny wampir.
Edward odepchnął ją, ale nie miał już szans, żeby sam się obronić. Rodriguez powalił go na ziemię. 
Zmierzał ku niemu, by dokonać egzekucji. I nic nie dało się zrobić; nie było na to czasu.
I   nagle   zza   leżącego,   miedzianowłosego   wampira   wyskoczył   potężny,   rdzawobrązowy   basior, 
zagradzając   drogę   tamtemu   i   ukazując   błyszczące,   białe   kły.   Nie   trzeba   chyba   wspominać,   że 
niesamowicie śmierdział.
Rodriguezowie byli zdezorientowani; Cullenowie zachwyceni. Zza drzew zaczęły wyłaniać się także 
inne wilkołaki – Claire i Quil Ateara, Embry Call, Seth Clearwater i Jonah Stenser. Byli niemal 
pewni, że stoją po ich stronie – wszyscy z wyjątkiem resztki klanu Eleazara i Sorai, ale i oni szybko 
zorientowali się, że nie mają ich za wrogów. Nie obchodziło ich, skąd się tu wzięli – liczyło się tylko 
to, że byli. Ponownie mieli walczyć w sojuszu przeciw Tym Złym.
Edward  przypatrywał  się  Alfie.  Nigdy  by nie  przypuszczał, że  właśnie  on  – on,  który  zniszczył 
doszczętnie jego życie – go uratuje.

Spłacam swój dług, pomyślał Jacob Black.     

background image

Rozdział 6

Ten Trzeci

B

ella? - zdziwił się, słysząc po drugiej stronie znajomy głos. Jego serce podskoczyło na ten dźwięk, 

a jednocześnie podczas tej akrobacji odłamały się od niego boleśnie drobne kawałki; jak zawsze, 
zresztą.
- Cześć, Jake - wyszeptała. - Co tam?
- Jakoś leci. Jesteś jakaś nieswoja – zauważył.
- Mam prośbę...
Nie chciała wyjaśnić przez telefon, o co chodzi, więc umówili się, że wpadnie do niego za chwilę. 
Chłopaka   wręcz   rozsadzała   ciekawość,   a   jednocześnie   dzika   radość.   Wiedział,   że   nie   powinien 
cieszyć się z niepewności Belli, ale przecież to zawsze mogło oznaczać, że w ich, pożal się Boże, raju 
są jakieś kłopoty.
No cóż. Zawsze, gdzie wmieszano Jacoba Blacka, rodziły się kłopoty. To był taki jego cholernie 
irytujący znak rozpoznawczy.  
Od wypadku na polu bitwy dziewczyna go unikała, więc gdy przyjęła zaproszenie na bibę u Quila 
(ciągle nie wiedział, jakim cudem udało im się odciągnąć go na te kilka godzin od Claire, nawiasem 
mówiąc), był nieźle zdezorientowany. Impreza w jej towarzystwie (i ta publiczna, i ta prywatna) 
była lepszą rozrywką niż zwiedzanie Taj Mahal; no, chyba że zwiedzali razem ich prywatne Taj 
Mahal. Powracając do dnia przyjęcia, to był jeden z najlepszych momentów jego życia.
Zgoda, może trochę przeholowali. No dobra, uczciwie rzecz biorąc, to obydwoje zalali się w trupa i 
szczerze, to za wiele nie pamiętał. Ale musiało być pikantnie.
Co prawda Bella utrzymywała, że się ze sobą nie przespali, ale kto ją tam wiedział. Mogła przecież 
kłamać, żeby poczuł się lepiej.
A że poczuł się gorzej, to już jego prywatna sprawa.
Więc mimo niewiarygodnie ogromnego, zabójczego wprost kaca i zaniku pamięci było warto.
Ale, do rzeczy. Miał nadzieję, że ich wspólna, (chyba) cudowna noc pozytywnie wpłynie na ich 
relacje. Jak bardzo się mylił! Bells od cholernych dwóch miesięcy nie dawała znaków życia – jej 
lakonicznych, trwających po parę sekund rozmów telefonicznych nie licząc.
Nie   wiedział,  czego   się   spodziewać,  ale   podświadomie   wyczekiwał   załamanego   zombie,  którego 
znów mógłby podnieść na duchu i wyciągnąć z otchłani depresji. I furgonetki. Nie doczekał się ani 
jednego, ani drugiego.
Pod domem zaparkowało lśniące, srebrne Volvo, a osoba, która wysiadła z pojazdu, w niczym nie 
przypominała wymizerowanej istoty sprzed paru miesięcy. Z początku jej nie poznał – bardzo się 
zmieniła, wyładniała. Na jej twarzy malował się jednak niepokój, a w jej krokach i postawie było 
coś... mizernego. Zamknęła drzwi i pomachała do niego z wymuszonym uśmiechem.
- Billy nie wrócił do domu? - spytała, rozglądając się nerwowo.
- Nie, jeszcze są na rybach i raczej nieprędko wrócą – uspokoił ją.
-Dobrze – mruknęła. - Słuchaj, masz książkę telefoniczną?
- Mam, a co? - zdziwił się.
- A do czego się używa książki telefonicznej? - warknęła i wyminęła go w progu. Poniekąd czuła się 
u Blacków jak w domu, więc poruszała się po nim względnie swobodnie.
- W szafce przy telefonie – podpowiedział, obserwując ze zdziwieniem jej poczynania. Dziewczyna 
wygrzebała starą, nigdy nie używaną księgę i zdmuchnęła z niej kurz.
- Jeszcze ważna? - upewniła się.
- Sprzed dwóch lat, więc raczej tak.
Przekartkowała   ją   nerwowo,   mrucząc   coś   pod   nosem   dla   zwiększenia   koncentracji.   Wreszcie   z 
triumfującym uśmiechem postukała palcem w jakimś miejscu, studiując jakiś napis. Odwróciła się 
do niego z oczekiwaniem.
- No co?
Uniosła sugestywnie brew, jednocześnie wskazując podbródkiem na salon.
- Mam sobie iść?
-   Cieszę   się,   że   się   zrozumieliśmy   –   mruknęła,   łapiąc   za   słuchawkę   i   wbijając   do   niej   numer. 
Niechętnie   przeszedł   do   drugiego   pomieszczenia,   zamykając   za   sobą   drzwi,   aby   dać   jej   więcej 

background image

prywatności.   Chodził   nerwowo   po   pokoju,   usiłując   czytać   pozostawiony   przez   ojca   magazyn 
sportowy. Nie będę podsłuchiwał. Nie będę podsłuchiwał. Nie będę...
Cholera, i tak słychać!
 Tak... Najlepiej jak najszybciej. Tak...Ktoś odwołał wizytę? Świetnie!... Tak, pierwsza piętnaście 
mi   odpowiada...   Sharon   Willkins...   przez   podwójne   'l'...   Doktor   Robbins?   Dobrze...   Dobrze, 
dobrze... Do widzenia. - Odłożyła słuchawkę. - Jacob, wiem, że podsłuchujesz, to przynajmniej się 
na coś przydaj.
- Po pierwsze, do czego? Po drugie, gdzie dzwoniłaś? Jaki doktor? Jesteś chora? Zapomniałaś, że 
masz lekarza w rodzinie? 
- Tak się składa... A, zresztą. Masz jakąś kartkę i długopis?
Poszperał w regale i podał jej, o co prosiła. - Nie, nie „zresztą”. O co chodzi? I co to za Shanona 
Williams?
- Dzięki... Nie Shanona, tylko Sharon Willkins. Moja karta kredytowa.
- Twoja... karta? - nie zrozumiał.
- Moja karta kredytowa jest wystawiona na to nazwisko – wytłumaczyła cierpliwie.
- Masz kartę kredytową?
- Nie.
No to o co...
-
 Mam trzy.
- Co trzy?
- Trzy karty – zirytowała się, przepisując z książki telefonicznej adres jakiejś kliniki.
- No to jesteś chora czy nie?
Zawahała się. - Trochę.
- Co ci jest? I czemu nie dasz się zbadać dr Fangowi?
- To... - Przegryzła lekko wargę, najwyraźniej zastanawiając się, jak nie skłamać, ale i niczego nie 
wyjaśnić. - Trudna... Sprawa. A on nie jest specjalistą od... Znaczy... On jest chirurgiem.
- A ty jakiego potrzebujesz?
- Okulisty – palnęła.
- Masz coś z oczami?
- Właśnie! - podchwyciła entuzjastycznie, a Jacob zyskał pewność, że Bella była najgorszym kłamcą, 
jakiego miał okazję poznać. Mimo to nie naciskał bardziej. 
- Jak chcesz.
- I tu się zaczyna moja prośba...
- Myślałem, że twoja prośba dotyczy telefonu?
- Eee, nie. Znaczy, częściowo. Masz teraz czas? - upewniła się.
-   Jest   sobota,   więc   zamierzałem   trochę   popracować   przy   samochodzie   kumpla...   Ale   to   może 
zaczekać – dodał pospiesznie. Bella może i zachowywała się nieco... dziwnie, ale i tak za nic na 
świecie nie przepuściłby okazji do spędzenia dodatkowego czasu w jej towarzystwie.
- Jeśli tak uważasz – powiedziała niepewnie. - Podwiózł byś mnie do Port Angeles?
- Czemu nie pojedziesz sama?
- Jakoś... W drodze ci wyjaśnię.
-   Pewnie.   -   Wciągnął   na   siebie   koszulkę   i   złapał   kluczyki.   -   Jedziemy   twoim   czy   moim 
samochodem?
- Mojego tu nie ma – uświadomiła mu.
- No to twojego pana wampira. – Przewrócił oczami.
- Naprawdę myślisz, że wpuściłabym cię do jego Volvo? - spytała sceptycznie. - Zabiłby mnie za 
zasmrodzenie tapicerki.
- Bardziej tu pasuje „Wypiłby cię”.
- Och, zatkaj się.
- I tak mu zasmrodzisz auto. Po kilku godzinach w moim towarzystwie sama zaczniesz pachnieć jak 
ja. I dobrze. Bo wiesz, teraz strasznie cuchniesz.
Uchylił się przed jej ciosem. Nie, żeby się go bał, ale w końcu Eddie obiecał mu, że jak Bella wróci 
od niego kontuzjowana, to mu coś zrobi. Chociaż, jakby inaczej na to spojrzeć, była to kusząca 
propozycja – wypowiedzieć mu walkę...
- Cholerny kundel – burknęła trochę rozeźlona. Parsknął śmiechem.
Choć   obiecała,   że   w   trakcie   jazdy   wszystko   (albo   przynajmniej   pewną   część   wszystkiego)   mu 
wyjaśni, to raczej ani myślała się odzywać. Siedziała sztywno na siedzeniu pasażera, obejmując się 
ramionami. Jake zobaczył na jej palcu złoty pierścionek. Trzy karty kredytowe i biżuteria? Co te 

background image

pijawy z niej zrobiły? Choć, jeśliby się bliżej przyjrzeć, to mógłby być prezent zaręczynowy, ale nie 
chciał teraz o ty myśleć – każda nawet najmniejsza wzmianka o ślubie niemiłosiernie bolała. Skupił 
się więc na jej metamorfozie.
Niby   nic   się   nie   zmieniło,   ale   jednak   wyglądała   inaczej.   Jej   rysy   twarzy   chyba   się   wyostrzyły, 
podkreślając jej naturalną urodę. Ze zdziwieniem stwierdził, że musiała coś zrobić z włosami – 
chyba podciąć, jako że były trochę krótsze. Choć... Nie, to chyba nie o to chodziło. Jej ciemne 
kosmyki pozwijały się po prostu w intensywniejsze fale, a gdzieniegdzie miała nawet perfekcyjne 
loki. Wcześniej pod wpływem własnego ciężaru jej włosy się niemal całkowicie prostowały. Rzęsy... 
Naprawdę wcześniej były takie gęste? A cera aż tak nieskazitelna?
Po   jakimś   czasie   podwinęła   rękawy   do   łokci,   ukazując   trochę   nagiej   skóry.   Zmarszczył   brwi, 
przypatrując się jej przedramionom. To była Bella czy jakiś jej klon? Jego Bella notorycznie sobie 
coś łamała albo raniła, teraz natomiast nie miała nawet najmniejszego otarcia.
Podniósł wzrok na drogę, a potem ponownie na jej twarz. Z przerażeniem odnotował, że była lekko 
zielona.
- Dobrze się czujesz?
- Trochę mi niedobrze. Ostatnio źle znoszę podróże.
- Od czego to? Przecież zawsze normalnie jeździłaś.
-   Och,   Jake.   Przecież   do   takie   w   moim   stylu.   Po   prostu   przyplątała   mi   się   jeszcze   choroba 
lokomocyjna.   Wszyscy   mi   powtarzają,   że   jestem   istnym   magnesem   na   kłopoty.   I   dodatkowo 
zapomniałam tabletki – marudziła.
- Zatrzymać się?
- Nie martw się. Wszystko, co od wczoraj zjadłam, zwymiotowałam rano.
- Wymiotowałaś? - zaniepokoił się.
- Tylko trochę – uspokoiła go.
- Więc pewnie jesteś głodna.
- Możemy zjeść w mieście.
- Jak chcesz. To teraz szczerze, Bells. Co ci jest? I bez bajeczek o okuliście.
- Ja... - zaczęła. - Nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia. Teraz jedziemy tylko po to, żeby coś 
wykluczyć. 
 - Co wykluczyć?
- Taką jedną... Przypadłość. 
Nie odezwali się więcej do siebie. Po jakimś czasie wjechali do miasta. 
- Gdzie teraz? - spytał Indianin, mijając tablicę Witamy w Port Angeles
- Do apteki.
Zaparkował przed pierwszym napotkanym budynkiem z odpowiednim szyldem i poczekał na nią. 
Po chwili wróciła, trzymając kurczowo nieprzeźroczystą reklamówkę.
- Co potrzebowałaś? - zainteresował się, zapalając silnik.
- Coś na jazdę powrotną.
- Gdzie teraz?
- Mamy jeszcze jakąś godzinę, więc może do jakiejś restauracji?
Udali się do przeciętnej kawiarenki w centrum. Bella miała dziwne rumieńce.
- Byłaś tu kiedyś?
- Owszem – odparła. Gdy usiedli, podeszła do nich całkiem ładna kelnerka.
- Coś podać? - zapytała, a jej wzrok spoczął na brunetce. Jej kształtne usta wygięły się w złośliwym 
uśmieszku. - O, przyszłaś bez swojego chłopaka? - zainteresowała się. Po minie Belli Jacob poznał, 
że kelnerka nieźle ją wkurzyła. Do chłopaka dotarło, że musiała bywać tu czasem z panem Draculą.
- Mój mąż – zaakcentowała ten wyraz. Jake wiedział, że tylko się zgrywa, ale i tak coś go ścisnęło na 
myśl,   że   już   niedługo   będzie   mogła   „legalnie”   używać   tego   terminu.   Dziewczyna   przezornie 
schowała   dłonie   pod   stół,   aby   ukryć   fakt,   że   nie   miała   obrączki.   -   Jest   teraz   bardzo   zajęty   - 
dokończyła.   Kelnerkę   zamurowało   na   moment,  po  czym   prychnęła   i  o   wiele   niegrzeczniejszym 
tonem powtórzyła pierwsze pytanie.
- Naleśniki na słodko i colę.
- Dla mnie to samo – zamówił Jacob automatycznie. Bella wstała i cicho wyjaśniła, że idzie do 
łazienki. Chłopak zorientował się, że nadal nie odłożyła torebki z lekarstwem, ale nic na ten temat 
nie powiedział.
Wróciła   po   paru   minutach,   a   na   jej   mimika   ukazywała   szok.   Padła   ciężko   na   krzesło,   a   to 
zachrobotało, tak, jakby było gotowe się pod nią załamać. Jacob próbował z nią nawiązać kontakt, 
ale Bella nie była najwyraźniej zdolna do jakiejkolwiek konwersacji. Chyba w ogóle nie zdawała 

background image

sobie sprawy, gdzie i z kim była. Jake się przeraził. Nie miał pojęcia, co robić. Zaczął nią potrząsać. 
Wtedy się jakby obudziła.
- Przepraszam cię – wymamrotała nieprzytomnie. Była blada jak trup. - Chodźmy stąd, proszę cię.
Choć   nie   dostali   jeszcze   jedzenia,   a   Jacob  był   strasznie   głodny,   nie   zaprotestował.   Rzucił   parę 
zmiętych banknotów na stolik i asekurując ją dla pewności, wyszedł z knajpki.
- Bello, gdzie chcesz teraz jechać?- spytał łagodnie.
- Do kliniki – wymamrotała, podając mu karteczkę z adresem. Posadził dziewczynę na siedzeniu i 
sam   wsiadł   do   auta.   Znalezienie   odpowiedniego   miejsca   zajęło   mu   paręnaście   minut,   w   ciągu 
których nieustannie upewniał się, czy wszystko jest okej. Jej głos był bardzo słaby, gdy odpowiadała 
wymijająco na jego troskliwe pytania. Gdy dotarli na miejsce, zaskakująco energicznie wybiegła z 
samochodu, nakazując mu iść coś zjeść albo zostać w samochodzie. Powiedziała, że wróci góra za 
godzinę. Zanim dotarła do niepozornych drzwi kamienicy, zdążyła dwa razy potknąć się o własne 
nogi. Teraz już bardziej przypominała Bellę, którą znał. 
Już miał odwrócić się i udać na jakiś spacer, gdy jego uwagę przykuła tabliczka na budynku, w 
którym zniknęła brunetka.
Klinika ginekologiczna dr Drew Robbins & dr Ashley Plotkin.
Co,  do  diabła,  Bella  robiła  w   klinice  ginekologicznej?  
  Czy  oni  nie  zajmowali  się  problemami 
natury, hm, kobiecej? To była ta wstydliwa dolegliwość, z jaką nie mogła pójść do doktorka Fanga? 
A może... Nagle chłopak pobladł. Wymioty - ewentualnie mdłości – plus doktor ginekologii równa 
się..?
Nie mógł wejść do poczekalni, bo nakryłaby go Bells. Stąd nic nie słyszał.
Nagle wpadł na genialny pomysł. Wskoczył między dwa sąsiadujące budynki. Ogrodzone z trzech 
stron   miejsce   byłoby   doskonałą   pułapką.   Upewniając   się,   że   nikt   go   nie   widzi,   rozebrał   się   i 
błyskawicznie zmienił w wilkołaka, dając nurka za śmietnik. Nie była to może najwygodniejsza 
kryjówka, ale musiał znać prawdę, a z Belli by jej nie wydusił, a jednocześnie nie mógł nikomu się 
pokazać.   W   tamtej   chwili   żałował,   że   jest   taki   wielki   –   prawie   się   zaklinował   między   dwiema 
ścianami.
 Przez pierwsze dwadzieścia minut Bella siedziała w poczekalni – rozpoznał jej charakterystyczne 
stukanie butem o podłogę, co zawsze robiła w chwilach zdenerwowania. Najwyraźniej spóźnił się na 
moment, w którym recepcjonistka spisała jej dane i kazała zaczekać.
Zdziwiło go, że tylko Seth był w tej chwili zmieniony. Latał sobie po lesie i cieszył się z wagarów – 
powinien być teraz w domu i razem z Sue i Leah niańczyć jakichś gości. Jacob, nie mając nic 
lepszego do roboty, zbeształ go trochę.
Gdy młodszy przyjaciel zobaczył, w jakiej ten znajdował się sytuacji, omal go śmiechem nie zabił. To 
znaczy, dopóki nie wydedukował, że Isabella mogła być w ciąży.
Dać znać Samowi?
Ani mi się waż, 
 warknął. Wystarczy, że ty tu siedzisz. Poza tym Sam stara się nie zmieniać, nie 
pamiętasz?
Wiem, wiem, 
burknął. Ja tylko chciałem się do czegoś przydać.
Jeśli nadal tego chcesz, to siedź cicho.
Phi.
Przestał się skupiać na rozmowie, bo z gabinetu wyszła właśnie jakaś kobieta o lekkich krokach i 
zaprosiła Sharon Williams na badanie.
Kto to jest Sharon Williams i czemu tak się nią ekscytujesz? Przecież czekasz na Bellę.
To jej fałszywe nazwisko,
 wyjaśnił pokrótce.
Słuchali razem, jak Isabella wyjaśnia, po co przyszła, jak opisuje swoje objawy. Mdłości, senność, 
intensywność zmysłów, dziwny apetyt na rzeczy, za jakimi do tej pory nie przepadała. Jacob wyczuł 
po jej głosie, że dziewczyna nie mówi całej prawdy.
Zaproszono  ją  na  specjalną  kozetkę  i wyciśnięto  jej na  brzuch...  coś. Jakiś  żel  bodajże.  Słyszał 
wyraźnie, jak dziewczyna się wzdrygnęła. Czekaj na werdykt, czekaj na werdykt, powtarzał sobie, 
gdy usłyszał w tle buczenie dziwnej maszyny.
SETH!
O, Leah. Co ty tu robisz?
Seth, do domu! Wiesz, co twoja matka... Jacob, co ty wyprawiasz?
Podejrzewa, że Bella zaszła z nim w ciążę, poinformował siostrę młodszy Clearwater.
Właśnie widzę. No proszę, proszę!
Leah, stul dziób.
Nigdy bym nie przypuszczała, że to właśnie ty pierwszy wydasz na świat jakieś potomstwo.

background image

Ja przynajmniej mogę się rozmnażać.
Auć, mruknął Seth, gdy Leah z warknięciem przemieniła się z powrotem w człowieka. To było  
zagranie poniżej pasa.
Czyli w jej stylu. Czy ona cię czasem nie wołała?
No to co z tego?
Że wasza mama się wkurzy... bądź już się wkurzyła.
I tak mam przerąbane, a chcę zobaczyć, czy Bells jest w ciąży.
Przecież i tak się dowiesz.
Ale tak dowiem się pierwszy! No, na równi z tobą.
- To ósmy tydzień.
Co „ósmy tydzień”? Przegapiliśmy coś?
Seth, przestań mnie dekoncentrować!
- Ale... wyjąkała Swan. - To niemożliwe!
- Jestem w stu procentach pewna. Pierwszy trymestr, drugi miesiąc. Obraz jest trochę niewyraźny... 
Przepraszam za to, urządzenie było ostatnio w naprawie, najwyraźniej ktoś znowu spaprał robotę. 
Ale proszę tu spojrzeć, o, tutaj. To jest pani dziecko...
Nie   słuchał   dalej.   Ignorując   Setha   i   jego   wiązanki   przekleństw   bezwiednie   przemienił   się   z 
powrotem, ubierając spodnie i koszulkę.
Bella kłamała. Wtedy się ze sobą przespali. Bez zabezpieczenia. A teraz będą rodzicami.
Do jasnej cholery! On miał siedemnaście lat, ona niespełna dziewiętnaście! Ona była zaręczona!  
 Jak oni mogli wpakować się w taką pokręconą sytuację?  

Całą drogę nie odezwali się do siebie ani słowem, pogrążeni we własnych myślach. Dziewczyna 
chowała twarz w dłoniach, a raz wymamrotała „Jak ja mu o tym powiem”? Chyba nie była nawet 
świadoma, że powiedziała to na głos. 
Nie musiał pytać, komu chciała powiedzieć.
Gdy był już w domu, a srebrne Volvo gwałtownie wyjechało z podjazdu, wpadła mu do głowy pewna 
myśl. Co ona zamierzała z tym zrobić? Zostawić pijawę? Jakoś sobie nie potrafił tego wyobrazić. Ale 
nie mogła także z nim zostać. Jak by to wyglądało? I czy on by ją chciał po tym wszystkim?
Znał Draculę na tyle dobrze, by wiedzieć, że jest wręcz obrzydliwie szlachetny i staroświecki, ale 
przede   wszystkim   samolubny.   Chciałby   pewnie   mimo   wszystko   utrzymać   Bellę   przy   sobie,   nie 
ważne, czego ona by chciała.
Ogarnął go gniew. Powinien pozwolić Belli zadecydować, ale z drugiej strony ona jest tak zaślepiona 
tym manipulatorem, że nie będzie obiektywna!
Ogarnęła go potężna, rozpalająca fala gniewu. Czuł dreszcze rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa i 
słyszał dźwięk rozerwanych tkanin. Nim zorientował się, co robi, pobiegł w stronę domu Cullenów.
Nie powie mu przy wszystkich... To by oznaczało, że Bella by przy tym była, a tego nie chciał.
Biegł w pewnym oddaleniu za Volvo, więc wiedział, że dziewczyna jeszcze nie zdążyła dojechać do 
domu.                  
Cullen!, wrzasnął w myślach, wiedząc, że z tej odległości krwiopijca spokojnie go usłyszy. Tak, ty! 
Za godzinę na polanie, tej, na której walczyliśmy z nienarodzonymi. Ważne!
Był w swojej głowie sam. I nagle uświadomił sobie, jaką mieli datę.
Trzynasty września.
Jej urodziny...        

Był styczeń, a na dworze nieprzerwanie od kilku dni padał śnieg. Roznosiła go energia. Chciał coś 
rozwalić! Prawie rok temu pod jego dom podjechała Bella. Zrozpaczona, pogrążona w depresji. 
Wtedy wszystko było łatwiejsze... A teraz?
Ona wyjechała. Z nimi. Z nim.
I zabrali ze sobą dziecko. Jego dziecko. Czy pijawy zamierzały wychować je według swoich zasad i w 
przekonaniu, że tamten... potwór  jest jego ojcem? Czy to dziecko będzie chciało się z nim kiedyś 
skontaktować... I czy oni mu na to pozwolą? Za nieco ponad miesiąc się urodzi... Za nieco ponad 
miesiąc Dracula zostanie ojcem! Ojcem jego dziecka!
Sfora  się  prawie rozwaliła, ale  byli nieliczni,  którzy postanowili  nadal przemieniać się  w wilki, 
mimo braku wampirów w pobliżu. Jako że Sam także rzucił wilkołactwo, by być z Emily, Jacob 
przejął obowiązki Alfy. Było ich pięciu. Pięciu „bezrobotnych” wilkołaków.

background image

Nie   chodził   do   szkoły.   Pracował   w   pobliskim   sklepie,   by   zaoszczędzić   sumę   wystarczającą   do 
otworzenia   własnego   warsztatu.   Ale   jego   myśli   nieustannie   błądziły   wokół   Belli   i   ich 
nienarodzonego dziecka.
Zawsze był piątym kołem u wozu związku jej i pana pijawy. Teraz zrobił też za plemnikodawcę jako 
że swoich dzieci mieć nie mogli. Typowe. Nawet się z nim nie pożegnała. Nawet nie poinformowała 
go, że jest w ciąży!  
Nie mogąc znieść tej bezczynności, wybiegł na dwór i przemienił się w lesie. Zaczął swój dawny 
obchód – nie patrolowali okolicy od ponad pół roku. 
Dźwięk uderzania łap o zamarzniętą ziemię przyjemnie go odprężał. Oddychał głęboko... Szybko 
złapał   znajomy   rytm.   Tam,   ta   –   tam,   tam,   ta   –   tam...   Czuł   się   okropnie.   Kiedy   poznał   córkę 
komendanta Swana nawet przez myśl mu nie przeszło, jak ta zmieni jego życie... Jaką kukłę z niego 
zrobi. Nie wiedział, czemu tak się załamała po tym, jak krwiopijca ją opuścił. Przecież tak silne 
uczucie nie istnieje, nieprawdaż?
Na własnej skórze bardzo boleśnie przekonał się, że istniało.
Powęszył trochę, a jego nozdrza zapłonęły. Czuł wyraźnie trop jakiegoś wampira nie starszy niż 
tygodniowy.... Zaczynał (tudzież urywał) się na drodze. Wcześniej (lub później) użył samochodu. 
Pobiegł za zapachem, przecinając szybko drogę. Nikt go nie zauważył.
Odór prowadził do wielkiego, znajomego domu w lesie. Jak wielkie było jego rozczarowanie, gdy 
nie wyczuł nowych śladów! Bardzo chciał rozszarpać jakiegoś wampira. Odwdzięczyć się za to, że 
ich podły gatunek odebrał mu to, co kochał... A było tak blisko! Zaledwie parę dni. Gdyby rozpoczął 
obchód wcześniej...
Czy to było bicie serca? Czy też raczej serc?
Powęszył jeszcze chwilę. Jego własne serce podskoczyło – wyraźnie czuł Bellę. Była tu! Jej woń 
przeplatała się z przepięknym, choć słodkim, jakby wampirzym zapachem, który jednak nie parzył 
go w gardło. Nie namyślając się długo, przetransformował się w człowieka i wciągnął na siebie 
portki. Nie był pewien, czy zapukać. Wreszcie zastukał parokrotnie i uchylił lekko drzwi.
- Kto tam? - Wziął głęboki wdech. To była Bella!
Bella? 
- Och. To ty – mruknęła, jakby rozczarowana. Zawładnęło nim niedowierzanie. Ona tu była... przez 
ten cały czas? Podczas gdy on zadręczał się na śmierć?
Wyszła mu na przywitanie. Wyglądała trochę mizernie... i kompletnie inaczej. Wszystko w niej się 
zmieniło. Twarz znacznie wypiękniała, aż nie do poznania. Jej włosy przeistoczyły się w błyszczącą 
kaskadę idealnych, niemal czarnych loków spiętych w niedbały kucyk. Jej ciało nabrało nowych 
kształtów i było jej jakby trochę więcej – nie w sensie, że była gruba. Po prostu... Miała szersze 
biodra, większy... biust i węższą talię. Jej skóra miała odcień kości słoniowej, a rzęsy były tak długie 
i czarne jak u Lei. Tylko jej oczy miały ten sam piękny, czekoladowy odcień.
Jeszcze nigdy, nikt nie wydawał mu się taki piękny.
- Co ty tu robisz? - spytał zdezorientowany.
- Mieszkamy – odparła smutno.
Mieszka... my? Dotarło do niego, że coś było nie tak. Słyszał przecież wcześniej dwa serca... A 
Bella... Bella nie była w ciąży! Ale przecież miała jeszcze miesiąc do rozwiązania! I czemu była tu 
całkiem sama? No dobrze, nie sama. W końcu to drugie serce... o co tu chodziło?
- Co się stało? - spytał.
- Pamiętasz, jak pół roku temu zawiozłeś mnie do Port Angeles? Okazało się, że byłam w ciąży. 
Rzucił mnie, jak tylko się o tym dowiedział – wyjaśniła, a jej sylwetka się zgarbiła, jakby uderzył w 
nią ciężar własnych słów. - Wiem, że to bardzo despotyczne wyjaśnienie, ale nie chce mi się bawić 
się w subtelność.
- Co się stało z dzieckiem?
- To dziewczynka – uśmiechnęła się, a jej oczy rozbłysły. - Nazywa się Renesmee. Mieszkamy tu 
same. Chcesz ją poznać?
To był sen. Surrealistyczny sen. Spokojnie, Jacob. Zaraz się obudzisz. Spokojnie...
Urodziłaś ją? Już?
-   Miesiąc   temu.   Od   samego   początku   rozwijała   się   dwa   razy   szybciej.   Wtedy   pani   doktor 
powiedziała mi, że jestem w ósmym tygodniu, choć od zapłodnienia minął dopiero miesiąc. A teraz 
wygląda na dwumiesięczne niemowlę, a urodziła się dopiero dwudziestego siódmego grudnia.
- Co? - wyjąkał głucho.
-   To   chyba   pierwszy   taki   przypadek,   żeby   wampir   miał   dziecko   z   człowiekiem   –   westchnęła 
boleśnie.

background image

Wampir?
To tylko sen, to tylko sen!
Słuchał oniemiały jej wyjaśnień. Opowiadała mu, jak przeżyła ostatnie pół roku i że cudem ominęła 
ją śmierć... Jak nie była w stanie przez pięć minut utrzymać się na własnych nogach, a jej ciało 
twardniało z każdym dniem. O Eleazarze... O tym, że on już odszedł i że teraz muszą sobie radzić 
same. O tym, że jest bezradna, że nie wie, co zrobić z Charliem – Cullenowie obiecali jej przecież, że 
pomogą jej markować studia...
A potem pokazała mu swoją córkę.   
Była najśliczniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widział. Spała, ale i tak widać było, że jej oczka 
okolone są gęstymi i długimi rzęsami. Jej skóra była jasna jak śnieg za oknem, a policzki ozdabiał 
słodki rumieniec. Jej krótkie, rzadkie jeszcze loczki miały ciemnorudy odcień.
I nagle zapragnął, by ta cała sytuacja nie okazało się być tylko snem. Pragnął do końca swych dni 
obserwować tę małą istotkę, zabawiać ją. Pragnął oglądać, jak rośnie. Chciał być dla niej starszym 
bratem, opiekunem. Przestała się dla niego liczyć miłość do Belli i nienawiść do Edwarda. Bo owoc 
ich miłości okazał się najwspanialszą osobą, jaką miał przyjemność poznać.
Renesmee... Renesmee Swan. 
Więc to było wpojenie?
Nie było żadnych fajerwerków. Żadnego groma z jasnego ani nawet ciemnego nieba. To był bardzo 
spokojny moment. 
Pogłaskał ją po rączce, a ta przez sen złapała za jego palec. Była niesłychanie silna. Niewiarygodne, 
że Isabelli udało się donosić ciążę... Jeszcze do tego dodając fakt, że była sama, opuszczona. Cudem 
było to, że akurat przypałętał się jakiś wampir, który jej w tym wszystkim pomógł.
To nie był sen...
Mała się obudziła. Miała oczy Belli... Ale nie do końca. Choć miały ten sam kolor, to kształtem 
przypominały dwa idealne migdały.
Uśmiechnęła się do niego. On uśmiechnął się do niej. To było przeznaczenie.

Wyrzuty   sumienia   nie   dawały   mu   spokoju,   nigdy.   Nie   mógł   sobie   wybaczyć,  że  tak  skrzywdził 
Bellę... Że odebrał jej narzeczonego, czy też, jak się później okazało, męża. Tak wiele razy próbował 
jej powiedzieć, że to przez niego Edward ją opuścił... Je opuścił.
Nie mógł sobie wybaczyć, że odebrał swojej ukochanej ojca i wielką rodzinę. Szczęśliwszą rodzinę.
Wyrzuty sumienia dręczyły go podczas przymusowej separacji ze swoim wpojeniem, podczas ich 
późniejszego   wspólnego   życia   we   trójkę,   podczas   urodzin,   świąt,   niedziel   i   dni   powszednich, 
podczas otworzenia i prowadzenia warsztatu, podczas prac domowych, podczas intymnych chwil z 
Nessie. Wtedy, gdy kazała jemu  i sforze ich odszukać. Zawsze. 
Co on narobił?         

background image

Rozdział 7

Tęskniąc

D

laczego..?   -   wyszeptała.   Jake   zamrugał   i   wbił   wzrok   w   swoje   kolana.   Wyglądał   szczególnie 

żałośnie, bo oprócz stosownej miny miał również zabandażowaną sporą część ciała.  
- Tak bardzo cię przepraszam – odszepnął jej. - Boże, Bella. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo 
żałuję. Pewnie nie czułbym aż tak wielkiej skruchy, gdyby Ren nie stała się dla mnie tym, kim się 
stała... Ale stała się. W każdym razie, to był dla mnie koszmar. Chciałem być z tobą, mimo iż już cię 
nie kochałem... Nie, poprawka. Kocham cię, ale tylko jak siostrę. Pragnę twojego szczęścia. Jaki ja 
byłem głupi! Chciałem mieć cię na własność. Oskarżałem Edwarda o samolubność, ale to ja sam 
byłem...  jestem  najbardziej   samolubną   świnią   na   tej   wielkiej,   pochrzanionej   planecie.   Pytasz, 
dlaczego?   To   jest   właśnie   odpowiedź.   To   całe   zło,   jakie   cię   spotkało...   Spotkało   cię   przez   mój 
egoizm.
Nic nie odpowiedziała; wszyscy zamarli. Jacob poczuł się potwornie zawstydzony – jego spowiedzi 
słuchały wszystkie wampiry, którym udało się przetrwać – ale odepchnął to uczucie, nic dla niego 
ono nie znaczyło – liczyło się tylko to, czy jego przyjaciółka wybaczy mu największy życiowy błąd. 
Od tylu lat tajemnica zatruwała jego cały świat...
Teraz wreszcie prawda wyszła na jaw.
***

 

Minęły trzy dni od jej urodzin.
Bała się, strasznie się bała. Większość czasu spędzała teraz w łazience, gładząc się po niewypukłym 
jeszcze brzuchu. Jak Edward zareaguje na ciążę? Czemu jej dziecko rozwijało się dwa razy szybciej 
niż powinno?
Na początku dręczył ją też fakt, że może jednak dziecko rozwija się normalnie, a ojcem jest nie jej 
mąż, a Jacob, ale szybko odrzuciła tę teorię. Na pewno nie przespała się z Jacobem.  
Niemal serce jej stanęło, gdy lekarka zaczęła się tłumaczyć z tego, że jej dziecko było niewyraźnie z 
powodu zepsutego sprzętu. Bella była wręcz pewna, że sprzęt pracuje bardzo dobrze. To jej skóra 
była zbyt nieprzepuszczana.
Pogładziła   się   z   czułością   po   brzuchu,   opierając   głowę   o   lodowate   kafelki.   Ciągle   do   niej   nie 
docierało, że zostanie matką... 

Zdradziła mnie.
Ta myśl nieustannie od trzech dni tłukła mu się po głowie, zagłuszając wszystko inne. Konkurować 
mogła z nią tylko jedna, a mianowicie Ona jest w ciąży. 
Leżał na łóżku i przysłuchiwał się, jak oddycha w łazience, a jej serce bije wyciszonym, spokojnym 
rytmem. Nie mógł pozostać obojętny na ten dźwięk, a jego własne serce krwawiło, choć od ponad 
osiemdziesięciu lat było martwe. 
Nie wiedział co robić. Z jednej strony bardzo kochał Bellę. Ale co z tego? Ona miała zostać matką. 
Ona, dziecko i Zapchlony mogli założyć rodzinę, o której marzy niemalże każda dziewczyna. On nie 
pasował do tego obrazka... To nie był jego świat.
Dałby   jej   wszystko,   co   byłby   w   stanie   jej   dać.   Ofiarował   jej   całego   siebie   –   miała   w   nim 
pocieszyciela, kochanka, przyjaciela. Miała jego nieograniczone pokłady miłości względem niej. Z 
chęcią ofiarowałby jej wszystkie klejnoty świata, uchyli nieba...
Ale to nie wystarczało.
***

-   Naprawdę   chciałem   cieszyć   się   twoim   szczęściem.   Próbowałem   dostrzec   jasną   stronę   tego 
wszystkiego. Jednak to, że będziesz szaleć z euforii na punkcie tego dziecka zupełnie do mnie nie 
przemawiało. Oczywiście, jeśli już się rozstaliśmy, to dobrze, że dawałabyś sobie nieźle radę, ale... 
Po prostu nienawidziłem twojego maleństwa z całego serca. Bo ono odebrało mi ciebie.

background image

Powstrzymał się ostatkiem silnej woli, aby nie spojrzeć w jej kierunku. Uparcie obserwował radosne 
ptaki   latające   po   niebie,   nieświadome   tego,   że   niespełna   dwie   godziny   wcześniej   nieopodal 
wydarzyła się tragedia. Straty, jakie ponieśli, były ogromne. 
Okropnie się czuł, myśląc o macierzyństwie Belli. To zbyt kojarzyło się z jego matką. 
Niestety,   Esme   nie   udało   się   uratować.   Bolało   to   bardziej,   niż   przypuszczał   w   najgorszych   ze 
scenariuszy. Tak, jakby ktoś oderwał kawałek niego i bezpowrotnie go odebrał. Nie zdawał sobie 
sprawy, jak wielką rolę pełniła matka w jego życiu. Każdemu będzie jej niesamowicie brakować. 
Ona była sercem rodziny...
Wszyscy pogrążyli się w żałobie po niej, Tanyi i Irinie, a także Embrym. Wszyscy.
Nie mógł o tym myśleć – pewne sprawy czekały na wyjaśnienia. Trzeba zakończyć wiele rozdziałów. 
Tym razem nie było mowy o publicznym praniu brudów – w grę wchodziła szczera rozmowa w dwie 
pary oczu i uszu.  
- Jezu Chryste, Edward! Nareszcie!
- Co..?
- Jeśli usłyszałabym, że skakałeś pod sufit po naszym rozstaniu, tylko dlatego że byłam w ciąży z 
twoim najgorętszym wrogiem i że byłam w nim po uszy zakochana, to jak Boga kocham, krew by 
mnie zalała... A w moim – naszym – wypadku to przecież nie takie proste. Zawsze zachowujesz się 
przyzwoicie aż do szaleństwa. Miło wiedzieć, że masz jakieś zdrowe, naturalne odruchy.
- Wiesz co, ta dyskusja zbacza nieco z kursu. Może kontynuujmy?
***

Jakoś nie lubiła tego dnia i trudno się jej dziwić. W końcu dokładnie rok temu Edward ją zostawił, 
wmówił jej, że już jej nie chce. To był dzień, w którym skończył się jej świat. Nie chciała powtórki z 
rozrywki.
Upewniła się, że nie będzie już wymiotować i podniosła się chwiejnie, trzymając dla równowagi 
umywalkę. Ostatnio nieustannie chodziła tak, jakby była pijana. Jej nogi z trudem ją utrzymywały. 
Niemal czuła, jak ulatnia się z niej energia życiowa. Dodatkowo dziwne stany „omdlenia” dopadały 
ją coraz częściej. To chyba nie było normalne.
Carlisle z początku parę razy dziennie proponował jej badania – nie mógł oczywiście nie zauważyć 
jej mdłości i słabowitości – ale w parę godzin po wizycie w La Push po prostu... przestał. Nie 
wiedziała, co o tym myśleć. Tylko tak dziwnie na nią patrzył... Zresztą, wszyscy dziwnie na nią 
patrzyli, szczególnie Edward. Co więcej, z jego oczu powoli znikała cała troska, a zastępowała ją 
niechęć. Isabellę bardzo to martwiło, ale nigdy nie poruszała tego tematu. 
Teraz, gdy jej żołądek był całkowicie pusty, chętnie by coś zjadła. Miała ochotę na gorącą czekoladę 
z   pianką...   I   na   grzanki   z   serem...   Przemyła   twarz,   wytarła   się   niezbyt   dokładnie   ręcznikiem   i 
skierowała do kuchni. W połowie drogi natknęła się jednak na swojego męża.
- Cześć – szepnęła na tyle czule, na ile była w stanie to zrobić. Nie mogła ignorować faktu, że gdy 
była w jego towarzystwie, wszystkie jej mięśnie spinały się, dłonie pociły, a serce przyspieszało. Była 
aż nazbyt przewidywalna, jakby w rekompensacie za jej mentalną ciszę. Z tym, że tym razem nie 
chodziło o jej szaleńczą miłość względem niego, niestety.
-   Witaj   –   odpowiedział   z   rezerwą,   a   jego   dwudziestowieczny   akcent   był   bardziej   wyraźny   niż 
zazwyczaj. Minął ją obojętnie.
I wtedy wezbrało w niej poirytowanie.

Obserwował, jak jej twarz powoli się zmienia – z zestresowanej na wściekłą i jakby zmęczoną.
Nie widzisz, jak ją ranisz?, szydził głos wilkołaka w jego głowie. Czy ty naprawdę nie widzisz tego, 
jak męczy ją bycie z tobą? 
Jaki ty masz, do cholery, problem? - zapytała wojowniczo, zakładając ręce na biodrach.
Ona w końcu wybuchnie... Tłumi w sobie wszystkie uczucia, odkąd cię poznała... Bo przecież nie  
może okazywać swoich 
prawdziwych, spontanicznych emocji w twoim towarzystwie. 
Ona jest taka... przerażona. I jakby nieszczęśliwa – 
to „dopowiedział” Jasper. Ta myśl nieustannie 
tłukła   się   po   jego   umyśle,   gdy   przebywał   z   Bellą   w   jednym   pomieszczeniu.  I   jeszcze   to 
obrzydzenie..!
 
Ja mam problem? - zaoponował, z trudem powstrzymując warknięcie.
- Tak, ty! Ostatnio wiecznie ci coś nie pasuje!

background image

- Bo odniosłem wrażenie, że to raczej ty zachowujesz się jak jakieś... jak jakieś zombie! Dziwne, że o 
w ogóle zauważyłaś, jaki  ja  jestem. No ale przecież tylko mnie należy się czepiać, nieprawdaż? - 
wybuchnął. Żałował swoich słów już w chwili, gdy opuściły jego usta, ale teraz było już za późno na 
wszelkie moralności.

Isabella zamarła, a krew napłynęła do jej policzków, parząc je boleśnie. Chyba miała gorączkę. 
Teraz to nie ważne. 
Jak on śmiał?  Wiedziała, że ostatnio nie była w najlepszej w formie, ale to przecież była tylko i 
wyłącznie wina jego i jego nadaktywnych plemników! Co prawda on o tym jeszcze nie wiedział, ale i 
tak nie miał prawa tak się zachowywać!
Część niej chciała uspokoić go i zaproponować wzajemne przeprosiny, ale hormony buzowały i 
napawały ją gniewem nie do powstrzymania. A za co ona miała przepraszać? Za to, że zaszła w 
ciążę? 
To wszystko, wszystko, wszystko jego wina! I jeszcze na dokładkę ją obrażał!
Hormony wygrały.
- Jesteś takim dupkiem – rzuciła, patrząc mu wyzywająco w oczy. Zważywszy na dużą różnicę 
wzrostu musiała mocno zadzierać głowę, tak, że jej rozpuszczone włosy muskały pośladki. Przez 
niego teraz całe dnie się zamartwiała, wymiotowała i chwiała, dużo spała, miała dziwne kulinarne 
upodobania... Tyle dla ciebie poświęciłam!
Zorientowała się nagle, że ostatnie zdanie powiedziała na głos.
Ups..?

Ona tyle dla ciebie poświęca, idioto! Całe swoje życie! Ona chce dla ciebie umrzeć!, krzyczał Black.
A więc jednak kundel miał rację... Bella naprawdę źle czuła się w tym związku. Naprawdę czuła, że 
życie prześlizguje się między jej palcami. Tyle razy się o to martwił, tyle razy temu zaprzeczała! 
Czemu nie wyczuł jej kłamstwa?
Wiedział, czemu. Wtedy nie widziała, co traci. Potem zasmakowała przygód, miłości do wilkołaka...
Spodobało   jej   się.   Tak   bardzo   jej   się   spodobało,   że   postanowiła   zostać   z   Jacobem.   Tylko   nie 
wiedziała,   jak   mu   o  tym   powiedzieć...   I  nie   była   pewna,   czy   nie   będzie   żałować.  To   była   dość 
ryzykowna decyzja.
A teraz jeszcze ta ciąża.
- Więc może nie powinnaś była niczego poświęcać! Mogłaś kazać mi spływać, kiedy dopiero zaczęłaś 
wszystko poświęcać!

Że co?
No przepraszam bardzo, czy on znowu próbował jej wmówić, że jest zły, niedobry i ogólnie ble? 
To się zaczynało robić już nużące. Jakby i bez tych beznadziejnych gadek miała mało powodów do 
mdłości. Na dodatek zaczynało jej się kręcić w głowie, a szyja bolała ją od tego wyginania. Nie 
miałaby nic przeciwko krótkiej drzemce.
Teraz nawet mogłaby go poprosić o śniadanie (tudzież lunch) do łóżka, ale prawdopodobnie jej 
mąż, wielki pan, będzie nazbyt obrażony, by spełniać z ochotą jej ciążowe zachcianki. Szczególnie, 
że nie wiedział o ciąży. Poza tym wątpiła, by potrafił zrobić dobrą gorącą czekoladę.
No   dobrze,   bardzo   możliwe,   że   czekolada   byłaby   idealna.   Nawet   więcej   niż   możliwe.  W   końcu 
chodziło o Edwarda. To było bardzo nużące.
O co to się kłócili? A tak, pewnie.    
- Może mogłeś sam spłynąć, gdy tylko zaczęłam cię nudzić!

Więc teraz starała się obrócić kota ogonem? Że to on się nią znudził? Ha! Jakby to kiedykolwiek 
mogło się zdarzyć.
Widział w jej oczach wątpliwość... W pewnym momencie się zamyśliła, a na jej twarzy zamajaczyło 
coś na kształt uśmiechu. Potem znów skupiła się na nim i jej gniew powrócił.
Nie wie, jak ci to powiedzieć... Będzie na siłę uszczęśliwiać ciebie kosztem swoim i naszego – nie 
twojego! Mojego! - dziecka! Ona jest tobą zaślepiona, ty paskudny manipulatorze! Ona marzy, by  

background image

ci się wyrwać! Jesteś dla niej jak pieprzony narkotyk... Czemu nie pozwalasz odejść na odwyk?
Czy myślała właśnie o nowym modelu rodziny, jaki się dla przed nią otworzył?
Ona naprawdę była z nim nieszczęśliwa...
- Dobre pytanie – burknął.
- Że co? - powtórzyła niedowierzająco, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą.
- Może właśnie nadszedł moment, żebym spłynął – powtórzył dużo głośniej.
- A idź ty w cholerę! - wrzasnęła na całe gardło. Nigdy nie spodziewał się, że ta dziewczyna ma taką 
parę w płucach.
Czy ona naprawdę to powiedziała?
Dobrze więc. Trzeba to zakończyć.
Zachowując pokerową twarz obrzucił ją ostatnim spojrzeniem i odwrócił się na pięcie z prędkością 
światła. Ona jednak miała inne plany.
- Czekaj! Jeszcze z tobą nie skończyłam!
-   A   co   chcesz   jeszcze   dodać?   -   wysyczał   najbardziej   obojętnym   tonem,   na   jaki   było   go   stać. 
Zatrzymał się w pół kroku, a w jego serce wstąpiła nadzieja... Ale nadzieja nie miała tu racji bytu. 
Wyparowała w ułamek sekundy po swoim pojawieniu się. Jego serce było już tylko kamieniem. 
Bolesnym, ciężkim, uciążliwym kamieniem.   
- Jestem w ciąży – wysyczała przez zaciśnięte zęby.
Obrócił lekko głowę w jej kierunku.
- I co z tego?
Teraz ją zatkało. Czy ona spodziewała się, że przeprosi, gdy zorientuje się, jaki sprawy mają obrót? 
Że zostanie z nią, by mogła pobawić się z nim jeszcze chwilę, a potem odejść do kundla?
Przez moment stałą jak wmurowana. Zamachnęła się, aby go spoliczkować, ale jej ręka zatrzymała 
się parę centymetrów od celu. Mądrze. Fuknęła jeszcze, a w jej czekoladowych oczach pojawiły się 
łzy gniewu. Od także już dyszał od tego uczucia. Tego... I kilku innych. Szybko wbiegła po schodach 
i   –   trzaskając   drzwiami   –   wparowała   do   nieużywanej   sypialni   –   gabinetu   Alice.   Czasem   Bella 
nocowała tam, gdy jego siostra postanawiała zafundować jej wszelkiego rodzaju babskie tortury 
typu maseczki. Wszyscy żartowali, że jak Edward i Bella pokłócą się, to nie żadne z nich nie będzie 
musiało nocować na kanapie w salonie. 
Ale to nie była kłótnia. To było rozstanie.   
- Nie... - wyszeptał  cichy,  zduszony  głosik. Wcześniej nie  zwracał uwagi na to, że cała  rodzina 
przysłuchiwała się całej scenie. Wszyscy o tym rozmyślali, ale jedynie Al zeszła na dół, by wyrazić 
swoją   rozpacz.   Pozostali   byli   tylko   zaniepokojeni.   Nie   wiedzieli,   co   tak   naprawdę   oznaczała   ta 
sprzeczka. - Błagam cię, nie rób tego... - Jej wysoki sopran zadrżał. Gdyby mała możliwość, w jej 
oczach szkliłby się teraz łzy. - Błagam cię..! Edward... Proszę... 
- Nie, Alice – odszepnął. - To koniec.
Jej dolna warga zadrżała przejmująco. 
- Błagam cię, Edward... - Dzwoneczki jej głosu brzmiały kompletnie inaczej niż zwykle. Wyglądała 
na załamaną. To do niej nie pasowało. Alice była przecież wieczną, szurniętą optymistką.
Proszę cię –  Jej mentalne łzy płynęły, paląc policzki, skapując na podbródek, niszcząc bluzkę. W 
rzeczywistości jednak niemal czarne tęczówki wampirzycy były suche. 
- Spakujmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Nie musimy brać wszystkiego; może kiedyś tu wrócimy. 
NIE!, zaszlochał umysł Ally. Nie, nie, błagam! Zrobię wszystko! Nie rób jej tego znowu! Błagam 
cię! Nie! Nie, nie, nie! Proszę, proszę, błagam... nie...
Cała rodzina zamilkła na sekundę z osłupienia, po czym ich myśli zaczęły wspólnie lamentować z 
czarnowłosą. Nie możesz jej tego zrobić... To nie jest słuszne wyjście... Nie...
- Jest trochę po czwartej. Mamy jakieś dwie godziny czasu. Myślicie, że damy radę się spakować? 
- Jest trochę po czwartej... - powtórzyła głucho Alice. - Jest dokładnie czternaście po czwartej, 
szesnastego września. Boże, Edward... 
Dokładnie rok i minuta. Dokładnie rok i minutę temu się rozstali.
Dokładnie minutę temu rozstali się ponownie. 
Dokładnie minutę temu ponownie zakończył się jego świat.

Rzuciła się na łóżko, a zdenerwowanie niemal ją rozrywało. Jak on śmiał? 
Jak on śmiał?!
Czy nic nie obchodziło go własne dziecko? Czy naprawdę zachował się tak głupio, czy to były jakieś 
ciążowe omamy? Co prawda nie wliczały się one w skład pakietu ciążowego, ale w końcu chodziło o 

background image

Bellę. Jej słownik nie obejmuje słowa „niemożliwe” - wykreśliła je dawno temu. 
Wtuliła   twarz  w  bordową  narzutę.  Znów  kręciło  jej   się  w   głowie.   Ale  nie,  teraz   nie  zaśnie.  To 
fizycznie nie możliwe. Przy takich uczuciach senność odchodzi w niepamięć...
Ale w niepamięć, zamiast senności, odeszła jej świadomość. I to w ułamek sekundy.

Coś było nie tak. Czy to nie był dźwięk uruchamianego silnika?
Czuła, że coś jej umyka... Westchnęła lekko. Powinna chyba coś pamiętać. Czy nie wydarzyło się 
ostatnio nic ważnego, godnego zapamiętania?
Mimo   potężnego   rozleniwienia   otworzyła   jedno   oko   i   uderzyła   ją   wszechobecność   koloru 
bordowego – jej łóżko przecież było złote...  
Natychmiast zerwała się na równe nogi, co spowodowało, że napłynęła nowa fala mdłości i zawroty 
głowy. Nie miała jednak na to czasu.
Z pokoju Al nie było nic widać, więc wybiegła na korytarz i dopadła innego okna, z którego miała 
widok na podjazd i na ganek. Dostrzegła kanarkowe Porche, a obok niego swoją przyjaciółkę, która 
właśnie wyraźnie ociągała się z wejściem do pojazdu od strony pasażera. Ich oczy, mimo dużej 
odległości, spotkały się. Bella bezwiednie wyciągnęła w jej stronę rękę, ale napotkała przeszkodę w 
postaci szyby. Alice także wyciągnęła swoją dłoń, a wyraz twarzy miała potwornie zrozpaczony.
Kocham cię, wyszeptała chyba. 
A potem nagle zniknęła z pola widzenia. Zdążyło jedynie mignąć muskularne ramię Jaspera, które 
poznała po zielonym rękawie i Al siedziała już w aucie. Jej drobnym ciałem zatrząsł szloch – a 
później drzwi się zamknęły i nic już nie widziała.
Samochód ruszył z piskiem opon. Bella zaczęła spazmatycznie oddychać, a jej oczy powiększyły się 
do wielkości spodków. Odwróciła się i pędem pogalopowała przez dom.
Oni tylko pojechali po mleko, na pewno. Ostatnio pochłaniała takie ilości mleka, że ciągle trzeba 
było uzupełniać dla niej zapasy. Nic dziwnego, że musieli pojechać. Ale reszta rodziny tu jest. Zaraz 
wyczują, jak się zdenerwowała i pocieszą ją, głaskając po głowie. Emmett wyśmieje jej panikę, a 
Alice po chwili wróci i już wszyscy będą się z tego śmiać...
Pokój Rose i Emmetta...
Później nawet pozwoli Al, żeby pobawiła się jej twarzą... oczywiście ostrzeże ją, aby nie używała 
żadnych substancji, które mogłyby zaszkodzić dziecku...
Pokój Esme i Carlisle'a... On wcale nie jest dziwnie pusty... Po prostu wszystko jest poukładane i 
pochowane do szafek... 
Alice wreszcie zauważy, że jej włosy od jakiegoś czasu samoistnie skręcały się w piękne loki – na 
razie były to tylko poszczególne kosmyki, ale zachowywały się jak sprężynki, lubiła się nimi bawić – 
prostować, a potem puszczać i obserwować, jak powracają do poprzedniej pozycji...
Gabinet Carlisle'a... Nie każdy musi rozrzucać swoje rzeczy gdzie popadnie, tak jak ona zwykła to 
robić... Oni są po prostu porządni.
Pogodzą się z Edwardem, przeprosi ją, będzie się cieszył z ich dziecka, jego ojciec będzie robił jej 
USG i obydwoje jak zaczarowani będą wpatrywać się w pierwsze zdjęcia ich synka... Bo to będzie 
syn. Idealny jak ojciec... 
Kuchnia, salon, jadalnia... Wszyscy pojechali po mleko. Dużo mleka. Zacieśniają rodzinne więzi 
wspólnym zakupami, a nie chcieli jej budzić, aby pojechała z nimi. W końcu spała...
Właśnie, spała! Bingo! Po prostu jeszcze się nie obudziła. Śniło jej się, że wstała, pokłóciła się z 
ukochanym, zasnęła i obudziła się sama. Co za głupi sen... Może wypiła zbyt dużo mleka przed 
snem. Trzeba z tym skończyć.
Praktycznie wyleciała na ganek. Był pusty. Bo oni byli w sklepie. W jej śnie. 
Dla pewności sprawdziła jeszcze garaż. Nie stał w nim żaden pojazd, z wyjątkiem motoru Edwarda. 
Bo wszyscy nie zmieściliby się w mercedesie... Musieli pojechać wszystkimi samochodami.
A nie... Co tak się srebrzyło w kącie? Jej serce podskoczyło. Przecież to Volvo! Edward z nią został! 
W jej śnie! Zaraz obejmie ją od tyłu i zacznie szeptać czułe słówka prosto do ucha, a potem okaże 
się, że naprawdę jej coś szeptał, próbując ją dobudzić... Uśmiechnęła się. Czekała.
I czekała.
Czekała przez niemal godzinę w bezruchu. W końcu dzidziuś zmusił ją do skorzystania z łazienki w 
celach opróżnienia z siebie żołądka – bo nic poza nim już jej nie pozostało. Wszystko zwymiotowała 
przed kłótnią.
Właśnie, kłótnia. Była taka poważna... I Bella kazała mu iść w cholerę. Ale chyba nie wziął tego na 
poważnie, prawda? Nie był przecież takim idiotą...

background image

A nie, chwila. Przecież to tylko sen.  
Nogi   miała   jak   z   waty.   Nim   nad   nimi   zapanowała,   zapadły   się   pod   nią.   Upadła   na   podłogę. 
Zdezorientowała, rozejrzała się wokoło. Czuła również oszołomienie. Po chwili zaczął ją boleć tyłek. 
Pomacała   komodę,   aby   się   na   niej   wesprzeć   i   jakoś   się   podnieść.   Jej   palce   natrafiły   na   jakąś 
kopertę. Stwierdzając, że i tak nie jest gotowa, by wstać – zbyt kręciło jej się w głowie – chwyciła 
papier i przysunęła pod nos.
Bella.
Bella... Czy tu pisze Bella? Czyli to ona była adresatem? Literki tak jej skakały przed oczami... 
Ledwo rozpoznała charakterystyczne pismo Alice, bo straciło wszystkie swoje zawijasy, tak typowe 
dla ich optymistycznej wizjonerki...
Wyciągnęła list z opakowania i skupiła się maksymalnie na odczytaniu treści.

B.,
bardzo Cię kocham. Zawsze będę... Moja kochana siostrzyczko... Zawsze o tym pamiętaj.
Próbowałam go przekonać, tak, jak próbowałam to zrobić rok temu – z takim samym skutkiem.
Nigdy Cię nie zapomnę. Zawsze będziesz moją najlepszą przyjaciółką...
Zawsze, zawsze będę przy Tobie duchem.
Kocham Cię.
Naprawdę Cię kocham...
A. 

Przeczytała drugi raz. I trzeci. I dziesiąty. Nawet gdy jej umysł przyswoił sobie notkę na pamięć, to 
nadal nie miała ona żadnego sensu. Przeczytała jeszcze raz... Jej wzrok przykuł termin „rok temu”. 
Co się stało rok temu..? Nie, niemożliwe. Nie mogło chodzić o to samo. Nie mogło... Przyrzekł, że 
już jej nigdy nie opuści. A ona mu wierzyła. Bezgranicznie wierzyła... Była pewna, że nie opuściłby 
swojej żony noszącej pod sercem jego dziecko. Przecież tak cierpiał, że nie mogli mieć dzieci... To 
pewnie przez szok zareagował tak, jak zareagował na ciążę. Tak, to musiał być szok.
Rok temu? Nie. Nie, na pewno nie.
On wróci. Oni wrócą.
Nie, inaczej. Przecież spała.
Zaraz się obudzę...

 Nie spała już zaledwie kilku minut. Chętnie powróciłaby do błogiego stanu nieświadomości, w  
którym przebywała przez większą część swojego czasu, ale ktoś jej na to nie pozwalał.
- Już, już, Edward. Już idę – zagruchała uspokajająco, gdy syn zaczął się niecierpliwić. Kopał w jej 
naciągnięty, twardy niczym skała brzuch niczym zawodowy piłkarz.
Leżała tylko na plecach – każdą inną pozycję uniemożliwiał mężczyzna, czy też właściwie chłopczyk 
jej życia. Doprawdy, nie mogła się doczekać, aż wyjdzie na drugą stronę jej ciała. Na razie, mimo iż 
bez chwili przerwy był przy niej, czuła się... dziwnie. Rozmawiała z nim, ale nie mogła się doczekać, 
aż   zacznie   odpowiadać.   Głaskała   go   przez   swoją   skórę,   ale   chciała,   by   ściskał   jej   palce...   A 
jednocześnie panicznie się bała, że gdy dorośnie, opuści ją. 
Tak jak wszyscy inni.
Wyciągnęła   spod   pachy   termometr,   choć   mierzyła   temperaturę   bardziej   z   przyzwyczajenia   niż 
konieczności   –   od   miesiąca   brakowało   na   nim   odpowiedniej   skali.   Jej   ciało   zawsze   miało 
zdecydowanie poniżej trzydziestu paru stopni. Tym razem nie było inaczej.    
Z westchnieniem otworzyła oczy i zamrugała. Nad głową miała śnieżnobiały sufit – choć jego barwę 
potrafiła określić tylko z doświadczenia, bo pokój skąpany był w mroku nocy. Odrzuciła od siebie 
kołdrę i ostrożnie, podtrzymując się szafki nocnej dla bezpieczeństwa, dźwignęła się do pozycji 
siedzącej. Było to tak męcząca czynność, że musiała chwilę odsapnąć, po czym podniosła się na nogi 
i podtrzymując czego się da, wyczłapała z pomieszczenia. Zajęła starą sypialnię Esme i Carlisle'a – 
stamtąd było bardzo blisko zarówno do łazienki jak i do kuchni, a to były jedyne pokoje, które 
odwiedzała odkąd...
Odkąd to się stało.
Na początek wypiła tradycyjną szklankę mleka, po czym zrobiła sobie szybko kanapki, siedząc przy 
wysepce kuchennej. Nie mogła zbyt długo stać. Tak po prawdzie, to nie mogła stać w ogóle. Zawsze 
się o coś opierała. Wyparowały z niej wszelkie siły witalne. Wszystko wsiąknęło w dziecko. Czuła się 

background image

jak niepełnosprawna.
I musiała bardzo uważać. Nie mogła pozwolić sobie na upadek; mogłaby coś zrobić Edwardowi. 
Teoretycznie była teraz twardsza niż szafki i inne meble, ale tylko teoretycznie. Nie mogła przecież 
sprawdzić, jak teoria ma się do praktyki.  
Przez miesiąc trwała w depresji, prawie nie podnosząc się z kanapy, czy innego miejsca, które 
obecnie zajmowała. Była kompletnie załamana, odkąd odkryła, że na parterze i pierwszym piętrze 
nie było żadnego zdjęcia. Żadnych pamiątek...    
I wtedy po raz pierwszy się do niej odezwał. Myślała o tym, że była samotna i wtedy lekko ją kopnął. 
To było tak, jakby od źródła uderzenia rozchodziło się ciepło... I miłość. Kochała go każdą komórką 
swojego ciała. Połową swojego serca. 
Druga połowa zaginęła bezpowrotnie.
Od tamtej pory odzywał się rzadko, acz regularne. Później coraz częściej... Codziennie... Obecnie 
robił to bez przerwy. Kochany dzieciak. Zdawała sobie sprawę, że przez tę całą miłość i sytuację 
mały będzie najbardziej rozpieszczonym dzieckiem w całym wielkim świecie, ale nie mogła nic na to 
poradzić. Nie mogła...
Pragnęła mniej się denerwować – nie wolno się przecież stresować w czasie ciąży. Ale jak tu się nie 
denerwować? Wszystko szło na opak. Nie mogła pójść na studia, nie mogła pokazać się Charliemu, 
nie   mogła   nawet   chodzić!   Fabrykowanie   dowodów,   że   prowadziła   w   rzeczywistości   życie 
przykładnej studentki literatury angielskiej, było okropnie trudne, tym bardziej, że jej ojciec był 
policjantem, więc łatwo mógł wszystko sprawdzić. 
Tego wszystkiego było za dużo. Kończyło się jedzenie, dziecko niedługo miało się urodzić – nie 
dopuszczała do siebie myśli, że poród mógłby okazać się ponad jej siły – a ona nie miała dla niego 
żadnych ubrań, stosownych mebelków...
Jak ona sobie z tym wszystkim poradzi?
Wtedy rozległo się pukanie.
Jej serce na moment stanęło, po czym rozgalopowało się z oszałamiającą prędkością, ale nakazała 
sobie zachowanie spokoju. Może ktoś sobie pójdzie. Może nie postanowią włamać się do domu, 
żeby coś ukraść czy coś sprawdzić. W końcu Cullenowie wyjechali tak nagle... Ludzi mogła zżerać 
ciekawość, a złodzieje połasić się na szybki łup. Nie mogła otworzyć ani chociaż sprawdzić, kim był 
gość. W końcu nie powinno jej tu być – nie wspominając już o tym, że w jej stanie nie dowlekłaby 
się do drzwi przez najbliższe pół godziny.     
Odetchnęła głęboko, a synek kopnął ją pocieszająco. Pogłaskała swój monstrualny brzuch, próbując 
się nieco uspokoić. Wtedy coś mignęło za oknem.
Jako człowiek nie zauważyłaby tego, ale teraz miała nieco wyostrzone zmysły. Nieznajomy miał 
wysoką, smukłą sylwetkę i skórę jasną jak śnieg, a jego jasne oczy nieokreślonej barwy błyszczały na 
tle lekko ośnieżonego podwórza. Z całym przekonaniem mogła powiedzieć, że był on wampirem.
- Widzę cię – oznajmiła cicho. I tak nie było szans, żeby jej nie zauważył. Podniosła się chwiejnie i 
podtrzymując się ściany, dosunęła się do drzwi od tarasu i przekręciła zamek. Tysiące myśli tłukło 
się po jej głowie. Po co to robiła? Przecież to szaleństwo!
Zawahał się, po czym skorzystał z jej niewypowiedzianego zaproszenia. Zapaliła światło, by móc się 
mu lepiej przyjrzeć.
Miał  ciemne  włosy,  a  pod typową  wampirzą  bladością  widniały  ślady  oliwkowej  karnacji.  Rysy 
twarzy miał jakby hiszpańskie – wyglądał trochę jak Latynos. Przyglądał jej się ciekawie.
- Proszę wybaczyć najście – powiedział niezwykle cicho; w jego melodyjnym głosie pobrzmiewał 
obcy akcent. - Ale przejeżdżałem w pobliżu i zmorzył mnie sen...
- Ten dom leży pięć kilometrów od głównej drogi w głąb lasu – przerwała mu. - I śmiem wątpić, czy 
zmorzył   pana   sen.   Mogę   przedstawić   moją   teorię?   Polował   pan   i   nagle   poczuł   nikły   zapach 
wampira. Trop doprowadził cię – to znaczy pana – prosto do tego domu. Lecz ślady miały parę 
miesięcy i zdążyły zblednąć, a w środku była tylko dziwna, ciężarna dziewczyna. Coś pominęłam?  
Skąd wzięła się w niej ta odwaga? Prawda, że trochę pomagał fakt, że pan Latynos miał złote oczy, 
ale to ciągle było szaleństwo. Chociaż... Jej całe życie było szaleństwem.
- Nie całkiem – przyznał. - Jesteś intrygująca, wiesz? Twoje serce bije, masz rumieńce, brązowe 
oczy... I wampirzy zapach..?
- Pachnę jak wampir? - zdumiała się.
- Znowu nie całkiem. Nie potrafię tego wyjaśnić. 
- Więc to pewnie mój syn tak pachnie – wzruszyła lekko ramionami.
- Robisz się coraz bardziej intrygująca – mruknął, przypatrując jej się ciekawie. - Mogłabyś mi 
trochę wyjaśnić? 

background image

- Nawet cię nie znam.
- Eleazar – powiedział po prostu. Zawahała się chwilę. Jego oczy budziły jej zaufanie, ale nie mogła 
przecież wyjawić wszystkiego. Więcej, nie powinna była mówić nic. Ale... Był wegetarianinem. I 
intrygowała go... Zaintrygowała kolejnego już wampira. Wzdrygnęła się nieco. A co, jeśli właśnie 
nadeszła odpowiedź na jej problemy?
Nie. To niemożliwe.
Ale...
I nagle przypomniała sobie, że już słyszała o wampirze noszącym imię Eleazar. 
On przecież przyjaźnił się z wampirami.
Podjęła decyzję impulsywnie.
- Isa... Isobel.

Nigdy nie doświadczyła przemiany w wampira, ale ból towarzyszący temu doznaniu to musiał być 
mały pokuś. Wrzasnęła niekontrolowanie, gdy poczuła kolejny skurcz. To było takie okropne! Jej 
ciało było teraz o wiele twardsze, co wbrew pozorom nie tyle ułatwiało, co znacznie utrudniało 
rozszerzanie się odpowiednich narządów. Nienawidzę cię, Cullen! 
Skurcze dręczyły ją coraz częściej – co około godzinę, a trwały kilka minut. Jej przyjaciel pocieszał 
ją, ale nie potrafiła, nie chciała się na tym skupiać. Zbyt skupiała się na własnych odczuciach. Poród 
ją paraliżował.
Sapnęła, gdy skurcz ustał. Zakręciło jej się w głowie i po raz kolejny zemdlała, by obudzić się w pięć 
minut później, zaalarmowana kolejnym bólem. I tak od kilku godzin.
Nie miała  zielonego pojęcia,  jak sobie z  tym wszystkim poradzi.  Pragnęła teraz  czuć  ból – nie 
dlatego, że nabrała masochistycznych skłonności, ale dlatego, że on ją cucił. Nie mogła przecież być 
nieprzytomna. Musiała urodzić tradycyjnie – żaden nóż nie przebiłby się przez jej skórę, a Eleazar 
wolał nie ryzykować. Ryknęła przejmująco, gdy kolejna nieprzyjazna fala doznań na nią spłynęła. 
Oddychała  histerycznie,  łapiąc  nieskończenie  wiele  małych, szybkich  wdechów  i  wydechów. Jej 
pięści zaciskały się kurczowo na prześcieradle, a głowa wciskała się w zagłówek specjalnego łóżka 
szpitalnego. Próbowała utrzymać świadomość, gdy boleści znów ustały. 
Znów się nie udało.
Na dobrą sprawę nie wiedziała, kiedy rozpoczęła się druga, właściwa faza porodu. To musiało być 
zaraz przed którymś z kolei obudzeniem się. Słyszała wszystko tak, jakby była pod wodą – swoje 
krzyki, głos nakazujący przeć... Parła. Gdy tylko nadchodził kolejny skurcz, parła. I znów parła. 
Trzymała się kurczowo uczucia, że musi to robić. Musiała pomóc swojemu synowi wyjść na ten 
świat. Musiała... On musiał żyć.
Nagle   zorientowała   się,   że   znów   odpływa.   Nie   mogła!   Musiała   być   przytomna.   Jeszcze   trochę, 
jeszcze chwila... To tylko kilka godzin.
Zmusiła się do kolejnego wysiłku, ale nie dała rady zrobić nic więcej. Przygniotła ją ciemność. Nie 
potrafiła jej odepchnąć...

Obudziła się, a w jej głowie panowała przyjemna pustka. Przez moment nie pamiętała, kim była, 
gdzie była... Liczyło się tylko to, że było jej ciepło i że była w miarę wyspana, co rzadko jej się 
zdarzało.
Potem zaczęły napływać wspomnienia... Każde jedno. Zamrugała niepewnie. Nie chciało jej się, ale 
cóż to za wytłumaczenie? Liczył się tylko jeden fakt – co z jej synem? Niepewnie poruszyła ręką i 
skierowała ją do swojego brzucha. Był płaski i ciepły, i miękki. Zamarła. Co się stało? Czemu znów 
była w pełni człowiekiem? I... I czy to wszystko, co się ostatnio wydarzyło, było   prawdą? Czy to 
możliwe, że to był tylko sen?
Nie! Tak pokochała swoje dziecko... Nie mogłaby bez niego żyć.
Przed jej oczami pojawiła się piękna twarz ciemnowłosego wampira. Część z niej westchnęła z ulgą, 
ale ciągle potrzebowała wielu informacji.
- Eleazar? - wychrypiała. - Eleazar, mój syn... Co... Co z... nim?
- Bel, jak się czujesz? - spytał, ignorując ją.
- Jak człowiek... Co... z nim? 
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Nie masz syna.
Co? Czy on... Nie!

background image

- Czemu właściwie założyłaś, że to był syn?
To pytanie było dla niej mocno niezrozumiałe. Odchrząknęła nerwowo i zapytała mocniejszym już 
głosem. - O co ci chodzi? Co z...
- Dziewczynka. Raczej zdrowa. Żyje i ma się dobrze. Zaraz ją zobaczysz.
- Dziewczynka..? - powtórzyła. Miała córkę? Naprawdę miała córkę?
Zdrową, śliczną córeczkę?
- Chcę teraz – oznajmiła kategorycznie, podciągając się na ramieniu. Nadal miała zawroty głowy, 
ale lekkie. Nogi też wydawały się być mniej bezwładne. 
- Nie próbuj wstawać – ostrzegł ją. - Byłaś nieprzytomna kilka dni i...
- Czuję się dobrze – przerwała mu. Niepewnie ześlizgnęła się z łóżka – na które przyjaciel musiał ją 
przenieść – i jej wzrok przykuła biała kołyska przy łóżku. Posłała mu pytające spojrzenie, na co 
pokiwał głową. Pochyliła się nad łóżeczkiem.
Małe niemowlę śpiące słodko było w stu procentach idealne. Jej skóra była śnieżnobiała i błyszczała 
lekko w promieniach zachodzącego słońca. Na czubku głowy miała uroczą kępkę ciemnorudych 
włosków i machała rączkami przez sen. Ubrana była w żółte śpioszki. Pogłaskała ją po policzku, a 
miłość zalała jej serce tak intensywnie jak jeszcze nigdy. Łzy nie wiadomo skąd znalazły się w jej 
oczach i nim się zorientowała, płynęły strumieniami po jej twarzy. 
Poznała ją. To nieprawdopodobne, ale naprawdę ją poznała – mimo iż zobaczyła ją po raz pierwszy. 
Nie było wątpliwości, że to była jedna i ta sama osóbka, którą nosiła w sobie przez niecałe pięć 
miesięcy.   Ta   sama   osóbka,   która   pomogła   jej   przetrwać.   Jej   dziecko...     Uśmiechnęła   się.   Była 
bezgranicznie szczęśliwa. Bezgranicznie.
Tym razem uważnie słuchała obserwacji i wyników badań, jakie przeprowadził Eleazar, od czasu do 
czasu zadając własne pytania. Przez kilka godzin siedziała na swoim posłaniu, kołysząc delikatnie 
łóżeczkiem dziecka. Nie przejmowała się już przeciwnościami losu. Był on przecież niezmiernie 
uczynny.
Poderwała   się,  gdy  mała   zaczęła   lekko   gaworzyć.  Budziła  się.  Niepewnie  wyjęła   ją  z  mebelka   i 
gestem, który chyba każda kobieta miała zapisany w genach, objęła ją i chodziła trochę po pokoju, 
testując własne możliwości. Jej córeczka powoli otwierała oczka. Miały znajomy, koci kształt, ale – 
ku jej zachwytowi i zdumieniu – miały barwę słodkiej, mlecznej czekolady. Bardzo, bardzo słodkiej. 
Na ten widok wreszcie coś się zmieniło – nad jej życiem, po miesiącach nieustannych burz, wzeszło 
jaskrawe, ciepłe słońce w zapowiedzi nowego dnia... Nowego życia.
Słowa wypłynęły z jej ust, choć wcale się nad nimi nie zastanawiała.
- Witaj na świecie, Renesmee...        
***

Edward   obracał   niepewnie   obrączkę  na   palcu.  Jego   powieki   nieustannie   opadały,  by  po   chwili 
podnieść się na nowo.
'Wejdź, Al'
Siostra,   która   kręciła   się   niepewnie   przed   pokojem,   pchnęła   zdecydowanie   drzwi,   po   czym 
dokładnie je za sobą zamknęła. Obrzuciła wampira czujnym spojrzeniem i opadła na łóżko, tuż 
obok niego.  
'Tak masz zamiar spędzać teraz swoje wolne chwile? Rozpamiętując, rozmyślając, tęskniąc?'
'Teraz jest inaczej. Lepiej. To przyjemniejszy rodzaj tęsknoty'
'Mniej intensywny?'
'Nie. Wolny od niedomówień. Pełen nadziei'
Chwyciła delikatnie jego dłoń, a on odwzajemnił uścisk.
'Dlaczego pozwoliłeś jej odejść?'
'Wiesz, dlaczego. Zbyt dużo zdarzyło się między nami. Zbyt dużo bólu, tajemnic, nieporozumień. I 
dodatkowo dwadzieścia trzy lata rozłąki.
Ona ma teraz inne życie. Wśród innych ludzi. Innego otoczenia'
'Kochacie się', stwierdziła, nie potrafiąc ukryć tego, jak bardzo uczepiła się tej myśli.
'Czasami to nie wystarcza'
'A ja i tak mam nadzieję, że do siebie wrócicie'
'Może kiedyś. Może nie'
'Powinieneś poznać swoją córkę', pomyślała. 
'Nie było mnie przy niej, gdy się urodziła, wychowywała, rosła', zaprzeczył. 'Nie mogę się teraz 
pchać z butami w jej życie. Za późno na to'
'Nidy nie jest za późno!'

background image

'Chciałbym, żebyś miała rację'
Westchnęła leciutko. 'Wasza historia nie miała szczęśliwego zakończenia'
'Szczęśliwe zakończenie występuje tylko w książkach', odpowiedział jej brat. 'W życiu jednak te dwa 
terminy   wzajemnie   się   wykluczają.   Jeśli   coś   jest   szczęśliwe   aż   do   końca,   to   nie   ma   swojego 
zakończenia. Jednak jeśli się zakończyło, to nie może być szczęśliwe'
'Ta wojna wiele zmieniła. Odebrała nam tak wiele ważnych osób...'
'Jednakże sporo jej zawdzięczamy'
'Masz na myśli to, co ja?'
'Tak. Prawdę.'  

Koniec