background image
background image

Carter Ally

Powiedziałabym ci, że cię kocham ale...

Dziewczyny z Akademii Gallagera 

01

Są piękne, inteligentne, mistrzowsko opanowały sztuki walki, potrafią

łamać kody CIA i rozbroić bombę. Ich praca domowa to włamanie się

do komputera FBI lub założenie ładunków wybuchowych we

wskazanym obiekcie. Akademia Gallagher dla Wyjątkowych Dziewcząt

może uchodzi za szkołę dla geniuszy, ale tak naprawdę jest czymś

zupełnie innym. Cammie Morgan zna czternaście języków i siedem

sposobów na obezwładnienie przeciwnika, ale zupełnie traci głowę, gdy

poznaje zwyczajnego chłopaka, który w dodatku myśli, że ona jest

zwyczajną dziewczyną...

Rozdział 1

Pewnie wiele nastoletnich dziewczyn czuje się czasem

tak, jakby były niewidzialne. Jakby po prostu znikały. To tak jak ja, Cammie Kameleon. Ale ja mam
więcej szczęścia, bo w mojej szkole uważamy, że to fajne. Chodzę do szkoły dla szpiegów.

Teoretycznie  Akademia  Gallagher  dla  Wyjątkowych  Dziewcząt  jest  szkołą  dla  geniuszy,  a  nie  dla
szpiegów. Każda z nas może wybrać sobie zawód, który odpowiada jej wyjątkowemu wykształceniu.
Jednak w tej szkole uczymy się zaawansowanych systemów kodowania i czternastu języków obcych,
więc  brzmi  to  trochę  tak,  jakby  wielka  kompania  tytoniowa  przekonywała  dzieci,  żeby  nie  paliły.
Dlatego wszystkie uczennice w Gallagher dobrze znają te puste słowa. Nawet moja mama już mnie
nie  poprawia  i  tylko  robi  miny,  kiedy  mówię,  że  to  szkoła  dla  szpiegów. A  to  ona  jest  dyrektorką.
Była tajną agentką CIA i podsunęła mi pomysł opisania ostatniego semestru jako mojego pierwszego
tajnego  raportu  operacyjnego.  Zawsze  nam  powtarza,  że  najgorszą  częścią  pracy  szpiega  wcale  nie
jest niebezpieczeństwo, ale papierkowa robota. Kiedy siedzisz w samolocie ze Stambułu do domu, a
w pudle na kapelusze ukrywasz głowicę nuklearną, to naprawdę ostatnią 2

rzeczą, na jaką masz wtedy ochotę, jest sporządzanie raportu. Właśnie dlatego to piszę - dla wprawy.

Jeśli masz co najmniej czwarty stopień wtajemniczenia, to pewnie wiesz wszystko o dziewczętach z
Gallagher,  bo  istniejemy  od  ponad  stu  lat  (to  znaczy  szkoła  istnieje,  ja  za  miesiąc  skończę  dopiero
szesnaście lat!). A jeśli nie jesteś wtajemniczona, to pewnie myślisz, że to jakaś miejscowa legenda.

background image

Tak jak odrzutowe plecaki i znikające uniformy. A przejeżdżając koło porośniętych bluszczem ścian i
patrząc na wielką rezydencję i wypielęgnowany trawnik, myślisz jak większość ludzi, że Akademia
Gallagher  dla  Wyjątkowych  Dziewcząt  jest  tylko  ekskluzywną  szkołą  z  internatem  dla  znudzonych
bogatych panienek, które nie mają innego pomysłu na życie.

Prawdę  mówiąc,  zupełnie  nam  to  nie  przeszkadza.  Dzięki  temu  we  wrześniu  nikt  z  Roseville  w
Wirginii  nie  zdziwił  się  nawet  na  widok  długiego  sznura  limuzyn  zwożących  moje  koleżanki  do
kampusu. Przez okno na trzecim piętrze rezydencji obserwowałam, jak samochody wy-

łaniały  się  jeden  po  drugim  z  zielonych  liści  i  wjeżdżały  przez  wysoką  żelazną  bramę.  Prawie
kilometrowy podjazd wił się wśród wzgórz i wyglądał idyllicznie jak brukowana żółta droga Dorotki
z  Czarnoksiężnika  z  Krainy  Oz. Nic  nie  zdradzało,  że  był  naszpikowany  wiązkami  laserowymi
rozpoznającymi  bieżniki  opon,  czujnikami  wykrywającymi  materiały  wybuchowe,  a  ukryta  pułapka
mogła  dosłownie  połknąć  całą  ciężarówkę.  (Jeśli  wydaje  ci  się  to  niebezpieczne,  nawet  nie  pytaj
mnie o staw!)

Objęłam ramionami kolana i przyglądałam się temu wszystkiemu przez falującą szybę. W maleńkiej
wnęce  okiennej  upięto  czerwone  aksamitne  zasłony  tworzące  niezwykły  nastrój  spokoju.  Dobrze
wiedziałam,  że  za  jakieś  dwadzieścia  minut  korytarze  zaleje  tłum,  zabrzmi  głośna  muzyka,  a  ja
przestanę być jedynaczką i zyskam prawie set-3

kę sióstr. Dlatego rozkoszowałam się ostatnimi chwilami ciszy.

Jakby  na  potwierdzenie  moich  myśli,  w  holu  historycznym  na  drugim  piętrze  rozległ  się  głośny
wybuch, a schody wypełnił zapach palonych włosów. Zaraz potem usłyszałam dostojny głos profesor
Buckingham:

- Dziewczęta! Mówiłam przecież, że macie tego nie dotykać!

Zapach  stawał  się  coraz  paskudniejszy,  a  jedna  z  siódmoklasistek  pewnie  nadał  próbowała  ugasić
płonące włosy, bo profesor Buckingham wrzasnęła:

- Nie ruszaj się. No, nie ruszaj się, mówię! Następnie użyła kilku niecenzuralnych francuskich

słów, których uczennice nie poznają jeszcze przez dobre trzy semestry.

Przypomniałam  sobie,  jak  zawsze  na  początku  roku  któraś  z  pierwszokłasistek  zgrywa  cwaniarę  i
popisuje  się,  chwytając  miecz,  którym  Gillian  Gallagher  zabiła  tego  gościa,  który  czyhał  na  życie
Abrahama Lincolna - tego pierwszego gościa oczywiście. Tego, o którym nigdy się nie mówi.

Z  kolei  nowym  uczennicom  na  pierwszej  wycieczce  po  kampusie  nie  mówi  się,  że  miecz  Gilly  ma
wystarczająco silny ładunek elektryczny, żeby... zwyczajnie... podpalić włosy.

Uwielbiam początek roku szkolnego.

Nasz pokój jest na poddaszu. Są w nim niesamowite okna i mnóstwo zakamarków, gdzie można sobie
usiąść, oprzeć się o ścianę i nasłuchiwać tupotu stóp oraz pisków powitalnych po wakacjach, pewnie

background image

typowych  dla  każdej  szkoły  z  internatem  (chociaż  mniej  typowych,  gdy  wykrzykiwane  są  po
portugalsku  lub  w  języku  perskim).  Na  korytarzu  Kim  Lee  opowiadała  o  swoich  wakacjach  w
Singapurze, a Tina Walters o tym, że

„Kair był odjazdowy, ale

9

Johannesburg  niespecjalnie".  Dokładnie  to  samo  powiedziała  mi  mama,  kiedy  marudziłam,  że  Tinę
rodzice zabierają na wakacje do Afryki, a ja miałam jechać do dziadków na ranczo w Nebrasce. To
zdecydowanie  nie  było  doświadczenie,  które  mogło  nauczyć  mnie,  jak  wyrwać  się  z  wrogiej  bazy
przesłuchań ani jak rozbroić bombę.

- A gdzie Cammie? - zapytała Tina.

Nie  miałam  jednak  ochoty  opuszczać  swojego  pokoju,  dopóki  nie  wymyślę  jakiejś  wiarygodnej
historyjki  pasującej  do  tych  wszystkich  międzynarodowych  eskapad  moich  koleżanek,  z  których
siedemdziesiąt procent to córki tajnych agentów. Nawet Courtney Bauer była tydzień w Paryżu, a jej
rodzice  są  optykami.  Teraz  już  chyba  rozumiecie,  czemu  nie  miałam  ochoty  przyznać  się,  że
spędziłam trzy miesiące w Stanach, oprawiając ryby.

W  końcu  postanowiłam  opowiedzieć  im,  jak  eksperymentowałam  z  domowymi  przedmiotami  i
próbowałam  uczynić  z  nich  broń  oraz  jak  niechcący  skróciłam  o  głowę  stracha  na  wróble  (kto  by
pomyślał,  że  zwykłe  druty  do  robótek  ręcznych  mogą  być  takie  niebezpieczne?).  Nagle  usłyszałam
znajome głuche stuknięcie walizek o ścianę, a zaraz potem głos z południowym akcentem:

- Cammie, wyłaź, gdzie się ukrywasz.

Wyjrzałam  zza  węgła  i  w  drzwiach  zobaczyłam  pozującą  Liz,  starającą  się  wyglądać  jak  miss
Alabamy.  W  rybaczkach  i  klapkach  bardziej  przypominała  jednak  wykałaczkę.  Bardzo  czerwoną
wykałaczkę.

Uśmiechnęła się i spytała:

- Stęskniłaś się za mną?

Prawdę mówiąc, stęskniłam się za nią, ale bałam się ją nawet uściskać.

- Co ci się stało?

Zrobiła minę i odpowiedziała krótko:

- Nigdy nie zasypiaj przy basenie w Alabamie.

10

Zupełnie  jakby  sama  wcześniej  o  tym  pomyślała. A  naprawdę  powinna  była.  Co  prawda  wszystkie

background image

jesteśmy  geniuszami,  ale  to  Liz  w  wieku  dziewięciu  lat  uzyskała  najwyższy  wynik  z  testów
końcowych  w  trzeciej  klasie  -  najwyższy  w  historii.  Rząd  uważnie  rejestruje  takie  przypadki  i
dlatego przed rozpoczęciem siódmej klasy jej rodziców odwiedzili jacyś potężni faceci w ciemnych
garniturach.  Trzy  miesiące  później  Liz  była  już  dziewczyną  z  Gallagher,  chociaż  zdecydowanie  nie
jest typem „zabiję gołymi rękoma". Jeśli kiedyś będę miała misję do wykonania, to chcę mieć wtedy
obok  siebie  Bex,  a  Liz  powinna  trzymać  się  jak  najdalej,  w  otoczeniu  komputerów  i  szachownicy.
Ciągle  mam  przed  oczami  scenę,  kiedy  chciała  rzucić  walizkę  na  łóżko,  a  wywróciła  półkę  z
książkami,  zniszczyła  mój  sprzęt  stereo  i  zgniotła  na  miazgę  perfekcyjny  papierowy  model  DNA,
który zrobiłam w ósmej klasie.

- Ojoj! - wykrzyknęła, zakrywając twarz ręką.

Zna  całe  mnóstwo  przekleństw  w  czternastu  językach,  jednak  gdy  nabroi,  zawsze  mówi  to  swoje
„ojoj". Było mi już wszystko jedno, że się spiekła na słońcu, musiałam ją wyściskać i koniec!

Punktualnie o wpół do siódmej schodziłyśmy na dół ubrane w szkolne mundurki, gładząc mahoniowe
poręcze  krętych  schodów  prowadzących  do  holu.  Moja  historia  z  drutami  okazała  się  hitem  i
dziewczyny  umierały  ze  śmiechu,  ale  Liz  i  ja  bacznie  obserwowałyśmy  drzwi  prowadzące  do
przedsionka.

- Może samolot się spóźnił? - szepnęła Liz. - Albo coś z odprawą? Albo...

po prostu się spóźni.

Przytaknęłam  i  nadal  wpatrywałam  się  w  korytarz,  jakby  Bex  miała  na  zawołanie  pojawić  się  w
drzwiach. Te jednak nie otworzyły się, a Liz piskliwie spytała:

6

- Odzywała się do ciebie? Bo do mnie nie. Czemu się nie odezwała?

Szczerze  mówiąc,  zdziwiłabym  się,  gdybyśmy  miały  od  Bex  jakieś  wiadomości.  Jak  tylko
powiedziała  nam,  że  rodzice  biorą  urlop,  żeby  spędzić  z  nią  wakacje,  wiedziałam,  że  nie  będzie
typem  korespondencyjnej  przyjaciółki.  Za  to  Liz  była  specjalistką  od  wyciągania  zupełnie  innych
wniosków.

- O rany, a może rzuciła szkołę? - zastanowiła się z przejęciem w głosie. -

Albo ją wywalili?

- No co ty? Czemu?

- No, wiesz... - zająknęła się Liz i wzruszyła ramionami. - Bex zawsze była na bakier z zasadami.

Niestety musiałam się z nią zgodzić.

-  No  bo  dlaczego  by  się  spóźniała?  Przecież  dziewczęta  z  Gallagher  się  nie  spóźniają!  Cammie,  ty

background image

coś wiesz, prawda? Na pewno coś wiesz!

W  takich  momentach  nie  jest  fajnie  być  córką  dyrektorki.  Po  pierwsze,  ludzie  myślą,  że  jestem
wtajemniczona  we  wszystko,  a  nie  jestem.  Po  drugie,  wszyscy  zakładają,  że  mam  układy  z
nauczycielami, a nie mam.

Oczywiście  jadam  w  soboty  kolacje  z  mamą  i  czasem  zostawia  mnie  na  pięć  sekund  w  swoim
gabinecie, ale to wszystko. W czasie roku szkolnego jestem zwykłą uczennicą Gallagher - poza tym że
czasem wkurzam się z dwóch wymienionych wyżej powodów.

Znowu spojrzałam na drzwi wejściowe i odpowiedziałam Liz:

- Na pewno po prostu się spóźni.

Modliłam  się,  żeby  podczas  kolacji  urządzono  jakiś  konkurs,  bo  nic  nie  mogło  skuteczniej
przyciągnąć uwagi Liz.

Podchodząc do wielkich, ciężkich, otwartych drzwi holu głównego, gdzie podczas balu debiutantek
Gilly Gallagher podobno otruła mężczyznę, odruchowo spojrzałam na

12

ekran  z  napisem  „Amerykański  angielski".  Jednak  dobrze  wiedziałam,  że  podczas  powitalnego
obiadu  i  tak  mówimy  po  swojemu  i  każda  z  innym  akcentem.  Minie  co  najmniej  tydzień,  zanim  w
trakcie posiłków zaczniemy używać man-daryńskiego. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Kiedy usiadłyśmy przy naszym stole w holu głównym, poczułam się w końcu jak w domu. Co prawda
byłam  tutaj  od  trzech  tygodni,  ale  towarzyszyły  mi  tylko  pierwszokla-sistki  i  pracownicy  szkoły.
Gorsze  od  roli  jedynej  starszej  uczennicy  w  morzu  dzieciaków  może  być  tylko  spędzanie  czasu  w
towarzystwie  nauczycieli  i  przyglądanie  się,  jak  wykładowca  języków  starożytnych  zakrapia  uszy
znanemu  na  całym  świecie  autorytetowi  w  dziedzinie  kodowania,  który  przysięga  na  wszystkie
świętości, że już nigdy nie zanurkuje (wyobrażam sobie pana Moscowitza w piance do nurkowania!
Ohyda!).

Ponieważ  dziewczyna  może  przebrnąć  przez  ograniczoną  liczbę  numerów  „Świata  Wywiadu",
większość  czasu  przed  rozpoczęciem  szkoły  wałęsałam  się  po  posiadłości  i  odkryłam  przeróżne
skrytki i tajne przejścia. Musiały mieć ze sto lat i chyba nigdy nie były sprzątane.

Starałam  się  też  spędzać  dużo  czasu  z  mamą,  ale  była  strasznie  zajęta  i  nieobecna  myślami.
Wspominając to wszystko, przypomniałam sobie o tajemniczej nieobecności Bex i nagle zaczęłam się
poważnie martwić, czy to nie Liz coś knuje. Wtedy na ławkę obok Liz wcisnęła się Anna Fetterman i
z przejęciem spytała:

- Widziałyście? Widziałyście to już?

W ręku trzymała kawałek niebieskiego papieru, który rozpuszcza się natychmiast po włożeniu go do
ust.  (Chociaż  wygląda,  jakby  smakiem  mógł  przypominać  watę  cukrową,  to  wcale  tak  nie  jest  -

background image

wierzcie  mi!)  Nie  pojmuję,  czemu  zawsze  dostajemy  plan  zajęć  na  znikopapierze.  Może  po  to,
żebyśmy w końcu zużyły zapas

8

tego paskudnie smakującego i awansowały do smaku mię-towo-czekoladowych ciasteczek.

Ale Anna nie martwiła się o smak znikopapieru.

- Będą tajne misje! - wykrzyknęła.

Była absolutnie przerażona, a ja zrozumiałam, że to prawdopodobnie jedyna dziewczyna z Gallagher,
którą Liz mogła pokonać na pięści.

Spojrzałam na Liz i nawet ona skrzywiła się z powodu histerii Anny.

Przecież  to  żadna  nowość,  że  w  tym  roku  po  raz  pierwszy  będziemy  robić  coś,  co  choć  trochę
przypomina  pracę  w  terenie.  Nasz  pierwszy  kontakt  z  robotą  szpiega.  Tylko  że  Anna  chyba
zapomniała, że tak naprawdę te zajęcia są, niestety, dziecinnie łatwe.

- Na pewno damy radę - uspokoiła ją Liz i wyrwała papier z jej słabych dłoni - przecież Buckingham
tylko  straszy  tymi  swoimi  historiami  z  II  wojny  światowej  i  puszcza  slajdy.  Od  czasu  jak  złamała
sobie biodro, to...

- Ale  to  nie  z  Buckingham  są  te  zajęcia!-  zaprzeczyła Anna  i  dopiero  wtedy  zaczęłam  słuchać  jej
uważniej.

Gapiłam się na nią jakieś dwie sekundy, zanim powiedziałam:

- Profesor Buckingham wciąż tu uczy. - Przemilczałam fakt, że przez pół

poranka  starałam  się  namówić  jej  kota,  Onyksa,  żeby  zlazł  z  górnej  półki  w  bibliotece
wykładowców. To na pewno tylko plotka, jak zwykle na początku roku.

Zawsze  się  takie  pojawiały.  Na  przykład,  że  jedną  uczennicę  porwali  terroryści  albo  że  któryś  z
nauczycieli wygrał sto tysięcy w Kole fortuny.

(Chociaż to akurat okazało się prawdą)

- Nie o to chodzi - wyjaśniła Anna - nic nie rozumiecie. Buckingham ma jakieś pojedyncze lekcje: ma
robić  szkolenia  i  kursy  wprowadzające  dla  pierwszoroczniaków  i  tyle.  Nie  prowadzi  normalnych
zajęć.

14

Wszystkie  odwróciłyśmy  się  jednocześnie  i  bez  słowa  przeliczyłyśmy  krzesła  czekające  na
wykładowców. Nie da się ukryć, że było o jedno za dużo.

background image

- No, to z kim mamy te tajne? - zapytałam.

W ogromnej sali rozległ się szum, a przez tylne drzwi weszła moja mama.

Po  niej  pojawili  się  ci,  co  zwykle:  dwudziestu  nauczycieli,  których  oglądałam  już  od  trzech  lat.
Dwudziestu  nauczycieli,  dwadzieścia  jeden  krzeseł.  Tak  wiem,  to  ja  tu  jestem  geniuszem,  ale  sami
porównajcie.

Razem  z  Liz  i Anną  spojrzałyśmy  na  siebie,  a  potem  na  katedrę  dla  wykładowców  i  usiłowaliśmy
zrozumieć, o co chodzi z tym dodatkowym krzesłem.

Faktycznie, jedna twarz była nowa, ale to nic dziwnego, bo profesor Smith zawsze wracał z wakacji
totalnie odmieniony. Miał teraz większy nos, bardziej odstające uszy, a na lewej skroni pojawił się
mały pieprzyk.

W  ten  sposób  ukrywał  swoją  prawdziwą  twarz,  która,  jak  twierdził,  była  na  liście  najbardziej
poszukiwanych  na  trzech  kontynentach.  Krążyły  plotki,  że  szukają  go  przemytnicy  broni  z  Bliskiego
Wschodu,  byli  płatni  zabójcy  z  KGB  i  rozwścieczona  była  żona  z  Brazylii.  Jego  bogate
doświadczenie  sprawia,  że  jest  doskonałym  nauczycielem  wiedzy  o  krajach  (WOK),  ale  i  tak
najlepsze jest to coroczne wyczekiwanie na to, jak tym razem zmienił twarz, by w spokoju przetrwać
wakacje. Jeszcze nigdy nie wrócił jako kobieta, ale jest to pewnie tylko kwestia czasu.

Nauczyciele  usiedli,  ale  to  jedno  krzesło  wciąż  pozostawało  puste.  Moja  mama  zajęła  centralne
miejsce przy długim stole na podium.

- Dziewczęta Akademii Gallagher, kim jesteście? -spytała.

Każda z nas, nawet nowe, wstała i chórem odpowiedziałyśmy: 10

- Jesteśmy siostrami Gillian.

- Dlaczego tu przybywacie?

- By uczyć się od niej, czcić jej miecz i dochowywać jej tajemnic.

- Jaki jest wasz cel?

- Krzewić sprawiedliwość i światłość.

- Jak długo wytrwacie?

- Do końca naszych dni.

Gdy skończyłyśmy, poczułam się trochę jak bohater oper mydlanych mojej babci.

Usiadłyśmy, ale mama nadal stała.

background image

-  Witam  ponownie  -  powiedziała  radośnie  -  to  będzie  wspaniały  rok  w  Akademii  Gallagher.
Witajcie,  najmłodsze  uczennice  -  zwróciła  się  do  nowych,  które  niemal  drżały  pod  ciężarem  jej
spojrzenia. -

Rozpoczynacie  najtrudniejszy  rok  w  waszym  młodym  życiu,  ale  możecie  być  pewne,  że  nie
dostałybyście  tej  szansy,  gdybyście  nie  były  zdolne  podjąć  wyzwania.  Uczennice  starszych  klas,
spodziewajcie się wielu zmian.

Spojrzała  na  swoich  kolegów  i  przez  chwilę  wydawało  się,  że  nad  czymś  się  zastanawia,  a  potem
znów spojrzała w naszą stronę.

- Nadszedł moment, by...

Nie dokończyła, bo drzwi otworzyły się gwałtownie, a ja nawet po trzech latach nauki w szkole dla
szpiegów nie byłam przygotowana na to, co zobaczyłam.

Zanim zdradzę coś więcej, muszę jeszcze raz przypomnieć, że chodzę do żeńskiej szkoły. To oznacza
tylko dziewczęta i zawsze tylko dziewczęta.

No,  z  wyjątkiem  nauczycieli  z  zatkanymi  uszami  i  przechodzącymi  operacje  plastyczne,  którzy  są
niejako na dokładkę. Ale kiedy się odwróciłyśmy, zobaczyłyśmy mężczyznę. Szedł środkiem sali, a
wyglądał  tak,  że  sam  James  Bond  mógłby  poczuć  się  zagrożony.  Indiana  Jones  to  maminsynek  przy
tym facecie

11

w skórzanej kurtce, z dwudniowym zarostem, który podszedł do mojej mamy i - o zgrozo! - puścił do
niej oko!

- Przepraszam za spóźnienie - powiedział, zajmując puste krzesło.

Jego obecność wśród nas była czymś tak niesamowitym i surrealistycznym, że nawet nie zauważyłam,
jak  między  Liz  a  Annę  wcisnęła  się  Bex.  Musiałam  spojrzeć  na  nią  dwukrotnie,  żeby  zdać  sobie
sprawę, że jeszcze pięć minut temu była „zaginioną w akcji".

- Coś nie tak? - zapytała.

- Gdzieś ty była? - Liz domagała się natychmiastowych wyjaśnień.

- Nieważne - wtrąciła się Anna. - Kto to jest?

Ale Bex miała naturę prawdziwego szpiega. Spojrzała na nas tajemniczo i odparła:

- Zobaczycie.

Rozdział 2

background image

Bex  spędziła  sześć  godzin  w  prywatnym  samolocie,  ale  jej  skóra  koloru  cappuccino  promieniała,
zupełnie  jakby  właśnie  zagrała  w  reklamie  kosmetyków  do  demakijażu.  Zeby  jej  utrzeć  nosa,
przypomniałam, że podczas powitalnego obiadu mamy mówić z amerykańskim akcentem.

Jednak jako jedyna uczennica spoza Ameryki w historii Gallagher, Bex przyzwyczaiła się, że zawsze
jest  wyjątkiem.  Przyjęcie  jej  do  Akademii  wymagało  od  mojej  mamy  solidnego  nagięcia  zasad.
Zadzwonili  do  niej  dawni  znajomi  z  brytyjskiej  służby  wywiadowczej  z  pytaniem,  czy  ich  córka
mogłaby  zostać  dziewczyną  z  Gallagher.  To  była  pierwsza  kontrowersyjna  decyzja  mojej  mamy  na
stanowisku dyrektorki (i nie ostatnia).

- Więc wakacje były udane?

Dziewczęta w sali zaczęły już jeść, a Bex tylko uśmiechnęła się szeroko i strzeliła gumą balonową,
prowokując nas do dalszych pytań.

- Bex, musisz nam powiedzieć, jeśli coś wiesz - bezskutecznie nalegała Liz.

Nikt nie jest w stanie zmusić Bex do zrobienia czegokolwiek, jeśli ona sama nie ma na to ochoty. Ja
może i jestem kameleonem, a Liz następcą Einsteina, ale jeśli

18

chodzi o bezgraniczny upór, Bex jest w tym absolutnie najlepsza!

Znowu się uśmiechnęła, a ja byłam przekonana, że już w połowie drogi nad Atlantykiem zaplanowała
sobie  tę  scenę  bardzo  dokładnie  (poza  niesłychanym  uporem  Bex  miała  też  talent  aktorski).
Poczekała, aż wszystkie będziemy patrzeć tylko na nią, przedłużając ciszę tak bezlitośnie, że biedna
Liz mało nie eksplodowała. Następnie sięgnęła po ciepłą bułeczkę i powiedziała nonszalancko:

-  Nowy  nauczyciel  -  oderwała  kawałek  bułki  i  bez  pośpiechu  posmarowała  masłem  -  to  dawny
znajomy mojego ojca. Podwieźliśmy go rano z Londynu.

-  Nazwisko?  -  zapytała  Liz,  planując  już  pewnie,  że  zaraz  po  powrocie  do  pokoju  włamie  się  do
centrali CIA w Langley i sprawdzi wszystkie szczegóły.

- Solomon - odparła Bex, zerkając na nas. - Joe Solomon.

Powiedziała to tonem czarnoskórego nastoletniego Jamesa Bonda w wersji żeńskiej.

Odwróciłyśmy się jednocześnie, by spojrzeć na Joego Solomona.

Z niechlujnym zarostem i niespokojnymi dłońmi wyglądał jak agent, który właśnie zakończył misję.

Wszystkie dziewczyny wokół szeptały i chichotały. Wydawało się, że mogłyby bez trudu zasilić młyn
plotek.  Pomyślałam,  że  chociaż  Akademia  Gallagher  to  szkoła  dla  dziewczyn  geniuszy,  czasem
bardziej przypomina zwykłą żeńską szkołę.

background image

Następny  poranek  był  koszmarem.  Totalną  męczarnią! A  ja  nie  nadużywam  tego  słowa,  biorąc  pod
uwagę to, czym zajmuje się moja rodzina. Może powinnam wyrazić się tak: pierwszy dzień zajęć był

prawdziwym wyzwaniem.

14

Poprzedniego wieczoru nie poszłyśmy wcześnie do łóżek... ani nawet trochę później... ani w ogóle.
No,  chyba  że  leżenie  w  świetlicy  na  dywanie  ze  sztucznego  futra  z  całą  naszą  klasą  można  nazwać
spaniem.

Kiedy około siódmej obudziła nas Liz, stwierdziłyśmy, że albo będziemy stroić się przez godzinę i
odpuścimy  sobie  śniadanie,  albo  włożymy  szkolne  mundurki  i  zjemy  jak  prawdziwe  królowe  przed
zajęciami profesora Smitha z WOK-u pięć po ósmej.

PS (czyli przed Solomonem) prawdopodobnie postawiłybyśmy na gofry i bułeczki, ale dziś o wpół
do dziewiątej, podczas wykładu profesora Smitha o zamieszkach w państwach bałtyckich słuchały go
wymalowane  dziewczęta  z  burczącymi  brzuchami.  Spojrzałam  na  zegarek,  co  było  kompletnie
niepotrzebne,  bo  w  Akademii  zajęcia  prowadzone  były  zawsze  z  największą  punktualnością,  ale
musiałam upewnić się, ile jeszcze sekund dzieliło mnie od lunchu. (Jedenaście tysięcy siedemset pięć
sekund,  na  wypadek  gdybyście  naprawdę  musieli  wiedzieć)  Po  WOK-u  pobiegłyśmy  dwa  piętra
wyżej na lekcję kultury i asymilacji u madame Dabney, na której niestety tego dnia nie było herbaty.
Potem przyszła kolej na trzecie zajęcia.

Od spania w niewygodnej pozycji bolała mnie szyja. Zadano nam tyle pracy domowej, że zajmie mi
jakieś pięć godzin, a w dodatku odkryłam, że kobieta nie jest jednak w stanie przeżyć o wiśniowym
błyszczyku do ust. Z dna torby wygrzebałam podejrzanej jakości miętowy cukierek.

Stwierdziłam, że jeśli mam umrzeć z głodu, to powinnam mieć przynajmniej świeży miętowy oddech
na wypadek, gdyby któraś z koleżanek albo jakiś nauczyciel udzielał mi pierwszej pomocy.

Liz  miała  stawić  się  u  pana  Moscowitza  i  oddać  jakiś  dodatkowy  esej,  który  pisała  przez  wakacje
(tak, to taki typ), więc zostałam sama z Bex.

Przy schodach skręciły-

15

śmy  w  wąski  korytarzyk.  Była  to  jedna  z  trzech  dróg  prowadzących  do  niższych  kondygnacji,  do
których wcześniej nie miałyśmy wstępu.

Stojąc przed lustrem sięgającym aż do podłogi, starałyśmy się nie mrugać oczami i nie robić nic, co
mogłoby  uniemożliwić  skanerowi  potwierdzenie,  że  jesteśmy  starszymi  uczennicami,  a  nie  jakimiś
pierwszakami, które próbują bezczelnie przedostać się na podpoziomy.

Gdy  przyglądałam  się  naszym  odbiciom,  zdałam  sobie  sprawę,  że  ja,  Cameron  Morgan,  córka
dyrektorki, która wie więcej o tej szkole niż jakakolwiek inna uczennica Gallagher, poza samą Gilly,

background image

miałam  za  chwilę  znaleźć  się  w  skarbcu  tajemnic  Gallagher.  Gęsia  skórka  na  ramieniu  Bex
wskazywała, że nie tylko ja czułam ten dreszczyk.

W oczach na malowidle za naszymi plecami błysnęło zielone światełko.

Lustro  przesunęło  się,  odsłaniając  niewielką  windę,  która  miała  nas  zabrać  na  piętro  poniżej
podziemi, do sali, w której odbywają się lekcje tajnych misji lub, mówiąc bardziej dramatycznie, do
naszego przeznaczenia.

- Cammie - powiedziała wolno Bex - udało się.

Siedząc spokojnie, sprawdziłyśmy nasze (zsynchronizowane) zegarki i myślałyśmy dokładnie o tym
samym:  coś  tu  się  zmieniło.,  Posiadłość  Gallagher  zbudowana  jest  z  kamienia  i  drewna.  Ma
rzeźbione  poręcze  i  wysokie  kominki,  przy  których  w  mroźny  dzień  można  zwinąć  się  w  kłębek  i
czytać  o  zabójcy  Kennedy'ego  (tę  prawdziwą  historię).  A  tymczasem  winda  przeniosła  nas  w
zupełnie  inną  epokę.  To  miejsce  kompletnie  nie  pasowało  do  reszty  budynku.  Ściany  z  matowego
szkła, stoły z nierdzewnej stali. Najdziwniejsze było jednak to, że w klasie do tajnych misji nie było
naszego wykładowcy.

Joe Solomon spóźniał się i to bardzo.

21

Zaczęłam  żałować,  że  nie  podebrałam  jakichś  M&M--sów  z  biurka  mamy,  bo  -  szczerze  mówiąc  -
dwuletni tik-tak nie bardzo zaspokajał głód nastolatki.

Sekundy mijały, a my siedziałyśmy w ciszy, która w końcu stała się zbyt nieznośna dla Tiny Walters,
bo przysunąwszy się do nas, zapytała:

- Cammie, co o nim wiesz?

Wiedziałam tylko tyle, ile usłyszałam od Bex, ale mama Tiny jest autorką plotkarskich felietonów w
dużej gazecie lokalnej, której nazwy nie podam (bo to przecież jej przykrywka i takie tam), i dlatego
Tina nie zamierzała mi odpuścić. Wkrótce zasypała mnie lawiną pytań.

- A skąd jest?

- Ma kogoś?

- To prawda, że załatwił dyskiem tureckiego ambasadora?

Nie byłam pewna, czy ma na myśli jakiś ciężki przedmiot do ćwiczeń, czy kompromitujące nagranie,
ale i tak nie znałam odpowiedzi na to pytanie.

-  Cammie,  no  daj  spokój  -  nalegała  Tina  -  słyszałam,  jak  madame  Dabney  mówiła  kucharzowi
Louisowi, że twoja mama całe lato urabiała go, żeby wziął tę robotę. Na pewno coś słyszałaś!

background image

Przesłuchanie Tiny okazało się pożyteczne przynajmniej, z jednego powodu: zrozumiałam wreszcie, o
co  chodziło  z  tymi  tajemniczymi  telefonami  za  zamkniętymi  drzwiami  gabinetu  mamy  i  jej
wielotygodniowym roztargnieniem. Właśnie wszystko zaczęło układać mi się w całość, gdy do klasy
wmaszerował Joe Solomon. Spóźniony o pięć minut!

Miał  wilgotne  włosy  i  porządnie  wyprasowaną  białą  koszulę.  Minęły  ze  dwie  minuty,  nim
zorientowałam się, że mówi do nas po japońsku -

wszystko przez jego rozmarzoną minę albo przez moje braki w edukacji.

17

- Co jest stolicą Brunei?

- Bandar Seri Begawan.

-  Pierwiastek  kwadratowy  z  dziewięćdziesięciu  siedmiu  tysięcy  dziewięćset  sześćdziesięciu
dziewięciu? - zapytał w swahili.

- Trzysta trzynaście - odpowiedziała Liz w języku matematyki, żeby przypomnieć nam wszystkim, że
matematyka naprawdę jest językiem uniwersalnym.

- Dyktator dominikański zamordowany w 1961? - tym razem pytanie zadał po portugalsku. - Jak się
nazywał?

-  Rafael  Trujillo  -  odpowiedziałyśmy  chórem.  (Muszę  zaznaczyć,  że  wbrew  plotkom,  tego
morderstwa nie dokonała dziewczyna z Gallagher).

Zaczynałam  się  wciągać  w  tę  zabawę  w  pytania  i  odpowiedzi,  kiedy  pan  Solomon  polecił  po
arabsku:

- Zamknijcie oczy. Zamknęłyśmy.

- Jakiego koloru mam buty? - tym razem przemówił po angielsku i, o dziwo, trzynaście dziewczyn z
Gallagher  nie  znało  odpowiedzi.  -  Jestem  prawo-  czy  leworęczny?  -zapytał,  nie  czekając  nawet  na
odpowiedź. -

Odkąd  wszedłem  do  tej  klasy,  zostawiłem  swoje  odciski  palców  w  pięciu  różnych  miejscach.
Gdzie?! - Odpowiedziała mu cisza. - Otwórzcie oczy

-  nakazał,  a  ja  zobaczyłam  go  siedzącego  na  rogu  biurka,  z  jedną  stopą  na  podłodze.  -  No  tak  -
podsumował. - Jesteście dość bystre, ale jednocześnie trochę głupie.

Gdyby nie udowodniono naukowo, że ziemia nie może przestać się obracać, pewnie w tamtej chwili
wszystkie byśmy przysięgały, że tak właśnie się stało.

-  Witam  na  tajnych  misjach.  Nazywam  się  Joe  Solomon.  Nigdy  wcześniej  nie  byłem  nauczycielem,

background image

ale zajmuję się tajnymi misjami od osiemnastu lat i wciąż żyję, a to

23

oznacza, że wiem, co robię. To będą zupełnie inne zajęcia niż wszystkie pozostałe.

Zaburczało  mi  w  brzuchu,  za  co  oberwałam  od  Liz,  która  głosowała  za  porządnym  śniadaniem  i
szybkim makijażem.

- Ciiii!

Zupełnie jakbym miała na to wpływ!

-  Drogie  panie,  zamierzam  przygotować  was  na  to,  co  naprawdę  dzieje  się  za  murami  tej  szkoły  -
przerwał i wskazał palcem do góry. - To nie jest wiedza dla każdego i właśnie dlatego moje zajęcia
będą trudne. Diabelnie trudne. Zróbcie na mnie dobre wrażenie, a być może już za rok zjedziecie tymi
windami  jeszcze  niżej.  Jednak  jeśli  będę  miał  najmniejsze  wątpliwości,  że  nie  jesteście  do  tego
stworzone, ocalę wasze życie i wyślę was do grupy badań operacyjnych.

Wsadził ręce do kieszeni i mówił dalej:

- Każdy w tym zawodzie zaczyna od poszukiwania przygód, ale mnie, drogie panie, nic nie obchodzą
wasze  oczekiwania.  Jeśli  nie  potraficie  wyjść  zza  waszych  ławeczek  i  zaprezentować  mi  czegoś
więcej niż wiedzy z książek, to żadna z was do podpoziomu drugiego nie dotrze.

Nigdy.

Kątem oka zauważyłam, jak Mick Morrison niemal ślini się na dźwięk tych słów, bo od dawna miała
ochotę komuś przyłożyć. Jej potężna ręka wystrzeliła w górę:

-.Czy to znaczy, że będzie nas pan uczył strzelania z broni palnej?! -

wykrzyknęła, jakby instruktor musztry miał zaraz kazać jej paść na glebę i robić pompki.

Pan Solomon obszedł biurko i odparł:

- Jeśli w tej branży potrzebna ci broń, to zapewne jest już dla ciebie za późno, żeby jej użyć.

Wydawało się, że z Mick uszło trochę powietrza.

- Ale plus jest taki - ciągnął dalej - że być może pochowają cię razem z twoją bronią. Pod warunkiem
oczywiście że w ogóle pochowają.

19

Moja skóra płonęła. Oczy napełniły się łzami i zanim się zorientowałam, tak mnie ścisnęło w gardle,
że  prawie  nie  mogłam  oddychać,  a  Joe  Solomon  gapił  się  na  mnie.  Gdy  tylko  nasze  spojrzenia  się

background image

spotkały, natychmiast odwrócił wzrok.

- Szczęściarze wracają, choćby w pudłach.

Mimo że nie wymienił mojego imienia, i tak czułam, że wszyscy na mnie patrzą. Nie było tajemnicą,
co  stało  się  z  moim  tatą.  Udał  się  na  misję  i  nie  wrócił.  Nigdy  pewnie  nie  dowiem  się  niczego
więcej,  ale  te  dwa  fakty  były  najistotniejsze.  Mówią  tu  na  mnie  Kameleon  i  pewnie  dla  uczennicy
szkoły  dla  szpiegów  jest  to  całkiem  niezła  ksyw-ka.  Zastanawiam  się  tylko  czasem,  czemu  taka
jestem. Dlaczego siedzę cicho i spokojnie, podczas gdy Liz trajkocze bez opamiętania, a Bex... jest
po prostu Bex.

Czy tak dobrze się kamufluję, bo mam szpiegowskie geny, czy dlatego, że zawsze byłam nieśmiała? A
może  po  prostu  ludzie  nie  chcą  mnie  zauważyć,  bo  boją  się  myśleć  o  tym,  że  coś  podobnego  może
spotkać również ich.

Pan Solomon zrobił kolejny krok, a wszystkie dziewczyny natychmiast odwróciły wzrok. Wszystkie, z
wyjątkiem  Bex,  która  przesunęła  się  na  brzeg  krzesła,  by  w  razie  czego  powstrzymać  mnie  od
wydrapania naszemu nowemu przystojnemu nauczycielowi tych jego pięknych zielonych oczu. Potem
Solomon powiedział:

- Albo będziecie w tym dobre, moje panie, albo zginiecie.

Chciałam  natychmiast  pobiec  do  gabinetu  mojej  mamy  i  powiedzieć  jej  o  tym  wszystkim,  co
wygadywał. Ze mówił o tacie w taki sposób, jakby to była jego wina. Jakby nie był dość dobry. Ale
nawet nie drgnęłam.

Możliwe, że sparaliżowała mnie wściekłość, ale być może w głębi duszy bałam się, że pan Solomon
miał rację i nie chciałam, żeby mama to potwierdziła.

25

Przez mlecznobiałe drzwi wpadła do klasy zdyszana Anna Fetterman.

-  Przepraszam  -  wysapała,  łapiąc  oddech.  -  Te  durne  skanery  mnie  nie  rozpoznały  i  winda  mnie
uwięziła. Musiałam wysłuchać pięciominutowej pogadanki o próbie przekroczenia ustalonych granic
i...

Zmilkła, przyglądając się nauczycielowi i jego beznamiętnej minie, która według mnie był wyrazem
hipokryzji, bo on sam spóźnił się pięć minut,

-  Nawet  nie  siadaj  -  odezwał  się  na  widok Anny  idącej  w  stronę  ławki  na  końcu  klasy.  -  Twoje
koleżanki właśnie wychodzą.

Jak na komendę spojrzałyśmy na nasze precyzyjnie zsynchronizowane zegarki. Wszystkie pokazywały
to  samo:  zostało  jeszcze  czterdzieści  pięć  minut  zajęć!  Czterdzieści  pięć  cennych,  nigdy
niemarnowanych minut!

background image

Wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim Liz nagle podniosła rękę.

- Słucham? - Zabrzmiało to tak, jakby Joe Solomon miał tysiąc innych spraw na głowie.

-  Czy  coś  jest  zadane?  -  zapytała,  a  nastrój  w  sali  natychmiast  zmienił  się  z  niedowierzania  we
wściekłość. (Tego pytania nigdy nie należy zadawać w klasie pełnej dziewcząt, z których każda ma
czarny pas karate).

- Owszem - odparł Solomon, przytrzymując drzwi i dając nam wyraźny znak, że mamy się wynosić -
zwracajcie uwagę na wszystko.

Idąc  śliskim,  białym  korytarzem  prowadzącym  do  windy,  która  mnie  tu  przywiozła,  usłyszałam,  że
koleżanki  zmierzają  dokładnie  w  przeciwnym  kierunku:  do  windy  najbliżej  naszych  pokoi.  Po  tym
wszystkim, co się wydarzyło, było mi to na rękę. Nie zdziwiłam się jednak, widząc obok siebie Bex.

- Wszystko w porządku? - spytała, jak na prawdziwą przyjaciółkę przystało.

21

- Tak - skłamałam jak przystało na prawdziwego szpiega.

Zjechałyśmy  windą  do  wąskiego  korytarzyka  na  pierwszym  piętrze,  a  kiedy  otworzyły  się  drzwi,
rozważyłam,  czy  nie  pójść  do  mamy  (nie  tylko  po  M&M-sy).  Wtedy  w  nieoświetlonym  korytarzu
rozległ się głos:

- Cameron Morgan!

Ciemnym  przejściem  spieszyła  profesor  Buckingham,  a  ja  zastanawiałam  się,  co  sprawiło,  że  ta
dystyngowana  brytyjska  dama  krzyczy  w  taki  sposób.  Nad  naszymi  głowami  rozbłysło  czerwone
światło, rozległ się przeszywający dźwięk syreny, który prawie zagłuszał elektroniczny głos:

„Czerwony alarm! Czerwony alarm! Czerwony alarm!"

- Cameron Morgan! - wrzasnęła znów Buckingham, chwytając mnie i Bex za ramiona. - Twoja mama
cię potrzebuje. Natychmiast!

Rozdział 3

W  ułamku  sekundy  puste  korytarze  zalał  tłum  biegających  dziewcząt  i  nauczycieli,  a  czerwone
światło wciąż pulsowało.

Półka z trofeami obróciła się, ukrywając w tajemnej skrytce za ścianą pamiątkowe tabliczki i wstęgi
przypominające o zwycięstwach w corocznych turniejach walki wręcz i zawodach w łamaniu kodów.
Został

tylko rządek nagród z zawodów pływackich i szkolnych debat.

background image

Nad naszymi głowami zwinęły się trzy złoto-bordowe sztandary z napisami: „Ucz się od niej", „Czcij
jej  miecz"  oraz  „Dochowuj  jej  tajemnic",  a  na  ich  miejscu  zawisły  ręcznie  wykonane  plakaty
wyborcze jakiejś Emily kandydującej na przewodniczącą samorządu studenckiego.

Buckingham pociągnęła mnie i Bex w górę po wielkich schodach, a cała gromada pierwszoklasistek
pędziła na dół, wrzeszcząc ile sił w płucach.

Dobrze  pamiętam,  jak  po  raz  pierwszy  usłyszałam  te  syreny,  i  wcale  nie  dziwił  mnie  widok
rozhisteryzowanych dziewczyn, które na pewno przewidywały już koniec świata. Nagle Buckingham
wrzasnęła:

- Dziewczęta! - i zapadła cisza. - Pójdźcie za madame Dabney.

Zaprowadzi was do stajni na popołudnie. I mo-

28

je panny - rzuciła w stronę dwóch ciemnowłosych bliźniaczek, które wyglądały, jakby straciły rozum
- spokój!

Potem odwróciła się i pobiegła na drugie piętro, gdzie pan Moscowitz i pan Smith próbowali ukryć
w  schowku  na  szczotki  posąg  Eleanor  Everest  (dziewczyny  z  Gallagher,  która  własnymi  zębami
rozbroiła  bombę  w  Białym  Domu).  W  holu  historycznym  miecz  Gillian  zniknął  w  znajdującym  się
pod  nim  skarbcu  jak  Excalibur  powracający  do  Pani  Je-ziora,  a  na  jego  miejscu  pojawiło  się
popiersie  mężczyzny  z  ogromnymi  uszami,  który  najprawdopodobniej  był  pierwszym  dyrektorem
szkoły.

Całą szkołę ogarnął totalny zorganizowany chaos. Nic nie rozumiejąc, spojrzałyśmy na siebie z Bex:
powinnyśmy przecież być na parterze, pomagać innym dziewczynom z naszej klasy i sprawdzać, czy
niczego nie podrzucili jacyś szpiedzy. Tymczasem Buckingham odwróciła się i wrzasnęła:

- Pośpieszcie się!

To nie był głos delikatnej, starszej nauczycielki, jaką znałyśmy, ale raczej głos kobiety, która podczas
lądowania aliantów w Normandii własnymi rękami niszczy nazistowskie karabiny maszynowe.

Za nami rozległ się huk, a potem przekleństwa po polsku. Wiedziałam, że to pewnie pomnik Eleonor
Everest roztrzaskał się w drobny mak, ale na końcu korytarza zobaczyłam mamę opartą o podwójne
drzwi  prowadzące  do  jej  gabinetu.  Najspokojniej  w  świecie  podjadała  sobie  M&M-sy,  jakby
czekała  na  mnie  po  treningu  piłkarskim.  Zachowywała  się  jak  gdyby  nigdy  nic,  jakby  to  był
najzwyklejszy dzień.

Jej długie ciemne włosy opadały na ramiona i czarny żakiet. Grzywka odsłaniała jej gładkie czoło.
Zapewniała, że moje też będzie takie, jak tylko hormony skończą wreszcie tę wojnę z porami.

24

background image

Czasem naprawdę się cieszę, że większość czasu spędzamy w szkole, bo ilekroć gdzieś wychodzimy,
faceci  pożerają  moją  mamę  wzrokiem  lub  (o  zgrozo!)  pytają,  czy  jesteśmy  siostrami.  Doprowadza
mnie  to  do  białej  gorączki,  chociaż  teoretycznie  powinnam  czuć  się  zaszczycona,  że  ktoś  w  ogóle
pomyślał, że jestem z nią jakoś spokrewniona.

Krótko mówiąc, moja mama jest niezłą laską.

- Witaj, Cam, Rebecco - powiedziała, zanim zwróciła się do Buckingham.

- Dzięki, że je przyprowadziłaś, Patricio. Wejdźcie na chwilę.

W  gabinecie  dźwiękoszczelne  ściany  wyciszyły  zupełnie  cały  ten  zamęt  panujący  w  szkole.
Wpadające  przez  okna  o  ołowianych  ramach  światło  padało  na  mahoniową  boazerię  i  sięgające
sufitu półki, które właśnie obracały się, ukrywając takie książki jak Historia  trucizn czy Pretoriań-
ski poradnik godnej śmierci. 
Zastąpiły  je Szkolnictwo wyższe, Prywatna  szkoła i  tym  podobne.  Na
biurku stało nasze wspólne zdjęcie zrobione podczas wakacji w Rosji. Przyglądałam się zadziwiona,
jak się na nim przytulamy i śmiejemy, podczas gdy w tle Kreml zmieniał się w zamek Kopciuszka z
parku Disney World.

Widząc moje rozdziawione usta, mama powiedziała:

- Holograficzny, fotoaktywny papier fotograficzny: wysik letniej laboratoryjnej pracy doktora Fibsa.
Jesteście głodne? - Wyciągnęła do nas złączone dłonie.

Całkiem zapomniałam o swoim pustym żołądku, ale nie odmówiłam zielonego M&M-sa na szczęście.
Przeczuwałam, że już niebawem będzie mi potrzebne.

- Dziewczynki, chcę was prosić, żebyście kogoś oprowadziły.

- Ale...  przecież  nie  jesteśmy  już  juniorkami!  -  wykrzyknęła  Bex,  jakby  moja  mama  właśnie  o  tym
zapomniała.

25

Miała usta pełne czekolady, więc pani Buckingham wyjaśniła za nią, w czym rzecz:

-  Juniorki  zaczęły  semestr  od  metod  prowadzenia  przesłuchań  i  są  teraz  pod  wpływem  pentotalu
sodu,  a  seniorki  właśnie  mierzą  soczewki  noktowizyjne  i  będą  kiepsko  widzieć  jeszcze  przez  co
najmniej dwie godziny. To faktycznie zły moment, ale czerwony alarm właśnie po to jest. Nigdy nie
wiadomo, kiedy nadejdzie, no i właśnie nadszedł.

- To jak - spytała z uśmiechem mama - pomożecie?

Osoba pojawiająca się nieproszona w progu Akademii Gallagher dla Wyjątkowych Dziewcząt musi
spełniać  trzy  warunki:  być  uparta,  silna  i  całkowicie  zdeterminowana.  Większość  kandydatek  i  tak
nigdy  nie  przechodzi  etapu  rozmowy  telefonicznej  i  otrzymuje  list:  „W  tej  chwili  nie  przyjmujemy
nowych  uczennic".  Zanim  ktoś  pofatyguje  się  aż  do  Roseville,  wcześniej  z  pewnością  zostaje

background image

odesłany  z  kwitkiem  ze  wszystkich  prywatnych  szkół  w  kraju.  Wtedy  pozostaje  mu  nadzieja,  że  jak
pojawi  się  osobiście,  cokolwiek  to  zmieni.  Prawda  jest  jednak  taka,  że  żaden  upór  i  największa
desperacja nie przeprowadzą cię przez drzwi wejściowe. Do tego już potrzeba władzy.

I właśnie dlatego stałyśmy z Bex na schodach przed głównym wejściem, czekając, aż czarna limuzyna
wioząca  rodzinę  McHenry  (tak,  tych  McHenrych,  którzy  pojawili  się  na  okładce  grudniowego
wydania

„Newsweeka") pokona kręty podjazd.

Należą  do  takich  ludzi,  których  trudno  się  pozbyć,  a  my  już  dawno  zrozumiałyśmy,  że  najlepszym
sposobem  na  ukrycie  się  jest  pozostanie  widocznym  i  dlatego  stałyśmy  z  Bex  przed  wejściem,  by
powitać  ich  w  Akademii  Gallagher  dla  Wyjątkowych  Dziewcząt.  Misja:  sprawdzić,  by  nigdy  nie
dowiedzieli się, jak wyjątkowe jesteśmy.

31

Mężczyzna, który wysiadł z limuzyny, ubrany był w ciemnografitową marynarkę i jaskrawy krawat, a
kobieta  wyglądała  jak  królowa  kosmetycznego  imperium:  każdy  kosmyk  włosów  był  idealnie
ułożony.

Ciekawe, czy zrobi na niej wrażenie mój wiśniowy błyszczyk. Grymas na jej twarzy oznaczał chyba,
że nic z tego.

-  Senatorze  -  zaczęła  Bex,  podając  mu  rękę.  Brzmiała  jak  rodowita  Amerykanka,  a  w  dodatku
świetnie  bawiła  się  tą  sytuacją.  -  Witamy  w Akademii  Gallagher.  To  prawdziwy  zaszczyt  państwa
gościć.

Miałam wrażenie, że przesadza, i to grubo, ale senator McHenry uśmiechnął się i odrzekł:

- Dziękuję. Cieszymy się, że możemy tu być. - Zupełnie jakby nie wiedział, że Bex nie może jeszcze
głosować.

- Mam na imię Rebecca - przedstawiła się Bex - a to jest Cameron.

Senator  spojrzał  na  mnie,  potem  szybko  na  Bex,  która  wyglądała  jak  modelowa  uczennica  elitarnej
szkoły.

- Chętnie pokażemy państwu oraz państwa... - Wtedy zorientowałyśmy się, że nie ma z nimi córki. -
Czy państwa córka...

Z limuzyny wydobył się czarny wojskowy but.

- Kochanie - odezwał się senator, wskazując w kierunku stajni - chodź, zobacz, mają konie.

- Więc stamtąd tak śmierdzi? - Wzdrygnęła się pani McHenry.

background image

(Między nami mówiąc, szkoła pachnie w porządku. No, chyba że zmysł

węchu ma się skażony przez nieustanne wąchanie próbek perfum).

Senator spojrzał na żonę i powiedział:

- Macey uwielbia konie.

- Nieprawda, nie znosi ich - sprzeciwiła się pani McHenry, zerkając w naszą stronę, jakby chciała
upomnieć

32

senatora, że ma jej nie zaprzeczać przy służbie - przecież kiedyś spadła i złamała rękę.

Już  chciałam  przerwać  tę  rodzinną  sprzeczkę  i  powiedzieć,  że  w  stajni  nie  ma  żadnych  koni,  tylko
cała  banda  oszalałych  pierwszoklasistek  i  były  francuski  szpieg,  który  opracował  metodę
przekazywania zaszyfrowanych wiadomości w serze, kiedy usłyszałam:

- Tak, świetny klej z nich robią.

Nie  jestem  pewna,  ale  zdaje  mi  się,  że  Macey  McHenry  nigdy  w  życiu  nawet  nie  dotknęła  konia.
Miała długie, wysportowane nogi, ciuchy, mimo że buntownicze i odważne, to jednak z górnej półki,
a diamentowy kolczyk w nosie był co najmniej półtorakaratowy. Włosy miała zupełnie czarne i ścięte
dość pospolicie, ale za to niezwykle grube i błyszczące.

Stanowiły doskonałą ramę dla twarzy, której miejsce było na okładkach magazynów.

Widziałam  wystarczająco  wiele  programów  i  filmów,  żeby  wiedzieć,  że  jeśli  ktoś  w  stylu  Macey
McHenry  nie  radzi  sobie  w  szkole  średniej,  to  ktoś  taki  jak  ja  powinien  zostać  pożarty  żywcem.
Mimo  to  pojawiła  się  przed  naszą  szkołą,  która  była  jej  ostatnią  deską  ratunku. A  przynajmniej  tak
uważali jej rodzice.

- Jest nam... - wyjąkałam, bo choć jestem specem od tworzenia trucizn, to przemówienia wychodzą
mi beznadziejnie! - jest nam niezmiernie miło państwa gościć.

- Skoro tak, to dlaczego kazaliście nam siedzieć ponad godzinę w aucie? -

syknęła pani McHenry, wskazując na żelazne wrota.

-  Obawiam  się,  że  to  część  procedury  w  przypadku  niezapowiedzianych  gości  -  delikatnie  odparła
Bex. -W Akademii Gallagher stawiamy na bezpieczeństwo. Jeśli państwa córka u nas zostanie, mogą
państwo liczyć, że będzie w ten sposób chroniona.

Pani McHenry wzięła się pod boki i warknęła:

33

background image

- Czy wy nie wiecie, kim on jest? Przecież to jest...

- Właśnie wracaliśmy do Waszyngtonu - przerwał senator - i nie mogliśmy nie skorzystać z okazji,
żeby przywieźć Macey na krótką wizytę.

Posłał żonie spojrzenie mówiące: „To jest nasza jedyna szansa, nie schrzań tego", i dodał:

- A ochrona jest rzeczywiście absolutnie nieprawdopodobna.

Bex  otworzyła  drzwi  wejściowe  i  wprowadziła  gości  do  środka,  a  ja  tylko  gapiłam  się  na  nich,
myśląc: Nie ma pan zielonego pojęcia, o czym pan mówi, senatorze.

Siedziałyśmy z Bex w gabinecie mamy, która wygłaszała typową mowę o

„historii szkoły". W zasadzie nie odbiegała ona zbytnio od prawdy. Była to jedynie wersja skrócona.
Znacznie skrócona.

-  Nasze  absolwentki  pracują  na  całym  świecie  -  powiedziała  mama,  a  ja  pomyślałam:  Jasne,  jako
szpiedzy.

- Kładziemy duży nacisk na naukę języków obcych, matematykę, przedmioty ścisłe i kulturę. Właśnie
taka wiedza przydaje się potem naszym absolwentkom najbardziej.

Jako szpiegom.

- Przyjmujemy do szkoły wyłącznie dziewczęta i dajemy im wsparcie, które umożliwia im późniejszą
karierę.

Jako szpiegom.

Właśnie zaczynała mi się podobać ta moja mała cicha gra, gdy mama zwróciła się do Bex:

- Rebecco, pokażcie Macey szkołę.

Nadszedł czas odstawić szopkę. Bex aż promieniała, a ja myślałam tylko o tym, że przecież dopiero
zaczęłyśmy  kurs  tajnych  misji,  a  już  zostałyśmy  na  taką  wysłane!  Skąd  miałam  wiedzieć,  jak  się
zachować?

Gdyby Macey chciała poodmieniać chińskie czasowniki czy łamać kody KGB,

34

to  byłam  świetnie  przygotowana,  ale  musiałyśmy  zachowywać  się  normalnie,  a  do  tego  się  nie
nadaję! Całe szczęście, że Bex lubi bawić się w aktorkę.

-  Senatorze  -  odezwała  się,  ściskając  jego  dłoń  -  to  była  prawdziwa  przyjemność  poznać  pana.  I
panią również. - Uśmiechnęła się do pani McHenry. - Tak się cieszę, że państwo...

background image

- Dziękuję, Rebecco - mama przerwała jej tonem mówiącym „nie przesadzaj".

Macey  podniosła  się,  wygładziła  swoją  minispódniczkę  i  wyszła  do  holu  historycznego,  nie
spojrzawszy nawet na rodziców.

Gdy  do  niej  dołączyliśmy,  stała  oparta  o  szafkę,  w  której  zazwyczaj  znajduje  się  kolekcja  masek
przeciwgazowych (które Akademia Gallagher opatentowała, na całe szczęście) i zapalała papierosa.

Zaciągnęła się solidnie i puściła dymek w kierunku sufitu, w którym był

jakiś tuzin różnych czujników, ale żaden z nich nie wykrywał dymu.

- Musisz zgasić. - Bex rozpoczęła fazę „już ja jej pokażę, w jakie tarapaty wpadnie, jeśli tu zostanie".
-W Akademii Gallagher bardzo dbamy o zdrowie i bezpieczeństwo.

Macey  spojrzała  na  nią,  jakby  ta  mówiła  po  chińsku,  a  ja  musiałam  się  dobrze  zastanowić,  czy
faktycznie tak nie było.

- Zakaz palenia - wyjaśniłam, wyciągając z kosza pustą puszkę i podając ją Macey.

Zaciągnęła  się  jeszcze  raz,  spojrzała  na  mnie,  jakby  chciała  powiedzieć,  że  zgasi,  jeśli  ją  do  tego
zmuszę (co oczywiście mogłabym zrobić, ale tego akurat nie musiała wiedzieć).

- Dobra - powiedziałam i odwróciłam się tyłem - to twoje płuca.

30

Ale  Bex  nie  odpuszczała.  Piorunowała  ją  wzrokiem  i,  w  przeciwieństwie  do  mnie,  naprawdę  była
skłonna zrzucić kogoś ze schodów, więc Macey zaciągnęła się po raz ostatni, wrzuciła niedopałek do
pustej puszki po dietetycznej coli i zeszła za mną ze schodów, przeciskając się w tłumie dziewcząt.

- Pora lunchu - wyjaśniłam, przypominając sobie, że zielony M&M

dołączył w moim żołądku do tik-taka i próbowały mnie teraz przekonać, żę przydałoby im się jeszcze
jakieś towarzystwo. - Możemy coś zjeść, jak chcesz...

- Raczej nie! - Macey przewróciła oczami. Jak głupia wyskoczyłam:

- Jedzenie jest tu naprawdę świetne. Niespecjalnie przyczyniłam się tym do sukcesu naszej

misji,  bo  wstrętne  jedzenie  bywa  zwykle  niezłym  straszakiem,  a  tymczasem  nasz  kucharz  jest
naprawdę  genialny.  Pracował  kiedyś  w  Białym  Domu.  To  było  przed  tym  incydentem  z  Fluffiem
(pierwszym  pudlem),  kulinarnymi  chemikaliami  i  bardzo  podejrzanym  serem.  Na  szczęście
dziewczyna  z  Gallagher  uratowała  Fluffiego,  a  kucharz  Louis  w  dowód  wdzięczności  przeniósł  się
do nas wraz ze swoim genialnym creme brulee.

Właśnie  miałam  napomknąć  o  wyśmienitym creme  brulśe, kiedy  Macey  prawie  krzyknęła:  -

background image

Przyjmuję osiemset kalorii dziennie!

Spojrzałyśmy  na  siebie  z  Bex  -  byłyśmy  zaszokowane.  Taką  liczbę  to  my  pewnie  spalamy  w  ciągu
jednych zajęć samoobrony i walki wręcz.

Macey zmierzyła nas krytycznie i dodała:

- Jedzenie jest takie niemodne.

Niestety swój ostatni niemodny posiłek jadłam wczoraj.

Gdy doszłyśmy do holu, powiedziałam:

- To jest hol główny.

31

Brzmiało to dokładnie tak, jak podczas zwiedzania wszystkich innych szkół, ale Macey zdawała się
mnie zupełnie nie zauważać i zwróciła się do Bex (która jest na tym samym poziomie atrakcyjności
fizycznej):

- I wszyscy łażą tutaj w tych mundurkach? Odebrałam to jako osobistą obrazę, bo przecież byłam

w  komisji  wybierającej  krój  naszych  mundurków,  ale  Bex  wskazała  tylko  na  swoją  kraciastą
spódniczkę do kolan i dopasowaną białą bluzkę i odparła:

- Nosimy je nawet na zajęciach gimnastycznych.

Dobre,  pomyślałam,  widząc  przerażenie  na  twarzy  Macey.  Tymczasem  Bex  skręciła  we  wschodni
korytarz i oznajmiła:

- Tutaj jest biblioteka.

Ale Macey dawno poszła w innym kierunku.

- A tam co jest?

I  już  mijała  sale  lekcyjne  i  ukryte  przejścia.  Musiałyśmy  podbiec,  żeby  dotrzymać  jej  kroku  i
rzucałyśmy  raz  po  raz  jakieś  kłamstwa  typu  „Ten  obraz  podarował  książę  Edynburga"  lub  „Tak,  to
pamiątkowy  żyrandol  Wizenhouse"  i  moje  ulubione  „A  to  pamiątkowa  tabliczka  szkolna
Waszyngtona". (To naprawdę jest ładna tabliczka).

Bex właśnie opowiadała niezłą historyjkę o tym, że dziewczyna, która uzyska świetny wynik z testu,
może  w  nagrodę  oglądać  telewizję  przez  całą  godzinę,  gdy  Macey  klapnęła  na  jedną  z  moich
ulubionych  ławeczek  pod  oknem,  jakby  nigdy  nic  wyciągnęła  komórkę  i  zaczęła  gdzieś  dzwonić.
Żadnego  „przepraszam"  ani  w  ogóle  nic!  (Bezczelność!)  Jednak  już  po  chwili  to  jej  zrobiło  się
głupio, bo wybrawszy numer, z niedowierzaniem gapiła się w ekranu telefonu.

background image

Bex i ja wymieniłyśmy spojrzenia, a potem jak najżyczliwiej powiedziałam:

- No tak, tu komórki nie działają.

37

Prawda.

- Nie ma tu zasięgu - dodała Bex.

Nieprawda.  Miałybyśmy  świetny  zasięg,  gdyby  nie  gigantyczna  blokada  zatrzymująca  wszystkie
sygnały zagraniczne wysyłane z kampusu. Ale tego akurat Macey McHenry i jej tatuś z Kapitolu nie
musieli wiedzieć.

- Żadnych komórek? - Zdziwiła się, jakbyśmy co najmniej powiedziały jej, że obowiązkiem każdej
uczennicy jest golenie głowy i życie o chlebie i wodzie. - Wystarczy. W życiu tu nie zostanę!

Odwróciła się i ruszyła w kierunku gabinetu mojej mamy.

Przynajmniej tak jej się wydawało. W rzeczywistości zbliżała się do drzwi prowadzących do działu
badań  naukowych  w  piwnicy.  Byłam  przekonana,  że  doktor  Fibs  odpowiednio  zareagował  na
czerwony alarm, ale jak to z szalonymi naukowcami bywa, miał, powiedzmy, skłonność do wpadek.
Gdy tylko wyszłyśmy zza rogu, zobaczyłyśmy pana Moscowitza. Tak się składa, że jest on światowej
klasy specjalistą od szyfrowania danych, chociaż wtedy na supergeniusza wcale nie wyglądał.

Zupełnie nie. Przypominał raczej miejscowego pijaczka. Przekrwione załzawione oczy, blada twarz,
a do tego jąkał się i mamrotał:

- Witam!

Macey  patrzyła  na  niego  z  obrzydzeniem,  co  w  sumie  było  korzystne,  bo  kompletnie  nie  zauważyła
gęstego fioletowego dymu wydobywającego się za profesorem spod drzwi. Buckingham tymczasem
zatykała  szpary  ręcznikami,  ale  i  tak  za  każdym  razem,  gdy  zbliżyła  się  do  fioleto-wawej  mgły,
dostawała ataków kichania. Kopnęła ręcznik, zaraz potem pojawił

się doktor Fibs z rolką taśmy klejącej i zaczął zalepiać szpary przy drzwiach. (To się dopiero nazywa
szpiegowska supertechnologia, co?) 38

Pan  Moscowitz  wciąż  chwiał  się  na  nogach.  Może  to  fioletowe  paskudztwo  pozbawiło  go
równowagi albo może starał się zasłonić przed Macey ten widok, co mogło być dość trudne, bo miał
jedynie metr pięćdziesiąt wzrostu. W końcu powiedział:

- Przyszła uczennica, jak mniemam?

Ale w tej właśnie chwili doktor Fibs padł jak kłoda na podłogę. Nie ruszał

się, a wokół niego gęstniał fioletowy dym.

background image

Spojrzałyśmy na siebie z Bex.

Niedobrze. Naprawdę niedobrze!

Buckingham  zaciągnęła  doktora  Fibsa  na  krzesło  na  kółkach  i  próbowała  z  nim  odjechać.  Za  to  ja
kompletnie nie miałam pojęcia, co robić. Bex chwyciła Macey za rękę:

- Chodź. Znam skrót do... Ale Macey wyszarpnęła rękę:

- Nie dotykaj mnie, ty s... (właśnie tak, nazwała Bex słowem na S).

Tutaj właśnie zaczyna się pföblem dziewczyny chodzącej do prywatnej szkoły. MTV wmawia nam,
że słowo na S powinno być uznawane niemal za wyraz czułości lub przynajmniej poufałości między
równymi  sobie,  ale  i  tak  myślę,  że  to  obelga  dla  mało  rozgarniętych.  Zatem  Macey  albo  nas  nie
znosiła, albo szanowała. Ale gdy spojrzałam na Bex, wiedziałam, że stawia na to pierwsze.

Zrobiła krok do przodu, zrzucając maskę beztroskiej uczennicy i pokazując twarz superszpiega.

Teraz  było  już  naprawdę  niedobrze,  pomyślałam  znów,  gdy  kątem  oka  zauważyłam  białą  koszulę  i
spodnie khaki.

Już nigdy nie będę zastanawiać się nad tym, czy uważałyśmy pana Solomona za przystojniaka tylko
dlatego, że byłyśmy w babskiej szkole.

Jedno spojrzenie na Macey

34

McHenry  wystarczyło,  żeby  zrozumieć,  że  nawet  poza  murami  Akademii  Gallagher  Joe  Solomon
wydawał  się  po  prostu  boski.  A  ona  w  dodatku  nie  miała  pojęcia,  że  był  szpiegiem  (co  przecież
dodaje facetowi uroku).

- Witam. - Dokładnie to samo powiedział pan Mos-cowitz, ale jakże inaczej. - Witam w Akademii
Gallagher. Mam nadzieję, że zamierzasz do nas dołączyć.

Jestem przekonana, że Macey, Bex i ja usłyszałyśmy coś w stylu:

„Uważam,  że  jesteś  najpiękniejszą  kobietą  na  świecie  i  będę  zaszczycony,  jeśli  zostaniesz  matką
moich dzieci". (Naprawdę, na serio myślę, że tak właśnie powiedział).

- Jak podoba ci się szkoła? - zapytał, ale Macey tylko zatrzepotała rzęsami i przyjęła uwodzicielską
postawę, która zupełnie nie pasowała do jej wojskowych butów.

Może to z powodu tego fioletowego dymu, ale nagle poczułam, że chce mi się rzygać!

- Macie chwilę? - Pan Solomon nie czekał na odpowiedź i dodał: -

background image

Chciałbym pokazać wam coś na drugim piętrze.

Skierował  ją  w  stronę  zaokrąglonych  kamiennych  schodów,  które  kiedyś  należały  do  rodzinnej
kaplicy  Gallagherów.  Przez  sięgające  drugiego  piętra  witrażowe  okna  wpadało  światło  i  rzucało
kolorowe  refleksy  na  białą  koszulę  nauczyciela.  Gdy  weszliśmy  na  drugie  piętro,  szerokim  ge-stem
wskazał rozległy, skąpany w kalejdoskopie barw korytarz o bardzo wysokim sklepieniu.

Widok był po prostu niesamowity. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że nigdy wcześniej nie zwróciłam
na  to  uwagi  -  zawsze  trzeba  biec  na  jakieś  zajęcia  czy  kończyć  projekty.  Przypomniały  mi  się  jego
słowa:

„Zwracajcie  uwagę  na  wszystko",  i  pomyślałam,  że  na  pewno  poddał  nas  pierwszemu  testowi  z
tajnych misji i obie go oblałyśmy.

35

Zaprowadził  nas  jeszcze  do  holu  historycznego,  a  potem  zawrócił  w  kierunku  witrażowych  okien.
Odprowadzając go wzrokiem, Macey wyszeptała:

- Kto to był?

To  pierwsze  słowa  zachwytu,  jakie  wypowiedziała,  odkąd  wysiadła  z  limuzyny  albo  od  jeszcze
dłuższego  czasu.  Pewnie  odkąd  zorientowała  się,  że  jej  ojciec  zaprzedałby  własną  duszę  za  głosy
wyborców, a matka była typową S.

- Nowy nauczyciel - odparła Bex.

- Jasne - zadrwiła Macey - skoro tak mówisz... Moja przyjaciółka jednak dobrze pamiętała słowo na
S.

Odwróciła się więc i powiedziała dobitnie:

- Tak właśnie mówię!

Macey sięgnęła po papierosy, ale pod ciężarem spojrzenia Bex zmieniła zdanie.

- Coś wam wyjaśnię - odezwała się, jakby właśnie miała wyświadczyć nam wielką przysługę. - W
najlepszym wypadku wszystkie dziewczyny dostaną bzika na jego punkcie i kompletnie przestaną się
skupiać  na  nauce,  co  jak  rozumiem,  jest  bardzo  istotne  w  Akademii  Gallagher  -  zakpiła.  -  A  w
najgorszym razie paskudny typ, który tylko czeka na okazję.

Musiałam przyznać, że niestety Macey nie gadała całkiem od rzeczy.

- W takich miejscach jak to uczą tylko dziwacy i świry. Ale jeśli tak wygląda dyrektorka szkoły, to
trudno  nie  domyślić  się,  jakim  cudem  zatrudniono  tu  tego  Pana  Słodkie  Oczy  -  powiedziała,
wskazując moją superatrakcyjną mamę rozmawiającą z państwem McHenry.

background image

- Że co? - zapytałam zdezorientowana.

- No, przecież to ty jesteś dziewczyną z Gallagher - zadrwiła znów. - Ja mam ci tłumaczyć?

41

Pomyślałam o mamie, mojej pięknej mamie, do której mój seksowny nauczyciel tajnych misji nie tak
dawno puścił oko, i doszłam do wniosku, że już nigdy niczego nie przełknę.

Rozdział 4

Dzielenie czteroosobowego pokoju we trzy jest naprawdę super.

Mnóstwo miejsca w szafie, na półkach, no i jeden kąt pokoju na superwygodne pufy i fotele. To był
świetny  układ,  ale  chyba  nie  doceniałyśmy  tego,  co  miałyśmy  do  momentu,  gdy  do  naszych  drzwi
zapukało dwóch facetów z obsługi z pytaniem, gdzie mają postawić dodatkowe łóżko.

Muszę  dodać,  że  poza  nauczycielami  i  kucharzem  w  Akademii  Gallagher  pracuje  całkiem  sporo
ludzi,  mimo  że  nie  zamieszczamy  ogłoszeń  o  pracę  (no...  może  z  wyjątkiem  tych  zakodowanych).
Trafiają tutaj ludzie z dwóch kategorii: studenci chcący zaczepić się w rządowych jednostkach (CIA,
FBI, ABN i tak dalej) albo ci, którzy chcą się z nich wydostać.

Dlatego też, gdy przed drzwiami pojawiają się dwaj faceci wielcy jak czołgi, z długimi metalowymi
prętami  i  gigantycznymi  szczypcami,  należy  się  spodziewać,  że  doskonale  wiedzą,  jak  się  nimi
posługiwać, ale w nieco innych celach.

Nie  zadawałyśmy  więc  żadnych  pytań,  wskazałyśmy  róg  pokoju  i  natychmiast  ruszyłyśmy  na  drugie
piętro.

- Wejdźcie - zawołała mama, gdy tylko weszłyśmy do holu historycznego, na długo zanim mogła nas
zobaczyć.

38

Mimo że znam ją tak dobrze, czasami przerażają mnie jej superszpiegowskie zdolności. Podeszła do
drzwi, mówiąc:

- Tak myślałam, że przyjdziecie.

Przygotowałam sobie przemowę, ale gdy tylko zobaczyłam ją w drzwiach, wszystko trafił szlag. Na
szczęście Bex nigdy nie zapomina języka w gębie.

- Przepraszam, ale czy wie pani, dlaczego do naszego pokoju dostarczono właśnie dodatkowe łóżko?

Każdy inny, kto ośmieliłby się zadać pytanie takim tonem, poznałby zapewne gniew Rachel Morgan,
ale w tym wypadku mama tylko skrzyżowała ramiona i dopasowała ton do Bex:

background image

- Owszem, Rebecco, wiem.

- A czy może nam pani powiedzieć, czy jest to informacja poufna?

(Jeśli  ktoś  tu  naprawdę  musiał  znać  przyczynę,  to  właśnie  my.  W  końcu  to  nam  odbierano  nasz
pufowy kącik!)

Mama powiedziała, żebyśmy poszły za nią.

Coś  tu  nie  grało.  Z  całą  pewnością  coś  było  nie  tak,  więc  szłam  za  nią  krok  w  krok  po  schodach,
mówiąc:

- O co chodzi? To jakiś szantaż? Senator ma coś na...

- Cameron - przerwała mi.

- Ale czy on jest w Komisji do spraw Służb Specjalnych? Chodzi o pieniądze? Bo przecież można by
zacząć pobierać czesne i wtedy...

- Cammie, nie gadaj, tylko chodź - nakazała. Jednak nie mogłam się zamknąć.

- Ona się tu nie utrzyma. Możemy się pozbyć...

- Cameron Ann Morgan! - Wykorzystała tę zabawę z drugim imieniem, którą matki zawsze zostawiają
sobie na tego rodzaju okazje. - Dość tego.

Zmroziło mnie, gdy podała Bex dużą szarą kopertę i powiedziała:

- Oto wyniki testów waszej nowej współlokatorki.

44

Okej,  przyznaję,  były  dobre.  Nie  tak  dobre  jak  wyniki  Liz,  ale  zdecydowanie  lepsze  niż
wskazywałaby średnia ocen Macey McHenry.

Skręciłyśmy w zimny kamienny korytarz, w którym niosło się echo naszych kroków.

- Ma dobre wyniki testów no i...

Mama zatrzymała się tak gwałtownie, że prawie na nią wpadłyśmy.

- Ja nie konsultuję z tobą swoich decyzji, prawda, Cammie?

Płonęłam ze wstydu, a mama zwróciła się do Bex:

- I od czasu do czasu podejmuję także kontrowersyjne decyzje, prawda, Rebecco?

W  jednej  sekundzie  przypomniało  nam  się,  w  jaki  sposób  Bex  znalazła  się  w  szkole,  i  nawet  jej

background image

zamknęło to usta na dobre.

-  Liz,  a  czy  ty  uważasz,  że  do  szkoły  powinny  trafiać  tylko  dziewczęta  z  rodzin  o  szpiegowskich
tradycjach? -spytała, przewiercając wzrokiempstatnią z nas.

I tak nas załatwiła.

Ponownie skrzyżowała ramiona i dodała:

-  Macey  McHenry  wniesie  do  Akademii  Gallagher  niezbędną  dawkę  różnorodności.  Jej  kontakty
rodzinne pozwolą nam wkroczyć w bardzo hermetyczne kręgi. Nie docenia się jej inteligencji, a poza
tym... -

przerwała, zastanawiając się nad ostatnim argumentem - poza tym ma wiele odpowiednich cech.

Cech?  No,  taaaak,  oczywiście.  Snobizm  na  przykład,  zarozumiałość,  faszyzm  i  anoreksja.
Rozpoczęłam opowieść o diecie ośmiuset kalorii i słowie na S. Podkreśliłam też, że cała historia z
czerwonym  alarmem  to  przecież  jedna  wielka  ścierna,  gdy  nagle  spojrzałam  na  kobietę,  która  mnie
wychowała. Kobietę, o której mówi się, że słodkimi słówkami przekonała kiedyś dostojnika

40

rosyjskiego,  żeby  przebrał  się  za  kobietę  i  włożył  pod  koszulę  piłkę  plażową  wypełnioną  płynnym
azotem, żeby upozorować ciążę.

Przyjrzałam się jej i wiedziałam już, że nie mam z nią żadnych szans, nawet z Bex i Liz u swojego
boku.

-  A  jeśli  nadal  macie  jakieś  pytania...  -  powiedziała  mama,  zerkając  na  stary  aksamitny  gobelin
wiszący pośrodku długiej ściany.

Oczywiście  widziałam  go  już  wcześniej.  Gdyby  przyglądać  się  mu  wystarczająco  długo,  można  by
prześledzić losy rodziny Gallagherów od dziewiątego pokolenia przed Gilly aż do drugiego po niej.
Gdyby  miało  się  niewiele  innych  zajęć,  można  by  sięgnąć  za  gobelin,  do  wmurowanego  w  ścianę
herbu  rodzinnego  Gallagherów  i  obróciwszy  niewielki  miecz,  zniknąć  w  tajemnych  drzwiach.
(Przyjmijmy, że jestem tym drugim typem).

- A co to ma do rzeczy... - zaczynałam się niecierpliwić, gdy odezwała się Liz:

- O kurde!

Spojrzałam  w  miejsce  na  dole  gobelinu,  które  wskazywała  swoim  smukłym  palcem.  Nie  miałam
pojęcia,  że  Gilly  wyszła  za  mąż  ani  że  miała  dziecko,  a  już  tym  bardziej  że  to  dziecko  nosiło
nazwisko McHenry!

Zawsze myślałam, że to ja jestem spadkobierczynią Gallagherów.

background image

-  Jeśli  Macey  McHenry  życzy  sobie  do  nas  dołączyć,  znajdziemy  dla  niej  miejsce  -  zadeklarowała
mama.

Właśnie miała zamiar odejść, kiedy Liz spytała:

- Ale proszę pani, jak ona... no, wie pani, jak ona to wszystko nadrobi?

Pytanie nie było bezpodstawne i po chwili mama odparła:

- Faktycznie, ma zaległości w programie i właśnie dlatego na wiele zajęć będzie chodziła z młodszą
klasą.

41

Bex  posłała  mi  jeden  z  tych  swoich  uśmieszków,  ale  nawet  myśl,  że  nogi  supermodelki,  którymi
szczyciła się Macey, będą wyróżniać ją spośród pierwszaków, nie zmieniała faktu, że dwóch gości z
łysymi  głowami  (obojętne  czy  wyznaczona  była  za  nie  jakaś  cena,  czy  też  nie)  szykowało  dla  niej
miejsce  w  naszym  pokoju.  Mamie  tak  naprawdę  chodziło  o  to,  żebyśmy  zrobiły  dla  niej  miejsce  w
naszym życiu.

Spojrzałam na przyjaciółki. Wiedziałam, że jeśli się zgodzimy, to będziemy musiały zaprzyjaźnić się
z Macey McHenry. Grzeczna ja rozumiałam, że powinnam przynajmniej spróbować pomóc jej się tu
odnaleźć, ale siedzący we mnie szpieg zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie przydzielono mi misję
i jeśli chcę kiedykolwiek zobaczyć podpoziom drugi, to z uśmiechem na twarzy muszę powiedzieć:
„tak, proszę pani". A córka we mnie dobrze wiedziała, że i tak nie mam wyboru.

- To kiedy zaczyna? - spytałam.

- W poniedziałek.

W  niedzielę  wieczorem  poszłam  do  gabinetu  na  kurczaka  i  ziemniaczane  kulki.  Jedna  zasada
dotycząca  naszych  niedzielnych  kolacji  była  żelazna:  mama  musiała  sama  ją  przygotować.  To  jest
bardzo miłe, ale efekty jej gotowania nie najlepiej wpływają na moje trawienie. (Tata mówił zawsze,
że zdecydowanie najniebezpieczniejszą bronią mamy jest jej kuchnia).

Piętro  niżej  dziewczyny  delektowały  się  najlepszym  jedzeniem  kucharza  odznaczonego  pięcioma
gwiazdkami,  jednak  gdy  moja  mama  krzątała  się  w  starej  bluzie  taty,  w  której  wyglądała  jak
nastolatka, pomyślałam, że za nic w świecie nie zamieniłabym tego na żaden creme brulśe.

Kiedy  trafiłam  do Akademii  Gallagher,  miałam  wyrzuty  sumienia,  że  spotykam  mamę  codziennie,  a
moje

47

koleżanki  nie  widywały  swoich  rodziców  całymi  miesiącami.  Ale  potem  mi  przeszło.  Bo  my  nie
spędzamy razem wakacji i przede wszystkim nie ma z nami taty.

background image

-  Jak  w  szkole?  -  zapytała  tak,  jakby  nie  wiedziała.  Chociaż  może  i  nie  wiedziała.  A  może,  jak
przystało na

porządnego agenta, chciała najpierw poznać moją wersję wydarzeń, zanim coś postanowi.

Zanurzyłam ziemniak w słodkim sosie musztardowym i powiedziałam:

- W porządku.

- A jak tajne? - spytała.

Wyczuwałam, że pyta jako dyrektorka i tak naprawdę chce wiedzieć, czy nowy nauczyciel sprawuje
się jak należy.

- Wie o tacie.

Nie wiem, skąd mi to przyszło na myśl i dlaczego to powiedziałam. Przez sześć dni zadręczałam się
przybyciem  Macey  McHenry  do  szkoły,  a  kiedy  już  byłam  z  mamą,  wyskoczyłam  właśnie  z  tym.
Przyjrzałam  się  jej  uważnie,  żałując,  że  pan  Solomon  nie  uczył  nas  mowy  ciała  zamiast  podstaw
inwigilacji.

-  Cam,  są  na  świecie  ludzie,  tacy  jak  pan  Solomon,  którzy  wiedzą,  co  się  z  nim  stało.  Ich
obowiązkiem jest to wiedzieć. Mam nadzieję, że pewnego dnia przyzwyczaisz się do tych spojrzeń,
gdy  będą  kojarzyć  fakty  i  rozważać,  czy  powinni  to  skomentować,  czy  nie.  Domyślam  się,  że  pan
Solomon coś napomknął, tak?

- No, powiedzmy.

- Jak to przyjęłaś?

Nie krzyczałam, nie rozpłakałam się, więc odpowiedziałam:

- W miarę.

- To dobrze.

Pogłaskała mnie po głowie, a ja znów zaczęłam się zastanawiać, czy ona ma inną parę rąk do pracy,
a inną zare-48

zerwowaną na takie chwile jak ta. Wyobraziłam sobie, jak trzyma je w walizce i zmienia jedwabne
na stalowe. Mógłby je wykonać doktor Fibs.

- Jestem z ciebie dumna, wiesz? - powiedziała. - Z czasem będzie coraz łatwiej.

Jest najlepszym szpiegiem, jakiego znam, więc jej uwierzyłam.

Gdy obudziłyśmy się następnego ranka, wiedziałam od razu, że to poniedziałek. Ale zapomniałam, że

background image

to  ten  poniedziałek.  Dlatego  wmurowało  mnie,  gdy  idąc  na  śniadanie,  usłyszałam  w  holu  grzmiący
głos Buckingham:

- Cameron Morgan, zapraszam wraz z panną Baxter i panną Sutton za mną.

Bex i Liz też wyglądały na zdezorientowane, aż Buckingham wyjaśniła, w czym rzecz:

- Przyjechała wasza nowa współlokatorka.

Profesor może i była stara i może miałyśmy nad nią liczebną przewagę -

trzy na jedną - ale nie umiałam się jej sprzeciwić. Weszłyśmy za nią po schodach.

Spodziewałam się, że w gabinecie zastaniemy tylko mamę i Macey, której rodzice zdążyli już dawno
odjechać elegancką limuzyną, o ile w ogóle się tu pofatygowali (czego naturalnie nie zrobili). Jednak
gdy  Buckingham  z  rozmachem  otworzyła  drzwi,  ujrzałam  pana  Solomona  siedzącego  na  skórzanej
sofie  z  Jessicą  Boden.  Wyglądał  na  tak  śmiertelnie  znudzonego,  że  aż  zrobiło  mi  się  go  żal,  za  to
Jessica wierciła się niecierpliwie na brzegu sofy.

Nasz gość honorowy siedział przy biurku, naprzeciwko mojej mamy.

Była  ubrana  w  mundurek,  ale  wyglądała  jak  supermodelka.  Nie  zadała  sobie  nawet  trudu,  żeby  się
odwrócić, gdy weszłyśmy.

-  Jak  już  mówiłam,  Macey  -  powiedziała  mama,  gdy  Liz,  Bex  i  ja  usadowiłyśmy  się  pod  oknem  w
głębi

49

gabinetu, a Buckingham stanęła na baczność przy półkach z książkami -

mam nadzieję, że spodoba ci się w Akademii Gallagher.

- Mhm!

Wiem, że sama nie posługuję się językiem królewskim, ale dam sobie głowę uciąć, że można by to
przetłumaczyć jako: „Te bajki opowiadaj sobie komuś innemu, bo ja je znam na pamięć i gadasz tak
tylko dlatego, że ojciec wypisał ci gigantyczny czek". (Ale to tylko moje domysły).

- No więc, Macey - usłyszałam paskudny głos (nie wiem, czemu tak nie znoszę Jessiki Boden, ale na
pewno ma to związek z tym, że jest sztywna jakby połknęła kij, a ja nie ufam ludziom, którzy nawet
nie potrafią porządnie się rozluźnić) - kiedy członkowie zarządu dowiedzieli się przyjęciu  cię  do
nas, moja matka...

- Dziękuję, Jessico - przerwała jej mama.

Ale ja ją uwielbiam. Wzięła z biurka grubą teczkę i otworzyła ją.

background image

- Widzę, że spędziłaś jeden semestr w Akademii Triad, Macey.

- Tak - odpowiedziała. (Ona za to dopiero potrafił się rozluźnić).

- A potem przez rok byłaś w Wellington House, dwa miesiące w Ingalls, ach i zaledwie tydzień w
Wilder Institute.

- No i co z tego? - zapytała Macey tonem ostrym jak nóż do papieru będący tak naprawdę sztyletem,
którym cały czas bawił się Joe Solomon.

- Byłaś już w wielu różnych szkołach...

- Nie były jakoś specjalnie różne - odpysknęła.

Jak tylko wypowiedziała te słowa, powietrze przeciął sztylecik, musnął

jej  lśniące  włosy  i  pomknął  od  pana  Solomona  w  kierunku  głowy  Buckingham.  To  wszystko
wydarzyło się dosłownie w mgnieniu oka! W

jednej chwili Ma-

50

cey  mądrzyła  się,  jak  to  wszystkie  prywatne  licea  są  takie  same,  a  sekundę  później  Patricia
Buckingham  chwyciła  ze  stojącej  za  nią  półki  egzemplarz Wojny  i  pokoju  i  zasłoniła  nim  twarz,  a
sztylecik przebił skórzaną okładkę.

Przez dłuższą chwilę dało się słyszeć tylko lekkie drżenie wbitego w książkę nożyka, brzęczącego jak
piła. Następnie mama nachyliła się nad biurkiem i powiedziała:

- Sądzę, że w naszej szkole znajdzie się parę rzeczy, których inne ci nie oferowały.

- Co...? - wyjąkała Macey - co to...? Czy wyście powariowali?!

I wtedy mama ponownie przypomniała historię szkoły - w wersji pełnowymiarowej - zaczynając od
Gilly  i  dziewcząt  z  Gallagher,  które  robiąc  sobie  nawzajem  manikiur,  odkryły,  że  nie  ma  dwóch
identycznych  odcisków  palców  i  stworzyły  jeszcze  parę  innych,  niezmiernie  pożytecznych  rzeczy.
(Przecież taśma klejąca sama się nie wynalazła, prawda?)

Gdy skończyła przemowę, odezwała się Bex:

-  Witamy  w  szkole  dla  szpiegów  -  powiedziała  to  ze  swoim  zwykłym  akcentem,  a  nie  z  tym
geograficznie  neutralnym,  nierozpoznawalnym  przeciąganiem,  którym  do  tej  pory  raczyła  Macey.
Czułam,  że  zaraz  zaleje  ją  gigantyczna  fala  informacji,  do  czego  naturalnie  przyczyni  się  także
Jessica.

- Macey, wiem, że będzie to dla ciebie spora zmiana i właśnie dlatego moja mama, która zasiada w

background image

zarządzie Akademii, poprosiła mnie, żebym ci pomogła.

- Dziękuję, Jessico - wtrąciła się ponownie moja mama. - Macey, pozwól, że ci wyjaśnię.

Mama  wydobyła  z  kieszeni  na  pozór  najzwyklejszą  w  świecie  puderniczkę,  otworzyła  wieczko  i
dotknęła lusterka palcem wskazującym. Zauważyłam, jak maleńka wiązka światła skanuje odcisk jej
palca, a gdy zamknęła

46

puderniczkę,  świat  wokół  Macey  McHenry  zaczął  się  totalnie  zmieniać  i  cały  proces  wywołany
czerwonym alarmem odbył się w odwrotną stronę.

Półki  z  książkami  już  od  tygodnia  stały  tyłem  do  przodu,  a  teraz  obracały  się,  ukazując  swe
prawdziwe wnętrze, z fotografii na biurku mamy zniknął Disney World, a Liz wyrwała się ze swoim
portugalskim:

- Sera ąue ela vai vomitar?

W  odpowiedzi  mogłam  jedynie  wzruszyć  ramionami,  bo  naprawdę  nie  miałam  pojęcia,  czy  Macey
zaraz zwymiotuje.

Kiedy  świat  wokół  niej  przestał  wirować,  otoczyła  ją  ponadstuletnia  historia  wywiadu,  czego  ona
zdawała się kompletnie nie rozumieć.

Zamiast tego wrzasnęła:

-  Wszyscy  jesteście  psycholami!  -  i  rzuciła  się  do  drzwi.  Na  jej  nieszczęście  Joe  Solomon
wyprzedził ją dosłownie o krok.

- Z drogi! - warknęła.

- Przykro mi - powiedział ze stoickim spokojem. -Zdaje się, że pani dyrektor jeszcze nie skończyła.

-  Macey.  -  Głos  mamy  był  spokojny  i  rozsądny.  -  Domyślam  się,  że  jesteś  zaszokowana,  ale  to
naprawdę  szkoła  dla  wyjątkowych  dziewcząt.  Nasze  zajęcia  są  trudne,  a  program  dość  nietypowy,
ale to, czego się tutaj nauczysz, możesz potem wykorzystać dosłownie w każdym miejscu na świecie.
Jak tylko będziesz chciała.

Zmrużyła oczy, a jej głos stał się surowszy, gdy dodała:

- Jeśli zostaniesz.

Zrobiła krok do przodu, a ja wiedziałam, że nie mówi już jako dyrektor, ale raczej jako matka.

-  Jeśli  zdecydujesz  się  stąd  wyjść,  sprawimy,  że  nie  będziesz  pamiętać  tej  sytuacji.  Jutro  rano  to
wszystko będzie tylko jednym ze snów, których się nie pamięta, a ty otrzymasz kolejny ponury wpis

background image

do historii swojej edukacji. Cokolwiek postanowisz, jedno musisz przyjąć do wiadomości.

47

Mama podchodziła coraz bliżej, a Macey burknęła:

- Co takiego!

- Nikt nigdy nie dowie się o tym, co tu dziś widziałaś i słyszałaś.

Macey nadal rzucała mamie te swoje mordercze spojrzenia, ale ponieważ mama nie miała pod ręką
egzemplarza Wojny i pokoju, sięgnęła po inny, niezły argument.

- A już na pewno nie twoi rodzice.

I kiedy byłam już pewna, że nigdy nie zobaczę uśmiechu na twarzy Macey McHenry...

Rozdział 5

Wtrzecim tygodniu zajęć mój plecak był już cięższy ode mnie (no, dobra, może ode mnie to nie, ale
od Liz to owszem). Miałam mnóstwo pracy domowej, a znak w holu głównym przypominał, żebyśmy
lepiej odświeżyły swój francuski, jeśli zamierzamy gadać sobie podczas lunchu.

A do tego oddzielanie plotek od prawdy było jak praca na cały etat.

(Oczywiście wiadomo kogo te plotki dotyczyły).

Macey  McHenry  wyleciała  z  ostatniej  szkoły,  bo  zaszła  w  ciążę  z  jej  dyrektorem.  Plotka.  Na
pierwszych  zajęciach  gimnastycznych  tak  przywaliła  jednej  pierwszoklasistce,  że  tamta  na  godzinę
straciła kontakt ze światem. Prawda. (I powód, dla którego Macey chodzi teraz na te zajęcia z drugą
klasą),. Powiedziała też jednej z młodszych, że w okularach przypomina bułę, a którejś ze starszych,
że  wygląda  jakby  miała  perukę  (co  akurat  jest  prawdą  od  czasu  pewnego,  bardzo  niefortunnego
wypadku z udziałem plutonu). I jeszcze powiedziała profesor Buckingham, że zdecydowanie powinna
wypróbować wyszczuplające rajstopki. Prawda. Prawda. Prawda.

Przechodziłyśmy właśnie między herbaciarnią madame Dabney a windą na podpoziom pierwszy, gdy
Tina Walters po raz już chyba dziesiąty powiedziała:

54

- Cammie, nie musiałabyś nawet wykradać tych papierów. Zerknij tylko...

- Tina! - warknęłam, a potem ściszyłam głos, bo korytarz pełen przyszłych szpiegów nie jest jednak
najlepszym miejscem na tajne rozmowy. - Niczego nie będę kraść tylko po to, żeby sprawdzić, czy w
ostatniej szkole Macey naprawdę podpaliła salę gimnastyczną.

- Wypożyczać - poprawiła mnie Tina - wypożyczać papiery. Zerknij tylko!

background image

- Nie ma mowy! - oświadczyłam, gdy skręcałyśmy w mały ciemny korytarzyk.

Liz gapiła się w zasłaniające windę lustro, jakby nie poznawała własnego odbicia.

- Co jest z tą...

Wtedy zauważyłam żółtą karteczkę.

- No, co jest? Zepsuta czy... Przeczytałam, co tam było napisane:

„Lekcja z T.M. odwołana

Spotkanie przed uczehiią o 7.00 wieczorem,

bez mundurków

- Solomon"

Odbicie Bex pojawiło się tuż przy moim i nasze spojrzenia się spotkały.

Odlepiłam  kartkę  od  lustra,  żeby  przechować  ją  jako  historyczny  eksponat Akademii  Gallagher,  bo
przynajmniej  dwie  rzeczy  dotyczące  tej  karteczki  były  dość  niezwykłe.  Po  pierwsze,  nigdy  w  życiu
nawet nie słyszałam o odwołanych zajęciach w tej szkole, a tym bardziej osobiście się z czymś takim
nie spotkałam. A po drugie, Joe Solomon zaprosił

właśnie czternaście dziewcząt na spacer o północy.

Zapowiada się ciekawie.

Już nieraz widziałam, jak Liz panikuje z powodu jakiegoś zadania, ale tego dnia podczas lunchu była
biała jak

50

śnieg.  Czytała  swoje  perfekcyjnie  wykaligrafowane,  zapisane  drobnym  maczkiem  notatki  z  tajnych
misji,  przerywając  od  czasu  do  czasu  i  podnosząc  wzrok,  jakby  chciała  odczytać  odpowiedzi  z
wnętrza głowy.

(A może tak właśnie było - z głową Liz nigdy nic nie wiadomo).

- Liz, est-ce ąu-il-y-a une ćpreuve de Tajne Misje dont je ne connais pas?

zapytałam, sądząc, że jeśli chodzi o jakiś test z tajnych, o którym nie miałam pojęcia, to ktoś mógłby
mnie łaskawie uświadomić.

Liz natychmiast pomyślała, że się nabijam i mnie zgromiła:

- Tu ne la consider as pas sśrieuse? Tu sais ąu'est-ce qui se passe ce soir!

background image

Oczywiście,  że  mówiłam  poważnie,  ale  ona  nie  chciała  mi  uwierzyć,  więc  porzuciwszy  francuski,
szepnęłam:

- Nie, Liz, nie wiem, co się wydarzy wieczorem.

-  Exactement!  - wykrzyknęła,  przysuwając  się  w  moją  stronę.  -  Wszystko,  co  jest  opisane  w  tych
książkach, może tam na nasz czyhać! - powiedziała to tak, jakbyśmy szły na prawdziwą wojnę, a nie
szkolne podwórze. -

Albo coś, czego w nich nie ma! - dodała, rozglądając się uważnie wokół.

Naprawdę bałam się, że zaraz zwymiotuje, szczególnie gdy Bex przysunęła się do nas i powiedziała:

- Założę się, że będziemy rozbijać kartel narkotykowy z nocnego klubu.

(Widziała to kiedyś w jakimś odcinku serialu Alias). Liz przełknęła ślinę i tak mocno chwyciła swój
zeszyt, że aż jej palce zbielały.

- Liz, tam nie będzie nic takiego - szepnęłam, a cała nasza klasa już się we mnie wpatrywała.

- Skąd wiesz? - odezwała się Tina. - Co wiesz? Mama ci coś mówiła?

- Nie. - Żałowałam, że w ogóle się odezwałam. - Nic nie wiem!

56

-  Czyli  co?  Solomon  nie  poprosił  twojej  matki  o  dwa  helikoptery,  trzy  paralizatory  i  tuzin
brazylijskich paszportów?

Zanim jednak zdołałam odpowiedzieć na głupie pytania Tiny, otworzyły się główne drzwi i weszła
grupa pierw-szoklasistek z głośnym bon jour -

dzień dobry, gdyż był to jeden z nielicznych zwrotów, które zdążyły poznać. Nasza klasa zapomniała
o mnie i zajęła się tym, co frapowało ją już od tygodnia, czyli przyglądaniem się Macey McHenry.

Była  pierwszą  osobą,  która  łączyła  czarny  lakier  do  paznokci  z  białą  bluzeczką  z  okrągłym
kołnierzykiem  (to  tylko  przypuszczenie),  a  jej  diamentowy  kolczyk  w  nosie  wyglądał  jak  warty
dwadzieścia  tysięcy  dolców  pryszcz. Ale  dla  osób  spoza  szkoły  Macey  McHenry  mogła  wyglądać
jak jedna z nas. Przeszła głównym holem, jakby była właścicielką całej posiadłości (zresztą zawsze
tak  się  zachowywała),  nałożyła  sobie  zieloną  sałatę  bez  sosu  (jak  zawsze)  i  podeszła  do  naszego
stolika. Klapnęła obok Bex i powiedziała:

- Te karzełki są wpieniające.

To z kolei nie było już takie typowe. Do tej pory Macey mówiła zwykle rzeczy typu: „Zasłaniasz mi!"
albo „Gdyby potrzebna była operacja plastyczna, to polecam gościa mojej mamy w Palm Springs".

background image

(Oczywiście, pan Smith nie zanotował sobie numeru telefonu do tego

„gościa". Aż tu nagle siedzi z nami, mówi do nas i zachowuje się jak jedna z nas!)

Liz odezwała się pierwsza:

- Je me demande pourquoi elle a dćcidś a parler d nous aujourd'hui.

Comme c'est bizarre!

Ja też nie miałam pojęcia, czemu Macey zebrało się na gadanie.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Macey warknęła do Liz:

52

- Ja też nie mam ochoty z tobą gadać, dziwolągu!

Dopiero  zaczynało  do  mnie  docierać,  że  nawet  taka  odpicowana  księżniczka,  którą  wywalono  z
niejednej  prywatnej  szkoły,  może  sobie  całkiem  nieźle  radzić  z  francuskim.  Tymczasem  Macey  już
pochylała się do Liz, która z kolei odsuwała się jak najdalej.

- Powiedz mi - imitowała południowy akcent najbardziej nieudolnie jak się dało - jak ktoś, kto niby
powinien być taki mądry, może być taki głupi?

Blada  twarz  Liz  natychmiast  stała  się  czerwona,  a  w  kącikach  oczu  pojawiły  się  łzy.  Zanim  się
zorientowałam,  Bex  poderwała  się  z  krzesła  i  wykręciła  Macey  rękę,  drugą  dłonią  chwyciła  za
diamentowy kolczyk w nosie, a zrobiła to w takim tempie, że zdołałam tylko zmówić krótką modlitwę
dziękczynną  za  sojusz  z  Brytyjczykami  (zakładając,  że  nigdy  nie  urządzimy  powtórki  z  wojny  o
niepodległość).

Bex odezwała się po angielsku:

- Wiem, że jesteś opóźniona o trzy lata, ale udzielę ci teraz krótkiej, ale ważnej lekcji - powiedziała
to  po  angielsku  pewnie  dlatego,  że  po  francusku  trudniej  brzmieć  groźnie.  Najdziwniejsze  jednak
było to, że Macey się uśmiechała, prawie śmiała w głos, czym kompletnie zaskoczyła Bex.

Na korytarzu robiło się coraz ciszej, jakby ktoś przykręcał głośniki.

Zanim ucichli nauczyciele, pochyliłam się nad stołem, żeby chwycić Bex wciąż kurczowo trzymającą
Macey,  a  Liz  uczepiła  się  tabliczki  z  wypisanymi  pięcioma  najważniejszymi  miejscami  w  Sankt
Petersburgu, gdzie można nielegalnie zdobyć materiały wybuchowe.

- Rebecco! - Rozległ się męski głos.

Odwróciłam  się,  tracąc  z  oczu  złośliwy  uśmieszek  Macey,  i  zobaczyłam  Joego  Solomona,  a  Bex
dopuściła nieco krwi do ramienia Macey.

background image

58

- Jak się domyślam, możesz przez to narobić sobie kłopotów - powiedział.

To  fakt,  dziewczęta  z  Gallagher  nie  biją  się  na  korytarzach.  Nie  popychamy  się  i  nie  trącamy,  a
przede  wszystkim  nie  używamy  przeciw  sobie  nawzajem  naszych  umiejętności.  Nigdy.  Fakt,  że  na
Bex nie rzuciło się natychmiast mnóstwo osób, świadczył tylko o tym, że wszyscy gardzili Macey i
uważali ją za osobę z zewnątrz. Ale przecież pan Solomon też był z zewnątrz. I może właśnie dlatego
powiedział:

- Skoro tak bardzo chcesz się popisywać, to dziś wieczorem ty i twoje koleżanki będziecie miały ku
temu okazję. - Spojrzał na mnie i Liz. -

Powodzenia.

Chyba  nie  chciał  powiedzieć  czegoś  w  stylu:  „Nie  dajcie  się,  będzie  dobrze",  ale  raczej:  „Lepiej
uważajcie, bo kiepsko skończycie".

Liz wróciła do swojej tabliczki, a my z Bex spojrzałyśmy na siebie.

Przerażone  miny  zastąpiło  wielkie  podekscytowanie.  Dla  dziewcząt  z  Gallagher  udział  w  misji  to
żadna kara - to jest, kurczę, jak najwyższe odznaczenie! Ale głęboko we mnie czaił się jednak strach,
bo przecież miałyśmy igrać z ogniem - pewnie dosłownie i w przenośni.

Macey wróciła do swojej sałatki, a pan Solomon dodał:

- Et n'oubliez pas, mesdemoiselles, ce soir vous etes des civils, ressemblezy.

Tylko tego mi było trzeba: modowe porady od samego Joego Salomona.

Główny hol wrócił do normalności, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek z naszej klasy przełknął jeszcze
choćby kęs. Poza Macey oczywiście.

Jakbyśmy same tego nie wiedziały, Joe Solomon właśnie przypomniał

nam  wszystkim,  że  już  wkrótce  opuścimy  bezpieczne  mury  szkoły  i  udamy  się  na  naszą  pierwszą
prawdziwą operację szpiegowską.

54

Cztery lata ćwiczeń, a jak przyszło co do czego, to ja oczywiście nie miałam w co się ubrać.

Nie  wiem,  jakim  cudem,  ale  między  pierwszą  a  szóstą  czterdzieści  pięć  po  południu  cała  klasa
uczennic  Akademii  Gallagher  dla  Wyjątkowych  Dziewcząt  zmieniła  się  z  adeptek  szpiegostwa  w
normalne nastolatki. To było dość przerażające.

Liz  przez  całe  popołudnie  pracowała  nad  uzyskaniem  wyglądu  tajnego  agenta,  od  obowiązkowej

background image

skórzanej lakierowanej torebki począwszy, na toczku skończywszy. (To była dość stara książka). Na
korytarzach rozlegały się przerażające okrzyki: „Widziałaś moje czarne buty?!" i „Ma ktoś lakier do
włosów?!"

Naprawdę  zaczynałam  się  martwić  o  przyszłość  bezpieczeństwa  narodowego.  Bex  wyglądała
zjawiskowo (jak zwykle), Liz całkiem głupio (ale spróbujcie powiedzieć jej coś takiego), a Macey
tak pilnie studiowała „Cosmo', jakby ustalenie, czy zieleń zastąpi modną czerń, było sprawą życia i
śmierci.  Ja  siedziałam  na  łóżku  w  starych  dżinsach  i  czarnej  bawełnianej  koszulce,  w  której  mama
kiedyś wylądowała spadochronem na dachu Ambasady Iranu, żeby rozbroić tykającą bombę.

Do pokoju wpadła Tina:

- To czy to? - spytała, pokazując czarne skórzane spodnie i krótką spódniczkę.

Już miałam powiedzieć „ani jedno, ani drugie", kiedy wparowała Eva Alvarez:

-  Dobre  będą?  No,  bo  nie  wiem,  czy  się  nadają!  -Machnęła  nam  przed  oczami  tak  wysokimi
szpilkami, że na sam ich widok zabolały mnie stopy.

- Hm... a umiesz w nich biegać? - zapytałam.

Eva nie miała jednak szansy odpowiedzieć, bo ktoś ją uprzedził:

- W Mediolanie to teraz ostatni krzyk mody.

60

Rozejrzałam się po pokoju, policzyłam nas wszystkie i dopiero zrozumiałam, kto się odezwał. Macey
gapiła się na nas znad swojego magazynu i dodała:

- Na wypadek, gdybyście chciały wiedzieć.

W  ciągu  kilku  minut  do  naszego  malutkiego  pokoju  zleciało  się  pół  naszej  klasy,  a  Macey
uświadamiała Tinę:

- Konturówka do ust ma być na ustach. - A Tina naprawdę jej słuchała!

Chodzi  o  tę  samą  Tinę,  która  rozpuściła  plotkę,  że  Macey  jest  nieślubną  córką  pana  Smitha.  Nie
spodziewałyśmy się, że wystarczy jedna podbramkowa sytuacja z ciuchami, a Tina będzie zasięgać
rad wroga!

Courtney pożyczała kolczyki, Anna mierzyła kurtki, a ja zaczynałam się obawiać, czy kiedykolwiek
poczuję się bezpieczna, wkraczając na nieprzyjazny teren w towarzystwie którejkolwiek z nich.

- No wiesz, Eva, to, co w Mediolanie jest zwyczajne, w Roseville może jednak rzucać się w oczy -
chciałam powiedzieć coś mądrego, ale Eva kompletnie mnie nie słuchała. - Jak się mamy wtopić w
tłum, to trzeba wyglądać jak tłum! - dodałam, ale Kim Lee właśnie próbowała wy-swobodzić się z

background image

bluzki bez pleców i o mało mi głowy nie przetrąciła, machając rękoma. - Ja naprawdę nie sądzę, że
on nas zabierze na bal! -

krzyknęłam, a Anna odwiesiła do szafy piękną wyjściową suknię Macey.

Chciałam wrzasnąć, że to ja jestem kameleonem! „To ja zostałam stworzona do tajnych misji!" Całe
życie się do tego przygotowywałam, ćwicząc z tatą, wypytując mamę o przeróżne historie i stając się
dziewczyną,  której  nikt  nie  zauważa.  A  teraz  odchodziłam  w  nicość,  stojąc  pośrodku  własnego
pokoju  i  obserwując,  jak  moje  przyjaciółki  dwoją  się  i  troją  wokół  naszego  cudownego  gościa,
podczas gdy ja stałam się naprawdę totalnie niewidzialna.

56

- Daruj sobie kolczyki - zakomenderowała Macey, patrząc na Evę. -

Koszulkę wpuść w spodnie - rzuciła do Anny, a potem zwróciła się do Courtney Bauer: - A tobie co
we włosach zdechło?

(Courtney  przesadza  z  ilością  żelu  do  włosów.)  Bex  siedziała  z  Liz  na  jej  łóżku  i  wyglądały  na
równie zadziwione, jak ja.

-  Ej!  -  krzyknęłam  znów,  ale  na  próżno,  więc  dałam  upust  swojemu  szpiegowskiemu  dziedzictwu  i
gwizdnęłam tak głośno, że przegoniłabym krowy z pastwiska.

(Dosłownie! To właśnie po to nauczyła mnie tego babcia Morgan).

Dziewczyny wreszcie przestały na moment skupiać się na Macey, a ja powiedziałam:

- Już czas.

Zrobiło się cicho, a potem zapadła jeszcze głębsza i dłuższa cisza.

Wiedziałyśmy, że to już koniec przebieranek.

- Witam panie.

Słowa były właściwe, ale głos dobiegający z ciemności niezupełnie. Był

nieodpowiedni  do  tego  stopnia,  że  nawet  trudno  to  wyjaśnić.  Byłoby  to  okrutne  dla  wszystkich
drząw, które trzeba by poświęcić na papier, gdybym miała teraz wyjaśnić, jak to jest, gdy oczekując
Joego Salomona, trafia się na pana Moscowitza.

-  Wyglądacie  bardzo...  -  Gapił  się  na  nas  z  rozdziawionymi  ustami,  jakby  w  życiu  nie  widział
pushupów i kredki do oczu. - Ładnie - dokończył, klasnąwszy w dłonie.

Pewnie żeby powstrzymać nerwowe ruchy. Ale jego głos wciąż drżał, gdy powiedział:

background image

- Wielka noc, naprawdę. Wielka dla... - zawahał się -nas wszystkich.

57

Potem  poprawił  okulary  i  wpatrywał  się  w  teren  za  oświetlonym  podjazdem  szkoły.  Nawet  ja  nie
miałam  zielonego  pojęcia,  co  kryje  się  w  ciemności.  No,  niby  wiadomo,  że  są  tam  las,  ścieżka  do
biegania  i  boisko  do  hokeja  na  trawie,  które  przydaje  się  podczas  czerwonych  alarmów  (a  jeszcze
bardziej jako doskonały podziemny garaż dla helikopterów), ale wiadomo również, że lasy Gallagher
to prawdziwe pole minowe -

niewykluczone, że i dosłownie -więc zaczęłam się nieco trząść w tych swoich praktycznych butkach.

A jeśli tam są snajperzy? Albo szkolone psy, albo... zanim jednak zdążyłam pomyśleć co, usłyszałam
chrzęst  żwiru  i  pisk  opon.  Gdy  się  odwróciłam,  zobaczyłam  pędzącą  prosto  na  nas  kurierską
furgonetkę  Overnight  Express.  O  rany,  a  co  to  za  superpilna  przesyłka?  Ale  kiedy  otworzyły  się
drzwi, zza których wyskoczył pan Solomon i wrzasnął:

„Wsiadać!", zrozumiałam, że to my jesteśmy przesyłką!

Przed  oczami  natychmiast  mignęła  mi  jedna  z  notatek  Liz:  „Tajne  misje,  zasada  numer  l^nie  wahać
się". Pan Mos-cowitz otworzył drzwi z tyłu pojazdu, a ja, wsiadając, pomyślałam, że ta furgonetka
przypominała naszych nauczycieli, miała kiedyś fascynujące i niebezpieczne życie, zanim przeszła w
stan spoczynku i trafiła do nas. Nie zauważyłam jednak żadnych monitorów ani słuchawek, nic z tych
rzeczy, których w filmach były pełne takie pojazdy. Było tam tylko mnóstwo skrzynek z paczkami.

Wtedy ten samochód wydał mi się jeszcze bardziej niesamowity, bo byłam pewna, że pan Solomon
go ukradł!

- Zasada numer jeden - ostrzegł, gdy znalazłyśmy się w środku - nie dotykać paczek.

Następnie  dołączył  do  nas,  a  pan  Moscowitz  został  na  zewnątrz  i  wyglądał  jak  ktoś,  kto  tu  tylko
sprząta.

- Harvey - zniecierpliwionym, ale delikatnym i miłym tonem powiedział

pan Solomon - czas ucieka.

63

Rzucił kluczyki w stronę pana Moscowitza, który wyglądał, jakby się przebudził:

- Och, tak, oczywiście. Do zobaczenia na miejscu - pożegnał się, wskazując na nas.

- No właśnie nie, Harvey - powiedział pan Solomon -o to chodzi, że się nie zobaczymy.

Mówcie  sobie,  co  chcecie,  ale  nie  tak  wyobrażałam  sobie  pierwsze  chwile,  które  w  ciemnościach
spędzę  w  towarzystwie  takiego  faceta  jak  Joe  Solomon.  (I  daję  sobie  głowę  uciąć,  że  mówię  to  w

background image

imieniu całej naszej klasy).

-  Tajni  agenci  otrzymają  fałszywą  tożsamość  -  odezwał  się  nagle.  -  Takie  zmyślone  historie
dotyczące nazwisk, dat urodzenia i ulubionych nauczycieli z przedszkola nazywamy...

- Legendami! - wypaliła Liz.

Dla niej test zawsze pozostaje testem. Jeśli tylko element pytań i odpowiedzi zostanie zachowany, to
jakoś przetrwa tę misję.

- Bardzo dobrze, panno Sutton.

Nawet po ciemku wiedziałam, że Liz była w siódmym niebie.

- Podczas tej misji, moje panie, będziecie zwyczajnymi nastolatkami.

Myślicie, że podołacie?

Nie jestem pewna, ale to mógł być taki jego żart. Był jednak totalnie nieśmieszny, ponieważ jedno,
czego  nie  można  o  nas  powiedzieć,  to,  że  jesteśmy  zwyczajne.  Najwidoczniej  zupełnie  go  to  nie
obchodziło, bo ciągnął dalej:

- Gdy podczas misji trzy osoby na zmianę obserwują obiekt, to ta, która ma z nim kontakt wzrokowy,
nazywa się...

- Gałką!

- Tak jest. Osoba w zasięgu wzroku gałki to...

- Wsparcie.

64

- I ostatnia...

- Rezerwa.

-  Bardzo  dobrze.  A  teraz  pamiętajcie  o  tym,  żeby  często  się  zmieniać,  ale  też  nie  za  często.
Zmieniajcie tempo i odległość, a przede wszystkim...

Samochód się zatrzymał i zgasł silnik.

Już  miałam  zawołać:  „Co  przede  wszystkim?"  To  ma  być  najważniejsza  noc  w  moim  życiu,  a  on
zapomina o puencie?! Przez dach furgonetki wpadło trochę upiornego, pomarańczowożółtego światła
i  usłyszałam  muzykę,  taką  jaką  słyszy  się  zwykle  na  karuzeli.  Zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  od  tej
pory moje szpiegowskie życie będzie już zawsze jednym wielkim gabinetem luster.

background image

Pan Solomon przesunął monitor na jedną z półek i pomajstrował coś przy kablach. Spodziewałam się
zobaczyć  na  ekranie,  co  jest  na  zewnątrz,  a  zamiast  tego  ujrzałam  obrazek  znany  mi  od  lat:  twarze
czternastu uczennic naszej klasy.

- W terenie nigdy nie spodziewajcie się, że wszystko przebiegnie zgodnie z planem. Chcę zobaczyć
improwizację.  Na  przykład  nasza  wieczorna  misja  wymaga  użycia  pojazdu  nienależącego  do
Akademii Gallagher. I dlatego - kontynuował, gestykulując - poczyniłem pewne przygotowania.

(A nie mówiłam! Na sto procent go ukradł!) Podał Bex, Liz i mnie słuchawki i powiedział:

- Podstawowy sprzęt do komunikacji. Nie bójcie się go używać.

Potem  pokazał  nam  parę  okularów  w  grubych  oprawkach,  guzik  z  napisem  „Kocham  Roseville"  i
srebrny wisiorek z krzyżykiem.

- W tych trzech przedmiotach umieszczone są kamery, dzięki którym będziemy mogli przyglądać się
waszej misji i ją komentować.

60

Krzyżyk dyndał na jego palcu wskazującym, a na ekranie kołysał się obraz wszystkich dziewczyn z
klasy.

-  Dziś  te  przedmioty  posłużą  nam,  a  nie  wam.  To  tylko  ćwiczenie,  ale  nie  spodziewajcie  się,  że
przybiegniemy wam na ratunek.

Dobra, przyznaję, zaczynałam się trochę martwić, ale z drugiej strony to chyba nie takie dziwne, co?
Wszystkie  się  tak  czułyśmy.  Widziałam,  jak  Bex  drży  noga,  a  Liz  bawiła  się  palcami.  Zresztą  inne
dziewczyny  w  furgonetce  były  nieźle  spięte  (i  to  nie  tylko  z  powodu  bliskości  pana  Solomona).
Chociaż  tylko  Liz,  Bex  i  ja  miałyśmy  wyjść  na  zewnątrz,  wszystkie  byłyśmy  teraz  kimś  więcej  niż
dziewczętami z Gallagher: byłyśmy agentkami na misji i dobrze wiedziałyśmy, że pewnego dnia za
czymś takim będzie stało coś znacznie więcej niż oceny.

Festynowa  muzyka  stała  się  nagle  głośniejsza.  A  to  dlatego,  że  otwarto  tylne  drzwi  furgonetki.
Pierwszą  rzeczą,  jaka  rzuciła  mi  się  w  oczy,  była  wściekle  pomarańczowa  czapeczka  pana
Moscowitza, który powiedział:

- Są niedaleko.

Pan  Solomon  wetknął  kabelek  do  głośnika  i  nagle  przy  wtórze  karnawałowych  rytmów  rozległ  się
głos mojej mamy:

- Świetna pogoda na bieganie.

Zrobiło mi się słabo. Tylko nie mama, pomyślałam. Każdy, tylko nie mama!

Znacie takie powiedzenie: Uważaj, co mówisz? No właśnie.

background image

Zdecydowanie w nie wierzę, bo ledwo zdążyłam to pomyśleć, a pan Solomon odwrócił się do nas i
wyjaśnił:

- Istnieją trzy typy podmiotów, które zawsze najtrudniej jest obserwować

-  zaczął  wyliczać  na  palcach  -  ludzie  wyszkoleni,  ludzie,  którzy  podejrzewają,  że  są  śledzeni,  oraz
ludzie, których znamy.

Po chwili dodał:

- To wasza szczęśliwa noc, drogie panie.

61

Z kieszeni marynarki wyciągnął biało-czarną fotografię i podał ją nam.

Nie znałyśmy twarzy na zdjęciu, ale głos, który dobiegł z głośnika:

- No tak, chyba powinienem do tego wrócić - był na pewno znajomy.

- O cholera! - wrzasnęła Bex, a Liz aż upuściła notatki.

- Smith! - krzyknęłam - mamy śledzić profesora Smitha?!

Nie mogłam w to uwierzyć! To była nasza pierwsza misja, a on naprawdę chciał, żebyśmy śledziły
gościa  z  trzydziestoletnim  doświadczeniem,  który  widywał  nas  codziennie  od  pierwszej  klasy  i  w
dodatku był

największym  paranoikiem,  jaki  stąpa  po  ziemi!  (Serio!  Są  na  to  dowody  w  postaci  rachunków  za
operacje plastyczne).

Podejrzewam,  że  w  dwadzieścia  minut  wykiwałby  najlepszych  agentów  z  CIA.  Trzy  dziewczęta  z
Gallagher nie miały absolutnie żadnych szans.

No i po tym, jak wysłuchał mojego raportu o szlakach handlowych Afryki Północnej, pewnie będzie
się zastanawiał, czemu siedzę tuż za nim nakaruzeli.

- Ale... ale... ale przecież on nigdy nie opuszcza swojego terytorium -

zaprotestowałam, odzyskując w końcu mowę - nigdy nie wkracza ot tak, na niezabezpieczony teren.

Dobre, dobre, pomyślałam, z całych sił próbując przypomnieć sobie notatki Liz.

- To wbrew wzorcowi zachowania obiektu!

Pan Solomon tylko się uśmiechnął. Dobrze wiedział, że to misja niemożliwa do wykonania, i właśnie
dlatego ją nam przydzielił.

background image

- Wierzcie mi - powiedział ponuro - nikt nie zna wzorców zachowania pana Smitha.

Przesunął w naszą stronę gruby folder papierów.

- Za to wiemy na pewno, że dziś w Roseville odbywa się festyn, a pan Smith uwielbia gofry.

67

-  A  więc  dziewczęta,  bawcie  się  dobrze!  -  W  głośnikach  huknął  głos  mojej  mamy.  Wyobraziłam
sobie,  jak  macha  swojemu  koledze,  który  wchodzi  do  miasteczka.  Jej  oddech  stał  się  głębszy  i
wydawało mi się, że prawie słyszę jej kroki na chodniku.

Pan Solomon dodał:

- Waszym zadaniem jest dowiedzieć się, czym profesor popija gofry.

Całe życie czekam na swoją pierwszą misję i co mam wytropić?! Jakiś gazowany napój!

- Obiekt w remizie strażackiej, Panie Mądry - szepnęła mama - do waszej dyspozycji.

Po  czym  po  prostu  się  ulotniła,  zostawiając  nas  w  tych  ciemnościach  z  Joem  „Panem  Mądrym"
Solomonem i matematykiem we wściekle pomarańczowej czapeczce.

Pan Solomon przesunął w moim kierunku naszyjnik z krzyżykiem i spytał:

- Zabierasz czy nie?

Chwyciłam krzyżyk, wiedząc, że na pewno mi się przyda.

Rozdział 6

Uwielbiam Bex i Liz. Naprawdę. Ale gdy chodzi o misję, której celem jest pozostać niezauważonym
na festynie w Roseville i śledzić obiekt pokroju pana Smitha, to geniusz w okularach w stylu Jackie
O. i dziewczyna, która spokojnie mogłaby być miss Ameryki (nawet jako Brytyjka) niekoniecznie są
najlepszym wsparciem, jakie można sobie wymarzyć.

- Mam gałkę - powiedziała"Bex, podczas gdy ja czaiłam się na rynku przy mokrej beczce*.

Mniej  więcej  co  minutę  słyszałam  za  plecami  głośny  plusk  i  burzliwe  oklaski.  Ludzie  kręcili  się,
zajadając parówki w cieście i jabłka w karmelu

-  całe  mnóstwo  kalorii  na  patyczkach  -  a  ja  nagle  pomyślałam,  że  nasz  kucharz  co  prawda  robi
genialny creme brulee, ale jego parówki zapie-kane w cieście pozostawiają wiele do życzenia.

I  dlatego  też  sobie  kupiłam.  Znaczy,  tę  parówkę  w  cieście.  Możecie  się  zastanawiać,  jak  mam
czelność jeść. Albo

background image

*  Oryg. dunking  booth  - Popularna  w  Stanach  Zjednoczonych  atrakcja  na  festynach  i  w  wesołych
miasteczkach. Na siedzisku umieszczonym nad wypełnionym wodą zbiornikiem siada jedna osoba, a
inni  rzucają  piłeczkami  do  tarczy.  Jeśli  piłeczka  trafi  do  celu,  siedzisko  opada  z  impetem  do  wody
(przyp. tłum.).

64

czy  to  nie  lekkomyślne  babrać  się  z  parówką  i  musztardą,  kiedy  powinno  się  uważać  na  resztę
agentek. Ale w tym właśnie tkwi cały sekret mistrza inwigilacji (nazwano mnie tak po raz pierwszy,
gdy  jako  dziewięciolatka  śledziłam  tatę  w  centrum  handlowym,  dopóki  nie  dowiedziałam  się,  co
kupuje mi pod choinkę). Nie można cały czas chować się za śmietnikami i kamuflować w bramach.
Co  to  by  była  za  tajna  misja?  Żaden  prawdziwy  mistrz  inwigilacji  się  nie  chowa  -  on  się  wtapia.
Dlatego jeśli na widok kolejnej osoby wcinającej parówkę w cieście najdzie was na nią ochota, to
nie żałujcie sobie musztardy! (A poza tym nawet szpiedzy muszą coś jeść).

Bex  krążyła  przed  biblioteką  po  drugiej  stronie  rynku,  gdzie  rozgrzewała  się  orkiestra  dęta  Duma
Roseville, a Liz miała być tuż za mną, ale nigdzie jej nie widziałam. (Tylko nie mówcie mi, że wzięła
ze sobą pracę domową z regeneracji cząsteczkowej...). Pan Smith był może jakieś dziesięć metrów
od  Bex  i  zachowywał  się  jak  zwykły  człowiek,  czym  doprowadzał  mnie  do  szału.  Co  chwilę
ukazywała  się  jego  czarna  kurtka,  a  on  spacerował  sobie  spokojnie  i  wyglądał  jak  przeciętny
obywatel  z  kredytem  hipotecznym.  Zrozumiałam,  że  spośród  wszystkich  pozorów  zachowawczych
Akademii Gallagher największym byli jej ludzie.

- Jak ci idzie, księżno? - spytałam, na co Bex odparła ze złością:

- Nienawidzę tej cholernej zabawy w przezwiska!

- No już dobrze, księżniczko - poprawiłam się.

- Cam... - zaczęła Bex, ale zanim zdążyła się odgryźć, usłyszałam w słuchawce Liz:

- Kameleon, gdzie jesteś? - zrzędziła. - Znowu cię zgubiłam.

- Przy mokrej beczce, kujonie.

- Pomachaj mi czy coś.

65

Wyobrażałam sobie, jak Liz wspina się na palce i wypatruje mnie w tłumie.

- To trochę jakby wbrew celowi misji, nie sądzisz? -zauważyła Bex.

- No to jak ja mam iść za wami jak idziecie za Smithem, skoro nie widzę...

A zresztą, już nic - dodała - widzę was.

background image

Rozejrzałam się i pomyślałam: No tak! Już wiedziałam, czemu tak trudno mnie znaleźć: siedziałam na
dobrze  widocznej  ławce.  Naprawdę.  Już  bardziej  widocznym  być  nie  można,  nawet  jakbym  miała
nad głową gigantyczny neon. Ale tego właśnie ludzie zwykle nie kumają, jeśli chodzi o  obserwację.
Nikt,  nawet  moje  przyjaciółki,  nie  spojrzą  dwa  razy  na  zwykłą  dziewczynę  w  znoszonych  ciuchach
siedzącą  na  ławce  i  wcinającą  parówkę.  Jeśli  potrafisz  się  nie  wiercić,  a  przy  tym  wyglądać
pospolicie, to naprawdę łatwo stać się niewidzialnym.

-  Zaczynam  wariować  -  powiedziała  Bex  łagodnie,  a  ja  wiedziałam  już,  że  zabawę  czas  zacząć.
Roseville może

i przypomina miasteczko z bajkiMla grzecznych dzieci, ale profesor Smith nie zamierzał ryzykować.
Właśnie  zawracał,  więc  opuściłam  swoją  ławkę  i  poszłam  w  stronę  chodnika.  Wiedziałam,  że  z
drugiej  strony  rynku  Smith  szedł  prosto  na  mnie,  mijając  Bex,  która  schyliwszy  głowę,  starała  się
zachowywać normalnie. To właśnie w takich momentach ludzie zwykle wpadają. Amator spojrzałby
na zegarek i odwrócił się na pięcie, jakby właśnie przypomniał sobie, że musi już iść. Ale nie z Bex
takie numery: ona po prostu nadal sobie szła.

Na ten festyn przyszło chyba z pół miasta, więc między panem Smithem a mną było mnóstwo ludzi (to
akurat  bardzo  dobrze).  Zwykle  nie  zauważa  się  różnych  rzeczy  tak  szybko  i  łatwo,  jak  zauważa  się
ruch, i dlatego gdy profesor Smith nagle się odwrócił, znieruchomiałam. Gdy ruszył

71

dalej,  odczekałam  pięć  sekund  i  poszłam  za  nim.  Przede  wszystkim  jednak  pamiętałam  o  tym,  co
zawsze mówił mój tata: kiedy się jest tak zwanym ogonem, to nie można zachowywać się jak sztywny
sznurek, ale raczej jak guma -rozciągać się i skracać, poruszać niezależnie od obiektu.

Kiedy widziałam coś fajnego, zatrzymywałam się. Jak ktoś powiedział

coś śmiesznego, to się śmiałam. Przechodząc obok budki z lodami, nie odmówiłam sobie i kupiłam
porcję, ale przez cały czas nie traciłam pana Smitha z oczu.

Nie mówię jednak, że było to łatwe. Ani trochę. Zawsze, kiedy wyobrażałam sobie swoją pierwszą
misję,  myślałam,  że  będę  grzebać  w  supertajnych  dokumentach  czy  coś  w  tym  stylu.  Nigdy  nie
przyszło mi do głowy, że będę śledzić swojego profesora od WOK-u na jakimś festynie i że moim
zadaniem będzie dowiedzieć się, czym popija gofry!

Najdziwniejsze  w  tym  wszystkim  było  to,  że  taka  misja  była  o  wiele  trudniejsza!  Profesor  Smith
zachowywał  się  tak,  jakby  za  chwilę  do  Roseville  mieli  wpaść  płatni  zabójcy  z  KGB:  starał  się
przeszkodzić  w  obserwowaniu  go  na  wszelkie  podręcznikowe  sposoby  (no,  przynajmniej  ja  znam
takie  podręczniki).  Uzmysłowił  mi,  jakie  to  musi  być  dla  niego  piekielnie  trudne.  Nie  mógł  nawet
pójść na gofry bez ustawicznego

„sprawdzania pleców", „zaglądania w zaułki" i „rozrzucania okruszków".

W pewnym momencie zrobiło się naprawdę gorąco i byłam pewna, że mnie wypatrzy, ale udało mi

background image

się wmieszać w grupkę starszych wysuszonych pań. Niestety jedna z nich potknęła się o krawężnik, a
ja  instynktownie  rzuciłam  się  na  pomoc.  Profesor  Smith  zatrzymał  się  przed  zaciemnionym  oknem
sklepowym i wpatrywał w odbicie. Na szczęście byłam jakieś sześć metrów za nim, szczelnie okryta
zasłoną z siwych włosów i poliestru. Potem jednak wszystkie staruszki jednocześnie odwróciły się
do mnie, a to już nie było dobrze.

72

-  Dziękujemy  panience  -  powiedziała  jedna,  przyglądając  mi  się  i  mrużąc  oczy,  dodała:  -  Czy  ja
ciebie znam?

W słuchawce rozległ się głos:

- Zamieniłyśmy się? - panikowała Liz. - Zamieniłyśmy się rolami?

Profesor Smith oddalał się w kierunku Bex, więc odpowiedziałam:

- Tak. - Ale wtedy starsza pani uniosła brwi i przypatrywała mi się jeszcze uważniej.

- Nie pamiętam, gdzie cię wcześniej widziałam - zastanawiała się.

- No pewnie, że pamiętasz, Betty - dodała druga, poklepując tamtą po ramieniu - to jest dziewczyna
Jacksonów.

No  i  właśnie  dlatego  jestem  kameleonem.  Jestem  dziewczyną  z  domu  obok  (tyle  tylko,  że  drzwi
mojego domu wyposażone są w czytniki odcisków palców, są kuloodporne i w ogóle...)

- Ach! A czy babcia wyszła już ze szpitala? - zapytała najdrobniejsza staruszka.

No dobra, żadnych Jacksonów nie znałam, a tym bardziej nie wiedziałam, jak czuje się czyjaś babcia,
za  to  moja  babcia  Morgan  nauczyła  mnie,  że  chińskie  tortury  wodne  to  pikuś  w  porównaniu  z
ciekawską staruszką.

Widziałam,  jak  profesor  Smith  zbliża  się  do  Bex,  ale  jednocześnie  słyszałam,  jak  ta  śmieje  się,
skandując: „Tak trzymać! Do boju Piraci!"

Zupełnie jakby była zagorzałą fanką piątkowych meczy futbolowych.

Bex mogła nie odróżniać amerykańskiego futbolu od piłki nożnej, ale faceci to tylko faceci i gdy po
drugiej  stronie  ulicy  zobaczyłam  tuman  testosteronu  w  piłkarskich  koszulkach,  nie  potrzebowałam
żadnych zdjęć obserwacyjnych, żeby wiedzieć, kto znajdował się w centrum tego zamieszania.

Staruszki gapiły się na mnie, jakbym była igłą, którą trzeba nawlec, a mnie przyszły do głowy tylko te
słowa:

68

background image

- Doktor Smith uważa, że powinna wyjechać na południe, że musi porządnie się wygrzać.

Ponad  otaczającym  mnie  tłumem  spojrzałam  na  oblężoną  Bex  w  nadziei,  że  usłyszała  i  zrozumiała
wiadomość i wie, że zbliżają się problemy.

Moje nadzieje stopniały, gdy usłyszałam:

- Jasne, uwielbiam skrzydłowych!

- Jakież to miłe, prawda? - odezwała się staruszka. -A wie już, dokąd pojedzie?

Zobaczyłam ciemną kurtkę pana Smitha znikającą za kolumnami przed biblioteką, a potem rozpłynął
się całkowicie.

- Wiedzą panie, że babcia jest takim molem książkowym - powiedziałam, modląc się, by Liz akurat
słuchała - nie może się już doczekać jak pójdzie do biblioteki, a właściwie za bibliotekę - dodałam,
zgrzytając zębami.

Słyszałam jednocześnie w słuchawce jakąś awanturę i zamieszanie.

- O nie! - wymamrotała Bex.

Zobaczyłam  chmarę  idących  piłkarzy,  ale  Bex  tam  nie  było. A  mówiąc  dokładniej,  nigdzie  jej  nie
było. I Smitha też.

-  Przepraszam  panie,  ale  muszę  już  iść  -  rzuciłam  i  oddaliłam  się.  -  Mól  książkowy,  masz  ich?  -
spytałam. - Straciłam obiekt i gałkę z pola widzenia. Powtarzam. Straciłam obiekt i gałkę z...

Dotarłam w końcu do biblioteki i rozejrzałam się za profesorem Smithem, ale zobaczyłam tylko rząd
żółtych  lamp  ulicznych.  Przecisnęłam  się  z  powrotem  przez  tłum,  okrążając  cały  rynek,  i  znalazłam
się  w  punkcie  wyjścia:  na  pustym  chodniku  między  sklepem  obuwniczym  a  ratuszem,  tuż  za  mokrą
beczką.

Powinnam bardziej uważać na otoczenie. Wiem, wiem: absolutne podstawy technik szpiegowskich i
takie tam, ale 74

już za późno. A byłyśmy tak blisko, taaaaak blisko! Nie chciałam przyznać tego sama przed sobą, ale
kiedy  kończyłam  loda,  wyobraziłam  sobie,  jakby  to  było,  gdyby  Joe  Solomon  powiedział:  -  Dobra
robota.

A teraz ich wcięło, wszystkich: Smitha, Bex i Liz. Nie mogłam przecież olać sprawy, wziąć nóg za
pas i lecieć do szkoły. No, nie teraz. Byłyśmy już tak blisko! Rzuciłam się więc w stronę stoiska z
goframi.  Było  to  jedyne  miejsce,  co  do  którego  miałyśmy  pewność,  że  Smith  je  tego  wieczoru
odwiedzi. Zupełnie nie zwracałam jednak uwagi na to, gdzie idę, ani na to, że siedzisko nad mokrą
beczką  szczelnie  wypełniał  zastępca  szefa  policji.  Usłyszałam  tylko  brzdęk  piłeczki  o  metal,  kątem
oka zarejestrowałam jakiś ruch, ale żadne zajęcia gimnastyczne na świecie nie mogły nikogo nauczyć,
jak uniknąć gigantycznej fali, która spadła na mnie z hukiem.

background image

Właśnie tak! Stałam i trzęsłam się, a moja pierwsza tajna misja stała się zarazem moim pierwszym
konkursem miss mokrego podkoszulka.

Domyślałam się, że pewnie i jedno, i drugie już więcej się nie powtórzy.

Nagle zlecieli się ludzie z ręcznikami i pytaniami, czy odwieźć mnie do domu.

No  tak,  ja  to  dopiero  umiem  się  schować,  pomyślałam,  dziękując  im  najzwyczajniej,  jak  tylko
potrafiłam,  i  zwiałam.  W  połowie  drogi  wyciągnęłam  z  kieszeni  ociekający  banknot
dwudziestodolarowy, kupiłam bluzę z napisem „Do boju, Piraci!" i wciągnęłam ją na siebie.

Słuchawki w uszach przestały trzeszczeć i zamilkły na dobre, a ja z duszą na ramieniu zdałam sobie
sprawę, że mój mały srebrny supernowoczesny krzyżyk nie był wodoodporny.

Banda  zapalonych  piłkarzy  Bex  przeszła  koło  mnie,  ale  nikt  na  mnie  nie  spojrzał.  Jako  dziewczyna
nie

70

pogardziłabym choć jednym przelotnym spojrzeniem, ale jako szpieg poczułam ulgę, że przymusowa
kąpiel  nie  wpływała  zbytnio  na  moje  tajne  zadanie.  Skierowałam  się  w  stronę  stoiska  z  goframi,
wiedząc, że w każdej chwili mogę wpaść w prawdziwe tarapaty. No i właściwie tak się stało.

Na  ławce  siedziały  Bex  i  Liz,  a  przed  nimi  przechadzał  się  pan  Smith,  który  wyglądał  naprawdę
przerażająco! Jego nowa twarz od początku wydawała się wyrazista, ale doceniłam te zdecydowane
rysy dopiero, gdy pochylił się nad Liz i wrzasnął:

- Panno Sutton!

Liz aż się skurczyła, za to Bex skrzyżowała ramiona i wyglądała na totalnie znudzoną.

- Chciałbym się dowiedzieć, co tutaj robisz! - rozkazał. - Panno Baxter -

zwrócił się do Bex - może mi powiesz, dlaczego opuściłyście kampus? I wyjaśnisz mi, dlaczego od
pół  godziny  mnie  śledzicie  oraz...  -  nagle  jego  mina  zmieniła  się,  jakby  go  olśniło  -  powiecie  mi,
gdzie jest teraz Joe Solomon.

Bex i Liz długo patrzyły na siebie nawzajem, aż w końcu Bex zwróciła się do pana Smitha:

-  Miałam  nieodpartą  ochotę  na  parówkę  w  cieście.  Wspominałam  już  o  kulinarnych
niedociągnięciach

w  tej  dziedzinie  w  Akademii  Gallagher,  ale  pan  Smith  najwyraźniej  nie  kupował  tej  historyjki.  I
bardzo dobrze. Zrozumiałam przesłanie: Bex i Liz niczego mu nie powiedzą.

Takie właśnie są!

background image

Wtedy  nagle  pojęłam,  że  powinnam  coś  zrobić!  Przecież  misja  nadal  trwała.  Wciąż  jeszcze  była
nadzieja. Na pewno mogłam jeszcze coś uratować. Na pewno...

Zaczynałam  szczerze  nienawidzić  Joego  Solomona.  Najpierw  każe  nam  śledzić  gościa,  który  ma
przyłapać przy-71

background image

najmniej  jedną  z  nas,  ale  nie  mówi,  co  zrobić,  jak  już  się  jest  przyłapanym!  Co  miałam  robić  -
odwrócić  jego  uwagę  i  mieć  nadzieję,  że  Bex  i  Liz  się  wymkną?  Czy  skombino-wać  jakąś  broń  i
skoczyć Smithowi na plecy? A może po prostu przejść na drugą stronę ulicy i zająć swoje miejsce
przy koleżankach na ławce wstydu?

Kątem oka zobaczyłam krążącą niedaleko furgonetkę Overnight Express.

Mogła się zatrzymać i mogło z niej wybiec wojsko i uratować tę sytuację, ale tak się nie stało, a ja
zrozumiałam dlaczego. Ulice wypełnione były ludźmi, którzy nie mogli przecież wiedzieć, co potrafią
te dziewczynki na ławce. Mogłam ocalić swoje siostry, ale musiałam być dyskretna.

-  Wstawaj  -  pan  Smith  rozkazał  Liz,  wyrzucając  jednocześnie  butelkę  po  napoju  Dr  Pepper  do
stojącego obok śmietnika - dokończymy tę rozmowę w szkole.

Z ukrycia patrzyłam, jak Bex i Liz odchodzą. Jeśli twoje dwie najlepsze przyjaciółki przechodzą tuż
koło ciebie i nie mają pojęcia, że Jam jesteś, możesz mieć pewność, że umiesz się maskować. Ale
uznałam, że to przecież dla dobra sprawy. W końcu nadal byłam dziewczyną na misji!

Poczekałam, aż zniknęli za zakrętem, i przeszłam przez ulicę. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Nikt
nie spytał mnie o imię ani nie powiedział, jak bardzo jestem podobna do mamy. Nie musiałam czuć
tych  krótkich  nieprzyjemnych  spojrzeń,  gdy  ktoś  nagle  zdawał  sobie  sprawę,  że  jestem  Cammie
Morgan, z tych Morganów. Że to mój tata nie żyje. Na ulicach Roseville byłam zwykłą dziewczyną i
czułam  się  z  tym  tak  dobrze,  że  wcale  nie  miałam  ochoty  wyciągać  z  kieszeni  paczki  chusteczek,
sięgać do śmietnika i ostrożnie wydobywać butelki, którą wyrzucił pan Smith.

Ale i tak to zrobiłam.

- Misja ukończona - szepnęłam.

77

Odwróciłam się, wiedząc, że czas już wracać do świata, w którym nadal mogłam być niewidzialna,
ale nie anonimowa.

I właśnie wtedy go zauważyłam: chłopaka po drugiej stronie ulicy, który naprawdę mnie widział.

Rozdział 7

Zwrażenia  wypuściłam  butelkę  z  rąk,  ale  się  nie  zbiła.  Potoczyła  do  krawężnika,  a  ja  popędziłam,
żeby  ją  podnieść.  Inna  dłoń  mnie  uprzedziła,  dość  duża  i  zdecydowanie  chłopięca.  Skłamałabym,
mówiąc,  że  nie  było  żadnego  nieumyślnego  dotknięcia  małym  palcem,  które  wywołało  delikatne
mrowienie  podobne  do  tego,  jakie  występuje  po  użyciu  kremu  doktora  Fibsa,  który  trwale  zmienia
odciski palców. (Ale to było o wiele przyjemniejsze). Wstałam, a chłopak podał mi butelkę.

-  Cześć  -  powiedział,  trzymając  jedną  rękę  w  kieszeni  swoich  luźnych  dżinsów,  które  opuszczał
chyba  specjalnie,  żeby  zsuwały  się  z  bioder,  a  nogawki  opadały  na  nike'i,  które  aż  błyszczały
nowością i świeżością. -

background image

Często tu przychodzisz? - zapytał dość ironicznie.

Uśmiechnęłam się, bo nie mogłam się powstrzymać.

- A właściwie to nie musisz mi nawet odpowiadać. Znam wszystkie śmietniki w mieście i, mimo że
ten jest całkiem fajny, to jakoś nie wygląda mi na taki, w którym zazwyczaj grzebie taka dziewczyna
jak ty.

Już miałam zaprotestować, kiedy dodał:

- Ale te na Siódmej to już zupełnie co innego; są naprawdę niezłe.

74

Przypomniały  mi  się  pierwsze  zajęcia  z  panem  Solomo-nem  i  zarejestrowałam  szczegóły:  wzrost
około metra sześćdziesięciu, falujące brązowe włosy i oczy, które mogłyby zawstydzić nawet samego
pana Solomona. Ale najlepiej zapamiętałam, z jaką swobodą się uśmiechał.

Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby ten uśmiech nie rozświetlał

całej  jego  twarzy:  oczu,  ust,  policzków.  Nie  szczerzył  się  jakoś  przesadnie  ani  nic  takiego:  to  był
zwykły łagodny uśmiech, niczym topniejące masło.

A z drugiej strony, wcale nie byłam bezstronnym sędzią, bo przecież on uśmiechał się do mnie!

- To naprawdę musi być jakaś wyjątkowa butelka - powiedział oczywiście z uśmiechem.

Wyobraziłam  sobie,  jak  to  musiało  strasznie  głupio  wyglądać.  Pod  wypływem  tego  serdecznego
uśmiechu całkiem zapomniałam o swojej misji i wyskoczyłam z pierwszą lepszą myślą, jaka przyszła
mi do głowy:

- Bo ja mam kota!

Zdziwienie,  jakie  ukazało  się  na  jego  twarzy,  kazało  mi  podejrzewać,  że  za  chwilę  wyciągnie
komórkę i zadzwoni do najbliższego wariatkowa z informacją, że grasuję po Roseville.

-  Lubi  się  bawić  butelkami  -  nawijałam  dalej  z  prędkością  jakichś  stu  czterdziestu  kilometrów  na
godzinę. -A ostatnia się zbiła i szkło weszło jej w łapę. Suzie! Tak ma na imię. No, ta kotka, której
szkło wbiło się w łapkę. Znaczy ja innych poza nią nie mam. Kotów, w sensie, nie butelek. I dlatego
ta jest mi potrzebna. Chociaż wcale nie jestem pewna, czy kotka będzie chciała kolejną butelkę przez
tę całą...

- Traumę ze szkłem w łapie - dokończył za mnie. Z ulgą wypuściłam powietrze.

- Dokładnie tak.

No  i  tak  właśnie  zachowuje  się  szkolony  agent  rządowy,  gdy  ktoś  zakłóci  jego  misję.  Coś  mi  się

background image

wydaje, że wygląd intruza, który przypominał

skrzyżowanie młodego George'a

75

Clooneya z Orlando Bloomem, też nie był bez znaczenia. (Gdyby był

skrzyżowaniem  Clooneya  i,  powiedzmy,  jednego  z  hobbitów,  to  zapewne  dużo  łatwiej  byłoby  mi
zebrać myśli).

Kątem  oka  zauważyłam  furgonetkę  Overnight  Express  skręcającą  w  alejkę.  Wiedziałam,  że  czekają
na mnie, więc odwróciłam się w tamtym kierunku, ale chłopak zdążył jeszcze zapytać:

- Jesteś nowa w Roseville, prawda?

Odwróciłam  się  z  powrotem.  Pan  Solomon  prawdopodobnie  nie  zacznie  trąbić  jak  oszalały,  żeby
mnie  pogonić,  ale  nawet  w  swoich  zepsutych  słuchawkach  wyczuwałam  poirytowanie  i  słyszałam
tykanie zegara.

- Ja... yyy... a skąd wiedziałeś?

Wzruszył tylko ramionami, wciskając ręce w kieszenie:

-  Mieszkam  tu  od  urodzenia.  Wszyscy,  których  znam,  mieszkają  tu  od  urodzenia.  A  ciebie  nigdy
wcześniej nie widziałem.

Już  chciałam  powiedzieć:  Pewnie  dlatego,  że  mnie  nikt  nie  zauważa,  ale  zdałam  sobie  sprawę,  że
jednak on mnie zauważył, i na samą myśl o tym aż mnie zatkało, jakby ktoś porządnie kopnął mnie w
brzuch (mam pełne prawo do takiego porównania).

- Ale w takim razie - powiedział nagle, jakby go olśniło - pewnie spotkamy się w szkole.

Że  co?  Przez  chwilę  zastanawiałam  się,  jakim  cudem  chłopak  miałby  znaleźć  się  w  Akademii
Gallagher  (szczególnie  że  Tina  Walters  zarzeka  się,  że  gdzieś  w  Maine  istnieje  tajna  szkoła  dla
chłopców i co roku stara się przekonać moją mamę, by zabrała nas tam na wycieczkę).

Ale zaraz przypomniałam sobie, że miałam przecież być najzwyklejszą nastolatką, tyle tylko że on nie
zobaczy mnie w szkole w Roseville.

- Nie chodzę do normalnej szkoły.

81

Wyglądał  na  trochę  zdziwionego,  ale  zaraz  potem  zerknął  na  moją  pierś  (Nie  tak  zerknął!  Przecież
miałam na sobie bluzę, pamiętacie? A poza tym, niespecjalnie byłoby na co się gapić). Spojrzałam na
srebrny krzyżyk lśniący na nowej czarnej bluzie.

background image

- Czyli co? Nauka w domu czy coś? - zapytał, a ja tylko przytaknęłam. -

Ze względu na religię?

- Właśnie - odparłam przekonana, że brzmi to bardzo wiarygodnie - coś w tym stylu. - Zrobiłam krok
wstecz w kierunku furgonetki, koleżanek i domu. Muszę lecieć.

- Czekaj! - zawołał. - Jest ciemno. Odprowadzę cię. Wiesz... dla bezpieczeństwa.

Z pewnością mogłabym załatwić go tą butelką i zrobić z niego pośmiewisko, gdyby nie fakt, że jego
propozycja była taka słodka.

- Dam sobie radę - odpowiedziałam, oddalając się chodnikiem.

- No to dla mojego bezpieczeństwa.

Nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam się śmiać:

- Wracaj na festyn!

Jeszcze dziesięć kroków i znalazłabym się za zakrętem, byłabym już wolna, ale on znowu krzyknął:

- A jak masz na imię?

Cammie! - Nie wiem czemu to powiedziałam, ale stało się i nie mogłam tego cofnąć, więc dodałam
tylko: - Mam na imię Cammie. - Zupełnie jakbym sama nie wierzyła, że to powiedziałam.

-  Hej,  Cammie  -  krzyknął,  oddalając  się  długimi  krokami  w  stronę  wciąż  trwającego  festynu  -
powiedz Suzie, że jest szczęściarą.

Czy ktoś powiedział kiedykolwiek coś bardziej seksownego?

Zdecydowanie nie!

- A tak w ogóle to jestem Josh.

82

Zawołałam, biegnąc:

- Cześć, Josh! - Ale zanim te słowa zdążyły do niego dotrzeć, mnie już nie było.

Furgonetka  Overnight  Express  stała  na  końcu  uliczki  z  wyłączonymi  światłami.  W  ręku  trzymałam
butelkę  pana  Smitha  i  przez  krótką  chwilę  zupełnie  nie  mogłam  sobie  przypomnieć,  co  właściwie
robiłam  z  tą  butelką.  Tak,  wiem.  Teraz  mi  wstyd  z  tego  powodu:  dziesięć  sekund  w  towarzystwie
chłopaka  odwróciło  moją  uwagę  od  misji. Ale  spojrzałam  na  butelkę  i  przypomniałam  sobie,  kim
jestem,  dlaczego  tu  jestem  oraz  gdzie  jestem.  Wiedziałam,  że  muszę  natychmiast  zapomnieć  o

background image

chłopakach, śmietnikach i kotkach o imieniu Suzie. Przypomniałam sobie, co było prawdą, a co tylko
przykrywką.

Otwierając  tylne  drzwi  furgonetki,  spodziewałam  się  zobaczyć  wszystkie  moje  koleżanki
zazdroszczące  mi  pozytywnie  zakończonej  misji  szpiegowskiej,  ale  zobaczyłam  jedynie  mnóstwo
paczek.  Nie  było  nawet  monitora,  a  zamiast  wielkich  gratulacji  w  głowie  słyszałam  stopniowo
cichnące słowa: „Powiedz Suzie, że jest szczęściarą". Zorientowałam się, że coś tu nie gra.

Wyskoczyłam  na  ulicę.  Sprawdziłam  szoferkę,  gdzie  na  desce  rozdzielczej  znalazłam  tylko
jaskrawopomarańczo-wą czapeczkę, zostawioną pewnie przez prawowitego kierowcę. Pojawiliśmy
się tu niezauważeni, a jedyne, co z tego pozostało, to butelka i długa droga do domu.

Pomyślałam, że ponadtrzykilometrowy sprint w mokrych dżinsach miał

być  rodzajem  zadośćuczynienia  za  pochłonięcie  parówki  w  cieście  i  lodów,  ale  kiedy  dotarłam  na
skraj miasta, nie byłam już tego taka pewna.

Biegłam, a moje myśli płynęły swobodnie. Wróciłam w nich do Jo-sha.

Widziałam, jak Liz i Bex znikają za zakrętem razem 78

z  panem  Smithem.  Rozmawiałam  ze  staruszką  o  babci,  której  nawet  nie  znałam.  Byłam  po  prostu
zwykłą dziewczyną na festynie.

W  oddali  przez  gęste  drzewa  dostrzegłam  migoczące  światła  szkoły,  a  moje  buty  wystukiwały  na
chodniku jednostajny rytm. Nogi oblepiał

wilgotny  dżins,  a  po  plecach  ciekły  mi  strużki  potu.  Mama  zawsze  mówi,  że  szpieg  powinien  ufać
swojemu instynktowi, a mój właśnie podpowiadał, że wcale nie chcę wracać do szkoły, że wcale nie
chcę znaleźć się w pobliżu pana Solomona i pana Smitha i zanim dotarłam pod główną bramę, byłam
w stanie poświęcić właściwie wszystko, byle tylko przez nią nie przechodzić.

-  Udana  noc,  Cam?-  zapytał  stojący  w  drzwiach  strażnicy  ostrzyżony  na  jeża,  przysadzisty  facet  o
ustach wiecznie pełnych gumy do żucia.

Wiedział, jak mam na imię, mimo że nigdy nie byłam mu przedstawiona.

Gdyby było inaczej, to pewnie nie nazywałabym go Żującym Strażnikiem. Ale w tej sytuacji był tylko
jednym  z  pracowników  mojej  mamy,  który  pewnie  był  na  misji  z  moim  tatą,  wiedział  o  mnie
dokładnie wszystko, podczas gdy ja o nim kompletnie nic.

Nagle zatęskniłam za moją ławeczką w Roseville, za tym hałaśliwym anonimowym zgiełkiem rynku.

Szłam wzdłuż podjazdu, gdy Żujący Strażnik zawołał:

- Hej, Cam, podwieźć cię? - Wskazał ciemnoczerwony wózek golfowy stojący za strażnicą.

background image

- Nie, dzięki. - Pokręciłam głową. - Dobranoc. Przepraszam, ale nie wiem, jak ci na imię.

Gdy dotarłam do głównego holu, poszłam od razu na schody. Chciałam wziąć prysznic, wskoczyć do
łóżka  i  pozbyć  się  tego  dziwacznego  uczucia,  które  zagnieździło  się  gdzieś  głęboko  we  mnie  w
chwili, gdy w samochodzie zobaczyłam tę pomarańczową czapeczkę - uczucia bycia opusz-84

czoną.  Nadal  trzymałam  w  ręku  nieszczęsną  butelkę,  ale  wiedziałam,  że  to  wcale  nie  o  nią  chodzi.
Wtedy usłyszałam jakieś kroki i rozkaz:

- Stać! - Pan Moscowitz biegł za mną.

- Witam, panie M. Świetnie pan sobie dziś radził za kółkiem. -

Pamiętałam, że dla niego to też była pierwsza misja.

To musiało być coś ważnego, skoro tak mnie gonił, ale na jedną krótką chwilę jego wygląd nieco się
zmienił. Cały aż płonął (ale nie tak jak wtedy, gdy testował niepalny żel doktora Fibsa).

-  Naprawdę?  -  spytał.  -  Przed  tym  drugim  znakiem  stopu  chyba  trochę  za  długo  się  wahałem.
Czterdzieści osiem godzin lub mniej - dodał.- To jest motto Overnight Express. Nie wydaje mi się,
żeby prawdziwy kierowca tyle zwlekał.

- E tam! - Skinęłam lekko głową. - Miałam wrażenie, że było w sam raz.

Nic tak nie opóźnia jak wypadek.

Znowu jego twarz pojaśniała:

- Naprawdę?

- Idealnie było.

Odwróciłam się, żeby wejść na schody, ale pan Moscowitz powiedział:

- A! Zaczekaj! Miałem ci przecież powiedzieć... -urwał nagle, a ja wyobraziłam sobie, jak przerzuca
gigabajty w mózgu - że masz iść na zajęcia z tajnych misji. No wiesz, sprawozdanie.

Jasne, pomyślałam, ściskając butelkę, przecież to jeszcze nie koniec.

Gdy skaner optyczny ślizgał się po mojej twarzy, pan Moscowitz zapytał

jeszcze:

- To jak, Cammie, nieźle było, co?

Oto najbystrzejszy facet na świecie szukał mojego potwierdzenia, że faktycznie dobrze się bawił.

To miejsce nigdy nie przestaje mnie zadziwiać.

background image

80

Rozdział 8

Kiedy  wyszłam  z  windy,  na  podpoziomie  drugim  było  ciemno.  Idąc  labiryntem  z  matowego  szkła,
minęłam  świecące  znaki  „Wyjście  ewakuacyjne"  i  migające  ekrany  komputerów.  Przeszłam  koło
biblioteki  wypełnionej  informacjami  zbyt  poufnymi  dla  pierwszoklasistki  i  wzdłuż  balkonu
wychodzącego  na  ogromny,  trójpoziomowy  pokój  wielkości  sali  gimnastycznej,  wyposażony  w
ruchome ściany i sztuczne ludzkie postaci.

Z Bex nazywałyśmy to miejsce domkiem dla lalek. To tu szpiedzy się bawią.

W miarę jak zbliżałam się do klasy, na korytarzu robiło się coraz jaśniej i wkrótce widziałam przez
szklaną  ścianę  sylwetki  moich  koleżanek.  Nikt  się  nie  odzywał  -  ani  pan  Solomon,  ani  żadna  z
dziewczyn.  Wśliznęłam  się  przez  otwarte  drzwi  i  zobaczyłam  koleżanki  na  swoich  miejscach.  Pan
Solomon siedział swobodnie na niskiej półce z tyłu klasy z dłońmi zaciśniętymi na ciemnym drewnie.

Przez  dłuższą  chwilę  stałam  bez  ruchu,  nie  wiedząc,  co  robić,  aż  w  końcu  powiedziałam:  -  Mam
butelkę.

Jednak  Joe  Solomon  nie  uśmiechnął  się,  nie  powiedział  też  „dobra  robota".  Nie  spojrzał  na  mnie  i
tylko gapił się na białe płytki na podłodze.

86

- Proszę wejść, panno Morgan - powiedział łagodnie. - Czekaliśmy na ciebie.

Ruszyłam  w  stronę  swojego  miejsca  po  drugiej  stronie  klasy  i  dopiero  wtedy  je  zauważyłam:  dwa
puste krzesła. Popatrzyłam na inne dziewczyny, ale żadna nawet na mnie nie spojrzała.

- Powinny wrócić do... - zaczęłam, ale pan Solomon wziął pilot, nacisnął

przycisk, a w klasie zrobiło się ciemno. Widać było tylko długi snop światła biegnący od rzutnika.
Zasłaniałam światło i moja sylwetka rysowała się na ekranie.

A na ekranie była Bex siedzącą na murku przed biblioteką w Roseville. Po chwili kliknięcie i obraz
się  zmienił.  Tym  razem  pojawiła  się  Liz  zerkająca  zza  drzewa,  co  nie  jest  mile  widziane,  ale  pan
Solomon  tego  nie  skomentował.  Jego  milczenie  było  dużo  gorsze.  Znowu  kliknięcie.  Bex
przechodziła przez ulicę, oglądając się za siebie. Kliknięcie. Liz obok stoiska z goframi.

- Proszę pytać, panno Morgan - odezwał się złowrogo w ciemnej sali. -

Nie chcesz wiedzieć, gdzie one są?

Pewnie, że chciałam wiedzieć, ale bałam się usłyszeć odpowiedź. Na ekranie pojawiły się kolejne
obrazy,  zdjęcia  obserwacyjne  zrobione  przez  dobrze  wyszkolony  zespół  zajmujący  doskonałą
pozycję. Bex i Liz nie miały pojęcia, że ktoś tam jest, ja też nie miałam o tym pojęcia, a jednak ktoś

background image

śledził każdy nasz krok. Poczułam się jak ofiara.

-  No,  proszę  zapytać,  dlaczego  ich  tu  nie  ma  -  zażądał  pan  Solomon,  a  ja  dostrzegłam  niewyraźny
zarys jego postaci.

Stał z założonymi rękoma.

- Przecież chcesz być szpiegiem, tak, Kameleonie? W jego ustach mój pseudonim brzmiał jak kpina.

- To teraz proszę nam powiedzieć, co dzieje się ze szpiegami, którzy wpadną.

82

O nie! - pomyślałam. Kolejne kliknięcie.

Chodzi o Bex? Niemożliwe, przecież ona była z panem Smithem, bezpieczna. Nie mogłam się jednak
powstrzymać i gapiłam się na ciemny, niewyraźny obraz na ekranie: zakrwawiona, opuchnięta twarz
była zwrócona w moją stronę. Trzęsłam się ze strachu o swoją przyjaciółkę.

- To nie od Bex zaczną — mówił dalej pan Solomon -tylko od Liz.

Jeszcze  jedno  kliknięcie  i  patrzyłam  teraz  na  chudziutkie  ramiona  związane  za  oparciem  krzesła  i
burzę krwawo-blond włosów.

-  Oni  są  naprawdę  bardzo  dobrzy  w  tym,  co  robią.  Wiedzą,  że  Bex  potrafi  przyjmować  ciosy,  a
najbardziej zabolą ją krzyki przyjaciółki.

Ciepłe światło rzutnika prześlizgiwało się po mojej skórze. Pan Solomon podchodził coraz bliżej, aż
zobaczyłam, jak nasze cienie spotykają się na ekranie.

- A  ona  potrafi  krzyczeć.  I  będzie  krzyczeć  jeszcze  przez  jakieś  sześć  godzin,  aż  odwodni  się  tak
bardzo, że nie zdoła wydać z siebie żadnego dźwięku.

Obraz  zaczął  rozmazywać  mi  się  przed  oczami,  a  kolana  miałam  miękkie  jak  z  waty.  Byłam  tak
przerażona, że ledwie usłyszałam, jak szepnął:

- Ą potem zajmą się Bex. Kolejne kliknięcie.

- Dla niej mają przygotowane specjalne atrakcje.

Nie mogłam spojrzeć mu w oczy i pomyślałam tylko, że zaraz zwymiotuję.

- Właśnie na to się decydujesz. Zobacz, co spotyka twoje przyjaciółki! -

Kazał mi patrzeć na ekran.

- Dosyć! - wrzasnęłam. - Dosyć!

background image

I upuściłam butelkę. Szyjka pękła i roztrzaskała się na podłodze.

88

- Straciłaś dwie trzecie swojego zespołu. Twoich przyjaciółek już nie ma.

- Nie! - krzyknęłam znowu. - Proszę przestać!

- Niestety, panno Morgan, jeśli już raz się zacznie, nie można przestać.

Miałam rozpaloną twarz i do oczu napłynęły mi łzy.

- To się nigdy nie kończy.

I rzeczywiście tak jest. Miał rację, a ja dobrze o tym wiedziałam.

Wyczułam, że pan Solomon odwraca się do grupy i pyta:

- No, to kto teraz chce być szpiegiem?

Nikt się nie zgłosił. Nikt się nie odezwał. I o to mu chodziło.

-  W  następnym  semestrze,  moje  panie,  tajne  misje  będą  przedmiotem  nieobowiązkowym,  jednak
jeszcze nie w tym. Teraz nikt nie może się wycofać, tylko dlatego że się wystraszył. Ale tak bardzo
jak teraz już nie będziecie się bały, przynajmniej nie w tym semestrze. Daję wam moje słowo.

Zapaliły  się  światła,  a  dwanaście  dziewcząt  aż  zmrużyło  oczy  od  tej  nagłej  jasności.  Pan  Solomon
podszedł do drzwi i zatrzymał się:

- Aha! Jeszcze jedno: jeśli teraz się boicie, to i tak nie będziemy was potrzebować.

Odsunął szklaną ściankę, za którą siedziały Bex i Liz -całe i zdrowe - a potem wyszedł.

Przez dłuższą chwilę siedziałyśmy w milczeniu, słuchając oddalających się kroków.

Na górze w pokoju zastałyśmy stertę ciuchów i dodatków. Wczesnym wieczorem wydawały się tak
strasznie ważne, a teraz były kompletnie bez znaczenia.

Macey  spała  albo  udawała,  że  śpi.  Wszystko  jedno.  Na  uszach  miała  parę  tych  paskudnie  drogich
słuchawek Bose, które eliminują dźwięki (pewnie po to, żeby nie budził jej

84

odgłos  powietrza  świszczącego  przez  przekłuty  nos),  więc  Bex,  Liz  i  ja  mogłyśmy  gadać,  a  nawet
krzyczeć, ale siedziałyśmy w ciszy.

Nawet  Bex  straciła  pewność  siebie,  co  było  chyba  najbardziej  przerażające  z  tego  wszystkiego.

background image

Chciałam,  żeby  opowiedziała  jakiś  kawał,  powtórzyła  wszystko,  co  w  drodze  powrotnej  mówił
Smith,  wpuściła  jakiś  promyk  światła  do  tego  naszego  ponurego  pokoju. Ale  tylko  siedziałyśmy  w
milczeniu tak długo, aż w końcu nie wytrzymałam:

- Słuchajcie, ja... - chciałam je przeprosić, ale Bex mi przerwała.

- Zrobiłabym dokładnie to samo na twoim miejscu -powiedziała i spojrzała na Liz.

- Ja też - zgodziła się.

- No tak, ale... - chciałam jeszcze coś dodać, ale nie za bardzo wiedziałam co.

Macey przekręciła się na drugi bok, ale nie otworzyła oczu. Zerknęłam na zegarek i zorientowałam
się, że już prawie rano.

- Czy Smith był wściekły? - zapytałam po długiej przerwie.

Liz myła zęby w łazience, więc odpowiedziała mi tylko Bex:

- Nie wydaje mi się. Pewnie ma teraz niezły ubaw, co?

- Może - odparłam. Włożyłam piżamę.

- Mówił, że w ogóle cię nie widział - powiedziała Bex, jakby właśnie sobie o tym przypomniała.

Liz wróciła z łazienki i dodała:

-  No  właśnie,  Cammie,  był  naprawdę  pod  wrażeniem,  kiedy  się  dowiedział,  że  tam  byłaś.  Tak  na
serio pod wrażeniem.

Na szyi poczułam coś zimnego i znalazłam srebrny krzyżyk, który wciąż tam wisiał. Przypomniałam
sobie, że

85

przecież ktoś jednak mnie widział. Prawie już zapomniałam o chłopaku z ulicy.

- To co się z tobą działo po tym, jak odeszłyśmy? - spytała Liz.

Lekko dotknęłam palcem krzyżyka i powiedziałam:

- Nic.

Nie wiem, dlaczego nie powiedziałam im o Joshu. Przecież to było ważne

-  przypadkowy  cywil  nawiązał  ze  mną  kontakt  podczas  misji.  O  czymś  takim  mówi  się  swoim
przełożonym, o przyjaciółkach nie wspominając.

background image

Ale zachowałam to dla siebie. Może dlatego, że nie wydawało mi się to istotne, ale chyba bardziej
dlatego,  że  w  miejscu,  gdzie  wszyscy  wszystko  o  mnie  wiedzą,  fajnie  wiedzieć,  że  jest  taki  jeden
rozdział, który przeczytałam tylko ja.

Rozdział 9

Lekcje  kultury  i  asymilacji  różnią  się  od  wszystkich  innych  naszych  zajęć  i  pewnie  dlatego
herbaciarnia  madame  Dabney  wyróżnia  się  tak  bardzo  spośród  innych  sal  lekcyjnych.  Ściany
wyściełane  francuskim  jedwabiem,  kryształowe  żyrandole,  wszystko  w  tym  pomieszczeniu  jest
piękne i wyrafinowane i przypomina nam, że mamy być nie tylko szpiegami - mamy być damami.

Czasem nie mogę tego znieść i godzinami zastanawiam się, po co tracić czas na uczenie nas kaligrafii
i  haftowania  (oczywiście  pomijając  niewątpliwą  przydatność  tych  umiejętności  do  kodowania
wiadomości).

Ale  z  drugiej  strony,  uwielbiam  słuchać,  jak  madame  Dabney,  niemal  płynąc  nad  podłogą,  z
haftowaną chusteczką w dłoni, opowiada o sezonowych kwiatach lub historii walca.

Dzień po naszej pierwszej misji był właśnie taki. Może i schrzaniłam misję, ale wciąż byłam specem
od nakrywania stołu, więc zrobiło mi się naprawdę smutno, gdy madame Dabney powiedziała:

- Spójrzcie, która godzina, drogie dziewczęta!

Wcale nie chciałam odstawiać porcelany ani schodzić na dół i spotkać znów pana Solomona.

92

- Jednak zanim wyjdziecie - powiedziała dziwnym, podekscytowanym tonem, który nie umknął mojej
uwadze - mam wam coś jeszcze do powiedzenia!

Ucichł brzęk porcelany, a wszystkie dziewczyny niemal pożerały ją wzrokiem.

-  Już  czas,  abyście  poszerzyły  swoją  edukację  w  Akademii  Gallagher,  i  dlatego...  -  poprawiła
okulary - od dzisiejszego popołudnia będę uczyć was jazdy!

Ale  numer!  Całkiem  zapomniałam  o  jeździe!  Pozwala  się  nam  co  prawda  przerzucać  się  nawzajem
przez plecy czy zdobywać dodatkowe punkty za wymyślanie antidotum na rzadkie trucizny, ale jeśli
chodzi  o  ustawianie  lusterek  i  pamiętanie,  kto  ma  pierwszeństwo  na  czterech  drogach
równorzędnych,  to  zarząd  Gallagher  nie  zamierzał  ryzykować.  Poza  tym  nie  zapominajmy  o
ubezpieczeniach.

Madame Dabney mówiła dalej:

- Będziemy ćwiczyć w grupach po cztery, według pokojów. - Spojrzała na kartkę, a potem od razu na
Liz, Bex i mnie. - Zaczniemy od waszej czwórki.

Liz spojrzała na mnie i Bex, nic nie rozumiejąc.

background image

-  Czwórki?  -  szepnęła,  gdy  właśnie  zaczynałyśmy  pojmować  w  czym  rzecz,  a  z  końca  sali
usłyszałyśmy głos Macey:

- Zapowiada się nieźle.

(Czy  muszę  dodawać,  że  brzmiało  to  sarkastycznie?)  Po  południu  zeszłyśmy  tylnymi  schodami  na
parking. Czekał na nas ford taurus z lśniącym żółtym trójkątem „Nauka jazdy".

Mama  mówi,  że  madame  Dabney  przepracowała  większość  czasu,  rozpracowując  podziemne
komórki nazistowskie, które wciąż były aktywne we Francji po II wojnie światowej. Czasem trudno
mi  w  to  uwierzyć,  szczególnie  gdy  kobieta,  o  której  mowa,  pojawia  się  w  koszulce  z  napisem
„Wyhamuj niebezpieczeństwo!"

88

- Ach!  Dziewczęta!  Cóż  to  będzie  za  przyjemność!  -Wskazała  hamulec  i  wyjaśniła:  -  To  służy  do
zatrzymywania samochodu.

Potem przyszła kolej na pedał gazu:

- A tym się go uruchamia.

Ale najdziwniejsze było to, że Liz robiła notatki!

Ma  pamięć  fotograficzną!  Do  Mensy  przyjęli  ją,  gdy  miała  osiem  lat!  A  mimo  to  czuła  się
zobowiązana,  by  naszkicować  kierownicę  i  dokładnie  zaznaczyć,  który  z  przycisków  włącza
wycieraczki.

- Nie zapomnij napisać, że kierownica jest okrągła -powiedziałam, a ona naprawdę zaczęła już pisać
kiero... zanim zorientowała się, że się z niej nabijam.

- Nie naśmiewaj się, Cammie - odparła typowym dla niej tonem.

Macey ją przedrzeźniała:

- No właśnie, nie naśmiewaj się, Cammie. Nawet Liz miała ochotę jej przyłożyć!

- A teraz, dziewczęta - ponownie odezwała się madame Dabney - skupcie się.

Złożyła ręce jak do modlitwy i zwróciła się do Bex:

- Rebecco, kochanie, zaczniesz?

Westchnęłam.  To  znaczy,  uwielbiam  Bex,  jest  moją  najlepszą  przyjaciółką,  ale  ja  prowadzę
samochód, odkąd dorosłam do kierownicy i nogami sięgałam pedałów (babcia Morgan twierdzi, że
to wielki krok dla każdego dziecka wychowanego na farmie). Więc czemu to właśnie Bex z Londynu,
która  dorastała,  jeżdżąc  metrem  i  machając  na  taksówki,  miała  być  pierwszą,  która  zmierzy  się  z

background image

autostradą międzystanową?

Pocieszałam się myślą, że Bex jest moją najlepszą przyjaciółką i jest dobra we wszystkim, co robi.
Przynajmniej tak mi się wydawało do momentu, gdy wycofała się na autostradę po złej stronie ulicy!
Byłoby to całkiem zabaw-89

ne,  gdyby  nie  fakt,  że  tam  jest  wzniesienie.  Nie  mówiłam tym  wcześniej?  Wielkie  wzniesienie  w
stylu „nie widać nawet ciężarówki z naczepą, zanim nie dojdzie do czołowego zderzenia".

Oczywiście  tylko  ja  to  zauważyłam,  bo  madame  Dabney  pisała  coś  na  swojej  podkładce,  Liz
odrabiała pracę domową z biochemii, a Macey złamał się paznokieć.

Próbowałam wrzasnąć, ale chyba na moment odebrało mi mowę, a jedyną osobą patrzącą na drogę
była Bex -przekonana, że jedzie po właściwej stronie, czyli po lewej.

Odzyskałam głos w samą porę i wydarłam się: „Bex!", a ona na to:

-  No  co?  -  I  skręciła  gwałtownie  na  przeciwległy  pas  ruchu,  co  w  normalnych  okolicznościach
byłoby tragiczne w skutkach, ale tak się składa, że w tym przypadku uratowało nam życie.

Los jest cwany i chyba każdy szpieg musi to kiedyś zrozumieć.

Tymczasem  Bex  odzyskała  kontrolę  nad  samochodem  i  kompletnie  niewzruszona  jechała  w  stronę
miasta.

Gdy skręciła w lewo do Piggly Wiggly, o mało nie staranowała pilnującego przejścia dla pieszych z
podstawówki Roseville. Madame Dabney kazała jej zaparkować przed spożywczakiem i zmienić się
z  Macey.  Ale  Bex  wcale  nie  wyglądała  na  wściekłą,  co  samo  w  sobie  było  dość  niepokojące.
Przeciwnie,  wyglądała  na  całkiem  zadowoloną  z  siebie,  gdy  otworzyła  drzwi  z  mojej  strony  i
popchnęła mnie i Liz o jedno miejsce dalej, co wcale nie było takie łatwe, bo Liz była nieco... jakby
to powiedzieć... sztywna ze strachu.

Madame Dabney najwyraźniej wyciągnęła wnioski z lekcji z Bex, bo teraz ciągle upominała Macey:
„Delikatnie z gazem, słońce", „A teraz uwaga, tam jest znak stopu, kochanie".

Zaczynało się robić całkiem spokojnie. Poważnie, było nawet przyjemnie tak sobie siedzieć między
dwiema

95

przyjaciółkami, jechać i czuć przez szybę promienie słoneczne. Było zupełnie normalnie przynajmniej
na  tyle,  na  ile  normalne  mogą  być  trzy  geniuszki,  dziedziczka  imperium  kosmetycznego  vel  córka
senatora i tajna agentka w fordzie taurusie.

Gdy  tak  siedziałam  na  tylnym  siedzeniu  pomiędzy  Liz  a  Bex,  pomyślałam,  że  to  chyba  byłaby
przesada,  gdybym  poprosiła  o  małą  rundkę  po  mieście,,  zanim  kazano  nam  śledzić  tam  jednego  z
najbardziej  poszukiwanych  ludzi  na  świecie.  No  tak,  to  zapewne  dałoby  nam  nadmierną  przewagę.

background image

Teraz,  za  dnia,  widziałam  dziesiątki  kryjówek,  gdzie  dziewczyna  może  się  zaszyć  i  pozostać
niezauważona,  alejki  i  chodniki,  które  byłyby  świetną  drogą  na  skróty.  Mimo  wszystko  poczułam
wielką ochotę na rewanż z panem Smithem. Przede wszystkim jednak myślałam o tym chłopaku. Czy
on istniał naprawdę? Chodził tymi ulicami?

No i dostałam odpowiedź.

- Co ty tam, do cholery, robisz? - zapytała Bex.

- Szukam soczewek - odburknęłam.

- Przecież masz idealny wzrok - przypomniała mi Liz.

- Ale... ja po prostu... teraz nie mogę się podnieść. Wiedziałam, że samochód się zatrzymał. Pewnie
na

światłach, jednych z dwojga w tym miasteczku, więc Josh musiał być już całkiem blisko.

-  Co  jest?  -  wyszeptała  Bex.  -  O  co  chodzi?  Ptzybrała  styl  szpiegowski,  wyprostowała  się  i
rozejrzała dokoła.

- Tu nic nie ma. No poza tym, że omija cię właśnie widok niezłego ciacha na trzeciej.

Liz aż wyciągnęła szyję, by też zobaczyć.

- O kurczę! Chudy trochę, ale niezły. - Wzruszyła ramionami i dodała: - A zresztą, nieważne! Ma to
spojrzenie: „a to te z Gallagher".

Nie mam zielonego pojęcia, kto wymyślił to określenie, ale tak właśnie nazywamy spojrzenie, którym
ludzie z mia-96

sta obdarzają nas, gdy tylko zorientują się, do której chodzimy szkoły. To jedyny moment, kiedy nie
cierpię tej naszej przykrywki - gdy ludzie gapią się mnie, jakbym była uprzywilejowana i na pewno
rozpuszczona. Jak jakaś Ma-cey McHenry. Mam ochotę im wtedy powiedzieć, że wakacje spędzam,
czyszcząc  ryby  i  wekując  warzywa,  ale  to  tylko  jedna  z  tysiąca  rzeczy,  których  dobrzy  ludzie  z
Roseville nigdy nie będą o mnie wiedzieli. A jednak gdy ktoś taki jak Josh patrzy na ciebie jak na
skrzyżowanie Charlesa Mansona z Paris Hilton, to trochę boli - nawet szpiega.

- No tak, ale to wciąż jednak chłopak - powiedziała tęsknie Bex. - Cam, rzuć okiem.

- Nie mam zamiaru gapić się na jakiegoś chłopaka! -odburknęłam. - Co mnie obchodzą jego loki!

- A kto mówi, że ma loki? Kurczę, ale wpadłam.

- Nie wierzę! - powiedziała Liz, chodząc tam i z powrotem.

Nie  usiadła  nawet  na  chwilę,  odkąd  wróciłyśmy  do  szkoły.  Łaziła  tylko  i  łaziła,  próbując  sobie

background image

wszystko  logicznie  poukładać.  Nie  mogłam  jej  winić,  jej  system  wartości  jest  dość  typowy  dla
geniusza naukowego.

Życie ma dać się zbadać w laboratorium albo sprawdzić w książce.

Myślała,  że  mnie  zna,  ja  sama  myślałam,  że  siebie  znam. A  teraz  obie  nasze  hipotezy  szlag  trafił  i
wcale nam się nie podobało, że musimy zaczynać od zera.

Nie mogłam pozwolić, żeby widziała, w jakim jestem szoku, więc zrobiłam co mogłam najlepszego -
wkurzyłam się.

- A co konkretnie jest takie niesamowite? - spytałam. - Że chłopak na mnie spojrzał?

Jasne, że nie byłam egzotyczną pięknością jak Bex ani wesołym psotnikiem jak Liz, ale nie jestem też
pokryta 97

jakimiś  liszajami.  Lustra  nie  pękają  z  trzaskiem,  gdy  koło  nich  przechodzę,  a  dziadek  nazywa  mnie
Aniołkiem. Więc czy naprawdę nie jestem warta tego, żeby mnie zauważać?

- Cam! - wtrąciła Bex. - To przecież nie o to chodzi! Liz wyrzuciła ręce w górę i powiedziała:

-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  nam  nie  powiedziałaś!  Nie  mogę  uwierzyć,  że  nie  powiedziałaś  o  tym
komuś!

Przez „kogoś" Liz nie rozumiała kogokolwiek, tylko „nauczyciela".

- I co z tego? - starałam się zignorować, że miała rację.

- I co z tego? - powtórzyła Liz. - On cię widział! Przecież ciebie nikt nie widzi, jeśli nie chcesz, żeby
cię widział.

Opadła na łóżko tuż obok mnie.

- Jak śledziłyśmy Smitha i musiałam mieć cię na oku, to prawie nie dawałam rady, chociaż słyszałam
cię  w  słuchawkach.  A  przecież  wiedziałam,  jak  byłaś  ubrana  i...  -Znów  machnęła  rękoma.  -1  ty
pytasz, co z tego?

Spojrzałam na Bex, żeby się przekonać, czy ona też świruje.

-  Jesteś  niesamowita,  Cam  -  stwierdziła  bardzo  poważnym  tonem,  więc  wiedziałam,  że  owszem,
świrowała.

- Coś tu nie gra - zauważyła Liz, gdy poszłam do łazienki umyć zęby.

(Dość  trudno  mówić  rzeczy,  które  odcisną  piętno  na  wieloletniej  przyjaźni,  gdy  człowiek  pieni  się
niczym wściekły pies).

background image

-  Mamy  przedstawić  panu  Solomonowi  sprawozdanie  z  misji,  więc  musimy  o  nim  wspomnieć.
Bardzo możliwe, że za pośrednictwem Cammie chciał przeniknąć do szkoły. Mógł być wabikiem!

O mało nie zakrztusiłam się własną szczoteczką do zębów! Według definicji wabik to agentka, która
wykorzystuje romans, żeby zbliżyć się do obiektu. W praktyce jest to każdy z dekoltem. (Podobno to
określenie pochodzi od Gil-98

ly). Na sama myśl o tym, że Josh mógł być takim męskim wabikiem, przewracał mi się żołądek.

- Nie! - krzyknęłam - Nie. Nie. Nie. On nie jest wabikiem!

- A skąd wiesz? - spytała Bex, bawiąc się w adwokata diabła.

- Bo wiem! - odparłam.

Liz tylko wzruszyła ramionami i powiedziała:

- Musimy o nim wspomnieć w raportach.

Ale takie raporty prowadzą do rewizji, a rewizje do protokołu. A protokół

to  dwutygodniowe  śledzenie  go  po  mieście  przez  Departament  Bezpieczeństwa.  Sprawdzą  jego
metrykę urodzenia, to, czy jego mama pije i czy tata jest ha-zardzistą - nie takie rzeczy już robili. W
końcu to nie dzięki brakowi ostrożności Akademia Gallagher przez ponad sto lat pozostawała dobrze
strzeżoną tajemnicą.

Pomyślałam  o  Joshu,  jaki  wydawał  się  słodki  i  zwyczajny.  Nie  chciałam,  żeby  jacyś  obcy  ludzie
przyglądali  mu  się  pod  mikroskopem.  Nie  chciałam,  żeby  w  Langley  pojawił  się  katalog  z  jego
nazwiskiem.  Ale  przede  wszystkim  nie  chciałam  już  dłużej  siedzieć  w  tym  pokoju  i  wyjaśniać,
dlaczego podszedł właśnie do mnie, gdy na rynku aż roiło się od piękniejszych dziewczyn.

Patrząc na podłogę, otrząsnęłam się z zamyślenia.

- Nie, Liz. Nie mogę tego zrobić. To jest zbyt wysoka cena za gadanie z dziewczyną.

Bex skrzyżowała ręce i uśmiechnęła się diabolicznie.

- A  ja  myślę,  że  za  tym  kryje  się  coś  więcej  -  rzuciła  przebiegle.  -  Ilość  krwi,  jaka  napłynęła  do
moich policzków, musiała mnie zdradzić, bo Bex przysunęła się i powiedziała: - No, już, nawijaj.

Opowiedziałam im o śmietniku i upuszczonej butelce dra peppera, no i o

„powiedz Suzie, że jest szczęściarą". Nawet bez moich genialnych umiejętności zapamiętałabym

94

co  do  słowa,  bo  to  jak  balsam  dla  dziewczęcej  duszy. A  gdy  skończyłam,  Bex  gapiła  się  na  mnie,

background image

jakby rozważała, czy przypadkiem ktoś nie podmienił mnie na genetycznie zmanipulowanego klona, a
Liz wyglądała całkiem jak zdziwiona postać z kreskówki.

- No co? - Chciałam, żeby w końcu jakoś to skomentowały.

Jakkolwiek.

-  Zdaje  się,  że  mogłabym  ukręcić  mu  łeb  jedhą  ręką  -powiedziała  Bex  i  pewnie  miała  rację  -  ale
skoro tobie się podoba...

- Niesamowity jest - dodała Liz.

- To nie chodzi o to, jaki jest, czy nie jest. On... - plątałam się.

- ...musi się znaleźć w raportach! - ucięła Liz.

- Liz! - krzyknęłam, ale Bex chwyciła mnie za ramię:

-  To  może  my  to  zrobimy?  -  Na  jej  twarzy  pojawił  się  najbardziej  przebiegły  uśmieszek.  -  My  go
sprawdzimy i jeśli okaże się najzwyklejszym chłopakiem, zapomnimy o sprawie. A jeśli coś będzie
nie tak, to go wsypiemy.

Wiedziałam  od  razu,  jakie  powinny  być  argumenty  przeciw:  miałyśmy  zbyt  dużo  pracy,  to  było
wbrew milionowi zasad, a jeśli nas przyłapią, to ryzykujemy nasze kariery. Jednak wtedy, w cichym
pokoju  spojrzałyśmy  na  siebie  i  tak  oto  nasze  porozumienie  zostało  zawarte  w  sposób  typowy  dla
osób, które znają się zbyt dobrze i zbyt długo.

- Zgoda - powiedziałam w końcu - przeprowadzimy podstawowe rozeznanie i nikt nie będzie musiał
o tym wiedzieć.

- Zgoda. - Uśmiechnęła się Bex.

Spojrzałyśmy na Liz, która tylko wzruszyła ramionami: 95

-  Bądźmy  szczere:  albo  jest  wrogim  agentem  i  chce  przeniknąć  do  Dziewcząt  z  Gallagher,
wykorzystując do tego Cammie... - urwała w połowie zdania, zmuszając mnie to reakcji.

-Albo...?

Teraz jej twarz się rozjaśniła:

- Albo jest twoją bratnią duszą!

Rozdział 1 0

No dobra, jeśli teraz czujecie, że macie prawo dopisywać coś do moich akt (które, jak sądzę, są w
Akademii  Gallagher  nieco  bardziej  szczegółowe  niż  w  szkole  w  Roseville),  to  możecie  przestać

background image

czytać.

Poważnie.  Dajcie  sobie  spokój  i  pomińcie  tych  kolejnych  sto  stron.  Nie  będzie  mi  przykro,  ani
trochę.

Krótko  mówiąc,  wcale  nie  jestem  dumna  z  tego,  co  napisałam  na  tych  stronach,  ale  nie  mogę  też
powiedzieć,  że  się  tego  wstydzę.  Zakładając,  że  ma  to  jakiś  sens.  Czasem  wydaje  mi  się,  że  całe
moje życie to sprzeczności. Przez ostatnie trzy lata ciągle tylko słyszałam: „Nie wahaj się, ale bądź
cierpliwa",  „Myśl  logicznie,  ale  ufaj  instynktowi",  „Trzymaj  się  zasad;  ale  improwizuj",  „Bądź
zawsze czujna, ale rozluźniona".

Jeśli nastolatkom daje się tego typu rady, to w końcu zaczyna się robić ciekawie.

Reszta  tygodnia  nieźle  nam  się  dłużyła.  Nasza  tajemna  misja  czaiła  się  z  tyłu  głowy  jak  napięcie
elektryczne i za każdym razem, gdy któraś dotykała klamki, spodziewałam się, że polecą iskry.

W  niedzielę  wstałyśmy  o  świcie,  co  oczywiście  nie  było  moim  pomysłem.  Po  corocznym  pokazie
filmu Dirty Dancing, podczas którego chyba setny raz obejrzałyśmy scenę,

102

w której bohaterka mówi: „Nikt nie ustawi Baby w kącie", naprawdę musiałam odespać. Jednak Liz,
która może i jest jedną z najsłabszych na zajęciach z samoobrony, jest jednocześnie najskuteczniejszą
osobą,  jeśli  chodzi  o  wyciąganie  mnie  z  łóżka.  To  naprawdę  godne  uwagi,  zważywszy  na  to,  jaka
kobieta mnie wychowała.

Macey spała ze swoimi słuchawkami, więc Liz nie krępowała się wrzasnąć:

-  Robimy  to  dla  ciebie!  -  i  pociągnęła  mnie  za  lewą  nogę,  podczas  gdy  Bex  wyruszyła  na
poszukiwanie śniadania.

Liz zaparła się stopą o materac:

- No chodź, Cam. Wstawaj!

- Nie! - Zakopałam się głębiej w pościel. - Jeszcze pięć minut.

Liz chwyciła mnie za włosy, co było już chwytem poniżej pasa, bo przecież powszechnie wiadomo,
że mam niezwykle delikatną głowę.

- On jest wabiiiiikieeeem.

- To za godzinę też nim będzie - błagałam.

Liz położyła się obok mnie, przysunęła i szepnęła:

- „Powiedz Suzie, że jest szczęściarą". Zrzuciłam kołdrę:

background image

- Już wstałam!

Dziesięć minut później szłyśmy za Liz do podziemi, a Bex podała mi herbatniki. Korytarze świeciły
pustkami,  a  w  całym  budynku  panowała  cisza.  Było  trochę  tak  jak  podczas  wakacji,  ale  od
kamiennych ścian wiało chłodem, a obok mnie były moje najlepsze przyjaciółki. Gdy doszłyśmy do
automatów przed gabinetem doktora Fibsa, zaczęłam jeść śniadanie i poczułam przypływ energii.

- To co, gotowe? - spytała Bex, a Liz przytaknęła. Spojrzały na mnie.

Wzięłam kolejny kęs i stwierdziłam,

że skoro zaszłyśmy już tak daleko (i skoro i tak już wstałam), to możemy kontynuować.

98

Wyciągnęłam monetę z kieszeni i już miaiam wrzucić ją do maszyny, gdy Liz mnie powstrzymała:

- Czekaj! - Odebrała mi monetę. - Jeśli ktoś będzie grzebał w rejestrze, to moje nazwisko wzbudzi
mniej podejrzeń - powiedziała, mimo że nie robiłyśmy niczego wbrew szkolnym zasadom.

(Wiem, bo sama sprawdziłam).

Tak  naprawdę  to  nawet  zachęcano  nas  do  robienia  tylu  „specjalnych  projektów"  dla  „niezależnego
poszerzania  wiedzy",  ile  tylko  chciałyśmy,  i  nikt  nigdy  nie  mówił,  że  nie  można  przeprowadzić
niezależnego  projektu  sprawdzania  wyjątkowych  chłopców.  Ale  mimo  wszystko  oddanie  Liz  tej
monety nie było wcale takim złym pomysłem - niech to ona zostawi odcisk kciuka na głowie Jerzego
Waszyngtona i wrzuci monetę do automatu, zamawiając przedmiot A-19.

Dwie sekundy później automat otworzył się z trzaskiem, odsłaniając przejście do jedynego poza CIA
supernowoczesnego  laboratorium  medycyny  sądowej.  (Gdyby  Liz  wybrała  B-14,  z  mahoniowej
boazerii za nami opuściłaby się drabina).

Gdy weszłyśmy do laboratorium, Liz od razu wyciągnęła z torby butelkę pana Smitha i ustawiła ją na
środku  stołu.  Odłamane  kawałki  były  posklejane,  a  ja  prawie  zapomniałam  już,  dlaczego  ją
upuściłam - prawie.

-  (Tylko  ją  obejrzymy  i  sprawdzimy,  co  tu  mamy  -  powiedziała  Liz  tonem  bardzo  oficjalnym  i
zdecydowanie zbyt rześkim jak na siódmą rano w sobotę!

A poza tym ja i tak mogłam jej już wtedy powiedzieć, co znajdziemy -

nic! Nadal Na  butelce  dra  peppera  będą  odciski  palców  uczennicy  Akademii  Gallagher  (to  ja),
odciski,  które  właściwie  nie  istnieją,  gdyż  zmieniają  się  co  roku  wraz  z  nową  twarzą  nauczyciela
Akademii  Gallagher  (Smith),  oraz  odciski  należące  do  przypadkowego  Bogu  ducha  winnego
przechodnia, którego jedynym przewi-104

nieniem była troska o nastolatkę zmuszoną do grzebania w śmietniku (Josh).

background image

Zaczęłam tłumaczyć to wszystko Liz, ale ona już zdążyła włożyć biały laboratoryjny fartuch, a nic nie
cieszy  jej  tak,  jak  właśnie  chodzenie  w  białym  laboratoryjnym  fartuchu,  więc  zamknęłam  się  i
próbowałam zdrzemnąć się na ławce.

Godzinę  później  Liz  trzęsła  mną  niemiłosiernie  i  mówiła,  że  w  systemie  nie  znalazła  odcisków
palców Josha (tak, wiem, po prostu skandal).

Oznaczało  to  tylko  tyle,  że  nigdy  nie  był  w  więzieniu  ani  w  wojsku.  Nie  był  też  praktykującym
adwokatem ani członkiem CIA. Nie próbował

nigdy kupować broni ani ubiegać się o żaden urząd (co z jakiegoś powodu przyjęłam z ulgą).

- No widzisz? - Miałam nadzieję, że da sobie teraz spokój i pozwoli mi wrócić do łóżka.

Ona jednak spojrzała na mnie jak na idiotkę.

- To dopiero pierwszy etap. - Zabrzmiało to tak, jakby poczuła się urażona.

- A czy ja na pewno chcę wiedzieć, jaki jest drugi etap?

- spytałam.

Liz popatrzyła na mnie przez moment i powiedziała:

- Wracaj do spania.

- Nie mogę uwierzyć, że dałam się wam na to namówić

- powiedziałam, gdy czaiłyśmy się w krzakach rosnących przed domem Josha.

Przejechał kolejny samochód z głośną muzyką. Jedyne, co mogłam powiedzieć, to znowu:

- Nie mogę uwierzyć, że dałam się na to namówić.

- Ty nie możesz uwierzyć? - burknęła Bex i odwróciła się. - Liz, wydawało mi się, że mówiłaś, że o
ósmej dom miał być pusty.

- No i teoretycznie dom Abramsów jest pusty.

100

Nie miałam do niej pretensji. Zabrało jej to przecież trzy godziny, żeby przebić się przez firewalle
(ich,  nie  nasze)  i  przejrzeć  cały  system  komputerowy  szkół  publicznych  w  Roseville,  by  ustalić,  że
„mój" Josh to Josh Abrams z North Bellis Street 601. Przez kolejną godzinę usiłowała dostać się do
skrzynek pocztowych rodziny Abramsów i przechwycić e-mail, w którym Joan Abrams (czyli mama
Josha) obiecywała jakiejś Dorothy, że „za nic w świecie nie opuścilibyśmy przyjęcia niespodzianki
Keitha! Będziemy punktualnie o ósmej!"

background image

Wyobraźcie  sobie  więc  nasze  zdziwienie,  gdy  kryjąc  się  w  różaneczniku,  patrzyłyśmy,  jak  przez
stojący  na  końcu  ulicy  Josha  biały  domek  o  niebieskich  okiennicach  przewija  się  mniej  więcej
połowa  mieszkańców  Rosevil-le.  Wydobyłam  okulary,  które  przydają  się  tylko  totalnym
krótkowidzom  (tak  naprawdę  to  była  lornetka),  i  zrobiłam  mocne  zbliżenie  na  dom,  gdzie  zabawa
rozkręciła się już na dobre.

-  Keiht  jaki?  -  zapytałam,  zmuszając  Liz,  żeby  przypomniała  sobie  e-mail  wydrukowany  na
znikopapierze i ukryty pod moim łóżkiem.

- Jones - odpowiedziała - a bo co?

Podałam  okulary  Liz,  żeby  sama  mogła  przyjrzeć  się  temu  domowi  i  drzwiom  wejściowym,  nad
którymi widniał napis" „Witamy u Jonesów".

- Aha - wymamrotała Liz i już było jasne, że rodzina Abramsów nie wybrała się zbyt daleko.

Wyobrażałam  sobie,  gdzie  mieszka  Josh,  ale  moje  domysły  zbladły  wobec  rzeczywistości.  To  nie
było  zwykłe  sąsiedztwo,  to  było  sąsiedztwo  jak  z  telewizji:  wypielęgnowane  trawniki,  klasyczne
werandy, na których sączy się lemoniadę, siedząc w wygodnym bujanym fotelu. Zanim znalazłam się
w Akademii Gallagher, mieszkaliśmy w wąskim szeregowcu w Waszyngtonie. Lato spędzałam na za-
106

kurzonym  ranczu  i  nigdy  wcześniej  nie  widziałam  takiego  skondensowanego  podmiejskiego
perfekcjonizmu,  na  jaki  patrzyłam  teraz  w  bladym  ulicznym  świetle,  nad  długimi  rzędami  białego
parkanu.

Czułam, że szpieg nigdy nie odnalazłby się w takim miejscu.

A jednak w tej chwili była ich tam trójka, czająca się w ciemnościach, dopóki Bex nie wyciągnęła
zestawu  wytrychów  i  nie  ruszyła  do  tylnych  drzwi.  Przez  chwilę  Liz  biegła  tuż  za  nią,  ale  potem
rąbnęła  palcem  w  ogrodowego  krasnala,  wylądowała  centralnie  na  krzaku  ostrokrzewu  i  cicho
jęknęła: „Nic mi nie jest!"

Pomogłam  jej  wstać  i  już  po  chwili  byłyśmy  za  Bex,  która  wyczyniała  swoje  czary  z  zamkiem  w
tylnych drzwiach.

-  Już  prawie  -  powiedziała  pewnie  i  stanowczo.  Dobrze  znałam  ten  ton.  To  był  ton  niebezpieczny.
Słyszałam muzykę dobiegającą z końca ulicy, widziałam tę malowniczą okolicę i nagle mnie olśniło:

- Słuchajcie, a może powinnyśmy... - Sięgnęłam do klamki.

Ustąpiła bez najmniejszego oporu.

- No - zgodziła się Bex - można i tak.

Dom Josha był jak w kolorowym magazynie: na stole świeże kwiaty, na podstawce przy piekarniku
stygła szarlotka, a na lodówce magnesami przypięte były szkolne świadectwa jego siostry - od góry

background image

do dołu same piątki.

Bex i Liz przemknęły przez salon i popędziły na górę, a ja wykrztusiłam tylko:

- Pięć minut! - I nie dałam rady iść za nimi. Nie mogłam się ruszyć.

Od samego początku wiedziałam, że nie powinno mnie tam być - z wielu powodów. Wtargnęłam nie
tylko do domu, ale także do czyjegoś życia.

Na ławeczce pod oknem

102

zobaczyłam  koszyk  na  robótki  -  najwyraźniej  przygotowywano  kostium  na  Halloween.  Na  stoliku
leżał poradnik, jak samemu obić meble, a z oparcia sofy zwisały cztery różne próbki materiału.

-  Cam!  -  krzyknęła  Bex  i  rzuciła  we  mnie  nadajnikiem.  -  Liz  mówi,  że  to  musi  być  na  zewnątrz.
Spróbuj z tym wiązem, co?

Ucieszyłam się, że mam co robić. Że mogłam wyjść z tego domu.

Podstawowe  rozpoznanie  było  przecież  nieodłącznym  elementem  wykrywania  wabików.  No,  bo
przecież  jeśli  Josh  otrzymywał  polecenia  z  jakiejś  komórki  terrorystycznej  albo  jakiegoś  wrogiego
rządu,  to  wpuszczenie  mu  trojana  do  komputera  i  przeszukanie  szuflady  z  bielizną  było  najlepszym
sposobem,  by  się  o  tym  przekonać. Ale  mimo  wszystko  odczułam  ulgę,  mogąc  wyjść  na  zewnątrz  i
wspiąć się na drzewo.

Byłam  właśnie  na  trzeciej  i  instalowałam  nadajnik,  gdy  spojrzałam  na  ulicę  i  zobaczyłam  jakąś
postać przechodzącą przez ogródki. Ten ktoś był

wysoki. Ten ktoś był młody i trzymał ręce w kieszeniach, opuszczając spodnie w sposób, który już
gdzieś widziałam!

- Molu książkowy, słyszysz mnie? - powiedziałam, ale mimo najszczerszych chęci Liz, żeby naprawić
moje słuchawki, zakłócenia uświadomiły mi, że jej pospieszna reanimacja niewiele dała.

Przyczaiłam się więc na gałęzi, a wokół mnie kołysały się resztki letnich liści.

- Księżna - szepnęłam, modląc się, żeby Bex odpowiedziała albo jeszcze lepiej uderzyła w ramię i
nawymyślała za brak odrobiny wiary.

- Bex, możesz mnie przezywać, jak tylko chcesz, ale się odezwij! -

szepnęłam w ciemnościach.

Josh właśnie wchodził na werandę. Otwierał drzwi wejściowe.

background image

108

- Dziewczyny, jeśli mnie słyszycie, to schowajcie się gdzieś! Obiekt wchodzi do domu! Powtarzam.
Obiekt wchodzi do domu!

Zamknął  za  sobą  drzwi,  więc  zeskoczyłam  z  drzewa  i  nie  spuszczając  z  oka  wejścia,  pobiegłam  w
krzaki.  Brzmi  całkiem  rozsądnie,  tylko  że  w  tym  czasie  zupełnie  nie  zauważyłam  Liz  i  Bex
wyłażących przez okno na drugim piętrze i zwiewających na dach.

- Kameleon! - zawołała Bex w ciemnościach, czym o mało nie przyprawiła mnie o zawał. Najpierw
dałam nura w krzaki, a dopiero potem zobaczyłam wyglądającą zza okapu Bex.

Musiały sądzić, że Josh wrócił na dobre, bo zaczęły mocować linę do komina i już zamierzały zejść z
dachu, gdy on znów pojawił się w drzwiach!

Siedziałam  w  krzakach  i  patrzyłam  z  przerażeniem,  jak  moje  dwie  najlepsze  przyjaciółki  miały  za
moment wylądować na najsłodszym chłopaku, jakiego kiedykolwiek widziałam, i na szarlotce, którą
niósł.

Nie mogły go widzieć. On nie mógł widzieć ich, ale ja widziałam wszystko.

On zrobił krok. One zrobiły krok.

Od  totalnej  katastrofy  dzieliły  nas  już  tylko  sekundy  i  z  ręką  na  sercu  stwierdzam,  że  nie  miałam
pojęcia, co robię, aż nagle odezwałam się, stojąc pośrodku trawnika Adamsów:

- O! Cześć!

Kątem  oka  zobaczyłam,  jak  wiszącą  nade  mną  Bex  zmroziło  i  jak  złapała  Liz,  odciągając  ją  od
krawędzi dachu. Potem już zupełnie nie zwracałam na nie uwagi. No bo niby jak, skoro szedł do mnie
ktoś tak cudny jak Josh Abrams? Patrzył na mnie w kompletnym osłupieniu, co akurat było całkiem
zrozumiałe.

- Cześć. Nie sądziłem, że cię tu spotkam - powiedział, a mnie natychmiast odbiło.

104

Czy to znaczy, że o mnie myślał? Czy po prostu starał się zrozumieć w jaki sposób obca dziewczyna
ubrana na czarno pojawia się nagle na jego trawniku? (Całe szczęście, że zdążyłam rzucić w krzaki
czapkę i pasek z narzędziami) .

- O! Widzę, że znasz Jonesów - powiedziałam, chociaż ja ich nie znałam, ale sądząc po tłumie ludzi
przewijającym się przez dom na końcu ulicy, była to dość bezpieczna wymówka.

Na szczęście Josh uśmiechnął się i powiedział:

- A tak, te imprezy z roku na rok robią się coraz bardziej zwariowane.

background image

- Uhm - odparłam, patrząc, jak Bex stara się przeciągnąć Liz po dachu na tył domu, a Liz ześlizguje
się w dół.

Próbowała przytrzymać się rynny, ale się nie udało, i po chwili zwisała z boku domu Abramsów, a ja
myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi (z wielu powodów zresztą).

Josh wyglądał na równie speszonego, jak ja i wskazując na szarlotkę, wyjaśnił:

- Mama zapomniała - przerwał nagle, jakby zastanawiając się, czy mówić coś więcej - tylko że tak
naprawdę to ona nigdy nie zapomina swojego ciasta. - Przewrócił oczami. - Jest tak jakby sławna z
powodu  tych  ciast,  wiesz.  No  i  zawsze  jak  gdzieś  idzie,  to  lubi,  jak  wszyscy  pytają  ją  o  ciasto  z
dziesięć razy, zanim je poda.

Jedną rękę trzymał w kieszeni i naprawdę wydawał się zmieszany tym, że właśnie podzielił się takim
mrocznym rodzinnym sekretem.

- Głupie, co?

To ciasto naprawdę wyglądało smakowicie, ale przecież nie mogłam mu tego powiedzieć.

- Wcale nie - odparłam - w sumie to miłe. Naprawdę tak myślałam. Moja mama nie jest znana

z ciast. Nie, ona jest znana z rozbrajania bomb jądrowych 110

w Brukseli przy użyciu nożyczek do manikiuru i spinki do włosów. Ale jakoś w tej chwili to ciasto
wydawało się fajniejsze.

Josh  właśnie  zamierzał  się  odwrócić,  ale  ponieważ  Liz  wciąż  dyndała  z  dachu,  wyskoczyłam  z
pierwszą lepszą rzeczą, jaka przyszła mi do głowy:

- Keith był zaskoczony?

Pojęcia  nie  miałam,  kim  jest  Keith  ani  dlaczego  Jone-sowie  urządzali  mu  przyjęcie  niespodziankę,
ale to wystarczyło, żeby Josh zatrzymał się i powiedział:

- Nie, on nigdy nie jest zaskoczony, ale udaje całkiem nieźle.

Sama  byłam  niezłym  ekspertem  w  udawaniu,  a  szczególnie  gdy  widziałam,  jak  Bex  zjeżdża  powoli
do Liz i teraz obie wiszą w powietrzu, a Bex usiłuje odplątać Liz z linki. A przy tym jeszcze Bex dała
mi znak i bezgłośnie powiedziała: „Słodziak!"

- Chcesz wpaść na colę? - zapytał, a ja od razu pomyślałam: tak!

Niczego na świecie nie chciałam bardziej. Tymczasem tuż za nim Bex właśnie celowała w tył jego
buta, żeby wstrzelić w nike urządzenie monitorujące.

Usłyszałam  delikatny  odgłos  przedmiotu  wbijającego  się  w  gumową  podeszwę,  ale  Josh  nawet  nie

background image

mrugnął. Bex była z siebie niezmiernie dumna, mimo że Liz wciąż dyndała tam jak jakaś piniata*.

- A więc to tutaj mieszkasz, tak? - zapytałam, jakbym nie wiedziała.

- No. Od zawsze - powiedział, ale jakoś bez przekonania.

* Piniata - bożonarodzeniowy zwyczaj ludowy wywodzący się z krajów latynoskich. Celem zabawy
jest  strącenie  specjalnej  kuli (piniaty)  wypełnionej  słodyczami  i  zebranie  jak  najwięcej  z  nich
(przyp. tłum.).

106

Nie tak, jak babcia Morgan, która mówiła, że od zawsze mieszka na ranczu i stamtąd pochodzi. Kiedy
on to powiedział, brzmiało to tak, jakby był przykuty do tego miejsca. Wystarczająco długo uczę się
języków, żeby wiedzieć, że właściwie każde zdanie może mieć dwa znaczenia.

Tymczasem  Bex  najwyraźniej  uwolniła  Liz  z  więzów,  bo  usłyszałam  odgłos  dwóch  spadających
osób, a potem brzęk metalowych śmietników.

Już miałam znokautować Josha i lecieć do nich, ale on tylko machnął ręką i powiedział:

- Pełno tu różnych psów w okolicy.

- Aha. - Odetchnęłam.

Znowu usłyszałam jakieś brzęczenie, więc dodałam:

- I to chyba całkiem sporych.

Dopóki nie zobaczyłam, jak Bex zakrywa usta Liz i wciąga ją w krzaki po drugiej stronie trawnika,
niemal nie oddychałam.

- O kurczę, powiedziałam mamie, że przyniosę jej kurtkę z samochodu -

rzuciłam, ruszając w kierunku ustawionych na ulicy aut.

- To ja pójdę z... - zaczął Josh, ale na ulicy pojawił się jakiś chłopak i zawołał:

- Josh!

Ten odwrócił się, spojrzał na chłopaka i pomachał do nieg0^-

- Idź, idź - ponagliłam.

- Nie, to jest...

- Josh! - zawołał znowu chłopak, podchodząc bliżej.

background image

-  Poważnie  -  zapewniłam  -  dołączę  do  was  na  miejscu.  I  wtedy  po  raz  drugi  uciekłam  od  niego,
próbując wy-miksować się jakoś z imprezy.

Schowałam  się  za  dużym  samochodem,  przestawiłam  lusterko  i  patrzyłam,  jak  na  środku  ulicy  ten
chłopak podchodzi do Josha. Chciał

zabrać mu ciasto, mówiąc:

107

- Dla mnie upiekłeś? Nie trzeba było! Josh stuknął go porządnie w ramię.

- Au! - zawołał tamten i aż pomasował obolałe miejsce.

Potem wskazał samochody i spytał:

- A kto to był? Całkiem fajna.

Wstrzymałam oddech, a Josh spojrzał w moim kierunku i powiedział:

- A, nikt. Taka dziewczyna.

Rozdział 1 1

R aport z obserwacji

agentki: Cameron Morgan, Rebecca Baxter i Elizabeth Sutton (zwane dalej agentkami).

Po  przeprowadzeniu  obserwacji  agentki  Akademii  Gallagher  (Cameron   Morgan)  podczas  dwóch
rutynowych misji agentki ustaliły, że młody
 mężczyzna  (znany  wówczas  jako  Josh  vel  chłopak  od
„Powiedz Suzie, że
 jest szczęściarą") był OZ (obiektem zainteresowania).

Agentki rozpoczęły serię operacji rozpoznawczych, podczas których zaobserwowały, co następuje:

Obiekt: Josh Adamson Abrams mieszka przy North Bel-lis 601, w Roseville, w Wirginii.

Rozpoznani wspólnicy: skan działalności internetowej obiektu wykazał

częsty  kontakt  e-mailowy  z  Bilionem  Jonesem  o  nicku  D'Man  (również  z  ulicy  North  Bellis)  -
zwykle w związku z „naprawdę niesamowitymi"

grami wideo, „kiepskimi" filmami, „moim głupim" tatą i szkolnymi zadaniami domowymi.

Zawód:  uczeń  drugiej  klasy  liceum  w  Roseville,  siedziby  drużyny  Walecznych  Piratów.
(Najwyraźniej jednak mało walecznych, gdyż
 głębsze poszukiwania dowiodły, że ich ostatni wynik
to 0:3).

background image

114

Średnia ocen: 3,75.

Obiekt ma trudności z rachunkami oraz stolarką. (Wyklucza to karierę  łamacza kodów wABNlub/i
telewizyjnego,  domowego 
Seksownego  Stolarza Nie  wyklucza  jednak  tego,  iż  obiekt  z  pasem  na
narzędzia może
 wyglądać kusząco).

Obiekt  ma  dobre  wyniki  z  języka  angielskiego,  geografii  i  wiedzy  o  społeczeństwie  (świetnie  się
składa, bo Cammie jest mówiącym po
 angielsku przedstawicielem społeczeństwa!) Rodzina:

Matka, Joan Ellen Ambrams, lat 46, pani domu i niezwykle doświadczona wypiekaczka ciast.

Ojciec, Jacob Whitney Abrams, lat 47, farmaceuta, wyłączny właściciel Apteki Abrams i Syn.

Siostra, Joy Marjońe Abrams, lat 10, uczennica.

Nietypowe  transakcje  finansowe:  brak,  jeśli  nie  liczyć  faktu,  że  ktoś  w  rodzinie  nadmiernie
interesuje się biografiami z czasów wojny secesyjnej.

(Czy to może oznaczać, że w Wirginii wciąż żyją i pracują rebelianci? Do dalszego zbadania).

Przedłożone przez: Cammie, Bex i Liz

-  Mówię  wam,  że  to  wszystko  nic  nie  znaczy  -  powiedziała  Bex,  gdy  stałyśmy  przed  lustrem,
czekając, aż skaner przesunie się po naszych twarzach, a światełko w oczach na obrazie zmieni się na
zielone.

Nie  wspomniałam  słowem  o  Joshu,  ale  wiedziałam,  o  co  jej  chodzi.  Bex  przyglądała  się  mojemu
odbiciu w lustrze i zdałam sobie sprawę, że nie tylko skaner potrafił przejrzeć mnie na wylot.

Drzwi otworzyły się i weszłyśmy do środka.

- Mamy odczyt z komputera - zaczęła Liz - i na przykład taka historia transakcji finansowych może
wskazać wiele...

- Liz! - ucięłam.

110

Spojrzałam na zmieniające się światełka w miarę, jak zjeżdżałyśmy coraz niżej.

- Nie ma sensu tak ryzykować, rozumiesz?

Głos  lekko  mi  się  załamał,  kiedy  przypomniałam  sobie,  jak  mówił,  że  byłam  tylko  „taką  tam
dziewczyną"  -  byłam  „nikim".  Nie  bardzo  wypada  szpiegowi  smucić  się  z  takiego  powodu,  ale
głównie chodziło mi o to, żeby dziewczyny tego nie zauważyły.

background image

- Dajcie spokój. On wcale nie jest mną zainteresowany. Nie szkodzi. Ja nie jestem typem, za którym
chłopcy przepadają. Mówi się trudno.

Nie oczekiwałam komplementów, jak jakaś chuda panienka, która mówi, że wygląda grubo, albo taka
ze świetnymi lokami na głowie marudząca, jak to ona nie cierpi wilgoci. Oczywiście znalazłoby się
parę  osób,  które  zawsze  mi  powtarzają:  „No  nie  mów,  że  nie  jesteś  ładna"  i  „Naturalnie,  że
wyglądasz jak twoja mama", ale przysięgam, że nie liczyłam na to, że Bex powie:

- No cóż! A mógłby być takim szczęściarzem. - Ale tak powiedziała i muszę przyznać, że poczułam
się lepiej.

- Przestańcie. - Zaśmiałam się. - A co wy myślałyście? Że mnie zaprosi na bal?

Przekomarzałam się dalej:

- O, wiecie co? Mama pewnie przypali makaron z serem n& niedzielną kolację, to może on mógłby
wpaść  i  wtedy  opowiedziałaby  mu,  jak  w  Hongkongu  skakała  z  balkonu  na  dziewięćdziesiątym
piętrze ze spadochronem, który zrobiła z poszewek na poduszki.

Spojrzałam na dziewczyny i próbowałam się śmiać, ale Bex i Liz tylko na siebie patrzyły. Znam te
miny. Już od paru dni wymieniały je między sobą jak sekretne karteczki pod ławką.

- Chodźcie. - Minęłyśmy domek dla lalek. - Nie zapominajcie, że mamy dużo lepsze rzeczy do roboty.

116

Wyszłyśmy  zza  rogu  i  nagle  wszystkie  trzy  wyhamowałyśmy.  Szczęka  całkiem  mi  opadła,  a  serce
zaczęło  walić  jak  szalone  na  widok  królestwa  pana  Solomona.  Sala  lekcyjna  na  podpoziomie
pierwszym  nie  wyglądała  wcale  jak  klasa...  już  nie.  Zamiast  ławek  stały  trzy  długie  stoły.  Zamiast
kredy i papieru - pudełka gumowych rękawiczek. Ścianka z matowego szkła i lśniąca biała podłoga
robiły wrażenie, jakby porwali nas kosmici i przetransportowali na statek matkę, by przeprowadzić
jakieś chirurgiczne procedury medyczne. (Osobiście liczyłam na operację nosa).

Stałyśmy razem, wszystkie dziewczęta z Gallagher w zwartym szyku i czekałyśmy na wyzwanie, które
zapewne za chwilę przekroczy próg.

Nie  spodziewałyśmy  się  jednak,  że  tym  wyzwaniem  będzie  pan  Solomon  taszczący  trzy  pękate
plastikowe worki. Widok tych wypchanych paskudztw sprawił, że wersja z kosmitami wydawała się
teraz  o  wiele  przyjemniejsza.  Na  każdy  stół  trafiła  jedna  z  toreb,  wydając  przy  tym  odrażający
dźwięk. Potem pan Solomon posłał w naszą stronę pudełko rękawiczek.

- Szpiegostwo to brudna robota, moje panie. - Strzepnął ręce, jakby chciał

pozbyć się pozostałości ze swojego poprzedniego życia. - Większość rzeczy, które ludzie chcą przed
wami ukryć, trafia co tydzień do śmieci. -

Rozwiązał jeden z worków. - Na co wydają pieniądze? Gdzie i co jedzą?

background image

Jakie leki przyjmują? Jak bardzo kochają swoje domowe zwierzątka?

Chwycił  spód  plastikowej  torby  i  wywrócił  ją  jednym  energicznym  płynnym  ruchem,  trochę  jak
magik  na  przyjęciu  urodzinowym,  a  trochę  jak  mistrz  egzekucji.  Śmieci  rozwaliły  się  dosłownie
wszędzie,  rozsypały  dokładnie  po  całym  długim  stole.  Smród  był  niewyobrażalny  i  po  raz  drugi  w
ciągu dwóch tygodni pomyślałam, że zwymiotuję 112

na tych zajęciach. Za to Joe Solomon podszedł bliżej i pogrzebał w tym paskudztwie.

- Czy on jest typem, który rozwiązuje krzyżówki długopisem? - Upuścił

kawałek papieru, a podniósł kopertę całą oblepioną skorupką od jajka. -

Co ona bazgrze, rozmawiając przez telefon?

W końcu ze sterty śmieci wyciągnął stary plaster z opatrunkiem. Spojrzał

pod światło na suche ślady krwi na gazie.

-  Wszystko,  czego  człowiek  dotknie,  niesie  jakąś  informację,  to  jak  fragmenty  puzzli  z  ich  życia.  -
Wrzucił plaster z powrotem na stół, klasnął

w dłonie i, szczerząc zęby w uśmiechu zakończył: - Witam na lekcji śmiecio-logii!

We  wtorek  rano  padało.  Przez  cały  dzień  kamienne  ściany  wyglądały  jak  przesiąknięte  wilgocią,  a
ciężkie gobeliny i eleganckie kamienne kominki przegrywały z chłodem. Doktor Fibs chciał, żebyśmy
ja,  Liz  i  Bex  pomogły  mu  po  poniedziałkowych  zajęciach,  więc  musiałyśmy  zamienić  się  na  lekcję
jazdy z Tiną, Courtney i Evą. I teraz zamiast jeździć w piękne popołudnie, będzie nam towarzyszyć
niebo  w  odcieniu  mniej  więcej  odzwierciedlającym  mój  nastrój.  Czekałam  na  dole  na  Bex  i  Liz,
stojąc przy francuskich drzwiach prowadzących na portyk. Na zaparowanej szybie wypisałam swoje
inicjały, ale woda skropliła się i spłynęła.

Nie wszyscy czuli się tak ponuro jak ja, bo za chwilę pojawiła się Liz z okrzykiem:

- Super! Nie mogę uwierzyć, że będziemy używać wycieraczek!

Zdaje się, że gdy ktoś w wieku dziewięciu lat publikował już w

„Scientific American", to jego pojęcie dobrej zabawy jest nieco dziwaczne.

113

Przeszłyśmy z chlupotem po grząskiej trawie w kierunku siedzącej w samochodzie madame Dabney.
Zapaliła  już  światła,  rozpraszając  nimi  szarość  dnia,  a  wycieraczki  rozchlapywały  deszcz  na
wszystkie strony.

Po pięciu minutach madame Dabney mówiła:

background image

- Hm... wiesz, Rebecco, może powinnaś... - zamilkła jednak, widząc, jak Bex ponownie bierze zakręt
i ląduje po złej stronie ulicy.

Można byłoby się spodziewać, że w takiej sytuacji szpieg zaciągnąłby ręczny hamulec i ogłuszył Bex
precyzyjnym ciosem w głowę, ale madame Dabney powiedziała tylko:

- Tak, a teraz w prawo, moja droga... O mój... -i chwyciła się deski rozdzielczej, gdy Bex skręciła
dokładnie w poprzek ulicy.

- Przepraszam - krzyknęła Bex, prawdopodobnie do kierowcy ciężarówki, któremu zajechała drogę -
chyba jakoś zapominam, że oni też tam jeżdżą, prawda?

Przestało padać, ale koła nadal ślizgały się z piskiem, rozchlapując wodę i brudząc podwozie. Szyby
były  zaparowane  i  właściwie  nie  widziałanCdokąd  jedziemy,  co  w  sumie  było  korzystne,  bo  za
każdym razem, gdy dostrzegłam jakiś skrawek świata wokół nas, migał mi przed oczami kolejny rok z
mojego życia.

- Może teraz powinna pojeździć któraś z twoich koleżanek? -

zaproponowała wreszcie madame Dabney, gdy Bex omal nie wjechała w wielką betoniarę, szarpnęła
kierownicą, przeskoczyła przez krawężnik, przeleciała nad skrajem parkingu i wylądowała na innej
ulicy.

Zauważyłam coś bardzo dziwnego: nie tylko Bex nie zwracała uwagi na szaleńcze okrzyki madame
Dabney  ani  na  przepisy  ruchu  ulicznego  w  tym  kraju,  ale,  co  najdziwniejsze,  Liz  nie  wychodziła  z
siebie!

Liz, która nie znosi pająków i w życiu nie pójdzie nigdzie boso. Liz, która jest doskonałą pływaczką,

119

a jednocześnie ma sześć kamizelek ratunkowych różnego typu. Liz, która poszła kiedyś do łóżka, nie
używszy  nici  dentystycznej  i  przez  całą  noc  oka  nie  zmrużyła,  siedziała  teraz  spokojnie  na  tylnym
siedzeniu, podczas gdy Bex niemalże skasowała stojący na krawężniku śmietnik.

- Rebecco, to mógł być przechodzień - ostrzegła madame Dabney, ale nie zaciągnęła hamulca.

I  teraz  już  zawsze  będę  się  zastanawiać,  co  jest  nie  tak  z  madame  Dabney,  że  jej  pojęcie  „nagłego
wypadku" jest tak wypaczone.

Zaczęłam nagle zauważać znaki z nazwami ulic.

- O rany! - wymamrotałam przez zęby.

Liz tylko się wyszczerzyła na widok śmigającego za szybą znaku z nazwą North Bellis.

- Ciiiii - nakazała, sięgając do kieszeni torby w poszukiwaniu pilota od stereo, które popsuła zaraz

background image

po powrocie z wakacji.

- Co ty wyprawiasz z tym...?

- Ciiii! - Rzuciła ostrzegawcze spojrzenie w kierunki madame Dabney. -

To będzie tylko taka malutka eksplozja.

Eksplozja!

Sekundę później w samochodzie rozległ się głośny huk. Bex walczyła o panowanie nad kierownicą, a
ja poczułam zapach dymu i usłyszałam głuche klapanie gumy na chodniku.

-  O,  nie,  madame  Dabney  -  wykrzyknęła  Bex  swoim  najbardziej  teatralnym  tonem.  -  Chyba
złapałyśmy gumę!

- No coś takiego? - Spojrzałam na Liz, która tylko wzruszyła ramionami.

Może jednak powinnam przestać chwalić się genialnymi przyjaciółkami.

Normalne przyjaciółki raczej nie wysadzają samochodów do nauki jazdy, a przynajmniej nie celowo!

Gdy  samochód  w  końcu  się  zatrzymał,  byłyśmy  akurat  przed  domem  Josha!  Tak,  to  było  łatwe  do
przewidzenia!

120

-  Ach!  Dziewczęta!  -  uspokajała  madame  Dabney,  odwracając  się,  by  sprawdzić,  czy  Liz  i  ja
jesteśmy nadal w jednym kawałku. - Nic się nikomu nie stało?

Zaprzeczyłyśmy.

- No dobrze. - Madame Dabney najwyraźniej ulżyło. -Wygląda na to, że nauczymy się teraz zmieniać
koło.

Naturalnie Bex i Liz dobrze wiedziały, że tak będzie.

0 to właśnie chodziło, ale Bex nadal wydawała się dość zaskoczona, gdy powiedziała:

- To ja przyniosę zapasowe!

Z prędkością błyskawicy wyskoczyła z samochodu 1 otworzyła bagażnik, a Liz zatrzymała madame
Dabney pytaniami:

- Proszę mi powiedzieć, jaka według pani jest najczęstsza przyczyna przebitych opon?

Gdy Liz namawiała naszą instruktorkę na wnikliwe oględziny przodu auta, ja podeszłam do Bex:

background image

- Co wy wyprawiacie? - zażądałam wyjaśnień.

Bex tylko się uśmiechnęła i sięgnęła do bagażnika, odsłaniając wypchany worek na śmieci, taki sam
jak te stojące wzdłuż ulicy.

- Nie możemy przecież tak po prostu ogołocić krawężnika, prawda?

I wtedy zauważyłam, że wzdłuż Bellis Street krawężnik zastawiony był

pojemnikami i plastikowymi workami wyglądającymi jak stojący na baczność żołnierze.

- To wy zamieniłyście dni! - powiedziałam z przerażeniem. - Wy przebiłyście oponę. To wy...

Urwałam,  bo  właśnie  miałam  powiedzieć:  „Chciało  wam  się  tak  kombinować?"  albo  „Jesteście
kryminalistka-mi!" Ale cokolwiek bym powiedziała, i tak wyszłoby na to samo.

- Przecież nie możemy się teraz wycofać, nie? - powiedziała Bex bardzo w swoim stylu.

116

Wyciągnęła lewarek i uniósłszy brew, dodała:

- Jesteśmy to winne twojemu krajowi. Nieprawda, sądziły, że są to winne mnie. Na szczęście

tego już nie powiedziała.

W  mgnieniu  oka  wydobyłyśmy  z  bagażnika  zapasowe  koło,  madame  Dabney  przyglądała  się  akcji
odkręcania nakrętki, a ja byłam w stanie skupić się tylko na Bellis Street. A co, jeśli mnie widział i
rozpoznał

samochód i mundurki? Jak ja mu to wytłumaczę? Czy on w ogóle chciałby, żebym się wytłumaczyła?
Czy jeszcze się ze mną spotka, czy będę po prostu „taką tam dziewczyną"? „Będę „nikim"?

- Wycieczka klasowa do Waszyngtonu - szepnęła Liz, widząc, jak bardzo jestem spięta. - Nie wróci
wcześniej niż o dziewiątej.

Wypuściłam powietrze z płuc.

- Czy macie jakieś pytania? - odezwała się madame Dabney, wyciągając spod auta lewarek, podczas
gdy Bex chowała zniszczone koło do bagażnika.

Zaprzeczyłyśmy z Liz.

- W takim razie to powinno wystarczyć. - Otrzepała ręce wyraźnie dumna ze swojego dzieła.

No jasne, pomyślałam, rzucając ostatnie spojrzenie na okolicę i widząc, jak Bex pokazuje mi kciuki.
To powinno wystarczyć.

background image

Raport  z  obserwacji  -  informacje  ogólne  Agentki:  Cameron  Morgan,   Rebecca  Baxter  i  Elizabeth
Sutton.

Raport  ze  śmieci  zabranych  z  domostwa  Josha  Abramsa:  Liczba  tekturowych  rolek  po  papierze
toaletowym:  2.  Preferowany  rodzaj 
  zup  w  puszcze:  pomidorowa  (na  drugim  miejscu  grzybowa
Campbella).

122

Liczba  pustych  pojemników  po  lodach  Ben  &  Jerry's:  3  -  dwa  miętowo-czekoladowe  i  jedno
waniliowe. (Kto kupuje zwykle waniliowe
 lody Ben & Jerry's? Czyż to nie marnotrawstwo?) Liczba
katalogów  „Pottery  Barn":  14  (Brak  jakichkolwiek  zaznaczeń  przy
  produktach,  chociaż
przecenione byty poduszki Windsor washable throw
 pillows i zdaje się, że to była całkiem niezła
okazja).

-  A co  robimy  z  ręcznikami  papierowymi?  -  spytała  Bex,  patrząc  na  nasz  nieco  dziwaczny  krąg
stosików śmieci. - Idą do wyposażenia czy do jedzenia?

- To zależy - powiedziała Liz, przysuwając się do Bex - co na nich jest.

Bex powąchała zużyty ręcznik i powiedziała:

- Chyba sos do spaghetti. Albo krew?

- Więc albo uwielbiają makaron, albo są rodzinką morderców z siekierą -

zażartowałam.

Bex odwróciła się i rzuciła papierki na jeden z sześciu rosnących wokół

nas stosów, podczas gdy główny stos na środku zaczynał powoli maleć.

Otworzyłyśmy  wszystkie  okna  w  pokoju,  a  wpadający  świeży  powiew  rozrzedzał  (trochę)  zapach
śmieci unoszący się nad foliową plandeką.

Przeglądałyśmy wszystko, od zużytych serwetek po puszki po tuńczyku.

Jeśli  kiedykolwiek  zastanawialiście  się,  czy  ktoś  nie  jest  zbyt  idealny,  to  sugeruję  przejrzenie  jego
śmieci.  Poważnie!  Potem  już  nikt  nie  wydaje  się  taki  wybitny  i  wyjątkowy. A  poza  tym,  jeśli  pan
Solomon  miał  rację,  to  właśnie  w  tych  śmieciach  znajdowały  się  odpowiedzi  -  odpowiedzi,  które
rozpaczliwie chciałam poznać.

Dlaczego chciał pójść ze mną po (rzekomą) kurtkę mojej mamy, a potem odwrócił się i powiedział
kumplowi, że byłam nikim? Czy miał

dziewczynę? Czy zagadał wtedy do

background image

118

mnie  na  ulicy,  żeby  wygrać  jakiś  paskudny  zakład  z  kolegami,  jak  to  bywa  w  filmach  dla
nastolatków? Owszem, zimy spędzam w szkole z bandą dziewczyn, a lata na ran-czu w Nebrasce, ale
przecież  oglądam  filmy,  w  których  często  są  takie  zakłady,  że  do  przeciętnej  dziewczyny  (jak  ja)
podchodzi jakiś przystojniak (jak Josh).

Tylko  że  ci  przystojniacy  nie  są  tacy  do  końca  w  stylu  Josha,  o  czym  przekonałam  się,  grzebiąc
dokładnie w jego śmieciach. Ci z filmów nie pomagają młodszym siostrom z zadawaną w czwartej
klasie odą do Amelii Earhart (Akademia Gallagher, rocznik 1915). Nie piszą takich liścików jak ten,
który pozwalam sobie zamieścić poniżej: Mamo, Dilon mówi, że jego mama może mnie podwieźć po
wycieczce,
 więc nie czekaj na mój telefon. Kocham cię, f .

Mówi swojej mamie, że ją kocha. Czy to nie cudowne? No wiecie, ci chłopacy z filmów z zakładami
i  tymi  przeciętnymi  dziewczynami  (które  tak  naprawdę  nigdy  nie  są  przeciętne,  tylko  gorzej
wyposażone) i tymi finałowymi scenami z balów maturalnych nigdy nie zostawiliby swoim mamom
takich  czułych  wiadomości.  A  w  dodatku,  chłopcy  zostawiający  czułe  wiadomości  wyrastają  na
mężczyzn, którzy zostawiają czułe wiadomości. Nie mogłam się powstrzymać i ciągle wyobrażałam
sobie, jak by to było dostać kiedyś taką wiadomość:

Kochanie,  muszę  zostać  w  pracy  do  późna,  więc  możesz  mnie  nie  zastać  po  powrocie.  Mam
nadzieję, że dobrze się bawiłaś w Korei Północnej i
 zniszczyłaś ich broń nuklearną. Kocham cię,
Josh
 (Ale to tylko taki szkic).

Gapiłam  się  na  puste  opakowanie  po  gumach  do  żucia,  takich  wybielających,  i  próbowałam
przypomnieć sobie, 124

czy  zęby  miał  nietypowo  białe,  czy  po  prostu  białe.  Chyba  po  prostu  białe,  pomyślałam,  cisnęłam
opakowanie  na  stosik  za  Liz  i  znowu  zabrałam  się  do  grzebania,  nie  wiedząc  tak  naprawdę,  co
spodziewałam się tam znaleźć.

Znalazłam  małą  kwadratową  kopertę  z  pięknie  wykaligrafowanym  napisem.  Zaadresowana  była  do
„Rodziny  Abramsów".  Nigdy  w  życiu  nie  widziałam  niczego  zaadresowanego  do  „Rodziny
Morganów". Nie dostajemy zaproszeń na przyjęcia. Oczywiście pamiętam, jak raz czy dwa mama z
tatą  wystroili  się  i  zostawili  mnie  z  opiekunką,  ale  nawet  wtedy  wiedziałam,  że  w  kryształowej
broszce  mamy  tkwił  mikrofilmowy  czujnik,  a  w  spinkach  do  mankietów  taty  były  przewody,  które
mogły  wystrzelić  na  odległość  czterdziestu  pięciu  metrów  i  cisnąć  człowiekiem  o  ścianę  budynku,
jeśli  tata  tylko  by  tego  chciał.  (Jak  się  tak  nad  tym  zastanowić,  wcale  nie  jest  takie  dziwne,  że  nie
zapraszano nas zbyt często).

Właśnie  wyobrażałam  sobie,  jak  to  jest  u  innych  rodzin,  kiedy  usłyszałam  nagle  złowieszczo
brzmiące:

- Oho!

Odwróciłam się do Liz, która podawała Bex jakiś kawałek papieru.

background image

Najpierw jej musi to pokazać, pomyślałam przerażona. Joshowi zostało jakieś sześć miesięcy życia!
Bierze leki przygotowujące go do operacji zmiany płci! Jego cała rodzina przenosi się na Alaskę!

Było dużo gorzej.

-  Cam  -  powiedziała  Bex,  przygotowując  mnie  na  najgorsze  -  Liz  znalazła  coś,  co  chyba  powinnaś
zobaczyć:

-  To  pewnie  nic  takiego  -  dodała  Liz  z  wymuszonym  uśmiechem,  a  Bex  wciąż  trzymała  w  ręce
kawałek różowej kartki.

Niebieskim długopisem, ozdobnymi literami ktoś napisał na niej „Josh".

Takiego pisma żadna z dziewcząt

120

z Gallagher chyba nigdy się nie nauczyła, a poza tym, jak ma się codzienne prace domowe z chemii
organicznej,  zaawansowanego  kodowania  i  rozmówek  w  suahili,  to  nie  ślęczy  się  nad  sztuką
stawiania kropek nad i w kształcie serduszek.

- Przeczytajcie to - powiedziałam.

- Nie... - wtrąciła się Liz - to pewnie nic...

- Liz! - ucięłam.

Tymczasem Bex już zaczęła czytać:

-  Drogi  Joshu.  Super  było  spotkać  Cię  na  festynie.  Ja  też  świetnie  się  bawiłam.  Powinniśmy  to
jeszcze kiedyś powtórzyć. Buziaki, DeeDee.

Bex  robiła,  co  mogła,  żeby  ta  notatka  brzmiała  jak  jakaś  paplanina  i  dodawała  mnóstwo
niepotrzebnych  pauz  i  dziwacznych  końcówek,  ale  nie  dało  się  ukryć,  że  ta  cała  DeeDee  nie
blefowała. Jakkolwiek by patrzeć, ja nie kaligrafowałam wiadomości na różowym papierze. Nawet
nie miałam różowego papieru. Jadalny papier to i owszem, ale różowy?

W życiu! No i proszę bardzo - mamy dowód czarno na białym (no, dobra niebiesko na różowym, ale
wiecie o co chodzi), że totalnie, absolutnie nie miałam żadnych szans. Że naprawdę byłam nikim.

Liz chyba wyczuła, co się dzieje, bo nagle powiedziała:

- Ale to nic nie znaczy, Cam. Przecież to było w śmieciach! - Odwróciła się do Bex. - A to o czymś
świadczy, nie?

Nie mogłam już dłużej tego nie zauważać. Tej uniwersalnej prawdy, że pomimo całej naszej elitarnej
edukacji  i  genialnych  IQ  nie  znałyśmy  chłopców.  A  DeeDee,  z  tym  swoim  różowym  papierem  i

background image

umiejętnością rysowania dużego, obfitego „J", mogła wiedzieć, co to oznacza, gdy ktoś taki jak Josh
wyrzuca jej wypielęgnowaną różową wiadomość do kosza -

a  my  nie  wiedziałyśmy.  Chłopak  z  moich  marzeń  mógł  być  tak  blisko,  jak  blisko  jest  miasto
Roseville: jedyne trzy kilometry, osiemdziesiąt kamer nadzorujących i ogrom-121

ne kamienne ogrodzenie ode mnie, ale on i ja nigdy nie będziemy mówić tym samym językiem (co jest
dość ironiczne, bo właśnie „chłopięcy" był

jedynym językiem, którego nigdy nie próbowano mnie nauczyć w szkole).

- W porządku, Liz - powiedziałam. - Przecież wiedziałyśmy, że to było jak loteria. To...

- Zaraz! - Bex prawie się na mnie rzuciła. - Co ty mu wtedy naopowiadałaś?

Widząc moje zdumienie, dodała:

- No wtedy wieczorem? Jak skłamałaś, że uczysz się w domu?

- Spytał, czy mam domową szkołę, i powiedziałam, że tak.

- A jaki powód podałaś?

-  No,  że...  -  zaczęłam,  ale  zamilkłam  na  widok  sterty  papierów,  które  rozłożyła  Bex  -  z  powodu
religii.

Był  tam  program  spotkań  Zgromadzenia  baptystów  Wolna  Wola  w  Roseville,  ulotka  Kościoła
metodystów  w  Roseville  i  całe  mnóstwo  innych.  Więc  albo  Josh  z  jakiegoś  przedziwnego  powodu
kolekcjonował

kościelne  broszurki,  albo  włóczył  się  po  tych  wszystkich  szkółkach  niedzielnych  i  wtorkowych
spotkaniach dla nastolatków z zupełnie innego powodu.

- On cię szuka, Cam - stwierdziła Bex z taką miną, jakby właśnie zrobiła pierwszy krok do złamania
najważniejszego kodu.

Zapadła cisza. Serce waliło mi jak młotem, Bex i Liz patrzyły na mnie, ale ja nie mogłam oderwać
oczu od naszego znaleziska: od nadziei, która pokrywała całą podłogę w naszym pokoju.

Chyba  żadna  z  nas  nie  zauważyła,  że  ktoś  otworzył  drzwi,  i  pewnie  dlatego  aż  podskoczyłyśmy  na
dźwięk głosu Macey McHenry:

- No dobra, to jak on ma na imię?

127

Rozdział 1 2

background image

Nie  wiem  o  co  ci  chodzi  -  wypaliłam.  Trochę  za  szybko  się  wyrwałam,  żeby  to  zabrzmiało
wiarygodnie. Bo z kłamstwami jest tak: jakaś część ciebie musi w nie wierzyć, choćby to miał być
taki mały złowieszczy strzępek siedzący gdzieś w najczarniejszych zakamarkach z tyłu głowy.

Trzeba wierzyć, że są prawdziwe. A ja chyba sama w to nie wierzyłam.

-  No  dobra,  przestań  już  -  powiedziała  Macey,  przewracając  oczami  -  ile  to  już  minęło?  Dwa
tygodnie?

Byłam w totalnym szoku. Macey przechyliła głowę i spytała:

- Dotarłaś już do drugiej bazy?

W bibliotece Akademii Gallagher jest cały dział książek o niezależności kobiet i jak nie powinnyśmy
pozwolić  mężczyznom  odrywać  nas  od  misji,  ale  w  tej  chwili  umiałam  tylko  patrzeć  na  Macey  i
zapytać:

- Myślisz, że miałabym szansę na drugą bazę?

Aż wstyd się przyznać, ale to był pewnie jeden z najwspanialszych komplementów, jakie usłyszałam
w całym moim życiu.

Macey tylko zrobiła minę i powiedziała:

128

-  Zapomnij,  że  pytałam.  -  i  przechodząc  wśród  stosów  śmieci,  zmarszczyła  swój  idealny  nosek.  -
Obrzydlistwo!

A potem spojrzała na mnie i dodała:

- Ale musiało cię trafić.

Bex nie dała się wyprowadzić z równowagi i powiedziała:

- To jest zadanie domowe z tajnych, Macey.

Nawet ja prawie uwierzyłam, że to zamieszanie było zupełnie niewinne.

Macey spojrzała na sterty śmieci z taką miną, jakby było to coś najbardziej ekscytującego, co ostatnio
widziała. Mam jednak stuprocentową pewność, że to nie mogło być prawdą. Wiem, że to jej grupa
była  w  laboratorium  fizycznym,  kiedy  pan  Fibs  został  zaatakowany  przez  pszczoły,  które
zmodyfikował genetycznie w taki sposób, żeby słuchały tylko jego gwizdka. (Okazało się, że reagują
tylko na głos Jamesa Earla Jonesa).

- Ma na imię Josh - wykrztusiłam w końcu.

background image

- Cammie! - wrzasnęła Liz, jakby nie mogła uwierzyć, że wyjawiam tak istotne informacje wrogowi.

Macey tylko powtórzyła „Josh", jakby sama nie dowierzała temu, co usłyszała.

- Właśnie - powiedziałam - poznałam go podczas naszej misji w mieście, no i...

-  No  i  teraz  nie  możesz  przestać  o  nim  myśleć...  Zastanawiasz  się  ciągle,  co  robi...  I  zrobiłabyś
wszystko, żeby wiedzieć, czy on też o tobie myśli...

- wymieniła Macey niczym lekarz recytujący symptomy choroby.

- Dokładnie! - krzyknęłam. - Dokładnie tak! Wzruszyła ramionami:

- No to niewesoło, mała.

Była starsza ode mnie jedynie o trzy miesiące, więc miałam pełne prawo obrazić się za tą „małą", ale
nie mogłam. Nie wtedy. Właściwie to nie do końca rozumiałam, co

129

się  dzieje,  ale  jedna  rzecz  stawała  się  coraz  bardziej  oczywista:  Macey  McHenry  miała  spryt,
którego niewątpliwie potrzebowałam.

- Powiedział, że mam kotkę szczęściarę - wyznałam. -Co to znaczy?

- Przecież ty nie masz kota.

- Niby nie. - Zignorowałam ten szczegół. - No więc co to znaczy?

- Wydaje się, że stara się zachować spokój... Że może cię lubi i chce mieć jakieś wyjście awaryjne
na wypadek, gdybyś ty nie lubiła jego albo gdyby stwierdził, że on nie lubi ciebie.

- No ale potem słyszałam, jak mówił kumplowi, że jestem „nikim". A wcześniej był naprawdę miły
i...

- Aha! Widzę, że nieźle go obserwowałaś.

- Jest taki miły, ale sądząc po tym, co powiedział temu kumplowi...

- Czekaj - przerwała mi Macey - kumplowi powiedział? Facetowi znaczy?

- No tak.

- A ty w to uwierzyłaś? - Przewróciła oczami. - To tylko taka gadka.

Pozerstwo albo znaczenie terenu, albo wstyd, że polubił tę nową dziwaczną panienkę. Bo zakładam,
że ma cię właśnie za dziwaczną panienkę, co?

background image

- Myśli, że uczę się w domu z powodów religijnych.

- Właśnie - przytaknęła, jakby to miało wszystko wyjaśniać. - Myślę, że nadal masz szanse.

A nich to! Było tak, jakby rozstąpiły się nagle ciemne burzowe chmury, a Macey McHenry stała się
słońcem  wnoszącym  mądrość  i  prawdę  w  otchłań  ciemności.  (Albo  coś  trochę  mniej
melodramatycznego).

Na wypadek, gdybyście nie załapali: Macey McHenry zna się na chłopakach! Co prawda nie było to
zbyt zaskakujące, ale nie mogłam się powstrzymać i niemal płaszczy-130

łam  się  przed  nią,  oddawałam  jej  cześć  przed  ołtarzykiem  kredek  do  oczu,  pushupów  i
koedukacyjnych imprez bez nadzoru rodziców.

Nawet Liz powiedziała:

- Niesamowite.

- Musisz mi pomóc! - poprosiłam.

- Oj, przykro mi, nie moja działka.

No jasne, że nie jej. Było oczywiste, że Macey McHenry była stroną uwodzoną, a nie uwodzącą. Nie
mogła przecież zrozumieć, jak to jest na zewnątrz, skoro tylko widziała przez okno coś, o czym nie
miała pojęcia.

Pomyślałam  wtedy  o  tych  wszystkich  godzinach,  które  spędziła  w  swoich  słuchawkach,  i
zastanawiałam się, czy może jednak...?

Miałam  przed  sobą  osobę,  która  była  w  stanie  złamać  kod  chromosomu  Y,  i  nie  zamierzałam  tak
łatwo jej odpuścić.

- No, przestań - powiedziałam.

-  Tak,  jasne,  powiedz  to  komuś,  kto  nie  jest  cholerną  maskotką  w  cholernej  pierwszej  klasie! -
Opadła na łóżko i założyła nogę na nogę. -

Jest taki jeden warunek, pod którym zgodzę się zająć twoim sercowym problemem.

Myśl, myśl, próbowałam się skupić, ale to było jak samochód, który ugrzązł w błocie.

- Wydostanę się z klasy żółtodziobów, a ty mi w tym pomożesz -

zdecydowała.

Niespecjalnie mi się to podobało, ale i tak zapytałam:

background image

- A co ja z tego będę miała?

- Na początek nie pogadam z naszą koleżanką Jessi-cą Boden o porannej wycieczce do laboratorium
ze starą butelką po dr pepperze ani o nocnej wycieczce poza teren, z której ktoś wrócił z liśćmi we
włosach. - Posłała Liz znaczący uśmiech. - Ani o pewnym zdarzeniu podczas nauki jazdy.

126

Po raz pierwszy nie miaiam wątpliwości, że Macey też była dziewczyną z Gallagher. Miny Liz i Bex
zdradzały to samo.

-  Wiedziałyście,  że  mama  Jessiki  jest  w  zarządzie?  -dodała  sarkastycznym  tonem.  -  Bo  Jessica
zdążyła mi już o tym wspomnieć chyba ze sto pięćdziesiąt razy i...

- No już dobra - przerwałam jej - co jeszcze dostanę?

- Bratnią duszę!

-  Ten  interes  opiera  się  na  sojuszach,  moje  panie  -  powiedział  pan  Solomon,  stojąc  przed  nami
następnego ranka. - Możecie nie lubić tych ludzi, możecie ich nienawidzić, mogą uosabiać wszystko,
czego nie znosicie, ale liczy się jedno: wspólna nić łącząca wasze i ich życie.

Cofnął się do swojego biurka:

- Liczy się zdobywanie sojusznika.

A więc tym jest teraz dla mnie Macey - sojusznikiem. Nie byłyśmy przyjaciółkami ani wrogami. Nie
rezerwowałam  sobie  długiego  weekendu,  żebyśmy  pojechały  razem  do  jej  domu  w  Hamptons,  ale
zamierzałam być miła.

Podczas  lunchu  Macey  podeszła  do  naszego  stolika,  a  ja  przygotowałam  się  na  to,  co  miało  się
wydarzyć. Powiedziałam sobie, że skoro komuniści i kapitaliści potrafili razem walczyć z nazistami,
skoro Spike mógł

walczyć z demonami ramię w ramię z Buffy... skoro cytryna mogła połączyć siły z limonką i dać coś
tak  przepysznego  i  odświeżającego  jak  sprite,  to  ja,  w  imię  prawdziwej  miłości,  na  pewno  mogę
pracować z Macey McHenry!

Siedziała koło mnie, jadła ciasto, a ja musiałam spojrzeć jeszcze raz.

Macey  je  ciasto?!  Odezwała  się,  ale  nic  nie  słyszałam  przez  toczącą  się  nieopodal  debatę  (po
koreańsku) dotyczącą tego, czy Jason Bourne mógł

załatwić Jamesa Bonda i czy to miało znaczenie, czy byłby to Bond Seana Connery'ego, czy Pierce'a
Brosnana.

127

background image

- Mówiłaś coś, Macey? - spytałam, ale ona tylko rzuciła mi zabójcze spojrzenie.

Sięgnęła do torby, oderwała kawałeczek znikopapieru i nabazgrała:

„Możemy się pouczyć dziś wieczorem? (Piśnij komuś słówko, a zabiję cię we śnie!)"

- Siódma? - spytałam. Przytaknęła. No to byłyśmy umówione.

Ciasto  wyglądało  naprawdę  nieźle,  więc  wstałam,  żeby  przynieść  sobie  kawałek,  a  po  drodze
zerknęłam na „Vogue'a", który czytała Macey, ale niewiele dowiedziałam się o modzie, bo w środku
przyklejone były jej notatki z chemii organicznej, które zasłaniały peany na cześć jedwabiu.

Tego wieczoru, gdy siedziałam na podłodze w naszym pokoju nad pracą domową Macey, nie byłam
wcale taka pewna, jak właściwie miał działać ten nasz sojusz. Na szczęście Liz o tym pomyślała.

- Możecie zacząć od objaśnienia, co to znaczy - podsunęła pod nos Macey notatkę DeeDee.

- Fuj! - krzyknęła Macey, odwracając głowę, łapiąc się za nos i odpychając kartkę.

Ale  Liz  nadrabiała  brak  siły  uporem.  Wyciągnęła  kartkę  z  powrotem  w  stronę  Macey,  mimo  że  ta
wciąż marudziła:

- Myślałam, że pozbyłyście się tych wszystkich śmieci!

- No tego akurat nie. To dowód - wyjaśniła Liz, uważając to za coś oczywistego.

- Fuj! Obrzydliwe!

Widziałam,  jak  Bex  się  poruszyła.  Bardzo  starała  się  nas  ignorować,  ale  wiedziałam,  że  jej
wszystkie zmysły są w gotowości. Nie spuszczała oczu ze swojego zeszytu, ale

133

i tak wszystko widziała. (Robi się z niej wtedy taki super-tajniak).

- No więc, co to znaczy? - nalegała Liz, przysuwając się powoli do Macey McHenry, naszej nowej
profesorki od chłopaków.

Macey spojrzała na swoje notatki i chyba stwierdziła, że już dosyć nauki, bo odsunęła wszystko na
bok. Podeszła do swojego łóżka, zerknęła znowu na skrawek papieru i upuściła go na podłogę.

- To znaczy, że koleś ma wzięcie. - Skinęła, patrząc na mnie. - Trafny wybór.

- Ale czy on też ją lubi? - dopytywała Liz. - Tę całą DeeDee?

Macey wzruszyła ramionami i wyciągnęła się na łóżku.

- Trudno powiedzieć.

background image

Wtedy  Liz  wydobyła  notatnik,  z  którym  nie  rozstawała  się  przez  ostatni  tydzień.  Myślałam,  że  to
jakieś  zadanie  dodatkowe  czy  coś,  ale  nie  miałam  pojęcia,  że  to  było  nasze  zadanie  dodatkowe.  Z
trzaskiem otworzyła segregator, a w powietrze wyleciały nagle setki kartek.

Zerknęłam na nagłówki, podczas gdy Liz w grzebała w notatkach.

- Widzicie - wskazała zaznaczony fragment - w tym e-mailu używa słowa

„braciak" do swojego przyjaciela Dil-lona. O tak, cytuję: „Wyluzuj, braciak. Będzie dobrze". On nie
ma brata. Co jest z tymi chłopakami, że tak do siebie mówią? Przecież ja nie nazywam Cam ani Bex
siostrami.

Więc czemu tak?

Tak strasznie domagała się odpowiedzi, jakby od zrozumienia tego fenomenu miało zależeć jej życie.

- Czemu?

Macey McHenry spojrzała na Liz, jakby ta była niespełna rozumu. Z

wielu dziwacznych rzeczy, jakie już widziałam, ta była jedną z najdziwniejszych.

Macey przechyliła głowę i spytała:

129

- I to ty niby jesteś tym supergeniuszem?

Wtedy Bex podniosła się z łóżka i zbliżyła do Macey. Będzie gorąco...

naprawdę gorąco. Ale Liz w ogóle nie czuła się dotknięta słowami Macey. Spojrzała na nią tylko i
powiedziała:

-  No  dobra  już!  -  Jakby  sama  była  równie  oburzona.  Bex  zatrzymała  się,  a  ja  odetchnęłam.  Liz  w
zdumieniu

pokręciła głową, jakby pozbywała się wszelkich pytań bez odpowiedzi.

Już  tysiąc  razy  widziałam,  jak  to  robi.  Zrozumiałam  wtedy,  że  dla  Liz  chłopcy  stanowili  po  prostu
kolejny temat, kolejny kod do złamania.

Potem usiadła na podłodze i powiedziała:

- Muszę przygotować sobie tabelkę.

-  Słuchajcie  -  odezwała  się  Macey,  wstając  z  łóżka,  jakby  chciała  się  poddać.  -  Jeśli  to  jest  taki

background image

sentymentalny  typ,  może  to  znaczyć,  że  ona  go  nic  nie  obchodzi. A  jeśli  nie  jest,  to  może  ją  lubi,  a
może nie.

Przysunęła się bliżej, jakbyśmy miały dzięki temu lepiej zrozumieć.

- Możecie sobie analizować teoretyzować czy co tam jeszcze, ale tak prawdę mówiąc, co to niby ma
dać? Ty jesteś tu, on jest tam i nic na to nie mogę poradzić.

- Ech - po raz pierwszy odezwała się Bex - to przecież i tak nie twoja działka.

Niemal widziałam, jak myśli kłębią się w jej głowie. Wyglądała jak dziewczyna z misją.

- To nasza działka.

Rozdział 13

Szpiedzy są rozsądni. Szpiedzy są silni. Ale przede wszystkim szpiedzy są cierpliwi.

Czekałyśmy  dwa  tygodnie.  Dwa  tygodnie!  Wiecie,  jak  to  długo  dla  piętnastolatki?  Bardzo  długo.
Bardzo,  bardzo  długo!  Naprawdę  zaczęłam  się  identyfikować  z  tymi  wszystkimi  kobietami,  które
mówią o zegarze biologicznym - wiem, że mój jeszcze długo sobie potyka, ale i tak w każdej wolnej
minucie  zamartwiałam  się  misją  „Josh".  A  rzecz  dzieje  się  przecież  w  szkole  dla  genialnych
szpiegów, gdzie wolne minuty nie zdarzają się zbyt często. Mogę sobie tylko wyobrazić, przez jakie
katusze  przechodzi  dziewczyna  ze  zwykłej  szkoły,  która  pewnie  w  sobotnie  wieczory  nie  pomaga
swojej  najlepszej  przyjaciółce  w  łamaniu  kodów  chroniących  amerykańskie  satelity  szpiegowskie.
(Liz  nawet  podzieliła  się  ze  mną  dowodem  uznania  otrzymanym  od  pana  Moscowitza:  nagrodą
pieniężną przyznaną przez ABN).

To była taka typowa strefa oczekiwania: zbierałyśmy informacje, tworzyłyśmy jego charakterystykę i
moją historię, czekając, aż będziemy mieć już wszystko co trzeba, by wkroczyć do akcji.

Zajęło to nam dwa tygodnie. Dwa tygodnie! (Na wypadek, gdybyście wcześniej to przeoczyli).

136

A potem, jak to czynią wszyscy dobrzy agenci, wypatrzyłyśmy okazję.

Wtorek, pierwszego października. Obiekt otrzymał e-mail od Dillona, nick D'Man z pytaniem, czy
obiekt byłby zainteresowany podwózką do
 domu po treningu. Obiekt odpisał, że pójdzie piechotą,
ponieważ musi
 oddać jakieś filmy w AJ (lokalna wypożyczalnia filmów i gier wideo).

Spojrzałam na notatkę, którą Bex przy śniadaniu podetknęła mi pod nos.

- Dziś wieczorem zaczynamy - szepnęła.

Na  zajęciach  z  tajnych  nie  nadążałam  z  notowaniem.  Joe  Solomon  jest  geniuszem,  pomyślałam,
zastanawiając się jednocześnie, dlaczego nie zauważyłam tego wcześniej.

background image

- Uczcie się swoich historii wcześnie. I uczcie się ich porządnie -

ostrzegał, przechylając się i chwytając oparcie nauczycielskiego krzesła, na którym nigdy nie siadał.
-  Ten  ułamek  sekundy,  który  zabierze  wam  przypomnienie  sobie  jakiegoś  fałszywego  szczegółu,
tóczas, w którym bardzo źli ludzie mogą zdążyć zrobić bardzo złe rzeczy.

Ręka  mi  się  trzęsła,  ślady  ołówka  były  na  całej  kartce  -prawie  jak  wtedy,  gdy  wzięłam  ołówek  na
zajęciach  doktora  Fibsa  a  potem  okazało  się,  że  to  nie  był  zwyczajny  ołówek,  ale  prototyp
autotłumacza  kodu  Morse'a.  (Nie  muszę  dodawać,  że  do  tej  pory  nie  do  końca  pozbyłam  się
wyrzutów sumienia, że go zatemperowałam).

- Przede wszystkim pamiętajcie, że praca pod przykrywką nie polega na podchodzeniu do obiektów -
powiedział pan Solomon, przyglądając się nam. - Polega na przyjęciu takiej pozycji, żeby to obiekt
podszedł do was.

Nie wiem, jak to jest w przypadku zwykłych dziewczyn, ale u szpiegów ubieranie się przed wyjściem
to całe

132

przedstawienie. (Wielkie dzięki za rzepy. Poważnie, wcale się nie dziwię, że Akademia Gallagher je
wymyśliła).

- I tak myślę, że powinnyśmy upiąć jej włosy - powiedziała Liz. -

Wygląda wtedy tak szykownie.

- Jasne - zadrwiła Macey - bo wszystkie dziewczyny starają się wyglądać szykownie przed wyjściem
na rynek w Roseville.

Trudno było odmówić jej racji.

Mnie  było  absolutnie  wszystko  jedno,  co  w  sumie  było  paradoksem,  bo  chodziło  przecież  o  moje
włosy, ale głowę miałam zajętą mnóstwem innych spraw, a przedmioty, które Bex rozkładała przede
mną  na  łóżku,  do  nich  nie  należały.  Zresztą  i  tak  ich  za  dobrze  nie  widziałam,  bo  Macey  mnie
malowała i ciągle komenderowała „spójrz do góry" albo „spójrz w dół", albo „nie ruszaj się".

Kiedy nie wydawała poleceń, mówiła rzeczy w stylu: „Rozmawiaj, ale nie za dużo". „Śmiej się, ale
nie za głośno". I moje ulubione: „Jeśli okaże się, że jest od ciebie niższy, zgarb się".

Następnie wkroczyła do akcji Bex:

- No to teraz o śmieciach w kieszeniach.

(Nie codziennie słyszy się takie zdania, no, chyba że jest się... yyyy...

nami).

background image

-  Nie  masz  jeszcze  szesnastu  lat,  żaden  dokument  ci  niepotrzebny,  ale  jakoś  musimy  podbudować
twoją fałszywą tożsamość.

Odwróciła się, żeby przejrzeć rzeczy leżące na łóżku.

- Weź to. - Rzuciła mi paczkę gum do żucia.

To był ten sam rodzaj, który wydobyłyśmy ze śmieci Josha.

- Żeby wykazać podobny gust i załatwić tę całą sprawę ze świeżym oddechem.

Znów przeglądała rzeczy na łóżku.

- Co w końcu postanowiłyśmy: torebka czy bez torebki? - spytała, odwracając się do nas.

133

- Zdecydowanie musi mieć torebkę - uznała Macey, a Bex się z nią zgodziła.

Nie  mogłam  w  to  uwierzyć!  Macey  i  Bex  zbliżały  się  do  siebie...  dzięki  dodatkom!  Czy  cuda
naprawdę się zdarzają? Bex wzięła torebkę i otworzyła ją.

-  Bilet  do  kina.  Jeśli  spyta,  jak  ci  się  podobał,  to  powiesz,  że  się  podobał,  ale  nie  skumałaś
końcówki. - Wrzuciła papierek do środka i sięgnęła po kolejną rzecz. - Okulary. Oczywiście raczej
ci się dziś nie przydadzą, ale mieć nie zaszkodzi.

Wrzuciła je do torebki kłamstw, a potem na dokładkę wpakowała tam pióro z napisem „Co zrobiłby
Jezus?" i zadowolona z siebie z trzaskiem zamknęła torebkę.

Nie miałam zielonego pojęcia, skąd Bex wytrzasnęła te wszystkie rzeczy i, prawdę mówiąc, wcale
nie  chciałam  wiedzieć.  Jednak  gdy  popatrzyłam  na  to  wszystko,  co  miałam  ze  sobą  zabrać,  i
pomyślałam  o  tym,  co  miałam  mówić,  zastanowiłam  się:  Czy  wszystkie  dziewczyny  przez  to
przechodzą? Czy idąc na randkę, każda działa pod taką przykrywką?

- A! I nie zapomnij...

Podniosłam wzrok i zobaczyłam srebrny krzyżyk dyndający na łańcuszku.

- Nie działa - powiedziałam do Bex - odkąd się zamoczył, a wy i tak nie mogłybyście złapać sygnału
przez blokady.

-  Cammie  -  westchnęła  Bex.  -  Cammie,  Cammie,  Cammie...  to  twoja  historia  przecież.  -  Krzyżyk
wciąż dyndał.

- W taki sposób ma działać.

Wiedziałam, że ma rację. Jak tylko wyjdę za bramę, muszę przestać być sobą i zacząć być tą drugą:

background image

dziewczyną z domową szkołą, która nosiła krzyżyk i...

- Chyba sobie żartujesz! - warknęłam, ale już było za późno.

139

W drzwiach pojawiła się Liz niosąca Onyksa.

A  ja  sądziłam,  że  to  zamieszanie  z  chłopakami  jest  uciążliwe,  jeszcze  zanim  musiałam  porządnie
natrzeć się kotem, by wyglądać jak ich okłaczona wielbicielka.

Przez całe te lata myślałam, że bycie szpiegiem jest trudne. .. Okazuje się, że bycie dziewczyną to jest
dopiero jazda.

Odprowadziły mnie na dół, do najbardziej odległego sekretnego przejścia.

-  Sprawdziłaś  latarkę?  -  spytała  Liz  w  taki  sposób,  w  jaki  babcia  Morgan  zawsze  mówi:  „Masz
bilet?", kiedy odwozi mnie na lotnisko.

To było takie miłe. Strasznie chciałam, żeby poszły tam ze mną. Ale każdy szpieg dość wcześnie uczy
się, że bez względu na to, jak świetny jest jego zespół, przyjdzie taki moment, kiedy trzeba ruszyć w
pojedynkę.

Na koniec Macey powiedziała:

- Wciąż nie rozumiem, jak zamierzasz wyjść, wrócić i nie dać się złapać.

Wydawało  się,  że  jest  naprawdę  zdezorientowana,  ale  ja  tak  się  nie  czułam.  Chyba  naprawdę
powinnam kiedyś napisać przewodnik po naszej szkole. Zarobiłabym pewnie kupę forsy, sprzedając
egzemplarze  żółtodziobom,  dzieląc  się  sztuczkami  typu,  jak  szarpnąć  drzwiami  szafy  dozorcy  na
zachodniej  klatce,  a  potem  zjechać  wprost  do  kredensu.  (Jak  pokonać  drogę  powrotną,  to  już  wasz
problem).

Następna  ciekawostka  to  drewniany  panel  na  kamiennym  półpiętrze  w  starej  kaplicy.  Jak  się  go
przyciśnie  trzykrotnie,  to  się  otwiera  i  można  dojść  przez  sufit  do  każdego  pokoju  w  holu
południowym.  (Nie  polecałabym  jednak  tego  sposobu,  jeśli  ma  się  najmniejszy  choćby  lęk  przed
pająkami).

- Zobaczysz, Macey - powiedziałam, gdy szłyśmy długim kamiennym korytarzem w kierunku starego
rubino-135

wego gobelinu wiszącego samotnie na zimnej ścianie z kamienia.

Spojrzałam na drzewo genealogiczne rodziny Gallagherów, a potem na Macey. Ona w ogóle mu się
nie przyjrzała, nie odszukała swojego imienia ani nie zadawała pytań. Powiedziała tylko:

- Dobrze wyglądasz. - A ja o mało nie padłam z wrażenia od tej pochwały.

background image

Odsunęłam gobelin i już miałam się tam wślizgnąć, gdy Bex powiedziała:

- Daj czadu!

Byłam już w środku, gdy Liz jeszcze wrzasnęła:

- Ale nie tak dosłownie!

Rozdział 14

Nie wiem, jakim cudem mnie na to namówiły. To znaczy, wiem, ale w życiu się do tego głośno nie
przyznam.  Wykradanie  się  poza  kampus  to  jedno:  kwestia  zapamiętania  zasięgu  kamer,  poznanie
obszarów, w któ-

rych  strażnicy  mogą  mnie  zobaczyć,  i  ominięcia  czujników  ruchu  wzdłuż  południowej  ściany.  Ale
nigdy nie będę chwalić się tym, że założyłam buty, które to wszystko utrudniały. Co prawda czarne
kozaki Macey wydłużały mi nogi i wyglądałam dzięki nim jak aniołek Charliego, ale zanim dotarłam
do  ławki  na  rynku  w  mieście,  bolały  mnie  całe  stopy,  nadwerężyłam  kostkę,  a  nerwy  miałam  w
strzępach.

$ia moje szczęście, było trochę czasu, żeby się pozbierać. Strasznie.

Dużo. Czasu.

Musicie wiedzieć coś jeszcze o prowadzeniu obserwacji: jest nudne.

Jasne, że czasem można coś wysadzić w powietrze, skakać z budynków albo jadących pociągów, ale
zazwyczaj  po  prostu  kręcimy  się  w  kółko  i  czekamy,  aż  coś  się  wydarzy  (tego  prawie  nigdy  nie
pokazują w filmach).

Pewnie  czułabym  się  głupio,  gdybym  była  zwykłą  dziewczyną,  a  nie  świetnie  wyszkolonym  tajnym
agentem, i siedziała na ławce, starając się zachowywać

142

zwyczajnie, podczas gdy tak naprawdę jestem kompletnie niezwyczajna.

17.35: Agentka objęła stanowisko.

18.00:  Agentka  pożałowała,  że  nie  zabrała  czegoś  do  jedzenia,  bo  nie  mogła  teraz  opuścić
stanowiska i udać się po batonik, a tym bardziej do
 toalety.

18.30: Agentka dochodzi do wniosku, że niemożliwością jest wyglądać ślicznie i/lub ponętnie, jeśli
naprawdę chce się siku!

Moją  pracą  domową  na  ten  wieczór  było  pięćdziesiąt  stron Sztuki  wojny,  które  trzeba  było
przetłumaczyć  na  arabski,  karta  kredytowa  vel  modyfikator  odcisków  palców  dla  doktora  Fibsa,

background image

który wymagał

poprawek,  a  pod  koniec  zajęć  z  kulturówki  madame  Dabney  przebąkiwała  coś  o  sporym  teście.
Tymczasem ja masowałam opuchniętą kostkę i myślałam o tym, że naprawdę powinnam zyskać za to
jakieś dodatkowe punkty z tajnych.

Znowu  spojrzałam  na  zegarek:  siódma  czterdzieści  pięć.  Dobra,  pomyślałam.  Dam  mix  czas  do
ósmej, a potem...

- Cześć - usłyszałam za plecami.

O rany... o rany! Nie byłam w stanie się odwrócić. Kurczę, przecież musiałam się odwrócić.

- Cammie? - powiedział jakby pytająco.

Mogłam odpowiedzieć na jego powitanie w czternastu różnych językach (nie licząc tajemnego języka
dzieci), ale kompletnie mnie zatkało, gdy się przede mną pojawił.

- O... yyy... o...

-  Josh.  -  Wskazał  na  siebie,  jakby  myślał,  że  zapomniałam.  Czy  to  nie  urocze?  Wiem,  że  żaden  ze
mnie ekspert

w  temacie  chłopaków,  ale  miałam  wykłady  o  mowie  ciała  i  muszę  przyznać,  że  przypuszczenie,  iż
zapomniałam czyjeś imię, jest wysoko na mojej liście „oznak pokory" (co

138

prawda nie mam takiej listy, ale teraz przynajmniej jest od czego zacząć).

- Cześć - odpowiedziałam po angielsku... prawda? To nie było po arabsku ani po francusku? O mój
Boże,

niech on nie myśli, że jestem z wymiany międzyszkolnej... albo jeszcze gorzej, że jestem dziewczyną,
która  zna  jakieś  trzy  słówka  w  obcym  języku  i  non  stop  ich  używa,  żeby  pokazać,  jaka  jest  bystra,
kulturalna i w ogóle lepsza od wszystkich innych.

background image

- Zauważyłem, że tu siedzisz - dodał. Uf, chyba jednak to było po angielsku.

- Jakoś cię ostatnio nie widywałem.

- A bo... byłam w Mongolii - wypaliłam.

(Uwaga dla siebie: naucz być mniej radykalnym kłamczuchem).

- Z Korpusem Pokoju - dodałam powoli. - Moi rodzice są w to bardzo zaangażowani. Wtedy zaczęło
się to wszystko z domową szkołą. -

Pamiętałam o swojej historii i wczułam się w sytuację.

- Super - powiedział.

- Serio? - Zastanawiałam się, czy mówił poważnie. Uśmiechał się, więc potwierdziłam:

- No tak, super. Usiadł koło mnie.

- To w wielu miejscach mieszkałaś?

Podróżuję dość często, ale mieszkałam tylko w trzech miejscach: na ranczu w Nebrasce, w szkole dla
geniuszy i w domku w Waszyngtonie.

Na  szczęście  jestem  świetną  kłamczuchą  o  bardzo  starannie  przygotowanej  historii.  Przez  myśl
przemknęły mi cztery lata zajęć z WOK-u i teraz wykorzystałam najważniejsze fakty:

- Tajlandia jest przepiękna.

- O rany!

144

Przypomniałam sobie, jak Macey mówiła, że mam „nie być fajniejsza niż on".

- To było dawno temu - dodałam - nic takiego.

- Ale teraz mieszkasz tutaj?

Obiekt  lubi  potwierdzać  pewne  oczywiste  fakty,  co  może  oznaczać   problemy  z  umiejętnością
obserwacji i/lub krótką pamięcią.

- No tak - przytaknęłam.

I zrobiło się cicho... przeraźliwie cicho.

- Czekam na mamę. - Przypominałam sobie swoją historię. - Bierze udział

background image

w wieczornych zajęciach w... w bibliotece.

Wskazałam na czerwony ceglany budynek po drugiej stronie placu.

- A ja lubię z nią przyjeżdżać do miasta, bo rzadko wychodzę przez tę naukę w domu.

Obiekt ma naprawdę niebieskie oczy, które błyszczą, gdy patrzy na kogoś,  kto być może jest trochę
niespełna rozumu.

Po długiej chwili naprawdę niezręcznej ciszy wstał i powiedział:

- Muszę lecieć.

Miałam  ochotę  błagać  go,  żeby  został,  ale  nawet  ja  rozumiałam,  że  wyglądałoby  to  nieco
rozpaczliwie.  Odszedł  kawałek  i  nie  wiedziałam,  jak  go  zatrzymać  (to  znaczy,  wiedziałam,  ale
manewry, które przyszły mi do głowy, są dozwolone tylko w czasie wojny).

- Hej - powiedział - a jak masz na nazwisko?

- Solomon - wyrwało mi się.

Szlag!  Spora  część  mojej  przyszłej  pensji  rządowej  zostanie  pewnego  dnia  wydana  na  próbę
zbadania, dlaczego w tym momencie wybrałam akurat to nazwisko, ale już się stało i nie mogłam tego
cofnąć.

140

- A jesteś w książce? Książce? Jakiej książce? Zaśmiał się i podszedł

bliżej:

- Mogę do ciebie zadzwonić? - spytał, widząc, że jestem całkiem zdezorientowana.

Josh pytał, czy może do mnie zadzwonić! Chciał mój numer telefonu! Co to oznaczało - naprawdę i
nieodwołalnie - nie miałam pojęcia, ale czułam, że z pewnością mogę już wykluczyć ewentualność,
że byłam dla niego

„nikim".  Mimo  to  ostatni  telefon,  jakiego  używałam,  był  jednocześnie  paralizatorem  (dlatego  z
oczywistych powodów raczej nie powinnam podawać mu tego numeru).

Odparłam więc:

- Nie.

Ale wtedy zdarzyło się coś absolutnie niesamowitego: Josh zrobił

naprawdę bardzo smutną minę! Jakbym co najmniej rozjechała jego szczeniaka (żaden szczeniak nie

background image

ucierpiał wskutek tej metafory).

Byłam w totalnym szoku. Byłam zdumiona. Aż kręciło mi się w głowie!

- Nie! - powtórzyłam. - Nie chodzi o to, że ty nie możesz do mnie zadzwonić, tylko o to, że nie można
do mnie dzwonić.

Widząc jego zadziwienie, dodałam:

- Surowe zasady w domu. To akurat nie jest kłamstwo.

Pokiwał głową, udając, że rozumie, i spytał:

- A e-mail?

Pokręciłam przecząco głową.

- Rozumiem.

- Będę tu też jutro - palnęłam. - Moja mama znowu ma te swoje zajęcia.

I...

- W porządku - kiwnął głową, odwrócił się, żeby odejść - może się spotkamy.

141

- Co to niby miało znaczyć?! - wrzasnęłam na Macey, chociaż to nie była jej wina.

Jak  chłopak  zrobi  się  zbyt  rozmemłany  i  zawiedziony,  bo  nie  dałaś  mu  swojego  numeru  telefonu  i
potem  mówisz,  że  będziesz  w  konkretnym  miejscu  o  konkretnej  porze  -eliminując  tym  samym
używania  telefonu  -  a  on  mówi,  że  „może"  się  spotkacie,  to  chyba  jest  powód,  żeby  wrzeszczeć,
prawda?

- Może?! - wydarłam się znowu, co mogło już być lekką przesadą, bo ja miałam całą drogę powrotną
do szkoły na to, żeby wściekać się na jego słowa, a moje współlokatorki słyszały je po raz pierwszy.

Liz miała taką samą minę, jaką robi, gdy doktor Fibs mówi, że na zajęciach będziemy musiały użyć
masek przeciwgazowych: strach pomieszany z euforią. Macey właśnie malowała sobie paznokcie, a
Bex w kącie pokoju ćwiczyła jogę-

Większość ludzi dzięki głębokim oddechom i medytacjom powinna się uspokajać, ale nie Bex.

- Mogłabym go załatwić - zaproponowała i gdyby nie była skręcona jak jakiś precel, to mogłabym się
tym przejąć nieco bardziej. Przecież wiedziała, gdzie on mieszka.

- No tak... - wyjąkała Liz - wydawało mi się, że po prostu tam pójdziesz, a jak on się zjawi, to będzie

background image

znaczyło, że cię lubi.

- I błąd - powiedziała Macey, wydając brzęczący odgłos i przeglądając podręcznik. - Jeśli przyjdzie,
to znaczy, że jest ciekawy albo znudzony, ale raczej ciekawy.

- No to kiedy się dowiemy, czy ją lubi? - dopytywała się Liz.

Macey przewróciła swoimi pięknymi, wielkimi niebieskimi oczami.

147

- Nie w tym rzecz - zawyrokowała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. - Rzecz w
tym, jak bardzo?

Czy ja kiedykolwiek to wszystko opanuję?

Rozdział 15

Szkolenie szpiegowskie to nie jest coś, co można włączać i wyłączać. My tym oddychamy, żywimy
się, śnimy o tym. To tak trwale wpisało się w moje DNA jak bezbarwne włosy i słabość do M&M-
sów. Domyślam się, że to pewnie oczywiste, ale zanim opowiem wam, co działo się potem, wolę to
wyraźnie zaznaczyć.

Wyobraźcie sobie, że to wy jesteście piętnastolatką stojącą w nocy samotnie na wyludnionej ulicy,
czekającą  na  potajemne  spotkanie,  gdy  nagle  przestajecie  cokolwiek  widzieć,  bo  czyjeś  dłonie
zasłaniają wam oczy! W jednej chwili stoicie sobie zadowoleni, że pamiętaliście o zabraniu ze sobą
batonika, a za moment... puf!... I wszystko jest czarne!

No i tak się właśnie stało. Czy spanikowałam? Wcale! Zrobiłam to, czego mnie uczono - chwyciłam
wrogie  ręce,  przeniosłam  ciężar  ciała  i  wykorzystałam  energię  mojego  niedoszłego  napastnika
przeciwko niemu.

Wszystko w zawrotnym tempie. Naprawdę zawrotnym. Przerażająco, zabójczo zawrotnym...

Niezła jestem, pomyślałam, zanim nie spojrzałam w dół i nie zobaczyłam Josha rozpłaszczonego bez
tchu u moich stóp.

144

- O kurczę! Strasznie cię przepraszam! - zawołałam i się schyliłam. -

Strasznie przepraszam! Wszystko w porządku? Proszę, powiedz, że tak...

- Cammie? - zachrypiał.

Miał tak przeraźliwie słabiutki głos, że pomyślałam: No pięknie.

background image

Załatwiłam jedynego faceta, którego mogłabym pokochać, i za chwilę wysłucham spowiedzi na łożu
śmierci (ulicy śmierci?). Przysunęłam się bliżej, a moje włosy wpadły mu do ust. Zakrztusił się.

No...  cudnie...  na  mojej  pierwszej  pseudorandce  udało  mi  się  nie  tylko  fizycznie  zaatakować  moją
potencjalną bratnią duszę, ale również ją poddusić własnymi włosami.

Założyłam kosmyk za ucho i kucnęłam obok niego. (Nawiasem mówiąc, jeśli chce się zbadać mięśnie
brzucha  chłopaka,  jest  to  całkiem  dobry  sposób.  Teraz  wydawało  się  zupełnie  naturalne,  żeby
położyć ręce na jego brzuchu i piersi).

- Co się dzieje?

- Zrobisz coś dla mnie?

- Wszystko! - Przysiadłam niżej, nie chcąc stracić żadnego cennego słowa.

- Błagam, nie mów o tym nigdy moim znajomym.

Uśmiechnął się, a ja poczułam ulgę. Uważa, że poznam jego znajomych!

Zaraz potem zastanowiłam się: Co to znaczy?

Obiekt  wykazuje  niezwykły  hart  ducha,  co  zaobserwowano  na  przykładzie  bardzo  szybkiej
regeneracji po solidnym upadku na asfalt.

Jest także zaskakująco ciężki.

Pomogłam mu wstać i się otrzepać.

- O rany - powiedział. - Gdzie ty się tego nauczyłaś?

Wzruszyłam ramionami, starając się zgadnąć, co powiedziałaby Cammie

- ucząca się w domu właścicielka kotki Suzie.

145

- Mama mówi, że dziewczyna musi wiedzieć, jak o siebie dbać.

To nie kłamstwo. Pomasował sobie tył głowy.

- To współczuję twojemu tacie.

Nawet  kule  nie  mogłyby  uderzyć  mnie  mocniej.  Zauważyłam  jednak,  że  nie  próbował  się  z  tego
wycofać, wykręcić ani kajać za te słowa. Spojrzał

tylko  na  mnie  i  uśmiechnął  się.  Po  raz  pierwszy  od  dawna  ja  też  miałam  ochotę  uśmiechnąć  się  na
myśl o moim ojcu.

background image

- Twierdzi, że jest twardy, ale sądzę, że mama mogłaby go pokonać.

- Jaka matka, taka córka, co?

Nawet nie miał pojęcia, jaki to był dla mnie gigantyczny komplement. I rzecz w tym, że nigdy się nie
dowie.

- Możesz... połazić trochę czy coś? - spytał, wskazując miasto.

- Jasne.

Ruszyliśmy ulicą. Jak na dziewczynę, którą nazywają mistrzem inwigilacji, byłam nieźle zaskoczona
tym, jak trudno jest przechadzać się, gdy chodzi o to, by być widocznym.

Po  kilku  minutach  wsłuchiwania  się  w  nasze  kroki  coś  nagle  do  mnie  dotarło.  Rozmowa.  Czy  nie
powinniśmy przypadkiem rozmawiać?

Poszukałam w głowie czegokolwiek, co można by powiedzieć, ale znajdowałam tylko takie rzeczy:
„Co myślisz o tych nowych detonatorach o zasięgu dwudziestu kilometrów sterowanych satelitarnie?"
albo

„Czytałeś  nowe  tłumaczenie Sztuki  wojny? Bo  mnie  się  bardziej  podoba  ten  oryginalny  dialekt".
Właściwie  już  chciałam,  żeby  znowu  mnie  zaatakował  albo  wyciągnął  nóż,  albo  zaczął  mówić  po
japońsku czy coś...

ale  tak  się  nie  stało,  no  i  właśnie  dlatego  nie  wiedziałam,  co  robić.  Szedł,  więc  ja  też  szłam.
Uśmiechnął się, to ja też.

151

Za  rogiem  skręcił  (nie  użył  techniki  Strembeskiego,  żeby  sprawdzić,  czy  nie  jest  śledzony,  co
świadczyło o jego niedbalstwie), a ja poszłam za nim.

Znowu skręciliśmy, a ja z zajęć z jazdy pamiętałam, że przed nami znajdował się plac zabaw.

-  Tam  złamałem  rękę  -  powiedział,  wskazując  na  drabinki,  a  potem  się  zarumienił.  -  Ale  było
zamieszanie, ciała dookoła. Szkoda, że nie widziałaś tego drugiego gościa.

- Brzmi nieźle. - Uśmiechnęłam się.

- Nieźle jak na Roseville. - Zaśmiał się i kopnął jakiś kamień, który przetoczył się przez pustą ulicę i
wpadł  do  pustego  ścieku.  -  Mojej  mamie  wtedy  kompletnie  odbiło.  Wrzeszczała  i  próbowała
zapakować mnie do samochodu.

Zachichotał i przeczesał dłonią włosy.

background image

- Ona jest dość trudna.

- Taaak - przyznałam z uśmiechem - znam ten typ.

- E tam - odparł - twoja mama musi być super. To znaczy nie wyobrażam sobie, jak to musi być fajnie
zobaczyć  te  wszystkie  miejsca,  które  ty  widziałaś. A  moja  to  właściwie  ciągle  tylko  gotuje.  Jakby
jeden  rodzaj  ciasta  to  było  za  mało.  Nie!  Ona  musi  mieć  trzy  różne  i...  -  przycichł,  spoglądając  na
mnie - założę się, że twoja tak nie robi.

- A właśnie, że robi! - zaprzeczyłam szybko. - Też jest zakręcona na tym punkcie.

- (Szyli nie jestem jedynym, który musi odsiadywać ośmiodaniowe kolacje?

- No coś ty, żartujesz? My ciągle tak mamy!

(Jeśli ośmioma daniami można określić pięć dietetycznych coli i trzy ciasteczka twinkles).

- Serio? Bo myślałem, że z tym Korpusem Pokoju i w ogóle...

- Żartujesz? Oni mają świra na punkcie spędzania czasu z rodziną i... -

przypomniały mi się te sterty katalogów „Portery Barn" - urządzania wnętrz.

152

- O tak! - przytaknął. - Znam to. Jak nagle stwierdzają, że potrzebujesz nowych zasłonek w pokoju...
Jakby takie gładkie nie były dobre i teraz potrzebne ci takie w paski.

Gładkie zasłony? Zasłony w paski? W jakich kręgach ja się znalazłam?

Powinnam za to dostać dodatkowe punkty z kulturówki.

Szliśmy  dalej  krętą  uliczką  o  wypielęgnowanych  trawnikach  i  idealnych  klombach,  które  po  prostu
mogły  znajdować  się  zaledwie  kilka  kilometrów  od  murów  Akademii  Gallagher.  Byłam
oprowadzana przez miejscowego po obcym terenie za białym płotem. Zbliżałam się tam, gdzie żadna
z dziewcząt z Gallagher (a przynajmniej ta dziewczyna z Gallagher) nigdy wcześniej nie dotarła - do
normalnej amerykańskiej rodziny.

- Ładnie tu. I ładna... Noc.

Powietrze było chłodne, ale nie zimne, a na rozgwieżdżonym niebie widać było niewiele chmur.

- No, to jak było? - podpytywał. Co jak było?

- Mongolia? Tajlandia? To musi być całkiem...

- Inny świat - dokończyłam.

background image

I faktycznie tak było: ja byłam z innego świata, tylko że z takiego całkiem blisko tego, w którym on
żył.

I wtedy zrobił najfajniejszą rzecz. Staliśmy na światłach, a on powiedział:

- Czekaj, masz ... - i dotknął palcem mojego policzka - rzęsę.

Trzymał ją przede mną.

- Pomyśl życzenie.

Tylko  że  wtedy  już  niczego  nie  pragnęłam.  Nie  wiem,  jak  długo  szwędaliśmy  się  po  ulicach  Rose-
ville, bo po raz pierwszy od lat straciłam rachubę czasu.

-  Ale  pewnie  nie  masz  stukniętych  nauczycieli.  -  Przekomarzał  się  po  tym,  jak  opowiedziałam  o
swoim trenerze psycholu.

148

- Zdziwiłbyś się.

- Powiedz coś o sobie - prowokował - ja ci powiedziałem o mojej szalonej mamie spod znaku „chcę
być jak Marta Stewart" i o mojej nadpobudliwej małej siostrze, i o moim tacie.

- Ale co na przykład? - Panikowałam, co pewnie było widoczne jak na dłoni, sądząc po otępiającej
ciszy.

- Cokolwiek. Jaki jest twój ulubiony kolor? Ulubiony zespół? - Zeskoczył

z krawężnika i skręcił w uliczkę. - Co najbardziej lubisz jeść, jak jesteś chora?

Czyż to nie świetne pytanie? Całe życie odpowiadam na pytania i to na trudne, ale to wydawało się
wyjątkowo celne.

- Gofry. - Zdziwiłam się, bo dopiero teraz sobie to uzmysłowiłam.

- Ja też! - powiedział. - Są o niebo lepsze od naleśników, a moja mama mówi, że to bez sensu, bo to
przecież takie samo ciasto, ale ja jej na to, że to...

- Kwestia konsystencji - dokończyliśmy jednocześnie. O rany! On kuma, o co chodzi z naleśnikami i
goframi!

On naprawdę to kuma!

Uśmiechał się, a ja topniałam.

- Kiedy masz urodziny? - wyskoczył nagle.

background image

- Yyy... - Ułamek sekundy, jaki zabierze wam przypomnienie sobie jakiegoś fałszywego szczegółu, to
czas, w którym bardzo źli ludzie mogą zrobić bardzo złe rzeczy - dziewiętnastego listopada.

Wybrałam tę datę zupełnie bez przyczyny, bo po prostu pojawiła się nagle w mojej głowie.

- Jakie lody lubisz najbardziej?

- Miętowo-czekoladowe. - Pamiętałam, że takie opakowanie znalazłyśmy w jego śmieciach.

Jego twarz pojaśniała:

- Ja też! Ale akcja! Masz braci albo siostry?

149

- Siostry - odparłam bez zastanowienia - mam siostry.

- A co robi twój tata? To znaczy, jeśli nie zbawia świata?

- Jest inżynierem. Jest świetny.

Nawet  się  nie  zawahałam  nad  tą  odpowiedzią.  Słowa  padły,  a  ja  wcale  nie  miałam  ochoty  ich
cofnąć.  Ze  wszystkich  kłamstw,  które  powiedziałam  tego  wieczoru,  to  było  jedynym,  które  z
łatwością zapamiętam. Jest surowy, ale mnie kocha. Dba o moją mamę i będzie na mnie czekał, jak
wrócę do domu.

I naprawdę zbawiał świat - i to wiele razy.

Spojrzałam na Josha, który nie wyglądał, jakby mi nie dowierzał. I właśnie wtedy zrozumiałam, że to
w pewnym sensie była prawda.

Wiedziałam, że od tej pory moja historia staje się rzeczywistością.

-  Ale  to  nie  jest  jakiś  rodzinny  biznes,  co?  -  zapytał.  Pokręciłam  przecząco  głową  z  pełną
świadomością, że

kłamię.

- To dobrze - powiedział. - Ciesz się, że nikt ci nie zrzędzi, żebyś poszła w ślady taty.

Kopnął jakiś kamyk.

- Jak to się nazywa w Biblii, że możemy robić to, na co mamy ochotę?

- Wolna wola - odpowiedziałam.

- Właśnie - przytaknął - ciesz się, że masz wolną wolę.

background image

- Czemu? A ty co niby masz?

Doszliśmy na róg rynku, na który wcześniej nie zwróciłam szczególnej uwagi. Josh wskazał napis na
ciemnych oknach: „Apteka Abrams i Syn.

Tradycja rodzinna od 1938".

Zrozumiałam, po co robimy tę całą pracę w terenie. Oczywiście wiedziałam, że tata Josha prowadzi
lokalną aptekę, ale żadne dane komputerowe ani zeznania podatkowe nie powiedziały nam o tym, jak
Josh zareaguje na to

155

miejsce. Nie przygotowały mnie też na jego spojrzenie, gdy powiedział:

- Nie za bardzo lubię trenować biegi. Ja tylko... dzięki temu nie muszę przychodzić tu po szkole.

Sposób,  w  jaki  to  powiedział,  pozwolił  mi  przypuszczać,  że  nikomu  wcześniej  tego  nie  mówił. A
mnie przecież nie znali jego znajomi. Nie byłam kimś, kto mógłby wygadać się przed jego rodzicami.
Byłam nikim.

- Myślę, że u mnie też jest jakaś presja, żebym poszła w ślady taty -

przyznałam.

- Naprawdę?

Przytaknęłam, bo nie umiałam powiedzieć nic więcej. Nie miałam pojęcia, dokąd prowadzi ten trop.

Zegar na wieży biblioteki wybił dziesiątą, a ja wiedziałam, że równie dobrze mogłaby być północ, a
ja mogłabym być Kopciuszkiem.

- Muszę... - Ruszyłam w kierunku biblioteki (i położonym daleko za nią murom mojego domu). - Nie
mogę się... muszę... przepraszam.

-  Czekaj.  -  Chwycił  mnie  za  ramię,  ale  w  życzliwy  sposób.  -  Ty  masz  jakąś  sekretną  tożsamość,
prawda?

Uśmiechnął się szeroko.

- No, powiedz. Mnie możesz. Jesteś nieślubną córką Wonder Woman? W

porządku,  ja  naprawdę  nie  mam  nic  przedwko  temu,  jeśli  tylko  twój  tata  nie  jest Aąuamanem,  bo
szczerze mówiąc, zawsze wydawał mi się taki zarozumiały.

- Ale ja poważnie muszę iść - powiedziałam, śmiejąc się.

background image

- A kto sprawdzi, czy dotarłem bezpiecznie do domu? Te ulice są takie ciemne i niebezpieczne.

Po drugiej stronie rynku z kina wychodziła właśnie grupka starszych pań.

- O! Widzisz? Nie jestem tu bezpieczny, taki samotny.

151

- Jakoś dasz radę.

- Zobaczymy się jutro?

Zniknął  żartobliwy  i  flirciarski  ton.  Gdyby  mnie  nie  podtrzymywał,  mogłabym  zemdleć  -  serio!  To
było takie słodkie i stanowcze, i seksowne.

Tak,  wołało  moje  serce,  ale  mózg  mówił  językiem  biochemii,  siedmiu  rozdziałów  kulturówki  i
dwutygodniowych raportów z laboratorium dla doktora Fibsa.

Czasem naprawdę nienawidzę tego swojego mózgu.

Przede  wszystkim  słyszałam  głos  pana  Solomona,  który  mówił,  że  dobry  szpieg  zawsze  dba  o
zmienność  codziennych  zajęć.  Przez  dwa  wieczory  z  rzędu  ludzie  w Akademii  Gallagher  mogli  nie
zauważyć nieobecności jednej dziewczyny, ale trzy wieczory to już byłoby igranie z losem i dobrze o
tym wiedziałam.

-  Niestety.  -  Odsunęłam  się.  -  Nigdy  nie  wiem,  kiedy  mama  ma  te  swoje  zajęcia  i  kiedy  przyjadę
razem z nią. Mieszkamy na wsi, a ja nie mam jeszcze prawa jazdy, więc... Przykro mi.

- Czyli do zobaczenia kiedyś? Udzielisz mi paru rad z samoobrony?

- Ja... - wyjąkałam, wiedząc, że właśnie stanęłam nad krawędzią przepaści i muszę zdecydować, czy
warto skakać, czy nie.

Chodzę do najlepszej szkoły w kraju, mówię czternastoma językami, a nie potrafię rozmawiać z tym
chłopakiem? I co mi po tym świetnym IQ?

Po co nas uczą tego, co same wiemy? Co mi po...

I nagle mnie olśniło. Odwróciłam się do Josha.

- Lubisz filmy szpiegowskie? Spojrzał na mnie i wymamrotał:

- No... tak, jasne.

- Bo... — Przysunęłam się bliżej altanki w bardzo amerykańskim stylu.

157

background image

Była  jak  z Dźwięków  muzyki. Al bo Kochanych  kłopotów. Jednak  ważnym  elementem  altanki  z
Roseville nie były wcale połyskujące światełka, o nie. To było coś lepszego - wystający luźno u jej
podstawy kamień.

(Do waszej wiadomości: szpiedzy generalnie uwielbiają luźne kamienie).

-  Widziałam  taki  jeden  film  -  powiedziałam,  kontrolując  tempo,  w  jakim  mówię.  -  Stary  film...
czarno-biały...  i  jedna  dziewczyna  chciała  porozumieć  się  z  takim  chłopakiem,  ale  nie  mogli,  bo  to
było zbyt niebezpieczne.

- Czemu? On był jakimś szpiegiem?

On?  Czasami  seksizm  panujący  w  tym  kraju  naprawdę  mnie  zadziwiał,  ale  zdałam  sobie  zaraz
sprawę  z  tego,  że  niedocenianie  kobiet  w  społeczeństwie  jest  największą  bronią  dziewcząt  z
Gallagher.

Pocieszyłam się też myślą o tym, że rozłożenie Josha na łopatki zajęło mi niecałe dwie sekundy.

- Tak - potwierdziłam - był szpiegiem.

- Fajnie - ucieszył się.

-  Tutaj  możesz  zostawiać  wiadomości  do  mnie  -  odsunęłam  kamień,  odsłaniając  mały  otwór  w
zaprawie - a potem tylko wsadź kamień odwrotnie, żebym wiedziała, że jest wiadomość. - Wsunęłam
kamień tak, że pomalowana część znalazła się w środku. Na tle śnieżnobiałych kamieni wyróżniał się
jeden  szary.  -  A  kiedy  ja  ci  zostawię  wiadomość,  to  znowu  go  odwrócę.  Rozumiesz?  -  spytałam
chyba trochę za bardzo dumna z siebie. - Robiliśmy tak ciągle... w Mongolii.

Czy  ona  nie  wie,  że  istnieją  takie  rzeczy  jak  e-mail?  Tak  musiał  teraz  myśleć.  Komunikatory?
Komórki?  Podejrzewam,  że  nawet  połączone  blaszane  puszki  wydawały  się  nowoczesnym
rozwiązaniem w porównaniu z tym, które właśnie podsunęłam. Albo myślał, że zwariowałam albo że
jestem wynikiem jakiegoś dziwacznego eksperymentu po-153

legającego na zamrażaniu ludzi na dziesiątki lat. Chociaż, jak wiadomo, ta technologia z zamrażaniem
jest dopiero w fazie testów.

Spojrzał na mnie jak na wariatkę, więc powiedziałam:

- No dobra, racja, to głupie. - Odwróciłam się. - Muszę już iść. Było naprawdę...

- Cammie. - Zatrzymał mnie. - Ty nie jesteś zwykłą dziewczyną, prawda?

No, dobra, może Josh też był całkiem bystry...

Rozdział 16

Podsumowanie:  Osiemnastego  października,  podczas  typowego  zadania  z  jazdy,  agentki  zauważyły,

background image

że w ustalonym miejscu pozostawiono

„znak" (innymi słowy odwrócono kamień). Gdy wszyscy zajęci byli maratonem dziewcząt z Gilmore,
agentka Morgan udała ból brzucha i odebrała następującą notatkę:

„Dobra, skoro twój tata nie jest Aąuamanem, to czy jest Flashem?"

Tłumaczenie:  Błagam,  pomyśl,  że  jestem  dowcipny,  bo  moja  samoocena  jest  dosyć  niska  i  moją
zaletą jest chyba tylkotpoczucie humoru.

(Przetłumaczyła: Macey McHenry).

Po krótkiej odpowiedzi od agentki, w kolejnym tygodniu obiekt odpisał:

„Dzisiaj  mój  nauczyciel  od  techniki  kazał  mi  zostać  po  lekcjach  za  złe  oszlifowanie  budki  dla
ptaków. Potem tata powiedział, że powinienem zacząć pomagać mu w aptece przez dwa wieczory w
tygodniu, a jak już dotarłem do domu, okazało się, że

160

mama  zrobiła  osiemnaście  różnych  rodzajów  ciasta  bananowego  i  musiałem  spróbować  każdego  z
nich. To była mordęga. A jak tobie minął

dzień?"

Tłumaczenie:  Lubię  dzielić  się  z  tobą  różnymi  rzeczami,  bo  tak  bardzo  różnisz  się  od  mojego
zwykłego  szarego  życia.  Zostawianie  tych  wiadomości  i  nasze  potajemne  spotkania  są  ekscytujące.
Znajomość z tobą jest odświeżająca i niezwykła. Bardzo mi się to podoba.

(Przetłumaczyła: Macey McHenry z pomocą Elizabeth Sutton).

Agentki  przyjęły  tę  wiadomość  jako  dobry  znak  i  były  przekonane,  że  obiekt  nadal  będzie
podtrzymywał łączność. Wydawało się, że pojawia się zaufanie i agentki miały wrażenie, że wkrótce
będzie można wykorzystać obiekt w akcji. Robił doskonałe postępy.

A potem przeczytały to:

„To jest wariactwo. Wiesz o tym, prawda?"

Tłumaczenie:  Chociaż  odpowiada  mi  tymczasowe  odejście  od  normalności,  z  jakim  wiąże  się  ta
znajomość,  to  na  dłuższą  metę  wydaje  się  to  niepraktycznym  rozwiązaniem.  Ale  jestem  skłonny
poczekać i zobaczyć, dokąd to prowadzi. (Przetłumaczyła: Macey McHenry).

Po  tej  wiadomości  agentki  wiedziały,  że  należy  działać  ostrożnie  i  prowadzić  obiekt  w  rozsądnym
tempie.  Stwierdziły  zgodnie,  że  wszelkie  randki,  migdalenie  się  i  formalne  okazje  powinny  zostać
odłożone na czas nieokreślony.

background image

Minął kolejny tydzień, zanim agentki otrzymały najważniejszą jak dotąd informację:

„Czy jest cień szansy na kino w ten piątek? Wiem, że może nie będziesz mogła, ale ja tam będę (w
naszym miejscu) o siódmej na wypadek, gdybyś przyszła".

161

Tłumaczenie: Udało się! (Przetłumaczyła: Cameron Morgan, zatwierdzone przez Macey McHenry).

Mieliśmy nasze miejsce! Mieliśmy randkę w kinie!

Moja  euforia  trwała  od  momentu,  gdy  odebrałam  tę  wiadomość  i  jeszcze  podczas  naszego
zwyczajowego  spisywania  raportu  w  pokoju. Ale  następnego  ranka  nie  myślałam  jak  dziewczyna  -
myślałam jak szpieg.

A co, jeśli chodzenie do kina było ulubioną rozrywką konserwatorów z Gallagher? Albo co będzie,
jak  film  okaże  się  obrzydliwy,  zrobi  mi  się  niedobrze  i  zwymiotuję  karmelowymi  cukierkami  w
czekoladzie?

Karmelowe cukierki! A jak karmel utkwi mi między zębami i będę musiała grzebać w tylnym zębie,
żeby  go  wydłubać?  Na  to  nie  ma  żadnego  uroczego  sposobu!  No,  to  co  ja  zrobię?  Będę  jeść  tylko
popcorn?

Ale przecież dokładnie to samo może stać się z tymi małymi ziarenkami!

O rany! Miałam test z chemii organicznej i ustny egzamin ze suahili, ale obie te rzeczy wydawały się
dziecinadą w porównaniu z moim dylematem. W końcu podczas lunchu dosiadła się do nas Macey i
powiedziała:

- Czekoladowe miętówki. Czekoladowe miętówki - no pewnie!

Czekoladowe  miętówki  bez  żadnych  niebezpiecznych  efektów  ubocznych.  Cofam  absolutnie
wszystko, co kiedykolwiek o niej powiedziałam. Macey McHenry jest geniuszem!

Liz  patrzyła  na  notatkę,  porównując  ją  z  pozostałymi,  które  już  zdążyła  przebadać  w  laboratorium,
żeby sprawdzić, czy można uzyskać jakieś informacje na podstawie chemicznego składu papieru bądź
tuszu. (No i można -Josh robi zakupy w Wal-Marcie).

- Zobaczcie, jak on przechyla F w słowie film - powiedziała, podsuwając nam kartkę. - Chyba gdzieś
czytałam, że to może oznaczać tendencję do...

162

Do czego miałaby to być tendencja, tego się nigdy nie dowiemy, bo właśnie w tym momencie nasza
klasa ucichła, a to mogło oznaczać tylko jedno:

- Witam panie - powiedział Joe Solomon.

background image

Zanim  to  nastąpiło,  zdążyłam  jeszcze  chwycić  karteczkę  i  wcisnąć  ją  sobie  do  ust,  co  normalnie
byłoby  świetnym  zagraniem  szpiegowskim,  z  tym  jednym  wyjątkiem,  że  Josh  nie  używał
znikopapieru!

- Jak smakuje lazania? - spytał, a ja już miałam dopowiedzieć, gdy uświadomiłam sobie, że moje usta
były... yyy... w pewnym sensie zajęte.

- W piątek wieczorem są targi pracy Akademii Gallagher - oznajmił pan Solomon.

Spojrzałyśmy na siebie z moimi współlokatorkami i każdej przyszło do głowy dosłownie to samo: w
ten piątek wieczorem!

- Oto lista agencji i firm, które się zaprezentują. - Położył na stole plik ulotek. - To świetna okazja,
żeby zorientować się, co i jak, szczególnie dla tych z was, które nie dołączą do mnie na podpoziomie
drugim.

Tak, przyznaję, słysząc te słowa, połknęłam nieco papieru.

Gdy pan Solomon odszedł, wyplułam resztki notatki Josha (które na szczęście zawierały całą treść) i
gapiłam  się  na  nią  oraz  na  błyszczącą  ulotkę,  która  otwierała  przede  mną  możliwość  wytyczenia
sobie torów na całe życie. Już nie byłam głodna.

Targi  pracy  w  szkole  dla  szpiegów  prawdopodobnie  przypominają  targi  pracy  w  normalnych
szkołach, z tą tylko różnicą, że... u nas jest pewnie więcej takich facetów, którzy zjeżdżają na linie z
czarnych helikopterów.

(Faceci z Biura do spraw Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej zawsze trochę za bardzo się popisują).

Korytarze zastawione były rozkładanymi stołami i tandetnymi banerami („Dołącz do nas", „ABN" - a
kto by o tym 158

myślał?)  W  każdej  klasie  w  ostatniej  ławce  siedział  jakiś  łowca  talentów  i  ze  zdziwieniem
przyglądał  się  naszym  typowym  zajęciom.  Na  zajęciach  z  samoobrony  było  pełno  czołgających  się
szpiegów,  bo  zajęłyśmy  całą  stajnię  i  popisywałyśmy  się  przed  rekruterami  naszą  ogólną
śmiercionośnością.

- Tylko mi głowy nie urwijcie! - krzyknęła Liz.

Nie do końca byłam pewna, czy miała na myśli ten zamaszysty cios, który właśnie ominął jej nos o
kilka  centymetrów,  czy  to,  że  Bex  nie  zgadzała  się  na  przełożenie  mojej  randki.  Tak  czy  inaczej,
byłam przekonana, że nie powinnyśmy rozmawiać o tym na wypełnionym sianem strychu w otoczeniu
agentów rządowych.

Przez okna w dachu wpadało światło, a wśród krokwi jaskółki budowały swoje gniazda. Jakieś trzy
metry dalej Tina Walters pokazywała agentowi FBI, że nauczyłyśmy się zabijać człowieka surowym
spaghetti.

background image

- Dziewczyny! - zawołałam.

Rozległ się gwizdek dający nam znak, żeby zmienić pozycję, więc Bex stanęła za moimi plecami i,
zarzucając mi ręce na szyję, szepnęła do ucha:

- Zatłoczone korytarze. Mnóstwo ludzi. Nikt się nie zorientuje, że cię nie ma. Jesteś Kameleonem.

Przerzuciłam ją przez plecy i posłałam piorunujące spojrzenie, gdy jak długa leżała na macie.

Chyba musisz to odwołać - powiedziała Liz, atakując mnie.

Usunęłam się i zgrabnie rzuciłam ją na matę koło Bex. Wsparła się na łokciach i szepnęła:

-  To  jest  szansa  dla  dzisiejszych  dziewcząt  z  Gallagher,  żeby  zadecydowały,  jakimi  kobietami  z
Gallagher staną się jutro.

(Przynajmniej  tyle  wyczytałyśmy  w  ulotce).  Miałam  już  poczucie,  że  kontroluję  całą  sytuację,  gdy
Bex wywinęła się i z zaskoczenia rzuciła mnie na matę.

159

- Jasne, jakby Cammie nie wiedziała, kim będzie w przyszłości.

Zanim  zdążyłam  odpowiedzieć,  zauważyłyśmy  zmierzającego  do  nas  mężczyznę,  więc  zerwałyśmy
się na równe nogi.

Nie był ani wysoki, ani niski, ani przystojny, ani szczególnie brzydki.

Taki typ osoby, którą można spotkać sto razy i nigdy nie zapamiętać.

Jedno spojrzenie wystarczyło mi, żeby stwierdzić, że jest mistrzem inwigilacji - wiedziałam, że jest
taki jak ja.

- Bardzo ładnie - pochwalił.

Nie wiadomo, jak długo nam się przyglądał na tym zatłoczonym strychu.

- Jesteście w czwartej klasie, prawda?

Bex energicznie wysunęła się w jego kierunku:

- Tak, proszę pana.

- I wszystkie macie zajęcia z tajnych misji? - zapytał, zerkając na Liz, której włosy zaplątały się jakoś
w moje sznurówki.

- Tylko w tym semestrze -"wyjaśniła Liz z wyraźną ulgą.

background image

- W następnym możemy wybrać specjalizację - dodała Bex - ale wiele z nas kontynuuje naukę z pracy
w terenie.

Jestem przekonana, że zamierzała wcisnąć mu opowieść, jak to kiedyś w Kairze robiła rekonesans,
kiedy  jej  tata  załatwił  na  targowisku  handlarza  bronią,  ale  mężczyzna  nawet  nie  dał  jej  szansy  się
wykazać.

- Dobrze - powiedział - nie chcę przerywać wam ćwiczeń.

Włożył  ręce  do  kieszeni  i  uśmiechnął  się.  Gdy  odwrócił  się,  żeby  odejść,  miałam  wrażenie,  że  w
ogóle mnie nie zauważył. Jednak po chwili zerknął na mnie i kiwnął głową, mówiąc:

- Panno Morgan.

165

Gdyby miał na sobie kapelusz, na pewno by go uchylił.

Z drugiej strony pomieszczenia znowu dobiegł dźwięk gwizdka panny Hancock i komenda:

- Ustawcie się w okręgu, dziewczęta. Pokażmy gościom, jak gramy w papier, kamień i nożyce.

Bex mrugnęła do mnie i zwinęła październikowy numer „Vogue'a"

pożyczony od Macey.

Już mi było żal tych, którym wypadnie kamień i nożyce.

Operacja Kamuflaż

Operacja  wyznaczona  na  piątkowy  wieczór  29  października  była  przedsięwzięciem
czteroosobowym. Trzy agentki zostały wyznaczone do
 patrolowania terenu Akademii Gallagher dla
Wyjątkowych  Młodych 
  Dziewcząt.  Każdej  z  agentek  rezerwowych  przydzielono  odpowiedni  teren
kampusu i w razie pytań o agentkę Morgan, miały odpowiadać: 
Nie wiem bądź Właśnie widziałam,
jak szła w tamtą stronę i jednocześnie bardzo nieprecyzyjnie wskazywać ceł.

Na wypadek bardziej szczegółowych pytań o miejsce pobytu agentki Morgan, miały wykrzykiwać:
Och! Właśnie się minęliście!, szybko się oddalać.

Szłam korytarzami za Bex i Macey. Od drewnianych podłóg i kamiennych ścian odbijały się głosy, a
pierwszaki pożerały wzrokiem rekruterów CIA, którzy wyglądem przypominali pana Solomona.

Gromada  pierwszoklasistek  zachwycała  się  najświeższymi  obrazami  satelitarnymi  z  Departamentu
Bezpieczeństwa Krajowego. (Czyli to tak wygląda sypialnia Brada Pitta...)

Bex miała rację: widziałam już Akademię Gallagher w stanie zorganizowanego chaosu, ale nigdy nie
widziałam w niej takiego ożywienia. Powietrze było aż gęste (i to nie od gazów, jakie wydostały się

background image

z laboratorium, kiedy ktoś z Interpolu podszedł za blisko jednego z tajnych projektów doktora Fibsa).

161

- No dobra - wyszeptała Bex - załatw ich. Zerknęłam na Macey.

- Będzie dobrze - zapewniła, a ja od razu poczułam się lepiej.

Tymczasem ona dopowiedziała:

- Tylko nie bądź głupia.

Skręciłam w pusty korytarz, zostawiając za sobą wrota do naszej przyszłości i wyczuwając, że zbliża
się coś innego. Sięgnęłam do gobelinu i schowanego za nim herbu dźwigni, gdy nagle zamarłam na
dźwięk własnego imienia.

- Pewnie to ty jesteś Cameron Morgan.

Idący w moim kierunku mężczyzna miał ciemny garnitur, ciemne włosy i tak czarne oczy, że w nocy
można było ich w ogóle nie zauważyć.

- A dokąd się wybierasz? - zapytał.

- Ach! Przy stoliku z przekąskami zabrakło serwetek.

(Bez  względu  na  to,  czy  pochwalacie  moje  postępowanie,  czy  nie,  musicie  przyznać,  że  moja
zdolność bajerowa-nia rozwijała się coraz bardziej).

Zaśmiał się.

- Moje dziecko, czy nie wiesz, że ktoś o twoim pochodzeniu nigdy nie powinien donosić serwetek?

Osłupiała gapiłam się na niego i nie mogłam zdobyć się na uśmiech, dopóki nie podał mi ręki.

- Nazywam się Max Edwards. Znałem twojego ojca.

No jasne, że znał. Tego dnia zdążyłam już spotkać dziesiątki takich facetów jak ten Max Edwards -
facetów z opowieściami, tajemnicami - i każdy z nich chciał odciągnąć mnie na bok, żeby przywrócić
mi cząstkę ojca. Nawet gdyby po drugiej stronie tego tunelu nie czekał na mnie Josh, to pewnie i tak
miałabym ochotę zwiać.

-  Pracuję  teraz  w  Interpolu  -  powiedział  Max  Edwards,  przyglądając  mi  się.  -  Wiem,  że  twoja
historia wiąże się z CIA, ale to jeszcze nie powód, żeby nie dać innym szansy, prawda?

167

- Tak, proszę pana.

background image

- Rozpoczęłaś już zajęcia z tajnych misji?

- Tak, proszę pana, wstępne.

- To dobrze, to dobrze. Jestem pewien, że ciebie Joe Solomon może wiele nauczyć. - Zaakcentował
słowo „ciebie" i poklepał mnie po ramieniu.

Potem przysunął się bliżej i szepnął:

- Poradzę ci coś, Cammie. Nie każdy może prowadzić takie życie. Nie każdy ma to we krwi: stres,
ryzyko, poświęcenie. - Sięgnął do kieszeni i wyjął białą wizytówkę, na środku której był tylko numer
telefonu. -

Dzwoń, kiedy chcesz. U nas zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce.

Znowu  poklepał  mnie  po  ramieniu  i  odszedł,  zostawiając  po  sobie  echo  kroków  w  pustym
kamiennym korytarzu. Patrzyłam, jak znika za zakrętem, policzyłam do dziesięciu i wślizgnęłam się za
gobelin. W

połowie tunelu zatrzymałam się i zmieniłam ubranie. Nigdy więcej nie widziałam tej wizytówki.

Rozdział 17

Wiem,  że  w  filmach  o  szpiegach  zawsze  fajnie  wygląda,  jak  agentka  zmienia  mundurek  służącej  na
zmysłową seksowną suknię balową w czasie, kiedy winda pokonuje trzy piętra. Nie wiem, jak robią
to  szpiedzy  w  telewizji,  ale  mogę  zapewnić,  że  nawet  z  rzepami  sztukę  szybkiego  przebierania  się
trzeba  nieźle  opracować  (nie  wspominając  już  o  lepszym  oświetleniu  niż  to  w  tunelu,  który  kiedyś
należał do kolei podziemnej).

To pewnie dlatego spanikowałam, widząc zaskoczenie na twarzy Josha, kiedy na mnie spojrzał. Albo
miałam rozpiętą bluzkę, albo spódniczka zahaczyła o majtki, albo jeszcze coś gorszego. Zamarłam.

- Wyglądasz...

Mam  szminkę  na  zębach.  Pajęczynę  we  włosach.  Buty  nie  do  pary,  a  moje  wsparcie  jest  trzy
kilometry stąd!

- ...niesamowicie.

Nigdy  w  życiu  nie  czułam  się  mniej  niewidzialna.  Zapomniałam  o  Bex,  Macey  i  ich  wspaniałych
ciałach, o Liz i jej cudnych blond włosach.

Nawet obraz mojej mamy zbladł, kiedy zobaczyłam siebie oczami Josha.

Po raz pierwszy od dawna nie chciałam zniknąć.

Uświadomiłam sobie, że teraz to ja powinnam coś powiedzieć. Był

background image

ubrany w skórzaną kurtkę i spodnie khaki,

164

które  skojarzyły  mi  się  z  komandosami  marynarki  wojennej  -  pewnie  właśnie  teraz  mieli  pokaz  na
szkolnym stawie Akademii, więc powiedziałam:

- A ty wyglądasz tak... czysto.

- Taaa - poprawił kołnierzyk - moja mama się zorientowała i... no...

powiedzmy, że tylko brakowało, a musiałabyś przypinać sobie balowy bukiecik.

Przypomniało mi się, jak kiedyś tata podarował mamie taki bukiecik.

Oczywiście był wyposażony w skaner siatkówki i nadajnik, ale i tak było to miłe.

Już miałam o tym opowiedzieć, gdy Josh wtrącił:

- Przykro mi, ale przegapiliśmy film. Powinienem sprawdzić godziny, zanim cię zaprosiłem. Zaczął
się o szóstej.

19.00 misja była nieco zagrożona, bo agentka i obiekt zdali sobie sprawę, że ominęła ich jakaś
okazja, co zdaniem agentki równało się
 zmarnowaniu jej najlepszego stroju.

- Och! - Starałam się, żeby to nie brzmiało zbyt rozpaczliwie.

Pozwoliłam Liz się uczesać, biegłam trzy kilometry po ciemku, czekałam na to cały tydzień, ale teraz
mogłam tylko nałożyć maskę szpiega i powiedzieć: - Nie szkodzi. To ja chyba...

- Masz ochotę na hamburgera? - zaproponował, zanim pozbierałam myśli.

Na hamburgera? Właśnie zjadłam polędwicę z wiceprezesem CIA, ale i tak powiedziałam:

- Chętnie!

Po drugiej stronie rynku w kilku oknach paliło się jasne światło.

Poszliśmy w tym kierunku, a Josh otworzył przede mną drzwi, przytrzymał je i ruchem ręki zaprosił
do środka (czy to nie urocze?). Na biało-czarnej podłodze

170

w szachownicę stały czerwone winylowe boksy, a na ścianach wisiały stare płyty i zdjęcia Elvisa.
Restauracja  była  jak  na  mój  gust  nieco  zbyt  staromodna,  ale  wśliznęłam  się  do  boksu.  Niestety
usiadłam tyłem do okien, bo Josh zdążył już zająć najlepszą miejscówkę. (Pan Smith byłby ze mnie
bardzo  niezadowolony).  Ale  przynajmniej  siedzący  po  drugiej  stronie  stołu  Josh  nie  mógł  raczej

background image

wyczuć, jak drży mi noga.

Agentka  starała  się  wykorzystać  technikę  oddechową  Puruseya,  którą  skutecznie  można  oszukać
wykrywacz  kłamstw.  Nie  istnieją  jednak  żadne
  niezbite  dowody  na  jej  skuteczność  w  przypadku
wewnętrznych
 wykrywaczy kłamstw u piętnastoletnich chłopców.

Podeszła kelnerka, przyjęła nasze zamówienie, a Josh rozsiadł się na swoim siedzeniu. Z notatek Liz
o  mowie  ciała  wynikało,  że  czuł  się  dość  komfortowo  (albo  jechało  ode  mnie  tunelem  i  chciał  się
odsunąć jak najdalej się dało).

- Przepraszam, że przegapiliśmy film - powiedział, przestawiając sosy.

- Nie szkodzi - zapewniłam. - Tu też jest fajnie.

I stała się najdziwniejsza rzecz: oboje przestaliśmy mówić. To było trochę jak w tym odcinku B u f fy
postrach  wampirów, 
w  którym  wszystkim  w  mieście  skradziono  głos.  Już  zaczynałam  się
zastanawiać,  czy  to  się  właśnie  nie  stało.  Może  w  szkole  CIA  zabawiała  się  właśnie  jednym  z
wynalazków doktora Fibsa i coś im się tragicznie pomieszało. Już otwierałam usta, żeby sprawdzić
tę  moją  teorię,  gdy  usłyszałam  stłumiony  okrzyk  „Josh!"  i  pukanie  w  okno  restauracji.  Wtedy
zorientowałam się, że to tylko my straciliśmy mowę.

Na dźwięk dzwoneczka u drzwi odwróciłam się i ujrzałam grupę nastolatków zmierzającą w naszym
kierunku.

166

A dla dziewczyny, która od trzech lat chodzi do wyłącznie żeńskiej szkoły, był to dość przerażający
widok.

Nigdy w życiu nie byłam tak głęboko na terytorium wroga!

Przypominając  sobie  nasze  lekcje  z  samoobrony,  zastanawiałam  się,  jak  poradzić  sobie  z  wieloma
napastnikami  jednocześnie.  Może  mogłabym  liczyć  na  Josha,  mojego  przewodnika  po  tej  dziwnej
nieznanej  ziemi,  ale  tym  razem  spanikował.  Widać  to  było  wyraźnie  -  opadła  mu  szczęka,  a  frytka
wędrująca do ust zawisła nieruchomo w połowie drogi.

Przeanalizowałam sprzyjające mi czynniki: nikt mnie nie znał, nie miałam na sobie mundurka i jeśli
doszłoby do przepychanek, to... wtedy...

będę się przepychać. (Dwóch chłopaków wyglądało na piłkarzy, ale przecież znałam tę całą filozofię
walki wręcz: „im więksi, tym twardsze mają lądowanie" i zdecydowanie coś w tym jest). Na razie
byłam bezpieczna.

Moja przykrywka może i się nie rozleciała, ale nie mogłam tego samego powiedzieć o mojej wierze
w siebie, szczególnie kiedy jedna z dziewczyn

- śliczna blondynka - powiedziała:

background image

- Cześć, Josh. A on na to:

- Cześć, DeeDee.

, Agentka zrozumiała, że tą całą bandą buntowników dowodził obiekt znany jako DeeDee (chociaż
nie wyglądało na to, żeby miała przy sobie
 jakiś różowy papier).

Większość z nich po prostu minęła nas, rzucając zwykłe „Cześć, Josh", ale DeeDee i jakiś chłopak
wpakowali  się  do  naszego  boksu  i  oczywiście  nietrudno  zgadnąć,  kto  wylądował  przyklejony  do
Josha. DeeDee!

(Zdecydowanie  to  nie  był  przypadek!)  Powiem  tylko  tyle,  że  na  szczęście  restauracja  pełna  była
świadków, bo inaczej jestem przekonana, że załatwiłabym oboje butelką keczupu.

172

- Cześć, jestem DeeDee - rzuciła, częstując się frytką Josha (niegrzeczne!). - Czy my się znamy?

Jestem  córką  dwojga  tajnych  agentów  o  genialnie  wysokim  IQ,  która  może  zabić  cię  we  śnie  i
upozorować wypadek, ty durna, nudna, żałosna...

- Cammie mieszka tu od niedawna.

I właśnie dlatego zawsze dobrze jest mieć jakieś wsparcie. Josh mnie uratował, bo ja już naprawdę
zaczynałam bawić się tą butelką keczupu.

- Aha - powiedziała.

Mimo  że  makijaż  zrobiła  mi  sama  Macey  McHenry,  siedząc  tam,  czułam  się,  jakbym  była  pokryta
czyrakami. A ona znów poczęstowała się frytką i, nie patrząc na mnie, powiedziała:

- Cześć.

- Znamy się z DeeDee od zawsze - wyjaśnił Josh, a DeeDee aż się zarumieniła.

Dwie  dziewczyny  z  ich  paczki  wrzuciły  monety  do  grającej  szafy  i  w  restauracji  rozbrzmiała
piosenka, której nigdy wcześniej nie słyszałam.

Chłopak, który wcisnął się na miejsce obok mnie, musiał przekrzykiwać muzykę:

- Po prostu trzyma z nami chłopakami. - Wyciągnął do mnie rękę. - Cześć, jestem Dillon.

To jest Dillon? Poczułam się całkiem zbita z tropu, gdy przyglądałam się temu małemu chłopaczkowi,
który  przecież  miał  być  D'Manem.  (Uwaga  do  siebie:  nie  wierzyć  wszystkiemu,  có  się  czyta,
włamując  się  do  baz  danych  wydziału  komunikacji,  bo  starający  się  o  prawo  jazdy  niscy  goście
zawsze  będą  kłamać  na  temat  swojego  wzrostu).  Zajęło  mi  to  chwilę,  żeby  go  rozpoznać  i  zdałam
sobie  sprawę,  że  widziałam  już  tego  chłopaka  z  Joshem  na  ulicy:  to  jemu  powiedział,  że  jestem

background image

nikim.

Jakoś udało mi się wydukać:

- Cześć, jestem Cammie.

168

Dillon przyglądał mi się, powoli kiwając głową i w końcu powiedział:

- A więc to jest ta tajemnicza kobieta. DeeDee natychmiast przestała przeżuwać frytkę.

- Ona istnieje! - wykrzyknął Dillon, obejmując mnie ramieniem. -

Wybacz mojemu przyjacielowi. Nie jest szczególnie towarzyskim gospodarzem, więc jeśli mogę coś
zrobić, żebyś poczuła się u nas dobrze, to jestem do usług.

Nadal mnie obejmował i czułam sporą wdzięczność za lekcje samoobrony, na szczęście Josh trzepnął
go nad stołem w ramię.

- No co? - oburzył się Dillon. - Ja tylko staram się być gościnny.

Jeśli to była gościnność, to madame Dabney naprawdę powinna uaktualnić swój program nauczania.

-  Cammie  -  ciągnął  Dillon  -  powiem  tylko,  że  teraz  już  rozumiem,  dlaczego  ten  kretyn  chował  cię
przed nami.

Sięgnął po frytkę, ale tym razem Josh odsunął talerz, mówiąc:

- Dzięki, że wpadliście. Nie będziemy was zatrzymywać. - Próbował

trafić Dillona pod stołem i zamiast niego kopnął mnie, ale nawet nie pisnęłam.

(Zdecydowanie mocniej mnie już kopano).

4  Żartujesz?  -  powiedział  Dillon,  opierając  łokcie  na  stole.  Zniżył  głos  i  musieliśmy  zbliżyć  się
jeszcze bardziej. - Idziemy potem na mur pogapić się na te bogate laski. Idziecie z nami?

Na mur? Nasz mur? Nie dowierzałam. Czy to możliwe, że przez trzy ostatnie lata byłam regularnie
podglądana i nic o tym nie wiedziałam?

Czy  Josha  tyłek  na  murze  został  zdemaskowany  (i  pewnie  także  sfotografowany  przez  ochronę)  bez
mojej wiedzy?

(Uwaga do siebie: odnaleźć te zdjęcia).

169

background image

Musiałam wyglądać na tak zdezorientowaną, jak naprawdę się czułam, bo Josh przysunął się bliżej i
wyjaśnił:

-  Akademia  Gallagher?  -  Jakby  zastanawiał  się,  czy  w  ogóle  słyszałam  o  tym  miejscu.  -  To  taka
snobistyczna szkoła z internatem. One wszystkie tam są bogatymi przestępczyniami czy coś.

Miałam ochotę stanąć w naszej obronie. Wygłosić mowę, że nie powinno się nikogo osądzać, jeśli
nie przeszło się pół-torakilometrowego podziemnego tunelu w niewygodnych butach. Powiedzieć im
o  tym  wszystkim,  co  zawdzięczają  poprzednim  dziewczętom  z  Gallagher,  ale  nie  mogłam.  Czasem
szpiedzy muszą tylko przytakiwać i mówić:

- Serio?

-  Co?  -  spytał  Dillon.  -  Że  niby  ty  tam  nie  chodzisz?  -Zaśmiał  się  tak  głośno,  że  wszyscy  goście
restauracji spojrzeli na niego.

Przyglądałam się Dillonowi, zastanawiając się, ile czasu zajęłoby mi włamanie się do danych urzędu
podatkowego.  Podejrzewam,  że  do  grudnia  skarb  państwa  mógłby  przejąć  wszystko,  co  miała  jego
rodzina.

- Uczę się w domu - powiedziałam, recytując w myślach: I mam kotkę Suzie, mój tata jest inżynierem
i uwielbiam lody miętowo-czekoladowe.

- A tak - mruknął Dillon - zapomniałem. To trochę dziwaczne, co?

Zanim jednak zdążyłam zaprotestować, odezwała się DeeDee:

- A ja myślę, że to fajne.

Tym samym sprawiła, że znacznie trudniej będzie mi ją teraz nienawidzić.

- No to jak? - spytał Dillon, zwracając się ponownie do Josha.

Prawie trajkotał, a trajkotanie nie jest określeniem zbyt dobrze pasującym do chłopaka.

175

- Idziemy zbadać teren?

Josh  nie  odpowiedział  i  tylko  wypychał  DeeDee  z  boksu,  jednocześnie  wyjmując  pieniądze  z
portfela. Rzucił banknoty na stół i wyciągnął do mnie rękę:

- Ty też chcesz już iść, prawda? - zapytał.

Tak!  -  miałam  ochotę  zawołać.  Z  jego  twarzy  wyczytałam,  co  czuł,  i  czułam  dokładnie  to  samo.
Chwyciłam  go  za  rękę  i  poczułam  się  tak,  jakby  prowadził  mnie  do  innego  świata,  a  nie  tylko
wyciągał  z  czerwonego  winylowego  boksu.  Na  stole  za  nami  zostały  dwa  niemal  nietknięte

background image

hamburgery, ale nic mnie to nie obchodziło.

Dillon podniósł się, żeby mnie przepuścić, ale Josh nadal trzymał moją rękę.

Trzymaliśmy się za ręce!

Ciągnął  mnie  w  stronę  drzwi,  ale  dziewczynie  trudno  jest  tak  po  prostu  zapomnieć  o  trzech  latach
nauki dobrych manier, więc odwróciłam się do Dillona i DeeDee i wymamrotałam:

- Cześć. Miło było was poznać.

Absolutne  kłamstwo,  ale  takie,  którego  nawet  nie-szpiedzy  używają  w  kulturalnych  kręgach,  więc
zapewne wcale się nie liczy.

Dillon zawołał:

- Ech, nie wiesz, co tracisz, braciak. Powkurzamy trochę rtadziane laski!

Jasne, D'Man, pomyślałam, kiedy Josh otwierał drzwi. Idź, spróbuj szczęścia!

Nie jestem wielką fanką trzymania się za ręce, ale zwykle tak jest w filmach, kiedy bohater ucieka z
bohaterką przed bardzo złymi ludźmi i biegną, trzymając się za ręce, co tak naprawdę jest bez sensu.
Nikt  nie  potrafi  szybko  biec,  trzymając  kogoś  innego  za  rękę.  (Sprawdziłam  to  kiedyś  na
samoobronie).

176

Tylko że Josh i ja nie biegliśmy. Nie, nie, szliśmy sobie. Nasze złączone dłonie bujały się w przód i
w tył.

Po dłuższej chwili odezwał się, patrząc na chodnik:

- Przepraszam.

- Ale za co? - Naprawdę nie zrobił nic złego. Nic.

Ruchem głowy wskazał restaurację:

- Za Dillona. On w sumie nie jest taki zły. Gada ciągle to samo, i tak od przedszkola. Jest mocny w
gębie, ale w działaniu to już nie za bardzo.

- Czyli nie musimy przed nim przestrzegać Akademii Gallagher? -

droczyłam się.

- Nie. - Uśmiechnął się. - Myślę, że jest bezpieczna.

- Na pewno - odparłam.

background image

Pomyślałam o naszych murach, o naszym świecie.

- A DeeDee? - spytałam, wstrzymując oddech. - Wydaje się miła.

To niestety nie było kłamstwo.

- I jest, ale... - zacisnął rękę nieco mocniej - ...nie chcę teraz rozmawiać o DeeDeeT"

Może  to  przez  te  migoczące  światełka  altanki  albo  przez  Josha  trzymającego  mnie  za  rękę,  albo
fioletowy gaz doktora Fibsa wywołujący kichanie, którego nawdychałam się tego dnia, ale kiedy się
zatrzymaliśmy, wszystko zaczęło nagle wirować. Jakby cały świat stał się jedną wielką karuzelą, a ja
i Josh staliśmy pośrodku. Musiało działać chyba mnóstwo sił dośrodkowych, bo zbliżaliśmy się do
siebie coraz bardziej i bardziej i zanim się zorientowałam, już działo się coś, o czym marzyłam przez
całe życie. Nie napiszę o tym tutaj, bo przecież będzie to czytać moja mama! Poza tym ten mój raport
pewnie zamówią różnego rodzaju VIP-y, a oni to już naprawdę nie muszą czytać o moim pierwszym
pocałunku.  (Niech  to  szlag!  Miałam  tego  nie  mówić...)  No,  dobra,  pocałował  mnie.  Niektórzy
chcieliby pewnie więcej 177

szczegółów  -  na  przykład  jak  miękkie  miał  usta  i  jak  wdychał  powietrze,  które  wydychałam,  i
odwrotnie, co sprawiało, że byliśmy tak jakby na stałe połączonymi duszami czy coś takiego... Ale
nic wam z tego nie powiem. Mowy nie ma! To sprawy osobiste.

Ale zdradzę, że pocałunek był taki, jak trzeba: ciepły, słodki i był

początkiem... yyy... po prostu początkiem.

Rozdział 18

Za i przeciw byciu szkolnym szpiegiem, a jednocześnie dziewczyną najcudowniejszego, najmilszego
i najsłodszego chłopaka na świecie:

„Za: możliwość powiedzenia chłopakowi o swoich uczuciach w czternastu różnych językach.

Przeciw: chłopak nie rozumie żadnego z nich (oczywiście poza angielskim, ale nawet w tym języku
używa tego specyficznego i często nieprzetłumaczalnego »chłopięcego« dialektu).

Za:  gdy  chłopak  ma  problem  z  zadaniem  z  chemii,  można  spotkać  się  w  bibliotece  i  pomóc  mu  w
nauce.

Przeciw: nie można pomagać za bardzo, bo dość trudno jest wyjaśnić, jak to możliwe, że w dziesiątej
klasie przerabia się chemię na poziomie studiów doktoranckich.

Za: wyraz twarzy chłopaka, kiedy zaskakuje cię prezentem w postaci kocich zabawek i pyta: Myślisz,
że spodobają się Suzie?

Przeciw: wiedzieć, że nie ma żadnej Suzie i nigdy nie móc mu o tym powiedzieć".

background image

Trzy  tygodnie  później  siedziałam  w  holu  głównym,  słuchając,  jak  moje  koleżanki  rozmawiają  o
kinowych planach

174

na sobotni wieczór (albo planach z zadaniami domowymi, ale głównie jednak kinowych), gdy nagle
pojawiła się Liz i rzuciła na stół stertę podręczników, a mój widelec aż zleciał z talerza.

- Gotowa jesteś? - spytała radośnie. - Trochę Changa, Mulvaneya, sporo Strendeskiego, trochę...

- Liz - przerwałam jej. Wcale nie miałam ochoty na ciąg dalszy. - Kurczę, Liz, myślałam, że wiesz...
że mam plany z...

- Joshem - dokończyła za mnie.

Podniosła egzemplarz Przewodnika Mayana po regeneracji molekularnej, który spadł na podłogę, i
położyła na wierzchu całej sterty książek.

- To jest na środę, Cam.

- Wiem.

- To trzydzieści procent naszej oceny semestralnej.

- Wiem. Popracuję nad tym...

Tylko nie wiedziałam, kiedy. Ani razu o tym nie pomyślałam, odkąd doktor Fibs zadał nam tę pracę
trzy tygodnie temu - w poniedziałek po mojej pierwszej randce z Joshem. Tymczasem ja żyłam z dnia
na dzień, od jednego stroju do drugiego, od randki do randki.

Hol zaczynał pustoszeć, niektóre dziewczyny poszły po deser, inne na górę albo na dwór. Zerknęłam
na zegarek i wśtałam.

-  Posłuchaj,  Josh  coś  zaplanował.  To  jakaś  niespodzianka,  o  której  ciągle  mówił,  i...  to  chyba  coś
dużego. Dam radę. Zrobię ten projekt jutro.

To samo mówiłam wczoraj, ale Liz tego mi nie wypomniała. Przytaknęła tylko i kazała mi na siebie
uważać. Ruszyła potem w stronę biblioteki, gdzie, jak przyciśnie się półkę od D do F i jednocześnie
wyciągnie egzemplarz książki Downing Modem Zastosowanie starożytnej broni,  to można wśliznąć
się do mojego drugiego ulubionego przejścia.

175

Jeśli oczywiście w bibliotece nie ma akurat pana Solomona.

- Witam, panno Morgan - powiedział pan Solomon, zatrzymując mnie.

background image

Jestem prawie pewna, że nie wie o żadnym z tych tajemnych przejść, a szczególnie właśnie o tym, bo
mnie zajęło całe dwa lata, żeby je odkryć.

Mimo to wystraszył mnie śmiertelnie, pojawiając się tak nagle za moimi plecami.

- Co robisz w ten piękny wieczór? - Wsadził ręce do kieszeni i pochylając się do przodu, dodał: -
Jakaś super-randka?

Jestem  pewna,  że  to  była  tylko  taka  próba  żartu  w  męskim  wydaniu,  ale  i  tak  wydałam  z  siebie
dźwięk w stylu „hahahahaha". No, jasne. Ależ jestem tajna.

- Ach! Ja właśnie... yyy...

- Dzieciaku - usłyszałam nagle za plecami - szukałaś mnie?

Biblioteka  jest  chyba  moim  ulubionym  miejscem  w  całej  szkole.  Na  środku  dwukondygnacyjnej
okrągłej przestrzeni był wielki kamienny kominek, a wokół stoliki do nauki i duże wygodne fotele. U
góry jest balkon na drugim piętrze i to tam właśnie stała moja mama.

Schodziła  ze  schodów,  niosąc  tomik  poezji,  a  ja  pomyślałam,  że  jest  najpiękniejszym  zjawiskiem,
jakie w życiu widziałam. Zeszła na parter i objęła mnie ramieniem.

- Właśnie miałam cię szukać.

- Naprawdę?

I wtedy przypomniałam sobie, że cały czas przyglądał nam się Joe Solomon.

- W takim razie - powiedział, idąc do drzwi - zostawię was same, dziewczęta.

Nie  jestem  pewna,  ale  wydaje  mi  się,  że  mama  mogłaby  spokojnie  załatwić  Joego  Solomona  i  gdy
tylko nazwał ją „dziewczyną", sądziłam, że zaraz to zrobi, ale ona

181

milczała.  Nie  wykręciła  mu  ręki  ani  nie  wyskoczyła  w  górę,  żeby  obcasem  wysokich  czarnych
kozaków  rozharatać  mu  twarz  (sztuczka,  którą  zdecydowanie  muszę  kiedyś  dopracować,  jak  tylko
będę mogła pożyczyć te buty). Nie, ona się tylko do niego uśmiechnęła. Tak w stylu

„dzięki, poradzę już sobie sama".

Aż  mi  się  słabo  zrobiło.  Zaprowadziła  mnie  na  korytarz  i  szła  ze  mną  w  stronę  kaplicy.  Mijając
główny hol, słyszałam za sobą skrobanie widelców na talerzach i pogaduchy przy stole (po persku).
Mama wzięła mnie pod ramię i powiedziała:

- Tak się zastanawiałam, czy chciałabyś może coś dziś wieczorem zrobić?

background image

Dobra, może i mam do dyspozycji wiele różnych języków i tak dalej, ale za cholerę nie rozumiałam,
o co jej chodzi. To było dziwne. Nie dziwne w stylu „nazistowska łódź podwodna w jeziorze", tylko
dziwne w stylu

„ktoś tu na-oglądał się za dużo filmów w telewizji".

- Albo i nie - dopowiedziała, widząc moje zadziwienie. - Po prostu pomyślałam, że może chciałabyś
iść do miasta czy coś.

No, właśnie chciałam iść do miasta, tylko że bez niej. I byłam już uszminkowana, a w tunelu czekał
ukryty strój. Josh był taki podekscytowany, kiedy pytał: „Czyli w sobotę wieczorem będziesz, tak?

Nie musisz robić nic z rodzicami czy coś takiego?"

Wyjaśniłam, że nie, a tymczasem mama właśnie mnie o to prosiła.

Spojrzałam  jej  w  oczy,  w  piękne  oczy,  które  widziały  już  i  okropieństwa,  i  cuda,  i  wszystko
pomiędzy

i powiedziałam:

- Jestem dość zmęczona.

W zasadzie to nie było kłamstwo.

- To może coś spokojnego - nalegała z tą swoją uporczywością superszpiega. - Film?

177

- Ja... - Jestem okropnym człowiekiem. - Bo ja... widzisz... ja muszę...

I wtedy usłyszałam nagłe za plecami:

- Cammie obiecała, że pomoże mi z pracą z chemii organicznej. -

Odwróciłam się i zobaczyłam Macey McHenry idącą w moją stronę..

Twarz  pokerzysty,  najnormalniejszy  ton.  Macey  może  i  miała  zaległości  w  programie,  ale  jeśli
chodzi  o  kłamstwa  i  szpiegowanie,  była  do  tego  stworzona.  (Nie  bez  znaczenia  była  historia  Tiny
Walters, o tym jak na Morzu Śródziemnym Macey uprowadziła jacht szejka).

Mama spojrzała na Macey, potem na mnie:

-  Och  -  powiedziała  z  nieco  wymuszonym  uśmiechem  i  nieco  smutnym  tonem.  Obniżając  głos  i
pocierając moje ramię, dodała: - Dobrze, po prostu nie chciałam, żebyś spędziła wieczór sama.

Sama? A kiedy ja jestem sama? Mieszkam z niemal setką dziewczyn.

background image

Poza  chwilami  spędzonymi  w  moim  sekretnym  pokoju  albo  na  siedzisku  przy  oknie  czy  na  strychu,
albo... no, dobra, czasami jestem sama.

Macey odeszła odprowadzana wzrokiem mojej mamy.

- Wiem, że z nią nie jest łatwo. Jestem z ciebie dumna. - Uściskała mnie znowu i był to uścisk, który
trwał, jakby następny nie miał się zdarzyć przez długi, długi czas, a ja przez chwilę pomyślałam, że
wcale nie chciałabym się z niego tak szybko wyplątywać.

Albo najlepiej nigdy. Ale i tak to zrobiłam - przecież Josh czekał.

- Kolacja? - zapytałam. - Jutro wieczorem?

- Jasne, skarbie - zgodziła się mama, zakładając mi kosmyk włosów za ucho.

Odwróciłam  się  i  ruszyłam  korytarzem  -  na  szczęście  moje  dudniące  kroki  zagłuszyły  moje  myśli.
Przynajmniej

183

do chwili, kiedy skręciłam w długi kamienny korytarz i wpadłam na Macey.

Patrzyła na mnie, stojąc przy ścianie i podpierając się pod boki.

- Nie lubię okłamywać twojej mamy - powiedziała. -Swoją bym mogła, ale twojej nie. To do kitu.

Zaśmiała się po cichu, odsunęła od ściany i przyglądając mi się, dodała:

- Mam nadzieję, że jest tego wart.

- Jest - szepnęłam.

Minęła mnie, ale zaraz się zatrzymała:

-  Naprawdę?  Jest?  Bo  ja  nie  wiem,  co  w  nim  takiego  szczególnego,  że  dla  niego  ryzykujesz  utratę
wszystkiego, co masz.

To było dobre pytanie. Bardzo dobre, szczególnie gdy jest się Macey McHenry, której wszystko w
życiu przychodziło niezwykle łatwo i na nic nie musiała sobie zasługiwać. Jeśli świat patrzy na twoją
gładką,  plastikową  powłokę  i  spodziewa  się,  że  w  środku  jest  tylko  słodycz;  jeśli  to  jest  twoja
jedyna szansa, by stać się częścią rodziny - mimo twojego znanego nazwiska - to faktycznie: wtedy
jest to naprawdę dobre pytanie.

- On jest po prostu... - chciałam powiedzieć „słodki", „opiekuńczy" czy

„zabawny",  bo  to  wszystko  prawda,  ale  stwierdziłam  tylko:  -  on  jest  po  prostu  normalnym
chłopakiem.

background image

- E tam - zakpiła Macey - znam wielu normalnych chłopaków.

Spojrzałam na nią.

- A ja nie.

Rozdział 19

Josh  miał  czekać  na  mnie  przy  altance,  ale  nigdzie  go  nie  było.  Właściwie  to  nikogo  nie  było.
Spojrzałam w stronę kina - nic. W sklepach pogaszone światła, a kiedy przez pusty plac przeleciał
skrawek  pomarańczowego  papieru,  skojarzyło  mi  się  to  ze  sceną  pojawiającą  się  chyba  w  każdym
filmie katastroficznym (i w co najmniej trzech odcinkach B u ff y ) .

Troszkę spanikowałam.

Agentka zbadała okolicę, oceniając potencjalne zagrożenia i drogi  ewakuacji. Rozważyła też, czy
ta śliczna torebka na wystawie u
 Andersona trafi w końcu kiedyś na wyprzedaż.

Na  ulicy  pojawiła  się  furgonetka.  Chyba  skupiłam  się  zbytnio  na  naklejce  na  zderzaku  z  napisem
„Moje  dziecko  jest  honorowym  uczniem  szkoły  podstawowej  w  Roseville",  bo  zupełnie  nie
zauważyłam kierowcy.

Dopóki  nie  zaparkował,  nie  wysiadH  nie  stanął  pośrodku  pustej  ulicy  z  bukiecikiem  w  ręku,  nie
zauważyłam, że to Josh prowadził.

Tak właśnie. Dobrze przeczytaliście - bukiet kwiatków (no dobra, kwiatki na tasiemce).

Podszedł do mnie powoli, a ja powiedziałam:

180

- To jest balowy bukiecik.

- Uhm - odparł, rumieniąc się - bo okazja jest wyjątkowa.

- A więc to nasz prywatny żart czy twoja mama kazała ci go kupić?

Pochylił się, żeby mnie pocałować, ale zatrzymał się w połowie drogi.

- Powiedzieć prawdę? - szepnął.

- Tak.

Na szyi poczułam szybkie cmoknięcie, a potem powiedział:

- Jedno i drugie.

background image

O  18.07  obiekt  podarował  agentce  istotny  (kwiecisty)  dowód.  Macey  McHenry  dała  mu  potem
osiem punktów w skałi „kiepskości". Dla
 agentki było to jednak słodkie i trochę zabawne i dlatego
postanowiła
 dumnie go nosić.

- Świetnie wyglądasz - powiedział, ale to kompletnie mijało się z prawdą.

To  znaczy  wyglądałam  dobrze  na  kino  czy  kręgle,  ale  zdecydowanie  nie  wyglądałam  dobrze  na
bukiecik. Poprawiłam spódniczkę.

- Więc co to za szczególna okazja? Zaśmiał się:

- jNie spodziewałaś się, że zapamiętam, co? O czym miał pamiętać?

Dziewczyna we mnie aż chciała krzyknąć, ale szpieg we mnie tylko uśmiechnął się i powiedział:

- Jasne, że wiedziałam, że zapamiętasz. Kompletne kłamstwo.

- To co - otworzył drzwi samochodu - jedziemy?

Zgodnie  z  protokołem  agentka  nigdy  nie  powinna  zgadzać  się  na  wywiezienie  w
niezidentyfikowane miejsce.

181

Ale ze względu na relację łączącą ją z obiektem oraz to, że rzuciła go już kiedyś na asfalt niczym
worek ziemniaków, uznała to raczej za
 bezpieczne.

Nigdy  wcześniej  nie  siedziałam  w  furgonetce.  To  było  jak  kolejna  lekcja  podczas  kursu
małomiasteczkowości - jazda samochodem z uchwytami na napoje. Uwierzcie osobie, która ma świra
na  punkcie  gadżetów  i  to  w  życiu  zarówno  osobistym,  jak  i  zawodowym:  dzisiejszy  świat  wy-
wiadowczy  nie  może  absolutnie  nic  zarzucić  tym  dobrym  ludziom  z  General  Motors,  jeśli  chodzi  o
projekt uchwytów na napoje.

- Podoba mi się ta twoja furgonetka.

- Odkładam na samochód, wiesz? - powiedział, jakby myślał, że byłam sarkastyczna.

- Nie, poważnie - pospieszyłam z wyjaśnieniem -jest... przestronna i ma te fajne... no, fajna jest i już.

Czy  to  możliwe,  żeby  ten  bukiecik  odciął  mi  dopływ  krwi  do  mózgu?  Czy  to  właśnie  dlatego  tyle
dziewczyn robi głupstwa w balowy wieczór?

Stwierdziłam,  że  koniecznie  musiałam  się  temu  bliżej  przyjrzeć.  A  potem  w  świetle  wewnątrz
samochodu zobaczyłam Josha. Krótko mówiąc, był

cudny: miał teraz dłuższe włosy, a na policzkach widziałam cienie jego długich rzęs. Im więcej czasu
z  nim  spędzałam,  tym  więcej  dostrzegałam  szczegółów:  jego  dłonie  albo  małą  bliznę  na  szczęce,

background image

którą  (jak  twierdzi)  ma  po  pewnej  walce  na  noże,  a  która  (według  jego  dokumentów  medycznych)
pojawiła się, gdy w wieku siedmiu lat spadł z roweru.

Oczywiście ja też mam blizny, tylko że o ich historii Josh nigdy się nie dowie.

- Josh? - odezwałam się, a on na mnie spojrzał. Byliśmy już prawie poza miastem, drzewa były coraz

gęstsze, a droga coraz bardziej kręta.

- Co? - spytał cicho, jakby bał się, że coś jest nie tak.

187

Zjechał z szosy na krętą dróżkę.

- Dzięki.

- A za co?

- Za wszystko.

0 mieszkańcach Roseville wiem już na pewno dwie podstawowe rzeczy.

Pierwsza:  oni  naprawdę  nie  mają  zielonego  pojęcia  o  tym,  co  dzieje  się  w  Akademii  Gallagher.
Zielonego! Człowiek spodziewałby się, że będzie krążyło kilka teorii spiskowych o tym, co znajduje
się za naszymi porośniętymi bluszczem murami, ale nie usłyszałam ani jednej (a miałam powód, żeby
nasłuchiwać).

1  druga  rzecz  dotycząca  Roseville:  ludzie  bardzo  poważnie  traktują  to  swoje  małe  miasteczko.  Na
wypadek gdyby altanka i lokalny festyn nie wystarczyły, żeby to zauważyć, był jeszcze mężczyzna w
odblaskowej kamizelce i z latarką kierujący ruchem, którego zobaczyłam, gdy tylko Josh wjechał na
pastwisko.  Bo  przecież  kontrolowanie  ruchu  na  pastwiskach  jest  bardzo  ważną  sprawą  w  małych
miasteczkach.

Zaparkowaliśmy na końcu rzędu samochodów, a ja spojrzałam na Josha:

- O co...

- Zobaczysz. - Okrążył samochód, by otworzyć mi drzwi.

(Słodkie, wiem!)

Poszliśmy  w  stronę  miejsca,  z  którego  dochodziła  muzyka,  a  światła  migotały  przez  deski  i  bramę
wielkiej starej stodoły.

- Hej! - zawołałam. - To wygląda dokładnie tak, jak nasza stodoła...

background image

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

- .. .w Mongolii - dokończyłam.

-  To  jest  zabawa  dożynkowa  -  wyjaśnił.  -  Taką  mamy  tradycję  w  Roseville  jeszcze  z  czasów,  gdy
prawie wszyscy

183

byli  tu  farmerami.  Teraz  to  już  tylko  wymówka,  żeby  się  napić  i  potańczyć  z  cudzymi  mężami  albo
żonami. Zatrzymał się i spojrzał na mnie:

-  Możemy  robić  na  co  tylko  masz  ochotę,  ale  jak  usłyszałem,  że  to  dzisiaj,  pomyślałem,  że  może
będziesz  miała  ochotę  wpaść.  To  znaczy...  jeśli  masz  ochotę  na  coś  innego,  to  w  porządku.
Moglibyśmy...

Przerwałam  mu  pocałunkiem  (podstawowa  technika,  której  jak  mi  powiedziano,  nawet  dziewczyny
nieszpiedzy używają z dobrym skutkiem).

- Zatańczmy.

Powiem tylko tyle, że nauka tanga z madame Dabney kompletnie nie przygotowała mnie na to, czym
tak  naprawdę  jest  taniec.  Oczywiście,  jeśli  będę  kiedyś  musiała  dostać  się  na  przyjęcie  w
ambasadzie,  to  pewnie  docenię  zajęcia  z  kulturówki,  ale  gdy  tyko  weszliśmy  do  stodoły,
zorientowałam  się,  że  czegoś  takiego  nigdy  się  nie  uczyłam.  Z  krokwi  nad  głowami  zwisały
serpentyny, migoczące światła tworzyły coś w rodzaju kopuły namiotu, pod południową ścianą stała
platforma  ciężarówki,  na  której  zespół  grał  jakąś  starą  piosenkę  country,  i  zdaje  się,  że  wszyscy
mieszkańcy  Roseville  tańczyli,  kręcąc  się  w  kółko.  Po  drugiej  stronie  stodoły  dojrzałam  strych  na
siano, ale tu nad sobą mieliśmy tylko krokwie i światła. Na belach słomy siedziała starsza kobieta,
klaszcząc do rytmu, a zastępca szefa policji (pamiętałam go z tej mokrej beczki) chwycił

skrzypce i zaczął grać.

Nieopodal tańczyły małe dziewczynki, stojąc na stopach swoich ojców, a Josh zaprowadził mnie do
przykrytego krepiną rozkładanego stołu.

- Witaj, skarbie - powiedziała kobieta za stołem.

- Cześć, Shirley. - Josh sięgnął po portfel. - Dwa poproszę.

189

- Ależ słonko - powiedziała - twoja mama już wszystkim się zajęła.

Josh spojrzał na mnie z paniką w oczach, a każda cząsteczka mojej krwi momentalnie oziębła.

- Już tu są? - spytał Josh, ale zanim Shirley zdążyła odpowiedzieć, usłyszałam, jak ktoś woła:

background image

- Josh! Cammie!

Zastępca szefa policji odłożył skrzypce i wszyscy zaczęli klaskać.

Chłopiec sprzedający bilety w kinie chwycił za saksofon. Wszyscy podchwycili tempo, a szczególnie
szczupła, nienagannie ubrana kobieta biegnąca w naszą stronę z otwartymi ramionami.

- Josh! Cammie!

Jej strój składający się ze sweterka koloru kości słoniowej i jasnych spodni aż prosił się o plamę w
tej zakurzonej stajni, ale ona najwyraźniej zupełnie się tym nie przejmowała i przepychała się między
tańczącymi parami. Za nią posłusznie truchtał szczupły mężczyzna.

-  Przepraszam  -  szepnął  Josh,  odciągając  mnie  od  Shirley  w  kierunku  napierającej  pary  -  strasznie
przepraszam. Naprawdę. Tylko się z nimi przywitamy. Myślałem, że będę miał czas, żeby ostrzec...

- Cammie, kochanie! - zawołała kobieta. - Wyglądasz cudnie!

A potem mnie wyściskała. Właśnie tak - wyściska-ła mnie kompletnie obca osoba. - Na coś takiego
Akademia  Gallagher  absolutnie  mnie  nie  przygotowała.  Chwyciła  mnie  za  ramiona  i  spojrzała  w
oczy:

- Nazywam się Abrams. Wspaniale w końcu cię poznać!

A potem znowu mnie wyściskała!

Zapuściwszy  się  głęboko  na  terytorium  wroga,  agentka  poznała  wysoko  postawione  osobistości.
Nie była przygoto-185

wana  na  taki  obrót  spraw,  ale  jakiekolwiek  taktyki  dywersyjne  poważnie  zagroziłyby  całej
operacji!

- Och - zaszczebiotała pani Abrams - widzę, że masz bukiecik.

Przesunęła palcami po kwiatach.

- Czy to nie urocze?

Spojrzałam  na  Josha  ubranego  w  idealnie  wyprasowane  spodnie  i  koszulę  z  dwuguzikowym
kołnierzykiem  i  nagle  zrozumiałam,  dlaczego  zawsze  wygląda  nie  jak  uczeń,  a  bardziej  jak...
aptekarz.

- Witam, młoda damo - odezwał się mężczyzna, gdy jego żona rozluźniła swój uścisk. - Jestem ojcem
Joshuy. Abrams. Jak podoba ci się nasze piękne miasteczko?

Nie jest dobrze, pomyślałam i zdałam sobie sprawę, że jestem osaczona.

background image

Nie pasowałam do tego miejsca i nie minie wiele czasu, zanim rodzice Josha to zauważą.

Zaczęłam  analizować  możliwości:  a)  upozorować  chorobę  i  wybiec  na  zewnątrz,  b)  chwycić
długopis,  którym  Shirley  wypisywała  paragony,  i  zrobić  jakąś  rozróbę,  zanim  zajmie  się  mną  cała
brygada  pozytywnie  nastawionych  mieszkańców  miasteczka,  lub  c)  traktować  to  jak  swoje
najtajniejsze zadanie i wykorzystać sytuację, na ile się da.

-  Bardzo  tu  ładnie  -  powiedziałam,  wyciągając  rękę  do  mężczyzny.  -  Miło  mi  pana  poznać,  panie
Abrams.

Był  wysoki  i  miał  falujące  włosy,  zupełnie  jak  Josh.  Nosił  okulary  w  drucianych  oprawkach  i
uśmiechał się, machając do mijających nas ludzi.

- Cześć, Carl, Betty - przywitał się z jedną z par. - Mam już te plastry na haluksy, o które pytałaś, Pat.
Nasza  rodzina  prowadzi  aptekę  w  miasteczku  od  1938  roku  -  dumnie  poinformował  mnie  pan
Abrams.

A potem spytał:

191

- Czy Josh mówił ci o naszym małym rodzinnym interesie?

- Tak, mówił - potwierdziłam.

- W tym pomieszczeniu nie ma takiej osoby, której nie sprzedałbym kiedyś leków - pochwalił się, a
ja usłyszałam, jak za moimi plecami Josh zakrztusił się po kuksańcu od mamy.

- To... - rozpaczliwie szukałam odpowiednich słów -...imponujące.

Położył dłoń na ramieniu syna:

- A pewnego dnia to wszystko będzie należało do tego młodzieńca.

- Oj, Jakubie - odezwała się pani Abrams - daj dzieciakowi spokój.

Wokół niej unosiła się aura perfekcjonizmu, nawet w tej zakurzonej stodole. A ja wiedziałam już, że
ta  kobieta  nigdy  w  życiu  nie  miała  poplamionych  czy  pogniecionych  ubrań  ani  nieodpowiednich
dodatków.

Skubałam  skrawek  spódnicy  i  bawiłam  się  bukiecikiem.  Czułam  się  naga,  bo  nie  pomyślałam  o
włożeniu pereł mojej mamy. (Mogłyby być nawet te bez czytnika mikrofilmów). Było całe mnóstwo
rzeczy,  o  które  chciałam  zapytać,  na  przykład  „Jak  udaje  się  pani  być  tak  czystą?"  i  „Czy  ta
wybielająca guma do żucia naprawdę działa?", ale oczywiście nie mogłam tego zrobić, więc stałam
tam jak kretynka, uśmiechając się i trzymając kurczowo mojej przykrywki.

- Czy są tu twoi rodzice, skarbie? - zapytała i zaczęła przyglądać się tłumowi ludzi.

background image

- Nie - opowiedziałam - są... zajęci.

- Och, jaka szkoda. - Przechyliła głowę.

Ale nie dała mi czasu na reakcję i wyskoczyła z tekstem:

- Cammie, chcę, żebyś w naszym domu czuła się jak we własnym.

192

Natychmiast zaczęłam wyobrażać sobie, jakie rozpoznania mogłybyśmy przeprowadzić, mając takie
dojście, ale wymamrotałam tylko:

- Och... yyy... dziękuję.

Zespół zaczął grać następną piosenkę, a pani Abrams przysunęła się bliżej, przekrzykując hałas:

- Powiedz, lubisz ciasta z makiem?

Ledwie  ją  słyszałam  i  mało  brakowało,  a  wrzasnęłabym:  „Nie  jestem  tajniakiem!",  ale  właśnie
zauważyłam Dillona stojącego na beli słomy i machającego do nas energicznie.

Josh spojrzał na matkę, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo znów go uprzedziła:

- No dobrze, skarbie. Bawcie się dobrze, dzieci. Ponownie mnie wyściskała. Trzy uściski! Zaczynało

mnie to już naprawdę przerażać.

- Cammie, słonko, wpadaj do nas, gdy tylko masz ochotę, dobrze? A przy jakiejś okazji podaj nasz
numer swoim rodzicom. Może zechcą dołączyć do naszego klubu brydżowego.

Ostatni  raz,  gdy  moi  rodzice  mieli  cokolwiek  wspólnego  z  brydżem,  należy  łączyć  z  chińską
prowincją  Gansu,  dynamitem  i  bardzo  rozwścieczonym  jakiem,  więc  uśmiechnęłam  się  tylko  i
podziękowałam.

Gdy Josh odciągał mnie od swoich rodziców, odwróciłam się i jeszcze raz zerknęłam na nich: pan
Abrams obejmował żonę ramieniem, a ona uniosła rękę w jakimś smutnym geście, jakby chciała w
ten  sposób  zatrzymać  Josha  w  czasie  i  przestrzeni.  Czyli  tak  zachowują  się  normalni  rodzice.
Przyjrzałam  się  chłopakowi  obok  mnie,  który  tęsknił  do  życia  w  Mongolii,  a  nie  wolno  mu  było
wyjść  z  domu  w  pogniecionych  czy  poplamionych  ciuchach  -  i  tak  na  swoim  miejscu  znalazł  się
kolejny element układanki dotyczącej norm i zasad. Stawał się nieco mniej zaszyfrowany.

188

Szłam  w  kierunku  Dillona  i  innych  ludzi  w  naszym  wieku  (skoro  już  działa  się  w  wielkiej
konspiracji, to równie dobrze można iść na całość), ale Josh pociągnął mnie za rękę i zatrzymał.

background image

- Chodź, zatańczymy.

- Ale czy to nie są twoi przyjaciele? - Wskazałam grupę nastolatków.

Spojrzał na nich i powiedział:

- Tak, to dzieciaki z mojej szkoły.

- Jeśli chcesz się przywitać czy coś...

- Niech się zastanowię - przekomarzał się. - Mogę zatańczyć z najładniejszą dziewczyną na imprezie
albo zadawać się z bandą głupków, których widuję codziennie. To jak myślisz?

Myślałam,  że  zdobył  sporo  dodatkowych  punktów  za  tę  „najładniejszą  dziewczynę  na  imprezie"  -
właśnie  to  myślałam.  Jednak  zobaczyłam  go  w  całkiem  nowym  świetle,  kiedy  prowadził  mnie  na
drugi koniec stodoły, oddalając się od swoich przyjaciół i rodziców. Po raz pierwszy po-myślałam,
że może nie byłam jedyną osobą mającą swoją przykrywkę.

Tańczyliśmy już dość długo, kiedy Josh powiedział:

- Dzięki, że przywitałaś się z moimi rodzicami. Oni mają świra na tym punkcie.

- Są naprawdę sympatyczni - powiedziałam.

-  Są  psychiczni  -  poprawił  mnie.  -  Słyszałaś,  co  mówił?  O  aptece?  Jest  naprawdę  przekonany,  że
gdyby nie on, to wszyscy w miasteczku by poumierali.

Pokręcił głową.

- Masz szczęście, że nikt nie przejmuje się tym, co robisz. Chciałem powiedzieć, że możesz zostać,
kim tylko chcesz. Nikt od ciebie nie oczekuje, że zostaniesz tym albo tamtym.

- Nie - potwierdziłam - chyba faktycznie nie.

189

Kłamstwo - kompletne, wierutne wielkie kłamstwo.

Przyciągnął mnie bliżej do siebie i był to dobry ruch z dwóch powodów: a) dzięki temu nie widział,
jak  do  oczu  napływały  mi  łzy,  które  mogły  zagrozić  wodoodpornemu  tuszowi  Macey,  i  b)  całkiem
nieźle mnie ukrył, a jak za moment miało się okazać, było mi to niezmiernie potrzebne.

Prawdę mówiąc, żaden szpieg w historii wszechświata tak bardzo nie potrzebował kryjówki.

- O rany! - westchnęłam i schyliłam głowę, chowając się za ramię Josha.

- Co jest? - spytał.

background image

- A... bo... uderzyłam się w palec u nogi - skłamałam, bo nie za bardzo mogłam powiedzieć: „Wiesz,
Josh, skoro mowa o rodzicach, to właśnie weszła moja mama z moim nauczycielem od tajnych!"

Na drugim końcu sali moja mama tańczyła w ramionach pana Solomona.

Śmiali się oboje, on ją okręcał, a jej włosy powiewały wokół jak w reklamie szamponu. Poważnie,
wyglądała tak, że spokojnie mogłaby jakiemuś łysolowi sprzedać odżywkę do włosów.

Zaczęłam wycofywać się w stronę cienia, daleko od głównego wejścia, przeklinając się w duszy, że
wcześniej nie wyczaiłam wszystkich wyjść awaryjnych. Ależ byłam głupia. Głupia. Głupia. Głupia.

- Chyba muszę na chwilę usiąść.

Znalazłam zacienione miejsce na tyłach stodoły pod strychem, z daleka od mamy i pana Solomona.

- Chcesz ponczu? - spytał Josh.

- Tak! Poproszę.

Patrzyłam,  jak  znika  w  tłumie,  na  ułamek  sekundy  przestałam  panikować  i  poczułam  coś  całkiem
innego - jakbym utraciła grunt pod nogami. Ale to nie były tylko nerwy. Unosiłam się w powietrzu,
sunęłam po niebie.

Dosłownie.

Rozdział 20

O  rany!  -  pomyślałam,  ale  nie  wrzeszczałam.  Częściowo  dlatego,  że  z  płuc  wyssało  mi  całe
powietrze, a częściowi dlatego, że Bex jedną ręką zasłoniła mi usta. Liz patrzyła na mnie w bladym
świetle dochodzącym na strych. Hałas wytłumiały bele zeszłorocznej słomy.

- Cammie - spokojnie powiedziała Liz, jakby starając się wybudzić mnie z jakiegoś głębokiego snu -
musiałyśmy cię stamtąd wydostać. Twoja mama i Solomon tam są!

Rozejrzałam  się  po  strychu  i  zobaczyłam  te  wszystkie  krążki  i  bloczki,  które  musiały  zainstalować,
przewody podtrzymujące Bex i mnie.

Dotarło do mnie, dlaczego czułam się jak ryba, którą dziadek Morgan właśnie wyciągnął z wody.

Nawet Macey tam była i, leżąc na brzuchu, spoglądała z krawędzi strychu.

-  Jest  w  porządku.  -  Odwróciła  się  do  nas.  -  Tam  na  dole  jest  tak  ciemno,  że  nie  sądzę,  żeby  ktoś
cokolwiek zauważył.

- O rany - wydusiłam w końcu.

Jak  na  osobę  po  raz  pierwszy  biorącą  udział  w  akcji  szpiegowskiej,  Macey  wydawała  się  całkiem

background image

spokojna. A może to nie był tak całkiem pierwszy raz i teoria

196

Tiny  o  tym,  że  Macey  zaszantażowała  kiedyś  naczelną  „Vogue'a"  i  rozkazała,  żeby  rybaczki
natychmiast wróciły do mody, była prawdziwa.

Natomiast Liz panikowała:

- Cammie, słyszałaś, co powiedziałam? - prawie krzyczała. - Twoja mama i Solomon tu są! Oni tu
są! Mogli cię zobaczyć! Wiesz, co by było, gdyby cię zobaczyli?

-  Wiem  -  powiedziałam,  opadając  na  deski  strychu.  Wdychałam  słodki  zapach  siana,  czekając,  aż
serce

przestanie mi walić. I wtedy zdałam sobie z czegoś sprawę.

- Nie widzieli mnie - oznajmiłam.

- A skąd możesz mieć pewność? Tym razem odezwała się Bex:

- Bo jeszcze nie jest martwa.

Strych był ciemny i znajdował się na wysokości niecałych dziewięciu metrów. Bex i Liz przylgnęły
do  podłogi  i  razem  przeczołgałyśmy  się  na  krawędź  do  Macey.  Pod  nami  migotały  przyćmione
światła, a zespół grał

jakąś wolną melodię. Patrzyłam, jak moja mama tańczy z panem Solomonem. Oparła głowę na jego
ramieniu, a ja stwierdziłam, że zdecydowanie wolałabym być* obdzierana ze skóry niż na to patrzeć.

- O rany - wymamrotała Macey - zabójcza para. Nie wiem tylko, czy mówiła dosłownie, czy nie.

- Och, Cammie - westchnęła Liz - jestem przekonana, że przyszli po prostu jak przyjaciele. Co nie,
Bex?

Bex odebrało mowę. O rany!

-  To  znaczy,  jestem  pewna,  że  oni  tylko...  -  Liz  próbowała  ratować  sytuację,  ale  to  Macey
dokończyła.

- Nie martw się, nie chodzą ze sobą, nie są zakochani ani nic takiego.

Brzmiała tak przekonująco, tak pewnie. Spojrzałam na nią, zastanawiając się, skąd ona niby może to
wiedzieć! Ale to przecież była Macey McHenry! No jasne, że wiedziała!

192

background image

Już zaczęło mi się robić lepiej, gdy dodała znaczące „jeszcze", i pomyślałam, że zaraz zwymiotuję.

Nie mogłam już na to patrzeć, więc odwróciłam się i spytałam:

- Jak to się stało?

- Kiedy odprawiłaś mamę z kwitkiem, widziałam, jak rozmawiała z tym tam ciachem - relacjonowała
Macey -i postanowili coś razem zrobić.

-  Wiedziałyśmy,  że  coś  takiego  może  się  wydarzyć,  więc  podrzuciłyśmy  twojej  mamie  do  torebki
urządzenie tropiące - powiedziała dumnie Bex, której na mój gust, cała ta sytuacja trochę za bardzo
się podobała.

-  Aktywowałyśmy  też  tropiciela  w  bucie  Josha.  -  Liz  pokazała  mi  swój  nadgarstek,  na  którym
zobaczyłam dwie czerwone migające obok siebie kropki. Pod nami tymczasem Josh szedł przez tłum
z dwoma kubkami ponczu i minął moją mamę.

- Wtedy stwierdziłyśmy, że trzeba zorganizować „nagłe usunięcie agenta"

- dodała Liz, wykorzystując okazję do zacytowania podręcznika.

Zarzuciłam  ręce  na  głowę,  chowając  twarz  w  słodko  pachnącym  sianie,  i  tak  bardzo  zapragnęłam,
żeby to wszystko okazało się tylko snem. Prawie mi się udało, gdy nagle usłyszałam:

- ,Ładny bukiecik.

Podniosłam wzrok i spojrzałam na Macey, która wzruszyła ramionami i powiedziała:

- No co? Może ty tak nie uważasz?

Nie miałam czasu na wyjaśnienia. Miałyśmy zdecydowanie lepsze rzeczy do roboty, o czym dobrze
wiedziała Bex, bo wycofywała się właśnie w zacienione miejsce, mówiąc:

- Ruszcie się. Operacja usuwania agentki!

Zanim  zorientowałam  się,  co  jest  grane,  Bex  ciągnęła  mnie,  żebym  wstała,  i  przyczepiała  mnie  do
jakiejś liny,

198

a  Macey  otwierała  drzwi  strychu,  wpuszczając  chłodne,  jesienne  powietrze  i  przygotowując  się  do
spuszczenia mnie na zewnątrz jak jakąś wielką belę siana.

- Nie - protestowałam, ale Liz już wypchnęła mnie za drzwi. - Nie mogę!

- krzyknęłam, ale dyndałam już w powietrzu.

background image

Zanim się zorientowałam, Liz była już koło mnie na ziemi, potem Macey, która rzuciła się w stronę
rosnących na końcu pastwiska drzew.

- Liz, ja nie mogę. - Chwyciłam ją za szczupłe ramiona. - Muszę tam jakoś wrócić.

- Czy ciebie kompletnie pogięło? - spytała Bex, dołączając do nas na ziemi.

- Ale tam jest Josh!

- I twoja mama, i pan Solomon - dodała Bex. Szarpnęła liną, którą trzymałam, aż ręce mnie zapiekły.

- Bex, ja nie mogę go tak zostawić! Będzie się martwił. Będzie mnie szukał, wypytywał i...

- Ona ma rację - usłyszałam Liz - to jest wyraźne złamanie zasady tajnych misji, zasady numer...

Nigdy nie miałam się dowiedzieć, którą zasadę łamałyśmy, bo las rozświetlił nagle ostry rubinowy
błysk.

- Wsiadajcie! - krzyknęła siedząca za kierownicą Macey.

Przez chwilę nie wiedziałam już, co było bardziej zaskakujące: czy to, że moje koleżanki przyjechały
mi na ratunek wózkiem golfowym Akademii Gallagher, czy to, że Bex pozwoliła Macey prowadzić.
(Chociaż, gdy się nad tym zastanowić, Macey miała pewnie dużo większe doświadczenie z wózkami
golfowymi niż my).

Widząc moje zdziwienie, Liz zarumieniła się i powiedziała:

- Powiedzmy, że Żujący Strażnik obudzi się za parę godzin zdumiony, że jego lek na zatoki go uśpił.

194

Muzyka  ucichła  i  usłyszałam  głośne  brawa,  ale  wydawało  mi  się,  że  jesteśmy  jakieś  półtora
kilometra od imprezy. Tam był Josh. I oczywiście dwoje ludzi, którzy mogli ukarać mnie na sposoby,
które  od  czasów  konwencji  genewskiej  uznaje  się  za  nielegalne.  Mimo  to  spojrzałam  na  Bex  i
powiedziałam:

- Nie mogę iść z wami.

Liz już wsiadała do wózka, zostawiając mnie z Bex w ciemnościach.

- Dam sobie radę - zapewniłam ją. - Znajdę Josha i wyjdziemy.

Nie  odpowiedziała.  Stałyśmy  po  ciemku,  ale  widziałam  jej  minę  w  świetle  księżyca.  Nie
zauważyłam strachu, tylko rozczarowanie. To było sto razy gorsze.

- Mogą cię złapać, wiesz o tym? - spytała Bex.

background image

- Hej! - próbowałam przemycić śmiech, licząc na to, że i ona się rozluźni.

- Jestem Kameleonem, tak?

Ale Bex zajmowała już tylne siedzenie.

- Do zobaczenia w domu.

Agentka postanowiła pozostać w strefie oczekiwania w nadziei, że uda jej się wywabić obiekt i tym
samym ocalić misję. W środku znajdowało się co
 najmniej dwoje wrogich agentów (którzy staliby
się  zdecydowanie
  bardziej  wrodzy,  gdyby  coś  poszło  nie  tak).  Było  to  więc  dosyć  ryzykowne
zagranie, ale chciała się go podjąć, mimo że jej wsparcie właśnie
 odjeżdżało.

Mama i pan Solomon może i mieli przewagę, jeśli chodzi o trening i doświadczenie, ale to ja miałam
lepszą  pozycję  i  znacznie  większą  ilość  informacji.  Chowając  się  za  maską  wielkiego  czarnego
buicka i obserwując drzwi, przeanalizowałam wszystkie możliwości: a) przeprowadzić pozorację w
nadziei, że w całym zamieszaniu Josh pojawi się na zewnątrz, b) poczekać, aż wyjdzie Josh albo 200

mama z panem Solomonem, i modlić się, żeby przypadkiem wszyscy nie wyszli jednocześnie lub c)
wymyślić coś innego.

Miałam przecież dostęp do benzyny, kamieni i puszek aluminiowych, ale ta stara stodoła wyglądała
na bardzo, bardzo łatwopalną i nie uśmiechało mi się tego próbować.

Właśnie  zaczynałam  się  zastanawiać,  czy  w  którejś  z  zaparkowanych  niedaleko  furgonetek  nie
znalazłabym liny, kiedy nagle usłyszałam:

- Cammie?

Zerwałam się na równe nogi i zobaczyłam idącą w moją stronę DeeDee.

- Cześć. Tak myślałam, że to ty.

Miała  na  sobie  bardzo  ładną  różową  sukienkę  pasującą  do  papieru  listowego.  Jej  jasne  włosy
zebrane były z twarzy i wyglądała niemal jak laleczka, gdy tak sunęła ku mnie w ciemnościach.

- Cześć, DeeDee - przywitałam ją. - Ładnie wyglądasz.

- Dzięki - odparła, ale chyba nie uwierzyła, że mówię szczerze - ty też.

Nerwowym ruchem dotknęłam bukieciku i poczułam, że płatki storczyków są jak z jedwabiu.

- Widzę, że się postarał i ci go dał. Spojrzałam na nadgarstek.

- Uhm.

Nie za bardzo wiedziałam, co zrobić z faktem, że Josh przedyskutował

background image

kwestię  bukieciku  z  inną  dziewczyną,  ale  spojrzałam  na  nią  i  zrozumiałam,  że  w  najmniejszym
stopniu nie byłam tym tak zmieszana, jak ona.

DeeDee wskazała na światła i wirujące w oddali pary i powiedziała:

- Pomyślałam, że jak wpadnę nieco później, to nie będę musiała za długo podpierać ścian.

196

Wyobraziłam  sobie,  jak  stapia  się  z  drewnianymi  listwami  i  belami  siana,  znika  wśród  tłumu  par  i
nikt  nie  zauważa  stojącej  samotnie  dziewczyny,  niepasującej  do  całej  imprezy.  Wtedy  dotarło  do
mnie, że DeeDee też jest kameleonem.

- A ty co tak stoisz tutaj sama? - spytała.

I to było dobre pytanie. Na szczęście byłam na nie przygotowana.

Pomasowałam skronie i odparłam:

- Tam jest tak głośno, że głowa mi pęka. Musiałam wyjść na powietrze.

- Ach!  -  powiedziała,  szukając  czegoś  w  swojej  malutkiej  różowej  torebce.  -  Chcesz  aspirynę  czy
coś?

- Nie, nie, dziękuję.

Przestała szukać, ale nie patrząc na mnie, powiedziała:

- On cię naprawdę lubi, wiesz? Znam go od lat i wiem, że naprawdę cię lubi.

Nawet  gdybym  wcześniej  nie  czytała  jej  liściku,  domyśliłabym  się,  jak  bardzo  lubi  Josha,  jak
strasznie chciałaby, żeby kiedyś to jej wręczył

bukiecik. A ona nosiłaby go nie dlatego, że to jakiś prywatny dowcip, ale dlatego, że dostała go od
Josha.

- Ja też naprawdę go lubię - zapewniłam, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

- Wiem. - Uśmiechnęła się.

Pomyślałam,  że  sobie  pójdzie.  Naprawdę  chciałam,  żeby  sobie  poszła,  bo  koniecznie  musiałam
wymyślić, jak wyciągnąć Josha na zewnątrz!

-  Nie  będę  cię  zatrzymywać,  DeeDee  -  dodałam,  obmyślając  sposób  na  odwrócenie  uwagi:
niewielka  eksplozja,  kontrolowany  pożar  lasu,  prawdopodobieństwo,  że  w  środku  jest  jakaś
ciężarna, która w ciągu półgodziny zacznie rodzić...

background image

- Cammie? - zaczęła DeeDee, na co ja niespodziewanie burknęłam: 197

- Co?

- Mam powiedzieć Joshowi, że musisz iść do domu? Albo można i tak.

Gdy wchodziła do stodoły, poczułam zazdrość. Widywała Josha w szkole, wiedziała, co zamawia na
stołówce  i  gdzie  siedzi  na  zajęciach.  Nie  było  takiej  sfery  życia,  której  nie  mogłaby  z  nim  dzielić.
Wiedział o niej wszystko dzięki tym potańcówkom, festynom i zwyczajnym dniom.

Pomyślałam: Czy on nadal by mnie lubił, gdyby wiedział o wszystkim?

Nigdy  się  tego  nie  dowiem,  bo  on  nigdy  nie  pozna  prawdy.  DeeDee  już  zawsze  będzie  dla  niego
człowiekiem z krwi i kości, a ja zawsze będę tylko historyjką.

- Na pewno nie mogę cię odwieźć? - spytał Josh, skręcając furgonetką w Main Street w drodze na
rynek. - No proszę cię, wiem, że nie najlepiej się czujesz. Może jednak...

- Nie, wszystko w porządku - odparłam - już mnie głowa nie boli.

To nie kłamstwo.

- Na pewno?

- Uhm.

Zaparkował przy rynku, wysiedliśmy i poszliśmy do altanki. Wziął mnie za rękę i zrobiło się tak w
stylu „Kochany pamiętniku", jeśli wiecie, co mam na myśli. W altance świeciły się światła, miasto
było zupełnie puste, a jego ręka delikatna i ciepła i wtedy... wręczył mi prezent!

Pudełeczko było małe, niebieskie (Ale nie niebieskie jak od Tiffany'ego, skwitowała potem Macey) i
przewiązane różową wstążeczką.

- Mam nadzieję, że ci się spodoba - powiedział. Zamurowało mnie.

Totalnie. Oczywiście dostawałam

już wcześniej prezenty, ale zwykle były to takie rzeczy jak nowe buty do biegania albo nowe wydanie
Przewodnika

203

szpiegowskiego  po  podziemnej  Rosji z  autografem.  One  nigdy  nie  były  przewiązane  ślicznymi
różowymi wstążeczkami.

-  Mama  pomogła  mi  zapakować  -  przyznał,  pokazując  paczuszkę  w  moich  dłoniach.  -  Otwórz  -
poprosił, ale ja wcale nie miałam na to ochoty.

background image

Czy to nie jest smutne, że sam fakt, iż dostałam prezent, był dla mnie ważniejszy niż podarek?

- No, już! - niecierpliwił się. - Nie wiedziałem do końca, co byś chciała, ale... yyy... no... - Zaczął
rozrywać opakowanie. - Wszystkiego najlepszego!

Na wypadek, gdybyście jeszcze się nie zorientowali: to wcale nie były moje urodziny!

Prezent  nagle  wydał  mi  się  obcy  i  ciążył  mi  w  dłoniach.  Czy  zwykle  nie  musi  minąć  trzysta
sześćdziesiąt pięć dni, żeby dostać prezent urodzinowy? Wiem, że żyję nieco pod kloszem i tak dalej,
ale jestem pewna, że tak to właśnie powinno działać.

- Założę się, że myślałaś, że zapomniałem - przekomarzał się, trzymając mnie w miażdżącym uścisku.

- Yyy... no... tak - wydukałam.

- DeeDee pomogła mi je wybrać.

Zdjął  wieczko  pudełka  i  wyjął  najdelikatniejsze  srebrne  kolczyki,  jakie  kiedykolwiek  widziałam.
(Uwaga do siebie: przekłuć sobie uszy!)

- Pomyślałem, że będą pasować do łańcuszka, wiesz, tego srebrnego z krzyżykiem?

- Tak - odparłam zmieszana - wiem, do którego. Kolczyki lśniły w mroku, a ja nie odrywałam od nich

wzroku  -  byłam  jak  zahipnotyzowana  i  myślałam,  że  żadna  dziewczyna  na  świecie  nigdy  nie  miała
cudowniejszego chłopaka i że żadna nie zasługiwała na niego mniej niż ja.

199

Miałam  wrażenie,  że  jestem  poza  moim  ciałem  i  przyglądam  się  wszystkiemu  z  boku.  Kim  jest  ta
dziewczyna,  zastanawiałam  się.  Czy  ona  wie,  jaką  wielką  jest  szczęściarą?  Czy  docenia,  jakie  ma
cudne,  dopasowane  do  łańcuszka  kolczyki  i  chłopaka,  który  je  podarował?  Kim  jest,  że  musi
przejmować się fizyką kwantową, środkami chemicznymi czy kodami ABN? Czy wie, że to jeden z
tych niezmiernie rzadkich momentów w życiu, kiedy wszystko jest piękne, cudowne i takie, jakie być
powinno?

A czy wie, że takie chwile zawsze się kończą?

Rozdział 21

Gdy przedzierałam się przez tajemne przejścia, wydawało mi się, że w wąskim korytarzu moje myśli
odbijają się echem: przecież to nie są moje urodziny.

Chciałam,  żeby  te  dokuczliwe  wątpliwości  po  prostu  zniknęły.  Miałam  kolczyki,  prawda?  Czy  to
ważne, dlaczego mi je dał? Przecież zwykłe dziewczyny wkurzają się na swoich chłopaków, gdy ci
zapominają  o  ich  urodzinach.  Więc  czy  pamiętanie  o  fałszywej  dacie  urodzin  nie  jest  warte
dodatkowych punktów? Powinnam zapisać to na jego korzyść, na wypadek gdyby kiedyś zapomniał o

background image

czymś innym. No na przykład, jak za dwadzieścia lat zapomni o rocznicy naszego ślubu, a ja powiem:
„Nie martw się, kochanie. Pamiętasz, jak dałeś mi kiedyś kolczyki, chociaż to wcale nie były moje
urodziny?  To  teraz  jesteśmy  kwita".  Ale  to  nie  były  moje  urodziny...  Pomyślałam  o  tej  dacie:
dziewiętnasty listopada i przypomniałam sobie, jak wtedy w krzyżowym ogniu pytań powiedziałam
Joshowi, że właśnie wtedy mam urodziny. Nie wiedziałam, co bardziej mnie otrzeźwiło: myśl, że on
pamiętał, czy że ja zapomniałam.

Puste  korytarze  zawirowały  przede  mną.  Byłam  zmęczona,  głodna,  chciałam  wziąć  prysznic  i
pogadać z przy-206

jaciółkami. Kiedy dotarłam do wielkiego starego kamienia otaczającego potężny kominek w sali na
drugim piętrze, byłam już prawie w półśnie.

Za parę tygodni kominek przestanie przydawać się jako przejście, chyba że na randki z Joshem będę
ubierać  się  w  ognioodporny  kombinezon  doktora  Fibsa  (ale  w  nim  nawet  Bex  wygląda  grubo).
Pociągnęłam za dźwignię po raz ostatni, spodziewając się, że kamienie się rozsuną. Gdy to nastąpiło,
uderzyłam niechcący w stary uchwyt na pochodnię, który opuścił się, odkrywając przede mną inne,
ukryte drzwi do przejścia, któ-

rego chyba nigdy wcześniej nie widziałam.

Nie wiem, dlaczego tam weszłam. Może to szpiegowskie geny, a może ciekawość nastolatki. Szłam
korytarzem i nie wiedziałam, gdzie jestem, dopóki nie dotarłam do wątłych promieni światła i przez
szpary zajrzałam do holu historycznego, gdzie stał lśniący miecz Gilly, zawsze jasno oświetlony.

Usłyszałam też płacz.

Idąc  dalej,  dotarłam  do  gabinetu  mamy  i  obrotowych  półek  z  książkami,  które  ukrywały  pamiątki
dyrektorki elitarnej szkoły z internatem.

Oparłam się, zerknęłam przez pęknięcie w tynku i zobaczyłam, jak moja mama płacze. Ktoś mógłby
wcisnąć guzik, a cała półka obróciłaby się, zabierając mnie ze sobą, ale utkwiłam w tym ciasnym i
zatęchłym miejscu i nie mogłam już zawrócić.

Mama  była  sama  w  gabinecie,  skulona  na  swoim  krześle.  Kiedy  widziałam  ją  ostatnio,  tańczyła  i
śmiała się, a teraz siedziała tu sama, a po twarzy spływały jej łzy. Miałam ochotę ją objąć i popłakać
razem z nią, poczuć na policzku jej słone łzy, pogładzić ją po włosach i powiedzieć, że ja też jestem
zmęczona.  Ale  zostałam  na  miejscu  i  patrzyłam.  Znałam  powody,  dla  których  nie  mogłam  jej
pocieszyć:  nie  umiałabym  wyjaśnić,  co  za  ciuchy  miałam  na  sobie,  nie  mogłam  jej  powiedzieć,
dlaczego się tam znalazłam, a przede

202

wszystkim wiedziałam, że ona nie chciałaby, żebym ją taką widziała.

Gdy  sięgała  po  chusteczkę  na  półce  za  swoim  biurkiem,  miała  zamknięte  oczy,  ale  i  tak  pewnym

background image

ruchem  odnalazła  pudełko  -  jak  ktoś,  kto  jest  przekonany,  że  ono  tam  będzie.  To  był  wyćwiczony
ruch. Zrozumiałam, że smutek mojej mamy, podobnie jak całe jej życie, pełen był tajemnic. W

kieszeni wyczułam kolczyki i już wiedziałam, dlaczego łzy pojawiły się właśnie tego wieczoru.

- O rany... - powiedziałam kolejny raz tego dnia, tym razem z zupełnie innego powodu.

Poszłam dalej przejściem i w końcu usiadłam w niszy okiennej w jednej z pustych klas. Nie płakałam
- coś mi podpowiadało, że wszechświat nie da sobie rady z dwiema płaczącymi w tym samym czasie
paniami Morgan.

Siedziałam  więc  ze  stoickim  spokojem,  pozwalając  mamie  choć  przez  chwilę  być  tą  słabszą  i
przejmując ster.

Nie ruszyłam się i po prostu przeczekałam tam całą noc. Wokół mnie szkoła pogrążona była w ciszy,
której  pozwoliłam  ukoić  moje  nerwy  i  pogrążyć  mnie  w  bezsennym  transie.  Gapiłam  się  poprzez
własne odbicie w ciemnej szybie i wyszeptałam:

- Wszystkiego najlepszego, tatusiu.

Tego niedzielnego ranka trzymałam się z daleka od mamy, jak najdłużej mogłam, ale koło południa
musiałam się z nią zobaczyć. Musiałam się upewnić, czy wszystko w porządku, i przeprosić jakoś za
to, że trochę zapomniałam o tacie. Musiałam wiedzieć, czy to był początek końca moich wspomnień.

Wpadłam do jej gabinetu uzbrojona w dziesiątki wymówek, ale wszystkie natychmiast uleciały mi z
głowy,  gdy  zobaczyłam  moją  mamę,  pana  Solomona  i  Buckingham  gapiących  się  na  mnie,  jakbym
właśnie wylądowała w statku

203

kosmicznym. Zamilkli zdecydowanie za szybko. Szpiedzy powinni pamiętać, że tak się nie robi. Sama
nie wiedziałam, co mnie bardziej niepokoiło: czy to, że ewidentnie coś było nie tak, czy to, że trójka
nauczycieli światowej klasy w szkole dla szpiegów zapomniała zamknąć drzwi na klucz.

Po chwili, która wydawała się trwać wiecznie, Buckingham powiedziała:

- Cameron, dobrze, że jesteś. W sprawie, o której rozmawiamy, będziesz mogła nam pomóc.

W  tamtej  chwili  zupełnie  nieważne  było  to,  że  Patricia  Buckingham  miała  dwa  felerne  biodra  i
artretyczne palce. Mogłabym przysiąc, że była ze stali.

-  Naturalnie,  Rachel,  to  ty  jesteś  matką  Cameron,  nie  mówiąc  już  o  tym,  że  również  dyrektorką  tej
szkoły, więc uszanuję twoją decyzję, jeśli poprosisz, by Cameron wyszła.

- Nie - powiedziała mama. - Niech zostanie, będzie chciała nam pomóc.

Atmosfera w tym pomieszczeniu zaczynała naprawdę mnie przerażać, więc spytałam:

background image

- O co chodzi? Co jest...

- Zamknij drzwi, Cameron - nakazała Buckingham, a ja wykonałam jej polecenie.

- Abe Baxter nie zgłosił się na wezwanie - powiedział pan Solomon, krzyżując ręce i opierając się o
krawędź biurka mamy, jak zwyczaj robił

na zajęciach z tajnych.

Ale nie czułam się jak na wykładzie.

- W zasadzie to nie zgłosił się na trzy wezwania.

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że te słowa dosłownie ścięły mnie z nóg, dopóki nie poczułam,
jak  plecak  wbija  mi  się  w  kręgosłup,  bo  bezwiednie  opadłam  na  sofę.  Przez  ułamek  sekundy
zastanawiałam się, czy Bex o tym wie, ale potem mnie olśniło: oczywiście, że nie.

209

- Bardzo możliwe, że po prostu ma opóźnienie - podsunęła Buckingham. -

Takie  rzeczy  się  zdarzają:  kłopoty  z  komunikacją,  zasięgiem...  To  niekoniecznie  oznacza,  że  jego
przykrywka jest zagrożona. Aczkolwiek brak odpowiedzi na trzy wezwania jest... niepokojący.

- Czy mama Bex... - potykałam się o własne słowa. -Czy ona z nim jest?

Pan Solomon spojrzał na Buckingham, która pokręciła głową:

- Nasi z szóstki mówią, że nie.

Zrozumiałam,  dlaczego  to  Buckingham  prowadziła  tę  rozmowę:  podobnie  jak  rodzice  Bex,  była
przecież w MI6. To do niej zadzwoniono i to ona miała zdecydować, co, jeśli w ogóle, powiedzieć
Bex.

-  To  nic  nie  znaczy  -  uspokajała  moja  mama,  ale  ja  wciąż  widziałam  w  niej  kobietę,  która  płakała
poprzedniego wieczoru. Widziałam jej smutek i już zawsze będę się go doszukiwać.

- Bex...-wyjąkałam.

- Właśnie rozmawialiśmy o niej, Cam - wyjaśniła mama. - Nie wiemy, co robić.

Mówcie o szpiegach co chcecie, ale niczego nie robią na pół gwizdka.

Nasze kłamstwa poparte są numerami NIP i fałszywymi dowodami osobistymi, ale jak już mówimy
prawdę, to „całą prawdę i tylko prawdę".

Wiedziałam,  o  co  chodzi  mojej  mamie,  wiedziałam  też,  dlaczego  zaryzykowała  i  powiedziała  mi  o

background image

tym. Akademia  Gallagher  zbudowana  jest  z  kamienia,  ale  takie  wiadomości  mogły  pogrążyć  ją  tak
szybko, jakby była zrobiona z gazet oblanych benzyną.

- Cam - powiedziała mama, siedząc na brzegu stojącego przede mną stolika do kawy - takie rzeczy
już się oczywiście zdarzały, ale każdy przypadek jest inny, a ty znasz Bex lepiej niż ktokolwiek inny...

210

- Nie mówcie jej. - Sama zdziwiłam się na dźwięk tych słów.

Ja  wiem,  że  mamy  stawać  się  twarde  i  odporne,  być  przygotowane  na  wszystko,  ale  nie  chciałam,
żeby  dowiedziała  się  tylko  dlatego,  że  byłyśmy  zbyt  słabe,  żeby  poradzić  sobie  z  taką  tajemnicą.
Znowu spojrzałam na mamę, przypomniałam sobie, jak długo goją się niektóre rany, i zrozumiałam,
że na rozpacz będzie jeszcze mnóstwo czasu.

Ojciec Bex był tysiące kilometrów stąd, ale jednak wciąż go miała. Kim ja niby byłam, żeby jej to
tak nagle odbierać? Wszystko bym dała za kilka godzin takiej wiary dla siebie.

-  Hej  -  odezwała  się  nagle  za  moimi  plecami  Macey  McHenry,  a  ja  natychmiast  pożałowałam,  że
pokazałam jej ten niewielki, stary korytarz, mówiąc, że to świetne miejsce do nauki - to chyba nie z
powodu faceta.

Rzuciła  koło  mnie  stos  swoich  książek,  ale  ja  nie  mogłam  nawet  na  nią  spojrzeć.  Siedziałam,
ocierając  łzy,  którymi  w  ukryciu  opłakiwałam  ojca  Bex  i  jednocześnie  przełykałam  te,  którymi
opłakiwałam własnego.

Minęło sporo czasu - jakieś tysiąc lat - zanim Macey szturchnęła mnie kolanem i powiedziała:

- No gadaj.

Mówcie o niej, co chcecie, ale Macey McHenry naprawdę z niczym się nie czai. Superszpieg by jej
nakłamał i to porządnie, ale ja nie potrafiłam.

Może  to  stres,  może  żal,  może  napięcie  przedmiesiączkowe,  ale  z  jakiegoś  powodu  spojrzałam  na
Macey i powiedziałam:

- Tata Bex jest uznany za zaginionego. Możliwe, że nie żyje.

Macey usiadła obok.

- Nie możesz jej tego powiedzieć.

- Wiem - odparłam i wydmuchałam nos.

206

- Kiedy będzie wiadomo na pewno?

background image

- Nie wiem.

Bo naprawdę nie wiedziałam.

- To może być kwestia dni, może miesięcy. Nie skontaktował się z przełożonymi. Jeśli zadzwoni, to...

- Nie możemy jej powiedzieć.

Oczywiście, że nie mogłyśmy, ale te słowa sprawiły, że przyjrzałam się Macey uważnie. Wróciłam
do nich w myślach i odkryłam słowo „my".

Były  pewne  sprawy,  o  których  nie  mogłam  powiedzieć  mamie.  Sprawy,  o  których  nie  mogłam
powiedzieć swojemu chłopakowi. Takie, o których nie mogłam powiedzieć przyjaciółkom. Ale gdy
siedziałam tam z Macey McHenry, dotarło do mnie, że jest ktoś, kto zna wszystkie moje sekrety, że
nie byłam całkiem sama.

Macey podniosła się i zaczęła oddalać:

- Nie obraź się, Cammie... - Jeśli ktoś taki jak Macey McHenry mówi „nie obraź się", to jest niemal
niemożliwe, żeby ktoś taki jak ja nie obraził się za to, co za chwilę usłyszy, ale robiłam co w mojej
mocy. - ...ale nie idź

teraz na górę, wyglądasz koszmarnie i ona to zauważy.

Nie  obraziłam  się,  a  nawet  ucieszyłam,  że  to  powiedziała,  bo  miała  rację  i  gdyby  mi  tego  nie
uzmysłowiła, mogłam w ogóle o tym nie pomyśleć.

'  Odeszła,  a  ja  siedziałam  tam  jeszcze  długo  i  myślałam.  Przypomniało  mi  się,  jak  tata  zabrał  mnie
kiedyś  do  cyrku.  Siedzieliśmy  koło  siebie  przez  dwie  godziny,  przyglądaliśmy  się  klaunom  i
oklaskiwaliśmy  poskramiacza  lwów.  Jednak  najlepiej  pamiętam  moment,  gdy  jakiś  mężczyzna
wszedł  na  wiszącą  piętnaście  metrów  nad  ziemią  linę.  Zanim  przeszedł  na  drugą  stronę,  pięć  osób
wspięło  się  na  jego  barki,  ale  ja  w  ogóle  na  niego  nie  patrzyłam.  Przyglądałam  się  mojemu  tacie,
który wyglądał, jakby dobrze wiedział, jak to jest, być tak wysoko bez zabezpieczenia.

207

Siedziałam  tam  cały  dzień  i  zrozumiałam,  że  jedyne,  co  mogę  zrobić,  to  ostrożnie  stawiać  krok  za
krokiem w nadziei, że żaden z sekretów, które niosłam na barkach, nie zachwieje mojej równowagi.

Rozdział 22

Zamknijcie oczy - rozkazał pan Solomon, a my posłusznie wykonałyśmy polecenie.

Słyszałam za sobą szum rzutnika i czułam, jak bijące od niego białe światło przecina salę, w której
siedziałyśmy, zaciskając powieki i próbując przypomnieć sobie najdrobniejsze szczegóły z tego, co
przed  chwilą  widziałyśmy.  Myślałam  właśnie  o  zdjęciu  parkingu  przed  supermarketem,  gdy
nauczyciel powiedział:

background image

- Panno Alvarez, co się nie zgadza na tym zdjęciu?

- Niebieska furgonetka ma znaczek, że kierowca jest niepełnosprawny, ale zaparkowana jest na końcu
parkingu - wyjaśniła Eva.

Zgadza  się.  Następne  zdjęcie.  Pstryknięcie  rzutnika,  zmiana  obrazu  i  miałyśmy  dwie  sekundy  na
przyjrzenie się fotografii, która mignęła nam przed oczami.

- Panno Baxter? - zaczął pan Solomon. - Co się tutaj nie zgadza?

-  Parasol  -  odpowiedziała  Bex.  -  Na  szybie  widać  krople  deszczu  i  płaszcz  na  wieszaku  jest
wilgotny, ale parasol jest złożony, a ludzie zwykle zostawiają je otwarte, żeby wyschły.

214

- Bardzo dobrze.

Kiedy  otworzyłyśmy  oczy,  nie  patrzyłam  na  ekran,  ale  na  naszego  nauczyciela  i  zastanawiałam  się,
jak on może tak przepytywać Bex, testować ją, jakby nigdy nic. Sama już nie wiedziałam, czy mam
mu zazdrościć, czy go nienawidzić, ale ani na jedno, ani na drugie nie miałam czasu, bo polecił:

- Zamknąć oczy.

Słyszałam jego kroki i nie mogłam pojąć, jak może tak po prostu sobie stać, kiedy ja miałam ochotę
uciec.

- Panno Morgan, co się nie zgadza na tym zdjęciu?

- Eee... ja nie... to znaczy, ja...

Nie zgadzało się to, że od paru dni nie byłam w stanie spojrzeć swojej najlepszej przyjaciółce prosto
w  oczy.  Nie  zgadzało  się  to,  że  ludzie  tacy  jak Abe  Baxter  umierają,  a  świat  żyje  dalej  własnym
życiem  i  nawet  nie  wie,  jak  wiele  takie  osoby  poświęcają.  Nie  zgadzało  się  tyle  rzeczy,  że  nie
wiedziałam, od czego zacząć.

- Dobrze. To może panna Bauer?

- Filiżanka na brzegu stołu"- odparła Courtney.

- Co z nią?

- Rączka skierowana jest w złą stronę.

- Prawda - przyznał pan Solomon, włączając światło, które nas oślepiło.

Nasze wewnętrzne zegary były zgodne: to jeszcze nie był koniec lekcji.

background image

- Mam dziś coś dla was, moje panie - oznajmił, wręczając pierwszym ławkom stertę papierów.

Liz natychmiast podniosła rękę.

- Nie, panno Sutton - powiedział, zanim Liz zdążyła zadać pytanie. - To nie test i to nie jest na ocenę.
Na potrzeby szkoły musicie czarno na białym zadeklarować, czy w przyszłym semestrze zamierzacie
kontynuować tajne misje.

210

Dziewczyny wokół mnie zaczęły wypełniać formularze

- krzyżyk tu, podpis tam, tymczasem pan Solomon wyszedł na środek sali.

- Moje panie... - przerwał, skupiając na sobie nasz wzrok. - Mój kolega, pan Smith, zwykł mówić:
„To wielki świat pełen ciemnych zakamarków i trwałych wspomnień"

- przerwał znów i przyjrzał się nam, a ja dałabym sobie głowę uciąć, że na mnie patrzył nieco dłużej.
- Więc nie podejmujcie tej decyzji pochopnie.

Bex szturchnęła mnie w ramię, a kiedy się odwróciłam, pokazała mi kciuki i bezgłośnie powiedziała
„Super!"

Spojrzałam  znów  na  formularz,  który  trzymałam  w  rękach,  potarłam  papier  i  próbowałam  wyczuć,
czy z tuszu nie paruje się zapach trucizny.

To tylko papier, powiedziałam sobie. Zwyczajny papier. Ale właśnie wtedy to do mnie dotarło i aż
ciarki  przeszły  mi  po  plecach  -  formularz  nie  był  na  znikopapierze.  On  nie  miał  się  rozpłynąć  i
zniknąć. Uchwyciłam spojrzenie Joego Solomona i jestem pewna, że zrozumiał moje odkrycie -

to  miała  być  trwała  decyzja.  I  mimo  że  tego  papieru  nie  można  było  zjeść,  poczułam  w  ustach
niesmak.

Rozdział 23

Może  wam  się  wydawać,  że  jak  się  jest  dziewczyną  z  Gallagher  umawiającą  się  z  chłopakiem  z
Roseville, to najlepszą rzeczą na świecie, jaka może się przydarzyć, jest Tina Walters podbiegająca
do was przy śniadaniu i oznajmiająca:

- Cammie, rozmawiałam z twoją mamą i powiedziała, że możemy w sobotę wszystkie wybrać się do
miasta! Tak się może wam wydawać, ale jesteście w błędzie. W każdej chwili spędzonej w mieście
rojącym się od dziewcząt z Gallagher ryzykowałam, że one mogły zobaczyć mnie z Joshem albo Josh
mnie razem z nimi. Spojrzałam na siedzącą za stołem Bex. Poczułam smutek, który towarzyszył mi już
kilka dni i chociaż Liz szepnęła: „Cam, to wielkie ryzyko", wiedziałam, że muszę tam pójść.

Potrzebowałam tych paru godzin zapomnienia.

background image

W  sobotni  ranek  w  pokojach  wrzało,  gdy  dziewczyny  uzupełniały  listy  świątecznych  zakupów  i
sprawdzały repertuar kina. (Ja oczywiście obydwa filmy już widziałam z Joshem). Część dziewczyn
pojechała  furgonetkami  Akademii,  ale  ja  postanowiłam  przejść  się  razem  z  resztą  naszej  klasy  i
dziwiłam się, jak odmiennie wygląda znajoma droga w świetle dnia.

212

Gdy doszłyśmy na obrzeża miasteczka, zaczęłam masować skronie.

- Au - poskarżyłam się - głowa mi pęka. Macie może aspirynę?

Dziewczyny przeszukały kieszenie i torebki, ale żadna nie miała tabletek.

(Pewnie dlatego, że poprzedniego wieczoru im je powykradałam).

- Idźcie beze mnie - powiedziałam, gdy doszłyśmy do rynku. - Wstąpię do apteki.

To nie kłamstwo.

- Film zaczyna się za dziesięć minut - przypomniała Bex.

Tymczasem ja już szłam w drugą stronę, wołając do nich:

- Spotkamy się na miejscu.

Jeśli  chodzi  o  plany,  to  ten  był  całkiem  niezły.  Mogłam  spędzić  z  Joshem  dwie  godziny,  potem
wśliznąć się do sali kinowej, w drodze do domu powiedzieć coś na temat filmu i dziewczyny nigdy
się nie domyślą, że w ogóle mnie tam nie było.

Drzwi otworzyły się przy dźwięku dzwonków. Nigdy wcześniej nie byłam w aptece z Joshem. Lepiej
było  nie  spotykać  się  z  nim  akurat  tam,  ale  powiedział,  że  tata  zmusza  go  do  pracy  w  soboty,  a
wyjście do miasta było zbyt dobrą okazją, żeby jej nie wykorzystać.

Podeszłam do kontuaru i odezwałam się do stojącej za nią kobiety:

- Dzień dobry, czy jest Josh?

-  Witaj,  Cammie  -  usłyszałam  za  plecami  męski  głos.  Odwróciłam  się  i  ujrzałam  pana  Abramsa
idącego

w moją stronę. Miał na sobie biały fartuch z wyszytym nad kieszenią swoim nazwiskiem. Poczułam
się tak, jakbym zaraz miała mieć czyszczenie zębów.

- Co za miła niespodzianka.

218

background image

- Dzień dobry panu.

- Czy to jest twoja pierwsza wizyta w naszej małej aptece?

- Tak, pierwsza. Jest... - rozejrzałam się wśród syropów na kaszel, kartek z życzeniami i bandaży na
każdą okazję - ...bardzo ładna.

Pan Abrams aż się rozpromienił.

- Josh pojechał z dostawą. Powinien zaraz wrócić. A tymczasem zapraszam cię za kontuar. Zamów
sobie lody, na jakie tylko masz ochotę, na koszt firmy. Co ty na to?

Spojrzałam na stojącą za jego plecami pod ścianą staromodną lodówkę.

- Bardzo chętnie!

To zdecydowanie nie kłamstwo. Pan Abrams uśmiechnął się i ruszył w kierunku wąskich schodów,
ale odwrócił się jeszcze i powiedział:

- Wpadaj tutaj, kiedy tylko zechcesz, Cammie. Zniknął za rogiem, a mnie prawie zrobiło się smutno,

że sobie poszedł.

Szyba,  za  którą  były  lody,  gładko  przesuwała  się  pod  moimi  palcami,  gdy  szłam  równolegle  do
wielkiego  lustra  wiszącego  za  barem.  Kobieta  zza  lady  podążała  za  mną,  a  gdy  wdrapałam  się  na
jeden ze starych metalowych stołków, włożyła fartuch.

Nad  barem  wisiał  napis  „Serwujemy  coca-colę  od  1942  roku".  Z  wysokiej  szklanki  wystawało
mnóstwo słomek. Kobieta nawet nie mrugnęła, gdy zamówiłam podwójny czekoladowy deser, a ja po
raz pierwszy od tygodni poczułam się prawie normalnie. Na zewnątrz był zimny listopa-dowy dzień,
ale  przez  sklepową  witrynę  wpadały  promienie  słoneczne  i  ogrzewały  moją  skórę,  kiedy
rozkoszowałam się lodami i popadałam w kojący błogi trans.

Nagle usłyszałam dźwięk malutkich mosiężnych dzwoneczków przy drzwiach.

214

Nie  odwróciłam  się,  bo  nawet  nie  musiałam.  Kobieta,  która  mnie  obsługiwała,  zdjęła  fartuszek  i
podeszła  do  kontuaru,  a  moja  ręka  z  łyżeczką  zawisła  w  połowie  drogi  do  ust,  gdy  zobaczyłam
odbicie Anny Fetterman w lustrze za barem.

- Czy może mi pani pomóc? - spytała Anna, gdy kobieta podeszła bliżej. -

Muszę uzupełnić inhalator.

- Oczywiście, skarbie. - Odebrała od Anny jakąś karteczkę. - Sprawdzę i za momencik wracam.

background image

Zdążyłam  już  ześlizgnąć  się  ze  stołka  i  schować  za  wystawką  pieluch  dla  dorosłych,  kiedy  zdałam
sobie sprawę, że tak naprawdę moim jedynym przewinieniem było jedzenie lodów zbyt wcześnie po
obiedzie, a wierzcie mi, że Anna widziała mnie już jedzącą dużo większe ilości (przypomniał

mi  się  pewien  incydent  z  doritos,  tryskającym  serem  i  igrzyskami  zimowymi).  Więc  właśnie
postanowiłam powiedzieć „cześć", gdy usłyszałam coś, co mnie zmroziło.

Znów rozległy się dzwoneczki, a ja przez apteczne półki dojrzałam DeeDee i całą chmarę chłopaków
z potańcówki w stodole. Ale wcale nie podeszli do okienka. Nie! Oni już przy wejściu znaleźli to,
czego szukali.

- Hej, czy ja ciebie gdzieś nie widziałem? - zapytał Dillon, ale pytanie nie było skierowane do mnie.

Gorzej,  było  skierowane  do Anny  i  nie  było  to  niewinne  pytanie.  Słowa  brzmiały  zbyt  ostro,  a  ton
głosu był drapieżny. Dillon podszedł bliżej do Anny i powiedział:

- A nie, zaraz, ty nie chodzisz do mojej szkoły. - W lustrze nad barem widziałam, jak zapędzał Annę
pod półki. - Założę się, że chodzisz do Akademii Gallagher.

Anna przycisnęła do siebie torebkę, jakby miała zaraz uciec.

-  Jaka  ładna  torebka  -  drażnił  się  dalej  -  tatuś  ci  kupił?  Tata  Anny  jest  nauczycielem  biologii  w
ósmych klasach w Dayton w Ohio, ale tego Dillon nie mógł wiedzieć,

220

a Anna nie mogła go uświadomić. Trzymała się swojej przykrywki tak samo mocno, jak ja swojej.

Reszta chłopaków zaczęła się śmiać, a ja zrozumiałam, dlaczego dziewczęta z Gallagher i chłopcy z
miasta nie powinni się spotykać.

Anna zrobiła krok w tył, bo mimo prawie czteroletniego kursu samoobrony nie skrzywdziłaby muchy.
Tego  popołudnia  miasto  aż  roiło  się  od  dziewcząt  z  Gallagher,  ale  Dillon  i  jego  kumple  upatrzyli
sobie akurat Annę. To nie był przypadek, była sama i bezbronna, więc ktoś taki jak Dillon próbował
oczywiście oddzielić ją od grupy.

- Ja chciałam tylko... - próbowała coś powiedzieć, ale wydała z siebie tylko szept.

- Co mówisz? - zapytał Dillon. - Nie usłyszałem.

- Ja... - wyjąkała.

Chciałam  podejść  do  niej,  ale  zupełnie  mnie  sparaliżowało.  Tkwiłam  w  połowie  drogi  między
byciem przyjaciółką a byciem uczącą się w domu właścicielką kotki o imieniu Suzie. Gdybym była
po prostu albo jedną, albo drugą, mogłabym coś zrobić, ale zamiast tego powtarzałam sobie w kółko:
Da sobie radę, da sobie radę, da sobie...

background image

- Co się stało? Nie uczą was mówić w Akademii? - zakpił Dillon.

Strasznie  chciałam,  żeby  Anna  odgryzła  się  teraz  po  arabsku,  japońsku  czy  persku,  ale  ona  tylko
wciąż się cofała... Potrąciła łokciem pudełko plastrów, które zachwiało się na krawędzi półki.

Przesuwając się pomalutku w stronę drzwi, wymamrotała:

- To ja wrócę po...

Ale kilku kolesiów Dillona zastąpiło jej drogę, otaczając ją murem purpurowych sportowych kurtek,
a ja już zupełnie straciłam ją z oczu.

216

Da sobie radę, powtórzyłam sobie, trzymając kciuki, żeby to była prawda.

I tak się stało, bo rozległy się dzwoneczki, a do środka weszła Macey McHenry.

- Cześć, Anna.

Z  tego  co  wiem,  Macey  nie  powiedziała  nigdy  do Anny  Fetterman  więcej  niż  dwa  słowa,  ale  gdy
teraz  się  pojawiła,  jej  głos  był  delikatny  i  swobodny,  jakby  była  najlepszą  przyjaciółką  tej  małej
drobnej dziewczyny.

- Co się dzieje?

Czterech chłopaków odsunęło się od Anny i wycofało. Może dlatego, że Macey zrobiła wielki balon
z gumy do żucia, który pękł przy samej twarzy Dillona, a może dlatego, że nigdy w życiu nie widzieli
na żywo tak ślicznej dziewczyny. Dillon jednak tkwił w miejscu.

- Aha! - powiedział z durnowatym uśmieszkiem, skanując Macey wzrokiem od stóp do głów. - Ona
ma przyja-ciółeczkę.

Anna spojrzała na Macey, jakby spodziewała się, że ta zaraz powie: Kogo, mnie? Ja nie jestem żadną
jej przyjaciółką. Ale Macey zlustrowała apteczne półki i podała Annie fiolkę witaminy C.

- Naprawdę powinnaś zacząć to brać.

Potem poszła dalej wzdłuż regałów, kompletnie ignorując Dillona i jego kumpli, którzy tylko czekali
na sygnał od przywódcy.

-  Powinienem  się  domyślić,  że  Akademia  Gallagher  nie  wypuściłaby  swoich  skarbeczków
pojedynczo - zadrwił Dillon.

Macey  obdarzyła  go  tylko  jednym  ze  swoich  uroczych  uśmiechów  i  powiedziała,  zerkając  na  jego
kolesiów:

background image

- No tak, nie jesteśmy takie dzielne jak wy.

-  Jakiś  problem?  -  Znałam  ten  głos,  ale  tego  akcentu  Bex  używała  tylko  w  bardzo  wyjątkowych
okolicznościach.

217

Do dziś nie wiem, jak weszła przez drzwi, nie poruszając dzwoneczków, ale weszła i przechodziła
właśnie  koło  półki  z  lekami  na  przeziębienie,  a  potem  stanęła  po  drugiej  stronie Anny.  Nie  wiem,
czemu nie była wtedy w kinie, i mało mnie to obchodziło.

Teraz było już trzy na czterech i Dillonowi najwyraźniej nie pasował taki układ sił. Mimo to spojrzał
na Bex i powiedział:

- Co się stało? Jacht wam się zepsuł czy coś takiego? -Zarechotał, a wraz z nim jego kumple.

Rżeli tak tym kretyńskim śmiechem, aż odezwała się Macey:

- Nic mi o tym nie wiadomo.

- A wy, chłopcy, przyszliście tu poflirtować z Anną? -spytała Bex z udawanym wdziękiem.

Popchnęła przerażoną Annę w stronę grupy, mówiąc:

- No, Anno, powiedz chłopcom coś o sobie.

- Mam chłopaka! - wypaliła tonem, który przekonał mnie, że z pewnością nie kłamałarZamurowało
mnie. Bex również i nawet Macey potrzebowała sekundy, by dojść do siebie. Anna ma chłopaka?

Przez cały ten czas ani razu nie pomyślałam, że któraś z koleżanek z klasy może mieć chłopaka, a już
na pewno nie Anna.

- Ma na imię Carl - dodała.

- Przykro mi, chłopaki - powiedziała Bex, obejmując Annę. - Carl był

pierwszy.

- Ach! Więc one mają chłopaków. A powiedz mi, czy Carl jest stąd? -

zapytał Dillon, jakby chciał, żeby dopuszczono go do tajemnicy. -

Lubicie, dziewczyny, zadawać się z przeciętniakami?

- To z pewnością Carl Rockefeller - dodała Macey, a Bex ścisnęła Annę mocniej, aż ta powiedziała:

223

background image

- Owszem. Carl Rockefeller. Znamy się z fizyki... - kolejny mocny uścisk, tym razem z paznokciami -
...znaczy, z żaglówki, z klubu - poprawiła się Anna

Dwa klepnięcia w ramię oznaczały, że wypadła nieźle.

-  Hej  -  zawołał  Dillon,  wychodząc  przed  szereg,  jakby  znudziło  mu  się  już  to  lanie  wody.  -
Zastanawiam się, czy może znacie kogoś, kogo ja znam...

Umilkł,  przysunął  się  bliżej  nich,  a  ja  wiedziałam,  po  prostu  wiedziałam,  że  chodzi  mu  o  mnie.
Tymczasem on wypalił:

- Królową Anglii?

No, w zasadzie to Bex poznała kiedyś królową, ale oczywiście nie miała zamiaru mu o tym mówić.
Stała  spokojnie,  gdy  Dillon  zaśmiewał  się  z  kumplami  z  dowcipu,  sprawiając,  że  stał  się  jeszcze
mniej śmieszny.

- Słonko, już mam ten twój... - Kobieta za kontuarem zatrzymała się gwałtownie na widok czterech
chłopaków otaczających trzy dziewczyny.

Jedynym  dźwiękiem  był  teraz  szelest  białej  torebki  z  lekiem  dla  Anny,  którą  kobieta  trzymała  w
dłoniach.

- Dziękujemy - powiedziała Bex, przechwytując paczuszkę. - Czegoś jeszcze potrzebujesz? - spytała
Annę, która skinęła tylko głową, a na policzki powoli zaczął jej wracać naturalny kolor.

- A wy - Macey zwróciła się do Dillona - macie już to, po co przyszliście?

Nie czekały jednak na odpowiedź i przeszły obok regału z czasopismami -

z okładki „Newsweeka" spoglądała Macey z resztą rodziny McHenrych, a tytuł brzmiał: Najbardziej
wpływowa rodzina w Ameryce?

Dillon spojrzał na okładkę, potem na nią. Macey zakołysała biodrami.

- Dziękujemy za głosy.

219

Jeszcze  długo  po  ich  wyjściu  wciąż  słyszałam  dźwięczenie  dzwoneczków.  Patrzyłam,  jak  Anna
odchodzi ze swoimi wybawczyniami

- jej przyjaciółkami. Na moim nadgarstku nagle zacisnęła się czyjaś dłoń i usłyszałam głos Josha:

- Cześć.

Kątem  oka  dostrzegłam  jego  odbicie  w  lustrze,  ale  to  za  oknem  był  ktoś,  od  kogo  nie  potrafiłam

background image

oderwać wzroku. Na chodniku stała Liz i gapiła się na mnie przez szybę, jakby kompletnie mnie nie
znała. Albo nie chciała znać.

- Co się stało? - spytał Josh, gdy w końcu na niego spojrzałam. - Po co ci to wszystko? - Wskazał na
sześć  fiolek  aspiryny,  które  bezwiednie  trzymałam  w  rękach  zapewne  z  zamiarem  rzucania  nimi  w
Dillona i jego kumpli niczym śnieżkami, gdyby nie nadeszła pomoc.

- Ach. - Spojrzałam na fiolki. - Pozrzucałam je i właśnie podnosiłam.

- Nic nie szkodzi - powiedział i odstawił leki na miejsce.

Odwróciłam się do okna, ale Liz już tam nie było.

Rozdział 24

Tego wieczoru wiało chłodem - dosłownie i w przenośni.

We  wszystkich  pomieszczeniach  palił  się  ogień,  podkolanówki  zamieniłyśmy  na  rajstopy,  a  każde
okno  pokrywał  szron,  uniemożliwiając  nam  wyglądanie  na  zewnątrz. Ale  nic  tak  nie  przyprawiało
mnie  o  dreszcze  jak  wyraz  twarzy  Liz.  Przez  kilka  dni  miałam  wrażenie,  jakby  wciąż  dzieliła  nas
apteczna szyba; zachowywała się tak, jakby mnie wcale nie znała.

Kiedy we wtorkowy wieczór po kolacji weszłam do laboratorium chemicznego, Liz już tam była.

- O, fajnie, że jesteś. - Starałam się, żeby brzmiało to radośrue. Zebrałam swoje rzeczy i przeniosłam
się do stolika naprzeciwko niej.

Oczy zasłaniały jej okulary ochronne i nawet nie podniosła głowy.

- Ziemia do Liz - spróbowałam jeszcze raz, ale odwróciła się ode mnie.

- Nie mam czasu pomagać ci z zadaniem domowym, Cammie -

oświadczyła i być może tylko mi się wydawało, ale mogłabym przysiąc, że zmroziło nagle wszystkie
zlewki.

226

- Nie szkodzi - odparłam - chyba sobie poradzę. Przez długi czas pracowałyśmy w milczeniu, aż w
końcu powiedziała:

- To był kumpel Josha, prawda?

Nawet nie musiałam pytać, kogo miała na myśli.

-  Tak,  mieszkają  obok  siebie.  Poznałam  go  wcześniej  i  właśnie  dlatego  nie  mogłam  narażać  na
szwank...

background image

- Fajny kumpel - warknęła Liz.

- Mocny w gębie - powtórzyłam słowa Josha - ale niegroźny.

Głos Liz drżał, gdy mówiła:

- Idź i powiedz Annie, jaki on niegroźny. Oczywiście wieść o tym, co spotkało Annę w aptece,

obiegła szkołę w tempie błyskawicy i Anna uznawana była teraz prawie za bohaterkę, dzięki temu, że
Bex i Macey opowiadały, że kiedy tam dotarły, Anna miała pełną kontrolę nad sytuacją.

Ale między mną a Liz ta wersja była nie do przyjęcia. Obie wiedziałyśmy, jak było naprawdę.

- Gdyby zrobiło się gorąco, tó wtedy mogłabym...

- Mogłabyś czy byś?- spytała Liz.

Nigdy wcześniej różnica między tymi dwoma słowami nie była tak ogromna.

- Bym - zapewniłam - przerwałabym to.

- Nawet za cenę utraty Josha? - Nie zadawała mi tego pytania, które interesowało ją najbardziej: czy
gdyby to ona była ofiarą takich zaczepek, to stanęłabym w jej obronie? Gdyby doszło do konfrontacji
prawdziwej mnie z moją przykrywką, którą bym wybrała?

Na tyłach laboratorium rozsunęły się szklane drzwi i pojawiła się Macey.

- Cześć, tak myślałam, że was tu znajdę...

-  To  zabrnęło  za  daleko,  Cammie  -  powiedziała  Liz,  energicznie  mieszając  składniki,  aż  cała
mikstura zaczęła

222

bulgotać i zmieniać kolory jak w jakimś kotle wiedźmy -posunęłaś się za daleko.

- Ja się posunęłam za daleko? To nie ja wysadzałam w powietrze samochody.

- Chwila! - sprzeciwiła się Liz - sądziłyśmy, że był wa-bikiem!

- Nie! - Pokręciłam głową. - Sądziłyśmy, że był chłopakiem.

Zebrałam swoje rzeczy.

- Sądziłyśmy, że był tego wart. I wiesz co? Był!

- Jasne! - zawołała za mną Liz. - Nigdy nie przypuszczałam, że jesteś kimś, kto wybrałby chłopaka
zamiast swoich przyjaciółek!

background image

- Hej, uspokójcie się! - wtrąciła Macey.

- A ja nie sądziłam, że mam przyjaciółki, które każą mi wybierać!

Gdy już byłam przy drzwiach, usłyszałam, jak Liz coś mówi, ale Macey jej przerwała:

-  Ej,  geniuszko,  nie  masz  zielonego  pojęcia,  do  jakich  poświęceń  ona  jest  zdolna  dla  swoich
przyjaciół.

- A ty co... - chciała odgryźć się Liz, ale po chwili głos jej nieco zmiękł i spytała: - O co chodzi? Co
ty wiesz?

Odpowiedź Macey nie pozostawiała pola dla spekulacji:

- Powiem tylko tyle: zostaw ją w spokoju.

Drzwi przesunęły się, a ja usłyszałam jeszcze, jak Liz mówi: „W

porządku".

Nie  zatrzymałam  się  ani  nie  zwolniłam,  aż  doszłam  do  składziku  we  wschodnim  korytarzu.
Odsunęłam  zapas  długich  świetlówek,  chwyciłam  z  górnej  półki  latarkę  i  odnalazłam  poluzowany
kamień, który odkryłam kiedyś w pierwszej klasie, szukając Onyksa, kota Buckingham.

Kamień  był  zimny,  a  gdy  ściana  przesunęła  się,  poczułam  nagły  podmuch.  Pod  drzwiami  za  mną
prześlizgiwała

223

się jakaś nędzna resztka światła, ale szybko ginęła w głębokiej ciemności.

Godzinę później stałam na zacienionej Bellis Street, trzęsąc się w ciemnościach.

Co chciałam osiągnąć, przedostając się przez tajemny tunel, wdrapując na ogrodzenie i obserwując
po ciemku dom Josha? Nie miałam pojęcia.

Stałam  tam  jak  jakaś  kre-tynka  (nawet  kretynka,  która  jest  świetna  w  ukrywaniu  się,  może  w  takiej
sytuacji czuć się dość głupio).

To jest chyba odpowiedni moment, by zaznaczyć, że chociaż wygląda to tak, jakbym się czaiła, było
zupełnie  inaczej.  Czają  się  obrzydliwi  goście  z  owłosionymi  twarzami  i  poplamionymi  koszulami.
Geniusze  po  trzech  latach  szkolenia  ze  ściśle  tajnych  technik  szpiegowskich  się  nie  czają  -  my
inwigilujemy.

(No dobra, może i się czaiłam... trochę).

W kuchennym oknie białe zasłony były rozsunięte i widziałam mamę Josha myjącą naczynia. Gdy do

background image

kuchni  wszedł  Josh,  matka  dmuchnęła  w"niego  mydlinami,  a  on  się  roześmiał.  Pomyślałam  o  Bex,
która  pewnie  też  teraz  się  śmiała,  o  mamie,  która  płakała  tylko  w  ukryciu,  i  o  swoim  życiu  -  tym,
które  miałam,  i  tym,  jakiego  chciałam.  Trzęsłam  się  z  zimna,  patrzyłam,  jak  Josh  się  śmieje,  i
zaczęłam płakać.

Ale takie jest prawo dziewczyny, nie? Popłakać sobie czasem bez powodu. Jeśli się nad tym dobrze
zastanowić,  to  ono  powinno  być  wpisane  do  konstytucji.  Może  włamię  się  kiedyś  do  archiwów
państwowych i je dopiszę. Bex z pewnością by mi pomogła i jakoś nie wydaje mi się, żeby twórcy
konstytucji mieli coś przeciwko temu.

Rozdział 25

Egzaminy końcowe i związany z nimi stres sprawiły, że aż do kolacji następnego wieczoru właściwie
nie widywałam Liz. Usiadła koło mnie z kawałkiem pizzy w dłoni i spytała:

- Dokąd poszłaś wczoraj wieczorem? - Nie czekając na odpowiedź, dodała: - Spotkać się z Joshem?

Przytaknęłam.

- Ale nie zerwałaś z nim, co? - Wydawało się, jakby naprawdę ją to obchodziło.

- Nie - powiedziałam zdziwiona.

-  To  dobrze.  -  Musiała  wyczuć  moje  zdziwienie,  bo  dodała:  -  On  jest  dla  ciebie  dobry,  a  ty  na  to
zasługujesz.

Rozejrzała się po głównym holu pełnym podobnych do nas dziewczyn.

- Wszystkie na to zasługujemy. No, pomyślałam, chyba tak.

Zerknęłam na siedzącą obok mnie, śmiejącą się Bex. Wszystkie zasługujemy na śmiech, miłość i takie
przyjaciółki jak te, które miałam obok siebie. Ale kiedy tak na nią patrzyłam, nie mogłam oprzeć się
myśli, czy gdyby wiedziała to, co ja wiem, nadal potrafiłaby tak cieszyć się z życia. Zastanawiałam
się, czy gdyby losy naszych ojców zostały za-230

mienione,  to  nasze  osobowości  też  by  się  zamieniły.  Czy  to  ja  stałabym  teraz  w  głównym  holu,
patrząc  na  Annę  Fetterman  demonstrującą,  jak  to  obroniła  się  przed  zgrają  dwudziestu
rozwścieczonych miastowych (bo do tego czasu ta grupka znacznie się powiększyła)? Czy wtedy Bex,
śliczna Bex, byłaby kameleonem?

- Panno Baxter! - Odwróciłam się i zobaczyłam profesor Buckingham.

Poczułam, jak moje serce dosłownie zamiera. (Wiem, że to możliwe, pytałam Liz). Pędziła do nas jak
huragan.

Spojrzałyśmy na siebie z Macey. Niewypowiedziany strach zawisł

background image

między  nami  jak  zapach  oliwy  albo  topiącego  się  sera,  a  koło  mnie  siedziała  niewzruszona  Bex.
Wtedy zrozumiałam potęgę tajemnicy.

Buckingham zbliżała się, a ja starałam się wyczytać coś z jej oczu, ale były zimne i nieprzeniknione
jak kamień.

- Panno Baxter, właśnie otrzymałam telefon... - Przeniosła wzrok na mnie

- ...od pani ojca.

Do płuc wróciło mi powietrze, a krew znów zaczęła krążyć w żyłach.

Jestem pewna, że Buckingham mrugnęła do mnie.

- Kazał cię pozdrowić.

Łokcie opadły mi na stół, Macey odczuła taką samą ulgę. Już po wszystkim.

- Aha - powiedziała Bex, nie przestając przeżuwać -to miło.

Nigdy nie dowie się, jak miło.

Spojrzałam w stronę głównego stołu, za którym mama uniosła szklankę, patrząc na mnie. A Bex nie
odetchnęła, nie zmówiła modlitwy, nie zrobiła nic z tych rzeczy, na które ja sama miałam ochotę, ale
to nieistotne.

Liczyło się to, że jej ojciec znów był w kontakcie, jakby w ogóle nic się nie wydarzyło.

Gdy dwadzieścia minut później zbierałyśmy się z Bex do wyjścia, prawie wszyscy już dawno poszli
na górę.

226

- To co chcesz teraz robić? - spytała.

- Właściwie cokolwiek. - Naprawdę tak myślałam.

Wyszłyśmy z holu i bez znaczenia było to, dokąd się wybieramy.

Byłyśmy wyszkolone i młode i miałyśmy całe życie na przejmowanie się problemami dorosłych. W
tamtej chwili miałam po prostu ochotę świętować z moją najlepszą przyjaciółką, nawet jeśli ona nie
znała powodu tej radości.

- Weźmy tyle lodów, ile zdołamy unieść i...

Ale wtedy zobaczyłam Liz zbiegającą po krętych schodach i wołającą:

- Cammie! - Zupełnie jakby nie widziała, że już się zatrzymałam.

background image

A potem wyszeptała czy raczej próbowała wyszeptać, bo daję sobie rękę uciąć, że wszyscy w szkole
ją słyszeli:

- Chodzi o Josha.

Wojny są wygrywane i przegrywane, próby zamachów udaremniane, a kobiety unikają pojawienia się
na  jednej  imprezie  w  takich  samych  sukienkach,  a  to  wszystko  dzięki  naprawdę  niezłemu  sprytowi.
Dlatego poświęcamy mu wiele z naszych lekcji. Jednak kiedy Liz zaciągnęła mnie do naszego pokoju,
zrozumiałam, że nie doceniałam sprytu, dopóki nie spojrzałam na ekran.

- Było już tu, kiedy wróciłam z kolacji.

Biedna Liz: tak niesamowicie się napracowała, żeby włamać się do systemu Josha, a teraz patrząc na
nią, wiedziałam, że dałaby wszystko, żeby móc to cofnąć. Czasami lepiej jest nie wiedzieć, niestety,
w przypadku szpiegów niewiedza jest zwykle zgubna.

„Od D'Mana Do JAbramsa

Opamiętałeś się już? Powtarzam ci - widziałem ją na własne oczy. Musisz mi teraz uwierzyć. Ona

232

chodzi do Akademii Gallagher!!! Okłamuje cię! Jak możesz bardziej wierzyć jej niż mnie?"

„Od JAbramsa Do D'Mana

Ufam  Cammie.  Wierzę  jej.  Pewnie  tylko  ci  się  wydawało,  że  widziałeś  ją  z  tymi  dziewczynami  w
sobotę. Ona ich nawet nie zna. Wierz mi. Daj już spokój."

Odpowiedź Dillona zawierała się w jednym zdaniu.

„Od D'Mana Do JAbramsa

Dziś wieczorem o 9.00. Będą dowody!"

Zaczynałam  już  panikować,  co  nie  bardzo  wypada  szpiegowi,  ale  za  to  wypada  dziewczynie,  więc
uznałam,  że  korzystam  właśnie  z  kobiecych  praw.  „Dowody",  którymi  zwykle  w  filmach  dla
młodzieży  dysponują  nastolatki,  to  zazwyczaj  jakieś  nagranie  i/lub  kobieca  bielizna,  więc
zawołałam:

- O rany! - I zaczęłam rozglądać się za notatkami Liz.

Na pewno gdzieś w tym zbiorze wiedzy muszą być instrukcje, co robić, gdy zostajesz całkowicie i
nieodwołalnie zdemaskowana.

Wiedząc, że misja była poważnie zagrożona, agentki stworzyły listę rozwiązań, która zawierała, co

background image

następuje (chociaż to nie wszystko, co się na niej znalazło):

A.  Błędne  pokierowanie:  wykorzystuje  podejście  typu  „widocznie  zobaczyłeś  kogoś,  kto  jest  do
mnie podobny". Agentka mogłaby wcielić się
 w  postać  Cammie,  przeleźć  przez  mur,  a  siedząca  z
Joshem i Dillonem
 Cammie powiedziałaby na jej widok: „To ją widziałeś?" (Metoda szczególnie
efektywna, gdy obiekt jest krótkowidzem).

228

B. Współczucie: technika z powodzeniem wykorzystywana od wieków nie tylko przez szpiegów, ale
również podstawowa zagrywka nastolatek.

Rozmowa  prawdopodobnie  przebiegałaby  tak:  JOSH:  Cammie,  czy  to  prawda,  że  chodzisz  do
Akademii Gallagher, tego 
 zbiorowiska obrzydliwie zepsutych panienek, i nie masz lekcji w domu,
jak mi kiedyś powiedziałaś?

CAMMIE: (Nagle wybucha płaczem. Uwaga: płacz jest bardzo istotny!) Tak, to prawda. Chodzę do
Akademii Gallagher, ale nikt tam mnie nie 
 rozumie. To nie jest szkoła... (dramatyczna przerwa), to
więzienie. Zro-zumiem, jeśli nigdy więcej nie będziesz chciał mnie widzieć.

JOSH:  Jakże  miałbym  nie  chcieć  cię  widzieć,  Cammie?  Ja  cię  kocham  i  jeśli  to  możliwe,  teraz
kocham cię jeszcze bardziej.

C.  Eliminacja:  Dillon  vel  D'Man  może  zostać  „zdjęty".  (Ta  opcja  nie   spotkała  się  z  ogólnym
uznaniem).

Wszystkie  opcje  były  całkiem  niezłe  (no,  może  nie  C,  ale  czułam,  że  jestem  winna  Bex,  żeby
przynajmniej  ją  zapisać),  ale  im  więcej  o  nich  myślałam  i  im  bliżej  było  do  dziewiątej,  tym  lepiej
rozumiałam, że jest jeszcze jedno wyjście. Takie, którego nie opisałyśmy.

Josh  i  Dillon  przyjdą  szukać  dowodu  i  chociaż  plotka  o  tym,  że  ochrona  zainwestowała  ostatnio  w
zatrute strzały, prawdopodobnie nie była prawdziwa, to i tak nie chciałam nawet myśleć, co by się
stało, gdyby Josh przyszedł mnie szukać - teraz czy kiedykolwiek. Więc już naprawdę miałam tylko
jedno wyjście.

-  Niedługo  wracam  -  powiedziałam,  wsuwając  do  kieszeni  kolczyki  od  Josha  i  sięgając  po  swój
srebrny krzyżyk, żeby do końca trzymać się swojej przykrywki.

229

Kiedy podchodziłam do drzwi, Bex zawołała:

- Co mu powiesz?

Nawet nie przystanęłam, mówiąc:

- Prawdę.

background image

Rozdział 26

Oczywiście nie miałam na myśli „prawdy, całej prawdy i tylko prawdy".

Chodziło mi bardziej o taką prawdę czerwonego alarmu - w wersji skróconej. Szpiegowską prawdę.

Tak, chodzę do Akademii Gallagher. Tak, okłamywałam cię.

Tak, nie możesz wierzyć w nic, co mówiłam czy robiłam.

Ale  z  prawdą  szpiegowską  jest  jeszcze  inaczej:  czasem  nie  wystarczy  osiągnąć  celu  misji.  Czasem
potrzeba czegoś więcej i chociaż nie chciałam tego robić, to może związek, który rozpoczął się od
kłamstwa, powinien kłamstwem się skończyć.

Ńife, tak naprawdę nigdy cię nie kochałam.

Nie, nie obchodzi mnie to, że cierpisz.

Nie, nie chcę cię nigdy więcej widzieć.

Jak na poniedziałkowy wieczór, szkoła wydawała się wyjątkowo cicha i pusta. Moje kroki odbijały
się  echem  w  słabo  oświetlonych  korytarzach,  ale  nie  przerażał  mnie  ten  dźwięk.  Czekały  na  mnie
tunele i Josh, i koniec czegoś, co tak pielęgnowałam.

Zanim wspięłam się po raz ostatni na mur, musiałam pozbyć się czegoś, czego nie mogłam wynieść
na zewnątrz.

236

Gabinet pana Solomona nie był mi po drodze, ale jednocześnie był

wystarczająco blisko. Sięgnęłam do tylnej kieszeni dżinsów i wyciągnęłam złożony formularz, który
dał nam pan Solomon i który wszyscy, poza mną, już dawno oddali. Był pognieciony - przez ostatnie
tygodnie nosiłam go ze sobą wszędzie - niepodpisany i niewypełniony.

Dwadzieścia cztery godziny wcześniej bałam się nawet na niego spojrzeć, ale w życiu szpiega może
w tym czasie tak dużo się wydarzyć - ojciec może zostać wskrzeszony, przyjaźń może trwać i umrzeć,
prawdziwa miłość może rozpuścić się jak papier, na którym pisze się miłosne liściki.

Dwadzieścia  cztery  godziny  wcześniej  siedziałam  na  szczycie  naszego  muru,  ale  teraz  wiedziałam
już, po której stronie jest moje miejsce.

Na dole strony były dwie ramki - jak rozwidlenie drogi, na którym stałam już tak długo, że zaczęło
mnie to męczyć. Za murami był chłopak, którego mogłam jedynie krzywdzić, a wewnątrz muru ludzie,
którym mogłam pomóc. Była to chyba najtrudniejsza decyzja mojego życia, którą podjęłam, stawiając
znak X. To jedna z głównych tajnych zasad: nie komplikuj niczego bardziej niż trzeba.

background image

Wszystko było już i tak wystarczająco skomplikowane.

-  Cześć,  Josh.  Cześć,  Dillon,  miło  znów  cię  widzieć  -ćwiczyłam,  idąc  zacienionym  chodnikiem  i
czekając.

Nie myślałam tak naprawdę o tym, co miałam zrobić, ale wymyślałam jakby tu „niechcący" trzepnąć
Dillona w głowę... i to porządnie.

Piiiip. Piiip. Piiippiiiiippiiiiip.

Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, jak czerwona kropka na ekranie zbliża się do miejsca, w którym
się  znajdowałam.  Tropiciel  wydawał  już  teraz  jednostajne  piiip--piiiip-piiiiip-piiiip-
piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiip.

Wyłączyłam go na razie, bo usłyszałam już głos Dillona:

- Mówię ci, to będzie zaraz za...

232

- Cześć, chłopaki.

No dobra, moje umiejętności kameleona nie zniknęły tak zupełnie, bo na pewno nie mieli pojęcia, że
tam  byłam.  Dillon  nawet  wypuścił  linę,  którą  miał  ze  sobą.  (A  tak  na  marginesie,  co  za  mięczak
potrzebuje liny, żeby wspiąć się na trzyipółme-trowy, kamienny mur? Ja to robię od drugiej klasy!)

Ale  chyba  go  zaskoczyłam,  jednak  Dillon  nie  przestał  być  wyjątkowo  pewny  siebie  (jak  tylko
pozbierał linę).

- Proszę, proszę. - Podszedł do mnie. - A oto i ona. Jak tam dziś w szkole?

- Próbował być supersprytny i zbić mnie z tropu.

- W porządku - odparłam.

Nie chciałam spojrzeć na Josha, bo bałam się, że jeśli to zrobię, puszczą mi nerwy. Natomiast bardzo
chciałam, żeby Dillon sprowokował kłótnię.

Mogłabym na niego nawrzeszczeć i zasłużyć sobie u niego na tytuł

dziewczyny z Gallagher. Josh to zupełnie co innego.

- Właśnie szliśmy się z tobą spotkać - mówił Dillon, podchodząc coraz bliżej.

- Naprawdę? - spytałam z udawanym skrępowaniem. - Ale... - Spojrzałam w przestrzeń między nimi.
- Nie wiecie przecież, gdzie mieszkam.

background image

-  Oczywiście,  że  wiemy  -  zaprzeczył  Dillon.  -  Widziałem  cię  w  sobotę,  jak  wracałaś  do  szkoły.  Z
przyjaciółkami.

- Ale... ja uczę się w domu.

Nagrodę dla najlepszej nastoletniej aktorki otrzymuje... Cammie Morgan!

- Nie wiem o co ci chodzi - dodałam.

Uliczna latarnia nad nami migała bez przerwy i w tym ułamku sekundy, kiedy otoczyła nas ciemność,
Dillon podszedł jeszcze bliżej.

- No dobra, odpuść, burżujko. Widziałem cię! Za jego plecami Josh westchnął tylko:

- Dillon...

238

- To miasto nie jest twoją własnością! I nic mnie to nie obchodzi, co twój tatuś...

- Dillon - powtórzył Josh, tym razem głośniej.

Nie mogłam już nie patrzeć na Josha, a właściwie nie mogłam przestać na niego patrzeć.

- Przepraszam - wyszeptałam.

To  było  przyznanie  się  do  winy,  na  które  Dillon  tak  bardzo  czekał.  Nie  wiedział  tylko,  że  samo
przewinienie nie do końca się zgadzało.

- Naprawdę przepraszam... Ja naprawdę...

- Cammie... - Josh jakby próbował mnie rozpoznać. -Cammie, czy to...

Przytaknęłam, nie mogąc spojrzeć mu w oczy przez napływające łzy.

- A widzisz! - wykrzykiwał Dillon. - Mówiłem...

- Dillon! - uciął Josh - po prostu... spadaj stąd!

-  Ale...  -  zaczął,  lecz  Josh  stanął  przede  mną,  żeby  odgrodzić  mnie  od  Dilłona,  a  tak  naprawdę
odebrał mi najlepszą okazję do wydłubania mu oczu.

(A wydłubywanie oczu naprawdę będzie na końcowym egzaminie z samoobrony).

- Po prostu znikaj, Dillon. - Josh go odepchnął. Mimo to D'Man radośnie dodał:

- Do zobaczenia.

background image

Miałam  ochotę  walnąć  go,  kopnąć,  żeby  jak  najbardziej  bolało,  ale  pomyślałam,  że  i  tak  żadne
kopniaki nie sprawią, że będzie cierpiał tak jak ja. Nawet w Akademii Gallagher nie uczą, jak łamać
serca.

Gdy Dillon odchodził, ja przypomniałam sobie o tych wszystkich kłamstwach, które przygotowałam
dla Josha, i przez chwilę pomyślałam, że nie mogę tego zrobić, nie mogę go skrzywdzić - ani teraz,
ani nigdy.

Ale gdy tylko Dillon zniknął, Josh odwrócił się i krzyknął:

- To prawda?!

234

- Josh, ja...

Podszedł bliżej, a jego głos stał się bardziej stanowczy:

- Jesteś jedną z nich? Jedną z nich?

- Josh...

Dziewczyna z Gallagher. Przez całe moje życie to określenie było szanowane i niemal czczone, ale w
ustach Josha brzmiało jak obraza. W

tej krótkiej chwili przestał nagle być chłopakiem z moich marzeń i stał się jednym z aptecznej hordy
Dillona - knuł przeciwko Annie i osądzał mnie, więc burknęłam:

- A jeśli tak, to co?

- Hm! - Pokręcił głową i popatrzył w ciemność. - Powinienem się domyślić.

Kopnął w ziemię, co robił już nieraz, a potem odezwał się, jakby mówił

do siebie:

- Domowa szkoła... - Spojrzał na mnie. - A kim ja dla ciebie byłem?

Jakimś dowcipem? Kto z miejscowego zrobi debila? Czy...

- Josh...

-  Nie,  naprawdę  chcę  wiedzieć.  A  może  tydzień  działalności  charytatywnej?  Albo  miesiąc
randkowania z chłopcem na posyłki? Czy...

- Josh!

- A może po prostu ci się nudziło?

background image

- Tak! - krzyknęłam w końcu, żeby już to uciąć. - Dobrze, w porządku.

Nudziło mi się i chciałam sprawdzić, czy mi się upiecze, może być?

Pan Solomon miał rację: najgorszą torturą jest patrzeć, jak cierpi ktoś, kogo kochamy.

Cofnął się i ledwo było go słychać, kiedy powiedział:

- Może być.

Oboje zabrnęliśmy zbyt daleko i powiedzieliśmy zbyt dużo, ale wiedzieliśmy też, że są powody, dla
których

235

dziewczyny  z  Gallagher  nie  umawiają  się  z  chłopakami  z  Roseville.  Tyle  że  on  nie  wiedział,  że  te
powody są tajne.

- Posłuchaj, ja jutro wyjeżdżam. - Nie mogłam pozwolić, by wdrapywał

się na mur, ani dziś wieczorem, ani kiedy indziej. - Chciałam się pożegnać. - Sięgnęłam do kieszeni
po kolczyki, które błyszczały w mojej dłoni jak gwiazdki z nieba. - Chyba powinieneś je wziąć.

- Nie. - Odsunął moją rękę. - Należą do ciebie.

- Nie. - Wcisnęłam mu je. - Weź, daj je DeeDee. Wyglądał na zdumionego.

- Myślę, że by jej się spodobały - dodałam.

- Dobrze, w porządku. - Z wymuszonym uśmiechem schował kolczyki do kieszeni.

-  Trzymaj  się!  -  Zrobiłam  jeden  krok  i  zrozumiałam,  że  należymy  do  dwóch  różnych  światów.  -
Pamiętasz wolną wolę?

- No i? - Był zdziwiony, że o tym pamiętałam.

- Powodzenia.

Wolna  wola.  Użyłam  swojej,  żeby  odejść,  wrócić  do  życia,  które  było  mi  przeznaczone  i  które
wybrałam. Z daleka od chłopaka, który dokładnie uświadomił mi, co traciłam. Miałam nadzieję, że
nie  odprowadzał  mnie  wzrokiem.  Wyobrażałam  sobie,  że  był  już  za  rogiem  i  nawet  trochę  mnie
nienawidził,  dzięki  czemu  budował  coś  na  kształt  mostu  nad  przepaścią  żalu.  Szłam  przez  noc,  nie
oglądając się za siebie.

Gdybym to zrobiła, to pewnie zauważyłabym furgonetkę.

background image

Rozdział 27

Na  chodniku  rozległ  się  pisk  opon,  poczułam  zapach  spalonej  gumy,  usłyszałam  wołanie  i  zgrzyt
metalu o metal - to pewnie były drzwi. Moje oczy i usta zakryły czyjeś ręce, tak jak kiedyś, gdy na
innej ulicy inna para rąk pojawiła się nagle znikąd. Włączył mi się autopilot i po sekundzie napastnik
leżał już u moich stóp, ale to nie był Josh. Nie tym razem.

Oplotły mnie inne ręce, a wszędzie dookoła aż roiło się od pięści.

Kopnęłam, trafiłam i usłyszałam znajome: „O kurczę, to bolało".

Jednak zanim dotarło do mnie, co usłyszałam, leżałam już na brzuchu w furgonetce, a jakiś ktoś wydał
rozkaz:

- jedź!

Leżałam  tak  bez  ruchu,  wkurzona,  bo  chociaż  pan  Solomon  od  tygodni  dawał  nam  sygnały,  że
końcowy  egzamin  z  tajnych  będzie  praktyczny,  to  nie  zdawałam  sobie  sprawy,  jak  dosłownie
powinno się brać jego słowa, aż do czasu, gdy pan Smith zawiązał mi oczy i skrępował ręce.

- Przepraszam pana, panie Moscowitz - wyjąkałam z poczuciem winy, że tak solidnie go kopnęłam.

To była dopiero jego druga misja, a ja już przywaliłam mu w bebechy. A w dodatku jestem pewna,
że to typ osiłka.

242

Oddychał chrapliwie, a potem powiedział:

- Nie szkodzi. Nic mi... nie będzie.

- Harvey... - ostrzegł pan Solomon.

-  A  tak.  Siedzieć  cicho  -  rozkazał  pan  Moscowitz,  dźgając  mnie  delikatnie  w  żebra.  Odniosłam
wrażenie, że doskonale się bawił.

Ponieważ  to  był  test,  wiedziałam,  że  powinnam  zachowywać  się  tak,  jak  mnie  uczono:  leżałam  na
podłodze  furgonetki,  odliczając  sekundy  (dziewięćset  osiemdziesiąt  siedem,  dokładnie  mówiąc),
rejestrując, jak skręcaliśmy w prawo, potem dwa razy w lewo, zawracaliśmy i przeje-chaliśmy przez
progi  zwalniające,  które  przekonały  mnie,  że  pojechaliśmy  okrężną  drogą  przez  parking  Piggly
Wiggly.

Gdy  furgonetka  skręciła  na  południe,  mogłam  założyć  się  o  swój  drugi  semestr  tajnych  (co  chyba
właśnie  rzucałam  na  szalę),  że  jechaliśmy  w  kierunku  kompleksu  przemysłowego  na  południowym
końcu miasta.

Drzwi otworzyły się i trzasnęły. Wysiedli jacyś ludzie. Ktoś postawił

background image

mnie  na  żwirowym  parkingu,  a  potem  dwie  silne  pary  rąk  zaciągnęły  mnie  nå  betonową  podłogę.
Zanotowałam sztuczne światło i głucho brzmiące echo dużej pustej przestrzeni.

- Posadźcie ją i zwiążcie - rozkazał pan Solomon. Mam się bronić teraz?

Czy później? Zastanawiałam się

przez chwilę i w końcu wykorzystałam okazję: kopnęłam i trafiłam.

-  Nie  wiem,  czy  jest  pani  świadoma,  panno  Morgan,  że  właśnie  przyłożyła  pani  własnej  matce  -
powiedział pan Solomon.

- O rany, przepraszam! - zawołałam, odwracając się, tak jakbym mogła ją zobaczyć przez opaskę na
oczach.

- Nieźle, dzieciaku.

Ktoś pchnął mnie na krzesło i usłyszałam głos pana Solomona: 238

- No dobrze, panno Morgan, zasady są znane: nie ma żadnych zasad.

Możesz  sobie  uderzać,  jak  tylko  ci  się  podoba.  Możesz  biec  tak  szybko,  jak  tylko  zechcesz.  -  Jego
oddech pachniał miętową gumą do żucia.

- Wiem, proszę pana.

-  Twoja  drużyna  miała  za  zadanie  odzyskać  dysk  z  istotnymi  informacjami,  ty  zostałaś  schwytana  i
zatrzymana do przesłuchania.

Grupa poszukiwawcza ma odnaleźć pakiet składający się z dwóch elementów. Zgadniesz jakich?

- Dysku i mnie?

- Bingo! Nie możesz jednak być pewna, że wytropią cię aż tutaj.

Słyszałam, jak się oddala, szurając po betonowej podłodze.

- Czy to są dziewczęta z Gallagher? - spytałam.

- Tak.

- To wytropią.

Piętnaście  minut  później  siedziałam  zamknięta  w  jakimś  pomieszczeniu,  z  zawiązanymi  oczami,
przywiązana do krzesła i wdzięczna szczęśliwej gwieździe, że obeszli się ze mną tak łagodnie.

Zostawili mnie z panem Moscowitzem.

background image

- Naprawdę jest mi przykro, proszę pana - powiedziałam. -^Naprawdę.

- Hm... jestem pewien, że nie powinniśmy rozmawiać, Cammie.

- No tak. Przepraszam.

Zamknęłam się na jakieś dwanaście sekund.

-  Chodzi  o  to,  że  gdybym  wiedziała,  że  to  test,  to  nigdy  nie  użyłabym  tego  nieczystego  zagrania,
przysięgam!

-  Och!  -  Pomieszczenie  wypełniła  gęsta  cisza,  a  ja  czekałam  na  nieuniknione  pytanie  pana
Moscowitza. - Nieczystego?

239

- Proszę się nie martwić. Na pewno nic panu nie jest. Nie ma pan chyba zawrotów głowy, nie widzi
plamek przed oczami ani nic takiego.

- O rety!

Jak  na  autorytet  o  światowej  sławie  w  dziedzinie  szyfrowania  danych,  Harvey  Moscowitz  był
całkiem łatwy do przejrzenia.

-  Proszę  się  nie  martwić  -  starałam  się  mówić  spokojnie.  -  Byłby  problem,  gdyby  zaczęły  się
pojawiać czerwone plamy w okolicach krzyża. A pan ich nie ma, prawda?

Usłyszałam, jak dyplomowany geniusz kręci się dookoła jak pies goniący własny ogon.

- Nie mogę... zawroty głowy robią się coraz silniejsze. (Nic dziwnego -

kręcił się naprawdę całkiem energicznie).

- Ty sprawdź. - Zerwał mi z oczu opaskę.

Z  przykrością  stwierdziłam,  że  było  to  tak  łatwe  i  byłoby  jeszcze  znacznie  łatwiejsze,  gdybym  nie
obawiała  się  użyć  którejś  z  tych  naprawdę  nieczystych  zagrywek  (głównie  dlatego,  że  lubię  pana
Moscowitza i nie miałam pisemnej zgody od sekretarza obrony i tak dalej). Jednak pan Moscowitz
potrafił śmiać się z samego siebie.

- Ach wy, dziewczyny! - powiedział poirytowanym głosem, gdy przywiązałam go do krzesła.

- Proszę się nie ruszać, panie M. Wkrótce będzie po wszystkim.

- Hm... Cammie? - zagadnął, gdy podchodziłam do drzwi. - Nie byłem taki całkiem beznadziejny, co?

- Był pan rewelacyjny.

background image

Po  pierwsze,  musiałam  wydostać  się  z  tego  pomieszczenia.  Nie  było  tam  dysku;  gdyby  był,  to
niemożliwe,  żeby  pan  Solomon  zostawił  na  straży  tylko  pana  Moscowitza.  Popędziłam  więc  przez
pusty magazyn do wyjścia,

245

sprawdziłam obecność czujników i alarmów i wybiegłam w ciemności.

Na zewnątrz oczy przyzwyczaiły się do mroku. Z budynku, który właśnie opuściłam, wydobywała się
mała smużka światła, ale poza tym otaczały mnie tylko zardzewiała stal i ciemne popękane szyby. W
labiryncie  przemysłowych  konstrukcji  hulał  zimny  wiatr,  rozdmuchując  po  żwirowym  placu  opadłe
liście  i  kłęby  kurzu.  Zmrużyłam  oczy,  żeby  uchwycić  najdrobniejszy  ruch.  Gdyby  nie  było  tam
lśniącego nowością drutu na wysokim ogrodzeniu i dobrze ukrytych kamer do monitoringu, byłabym
przekonana, że to wymarłe miasto.

Wtedy usłyszałam jakieś trzaski i rozległ się znajomy głos:

- Mól książkowy do Kameleona. Kameleon, czy mnie słyszysz?

- Liz? - Aż podskoczyłam.

- Kameleon, to ja, Mól książkowy, pamiętasz? Przecież używamy pseudonimów przez ten sprzęt.

Tylko że ja nie byłam podpięta do sprzętu! Byłam na misji zrywania ze swoim tajemnym chłopakiem
i  nie  byłam  przygotowana  na  prawdziwą  służbę.  I  wtedy  przypomniałam  sobie  o  wiszącym  na  szyi
srebrnym krzyżyku.

Zanim zdążyłam o cokolwiek spytać, Liz pospieszyła z wyjaśnieniami:

-  W  któryś  weekend  mi  się  nudziło  i  postanowiłam  na-prawić>twój  naszyjnik  i  trochę  go  też
unowocześnić. Co o tym myślisz?

Myślę,  że  moje  przyjaciółki  są  genialne  i  trochę  przerażające  -  oto,  co  myślę,  ale  oczywiście  nie
mogłam jej tego powiedzieć.

- No, to jak ci poszło? - spytała Liz, a ja pomyślałam, że słucha nas teraz pewnie połowa szkoły. -
Znaczy były jakieś komplikacje czy...

- Liz - ucięłam, bo nie chciałam myśleć o Joshu i tym, co właśnie zrobiłam.

241

Złamane  serce  opłakuje  się  z  przyjaciółkami  przy  lodach  czekoladowych  i  romansidłach,  a  nie
paralizatorach i kamizelkach kuloodpornych.

- Gdzie dysk? - spytałam. Tym razem odezwała się Bex:

background image

- Wydaje nam się, że w tym dużym budynku w południowej części kompleksu. Tina i Mick poszły na
rozpoznanie, a my tutaj czekamy.

- A gdzie jest tutaj?

- Spójrz w górę.

Dwa dni po pogrzebie taty mama pojechała na misję. Do tej pory nie mogłam zrozumieć, że czasem
szpieg nie potrzebuje przykrywki, ale tarczy ochronnej. Przyczajona na dachu między Bex a Liz nie
byłam  dziewczyną,  która  dopiero  co  zerwała  ze  swoim  chłopakiem.  Zamiast  płakać  sprawdziłam
zegarek i sprzęt. Miałam teraz cel misji, a nie złamane serce.

- Dobra - powiedziała Liz, kiedy zebrała się wokół niej prawie cała nasza klasa. - Podejrzewam, że
ten teren należy do szkoły, bo ktoś wsadził tu rłiezłe pieniądze.

Wskazała  na  niedopracowany  schemat,  który,  jak  podpowiadały  mi  moje  instynkty  szpiegowskie,
wykonany został kredką do oczu na znikopapierze.

- Dookoła są czujniki ruchu, a okna podłączone są do alarmu.

Bex aż się rozpromieniła na te wieści, ale Liz natychmiast ostudziła jej zapał:

-  Oryginalny  sprzęt  doktora  Fibsa.  Nie  ma  szansy,  żebyśmy  zabrały  się  do  niego  w  środku  nocy  z
marnym wyposażeniem.

- Och - zasmuciła się Bex, jakby dziewczyny właśnie odebrały jej świetną zabawkę.

Eva wycelowała w stojący przed nami budynek urządzenie przypominające policyjny radar, które tak
naprawdę 247

było detektorem termicznym. Po sprawdzeniu terenu powiedziała:

- Bingo! Jest!

Na  ekranie  poruszało  się  kilkanaście  czerwonych  punktów,  z  czego  większość  znajdowała  się
pośrodku.

- I to jest nasz pakiet - oznajmiła Bex.

-  Będzie  problem  z  drzwiami  -  wtrąciła  Liz.  -  Okna  odpadają,  lepiej  założyć  też,  że  obserwują
kotłownię i...

- Wiecie, co nam zostaje - powiedziała Bex takim tonem, jakby rzucała nam wyzwanie.

Liz przyjrzała się uważnie każdej z nas, wiedząc dobrze, o czym myślałyśmy, jaka była nasza jedyna
opcja i że wszystkie stawiałyśmy na nią.

background image

- Nie! - warknęła. - Ja się zaraz w coś zaplączę albo głowę mi urwie, albo...

- Ja pójdę.

Odwróciłam się i spojrzałam na Annę Fetterman - Annę, która jeszcze kilka miesięcy temu kurczowo
ściskała swoje zadanie domowe, jakby zajęcia z tajnych co najmniej miały ją zabić, teraz wychodziła
przed szereg, mówiąc:

- Mam odpowiednie wymiary, prawda?

Wtedy zrozumiałam, że Dillon jeszcze kiedyś spotka Annę, tylko że wtedy to on będzie potrzebował
wybawienia,

Piiiip.

Co to było?

Piiip-piiip.

- Pocisk? - Anna spojrzała w niebo. Piiip-piiip-piiiip-piiiip-piiip.

-  Jesteśmy  żywymi  celami  dla  wrażliwych  na  ciepło  pocisków  ze  środkiem  uspokajającym!  -
wrzasnęła Eva.

Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiip.

- Nie ruszać się! - Rozległ się za nami jakiś męski głos.

248

Część dziewczyn wykonała rozkaz, ja też, ale z zupełnie innego powodu.

Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek usłyszę ten głos, ale to był on i mówił dalej:

- Ja już... już... zadzwoniłem po policję. Będą tu lada...

Ale dziewczęta z Gallagher nie pozwoliły mu dokończyć. Informacja o wezwaniu policji była w tym
momencie naprawdę nie na miejscu i w ułamku sekundy zaatakowały go dwie dziewczyny, a ja tylko
wrzeszczałam:

- Eva, Courtney, nie!

Wszyscy  gapili  się  na  mnie:  Josh,  który  ze  zdziwieniem  stwierdził,  że  nie  byłam  ani  związana,  ani
martwa i wszystkie dziewczyny z klasy (poza Bex i Liz), które nie mogły zrozumieć, dlaczego każę im
przestać walczyć z kimś, kto najwyraźniej był wabikiem.

- Josh - warknęłam groźnie, wyłączając tropiciela i podchodząc bliżej - co ty tu robisz?

background image

- Ratuję cię. - Rozejrzał się wśród moich koleżanek w czerni i wyszeptał.

- Kim one są?

- My też ją ratujemy - powiedziała Bex.

- Aha - odparł, kiwając głową w osłupieniu - bo ta furgonetka...

widziałem, jak... ja...

- Ach, to? - Zamachałam rękoma. - To ze szkoły. Starałam się brzmieć najnormalniej, jak się dało, i
dodałam:

- Coś jak... otrzęsiny.

Uwierzyłby  mi,  gdyby  cała  czwarta  klasa  nie  stała  właśnie  na  dachu  magazynu  ubrana  na  czarno,  z
pasami pełnymi sprzętu na biodrach.

-  Cammie  -  powiedział,  podchodząc  bliżej.  -  Najpierw  dowiaduję  się,  że  chodzisz  do  tej  szkoły,
potem, że wyjeżdżasz, a jeszcze później widzę, jak kopiesz na oślep, jesteś porywana i tak dalej.

244

Zrobił jeszcze jeden krok, strącając kawałek starego metalu, który przeleciał przez krawędź dachu i
spadł na ziemię.

Zawyły syreny, po ziemi zaczęły ślizgać się snopy światła. Liz spojrzała w dół i krzyknęła:

- Uruchomił alarm!

Było  to  jednak  bez  znaczenia,  bo  nie  widziałam  niczego  poza  Joshem  i  nie  słyszałam  nic  poza
strachem w jego głosie, gdy powiedział:

- Cammie, powiedz mi prawdę.

Prawdę... właściwie zapomniałam już, co to było. Mijałam się z nią już tak długo, że chwilę zajęło
mi przypomnienie sobie, czym była i dlaczego znalazłam się na tym dachu.

- Chodzę do Akademii Gallagher. To są moje przyjaciółki.

Za moimi plecami dziewczyny przygotowywały naprędce następny etap misji.

- I musimy już iść.

- Nie wierzę ci. - Nie wydawał się dotknięty, raczej rzucał mi wyzwanie.

- A co mam ci powiedzieć? Że mój ojciec nie żyje, moja mama nie umie gotować, a te dziewczyny
tutaj są dla mnie jak siostry?

background image

Spojrzał nad moją głową na dziewczęta różnego wzrostu, kształtów i ras.

- Mam ci powiedzieć, że ty i ja nie możemy się nigdy więcej zobaczyć?

Bo to prawda. To wszystko prawda.

Wyciągnął do mnie rękę, ale odskoczyłam, mówiąc:

- Nie szukaj mnie, Josh. Nie mogę się więcej z tobą spotykać. - Po raz pierwszy spojrzałam mu w
oczy. - Tak będzie dla ciebie lepiej.

Bex podała mi sprzęt, ale zanim go przyjęłam, po raz ostatni odwróciłam się do Josha:

- Aha, i nie mam żadnego kota.

245

Odwróciłam  się,  żeby  ukryć  łzy,  i  patrzyłam  w  przestrzeń.  Nie  przestawałam  myśleć  o  tym,  co
zostawiłam za sobą. Uwolniłam się od tajemnic, od swoich kłamstw. Powiedziałam sobie, że robię
właśnie to, co do mnie należy. Pobiegłam, skoczyłam, rozpostarłam ramiona i przez dziesięć błogich
sekund potrafiłam latać.

Rozdział 28

No  dobra,  nie  latałam,  tylko  jechałam  między  dwoma  budynkami  w  uprzęży  linowej,  ale  i  tak
fantastycznie było być tak lekką.

Josh  został  z  tyłu,  a  ja  zbliżałam  się  do  tego,  co  przede  mną.  Na  takiej  wysokości  i  przy  takiej
prędkości i tak nie mogłam się odwrócić.

Wylądowałam i zupełnie się nie zdziwiłam, słysząc Evę i Tinę:

- Idziemy szukać wyłączników.

Teraz  Courtney  powinna  powiedzieć:  „Przyjęłam"  i  zaprowadzić  Mick  do  drogi  pożarowej  na
zachodnim odcinku.

Byłyśmy  dziewczętami  z  Gallagher  na  misji,  robiłyśmy  to,  ca<potrafimy  najlepiej.  Nie  myślałam
zupełnie o tym, co właśnie się wydarzyło. Nawet wtedy, gdy Bex spytała:

- W porządku?

- Tak - odparłam i w tym wypełnionym adrenaliną momencie naprawdę tak było.

Pobiegłyśmy  na  południe,  a  Bex  użyła  malutkiej  tubki  wyglądającej  jak  szminka,  która  była  tak
naprawdę  supermocno  skondensowanym  kremem  kwasowym.  Zdecydowanie  nie  polecam  mylenia
tych dwóch, bo jak tylko Bex nakreśliła na dachu duży okrąg, kwas zaczął działać i już 252

background image

po trzydziestu sekundach zjeżdżałam na linie do środka magazynu.

Budynek  był  prawdziwym  labiryntem  wypełnionym  metalowymi  paletami.  Skradając  się  z  Bex  w
jego południowej części, wyobraziłam sobie trąbienie wózków widłowych. Miałam nadzieję, że w
tym samym czasie dziewczyny idą od północy.

- Jest wyższy, niż się spodziewałam - szepnęła Bex, czekając, aż sprawdzę kolejny zakręt.

- Taak, nieważ...

Z wysokiej półki zeskoczył facet, w którym rozpoznałam pracownika działu technicznego. Leciał jak
jakiś  wielki  czarny  kruk,  ale  obie  z  Bex  wyczułyśmy  jego  obecność  i  cień.  Usunęłam  się,  a  on
wylądował z hukiem na palecie. Nie zawahał się ani chwili, przygotował się do ciosu, ale Bex była
szybsza  i  nalepiła  mu  na  środek  czoła  plaster  nasączony  środkiem  uspokajającym.  (Naprawdę  się
cieszę, że doktor Fibs rzucił

palenie, bo poza oczywistymi korzyściami zdrowotnymi pomysł

nasączenia środkiem uspokajającym plastrów jest genialny).

Brnęłyśmy dalej z Bex przez ciemny labirynt, gdy powiedziała:

- Znajdziesz sobie kogoś innego. Nawet przystojniejszego i z lepszymi włosami!

Kłamstwo. Ale miłe.

Skradałyśmy się dalej korytarzem, nasłuchując uważnie, wyczuwając otoczenie (skoro pan Solomon
wezwał wsparcie z działu technicznego, to znaczy, że traktował te egzaminy naprawdę poważnie).

- Zespół Beta, jak wam idzie? - spytałam, ale odpowiedziała mi tylko cisza. Spojrzałyśmy po sobie z
Bex lekko zaniepokojone. Nie jest dobrze.

- Zespół Charlie?

Też nic.

248

Poczułam się jak szczur zamknięty w labiryncie i szukający kawałka sera.

Za każdym rogiem czaiło się niebezpieczeństwo i każdy krok mógł

okazać  się  pułapką,  więc  nasze  oczy  znów  się  spotkały,  zrozumiałyśmy  się  nawzajem  i  jak  na
porządnych szpiegów przystało, spojrzałyśmy w górę.

Wspiąwszy się sześć metrów na szczyt palet, mogłyśmy przyglądać się facetom patrolującym ścieżki
pod  nami.  Pięłyśmy  się  ukradkiem  wyżej  i  wyżej,  coraz  bliżej  niewielkiego  biura  w  środkowej

background image

części budynku.

Ściany  biura  wznosiły  się  na  jakieś  sześć  metrów,  czyli  były  o  wiele  niższe  niż  wiszący  nad  nami
ciemny i zimny dach magazynu.

Zatrzymałyśmy się, a Bex spojrzała przez okulary, które następnie podała mnie.

- Zgadujemy, kto siedzi na tym pakiecie? Zajrzałam do małego pomieszczenia i powiedziałam:

- Solomon.

Bex przyłożyła rękę do ucha i powiedziała:

- Zespół Beta i Charlie, jesteśmy na miejscu. Powtarzam, zespół Alfa jest...

Ale  zanim  dokończyła,  poczułam,  jak  coś  łapie  moją  stopę.  Kopnęłam,  próbując  się  uwolnić,  i
odwróciłam w stronę Bex, ale jej już nie było. Na dole trwała jakaś przepychanka, odwróciłam się,
zobaczyłam muskularną dłoń żaciśniętą wokół mojej kostki i usłyszałam, jak niżej na podłogę spadają
jakieś pudła.

Nie  mogłam  się  uwolnić  i  już  po  chwili  spadałam,  obijając  się  o  metalowe  palety.  Chwyciłam  się
jednej z nich i wisiałam tak przez chwilę, próbując się zamachnąć i wciągnąć z powrotem do góry.
Na to było już za późno.

Znów poczułam szarpnięcie i tym razem wylądowałam na zimnym zakurzonym betonie. Przed moimi
oczami stała para roboczych butów w rozmiarze czterdzieści cztery.

Nie jest dobrze.

249

Spróbowałam  się  przekręcić,  kopnąć,  odwrócić  i  chwycić  stopami  szyję  przeciwnika,  ale  zanim
choćby drgnęłam, uświadomiłam sobie, że moje ręce nie działają.

- No już, Cam - odezwał się Żujący Strażnik - już po wszystkim. Mam cię.

Postawił mnie na nogi i zaprowadził za róg, gdzie dwóch facetów z technicznego trzymało Bex (obaj
krwawili).

- Ale zagrywka była naprawdę niezła - wyszeptał strażnik, ciągnąc mnie do drzwi.

Jakoś  nie  wydawało  mi  się,  żeby  prawdziwi  międzynarodowi  mordercy  byli  tacy  mili,  ale  zawsze
można mieć taką nadzieję.

Przeanalizowałam  swoje  możliwości:  dama  w  opałach,  zwichnięta  kostka,  markowany  atak,
walnięcie głową w nos? Coś mi jednak podpowiadało, że na Żującego. Strażnika nie zadziała żadne z
tych rozwiązań. Miał nade mną jakieś trzydzieści trzy kilogramy i pięćdziesiąt lat przewagi, ale jak

background image

mawia moja mama, ja się zawsze wywinę.

- Przykro mi, panno Morgan - powiedział pan Solomon, wychodząc do mnie z biura - to koniec. Nie
macie dysku, nie ukończyłyście misji...

Wyglądało na to, że to już koniec, ale wtedy jak na zawołanie Liz odłączyła prąd i światła zgasły.

Wszędzie  zaroiło  się  od  ciemnych  postaci  i  wyglądało  to  tak,  jakby  nagle  z  nieba  zamiast  deszczu
zaczęły spadać dziewczęta z Gallagher. Żałuję, że nie mogę zamieścić tu szczegółowej relacji, ale to
wszystko działo się zbyt szybko. Pięści latały, kopniaki trafiały do celu i słyszałam, jak na podłogę
ciężko zwalały się ciała, gdy zaczynały działać plasterki.

W budynku musiały być zainstalowane światła awaryjne, bo po minucie ciemności wielką przestrzeń
oświetliło upiornie żółte światło, a wszystko jakby zastygło

255

w bezruchu. Widziałam, jak Bex powala na ziemię jednego z ochroniarzy i pędzi do biura, ale gdy
tyłko dotarła na próg, musiała trafić na jakiś detektor ruchu, bo rozległ się alarm, a pomieszczenie z
biura zmieniło się w więzienie. Z podłóg wyskakiwały kraty tworzące klatkę wokół tej jednej rzeczy,
która była nam najbardziej potrzebna.

Bex walczyła z kratami, a za nią wyrósł Joe Solomon:

- Przykro mi, moje panie, ale obawiam się, że to już koniec waszej misji.

Pokręcił głową. Nie wyglądał na triumfującego, lecz raczej na smutnego, niemal przybitego.

-  Próbowałem  przekazać  wam,  jakie  to  ważne.  Próbowałem  was  przygotować  i  spójrzcie  teraz  na
siebie.

Byłyśmy obolałe i zakrwawione, ale wciąż na nogach. Mimo to w głosie pana Solomona można było
usłyszeć poczucie winy i rozczarowanie.

- Jak zamierzałyście się stąd wydostać? Jaki miałyście plan? Naprawdę chciałyście poświęcić trzy
czwarte swojego zespołu po nic? - Znów pokręcił głową i odszedł, mówiąc: - Żadnej z was nie chcę
widzieć w następnym semestrze. Nie chcę mieć tego na sumieniu.

- Przepraszam, proszę pana - odezwałam się - ale czy to by coś zmieniło, gdybyśmy jednak miały ten
dysk?

Zaśmiał się ledwo słyszalnie, krótko zmęczonym głosem przypominając nam wszystkim o prawdzie,
którą znamy od wieków: mężczyźni nigdy nie docenią kobiet. Nawet dziewcząt z Gallagher.

- Ten dysk - powtórzyłam, wskazując stojącą za nim klatkę, która szczelnie otaczała małe biuro, nie
licząc szpar w podłodze, przez które wychodziły kraty. Te szczeliny były zbyt wąskie dla dorosłego
mężczyzny. Do tego potrzeba było dziewczyny i to najlepiej takiej o gabarytach Anny Fetterman.

background image

Pan  Solomon  i  reszta  jego  ekipy  patrzyli  w  osłupieniu,  jak  filigranowa Anna  pomachała  do  nich  i
prześliznęła się

256

przez szczeliny w podłodze, znikając im z oczu. Niektórzy rzucili się za nią, ale Joe Solomon nadal
tylko się gapił.

- No cóż - powiedział wreszcie - myślę, że...

Zanim  zdołał  dokończyć,  rozległ  się  huk.  Pomieszczenie  wypełniły  kurz,  dym  i  dźwięk  pękającego
drewna.  Żujący  Strażnik  rzucił  mną  o  ścianę,  wciskając  się  między  mnie  i  całe  to  zamieszanie.
Stalowe półki zaczęły uginać się i walić jedna za drugą jak ustawione w rządku domino.

Trwało  to  chyba  wieczność,  zanim  ustąpił.  Wydaje  mi  się,  że  był  nieco  oszołomiony.  Ja  byłam  na
pewno: w końcu nie codziennie a) zrywa się ze swoim tajemnym chłopakiem, b) zostaje się porwaną
(tak jakby) przez byłych agentów rządowych oraz c) jest się świadkiem tego, jak wyżej wspomniany
chłopak podejmuje próbę uratowania cię, wjeżdżając przez ścianę wózkiem widłowym.

- Cammie! - Słyszałam, jak Josh krzyczy w zakurzonym magazynie, ale nie mogłam mu odpowiedzieć,
nie teraz.

Na  podłodze  leżał  pan  Solomon  -  miał  plan  na  każdą  ewentualność,  poza  jedną:  upór  zwykłego
chłopaka, który na swoje nieszczęście zakochał^się w wyjątkowej dziewczynie.

- Cammie! - zawołał znów wśród wirujących wokół wózka tumanów kurzu. Zsiadł z maszyny i stanął
na stercie gruzu. - Musimy!

Porozmawiać!

- Owszem - usłyszałam za sobą głos. Odwróciłam się i zobaczyłam moją mamę. Moją silną,

piękną, olśniewającą mamę.

- Musimy.

Pan  Solomon  zaczynał  się  poruszać,  strażnik  rozdmuchiwał  unoszący  się  w  powietrzu  kurz,  a  Bex
szczerzyła  się,  jakby  miała  największy  ubaw  pod  słońcem.  To  był  koniec:  koniec  testów,  kłamstw,
wszystkiego. A ponieważ to był koniec, zrobiłam jedyną rzecz, jaką mogłam zrobić.

- Josh - powiedziałam - poznaj moją mamę.

257

Rozdział 29

Od  czasu,  gdy  poznałam  prawdę  o  moich  rodzicach  i  zanim  trafiłam  do  Akademii  Gallagher,

background image

martwiłam się o swoich rodziców tylko wtedy, kiedy miałam ich oboje w zasięgu wzroku. To chyba
wtedy  zaczęłam  być  Kameleonem.  Skradałam  się  do  ich  sypialni  i  patrzyłam,  jak  śpią,  cichcem
kładłam się za sofą, nasłuchując odgłosów telewizora, gdy odpoczywali wieczorami, ale nawet dla
mnie noc końcowego egzaminu z tajnych była naprawdę długa.

Godzina 23.00: Agentki wracają do bazy i zostają poinstruowane, żeby udać się na górę i spać.

Godzina 23.40: Tina Walters zeznaje, że dyrektor Morgan zamknęła się z obiektem w gabinecie.

Godzina 01.19: Agentce udaje się oczyścić włosy z trocin i mazi.

Godzina 02.30: Prawie cała czwarta klasa zarzuca przygotowania do egzaminu z WOK-u i kładzie
się spać.

Godzina  04.00:  Agentka  wciąż  nie  może  zasnąć.  Zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  że  w  najlepszym
wypadku obiekt zostanie poczęstowany szklaneczką

„modyfikującej pamięć" herbatki i za parę godzin obudzi się we własnym łóżku kompletnie odarty
z jakichkolwiek wspomnień z poprzed-258

niej nocy. Agentka odgania od siebie myśli o tym, co zdarzy się w najgorszym wypadku.

O godzinie siódmej następnego ranka miałam już serdecznie dość czekania i zapukałam do gabinetu
mamy. Sądziłam, że jestem przygotowana na wszystko; że po takim dniu jak wczorajszy, nic więcej
nie może mnie zaskoczyć.

No i myliłam się.

- Cześć - powiedział Josh.

- Co... yyy... jak.... - Widziałam po jego minie, że właśnie zaczyna wątpić w mój dopiero co odkryty
geniusz, ale nic nie mogłam na to poradzić.

Jego  już  dawno  nie  powinno  tutaj  być! A  ja  nie  powinnam  być  narażona  na  spotkanie  z  nim!  Nie
powinna nadejść ta dziwaczna chwila, gdy stoimy obok siebie w progu gabinetu mojej mamy. Dwa
różne światy nie powinny się ze sobą zderzyć.

- Byłeś tu przez całą noc? - Odzyskiwałam zdolność trzeźwego myślenia.

Miał zaczerwienione i opuchnięte oczy, ale nie wyglądał, jakby miał

ochotę iść spać. Właściwie to wyglądał, jakby nie zamierzał już nigdy więcej spać.

Potarł oczy:

- Uhm. Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem, że zostaję u Dillona.

background image

Oni... oni się nie dowiedzieli o... Nie było problemu.

- No tak - odparłam - nasz numer raczej nie pojawia się na wyświetlaczu.

To  nie  miało  być  śmieszne,  ale  „dawny  Josh"  zaśmiałby  się  albo  chociaż  uśmiechnął  rozbrajająco.
„Nowy Josh" tylko stał i patrzył na mnie.

- Cammie - głos mojej mamy był wyrazisty i odbijał się echem w holu historycznym - wejdź, proszę.

254

Weszłam do środka, ocierając się przez moment o Jo-sha, ale trwało to zdecydowanie zbyt krótko.

- No, to ja... - Poszedł w stronę ławek na szczycie schodów. - Twoja mama i ten facet... mówili, że
mogę zaczekać.

Tylko  że  ja  nie  chciałam,  żeby  czekał.  Bo  gdyby  poczekał,  musiałabym  spojrzeć  mu  w  oczy,
powiedzieć  rzeczy,  które  brzmiałyby  sensownie  tylko  w  języku,  którego  nie  znam.  Chciałam,  żeby
sobie poszedł i nie oglądał się za siebie. Ale zanim zdążyłam mu to powiedzieć, odezwała się mama:

- Cameron, no już! - Wiedziałam, że czas minął. I to na wielu płaszczyznach.

Nie przytuliła mnie ani nie pocałowała, co było dość dziwne. Nie zaskakujące, ale pomyślałam, że
może powinnam była zostać przy drzwiach i czekać na: „Co tam słychać, dzieciaku?", zanim usiądę
na sofie i spytam, co będzie na obiad. Rozejrzałam się i w kącie gabinetu dojrzałam pana Solomona.

- Dobrze spałaś? - zapytał.

- Nie bardzo. To nie kłamstwo.

- Dobrze mi się rozmawiało z Joshem - powiedziała mama. - Wydaje się sympatyczny.

No i jest.

- Miło było wreszcie go poznać.

- Uhm, ja... - i wtedy dotarło do mnie, że coś tu nie gra. - Zaraz!

Mama uśmiechnęła się do pana Solomona, a on - wierzcie mi -

uśmiechnął się do niej. Takim uśmiechem z zębami na wierzchu i w ogóle! (No dobra, mogłam wtedy
pomyśleć, że jest niezłym ciachem, ale tylko przez sekundę czy dwie).

-  Jesteś  niezła,  skarbie  -  powiedziała  mama,  widząc  moje  totalne  niedowierzanie  -  ale  doceń  nas
trochę.

260

background image

A niech to! Zapadłam się w skórzaną sofę.

- Jak...

To zdanie można skończyć na tysiąc różnych sposobów: .. .długo wiedzą?

Jak daleko mieli zamiar pozwolić mi zabrnąć? Jak się dowiedzieli?

-  Byłaś  niezmiernie  zajęta  -  powiedziała  mama,  usiadła  na  jednym  z  pięknych  skórzanych  krzeseł
naprzeciwko mnie i skrzyżowała idealne nogi.

- Czyli nie zastanawiałaś się, jak cię wczoraj odnaleźliśmy? - spytał pan Solomon.

No nie, nie zastanawiałam się. Wszystko wydarzyło się tak szybko, a kilka godzin później targały mną
wciąż te same emocje. Czułam się jak skończona idiotka - totalna, gigantyczna, złapana na gorącym
uczynku kretynka.

-  To  nie  jest  zwykła  szkoła,  Cammie.  Nie  może  być  z  takimi  wyjątkowymi  uczennicami.  To,  co
zrobiłaś,  było  lekkomyślne  i  nierozważne.  A  gdybyś  spróbowała  takiego  numeru  w  terenie,
ryzykowałabyś  życie  wielu  ludzi  i  niepowodzenie  niejednej  misji.  Zdajesz  sobie  z  tego  sprawę,
prawda?

- Tak, proszę pani.

-  Skoro  już  to  wyjaśniliśmy,  to  jako  człowiek  ze  sporym  doświadczeniem...  -  Spojrzała  na  pana
Solomona, który skinął -

...przyznaję, że był to całkiem imponujący pokaz.

-  Naprawdę?  -  Popatrzyłam  w  przestrzeń  między  nimi  spodziewając  się,  że  za  chwilę  otworzą  się
drzwi pułapka i polecę do jakiegoś lochu. - Czyli nie... nie nagrabiłam sobie?

Mama przechyliła głowę, ważąc słowa:

-  Powiedzmy,  że  przeszłaś  właśnie  najszerzej  zakrojone  ćwiczenia  z  tajnych  misji,  na  jakie
kiedykolwiek pozwoliliśmy sobie w tej szkole.

- Aha - powiedziałam poważnie.

256

- Ale Cam. - Mama zbliżyła się do mnie. - Dlaczego do mnie nie przyszłaś?

W jej głosie brzmiał smutek, a to było jak tortura - taka najgorsza.

- Nie wiem.

background image

Nie płakać. Nie płakać. Nie płakać!

-  Po  prostu...  -  i  już  było  za  późno,  głos  zaczął  mi  się  łamać  -  ...nie  chciałam,  żebyś  się  mnie
wstydziła.

- Ona miałaby się wstydzić? - spytał pan Solomon. Przypomniałam sobie, że on w ogóle tam był.

- Myślisz, że jej by się tyle upiekło w twoim wieku? -Zaśmiał się. - To nie była cząstka twojej mamy
w tobie, to był twój tata.

Wstał i podszedł do okna. Widziałam jego odbicie w słonecznej szybie.

- Zawsze mówił, że będziesz dobra.

Okej, może wciąż był całkiem niezłym ciachem...

- Myślę, że byłem dla ciebie dość wymagający w tym semestrze, Cammie

- wyznał Joe Solomon, jakby dopuszczał mnie do jakiejś swojej tajemnicy. - Wiesz dlaczego?

Odpowiedzią,  która  wpadła  mi  do  głowy,  było:  „Bo  mnie  nie  znosisz",  ale  wiedziałam,  że  nie  jest
poprawna.

-  Ja  już  straciłem  jednego  członka  rodziny  Morganów,  na  którym  mi  zależało.  -  Spojrzał  pomiędzy
mnie a mamę. - Dlatego oddałbym niemal wszystko, żebyś nigdy więcej nie przyszła na moje zajęcia.

Potrafiłam tylko się na niego gapić: zaszokowana i zraniona. Wydobył z kieszeni mój formularz, na
którym zaznaczyłam krzyżykiem tajne misje.

- Jesteś pewna, że nie chcesz sobie znaleźć jakiegoś bezpiecznego biurka czy laboratorium?

Nie odpowiedziałam, więc po chwili złożył formularz i schował go z powrotem do kieszeni.

257

-  Zatem  jeśli  faktycznie  masz  pracować  w  terenie,  to  będziesz  do  tego  przygotowana.  Jestem  to
winien twojemu tacie. - W jego głosie był

smutek, a ja po raz pierwszy zobaczyłam w nim człowieka. - Jestem mu winien dużo więcej.

Zerknęłam na mamę, która obdarzyła go smutnym, porozumiewawczym uśmiechem.

-  Spokojnych  świąt,  Cammie  -  powiedział  pan  Solomon  swoim  zwykłym  tonem,  kierując  się  ku
drzwiom. -Wypocznij. Następny semestr to już nie będzie taka dziecinada jak do tej pory.

To  była  dziecinada?!  Chciałam  wykrzyknąć,  ale  już  go  nie  było.  Chciałam  wyciągnąć  od  niego
odpowiedzi. Jak dobrze znał tatę? Dlaczego dołączył

background image

do Akademii Gallagher właśnie teraz? Dlaczego miałam wrażenie, że chodzi tu o coś więcej?

Odezwała  się  mama,  a  do  mnie  dotarło,  że  zostałyśmy  same.  Moje  opory  zniknęły  i  miałam  ochotę
zwinąć się koło niej w kłębek i przespać nawet całe Boże Narodzenie.

-  Cammie  -  powiedziała,  siadając  przy  mnie  -  nie  cieszy  mnie  to,  że  mnie  okłamałaś.  Ani  to,  że
złamałaś zasady, ale jest coś, z czego jestem bardzo dumna.

- To z komputerem? - próbowałam zgadnąć. - Ale tak naprawdę to wszystko zasługa Liz, ja nie...

- Nie to, słonko. Nie o to chodzi. - Wzięła mnie za rękę. - Czy ty wiesz, że tata i ja nie byliśmy wcale
pewni, czy chcemy, byś była w tej szkole?

Dużo dziwacznych rzeczy w życiu słyszałam, ale teraz zaparło mi dech.

- Ale... przecież ty byłaś dziewczyną z Gallagher... To moje dziedzictwo...

To jest...

- Kochanie - przerwała mi - kiedy tu przyjechałyśmy, wiedziałam, że odbiorę ci wszystko to, co jest
poza tymi murami. Nie chciałam, żeby to było jedyne życie, jakie

263

znasz. - Pogłaskała mnie po głowie. - Tata i ja zastanawialiśmy się, czy to jest najlepsze miejsce dla
ciebie.

- Ale co... jak podjęliście decyzję? - Gdy tylko wypowiedziałam te słowa, wiedziałam już, że to było
głupie pytanie.

- Widzisz, mała, gdy straciliśmy twojego ojca, zrozumiałam, że muszę usunąć się z pola walki...

- I potrzebowałaś pracy? - spróbowałam skończyć za nią. Zbyła mnie.

- Potrzebowałam wrócić do domu.

Kiedy się rozpłakałam? Nie mam pojęcia i zupełnie mnie to nie obchodziło.

Pogłaskała mnie po głowie i powiedziała:

- Ale  najbardziej  martwiłam  się  tym,  że  spędzisz  dzieciństwo,  ucząc  się,  jak  być  twardą  i  silną,  a
nigdy  nie  dowiesz  się,  że  bycie  delikatną  i  słodką  jest  w  porządku.  -Wyprostowała  się  i  kazała
spojrzeć sobie w oczy. -

Nasza praca nie oznacza, że odłączamy zupełnie tę cząstkę nas, która kocha, Cam. Kochałam twojego
ojca... Kocham twojego ojca. I ciebie.

background image

Gdybym  sądziła,  że  będziesz  musiała  z  tego  zrezygnować...  nigdy  tego  nie  zaznać...  zabrałabym  cię
jak najdalej od tego miejsca.

- Wiem - odparłam. To nie kłamstwo.

- To dobrze. Cieszę się, że jesteś dość rozsądna, by to rozumieć -

powiedziała i popchnęła mnie lekko. - A teraz idź. Masz egzaminy przed sobą.

Przesunęłam dłońmi po twarzy, szukając jakichś zbłąkanych łez, potem wstałam i skierowałam się do
drzwi. Zanim wyszłam, mama zatrzymała mnie jeszcze raz:

- Byłoby okej, wiesz? Gdybyś zaznaczyła ten drugi kwadracik.

Spojrzałam  na  nią,  ale  nie  zobaczyłam  ani  dyrektorki,  ani  szpiega,  ani  nawet  mojej  matki,  tylko  tę
płaczącą kobietę. Pomyślałam, że kochałam ją bezgranicznie.

259

- Na twoim miejscu bym tego nie dotykała.

Josh odskoczył na dźwięk mojego głosu, ale jego palce wciąż krążyły niebezpiecznie blisko miecza
Gilly.

-  Jesteśmy  całkiem  nieźli  w  zabezpieczaniu  różnych  rzeczy,  które  tu  widzisz  -  wyjaśniłam,
podchodząc bliżej.

Schował  ręce  do  kieszeni  i  było  to  pewnie  najbezpieczniejsze  dla  nich  miejsce,  ale  ten  gest
przypomniał mi wieczór, kiedy się poznaliśmy.

Zatęskniłam za tamtą ciemną ulicą, szansą, by to wszystko powtórzyć.

- A więc szpieg, tak? - powiedział wreszcie.

Wciąż wpatrywał się w miecz, a ja nie mogłam go za to winić. Nawet nie chciałam, żeby patrzył na
mnie.

- No, tak.

- To wiele wyjaśnia.

- Powiedzieli ci? - zapytałam. Przytaknął.

- Uhm. Trochę mnie oprowadzili.

Jakoś nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, ale nie zamierzałam pytać:

„A widziałeś ten poduszkowiec z napędem atomowym w piwnicy?", więc tylko przytaknęłam.

background image

- Josh, wiesz, że nigdy nie wolno ci...

- Powiedzieć komukolwiek? - Spojrzał na mnie. - Tak, mówili mi.

- Nigdy, Josh. Nigdy.

- Wiem - odparł. - Nie łamię danego słowa. Zabolało. Miało zaboleć.

I  tak  oto  znaleźliśmy  się  w  miejscu  sekretnych  misji  i  tajemnych  zwycięstw.  Z  tego  miejsca,  gdzie
stał, mógł to wszystko zobaczyć. Moje żeńska szkoła nie miała już przed nim tajemnic. Odsłoniłam
się przed nim, ale dzięki temu łączyło nas teraz o wiele więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

- Przepraszam, że kłamałam. Przepraszam, że nie jestem... normalna.

265

- Nie, Cammie, rozumiem to całe szpiegostwo - powiedział wymijająco -

ale kłamałaś nie tylko o szkole.

Jego głos brzmiał ostro, ale jednocześnie wydawało się, że czuł się urażony. Jego oczy wyglądały jak
podbite.

- Ja nawet nie wiem, kim ty jesteś.

- Oczywiście, że wiesz - odparłam - wiesz o wszystkim, co ważne.

- A twój tata? - zapytał. Zamarłam.

- To jest ściśle tajne... to, co się stało... nie mogłam ci powiedzieć.

Chciałam, ale...

-  Więc  powiedz  po  prostu,  że  umarł.  Powiedz,  że  twoja  mama  nie  potrafi  gotować,  a  ty  jesteś
jedynaczką. I już nie... wymyślaj sobie rodziny. Nie wymyślaj całkiem innego życia.

Spojrzał nad poręczą na hol historyczny i wysokie sklepienie Akademii Gallagher i dodał:

-  Co  jest  takiego  świetnego  w  byciu  normalnym?  Może  i  byłam  geniuszem,  ale  to  Josh  dostrzegł
prawdę.

Przez  chwilę  zatęskniłam  za  innym  życiem,  takim  normalnym,  na  jakiś  czas.  Trudno  było  patrzeć  w
zranione oczy kogoś, na kim mi zależało, i powiedzieć mu, że już nigdy nie będę mogła tak naprawdę
go po prostu kochać, bo... wtedy... musiałabym go zabić.

Nagle  dotarło  do  mnie,  gdzie  się  znajdujemy  i  na  co  patrzy  Josh.  Przecież  on  wie!  Krzyknęłam  w

background image

myślach. Nie muszę już więcej kłamać, on już tu jest w środku. Jest jednym z nas (tak jakby). Jest...

Ale on schodził już po schodach. Popędziłam za nim, wołając:

- Josh, poczekaj. Poczekaj! Już wszystko dobrze. Już... Gdy zszedł na dół, wyciągnął rękę z kieszeni.

- Chcesz je? - W jego dłoni zobaczyłam kolczyki.

- Tak - powiedziałam, wstrzymując łzy.

266

Zbiegłam ze schodów, a on wsunął mi je do ręki tak szybko, że nawet nie poczułam jego dotyku.

- Uwielbiam je i nie chciałam...

- Jasne. - Odsunął się ode mnie.

Znam jakieś kilkanaście sposobów, jak zniewolić faceta gabarytów Josha

- nie żebym któregoś kiedyś użyła. (No dobra, przyszło mi to do głowy...) O rany, on wychodzi! Nie
wiedziałam,  czy  się  smucić  tą  stratą,  czy  cieszyć,  że  pozwalamy  mu  tak  po  prostu  wyjść  przez  te
drzwi  -  z  nienaruszoną  pamięcią  o  wszystkich  naszych  tajemnicach.  Uznałam,  że  z  całą  pewnością
nikt by do tego nie dopuścił, chyba że mu ufają... chyba że go sprawdzili... chyba że ktoś stwierdził,
że Josh nie musi wypijać słynnej herbaty, zasypiać i budzić się z poczuciem, że miał jakiś zakręcony
sen, z którego nic nie pamięta.

Chyba że to jednak jest w porządku, żebym go kochała.

Doszedł już do drzwi, więc powiedziałam:

- Josh. - Wiedziałam, że jeśli Akademia Gallagher postanowiła podjąć związane z nimjryzyko, to ja
powinnam  przynajmniej  postawić  sprawy  jasno  -  ja...  wyjeżdżam  do  Nebraski  na  ferie.  Do
dziadków, rodziców taty.

Ale wrócę.

- W porządku - powiedział, stojąc przy drzwiach -w takim razie do zobaczenia.

Uśmiechnął się do mnie - ten uśmiech trwał mgnienie oka, ale był słodki i to mi wystarczyło, żeby
zrozumieć, że całkiem serio mówił, że się zobaczymy. A co więcej, to znaczyło, że będzie czekał.

Właśnie  zaczynałam  sobie  wyobrażać,  jak  to  będzie:  nowy  rok,  nowy  semestr,  nowy  początek  bez
tajemnic między nami, a Josh wtedy powiedział:

- A! I podziękuj mamie za herbatę.

background image

Otworzył  drzwi  i  wyszedł.  Długo  jeszcze  stałam  pośrodku  pustego  korytarza.  Przecież  w  filmach
wszystkie dramatyczne pożegnania wyglądają tak, że żegnający się

262

wpada  nagle  z  powrotem  przez  drzwi  i  obdarowuje  żegnanego  wielkim  namiętnym  pocałunkiem.
Dlatego, jeśli miałam jakieś szanse na dramatyczne namiętne pocałunki, to nie zamierzałam ruszyć się
z tego miejsca.

Poczułam, jak coś miękkiego i ciepłego ociera się o moją nogę, a gdy spojrzałam w dół, zobaczyłam
Onyksa owijającego swój ogon wokół

mojej kostki. Mruczał kojąco i wydawał się bardzo szczęśliwym kotem, a ja zrozumiałam, że historia
zatoczyła właśnie koło.

Po  schodach  zbiegały  dziewczyny,  spiesząc  do  głównego  holu,  by  przygotować  się  do  pierwszego
dnia  końcowych  egzaminów,  ale  kiedy  mnie  mijały,  wiedziałam  dobrze,  jaki  będzie  główny  temat
rozmów  przy  śniadaniu.  (Myślicie,  że  zwykłe  dziewczyny  kochają  plotki?  No  to  posłuchajcie
dziewcząt z Gallagher!)

Ale  i  tak  nie  przeszkadzały  mi  ich  spojrzenia.  Stałam  tam,  kołysząc  się  w  rytm  tłumu,  który
rozpoczynał kolejny dzień i nie ruszyłam się z miejsca, dopóki nie stanęła przede mną Bex.

- Ej, no chodź. - Wcisnęła mi do ręki książkę i bajgla i szarpiąc mnie za ramię, powiedziała: - Mamy
końcowy z WOK-u. Liz zrobiła notatki.

Weszłam za nią po schodach i zginęłam w morzu dziewcząt ubranych tak jak ja, wyszkolonych tak jak
ja i żyjących w tym fcamym świecie co ja.

Jaki  świat  wybrałabym,  gdybym  mogła  cofnąć  czas?  Zycie  szczęśliwej  ignorantki  mieszkającej  za
białym płotkiem, na ulicy pełnej białych płotków, nieświadomej, co dzieje się w miejscach, których
większość ludzi nie znajdzie na mapie? Nie wiem. Może gdyby mój umysł działał

jak  dziecinna  tabliczka  do  rysowania,  którą  można  potrząsnąć  i  zmazać  wszystko  to,  co  wiem. Ale
teraz tkwię w tym już zbyt głęboko, znam wszelkie strachy nocne i wiem, jak się przed nimi bronić.

263

Weszłyśmy z Bex po schodach, za nami szła Liz, a potem jeszcze Macey.

Nie wiem, co będzie w następnym semestrze. Nie wiem, czy Josh jeszcze kiedykolwiek się do mnie
odezwie.  Nie  wiem,  co  będzie  pamiętał  ani  co  nas  czeka  na  zajęciach  z  tajnych,  ani  nawet  jak  we
wrześniu  będzie  wyglądał  pan  Smith.  Ale  wiem,  kto  będzie  tuż  obok  mnie  i,  jak  powie  każdy
porządny szpieg, czasem to wystarcza.

background image

Table of Contents

Rozpocznij


Document Outline