background image

Christopher Norris 

Dekonstrukcja, postmodernizm i filozofia 
nauki 

 

Christopher Norris

Dekonstrukcja, postmodernizm i filozofia nauki*  [

1

]

I

Dekonstrukcja postrzegana jest często jako odgałęzienie – lub nieco bardziej „filozoficzna” odnoga 
– szerokiego kulturowego fenomenu znanego pod nazwą postmodernizm. W poniższym tekście 
spróbuję zakwestionować ten pogląd przeciwstawiając niektóre argumenty Derridy tym, które 
często wysuwają myśliciele postmodernistyczni. Wydaje mi się, że istotna różnica między nimi, 
powód, dla którego (aby wyrazić się bardzo prosto) dzieło Derridy jest raczej „modernistyczne” niż 
„postmodernistyczne” leży w tym, że dekonstrukcję łączy bliski związek z pewną tradycją myślenia 
o zagadnieniach z zakresu epistemologii i filozofii nauki [

2

] . Nie jest to – powinienem położyć na 

to nacisk – preferencyjny komentarz ani po prostu jedno z wielu odczytań, jakie opierają się na 
Derridiańskim pojęciu „wolnej gry” interpretacji, często (i błędnie) rozumianym jako carte blanche 
na wynajdywanie rozmaitych przewrotnych i pomysłowych gier z tekstem. W związku z czym 
Derridzie rutynowo przypisuje się stanowisko, wedle którego teksty mogą być czytane jak kto chce, 
skoro nie istnieje nic – żadne odwołanie do kontekstu czy intencji autora – co mogłoby ewentualnie 
rozstrzygnąć kwestię sporną albo granicę zasięgu dopuszczalnych rozwiązań w każdym danym 
przypadku. Jednakże Derrida nierzadko usiłował wyprzeć się podejścia [

3

] i ustanowić ścisłe 

kryteria tego, co może być uznane za prawidłowe odczytanie dekonstrukcyjne [

4

]. Co więcej, 

dostarcza on wielu przykładów – choćby w swoich tekstach na temat Platona, Arystotelesa, Kanta, 
Hegla, Husserla, J.L. Austina i innych – sposobu, w jaki dekonstrukcja zarówno zachowuje, jak i 
komplikuje zastane (konserwatywne, niemniej jednak zasadnicze) standardy interpretacyjnej 
prawdy [

5

]. Zwrócę tu uwagę na jeden szczególny przykład: jego esej Biała mitologia: metafora w 

tekście filozoficznym. W świetle tego tekstu widać niezwykle wyraźnie, z jak wieloma błędnymi 
odczytaniami spotkały się teksty Derridy za sprawą komentatorów (przede wszystkim teoretyków 
literatury), którzy przyjęli za pewnik jego obojętność wobec wszelkich takich standardów [

6

].

Gdy czyta się Białą mitologię z odpowiednią uwagą i bez wspomnianych uprzedzeń, okazuje się, że 
Derrida zwyczajnie nie mówi wielu rzeczy, które postmoderniści chcieliby usłyszeć z jego ust. W 
rzeczywistości bardzo często mówi rzeczy dokładnie przeciwstawne. Wedle jednego ze znanych 

background image

postmodernistycznych ujęć Derridy – przyjętego, na przykład, przez R. Rorty’ego w dobrze 
znanym eseju – nie ma potrzeby kłopotania się tą trudną (przeważnie pochodzącą sprzed roku 1980) 
„filozoficzną” materią, skoro późniejsze pisma Derridy wskazały nam dogodną drogę poza wąskie i 
techniczne rozważania tego rodzaju [

7

] . Zamiast przebijać się przez skomplikowaną argumentację 

tekstów takich jak Głos i fenomen czy O gramatologii, powinniśmy raczej od razu przejść do 
owych przypominających grę utworów w rodzaju Kartki pocztowej, gdzie Derrida wyzbywa się 
przywiązania do starego, „logocentrycznego” dyskursu rozumu i prawdy [

8

]. Podejście takie 

kończy się zwykle serią ogólnikowych dekonstrukcyjnych sloganów czy idèes recues: „prawda jest 
fikcją”, „rozum jest swego rodzaju retorycznym oszustwem”, „wszystkie pojęcia są zapomnianymi 
albo uwznioślonymi metaforami”, „filozofia jest kolejnym «rodzajem pisarstwa»” i tak dalej. Oto 
Rortyańskie, postmodernistyczne podsumowanie Derridy, które w zrozumiały sposób dobrze 
zadomowiło się na wydziałach literatury angielskiej i literatury porównawczej. (Wydaje się także, 
że wielu filozofów zostało przekonanych, iż lektura Derridy nie jest warta ich czasu i 
wysiłków [

9

] ). W tradycyjnym ujęciu, filozofia definiuje się jako dyscyplina wyspecjalizowa-na, 

wymagająca, intelektualnie rygorystyczna, wnosząca i oceniająca roszczenia do prawdziwości i 
zajmująca się problemami leżącymi poza zasięgiem pozostałych, bardziej lokalnych nauk. Poza 
tym, filozofia uważa się za konstruktywny i rozwiązujący problemy wysiłek, który przynosi 
specjalistyczne ekspertyzy w zakresie dobrze zdefiniowanych zagadnień i problemów. Rorty 
odrzuca ten zastany obraz jako jeden z tych, który urzekł filozofów, dał im poczucie posiadania 
czegoś unikalnie ważnego do powiedzenia, za co płacą tym, że ich praca ogromnej większości 
czytelników wydaje się nudna i niezrozumiała. Obraz ten towarzyszy innym niesionym przez czas 
metaforom, które filozofowie błędnie uznali za pojęcia, np. rozumu jako „zwierciadła natury” lub 
epistemologii jako filozofii pierwszej, ponieważ jedynie teoria wiedzy jest w stanie dostarczyć 
adekwatne „fundamenty” czy niewątpliwe „podstawy” dla naszych rozmaitych projektów badań 
 [

10

] .

Wszakże obraz ten obecnie (nareszcie) blaknie, kiedy lepiej lub gorzej zdefiniowano, czym 
filozofia była – albo uważała, że jest – od Platona do Kartezjusza, Kanta, Husserla i głównego nurtu 
tradycji „analitycznej”. Jednakże Rorty nalega: filozofia w najlepszym wypadku snuje nowe 
opowieści, wynajduje nowe metafory, obmyśla nowe sposoby wzbogacenia i ożywienia 
„kulturowej konwersacji ludzkości”. Oczywiście, obejmuje ona takie rodzaje opowieści albo 
metafor, które uszczęśliwiają filozofów głównego nurtu: opowieści o filozoficznym „postępie” jako 
stopniowym osiąganiu pojęciowej jasności w dobrze zdefiniowanych obszarach problemowych lub 
metafory np. o rozumie jako źródle „jasnych i wyraźnych” idei. Jakkolwiek okazują się one 
nudnymi, przewidywalnymi oraz mało twórczymi opowieściami i metaforami, które zwyczajnie 
powielają stare tematy wprowadzając okazjonalnie niewielkie zmiany. Dlatego wielką zaletą 
tekstów Derridy jest – według Rorty’ego – pokazanie, jak filozofia może zmazać swe winy 
przyznając się do statusu kolejnego „rodzaju pisarstwa” pośród wszystkich innych, a równocześnie 
żyć w zgodzie z właśnie odkrytym wyzwaniem wymyślania nowych i oryginalnych stylów opisu 
samej siebie. Rorty wierzy, że umknie nam samo sedno twórczości Derridy, jeśli potraktujemy zbyt 
poważnie fragmenty, w których przyjmuje on stary styl oferując charakterystycznie „filozoficzne” 
argumenty na modłę „warunków możliwości” Kantowskiego transcendentalizmu. Argumenty takie 
zdają się odgrywać ważną rolę w niektórych wczesnych pracach Derridy, kiedy na przykład czyta 
on, powiedzmy, Rousseau czy Husserla w związku z relacją między naturą a kulturą, mową a 
pismem czy fenomenologią czasowej świadomości [

11

]. Niemniej jednak, uczynilibyśmy lepiej, 

gdybyśmy uznali je za ledwie uczniowskie wprawki ukazujące Derridę w uścisku starej 
filozoficznej fiksacji, nawyku myśli, który odrzuci on, kiedy tylko zobaczy (jak Rorty), że pościg za 
tymi od dawna przeterminowanymi pytaniami nie przynosi żadnego pożytku. W tym miejscu 
będziemy musieli przyznać – znowu: za Rorty’m – że tego, co w Derridzie najlepsze, nie 
znajdziemy w jego starannie argumentowanych wczesnych tekstach „analitycznych”, lecz w 
tekstach, które przyjmują grającą, lekceważącą i „literacką” postawę wobec historii poważnej 
filozoficznej debaty od Platona do Heideggera et au-dela.

background image

Myślę, że czas wykazać, iż Rorty zwyczajnie myli się co do Derridy. Biała mitologia jest w tym 
względzie szczególnie instruktywna, skoro oferuje długie, szczegółowe i (przede wszystkim) 
drobiazgowo uargumentowane ujęcie roli metafory w rozmaitych tekstach zachodniej tradycji 
filozoficznej od Arystotelesa do Gastona Bachelarda. W związku z nadmienioną kwestią muszę 
przyznać, że Derrida rzeczywiście mówi niektóre z rzeczy, które chciałby od niego usłyszeć Rorty. 
Punkt ten osiąga Derrida szybko – lecz później podporządkowuje go intensywnej analizie 
krytycznej – w eseju zawierającym jeden z najbardziej przenikliwych komentarzy, jakie 
kiedykolwiek powstały na temat metafory vis-à-vis dyskursu logicznego, pojęcia i rozumu. Derrida 
czyni tym wzmiankę (idąc za Nietzschem i Anatolem France’em), że filozofia pełna jest metafor, 
wyrażeń figuratywnych, które były kiedyś – przypuszczalnie – rozpoznawane jako takie, lecz 
później zaczęto rozumieć je dosłownie, przemieniono w pojęcia, a więc wypolerowano je, wytarto, 
tworząc swego rodzaju uwzniośloną „białą mitologię” [

12

]. Samo słowo „pojęcie” jest metaforą dla 

łacińskiego „zebrać razem”, to jest dla ujmowania [comprehending] rozmaitych idei (percepcji, 
wrażeń, obrazów itd.) przez względnie abstrakcyjny proces myślenia. 
„Ujmowanie” [comprehension] jest kolejną metaforą tego rodzaju wywiedzioną z pokrewnego 
etymologicznego rdzenia, mianowicie idei intelektualnego chwytu dokonanego przez aktywne, 
syntetyzujące siły rozumu. Sama „metafora” jest metaforą; we współczesnej grece oznacza środek 
publicznego transportu, tramwaj lub autobus, coś, co przemieszcza nas z jednego miejsca w drugie, 
tak jak metafory dostarczają przenośni, za pomocą której znaczenia przenoszone są z jednego 
kontekstu do drugiego. Tak więc pojęcie metafory jest w pewnym sensie dosłownie metaforyczne. 
Lecz „dosłowny” [literal] to także metafora, skoro wywodzi się z łacińskiego słowa oznaczającego 
literę, tj. z pojęcia, że patrząc uważnie na litery na kartce można odczytać ich dosłowne 
(niemetaforyczne, zrozumiałe) znaczenie. To samo stosuje się do bardziej abstrakcyjnych 
terminów, takich jak „teoria”. Teoria wywodzi się z greckiego thea (= ‘widowisko’) i jego formy 
czasownikowej theorein (= ‘oglądać’, ‘obserwować’, ‘być świadkiem czegoś’). Zatem teatr jest 
miejscem, gdzie oglądamy wydarzenia, jakie tam się rozgrywają, przed nami, na scenie, podczas 
gdy teoria pociąga za sobą swego rodzaju teatr wewnętrzny, gdzie idee, pojęcia czy przedstawienia 
przepływają przed kontemplującym umysłem.

Derrida proponuje całą serię dalszych przykładów metafor, których oryginalne („dosłowne”) 
znaczenie wywodzi się ze zmysłowej bądź zjawiskowej dziedziny, lecz które zostały przejęte przez 
abstrakcyjny dyskurs filozofii i odtąd ulegały procesowi zacierania, za sprawą którego owo 
pierwotne znaczenie zostało stopniowo zapomniane. Metafory te są przede wszystkim związane z 
widzeniem, z dziedziną wizualną czy wzrokową („wgląd wewnętrzny”, „teoria”, Kartezjańskie 
odwołanie do „jasnych i wyraźnych idei”), lub z dotykowymi analogiami, takimi jak „chwyt”, 
„pojmowanie” czy „pojęcie”. Za każdym razem owo przejście od tego, co zmysłowe, do tego, co 
abstrakcyjne – czyli od obrazu do idei – sformułowane jest w kategoriach równoległego upadku od 
barwności języka poetyckiego do abstrakcyjnego rygoryzmu pojęciowej czy filozoficznej myśli. 
Stąd pochodzi Derridiański tytuł Biała mitologia (La mythologie blanche), zaczerpnięty z 
zainspirowanego Nietzschem dialogu autorstwa Anatole’a France’a, który krytykuje metafizyków 
jako „smutnych poetów”, których język utracił już ową moc wyrażania czy ewokowania żywych 
szczegółów doświadczenia zmysłowego [

13

] . Z tego samego powodu Nietzsche narzekał na 

filozofię od czasów Sokratesa począwszy: że zatraciła odwagę swych źródłowych metafor (swego 
rodzaju „poetyckich” wyrażeń, jakie możemy odnaleźć u presokratyków: „wszystko jest ogniem”, 
„wszystko jest wodą”, „zmiana jest zasadą wszechrzeczy”) i zwróciła się ku językowi wyzutych z 
życia abstrakcji i suchej pojęciowej precyzji. Podobnie sądził Heidegger, dla którego Sokrates był 
tym antycznym filozofem, którego myślenie zapoczątkowało niefortunny proces stojący za całym 
późniejszym ciągiem „zachodniej metafizyki” jako dyskursu oddającego się abstrakcyjnym 
pojęciom prawdy, sprawiedliwości, piękna i tak dalej [

14

]. Krótko mówiąc, wszyscy ci myśliciele 

podzielali pogląd, że przejście od metafory do pojęcia – czyli od poezji do filozofii – jest procesem 
epokowego upadku; procesem, który nieustannie zaciemniał źródłowy sens metaforycznego 

background image

bogactwa i żywotności.

Można zatem usprawiedliwić odczytanie pierwszego działu Derridiańskiej Białej mitologii jako 
kolejnej medytacji na ten sam smutny temat w stylu Nietzschego, Heideggera czy Anatole’a 
France’a. (W rzeczy samej, ta część eseju jest w głównej mierze poświęcona drobiazgowemu, 
krytycznemu komentarzowi na temat dialogu France’a Ogród Epikura.) Derrida z pewnością 
kładzie nacisk na to, że filozofii nie stać na kompletne zbadanie własnych metaforycznych źródeł – 
zbadanie ich z zewnątrz i z góry – ponieważ istnieją metafory, które w jakiś sposób uciekają jej 
konceptualnej sieci, figury tak głęboko zakorzenione w dyskursie filozoficznego rozumu, że brak 
im jakichkolwiek alternatywnych środków ekspresji. Mówiąc ściśle, figury te są przykładami tropu 
catachresis, terminami, dla których nie istnieje żaden literalny odpowiednik i które nie mogą być 
zdefiniowane ani sparafrazowane bez ponownego popadnięcia w inny, równie metaforyczny termin 
zastępczy. Zatem filozofia zawsze napotykać będzie granicę swoich mocy konceptualizacji, 
swojego wysiłku wynalezienia uniwersalnej tropologii – teorii metafory czy filozofii retoryki – 
która mogłaby właściwie kontrolować i ustalać granice pola swej własnej metaforycznej produkcji. 
W słowach Derridy, „za każdym więc razem ulatnia się, ilekroć jeden z jej wytworów – w tym 
wypadku pojęcie metafory – bezskutecznie próbuje podporządkować sobie całość obszaru, do 
którego należy” [BM, s. 274]. Znaczy to, że zawsze istniała będzie przynajmniej jedna metafora, 
która z koniecznością wymyka się definicji, skoro pełni ściśle nieodzowną rolę w procesie 
pojęciowego wyjaśniania i badania.

Widać zatem, dlaczego niektórzy komentatorzy – wśród nich Rorty – odczytują Białą mitologię 
jako zmasowany atak na dychotomię pojęcie/metafora, a wraz z nią na inne pokrewne dystynkcje, 
takie jak rozum i retoryka, wyrażenia stwierdzające i performatywne, czy – rozszerzając – filozofia 
i literatura. Z tego powodu niezwykle często wyciągali oni wniosek, że filozofia jest rzeczywiście 
„rodzajem pisarstwa”, który do tej pory wyróżniała przede wszystkim niemożność przyznania się 
do tego faktu. Jednak filozofia może jeszcze pozbyć się wzniosłych złudzeń i przystąpić do gry w 
użytecznej, lecz pomniejszonej roli w nieustającej kulturowej konwersacji. Pogląd taki jest możliwy 
do przyjęcia, jeśli przebrnie się jedynie przez pierwszą część Białej mitologii, w której Derrida w 
mniejszym lub w większym stopniu parafrazuje Anatole’a France’a i pewne, modne obecnie 
odczytanie Nietzschego. Lecz potem, w dalszej części eseju, Derrida proponuje inną linię 
argumentacji, która skutecznie odwraca powyższą tezę do góry nogami. Wykazuje on, iż jeśli 
chcemy w ogóle myśleć o metaforze, musimy przyznać, że wszystkie nasze pojęcia, teorie czy 
robocze definicje metafory zostały wzniesione na pewnych filozoficznych dystynkcjach, szczególnie 
na tej między pojęciem a metaforą. Co więcej, w przeciągu stuleci zostały one rozwinięte i 
wysubtelnione przez filozofów – począwszy od Arystotelesa – którzy o metaforze myśleli zawsze w 
kontekście innych rozważań filozoficznych.

Znaczy to, że, w przypadku Arystotelesa, teoria metafory wiąże się z jego teorią mimesis (czyli 
artystycznego przedstawienia), a ta z kolei z jego myśleniem na temat języka, logiki, gramatyki, 
retoryki, hermeneutyki, rozmaitych gałęzi nauk przyrodniczych, epistemologii, ontologii i 
ostatecznie metafizyki jako tej gałęzi wiedzy, która zawiera i obejmuje wszystkie inne [

15

]. Innymi 

słowy, dyskurs o metaforze jest zawsze dyskursem, który za swoją podstawę ma filozofię, nawet 
kiedy atakuje pretensję filozofii do podporządkowywania sobie pola metafory. Nie możemy zatem 
powiedzieć, że „wszystkie pojęcia są metaforami” albo że filozofia jest kolejnym „rodzajem 
(metaforycznego) pisarstwa”, ponieważ powracamy do uprzedniego pytania: czym jest metafora? 
Aby zająć się tym pytaniem, powinniśmy wziąć pod uwagę rozmaite teorie metafory, jakie zostały 
zaproponowane czy to przez filozofów (od Arystotelesa do Maxa Blacka czy Donalda Davidsona), 
czy przez krytyków literackich (ponownie, od Arystotelesa do teoretyków takich jak Coleridge, I.A. 
Richards czy William Empson), których praca objęła cały zasięg starannie dopracowanych 
filozoficznie pojęć i dystynkcji [

16

] . Rodzi się zatem pytanie: „czy owe tropy definiujące, 

background image

uprzednie wobec wszelkiej retoryki filozoficznej, tropy, które wytwarzają filozofemy, można 
jeszcze nazywać metaforami?” [BM, s. 317]. Jakakolwiek odpowiedź w oczywisty sposób 
wymagałaby czegoś więcej, niż tylko powtórzenia Nietzscheańskiej (czy quasi-Nietzscheańskiej) 
tezy o odwróceniu tradycyjnego porządku pierwszeństwa między pojęciem a metaforą. Co znaczy, 
że musiałaby ona w pewnym momencie przyznać, że „z pochodnego dyskursu filozoficznego 
zapożycza się więc kryteria klasyfikacji metafor filozoficznych” [BM, s. 279]. I chociaż dyskurs ten 
jest sam „pochodny” (tj. zależny od pewnych metafor, tych „zależności” i „pochodności” wśród 
nich), wciąż dostarcza on jedyne możliwe środki do zbadania wszechobecnej roli metafory w 
tekstach filozofii. Gdyż, jak pisze Derrida, „ogólna taksonomia metafor – metafor zwanych 
filozoficznymi w szczególności – zakładałaby zatem rozstrzygnięcie najważniej-szych kwestii, 
przede wszystkim tych, które nadały kształt filozofii na przestrzeni jej dziejów” [BM, s. 284].

Nie ma wątpliwości, że te problemy (ontologiczne, epistemologiczne, metafizyczne etc.) są równie 
dalekie od rozwiązania, co filozofia od uzyskania zupełnego, systematycznego ujęcia rozmaitych 
metafor, które konstytuują jej dyskurs. To jest właśnie stanowisko Derridy: nie możemy wysunąć 
żadnego twierdzenia dotyczącego metafory (a przynajmniej jej roli w tekstach filozoficznych), nie 
przywołując tym samym całego arsenału filozoficznych kategorii i argumentów, a pośród nich 
dystynkcji pojęcie/metafora, dystynkcji rozwijanej przez filozofię, retorykę i teorię literatury od 
czasów Arystotelesa. Zatem „pojęcie metafory – wraz ze wszystkimi predykatami, które pozwalają 
określić jego zakres i rozumienie – jest filozofemem” [BM, s. 284]. „Filozofemem” w tym sensie, 
że należy on do tych „fundamentalnych i strukturujących” tropów, które definiowały dotąd samą 
naturę i zakres autentycznych dociekań filozoficznych. Te ostatnie zawierają „opozycję między 
tym, co właściwe, a tym, co niewłaściwe, istotne i przypadkowe, między oglądem i dyskursem, 
myślą a językiem, tym, co pojmowalne, a tym, co zmysłowo uchwytne” BM, s. 285]. Aby owe 
dystynkcje pozostawały na swoim miejscu, konieczne jest, żeby metafora zajmowała ściśle 
podporządkowane miejsce vis-à-vis dyskursu filozoficznego rozumu i prawdy, miejsce, w którym 
zawsze może być traktowana jako rodzaj „objazdu” – tropologicznego odchylenia – na drodze w 
kierunku właści-wego, czyli dosłownego znaczenia. W takim przypadku trzeba przypuszczać, „że 
sens, do którego dąży się przez owe figury, to istność zupełnie niezależna od tego, co ją niesie, 
tymczasem jest to już teza filozoficzna, rzecz by można jedyna teza filozofii, ta, która konstytuuje 
pojęcie metafory” [BM, s. 285]. Bez wątpienia Derrida – jak przed nim Nietzsche – uznaje to za 
niemożliwy do spełnienia ideał, taki, który ignoruje wszystkie komplikujące czynniki pojawiające 
się, kiedy filozofia próbuje podporządkować metaforę rządom pojęcia, systemu czy metody. 
Jakkolwiek, należy także zauważyć liczne ustępy w Białej mitologii, gdzie Derrida nalega, aby 
jakiekolwiek adekwatne – uzasadnione filozoficznie – potraktowanie metafory uszanowało owe 
tradycyjne wymagania – rygoru, jasności, pojęciowej precyzji, logicznej konsekwencji i tak dalej – 
których nie znajdziemy w tekstualno-postmodernistycznym ujęciu filozofii jako kolejnego „rodzaju 
pisarstwa”.

II.

Biała mitologia jest zatem kluczowym tekstem w oeuvre Derridy, ponieważ pokazuje, iż jest on 
wciąż blisko związany ze specyficznie filozoficznymi zagadnieniami i problemami. Oczywiście, 
jest on daleki od zaaprobowania idei filozofii jako rodzaju panującego dyskursu, dyskursu, który w 
wyjątkowy i wyłączny sposób zmierza ku prawdzie i wydzielony jest od innych dyscyplin za 
sprawą swego etosu czystych, „bezinteresownych” dociekań. Jakkolwiek jest on równie daleki od 
sugerowania, by porzucić owe „logocentryczne” pojęcia i traktować filozofię jako kolejną grę 
językową albo fakultatywny styl rozmowy. Rzeczywiście, na przykładzie Białej mitologii można 
zauważyć, że Derrida uprawia najbardziej podstawową formę filozoficznej argumentacji, formę, 
która sięga czasów Platońskich dialogów, a swoje najlepiej wypracowane ujęcie znajduje u Kanta. 

background image

Jest to transcendentalny rodzaj dowodzenia, dowodzenie z „warunków możliwości”, które opiera 
się na pytaniach w rodzaju: w jaki spo-sób możliwe jest posiadanie przez nas wiedzy i 
doświadczenia? jakie są konieczne warunki dla takiej wiedzy i doświadczenia? w jaki sposób 
możemy rozumieć innych ludzi? jak jest możliwe, że traktujemy ludzi jako innych od nas, lecz 
przynależących do wspólnej dziedziny intersubiektywnie pojmowalnych myśli, znaczeń i 
wierzeń? [

17

] I znowu: jakie są konieczne warunki dla dowolnej teorii czy pojęcia metafory, 

wziąwszy pod uwagę stopień, do którego wszelkie takie teorie czy pojęcia są same pochwycone w 
łańcuch metaforycznych odchyleń, przemieszczeń i substytucji, których filozofia nie jest w stanie w 
pełni kontrolować ani zrozumieć?

W tym ostatnim przypadku, jak często w dziełach Derridy, dowód przybiera negatywnie-
transcendentalną („warunku niemożliwości”) postać, gdzie rezultatem jest wykazanie, że pewne 
dystynkcje nie mogą być nakreślone w tak jasny sposób, jak nierzadko mniemali filozofowie [

18

]. 

Dlatego długi dział Białej mitologii poświęca Derrida dyskusji na temat roli metafory w nauce i 
wysiłkom rozmaitych filozofów – od Arystotelesa do Bachelarda i Canguilhema – by dokładnie 
określić punkt, w którym naukowe pojęcia rodzą się z przednaukowej materii metafory, analogii, 
myślenia obrazowego i podobnych „antropomorficznych” rezyduów. Jak łatwo się domyślić, ma on 
pewne wątpliwości co do tego, czy ów punkt transformacji można ustalić lub zdefiniować, skoro 
każda próba tego rodzaju musiałaby zakładać możliwość nakreślenia precyzyjnej dystynkcji między 
metaforą a pojęciem, a jest to właśnie ta dystynkcja, która – według Derridy – zawsze wymknie się 
nawet najdoskonalszemu pojęciowemu chwytowi filozofii. Niemniej jednak istnieje sens (pace 
kulturowym relatywistom i „silnym” socjologom wiedzy), w którym nauka rozwija się – mówiąc 
słowami Bachelarda – od „mniej skutecznych” do „bardziej skutecznych pojęć tropicznych” i 
proponuje coraz bardziej precyzyjne kryteria dla sprawdzenia swoich rozmaitych hipotez, teorii, 
zdań obserwacyjnych etc. [

19

] Co więcej, rezultatem tego wysiłku jest często usunięcie (a 

przynajmniej zminimalizowanie) rozmaitych błędów wywoływanych przez rezydualne 
przywiązanie do naiwnych, „zdroworozsądkowych” czy antropomorficznych nawyków myślenia. 
Krótko mówiąc, pociąga to za sobą to, co Bachelard opisał jako nieustający proces „rektyfikacji i 
krytyki”, proces, w którym pewne metafory (a nie inne) okazują się zdolne do dalszego 
oczyszczania aż do punktu, gdzie osiągają wystarczający stopień pojęciowego czy opisowo-
wyjaśniającego chwytu. Jego przykłady obejmują tetraedralną strukturę atomu węgla, „pojęcie 
tropiczne”, którego historia udanie ilustruje ów postęp od etapu intuicyjnej analogii czy 
ilustracyjnej metafory do etapu dobrze uzasadnionej teorii naukowej.

Georges Canguilhem, student Bachelarda, przyjął podobne podejście w swojej pracy na temat 
historii biologii i nauk o życiu [

20

] . Także i tam odkrył on uderzające przypadki postępu, który 

mógł się zdarzyć tylko za sprawą „oczyszczania” rozmaitych obrazów czy metafor, które zaczęły 
życie (by tak rzec) jako zapożyczenia od jakiejś innej, w przybliżeniu analogicznej domeny, lecz 
stały się potem przedmiotem tego samego procesu pojęciowego opracowania i badania. 
Przywołując jeden z najbardziej znanych przykładów Canguilhema: idea komórkowej struktury 
tkanki organicznej była pierwotnie w dużym stopniu metaforycznym pojęciem, takim, którego 
intuicyjne odwołanie leży w możliwości wywoływania pewnych antropomorficznych czy 
„afektywnych” wartości [

21

] . Wartości te odnosiły się do pracy zespołowej, do obrazu życia na 

najbardziej elementarnym poziomie, życia obejmującego złożone formy wzajemnego zaufania i 
wsparcia, stąd przywołanie aktywności przedstawianych przez pszczoły w ulu. Zatem teoria 
komórki była pierwotnie metaforą, metaforą użyteczną i sugestywną, to pewne, lecz jako taką wciąż 
związaną z obrazową, afektywną, analogiczną fazą myślenia, na którą należy patrzeć jako na 
prehistorię nowoczesnych („dojrzałych”) nauk o życiu. Gdyż głównym punktem argumentacji 
Canguilhema – jak przed nim Bachelarda – jest przekonanie, że nauka jest przedsięwzięciem 
rozwojowym i że jej progres zakłada przechodzenie przez etapy „rektyfikacji i krytyki”, i, co 
więcej, że historycy i filozofowie nauki muszą odwoływać się do najlepszego obecnie stanu wiedzy 
na danym jej polu. W przeciwnym bowiem razie nie posiadalibyśmy środków do oddzielenia 

background image

naukowej prawdy od fałszu, udanych od nieudanych teorii z przeszłości i teraźniejszości lub też (by 
zaadaptować terminologię Imre Lakatosa) „progresywnych” od „regresywnych” programów 
badawczych [

22

] . Nie moglibyśmy także zaproponować rozróżnienia – na jakimkolwiek gruncie 

innym niż pragmatyczny – pomiędzy całkowicie zdyskredytowanymi czy sfalsyfikowanymi 
teoriami (takimi jak teoria flogistonu Priestleya) a tymi – np. Blacka hipoteza „kaloryczna” – które 
w ważny sposób przyczyniły się do późniejszych odkryć naukowych, mimo że zawierały pewne 
fałszywe założenia. Dlatego Bachelard pisze o dwóch rodzajach historii, histoire sanctionée i 
histoire perimée. Pierwsza ma się zajmować głównie epizodami, które odegrały pewną rolę w 
rozwoju wiedzy naukowej aż po czasy dzisiejsze, druga zaś epizodami, które muszą jawić się jako 
„marginalne”, gdyż takiego wkładu nie wniosły.

Mam nadzieję, że stało się już jasne, dlaczego udałem się na tę krótką wycieczkę via francuska 
filozofia nauki w swojej krytyczno-racjonalistycznej linii pochodzenia od Bachelarda do 
Canguilhema. Gdyż warto zwrócić uwagę – co rzadko czynią komentatorzy Derridy, przyjaźni czy 
wrodzy – że jego dzieło przynależy do tej linii. Najważniejsze jest to, że Derrida dzieli z 
Bachelardem zainteresowanie warunkami możliwości wiedzy naukowej, a także wiedzy osiągniętej 
za sprawą filozoficznej refleksji nad historią nauki w rozmaitych etapach jej rozwoju. Nalega on 
także – znowu jak Bachelard – że owe projekty badań, choć blisko związane – nie mogą być 
poprowadzone wspólnie w taki sposób, że unieważniłyby dystynkcję między histoire sanctionée i 
histoire perimée, czy historią nauki (mówiąc ściśle) i historią przednaukowych wierzeń, czy 
wreszcie między krytyczną filozofią nauki i innymi (na przykład kulturowo-kontekstualistycznymi 
czy „silnie”-socjologicznymi) podejściami. Gdyż pomieszanie takie skutkuje najczęściej całkowicie 
relatywistycznym spojrzeniem, które zawiesza wszystkie kwestie prawdy i fałszu, lub traktuje 
wszystkie teorie naukowe – przeszłe i obecne – jako wytwór ich własnego kulturowego czasu i 
miejsca, a zatem jako równorzędne pod względem uzasadnienia [

23

] .

Ta modna doktryna ma rozmaite źródła, pośród nich późnego Wittgensteina (gry językowe i 
kulturowe „formy życia”), Thomasa Kuhna (prawda naukowa jako „wewnętrzna” wobec danego 
pojawiającego się w historii paradygmatu) i oczywiście silny program w socjologii wiedzy z jego 
systematyczną tendencją do zawieszania lub ignorowania takich dystynkcji  [

24

]. Kolejne źródła to 

Foucaultowskie „archeologie” czy „genealogie” wiedzy, podejście hermeneutyczne wywodzące się 
od Heideggera i Gadamera, Lyotardowska idea „kondycji ponowoczesnej” i jej stosunek do kwestii 
wiedzy i prawdy oraz „tekstualistyczny” pogląd Rorty’ego na wiedzę naukową jako zmierzającą od 
jednej rewolucji do drugiej poprzez zmianę metafor, zmianę, która pojawia się z podobnego 
powodu, co przychodzące z czasem znudzenie dotychczasowym stylem rozmowy  [

25

]. Często 

zakłada się obecnie, nierzadko opierając się na argumentacji Rorty’ego, że dekonstrukcja w ogóle, a 
dzieło Derridy w szczególności, jest kolejną wersją postmodernistycznego „zwrotu” przeciw 
wartościom takim jak prawda, rozum, krytycyzm i analiza pojęciowa. Takie odczytanie ignoruje 
wszakże wiele fragmentów, w Białej mitologii i innych tekstach, w których Derrida akcentuje 
konieczność – „absolutną i uzasadnioną” konieczność – przemyślenia tych kwestii z możliwie 
największym rygorem i precyzją. Jest zatem bardzo daleki od odrzucenia Bachelardowskiej idei 
„epistemologicznego zerwania”, decydującej fazy naukowego postępu, gdzie niejasne, 
nieprecyzyjne czy metaforyczne pojęcie otwiera drogę pojęciu adekwatnemu, które ma moc 
transformacji danego pola badań. Derrida, rzecz jasna, idzie dalej niż Bachelard – dalej (można by 
rzec) w Nietzscheańskim kierunku – wykazując, że pewne metaforyczne rezydua będą zawsze 
zamieszkiwać w dyskursie nauki lub filozofii nauki. Lecz mówi on także, że każdy tego rodzaju 
argument, włączając w to jego własny i Nietzschego, sam zależy od tych samych analitycznych 
zasobów, które filozofia rozwinęła i oczyściła, pośród nich od dystynkcji metafora/pojęcie i procesu 
„rektyfikacji i krytyki” opisanego przez Bachelarda.

Nie ma zatem powodu mówić, że „wszystkie pojęcia są metaforami”, jeśli nie pamięta się przy tym, 

background image

że pojęcie metafory ma długą i złożoną filozoficzną historię. Chodzi o to, że jest to pojęcie, którego 
strukturalna genealogia wymaga zarówno szczegółowego porównawczego potraktowania, jakie ma 
miejsce w głównych teoriach metafory (od Arystotelesa via Nietzsche do Bachelarda), jak i 
podejścia krytycznego, które rozważa te teorie pod względem ich ukrytych założeń, 
„nieuświadomionych aksjomatów” czy niejawnej zależności od metafory i analogii w ich własnych 
pojęciowych sformułowaniach. Uchylanie się przed podjęciem tego zadania przez proklamowanie 
wszechobecności metafory – w postmodernistycznym czy „silnie-tekstualistycznym” duchu – 
równa się prowokowaniu oskarżenia, że myślenie to rzeczywiście cofnęło się do fazy niejasnego, 
etymopoetyckiego czy pseudonaukowego marzenia. Takie właśnie oskarżenie Habermas wysuwa 
przeciw Derridzie: że umyślnie zamazuje on „różnicę gatunkową” między pojęciem a metaforą, 
rozumem a retoryką czy filozofią a literaturą [

26

] . Dekonstrukcja jest w tym ujęciu jeszcze jednym 

wariantem obecnej irracjonalistycznej tendencji do unieważniania „filozoficznego dyskursu 
modernizmu” i tym samym powraca do przedoświeceniowej fazy, kiedy dyskurs nie wydzielił 
jeszcze z siebie rozmaitych rodzajów myśli: kogni¬tywnej, refleksyjnej, etyczno-politycznej i 
estetycznej.

Jest to jednak błędne, a przynajmniej wybiórcze i uproszczone odczytanie Derridy, co próbowałem 
udowodnić gdzie indziej [

27

] . Z jednej strony ignoruje ono pisma dotyczące Kanta, w których 

Derrida akcentuje potrzebę „zachowania wiary” w niedokończony projekt modernizmu, nawet – lub 
w szczególności – jeśli jego wartościom grożą owe równoważące ciśnienia i tendencje, o których 
pisze Habermas  [

28

] . Z drugiej strony, nie zauważa ono wielu fragmentów (w Białej mitologii i 

pokrewnych tekstach), w których Derrida dostarcza rygorystycznych argumentów – argumentów w 
stylu transcendentalnym – aby dowieść, że rozumienie nie poradzi sobie bez krytycznych zasobów 
nagromadzonych przez filozofię, włączając w to oczyszczenie dystynkcji pojęcie/metafora i krytykę 
naiwnych, obrazowych czy antropomorficznych nawyków myślenia. U Bachelarda przybrało to 
formę dwutorowego projektu. Pierwszą z jego gałęzi była „psychoanaliza” czy też stosowana 
fenomenologia obrazu poetyckiego i metafory, drugą natomiast stanowiła wiedza naukowa, która 
przyniosła zdecydowane zerwanie z tą dziedziną intuicyjnego, przednaukowego „marzenia” [

29

] . 

Bachelard nie uważał, jakoby nauka mogła w prosty sposób zastąpić poezję lub że filozofia nauki 
mogłaby ostatecznie przejąć kontrolę nad całym polem, pokazując, jak metafory i wyobrażenia 
zmysłowe są wytworami niewyraźnych i niejasnych idei. Oba te projekty powinno się raczej 
traktować jako wzajemnie się uzupełniające, stosujące odmienne metody i kryteria i stąd 
dostarczające kontrastujących ze sobą ujęć poetycko-metaforycznego i pojęciowo-analitycznego 
myślenia. Poza tym, dla Bachelarda było oczywiste, że w pewnych miejscach nauka będzie zawsze 
uciekać się do analogii i metafory, zwłaszcza w okresach poprzedzających „rewolucje”, czyli 
drastyczną zmianę paradygmatu, i z tego powodu filozofia nauki będzie zawsze miała pożytek z 
analiz pochodzących z innej (przednaukowej) dziedziny. Jednakże należy mieć świa-domość tego 
rozróżnienia, gdyż w przeciwnym razie stracimy jakiekolwiek poczucie różnicy – różnicy 
konstytuującej naukę – między zmianami metafor, które odpowiadają zmianom poetyckich czy 
twórczych obrazów, a tymi, które zwiastują zdecydowaną zmianę w porządku konstrukcji teorii 
naukowych.

Według niektórych – między innymi Rorty’ego – najlepiej byłoby, gdybyśmy porzucili tę 
dystynkcję wraz z wszystkimi innymi przeszkadzającymi w rozmowie rozróżnieniami, jak na 
przykład te między filozofią a literaturą, rozumem a retoryką, naukami o człowieku a naukami o 
przyrodzie. Rzeczywiście, łatwo wyobrazić sobie studia porównawcze nad filozofami, którzy pisali 
na temat roli metafory w nauce umieszczając ich w różnych miejscach na skali, której krańce 
stanowią ekstrema literalizmu i metaforyczno-poetyckiego konstruktywizmu. Skala ta rozciągałaby 
się od wiary, że w teoriach naukowych nie ma żadnego miejsca na metafory, do tekstualistycznego 
poglądu w stylu Rorty’ego, że „wszystkie pojęcia są metaforami”, także pojęcia nauki, a zatem nic 
nie osiągniemy usiłując analizować lub wyjaśniać te metafory. Zdaniem Derridy – jak i Bachelarda 
przed nim – żadnego z tych ekstremalnych stanowisk nie da się obronić. Pierwsze nie potrafi 

background image

wyjaśnić, jak możliwy jest rozwój nauki przez twórcze „skoki” poza ramy preegzystujących pojęć, 
drugie zaś nie potrafi dostarczyć żadnych kategorii (adekwatnych, naukowych bądź filozo-ficznych 
kategorii), aby możliwe było odróżnienie uzasadnionych od nieuzasadnionych teorii czy 
progresywnych od regresywnych programów badawczych. Dlatego właśnie Derrida zachowuje 
kluczową rolę dla Bachelardowskiej idei „epistemologicznego zerwania”, pomimo – jak dowodzi – 
niemożliwości jej bezpośredniego zastosowania do konceptualizacji metafory czy ujmowania nauki 
(i filozofii nauki) jako trwającego procesu „rektyfikacji i krytyki”.

III

Jak powiedziałem, istnieją w Białej mitologii fragmenty, w których Derrida staje na stanowisku 
głoszącym niemożliwość stworzenia zupełnej teorii czy pojęcia metafory. „Nie istnieje z definicji”, 
pisze on,

kategoria ściśle filozoficzna, pozwalająca zakwalifikować pewną liczbę tropów, które 
ustrukturowały sposób ustrukturowania opozycji filozoficznych zwanych „fundamentalnymi”, 
„strukturującymi”, „źródłowymi”: tyle
 [jest] „metafor”, które – jak choćby słowa „chwyt”, „trop” 
czy „metafora” – mogłyby stanowić uzasadnienia takiej tropologii, nie będąc wyjątkiem od reguły. 
[BM, s. 285]

Filozofia zatem może jedynie usiłować steoretyzować metaforę na mocy swoich pojęciowych 
kategorii, kategorii, które definiują samą naturę filozoficznych dociekań od greckich początków po 
dziś dzień. Jednak czyniąc to, będzie zawsze popadać w kolisty proces zawłaszczania, zależności od 
pewnych metafor („fundamentalnych”, „strukturujących”, „źródłowych” tropów), dla których nie 
istnieją dosłowne, proste ekwiwalenty, i które tym samym konstytuują absolutną granicę tego 
rodzaju dociekań. Rzeczywiście, teoria metafory – filozofia, retoryka czy krytyka literacka – nie ma 
innego wyboru, niż pracować z pojęciem („metafory” samej), które przyjmuje za pewnik 
dystynkcję między znaczeniem dosłownym i metaforycznym. Łatwo bowiem wykazać, że 
począwszy od Arystotelesa teoretycy zawsze traktowali metaforę jako „objazd” na drodze do 
prawdy, to znaczy jako odchylenie od właściwego czyli dosłownego sensu, odchylenie, które 
niemniej jednak może zaowocować wiedzą. Ale oznacza to, że należy przyjąć, iż filozofia dzierży 
wszystkie niezbędne pojęcia czy instrumenty do analizowania metafory bez równoczesnego 
uciekania się do języka, który sam jest radykalnie metaforyczny.

Krótko mówiąc, jak zaznacza Derrida, „[metafora] wysnuwa się z sieci filozofemów, które same 
odpowiadają tropom lub figurom”. Co więcej,

Ta warstwa tropów-„fundatorów” – to złoże „pierwszych” filozofemów (przyjmijmy, że te 
cudzysłowy są wystarczająco czytelnym sygnałem) nie tworzy obszaru samowładztwa. Nie może 
sama nad sobą sprawować władzy, ponieważ sama się z siebie zrodziła, z własnej gleby się tworzy i 
na własnym gruncie się wspiera. Za każdym więc razem ulatnia się, ilekroć jeden z jej wytworów – 
w tym wypadku po-jęcie metafory – bezskutecznie próbuje podporządkować sobie całość obszaru, 
do którego należy.
 [BM, s. 274]

To jest właśnie znaczenie, w którym Derrida odrzuca „unikalną tezę” filozofii dotyczącą metafory, 
tj. przeświadczenie, że jest ona tylko „tymczasową utratą sensu”, chwilowym odchyleniem od 
właściwego (dosłownego) znaczenia, które zawsze można przywrócić – w każdym razie w 
przypadku „dobrych”, rodzących prawdę metafor – przez analizę jej struktury i rozmaitych części 
składowych. Twierdzenie to zostało zaproponowane pierwszy raz przez Arystotelesa, kiedy 

background image

zauważył on, że z rozmaitych rodzajów metafor najlepsze są te Czwartego Typu, który jest złożoną 
z czterech terminów strukturą analogii („jak A do B, tak C do D”) [

30

] Ten typ metafory umożliwia 

osiągnięcie prawdziwego postępu w wiedzy, postępu, który objawia się na mocy zdolności myśli do 
postrzegania relacji podobieństwa między niepowiązanymi wcześniej dziedzinami wiedzy. 
„Metafora, dzieło mimesis i homoiosis, przejaw analogii, jest zatem środkiem poznania. 
Podporządkowanym, co prawda, ale pewnym” [BM, s. 296]. „Podporządkowanym” w tym sensie, 
że osiąga on prawdę za pomocą złożonego, analogicznego przeniesienia, to znaczy, przez 
odchylenie od dosłownego sensu, które nie byłoby potrzebne, gdybyśmy posiadali bardziej 
adekwatne zasoby językowe i pojęciowe. Niemniej jednak „pewnym” w tym zakresie, w jakim 
dobre metafory, działając w specyficzny sobie sposób prowadzą do prawdy, owocując powstaniem 
wiedzy, która ostatecznie odrzuci owe heurystyczne instrumenty o tak krótkim terminie ważności.

Podobnie jest u Bachelarda: główną zaletą naukowych metafor – zaletą, którą dzielą z wyobraźnią 
poetycką – jest to, że umożliwiają twórcze wyjście poza granice zastanego, ortodoksyjnego sposobu 
myślenia. Ale wciąż najlepszym sprawdzianem dobrej metafory – tak dla Bachelarda, jak i dla 
Arystotelesa – jest jej zdolność do wytrzymywania rygorów pojęciowej „rektyfikacji i krytyki”, tj. 
posiadanie przez nią złożonej analogicznej struktury, która umożliwia zastosowanie i krytyczne 
oszacowanie rozmaitych terminów w danym kontekście badań. Tetraedralna struktura węgla i 
planetarny model atomu były zatem metaforami, które odegrały znaczącą rolę w rozwoju wiedzy 
naukowej, ponieważ zwracały uwagę na analogie, nawet jeśli analogie te nie osiągnęły jeszcze 
najwyższego (najbardziej adekwatnego naukowo) poziomu pojęciowej definicji. Gdyż naprawdę 
nie ma powodu przedstawiać tego zagadnienia – jak często się to robi – jako sporu między tymi, 
którzy utrzymują, że nauka ma do czynienia ze ścisłą, dosłowną prawdą i pozostałymi – 
postmodernistami i dekonstrukcjonistami – którzy twierdzą, że metafora „jest wszędzie”, i z tego 
po-wodu wnoszą, iż prawda jest swego rodzaju udosłownioną lub wysubtelnioną metaforą. Tym 
samym niejasna pozostaje kluczowa różnica – co doskonale pokazuje Bachelard – między 
metaforami pozostającymi po stronie poetyckiego czy wyobrażeniowego „marzenia” a metaforami, 
które – mocą swojej struktury i zdolności do dalszego rozwoju – można zaliczyć do zasobów 
rozwojowych teorii naukowej lub programu badawczego.

Wielu czytelników może to zaskoczyć, ale kilka powyższych zdań to w bardzo dużym przybliżeniu 
argumentacja Derridy z kluczowych ustępów Białej mitologii. Gdyż, jak już wspomniałem, tekst 
ten uznaje się za wzorcowy przykład doprowadzenia do kresu (i dobry kawałek dalej) koncepcji 
„wszystkie pojęcia są metaforami”, „nauka jest wytworem metaforycznej, wewnątrzjęzykowej woli 
prawdy” i tak dalej. Tyle że Derrida nie mówi nic takiego, choć współbrzmiałoby to doskonale z 
tym, co wielu komentatorów – życzliwych i wrogich – chciałoby usłyszeć. W rzeczywistości 
główna część Białej mitologii poświęcona jest drobiazgowo argumentowanej krytyce standardowej 
postmodernistycznej (czy quasi-dekonstrukcyjnej) idei, jakoby pojęcia nauki i filozofii można było 
traktować jako wyłącznie repertuar wysublimowanych metafor, obrazów i tropów. Zatem, ze 
szczególnym odniesieniem do Bachelarda, „czy korektury wprowadzane przez krytykę naukową nie 
prowadzą raczej od nieudolnych, wadliwie zbudowanych pojęć-tropów do pojęć-tropów 
funkcjonalnych, subtelniejszych i skuteczniejszych w danej dziedzinie i w określonym stadium 
procesu naukowego?” [BM, s. 327]. Są też oczywiście inne ustępy – kilka z nich zacytowałem 
powyżej – które dają pretekst czy pozorne usprawiedliwienie dla postmodernistycznych, 
tekstualistycznych odczytań. Wszakże Derrida twierdzi również, że każde warte zachodu krytyczne 
omówienie metafory musi przejść drogę rozmaitych teorii filozoficznych – począwszy od 
Arystotelesa – w których temat ten był zawsze blisko związany z zagadnieniami prawdy i wiedzy.

Dlatego właśnie Derrida zagląda do filozofii nauki, w szczególności do Bachelarda i Canguilhema, 
aby odnaleźć przykłady „prawdziwych” metafor, czyli figur myślowych, które udowodniły swoją 
naukową przydatność w czasie trwającego procesu „rektyfikacji i krytyki”. To właśnie oddziela 
jego ujęcie od innych, bardziej holistycznych czy ogólnych twierdzeń dotyczących metafory i jej 

background image

roli w konstruowaniu teorii naukowych. Obejmują one sugestię Rorty’ego, abyśmy porzucili 
dystynkcję metafora/pojęcie i zastąpili ją Kuhnowską dystynkcją między nauką „normalną” i 
„rewolucyjną”. Pierwszą charakteryzuje przywiązanie do rutynowych, dosłownych czy „martwych” 
metafor, druga poszukuje nowych odmian myślenia, które mogłyby pchnąć do przodu 
konwersację [

31

]. Sam Kuhn miał pewne zastrzeżenia do tego rodzaju tekstualistycznego czy 

jednoznacznie opisowego ujęcia [

32

]. Mimo to łatwo zauważyć, jak Rorty zbliża się do niego 

przejmując Kuhnowską tezę, że „rewolucje” naukowe zaZob. .kładają całkowitą zmianę 
paradygmatu (tak że o naukowcach sprzed i po tym wydarzeniu można powiedzieć, że „żyją w 
innych światach”) i przeszczepiając ją do Nietzscheańskiej koncepcji języka jako radykalnie 
metaforycznego. Rorty może więc potem traktować bardziej wyważone stwierdzenia Kuhna czy 
ostrożniejsze wybory metafor – jak ta, że naukowcy oglądają ten sam świat „przez różnokolorowe 
okulary” – jako niefortunne lapsusy, które można zignorować, o ile porzuciło się już ów stary, 
obiektywistyczny sposób myślenia. Powinniśmy raczej, radzi Rorty, zaprzestać bezcelowych 
wysiłków wyartykułowania teorii metafory, która w jakiś sposób określiłaby granicę między 
„właściwie” naukowymi i innymi (np. poetyckimi czy wyobrażeniowymi) sposobami opisu.

Nie zamierzam twierdzić – wbrew cytowanym wyżej ustępom z Białej mitologii – że Derrida jest 
całkowicie wyzuty z sympatii do tego sposobu myślenia o metaforze i jej roli w dyskursie filozofii 
nauki. Gdyby ktoś potrzebował dalszych tego rodzaju dowodów, poniższy ustęp wyjaśnia 
doskonale, dlaczego uważa on za niemożliwe, aby teoria metafory podporządkowała sobie pole 
swojej własnej metaforycznej produkcji.

Z pochodnego języka filozoficznego zapożycza się więc kryteria klasyfikacji metafor filozoficznych. 
Byłoby to może uzasadnione, gdyby owymi figurami autor – którego całkowicie dałoby się 
utożsamić z systemem – operował z wyrachowaniem albo też gdyby chodziło o opisanie retoryki 
filozoficznej pozostającej na usługach jakiejś autonomicznej teorii wykoncypowanej przed i poza jej 
językiem, operującej swymi tropami tej teorii jako narzędziami. Bez wątpienia „Platoński” i 
niechybnie filozoficzny ideał urzeczywistniał się w tym odstępie (i porządku), jaki między filozofią 
czy dialektyką z jednej strony a retoryką (sofistyką) z drugiej postulował Platon. I istnienie tego 
właśnie odstępu, tak jak i tej hierarchii, musimy tu postawić pod znakiem zapytania.
 [BM, s. 279]

Nie ma zatem żadnej wątpliwości, że Derrida widzi ogromne problemy, rodzące się przy 
rozważaniu jakiejkolwiek teorii metafory – czy epistemologii tropów – świadomej już 
metaforyczności języka zamieszkującego jej dyskurs. Należy wszakże pamiętać, że fragment ten 
wymierzony jest w pewne rozumienie tego, co znaczy dla filozofii podporządkowanie sobie pola 
metafory czy dla „autora systemu” (filozoficznej retoryki) – osiągnięcie tego poziomu klarowności 
teoretycznego chwytu. W rzeczywistości celem Derridy jest nie tyle „filozofia”, „teoria” czy 
„system” jako takie, lecz raczej idea, że jakikolwiek rozwój w kierunku bardziej rygorystycznego 
(adekwatnego pojęciowo) ujęcia metafory w tekstach filozoficznych musi odbywać się na drodze 
świadomości posiadającej wszystkie wymagane pojęcia. Punktu tego nie trzeba chyba wyjaśniać 
czytelnikom zaznajomionym z pracami Derridy na temat (na przykład) Platona, Arystotelesa, 
Rousseau, Hegla, Husserla i J.L. Austina [

33

] . W każdym przypadku – dowodzi Derrida – dzieła 

tych autorów odbierano w kategoriach teorii samoobecnego sensu czy autorskiej intencji. Co 
oznacza, że większość egzegetów zakłada, iż (1) ich teksty zarówno mówią to, o co w nich chodzi i 
w ścisłym sensie chodzi w nich o to, co mówią; (2) autorzy tych tekstów byli całkowicie świadomi 
rozmaitych implikacji (logicznych i retorycznych) tez wysuwanych pod ich nazwiskiem; (3) 
dostarcza to adekwatnej podstawy dla twierdzenia, że możemy wiedzieć, co autor zamierzał 
przyjmując dane stanowisko teoretyczne czy szczególną formę słów. Co więcej (4), każdy 
przeciwny argument – taki, jaki proponuje Derrida w dekonstrukcyjnych odczytaniach filozofów od 
Platona do Austina – można łatwo oddalić jako wytwór ignorancji, niekompetencji lub umyślnej 
dezinterpretacji.

background image

Brak tu miejsca, by przedstawić Derridiańską argumentację podważania „logocentrycznego” 
porządku wartości i priorytetów, które standardowo zawiadywały lekturą tekstów filozoficznych. 
Wspomnę tu tylko – gdyż rozważałem tę kwestię obszerniej gdzie indziej – że zagadnienia te 
widoczne są ze szczególną ostrością w jego tekście poświęconym teorii aktów mowy Austina, 
tekście, który podnosi wszystkie problemy związane z logicznymi implikacjami podejścia Austina, 
lecz czyni to z ogromną dbałością wobec tekstualnych detali  [

34

]. Chodzi mi raczej o to, że nie ma 

żadnego powodu – wbrew oponentom takim jak Searle – by uważać, że dekonstrukcja jest w 
jakimkolwiek sensie mniej rygorystyczna, odpowiedzialna czy filozoficznie adekwatna w swoim 
odrzuceniu prostego odwoływania się do pojęć takich jak intencja autora czy normalne konteksty 
wypowiedzi  [

35

]. Gdyż istnieje inne kryterium, za pomocą którego oszacować można 

wiarygodność filozoficznych argumentów, to mianowicie, na które implicite powołuje się Derrida 
w zacytowanym powyżej fragmencie Białej mitologii. Tym, co Derrida podaje tam w wątpliwość 
nie jest idea, że filozofia ma na temat metafory coś pożytecznego do powiedzenia, lecz pojęcie 
(powtórzmy), że jakakolwiek wiedza osiągnięta w ten sposób jest zależna od „owych figur, 
[których] autor – którego całkowicie dałoby się utożsamić z systemem – operował z 
wyrachowaniem”, figur będących „na usługach jakiejś autonomicznej teorii wykoncypowanej przed 
i poza jej językiem, operującej swymi tropami tej teorii jako narzędziami” [BM, s. 279].

Ten sam rodzaj metajęzykowego złudzenia, który nakazał niektórym teoretykom aktów mowy – 
między innymi Searle’owi – ominąć złożoną logikę tekstu Austina w nadziei stworzenia systemu 
klasyfikacji (ogólnej teorii performatywów), który zarządzałby całym polem, by tak rzec, z 
zewnątrz i z góry [

36

]. Nie oznacza to jednak, że odrzucamy całe przedsięwzięcie teorii aktów 

mowy, w sensie szerszym, niż jego poparcie dla tez w stylu Rorty’ego: „wszystkie pojęcia są 
metaforami” czy „filozofia jest kolejnym rodzajem pisarstwa”. Należy raczej podkreślić – tutaj, jak 
i we wcześniejszych tekstach Derridy poświęconych Platonowi, Rousseau i Husserlowi – że takie 
gesty podporządkowania sobie języka często opierają się na pojęciu świadomości kontrolującej 
swoje własne ekspresywne zasoby i stąd mogącej zawczasu narzucić, co liczyć się ma jako 
adekwatna teoria metafory czy klasyfikacja aktów mowy. Z tego właśnie powodu, zaznacza 
Derrida, w teoriach takich przejawia się „bez wątpienia «Platoński» i niechybnie filozoficzny 
ideał”, który zawsze od-nosi się do „autora – którego całkowicie dałoby się utożsamić z systemem” 
i który, co więcej, powstaje w odstępie „między filozofią czy dialektyką z jednej strony a retoryką 
(sofistyką) z drugiej” [BM, s. 279]. Roszczenia systemu i metody są zatem blisko związane z ideą 
języka, którym suwerennie dysponuje podmiot, zaś akty mowy, sensy i intencje podmiotu da się 
właściwie zinterpretować w zgodzie z zasadami ustanowionymi przez ich własną, 
samozatwierdzającą się podstawę. Błędne jest przypuszczenie, że Derrida jest całkowitym 
antyintencjonalistą, który odrzuca ideę – staromodną, fideistyczną ideę – że interpretacja czy 
tekstualna egzegeza ma coś wspólnego z szacunkiem dla oryginalnego autorskiego zamysłu czy idei 
wiodącej. [...] Tym, co dekonstrukcja zamierza pokazać, jest w każdym danym przypadku 
precyzyjna relacja między tym, co autor zamierza powiedzieć, a tym, do czego ogranicza go lub ją 
tekst, za sprawą efektów (jak np. „logika uzupełnienia” w przypadku tekstów Rousseau), które nie 
dają się zredukować do żadnego prostego intencjonali-stycznego ujęcia.

Jest to przypadek podobny do tego, z jakim mamy do czynienia w związku ze stosunkiem Derridy 
do metafory i rozmaitych prób – czynionych przez filozofię, retorykę i krytykę literacką – 
wyjaśnienia jej struktury i działania ze stanowiska metalingwistycznego. Tym, co budzi 
wątpliwości w tych próbach nie jest ich związek z najwyższymi standardami pojęciowej jasności, 
drobiazgowej analizy czy rygorystycznej argumentacji. Nie jest nim też fakt (jak wykazuje Derrida 
idąc za Nietzschem), że nawet te pozornie abstrakcyjne kryteria same wywodzą się z arsenału 
ukrytych czy wysublimowanych metafor, których filozofia nigdy nie pozbędzie się ze swojego 
języka. Poza tym, nie ma powodu, by wyciągać wniosek, iż filozofowie tracą czas próbując uzyskać 
bardziej drobiazgową, adekwatną pojęciowo wiedzę na temat rozmaitych „fundamentalnych”, 
„strukturujących” czy „źródłowych” tropów. Wyciągnąć taki wniosek – jak czyni to Rorty – to 

background image

pomylić bez wątpienia komplikujący czynnik filozoficznego dyskursu na temat metafory z 
nokautującym dowodem przeciwko koncepcji (przyjmowanej przez teoretyków od Arystotelesa do 
Bachelarda), jakoby filozofia mogła się czegoś nauczyć z analizy metafory, przynajmniej w 
tekstach swojej własnej tradycji.

Owa próba wyjaśnienia metafory staje się wątpliwa raczej wtedy, kiedy łączy się z tradycyjną, 
„logocentryczną” koncepcją wiedzy w jakiś sposób połączonej z myślącym podmiotem za sprawą 
bezpośredniego (uprzywilejowanego, subiektywnego) dostępu do sensów, intencji czy idei. Na 
ironię zakrawa fakt, że Searle oskarża Derridę o pozostawanie w uścisku typowo „francuskiego”, 
Kartezjańskiego złudzenia, czyli wiary, że jeśli kategorii aktów mowy nie można uczynić 
absolutnie rygorystycznymi (czyli jasnymi i wyraźnymi), to możemy dać sobie spokój z próbami 
rozróżnienia wyrażeń stwierdzających od performatywnych. Szczerych aktów mowy od 
nieszczerych, czy „normalnych” kontekstów wypowiedzi od „nienormalnych” [

37

]. Gdyż Derrida 

w tym właśnie sprzeciwia się Searle”owi (ale nie, podkreślmy, Austinowi), że zakładają one swego 
rodzaju własnościową podstawę – czy pewny chwyt interpretacyjny – która może pochodzić 
jedynie z zatwierdzonego odwołania do tego, co mówiący lub piszący właściwie i szczerze mają na 
myśli. Odwołaniu temu towarzyszy systematyzująca tendencja do wznoszenia kompletnej teorii 
aktów mowy na podstawie silnie normatywnych dystynkcji (jak te wymienione powyżej), które 
znajdują się tam na mocy założonej możliwości wiedzy o tym, jak działa-ją, by tak rzec, od 
wewnątrz.

Jednym ze sposobów zrozumienia stanowiska Derridy – zarówno w związku z metaforą, jak i teorią 
aktów mowy – jest zatem postrzeganie jej w szerszym kontekście obecnego przejścia od 
epistemologii podmiotowych do alternatywnych koncepcji znaczenia, wiedzy i prawdy. 
Prześledziłem już linię genealogiczną tego podejścia, które jest blisko związane z zagadnieniami 
filozofii nauki i które obejmuje prace Bachelarda i Canguilhema na temat roli metafory w procesie 
konstruowania teorii naukowych. Zaznaczyłem także, że przejście to pojawiło się w wyniku 
rozmaitych odkryć (od geometrii nieeuklidesowych do teorii względności i mechaniki kwantowej), 
które są często tak sprzeczne z intuicją, że uniemożliwiają próby konkretnego, quasi-wizualnego 
przedstawienia. Odkrycia te zakwestionowały Kantowską koncepcję wiedzy syntetycznej a priori 
wraz z ideą – wspólną wielu szkołom filozofii nauki – że fenomenalne intuicje (czy dane 
obserwacyjne) należy „podciągać” pod adekwatne czy odpowiednie pojęcia. Poza wszystkim, 
ustaliły one odmienną, bardziej dialektyczną relację między myśleniem spekulatywnym (często 
przeprowadzanym na poziomie metafor heurystycznych) i krytyczno-oceniającymi metodami sza-
cującymi rezultaty tego myślenia. Tę właśnie relację Bachelard próbuje scharakteryzować przez 
swoje studia nad le rationalisme appliqué. Widać ją także w Derridiańskich analizach dotyczących 
metafory w tekstach filozoficznych.

IV.

Podsumowując, chciałbym na krótko powrócić do fragmentów Białej mitologii, w których Derrida 
rozważa Arystotelesowską teorię metafory i sposób, w jaki metafora pełni rolę „objazdu” na drodze 
do ponownego przywłaszczenia dosłownej, samoobecnej prawdy. Teorią tą zawiaduje koncepcja, 
wedle której język aspiruje do doskonałej strukturalnej homologii między słowem i ideą, oraz 
odnosi się w taki sposób, że rzeczownik (w dosłownym użyciu) dostarcza punktu zaczepienia dla 
procesu oznaczania, zaś inne części mowy zajmują swoje właściwe miejsca jako elementy 
uporządkowanego systemu. Gdyż rzeczownik jest, według Arystotelesa, „pierwszą jednostką 
znaczeniową”, „najmniejszym elementem znaczącym”, którego części są pozbawione znaczenia, 
ale który jednoczy w sobie dwa wymiary dźwięku i znaczenia. Rzeczownik jest miejscem, w 
którym ma swój początek język, tj. język właściwie ludzki (należący do stworzeń posiadających 

background image

logos) w przeciwieństwie do nieartykułowanych odgłosów zwierzęcych. Co więcej, Arystoteles 
definiuje pozostałe specyficznie ludzkie aktywności, wśród nich metaforę i mimesis, oferujące 
„podporządkowane, lecz pewne” środki osiągania wiarygodnej wiedzy, zawsze w odesłaniu do 
rzeczownika jako wyrazu właściwego (dosłownego) znaczenia. Zatem:

Warunek metafory (dobrej i prawdziwej metafory) jest warunkiem prawdy. Zrozumiałe więc, że 
zwierzę, pozbawione logosu, [...] nie jest również zdolne do aktu mimesis. W ten sposób określona 
mimesis przynależy do logosu, nie jest zwierzęcym naśladowaniem gestów; łączy się z możliwością 
sensu i prawdy w języku. [...] Potęga prawdy jako odsłonięcia natury (physis) przez mimesis 
przynależy zarówno do fizyki człowieka, jak i do antropofizyki. [...] Z tego samego powodu 
przyjemność, druga „przyczyna” mimesis i metafory, jest przyjemnością wiedzy, poznawania przez 
podobieństwo, identyfikowania tożsamości.
 [BM, s. 295–296]

Metafora ma zatem swoje miejsce w tym, co Derrida nazywa „wielkim, nieporuszonym łańcuchem” 
Arystotelesowskiej ontologii, łańcuchem, którego rozmaite ogniwa obejmują „jej [ontologii] teorię 
analogiczności bytu, jej logikę, jej epistemologię, dokładniej zaś – podstawy ustroju jej poetyki i 
retoryki” [BM, s. 293]. Lecz jeśli łańcuch ten byłby rzeczywiście „nieporuszony” – jeśli wszystko 
zajmowałoby w nim swoje miejsce na wprzódy ustanowioną modłę – trudno byłoby sobie 
wyobrazić, jak możliwy byłby rozwój wiedzy albo jak mogłoby dochodzić do nowych odkryć 
drogą obserwacji i ćwiczenia w spekula-tywnym myśleniu.

Tu oczywiście pojawia się metafora, a ściślej, „dobry” (prowadzący do prawdy) rodzaj metafory, 
który pozwala nam „zobaczyć podobieństwo” lub zerwać z rutynowymi nawykami myśli i 
percepcji. Jednak aby było to możliwe, dowodzi Arystoteles, metafora musi zawsze akceptować 
swoją podrzędną rolę względem tych wartości, które określają to, co można nazwać „dobrą” 
metaforą. W słowach Derridy:

Mimesis nie funkcjonuje bez teoretycznego ujęcia podobieństwa czy zbieżności, to znaczy bez tego, 
co zawsze zakłada się jako warunek metafory. Homoiosis to nie tylko składowa pojęcia prawdy 
(aletheia), która rządzi całym łańcuchem – jest tym, bez czego cały zabieg metaforyczny jest 
niewykonalny.
 [BM, s. 295]

Lecz tu znów pojawia się problem: jaki zakres pozostawia się odkryciom czy zmianom naukowego 
myślenia, założywszy, że każde ogniwo łańcucha – od aletheia (prawda), przez homoiosis 
(odpowiedniość, przedstawienie) do mimesis (naśladownictwo, imitacja), a potem metafory 
(percepcja podobieństwa) – rządzi się ściśle „nieporuszonym” porządkiem zachowujących prawdę 
relacji? Tylko jeśli metafora nie byłaby zredukowana do „podporządkowanej” roli, można by było 
wyjaśnić, w jaki sposób wiedza czyni od czasu do czasu postęp zrywając z ustalonymi szablonami 
myślenia czy nawykami percepcji. W innym przypadku, metaforę będzie zawsze trzymał w ryzach 
niezmienny paradygmat rozciągający się na całą długość od ontologii, via epistemologia, aż do 
logiki, gramatyki i retoryki. W tym wypadku bezsensowne są twierdzenia Arystotelesa o rozwoju 
ludzkiego rozumu czy to za sprawą „dobrych” (heurystycznie produktywnych) metafor, czy za 
pomocą innych, bardziej uporządkowanych sposobów obserwacji, eksperymentu, konstruowania 
teorii etc.

Co wcale nie znaczy, że skoro język jest radykalnie metaforyczny – także język nauki – to 
niemożliwe jest steoretyzowanie metafory albo rozróżnienie jej rozmaitych struktur czy sposobów 
funkcjonowania. Trzeba raczej przyznać rację Bachelardowi (i Derridzie): chociaż takie próby 
nigdy nie doprowadzą do wypracowania kompletnej taksonomii metafory – z powodów, które 
Derrida wyjaśnia w Białej mitologii – niemniej jednak są one częścią trwającego dialek-tycznego 
procesu, za pomocą którego rozwój wiedzy jest w ogóle możliwy. Tym, co opiera się adekwatnej 
teoretyzacji jest nie tyle sam proces, lecz aktywność umysłu wytwarzająca owe skoki, pojawiająca 

background image

się – najczęściej – na poziomie niedostępnym świadomości czy dokładnemu chwytowi refleksji. 
Jest to miejsce, w którym Bachelard zaznacza różnicę dzielącą go od filozoficznej tradycji – od 
Kartezjusza, przez Kanta i Husserla do rozmaitych (przeważnie francuskich) szkół myśli 
fenomenologicznej. Jest to różnica, którą oddaje Bachelardowska fraza rationalisme appliqué, ale 
także Poperowska idea „epistemologii bez podmiotu poznającego” i inne ujęcia przyznające, że 
współczesna nauka weszła w fazę rozwoju, w której intuicji nie da się dłużej „podciągać” pod 
adekwatne pojęcia.

Następny fragment Białej mitologii – znowu à propos Arystotelesowskiej teorii metafory – może 
pomóc uczynić ten punkt bardziej jasnym. „Wywód o metaforze”, pisze Derrida:

przynależy do rozprawy peri lekseos. Leksis, a w niej metafora, realizuje się w tej mierze, w jakiej 
myślenie nie wyraża się samo przez siebie, w tej mierze, w jakiej sens tego, co się mówi, czy myśli, 
nie jest sam z siebie zjawiskiem. Dianoia jako taka nie określa jeszcze stosunku do metafory. 
Metafora istnieje o tyle, o ile można się domyślać, iż przez wypowiedź wyrażona zostaje myśl, 
która sama w sobie nie ujawniłaby się, pozostałaby ukryta czy utajona. Myśl napotyka metaforę czy 
też metafora natyka się na myśl w momencie, gdy sens usiłuje wydobyć się z siebie, by się wyrazić, 
wypowiedzieć, ujawnić w mowie. A jednak – i to jest nasze zagadnienie – teoria metafory pozostaje 
teorią sensu, a do tego zakłada pewną źródłową naturalność owej figury. [BM, ss. 289–290]

Nietrudno zauważyć, że fragment ten odsyła do wczesnego tekstu Derridy o Husserlu oraz do jego 
dekonstrukcyjnych odczytań rozmaitych tekstów Zachodniej, „logocentrycznej” tradycji. Argument 
dotyczący tu metafory – że wskazuje ona na nie-samoobecny charakter myślenia i języka w ogóle 
albo zakres, w którym „sens tego, co się mówi, czy myśli, nie jest sam z siebie zjawiskiem” – jest 
używany przez Derridę w wielu innych kontekstach. Rzadziej zauważa się, że Derrida nawiązuje tu 
do tych zagadnień w epistemologii i filozofii nauki, które zostały podniesione wewnątrz francuskiej 
krytyczno-racjonalistycznej tradycji przez filozofów takich jak Bachelard czy Canguilhem, 
zagadnień, które stały się zasadnicze dla współczesnych anglo-amerykańskich debat. Gdyż taki jest 
zasadniczy problem Derridy w związku z Arystotelesem: że jego ujęcie metafory pozostawia 
otwartymi wszystkie kluczowe pytania dotyczące granic ujęcia „antropofizycznego”, które traktują 
każdą wiedzę (włącza-jąc w to wiedzę wytworzoną dzięki „dobrym” metaforom) jako zależną od 
porządku niezmiennej, „nieporuszonej” prawdy osadzonej w samej naturze ludzkich mocy i 
zdolności poznawczych.

Zatem, jak zaznacza Derrida, „owej prawdy nic nie gwarantuje. Metafory mogą być chybione. A 
czy słabe metafory są metaforami? Na to pytanie może odpowiedzieć jedynie aksjologia wspierana 
przez teorię prawdy: owa aksjologia należy do wnętrza retoryki. Nie może być neutralna” [BM, s. 
300]. Jedna z od-powiedzi – proponowana przez obecnych „silnych” tekstualistów i zwolenników 
tak zwanej „postmodernistycznej” nauki – brzmi, że prawda jest rzeczywiście językowym, 
metaforycznym, performatywnym czy fikcyjnym konstruktem i że filozofowie podejmują 
beznadziejne przedsięwzięcie, jeśli usiłują steorety-zować jej strukturę i działanie w adekwatnych 
(filozoficznych) kategoriach. Nie jest to wszakże odpowiedź Derridy, co widać po tym, że 
formułuje on owo pytanie w ostro paradoksalny, lecz nie retoryczny czy lekceważący sposób. 
Należy raczej – według Derridy i Bachelarda – od nowa przemyśleć relację pojęcie/metafora, żeby 
potwierdzić owe decydujące przemiany, jakie miały miejsce po roku 1900 na rozmaitych polach 
badań, między innymi w fizyce teoretycznej. Gdyż to, że filozofia nauki musiała zrewidować swoje 
najbardziej podstawowe koncepcje prawdy i metody jest właśnie konsekwencją owych zmian, a 
także odkryć wcześniejszych, na przykład pojawienia się geometrii nieeuklidesowych. Kiedy 
Derrida podważa idee prawdy i metody, ani przez chwilę nie chodzi mu o porzucenie 
„logocentrycznych” wartości precyzji pojęciowej, rygoru logicznego czy racjonalnej 
odpowiedzialności. Przeciwnie, pozostają one imperatywnymi wartościami zarówno dla filozofii, 

background image

jak i dla nauk fizycznych, jakiekolwiek nowe wyzwania stawałyby przed myśleniem porzucającym 
bezpieczny obszar „naturalnej” (zdroworozsądkowo-intuicyjnej) wiedzy. Zatem:

Nieodzowne jest przebadanie gruntu, na którym mogła powstać Arystotelesowska definicja 
[metafory]. Tego rodzaju badanie straci jednak całą swoją ważność, o ile nie poprzedzi go – a w 
każdym razie nie będzie mu patronowało – systematyczne istotne odtworzenie tekstu, który trzeba 
na nowo zapisać. Owo zadanie, choć ma charakter częściowy i wstępny, nie może ograniczać się do 
komentowania tekstualnej powierzchni. Pod żadnym względem nie jest ona przejrzysta. Tymczasem 
chodzi o interpretację aktywną, która posiłkuje się całym systemem reguł i ucieka się do 
antycypacji.
 [BM, s. 287]

Krytyczna lektura tekstów filozoficznych – Arystotelesowskich tekstów poświęconych metaforze 
lub Derridiańskich tekstów poświęconych teoriom metafory zaproponowanym przez Arystotelesa i 
Bachelarda – musi zatem charakteryzować się tym samym stopniem rygoru i logicznej precyzji, jaki 
stosuje się w ocenie teorii naukowych, hipotez czy roszczeń prawdziwościowych. Co oznacza, że 
nie może ona zadowolić się prostym reprodukowaniem oczywistych sensów (czy intuicyjnie 
ewidentnych twierdzeń) jakiejkolwiek rzeczy danej do interpretacji. Musi ona raczej pozostawić za 
sobą iluzję „przezroczyście” dostępnego znaczenia i wejść na poziom, gdzie w grę wchodzą 
odmienne, bardziej wymagające kryteria. Biała mitologia jest jednym z bardzo niewielu tekstów na 
temat topos metafory w języku nauki i filozofii, któremu udaje się utrzymać tak wysoki poziom 
szczegółowego, analitycznego komentarza.

Z języka angielskiego przełożył TOMASZ SIECZKOWSKI 

 

[

1

] Niepublikowany dotąd w języku polskim fragment książki Ch. Norrisa Deconstruction and the 

Unfinished Project of Modernity, Continuum International Publishing Group – Athlone 2000 (wyd. 
polskie: Dekonstrukcja przeciw postmodernizmowi. Teoria krytyczna i prawo rozumu, Universitas 
2001, przeł. A. Przybysławski).

[

2

] Na ten temat zob. także C. Norris, New Idols of the Cave: on the limits of antirealism, London: 

Macmillan 1997, i Against Relativism: philosophy of science, deconstruction and critical theory, 
Blackwell, Oxford 1997.

[

3

] anything goes

[

4

] Por. np. J. Derrida, O gramatologii, przeł. B. Banasiak, KR, Warszawa 1999.

[

5

] Zob. J. Derrida, O gramatologii, op.cit.; a także: Głos i fenomen, przeł. B. Banasiak, KR, 

Warszawa 1997; Marginesy filozofii, przeł. A. Dziadek, J. Margański, P. Pieniążek, KR, Warszawa 
2002; La Dissémination, Seuil, Paris 1972.

[

6

] J. Derrida, Biała mitologia: metafora w piśmie filozofii, przeł. J. Margański, [w:] Marginesy 

filozofii, op.cit., s. 261–336. Dalej bezpośrednio w tekście jako BM.

background image

[

7

] R. Rorty, „Filozofia jako rodzaj pisarstwa”, [w:] Konsekwencje pragmatyzmu. Eseje z lat 1972–

1980, przeł. Cz. Karkowski, IFiS PAN, Warszawa 1998, s. 133–153. Zob. także C. Norris, 
Philosophy as „Not” just a Kind of Writing: Derrida and the claim of reason oraz R. Rorty, Two 
Meanings of ‘Logocentrism’: a reply to Norris
, [w:] R.W. Dasenbrock (red.), Redrawing the Lines: 
analytic philosophy, deconstruction, and literary theory
, University of Minnesota Press, 
Minneapolis 1989, s. 198–202 i 204–216.

[

8

] J. Derrida, La Carte Postale: De Socrat à Freud et au-delà, Aubier-Flammarion, Paris 1980.

[

9

] Zob. C. Norris, Of an Apopleptic Tone Recently Adopted in Philosophy, [w:] Reclaiming Truth: 

contribution to a critique of cultural relativism, Lawrence & Wishart, London 1996, s. 222–253.

[

10

] R. Rorty, Filozofia a zwierciadło natury, przeł. M. Szczubiałka, Spacja, Warszawa 1994.

[

11

] Zob. przypis 3.

[

12

] F. Nietzsche, O prawdzie i kłamstwie w pozamoralnym sensie, [w:] Pisma pozostałe 1862–

1875, przeł. B. Baran, Inter Esse, Kraków 1993; A. France, Ogród Epikura, przeł. W. i J. 
Dąbrowscy, Vita Nuova, Warszawa 1922.

[

13

] A. France, Ogród Epikura, op.cit., s. 176.

[

14

] M. Heidegger, Early Greek Thinking, Harper & Row, New York 1975; Poetry, Language, 

Thought, Harper & Row, New York 1971; Co się zwie myśleniem?, przeł. J. Mizera, Warszawa 
2000.

[

15

] Arystoteles, Poetyka, Kategorie, Hermeneutyka, [w:] idem, Dzieła wszystkie, t. I, przeł. K. 

Leśniak, Warszawa 1990; Metafizyka, [w:] idem, Dzieła wszystkie, t. II, przeł. K. Leśniak, 
Warszawa 1990.

[

16

] Zob. np. – z wielu filozoficznych perspektyw – M. Black, Models and Metaphors, Cornell 

University Press, Ithaca–New York 1962; D. Davidson, What Metaphors Mean, [w:] Inquiries into 
Truth and Interpretation
, Oxford University Press, London 1984, s. 245–264; W. Empson, The 
Structure of Complex Words
, Chato & Windus, London 1951; E. Feder Kitay, Metaphor: its 
cognitive force and linguistic structure
, Clarendon Press, Oxford 1987; S. Kofman, Nietzsche and 
Metaphor
, Stanford University Press, Stanford 1993; W.H. Leatherdale, The Role of Analogy, 
Model and Metaphor in Science
, North-Holland, Amsterdam 1974; A. Ortony (red.), Metaphor and 
Thought
, Cambridge University Press, Cambridge 1979; I.A. Richards, The Philosophy of Rhetoric
Oxford University Press, New York–London 1936.

[

17

] Zob. szczególnie teksty o Husserlu, Levinasie, Foucault i innych zebrane w: J. Derrida, 

Writing and Difference, trans. A. Bass, Routledge & Kegan Paul, London 1978.

[

18

] Na temat tego aspektu dzieła Derridy, zob. R. Gasché, The Tain of the Mirror: Derrida and the 

philosophy of reflection, Harvard University Press, Cambridge, Mass. 1986.

[

19

] Zob. G. Bachelard, Kształtowanie się umysłu naukowego, przeł. D. Leszczyński, słowo/obraz 

terytoria, Gdańsk 2002; Le Rationalisme appliqué, Presses Universitaires de France, Paris 1949; 
L’Actualité de l’histoire des sciences, Palais de la Découverte, Paris 1951; L’Activité rationaliste de 
la physique contemporaine
, Presses Universitaires de France, Paris 1951; Le Materialisme 
rationnel
, Presses Universitaires de France, Paris 1953; Filozofia, która mówi nie. Esej o filozofii 
nowego ducha w nauce
, przeł. J. Budzyk, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2000; The New Scientific 

background image

Spirit, Beacon Press, Boston 1984.

[

20

] G. Canguilhem, Etudes d’historire et de philosophie des sciences, Vrin, Paris 1969; La 

connaissance de la vie, Vrin, Paris 1969; Normalne i patologiczne, przeł. P. Pieniążek, słowo/obraz 
terytoria, Gdańsk 2000; Ideology and Rationality in the History of the Life Sciences, M.I.T. Press, 
Cambridge 1988.

[

21

] G. Canguilhem, La connaissance de la vie, op.cit., s. 49 i n.

[

22

] Zob. I. Lakatos i A. Musgrave (red.), Criticism and the Growth of Knowledge, Cambridge 

University Press, Cambridge 1970.

[

23

] Dla najlepiej znanych sformułowań owej silnie-socjologicznej „zasady równości” zob. D. 

Bloor, Knowledge and Social Imagery, Routledge & Kegan Paul, London 1976; także B. Barnes, 
Scientific Knowledge and Sociological Theory, Routledge & Kegan Paul, London 1974; S. Fuller, 
Social Epistemology, Indiana University Press, Bloomington 1988; B. Latour i S. Woolgar, 
Laboratory Life, Sage, London 1979; A. Pickering, The Mangle of Practice, University of Chicago 
Press, Chicago 1995; S. Shapin, S. Schaffer, Leviathan and the Airpump, Princeton University 
Press, Princeton 1985; S. Shapin, History of Science and its Sociological Reconstructions, History 
of Science 1982, vol. 20, s. 157–212; S. Woolgar, Science: the very idea, Tavis-tock, London 1988. 
Dla dalszych krytycznych rozważań zob. M. Hollis i S. Lukes (red.), Rationality and Relativism
Blackwell, London 1982; W.H. Newton-Smith, The Rationality of Science, Routledge, London 
1981; R. Nola (red.), Relativism and Realism in Science, Kluwer, Dordrecht 1988; Ch. Norris, 
Against Relativism, op.cit.

[

24

] L. Wittgenstein, Dociekania filozoficzne, przeł. B. Wolniewicz, PWN, Warszawa 2000; T.S. 

Kuhn, Struktura rewolucji naukowych, Warszawa 1968; a także przypis 21 powyżej.

[

25

] Zob. np. M. Foucault, Archeologia wiedzy, przeł. A. Siemek, Warszawa 1977; D.F. Bouchard 

(red.), Language, Counter-Memory, Practice, Blackwell, Oxford 1977; J.-F. Lyotard, Kondycja 
ponowoczesna
, przeł. M. Kowalska, J. Migasiński, Aletheia, Warszawa 1997; S. Mulhall, On Being 
in the World
Wittgenstein and Heidegger on seeing aspects, Routledge, London 1990; J. Rouse, 
Knowledge and Power: toward a political philosophy of science, Cornell University Press, Ithaca 
1987; R. Rorty, Obiektywność, relatywizm i prawda, przeł. J. Margański, Warszawa 1999.

[

26

] J. Habermas, On Levelling the Genre Distinction between Philosophy and Literature, [w:] The 

Philosophical Discourse of Modernity: twelve lectures, Polity Press, Cambridge 1987, s. 185–210.

[

27

] Zob. Ch. Norris, Deconstruction, Postmodernism and Philosophy: Habermas on Derrida, [w:] 

What’s Wrong with Postmodernism: critical theory and the ends of philosophy, Harvester- 
 Wheatsheaf, Hemel Hempstead 1990, s. 49–76.

[

28

] Zob. np. J. Derrida, Of an Apocalyptic Tone Recently Adopted in Philosophy, [w:] H. Coward, 

T. Froshay (red.), Derrida and Negative Theology, State University of New York Press, Albany 
1992, s. 25–71; także: The Principle of Reason: the university in the eyes of its pupils, „Diacritics” 
1983, vol. 8, nr 3, s. 3–20 oraz szereg tekstów zebranych w Du Droit à la philosophie, Minuit, Paris 
1990.

[

29

] Zob. przypis 17 powyżej, a także G. Bachelard, The Poetics of Space, Beacon Press, Boston 

1963; Poetyka marzenia, przeł. L. Brogowski, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 1998.

[

30

] Arystoteles, Poetyka, op.cit..

background image

[

31

] R. Rorty, Obiektywność, relatywizm i prawda, op.cit.

[

32

] T. Kuhn, Postscript, [do:] Struktura rewolucji naukowych, op.cit.; także: The Essential 

Tension: selected studies in scientific tradition and change, University of Chicago Press, Chicago 
1977

[

33

] Zob. przypis 3 powyżej.

[

34

] J. Derrida, Limited Inc a b c, Northwestern University Press, Evanston 1989.

[

35

] J.R. Searle, Reiterating the Differences, Glyph, vol. 1, John Hopkins University Press, 

Baltimore 1977, s. 198–208.

[

36

] J.R. Searle, Czynności mowy, przeł. B. Chwedeńczuk, PAX, Warszawa 1987 i Expression and 

Meaning: studies in the theory of speech acts, Cambridge University Press, Cambridge 1979.

[

37

] J.R. Searle, Reiterating the Difference, op.cit.


Document Outline