background image

 
 
MARY BERG 
DZIENNIK Z GETTA WARSZAWSKIEGO 
przełożyła Maria Salapska 
Czytelnik • Warszawa 1983 
Przekład z oryginału: „Warsaw Ghetto. A Diary by Mary Berg", edited by S. L. Shneiderman, 
New York 1945 
© Copyright for the Polish edition by S.W. „Czytelnik'*, Warszawa 1983 
Opracowanie graficzne: Jan Bokiewicz 
ISBN 83-07-01043-8 
Wstęp 
Dziennik Mary Berg, pierwszy autentyczny dokument z dziejów warszawskiego getta, został 
opublikowany w języku angielskim przez L. B. Fishera w Nowym Jorku, w kwietniu 1945 
roku, i przyjęty przez amerykańskich czytelników jako świadectwo masowych mordów 
dokonywanych przez Niemców na Żydach w Polsce. Świadectwo wystawione przez 
naocznego świadka. 
W licznych recenzjach, jakie ukazały się w amerykańskiej prasie, wielokrotnie podkreślano 
talent i niezwykły zmysł obserwacyjny młodej kobiety, która potrafiła w tak przekonywający 
sposób przedstawić tragiczny obraz walki, oporu i śmierci Żydów w Polsce okupowanej przez 
nazistów. Wkrótce jej dziennik ukazał się również w języku francuskim, włoskim, duńskim, 
hiszpańskim, portugalskim i hebrajskim. Przekłady drukowano także w odcinkach w 
codziennej prasie na całym świecie. 
Do dziś książka ta uważana jest za jeden z najważniejszych dokumentów opisujących 
codzienne życie warszawskiego getta, a także bierny opór przejawiający się w działalności 
rozmaitych nielegalnych organizacji kulturalnych i socjalnych oraz w przygotowaniach do 
walki zbrojnej. Niewątpliwie jest to książka wyjątkowa, jeśli chodzi o przedstawienie 
wysiłków młodych ludzi, ich życia pośród narastającego głodu i zagrażającej zewsząd 
śmierci. 
Jako młoda dziewczyna, Mary Berg (Miriara Wattenberg), córka znanego łódzkiego 
antykwariusza dziei sztuki, wykazywała uzdolnienia plastyczne i literackie. Gdy wojska nie- 

mieckie napadły na Polskę, miała piętnaście lat. Wraz z rodziną przebywała na wakacjach w 
Ciechocinku. Jak przyznaje, zaczęła prowadzić dziennik pod wpływem chwilowego impulsu, 
poczynając od 1 sierpnia 1939 roku. 
Wattenbergowie niezwłocznie wrócili do Łodzi, która wkrótce została przyłączona do 
Rzeszy. Dzięki temu, że matka Mary była obywatelką amerykańską, cała rodzina korzystała z 
pewnych przywilejów, jakie naziści stosowali wobec osób posiadających obywatelstwo 
któregoś z neutralnych krajów, a mieszkających w Polsce. Gdy Niemcy skonfiskowali 
należące do Wattenbergów dzieła sztuki i zarekwirowali ich obszerne mieszkanie w Łodzi, 
rodzina przeniosła się do Warszawy w nadziei, że tu będzie ją chronić amerykański konsul. 
Nadzieja ta okazała się jednak iluzją, bowiem wraz z innymi Żydami mieszkającymi w 
Warszawie Wattenbergowie zostali zamknięci za ogrodzeniem z kolczastego drutu, jakie 
otaczało nowo utworzone getto. 
Przez trzy lata Wattenbergowie żyli w piekle getta, choć od początku należeli do małej grupki 
uprzywilejowanych pośród prawie 600 000 Żydów stłoczonych w getcie, którego 
powierzchnia była stale zmniejszana przez władze niemieckie. 
W getcie Mary szybko przyłączyła się do aktywnej żydowskiej młodzieży, która nie chciała 
poddać się rozpaczy. Brała udział w nielegalnej działalności gminy, pracowała w rozmaitych 
organizacjach samopomocy, uczęszczała na kursy grafiki i architektury, gdzie zyskała 

background image

uznanie za swoje projekty. Śpiewała nawet w młodzieżowym kółku teatralnym pod nazwą 
Łódzki Zespół Artystyczny, symbolicznie określanym skrótem ŁZA — jakże wymownym w 
języku polskim. 
19 czerwca 1942 roku Mary została wraz z rodziną internowana na Pawiaku, gdzie znalazło 
się również kilkudziesięciu obywateli innych państw — Żydów i nie-Żydów. Działo się to w 
przededniu masowej deporatcji Żydów z getta do Treblinki, bowiem naziści chcieli 
odizolować i wykluczyć z deportacji cudzoziemców — głównie Brytyjczyków i Amerykanów 
— których mieli zamiar wymienić na znaczniejszych spośród nazistów uwięzionych przez 
aliantów. 

Podczas sześciu miesięcy, jakie Mary Berg spędziła na Pawiaku, robiła w swoim dzienniku 
zapiski dotyczące tragedii rozgrywających się za murami więzienia, na ulicach, a także 
spisywała relacje żydowskich i polskich więźniów przywożonych na Pawiak z getta i ze 
strony „aryjskiej". Z okien więzienia obserwowała masowe egzekucje i deportacje, w tym 
likwidację Domu Sierot Janusza Korczaka, który znajdował się na Dzielnej, naprzeciw 
więzienia. Mary zapisała wieści, jakie do niej dotarły, tzn., że dr Korczak wraz z dziećmi 
został wyprowadzony na cmentarz na Gęsiej, gdzie wszystkich zastrzelono na miejscu. Z 
późniejszych relacji wynika jednak, że Korczak z dziećmi zginął w Treblince. 
17 stycznia 1943 roku wysłano z Pawiaka pierwszy transport internowanych cudzoziemców. 
Odbyło się to tuż przed intensyfikacją masowych deportacji z getta, wobec których podjęte 
zostały pierwsze próby zbrojnego oporu przez ŻOB — Żydowską Organizację Bojową. W 
tym pierwszym transporcie znalazła się Mary Berg, jej rodzice i młodsza siostra. Po 
wyczerpującej podróży przez Niemcy i Francję przybyli do Vittel. (W tym samym Vittel w 
jakiś czas później został internowany znany poeta piszący w języku hebrajskim i jidysz — 
Icchak Kacenelson — którego później deportowano z Vit-tel do obozu śmierci w Polsce.) 
14 marca 1944 roku rodzina Wattenbergów przybyła do Nowego Jorku na szwedzkim statku 
s/s „Gripsholm". Byłem w tłumie reporterów, którzy czekali na przybycie z okupowanej przez 
nazistów Europy pierwszego transportu obywateli amerykańskich wymienionych za 
niemieckich jeńców. Podczas mego spotkania z Wattenbergami dziewiętnastoletnia Mary 
powiedziała mi, że udało się jej wywieźć dwanaście małych notesików z zapiskami w języku 
polskim, które robiła podczas pobytu w warszawskim getcie. A więc notatki te były 
pierwszym autentycznym źródłem informacji o okupacji niemieckiej w Polsce w ogóle, a 
szczególnie o getcie w Warszawie. 
Ze zgrozą odczytywałem drobniutkie literki na gęsto zapisanych  stronach notesów.  Z  
obawy,  że  notatki  mogłyby 
mieckie napadły na Polskę, miała piętnaście lat. Wraz z rodziną przebywała na wakacjach w 
Ciechocinku. Jak przyznaje, zaczęła prowadzić dziennik pod wpływem chwilowego impulsu, 
poczynając od 1 sierpnia 1939 roku. 
Wattenbergowie niezwłocznie wrócili do Łodzi, która wkrótce została przyłączona do 
Rzeszy. Dzięki temu, że matka Mary była obywatelką amerykańską, cała rodzina korzystała z 
pewnych przywilejów, jakie naziści stosowali wobec osób posiadających obywatelstwo 
któregoś z neutralnych krajów, a mieszkających w Polsce. Gdy Niemcy skonfiskowali 
należące do Wattenbergów dzieła sztuki i zarekwirowali ich obszerne mieszkanie w Łodzi, 
rodzina przeniosła się do Warszawy w nadziei, że tu będzie ją chronić amerykański konsul. 
Nadzieja ta okazała się jednak iluzją, bowiem wraz z innymi Żydami mieszkającymi w 
Warszawie Wattenbergowie zostali zamknięci za ogrodzeniem z kolczastego drutu, jakie 
otaczało nowo utworzone getto. 
Przez trzy lata Wattenbergowie żyli w piekle getta, choć od początku należeli do małej grupki 
uprzywilejowanych pośród prawie 600 000 Żydów stłoczonych w getcie, którego 
powierzchnia  była stale zmniejszana przez władze  niemieckie. 

background image

W getcie Mary szybko przyłączyła się do aktywnej żydowskiej młodzieży, która nie chciała 
poddać się rozpaczy. Brała udział w nielegalnej działalności gminy, pracowała w rozmaitych 
organizacjach samopomocy, uczęszczała na kursy grafiki i architektury, gdzie zyskała 
uznanie za swoje projekty. Śpiewała nawet w młodzieżowym kółku teatralnym pod nazwą 
Łódzki Zespół Artystyczny, symbolicznie określanym skrótem ŁZA — jakże wymownym w 
języku polskim. 
19 czerwca 1942 roku Mary została wraz z rodziną internowana na Pawiaku, gdzie znalazło 
się również kilkudziesięciu obywateli innych państw — Żydów i nie-Żydów. Działo się to w 
przededniu masowej deporatcji Żydów z getta do Treblinki, bowiem naziści chcieli 
odizolować i wykluczyć z deportacji cudzoziemców — głównie Brytyjczyków i Amerykanów 
— których mieli zamiar wymienić na znaczniejszych spośród nazistów uwięzionych przez 
aliantów. 
Podczas sześciu miesięcy, jakie Mary Berg spędziła na Pawiaku, robiła w swoim dzienniku 
zapiski dotyczące tragedii rozgrywających się za murami więzienia, na ulicach, a także 
spisywała relacje żydowskich i polskich więźniów przywożonych na Pawiak z getta i ze 
strony „aryjskiej". Z okien więzienia obserwowała masowe egzekucje i deportacje, w tym 
likwidację Domu Sierot Janusza Korczaka, który znajdował się na Dzielnej, naprzeciw 
więzienia. Mary zapisała wieści, jakie do niej dotarły, tzn., że dr Korczak wraz z dziećmi 
został wyprowadzony na cmentarz na Gęsiej, gdzie wszystkich zastrzelono na miejscu. Z 
późniejszych relacji wynika jednak, że Korczak z dziećmi zginął w Treblince. 
17 stycznia 1943 roku wysłano z Pawiaka pierwszy transport internowanych cudzoziemców. 
Odbyło się to tuż przed intensyfikacją masowych deportacji z getta, wobec których podjęte 
zostały pierwsze próby zbrojnego oporu przez ŻOB — Żydowską Organizację Bojową. W 
tym pierwszym transporcie znalazła się Mary Berg, jej rodzice i młodsza siostra. Po 
wyczerpującej podróży przez Niemcy i Francję przybyli do Vittel. (W tym samym Vittel w 
jakiś czas później został internowany znany poeta piszący w języku hebrajskim i jidysz — 
Icchak Kacenelson — którego później deportowano z Vit-tel do obozu śmierci w Polsce.) 
14 marca 1944 roku rodzina Wattenbergów przybyła do Nowego Jorku na szwedzkim statku 
s/s „Gripsholm". Byłem w tłumie reporterów, którzy czekali na przybycie z okupowanej przez 
nazistów Europy pierwszego transportu obywateli amerykańskich wymienionych za 
niemieckich jeńców. Podczas mego spotkania z Wattenbergami dziewiętnastoletnia Mary 
powiedziała mi, że udało się jej wywieźć dwanaście małych notesików z zapiskami w języku 
polskim, które robiła podczas pobytu w warszawskim getcie. A więc notatki te były 
pierwszym autentycznym źródłem informacji o okupacji niemieckiej w Polsce w ogóle, a 
szczególnie o getcie w Warszawie. 
Ze zgrozą odczytywałem drobniutkie literki na gęsto zapisanych  stronach  notesów.  Z  
obawy,   że  notatki  mogłyby 
wpaść w ręce nazistów, Mary pisała je skrótowo, używając jedynie inicjałów ludzi, o których 
wspominała. Nigdy nie używała słowa „naziści". Zamiast tego pisała: „oni". 
Podobną metodę stosowali i inni autorzy pamiętników, którzy swoje zagadkowe zapiski mieli 
zamiar rozszyfrować i uzupełnić później, o ile przetrwają nazistowską masakrę. Tę samą 
metodę zastosował dr Emanuel Ringelblum, wspaniały kronikarz warszawskiego getta, a 
także hebrajski pisarz i nauczyciel Chaim Aron Kapłan oraz tragiczny przewodniczący Ju-
denratu Adam Czerniakow. Jednak ci trzej kronikarze warszawskiego getta zginęli, dlatego 
rozszyfrowaniem ich notatek i zawartych w nich aluzji musiał się zająć kto inny. 
Mary Berg miała szczęście uratować się, mogła więc sama uzupełnić swoją pracę. Pod tym 
względem jej dziennik jest najautentyczniejszym dokumentem, jakim dysponujemy, 
dotyczącym życia, oporu i śmierci Żydów w warszawskim getcie pod nazistowskim uciskiem. 
Przygotowując do druku te wstrząsające notatki, poprosiłem Mary Berg o wyjaśnienie 
niektórych faktów i sytuacji, które bez komentarza byłyby niezrozumiałą zagadką dla 

background image

czytelników w Ameryce i innych krajach. Inicjały osób, o których wiadomo było, że zginęły, 
zostały zastąpione imionami i nazwiskami w pełnym brzmieniu. Natomiast inicjały osób, 
których los był wtedy (pod koniec 1944 roku) niepewny — pozostawiono bez zmian. 
19 kwietnia 1944 roku, w pierwszą rocznicę powstania w warszawskim getcie, w miesiąc 
zaledwie po przybyciu do Nowego Jorku, Mary Berg maszerowała na czele masowej 
demonstracji 35 000 polskich Żydów, zorganizowanej dla uczczenia pamięci bohaterów i 
ofiar tego powstania oraz żądającej od rządów alianckich, by przerwały zmowę milczenia 
wobec zbrodni popełnianych przez nazistów przeciw europejskim Żydom. 
W przedmowie do książki, która została opublikowana wiosną 1945 roku, napisałem: 
„Miejmy nadzieję, że w przyszłości zostaną odnalezione kroniki ukryte przez autorów w 
ruinach warszawskiego get- 

ta. Być może, odnajdą się jeszcze inne osoby, które przeżyły, aby dać dodatkowe świadectwo 
tego heroicznego epizodu wojny — heroicznego nie tylko ze względu na śmierć tak wielu 
ofiar, ale dla ich niezłomnej woli zachowania godności w tak upokarzających warunkach". 
W wrześniu 1946 roku odnaleziono w ruinach warszawskiego getta pierwszą część Archiwum 
Ringelbluma. Notatki Rin-gelbluma stanowiły potwierdzenie wszystkich faktów podanych w 
dzienniku Mary Berg, a nawet jej oceny najważniejszych osobistości getta z 
przewodniczącym Adamem Czernia-kowem włącznie. W cztery lata później, w grudniu 1950 
roku, w tym samym rejonie ruin odnaleziono drugą część Archiwum z obszerną 
dokumentacją zawierającą dzienniki i utwory poetów i pisarzy, którzy zginęli w getcie — 
unikalną w historii antynazistowskiego oporu w Europie. 
Dziennik Mary Berg zawiera jednak szczegóły i obserwacje, jakich nie ma ani w zbiorach 
Emanuela Ringelbluma, ani też w dziennikach i pamiętnikach odkrytych później. Autorzy — 
zarówno ci, którzy zginęli, jak i ci, którzy przetrwali — opisywali w nich własne, osobiste 
przeżycia bądź też koncentrowali się na działalności partii czy ruchów, do których należeli. 
Mary Berg miała tę przewagę, że była out-siderem (a w dodatku młodą kobietą), która mogła 
poruszać się po getcie o wiele swobodniej niż inni dzięki amerykańskiej chorągiewce 
przypiętej do ubrania. 
Wśród jej przyjaciół byli zbuntowani synowie urzędników Judenratu, a nawet członków 
osławionej „Trzynastki", która pozwoliła sobie na kolaborację z gestapo. Jeden z tych 
przyjaciół, wstydząc się ojca, na którym podziemie wykonało wyrok, popełnił samobójstwo. 
Mary miała także bliskich znajomych, którzy dzięki pomocy wpływowych rodziców mogli 
wstąpić do żydowskiej policji z zamiarem unieszkodliwienia destruktywnych elementów w 
tzw. Jiidischer Ordnungs-dienst. Kilku z nich przyłączyło się później do podziemnej 
Żydowskiej Organizacji Bojowej. 
Odczuwając przemożną chęć zobaczenia wszystkiego, co się da,  Mary  odwiedzała  także  
neofitów,  wśród  nich znanych 

f-I 
pisarzy i aktorów, którzy skupili się wokół jedynego kościoła katolickiego funkcjonującego 
na terenie getta. Słowem: miała okazją — a także wolę być wszędzie, słyszeć, widzieć i 
zapisywać wszystko. 
W ciągu 37 lat, jakie upłynęły od momentu pierwszego wydania dziennika Mary Berg, 
narosła ogromna literatura dotycząca zagłady polskich Żydów, a przede wszystkim 
warszawskiego getta, i heroicznego powstania w kwietniu 1943 roku. Wartościowe 
zespołowe studia w tej dziedzinie zostały przeprowadzone przez naukowców w Żydowskim 
Instytucie Historycznym w Warszawie i przez historyków z Yad Va-shem w Jerozolimie. 
Oparli oni swoje badania o bogate materiały kroniki Ringelbluma. 

background image

Jednostronne i kontrowersyjne są natomiast prace licznych socjologów i historyków 
amerykańskich, którzy, nie mając dostępu do istotnych dokumentów w języku polskim i 
jidysz, opierali się wyłącznie na źródłach niemieckich bądź wiadomościach z drugiej i trzeciej 
ręki. Niektórzy, jak Raoul Hil-berg, Bruno Bettelheim i Hannah Arendt, lansowali obrzydliwą 
teorię, jakoby Żydzi w polskich gettach „szli jak barany na rzeź". 
Dziennik Mary Berg jest udokumentowanym zaprzeczeniem tej potwarzy. Z zadziwiającą 
intuicją podkreśliła ona fakt, że przynależność do podziemnej struktury narodowej i 
kulturowej, której działalność podnosiła morale i chroniła godność umęczonych Żydów, była 
nie mniej bohaterską formą oporu niż walka zbrojna. Opisała poświęcenie młodych mężczyzn 
i kobiet, którzy wsiadali do przerażających wagonów na Um-schlagplatz, aby pozostać ze 
swymi rodzicami, choć wiedzieli, że idą na śmierć. Podoby pogląd na bohaterstwo Żydów w 
warszawskim getcie wyraził ostatni z komendantów powstania, któremu udało się uratować 
— Marek Edelman, dziś wybitny kardiolog mieszkający w Polsce. 
Dziennik Mary Berg może więc być traktowany jako najbardziej autentyczny dokument 
naocznego świadka, spisany na gorąco. Wiele zapisów tej książki demaskuje fałszerstwa i 
uproszczenia popełniane rozmyślnie (bądź w wyniku igno- 
10 
rancji) w późniejszych wspomnieniach, a szczególnie w powieściach i filmach 
produkowanych zdecydowanie w celu osiągnięcia sukcesu kasowego. 
Pod datą 27 maja 1942 roku Mary Berg zanotowała, że polski policjant odmówił 
przeprowadzenia egzekucji na 110 Żydach, jaką zarządzili Niemcy w więzieniu na Gęsiej. 
Ludzie ci zostali złapani podczas próby ucieczki z getta na stronę „aryjską". Fakt ten w 
oczywisty sposób neguje autentyczność sceny z telewizyjnego filmu „Holocaust", w której 
pokazani zostali polscy policjanci mordujący Żydów. Nic takiego nigdy nie miało miejsca w 
warszawskim getcie. 
Dziennik Mary Berg stanowi także wyważony dokument •świadczący o stosunku polskiej 
ludności do prześladowanych Żydów. Opisywane przez nią poświęcenie niektórych Polaków, 
z jakim nieśli pomoc Żydom, jak również zdrady i okrucieństwo okazywane przez innych — 
stanowi potwierdzenie analizy dra Ringelbluma zawartej w jego obszernej pracy „Stosunki 
polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej". Esej ten pisał Ringelblum w swojej 
kryjówce po stronie „aryjskiej", na krótko przed wywiezieniem go przez nazistów na Pawiak i 
rozstrzelaniem. Jednocześnie została zastrzelona rodzina Marczaków i Mieczysław Wolski — 
jego dobroczyńcy, którzy za swą humanitarność zapłacili życiem. 
Kiedy dziennik Mary Berg trafił do drukarni, w Stanach Zjednoczonych przebywał akurat 
wielki polski poeta, Julian Tuwim, szykujący się do powrotu do Polski, Udostępniliśmy mu 
tekst, po przeczytaniu którego Tuwim napisał do mnie list datowany 5 stycznia 1945 roku: 
„Pamiętnik Mary Berg jest dla nas, ludzi z Warszawy, «Baedeckerem» po naszem 
nieszczęściu. Czytając wspomnienia tej młodej dziewczyny, myślami chodzimy po 
znajomych ulicach, widzimy domy i ludzi, których dobrześmy znali — wszystko tam jest 
prawdziwe i autentyczne. Podróż wyobraźni w tragedię getta nie jest podróżą wesołą. Ale kto 
ma zamiar ją odbyć, ten nie obejdzie się bez tego przewodnika." 
S. L. Shneiderman 
Rozdział I OBLĘŻENIE WARSZAWY 
10 października 1939 
Dziś skończyłam piętnaście lat. Czuję się bardzo stara i samotna, choć moja rodzina robiła 
wszystko, by dzień ten był prawdziwie świąteczny. Upiekli nawet tort makaronikowy na moją 
cześć, co jest teraz wielkim luksusem. Mój ojciec zaryzykował wyjście na ulicę i wrócił z 
bukiecikiem alpejskich fiołków. Kiedy je zobaczyłam, nie mogłam powstrzymać się od 
płaczu. 

background image

Przez tak długi czas nie pisałam dziennika, że nie wiem, czy uda mi się dogonić to wszystko, 
co się zdarzyło. To dobry moment do podsumowania. Większość czasu spędzam w domu. 
Wszyscy boją się wychodzić. Niemcy są tutaj. 
Aż trudno mi uwierzyć, że zaledwie sześć tygodni temu byłam z rodziną w uroczym 
uzdrowisku, w Ciechocinku, korzystając z beztroskich wakacji wraz z tysiącami innych 
turystów. Nie miałam pojęcia o tym, co nas czekało. Pierwsze przeczucie przyszłego losu 
miałam 29 sierpnia, wieczorem, gdy ochrypły wrzask gigantycznego głośnika podającego 
ostatnie wiadomości zatrzymał tłum spacerowiczów na deptaku. Słowo „wojna" powtarzało 
się w każdym zdaniu. Jednak większość ludzi nie chciała wierzyć, że niebezpieczeństwo jest 
realne, i wyraz niepokoju znikał z ich twarzy w miarę jak głos z megafonu cichł. 
13 
Mój ojciec czuł inaczej. Zdecydował, że musimy wracać do domu, do Łodzi. Kiedy 
dojechaliśmy, zastaliśmy w mieście zamieszanie. W kilka dni później Łódź stała się obiektem 
ostrych niemieckich nalotów bombowych. Telefon dzwonił bez przerwy. Ojciec ganiał od 
jednego urzędu mobilizacyjnego do drugiego dostając w każdym kartkę innego koloru. 
Pewnego dnia wujek Abie, starszy brat mojej matki, wpadł niespodziewanie do naszego 
domu, żeby się pożegnać przed wyjazdem na front. Był obszarpany, brudny i nieogolony. Nie 
miał munduru; tylko wojskowy beret i plecak wyróżniały go jako żołnierza. Jeździł od miasta 
do miasta szukając swego pułku. 
Większość czasu spędzaliśmy w piwnicy naszego domu. Kiedy dotarły do nas wiadomości, że 
Niemcy przerwali linię frontu i zbliżają się do Łodzi, wszystkich ogarnęła panika. O 
jedenastej w nocy tłumy zaczęły płynąć z miasta w różnych kierunkach. Nie upłynął jeszcze 
tydzień od naszego powrotu z Ciechocinka, a już spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i 
znów ruszyliśmy w drogę. 
Aż do samych rogatek miasta nie byliśmy pewni, jaki kierunek powinniśmy obrać — na 
Warszawę czy na Brzeziny? Ostatecznie, razem z innymi Żydami z Łodzi, ruszyliśmy szosą 
do Warszawy. Później dowiedzieliśmy się, że uciekinierzy, którzy poszli za polską armią 
wycofującą się na Brzeziny, zostali zmasakrowani przez niemieckie samoloty niemal do 
ostatniego. 
Na całą naszą czwórkę — matkę, ojca, siostrę i mnie — mieliśmy trzy rowery, które 
stanowiły nasz największy majątek. Drogi były zatłoczone i stopniowo zostaliśmy całkowicie 
wchłonięci w powolny, ale ciągły strumień ludzki płynący ku stolicy. 
Kilometr za kilometrem wciąż to samo. Pola wysychające w potwornym upale. Gigantyczna 
chmura kurzu wzbijanego  przez   czoło  kolumny  uciekinierów   opadała 
14 
wokół nas zasłaniając horyzont, pokrywając twarz i ubrania grubymi warstwami pyłu. Co 
chwilę rzucaliśm; się do przydrożnych rowów z twarzami wciśniętyir w ziemię, podczas gdy 
w uszy wświdrowywał się ry] samolotów. W nocy na ciemnym niebie wykwitały czer wone 
słupy ognia. Otaczały nas łuny płonących mias i wsl. 
Gdy przybyliśmy do Łowicza, miasto było jednyn wielkim pogorzeliskiem. Płonące kawałki 
drewna spada ły na głowy uchodźców przedzierających się przez ulice Przewrócone słupy 
telegraficzne tarasowały nam drogę Chodniki były zawalone meblami. Wielu ludzi spłonęli w 
potwornym ogniu. Odór spalonego ludzkiego ciała prze śładował nas jeszcze długo po 
opuszczeniu miasta. 
9 września zapasy jedzenia, jakie zabraliśmy z domu zostały zużyte. Po drodze nie można 
było jednak ni( zdobyć. Moja matka osłabła z głodu i zemdlała na szosie Upadłam obok niej 
szlochając rozpaczliwie, ale nie da wała znaku życia. Ojciec, oszołomiony, rzucił się w po 
szukiwaniu jakiejś wody, podczas gdy moja młodsza sio stra stała nieruchomo jak 
sparaliżowana. Ale była ti tylko chwilowa słabość. 

background image

W Sochaczewie udało nam się kupić kilka kiszonycl ogórków i trochę czekoladowych 
herbatników, które sma kowały jak mydło. To było wszystko, co mieliśmy do je dzenia na 
cały dzień. Znalezienie łyka wjody do pici; przedstawiało prawie taką samą trudność jak 
zdobycii pożywienia. Wszystkie studnie na trasie były wyschnięte Raz znaleźliśmy studnię 
pełną mętnej wody, ale miesz kańcy wsi ostrzegli nas, byśmy jej nie pili; weidług icł 
przekonania woda została zatruta przez niemieckie! agentów. Pędziliśmy przed siebie mimo 
spierzchniętycł warg i obolałych gardeł. 
Nagle zobaczyliśmy niebieską smugę dymu unoszącą si< 
15 
z komina domu stojącego przy drodze. Dotąd wszystkie domy zastawaliśmy opuszczone, ale 
tutaj był ślad życia. Ojciec wpadł do środka i wrócił z ogromnym czajnikiem, ale wyraz jego 
twarzy był bardzo dziwny. Drżącym głosem powiedział nam, co zastał wewnątrz domu, i 
przez chwilę nie mogliśmy się zdobyć na dotknięcie tej cennej wody... Czajnik znalazł na 
piecu, w którym palił się ogień. Obok, na łóżku, leżał jakiś człowiek odwrócony twarzą do 
ściany. Wyglądał, jakby spokojnie spał, więc ojciec zawołał do niego kilka razy. Ale 
odpowiedzi nie było. Potem podszedł do śpiącego wieśniaka i zobaczył, że ten jest martwy. 
Łóżko było pełne krwi. Framugi okien podziurawione kulami jak sito. 
Czajnik, który „odziedziczyliśmy" po zamordowanym chłopie, stał się naszym wiernym 
towarzyszem podczas długiej drogi do Warszawy. Gdy zbliżyliśmy się do stolicy, 
spotkaliśmy pierwszych niemieckich jeńców wojennych idących szosą, prowadzonych przez 
polskich żołnierzy. Ten widok dodawał nam odwagi, choć Niemcy nie wyglądali na 
przygnębionych swoją sytuacją. Mieli na sobie eleganckie mundury i uśmiechali się wyniośle. 
Wiedzieli, że niedługo pozostaną jeńcami. 
Pierwszy kęs gotowanego jedzenia dostaliśmy na Okęciu. Kilku żołnierzy przebywających w 
opuszczonym budynku podzieliło się z nami kartoflanką. Po czterech dobach podróży, która 
wydawała się nie mieć końca, po raz pierwszy zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy 
zmęczeni. Ale musieliśmy iść dalej. Nie było chwili do stracenia, bo kiedy opuszczaliśmy 
Okęcie, zobaczyliśmy mężczyzn i kobiety budujących barykady z pustych wagonów 
tramwajowych i kamieni wyrwanych z bruku; przygotowywano się do oblężenia stolicy. 
W Warszawie zobaczyliśmy kobiety stojące w bramach domów. Częstowały herbatą i 
chlebem uciekinierów, któ- 
16 
rzy napływali nieprzerwanym strumieniem. A tak dziesiątki tysięcy ludzi z prowincji 
przybyło do "\ szawy w nadziei, że znajdą tu schronienie, tysiące starych mieszkańców 
uciekało na wieś. 
Nasi krewni mieszkający w centrum warszaw: dzielnicy żydowskiej przyjęli nas ciepło i 
serdecznie, nieustanne naloty wypędzały nas do piwnicy przez kszą część czasu, jaki z nimi 
spędzaliśmy. O 12 września Niemcy zaczęli niszczyć śródmieście. Zn musieliśmy się 
przeprowadzić, tym razem po to, by : leźć lepszą ochronę przed bombami. 
Dni, które teraz nastąpiły, przyniosły naszemu n, dowi głód, śmierć i panikę. Nie mogliśmy 
spać ani j Początkowo   w   nowym   mieszkaniu   przy   ulicy   Zie mieliśmy prawdziwy 
komfort. Właściciele opuścili mi; zostawiając czyste mieszkanie do naszej dyspozycji. I 
nawet służąca, która podawała gorącą herbatę i po pierwszy od ucieczki z Łodzi jedliśmy 
prawdziwy p łek podany na stole nakrytym białym obrusem. Skła się ze śledzia, pomidorów, 
masła i pszennego chleba. Zi kupić ten chleb, ojciec musiał godzinami stać w kok przed 
piekarnią. W tym czasie nadleciało kilka niemi kich samolotów, które ostrzelały ludzi w 
kolejce z ka binów maszynowych. Kolejka momentalnie rozpierzc się, ale jeden człowiek 
został. Nie zważając na strzela nę ojciec ustawił się za nim. Chwilę później ten człow został 
trafiony kulą w głowę. Teraz wejście do pieką stanęło otworem i ojciec zrobił zakupy. 

background image

Po kolacji słuchaliśmy radia; amerykański repor opisywał swoim słuchaczom hitlerowskie 
metody prov dzenia wojny. „Stałem na polu i z pewnej odległości \ działem kobietę kopiącą 
ziemniaki. Obok niej było mj dziecko. Nagle nadleciał nisko niemiecki samolot str2 lając do 
bezbronnej kobiety, która natychmiast upad; 
17 
2 — Dzienni] 
Dziecko nie było ranne. Chłopczyk pochylił się nad leżącą matką i płakał rozpaczliwie. W ten 
sposób przybyła jeszcze jedna sierota do grona licznych wojennych sierot w Polsce. Panie 
prezydencie Roosevelt! — krzyknął głębokim głosem — błagam, niech pan pomoże matkom, 
które wykopują ziemniaki dla swoich dzieci; niech pan pomoże dzieciom, których matki 
padają na spokojnych polach; niech pan pomoże Polsce w godzinie tak ciężkiej próby!" Ale 
żadna pomoc nie nadeszła... 
Nasz   dom  przy   Zielnej   31   sąsiadofwał  z  budynkiem centrali telefonicznej, który  
stanowił  cel  ostrzału niemieckiego podczas całego oblężenia. Choć podziurawiony 
pociskami, wysoki, solidnie zbudowany gmach był tylko trochę zniszczony, a telefonistki 
zostały na swych stanowiskach.   Wiele   domów   w  pobliżu   było   zrujnowanych i znów 
musieliśmy spędzać noce w piwnicy. Potem jedna z   bomb   eksplodowała   we   frontowym   
pokoju   naszego mieszkania i byliśmy zmuszeni powrócić do zatłoczonego domu krewnych. 
Stopniowo zasoby żywności w mieście ulegały wyczerpaniu.  Od czasu do  czasu,  w 
zależności od tego, która z fabryk konserw akurat  uległa  zniszczeniu przez niemieckie 
bomby, rzucano na rynek różne rodzaje żywności w puszkach. W niektóre dni w sklepach 
były tylko sardynki i marynaty. 
Nasz głód informacji dorównywał fizycznemu. Jedyną gazetą,  jaka jeszcze  wychodziła,' był  
„Robotnik",  organ Polskiej Partii Socjalistycznej, publikowany w specjalnych wydaniach. 
Podziwialiśmy bohaterstwo redaktorów i drukarzy, którzy w najtrudniejszych warunkach 
dbali o to, by ludność była informowana o aktualnych wydarzeniach. Podano na przykład, że 
flota brytyjska przybyła  do   Gdyni.   Bardzo   często   wiadomości  drukowane w 
„Robotniku" podnosiły nas na duchu, ale przesadzone ...      18    -i 
lub fałszywie optymistyczne doniesienia pogłębiały tylk( nasze późniejsze przygnębienie. 
20 września zamilkło radio i przestały funkcjonować wodociągi. Zaczęliśmy się czuć jak na 
bezludnej wyspie. Nigdy nie zapomnę  23 września,  Dnia Pokuty  w  1939 roku. Niemcy 
rozmyślnie wybrali to żydowskie święto na bombardowanie   żydowskiej   dzielnicy.   W  
trakcie   bombardowania  miało  miejsce  dziwne  zjawisko  meteorologiczne:  w samym 
środku jasnego, słonecznego dnia zaczął padać gęsty śnieg i grad. Na chwilę bombardowanie 
zostało przerwane, a Żydzi interpretowali ten śnieg jako specjalny akt boskiej interwencji; 
nawet najstarsi nie pamiętali czegoś podobnego. Ale później tego samego dnia wróg nadrabiał 
stracony czas z podwójną pasją. 
Mimo niebezpieczeństwa mój ojciec wraz z grupą kilku mężczyzn, którzy mieszkali w tym 
samym domu, poszedł  do pobliskiej  synagogi.  Po kilku  minutach  jeden z mężczyzn wrócił 
z tałesem * na głowie, książką do nabożeństwa w ręku i tak roztrzęsiony,  że przez  dłuższą 
chwilę nie mógł wymówić słowa. Bomba spadła na synagogę i wielu wiernych zostało 
zabitych. Potem ku naszej wielkiej radości ojciec wrócił nietknięty. Biały jak kreda niósł  
swój  tałes  zwinięty  pod pachą.  Powiedział  nam, że   wielu   wiernych,   którzy   zaledwie   
chwilę   wcześniej modlili się obok niego, zostało zabitych w trakcie nabożeństwa. 
Tej nocy spłonęły setki budynków w całym mieście. Tysiące ludzi zostało żywcem 
pogrzebanych w ruinach. Ale dziesięć godzin morderczego ostrzału nie mogło załamać oporu 
Warszawy. Ludzie walczyli z jeszcze większą determinacją; nawet gdy rząd uciekł, a 
marszałek Rydz-Smigły   opuścił   oddziały,   mężczyźni   i  kobiety,   młodzi * Tałes — 
liturgiczne nakrycie głowy (przyp. tłum.). 19 

background image

i starzy pomagali bronić stolicy. Ci, którzy nie mieli broni, kopali rowy; młode dziewczęta 
organizowały punkty pierwszej pomocy w bramach domów; Żydzi i chrześcijanie stali ramię 
przy ramieniu i walczyli o swą ojczystą ziemię. 
Ostatniej nocy oblężenia siedzieliśmy skuleni w kącie restauracji   mieszczącej   się   pod   
naszym   mieszkaniem. Kilku starszych Żydów śpiewało psalmy głosami, w których drżał 
płacz. Matka owinęła nas w grube koce mające chronić przed drobnymi odłamkami, których 
pełno było w powietrzu. Gdy na chwilę wystawiła głowę spod swojego   pledu,   została   
uderzona   w   czoło   odłamkiem szrapnela. Jej twarz zalała się krwią, ale rana okazała się 
małym zadraśnięciem. Zdaliśmy sobie sprawę, że nasze   dotychchasowe   schronienie   było   
pułapką   ogniową, ruszyliśmy więc na ulicę Kozią, by znaleźć bezpieczniejszą kwaterę u 
naszych krewnych. Stąpaliśmy nad okaleczonymi ciałami żołnierzy i cywilów.  Znaleźliśmy 
tylko szkielet domu wznoszący się nad ogromną piwnicą pełną ludzi leżących  na  betonowej  
podłodze.   W jakiś sposób zrobiono nam  miejsce.  Obok  mnie  leżał mały  chłopiec 
dręczony z powodu rany konwulsjami bólu. Kiedy jego matka zmieniała mu opatrunek, widać 
było, że odłamek tkwi jeszcze w ciele i że wdała się już gangrena. Nieco dalej leżała kobieta, 
której bomba  oderwała stopę.  Nie było żadnej opieki medycznej. Smród był nie do 
wytrzymania. Po kątach pełno płaczących żałośnie dzieci. Dorośli po prostu siedzieli albo 
leżeli bez ruchu z kamiennymi twarzami i pustką w oczach. Mijały godziny. Gdy nadszedł 
świt, uderzyła mnie nagła cisza. W uszach przyzwyczajonych   do   huku   nieustannych   
eksplozji   zaczęło szumieć. To była przerażająca cisza, jaka poprzedza wielką burzę, ale nie 
byłam w stanie wyobrazić sobie niczego 
20 
gorszego niż to, przez co przeszliśmy. Nagle do 
wbiegł ktoś z wiadomością, że Warszawa skapit 
Nikt nie płakał, ale widziałam łzy w oczach do 
Ja też czułam je w gardle, ale oczy miałam suche. 
wszystkie nasze ofiary były daremne. W dwadziei 
dem dni od wybuchu wojny Warszawa, która ti 
się dłużej niż jakiekolwiek miasto w Polsce, został 
szona do poddania się. 
Wychodząc   z   piwnicy   ujrzeliśmy   nasze   zrujr miasto w czystym wrześniowym słońcu. 
Ekipy ra cze wydobywały ludzi spod gruzów.  Ci, którzy jeszcze znaki życia, umieszczani 
byli na noszach, i portowani   do   najbliższego   punktu   pierwszej   pc Martwych ładowano 
na wozy, a potem grzebano n; bliższym kawałku wolnej ziemi — na podwórkach nowanych 
domów lub pobliskich placach. Żołnierzy wano w parkach,  a na ich grobach umieszczano 
drewniane krzyże. 
Wróciliśmy na naszą ulicę. Na chodniku leżały I 
z których ludzie wycinali kawałki mięsa. Niektóre : 
rzęta jeszcze drgały, ale głodni nieszczęśnicy nie za 
żali tego; cięli je na żywo. Nasze ostatnie mieszkam 
ulicy  Nalewki  zastaliśmy  nietknięte,  z  wyjątkiem 
bitych szyb. Ale nie było niczego do jedzenia. Doz 
zaprosił nas na wspólny obiad składający się z ka 
i ryżu. Później dowiedziałam się,  że ta „kaczka" i 
ostatnim łabędziem z parku Krasińskich. Mimo że w 
w której pływał,  zanieczyszczona  była przez zatopi 
w niej ludzkie zwłoki — nie mieliśmy żadnych objav 
zatrucia po tym dziwnym posiłku. 
Niektórzy polscy żołnierze przebierali się pospiesz w cywilne ubrania. Chodziły pogłoski, że 
inni ucie przez granicę do Rumunii i na Węgry. Wiedzieliśmy, 

background image

21 
jeden z braci mojej matki był w 56 pułku, który został całkowicie rozbity; o drugim nie 
mieliśmy żadnych wieści. 
Tego popołudnia kuzyn zaprosił nas, byśmy dzielili z nim jego duże mieszkanie, w którym 
zgromadził spore zapasy jedzenia. Przeprowadziliśmy się więc raz jeszcze. To była potworna 
podróż. Na wszystkich placach kopano zbiorowe mogiły. Warszawa wyglądała jak jeden 
wielki cmentarz. 
Łódź, 15 października 1939 
Znów jesteśmy w Łodzi. Zastaliśmy mieszkanie i sklep kompletnie splądrowane; co większe 
obrazy złodzieje powycinali z ram. Ojciec jest zrozpaczony stratą Poussina i Delacroixa, kupił 
te obrazy w Paryżu za poważną sumę zaledwie kilka tygodni przed wybuchem wojny. 
Jesteśmy w Łodzi dopiero od dwóch dni, ale już wiemy, że powrót tutaj był błędem. 
Hitlerowcy zaczynają coraz intensywniej terroryzować podbitą ludność, a szczególnie Żydów. 
W ubiegłym tygodniu podpalili dużą synagogę stanowiącą dumę gminy łódzkiej. Zabronili 
Żydom wynosić święte księgi, a szames *, czy woźny, który chciał uratować relikwie, został 
zamknięty w świątyni i zginął w płomieniach. Mama nie może sobie darować, że namówiła 
ojca na powrót do Łodzi. 
Łódź, 1 listopada 1939 
Planujemy wrócić do Warszawy. Ojciec już tam pojechał. Był zmuszony do ucieczki, bo 
jeden z naszych niemieckich sąsiadów zawiadomił gestapo, że ojciec ukrył kilka 
patriotycznych obrazów Matejki. Sąsiad ten w przeszłości często nas odwiedzał i 
niejednokrotnie pożyczał od taty pieniądze. Kiedy gestapo przyszło szukać obra- 
* Szames — sługa bóżniczny (przyp. tłum.). 22 
zów, ich niegodziwy informator był z nimi. Na szczęście ojcu udało się wynająć na podróż do 
Warszawy prywatny samochód od pewnego „aryjczyka" *. Ta krótka wycieczka kosztowała 
go majątek. 
? t 
Łódź, 3 listopada 1939 
Prawie codziennie nachodzą nas niemieccy żołnierze, którzy pod różnymi pretekstami 
obrabowują nas ze wszystkiego. Czuję się jak w więzieniu.-Nie mogę nawet pocieszać się 
wyglądaniem przez okno, bo kiedy zerkam zza zasłon na ulicę, jestem świadkiem różnych 
incydentów, jak na przykład ten, który widziałam wczoraj: 
Człowiek o charakterystycznie semickich rysach stał spokojnie na chodniku blisko 
krawężnika. Umundurowany Niemiec podszedł do niego i najwyraźniej wydał mu jakieś 
niezrozumiałe polecenie, bo widziałam, że biedny człowiek próbował coś tłumaczyć z 
zakłopotanym wyrazem twarzy. Potem podeszło kilku innych Niemców w mundurach i 
zaczęli bić ofiarę gumowymi pałkami. Przywołali dorożkę i próbowali wepchnąć mężczyznę 
do środka, ale ten opierał się energicznie. Wtedy związali mu nogi sznurem, przyczepili jego 
koniec do dorożki i kazali woźnicy jechać. Twarz nieszczęśliwego człowieka uderzała o ostre 
kamienie bruku znacząc je krwią na czerwono. Potem dorożka zniknęła. 
. Łódź, 13 listopada 1939 
Percy, młodszy brat mojej mamy, powrócił z hitlerowskiej niewoli. Tylko cud uratował go od 
śmierci. Na polu 
* Aryjczycy — nazwa nadawana dawniej ludom posługującym się językami 
indoeuropejskimi; przez nacjonalizm hitlerowski wprowadzona jako określenie rasy, 
naukowo nie zdefiniowanej, mającej się odznaczać bardzo korzystnymi cechami fizycznymi i 
umysłowymi w przeciwieństwie do „rasy" semickiej — dlatego Mary Berg używa tego 
określenia stosując  cudzysłów (przyp. tłum.). 
23 

background image

bitwy — widząc zbliżających się hitlero/wców i zdając sobie sprawę, że jego jednostka 
została otoczona — zdecydował się popełnić samobójstwo. Ponieważ był w służbie 
medycznej, miał przy sobie rozmaite pigułki; połknął trzydzieści tabletek veronalu i zasnął. 
Leżał tak w szczerym polu, kiedy nagle zaczął padać ulewny deszcz. To go obudziło. „Nie 
wiem, jak to się stało — powiedział nam — ale nagle zacząłem wymiotować i zrzuciłem 
prawie całą truciznę". Był zbyt słaby, by iść, i wkrótce Niemcy zabrali go i umieścili w 
obozie jenieckim. Następnego dnia razem z przyjacielem udało mu się uciec i po tydzień 
trwającym błąkaniu się po Puszczy Kampinoskiej dotarł do Łodzi. 
Łódź, 23 listopada 1939 
Dziś wujek Percy brał w tajemnicy ślub. Niemcy zabronili Żydom zawierać małżeństwa, ale 
wbrew temu zakazowi liczba żydowskich małżeństw wzrasta. Naturalnie wszystkie 
dokumenty ślubu są antydatowane. Ze względu na niebezpieczeństwa, jakie nas otaczają, 
wszystkie zaręczone pary chcą być razem. Tym bardziej, że nie wiadomo, jak długo jeszcze 
hitlerowcy pozwolą im żyć. 
Żeby uczestniczyć w tym ślubie, przemykaliśmy się jak cienie, pojedynczo, do miejsca 
uroczystości znajdującego się o kilka domów dalej. Przy drzwiach stał ktoś na straży, aby 
obserwować Niemców — w razie potrzeby mogliśmy uciec drugim wyjściem. Rabbi drżał 
wygłaszając błogosławieństwo. Najmniejszy szmer na klatce schodowej powodował, że 
wszyscy rzucaliśmy się do drzwi. Panowała atmosfera terroru i strachu. Wszyscy 
szlochaliśmy, a po ceremonii znów wychodziliśmy pojedynczo, ukradkiem. 
Krąży coraz więcej pogłosek, że Łódź mą być przyłą- 
24 
.ezona do Niemiec i że żydowska ludność zostanie zamknięta w getcie. Żydzi są masowo 
porywani i wysyłani do różnych obozów pracy. Rodzice młodej żony mego wuja zostali 
wywiezieni gdzieś w okolice Lublina. Pewnego ranka, gdy szli do pracy, zostali otoczeni 
przez hitlerowskie oddziały; wrzucono ich do ciężarówek i zawieziono na dworzec kolejowy. 
Później dowiedzieliśmy się od kogoś, kto uciekł z tej grupy, że jechali .w zamkniętych 
wagonach przez kilka dni bez jedzenia. Wyczerpanych i głodnych wyładowano w szczerym 
polu i przeprowadzono do małego miasteczka — Zaklików — gdzie dołączyli do kilku 
tysięcy Żydów przywiezionych z innych miast Polski. Polaków także wywożono z Łodzi — 
przede wszystkim inteligentów — ale nie w tak strasznych warunkach. 
Łódź, 1 grudnia 1939 
Mój ojciec jest w Białymstoku, na terenach Polski zajętych przez Rosjan. Gdyśmy się o tym 
dowiedzieli, odetchnęliśmy z ulgą. Tam przynajmniej Żydzi traktowani są tak samo jak 
wszyscy inni i mają szansę przetrwania. 
Nadal stale nachodzą nas nasi niemieccy „sąsiedzi", pracownicy kolei, którzy mieszkają obok 
nas. Za każdym razem proszą o coś, ale te prośby są właściwie rozkazami. W zeszłym 
tygodniu, na przykład, żądali poduszek udając, że nie mają na czym spać. Parę dni temu 
miałyśmy wizytę jakichś niemieckich oficerów wysokiej rangi, którzy przyszli kupić obrazy. 
Mama powiedziała im, że zostaliśmy obrabowani i nie mamy nic do sprzedania. Oni jednak 
upierali się i zaczęli przeszukiwać mieszkanie. Znaleźli mały rysunek i zaoferowali śmiesznie 
niską cenę. Musiałyśmy na nią przystać, żeby się ich pozbyć. 
Jeszcze bardziej nieprzyjemne były odwiedziny dwóch 
25 
pijanych gestapowców. Żądali przedmiotów, których nie posiadałyśmy. Nasze wyjaśnienia 
nie zadowoliły ich. Wreszcie matka pokazała dokumenty świadczące o jej amerykańskim 
obywatelstwie. Wtedy jeden z pijanych wyciągnął rewolwer i krzyknął: „Przysięgnij na 
zdrowie Hitlera, że jesteś amerykańską obywatelką, albo zastrzelę cię na miejscu!". Ale 
Żydom zakazano wymawiać czczone imię Fiihrera. Mama spytała, czy w tym wypadku 
wyjątkowo uchylą zakaz. Hitlerowiec zaczął się śmiać i schował rewolwer do kabury. Po 

background image

nieudanych poszukiwaniach rzeczy, których się domagali, wyszli strzelając obcasami i 
salutując do amerykańskiej flagi wiszącej w przedpokoju. 
Łódź, 15 grudnia 1939 
Hitlerowcy wyrzucili Żydów z Piotrkowskiej i podzielili miasto na dwie części. Żadnemu 
Żydowi nie wolno mieszkać przy tej ulicy ani też chodzić po niej. To nowe niemieckie 
zarządzenie spowodowało duże trudności wielu Żydom. Ale Niemcy ciągną z tego korzyści: 
wydają specjalne przepustki dla Żydów uprawniające do jednorazowego przejścia 
Piotrkowską — za pięć złotych. 
Łódź, 18 grudnia 1939 
Niemcy zarekwirowali nasz sklep i mieszkanie. Mieszkamy teraz u krewnych na ulicy 
Narutowicza, blisko mojej szkoły. Szkoła ciągle jeszcze działa, choć bardzo niewielu uczniów 
przychodzi na lekcje. Boją się wychodzić z domu. Okrucieństwo Niemców wzrasta z dnia na 
dzień, zaczynają porywać młode dziewczęta i chłopców, żeby używać ich do swych 
koszmarnych „zabaw". Zbierają pięć do dziesięciu par w jednym pokoju, każą im s?ę 
rozebrać i zmuszają do tańca przy muzyce z gramo-fonu. Dwie moje szkolne koleżanki 
doświadczyły czegoś podobnego we własnym domu. Kilku hitlerowców weszło 
26 
do ich miejszkania i po przeszukaniu wszystkich pokoi zmusiło obie dziewczyny do wejścia 
do salonu, w którym stał fortepian. Kiedy rodzice usiłowali pójść za nimi, Niemcy uderzyli 
ich w głowy kolbami. Potem zamknęli drzwi salonu i kazali dziewczętom rozebrać się. 
Starszej rozkazali, by grała wiedeńskiego walca, a młodsza miała tańczyć. Ale dźwięki 
muzyki mieszały się z krzykami rodziców dobiegającymi z sąsiedniego pokoju. Kiedy 
młodsza dziewczynka zemdlała podczas tańca, starsza rzuciła się do okna z wołaniem o 
pomoc. Tego już hitlerowcom było za wiele, wyszli. Moje koleżanki pokazywały mi czarne i 
niebieskie sińce, jakie zostały na ich ciałach po walce z prześladowcami. 
Warszawa, 27 grudnia 1939 
W zeszłym tygodniu otrzymaliśmy list z konsulatu amerykańskiego wzywający moją matkę 
do Warszawy. Listonosz, który doręczał list, nie mógł powstrzymać się od wyrażenia 
zazdrości, że mamy powiązania z Ameryką. Wyjechałam do Warszawy jeszcze przed mamą 
dzięki przyjacielowi, gojowi *, który jest mężem przyjaciółki mamy; zabrał mnie ze sobą i 
przewiózł jako własną córkę ryzykując życiem. Mieszkam u niego; w dzień Bożego 
Narodzenia przywiózł z Łodzi także moją siostrę. Większość czasu spędzamy w domu, 
dopiero po zachodzie słońca odważamy się wyjść na krótki spacer przed amerykańską 
ambasadą. Jakoś pewniej czujemy się w jej cieniu. 
Warszawa, 5 stycznia 1940 
Mama dołączyła do nas dopiero po Nowym Roku. Powiedziała, że dostała wiadomość od ojca 
— radzi sobie 
* Goj — człowiek wyznania niemojżeszowego, nie-Zyd (przyp. tłum.). 
27 
dobrze w Rosji i pracuje jako kustosz w muzeum na Ukrainie. Chce, żebyśmy natychmiast do 
niego przyjechały, ale jest to niemożliwe. 
Mieszkamy teraz w dwóch pokoikach na Siennej 41, razem z naszym kuzynem. Ze względu 
na to, że mieszkanie należy do urzędnika polskiego banku, Niemcy przydzielili trochę opału. 
W ten sposób mamy jakąś ochronę przed okropnym zimnem. 
10 stycznia 1940 
Polska prasa kontrolowana przez hitlerowców opublikowała nieoficjalną informację, że 
planuje się utworzenie getta dla warszawskich Żydów. Wiadomość ta wzbudziła ogromną 
gorycz wśród wszystkich naszych ludzi; i tak wydano już rozkaz noszenia białych opasek z 
gwiazdą Dawida. Na razie ci, którzy nie mają wyraźnie semickich rysów, nie noszą ich, a 
poza tym Żydzi w ogóle unikają pokazywania się na ulicach [...] 

background image

2 marca 1940 
Wygląda na to, że w Łodzi sytuacja jest jeszcze gorsza niż tutaj. Moja szkolna koleżanka, 
Edzia Piaskowska, córka znanego łódzkiego fabrykanta, która wczoraj przyjechała do 
Warszawy, opowiadała nam mrożące krew w żyłach historie o panujących tam warunkach. 
Getto zostało już założone oficjalnie, a jej rodzinie udało się wydostać w ostatniej chwili — 
przekupili gestapo dobrymi amerykańskimi dolarami. Przenoszenie łódzkich Żydów do getta 
zamieniło się w masakrę. Niemcy rozkazali im stawić się o określonej godzinie; wolno było 
wziąć z sobą tylko dwadzieścia kilogramów bagażu. O tej wyznaczonej godzinie hitlerowcy 
zorganizowali przeszukiwanie domów, wyciągali chorych z łóżek, a zdrowych z kryjówek 
bijąc, rabując i mordując.  Dzielnica Łqdzi, 
28 
którą przeznaczono na getto, jest jedną z najbiedniejszych i najstarszych części miasta, składa 
się przede wszystkim z małych drewnianych domków bez elektryczności i kanalizacji 
przedtem zamieszkałych przez biednych tkaczy. Jest tam miejsce dla najwyżej kilkudziesięciu 
tysięcy mieszkańców — Niemcy wtłoczyli do łódzkiego getta trzysta tysięcy Żydów. 
Zamożni Żydzi uciekali stamtąd na różne sposoby. Niektórzy przekupywali gestapowców — 
jak rodzina mojej koleżanki — inni szmuglowali się w trumnach. Żydowski cmentarz leży 
poza granicami getta i wolno nań wynosić zmarłych. Tak więc niektórzy zamykali się w 
trumnach i byli wynoszeni z getta z zachowaniem zwykłego ceremoniału pogrzebowego; 
przed cmentarzem wstawali z trumien i uciekali do Warszawy. Raz zdarzyło się, że osoba 
zamknięta w trumnie już więcej nie podniosła się — zmarła podczas tej krótkiej, upiornej 
podróży na atak serca [...] 
5 kwietnia 1940 
Wiosna jest piękna, ale nie śmiemy wychodzić na ulicę. Wszędzie Niemcy urządzają łapanki 
na ludzi — także kobiety i dzieci — i zmuszają złapanych do ciężkiej pracy. Nie tyle przeraża 
nas ta praca, co okropne szykany, jakim poddawane są ofiary. Lepiej ubrane żydowskie 
kobiety są zmuszane do sprzątania hitlerowskich kwater. Niemcy każą im zdejmować bieliznę 
i używać jej jako szmat do podłóg i okien. Nie trzeba dodawać, że często prześladowcy 
wykorzystują okazję, żeby się na swój sposób zabawić. 
A oto, co przytrafiło się Żydówce będącej amerykańską obywatelką. W zasadzie naziści są 
ostrożni w"obec cudzoziemców; tym razem jednak zlekceważyli protesty kobiety i zmusili ją 
do szorowania podłogi kosztownym fut- 
29 
rem. Po tych ciężkich przejściach kobieta poskarżyła się konsulowi amerykańskiemu, który 
zażądał odszkodowania od niemieckiego gubernatora Franka. Natychmiast kobieta ta, która 
miała szczęście być amerykańską obywatelką, otrzymała trzy tysiące marek. Ale polscy 
obywatele żydowskiego pochodzenia nie mają nikogo, prócz, siebie samych, kto by ich 
bronił. Od momentu, gdy Niemcy rozpoczęli swoje polowania na ludzi, Żydzi ostrzegają się 
wzajemnie i w ciągu paru chwil ulice pustoszeją. 
17 kwietnia 1940 
Wczoraj ojciec wrócił z Rosji. Ledwośmy go poznały. Był nieogolony, przebrany za chłopa i 
wyglądał jak jakiś Cygan, który właśnie wyszedł z jaskini. Przeszmu-glował się przez tzw. 
zieloną granicę — był jedynym z trzydziestoosobowej grupy, któremu udało się uciec; 
pozostałych aresztowano i los ich jest niepewny. Ojciec dotarł do Warszawy pieszo, idąc 
nocami, a w dzień kryjąc się po lasach. 
Początkowo nie mogłyśmy zrozumieć, dlaczego wrócił do niemieckiego piekła, podczas gdy 
tak wiele osób oddałoby wszystko, byle tylko dostać się na sowiecką stronę. W Galicji jakiś 
znajomy ojca powiedział mu, że jego rodzina wyjechała do Ameryki, ale gdy zatelegrafował 
do naszych krewnych w Ameryce — zaprzeczyli tej informacji i podali mu nasz warszawski 
adres. Nie mogąc sprowadzić nas do siebie, zdecydował wrócić i dzielić nasz gorzki los. 

background image

Opowiedział ciekawe szczegóły o tzw. rosyjskiej stronie. Rosjanie traktują ludność cywilną 
dużo lepiej niż Niemcy; przynajmniej nie ma dyskryminacji religijnej. Wielu Żydów uciekło z 
terytorium okupowanego przez Niemców i przeszło do Rosji. Duży ich procent natychmiast 
wstąpił do Armii Czerwonej, a reszta   poszła do 
30 
pracy w fabrykach. Większość przyjęła obywatelstwo rosyjskie. Ci, którzy odmówili 
przyjęcia obywatelstwa, zostali deportowani na Syberię. Wyżywienie jest złe, bo przydziały 
rządowe są niewystarczające, a nie ma „czarnego rynku". 
Żartownisie opowiadają dowcipy o rosyjskiej armii. Mówią, że ich czołgi mają stuosobowe 
załogi, to znaczy: jeden żołnierz siedzi w środku, a pozostałych dziewięćdziesięciu dziewięciu 
pcha maszynę. Żołnierze rosyjscy są dobroduszni, choć potrafią być surowi z powodów 
patriotycznych. Wiele kobiet jest w służbie czynnej, najczęściej w lotnictwie. Noszą takie 
same mundury i mają takie same prawa jak mężczyźni. Wielu oficerów ma przy sobie żony. 
Patrząc na szerokie chłopskie spódnice i chusty tych kobiet nikt by się nie domyślił, że to 
osoby bardzo inteligentne, w większości z wyższym wykształceniem i na ważnych 
stanowiskach [...] 
Być może nasze dowcipy o Rosjanach są wyrazem naszego niezadowolenia z faktu, że Rosja 
nie jest w stanie wojny z Hitlerem. Większość mieszkańców Warszawy jest pewna, nie 
wiedzieć dlaczego, że wojna między Hitlerem a Rosją wcześniej czy później musi 
wybuchnąć. Ta myśl pomaga nam znosić naszą ciężką próbę. 
28 kwietnia 1940 
Udało nam się zdobyć oddzielne mieszkanie w tym samym domu, w którym dotąd 
mieszkaliśmy kątem. Matka przypięła na drzwiach swoją wizytówkę z napisem „obywatelka 
amerykańska". Napis ten jest cudownym talizmanem przeciw niemieckim bandytom, którzy 
swobodnie wchodzą do wszystkich żydowskich mieszkań. Gdy tylko przy bramie naszego 
domu pojawiają się niemieckie mundury, sąsiedzi przychodzą do nas i błagają, żeby pozwolić 
im skorzystać z dobrodziejstwa cudownego znaku. Wtedy 
31 
o"       to   Z   n Cr oj 
fjff 
*?§•*$% 
"' ? S tt 
to "a* S   Q -to   o   Cr ._,g       c  a ^   m er w pr cr 
3  c 
 
j      każdy   pokój   musi   być   zajmowany przez co najmniej '      cztery osoby.  
Podnajęliśmy jeden  z  naszych   pokoików rodzinie R. z Łodzi. Pan R. był jednym z czterech 
czy pięciu ekspertów przemysłu tekstylnego, których zatrudniali Niemcy.  Miał pensję  6000  
złotych.  Był zmuszony do mieszkania w fabryce, poza granicami getta i wolno mu było 
odwiedzać rodzinę tylko raz w tygodniu.  Tak jak reszta nielicznych uprzywilejowanych 
Żydów, większą część zarobków oddawał komitetowi pomocy społecznej w żydowskiej 
dzielnicy. Od rodziny R. dowiedzieliśmy się kilku szczegółów   dotyczących  życia w 
łódzkim getcie. Racja żywnościowa wynosi 10 deko chleba dziennie na osobę, a wszyscy 
mieszkańcy getta zmuszeni są do pracy w wojskowych warsztatach wytwarzających koce i 
buty z drewnianymi podeszwami. Obrzędy religijne i zawieranie małżeństw są wzbronione; 
efektem przeludnienia i złych warunków sanitarnych są epidemie gnębiące mieszkańców 
wąskich ulic Bałutów. Tylko ci, którzy mają dużo pieniędzy, mogą uchronić się przed tym 
okropnym życiem. 
W ubiegłym tygodniu zaczęły działać w Warszawie publiczne garkuchnie. Jedna z nich 
znajduje się niedaleko naszego domu, na Siennej 16. Posiłek składa się z ziemniaków lub 

background image

kapuśniaku i małej porcji jarzyn. Dwa razy w tygodniu dają malutki kawałek mięsa, który 
kosztuje jeden złoty i dwadzieścia groszy. 
Jest teraz wiele nielegalnych szkół i co dzień ich przybywa. Ludzie uczą się na strychach i w 
piwnicach, w programie szkolnym są wszystkie przedmioty, nawet łacina i greka. Dwie takie 
szkoły Niemcy odkryli w czerwcu; dowiedzieliśmy się później, że nauczyciele zostali 
zastrzeleni na miejscu, a uczniowie wysłani do obozu koncentracyjnego pod Lublin. Nasze 
łódzkie   gimnazjum też już rozpoczęło   lekcje. 
34 
Większość nauczycieli jest w Warszawie i dwa raz 
godniu mamy zajęcia. Odbywają się w naszym n 
niu, które jest stosunkowo   bezpieczne   ze   wzgl< 
?  amerykańskie   obywatelstwo mojej matki.   Uczyr 
wszystkich przedmiotów, a nawet zorganizowali^ 
boratorium fizyczne  i  chemiczne  używayąc  naczj 
chennych zamiast probówek i retort.  Szczególną 
zwraca się na naukę języków obcych, przede wsz] 
angielskiego i hebrajskiego.  Nasze   dyskusje o p< 
literaturze są szczególnie burzliwe. Nauczyciele pi 
wykazać, że wielcy polscy poeci: Mickiewicz, Sło1 
i Wyspiański przepowiadali obecne nieszczęścia. Ws 
powtarzają słynne cytaty z „Wesela" Wyspiańskiego 
Miałeś chamie złoty róg. 
Ostał ci się jeno sznur. 
Profesorowie wkładają w nauczanie całe serce i di 
a wszyscy uczniowie są niezwykle pilni. Nie ma z 
uczniów. Nielegalny charakter nauczania, niebezpiec: 
stwo, które nam ciągle grozi, napełniają nas dziwną : 
liwością. Dawny dystans między nauczycielami i uczi 
mi zniknął,  czujemy się jak  towarzysze   broni,   któ 
wzajemnie ponoszą za siebie odpowiedzialność. 
Trudno   dostać   podręczniki;   oficjalnie   zakazano 
sprzedaży. Robimy notatki z wykładów naszych profe; 
rów i uczymjr się ich na pamięć. Mimo tych nadzwycz; 
nych trudności, nasze gimnazjum właśnie wydało świ 
dectwa   maturalne.    Egzaminy   i   uroczystość   rozdań 
dyplomów  odbyły się  w mieszkaniu   dyrektora   szkół 
dr.  Michała Brandstaettera.  Było popołudnie,  wszystk 
story na oknach zaciągnięte, a przed domem uczniowi 
stali na czatach. Na egzamin zgłaszano się pojedyncze 
nauczyciele   siedzieli   za   stołem   przykrytym   zielonyn 
suknem. Wszyscy bez wyjątku zdali dobrze. Świadectwa 
35 
maturalne nie były wystawione, jak dawniej, przez ministerstwo oświaty; a przez ciało 
pedagogiczne nielegalnego gimnazjum; wypisano je na maszynie, na zwykłych kartkach 
papieru, po czym zostały podpisane przez wszystkich nauczycieli. Ze łzami w oczach 
dyrektor wygłosił tradycyjną mowę do świeżo upieczonych maturzystów, którzy — tak samo 
jak cała młodzież w Polsce, a szczególnie ta pochodzenia żydowskiego — opuszczali szkołę 
bez żadnej perspektywy na przyszłość, prócz zostania niewolnikami w hitlerowskich obozach 
pracy. 
16 sierpnia 1940 

background image

Ludność dzielnicy żydowskiej zaczęła organizować swoje życie społeczne. Warunki są 
bardzo złe i trzeba wynajdować rozmaite sposoby zdobywania pieniędzy i organizowania 
pomocy. Utworzono komitety domowe, które zbierają się co noc w innym mieszkaniu, aby 
przedyskutować pilne problemy i ustalić wysokość składki, którą każdy dom ma przekazywać 
centralnej radzie, pomocy społecznej Żydowskiej Gminy. Komitety domowe prowadzą także 
działalność oświatową podkreślając znaczenie walki z epidemiami. 
Młodzież spotyka się raz w tygodniu; pierwsza część spotkania poświęcona jest dyskusji nad 
jakimś zagadnieniem naukowym lub literackim, druga rozrywce — tańcom przy 
gramofonowych płytach. Wpływy z tych zebrań przekazywane są komitetowi pomocy 
społecznej. 
Młodzi Żydzi rodem z Łodzi założyli klub w celu zwiększenia funduszu pomocy. Harry 
Karczmar został wybrany prezesem, a członkami-założycielami są: Bolek Gliksberg, Romek 
Kowalski, Edek Wołkowicz, Tadek Szajer, Olga Szmuszkiewicz, Edzia Piaskowska, Stefan 
Mandeltort, Misza Bakst, Dołek Amsterdam, Mietek Fein i ja. 
36 
Gdy tylko się zorganizowaliśmy, przedstawiciel Ws 
nego   Komitetu   Dystrybucyjnego *   zwrócił się  do 
o   przygotowanie   przedstawienia   na   fundusz   pon 
uchodźcom z Łodzi. Z entuzjazmem   zabraliśmy się 
opracowania programu i każdy z nas starał się odl 
w sobie jakiś talent. Nasz przewodniczący, Harry Ka 
mar, ma piękny głos — został więc poproszony o wj 
nanie solowego popisu. Jest z nas najstarszy, średni 
wzrostu, włosy ma kasztanowe i wygląda na więcej 
dwadzieścia trzy lata.  Wiele dotąd w życiu wycierf 
W wypadku samochodowym złamał nogę i teraz tro 
utyka; ostatnio lekarze wykryli u niego objawy gruźl 
Choć wie, że teraz nie ma żadnych możliwości uratoi 
nia go, zawsze jest uśmiechnięty i żwawy. Dużo ćwi 
i wtedy zapomina o swych cierpieniach. 
Akompaniatorem    Harry'ego   jest   Romek   Kowal; 
smagły dziewiętnastolatek o arystokratycznym wygląd: 
Jego delikatna twarz z głęboko osadzonymi,  ciemny 
oczyma, klasycznym nosem i czerwonymi wargami : 
bardzo dziecinny wyraz. Ale jednocześnie jest jakby i 
znaczona  przedwczesną  wojenną   dojrzałością,  tak  cł 
rakterystyczną dla wielu z nas. W rzeczywistości jest 
raczej dojrzałość psychiczna niż fizyczna. Romek to c 
bry chłopiec, chętny do pomocy innym i cudownie ul 
lentowany — zaledwie kilka miesięcy przed wybucłu 
wojny zaczął się uczyć gry na fortepianie, a teraz g 
już niemal jak wirtuoz. Posiada wyczucie do muzyki rc 
rywkowej i uwielbia jazz. 
Stefan Mandeltort, najmłodszy z naszych chłopcó' ma dopiero siedemnaście lat, jest mały, 
zwinny i wygiąć jak typowy urwis z robotniczych przedmieść Warszaw 
* American Jewish Joint Distribution Committee — amerykai sko-żydowska instytucja 
charytatywna (przyp. tłum.). 
37 
Pięknie recytuje; będzie wygłaszał fragmenty z kilku ról 
teatralnych. 

background image

Mietek Fein to urodzony tancerz, świetnie stepuje, jest wysoki, szczupły, jasnowłosy, a jego 
blada, wąska twarz bardzo przypomina twarz Freda Astaire'a, tyle że Mietek jest jeszcze 
przystojniejszy. Ma dwadzieścia lat i jest-kompletnym sierotą; nie pozostał przy życiu nawet 
nikt z dalszej jego rodziny. Ale niewiele rozmyśla nad swym smutnym losem — jego myśli 
zajmuje taniec. 
Dołek  Amsterdam,  wysoki   młodzieniec  o  brązowych włosach i raczej pospolitej twarzy, 
ma naturę flegma-tyczną. Mówi mało i zwykle zgadza się z innymi. Łatwo ulega cudzym 
wpływom — szczególnie Harry'ego. Posiada szkolony głos. Pozostali śpiewacy to Edek 
Wołkowicz i Bolek Gliksberg. A Misza Bakst będzie bardzo dobrym konferansjerem. Nie 
musi nawet przygotowywać się, bo potrafi  improwizować  w  każdym  momencie.   Ten  
dziewiętnastoletni chłopak, o dużym zmyśle krytycznym, jest szybki w ripostach i ma 
ogromne powodzenie u dziewcząt. 
Olga Szmuszkiewicz, której ojciec jest w Palestynie, uczyła się gry na fortepianie od 
wczesnego dzieciństwa. Wciąż jeszcze bierze lekcje u znanego profesora, choć jej sytuacja 
materialna jest jak najgorsza. 
Ku memu wielkiemu zdumieniu koledzy moi odkryli, że mam dobry głos. Jako 
„Amerykankę" — tak mnie wszędzie nazywają —? poproszono mnie o zaśpiewanie kilku 
lekkich amerykańskich piosenek. Wzbronione jest publiczne używanie francuskiego i 
angielskiego, ale my lekceważymy takie zakazy. 
Edzia Piaskowska i Tadeusz Szajer są jedynymi członkami naszej grupy bez talentów 
scenicznych, dlatego powierzono im rozejrzenie się za salą nadającą się na przedstawienie. 
38 
Nasz mały zespół bawi się świetnie i bardzo jest pochłonięty przygotowaniami do występu. 
Ale wystarcza rzut oka przez okno, na ulicę, aby przypomnieć nam rzeczywistość. 
O każdej porze można zobaczyć namacalne dowody terroru panującego w mieście. Polowania 
na ludzi odbywają się bez przerwy. Zawsze po zebraniach musimy rozchodzić się 
pojedynczo. Dziewczęta wychodzą pierwsze i upewniają się, czy w pobliżu nie ma 
hitlerowców. Jeśli jest spokój, wołają chłopców. 
11 września 1940 
W tym miesiącu odbyło się nasze pierwsze przedstawienie w biurze  Wspólnego Komitetu 
Dystrybucyjnego na ulicy Przejazd nr 5. Sukces przeszedł wszelkie oczekiwania, a zyski były 
znaczne. Natychmiast poproszono nas o następne przedstawienia i wszystkie udały się. Nasza 
łódzka grupa bardzo jest dumna, że tak zawojowała Warszawę.  Niektórzy z nas są teraz dość 
znani wśród żydowskiej  ludności.  Głos Harry'ego  fascynuje  wszystkie dziewczyny, 
dowcipna konferansjerka Stefana wywołuje burzliwy aplauz, a Olgę wychwalają za grę na 
fortepianie. Jeśli chodzi o mnie, rozpowszechniane są najbardziej fantastyczne wieści — to 
robota Harry'ego. Ludzie zastanawiają się, czy rzeczywiście to prawda, że słabo mówię po 
polsku i że występowałam w Ameryce.  Na każdym przedstawieniu    muszę    powtarzać    
pierwszą    piosenkę „Moonlight and Shadow" po kilka razy. Inni członkowie naszej grupy są 
także bardzo popularni. Przyjęliśmy nazwę: Łódzki Zespół Artystyczny — w skrócie ŁZA. 
To dziwnie symboliczne. 
Mniej więcej w tym samym czasie, w którym organizowaliśmy nasz zespół, otworzono po 
tzw. stronie aryjskiej kilka kawiarni; znani polscy artyści, którzy odmó- 
39 
wili występowania w kontrolowanych przez hitlerowców teatrach, występują tam w 
podwójnej roli: kelnerów i artystów. 
2 listopada 1940 
Nieustannie krążą pogłoski, że wkrótce dzielnica żydowska zostanie zamknięta. Niektórzy 
powiadają, że tak będzie dla nas lepiej, bo Niemcy nie będą śmieli tak otwarcie popełniać 
swoich zbrodni, a jeszcze dodatkowo będziemy chronieni przed atakami polskich chuliganów. 

background image

Ale inni — szczególnie ci z nas, którzy uciekli z łódzkiego getta — są przerażeni, 
zasmakowali już bowiem życia w wydzielonej żydowskiej dzielnicy pod niemieckim 
uciskiem. 
Rozdział II POCZĄTEK GETTA 
15 listopada 1940 
Dziś oficjalnie założono żydowskie getto. Żydom zak; zano poruszać się poza granicami 
wyznaczonymi prz< konkretne ulice. Jest duży ruch. Nasi ludzie nerwów biegają ulicami i 
szeptem przekazują sobie różne wiad< mości, jedna bardziej fantastyczna od drugiej. 
Rozpoczęto już pracę przy budowie muru granicznegi który ma mieć dwa i pół metra 
wysokości. Żydowsc murarze nadzorowani przez hitlerowskich żołnierzy kle dą cegłę za 
cegłą. Ci, którzy nie pracują dość szybko, s bici przez nadzorców. Przypomina mi to biblijny 
opi naszej niewoli w Egipcie. Ale gdzie jest Mojżesz, któr; wyzwoliłby nas z nowej opresji? 
Na końcu ulic, na których ruch nie został całkowicii wstrzymany, znajdują się niemieckie 
posterunki. Niemcy i Polacy są wpuszczani do izolowanej dzielnicy, ale ni< wolno im wnosić 
żadnych paczek. Pojawia się przed nam widmo głodu. 
20 listopada 1940 
Ulice są puste. We wszystkich domach odbywają się nadzwyczajne zebrania. Potworne 
napięcie. Niektórzy żądają zorganizowania protestu. To głos młodzieży; starsi uważają ten 
pomysł za niebezpieczny. Jesteśmy odcięci od świata. Nie ma radia, nie ma telefonu, nie ma 
gazet. 
41 
Zezwolenie na posiadanie telefonu mają tylko szpitale i posterunki polskiej policji znajdującej 
się wewnątrz getta. 
Żydom, którzy dotąd mieszkali po stronie „aryjskiej", kazano przeprowadzić się przed 12 
listopada. Wielu zwlekało do ostatniej chwili licząc na to, że Niemcy w wyniku protestów i 
łapówek odwołają zarządzenie dotyczące getta. Ale ponieważ to nie nastąpiło, wiele osób 
zostało zmuszonych do opuszczenia pięknie umeblowanych mieszkań w jednej chwili — 
przybyli oni do getta z paroma tobołkami w raku. 
22 listopada 1940 
Getto jest izolowane już od tygodnia. Mury z czerwonej cegły zamykające ulice getta bardzo 
urosły. W naszym nieszczęsnym osiedlu brzęczy jak w ulu. W domach i na podwórkach, 
gdzie tylko nie sięgają uszy gestapo, ludzie nerwowo dyskutują nad tym, co naprawdę mają 
na celu hitlerowcy izolując żydowską dzielnicę. I w jaki sposób będziemy otrzymywać 
zaopatrzenie? Kto będzie utrzymywał porządek? A może rzeczywiście będzie lepiej, może 
zostawią nas w spokoju? 
Dziś po południu wszyscy członkowie zespołu ŁZA zebrali się u mnie w domu. Siedzieliśmy 
otępiali i nie wiedzieliśmy, co robić. Teraz wszystkie nasze wysiłki są niepotrzebne. Kogo 
obchodzi teatr? Wszyscy myślą tylko i wyłącznie o jednym: o getcie. 
25 grudnia 1940 
Życie toczy się dalej. Moja matka jako Amerykanka może jeszcze opuszczać bramy getta. 
Wychodząc okazuje paszport, a hitlerowski strażnik salutuje jej z szacunkiem zwracając 
dokument. 
Ostatnio matka podjęła kilka takich wypraw, aby za- 
42 
łatwić rozmaite sprawy dla swoich przyjaciół; są sz gólnie wdzięczni, gdy wysyła im listy za 
granicę, urzędy pocztowe getta odmawiają przyjmowania t listów. Jako amerykańska 
obywatelka może wys^ listy z niemieckiego urzędu pocztowego bez specjaln trudności. W 
okienku sprawdzają jej paszport — naz sko nadawcy listu musi się zgadzać z nazwiskiem w 
pć porcie. Wyobrażam sobie zdumienie adresatów za gr? cą, gdy widzą, że listy ich 
najbliższych krewnych no zupełnie obce nazwisko nadawcy. 

background image

Biuro pomocy amerykańskiej kolonii w Warsza1 znajduje się na Mokotowskiej 14. Raz w 
miesi; wszyscy obywatele amerykańscy otrzymują duże pac żywnościowe na sumę jedenastu 
złotych, ale ich pra dziwa wartość wynosi około trzystu — często zawier; artykuły, których 
nie można dostać nigdzie indziej, żadną cenę. 
Sprawa zdobywania żywności staje się coraz bardz paląca. Oficjalne kartki żywnościowe 
uprawniają do n bycia ćwierci funta chleba dziennie, jednego jajka i 1 lograma marmolady z 
warzyw (słodzonej sacharyną) r na miesiąc. Funt ziemniaków kosztuje złotego. Zapomni 
liśmy już, jak smakują świeże owoce. Niczego nie woli sprowadzać z „aryjskiej" strony, choć 
wszystkiego je tam pod dostatkiem. Ale głód i żądza zysku są silniejs: niż strach przed 
karami, jakie grożą szmuglerom, a szmi giel staje się stopniowo ważnym przemysłem. 
Ulica Sienna, będąca jedną z granic getta, oddzielor jest murami jedynie od przecznic; domy, 
których podwc rza wychodzą na ulicę Złotą, czyli tzw. drugą stronę, s na razie oddzielone od 
świata zewnętrznego kolczastyn drutami. Większość przemytu odbywa się tutaj. Nasz okna 
wychodzą właśnie na takie podwórko. Przez cał noc trwa tam ruch, a potem, rano, pojawiają 
się na uli 
43 
cach wozy z warzywami i sklepy pełne są chleba. Jest nawet cukier, masło, ser — oczywiście 
po wysokich cenach, bo przecież ludzie ryzykowali życie, by zdobyć te artykuły. 
Czasem przekupuje się niemiecki posterunek i wtedy furgon pełen rozmaitych towarów 
handlowych przejeżdża przez bramę. 
Niemcy zażądali, aby administracja Gminy Żydowskiej podjęła odpowiednie kroki w celu 
zlikwidowania przemytu. Rozkazali także, by utworzono żydowską policję, która ma 
pomagać policji polskiej w utrzymywaniu porządku. Gmina próbuje zebrać dwa tysiące 
zdrowych mężczyzn w wieku od dwudziestu jeden do trzydziestu pięciu lat. Weterani wojenni 
mają pierwszeństwo. Pożądane jest także wykształcenie — minimum świadectwo ukończenia 
gimnazjum. 
22 grudnia 1940 
Żydowska policja jest już faktem dokonanym. Zgłosiło się więcej kandydatów, niż było 
trzeba. Wybierała ich specjalna komisja, a „plecy" odgrywały istotną rolę w wyborze. Pod 
koniec, gdy zostało już tylko kilka miejsc, pomagały także pieniądze... Nawet w niebie nie 
każdy jest święty. 
Głównym komisarzem policji getta jest pułkownik Szeryński, nawrócony Żyd, który przed 
wojną był szefem policji w Lublinie. Ma trzech zastępców: Hendla, Lejkina i Firstenberga. 
We czterech tworzą radę nadzorczą policji. Następni w hierarchii są komendanci rejonów, 
obwodów i wreszcie zwykli policjanci pełniący rutynowe obowiązki. 
Ich mundury składają się z granatowych policyjnych czapek i wojskowych pasów z 
przyczepionymi gumowymi pałkami. Nad daszkiem czapki umieszczony jest metalo- 
44 
wy znaczek z gwiazdą Dawida i napisem: Jiidischer Ordnungsdienst. Na niebieskiej taśmie 
otoka jest zaznaczona ranga policjanta. Służą do tego specjalne znaczki: jeden cynowy krążek 
wielkości paznokcia kciuka oznacza policjanta, dwa — starszego policjanta, trzy — 
komendanta obwodu, jedną gwiazdkę ma komendant rejonu, po dwie trzej zastępcy 
komisarza, a sam komisarz — cztery. 
Tak jak wszyscy inni Żydzi, policja żydowska musi nosić białe opaski z gwiazdą na ramieniu, 
ale ponadto mają jeszcze żółte opaski z napisem Jiidischer Ordnungsdienst. Noszą także 
metalowe znaczki z numerami na piersi. 
Do obowiązków tych nowo upieczonych żydowskich policjantów należy: straż przy bramach 
getta razem z niemieckimi żandarmami i polskimi policjantami, kierowanie ruchem na 
ulicach getta, straż w urzędach pocztowych, kuchniach i biurach administracji Gminy 
Żydowskiej, a także wykrywanie i zwalczanie szmuglerów. Najtrudniejszym zadaniem 

background image

żydowskiej policji jest walka z żebrakami. Polega ona właściwie na przeganianiu ich z jednej 
ulicy na drugą, bo nic innego nie da się z nimi zrobić — tym bardziej, że liczba żebraków 
wzrasta z godziny na godzinę. 
Centralna siedziba policji, tzw. KSP [Komenda Służby Porządkowej], znajduje się na 
Ogrodowej 15; pięć komend rejonowych na: Twardej, Ogrodowej, Lesznie, Gęsiej przy 
Nalewkach i blisko żydowskiego cmentarza. 
Doświadczam uczucia dziwnej i nielogicznej satysfakcji, kiedy widzę żydowskiego policjanta 
na skrzyżowaniu — taki widok był absolutnie nieznany przed wojną. Dumnie kierują ruchem, 
który w zasadzie nie bardzo potrzebuje kierowania, bowiem składają się nań z rzadka 
przejeżdżające wózki konne, kilka dorożek i karawa- 
45 
nów — te ostatnie są najczęściej spotykanymi pojazdami. Od czasu do czasu przejeżdżają 
samochody gestapo nie zwracając najmniejszej uwagi na żydowskich policjantów i absolutnie 
nie przejmując się, czy przejadą człowieka, czy nie. 
24 grudnia 1940 
Nasze drugie wojenne święta Bożego Narodzenia. Z mojego   okna   wychodzącego   na   
„aryjską"   stronę   widzę oświetlone  choinki.  Ale  maleńkie  świerczki były  także 
sprzedawane   dziś  rano   w  getcie  —  po   niesłychanych cenach.   Zostały   
przeszmuglowane   wczoraj.   Widziałam drżących z zimna ludzi spieszących do domów z 
maleńkimi drzewkami przyciśniętymi do piersi. Byli to nawróceni, czyli chrześcijanie w 
pierwszym pokoleniu, których hitlerowcy uznają za Żydów i których także wsadzili do getta. 
25 grudnia 1940 
Dziś pojawiła się w getcie nowa grupa umundurowanych żydowskich urzędników.  To  
członkowie  specjalnej Komisji do Walki ze Spekulacją — zadaniem tej komisji jest 
regulowanie cen różnych artykułów. Przez jakiś czas organizacja ta  działała w tajemnicy,  ale  
teraz jest  już jawna.  Jej  urzędnicy noszą  takie  same  czapki jak  żydowska policja, ale z 
zielonym otokiem, a  zamiast żółtych opasek mają seledynowe z napisem: „Walka ze 
Spekulacją". 
Podczas gdy stosunek ludności do żydowskiej policji jest serdeczny, nowi urzędnicy 
traktowani są z wyraźną rezerwą, ponieważ podejrzewa się ich, że mogą być narzędziem w 
ręku gestapo. Nazywa się ich popularnie „Trzynastką", bo ich urząd mieści się pod 
trzynastym na Lesznie. Szefem jest komisarz Szternfeld, a jego główni 
46 
współpracownicy to: Gancwajch, Roland Szpunt i praw nik Szajer z Lodzi. 
Jest jeszcze inna grupa umundurowanych urzędników getta — to pracownicy jednostek 
sanitarnych, którzy no szą niebieskie otoki na czapkach i niebieskie opaski. Je szcze inna to 
oddziały „czarnych" (od koloru strojów) ka rawaniarzy  zatrudnianych  przez  prywatne  
zakłady  po grzebowe,  spośród których  najpopularniejsze  należą  dc Pinkierta — z siedzibą 
na Grzybowskiej, w budynku sąsiadującym z biurami Gminy — i Wittenberga — usytuo-?  
wany dokładnie po drugiej stronie ulicy. Nawet przenosiny na tamten świat nie są obecnie 
zbyt łatwe. Pogrzeby kosztują przerażająco dużo, a miejsce na przepełnionym żydowskim 
cmentarzu jest na wagę złota. 
Życie w getcie organizuje się. Praca pomaga zapomnieć o wszystkim, a nie jest trudno ją 
znaleźć. Otwarto dużą liczbę warsztatów i fabryk; wyrabiają najróżniejsze przedmioty, 
których nigdy przedtem nie produkowano w Warszawie. 
Nasza grupa teatralna otrzymała kilka propozycji wystąpienia w kawiarniach. Mamy także 
własną salę i zamierzamy dawać regularne przedstawienia dwa lub trzy razy w tygodniu, 
popołudniami. Wynajęliśmy szkołę tańca Weismana na Pańskiej, choć przed wojną miała złą 
reputację, gdyż spotykał się w niej warszawski półświatek. Kiedyś okoliczni mieszkańcy 
nazywali to miejsce „starą speluną". Ale teraz mamy swoją własną publiczność, która 

background image

zaprzecza złej reputacji tej sali, bowiem przychodzi na nasze przedstawienia bez względu na 
to, gdzie się odbywają. Zresztą nie ma lepszego pomieszczenia w tzw. małym getcie — 
między Sienną a Lesznem. 
Trasa z „małego" getta do „dużego" getta zaczyna się na rogu Chłodnej i Żelaznej. Tylko 
jezdnia, oddzielona od reszty  ulicy  Chłodnej  murem  wzniesionym po  obu 
47 
jej stronach, uważana jest za część getta. W połowie ulicy znajduje się wyjście na Żelazną. 
Jest ono szczególnie strzeżone przez hitlerowską żandarmerię uzbrojoną w karabiny 
maszynowe oraz przez dwóch policjantów: żydowskiego i polskiego. 
2 stycznia 1941 
Nasze noworoczne przedstawienia nieoczekiwanie zgromadziły  ogromną   widownię.   Sala   
była   wypełniona   po brzegi. Ponieważ 31 grudnia zbiegł się z ostatnim dniem Chanuki *, 
zaimprowizowaliśmy scenę obrazującą heroiczną walkę Makabiego wprowadzając wiele 
współczesnych aluzji.   Zapaliliśmy  na  scenie   osiem  świec.  Publiczność klaskała   
entuzjastycznie   i   prawie   wszyscy   mieli   łzy w oczach. 
Także wszystkie poranne przedstawienia są wielkimi sukcesami. Połowa wpływu idzie do 
kasy komitetu pomocy uchodźcom, bo wciąż jeszcze napływają ogromne ilości uciekinierów 
z innych miaist. 
4 stycznia 1941 
Getto jest pokryte grubą warstwą śniegu. Zimno potworne, a mieszkania nie ogrzewane. 
Dokądkolwiek idę — widzę ludzi poowijanych w koce albo przywalonych pierzynami, o ile 
Niemcy nie zabrali komuś jeszcze wszystkich  ciepłych  rzeczy dla  swoich  żołnierzy.  
Przenikliwe zimno   czyni  hitlerowskie   bestie   strażujące   przy   wejściach do getta jeszcze 
bardziej drapieżnymi niż zwykle. 
* Chanuka — ośmiodniowe uroczystości, obchodzone w grudniu na pamiątkę zwycięstwa 
Machabeuszów (pod dowództwem Makabiego) nad Seleucydami (165—161 r. p.n.e.), w 
wyniku którego na pewien czas odbudowano państwo żydowskie w Judei; zwyczaj nakazuje 
co dzień wstawiać po jednej zapalonej świeczce do chanukowej lampy (przyp. tłum.). 
48 
Dla rozgrzewki wędrują po  śniegu tam  i z powrót 
i bardzo często strzelają, jest więc wiele ofiar spośj 
przechodniów.   Inni   strażnicy   —   znudzeni   pełnieni- 
służby przy  bramach — organizują sobie  zabawy.  ! 
przykład  wybierają   ofiarę  wśród   ludzi,  którzy   akui 
przechodzą ulicą, i każą im rzucać się na ziemię twai 
w śnieg, a jeśli jest to Żyd noszący brodę, wyrywają 
razem ze skórą, aż śnieg robi się czerwony od krwi. Ki 
dy taki żandarm jest w złym humorze, ofiarą może st 
się nawet żydowski policjant stojący z nim razem na p 
sterunku. 
Wczoraj    sama    widziałam    niemieckiego    żandara 
„musztrującego"  żydowskiego  policjanta  obok  przejść: 
z „małego" do „dużego" getta, na Chłodnej. Młody człc 
wiek nie mógł już złapać oddechu, ale nazista wciąż zmu 
szał go do padania i wstawania, aż ofiara zemdlała w ka 
łuży krwi. Wtedy ktoś wezwał ambulans i umieszczon 
żydowskiego policjanta na noszach, po czym odwieziom 
rikszą. W całym getcie są tylko trzy samochody sanitar 
ne, dlatego najczęściej używa się riksz. 
10 stycznia 1941 

background image

Ostatniej nocy przeżyliśmy kilka godzin śmiertelnego strachu. Około jedenastej grupa 
hitlerowskich żandarmów wpadła do pokoju, w którym akurat odbywał zebranie nasz  komitet   
domowy.   Niemcy  zrewidowali  mężczyzn, zabrali im wszystkie pieniądze, jakie przy nich 
znaleźli, po czym kazali rozbierać się kobietom w nadziei, że znajdą ukryte brylanty. Nasza 
sublokatorka, pani R., protestowała odważnie, oświadczając, że nie rozbierze się przy 
mężczyznach. Dostała za to mocny cios w twarz i została przeszukana jeszcze bardziej  
brutalnie niż pozostałe kobiety. Trzymano je nagie przez ponad dwie godziny, hitlerowcy 
przykładali im rewolwery do piersi i intym- 
4g                                                                            4 — Dziennik... 
nych części ciała strasząc, że zastrzelą je wszystkie, jeśli nie oddadzą dolarów i brylantów. 
Bestie wyszły dopiero o 2 rano zabierając łup składający się z kilku zegarków, paru lichych  
pierścionków  i  niewielkiej  sumy  polskich złotych. Nie znaleźli ani brylantów, ani dolarów. 
Mieszkańcy getta  co noc spodziewają  się takich napaści,  ale zebrania komitetów domowych 
odbywają  się nadal. 
30 stycznia 1941 
Dziś odbyliśmy inauguracyjne zebranie Klubu Młodzieży naszego bloku na Siennej. Podobne 
kluby są zakładane na wszystkich ulicach getta. Wybraliśmy przewodniczącym Manfreda 
Rubina, inteligentnego młodego niemieckiego Żyda, uchodźcę, który przyjechał do Polski na 
krótko przed wojną. 
Inżynier Stickgold złożył nam życzenia w imieniu komitetów domowych ulicy Siennej. 
Nawoływał, byśmy się uczyli tak pilnie, jak to tylko możliwe, i byśmy dzielili się nie tylko 
chlebem, ale i wiedzą. Wszyscy członkowie naszej grupy zaczęli przygotowywać tematy do 
dyskusji. 5 lutego 1941 
Mieszkańców Siennej ogarnęła panika, bo rozeszła się pogłoska, jakoby ulica ta miała zostać 
odcięta od getta — rzekomo z powodu dużego przemytu, jaki się tu odbywa. Ale nie jest to 
oczywiście prawdziwy powód, bo przemyt organizuje się na wszystkich ulicach granicznych i 
gdyby odcięto jedną z nich, szmugiel zostałby po prostu przeniesiony na następną. Sami 
Niemcy rozpuszczają wiadomości, że Sienna zostanie pozostawiona Żydom, o ile zapłacą 
kontrybucję. I to musi być prawdziwy powód groźby — Niemcy chcą dostać od mieszkańców 
getta dużo pieniędzy. 
Na razie powoli sypie śnieg, a mróz maluje na okien-50      , 
nych szybach cudowne kwiaty. Marzę o sunących po ] dzie saneczkach, o wolności. Czy 
kiedykolwiek będę j szcze wolna? Stałam się naprawdę samolubna. Na ras ciągle jeszcze jest 
mi ciepło i mam co jeść, ale doko mnie tyle jest nędzy i głodu, że zaczynam być bard: 
nieszczęśliwa. 
Czasem szybko chwytam palto i wychodzę na ulic Zaglądam w sine od mrozu twarze 
przechodniów. Stara: się zapamiętać widok bezdomnych kobiet owiniętyc w szmaty i dzieci o 
zapadniętych, odmrożonych polic; kach. Przytulają się do siebie w nadziei, że jakoś si ogrzeją 
jedno od drugiego. Uliczni sprzedawcy stój w bramach oferując cukierki i tytoń. Mają małe 
pudełk zawieszone na szyjach. W pudełkach po kilka paczek pa pierosów i garść cukierków 
zrobionych bez grama cukri słodzonych sacharyną. 
Przez wystawową szybę widzę odbicia różnych ludzi Ten widok  jest mi już dobrze znany:  
biedny  człowiel wchodzi, żeby kupić ćwierć funta chleba, i wychodzi. N; ulicy łapczywie 
rozrywa gliniastą masę i pakuje do ust Na  jego  twarzy  pojawia  się  wyraz  zadowolenia,  a  
pc chwili cały kawałek chleba znika. Teraz jego twarz wyraża smutek. Grzebie po kieszeniach 
i wyciąga ostatniego miedziaka... nie wystarczy na nic. Wszystko, co może teraz zrobić, to 
położyć się na śniegu i czekać na śmierć. A może pójść do administracji Gminy? Nie ma po 
co. Są tam już setki takich jak on. Kobieta za ladą, która ich obsługuje i wysłuchuje ich żalów, 
jest poczciwa, uśmiecha się i mówi, żeby wrócili za tydzień. Każdy musi czekać na swoją 
kolej, ale tylko niektórzy przeżyją następny tydzień. Zniszczy ich głód i pewnego ranka 

background image

zostanie znalezione   w   śniegu   kolejne   ciało   starego   mężczyzny o sinej twarzy i 
zaciśniętych pięściach. 
51 
Jakie są ostatnie myśli tych ludzi? Co powoduje, że tak kurczowo zaciskają dłonie? Z 
pewnością ostatnie spojrzenie rzucają na wystawę sklepu po przeciwnej stronie ulicy, na 
której położyli się, by umrzeć. Widzą tam biały chleb, ser, a nawet ciasta i zapadają w swój 
ostatni sen marząc o ugryzieniu kawałka chleba. 
Co dzień zwiększa się na ulicach getta liczba tych „śniących o chlebie". Ich oczy przesłania 
mgła należąca do innego świata. Zazwyczaj siedzą naprzeciw okien wystawowych sklepów 
spożywczych, ale ich oczy nie widzą już bochenków leżących za szybą jak w jakimś dalekim, 
nieosiągalnym niebie. 
Gdy się już porządnie napatrzę i serce po brzegi wypełni mi smutek, wracam do mojego 
ciepłego pokoiku, w którym mogę poczuć apetyczny zapach dobrego jedzenia. Moje marzenia 
o wolności znikają. Jestem głodna. Teraz moim jedynym pragnieniem jest napełnienie 
żołądka. 
15 lutego 1941 
Ulice getta są zamykane jedna po drugiej. Teraz przy pracach murarskich są zatrudniani tylko 
Polacy. Hitlerowcy nie ufają już żydowskim murarzom, którzy rozmyślnie zostawiali w wielu 
miejscach luźne cegły, żeby przemycać żywność bądź uciekać w nocy przez te otwory „na 
drugą stronę". 
Teraz mury rosną coraz wyżej i wyżej i nie ma już luźnych cegieł. Szczyt muru pokryty jest 
grubą warstwą gliny zmieszanej z tłuczonym szkłem, żeby pociąć ręce ludzi próbujących 
ucieczki. Ale Żydzi wciąż wynajdują nowe sposoby. Rury kanalizacyjne nie zostały odcięte 
— tą drogą otrzymuje się małe worki mąki, cukru, kaszy -  inne artykuły. Podczas ciemnych 
nocy próbują robić 
52 
dziury w murach. Usunięcie jednej cegły wystarcza. Przygotowuje się specjalne paczki 
odpowiadające wymiarami tym otworom. 
Są także inne sposoby. Na granicy między gettem a „drugą stroną" jest wiele 
zbombardowanych domów. Piwnice tych domów często tworzą długie tunele ciągnące się 
przez trzy, cztery czy pięć posesji. Większa część szmuglu idzie właśnie tędy. Niemcy wiedzą 
o tym, ale nie są w stanie kontrolować całego ruchu. 
Obecnie hitlerowcy odcinają od getta większe i nowocześniejsze mieszkania. Wiele ulic 
podzielono na dwie części: jedna należy do getta, druga do strony „aryjskiej". Środkiem 
biegną druty kolczaste lub mury. Drżymy, że to samo spotka Sienną, na której mieszkamy, bo 
właśnie tutaj są najpiękniejsze mieszkania w całej dzielnicy. 
27 lutego 1941 
Administracja Gminy Żydowskiej kończy przygotowania do otwarcia kursów rysunku 
technicznego, architektury i grafiki. Ja też się zapisałam. Dostałam pisany na maszynie 
prospekt, który wyjaśnia, że kurs zostaje otwarty za specjalną zgodą władz niemieckich i jest 
częścią ogólnego programu szkolenia ślusarzy, elektrotechników i innych rzemieślników 
spośród młodzieży żydowskiej nie posiadającej zawodu. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że 
prawdziwym zamiarem Niemców jest wyszkolenie robotników dla ich przemysłu wojennego 
— robotników pracujących za darmo. 
Kursy metalurgiczne i pokrewne będą się odbywały w budynku Gminy na Grzybowskiej 26, a 
rysunku technicznego na Siennej 16 — niedaleko mego domu. Nie będę narażona na 
niebezpieczeństwo chodzenia do szkoły przez wiele ulic. Kurs trwać będzie sześć miesięcy, a 
czesne wynosi dwadzieścia pięć złotych za miesiąc. Jest także pew- 
53 

background image

na liczba stypendiów dla biednych, a zdolnych uczniów. Kiedy  poszłam  się  zapisać,   
zobaczyłam   wiele   znajomych   twarzy,   między   innymi   Marka   Ungera,   mojego 
akompaniatora,   i   Manfreda   Rubina,   przewodniczącego Klubu Młodzieży naszego bloku. 
Jest prawie sześciuset kandydatów, choć miejsc niewiele — kilkadziesiąt zaledwie. Niestety 
„plecy" odgrywają dużą rolę w wyborze studentów.   Początkowo   buntowałam   się  przeciw  
temu, ale kiedy zorientowałam się, że moje szansę na przyjęcie są słabe — ostatecznie 
zdecydowałam się skorzystać z tego środka. 
20 lutego 1941 
Dziś   poszłam   odwiedzić   szkolną   koleżankę   z   Łodzi, Lolę Rubin. Bardzo podziwiam 
jej  odwagę.  Ta  siedemnastoletnia dziewczyna utrzymuje siebie i dziesięcioletniego 
braciszka. Ich rodzice zostali w łódzkim getcie. Loli Rubin udało się gdzieś zdobyć fałszywą 
metrykę z katolickim nazwiskiem i dzięki temu magicznemu papierkowi zarabia na życie. 
Często chodzi na stronę ,,aryjską", kupuje różne drobiazgi, które są w getcie nie do dostania, a 
po,tem odsprzedaje znajomym z dobrym zyskiem. Zazwyczaj   przekracza  granicę  przez  
gmach  Sądów   na Lesznie, są tam sądzeni i Żydzi, i goje. Z jednej strony gmach wychodzi 
na ulice Ogrodową i Białą, które sąsiadują ze stroną „aryjską". Tam Lola wciska się w tłum 
Polaków przychodzących do sądu. 
Lola ma maleńki pokoik i przyjmuje wielu gości. Dziś spotkałam   u   niej   interesującego   
osobnika;   nazywa   się Mickey Mundstuck i jest karłem. Ma dwadzieścia cztery lata, 
pochodzi z Lipska, mówi po niemiecku i angielsku. Opowiedział nam dziwną historię 
swojego życia. Kiedy miał osiem lat, ojciec zabrał go do Hollywood. Został tam cudownym 
dzieckiem i grał w różnych filmach. Żeby kon-54 
tynuować karierę, musiał dzieckiem pozostać, ale ponieważ zaczął rosnąć, jego ojciec 
zdecydował poddać go operacji hamującej  wzrost.  Nie  przyniosła  jednak  pożądanego 
efektu. Pojawiły się bowiem inne  cudowne dzieci i kariera filmowa Mickeya skończyła się. 
Opuścił Hollywood i wrócił do Niemiec w 1933 roku. Naziści właśnie doszli do władzy i 
wysłali jego ojca do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie zmarł. Mickey został sam, a 
kilka miesięcy temu deportowano go do Warszawy. Teraz dwudziestoczteroletni karzeł 
utrzymuje się ucząc angielskiego. 
25 lutego 1941 
Od trzech tygodni chodzę na kurs grafiki. Atmosfera jest przyjemna, czuję się, jakbym 
codziennie odwiedzała na parę godzin inny świat, świat daleki od upiornego życia getta. 
Lekcje trwają  od  dziewiątej  rano do drugiej trzydzieści po południu, składają się na nie 
przedmioty teoretyczne i ćwiczenia praktyczne. Przedmioty teoretyczne to historia sztuki, 
architektury, kostiumologii i różnych rodzajów rysunków poczynając od figur 
geometrycznych, a kończąc na światłodruku, ornamentacji i liternictwie. 
Profesorami rysunku są Hilf, artysta wiedeński, oraz Greiffenberg — znany warszawski 
projektant. Geometrii i historii architektury uczy inżynier Goldberg, twórca 
najnowocześniejszego gmachu rządowego Warszawy. Jest szczególnie popularny wśród 
studentów. 
Młodzi ludzie uczęszczający na kurs są w różnym wieku — najmłodszy ma piętnaście lat, 
najstarszy trzydzieści. Niektórzy pracowali już przed wojną jako kreślarze, a niektórzy byli 
nawet znanymi malarzami. Jest też kilku dyplomowanych inżynierów. Większość kursantów 
to mężczyźni — istnieje ważny powód tego stanu rzeczy. Ostatnio Żydzi (mężczyźni) są 
masowo łapani i wysyłani 
55 
do obozów pracy, z których nikt nie wraca. Niemcy wysyłają teraz ludzi głównie w okolice 
Bugu, gdzie zatrudniają ich przy budowie fortyfikacji w pobliżu radzieckiej granicy. 
Słuchacze kursów organizowanych przez Gminę nie są wysyłani do obozów pracy, ale zaraz 
po ukończeniu kursu mają obowiązek „ochotniczo" zgłaszać się do niemieckiego urzędu 

background image

zatrudnienia. Ale któż by się przejmował tym, co może się zdarzyć za osiem miesięcy? Do 
tego czasu wojna może się skończyć. Ale nic dziwnego, że większość studentów stanowią 
mężczyźni. Gmina też ich popiera, bo na razie dziewczętom nie grożą obozy pracy. 
Rozdział III ŻYCIE TOCZY SIĘ 
28 lutego 1941 
Brak chleba staje się coraz bardziej dotkliwy. Dostajemy bardzo mało na oficjalne kartki 
żywnościowe, a na czarnym rynku funt chleba kosztuje teraz dziesięć złotych. Chleb jest 
czarny i smakuje jak trociny. Biały chleb kosztuje od piętnastu do siedemnastu złotych. Po 
stronie „aryjskiej" ceny są dużo niższe. Wielu studentów przychodzi na lekcje z pustym 
żołądkiem — codziennie organizujemy dla nich zbiórkę chleba. Jeszcze tragiczniejszy jest los 
naszych żywych modeli. Ostatnio rysowaliśmy wiele portretów; naszym ulubionym tematem 
jest „Nędza". Modeli nie brakuje. Ustawiają się w kolejce, żeby zarobić parę groszy pozując 
nam. Często zasypiają na podium i wtedy z zamkniętymi oczyma wyglądają jak martwi. 
Kierownik kursu płaci dwa złote za dwie godziny pozowania, a my zbieramy po kilka 
kawałków chleba dla każdego modela. Wczoraj pozowała nam jedenastoletnia dziewczynka o 
pięknych, czarnych oczach. Przez cały czas, gdy pracowaliśmy, drżała z zimna i ciężko było 
nam rysować ją. Ktoś zaproponował, żeby dać jej coś do jedzenia. Dziewczynka trzęsąc się 
przełknęła tylko część chleba, jaki dla niej zebraliśmy, a resztę troskliwie zawinęła w kawałek 
gazety. „To będzie dla mojego małego braciszka — powiedziała. — Czeka w domu, żebym 
mu 
57 
coś przyniosła." Potem siedziała już spokojnie przez cały czas. 
Raz musieliśmy wynieść z klasy pewnego staruszka; zemdlał z głodu i nie był nawet w stanie 
dokończyć chleba, któryśmy mu dali. 
4 kwietnia 1941 
Liczba szkół i kursów zawodowych w getcie wzrasta. Organizacja ORT [Towarzystwo 
Szerzenia Pracy Zawodowej i Rolniczej wśród Żydów] otworzyła specjalny kurs dla 
dziewcząt pod kierownictwem Romy Brandes, żony adwokata, przywódcy żydowskich 
socjalistów, który uciekł za granicę. Na kursach tych są następujące specjalności: krawiectwo 
damskie, ubranka dziecięce, ręka-wicznictwo, modniarstwo, kaletnictwo i wyrób sztucznych 
kwiatów. ORT ma dwie sale na ulicy Leszno 13 i na Nalewkach 13. Moja siostra, Anna, 
zapisała się na kurs szycia dziecinnych ubrań; ma dwie lekcje rano i dwie po południu. Na 
kursy uczęszcza duża liczba dziewcząt. Robią buciki dla sierocińców, w których prawie 
wszystkie dzieci są bose. Ponieważ skóra jest niedostępna, zbiera się w getcie i zanosi do 
szkoły stare pilśniowe kapelusze, które się tu czyści i przerabia na różne rodzaje obuwia. Na 
podeszwy uczennice zużywają dwie lub trzy warstwy filcu, albo skórę ze starych butów 
ofiarowanych na ten cel przez zamożniejszych mieszkańców getta. Dziewczęta pracują 
chętnie, bo wiedzą, jak wiele małych, zmarzniętych stopek czeka na efekt ich pracy; nikt też 
nie żąda zapłaty. 
W ogóle dzieciom poświęca się wiele uwagi. W licznych domach istnieją specjalne komitety, 
które pomagają w zaopatrywaniu sierot. W naszym domu na przykład gotuje się codziennie 
kociołek zupy dla szpitala dziecięcego Mattiasa Bersona na Siennej. Są też rozmaite or- 
58 
 ganizacje mające na celu niesienie pomocy dzieciom  Szczególnie popularne są tzw. 
komitety łyżkowe, które zbierają po łyżce cukru albo po dwie łyżki mąki czy płatków 
owsianych dwa razy w tygodniu od każdego lokatora domu. Zbiera się także ziemniaki, 
marchewkę, buraki, kapustę i inne produkty żywnościowe. 
Koło młodzieży z naszego domu przy Siennej 41 pomaga Domowi Sierot dr. Janusza 
Korczaka. Każdego dnia dwoje spośród nas przeprowadza zbiórkę i wszyscy —? nawet ci, 

background image

którzy sami potrzebują pomocy — chętnie dają coś dla majych podopiecznych dr. Korczaka. 
Nazwiska ofiarodawców i listę darów wywieszamy na bramie domu. 
Obecnie domy dziecka utrzymują się niemal wyłącznie z takich zbiórek, bo różne organizacje 
Gminy muszą poświęcać się tysiącom bezdomnych uchodźców, którzy co dzień przybywają 
do getta. 
9 kwietnia 1941 
Nasza grupa teatralna kontynuuje występy. Powszechnie wiadomo, że co poniedziałek cała 
młodzież z tzw. małego getta zbiera się, by oglądać przedstawienia ŁZY. Jesteśmy już teraz 
starym i doświadczonym zespołem. Początkowo było wiele takich grup, ale większość z nich 
działała niedługo. 
Na Siennej pod szesnastym, w domu, w którym odbywają się zajęcia naszego kursu grafiki, 
otwarto nową kawiarnię kierowaną przez Tatianę Epstein. Kelnerkami są panie z najlepszego 
towarzystwa. W kawiarni występują słynni artyści — wśród nich wirtuoz, Władysław Szpil-
man. Za kilka dni kawiarnia ma zamiar ogłosić konkurs młodych talentów. Nagrodą jest 
tygodniowy kontrakt na występy, z dobrą gażą. Wpisałam się na listę uczestników. 
Sf 
14 kwietnia 1941 
Dzisiejsze przedstawienie było dla mnie wielkim osobistym przeżyciem. Zaproponowałam, 
byśmy z okazji Paschy włączyli do programu coś z „Agady" *, a że w naszej grupie jestem 
najlepszą uczennicą na lekcjach hebrajskiego — przypadł mi zaszczyt recytowania plag. Przy 
bardzo rytmicznym akompaniamencie fortepianu ciskałam dziesięć plag, których każdy Żyd 
w getcie życzy nazistom. Cała publiczność powtarzała po mnie te słowa i wraz ze mną 
wyrażała w duchu pragnienie zniszczenia nowych Egipcjan tak szybko, jak to tylko 
możliwe... 
Ale na razie gniew Boga ciężko doświadcza Jego wybrany naród. 
20 kwietnia 1941 
Konkurs w kawiarni był kolosalnym sukcesem. W ciągu trzech dni jego trwania sala była 
wypełniona po brzegi. Przyznano nagrody za śpiew, taniec, recytację i grę na instrumentach. 
Pierwszą nagrodę w dziedzinie tańca wygrała Stanisława Rapel, uczennica Janiny 
Pruszyckiej. Sześcioletni chłopiec, uczeń Władysława Szpilmana, otrzymał pierwszą nagrodę 
za grę na fortepianie. Ten maluch jest prawdziwym geniuszem i absolutnym wirtuozem. Mnie 
przypadła pierwsza nagroda za lekkie piosenki jazzowe śpiewane po angielsku; jak zwykle 
akompaniował mi Romek Kowalski. 
Rozdanie nagród odbywało się w atmosferze ogromnego podniecenia i entuzjazmu. Jury 
składało się z Władysława Szpilmana, Heleny Ostrowskiej — popularnej piosenkarki,  
wydawcy   Stefana Pompera,  żony   architekta 
* Agada — część Talmudu złożona z opowieści ludowych, legend, aforyzmów i pouczeń 
moralnych (przyp. tłum.). 
60 
Beli   Gełbard,   która   jest   znanym   mecenasem   sztuki, a także właścicielki kawiarni — 
Tatiany Epstein. 
Życie artystyczne w getcie kwitnie. Na Nowolipiu działa —? pod kierownictwem aktorki, 
Diany Blumfeld, żony Jonasa Turkowa — mały teatr wystawiający sztuki w języku 
nowohebrajskim (jidj sz), zwany „Azazel". Na Nowolipkach [Nowy] Teatr Kameralny daje 
przedstawienia w języku polskim. Od czterech tygodni grają w nim popularną komedię pióra 
czeskiego dramaturga, Polaczka, pod tytułem: „Doktor Berghof przyjmuje od drugiej do 
czwartej". Gwiazdami tego teatru są: Michał Znicz, Aleksander Borowicz i Władysław 
Gliczyński. 
Wielkie sukcesy odnosi Teatr Femina na Lesznie. Można w nim zobaczyć Aleksandra 
Minowicza, Helenę Ostrowską, Franciszkę Man, która wygrała międzynarodowy konkurs 

background image

tańca, Kinelskiego, Pr szycką wraz z jej baletem,  Noemi Wentland i wiele .„nnych 
znakomitości, 
0  których żydowskim pochodzeniu nikt przed wojną nie wiedział.   Na   repertuar   „Feminy"   
składają   się   rewie 
1  operetki. Ostatnio wystawiono „Barona Kimmela" i rewię,   w  której   przede  wszystkim  
prezentowano  skecze i piosenki o Judenracie. Była to ostra satyra skierowana przeciw  
„rządowi"  i  „ministrom"  getta.   Wiele  miejsca poświęcono pewnym biurokratom z 
administracji Gminy, ale ogólnie rzecz biorąc odniosłam wrażenie,  że zespół przesadził, a 
może nawet był nie całkiem fair, szczególnie w stosunku do prezesa Gminy, inżyniera 
Czerniako-wa, którego pozycja jest nie do pozazdroszczenia. 
To prawda, że Czerniakow często jeździ na spotkania z gubernatorem Frankiem, ale za 
każdym razem wraca załamany. Spoczywa na nim ogromny ciężar odpowiedzialności za 
wszystko, co dzieje się w getcie. Na przykład, gdy tylko Niemcy wykryją, że ktoś 
rozpowszechnia 
61 
nielegalną prasę, biorą zakładników spośród członków administracji Gminy, którą celowo 
rozszerzyli i która teraz składa się z najwybitniejszych osób. Ludzie ci wykazują 
nadzwyczajną godność i odwagę, lecz często płacą za to własnym życiem. Cała ta sytuacja z 
pewnością nie jest odpowiednim obiektem dla satyry. 
Prezes Czerniakow mieszka na Elektoralnej 26. Często bywam w tym domu, bo mieszka tam 
jeden z moich kolegów, a nigdy nie spotkałam prezesa na klatce czy na ulicy. Rzadko 
wychodzi, bo bardzo jest zajęty swymi ciężkimi obowiązkami. Niełatwo się z nim zobaczyć; 
trzeba przejść przez liczne sekretarki i recepcjonistów przy okratowanych okienkach oraz 
przez różne biura. Przeciętny obywatel musi czekać trzy tygodnie, żeby dostać się do prezesa; 
przez ten czas często upragniona rozmowa traci aktualność i niedoszły petent rezygnuje. 
Miałam okazję zobaczyć prezesa Czerniakowa podczas jego odwiedzin w naszej szkole. Jest 
to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z szeroką, stanowczą twarzą. Ubrany zawsze na 
czarno i nosi okulary. Wygląda poważnie, ale łagodnie. Nigdy nie widziałam, żeby się 
uśmiechał, ale to całkiem zrozumiałe, jeśli się weźmie pod uwagę odpowiedzialność, jaka na 
nim spoczywa. Mieć codziennie do czynienia z Niemcami, a jednocześnie przyjmować skargi 
i zażalenia głodujących, zgorzkniałych i nieufnych ludzi — to doprawdy obowiązek nie do 
pozazdroszczenia. Wcale się nie dziwię, że zawsze jest taki ponury. 
Prezesowi Czerniakowowi podczas odwiedzin w naszej szkole zawsze towarzyszy inżynier 
Jaszuński, dyrektor sieci szkół getta. Jaszuński jest prawie równie wysoki jak Czerniakow, 
nosi kozią bródkę i ma szerokie brwi, które 
62 
nadają jego łagodnej twarzy jeszcze bardziej dobrotliwy wyraz. Jest człowiekiem o ogromnej 
wiedzy i bardzo się interesuje naszą pracą. 
Gdy przychodzą, oglądają portrety, rysunki, wzory nowoczesnego liternictwa, projekty 
domów i rysunki techniczne. Sami jesteśmy zdumieni postępami, jakie uczyniliśmy w tak 
krótkim czasie. Ja osobiście nie wiedziałam nawet, jak trzymać ołówek, kiedy przyszłam po 
raz pierwszy do szkoły, a jednak nauczyłam się wiele podczas tych dwóch miesięcy. 
27 kwietnia 1941 
Dziś po raz kolejny przyszli do szkoły Niemcy. Ostatnio pojawiają się coraz  częściej.  Gd^ 
tylko   ich   szary automobil wjeżdża w naszą ulicę i  widzimy przez okno grupę   
wysiadających   oficerów   w   żółtych   mundurach z czerwonymi opaskami i swastykami, w 
klasie zaczyna się ogromny ruch. Nauczyciele wyciągają z teczek najlepsze prace uczniów. 
My pospiesznie zakładamy opaski z gwiazdą, które należy nosić także na okryciach i 
swetrach. Szybko robimy porządek. Boże broń, żeby Niemcy znaleźli na podłodze choćby 
ścinek papieru. 

background image

Wchodzą  wyniośli,  pewnym  krokiem.   W  sali  panuje śmiertelna cisza. Inżynier Goldberg 
świetnie znający niemiecki wita wizytatorów. Odpowiada na ich pytania i pokazuje najlepsze 
rysunki. Niemcy nie są zainteresowani ilustracjami ani projektami architektonicznymi;  
najwięcej uwagi poświęcają rysunkom technicznym, przy których zatrzymują  się  długo  i 
krytykują każdy  szczegół. Przed wyjściem  sprawdzają nasze  opaski i jeśli trafią na jakąś 
trochę pogniecioną, krzyczą i grożą, że zamkną szkołę. Gdy tylko szare auto odjedzie, 
oddychamy z ulgą i wracamy do pracy.     , 
63 
20 maja 1941 
Po drugiej stronie kolczastych drutów króluje wiosna. Z mojego okna widzę młode 
dziewczyny z bukiecikami fiołków spacerujące „aryjską" stroną ulicy. Czuję nawet słodki 
zapach rozwijających się na drzewach pączków. Ale w getcie nie ma ani śladu wiosny. Tutaj 
promienie słońca pochłaniane są przez ciężkie, szare płyty chodników. Na nielicznych 
parapetach kiełkują długie i cienkie łodyżki cebuli, raczej żółte niż zielone. Gdzież się 
podziały moje cudowne wiosenne dni z dawnych lat, wesołe spacery w parku, narcyzy, bzy i 
magnolie, które wypełniały mój pokój? Dziś nie mamy ani kwiatów, ani w ogóle żadnych 
zielonych roślin. 
To moja druga wiosna w getcie. Na wózkach z warzywami widać tylko brudną rzepę i 
zeszłoroczną marchew. Obok wozy pełne cuchnących ryb — maleńkich, rozkładających się 
rybek. Po jeden złoty za funt. Te ryby stanowią teraz najważniejszy produkt żywnościowy w 
getcie. Jedyny, jaki Niemcy dopuścili do wolnej sprzedaży. Oczywiście można też dostać 
mięso, kurczaki i nawet prawdziwego karpia na szabas. Bazar na Lesznie dysponuje 
wszystkim, czego dusza zapragnie — ale kurczaki kosztują po dwadzieścia złotych za funt. 
Koszerne mięso i ryby są jeszcze droższe; mogą sobie na to pozwolić tylko ci, którzy mają 
duże zasoby pieniężne, a takich ludzi zostało już w getcie bardzo niewielu. 
Kuchnie Gminy wciąż jeszcze są otwarte, można w nich dostać za trzydzieści groszy talerz 
zupy składającej się z gorącej wody i pływających w niej kartofli. Administracja Gminy ma 
też kuchnię dla swoich pracowników — gotuje się w niej zupę z grysikiem, ale porcja 
kosztuje złotego. 
Kierownikiem wydziału żywności w administracji Gminy jest Abraham Gepner. Kontroluje 
on różne, otwarte 
64 
ostatnio w getcie, fabryki zajmujące się produkcją żywności — przede wszystkim „miodu" i 
marmolady. Marmoladę robi się z marchwi i buraków słodzonych sacharyną. „Miód" 
wytwarzany jest z żółto-brązowej melasy. Jedyną wartością tego produktu jest jego naturalna 
słodkość. Ale kromka chleba z tikim nawet miodem jest poza zasięgiem większości 
mieszkańców getta. 
Jest jednak także drugie oblicze getta. Pojawiły się bowiem nowe kawiarnie i drogie 
magazyny spożywcze, w których wszystko można dostać. Na Siennej i Lesznie widzi się 
kobiety w eleganckich płaszczach i sukniach modelowanych przez najlepszych krawców. 
Getto ma nawet swoją własną v~' aę. Większość kobiet nosi długie żakiety bez kołnierzyKÓw 
i klap, tak zwane „francuskie blezery" i układane spódnice. Kapelusze są przeważnie małe, 
okrągłe i bardzo wysokie. Szalenie modne są także wysokie buty na korku. Najmodniejsze 
kolory to szary i ciemnoczerwony. Jeśli pogoda jest ładna, widuje się piękne suknie z 
francuskiego jedwabiu w duże kwiaty. 
Elegancki świat spotyka się w „Caf<§ Sztuka", na Lesznie, w najpopularniejszym miejscu 
getta. Przy gustownie nakrytych stołach i dźwiękach świetnej orkiestry bawią się zamożne 
klasy getta. Dokładnie tak samo jak przed wojną: plotkują i omawiają ostatnią modę. Słuchają 
piosenkarki, Very Grań, która odnosi ogromne sukcesy. Na Lesznie są też inne kawiarnie. W 
„Cafe" pod Fontanną" grywa Władysław Szpilman. 

background image

W „małym" getcie, na Ogrodowej, otworzono kawiarnię na świeżym powietrzu. Nazywa się 
„Bajka". Jest trochę trawy i dwa drzewa. To miejsce po kompletnie zburzonym domu. Z boku 
stoi jeszcze ściana z wypalonymi oknami. Idealna dekoracja. Niedaleko nowej kawiarni 
znajduje się „plaża" — kawałek ziemi, na którym ustawiono leżaki. Za dwa złote można się 
tu pławić w słońcu 
65 
5 — Pzjennik... 
. przez   cały   dzień.   Obowiązują   stroje  plażowe,   najwyraźniej po to, by stworzyć nastrój 
prawdziwej plaży. 
Miejsca po zburzonych domach wykorzystywane są na rozmaite sposoby, byle tylko zyskać 
więcej powierzchni do życia. Pod tym względem dużą energię wykazuje utworzone niedawno 
towarzystwo Toporol [Towarzystwo Popierania Rolnictwa]. Jego zadaniem jest 
popularyzowanie ogródków uprawianych przez ludność. Wszystkie wolne skrawki ziemi 
zostały zarekwirowane przez Gminę i przekazane Toporolowi. Setki młodych dziewcząt i 
chłopców uprawiają działki przy wyburzonych domach, na podwórzach i ulicach. 
Niezależnie od tego władze niemieckie pozwalają dużej grupie ochotników na codzienne 
opuszczanie getta i uprawianie pól poza miastem. Ta praca daje młodzieży okazję do 
zaczerpnięcia świeżego powietrza. Większość członków tej grupy stanowią młodzi syjoniści, 
którzy wierzą, że w jakiś cudowny sposób uda im się dostać do Palestyny. Dlatego są 
zadowoleni ze zdobywania rolniczych doświadczeń. 
Z uczuciem dumy patrzę na szeregi chłopców i dziewcząt maszerujące ulicami getta po 
zakończonej pracy. Wszyscy są ogorzali od słońca, odświeżeni wolnym powietrzem, którym 
oddychają w polu za miastem. Z ich chlebaków wystają czerwone rzodkiewki i złota młoda 
marchew. Każdy niesie bochenek świeżego chleba otrzymany od chłopów. Oficjalnie nie' 
wolno wnosić chleba do getta, ale w tym wypadku Niemcy pozwalają, bo potrzebują pracy 
tych młodych ludzi. 
Toporol dąży do uprawiania jak największej ilości warzyw na terenie getta. Pojawiły się już 
na rynku pierwsze wyhodowane tu rzodkiewki. Miejscowe warzywa uzupełniają rynek 
przemytu. Tu i ówdzie można zobaczyć na wózku małe kupki szpinaku, a w niektórych wi- 
trynach widzi się nawet wspaniałe szparagi po osiem złotych za funt. Jest też dużo młodej 
cebuli po dwadzieścia groszy pęczek. Wszystko to hoduje się na grządkach, w skrzyniach, na 
dachach, okiennych parapetach i w różnych zakamarkach. 
5 czerwca 1941 
W getcie pojawił się nowy środek transportu: przez okno naszej szkoły zobaczyłam dziś po 
raz pierwszy tramwaj konny. Jeden z naszych nauczycieli, starszy już mężczyzna, zauważył 
żartobliwie, że najwyraźniej robi się coraz młodszy, bo nagle wracają dni jego dzieciństwa, 
kiedy to w Warszawie były tylko konne tramwaje. Mnie nie było jeszcze wtedy na świecie i 
jedyne, co mi się kojarzy z tym widokiem, to czasy Napoleona. 
Omnibusy 1941 roku zwane są kohn-hellerkami od nazwisk założycieli spółki transportowej. 
Są to drewniane wagony z oknami, wyglądają jak zwykłe tramwaje: górna część pomalowana 
jest na żółto, dolna na niebiesko, a w środku znajduje się biała gwiazda Dawida z napisem 
TKO (Towarzystwo Konnych Omnibusów). Pojazd taki porusza się na wysokich kołach i 
sprawia wrażenie gigantycznej żółto-niebieskiej opaski na rękę. Woźnica i konduktor noszą 
specjalne, ciemne mundury. Bilet kosztuje dwadzieścia groszy. Często woźnica zatrzymuje 
omnibus w środku trasy, żeby „zatankować", to znaczy napoić dwie wychudzone i 
zmordowane szkapiny, które ledwo ciągną zatłoczony wóz. 
Omnibusy należą do prywatnego przedsiębiorstwa; oprócz Kohna i Hellera jest jeszcze pewna 
liczba udziałowców z mniejszymi wkładami, ale mówi się, że głównymi wspólnikami są 
panowie z gestapo, którzy dostali zezwolenie na to przedsięwzięcie. 
A mury getta rosną coraz wyżej. Zasieki z kolczastego 

background image

67 
:.??''?'(?''         '                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                

drutu stopniowo ustępują ścianom z czerwonej cegły. §, W miejscach, w których getto od 
strony „aryjskiej" wciąż jeszcze oddzielone jest tylko drutami, umieszczono napisy: 
Seuchensperrgebiet — Nur Durchfahr Gestattet. Jest to ostrzeżenie dla niemieckich żołnierzy, 
żeby nie wchodzili do strefy zakazanej, która ma być rzekomo siedliskiem zakaźnych chorób. 
Gmina Żydowska sama ma obowiązek dostarczania budulca na mury getta. W tym celu Rada 
Gminy powołała specjalny komitet, któremu nadano nazwę: Instandhal-tung der 
Seuchensperrmauren (konserwacja murów przeciw epidemii). Na czele komitetu stoi inżynier 
Mieczysław Lichtenbaum. Przyjmuje się teraz robotników, którzy mają dostarczać cegły na 
budowę. Bierze się je z całkowicie zburzonych domów — jest ich dużo. Mój młody wujek — 
dwudziestosześcioletni Percy — jest właśnie zatrudniony przy zbieraniu cegieł z ruin. To 
niebezpieczna praca, a wynagrodzenie wynosi tylko dwadzieścia złotych dziennie, co z 
trudem wystarcza na dwa funty czarnego chleba. Nadzorcy robotników zatrudnionych przy 
rozbiórce zarabiają dużo więcej, ale żeby zostać nadzorcą trzeba mieć „plecy". 
Mojemu przyjacielowi, Romkowi Kowalskiemu, udało się zdobyć to miejsce. Ze względu na 
złą sytuację finansową zmuszony był porzucić kurs rysunku i szukać pra-. cy. Jego ojciec 
zginął podczas oblężenia Warszawy, więc Romek musi utrzymywać matkę i młodszą siostrę. 
Jak długo mieli co sprzedawać — jakoś sobie radzili, ale biżuteria i futra skończyły się i 
Romek musi pracować. Na szczęście inżynier Lichtenbaum jest jego krewnym i Romek nie 
miał trudności w otrzymaniu miejsca nadzorcy. 
Jego obowiązkiem jest pilnowanie tempa pracy. Bardzo często cegły bierze się z budynków 
po stronie „aryjskiej". 
68 
Wtedy Romek zbiera swoją grupę, przeprowadza przez posterunek niemieckiej żandarmerii i 
podaje liczbę robotników hitlerowskiemu strażnikowi. Odpowiada za nich, liczba robotników 
musi się zgadzać, gdy będą wracać do getta. Romek odpowiada także za szmugiel w tej 
grupie. Gdyby przy kimś znaleziono cokolwiek, zarówno winowajcy, jak jemu samemu grozi 
kara śmierci. Romek pracuje po dwanaście godzin dziennie — od siódmej rano do siódmej 
wieczór. Gdy wraca do domu, ledwo powłóczy nogami. 
Wszystkim tym jest Romek przygnębiony. Chciałby się czegoś uczyć, robić w życiu coś 
wartościowego. Marzy, żeby zostać architektem, budować domy, a nie rozbierać je, jak teraz. 
To on musi szukać materiałów, dzięki którym zamurują jego i jego braci w żywym grobie. 
Kiedy Romek nie jest zbyt zmęczony, wychodzimy na spacer. Teraz godzina policyjna 
zaczyna się o dziewiątej, a nie o ósmej. Spacerujemy po rozgrzanych ulicach, topiącym się 
asfalcie, przygnębieni i z ciężkimi sercami. Na co możemy liczyć? Jeśli wojna potrwa jeszcze 
choćby jeden rok, nasze siły wyczerpią się. Nawet ci, którzy dziś mają jeszcze jakieś zasoby 
pieniężne, za rok nie będą mieli nic. Jedni odejdą wcześniej, drudzy później. Dla nikogo nie 
ma nadziei za murami getta. 
Staram się odpędzać te myśli, ale Romek wciąż powtarza: „Czuję, że nie dożyję końca 
wojny". Daremnie próbuję go pocieszać. Uśmiecha się gorzko, gdy usiłuję dodać mu otuchy, i 
pokazując mi półmartwych, bezdomnych ludzi na ulicach mówi: „Za kilka tygodni i mnie 
zobaczysz wśród nich". Staram się odwracać jego uwagę od czarnych myśli, ale w głębi serca 
wiem, że ma rację. 
Od czasu do czasu chodzimy do teatru. Ostatniej niedzieli byliśmy na porannym koncercie 
Marysi Ajzensztadt w „Feminie". Marysia   ma   dziewiętnaście lat, brązowe 
69 
włosy, jest średniego wzrostu i nieszczególnie ładna, ale głos ma niezwykły; nazywają ją 
„słowikiem getta". Jest córką byłego kierownika chóru w synagodze na Tłomac-kiem — teraz 

background image

jej ojciec dyryguje orkiestrą symfoniczną getta. Marysia, mimo że zaczęła występować 
zaledwie kilka tygodni temu, zyskała już ogromną popularność. Na jej pierwszym koncercie, 
na którym byliśmy z Romkiem, wielka sala „Feminy" była pełna. Śpiewała kilka starych 
francuskich pieśni Berangera i „Alleluja" Mozarta. Z przyjemnością oglądaliśmy ją stojącą na 
środku sceny obok ojca dyrygującego dwudziestoosobową orkiestrą. Sala trzęsła się od 
entuzjastycznych braw i Marysia musiała bisować niektóre utwory. Po koncercie dostała trzy 
czy cztery bukiety wspaniałych kwiatów; najprawdopodobniej przemycono je ze strony 
„aryjskiej", bo w kwiaciarniach na Lesznie nie ma róż ani lilii. 
Rozdział IV PODZIEMIE 
10 czerwca 1941 
Dziś znalazłam nielegalną ulotkę między stronami „Gazety Żydowskiej" — oficjalnego pisma 
getta. Podejrzewam, że wetknął ją tam sam listonosz. 
Ulotka jest powielona na eleganckim, różowym papierze listowym; zawiera wiadomości 
podawane przez Bri-tish Broadcasting Corporation (BBC) i ostrzeżenie, by nie pozwalać się 
wprzęgać do pracy dla Niemców. 
Wiadomości wojenne zawarte w tej nielegalnej ulotce różniły się bardzo od publikowanych w 
„Gazecie Żydowskiej", która przecież jest drukowana w Krakowie za zezwoleniem 
gubernatora Franka! Ale czytelnicy legalnej gazety i tak ignorują pierwszą stronę — 
interesuje ich środek ze względu na doniesienia z różnych wydzielonych dzielnic żydowskich 
w Generalnej Guberni. Tak więc „Gazeta Żydowska" stanowi jedyny legalny środek przekazu 
informacji między gettami. Z notek nadsyłanych przez Rady Żydowskie czy Rady Starszych 
różnych gmin można zebrać bardzo ważne informacje dotyczące warunków życia, liczby 
uchodźców w różnych miastach, sytuacji rozmaitych organizacji pomocy, szpitali itp. 
Jedną z najpopularniejszych rubryk jest „Skrzynka pocztowa", w której znajdują się 
odpowiedzi na pytania, co jest dozwolone, a co zakazane. Zazwyczaj odpowiedź brzmi: 
„zakazane", ale czytelnicy i tak wciąż zadają te same pytania. 
71 
Środkowe strony są poświęcone utworom literackim autorów piszących w nowohebrajskim 
(jidysz) tłumaczonym na polski i oryginalnym utworom młodych pisarzy wciąż 
pojawiających się w ciasnych murach getta. 
Na ostatniej stronie jest nawet rubryka ogłoszeń, przede wszystkim lekarzy, farmaceutów i 
krawców z Warszawy i Krakowa. Na tej samej stronie znajduje się kolumna pt. „Osoby 
zaginione" — rodzice poszukują zaginionych dzieci, a dzieci zagubionych rodziców. Jest to 
jedyny sposób, w jaki rozdzielone rodziny mogą dowiedzieć się o miejscu pobytu ich 
bliskich. 
„Gazeta Żydowska" ma swoje biuro w Warszawie, na ulicy Elektoralnej. Jest bardzo 
popularna, a każdy jej egzemplarz czytany jest przez setki osób, bo Niemcy pozwalają jedynie 
na ograniczony nakład. Jest to jedyna legalna gazeta dla trzech milionów polskich Żydów, 
którzy przekazują ją sobie z rąk do rąk. 
Jeszcze większe jest zainteresowanie nielegalną prasą, która publikowana jest nieregularnie, 
ale za to stanowi jedyne źródło rzetelnej informacji o wydarzeniach politycznych i przebiegu 
wojny. Od czasu do czasu ojciec przynosi do domu taką gazetkę. Zanim pozwoli sobie na 
przekazanie jej nam, zamyka drzwi na zasuwę. Zobowiązał się do przekazywania gazety innej 
osobie, której nazwiska nie chce zdradzić. A więc ulotki krążą od domu do domu. 
W getcie rozwija się, jak sądzę, większa nielegalna działalność niż gdziekolwiek indziej w 
Polsce. Nie tylko żydowskie partie klasy pracującej, ale także PPS stwierdziła, że łatwiej tu 
drukować nielegalne publikacje i ukrywać radiostacje. Mówi się także, że wielu 
najaktywniejszych polskich bojowników socjalistycznych mieszka w getcie. Kilka dni temu 
miała miejsce rewizja na Siennej, przy 
72 

background image

rogu Sosnowej. Podobno hitlerowcy przyszli zarekwirować meble jednego z lokatorów i przy 
okazji znaleźli radiostację. Później mieszkańcy tego bloku powiedzieli nam, że przez cały 
dzień niemiecki samochód nieustannie jeździł po ulicy tam i z powrotem, aż wreszcie 
zatrzymał się przed tym narożnym domem i wyrzucił agentów gestapo, którzy przeprowadzili 
rewizję. Najwyraźniej był to samochód z wydziału pelengacyjnego gestapo wyposażony w 
specjalny detektor do wykrywania tajnych radiostacji. 
Wszyscy mężczyźni z domu, w którym wykryto radiostację, zostali zabrani do więzienia, 
gdzie większość zastrzelono na miejscu. Ale tajne radiostacje nadal istnieją, podziemne 
biuletyny nadal są wydawane, a groźby i tortury stosowane przez hitlerowców na nikim nie 
robią wrażenia. Co więcej, ruch podziemny w miarę możliwości stara się odpłacać — na swój 
sposób — hitlerowcom i polskim zdrajcom. Słynny aktor filmowy Igo Sym, który 
kolaborował z hitlerowcami, został ostatnio zlikwidowany przez patriotów. Hitlerowcy 
rozlepili w całym mieście czerwone plakaty obiecujące nagrodę dziesięciu tysięcy złotych za 
wydanie „zdrajców"- Jednocześnie uwięziono kilkuset wybitnych Polaków jako zakładników 
i część z nich rozstrzelano. 
12 czerwca 1941 
Getto staje się coraz bardziej zatłoczone; stale napływają nowi uchodźcy. Są to Żydzi z 
prowincji, których obrabowano z wszystkiego, co posiadali. Scena ich przybycia zawsze 
wygląda tak samo: strażnik przy bramie sprawdza personalia uchodźcy, a gdy stwierdzi, że 
ten jest Żydem, popycha go kolbą karabinu na znak, że wolno mu wejść do naszego raju... 
Ludzie ci są obdarci, bosi i mają tragiczne oczy głod- 
73 
nych. W większości to kobiety i dzieci. Przechodzą pod opiekę Gminy, która umieszcza ich w 
tzw. domach. Tam wcześniej czy później umierają. 
Odwiedziłam taki dom uchodźców. Jest to zdewastowany budynek. Ściany działowe 
wyburzono, by utworzyć wielkie sale; nie ma wygód, kanalizacja zniszczona. Pod ścianami 
prycze z desek nakryte szmatami. Tu i ówdzie leży brudna, czerwona pierzyna. Widziałam 
półnagie, brudne dzieci leżące apatycznie na podłodze. W kącie siedziała śliczna cztero czy 
pięcioletnia dziewczynka, płakała. Nie mogłam się powstrzymać, by nie pogłaskać jej 
zwichrzonych, jasnych włosów. Dziecko spojrzało na mnie wielkimi, niebieskimi oczyma i 
powiedziało: „Jestem głodna". 
Opanowało mnie uczucie głębokiego wstydu. Jadłam tego dnia, ale nie miałam przy sobie ani 
kawałka chleba, żeby dać temu dziecku. Nie śmiałam spojrzeć jej w oczy: odeszłam. 
W ciągu dnia dorośli wychodzą w poszukiwaniu pracy. Dzieci, chorzy i starcy zostają leżąc 
na pryczach. Są tu ludzie z Lublina, Radomia, Łodzi i Piotrkowa — z całej Polski. Wszyscy 
opowiadają o potwornościach, gwałtach, masowych egzekucjach. Nie można zrozumieć, 
dlaczego Niemcy pozwolili wszystkim osiąść w warszawskim getcie, w którym mieszka już 
czterysta tysięcy Żydów. 
Wzrasta śmiertelność. Sam głód zabija od czterdziestu do pięćdziesięciu osób dziennie. Ale 
ciągle przybywają setki nowych, by zająć ich miejsce. Gmina jest bezsilna. Wszystkie hotele 
są przepełnione — warunki sanitarne najgorsze z możliwych. Mydła nie można zdobyć; to, co 
dostajemy na kartki jako mydło, jest lepką masą rozpadającą się w momencie kontaktu z 
wodą na kawałki. Brudzi, zamiast myć. 
Jedną z plag getta- są żebracy, których ciągle przyby- 
74 
wa. To uchodźcy nie mający tu przyjaciół ani krewnych; nie ma dla nich miejsca nawet w 
tych okropnych „domach" tworzonych przez Gminę. W ciągu kilku pierwszych dni po 
przyjeździe szukają pracy. Nocują w bramach, czyli po prostu na ulicy. Kiedy ich siły 
wyczerpią się, a zmordowane nogi odmówią posłuszeństwa, siadają na krawężnikach albo 
pod ścianami domów. Zamykają oczy i po raz pierwszy nieśmiało wyciągają przed siebie 

background image

żebrzącą dłoń. Po paru dniach proszą już o wsparcie z otwartymi oczami. Gdy głód staje się 
nieprzezwyciężonym cierpieniem, zaczynają krzyczeć... w ten sposób rodzi się tak zwany 
„wściekły żebrak"... ktoś rzuci mu dwadzieścia groszy albo i pół złotego, ale za tak małe 
sumy i tak nie mdżna nic kupić. 
Później ci świeżo upieczeni żebracy zaczynają chodzić od drzwi do drzwi pytając, czy nie 
została resztka z obiadu: zupa albo parę okruchów suchego chleba. Niecierpliwy gospodarz 
wyjaśnia, że nie ma nic, że musi karmić swoich własnych uchodźców — siostrę z trojgiem 
dzieci przybyłą ze . wsi i starą matkę żony. W domu zgiełk, trzeba dawać pomieszkanie trzem 
sublokatorom z rodzinami i — myśli sobie w zdenerwowaniu — w dodatku ciągle otwierać 
drzwi... i jak bezczelni zrobili się ci żebracy... Ale żebracy dalej idą swoją drogą od drzwi do 
drzwi: „Może zostało coś z obiadu? Parę okruchów czerstwego chleba? Albo może 
potrzebujecie kogoś do wyrzucania śmieci?" 
Moja mama ma dwóch stałych swoich uchodźców — ziomków z Łodzi — którzy przychodzą 
codziennie na posiłek. Jeden w południe, a drugi wieczorem. Unikam wchodzenia do kuchni, 
gdy tam jedzą, żeby nie urazić ich uczuć. Ale codziennie widuję podobnych, godnych 
szacunku ludzi, z wychudłymi twarzami i pustymi oczyma, siedzących na schodach naszego 
domu i zjadających 
75 
resztki, które poczciwe i co zamożniejsze gospodynie dają im. Bardzo często po takim 
cudownym posiłku złożonym z kaszy, buraków, barszczu, czy innych resztek, zasypiają i śnią 
słodko o pełnych półmiskach i miękkich łóżkach. Dziś — wychodząc na podwórze — 
zobaczyłam przy śmietniku wysokiego, dobrze ubranego młodego człowieka. Był jednym z 
tych, którzy w przedwojennej Polsce studiowali nauki humanistyczne i nie musieli martwić 
się o codzienny chleb. Nagle, jakby zdawał sobie sprawę, że jest obserwowany, odwrócił się i 
wtedy zobaczyłam, że jego płaszcz jest z przodu kompletnie podarty, a przez rozpiętą koszulę 
widać nagi tors. Schylił się po leżącą u jego stóp papierową torbę i szybko uciekł. Ten młody 
człowiek grzebał w śmietniku szukając czegoś do jedzenia. Zaskoczyłam go, dlatego uciekł 
zawstydzony. 
Jakiś czas temu w bramie naszego domu zemdlał mały chłopak, wyglądał na trzynaście lat. 
Jeden z lokatorów zabrał go do siebie i nakarmił. Okazało się, że chłopiec zemdlał z głodu. 
Od tamtej pory mały Szymek stał się częstym gościem w domu swoich dobroczyńców. 
Pomaga sprzątać mieszkanie, a w zamian dostaje talerz zupy na obiad i kilka złotych 
tygodniowo. Przykłada wielką wagę do swego wyglądu. Ktoś dał mu stare ubranie, które wisi 
na nim jak worek, ale jest dumny z posiadania kompletnego garnituru, bo zanim trafił do 
naszego domu, ubrany był w podarte szmaty. Szybko stał się ulubieńcem lokatorów. Wynosi 
wszystkim śmiecie, zarabia po parę groszy to tu, to tam. Jest dużo starszy, niż myślałam na 
początku. Nie wygląda na swoje   osiemnaście lat — taki mały i chudy. Jest bezdomnym 
sierotą. Kiedy z nim rozmawiałam, zaskoczyła mnie jego inteligencja i niezłomna wiara w 
przyszłość. 
Nasze podwórko na Siennej 41 jest sceną wielu wyda--' rżeń przez cały dzień — być może 
dlatego, że mieszka' 
76 
tu więcej zamożnych lokatorów niż gdzie indziej. W godzinach rannych często przychodzi 
grać na skrzypcach profesor Kellerman z lipskiego konserwatorium. Jest to mały, siwy, stary 
mężczyzna o fascynująco długich palcach. Gdy zaczyna grać, otwierają się okna na 
wszystkich piętrach. Często zamykam oczy i wyobrażam sobie, że oto jestem na koncercie 
wielkiego wirtuoza, któremu gdzieś w tle dyskretnie akompaniuje orkiestra. Ale grę profesora 
przerywa często hałas, jaki robią twarde kawałki suchego chleba i monety rzucane mu z 
okien. 

background image

Zaprosiliśmy profesora do nas na herbatę. Wszedł na górę, położył skrzypce w kącie i 
opowiedział nam swoją historię. Przywieziono go do getta w styczniu tego roku. Wraz z żoną 
jechał dziesięć dni w wagonie towarowym. Kilku członków tej grupy zmarło w drodze, a 
żywi jechali dalej razem z trupami. Obu synów udało mu się wysłać przed wojną do Anglii. 
„Nie skarżę się — powiedział — zarabiam na siebie i żonę. Popołudniami daję nawet kilka 
lekcji, za które dobrze mi płacą i w ogóle ludzie są dla mnie niezwykle dobrzy. A szczerze 
mówiąc — dodał — my, niemieccy Żydzi, nie zasługujemy na tyle dobroci. Grzeszyliśmy 
bardzo przeciw Żydom ze wschodu..." 
Mama poprosiła go, by dawał lekcje mojej młodszej siostrze, która przed wojną uczyła się gry 
na skrzypcach. Zgodził się i teraz przychodzi dwa razy w tygodniu. Dostaje pięć złotych za 
godzinę. 
W pobliżu naszej bramy często pojawia się młoda kobieta, która śpiewa na ulicy. Jest szalona. 
Słowa jej żałosnej piosenki docierają do mnie zwykle wczesnym rankiem: „Gwizd 
lokomotywy, żegnaj, ukochany, bądź szczęśliwy..." Piosenka kończy się odjazdem pociągu i 
tym, że dziewczyna czeka na swego ukochanego. 
Ta kobieta jest córką bogatego i znanego warszawskie- 
77 
go kupca. Podczas bombardowania jej dom spalił się, a jedyny brat zginął w płomieniach. 
Ona sama skoczyła z trzeciego piętra na rozpiętą siatkę i w efekcie doznała szoku 
nerwowego. Jej matka uratowała się cudem. Teraz ta dziewczyna śpiewa na Siennej. Wszyscy 
mieszkańcy ulicy znają słowa jej piosenki o odjeżdżającym pociągu i powrocie kochanka. 
Dziś nie ma już więcej powrotów... i nie ma pociągów dla mieszkańców warszawskiego getta, 
jest tylko rozpalony do czerwoności bruk i tłumy dzieci, które przypadają do nóg 
przechodniom żebrząc o okruch chleba. 
Prawda, że nie wszystkie dzieci żebrzą, wiele z nich zarabia na życie — często przychodzi im 
to łatwiej niż dorosłym. Istnieją całe zorganizowane gangi małych dzieci — chłopców i 
dziewczynek w wieku od pięciu do dziesięciu lat. Najmniejsi i najbardziej wychudzeni 
owijają swoje małe, kościste ciałka lnianymi workami. Później przemykają na stronę 
„aryjską" przez ulice odgrodzone od getta tylko kolczastym drutem. Większe dzieci 
rozsuwają druty i przepychają mniejsze przez powstałe w ten sposób dziury. Inne obserwują 
niemieckich strażników i polskich policjantów. 
Po kilku godzinach wracają obładowani ziemniakami i mąką. Zazwyczaj wędrują na 
przedmieścia, gdzie żywność jest tańsza niż w centrum miasta. Często chłopi dają im 
ziemniaki za darmo. Ich okropny wygląd wzbudza litość. Na dodatek do ziemniaków często 
przynoszą bochenki wiejskiego, razowego chleba. Ze szczęśliwym uśmiechem na małych, 
zielonkawych buziach przemykają z powrotem do getta. Po tej stronie kolczastych drutów 
czekają na nich starsi koledzy. Czekają czasem i wiele godzin, aż hitlerowski strażnik będzie 
zajęty sprawdzaniem paszportu jakiegoś obcego obywatela lub polskiego goja 
odwiedzającego getto. To stwarza im okazję prze- 
78 
szmuglowania żywności. Czasem niemiecka żandarmeria nie zauważa ich, czasem zaś 
zauważa, ale udaje, że nic nie widzi. To ostatnie zdarza się rzadko, ale są tacy Niemcy — 
szczególnie wśród starszych — którzy muszą mieć w domu małe dzieci i dlatego odczuwają 
cień litości dla tych żydowskich brzdąców, które wyglądają jak małe, żywe szkielety pokryte 
chropowatą, żółtawą skórą. Większość jednak niemieckich strażników z zimną krwią strzela 
do uciekających dzieci, a żydowscy policjanci muszą potem podnosić krwawiące ofiary 
leżące na ulicy jak zranione ptaszki i rzucać je na przejeżdżające riksze. Jednak gdy dzieci 
wracają bezpiecznie, dumne ze swych trofeów, do głodujących rodziców — w domach panuje 
niezmierna radość. Głąbiaste ziemniaki i czarny chleb smakują cudownie. Następnego ranka 

background image

mali zaopatrzeniowcy kolejny raz próbują przejść granicę getta na rogu Siennej i Żelaznej; 
może znów będzie ten sam dobry strażnik, który wczoraj pozwolił przejść? 
17 czerwca 1941 
Dziś poszłam na zebranie ludzi przybyłych z Bielska, na które zostałam zaproszona przez 
Verę Neuman. Znamy się bardzo krótko, ale jesteśmy w wielkiej przyjaźni. Vera jest wysoką 
blondynką, prawdziwie niemieckim typem i stanowi żywe zaprzeczenie nazistowskiej teorii 
rasowej. Jest tu całkiem sama. Matka jej zmarła kilka lat temu, a ojciec — milioner, 
właściciel paru fabryk — przebywa we Lwowie, który jest teraz pod sowiecką władzą. Z 
rzadka Vera otrzymuje od niego listy za pośrednictwem dobrze opłaconego przemytnika, bo 
nie ma oficjalnej komunikacji między Generalną Gubernią a regionem zajętym przez 
Sowietów. W takich momentach dziewczyna szaleje z radości. Przychodzi do mnie, śmieje się 
i płacze. Bardzo cierpi z powodu swej 
79 
samotności, z tego też powodu chodzi na zebrania bielskich uchodźców, gdzie spotyka się ze 
starymi przyjaciółmi i wspomina beztroskie, luksusowe życie, jakie kiedyś prowadziła. 
Jest kilka takich grup z różnych miast Polski — między innymi z Łodzi i Lublina — które 
działają dość aktywnie. Większe grupy mają swoje własne siedziby otwarte cały dzień — 
niektóre prowadzą nawet własne kuchnie wydające posiłki ubogim. W tych siedzibach 
uchodźcy z tego samego miasta spotykają się i organizują pomoc dla nowo przybyłych. Od 
czasu do czasu urządzają koncerty, z których cały dochód przeznacza się na pomoc dla 
potrzebujących. Gmina często powierza tym grupom opiekę nad ich ziomkami — umieszcza 
się ich w domach wcześniej przybyłych uchodźców. Wszystkie mieszkania w getcie są 
przepełnione — przeciętnie jeden pokój zajmuje sześć osób. W efekcie istnieje poważne 
niebezpieczeństwo epidemii, szczególnie tyfusu. Głównymi nosicielami tej potwornej 
choroby są wszy ubraniowe, których dziś trudno uniknąć — rozmnażają się strasznie szybko. 
Wystarczy przejść ulicą i otrzeć się o kogoś w tłumie, żeby się nabawić wszy. Zewsząd 
docierają do nas alarmujące wieści o ofiarach tyfusu. 
Rozdział V ROSYJSKIE BOMBY 
26 czerwca 1941 
Piszę te słowa w schronie naszego domu. Mam nocny dyżur jako członek ochrony 
przeciwlotniczej. Rosjanie bombardują coraz częściej. Nasz dom stoi w niebezpiecznym 
punkcie — blisko głównej stacji kolejowej. Jest jedenasta. Siedzę przy małej karbidowej 
lampce. Po raz pierwszy od rozpoczęcia działań wojennych między Rosją a Niemcami mogę 
pisać. Szok był ogromny. Wojna między Niemcami i Rosją! Któż mógł mieć nadzieję, że to 
nastąpi tak szybko! 
Tego historycznego dnia, 22 czerwca, o czwartej po południu nasz zespół teatralny dawał 
swoje tradycyjne, niedzielne przedstawienie w sali Weismana. Misza wyrecytował swój 
numer, potem ja weszłam na scenę i —? nie umiem powiedzieć, dlaczego — po raz pierwszy 
poczułam aż taką tremę. Siedzący przy fortepianie Romek zauważył moje przerażenie i z 
charakterystyczną dla niego łagodnością szepnął: „Nie bój się, pamiętaj tylko o tonacji!" Jego 
spojrzenie dodało mi odwagi i po pierwszych taktach trema zniknęła. 
Skończyłam pierwszą piosenkę i zaczęłam już drugą, gdy nagle dała się słyszeć potworna 
eksplozja, a cała scena zadrżała. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się działo. Przez okno 
widziałam ruiny domu po drugiej stronie ulicy (został zbombardowany podczas oblężenia 
War- 
81 
6 — Dziennik... 
szawy) rozpadające się na kawałki. Co to może być — myślałam — czy znów nas 
bombardują? Ale kto? 

background image

Widownia zaczęła się niepokoić, ale Romek nie przerwał gry i szepnął do mnie: „Śpiewaj 
dalej, to nic". Czułam, jak uginają się pode mną nogi, różne myśli kłębiły mi się w głowie, ale 
śpiewałam. Nadal słyszeliśmy wybuchy, wyglądało jednak na to, że nieco dalej. Kiedy 
skończyłam występ, w sali wybuchła panika i publiczność rzuciła się do drzwi. Harry 
próbował ich zatrzymać, ale daremnie. W ciągu kilku chwil sala opustoszała. Ktoś przyniósł 
wiadomość, że Rosjanie bombardowali dworzec i wiele domów po prawej stronie Siennej, na 
której mieszkamy, zostało trafionych. Pobiegłam do wyjścia, ale Romek zatrzymał mnie. 
Dopiero kiedy skończyły się eksplozje, wyszliśmy razem. Na rogu Siennej i Sosnowej 
widziałam już, że nasz dom stoi nietknięty i odetchnęłam z ulgą. Na ulicy ludzie wyrywali 
sobie z rąk specjalne wydanie „Nowego Kuriera Warszawskiego" z ogromnymi kolorowymi 
nagłówkami: „Wojna przeciw czerwonej zarazie" i „Niemcy bronią świat przed bolszewickim 
potopem". Te tytuły wywoływały śmiech. 
W Warszawie natychmiast ogłoszono stan oblężenia. Godzina policyjna w getcie zaczyna się 
teraz o siódmej, a nie o dziewiątej; za nieprzestrzeganie obowiązku zaciemnienia grozi kara 
śmierci. Ale to nic nowego. Syreny wyją dość często. Oślepiające światła rakiet rzucanych 
nad Warszawą przez radzieckich lotników robią ogromne wrażenie. Pomagają Czerwonym 
Wojskom Lotniczym bombardować precyzyjnie obiekty wojskowe i lotniska dookoła 
Warszawy. 
Dzisiejszy oficjalny komunikat w „Nowym Kurierze Warszawskim" stwierdza, że: 
„Sowieckie bombardowanie Warszawy ostatniej nocy nie spowodowało żadnych szkód 
militarnych, ale bardzo ucierpiała ludność cywilna. Boi- 
82 
szewiccy lotnicy koncentrowali się na zamieszkałyc dzielnicach miasta, a także 
zbombardowali szpital W artykule wstępnym gazeta apeluje do polskich obyw; teli, aby 
„wzięli aktywny udział w świętej wojnie prz< ciw czerwonym barbarzyńcom" i proponuje 
utworzeń: specjalnego polskiego legionu do walki z bolszewikam 
Po południu dostałam nielegalny biuletyn, który donc sił coś całkiem przeciwnego: rosyjskie 
bombowce spowc dowały wielkie zniszczenia na Głównym i zniszczyły dłu gie składy 
(towarowe); zniszczeniu uległo także lotnisk na Okęciu, natomiast w kilku fabrykach 
amunicji zginęł wielu polskich robotników. 
Prasa podziemna ukazuje się teraz częściej i spełni; ważną funkcję. Małe bibułki przynoszą 
nam powiew na dziei i podtrzymują moralnie. 
Zdaje się, że właśnie jest alarm; tak, długi gwizd syreny. Muszę biec obudzić komendanta. 
1 lipca 1941 
Goje będący wciąż jeszcze dozorcami w getcie otrzymali rozkaz natychmiastowego 
opuszczenia tej dzielnicy; wielu Żydów pragnie dostać po nich pracę. Mój ojciec starał się 
zabezpieczyć stanowisko dozorcy w naszym domu dla wujka Percy, który nie ma z czego żyć, 
prócz tego, co dostaje od nas. Ale nasze zasoby nie starczą na długo, jeśli nadal będziemy 
wspierać tak wielu krewnych. Niełatwo dostać tę pracę. Konieczny jest jednogłośny wybór 
przez wszystkich lokatorów, a potem kandydat spełniający ten warunek musi jeszcze zostać 
zatwierdzony przez administrację Gminy. 
Szansę wujka Percy są niewielkie, tym bardziej że nie jest nawet lokatorem naszego domu. Z 
tego powodu ojciec ostatecznie zdecydował się wysunąć swoją własną kandydaturę i wziąć 
Percy'ego   na   zastępcę. Ten plan 
83 
może się udać. W naszym domu mieszka czterystu lokatorów i dozorca ma szansę godziwego 
zarobku. 
4 lipca 1941 
W szkole zbliżają się egzaminy. Rok szkolny trwał tylko siedem miesięcy; Niemcy odmówili 
przedłużenia zajęć. Profesorowie są zadowoleni z postępów, jakie zrobiła większość uczniów. 

background image

Istnieją jednak ogromne braki jeśli chodzi o materiały. Tylko dwa sklepy w getcie sprzedają 
jeszcze niewielkie ilości papieru i farb po fantastycznych cenach. Przed wojną arkusz papieru 
kosztował dwadzieścia groszy — teraz kosztuje cztery złote. Tuszu, pędzli i piór dostać nie 
można. Mimo to jakoś udaje nam się kontynuować naukę. Część studentów musiała jednak 
porzucić naukę i podjąć pracę, żeby zarobić na życie. 
Najpopularniejszym studentem jest dwudziestotrzylet-ni Zdzisław Szenberg, kościsty młody 
człowiek chodzący w oficerkach i eleganckim płaszczu. Ma szczupłą twarz i duże, błyszczące 
czarne oczy z przedziwnie długimi rzęsami — rzadko spotykanymi u mężczyzn. Jego dłonie 
są obdarzone cudownym talentem do rysunku i malarstwa. Jest zdolnym projektantem i 
żartuje z malarzy, którzy — jego zdaniem — marnują czas i materiał na rzeczy zbędne. Ale to 
tylko poza; on także maluje „nędzne" postacie getta i krajobrazy składające się z 
okaleczonych kasztanów na tle zbombardowanych domów. 
Interesującymi uczniami są także Józiek Fogelnest i Kazik Kastenberg. Świetnie do siebie 
pasują i zawsze siedzą w jednej ławce. Są przyczyną rozpaczy nauczycieli — za każdym 
razem, gdy jeden z nich odezwie się, cała klasa ryczy ze śmiechu. Kazik ma komiczną, długą 
twarz przypominającą łeb konika, Józiek jest świetnie zbudowanym mężczyzną z niewinnymi 
oczyma dziecka. Jego okulary mają zwyczaj zjeżdżać mu na czubek nosa. 
84 
Obaj mają po dziewiętnaście lat i chodzą na kursy ty po to, by uniknąć przymusowej pracy 
dla Niemców. ] mają najmniejszego pojęcia o rysowaniu, a przez eg: miny wstępne przeszli 
tylko dzięki „plecom". Udaje się jednak zwalczać zadania, jakie wyznaczają nauc; ciele — 
obaj chłopcy udają neoimpresjonistów i rysi skomplikowane, do niczego nie podobne i często 
d( absurdalne kompozycje. Gdy nauczyciele wytykają i że ich prace nie rozwiązują zadanego 
problemu — oskj żają nauczycieli o konserwatyzm i upieranie się pr przestarzałych 
poglądach, po czym zaczynają wyjaśni głęboką symbolikę swoich propozycji. Reszta klasy 
płac niemal ze śmiechu, a profesorowie poddają się i częs przyłączają do ogólnej zabawy. 
Kolejną dziwną postacią jest Bolek Szpilberg. Codzie nie przychodzi do szkoły w innym 
ubraniu. Jest do utalentowanym synem bardzo zamożnych rodziców. W; gląda na więcej niż 
osiemnaście lat; wzrost ma średi a prezencję bardzo dystyngowaną. Bolek urodził s w 
Palestynie, jest poddanym brytyjskim i jako taki mi obowiązek okresowego meldowania się w 
gestapo. Ale ; dużą sumę pieniędzy zdobył włoską metrykę, zarejestri wał się w gestapo pod 
własnym nazwiskiem, tyle że jak obywatel włoski, i dumny jak paw kręcił się po szko! bez 
opaski na ramieniu. Jednak gdy któregoś dnia Nierr cy przyjechali wizytować szkołę, Bolek 
szybko założy opaskę. Wtedy uświadomiłam sobie, jakim jest tchórzen 
Wśród naszych studentów jest dwóch niemieckie uchodźców, to bracia Liebermannowie. 
Młodszy, szesns stolatek, jest drobny i nieładny, ale bardzo zdolny jak rysownik; starszy ma 
dwadzieścia trzy lata i wykazuj szczególny talent do dekoratorstwa i plakatu. Są kuzy nami 
słynnego niemieckiego malarza, Żyda, profesor Maxa Liebermanna. 
85 
Jeśli chodzi o dziewczęta, to bardzo utalentowana w dziedzinie dekorowania wnętrz i 
projektowania mody jest Inka Garfinkel. Ma oryginalne pomysły i w ogóle to 
indywidualność. Wysoka, smukła, o kasztanowych włosach, czarnych oczach i jasnej karnacji 
często sama wygląda jak modelka z magazynu mody. Niedawno zrobiłam pastelami jej 
portret, który bardzo podobał się naszemu nauczycielowi. Inka jest bardzo zdecydowana w 
swoich pomysłach. Wkrótce wychodzi za mąż za Józefa Świecę, także studenta, urzędnika 
policji getta. Ta para zna się od roku, kochają się tak bardzo, że zupełnie nie boją się 
otaczającego ich świata. Dotąd w realizacji małżeńskich planów przeszkadzała im sytuacja 
finansowa, ale teraz Inka trochę zarabia, a jej narzeczony dostaje dobrą pensję — szykują się 
więc do ślubu. 

background image

Nierozłączną parę stanowią Nina Wygodzka i Janette Natanson; są ładne i eleganckie, ale 
okropnie egzaltowane. Mają duże powodzenie u chłopców. Do ich manier należy ciągłe 
mówienie po francusku. Ja zawsze odpowiadam im po angielsku. Nie wyglądają na Żydówki, 
często więc udaje im się przechodzić na drugą stronę, gdzie robią ważne zakupy — są później 
za nie dobrze wynagradzane. Mimo że bardzo młode, mają ogromne doświadczenie. Obie są 
jedynaczkami i mieszkają ze swymi matkami. Ojcowie zmarli kilka lat. temu. Nina jest 
niewysoką, dość pulchną dziewiętnastolatką, włosy nosi splecione w warkocze i owinięte 
wokół głowy. Janette jest także średniego wzrostu, ma długie loki i bladą twarz usianą 
drobniutkimi piegami. Jej zielone, kocie oczy są bardzo błyszczące. Ta dwójka zawróciła w 
głowie wszystkim chłopcom w szkole; uznano je za niebezpieczne „wampy". 
Ogólnie rzecz biorąc uczniowie żyją w zgodzie i pomagają sobie, jak tylko potrafią.            .      
.                -...;.•. 
86 
10 lipca 1941 
Rosyjscy lotnicy często  „odwiedzają" okolice War 
wy; powietrze drży od wybuchów bamb. Co rusz sł 
szum rosyjskich samolotów, które omijają getto. Dla 
nie schodzimy już na ogół do piwnicy na sygnał alar 
Upał potworny,  przesiaduję  wciąż  na  balkonie  nass 
mieszkania. Jest na drugim piętrze.  Pomidory, gros 
marchewka  i  rzodkiewki  w  skrzynkach  za  oknami 
usychają. Tylko zalane słońcem niebo nad głową przj 
mina wolność. Bardzo często wracam do domu z przj 
ciółką, Lutką Leder, która mieszka na szóstym pięt; 
dyskutujemy o planach na przyszłość. Lutka jest tu z i 
cochą i młodszą siostrą. Jej ojciec przebywa na teren 
Polski zajętych przez Rosję; nie miała od niego wiador 
ści od momentu niemieckiej inwazji na Rosję. Lutka 
osiemnaście   lat   i   jest   niedużą,   pulchniutką   brunet 
Często przychodzą  też  do  nas  Vera Neumani i Mic 
Rubin. 
Wdychamy świeże powietrze i na chwilę zapominał 
o tym, co dzieje się wokół nas. Ale jeden rzut oka 
podwórze przedzielone murem na pół wystarczy, by n 
wiać słodkie marzenia. Nasz balkon wychodzi na „ar; 
ską" stronę Złotej. Stamtąd, z piątego piętra, często sł 
chać dźwięki fortepianu, zwykle jedną i tę samą melod 
„Traumerei"   Schumanna.   Czasem   myślę   sobie,   że 
może jakaś szlachetna, chrześcijańska dusza stara się p 
cieszyć nieszczęsnych mieszkańców getta zamkniętych : 
murami i że nawet jakby wyrażała ubolewanie z powoc 
kamieni tak często wrzucanych do getta z  „aryjskie 
strony. Ta melodia Schumanna przenosi nas w inny świa 
Lutka marzy o swoim ukochanym, Kaziku Briliant, któi 
mieszka w sąsiednim domu. Nigdy nie przestaje o ni] 
myśleć ani mówić, ale na nieszczęście on jest w stosur 
ku do niej całkiem obojętny. Myśli Mickie Rubin zawsz 
87 
krążą wokół rodzinnego Lipska, gdzie spędziła najlepsze lata młodości. Jest bardzo 
sentymentalna i pamięta nawet najbłahsze wydarzenia z tego niemieckiego miasta, z którego 

background image

deportowano ją do warszawskiego getta. Mimo gorzkiej niesprawiedliwości, jaką cierpiała, i 
krzywd wyrządzonych jej przez Niemców, nie może zapomnieć kraju, w którym urodziła się i 
ona, i jej rodzice. 
Jestem pełna okropnych przeczuć, w ciągu kilku minionych nocy miałam koszmarne sny. 
Widziałam Warszawę spływającą krwią; razem z siostrą i rodzicami szłam nad okaleczonymi 
trupami ludzi. Chciałam uciec, ale nie mogłam i obudziłam się zlana zimnym potem, 
przerażona i wyczerpana. Złote słońce i błękitne niebo szarpią tylko moje osłabione nerwy. 
25 lipca 1941 
Po długich staraniach ojciec dostał wreszcie pracę dozorcy  wraz  z  wszystkimi przywilejami,  
jakie  zapewnia to stanowisko. Od dwóch tygodni pełni już „urząd" i na dodatek do zwykłej 
żydowskiej opaski nosi na ramieniu jeszcze  żółtą  z  napisem   „Gospodarz   Domu".   
Otrzymał także od Gminy paszport stwierdzający, że jest zwolniony z obowiązku 
przymusowej pracy. Tak więc może swobodnie poruszać się po ulicach nie bojąc się łapanek. 
Dozorcy są zwolnieni z rozmaitych opłat, otrzymują dodatkowe racje żywnościowe, dwieście 
złotych miesięcznie jako wynagrodzenie   oraz   darmowe   mieszkanie.   Ale   główny zysk 
dozorcy pochodzi z otwierania drzwi w nocy: zgodnie z przepisami dotyczącymi godziny 
policyjnej, brama zamykana jest wcześnie, a lokatorzy dają za jej otwieranie po dwadzieścia 
groszy i więcej. Czasem w ciągu jednej nocy uzbiera się i dwadzieścia złotych. Krótko 
mówiąc: dochody dozorcy, jak na obecne warunki, są wyjątkowo 
88 
korzystne; nic więc dziwnego, że tak trudno dostać tę pracę. 
Ze względu na to, że tata nie ma tyle sił, by spełniać wszystkie ciężkie obowiązki dozorcy, a 
mianowicie utrzymywać dom w czystości szorując klatkę schodową i usuwając śmiecie — 
zrealizował swój pierwotny plan i wziął wujka Percy do pomocy. Oddaje mu wszystkie 
bezpośrednio otrzymywane pieniądze. 
Początkowo nasi sąsiedzi byli nieufni w stosunku do nowego dozorcy, który jeszcze wczoraj 
był takim samym lokatorem jak wszyscy. Nie mogli sobie wyobrazić, żeby antykwariusz 
dzieł sztuki i specjalista od malarstwa klasycznego  był  w  stanie  wykonywać   obowiązki  
dozorcy. Wkrótce jednak przywykli do myśli, że nawet szanowany obywatel może zostać 
dozorcą i nadal być człowiekiem godnym szacunku.  Obecnie  okazują ten szacunek zarówno 
ojcu, jak i wujkowi. Nawiasem mówiąc, nie są oni jedynymi ludźmi, którzy w getcie upadli 
tak nisko w hierarchii społecznej. Dozorcą sąsiedniej posesji jest inżynier Plonskier, bliski 
przyjaciel naszej rodziny. Także wielka liczba prawników cieszy się teraz z posiadania zajęcia 
dozorcy. 
Rozdział VI TYFUS 
29 lipca 1941 
Szaleje tyfus. Wczoraj liczba zmarłych na tę chorobę przekroczyła dwieście osób. Doktorzy 
po prostu załamują ręce z rozpaczy. Nie ma lekarstw, a wszystkie szpitale są przepełnione. 
Wciąż dostawia się nowe łóżka w salach i na korytarzach, ale to nie rozwiązuje problemu; 
liczba ofiar wzrasta z dnia na dzień. 
Szpital na rogu Leszna i Rymarskiej wywiesił w oknie izby przyjęć napis: „Nie ma miejsc". 
Szpital dziecięcy Bersona na Siennej pełen jest dzieci w różnym wieku — wszystkie chore na 
tyfus. Całkowicie zamknął podwoje szpital na rogu Leszna i Żelaznej — nie ma tam miejsca 
dla ani jednego pacjenta więcej. 
Kilka dni temu na ulicy Leszno widziałam ojca, który niósł na rękach całkiem już dużego 
chłopca. Obaj okryci byli szmatami. Twarz chłopca płonęła ognistym rumieńcem, trząsł się 
potwornie. Mężczyzna zatrzymał się niepewnie przed wejściem do szpitala na rogu Leszna i 
Żelaznej. Pozostał przez chwilę nieruchomy, najwyraźniej zastanawiając się, co robić. 
Wreszcie nieszczęsny człowiek położył swego chorego syna na stopniach wiodących do izby 

background image

przyjęć i cofnął się parę centymetrów. Wyczerpanym chłopcem wstrząsały konwulsje, jęczał 
głucho. Nagle wyszła pielęgniarka w białym fartuchu i zaczęła krzyczeć 
90 
na zastygłego w bólu ojca, który stał ze spuszczoną głów płacząc gorzko. Po chwili 
zauważyłam, że chory chłopie przestał się trząść, jakby zasnął. Oczy miał zamknięte a na 
twarzy pojawił się wyraz łagodnego zadowolenia. 
Kilka chwil później płaczący ojciec spojrzał na syn* Pochylił się nad swoim dzieckiem 
szlochając jakby m serce pękło i patrzył długo w jego twarz szukając ślad życia. Ale było już 
po wszystkim. Wkrótce nadjeche mały czarny wóz i ciepłe jeszcze ciało chłopca został 
dorzucone do kilku innych, zebranych na sąsiednich uli cach. Przez jakiś czas ojciec 
spoglądał za oddalającyr się wozem. Potem znikł. 
Umieszczanie chorych przed szpitalnymi bramami ni jest już niczym wyjątkowym. Matki, 
które nie mog znieść widoku dziecka cierpiącego bez żadnej medyczne pomocy, mają 
nadzieję, że w taki sposób udą im si umieścić dziecko w szpitalu. 
Epidemia przybrała szczególnie ostrą formę w regioni Gęsiej, Nalewek, Nowolipek i 
Nowolipia. W „małym getcie sytuacja jest trochę lepsza, bowiem jest to okol ca zamieszkana 
przez zamożnych ludzi, którzy mogą pc zwolić sobie na prywatną opiekę medyczną. 
Ostatnio importuje się serum przeciw tyfusowi ze Lwc wa, który przeszedł w niemieckie ręce 
miesiąc temu. S( wieci, gdy ewakuowali Lwów, zostawili duży magazy środka na tyfus w 
fiolkach. Teraz to drogocenne lekai stwo jest szmuglowane do Warszawy. Ale tylko boga 
ludzie mogą sobie na nie pozwolić — cena osiąga kilt tysięcy złotych za fiolkę. 
Niektórzy mieszkańcy getta otrzymują paczki poczi ze Szwajcarii; są w nich rozmaite 
lekarstwa, a przeć wszystkim serum antytyfusowe. Środek szwajcarski je lepszy niż rosyjski. 
W getcie prowadzi się ożywiony hai 
91 
del lekarstwami. Heniek Grynberg, jeden z moich znajomych, bierze udział w tych interesach 
i opowiedział mi nieco szczegółów. 
Heniek jest wysokim blondynem — prawdziwy typ nordycki, bez jednej żydowskiej cechy. 
Przez podziemne kanały często przechodzi na drugą stronę, gdzie bez trudu uchodzi za Polaka 
dzięki podrobionym dokumentom. W jakiś sposób zdobywa zezwolenia na jazdę do Lwowa i 
tam kupuje fiolki z lekarstwem na tyfus, zamówione i z góry opłacone przez zamożnych 
mieszkańców getta. Nie jest to łatwa wycieczka, mimo aryjskiego wyglądu Heńka i jego 
podrobionych papierów. Stale przeprowadzane są rewizje w pociągach i Niemcy nie tylko 
konfiskują przemycane towary, ale również nakładają srogie kary na przemytników — w 
przypadku Heńka, gdyby wykryto, że jest Żydem, kara mogłaby być wyjątkowo surowa. Ale 
Heniek jest doświadczonym szmuglerem. W ciągu trzech lat okupacji przekraczał kilka 
granic, zajmował się różnymi rodzajami handlu, ukrywał się przed policją kilku krajów i 
udało mu się uniknąć wszelkich niebezpieczeństw. W tym nowym interesie też należy do 
tych, którzy odnoszą największe sukcesy. Widać to po jego dostatnim wyglądzie oraz 
eleganckich sukniach, jakie noszą jego żona i córka. Siostra Heńka, Ewa Grynberg, jest 
członkiem naszego komitetu domowego, a kuzynka, Rutka, jest przyjaciółką mojej młodszej 
siostry, Anny. Rutka spędza całe dnie w naszym mieszkaniu, a moi rodzice traktują ją niemal 
jak trzecią córkę. 
31 lipca 1941 
Wczoraj zdawaliśmy ostatnie egzaminy. Zdałam wszystkie i natychmiast zapisałam się na 
tzw. kurs zaawansowany, który potrwa następne siedem miesięcy. 
Teraz siedzę przy oknie nowego mieszkania, które przy- 
92 
dzielono nam jako rodzinie dozorcy; wygląd; Okno wychodzi na Sienną przy Sosnowej 
miejscu zawsze jest duży ruch. Na rogu stoi zetami. Nie trzeba nawet mówić, że sprzedaw 

background image

zety są przemycane, bo przecież oficjalnie \ dawać w getcie tylko „Gazetę Żydowską". Al stać 
także „Nowy Kurier Warszawski", „'. „Krakauer Zeitung", a nawet „V61kischer ] Czasem 
legalne gazety faszystowskie zawier.E jące informacje o innych gettach w Polsce. B z 
gazetami stoi sprzedawca cukierków i papii to. starszy mężczyzna o wyglądzie intelektua] się 
o ścianę na pół drzemiąc. Cukierki, któr wytwarzane są z melasy i sacharyny w mj bryczkach 
getta. Obecnie cukier kosztuje trz; 
.    tych za funt. Niektóre cukierki owinięte są z   gwiazdą   Dawida   i   napisem   „Dzielnica 
Kosztują od dwudziestu do trzydziestu grosz;; Ale są też cukierki po jeden złoty. 
Nieco dalej starsza pani siedząca przy ma3 ku sprzedaje opaski na rękę różnej  jakości 
pięćdziesięciu  groszy  do  dwóch  złotych  za  ; tańsze zrobione są z papieru, na którym wj 
<» gwiazdę Dawida; najdroższe wykonano z Im haftowaną gwiazdą i wciąganymi gumkami 
jest wielkie zapotrzebowanie na te opaski, bo bardzo „czuli" na tym punkcie; kiedy zauważ; 
jącego podartą lub brudną opaskę, natychmi; Na Siennej można spotkać kilka popularnj 
Najbardziej znaną jest pani Bela Gelbart, wys na, elegancko wyglądająca kobieta z gładko 
czarnymi włosami przyprószonymi siwizną. powoli starając się dostosować swoje kroki 
ukochanego pieska. Wyprowadza go codzienni 
93 
mej porze, czasem otoczona przez studentów naszej szkoły, którymi szczególnie interesuje się 
jako patronka sztuk pięknych. Prowadzi ożywione dyskusje ze studentami i czuje się młoda 
wśród młodych ludzi, choć ma prawie pięćdziesiąt lat. 
Dom naprzeciw naszego, pod numerem 42, został zburzony podczas oblężenia Warszawy. 
Dziś rano jakaś kobieta  w średnim wieku usiadła  przy  jego ruinach. Jej bose stopy, które 
wyciągnęła przed siebie, pokryte były ropiejącymi   ranami,   twarz   wykrzywiona   
cierpieniem, a nozdrza nienaturalnie rozszerzone, jakby węszyły. Kobieta próbowała podnieść 
swe ciężkie ciało, ale nie mogła. Ludzie mijali ją w pośpiechu nie oglądając się za siebie. 
Zresztą i tak nie mogliby jej pomóc. Z tobołka leżącego obok wyciągnęła kawałek chleba i 
próbowała go ugryźć, ale jej zęby stuknęły o siebie, a głowa ciężko uderzyła o chodnik. W 
chwilę później podniosła się do pozycji siedzącej, ugryzła kawałek chleba i zaczęła go żuć. 
Ale żołądek odmówił przyjęcia pokarmu — zwymiotowała. Potem starała się wstać 
pomagając sobie kijem i wreszcie udało się jej. Zrobiła kilka kroków, zaczęła się chwiać, 
bezwładnie wsparła się o kij i nagle zaczęła walić głową o ścianę krzycząc: „Ludzie, miejcie 
litość nade mną, dobijcie mnie!". Po chwili upadła ciężko z rozrzuconymi na boki ramionami 
i przez chwilę myślałam, że jej cierpienia dobiegły kresu. Ale moment później kobieta zaczęła 
się poruszać i ochrypłym głosem wykrzykiwać coś niezrozumiale. Pobiegłam do stacji 
sanitarnej i narobiłam takiego rabanu, że wreszcie wysłano kogoś po tę biedną istotę. 
Takie sceny zdarzają się na Siennej stosunkowo rzadko, ale w pobliżu Grzybowskiej ulice 
pełne są głodujących ludzi, którzy przychodzą po pomoc do władz gminy. Jest tam bardzo 
dużo prawie nagich dzieci, których rodzice   zmarli,   a   one   same   zostały   na   ulicy   
o\jjinięte 
94 
w szmaty. Ich ciała są potwornie wyniszczone; prs ką jak pergamin, żółtą skórę widać kości. 
To j etap szkorbutu; pod koniec tej strasznej choroby małe ciałka są opuchnięte i pokrywają 
się rop: ranami. Niektóre z tych dzieci straciły palce u n cą się w kółko i jęczą. Nie wyglądają 
już jak bardziej przypominają małpki niż dzieci. Nie błaj o chleb, błagają o śmierć. 
Gdzież jesteście, zagraniczni korespondenci? I nie przyjedziecie tu i nie opiszecie sensacji get 
'wątpienia nie chcielibyście stracić apetytu. A mo: sfakcjonuje was to, co mówią wam naziści 
— że z Żydów w gettach, aby uchronić „aryjską" ludnoś epidemiami i brudem? 
Jakiś czas temu czytałam w kontrolowanym p] tlerowców „Nowym Kurierze Warszawskim" 
taki nie  reportaże  pióra korespondentów hiszpańskie] muńskich. A jak zaskoczona byłam 
widząc, że tak: rykański  korespondent   —   reprezentujący   duże pismo — pozwolił  się  

background image

omamić  nazistowską  proj o higienicznej konieczności utworzenia getta w ^ wie!  Czy  cały  
świat  jest  zatruty?  Czy nigdzie sprawiedliwości?   Czy  nikt  nie  usłyszy  naszego 
rozpaczy? 
Ulica Komitetowa, przy Grzybowskiej, jest żywj bem dzieci niszczonych przez szkorbut. 
Ludni ulicy mieszka w długich jamach piwnicznych, c rych nie dociera ani promyk słońca. 
Przez małe okienka można zobaczyć wychudzone twarze i zni< cone głowy. To starzy ludzie 
, którzy nie mają nav podnieść się z barłogów. Umierającymi oczyma pa tysiące butów 
przechodzących za okienkiem piwn po ulicy. Czasem z takiego okienka wysuwa się Ł ręka 
żebrząca o kawałek chleba. 
95 
es 
 
P., choć nie przyznaje się do swego niemieckiego pochodzenia, ma świetne kontakty z 
gestapo. A zresztą kto zna całą prawdę? Może jest ich agentem? 
Przywódcy ruchu oporu też spotykają się u Hirschfel-da — fakt, że miejsce to znane jest jako 
dom schadzek różnych zdeprawowanych elementów, czyni tę kawiarnię świetną kryjówką dla 
bojowników podziemia. 
Mimo różnych zakazów, wiele robi się w getcie rzeczy — tak jak i po „aryjskiej" stronie — 
które są wzbronione pod karą śmierci. Właściwie wszystko jest wzbronione. Nie wolno 
drukować gazet nie cenzurowanych przez hitlerowców, śpiewać narodowych pieśni, 
uczęszczać na ceremonie religijne i do szkół, wchodzić do publicznych parków, podróżować 
pociągami, posiadać radia, płyt gramofonowych, telefonów — słowem: życie jest 
wzbronione! A jednak żyjemy, wbrew nazistom, i mamy nadzieję jakoś przetrwać ten reżim 
niewolnictwa. 
'   10 września 1941 
Grupa teatralna ŁZA często spotyka się w naszym mieszkaniu. Wydaje mi się, że nie możemy 
już dłużej kontynuować naszej działalności. Wszędzie, panuje nastrój potwornej depresji. 
Matka Edzi Piaskowskiej jest chora na tyfus. Mieszkają na Karmelickiej, gdzie epidemia 
przybrała wyjątkowo ostrą formę. Edzia była zmuszona opuścić dom i teraz mieszka u nas. 
Także ojciec Miszy jest bardzo chory. Mietek Fein wyjechał gdzieś na prowincję i nie mamy 
od niego żadnych wiadomości. Ojciec Stefana Mandeltorta zmarł na tyfus, a teraz zachorował 
Edek Wołkowicz. 
Harry jest bardzo przygnębiony. Ostatnio lekarze stwierdzili, że jego gruźlica postępuje. 
Bolek Gliksberg szykuje się do ucieczki z getta. Dołek Amsterdam nosi żałobną opaskę po 
swym ojcu. Ola jest bardzo załamana; 
98 
II; 
jej sytuacja materialna pogorszyła się poważnie. W chwili, gdy weszła, od razu poprosiła o 
kawałek chleba, twierdząc, że zapomniała coś zjeść przed wyjściem z domu. Naturalnie 
natychmiast poczęstowałam ją skromną kolacją. 
W przeciwieństwie do większości z nas, Tadek jest w znakomitym nastroju; nic dziwnego: 
jego ojciec, znany łódzki adwokat, jest asystentem komendanta tzw. Trzynastki — walczącej 
ze spekulacją w getcie. Zarabia dużo pieniędzy, a ja przypuszczam, że robi jeszcze interesy 
„na boku", z nazistami. J^adek jest zawsze dobrze odżywiony i elegancko ubrany i wygląda 
naprawdę dobrze. Jest we mnie zakochany; powiedział mi to całkiem otwarcie pewnego dnia. 
Często mnie odwiedza, ale twarz mu się wydłuża, gdy zastaje mnie w towarzystwie Romka, 
którego słusznie uważa za groźnego rywala. Tadek i Romek są dobrymi przyjaciółmi; na ogół 
zgadzają się ze sobą, ale kiedy są ze mną, ich harmonia pęka i zaczynają się kłócić. 
Romek jest zgorzkniały: musi ciężko pracować, by wyżywić rodzinę, i co dzień wraca do 
domu wyczerpany. A jednak odwiedza mnie prawie każdego wieczora. Tadek nie ma trosk, 

background image

uczy się tylko, a w wolnym czasie zanudza mnie swymi deklaracjami miłości. Nie interesuje 
mnie, a wręcz przeciwnie — irytuje tym wymuskanym wyglądem, eleganckim ubraniem i 
faktem, że nigdy nie chodzi piechotą, tylko każe się wozić rikszą. Bóg widzi, że mu nie 
zazdroszczę, ale jestem nieszczęśliwa widząc, jak ciężko musi pracować Romek. Gdy mnie 
odwiedza, siada w głębokim fotelu i pozostaje nieruchomy przez długą chwilę, z zamkniętymi 
oczyma, jakby spał. Jest zawsze przygnębiony. Wychodząc całuje mnie i stara się powiedzieć 
parę słów otuchy na temat przyszłości. Ale kilka dni temu objął mnie i powiedział, jak 
dorosły do 
99 
dziecka: „Mała dziewczynko, to dobrze, że nie rozumiesz wielu rzeczy. Jestem szczęśliwy, że 
nie cierpisz tak jak ja." 
Dławiły mnie^łzy, bo wiem i rozumiem wszystko, ale jestem bezsilna i nikomu nie mogę 
pomóc. 
Czasami nasza grupa zbiera się u Romka, choć droga do niego ode mnie jest niebezpieczna. 
Niemieccy strażnicy strzelają do przechodniów bez powodu i ostrzeżenia. Dlatego Harry i 
Bolek, którzy mieszkają blisko nas, przyszli wczoraj po mnie i poszliśmy razem do Romka. 
Był upalny dzień. Wyszliśmy z domu około czwartej po południu. Na ulicy ludzie spieszyli 
się z niezwykłym wyrazem strachu na twarzach. Na każdym kroku czuło się napięcie. Kiedy 
dotarliśmy do przejścia na rogu Leszna i Żelaznej, zauważyliśmy, że okolica jest całkiem 
pusta. Poprosiłam Harry'ego, żeby odprowadził mnie z powrotem do domu, ale było za 
późno, bo właśnie w tym momencie zauważyliśmy niemieckiego strażnika celującego w nas z 
karabinu. Wszystko we mnie zamarło; poczułam, że zbliża się ostatnia chwila mojego życia. 
Nogi zaczęły mi drżeć. Chłopcy chwycili mnie pod ręce i śmiało zaczęli przechodzić przez 
ulicę. Czułam ból w ramionach piekący jak od kuli. Na rozgrzanej ulicy cisza skamieniała. 
Nagle dał się słyszeć suchy trzask i kula poleciała wzdłuż środka ulicy; na szczęście 
najbardziej niebezpieczny odcinek mieliśmy za sobą. Harry i Bolek byli śmiertelnie bladzi. Ja 
sama zaś byłam zielona, gdy weszliśmy do domu Romka. Byłam głęboko wstrząśnięta i nie 
mogłam się uspokoić. 
W kilka minut później siostra Romka, Marysia, wpadła do pokoju i wciąż jeszcze drżąc 
zaczęła nam opowiadać o strzelaninie na ulicy. Romek pozostał spokojny, a w jego oczach 
mogłam odczytać całkowitą rezygnację. Później odprowadził mnie do domu. Gdy zbliżyliśmy 
się 
100 
do przejścia na rogu Leszna i Żelaznej, zastaliśmy tam esesmana uzbrojonego w kij, którym 
walił po głowie każdego przechodnia. Wszyscy byli zmuszeni przez to przejść, bo z Leszna 
nie ma innej drogi do „małego" getta. 
Nam udało się jakoś ukryć w tłumie pchających się przez przejście i uniknąć razów. Wszyscy 
mężczyźni byli zmuszeni do zdejmowania kapeluszy, by oddać honory Niemcom. Gdy to 
zrobili, esesman kontynuował robotę waląc ich po nieosłoniętych głowach i wielu przeszło na 
drugą stronę z zakrwawionymi twarzami. 
Kiedy skończy się to piekło? 
20 września 1941 
Hitlerowcy triumfują. Kijów padł. Wkrótce Himmler będzie w Moskwie. Londyn jest ciężko 
bombardowany. Czy Niemcy wygrają tę wojnę? Nie, tysiąc razy nie! Dlaczego alianci nie 
bombardują niemieckich miast? Dlaczego Berlin jest wciąż nietknięty? Niemcy muszą zostać 
starte z powierzchni ziemi. Takim ludziom nie wolno pozwolić istnieć. Kryminalistami są nie 
tylko umundurowani hitlerowcy, ale wszyscy Niemcy, cała ludność cywilna, która korzysta z 
efektów grabieży i mordów popełnianych przez ich mężów i ojców. 
Gdybyśmy tylko mieli broń, gdybyśmy mogli się bronić, wziąć odwet! Ale jesteśmy bezradni; 
możemy tylko pochylić głowy i modlić się do Boga. 

background image

Jutrzejszej nocy jest Rosz Haszana, żydowski Nowy Rok.* Boimy się, że faszyści szykują coś 
potwornego na ten święty dzień, bo zawsze robią coś szczególnie okrutnego w każde 
żydowskie święto. Wydali specjalne ostrzeżenie, że Żydom nie wolno zbierać się na wspólne 
modły, 
* Rosz Haszana według starego kalendarza żydowskiego (księżycowego) przypada we 
wrześniu lub na początku października (przyp. tłum.). 
101 
bo będą zastrzeleni. Cały czas dochodzą słuchy o planach oddzielenia Siennej od reszty getta. 
Niemcy żądają siedmiu funtów złota jako okupu za tę ulicę. Zbiera się kosztowności wśród 
mieszkańców Siennej. Każdy oddał ostatni pierścionek czy kolczyk, byle tylko uniknąć 
takiego nieszczęścia.                                                          r H-                                                             
.                            * 
?U  i    ,:s 
? i  :u: 
•^ 
?s- od 
 
lei 
Bozdział VII GWAŁT PRZECIW BRATU TWEMU 
 -sa 
' orarn 
L- 
23 torześma 
A więc nasze obawy przed świętem były słuszne. Właśnie wczoraj, w noc Rosz Haszana, 
Niemcy zebrali przedstawicieli Gminy z inżynierem Czerniakowem na czele i oświadczyli, że 
żądają natychmiast pięciu tysięcy mężczyzn do obozów pracy. Gmina odmówiła wykonania 
tego rozkazu. Wtedy Niemcy wpadli do getta i urządzili prawdziwy pogrom. Polowanie na 
ludzi trwało cały wczorajszy dzień i dziś rano, ze wszystkich stron słychać było strzały. 
Akurat byłam na ulicy, gdy zaczęło się polowanie. Udało mi się wpaść do bramy pełnej ludzi, 
którzy stali tam już od dwóch godzin. Kwadrans po ósmej, zdając sobie sprawę, że droga z 
Leszna na Sienną zajmie mi pół godziny, zdecydowałam ruszyć do domu, aby zdążyć przed 
godziną policyjną. 
Na rogu Leszna i Żelaznej ogromna masa ludzi stała w wojskowych szeregach przed biurem 
pracy. Większość z nich stanowili młodzi mężczyźni w wieku od osiemnastu do dwudziestu 
pięciu lat. Żydowscy policjanci zmuszeni byli pilnować, żeby nikt nie uciekł. Ci młodzi 
mężczyźni stali z opuszczonymi głowami, jak gotowi na rzeź. Tysiące mężczyzn, którzy 
zostali wysłani do obozów pracy, po prostu zniknęło bez śladu. ,  Wśród  tych  
nieszczęśników zobaczyłam wiele  znajo- 
103 
mych twarzy i byłam szczęśliwa, że tego wieczoru Romek nie odprowadzał mnie do domu. 
Nagle otworzyły się drzwi sklepu papierniczego, w pobliżu którego stałam jak skamieniała 
patrząc na grupę skazanych, i poczułam jakąś rękę na ramieniu. Był to żydowski policjant, 
który szybko wciągnął mnie do środka. 
W chwilę później w miejscu, w którym stałam, leżał mężczyzna trafiony kulą. Poprzez tłum 
popłynął lament jak prąd elektryczny i dotarł do zamkniętych drzwi sklepu. Leżący człowiek 
jęczał przez jakiś czas, ale wkrótce został zabrany ręcznym wózkiem. Dozorca natychmiast 
przystąpił do zmywania ciepłej jeszcze krwi z chodnika. 
Z drżeniem spojrzałam na zegarek. Zbliżała się godzina policyjna, godzina pewnej śmierci na 
ulicach getta. Odruchowo ruszyłam do drzwi. Ale policjant nie pozwolił mi wyjść. Gdy 
powiedziałam mu, jak daleko mieszkam i że wszystko mi jedno, czy zastrzelą mnie teraz, czy 

background image

później — obiecał odprowadzić mnie do domu. Opuściłam sklep wraz z paroma innymi 
osobami, które chciały dostać się do domu. Do dziewiątej brakowało pięciu minut. Policjant 
odprowadził mnie do bramy; kiedy weszłam do mieszkania, było już trzydzieści minut po 
godzinie policyjnej. Rodzice, którzy prawie już uwierzyli, że nie żyję, zasypali mnie gradem 
pytań. Ale nie byłam w stanie odpowiedzieć im na nie; od razu rzuciłam się na łóżko. Nawet 
teraz, pisząc te słowa, cała jeszcze trzęsę się na myśl o tym, co wciąż widzę przed oczyma: 
tysiące młodych Żydów stoją jak owce przed rzeźnią. Tak wielu synów, braci, mężów 
oderwanych od swych bliskich, których mogą nie zobaczyć nigdy więcej, z którymi nie wolno 
im się nawet pożegnać. 
Za kilka miesięcy matki, żony i siostry tych mężczyzn otrzymają oficjalne zawiadomienia, że 
numer taki-a-taki zmarł. To nie do pojęcia, że mamy siłę, by to wszystko 
104 
przeżyć. Niemcy są zaskoczeni, że Żydzi w getcie nie popełniają masowo samobójstw, jak to 
miało miejsce w Austrii po Anschlussie. My także jesteśmy zdziwieni, że udaje nam się 
przetrwać te wszystkie udręki. To jest cud getta. 
25 września 1941                         >• 
Romek ma łagodniejszą formę tyfusu. Plamy są blade, a temperatura niezbyt wysoka. O wiele 
bardziej niebezpieczny jest stan Rutki — ma najgorszą odmianę tyfusu. Kilka dni temu 
zaczęła cierpieć na jakieś zaburzenia mózgowe. Kompletnie straciła przytomność i nie 
pozwala zbliżyć się do siebie doktorom; w każdym razie dają jej niewiele szans. Moja siostra, 
Anna, jest w rozpaczy; płacze dzień i noc i stale modli się za nieszczęsną Rutkę, jej 
najdroższą przyjaciółkę. 
Mama Edzi Piaskowskiej czuje się dużo lepiej. Kilka dni temu przyjechali ze Lwowa jej 
siostra i szwagier, Roman Kantor, słynny szermierz. Pod władzą rosyjską był instruktorem 
szermierki w tym mieście i powodziło mu się bardzo dobrze. Gdy Niemcy weszli do Lwowa, 
musiał uciekać. 
Wielu uchodźców przybywa teraz z terenów zajętych poprzednio przez Sowietów. 
Dokądkolwiek weszli Niemcy — masowo mordowali ludność żydowską. W Białymstoku 
zapędzili ponad tysiąc Żydów do ogromnej synagogi, a potem podpalili ją ze wszystkich 
stron. W wielu mniejszych miastach rabini i przywódcy gmin byli zabierani na cmentarz i tam 
rozstrzeliwani. 
Przybywający uchodźcy opowiadali nam bardzo dziwną historię. Na krótko przed niemiecką 
inwazją na Rosję zaczęły nagle krążyć pogłoski, że Żydzi w warszawskim getcie żyją jak w 
prawdziwym raju. Nikt nie wie, kto rozpuszczał te plotki. W każdym razie spowodowały one 
195 
to, że wielu Żydów nie uciekło z wojskami sowieckimi, a zamiast tego wróciło do Warszawy. 
Dopiero teraz zdali . sobie sprawę, że pogłoski te były dziełqm niemieckich agentów, którzy 
w ten sposób zapędzili ich do śmiertelnej pułapki. 
W dalszym ciągu odbywają się łapanki. Często słychać strzały, niebezpiecznie jest wychodzić 
na ulicę. Jedynym moim znajomym, który wciąż odwiedza mnie, mimo całego szalejącego 
terroru, jest Tadek Szajer. Podejrzewam, że jego ojciec załatwił mu jakiś dokument chroniący 
przed wysłaniem do obozu pracy. 
Dzisiaj Tadek wpadł rozpromieniony z radości: ma nową małą siostrzyczkę. Przyszedł do 
mnie prosto- ze szpitala, gdzie oglądał nowo narodzone dziecko drugiej żony ojca. Nie 
traktuje ona Tadka jak macocha, przeciwnie, kochają się bardzo. Jest niewiele starsza od 
niego — Tadek skończył właśnie dwadzieścia lat, a ona nie ma jeszcze trzydziestu. 
Z entuzjazmem opowiadał mi, jak piękna jest jego nowa siostrzyczka. Ojciec zdecydował, że 
na imię będzie mieć liana. Tadek opowiadał też o ogromnej ilości kwiatów, które matka 
dostała w szpitalu, i o wyszukanym przyjęciu, jakie zostanie urządzone zaraz po jej powrocie 
do domu. 

background image

Mówił i mówił o opiece, jaką młoda matka jest otoczona we wspaniałym prywatnym szpitalu, 
o obsługujących ją dwóch pielęgniarkach itd., itd. Ale gdy tak słuchałam, jak się ekscytował 
luksusami w tej prywatnej instytucji, stawały mi przed oczyma bezdomne nagie dzieci, leżące 
głodne na brudnych ulicach, dzieci z zapadniętymi brzuchami i zniekształconymi, kościstymi 
nóżkami i nagle, jakbym  się  budziła  ze  złego  snu,  krzyknęłam:  „Cicho! Zamknij się!". 
Ale potem zaraz uświadomiłam sobie, że to nie wina Tadka, że jego ojciec bogaci się na 
podejrza- 
106 
nych interesach. Starałam się przezwyciężyć awersję odczuwaną w stosunku do tego chłopca, 
ale nie mogłam, poprosiłam więc, żeby zostawił mnie samą pod pretekstem, że boli mnie 
głowa. Odszedł bardzo; smutny, ze zwieszoną głową. 
Na razie nasza grupa teatralna zawiesiła przedstawienia. Najbardziej aktywni członkowie 
zespołu są chorzy lub zniknęii. Harry leży przykuty *lo łóżka; z jego płucami jest coraz 
gorzej. Bolek uciekł na „aryjską" stronę i nie wiemy, co się z nim dzieje — tak samo z 
Mietkiem Fei-nem. Stefan pracuje w nowo otwartym biurze żydowskiej poczty. 
Edek Wołkowicz wrócił do zdrowia i podjął swoje obowiązki w policji. Nie zdejmuje czapki 
ani na chwilę — nie   z   dumy,   a   z   powodu   łysej,   owrzodzonej   głowy. Wszyscy 
rekonwalescenci po tyfusie golą głowy, aby zapobiec utracie włosów. Na ulicach getta można 
zobaczyć wiele kobiet z ogolonymi głowami zawiniętymi w chusty udrapowane na kształt 
turbanu. Te, które mogą sobie na to pozwolić — noszą peruki, ale są one kosztowne i trudne 
do dostania. 
Epidemia zbiera potworne żniwo. Ostatnio śmiertelność osiągnęła pięćset ofiar dziennie. 
Mieszkanie każdego, kto zachorował   na   tyfus,   jest   dezynfekowane.   Mieszkania bądź 
pokoje zmarłych na tyfus są praktycznie zalewane środkami   odkażającymi.   Wydział   
zdrowia   Gminy   robi wszystko, co w jego mocy, by walczyć z epidemią, ale brak lekarstw i 
miejsc w szpitalach pozostaje nadal głównym powodem  wysokiej  śmiertelności,  a  naziści  
coraz bardziej   utrudniają   organizowanie   medycznej   pomocy. Istnieje szeroko 
rozpowszechnione mniemanie, że hitlerowcy celowo zarazili getto bakcylem tyfusu, aby 
sprawdzić metody wojny bakteriologicznej, jaką mają zamiar zastosować przeciw Anglii i 
Rosji. Mówi się, że Gmina 
107 
Sśi 
ma niepodważalne dowody tej teorii od światowej sławy bakteriologów, żydowskich 
profesorów z Francji, Belgii i Holandii, których naziści deportowali tutaj. A więc nie jest to 
już problem nieodpowiednich warunków higienicznych czy nadmiernego zagęszczenia ludzi 
w getcie. Jutro naziśći mogą podrzucić bakterie w najczyściejszej części getta, gdzie warunki 
sanitarne są wzorowe. 
Jednakże bakcyl nie uznaje praw rasowych czy granic getta. Zanotowano kilka tragicznych 
przypadków tyfusu także po „aryjskiej" stronie, zarażeniu uległo również kilku hitlerowskich 
strażników. Ale nawet ten fakt jest wykorzystywany przez nazistowską propagandę 
antyżydowską — teraz Niemcy twierdzą, że Żydzi rozsiewają choroby zakaźne. 
28 września 1941 
Dziś miałam dyżur na wystawie prac naszej szkoły. Największym powodzeniem cieszą się 
tzw. martwe natury-Widzowie „ucztują" oczyma patrząc na jabłka, marchewki i inne 
pożywienie namalowane tak realistycznie. Mniejszym wzięciem cieszą się nasze rysunki 
przedstawiające żebraków. Dla nikogo nie stanowią rewelacji. Wystawa ma duże 
powodzenie, obejrzało ją już kilkaset osób. 
Pierwsze dwie sale wypełniają projekty graficzne. Najpierw są kompozycje na różne tematy 
wycięte w czarnym papierze na białym tle albo w dwóch i więcej kolorach. Są to projekty 
puderniczek, okładek na książki, rysunków do gazet, inicjałów i znaków firmowych. 

background image

Następna jest sekcja liternictwa. Pokazano różne alfabety, stylizowane litery z różnych epok, 
kończąc na nowoczesnym piśmie blokowym. Liternictwo gotyckie i hebrajskie jest 
szczególnie wspaniałe. Wzory zostały wykonane czarnym tuszem na pergaminie z 
iluminowanymi inicjałami. ** Następne z kolei na wystawie są plakaty dla różnych 
108                                                                                 M;f 
instytucji — o tematach przemysłowych, folklorystycznych, dla teatrów, zakładów, kawiarń i 
magazynów handlowych. Wszystkie wykonano z wielką precyzją, a jednak są pełne życia, 
kompozycja kolorystyczna zaś jest na wysokim poziomie artystycznym. Patrząc na te 
wszystkie projekty trudno mi uwierzyć chwilami, że są one efektem pracy naszych rąk w tych 
potwornych warunkach 
życia.                       % 
. Następna sekcja to pejzaże i portrety. Wszyscy zwracają uwagę na obrazy Zdzisława 
Szenbeiga, które wyróżniają się oryginalną kompozycją i wspaniałą perspektywą. Nie 
mniejszym powodzeniem cieszą się portrety. Zebrałam pochwały za mój portret Inki 
Garfinkel. 
Wiele słów uznania pada pod adresem młodego, utalentowanego Manfreda Rubina. 
Nauczyciele przepowiadają mu wielką przyszłość. Ma on wiele pomysłów i szczególne 
zdolności do ilustracji. Dostał kilka zamówień od dużych firm w getcie. 
Oddzielny kąt wydzielono dla projektów tekstylnych Dzięki skrupulatnemu wykonaniu 
eksponatów i naturalności kolorów projekty te sprawiają wrażenie prawdziwych próbek 
materiałów. Na tle próbek zawieszono rysunki z projektami mody. Daje to interesujący efekt 
W tej sekcji wyróżniają się prace Inki Garfinkel. Narysowała przepiękne modele sukien 
śmiałą, lekką kreskj i naszkicowała także kilka ciekawych dodatków. Jesten przekonana, że 
jeśli Inka przeżyje wojnę, będzie jednyn z najlepszych na świecie projektantów mody. 
Wielu zwiedzających odwiedza też salę poświęconą pro jektom architektonicznym. Projekty 
te są nieco skompli kowane dla przeciętnego widza. To plany nowoczesnych bloków 
mieszkalnych i rysunki przedstawiające powojen ne domki jednorodzinne otoczone ogrodami; 
domki t mają dużo okien.  Wyglądają niemal  jak szklane domj 
109 
011 
0  których marzył Stefan Żeromski. Ludzie odwiedzający wystawę z dumą patrzą na projekty 
domów dla żydowskiej ludności w wolnej przyszłej Polsce, która zlikwiduje zatłoczone domy 
na Krochmalnej i Smoczej, gdzie mieszczą się najciemniejsze piwnice w całym getcie. Ale 
kiedy nadejdzie ten czas? I ilu z nas dożyje, by móc to zobaczyć? 
W sekcji z projektami maszyn plany porozkładano na stołach, ale te rysunki mogą zrozumieć 
tylko specjaliści. 
Ludzie opuszczają wystawę pełni wrażeń i jeszcze na ulicy kontynuują dyskusje o obrazach i 
projektach przez dłuższy czas. Nie mogą oni uwierzyć, że takie prace mogły zostać wykonane 
w murach getta, szczególnie w obecnych warunkach stałych łapanek, głodu, epidemii 
1  terroru. A jednak to fakt! Nasza młodzież dała namacalny   dowód   naszej   siły   ducha,   
mocy   oporu,   odwagi i wiary w nowy, lepszy świat. 
Wielu odwiedzających wychodzi z radością i dumą na twarzy. Inni są poważni i 
zaabsorbowani. Widziałam parę osób ze łzami w oczach — jedną z tych osób był siwy 
profesor, Majer Bałaban. Wyglądał na głęboko poruszonego stojąc przed oryginalnie 
stylizowanym plakatem, na którym wypisano po hebrajsku tekst Obadiaha — czytał sobie po 
cichu. Odniosłam wrażenie, że czyta wciąż od początku, kilka razy, jakby starając się 
zapamiętać pasujące do obecnego czasu słowa proroka: 

Za gwałt przeciw bratu twemu Jakubowi                   : . 
okryje cię wstyd, 

background image

I zostaniesz wyklęty na zawsze. 
«     W dniu, w którym stać będziesz po drugiej stronie, •     W dniu, w którym obcy porwali 
biorąc w niewolę    I -             siły jego, 
I obcy wkroczyli do bram jego,         :•?'.-;Jo usub  ;<    ?« 
110 
:.'                 I zaciążyli nad losem Jeruzalem, 
f                 Tak jak byś był jednym z nich... 
Aniś nie powinien był stać ~   ;??                         na rozdrożu, 
. ,<:?                 By wyciąć tych, którzy uciekli; 
• i-              Aąiś nie powinien był wydać .??"?                        tych z ludzi jego, 
-<              Którzy pozostali w dniach rozpaczy. 
Dziś podczas mojego dyżuru widziałam kilkadziesii osób zatrzymujących się przed tym 
samym plakater Hebrajskie litery w tym tekście zostały wyrysowane ta by sugerować ręce 
wyciągnięte do modlitwy. Ludzie musieli znać hebrajski, na ich twarzach malowały s 
mieszane uczucia satysfakcji i obawy spowodowan zuchwałością młodego artysty.         :::-~. 
..."  1 ?października 1941                      f.-~ 
' ~ Naziści dokładnie przestrzegają żydowskiego kalend rza. Wczoraj przed zachodem słońca, 
w czasie modlit Koi Nidre, które otwierają uroczystości Dnia Pokuty, ro wieszono białe 
plakaty ze smutnym obwieszczeniem, : do 5 października mieszkańcy prawej strony Siennej, 
cz ści Gęsiej i Muranowskiej oraz kilku domów stojący* blisko granicy getta — muszą 
opuścić mieszkania. 
Tak więc okup zapłacony przez mieszkańców tych u] okazał się daremny — nastąpiło to, 
czego się wszyscy ob wiali. Początkowo ludzi ogarnęła panika, ale wkrótce z padła noc i 
piwnica naszego domu wypełniła się wiern; mi, dały się słyszeć dźwięki stłumionych 
zawodzeń. P grążeni w modlitwach ludzie na chwilę zapomnieli o tyi co ich otacza. Na 
zewnątrz, przed bramą, wystawioi straż mającą ostrzec ich, gdyby zbliżały się niemieck 
bestie.                        ,ouao h^iuiA c,;.       .^i. 
111 
Jak gdyby dla podkreślenia smutnego nastroju, przez cały dzień padał deszcz. Ojciec został w 
piwnicy i cały dzień modlił się do Boga, podczas gdy mama szukała dla nas nowego 
mieszkania. Na razie niczego nie znalazła, ale przyniosła kolejną smutną wiadomość: 
wygląda na to, że Niemcy chcą zlikwidować tzw. małe getto, a do dużego przyłączyć tylko 
Chłodną i drugi koniec Żelaznej. 
Tę informację potwierdza fakt, że chrześcijańscy lokatorzy tych dwóch ulic otrzymali rozkaz 
wyprowadzenia się do 15 października. Mieszkańcy Siennej prawdopodobnie dostaną 
mieszkania na Chłodnej. Ale to dopiero później, a na razie sami musimy znaleźć jakiś dach 
nad głową. Jutro rano wszyscy — ja także — ruszamy szukać mieszkania. 
3 października 1941 
Wielu lokatorów naszego domu wyprowadziło się, ale my wciąż jeszcze nie możemy znaleźć 
mieszkania. Dziś, razem z moją ciocią, Lucią, jeździłam cały okrągły dzień rikszą, ale nie 
znalazłyśmy nic. Adresy, które otrzymałam, były bardzo od siebie odległe. Najpierw 
pojechałyśmy na Stawki, bo powiedziano nam, że są tam wygodne trzy pokoje, ale okazały 
się one trzema dziurami w ścianie, a w kuchni nie było bieżącej wody. Okolica była całkiem 
opustoszała; nic tam nie ma prócz ruin i kupy popiołu. Najbliższy środek komunikacji, czyli 
„kohn-heller", jest o kilka przecznic dalej. W dodatku cena, jakiej żądano za to mieszkanie, 
wynosiła dwieście złotych miesięcznie. Następnie pojechałyśmy na Nalewki, gdzie 
obejrzałyśmy na pół zburzony pokój z kuchnią na piątym piętrze. Na Smoczej pokazano nam 
pokój, w którym wciąż jeszcze leżały zwłoki mężczyzny zmarłego poprzedniej nocy. 
Gospodyni powiedziała nam, że pokój będzie wolny, jak tylko zabiorą ciało.                        .• 
112 

background image

Uciekłyśmy szybko i zaprzestałyśmy dalszych poszukiwań. W chwili, gdy piszę te słowa, 
rodzice są poza domem i szukają dla nas miejsca do życia. Zmobilizowałam wszystkich 
moich przyjaciół — chłopców i dziewczęta — by nam pomogli. Całe szczęście, że 
przynajmniej oni nie muszą szukać i»wyćh mieszkań. 
6 października 1941 
Wczoraj byliśmy w stanie skrajnej rozpaczy. Wóz z naszymi meblami był już gotów do drogi, 
mieliśmy zamiar zatrzymać się przejściowo w pokoju mojej szkolnej koleżanki, Zosi 
Zakheim, na Pańskiej 24. Nagle moja przyjaciółka, Ola Szmuszkiewicz, przybiegła z 
wiadomością, że znalazła dla nas dwa pokoje w dużym, komfortowym mieszkaniu na 
Lesznie, w którym jest nawet fortepian. 
Wycieńczony koń, który z trudem ciągnął ciężko obładowany wóz, skręcił ku Chłodnej. 
Wszyscy musieliśmy pomagać pchać wóz. Widzieliśmy kilka innych grupek ludzi także 
wspomagających półżywe zwierzaki. 
Na razie ojciec został na Siennej: Niemcy rozkazali wszystkim żydowskim dozorcom, by 
pozostali, aż nie przyjdą na ich miejsce goje. Tak więc ojciec jest sam w pustym mieszkaniu. 
Dziś przyniosłam mu trochę jedzenia i spędziłam z nim tam małą chwilę. Sienna wygląda 
przerażająco. Cała okolica, która jeszcze kilka dni temu tętniła życiem, jest teraz pusta. Przez 
środek ulicy przeciągnięto zasieki z kolczastego drutu. Od czasu do czasu pojawia się jakiś 
uzbrojony hitlerowski żandarm lub też polski bądź żydowski policjant. Wszędzie okna są 
pozamykane, a otwory zaklejone papierem: żydowska kompania sanitarna dokładnie 
zdezynfekowała domy przed przekazaniem ich do użytku „aryjskiej" ludności polskie]-          
rr             j4< 
Na niektórych balko$$ach wciąż jeszcze stoją skrzynki 
113 
8 — Dziennik... 

z na pół zwiędłymi roślinami. Na balkonie Lutki Leder zostało kilka krzaczków pomidorów. 
Małe czerwone kulki drżą na wietrze. Najwyraźniej Lutka zapomniała przed opuszczeniem 
mieszkania zerwać drogocenne owoce, które hodowała przez całe lato. Była bardzo 
przygnębiona koniecznością wyprowadzki, bo w ten sposób straciła sąsiedztwo z Kazikiem 
Briliantem, który przeniósł się do odległej od niej części getta i wszystkie nadzieje, jakie z 
nim wiązała, zostały zniweczone. 
Długo błąkałam się po schodach naszego domu, a moje uszy ciągle słyszały rozmowy i 
śmiech, który zwykle dobiegał mnie przez uchylone drzwi, a także dźwięki fortepianów i 
gramofonów. Tyle miłych wspomnień kojarzy mi się z domem na ulicy Siennej. Nasz komitet 
młodzieżowy robił tu świetną robotę, także komitet domowy był wzorem dla innych. 
Lokatorzy żyli ze sobą w zgodzie. Mieliśmy stąd także widok na „drugą" stronę i dlatego 
zostawało nam wrażenie, że jesteśmy u bram wolności. 
10 października 1941 
Dzisiaj spadł pierwszy śnieg. Dziwnym zbiegiem okoliczności co roku od momentu wybuchu 
wojny pierwszy śnieg spada w dniu moich urodzin. Z sąsiedniego pokoju dociera do mnie 
zapach świeżo pieczonych placuszków. Panna Sala kręci się po kuchni szykując posiłek dla 
gości, których zaprosiłam. Jej małe ręce poruszają się szybko. Widzę, jak kładzie małe 
kawałki ciasta na blasze. Mój Boże, jak okropnie jest chuda! Bardzo zeszczuplała od czasu, 
gdy widziałam ją po raz ostatni. 
Panna Sala była przez kilka lat moją guwernantką. Została zaangażowana do mnie — miałam 
wówczas dziewięć lat — po tym, gdy kilka kolejnych opiekunek zrezygnowało z zajęcia, bo 
nie mogły znieść moich kaprysów. Matka często mi opowiada, jakim byłam nieznośnym 
dzieckiem. Nikomu nie pozwalałam się zbliżyć do siebie, byłam dzika, nieopanowana i 
krnąbrna. Ale drobna panna Sala zyskała moje względy nie dlatego, bym się jej bała — było 

background image

mi jej żal. W ciągu kilku pierwszych dni sprawiłam jej wiele przykrości, ale potem nagle 
zmieniłam taktykę. Panna Sala była z nami szczęśliwa i zaczęła kochać mnie i moją siostrę, 
jak byśmy były jej dziećmi. Była u nas do wybuchu wojny i stała się niemal moją drugą 
matką. Gdy uciekaliśmy z Łodzi, moja mama zostawiła jej dużo cennych rzeczy, aby mogła je 
sprzedawać i utrzymywać się z uzyskanych w ten sposób pieniędzy. W jakiś czas później 
także i ona uciekła do Warszawy razem ze swoją rodziną i odnalazła nas tutaj. Jej ojciec i brat 
są skrzypkami. Dawniej byli członkami dobrej orkiestry w kawiarni, teraz grają na ulicy i dają 
lekcje muzyki. Jedna z jej czterech sióstr uczy matematyki w nielegalnej prywatnej szkole. 
Najmłodsza siostra zmarła na tyfus dwa miesiące temu, a teraz jej matka leży w łóżku. Panna 
Sala utrzymuje się przy życiu resztką sił. Często nas odwiedza, stara się być pożyteczna i jada 
z nami posiłki. 
Często przyglądam się, jak pochłania kilka łyżek zupy i inne zbywające resztki, jak gdyby w 
niej koncentrował się głód całego getta. Nie wiem, gdzie miqści się to wszystko w jej 
drobnym ciele. Po jedzeniu nieśmiało kroi kilka kromek chleba i zawija je w kawałek papieru 
mówiąc, że zjadła już dość i że chleb zje później. Ale wiem, że zostawia go dla swojej  
chorej, głodnej matki. 
Teraz jest w kuchni szykując placuszki dla moich dobrze odżywionych przyjaciół, podczas 
gdy jej rodzina cierpi straszny głód. 
To doprawdy frywolne celebrować urodziny, gdy wokół nas tak wielka jest nędza i 
nieszczęścia. Wuj Percy jest ciężko chory na tyfus. Jego stan jest niemal beznadziej- 
115 

ny i moja mama spędza z nim cale dnie. Kilku byłych mieszkańców Siennej zmarło na tyfus 
po przeprowadzeniu się do nowych mieszkań. Tylko z naszego domu zmarło aż sześć osób — 
wśród nich inżynier Sapoczyński i żona adwokata Zalszupina. Tyfus rozprzestrzenia się z 
przerażającą szybkością. Wczoraj odkryłam na sobie wesz. Jeśli była zakażona, to pierwsze 
objawy choroby będę miała w ciągu dwóch tygodni. 
W takich oto okolicznościach oczekuję przyjaciół, których zaprosiłam na urodzinowe 
przyjęcie; przypominali mi o nim przez kilka minionych tygodni, nie miałam więc odwagi 
odmówić im tej przyjemności. 
Moi przyjaciele właśnie wyszli. Spędziliśmy parę przyjemnych godzin przeniósłszy się w 
zupełnie inny świat. Przyszła Bronka Kleiner, Irka Białokorska, Ola Szmusz-kiewicz, Edzia, 
Vera Neuman, Lutka Leder, Romek, Tadek, Dołek, Edek i nawet Harry wstał z łóżka, żeby 
być na przyjęciu. Mnóstwo rozmawialiśmy i dyskutowaliśmy o naszych planach na po 
wojnie. Musiałam przeczytać kilka fragmentów mojego dziennika, o co wszyscy prosili, a 
niektórzy z moich przyjaciół przynieśli mi ładnie oprawione notesiki, żebym mogła 
kontynuować pamiętnik. 
Piliśmy likier wiśniowy, który mama zrobiła w pierwszym roku wojny. Wznieśliśmy kilka 
toastów i nawet odśpiewaliśmy tradycyjne „Sto lat". Pod koniec Romek grał na pianinie, a my 
tańczyliśmy. Parę minut przed dziewiątą wszyscy poszli do domów. 
Tadek i Romek, którzy mieszkają blisko mnie, wyszli jako ostatni. Poszłam z nimi 
kawałeczek. Gdyśmy wyszli z ciepłego pokoju w śnieżną zamieć, lodowaty wiatr ciął nas po 
twarzach, a mróz przeniknął mnie do szpiku kości 
116 
211 
mimo futrzanego palta. Jedyne światło padało z refleksów na śniegu, jakie dawało nocne 
oznakowanie sklepów — zamiast neonów wystawy mają teraz zaciemnienie z czarnego 
papieru, które nie przepuszcza ani pro-myczka, ale można odczytać nazwę sklepu naklejoną z 
białych pasków, co pozwala odróżnić sklep spożywczy na przekład od papierniczego. 

background image

Pod ścianami domów siedziały ludzkie postacie jak zwalone toboły szmat. W jednym miejscu 
potknęłam się o ludzkie ciało, w ciemności nie zauważyłam, że idę po zwłokach. To było 
półnagie ciało okryte tylko kawałkami gazety trzepoczącej na wietrze, który starał się wyrwać 
te strzępy spod kamieni, jakimi je przyciśnięto. Długie, mlecznobiałe nogi były zimne i 
sztywne. 
Po powrocie z tej upiornej przechadzki zastałam już matkę, która z kolei wróciła od wujka 
Percy'ego. Dziś lekarz dał mu ostatnie, decydujące zastrzyki; jeśli nie pomogą, będzie 
zgubiony. Rutka czuje się dużo lepiej, ale wciąż nie pozwala nikomu się zbliżyć prócz mojej 
siostry, Anny, która nie odstępuje jej ani na minutę. 
29 października 1941 
> Dziś byłam z Romkiem na premierze w Teatrze Fe-mina. Była to komedia muzyczna o 
obecnym życiu w getcie zatytułowana: „Miłość szuka mieszkania". Pokazano młode 
małżeństwo poszukujące miejsca do życia. Po długich poszukiwaniach i podróżach w „kohn-
hellerach" udało im się znaleźć maleńki pokój w domu przedsiębiorczej gospodyni, która 
podzieliła duży pokój na pół, żeby móc go wynająć dwóm parom małżeńskim. Udaje jej się 
znaleźć drugie małżeństwo jako lokatorów i zabawa zaczyna się. 
Okazuje się, że obie pary są źle dobrane, w efekcie zawiązują się dwa nielegalne romanse, 
najpierw w tajem- 
117 
nicy, ale wkrótce ze względu na przepełnienie mieszkania wszystko się wydaje. Mężowie 
zamieniają się pokojami i przez chwilę wszyscy są szczęśliwi, ale później mę-.zowie 
zaczynają się kłócić z byłymi żonami. 
W nocy, gdy obaj mężczyźni wracają do domu wyczerpani poszukiwaniem pracy, zastają 
żony flirtujące z przewodniczącym komitetu domowego, który śpiewa zabawną pioseneczkę o 
rozmaitych opłatach, jakie musi pobrać dla Gminy. 
Koniec obu romansów jest smutny: cała czwórka młodych ludzi zostaje wyrzucona z 
mieszkania za niepłacenie czynszu. Sztuka kończy się sceną zbiorową w tramwaju, podczas 
której podróżni opowiadają dowcipne historie o życiu w getcie, a szczególnie o różnych 
komitetach i komisjach, których liczba stale rośnie. 
Publiczność śmiała się z całego serca i spędziła kilka przyjemnych godzin w komfortowym 
teatrze zupełnie zapominając o czyhających na zewnątrz niebezpieczeństwach. Autorem 
sztuki jest Jurandot, a w rolach głównych występują: Stefania Grodzieńska, Aleksander Mino-
wicz, Rigelski, Noemi i Wentland. Dekoracje malował Liebermann. 
W teatrze spotkałam wielu znajomych, a wśród nich Olę Szmulewicz, moją szkolną 
koleżankę, której nie widziałam od roku. Była z policjantem, Maxem Bekerma-nem. Jego 
ojciec, który zmarł na tyfus dwa miesiące temu, zajmował wysokie stanowisko w żydowskiej 
policji getta. Podczas I wojny światowej był jednym z założycieli polskich Legionów i 
bliskim przyjacielem Józefa Piłsudskiego. Pogrzeb komendanta policji Bekermana był 
celebrowany bardzo uroczyście. Wszyscy urzędnicy Gminy, cała policja żydowska i tysiące 
cywilów towarzyszyły mu w drodze na miejsce ostatniego spoczynku. 
Spotkałam też Edzię z jej przyjacielem Zeligiem Sil- 
118 
bermanem, który był jednym z największych szmugle-rów na Siennej, zanim oddzielono tę 
ulicę od getta. Zrobił na tym fortunę i chce się ożenić z Edzią, ale jej rodzice są przeciwni 
temu związkowi, bcn ona jest od niego dużo młodsza: Edzia ma dopiero siedemnaście, a 
Zelig już trzydzieści lat. Jednak ta różnica wieku nie przeszkadza im się kochać. 
 Wiele jest w getcie takich par: całkiem młode dziewczyny i starsi panowie. Rzadko spotyka 
się ludzi samotnych. Mężczyźni i kobiety są do siebie bardziej przywiązani niż w normalnych 
czasach, jakby spragnieni obrony i czułości. Posiadanie bliskiego przyjaciela pomaga 

background image

przezwyciężyć własną słabość. Nikt nie chce być sam. A jednak moralność w getcie jest 
równie silna jak w czasach przedwojennych. 
Liczba małżeństw spadła ostatnio w porównaniu z okresem pierwszych miesięcy wojny. 
Głównym powodem tego stanu rzeczy jest brak mieszkań — stanowi to poważny problem w 
getcie. Stworzono specjalne biuro, by zaradzić tej sytuacji, ale nie może ono prawie nic 
zrobić. Zadaniem biura jest znajdowanie odpowiednich sublokatorów dla właścicieli wolnych 
pokoi i zapewnianie młodym małżeństwom jakiegoś stopnia intymności. Ale dziś wszyscy 
mają nerwy zszarpane i sublokatorzy na ogół nie żyją w zgodzie z gospodarzami. Bardzo 
często nie są w stanie płacić czynszu, a gospodarze nie mają z czego żyć. Ponadto Gmina 
zbiera różne opłaty. Niewiele osób teraz zarabia na życie wykonując normalną pracę. 
Prawdziwe pieniądze można zarobić tylko na nieuczciwych interesach, ale niewiele osób 
angażuje się w nie; większość Żydów woli głodować niż dać się wykorzystywać jako 
narzędzie w rękach nazistów. 
Ale czasem ludzie są zmuszeni do grania tej roli. Jeśli daną osobę złapią na popełnianiu 
jakiegoś niniejszego wy- 
119 
kroczenia, jak na przykład noszenie opaski w sposób odbiegający od przepisanego — zostaje 
aresztowana i torturowana.  Często tacy ludzie pragną popełnić samobójstwo, ale nie jest im 
łatwo to zrobić. Niemcy znajdują ofiary wśród torturowanych, w których załamał się duch i 
ciało, i stawiają je w obliczu wyboru życia lub śmierci. Tacy ludzie tracą całą siłę oporu. 
Zgadzają się na wszystko i w ten sposób zostają narzędziami w ręku gestapo. Ich główną 
funkcją jest dostarczanie informacji. Hitlerowcy chcą wiedzieć, kto ma biżuterię albo walutę. 
Informator nigdy nie może się już uwolnić z ich szponów. Musi „wykazać się" czymś, aby 
zapłacić za łaskę życia i jedzenia. A naziści nadal go straszą ponownymi torturami. 
Jest trochę takich agentów gestapo w getcie, ale nie są oni naprawdę niebezpieczni, bo 
wszyscy są w jakimś stopniu znani i, jeśli tylko mogą, ostrzegają zamożniejsze ofiary gestapo 
przed planowanymi rewizjami. Jest jednak kilka osób, czarnych charakterów, które są 
rzeczywiście niebezpieczne, bo traktują swoją służbę dla gestapo poważnie, tak jak poważnie 
zwykli popełniać przestępstwa kryminalne. 
Nawet takie smutne okoliczności dają powód do różnych plotek i dowcipów i służą jako 
tworzywo dla piosenek  i skeczów,  jakie  przedstawia  się w kawiarniach 
i teatrach. 
Codziennie w „Cafe Art" na ulicy Leszno można usłyszeć piosenki i satyry na policję, służbę 
sanitarną, riksze, a nawet gestapo — w zakamuflowany sposób. Sama epidemia tyfusu też jest 
tematem do żartów. Jest to śmiech przez łzy, ale jednak śmiech. To nasza jedyna broń w 
getcie — nasi ludzie śmieją się ze śmierci i hitlerowskich dekretów. Humor jest jedyną 
rzeczą, jakiej naziści nie mogą zrozumieć.           ? 
120 
Programy    satyryczne    przynoszą    ogromne    sukcesy. Zwykle byłam oburzona na żarty, 
które za temat miały najtragiczniejsze wydarzenia w życiu getta, ale stopniowo zaczęłam 
zdawać sobie sprawę z tego, że nie ma innego lekarstwa na nasze troski. Zrobiono marionetki 
wyobrażające przywódców naszej gminy i przewodniczących różnych instytucji 
dobroczynnych. Jednym z najbogatszych źródeł   nowego  humoru   są  rozmowy,   jakie   się   
słyszy 
w „kohn-hellerach". 
Jeśli chodzi o właścicieli tych tramwajów, to wszyscy 
mówią o dziecku, które pani Kohn urodziła tydzień temu. 
Pan Kohn poinformował ludność o tym wydarzeniu za 
pomocą gigantycznych plakatów rozwieszonych nie tylkc 
w tramwajach, ale również na głównych ulicach. Plakaty 

background image

te zawiadamiały, że rytuał obrzezania zostanie dopełnio 
ny w dużej sali, że zostanie wydane skromne przyjęci 
i kolacja dla szanownych gości i że okazja ta będzie wy 
korzystana do urządzenia zbiórki na pomoc społeczną. 
Czytałam to ogłoszenie z uczuciem zdegustowania i w działam, jak wiele osób spluwało z 
niesmakiem czytaj; nietaktowną deklarację urządzenia wystawnego przyjęć w pozornie 
charytatywnym celu, podczas gdy wokół p 
nuje głód. 
Krążą fantastyczne opowieści o luksusowym życiu, ; 
kie prowadzą państwo Kohnowie i Hellerowie. Codzk 
nie wydają przyjęcia, podczas gdy przed ich drzwia 
ludzie umierają z  głodu. Ci dwaj  gentlemani mają 
inne źródła dochodów, prócz swoich- tramwajów. Odg 
wają ważne role w tak zwanym Transferstelle. Insty 
cja ta, wspierana przez Niemców, zajmuje się wymi 
różnych wyrobów handlowych między  gettem i  „ai 
ską" częścią Warszawy. Wszystko, co legalnie przyfr 
do getta, jest kontrolowane przez to biuro, przynosi 
ną prowizję od każdej transakcji. Kohn i Heller r 
121 
wielkie wpływy w Transferstelle i są często przekupywani przez handlowców po obu 
stronach muru. W ten sposób odgrywają rolę pośredników między Niemcami a właścicielami 
transportów żywności i towarów przemysłowych, jakie dostarczane są z getta i do getta. 
Głodująca ludność getta musi płacić wyższe ceny za chleb i ziemniaki, aby wypełnić 
kieszenie panów Kohna i Hellera. 
15 listopada 1941 
Dwie nowe klasy dla młodszych studentów otworzono w naszej szkole. Obecnie mamy 
mniejszą siedzibę niż na Siennej. Często nie słyszymy profesorów z powodu hałasu w 
sąsiednich pokojach, które oddzielone są od naszego tylko cieniutkim przepierzeniem. Ze stu 
uczniów naszego kursu zostało około dwudziestu pięciu. Wielu nie może płacić czesnego, a 
bardzo wielu zmarło na tyfus. 
Tutaj nie mamy centralnego ogrzewania. Ręce nam marzną i niemożliwością jest utrzymanie 
ołówka w palcach. Siedzimy w paltach i rękawiczkach z wełny. Maleńki żelazny piecyk na 
środku klasy jest niewystarczający, by ją ogrzać. Ogomne weneckie okna pokryte są szronem 
po obu stronach. W piecyku pali się drewnem z ławek, które kiedyś stały na korytarzu. 
Ostatnio utworzono wiele „kół oświatowych" w różnych szkołach, w celu nauczania 
przedmiotów, które oficjalnie są zakazane. Utworzono je spontanicznie w wyniku naszych 
głębokich pragnień. 
Na spotkaniach tych kół mówi się głównie po polsku, ale w wielu przypadkach dla zasady 
używa się jidysz i hebrajskiego. Zainteresowanie hebrajskim ogromnie wzrosło, ponieważ 
młodzież w dużej mierze wiąże swoje nadzieje z Palestyną. W niektórych kołach używa się 
angielskiego lub francuskiego, częściej pierwszego z nich. Wielu moich przyjaciół bierze 
udział w specjalnych kur- 
122 
sach angielskiego. Literatura angielska cieszy się popularnością. 
Konspiracyjny charakter tego ruchu czyni go bliskim ruchowi politycznego podziemia. 
Często nasze spotkania odbywają się w tych samych pokojach i piwnicach, w których 
spotykają się komórki partii politycznych. 
Liczba podziemnych biuletynów rośnie z dnia na dzień. Właściwie nikt ich nie rozprowadza; 
po prostu krążą same z rąk do rąk, a kto otrzymuje je jako pierwszy, pozostaje tajemnicą. 

background image

 
 
m   t*t   Mi 
 
 
i     a 
 

O*    (»{•".   "\ 
 
Rozdział VIII STRACH OGARNIA ULICE 
22 listopada 1941 
Dziś rozpoczęto zwykłą doroczną zimową zbiórkę na' cele społeczne. Prezes Gminy, inżynier 
Czerniakow, wraz z wszystkimi członkami Rady stali na ulicy z puszkami i wpinali 
papierowe kwiaty w klapy ofiarodawców. 
Gmina ogłosiła konkurs na plakat związany z kampanią pomocy potrzebującym. Dr 
Poznański, dyrektor oświaty Gminy, przyszedł do naszej klasy, aby wyjaśnić warunki 
konkursu. Ostatnim dniem składania prac jest 24 grudnia. 
Dzisiaj wracając ze szkoły do domu wpadłam do Rutki, której wreszcie nie grozi już 
niebezpieczeństwo. Zastałam ją leżącą na polowym łóżku. Wyglądała jak dziecko z bladą 
twarzą, krótko obciętymi srebrzysto blond włosami i ciemnymi oczyma. Gdy mnie zobaczyła, 
jej białe usta uśmiechnęły się i starała się podnieść głowę. Potem zaczęła szeptać. Jej słabe 
ciało drżało, a głowa trzęsła się nerwowo, gdy podjęła wysiłek, by mówić. 
W pierwszej chwili odniosłam wrażenie, że straciła zmysły. Mówiła krótkimi, oderwanymi 
zdaniami. Ale po przezwyciężeniu początkowych trudności zaczęło to brzmieć bardziej 
sensownie. „Teraz znów jestem zdrowa; wreszcie mam to za sobą. Dlaczego tak na mnie 
patrzysz? Czy aż tak się zmieniłam? Powiedz mi prawdę!" 
Oczy miałam pełne łez i nie byłam w stanie wybąkać ani słowa. Rutka wyglądała jak martwa.  
Oto,  co robi 
124 
z człowieka tyfus. Starałam się ją przekonać, że wygląda dobrze i że za parę dni nie będzie 
ani śladu choroby. Jednak moje argumenty brzmiały nieprzekonująco i czułam się coraz 
bardziej zmieszana, gdy nagle zadzwonił dzwonek u drzwi i wszedł Romek. Przedmiot naszej 
konwersacji natychmiast się zmienił. Na Romku atak tyfusu, który miał wyjątkowo łagodny 
przebieg, rzeczywiście nie zostawił ani śladu. Jest teraz w dobrej formie. 
Mam przeczucie, że Rutka nigdy całkiem nie wróci do zdrowia. Czy kiedykolwiek będzie w 
stanie chodzić? Na razie nie może nawet usiąść. 
Wuj Percy także przetrwał chorobę. Uratowały go silne zastrzyki, jakie aplikował mu nasz 
energiczny doktor. Dziś wujek przyszedł ze swą żoną Lucią z wizytą do nas po raz pierwszy 
od czasu choroby. Poruszał się z trudem i cały czas wspierał na żonie. Wygląda jak ruina 
człowieka, którym był przed chorobą. Mający zaledwie dwadzieścia siedem lat, był zawsze 
silny i przystojny, a teraz jest zgarbiony, sama skóra i kości. Na każdym kroku spotyka się w 
getcie takie ludzkie wraki, a są to szczęśliwcy, którym udało się uciec przed Aniołem Śmierci. 
Na dworze szaleje zamieć i mróz maluje wzory na okiennych szybach. Podczas tych 
potwornie zimnych dni jedno nazwisko jest na ustach wszystkich: Kramsztyk, człowiek, który 
zajmuje się dystrybucją opału. Niestety ilość węgla i drewna, jakie Niemcy przydzielili dla 
getta, jest tak mała, że ledwie wystarcza na ogrzewanie urzędów takich jak administracja 
Gminy, poczta, a także budynków szpitalnych i szkolnych. Tak więc dla ludności prawie nic 
nie zostaje. Na czarnym rynku węgiel osiąga fantastyczne ceny, a często w ogóle jest nie do 
dostania. 

background image

Na ulicach coraz częstszym widokiem są zamarznięte ciała ludzkie. Na Lesznie przed 
budynkiem Sądów wiele ma,tek siedzi z dziećmi owiniętymi w szmaty, z których 
125 
wystają małe, odmrożone nóżki. Czasami matka tuli dziecko, które zamarzło na śmierć, i stara 
się ogrzać maleńkie, martwe ciałko. Czasami zaś dziecko przytula się do matki próbując ją 
obudzić — myśląc, że ta zasnęła — podczas gdy faktycznie ona nie żyje. Liczba bezdomnych 
matek i dzieci wzrasta z dnia na dzień. Gdy już wydadzą ostatnie tchnienie, często zostają tak 
leżąc na ulicy przez długie godziny, bowiem nikt się nimi nie przejmuje. 
Małe wozy przedsiębiorstwa pogrzebowego Pinkierta są w ciągłym ruchu. Gdy żebrak 
zauważy na martwym ciele kawałek ubrania nadający się jeszcze do użytku, zabiera je, a 
zwłoki przykrywa starą gazetą przyciśniętą cegłami, by wiatr nie zdmuchnął papieru. Na 
Komitetowej i Grzybowskiej widzi się. mniej żebraków w tym roku niż w roku ubiegłym; po 
prostu powymierali. 
Głód przybiera coraz potworniejszą postać! Ceny jedzenia ciągle rosną. Teraz funt czarnego 
chleba kosztuje już cztery złote, a białego sześć złotych. Masło— czterdzieści złotych za funt; 
ta sama ilość cukru od siedmiu do ośmiu. 
Niełatwo jest przejść ulicą z jakąś paczką w ręku. Kiedy głodny człowiek zobaczy kogoś z 
pakunkiem wyglądającym na jedzenie, idzie za nim i w odpowiednim momencie wyrywa 
paczkę, otwiera i zaczyna zaspokajać swój głód. Jeśli paczka nie zawiera jedzenia — wyrzuca 
ją. Nie, to nie są złodzieje, to są po prostu ludzie, którzy oszaleli z głodu. 
Żydowska policja nie może sobie z nimi dać rady. A kto w ogóle miałby serce, by ścigać tych 
nieszczęśników? 
..??•vTif                     :                                    HiJ ? ;:!;? 
1 grudnia 1941       ^^, '»          -w               > ? 
Niemcy wpuścili do getta duży transport ziemniaków. Początkowo ludzie byli zaskoczeni 
taką hojnością, ale zdziwienie nie trwało długo. Okazało się, że te ziemniaki 
126 
były przeznaczone dla hitlerowskich żołnierzy na rosyj skim froncie, ale zmarzły w drodze. 
Wtedy Niemcy otwo rzyli swoje nazistowskie serca i wysłali te ziemniaki Żydom do getta. 
Teraz długie kolejki stoją przed sklepami spożywczymi Ludzie próbują kupić po kilka 
zmarzniętych ziemniaków bo choć nie można ich ugotować, nadają się świetnie nr placki. 
Dokądkolwiek się pójdzie, zapach smażonych plac ków kartoflanych drażni nozdrza. Jako 
tłuszczu używamy czarnego oleju konopnego, który jest tu najtańszy Ale i tak kosztuje po 
osiem złotych funt. 
Panna Sala promieniała radością, gdy moja matka dał? jej trochę takich ziemniaków. 
Obładowana kilkoma torbami wilgotnego, gnijącego jedzenia popędziła do domu do swojej 
rodziny, aby zaspokoić jej głód. Matka Sali zmarła kilka tygodni temu, a ojciec leży chory na 
tyfus, 
Wciąż szaleje epidemia. Grzebie się po kilka osófc w jednej mogile. Ze względu na 
niedostateczną ilość personelu medycznego1, na Lesznie pod 3 otwarto kursy medyczne, by 
wyszkolić dużą liczbę pielęgniarek i uzupełnić wiedzę dawnych studentów medycyny. 
Warunki higieniczne pogarszają się stale. Większość rur kanalizacyjnych jest zamarznięta i w 
wielu domach nie można używać toalet. Ekskrementy są często wyrzucane na ulicę razem ze 
śmieciami. Wozy, które zwykle regularnie wywoziły śmieci, teraz przyjeżdżają rzadko albo 
wcale. Na razie mróz dezynfekuje wszystko, ale co będzie się działo, gdy zacznie dmuchać 
pierwszy wiosenny wiatr? Istnieją poważne obawy, że może wybuchnąć epidemia cholery, by 
wypełnić po brzegi nasz puchar goryczy. 
i.,:.l i owa 
127 
9 grudnia 1941 

background image

Przystąpienie Ameryki do wojny znów tchnęło nadzieję w setki tysięcy przygnębionych 
Żydów w getcie. Nazistowskie straże przy bramie mają smutne miny. Niektórzy są mniej 
okrutni, ale na innych ostatnie wiadomości mają wręcz przeciwny wpływ i stają się jeszcze 
gorsi niż dotąd. Większość ludzi wierzy, że wojna nie potrwa już teraz długo i że zwycięstwo 
aliantów jest pewne. 
Dotarły do nas wiadomości z łódzkiego getta, że Niemcy skonfiskowali tam wszystkie futra, 
ciepłą bieliznę i wełniane ubrania, a nawet tałesy. Należy się spodziewać, że wkrótce 
przyjdzie kolej na Warszawę. 
21 grudnia 1941 
Dziś dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy o  dość  wyizolowanym  światku 
wewnątrz  getta.  Chodzi 
0  Żydów, którzy są wyznania katolickiego — najtragiczniejsze  chyba postacie getta.  
Widziałam ich przy kilku okazjach, ale dotąd nie miałam z nimi bliskich kontaktów. Ostatnio 
jednak zetknęłam się z nimi poprzez Julię Tarnowską,  studentkę  jednej  z  niższych  klas w  
naszej szkole. 
Julia jest córką pisarza, Marcelego Tarnowskiego. Jest ekscentryczna i lubi zwracać uwagę na 
siebie. Od razu pierwszego dnia po jej przyjściu do szkoły miałam z nią spięcie na temat jsj 
żydowskiego pochodzenia. 
Julia, tak jak jej rodzice, jest wychrztą. Dowiedziała się o swoim żydowskim pochodzeniu 
dopiero wtedy, gdy jej rodzina otrzymała rozkaz opuszczenia mieszkania po stronie 
„aryjskiej" i przeniesienia się do getta. To wydarzenie głęboko nią wstrząsnęło i wciąż jeszcze 
nie poddała się swojemu losowi. Jest stale zdenerwowana i zła 
1  wydaje mi się, że ma więcej w sobie zawziętości przeciw Żydom niż naziści. Uważa swój 
los za efekt fatalnej 
128 
 
mdout 
i sali I 
o coc 
i* * Z CYKLU .  . 
KONCERT SYMFONICZ* 
MARIAN NEUTT HELENA OSTRO 
NOWY   PRÓG 
Plakat zapowiadający koncert Żydowskiej Orkiestry Symfonicznej 
Mary Berg z siostrą w getcie. 
Małe amerykańskie chorągiewki w klapach zwalniały 
od noszenia opaski 
 
 
Tadek Szajer w mundurze policyjnym z kolegami na ulicy getta 
Tadek Szajer w dniu, w którym został członkiem policji w getcie 
 
 
 
Romek Kowalski i robotnicy    -przy budowie więzienia w getcie 
 
Romek Kowalski z opaską i odznaką nadzorcy 

MRSM 
mmmm 

background image

 
L * 
Okładka wydania amerykańskiego „Warsaw Ghetto" z 1945 r. projektu M. Berg 
Rys. M. Berg — Scena z getta warszawskiego 
 
Rys. M. Berg — Sceny z getta warszawskiego 
 
 
 
 
 
 
Mary Berg 
Fotokopia odręcznego listu Juliana Tuwima 
 
Mary Berg 
Fotokopia pierwszych recenzji z książki M. Berg „Warsaw Ghetto" 
i Liveo inrougn Warsaw"-Diary of A 15-Year-0ld Girl 
i First eyewitness account of Iife under the Nazi swa in the ghetto of Warsaw. 
How the people Iived... how they died... how they rificed... revealed for the firsMime. 
Translated f rom the diary brought out by the author v she was rescued. 
 
New Picture of Life in Warsaw 
fere, bul the liltle factories woiktd on-uDdergrouod. 
milled, brud waj bjced,      d 
Ilustracje 
pochodzą z prywatnego zbioru M. Berg oraz archiwum wydawcy amerykańskiego S. L. 
Shneidermana 
pomyłki, za którą jestem odpowiedzialna ja i dobni. 
Na szyi nosi duży srebrny krzyż i stara się "\ przekonać, że jest prawdziwą chrześcijanką, ktć 
nic wspólnego z judaizmem. Raz, gdy jej słucl uważyłam porywczo, że Chrystus także był Ż 
nigdy nie wstydził się swojego pochodzenia, wróciłam do swojej ławki. Cała klasa milczą nie 
odważyła się odpowiedzieć mi. Najwyraźnie mam rację i że wszyscy inni studenci zgad: mną. 
Następnego dnia podeszła do mnie jak gdj nic i od tej chwili mówi zupełnie innym toner 
skutuje już o tych problemach, a krzyż zniknął Może nosi go nieco niżej albo całkiem zdjęła. 
Z powodu tego incydentu z Julią Tarnowski się interesować żydowskimi chrześcijanami w j 
ich kilka tysięcy — naziści przysłali ich tutaj krajów. Większość zmieniła wiarę w „okresie 1 
to znaczy, że przeszli na wiarę katolicką w c: nich lat w nadziei, że unikną losu prześladow 
dów. Ale są także tacy, którzy przeszli na c stwo kilkadziesiąt lat temu, a ich dzieci były wane 
jak prawdziwi chrześcijanie. Dzieci te zwyczajone chodzić do kościoła w każdą nieć 
niektórych nawet przypadkach ich dusze był antysemityzmem wpojonym im przez własnycł 
którzy w ten sposób starali się zlikwidować w; dy ich żydowskiego pochodzenia. 
Te  chrześcijańskie  dzieci rodziców-Żydów teraz podwójną tragedię w porównaniu z dzieć 
skimi. Czują się całkiem zagubione i nawet z wśród  nich przypadki  samobójstw,  podczas 
żydowskiej młodzieży nie zdarzało się to. 
129 
Jednak są w getcie także chrześcijanie o dalekim pochodzeniu żydowskim, którzy nawrócili 
się z powrotem na judaizm w wyniku potwornych prześladowań nazi-stów wobec Żydów. 
Liczni chrześcijanie w trzecim już pokoleniu, którzy nie musieli iść do getta, dobrowolnie 

background image

zgłosili się w gestapo i zażądali wysłania tutaj. Ci nawróceni chrześcijanie noszą opaski z 
gwiazdą pełni dumy, jak jakąś nową koronę z cierni i męczeństwa. 
W obecnym getcie są trzy kościoły: jeden na placu Żelaznej Bramy, częściowo zniszczony 
przez bomby; drugi na ulicy Leszno, blisko Karmelickiej, a trzeci na Żelaznej. Tylko ten na 
Lesznie jest otwarty, odbywają się tam regularnie msze, a księża są także żydowskiego 
pochodzenia. 
Chrześcijanie mają swoje własne garkuchnie, największa z nich mieści się przy tym 
zburzonym kościele koło Żelaznej Bramy. Wygląda na to, że są faworyzowani przez 
nazistów, bo posiłki są tam lepsze i tańsze niż w innych kuchniach getta. Ma to być 
przypuszczalnie przynęta do pracy misyjnej wykonywanej przez neofitów. 
Raz Julia zaprosiła mnie do siebie do domu, gdzie spotkałam się z jej ojcem, szczupłym 
mężczyzną średniego wzrostu i w średnim wieku. Jest lekko przygarbiony, a czoło ma 
głęboko pomarszczone. Zwierzył mi się, że dniem i nocą pracuje nad książką o getcie. 
14 grudnia 1941 
Dziś byłam na koncercie Very Grań. Odnosi nadzwyczajne sukcesy. Śpiewa pieśni klasyczne 
i współczesne piosenki komponowane przez młodego kompozytora getta — Kubę Kohna. 
Jego muzyka wyraża cały smutek i opór getta. To nowe i oryginalne; mogło się narodzić tylko 
w atmosferze cierpienia, tortur i wytrwałej cierpliwości. 
130 
17 grudnia 1941 
Dziś  dostaliśmy zawiadomienie  z  urzędu mieszkar wego dotyczące dozorcostwa, jakie mój 
ojciec ma ob na Chłodnej 10. Musi udać się tam natychmiast, ale będziemy   mogły   
przeprowadzić  się  dopiero,  gdy u] zostanie zamurowana. 
Ten sam rozkaz rozesłano do wszystkich dozorców, k rzy mają objąć pracę na Chłodnej, 
przyłączonej teraz getta. Muszą sprzątnąć i uporządkować domy opuszczi przez gojów i 
przygotować je dla przyszłych lokator' 
Romek, zatrudniony jako nadzorca przy budowie r rów getta, pracuje teraz na Chłodnej i 
często zanosi dzenie mojemu ojcu. Romek pracuje ciężko. Twarz ciemnobrązową, jakby był 
opalony, ale ja wiem, że to słońce, a mroźny wiatr. Romek przebywa teraz na z: nie przez 
dwanaście godzin dziennie, palce ma odm żonę. Wczoraj przyszedł mnie odwiedzić i jak zwy 
siadł do fortepianu. Położył swoje długie, wąskie dłc na klawiaturze, ale jego palce, które 
kiedyś potrafiły ^ dobywać cudowne dźwięki, teraz leżały cicho i bez ruc Widziałam, jak sdę 
zmagał sam z sobą; twarz wykrzy mu bolesny grymas, ale jego zesztywniałe, obrzm ręce nie 
słuchały go. Siedział tak przez chwilę dość s kojnie, a potem zdjął dłonie z 'klawiszy, 
odwrócił się mnie i zapytał głosem, w którym drżały łzy: „Myś] że będę jeszcze kiedyś mógł 
grać?" 
Milczałam. Patrzyłam na jego dłonie i nie mogi uwierzyć, że te same ręce niedawno 
poruszały się zv nie nad fortepianem. Romek był potwornie przygnębi' i czułam, że z całej 
siły stara się zapanować nad sc żeby nie wybuchnąć gorzkim szlochem. Wszelkie j nadzieje 
przepadły; zamiast grać, musi bezsensów chodzić tam i z powrotem wzdłuż granic getta i spr; 
131 
dzać,  czy mury są mocne, czy nie zostawiono   luźnych cegieł, przez które można by podać 
jedzenie w nocy. 
Jednocześnie z budową murów na Chłodnej buduje się most łączący chodniki po obu stronach 
ulicy, ponieważ sama jezdnia ma być komunikacyjnym korytarzem dla „aryjskiej" części 
miasta. Cały budulec służący do tego celu musi być dostarczony przez Gminę Żydowską. 
24 grudnia 1941 
Dziś wszyscy po stronie „aryjskiej" założyli odświętne ubrania. Wydaje mi się nawet, że 
czuję zapach dobrego jedzenia. Jest wigilia Bożego Narodzenia.  Zaledwie pól roku temu 
mówiło się, że do Bożego Narodzenia wojna będzie skończona, i że 11 listopada — w 

background image

rocznicę zakończenia pierwszej wojny — oddziały alianckie wkroczą do "Warszawy. Prawda,  
że w Warszawie są obce  oddziały; całe   ich   bataliony   maszerują   po   ulicach w zielonych 
mundurach,  ale to  oddziały   wroga,   które   terroryzują 
ludność. 
Naziści właśnie wydali rozkaz, aby mieszkańcy getta do 1 stycznia 1942 roku — cóż za 
prezent noworoczny! — zebrali wszystkie futra, futrzane pelisy, kołnierze, mufki i nawet 
stare kawałki futra. W tym celu Gmina zorganizowała kilka punktów zbiórki. Rozkaz 
podpisał komisarz 
Auerswald. 
Na razie nikt się nie spieszy z wykonaniem tego polecenia.  Zewsząd słychać cudowne 
wieści. Ludzie dyskutują, czy lepiej jest sprzedać futra, czy też schować je. Wielu Polaków 
wykorzystuje tę okazję,  aby dostać się do getta i kupić drogie karakuły, srebrne lisy i norki 
po niesłychanie niskich cenach. Ludzie wolą sprzedać swoje futra za bezcen, niż podarować 
je Niemcom. Ale niektórzy zdecydowali się ukryć je i starają się znaleźć różne 
132 
kryjówki. Karą za ukrycie najmniejszego skrawka futra jest śmierć. Ale kara śmierci grozi 
nam za tak wiele rzeczy, że ta nowa okazja po prostu rozśmiesza ludzi. 
Dziś był ostatni dzień składania prac na konkurs plakatu z okazji zimowej zbiórki na pomoc 
społeczną. Jury będzie się składać z naszych profesorów, inżynierów Poznańskiego i 
Jaszuńskiego, a przewodniczącym został inżynier Czerniakow. Wyniki konkursu zostaną 
ogłoszone na początku stycznia. 
26 grudnia 1941 
Otrzymaliśmy zezwolenie na przeprowadzkę na Chłodną. Dziś   poszłam   odwiedzić   nowy   
dom.  Jest to stary budynek dwupiętrowy, który kiedyś był domem polskiego magnata w 
siedemnastym wieku. Kręta i wąska klatka schodowa, gotyckie wieżyczki i płaskorzeźby na 
fasadzie domu przypominają średniowieczny zamek. Wygląda to bardzo romantycznie. Na 
podwórzu stoi mniejszy budynek, dobudowany później, w którym znajduje się piekarnia 
„Warszawianka" przejęta teraz przez żydowskich piekarzy. Za rogiem domu wznoszą się 
mury. A więc będziemy mieszkali na samej granicy getta. Czerwone cegły wznoszą się wyżej 
i wyżej, tak jak most na rogu Chłodnej i Żelaznej.  Zewsząd  jesteśmy obmurowani i 
zamknięci. 
28 grudnia 1941 
Dziś mieliśmy przyjęcie dla młodych projektantów. Studenci cudownie udekorowali salę i 
tam bawiliśmy się. Na małej scenie zbudowanej w jednym końcu sali pojawili się artyści. 
Brałam udział w przedstawieniu i śpiewałam kilka piosenek po angielsku. Tańczyliśmy przy 
dźwiękach orkiestry. Było ciepło, bo mały żelazny piecyk pełen był strzelającego drewna ze 
szkolnych ławek. Był 
133 
. *f. ^frŁj-jHffnJfafi1" ????„-. 
nawet bufet z plackami i napojami. Ale placek kosztował trzy złote, a mały kieliszek likieru 
pięć. 
Nauczyciele tańczyli ze siwymi uczniami i ogólny nastrój był wesoły, ale ja nie mogłam 
przestać myśleć o Romku stojącym na dworze i nadzorującym wznoszenie 
murów getta. 
Poszłam do domu przed ósmą. Ostry wiatr przeniknął mnie do szpiku kości. Te słowa piszę 
teraz przy świetle karbidowej lampki. Jej niebieskawy płomyk nie drży, wygląda jak 
skamieniały. 
Kiedy przyszłam do domu, zobaczyłam zaklejoną kopertę, którą zostawił dla mnie Tadek 
Szajer. Zawierała jego fotografię w mundurze członka służby sanitarnej. Pracuje teraz na 

background image

ochotnika w służbie sanitarnej, żeby zmazać poczucie winy, bo częściowo czuje się 
odpowiedzialny za nieuczciwe interesy swego ojca. 
Na odwrocie fotografii jest napis, który świadczy o tym, jak dokucza mu ta świadomość: 
„Któregoś dnia, za wiele lat, gdy będę daleko od ciebie, może przypomnisz sobie służbę 
sanitarną z Leszna 13... i Tadka, który bardzo, bardzo cię kocha". Obok napisu znajduje się 
czerwony znak firmowy Photo-Baum-Forbert, która zawsze była jedną z największych firm 
fotograficznych w Warszawie, a teraz jest najlepsza w getcie. Pan Baum • dobrze znany z 
powodu swego filmu „Polskie lasy" jest teraz gdzieś w Rosji Sowieckiej i firma prowadzona 
jest przez dwóch braci Forbert. 
W getcie jest kilku innych fotografów, na przykład zakład Photo-Doris, ale cały świat 
artystyczny ma zdjęcia robione u Bauma-Forberta. Nawet wysocy urzędnicy nazistowscy i 
oficerowie są wśród klientów firmy. 
Rozdział IX KOLEJNY ROK 
31 grudnia 1941 
Ostatni dzień starego roku... Oby dni biegły tak szj ko, jak to tylko możliwe; może uda nam 
się przetrw wojnę mimo wszystko i uciekniemy żywi poza mury g ta. Kawiarniani stratedzy 
twierdzą, że ofensywa alianc rozpocznie się wiosną 1942 roku. Chwilowo Rosjanie uc kaja i 
oddają miasto za miastem. 
Jedyne dobre wieści nadchodzą z Afryki, ale ona j tak daleko od nas. 
Dziś nasz zespół teatralny da przedstawienie w s Weismana. Bilety wysprzedano już dwa dni 
temu. Ci dochód przeznaczony jest dla Domu Sierot Korczaka. 
1 stycznia 1942 
Czuję się kompletnie pusta, jakby zawieszona n przepaścią. Miniona noc była mieszanką 
rozrywki i ko: maru. Po przedstawieniu moi przyjaciele z ŁZY zapi ponowali, byśmy noc 
sylwestrową spędzili w moim m szkaniu. Rodzice poszli spać do nowego locum na Chłc ną, 
mogliśmy więc bez przeszkód spędzić noc tutaj. Pre szedł Harry ze swoją ukochaną Anką 
Laskowską, Dol ze Stefą Muskat, Bronek, Romek i kilka jeszcze par. 2 miast szampana była 
lemoniada, a zamiast ciastek kana ki ze „śmierdziuchami". Na stole zapalona mała karbidom 
lampka. Syk płomienia zagłuszała rozmowa, ale gaz, je 
135 
się wydzielał, pachniał coraz intensywniej w nie wietrzonym pokoju. 
Godziny biegły szybko, ale około północy zauważyłam, że mały płomyk lampki robi się coraz 
mniejszy, a  za- . pomniałam kupić dodatkowy karbid na tę okazję. Harry „uspokoił"  mnie, że 
pasuje witać   Nowy   Rok w ciemności. 
W tej samej chwili Dołek spojrzał na zegarek i krzyknął: „Północ się zbliża!". Przez moment 
była kompletna cisza. Romek podszedł do pianina, gdy dobiegły nas dzwony powoli 
obwieszczające północ z wieży pobliskiego 
kościoła. 
Nim zegar — któremu towarzyszyliśmy chóralnie — wybił dwunastą, wąski płomień mojej 
lampy wydłużył się jeszcze bardziej, po czym zgasł z trzaskiem. W tym momencie zegar 
wybił dwunaste uderzenie. W pokoju było ciemno. Podniosłam story z czarnego papieru i 
wpuściłam trochę światła. Na dworze jasny śnieg padał na ziemię, a księżyc płynął powoli po 
zachmurzonym niebie. 
W tej połowicznej ciemności zobaczyłam, jak Romek kładzie ręce na klawiaturze. Z 
ogromnym wysiłkiem zaczął grać „Marsz żałobny" Chopina. Nikt nie powiedział ani słowa. 
Anka przytuliła się mocno do Harry'ego, Dołek do Stefy, Tadek do Bronka — wszyscy byli 
razem, tylko ja zostałam sama. Smutne myśli przyszły mi do głowy. Czy to wszystko nie było 
symboliczne? Czy nie czekało mnie coś strasznego, coś, co oddzieli mnie od moich przy- 
Nagle ktoś zawołał: „Romek, a może coś innego? On nigdy nie był w stanie zagrać «Marsza 
żałobnego», a akurat dzisiaj muza mu pomaga". 

background image

Romek nie odpowiedział. Spróbował kilku innych melodii, ale nic z tego nie wychodziło. 
Wreszcie wstał od fortepianu i usiadł obok mnie. „Wiesz — szepnął — mam 
136 
dziwne przeczucia w ten pierwszy dzień Nowego Ro zapamiętaj moje słowa." 
Nie wiem, co miał na myśli, ale nawet w tym mr< mogłam wyczytać z jego oczu skrajną 
rozpacz. 
Nieco później wszyscy zaczęliśmy mówić. Harry wiedział, że nasz zespół nie może nadal 
istnieć, bo wi szość członków odeszła i musielibyśmy znaleźć now; co nie jest łatwe. Nikt mu 
nie zaprzeczył. Najwyraź: wszyscy odczuwaliśmy to samo. Wszyscy byliśmy t nowani   przez   
to   samo   uczucie   apatii,   spodziewar 
końca. 
O  szóstej rano moi goście zaczęli wychodzić.  Roi wyszedł ostatni. O siódmej musiał być 
przy swoim rze. 
16 stycznia 1942 
Dziś był ostatni dzień oddawania futer. Hitlero dwukrotnie przesuwali termin, bo zdali sobie 
spraw* nikt się nie spieszy do oddania ich. Po drugim prz nięciu terminu zaczęli robić rewizje 
terroryzując li Przez trzy dni przed punktami zbiórki stały długie lejki; ludzie zaczęli wreszcie 
wykonywać rozkaz. Niemcom nie będzie zbyt ciepło w naszych futrach. C nie udało się 
schować albo sprzedać — zostało po i zniszczone. Futra są pełne dziur, a kołnierze z kar łów i 
srebrnych lisów mają wystrzyżone włosy. W mian za oddane futra właściciele dostawali żółte 
św za które trzeba było wnieść specjalną opłatę w wyso dwóch złotych. 
Mówi się, że naziści chcą wykładać futrami buty nierzy, którzy marzną na rosyjskim froncie. 
Ale nie ło im się wywieźć wielu łupów z Warszawy, bo naj\ sze magazyny, które znajdowały 
się poza granicami ; zostały spalone przez działaczy podziemia. 
137 
Są już w sprzedaży różne substytuty mające zastąpić odcięte kołnierze i podpinki. 
Mieszkamy teraz na Chłodnej. Jako rodzina dozorcy zajmujemy dwa małe, ciemne pokoiki. 
Toalety nie ma. Gotujemy na małym żelaznym piecyku. Ściany pokryte są lodem, a gdy 
piecyk zaczyna grzać, lód topi się. 
Ulica Chłodna, ze swą skomplikowaną geografią, przedstawia dziwny widok. Ruch ludzki 
także nie jest tu zwyczajny. Widać tłumy ludzi idące od rogu Żelaznej. Idą do drewnianego 
mostu, który jest wysoki na dwa piętra i łączy chodniki po obu stronach ulicy. Ludzie 
wypełniają most, z którego widać ulicę na jej całej długości. Chodniki są odgrodzone murami 
od jezdni, a między murami, jakby korytarzem, porusza się ludność „aryjska" i tramwaje. W 
połowie ulicy, między dwoma ścianami, stoi kościół Sw. Bororneusza otoczony starymi, 
rozłożystymi lipami. 
Niedaleko naszego domu znajduje się Kapitol getta. Na Chłodnej 20 mieszka prezes 
Czerniakow, pułkownik Szeryński — szef żydowskiej policji i wysocy urzędnicy rozmaitych 
żydowskich instytucji. Firma fotograficzna Baum-Forbert ma ten sam adres i duży portret 
Czernia-kowa wisiał przed domem przez kilka dni. 
Przewodniczący Biura Zaopatrzenia [Zakładu Zaopatrzenia], Gepner, a także komisarze 
policji Lejkin i Czer-wiński też mieszkają na Chłodnej. Komisarz Lejkin zajmuje mieszkanie 
w naszym domu. Przeprowadzili się na Chłodną również Marysia Ajzensztadt — „słowik 
getta" — i właściciel kawiarni Hirschfeld. 
Ludzie zamożni, posiadający środki na przekupienie urzędników z biura mieszkaniowego, 
dostali najlepsze mieszkania na tej ulicy, na której stoi przecież wiele dużych, nowoczesnych 
domów. Chłodna jest w ogóle uwa- 
138 
żana za „arystokratyczną" ulicę getta, tak jak na początku Sienna. 

background image

Dozorcą pod numerem 8 jest inżynier Plonskier, który był poprzednio naszym sąsiadem na 
Siennej. Na naszej ulicy mieszka też wielu lekarzy i niemal na każdej bramie jest tabliczka 
anonsująca lekarza lub dentystę. 
O szóstej rano dozorcy muszą usuwać śnieg z chodników, więc komisarz Lejkin uczy byłych 
adwokatów i profesorów ich nowego zawodu. Często sarn bierze do ręki łopatę czy miotłę i 
daje lekcje biednym intelektualistom, których palce nie przywykły do nowych narzędzi pracy. 
Mój ojciec ciężko pracuje, a my pomagamy mu zmywając klatkę schodową i zamiatając 
podwórze. W naszym domu jest niewielu lokatorów i wpływ z nocnego otwierania drzwi po 
godzinie policyjnej osiąga zaledwie kilka złotych na noc — ułamek tego, co otrzymywaliśmy 
na Siennej. Ale ojciec ma jeszcze inne źródło dochodu. Na podwórzu jest piekarnia 
„Warszawianka". Co noc wozem przywozi się tu przemycaną mąkę i za każdym razem, gdy 
ojciec otwiera bramę, by wpuścić taki transport, otrzymuje pewną sumę pieniędzy; rano 
dostaje dwie małe świeże bułki jako dodatkową premię. 
Jest to akceptowany zwyczaj we wszystkich domach, gdzie znajdują się piekarnie, i wielu 
dozorców otrzymuje nawet stały procent od wartości szmuglowanych worków. Ale mój 
ojciec nie jest jeszcze tak zaawansowany w swojej nowej profesji. 
5 lutego 1942 
Dziś odbyła się skromna uroczystość rozdania nagród laureatom konkursu na plakat 
poświęcony zimowej zbiórce na pomoc społeczną. Zdobyłam pierwszą nagrodę — dwieście 
złotych. Przewodniczący Czerniakow i inżynier 
139 
Jaszuński — dyrektor szkół Gminy — osobiście wręczali pieniądze w kopertach i wygłaszali   
krótkie   mowy do 
laureatów. 
Plakaty, które zdobyły nagrody, są kolorowe i wydrukowanie ich obecnie byłoby bardzo 
kosztowne. Na razie zostaną wywieszone  w sali  zebrań  Gminy,   a mniejsze- ? plakaty 
drukowane w dwóch kolorach   będą   używane podczas akcji pomocy. 
20 lutego 1942 
Mróz zbiera coraz większe żniwo. Coraz więcej zamarzniętych ciał leży na ulicach. Leżą w 
pobliżu bram domów z podkulonymi nogami, zastygli w momencie walki ze śmiercią. To 
straszny widok, od którego włos się jeży na głowie, ale przechodnie są do tego 
przyzwyczajeni. 
Obecnie funt ziemniaków kosztuje dwa złote. Zaledwie1 nieliczni w getcie wciąż jeszcze 
jedzą normalnie: kierownicy publicznych garkuchni, bardzo bogaci i przemytnicy 
żywności. 
Tysiące robotników w getcie zależą od szmuglerów, a ich sytuacja zmienia się zasadniczo z 
dnia na dzień. Jeśli poprzedniej nocy kilka dużych transportów jedzenia i surowców 
przedostało się do getta, różni podziemni robotnicy są zajęci; ale jeśli nastąpiła tak zwana 
„wsypa", czyli gestapo przejęło kilka ładunków zboża, skóry i innych materiałów — 
warsztaty są puste i robotnicy 
zostają głodni. 
Istnieją setki tajnych ręcznych młynów, w których szmuglowane ziarno miele się na mąkę. 
Plewy są także sprzedawane jako specjalny rodzaj mąki na czarne placki. Smakują jak siano. 
Tajne młyny ręczne są ukryte w piwnicach, na strychach i w specjalnie zbudowanych 
ziemiankach. Działają przez całą dobę, ale ściśle przestrzega się ośmiogo- 
140 
dzinnego dnia pracy. Dbają o to działające nielegalnie związki zawodowe, ludzie pracują 
regularnie na trzy zmiany. Praca polegająca na stałym obracaniu korbą młyna jest ciężka, ale 
dobrze płatna. Przeciętnie wprawiony robotnik zarabia dwadzieścia do trzydziestu złotych   
dziennie,  a nocna   zmiana   otrzymuje  50  procent 

background image

premii. 
W tych ręcznych młynach robi się też różne rodzaje kasz. Ostatnio Tadek Szajer, bez wiedzy 
ojca, podjął pracę w takiej fabryce kasz. Sumienie każe mu wykonywać różne pożyteczne 
prace, bo —? jak mi powiedział — nie chce żyć z nieuczciwych dochodów ojca. Dziś 
przyszedł mnie odwiedzić bezpośrednio po pracy i pokazywał palce pokryte odciskami od 
stałego obracania korbą młyna. 
Wydaje mi się, że robi to tylko w celu wywarcia wrażenia na mnie, bo jak dotąd nie 
wyprowadził się z komfortowego mieszkania swego ojca i nie zrezygnował z wystawnych 
posiłków. 
Są też w getcie małe zakłady wytwarzające konserwy rybne; oczywiście z ryb zwanych 
„śmierdziuchami". ?Ostatnio przemytnicy sprowadzili duży ładunek wędzonej flądry. 
Przyprawiona smakuje jak dobry śledź, który •obecnie jest w Polsce nie do dostania. Z tych 
ryb robi się rozmaite pasty do smarowania na chleb zamiast tłuszczów. 
Niektóre sklepy wytwarzają końską kiełbasę — prawdziwe tłuste salami. Ale to bardzo drogi 
produkt i tylko nieliczni mogą sobie nań pozwolić. 
Rozmaite sklepy robią przeróżne cukierki. Żydowscy chemicy w getcie wymyślają nowe 
substytuty cukru i sztuczne syropy, które nadają słodyczom dziwny smak. Skąd oni biorą 
składniki? Często wydaje mi się, że muszą znać tajemnicę manny. Może w dawnych czasach 
również żydowscy  chemicy  wymyślali  różne  syropy  i  aromaty, 
141 
by przyprawić trawę, którą Żydzi jedli na pustyni? W getcie nie ma odpowiednich 
laboratoriów i chemicy robią te cuda w różnych norach i ciemnych piwnicach. Istnieją także 
tajne garbarnie, bo produkcja skóry jest ściśle kontrolowana przez nazistów. Skóra jest 
reglamentowana, a ilość nie wyprawionej skóry przydzielana dla getta przez hitlerowców tak 
mała, że nie zaspokaja nawet ułamka naszych potrzeb. Skórzane buty są potwornie drogie; 
mimo to jednak jest specjalna moda na wysokie oficerki — noszą je ci, którzy mogą sobie na 
to pozwolić. Moda ta obowiązuje zarówno mężczyzn jak i kobiety. Cena pary takich butów 
wynosi około półtora   tysiąca 
złotych. 
Pojawiło się sporo farbiarń. Ze względu na brak materiałów pierze się i farbuje stare ubrania. 
Pod tym względem nasi chemicy też dokazują cudów. Mówi się, że farby robione są z cegieł 
z murów getta. Mądrale powiadają, że niebawem stopniowo cale mury zostaną zużyte przez 
chemików. Krawcy są bardzo zajęci przerabianiem farbowanych ubrań. 
Największe interesy w getcie robią lekarze i apteki. Lekarze pracują w szpitalach i mają 
rozległe praktyki prywatne, ale są bezradni, gdy przychodzi do wypisania recepty. Wiedzą, że 
nawet najniezbędniejszych leków nie można dostać w aptekach getta, bo hitlerowcy 
pozwalają tu dostarczać tylko minimalne ich ilości. Apteki są kontrolowane przez Gminę, a 
zatrudnieni w nich farmaceuci są jej urzędnikami. Ale ta kontrola była niewystarczająca, bo 
dość często biedni ludzie nie mogli zapłacić za swoje recepty. I tu znów wspaniałe   
osiągnięcia mają nasi 
chemicy. 
Tak więc można powiedzieć, że jesteśmy uniezależnieni od świata zewnętrznego. Nie tylko 
przestaliśmy sprowadzać różne artykuły, które nigdy przedtem nie były pro- 
142 
dukowane w getcie, ale nawet zaczęliśmy eksportować niektóre wyroby, jak na przykład 
papierosy, sacharynę, wino i likiery, buty, zegarki, a nawet biżuterię. Wszystkie te dobra 
muszą przejść przez T-ransferstelle, a wysokie opłaty celne wędrują do kieszeni urzędników 
gestapo. Oficjalnie robotnicy żydowscy produkują wyroby dla niemieckiej administracji, 
która zaopatruje ich w surowce, ale faktycznie urzędnicy niemieccy pełnią funkcję dobrze 
opłacanych pośredników między gettem a kupcami po stronie „aryjskiej". 

background image

22 lutego 1942 
Dziś w szkole odbyła się pełna pasji dyskusja o poezji W przerwie Rachela Perelman, jedna 
ze studentek, wyciągnęła z kieszeni egzemplarz podziemnego pisma. Gazetka przedrukowała 
fragment poematu Juliana Tuwima „Kwiaty polskie", który ten wielki polski poeta napisał 
gdzieś na wygnaniu. „Gdzie jest teraz Tuwim?" — zapytał ktoś. „W Anglii albo w Ameryce" 
— odpowiedziała Rachela. 
Wszyscy stłoczyliśmy się wokół małej stroniczki gazety i czytaliśmy strofy napisane przez 
poetę, któregośmy zawsze uwielbiali. Fakt, że wiersz pochodził z wolnego świata, dodatkowo 
nas emocjonował — spodziewaliśmy się, że ten poeta, który jest Żydem, prześle nam słowa 
ukojenia. 
Byliśmy rozczarowani. Wiersz był pełen miłości do Polski, mistrzowskie wersety zawierały 
wzniosłe symbole, ale nie było ani słowa otuchy, której tak bardzo byliśmy spragnieni. 
Dyskusja nad tym wierszem była dość gorąca. Niektórzy z nas krytykowali wielkiego poetę, 
że nie jest tu teraz z nami; inni mówili, że to całe szczęście, że udało mu się uciec i będąc za 
granicą może skutecznie przekazywać 
143 
światu wiedzę o naszym gorzkim losie. „Ale czy on wie o wszystkim, co się dzieje w getcie?" 
— zapytał któryś 
student. 
Starałam się bronić Tuwima, który pochodzi z tego samego miasta, co ja. Pamiętałam go, jak 
przychodził do mego ojca kupować obrazy. „Może on cierpi na wygnaniu, może jego serce 
pełne jest tęsknoty do rodzinnej ziemi" •— powiedziałam. 
Ale moje argumenty przyniosły marny skutek. Młodzi wielbiciele Tuwima oczekiwali od 
ulubionego poety poezji bardziej płomiennej w tych burzliwych czasach. Ale jednak wszyscy 
przyciskali do siebie ten mały skrawek papieru jak relikwię świętą, a niektórzy nawet 
przepisywali po parę wierszy. Ja też zapisałam fragment: 
Więc jak pachniałeś, bzie warszawski, Kiedy, rażąca i nieznośna, Przyszła, ruiny strojąc w 
blaski, Nowej niewoli pierwsza wiosna? 
24 lutego 1942 
Wczoraj przyszła mnie odwiedzić Ewa Pikman ze swoją przyjaciółką, Bolą Rapaport. Prosiły 
mnie o słowa kilku angielskich piosenek, które śpiewałam na scenie. Bolą chce śpiewać W 
kawiarni i musi przygotować sobie repertuar. Obiecałam przygotować jej program. Jest 
uroczą dziewiętnastolatką, typowo południowej urody. Po chwili rozmowy odkryłam, że jej 
ojciec także jest obywatelem amerykańskim i aktualnie przebywa w obozie dla internowanych 
w Laufen — w Niemczech. Powiedziała, że kobiety także wkrótce zostaną internowane. 
Muszę przekonać moją mamę, żeby zgłosiła na gestapo, że jest wrogim aliantem. Może 
będziemy internowani wraz z nią jako jej rodzina. Chodzą słuchy, że więźnio- 
144 
wie cywilni i jeńcy wojenni będą wkrótce w Ostatnio gettem wstrząsnęła sensacyjna \ 
Pułkownik Szeryński został aresztowany po str< skiej" podczas próby przemycenia futer na 
spr raz jest w więzieniu i nikt nie wie, co się z r 
21 lutego 1942 
Romek jest teraz zatrudniony przy budów więzienia na Gęsiej — żydowska dzielnica W2 
więc o kolejny gmach publiczny. Ciekawa jes za kryminaliści będą tam osadzani. Czy będą 
porywający paczki na ulicy, żeby zaspokoić głodujący jęczący ludzie, którzy leżą blisko mu 
że ci, którzy przekraczają granice getta w pos pracy? Niemcy nałożyli karę śmierci za opuszc: 
i ostatnio kilka osób zastrzelono za to przestę nikt się tym nie przejmuje — lepiej zostać zas 
niż umrzeć z głodu. 
Na prowincji zakładają zamknięte dzielnice nawet w małych miasteczkach. Mimo to wi< 
opuszcza Warszawę i przenosi się do małych m gólnie w okolicy Lublina, bo tam jest tańsz< 

background image

Jednocześnie do Polski przyjeżdżają duże tran dów z Niemiec, Austrii i Czechosłowacji. Urr 
ich w gettach, gdzie z pewnością umrą z głoc Ostatnio duża liczba Żydów z zagranicy został 
zioną do Łodzi. Przewodniczący Łódzkiej E szych, osiemdziesięcioletni mężczyzna Rumko 
przeciwieństwie do naszego nieugiętego przev go Czerniakowa — jest swobodnie kierowany 
zistów i traktuje mieszkańców getta jak swo nych. 
Rumkowski był ostatnio w Warszawie.  Wi na ulicy Leszno spacerującego z jakimś wysos 
145 
nikiem Gminy. Jest siwy, ale dobrze zakonserwowany i ma sprężysty chód. Na rękawie nosi 
żółtą opaskę z napisem po niemiecku: „Prezes Gminy Żydowskiej Łodzi". Wszystkie 
wiadomości, jakie otrzymujemy z mego rodzinnego miasta za pośrednictwem poczty, 
zaczynają się od słów: „Przewodniczący Rumkowski informuje was, że rodzina taka-a-taka 
żyje i jest zdrowa". Wszelka inna , korespondencja jest zabroniona. 
Przy bramach getta strzelanina zdarza się teraz coraz częściej.  Najczęściej   jest   
wywoływana   przez   jakiegoś strażnika,  który  chce  się  rozerwać.  Każdego dnia,  gdy idę 
do szkoły, nie jestem pewna, czy wrócę do domu żywa. Muszę przejść obok dwóch 
najbardziej niebezpiecznych posterunków żandarmerii: na rogu Żelaznej i Chłodnej blisko 
mostu i na rogu Krochmalnej i Grzybowskiej. Na tym drugim posterunku  zwykle stoi 
żandarm przezywany „Frankenstein"  ze względu na  jego nieustanne okrucieństwo. 
Najwyraźniej żołnierz ten nie może spać spokojnie, jeśli nie zaliczy na swoje konto   kilku   
ofiar w ciągu dnia; jest prawdziwym sadystą. Kiedy widzę go z daleka, wstrząsa mną dreszcz. 
Wygląda jak małpa: mały i krępy, z ciemną wykrzywioną twarzą. Dziś rano idąc do szkoły, 
gdy zbliżyłam się do rogu Krochmalnej i Grzybowskiej, zobaczyłam jego znajomą sylwetkę; 
torturował jakiegoś rikszarza, którego pojazd przejechał o cal bliżej bramy, niż zezwalają 
przepisy. Nieszczęsny człowiek leżał na krawężniku w kałuży krwi.  Żółtawa   ciecz   płynęła 
z jego ust na chodnik. Po chwili zdałam sobie sprawę, że był już martwy. Kolejna ofiara   
niemieckiego   sadysty. Krew była tak potwornie czerwona; ten widok wstrząsnął mną do 
głębi. 
Rozdział X OKRUTNA WIOSNA 
30 marca 1942 
Robi się coraz cieplej. Wczoraj, po długie okropnego zimna, wreszcie nadeszła wiosi nasze 
podwórze nie jest pokryte asfaltem, skopali je robiąc mały ogródek. Nasiona, ktć w Toporolu, 
są już zasiane. Malutkie, ziel« rzodkiewki jako pierwsze wyjrzały z czarni sialiśmy też 
cebulę, marchewkę, rzepę i in Mamy nawet trochę kwiatów. A na począ posadzimy pomidory 
i słoneczniki. 
Kilka dni temu przybył do Warszawy trai z Gdańska. Widziałam, jak ich wprowadzę Same 
kobiety i dzieci. Deportowani nieśli el lizki i byli ubrani o wiele lepiej niż nasi lu< mężczyźni 
z tego transportu zostali wysłań obozu pracy w Treblince, najgorszego na 1 ralnej Guberni. 
Władze niemieckie obieca żonom i matkom, że ich mężczyźni wrócą ] siącach pracy w 
obozie. O Treblince krą: sprawdzone wieści. Mówi się, że robotnicy r w barakach otoczonych 
poczwórnym drute: i kablem pod napięciem elektrycznym. Di brat przyjaciółki mojej matki, 
dostał prop< stanowiska naczelnego lekarza Treblinki; : względu na  swoją okropną sytuację 
matę] 
147 
natychmiast wypłaciła jego rodzinie 5 000 złotych. To musi być bardzo ciężka praca, skoro 
płacą za nią tak dużo. 
Rutka odwiedza nas już dość często. Wygląda dużo lepiej i z każdym dniem jest zdrowsza. 
Ale jej piękne srebrnoblond włosy zostały zgolone. Nosi perukę z własnych loków, która 
świetnie imituje jej zwykłą fryzurę. Rutka jest zawsze pogodna. Jej oczy płoną entuzjazmem, 
gdy opowiada o nauce, którą znów podjęła po długiej chorobie. Uczęszcza do tajnego, 
prywatnego gimnazjum, którego głównym profesorem i organizatorem jest profesor 

background image

Taubenszlak. Rutka lubi się uczyć, jest bardzo zdolna. Jako nieodłączna przyjaciółka mojej 
siostry, Anny, razem z nią chodzi na lekcje angielskiego. 
Za pośrednictwem Rutki dostaję codziennie listy od Tadka Szajera. Pracuje teraz bardzo 
ciężko. Powiedziałam mu, że nie chcę go więcej widzieć, bo rozmowa z nim denerwuje mnie. 
Prosił, żebym mu pozwoliła przynajmniej pisać. Ponieważ mieszka blisko Rutki, daje jej 
swoje listy. Napisane są na szarym papierze i z każdego słowa wionie szary smutek. Pisze, że 
tęskni za mną i myśli o mnie całymi dniami; że ciężko pracuje, a jego puste wieczory są tak 
beznadziejne... że jest samotny i czeka tylko na chwilę, w której znów mnie zobaczy. Opisuje 
wszystkie swoje smutki i troski; całe jego życie jest na tych szarych kartkach papieru. 
Romek pracuje jak dawniej. Teraz wygląda o wiele lepiej, nabrał trochę pewności siebie, 
może dlatego, że ma wyższe zarobki — zarabia około trzydziestu złotych dziennie, czasem 
więcej i dwa bochenki chleba jako dodatek. Ma lepszą pracę, ale bardziej niebezpieczną. 
Kieruje większą grupą robotników, a więc ma i większą odpowiedzialność za wykonanie 
pracy. Opowiada, że na każdym kroku Niemcy straszą, że go zastrzelą — bez po- 
148 
wodu. Ostatnio żandarm zastrzelił robotnika na oczach za to, że znaleziono u niego w 
kieszeni ka1 masła. Romek ma żelazne nerwy. Praca w takich w kach jest straszna, stale 
zagraża mu śmierć, a je wygląda dużo lepiej. Może dlatego, że pogoda zrobi nagle tak 
łagodna, jakby to nie był marzec, tylko A jego ręce, przemarznięte zimą, teraz mają tylkc 
liczne ślady odmrożenia. 
Niespodziewanie wizytę złożyli mi Harry i Anka zwykle przytuleni do siebie, pełni miłości. 
Zauwai obrączki na ich rękach. ,,A więc wzięliście ślub nie wiąc mi ani słowa?" — 
zapytałam. „Nie, to są : obrączki zaręczynowe" — powiedział Harry z prom twarzą. „Rabin 
odmawia udzielenia nam ślubu, bo nie ma jeszcze tylu lat, co trzeba, i musiałaby mieć ; 
rodziców... a jej rodzice są przeciwni" — dokończył z ką niezadowolenia. „Ale to nie ma 
znaczenia — p< działa Anka ze śmiechem. — I tak jesteśmy małżeńst Nie potrzebujemy 
świadków. Żaden rabin nigdy ni< dzie w stanie w żadnym dokumencie opisać związki 
silnego, jak ten, który teraz łączy nas na zawsze!". 
Zazdroszczę im. Może lepiej jest tak. Nie myślą o ogólnej sytuacji w getcie. Nie są tak 
przygnębień reszta. Poświęcają więcej uwagi własnemu życiu. '. tak właśnie powinno być? 
Wiadomości polityczne są lepsze. Od porażki pod Li gradem Niemcy wydają się w większej  
defensywie przedtem. Ale końca jeszcze nie widać, a droga do cięstwa jest trudna. 
14 kwietnia 1942 
Dziś rano o szóstej Bolą Rapaport wraz z matką i d ma siostrami została internowana w 
więzieniu na wiaku.  Niemiecki  samochód  zatrzymywał  się  przy 
149 
mach, w których mieszkali amerykańscy obywatele wciąż jeszcze pozostający w getcie, i 
zbierał wszystkie kobiety. Tylko pan Raków —  obywatel amerykański — został w domu z 
żoną i dwójką dzieci, bo jest ciężko chory. Myślałam, że moja mama też może być wzięta w 
każdej chwili, ale jakoś nikt po nią nie przyszedł. Jest to dość naturalne; jak można ją znaleźć 
po przeprowadzce z Siennej,  skoro nie zgłosiła nowego adresu?  Musi pójść na gestapo; to 
może uratować nas wszystkich; może internują całą rodzinę. 
15 kwietnia 1942 
Dziś dostaliśmy cudowny list od wujka Percy, który tydzień temu wyjechał do Zaklikowa 
Lubelskiego. Pisze, że dojechał na miejsce, ale droga była długa i niebezpieczna i że opuścił 
Lublin w samą porę. Co mógł mieć na myśli, można się domyślać na podstawie wiadomości, 
jakie przywiózł niedawno bliski krewny pani Minc. Opowiedział jej szczegóły masakry w 
Lublinie, podczas której stracił żonę i dwoje dzieci. Oto jego opowieść: „Niemcy kazali 
Żydom opuścić domy i zebrać się na placu. Większość nie wykonała rozkazu i zaczęła kryć 
się w piwnicach   i   na   strychach.   Niektórzy   zabarykadowali   się w  mieszkaniach.  Silne  

background image

oddziały  strzelców  wyborowych zaczęły strzelać z okna, a każdy, kto wyszedł na ulicę, 
został zastrzelony na miejscu. Małe dzieci zabijano strzałem  z  pistoletu;  niektórzy  ludzie  
byli torturowani  do utraty przytomności. Wymordowano około połowy mieszkańców getta, a 
dużą ilość wywieziono w nieznanym kierunku. Z czterdziestu tysięcy. ludzi zostało około 
dwóch tysięcy. Te dwa tysiące zostały zabrane do obozu na Majdanku koło Lublina.  Do  dziś  
ulice  Lublina  są  zalane krwią, a ofiar jeszcze nie zabrano. Domy pełne są trupów."                                                                     
- '??'?" ?     :'^i -rj 
150 
Ten krewny, naoczny świadek masakry, schows w domu, który naziści przeoczyli, dlatego 
udało rr uciec. Przez całą noc przedzierał się poprzez ogroc z kolczastego drutu i wreszcie 
dzięki ogromnemu : ściu udało mu się wydostać. 
Wszystko to  brzmi potwornie  i  po  prostu  nie w to uwierzyć. Zabić tylu ludzi w tak okrutny 
sp Pewnie dlatego Percy musiał przerwać podróż. Jakż siał cierpieć widząc tę tragedię! Jakim 
cudem się 
wał? 
Ostatnio po getcie krążą najdziwniejsze plotki. I dają, że wszyscy Żydzi zostaną osiedleni w 
Arafc gdzieś blisko niej. Nie wiem, co to ma znaczyć? C nator Frank był ostatnio dość 
łagodny w swoich tach. Godzina policyjna zaczyna się później, a ]S zdają się planować 
utworzenie w Warszawie reguł; warsztatów, które zapewnią stałą pracę Żydom. . wydaje się 
przeczyć informacjom*o masowej depi 
„Warschauer Zeitung", oficjalna gazeta niemi( zyczna wydawana w Warszawie, pisze, że 
wreszc dzi stali się pożyteczni, a produkcja getta przyd niemieckiej armii. Od dłuższego czasu 
nie słyszyn ganów w rodzaju: „Żydzi muszą zniknąć z Europy' cała niemiecka prasa 
wypisywała przez miniony n raz jest spokój. A może to cisza przed burzą? O < dziło z tym 
pogromem Lublina? 
17 kwietnia 1942 
Prawie popadłam w histerię. Dziś na krótkc szóstą wpadł do naszego mieszkania kapitan 
polici i powiedział: „Proszę być przygotowanym na w; o ósmej ma się zacząć pogrom." Po 
czym wybi żadnych dalszych wyjaśnień. Całe getto ogarnęła Ludzie w pośpiechu zamykali 
sklepy. Mówi się, 
151 
cjalne Vernichtungskommando (oddział destrukcyjny), to samo, które dokonało pogromu 
lubelskiego, przyjechało do Warszawy, by teraz tu przeprowadzić masakrę. Słyszy się też, że 
teraz posterunki w getcie przejmą Ukraińcy i Litwini, bo Niemcy pójdą na rosyjski front. 
W Biurze Zaopatrzenia wszystkich pracowników wysłano o szóstej do domu i powiedziano 
im, by dotarli do domów tak szybko, jak to tylko możliwe. Mama pospiesznie zapakowała w 
kosz trochę jedzenia i poszła z ojcem szukać bezpiecznej kryjówki w piwnicy. Byłam 
przerażona i nie mogłam opanować drżenia. Każda minuta wydawała się długa jak wiek cały. 
Mijały godziny — siódma, ósma, dziewiąta... Teraz jest jedenasta; w mieście panuje martwa 
cisza. 
Kilka minut temu ktoś zastukał w bramę. Byliśmy pewni, że to Niemcy. Mój ojciec otworzył. 
Był to goniec z żydowskiej komendy policji, który przyszedł wezwać kapitana Hertza, aby * 
zameldował się natychmiast na Ogrodowej. Musiało się zdarzyć coś naprawdę poważnego, 
skoro poszukują go tak późno w nocy. 
Powoli mijają godziny. Z ulicy nie dochodzi najcichszy nawet dźwięk. Wszyscy jesteśmy 
ubrani, gotowi biec do naszej kryjówki w jednej chwili. Straszne jest żyć w ciągłym napięciu. 
28 kwietnia 1942 
Cyfra siedem, wydaje się, ma magiczny wpływ na moje życie. Zawsze coś nagłego i 
nieoczekiwanego wydarza się w dniach, których daty zawierają siódemkę, szczególnie jeśli 
nie pamiętam o tym. Od siedemnastego dnia tego miesiąca getto żyje w nieustającym 

background image

przerażeniu. W nocy z siedemnastego na osiemnasty zabito pięćdziesiąt dwie osoby — w 
większości byli to piekarze i szmuglerzy. Wszyscy piekarze są przerażeni. Epstein i Wagner, 
wła- 
152 
ściciele piekarni na naszym podwórzu, nie nocują w swe ich mieszkaniach. Niemcy 
przychodzą do różnych domó' z przygotowaną listą nazwisk i adresów. Jeśli nie zastar osoby, 
której szukają, biorą zamiast niej innego człont rodziny, prowadzą go parę kroków przed 
domem, grzec: nie puszczają przodem, po czym strzelają mu w piec Następnego ranka 
znajduje się tych ludzi martwych, 1 żących na ulicy. Jeśli dozorcy nie uda się otworzyć br my 
tak szybko, jak sobie tego życzą, zostaje zastrzeloi na miejscu. Jeśli bramę otwiera członek 
rodziny dozc cy, spotyka go ten sam los, a później zabijany jest tak 
sam dozorca. 
Wczoraj poszłam zobaczyć się z Ewą Pikman, siedzit u niej Bronka, Irka i Rena z ponurymi 
twarzami. E także syn gospodyni Ewy, Zycho Rozensztajn. Zycho y policjantem. 
Opowiedział nam makabryczne historie przez kilka nocy pod rząd był zmuszony być przy 
egzeł* cjach, bo niemieccy oficerowie żądają, by żydowscy p( cjanci brali udział w ich 
zbrodniach. Zwykle patrol z żony z dwóch czy trzech niemieckich oficerów przycho do   
siedziby  żydowskiej   policji  z  listą  nazwisk  i k przydzielić sobie jednego żydowskiego 
policjanta o w szej randze i jednego zwykłego. Potem rozkazują, by zwykły policjant 
prowadził ich pod wskazany adres. Zycho siedział głęboko w fotelu; reszta nas zajmow łóżko 
polowe.  Był blady  i  drżał;  kilka nieprzespan nocy pozostawiło na nim swój ślad. „Jeśli 
znów pr: dzie moja kolej, żeby iść na takie egzekucje — po^ dział — nie pójdę nawet gdyby 
mnie mieli zabić, szłej nocy, po  godzinie  pierwszej, kiedy  skończyli z wszystkimi ofiarami, 
kazali mi iść przodem; byłem z wiony,  dlaczego  mnie nie zwalniają, i pomyślałem pewnie 
nadeszła moja ostatnia chwila. Zacząłem od dzić od nich. Czułem, jak mi się nogi plączą. 
Dlaczegc 
153 
strzelają? Nagle usłyszałem ich głośny śmiech. Ich głosy brzmiały szaleńczo na ciemnej, 
pustej ulicy. Kiedy byłem już poza zasięgiem ich karabinów, zacząłem biec... biegłem jak 
wiatr, jakby mnie gonili. Wróciłem do domu niemal nieprzytomny. Matka zapytała mnie, co 
sią stało, ale nie miałem serca opowiadać jej, w jakim celu musiałem iść na nocny patrol 
między dziesiątą a drugą w nocy." 
Ewa miała łzy w oczach. Irka powtarzała wciąż: „Nie, to niemożliwe, niemożliwe". Rena 
przez chwilę milczała, a potem szepnęła: „Tak bardzo chcę żyć". Ewa powiedziała: 
„Zobaczysz, Mary, będziesz internowana, jak Bolą, i uratujesz się, ale my wszyscy jesteśmy 
zgubieni." Rzeczywiście kilkoro z nas dostało listy od Boli Rapaport. Jest internowana w 
Liebenau nad jeziorem Constance i czuje się dobrze. Jesteśmy zadowoleni, że choć jedno z 
nas jest już bezpieczne. Jakże jej zazdroszczę! Jak bardzo chcę się wyrwać z tego piekła... Nie 
mam już siły. 
Wygląda na to, że można przekupić Niemców, żeby internowali całe rodziny. Oczywiście 
trzeba mieć jakiś dokument, że choć jeden członek rodziny jest obywatelem obcego państwa. 
Pod tym względem mama ma szczęście, bo jest Amerykanką z prawdziwego zdarzenia, ale 
status mojego ojca, siostry i mój jest wątpliwy. Mama przeprowadziła wywiad w różnych 
miejscach. Jest pewien Erlich, gestapowiec, który zajmuje się tymi sprawami. Będziemy 
musieli pójść do niego. Może my też będziemy internowani. Wygląda na to, że po pierwszych 
interno-waniach tylko nieliczni obywatele amerykańscy zostali w getcie, prawdopodobnie 
tylko ci, którzy się ukrywali, jak moja mama. 
Minionej nocy zabito kolejne sześćdziesiąt osób. Byli członkami podziemia, większość z nich 
to zamożni ludzie, którzy finansowali podziemną prasę. Zabito także wielu drukarzy 
podejrzanych o pomaganie w drukowaniu 

background image

154 
tajnych publikacji. I znów rankiem na ulicach leżały trupy. Jedną z ofiar był bogaty piekarz 
Blajman, główny opiekun nielegalnej gazety. Także jego bracia zostali skazani na śmierć, ale 
udało im się uciec i teraz ukrywają się. W naszym ogródku wszystko jest zielone. Rośnie 
młoda cebula. Zjedliśmy pierwsze rzodkiewki. Krzaczki pomidorów dumnie sterczą w słońcu. 
Pogoda jest wspaniała. Zieleń i słońce przypominają nam o pięknie przyrody, którą nie wolno 
nam się cieszyć. Taki mały ogródeczek jak nasz jest nam bardzo drogi. Wiosna w tym roku 
niezwykła. Mały krzew bzu rosnący pod naszym oknem przepięknie kwitnie. 
4 maja 1942 
Po stronie „aryjskiej" ludność świętowała 1 maja i 3 maja poprzez kompletny bojkot 
nazistów. W tych dniach ludzie unikali jazdy tramwajami i kupowania gazet, bo pieniądze te 
idą prosto do niemieckiej kieszeni. Ktoś położył wiązankę kwiatów na Grobie Nieznanego 
Żołnierza. Ludzie celowo zostali w domu i w mieście panowała martwa cisza. W getcie też 
nastrój był inny. Mimo że wielu Polaków zarażonych antysemityzmem nie przyznaje, że ich 
bracia wyznania judajskiego są ich współobywatelami, Żydzi — wbrew nieludzkiemu 
traktowaniu, jakiemu są poddani — okazują swój patriotyzm w każdy możliwy sposób. 
Ostatnio wiele mówiło się o oddziałach partyzanckich walczących w lasach pod Lublinem; w 
tych oddziałach jest wielu Żydów, którzy walczą jak wszyscy inni o wspólny cel. A jednak 
polscy antysemici powiadają: „To dobra sprawa, niech Żydzi siedzą za swoimi murami. 
Wreszcie w Polsce nie będzie Żydów." 
Jednym z częstych gości jest u nas pan Przygoda, zastępca administratora Chaskelberga. „Jak 
tylko na coś się 
155 
będzie zanosić — mówi zawsze — skoczę przez mur. I mam takie przeczucie, że wkrótce 
będę zabijał Niemców tuzinami." Wiem, że należy do jednej z nielegalnych partii. Jurek 
Leder, mój bliski kolega, który teraz pracuje w żydowskiej policji, jest także żarliwym 
polskim patriotą. „Gdybym tylko mógł się stąd wydostać i przyłączyć do partyzantów! — 
powiada. — Przynajmniej mógłbym wtedy walczyć za Polskę. Kocham mój kraj i nawet żeby 
stu antysemitów próbowało mnie przekonać, że nie jestem Polakiem, dowiodę im — jeśli nie 
słowem, to pięścią". Ojciec Ledera jest kapitanem armii polskiej obecnie internowanym w 
Rosji. 
Wielu jest takich Żydów, którzy z radością poświęciliby życie dla Polski, a teraz działają w 
podziemnym ruchu oporu. Wielu jest też takich, którzy zaciskają zęby, nie mówią ani słowa i 
czerwienią się ze wstydu, z upokorzenia, gdy — jak to się czasem zdarza — Polak wrzuci 
kamień przez mur. Ostatnio na Chłodnej Polacy jadący ciężarówką ciskali przez mur w szyby 
wystawowe i okna prywatnych mieszkań kamieniami krzycząc dziko i triumfalnie. 
Niektórzy Żydzi wstydzą się przyznać, że uważają Polskę za kraj ojczysty .— choć kochają ją 
— bo pamiętają, jak często ich polscy współobywatele mówili do nich: „Wracaj do Palestyny, 
Żydzie", albo jak na uniwersytecie żydowscy studenci byli zmuszani do siedzenia w ław-
kach-gettach ,i często byli napadani przez studentów gojów tylko za ich wiarę. Faktem jest, że 
wielu gojów w Warszawie jest zarażonych propagandą Hitlera. Naturalnie są także ludzie, 
którzy widzą, że ta droga jest błędna, ale boją się cokolwiek powiedzieć, bo zaraz byliby 
oskarżeni, że mieli dziadka Żyda albo babkę Żydówkę, albo nawet, że zostali przekupieni 
przez Żydów. Tylko nieliczni — a są to członkowie partii politycznych re- 
156 
prezentujących klasy pracujące — mówią o tym otwarcie i ci właśnie w większości walczą w 
oddziałach partyzanckich. Gdyby wszyscy „aryjscy" Polacy zebrali si< i spróbowali pomóc 
Żydom w getcie — mogliby zrobii bardzo wiele. Na przykład mogliby zdobyć „aryjskie" do 
kumenty dla wielu Żydów, ukryć ich w swoich domach ułatwić im ucieczkę przez mury i tym 
podobne. Ale na turalnie łatwiej jest wrzucać do getta kamienie... 

background image

6 maja 1942 
Wbrew szalejącemu terrorowi Gmina otworzyła kilk powszechnych szkół elementarnych dla 
siedmiolatkóv Nauka odbywa się w języku jidysz. Gmina dostarcz także podręczniki, które 
trudno teraz dostać. W progn mie jest również zabawa po lekcjach pod okiem nauczj cieli. 
Bardzo miło jest patrzeć na dzieci trzymające s za ręce i dumnie idące na spacer ze swym 
nauczycieler 
Wczoraj profesor Greiffenberg zabrał wszystkich sw 
ich studentów z naszej szkoły do małego parku naprz 
ciwko budynku Gminy. Ten park znajduje się w mie 
scu zbombardowanego domu, gdzie ogrodnicy z Toporo 
posiali trawę  i kwiaty.  Dziś  jest  tam  zielono.  Żydo>\ 
scy rzemieślnicy postawili ławki, huśtawki itp.  Uczni 
wie naszej szkoły poszli tam malować zwierzęta na je 
nej ze ścian pozostałych po zrujnowanym domu. Wszy; 
ko to robi się, żeby dać dzieciom w getcie poczucie w< 
ności. Inauguracja parku odbyła się dziś, był obecny pi 
zes Gminy Czerniakow i inni wysocy urzędnicy. Na ti 
wie  ustawiono długie  stoły,  a na nich leżały małe  1 
rebki z cukierkami z melasy robionymi w getcie. Każ 
dziecko   dostało   mały   upominek   i   torebkę   cukierkć 
W  powietrzu  rozbrzmiewały  radosne   okrzyki  i  wesi 
piosenki śpiewane chóralnie. Uśmiechnięte, różowe bu 
157 
dzieci były chyba najlepszą nagrodą dla tych, którzy stworzyli tę maleńką cząstkę wolności 
dla małych więźniów getta. 
7 maja 1942 : .    ?: 
Abie,. brat mojej mamy pracujący w policji, miał ostatnio przygodę, która omal nie 
kosztowała go życie. Parę dni temu został wysłany na nocny patrol na Krochmalną, gdzie 
odbywa się większość przemytu. Jego zadaniem było obserwowanie części ulicy i pilnowanie, 
żeby żaden szmugler tamtędy nie przeszedł. Ale co mógł zrobić widząc kilku żydowskich 
przemytników, jak próbowali przerzucić przez mur parę worków z mąką i inną żywnością? 
Te worki oznaczały, że getto będzie miało trochę więcej żywności, a jemu wpadnie kawałek 
chleba. Abie-mu nie powodzi się dobrze i bochenek chleba czy funt mąki mogłyby się 
przydać. Szmuglerzy chętnie dają żydowskim policjantom parę złotych albo coś do jedzenia 
za „przymknięcie oczu" albo ostrzeżenie przed zbliżającymi się żandarmami. Abie właśnie 
myślał, co by sobie zjadł następnego dnia, gdy jeden z przemytników zaproponował mu 
trochę pieniędzy. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie pojawił się nagle patrol złożony z 
dwóch niemieckich żandarmów. W ciemności nie wiedzieli dokładnie, co się dzieje, ale 
zrozumieli tyle, że działają tu przemytnicy, i otworzyli ogień. Szmuglerów zabili, a Abie 
ratował się ucieczką. Niemcy zauważyli jego policyjną czapkę i opaskę i zaczęli go ścigać. 
Udało mu się wpaść w pasaż prowadzący na nieparzystą stronę Chłodnej; pod siedemnastym 
jest tam posterunek żydowskiej policji. Zaledwie zdążył ostrzec nocną zmianę, że jeśli 
przyjdą Niemcy, trzeba im powiedzieć, że tej nocy nie wysyłano nikogo  na  ten  odcinek  
Krochmalnej,  gdy  weszli   jego 
158 
prześladowcy. Nikt nie wydał Abiego i niczego się nie dowiedziawszy. Abie jeszc snął z 
szoku po tej przygodzie. 
Wygląda na to, że wybiła ostatnia god skich zdrajców w getcie. Minionej nocy konało 
egzekucję na jawnym kolaboranc kumplu Andersie — jednego z nich zabit kaniu, a drugiego 
na ulicy. Jurek Ja-\ przyjaciel Milka, został uwięziony na Pa\ 

background image

Zaczynają się upały i często zamiast iś rę koc, poduszkę i idę na dach naszego c Jest to 
szeroko stosowana praktyka v z płaskimi dachami zostały zamienione w 
Na Chłodnej 20 opłata za wejście na 1 wynosi jeden złoty i pięćdziesiąt groszj chłodne napoje 
i widok z lotu ptaka m naszym własnym dachu zawsze jestem leżeć tu w słońcu, mogę sobie 
patrzeć m rami. Białe wieże kościoła są bardzo blisl narami lip, i zapach tych cudownych d: 
na mój dach. Dalej są prywatne domy przez Niemców jako koszary. Powietrze i myślę sobie o 
szerokim świecie, dalekie] ności. 
Rozdział XI NIEMCY ROBIĄ ZDJĘCIA 
8 maja 1942 
Niemcy zdecydowali się zrobić film o życiu w getcie. Dziś wcześnie rano ustawili wielką 
kamerę przed domem na Chłodnej 20 i robili zdjęcia ulicy. Później weszli do jednego z 
najelegantszych mieszkań i kazali nakryć stół w salonie. Z najbliższej restauracji 
zarekwirowali najokazalsze półmiski z mięsem, ciastami i owocami — najprawdopodobniej 
jedynymi owocami, jakie można dostać w getcie. Łapali najlepiej ubranych przechodniów — 
mężczyzn i kobiety — i kazali im usiąść przy stole, jeść, pić i rozmawiać, po czym zaczęli 
kręcić swój niezwykły film. Czy będą go pokazywać w Berlinie, żeby dowieść, że ludność w 
getcie ma wszystkiego pod dostatkiem, a nawet produkty żywnościowe, których w 
Niemczech dostać nie można? 
Gdy przyszłam do szkoły, zastałam wszystkich profesorów i uczniów stojących przy oknach. 
W budynku Gminy naprzeciwko był niezwykły ruch. Tu także robiono zdjęcia. W różnych 
częściach budynku ustawiono silne punktowce, a na ziemi leżały różne długie druty i 
przewody elektryczne. Kamery na szynach jeździły we wszystkich kierunkach wraz z 
operatorami, otoczone tłu-imem urzędników i petentów, którzy akurat byli w budynku. 
Zobaczyłam Niemca, który ustawiał grupę ludzi z prezesem Czerniakowem w środku wraz z 
najwyższy- 
160 
mi urzędnikami Gminy. Później z jakiegoś powo< scy zostali stłoczeni w holu i kazano im 
uklęknę wiście nie będą fotografowane ani trupy na uli< dzieci w agonii z głodu. 
Z pewnością Niemcy czynią jakieś niezwykłe propagandowe. Ostatnio zmienił się nieco ton 
ic nikatów wojennych; mówią o „czasowym wycof; z kilku rosyjskich miejscowości. Ci, 
którzy potr; tać między wierszami tych komunikatów, są po 
Noce w getcie są gorące i wilgotne. W naszy nym   ogródku   pachną   bzy,   więc   po   
zachodzi* wszyscy lokatorzy siedzą na podwórzu. Każdy swoje krzesło, ale moim ulubionym 
miejscem je niany trzepak. Czasem śpiewam w nocy i o dz: z lokatorów nie oponuje, 
najwyraźniej dlatego, zapomnieć o swoich troskach. 
Kapitan Hertz, który często siaduje z nami na rzu, jest bardzo pesymistyczny i w dodatku zaw 
wiada makabryczne historie. Dziś opowiadał o ] cie zastrzelonym „w sprawie truskawek". 
Ten ] siedział na wozie z sianem wjeżdżającym do get darm niemiecki zapytał go, czy wóz 
zawiera coś Policjant udał, że nie rozumie. Żandarm kazał zatrzymać się i podniósł siano. 
Znalazł ukryte i dem truskawki. Woźnica i policjant zostali za; na miejscu. 
Hertz powiada, że wkrótce wszystko się i wszyscy zostaniemy zabici. Ale większość osó że w 
Warszawie niemożliwy byłby pogrom t w Lublinie, bo tu mieszka za dużo ludzi. Według 
nych danych w getcie jest 450 tysięcy mieszkań* obecnie jest ich o wiele więcej, bo te dane 
nie v niają nie rejestrowanych uciekinierów z prowi: transportów Żydów z Niemiec, 
Czechosłowacji i 
161 
ii — i 
Ocenia się, że w sumie jest około pół miliona ludzi w getcie. Ekstreminować taką liczbę ludzi 
wydaje się niemożliwym, niewyobrażalnym. Choć jeśli obecne mordy nocne będą 
kontynuowane, całkiem możliwe, że połowa ludności getta zginie przed końcem wojny. 

background image

Ostatnio nie widuję moich przyjaciół tak często, jak przedtem, z wyjątkiem Ewy Pikman, 
która mieszka za rogiem. Niebezpiecznie jest teraz robić długie spacery w getcie. Życie 
jednak toczy się zwykłym nurtem. Sklepy są otwarte, choć można dostać bardzo mało 
żywności. Jak zwykle otwarte są też teatry i grane dobre sztuki. Gmina zbiera codziennie 
nowe opłaty i datki. 
17 maja 1942 
Parę dni temu garstka ludzi z łódzkiego getta dotarła do Warszawy za pośrednictwem „kohn-
hellera". Musieli zapłacić 20 000 złotych od osoby. Wczoraj około czwartej stałam sama w 
naszej ciemnej kuchni zmywając naczynia. Nagle ktoś wsunął głowę przez okno pytając, czy 
to mieszkanie dozorcy. Po czym wykrzyknął zmienionym głosem: „Mary!" Gdy otworzyłam 
drzwi dziwnemu gościowi, okazało się, że jest to Heniek Zylber. Zmienił się prawie nie do 
poznania. Jego bladozielonkawa twarz świadczyła o tym, że przez wiele miesięcy cierpiał 
głód. Wyglądał bardziej jak kościotrup niż jak człowiek, a elegancki garnitur wydawał się nie 
na miejscu. Byłam zaskoczona, że był w stanie wydostać się z Łodzi. Od początku wojny 
zawsze spotykałam Heńka w niezwykłych okolicznościach. Oto, co mi powiedział o 
tragicznym losie mego rodzinnego miasta. 
Łódź została zniszczona przez gruźlicę, a z powodu całkowitego braku lekarstw tylko 
nieliczni będą mogli żyć jeszcze trochę dłużej. Nie ma żywności; funt obierzyn z kartofli 
kosztuje osiem marek.  Racja chleba wynosi 
162 
około trzy uncje na osobę dziennie, akurat tyle, ile ba, by nabrać apetytu. Nie ma czarnego 
rynku i ni< prywatnie  gotowanego  jedzenia.   W każdym  bloku dziennie  gotuje  się  
wspólny garnek  zupy,  ale  ta niewiele różni się od wody. Niektóre rodziny mają ogródki na 
podwórkach, ale zbiory są praktycznie : we, bo nikt nie ma siły uprawiać tych ogródków. Li 
na ulicach wyglądają jak cienie. Jest powszechny wiązek pracy. W warsztatach założonych 
przez Nierr zatrudniono 150 000 osób, które są niedożywione i pra w   niesaniowicie   złych   
warunkach.   Niemcy   wyma konkretnej   normy   produkcji,   która   musi   być   got w 
określonym czasie, w przeciwnym razie wymierzają rowe kary. Ludzie umierają często z 
powodu skrajr wyczerpania. Nikt nie usuwa trupów z mieszkań. Os nio za jakieś drobne 
wykroczenie kazano Heńkowi ra: z kolegą wynieść trupa z pewnego mieszkania. Ciało t w 
stanie rozkładu. „Nie wiem, skąd mieliśmy siłę, ż wynieść je i umieścić na wózku — 
powiedział mi. — '. miętam, że ciągnęliśmy ten wózek kilka godzin, nim tarliśmy do miejsca 
przeznaczenia. Po tej   «wypraw musiałem leżeć w łóżku przez tydzień". 
„Wszystkie twoje szkolne koleżanki i koledzy — k< 
czył opowieść — pracują ciężko. Na początku 1940 rc 
gimnazjum jeszcze działało, ale teraz zostało zamkni 
przez Niemców, którzy udawali, że to z powodu epidemi 
Rumkowski, prezes łódzkiej Gminy, zachowuje się j 
dyktator.   Mówi się,   że  jest  nienormalny.   Ten  star2 
właśnie niedawno ożenił się ze  swoją  osiemnastoletr 
sekretarką. Chodzi po mieście z pejczem i w rozmów 
przybiera taki sam ton jak naziści. Czasem nawet bi 
ludzi. Gruźlica zbiera potworne żniwo i nie ma człowie] 
w getcie, który by nie był zarażony. A Niemcy stale prz; 
wożą nowe transporty z Niemiec. 
163 
Heniek opowiadał, że kiedy raz wyjechał z getta wozem na stronę „aryjską" i zobaczył ulice 
pełne normalnie spacerujących ludzi i otwarte sklepy z towarem, poczuł się jak w raju. Przed 
jakimś magazynem zobaczył kosz z rzodkiewkami. Poprosił woźnicę, żeby się zatrzymał, i 
wraz z kolegami rzucił się na przekupnia — kupili wszystkie te rzodkiewki. 

background image

Od przybycia do Warszawy nie miał siły, by wyjść na ulicę aż do dziś. „Uczę się chodzić jak 
dziecko — powiedział. — A poza tym jestem na diecie, bo mój żołądek odzwyczaił się od 
normalnego jedzenia. Prze"z półtora roku nie miałem w ustach mięsa i nie pamiętam, jak 
smakuje. Wszystko ciągle jeszcze wydaje mi się tu nierealne. Kilku przyjaciół z Łodzi prosiło 
mnie, bym odwiedził ich krewnych, którzy mieszkają na Chłodnej pod numerem dziesiątym, i 
gdy szukałem dozorcy, znalazłem ciebie." 
Przez długą chwilę zastanawiałam się, czy to prawdziwy Heniek siedzi przede mną, czy tylko 
jego duch. Napomniałam o nim dawno temu; kiedy przestałam otrzymywać od niego listy, 
myślałam, że nie żyje. Za każdym razem, gdy podczas tej wojny spotykam Heńka, dzieje się 
to przed jakąś wielką zmianą w moim życiu albo ważnym wyjazdem. Czy to możliwe, że 
wkrótce wyjdę stąd? Ale to absurd; nikt nie może wyjść z getta. 
27 maja 1942 
Maj jest w tym roku nadzwyczaj gorący. Ciągle opalam się na dachu i jestem już dość 
brązowa. Kiedy spoglądam w lustro, staram się wmówić sobie, że właśnie wróciłam znad 
morza. 
W naszym ogródku pojawiły się małe, zielone pomidor-ki. Szybko dojrzeją w ciepłym słońcu. 
Mieliśmy trzy zbiory rzodkiewek. Najsmaczniejsze są chyba młode cebulki. A nasze kwiaty 
pachną tak intensywnie  i mają  takie 
164 
piękne  kolory.   Szymek   nie  przychodzi   już  pomagć 
nigdy już nie przyjdzie. Parę dni temu, po skończon; 
zajęciach, upadł na ulicy z osłabienia. Abie znalazł go 
żącego gdzieś w okolicy Nowolipia. Chłopiec miał v 
soką gorączkę. Okazało się, że od dwóch dni był cho 
ale nie pisnął słowa,  bo bał się stracić pracę.  Jedn 
moja matka zauważyła, że twarz ma rozpaloną i poi 
sza się z trudem, więc wysłała go do domu wcześniej i 
zwykle. Abie zabrał go rikszą do domu uchodźców, w ki 
rym mieszkał. Zmarł tam w kilka godzin później. Prz 
czyną śmierci była szkarlatyna.  A Szymek tak bard 
chciał żyć. 
3 czerwca 1942 
Właśnie zastrzelono sto dziesięć osób w więzieniu r 
Gęsiej, wśród nich dziesięciu policjantów. Niemcy zr< 
bili to, żeby nastraszyć szmuglerów. Ale tylko kilka z ro: 
strzelanych  osób  zajmowało  się przemytem;  reszta  ze 
stała aresztowana za przekroczenie granicy getta, niepła 
cenie podatków lub żebranie na ulicy. Wszystkie wysiłk 
aby ich uratować lub zyskać ułaskawienie, okazały si 
nieskuteczne. Niemcy rozkleili ogromne czerwone afisz 
z nazwiskami ostatnich ofiar. 
Egzekucja miała miejsce o szóstej rano na podwórzi więzienia. Polska policja dostała rozkaz 
zastrzelenia skazanych, ale odmówiła. Policjanci zostali jednak zmuszeń: do przyglądania się 
egzekucji, tak samo naocznym świadkiem musiał być szef żydowskiej policji Szeryński, kilku 
kapitanów i wysocy urzędnicy Gminy z prezesem Czer-niakowem na czele. Jeden ze 
świadków opowiadał mi, że kilku polskich policjantów płakało, a kilku odwracało wzrok 
podczas egzekucji. Jeden z urzędników Gminy zemdlał, a żydowscy policjanci byli całkiem 
zszokowani. Ofiary szły na śmierć z zupełnym spokojem. Niektórzy 
165 

background image

nawet odmówili zawiązania oczu. Wśród ofiar było kilka kobiet, w tym dwie ciężarne. Po 
dokonaniu się tej zbrodni na oczach świadków karawany pogrzebowe Pinkierta zabrały ciała i 
zawiozły na żydowski cmentarz. W getcie panuje powszechna żałoba. 
9 czerwca 1942                       < 
Dziś dowiedzieliśmy się, że szwajcarska komisja, która opiekuje się obywatelami 
amerykańskimi na terenach okupowanych przez Niemców, zezwoliła amerykańskiej kobiecie 
na zabranie do obozu internowanych dziecka i męża. Niedawno wyjechała z getta do Berlina 
pod niemiecką eskortą. Moja matka jest w rozpaczy, bo nie udało jej się zarejestrować w 
kwietniu, gdy zaczęto rejestrować kobiety. Napisała do komisji jakiś czas temu, ale dotąd 
czekamy na odpowiedź. Matka napisała także do przewodniczącej kolonii amerykańskiej po 
stronie „aryjskiej", pani Lawrance, prosząc o informacje o wymianie jeńców. Pani Lawrance 
odpowiedziała, że lista jeńców do wymiany została zamknięta, ale poradziła mamie, by ta 
zgłosiła się jak najszybciej do Nikolausa, komisarza spraw zagranicznych GG. Nie jest jednak 
łatwo dostać się do tego dygnitarza. 
15 czerwca 1942      ??'?'•  ?-??-'??-?????^   .r.;;'-                                   ???•!. 
Po wielu staraniach mama dość przypadkowo znalazła dojście do biura Nikolausa. Parę dni 
temu spotkała koleżankę, która powiedziała, że zna Żyda, który pracuje u Orfa, zastępcy 
Nikolausa. Nazywa się Z. i okazuje się, że znamy go z Łodzi. Mama spotkała się z nim, a on 
obiecał pomóc. Opowiedział mojej matce, jak trafił w szpony gestapo. Został aresztowany w 
momencie usiłowania przekroczenia granicy ze sfałszowanym paszportem i po długich, 
wyrafinowanych torturach został zmu- 
szony do pracy dla gestapo. Pracuje teraz jako polsko^ -niemiecki tłumacz w siedzibie 
gestapo na Szucha. Pochodzi ze znanej łódzkiej rodziny i wygląda na to, że mimc 
zajmowanego stanowiska pozostał uczciwym człowiekiem Robi dla nas wszystko, co tylko 
może. Zarejestrował moja matkę i obiecał informować nas o obrocie spraw. 
W getcie są trzy rodziny w takiej samej sytuacji jak nasza: trzy amerykańskie kobiety, których 
mężowie i dzieci urodzili się w Polsce. Moja matka poinformowała te panie o wymianie, jaka 
ma być przeprowadzona, i wysłała je do Z. I one także zostały zarejestrowane. 
30 czerwca 1942 
Teraz do naszego domu odbywają się prawdziwe pielgrzymki; nie kończący się sznur ludzi 
przychodzi do mamy, żeby dać jej adresy krewnych w Ameryce, których ma poprosić o 
pomoc. Wymiana ma nastąpić 6 lipca. Wszyscy chcą tego samego: oni muszą nam przysłać 
affidavit *, muszą nam pomóc się wydostać... i nie zapomnijcie im powiedzieć, przez co 
musimy tu przechodzić... i proszę to zrobić zaraz po przyjeździe do Ameryki, nie spóźnić się 
ani minuty, byśmy dożyli momentu naszego oswobodzenia... Wszyscy przelewają swoje 
kłopoty na moją matkę — nie mają już nic do sprzedania, nie mają z czego żyć, za kilka 
miesięcy przyjdzie na nich zagłada. 
To straszne tak wysłuchiwać ich wszystkich, szczególnie odkąd mamy własne kłopoty. Mama 
jest okropnie przygnębiona, bo Nikolaus zarejestrował tylko ją i moją siostrę, Annę. 
Powiedział, że tylko dzieci do lat szesnastu mogą zostać z matkami, a Anna ma piętnaście lat. 
Wyglą- 
* Affidavit (określenie prawnicze) — oświadczenie notarialne pod przysięgą; w tym wypadku 
z pewnością dotyczące obywatelstwa (przyp. tłum.). 
166 
167 
801 
da więc na to, że tata i ja będziemy musieli tu zostać. Choć mamy niewiele nadziei, nasi 
przyjaciele pocieszają nas, że wszystko się ułoży i że cała rodzina pojedzie. Chciałabym móc 
im wierzyć. 

background image

Dziś, gdy byłam u Ewy, napisałyśmy wspólny list do Boli, a na końcu napisałam, że mam 
nadzieję wkrótce ją zobaczyć. Nie wiem, dlaczego tak napisałam, przecież nie wierzę w to ani 
trochę. Ewa i Irka ciągle powtarzają, że wkrótce je opuszczę; upierają się tak bardzo, że w 
końcu może i ja uwierzę. 
Kiedy Zycho Rozensztajn wszedł do pokoju, powiedziałam mu: „Wiesz, jadę do Ameryki." 
„Naprawdę? — spytał drwiąco. — A ja do Afryki!". „Jechać do Ameryki" — te słowa brzmią 
jak fantazja. 
5 lipca 1942                                           b  v i 
Coraz mniej uczniów przychodzi do naszej szkoły. Hitlerowski „Frankenstein" szaleje w 
getcie, jednego dnia zabija dziesięć osób, innego pięć... każdy obawia się, że będzie jego 
następną ofiarą. Parę dni temu i ja całkiem przestałam bywać w szkole. Upał jest koszmarny. 
Rano chodzę naprawiać sobie zęby do mojej kuzynki, dr Felicji Markusfeld. Jej mąż pracuje 
jako lekarz w szpitalu na Lesznie. Mieszkają po parzystej stronie Siennej, ale teraz jest tam 
dojście z Żelaznej. Odległość między Chłodną a Sienną można pokonać w ciągu pół godziny 
szybkiego marszu. Muszę przejść przez Żelazną w pobliżu ogrodzenia z kolczastego drutu, 
gdzie co krok stoją żandarmi. Cały czas myślę, że jeden z nich strzeli do mnie albo że 
następny to będzie „Frankenstein". Staram się iść blisko bram, żeby móc skoczyć do środka, 
gdyby była 
jakaś strzelanina. 
W dalszym ciągu w getcie trwają łapanki. Krążą także pogłoski o rychłej   deportacji  całego 
getta.   Nie  wiem, 
168 
skąd pojawiła się potworna wiadomość, że warszawscy Żydzi mają przed sobą jeszcze tylko 
czterdzieści dni życia. Wszyscy to sobie powtarzają. Bez wątpienia takie wiadomości 
rozpowszechniają Niemcy, żeby wywołać panikę. Wielu Żydów zgłasza się teraz do tak 
zwanych „szopów", które znajdują się przede wszystkim na Lesznie. Są to warsztaty, które 
produkują mundury wojskowe dla Niemców. Powiadają, że osoby zatrudnione w tych 
pracowniach nie zostaną deportowane. 
Krążą także informacje o tym, że wkrótce zostanie zlikwidowane getto w Krakowie, choć 
dotąd nie ma żadnego oficjalnego potwierdzenia. Wielu Żydów, którzj ukrywali swe 
pochodzenie i zostali po stronie „aryjskiej" jest denuncjowanych i przewożonych do getta. 
Zostajs zastrzeleni w momencie opuszczenia wozu, którym icł transportują. 
Wbrew wszystkiemu nadal odbywają się koncerty policji żydowskiej w „Feminie". Są bardzo 
popularne. Or kiestra składa się z kilkunastu najlepszych muzykóv getta. 
14 lipca 1942 
Dziś poszłam do szkoły i spotkałam Bolka Szpilberga którego nie widziałam od dłuższego 
czasu. Powiedział mi że musiał się zarejestrować jako poddany brytyjski i te raz boi się, że 
zostanie internowany bez swoich rodziców 
Po szkole wpadłam do dentysty. Siedząc na krześl słuchałam gruchania gołębi. Dźwięki te 
dochodzą ze stro ny „aryjskiej", bo okna wychodzą na nieparzystą stron Siennej. Moja 
kuzynka, Felicja, która stała obok mni z instrumentami, powiedziała: „Wiesz, Mary, nie lubi 
gruchania gołębi; dla mnie to zawsze zły omen." Ni wiem dlaczego, ale także we mnie 
dźwięk ten wywołuj nieprzyjemne wrażenie wrogości.     , 
169 
?-m„ 
~*15 lipca 1942                ^   .:. 
Dzisiaj wracając ze szkoły spotkałam żonę dozorcy spod szesnastki. Podbiegła do mnie 
wielce podniecona i jednym tchem powiedziała, że był właśnie policjant z komendy i 
przyniósł rozkaz gestapo, że wszyscy obcy obywatele mają się zgłosić na Pawiaku 17 lipca 
wczesnym rankiem. Pobiegłam do domu, a moja matka słysząc tę wiadomość upuściła łyżkę z 

background image

wrażenia, bo właśnie jadła obiad — myślałam, że zemdleje. Ale zaraz podniosła się od stołu i 
pobiegła spotkać się z Z., żeby zapytać go, co oznacza ten nagły rozkaz. Wróciła bez żadnej 
konkretnej wiadomości. Wygląda na to, że wszystko zdecyduje się jutro. Później przyszedł 
kapitan Hertz z tą samą informacją. „Teraz — powiedział — zobaczycie, że miałem rację. 
Wszyscy jesteśmy skazani na zagładę. Usuwa się obcych obywateli, żeby nie byli świadkami 
tego, co Niemcy szykują dla nas." 
16 lipca 1942 
Po obiedzie mama poszła do gestapo z Z., do biura Orfa. Oświadczył on, że mama ma prawo 
zabrać ze sobą całą rodzinę. Ciągle nie mogę uwierzyć w swoje szczęście. To niepojęte, że 
jednak naprawdę opuszczę to piekło. Ale okropnie jest myśleć o wszystkich przyjaciołach i 
krewnych, którzy muszą zostać, gdy ja wyjadę. 
Spędziłam cały dzień na kupowaniu różnych drobiazgów niezbędnych do podróży. 
Powiedziano mojej matce, że spędzimy na Pawiaku tylko trzy dni, a potem zostaniemy 
wysłani na wymianę do Ameryki. Wszyscy moi przyjaciele przyszli się ze mną pożegnać. 
Wszyscy mi zazdrościli i rozpaczali nad swoim własnym losem. Bronka Kleiner płakała. Dała 
mi swoją fotografię i napisała na niej: „Nie zapomnij o mnie w drodze do Raju." Da- 
170 
łam jej wszystkie swoje plakaty, projekty, przybory, farby i papier. 
Po południu odwiedziła mnie Rutka i wszystkie poszłyśmy do Forberta, żeby nam zrobił 
pamiątkową fotografię. Zrobił to dobrze: Anna, Rutka, Bronka i ja. Obiecali, że na jutro po 
południu odbitki będą gotowe i zostaną przekazane na Pawiak. Miałam też czas, żeby wpaść 
do szkoły i poprosić inspektora Poznańskiego o świadectwo ukończenia trzeciego kursu. 
Inspektor nie mógł mi go wydać, bo potrzebny był podpis prezesa Czerniakowa, który tego 
dnia był bardzo zajęty. Obiecał przysłać mi świadectwo na Pawiak w ciągu dwudziestu 
czterech godzin. 
Romek przyszedł do mnie o ósmej (godzina policyjna zaczyna się teraz o dziesiątej). Nie 
chciał wierzyć, że jadę do Ameryki. Patrzył na mnie dziwnie, jakby był pewny, że więcej 
mnie nie zobaczy. Spacerowaliśmy po Chłodnej. Dziś dumnie usunęłam z rękawa opaskę. 
Jestem przecież teraz oficjalnie amerykańską obywatelką. Romek ściskał moją rękę i 
powtarzał: „Wiem, że nie pojedziesz, to tylko żart, prawda? Nie zostawisz mnie samego, nie 
pojedziesz." Mieszkańcy ulicy patrzyli na mnie ze zdumieniem: „Oto dziewczyna, która 
jedzie do Ameryki". Na tej ulicy wszyscy się znają. Co kilka minut ktoś podchodził do mnie i 
prosił o zanotowanie adresu jakiegoś krewnego w Ameryce i żebym powiedziała im tam, by 
zrobili wszystko, żeby ulżyć ich cierpieniu. 
Teraz zbliża się północ. Mama pakuje rzeczy. W naszym mieszkaniu jest straszny bałagan. 
Było pełne ludzi do dziesiątej; wszyscy przyszli w tym samym celu — dać adresy 
amerykańskich krewnych i prosić ich o pomoc. Wiele było żon z dziećmi, których mężowie 
pojechali na Wystawę Światową w 1939 roku i zostali w Ameryce. Przyniosły nam dziesiątki 
fotografii.  To było potworne 
171 
pożegnanie. W całym domu ludzie płakali i nie było końca serdecznym życzeniom i pełnym 
łez uściskom. 
Żegnam się z gettem. Wszędzie jest ciemno i cicho, ale wydaje mi się, że gdzieś z oddali 
słychać szloch. Widzą twarz Romka w chwili, gdy sią ze mną żegnał. Powiedziałam,  żeby  
już  szedł,  że  tak będzie lepiej  dla nas obojga... ale nie chciał, a kiedy w końcu późna pora 
zmusiła go do odejścia, nie chciał podać mi ręki. „Wiem — powiedział — że jeśli uścisną ci 
dłoń, to powiem: do zobaczenia, a nie chcę tego powiedzieć, bo wiem, że nigdy więcej już się 
nie zobaczymy." Byłam zaskoczona. „A więc nie   chcesz  się  ze  mną  pożegnać,  Romku — 
zganiłam go. — Pozwolisz mi odjechać bez słowa pożegnania po dwóch latach przyjaźni?" 

background image

Zapadał zmrok. Niebo wciąż jeszcze było czerwone od blasku zachodzącego słońca. Staliśmy 
blisko ściany, może po raz ostatni razem. Zobaczyłam, że jego oczy zaczęły błyszczeć jakby 
zapalono w nich lampę. Wyglądało na to, że chce mnie pocałować, ale w ostatniej chwili 
wyprostował sią. „Nie — powiedział — nie rozstaniemy się. Chcę cię widywać, chcę cię mieć 
tu przy sobie.  Zostaniesz. Nikt mi cię nie zabierze". Wzięłam go za ręką. „Co ty pleciesz? 
Czy nie jesteś zadowolony, że mogą jechać? Czy nie rozumiesz, że może będę w stanie 
uratować innych, może ciebie samego?" 
Poczułam, że jeśli zostanę minutę dłużej, rozpłaczę się. Odwróciłam twarz i wyciągnęłam 
ręką. Pozostała zawieszona w powietrzu. Romek także odwrócił twarz i powiedział 
zrezygnowanym tonem: „Zegnaj." Zostałam w tym samym miejscu, nie byłam w stanie 
poruszyć się. Miałam nadzieję, że się obejrzy, ale on wszedł w mrok i zniknął.                ^ 
Rozdział XII 
 IDĄ DO WIĘZIENIA 
91; 
29 lipca 1942 
To dopiero trzeci dzień naszego internowania na Pa wiaku, ale trudno mi uwierzyć, że nie 
jesteśmy tu ju od dawna, bo tyle się wydarzyło w ciągu tego krótkieg czasu. Dostosowałyśmy 
się do nowych warunków i czi jemy jakby przynależność do tej samej rodziny z lud: mi, z 
którymi dzielimy tą salą. 
Wciąż jeszcze żywo stoi mi przed oczyma moja ostatn 
noc   na   Chłodnej.   Czyniliśmy   ostatnie   przygotowań 
w wielkim napięciu. Byłam skrajnie przygnębiona i m 
siałam kilkakrotnie przepakowywać moją walizkę. Wci 
na nowo zadawałam sobie pytanie: „Czy mam prawo i 
tować się sama i pozostawiać swoich najbliższych prs 
jaciół ich gorzkiemu losowi?" Każdy z nas mógł wziąć 
sobą tylko jedną walizkę i musiałam rozsądnie wyb: 
swoje rzeczy. A jednak zabrałam notesy, fotografie, : 
sunki i opaskę na ramię. 
Wujek Abie został u nas na noc. Zabierze nasze me i inne rzeczy, które zostawiamy. Ojciec 
zabrał tałes, lakteria * i mały tomik psalmów, z którym nie rozsta się podczas wszystkich 
wędrówek  w  czasie wojny, szliśmy spać o drugiej rano, ale ledwo zasnęłam, obu * Filakteria 
?—• zwitek pergaminowy, na którym wypisan przykazania Boże, używany podczas modlitw 
przez Żydów i ludy (przyp. tłum.). 
173 
itr 
ły mnie strzały i policyjne gwizdki gdzieś niedaleko. Podbiegłam do okna. Moi rodzice już 
tam stali. Nie mogliśmy dojrzeć na naszej ulicy niczego niezwykłego, ale strzelanina trwała 
nadal. Niebo było czerwone i przez moment myślałam, że to płonie jakiś budynek, ale to był 
wschód słońca — tak czerwony jak krew, którą spływały ulice Warszawy przez ostatnie trzy 
lata. 
O siódmej rano dwaj żydowscy policjanci przyszli, by eskortować nas na Pawiak. Powiedzieli 
nam, że ta strzelanina to był atak uzbrojonych członków podziemia na warsztaty produkujące 
mundury dla niemieckiej armii. Zastanawiałam się, czy Romek brał udział w tej akcji, bo 
wiem, że ostatnio bardzo aktywnie działał w podziemiu, choć nigdy nie opowiadał mi 
żadnych szczegółów. 
Opuściliśmy dom ze łzami w oczach. Moi rodzice szli pierwsi, a za nimi dwóch policjantów i 
wujek Abie. My z Anną na końcu. Towarzyszyły nam panna Sala, Bronka, Rutka i Vera, 
które przyszły o świcie, żeby spędzić z nami ostatnie parę godzin. Grupki ludzi ze wszystkich 

background image

sąsiednich domów na Chłodnej wyszły na ulicę i przyglądały się tej procesji ze smutnymi 
oczyma. 
Ten 17 lipca, to był słoneczny piątek. Niebo było nieskazitelnie błękitne, bez najmniejszego 
śladu wczesno-porannej czerwieni, tak jak chodniki zostały wymyte z krwi, którą spłynęły 
nocą. Wydawało mi się, że nigdy przedtem nie było w getcie tak pięknego dnia. 
Zaprowadzono nas na podwórze posterunku policji na ulicy Ogrodowej, gdzie zastaliśmy 
około siedmiuset obywateli różnych neutralnych krajów europejskich i Ameryki. Komisarz 
policji szybko sprawdził nasze papiery. Potem grupa policjantów rozdzieliła się na dwa 
szeregi — otoczono nas ścisłym kordonem i kazano maszerować. 
Poznałam jednego z policjantów — był to Józef Świeca, narzeczony mojej przyjaciółki, Inki. 
Podszedł do mnie 
174 
i życzył przyjemnej podróży. „Inka żałuje, że nie mogła przyjść — powiedział — i prosiła 
mnie, żebym przekazał od niej pozdrowienia. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy" — 
dodał automatycznie, jakby wierzył w to, co 
mówi. 
Gdy wyszliśmy na ulicę, setki ludzi stały na obu chodnikach. Nagle usłyszałam kilka głosów 
wołających chórem: „Mary! Mary!" i zobaczyłam Ewę, Renę, Bronkę i Verę Neuman 
przeciskające się ku mnie przez tłum. Verze i Renie udało się dotrzeć do mnie, Rena dała mi 
torebkę cukierków i list. „Nie zapomnij o nas!" — wołała za mną. Ewa, Rena i Bronka 
machały mi na pożegnanie wolną ręką ocierając oczy. Panna Sala szła za nami ze zwieszoną 
głową, głośno szlochając. 
Tłum na chodnikach gęstniał. Każdy chciał spojrzeć na siedmiuset szczęśliwych obywateli 
obcych państw. Ne rogu Żelaznej i Leszna policja musiała zrobić użytek ze swoich pałek, 
żeby rozproszyć tłum, który blokował przejście. Zewsząd dobiegały nas głosy: ,,To zły znak, 
że icl zabierają" — mówił ktoś. „To prawda, nie możemy si< spodziewać niczego dobrego" 
— odpowiedział drugi a trzeci dodał: „Teraz nas wykończą." 
Dosłownie wszyscy mieszkańcy getta, którzy mogli si poruszać, przyszli tego ranka. 
Poczynając od rogu Smo czej, to znaczy w najbardziej przeludnionej części gettE dostęp do 
ulicy był całkowicie zamknięty. Wreszcie cał procesja dotarła do bramy Pawiaka naprzeciw 
kościoła n Dzielnej. Oficerowie niemieccy, którzy tam na nas cz« kali, kazali żydowskim 
policjantom odejść. Wujek Abi< który pomagał nam nieść bagaże, oddał nam je szybk i 
mruknął do mojej matki: „Jak możesz mnie zostawić^ Rozpłakałam się. Słowa wujka Abiego 
zostały wypc wiedziane tonem, który całkowicie mnie zaszokował. A 
175 
iiśmy historią tego więzienia i bohaterski wyczyn Józefa Piłsudskiego, który uratował 
więźniów skazanych na śmierć przez carski sąd. To wydarzenie posłużyło za kanwą jednego z 
najlepszych polskich filmów: „Dziesięciu z Pawiaka". 
20 lipca 1942                                    ?              -      > ??»:,:?? 
Dziś zebrano nas na nową rejestrację, która miała miejsce na małym podwórku więzienia. 
Okazuje się, że większość z nas jest obywatelami rozmaitych republik 
południowoamerykańskich, a tylko dwadzieścia jeden osób to obywatele Stanów 
Zjednoczonych. Pozostali — według liczebności — są obywatelami Paragwaju, Kostaryki, 
Ekwadoru, Haiti, Boliwii i Meksyku. 
A więc wielu Żydów mogło być uratowanych z getta dzięki paszportom z Południowej 
Ameryki. Niemcy uznają  autentyczność tych paszportów,  choć  ich  właściciele nie mówią 
ani po hiszpańsku, ani po portugalsku. Wygląda na to, że Niemcy potrzebują ludzi na 
wymianę za niemieckich jeńców internowanych w republikach amerykańskich. Jak 
poinformować świat, że ludzkie życia mogą być uratowane dzięki tym małym kawałkom 
papieru? 

background image

Późnym popołudniem zapanowało wśród internowanych wielkie   poruszenie.   Dotarły   do   
nas   listy   z   zewnątrz z przerażającymi wiadomościami. W getcie panika. Ludność 
spodziewa się masowej deportacji trzystu tysiący ludzi. Prezes Czerniakow i wszyscy 
przywódcy gminy starali się uspokoić ludzi ogłaszając, że Niemcy oficjalnie zaprzeczyli tym 
informacjom. Ale panika wzrosła, gdy dowiedziano się, że Transferstelle otrzymało kilka 
wagonów   towarowych   używanych   do   transportu   zwierząt, -które niedawno wypełniano 
Żydami wywożonymi do różnych obozów pracy. 
Dla   mieszkańców   getta   deportacja   jest   gorsza   niż 
•••»???  178                                                                                                                       "?-;? 
śmierć, óżńaćźa bowiem śmierć po okropnych torturach i upokorzeniach, oznacza śmierć bez 
pogrzebu. Tysiące Żydów wywiezionych w pierwszych transportach zniknę- 
ło bez śladu. 
Wieści o rychłej deportacji szczególnie wstrząsnęły młodą kobietą z naszego pokoju, która 
zostawiła w getcie rodziców i trzy młodsze siostry. Leży teraz na swoim materacu szepcząc 
coś niezrozumiałego. 
„Służba informacyjna" Pawiaka działa dobrze; strażnicy pozwalają się przekupywać bez 
trudu, zabierają i przynoszą listy, a także przekazują nam szczegółowe informacje o tym, co 
dzieje się w getcie. 
Naprzeciw  naszego  budynku   jest   pralnia   więzienna* w której jest zatrudnionych wiele 
kobiet. Obok znajduje sią kuchnia, w której obiera się ziemniaki, myje brukiew, buraki   i   
marchewkę.   Mogę   to   wszystko   obserwowa& z okien — niektóre wychodzą na więzienne 
podwórze. Więźniarki siedzą na małych stołkach i pracują bez zapału. Są tam kobiety w 
różnym wieku i o różnym wyglądzie. Niektóre  z nich mają inteligentne twarze,  ale 
wyglądają na załamane, na ich ustach nie widać nawet cienia uśmiechu. Czasem któraś 
więźniarka szybko gryzie kawałek marchewki i rozgląda sią przerażonym wzrokiem, czy aby 
strażnik jej nie zauważył. Obserwują także więźniów spacerujących po podwórzu z rękami 
założonymi do tyłu. 
Z drugiego okna, wychodzącego na Dzielną, widzą żandarma na posterunku, jak chodzi tam i 
z powrotem. Nie ma przechodniów, bo Pawia i Dzielna — biegnące równolegle  po  obu  
stronach więzienia  —  są  zamknięte  dla 
ruchu. 
Blisko naszego okna widzimy czasem żydowskiego policjanta, który wychodzi z budynku 
numer 27—31 na ulicy Dzielnej. Jest to Dom Sierot dr. Janusza Korczaka. 
179 
Przez okna tego budynku widzą wiele małych łóżeczek. W chwilach ciszy słyszę słodkie 
głosy dzieci, które mieszkają tam nie obawiając się tego, co się wokół nich dzieje. Godzinę 
temu strażnik kazał obywatelom brytyjskim zejść na podwórze z bagażami. Nie wiemy, czy 
naprawdę mają być wysłani. Na razie nasz pokój nie jest już tak zatłoczony. Po jednej stronie 
sienniki są zajęte przez rodzinę W.: mamę, córkę Rozę i synową, Esterę. Dwa przeciwległe 
kąty zajmują panie H. i R. oraz my. Na pozostałych siennikach sypiają: pani G., jej córeczka, 
Alusia, i młoda dziewczyna — Guta E. Każda z nas robi co innego, ale wszystkie stale 
myślimy o krewnych i przyjaciołach w getcie, których nie możemy uratować od śmiertelnego 
niebezpieczeństwa, jakie im zagraża zaledwie kilka kroków od naszego więzienia. 
.* 21 lipca 1942 
->. Dziś wzięto do więzienia sześćdziesięciu zakładników, a wśród nich wybitnych członków 
Rady Starszych oraz znanych lekarzy i inżynierów. Najznakomitszymi z tych zakładników są 
inżynier Jaszuński, dyrektor oświaty Gminy, a także Abraham Gepner, kierownik Biura 
[Zakładu] Zaopatrzenia, S. Winter i dr Kohn. 
W   getcie   wciąż   panuje  panika.   Wielkie   nieszczęście spodziewane jest lada chwila. 
Hitlerowscy żandarmi biegają po ulicach strzelając do ludzi bez żadnego powodu. Głód coraz 

background image

koszmarniejszy — żywność po prostu zniknę-ła.  Funt  chleba kosztuje  teraz  dwanaście  
złotych.  My wszyscy, na Pawiaku, także żyjemy w stanie paniki i też dosłownie głodujemy. 
Nasze zapasy wyczerpały się. Pożywienie, jakie tu otrzymujemy, składa się z odrobiny 
gorącej wody z pływającym w niej kawałkiem ziemniaka czy brukwi. Te zupy wydawane są 
dwa razy dziennie, na obiad i kolację. Rano dostajemy kromkę czarnego chleba 
180                                                              :r 
i wodę zwaną „kawą". Ale to nic w porównaniu z piekłem poza bramami Pawiaka.                                 
9;. 
22 lipca 1942 
Dziś w getcie była krwawa środa. Nieszczęście, którego wszyscy się spodziewali, spadło na 
ludzi. Zaczęły się deportacje i uliczne pogromy. O świcie patrole Litwinów i Ukraińców 
prowadzone przez żołnierzy SS otoczyły getto, a co dziesięć metrów ustawiono uzbrojonego 
żandarma. Ktokolwiek zbliżył się do bramy lub pokazał w oknie, został zastrzelony na 
miejscu. Litwini i Uraiń-cy wykazują ogromny zapał do mordowania. Są to wysokie, młode 
bestie w wieku od siedemnastu do dwudziestu lat; zostali specjalnie przygotowani do takich 
zadań przez swoich niemieckich instruktorów. 
Od dłuższego czasu mówiło się w getcie o tym, że planowana jest wymiana żandarmów 
niemieckich — w większości starych żołnierzy — na młodych Ukraińców i Litwinów. Teraz 
te pogłoski, w które nikt nie chciał wierzyć, sprawdziły się. 
Wczoraj wieczorem władze niemieckie poinformowały Gminę Żydowską, że wszyscy 
mieszkańcy getta zostaną wywiezieni na wschód. Wolno zabrać tylko czterdzieści funtów 
bagażu na osobę. Wszystkie pozostałe rzeczy zostaną  skonfiskowane.  Każdy  musi  zabrać  
prowiant  na trzy dni. Deportacja miała się zacząć o godzinie jedenastej dziś przed południem.  
Zwolnieni z wykonania tego rozkazu są tylko ci Żydzi, którzy pracują w niemieckich 
fabrykach i warsztatach w getcie oraz urzędnicy różnych instytucji getta. W tym żydowska 
policja, urzędnicy administracji Gminy, pracownicy służb sanitarnych i personel szpitali,  
grabarze  oraz  posiadacze kart rejestracyjnych wydanych przez Biuro Pracy, którzy  jeszcze  
nie 
181 
mieli wyznaczonej pracy. Rodziny tych osób także nie są 
objęte deportacją. 
Policja żydowska jest obarczona smutnym zadaniem pilnowania porządku podczas deportacji, 
a także używania siły wobec tych, którzy nie poddadzą się rozkazowi.   - 
Punkt zbiorczy tej masowej migracji znajduje się na ulicy Stawki, na Umschlagplatz. Niemcy 
żądają dziennie 3000 osób. Panika w getcie jest nie do opisania. Ludzie z tobołkami w rękach 
biegają po ulicach nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Wielu stara się w ostatniej chwili dostać 
pracę w niemieckich fabrykach Toebbensa i Schultza, które znajdują się w getcie. Mówiono 
mi, że niektórzy płacą łapówkę w wysokości tysiąca złotych za otrzymanie tej pracy. Sami 
Żydzi próbują organizować duże warsztaty produkujące towary dla Niemców, żeby dać 
zatrudnienie ludziom zagrożonym deportacją. 
Dziś  żydowska  policja  zebrała  wszystkich   żebraków z ulic i opróżniła obozy uchodźców. 
Nieszczęśników tych zamknięto w bydlęcych wagonach bez jedzenia i wody. Transporty są 
wysyłane w kierunku Brześcia,  ale  czy kiedykolwiek tam dotrą? Wątpliwe, żeby wszyscy ci 
głodujący   ludzie   dotarli   żywi   do  miejsca   przeznaczenia; zginą w zamkniętych 
wagonach. W każdym stłoczono sto osób. Polski strażnik więzienny, który szeptem podał 
nam te szczegóły, miał łzy w oczach.  Mieszka blisko ulicy Stawki i był świadkiem 
potwornych scen, gdy ludzi batami zaganiano do wagonów, jakby byli bydłem. 
Dziś dostaliśmy paczkę z jedzeniem od wujka Abiego, do której dołączył kartkę. Na szczęście 
dla nas pracuje w policji, bo inaczej nie dopuszczono by go na Dzielną. Z krótkiego listu 

background image

wyzierała rozpacz. Nie może pogodzić się z tym, że jako policjant będzie musiał pomagać w 
deportacji, i myśli o zrezygnowaniu z tej pracy. Ale z dru- 
182 
giej strony, ta właśnie praca chroni go przed deportacją. Chce wiedzieć, co my o tym 
myślimy. 
Z naszego okna widzę, że coś niezwykłego dzieje się w Domu Korczaka. Co chwilę ktoś 
wchodzi i po chwili wychodzi prowadząc jakieś dziecko. Muszą to być rodzice albo krewni 
dzieci, którzy w tych tragicznych momentach chcą je mieć przy sobie. Dzieci są czyste i 
ubrane schludnie, choć biednie. Jeśli wychylę się z okna, mogę dojrzeć róg Smoczej. Straszne 
tam zamieszanie; ludzie biegają tam i z powrotem, jak szaleni. Jedni dźwigają tobołki, inni 
załamują ręce. 
Dzielna musiała zostać otwarta dla ruchu, bo nagle pojawiło się na niej wielu przechodniów, a 
dotąd była pusta. Często widzę całe rodziny, rodziców z dziećmi, matki z niemowlętami na 
ręku, a większe dzieci drepczące z tyłu. To ludzie, którzy sami zgłaszają się do deportacji — 
nie mają innego wyjścia, ani możliwości ucieczki, ani ukrycia się. Niemcy dają im kilogram 
chleba na osobę i obiecują lepsze warunki pracy. Ale zdesperowani ochotnicy nie wypełniają 
wymaganej normy 3 000 osób dziennie. Policja musi resztę uzupełniać siłą. Wyciągają ofiary 
z domów albo łapią na ulicy. 
\j 
i"   ' 
 ,in, 
• cni 
sin v 
Rozdział XIII              > f 
DZIECI IDĄ NA SPACER    > 
sJ).; 
24 lipca 1942                          -         <m - 
Prezes Gminy, Adam Czerniakow, popełnił samobójstwo. Zrobił to ostatniej nocy, 23 lipca. 
Nie mógł znieść swego okropnego brzemienia. Zgodnie z wiadomościami, jakie tu do nas 
docierają, uczynił ten tragiczny krok, gdy Niemcy zażądali podwyższenia kontyngentu 
deportowanych. Nie widział innego wyjścia, jak tylko opuszczenie tego potwornego świata. 
Jego najbliżsi współpracownicy, którzy widzieli go na krótko przed śmiercią, mówią, że do 
końca wykazywał wielką odwagę i energię. 
Gmina wybrała nowego prezesa, aby zastąpił Czernia-kowa. Został nim stary Lichtenbaum, 
ojciec inżyniera Lichtenbauma, kierownika biura budownictwa Gminy. 
Dziś przywieziono na Pawiak nową grupę zakładników spośród członków Rady Starszych. 
Szeryński znów stoi na czele policji getta, choć w lutym był aresztowany przez Niemców. 
Znaczna grupa Żydów uciekła na „aryjską" stronę mimo wzmocnionych straży. Mówi się, że 
uzbrojona jednostka żydowskiego podziemia zlikwidowała posterunek niemieckiej 
żandarmerii w pobliżu jednej z bram, umożliwiając ucieczkę dużej grupie Żydów. 
Sierpień 1942 
Za bramami Pawiaka odczuwamy cały terror, jaki szaleje w getcie. Przez kilka ostatnich nocy 
nie mogliśmy 
184 
spać. Odgłosy strzelaniny, krzyki rozpaczy doprowadź; nas do szaleństwa. Muszę zebrać 
wszystkie siły, by n robić te zapiski. Straciłam rachubę czasu i nie wiem, j dzisiaj dzień. Ale 
cóż to ma za znaczenie? Jesteśmy jakby na małej wyspie pośród oceanu krwi. Całe ge spływa 
krwią. Dosłownie widzimy świeżą ludzką ki i czujemy jej zapach. Czy świat zewnętrzny wie 
o t cokolwiek? Dlaczego nikt nie przychodzi nam z porno Nie mogę już żyć; moje siły 
wyczerpały się. Jak dł będą nas tu trzymać, byśmy byli świadkami tego ws 

background image

stkiego? 
Parę dni temu grupa obywateli krajów neutraln została zabrana z Pawiaka. Najwyraźniej 
Niemcy mogli ich użyć do wymiany. Z okna widziałam kilka żarówek wypełnionych ludźmi i 
starałam się odró: znajome twarze wśród nich. W jakiś czas później pi szedł do nas zdyszany 
strażnik więzienny i powiec nam, że Żydzi będący obywatelami neutralnych kra europejskich 
zostali właśnie zabrani na Umschlagp skąd będą deportowani. A więc niebawem może nad i 
nasza kolej. Mam nadzieję, że już wkrótce. To czek jest gorsze niż śmierć. 
Niemcy zablokowali wszystkie ulice getta. Poni< 10 000 ludzi, jakich żądają teraz dziennie, 
nie stawi; do raportu, naziści używają siły. Codziennie otaczają ulicę zamykając wszystkie 
wyjścia. Wchodzą do mieś i sprawdzają karty pracy. Ci, którzy nie posiadają maganych 
dokumentów, albo w ocenie Niemców ni« dają się do pracy, są natychmiast zabierani. Kto prć 
stawiać opór, zostaje zastrzelony na miejscu. 
Właśnie teraz, gdy piszę te słowa, taka   blokada 
185 
miejsce na Nowolipiu, zaledwie dwa bloki od naszego więzienia. Ciągnie się już od dwóch 
dni. Ulica jest całkowicie zamknięta; prawo do przejścia nią mają tylko żydowscy policjanci. 
Żony i dzieci mężczyzn zatrudnionych w niemieckich fabrykach w getcie są oficjalnie 
zwolnione z deportacji, ale to zwolnienie jest tylko na papierze. W rzeczywistości mąż 
wracający z pracy często stwierdza, że zabrano całą rodzinę. Zrozpaczony biegnie na ulicę 
Stawki odnaleźć bliskich, ale zamiast ich ocalić, często sam jest zaganiany do bydlęcego 
wagonu. 
Niemieckie fabryki w getcie pracują teraz po dwanaście godzin dziennie z godzinną tylko 
przerwą na odpoczynek. Robotnicy otrzymują kwaterkę wodnistej zupy i ćwierć funta chleba 
dziennie. Ale mimo głodu i niewoli należą do najszczęśliwszych w getcie, bo praca chroni ich 
przed wywiezieniem. 
•    .            ?                  --i 
Dom Sierot dr. Janusza Korczaka jest teraz pusty. Kilka dni temu staliśmy wszyscy przy 
oknie i patrzyliśmy, jak Niemcy otaczają budynki. Szeregi dzieci trzymających się za rączki 
zaczęły wychodzić z bramy. Były wśród nich maluszki mające po dwa, trzy latka. Najstarsze 
miały może ze trzynaście lat. Każde dziecko trzymało w ręku tobołek. Wszystkie miały białe 
fartuszki. Szły parami spokojnie, a nawet z uśmiechem. Nie miały najmniejszego przeczucia 
swego losu. Na końcu tego pochodu maszerował dr Korczak, który pilnował, żeby dzieci nie 
rozchodziły się na boki. Od czasu do czasu z ojcowską troską stukał w dziecinną główkę lub 
ramię i wyrównywał szeregi. Miał na sobie wysokie buty z wpuszczonymi do środka 
spodniami, kurtkę z alpaki i granatową ma- 
186 
ciejówkę. Szedł pewnym krokiem w towarzystwie lekarza z domu dziecka ubranego w biały 
fartuch. Smutny pochód zniknął za rogiem Dzielnej i Smoczej. Poszli w kierunku Gęsiej, na 
cmentarz. Na cmentarzu zastrzelono wszystkie dzieci. Powiedziano nam, że dr Korczak został 
zmuszony do oglądania tej egzekucji, po czym jego także 
zastrzelono na miejscu.* 
Tak zginął jeden z najuczciwszych i najszlachetniejszych ludzi, jakich nosiła ziemia. Był 
dumą getta. Jegc Dom Sierot dodawał nam odwagi i każdy z nas chętnie oddawał część 
swoich mizernych środków, aby wspomagać wzorcowy sierociniec założony przez tego 
wielkieg( idealistę. Poświęcił całe życie, całą twórczość jako peda gog i pisarz biednym 
dzieciom Warszawy. Do ostatnie chwili odmawiał rozdzielenia z nimi. 
Dom jest teraz pusty, z wyjątkiem żandarmów, którz; wciąż jeszcze opróżniają ze sprzętów 
sypialnie pomordc wanych dzieci. 
" Wczoraj  widziałam   oddział Ukraińców i  „szaulisó* 
IlJIii 

background image

Te bestie często używają ich także przeciw ludzunn. L  ^S^^ii wywieziono z ge 
T^T Korczak   zgiń*   wraz   z   dziedmi   prawdapodob w obozie w Treblince (przyp. tłłim.). 
187 
881 
ponad 100 000 osób. Także liczba zamordowanych jest bardzo duża. Kto tylko może, stara się 
załatwić pracę w niemieckich fabrykach Toebbensa, Schultza i Hal-lmanna. Za kartę pracy 
płaci się fantastyczne sumy. 
Nasza rodzina internowanych na Pawiaku liczy teraz sześćdziesiąt cztery osoby. Zjednoczeni 
we wspólnym, niewiadomym losie, staramy się zorganizować nasze szare, nieszczęśliwe 
życie, jak najlepiej umiemy. Wybraliśmy swojego przedstawiciela, pana S., który od czasu do 
czasu omawia nasze sprawy z komisarzem Nikolausem. Gentleman ten jest obywatelem 
Kostaryki. Świetnie mówi po niemiecku i wie, jak podejść Nikolausa. Dwa razy w tygodniu 
wolno nam korzystać z więziennego telefonu w celu kontaktowania się z siedzibą gestapo w 
Alei Szucha. 
Nemetz, zastępca Nikolausa, oficer SS, często do nas przychodzi. Zwykle widzimy z okien, 
jak nadjeżdża, i wtedy pospiesznie porządkujemy nasze rzeczy. Pan S. szybko notuje nasze 
prośby, a gdy Nemetz pojawia się, ma już gotową listę. 
Nemetz próbuje odgrywać rolę gentlemana, tak jak wszyscy niemieccy urzędnicy, którzy 
mają z nami do czynienia. Zawsze obiecuje spełnić nasze prośby, które zwykle są bardzo 
skromne — na przykład prosimy o zmienienie siana w siennikach albo o dezynfekcję pokoi, 
albo też o trochę mydła czy lepsze jedzenie. Ale Nemetz nigdy swych obietnic nie 
dotrzymuje. Jest uprzejmy; najwyraźniej był jakiś rozkaz z góry, żeby zachowywać się 
grzecznie w stosunku do obywateli amerykańskich. Wychodząc podaje rękę panu S., 
uśmiecha się do wszystkich i obiecuje przyjść znowu za parę dni. 
Tak mijają tygodnie. Wolno nam wyjść na więzienne podwórze tylko raz dziennie. 
Spacerujemy między pralnią a naszym budynkiem przez godzinę i jesteśmy w tym czasie   
pilnowani   przez   dwóch   Ukraińców. Jeden stoi 
188 
blisko bramy, która oddziela nas od „Serbii", czyli w zienia kobiecego; drugi często nam 
towarzyszy i słui naszych rozmów. 
Ukraińscy strażnicy są często zmieniani. Oni też n sieli otrzymać rozkaz, by byli dla nas 
uprzejmi. Jest \ raźna różnica w ich zachowaniu w stosunku do nas i stosunku do pozostałych 
więźniów, których często obr cają najwulgarniejszymi wyrazami i biją do krwi. bestie nawet 
się do nas uśmiechają. 
Codzienny spacer zaczyna się o piątej po połudi O szóstej jeden z Uraińców ogłasza swoim 
komiczny niemiecko-ukraińskim żargonem: „Spazier skinczin; Wtedy wracamy na nasze 
sienniki. 
Ostatnia noc była potworna. Było wyjątkowo pai Leżałyśmy na siennikach nago. Powietrze 
było tak gę że można by kroić je nożem. Przez okno widać było i bieskie niebo i kilka 
gwiazd. Z ulicy nie słychać t najmniejszego hałasu. Nikt nie mógł spać. 
Około jedenastej usłyszałyśmy nagle zgrzyt otwiers ciężkiego zamka i dwie osoby wyszły 
jedną z więzi nych bram. Ciężkie kroki żołnierskich buciorów wyraś odróżniały się od 
drobnych kroków kobiety. Kroki zbliżały się coraz bardziej do naszych okien. Potem u: 
szałyśmy szlochający kobiecy głos i kilka słów wymóv nych z akcentem niemiecko-jidysz: 
„Lieber Herr... ] ber Herr..." Ale nagle te słowa zostały zagłuszone dźv kiem rewolwerowych 
strzałów. Pierwszy wybrzmiał ' soko w powietrzu, blisko naszego okna, drugi pos; niżej, a 
trzeci równo z chodnikiem, jakby żołnierz strz do nieszczęsnej kobiety, gdy już leżała na 
ziemi. Po usłyszałyśmy stłumione hałasy, które mogły być kop: ciami, a potem wreszcie 
zapadła cisza. 
189 

background image

Estera W., która leżała pod oknem, wyjrzała ostrożnie na ulicę. Ofiara leżała na chodniku. 
Niemiecki żołnierz podszedł szybko do polskiego policjanta stojącego na posterunku po 
drugiej stronie bramy, powiedział coś do niego po czym odszedł. Polski policjant zaczął 
chodzić w tą i z powrotem miarowym krokiem pod naszymi oknami. Najwyraźniej dla 
dodania sobie odwagi zaczął pogwizdywać jakąś melodią, tą samą w kółko. Na pustej ulicy 
brzmiała dziwnie smutno. 
Jakiś kwadrans później nadjechał karawan z zakładu pogrzebowego Pinkierta. Usłyszeliśmy 
głuchy dźwięk ciała wrzucanego do skrzyni. Potem koła wozu potoczyły się po kamiennej 
jezdni. Polski policjant gwizdał swoją smutną melodię jeszcze długo. Był to jedyny dźwięk 
ciemnej sierpniowej nocy. Nikt w naszym pokoju nie powiedział ani słowa. 
Strzały i krzyki dochodzące do nas z ulicy powoli doprowadzają nas do szaleństwa. Noce są 
potworne. Ostatniej nocy pod naszymi oknami zastrzelono blisko czterdzieści osób. Samych 
mężczyzn. Rzeź trwała przez dwie godziny albo i dłużej. Mordercy dobijali swoje ofiary 
kopniakami i uderzeniami kolbą karabinu. Wóz Pinkierta zrobił kilka kursów. Rano 
widzieliśmy dozorcę domu po przeciwnej stronie ulicy szorującego chodnik i zmywającego 
go wodą z gumowego węża. Plamy z krwi zakrzepły i mimo długiego szorowania chodnik ma 
żółtawy kolor. 
Pogrom trwa; ulice wciąż są7 zablokowane. Hitlerowscy sadyści nie są jeszcze nasyceni. 
!!''?? 
190 
Trwają także rzezie na dziedzińcu Pawiaka. Wraz z zapadnięciem nocy rozpoczynają się 
egzekucje. Dotychczasowy komendant więzienia jest na urlopie, a jego zastępca, Burckel, to 
jedna z najgorszych bestii. Wszyscy więźniowie świetnie znają tego sadystę. Czasem 
przychodzi także do nas, chodzi wolnym krokiem z pokoju do pokoju i uśmiecha się przez 
cały czas. Nie mówi wiele, ale przeszywa każdego z nas spojrzeniem. 
Pewnego dnia przyszedł do naszego pokoju w chwili, gdy pani W. leżała nieprzytomna po 
ataku nerwowym. Zaczął   do   niej   mówić, a gdy nie odzywała się, zaczął krzyczeć. Kobieta 
wciąż nie odpowiadała. Potem uspokoił się i zaczął filozoficzny wykład o problemie 
żydowskim i sytuacji politycznej. „Niemcy są takie małe — powiedział rysując palcem na 
ścianie granice swojej  ojczyzny — a Ameryka taka duża!" — tym razem jego palec zatoczył 
duże koło w powietrzu. „Ale Niemcy zwyciężą i Amerykę, będziemy tam przed wami, zanim 
was wymienią." 
Nikt z nas nie odpowiedział mu. Każde wypowiedziane słowo podkreślał uderzeniem pejcza o 
wysokie, błyszczące cholewki. Od czasu do czasu ze świstem przecinał powietrze, a ja 
miałam uczucie, że marzy o tym, by kogoś uderzyć. Ale kontrolował swoje zachowanie i 
dalej ciął powietrze, niewątpliwie, by dać nam odczuć swoją władzę. 
Dziś rano, przed wizytą u nas, widzieliśmy go przez okno, jak gonił kota w ogrodzie dawnego 
Domu Sierot. Biegł jak szalony wśród krzaków, szukając małego kotka, który nagle znikł. 
Burckel wyciągnął rewolwer i zaczął dziko strzelać. 
Lit- 
191 
Ulica Dzielna nie jest już pusta. Stale maszerują tędy grupy robotników z nadzorcami 
prowadzone do różnych obozów pracy. Dom Sierot Korczaka przerobiono na magazyn 
różnych towarów i mebli. Przywożą tutaj także buty i ubrania — najpewniej rzeczy 
pomordowanych. 
Niemcy systematycznie opróżniają mieszkania, z których wygnali Żydów. Wiele osób 
zatrudnionych jest przy sortowaniu łupów. Wczoraj wiedzieliśmy kilka kobiet szorujących 
pokoje domu dziecka. Na trzecim piętrze od frontu urządzają biuro dla Niemca, który 
nadzoruje sortowanie. Widziałam, jak ustawiają tam meble; na biurku umieszczono wazon z 
kwiatami. 

background image

Mało nie dostałam histerii, gdy wśród kobiet szorujących podłogi i okna rozpoznałam Edzię, 
a chwilą później zobaczyłam, jak Zelig Zylberberg z nią rozmawia. Zauważyli mnie także, a 
gdy tylko ich niemiecki nadzorca opuścił pokój, zaczęli do mnie mówić i powiedzieli mi, że 
od dwóch tygodni są małżeństwem i że na ślubie było wielu przyjaciół. Odbywał się 
dokładnie w chwili, gdy hitlerowcy blokowali ich ulicę. „Mieliśmy trudności ze znalezieniem 
rabina" — krzyczała do mnie Edzia. Zelig pracuje jako nadzorca i to chroni ich oboje przed 
deportacją. 
Rozmawiałam z nią przez okno kilka godzin z przerwami. Powiedziała mi, że zaraz 
pierwszego dnia deportacji Edek Wołkowicz został zastrzelony na Umschlag-platz, ponieważ 
odmówił wejścia do bydlęcego wagonu. Ola Szmuszkiewicz została wywieziona razem z 
matką. Niemcy oddzielili mężczyzn i kobiety sprawnych fizycznie od starszych ludzi i dzieci; 
ci ostatni zostali wysłani w nieznanym kierunku zaplombowanymi wagonami. Ola została 
uznana za zdolną do pracy, ale odmówiła oddzielenia od matki i przyłączyła się do niej. 
Marysia Ajzen-sztadt została zastrzelona, gdy próbowała dołączyć do swo- 
192                                                                 ' 
ich rodziców w bydlęcym wagonie.  „Słowik getta" milkł na zawsze. 
Romek jest cały i zdrowy. Wciąż jeszcze pracuje j nadzorca przy budowie murów getta. 
Mieszka na Nis] w sąsiedztwie Edzi i Zeliga. Zelig obiecał, że wkr< przyniesie mi list od 
niego. Nie jest to proste, bo nikc nie wolno poruszać się swobodnie po ulicach, a roboti 
zatrudnieni w danej części getta muszą tam także mi kać. O siódmej trzydzieści rano cała 
grupa rusza z mi ca zbiórki do pracy i wraca na to samo miejsce o siód wieczór. Bardzo 
trudno jest zobaczyć się z kimś, mieszka w innej części getta. Ale Zelig ma więcej s body 
jako nadzorca. Wychodzi jednak z domu jak rzadziej ze względu na ciągłą strzelaninę. 
Wśród zatrudnionych po drugiej stronie ulicy roz nałam więcej znajomych. Brat Edzi 
Piaskowskiej na ruje dużą grupę pracującą w Domu Sierot. Zelig nadzorcą grupy zatrudnionej 
w budynku sąsiaduje z naszym, na Dzielnej 24. Na parterze pod num< 27—31 sortuje się 
teraz towary farmaceutyczne. Wid pracowników ustawiających butelki, słoiki, pudełka i ne 
szklane pojemniki — wszystko to pochodzi ze si rowanych drogerii getta. W jednym z okien 
na par zobaczyłam jednego z moich byłych profesorów ze s: graficznej. Często spogląda na 
mnie i uśmiecha się ko. O czym myśli? Jego uczennica jest za kratami, sam pracuje pod 
hitlerowskim batem. 
Niektórzy z internowanych otrzymują paczki z które rodzina lub przyjaciele przynoszą pod 
bramę, więcej paczek przychodzi do Guty E. Jej matka pr; je przez znajomego policjanta. 
Każda   paczka   za 
193 
13 - Dzi 
długi list od bliskiego przyjaciela Guty, jakiegoś pana Z., który jest urzędnikiem Gminy. 
Informuje nas o wszystkich wydarzeniach w getcie. Tak więc poprzez niego i innych mamy 
bardzo szczegółowe wiadomości. Nie ma dnia, aby nie przyszło kilka listów do naszej grupy. 
19 września 1942 
Moja matka leży na sienniku przez cały dzień; jest tak wygłodzona, że nie może się ruszyć. 
Anna wygląda jak cień, a ojciec jest strasznie chudy — sama skóra i kości. Wygląda na to, że 
znoszę głód lepiej niż inni. Po prostu zaciskam zęby, gdy czuję czczość w żołądku. W nocy 
czekam na następny ranek, kiedy to dostajemy cztery uncje chleba i gorzką wodę zwaną 
„kawą". Potem czekam na obiad w południe, kiedy przynoszą nam pierwszą zupę — talerz 
gorącej wody z kilkoma ziarenkami kaszy. Potem znów z niecierpliwością oczekuję wieczoru, 
kiedy przynoszą nam następny talerz gorącej wody z kartoflem albo burakiem. Dni nie mają 
końca, a noce jeszcze bardziej i pełne są koszmarów. Trwa strzelanina, setki ludzi ginie co 
dnia. Getto jest przesiąknięte krwią. Ludzie bez przerwy maszerują Dzielną na Umschlagplatz 

background image

na Stawkach. Żadna praca ani zawód nie stanowi już dłużej ochrony. Ostatnio wywieziono 
nawet rodziny zatrudnionych, przede wszystkim kobiety i dzieci. 
Parę tygodni temu hitlerowcy zaczęli robić obławy na żony i dzieci ludzi zatrudnionych u 
Toebbensa i Schultza. Jeśli nie pracują, są brutalnie wywożone. Teraz rodzice zabierają dzieci 
ze sobą do pracy albo ukrywają je w jakichś dziurach. 
Jedzenie w getcie jest znów tańsze. Ostatnio funt chleba kosztował czterdzieści złotych, ale 
teraz kosztuje tylko dwadzieścia. Jest mniej osób do wyżywienia. 
20 września 1942 
Dziś mniej strzelano. Opór słabnie. Głodni, w ludzie płyną nieustannym strumieniem na I 
platz. 
Dziś inżynier Lichtenbaum i jego przyjaciel F jechali samochodem odwiedzić przyjaciół inten 
na Pawiaku. Dostali specjalne zezwolenie na od nas i od nich dowiedzieliśmy się szczegółów 
o eksterminacji. 
W chwili, gdy masowy pogrom w Warszaw wygasać, Niemcy zaczęli rzeź w małych miasta 
stolicy. Wczoraj zakończyli „akcję" w Otwocku, nawet nie został wywieziony. Kilku Żydów 
u pobliskiego lasu, gdzie się dotąd ukrywają. W ] dzą do pobliskich wiosek po jedzenie. 
Inżynier Lichtenbaum pytał pani M., czy żade: ników więziennych nie mówił jej, co 
hitlerowc; w związku z warszawskim gettem. Co za absun ny wysokiego urzędnika Gminy 
pytać nas, co z resztą mieszkańców getta! Czy mogą być jaki< wości po tym, co widzieliśmy 
na własne oczy? i scy pytają wszystkich w nadziei usłyszenia jaki dodającej otuchy. 
Według Lichtenbauma i Firsta wywiezion 200 000 Żydów, a ponad 10 000 zabito. Zostało a 
cze około dwustu tysięcy. 
Podziemie stało się aktywniejsze niż dotąd śmierci zostały wydane nie tylko na wielu hit] 
Ukraińców i Litwinów, którzy mordowali ludi czas tych krwawych dni, ale także na kilku Ży 
rzy pozwolili użyć siebie hitlerowcom jako narz czas masakry. Pułkownik Szeryński i paru ui 
Gminy znajdują się teraz na czarnej liście. Wiec 
194 
195 
i nie mają odwagi pokazywać się na ulicach bez uzbrojonej obstawy. 
Niemcy ze swojej strony likwidują wszystkich swoich kolaborantów, którzy stali się już dla 
nich nieprzydatni. Bez żadnych ceregieli rozstrzeliwują ich, a ciała znajdowane są często na 
ulicy. Ostatnio zakończyli w ten sposób swoje fantastyczne kariery agenci gestapo: Erlich i 
Mar-kowicz, a także założyciele tramwajów w getcie, Kohn i Heller. 
Masakry zdopingowały przywódców podziemia do większego oporu. Nielegalne gazety 
mnożą się, niektóre docierają nawet do nas, na Pawiak. Pełne są dobrych wiadomości z 
frontów walki. Alianci zwyciężają w Egipcie, a Rosjanie odpierają wroga pod Moskwą. 
Ulotki wyjaśniają cel deportacji i mówią o losie wywiezionych Żydów. Wzywa się ludność 
do oporu z bronią w ręku i ostrzega przed nastrojami defetystycznymi, przed wiarą, że 
jesteśmy całkiem bezbronni wobec hitlerowców. „Umierajmy jak ludzie, a nie jak owce" — 
kończy jedna z proklamacji w ulotce zatytuł wanej „Do broni!". 
Sytuacja poprawiła się nieco w ostatnich dniach sierpnia i niektórzy zaczęli bardziej 
optymistycznie spoglądać w przyszłość. Ale była to tylko cisza przed burzą. 3 i 4 września 
Niemcy zaczęli otaczać warsztaty zorganizowane przez Gminę. Esesmani w towarzystwie 
Litwinów i Ukraińców wchodzili do warsztatów i zabierali po kilkanaście osób z każdego pod 
pozorem, że potrzebują wykwalifikowanych robotników. Ci robotnicy — ponad tysiąc osób 
— zostali poprowadzeni na ulicę Stawki i wywiezieni do obozu w Treblince. 
 
Teraz już wiadomo, że większość deportowanych wysyłana jest do Treblinki, gdzie zabija się 
ich przy pomocy maszyn, z którymi Niemcy robią eksperymenty w celach wojennych. Ale 
nikt nie zna szczegółów. 

background image

196 
5 września zostały otoczone niemieckie fabryki '. bensa i Hallmanna — deportowano z nich 
znaczną ] robotników. 
W niedzielę, 6 września, policja żydowska otrzj rozkaz przygotowania się do kolejnej akcji. 
Nastąp: po obwieszczeniu opublikowanym przez Gminę w irr Komisji Przesiedleńczej, 
zgodnie z którym wszyscy szkańcy „dużego" getta (w granicach ulic: Smoczej siej, 
Zamenhofa i Szczęśliwej oraz placu Parysowsl mieli zgłosić się 5 września do rejestracji. 
Tekst w; kowany po niemiecku i po polsku zawierał ostrze: że każdy musi przynieść jedzenie 
na dwa dni, a mie: nie wolno zostawiać zamkniętych. „Kto nie zgło; w terminie, zostanie 
rozstrzelany" — tymi słowami czył się rozkaz. 
Teren objęty rozkazem został otoczony drutem k< stym  i  grubą  liną.  Właściwie   
utworzono   powiek; Umschlagplatz. Rejestracja zaczęła się o jedenastej południem i trwała 
cały tydzień, do soboty, 12 wrzi 
Celem tej rejestracji było wyłapanie wszystkich ' wających się oraz żon, dzieci i rodziców 
Żydów ? jeszcze zatrudnionych w fabrykach getta. Duża 1 osób zabarykadowała się w 
mieszkaniach wybierają czej śmierć w domu niż w obozie. 
Całe jednostki SS i Litwinów chodziły po mieszka na terenie objętym rejestracją i strzelały do 
każdeg stanego w nich człowieka. Kilku Żydów zamurować w piwnicach z zapasami jedzenia 
i wody. Pod ul getta zbudowano długie tunele. Teraz jest to prawi podziemne getto. Wiele 
osób ukrywa się w zbomb wanych domach sądząc, że Niemcom nie przyjdź głowy 
przeszukiwanie ruin. Strzelanina trwała cał dzień. W ciągu tego czasu wywieziono do 
Treblink nad 50 000 ludzi — mężczyzn, kobiet i dzieci. 
197 
Żydowscy policjanci zajmują teraz cały blok na Ostrowskiej i Wołyńskiej. Wszystkim im 
wraz z rodzinami kazano opuścić dotychczasowe mieszkania w różnych częściach getta i 
zająć puste, splądrowane mieszkania wywiezionych. Najwyraźniej Niemcy chcą mieć całą 
żydowską policję skoncentrowaną w jednym miejscu. Chodzą pogłoski, że żydowska policja 
zostanie wkrótce w dużym stopniu zredukowana. 
Od kilku dni nie mieliśmy wiadomości od wujka Abie-go, choć teraz mieszka bardzo blisko 
nas; z Pawiaka na Wołyńską jest zaledwie kilka kroków. Edzia nie pracuje już w dawnym 
Domu Sierot. Zastanawiam się, co mogło się z nimi stać. 
Rozdział XIV KONIEC ŻYDOWSKIEJ POLICJI 
22 września 1942 
Wczoraj przypadał Dzień Pokuty i w tym św hitlerowcy, jak to mają we zwyczaju, postanc 
blokadę ulic Ostrowskiej i Wołyńskiej. Z 250 tów wybrali 380 do dalszej służby, a ponad 
wieźli wraz z rodzinami. 
Uznaliśmy za znaczący fakt, że tego dnia była bombardowana przez radzieckie samo 
przyleciały w większej ilości niż kiedykolwiek 
W pokoju zajmowanym przez mężczyzn zos nizowana prowizoryczna synagoga. Mamy s 
zmienia się co kwadrans, by ostrzegać nas, g( rowcy mieli zamiar złożyć nam wizytę. Ale nik 
szedł. Kobiety modliły się razem z mężczyznarr Sh., żona Wielkiego Rabina Warszawy, stała 
p zorycznym ołtarzu i modliła się żarliwym j jakiś czas załamywała ręce, a w jej oczach \ łzy. 
Potem nagle zaczęła gośno szlochać, a wsz ni płakali wraz z nią. 
Na małym stoliku przykrytym białym obn dwie świeczki umocowane na obróconym do j 
cynowym talerzu. Tylko nieliczni mężczyźni rr ale pozostali modlili się z równą żarliwością. I 
dało się odróżnić słowa wymawiane przez k; potem wszystko przekształciło się w jeden lamę 
199 
Rozeszliśmy się do pokoi o ósmej wieczorem, gdy przyszedł strażnik, żeby nas zamknąć na 
noc. 

background image

Podczas   naszych   modlitw   nagle   usłyszałam    odgłos strzałów i krzyki rozpaczy. Była 
jedenasta i hitlerowcy właśnie rozpoczęli blokadę bloku zajmowanego przez policjantów z 
rodzinami. Myślałam o wujku Abiem i jego żonie. Nagle ktoś zauważył płomienie buchające 
z kościoła naprzeciw naszych okien. Po chwili kilka samochodów ze strażakami przyjechało 
na miejsce i pożar został stłumiony. 
O  zmierzchu   widzieliśmy   pożary w kilku   punktach miasta, a potem nagle zaczęły wyć 
syreny   fabryk   obwieszczające  nagły alarm przeciwlotniczy.  Wkrótce  dotarły do nas 
odgłosy strzelaniny i eksplozji bomb.  Nie słyszeliśmy wybuchów o takiej sile już od dawna. 
Głęboką   ciemność nad miastem   rozrywały   rakiety.  Setki bomb eksplodowały w 
powietrzu. Mama, Anna i ja przytuliłyśmy się do siebie i drżałyśmy razem z całym 
budynkiem więzienia. Wydawało nam się, że lotnicy celują w więzienie i wyraźnie 
słyszałyśmy bomby upadające na sąsiednich ulicach: na Nowolipiu, Nowolipkach, Nalewkach 
i Gęsiej. Jedna bomba spadła na dziedzińcu więzienia, w bardzo niewielkiej odległości od 
naszego budynku, a eksplozja zatrzęsła murami tak mocno, że przez moment myśleliśmy, że 
się rozpadną. 
Pomyślałam, że byłoby okropne umrzeć tutaj od bomby rzuconej przez wrogów Hitlera, ale 
jednocześnie nie mogłam opanować uczucia satysfakcji, że hitlerowcy są bombardowani tego 
samego dnia, w którym urządzili polowanie na Żydów. 
Bombardowanie trwało całą noc. Stale nadlatywały nowe samoloty z nowymi ładunkami 
bomb. Alarm odwołano dopiero o piątej rano. 
„Nowy Kurier Warszawski" wydrukował dziś zaledwie 200 
kilka linijek o tym nalocie. Według hitlerowskiego żaden obiekt wojskowy nie ucierpiał. Ale 
dowiedzi się, że w rzeczywistości wiele instytucji wojskowy stało kompletnie zniszczonych. 
W getcie został tr gmach Sądów na Lesznie i szpital, a także liczne wokół Pawiaka uległy 
zniszczeniu, ale większość spadła na lotniska wokół Warszawy i główny węz lejowy. 
29 września 1942 
Powierzchnia getta została w znaczny sposób z 
kowana. Teraz jego granice przebiegają ulicami: Sn 
Gęsią, Franciszkańską, Bonifraterską,   Muranowską 
korną, Stawkami,  Dziką, Szczęśliwą  i placem Parj 
skim. Wszystkie istniejące jeszcze urzędy Gminy i 
sztaty dostały polecenie przeniesienia się na  ten  i 
teren. Ten rozkaz wydany przez władze niemieekie 
datę 27 września. Mury otaczające nową dzielnicę ży 
ską będą miały trzy metry wysokości. Żydowska pc 
musi  utrzymywać  porządek  podczas   przesiedlania. 
kłady, których   nie   można   przenieść, zostaną   otoc 
specjalnymi murami, a robotnicy będą musieli mieś 
w domach sąsiadujących z fabryką. Praca będzie na 
rowana przez Werkschutz, składający się z byłych cz 
ków żydowskiej policji. 
Liczne fabryki zatrudniające Żydów zostały poza nicami zmniejszonego getta na Lesznie, 
Karmelici Nowolipkach, Smoczej, Nowolipiu i Żelaznej. Są to bryki Toebbensa, Schultza, 
Roericha, Hoffmana, Schi ga i Hallmanna. Toebbens ma również fabryki na Ciep Twardej, 
Prostej i Ceglanej. Niektóre firmy uciekają do znakowania swoich robotników pieczątkami, ż 
mogli być łatwo rozpoznawalni podczas łapanek i w 
261 
sposób chronieni przed deportacją. Robotnicy są „pieczętowani" na różnych częściach ciała, 
tak żeby hitlerowscy „myśliwi" nie popełnili omyłki. 

background image

Za „opieczętowanie" robotnik musi wnieść opłatę w wysokości trzech złotych dziennie; sumę 
tę potrąca się z wynagrodzenia. Robotnicy płacą także dwa złote dziennie za jedzenie 
otrzymywane w fabryce. Powiadają, że teraz wszystkie te fabryki zatrudniają w sumie około 
30 000 żydowskich przymusowych pracowników. Gmina zatrudnia blisko 3 000 osób. 
Każdego dnia hitlerowcy przychodzą do Gminy z nowymi żądaniami. Chcą rozmaitych 
artykułów, na przykład kawy, czekolady i innych nie istniejących delikatesów. 
1 października 1942 
Getto nie jest teraz niczym innym jak tylko ogromnym obozem pracy. W ciągu dnia ulice są 
prawie puste. Ruch jest tylko o szóstej rano, gdy ludzie idą do pracy. Przez okna możemy 
dostrzec mężczyzn i kobiety wychodzących z domów i spieszących na różne punkty zbiórki, z 
których w wojskowym szyku maszerują do swoich fabryk. Są ustawieni czwórkami i 
prowadzeni przez Werkschutz i patrole niemieckie. Po ósmej człowiek na ulicach getta jest 
rzadkością. Od dwunastej do pierwszej trwa przerwa obiadowa. Na dziedziniec fabryki 
wynosi się wielki kocioł, a robotnicy ustawiają się w kolejce z miskami w rękach po swoją 
porcję cienkiej zupy. 
Po siódmej wieczorem ulice znów wypełniają się rc~ botnikami spieszącymi do domów. 
Później nikt już nie śmie wyjść, bo niemieckie patrole czają się wszędzie. 
Takie jest teraz życie w getcie. Naród nasz żyje w cieniu śmierci, ale każdy myśli, że wbrew 
wszystkiemu mo- 
że mu się udać przetrwać i ocaleć. Bez tej nadzie: cej z jakiegoś cudownego źródła Żydzi 
pozostając cze w getcie popełniliby masowe samobójstwo. 
Bombardowania przez radzieckie samoloty oc się co noc. Eksplozje wstrząsają murami 
Pawia' już jesteśmy do tych bombardowań przyzwycza oczekujemy ich z niecierpliwością. Są 
jak pozdr z wolnego świata. Samoloty nadlatują co noc mn cej o tej samej porze, około 
jedenastej. Alarm wany jest dopiero rano. 
Ale najstraszniejsze są stałe odgłosy wystrzale re ciągną się też całą noc, bo polowanie na 
ludzi dzone przez oddziały SS trwa nadal. 
2 października 1942 
Dziś widziałam przez okno Edzię. Najwyraźnii pracuje w byłym Domu Sierot. Podczas 
przerwy wej, kiedy polski policjant i niemieccy żandarm lujący Pawiak skręcili w ulicę 
Więzienną, jej mi wrzucił do mnie list od Romka. Rozwijałam papi cymi rękami. To była 
pierwsza wiadomość oi w ciągu minionych czterech miesięcy. 
Pisał, że nie wiedział o moim dotychczasowym w Warszawie, myślał, że wywieziono nas 
dawn Jego matka i siostra żyją, pracują w jednym z ?< tów. On sam nie mieszka z rodziną, 
tylko z Ł i młodą dziewczyną. W pierwszej chwili byłam o tym układem, ale w dalszym ciągu 
listu Romek w powody takiego dziwnego partnerstwa dwóch : mężczyzn i dziewczyny. 
Tysiące w getcie mieszk mężów rozdzielono od żon i dzieci, dzieci od i i każdy śpi tam, gdzie 
znajdzie miejsce. Ludzie dc kiem sobie obcy żyją teraz razem jak najbliżsi Mężowie, których 
rodziny  deportowano,  starają 
202 
203 
głuszyć samotność i proszą pierwszą kobietę, jaką spotkają, by z nimi zamieszkała. Kobieta 
czyni życie mężczyzny trochę łatwiejszym, a dwoje ludzi czuje się nieco bezpieczniej pośród 
terroru. W ten sposób ludzie łączą się przez przypadek i pocieszają nawzajem. Romek napisał 
także, że w niedziele, gdy nie pracuje, spotyka się z Tadkiem Szajerem i innymi przyjaciółmi.  
Bardzo niewielu naszych wspólnych znajomych pozostało w getcie. Dołek Amsterdam   żyje   
gdzieś  po   stronie   „aryjskiej";   uciekł wraz z wujem, który był jednym z szefów tzw. 
Trzynastki. Rutka żyje. „Postaram się znów do ciebie napisać, jak tylko to będzie możliwe — 
kończył swój list Romek. — Możesz odpowiadać tą samą drogą. Zawsze twój, Romek". 
4 października 1942 

background image

Dziś niespodzianie pojawił się pod naszymi oknami wujek Abie. Nie mieliśmy od niego 
wiadomości od czasu wywiezienia większości policjantów i myśleliśmy, że nie ma go już w 
getcie; więc gdy go ujrzeliśmy,  ucieszyliśmy się niezmiernie. Ale nie miał na sobie 
policyjnego uniformu i wyglądał potwornie. Powiedział, że podczas blokady udało mu się 
uciec do innej części getta razem z żoną, Lucią. Pracuje teraz w fabryce, która znajduje-się 
poza nowymi granicami getta. Podwinął rękawy i pokazał nam dużą niebieską pieczątkę na 
chudym ramieniu. A więc jest jednym ze szczęśliwców — ostemplowanych niewolników. 
„Staram się o przeniesienie do pracy w budynku naprzeciw więzienia, żeby móc was widzieć 
— powiedział. — Zelig mi pomaga i powiedziano mi, że jutro mnie przeniosą". 
5 października 1942 
Dziś obudziliśmy się o siódmej, żeby wyjrzeć na ulicę, i ucieszyliśmy się widząc wujka 
Abiego w grupie ludzi, 
204                  " 
którzy przyszli do pracy, do budynku byłego Dor rot. Widzieliśmy nadzorcę liczącego 
robotnikó\ wejściu. Zelig pomachał nam i pokazał wujka który najwyraźniej nie śmiał 
odwrócić się, żeby : zdrowie. Później widzieliśmy go przez okno bt promieniał radością, gdy 
spoglądał na nas. 
Wśród robotników zauważyłam byłego przewo cego naszego Klubu Młodzieży na Siennej, 
Manfre bina. Zelig robił wszystko, co w jego mocy, by zeb zostałych w getcie przyjaciół do 
grupy, której s; nadzorcą. Gdy Manfred Rubin zobaczył mnie ze Pawiaka, patrzył na mnie 
najwyraźniej nie mogą< rzyć własnym oczom. Później udało mu się pow mi, że jego rodzice i 
Mickie zostali deportowani i stał sam. Edzia powiedziała mi dziś, że Stefa ]V też została 
wywieziona. 
Dziś przyprowadzono na Pawiak dużą grupę złapanych po stronie „aryjskiej". Widzieliśmy ic 
zabrano nas do łaźni na cotygodniową dezynfekcj też oddzielają nas od pozostałych 
więźniarek, ale pr: ściu i wyjściu oraz podczas ubierania możemy z nil mawiać dość 
swobodnie. Strażniczka, którą przek my już dawno, udaje, że niczego nie widzi. 
W drodze powrotnej z łaźni spotkałyśmy kobie nią P., i jej małą córeczkę wychodzące ze 
specjał zienki dla osób z chorobami skóry. Mała dziew w wieku około pięciu lat biegała po 
podwórzu w nym beztroska i uśmiechnięta, zwracając uwagę \ ?kich śliczną buzią 
przypominającą Shirley Tempie lu z nas skomentowało to podobieństwo. Jej matk zała się 
znajomą jednej z internowanych, Tusi \ wiedzieliśmy się, że matka i córka ukrywały się p nie 
„aryjskiej" pod zmienionym nazwiskiem,, pó zadenuncjował ich polski sąsiad. Teraz ich los 
jest 
205 
pieczętowany. Dziewczynka zapamiętała swoje nowe imię i jeśli ktoś się tak do niej zwraca, 
odpowiada natychmiast. 
Spotkaliśmy też inne kobiety z dziećmi w podobnej sytuacji. Kobiety gorzko płakały 
opowiadając nam swoje historie, podczas gdy dzieci cicho bawiły się u ich stóp. 
Na podwórzu, na którym odbywamy codzienny spacer, leżą sterty rzepy i buraków 
przygotowanych na nadchodzące miesiące. Nasze menu jest teraz nieco inne; zupy gotowane 
są z rzepy. Gdy tylko ukraiński strażnik na chwilę odwróci swą uwagę, podbiegamy do tych 
stert i porywamy duże, żółte rzepy. Smakują dobrze na surowo i wypełniają żołądek na cały 
dzień. Często też udaje nam się ukraść kilka buraków. Jeśli Ukrainiec wychodzi na minutę za 
bramę, cała grupa więźniów rzuca się na warzywa jak stado głodnych wilków. Czasem 
znajdzie się kilka marchewek, które wypadły z garnka. Marchewki należą do przysmaków i 
tylko w niedzielę i inne święta znajdujemy czasem po kawałeczku w zupie. 
Podczas spaceru dookoła małego ogródka na więziennym podwórzu rozmawiamy o naszej 
niepewnej przyszłości. Dziś, gdy stałyśmy w cieniu trzech dużych drzew, Felicja K., córka 
żony Wielkiego Rabina, madame Sh., powiedziała, że gdybyśmy mieli być wysłani na Um-

background image

schlagplatz, to raczej powinniśmy zażyć truciznę. Zapewniła nas, że wkrótce otrzyma jakieś 
specjalne pigułki do tego celu. Zadrżałam słysząc te słowa i w tym momencie, o dziwo, moja 
wola życia była silniejsza niż kiedykolwiek. 
Komisarz, który czasem nas odwiedza, powiedział dzisiaj, że dwudziestego trzeciego tego 
miesiąca zostaniemy zabrani do obozu internowania dla Amerykanów w Niemczech. Kobiety, 
powiedział, zostaną wysłane do Liebenau nad   jeziorem  Constance,  a  mężczyźni   do  
Laufen.   Nie 
wiem, ile prawdy jest w tym twierdzeniu. Gdj przedstawiciel, pan S., zapytał komisarza, gdzie 
ternowani obywatele brytyjscy i państw neutn ten odpowiedział, że znajdują się oni w obozie 
po nowcem. To kłamstwo, bo wiemy, że pod Sosnowe ma obozów, i wiemy także, że ci 
ludzie zostali \ do obozów śmierci razem z innymi mieszkańcami Pan S. zadał to pytanie 
tylko po to, żeby sprawd akcję hitlerowca. 
Codziennie kilkanaście  platform  z  meblami i przedmiotami zajeżdża do magazynów 
przeznaczon zrabowane rzeczy Żydów, a znajdujących się na I w budynkach naprzeciw 
więzienia. Niektórzy inte ni rozpoznają  swoje rzeczy.  Straszne  jest  także wśród 
powożących  rozpoznajemy  często  bliskich mych  —  doktora,  inżyniera,  byłego  
zamożnego adwokata. Hitlerowcy wybierają specjalnie inteli do najcięższych prac 
fizycznych. 
Na jednej z platform zauważyłam naszego w pianistę, Władysława Szpilmana. Jego wygląd 
ws' mną. Był chudy i wycieńczony, ubranie wisiało jak worek. Rękawy pełne były dziur, a 
kołnierzy wany. Na ramieniu miał zawieszoną torbę z ka^ chleba. Oczy miał zapadnięte i 
oddychał z trude 
Platformy zajeżdżają jedna po drugiej pod oknami. Woźnicy towarzyszą jeszcze dwaj mężC2 
pomocy przy rozładowywaniu. Kiedy przyszła kol< mana, widziałam, jak zapierało mu dech 
za każ< zem, gdy musiał podnieść jakiś ciężki mebel. Wra: ma pomocnikami zmagał się 
przez dłuższą chwilę kim fortepianem, który wciąż osuwał się z powr platformę, a jego struny 
pobrzękiwały. Nagle ; wybiegł przyglądający się dotąd Niemiec i zaczął snyślać. Szpilman 
próbował się usprawiedliwić p 
206 
207 
ciężkie nogi fortepianu, ale jedyną odpowiedzią było uderzenie w twarz. 
W pewnej chwili pianista odwrócił się w naszą stronę; najwyraźniej poczuł nasz wzrok. 
Uśmiechnął się gorzko i zwiesił głowę. Rozpoznał swoich znajomych, byłych 
entuzjastycznych słuchaczy jego koncertów. Zakłopotany i zawstydzony odwrócił się i znów 
podjął swoją pracę. W pół godziny później wóz był pusty. Władysław Szpil-man wdrapał się 
z powrotem na siedzenie i otarł dłonią czoło. Pociągnął za lejce i konie ruszyły z miejsca. 
8 październik 1942 
Przez  Zeliga  otrzymaliśmy  list  od  Rutki,  w  którym opowiada, jak prawie cudem została 
uratowana od deportacji. „Staliśmy w długim szeregu — pisze — sami robotnicy z fabryki 
Aschmana,  w której  mój  ojciec  jest jednym z głównych nadzorców. Brandt (hitlerowiec 
kierujący deportacją w Warszawie) stał w pobliżu i wskazywał osoby, które miały zostać 
wywiezione do Treblinki. W pewnej chwili wskazał moją matkę i kazał jej wyjść z szeregu. 
Podbiegłam do niej i powiedziałam, że pojadę z nią. Brandt spojrzał na mnie i nagle zaczął się 
uśmiechać. Myślałam, że zastrzeli mnie na miejscu, ale ku memu zaskoczeniu kazał matce i 
mnie wracać do szeregu ludzi, którzy nadal mają pracować w fabryce. W pierwszej  chwili  
myślałam,  że  żartuje,  ale  mówił  poważnie. Byłam tak wstrząśnięta tym wydarzeniem, że 
rozchorowałam się i spędziłam w łóżku dwa tygodnie. Parę dni temu wstałam, ale czuję 
jeszcze ból we wszystkich kościach. Nie widziałam nikogo z naszych przyjaciół, większość z 
nich została zabita lub wywieziona. Pracujemy ciężko przez cały dzień; po powrocie do domu 

background image

śpimy jak zabici, a o szóstej ledwie jesteśmy w stanie podnieść się znowu.   Kilku   mężczyzn   
prosiło   mnie,   żebym   z   nimi 
mieszkała. Nie dziw się; wszystkie dziewczę Bardzo niewiele kobiet zostało w getcie i szcz 
de dziewczyny codziennie mają propozycje, kać z jakimś mężczyzną, który ma pracę i w 
pobliżu fabryki. Ale na razie wciąż jeszcze utrzymać. Za parę dni spróbuję pójść z Abie żeby 
was zobaczyć." 
10 października 1942 
Dziś moje urodziny. Cały dzień spędziła sienniku. Wszyscy przychodzili składać mi ; nie 
reagowałam. W nocy mojej siostrze udałc trzy rzepy i miałyśmy prawdziwy bal. 
12 października 1942 
Wszystkie Amerykanki ze strony „aryjsl zabrane na Pawiak. Być może oznacza to, że 
staniemy wymienieni. Umieszczono je na „S z transportem Amerykanek przywiezionych Z 
powodu ciasnoty niektóre z nich umieszc: ziennej kaplicy, a część matek z dziećmi w łych 
pokoikach na parterze naszego budynku 
Spotkałyśmy się z nimi w łaźni; kaplica je Niektóre z tych kobiet są Żydówkami i powi że 
nieprzyjemny nastrój antysemityzmu pe wśród internowanych. Żydówkom stale daje że są 
obce. Tylko zakonnice znajdujące się i bronią ich i potępiają antysemickie uwagi ni< biet. 
Zakonnice opiekują się dziećmi bez robi między Żydami i gojami. Wykazują prawdzi ną 
miłość i chrześcijańskie miłosierdzie; wsz nują. 
208 
209 
17 października 1942 
Dziś dostaliśmy paczkę od naszej przyjaciółki, gojki, Zofii K. Kilka dni temu mama napisała 
do niej prosząc o trochę jedzenia i odpowiedź była natychmiastowa. W tym oceanie nędzy, w 
jakim żyjemy, pociechą jest znaleźć ludzi serdecznych. Zofia K. i jej mąż okazywali nam 
wiele serca przez całą wojnę i zawdzięczamy im wiele. Pan K. nawet ryzykował własne życie 
przewożąc nas z Łodzi do Warszawy. Przez jakiś czas trzymał moją siostrę i mnie u siebie w 
domu narażając się w ten sposób na największe niebezpieczeństwo. Pani K. pisze, że postara 
się pomóc wujkowi Abiemu i przyśle nam więcej jedzenia tak szybko, jak to będzie możliwe. 
Radzieckie bombardowania są coraz częstsze. Nie można w nocy spać z powodu wybuchów. 
Ponadto nęka nas potworna plaga insektów. Po miesiącach, jakie tu spędziliśmy, słoma w 
naszych siennikach rozpadła się na proszek i zamieniła w twardy brud. Papier na ścianach jest 
w strzępkach, a za nim są całe gniazda pluskiew. Nasze ciała pokrywają czerwone plamy. 
Jeszcze gorsze są pchły. Żadne dezynsekcje nie pomagają. 
Mamy trzy nowe internowane: żonę amerykańskiego obywatela Adama L., która dotąd była 
gdzieś pod Warszawą, i dwie kobiety z getta — matkę Guty E. i Liii, żonę internowanego 
Leona M., obywatela Haiti. Przeżyły potworności ostatnich „akcji" i to zostawiło w ich 
duszach niezatarty ślad. 
Pani Liii M. wprowadziła się do naszego pokoju. Ma dwadzieścia dwa lata. Zostawiła w 
getcie rodziców i brata. Kilka nocy temu podczas wyjątkowo intensywnego nalotu wszyscy 
wyskoczyliśmy z łóżek; tylko Liii została na. swoim miejscu. Ktoś próbował ją namówić do 
wstania, ale ona odwróciła się do ściany i powiedziała: „Nie obchodzi mnie to. Żaden nalot 
nie może mnie przestra- 
210 
szyć. Mar i nawet nadzieję, że jakaś bomba trafi I tak żyjie nie ma już dla mnie żadnej 
wartoś< 
Reszta  próbuje  zachować  ducha  i  każdego zbieramy  się  w  jednym z  pokoi,  żeby przedy 
różne  tematy.   „Objadamy  się"   także  kradzioi wszyscy opowiadają o swoich 
doświadczeniach. 

background image

Zwykle siedzimy w pokoju zajmowanym prze; jej matkę i Marysię Sh., obywatelkę 
boliwijską, jest teraz w Boliwii. Marysia lubi pokazywa tego egzotycznego kraju w 
Południowej Anier komiczną osobą: małą, pulchną, jasnowłosą. N: się na głód, a przeciwnie, 
cieszy się, że chudnie. 
Rodzina W. — mama i trzy córki: Noemi, Tu; (ta ostatnia jest tu ze swoją trzyletnią córeczką, 
E jest najbardziej zabawna ze wszystkich. Najmłc Noemi, delikatna i piękna blondynka. 
Szybko sobie sympatię. Jej starsza siostra, Tusia, ma wi czucie humoru. Noemi i Tusia 
spędziły już na trzy miesiące w 1940 roku za nienoszenie opasel zdą. Nasza strażniczka zna je 
dobrze i nie mają trudności z przekupywaniem jej. Strażniczki są ^ szymi głównymi 
„środkami komunikacji" z gette ną „aryjską". Po pracy wracają do domów i mu chodzić przez 
getto. Zabierają nasze listy, a p nam listy od przyjaciół i krewnych. 
Noemi jest urodzoną aktorką i niesłychanie pi< cytuje. Przez rok studiowała w Szkole 
Dramatyc: werowicza i grała w kilku sztukach w Teatrze w getcie.  Dziś mówiła  nam  
wspaniały wiersz „Pif-paf".    Kiedy    skończyła,    wszyscy    mieliś w oczach. Ten wiersz 
jest bardzo na czasie, jakb; sany dziś. Noemi tak wyczerpał ten wysiłek, że czeniu recytacji 
padła na swój siennik. Marysia p do niej i dała jej kawałek rzepy. 
211 
Wśród nowych więźniów Pawiaka jest pewien, pan D., obywatel szwajcarski, który został 
aresztowany po stronie „aryjskiej". D. jest dobrym znajomym Guty E. Powiedział nam, że 
Żydzi w całej Polsce są deportowani, a stawiają szczególnie silny opór w regionie Lublina. 
Wolą umierać raczej tam, gdzie są teraz, niż zostać wysłani do obozów śmierci. Młodzi ludzie 
uciekają do lasu i przyłączają się do partyzantów. 
20 października 1942 
Komisarz żydowskiej policji, Lejkin, oraz pan First z wydziału budownictwa Gminy zostali 
zabici przez działaczy podziemia. 
Wielu więźniów Pawiaka zostaje wysłanych do obozu w Oświęcimiu, skąd nikt nie wraca. 
Wszyscy teraz już wiedzą, że jest to obóz śmierci, jak Treblinka, z tą tylko różnicą, że 
ofiarami Oświęcimia są przede wszystkim Polacy. 
Także na stronie „aryjskiej" napięcie rośnie. Tysiące Polaków są wywożone do niewolniczej 
pracy w Prusach lub centralnych Niemczech. Praca jest teraz obowiązkowa dla wszystkich 
Polaków i wprowadzono system kart pracy. Pod byle pretekstem odbywają się masowe 
aresztowania — a czasem w ogóle bez żadnego pretekstu. Przede wszystkim aresztuje się 
inteligentów. Wczoraj w więziennej pralni widziałam znaną polską dramato-pisarkę, Minę 
Swierszczewską. 
Dziś mieliśmy wizytę komisarza Nikolausa, który po raz n-ty uroczyście powiedział nam, że 
23 października, to znaczy w najbliższy piątek, „dokładnie o dziesiątej rano", wszyscy 
amerykańscy obywatele ruszą w drogę. Chociaż mu nie wierzymy, wszyscy jesteśmy 
strasznie przygnębieni. Obywatele krajów południowoamerykańskich nie wiedzą, co o tym 
myśleć; część z nich ma pesy- 
mistyczne przeczucia, że zostaną wysłani do Tr Nie chcę nawet o tym myśleć. Byliśmy z nimi 
pr: miesięcy, jednoczył nas wspólny los, a teraz mus rozstać. 
22  października 1942 
Czy to rzeczywiście nasza ostatnia noc na P; Czy możliwe, żebyśmy jutro wyjechali? Przed 
ze ciem nocy zorganizowaliśmy „pożegnalną kolację' koju mężczyzn. Jedliśmy rzepę, a nasz 
przedsi pan S., wygłosił mowę do dwudziestu jeden ot amerykańskich. Na stole umieściliśmy 
dwie małe kańskie flagi, które trzymałam w walizce, jak reli chowywany od początku wojny. 
Panował nastrój cenią. Noemi W. miała na sobie jedwabny szlafrol wyglądał, jak elegancki 
strój wieczorowy. Rec i śpiewała. Ja też zaśpiewałam kilka angielskich p Strażnicy 
przyglądali się nam i odniosłam wraź nam zazdroszczą. 
23  październik 1942 

background image

Jesteśmy strasznie przygnębieni i rozczarowani, siątej rano wszyscy amerykańscy obywatele, 
Żyds w liczbie około stu pięćdziesięciu osób, stali na rzu więziennym gotowi do wyjazdu. 
Nagle pojE Burckel i komendant Pawiaka i wściekłym głosei zebrać się przed bramą 
wszystkim internowany czyznom w ciągu dwóch minut. Wywołało to okrc nikę, bo 
obywatele krajów południowoamerykańs spodziewali się, że zostaną wysłani. Jak szalen się, 
by przynieść swoje walizki, i nawet ich nie : jąc popędzili pod bramę — byle się nie spóźni 
później przyszedł komisarz Nikolaus i powiec w pociągu nie ma miejsca dla kobiet i że wyj 
212 
213 
jutro. Potem mężczyzn zabrano ciężarówkami. Kobiety ledwie zdążyły pożegnać się z 
mężami. Udało mi się pocałować ojca, ale nie zamieniliśmy ani słowa. Mama była w stanie 
skrajnego przerażenia. Wróciłyśmy do naszego pokoju; padłam na siennik w czapce i palcie. 
W godzinę później mężczyźni mający obywatelstwo państw Południowej Ameryki wrócili z 
powrotem. Okazało się, że rozkaz dotyczył tylko obywateli Stanów Zjednoczonych. Ale 
Burckel celowo wszystko poplątał, żeby wywołać panikę i rozczarowanie. 
Cieszymy się, że tata pojechał. Nie ma amerykańskich papierów; w rzeczywistości jest 
obywatelem polskim i tutaj stale groziło mu wysłanie do Treblinki. W obozie dla 
internowanych będzie przynajmniej pod opieką Szwajcarskiej Komisji Wymiany. Pan Sh. i 
pan G. są w podobnej sytuacji — także są mężami obywatelek amerykańskich. Tata musi być 
teraz w pociągu. Czy kiedykolwiek go zobaczymy? 
30 października 1942 
Na rozkaz komisarza Nikolausa wszystkich nas zbadał więzienny lekarz. Osoby chore mają 
być zwolnione i odesłane na stronę „aryjską". Ten lekarz jest. Polakiem niemieckiego 
pochodzenia i używa niemieckich metod. W jego oczach wszyscy byli zdrowi. Ale jednak 
zwolnił panią Sh., która cierpi na skomplikowaną chorobę oczu; jej córkę, panią K., i jej 
trzech wnuków; kobietę w siódmym miesiącu ciąży; panią Ditę W., której córka, Krysia, ma 
jakąś chorobę skóry, i panią S., żonę naszego przedstawiciela, która cierpi na zapalenie 
stawów. Wszystkie zwolnione kobiety dostały zezwolenie na mieszkanie po stronie 
„aryjskiej". 
Rozdział XV ZNÓW KRWAWE DNI 
15 listopada 1942 
Getto znów przeżywa krwawe dni. Od dziewic dwunastego odbywały się kolejne polowania n 
Tym razem Niemcy żądali dużej liczby rot z warsztatów krawieckich i szewskich. A mieli; 
dzieję, że hitlerowcy zostawią już w getcie tych dotąd przetrwali — jest ich zaledwie 
czterdzieści Pierwszego dnia nowej masakry widziałam prz kilku starszych żydowskich 
policjantów przejeżd w rikszach. Wśród nich rozpoznałam komisarz? Kiedy mnie zobaczył, 
najpierw uśmiechnął się le stępnie zasalutował, a potem pojechał dalej z op głową. 
Szefami tej nowej akcji deportacyjnej są Bran adiutant, Orf, który poprzednio nadzorował re 
obcych obywateli w getcie. Przez krótki czas Or rował także nas na Pawiaku. Ten wysoki, pr 
blondyn był zawsze uprzejmy i uśmiechnięty, ogólnej opinii stanowił wyjątek wśród 
Niemców no, że nie byłby w stanie skrzywdzić człowieka. 
Teraz wyszło na jaw, że Herr Orf, który chwilo bywa na urlopie w Niemczech, był głównym i 
i że odpowiada za największe okrucieństwa. P( że kiedyś widziano go stojącego i rozmav z 
uśmiechem z jakimś Żydem; w trakcie rozmi 
215 
ciągnął pistolet i strzelił w głowę innego Żyda, który stał w pobliżu. Potem odwrócił się i 
strzelił do tego, z którym przed chwilą tak uprzejmie rozmawiał. Któregoś dnia widzieliśmy 
go pod naszymi oknami rozmawiającego z grupą kobiet w bardzo rycerski sposób. Działo się 
to w szczytowych dniach akcji deportacyjnej. Nasza strażniczka powiedziała nam, że dostał 
urlop w nagrodę za wielkie „zasługi" podczas akcji deportacyjnej i że zamierza spędzić dwa 

background image

tygodnie w Niemczech z żoną, która właśnie urodziła dziecko. A więc ten morderca będzie 
pieścił swoje nowo narodzone dziecko krwawymi rękami. 
Dziś policjanci żydowscy przyprowadzili na Pawiak kilka krów. Z pewnością zostały 
zarekwirowane w żydowskiej mleczarni. Może to już ostatnie krowy w getcie. Szefowie 
Oddziału Szturmowego i hitlerowscy urzędnicy na Pawiaku będą mieli teraz lepsze posiłki. 
Komisarz Nikolaus czyni coraz to nowe obietnice w związku z naszym wyjazdem. Ustaloną 
datą ma być teraz 16 grudnia, ale nikt go nie bierze poważnie. 
Robi się coraz zimniej; wieje mroźny wiatr i pada śnieg. Więzienna kuchnia daje nam 
codziennie troszeczkę węgla do naszego piecyka. Ale jest to ilość wystarczająca zaledwie na 
godzinę lub dwie. 
Często teraz przychodzą paczki dla obywateli krajów neutralnych, którzy dawno już zostali 
stąd wysłani. Nadawcy tych paczek z pewnością nie wiedzą, że ci ludzie zostali dawno 
deportowani i pewnie już nie żyją. Panu S. udaje się zatrzymywać te paczki, bo słynna 
niemiecka dokładność to grubo przesadzona legenda. Rozdziela ich zawartość wśród 
najbardziej potrzebujących. Niemcy nie mają pełnej jasności co do naszych nazwisk. Często 
paczki zawierają ziemniaki, marchewkę i inne warzywa, które możemy ugotować na naszym 
piecyku. 
Nasza znajoma, Zofia K., przesyła nam paczkę z ehle- 
bem, ziemniakami i cebulą co tydzień. Paczki przych także dla kobiet, które zostały 
zwolnione ze względt stan zdrowia i mieszkają teraz w hotelu po stronie „e skiej". 
Skontaktowały się z kilkoma Żydami, którzj tam ukrywają, a których rodziny są internowane 
na wiaku. Uratowali panią P. i jej małą córeczkę. Dicic udało się tego dokonać przekupując 
kilku gestapow znacznymi sumami. Teraz nieszczęsnej pani P. nie ? już niebezpieczeństwo. 
Ostatnio Dicie udało się także uzyskać zwolni matki i sióstr — Tusi i Noemi — jak również 
par z jej szesnastoletnim synem, Martinem, sześćdziesii letniej pani R. oraz państwa K. z 
trzyletnim synk Richardem. 
Dla pana D. przyszedł wreszcie paragwajski paszpo: teraz mieszka w naszym budynku. Dziś 
opowiadał potworne historie o tym, co dzieje się w celach Paw: 
Biirckel osobiście wykonuje egzekucje. Ten sad czerpie wielką radość z takiego zajęcia. W 
większycr lach, w których przebywa po kilkunastu więźniów, sza jednego w obecności 
pozostałych po długich te rach, a potem każe któremuś ze współwięźniów za ciało do chłodni 
Pawiaka, która jest teraz przepełn: Później wiesza człowieka, który usuwał ciało swego 
przednika, i tak po jednym opróżnia dajią celę. Pai opowiadał nam także o potwornym bólu, 
jaki zadaje v niom. Stosuje niesamowite tortury, przypala różne c ciała więźniom, wbija w 
nich szpilki itp. 
1 grudnia 1942 
Dziś pod nasze okna na Pawiaku przyszła Rutka z ' kiem Abie i jego żoną. Rutka wcale nie 
wyglądała i jak zwykle twarz jej tonęła w uśmiechach. W c: przerwy obiadowej wyszli 
wszyscy troje z domu naj 
216 
217 
ciw więzienia, w którym pracują, i poprosili niemieckiego żandarma, żeby pozwolił im 
porozmawiać z internowaną rodziną. Ten Niemiec był starszym człowiekiem. Zgodził się na 
ich prośbę i nawet pilnował, żeby ich ostrzec, gdyby zbliżał się inny niemiecki patrol. 
Byłyśmy bardzo szczęśliwe, że możemy widzieć ich z bliska i rozmawiać z nimi. Rutka 
powiedziała nam, że jej ojciec wciąż jeszcze pracuje jako jeden z głównych nadzorców w 
fabryce Aschmana. Niestety nie mogła zostać długo, bo musiała wracać do pracy, tak samo 
jak Abie i jego żona. Później widziałam ich maszerujących w szyku po pracy. Rutka 
uśmiechnęła się do nas i znik-nęła za rogiem przysypanej śniegiem ulicy. 

background image

Niemiec,  który kieruje   sortowaniem rzeczy  w  domu naprzeciw więzienia, torturuje  swoich 
robotników.  Czasem widzę, jak każe komuś wyjść z szeregu i padać na ziemię   dwadzieścia   
razy.   Ofiara   musi   upaść   twarzą w śnieg lub błoto. Aby utrzymać ją w strachu, Niemiec 
ma cały czas pistolet wycelowany w swoją ofiarę. Ludzie zmęczeni pracą i spieszący się do 
domu są trzymani na zimnej ulicy przez hitlerowca, który każe im maszerować tam i z 
powrotem zatrzymując ich co chwilę, żeby dokonać przeliczenia. 
Robotnicy zatrudnieni w budynkach naprzeciw i w sąsiedztwie więzienia znają wszystkich 
internowanych. Gdy ich strażnicy są przez chwilę nieobecni, zamieniają z nami parę słów. 
Pytają, kiedy wyjedziemy do Ameryki i powiemy światu o tym, co się tu dzieje. A my 
patrzymy bezradnie nie mogąc nic dla nich zrobić. 
Pan S., nasz przedstawiciel, który teraz mieszka po stronie „aryjskiej", jest bardzo aktywny. 
Podejmuje wszelkie wysiłki, aby uratować z getta przynajmniej kilku jeszcze Żydów. 
Obecnie ten pomysłowy mężczyzna próbuje pożenić młodych internowanych mężczyzn z ko- 
218 
bietami z getta, żeby umożliwić tym kobietom interno^s nie na podstawie aktów ślubu. Prosi 
wiele internowan; dziewcząt, by zrobiły to  samo i zabrały  ze  sobą ki 
mężczyzn. 
W dalszym ciągu za datę naszego odjazdu uważa 
16 grudnia, a ja w dalszym ciągu w to nie wierzę. W 
szych pokojach jest teraz bardzo smutno. Wielu nasz 
przyjaciół   zwolniono.   Wieczory   są   spokojne,   czyt; 
książki. Parę dni temu przyszła z getta paczka z ks 
kami dla internowanych Żydów. Zostały przysłane p 
pana S., jednego z najaktywniejszych przywódców gm 
Wszyscy rzuciliśmy się na te książki z ogromnym 
pałem,  jak na  jedzenie. Wielka była moja radość, 
wśród    książek    odkryłam    powieść    Adrienne    The 
„Catherine, the World is Aflame!" — drugą część po 
ści  „Catherine Becomes a Soldier". Mimo  że  czyt; 
ją kilka razy, zaczęłam czytać od początku z takirr 
mym zainteresowaniem. Wiele  się nauczyłam z hi: 
Catherine, mojej ulubionej bohaterki, do dziś będące 
mnie wzorem. 
Ta książka przypomniała mi fragment mojej prze ści. Było to w 1938 roku, w czasie trwania 
konfei w Monachium, kiedy wydawało się, że wojna wybu lada moment. Ulice mojej 
rodzinnej Łodzi były ni kojne, odbyło się kilka demonstracji, a rodzice sz do   siebie   dziwnie   
obawiając   się,   bym   nie   usły 
o czym mówią. 
Jednej z tych sierpniowych nocy, gdy niebc ciągnęło się chmurami, a deszcz monotonnie dz o 
szybę mojego okna, siedziałam w swoim ciepłym, oświetlonym pokoju, zwinięta w kłębek w 
przyti fotelu, i pochłaniałam tę powieść strona po stronie. "* to zawarłam znajomość z jej 
bohaterką Catheriw pomniałam o całym świecie; żyłam wraz z Catherir 
219 
chałam z nią i oglądałam świat jej oczyma. Późną nocą, gdy odwróciłam ostatnią stronę, 
wydało mi się, że Cathe-rine to moje imię. Później często wyobrażałam sobie, jaki będzie 
świat, gdy ja będę w wieku Catherine. Myślałam, że gdyby wybuchła wojna, ja także 
miałabym swego Lucien Qu;irina, że byłyby strzały i bomby, i epidemie, i nie kończące się 
transporty rannych żołnierzy. Być może i ja znalazłabym się na stacji w Metzu pomagając 
karmić rannych bohaterów. Mój Lucien także by zginął, a ja po nim. Ale nie... ja nie chciałam 
umierać. Następnego ranka obudziłam się w stanie przygnębienia. W szkole wszystkie moje 

background image

koleżanki wpisały książkę Adrienne Tho-mas na swoje „obowiązkowe" listy. Miałam tylko 
jedno pragnienie — napisać kiedyś taką powieść. 
W 1939 roku, na krótko przed wybuchem wojny, przeczytałam tę książkę ponownie. Gdy 
zamknięto nas w getcie, starałam się ją znaleźć, ale bez efektu. Teraz to wyglądało jak cud: 
oto była na Pawiaku! A gdy ją otrzymałam — mój siennik przestał być brudny, nie czułam 
już pluskiew ani głodu; czytałam o życiu Catherine, która była prawdziwą bohaterką i 
zachowywała się z wielką odwagą w trudnych warunkach. 
10 grudnia 1942 
Wiele czasu spędzamy ucząc się języków obcych. Marysia S. i Guta E. uczą się 
hiszpańskiego. Rodzina W.: Adam, Rosę, Ester i ja — angielskiego. 
Pośród całego koszmaru mamy trochę rozrywki. Tadeusz R., znany grafik, narysował kilka 
humorystycznych plakatów, które wiszą w pokoju internowanych mężczyzn. Adam W. i ja 
napisaliśmy kilka satyrycznych piosenek 
0   naszym  wspólnym  życiu,   o  kobietach  kłócących   się w  kuchni,   naszych  wrażeniach  
związanych  z  nalotami 
1 patriotycznych uczuciach wobec różnych krajów amery- 
220 
kańskich. Został nawet skomponowany „hymn" naszego „internowanego ludu" składającego 
się : teli   różnych   odległych   krajów,   których   obyv nigdy nie widzieli. Hymn ten 
napisany przez A brzmi następująco: 
Jest na Pawiaku nowy ród, Reprezentuje krajów krocie. Żyje jednak we wspólnocie, Bo 
wspólne ma zimno i wielki głód. 
Większość „pochodzi" z ziemi tej, Co leży tuż przy Paragwaju. Życie weselsze tam niż w 
raju, ,              Bo drobiu dużo i w piasku pcheł. 
Arystokraci całej grupy 
Są z Kostaryki rodem, 
Wśród nich widzimy czarną brodę,   . 
To szef jest naszej trupy. 
Żona trapi się skrycie, A mąż w Boliwii już czeka, Trochę ją martwi z daleka Przyszłe 
małżeńskie życie. 
Jedyny nasz człowiek z Meksyku Nie ma spokojnej godziny. Szaleją za nim dziewczyny, Ma 
propozycji bez liku. 
Z brunetek dwóch nie wie żadna, Gdzie leży Nikaragua, Obie walczą pro domo sua, Jedna 
skromna, a druga ładna. 
221 
Trzy Carmeny i torreador, Wnuczka i pewna stara pani, Czekają z ciężkimi torbami, Sni im 
się „rodzimy" Ekwador. 
Choć zamknięci za murami, Na twarzach noszą dumy maski, Ci, których flaga w gwiazdy i 
paski, Bo są lordami i panami.* 
(W drugiej zwrotce autor robi aluzję do obywateli Paragwaju, którzy są tutaj w większości. 
Czarna broda to pseudonim naszego przedstawiciela. Czwarta zwrotka odnosi się do Marysi 
S., której bezlitośnie dokuczamy na temat   prawdopodobnej   niewierności   jej   
boliwijskiego męża. Obywatele Stanów Zjednoczonych są uważani za „lordów i panów",  
ponieważ  są  jedynymi prawdziwymi cudzoziemcami w przeciwieństwie do pozostałych, 
których obywatelstwo lub paszporty są bardzo świeżej daty.) 
17 grudnia 1942 
Nasz odjazd znów  został przełożony,  tym razem do przyszłego roku. Pokoje są potwornie 
zatłoczone, bowiem wszyscy internowani, którzy byli zwolnieni ze względu na stan zdrowia, 
wrócili ze swymi bagażami w terminie przewidywanego uprzednio wyjazdu. Komendant 
więzienia był zmuszony dać nam dwa dodatkowe pokoje, bo podczas oczekiwania na odjazd 

background image

przybyli nowi internowani przywiezieni tutaj  z prowincji — wśród nich kilku członków 
rodziny W. i rabin R. z Pińczowa wraz z rodziną.  Wszyscy  oni  mają  paszporty  
południowoamerykańskie. Ludzie ci w ostatniej chwili zostali wyłączeni 
* Przekład z języka angielskiego (przyp. tłum.). 222 
z transportu idącego do Treblinki. Kieay 
ka prowadził ich przez podwórze, wyglądali p< 
ubrania mieli brudne i w strzępach, a na twan 
śmierci. Pierwszy szedł rabin, za nim jego żo 
niezamężne córki, trzecia córka z mężem i syr 
która niosła w ramionach sześciomiesięczne dzi 
Była to okropna procesja, wydawało mi się, ż 
za pogrzebem. Nowo przybyłe kobiety zostały u 
ne w naszym pokoju. Kiedy weszły, wybuchn 
czem myśląc o moich wujkach — Percym i Ah 
czego my nie możemy ich uratować? Rzuciłam s 
siennik i długo szlochałam. 
Dita W., która wróciła wczoraj, opowiadali 
słyszała o Treblince. Podczas częstych wizyt a 
gestapo w Alei Szucha poznała Niemca, któi 
trudniony w tym obozie śmierci. Nie zdawał 
wy, że Dita jest Żydówką i opowiadał z wielk 
cją, jak mordowano tam deportowanych, zapt 
jednocześnie, że Niemcy „wykończą" wszystk 
Na Umschlagplatz bydlęce wagony są łado 
mi — po sto pięćdziesiąt osób wchodzi do każ< 
a podłogi tych wagonów pokrywane są prze 
warstwą   wapna.   Wagony   nie   mają   okien 
otworów. Ludzie leżą  jedni na drugich nie 
starczającej ilości powietrza do oddychania, 1 
i wody. Stoją często po dwa, trzy dni na sta< 
kach.   Zamknięci   ludzie   załatwiają   swoje 
potrzeby w wagonach, co w rezultacie powód 
czanie wapna, które zaczyna wydzielać trują 
którzy przeżyją transport,  są wyładowywa 
w Treblince i dzieleni na grupy  zawodowe 
223 
szewcy, krawcy itd., żeby ofiary uwierzyły, że będą zatrudnione w warsztatach. Prawdziwym 
celem tych podziałów jest, by szli ulegle na śmierć. Kobiety oddziela się od mężczyzn. 
Prawdziwy dom śmierci w Treblince usytuowany jest w głębokim lesie. Ludzi zawozi się 
ciężarówkami do budynków, w których każą im się całkiem rozebrać. Każdy dostaje kawałek 
mydła, tłumaczy im się, że muszą się wykąpać przed pójściem do obozu pracy. Nadzy ludzie 
— oddzielnie mężczyźni, kobiety i dzieci — prowadzeni są do budynku łaźni, w której 
podłoga zrobiona z kafli jest śliska. Przewracają się w momencie wejścia do środka. Każde z 
małych pomieszczeń jest tak wypełniane ludźmi, że znów muszą być stłoczeni jedni na 
drugich. Kiedy cała łaźnia jest pełna, przez okna wpuszcza się mocno skoncentrowaną gorącą 
parę. Po kilku minutach ludzie zaczynają dusić się, towarzyszą temu potworne bóle. 
Po egzekucji martwe ciała wynoszą Żydzi — najmłodsi i najsilniejsi, specjalnie wybierani 
przez hitlerowców do tego celu. Inni zmuszeni są sortować buty i ubrania ofiar. Po każdym 
transporcie Żydzi zatrudnieni przy grzebaniu zwłok i sortowaniu rzeczy są zmieniani przez 
nowych. Nie są w stanie wytrzymać tej pracy dłużej niż tydzień. Większość traci zmysły i 

background image

zostaje zastrzelona. Nawet personel ukraiński i niemiecki jest często wymieniany, bo starsi 
niemieccy żołnierze zaczynają skarżyć się na ciężkie obowiązki. Tylko główne władze 
niemieckie pozostają niezmienione. 
Ucieczka z Treblinki jest niemożliwa, a jednak dwóm młodym Żydom to niemożliwe udało 
się. Po długiej wędrówce lasami pojawili się w Warszawie i opowiedzieli szczegóły. 
Stwierdzili, że Niemcy używają w niektórych komorach egzekucyjnych różnych gazów oraz 
prądu elektrycznego. Ze względu na ogromną liczbę pomordo- 
wanych, Niemcy skonstruowali specjalną ma, panią grobów. 
Ludzie, którzy przejeżdżali pociągiem prz« mówią, że czuje się tam tak trujący odór, ż tykać 
nos. 
Po sprawozdaniu Dity nikt z nas nie mógł 
W przygnębieniu wysłuchaliśmy także opi o cierpieniach Żydów, którzy ukrywają się 
„aryjskiej". Ocean krwi, którym spłynęła ży ność Polski, wciąż jeszcze nie był w stanj 
antysemickiej trucizny. Niektórzy Polacy, pr; kim robotnicy i postępowi inteligenci, częs 
własne życie, by ratować swoich przyjaciół przypadki żenującego stosunku do nich są w 
Warszawie. Przede wszystkim, jak opow wielu Polaków odmawiało jej wynajęcia pok rzy 
mówili uprzejmie, że nie wolno im wyns koi Żydom; inni obrażali ją i zamykali drzw sem. 
Wreszcie udało jej się znaleźć schroi z kilkoma polskimi przyjaciółmi, których z: przed 
wojną. Mieszkała z nimi przez jakiś dla niej wyjątkowo mili, ale potem musiała wadzić w 
pośpiechu, bo inny Polak, sąsiad, wał gestapo, że udzielają oni gościny Żydo: będąc 
amerykańską obywatelką miała prawo po stronie „aryjskiej", ale chcąc oszczędzić p 
przykrości, przeniosła się do hotelu. 
Podobne historie opowiadają inni internom wrócili z „aryjskiej" strony. Ukrywa się tarr dów, 
ale żyją w nieustającym strachu. Wieli tażowanych przez Polaków, u których się ukr; 
224 
225 
dy kończą im się pieniądze i biżuteria, gospodarze wydają ich Niemcom. A wszystko to mimo 
faktu, że ludność polska, tak jak żydowska, jest ciężko prześladowana przez okupanta. 
Ogromne transporty Polaków bez przerwy wyjeżdżają do Wschodnich Prus i centralnych 
Niemiec. Także po stronie „aryjskiej" ludzie boją się wychodzić na ulice w obawie przed 
codziennymi łapankami. 
Gruba warstwa śniegu pokryła chodniki, ale nie mogę zapomnieć,  że pod tym czystym 
białym pokryciem kamienie przesiąknięte są ludzką krwią. Dzień po dniu patrzę na 
robotników pracujących w domach naprzeciwko i przechodzących pod naszymi oknami. 
Rutka uśmiecha się, a wujek Abie macha nam ręką. Czasami, gdy stary niemiecki strażnik ma 
dyżur, wujek Abie wrzuca do mnie list. Wczoraj wrzucił linkę, do której była przymocowana 
paczka. W paczce był bochenek chleba, słoik miodu i plik listów dla internowanych.  Dziś 
wujek powtórzył wczorajszy wyczyn. Ale zastanawiam się, co stało się z Romkiem;  nie  
miałam  od niego  wiadomości przez  dłuższy 
czas. 
Wszystkie kobiety — gojki — obcej  narodowości zo-'   stały  przeniesione  z   „Serbii"   do  
naszego  budynku,  do pokoi  poprzednio  zajmowanych  przez  mężczyzn.  Matki z dziećmi 
zwolniono. 
Mamy nową strażniczkę, młodą kobietę w wieku dwudziestu kilku lat, zdecydowaną 
antysemitkę. Otwarcie dyskryminuje internowanych Żydów. Kiedy prowadzi nas do łaźni, 
krzyczy: „Najpierw aryjczycy!". Gdy jedna z nas prosi, żeby ją zaprowadzić do biura 
więziennego, odpowiedź zawsze brzmi: „Me mam czasu, ci Żydzi zawsze zawracają mi 
głowę."      ., o^ł,,  . ;. ,< ,   :       ..?..??...... 
226 

background image

Przybyła nowa grupa amerykańskich obywateli z E domia; zostali umieszczeni w pierwszym 
pokoju zajrr wanego przez nas mieszkania, który wcześniej zajmow ła pani Sh. z córką i 
wnukami. 
26 grudnia 1942 
Wygląda na to, że jednak nasz wyjazd rzeczywiście i nastąpić rychło. Hitlerowcy czynią 
wielkie wysiłki, zrobić na nas dobre wrażenie. W wigilię Bożego Na dzenia wszystkie 
pomieszczenia zajmowane prze^ int nowanych zostały sprzątnięte, nawet pokoje Zyd; W dniu 
Bożego Narodzenia dostaliśmy wyjątkowo Uol posiłek, który składał się z gęstej zupy 
grochowej, po] kiszonej kapusty, ziemniaków i dwóch funtów chleba. 
O  dziewiątej  wieczór komisarz Nikolaus, w towar stwie swoich adiutantów Jopkego i Flecka 
oraz trz esesmanów w mundurach, wszedł do naszego pokoju, salutował  i  zapewnił  nas,  że  
z  pewnością  wyjedzie w najbliższej przyszłości. 
Dziś rano złożył nam wizytę kat — Burckel. Miał sobie galowy mundur i — prawdopodobnie 
z ok świąt — nie trzymał w dłoni swojego pejcza. Musiał pić niezłą dawkę likieru i był w 
znakomitym nastr Zbliżył się do rabina R., wziął go za rękę i potrząs nią ze śmiechem życzył 
wesołych świąt. „My, Niemcy, trafimy być także uprzejmi!" — parskał wytaczając z naszego 
pokoju. 
31 grudnia 1942 
Ostatni dzień roku 1942. Jest pusto i smutno. Cz łam kilka razy list Romka podrzucony mi 
dziś przez ! ga. Rok temu byłam z nim. Tak samo jak dziś było c no, chmurno i padał śnieg. 
Oto, co Romek pisze: 
„Musisz być zdziwiona nie mając ode mnie wieści j 
227 
tak długi czas, ale byłem prawie na tamtym świecie. 14 grudnia prowadziłem swoją grupą 
robotników do codziennej pracy przy usuwaniu ruin domów. W jednym miejscu wdrapałem 
się na trzecie piętro, żeby zobaczyć, jak postępuje praca. Nagle poczułem, że ściana drży i w 
kilka sekund później zostałem pogrzebany pod stertą gruzu. Cudem moja głowa i jedno ramię 
znalazły się na wierzchu. Byłem całkiem przytomny i zawołałem o pomoc. Moi robotnicy 
podbiegli do mnie szybko i zaczęli usuwać cegły i kamienie, które mnie okrywały. Byłem już 
prawie uwolniony, gdy nagle robotnicy zaczęli uciekać. Podniosłem głowę i zobaczyłem, że 
nade mną przesuwa się dźwig z pełnym ładunkiem cegieł i kamieni. Myślałem, że nadszedł 
koniec. Nie wiem, jak długo trwała ta udręka, bo zemdlałem, a gdy się ocknąłem, 
zobaczyłem, że maszyna jest nieruchoma, a jej ładunek wisi w powietrzu. Wtedy wrócili 
robotnicy i odkopali mnie do końca. Nie mogłem ustać na nogach, ale musiałem zostać w 
pracy, bo gdyby niemiecki strażnik zauważył, że nie jestem w stanie pracować, odesłałby 
mnie do Treblinki najbliższym transportem. Dwóch moich robotników wysłano tam dziś w 
nocy. Następnego dnia nie mogłem wstać. Matka zabrała mnie do lekarza, który stwierdził 
liczne obrażenia na całym ciele. Parę dni później w kolanie zaczęła mi się zbierać woda. W 
tej chwili leżę w ukryciu z nogami unieruchomionymi między deskami. Jeśli Niemcy mnie tu 
wykryją, wykończą mnie od razu. Modlę się do Boga, by móc wrócić do pracy jak 
najszybciej. Spróbuję znów napisać do ciebie wkrótce, jeśli będę żywy." 
Dostałyśmy jednocześnie dwa listy od taty. Jest w obozie dla internowanych Amerykanów, w 
Titmoning, dwanaście mil od Laufen, i czuje się dobrze. Czerwony Krzyż zaopatruje  ich w  
jedzenie  i internowani traktowani są 
uprzejmie. Mieszkają w starym zamku stój lowniczej okolicy. Pisze, że po tym wszystl musiał 
przejść w ciągu ostatnich paru lat, c. jak w raju. 
1 stycznia 1943 
Noc sylwestrowa była dla mnie pełna ko; sypiałam i budziłam się kilka razy, bo dręcz tworne 
sny; od nowa widziałam wszystkie o] jakich byłam świadkiem w ciągu tych lat -1 na nowo 

background image

maszerowały przed moimi oczam: z domu Janusza Korczaka. Wiedziałam, że n stanawiałam 
się, dlaczego wciąż się uśmiech; 
Ilekroć zasnęłam, te dzieci jawiły mi się z obudziły mnie krzyki i śmiechy dochodzące go 
podwórza. Hitlerowcy wesoło witali No czasu do czasu słyszałam strzały, po który< chać 
było śmiech i brzęk tłuczonego szkła, do mnie ryk pijanych głosów. 
Pierwszy dzień 1943 roku jest chmurny i sząc  te   słowa  nie   mogę  przestać  myśleć Dity 
W. dotyczącej Treblinki. Widzę przed łożone kaflami łaźnie  pełne nagich ludzi c gorącą  
parą.  Ilu moich krewnych i  znajoi tam? Ile młodych, jeszcze nie przeżytych żyć nadejście 
Nowego Roku. 
17 stycznia 1943 
Niebawem mamy wyjechać. Walizki są Siedzimy w paltach i czekamy. 
Dziś wczesnym rankiem przyszedł Obe Fleck, żeby zabrać nas do siedziby gestapc byśmy 
mogli pożegnać się z przyjaciółm: „aryjskiej".  Zgodę na to pożegnanie z nas; 
228 
229 
ciółmi — gojami — uzyskał pan S., nasz przedstawiciel, który zmuszony był długo 
negocjować z komisarzem Ni-kolausem, nim ten się zgodził. 
O dziesiątej rano wyjechaliśmy z Pawiaka ciężarówkami. Ulice getta były puste i martwe. W 
wielu domach okna były otwarte szeroko mimo mrozu, a zasłony powiewały na wietrze. W 
środku widać było powywracane meble, połamane drzwi szaf, ubrania i obrusy walające się 
po podłodze. Rabusie i mordercy zostawili swoje ślady. 
Drzwi wielu sklepów były uchylone, a towary leżały w nieładzie na ladach. Niektóre ulice 
zasypane były połamanymi meblami i stłuczoną porcelaną. Przy wyjściu z getta na ulicy 
Nalewki zauważyłam żydowskiego policjanta dosypującego węgla do maleńkiego piecyka. 
Ogrzewał sobie przy nim ręce niemiecki żandarm. 
Po stronie „aryjskiej" nie było widać wielu ludzi. Gdzieniegdzie przechodzień spieszył przez 
opustoszałą ulicę. Gdy tacy przechodnie zauważali nasze ciężarówki pełne ludzi pod eskortą 
hitlerowców, smutno potrząsali głowami. Z pewnością myśleli, że zostaliśmy złapani na 
wywóz do obozów pracy w Niemczech. 
W Alei Szucha zastaliśmy naszą przyjaciółkę, Zofię K., która tyle nam okazała pomocy. 
Przyniosła paczkę z chlebem, plackami, cukierkami i płakała żegnając się. Hitlerowcy nie 
pozwolili nam zostać tu długo i po godzinie zabrali z powrotem na Pawiak. Wszystkim 
kazano być gotowym do odjazdu w każdej chwili. Ale czekaliśmy bez końca. Ja spędzałam 
czas czytając mój dziennik i przepisując niektóre części w skróconej formie. Nie mogę 
niczego zapomnieć. W swoim ostatnim liście Romek pisał: „Pamiętaj, że jest jeszcze 40 000 
Żydów w Warszawie i czekają oni na pomoc z zewnątrz. Nie zapomnij o nich." Pan D., który 
był zwolniony z Pawiaka na kilka dni i zgłosił się z powrotem dziś rano, przekazał nam 
smutne 
230 
wiadomości, że w getcie panuje panika rygodnymi informacjami, Niemcy rat deportacyjną 18 
stycznia. 
Podczas gdy tak czekamy tutaj na w porty ludzi wysyłanych z Pawiaka do miu. Czy i nas 
hitlerowcy mają zamiai 
>m-•*:??. ..-ś ..-;.a^;-:;': • ;??; 
"j:-j    (UYff rC:    .''i jfr,>-f ? J'i li    '-$.1 
->    ',>      ' -i             )-•'    tir 
. '.   u' ,    '* 
au 
 "  "2 
.  ?.   ...                      Rozdział XVI 

background image

»5   --/.-.        OBÓZ INTERNOWANYCH 
18 stycznia 1943 
Kilka minut temu obudziłam się. Nie mogę uwierzyć oczom i wciąż jeszcze nie jestem 
pewna, czy to sen, czy jawa. Nasz pociąg jedzie w kierunku Poznania, a nie Oświęcimia. 
Wydaje mi się, że podróżuję już od dawna. O drugiej nad ranem komisarz Nikolaus i jego 
adiutant Fleck pojawili się na Pawiaku w eleganckiej limuzynie, za którą jechało dwanaście 
zamkniętych samochodów policyjnych. Kazano nam wyjść na podwórze, na którym w ciągu 
ostatnich sześciu miesięcy odbywaliśmy spacery. Gruba warstwa śniegu pokrywała glebę. 
Ukraiński żołnierz, który stał na straży w długim futrzanym palcie, z karabinem na ramieniu, 
powiedział nam „Do swida-nia!". Przyszły także strażniczki, żeby się pożegnać. Ze smutnych 
wyrazów ich twarzy wywnioskowaliśmy, że spodziewają się, iż zostaniemy wysłani na 
śmierć. Ani jedna nie wierzyła, że naprawdę wysyłają nas do obozu dla internowanych. 
Komisarz Nikolaus wyczytał nazwiska internowanych w porządku alfabetycznym. Uzbrojeni 
żołnierze prowadzili wyczytane osoby do samochodów policyjnych. O trzeciej opuściliśmy 
bramy Pawiaka i po raz ostatni przejechaliśmy ulicami getta. 
Wszędzie było ciemno z wyjątkiem małych płomyczków w piecykach stojących na 
posterunkach żandarmerii. 
232 
Dławiły mnie łzy, gdy jechaliśmy ulicą Leszi -dowskiej krwi tędy spłynęło... Milczeliśmy, a t 
towarzysze podróży, goje, okazywali nam wsp 
Sama miałam mieszane uczucia. Oczywiście dowolona, że wyrwałam się z tej doliny śmie: 
mogłam się powstrzymać od wyrzutów wobec bie i zastanawiania się, czy rzeczywiście m 
uciekać w ten sposób zostawiając moich krewn; jaciół na pastwę losu. 
Nasz pociąg nie stał na stacji, a na bocznicy, odległości od śródmieścia. Gdy wreszcie wsiei 
częło świtać. Wyczerpani padliśmy na twardi i natychmiast zasnęliśmy. 
Zbliżamy się teraz do Zbąszyna, gdzie kiedy sko-niemiecka granica. Wśród towarzyszy ] 
nowe twarze. Panu S. udało się w ostatniej er wać kilku Żydów. Sam podróżuje z młodą kob 
uratował życie. Nazywa się Mimi K. Pan B Haiti, uratował swoją siostrzenicę, Dosię. W 
internowanych, których widziałam na Pawiaku niedawno narodzony syn pani L., który 
przysze po stronie „aryjskiej". Dziecko jest tak maleń my się, iż nie przetrzyma podróży. 
Wszystkie magają się nim opiekować. 
20 stycznia 1943 
Wczoraj cały dzień jechaliśmy przez Nier liśmy objazd, by uniknąć przejeżdżania przez 1 
piękniejsza  część   naszej   podróży  odbywała Renu, krętej rzeki wśród zielonych wzgórz 
winnic. Po południu dotarliśmy do Saarbrue 
233 
po raz pierwszy ujrzeliśmy ślady ruin, spowodowanych prawdopodobnie przez alianckie 
bomby. 
O szóstej byliśmy w Metzu. Niemiecki Czerwony Krzyż dał nam po talerzu dobrej 
kartoflanki. Patrzyłam, na niemieckie siostry w szarych fartuchach z czerwonymi krzyżami i 
miałam dziwne wrażenie, że już tu kiedyś byłam, że już to wszystko widziałam. I to prawda, 
bo rzeczywiście byłam tu w wyobraźni z moją ulubioną bohaterką z książki Adrienne 
Thomas; ona była tu w 1914 roku. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak opisano w książce: 
duża stacja ze śladami kul i pocisków. Kiedy pociąg opuścił stację, wyobraziłam sobie, że 
widzę ducha Catherine i słyszę, jak mówi: „Oddałam swoje życie na 
próżno." 
Późną nocą przybyliśmy do Neuberg, gdzie znów dano nam posiłek, tym razem lepszy i 
obfitszy niż poprzedni. Na stole była biała serweta, a na dodatek do smacznego bulionu 
dostaliśmy chleb i kiełbasę. Najwyraźniej hitlerowcy chcą, byśmy my, Amerykanie, 
opowiedzieli wszystkim, że w Niemczech niczego nie brakuje. 

background image

*       *       * 
Właśnie minęliśmy Nancy. Za dwadzieścia minut będziemy w Vittel. Krajobraz jest całkiem 
inny. Ani śladu śniegu, który okrywał Warszawę. Tu wszystko jest zalane słońcem, a w 
powietrzu czuje się wiosnę. 
25 stycznia 1943 
Czuję się tak, jak bym była w Vittel od dawna. Jesteśmy otoczeni kolczastym drutem, ale 
żyjemy jak w raju w porównaniu z trzema latami getta. Mamy oddzielny pokój na czwartym 
piętrze eleganckiego hotelu. Jest czysto i każdy śpi w oddzielnym łóżku. Czego więcej można 
pragnąć?       .id:-,v. ;?,       .    -3tvb  ; :-;d«     :  ?•   -,  .•;..?•. 
234                                                                zr.i 
Powoli zapoznaję się z nowym otoczeniem, 
i warunkami w obozie. Przez pierwsze trzy dn: 
chodziłam z łóżka, nie mogłam dość nacieszyć 
jemnością  leżenia  w   czystej   pościeli.  Dopierc 
wyszłam na pierwszy spacer po parku. Wszys 
na nas ze zdumieniem. Nic dziwnego, bo jesteśr 
szym transportem obywateli amerykańskich spozi 
Raz, gdy zabłądziłam w parku, podeszłam do 
ternowanej,   która  przechodziła   obok,   i   popr< 
angielsku, by wskazała mi drogę do „Hotel Cen 
bieta odpowiedziała po francusku, że nie rozurr 
skiego. ukazuje się, że wielu internowanych I 
ków nie  zna  swojego  języka —  są  to  osoby 
w Anglii, które przyjechały do Francji jako m 
Bardzo   przyjemnie   jest   spacerować   po   ty 
W   jednej   z   alejek   zauważyłam   wiele   amei 
sióstr    zakonnych,    przystojnych,    młodych 
Uśmiechały się do mnie bardzo uprzejmie i ze 
pytywać,   jak   żyliśmy  w  Polsce,   czy  byliśm; 
zie   i   jak   nas   traktowano;   czy   dostawaliśr 
z Czerwonego Krzyża i czy to prawda, że Nier 
nili  okropne  zbrodnie  na  Żydach.  Kiedy  po-* 
im, że przez sześć miesięcy głodowałam w wię: 
ka z  nich  dało  mi tabliczki  czekolady.  Prosi 
chwilę poczekała, a same wróciły do swoich pc 
też wyszły z powrotem z naręczami konserw 
Nie śmiałam ugryźć czekolady, którą trzymała 
Jedna z sióstr, widząc moje zmieszanie, ułamai 
i włożyła mi do ust. To był pierwszy kawałek 
jaki jadłam, od czterech lat. 
Dzieci, które przyjechały razem z nami, są j zasypane słodyczami i otoczone wielką up 
Większość z nich jest dojrzalsza i bardziej ii niżby na to wskazywał ich wiek. Trzyletnia 
235 
i czteroletni Stefanek K. spacerują po parku jak dorośli pozdrawiając wszystkich napotkanych 
ludzi polskim słowem „czekolada", które brzmi dostatecznie zrozumiale dla każdego. Zawsze 
wracają z buziami i rękami umaza- 
nymi czekoladą. 
To duży obóz. W parku są trzy hotele: „Grand Hotel", „Vittel Pałace" i „Cares". W tych 
dwóch ostatnich mieszka dwa tysiące Anglików, którzy zostali internowani zaraz   po   
kapitulacji   Francji.   Początkowo   byli   trzymani w wojskowych barakach, w Besancon, ale 

background image

teraz od roku są w Vittel. Te dwa hotele są bardzo wygodne, a w „Cares" znajduje sią duża 
biblioteka z książkami w różnych językach.  „Vittel Pałace"  został przerobiony na szpital, a 
służba medyczna jest tutaj wspaniała. Lekarzami są francuscy  jeńcy  wojenni.  Na parterze   
„Grand Hotelu" jest wiele sklepów. W jednym z nich — Bon Marche — są drewniaki 
(racjonowane), igły, nici, staromodne ubrania z 1920 roku, kołnierzyki i sztuczne kwiaty i 
inne podobne rzeczy. W innym sklepie można znaleźć broszki, spinki, pudełka z napisem 
„Souvenir de Vittel" i „Nous Reviendrons".   Znaczki  z   napisem   „Nous  Reviendrons" 
(powrócimy)  stały  się  patriotyczną odznaką,  którą nosi teraz każdy Francuz. 
W soboty i niedziele są pokazy filmowe, przede wszystkim starych francuskich filmów. W 
ciągu tygodnia ekran zwija się i kino zamienia się w teatr. Wystawiane są tu znakomite sztuki, 
rewie i koncerty. 
Trzy hotele są połączone i wszystkie razem tworzą wielką całość usytuowaną na wzgórzu. Z 
„Grand Hotel" schody prowadzą do parku, w którym są źródełka z wodą mineralną. Działają 
nawet teraz. Park otoczony jest potrójnym kolczastym drutem. Za nim chodzą tam i z 
powrotem uzbrojeni strażnicy. Na środku parku znajduje się jeziorko z nieodzownym 
łabędziem. Jest też mały pa- 
236                                                                                                            ??;'. 
wilon, w którym pracuje kilku szewców. Oni są \ ternowani i każdy z nas ma prawo dać im 
swoje naprawy raz w miesiącu. Za pawilonem znajduji ściół i wspaniała willa komendanta 
obozu. Po le^ nie tego domu wąska ścieżka prowadzi do „Hotel ce", który także jest 
zamieszkany przez Angli nim stoi „Hotel Continental" przeznaczony dla ' wyżej 
sześćdziesiątego roku życia. Mieszkają w r angielskie i amerykańskie zakonnice, które opi 
staruszkami. 
Na drugim końcu obozu znajduje się „Hotel zarezerwowany dla Amerykanów, których liczb; 
zbyt duża. Przybyli do Vittel we wrześniu 1942 taj są tylko kobiety; ich mężowie przebywają 
piegne. 
3 lutego 1943 
Dziś po raz pierwszy otrzymałyśmy paczki kańskiego Czerwonego Krzyża — seria numer 
miała łzy w oczach, gdy otwierała paczkę, a my łyśmy troskliwość, z jaką nieznane amerykai 
wszystko zapakowały. Z każdej, najmniejszej r mieniowało ludzkie ciepło. Wszyscy 
czuliśmy, którzy przysłali nam te rzeczy, ze współczucie o głodujących w Europie. 
Lucia G., ładna, siedemnastoletnia blondy: była z nami na Pawiaku, brała udział w uczcie 
ganizowałyśmy po otworzeniu paczek. W k lazłyśmy puszkę skondensowanego mleka, mar| 
konserwę wołową, cukier, herbatniki, czekols kawę, zgęszczony sok pomarańczowy, susze 
dwie paczki papierosów, paczkę tytoniu, i zuj ku. Ułożyłyśmy wszystko na stole i tańczyłyśi 
w wielkiej radości. Potem przygotowałyśmy u 
237 
czas myślałyśmy o tym, w jaki sposób można by przesłać część tych rzeczy do Warszawy? 
24 lutego 1943 
Nie ma piękniejszego uczucia niż poczucie wolności. W Vittel poczułam jej smak po raz 
pierwszy od lat trzech. Mimo że widzę kolczasty drut i hitlerowskich żandarmów o parę 
kroków od nas, czuję się chroniona przez amerykańską flagę. Jedyną troskę powoduje myśl o 
krewnych i przyjaciołach w Warszawie, od których na razie nie mam żadnych wiadomości. 
Zbliża się wiosna. Spędzam w parku wiele godzin, czytam i marzę. Wdycham cierpki zapach 
sosen i czuję się szczęśliwa, gdy jestem sama. Zawsze chciałabym być sama. Przyglądam się 
przechodzącym w pobliżu. Niektórzy noszą mundury francuskie, które Niemcy dali im 
zamiast płaszczy. 
Dni mijają szybko. Jedzenie, jakie dają nam Niemcy, jest niewystarczające, głodowalibyśmy, 
gdyby nie paczki z Czerwonego Krzyża. Internowani starają się przyspieszać upływ czasu 
organizując rozmaite rozrywki, koła dramatyczne, kluby sportowe, grupy szkoleniowe itp. 

background image

Ale nie bierzemy udziału w tych wszystkich zabawach. Moje myśli stale krążą wokół 
Warszawy. Co tam się dzieje? Codziennie przeglądam gazety, ale nie znajduję w nich niczego 
o polskiej stolicy. 
28 lutego 1943 
Mamy w naszym obozie dwóch ważnych gości: byłego konsula Brazylii w Katowicach, Paulo 
J., i jego syna, Hilmara. Ojciec i syn spotkali się w pociągu po kilku miesiącach rozdzielenia, 
podczas których hitlerowcy przewozili ich z jednego niemieckiego więzienia do drugiego. 
Dwudziestodwuletni Hilmar opowiedział mi o swo- 
238 
11 
ich przeżyciach. Naziści oskarżali go o wszelkii 
przestępstwa, o jakich nie miał nawet pojęcia; 
tekstem, że był szpiegiem jednego z europejskie 
zamknęli go i torturowali. Ma jeszcze na ciele n 
pione rany i złamane żebro, które nie zrosło s 
dłowo.   Wygląda  jak   szkielet.   Zanim  on  i  je 
otrzymali pierwsze paczki z Czerwonego Krzyża 
::iternowani dawali im jedzenie. Ci Brązylijczyc 
dzo szczęśliwi z przebywania w obozie, uważa 
prawdziwy raj, mimo że Anglicy i Amerykar 
nie przestają skarżyć się na jedzenie i warunk 
zie. Trzeba przejść przez to, przez  co my pr; 
w Polsce, żeby docenić nasze obecne warunki ż 
Za kilka dni mają nas przenieść do nowo c 
„Hotel Nouvel", który będzie zajmowany przez 
Mężczyźni internowani w Titmoning mają być 
przewiezieni tutaj, żeby połączyć się z żonami i 
15 marca 1943 
Jesteśmy w „Hotel Nouvel" od dwóch tygod czyźni z Titmoning i Compiegne jeszcze nie 
przy przyjechała grupa z Gleiwitz, aby połączyć się nami po długim rozdzieleniu. 
Nasze nowe pokoje są przyjemne i czyste. Mi stała oddzielny pokój, który będzie dzielić z 
tatą, przyjedzie. Moja siostra, Rosa W. i ja też mamy ny pokój. Prawie wszystkie osoby 
internowane na Pawiaku dostały pokoje na drugim piętrze. W hotelu przebywają także 
Anglicy i Amerykanie. ? między nimi nie są najlepsze, bo Anglicy są doś< styczni. Ale nikt 
tak naprawdę się tym nie prz mamy bowiem inne istotne problemy. 
239 
17 marca 1943                    .v:(.-v-o >ą;,-.<                                ->'?> 
Im dłużej mieszkam w Vittel, tym wyraźniej i ostrzej widzę twarze przyjaciół i krewnych, z 
którymi przebywałam w getcie. Często mam koszmarne sny. 
Wczoraj dostaliśmy dwa listy — od Romka i od wujka Abiego. Romek napisał do mnie na 
blankiecie dla internowanych, jaki mu wysłałam: „Każde słowo od Ciebie sprawia mi wielką 
radość. Jestem szczęśliwy wiedząc, że przynajmniej ty jesteś bezpieczna. Nie martw się o 
mnie, nie warto; nigdy się już nie zobaczymy." 
Wujek Abie pisze, że jeśli możemy coś dla niego zrobić, to żebyśmy zrobili to jak 
najszybciej, bo nie wie, czy będzie mógł zostać pod tym samym adresem przez dłuższy czas. 
Mama płakała gorzko czytając te złowieszcze słowa. Zaczęła biegać do różnych ludzi w 
obozie, którzy mają powiązania z zagranicą, ale nie była w stanie niczego  załatwić.                             
'?'?':   .I!' •  ?      .f:.-. 
29 marca 1943                                        --'r -..->?.••  .     ; 

background image

Wszyscy mężczyźni — obywatele amerykańscy w wieku powyżej szesnastu lat — zostali 
nagle wysłani z naszego obozu do Compiegne. Niemieccy naziści dali dziwne wytłumaczenie 
tego kroku: twierdzą, jakoby niemieccy jeńcy wojenni byli źle traktowani w Ameryce. 
Władze obozu zrobiły wyjątek tylko dla pana D., który był ostatnio operowany i wciąż jest w 
szpitalu; a także dla rabina R., jako osoby duchownej, oraz konsula z synem. Bardzo jest tu 
smutno bez mężczyzn. Byliśmy wszyscy dla siebie bardzo bliscy, prawie jak jedna rodzina 
podczas tragicznych miesięcy na Pawiaku. 
18 kwietnia 1943 
Jest późna noc. Słyszę regularne oddechy Anny i Rosy. Śpią głęboko, ale ja nie mogę. Wiatr 
na dworze szarpie 
drzewa. Czuję, że gdzieś dzieje się coś potwornej; goda jest dziwna. Niebo czyste i pełne 
gwiazd; an chmur, a jednak wieje silny wiatr. Myślę o : i liście, jaki wczoraj od niego 
dostałam. „Pracuję I tchnienia — pisze — bo tylko praca pozwala m: mnieć o wszystkich 
kłopotach... Liczba naszych pr? jest coraz mniejsza. Z nogą znacznie lepiej; już n kam. Ze 
starych znajomych widuję jeszcze tylko nie został nikt więcej. Dołek jest z Jankiem (ozm że 
uciekł na stronę «aryjską»). Ostatnio widziałei kę; bardzo spoważniała. Nie myśl o mnie, 
kochana, że moje dni są policzone. Życzę Ci wszystkiego na; go. Twój Romek." 
Ten list był pisany 21 marca. Wiatr za oknen biera na sile, a moja bezsenność nie przemija. C 
wieszczego wisi w powietrzu...      k 
25 kwietnia 1943 
W obozowym teatrze wystawiono operetkę „Kraina uśmiechu" — z ogromnym sukcesem. P: 
wienie reżyserowała sławna angielska aktorka, pe a YMCA dostarczyło materiałów na 
kostiumy, k1 stały uszyte przez internowane krawcowe. Dekora lował angielski internowany, 
Kendall T. Wysta także rewię reżyserowaną przez Morrisa S., młod gielskiego muzyka, który 
zorganizował orkiestrę zie. Niusia W. wystąpiła w tej rewii ze spec jam; skim numerem, a 
osiem par ubranych w kolorowe stroje ludowe tańczyło. Tańczyliśmy polskie tańc( waliśmy 
polskie piosenki. Ta część spotkała się zwyczajnym aplauzem. Amerykanie i Anglicy \ duży 
entuzjazm. Następnego dnia po pierwszym p wieniu słyszałyśmy w całym obozie: „Te polskie 
240 
241 
16 — 
czyny były takie kolorowe..." i „Ces Polonaises sont ad- 
mirables..." 
Gdy ogłosiłyśmy przed przedstawieniem nasz zamiar włączenia polskiej części do rewii, 
spowodowało to dla nas wiele przykrości ze strony naszych własnych internowanych — 
Polaków-gojów, którzy czuli się obrażeni pomysłem, żeby Żydówki tańczyły polskie tańce. 
Niu-sia W., kiedy usłyszała o tym po raz pierwszy, oświadczyła na próbie, że nie chce mieć 
nic wspólnego z całym przedstawieniem, ale pewna rozsądna Polka ostrzegła ją, by nie stała 
się narzędziem bigotów, i wytłumaczyła, że powinna kontynuować swoją pracę. W końcu te 
same kobiety, które początkowo agitowały przeciw nam, przyszły na przedstawienie i 
oklaskiwały polski numer, który odniósł jeden z największych sukcesów w całym 
przedstawieniu. Przykro pomyśleć, że po tylu wspólnych cierpieniach ciągle jeszcze istnieje 
między nami tak duży antagonizm rasowy. 
W dużym stopniu pociesza nas stosunek zakonnic do żydowskich dzieci. Zorganizowały 
szkołę, w której lekcje odbywają się po polsku, angielsku i francusku. W pracy pomagają 
matki dzieci. Duszą tego przedsięwzięcia jest zakonnica z zakonu Les Auxiliatrices, którą 
wszyscy nazywamy Matką Świętą Heleną. Jest to wysoka, majestatyczna kobieta o cudownej 
figurze. Przy każdej okazji podkreśla swoje współczucie dla prześladowanych Żydów. 
-D* 
•B' 

background image

Rozdział XVII POWSTANIE W GETCIE 
 ':?   ':-,'.// 
15 czerwca 1943 
Nie zapisywałam  niczego  w tym  dzienniku  od  dłuższego czasu. Co dobrego może 
wyniknąć z pisania? Kogo interesuje mój  dziennik?  Myślałam kilkakrotnie o tym, by go 
spalić, ale jakiś wewnętrzny głos zabronił mi tego. Ten sam głos nakazuje mi teraz opisać 
wszystkie potworności, o jakich słyszałam w ciągu kilku minionych dni. My, którzy 
zostaliśmy  uratowani z  getta,  wstydzimy się patrzeć sobie w oczy. Czy mieliśmy prawo 
chronić samych siebie? Dlaczego w tej części świata jest tak pięknie? Tutaj wszystko pachnie 
słońcem i kwiatami, a tam — tam   jest  tylko  krew,   krew  mojego   własnego   narodu. 
Boże, dlaczego musi istnieć tyle okrucieństwa? Wstydzę się. Jestem tutaj, wdycham świeże 
powietrze, a tam mój naród dusi się gazem i ginie w płomieniach palony żywcem. Dlaczego? 
Pod koniec maja przybyła grupa kobiet i dzieci z Lie-benau. Prawie podskoczyłam z radości, 
gdy nagle wpadłam na Bolę. Nie mogłyśmy uwierzyć, że naprawdę jesteśmy razem. To było 
jak baśń z tysiąca i jednej nocy. Przez pierwsze dni byłyśmy absolutnie nierozłączne. 
Opowiedziałam jej o naszych przyjaciołach w getcie i o tym, co działo się po kwietniu 1942 
roku, gdy została internowana, a ona w rewanżu opowiedziała mi o swoim życiu w Liebenau. 
Bolą przyjechała do naszego obozu w tym 
243 
 
samym czasie, co Er na W., kuzynka Rosy— także dziewczyna w naszym wieku. Byłyśmy 
szczęśliwe jak dzieci i przez chwilę zapomniałyśmy o całej potwornej rzeczywistości wokół 
nas. 
Nagle rozeszły się wiadomości, że warszawskie getto zostało podpalone i że całe czterdzieści 
tysięcy Żydów, którzy w nim zostali, spaliło się żywcem. Źródłem tej informacji był list z 
Warszawy otrzymany przez jedną z amerykańskich zakonnic. W liście napisano, że spalona 
została ulica Nalewki, ale autor z pewnością miał na myśli całe getto. 
W pierwszej chwili wśród internowanych Żydów wybuchła panika, ale później po prostu nie 
chcieliśmy wierzyć, że ta historia jest prawdziwa. Potem nadszedł nowy transport 
internowanych z Warszawy; przywieźli nam szczegóły o ostatnich wydarzeniach w getcie. 
Nowo przybyłych umieszczono w „Hotel Providence", naprzeciw „Hotel Nouvel". Tego dnia 
i przez kilka następnych przez okna hotelowe odbywała się konwersacja przerywana płaczem. 
Wśród nowych internowanych zobaczyliśmy wiele znajomych twarzy. Na przykład pana K., 
który był z nami na Pawiaku, ale został zwolniony z powodu choroby na kilka dni przed 
naszym wyjazdem. To on przekazał nam najwięcej szczegółów o ostatnich tragicznych dniach 
warszawskiego getta. 
Dowiedziałyśmy się, że akcja eksterminacyjna została wznowiona w dniu naszego odjazdu do 
Vittel, to jest 18 stycznia 1943 roku. Żydzi spodziewali się czegoś podobnego od dawna. My 
opuściliśmy Pawiak o drugiej rano. W kilka godzin później silne oddziały SS, Litwinów, 
Ukraińców i specjalny regiment Łotyszów wkroczyły do getta i rozpoczęły pogrom. Ale ku 
ich zdumieniu — oprawcy napotykali zbrojny opór. Wielu Żydów zabarykadowało się w 
swoich mieszkaniach i strzelało do polu- 

244 
t.i-il 
jących na ludzi. Okazało się, że podziemny ruch w gefr zebrał znaczną ilość broni i amunicji. 
Niemcy i ich pomocnicy wycofali się z getta. W p dni później wrócili z czołgami i wozami 
pancerny] Podpalali każdy dom, w którym napotkali opór, a lud; którzy próbowali uciekać z 
tych budynków, byli wpycl ni do środka i paleni. W tej bitwie zginęło prawie tys osób. Potem 
przez kilka dni wysyłano do Treblinki ogrc ne transporty. 

background image

Nastąpiła kilkutygodniowa przerwa, ale tym razem dzie pozostali w getcie nie mieli już 
żadnych złudzeń. W dzieli, że ich los został przypieczętowany, że hitlerov postanowili 
całkowicie eksterminować ludność żydows Ostateczna likwidacja getta rozpoczęła się w mai 
Niemieccy właściciele warsztatów znajdujących się w § cie dostali rozkaz, by poinformowali 
swoich żydowsk pracowników, że muszą stawić się w ośrodku rejesi cji na wyjazd do 
Trawnik. Tak jak przy poprzedr okazjach, zapewniano Żydów, że nie mają się czego o wiać, 
że ludzie pozostali w getcie zostali uznani za v, tościowy element, że dostaną pracę w 
dobrych war kach, będą mieszkali w fabrykach i nie zostaną rozd leni ze swymi rodzinami. 
Zgłosiła się tylko mała grupka ludzi najbardziej z; manych, głodnych, którzy nie byli w stanie 
dłużej w swoich podziemnych kryjówkach. Większość nie u\ rzyła w niemieckie obietnice. 
Wiedzieli, że obozy pi w Trawnikach miały być tylko przynętą, a w rzeczy stości chciano ich 
wysłać do Treblinki. 
Młodzi ludzie oraz wszyscy mężczyźni i kobiety spr ni fizycznie przyłączyli się do podziemia 
i kupowali t za ostatnie środki. Rozpoczęły się gorączkowe przyg wania do zbrojnego oporu. 
Małe podziemne komórki raz tworzyły dużą, zdyscyplinowaną organizację. Gri 
245 
żydowskich przedstawicieli klas pracujących połączyły się i przy pomocy Polskiej Partii 
Socjalistycznej i innych polskich ugrupowań lewicowych przemycały jedzenie i amunicją 
kanałami wykopanymi pod murami. Niemcy byli dobrze poinformowani o tych 
przygotowaniach, ale i tak nie potrzebowali pretekstu do zaatakowania getta. Ponieważ do 
rejestracji zgłosiła się tylko mała grupka Żydów — zaledwie dwieście osób — hitlerowcy 
zdecydowali się wywieźć pozostałych siłą. 
W nocy z 18 na 19 kwietnia 1943, w noc Paschy, która dla Żydów jest świętem wolności, 
uzbrojone jednostki SS, Ukraińców, Łotyszów i Litwinów otoczyły teren tzw. dużego getta 
wyznaczony ulicami Leszno, Nowolipie, Bonifraterska, Smocza. O świcie 19 kwietnia 
Niemcy w wozach pancernych weszli do getta ulicą Zamenhcia i zaczęli ostrzeliwać domy. 
Zabarykadowani Żydzi odpowiedzieli ręcznymi granatami i ogniem z karabinów. Po-kilku 
godzinach hitlerowcy wycofali się z getta. 
Z każdego okna, dachu, zza zburzonej ściany witał na-zistów grad kul z karabinów 
maszynowych. Sygnał do-walki dała grupa młodych ludzi, która zaatakowała zbliżające się 
niemieckie czołgi ręcznymi granatami. Niemcy wrócili po obiedzie z lekką artylerią i 
rozpoczęli ostrzał Nowolipia, Bonifraterskiej i Franciszkańskiej. Wtedy zaczęła się 
rozstrzygająca bitwa. 
W tej walce aktywny udział brały żydowskie kobiety ciskając ciężkie kamienie i lejąc wrzątek 
na atakujących Niemców. Nie ma w historii precedensu tak nierównej i pełnej goryczy walki. 
Wreszcie Niemcy zdecydowali się użyć ciężkiej artylerii. 
Ostrzał był szczególnie ciężki nocami: 23, 24 i 25 kwietnia, gdy całe getto zostało zamienione 
w olbrzymi pożar. Płonące domy utworzyły szczelną ścianę ognia, która uniemożliwiała 
ucieczkę, i tak bohaterscy bojownicy mu- 
246 
sieli ginąć w płomieniach. Ci, którzy cudem przedo; się na zewnątrz, byli zabijani przez 
hitlerowców ju; .murami getta. Strzelanina pochłonęła także wiele c wśród polskiej ludności 
zamieszkującej po stronie „a skiej" blisko murów. 
Ulice getta były piekłem. Pociski rozrywały się w wietrzu, a deszcz kul był tak gęsty, że 
ktokolwiek wj wił głowę przez okno, padał. Niemcy zastosowali wię siłę ognia podczas 
powstania w getcie niż w czasie < żenią   Warszawy.   Nalewki,   Nowolipie,   Franciszkai 
Karmelicka, Smocza, Miła, Niska, Gęsia i plac Mura] ski zostały kompletnie zburzone. Nie 
został ani jeden dom. Nawet wypalone ściany zrujnowanych domóv stały później  wysadzone  
dynamitem.  Przez  wiele łuna płonącego getta była widoczna na wiele kilome wokół  
Warszawy.  „Gdy  opuszczaliśmy  Pawiak — wiadał nam ktoś z nowo przybyłych przez okno 

background image

«' Providence» — widzieliśmy ogromną górę ognia i < na Dzielnej trzęsące się od 
wybuchów." 
Wielu Żydów ukrywających się w specjalnie zbuc nych piwnicach zginęło w ogniu i dymie. 
Jeden któremu udało się uciec podczas bitwy, mówił, że es-ni wyciągali kobiety i dzieci 
(ukrywające się w kan za włosy i rozstrzeliwali. Głębsze kanały wodocii penetrowali ogniem 
z karabinów maszynowych, a v lu wypadkach wpompowywali trujący gaz. 
Pod gettem znajdowała się cała sieć tajemnych i korytarzy. Wygląda na to, że Niemcy 
wiedzieli c bo wysadzili wszystkie piwnice dynamitem. Tysią dzi, którzy się tam ukrywali — 
mężczyzn, kobiet : ci, młodych dziewcząt i chłopców — walczyło do os' 
go tchnienia. 
Nawet Niemcy byli zdumieni bohaterskim opore wianym  przez  obrońców  getta.  Nie  mogli 
pojąć 
247 
czerpią siły do walki o ostatni bastion polskich Żydów ci ludzie wygłodzeni i wycieńczeni. 
Z „małego" getta, w którym były usytuowane fabryki Toebbensa i Schultza oraz kilka 
mniejszych warsztatów, ostatnich Żydów usuwano siłą.                                   -:ńk. 
? Wśród nowo przybyłych internowanych z „Hotel Pro-vidence" znajduje się Esta H., moja 
bliska koleżanka z Łodzi. Opowiedziała mi przez okno o swoich tragicznych przeżyciach 
przed internowaniem na Pawiaku. Pracowała w fabryce Toebbensa i właśnie była w pracy, 
gdy Niemcy zaczęli wywozić robotników do Trawnik. Bitwa o getto już się wtedy rozpoczęła. 
„Zagano nas na podwórze — opowiadała. — Byłam w stanie skrajnego przerażenia i 
myślałam, że natychmiast nas zastrzelą. Gdy schodziłam na dół, uzbrojeni Niemcy otoczyli 
dużą grupę robotników. Dźwięki strzałów i wybuchów dochodziły ze wszystkich stron, a 
szyby w oknach fabryki drżały. Kiedy już wszyscy zebrali się na dziedzińcu, hitlerowcy 
kazali nam stanąć pod ścianami z rękami podniesionymi do góry. Mężczyźni powtarzali 
modlitwy, a ja gorzko żałowałam, że żadnej nie znam. Ale własnymi słowami modliłam się o 
szybką śmierć. 
Los jednak oszczędził mnie. Po chwili pojawił się na dziedzińcu jakiś wyższy oficer 
niemiecki i wydał rozkaz, żeby odprowadzono nas na Umschlagplatz. Myślałam, że to 
oznacza Treblinkę. Byłam kompletnie przerażona, ocknęłam się dopiero w wagonie 
towarowym, ściśnięta w masie ludzi. Przez cały czas nawet nie zauważyłam, że mój mąż był 
przy mnie. Byłam strasznie spragniona. Na jednej ze stacji, na której pociąg zatrzymał się na 
długo, mój mąż kupił butelkę wody od jednego z Ukraiń- 
248 
ców, którzy nas eskortowali. Zapłacił za nią sto pięćd siat złotych. Ci ukraińscy strażnicy 
zrobili fortunę j czas tej podróży. Brali po sześćset złotych za mały chenek chleba. Stopniowo 
zaczęliśmy sobie zdawać sj wę, że pociąg nie jedzie w kierunku Treblinki; po d nastu 
godzinach jazdy przybyliśmy do Trawnik. 
Obóz w Trawnikach jest bardzo mały. Umieszczono w starej stodole. Nie było wody ani 
latryn. Tylko którzy z nas dostali sienniki, reszta leżała na gołej z i Następnego dnia troje z 
deportowanych zachorowało tyfus, a liczba chorych powiększała się z dnia na ds Nie 
separowano ich od zdrowych. Co dzień o szć rano budzono nas do pracy; o szóstej wieczór 
wracali do naszej stodoły kompletnie wyczerpani. Jedzenie, j otrzymywaliśmy, wystarczało 
tylko do tego, by utrzy nas przy życiu. Najbliższe osiedle znajdowało się w ległości kilku 
kilometrów od nas, ale nikt nie miał wagi przekraść się tam, by zdobyć pożywienie, bo w nas 
wszędzie  błyszczały bagnety Litwinów  i Łotys 
Ale nawet w tym obozie byli przemytnicy. Codzie idąc do pracy spotykaliśmy chłopów 
niosących o\ i chleb, które próbowali nam sprzedawać. Czasem uda nam się coś kupić w ten 
sposób, ale w kilku przypadł Ukraińcy zastrzelili i chłopa, i Żyda, który chciał co niego kupić. 
Raz goj z pobliskiego osiedla wrzucił j drut kolczasty kawałek chleba chłopcu, który mógł : 

background image

dwanaście lat. Z twarzą rozjaśnioną radością chłopiec niósł chleb i zaczął go jeść. W tej 
chwili podbiegł uki ski strażnik z najbliższego posterunku i jednym ud* niem wytrącił 
chłopcu chleb z ręki, po czym zaczc bić kolbą karabinu. Bił go wciąż, kiedy chłopiec ju nie 
ruszał. Zbił go na śmierć. 
Niemal oszalałam. Inni patrzyli na tę scenę z kom ną bezradnością. 
A jednak paru osobom udało się uciec. Kiedyś, późną nocą, oddział partyzantów zaatakował 
nasz obóz, rozbroił strażników i uwolnił kilkudziesięciu więźniów. Niektórzy ukraińscy 
strażnicy przyłączyli się nawet do partyzantów i pomagali rozbrajać innych. Były też 
przypadki, że strażnik uciekał z obozu, żeby przyłączyć się do podziemia. 
Niedaleko Trawnik, w lesie, jest zbiorowy grób kilku tysięcy jeńców wojennych. Byli 
trzymani w naszym obozie. Wszyscy chłopi w sąsiednich wsiach wiedzą o tym grobie, bo byli 
świadkami egzekucji rosyjskich jeńców wojennych i zmuszono ich do kopania tego wielkiego 
grobu. 
Nie wiem, jak długo byłabym w stanie to wytrzymać — kończyła Esta — ale na szczęście po 
kilku tygodniach dostaliśmy cudzoziemskie paszporty i od tego momentu wszystko szło 
dobrze. Wysłano nas do siedziby gestapo w Warszawie, potem spędziliśmy trzy dni w «Hotel 
Ro-yal» z dużą grupą internowanych z republik południowoamerykańskich. Wreszcie zabrano 
nas do Vittel z ostatnim transportem internowanych z Pawiaka. Ale nie mogę czuć się 
szczęśliwa, bo moi rodzice zostali w Trawnikach. 
Ostatnio przyszło do Warszawy wiele dokumentów takich jak nasze, ale większość osób, dla 
których je wystawiono, zginęła dawno w Treblince albo w bitwie o getto." 
Bitwa o getto trwała pięć tygodni. Wygłodzeni, wycieńczeni obrońcy getta walczyli 
bohatersko przeciw silnej hitlerowskiej maszynie wojennej. Nie nosili mundurów, nie mieli 
szarż, nie dostali medali za nadludzki wysiłek. Ich jedynym wyróżnieniem była śmierć w 
płomieniach. Wszyscy z nich są Nieznanymi Żołnierzami, bohaterami, którzy nie mają sobie 
równych. Jak strasznie jest myśleć o tym wszystkim — tylu   jest   wśród   nich   bliskich   
przyjaciół 
250 
i krewnych: wujek Abie, Romek, Rutka... Przez kilka ostatnich dni stałam w oknie 
rozmawiając z nowo przybyłymi internowanymi z „Hotel Providence". Chciwie słuchałam 
ich słów, a myśli przenosiły mnie tam, do płoną-tych domów getta, gdzie żyłam przez trzy 
lata z tymi wszystkimi bohaterami. Co jakiś czas czuję, że mdleję, jakby moje serce 
zamierało, muszę odejść od okna i położyć się. 
Tapeta w naszych pokojach pokryta jest skomplikowanym, ciemnoczerwonym wzorem. Raz, 
gdy patrzyłam na nią, wyobraziłam sobie, że czerwone linie zmieniają się w długie strumienie 
krwi... Tak płynęła ich krew, mieszając się z płomieniami. Nasza krew, nasze kości — 
spalone na popiół. Boże, dlaczego musimy ścierpieć to wszystko? Wujek Abie, Romek i 
inni... a może ktoś z nich ocalał? 
W dniu, w którym rozmawiałam z Estą W., zebrałam dużo jedzenia od internowanych w 
naszym hotelu i o jedenastej w nocy Hilmar J., przekradł się przez kolczasty drut do „Hotel 
Providence". Rozdał jedzenie nowym internowanym, a odebrał osobiste pozdrowienia z getta 
i wiele listów, które przywieźli nowi dla różnych osób z naszego hotelu. 
Jeden z listów był dla Felicji K., od kuzyna, który pozostawał po stronie „aryjskiej" przez 
długi czas dzięki sfałszowanym papierom. Pani K. dostała dla niego papiery ze Szwajcarii i 
nie mogła zrozumieć, dlaczego nie przyjechał do Vittel. List tłumaczył, dlaczego. „Sumienie 
nie pozwala mi ratować samego siebie — napisał — teraz, gdy widziałem tak wielu moich 
bliskich umierających potworną śmiercią. Czy jestem lepszy od nich? Nie mam odwagi 
opuścić tych ruin. Nie, nie wyjadę z Warszawy. To moje miejsce, muszę tu zostać. Jakaż jest 
wartość mojego życia w porównaniu z życiem   tych   bohaterów,   którzy 
251 

background image


przelali krew za nasz naród? Pisząc ten list słyszę wciąż jeszcze eksplozje w getcie. Ostatnie 
piwnice są wysadzane dynamitem. Pod ruinami są pogrzebani moi bracia i twoi. Oceń sama, 
czy mogę od nich uciec? Ostatniej nocy przeszedłem obok bram getta i ciągle jeszcze 
słyszałem strzały. Ostatni Żydzi jeszcze się opierają. Afisze na ulicach Warszawy głoszą, że 
«Polska wreszcie pozbyła się żydowskich komunistow». Po wszystkim, co przeszedłem w 
ciągu minionych tygodni, nie mam odwagi uczynić najmniejszego kroku, by ratować siebie. 
Życie straciło dla mnie całą wartość." 
Pani Felicja i inni, którzy czytali ten list, płakali gorzko. 
Wstrętne są też opowieści o stosunku niektórych Polaków do żydowskiej tragedii. To prawda, 
że nielegalne publikacje wydawane przez polskie partie ludzi pracy wzywają Polaków, by 
udzielali pomocy i dawali schronienie Żydom, którzy uciekli z płonącego getta, ale liczba 
Polaków odpowiadających na ten apel jest bardzo mała. Odważni Polacy, którzy ryzykują 
życie ukrywając Żydów uratowanych z getta, często są denuncjowani przez antysemickich 
chuliganów i dlatego inni są odstraszani od wykonywania tego ludzkiego obowiązku wobec 
naszych u-męczonych ludzi. W tych warunkach niewielka jest nadzieja, żeby wielu Żydów 
zdołało się uratować. 
15 czerwca 1943 
Nie wiem, jak wyrazić ogromną radość — nie, radość i smutek. Dziś dostałam kilka listów od 
Rutki. Żyje i jest zdrowa. 17 kwietnia jej rodzice wysłali ją z getta płacąc za to poważną 
sumę. Mieli dołączyć do niej następnego dnia, ale 18 kwietnia hitlerowskie oddziały 
eksterminacyjne otoczyły getto. Teraz szesnastoletnia Rutka jest sama po stronie „aryjskiej". 
252 
W jej liście wiele jest czarnej rozpaczy, to cud, że przeszedł przez cenzurę. Pisze, że w końcu 
na pewno odbierze sobie życie. Widziała Romka w dniu, w którym opuściła getto; tego 
samego dnia widziała naszą polską przyjaciółkę, panią Zofię K., która dała jej mój adres. 
Cztery listy Rutki, które nadeszły dzisiaj, noszą różne daty. W drugim jest fragment od Dołka. 
On i jego krewni dostali zagraniczne paszporty i są internowani. W liście tym Rutka pisze: 
„Dni, które spędziłam z Dołkiem, były najszczęśliwsze w moim życiu. Miałam uczucie, że 
jestem pod czyjąś opieką." 
e                                                                               ?                                                 ....        w 
r             Dziś przyjechał z Warszawy niejaki pan R. Istnieje po- 
dejrzenie, że ma powiązania z gestapo. Przyjechał całkiem sam, bez żadnej policyjnej eskorty. 
Powiedział, że blisko dwa tysiące osób posiadających zagraniczne paszporty wysłano ostatnio 
do obozu w Bergen-Belsen niedaleko Hanoweru. Jego zdaniem tam właśnie znajdują się 
ostatni internowani z Pawiaka i Hotelu Polskiego. Wielu krewnych tych internowanych 
znajduje się wśród nas — obawiają się o losy bliskich. Na razie wszystkie nasze zapytania o 
ten obóz składane szwajcarskiej komisji pozostały bez odpowiedzi. 
18 czerwca 1943 
W tych bestialskich czasach prawdziwą pociechą jest spotkanie ludzi, których serca 
przepełnione są prawdziwą miłością dla prześladowanych i potrzebujących. Dlatego lubię 
przyglądać się naszej Matce Świętej Helenie. Czuję się mniej przygnębiona, gdy jestem 
blisko niej. Podziwiam jej cierpliwość, pracowitość i miłość dla małych dzieci. Żadna praca 
nie jest dla niej zbyt ciężka. Ta cu- 
253 
 
downa kobieta klęka, by szorować podłogi swymi delikatnymi rękami. Wyciera dzieciom 
nosy i osusza łzy. Mimo długiej czarnej sukni, jaką nosi, ma mnóstwo praktycznego rozsądku 
w rozwiązywaniu konfliktów, które narastają tu między ludźmi różnych ras i wyznań. 

background image

Kieruje szkołą, a ja czerpię dużą przyjemność z pomagania jej. Robię znaczki, maluję 
zabawki i zilustrowałam dziesięć egzemplarzy jedynej książki dla dzieci, jaką byłyśmy w 
stanie otrzymać dla całej klasy. 
6 sierpnia 1943 
Mój ojciec wreszcie przyjechał wraz z transportem mężczyzn z Titmoning. Wreszcie 
połączyliśmy się po długiej rozłące. Spotkania różnych rodzin były bardzo wzruszające. 
Ludzie płakali z radości. Ale wciąż jeszcze jest wiele kobiet i dzieci, które nie widziały 
mężów i ojców od ponad dwóch lat. 
Przybyły także transporty z Compiegne i innych obozów z Niemiec — jak Tost czy 
Kreuzberg. Ta koncentracja internowanych z tak wielu obozów daje nam nadzieję, że 
wymiana jest już blisko.      ,          ,.,,.?:.., .,: 
Znów dostałam listy od Rutki zawierające tragiczne aluzje. Ostatni z nich opisuje śmierć 
Tadka. Byłam przekonana, że z nas wszystkich najprędzej przeżyje Tadek, miał największe 
szansę. Ale nie ma go już wśród żywych. Nieszczęsny chłopiec popełnił samobójstwo. Z listu 
Rutki mogłam się domyślić, że jego ojciec został zabity przez podziemie. Tadek nie mógł 
znieść takiej hańby; musiał czuć, że nigdy nie zetrze tej plamy ze swego nazwiska. Ojciec 
został zabity w domu, 17 kwietnia, na dzień przed wybuchem powstania. Następnego dnia 
Tadek zabił się. Biedny chłopiec, tak bardzo mnie kochał. 
254 
22 sierpnia 1943 
W naszym obozie ludzie umierają i rodzą się. mieliśmy dwa pogrzeby starszych Anglików 
Continental". A na świat przyszło troje dzieci. W czone są wielką opieką i otrzymują 
specjalne ] pośrednictwem zakonnic. Kobiety ciężarne takżi dodatkowe paczki i są pod opieką 
francuskich będących jeńcami wojennymi. 
Jeden z lekarzy, dr L., jest słynnym chirurgi sytuacja jest przygnębiająca. Ma żonę i dziecko 
pod Paryżem, z którego stale odchodzą trans Polski. Stale nas pyta, czy to, co się mówi o 1 
jest prawdą. Nie chce wierzyć, że ludzie są tam trującym gazem i parą. 
Nasz obóz stanowi jakby mały świat. Mamy siebie komórki francuskiego ruchu oporu. Int 
wiedzą, że gdzieś w obozie znajduje się odbiorn wy. Codziennie rozpowszechnia się ustnie 
najświe domości. Wygląda na to, że Niemcy coś podejrzę wczoraj przeszukali hotel, ale radia 
nie znaleźli dają, że podczas gdy Niemcy robili rewizję, kt( rował po parku z radiem w torbie. 
Teraz Niemcy robią rewizję codziennie w imr lu, ale radio nadal funkcjonuje i informuje nas 
cych wydarzeniach. Wiadomości są dobre. Rosja żają się do polskiej granicy, Niemcy są stale 
bc wane z powietrza, alianci wylądowali we Włoszecł panią afrykańska dawno się 
zakończyła. 
Z Afryki dostałam list od mego kuzyna Henrj który jest oficerem lotnictwa w armii de 
Gaulle'i mywanie listów jest teraz w Europie ogromnym lejem, z którego korzystam dzięki 
amerykańskie 
255 
Stale koresponduję z Rutką przebywającą w Warszawie po stronie „aryjskiej". Internowanym 
wolno wysyłać tyl-        -i ko jeden blankiet tygodniowo, ale ja używam blankietów całej 
mojej rodziny, a dodatkowo daje mi je kilkoro znajomych w obozie. Cenzorzy muszą mieć 
niezłą robotę z czytaniem całej mojej poczty. 
Praca w szkole sprawia mi wielką radość i daje okazję do ćwiczenia się w angielskim i 
francuskim. Prowadzę teraz zajęcia praktyczne w dwóch klasach. Jako materiału używamy 
kartonów z paczek Czerwonego Krzyża;  jako kleju mleka w proszku z wodą. Większość 
dzieci pochodzi z   Polski;   wiele z nich   przyjechało w dwóch   ostatnich transportach, które 
przybyły tu po likwidacji getta. Bardzo szybko uczą się angielskiego i francuskiego i są dla 
nas wszystkich wielką pociechą. 
2 października 1943 

background image

Podczas dwóch dni Rosz Haszana mężczyźni modlili się w jednym z naszych pokoi. 
Przygotowałyśmy stół ze świecami, jak kiedyś na Pawiaku, i madame Sh., żona Wielkiego 
Rabina Warszawy, stała blisko ołtarza. Panował nastrój smutku i powagi. 
Drugiego dnia Rosz Haszana dostałam list od Rutki informujący mnie, że wujek Abie żyje. 
Zofia K. powiedziała jej, że wujek pracuje na przedmieściach Pragi. Moi rodzice uważają za 
dobry omen fakt, że list przyszedł akurat podczas Rosz Haszana. Ale Rutka wciąż nie 
odpowiada na moje pytanie o Romka. To, co o nim pisze, nie jest jasne. Obawiam się, że nie 
chce powiedzieć mi prawdy. Musiał zginąć wraz z tysiącami innych bohaterów getta. ,« 
5 października 1943 
Dziś dostaliśmy list od naszego wuja z Tuluzy. Pisze, że często musi zmieniać adres i że jego 
córka, a moja 
256 
kuzynka, była zmuszona oddać swoje roczne dziecko i dzinie gojów, żeby uchronić je przed 
hitlerowcami. Sy1 acja francuskich Żydów pogarsza się z każdym dnie Tysiące Żydów 
wysyła się z Paryża do Drancy, które j tylko etapem w podróży do Treblinki. 
W innych krajach okupowanych przez hitlerowców t że zbiera się Żydów w obozach na 
prowincji zwań Durchgangslager (obóz przejściowy), przed wysyłką do i nych fabryk śmierci 
w Polsce. Żydzi ci nie wiedzą, straszny czeka ich los. Nie mają pojęcia o tym, co s się z 
polskimi Żydami. 
Największe transporty Żydów wychodzą teraz z hc 
derskiego obozu Westerborg. Opowiadał nam o tym 
wien obywatel brytyjski, który przyjechał tu zalei 
parę dni temu z Holandii. Także Amerykanka, która 
dawno stamtąd przyjechała, opowiadała nam, jak v 
niały jest stosunek Holendrów do ich żydowskich w 
obywateli. Nie tylko ukrywają Żydów w swoich dor 
ale kilkakrotnie oddziały holenderskiego podziemia 
kowały pociągi wiozące Żydów i uwalniały ich. W n: 
rych miastach Holendrzy spalili księgi metrykalne 
utrudnić hitlerowcom stwierdzenie, kto jest Żydem. 
nych ludność katolicka zorganizowała strajki protes 
ne przeciw prześladowaniu Żydów i w niektórych 
padkach zmusiła Niemców do zaprzestania deport 
10 Tpaździernika 1943 
Wczoraj był Dzień Pokuty, a dziś są moje ur< 
Czuję się bardzo stara, mimo że mam dopiero dz 
naście lat. Mama przygotowała dla mnie przyjęcie- 
dziankę i zaprosiła wszystkich młodych ludzi z całe 
zu. Starali się stworzyć radosny nastrój, ale ich s 
wesołość tylko mnie zasmuciła. 
257 
15 listopada 1943 
Dziś odbyliśmy cudowny spacer poza obozem, do pobliskiej miejscowości. Otrzymaliśmy na 
to pozwolenie po długich i kłopotliwych pertraktacjach. Nasza grupa składała się z trzydziestu 
osób, a Niemiec, który nas eskortował, zmienił swój surowy ton, gdy daliśmy mu kilka 
paczek amerykańskich papierosów i inne wartościowe artykuły. 
Po raz pierwszy od jedenastu miesięcy opuściliśmy teren ogrodzony kolczastym drutem. 
Ścieżka wiodła nas wśród zielonych wzgórz Wogezów. W niektórych miejscach była tak 
wąska, że musieliśmy iść pojedynczo. Słońce jasno świeciło i wiał lekki, chłodny wietrzyk. 
Nie spotkaliśmy po drodze żywego ducha. Później poszliśmy dokoła malutkiej osady. Przed 

background image

chatami bawiły się brudne, wymizerowane dzieci, a koń przywiązany do płotu monotonnie 
skubał trawę. 
Większa miejscowość, która stanowiła cel naszej wyprawy, nie wyglądała wiele lepiej. Domy 
były zniszczone, ludzie chudzi i ogorzali. Zaraz zostaliśmy otoczeni przez dzieci, które 
błagały nas: „Avez-vous quelque chose a manger?" Daliśmy im chleb i czekoladę. Wpychały 
ją do buzi małymi, drżącymi rączkami. 
W centrum osady znajdowała się mała gospoda. Parę kobiet siedzących przy kominku 
podniosło się, by nas obsłużyć. Na długim stole pojawiły się butelki czerwonego wina i 
wiśniówki. Niemiecki strażnik usiadł, żeby się napić, i pozwolił nam swobodnie się poruszać 
pod warunkiem stawienia się o określonej godzinie. Razem z Erną, Bolą, Rozą i młodym 
Anglikiem, Haroldem, poszłam rozejrzeć się za mąką, której nie można dostać w obozie za 
żadną cenę. Po długich poszukiwaniach znalazłam piekarnię, która wypiekała racjonowany 
chleb. Biedny piekarz odmawiał przez długą chwilę, ale kiedy zobaczył konser- 
258 
wy, nasypał nam mąki do toreb. Kupiliśmy takż< francuskie bułki, po siedem franków sztuka, 
a czarne i niepodobne do francuskiego pieczywa prz ną. Wieśniaczka dała nam kilka jajek i 
wciąż c dziękowała za mydło i kawałek amerykańskiego sera, jaki daliśmy jej w zamian za te 
jaja. Dokąd poszliśmy, pozdrawiano nas wesołymi okrzykan Anglais! Les Americains!" 
Po powrocie do gospody spotkała nas wielka dzianka. Na stole stało radio, które przedtem by! 
te. Niemiecki strażnik wypił dużo i spał na ławi gospodą. Harold złapał zagraniczną stację i 
po i wszy od czterech lat słuchałam audycji radiowej, Udało nam się trafić na program 
emitowany z ki do Europy. Audycja była w języku niemieckirr czona na angielski. 
Wysłuchaliśmy ostatnich wia Paryż został mocno zbombardowany, tak jak \ Normandii. 
Rosjanie odzyskali wiele miast i wzi< ce niemieckich jeńców. Audycja kończyła się po niem 
dla wszystkich gnębionych narodów Euro chaliśmy z zapartym tchem. Nagle wszedł nasz ki 
strażnik. Na szczęście był zbyt pijany, by zć sprawę, co się dzieje. Szybko przekręciłam gałkę 
na Paryż i usłyszeliśmy wesołą muzykę. 
Późnym popołudniem wróciliśmy do domu z trofeami. Każdy miał małą torebkę z kilkoma 
mąki. W torbie Erny była maleńka dziurka i m czyła naszą drogę. Jedna z Angielek 
oznajmiła, że lepsze trofeum — w jej torbie był królik! Wsz skarby nie zostały zauważone 
przez nadzorc sprawdzał nas przy bramie obozu, bo gdy wr było już ciemno. 
259 
 
11 listopada 1943 
Jest dziesiąta. W moim pokoju pali się mała lampka. Powiesiłam koc na drzwiach, żeby 
światło nie przeświecało przez szybę. Oficjalnie powinniśmy gasić światło o dziesiątej, ale 
tylko w nocy mogę czytać albo pisać. Na oknach są specjalne czarne story, ale i na nich 
powiesiłam koce i teraz siedzę w kącie przy lampce. 
Lubię słyszeć szum brytyjskich i amerykańskich samolotów lecących co noc o tej samej 
porze. Słucham dźwięku ciężkich bombowców jak najwspanialszej muzyki. Melodia śmigieł 
jest dla mnie najlepszą kołysanką, przy której zasypiam z nadzieją, że w końcu ciemne siły 
nazizmu zostaną pokonane. Następnego dnia czytam niemieckie biuletyny wojenne 
informujące nas, że Paryż został ciężko zbombardowany i że — naturalnie — trafione zostały 
tylko szpitale i sierocińce. Może mój kuzyn, Henry W., jest wśród lotników, którzy przelatują 
w nocy. Jakże bym chciała, żeby zrzucił mi list! 
21 listopada 1943 
Odbyła się pierwsza wymiana jeńców między Anglią i Niemcami. Około stu osób opuściło 
Vittel, przede wszystkim chorzy i ci powyżej sześćdziesiątego roku życia. Pożegnania były 
bardzo wzruszające. Wszyscy im zazdrościliśmy, a szczęśliwcy uśmiechali się, jakby widzieli 
bramy raju po długim cierpieniu. 

background image

W ostatnią sobotę widzieliśmy w naszym kinie film z Nowego Jorku. Pierwsza z mgły 
wyłoniła się Statua Wolności, gigantyczna kobieta z pochodnią w dłoni. Później pojawiły się 
dumne drapacze chmur. Widziałam nowojorskie ulice i spieszących dokądś ludzi. Samochody 
pędziły z ogromną szybkością. Potem był Broadway ze swymi neonami. Ostatnim widokiem 
był statek wpływający do portu Nowy Jork. W tym momencie salę wypeł- 
260                                                             ' : 
niły oklaski. Na pewno wszyscy myśleli o chwili, rej sami przypłyną do Nowego Jorku 
statkiem. M ma, która siedziała obok mnie, z trudem panów sobą. „Patrz — mówiła do mnie z 
entuzjazmem — Radio City, a to Fifth Avenue, a to Broadway..." Oklaski trwały długo, film 
wywołał głębokie we wszystkich, którzy znali miasto. Nie rozumie czego Niemej' nam to 
pokazywali. 

21 listopada 1943 
Do Vittel przybył pierwszy transport włoskich wojennych. Są to Włosi, którzy przeszli do 
aliai kapitulacji Benita. Umieszczono ich w „Hotel d( nieś", poza terenem obozu. 
Dostaliśmy nieoczekiwanie list od kuzyna, H W. Był przez dwa miesiące w Londynie i wciąż 
służbie u de Gaulle'a. 
18 grudnia 1943 
Wśród internowanych Żydów wybuchła panik; Niemcy wydali rozkaz rejestracji 
Amerykanów i czyków pochodzenia żydowskiego. Nie wiemy, c znaczyć, ale krążą rozmaite 
pogłoski. Niektórzy że Żydzi zostaną wysłani do Palestyny, w ram miany z internowanymi 
tam Niemcami. Inni uti że zostaniemy odesłani do Polski. Żydzi siedzą zr ni w swoich 
pokojach i nie wiedzą, co robić. Wy; to, że zanosi się na coś poważnego, bo do obozu chała 
specjalna komisja złożona z wysokich urz niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznycl 
nowani goje współczują nam, szczególnie zakonni ka Święta Helena oświadczyła, że 
gdybyśmy rr odesłani do Polski, nie pozwoli zabrać dzieci. „] im dzieci — oświadczyła 
zdecydowanie. — Sch< 
261 
w kościele i nie pozwolę tam wchodzić." 
26 grudnia 1943 
Tym razem skończyło się na strachu. Hitlerowska komisja zniknęła i cały obóz — Żydzi i 
nie-Żydzi — odetchnął z ulgą. 
W tym roku nasze święto Chanuka zbiegło się z Bożym Narodzeniem. Wielu Żydów i 
katolików uważa, że to fakt symboHczny. W pokojach zajmowanych przez Żydów płoną 
świąteczne świeczki, a choinka przed kościołem udekorowana jest świecidełkami. Może 
nasze wspólne cierpienia i prześladowania wreszcie zlikwidują ślepy rasizm? 
1 stycznia 1944 
Znów Nowy Rok! Co nam przyniesie? Wczoraj wieczorem mieliśmy zabawę. Przez chwilę i 
ja zapomniałam się i tańczyłam. Ale nagle wyobraziłam sobie, że wokół mnie tańczą cienie. 
Potem poczułam silne dzwonienie w uszach, które zaraz zmieniło się w dziki śmiech. 
Poczułam, że kręci mi się w głowie, i poprosiłam mojego partnera, żeby mnie odprowadził do 
domu. 
12 stycznia 1944 
W obozie znów napięcie. Spowodowały je pogłoski, że i w Vittel Żydzi mają być izolowani w 
czymś na kształt getta. Wielu katolików jest oburzonych i twierdzą, że na to nie pozwolą. Ale, 
jakby się to nie zdawało dziwne, są i tutaj „aryjczycy", którzy są zadowoleni z tej 
perspektywy; twierdzą oni, że Żydzi powinni być izolowani od gojów, tak jak to miało 
miejsce w obozie Titmoning. Możliwe, że ci sami antysemici rozpuszczają takie plotki. 
30 stycznia 1944 
Kilka dni temu administracja obozu wydała polecenie, 

background image

262 
aby Amerykanie byli gotowi do wyjazdu w każdej c' Anglicy są sceptyczni i utrzymują, że 
wymiana ni stąpi przed upływem kolejnego roku, bo tyle właśni< su upłynęło od ogłoszenia 
wymiany Anglików do prowadzenia pierwszej jej części. Posiadacze ziel amerykańskich 
paszportów wydanych przed wojną mieli pierwszeństwo, przynajmniej zdaniem Nieme 
Czekam niecierpliwie i jestem tak niespokojna od dni, że większość czasu spędzam 
spacerując po park 
16 lutego 1944 
Dostałam rozpaczliwy list od Rutki. Pisze, że ukr no jej dokumenty i pieniądze. Jest teraz 
sama, za na w świecie nienawiści i polowania na ludzi. „J pociechą jest myśl o Tobie. Żyję 
nadzieją zobaczer znów." Biedna Rutka, ile wycierpiała i przez co ; będzie musiała przejść! 
27 lutego 1944 
Wreszcie podano termin! Wymiana będzie miała 
?sce w Lizbonie, 5 marca. Do wymiany wyznacza s: 
nych żołnierzy amerykańskich oraz cywilów. Ale r 
jeszcze całkiem jasne, jakie będą proporcje wymian 
ciu Niemców za jednego Amerykanina, czy odwro 
pięciu Amerykanów za jednego Niemca. Na ten te 
różne plotki. Administracja obozu co godzinę rob 
rejestr — wpisuje nowe nazwiska, skreśla wpisane i 
nio. Żyjemy w okropnym napięciu i nerwowości. 
rodzina była na pierwszych dwóch listach, ale te 
stała skreślona. Moja matka biega w kółko od ; 
biura do drugiego. W pierwszej turze ma jechać tyl 
ło trzydziestu osób, podczas gdy kandydatów w Vi1 
stu pięćdziesięciu. Wszystkie te zmiany i pogłoski 
.zszarpały nam nerwy. 
263 
28 lutego 1944 
Listy zostały zamknięte. My nie jedziemy. Mama stale chodzi do komendanta tylko po to, 
żeby po raz kolejny usłyszeć, że nie jedziemy, bo ojciec jest w wieku nadającym się do służby 
wojskowej, a rozdzielanie rodzin jest sprzeczne z zasadami komendanta. Jeśli to prawda, to 
większość rodzin nie może jechać, bo ich mężczyźni nie skończyli jeszcze pięćdziesięciu 
pięciu lat. Na razie wszystkie zakonnice oraz posiadacze zielonych paszportów otrzymali 
zapewnienie, że pojadą w pierwszej turze. Ale komendant twierdzi, że w ostatniej nawet 
chwili mogą jeszcze zajść jakieś zmiany. To mi przypomina hitlerowską taktykę na Pawiaku. 
Tam też zmieniali zdanie co minutę, najprawdopodobniej tylko w tym celu, żeby nas dręczyć. 
29 lutego 1944 
Lista Amerykanów, którzy mają być wymienieni, została ostatecznie zamknięta. Nie 
jedziemy. Szczęśliwcy dostali rozkaz spakowania swoich bagaży. Z okna widzę walizki 
piętrzące się w ich pokojach. Na dworze pada śnieg.. Czasem wydaje mi się, że jestem znów 
na Pawiaku. 
Rozdział XVIII PODROŻ DO WOLNOŚCI 
1 marca 1944 
Jesteśmy w pociągu! Jedziemy wbre1 W ciągu ostatnich dwunastu godzin prze dziej 
denerwujące chwile. Zmiany następi dziny. O szóstej po południu administrac przez głośniki 
nazwiska wszystkich tych, ło na listach. Brakowało paru osób do ko sportu, mieliśmy więc 
nadzieję, że i my Mama pobiegła do komendanta, ale wr< miną; za późno. Ale nie wyrzekła 
się nai modliła, żeby nastąpiło coś w ostatniej cl 

background image

I nastąpiło. O dziesiątej przyjechały ti benau i Titmoning i okazało się, że jest dla paru 
internowanych. Administracja v tych Amerykanów i mama została natyc dzona. Początkowo 
ojciec miał zostać w zgodziła się na to, bo była pewna, że w o cie nastąpi kolejna zmiana i 
ojcu pozwoli Na razie spakowała wszystkie nasze rzecz w Warszawie, odwiedziło nas wiele 
osć swoich amerykańskich krewnych. Pomaga się i kręcili wokół nas. Niusia W. przygc 
deenie na drogę, a Bolą leżała płacząc w i 
O siódmej rano matka poszła do biu: 
265 
 
obozu i po kilku minutach przybiegła krzycząc: „Jedziemy wszyscy!" 
Nigdy nie zapomnę chwili pożegnania z ludźmi, z którymi tyle razem wycierpieliśmy stale 
zawieszeni między życiem a śmiercią. Wszyscy mówili: „Proszę, nie zapominajcie o nas, w 
was cała nasza nadzieja. Nie milczcie. Dopilnujcie, żeby nas uratowano..." Wszyscy bez 
wyjątku — mężczyźni, kobiety i dzieci — płakali. Setki rąk machały do nas z okien za 
kolczastymi drutami. Z oddalenia widziałam jeszcze Ernę ocierającą oczy. Obok niej stała 
Ro-za, Harold i wielu innych — znajomych i obcych. 
Nasz przedział sąsiaduje z przedziałem niemieckiej eskorty. Są w stanie skrajnego 
wyczerpania nerwowego. Nigdy nie widziałam tak przygnębionych Niemców. Stale 
sprawdzają ilość swoich więźniów według list, które trzymają w rękach. 
2  marca 1944 
Od kilku godzin stoimy w Biarritz. Pociąg zatrzymał się dwie mile od stacji. Wśród 
pasażerów rośnie strach. Mówi się, że wielu internowanych zostanie odesłanych do Vittel, bo 
jest nas za dużo. 
3  marca 1944 
Parę minut temu wymieniliśmy wszystkie nasze pieniądze na dolary. To nas wreszcie 
uspokoiło; naprawdę wierzymy, że teraz jedziemy do Ameryki. Wszystkich mężczyzn 
zmuszono do podpisania oświadczenia, że nie będą walczyć przeciw Niemcom w żadnej 
armii. Kiedy wyszli z wagonów podpisać te oświadczenia, zobaczyliśmy jak na sąsiedni tor 
wjeżdża pociąg z niemieckimi interno- 
266 
wanymi. Przybyli z Ameryki, żeby zostać ^ na nas. Wszyscy im naprawdę współczuliśn 
4 marca 1944 
Nasz pociąg znajduje się w tej chwili Hiszpanii. Na stacjach różni ludzie pozdra1 kiem  „V". 
Uderza ubóstwo Hiszpanów.  < wyciągają rączki żebrząc o pieniążek. Wieli nierzy, a 
szczególnie elegancko ubranych ność cywilna ubrana jest w szmaty i ma 
liczki. 
Wielu eskortujących nas Niemców zoste kiej stronie granicy, a ci, którzy jeszcze n; ubrani są 
w cywilne łachy. Wraz z mund swoją butę. 
5 marca 1944 
Właśnie przekroczyliśmy granicę Port rowa policja hiszpańska została zastąpio policję 
portugalską. Wciąż jesteśmy w t; ciągu. Tu także ludzie pozdrawiają nas e 
Pociąg zbliża się do Lizbony. Widać żag] w naszym wagonie właśnie krzyknął słov To obce 
szwedzkie słowo dla nas oznacza 
Obudził mnie głos silnika statku. „Gri pełnym morzu. Wyszłam na pokład i o< kresnym 
błękitem. Przesiąknięta krwią zi została daleko za mną. Wolność prawie ze 
W ciągu ostatnich czterech lat nie znał Cztery lata czarnej swastyki, kolczastych getta, 
egzekucji i — przede wszystkim 
267 
dniem i nocą. Po czterech latach tego koszmaru początkowo trudno było mi cieszyć się 
wolnością. Wciąż zdawało mi się, że to tylko sen, że w jakimś momencie mogę się obudzić na 

background image

Pawiaku i znów zobaczę starych ludzi z siwymi brodami, kwitnące dziewczyny i dumnych 
młodych mężczyzn gnanych jak bydło na Umschlagplatz na ulicy Stawki, gnanych na śmierć. 
Czasem zdawało mi się nawet, że słyszę krzyki torturowanych i słonawy zapach morza nagle 
zmieniał się w mdlący, słodkawy odór ludzkiej krwi, odór często dochodzący do naszych 
okien na Pawiaku. 
Na dole, w mesie ktoś zaczął grać na fortepianie i to przypomniało mi Romka, który zwykł 
grywać te same melodie Schuberta. Widziałam jego długie, delikatne palce. Poszłam do 
swojej kabiny i padłam na koję płacząc gorzko. 
Myślałam, że na statku zapomnę o koszmarach getta. Ale w zadziwiający sposób, pośród 
niezmierzonego oceanu stale widziałam krwawe ulice Warszawy. 
Na pokładzie zaprzyjaźniłam się z amerykańskimi żołnierzami i lotnikami zestrzelonymi w 
czasie lotu nad Niemcami, którzy zostali wymienieni razem z nami. Niektórzy z nich mieli 
puste, zwisające rękawy. Inni chodzili 
0  kulach. Dwaj młodzi oficerowie mieli potwornie zniekształcone  twarze;   inni  poparzone  
twarze.  Jeden  stracił obie nogi, ale uśmiech nie schodził mu z warg. 
Czułam się im bliska, a gdy opowiadałam im, co hitlerowcy zrobili w getcie — rozumieli 
mnie. 
Na statku zobaczyłam pierwszy od czterech lat amerykański film, pod tytułem: „Yankee 
Doodle Dandy". Żołnierze i oficerowie mieli łzy w oczach oglądając go. 
O zmierzchu 14 marca z mgły zaczął się wyłaniać zarys amerykańskiego  brzegu.  
Pasażerowie  wyszli  na  pokład 
1 stali przy relingu. Przypomniała mi się biblijna opowieść 
268 
o potopie i arce Noego, gdy ta wreszcie < ląd. 
Przez cały dzień czułam się kompletnie r dźwigała bagaż wielu, wielu lat. Nie poszł; ru na 
zabawę. Leżałam na pokładzie słucr który narastał z każdą chwilą. 
15 marca nasz statek dotarł do Nowegc którzy razem przeszli przez lata nieszczę żegnać. 
Panował nastrój pełen braters wszystkich twarzach widać było niespoko; Widziałam 
nowojorskie drapacze chmur, były w Warszawie i rozmawiałam z Rutl zdawało mi się, że 
biorę ją za rękę i ciąg 
Droga Rutko, bardzo mi cię brak. Chi 
z tobą mój dobry los. Jak cudownie byłot 
bą na amerykańską ziemię. Chciałabym 
mniej dać choć cząstkę wolności i szczęści 
czekają. Statua Wolności, ta dumna kob: 
w dłoni, którą widzę teraz przed sobą, ; 
tak samo jak na mnie. Pozdrawia także 
i wszystkich naszych  przyjaciół,  którzy 
i tych, których nie zobaczymy nigdy wię< 
Rutko, spójrz moimi oczyma, niech twe 
zem z moim. Zbliżamy się do wolności. K 
dzie tutaj chleb, dom i wolność. Nikt nig 
cieszył wolnością tak jak my, którzyśmj 
ciii. 
Moja Rutko, powiedz wszystkim tyrr żyją, że nigdy o nich nie zapomnę. Zro uratować tych, 
którzy jeszcze mogą być mścić tych, którzy tak gorzko zostali por chwilach swego życia. I 
tych, których s zawsze będę widzieć żywych. Powiem, ] o naszych cierpieniach, o walce i o 
moi 
269 
 0.0C6W 

background image

scy odzyskamy wolność! 
Spis treści 
Wstęp (S. L. Shncidermon)     5 
Rozdział I. OBLĘŻENIE WARSZAWY     13 
Rozdział II. POCZĄTEK GETTA     41 
Rozdział III. ŻYCIE TOCZY SIĘ     57 
Rozdział IV. PODZIEMIE     71 
Rozdział V. ROSYJSKIE BOMBY     81 
Rozdział VI. TYFUS     90 
Rozdział VII. „GWAŁT PRZECIW  BRATU  TWEMU" 
Rozdział VIII. STRACH OGARNIA ULICE     124 
Rozdział IX. KOLEJNY ROK     135 
Rozdział X. OKRUTNA WIOSNA     147 
Rozdział XI. NIEMCY ROBIĄ ZDJĘCIA     160 
Rozdział XII.  UPRZYWILEJOWANI  IDĄ  DO  WIEZIE] 
Rozdział XIII. DZIECI IDĄ NA SPACER     184 
Rozdział XIV. KONIEC ŻYDOWSKIEJ POLICJI 
Rozdział XV. ZNÓW KRWAWE DNI     215 
Rozdział XVI. OBÓZ INTERNOWANYCH     232 
Rozdział XVII. POWSTANIE W GETCIE     243 
Rozdział XVIII. PODRÓŻ DO WOLNOŚCI       265 
199 
? '? 
lt':.-J   '?'.?? 
Papier 
Zam. wyd. 612. 
 ark. druk. 17+Ł 
Pnnted in Poland 
 ^