background image

JOANNA MANSELL 

 

Zatoka letnich snów 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Rose  zatrzymała  samochód  na  poboczu  pustej  polnej  drogi,  popatrzyła  na  leŜącą  na 

siedzeniu obok mapę i głęboko westchnęła.  

–  Chyba  się  zgubiłam  –  mruknęła  ponuro.  Wyjrzała  przez  okno  i znów  westchnęła.  Ani 

jednego domu, wszędzie tylko drzewa, pola, ptaki i błękit nieba. Wijąca się droga prowadziła 

do zalanej słońcem leśnej doliny.  

Rose sama nie wierzyła, Ŝe od tętniącego Ŝyciem nadmorskiego miasteczka na wybrzeŜu 

Północnego  Devonu,  gdzie  się  zatrzymała,  dzieliło  ją  zaledwie  kilka  kilometrów.  Miała 

wraŜenie, iŜ jest na jakimś pustkowiu.  

–  Jadę  dalej  przed  siebie  –  postanowiła  w  końcu  i  skrzywiła  się  ironicznie.  Nie  miała 

wielkiego wyboru, bo droga była zbyt wąska, Ŝeby zawrócić.  

Prowadziła  powoli,  uwaŜając,  czy  coś  znienacka  nie  wyjedzie  z  naprzeciwka.  Robiła  to 

tylko na wszelki wypadek, bo do tej pory nie pojawił się jeszcze ani jeden samochód.  

Zbocza  nad  doliną  wznosiły  się  coraz  bardziej  stromo.  Panował  upał,  blask  słońca 

oślepiał.  Rose  przesunęła  dłonią  po  złotobrązowych  włosach  i  pomyślała  z  Ŝalem  o  plaŜy  i 

chłodnej bryzie od morza. Właściwie mogła odłoŜyć ten wyjazd do jutra, a teraz korzystać z 

niespodziewanie pięknej pogody.  

Tylko  Ŝe  to  wykluczałoby  staranie  się  o  pracę,  na  której  jej  zaleŜało.  Ktoś  mógłby  ją 

uprzedzić.  A  naprawdę  potrzebowała  pracy,  bo  pieniądze  kończyły  się  w  zastraszającym 

tempie.  

Zobaczyła  wyblakły  drogowskaz  i  zatrzymała  się,  by  go  odczytać.  Nierówne  litery 

układały się w napis: Lyncombe Manor. Rose uśmiechnęła się z prawdziwą ulgą. No, trafiła. 

Czyli informacje ze sklepiku, w którym widziała ogłoszenie, nie okazały się bezuŜyteczne.  

Ruszyła  dalej  z  nowym  zapałem.  Opuściła  szyby  i  wdychała  ciepłe  powietrze  o 

słodkawym zapachu. Jeszcze tylko jeden ostry zakręt i droga łagodnym łukiem poprowadziła 

ją pod dom; było to niewątpliwie Lyncombe Manor.  

Zatrzymała  samochód  i  spojrzała  z  podziwem.  Dom  był  piękny!  Bielone  ściany, 

witraŜowe okna w szczytach, wysokie kominy, kryty łupkami dach, porośnięty gdzieniegdzie 

mchem, i orgia róŜ, które oplatały prawie wszystko. Ich płatki opadały na wysypany ŜuŜlem 

podjazd, układając się w pasma o przeróŜnych odcieniach bieli, róŜu, czerwieni i Ŝółci.  

Rose  zaparkowała  samochód  w  pewnej  odległości  od  domu,  Ŝeby  podchodząc  bliŜej, 

mogła nacieszyć oczy malowniczym, sielankowym widokiem.  

Drzwi frontowe i wszystkie okna były zamknięte, tak jakby wszyscy wyszli z domu. Rose 

nie  poczuła  się  rozczarowana.  Będzie  trochę  czasu,  by  rozejrzeć  się  przed  powrotem 

właściciela, pomyślała.  

Z  jednej  strony  domu  otwierała  się  łukiem  brama,  prowadząca  do  zarośniętego  ogrodu. 

Rzeczywiście,  w  ogłoszeniu  była  mowa  o  ogrodniku!  Tylko,  czy  uznają  ją  za  odpowiednią 

osobę? Znała się nieźle na roślinach, była silna i zdrowa. Czy jednak fakt, Ŝe jest kobietą, nie 

zdyskwalifikuje  jej  w  oczach  właścicieli  Lyncombe  Manor,  zwłaszcza  jeŜeli  są  to  osoby 

background image

myślące po staroświecku? 

Weszła  w  głąb  ogrodu.  Na  lewo  zobaczyła  staw,  w  którym  pluskały  się  uszczęśliwione 

kaczki,  a  w  oddalonych  zaroślach  inne  ptaki  wodne  dreptały  tam  i  z  powrotem.  Trawnika 

najwyraźniej nie strzyŜono od stu lat. Przypominał raczej łąkę, na której obrzeŜu ciągnęły się 

zachwaszczone  kwietniki.  Sześć  ogromnych  drzew,  wśród  nich  wspaniały  czerwony  buk, 

rzucało  upragniony  cień  na  ten  zaniedbany  ogród.  Rose  oczami  wyobraźni  widziała  juŜ,  jak 

doprowadza go do porządku.  

–  Uspokój  się  –  upomniała  sama  siebie.  –  PrzecieŜ  jeszcze  nie  wiesz,  czy  w  ogóle 

dostaniesz tę pracę! 

Zastanawiała się, kiedy  wróci któryś z domowników. MoŜe juŜ niedługo. Ale właściwie 

nie  zaleŜało  jej  na  tym.  Z  przyjemnością  spacerowała  w  słońcu,  ciesząc  się  spokojem 

panującym dookoła.  

Zerknęła  na  zegarek  i  ze  zdumieniem  stwierdziła,  Ŝe  to  juŜ  późne  popołudnie.  W  takim 

razie  gospodarze  powinni  niebawem  wrócić  na  podwieczorek.  Weszła  na  małe  brukowane 

podwórko, tak samo urocze i skąpane w słońcu jak inne tutejsze zakątki. Nie potrafiła oprzeć 

się  pokusie  i  zajrzała  przez  jedno  z  okien,  ciekawa,  jak  teŜ  dom  moŜe  być  urządzony  w 

ś

rodku. Niewiele jednak zobaczyła, bo w szybach odbijało się słońce. Ruszyła więc w stronę 

ławeczki na końcu podwórka. Miała nadzieję, Ŝe gospodarze okaŜą się gościnni, podobnie jak 

pozostali mieszkańcy tej części kraju, i uznają, Ŝe to nic zdroŜnego, iŜ tak się tu zadomowiła.  

Zamknęła  oczy  i  wystawiła  twarz  do  słońca.  Siedząc  tak,  nie  mogła  zauwaŜyć,  Ŝe  po 

przeciwnej  stronie  podwórza  otwierają  się  drzwi.  Nie  mogła  teŜ  dostrzec  męŜczyzny,  który 

wpatrywał się w nią przez dłuŜszą chwilę, ani usłyszeć, Ŝe podchodzi do niej, bo poruszał się 

cicho jak kot.  

Z jego obecności zdała sobie sprawę dopiero wtedy, gdy na jej ramieniu spoczęła cięŜka 

dłoń.  Rose  krzyknęła,  przeraŜona,  i  otworzyła  szeroko  oczy.  Przed  nią  stał  męŜczyzna 

ogarnięty furią.  

– Wstawać! – rozkazał.  

Rose  była  tak  oszołomiona  tym  gwałtownym  zakończeniem  spokojnego  popołudnia,  Ŝe 

niemal bezwiednie wykonała rozkaz. Okręcił ją dookoła i zaczął popychać w stronę otwartych 

drzwi.  

– O co chodzi?! – zawołała, odzyskując wreszcie głos. – Co pan robi? 

– Zdaje się, Ŝe chciała pani zobaczyć, co jest w środku? – warknął. – JuŜ nie będzie pani 

musiała zaglądać przez okno. Sam pokaŜę wszystko z bliska.  

–  Wiem,  Ŝe  postąpiłam  niegrzecznie,  i  bardzo  za  to  przepraszam...  –  wyjąkała,  łapiąc  z 

trudem oddech.  

– Nic mi tu po przeprosinach – przerwał ostro.  

– Tacy ludzie jak pani zasługują na nauczkę, którą długo popamiętają.  

Minęli  juŜ  drzwi,  a  teraz  popychał  ją  dalej  przez  kuchnię  i  wąski  korytarz  o  kamiennej 

podłodze.  

– Tacy ludzie jak ja? – powtórzyła, czując, Ŝe ogarniają panika. Co to za człowiek i co ma 

zamiar z nią zrobić? 

background image

–  Jesteście  pasoŜytami!  –  wrzasnął  pogardliwie.  –  Wykorzystujecie  innych  ludzi, 

wdzieracie się w czyjeś prywatne Ŝycie i nigdy nie dajecie za wygraną...  

– Byli juŜ w połowie korytarza. MęŜczyzna zatrzymał się gwałtownie i otworzył drzwi po 

prawej stronie.  

– To tutaj chciała pani wtargnąć, prawda? – rzucił wyzywająco, a w jego oczach pojawiły 

się znów przeraŜająco zimne błyski. – No więc udało się pani. Zapraszam! 

Rozluźnił twardy, bolesny  uścisk ręki na jej ramieniu, ale zanim poczuła ulgę, pchnął ją 

brutalnie do środka. Potknęła się o schodki i straciła równowagę.  Kiedy po chwili, obolała i 

przeraŜona,  podniosła  się  z  ziemi,  zobaczyła,  Ŝe  męŜczyzna  nadal  stoi  w  drzwiach, 

przyglądając się jej ze złośliwą satysfakcją, która mroziła krew w Ŝyłach.  

– Czy pan zupełnie oszalał? – Udało jej się jakoś odzyskać głos.  

–  Nie,  nie  oszalałem  –  odparł  ostro.  –  Po  prostu  mam  absolutnie  dość  intruzów 

wdzierających się  w moje prywatne Ŝycie. Nie mam pojęcia, jak pani trafiła tu do mnie, ale 

skoro tak się zdarzyło, to skorzysta pani z przywileju, który powinna pani docenić. Jest pani 

pierwszą... i ostatnią dziennikarką, której noga postała w tym domu.  

– AleŜ ja nie jestem Ŝadną dziennikarką! – krzyknęła Rose, doprowadzona do szału.  

Było juŜ jednak za późno. MęŜczyzna zatrzasnął drzwi. Rose ogarnęła panika. Wdrapała 

się  na  strome  schodki,  zaczęła  walić  w  grube  drzwi  i  wrzeszczeć.  Krzyczała,  groziła,  Ŝe 

zaskarŜy  go  do  sądu  za  przetrzymywanie  jej  w  zamknięciu,  aŜ  w  końcu  błagała,  Ŝeby  ją 

wypuścił. Wszystko to pozostało bez echa. Drzwi się nie otworzyły.  

Roztrzęsiona, cofnęła się i skuliła na najwyŜszym schodku.  

– Nie do wiary – szepnęła drŜącym  głosem. – Nie potrafię uwierzyć, Ŝe to rzeczywiście 

się wydarzyło.  

Ale  zimny  stopień,  na  którym  siedziała,  był  wystarczająco  rzeczywisty.  Podobnie  jak 

zamknięte na klucz drzwi.  

DrŜąc z napięcia, rozejrzała się powoli. Była chyba w piwnicy. Świeciła się tu tylko jedna 

słaba Ŝarówka, w kącie leŜała sterta jakichś starych rupieci.  

Rose  znów  dostała  gęsiej  skórki,  ale  po  chwili  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  tym  razem  nie  z 

przeraŜenia,  lecz  po  prostu  z  zimna.  Trudno  było  uwierzyć,  Ŝe  na  zewnątrz  panował  upał  i 

ś

wieciło słońce.  

Po  chwili,  która  wydawała  się  wiecznością,  poczuła  dopływ  sił.  Wstała,  chociaŜ  nogi 

nadal  odrobinę  jej  drŜały.  Ogarnął  ją  gniew  i  strach.  JuŜ  wiedziała,  co  się  stało.  MęŜczyzna 

oczywiście  pomyślał,  Ŝe  ona  jest  wścibską  dziennikarką,  a  dziennikarzy  najwyraźniej 

nienawidził!  Zareagował  jednak  zbyt  gwałtownie.  Jak  mógł  chwycić  ją  i  wepchnąć  do 

piwnicy? Nikt przy zdrowych zmysłach nie postąpiłby w ten sposób, niezaleŜnie od tego, jak 

bardzo nienawidziłby prasy! 

A właściwie dlaczego reporter miałby się interesować tym miejscem? Czy ten człowiek to 

ktoś sławny? Rose nie rozpoznała w nim nikogo znanego. NiewaŜne, kim on jest, pomyślała. 

NajwaŜniejsze, jak się stąd wydostać.  

Wyglądało na to, Ŝe nie będzie to takie proste. Właściwie juŜ po chwili stwierdziła, Ŝe to 

całkiem niemoŜliwe. Będzie musiała tu siedzieć, dopóki nieznajomy nie  oprzytomnieje i nie 

background image

zdecyduje się jej wypuścić.  

Jak długo to będzie trwało? Nie miała pojęcia.  Znów skuliła się na schodku. Szkoda, Ŝe 

ma na sobie tylko bawełnianą koszulkę. Przydałby się gruby sweter.  

–  Nie  pozwolił  mi  niczego  wyjaśnić  –  mruknęła  do  siebie.  –  Chwycił  mnie  i  wepchnął 

tutaj. Nawet się nie upewnił, czy rzeczywiście jestem z prasy.  

Nagle  uświadomiła  sobie,  Ŝe  od  męŜczyzny  bił  zapach  alkoholu.  Aha!  –  domyśliła  się 

szybko.  Pewnie  wpadł  w  pijacki  szał.  W  takim  razie  będzie  nawet  bezpieczniejsza  za  tymi 

zamkniętymi drzwiami! 

Czas  mijał  nieprawdopodobnie  powoli.  Rose  w  końcu  zeszła  ze  schodów  i  zaczęła  się 

rozglądać  po  piwnicy.  Miała  nadzieję,  Ŝe  moŜe  znajdzie  inne  drzwi,  jakąś  drogę  wyjścia. 

Niczego jednak nie znalazła – tylko brud i śmiecie.  

Między  rupieciami  dostrzegła  krzesło  ze  złamanym  oparciem.  Wyciągnęła  je  i  usiadła. 

Pluszowe  obicie  było  brudne,  ale  jakie  to  miało  znaczenie?  I  tak  była  juŜ  cała  wybrudzona. 

Liczyło się jedynie to, kiedy ten człowiek wróci i otworzy drzwi. I co się stanie potem.  

Nie znała odpowiedzi na Ŝadne z tych pytań, nadal więc siedziała, wpatrując się w ścianę. 

Ogarnął ją gniew, a zaraz potem strach. Wreszcie nie wytrzymała i zaczęła nerwowo chodzić 

tam i z powrotem.  

–  Dobrze  chociaŜ,  Ŝe  nie  cierpię  na  klaustrofobię.  Chodziłabym  juŜ  po  ścianach  – 

powiedziała do siebie.  

Najbardziej nienawidziła uczucia zupełnej bezradności, tego, Ŝe jest absolutnie zdana na 

łaskę  męŜczyzny  przebywającego  na  górze,  o  którym  nic  nie  wiedziała,  a  który  moŜe  jest 

szaleńcem, gwałcicielem lub innym zboczeńcem.  

–  Trzeba  być  kompletną  wariatką,  Ŝeby  przyjeŜdŜać  na  odludzie,  kierując  się  tylko 

ogłoszeniem w sklepiku – wymawiała sobie po raz setny. – śeby nie sprawdzić, co to za dom 

i kim jest właściciel. Wpadłam tu roztańczona, jak na parkiet. A moŜe ten facet właśnie na to 

liczył, Ŝe zwabi tutaj jakąś młodą idiotkę? 

Przemyślenia  te  niczego  właściwie  nie  wyjaśniały,  bo  przecieŜ  męŜczyzna  uznał  ją  za 

dziennikarkę i dlatego wpadł w taką wściekłość. Gdyby chciał z jakichś względów, o których 

lepiej  nie  myśleć,  po  prostu  zwabić  tu  kobietę,  nie  wykrzykiwałby,  Ŝe  wtargnęła  do  jego 

domu i Ŝe dziennikarze to pasoŜyty.  

Zerknęła na zegarek i ze zdumieniem stwierdziła, iŜ zrobił się juŜ wczesny  wieczór. Jak 

długo jeszcze ten męŜczyzna ma zamiar ją tu trzymać? PrzecieŜ to idiotyczne.  

Weszła po schodkach i ponownie zaczęła walić w drzwi.  

–  Niech  pan  słucha!  Nie  jestem  Ŝadną  dziennikarką!  –  wrzasnęła.  –  Przyjechałam  w 

sprawie pracy! Proszę mnie natychmiast wypuścić! 

Nie dało to jednak Ŝadnego rezultatu. Wiedziała, Ŝe tak będzie, ale spróbowała. Poza tym, 

pomyślała, drzwi na pewno są za grube, Ŝeby mógł usłyszeć jej wołania.  

Czas płynął nieubłaganie, minął wieczór i zrobiła się północ. Rose nie mogła uwierzyć, Ŝe 

tak długo siedzi w piwnicy Lyncombe Manor. Ale był to niezbity fakt. PrzeraŜała ją myśl, Ŝe 

męŜczyzna przetrzyma ją w zamknięciu przez całą noc.  

–  Naprawdę  zupełnie  zwariował  –  szepnęła  do  siebie.  –  Trzeba  być  wariatem,  Ŝeby 

background image

wymyślić coś takiego! 

Siedziała teraz na starych workach, które były wygodniejsze od złamanego krzesła. Czuła 

głód  i  chciało  jej  się  pić,  ale  co  tam!  Przestała  teŜ  zwaŜać  na  chłód.  WaŜniejsze  były  inne 

problemy.  Nagle  uświadomiła  sobie,  Ŝe  obgryza  paznokcie.  Nie  robiła  tego  od  dzieciństwa, 

ale teraz jakoś nie potrafiła się pohamować. Przynosiło jej to pewne uspokojenie.  

Noc ciągnęła się w nieskończoność, chociaŜ do świtu pozostało juŜ niewiele czasu. Rose 

skuliła się na workach i próbowała usnąć, ale ziąb panujący w piwnicy pozwolił jej jedynie na 

krótką drzemkę. W pewnym momencie pomyślała, Ŝe przecieŜ męŜczyzna moŜe jej w ogóle 

nie wypuścić. Szybko jednak odepchnęła od siebie tę wizję.  

Wprawdzie  do  piwnicy  nie  dostawało  się  światło,  ale  Rose,  spojrzawszy  na  zegarek, 

zorientowała  się,  Ŝe  do  świtu  było  juŜ  coraz  bliŜej.  Przemogła  nastrój  apatii  i  wzięła  się  w 

garść, po czym weszła na schodki i znów zaczęła łomotać w drzwi. JeŜeli ten człowiek mnie 

nie wypuści, stwierdziła w duchu, załamię się na pewno.  

Po kilku minutach usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Sama myśl o tym, Ŝe moŜe niedługo 

będzie uwolniona, dodała jej sił i odwagi. Ten szaleniec nie zastanie jej skulonej na podłodze 

i załamanej. O nie! Zdobyła się nawet na to, by doprowadzić do porządku swoje włosy.  

Drzwi otworzyły się na ościeŜ i stanął w nich męŜczyzna. Wyraz jego twarzy nie mówił 

zbyt wiele.  

– Spędziła tu pani całą noc? – spytał jakby z niedowierzaniem.  

–  A  co?  Miałam  przeniknąć  przez  zamknięte  drzwi?  –  krzyknęła,  doprowadzona  do 

ostateczności.  

– Zupełnie zapomniałem, Ŝe pani tu jest.  

– Zapomniał pan?! – powtórzyła wściekłym tonem. – Jak, do licha, mógł pan zapomnieć, 

Ŝ

e zamknął pan kogoś w piwnicy? 

– Proszę nie krzyczeć – odparł znuŜonym głosem. – Mam okropnego kaca.  

– Och, doprawdy, bardzo panu współczuję – warknęła Rose. – Ogromnie mi przykro, Ŝe 

musi pan przeze mnie cierpieć.  

– Niech pani posłucha. Wiem, Ŝe jest pani tym wszystkim zdenerwowana...  

– Zdenerwowana?! Naprawdę nie znajduję słów... Spostrzegła, Ŝe aŜ zmruŜył oczy od jej 

krzyku, i sprawiło jej to przyjemność. Przynajmniej w ten sposób mogła mu dopiec.  

– Sama jest pani sobie winna – powiedział. – Nie zapraszałem pani do siebie.  

– Wręcz przeciwnie – zaoponowała i z prawdziwą satysfakcją spostrzegła, Ŝe zmienił mu 

się wyraz twarzy.  

– Co to ma znaczyć? – spytał szorstko.  

Ale Rose zaczęła się tylko niespokojnie kręcić.  

– Muszę skorzystać z pana łazienki – stwierdziła prowokująco.  

Odniosła  wraŜenie,  Ŝe  męŜczyzna  wolałby  jej  odmówić.  Najchętniej  wypchnąłby  ją  za 

drzwi  i  zapomniał  o  całej  sprawie.  Nie  miała  zamiaru  na  to  pozwolić.  Nie  ma  mowy!  Nie 

pozwoli mu zapomnieć o tym, co jej zrobił.  

– Łazienka jest tam, na końcu – powiedział wreszcie, wskazując niedbale korytarz.  

Rose ruszyła we wskazanym kierunku. Łazienka okazała się mała, ale ładnie urządzona i 

background image

czysta.  Dziewczyna  nie  widziała  powodu  do  pośpiechu,  myła  się  więc  i  doprowadzała  do 

porządku nadzwyczaj długo.  

Niewiele udało jej się zrobić z ubraniem, z którego starła gąbką tylko odrobinę brudu, ale 

za to doprowadziła do porządku włosy.  

– Tak wygląda ktoś, kto spędził noc w piwnicy – powiedziała do siebie, patrząc w lustro. 

– Ale ten facet zapłaci jeszcze za swoje grubiaństwo! 

Kiedy  wychodziła  z  łazienki,  jej  oczy  ciskały  błyskawice.  Nikt  nie  ma  prawa  bezkarnie 

traktować tak drugiego człowieka. Na korytarzu stwierdziła, Ŝe męŜczyzna się ulotnił. Drzwi 

piwnicy nadal stały otworem, ale było to ostatnie miejsce, do którego chciałaby wrócić.  

W kuchni teŜ go nie było. Wyszła przez tylne drzwi na małe podwórko.  

Zobaczyła go tam, więc podeszła stanowczym krokiem i stanęła na wprost niego. Spojrzał 

na dziewczynę bez specjalnego zainteresowania. Oczy miał ciemnoszare.  

– Myślałem, Ŝe pani sobie poszła – rzucił tonem, który świadczył o rozczarowaniu, Ŝe tak 

się nie stało.  

–  Przykro  mi,  ale  jeszcze  tu  jestem  –  odparła  z  naciskiem.  –  I  zanim  zniknę,  chcę  panu 

coś  powiedzieć.  Po  pierwsze,  nie  jestem  dziennikarką.  Po  drugie,  kiedy  stąd  odjadę, 

natychmiast pójdę na policję i złoŜę dokładny meldunek. Opowiem, co mnie tu spotkało.  

Spostrzegła, Ŝe pogróŜka nie zrobiła na nim Ŝadnego wraŜenia. 

– Po co więc pani się tu pojawiła, jeŜeli nie jest pani dziennikarką? 

–  PrzecieŜ  w  sklepiku  w  miasteczku  wywiesił  pan  ogłoszenie,  Ŝe  poszukuje  pan 

ogrodnika. Przyjechałam w sprawie pracy.  

– Nie wygląda pani na ogrodnika. – Uniósł ze zdumieniem brwi.  

– Ogrodnikami niekoniecznie muszą być staruszkowie w płóciennych czapkach i z ziemią 

za  paznokciami  –  odparowała.  –  Znam  się  na  hodowli  roślin,  mam  dość  sił,  by  obsługiwać 

kosiarkę i okopywać grządki, a poza tym nie boję się cięŜkiej pracy.  

Ku jej zdziwieniu w ciemnoszarych oczach męŜczyzny pojawił się błysk rozbawienia.  

–  Odnoszę  wraŜenie,  Ŝe  niewielu  rzeczy  się  pani  boi.  Niech  więc  będzie.  Ma  pani  tę 

pracę.  

Rose była tak zdumiona, Ŝe tylko stała, wpatrując się w niego z niedowierzaniem.  

– Naprawdę uwaŜa pan, Ŝe zaleŜy mi jeszcze na tej zakichanej pracy u pana? – wypaliła 

w  końcu.  –  Chyba  jest  pan  niespełna  rozumu.  Nikt  przy  zdrowych  zmysłach  nie  dopuściłby 

się  czegoś  podobnego,  jak  pan  wczoraj.  Niech  pan  nawet  nie  marzy  o  tym,  Ŝe  mogłabym 

pracować u kogoś takiego! 

Stał, absolutnie obojętny wobec jej wybuchu.  

– No to nie mam juŜ nic więcej do powiedzenia. – Wzruszył ramionami.  

Rose wyprostowała się i popatrzyła wprost w jego pozbawione wyrazu oczy.  

– Och! – syknęła. – Obawiam się, Ŝe jednak powinien pan powiedzieć o wiele więcej. Pan 

mnie nie przeprosił.  

Nawet nie mrugnął.  

–  JuŜ  wyjaśniłem,  Ŝe  popełniłem  okropny  błąd,  pozostawiając  panią  w  piwnicy  na  całą 

noc.  Chciałem  zamknąć  panią  na  kilka  godzin,  nie  na  dłuŜej.  Ale  trochę  za  duŜo  wypiłem  i 

background image

zasnąłem. Zupełnie o pani zapomniałem.  

– Gorzko pan tego poŜałuje! 

–  Dobrze  więc  –  zaczął  z  westchnieniem  –  co  w  takim  razie  pomoŜe  pani  o  tym 

wszystkim  zapomnieć?  Pieniądze?  –  Wyciągnął  ksiąŜeczkę  czekową  z  kieszeni.  –  Ile  to 

będzie kosztowało? 

– DuŜo! – rzuciła przez zęby. – I nie wypłaci się pan za to czekiem na Ŝadną sumę! 

Odwróciła  się  na  pięcie  i  ruszyła  przez  podwórko.  Zerknęła  przez  ramię  tylko  raz,  by 

sprawdzić, czy przypadkiem za nią nie idzie, bo przestraszyła się, Ŝe moŜe nie będzie chciał 

jej  puścić.  Ale  stał  nieporuszony,  nadal  na  przeciwnym  końcu  podwórka.  Był  tak  chudy,  Ŝe 

wyglądał prawie jak szkielet. Ciemne włosy miał zmierzwione – juŜ dawno przydałby im się 

fryzjer.  

Tylko  na  sekundę  ich  spojrzenia  się  spotkały  i  Rose  przebiegł  dreszcz,  jak  gdyby  coś 

ostrzegało ją przed tym męŜczyzną. Nie ma obawy, stwierdziła w duchu, moje oko juŜ nigdy 

na nim nie spocznie, chyba Ŝe na sali sądowej.  

Odwróciła  się,  minęła  szybciutko  naroŜnik  domu  i  pospieszyła  w  stronę  samochodu. 

Doznała  uczucia  ulgi,  kiedy  silnik  od  razu  zapalił.  Z  piskiem  opon  opuściła  Lyncombe 

Manor, nie mając najmniejszego zamiaru kiedykolwiek tam powrócić.  

 

Kwadrans  później  Rose  zatrzymała  samochód  pod  małym  pensjonatem,  w  którym 

wynajmowała pokój. Właścicielka, pani Rogers, stała juŜ w drzwiach.  

–  Tak  się  o  panią  martwiłam  –  powiedziała  na  powitanie.  –  Kiedy  nie  wróciła  pani 

wczoraj  na  noc,  zupełnie  nie  wiedziałam,  co  robić.  Chciałam  juŜ  powiadomić  policję,  ale 

pomyślałam  sobie,  Ŝe  moŜe  spotkała  pani  kogoś...  no  i  postanowiła  spędzić  z  nim  trochę 

czasu  –  dokończyła  taktownie.  –  Naprawdę  tak  się  cieszę,  Ŝe  widzę  panią  całą  i  zdrową.  – 

Przyjrzała  się  jednak  Rose  dokładniej  i  widząc,  w  jakim  stanie  jest  jej  garderoba,  spytała  z 

niepokojem: – Bo chyba nic się pani nie stało? 

– No cóŜ, prawda jest taka, Ŝe nikt mnie nie poturbował, ale stało się coś innego – odparła 

Rose, patrząc ponuro.  

– Proszę wejść. Zrobię herbaty i wszystka mi pani opowie.  

Weszły do kuchni. Dziewczyna była naprawdę wdzięczna, Ŝe pani Rogers tak jej matkuje, 

chociaŜ odkąd tu zamieszkała dwa tygodnie temu, często bywało to uciąŜliwe.  

–  No  więc,  gdzie  się  pani  podziewała?  Nie  Ŝebym  chciała  wścibiać  nos  w  prywatne 

sprawy, ale martwię się o panią. Taka młoda kobieta i zupełnie sama. Pewnie pani rodzice nie 

mogą sypiać po nocach.  

– Wręcz przeciwnie, mają bardzo twardy sen – odparła Rose sucho. – Traktują mnie jak 

odpowiedzialną  osobę.  Ale  teŜ  nigdy  nie  zdarzyło  mi  się  mieć  do  czynienia  z  takim 

męŜczyzną jak wczoraj.  

– Z męŜczyzną? – Oczy pani Rogers rozbłysły z ciekawości; uwielbiała plotki. – Tak teŜ 

myślałam. Kłopoty prawie zawsze wiąŜą się z męŜczyznami.  

– Tym razem zgadza się. Ten facet narobił mi dość kłopotów – stwierdziła Rose ponuro. 

– Wypiję tylko herbatę, wykąpię się i idę na policję.  

background image

– Na policję?! Wielkie nieba! A cóŜ on pani zrobił? 

– Zamknął mnie w piwnicy na całą noc! Pojechałam do Lyncombe Manor w sprawie tej 

pracy...  

–  Do  Lyncombe  Manor?  –  przerwała  pani  Rogers.  –  Właścicielem  posiadłości  jest  ten 

sympatyczny pan Hayward, prawda? 

– Zna pani to miejsce? – spytała zdumiona Rose.  

–  Nigdy  tam  nie  byłam,  ale  mój  brat...  jest  hydraulikiem...  kilka  tygodni  temu  pojechał 

tam reperować bojler czy coś w tym rodzaju. Potem opowiadał mi o właścicielu tego domu. 

Prosił,  bym  nikomu  tego  nie  powtarzała.  Pan  Hayward  nie  lubi  rozgłosu.  Chyba  ma  dość 

dziennikarzy i w ogóle prasy.  

–  Nic  juŜ  z  tego  nie  rozumiem  –  powiedziała  całkiem  zdezorientowana  Rose.  –  A 

właściwie  kim  jest  ten  „sympatyczny  pan  Hayward”?  Z  pewnością  to  nie  ten,  z  którym  się 

wczoraj zetknęłam! 

–  Pisze  piosenki  –  wyjaśniła  pani  Rogers.  –  Początkowo  jego  nazwisko  teŜ  mi  nic  nie 

mówiło, ale kiedy brat wymienił mi kilka tytułów, okazało się, Ŝe wszystkie je znam. Znałam 

teŜ, oczywiście, tę ładną blondynkę, dla której pisał, ale zerwali ze sobą jakiś rok temu. Prasa 

rozpisywała się o tym przez długie tygodnie, nic  więc dziwnego, Ŝe pan  Hayward miał tego 

dosyć i schronił się przed dziennikarzami.  

– Mówi pani o Nathanie Haywardzie? Tym, który pisze piosenki? 

–  A  o  kim  by  innym?  Myślałam,  Ŝe  zna  pani  jego  nazwisko.  Naprawdę  jest  sławny.  – 

Nagle gospodyni skrzywiła się. – Ale dlaczego zamknął panią w piwnicy? To zupełnie nie w 

jego stylu. Na moim bracie zrobił doskonałe wraŜenie. Nie był specjalnie rozmowny, lecz nie 

wtrącał mu się do roboty i od razu zapłacił rachunek, co teraz nieczęsto się zdarza – dodała z 

przyganą w głosie.  

Rose  poczuła,  Ŝe  płoną  jej  policzki.  Była  winna  pani  Rogers  pieniądze  za  pokój  i 

wyŜywienie, a tymczasem nie miała grosza przy duszy.  

–  AleŜ,  naprawdę,  nie  miałam  pani  na  myśli  –  powiedziała  właścicielka  pensjonatu, 

widząc  zmieszanie  na  twarzy  Rose.  –  Wiem,  Ŝe  wszystko  mi  pani  zwróci,  jak  tylko  będzie 

pani mogła.  

– Szukam pracy, gdzie się da. Właśnie dlatego pojechałam do Lyncombe Manor. Ale pan 

Hayward...  jeŜeli  to  rzeczywiście  był  on...  złapał  mnie,  kiedy  kręciłam  się  wokół  domu,  i 

wziął mnie za dziennikarkę.  

–  No,  jeŜeli  tak  panią  potraktował,  to  pewnie  tak  musiał  pomyśleć.  Prasa  wypisywała  o 

nim wiele złego. Na jego miejscu teŜ nie byłabym grzeczna dla dziennikarzy.  

–  Ale  on  zamknął  mnie  w  piwnicy!  –  wykrzyknęła  Rose.  –  A  potem  całkiem  o  mnie 

zapomniał. Spędziłam tam całą noc! 

–  Faktycznie,  nieładnie  się  zachował  –  zgodziła  się  pani  Rogers.  –  Ale  tak  juŜ  jest,  Ŝe 

kiedy ludzie mają kłopoty czy spotykają ich nieprzyjemności, postępują fatalnie.  

Rose pomyślała sobie, Ŝe pani Rogers nie byłaby tak wyrozumiała, gdyby to ją zamknięto 

w  piwnicy.  Niemniej  zobaczyła  całe  zdarzenie  z  nieco  innej  perspektywy.  Bynajmniej  nie 

wybaczyła  Haywardowi  jego  postępowania,  bo  trudno  było  je  czymkolwiek  usprawiedliwić, 

background image

ale przynajmniej zrozumiała, dlaczego zachował się prawie jak psychopata.  

Nathan Hayward... Od pewnego czasu Rose niespecjalnie interesowała się muzyką, ale to 

nazwisko  brzmiało  zdecydowanie  znajomo.  Pisał  piękne  piosenki,  pozornie  błahe,  lecz  w 

istocie zawierające głębokie treści, a ich melodie przyprawiały Rose o dreszcz.  

Nie  poznała  go,  ale  to  nic  dziwnego,  bo  gdy  pracował  z  Jancis  Kendall,  „tą  ładną 

blondynką”,  odgrywał  rolę  drugoplanową.  On  –  kompozytor  piosenek  i  ona  –  piosenkarka, 

zbili niezły kapitał, koncertując na całym świecie. Rok temu się rozstali, o czym huczała cała 

prasa. On zniknął. A tymczasem okazuje się, Ŝe jest tutaj, w pobliŜu...  

– Czy nadal ma pani zamiar iść na policję? – spytała pani Rogers lekko zaniepokojona, bo 

nie bardzo miała ochotę na nieprzyjemności z tego powodu.  

– Nie wiem. Muszę się jeszcze zastanowić. Najpierw się wykąpię.  

– Niech pani sobie poleŜy w wannie. To odpręŜa.  

Po  gorącej  kąpieli  i  przebraniu  się  Rose  bez  wątpienia  wyglądała  o  wiele  lepiej.  WciąŜ 

jednak  biła  się  z  myślami.  Była  wściekła  na  tego  męŜczyznę.  ChociaŜ  teraz  powinna 

właściwie mówić o nim po nazwisku. Niezwykle utalentowany facet, którego piosenki zawsze 

jej  się  podobały.  Mimo  to  nie  wybaczy  mu  zamknięcia  w  piwnicy.  Ale  czy  powinna  iść  na 

policję? Nie uwaŜała juŜ, Ŝe to najlepszy pomysł. Co więc naleŜało zrobić? 

W  końcu  doszła  do  wniosku,  Ŝe  tylko  jedno.  Musi  wrócić  i  zobaczyć  się  z  nim.  MoŜe 

poczuje się lepiej, kiedy zostanie naprawdę przeproszona.  

Bez  trudu  udało  jej  się  zapomnieć,  Ŝe  przysięgła  sobie,  iŜ  nigdy  więcej  nie  przestąpi 

progu  Lyncombe  Manor.  Potrafiła  wszakŜe  przyznać  się  sama  przed  sobą  do  tego,  Ŝe 

chciałaby jeszcze choć raz zobaczyć Nathana Haywarda.  

Wpadnie tam na chwilkę. Tylko na tyle, by miał czas ją przeprosić. A potem wyjedzie i 

zapomni.  

I naprawdę wierzyła, Ŝe jej się to uda.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Rose  postanowiła  pojechać  do  Lyncombe  Manor  tego  samego  popołudnia,  kiedy  wciąŜ 

miała Ŝywo w pamięci, jak bardzo rozgniewał ją grubiański postępek Nathana Haywarda. Po 

paru  dniach  ochłonęłaby  z  gniewu,  a  co  gorsza,  stojąc  przed  Haywardem,  mogłaby 

zachowywać się jak oszołomiona nastolatka. A tego juŜ by nie zniosła! 

Wyruszyła  po  lunchu.  Co  prawda  w  ostatniej  chwili  omal  nie  zmieniła  decyzji;  coś  ją 

ostrzegało,  Ŝe  wyprawa  do  Lyncombe  Manor  to  fatalny  pomysł.  Przez  jakiś  czas  biła  się  z 

myślami,  aŜ  w  końcu  definitywnie  postanowiła  pojechać,  gdyŜ  w  przeciwnym  razie  Nathan 

Hayward pozostałby całkiem bezkarny.  

Wąska  i  kręta  droga  wiodąca  do  jego  pięknego  domu  była  tak  samo  pusta  jak 

poprzedniego dnia. Świeciło słońce i znów panował upał. Rose opuściła więc szyby i upajała 

się wiatrem, który targał jej włosy.  

Lyncombe Manor ponownie zrobiło na niej wielkie wraŜenie. Była oczarowana widokiem 

posiadłości tonącej w róŜach, których słodki zapach oszałamiał.  

Wysiadła z samochodu.  Dom wydawał się pusty, ale Rose nie dała się zwieść pozorom. 

Tym razem nie podeszła do niego od tyłu, lecz pomaszerowała wprost do frontowych drzwi. 

Zastukała mocno kołatką.  

Nikt nie otwierał. Z wnętrza domu teŜ nie dochodziły Ŝadne odgłosy. Zmarszczyła czoło. 

MoŜe dzisiaj rzeczywiście nie było nikogo. Jeszcze raz zakołatała i cofnęła się od drzwi, Ŝeby 

popatrzeć w okna.  

Mimo  upału  wszystkie  były  pozamykane,  podobnie  jak  wczoraj.  Wygląda  na  to, 

pomyślała,  Ŝe  ten  męŜczyzna  nie  tylko  Ŝyje  jak  odludek,  lecz  unika  nawet  świeŜego 

powietrza! 

Rose powoli zbierała się do odjazdu. Czuła się rozczarowana. Wiedziała, Ŝe juŜ nigdy tu 

nie wróci. Chyba Ŝe rzeczywiście poszłaby na policję...  

Jakiś odgłos przerwał jej rozmyślania. Przystanęła. Co to moŜe być? Nasłuchiwała. Kiedy 

juŜ doszła do wniosku, Ŝe pewnie tylko jej się wydawało, dźwięk się powtórzył. Nagle zdała 

sobie sprawę, Ŝe słyszy czyjeś wołanie.  

Dochodziło chyba z zaplecza domu. Nie, nigdy tam nie pójdzie. PrzecieŜ ten wariat moŜe 

ją znów złapać, oskarŜyć o wtargnięcie na prywatny teren i zamknąć w piwnicy! 

Po  raz  trzeci  ktoś  zawołał.  Rose  pomyślała,  Ŝe  nie  moŜe,  ot  tak,  odejść  sobie,  nie 

sprawdziwszy, co to jest.  

Rozglądając  się,  czy  nie  widać  gdzieś  Nathana  Haywarda,  ruszyła  ostroŜnie  w  stronę 

bramy  prowadzącej  do  ogrodu  na  tyłach  domu.  Ani  Ŝywej  duszy.  Ani  szmeru.  Przed  nią 

rozciągał się zapuszczony, lecz piękny ogród, a za nią małe podwórze, tchnące spokojem.  

– Hej tam! – zagrzmiał nagle znajomy głos. – Potrzebna mi pomoc! 

Rose omal nie upadła z przeraŜenia. Podniosła odruchowo głowę i natychmiast zmruŜyła 

oczy, bo oślepiło ją słońce. Na dachu ktoś stał.  

Opuściła  wzrok  i  spojrzała  na  podwórko.  Pod  ścianą  domu  leŜała  drabina.  Aha,  zsunęła 

background image

się i upadła, a Nathan Hayward został na dachu! 

Cofnęła się kilka kroków, osłoniła dłonią oczy i znów spojrzała w górę. Hayward siedział 

na stromym dachu nad kuchnią.  

– A, to pani! – zawołał.  

– Tak, ja – potwierdziła z uśmiechem, bo zdała sobie sprawę, Ŝe ze strony Haywarda nie 

grozi  jej  teraz  Ŝadne  niebezpieczeństwo.  Powoli wycofała  się  w  stronę  drewnianej  ławki,  na 

której  siedziała  poprzedniego  dnia,  i  wygodnie  się  na  niej  usadowiła.  –  Wygląda  na  to,  Ŝe 

potrzebuje pan pomocy.  

Spojrzał na nią niechętnie.  

–  Po  co  mówić  o  tym,  co  oczywiste?  Lepiej  podniosłaby  pani  drabinę  i  ustawiła  gdzie 

trzeba, Ŝebym mógł stąd zejść.  

– Chyba nie powiedział pan „proszę”. – Rose coraz lepiej czuła się w tej sytuacji.  

– Nie chyba, ale na pewno! – warknął opryskliwie. Wyglądało jednak na to, Ŝe Hayward 

zaczyna  zdawać  sobie  sprawę  ze  swego  uzaleŜnienia  od  dobrej  woli  Rose.  –  Byłbym 

wdzięczny,  gdyby  zechciała  pani  ustawić  tu  tę  drabinę  –  powiedział  tonem,  w  którym 

wyczuwało się napięcie i wielki wysiłek, Ŝeby brzmiało to choć trochę jak prośba.  

– Postąpił pan bardzo niefrasobliwie, nie zabezpieczając drabiny – zauwaŜyła Rose. – A 

właściwie co pan tam robi? 

– Chciałem naprawić łupki, które się poprzesuwały. Kiedy schodziłem, pośliznęła mi się 

noga, uderzyłem w drabinę, no i upadła.  

–  To  ci  dopiero  pech!  –  Rose  cmoknęła.  –  No  i  utknął  pan  tam  na  górze.  –  Oczy  jej 

rozbłysły. – Ma pan prawdziwe szczęście, Ŝe się tu zjawiłam. W przeciwnym razie mogły pan 

tam posiedzieć kilka godzin.  

–  Usłyszałem,  Ŝe  ktoś  puka  do  drzwi,  więc  zacząłem  krzyczeć  –  burknął.  –  Miałem 

nadzieję, Ŝe ten ktoś usłyszy, ale oczywiście nie przyszło mi do głowy, Ŝe to pani.  

– Nie sądził pan, Ŝe się jeszcze zobaczymy, prawda? 

– Zgadła pani! 

Rose wygodniej rozparła się na ławce. Sytuacja bawiła ją coraz bardziej.  

– Wie pan, po co tu znów przyjechałam? 

–  Nie  mam  pojęcia.  I,  szczerze  mówiąc,  wcale  mnie  to  nie  obchodzi.  Chcę  tylko  stąd 

zejść.  

–  Wróciłam,  bo  jest  mi  pan  winien  przeprosiny  –  powiedziała,  nie  zwracając  uwagi  na 

jego  bezczelność.  –  W  gruncie  rzeczy  jest  pan  winien  o  wiele  więcej,  ale  wystarczą  mi 

prawdziwe przeprosiny.  

Nathan Hayward rzucił jej nienawistne spojrzenie. Nawet z tak daleka dostrzegła, Ŝe jego 

oczy  zrobiły  się  stalowe.  Doskonale.  To  przekraczało  jej  najśmielsze  marzenia.  Nie  sądziła, 

Ŝ

e znajdzie taką okazję do zemsty. I chciała ją wykorzystać do końca.  

– Czy mam to zrobić, zanim pomoŜe mi pani stąd zejść? – irytował się Hayward. – Czy 

mam paść na kolana tu, na dachu, i panią przepraszać? 

–  A  czy  w  ogóle  zastanawiał  się  pan  nad  tym,  czym  była  dla  mnie  wczorajsza  noc? 

Siedziałam  zamknięta  w  piwnicy,  nie  mając  pojęcia,  kto  mnie  uwięził,  ani  nie  wiedząc,  czy 

background image

ten ktoś kiedykolwiek mnie wypuści. I co ze mną zrobi, jeŜeli mnie wypuści! 

– Niech pani nie demonizuje całej sprawy – odparł gniewnie.  

–  Demonizuje?!  –  powtórzyła  z  niedowierzaniem.  –  Popełnił  pan  przestępstwo.  Mógłby 

pan pójść za to do więzienia.  

– Dobrze więc. Rzeczywiście głupio postąpiłem. Przyznaję i przepraszam.  

W  tonie  jego  głosu  Rose  wyczuła  jednak  absolutną  obojętność.  Niczego  naprawdę  nie 

Ŝ

ałował.  Powiedział  to  tylko  dlatego,  Ŝe  ona  chciała  to  usłyszeć.  A  zaleŜało  mu  jedynie  na 

tym, by zejść z dachu. W takim razie był ostatnią osobą na świecie, której chciałaby pomóc! 

Podniosła się z ławki.  

– Myślę – popatrzyła na niego zimno – Ŝe najwyŜszy czas, by ktoś panu powiedział, iŜ nie 

zawsze moŜe pan robić to, co się panu Ŝywnie podoba. Wczoraj wieczorem ja potrzebowałam 

pana,  by  się  wydostać  z  piwnicy,  a  pan  się  upił  i  nie  raczył  nawet  pamiętać,  Ŝe  mnie  tam 

zamknął!  Teraz  pan  potrzebuje  mojej  pomocy,  Ŝeby  zejść  z  tego  dachu.  Chce  pan  wiedzieć, 

co zrobię, panie Hayward? Odjadę sobie i na jakiś czas zapomnę o panu. Na godzinę, moŜe na 

dwie...  a  moŜe  aŜ  do  rana.  Miło  tam  panu  będzie?  –  spytała  słodko.  –  Jeśli  się  panu 

poszczęści,  to  noc  będzie  ciepła  i  pogodna.  A  moŜe  zrobi  się  zimno  i  zacznie  padać?  Nie 

powiem, Ŝeby mnie to zmartwiło. Tak czy owak, mam nadzieję, iŜ nie spędzi pan tam czasu w 

luksusowych warunkach. Potem zastanowię się, czy powinnam tu w ogóle wrócić.  

Rzucił kilka soczystych przekleństw. Odpowiedziała mu wrogim spojrzeniem.  

–  Nie  znoszę  męŜczyzn,  którzy  wyraŜają  się  wulgarnie.  Właściwie  pan  teŜ  zupełnie  nie 

przypadł  mi  do  gustu!  I  lepiej  niech  pan  nie  robi  juŜ  nic  takiego,  co  mogłoby  mi  się  nie 

spodobać, bo wcale tu nie przyjadę.  

Ruszyła  dostojnym  krokiem  przez  podwórze,  nie  oglądając  się  ani  razu.  Decyzję,  by 

pozostawić Haywarda na dachu, podjęła pod wpływem impulsu. Miała dość jego chamstwa, a 

poza tym wciąŜ nie potrafiła otrząsnąć się z wraŜenia, jakie pozostawiła upiorna noc spędzona 

w piwnicy.  

Rose  nie  miała  pojęcia,  jak  długo  powinna  przetrzymać  Haywarda  na  tym  dachu. 

Postraszyła go, Ŝe wcale nie wróci, ale nie była aŜ tak mściwa. W ogóle nie była mściwa. Po 

raz  pierwszy  w  Ŝyciu  zdarzyło  jej  się  tak  z  kimś  postąpić,  ale  teŜ  nikt  nigdy  jej  tak  nie 

potraktował! Miała tylko nadzieję, Ŝe on nie domyśla się jej skrupułów.  

Wsiadła do samochodu i odjechała nie dalej niŜ kilometr. Nie, to nie dla niej. Zatrzymała 

się i westchnęła głęboko. Gniew zaczął mijać. Nigdy nie potrafiła długo się gniewać, a obecne 

wzburzenie ustąpiło miejsca poczuciu winy.  

Dlaczego  czuję  się  winna?  –  pomyślała.  PrzecieŜ  pozostawienie  Haywarda  na  dachu  w 

upalne, słoneczne popołudnie to nic takiego okropnego. Noc w zimnej i brudnej piwnicy była 

z całą pewnością gorsza! 

Przez  chwilę  zmagała  się  ze  sobą,  aŜ  w  końcu  –  co  było  do  przewidzenia  –  wyrzuty 

sumienia wzięły górę. Włączyła silnik i ruszyła z powrotem.  

Ociągając  się  i  bijąc  z  myślami,  weszła  na  podwórko.  Nienawidziła  siebie  za  to,  Ŝe  tak 

łatwo  ustępuje,  ale  wiedziała,  iŜ  nie  potrafi  być  zawzięta.  JuŜ  sobie  wyobraŜała  zadowoloną 

minę, z jaką na pewno ją powita... Rzuciła okiem na dach, ale nie dostrzegła Haywarda. Nie 

background image

było go tam. W kaŜdym razie nie czekał w tym miejscu, w którym go zostawiła. Gdzie mógł 

się  podziać?  Obeszła  dom  ze  wszystkich  stron,  ale  na  dachu  nikogo  nie  zauwaŜyła.  Drabina 

nadal leŜała pod ścianą. Nigdzie wokół nie było Ŝywej duszy.  

Nagle Rose wstrzymała oddech. Zamarło w niej serce. Pod oknem kuchennym, w cieniu, 

leŜała bez ruchu jakaś postać.  

– Głupiec. Co za głupiec! – szepnęła do siebie, zrywając się do biegu. Nie czekał na nią, 

próbował zejść z dachu bez drabiny.  

Dziewczyna przyklękła  przy nim i nerwowo zaczęła szukać pulsu. Przeraziła się, bo nie 

mogła  go  wyczuć,  ale  w  końcu  –  co  za  ulga!  –  znalazła.  Hayward  Ŝył!  Nie  miała  jednak 

pojęcia,  czy  odniósł  powaŜne  obraŜenia.  Znała  zaledwie  podstawowe  zasady  niesienia 

pierwszej pomocy. A to była sprawa dla specjalistów.  

Zostawiła  Haywarda  na  bruku  i  wpadła  do  domu.  Pędem  przebiegła  przez  kuchnię  i 

korytarz, minęła dobrze  sobie znane drzwi do znienawidzonej piwnicy, aŜ w końcu znalazła 

się w wąskim holu o kamiennej posadzce. Stał w nim staroświecki wieszak i mały, cięŜki stół. 

Ale nie było telefonu.  

Rose jęknęła. A moŜe tu w ogóle nie ma telefonu? Pchnęła cięŜkie drzwi na przeciwnym 

końcu  holu  i  weszła  do  duŜego  pokoju  z  ogromnym  kominkiem,  ozdobną  boazerią  i 

belkowanym  sufitem.  Nie  zwracała  jednak  na  to  wszystko  uwagi.  Szukała  telefonu.  Nagle 

dostrzegła aparat na stoliku.  

Trzęsąc  się  ze  zdenerwowania,  wykręciła  numer  pogotowia.  Zduszonym  głosem 

poprosiła o karetkę, podała adres i opowiedziała krótko, co się stało. Chwilę później była juŜ 

z powrotem na podwórku.  

Hayward nie zmienił pozycji.  LeŜał na boku, twarz miał przeraŜająco bladą. Bała się go 

poruszyć, bo moŜe coś sobie złamał. Nie mogła mu w niczym pomóc, chodziła więc tylko w 

kółko, modląc się w duchu, by karetka przyjechała jak najszybciej.  

Zdawać  by  się  mogło,  Ŝe  upłynęła  wieczność,  zanim  Rose  usłyszała  donośny  sygnał.  Z 

karetki wysiadło dwóch sanitariuszy z noszami. Szybko poprowadziła ich na podwórko.  

–  Spadł  z  dachu?  –  spytał  sanitariusz,  pochylając  się  nad  Haywardem,  by  dokonać 

oględzin.  

– Coś tam naprawiał – odparła drŜącym głosem.  

–  Takie  roboty  lepiej  pozostawić  tym,  którzy  się  na  nich  znają  –  zauwaŜył  sanitariusz, 

wstał i skinął na kolegę.  

–  Czy  coś  mu  jest?  –  spytała  Rose  niepewnym  głosem.  –  To  znaczy,  czy  jest  cięŜko 

ranny? 

–  Nie  sądzę  –  odparł  sanitariusz.  –  Ale mógł  doznać  jakichś  obraŜeń  wewnętrznych  czy 

pęknięć. Trzeba zrobić rentgen. Wszystko okaŜe się w szpitalu. Pojedzie pani z nami karetką 

czy swoim samochodem? 

– Czy naprawdę muszę jechać? – spytała, skonsternowana. Weszła juŜ w Ŝycie Haywarda 

o  wiele  dalej,  niŜby  chciała.  Wcale  nie  była  pewna,  czy  pragnie  angaŜować  się  jeszcze 

bardziej.  

Układając męŜczyznę na noszach, jeden z sanitariuszy spojrzał na Rose z dezaprobatą.  

background image

– Pani jest jego Ŝoną? 

– AleŜ nie.  

– To pewnie krewną? 

– Nie. Po prostu znajomą. I to nawet nie. Właściwie prawie się nie znamy.  

–  Ale  będzie  kogoś  potrzebował  –  nalegał  sanitariusz.  –  MoŜe  będzie  trzeba  przywieźć 

mu coś do I szpitala albo z kimś się skontaktować. A prócz pani nikogo tu nie ma.  

Rose  lekko  się  skrzywiła.  Pragnęła  jak  najszybciej  odjechać  z  Lyncombe  Manor  i 

zostawić  za  sobą  Haywarda  wraz  z  jego  problemami.  Ogromnie  Ŝałowała,  Ŝe  tu  w  ogóle 

wróciła.  Czuła  się  jednak  winna.  Bo  przecieŜ  to  ona  pozostawiła  go  na  dachu.  Gdyby 

podstawiła mu drabinę,  nie doszłoby do  wypadku. Ale z kolei, gdyby Hayward nie zamknął 

jej  w  piwnicy,  nigdy  by  z  nim  tak  nie  postąpiła.  Wszystko  to  wiec  jego  wina,  a  nie  jej. 

OdjeŜdŜając teraz, byłaby całkiem usprawiedliwiona. Tylko Ŝe nie potrafiła się na to zdobyć. 

Wiedziała, Ŝe nie powinna martwić się o kogoś, kto ją tak obrzydliwie potraktował, ale jakŜe 

bezradnie wyglądał Hayward ułoŜony na noszach. Jedynie ktoś bez serca odjechałby i tak go 

zostawił.  

– No cóŜ, w takim razie pojadę za wami samochodem – powiedziała z rezygnacją.  

Nosze ustawiono w karetce, która po chwili ruszyła na sygnale. Rose jechała tuŜ za nią, 

wciąŜ nie mogąc uwierzyć, Ŝe to wszystko dzieje się naprawdę. Wróciła do Lyncombe Manor 

po to, Ŝeby Hayward ją przeprosił, a tymczasem znalazła się w absolutnie krytycznej sytuacji.  

W  szpitalu  skierowano  ją  do  poczekalni,  w  której  spędziła  zdenerwowana  kilka  godzin, 

czekając na wiadomości. Zrobiło się późne popołudnie, była zmęczona, głodna i poirytowana. 

FiliŜanka  pozbawionej  smaku  kawy  bynajmniej  jej  nie  pomogła.  Rose  aŜ  podskoczyła,  gdy 

wreszcie  otworzyły  się  drzwi  na  końcu  korytarza  i  męŜczyzna  w  białym  fartuchu  skierował 

się wyraźnie w jej stronę.  

– Pani przyjechała z panem Haywardem? 

– Tak. A jak on się czuje? – wykrztusiła. – Odzyskał przytomność? 

–  Tak,  zaraz,  jak  go  tylko  przywieźli.  Miał  wielkie  szczęście.  Jest  jednak  poturbowany. 

Przez  kilka  dni  będzie  czuł  wszystkie  kości.  Chcielibyśmy  zatrzymać  go  do  jutra,  na 

obserwacji, ale on nie chce.  

Z tonu głosu lekarza Rose wywnioskowała, Ŝe Hayward jest trudnym pacjentem.  

– Pozwoli mu wiec pan wrócić do domu? 

–  Nie  mamy  wyboru.  Nie  moŜemy  go  zmusić,  Ŝeby  został.  Ktoś  jednak  powinien  przy 

nim być przez następną dobę, bo mogą wystąpić symptomy powypadkowe.  

– Na przykład jakie? 

–  Ludzie  reagują  rozmaicie.  U  jednych  pojawiają  się  ostre  bóle  głowy  i  nudności,  u 

innych  chwilowa  utrata  wzroku.  Gdyby  coś  takiego  nastąpiło,  naleŜy  natychmiast  go  tu 

przywieźć. Niech pani wtedy zadzwoni po karetkę.  

– Ale... – Chciała powiedzieć, Ŝe nie moŜe zająć się Haywardem, bo przecieŜ go nie zna, 

ale lekarz juŜ odszedł, ponaglany przez pielęgniarkę, która dawała mu jakieś znaki. – PrzecieŜ 

to idiotyczne! – mruknęła Rose do siebie. – Jak ja mogłam się w to wszystko wplątać? 

Kilka  minut  później  drzwi  do  poczekalni  otworzyły  się  i  ukazał  się  w  nich  Nathan 

background image

Hayward. Siedział na wózku, popychanym przez rosłego, wesołego sanitariusza.  

– PrzecieŜ potrafię chodzić – warknął do niego Hayward.  

– Po wyjściu ze szpitala moŜe pan nawet wziąć udział w maratonie, ale na razie jest pan 

pod naszą opieką, będzie więc pan łaskaw siedzieć – odparł niewzruszony sanitariusz. – Która 

to pani ma zabrać pana do domu? 

– To ja – powiedziała Rose obojętnym tonem i postąpiła krok naprzód.  

Nathan przeszył ją piorunującym spojrzeniem.  

– Nie chcę z nią jechać – burknął, patrząc na sanitariusza. – Chcę wrócić karetką.  

–  To  niemoŜliwe.  Nie  jesteśmy  przedsiębiorstwem  taksówkowym,  a  pana  ma  kto  stąd 

zabrać  –  odparł  grzecznie,  lecz  stanowczo  sanitariusz,  najwyraźniej  przyzwyczajony  do 

trudnych pacjentów.  

Hayward nadal patrzył na nią spod oka, ale zamilkł. Rose nie miała pojęcia, czy zrobiło 

mu się wstyd, czy teŜ po prostu gorzej się poczuł. Był blady i z jego ruchów dało się odczytać 

cierpienie.  

Sanitariusz  wyprowadził  wózek  przed  szpital.  Rose  poprowadziła  go  do  swego 

samochodu. Otworzyła drzwi. Nathan sztywno podniósł się z wózka i usadowił na przednim 

siedzeniu, ze zniecierpliwieniem odtrącając pomoc sanitariusza.  

– Teraz powierzam pana opiece szanownej pani.  

– Olbrzym spojrzał na Rose ze współczuciem.  

– Bardzo dziękuję – rzuciła Rose, siadając obok Nathana.  

Hayward,  nieporuszony,  wbił  wzrok  w  przednią  szybę.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  postanowił 

nie  zwracać  na  Rose  uwagi.  Miała  tego  wszystkiego  dosyć.  Całą  dobę  spędziła  w  napięciu 

wyłącznie z jego winy, a on zachowywał się jak ostatni gbur. To było nie do zniesienia.  

–  Nienawidzę  jednego:  ludzi,  którzy  nadymają  się  i  milczą  –  powiedziała,  a  w  jej 

fiołkowych oczach błysnął gniew. – Rozumiem, w porządku, spadł pan z dachu i potłukł się. 

Ale nikt panu nie kazał schodzić bez drabiny. To pana wina, a nie moja! 

– Właśnie myślałem o tym, Ŝe sprawiłem pani wiele kłopotu – odezwał się nagle.  

To niespodziewane oświadczenie ugłaskało ją, ale tylko na moment.  

– Pewnie, Ŝe sprawił mi pan wiele kłopotu! I całkiem nie pojmuję, dlaczego nagle zrobił 

się  pan  taki  uprzejmy.  Niespecjalnie  ucieszył  się  pan  na  mój  widok.  Całe  popołudnie 

czekałam  w  szpitalu  na  wiadomość,  w  jakim  jest  pan  stanie,  a  pana  było  tylko  stać  na 

grubiańskie zachowanie wobec mnie i tego sanitariusza.  

– Wiem. – Znów ją zaskoczył. – MoŜe zbyt długo mieszkam sam i zapomniałem juŜ, na 

czym  polega  uprzejmość.  A  na  dokładkę  nienawidzę  szpitali.  To  dziecinne,  ale  chyba  po 

prostu ich się boję.  

– I dlatego nie chciał pan zostać tam do jutra? 

– Gdybym był przytomny, kiedy przyjechała karetka, wcale nie pozwoliłbym się zabrać.  

– Czemu tak się pan boi? 

– Właściwie nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Wiele ludzi reaguje podobnie. I nic na to 

nie moŜna poradzić. Najlepiej po prostu nie chorować.  

–  I nie spadać z dachów – dorzuciła. JuŜ nie była na niego wściekła. – Ale postąpi] pan 

background image

idiotycznie, schodząc bez tej drabiny. Nie miałam zamiaru zostawić tam pana na długo.  

– Widząc pani minę, mogłem sądzić, Ŝe na całą noc.  

– Korciło mnie, Ŝeby tak zrobić, ale na pewno by do tego nie doszło.  

– NaleŜało mi się – powiedział nadspodziewanie szczerze. – Zamknąłem panią w piwnicy 

i  całkiem  o  tym  zapomniałem.  Postąpiłem  okropnie.  Pewnie  mi  pani  nie  uwierzy,  ale 

zazwyczaj nie traktuję kobiet w podobny sposób.  

– Lepiej będzie, jeśli uwierzę – zgodziła się chętnie. – W przeciwnym razie nie czułabym 

się specjalnie bezpiecznie z panem w tym samochodzie.  

Ze  zdumieniem  stwierdziła,  Ŝe  nawiązała  się  między  nimi  całkiem  miła  rozmowa. 

Przedtem  nie  zamienili  ze  sobą  ani  jednego  grzecznego  słowa.  Hayward  zaczął  się 

zachowywać jak normalny człowiek. Zbijało ją to trochę z tropu, bo nagle uświadomiła sobie, 

Ŝ

e  ma  on  jakiś  niezwykły  urok.  UwaŜaj,  mówiła  sobie.  Pamiętaj,  Ŝe  to  dziwna  osobowość. 

Nie daj się omamić. To wilk w owczej skórze! 

Przyśpieszyła trochę, chociaŜ i tak od początku jechała bardzo uwaŜnie, licząc się z tym, 

Ŝ

e  kaŜdy  wstrząs  na  nierównościach  drogi  moŜe  sprawiać  Nathanowi  ból.  Wprawdzie  nie 

poskarŜył  się  ani  razu,  ale  przecieŜ  był  poturbowany.  Kiedy  wreszcie  zatrzymali  się  na 

podjeździe przed domem, westchnął z ulgą.  

– Obym nigdy juŜ nie musiał odbywać takiej podróŜy! – Otworzył drzwiczki i zwrócił się 

w stronę Rose. – Przepraszam... zapomniałem podziękować pani za podwiezienie. I za to, Ŝe 

tak długo czekała pani na mnie w szpitalu.  

–  JeŜeli  nadal  będzie  pan  taki  uprzejmy,  to  pomyślę,  Ŝe  moŜe  upadek  z  dachu  miał 

równieŜ swoje pozytywne skutki! – zaŜartowała. – Szpital zupełnie pana odmienił!.  

– A moŜe po prostu chcę, Ŝeby poznała mnie pani równieŜ od lepszej strony? 

–  Mhm  –  mruknęła  Rose  z  niedowierzaniem.  Nie  pora  teraz  na  sprzeczki,  pomyślała. 

Wysiadła z samochodu i stanęła po stronie pasaŜera. – No, wysiadamy, pomogę panu wejść 

do domu. Musi pan odpocząć i wszystko będzie dobrze.  

Nathan nie ruszył się z miejsca. Nie chciał skorzystać z jej pomocy.  

– Dziękuję za wszystko, ale dam sobie radę. MoŜe mnie pani tutaj zostawić. Sam potrafię 

się sobą zająć.  

–  Wiem  o  tym  doskonale.  Lekarz  twierdził  jednak,  Ŝe  przez  dobę  musi  przy  panu  ktoś 

być. Nie marzy mi się rola opiekunki, ale nie wygląda na to, by ktoś inny przejmował się pana 

losem.  

– A pani się przejmuje? – Utkwił w niej zaciekawione spojrzenie.  

–  Bynajmniej  –  rzuciła  odrobinę  za  szybko.  –  I  jeŜeli  innych  ludzi  traktuje  pan  tak  jak 

mnie,  to  nic  dziwnego,  Ŝe  nie  ma  pan  przyjaciół.  Ale  przecieŜ  nie  mogę  tak  po  prostu 

odjechać  i  zostawić  pana  samego.  Gdyby  coś  się  stało,  juŜ  nigdy  nie  mogłabym  spokojnie 

spać.  

– Nic mi nie będzie – powiedział z przekonaniem. – I niepotrzebna mi pielęgniarka.  

–  Nie  mam  zamiaru  pana  pielęgnować.  Pozostanę  tylko  tak  długo,  jak  długo  mogą 

wystąpić  jakieś  symptomy  powypadkowe.  Przy  panu  musi  być  ktoś,  kto  wezwie  wtedy 

pomoc.  

background image

–  Nie  wystąpią  Ŝadne  symptomy  –  warknął  zniecierpliwiony.  –  PołoŜę  się  do  łóŜka  na 

kilka godzin. Kiedy rano wstanę, jedynymi śladami po wypadku będą siniaki.  

–  Niekoniecznie  musi  mieć  pan  rację  –  upierała  się.  –  A  w  razie  czego,  co  pan  zrobi? 

Mieszka pan tutaj sam, prawda– Tak. – Nagle spojrzał na nią z lekka podejrzliwie. – I jestem 

z tego bardzo zadowolony – dodał ostrzegającym tonem.  

–  Bynajmniej  nie  zamierzam  się  tu  sprowadzać  –  odparła  Rose  z  rozdraŜnieniem.  – Jest 

pan chyba ostatnią osobą na świecie, z którą ktoś chciałby mieszkać. Nie zostałabym tu nawet 

do jutra. Lekarz powiedział, Ŝe przez najbliŜsze godziny powinien przy panu ktoś być. Czuję 

się odpowiedzialna za pana wypadek, więc tym kimś chyba powinnam być ja.  

– Czuje się pani odpowiedzialna? Bo nie podstawiła mi pani drabiny? 

– Tak – przyznała z niechęcią. – ChociaŜ sama nie bardzo rozumiem dlaczego. PrzecieŜ 

to wszystko pana wina. Pan zamknął mnie w piwnicy i...  

–  Czy  musimy  wracać  do  tego  po  raz  setny?  Przeprosiłem  panią  i  wyjaśniłem,  dlaczego 

tak  się  stało.  A  jeŜeli  chodzi  o  pani  poczucie  winy,  to...  Nie  powinna  się  pani  czuć 

odpowiedzialna za mój wypadek. Po prostu pośliznąłem się i upadłem.  

–  MoŜe  i  tak.  Ale  to  niczego  nie  zmienia.  Na  parę  godzin  ktoś  musi  zostać  przy  panu  i 

wygląda na to, Ŝe jestem jedyną idiotką, która się tego podejmie.  

– Uparta z pani kobieta.  

– Czy ja wiem. – Rose wzruszyła ramionami.  

– Kiedy coś postanowię, na ogół się tego trzymam. Czy to oznacza, Ŝe jestem uparta? 

– Dla mnie tak – odparł krótko. – A gdyby została tu pani na noc, nikt by się nie martwił? 

Nikt na panią nie czeka w domu? 

– Jestem... jakby tu powiedzieć, na dłuŜszych wakacjach. Zatrzymałam się w pensjonacie 

w miasteczku. Bez trudu mogę zadzwonić do pani Rogers... to znaczy do gospodyni.  

Patrzył na nią przez dłuŜszą chwilę, po raz pierwszy z pewnym zainteresowaniem.  

–  Dziwna  z  pani  dziewczyna.  Pojawia  się  tu  pani  zupełnie  niespodzianie.  Chce  mi  pani 

pomóc,  chociaŜ  zachowałem  się  tak,  Ŝe  inne  dziewczyny  po  czymś  takim  pobiegłyby  z 

wrzaskiem  na  policję.  No  a  teraz  postanawia  pani  pozostać  na  noc  w  domu  nieznajomego 

męŜczyzny, kiedy nikt nawet nie będzie się o panią martwił.  

– Myli Się pan. Mam bardzo liczną rodzinę i wielu przyjaciół, których obchodzi mój los. 

Ale  po  prostu  są  daleko  stąd.  Zdaje  się,  Ŝe  myli  pan  moją  osobę  ze  swoją.  To  pan  Ŝyje  jak 

odludek i nie chce z nikim przebywać.  

Zmierzyli się wzrokiem, ale po chwili Rose spuściła oczy.  

– Nie chcę juŜ o tym  rozmawiać – mruknął ponuro. – Rozbolała mnie  głowa. Wejdźmy 

do domu.  

Rose zrozumiała. W końcu ona teŜ miała dość tej rozmowy. Niepojęte! Po co to wszystko 

powiedziała,  skoro  prywatne  Ŝycie  Haywarda  naprawdę  jej  nie  interesowało.  Trzeba  tylko, 

pomyślała,  jakoś  przeŜyć  tych  parę  godzin,  a  potem  zniknąć,  pozostawiając  tego 

uszczypliwego i gderliwego męŜczyznę w jego samotni.  

Nathan  wysiadł  z  samochodu  i  sztywno  ruszył  w  stronę  domu.  Rose  szła  za  nim,  nie 

mogąc się opędzić od myśli, Ŝe popełnia drugi powaŜny błąd. Pierwszy polegał, oczywiście, 

background image

na  tym,  Ŝe  w  ogóle  tu  wróciła.  Drugi  –  na  tym,  Ŝe  coraz  bardziej  angaŜowała  się  w  Ŝycie 

Nathana  Haywarda,  choć  wcale  to  nie  było  konieczne.  PrzecieŜ  nawet  teraz  moŜe  zmienić 

zdanie  i  wycofać  się.  Prawdopodobnie  Haywardowi  nie  przydarzy  się  nic  złego.  Gdyby 

jednak... Wtedy do końca Ŝycia nie mogłaby spać spokojnie.  

Westchnęła  głęboko,  powiedziała  sobie,  Ŝe  to  tylko  na  tę  jedną  noc,  i  weszła  za  nim  do 

domu.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi  i  w  domu  panował  ciemnozłoty  półmrok.  Rose 

wiedziała,  Ŝe  gdyby  Lyncombe  Manor  było  jej  domem,  nigdy  nie  chciałaby  go  opuścić. 

Zauroczył ją juŜ wtedy, gdy przybyła tu po raz pierwszy. Chyba w istocie głównie dlatego tu 

wróciła. Chciała go jeszcze raz zobaczyć.  

Nathan przeszedł cięŜko przez hol i zatrzymał się u podnóŜa krętych schodów.  

– Idę połoŜyć się do łóŜka – powiedział.  

– A... a co ja mam robić? – spytała, nagle zdezorientowana.  

– Kuchnia jest tam – poinformował ją, wskazując na drzwi w końcu korytarza. – Jeśli jest 

pani głodna, proszę sobie coś wziąć. I jeŜeli rzeczywiście zechce pani zostać tu na całą noc, 

na górze są dwie wolne sypialnie.  

Wszedł sztywno po schodach i zniknął jej z oczu. Stała na środku holu, zastanawiając się, 

po co właściwie tu została.  

Gdybyś  miała  odrobinę  oleju  w  głowie,  wróciłabyś  do  domu,  pomyślała.  Tylko  Ŝe  teraz 

dom  to  pensjonat  pani  Rogers  –  wygodny,  ale  niespecjalnie  piękny.  W  niczym  nie 

przypominał  Lyncombe  Manor  –  skąpanego  w  kwiatach,  otoczonego  ogrodem,  z  pięknymi 

kamiennymi posadzkami, belkami pod sufitem i atmosferą tajemniczości.  

Zaczęła  rozglądać  się  po  parterze,  chcąc  poznać  dom  jak  najszybciej.  Pokoje  były 

przestronne, umeblowane po staroświecku. Stały tu dębowe krzesła i długie stoły. W wielkim 

salonie na ogromnym kominku moŜna było nawet rozpalić ogień. LeŜały w nim naszykowane 

juŜ na zimę wielkie bierwiona.  

Wszędzie  panowała  absolutna  cisza,  zakłócana  jedynie  powolnym  tykaniem  duŜego, 

stojącego w rogu zegara.  

ZbliŜał  się  wieczór.  W  domu  panował  półmrok  Rose  zapaliła  więc  lampy.  Mimo  to 

mogłaby  się  czuć  dziwnie  w  tym  starym  domostwie,  ale  na  szczęście  ani  odrobinę  się  nie 

bała. Wręcz przeciwnie, czuła się tu jak u siebie. Było to trochę niepokojące, bo przecieŜ pod 

dachem Nathana Haywarda powinna się czuć nieswojo.  

Nagle okropny głód zapędził ją do kuchni. Ku swojemu zdumieniu w szafkach i lodówce 

znalazła zapasy świeŜej Ŝywności, sałatki i warzywa. Samotnie mieszkający męŜczyźni Ŝywią 

się  na  ogół  konserwami  i  gotowymi  mroŜonymi  daniami.  Najwyraźniej  Nathan  do  nich  nie 

naleŜał.  

A moŜe, pomyślała, popełniła podstawowy błąd zakładając, Ŝe on mieszka sam. MoŜe ma 

przyjaciółkę,  która  go  odwiedza.  MoŜe  nawet  nie  jedną.  Mógł  mieć  wielkie  powodzenie  u 

kobiet.  

Mimo  wszystko  odnosiła  wraŜenie,  Ŝe  dawno  juŜ  w  tym  domu  nie  gościła  kobieta.  Nie 

było tu kwiatów ani ozdób, a w doborze sprzętów nie czuło się kobiecej ręki.  

W  końcu  Rose  wzruszyła  ramionami.  Co  ją  to  właściwie  mogło  obchodzić?  Niechby 

sobie  miał  przyjaciółkę  czy  nawet  cały  harem.  I  tak  poświęciła  dość  uwagi  sposobowi  jego 

Ŝ

ycia.  

background image

Szybko  coś  zjadła  i  pozmywała  po  sobie.  Na  dworze  było  juŜ  zupełnie  ciemno.  Rose 

ziewnęła.  

– Pora spać – powiedziała do siebie. – Muszę tylko znaleźć wolną sypialnię.  

Wygasiła  na  dole  prawie  wszystkie  światła,  pozostawiając  tylko  jedną  małą  lampkę  w 

holu, by nie iść całkiem po ciemku na górę. Kiedy stanęła na pierwszym podeście schodów, 

krzyknęła z przeraŜenia – z mroku wyłoniła się czyjaś sylwetka.  

– Co tu się, do diabła, dzieje? – wrzasnął Nathan, stając w drzwiach.  

Dzięki światłu padającemu przez uchylone drzwi jego sypialni Rose zorientowała się, Ŝe 

ma  przed  sobą  nie  włamywacza,  który  chciał  się  na  nią  rzucić,  lecz  tylko  masywną  zbroję 

rycerza.  

– Przepraszam – mruknęła, patrząc na Nathana potulnie. – Czy obudziłam pana? 

– Nie, nie spałem – rzucił krótko. – Dlaczego pani krzyknęła? 

'  –  Na  schodach  było  ciemno  i  nagle  coś  zamajaczyło  mi  przed  oczami.  –  Wskazała  na 

zbroję, czując się naprawdę głupio.  

–  Nigdy  bym  się  nie  zgodził,  Ŝeby  pani  została  w  tym  domu,  gdybym  wiedział,  Ŝe  jest 

pani taka nerwowa. Jest tu wiele kątów, w których straszy.  

–  Przeciwnie,  nigdy  się  nie  denerwuję...  to  znaczy,  prawie  nigdy.  –  Przypomniała  sobie 

kilka chwil takiego napięcia w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, Ŝe trudno je było 

znieść. – A dlaczego pan nie śpi? – postanowiła zmienić temat. – Chyba dobrze się pan czuje? 

–  Tak  jak  moŜna  się  czuć  po  upadku  z  dachu  –  odparł  sucho.  –  A  nie  śpię,  bo  w  ogóle 

rzadko mi się zdarza spać nieprzerwanie dłuŜej niŜ trzy, cztery godziny.  

– Ale jest dopiero jedenasta. Co będzie pan robił przez całą noc? 

– Czy to naprawdę pani sprawa? 

– Nie sądzę – odparła rumieniąc się. – Ale ja chciałabym się przespać. W którym pokoju 

najlepiej? 

–  W  tamtym.  –  Wskazał  na  drzwi  dość  oddalone  od  jego  sypialni  i  ruszył  w  stronę 

schodów. – Do zobaczenia rano, chyba Ŝe jakiś duch wcześniej panią wypłoszy.  

– Duch? – Nagle zaschło jej w gardle. Siliła się jednak na obojętny ton.  

Nathan  uśmiechnął  się  i  w  jego  twarzy  Rose  zobaczyła  coś  wilczego.  Przeszedł  ją 

dreszcz.  

– KaŜdy taki stary dom musi mieć swojego ducha.  

– A czy pan... czy pan go widział? 

– Oczywiście, Ŝe nie – odparł ze spokojem. – Nie wierzę w duchy, więc jak mógłbym się 

z nimi widywać? 

– To skąd pan wie, Ŝe tu krąŜy jakiś duch? – dopytywała się Rose.  

–  Bo  poprzedni  właściciele  podobno  regularnie  go  widywali.  Ale  niech  się  pani  nie 

martwi. On nie jęczy, nie płacze ani nie pobrzękuje łańcuchami. Po prostu wędruje cichutko 

po domu, starając się nikogo nie przestraszyć.  

– Wszystko to specjalnie pan wymyśla! – krzyknęła. – Ale jeŜeli w ten sposób chce mnie 

pan  stąd  wypłoszyć,  nie  uda  się  to  panu.  Nawet  defilada  duchów  nie  zrobiłaby  na  mnie 

najmniejszego wraŜenia. Zostaję tu do jutra, a wyjadę dopiero wtedy, gdy się okaŜe, Ŝe juŜ nic 

background image

panu nie jest! 

Odwróciła  się  na  pięcie,  ruszyła  w  stronę  wskazanych  jej  przedtem  drzwi  i  głośno  je  za 

sobą zamknęła.  

Zapaliła światło i nagle zamarła ze zdumienia. Miało się tu znajdować łóŜko, a zobaczyła 

ogromne łoŜe z baldachimem.  

– To chyba zbyt wiele, nawet jak na taki dom – mruknęła.  

Usiadła  na  brzeŜku  łoŜa  i  z  przyjemnością  stwierdziła,  Ŝe  jest  bardzo  wygodne. 

Zastanawiała się teraz, gdzie moŜe być łazienka.  

Zdecydowanie  nie  chciała  pytać  o  to  gospodarza,  wyszła  więc  na  korytarz  i  zaczęła  po 

kolei otwierać drzwi.  Znalazła ją za trzecimi. Rozebrała się i weszła pod  prysznic.  Dom był 

wprawdzie stary, lecz wyposaŜony we wszystkie nowoczesne urządzenia.  

Wycierając  się  ręcznikiem,  pomyślała  z  niechęcią,  Ŝe  nie  ma  w  czym  spać.  JuŜ  miała 

nałoŜyć swoje nieświeŜe ubranie,  gdy  nagle na drzwiach dostrzegła szlafrok Nathana. Miała 

wątpliwości,  czy  wypada  go  poŜyczyć,  ale  stwierdziła,  Ŝe  lepsze  to,  niŜ spanie  w  dŜinsach  i 

przepoconej bluzce. PrzecieŜ rano moŜe szlafrok wyprać.  

Po  chwili  przyszło  jej  do  głowy,  Ŝe  to  trochę  dziwne  spać  w  czymś,  co  naleŜy  do 

Nathana, ale zaraz odegnała tę myśl, tłumacząc sobie, Ŝe zaczyna przesadzać.  

Wróciła  do  sypialni,  zgasiła  światło  i  wyciągnęła  się  na  łoŜu  z  baldachimem.  Mimo 

zmęczenia nie mogła zasnąć. Dobrą godzinę przewracała się z boku na bok, aŜ w końcu dała 

za wygraną.  

– Co ty właściwie tu robisz? – pytała samą siebie, z roztargnieniem przesuwając palcami 

po włosach.  

– Opiekujesz się męŜczyzną, który wcale tego nie potrzebuje. NiewaŜne, co mówił lekarz. 

Temu cholernemu Nathanowi nic nie będzie! 

Uświadomiła sobie, Ŝe chyba zwariowała nalegając, by zostać tu na całą noc. PrzecieŜ on 

tego  nie  chciał,  a  w  takim  razie  przebywanie  z  nim  pod  jednym  dachem  stawało  się 

nadzwyczaj  krępujące,  nawet  jeśli  Lyncombe  Manor  miało  tyle  uroku.  PrzecieŜ  na  dobrą 

sprawę  nawet  nie  znała  Haywarda.  W  kaŜdym  razie  nie  w  takim  sensie,  jak  to  się 

powszechnie rozumie. Gdyby rodzice wiedzieli, iŜ spędza noc w domu męŜczyzny poznanego 

ledwie przed dwudziestoma czterema godzinami, byliby przeraŜeni. Wiedziała juŜ, Ŝe stać go 

na rzeczywiście dziwaczne zachowanie. Ale na co jeszcze? 

Im dłuŜej o tym myślała, tym bardziej ją to  rozstrajało. Decyzja, by pozostać tu na noc, 

wydawała  się  rozsądna  w  świetle  dnia,  ale  teraz,  po  północy,  wszystko  wyglądało  inaczej. 

Nagle  wydało  jej  się,  Ŝe  to  szaleństwo  przebywać  z  nieznajomym  w  domu  stojącym  na 

całkowitym pustkowiu. Kto przyjdzie jej z pomocą, gdyby coś się stało? Nikt! Najlepiej więc 

będzie, jeŜeli natychmiast stąd się wyniesie.  

Zerknęła  na  zegarek.  Było  po  północy,  ale  pani  Rogers  bez  wątpienia  wpuści  ją  do 

pensjonatu  o  dowolnej  porze.  Podjąwszy  decyzję,  natychmiast  wyskoczyła  z  łóŜka,  zdjęła 

szlafrok i zaczęła pośpiesznie się ubierać. Zajęło jej to ledwie kilka sekund. Wyszła z sypialni 

i zbiegła po schodach.  

W  korytarzu  prowadzącym  do  kuchni  panowały  ciemności,  ale  drzwi  kuchenne  były 

background image

uchylone  i  sączyła  się  przez  nie  smuga  światła.  Czy  Nathan  jest  właśnie  tam?  MoŜe  zszedł 

zrobić  sobie  coś  ciepłego  do  picia?  Czy  powinna  mu  powiedzieć,  Ŝe  odjeŜdŜa,  czy  ma  po 

prostu  zniknąć?  Postanowiła,  acz  niechętnie,  Ŝe  lepiej  będzie  mu  o  tym  powiedzieć,  bo 

wyjazd bez słowa byłby naprawdę w złym stylu.  

Otworzyła drzwi do kuchni. Nathan siedział przy  stole. AŜ zamarła z przeraŜenia, kiedy 

się zorientowała, co on ma zamiar zrobić.  

–  Zwariował  pan?!  –  Podbiegła  do  niego,  chwyciła  szklankę  whisky,  która  stała  przed 

nim  na  stole,  i  wylała  jej  zawartość  do  zlewu.  Zabrała  teŜ  na  wpół  opróŜnioną  butelkę, 

wstawiła  ją  do  szafki  i  zamknęła  drzwiczki.  –  Nie  wie  pan,  Ŝe  za  nic  w  świecie  nie  wolno 

teraz panu pić alkoholu? Oczywiście, Ŝe pan wie. Nie jest pan głupi, chociaŜ czasami głupio 

się pan zachowuje. Co to za pomysły? 

Jeszcze  nie  widziała  u  Haywarda  tak  gniewnego  spojrzenia.  W  ciemnoszarych  oczach 

zapaliły  się  tak  przeraŜające  błyski,  Ŝe  gdyby  sama  nie  była  na  niego  wściekła,  umarłaby 

chyba ze strachu.  

– Nie mogłem spać – odparł z przymusem . – A kiedy nie mogę spać, czasami popijam.  

–  Wtedy,  gdy  zamknął  mnie  pan  w  piwnicy,  teŜ  o  to  chodziło,  prawda?  Nie  mógł  pan 

spać, więc upił się pan do nieprzytomności i całkiem o mnie zapomniał? 

– Coś w tym rodzaju –  przyznał, nieco zaŜenowany.  Z jego oczu nie strzelały juŜ iskry, 

spojrzenie nabrało łagodniejszego, zmęczonego wyrazu.  

–  JuŜ  chciałam  się  stąd  wynieść  –  mruknęła  Rose,  opadając  na  krzesło  obok  niego.  – 

Przyszłam, Ŝeby to panu powiedzieć.  

– Jest po północy. Dość dziwna pora jak na wyjazd.  

– Wydawało mi się, Ŝe juŜ mnie pan nie potrzebuje. Ale teraz, kiedy widzę, co się dzieje, 

jak  mogłabym  odjechać?  Ledwie  zdąŜyłabym  zamknąć  za  sobą  drzwi,  pan  natychmiast  by 

wyciągnął butelkę i pił na umór! 

–  Zamierzałem  wypić  jednego  drinka,  najwyŜej  dwa.  śeby  łatwiej  zasnąć,  a  nie  – 

popełnić samobójstwo.  

–  Nawet  tylko  jeden  to  o  jeden  za  duŜo  –  stwierdziła  Rose  surowo  i  zmruŜywszy  oczy, 

spojrzała  na  niego.  –  Jest  pan  pewien,  Ŝe  nie  ma  pan  ciągot  do  samozniszczenia?  Chyba 

niespecjalnie pan o siebie dba? 

–  Jak  na  kogoś,  kto  zna  mnie  tak  krótko,  zadaje  pani  mnóstwo  niezmiernie  osobistych 

pytań.  

–  Ma  pan  rację.  –  Lekko  się  zaczerwieniła.  –  Ale  to  dlatego,  Ŝe  od  pana  tak  trudno  się 

czegokolwiek dowiedzieć. O wszystko trzeba pytać.  

– Łatwo to jednak pani przychodzi.  

– MoŜe mi się pan zrewanŜować tym samym. Co chce pan wiedzieć? 

Rozparł  się  na  krześle  i  popatrzył  na  nią  badawczo.  Ciemne  włosy  miał  jak  zwykle  w 

nieładzie, był ciągle w tych samych dŜinsach, zmienił tylko bluzę.  

Niespecjalnie  dba  o  swój  wygląd,  pomyślała  z  przekąsem.  Ale  właściwie  nie  ma  to 

znaczenia, bo i tak jest na swój sposób niezwykle atrakcyjny.  

– Chciałbym wiedzieć – zaczął, wciąŜ patrząc jej w oczy.  

background image

– Tak? – Chrząknęła nerwowo.  

– Przede wszystkim, dlaczego nagle postanowiła pani wymknąć się stąd w środku nocy? 

– JuŜ to wyjaśniłam. Uznałam, Ŝe pan mnie nie potrzebuje, po co więc mam zostawać? 

–  Ale  moŜna  było  poczekać  do  rana  –  zauwaŜył,  a  po  chwili  cień  jakby  wilczego 

uśmiechu przemknął mu przez twarz. – Chyba Ŝe nie czuła się tu pani tu bezpiecznie.  

Oczywiście,  Ŝe  właśnie  o  to  chodziło,  ale  Rose  nigdy  by  się  przed  nim  do  tego  nie 

przyznała. śeby dodać sobie pewności, wyprostowała się na krześle.  

–  Absurd!  Po  prostu  nie  zdawałam  sobie  sprawy,  Ŝe  zrobiło  się  tak  późno.  Gdybym 

wiedziała, Ŝe jest po północy, nigdzie bym się nie wybierała.  

Nathan wciąŜ na nią patrzył.  

– Zanim pani zeszła, zegar w holu wybił właśnie dwunastą.  

– Nie słyszałam.  

– MoŜe więc ma pani kłopoty ze słuchem, bo ten zegar bije tak głośno, Ŝe słychać go w 

całym domu.  

– Nie mam kłopotów ze słuchem! – wrzasnęła. – Za to mam dość tych pytań.  

–  PrzecieŜ  sama  mnie  pani  do  nich  zachęcała.  Próbuję  tylko  dociec,  dlaczego  tak  nagle 

chciała się pani stąd wynieść. – Oczy mu zabłysły. – Chcę się upewnić, czy się pani mnie nie 

boi.  

–  MoŜe  pan  być  pewien,  Ŝe  nie!  –  Usiłowała  to  powiedzieć  przekonywającym  tonem.  – 

Dobrze jednak, Ŝe zeszłam, bo przez całą noc piłby pan do nieprzytomności.  

– JuŜ pani mówiłem, Ŝe nie miałem takiego zamiaru. A gdyby nawet, to nie pani sprawa.  

– Racja – odpaliła. – I na pewno nigdy juŜ nie będę się wtrącać. Niech pan tylko pamięta, 

Ŝ

e to pan nienawidzi szpitali, a nie ja. Po wypiciu połowy butelki whisky niewątpliwie znów 

się pan tam znajdzie.  

– To bardzo otrzeźwiające, co pani mówi.  

Ku  jej  zdumieniu  lekki  uśmiech  rozjaśnił  mu  twarz,  która  całkiem  się  odmieniła.  Rose 

niemal zapomniała, Ŝe jeszcze przed chwilą zamierzała uciekać z tego domu.  

– Pani nie chce rozmawiać o tym, dlaczego chciała stąd uciec, a ja mam dość mówienia o 

moim  piciu  –  ciągnął.  –  MoŜe  więc  pójdziemy  na  kompromis  i  znajdziemy  jakiś 

bezpieczniejszy temat? 

– Na przykład? 

– Na początek mogłaby pani zdradzić mi swoje imię.  

– To pan go nie zna? – AŜ zamrugała oczami ze zdumienia.  

– Nie powiedziała mi pani, a ja nie zapytałem.  

– Mam na imię Rose. Rose Caldwell.  

– Rose – powtórzył z namysłem. – Nie pasuje do pani.  

–  Wiem  –  przyznała  z  Ŝalem.  –  Jako  dziecko  miałam  jaśniusieńkie  włosy  i  niebieskie 

oczy  i  wszyscy  myśleli,  Ŝe  wyrosnę  na  blondynkę  o  cerze  jasnej  jak  płatki  róŜy  angielskiej. 

Tymczasem  oczy  zrobiły  mi  się  fiołkowe,  a  włosy  pociemniały.  W  lecie  opalam  się  jak 

Cyganka, a poza tym jestem wysoka i niezręczna, a nie – opanowana i elegancka.  

–  Dobrze,  Ŝe  nie  jest  pani  blondynką  –  stwierdził.  I  zanim,  skonsternowana,  zdąŜyła 

background image

spytać,  dlaczego,  ciągnął  dalej:  –  Dziwne,  Ŝe  pojawiła  się  tu  pani  w  poszukiwaniu  pracy 

ogrodnika. Pani ręce nie świadczą o tym, by było to pani zajęcie.  

–  Bo  i  nie  jest  –  przyznała,  spoglądając  na  swoje  delikatne  dłonie.  –  I  pewnie  dlatego 

chciałam zostać ogrodnikiem. śeby przez kilka tygodni robić coś innego niŜ zwykle. A znam 

się  na  uprawie  roślin.  Zawsze  uwielbiałam  ogrody  i  mam  dość  siły,  by  poradzić  sobie  z 

kosiarką i kopaniem.  

–  To  zupełnie  tak,  jakby  mi  pani  przedstawiała  swoje  referencje  –  zauwaŜył,  unosząc 

brwi. – Czy nadal interesuje panią ta praca? 

– Nie... to znaczy, chyba nie... przynajmniej...  

– Zła na siebie za to, Ŝe się zmieszała, potrząsnęła głową. – Nie jestem przekonana, czy 

chcę pracować u kogoś takiego jak pan – dokończyła, stawiając kropkę nad „i”.  

– Takiego jak ja? – Brwi uniosły mu się jeszcze wyŜej.  

– Doskonale pan wie, co mam na myśli! – krzyknęła ze złością.  

– Takiego, co zamyka dziewczyny w piwnicy? 

– podsunął. – Takiego, co za duŜo pije i mieszka całkiem sam? 

–  Potrafię  sobie  z  tym  wszystkim  poradzić  –  powiedziała  stanowczo.  –  Tylko  Ŝe  nie 

jestem pewna, czy chcę.  

–  A  ja  nie  jestem  pewien,  czy  w  ogóle  zaproponuję  pani  tę  pracę.  Najpierw  muszę  coś 

więcej  o  pani  wiedzieć.  W  dzisiejszych  czasach  trzeba  być  bardzo  ostroŜnym,  zanim  się 

kogoś zatrudni.  

– UwaŜa mnie pan za osobę nieodpowiedzialną? – rzuciła ostro. – A moŜe myśli pan, Ŝe 

nie potrafię pracować jako ogrodnik? 

– Chcę powiedzieć tylko tyle, Ŝe pojawiła się tu pani, jakby spadła z nieba, i dopiero od 

pięciu minut wiem, jak się pani nazywa. I nawet nie mogę być pewien, czy to prawda.  

Doskonale wyczuwała, Ŝe Nathan ją podpuszcza, ale to jej tylko pomagało panować nad 

sobą.  

– Mam dwadzieścia trzy lata, jestem niezamęŜna. Mój ojciec pracuje w dyplomacji, więc 

większą część Ŝycia spędziłam za granicą. Dlatego przyjechałam na lato do Anglii. Chciałam 

poznać bliŜej kraj, w którym się urodziłam. Oszczędzałam, by spędzić tu  kilka miesięcy, po 

prostu jeŜdŜąc i zwiedzając róŜne miejscowości. Tyle tylko, Ŝe wszystko okazało się droŜsze, 

niŜ  myślałam,  i  kończą  mi  się  pieniądze.  Dlatego  muszę  trochę  popracować.  –  AŜ  się 

zadyszała. Popatrzyła na Nathana. – Jeszcze coś chce pan wiedzieć? 

– A kim pani jest z zawodu? 

– Przez ostatnie dwa lata pracowałam jako tłumaczka. Mówię płynnie czterema językami 

i w kilku innych teŜ jakoś sobie radzę. Kiedy ojca przenoszono z jednej ambasady do drugiej, 

zawsze uczyłam się języka danego kraju. Przychodziło mi to bez trudu – mam chyba niezły 

słuch językowy.  

–  Nie  ma  co,  utalentowana  z  pani  osóbka.  Czy  chciałaby  mi  pani  jeszcze  coś  o  sobie 

powiedzieć? 

–  JuŜ  nic  –  odparła  stanowczo.  –  Wystarczy  jak  na  jeden  dzień.  –  Ale  moŜe  teraz  ja 

dowiem się czegoś o panu.  

background image

–  JeŜeli  dobrze  pamiętam,  wie  pani,  jak  się  nazywam  –  powiedział  ostroŜnie.  –  A  to 

oznacza, Ŝe wie pani, kim jestem. I pewnie zna pani wiele szczegółów z mojego Ŝycia.  

– Wcale nie. Mówiłam juŜ, Ŝe mieszkam za granicą. Oczywiście, Ŝe o panu słyszałam, i 

pani Rogers zdąŜyła mi opowiedzieć to i owo, ale tak naprawdę – niewiele wiem.  

– To dobrze. – Hayward uśmiechnął się dziwnie.  

– Jak na razie, to wszystko powinno nam wystarczyć.  

– Zerknął na zegarek. – Niedługo będzie świtać. Czy nadal chce pani uciekać? 

– Nie. – Westchnęła z rezygnacją. – Chyba będę musiała zostać. Przynajmniej do rana.  

– No to proszę wracać do łóŜka i trochę się przespać. I niech się pani nie martwi – dodał z 

lekko ironicznym uśmiechem. – Nie zamierzam się upić zaraz po pani wyjściu.  

Rose  nie  miała  wprawdzie  najmniejszych  podstaw,  Ŝeby  wierzyć  w  obietnice  tego 

męŜczyzny,  lecz  strasznie  juŜ  ziewała  i  powieki  same  jej  opadały,  musiała  więc  pozostawić 

go samego. Nie mogła tu siedzieć przez całą noc i pilnować, Ŝeby nie robił głupstw.  

Wstała i ruszyła zmęczonym krokiem do drzwi.  

– Dobranoc – rzuciła, tłumiąc ziewnięcie.  

– Do zobaczenia rano.  

W tonie jego głosu było coś takiego, Ŝe aŜ się obejrzała i dreszcz przebiegł jej po plecach. 

Ale  Nathan  nawet  nie  patrzył  na  nią,  pomyślała  więc,  Ŝe  chyba  jej  się  wydawało.  Szybko 

wyszła z kuchni, a idąc schodami na górę, bez przerwy oglądała się do tyłu.  

 

Spała  o  wiele  lepiej,  niŜ  mogłaby  się  tego  spodziewać,  i  po  przebudzeniu  czuła  się 

naprawdę  wypoczęta.  Właściwie  sama  była  zdumiona  tym,  Ŝe  chciała  uciekać  z  Lyncombe 

Manor w środku nocy.  

Wielu  ludzi  ogarnia  dziwaczny  nastrój,  kiedy  zapadają  ciemności,  usprawiedliwiała  się 

sama  przed  sobą.  A  w  dodatku  wczorajszy  dzień  był  naprawdę  denerwujący.  Nic  więc 

dziwnego, Ŝe miałam wszystkiego dość.  

Umyła  się  szybko,  ubrała  i  Ŝywo  zbiegła  na  dół.  W  świetle  dnia  zbroja,  która  tak  ją 

przeraziła w nocy, wcale nie wydawała się straszna. A dom, skąpany w słonecznej jasności, 

znów był pełen uroku.  

Przed  odjazdem  chciała  się  napić  kawy,  poszła  wiec  do  kuchni.  Zastała  tam  Nathana, 

który przygotowywał sobie śniadanie.  

– Rany boskie, chyba nie spędził tu pan całej nocy? 

– Nie, przespałem się kilka godzin... i to bez naduŜywania alkoholu.  

– Czy mogę zrobić sobie kawę? 

– Proszę bardzo. A moŜe coś pani zje? 

– Tylko grzankę.  

–  Nic  dziwnego,  Ŝe  jest  pani  taka  chuda  –  zauwaŜył.  –  Chyba  nigdy  nie  jada  pani 

porządnych posiłków.  

– Przeciwnie, zawsze. Tylko Ŝe to nic nie zmienia.  

– A jakie ma pani plany na dzisiaj? – spytał, nakładając sobie fachowo na talerz sadzone 

jajko i plastry chrupkiego bekonu.  

background image

–  Wpadłam  na  dość  oczywisty  pomysł  –  wracam  do  domu.  To  znaczy,  niezupełnie  do 

domu.  Dom  mam  tam,  gdzie  przebywa  moja  rodzina,  a  teraz  wszyscy  są  w  Waszyngtonie. 

Ojciec  jest  tam  na  placówce  od  początku  roku.  Wracam  więc  do  pensjonatu  pani  Rogers, 

który chwilowo zastępuje mi dom.  

– Mogłaby pani zostać tutaj – rzucił jakby od niechcenia.  

– Nie, dziękuję. – Rose znieruchomiała.  

– Nie proponuję, Ŝeby wprowadziła się pani do mojego łóŜka – powiedział rozbawiony. – 

Po  prostu  myślałem,  Ŝe  moŜe  zechce  pani  podjąć  tę  pracę,  a  wtedy  mogłaby  tu  pani 

zamieszkać. Pozwoliłoby to zaoszczędzić trochę grosza. Ale nie ma sprawy.  

Rose  wiedziała  jednak,  Ŝe  mogłaby  się  z  tego  zrobić  sprawa,  i  to  naprawdę  wielka.  Ich 

sypialnie  znajdowały  się  tak  blisko  siebie,  a  w  drzwiach  nie  zauwaŜyła  zamka.  Wprawdzie 

Nathan  nie  wydawał  się  nią  specjalnie  zainteresowany,  lecz  skąd  moŜna  wiedzieć,  co  mu 

przyjdzie do głowy w nocy? 

– To chyba nie najlepszy pomysł – odparła stanowczo.  

– Nie ufa mi pani? – Uśmiechnął się lekko.  

– Zrobiłabym bardzo głupio, gdybym się na to zdecydowała. NiewaŜne nawet, co mi się 

tu przydarzyło, ale przecieŜ ja pana prawie nie znam. śadna kobieta przy zdrowych zmysłach 

nie zdecydowałaby się na coś podobnego.  

Mogła się spodziewać, Ŝe zareaguje gniewem, lecz tylko przytaknął ruchem głowy.  

– Pewnie ma pani rację. Ale wschodnie skrzydło domu tworzy właściwie osobną całość. 

Jest tam sypialnia, mały salonik i łazienka. Wejście osobne. Musielibyśmy tylko korzystać ze 

wspólnej kuchni. MoŜe się pani tam wprowadzić.  

– Skąd ta nagła gościnność? – spytała Rose podejrzliwie.  

– Chyba jestem coś pani winien – powiedział po chwili wahania. – I naprawdę potrzebuję 

ogrodnika.  

–  Uśmiechnął  się.  –  Ogłoszenie  w  sklepie  wisi  od  dwóch  tygodni,  a  zgłosiła  się  tylko 

pani. – Wyczuwał, Ŝe Rose się waha. – Proszę podjąć pracę na próbę – przekonywał ją. – Na 

przykład na tydzień. JeŜeli po kilku dniach uzna pani, Ŝe nie podoba się pani praca... albo ja, 

wymówi pani, a ja zapłacę za cały tydzień.  

Była to bardzo kusząca propozycja. Mogłabym, myślała Rose, zwrócić dług pani Rogers, 

a  ponadto  mieszkać  tu  bezpłatnie.  Trudno  jednak  było  nie  pamiętać,  Ŝe  z  tą  propozycją 

wystąpił człowiek, który jeszcze niedawno usiłował się jej pozbyć. Gdzie tu pułapka? 

– Sama nie wiem... – powiedziała niepewnie. Hayward uśmiechnął się. Było w nim teraz 

tyle uroku, Ŝe aŜ zawirowało jej w głowie.  

–  Oczywiście,  Ŝe  pani  wie.  Nam  obojgu  rozwiązałoby  to  problemy.  Pani  brakuje 

pieniędzy  i  musi  gdzieś  pani  mieszkać,  a  mnie  niezbędny  jest  ogrodnik,  bo  w  przeciwnym 

razie ogród zupełnie zarośnie.  

– Czy wschodnie skrzydło naprawdę tworzy osobną całość? – spytała, marszcząc nos.  

–  MoŜe  się  pani  nawet  zamykać  przede  mną  w  nocy.  –  W  szarych  oczach  Nathana 

błysnęło rozbawienie.  

–  A  czy  będę  musiała?  –  rzuciła  wyzywająco,  nie  chcąc  dać  się  zwieść  tym 

background image

przekomarzaniom.  

– Nie sądzę. – SpowaŜniał. – Nie jest pani w moim typie. Oczywiście ma pani wdzięk... 

fiołkowe oczy, ciemne włosy i tak dalej... ale mnie to specjalnie nie bierze. A poza tym jest 

pani zbyt niewinna. Wolę pewne wyrafinowanie i... doświadczenie.  

Gdyby nie kpiący ton, taka deklaracja mogłaby być wręcz przeraŜająca.  

–  A  moŜe  pan  miał  zbyt  wiele  doświadczeń?  –  powiedziała  to  spontanicznie,  zanim 

zdąŜyła ugryźć się w język.  

Przez chwilę patrzył na nią jakoś dziwnie.  

–  Niewykluczone,  Ŝe  ma  pani  rację  –  rzekł  wreszcie,  wzruszając  ramionami,  jak  gdyby 

miał dość tej rozmowy. – To co, interesuje panią ta praca? 

–  Tak  –  odparła  i  juŜ  w  chwilę  później  zastanawiała  się,  dlaczego  dała  taką  odpowiedź. 

Czuła  instynktownie,  Ŝe  podjęcie  pracy  u  Nathana  Haywarda  nie  jest  dobrym  pomysłem.  A 

kaŜdą  kobietę,  która  zgodziłaby  się  zamieszkać  z  nim  pod  jednym  dachem,  naleŜało  poddać 

badaniom psychiatrycznym! 

Mimo to decyzji nie zmieniła. Zgodziła się przynieść swoje rzeczy z samochodu i zacząć 

pracę po południu.  

Postępujesz niemądrze, ostrzegała sama siebie. Ale spoglądając na Nathana, widząc jego 

wychudzenie  i  zmęczone  oczy,  pomyślała,  ze  przecieŜ  on  kogoś  potrzebuje.  Zbyt  długo 

mieszkał sam. I wcale mu to nie słuŜyło.  

Dlaczego jednak to właśnie ona miała tu zamieszkać? MoŜe dlatego, Ŝe nikt inny się nie 

zjawił? Nikogo innego Nathan Hayward nie obchodzi. A czy ją obchodzi? Nie odpowiedziała 

sobie na to pytanie. Nie sądziła, Ŝe odpowie na nie kiedykolwiek.  

Wykona  pracę,  za  którą  otrzyma  zapłatę,  i  będzie  z  Nathanem  na  przyjaznej  stopie  – 

jeŜeli  on  potrzebuje  przyjaciela.  To  wszystko.  A  w  nocy  nie  zapomni  się  zamknąć!  Pewnie 

mu  trochę  współczuje,  pewnie  trochę  go  czasami  lubi,  ale  w  tych  szarych  oczach  jest  coś 

takiego, co ostrzega, by mieć się na baczności.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Kiedy  pani Rogers usłyszała, Ŝe Rose wprowadza się do  Lyncombe Manor, była niemal 

wstrząśnięta.  

– PrzecieŜ pan Hayward sam zajmuje cały dom.  

–  Zgadza  się.  Ale  część,  z  której  będę  korzystała,  jest  całkiem  osobna.  A  poza  tym 

mówiła mi pani, Ŝe to sympatyczny człowiek. – Rose uśmiechnęła się.  

–  Nawet  najsympatyczniejsi  męŜczyźni  potrafią  czasami  być  nieznośni.  –  Pani  Rogers 

ś

ciągnęła  z  dezaprobatą  brwi.  –  śadnemu  nie  moŜna  ufać.  Nie  potrafią  zapanować  nad 

swoimi zachciankami.  

– Naprawdę będę bardzo ostroŜna. – Rose z trudem hamowała śmiech.  

– Nie sądzę, by udało mi się panią powstrzymać  – westchnęła pani Rogers. – Ale jeŜeli 

wyprowadza  się  pani  z  powodu  braku  pieniędzy,  to  naprawdę  niepotrzebnie.  MoŜe  pani 

zostać i zapłacić mi później.  

Rose podziękowała gospodyni, szczerze wzruszona jej propozycją.  

–  Myślę  jednak  –  powiedziała  na  poŜegnanie  –  iŜ  w  Lyncombe  Manor  nie  stanie  mi  się 

nic złego. A jeŜeli pojawią się jakieś komplikacje, przynajmniej wiem, Ŝe mogę tu wrócić.  

Po  kilku  minutach  była  juŜ  spakowana.  Cały  niewielki  bagaŜ  zmieścił  się  na  tylnym 

siedzeniu samochodu.  

Własny  samochód  w  Lyncombe  Manor  mógł  się  wydawać  zbytecznym  luksusem,  ale 

poniewaŜ wynajęła go do końca miesiąca, chyba nie było sensu oddawać go wcześniej. I tak, 

pomyślała,  nie  otrzymałaby  zwrotu  pieniędzy.  Zresztą,  moŜe  się  przydać.  Z  posiadłości 

Haywarda nie dałoby się w razie czego szybko uciec inaczej niŜ samochodem.  

Najpewniej jednak do niczego złego nie dojdzie, bo przecieŜ przez większość dnia będzie 

pracowała, prawie nie widując Nathana.  

Pojechała prosto do Lyncombe Manor. Wyjmując torby z samochodu, czuła się tak, jakby 

wróciła do domu. Nathan się nie pokazał, chwyciła więc swoje bagaŜe i zatargała je do holu.  

Panował tu przyjemny chłód, pozwalający zapomnieć o Ŝarze lejącym się z nieba. Rzuciła 

bagaŜe na podłogę i przez chwilę stała niezdecydowana. Nie miała pojęcia, którędy idzie się 

do jej pokoi.  

Muszę znaleźć Haywarda, pomyślała. Ale gdzie on moŜe być? Przeszukanie całego domu 

i okolicy potrwa wieki. Weszła do duŜego pokoju i gdy przemierzała go bezszelestnie, ujrzała 

nagle Nathana, rozpartego w wielkim fotelu przy kominku. Spał jak zabity.  

Wiele  ludzi  wygląda  we  śnie  bardzo  bezradnie,  lecz  on  robił  wraŜenie  człowieka 

wypoczywającego.  I  to  wydało  jej  się  czymś  nowym,  bo  nigdy  dotąd  nie  widziała  go 

odpręŜonego.  

Podeszła  bliŜej  i  zaczęła  mu  się  przyglądać.  Znikło  napięcie  ust  i  zmarszczki  między 

brwiami – wyglądał całkiem inaczej, o wiele młodziej.  

Ile  mógł  mieć  lat?  Trudno  było  powiedzieć.  Dobiegał  trzydziestki  lub  ledwie  ją 

przekroczył.  Gdyby  naprawdę  jej  na  tym  zaleŜało,  pewnie  mogłaby  się  tego  dowiedzieć  ze 

background image

starych numerów gazet. Nietrudno będzie je znaleźć.  

Ale  czy  rzeczywiście  chciała  wiedzieć  więcej?  Uświadomiła  sobie  nagle,  Ŝe  tak.  To 

niedobrze. Nie powinna interesować się zbytnio tym męŜczyzną.  Instynkt znów ją ostrzegał, 

Ŝ

e nie wyjdzie jej to na dobre.  

Nathan  poruszył  się  i  otworzył  oczy.  Miał  nieprzytomne  spojrzenie,  ale  kiedy  w  końcu 

zauwaŜył obecność Rose, wyglądał na rozczarowanego.  

– Ach, to pani – mruknął.  

W  tym  momencie  Rose  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  Nathan  jakby  oczekiwał  kogoś  innego, 

chociaŜ wiedział, Ŝe ten ktoś nigdy juŜ nie pojawi się w jego Ŝyciu.  

– Tak, to ja – odparła bezbarwnym tonem.  

– Pewnie chce pani zobaczyć swoje mieszkanie? 

– Podniósł się sztywno. – Zaprowadzę tam panią.  

– A jak siniaki? – spytała, kiedy szli przez największy pokój.  

– Bolą.  

Nic  więcej  nie  powiedział.  Rose  domyśliła  się,  o  co  chodzi.  Nie  był  w  nastroju  do 

rozmowy. Poprowadził ją wąskimi, krętymi schodami w górę i na szczycie otworzył drzwi.  

– To najwyŜsze piętro we wschodnim skrzydle. Jest tu sypialnia, łazienka i jeszcze jeden 

pokój  tam  dalej.  MoŜe  go  pani  uŜywać  w  ciągu  dnia.  Nie  ma  kuchni,  będzie  więc  pani 

musiała korzystać z tej w głównej części domu. Jak mówiłem, tylko z niej będziemy musieli 

korzystać  wspólnie.  –  Jakby  trochę  się  rozluźnił,  a  w  jego  oczach  pojawiło  się  nawet 

rozbawienie.  

– W drzwiach do tego skrzydła jest całkiem solidny zamek. Kiedy będzie się pani kładła 

spać, wystarczy przekręcić klucz, a poczuje się pani bezpiecznie.  

–  JuŜ  teraz  czuję  się  bezpiecznie.  Dziękuję  –  odparła.  Nie  była  to  jednak  prawda.  – 

Rozpakuję się, a pracę rozpocznę zaraz po lunchu.  

– MoŜe pani poczekać do jutra. Nie jestem aŜ takim tyranem.  

– Wolałabym dzisiaj. Chcę jak najszybciej zacząć zarabiać.  

– Jak pani sobie Ŝyczy. – Wzruszył ramionami. – I proszę się nie krępować i korzystać z 

kuchni, kiedy tylko będzie pani potrzebowała.  

– A kiedy pan przygotowuje posiłki? Pytam po to, Ŝebyśmy na siebie nie wpadali.  

Spojrzał na nią badawczo.  

– Czy mam przez to rozumieć, Ŝe wolałaby mnie pani oglądać jak najrzadziej? 

–  Wcale  nie.  Po  prostu  myślę,  Ŝe  to  raczej  pan  wolałby,  abym  mu  się  nie  kręciła  przed 

nosem.  

–  Kiedy  będę  miał  dosyć  pani  towarzystwa,  na  pewno  o  tym  powiem.  A  teraz  trudno 

wyznaczać sobie jakieś pory, bo ja jadam... i sypiam... o róŜnych porach. Nigdy regularnie.  

–  Pewnie  dlatego,  Ŝe  jest  pan  twórcą  –  powiedziała  Ŝartobliwym  tonem.  –  Na  przykład 

wstaje pan w środku nocy i pisze piosenki? 

–  JuŜ  nie  piszę  –  rzucił  gwałtownie.  Zmieniła  mu  się  twarz  i  zanim  Rose  zdąŜyła 

cokolwiek odpowiedzieć, obrócił się na pięcie i wyszedł.  

Przez  kilka  chwil  patrzyła  za  nim  myśląc,  Ŝe  poruszyła  draŜliwy  temat,  którego  w 

background image

przyszłości naleŜy unikać.  

Zaczęła  się  rozglądać  po  pokojach,  które  w  najbliŜszym  czasie  miały  być  jej  domem. 

Umeblowanie  przeszło  jej  najśmielsze  oczekiwania.  W  sypialni  stało  następne  łoŜe  z 

baldachimem, ale było ono w stylu wiktoriańskim, z draperiami, nakryte ręcznie szytą kołdrą 

z kolorowych kwadratów. Znalazła tu teŜ brzuchatą komodę, przepastną szafę i kilka krzeseł.  

WyposaŜenie  łazienki  było  staroświeckie.  Nie  obudowana  wanna  stała  na  wielkich 

łapach.  Rose  odkręciła  kran  i  natychmiast  zaczęła  lecieć  gorąca  woda.  Ucieszyło  ją  to 

ogromnie;  wyobraziła  sobie,  jak  wspaniale  moŜna  będzie  w  niej  odpoczywać  po  cięŜkiej 

pracy w ogrodzie.  

Ostatni  pokój  był  salonikiem.  Stały  tu  stare  fotele  o  podniszczonej  tapicerce,  całkiem 

spory  stół,  biblioteczka  wypełniona  rzędami  powaŜnie  wyglądających  tomów  i  wysokie 

lampy  z  abaŜurami  wykończonymi  frędzlami.  Na  starym  biurku  Rose  zobaczyła  mały 

przenośny telewizor.  

Największym atutem tego pokoju był widok z okna wychodzącego na ogród. Rose przez 

chwilę wyobraŜała sobie, jak zmieni się ogród, kiedy ona sama nieco go uporządkuje.  

Odeszła  wreszcie  od  okna  i  zaczęła  się  rozpakowywać.  Naraz  uświadomiła  sobie,  Ŝe 

dawno minęła pora lunchu. Poczuła okropny głód.  

Nathan  chyba  juŜ  zjadł,  pomyślała,  idąc  do  kuchni,  pewna,  Ŝe  znajdzie  się  tam  sama. 

Otworzyła drzwi i aŜ jęknęła. Przy stole siedział Hayward. Spojrzał na nią bez słowa.  

– Wygląda na to, Ŝe spędza pan tutaj większość czasu.  

– To mój dom i chyba mam prawo spędzać czas tam, gdzie mi się podoba.  

Pomyślała, Ŝe właściwie ma rację.  

– W takim razie przepraszam, nie przeszkadzam. Później przyjdę coś zjeść – powiedziała, 

cofając się do drzwi.  

– Znów pani ode mnie ucieka? – Jego twarz rozjaśnił uśmiech.  

– SkądŜe. Po prostu nie znam panujących w tym domu zwyczajów. To znaczy, nie wiem, 

czy mam się panu usuwać z drogi, czy nie...  

–  JuŜ  pani  powiedziałem,  Ŝe  w  tym  domu  nie  panują  Ŝadne  zwyczaje.  MoŜe  mnie  pani 

unikać albo kręcić się w pobliŜu. To bez znaczenia. Jest mi wszystko jedno.  

A to ci dopiero wyszukany komplement, pomyślała Rose. Wszystko jedno, czy ona jest, 

czy jej nie ma! Prawdę mówiąc, nie oczekiwała od Haywarda komplementów. Utwierdziła się 

tylko w przekonaniu, Ŝe lepiej będzie się tutaj czuła, jeŜeli widywanie się z nim ograniczy do 

minimum.  

Doskwierał jej jednak głód i nie mogła czekać, aŜ Nathan wyjdzie z kuchni. MoŜe zechce 

tu spędzić cały dzień! 

– Jeśli to panu nie przeszkadza, zrobię sobie parę kanapek.  

–  Niech  pani  wreszcie  przestanie  mnie  pytać,  czy  mi  coś  przeszkadza.  –  Wzruszył 

niecierpliwie  ramionami.  –  Niech  pani  robi  to,  na  co  ma  pani  ochotę.  Proszę  zjeść  kanapkę 

albo  ugotować  sobie  cały  obiad,  do  cholery!  Mamy  mnóstwo  jedzenia.  Proszę  brać,  co  pani 

chce.  

Zaczęła szperać po szafkach. Szybko przygotowała kanapki z szynką, pomidorem i sałatą, 

background image

złapała szklankę soku i ruszyła do drzwi.  

– Zjem na dworze, na słońcu – mruknęła i pośpiesznie uciekła z kuchni.  

Na  podwórzu  poczuła,  Ŝe  jej  zdenerwowanie  mija.  Posilając  się  pomyślała  nawet,  Ŝe 

humory  Nathana  nie  powinny  jej  dziwić,  bo  przecieŜ  cały  jest  potłuczony  i  obolały. 

Przeczuwała  jednak,  Ŝe  Nathan  miewa  napady  złego  humoru  nawet  wtedy,  kiedy  czuje  się 

doskonale! Prawdopodobnie taka była prawda.  

Resztę  popołudnia  Rose  spędziła  na  wędrówce  po  ogrodzie.  Sporządziła  bardzo  długą 

listę czynności do wykonania. Na znalezionej w domu kartce zrobiła ołówkiem szkic terenu, 

zaznaczając  zarośnięte  trawą  i  chwastami  grządki  kwiatowe  oraz  inne  miejsca,  które 

odkrywała  w  miarę  zagłębiania  się  w  zarośla.  Na  przykład  nieczynną  fontannę,  zapewne 

zatkaną  wodorostami,  rzeźby,  których  głowy  wystawały  zza  krzewów  wymagających 

przystrzyŜenia,  kamienne  rynny  zarośnięte  skalnymi  roślinami,  niemal  zaduszonymi  przez 

chwasty.  

Pochyliła się nad skończonym szkicem i głęboko westchnęła. PrzecieŜ to praca na długie 

tygodnie! Czy aby nie podjęła się czegoś, czemu nie podoła? 

Nie! – powiedziała sobie stanowczo. Zacznie od jutra rana i nie spocznie, póki ten ogród 

jej  się  nie  podda.  Praca  będzie  cięŜka,  ale  przyjemna,  bo  i  dom,  i  ogród  budzą  w  niej 

niezwykłe uczucia.  

Wieczorny posiłek zjadła samotnie – Nathan się nie pokazał – a potem w swoim pokoju 

na  górze  przez  pewien  czas  oglądała  telewizję.  Później  usiadła  przy  oknie.  Nad  ogrodem 

szybko  zapadał  zmierzch.  Wkrótce  juŜ  tylko  białe  róŜe  wyłaniały  się  z  ciemności  ogrodu 

skąpanego w bladej poświacie księŜyca. Rose połoŜyła się spać w wiktoriańskim łoŜu i zanim 

zasnęła, wsłuchiwała się w dalekie, ponure pohukiwania sowy. Spała smacznie aŜ do rana.  

Przez  kilka  następnych  dni  pracowała  cięŜko,  jak  nigdy  w  Ŝyciu.  Odkryła  starą  szopę 

pełną  przeróŜnych  narzędzi  ogrodniczych  i  zaczęła  od  wyciągnięcia  największej  z  trzech 

kosiarek. Była ona rzeczywiście ogromna i niełatwo było ją uruchomić, lecz potem wjeŜdŜała 

juŜ  w  wysoką  trawę  jak  w  masło.  Przed  końcem  dnia  Rose  udało  się  skosić  i  wygrabić 

większą  część  trawnika.  Dziewczyna  czuła  się  co  prawda  tak,  jak  gdyby  wypociła  w  słońcu 

kilka  litrów  wody,  i  bolały  ją  wszystkie  mięśnie,  ale  teŜ  miała  poczucie  zwycięstwa. 

Wymoczenie się w ogromnej wannie przyniosło ulgę jej zbolałemu ciału. Rzuciła się na łóŜko 

i natychmiast zasnęła.  

Kiedy  pod  koniec  pierwszego  tygodnia  stanęła  w  oknie,  wdychając  chłodne,  słodkie 

powietrze,  popatrzyła  z  dumą,  jak  bardzo  posunęła  się  z  robotą.  Grządki  nabrały  kształtu, 

trawa była właściwie przycięta, a największe chwasty zostały powyrywane. Następnego dnia 

Rose miała zamiar oczyścić fontannę i otaczającą ją ozdobną sadzawkę.  

Odeszła  od  okna  i  wdrapała  się  do  wanny.  Odpoczywała  w  niej  ponad  pół  godziny,  aŜ 

poczuła, Ŝe mięśnie przestają boleć. Wytarła się i włoŜyła cienką bawełnianą koszulę nocną. 

Nie poszła jednak prosto do łóŜka, lecz wróciła do saloniku, Ŝeby jeszcze raz rzucić okiem na 

ogród w świetle księŜyca.  

Widok ten niezmiennie ją fascynował.  Za dnia ogród wyglądał znajomo i przyjaźnie. W 

nocy  stawał  się  tajemniczy  i  mogłaby  przysiąc,  Ŝe  widzi  w  nim  duchy  ludzi,  którzy  przez 

background image

ubiegłe stulecia zamieszkiwali Lyncombe Manor.  

Nagle naprawdę zobaczyła coś białego. O mało nie umarła ze strachu. Krew uderzyła jej 

do głowy. Po chwili jednak roześmiała się z ulgą – był to tylko Nathan, ubrany w białą bluzę.  

W  ciągu  minionego  tygodnia  prawie  go  nie  widywała.  Czasem  miała  wraŜenie,  Ŝe 

mieszka tu sama. Wcale jednak nie czuła się nieswojo w tym ogromnym starym domu. Wręcz 

przeciwnie, czuła się jak u siebie. Niepokoiło j'ą  tylko, Ŝe zaczyna kochać to domostwo. Co 

będzie, kiedy nadejdzie czas wyjazdu? 

Postanowiła  o  tym  nie  myśleć.  Chciała  zobaczyć  się  z  Nathanem.  Musiała  go  zapytać  o 

kilka  spraw.  W  ciągu  dnia  szukała  go  kilkakrotnie,  ale  nie  zdołała  znaleźć.  Musi  z  nim 

porozmawiać, zanim znowu zniknie.  

Zdjęła  szybko  koszulę,  wciągnęła  dŜinsy  i  trykotową  bluzkę,  po  czym  zbiegła  po 

schodach i wypadła na podwórze. Przez ogród szła juŜ spokojniej, rozmyślając o tym,  gdzie 

całymi dniami podziewa się Nathan, jak spędza czas. Na pewno nie pilnował jej przy pracy. 

Pojawił  się  tylko  kilka  razy,  by  spytać,  czy  niczego  jej  nie  trzeba.  W  istocie  wszystko 

przebiegało  lepiej,  niŜ  się  spodziewała.  Bezkonfliktowo.  Po  prostu  dwoje  ludzi  mieszkało 

zgodnie w wielkim domu.  

Nagle  zobaczyła  Nathana.  Stał  przy  duŜym  stawie,  na  przeciwległym  krańcu  ogrodu. 

Kaczki schowały się w zaroślach, a w gładkim lustrze wody przeglądał się księŜyc.  

Rose  nie  skradała  się,  lecz  szła  tak  cicho, Ŝe  kiedy  podeszła  do  Nathana  i  dotknęła  jego 

ramienia, aŜ podskoczył. Oczy zaświeciły mu w blasku księŜyca.  

– Co pani tu, do diabła, robi? 

– Chciałam porozmawiać.  

– Teraz? O tej porze? 

– Jest dopiero jedenasta. A pan chyba nie chodzi bardzo wcześnie spać.  

–  Po  co  kłaść  się  do  łóŜka,  kiedy  i  tak  nie  moŜna  zasnąć  –  mruknął  odrobinę  mniej 

gniewnym tonem.  

– Nic na to nie poradzę. Ale skoro pan nie śpi, chciałabym zadać kilka pytań.  

Nie  wyglądało  na  to,  Ŝeby  miał  ochotę  z  nią  rozmawiać,  ale  Rose  nauczyła  się 

lekcewaŜyć jego humory.  

–  Skończyłam  juŜ  tę  najgorszą  robotę.  Skosiłam  trawę  i  usunęłam  prawie  wszystkie 

większe chwasty. Teraz muszę wiedzieć, co mam robić dalej. Jaki pan chce mieć ten ogród? 

– Ogród to ogród – odparł obojętnym tonem, patrząc na nią.  

– Myli się pan. Są róŜne ogrody – powiedziała z niecierpliwością w głosie. – Francuskie, 

w  których  wszystko  musi  być  pod  linijkę,  i  angielskie,  bardziej  improwizowane,  gdzie  róŜe 

pną się, jak im się podoba, stokrotki rosną w trawie, a inne kwiaty rozrastają się kępami.  

– Niech go pani urządzi, jak się pani podoba.  

– Ale to pana dom i pan powinien zdecydować.  

– A pani jaki by wolała? Chyba angielski? – dopowiedział, nie czekając na nią.  

– Jak pan to zgadł? – spytała zaciekawiona.  

–  Wydaje  mi  się  to,  po  prostu,  bardziej  zgodne  z  pani  osobowością  –  odparł  sucho,  ale 

wyraz  jego  oczu  się  zmienił.  Obojętność  ustąpiła  miejsca  błyskowi  zainteresowania.  –  O  co 

background image

jeszcze chce mnie pani spytać? 

– Zaraz, co to było... – mruknęła spłoszona.  

– Zdaje się, Ŝe miała pani do mnie kilka pytań.  

– No tak... chyba tak... – jąkała się, nie pojmując, dlaczego, do diabła, nagle opuściła ją 

pewność  siebie.  –  No  cóŜ,  zapomniałam.  Robi  się  późno.  Idę  spać,  bo  mam  zamiar  zacząć 

wcześnie rano. Chcę jak najlepiej wykorzystać tę piękną pogodę, zanim się skończy.  

Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  paple  bez  większego  sensu,  ale  nie  mogła  się 

powstrzymać.  Nie  wiedziała,  dlaczego  tak  się  zachowuje.  Wiedziała  tylko  tyle,  Ŝe  między 

nimi nagle coś się zmieniło, i była na to bardziej wyczulona.  

Ruszyła w stronę domu. Nathan podąŜył za nią.  

– Myślałam, Ŝe chce pan jeszcze trochę tu zostać.  

– Spojrzała na niego pytająco, zatrzymując się na chwilę.  

– Nic podobnego nie mówiłem.  

– Spacery pomagają na bezsenność.  

– JuŜ się naspacerowałem. I wcale mi to nie pomogło. Mam dość samotnych spacerów.  

Co  on  chce  przez  to  powiedzieć?  śe  chce  się  przejść  z  nią?  O  tej  porze?  O,  nie,  ona  z 

pewnością nie przyjmie zaproszenia! 

Przyśpieszyła kroku, mając nadzieję, Ŝe Hayward zrozumie i pójdzie w swoją stronę. Ale 

nadal  szedł  obok  i  wyglądało  na  to,  Ŝe  chce  z  nią  wrócić  do  domu.  Zaszumiało  jej  w 

skroniach.  

Ten męŜczyzna nie robi na mnie Ŝadnego wraŜenia, pomyślała. Dam sobie radę.  

Byli  juŜ  na  podwórzu.  Rose  przystanęła.  W  świetle  księŜyca  dom  wyglądał  niezwykle 

romantycznie. Srebrny blask otulał jego sylwetkę, na ścianach drŜały blade, strzępiaste cienie 

paproci.  

– Dlaczego pan kupił ten dom? – spytała niespodzianie. Nie miała pojęcia, dlaczego o to 

pyta, ale nagie zapragnęła poznać odpowiedź.  

– Powiedziałem pośrednikowi, Ŝe szukam domu na uboczu, i wziąłem pierwszy, jaki mi 

zaproponował – odparł, wzruszając ramionami.  

–  Ale  gdyby  nawet  pokazał  panu  kilkanaście  podobnych  domów,  wybrałby  pan  ten, 

prawda? – nalegała. – Bo mnie wydaje się on wspaniały.  

– Szczerze mówiąc, wcale go nie oglądałem. Kupiłem w ciemno – odparł, a ona spojrzała 

na niego z niedowierzaniem. – Byłem wtedy za granicą. Nie mogłem przylatywać, by oglądać 

kolejne domy. Uznałem, ze ten mi odpowiada, i zdecydowałem się go kupić.  

– Pozazdrościć pośrednikowi. Idealny z pana klient! – rzuciła sucho.  

ZauwaŜyła, Ŝe Nathan bacznie jej się przygląda.  

– Jakoś dziwnie pan na mnie patrzy.  

– Nie, tylko dopiero teraz dostrzegłem, jak bardzo pasuje pani do tego domu – powiedział 

powoli.  

– Co pan ma na myśli? 

– Jest tak, jakby to był od dawna pani dom.  

–  To  prawda.  Tak  właśnie  się  czuję  –  powiedziała  cicho.  –  OiociaŜ  to  głupie,  bo  tak 

background image

niedawno zaczęłam tu mieszkać i niedługo juŜ się wyprowadzę.  

– MoŜe tak, moŜe nie – rzucił tajemniczo.  

JuŜ  chciała  zapytać,  co  ma  znaczyć  ta  odpowiedź,  ale  postanowiła  tego  nie  robić.  Jakoś 

łatwiej się w tym domu rozmawiało w nocy niŜ w dzień. Miała teŜ uczucie, Ŝe ich rozmowa 

moŜe przybrać bardzo intymny charakter. To przez ten księŜyc, pomyślała. Srebrna poświata 

pobudza zmysły.  

KaŜdą  zmianę  nastroju  Nathana  Rose  wyczuwała  teraz  całą  sobą.  Pozostało  tylko  mieć 

nadzieję, Ŝe on nie czyta równie łatwo w jej myślach ani nie wie, co ona czuje.  

Chciała  powiedzieć,  Ŝe  idzie  juŜ  do  domu,  ale  nie  potrafiła  się  na  to  zdobyć.  A  sam 

Nathan jeszcze pogarszał sprawę: cały czas na nią patrzył. Jakby ją widział po raz pierwszy w 

Ŝ

yciu.  

–  Bardzo  proszę,  niech  pan  przestanie  tak  na  mnie  patrzeć  –  powiedziała  wreszcie, 

zniecierpliwiona, kiedy odzyskała mowę. – To bardzo...  

– Bardzo? – podsunął cicho.  

JuŜ miała powiedzieć „niepokojące”, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.  

– To bardzo... bardzo niegrzeczne! – wymamrotała wreszcie.  

– Nigdy nie udawałem kogoś szczególnie grzecznego – stwierdził lakonicznie.  

Rozmawiał  z  nią  o  wiele  swobodniej  niŜ  zwykle  i  był  w  zupełnie  innym  humorze  niŜ 

wtedy,  gdy  do  niego  podeszła  w  ogrodzie.  Popełniła  błąd!  Trzeba  było  siedzieć  w  domu,  a 

rozmowę przeprowadzić jutro.  

–  Po  prostu  nie  wiem,  dlaczego  pan  wciąŜ  tak  na  mnie  patrzy  –  powiedziała 

poirytowanym tonem.  

–  MoŜe  dlatego,  Ŝe  teraz,  wieczorem,  wygląda  pani  inaczej.  Zupełnie  nie  rozumiem 

dlaczego.  

– Wieczorem kaŜdy wygląda inaczej. Światło płata róŜne flgle. Rano znów będę tą samą 

nieciekawą osobą.  

– MoŜe, ale w tej chwili bynajmniej nie wygląda pani nieciekawie.  

Jego głos był teraz miękki jak aksamit. To powinno było ją ostrzec. Niestety, ciekawość 

zwycięŜyła.  

– Mówi pan, Ŝe nie wyglądam nieciekawie. Jak więc wyglądam? – spytała wbrew sobie.  

– Nie jest pani teraz podobna do Ŝadnej kobiety, z którą byłem związany.  

– To komplement? 

– Nie – odparł spokojnie. – Po prostu stwierdzenie. Nie lubię mówić komplementów.  

– A co pan lubi? 

– Teraz? To... – powiedział miękko. Jego szare oczy nabrały srebrnego blasku.  

Dopiero  później  Rose  uświadomiła  sobie,  jaka  była  naiwna.  Nie  powinna  była  zadawać 

tego pytania. Dało mu ono szansę, na którą czekał. Ale ona nie spodziewała się takiej sytuacji. 

PrzecieŜ na początku tygodnia napomknął, Ŝe go nie interesuje. śe nie jest w jego typie.  

A tu nagle zaczął ją namiętnie całować. Usta miał ciepłe, zmuszające do odpowiedzi. To 

nie był przyjacielski ani letni pocałunek, którym okazuje się zainteresowanie. Nathan całował 

ją tak, jakby od dawna na to czekał.  

background image

Był  to  pocałunek  męŜczyzny,  który  raptem  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  za  długo  juŜ  Ŝyje  bez 

kobiety.  MęŜczyzny,  który  pragnął  wziąć  o  wiele  więcej,  niŜ  Rose  była  gotowa  dać!  Ale 

usiłując mu to powiedzieć, niewiele zdziałała. Stłumił pocałunkiem jej słowa. Miała wraŜenie, 

Ŝ

e zrobił to celowo. Krew uderzyła jej do głowy, ogarnęła ją fala gorąca.  

– Co pan robi? – rzekła z trudem, kiedy udało jej się na chwilę oswobodzić.  

– To chyba oczywiste! 

– Nie chcę, Ŝeby mnie pan całował! – krzyknęła. – Właśnie pan! 

– Dlaczego? – spytał spokojnie. – Zdaje się, Ŝe umiem to robić. Nie podobało się pani? 

– Nie o to chodzi, czy mi się podobało! 

– Moim zdaniem zawsze o to chodzi. Przynajmniej w moim przypadku. Ludzie całują się 

dla przyjemności.  

Usiłował  ją  osaczyć,  a  na  to  nie  mogła  pozwolić.  Po  chwili  jednak  próba  rozmowy 

straciła sens, bo Nathan objął ją i znów zaczął całować.  

O ile pierwszy pocałunek zrobił na Rose ogromne wraŜenie, to od następnych ugięły się 

pod nią kolana. Nathan przypuścił prawdziwy szturm. JuŜ nie tylko całował ją namiętnie, lecz 

bez  wahania  sięgnął  do  jej  piersi.  Znieruchomiała  myśląc,  Ŝe  za  chwilę  zrezygnuje 

rozczarowany. Miała bowiem bardzo małe piersi i męŜczyźni – choć nie było ich w jej Ŝyciu 

wielu – nie poświęcali im zbyt duŜej uwagi.  

Ręce Nathana nie potrafiły się jednak od niej oderwać.  Było to dla Rose taką nowością, 

Ŝ

e  przestała  się  bronić.  Koniuszkami  palców  pieścił  delikatnie  małe  wzgórki,  aŜ  nabrały 

niezwykłej twardości i spragnione dotyku podnosiły cienki materiał bluzki. W końcu zamknął 

je całe w swych dłoniach, nie bacząc na to, Ŝe brakuje im krągłości.  

Znów  zaczął  ją  całować.  Z  przeraŜeniem  stwierdziła,  Ŝe  niemal  zupełnie  przestaje  się 

bronić.  

Nie  moŜesz  pozwolić,  Ŝeby  nad  tobą  zapanował,  powtarzała  sobie  Rose.  PrzecieŜ  dla 

niego  to  nic  nie  znaczy.  Ty  dla  niego  nic  nie  znaczysz.  Po  prostu  znalazłaś  się  tutaj,  jesteś 

kobietą, a on uznał, Ŝe moŜe po ciebie sięgnąć. I tyle.  

Kiedy  na  chwilę  oderwał  od  niej  usta,  Ŝeby  zaczerpnąć  powietrza,  wiedziała  juŜ,  co  ma 

robić. Jednym szybkim ruchem uwolniła się od jego rąk i cofnęła o kilka kroków.  

–  Wydawało  mi  się,  Ŝe  nie  jestem  w  pana  typie  –  powiedziała,  z  trudem  chwytając 

oddech.  

–  TeŜ  mi  się  tak  wydawało  –  przytaknął  miękko,  ale  w  tonie  jego  głosu  było  coś 

ostrzegającego. Zrozumiała, Ŝe niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło.  

– Podobają się panu kobiety wyrafinowane, doświadczone, prawda? 

Nagle uświadomiła sobie, Ŝe odczuwa z tego powodu pewną gorycz.  

–  Teraz  potrzebuję  po  prostu  kobiety,  która  nie  jest  zimna.  I  nie  jest  blondynką.  –  Oczy 

mu błyszczały.  

Rose  przypomniała  sobie,  Ŝe  juŜ  kiedyś  ucieszył  się,  Ŝe  ona  nie  jest  blondynką.  Szybko 

ochłonęła z gniewu. Patrzyła na jego usta, które wykrzywił grymas, i na oczy, które nabrały 

dziwnego wyrazu.  

– Nic panu nie jest? – spytała odruchowo.  

background image

– Nie, wszystko w porządku – odparł po chwili milczenia. – Chyba w końcu rzeczywiście 

wszystko wraca do normy. Niezbyt to jednak ładnie z mojej strony, Ŝe posłuŜyłem się panią, 

by się o tym przekonać.  

– Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym pan mówi. – Potrząsnęła niecierpliwie głową.  

– Pewnie, skąd miałaby pani wiedzieć? – Dziwnie się uśmiechnął. – Chyba lepiej będzie, 

jeśli pójdzie pani spać. Oboje mamy na dzisiaj dosyć.  

Odwrócił  się  i  odszedł.  Rose  odprowadziła  go  wzrokiem,  zastanawiając  się,  co  to 

wszystko ma znaczyć. Co za noc! Czuła, Ŝe drŜy, jakby wciąŜ jeszcze nie potrafiła otrząsnąć 

się  z  szoku.  Najpierw  te  pocałunki  –  i  to  właściwie  niezapomniane!  Potem  dotyk  jego  rąk 

wywołujący  doznania  całkiem  dla  niej  nowe.  I  w  końcu  te  zagadkowe  uwagi,  rzucone  tuŜ 

przed nagłym odejściem.  

Stała na podwórzu jeszcze parę chwil, aŜ powoli ruszyła do swojego pokoju. Kilka razy 

powtórzyła  sobie,  Ŝe  nie  ma  najmniejszej  ochoty,  by  sprawy  posunęły  się  dalej.  PrzecieŜ  to 

ona wszystko przerwała. A moŜe to Nathan stracił na nią ochotę? Odsunęła jednak tę niemiłą 

myśl.  

Weszła  do  wschodniego  skrzydła  i  zamknęła  drzwi,  a  po  –  chwili  wahania  przekręciła 

klucz ze świadomością, Ŝe robi to niepotrzebnie. PrzecieŜ on i tak tu dzisiaj nie przyjdzie.  

Zaniepokoiło ją, Ŝe czuje się z tego powodu rozczarowana.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Rose  nie  od  razu  poszła  spać.  Niespodziewane  wydarzenia  wytrąciły  ją  z  równowagi. 

Musiała  ochłonąć  i  zastanowić  się,  co  właściwie  czuje  po  tej  nagłej  zmianie  stosunków 

między nią a Nathanem.  

Nie miała wątpliwości co do tego, jak powinna się czuć. Powinna natychmiast spakować 

się  i  rano  wyjechać,  niezmiernie  oburzona,  Ŝe  się  tak  na  nią  rzucił.  PrzecieŜ  co  zdarzyło  się 

raz, moŜe się z łatwością powtórzyć.  

Szczerze mówiąc, taka perspektywa wcale jej nie przeraŜała, a przynajmniej nie w takim 

stopniu,  w  jakim  powinna.  Nathan  budził  w  niej  wiele  uczuć,  ale  na  pewno  nie  strach. 

Mogłoby się to nawet wydawać nieco dziwne, zwaŜywszy, Ŝe przebywali w tym domu tylko 

we dwoje. Taka sytuacja powinna napawać ją lękiem.  

KrąŜyła po pokoju, powoli zdejmując dŜinsy i trykotową bluzkę. Koszula nocna leŜała na 

łóŜku,  tam  gdzie  rzuciła  ją  przed  wyjściem.  Nie  włoŜyła  jej  jednak,  tylko  stanęła  przed 

wielkim lustrem po drugiej strome pokoju.  

Nigdy nie zachwycała się swoim ciałem i rzadko kiedy mu się przyglądała. Była wysoką, 

kanciastą dziewczyną o małych piersiach, smukłej talii, płaskim brzuchu i wąskich biodrach. 

Ze wszystkiego chyba najbardziej udały się jej nogi. Były długie i zgrabne.  

Ojciec mawiał, Ŝe tańczy na nich niczym koń na wyścigach.  

Rose  pociągnęła  nosem.  Porównanie  do  konia  wyścigowego  nie  było  specjalnie 

pochlebne. Wolałaby być krągła i zmysłowa! 

Lekko  wzdychając,  wciągnęła  koszulę.  Postanowiła,  Ŝe  nową  sytuację  przemyśli  rano. 

Trzeba było podjąć decyzję, ale teraz nie miała siły. Ranek mądrzejszy bywa od wieczora, a 

poza tym wspomnienie niezwykłego dotyku rąk Nathana nie będzie juŜ tak dojmujące.  

Wbrew przewidywaniom spała naprawdę dobrze, a po przebudzeniu zobaczyła to, co się 

zdarzyło  poprzedniego  wieczoru,  w  zupełnie  innym  świetle.  Nie  pamiętała  dotyku  dłoni 

Nathana, tylko fakt, Ŝe miał czelność doprowadzić do tak intymnej sytuacji.  

Z  narastającym  oburzeniem  przypominała  sobie  jego  namiętne  pocałunki  i  pewność 

siebie.  Jakim  prawem  tak  się  zachował!  Jakim  prawem  uznał,  Ŝe  jeśli  tylko  sobie  tego 

zaŜyczy, ona przestanie być sobą i odegra rolę anonimowego, kobiecego ciała, którego nagle 

zapragnął?  Rose  bardzo  dobrze  wiedziała,  Ŝe  myśli  nierozsądnie  i  celowo  wzbudza  w  sobie 

fałszywy gniew. Nie miała jednak zamiaru tak od razu się uspokoić.  

Szybko umyła się, ubrała i zeszła na dół. Zobaczyła, Ŝe Nathana nie ma ani w kuchni, ani 

w  duŜym  pokoju,  i  jej  gniew  ostygł.  Dopiero  kiedy  zrozumiała,  Ŝe  być  moŜe  specjalnie  się 

przed nią chowa, znów ogarnęła ją furia.  

Wie,  Ŝe  wczoraj  wieczorem  postąpił  źle,  mówiła  sobie.  I  dlatego  nie  chce  konfrontacji, 

boi się, Ŝe ona zmusi go do przyznania się do winy.  

Gdyby nie zawiodły jej nerwy, z pewnością przyszłoby jej do głowy, Ŝe Nathan nie lęka 

się  Ŝadnej  konfrontacji,  zwłaszcza  z  dwudziestotrzyletnią  dziewczyną.  PoniewaŜ  jednak  aŜ 

kipiała z oburzenia, postanowiła, Ŝe go znajdzie i doprowadzi do decydującej rozmowy.  

background image

Na  parterze  było  kilka  pokoi,  zamierzała  więc  zajrzeć  do  kaŜdego  z  nich.  JeŜeli  go  nie 

znajdzie, przetrząśnie pierwsze piętro, a potem ogród.  

Poszukiwania  trwały  bardzo  krótko.  Idąc  wąskim  korytarzem,  trafiła  na  pokój  w  tylnej 

części  domu.  Zza  zamkniętych  drzwi  dobiegały  dźwięki  pianina.  Ktoś  bębnił  na  nim 

fałszywie.  Nacisnęła  klamkę  i  weszła  do  nie  znanego  sobie  pokoju.  Okna  były  otwarte  na 

ościeŜ. Wonne ogrodowe powietrze mieszało się z wyraźnym zapachem mocnego alkoholu.  

Pianino  stało  w  kącie.  Siedział  przy  nim  Nathan.  Kiedy  ją  zobaczył,  jego  palce  na 

klawiszach znieruchomiały.  

–  Co  to?  Pijaństwo  od  samego  rana?  –  spytała  tonem,  w  którym  zabrzmiała  odraza  i 

niepewność. Przed Nathanem stała pusta butelka.  

– Oczywiście, Ŝe nie – odparł niewzruszony, jak zwykle, kiedy nie był całkiem trzeźwy. – 

Zacząłem wczoraj wieczorem, tuŜ po tym, jak się rozstaliśmy.  

– Nic dziwnego zatem, Ŝe pan siedzi, i nie radziłabym wstawać, bo na pewno runąłby pan 

na podłogę – zauwaŜyła z dezaprobatą.  

–  Nigdy  się  nie  przewracam.  Bo  i  nigdy  tak  naprawdę  się  nie  upijam.  Nawet  jeśli  piję 

bardzo długo czy bardzo duŜo. Alkohol pomaga tylko zamazać trochę kontury rzeczywistości, 

a czasami właśnie tego mi trzeba.  

Rose zdała sobie sprawę, Ŝe Nathan ją zagaduje.  

A przecieŜ nie przyszła tutaj wysłuchiwać jego pijackich zwierzeń.  

– Pan chyba wie, dlaczego tu przyszłam – powiedziała.  

–  Oczywiście,  Ŝe  wiem.  Przyszła  pani  wygłosić  mi  kazanie  na  temat  mojego 

wczorajszego zachowania.  

– No właśnie! 

– I co chce pani usłyszeć? śe jest mi przykro? 

– Wzruszył ramionami. – Ale nie jest mi przykro. Po prostu miałem na to ochotę.  

– Pan miał ochotę i to wszystko? NiewaŜne, co ja czułam, prawda? 

– Odnosiłem wraŜenie, Ŝe nie wywołuje to w pani zbyt wielkiego sprzeciwu. – Spojrzał 

jej w oczy.  

– Skąd ta pewność? Pytał mnie pan? Obchodziło to pana? 

Przesunął  palcami  po  ciemnych,  zmierzwionych  włosach,  jak  gdyby  nie  miał  ochoty 

przeciągać tej rozmowy.  

– Nie pytałem, bo nie musiałem – odparł w końcu.  

–  Wiem,  czy  kobieta  tego  chce...  czy  nie  chce.  A  czy  mnie  to  obchodziło?  –  Podniósł 

ramiona  w  geście  niezdecydowania.  –  Chyba  tak,  bo  w  przeciwnym  razie  bym.  pani  nie 

całował.  

Rose  nie  potrafiła  gniewać  się  dłuŜej  na  Nathana.  Byli  tak  blisko  siebie,  a  w  jego 

obecności sprawy zawsze zaczynały wyglądać inaczej, niŜ je sobie sama potrafiła wyobrazić.  

Podeszła  do  otwartego  okna  i  wyjrzała  na  ogród.  Zostało  jeszcze  mnóstwo  pracy,  ale 

rysowały  się  juŜ  wyraźnie  linie  trawników  i  grządek,  w  oddali  połyskiwało  lustro  stawu  i 

widać było opielone, kolorowe kwiaty.  

Wreszcie znów odwróciła się twarzą do Nathana.  

background image

Uświadomiła  sobie,  Ŝe  odkąd  weszła  do  pokoju, nie  spuszczał  z  niej  wzroku.  Ale  to  juŜ 

jej nie krępowało. Przeciwnie – sprawiało przyjemność.  

– Co ma pani teraz zamiar zrobić? Spakować się i odjechać? 

– Gdybym była rozsądna, powinnam tak zrobić – odparła po zastanowieniu się i spojrzała 

na niego.  

– Co pan miał wczoraj na myśli mówiąc, Ŝe potrzebuje pan kobiety, która nie jest zimna i 

nie jest blondynką? 

–  Chyba  pani  doskonale  wie?  –  odparł  po  chwili.  Oczywiście,  Ŝe  wiedziała.  Miała  dość 

czasu,  by  to  wszystko  przemyśleć.  Chodziło  o  Jancis  Kendall,  dziewczynę,  która  śpiewała 

jego piosenki i z którą koncertował. Ona była blondynką.  

Rose  lekko  westchnęła.  Pakowała  się  w  coś  głębokiego  i  skomplikowanego,  tego  była 

pewna. Czy jednak potrafi się łatwo wycofać, jeŜeli zajdzie taka potrzeba? 

Wyjrzała  znowu  przez  okno.  Ogród,  skąpany  w  słonecznym  Ŝarze  lejącym  się  z 

niebieskiego nieba, wydawał się oazą spokoju. Ptaki śpiewały ukryte w pobliskich drzewach, 

kaczki  kwakały  w  oddali,  a  od  krzewów  róŜ  pnących  się  po  ścianach  dobiegało  buczenie 

rojących się pszczół.  

– Chce pan, Ŝebym została? – spytała, wciąŜ odwrócona plecami do Nathana.  

–  Kilka  dni  temu  odpowiedziałbym,  Ŝe  jest  mi  wszystko  jedno.  A  teraz  zaczynam 

rozumieć,  Ŝe  dzięki  pani  moje  Ŝycie  stało  się  znów  normalniejsze.  Nie  wiem,  jak  pani  tego 

dokonała, i chciałbym, Ŝeby to trwało przez jakiś czas.  

Rose odwróciła się i spojrzała na niego.  

– Czy powiedziałby pan to samo, gdyby był pan trzeźwy? 

– Chyba nie. Ale czy to, Ŝe jestem na lekkiej bani, zmienia sprawę? 

Nie  miała  pojęcia.  Wiedziała  tylko,  Ŝe  moŜe  upłynąć  sporo  czasu,  zanim  Nathan  znów 

nabierze  ochoty,  by  tak  z  nią  rozmawiać.  JeŜeli  więc  chce  się  czegoś  dowiedzieć  –  a 

przygotowała wiele pytań – musi spróbować teraz.  

– Jeśli mam zostać, muszę wiedzieć o panu więcej. Do wczoraj nie miało to znaczenia, bo 

nieczęsto  się  widywaliśmy.  Ale  coś  się  zmienia,  pora  więc,  Ŝeby  przestał  pan  być  taki 

tajemniczy.  

– A co chciałaby pani wiedzieć? Poznać historię mojego Ŝycia? Zapewniam panią, nie jest 

ona zbyt interesująca.  

– Nie mogę w to uwierzyć! Tyle pan zrobił! Napisał tyle świetnych piosenek, podróŜował 

niemal  po  całym  świecie.  Był  pan  sławny.  Hm,  nadal  jest  pan  sławny.  Pańskie  piosenki  zna 

cały świat. Dlaczego przestał pań pisać? 

–  Nie  widziałem  innej  moŜliwości  po  tym,  jak  się  rozstaliśmy  z  Jancis  –  odparł 

beznamiętnym tonem.  

Po raz pierwszy usłyszała z jego ust to imię. Miała wraŜenie, Ŝe on sam po raz pierwszy 

od długiego czasu głośno je wypowiedział. Wycedził je wolno, jakby sprawdzał, jak sam na 

nie zareaguje.  

Rose  pomyślała,  Ŝe  nietaktem  byłoby  pytać  go  wprost  o  Jancis.  Mógłby  znów  zamknąć 

się w swojej skorupie. Postanowiła więc prowadzić rozmowę delikatniej.  

background image

– Proszę mi opowiedzieć, jak pan zaczął pisać piosenki? Chyba trudno jest rozpocząć taką 

karierę? 

–  Myślę,  Ŝe  miałem  szczęście.  Pisałem  dla  zespołu  w  moim  mieście.  Wysłali  płytę  jako 

ofertę  do  firmy  nagraniowej  i  skończyło  się  to  kontraktem.  Mieli  dobrego  menedŜera  i 

znakomitą reklamę, w końcu więc dostali się na listę przebojów. Moje piosenki podobały się 

teŜ  innym  zespołom.  Przez  kilka  lat  dostawałem  tyle  zamówień,  Ŝe  z  trudem  mogłem  im 

podołać. Potem poznałem Jancis.  

Tym  razem  jakby  z  większą  łatwością  wypowiedział  jej  imię.  Potrwało  jednak  chwilę, 

zanim zaczął opowiadać dalej.  

–  Miała  dobry  głos,  głęboki,  o  szerokiej  skali.  I,  co  równie  waŜne,  po  prostu  miała 

wyczucie. Potrzebowała jeszcze wiele się nauczyć, ale była juŜ profesjonalistką. Wiedziałem, 

Ŝ

e umiejętnie poprowadzona, zrobi olśniewającą karierę.  

–  Niewątpliwie  to  jej  się  udało.  Była  jedną  z  najpopularniejszych  piosenkarek. 

Tworzyliście idealną parę. Jakbyście byli dla siebie stworzeni.  

–  Owszem  –  przytaknął  cynicznie.  –  Przynajmniej  ja  dla  niej.  Po  to,  by  zaspokajać  jej 

potrzeby.  Pisałem  piosenki,  zawsze  byłem  na  zawołanie,  a  kiedy  tego  chciała,  tuliłem  ją  w 

łóŜku.  

Rose usiłowała zachować spokojny wyraz twarzy.  

– Nie wydaje się pani specjalnie poruszona. – Nathan popatrzył na nią, robiąc zdziwioną 

minę.  

– Poruszona? Sądzi pan, Ŝe wyobraŜałam sobie wasz związek jako czysto platoniczny? 

– Nie był platoniczny. Ale był w duŜym stopniu jednostronny.  

Nalał sobie whisky i szybko wypił. Tym razem Rose rozsądnie go nie powstrzymywała. 

PrzecieŜ  jeŜeli  zacznie  trzeźwieć,  moŜe  przestać  mówić,  a  tak  bardzo  zapragnęła  nagle 

dowiedzieć się jak najwięcej o nim i Jancis.  

– Jednostronny? To znaczy, Ŝe...  

–  To  tylko  ja  miałem  fioła  na  jej  punkcie  –  powiedział  szorstko.  –  To  ja  zjawiałem  się, 

kiedy  tylko  zadzwoniła,  trzymałem  się  na  uboczu,  kiedy  mnie  nie  chciała,  i  tak  urządzałem 

swoje Ŝycie, Ŝeby dopasować się do niej. Zawsze była opanowana i nigdy nie traciła kontroli. 

A ja coraz bardziej zaczynałem nienawidzić tego, Ŝe nie panuję nad niczym.  

Rose patrzyła na niego z rosnącym zdumieniem.  

– Nie umiem wyobrazić sobie pana w tej roli – powiedziała w końcu.  

– Nikt nie potrafi sobie tego wyobrazić, póki sam czegoś podobnego nie przeŜyje. Nigdy 

nie  myślałem,  Ŝe  mogę  popaść  w  takie  uzaleŜnienie  –  powiedział  z  goryczą.  –  Ale  ona 

wiedziała  doskonale,  jak  podsycać  tę  moją  obsesję.  Kiedy  wyczuwała,  Ŝe  jestem  juŜ  tak 

sfrustrowany,  Ŝe  mogę  wybuchnąć  czy  odejść,  znów  zapraszała  mnie  na  pewien  czas  do 

łóŜka.  Nie  sądzę,  Ŝeby  naprawdę  lubiła  ze  mną  sypiać.  Seks  chyba  w  ogóle  nie  był  jej 

specjalnie potrzebny. Ale to stanowiło dla mnie jakby jeszcze większe wyzwanie. Chciałem, 

Ŝ

eby  polubiła  seks.  Ponawiałem  próby  myśląc,  Ŝe  uda  mi  się  wreszcie  wydobyć  z  niej  taką 

reakcję, jakiej pragnąłem. śe kolejne zbliŜenie da jej tyle, ile dawało mnie.  

Ponownie się napił, jakby chcąc stłumić wspomnienia. Rose zagryzła wargi. Idąc tu dziś 

background image

rano, nie spodziewała się, Ŝe usłyszy coś podobnego. To wszystko było  takie osobiste, takie 

prywatne.  Nathan  odkrywał  przed  nią  ciemniejszą  stronę  swojego  Ŝycia,  swoje  poraŜki  i 

najbardziej intymne wspomnienia. Nie wiedziała, dlaczego to robi.  

– Jak długo to trwało? – spytała stłumionym głosem.  

–  Od  dnia,  kiedy  się  poznaliśmy,  do  dnia  rozstania.  Prawie  dwa  lata.  Większość 

obsesyjnych  związków  wypala  się  po  kilku  miesiącach.  Mój  pewnie  był  głębszy,  więc 

wypalał się dłuŜej.  

– Kto w końcu odszedł? – spytała, nie wiedząc, dlaczego nagle stało się to dla niej bardzo 

waŜne.  

– Pan czy Jancis? 

–  Ja.  ChociaŜ  ona  przyjęła  to  chyba  nawet  z  ulgą.  Nie  zatrzymywała  mnie.  Osiągnęła 

szczyt kariery i juŜ mnie nie potrzebowała. Dookoła pełno było innych, którzy pisali piosenki. 

Z jej punktu widzenia mógł mnie zastąpić ktoś inny.  

– Dokąd pan pojechał? Co pan zrobił? 

– Co zrobiłem? – powtórzył. – Nic nie zrobiłem. Miałem dość uskładanych pieniędzy, a 

nowe  napływały  z  tantiem.  Dokąd  pojechałem?  Za  granicę  na  pewien  czas.  Właściwie  na 

kilka miesięcy. Po prostu jeździłem, nie zatrzymując się nigdzie na długo. W końcu zmęczyło 

mnie to Ŝycie na walizkach i postanowiłem wrócić do domu. Chciałem jednak Ŝyć gdzieś na 

uboczu. Gdzieś, gdzie Jancis nie mogłaby mnie znaleźć, gdyby kiedykolwiek próbowała. No i 

pośrednik zaproponował mi ten dom.  

–  Myślę,  Ŝe  chciał  pan  teŜ  schować  się  przed  dziennikarzami  –  powiedziała  powoli.  – 

Pewnie na pana polowali po waszym rozstaniu. Nawet w Ameryce gazety sporo o tym pisały. 

Nie czytałam tego jednak.  

–  To  ja  postanowiłem  odejść,  ale  Jancis  rozgłaszała  wokół,  Ŝe  to  ona  zdecydowała  o 

rozstaniu.  Opowiadała  teŜ  prasie  duŜo  innych  rzeczy.  Robiła  aluzje  do  problemów 

finansowych,  sugerowała  nawet  oszustwo.  Podała  prasie  brukowej  wiele  intymnych 

szczegółów  naszego  Ŝycia.  A  resztę  wymyślili  dziennikarze.  Jak  na  tak  zimną  i  opanowaną 

damę – dokończył – Jancis za bardzo lubi rozgłos.  

–  A  co  się  z  nią  stało?  –  spytała  Rose.  –  To  znaczy,  jak  jej  się  powodzi?  Niestety  nie 

ś

ledzę tego, co się aktualnie dzieje w muzyce estradowej.  

–  Nie  jest  juŜ  na  szczycie  –  rzucił  krótko.  –  Rozgłos  związany  z  naszym  rozstaniem 

pomagał  jej  jeszcze  przez  pewien  czas  utrzymać  się  na  samej  górze,  ale  potem  nie  miała 

dobrych piosenek, które by pasowały do jej stylu. Nie takie to proste, jak myślała. – W głosie 

Nathana zabrzmiała ponura satysfakcja.  

–  Dlatego  nadal  się  pan  tu  ukrywa?  Sądzi  pan,  Ŝe  Jancis  Kendall  zechce  pana  kiedyś 

odnaleźć? 

– Nie mnie, lecz moje piosenki. Zrobi wszystko, Ŝeby je dostać.  

– Boi się pan, Ŝe będzie chciała wskrzesić wasz związek? śe zadzwoni, a pan pobiegnie 

do niej jak dawniej? 

–  Nigdy  juŜ  nie  pobiegnę  na  skinienie  tej  suki!  JuŜ  się  od  niej  uwolniłem.  Sporo  mi  to 

zajęło czasu, aleją z siebie wyrzuciłem.  

background image

Rose spojrzała na prawie pustą butelkę, która stała na pianinie.  

– Bardzo łatwo wpaść z jednego nałogu w drugi – powiedziała z wahaniem.  

– Myśli pani, Ŝe wpadnę w alkoholizm? – Po raz pierwszy kąciki jego ust uniosły się w 

lekkim uśmiechu. – Ze teraz nie potrafię się obyć bez butelki, jak przedtem bez Jancis? 

– Po prostu sporo pan pije – powiedziała, nie całkiem pewna, czy moŜe mówić do niego 

takim tonem.  

–  Czasami  sporo  piję  –  poprawił  ją.  –  Ale  teŜ  całymi  tygodniami  potrafię  nie  tknąć 

alkoholu. Nie jestem alkoholikiem. Wiedziałbym, gdybym nim był.  

Do  diabła,  jeŜeli  potrafię  się  przyznać  do  tego,  Ŝe  byłem  obsesyjnie  uzaleŜniony  od 

Jancis, to przyznanie się do alkoholizmu byłoby igraszką.  

Rose podeszła bliŜej, Ŝeby widzieć wyraźniej jego twarz.  

– Dlaczego opowiedział mi pan o Jancis? – spytała zaintrygowana.  

– Nie wiem. Kiedy pojawiła się tu pani po raz pierwszy, wziąłem panią za intruza. Potem 

stopniowo zacząłem się do pani przyzwyczajać. A wczoraj wieczorem... – Nagle umilkł.  

– Co wczoraj wieczorem? 

– Mówiłem sobie, Ŝe mnie pani nie interesuje. śe nie jest w moim typie. I to była prawda. 

A  teraz...  Teraz  nie  jestem  juŜ  tego  taki  pewien.  –  Uśmiech  na  jego  ustach  stał  się  o  wiele 

wyraźniejszy.  –  Chcesz...  moŜe  w  końcu  przejdziemy  na  ty...  chcesz  jeszcze  trochę  zostać, 

Ŝ

eby się przekonać, co z tego wszystkiego będzie? – rzucił Rose wyzwanie, usiłując uchwycić 

jej spojrzenie.  

– Nie wiem.  

Odsunęła się, wytrącona nagle z równowagi. Nigdy ani przez moment nie podejrzewała, 

iŜ wypadki tak się potoczą. I wcale nie była pewna, Ŝe potrafi sprostać tej sytuacji.  

Nathan natychmiast zmienił temat.  

– Czy wiesz, od jak dawna nie tknąłem pianina? 

– Nie.  

– Od półtora roku... od rozstania z Jancis. A dziś rano nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła 

się  w  mojej  głowie  melodia.  Nic  specjalnego,  ale  od  długiego  czasu  to  pierwszy  pomysł  na 

piosenkę.  

– I myślisz, Ŝe to ma coś wspólnego ze mną? 

– Nie mam pojęcia. – Spojrzał na nią. – A tobie jak się wydaje? 

Miała  dość  tej  rozmowy,  nie  umiała  sobie  z  tym  wszystkim  poradzić.  Musi  wiele 

rozwaŜyć, i to z dala od tego męŜczyzny, który celuje w robieniu jej niespodzianek.  

–  Mnie  się  wydaje,  iŜ  mam  tu  jeszcze  duŜo  pracy.  Myślę  teŜ,  Ŝe  moŜe  mimo  wszystko 

będę  wolała  wyjechać  dodała  szczerze.  –  Nie  jestem  przekonana,  Ŝe  chcę  być  czymś  w 

rodzaju remedium na kłopoty.  

– Nie sądzę, Rose, byś potrafiła teraz mnie opuścić. „Jeszcze nie. – Uśmiechnął się i ten 

uśmiech go zdradził. Był jej pewien.  

A najgorsze zaś było to, Ŝe czuła, iŜ on ma rację.  

 

Resztę poranka spędziła w ogrodzie na wyciąganiu rzęsy, która zatkała fontannę, a takŜe 

background image

zarosła  ozdobną  sadzawkę.  Słońce  świeciło  jasno  i  panował  tak  okropny  skwar,  Ŝe  Rose 

szybko się spociła i bardzo zmęczyła.  

Przyszła  tu,  by  na  świeŜym  powietrzu,  z  dala  od  Nathana  przemyśleć  wszystko  to,  co 

niespodzianie opowiedział jej o swoim związku z Jancis Kendall.  

Musiała  przyznać  sama  przed  sobą,  Ŝe  wysłuchiwanie  tych  szczegółowych  zwierzeń  nie 

było  dla  niej  przyjemne.  Nie  chciała  wiedzieć  o  tym,  Ŝe  Nathan  był  w  Jancis  szaleńczo 

zakochany.  Wiele  z  tego,  czego  jej  nie  opowiedział,  mogła  przecieŜ  sobie  łatwo  wyobrazić. 

Kłótnie,  wzajemne  oskarŜenia,  gwałtowne  sceny...  i  Nathan  z  Jancis  w  łóŜku.  On  – 

spragniony miłości i ona – łaskawie przyzwalająca na to, by robił, co chce, zimna lalka.  

AŜ  nią  zatrzęsło.  Przestań  o  tym  myśleć!  –  powtarzała  sobie.  To  juŜ  skończone... 

Powiedział, Ŝe to juŜ skończone.  

Nie  przypuszczała  jednak,  Ŝeby  taki  związek  mógł  się  naprawdę  zakończyć. 

Wspomnienia  będą  zbyt  Ŝywe,  będą  wracały  i  prześladowały.  Nie  da  się  zapomnieć  tak 

intensywnych przeŜyć. KaŜdy inny związek musi wydać się nudny i bez znaczenia.  

Wyciągnęła  resztki  rzęsy  z  sadzawki  i  wrzuciła  do  taczki.  Prostując  się,  pocierała 

zesztywniałe plecy. Miała ubłocone dŜinsy, brudną bluzkę i spływała potem. Nie musiała tyle 

pracować, ale chciała zagłuszyć w sobie sprzeczne uczucia, które nią miotały.  

Kiedy  odwróciła  się,  zamierzając  ruszyć  do  domu  i  wykąpać  się  przed  lunchem, 

zobaczyła Nathana. Stał pośrodku podwórza, jakby czekając na nią.  

Nie zawahała się ani na chwilę. Natychmiast rzuciła się w przeciwnym kierunku i znikła 

mu z pola widzenia. Nie miała pojęcia, dlaczego nagle poczuła, Ŝe nie sprosta temu spotkaniu. 

Nie wiedziała teŜ, dokąd biegnie.  

Oprzytomniała  na  granicy  posiadłości.  Nie  było  tu  ogrodzenia,  lecz  wyznaczał  tę  linię 

cienisty lasek, porastający całą środkową część doliny.  

Przez  lasek  biegła  ścieŜka.  Rose  poszła  nią  przed  siebie,  zaznając  ulgi  w  cieniu  drzew  i 

rozkoszując się ciszą. Słychać było jedynie świergot ptaków i delikatne brzęczenie owadów.  

Ś

cieŜka  wiła  się  aŜ  do  przeciwnego  skraju  lasku,  skąd  roztaczał  się  widok  na  pozostałą 

część doliny. Na zboczach pasły się owce, a dołem płynął strumyk. Rose ruszyła wzdłuŜ jego 

brzegu, znów wystawiona na Ŝar słońca. Prawie nie odczuwała skwaru. Po prostu szła przed 

siebie. Po kwadransie dotarła do końca doliny, z której wyszła nad małą zatoczkę. Przed sobą 

miała morze.  

Nie  zdawała  sobie  dotąd  sprawy,  Ŝe  Lyncombe  Manor  połoŜone  jest  niemal  nad  samym 

morzem.  

Zatoczkę  z  obu  stron  osłaniały  wysokie  skały,  dzięki  czemu  tworzyła  zupełnie 

odosobniony  zakątek.  Morze  zapraszało.  Rose  ruszyła  na  sam  brzeg,  zdejmując  w  biegu 

przepocone, umazane błotem ubranie. Weszła do wody w samych tylko bawełnianych figach.  

AŜ  krzyknęła,  kiedy  zimna  fala  obmyła  jej  gorącą  skórę.  Zanurzała  się  stopniowo,  aŜ  w 

końcu  zaczęła  płynąć.  Poruszała  się  powoli,  zmęczona  porannym  wysiłkiem  i  spacerem. 

PołoŜyła  się  plecami  na  wodzie  i  pozwoliła  unosić  się  falom.  Odpoczynek  ten  przyniósł  jej 

ogromną ulgę. Po pewnym czasie, odświeŜona, zamierzała wrócić na brzeg. Nagle zobaczyła, 

Ŝ

e do zatoczki wchodzi Nathan.  

background image

–  Och,  nie!  –  jęknęła,  cofając  się  na  głębszą  wodę.  Miała  nadzieję,  Ŝe  Nathan  jej  nie 

dostrzegł.  

Widział  ją  jednak  doskonale,  chociaŜ  był  jeszcze  dość  daleko.  Oderwał  od  niej  wzrok 

tylko po to, by zerknąć na ubranie leŜące na brzegu.  

–  Hej!  Chyba  nie  wzięłaś  ręcznika?  –  zawołał.  Rose  popatrzyła  na  niego  niechętnie, 

huśtana przez chłodne fale.  

– Kostiumu teŜ nie wzięłam.  

– To jak zamierzasz się osuszyć? Właściwie to mogłabyś przebiec się nago i wyschnąć na 

słońcu.  

– A ty będziesz stał i patrzył? 

– Nie wyglądasz na jakąś szczególnie nieśmiałą dziewczynę. – Rzucił jej jeden ze swych 

rzadkich uśmiechów.  

–  Ale  nie  jestem  nudystką!  –  Zziębła  juŜ  na  dobre.  –  Czy  mógłbyś  odejść  lub 

przynajmniej się odwrócić? 

– Wolałbym zostać i popatrzeć na ciebie. Lubię patrzeć na ciebie.  

– Co masz na myśli? – Spojrzała na niego ostroŜnie.  

– Często patrzę, jak pracujesz w ogrodzie. Świetnie się ruszasz... Wiedziałaś o tym? Jak 

na wysoką dziewczynę, poruszasz się z duŜym wdziękiem.  

Wyobraziła  sobie,  jak  Nathan,  siedząc  w  mrocznym  domu,  obserwuje  ją,  i  z 

niewiadomego powodu sama myśl o tym wprawiła ją w zakłopotanie. Ale potrząsnęła głową 

– po co teraz o tym myśleć, kiedy ma problem: jak wyjść z wody i się ubrać! 

Dostała  juŜ  gęsiej  skórki,  miała  zupełnie  dosyć  tej  sytuacji,  podniosła  więc  wyzywająco 

głowę, odrzuciła do tyłu mokre włosy i ruszyła do brzegu.  

Zakryła rękami piersi, ale natychmiast pomyślała, Ŝe to bez sensu, skoro tak niewiele ma 

do  ukrycia!  Opuściła  więc  ramiona,  wyprostowała  się  i  pomaszerowała  prosto  tam,  gdzie 

leŜało jej ubranie. Usiadła przy nim, by wyschnąć na słońcu.  

Nathan  usiadł  obok.  Patrzył  na  nią,  ale,  o  dziwo,  nie  wprawiało  jej  to  w  takie 

zakłopotanie,  jak  sobie  wyobraŜała.  Po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  w  obecności  męŜczyzny  nie 

wstydziła się swojego ciała.  

– Miło na ciebie patrzeć – powiedział. – Ani grama tłuszczu.  

–  Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  jestem  chuda?  –  Zrobiło  jej  się  nieprzyjemnie.  –  Mój  ojciec 

zawsze mówi, Ŝe jestem smukła jak źrebak. Długonoga i koścista.  

– Ale to dobrze być szczupłym.  

– Wielu męŜczyzn uwaŜa, Ŝe jestem za chuda – odparła zmieszana. Uderzył bowiem w jej 

czuły punkt.  

– A zwłaszcza jeden? – Spojrzał na nią ostrzej. Zdziwiło ją to, Ŝe natychmiast zrozumiał. 

Ale ociągała się przez chwilę z odpowiedzią.  

– Hm... właściwie to tak.  

– Ktoś szczególny? 

– Tak przez pewien czas myślałam.  

– A gdzie go poznałaś? W Ameryce? 

background image

– Pracował w ambasadzie. Dobrze nam było. Stawaliśmy się sobie coraz bliŜsi.  

Nathan zmarszczył czoło, jak gdyby to napomknienie o innym męŜczyźnie wcale mu się 

nie podobało.  

– A dlaczego nie wyszło? 

– Nie pasowałam do jego wyobraŜenia kobiety idealnej. Nie podobałam mu się taka, jaka 

naprawdę jestem.  

– A o co mu chodziło? 

–  Chciał,  bym  poddała  się  operacji  plastycznej.  Miałam  sobie  powiększyć  piersi  przez 

wstrzyknięcie silikonu! – Parsknęła z odrazą. – Bo dzięki temu stałabym się jakoby bardziej 

kobieca! 

Nathan, oburzony, mruknął coś pod nosem.  

– UwaŜasz, Ŝe miałam rację, Ŝe się nie zgodziłam? 

– UwaŜam, Ŝe ktoś, kto chce zmienić drugiego człowieka choćby tylko o centymetr, musi 

być idiotą – stwierdził lakonicznie.  

Zaskoczył ją taką odpowiedzią. Spojrzała na siebie niezbyt pewnie.  

– Przyznasz chyba, Ŝe nie jestem specjalnie dorodna.  

– I małe moŜe być piękne – odparł głosem, w którym pojawił się nowy ton. – A poza tym 

jesteś bardzo zgrabna.  

Na  twarzy  Rose  wykwitł  rumieniec,  który  wszakŜe  nie  wynikał  ze  zbyt  długiego 

przebywania na słońcu.  

–  Nasza  rozmowa  nabiera  bardzo  osobistego  charakteru  –  zauwaŜyła,  uśmiechając  się  z 

zakłopotaniem.  

– A co w tym złego? – Barwa jego głosu jeszcze bardziej się zmieniła, a z oczu bił nowy 

blask. – Na temat twoich piersi chętnie bym jeszcze chwilę porozmawiał. – Wyciągnął rękę, 

by  delikatnie  dotknąć  jednej  z  nich.  –  Śliczna  –  mruknął.  –  Lubię  cię  dotykać  i  patrzeć  na 

ciebie.  

Jej  teŜ  sprawiało  to  przyjemność.  Palce  miał  ciepłe,  pieściły  ją  łagodnie,  choć  z  wielką 

pewnością, jak gdyby dobrze wiedziały, czego chcą. Rose bezwiednie westchnęła. Jej reakcja 

ogromnie  ucieszyła  Nathana.  Pochylił  głowę  i  wilgotnym  językiem  przemierzał  jej  ciało  w 

ś

lad za palcami.  

Czuła na skórze dotyk jego zmierzwionych włosów. Kiedy na niego spojrzała, ogarnęło ją 

nagle uczucie, które nie miało nic wspólnego z rozkoszą, jaką niosły jego pieszczoty.  

OstroŜnie! – upominała się w duchu. Jeszcze chwila, a trudno ci się będzie wycofać.  

Odsunęła się od niego, choć kosztowało ją to wiele. Nathan wydawał się zawiedziony, ale 

uszanował jej wolę, co przyjęła z uczuciem ulgi. JuŜ nie ponawiał prób, by się do niej zbliŜyć.  

Pośpiesznie wstała z ziemi.  

– Wracam do domu.  

– Pójdę z tobą.  

– Dam sobie radę – mruknęła skonsternowana. – Nie chcesz tu jeszcze trochę zostać? 

– Nie chcę – Uśmiechnął się dziwnie. – W wielu miejscach bywasz sama, a to nie zawsze 

jest rozsądne.  

background image

Pomyślała,  Ŝe  przebywanie  na  ustronnej  plaŜy  z  tym  właśnie  męŜczyzną  teŜ  nie  jest 

rozsądne. Uznała jednak, Ŝe zachowa to dla siebie.  

–  No  cóŜ,  do  Anglii  przyjechałam  zupełnie  sama  i,  jak  dotychczas,  nic  złego  mi  się  nie 

stało.  

Pomijając to wszystko, co zdarzyło się przez ciebie, dodała w duchu.  

–  A  dlaczego  przyjechałaś  sama?  –  spytał  z  zaciekawieniem.  –  Mogłaś  przecieŜ 

przyjechać  z  kimś  znajomym.  A  moŜe  ma  to  coś  wspólnego  z  tym  twoim  facetem  z 

Waszyngtonu? 

– W pewnej mierze – przyznała. – Przez niego czułam się tak, jakbym do niczego się nie 

nadawała, a zarazem wiedziałam, Ŝe to nieprawda. Wybrałam się więc w samotną podróŜ, by 

sobie to poniekąd' udowodnić. Udowodnić, Ŝe potrafię sama dać sobie ze wszystkim radę.  

Uśmiechnął  się  do  niej.  Zawsze  ją  to  rozbrajało.  W  tych  uśmiechach  był  zniewalający 

czar. I zagroŜenie.  

– Czy ja teŜ jestem jednym z problemów, z którymi masz sobie poradzić? 

Nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć,  bo  Ŝadna  odpowiedź  nie  była  dobra.  Nie  odezwała  się 

więc ani słowem i w milczeniu zaczęła strzepywać piach ze swoich rzeczy. NajwyŜszy  czas 

się ubrać.  

– Nie wkładaj tego. Wszystko masz zapiaszczone i brudne. WłóŜ moją koszulę.  

W  mgnieniu  oka  zdjął  ją  i  podał  Rose.  Zawahała  się.  Mieć  na  sobie  coś,  co 

promieniowało jeszcze ciepłem jego ciała? Byłoby w tym chyba coś zbyt intymnego.  

–  Właściwie  to  wcale  nie  muszę  się  ubierać  –  rzuciła  z  zuchwałością,  która  prawie  ją 

przerastała.  –  Mogę  tak  wrócić  do  domu.  Oczywiście,  jeŜeli  tobie  to  nie  przeszkadza  – 

zakończyła tonem o wiele bardziej wyzywającym, niŜby tego chciała.  

– JeŜeli o mnie chodzi, to wręcz przeciwnie. – Oczy znów mu rozbłysły.  – Nie mogę ci 

jednak przyrzec, Ŝe nie wpadniemy na kogoś, kto poczułby się zapewne odrobinę zgorszony. 

W  tej  okolicy  biegnie  sporo  szlaków  turystycznych  i  jest  kilka  schronisk.  Zatoczka  stanowi 

ulubiony cel spacerów.  

Zrozumiała,  o  co  chodzi,  chwyciła  więc  jego  koszulę  i  włoŜyła  na  siebie.  Było  to 

naprawdę  niepokojące.  Kiedy  szli  w  gorącym  słońcu,  myślała  o  tym,  Ŝe  dobrze  by  zrobiła 

wyjeŜdŜając  stąd,  zanim  za  sprawą  Nathana  Haywarda  w  jej  uczuciach  zapanuje  absolutny 

zamęt.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Rose,  oczywiście,  nie  wyjechała.  Uwielbiała  Lyncombe  Manor.  Ilekroć  wchodziła  do 

tego domu, rzucał on na nią jakby nowy czar.  

A Nathan  Hayward? – pytała sama siebie z niepokojem. Czyjego urokowi takŜe zaczęła 

się poddawać? 

Z  pewnością  nie,  odpowiadała  sobie  stanowczo.  Po  prostu  trochę  się  zadurzyła.  Nigdy 

nikogo takiego nie znała.  

Czuła  jednak,  Ŝe  musi  oderwać  się  na  chwilę  i  od  tego  domu,  i  od  Nathana.  Choćby  na 

kilka godzin, które pomogłyby jej ustawić sobie wszystko we właściwej perspektywie.  

Nie spodziewała się, by Nathan robił jej jakieś wymówki, kiedy zauwaŜy, Ŝe wzięła sobie 

wolne  popołudnie.  Przez  kilka  ostatnich  dni  pracowała  prawie  bez  przerwy.  A  gdyby  nawet 

był temu przeciwny, ona i tak musi wydostać się stąd na trochę.  

Jej  samochód  stał  w  cieniu,  lecz  mimo  to  był  nagrzany  nie  do  wytrzymania.  Opuściła 

szyby,  uruchomiła  silnik  i  ruszyła.  Nie  bardzo  wiedziała,  dokąd  jechać,  ale  odruchowo 

skierowała się w stronę morza. Miała nadzieję, Ŝe tam będzie chłodniej.  

Zajechała  do  małego  nadmorskiego  miasteczka,  zaparkowała  pośród  wielu  innych 

samochodów i poszła na plaŜę. Roiło się na niej od dzieci korzystających z pięknej pogody. 

Biegały  poubierane  w  kostiumy  kąpielowe,  wrzeszczały,  wymachiwały  wiaderkami  i 

łopatkami, lizały lody kapiące im po rękach. Dorośli leŜeli plackiem na gorącym piasku, zbyt 

otępiali, by wykonać choćby najmniejszy ruch.  

Rose opalała się przez chwilę w nieco mniej zatłoczonym miejscu, ale jakiś wewnętrzny 

niepokój i stamtąd szybko ją wygonił. Zebrała rzeczy i ruszyła w stronę deptaka. Zamierzała 

rozejrzeć się po sklepach.  

W  połowie  uliczki  natknęła  się  na  salon  muzyczny.  Przystanęła  przed  wystawą  i  niemal 

bezwiednie  weszła  do  środka.  Kasety  ułoŜone  były  w  porządku  alfabetycznym,  łatwo  więc 

odnalazła literę K . Przebiegła wzrokiem nazwiska i znalazła trzy kasety z piosenkami Jancis 

Kendall. Wyciągnęła rękę, zawahała sie, po czym stanowczym ruchem wyjęła z szeregu jedną 

z nich.  

Po chwili jednak poŜałowała, Ŝe w ogóle weszła do tego sklepu. Na kasecie bowiem było 

fascynujące  zdjęcie  Jancis.  Doskonały  owal  twarzy,  gęste  jasne  włosy  –  tak  jasne,  Ŝe 

wydawały się niemal białe – i zimne niebieskie oczy.  

Była  to  twarz,  której  nie  moŜna  było  łatwo  zapomnieć.  Rose  wiedziała,  Ŝe  Nathan  na 

pewno jej nie zapomniał. Podeszła do lady i zapłaciła za kasetę.  

W  samochodzie  wyjęła  ją  i  zaczęła  czytać  listę  utworów.  Pod  spodem  było  napisane: 

„Autorem wszystkich piosenek jest Nathan Hayward”.  

Przez  długą  chwilę  wpatrywała  się  w  to  proste  zdanie.  Wiedzieć,  Ŝe  napisał  wszystkie 

piosenki, jakie wykonywała Jancis, to jedno. A widzieć to napisane czarno na białym – to coś 

zupełnie innego. Zobaczyła Nathan a w nowym świetle. JuŜ nie jako kogoś, kto zamknął ją w 

piwnicy,  kłócił  się  z  nią,  a  potem  nagle  chciał  się  z  nią  całować.  Zobaczyła  go  jako 

background image

nieznajomego,  który  pisał  piosenki  śpiewane  na  całym  świecie,  męŜczyznę  do  szaleństwa 

zakochanego w ich wykonawczyni.  

Poczuła, Ŝe to wszystko ją rozstraja, chociaŜ nie bardzo chciała się do tego przyznać. Do 

tej  pory  udawało  jej  się  zagłuszyć  w  sobie  myśli  o  minionym  etapie  Ŝycia  Nathana.  A 

przynajmniej zepchnąć je gdzieś na margines. Lecz ta kaseta była faktem, który przywoływał 

ją  do  rzeczywistości.  Stanowiła  dowód,  Ŝe  Nathan  i  Jancis  byli  ze  sobą  związani.  Rose 

zmarszczyła czoło i rzuciła kasetę na półeczkę pod deską rozdzielczą, Ŝeby na nią nie patrzeć. 

Ale  wracając  do  Lyncombe  Manor,  nie  potrafiła  przestać  o  niej  myśleć.  Kiedy  w  końcu 

zatrzymała się przed domem, wzięła kasetę i schowała ją do kieszeni dŜinsów.  

Idąc  do  kuchni,  z  ulgą  stwierdziła,  Ŝe  Nathana  nie  ma  w  pobliŜu.  Przyrządziła  sobie 

sałatę, pozmywała naczynia i ruszyła do małego saloniku w tylnej części domu. Zapamiętała, 

Ŝ

e tam, na biurku, stał mały przenośny magnetofon.  

I  rzeczywiście.  Teraz  juŜ  nic  nie  mogło  jej  powstrzymać  od  wysłuchania  taśmy,  choć 

czuła się nieswojo.  

Nie  potrafiła  jej  słuchać  siedząc,  krąŜyła  więc  niespokojnie  po  pokoju,  a  głęboki, 

wyrazisty głos Jancis Kendall przenikał ją na wskroś.  

Kiedy skończyła się pierwsza strona kasety, Rose miała bardzo głupie uczucie. Niektóre 

piosenki  znała,  innych  nie,  ale  wszystkie  boleśnie  ją  dotykały.  Mimo  to  drŜącą  ręką 

przełoŜyła kasetę na drugą stronę.  

I  znów  głos  Jancis  Kendall  wypełnił  pokój.  Rose  wyobraziła  sobie  jej  twarz  o  niemal 

idealnych  rysach  i  lśniące,  jasne  włosy.  Ta  dziewczyna  chyba  w  istocie  miała  wszystko... 

wszystko prócz duszy.  

Rose  przymknęła  oczy.  Frazy  napisane  przez  Nathana  rozbrzmiewały  niskim  głosem  o 

wspaniałej skali. Poczuła, Ŝe ściskają w gardle, Ŝe musi wyłączyć magnetofon. JuŜ miała się 

podnieść,  by  to  zrobić,  gdy  drzwi  otworzyły  się  nagle  z  takim  impetem,  Ŝe  o  mało  nie 

wypadły z zawiasów. Do pokoju wpadł Nathan.  

Podskoczyła przeraŜona. A kiedy zobaczyła wyraz jego twarzy, serce jej zamarło.  

– Skąd, do diabła, masz tę taśmę? – wrzasnął. Nie była w stanie odpowiedzieć, bo zaschło 

jej  w  gardle.  Wydobyła  z  siebie  jakiś  nieartykułowany  dźwięk,  co  tylko  doprowadziło 

Nathana do jeszcze większej furii. Chwycił ją za ramiona.  

– Skąd to masz? – wrzasnął po raz drugi, potrząsając nią mocno.  

Udało jej się jakoś odzyskać głos.  

– Ku... kupiłam – wydusiła z siebie.  

Zdjął ręce z jej ramion i zamierzył się, jakby chciał ją uderzyć, ale nagle zrezygnował.  

– Dlaczego to zrobiłaś? – ryknął na nią.  

Rose  cofnęła  się  odruchowo  i  skurczyła  w  sobie.  Po  chwili  jednak  odzyskała  trochę 

pewności siebie i odparła jego okrutne spojrzenie.  

– Wydaję pieniądze, na co mi się podoba! Nie muszę cię prosić o pozwolenie.  

– Zgoda. Ale powinnaś mnie zapytać, czy wolno ci puszczać tę taśmę w moim domu.  

– A gdybym spytała? 

– Odpowiedziałbym, Ŝe nie! 

background image

– Dlaczego? Bo nie chcesz słuchać swojej muzyki? Czy moŜe nie potrafisz znieść głosu 

Jancis Kendall? 

Sama była zdumiona, Ŝe zdobyła się na powiedzenie mu tego, i juŜ po chwili Ŝałowała, Ŝe 

tak się stało. Usta Nathana wykrzywił gniewny grymas, a jego oczy pociemniały z furii.  

– Nie muszę się przed tobą usprawiedliwiać i nie muszę słuchać tych bzdur! 

Chwycił magnetofon i wyrzucił go przez okno.  

Powoli, na trzęsących się nogach, Rose wyszła z pokoju. Dom wydawał się pusty, cichy i 

dziwnie spokojny. Jak gdyby ta krótka, gwałtowna scena między nimi nigdy się nie rozegrała. 

Złakniona  świeŜego  powietrza,  Rose  usiadła  przed  domem.  Słońce  juŜ  zachodziło,  ale  nadal 

było gorąco i parno. Poczuła, Ŝe zaczyna ją boleć głowa. Potarła skronie i czoło – pulsował w 

nich ból.  

– Hm, nic dziwnego – mruknęła do siebie. – Co za dzień! 

Opuściła ręce na kolana i wdychała wonne powietrze. Zaczynało zmierzchać i wszystkie 

odmiany róŜ pachniały odurzająco. Ogarnął ją błogi nastrój, lecz nie miało to trwać długo. Na 

ławce obok niej usiadł Nathan. Zamarła w napięciu.  

– Powinienem cię chyba przeprosić – powiedział oschle.  

–  Skoro  tak  uwaŜasz.  To  przecieŜ  twój  dom.  I  jeŜeli  przyjdzie  ci  ochota  wyrzucić 

magnetofon przez okno, masz prawo to zrobić.  

Wiedziała, Ŝe Nathan patrzy na nią. Nie chciała, aby ich spojrzenia się spotkały, patrzyła 

więc przed siebie.  

– Jesteś niezwykłą dziewczyną, Rose. KaŜda inna dawno spakowałaby manatki.  

–  Myślałam  o  tym  i  chciałam  się  juŜ  wynieść,  lecz  doszłam  do  wniosku,  Ŝe  właściwie 

dlaczego mam stąd wyjeŜdŜać, skoro cały problem polega na tym, Ŝe to ty  nie potrafisz nad 

sobą panować.  

– MoŜesz mi wierzyć lub nie, ale od kiedy tutaj zamieszkałem, nieczęsto zdarzało mi się 

stracić panowanie nad sobą. Niestety, zawsze miało to miejsce w twojej obecności. A moŜe – 

dodał z namysłem – dzieje się tak właśnie przez ciebie? 

– Co za idiotyzm! 

–  Tak  sądzisz?  –  Wzruszył  ramionami.  –  Nie  wiem.  Od  twojego  przyjazdu  wszystko 

radykalnie się zmieniło. MoŜe to i zbieg okoliczności... ale chyba nie.  

–  Co  mam  więc  zrobić?  –  spytała  cicho,  spoglądając  na  niego.  –  Chcesz,  Ŝebym 

wyjechała? 

– Tego nie powiedziałem – odparł spokojnie.  

– Nie chciałem nawet powiedzieć, Ŝe te zmiany mi nie odpowiadają. Rzeczywiście często 

tracę nad sobą panowanie, ale przynajmniej czuję, Ŝe Ŝyję.  

Rose trudno było zrozumieć, Ŝe po tej gwałtownej scenie nagle prowadzi z Nathanem tak 

przyjazną rozmowę.  

– Dlaczego nie byłeś taki rozsądny, kiedy usłyszałeś taśmę? – spytała, marszcząc brwi. – 

Mogłeś po prostu poprosić mnie, bym ją wyłączyła. Nie trzeba było koniecznie wyrzucać jej 

przez okno! 

–  Zrozum,  kiedy  usłyszałem  ten  głos,  coś  się  we  mnie  załamało.  Jancis  nigdy  w  Ŝaden 

background image

sposób  nie  tknęła  tego  domu.  I  chciałem,  Ŝeby  tak  pozostało.  Muszę  mieszkać  w  miejscu 

wolnym od jej obecności.  

– Nie moŜesz przecieŜ unikać tej kobiety przez resztę swego Ŝycia.  

– Wcale nie mam takiego zamiaru. Ale wara jej od tego domu! 

Słowa  Nathana  bynajmniej  nie  przekonały  Rose.  Gdyby  naprawdę  minęła  mu  szaleńcza 

miłość do Jancis, nie reagowałby tak ostro na dźwięk jej głosu.  

Nagle temat Jancis Kendall stał się dla Rose nie do zniesienia. Wolałaby nigdy więcej o 

niej nie słyszeć.  

–  Boli  mnie  głowa  –  powiedziała,  pocierając  czoło.  –  Wezmę  aspirynę  i  połoŜę  się  do 

łóŜka. – Pomyślała, Ŝe moŜe będzie chciał ją jeszcze na chwilkę zatrzymać, ale kiedy wstała, 

nawet na nią nie spojrzał. – Dobranoc – mruknęła.  

–  Dobranoc...  Rose  –  odparł  nieprzytomnie,  jak  gdyby  był  myślami  zupełnie  gdzie 

indziej.  

Uciekła  do  swojego  pokoju,  połknęła  aspirynę  i  wskoczyła  do  łóŜka.  Chciała  poleŜeć 

przez  chwilę  z  zamkniętymi  oczami,  a  potem  zrobić  sobie  długą,  odpręŜającą  kąpiel,  ale 

natychmiast twardo zasnęła i obudziła się dopiero rano.  

Po nocy spędzonej w ubraniu czuła się cała lepka od potu. Jak na tak wczesną porę było 

juŜ  niezwykle  gorąco,  słońce  świeciło  oślepiającym  blaskiem.  Rose  rozebrała  się,  zrobiła 

sobie  chłodną  kąpiel  i  poczuła  się  odświeŜona.  WłoŜyła  szorty  i  najcieńszą  z  bawełnianych 

bluzek, po czym zeszła na dół. Zamierzała zjeść szybko śniadanie i ruszyć do pracy.  

Wybrała zacienioną część ogrodu w pobliŜu stawu. Ale nawet tam parne powietrze jakby 

stało.  Lubiła  słoneczną  pogodę,  lecz  teraz  miała  juŜ  dość  upału.  Marzyła,  by  na  niebie 

pojawiła się choć jedna chmura.  

Kiedy  wróciła  na  lunch,  nigdzie  nie  było  śladu  Nathana.  Pomyślała  więc,  Ŝe  albo 

wyszedł, albo jest gdzieś w drugiej części domu. To jej odpowiadało. Po dramatycznej scenie, 

jaka rozegrała się między nimi poprzedniego wieczoru, wolała pobyć trochę sama. Być moŜe 

dotychczas  Ŝyła  jakby  pod  kloszem,  ale  z  całą  pewnością  nie  przywykła  do  ludzi,  którzy 

wyrzucają rzeczy przez okno! 

Po lunchu zrobiło się juŜ tak gorąco, Ŝe nie sposób było pracować nawet w cieniu. Rose 

wróciła więc do domu i w jednym z saloników postanowiła napisać list do rodziców. JuŜ raz 

pisała stąd do nich, by dać znać, gdzie jest i co robi. Teraz zorientowała się, Ŝe mimowolnie 

pisze im bardzo duŜo o Nathanie. Wreszcie, na samym końcu, wyliczyła wszystkie powody, 

dla których jej zdaniem nie powinna jeszcze wyjeŜdŜać z  Lyncombe Manor. Pominęła tylko 

jeden, ten najistotniejszy: Ŝe nie chce się rozstawać z Nathanem Haywardem.  

Skończyła pisać i westchnęła głęboko, a następnie podarła list na kawałki. Czegoś takiego 

nie  wolno  jej  było  wysłać.  Zamartwią  się  przecieŜ  na  śmierć!  Sama  się  przeraziła,  kiedy 

uświadomiła sobie, do ilu rzeczy przyznała się w tym przelanym na papier wyznaniu.  

Zabrała się do pisania kolejnego listu, tym razem w zupełnie innym tonie. Miał być lekki, 

pełen swady i zabawny. O Nathanie ledwie wspomniała.  

Ale  i  ten  list  chciała  podrzeć.  W  końcu  jednak  wsunęła  go  do  koperty.  Niech  rodzice 

przeczytają przynajmniej taką relację.  

background image

Zerknęła  przez  okno.  No,  zapowiadało  się,  Ŝe  to  juŜ  koniec  fali  upałów.  Na  horyzoncie 

zbierały się wielkie, cięŜkie chmury. Panowała cisza, jaka zwykle poprzedza burzę.  

Ciągle  było  zbyt  gorąco,  by  zabrać  się  do  pracy.  Rose  postanowiła  znów wziąć  chłodną 

kąpiel, bo nawet włosy lepiły jej się od potu.  

W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Nathan.  

– Szukałem cię – powiedział bez Ŝadnych wstępów. – Umiesz śpiewać? 

– Śpiewać? – powtórzyła ze zdumieniem. – Chyba nie bardzo.  

– Na pewno umiesz. KaŜdy to potrafi. Chodź ze mną – rozkazał i wyszedł z pokoju, nie 

oglądając się nawet.  

Rose westchnęła z rezygnacją i podreptała za nim posłusznie. Prowadził ją do pokoju, w 

którym stało pianino. Usiadł na taborecie, przesunął dłońmi po klawiaturze i spojrzał na Rose.  

– Potrafisz czytać nuty? 

– Nie – odparła szybko.  

Chrząknął, poirytowany, i rzucił w nią kartką papieru.  

–  Przeczytaj  więc  tylko  słowa.  Zagram  kilka  razy  parę  pierwszych  taktów,  aŜ  złapiesz 

melodię.  

Zaczął grać, a ona usiłowała dopasować słowa do muzyki. W końcu uznała, Ŝe to o wiele 

łatwiejsze,  niŜ  sądziła.  A.  piosenka,  choć  prosta,  miała  ten  niepowtarzalny  urok,  który 

cechował  wszystkie  utwory  Nathana.  Obdarzona  była  subtelną  linią  melodyczną,  pełną 

niepospolitych przejść.  

– Chwyciłaś juŜ, o co chodzi? – spytał, kiedy skończył grać po raz trzeci.  

– Chyba tak – odparła niepewnie. – Ale przecieŜ mógłbyś to sobie sam zaśpiewać. Ja nie 

bardzo się nadaję.  

– To jest napisane na głos kobiecy – powiedział, zniecierpliwiony. – A oprócz ciebie nie 

ma tu innej kobiety. – Zagrał znowu pierwsze takty. – No, spróbujmy.  

Zaśpiewała pierwszą linijkę, ale sama wiedziała, Ŝe zabrzmiało to okropnie.  

– Śpiewasz za wysoko. – Ściągnął brwi. – Zacznij niŜej.  

– Ale ja nie mogę śpiewać niŜej.  

– No to ja zmienię tonację – mruknął rozdraŜniony.  

Spróbowali ponownie, ale i tym razem nic z tego nie wyszło.  

– Mówiłam ci, Ŝe nie potrafię śpiewać – broniła się Rose.  

– Bo się nie starasz. Wydaje mi się, Ŝe gdybyś tylko chciała, potrafiłabyś zaśpiewać niŜej. 

Wróćmy jeszcze raz do właściwej tonacji.  

Rose jednak zupełnie nie potrafiła sobie poradzić z niskimi tonami i w połowie piosenki 

zniecierpliwiony Nathan uderzył ze złością w klawiaturę.  

– Nie, nie i jeszcze raz nie! To powinno brzmieć tak, posłuchaj! 

I  zaczął  sam  śpiewać.  Wówczas,  mimo  nieznośnego  upału  panującego  w  pokoju,  Rose 

zrobiło  się  nagle  zimno.  Zrozumiała,  Ŝe  Nathan  usiłował  ją  skłonić  do  naśladowania 

konkretnej osoby.  

–  Dlaczego  to  robisz?  –  spytała  z  wyrzutem  i  rzuciła  na  podłogę  kartkę  z  tekstem 

piosenki. – PrzecieŜ to ty twierdziłeś, Ŝe ona nie ma prawa wstępu do tego domu! 

background image

Spojrzał na nią obojętnym wzrokiem.  

– O czym ty, na Boga, mówisz? 

–  Nawet  nie  zdajesz  sobie  sprawy  z  tego,  Ŝe  to  robisz?  –  Potrząsnęła  głową  z 

niedowierzaniem.  

– A niby co ja takiego robię? 

– Usiłujesz zrobić ze mnie drugą Jancis Kendall! Nie uda ci się. Nie da rady. Nie jestem 

do niej podobna, nie śpiewam jak ona i, do diabła, nie chcę nią być! Pisz sobie dalej piosenki 

dla  niej,  jeŜeli  nie  potrafisz  bez  tego  Ŝyć,  ale  nigdy  mnie  nie  proś,  Ŝebym  ,  je  śpiewała.  To 

twoja obsesja, nie moja! 

Patrzył  na  nią  z  wahaniem,  a  potem  ogarnęła  go  wściekłość.  Lecz  zanim  zdąŜył  coś 

powiedzieć,  Rose  wybiegła  z  pokoju,  trzaskając  drzwiami.  Przebiegła  przez  cały  dom  i 

wypadła do ogrodu, Ŝeby Nathan nie mógł jej znaleźć, gdyby przypadkiem chciał ją dogonić.  

Słońce zniknęło za ogromnymi czarnymi chmurami. Niebo wyglądało złowieszczo. Rose 

jednak nie zwracała uwagi na pogodę. Chciała biec i biec coraz dalej, by pozostawić za sobą 

obraz kobiety, której nigdy nie widziała, a która stawała się koszmarem jej Ŝycia.  

Pierwsze wielkie krople deszczu spadły, kiedy obiegała staw, zmierzając w stronę dolnej 

części ogrodu.  

RozłoŜyste gałęzie czerwonego buku mogły jej uŜyczyć schronienia, ale nie skorzystała z 

tego.  Deszcz  nagle  ustał,  lecz  po  chwili  lunęło  jak  z  cebra.  Ostra  błyskawica  przecięła 

pociemniałe  niebo.  Potem  rozległ  się  grzmot,  który  przetaczał  się  długo,  jakby  ostrzegając 

przed  jeszcze  gwałtowniejszym  natarciem  nawałnicy.  Rose  jednak  nie  bała  się  burzy. 

Uciekała przed czymś zupełnie innym.  

Napływało  coraz  więcej  czarnych  chmur,  deszcz  przemienił  się  w  szalejącą  ulewę.  W 

sekundę Rose była cała mokra. Lecz nawet przez chwilę nie pomyślała o powrocie do domu. 

Szła po omacku, szukając ścieŜki prowadzącej do ustronnej zatoczki.  

Nagle ktoś chwycił ją gwałtownie za ramię i obrócił do siebie. Był to Nathan. Stał przed 

nią, oddychając cięŜko, podobnie jak ona przemoknięty do suchej nitki.  

– Dokąd ty się, u diabła, wybierasz? 

–  Nie  twoja  sprawa!  –  odkrzyknęła.  –  Chodzę,  gdzie  mi  się  podoba.  A  nie  mam 

najmniejszej ochoty ani na twoje towarzystwo, ani na siedzenie w twoim domu.  

– Przez tę piosenkę? 

– Tak, przez tę piosenkę. I dlatego, Ŝe kazałeś mi ją śpiewać w taki sposób.  

– Nie napisałem jej dla Jancis. – Potrząsnął nią, zirytowany. – I wcale nie chciałem, Ŝebyś 

ś

piewała tak jak ona.  

Rose  rzuciła  mu  gniewne  spojrzenie,  pocieszając  się,  Ŝe  w  strugach  deszczu  Nathan  nie 

dostrzeŜe łez w jej oczach.  

–  Oczywiście,  Ŝe  łatwo  ci  przyszło  mnie  w  to  wmanewrować!  Kiedy  śpiewałam,  przez 

cały  czas  słyszałam  jej  głos.  Ta  piosenka  była  dokładnie  taka  sama  jak  wszystkie,  które  dla 

niej pisałeś.  

Nathan niecierpliwym gestem odgarnął mokre włosy z oczu.  

– Nie mogę nagle pisać w innym stylu tylko dlatego, Ŝe Jancis przestała dla mnie istnieć. 

background image

Kiedy siadam do pianina, mam w głowie melodię, którą zapisuję tak, jak ją słyszę. Jest to po 

prostu moja muzyka. Rozumiesz? – Potrząsnął dziewczyną jeszcze raz, ale nie odpowiedziała 

ani  słowem.  –  Nie  potrafię  zmienić  stylu  –  powtórzył.  –  Ale  pisząc,  wcale  nie  myślę  o 

Jancis... JuŜ o niej nie myślę! I tę nową piosenkę naprawdę nie dla niej napisałem.  

Rose  prawie  go  nie  słuchała.  Imię  tej  kobiety  paraliŜowało  jej  myśli  i  uniemoŜliwiało 

przyjęcie jakichkolwiek wyjaśnień.  

– Naprawdę wszystko mi jedno, dla kogo piszesz piosenki – powiedziała wreszcie. – I daj 

mi spokój! Chcę stąd iść. – Spróbowała wyrwać rękę z jego uścisku, ale Nathan przytrzymał 

ją mocniej.  

– Nie moŜesz biegać po deszczu! – wrzasnął. – Jesteś cała mokra.  

– NiewaŜne. Zostaw mnie. Nic mi nie jest.  

–  Gdyby  ci  nic  nie  było,  nie  strzeliłoby  ci  do  głowy  uciekać  nie  wiadomo  gdzie  w  taką 

ulewę. Zabieram cię do domu! 

– Nie chcę! 

Najwyraźniej nic sobie nie robił z jej protestów, bo tylko chwycił ją mocno i ciągnął do 

domu.  

Oślepiające  błyskawice  przeszywały  niebo,  grzmiało  coraz  bliŜej.  Mimo  Ŝe  był  dzień, 

zrobiło  się  mroczno  jak  o  zmierzchu.  Czarne  chmury  przetaczały  się  cięŜko  po  niebie.  Co 

pewien  czas  w  świetle  błyskawic  Rose  widziała  twarz  Nathana  i  wówczas  czuła  dreszcze. 

Wydawał jej się niemal obcy. Twarz miał ściągniętą, usta wykrzywione.  

W  końcu  przecieŜ jest  dla  mnie  obcy,  myślała  w  zapamiętaniu...  choć  dobrze  wiedziała, 

Ŝ

e  to  nieprawda.  Od  samego  początku  wyczuwała  w  nim  przecieŜ  coś  znajomego.  Coś,  co 

kazało  jej  zostać,  choć  była  przekonana,  Ŝe  powinna  uciekać;  coś,  co  sprawiało,  Ŝe  tak 

naprawdę wcale się nie bała, nawet teraz, choć nigdy jeszcze nie widziała go w takim stanie.  

W  oddali,  za  ścianą  deszczu  majaczyła  juŜ  czarna  bryła  domu.  Jeszcze  kilka  kroków  i 

Nathan  wciągnął  Rose  kuchennymi  drzwiami  do  środka.  Panowały  ciemności,  burza  szalała 

wprost nad Lyncombe Manor, aŜ trzęsły się ściany.  

Z kuchni Nathan pociągnął Rose przez korytarz do holu i w górę po schodach.  

– Dokąd idziemy? – spytała, ledwie łapiąc oddech.  

– Tam, gdzie będę ci mógł udowodnić raz na zawsze, Ŝe nie chcę, byś się upodobniła do 

Jancis Kendall.  

Byli juŜ na szczycie schodów. Nathan otworzył jakieś drzwi i wepchnął Rose do środka, 

po czym zdecydowanie zamknął je za sobą.  

Znajdowali się w głównej sypialni. Pan tego domu przyprowadził ją do głównej sypialni.  

– Nie! – zaoponowała.  

– Tak – powiedział cicho, ale bardzo stanowczo.  

– Nie chcę! – Zabrzmiało to jednak niezbyt przekonywająco.  

Nathan,  nie  zwracając  uwagi  na  sprzeciwy  Rose,  zaczął  ściągać  z  niej  mokrą  bluzkę. 

Wiedziała,  Ŝe  powinna  mu  się  opierać,  a  tymczasem  posłusznie  podniosła  ręce  do  góry. 

Mruknął coś z aprobatą i szybko zdjął z niej resztę ubrania.  

W pokoju panował półmrok, rozświetlany tylko przez błyskawice. Rozlegały się grzmoty. 

background image

Rose miała wraŜenie, Ŝe znalazła się w zupełnie nierealnym świecie.  

Kiedy jednak ręce Nathana odszukały jej małe piersi, odzyskała poczucie rzeczywistości. 

Miał  podobnie  jak  ona  mokrą  skórę,  ale  biło  od  niego  ciepło.  Czuła  coraz  większą  bliskość 

jego  ciała,  niecierpliwość,  Ŝar  i  pośpiech,  z  jakim  ściągał  z  niej  bawełniane  figi.  Ukląkł  i 

pieścił ustami gładką wypukłość jej brzucha, wkrótce poczuła je na swoich udach.  

Rose zadrŜała. Nikt nigdy nie dotykał jej w taki sposób. Dopiero teraz dowiadywała się, 

jak delikatne i subtelne  mogą być usta i dłonie  męŜczyzny. Nathan  wstał i nie przestając jej 

całować, zrzucił z siebie ubranie.  

W świetle błyskawicy Rose ujrzała jego smukłą sylwetkę i przez moment poŜałowała, Ŝe 

znów zniknie jej w mroku. W tej grze światła i cieni było jednak coś dziwnie podniecającego.  

Szybki oddech Nathana  mieszał się teraz z jej westchnieniami. Po raz pierwszy  w Ŝyciu 

czuła  się  tak  pobudzona  i  przemknęło  jej  przez  myśl,  Ŝe  za  chwilę  będzie  miała  udział  w 

doznaniach,  o  jakich  nawet  nie  śniła.  Nagła  bliskość  Nathana,  który  naparł  na  nią  swoim 

ciałem, sprawiła, iŜ Rose przestała w ogóle myśleć.  

Wilgotna  skóra  przy  wilgotnej  skórze,  rozkosz  wzajemnej  bliskości.  Nie  wiedzieć  kiedy 

znaleźli  się  w  ogromnym  łóŜku  z  baldachimem.  BoŜe,  jak  pięknie,  jak  romantycznie, 

pomyślała  Rose.  Wszyscy  powinni  się  kochać  w  takim  łoŜu.  Oprzytomniała  na  chwilę,  ale 

Nathan, rozgorączkowany, znów obezwładnił ją swoim ciałem.  

– Nie mogę dłuŜej czekać – szepnął. – Przepraszam.  

Rose  jednak  dała  się  porwać  wirowi  rozkoszy,  oślepiającej  jak  błyskawica,  i  choć 

wszystko  to  trwało  zaledwie  kilka  chwil,  w  całym  swoim  dotychczasowym  Ŝyciu  nie 

doświadczyła piękniejszych.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Przez chwilę oboje leŜeli odpoczywając.  Za oknem wciąŜ szalała burza, ale ta w pokoju 

teŜ ucichła tylko na moment.  

Nathan poruszył się i połoŜył rękę na biodrze Rose.  

– Inaczej to sobie wyobraŜałem – powiedział zdławionym szeptem.  

– To znaczy jak? 

– Po prostu inaczej.  

– Inaczej niŜ co? – spytała z niepokojem.  

– NiŜ wszystko. – Uśmiechnął się niespodzianie i delikatnie przesunął dłoń.  

Rose  starała  się  dostrzec  wyraz  jego  twarzy,  bo  z  tonu  głosu  nie  potrafiła  niczego 

odgadnąć. Czarne chmury wciąŜ przewalały się po niebie i nadal było ciemno.  

Mimo tego, co zaszło między nimi, Rose czuła się niepewnie.  

– Zapalmy moŜe światło, dobrze? – zaproponowała.  

Nathan sięgnął do włącznika lampy przy łóŜku, ale światło nie rozbłysło.  

– Nie ma prądu. A poza tym – spojrzał na nią z zaciekawieniem – po co ci nagle światło? 

– Mógłbyś na mnie popatrzeć – szepnęła. – W ciemnościach wszystko jedno, kim jestem. 

Nie musisz nawet zamykać oczu, by sobie wyobraŜać, Ŝe jestem kimś innym.  

Natychmiast poŜałowała swoich słów. Nathan znów się rozgniewa i wszystko stracone.  

Lecz on oparł się na łokciu i popatrzył na nią spokojnie.  

–  Dobrze  wiem,  kim  jesteś  –  powiedział  łagodnie.  –  Ty  jesteś  Rose,  Rose  z  małymi 

piersiami i długimi, długimi nogami. Ani przez chwilę nie zapomniałem, z kim jestem. I nie 

czuję potrzeby udawać przed sobą, Ŝe jesteś kimś innym. Ani teraz, ani nigdy.  

Delikatnie pieścił ją opuszkami palców. ZadrŜała z rozkoszy.  

– Lubisz mój dotyk, prawda? – spytał z zadowoleniem.  

– Tak – przyznała po prostu. I teŜ chciała go dotknąć, ale nie pozwolił na to, chwytając ją 

za nadgarstki.  

–  Jeszcze  nie  –  zaprotestował  szeptem.  –  Jeśli  mnie  dotkniesz,  przestanę  nad  sobą 

panować.  

Trochę  ją  to  wyznanie  przeraziło.  A  zarazem  poczuła  się  piękna,  poczuła,  Ŝe  ma  piękne 

ciało.  śe  nie  jest  koścista  i  za  chuda,  ale  gładka,  miękka,  kobieca.  JakŜe  to  moŜliwe,  aby 

jeden męŜczyzna tak wszystko odmienił? I dlaczego to właśnie on? 

Nie  zdąŜyła  odpowiedzieć  sobie  na  te  pytania.  Oddychała  coraz  szybciej,  gdy 

pocałunkami  i  pieszczotami  zawładnął  nią  całkowicie.  Nie  wzbraniał  się  juŜ  przed  jej 

dotykiem, nie powstrzymywał jej, kiedy niemal z czcią pieściła jego smukłe ciało.  

Znów odnalazł ustami jej usta, lecz stawał się coraz bardziej natarczywy. Zrozumiała, Ŝe 

utracił panowanie nad sobą szybciej, niŜ zamierzał czy chciał. Ale nie miało to najmniejszego 

znaczenia. Nigdy nie będzie miało.  

Rozkosz zbliŜenia była równie cudowna jak za pierwszym razem. Odpoczywali wspólnie, 

bardzo  wyczerpani.  Burza  odchodziła  znad  Lyncombe  Manor,  jakby  chciała  uszanować 

background image

spokój  kochanków.  Ale  Ŝadne  z  nich  o  tym  nie  wiedziało.  Zasnęli  głęboko,  spleceni  w 

miłosnym uścisku.  

 

Rose  obudziła  się  pierwsza.  Ze  zdumieniem  stwierdziła,  Ŝe  jest  ranek.  Spała  okropnie 

długo. To znaczy, oboje spali okropnie długo, pomyślała, patrząc na Nathana, który leŜał u jej 

boku.  

W  jasnym  świetle  poranka  trudno  jej  było  uwierzyć,  Ŝe  to  wszystko  rzeczywiście  się 

wydarzyło.  Nie  naleŜała  do  dziewczyn,  które  szybko  idą  z  kimś  do  łóŜka.  Tak  naprawdę  to 

dotychczas  spała  tylko  z  jednym  męŜczyzną.  I  teŜ  nie  od  razu  do  tego  doszło.  Właściwie  to 

zdecydowała  po  dłuŜszej  znajomości,  kiedy  uznała,  Ŝe  w  przeciwnym  razie  związek  się 

rozpadnie. Nie czuła wtedy niczego prócz braku akceptacji, a związek i tak się rozpadł.  

Nathan  natomiast,  zaakceptował  ją  bez  wahania.  Widziała,  Ŝe  budzi  w  nim  poŜądanie. 

Łatwo i szybko. I Ŝe bycie z nią daje mu wielką satysfakcję i uczucie spełnienia. Co więc to 

wszystko miało oznaczać? 

W istocie wydawało jej się, Ŝe doskonale wie co, ale nie chciała się sama przed sobą do 

tego  przyznać.  Jeszcze  przez  pewien  czas  będzie  udawała,  Ŝe  wszystko  to  ją  zdumiewa. 

Niezbyt to moŜe uczciwe, lecz pomoŜe jej zachować wewnętrzny spokój.  

Nathan  się  poruszył  i  Rose  natychmiast  zapomniała  o  planowanej  strategii  samoobrony. 

Potrafiła tylko niecierpliwie czekać na jego reakcję.  

Nathan zamrugał sennie ale kiedy zatrzymał wzrok na niej, od razu oprzytomniał.  

–  Ale  wczoraj  mieliśmy  burzę...  Była  wspaniała,  prawda?  –  wypowiedziała  nerwowo 

pierwszą myśl, jaka przyszła jej do głowy.  

– Sądzę, Ŝe cała noc była wspaniała – odparł leniwie.  

– Nie chcę – zająknęła się Rose – Ŝebyś myślał... ja na ogół... to znaczy, ja nie...  

–  Nie  robisz  tego  przy  byle  okazji?  –  dokończył  za  nią  rozbawionym  tonem.  –  Wiem  o 

tym.  

– Skąd wiesz? – spytała, nagle się rozluźniając.  

– Ostatnio nie za wiele  miałem z tym do czynienia, ale kiedyś  robiłem te rzeczy  bardzo 

często – odparł rzeczowo.  

– Zorientowałeś się więc, Ŝe nie mam zbyt wielkiego doświadczenia, prawda? 

–  Tak.  Ale  nie  powinnaś  się  tego  wstydzić.  Nic  nie  szkodzi.  To  nie  ma  najmniejszego 

znaczenia,  a  właściwie...  wręcz  przeciwnie.  Podobało  mi  się  to.  –  Pociemniały  mu  oczy.  – 

Bardzo mi się podobało.  

Rose  zauwaŜyła,  Ŝe  zmienia  mu  się  wyraz  twarzy...  i  ton  głosu,  przesunęła  się  wiec 

szybko na brzeg łóŜka. Nie była jeszcze gotowa, by to przeŜywać. Najpierw musiała dojść do 

ładu z własnymi uczuciami.  

Chwyciła  za  prześcieradło,  owinęła  się  nim,  wstała  z  łóŜka  i  skierowała  się  w  stronę 

drzwi.  

– Chyba... chyba zrobię sobie kąpiel.  

– Świetny pomysł. – Odrzucił koce. – Zrobimy to razem.  

– Nie! – Szybko odwróciła wzrok, by nie patrzeć na nagiego Nathana, lecz po chwili jej 

background image

samej wydało się to idiotyczne.  

Nathan patrzył z rozbawieniem na jej zaŜenowaną minę.  

– No to ja wykąpię się później – powiedział, odwracając głowę.  

Rose  odetchnęła  z  ulgą.  Wyjść,  myślała  gorączkowo,  muszę  wyjść  z  tego  pokoju.  Po 

omacku szukała klamki.  

– Hm... no... idę i...  

– Idziesz do łazienki – podpowiedział. Spojrzała na niego spod oka. Wiedziała, Ŝe z niej 

Ŝ

artuje.  Mocniej  owinęła  się  prześcieradłem,  coś  mruknęła  i  tyłem  wyszła  z  pokoju.  Nathan 

leŜał na łóŜku w bardzo swobodnej pozie, uśmiechając się od ucha do ucha. Zezłościło ją, Ŝe 

wygląda na takiego zadowolonego z siebie.  

– Przyjemniaczki! – mruknęła pod adresem wszystkich męŜczyzn na świecie i pomknęła 

do łazienki. Na wszelki wypadek dobrze zamknęła drzwi.  

Wprawdzie  ranek  po  burzy  był  rześki,  lecz  w  głowie  Rose  nadal  panował  kompletny 

zamęt.  Nie  pomogła  nawet  orzeźwiająca  kąpiel.  Ilekroć  myśli  dziewczyny  zaczynały  krąŜyć 

wokół Nathana, ogarniała ją całkowita dezorientacja.  

Powinnaś uciekać wczoraj, nigdzie się nie zatrzymywać, powtarzała sobie raz po raz. Nie 

powinnaś dopuścić do zbliŜenia.  

A  przecieŜ  o  tym,  Ŝe  tak  się  to  musi  skończyć,  wiedziała  od  pierwszej  chwili,  kiedy  go 

zobaczyła.  Pewnie  dlatego  nigdy  naprawdę  nie  chciała  wyjechać  z  Lyncombe  Manor.  I 

dlatego wcale nie opierała się wczoraj.  

Głęboko  westchnęła.  Czekały  ją  kłopoty,  niezaleŜnie  od  rozwoju  sytuacji.  Nathan  być 

moŜe  pragnął  jej  teraz,  ale  nie  było  mowy  o  powaŜnym  związku.  Nie  miała  pojęcia,  co  on 

czuje. Jeśli w ogóle coś czuje.  

Sama jednak coraz lepiej orientowała się we własnych uczuciach. Prawdę mówiąc, znała 

je dobrze juŜ od pewnego czasu, ale nie miała odwagi się do nich przyznać. Czas stawić im 

czoło! 

Wytarła się szybko, ubrała i zeszła do kuchni. Nie chciało jej się jednak jeść. Wyszła więc 

na podwórze i usiadła na słońcu. Wszystkie wydarzenia dotarły do niej teraz z całą mocą.  

Po pół godzinie pojawił się Nathan i usiadł obok. Rose nerwowo odsunęła się od niego. 

Pewnie to spostrzegł, ale na szczęście nie skomentował.  

– Co masz zamiar dzisiaj robić? – spytał najzwyklejszym tonem.  

– Zabiorę się do kwietnika przy stawie.  

– Aha. Czyli będziesz udawała, Ŝe jest to dzień, który niczym nie róŜni się od innych.  

– No bo się nie róŜni – odparowała.  

Uniósł co prawda twarz z niemym pytaniem w oczach, lecz nie kontynuował tego tematu.  

– Ty zajmiesz się więc ogrodem, a ja pogram trochę na pianinie – powiedział po prostu.  

– Dobry pomysł.  

– A jak długo zamierzasz tak udawać? – Spojrzał jej w oczy.  

Poruszyła się nerwowo.  

– Udawać?... Co udawać? 

– Udawać, Ŝe nie było wczorajszej nocy.  

background image

– Doskonale wiem, Ŝe była! – wybuchnęła, nie panując juŜ nad sobą.  

– To dlaczego tak się zachowujesz? 

Rose jednak nie chciała powiedzieć mu prawdy. Zyskałby nad nią zbyt wielką przewagę.  

–  To...  stało  się...  chyba  za  wcześnie  –  bąkała  niepewnie.  –  Nie  byłam  na  to 

przygotowana. Nie spodziewałam się.  

Spojrzał na nią, ale juŜ bez rozbawienia.  

– Myślę, Ŝe spodziewałaś się tego od pierwszej chwili – powiedział cicho.  

Przeraził ją swoją spostrzegawczością. Co jeszcze mógł wiedzieć? 

– Jak moŜesz tak mówić? – rzuciła zaperzona.  

–  Kiedy  tylko  zaczęłam  tu  mieszkać,  powiedziałeś  mi,  Ŝe  nie  jestem  w  twoim  typie. 

Potem  musiałam  wysłuchiwać  zwierzeń  o  tym,  jaką  to  obsesyjną  miłością  darzyłeś  Jancis 

Kendall  i  jak  pragnąłeś  jej  w  łóŜku.  Skąd  miałam  wiedzieć,  Ŝe  zechcesz,  bym  ją  zastąpiła, 

skoro tak ci jej brakuje? 

Nie  miała  zamiaru  tego  wszystkiego  powiedzieć,  słowa  same  popłynęły  potokiem.  I 

dopiero  kiedy  je  usłyszała,  uświadomiła  sobie,  Ŝe  przez  cały  czas  Ŝyje  w  straszliwym  lęku 

przed Jancis. Gdyby ta kobieta go chciała, na nią by nawet nie spojrzał.  

Wydał jakiś gniewny pomruk.  

– Co mówiłeś? – spytała w napięciu.  

–  Zastanawiałem  się,  jak  taka  inteligentna  dziewczyna  moŜe  być  zarazem  tak 

nieprawdopodobnie głupia! 

–  To  po  prostu  kwestia  praktyki!  –  rzuciła  gniewnie.  JuŜ  miała  odejść,  kiedy  on  teŜ  się 

poderwał i połoŜył jej rękę na ramieniu.  

– Nie chcę, Ŝebyś tak odeszła.  

– Dlaczego nie? – spytała wyzywająco. – Naprawdę cię to obchodzi? 

– Rose, nie psuj wszystkiego. – Twarz mu pociemniała.  

– A co tu w ogóle jest do zepsucia? – krzyknęła.  

– Spędziliśmy razem miłą noc i tyle! Chyba Ŝadne z nas nie powinno wyobraŜać sobie, Ŝe 

to znaczy coś innego.  

Rozluźnił uścisk ręki na jej ramieniu, jak gdyby w końcu zrozumiał.  

– Naprawdę tak do tego podchodzisz? 

– Oczywiście! – skłamała. Lepiej, aby Nathan tak myślał, niŜby miał wiedzieć, Ŝe zaleŜy 

jej na nim coraz bardziej.  

–  Jeśli  tak,  to  rzeczywiście  lepiej  będzie,  jeśli  zajmiesz  się  pracą  –  powiedział, 

najwyraźniej dystansując się do niej. – Widać ogród interesuje cię bardziej niŜ moja osoba.  

Rose  stała  przez  chwilę nieporuszona.  Co  ona  właściwie  robi? JeŜeli  istnieje  choć  jedna 

szansa  na  milion,  Ŝe  z  tej  znajomości  wyniknie  coś  dobrego,  to  czy  nie  lepiej  spróbować, 

zamiast  wszystko  psuć  ze  strachu  i  głupiej  dumy?  Ale  wystarczyło  jedno  spojrzenie  na 

Nathana, by zrozumieć, Ŝe szansa przepadła. Miał kamienną, obojętną twarz. Nie będą juŜ ze 

sobą  Ŝartowali  i  droczyli  się,  nie  będą  szeptali  do  siebie  w  ciemnościach.  Zniszczyła 

wszystko. Dlaczego? Dlatego, Ŝe ogarnęła ją obsesja na punkcie Jancis Kendall i nie potrafiła 

się  z  niej  wyzwolić,  podobnie  jak  kiedyś  Nathan.  Odeszła  powoli,  a  on  juŜ  jej  nie 

background image

zatrzymywał.  

Reszta ponurego dnia mijała niemrawo. Nie do wiary, myślała Rose, Ŝe od nocy, którą tak 

cudownie spędzili, upłynęło zaledwie kilka godzin. Usiłowała pracować,  ale nic jej nie szło. 

Wyrywała  kwiaty  zamiast  chwastów,  krzewy  okopywała  motyką  zamiast  je  przycinać.  Co 

pewien czas łzy kapały jej z oczu na przesiąkniętą deszczem ziemię.  

Co  za  idiotyzm!  –  powtarzała  sobie,  pociągając  nosem.  Jak  moŜna  się  doprowadzić  do 

takiego stanu z powodu kogoś, kogo zna się tak krótko? 

Prawda była oczywista i bolesna, lecz Rose znów nie chciała jej uznać.  

W  ogrodzie  przebywała  aŜ  do  zmroku  –  tylko  raz  wpadła  po  południu  do  domu,  Ŝeby 

zjeść  kanapkę  i  czegoś  się  napić.  Nie  potrafiła  jednak  pozbyć  się  uczucia  straszliwej  pustki. 

Mimo posiłku aŜ ssało ją w Ŝołądku.  

Wreszcie zrobiło się prawie zupełnie ciemno i dopiero wtedy Rose niechętnie wróciła do 

domu. Po raz pierwszy od przyjazdu nie miał dla niej tego cudownego uroku. Wzięła szybko 

prysznic, przebrała się i przełknęła trochę jedzenia, po czym uciekła do siebie, Ŝeby uniknąć 

spotkania z Nathanem. Nie widziała go od rana, ale raz, kiedy podeszła bliŜej domu, usłyszała 

muzykę. Najwyraźniej pracował nad nowymi piosenkami, a o niej całkiem zapomniał.  

Wchodziła cięŜko po schodach prowadzących do lewego skrzydła. Było prawie ciemno, 

lecz nie zapaliła światła. Trafiłaby tu wszędzie z zamkniętymi oczami.  

Nagle  w  mroku  na  szczycie  schodów  zamajaczyła  postać  Nathana.  Rose  drgnęła,  kiedy 

męŜczyzna zrobił krok w jej stronę. Najwyraźniej czekał na nią, a tego się nie spodziewała.  

– Co ty tu robisz? – spytała sucho.  

Nie widziała twarzy Nathana, trudno jej było odgadnąć jego intencje.  

– Pomyślałem, Ŝe spytam cię, gdzie masz zamiar dzisiaj spać. – Powiedział to swobodnie. 

Znalazł więc widać sposób na rozładowanie napięcia, jakie narosło między nimi rano.  

Rose  przeszył  dreszcz.  Nie  przyszło  jej  do  głowy,  Ŝe  będzie  na  nią  czekał,  zaskoczył  ją 

tym.  

– We własnym łóŜku – odparła stanowczo.  

–  We  wszystkich  łóŜkach  w  tym  domu  moŜna  spać  we  dwoje,  i  to  całkiem  wygodnie  – 

zauwaŜył.  

– Chyba zbyt wiele sobie wyobraŜasz! 

– Na przykład co? 

– Na przykład to, Ŝe chętnie będę spała z tobą.  

–  Mimo  wszystko  myślę,  ze  chętnie  –  mruknął  pod  nosem,  a  potem  dodał  juŜ  innym 

tonem:  –  Rose,  wczoraj  w  nocy  było  nam  ze  sobą  dobrze.  JeŜeli  potem  coś  się  stało,  to 

moŜemy to naprawić.  

JuŜ  miała  ochotę  się  poddać,  gdy  nagle  Jancis  stanęła  jej  znów  przed  oczyma  niczym 

mara, której – mimo zapewnień Nathana – nie potrafiła traktować jak ducha z przeszłości. A 

moŜe  dziś  w  nocy  znaleźlibyśmy  się  w  łóŜku  we  troje?  Znów  przeszył  ją  dreszcz.  Miała 

ś

wiadomość, Ŝe postępuje zupełnie nierozsądnie, ale nie potrafiła inaczej. Ubiegłej nocy stało 

się  coś,  co  ją  odmieniło.  Teraz  juŜ  nie  umiałaby  dzielić  się  Nathanem  z  nikim.  Jeśli  nie 

zapomniał jeszcze o tej blondynce bez serca, wolała nie mieć go wcale.  

background image

Nathan obserwował ją uwaŜnie, choć nie widział dokładnie jej twarzy.  

– DuŜo bym dał, Ŝeby wiedzieć, o czym myślisz – powiedział.  

–  O  tym,  Ŝe  jestem  bardzo  zmęczona  i  senna  –  odparła  rwącym  się  głosem,  jak  gdyby 

kłamstwo nie chciało przecisnąć się jej przez usta.  

– Nie, to nieprawda – zaprzeczył z przekonaniem.  

– Znam cię, Rose. Wiem, kiedy kłamiesz.  

– Wcale mnie nie znasz – rozzłościła się. – Nie jestem nawet pewna, czybyś tego chciał.  

– Jak moŜesz tak mówić po wczorajszej nocy? 

– spytał z niedowierzaniem.  

– Owszem, spaliśmy ze sobą, ale to wcale nie znaczy, Ŝe' się kogoś zna! 

– JeŜeli naprawdę tak myślisz, to musisz się jeszcze wiele nauczyć. Jasne, Ŝe seks moŜna 

uprawiać  jakby  bezosobowo.  Wiem  o  tym  lepiej  niŜ  ktokolwiek  inny!  Ale  to,  co  zaszło 

między nami, nie było bezosobowe. Byliśmy sobie bliscy. I odkrywaliśmy w sobie nawzajem 

takie rzeczy, jakich nigdy w innej sytuacji byśmy nie odkryli. W kaŜdym razie ja nie Ŝałuję, 

Ŝ

e to się stało.  

–  A  ja  tak!  –  powiedziała  bez  namysłu  i  w  tej  samej  chwili  zapragnęła  cofnąć  swoje 

słowa.  Oddałaby  dziesięć  lat  Ŝycia,  Ŝeby  to  sprawić.  Za  późno.  I  za  późno  zapewniać,  Ŝe 

wcale tak nie myśli. Oczy Nathana rozbłysły od gniewu.  

– No to jeszcze czegoś poŜałujesz! – rzucił przez zęby.  

Tym  razem  nie  miał  zamiaru  być  delikatny.  Jego  pocałunki  raniły  jej  usta,  a  ręce 

wędrowały  po  niej  bezwzględnie,  jakby  było  mu  wszystko  jedno,  kim  jest  kobieta,  której 

dotyka. Jakby nie była nią Rose Caldwell, z którą mieszkał w jednym domu, z którą spał  w 

jednym  łóŜku  i  która,  odkąd  zerwał  z  Jancis  Kendall,  stawała  się  najbliŜszym  mu 

człowiekiem.  

Natychmiast  poczuła,  Ŝe  nienawidzi  sposobu,  w  jaki  ją  traktuje.  Podniecał  ją,  owszem; 

przy  jego  doświadczeniu  trudno,  Ŝeby  było  inaczej,  ale  jej  serce  pozostawało  jak  kamień. 

Kiedy pocierał palcami jej obolałe piersi, czuła coś, co trudno nazwać przyjemnością. Były to 

wyłącznie fizyczne doznania, rejestrowane przez końcówki nerwów.  

Sięgnął  ustami  niŜej,  jak  gdyby  atakiem  dzikiego  poŜądania  chciał  ją  sobie  zupełnie 

podporządkować. Zerwał z niej ubranie, a Ŝar jego języka rozpalił jej ciało, którym wstrząsnął 

spazm.  Zarazem  jednak  Rose  kurczyła  się  w  sobie  i  uciekała  od  tego  męŜczyzny,  który 

wydawał jej się kimś zupełnie obcym.  

Lecz  Nathan  nie  pozwalał  jej  uciec.  Przesunął  swoje  dłonie  na  uda  Rose.  Wstrząśnięta 

brutalną  pieszczotą  nie  mogła  złapać  oddechu,  a  jego  ręka  jeszcze  bardziej  stanowczo  i  bez 

czułości powędrowała tam, dokąd ją prowadził.  

Pragnęła go aŜ do bólu, lecz było to tylko poŜądanie. Próbowała odepchnąć Nathana, ale 

bezskutecznie. Znów zmiaŜdŜył jej usta pocałunkiem, aŜ straciła oddech.  

Wreszcie przestał ją całować. WciąŜ jednak dotykał jej w podobnie bezwzględny sposób. 

Nagle podniósł głowę.  

– Nienawidzisz tego, prawda? – spytał wyzywająco.  

– Tak – powiedziała z trudem.  

background image

– Chcesz mnie, ale nic nie czujesz? Pragniesz, ale nie ma w tym uczucia? 

JeŜeli o tym wie, dlaczego to robi? – pytała sama siebie z goryczą.  

Przysunął  się  jeszcze  bliŜej,  całym  ciałem,  tak  Ŝe  poczuła  jego  twardość  i  ból 

oczekiwania.  

–  Mógłbym  cię  teraz  wziąć  do  łóŜka  i  oboje  zaznalibyśmy  przyjemności  –  powiedział 

zdławionym głosem. – Byłaby krótkotrwała i nie byłoby w niej nic specjalnego, ot to, na co 

godzi się wielu ludzi. Właśnie coś takiego ci odpowiada? 

– Oczywiście, Ŝe nie! – krzyknęła stanowczo, choć głos jej się łamał.  

–  Mnie  teŜ  nie  –  odparł  ponuro,  zupełnie  zbijając  ją  z  tropu.  –  Bo  taki  właśnie  jest 

bezosobowy seks. I tak by to wyglądało wczoraj wieczorem, gdyby kierowało mną wyłącznie 

poŜądanie.  –  Nagle,  całkiem  niespodziewanie,  odsunął  się.  Odczuła  ulgę,  a  zarazem 

rozczarowanie. – Chciałem, Ŝebyś zobaczyła, na czym polega róŜnica. Pomyślałem, Ŝe moŜe 

masz  zbyt  małe  doświadczenie,  by  sobie  z  niej  zdawać  sprawę.  MoŜe  ty  po  prostu  nie 

rozumiesz, czym była wczorajsza noc? 

– Ja wiem, czym była, ale myślałam, Ŝe ty nie wiesz – powiedziała zdławionym głosem.  

Spojrzał na nią z rozbawieniem.  

–  Ja  miałbym  nie  wiedzieć?  Po  pierwsze,  jesteś  –  od  ponad  roku  –  pierwszą  kobietą,  z 

którą spałem... z którą chciałem spać. Sądziłem juŜ, Ŝe zawsze będę Ŝył w celibacie! Miałem 

wraŜenie, Ŝe nie potrafię odczuwać poŜądania. Dzięki tobie oŜyłem, znów jestem w formie i 

choćby tylko to sprawia, Ŝe jesteś dla mnie zupełnie wyjątkową kobietą.  

CóŜ,  być  zupełnie  wyjątkową  kobietą  to  jeszcze  nie  wszystko.  Rose  zaczynała  sobie 

zdawać sprawę z tego, czego właściwie oczekuje. Chciała być kochana. Nathan miał dla niej 

duŜo uczucia, lecz, być moŜe, oczekiwała po nim zbyt wiele.  

–  Dokąd  więc  pójdziemy?  –  spytała  cicho.  Poczuła  się  nagle  bardzo  zmęczona  i 

wyczerpana.  

– Ty do siebie, a ja do swojego pokoju – odrzekł stanowczo. – Sama wiesz, Ŝe wolałbym, 

aby było inaczej! Ale trzeba podjąć rozmaite decyzje, a spanie dzisiaj razem mogłoby to tylko 

jeszcze  bardziej  skomplikować.  Chciałbym,  Ŝebyś  się  nad  wszystkim  zastanowiła. 

Porozmawiamy, kiedy juŜ będziesz wiedziała. I moŜe wtedy uda nam się w końcu dogadać.  

Odwrócił się i chciał odejść, a wtedy ona odruchowo zrobiła krok naprzód.  

–  Naprawdę  idziesz  do  siebie?  –  wyrwało  jej  się  niemal  bezwiednie.  W  napięciu 

oczekiwała jego odpowiedzi.  

– Gdybyś chciała, mógłbym zostać. Nie musiałabyś mnie wcale namawiać.  

Rose  jednak  uświadomiła  sobie,  Ŝe  miał  rację  mówiąc,  iŜ  lepiej  będzie  się  rozdzielić  i 

wszystko przemyśleć.  

– Nie... nie, lepiej idź – wymamrotała.  

Nie ruszył się z miejsca, więc pomyślała, Ŝe wycofuje się ze wszystkiego, co powiedział, i 

po prostu wciągnie ją do sypialni, lecz w końcu z wyraźnym wysiłkiem odszedł.  

– Dobranoc – rzucił stłumionym głosem. – Do zobaczenia rano.  

Przez  chwilę  stała  w  miejscu,  a  kiedy  zdecydowała  się  pójść  do  pokoju,  nogi  niemal 

odmówiły jej posłuszeństwa. Miała przed sobą bardzo długą noc.  

background image

Prawie  nie  spała,  drzemała  i  ciągle  się  budziła,  miała  złe  sny,  było  jej  gorąco.  Z  ulgą 

powitała świt. Wstała, wzięła prysznic i ubrała się. Schodząc na dół, wiedziała jedynie, Ŝe nie 

podjęła jeszcze ostatecznej decyzji. Tylu rzeczy nie była pewna.  

Nie  jadła  śniadania,  bo  jedzenie  wydało  jej  się  czymś  bez  znaczenia.  Poszła  do  salonu, 

gdzie natknęła się na Nathana. Stał przy oknie, jakby czekał na nią.  

Salon był zbyt obszerny, ale mimo to Rose zawsze czuła się tu dobrze. Wielki kominek, 

boazeria w ciepłym kolorze drewna, dębowe belki – panowała tu domowa atmosfera, dająca 

wielkie poczucie bezpieczeństwa.  

Teraz  jednak  w  powietrzu  wyczuwało  się  napięcie.  Rose  zrobiło  się  chłodno,  mimo  Ŝe 

przez  okna  wpadało  słońce,  rysując  wzorzyste  desenie  na  kamiennej  posadzce.  Chciała 

zawrócić i uciec. Nie była jeszcze przygotowana do rozmowy z Nathanem. Uczucia, jakie w 

niej  budził,  były  zbyt  świeŜe.  Potrzebowała  czasu,  Ŝeby  zdobyć  choćby  minimum  dystansu, 

Ŝ

eby przywyknąć do nowego związku.  

Nie  uciekła.  Podeszła  do  Nathana,  a  kiedy  się  do  niej  odwrócił,  pojęła,  Ŝe  teŜ  niewiele 

spał. Mimo to uśmiechnął się i był odpręŜony.  

–  Wyglądasz,  jakbyś  przyszła  na  własną  egzekucję  –  zaŜartował.  –  A  ja  chcę  tylko 

porozmawiać o kilku sprawach.  

Spróbowała się uśmiechnąć, ale on i tak wiedział, Ŝe to wymuszony uśmiech.  

– Chodź, siadaj – zaprosił ją, sadowiąc się na jednym z wysokich krzeseł przy oknie.  

Z zadowoleniem przyjęła zaproszenie, bo czuła się niezbyt pewnie. Starała się nie patrzeć 

na Nathana.  

– Dobrze spałaś? 

– Nie bardzo.  

–  Ja  teŜ.  Ale  to  nic  dziwnego  po  tym,  co  się  zdarzyło  wczoraj  wieczorem!  –  Usiadł 

wygodniej i patrzył na nią.  

Po chwili Rose poczuła, Ŝe się czerwieni. Szare oczy przenikały ją na wskroś i widziały 

więcej, niŜby tego chciała.  

–  JeŜeli  mamy  rozmawiać,  musimy  od  czegoś  zacząć  –  powiedział  w  końcu.  –  Jak 

myślisz, od czego? 

– Nie wiem – wymamrotała.  

– No więc dobrze, ja zacznę. MoŜe od tematu, którego oboje, zdaje się, unikamy, a który 

chyba jest istotny. Od Jancis Kendall.  

Rose drgnęła.  

– Chciałabyś coś o niej powiedzieć? 

– To ty podsunąłeś ten temat, więc ty mów! – W jej oczach zapaliły się błyski.  

–  Mam  wraŜenie,  Ŝe  kiedyś  juŜ  o  tym  mówiłem...  i  to  dość  wyczerpująco.  W  kaŜdym 

razie uwaŜam, Ŝe uporałem się z większością problemów dotyczących Jancis. A ty chyba nie. 

Chciałbym wiedzieć, dlaczego.  

– Bo wiem, Ŝe ona istnieje! – wybuchnęła Rose.  

– I wiem, co do niej czujesz! Gdybyś mi o tym nie mówił, nie byłoby problemu. Szkoda, 

Ŝ

e mi powiedziałeś. Ale teraz wiem. I ciągle o tym pamiętam. Nie potrafię zapomnieć. WciąŜ 

background image

myślę o was, o was razem.  

– PrzecieŜ to skończyło się dawno temu – stwierdził rzeczowo.  

– Skończyło się, ale to nie znaczy, Ŝe sprawa jest zakończona.  

– Chcesz powiedzieć, Ŝe kłamię? – ZmruŜył oczy.  

– śe wciąŜ jej pragnę? śe się z nią widuję? 

– Wiem, Ŝe jej nie widujesz, ale to nie znaczy, Ŝe nie pragniesz. – Rose wydobyła z siebie 

tę prawdę z ogromnym wysiłkiem.  

–  Miałem  cię  za  zrównowaŜoną  dziewczynę.  Dlaczego  nie  moŜesz  przejść  nad  tym  do 

porządku? 

– Nie wiem. Sama nie chcę wciąŜ o tym myśleć – odparła z rozpaczą.  

– No to przestań. Nie zastanawiaj się nad przeszłością, myśl o przyszłości.  

– Próbowałam. Ale nie potrafię przestać myśleć o Jancis Kendall. Tyle znaczyła w twoim 

Ŝ

yciu. Chyba na zawsze gdzieś w nim pozostanie. Nie sądzę, Ŝebym potrafiła z tym Ŝyć.  

Wstał i zaczął chodzić po pokoju.  

– Nie wiem, co ci, do diabła, powiedzieć – wyrzucił w końcu z siebie.  

– Wiem, Ŝe idiotycznie się zachowuję. I wiem, Ŝe wszystko psuję. Nigdy taka nie byłam, i 

sama tego nie chcę, ale to jest silniejsze ode mnie. Czuję się tak, jakbyś naprawdę chciał jej, a 

mnie akceptował dlatego, Ŝe jej nie ma.  

– A jeŜeli ci powiem, Ŝe to nieprawda? 

– NiewaŜne, co mówisz. Jancis gdzieś tu krąŜy i wszystko psuje.  

Zamruczał coś pod nosem i zaczął wyglądać przez okno. Rose wydawało się, Ŝe trwa to 

bardzo długo. Kiedy odwrócił się do niej, miał zmienioną twarz.  

– Wychodzę – powiedział stanowczo. – Mogę wrócić późno. Dasz sobie radę sama? 

Chciała zapytać, dokąd wychodzi, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.  

–  Tak,  oczywiście  –  odparła  potulnie.  Zawsze  da  sobie  radę  w  Lyncombe  Manor.  Ten 

dom  nie  nastręczał  Ŝadnych  problemów.  Nastręczał  ich  jedynie  męŜczyzna,  który  w  nim 

mieszkał.  

Nathan podszedł do drzwi. Przed wyjściem zatrzymał się jednak i odwrócił.  

– Ale mi nie uciekniesz? 

Zabrzmiało to bardziej jak rozkaz niŜ pytanie. Zresztą Rose wiedziała dobrze, Ŝe ucieczka 

niczego by nie rozwiązała. Nawet gdyby dzieliły ich setki, tysiące mil, i tak nie zapomniałaby 

nigdy Nathana Haywarda.  

– Nie, nie ucieknę – powiedziała spokojnie, a on skinął głową z zadowoleniem.  

Kiedy  odjechał,  dom  wydał  się  bardzo  pusty.  Przez  chwilę  Rose  myślała,  Ŝe  nie  zdoła 

dotrzymać  obietnicy.  Taka  okazja  moŜe  się  juŜ  nie  nadarzyć.  Wyjazd  bez  scen,  bez 

zamieszania.  KaŜda  kobieta  mająca  odrobinę  rozsądku  spakowałaby  się  i  wycofała  z 

godnością.  

Nawet  poszła  na  górę  zebrać  swoje  rzeczy,  ale  bez  specjalnego  przekonania. 

Kosztowałoby  to  ją  zbyt  wiele  wysiłku.  Była  za  słaba.  W  końcu  wyszła  do  ogrodu, 

wyciągnęła się w cieniu na trawie i przymknęła oczy.  

Drzemała  tak,  od  czasu  do  czasu  budząc  się  i  znów  zasypiając.  Później  patrzyła  w 

background image

niebieskie niebo. Nadal było ciepło, ale nie panował juŜ taki upał jak przed burzą.  

Nie  chciała  jednak  myśleć  ani  o  burzy,  ani  o  tym,  co  nastąpiło  po  niej.  Ponownie 

zamknęła oczy i próbowała się zdrzemnąć. Po pewnym czasie zasnęła.  

Późnym  popołudniem  zjadła  lekki  posiłek,  bo  w  końcu  była  w  stanie  coś  przełknąć. 

Zastanawiała się, kiedy Nathan wróci. Nie powiedział przecieŜ, dokąd jedzie ani po co.  

MoŜe  po  prostu  chciał  pobyć  trochę  sam.  Pewnie,  myślała,  chodziło  mu  o  krótką 

przygodę,  a  tu  nagle  ona  wszystko  komplikuje.  Po  burzliwym  romansie  z  Jancis  akurat 

potrzebne mu takie zamieszanie! 

Rose  potrząsnęła  głową  zniecierpliwiona.  Znów  ten  temat.  Czy  nigdy  juŜ  nie  przestanie 

myśleć  o  tamtej  kobiecie?  Ale  coś  jej  podpowiadało,  Ŝe  duchy  byłych  kochanków  nigdy 

naprawdę  nie  odchodzą.  Zatkała  sobie  uszy,  Ŝeby  nie  słyszeć  tego  głosu.  Było  to  jednak 

niemoŜliwe. Sama to przecieŜ wymyśliła.  

Zapadał  zmrok,  a  Nathana  wciąŜ  nie  było.  Przyszło  jej  do  głowy,  Ŝe  moŜe  w  ogóle  nie 

wróci.  Tam,  dokąd  pojechał,  mógł  zdać  sobie  sprawę,  Ŝe  Ŝycie  bez  niej  będzie  o  wiele 

prostsze.  

Szum  podjeŜdŜającego  pod  dom  samochodu  usłyszała  dopiero  wtedy,  gdy  było  juŜ 

zupełne ciemno. Wybiegła nerwowo do holu i zobaczyła Nathana w drzwiach. Stali tak przez 

chwilę, po prostu patrząc na siebie.  

– Nie byłem pewien, czy cię zastanę – odezwał się wreszcie.  

– A co byś zrobił, gdybym uciekła? 

– Szukałbym cię.  

Znów  zapadło  długie  milczenie.  W  końcu  Nathan  podszedł  bliŜej.  Patrzył  jej  w  oczy. 

Dostrzegła w jego wzroku coś niepokojącego. Nagle poczuła, Ŝe zaraz powie coś, o czym ona 

w ogóle nie chce usłyszeć.  

– Nie przyjechałem sam – oświadczył po chwili. Struchlała i serce zabiło jej szybciej.  

– A kogo... – przerwała, jakby na moment straciła głos. – A kogo przywiozłeś? 

– Myślę, Ŝe juŜ wiesz.  

Ogarnął  ją  paniczny  strach,  Ŝe  rzeczywiście  wie.  Nie  chciała  wierzyć,  iŜ  mógłby  zrobić 

coś równie szalonego.  

– Nie, nie wiem – odparła z zawziętością. Nathan uparcie patrzył na nią.  

– Przywiozłem Jancis – powiedział spokojnym tonem. – Myślę, Ŝe to jedyny sposób, by 

się uporać z naszymi problemami.  

– Nie chcę jej widzieć! – krzyknęła porywczo.  

– Ale nie masz wyboru. Jest w samochodzie i za chwilę ją tu przyprowadzę.  

Rose  zaczęła  się  cofać,  jak  gdyby  sposobiąc  się  do  ucieczki,  ale  szybko  chwycił  ją  za 

rękę.  

– Nigdzie nie pójdziesz. Zostaniesz tutaj, a ja przyprowadzę Jancis, Ŝebyście się poznały. 

– Przygwoździł ją wzrokiem, puścił jej rękę i wyszedł.  

Rose  nie  mogła  uwierzyć,  Ŝe  wszystko  to  dzieje  się  naprawdę.  Ale  poniewaŜ  ledwie 

trzymała się na nogach, pomyślała, Ŝe to jednak nie moŜe być senny koszmar.  

JuŜ za moment miała stanąć oko w oko z Jancis Kendall.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

W  chwilę  później  Nathan  wrócił.  Towarzyszył  mu  ktoś,  kto  wyglądał  dziwnie  znajomo, 

chociaŜ Rose widziała tę osobę po raz pierwszy w Ŝyciu.  

Była  to  dziewczyna,  nie,  nie  dziewczyna,  kobieta  o  wręcz  doskonałej  urodzie  i  figurze. 

Jancis Kendall wyglądała w rzeczywistości jeszcze bardziej frapująco niŜ na zdjęciach. Rose 

zobaczyła znajome jasne włosy, nieskazitelną cerę i jasnoniebieskie oczy. Jancis teŜ z uwagą 

przyglądała się Rose. Na jej ślicznej twarzy malowało się zdumienie.  

– Myślałam, Ŝe mieszkasz tu sam – powiedziała, zwracając się do Nathana.  

– Ja ci tego nie mówiłem – odparł beznamiętnym tonem.  

Uderzyło to Rose. Nie powiedział Jancis o niej. Dlaczego? 

–  Jancis  od  pewnego  czasu  usiłowała  się  ze  mną  skontaktować  –  wyjaśnił  dziewczynie, 

podchodząc  do  niej.  –  Chce,  bym  napisał  dla  niej  kilka  piosenek.  Powiedziałem,  Ŝe  właśnie 

pracuję  nad  czymś  nowym  i  ona  chce  tego  posłuchać.  Ma  teraz  kilka  wolnych  dni,  mogła 

więc tu przyjechać.  

Rose  instynktownie  wyczuwała,  Ŝe  Jancis  chodzi  nie  tylko  o  piosenki.  Przyjechała  tu, 

oczekując zapewne czegoś więcej.  

–  Przepraszam,  zapomniałem  was  sobie  przedstawić  –  ciągnął.  –  Jancis,  to  jest  Rose 

Caldwell. A ty chyba wiesz, kto to jest Jancis? 

– Tak, wiem – odparła spokojnie.  

– A co pani Caldwell tu robi? – spytała ostrym tonem Jancis, patrząc na Nathana. Mówiła, 

jakby Rose nie stała obok.  

– Pracuje w ogrodzie.  

– To znaczy, Ŝe jest przez ciebie zatrudniona? 

– To znaczy wiele innych rzeczy. – I zanim Jancis zdołała coś powiedzieć, ciągnął dalej: 

– Wniosę bagaŜ i pokaŜę ci twój pokój. Pewnie jesteś zmęczona po podróŜy.  

–  W  ogóle  nie  jestem  zmęczona  –  odparła  swoim  srebrnym  głosikiem.  –  Chciałabym 

obejrzeć twój piękny dom.  

– Ja idę spać – wtrąciła szybko Rose. Miała juŜ wszystkiego dosyć. – Przepraszam więc, 

dobranoc i do zobaczenia, do jutra.  

– Gdzie pani śpi? – spytała Jancis, po raz pierwszy zwracając się bezpośrednio do niej.  

– Mieszkam we wschodnim skrzydle. Proszę się nie martwić. Nie będę przeszkadzała.  

Nie  miała  pojęcia,  po  co  to  mówi.  Odpowiadała  mimowolnie  i  nie  wprost  na  ukryte 

pytanie, czy śpi w tym samym pokoju co Nathan. A jeśli nawet nie, to czy nie pojawi się ono 

w najmniej odpowiednim momencie? 

Odchodząc  w  stronę  schodów,  obejrzała  się,  ale  Jancis  nie  zwracała  juŜ  na  nią 

najmniejszej  uwagi,  pochłonięta  Nathanem,  który  wracał  z  bagaŜem.  Rozmiar  walizki 

wskazywał na to, Ŝe pani Kendall zamierza pozostać w Lyncombe Manor jak najdłuŜej.  

Rose  weszła  na  górę.  Gdzie  Jancis  będzie  dziś  spała?  Czy  od  razu  zacznie  prowokować 

swego  dawnego  kochanka,  czy  spokojnie  poczeka,  aŜ  on  zrobi  pierwszy  krok?  Jakkolwiek 

background image

będzie,  jedno  jest  pewne:  Jancis  nie  przyjechała  po  nowe  piosenki,  ale  po  to,  by  odzyskać 

Nathana.  

Rose nie miała pojęcia, dlaczego jest o tym tak głęboko przeświadczona. Podpowiadał jej 

to zapewne kobiecy instynkt, który obudził się natychmiast, jak tylko Jancis przestąpiła próg 

tego domu.  

W nocy prawie nie zmruŜyła oka. Wydawało jej  się, Ŝe od wieków porządnie nie sypia. 

Rano wzięła szybką kąpiel, wciągnęła dŜinsy i koszulkę i przejrzała się w lustrze. Trudno jej 

będzie konkurować z Jancis. Jakoś udało jej się  rozczesać strzechę złotobrązowych włosów, 

umalowała sobie rzęsy, a usta pociągnęła błyszczykiem. To wystarczy. Taką właśnie widywał 

ją Nathan. Czy mu się to podobało czy nie, nic na to teraz nie poradzi.  

Ociągając  się,  zeszła  na  dół.  Z  ulgą  stwierdziła,  Ŝe  nigdzie  nie  widać  Jancis. 

Przygotowywała sobie kawę, gdy nagle ktoś nacisnął klamkę.  

Był  to  Nathan.  Patrzył  na  nią  od  progu  przez  dłuŜszą  chwilę,  a  potem  zdecydowanie 

wszedł, zamykając za sobą drzwi.  

– Gniewasz się na mnie? – spytał.  

–  Tak  .  –  odparła  bez  namysłu  i  rzuciła  mu  złe  spojrzenie.  –  Dlaczego  to  zrobiłeś?  To 

ostatnia osoba na ziemi, jaką chciałabym widzieć! 

– Czasami najlepszym sposobem na to, by się z czymś uporać, jest stanąć z tym twarzą w 

twarz.  

– Usiadł i wyglądał na całkiem spokojnego.  

– Ale po co ją tutaj przywiozłeś? Właśnie tutaj? 

– Postawiła zamaszyście dwa kubki na stole. – Nienawidzę jej obecności w tym miejscu. 

Lyncombe Manor to nie miejsce dla niej.  

– Sądzi, Ŝe wręcz przeciwnie.  

– ZauwaŜyłam. – Spojrzała na niego spod oka. – Patrzy na ciebie, jakby chciała cię zjeść.  

– Wszystko się odmieniło. Zawsze było na odwrót.  

– Jak ją odnalazłeś? – Rose chciała koniecznie zmienić temat.  

–  Nie  było  to  trudne.  Po  prostu zadzwoniłem  do jej  agenta.  Od  niego  dowiedziałem  się, 

gdzie Jancis mieszka. Powiedział mi teŜ, iŜ ma ona teraz duŜo wolnego czasu. Nie wiedzie się 

jej najlepiej. Traci popularność, niewiele nagrywa.  

Być moŜe Rose powinna Ŝałować Jancis, ale nie potrafiła się zdobyć na współczucie.  

– A więc to koniec wspaniałej kariery? – spytała z odrobiną ciekawości.  

–  Publiczność  jest  bezwzględna.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Ocenia  piosenkarza  na 

podstawie najnowszego recitalu czy najnowszej płyty. Odkąd się rozstaliśmy, Jancis nie miała 

dobrych  piosenek.  Nie  utrzymała  się  na  szczycie.  SprzedaŜ  jej  płyt  spadla,  a  na  koncerty 

przychodził  mało  kto.  Kiedy  raz  coś  takiego  się  zacznie,  bardzo  trudno  jest  odzyskać 

popularność.  

– UwaŜała, Ŝe cię nie potrzebuje. śe da sobie radę sama. Ale nie udało się i chce, byś do 

niej wrócił.  

– Tak, jej agent mówił, Ŝe próbowała mnie znaleźć, lecz nikt nie wiedział, co się ze mną 

dzieje.  

background image

– Nie powiedziałeś nawet znajomym czy rodzinie? 

–  Bliscy  znajomi  wiedzą,  ale  nie  daliby  jej  mojego  adresu.  A  jeśli  chodzi  o  rodzinę...  – 

lekko  wzruszył  ramionami  –  to  nie  mam  Ŝadnej.  Nie  mam  pojęcia,  kim  był  mój  ojciec,  a 

matka porzuciła mnie po urodzeniu. Pewnie miała ku temu powody, ale nigdy nie raczyła mi 

ich  wyjaśnić.  Zniknęła  na  zawsze.  Mieszkałem  w  róŜnych  domach  dziecka,  oddawano  mnie 

do  rozmaitych  rodzin  zastępczych.  Nigdzie  jednak  dłuŜej  nie  zagrzałem  miejsca.  Nie  winię 

nikogo. Byłem bardzo trudnym dzieckiem. Patrzyła na niego, zupełnie wstrząśnięta.  

– To straszne! Nikt nie powinien mieć takiego dzieciństwa.  

–  Nie  było  aŜ  tak  źle  –  odparł  szybko,  widząc  na  jej  twarzy  smutek.  –  Pamiętam  i  miłe 

chwile.  Zawarłem  kilka  dobrych  przyjaźni,  bo  widzisz,  takie  dzieci  na  ogół  trzymają  się 

razem. Do dziś dnia utrzymujemy ze sobą kontakt.  

Rose była do głębi poruszona. Sama miała takie szczęśliwe dzieciństwo, Ŝe nie potrafiła 

znieść myśli o tym, Ŝe ktoś moŜe nie mieć rodziny, nikogo, kto okazałby pomoc w potrzebie, 

nikogo, kto zatroszczyłby się tak, jak troszczą się tylko kochający rodzice.  

Dławiło  ją  w  gardle  i  przez  kilka  minut  nie  była  w  stanie  mówić.  Nathan  teŜ  milczał, 

jakby domyślając się, Ŝe Rose potrzebuje trochę czasu, by ochłonąć. Chciała zadać mu kilka 

pytań, ale stało się to niemoŜliwe, bo nagle drzwi się otworzyły i do kuchni wpłynęła Jancis.  

Kiedy zobaczyła Rose, twarz natychmiast jej się zmieniła. Zimne niebieskie oczy nabrały 

twardego  wyrazu,  usta  się  zacisnęły.  Ale  Rose  była  w  takim  nastroju,  Ŝe  nie  chciała 

konfrontacji. Wstała i ruszyła w stronę drzwi wychodzących na ogród.  

–  Mam  duŜo  pracy  –  powiedziała  szybko.  –  Do  zobaczenia.  –  I  uciekła  na  świeŜe 

powietrze.  Odczula  wielką  ulgę,  bo  Lyncombe  Manor  z  Jancis  Kendall  nie  było  juŜ  tym 

samym domem.  

Poszła  aŜ  na  sam  koniec  ogrodu.  Rosło  tam  kilka  zapuszczonych  krzewów,  które  trzeba 

było  przystrzyc.  Zabrała  się  do  pracy,  ale  wciąŜ  myślała  o  Nathanie.  Nic  dziwnego,  Ŝe  tak 

szaleńczo  zakochał  się  w  Jancis.  Nie  zaznał  w  Ŝyciu  uczucia,  więc  desperacko  go  szukał. 

Prześladował  go  pech  i  wybrał  kobietę,  która  była  niezdolna  do  miłości.  Potrafiła  jedynie 

traktować ludzi instrumentalnie i manipulować nimi.  

Rose  westchnęła.  Hm,  znów  ta  Jancis.  A  więc  Nathan  pojechał  i  przywiózł  ją  tutaj  z 

własnej woli. Tylko czy naprawdę była to dla niego sprawa zakończona? A moŜe skorzystał z 

pretekstu, bo pragnął, Ŝeby Jancis wróciła? 

Rose nie znała odpowiedzi na te pytania. WciąŜ nękały ją te same wątpliwości.  Zdrowy 

rozsądek  podpowiadał,  Ŝe  gdyby  Nathan  nie  był  pewien  swoich  uczuć,  nie  ryzykowałby 

ponownego  spotkania.  Lecz  kiedy  tylko  w  głowie  Rose  pojawiała  się  myśl  o  Jancis,  górę 

brało  jakieś  obłąkańcze  zamroczenie.  Jancis  –  była  kochanka  Nathana.  Jancis  –  która  tak 

pięknie  wykonywała  jego  piosenki.  Jancis  –  która  pragnęła  teraz  Nathana  bardziej  niŜ 

kiedykolwiek. Rose była w wielu sprawach niedoświadczona, lecz jedno wiedziała na pewno: 

jeŜeli czujemy, Ŝe ktoś nas pragnie, to moŜemy w sobie obudzić podobnie silne pragnienie. Z 

całą pewnością wiedziała o tym równieŜ Jancis.  

Rose  z  nadmierną  gorliwością  przycinała  krzewy.  Prawie  zupełnie  wygoliła  forsycję. 

Kiedy zdała sobie z tego sprawę, rzuciła sekatory i zmęczona otarła czoło. To nie ma sensu. 

background image

Zostawi tę robotę, zanim wyrządzi więcej szkód. Nagle usłyszała kobiecy głos: 

– Nie znam się na ogrodnictwie, ale chyba tak się krzewów nie strzyŜe? 

Przymknęła oczy. Naprawdę nie miała ochoty patrzeć teraz na Jancis Kendall.  

– MoŜliwe – powiedziała obojętnie. – Czy pani czegoś sobie Ŝyczy? 

– Myślę, Ŝe powinnyśmy porozmawiać. Zamieniłyśmy tylko kilka słów.  

Jancis podeszła bliŜej. Stała w pełnym słońcu, które połyskiwało w jej jasnych włosach. 

Miała  na  sobie  białą  sukienkę  z  miękkiego,  lejącego  się  materiału,  a  na  nogach  lekkie 

sandałki z pasków.  

Rose  wiedziała,  Ŝe  wygląda  przy  niej  na  okropnie  zaniedbaną.  Ubrana  była  bowiem  w 

spłowiałe  dŜinsy,  koszulkę  miała  poplamioną,  spływała  potem  i  w  ogóle  prezentowała  się 

fatalnie.  

Jancis  taksowała  ją  wzrokiem,  jak  gdyby  usiłowała  dociec,  co'  Nathan  moŜe  w  niej 

widzieć.  Po  chwili  jednak  odpręŜyła  się,  najwyraźniej  uznając,  Ŝe  Rose  nie  stanowi  dla  niej 

Ŝ

adnego zagroŜenia.  

–  Dziwne,  Ŝe  chce  pani  tu  pracować  –  zauwaŜyła.  –  To  dość  upiorne:  zdać  się  tylko  na 

towarzystwo Nathana.  

– JeŜeli uwaŜa pani towarzystwo Nathana za upiorne, to co pani tu robi? 

Starannie wyskubane brwi Jancis leciutko się uniosły.  

– Bądźmy ze sobą szczere, dobrze? Nie udawajmy, Ŝe nie wiemy,  co się dzieje, bo i po 

co. – Piosenkarka odrzuciła kosmyk jasnych włosów, który opadł jej na oczy. – Oczywiście, 

Ŝ

e  Nathan  nie  jest  upiorny.  Ani  w  łóŜku,  ani  gdzie  indziej.  Obie  o  tym  wiemy...  a 

przynajmniej  zakładam,  Ŝe  wiemy  –  dodała,  patrząc  badawczo  na  Rose,  która  starała  się 

zachować kamienny wyraz twarzy, bowiem nie miała zamiaru pozwolić się sprowokować.  

– Owszem, udawałam, ze mi na nim nie zaleŜy – ciągnęła Jancis. – Utrzymywałam go w 

ciągłym  napięciu,  a  Nathan  rozwścieczony  to  coś  zupełnie  specjalnego.  –  Przymknęła  oczy, 

jak gdyby przypominając sobie pewne sceny.  

Rose zadrŜała. To było nie do zniesienia.  

– Potem – mówiła piosenkarka – popełniłam błąd uwaŜając, Ŝe dam sobie radę bez niego. 

Byłam  u  szczytu  kariery,  miałam  wszystko:  pieniądze,  sławę,  najlepsze  płyty  i  otaczał  mnie 

rój wielbicieli. Pytałam sama siebie: po co mi potrzebny Nathan? Musiałam dzielić się z nim 

zyskiem, nie było mi to na rękę. Zagrała chciwość. Chciałam mieć wszystko i postanowiłam 

go rzucić...  

– Nathan twierdzi, Ŝe to on panią rzucił – wycedziła Rose przez zaciśnięte zęby.  

Ta uwaga rozzłościła Jancis. Wolała, by ludzie przyjmowali wyłącznie jej wersję.  

–  Tak  czy  owak,  Nathan  odszedł  –  powiedziała  z  sarkazmem.  –  Bardzo  prędko 

uświadomiłam sobie, Ŝe popełniłam wielki błąd. Potrzebowałam go. Chciałam, by wrócił. Ale 

nie wiedziałam, gdzie jest. Jakby się rozpłynął. Nikt nie wiedział, co się z nim dzieje.  

– A moŜe to on nie chciał, by wiedziano, co robi – odparowała Rose. – I jest pani pewna, 

Ŝ

e chodziło pani rzeczywiście o samego Nathana? Nie o jego piosenki? Bo – o ile się nie mylę 

– nie najlepiej sobie pani bez nich radzi, prawda? 

Rose  wiedziała,  Ŝe  jest  okrutna,  lecz  było  jej  wszystko  jedno.  Jancis  zadała  juŜ  dość 

background image

cierpienia, i to z rozmysłem. Niech więc teraz sama cierpi.  

Twarz Jancis wykrzywił grymas. Nie była juŜ taka piękna. Oczy jej się zwęziły.  

–  Tak,  chcę,  by  znów  dla  mnie  pisał  –  powiedziała  twardo.  –  I  chcę  znowu  z  nim 

występować. Postanowiłam wrócić do starego układu.  

– Nie zawsze człowiekowi udaje się mieć to, czego chce.  

– Ale mnie się uda – stwierdziła Jancis z przekonaniem. – Znam Nathana. Wiem, co go 

inspiruje,  co  lubi.  Tym  razem  na  pewno  zobaczy  mnie  inną.  PokaŜę,  Ŝe  mnie  teŜ  moŜna 

zranić. Zawsze tego chciał. Chciał, bym się przed nim ugięła, bym okazała słabość. Wtedy nie 

potrafi mi się oprzeć.  

Rose odwróciła się, podniosła narzędzia ogrodnicze i powoli odeszła.  

– MoŜe się pani pakować! – zawołała za nią Jancis. – Nathan nigdy nie będzie naleŜał do 

pani. To mnie zawsze pragnął i mogę go odzyskać, kiedy tylko zechcę. Pani mu się tylko po 

prostu nawinęła pod rękę! 

Rose  zakręciło  się  w  głowie,  ale  nie  chciała  okazać  słabości.  Nie  zwracaj  uwagi  na  tę 

przeklętą babę, mówiła sobie. Po prostu idź przed siebie. Im dalej od niej, tym lepiej będziesz 

się czuła.  

ChociaŜ  Jancis  znikła  jej  z  oczu,  Rose  nadal  czuła  dojmujący  niepokój.  Czy  dlatego,  Ŝe 

bała  się,  iŜ  jej  rywalka  ma  rację?  Jancis  powiedziała,  Ŝe  Nathan  obdarzył  ją,  Rose,  swoim 

zainteresowaniem tylko dlatego, Ŝe była pod ręką, a to potwierdzało jej najgorsze przeczucia. 

MoŜe  i  podobała  się  Nathanowi,  moŜe  i  pragnął  jej,  ale  jeŜeli  jego  uczucie  do  Jancis  miało 

okazać się silniejsze, nie mogłaby z tą świadomością Ŝyć.  

Nie  poszła  do  domu;  resztę  dnia  spędziła  w  ogrodzie.  Wpadała  tylko  na  krótkie  posiłki, 

kiedy  była  pewna,  Ŝe  Ŝadne  z  nich  nie  kręci  się  w  pobliŜu.  Wiedziała  jednak,  jak  Nathan 

spędził dzień – przez otwarte okna słychać było dźwięki muzyki. Ale czy była z nim Jancis? 

Rose  przeŜywała  katusze  zazdrości.  Późnym  popołudniem  odkryła,  Ŝe  Jancis  teŜ  jest  w 

ogrodzie i dokonuje cudów, by znajdować się jak najbliŜej Nathana. Usadowiła się w ślicznej 

pozie  w  cieniu  pod  drzewem  naprzeciwko  okien,  tak  by  widział  ją  za  kaŜdym  razem,  kiedy 

podnosił głowę znad klawiatury.  

Rose  wróciła  do  domu,  gdy  zrobiło  się  juŜ  tak  ciemno,  Ŝe  dłuŜej  nie  moŜna  było 

pracować.  Wróciła  niechętnie,  chociaŜ  padała  ze  zmęczenia  i  wszystko  ją  bolało.  Miała 

nadzieję,  Ŝe  moŜe  dzięki  temu  szybko  zaśnie  i  wreszcie  będzie  spała  jak  zabita.  Czuła,  iŜ 

potrzebuje co najmniej kilkunastu godzin nieprzerwanego snu. W przeciwnym razie będzie z 

nią źle.  

Ledwie  starczyło  jej  sił,  by  przygotować  sobie  coś  do  jedzenia.  ZdąŜyła  przełknąć 

pierwszy kęs, kiedy drzwi się otworzyły i do kuchni wszedł Nathan.  

–  Dlaczego  sama  tu  siedzisz?  –  spytał  ze  zdziwieniem.  –  Jesteśmy  z  Jancis  w  salonie. 

Zabierz kolację i chodź do nas.  

– SłuŜba zazwyczaj jada w kuchni. Patrzył na nią przez długą chwilę.  

– Ty chyba Ŝartujesz? 

–  Czy  wyglądam  na  kogoś,  komu  jest  do  śmiechu?  Stał  jeszcze  przez  chwilę,  a  potem 

podszedł i usiadł naprzeciw niej. Rose przerwała jedzenie. Nagle straciła apetyt.  

background image

– Wyglądasz, jakbyś marzyła tylko o jednym: wykąpać się i połoŜyć do łóŜka...  

– Jednym słowem, okropnie! 

Niespodzianie  wyciągnął  rękę  i  odgarnął  kosmyk  włosów,  który  opadł  jej  na  oczy.  Ten 

gest zupełnie ją rozstroił. Zapiekło ją pod powiekami i zamrugała, jakby całkiem nie w porę 

zbierało jej się na płacz.  

– Popełniłem wielki błąd, przywoŜąc tutaj Jancis? Nie spodziewała się, Ŝe Nathan powie 

coś podobnego, wiec nie wiedziała, jak zareagować.  

–  UwaŜałem,  Ŝe  to  nam  pomoŜe  rozwiązać  nasze  problemy.  Nie  miałem  zamiaru  ich 

pogłębiać.  

– Nie rozumiem, jak jej przyjazd moŜe cokolwiek rozwiązać – mruknęła.  

–  Najlepszym  sposobem  na  unieszkodliwienie  ducha  jest  zobaczyć  go  na  własne  oczy  i 

stawić mu czoło. Nie chcę, by duch Jancis straszył nas przez resztę Ŝycia.  

–  Jesteś  pewien,  Ŝe  nie  przywiozłeś  jej  tutaj  tylko  dlatego,  Ŝe  miałeś  ochotę  znowu  ją 

widzieć? 

Nathan, ze zmienioną twarzą, cofnął rękę.  

– JuŜ o tym rozmawialiśmy – powiedział stanowczo. – Nie chcę do tego wracać.  

– Nie rozumiem dlaczego – nastawała Rose. – Ja nie chciałam jej widzieć. Nie chciałam 

nic o niej wiedzieć. I oto zjawiła się, znów jest w twoim Ŝyciu. Jakim sposobem? Bo sam ją 

przywiozłeś! 

– JuŜ ci wyjaśniałem, dlaczego to zrobiłem! – Spojrzał na nią gniewnie. – JeŜeli tego nie 

pojmujesz, to widać między nami nie jest tak dobrze, jak myślałem.  

Rose wstała od stołu.  

– Chyba zaczynam coraz lepiej rozumieć.  

– Dokąd idziesz? – spytał ostro.  

– Do siebie. Spędzenie wieczoru z tobą i Jancis przekracza moje moŜliwości! 

– Nie zjadłaś kolacji.  

– Ona moŜe ją zjeść! – rzuciła, otwierając zamaszyście drzwi. – Chce mieć wszystko to, 

co, moim zdaniem, było moje. Niech więc zje teŜ moją kolację.  

Wypadła z kuchni, trzaskając drzwiami. Wiedziała, Ŝe zachowuje się dziecinnie, ale było 

jej  wszystko  jedno.  Pozwoliła  sobie  na  ten  wybuch  i  od  razu  poczuła  się  lepiej  –  wreszcie 

minęły jej nudności.  

Ruszyła  prosto  do  wschodniego  skrzydła.  Zrobiła  sobie  długą  kąpiel,  umyła  włosy,  a 

potem usiadła i rozczesywała złotobrązowe loki, aŜ wyschły.  

Myślała...  miała  nadzieję?...  Ŝe  moŜe  Nathan  przyjdzie  tu  do  niej,  lecz  na  schodach 

panowała cisza. Pewnie tak mu tam dobrze, Ŝe zupełnie o mnie zapomniał, pomyślała. Jedno 

było  absolutnie  pewne:  Jancis  niewątpliwie  zrobi  wszystko,  by  jak  najlepiej  wykorzystać 

kaŜdą  chwilę  swojego  sam  na  sam  z  Nathanem.  Ciekawe,  czy  juŜ  odstawia  scenę,  która  ma 

mu  uświadomić,  Ŝe  ją  teŜ  moŜna  zranić?  Opowiada  Nathanowi,  Ŝe  go  potrzebuje,  Ŝe 

naprawdę go kocha, Ŝe nie potrafi bez niego Ŝyć? A on się na to daje nabrać? 

Rose odłoŜyła z rozmachem szczotkę, niewiele sobie robiąc z tego, Ŝe zarysowała politurę 

toaletki.  

background image

–  MęŜczyźni  są  tacy  łatwowierni  –  mruknęła  do  siebie.  –  Zwłaszcza  kiedy  chodzi  o 

kobiety. Wszystkie te kłamstwa Nathan bierze pewnie za prawdę.  

WłoŜyła nocną koszulę, chociaŜ wiedziała, Ŝe nie pójdzie jeszcze spać. Zmęczenie jakby 

minęło,  a  w  dodatku  odezwał  się  głód.  Postanowiła  zejść  do  kuchni  i  zrobić  sobie  kanapkę, 

lecz najpierw musiała się upewnić, Ŝe nie wpadnie ani na Nathana, ani na Jancis.  

Wschodnie  skrzydło  zostało  dobudowane  pod  kątem  prostym,  widać  więc  z  niego  było 

główną  część  budynku.  Nigdzie  nie  paliło  się  światło,  z  czego  mogło  wynikać,  Ŝe  Jancis  i 

Nathan poszli spać. Rose nie chciała dopuścić do siebie myśli, Ŝe moŜe poszli spać razem. Jak 

na jeden dzień miała dość przeŜyć. Zeszła cichutko na dół i doszła aŜ do kuchni, nie zapalając 

ś

wiatła.  Szybko  zrobiła  sobie  kanapkę,  którą  zamierzała  zjeść  w  swoim  pokoju.  Wbiegła  po 

schodach i juŜ miała wejść do korytarza prowadzącego do wschodniego skrzydła,  gdy nagle 

coś zaskrzypiało.  

– Jest tam ktoś?! – zawołała drŜącym głosem.  

– Oczywiście – odezwał się Nathan. – A co, myślałaś, Ŝe to duch Lyncombe? 

Chwilę  później  stał  przy  niej.  Było  ciemno,  prawie  go  nie  widziała.  Poruszyła  się 

niespokojnie. Ostatnio w jego obecności czuła się niezręcznie, zwłaszcza gdy stali tak blisko 

siebie.  

– UwaŜaj, bo upuścisz kanapkę – ostrzegł ją rozbawionym głosem.  

– Skąd wiesz, Ŝe trzymam kanapkę? Obserwowałeś mnie? 

–  Właściwie  nie.  Siedziałem  po  prostu  w  duŜym  pokoju  i  słyszałem,  Ŝe  schodzisz  do 

kuchni, domyśliłem się więc, Ŝe robisz sobie coś do jedzenia.  

– Ale wszędzie było ciemno.  

– Bo pogasiłem wszystkie światła.  

– Dlaczego? 

– Chciałem sobie posiedzieć i pomyśleć. A po ciemku myśli się lepiej.  

No,  przynajmniej  był  sam,  pomyślała  Rose  z  ulgą.  Okropne  sceny,  jakie  miała  jeszcze 

przed oczami, były jedynie wytworem jej własnej wyobraźni.  

– Dlaczego za mną idziesz? – spytała po chwili.  

–  Chyba  to  oczywiste.  Znudziło  mnie  własne  towarzystwo.  Chcę  z  kimś  spędzić  noc.  A 

dokładniej mówiąc, chcę ją spędzić z tobą.  

– Nie! – zaoponowała gwałtownie. Nabrał powietrza w płuca.  

–  To  przynajmniej  jasno  i  wyraźnie  powiedziane  –  odparł  w  końcu,  ale  juŜ  nie  tak 

swobodnie.  

–  Przepraszam,  jeśli  cię  uraziłam.  Ale  powiedziałam,  co  myślę  –  dodała  szybko,  czując, 

Ŝ

e Nathan zbliŜa się do niej.  

– Jesteś pewna? – spytał cichutko, przesuwając dłonią po jej plecach.  

Przez chwilę nie była w stanie mówić. Głos uwiązł jej w gardle. ZadrŜała.  

Przesunął palcami wyŜej i pieścił wraŜliwą skórę na karku. Oddychał coraz szybciej. Tak 

odpowiadał na bliskość Rose, a kiedy pochylił się, szukając jej ust, poczuła, Ŝe jej pragnie.  

Wiedziała,  Ŝe  jeśli  pozwoli  mu  się  pocałować,  będzie  zgubiona.  W  ostatniej  chwili 

odwróciła głowę. Mruknął z niezadowoleniem i przysunął się bliŜej, chcąc ją przyciągnąć do 

background image

siebie.  

– Proszę cię, nie! 

– Dlaczego? 

– Bo nie. Nie chcę, kiedy ona tu jest. Zdumiało go to, co powiedziała. Puścił ją, cofnął się 

i patrzył na nią w ciemności.  

– Jesteś pewna, Ŝe tylko dlatego? 

– Tak.  

–  W  takim  razie  będę  musiał  coś  z  tym  wszystkim  zrobić  –  powiedział  swobodnym,  a 

nawet  lekko  kpiącym  tonem.  –  Tak  dalej  być  nie  moŜe,  nie  wytrzymam.  –  Delikatnie  ją 

odepchnął.  –  Wracaj  więc  teraz  do  siebie,  zjedz kolację,  śpij  dobrze,  a  jutro  rano  postaramy 

się to wszystko jakoś rozwiązać.  

Powłócząc  nogami,  Rose  poszła  do  pokoju.  Zamknęła  za  sobą  drzwi  i  odłoŜyła  na  bok 

kanapkę.  Nie  miała  juŜ  apetytu,  pragnęła  czegoś  innego.  Uświadomiła  sobie;  Ŝe  wcale  nie 

chciała, Ŝeby Nathan odszedł. Dlaczego więc na to pozwoliła? 

Powiedziała  mu  bowiem  prawdę  –  w  tym  domu  panoszyło  się  widmo  Jancis.  I  Ŝadne 

egzorcyzmy na pewno go stąd nie przepędzą. A nawet najdłuŜsze kochanie się.  

Wczołgała  się  do  łóŜka  i  próbowała  zasnąć,  ale  nie  mogła.  Kiedy  zegar  na  dole  wybił 

północ,  wstała  i  podeszła  do  okna.  W  pokoju  było  duszno,  otworzyła  więc  szerzej  okno. 

Nagle z dołu dobiegło ją skrzypienie otwieranych drzwi. Zamarła.  

Chwilę później usłyszała głos.  

–  Nathan,  chodź  –  mówiła  Jancis.  –  Będzie  cudownie.  Pamiętasz  ten  ostatni  raz,  kiedy 

pływaliśmy  razem  o  północy?  Na  Riwierze,  pod  koniec  naszego  tournee  po  Europie. 

Pamiętam teŜ, jak to się zakończyło...  

Rozległ się stłumiony kobiecy śmiech.  

Rose ścierpła skóra. Nienawidziła tej kobiety. Po raz pierwszy w Ŝyciu tak bardzo kogoś 

nienawidziła. Lecz uczucie to było silniejsze od niej.  

Nie,  ta  niemoŜliwe,  Nathan  z  nią  nie  pójdzie,  myślała  gorączkowo.  Schowała  się  za 

firankę i czekała. Z pewnością Nathan zaraz odpowie Jancis, Ŝeby poszła sama. Ku swojemu 

zdumieniu  zobaczyła,  Ŝe  spokojnie  ruszył  za  nią.  Wydawało  się  jej  to  czymś 

niewiarygodnym,  trudno  było  jednak,  nawet  w  ciemnościach,  nie  rozpoznać  jego  smukłej 

sylwetki.  

Rose zamknęła oczy. Nie chciała na to patrzeć! Ale po chwili oprzytomniała. Uznała, Ŝe 

lepiej  jest  wszystko  zobaczyć,  wiedzieć,  co  się  właściwie  dzieje.  Znów  powróciły  nudności. 

PrzecieŜ dopiero co Nathan mówił jej, Ŝe rano postara się to wszystko jakoś rozwiązać. MoŜe 

zrozumiała go opacznie? 

Wsunęła  na  stopy  miękkie  sandały,  lecz  pozostała  w  nocnej  koszuli.  Zbiegła  na  dół  i 

wypadła do ogrodu.  

Zniknęli  jej  z  oczu,  ale  juŜ  wiedziała,  dokąd  poszli.  Do  zatoczki  u  wylotu  doliny.  Tej 

zatoczki, gdzie Nathan powiedział jej, Ŝe ma piękne piersi... Zmusiła się, by o tym nie myśleć. 

Przywiodłoby ją to do szaleństwa. Szła ścieŜką prosto przed siebie i mimo ciemności ani razu 

się nie potknęła. Noc była ciepła i pełna zapachów, ale gdyby nawet szalała śnieŜyca, Rose i 

background image

tak szłaby uparcie dalej, przeraŜona tym, co moŜe zobaczyć, a jednak niezdolna zawrócić.  

Kiedy  wreszcie  dotarła  do  zatoczki,  zobaczyła,  Ŝe  Jan  cis  i  Nathan  juŜ  tam  są.  Fale 

przybijały do brzegu, połyskując srebrnym światłem księŜyca. Rose zatrzymała się u wejścia, 

za skałami. Wiedziała, Ŝe nikt jej nie dostrzeŜe, podczas gdy ona miała doskonały widok na 

całą plaŜę.  

Jancis  zaczynała  się  właśnie  rozbierać.  Bez  Ŝadnych  zahamowań  zrzuciła  sukienkę  i 

koronkową halkę, a zaraz potem biustonosz i figi. Stała tak zupełnie naga w świetle księŜyca. 

Miała piękną figurę. Pełne, strome piersi, wąską  talię, szczupłe biodra. Rose niemal jęknęła. 

PrzecieŜ nie moŜe z nią konkurować! 

Przez cały czas jednak tliła się w niej nadzieja, Ŝe Nathan opamięta się, odejdzie, zanim 

posuną  się  za  daleko.  Tymczasem  on  teŜ  zaczął  się  rozbierać.  Rose  objęła  spojrzeniem  jego 

ciało i zadrŜała. Zbyt dobrze pamiętała, jak delikatnie budził w niej rozkosz.  

Pamiętała zbyt wiele rzeczy, których chyba nigdy, na pewno nigdy, nie zapomni.  

Jancis  była  juŜ  w  wodzie.  Nathan  wskoczył  i  popłynął  w  morze,  zostawiając  ją  przy 

brzegu.  

Rose  wiedziała,  Ŝe  powinna  odejść.  Widziała  juŜ  dostatecznie  duŜo.  Lecz  coś  nie 

pozwalało  jej  ruszyć  się  z  miejsca  –  jakaś  przewrotna  siła,  która  kazała  zostać  i  zobaczyć 

jeszcze więcej.  

W  końcu  wyszli  z  wody.  Rose  modliła  się  o  to,  by  wszystkie  podejrzenia  okazały  się 

bezpodstawne. Mogli przecieŜ po prostu przyjść tu popływać. No tak, ale wtedy wzięliby ze 

sobą kostiumy. Co z tego, Ŝe są nadzy? To jeszcze nic strasznego, przecieŜ to para dawnych 

przyjaciół.  

Nie, nie przyjaciół, kochanków, poprawiła się zaraz. A to istotna róŜnica.  

Kiedy podeszli do swoich ubrań, marzyła, by zaczęli je szybko wkładać. Serce jej jednak 

stanęło, kiedy Jancis połoŜyła dłoń na mokrym ramieniu Nathana i zaczęła je gładzić.  

Odwróć się od niej i odejdź, błagała go w myślach . Rose. Zrób to, proszę.  

Lecz  Nathan  stał  nieporuszony.  Nie  cofnął  się  równieŜ  wtedy,  kiedy  Jancis  przysunęła 

się, uniosła głowę i zaczęła szukać ustami jego ust, pieszcząc go coraz natarczywiej.  

Tego juŜ było za wiele. Rose nie mogła na to patrzeć. Z jękiem rozpaczy odwróciła się i 

pomknęła jak strzała do domu. Nie wiedziała nawet, jak i kiedy znalazła się w swoim pokoju. 

Szaleńczy bieg wydał jej się nierealny. Zerwała z siebie koszulę, wciągnęła dŜinsy i bluzę, po 

czym rzuciła się do szafy i szuflad i zaczęła wyciągać z nich swoje rzeczy.  

Wrzucając  wszystko  do  walizki,  mówiła  sobie,  Ŝe  niepotrzebnie  się  śpieszy  –  Nathan 

będzie jeszcze długo zajęty. Nie chciała zostać w tym domu ani chwili dłuŜej, lecz przysiadła 

na  łóŜku,  by  ochłonąć.  PrzecieŜ  zaraz  będzie  prowadzić  samochód.  Kiedy  udało  jej  się 

odzyskać panowanie nad sobą, chwyciła bagaŜe i zniosła je na dół. Dopiero tam uprzytomniła 

sobie,  Ŝe  nie  wie,  gdzie  ma  kluczyki.  PrzeraŜona,  zaczęła  przetrząsać  swoje  rzeczy. 

Wydawało jej się, Ŝe trwa to całe wieki. Musiała przecieŜ odjechać przed powrotem Nathana i 

Jancis.  

Wreszcie  znalazła  kluczyki  w  torbie;  wsunęły  się  za  podszewkę.  Z  westchnieniem  ulgi 

ruszyła do samochodu, wrzuciła na tył bagaŜe i wskoczyła do środka.  

background image

Silnik  zapalił  od  razu  i  samochód  pomknął  drogą.  Lyncombe  Manor  znikało  w 

ciemnościach,  a  Rose  zastanawiała  się,  czy  Nathan  będzie  wiedział...  czy  kiedykolwiek  się 

domyśli, ile ją kosztowała ta ucieczka od niego.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Droga  wiodąca  z  Lyncombe  Manor  była  zupełnie  nie  oświetlona.  Rose  wiedziała,  Ŝe 

jedzie  o  wiele  za  szybko,  lecz  mimo  to  nie  przestawała  naciskać  nogą  na  pedał  gazu. 

Samochód zarzucał na zakrętach, modliła się więc tylko, Ŝeby nic nie jechało z naprzeciwka. 

Tym bardziej Ŝe widziała jak przez mgłę, gdyŜ z oczu płynęły jej łzy. Ocierała je wierzchem 

dłoni, lecz niewiele to pomagało, bo nie potrafiła powstrzymać się od płaczu.  

Przed  nią  rozciągał  się  prosty  odcinek  drogi,  przyśpieszyła  więc  jeszcze  bardziej.  Nagle 

zobaczyła  ostry  zakręt.  Wiedziała,  Ŝe  nie  da  rady,  Ŝe  go  nie  weźmie.  Wcisnęła  z  całej  siły 

pedał  hamulca.  Samochód  zaczął  tańczyć,  aŜ  wpadł  w  długi  poślizg.  Próbowała  z  niego 

wyjść,  ale  było  za  późno.  Wypadła  z  drogi  i  zdąŜyła  tylko  pomyśleć,  Ŝe  nic  juŜ  nie  moŜe 

zrobić. Katastrofa była nieunikniona.  

Samochód  uderzył  w  wał  z  jednej  strony  drogi,  odbił  się,  cofnął  i  wpadł  do  rowu  po 

przeciwnej stronie. Silnik zgasł, zapanowała dziwna cisza.  

Rose potłukła się, doznała wstrząsu, ale szybko uświadomiła sobie, Ŝe nie jest powaŜnie 

ranna.  Z  Lyncombe  Manor  odjeŜdŜała  co  prawda  w  szalonym  pośpiechu,  lecz  odruchowo 

zapięła pas. Uchroniło ją to przed powaŜnymi obraŜeniami.  

Przez  długi  czas  siedziała  dygocząc.  Wstrząśnięta  wypadkiem,  który  był  jak  gdyby 

ukoronowaniem dramatycznych przeŜyć tej nocy, nie mogła odzyskać  równowagi. W końcu 

jednak  doszła  trochę  do  siebie,  rozluźniła  się,  usiadła  wygodniej  i  wciąŜ  lekko  drŜącymi 

palcami przekręciła kluczyk i zapaliła silnik.  

Owszem,  silnik  pracował,  lecz  mimo  to  samochód  stał  w  miejscu.  Musiał  zostać 

powaŜnie uszkodzony. Rose patrzyła tępo w ciemność przed sobą. Co powinna teraz zrobić? 

Wrócić do Lyncombe Manor i zadzwonić do warsztatu w miasteczku? Nie, nigdy, przenigdy 

nie przestąpi juŜ progu tego domu! 

Pozostało  jej  więc  tylko  pójść  pieszo  w  przeciwną  stronę.  Wiedziała  jednak,  Ŝe  niestety 

zdąŜyła  odjechać  niedaleko  od  Lyncombe  Manor,  a  to  oznaczało,  iŜ  do  najbliŜszego  domu 

musiałaby  maszerować  ciemną  drogą  kilka  kilometrów.  Tymczasem  nie  czuła  się  na  siłach, 

by przejść nawet kilka metrów.  

Siedziała więc nadal w samochodzie, najzupełniej bezradna. Ramiona jej opadły i czuła, 

Ŝ

e zaraz się rozpłacze. To wszystko, co się wydarzyło, załamało ją i przygniotło.  

Nagle  spostrzegła  z  tyłu  światła  na  drodze.  Jakiś  samochód?  Pomyślała  z  nadzieją,  Ŝe 

moŜe ktoś się zatrzyma i udzieli jej pomocy.  

Tak,  był  to  samochód.  Zatrzymał  się.  Nie  mogła  uwierzyć,  Ŝe  wreszcie  spotkało  ją  coś 

dobrego.  Zobaczyła  wysoką  postać  biegnącą  w  jej  stronę.  Och  nie!  Poczuła  ucisk  w  gardle. 

NiemoŜliwe! 

Nathan szarpnął drzwi i usiadł przy niej.  

– Co się, do diabła, stało?! Jesteś ranna? Cholera! Ciemno tu, nic nie widzę.  

Przycisnął  włącznik  lampki,  która  cudem  się  zapaliła.  Rose  zobaczyła  bladą,  przeraŜoną 

twarz Nathana i poczuła dotyk jego ręki, jakby chciał się upewnić, czy nic jej nie jest.  

background image

– Nie, daj spokój, nic mi się nie stało. – Cofnęła się odruchowo.  

– JeŜeli nic ci się nie stało, to dlaczego siedzisz w zepsutym samochodzie w środku nocy? 

– Chciałam się wynieść – odparła drŜącym głosem. – Ale nawalił mi samochód.  

– Od kogo chciałaś się wynieść? Ode mnie? 

– Tak, od ciebie! – rzuciła wyzywająco. Oparł się o siedzenie i odsunął od Rose.  

–  Widziałaś,  co  się  tej  nocy  wydarzyło?  –  spytał  w  końcu  stanowczo.  –  To  znaczy  na 

plaŜy? 

Nie chciała o tym mówić. Nie chciała nawet o tym myśleć.  

–  Wiem,  Ŝe  poszłaś  za  nami  do  zatoczki  –  ciągnął  tym  samym  tonem.  –  Wracając  do 

domu, znalazłem na ścieŜce twój sandałek.  

Nie  pamiętała,  Ŝe  go  zgubiła.  Nic  w  tym  dziwnego,  skoro  w  ogóle  nie  pamiętała  swego 

biegu do domu.  

– Co widziałaś? – spytał, patrząc jej w oczy z niepokojącym napięciem.  

– Wystarczająco duŜo – mruknęła.  

– Nie sądzę.  

–  Widziałam  was  oboje  nago!  –  Podniosła  głowę  i  patrzyła  na  niego  wzburzona.  – 

Widziałam, jak cię dotykała! Widziałam, jak cię całowała! Co jeszcze miałam zobaczyć? 

– Gdybyś została chwilę dłuŜej, zobaczyłabyś, Ŝe do niczego więcej nie doszło! 

Spojrzała na niego z pogardą.  

– Naprawdę chcesz, Ŝebym w to uwierzyła? MoŜe i nie mam wielkiego doświadczenia... 

w kaŜdym razie w porównaniu z nią... ale nie jestem kretynką! 

Nathan  zaklął  cicho.  Nagle  chwycił  ją  za  ramiona  i  mocnym  szarpnięciem  odwrócił  do 

siebie.  

– Zastanów się nad tym, co widziałaś! – rozkazał. – Owszem, byłem nagi. Ale czy byłem 

podniecony? Czy wyglądało na to, Ŝe jej pragnę? 

– Nie – przyznała czerwieniąc się. – Ale pozwoliłeś, by cię dotykała, Ŝeby cię całowała.  

– No, a czy ja zachowywałem się podobnie? 

– Nie – odparła po dłuŜszej chwili.  

– I nic ci to nie mówi? 

Lecz Rose jeszcze nie potrafiła dopuścić głosu rozsądku.  

– Przede wszystkim po co poszedłeś z nią nad morze? Dlaczego pozwoliłeś jej tak się do 

siebie zbliŜyć? 

Tym razem on się zawahał i zwlekał z jasną odpowiedzią.  

– MoŜe musiałem coś sobie udowodnić – powiedział w końcu.  

– I dlatego musiałeś biegać z nią nago? – prychnęła pogardliwie.  

– Uznałem, Ŝe to równie dobry sposób jak kaŜdy inny, Ŝeby całkiem się upewnić, Ŝe juŜ 

jej nie pragnę.  

Minęło kilka dobrych chwil, zanim Rose odezwała się znowu.  

– Ale przecieŜ wciąŜ mi mówiłeś, Ŝe jesteś tego pewien – wydusiła z siebie wreszcie.  

– Byłem pewien na dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Kiedy przez dłuŜszy czas jest się z 

kimś tak blisko, zawsze potem pozostaje lęk, Ŝe nie wszystko do końca się wypaliło. śe ten 

background image

ktoś  nadal  potrafi  czymś  cię  do  siebie  przyciągnąć.  Dlatego  tak  długo  nie  chciałem  widzieć 

Jancis. Jakaś cząstka mnie bała się tego spotkania.  

Rose przypomniała sobie, jak mówił, Ŝe oboje muszą się uporać ze swoimi problemami. 

Teraz zaczynała rozumieć, co miał na myśli.  

–  A  co  by  było,  gdyby  nadal  potrafiła  cię  do  siebie  przyciągnąć?  –  spytała  juŜ  mniej 

wrogo.  

–  Powiedziałbym  ci  o  tym  –  odparł  bez  namysłu.  –  I  musielibyśmy  razem  zdecydować, 

czy  damy  sobie  radę  z  tą  dodatkową  komplikacją.  Ale  ten  problem  nie  istnieje.  Jancis  juŜ 

mnie nie pociąga. Udowodniłem to sobie ponad wszelką wątpliwość.  

Rose  powoli  nabierała  nadziei.  Odczuła  tak  wielką  ulgę,  Ŝe  aŜ  wydało  jej  się  to 

nieprawdopodobne.  

–  Jancis  musiała  być  niezbyt  zachwycona,  kiedy  nie  odpowiedziałeś  na  jej  zaloty?  – 

zauwaŜyła z nutką radości w głosie.  

– Zgadza się – odparł lakonicznie.  

– Ona naprawdę miała na ciebie ochotę.  

–  Tak,  tym  razem  naprawdę  mnie  pragnęła.  Ale  chyba  nie  włoŜyłaby  w  to  tyle  zapału, 

gdyby nie chodziło jej równieŜ o moje piosenki. Ona chce znowu być gwiazdą. Marzy jej się 

nowy sukces i wszystko to, co jest z nim związane: dreszcz emocji, pieniądze, pochlebstwa, 

popularność. UwaŜała, Ŝe jestem męŜczyzną, który jej w tym pomoŜe.  

Rose  potrafiła  sobie  wyobrazić,  jak  zareagowała  Jancis,  kiedy  pojęła  ostatecznie,  Ŝe  jej 

plan się nie powiódł.  

–  Ona  jest  w  domu?  –  spytała,  wzdrygnąwszy  się  na  samą  myśl,  Ŝe  znów  miałaby  ją 

zobaczyć.  

Nathan zauwaŜył to i natychmiast objął ją ramieniem.  

–  Chyba  juŜ  wyjechała.  Kiedy  zrozumiała,  Ŝe  nie  uda  jej  się  mnie  uwieść,  okropnie  się 

wściekła.  W  domu  urządziła  mi  nawet  scenę.  Po  raz  pierwszy  pokazała  swoje  prawdziwe 

oblicze,  no  i...  Nie  powiem,  Ŝeby  to  było  specjalnie  przyjemne  –  dodał  krzywiąc  się.  – 

Miałem jej juŜ powyŜej  uszu. Zdałem sobie sprawę, Ŝe zrobiłem nie najlepiej, przywoŜąc ją 

tutaj.  Sądziłem, Ŝe  rozwiąŜe  to  nasze  problemy,  a  tak  naprawdę  to  tylko  odepchnęło  cif  ode 

mnie. Powiedziałem Jancis, Ŝeby zadzwoniła po taksówkę i odjechała.  

– O pierwszej w nocy? 

– Było mi wszystko jedno. Chciałem, Ŝeby raz na zawsze wyniosła się z mojego domu i z 

mojego  Ŝycia.  Pewnie  tego  nie  zauwaŜyłaś,  ale  kilka  minut  temu  minął  nas  samochód. 

Musiała w nim być Jancis.  

Spojrzała na niego niepewnie.  

– To co teraz zrobimy? 

– Chyba wrócimy do domu.  

Dom...  Rose  delektowała  się  tym  słowem.  Lyncombe  Manor  zasługiwało  na  to  miano. 

Zwłaszcza teraz, kiedy nie było juŜ tam Jancis.  

Nathan pomógł jej wysiąść z uszkodzonego samochodu i obejmując ją wpół, poprowadził 

do swojego, który stał kilka metrów dalej. Wzdychając z ulgą, opadła na siedzenie. Jechali z 

background image

powrotem  do  Lyncombe  Manor.  Ani  na  chwilę  nie  spuściła  wzroku  z  bladej,  majaczącej  w 

mroku twarzy Nathana.  

Wysiedli na podjeździe i trzymając się za ręce, ruszyli w stronę domu. Serce biło jej coraz 

mocniej. Wiedziała, Ŝe i on jest rozgorączkowany, bo palcami wyczuwała jego przyspieszony 

puls.  

Kiedy stanęli w holu, Nathan zwrócił się do niej.  

–  Wypędziliśmy  juŜ  stąd  ducha  Jancis,  jak  więc  spędzimy  resztę  nocy?  –  spytał  cicho, 

lecz zanim zdąŜyła odpowiedzieć, podniósł głowę. – Czujesz ten zapach? – zaniepokoił się.  

Rzeczywiście, w powietrzu unosił się swąd, coraz bardziej intensywny.  

–  To  ta  dziwka!  Ostrzegała  mnie,  Ŝe  jeszcze  jej  zapłacę,  i  podpaliła  dom!  –  krzyknął 

Nathan i rzucił się biegiem naprzód. Rose oniemiała na chwilę, po czym pomknęła za nim.  

Pędził  do  wschodniego  skrzydła,  na  końcu  korytarza  raptownie  się  zatrzymał.  JuŜ 

wiedział,  gdzie  się  pali  –  dym,  który  wisiał  w  całym  korytarzu,  wydobywał  się  szparą  spod 

drzwi pokoju.  

–  W  duŜym  pokoju  jest  gaśnica!  Pobiegnę  po  nią!  –  Chwycił  Rose  za  rękę.  –  A  ty  leć 

zadzwonić do straŜy, potem weź gaśnicę z kuchni i przynieś ją tutaj.  

– Tylko uwaŜaj! 

– Leć juŜ! – Popchnął ją lekko.  

Nie trzeba jej było powtarzać dwa razy. Pomknęła do telefonu i drŜąc z emocji, wykręciła 

numer.  Na  szczęście  natychmiast  podniesiono  słuchawkę.  Szybko  wyrzuciła  z  siebie 

odpowiedzi na wszystkie pytania. Kiedy juŜ upewniła się, Ŝe straŜ zaraz przyjedzie, pobiegła 

do  kuchni  po  gaśnicę.  Gaśnica  okazała  się  jednak  strasznie  cięŜka,  ciągnęła  więc  ją  po 

posadzce aŜ do korytarza, gdzie Nathan walczył z poŜarem.  

Drzwi  do  pokoju,  z  którego  szedł  dym,  były  juŜ  otwarte.  W  środku  buchały  płomienie. 

Rose stanęła oniemiała z przeraŜenia. Nie sposób okiełznać tego poŜaru, pomyślała. Nie damy 

rady. Nie moŜna ugasić płonącego lasu wiadrem wody.  

Gaśnica była juŜ pusta. Nathan odrzucił ją na bok.  

–  Nie  jest  najgorzej.  Udało  mi  się  trochę  z  tym  uporać,  ale  nie  wolno  nam  dopuścić  do 

tego, Ŝeby ogień przeniósł się dalej – powiedział, biorąc od Rose drugą gaśnicę.  

– Ale co robić? 

– Chcę stąd wynieść łatwo palne rzeczy.  

– Poparzysz się na śmierć! 

– SkądŜe! Będę je do ciebie rzucał. UwaŜaj tylko, czy  coś się przypadkiem nie tli, Ŝeby 

nie zaprószyć ognia w korytarzu.  

Ruszył  do  pokoju  z  drugą  gaśnicą,  tłumiąc  płomienie  przed  sobą.  Rose  nie  mogła  na  to 

patrzeć. Nie przeŜyłaby, gdyby mu się coś stało.  

Nathan zerwał cięŜkie zasłony i rzucił je do korytarza. Zaczynały się juŜ tlić na brzegach, 

Rose stłumiła ogień nogami. Wkrótce za drzwiami pokoju znalazły się poduszki, czasopisma, 

dwa małe stoliki. Nathan wyrzucił wszystko, co mogłoby podsycać płomienie. Była to jednak 

bitwa, której nie sposób było wygrać. Ogień się rozprzestrzeniał. Rose spostrzegła, Ŝe języki 

płomieni prawie dosięgają Nathana i serce w niej zamarło.  

background image

– Wychodź natychmiast! – krzyknęła.  

Nie  zareagował  na  jej  wezwanie,  wpadła  więc  do  pokoju  i  chwyciwszy  Nathana  za 

koszulę, zaczęła go stamtąd wyciągać. Chwilę później właśnie w tym miejscu wyrosła ściana 

płomieni.  Dopiero  wtedy  Nathan  zrozumiał,  w  jakim  niebezpieczeństwie  się  znajdował. 

Kaszlał od gryzącego dymu.  

– Czy w szopie z narzędziami jest wąŜ? – zwrócił się do niej, odzyskawszy równowagę. 

Nie pamiętała dokładnie.  

– Chyba tak – odparła dopiero po chwili.  

– Idź sprawdzić. JeŜeli jest, przykręć go do kranu w kuchni. Szybko! 

Nie  chciała  zostawiać  Nathana  samego.  Bała  się,  Ŝe  chcąc  ratować  dom,  zrobi  coś 

nierozsądnego. OpróŜnili juŜ drugą gaśnicę, a nie wiadomo było, kiedy przyjedzie straŜ.  

Wybiegła  z  domu,  przemknęła  przez  podwórze,  a  gdy  dopadła  do  szopy,  stanęła 

niezdecydowana. Było przecieŜ zupełnie ciemno, a nie zabrała ze sobą latarki. Szkoda czasu, 

by wracać, pomyślała. Trzeba sobie poradzić po ciemku.  

Przedzierając  się  przez  pomieszczenie  wypełnione  kosiarkami,  łopatami,  grabiami  i 

sekatorami,  potknęła  się  o  taczkę,  skręciła  nogę  w  kostce  i  zahaczyła  o  miotłę.  Wzrok 

przywykł  juŜ  trochę  do  ciemności,  ale  nadal  dobrze  nie  widziała. W  końcu  stanęła  i  zaczęła 

po  prostu  szukać  po  omacku.  MoŜe  natrafi  na  coś,  co  jej  opuchnięte,  sztywne,  pokaleczone 

palce uznają za gumowy wąŜ.  

Miała prawdziwe szczęście, bo znalazła go juŜ po chwili, lecz pojawił się nowy problem 

–  wąŜ  był  długi  i  bardzo  cięŜki.  Rose  przypomniała  sobie  o  taczce.  W  szaleńczym  tempie 

zaczęła wsuwać go na nią i skręcać. AŜ wreszcie bez tchu, pchając taczkę, dotarła do kuchni.  

Na  szczęście  zaraz  pojawił  się  tam  Nathan.  Dość  szybko  udało  im  się  uporać  z 

podłączeniem  węŜa  do  kranu.  Wtedy  Nathan  zaczął  go  wciągać  na  górę.  Rose  została  w 

kuchni,  by  na  jego  polecenie  puścić  wodę.  W  końcu  pobiegła  za  nim.  Stanęła  przeraŜona, 

widząc, jak szybko rozprzestrzenił się ogień.  

Woda lejąca się z węŜa niewiele mogła juŜ zdziałać. Ogień przygasał w jednym miejscu, 

lecz natychmiast wybuchał w drugim.  

– Wyjdź z domu! – nakazał Nathan, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, Ŝe Rose stoi 

obok. – Wyjdź z domu, tu jest zbyt niebezpiecznie.  

– Bez ciebie nie wyjdę! 

– Tu jest niebezpiecznie! 

– To co! Nie zostawię cię tutaj! 

Miał  taki  wyraz  twarzy,  jakby  chciał  się  z  nią  zajadle  kłócić,  lecz  nagle  mocno  ją 

pocałował. W tym samym momencie usłyszeli syrenę nadjeŜdŜającego wozu straŜy poŜarnej.  

W mgnieniu oka straŜacy zajęli się wszystkim, bezceremonialnie odsuwając na bok Rose 

i  Nathana.  Sprawnie  i  szybko  ugasili  poŜar,  a  następnie  zaczęli  przeszukiwać  dom,  Ŝeby  się 

upewnić, czy nigdzie nic się nie tli.  

Kilka godzin później cała akcja została zakończona. Rose nie mogła uwierzyć, Ŝe ta długa 

noc  teŜ  się  wreszcie  kończy,  Ŝe  oboje  są  zdrowi  i  cali  i  Ŝe  główna  część  domu  niewiele 

ucierpiała.  

background image

Jeden  ze  straŜaków  zrobił  im  wykład  o  tym,  jak  nie  powinno  się  próbować  gasić  ognia 

bez  odpowiedniego  sprzętu.  Później  jednak  pozwolił  sobie  na  milszą  uwagę.  Stwierdził,  Ŝe 

tak  naprawdę  to  uchronili  dom  przed  wielkim  poŜarem.  Ogień  zniszczył  głównie  pokój,  w 

którym został podłoŜony, oraz dwa pokoje nad nim. Poza tym we wschodnim skrzydle wiele 

szkód  wyrządził  dym.  Lecz  wszystko  będzie  moŜna  odnowić  lub  odbudować.  Rose  zdawała 

sobie sprawę, Ŝe mieli duŜo szczęścia. Mógł przecieŜ spłonąć cały dom.  

StraŜak  zalecił  im  takŜe  natychmiastowe  badania  w  szpitalu,  ale  Ŝadne  z  nich  nie  miało 

zamiaru się tam wybrać. Jedynym ich pragnieniem było pozostanie we dwójkę w Lyncombe 

Manor.  

Wreszcie  odjechał  ostatni  wóz  i  w  domu  zapanował  spokój.  Nathan  i  Rose  poszli  do 

duŜego pokoju, który był nie tknięty przez ogień. Stali tam, patrząc długo na siebie.  

–  Uratowałaś  mi  Ŝycie  –  powiedział  Nathan  w  końcu.  –  Gdybyś  mnie  wtedy  nie 

wyciągnęła z pokoju, spłonąłbym jak wiór.  

Rose zadrŜała.  

– Nie chcę o tym myśleć – rzekła niepewnie. – Nie teraz. – Spojrzała na niego uwaŜnie. – 

A co zrobimy z Jancis? 

–  Chyba  nic.  Oboje  wiemy,  Ŝe  to  ona  podłoŜyła  ogień,  ale  udowodnienie  tego  w  sądzie 

byłoby prawie niemoŜliwe.  

– Więc. ujdzie jej to płazem? 

– PoŜar?... Tak.  

–  Myślisz,  Ŝe  to  przypadek,  iŜ  poŜar  zaczął  się  we  wschodnim  skrzydle?  Tam,  gdzie  ja 

mieszkałam? 

– Oczywiście, zenie. Jancis jest mściwa. Dzisiaj to dobitnie udowodniła. – Zacisnął usta. 

– Ale są sposoby, Ŝeby za to zapłaciła.  

– Jakie? 

– WciąŜ jeszcze mam bardzo wpływowych znajomych wśród muzyków. Koniec z karierą 

tej  pani!  Od  dzisiaj  nikt  nie  będzie  zapraszał  jej  na  przesłuchania,  Ŝaden  z  najlepszych 

agentów  nie  zgodzi  się  jej  reprezentować.  Jancis  nie  otrzyma  teŜ  propozycji  kontraktu  od 

Ŝ

adnej wytwórni płyt. Dotychczas jej kariera była tylko zagroŜona, lecz teraz to juŜ koniec.  

–  UwaŜasz,  Ŝe  powinieneś  tak  postąpić?  Czy  to  uczciwie?  –  spytała  Rose,  zagryzając 

wargi.  

–  Po  dzisiejszej  nocy?  –  Spojrzał  na  nią  z  niedowierzaniem.  –  I  ty  masz  jeszcze  jakieś 

skrupuły?  PrzecieŜ  jedno  z  nas,  czy  nawet  oboje,  mogło  zginąć.  Jancis  podłoŜyła  ogień 

celowo. Chciała, by ten dom przestał istnieć, a przy okazji my mogliśmy stracić Ŝycie.  

–  Wiesz...  –  Zawahała  się.  –  Myślę,  Ŝe  utrata  ciebie  i  twoich  piosenek  to  juŜ 

wystarczająca kara.  

–  Jesteś  za  miękka  –  powiedział,  potrząsając  głową,  ale  nagle  uśmiechnął  się  lekko.  – 

MoŜe równieŜ dlatego chcę z tobą być. Więc jeŜeli i ty naprawdę tego chcesz...  

– Tak. Nienawidzę jej' – wyznała – i nie chcę być do niej w niczym podobna. Gdybyśmy 

zniszczyli  jej  i  tak  juŜ  zachwianą  karierę,  oznaczałoby  to,  Ŝe  jesteśmy  tak  samo  mściwi  jak 

ona.  

background image

Poddał się, wzruszywszy ramionami.  

– Nie będę więc nigdzie dzwonił. I spróbujmy do końca Ŝycia nie wymawiać jej imienia.  

Do  końca  Ŝycia...  Zabrzmiało  to  tak,  jakby  miał  jakieś  bardzo  dalekosięŜne  plany 

dotyczące ich dwojga. Po dzisiejszej nocy chciała wreszcie uwierzyć, Ŝe naprawdę mają przed 

sobą przyszłość.  

– Czy próbujesz mi powiedzieć, Ŝe chciałbyś, abym tu została? – spytała nieśmiało.  

–  Właściwie...  –  Nathan  przyjął  nonszalancką  pozę  –  to  chciałbym  ci  ofiarować 

Lyncombe Manor w prezencie ślubnym. Niestety, teraz to trochę uszkodzony prezent, ale za 

kilka tygodni będzie jak nowy.  

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.  

– Powiedziałeś... w prezencie ślubnym? 

– Jesteś dziewczyną, która potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. I chcę ci je dać.  

– Ale nawet mi nie powiedziałeś... no, nie powiedziałeś, Ŝe mnie kochasz – wymamrotała.  

– Nie, nie powiedziałem, lecz chyba w końcu poruszę i ten temat.  

– Nie wiedziałam... to znaczy nie spodziewałam się... nie wiedziałam, Ŝe myślisz o mnie 

w taki sposób – wydusiła wreszcie.  

– To znaczy w jaki? – spytał, drocząc się z nią.  

– No... jak o kimś, z kim chciałbyś spędzić Ŝycie.  

–  Myślałem,  Ŝe  wiesz.  –  Teraz  z  kolei  on  był  zdumiony.  –  JakŜe  więc,  przeŜywaliśmy 

całą tę hecę z Jancis tylko po to, byś nie była pewna, Ŝe właśnie ciebie pragnę? 

– Naprawdę nie byłam pewna – przyznała.  

– WciąŜ mi się wydawało, Ŝe zaistniałam w twoim Ŝyciu tylko przypadkiem. Wiem, Ŝe to 

niemądre,  ale  nie  potrafiłam  pozbyć  się  tego  przekonania.  Problem  polegał  na  tym,  Ŝe 

chciałam, byś miał dla mnie takie uczucie, jakim obdarzyłeś Jancis.  

– A ja wprost przeciwnie, chciałem czuć coś zupełnie innego – odparł stanowczo. – Nie 

chcę  przeŜywać  czegoś  takiego  po  raz  wtóry.  To  było  jak  szaleństwo.  Pragnę  tylko  tego,  co 

razem znaleźliśmy. Czegoś, na czym moŜna budować. Czegoś bardzo stałego, prawdziwego i 

trwałego.  

– Kiedy tak mówisz, to brzmi nawet nudnawo.  

– Rose zrobiła kwaśną minę.  

Nathan  chwycił  ją,  przyciągnął  do  siebie  i  całował,  całował  długo  i  mocno,  aŜ  zabrakło 

im tchu, a Rose zakręciło się w głowie.  

– To było nudnawe? – spytał gwałtownie. Potrząsnęła tylko głową, bo nie mogła wydusić 

słowa.  

– A ta noc, którą spędziliśmy razem, teŜ była nudna? 

– Nie – odparła natychmiast, odzyskawszy głos.  

–  To  dobrze  –  powiedział  z  satysfakcją  i  uśmiechnął  się  przebiegle.  –  O  wiele  rzeczy 

mnie oskarŜano, ale nie o to, Ŝe jestem nudny! 

– SkądŜe znowu! – krzyknęła z przekonaniem.  

–  Odkąd  cię  poznałam,  gdy  zamknąłeś  mnie  w  piwnicy,  Ŝycie  przynosi  mi  same 

niespodzianki! 

background image

–  I  śmiem  twierdzić,  Ŝe  jeszcze  kilka  ci  się  przydarzy  –  ostrzegł  ją  i  roziskrzyły  mu  się 

oczy, po czym znów spowaŜniał. – Chcę ci o czymś powiedzieć, Ŝeby zostało to powiedziane 

raz na zawsze. Pragnąłem Jancis, ale było to czysto fizyczne poŜądanie. Pokazałem ci, jak to 

wygląda, i nie bardzo ci się to podobało. Mnie teŜ, ale długo nic nie mogłem na to poradzić. 

Nie  wiem  dlaczego.  Chyba  dlatego,  Ŝe  męŜczyźni  kontrolują  swoje  popędy  słabiej  niŜ 

kobiety.  Nie  poŜądam  juŜ  Jancis  i  nigdy  nie  będę  jej  poŜądał.  Pragnę  ciebie.  Więcej, 

potrzebuję  cię.  I  kocham.  Nie  wiem,  jak  to  się  stało,  ale  nie  bardzo  bym  chciał  się  nad  tym 

zastanawiać.  Po  prostu  dziękuję  Bogu,  Ŝe  wpadłaś  z  hukiem  w  moje  Ŝycie  i  postanowiłaś 

chwilę odczekać. Chcesz więc wyjść za mnie, czy nie? 

– Chcę – powiedziała bez zastanowienia.  

– To dobrze. – Spojrzał na nią i uśmiechnął się. – Jesteś brudna.  

– Czyścioszek! – odparowała, wycierając mu sadzę z twarzy.  

Odwrócił głowę i pocałował jej palce, a potem lekko je ugryzł.  

–  Chyba  wykąpiemy  się...  razem  –  powiedział  z  namysłem.  –  I  będziemy  długo  spać... 

razem. A kiedy się obudzimy...  

– To co? – spytała bez tchu, bo zaczął delikatnie gładzić jej piersi.  

– Pomyślimy, jak by tu ciekawie spędzić resztę dnia.  

Rose uznała, Ŝe to fantastyczne plany na najbliŜsze dwadzieścia cztery godziny. W istocie 

jednak cała reszta jej Ŝycia miała się stać najzupełniej fantastyczna.