background image
background image

    
    
    

STEVE FEASEY

STEVE FEASEY

STEVE FEASEY

STEVE FEASEY    

    

„„„„WILKOŁAK. DLACZEGO JA?

WILKOŁAK. DLACZEGO JA?

WILKOŁAK. DLACZEGO JA?

WILKOŁAK. DLACZEGO JA?””””    

    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    
    

Tytuł oryginału :

Tytuł oryginału :

Tytuł oryginału :

Tytuł oryginału :    

Changeling 

Changeling 

Changeling 

Changeling     

Discover the beast within

Discover the beast within

Discover the beast within

Discover the beast within    

    

    

 

background image

 

Trey Laporte otworzył oczy i zamrugał, porażony blaskiem późnego poranka. 

Usiadł na łóżku i zaraz złapał się za głowę. Poczuł, jakby w jej wnętrzu 
eksplodował granat. Pod jego powiekami zapaliły się gwiazdy, a ciałem 
wstrząsnęła fala nudności. Jęknął i opadł z powrotem na poduszkę; leżał ze 
wzrokiem wbitym w sufit, który dziwnie falował. Z ustami pełnymi śliny starał 
się powstrzymać torsje, licząc na to, że wszystkie objawy zaraz ustąpią. 

Uzmysłowił sobie, że nie pamięta momentu, w którym kładł się spać 

wieczorem poprzedniego dnia. Marszcząc czoło z wysiłku, usiłował sobie 
przypomnieć cokolwiek, zebrać w całość choćby jedną informację, która by mu 
podpowiedziała, dlaczego tak się czuje. Na próżno. 

Po kolacji grał w świetlicy z Wayne'em na xboksie w 

Pro-Evolution Soccer. 

Wayne, jak zwykle, ruszał się po boisku w ślimaczym tempie i po jakimś czasie 
Trey miał już dość młócenia go. O dziewiątej wrócił do pokoju, żeby przed snem 
posłuchać muzyki z MP3. Wszedł, zamknął drzwi na klucz i... nic więcej nie 
pamiętał. 

Nie pamiętał absolutnie niczego, co się stało od tamtego momentu. Jakby ktoś 

wcisnął klawisz kasowania, kiedy on wszedł do pokoju, i wymazał wszystko, co 
się wydarzyło. 

Jeszcze raz dźwignął się z poduszki. I znowu poczuł nudności. Syknął. 

Wyschły mu usta, a spuchnięty język przyklejał się do podniebienia. Był 
spragniony. Spuścił nogi z łóżka. Oczy miał wciąż zamknięte, bo raziło go słońce. 
Miał wrażenie, że we wnętrzu jego czaszki przy każdym ruchu wybuchają 
fajerwerki. Zorientował się, że jest nagi, a przecież nie sypiał bez piżamy. Wsunął 
dłoń pod poduszkę i wyciągnął spodenki. Wszystko to wydało mu się bardzo 
dziwne. Wreszcie Trey otworzył oczy i schylił się, by włożyć dół piżamy. W tej 
samej chwili wzrok chłopca padł na adidasy. Jego ulubione adidasy. Co, do 
cholery...? 

Ktoś energicznie zapukał do drzwi. 
Trey zignorował pukanie i na chwilę zapomniał o ogniu, który trawił każdą 

cząstkę jego ciała. Oszczędzał długie tygodnie, by kupić sobie te buty, i oto teraz 
leżały przed nim porozrywane, jakby ktoś w ataku szału pociął je dużym nożem. 
Schylił się, żeby dokładniej obejrzeć zniszczone adidasy, i aż jęknął, gdy poczuł 
kolejną falę bólu w głębi czaszki. 

- Moje buty! Co, do...? - Głos mu się załamał, gardło zdawało się palić żywym 

ogniem. Instynktownie przyłożył dłoń do szyi. Kiedy przełknął ślinę, aż zamrugał. 
Nawet tak prosty odruch powodował nieprzyjemne doznania. 

background image

Stanął, rozglądając się za czymś do picia, i dopiero teraz zauważył chaos, jaki 
panował w jego pokoju. Obracał się powoli, z ustami otwartymi ze zdumienia. 

Gdy ciałem Treya wstrząsnął dreszcz, chłopak poczuł chłód. Zerknąwszy przez 

ramię, zobaczył, że okno wisi odchylone pod dziwnym kątem, wyrwane z 
górnego zawiasu. Na framudze widać było wyżłobienia, metal prześwitywał w 
miejscach, w których zdrapano plastikową powłokę. Wzrok chłopca przesunął się 
na prawo od okna, gdzie w tynku widniały głębokie bruzdy, jakby ktoś rozorał 
ścianę grabiami. 

Jakim cudem przespał noc i niczego nie usłyszał? Czy to w ogóle możliwe? 
Pokój był zrujnowany. Jego rzeczy - miał ich niedużo, dlatego trzymał je 

porządnie poukładane - walały się po całym pomieszczeniu, wiele z nich zostało 
zniszczonych. Serce tłukło mu się w piersi i poczuł, że ma ochotę wrzasnąć, by 
dać upust furii. Zbierało mu się na płacz. Był wściekły. Zapragnął się dowiedzieć, 
kto to zrobił, i... 
Znowu ktoś zapukał, tym razem głośniej. Trey odwrócił się w tamtą stronę. Jego 
wzrok padł na klucz, który tkwił w zamku od wewnątrz. Podszedł i spróbował 
przekręcić gałkę, pewny, że drzwi się otworzą. Cofnął się o krok, ponieważ nawet 
nie drgnęły. Patrzył podejrzliwie na ich białą, lśniącą powierzchnię. Po chwili 
wyciągnął rękę, ujął klucz w dwa palce i powoli przekręcił go zgodnie z ruchem 
wskazówek zegara. Znów zmarszczył czoło, kiedy usłyszał, jak blokada wysuwa 
się z zamka i chowa w głównej komorze. Uchylił drzwi. Spojrzał jeszcze raz na 
okno - zamek był nienaruszony. Serce chłopca wyraźnie przyspieszyło, on zaś, 
zdruzgotany, po raz kolejny rozejrzał się po pomieszczeniu, nie mając 
najmniejszego pojęcia, co się mogło wydarzyć. Ponownie poczuł przypływ 
nudności. 

Uszkodzenia okna sugerowały, że dokonano ich od wewnątrz... a przecież spał 

tutaj. Z pewnością by się obudził, gdyby ktoś demolował mu pokój! 

Trey powoli wrócił do łóżka. Podniósł z podłogi zniszczone adidasy i usiadł na 

materacu wpatrzony w skórzano-gumowe strzępy, które zostały z jego cennej 
własności - najlepszych butów, jakie kiedykolwiek miał. 

Pomyślał, że wyglądają jak zwierzę po sekcji, i zaraz przypomniał sobie żaby, 

które musieli preparować na lekcjach biologii - rozcinali twardą skórę i odciągali 
ją, by odsłonić zakrwawione wnętrzności. Ze sznurowadeł, które wiązał tyle razy, 
została plątanina pozrywanych i postrzępionych kawałków. 

- Treyu? - rozległ się głos Colina Wallingtona. - Wszystko w porządku, Treyu? 
Drzwi otworzyły się trochę szerzej i chłopiec usłyszał, jak gość wstrzymuje 

oddech. 

- O mój Boże! Coś ty narobił? 

background image

Colin Wallington wszedł do pokoju. Był wysokim, chudym mężczyzną o 

gładko ulizanych, czarnych włosach i chciwym, rozbieganym spojrzeniu. Cechy 
te w połączeniu z cienkim, haczykowatym nosem nadawały mu nieprzyjemny, 
ptasi wygląd, dlatego też wychowankowie zarządzanego przez niego domu 
dziecka obdarzyli go przydomkiem Sęp. Wallington zatrzymał się na środku 
pokoju i rozglądał dokoła z niedowierzaniem, kręcąc głową. A potem, wyraźnie 
rozwścieczony, spojrzał na Treya. 

- Coś ty tu wyczyniał?! 
- Oszalałeś? - jęknął chłopiec. - To nie ja! Dlaczego miałbym robić taką 

demolkę we w ł a s n y m pokoju i niszczyć w ł a s n e rzeczy? Spójrz na te buty! - 
Podniósł wyżej adidasy i w tej samej chwili przypomniał sobie, że jest nagi. 
Przykrył się i znowu sięgnął po spodenki piżamy. Wciągnął je pod kołdrą. 

Trey zauważył, że Colin cały drży, tkwiąc w miejscu, jakby jakiś prąd płynący 

przez jego ciało nie pozwalał mu się ruszyć. Patrzył na nastolatka, zaciskając i 
rozprostowując palce dłoni. 

W ciągu całego swojego trzyletniego pobytu w domu dziecka Apple Grove, 

Trey nie widział dyrektora tak rozgniewanego. Colin był złośliwym i mściwym 
człowiekiem, zdawał się czerpać chorobliwą przyjemność z poniżania tych, 
którymi się opiekował, lecz o ile chłopak się orientował, dyrektor nigdy nie 
dopuścił się fizycznej przemocy wobec żadnego z podopiecznych. Za to potrafił 
być paskudnym tyranem, który nie przebierał w słowach, kiedy chciał zranić 
nielubiane przez siebie dzieciaki. Trey po raz pierwszy bał się, że mężczyzna może 
go uderzyć. 
- Masz pojęcie, ile mi narobiłeś kłopotów tym swoim popisem? I ile dodatkowej 
pracy mi przysporzyłeś? – wycedził Colin przez zaciśnięte zęby. Poruszana tikiem 
lewa brew zaczęła drgać rytmicznie. - Będę musiał sporządzić raport, zamówić 
kogoś, kto naprawi okno, i... 

Zamilkł i pociągnął nosem, a jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia, 

upodabniając mężczyznę do chimery; brew nad lewym okiem wciąż poruszała się 
regularnie w rytm niesłyszalnej melodii. 

- Na Boga, a cóż to za smród? 
Schylił się i podniósł podartą bluzę Treya. Powąchał ją i stwierdził, że nie jest 

źródłem odoru wypełniającego pokój. Cisnął ubranie z powrotem na podłogę i 
obrzucił chłopca podejrzliwym spojrzeniem. 

- Coś ty tu wyprawiał, obrzydliwy gnojku? Teraz i Trey to poczuł. Oleisty, 

metaliczny zapach przywodzący na myśl zbutwiałe liście i świeżo przekopaną 
ziemię. Wyczuwało się w nim coś jeszcze, czego nie potrafił nazwać. Był to 
brązowawopomarańczowy zapach, który - choć wydawał mu się dziwnie znajomy 
- pozostawał poza granicą rozpoznania. 

background image

Po chwili Trey zdał sobie sprawę, że takie spostrzeżenie nie ma sensu. 

Brązowawopomarańczowy zapach? Co za pomysł? Przecież zapachów się nie 
widzi, a tylko... można je poczuć. 

Lecz tak właśnie wyobraził sobie woń wypełniającą pokój: jako intensywny, 

podobny do brązowego sosu kolor głębi, z którego wydobywały się 
pomarańczowe bańki - choć nawet słowo kolor nie do końca opisywało odczucie, 
jakie chciał wyrazić. Przypominało to bardziej wspomnienie doznania, jakiś 
wrodzony zmysł, który utracił albo którym nigdy dotąd się nie posługiwał - jakby 
ktoś niewidomy od urodzenia próbował oczyma wyobraźni zobaczyć i opisać, jak 
to jest oglądać niebo. 

Zmarszczył brwi i pokręcił głową, próbując pozbyć się tych dziwnych myśli. 
- Czy ty mnie słuchasz? - zapytał Colin i wycelował w chłopca drżący palec. - 

Tego - powiedział i powiódł wzrokiem po pokoju - już za wiele. Nawet jak na cie-
bie. Myślałem, że po tych trzech latach wyzbyłeś się już gniewu. Najwyraźniej 
jednak trzeba ci przypomnieć, jak zachowuje się normalny człowiek. Zafunduję ci 
krótkie wakacje w OPN-ie. Pamiętasz ostatni pobyt? Nie wątpię, że znowu 
poczujesz się tam jak w domu, gdy zakwaterują cię na oddziale z bandą takich 
samych psychopatów jak ty. Pakuj się - jeszcze dzisiaj jedziesz do Ciupy. 
Ciupą nazywano centralną jednostkę Oddziału Psychiatrycznego dla Nieletnich, 
dokąd wysyłano wychowanków Apple Grove, którym odbiła palma. 
Samookaleczające się dzieciaki, te, które mogły popełnić samobójstwo, agresywne 
- wszystkie je wysyłano do OPN-u. Sam oddział nie był taki zły, lecz zanim tam 
kogoś skierowano, musiał najpierw przejść przez Ciupę, gdzie jedyną metodą na 
uspokojenie delikwenta było nafaszerowanie go taką ilością lekarstw, że stawał się 
żywym trupem. Treya wysłano na oddział pięć miesięcy po przybyciu do domu 
dziecka z powodu odmowy komunikowania się z innymi i pobicia jednego z 
wychowanków, Matthew Cottera. Nikt z personelu nie miał pojęcia, że 
przyczyną, dla której chłopak w ogóle nie chciał rozmawiać, był właśnie Matthew 
Cotter. To on codziennie, przez całe pięć miesięcy, wsadzał głowę Treya do muszli 
klozetowej, aż do dnia, gdy gnębiony wreszcie się postawił, w wyniku czego 
dręczyciela odwieziono do szpitala ze złamanym nosem. 

- Colinie, już ci mówiłem - powiedział Trey i zamrugał z bólu. Samo 

artykułowanie słów było bardzo bolesne. - To nie moja robota. Dlaczego miałbym 
się tak zachowywać? Nie możesz odesłać mnie do Ciupy za coś, czego nie 
zrobiłem! Naprawdę nie wiem, w jaki... 

- Nie chcę tego słuchać, panie Laporte. Pakuj się. -Ale... 
- Pakuj swoje rzeczy... NATYCHMIAST. 
- Chrzanić to. - Trey obrzucił wychowawcę nienawistnym spojrzeniem. - Te 

buty kupiłem tydzień temu! - Kopnął adidas, zachwiał się i ze wzrokiem wbitym 

background image

w podłogę opadł z powrotem na materac. Czuł się obolały, jakby miał się zaraz 
rozchorować. - Musiałem zostać czymś odurzony - rzucił nieśmiało i pokręcił 
głową, świadomy tego, jak niewiarygodnie zabrzmiała ta wymówka. - Pewnie ktoś 
dodał mi coś do jedzenia albo do picia, a potem włamał się i nabałaganił. 

-Ach tak, może, kiedy nie patrzyłeś, Belinda albo... ktoś inny z personelu... 

dodała ci do herbaty rohypnolu, żeby tu przyjść i narozrabiać. A potem 
tajemniczy napastnicy, niewidziani przez nikogo, przynieśli cię tu i zamknęli 
drzwi od środka. Może wciąż siedzą pod łóżkiem? Daj spokój, Treyu. Nie traktuj 
mnie jak skończonego idioty, dobrze? 

Trey poczuł, że wzbiera w nim fala niechęci wobec niesprawiedliwości, jaka go 

spotkała. Zacisnął pięści, usiłując zapanować nad narastającym gniewem. Przecież 
to jemu działa się krzywda w jego własnym pokoju i j e g o rzeczy zniszczono, a 
mimo to został oskarżony. Brązowawopomarańczowy zapach stał się jakby 
intensywniejszy, a chłopak poczuł, że chciałby rykiem wyrazić wściekłość wobec 
świata. Miał niejasną świadomość, że to od niego pochodzi ten smród, 
jednocześnie u podstawy kręgosłupa zaczął odczuwać irytujące mrowienie, które 
szybko przeszło w nieznośny ból. 

Ktoś zapukał do drzwi. 
- Nie teraz! - zawołał Colin. - Jeszcze tu nie skończyłem! Więcej nie będę 

powtarzał, Treyu. Pakuj się. 

Nastolatek zgiął się wpół, wstrząsany spazmami. Całe jego ciało płonęło. 

Zbierało mu się na wymioty. 

- Colinie, mówię ci, ja... uuch. 
- Patrzcie tylko - rzucił wychowawca z drwiącym uśmiechem na twarzy. - 

Właśnie dotarliśmy do punktu, w którym tylko prawda może pasować do faktów, 
a ty zaczynasz chorować! Co, myślisz, że ten teatrzyk uratuje cię przed Ciupą? No, 
zastanów się. 

Po raz kolejny rozległo się ciche, nieśmiałe pukanie, a gdy drzwi się otworzyły, 

do pokoju wsunęła głowę Wendy Travers. Wendy była młodą kobietą o miłej 
twarzy. Zwykle śmiała się w chwilach zdenerwowania lub zażenowania. Była 
najsympatyczniejszym pracownikiem domu dziecka, a Trey podziwiał ją za to, że 
robi dla młodszych dzieci więcej, niż powinna, szczególnie dla tych nowo 
przyjętych. 

- Wendy, kochanie, nie teraz, proszę. Próbujemy z Treyem ustalić, co tu się 

wydarzyło, i chłopak nie jest zbyt skłonny do współpracy. 

Wendy szybko ogarnęła spojrzeniem zdewastowany pokój i zaraz ponownie 

spojrzała na dyrektora. 

- Przepraszam, ale to raczej pilne, Colinie. 

background image

- Tak jak i ta sprawa. Proszę, zostaw nas samych. Zajmę się tamtym, gdy 

skończę rozmawiać z Treyem. 

Wendy przygryzła dolną wargę i jeszcze bardziej zmarszczyła czoło. Po 

dłuższej chwili wzięła głęboki oddech i oznajmiła: 

- Trey ma gościa. W recepcji czeka jakiś mężczyzna, który chce się z nim 

widzieć. Twierdzi, że jest jego wujem. - Posłała Colinowi przepraszający uśmiech i 
spojrzała na Treya. Wydało mu się, że kobieta jest niespokojna, wręcz 
przestraszona. 

Trey wyprostował się powoli. Fale bólu, które wcześniej tak szybko ogarnęły 

jego ciało, zaczęły się wycofywać. Chłopak próbował wyczytać z twarzy Wendy, 
czy wychowawczyni aby nie próbuje jakiejś sztuczki - choć kłamstwo zupełnie 
nie leżało w jej naturze - lecz wyglądała na równie zaskoczoną co on. 

Trey nie miał żadnej rodziny. Był sierotą, a jego jedyna krewna, babka, zmarła 

przed trzema laty. Po jej śmierci władze próbowały odnaleźć jakichkolwiek 
członków rodziny, którzy zechcieliby wziąć chłopca do siebie. Bezskutecznie, 
wylądował więc w domu dziecka. 

Nikt mu nie składał wizyt, a on sam nie wychodził z pokoju w dni odwiedzin, 

pragnąc uniknąć atmosfery podniecenia, która wypełniała wtedy cały dom. Tylko 
że dziś nie przypadał nawet dzień odwiedzin. 

- Co mam robić? - zapytała Wendy. - Ten mężczyzna nalega, twierdzi, że 

sprawa jest bardzo ważna. 

Dyrektor spojrzał na czternastoletniego podopiecznego. 
- Poproś go, żeby zaczekał w sali spotkań. Powiedz, że zaraz tam przyjdę. 
Kiedy rozległ się trzask zamykanych drzwi, Colin znowu popatrzył na Treya, a 

na jego cienkich, podłych ustach zagościł drwiący uśmiech. 

- No, no. I co ty na to? Jakiś zaginiony krewny przyjeżdża na białym koniu, by 

uratować małą sierotkę Annie*. Lepiej włóż jakieś normalne ciuchy, jeśli w ogóle 
zdołasz coś znaleźć w tym bałaganie. Zaczekaj tu na mnie, a ja dowiem się, o co 
chodzi. - Pokazał kciukiem na okno i dodał: - Tylko nie myśl, że skończyliśmy. 

Odwrócił się i ruszył do drzwi, kopniakiem odrzucając na bok zniszczone 

adidasy. 

 
 
 
 

 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
* Sierotka Annie, bohaterka komiksu i filmu 

Little Orphan Annie. 

 

 

Trey wstał i podszedł do drzwi, gdy tylko Colin zamknął je za sobą. Przycisnął 

ucho do gładkiej powierzchni. Dyrektor coś zawołał i chłopak natychmiast 
usłyszał odgłos zbliżających się kroków. Choć bardzo wytężał słuch, nie 
dowiedział się, o czym rozmawiano na korytarzu. To nie miało znaczenia, bo i tak 
się domyślał, że Colin pewnie nakazuje komuś, aby miał oko na pokój Treya i 
pilnował, żeby chłopiec nie wyszedł. Z kosza na brudną bieliznę wyjął jakieś 
ubrania i szybko coś na siebie włożył. Zaczął chodzić po pokoju, obmyślając plan. 
Nie miał najmniejszych szans na wyjście drzwiami, a wszystkie okna w budynku 
miały zabezpieczenia i otwierały się tylko trochę. Trey przystanął i spojrzał na 
uszkodzone okno. Gdyby zdołał się przecisnąć przez szparę, mógłby obejść dom i 
wrócić do środka wejściem dla personelu. Przy drzwiach trzeba było wystukać 
kod numeryczny, który znali wszyscy wychowankowie. Miał nadzieję, że nie 
zmieniono go w ostatnim tygodniu. 
Wyszedł przez okno, uważając, by się nie pokaleczyć o nierówne krawędzie ramy, 
i opuścił się na krzak róży, który przyjął go chętnie w swoje kolczaste ramiona. 
Trey rozejrzał się, ignorując ból w kończynach. Nie spodziewał się kogokolwiek 
spotkać, ale gdyby go przyłapano, jak się tak przemyka, pogrążyłby się jeszcze 
bardziej. Nisko pochylony, pobiegł wzdłuż tylnej ściany budynku. Gdy znalazł się 
z drugiej strony, wykorzystał zaparkowane samochody jako osłonę i przeskakując 
od jednego do drugiego, dotarł do wejścia dla personelu. Przez chwilę stał 
nieruchomo, by odzyskać oddech, a potem szybko wybrał na małej klawiaturze 
czterocyfrowy kod. Bzyczenie oznaczało, że kod jest wciąż aktualny. Drzwi 
stanęły otworem. Popchnął je i pobiegł do korytarza, rozglądając się uważnie, czy 
nikt go nie widzi. 

Zatrzymał się przed tylnym wejściem do sali spotkań. Omiótł wzrokiem hol, 

aby sprawdzić, czy nikt nie nadchodzi, i przyłożył ucho do zimnej, lśniącej 
powierzchni drzwi, usiłując dosłyszeć, co się dzieje wewnątrz. Sala spotkań miała 

background image

kształt litery L i drzwi w obu końcach - przez jedne wprowadzano dzieci, przez 
drugie ich rodziny. Dzięki temu, jeśli w czasie spotkania coś szło nie tak, obie 
strony mogły zostać wyprowadzone osobnymi wyjściami, by zminimalizować 
zamieszanie. Trey miał nadzieję, że Colin i gość podający się za jego wuja znajdują 
się przy drugim wejściu, co zdawał się potwierdzać fakt, że chłopca nie dobiegały 
żadne głosy. Przyłożył dłoń do metalowej klamki i pchnął drzwi, wstrzymując 
oddech; skrzywił się, gdy zasyczał hydrauliczny zawias u góry. Wśliznął się przez 
wąską szparę i wszedł do Sali najciszej, jak potrafił, zadowolony, że urządzenie 
spełniło swoje zadanie. Domysły Treya się potwierdziły - w końcu pomieszczenia 
z jego strony nikogo nie było - tak więc przeszedł na róg sali, żeby posłuchać, co 
mówią w drugiej części. 

Colin wygłaszał swoje przemówienie powitalne, którym zwykle raczył gości i 

w którym prezentował liczbę wychowanków objętych pomocą ich domu, 
wyrażając dumę z faktu, że jest jednym z pracowników tak szacownej instytucji. 

Nie mogąc powstrzymać chęci zobaczenia tajemniczego gościa, Trey 

przykucnął, by choć jednym okiem zerknąć zza węgła, przekonany, że nikt go nie 
zauważy. 

Obcy był odwrócony tyłem i podziwiał widok na ogród, podczas gdy dyrektor 

nieprzerwanie paplał. Towarzyszyła im Wendy, która stała przy przeciwległych 
drzwiach, przylepiona do ściany, jakby chciała się odsunąć od tamtej dwójki jak 
najdalej. Zerkając ukradkiem na obcego, nawijała na palec luźny kosmyk włosów. 

- ...kazałem panu czekać, ale mieliśmy drobne zamieszanie, które należało 

wyjaśnić, a poza tym nie spodziewaliśmy się gości, panie...? - powiedział 
Wallington i wyciągnął rękę do nieznajomego stojącego na środku sali. Treyowi 
przyszło do głowy, że nie będzie to pewny, mocny uścisk dłoni. 
Mężczyzna w szarym garniturze po raz pierwszy się odwrócił i stanął twarzą w 
twarz z Colinem. Miał co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu, a pod idealnie 
dopasowanym garniturem rysowała się dobrze zbudowana sylwetka. Na jego 
ogolonej głowie odbijało się światło lamp, szerokie usta okalała starannie 
przycięta, przetykana siwizną, czarna hiszpańska bródka. Oczy gościa skrywały 
szkła ciemnych okularów. Trey uznał, że w opinii kobiet obcy uchodziłby za 
przystojnego, a jego domysły potwierdzał wyraz twarzy wpatrzonej w mężczyznę 
Wendy. 

Nieznajomy w prawej ręce trzymał parasol z kościaną rączką, lecz nie przełożył 

go do lewej ręki, by uścisnąć dłoń Colina. 

- Proszę mi mówić Lucien - rzekł. 
Odwrócił nieznacznie głowę, jakby chciał zerknąć na róg, zza którego 

obserwował ich Trey. Po twarzy przemknął mu cień uśmiechu. Wydawało się, że 

background image

patrzy wprost na nastolatka, choć jego oczy pozostawały niewidoczne za 
lustrzanymi szkłami. Chłopak cofnął się i wstrzymał oddech. 

Nastąpiła długa chwila milczenia, jakby obcy zastanawiał się, co ma 

powiedzieć. Wreszcie przemówił głośno: 

- Wiesz, Treyu, strasznie niewygodnie jest tak się garbić, choćby tylko przez 

chwilę. Byłoby lepiej dla wszystkich, gdybyś do nas dołączył. Nieładnie szpiego-
wać innych. 

Trey pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. Mężczyzna stał 

odwrócony tyłem, kiedy chłopak wśliznął się do sali, dlatego był pewny, że nie 
może go zobaczyć w odbitym obrazie pomieszczenia, widocznym w szybach okna 
po lewej stronie. Przez chwilę Trey rozważał, co robić. Mógł dać nogę i wrócić do 
pokoju, a potem udawać, że nie wie, o co chodziło Colinowi, jeśli będą go prosić o 
wyjaśnienia. Mógł też wyjść z kryjówki i dowiedzieć się, kim jest przybysz. 

Wyraz niezrozumienia na twarzy Colina Wallingtona szybko przeszedł w 

grymas gniewu, gdy Trey nieśmiało wychynął zza rogu. Opiekun otworzył usta, 
by coś powiedzieć, lecz ostatecznie się powstrzymał. Dał znak chłopcu, żeby 
podszedł do nich, a potem, z paskudnym uśmieszkiem na ustach, znowu odwrócił 
się do gościa, lecz Lucien już na niego nie patrzył. Spojrzenie zza lustrzanych 
szkieł skierowało się prosto na Treya. 

- Jak już wspomniałem... Lucienie - mówił dalej Colin - nie spodziewaliśmy się 

ciebie. To nie jest dzień odwiedzin. Owszem, zdarza się, że wyjątkowo pozwalamy 
na wizyty poza ustalonymi terminami, ale wtedy obowiązują ścisłe procedury, 
między innymi zawiadomienie nas z dwudziestoczterogodzinnym 
wyprzedzeniem o wizycie, byśmy mogli się przygotować. Ponadto, ponieważ nie 
wiemy, czy jesteś tym, za kogo się podajesz, musielibyśmy sprawdzić twoją 
tożsamość, nim otrzymałbyś prawo do odwiedzin. Rozumiesz zapewne, że jako 
dyrektor tej placówki zaniedbałbym swoje obowiązki, gdybym zlekceważył 
przepisy. 

Trey patrzył, jak Colin uśmiecha się złośliwie, jakby pytał: „I co teraz zrobisz?". 
W sali zapadła cisza, którą mącił jedynie cichy szum wentylatora 

umieszczonego w jednym z okien. 

Obcy stał nieruchomo i wydawało się, że ta chwila trwa w nieskończoność, a 

chłopak miał wrażenie, że spojrzenie mężczyzny przewierca go na wylot. 

Wreszcie człowiek podający się za wuja Treya wsunął powoli dłoń do kieszeni 

marynarki i wyjął z niej złożony arkusz papieru, a zaraz potem z wewnętrznej 
kieszeni na piersi wyciągnął paszport. Podsunął Colinowi oba dokumenty do 
sprawdzenia. 

- Przyniosłem świadectwo urodzenia i paszport, by potwierdzić swoją 

tożsamość. I, jak już wyjaśniłem pańskiej czarującej asystentce, pannie Travers, 

background image

nie przychodziłbym tutaj i nie narzucałbym się panu, gdyby nie było to absolutnie 
konieczne. - Powolnym ruchem zdjął okulary, złożył je i schował do kieszeni 
marynarki. 

Kiedy ponownie popatrzył na Treya, ten mimowolnie zadrżał. 
Oczy mężczyzny były... niesamowite. 
Tęczówki miał miodowobrązowe, usiane plamkami w kolorze ochry. 

Ciemniejsze były skupione bliżej środka oka, a bledsze tworzyły pierścień wokół 
źrenicy. Trey miał ochotę podejść bliżej i zajrzeć głębiej w te fascynujące, 
kolorowe studnie, jednocześnie zaś odczuwał przemożne pragnienie, by uciec 
przed przenikliwym spojrzeniem obcego. Z ulgą zobaczył, że mężczyzna 
ponownie skupił swoją uwagę na Colinie. 

Z dokumentami w ręku postąpił krok do przodu. Trey, który wciąż nie potrafił 

oderwać od niego wzroku, z rozbawieniem zobaczył kątem oka, że Wallington 
zrobił krok do tyłu. 

- Proszę się skontaktować z odpowiednim urzędem wedle uznania - powiedział 

przybysz, wciskając dyrektorowi do rąk dokumenty potwierdzające jego 
tożsamość. - Doskonale rozumiem, w jak trudnej sytuacji postawiłem pana i 
pańską placówkę, zjawiając się bez uprzedzenia, lecz potrzebuję jedynie dziesięciu 
minut, aby porozmawiać z Treyem. Muszę się z nim podzielić bardzo ważnymi 
informacjami. 

-Proszę mi wierzyć, panie... - Colin nerwowym ruchem otworzył paszport, by 

przeczytać nazwisko obcego - ...panie Laporte. Chciałbym, żeby sprawy były tak 
proste, jak pan mówi. Obowiązują nas jednak pewne procedury, które... 

Treya przestało interesować, co mówi wychowawca. Próbował zrozumieć to, 

co właśnie usłyszał. Wydawało mu się dziwne, że nieznajomy nosi jego nazwisko. 
Kimkolwiek był ów mężczyzna, chłopiec miał pewność, że nie jest to jego wuj. 

- ...do przepisów przez wzgląd na bezpieczeństwo naszych podopiecznych. 

Przykro mi, ale muszę pana prosić o opuszczenie naszej placówki - zakończył 
przemowę Colin i wyciągnął rękę, by oddać gościowi dokumenty. 

Lucien Laporte ze spokojem przyjął dokumenty i schował je do kieszeni. 

Westchnął i wyprostował się ze wzrokiem skupionym w jakimś niewidzialnym 
punkcie nad głową dyrektora. Po jego ustach przemknął zimny, pozbawiony 
radości grymas, gdy rozważał słowa Colina i zastanawiał się, co dalej. Wreszcie 
odwrócił się do Wendy i uśmiechnął się, tym razem szczerze, odsłaniając idealnie 
białe zęby. 

- Panno Travers, Wendy, jeśli dobrze zapamiętałem? - powiedział cicho. - Czy 

byłabyś tak miła i przyniosła mi szklankę wody? Zdaje się, że na próżno się 
trudziłem, więc chętnie się czegoś napiję, nim wyruszę w daleką drogę do domu. 

background image

Wendy spłonęła rumieńcem i odruchowo obciągnęła spódnicę; Trey 

przestraszył się, że kobieta zaraz dygnie. 

- To żaden kłopot, panie Laporte, skoczę do kuchni. - Zanim wyszła, 

zatrzymała się przy drzwiach i, nieco zaniepokojona, spojrzała na Colina. 

Rozległo się trzaśniecie zamykanych drzwi. Do sali wleciała mucha i głośno 

zaatakowała okienną szybę, szukając drogi ucieczki. Jej bzyczenie i stukanie 
przerywały ciszę, która wypełniła salę. 

- Panie Wallington - odezwał się obcy. - Już panu wyjaśniłem, że doskonale 

rozumiem, w jakiej sytuacji pana stawiam, ale jechałem tu dwie godziny i proszę 
tylko o dziesięć minut rozmowy z Treyem. Potem sobie pójdę, a pan będzie mógł 
zająć się sprawdzaniem, czy ja to rzeczywiście ja. - Na chwilę jego spojrzenie 
powędrowało ku rączce parasola, który trzymał w ręku. Kiedy znowu podniósł 
wzrok, przemówił cichym, konspiracyjnym szeptem: 

- Wiem, że ciąży na panu wielka odpowiedzialność za podopiecznych, panie 

Wallington. I daję panu słowo honoru, że nie zrobiłbym niczego, co by mogło 
podważyć zaufanie, jakim został pan obdarzony. Wiem też, że spełnienie mojej 
prośby leży w pańskich kompetencjach, apeluję więc do pańskiego sumienia i 
proszę o spotkanie z bratankiem. 

- Niestety, nie mogę pozwolić... 
Lucien przerwał mu gestem, a Trey zauważył, że spojrzenie mężczyzny 

nabrało intensywności, niczym ogień, który buchnął nagle płomieniami, 
znalazłszy źródło paliwa. 
Wszystko znieruchomiało. Wszystko. Chłopiec odruchowo wstrzymał oddech, 
zdumiony niesamowitością chwili. W sali zapadła cisza. Szum wentylatora ucichł, 
a gdy Trey spojrzał na okno, by sprawdzić przyczynę, zobaczył muchę leżącą bez 
życia na parapecie. Chłopakowi zaschło w ustach; wydawało mu się, że w tej 
strasznej ciszy wyraźnie słychać jego urywany oddech. Jeszcze raz popatrzył na 
malutką, martwą istotę i poczuł się bardzo nieswojo. Głośno przełknął ślinę, licząc 
na to, że uda mu się choć trochę zwilżyć wargi. Kiedy ponownie skupił uwagę na 
obu mężczyznach, dostrzegł paniczny strach na twarzy dyrektora, a w tym samym 
momencie rozbrzmiał głos Luciena. 

-Jestem bogatym i szanowanym człowiekiem, panie Wallington, lecz nie chcę 

nadużywać swoich wpływów. Niemniej jednak powinien pan wiedzieć, że mam 
liczne znajomości wśród władz, o których pan wspominał. Myślę, że chętnie 
przyjrzeliby się bliżej działalności dyrekcji tej instytucji. - Pochylił się, tak że 
nosem niemal dotknął twarzy niższego rozmówcy, i mierząc go zimnym 
wzrokiem, ciągnął: 

- Z pewnością chętnie by się dowiedzieli, jak pan sprzeniewierza fundusze 

domu dziecka i przekazuje pieniądze na konto bankowe należące do pańskiej 

background image

żony. Mogliby się też zaniepokoić, gdyby odkryli, w jaki sposób młody James 
Longton naprawdę złamał rękę podczas zeszłorocznej wycieczki do Cheshire. 

Colin Wallington wpatrywał się w oskarżyciela z wyrazem całkowitego 

przerażenia na twarzy. 

- Co, do...? - wyjąkał. 
- Ale chyba najbardziej zainteresowaliby się... 
- Wuju Lucienie, wystarczy - niespodziewanie dla samego siebie wtrącił Trey. - 

Chyba wyraziłeś się dostatecznie jasno. - Popatrzył na dyrektora, który wyraźnie 
skurczył się pod jego spojrzeniem. 

Zapadła długa cisza. Obcy odpowiedział ledwo dostrzegalnym skinieniem 

głowy. Trey zauważył, że światło w jego dziwnych oczach przygasło, już nie 
wydawały się takie straszne, ale wciąż pozostawały fascynujące. 

Chłopiec od dawna marzył, by kiedyś zobaczyć Colina, swoją nemezis*, 

upokorzonego, lecz widząc, jak wychowawca kuli się i drży przy kolejnych 
oskarżeniach ze spojrzeniem wypełnionym strachem i odrazą, uznał, że to zbyt 
przykry widok. Poczuł, jak piecze go twarz, i z niechęcią patrzył na dyrektora, 
wstydząc się za niego. 

 
 
 
 
 

* Nemezis - w mitologii greckiej bogini zemsty: nieubłagana sprawiedliwość. 

Znów rozległ się trzask wentylatora, a zaraz potem Trey usłyszał bzyczenie 

muchy, która uderzyła w locie o okno. Niemal wyczuwał, jak cząsteczki powietrza 
zaczynają uderzać chaotycznie o siebie, jakby ponownie wciśnięto guzik „Pauza" i 
cały wszechświat wrócił do funkcji „Gra". Kiedy spojrzał na okno i zobaczył 
muchę odbijającą się od szyby, poczuł, jak po jego kręgosłupie przechodzi zimny 
dreszcz. Przecież nie żyła. Trey wstrzymał oddech, wsłuchany w stukanie owada 
o szybę. Niemożliwe. To, co się przed chwilą wydarzyło, wydarzyć się nie mogło. 
Skierował spojrzenie na Luciena. Cokolwiek się przed momentem stało, miało coś 
wspólnego z obcym - tego Trey był pewny. 

Twarz Colina Wallingtona lśniła od potu. Po wcześniejszej pewności siebie i 

drwiącym uśmiechu nie zostało ani śladu. 

- Kim pan jest? - zapytał. 
- Przecież się przedstawiłem, panie Wallington. A teraz będzie pan tak 

uprzejmy i na krótko zostawi nas samych. Mam z Treyem do omówienia ważne 
sprawy. 

Dyrektor zawahał się, lecz zaraz odpowiedział dyszkantem: 

background image

- Tak jak pan mówi, panie Laporte, rzeczywiście mogę udzielić pozwolenia na 

to spotkanie. Nie mogę jednak zmusić chłopca, by rozmawiał z panem wbrew 
własnej woli. Tak więc ostateczna decyzja należy do Treya. 

Spojrzał na podopiecznego, a jego twarz wyrażała desperację. Trey nie potrafił 

powiedzieć, czy mężczyzna oczekuje od niego, że wyrazi zgodę, czy też spodziewa 
się, że odmówi i pomoże mu odnieść choćby jedno małe zwycięstwo w tej bitwie. 
Tak czy inaczej, chłopca nie obchodziły oczekiwania dyrektora, ponieważ musiał 
się uporać z własnym strachem. 

-I co, Treyu? Ucieszysz się, jeśli zostawię cię samego z tym człowiekiem, 

twoim... wujem? 

Trey spojrzał na Colina, a potem na wysokiego mężczyznę z ogoloną głową. 

Był pewny, że gdyby nieznajomy chciał mu wyrządzić krzywdę, zrobiłby to z 
łatwością, bez względu na to, ilu opiekunów by im towarzyszyło. Z tego więc 
powodu, a także pod wpływem wrażenia, że zachowanie przybysza sugeruje, iż 
może rzeczywiście ta rozmowa leży w interesie Treya, ostatecznie skinął głową, 
wyrażając zgodę. 

-Jasne - odpowiedział. - Dlaczego nie? 
- Wspaniale - rzekł Lucien, który znowu mówił rzeczowym tonem, jak na 

początku rozmowy. - Dziękuję, panie Wallington. Doceniam pańską pomoc w tej 
sprawie. A teraz, jeśli byłby pan tak miły, mam wiele do omówienia ze swoim 
bratankiem. Och, i chętnie zmienię zamówienie złożone na ręce cudownej 
Wendy! Z przyjemnością wypiję filiżankę dobrej herbaty, jeśli nie sprawię zbyt 
wielkiego kłopotu. 

Dyrektor gniewnym ruchem poprawił kosmyki włosów, które wysunęły się z 

przylizanej fryzury, i ruszył do wyjścia. Zatrzymawszy się przy drzwiach, posłał 
Treyowi niepewny uśmiech. 

- Gdybyś czegoś potrzebował, będziemy w kuchni. Zajmiemy się herbatą dla 

naszego gościa. 

Lucien odczekał, aż drzwi się zamkną, i dopiero wtedy popatrzył na chłopca. 

Jego uśmiech wyrażał szczerość i otwartość. Trey był zupełnie rozbrojony tym 
spojrzeniem, którego moc, nie wątpił, odczuła też Wendy. Uścisnął zadbaną dłoń 
mężczyzny. 

- No cóż, Treyu Laporte, od czego zaczniemy? 

 
 

3

33

3

 

 

- Może na początek powiesz mi, kim naprawdę jesteś, wuju Lucienie? 
Gość uśmiechnął się i gestem wskazał, żeby usiedli na sofie. 

background image

- Na imię rzeczywiście mam Lucien, a co do nazwiska jak zdążyłeś się domyślić 

- to nie brzmi ono Laporte. Nazywam się Charron. 

- Ale pokazałeś paszport i świadectwo urodzenia... Lucien machnął ręką. 
- Takie rzeczy można łatwo kupić, jeżeli zna się odpowiednich ludzi. Miałem 

nadzieję, że jeśli je pokażę, to uda nam się uniknąć żenującej sceny, której byłeś 
świadkiem. - Obrócił się, by mieć Treya przed sobą. - Przepraszam, to pewnie nie 
było dla ciebie przyjemne. 

- A czy prawdą jest wszystko, co powiedziałeś o panu Wallingtonie? 
-Nigdy nie kłamię. Czasem nie odpowiadam na wszystkie pytania albo podaję 

jedną prawdę w miejsce innej, ale nie kłamię. A zatem tak, powiedziałem prawdę. 

- Skłamałeś odnośnie do swojego nazwiska. 
Obcy przechylił głowę, jakby zastanawiał się nad słowami Treya. 
- Przedstawiłem swoje imię. Na dokumentach, które okazałem, widniała moja 

fotografia obok nazwiska Lucien Laporte. Ja jednak nie powiedziałem, że się tak 
nazywam. 

Trey zastanawiał się przez chwilę, lecz argument Luciena wydał mu się zbyt 

dwuznaczny. 

- Co się stało wcześniej w pokoju? - wyrzucił z siebie Trey. 
- Słucham? 
- Kiedy uniosłeś dłoń, wszystko... wszystko się zatrzymało. Tamta mucha. - 

Pokazał głową okno. - Zdechła, a potem... 

Chłopiec zarumienił się mocno, widząc pytające spojrzenie Luciena. 
- Przepraszam, gadam od rzeczy. Wydawało mi się, że... Myślałem... 
- Ze mucha zdechła? 
Trey pokręcił głową. Najwyraźniej wydarzenia tego ranka wywarły na nim 

większe wrażenie, niż sobie wyobrażał. Robił z siebie głupka, opowiadając temu 
dziwnemu mężczyźnie o zdechłych owadach. 

- W jaki sposób dowiedziałeś się wszystkich tych strasznych rzeczy o Colinie? - 

zapytał ostatecznie. 

Lucien zmarszczył brwi, zastanawiając się, jak odpowiedzieć. 
- Wszyscy mają tajemnice, które starają się ukryć. Niektórzy chowają je w 

najskrytszych, najciemniejszych zakamarkach swojej istoty. Lecz ich sekrety 
spoczywają tam i czekają, aż kiedyś zostaną zdemaskowane, a wtedy wydostają się 
z ukrycia z obnażonymi kłami, gotowe rozerwać serce tego, który więził je tam 
tak długo. 

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 
- Bo nie jest łatwe, Treyu. Trudno na nie odpowiedzieć w tak krótkim czasie, 

jakim dysponujemy. Powiedzmy, że mam dar zaglądania w najgłębsze zakątki 

background image

ludzkiej natury. To tak jakbyś patrzył przez okno, żeby zobaczyć, co się dzieje w 
zamkniętym pokoju. 

Trey odwrócił głowę i popatrzył na siedzącego obok niego mężczyznę. 

Domyślał się, że wspomnienie o zamkniętym pokoju miało jakoś na niego 
wpłynąć. Obcy wytrzymał jego spojrzenie, a potem uniósł brew i wreszcie 
przerwał ciszę. 

- Wszystko w porządku, Treyu? - Wzrok mężczyzny złagodniał, a na twarzy 

zagościł chłopięcy uśmiech. 

- To twoja sprawka, prawda? Ty jesteś odpowiedzialny za zdemolowanie 

pokoju w nocy i zniszczenie moich rzeczy? - Chłopak wstał i skierował oczy na 
mężczyznę siedzącego na sofie. Lucien popatrzył na swoje spodnie i strzepnął z 
nich niewidoczny pyłek. 

- Twój pan Wallington może się i mylił w wielu rzeczach, ale niestety miał 

rację co do sprawcy wydarzeń, które się rozegrały w twojej sypialni tej nocy. 

- Kłamiesz - bronił się Trey drżącym głosem. - Skąd wiesz, jak było, skoro nie 

masz z tym nic wspólnego? 

- Mówiłem ci już, że nie kłamię. Sam mi powiedziałeś, co się wydarzyło w 

nocy w twoim pokoju. Usiądź, proszę. - Wskazał głową miejsce obok siebie. 

Trey zamknął oczy i wydął policzki. Starał się nie dać porwać wirowi ostatnich 

wydarzeń, kotłujących się w jego głowie. Pragnął jedynie wrócić do łóżka, wsunąć 
się pod kołdrę i poczekać, aż to wszystko po prostu minie. 

Lucien spojrzał na niego i uśmiechnął się smutno. 
- Wyobrażam sobie, jaki jesteś przestraszony i skołowany. Zapewne próbujesz 

znaleźć odpowiedzi na wydarzenia ostatniej nocy i te późniejsze. 

- Możesz mi ich udzielić? 
- Owszem, potrafię odpowiedzieć na wiele z twoich pytań. Bo widzisz, ja 

wiem... 

- Tylko mi nie mów, że wiesz, jak się czuję! - przerwał mu gwałtownie Trey. - 

Nie masz pojęcia, jak się czuję. Nic o mnie nie wiesz. 
 

Lucien spojrzał na chłopaka z wyrazem szczerej troski na twarzy. Zerknął na 

zegar wiszący nad drzwiami i skinął głową, jakby podjął jakąś decyzję. 

- Masz rację, oczywiście - odrzekł i znowu zamilkł na chwilę. - Jednak nie 

wszystko, co powiedziałeś, jest prawdą. Spotkaliśmy się już wcześniej, lecz wtedy 
byłeś bardzo mały i możesz tego nie pamiętać. - Oparł dłonie na kolanach i 
pochylił się lekko do przodu. Kiedy znowu się odezwał, mówił bardzo spokojnie, 
tak jak poprzednio, lecz teraz jego głos wibrował wcześniej nieobecną energią. 

- Widzisz, znałem twoich rodziców. Byliśmy nawet serdecznymi przyjaciółmi 

- przez długi czas pracowałem z twoim ojcem. Była to ważna i niebezpieczna 

background image

praca, tego rodzaju zajęcie, które łączy ludzi więzami dozgonnej przyjaźni. Kiedy 
się urodziłeś, ojciec słusznie uznał, że nie może kontynuować naszego dzieła, i 
rozstaliśmy się na jakiś czas. Odwiedziłem twoich rodziców, kiedy skończyłeś trzy 
lata, i zobaczyłem, że są szczęśliwi jak nigdy wcześniej. Bałem się, że moja 
obecność zmąci ich radość, a nie chciałem, by tak się stało, przez wzgląd na naszą 
przyjaźń. Obiecałem więc, że już nie będę się mieszał w ich życie. 
Dotrzymywałem obietnicy najlepiej, jak potrafiłem, i zwracałem się o pomoc do 
twojego ojca tylko w wyjątkowych sytuacjach. 

Zamilkł na moment, jakby szukając odpowiednich słów. 
- Cieszę się, że oddaliłem się od nich ze względu na szczęście, jakiego zaznali w 

pierwszych latach twojego życia, lecz z drugiej strony wierzę, że gdybym się 
wtedy z nimi nie rozstał, żyliby dzisiaj. W pewnym sensie czuję się 
odpowiedzialny za ich śmierć, a jeszcze bardziej za twoje bezpieczeństwo. Dlatego 
tu jestem, Treyu. Uwierz mi, proszę, kiedy mówię, że nieustannie czuwałem nad 
twoim losem i że nie zawahałbym się wkroczyć do twojego życia wcześniej, 
gdyby coś ci groziło. 

Mężczyzna wstał i położył dłoń na ramieniu chłopca. 
- Niestety wydarzenia ostatniej nocy wszystko zmieniły. Znalazłeś się w 

niebezpieczeństwie, o którym wspomniałem, a przed którym zamierzam cię 
uchronić. 

- Nic z tego nie rozumiem - odparł Trey. 
- Wiem. Ale mamy mało czasu. Zaraz wróci nasz paskudny, mały przyjaciel, a 

wtedy już nie będę mógł cię bronić i opowiedzieć ci wszystkiego, co powinieneś 
wiedzieć o sobie i o czyhających zagrożeniach. Chcę ci coś podarować. - Sięgnął 
do kieszeni spodni. Otworzył dłoń, leżał w niej wisiorek z łańcuszkiem. Podniósł 
go, tak by Trey mógł dokładniej obejrzeć przedmiot. Ponieważ łańcuch był bardzo 
długi, Lucien musiał unieść dłoń wysoko nad głowę chłopaka. 

Srebrny wisior miał kształt zaciśniętej pięści. Trey wziął go do ręki. 
- Co to jest? - zapytał. 
- Należał do twojego ojca. Zapewne chciałby, żeby trafił do ciebie. I żebyś go 

nosił. Pozwól. - Lucien nachylił się i zawiesił łańcuszek na szyi chłopaka. 
Wyprostował się, wyraźnie zadowolony z siebie. 

Trey nigdy nie nosił żadnych ozdób, dlatego teraz poczuł się dziwnie z tym 

dość ciężkim wisiorkiem na szyi. Łańcuszek wydawał się zbyt długi, kończył się 
tuż nad pępkiem chłopaka. 

- Dlaczego jest taki długi? - zapytał, obracając w dłoni amulet. 
- Musi taki być. Będziesz chciał go nosić... zawsze. - Spojrzenie Luciena 

pozostawało niewzruszone, jakby chciał wsączyć w serce Treya znaczenie 
ostatnich słów. 

background image

- Proponuję, żebyś schował go pod koszulkę i zapomniał o nim na jakiś czas. - 

Sięgnął po parasol i sprawdził czas na drogim zegarku ukrytym pod spiętym 
spinką mankietem. 

- Treyu, muszę cię teraz zapytać o coś, co jest niezwykle ważne dla przyszłych 

wydarzeń. Pytanie jest proste, lecz wymaga rozsądnej i przemyślanej odpowiedzi. 
Wiedz, że wywrze ogromne znaczenie na twoje dalsze życie i może mieć straszne 
konsekwencje, jeśli dokonasz złego wyboru. - Zamilkł i spojrzał na drzwi ponad 
ramieniem Treya, jakby nasłuchując. 

-Co ty... 
- Ciii. - Lucien uciszył go uniesioną dłonią, ale zaraz, zadowolony ze swojego 

odkrycia, jakiekolwiek by ono było, skierował uwagę z powrotem na rozmówcę. 

Złożywszy dłonie na ramionach Treya, spojrzał na niego i przemówił z tą samą 

intensywnością, jaka przenikała jego głos, gdy opowiadał o rodzicach chłopca. 

- Treyu, nie mamy czasu. Tej nocy twoje życie zmieniło się bezpowrotnie. 

Doświadczysz rzeczy, z którymi sam sobie nie poradzisz, i właśnie z ich powodu 
grozi ci ogromne niebezpieczeństwo. - Patrzył prosto w oczy chłopaka. - Musisz 
mi coś powiedzieć. Czy możesz mi zaufać, kiedy mówię, że przyszedłem, aby ci 
pomóc? - zapytał. 
Trey obserwował twarz obcego w nadziei, że dostrzeże jakąś wskazówkę, która 
pomoże mu zrozumieć, co się dzieje. Pokręcił głową. Nie wierzył, by mężczyzna 
miał złe intencje, a jednak... 

Wyczuwając obawy chłopca, Lucien pochylił się, tak że teraz jego twarz 

znalazła się naprzeciwko twarzy Treya. 

- Twój ojciec bardzo cię kochał. Nie wiem, może tknięty przeczuciem, 

niedługo przed śmiercią powiedział, że jeśli coś złego się z nim stanie... - 
Uśmiechnął się smutno. - Pamiętasz, jak cię nazywał, kiedy byłeś mały? 

- Tak. Mówił na mnie Milczek. Babcia mi opowiadała.  
Przez twarz Luciena przemknął cień niezrozumienia, lecz po chwili jego 

oblicze rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy dotarło do niego znaczenie tych słów. 

- Milczek. Nieźle. Chociaż coś się zagubiło w tłumaczeniu. 
- Lucienie, co to wszystko ma wspólnego z... 

- Protege mon petit loup. 

Te słowa wypowiedział do mnie twój ojciec tamtego 

wieczora. Powiedział, że gdyby coś mu się stało, mam chronić jego wilczka. A ja 
obiecałem, że tak zrobię. Dlatego tu przyszedłem, Treyu, by dotrzymać słowa, 
które dałem przed laty twojemu ojcu. Tak więc zapytam jeszcze raz: ufasz mi? Czy 
jesteś gotów złożyć swoje życie w moje ręce, wiedząc, że nie pozwolę, aby stała ci 
się krzywda tak długo, jak długo drzemie we mnie choć odrobina siły? 

Trey odruchowo poszukał przez koszulkę małej srebrnej pięści i zacisnął palce 

na ozdobie. Spojrzał na obcego, zastanawiając się nad jego słowami. Wierzył, że 

background image

Lucien przybył, aby w jakiś sposób mu pomóc, i było jasne, że mężczyzna jest 
przekonany, iż chłopcu coś zagraża. Jednak wydawało się niemożliwością 
odpowiedzieć na jego pytanie. Potrzebował więcej czasu. Wszystko działo się zbyt 
szybko. 

Lucien delikatnie zacisnął dłonie na ramionach chłopca, domagając się 

odpowiedzi. 

- Proszę, Treyu. Zostało nam mało czasu. Grozi ci niebezpieczeństwo ze strony 

pewnych... mocy. Nawet teraz, gdy tu siedzimy, działają przeciwko nam. Zaufasz 
mi i pozwolisz sobie pomóc, tak jak obiecałem? 

- Tak, Lucienie. Wierzę, że przyszedłeś mi pomóc, i ufam ci. Ale... 
- Dobry chłopak... dziękuję ci. - Chwycił chłopca za ramiona i postawił go 

łagodnie na nogi, po czym popchnął w stronę drzwi. - Wychodzimy stąd. Musimy 
iść, bo przegapimy stosowną chwilę, a potem może się wydarzyć coś o wiele mniej 
przyjemnego. 

Wyszli na korytarz i skręcili na prawo, oddalając się w pośpiechu od kuchni. 
W umyśle Treya kipiały myśli i emocje. W jednej chwili siedział i słuchał 

Luciena opowiadającego o jego rodzicach, w drugiej szedł korytarzem domu 
dziecka ponaglany przez tego samego mężczyznę, jakby od tego zależało jego 
życie. 

- Główne wejście jest z drugiej strony - rzekł Trey, zerkając przez ramię. 
- Zgadza się, lecz my idziemy do wyjścia ewakuacyjnego. - Lucien szedł bardzo 

szybko, stawiając długie kroki, przez co Trey musiał truchtać, nie chcąc pozostać 
w tyle. Chłopiec wciąż czuł na ramieniu zaciśniętą mocno dłoń mężczyzny i w 
pewnym momencie się zorientował, że ma ochotę wyrwać się z uścisku i pobiec z 
powrotem. 

Wyczuwając niepokój Treya, Lucien zdjął dłoń z jego ramienia. 
-Jeszcze chwila - powiedział ściszonym głosem. 
Skręcili na lewo w krótki korytarz i dotarli do awaryjnego wyjścia, 

umieszczonego z tyłu budynku. Trey zauważył, że przewód łączący dźwignię 
mechanizmu z alarmem został przecięty, a obie końcówki wiszą pod urządzeniem. 

Lucien zwolnił trochę i sięgnąwszy do kieszeni na piersi, wyjął okulary i je 

założył. Potem przycisnął języczek parasola, który niósł w drugiej ręce, uwalniając 
materiał zwinięty starannie wokół trzonu. 

- Lucienie, co ty robisz? - zapytał zdziwiony Trey. - Przecież nie pada. 
- Cierpię na dolegliwość skóry, która nie pozwala mi wystawiać się na światło 

słoneczne. Jeśli się odpowiednio nie zabezpieczę, to wyglądam mało ciekawie. - 
Kopnąwszy lewą nogą uchwyt drzwi, otworzył parasol, wsunął się pod niego i 
jednym płynnym ruchem opuścił budynek. 

background image

Jakieś dwa metry od wejścia stał zaparkowany czarny lexus. Patrząc na 

przyciemniane szyby samochodu, Trey pomyślał, że przypomina wrogiego żuka, 
który czeka, żeby zaatakować niczego niespodziewającą się ofiarę, która 
nierozważnie podejdzie zbyt blisko jego szczęk. 

Lucien, który po wyjściu z budynku trzymał wolną rękę w kieszeni, wcisnął 

przycisk kluczyka, gdy znaleźli się w pobliżu samochodu; po piknięciu 
wyłączającego się alarmu rozległ się niosący ulgę dźwięk otwierających się 
zamków drzwi. 

- Wsiadaj, gdzie chcesz, z przodu albo z tyłu, tylko się pospiesz, Treyu. - 

Lucien podszedł do drzwi kierowcy, chłopak zaś uznał, że wygodniej mu będzie 
na tylnym siedzeniu. Zawahał się, kładąc dłoń na klamce drzwi. Spojrzał na 
mężczyznę i pokręcił głową, jakby chciał pokazać, że głupio postępuje, lecz zaraz 
potem otworzył drzwi i wskoczył na tylne siedzenie. Zapiął pas, obserwując przez 
szybę Luciena. Czuł, jak serce tłucze mu się w piersi, był zgrzany i spocony, a 
krew pędziła w jego żyłach, niosąc do wszystkich komórek strumienie adrenaliny. 

Lucien przełożył parasol do lewej ręki, a drugą otworzył drzwi samochodu, po 

czym błyskawicznie wsunął się na siedzenie kierowcy, odrzucając na jezdnię 
otwarty parasol. Po raz pierwszy od chwili ich spotkania Trey spostrzegł, że 
mężczyzna stracił panowanie nad sobą, chociaż tylko na moment. Oddychał 
ciężko, a po jego karku spływała strużka potu. 
Kiedy Lucien siedział na swoim miejscu, Trey z przerażeniem zobaczył, jak na 
grzbietach dłoni mężczyzny i na czubku jego głowy wykwitają zaognione 
pęcherze. Rosły w niesłychanym tempie, powiększając swoją średnicę pięcio  - 
albo i sześciokrotnie w ciągu zaledwie kilku sekund i wypełniając się rzadkim, 
żółtawobiałym płynem, a skóra wokół nich ściągała się i czerwieniała. Chłopiec 
zauważył, jak szybko Lucien wsiadł do samochodu, wiedział więc, że jego skóra 
mogła być wystawiona na działanie słońca zaledwie przez ułamek sekundy. 

- Lucienie, twoje ręce... 
Patrzył, jak mężczyzna końcami palców ostrożnie dotyka nabrzmiałych 

pęcherzy. 

- Wiem. To taka... dolegliwość. Źle znoszę słońce. Nie martw się, pęcherze 

szybko znikną. 

- Nie sądzę. Wyglądają paskudnie. Potrzebny ci lekarz. Myślę... 
- Zaufaj mi, Treyu. Jestem bardzo dobrym uzdrowicielem. - Zdjął okulary i 

położył je na siedzeniu pasażera. Potem uruchomił silnik i ruszył przed siebie, 
zostawiając z tyłu budynek, który przez ostatnie trzy lata był domem Treya 
Laporte'a. - Musimy się pospieszyć. 

- Twój samochód wygląda jak fura narkotykowego dealera - zauważył Trey 

zdawkowo. W lusterku wstecznym zobaczył, że Lucien się uśmiecha. 

background image

- Naprawdę? W takim razie będę musiał go zmienić. Pilot telewizyjny jest w 

wysuwanym schowku z twojej prawej strony. Oglądaj, co chcesz. 

- Lucienie, jestem zbyt nakręcony, żeby oglądać telewizję. Raczej posiedzę 

spokojnie i zastanowię się, co ja, do cholery, wyprawiam. 

Mężczyzna odpowiedział skinieniem głowy i dalej jechali w milczeniu, 

obserwując kolejne kilometry krajobrazu przemykającego za oknem. Kiedy 
chłopiec poczuł, że powieki zaczynają mu opadać, zamrugał gwałtownie i pokręcił 
głową, nie dowierzając, że mógł pomyśleć o spaniu po tym wszystkim, co się 
wydarzyło. Jednak spadek poziomu adrenaliny sprawił, że Trey poczuł się nagle 
ogromnie znużony. Zmusił się do otwarcia oczu i we wstecznym lusterku 
zobaczył, że Lucien go obserwuje. 

- Sen dobrze ci zrobi - powiedział mężczyzna. - Przed nami daleka droga, więc 

śpij, proszę, jak najdłużej. Jesteś bezpieczny. Zaufaj mi. 

Opierając się falom wyczerpania, które niemal dosłownie go zalewały, Trey 

przypomniał sobie, że zostawił w domu dziecka wszystko, co posiadał. 

- Moje rzeczy... - wymamrotał. 
- Ciii. Każę któremuś z moich ludzi je zabrać. A wszystko inne kupimy. 
Chłopak rozejrzał się po eleganckim wnętrzu samochodu. 
- Lucienie, jesteś bogaty? - zapytał. 
- Tak. Obrzydliwie bogaty. 
- Dokąd jedziemy? - Zamrugał powiekami, żeby utrzymać oczy otwarte do 

momentu, gdy usłyszy odpowiedź. 

- Do mojego mieszkania w Londynie. Zamieszkasz ze mną, panie Laporte. 
Wreszcie Trey skapitulował przed snem, który już ogarniał jego świadomość 

niczym bezkształtna mgła; tym samym ostatecznie oddał się pod opiekę Luciena 
Charrona. 
 
 

4

44

4

 

 

- Treyu, obudź się. Dojechaliśmy. - Lucien wsunął głowę między przednie 

siedzenia i potrząsał łagodnie chłopcem, próbując go obudzić. 

- Och, gdzie jesteśmy? - zapytał Trey. Bolał go kark, ponieważ spał w 

niewygodnej pozycji, przyciśnięty do drzwi. Otworzył oczy i spojrzał za okno: 
zobaczył betonowe filary w otwartym pomieszczeniu wypełnionym mdłym 
światłem jarzeniówek. W różnych zatoczkach stało kilkanaście zaparkowanych 
samochodów, których kolory trudno byłoby określić w słabym blasku lamp. 

- Na podziemnym parkingu pod moim apartamentowcem. Przespałeś całą 

drogę - powiedział Lucien. 

background image

- Przepraszam... 
- Nie masz za co przepraszać. Wiele się zdarzyło w bardzo krótkim czasie, więc 

zrozumiałe, że twój umysł chce odpocząć. Chodź. - Lucien wysiadł. Obszedł 
samochód, a potem niczym zawodowy szofer zamaszystym ruchem otworzył 
tylne drzwi od strony Treya i powitał go szerokim gestem drugiej ręki. - Twój 
nowy dom czeka. 

Nastolatek wysiadł i nieufnie rozejrzał się w nowym otoczeniu. Podziemny 

parking wypełniał ostry zapach spalin i nawet najcichszy odgłos niósł się echem 
odbijającym się od ścian. Chłopak czuł, że znowu wzbiera w nim strach na myśl, 
jak nierozsądnie postępuje. Drgnął, kiedy trzasnęły zamykane automatycznie 
zamki auta, lecz Lucien nic nie powiedział, nawet jeśli to zauważył. Odwrócił się 
na pięcie i poszedł w stronę windy w ścianie z prawej strony. 

- Chodź, Treyu - rzucił przez ramię i nacisnął mały guzik przy drzwiach. - 

Mieszkamy na ostatnim piętrze. 

Trey podszedł do drzwi w momencie, gdy się otworzyły. Zdążył się już 

otrząsnąć z resztek snu, który jeszcze przed chwilą ogarniał jego umysł. Czujny i 
skupiony, wszedł do małej kabiny. Mężczyzna wcisnął najwyższy guzik i drzwi 
zamknęły się za nimi. 

- Domyślam się, że jesteś głodny? - powiedział Lucien. 
Dotąd chłopak w ogóle o tym nie myślał, lecz teraz na samo wspomnienie 

jedzenia jego żołądek zaburczał głośno i zaczął się zwijać, jakby obudzono w nim 
jakiegoś pasożyta. 

- Umieram z głodu. Mógłbym zjeść konia z kopytami... a jednocześnie jest mi 

niedobrze - odparł. Stojący obok niego mężczyzna roześmiał się po raz pierwszy 
od chwili ich spotkania. I był to przyjemny, perlisty śmiech, który w ogóle nie 
pasował do osobnika o surowym, niepokojącym wyglądzie. Trey mimowolnie 
odpowiedział uśmiechem, choć przez cały czas nie opuszczały go złe myśli. 

„On nie jest tym, za kogo się podaje - podszeptywał mu niepokój. - Uciekaj, 

póki masz jeszcze szansę". 

- No cóż, nie mogę ci obiecać konia, ale na pewno dostaniemy coś, co zaspokoi 

twój apetyt. 

Winda dojechała na samą górę i metalowe drzwi rozsunęły się, ukazując 

mieszkanie Luciena. Trey, zatrzymawszy się na progu, otworzył szeroko oczy, 
zdumiony przepychem, jaki zobaczył. Ujrzał pokój długi na co najmniej 
czterdzieści metrów, z białymi ścianami i sufitem z ciemnoniebieskiego szkła, w 
którym odbijała się podłoga; posadzkę od windy do przeciwległej ściany pokryto 
kremową wykładziną, na której położono dywany, a okna sięgające od podłogi do 
sufitu wypełniało złociste światło wczesnego wieczoru. Trey zobaczył biurowce 
Canary Wharf, wystające ponad inne budynki na drugim brzegu rzeki. Wszystko 

background image

w mieszkaniu było takie duże. W obu bocznych ścianach umieszczono troje 
drzwi, a same ściany udekorowano dziełami sztuki i gobelinami. Spojrzenie Treya 
zatrzymało się przy jednym z nich, powieszonym na środku ściany: wyszyta 
jedwabną nicią scena przedstawiała myśliwego na koniu, który osaczył białego 
jelenia. Zwierzę, ugodzone włócznią w samo serce, odrzuciło łeb w agonii. 

Na środku pokoju, w obsydianowym kręgu, płonęły szczapy drewna, a dym 

odprowadzał metalowy kaptur umieszczony na końcu spuszczonego z sufitu 
wyciągu. 

Przy ognisku stał nieruchomo wysoki mężczyzna, z którego emanowała siła. 

Prawy policzek przecinała mu duża, szpetna blizna, na której skóra ściągała się 
brzydko do środka, jakby dawna rana źle się zagoiła. Włosy miał czarne, lekko 
przetykane siwizną i krótko przycięte, co nadawało mu wygląd wojskowego. 
Ubrany był w ciemnogranatowy garnitur, równie kosztowny jak strój Luciena, 
którego krój podkreślał muskularną budowę właściciela. Przywitał Treya ledwo 
zauważalnym skinieniem głowy i skierował spojrzenie z powrotem na Luciena. 

- Witaj w domu, Lucienie. - Mężczyzna mówił z silnym irlandzkim akcentem. 

Ruszył przez pokój w ich stronę i wszedł do windy, a Trey w ostatniej chwili 
powstrzymał się, by się nie cofnąć. - Miło cię poznać, młodzieńcze. - Głos 
nieznajomego brzmiał tak, jakby codziennie płukał gardło wybielaczem. 
Mężczyzna wyciągnął rękę na powitanie. 

Trey wcale się nie zdziwił, że dłoń od wewnątrz jest szorstka i pokryta 

odciskami: były to ręce przyzwyczajone do ciężkiej pracy. Za to zaskoczyło go, jak 
ciepły jest uścisk obcego, który ujął jego dłoń i przykrył ją swoją. 

- Treyu, to jest Thomas - powiedział Lucian, spoglądając na obu. - Moja prawa 

ręka. Pomaga mi i pilnuje wszystkich interesów, kiedy jestem zajęty czymś in-
nym. Na pewno się postara, żebyś poczuł się tu swobodnie, i chętnie spełni twoje 
życzenia, jeśli ci czegoś zabraknie. 

- Mów mi Tom - rzekł Irlandczyk, zerkając z ukosa na swojego towarzysza. - 

Thomas, też mi coś! Pierwszą rzeczą, jaka zaczyna wkurzać u tego Och – Co – Też 
– Ty - Powiesz osobnika, jest nieuleczalna sztywność jego zachowania. - Puścił 
dłoń Treya i cofnął się o krok, a potem przekrzywił głowę i uniósł brwi, jakby 
spodziewał się odpowiedzi na niezadane pytanie. Gdy nikt się nie odezwał, 
odwrócił się i wszedł do pokoju. Idąc, rzucił przez ramię: 

- Wejdziecie, czy będziecie tak tkwić w windzie całą noc jak głupki? Pewnie 

trochę zgłodnieliście? - dodał i zniknął za ostatnimi drzwiami po prawej stronie. 

Lucien wprowadził Treya do pokoju i wskazał zwrócony w stronę ognia, obity 

brązową skórą fotel z podnóżkiem. 

- Rozgość się, Treyu. Pójdę sprawdzić, jakie przysmaki zostawiła dla nas nasza 

gospodyni, pani Magilton. Jeśli masz ochotę pooglądać telewizję, nie krępuj się. 

background image

Pochylił się i podniósłszy z krzesła pilota z dużym wyświetlaczem LCD, podał 

go chłopcu. - Jeżeli naciśniesz ten przycisk - mówił dalej - telewizor wysunie się z 
podłogi. - Wskazał na lewo od Treya. - Nie mam pojęcia, jak działa wszystko inne, 
ale na pewno się w tym połapiesz. - Uśmiechnął się i wyszedł tymi samymi 
drzwiami, za którymi zniknął Tom. Trey został sam. 
Chłopak odczekał chwilę, a następnie rozejrzał się po pokoju. Całe to miejsce aż 
śmierdziało forsą. Wielką forsą. Przypominało domy słynnych piłkarzy i raperów, 
które oglądał kiedyś w jakimś programie na MTV. Nie wyobrażał sobie, w jaki 
sposób ktoś mógł zgromadzić tyle pieniędzy, by żyć w takim dostatku, i 
przypomniał sobie własne słowa, kiedy powiedział, że samochód Luciena 
przypomina furę narkotykowego dealera. Lucien uśmiechnął się wtedy i 
zażartował, że zmieni wóz. Ale skoro nie narkotyki, to co? Niepokój znowu dał 
znać o sobie, wiercąc się w miękkich tkankach mózgu, rozgrzebując obawy i 
wątpliwości, które Trey starał się stłumić. 

Może Lucien był gangsterem? Może należał do mafii? Obaj z Tomem wyglądali 

na takich: twardziele, którzy bez mrugnięcia okiem uciekliby się do przemocy, 
żeby zdobyć to, czego pragną. Trey pokręcił głową z niedowierzaniem. 
Zdecydował się uciec z mężczyzną, o którym nic nie wiedział, a swoją decyzję 
oparł... na czym? Na jakimś mglistym zaufaniu do kogoś, kto twierdzi, że znał jego 
rodziców. Myśl, którą próbował ukryć głęboko w zakamarkach umysłu, w końcu 
wydostała się na powierzchnię. Może Lucien był przestępcą mordującym dzieci? 
Może zbudował swoją fortunę, sprzedając nastoletnich chłopców ludziom, którzy 
znęcają się nad nimi w paskudny sposób? 

Trey spojrzał na pilota, którego trzymał w ręku. Starając się opanować rosnący 

strach, mocniej zacisnął dłoń, ponieważ ręka mu drżała. Pragnąc się czymś zająć, 
nacisnął przycisk, który pokazał mu Lucien, a z podłogi wysunął się telewizor, 
największy, jaki kiedykolwiek widział. Jeden ze znanych szefów kuchni, wiecznie 
chyba obecnych na ekranie, pokazywał, jak przyrządzić 

terrine 

z łososiem. Jego 

głos rozbrzmiewał w całym pokoju, dlatego Trey rozejrzał się, próbując 
zlokalizować ukryte głośniki. Kiedy nacisnął ten sam guzik, telewizor zgasł i    
bezgłośnie wsunął się pod podłogę. 

Trey na drżących nogach podszedł do okna. Nie miał wątpliwości, że znajduje 

się bardzo wysoko. Nie zadał sobie trudu, aby sprawdzić numer piętra, na którym 
znajdował się apartament Luciena, lecz jedno spojrzenie wystarczyło, by się 
zorientować, że jest pod dachem wysokiego budynku. Rozejrzał się ponownie po 
pokoju, szukając innej drogi ucieczki poza windą. Przecież musi być gdzieś 
wyjście przeciwpożarowe! Chciał mieć pewność, ze. będzie mógł umknąć, jeśli 
zajdzie taka potrzeba. 

background image

Aż podskoczył, gdy drzwi znowu się otworzyły. Na progu stanął Lucien, który 

obrzucił chłopca pytającym spojrzeniem. 

- Wszystko w porządku? - zapytał i przechylił głowę na bok. Kiedy skończył 

wycierać ręce w ściereczkę do naczyń, Trey spostrzegł, że nie ma na nich śladu po 
paskudnych pęcherzach. Zerknąwszy na czubek głowy Luciena, zobaczył, że i tam 
nie widać zaognionych pręg, które wcześniej zauważył na łysej czaszce. 

- Twoje ręce - powiedział i wskazał głową na dłonie Luciena, na których 

jeszcze niedawno widniały wypełnione ropą pęcherze. 

Ten podążył wzrokiem za jego spojrzeniem. Uśmiechnął się nieśmiało i 

wzruszył ramionami. 

- Mówiłem ci, że jestem dobrym uzdrowicielem. A teraz, jeśli chciałbyś... 
Trey jeszcze raz spojrzał w oczy mężczyzny i wstrzymał oddech, czując, jak 

powracają wszystkie obawy, wątpliwości i odczucia. Cofając się, zahaczył nogą o 
jeden z dywanów, lecz zaraz się wyprostował. Miał wrażenie, że porusza się w 
gęstym syropie, a jego kończyny nie słuchają poleceń, by odejść daleko od tego 
mężczyzny. Nie odrywając wzroku od oczu Luciena, który wciąż stał na progu, 
Trey spróbował przypomnieć sobie rozkład pokoju i zaczął się wycofywać w 
kierunku windy. 

Lucien podążał za nim spojrzeniem, które wyrażało jedynie troskę. 
- Treyu, wszystko w porządku? - zapytał. - Jeśli chodzi o moje pęcherze, mogę 

ci to wyjaśnić. Pewnie wyobraziłeś sobie, że to coś gorszego, niż było w 
rzeczywistości. Byłeś zmęczony i... 

Trey nie potrafił zapanować nad głosem, który zadrżał i się załamał. 
- Nie. Wiem, co widziałem. Widziałem, jak na twojej skórze wyrastają wielkie, 

zaognione pęcherze, na zagojenie których potrzeba dni albo tygodni. A stało się to 
dlatego, że wystawiłeś się na słońce zaledwie na ułamek sekundy. - Przypomniał 
sobie chwilę, gdy Lucien spojrzał w oczy Colina Wallingtona tak, jakby oglądał 
jego najskrytsze tajemnice. Wydało mu się wtedy, że cały świat się zatrzymał. 
Przypomniał sobie zdechłą muchę, która ożyła, kiedy tylko zmienił się nastrój 
Luciena, po tym jak przekonał Colina. 

Wtedy właśnie powinien był uciec z domu dziecka. Jak najdalej od tej... istoty, 

dopóki miał szansę. 

Niebezpieczeństwo, o którym wcześniej wspominał Lucien, było oczywiste i 

bardzo realne. Trey w swojej bezmyślności nie uświadomił sobie na czas, że 
właśnie stoi w obliczu tego zagrożenia! 

Kiedy przywarł plecami do ściany, zaczął macać dłonią po jej powierzchni, 

szukając guzika windy. Położył na nim palec, a jednocześnie poczuł lekki 
wewnętrzny opór, więc mechanizm nie uruchomił dźwigu. Nawet teraz, przepeł-

background image

niony strachem, nie potrafił się zmusić, by wykorzystać jedyną sposobność 
ucieczki. 

Dlaczego? Dlaczego nie słuchał wewnętrznego głosu, który głośnym krzykiem 

nawoływał go do odwrotu? Pokręcił głową, zdumiony własną bezradnością. „Bo 
chcesz się upewnić" - powiedział sobie szczerze. „Zastanawiasz się, czy prawdą 
jest to, co o nim myślisz. Bo, pomimo strachu, wciąż wierzysz, że on może ci 
powiedzieć o tobie samym i twoich rodzicach to, co chcesz wiedzieć". 

Chłopiec nie zauważył, kiedy Lucien przeszedł od drzwi kuchennych w głąb 

pokoju. Dopiero teraz zobaczył, że mężczyzna stoi w odległości kilku metrów od 
niego z wyrazem troski i współczucia na twarzy, tak jak przedtem. 

Dłonie Treya drżały tak bardzo, że jego palce zsunęły się z guzika windy i 

nerwowo zaczęły szukać go od nowa. 

Oczyma wyobraźni zobaczył scenę z niedawnej przeszłości. Całkowicie 

nieruchomą czarną muchę leżącą na wznak na parapecie. 

Ponownie spojrzał na mężczyznę; starał się zapanować nad swoim głosem. 
- Twoja... dolegliwość skóry - powiedział, nie zwracając uwagi na opór, z jakim 

wydobywał z siebie słowa. - Zakładam, że cierpisz na nią od dawna. 

- Od urodzenia. 
- A zatem możesz wychodzić tylko w nocy? Czy światło słoneczne ci szkodzi? 
- Zgadza się, Treyu - odparł Lucien. Na jego ustach pojawił się na moment 

smutny uśmiech. - Ale to już wygłówkowałeś. Bystry chłopak z ciebie, lecz od 
chwili naszego spotkania opierasz się własnemu instynktowi. Dlaczego? Dlaczego 
nie posłuchasz wewnętrznego głosu i nie zapytasz mnie o to, co cię naprawdę 
niepokoi? 

- Co to takiego, Lucienie? - Głos Treya zabrzmiał obco w jego własnych ustach, 

jakby tylko wypowiadał słowa kogoś, kto przywłaszczył sobie jego ciało. 

- Naprawdę muszę ci to mówić? Czy naprawdę konieczne jest moje 

potwierdzenie, byś uwierzył instynktowi podpowiadającemu ci, kim jestem? 

Trey zachwiał się lekko. Obraz przed jego oczami rozmazał się nieco, i teraz 

widział jakieś tańczące ciemne przedmioty. Zmusił się, by wziąć głębszy oddech, 
lecz płuca odmówiły posłuszeństwa. 

- Może tak właśnie jest. Może chcę usłyszeć, jak sam mi to mówisz. - Z trudem 

wydusił z siebie te słowa. Jego drżący palec przypadkowo nacisnął guzik za 
plecami i zaraz rozległ się szum silnika windy, która ruszyła do góry. 

Lucien wpatrywał się w chłopca swoim dziwnym, przerażającym spojrzeniem - 

całe wieki, jak się zdawało aż wreszcie skinął nieznacznie głową. 

- Treyu, jestem wampirem. Nocnym łowcą. Nieumarłym. Istotą cienia. 
Trey poczuł, że przed jego oczami rozpościera się szara kurtyna, która 

ogranicza widoczność niczym gęsta mgła. Próbował coś powiedzieć, lecz z jego ust 

background image

nie wyszło nawet jedno słowo. Kolana ugięły się pod chłopakiem, zatoczył się do 
przodu w chwili, gdy za jego plecami rozległ się cichy dzwonek obwieszczający 
przybycie windy. Wyciągnął ręce, żeby złapać się czegoś, ale chwycił tylko 
powietrze, a potem osunął się na gruby dywan. 

 
Lucien ukląkł przy Treyu i zawołał Toma. 
- Co się stało? - spytał Irlandczyk, idąc szybko przez pokój. 
- Zemdlał - powiedział Lucien. 
- Zemdlał? 

- Zasłabł. Niejeden by tak zareagował, gdyby na głodnego dowiedział się, że uciekł 
z wampirem. - Spojrzał na    Toma i westchnął. - Chciałem mu wszystko wyjaśnić 
w... bardziej sprzyjających okolicznościach. Chyba powinniśmy go przenieść do 
drugiego pokoju. 

Wstał i bez najmniejszego wysiłku podniósł nieprzytomnego Treya. Poszedł za 

Tomem przez pokój i wyszli obaj przez ostatnie drzwi po lewej stronie. Ostrożnie 
położyli nieprzytomnego na łóżku, spoglądając po sobie z niepokojem. 

Tom zamknął drzwi i zerknął na swojego szefa wampira. 
- Myślisz, że szybko dojdzie do siebie? - zapytał. Lucien wzruszył ramionami i 

z niepokojem popatrzył ku drzwiom. 

- Mam nadzieję, bo młody pan Laporte potrzebuje wszystkich sił, by stawić 

czoło temu, co go spotka w najbliższych dniach i tygodniach. 
 
 

5

55

5

 

 

Trey otworzył oczy. Gdy spojrzał na dziwny sufit, przypomniał sobie, gdzie 

jest. Potem powoli odwrócił głowę i wstrzymał oddech: na krześle przy jego łóżku 
czuwała dziewczyna. Czytała książkę rozłożoną na kolanach. 

Mimo że siedziała, zauważył, że jest wysoka. Długie, czarne włosy nosiła 

związane w koński ogon. Ubrana była w szarą bluzeczkę w paski i lśniącą, czarną 
kamizelkę, a także krótką, szarą spódniczkę i czarne legginsy. Makijaż, „gotycki", 
choć delikatny, psuł, zdaniem Treya, subtelne rysy jej twarzy w kształcie serca. 
Było jasne, że pomimo makijażu dziewczyna jest bardzo ładna, może nawet 
piękna. Domyślał się, że ma około szesnastu lat. 

W pewnym momencie chyba zorientowała się, że na nią patrzy, bo zagięła róg 

strony, którą czytała, zamknęła książkę i podniosła wzrok. Patrzyła na niego przez 
chwilę, a potem błysnęła śnieżnobiałymi zębami w szerokim uśmiechu. 

- Ty pewnie jesteś Trey - powiedziała swobodnym tonem. - Tato sporo mi o 

tobie opowiadał. 

background image

- To dużo więcej niż mnie - odburknął i zaraz pożałował zrzędliwego tonu. 

Intensywność jej spojrzenia podpowiadała, że dziewczyna musi być córką 
Luciena. 

Zapadła chwila ciszy, aż wreszcie kiwnęła głową w zamyśleniu. 
- To pewnie najdziwniejszy dzień w twoim życiu, prawda? - rzekła. - Uciekasz 

z domu dziecka z jakimś facetem, którego widzisz pierwszy raz na oczy - to już 
jest mocne. A potem dowiadujesz się, że ten facet jest wampirem... - Wydęła 
policzki. - Czujesz pewnie, że cały twój świat wywrócił się do góry nogami. - 
Ponownie kiwnęła głową i uśmiechnęła się, co Trey odebrał jako wyraz podziwu 
dla niego. Spojrzał jej w oczy, udając dzielniejszego, niż był w rzeczywistości. 

„Żebyś wiedziała" - pomyślał. 
Jego serce zatrzepotało szaleńczo, do czego już prawie się przyzwyczaił, i po 

raz kolejny poczuł, jak spływa na niego fala strachu. Usiadłszy na łóżku, spuścił 
nogi, tak że teraz znalazł się twarzą w twarz z dziewczyną. 

Pochyliła się i ściszyła głos. 
- Wiem, że twoje odczucia są zupełnie inne, ale musisz mu uwierzyć, kiedy 

mówi, że od dawna troszczy się o ciebie i że ma ci do powiedzenia wiele rzeczy. 
Ważnych rzeczy, które pozwolą ci zrozumieć i poznać swój los. 

- Tak naprawdę niczego mi nie powiedział. Tylko że znał moich rodziców i że 

grozi mi niebezpieczeństwo - odparł Trey. Przestał udawać pewnego siebie i 
opanowanego, a jego głos wydał mu się piskliwy i drżący. 

- Z nami jesteś bezpieczny. Myślę, że tata po prostu nie wie, jak ci to wszystko 

przedstawić. Boi się twojej reakcji. 

Trey pokręcił głową i poczuł, że wzbiera w nim fala gorącego gniewu. Skąd ci 

ludzie tyle o nim wiedzieli i dlaczego nie chcieli mu po prostu wyjaśnić, co się 
dzieje? 

Zanim zdążył odpowiedzieć, ktoś zapukał do drzwi. Po chwili otworzyły się, a 

w szczelinie pojawiła się głowa Luciena. 

- Ach, cudownie! Już nie śpisz, Treyu! I zdążyliście się poznać. 
- Niezupełnie, tato. Trey dopiero się obudził - odpowiedziała dziewczyna i 

uśmiechnęła się ciepło. 

- W takim razie pozwólcie, że was sobie przedstawię. Treyu Laporte, to jest 

moja córka, Alexa Charron. Alexo, to jest Trey. - Mężczyzna spojrzał nieśmiało na 
Treya. - Tom zaparzył herbatę - dodał, jakby wypicie gorącego napoju miało 
rozwiązać wszelkie tajemnice związane z wydarzeniami tego dnia. -    I    do jedzenia 
coś się znajdzie, jeśli już masz na to ochotę. - Ponownie spojrzał na córkę i się 
uśmiechnął. - Alexo, Trey z pewnością zechce się rozejrzeć po swoim nowym 
domu, nim usiądziemy do kolacji. Będziesz tak dobra i oprowadzisz go? - Skinął 
głową w stronę Treya, po czym zniknął za drzwiami. 

background image

Chłopak patrzył na drzwi z niedowierzaniem. Najwyraźniej wyznanie, że jest 

wampirem, nie zajmowało wysokiej pozycji na liście kompleksów Luciena 
Charrona. Wyczuwając jego nastrój, Alexa pochyliła się i położyła mu dłoń na 
ramieniu. 

- Zostaw mnie. - Odtrącił jej rękę. Spróbował stanąć na nogi, które 

momentalnie się pod nim ugięły, gdy krew uderzyła mu do głowy. Odzyskawszy 
równowagę, rozejrzał się niespokojnie i zaczął się zastanawiać, co ma dalej robić. 

- Spokojnie, Treyu. Zemdlałeś. Tata przyniósł cię do twojego pokoju, żebyś 

mógł odpocząć. - Alexa pochwyciła pytające spojrzenie Treya. - To znaczy do 
pokoju, który będzie twój, jeśli zdecydujesz się z nami zostać. 

Chłopakowi kręciło się w głowie, a w jego umyśle pojawiały się kolejne 

scenariusze i możliwe rozwiązania sytuacji, w jakiej się znalazł. Dobrowolnie 
pozwolił, by go tu przywieziono, pomimo dręczącego poczucia, że coś jest nie tak. 
Mężczyzna o imieniu Lucien wyznał, że jest wampirem, a teraz wygląda na to, że 
Trey został odurzony i przeniesiony do tego pokoju, gdzie pilnuje go córka 
wampira. 

„Co ja narobiłem? Jak mogłem być tak głupi? Pozwoliłem się prowadzić jak 

baranek na rzeź i teraz umrę". 

Czuł, że musi się wydostać. Musi uciec z tego mieszkania i zawiadomić władze 

o tym, co się tu dzieje. Niemal w tej samej chwili uświadomił sobie, jaki to 
absurdalny pomysł. I co by powiedział policji? Że w jednym z apartamentowców 
w Docklands mieszka wampir? Owszem, nie miał kłów ani pazurów i nie chodził 
w pelerynie, mówiąc: 

„Ce wysać ś ciebie kref". Niemniej jednak był wampirem. Trey wyobraził sobie 

śmiech policjantów, którzy pogoniliby go z komisariatu. 

- Chcesz usiąść i pogadać? - zapytała Alexa ze swojego miejsca. Patrzyła, jak 

zagląda do szuflady niedużej gabloty ustawionej w kącie pokoju. - Treyu, czego 
szukasz? 

- Czegoś do obrony. Noża, nożyczek, czegokolwiek - mruknął pod nosem. 

Zdesperowany pokręcił głową, odkrywając w kolejnych szufladach starannie 
złożoną pościel i ręczniki. Nie znalazł niczego, co by choć trochę przypominało 
broń. 

- Dobrze to przemyślałeś? Właściwie czego się tak boisz? - Jej spokojny, 

zrównoważony ton zupełnie kłócił się z jego odczuciami, a myśli i emocje 
chłopaka przepychały się w wyścigu do zrozumienia czegokolwiek. 

Nie odpowiedział na pytanie. Jego spojrzenie padło na mały nóż ze srebrnym 

trzonkiem, służący do rozcinania listów. Trey podniósł go i zważył w ręku. 
Wyobraził sobie, jak stojąc przed Lucienem i Tomem, wymachuje tą marną 
bronią, by ich przestraszyć. Jęknął cicho, przygnieciony ciężarem beznadziei. 

background image

- Treyu - powiedziała Alexa. - Dlaczego panikujesz? 
Odwrócił się, zdziwiony jej słowami. 
- Zwariowałaś? Twój ojciec zamierza mnie zjeść! Dlatego panikuję! 
- Zastanów się - próbowała go uspokoić. Wstała i zbliżyła się o krok. - Gdyby 

chciał cię skrzywdzić w jakikolwiek sposób - a nie chce - to z łatwością by to 
zrobił w każdej chwili i nie musiałby przywozić cię do domu, nie uważasz? 

Podniósł głowę i spojrzał na nią. 
Odwzajemniła mu się szczerym i otwartym spojrzeniem. 
- Myślę, że ty już wcześniej wiedziałeś - wyszeptała. - Nie miałeś całkowitej 

pewności, ale pewnie domyślałeś się, kim naprawdę jest mój ojciec - mówiła dalej. 

- To absurd. Skąd niby miałbym wiedzieć? 
- Może posiadasz talent i zmysły, których istnienia nawet się nie spodziewasz. - 

Wzruszyła lekko ramionami. - Nie wiem. Może nie jesteś aż tak „normalny", jak 
myślisz. Czułeś to kiedyś, Treyu? Czułeś, że różnisz się od innych ludzi? 

Wziął głęboki oddech, zastanawiając się nad słowami dziewczyny. Zaniepokoił 

go jej ton i samo pytanie. Wiedział wcześniej? Czy w momencie, kiedy Lucien 
zdjął okulary, by spojrzeć na niego, domyślił się, że tamten nie jest człowiekiem? 

- Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz. Lucien jest wampirem. Dlaczego 

miałbym się dobrowolnie oddawać w ręce kogoś takiego? 

- Bo może wyczuwasz jakieś pokrewieństwo? - Ale-xa uniosła brew i lekko 

przechyliła głowę na bok. Trey pomyślał, że w tej pozie wygląda jeszcze 
atrakcyjniej, i po raz kolejny zdumiał się jej urodą. 

Co on sobie myślał? Przecież to córka Luciena. Luciena    Charrona, który ze 

spokojem oznajmił, że należy do rodziny nieumarłych. Tymczasem Trey stoi i 
podziwia urodę córki wampira, a dopiero co wyobrażał sobie jej ojca 
rozrywającego mu gardło i wysysającego z niego krew. Spojrzał podejrzliwie na 
dziewczynę, czując, jak serce tłucze się wściekle w jego piersi. 

Jest córką Luciena, a więc musi być wampirzycą. 
Wstał i cofnął się, trzymając przed sobą żałosną broń. 
- Próbujesz mnie zahipnotyzować, prawda? Do tego zmierzasz? Wampiry 

wprowadzają swoje ofiary w trans. Nie myślę trzeźwo, ponieważ mnie 
zahipnotyzowałaś, żebyście mogli się pastwić nade mną! - wyrzucał z siebie te 
słowa histerycznym tonem. Ręce tak mu się trzęsły, że z trudem utrzymywał nóż 
do rozcinania listów. 

Dziewczyna uśmiechnęła się łagodnie i uniosła dłonie, jakby chciała mu 

pokazać, że nie stanowi żadnego zagrożenia. 

- Treyu, nie próbuję cię zahipnotyzować i nie jestem wampirzycą. - Z rękoma 

wciąż wyciągniętymi przed siebie przesunęła się na prawo i stanęła przed dużym, 

background image

wolno stojącym lustrem. Potem odwróciła się tak, by zobaczyć w nim chłopca, i 
uchwyciła jego spojrzenie. 

- Widzisz? - rzekła i skinęła głową ku posrebrzanej tafli. - Widzę siebie. Wiesz 

przecież, że wampiry nie odbijają się w lustrze. - Westchnęła cicho i odwróciła 
się, patrząc Treyowi prosto w oczy.  

Jestem halflingiem. Moja matka była człowiekiem, a ja nigdy nie piłam krwi 

wampira, tak więc nie jestem nie-umarłą, a także nie dziedziczę wszystkich tych... 
niedogodności, z którymi boryka się mój ojciec. 

Usta dziewczyny nie poruszały się, mimo to Trey słyszał jej głos tak wyraźnie, 

jakby szeptała mu do ucha. Wyczuwał delikatny ucisk na podświadomość, lecz nie 
było to nieprzyjemne ani groźne. Zamrugał, starając się zrozumieć wszystko, co 
słyszy, tymczasem głos Alexy nadal rozbrzmiewał w jego umyśle. 

Ojciec dużo ryzykował, by cię dzisiaj uwolnić. Wystawił się na 

niebezpieczeństwo mocy i łudzi, którzy nawet w tej chwili robią wszystko, aby 
cię odnaleźć i zabić. Gdyby nie podjął działania, być może już byś nie żył. Zna 
odpowiedzi na pytania, które jeszcze nawet nie powstały w twojej głowie. W 
zamian prosimy tylko, żebyś nas wysłuchał, nim zdecydujesz się, co myśleć o nas, 
o sobie i zanim postanowisz, jak postąpić. 

Jej słowa przenikały warstwy nakładających się na siebie barw. Trey poczuł się 

bezpiecznie, niczym małe dziecko otulone ciepłym, miękkim kocem. Nie miał 
wątpliwości, że dziewczyna posługuje się magią, by on się całkiem nie rozsypał, 
lecz mu to nie przeszkadzało. Czul wręcz wdzięczność, że rozproszyła panikę, 
która oplotła go swoimi mackami. 

-Teraz mnie hipnotyzujesz, prawda? - spytał cicho Trey. 
- Tak jakby - odrzekła Alexa. - Chciałam, żebyś się uspokoił, nim zemdlejesz i 

zrobisz sobie krzywdę. Naprawdę musisz zwracać większą uwagę na oddech.- 
Uśmiechnęła się, a on poczuł, że odpowiada jej uśmiechem. 

- Próbujesz mi wmówić, że nic mi nie grozi, czy tak? - bąknął. - Sugerujesz, że 

pomijając całe to szaleństwo wampiry, czary i rewelacje na temat mojej osoby – 
nie grozi mi b e z p o ś r e d n i e niebezpieczeństwo. 

- Dzisiejszego wieczora jedynym zagrożeniem dla ciebie może być posiłek 

przygotowany przez panią Magilton. Bardzo się stara, ale po prostu nie ma drygu 
do gotowania. Tato jest zbyt miękki i nie pozwala jej zwolnić. Jedyne danie, jakie 
jej wychodzi, to zapiekanka z ziemniaków i mielonego mięsa. Wtedy wszyscy 
muszą jeść ogromne ilości mielonego mięsa i tłuczonych ziemniaków. - Znowu 
przechyliła głowę na bok, a Trey poczuł, że się czerwieni. 

- Wytrzymaj jeszcze trochę, Treyu. Jeśli nie usłyszysz zadowalających 

odpowiedzi i dalej będziesz się czuł zagrożony, to wystarczy, że powiesz, a ojciec 
zawiezie cię, dokąd tylko zechcesz. A jak nie będziesz chciał, zęby to zrobił mój 

background image

tato, wtedy Tom albo ja chętnie ci pomożemy. Nie jesteśmy żądnymi krwi 
bestiami, jak powiedziałeś. 

Trey patrzył dziewczynie w oczy, jakby spodziewał się, że    dostrzeże w jej 

spojrzeniu coś, co będzie przeczyło tym słowom. Ostatecznie skinął głową i 
opuścił broń, którą podczas rozmowy wciąż trzymał przed sobą. Zerknął na marne 
narzędzie i znowu się zarumienił, uświadomiwszy sobie, jak żałośnie musiał 
wyglądać, gdy wymachiwał tym nożykiem. 

Dziewczyna wciąż stała odwrócona tyłem do lustra, uśmiechając się 

kokieteryjnie, a on mimowolnie zaczął się zastanawiać, jak by to było, gdyby 
pocałował ją w usta. 

Nie chcesz się przekonać? - 

usłyszał słodki szept w umyśle i zaraz spuścił 

wzrok, czerwony jak burak. 

- Tu jest twoja łazienka - powiedziała Alexa i pokazała przesuwane drzwi po 

prawej stronie. - A w głębi tego sklepionego przejścia jest wbudowana garderoba. 
Niestety, Tom wybierał ci ubrania. Przeważnie skejtowskie ciuchy i trochę 
sportowych. Uznał, że takie będą ci odpowiadać. Ale są tam też fajne dżinsy i 
bluza z kapturem, które chętnie wezmę, jeśli ci się nie spodobają. 

- Uśmiechnęła się, a potem odwróciła i ruszyła do drzwi. Idąc, rzuciła przez 

ramię: - Tato mówił, że możemy pójść do miasta, abyś kupił sobie to, co zechcesz. 
Znam w Londynie niezłe sklepy. Założę się, że ci się spodobają. 

Patrzył, jak wychodzi z pokoju. 
- Chciałem cię jeszcze o coś zapytać, Alexo! - zawołał za nią. Zatrzymała się i 

odwróciła w jego stronę. 

- To porozumiewanie się myślami... gdzie się tego nauczyłaś? 
- Moja mama była czarodziejką. Przed śmiercią zaczęła uczyć mnie sztuki 

magii. Później uczyłam się z książek i od ludzi, których zatrudnia ojciec. Muszę 
przyznać, że listem w tym niezła. 

- Czy mogę cię prosić, żebyś nie czytała więcej w moich myślach? Trochę mnie 

to peszy. 

Alexa roześmiała się i pokręciła głową. 
- Treyu, ja nie potrafię czytać w myślach. Taka dobra jeszcze nie jestem. To 

zwykłe zaklęcie przekazywania myśli. Niestety, działa tylko w jedną stronę. 

- Ale wcześniej, kiedy zapytałaś, czy nie chciałbym się    przekonać? Skąd 

wiedziałaś... 

- Treyu - przerwała mu. - Kiedy chłopak gapi się na usta dziewczyny i oblizuje 

wargi, to nietrudno się domyślić, co mu chodzi po głowie. - Odwróciła się, lecz 
znowu przystanęła. - Tak jak powiedziałam, wytrzymaj jeszcze trochę. Spotkamy 
się w kuchni na kolacji, kiedy będziesz gotowy. Nie spiesz się. - Pomachała mu i 
posłała figlarny uśmiech. - Och, a gdybyś miał tu zostać dłużej, powinieneś też 

background image

nauczyć się właściwej terminologii. Wampiry nie z j ad a j ą ludzi, tylko rozrywają 
im gardła i bezlitośnie wysysają z nich krew. I jeszcze lustro. Wierutne bzdury. 
Wszystkie wampiry mają swoje odbicie. Bo niby dlaczego nie?    - Puściła do niego 
oko i wreszcie wyszła. 

Trey patrzył na zamknięte drzwi. Uśmiechnął się pomimo całej niesamowitości 

sytuacji i postanowił, że przynajmniej wysłucha tego, co Lucien ma mu do po-
wiedzenia. 

Wszedł do łazienki większej niż jego sypialnia w domu dziecka. Stanął w 

kabinie pod strumieniami gorącej wody, by zmyć z siebie brud całego dnia. Dłonią 
potrącił srebrny amulet. Starał się nie myśleć zbyt wiele o ostatnich 
wydarzeniach; kierował myśli ku bardziej neutralnym i przyjemnym tematom, bo 
gdy tylko zaczynał rozpamiętywać niedawną przeszłość, znowu ogarniały go 
przemożny strach i zwątpienie, podpowiadające mu, że pozostanie w tym miejscu 
jest czystym szaleństwem. Nie, Trey najpierw wysłucha, co powiedzą tamci, 
dopiero wtedy zdecyduje, co dalej. 

Gdy skończył się kąpać, włożył szybko ubrania kupione przez Toma i na 

miękkich nogach opuścił pokój. Był gotów zjeść kolację w towarzystwie swoich 
gospodarzy. 
 
 

6

66

6  

 

Trey zasiadł do posiłku przy dużym, okrągłym stole ustawionym obok 

kuchennej wnęki. Na kolację podano rybę i owoce morza, a obie potrawy 
smakowały mu tak, jak jeszcze nic wcześniej. Alexa wypytywała go trochę o życie 
w domu dziecka i jak sobie tam radził. Ze zdumieniem zorientował się, że zajęty 
rozmową pochłonął kopiasty talerz jedzenia i na kilka chwil udało mu się nawet 
odpędzić złe myśli. 

Podobnie jak w głównym pokoju, tak i w kuchni okna zajmowały całą ścianę. 

Lucien wpatrywał się w ciemne wody Tamizy, prawie nie ruszając potraw. Trey 
zerkał na niego ukradkiem i za każdym razem, gdy uświadamiał sobie, z jaką istotą 
siedzi przy stole, serce zaczynało mu szybciej bić. Był przecież zwykłym 
chłopakiem, który wiódł normalne, może trochę nudne życie, i oto teraz je kolację 
w towarzystwie wampira, jego córki                      h a l f 1 i n g a  i  faceta 
wyglądającego tak, jakby mógł spokojnie sięgnąć przez stół i wypatroszyć go 
nożem. 

„Trzymaj się, Treyu" - powtarzał w myślach, przypominając sobie słowa Alexy. 
Kiedy skończyli jeść, zapadła cisza. Trey zauważył, że z całego towarzystwa 

Lucien wygląda na najbardziej zaniepokojonego i rozkojarzonego. Chłopak znowu 

background image

poczuł lęk. Próbował sobie wyobrazić, co takiego mu powie Lucien, cóż to może 
być, skoro wywołuje niepokój wampira. 

- Lubisz piłkę nożną? - przerwał milczenie Tom, który odezwał się po raz 

pierwszy od początku posiłku. 

- Słucham? - odparł Trey, całkowicie zaskoczony pytaniem, które zdawało się 

zupełnie nie pasować do całej sytuacji. 

- Której drużynie kibicujesz? 
- Tottenham Hotspur. 
- Phi - prychnął Tom. - Ja stawiam na Celtic. To jest prawdziwa drużyna. 

Cholerka, najlepsza w całym tym kraju. 

Trey miał ochotę zaprzeczyć. Oczywiście nie chciał rozgniewać mężczyzny z 

paskudną blizną na twarzy, siedzącego po drugiej stronie stołu, jednak przeżył już 
tyle tego dnia, że coś się w nim poruszyło i kazało mu przemówić zdecydowanym 
tonem. 

- Wątpię, żeby poradzili sobie w Premiership*. Myślę, że gdyby mieli szansę 

zagrania w Anglii, musieliby się raczej zmierzyć z wieloma drużynami z 
Championship**. 

Tom spojrzał na niego nad stołem. Trey przeżył trudną chwilę, starając się 

wytrzymać jego zimne spojrzenie. Niespodziewanie na kamiennym obliczu 
mężczyzny pojawił się uśmiech. A raczej niezbyt zachęcający na pół uśmiech, na 
pół grymas, ponieważ w okaleczonej części twarzy nie pracowały mięśnie. 

- Może kiedyś zabiorę cię na mecz - to znaczy, jeśli /decydujesz się zostać - i 

przekonasz się, jak świetnie kopią piłkę. - Wstał i zebrał wszystkie talerze. 

- Czemu nie. Pod warunkiem, że potem pójdziemy na spotkanie Tottenhamu, 

żebyś zobaczył, jak gra prawdziwa drużyna. - Trey odwzajemnił uśmiech, a 
wysoki Irlandczyk puścił do niego oko, po czym odwrócił się i przeszedł do 
aneksu kuchennego, by włożyć brudne naczynia do zmywarki. 

- Przejdziemy do czytelni? - zapytał Lucien, podnosząc się z miejsca. - Chyba 

już pora, żebyś usłyszał to, co obiecałem ci powiedzieć. - Spojrzał na Irlandczyka, 
który, pochylony, układał naczynia na półkach zmywarki. - Przyłączysz się do 
nas, Tom? 

 
 
 
 

* Angielskie piłkarskie rozgrywki ligowe na najwyższym szczeblu.  
* * Angielska profesjonalna liga piłki nożnej, pełniąca funkcję drugiej ligi, bezpośredniego 
zaplecza Premiership. 

 

background image

- Później, jak tylko trochę tu ogarnę. Idźcie sami. 

Przeszli do niedużego pokoju pełnego książek, do którego wchodziło się 
bezpośrednio z salonu. W porównaniu z pozostałymi pomieszczeniami był mały. 
Czytelnia nie miała okien, za to świetlik nad głowami wypełniało nocne niebo, z 
którego mrugały do nich dawno obumarłe gwiazdy. Pokój oświetlały umocowane 
na ścianach, eleganckie lampy w kształcie łabędzich szyj. Za krzesłami stały 
niezapalone trzy wysokie lampy - zgrabnie wygięte, tak że abażury wisiały nad 
ich głowami - podobne do wścibskich sąsiadów zaglądających ponad płotem. Trey 
spojrzał na obite skórą drzwi na przeciwległym końcu czytelni, zastanawiając się, 
dokąd prowadzą. 
     Ściany zakrywały wysokie półki na książki, a chłopiec domyślał się, że 
większość woluminów musi być bardzo stara. Dwie wyglądające na wygodne, 
czarne sofy ustawiono po obu stronach ławy, a na jej blacie z zadymionego szkła 
leżała jedna ze starych ksiąg. Tytuł był niewidoczny. 

Lucien usiadł na bliższej sofie, dając znak Treyowi i córce, by zajęli miejsca na 

drugiej. Westchnąwszy, opadł na miękkie, skórzane oparcie. Palce rąk złożył na 
kształt wieży, a kciukami trącał dolną wargę, jakby nie chciał albo nie wiedział, 
jak się zabrać do zadania, które go czekało. 

- Treyu, chciałbym cię zapytać, ile wiesz o sobie - odezwał się wreszcie po 

długiej chwili milczenia. - Lecz byłoby to nie w porządku z mojej strony, bo 
przecież obiecałem ci dostarczyć odpowiedzi, a nie kolejnych pytań. Powiem ci 
więc, kim i czym jesteś, a ty w miarę możliwości wypełnisz luki. W porządku? - 
zapytał i uśmiechnął się życzliwie. - Jak już ci mówiłem, znałem twoich rodziców, 
bardzo ich szanowałem... i kochałem. Z twoim ojcem dzieliliśmy pewne... 
zainteresowania, obdarzeni podobnymi umiejętnościami, którymi się posługiwali-
śmy, by zrobić coś dobrego dla świata. - Zamilkł i znowu się uśmiechnął. - Twój 
ojciec, Daniel, był wspaniałym człowiekiem i powinieneś być dumny z tego, jak 
bardzo zmienił życie wielu ludzi. Pokażę ci, w jaki sposób możesz dowiedzieć się 
o swych rodzicach dużo więcej, a szczególnie o swoim tacie i o jego pracy, wtedy 
lepiej zrozumiesz, kim jesteś. 

- Mój tata był architektem. 
- Nie, Treyu. Nie był architektem. Owszem, pomagał budować wielkie dzieła, 

ale czynił to, walcząc z tymi, którzy cnotę i przyzwoitość świata zamieniali w ból, 
trud i niedolę. Ostatecznie przypłacił to życiem, lecz wcześniej był niczym 
latarnia morska, zawsze odważnie niósł światło i ogień w ciemność zagrażającą 
nam wszystkim. 

- Lucienie, to nie ma sensu. O czym ty mówisz? - zapytał Trey. 
-W tym świecie są ludzie oraz istoty, które nieustannie dążą do zniszczenia 

wszystkiego, co obaj uważamy za dobre. Przeciwko nim stają tacy jak twój ojciec. 

background image

To właśnie oni, nie przerażając się mocą przeciwnika, walczą, by uniemożliwić 
mu działanie. 

Do pokoju wszedł Tom i przysiadł na oparciu sofy. 
Lucien mówił dalej: 
- My, zgromadzeni w tym pokoju, kontynuujemy walkę, za którą twój ojciec 

oddał życie. Podobnie jak on posługujemy się swoimi darami i mocami, próbując 
powstrzymać zło, które inni chcą rozprzestrzenić na świecie. Treyu, chcielibyśmy, 
żebyś się do nas przyłączył. 

Trey spojrzał na siedzących wokół niego. Ich poważne twarze tylko 

potęgowały jego niedowierzanie wobec tego, co właśnie usłyszał. 

- Czy wyście oszaleli? Czy może mnie zupełnie odbiło? 
- powiedział i wstał. - Najpierw oznajmiasz mi, że jesteś wampirem, potem 

Alexa hipnotyzuje mnie w jakiś sposób, bym uwierzył w telepatię, a teraz jeszcze 
nawijasz o tytanicznej walce dobra ze złem, w którą obaj z moim ojcem byliście 
zaangażowani. Na koniec... z kamienną twarzą stwierdzasz, że chcesz, abym się do 
was przyłączył! To chore, Lucienie! Jestem zwykłym czternastolatkiem, który do 
dzisiaj nie wierzył w wampiry, a jeśli napotykałem je, to tylko w grach, w których 
je wykańczałem! 

Lucien stanął naprzeciwko Treya, nie odrywając wzroku od twarzy chłopca. 
- Nie, Treyu. Nie jesteś zwykłym czternastolatkiem - już nie, od ostatniej nocy. 

Tej nocy objawiła się twoja prawdziwa natura, choć nic z tego nie pamiętasz. 
Jesteś likantropem: wilkołakiem. 

Trey otworzył usta i pokręcił głową z niedowierzaniem. 
- Tak, jasne, a jakże - rzucił sarkastycznym tonem. - Ja jestem wilkołakiem, ty i 

twoja córka jesteście wampirami, a stary Tom to pewnie jakiś zombie albo coś ta-
kiego, co? 

- Zombie, ale zasunąłeś! - oburzył się Tom. - Nawet bym sobie tyłka nie 

podtarł jakimś zombie. Brudne, głupie, paskudne stwory... za głupie, by 
zrozumieć, że powinny umrzeć. Jestem stuprocentowym człowiekiem, zapamiętaj 
to sobie. I wcale nie takim starym, pyskaty palancie. 

Lucien spojrzeniem powstrzymał dalszą tyradę Toma. 
- To prawda, Treyu. Jesteś dzieckiem wilkołaków. Co czyni cię kimś 

szczególnym. Możliwe, że jesteś ostatnim żyjącym wilkołakiem czystej krwi -
kimś, kto swoją naturę odziedziczył, w przeciwieństwie do tych, którzy chcą 
zostać wilkołakami, albo tych, którzy przeżyli atak wilkołaka. Będąc nim, 
posiadasz potężne wrodzone moce, ale teraz, kiedy one już się uaktywniły, grozi 
ci wielkie niebezpieczeństwo... 

- Czysty obłęd - przerwał mu Trey, kręcąc głową. -Skoro jestem wilkołakiem, 

co nie jest prawdą, to dlaczego nigdy nie biegałem po nocy i nie wyłem do 

background image

księżyca w pełni ani nie obudziłem się gdzieś w lesie obok ciała niewinnej 
dziewicy z rozszarpanym gardłem? Z pewnością nawet młody wilkołak trochę 
rozrabia w wieku dojrzewania? 

- Samiec likantropa może się przeistoczyć z ludzkiej postaci w wilka, dopiero 

gdy poziom testosteronu w jego ciele podniesie się odpowiednio wysoko - wtrąciła 
Alexa. 

Wcześniej pojawiają się tylko nieliczne symptomy jego prawdziwej natury. 

Gdy chłopiec wchodzi w wiek męski, budzi się w nim uśpiony do tej pory wilk. 
- Tej nocy pierwszy raz się przemieniłeś - wyjaśnił Lucien. - Dobrze, że byłeś sam 
w pokoju, bo aż się boję pomyśleć, co mogło się stać. Jak już mówiłem, Treyu, 
pilnowałem cię od śmierci twoich rodziców i miałem nadzieję, że uda mi się 
zareagować, zanim nastąpi ten moment. Niestety, nie udało się, dlatego bardzo mi 
przykro z powodu tego, co się wydarzyło wczoraj w nocy. Czuję się za to 
odpowiedzialny i proszę, abyś mi wybaczył. 

-Co się wydarzyło? - Trey usłyszał swój cieniutki głos. - Rany, powiedz mi, 

proszę, że nikogo nie zabiłem. 

- Nie, oczywiście, że nie. - Lucien instynktownie wyciągnął rękę, by pocieszyć 

chłopca, lecz cofnął ją, świadomy jego cierpień. - Do tego byśmy nie dopuścili. 
Ludzie Toma obserwowali dom dziecka, odkąd tam przed trzema laty 
zamieszkałeś. To Alexa zaalarmowała naszego człowieka, że coś się mogło 
wydarzyć ostatniej nocy; ona posiada pewne umiejętności, dzięki którym potrafi 
„dostroić się" do niecodziennych zjawisk. Wilkołaki, wampiry, demony, wszystkie 
istoty cienia wysyłają sygnały, gdy pozostają na poziomie człowieka, i Alexa 
odebrała twój sygnał. Człowiek Toma był świadkiem całego wydarzenia; zapewnił 
nas, że nie stała się żadna krzywda ani tobie, ani nikomu innemu. Po prostu 
wydostałeś się ze swojego pokoju i włóczyłeś przez kilka godzin, a potem, tuż po 
czwartej rano, wróciłeś do domu dziecka. Pilnowaliśmy cię przez cały czas - 
ludzie Toma znają się na tej robocie. 

Lucien wziął głęboki oddech i mówił dalej: 
- Musisz wiedzieć, że rozróżnia się dwa stany likantropii. Pierwszy, 

najniebezpieczniejszy dla istoty zmieniającej postać, to wolfan. Kiedy likantrop 
przyjmuje tę postać, traci wszelkie cechy ludzkiej natury. Zamienia się w 
ogromnego wilka, niewiarygodnie potężną bestię, ogarniętą żądzą zabijania; 
często wtedy uśmierca swoje ofiary w bardzo okrutny sposób. Za każdym razem, 
kiedy likantrop przybiera tę postać, jego zwierzęca natura rośnie w moc, aż 
wreszcie całkowicie przejmuje nad nim kontrolę. Odtąd już zawsze pozostaje 
uzależniony od pełni księżyca i słucha złych mocy, które w nim wyrosły. Wolfan 
to norma1ny stan likantropa. 

background image

- Inną formą - odezwała się Alexa, kontynuując wyjaśnienia ojca - jest 

bimorfizm. W tym przypadku likantrop przyjmuje postać pól człowieka, pół 
wilka. Stoi wyprostowany tak jak człowiek, lecz ma ciało wilka. Zachowuje 
ludzką inteligencję i potrafi panować nad instynktami. Posiada ogromną moc i 
dysponuje niezwykle wyostrzonymi zmysłami słuchu, wzroku i powonienia - co 
może przyjąć postać synestezji... 

- Cóż to takiego? - zapytał Trey. 
-Jest to stan, w którym zapachy odbierane są jako barwy lub dźwięki - wyjaśnił 

Lucien, zanim zdążyła odpowiedzieć dziewczyna. 

- Posiada niezwykłe moce regenerujące, dzięki czemu bardzo trudno cię... 

przepraszam... go zabić, ponadto, w przeciwieństwie do likantropów w stanie 
wolfan, potrafi dowolnie zmieniać postać, bez względu na porę dnia czy nocy albo 
fazę księżyca. 

Trey wyobraził sobie chaos, który rano zastał w swoim pokoju. Zastanawiał się 

wtedy, ile siły potrzeba było, żeby tak doszczętnie zniszczyć jego adidasy. I jeszcze 
pokiereszowana metalowa rama okienna, zrujnowane ściany... Poczuł zimny 
dreszcz. 

- Amulet, który ci dałem, należał do twojego ojca - głos Luciena przerwał jego 

rozmyślania. - Ten bardzo stary talizman zawiera akonit i pomaga właścicielowi 
opanować proces transformacji. Co więcej, nosząca go osoba zawsze przybiera 
bimorficzną postać wilkołaka, którą opisała Alexa, a zatem zachowuje ludzkie 
zdolności i inteligencję. - Zamilkł na moment, patrząc prosto w oczy Treya. - 
Talizman nie zatrzyma mimowolnych zmian, do których może dojść, kiedy 
człowiek czuje się bardzo zagrożony albo rozwścieczony, ale pozwala kon-
trolować odziedziczony stan. 

- Zaparzę herbaty - powiedział Tom, po czym wstał i wyszedł z pokoju. 
- Czy istnieje jakieś... lekarstwo? - zapytał Trey. 
- Nie. Nie cierpisz na żadną chorobę, Treyu, choć pewnie myślisz inaczej. Po 

prostu taki się urodziłeś. Jesteś wilkołakiem i musisz nauczyć się z tym żyć. 

Trey obserwował twarze swoich rozmówców, spodziewając się jakichś oznak, 

które podpowiedzą mu, że wszystko, co usłyszał, jest tylko makabrycznym 
żartem. 

- Wilkołak - odezwał się wreszcie. - Jak... ? To znaczy, ja nie mogę być... 

przecież to... niemożliwe. 

- Proszę - powiedział Lucien i podsunął mu książkę ze stołu. Chłopiec odwrócił 

ją i przeczytał wyblakły tytuł: 

Księga wilkołaków. 

Sabinę Bering-Gould*. 

- Z niej dowiesz się prawie wszystkiego, co powinieneś wiedzieć o swoim 

„przypadku". W bibliotece znajdziesz mnóstwo innych dzieł na ten temat, gdybyś 
chciał poczytać więcej, ale to wydaje się najbardziej wyczerpujące. To nie jest 

background image

pozycja encyklopedyczna, lecz dostarczy ci podstawowej wiedzy o twoim rodzaju. 
Z pewnością będziesz miał pytania. Mnóstwo pytań. Oboje z Alexą postaramy się 
odpowiedzieć na wszystkie. 

Trey siedział odrętwiały. Domyślał się, jak głupio musi wyglądać, gdy tak gapi 

się na nich z rozdziawionymi ustami. Próbował nazwać emocje, które w tej chwili 
przeżywał, i po chwili dezorientacji uzmysłowił sobie, że doświadczył już kiedyś 
podobnego stanu. Rozpacz. To samo miażdżące duszę uczucie, które spadło na 
niego w chwili śmierci babki i które wtedy - tak jak i teraz - całkowicie go 
wydrążyło i zamieniło w pustą skorupę. 

Wrócił Tom. Trey siedział ze spuszczonym wzrokiem, aż wreszcie poczuł, że 

niezręczna cisza dziwnie się przedłuża. Gdy spojrzał na Irlandczyka, zobaczył, że 
wyraz logo twarzy wcale nie złagodzi udręki. 

- Właśnie odebrałem telefon. Może będziecie chcieli obejrzeć wiadomości - 

rzucił i zaraz dodał: - Albo nie. 

 
 
 
 
 

 
 
 
* S. Bering-Gould, 

The Book of Were-Wolves, 

Smith, Elder & Co, Londyn, 1865. 

 
 

7

77

7    

 

Kiedy weszli do salonu, Lucien zatrzymał się i spojrzał na telewizor z 

włączonym kanałem informacyjnym. W dole ekranu na pasku wyświetlał się 
tekst, a w lewym górnym rogu widniał napis „Pilne". 

- Policja wciąż próbuje ustalić, ile osób przebywało w budynku w momencie 

wybuchu pożaru... - Reporter, uzbrojony w mikrofon z nazwą jego stacji, stał 
przed fragmentem ulicy odgrodzonym policyjną taśmą. Za nim widać było 
podjeżdżający wóz strażacki - strażacy wysiedli i od razu rozpoczęli rytuał 
przećwiczony tysiące razy. Trey patrzył, jak kilku mężczyzn ubranych w stroje 
ochronne zmaga się z wężem, z którego puszczali gęstą pianę w samo serce ognia. 
Reporter przed kamerą miał postawiony kołnierz i przygarbił się, by wytrzymać 
żar napierający na jego plecy. 

background image

- ...strażacy od godziny próbują opanować sytuację - relacjonował bieg 

wydarzeń. - Przedstawiciel straży powiedział nam, że na tym etapie nie można 
wykluczyć podpalenia. 

     Trey patrzył, jak policjant powstrzymuje niewielką grupkę ludzi, którzy 

przystanęli, żeby popatrzeć na pożar. Kiedy gapie cofnęli się trochę, Trey zobaczył 
nieduży, limonkowozielony samochód zaparkowany w jednej z zatoczek za 
wozem strażackim. 

Wendy odkupiła ten samochód od swojej matki, kiedy dostała pracę w domu 

dziecka. Zajechała nim dumnie na trzeci dzień i zaparkowała w miejscu tuż obok 
tego, gdzie stał teraz. Dzieci śmiały się z koloru samochodu, nazywając auto 
Kermitmobilem, ale Wendy tylko się uśmiechała i mówiła, że jest z niego bardzo 
dumna. Nawet go nazwała, przypomniał sobie Trey: Priscilla. 

- ...według wstępnych raportów w budynku znajdowało się dwanaścioro dzieci 

i pięć osób personelu. Jak na razie nie wiadomo, ile osób się uratowało, jeśli w 
ogóle komuś udało się uciec z tego piekła. Sprzed budynku domu dziecka Apple 
Grove dla Sky News mówił Giles Fox. 

Dalszą część relacji nadawano ze studia, gdzie spiker przedstawił eksperta od 

spraw przeciwpożarowych. Lecz dla Treya świat przestał się kręcić. Teraz nie 
zwracał na nic uwagi, wciąż miał przed oczyma płomienie liżące niebo. 

Wcześniej nienawidził domu dziecka. Nienawidził tego, że musi pozostać w 

tym sterylnym budynku pozbawionym miłości, podczas gdy inne dzieci, 
szczęściarze, których nikt nie osierocił ani nie porzucił, mieszkały w normalnych 
domach. Teraz jednak, kiedy zobaczył ogień i wysłuchał wiadomości o ofiarach 
pożaru, poczuł się... zagubiony. Całkowicie zagubiony. Nic nie zostało. Nie było 
nikogo i niczego, z czym mógłby się identyfikować, na czym mógłby się wesprzeć. 
Poczuł się bardziej osamotniony niż po śmierci babki. Schował twarz w dłoniach, 
usiłując powstrzymać ciemność, jaka go ogarniała. 

Żołądek chłopca przeszyła błyskawica rozdzierającego bólu, który rozlał się - 

podobnie jak ogień trawiący budynek na ekranie - po całym ciele, wnikając w 
każdą komórkę. Z gardła Treya wydobył się wysoki zawodzący jęk, on sam zaś 
osunął się na kolana, wbijając paznokcie w skórę, która piekła tak strasznie, jakby 
nakłuwano ją l tysiącem zardzewiałych gwoździ. 

- Szybko! - zawołał Lucien. - Zaraz zmieni postać. Trzeba go zabrać w 

bezpieczne miejsce! 

Obaj z Tomem podeszli, by podnieść chłopaka, lecz Trey zaczął się wić po 

podłodze, młócąc chaotycznie wszystkimi kończynami. 

Nie bacząc na niebezpieczeństwo, Lucien się schylił i podniósł chłopaka z 

podłogi jak zabawkę. Zignorował nie l tylko liczne kopnięcia i uderzenia w twarz 
oraz inne części ciała, lecz także szerokie rozcięcie pod lewym okiem. 

background image

Posadził Treya na jednym z krzeseł i odwrócił się do Alexy. 
- Potrzebuje pomocy, Alexo. Nie jest gotowy, jeszcze nie. Przemiana w 

wilkołaka w tych okolicznościach mogłaby się skończyć fatalnie - jest po prostu 
zbyt słaby, nie okrzepł. Spróbuj mu pomóc, proszę. 

     Oblicze Treya przypominało ściągniętą bólem, purpurowosiną agonalną 

maskę. Zlany potem, wił się i rzucał na krześle. Palce dłoni, tak samo czerwonych 
jak twarz, miał zakrzywione, jakby ściskał w ręce piłkę tenisową. W pewnym 
momencie z ich czubków, jak zobaczyli zebrani, wyrosły końce czarnych 
szponów, podobne do zakrzywionych szczypców kraba. Z niewidzialnych porów 
na skórze zaczęły wyrastać twarde włosy. 

Trey znowu krzyknął przeraźliwie i naparł ciałem na oparcie krzesła, którego 

drewniana część pod wyściółką pękła z trzaskiem. Z zaciśniętych w pięści dłoni 
zaczęła kapać krew, gdyż szpony wbiły się we wnętrze jego rąk. 

Alexa przyklęknęła przed nim i zacisnęła dłonie na jego nogach, starając się je 

unieruchomić. 

Treyu... Treyu, posłuchaj mnie. To ja, Alexa. 

Jej spokojny głos rozległ się w umyśle chłopca, a srebrzystoróżowy kolor, 

niczym klin, naparł na wirujący, czarny ból. Znowu jego mózg wypełniło łagodne, 
lecz natarczywe odczucie. 

Treyu, przejmij kontrolę. Jesteś silniejszy niż moce, które płyną w tobie. 

Możesz je powstrzymać. Musisz tylko zapanować nad nimi. Jeśli teraz zamienisz 
się w wilkołaka, Bóg jeden wie, jak to się skończy. Mógłbyś pozabijać nas wszyst-
kich. Proszę, Treyu, walcz i przejmij kontrolę. 

Lucien i Tom patrzyli bezradnie, jak ciało chłopca wije się w konwulsjach. 

Także jego twarz ulegała przemianie: wokół nosa i ust, napięta i lśniąca niczym 
wosk, zaczęła się wydłużać. 

Chłopak wydał kolejny okrzyk, a jego wargi rozchyliły się, odsłaniając zęby, 

które wyraźnie się pogrubiły i wydłużyły. 

Treyu, oddychaj głęboko i staraj się wydostać z ciemności, idź za moim głosem. 

Oddychaj, Treyu. Dobrze, idź za moim głosem... 

Srebrzystoróżowy kolor nabrał intensywności, zmącony jednocześnie 

odcieniami złota i pomarańczy. Barwy, które zaczął kojarzyć z głosem Alexy, 
zdawały się napierać na zaognioną czerń i czerwień, wypełniające jego głowę, aż 
poczuł, że ból nieco zelżał, a targane konwulsjami ciało stopniowo 
znieruchomiało. 

Alexa wstała i patrzyła, jak Trey opada na połamane krzesło, starając się 

opanować oddech, wciąż gwałtowny i chrapliwy. Wreszcie otworzył oczy i 
spojrzał na pozostałych. 

background image

Lucien zrobił krok do przodu i pochyliwszy się nad Treyem, z ulgą wypuścił 

powietrze. Uśmiechnął się smutno i położył dłoń na ramieniu chłopaka. 

- Śmiertelnie nas przestraszyłeś, Treyu. Ale udowodniłeś, że potrafisz 

zapanować nad mocami, które w tobie drzemią. Ojciec byłby z ciebie dumny. 

- W takim razie przyniosę tę herbatę - powiedział Tom i wyszedł szybko do 

kuchni. 

Trey otworzył dłonie i spojrzał na rany. Już przestały krwawić, ale odczuwał 

coś w rodzaju pulsowania. Przysunął dłoń do twarzy; wydawało mu się, że widzi, 
jak krawędzie ran się zrastają. Kiedy przyjrzał się swoim 
     dłoniom godzinę później, po skaleczeniach została tylko zaschnięta na skórze 
krew. 

- Dom dziecka - wyszeptał Trey. - Wszyscy zginęli, prawda? 
- Tak. Zdaje się, że nikt nie przeżył - odpowiedział cicho Lucien. - Bardzo mi 

przykro. 

- To ja miałem umrzeć, prawda? 
- Obawiam się, że tak. Śmierć pozostałych dzieci i dorosłych można uznać za 

skutek uboczny, ale to ciebie chcieli zabić, bo zwykle posługują się ogniem, jeśli 
chcą się pozbyć kogoś twojego rodzaju. 

Po ustach Treya przemknął smutny uśmiech, lecz zgasł równie szybko, jak się 

pojawił. 

- Kogoś mojego rodzaju - powtórzył. 
Skierował spojrzenie na Luciena, który wciąż patrzył na niego szczerze 

zatroskany. 

- Lucienie, wiesz, czyja to sprawka? 
- Wiem. Ale teraz lepiej odpocznij, a... 
- Nie. Chcę wiedzieć, kto za tym stoi. Chcę wiedzieć, kto mógł zrobić coś 

takiego. 

- Zaufaj mi, proszę. Musisz odpocząć. Jutro wszystko ci wyjaśnię, wszystko, co 

wiem. Ale teraz odpocznij. - Lucien wyciągnął rękę, a gdy chłopak podał mu dłoń, 
pomógł mu wstać. 

Kiedy Trey stanął na nogach, gestem dłoni dał znak, że nie potrzebuje pomocy. 

Przełknął ślinę i zacisnął zęby, by powstrzymać łzy. 

- Dobrze. Zrobię, jak mówisz - oznajmił z wyrazem determinacji na twarzy. - 

Ale podaj mi jego imię. Resztę powiesz jutro. 

Lucien skinął głową i spojrzał chłopakowi w oczy. 
- To wampir o niezwykłej mocy, odpowiedzialny za wiele bólu i cierpienia na 

tym świecie. Nazywa się Kaliban. - Zamilkł i spojrzał na Treya tak, że chłopak 
poczuł się nieswojo. - To mój brat - dodał. 
 

background image

 

8

88

8

 

 

     Trey leżał na łóżku i przeglądał książkę, którą dał mu Lucien poprzedniego 

wieczora, pełną szkiców i opisów wilkołaków. Zebrano w niej legendy i przekazy 
ludowe, dotyczące likantropów z całego świata. Chłopiec odłożył książkę po raz 
kolejny, tak jak czynił to już wielokrotnie nocą. Nie spał dłużej niż godzinę, a 
kiedy zamykał oczy, widział przyjaciół przeraźliwie krzyczących w płonącym 
budynku. W którymś momencie, przed świtem, koszmary tak się zapętliły w jego 
głowie, że musiał wstać i zwymiotować. 

Już nic nie było normalne. Zawsze marzył o przygodach. Pragnął uciec i 

poszukać nowego życia, w którym nie będzie głupich regulaminów ani potulnych 
dzieci przekonanych, że w nagrodę za posłuszeństwo dostaną rodzinę, która 
obdarzy je miłością i troską. 

„Uważaj na swoje marzenia" - pomyślał i uśmiechnął się smutno, wpatrzony w 

sufit. 
Czuł się wydrążony. I samotny - nie wyobrażał solne, że można się czuć aż tak 
bardzo samotnym. W szkole i w domu dziecka trzymał się zawsze na uboczu, ale 
pogodził się z tym, przyzwyczaił do życia w odosobnieniu. Teraz jednak było 
inaczej. Jakby los, nieusatysfakcjonowany tym, że odebrał mu rodziców i babcię, 
chciał pokazać, że Trey już na zawsze pozostanie naprawdę sam. Cholera, okazało 
się, że nawet nie jest człowiekiem, a teraz jeszcze dowiedział się, że jest ostatnim 
ze swojego rodzaju. Tego już było za wiele. 

Jeszcze raz sięgnął po książkę, lecz zaraz ją odłożył i wziął ze stolika przy łóżku 

kartkę papieru, którą sobie przygotował. Wcześniej, pragnąc w jakiś sposób 
oczyścić umysł z ognistych wizji, zabrał się do sporządzania notatek z lektury, by 
zapisać szczegóły, których dowiedział się na temat wilkołaków, i sporządzić listę 
pytań, które zamierzał zadać Lucienowi i jego córce. Spojrzał na swoje zapiski. 

 
 

Likantrop, fakty: 
 
Trzy sposoby zostania wilkołakiem. Jeden rodzic/oboje rodziców są 

likantropami (to drugie jest bardzo rzadkie, bo tylko samice wilkołaków 
przeżywają ugryzienie); przeżycie ataku wilkołaka (także rzadkie); za pomocą 
magii. (Czy to prawda?). 

Człowiek praktycznie nie jest w stanie ich zabić. Większość ran odniesionych 

„zwykłą" bronią sprawia im ból, ale nie zabija. Sposoby zabijania likantropa: 
obcięcie głowy, spalenie, utopienie i całkowite zniszczenie ciała (np. za pomocą 

background image

środków wybuchowych), tak by nie mogły się zregenerować, jak się dzieje w 
przypadku samych ran. 

Wszystkie wilkołaki są uzależnione od pełni księżyca, lecz niektóre starsze, 

bardziej doświadczone osobniki potrafią dowolnie zmieniać swą postać. 

Wilkołaki to istoty cienia (?). Jako takie należą do świata Otchłani - co to 

takiego? 

 
Mity dotyczące wilkołaków: 
Srebrne kule/strzały/miecze - tylko w ten sposób można pokonać likantropa. 

Ich wskazujący i środkowy palec mają taką samą długość. Skłonności 
epileptyczne. Uwielbiają krwiste mięso. Rudzielcy. Zamieniają się z powrotem w 
człowieka, jeżeli rzucić im nad głową kawałek żelaza albo stali. (Kompletne 
bzdury). 

 
Pytania: Otchłań 
Amulet i pełnia księżyca 
Co się stało z pozostałymi wilkołakami? Czy naprawdę jestem ostatnim? 
Theiss*, jego legenda - o czym jest naprawdę. 
Poprosić Luciena o książkę o wampirach. 

     

Westchnął, spuścił nogi z łóżka i spojrzał na zegar na stoliku. Czwarta rano. 

     Miał już wstać, by wziąć prysznic - a potem pójść do salonu i posłuchać 
wiadomości - gdy niespodziewanie dobiegło go ciche pukanie. 
Przez chwilę zastanawiał się, czy przypadkiem się nie przesłyszał, lecz wyczuwszy 
czyjąś obecność za drzwiami, powiedział cicho: 
    - Proszę.

 

     Lucien wszedł do pokoju. Ubrany był w szare, flanelowe spodnie i czarny 
sweter w serek. W ręku trzymał kolorowy kubek z czymś parującym. 
     - No, no, ale masz dobry słuch, babciu - powiedział i się uśmiechnął. - 
Przyniosłem ci herbatę. Byłem pewny, że nie śpisz, tylko myślałem, że może 
chcesz pobyć sam. 
     - Nie, w porządku. Muszę z kimś porozmawiać, Lucienie, a wygląda na to, że 
moje możliwości w tym względzie są mocno ograniczone i wciąż się zawężają. 
     Trey patrzył na wampira, który stał na progu z kubkiem w ręku. Pragnął go 
poprosić, żeby odwrócił wszystko i oddał mu jego nudne życie. Chciał go obwinie 
za ostatnie wydarzenia, lecz jakaś jego część podpowiadała, że 
 
 
 
 

background image

 

 
* Theiss - Rosjanin, w roku 1692 posądzony o wilkołactwo. Podczas procesu twierdził, że 
wilkołaki są obrońcami ludzkich społeczności, walczącymi z demonami i czarownicami. 
      

 

      
Lucien nie jest niczemu winien. Co więcej, uświadomił sobie, że tylko ten 
popijający herbatę wampir może mu powiedzieć, jak żyć w miarę normalnie. 
     Lucien skinął głową, patrząc chłopcu w oczy, jakby czytał w jego myślach. 
Postawił kubek na komodzie przy drzwiach i nogą otworzył szerzej drzwi. 

- Chodź ze mną, proszę, Treyu. I włóż szlafrok. - Lucien przytrzymał drzwi i 

wskazał na kuchnię. Gdy już lam weszli, otworzył jedno z okien wypełniających 
ścianę i wyszedł na balkon. 

Oparci o metalową poręcz okalającą cały balkon, spojrzeli w dół, na Tamizę. 

Księżyc wciąż widniał na niebie, a jego srebrzyste odbicie, rozproszone w tysiące 
okruchów, kołysało się na falach wspaniałej rzeki. Miasto jeszcze drzemało i choć 
taka wielka metropolia nigdy całkiem nie zasypia, to na ulicach po obu stronach 
rzeki panował niemal bezruch. 

- Lucienie - przerwał ciszę Trey. - Dlaczego Kaliban chce mnie zabić? 
Wampir zastanawiał się przez chwilę, zanim odpowiedział. 
- Pewnie się boi. Jeśli to możliwe, by ktoś taki w ogóle odczuwał strach. 

Widzisz, Treyu, wampir ma niewielu prawdziwych wrogów, a ty jesteś ostatnim z 
tych, którzy skutecznie mu się przeciwstawiali. Dlatego tak bardzo mu zależy, 
żeby pozbyć się twojego rodzaju. Już wcześniej należałeś do rzadkiej rasy, lecz on 
prześladował i zabił prawie wszystkie wilkołaki czystej krwi. - Spojrzał na Treya, 
a chłopak odniósł wrażenie, że w jego oczach jarzy się jakieś ledwo dostrzegalne 
światło. 

- Prawie... ale nie wszystkie - dodał Lucien. -Tylko... 
- Czytałeś w książce fragment o Theissie? 
- Część podkreśloną przez kogoś? Tak. 
- „Ja i moi bracia jesteśmy Ogarami Boga" - zacytował Lucien wpatrzony w 

rzekę. - „Jesteśmy wojownikami, którzy walczą z demonami, i dzięki naszym wy-
siłkom Diabeł i jego słudzy nie zdołają pogrążyć ziemi w Otchłani". Wypowiedział 
te słowa przed sądem, kiedy oskarżono go o czary. - Znowu spojrzał na Treya. - 
Spalili go na stosie. 

- Wybacz, Lucienie, ale co to ma wspólnego... 
- Możesz wierzyć albo nie wierzyć w legendę o Theissie. To on przewidział, że 

istota cienia uzyska tak wielką moc, że zdoła zaatakować ludzkość i ostatecznie 
rzuci ją na kolana, a ludzie staną się niczym bydło, którym będą się karmić siły 

background image

Otchłani. Theiss powiedział też, że to wilkołak - wilkołak czystej krwi - 
powstrzyma tamtą istotę. Mój brat wierzy w tę legendę. Co więcej, uwierzył, że to 
on jest istotą z legendy, a ty jesteś wilkołakiem, który ma stanąć na jego drodze. 

Pomimo wiatru Trey słyszał szum krwi we własnych żyłach. 
-Jestem tylko dzieciakiem - powiedział. 
- Wciąż to powtarzasz. A ja wciąż ci mówię, że już nie jesteś „tylko 

dzieciakiem". Posiadasz ogromną moc i od ciebie zależy, czy w pełni to pojmiesz. 

Zapadło milczenie, Trey zaś usiłował zrozumieć to, co usłyszał. Jeśli Lucien 

mówił prawdę, to jego życie było w niebezpieczeństwie, ponieważ jakiś 
psychopatyczny krwiopijca uwierzył w legendę wymyśloną przez innego szaleńca 
setki lat wcześniej. 

-Jak naprawdę umarli moi rodzice? - zapytał Trey. Jeżeli nawet Luciena 

zaskoczyło pytanie chłopca, to nie dał tego poznać po sobie. 

- Zostali zamordowani. - Odwrócił twarz i zamrugał, gdy wiatr polizał mu 

twarz. - Ja i twój ojciec wykonywaliśmy pewną misję: otrzymaliśmy informację, 
że do świata ludzi przedostał się z Otchłani wyjątkowo paskudny dżin. Sam nie 
dysponowałem dostateczną mocą, by się z nim zmierzyć, więc zwróciłem się o 
pomoc do twojego ojca, mimo że wcześniej obiecałem już tego nie robić. 

Wampir zamilkł i spojrzał w dół na rzekę. - Kaliban pod nieobecność twego 

ojca zamordował twoją matkę. Kiedy ojciec dowiedział się o tym, wyruszył za 
Kalibanem, by pomścić śmierć żony. Po trzech miesiącach wytropił demona na 
Tahiti i spróbował zgromadzić przeciwko niemu siły. Zrobił to bez mojej wiedzy, 
bo wiedział, że próbowałbym opóźnić jego działania, namawiając go do większej 
ostrożności. 

Zamilkł i uderzył wypielęgnowanym paznokciem w jeden z prętów balustrady. 
- Twój ojciec wziął do pomocy złych ludzi, a więc zanim zaatakował mojego 

brata, ci tak zwani sprzymierzeńcy, przekupieni, zwrócili się przeciwko niemu. - 
Lucien znowu patrzył na Treya, jakby zastanawiał się, ile może wyjawić podczas 
jednej rozmowy, ile chłopiec zdoła znieść. 
- Obcięli mu głowę, a jego ciało spalili na wyspie Moorea. Kiedy tylko się 
dowiedziałem, gdzie twój ojciec jest i co planuje, udałem się tam, by go 
powstrzymać. Niestety za późno: już nie żył, a mój brat zniknął. 

- Dlaczego zabił moją matkę? Co ona zrobiła? Lucien pokręcił głową. 
- Urodziła cię. 
Trey słuchał go, wpatrzony w ulice Docklands skąpane w mdłym, metalicznym 

świetle halogenowych latarni. Zimny wiatr szarpnął połą szlafroka. 

Wcześniej sądził, że jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, ale teraz, 

gdy wreszcie dowiedział się, jak naprawdę umarli, nie przeżył ogromnego 

background image

wstrząsu. Poczuł w sobie tylko rozległą, czarną pustkę, której nic nie mogło 
wypełnić. 

Trey spojrzał na istotę stojącą u jego boku. Za każdym razem, gdy patrzył na 

Luciena, myślał o tym, kim on jest naprawdę: jednym z nieumarłych, 
spragnionym krwi wampirem. A jednak ta istota od chwili ich spotkania 
okazywała chłopcu życzliwość i szacunek. 

Trey nie potrafił w pełni objąć rozumem doniosłości wyznań, które właśnie 

usłyszał. Był jednak świadomy, że coś się zmieniło w jego naturze i że już nigdy 
nie będzie taki jak kiedyś. 

Lucien spojrzał na niego, jakby wyczuwając te obawy. 
- Wiem - powiedział i smutno skinął głową, po czym poklepał chłopaka po 

ramieniu. 

- Nie. Nie wiesz - odparł ten. 
Spojrzał na dłoń Luciena opartą o poręcz balustrady. Zmarszczył brwi, 

przyglądając się gładkiej skórze na grzbiecie dłoni wampira i starannie przyciętym 
paznokciom na końcach smukłych palców. 

- Wampiry nie zmieniają postaci, prawda? To znaczy, nie tak, jak opisałeś mi to 

wczoraj - zapytał Trey. 

Gdy Lucien ponownie spojrzał na niego, na środku lego czoła pojawiła się 

drobna zmarszczka. 

- Nie - odpowiedział. - Ale potrafimy śmigać. Patrzącym wydaje się, że się 

teleportujemy. W ten sposób błyskawicznie znikamy i pojawiamy się w pobliżu. 
Zawsze jednak zachowujemy postać wampira. Nietoperze to wymysł Hollywood. 
A dlaczego pytasz? - zdziwił się. 

- Zakładałem stereotypowo, że wampiry mają kły i szpony, które oglądamy na 

filmach i o których czytamy w książkach. Są bardzo użyteczne dla tych żądnych 
krwi nocnych istot. - Trey pożałował, że okrasił swoje słowa zjadliwością, bo 
przecież Lucien nie zasłużył na jego gniew, a jednak coś kazało mu speszyć 
rozmówcę. 
- Postanowiłem je sobie usunąć jakiś czas temu. Zanim mnie o to zapytasz, sam ci 
powiem: owszem, muszę codziennie spożywać krew. Jedną z należących do mnie 
firm jest laboratorium badania krwi pod Oksfordem, tak więc mam zapewnione 
świeże dostawy. Z kolei Alexa, będąc halflingiem, otrzymuje codziennie pochodną 
hemoglobiny razem z zastrzykiem epipenu; sama sobie wszystko aplikuje. A kły - 
mówił dalej - przypominały mi czasy, o których chciałbym raczej zapomnieć, 
czasy, gdy byłem młody i ulegałem pragnieniom, za które się nas piętnuje. Wiesz, 
Treyu, w młodości dopuszczałem się strasznych rzeczy i teraz muszę za nie 
odpokutować. Moja działalność, to, czym zajmowaliśmy się z twoim ojcem, była 
próbą naprawienia tamtych błędów. 

background image

- Ludzie z domu dziecka... niektórzy z nich byli dobrzy - powiedział Trey ze 

wzrokiem wbitym w podłogę. - Tacy jak Wendy... umarli przeze mnie, prawda? 

- W niczym nie zawiniłeś. Nie wolno ci tak myśleć. Gdybyś był tam, a nie 

tutaj, spłonąłbyś podobnie jak twoi przyjaciele. Jeśli naprawdę chcesz oddać cześć 
im i swojej rodzinie, przyłącz się do nas i pomóż nam powstrzymać mojego brata 
oraz jego siły. 

Trey zadrżał, owiany powiewem zimnego wiatru znad rzeki, który - niczym 

duch - przemknął przez balkon, niosąc ze sobą metaliczny, przenikliwy zapach 
wody. 

- Co się ze mną stało wczorajszej nocy? Dlaczego zacząłem się zmieniać? 
- Twoją przemianę w wilkołaka wywołały silne emocje. To może też się 

zdarzyć i na pewno się zdarzy, choć rzadko, w chwili skrajnego przymusu, lecz, 
jak zdążyłeś zauważyć, potrafisz nad tym zapanować i powstrzymać przemianę. 
Rzadkością jest, by ktoś równie młody wykazał się podobnym opanowaniem w 
takim wczesnym stadium likantropii. 

Trey milczał chwilę, zanim zaczął mówić dalej. 
- Ten ból... był nie do zniesienia. Jakby zdzierali ze mnie skórę. Czułem się cały 

rozpalony, jakbym płonął. Nie zniosę tego więcej, Lucienie. Lepiej umrzeć. 

Wampir spojrzał na niego i kiwnął głową ze zrozumieniem. Wyciągnął rękę i 

zaczepił palec o srebrny łańcuszek. Przyciągnął go delikatnie do siebie, napinając, 
aż amulet zawisł przed nim. 

- Nie będzie aż tak bolało, kiedy sam zdecydujesz się zmienić postać. - Lucien 

puścił łańcuszek i położył dłoń na ramieniu chłopca w geście dodającym mu 
odwagi. - Amulet ci pomoże, ale musisz nauczyć się panować nad sobą, wtedy 
zmienisz się w wilkołaka w jednej chwili. 

Strzelił palcami przy uchu Treya. - O tak.  
Cofnął się i rozsunął okno za sobą. 
- Po południu zaczniemy treningi. Chcę, żebyś dobrowolnie zmienił postać, 

wtedy przekonamy się, na co cię stać, a także zobaczymy, co za wilk w tobie 
drzemie. Trzeba cię też przygotować. Niebawem się spotkamy. Musisz dowiedzieć 
się wszystkiego o Kalibanie i niebezpieczeństwach, które ci grożą. 

Po tych słowach odwrócił się i zniknął we wnętrzu mieszkania. 
Trey znowu spojrzał na rzekę i otulił się szczelniej szlafrokiem przed zimnym 

wiatrem. Wzburzone wody Tamizy przecinał nieduży holownik, snując za sobą 
brudnoszary ślad, jakby wykuwał sobie drogę przez ciemną powierzchnię. 
Chłopak obserwował, jak łódź zmaga się z prądem, dopóki nie zniknęła za 
zakrętem po jego lewej stronie. 

„Zobaczymy, co za wilk w tobie drzemie". 
Zadrżał. 

background image

„Obcy w obcej ziemi" - pomyślał. Przypomniał sobie tytuł książki, którą czytał 

przed kilkoma miesiącami. Przez chwilę zastanawiał się, dlaczego akurat ta 
historia przyszła mu do głowy, a potem uśmiechnął się smutno, przypomniawszy 
sobie zakończenie powieści, gdy główny bohater zostaje brutalnie zamordowany. 
Miał nadzieję, że nie jest to zły znak. 

- Toto*, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Kansas - powiedział do siebie i 

poszedł za Lucienem. 
 
 

    
    
    
    
    
    

 
 
 
 
 

* Aluzja do książki 

Czarnoksiężnik z krainy Oz.

 

 

9

99

 
     Trey wrócił do swojego pokoju i został tam przez resztę ranka. Ukrywał się, 
miał tego świadomość, ale chciał być z dala od wszystkich, a tylko w tym miejscu 
było to możliwe. Prawie przez godzinę stał w kabinie prysznicowej pod 
strumieniem gorącej wody, powracając myślami do wydarzeń ostatnich 
dwudziestu czterech godzin, i wciąż dochodził do tych samych wniosków, zadając 
sobie te same pytania. Potem ubrał się i położył na łóżku, wpatrzony w sufit. 

O jedenastej usłyszał pukanie. 
- Wejdź - powiedział. 
Zdziwił się, gdy zobaczył Toma. Wysoki Irlandczyk zatrzymał się w otwartych 

drzwiach, jakby za nic nie chciał przekroczyć przepaści, która oddzielała 
samotnego Treya od reszty domu. 

- Wszystko w porządku? - zapytał. 

background image

- Tak, chyba tak - odparł chłopak. 

- Wszyscy się zmyli. Alexa poszła na zakupy ze swoją przyjaciółką Stephanie, a 
Lucien dogląda na górze przygotowań do twojej popołudniowej sesji. - Spojrzał 
uważniej na chłopca. - Może coś przegryziesz i napijesz się herbaty? Pani 
Magilton wyszła, ale zostawiła nam tonę kanapek. Szkoda, żeby się zmarnowały. - 
Zamilkł i cofnął się kilka kroków, pozostawiając drzwi otwarte. - A poza tym nie 
mieliśmy okazji pogadać. 

Trey powoli spuścił nogi z łóżka i usiadł, spoglądając na Irlandczyka. 
-Jakie kanapki? - zapytał. 
-Jakie tylko dusza zapragnie. Chodź, przed tobą kolejny ważny dzień, a jak 

mawiała moja staruszka, „Nie dasz rady z pustym workiem". - Odwrócił się i 
ruszył w stronę kuchni. 

Trey poszedł za Tomem i usiadł na jednym z krzeseł. Czajnik bulgotaniem 

oznajmił, że woda już się zagotowała, a Tom wyjął dwa kubki z szafki nad 
zlewem. 

Poranne gazety wciąż leżały na stole; nagłówki z pierwszych stron 

zapowiadały relacje z pożaru w domu dziecka. Chłopak odsunął dzienniki, nie 
chcąc oglądać potwornych zdjęć. 

Patrzył na barczystego Irlandczyka zajętego przygotowaniem herbaty. 
- Jak długo dla niego pracujesz? - rzucił. Pytanie to nie dawało mu spokoju 

(podobnie jak inne: „Jak możesz dla niego pracować?"). 

- Rany, nie wiem. Tak długo, że już nie pamiętam. - Tom położył na blacie 

ściereczkę do naczyń i wychylił się z podwyższonej kuchni, spoglądając na Treya. 
- Możesz mu zaufać. Wiem, że czujesz się, jakbyś wpadł do króliczej nory i znalazł 
się w jakimś narkotycznym koszmarze Lewisa Carrolla, ale możesz mu zaufać. 
Troszczy się tylko o twoje dobro. 

- Czy kazał ci ze mną porozmawiać? 
- Absolutnie nie. To nie w stylu Luciena. Po prostu się martwi. Martwi się, że 

nas opuścisz i będziesz próbował sam się w tym wszystkim rozeznać; jednocześnie 
chyba liczy na to, że dojdziesz do siebie, jak już się oswoisz z nowym życiem. 
Osobiście odradzałbym ci odejście; dla ciebie to już nie jest ten sam świat, dlatego 
będziesz potrzebował pomocy, żeby sobie poradzić... i przetrwać. 

Trey odniósł dziwne wrażenie, że była to najdłuższa wypowiedź Toma w 

ostatnim czasie, i zastanawiał się, czy ten surowy Irlandczyk zachowuje się tak, 
ponieważ jest z nim w domu ktoś normalny. Pomimo surowego spojrzenia 
mężczyzny i szorstkiego sposobu bycia czuł się przy nim dobrze, może dlatego, że, 
jak się wydawało, Tom niczego od niego nie oczekiwał i chyba rozumiał go lepiej 
niż Lucien i Alexa. A może też dlatego, że wydawał się taki pewny siebie, a jego 
postawa udzielała się tym, którzy z nim przebywali. 

background image

- Po prostu nie czuję się swobodnie w jego towarzystwie - wyjaśnił Trey po 

chwili milczenia. - Patrząc na niego, od razu myślę o tym, czym jest i co robił. 

Tom przyniósł herbatę i postawił przed chłopakiem jeden z kubków. Następnie 

zdjął folię z góry kanapek na środku stołu, po czym wziął w ogromną dłoń małą, 
trójkątną kromkę i wsadził ją sobie całą do ust. 

- Boisz się go? - zapytał. 
- Oczywiście - przyznał Trey. - Ale to dziwne uczucie, coś więcej niż zwykły 

strach. Zawsze, gdy jest w pobliżu Lucien, czuję wzbierający we mnie gniew. A ja 
normalnie taki nie jestem, rzadko się złoszczę. 

Tom pokazał na kanapki, zachęcając Treya do jedzenia. Sam pogryzał kolejną 

w zamyśleniu, a chłopak nie czuł potrzeby przerwania milczenia, jakie zapadło. 

- To zupełnie naturalne, że odczuwasz gniew w obecności Luciena. Jezu, 

przecież on porwał cię z domu dziecka, potem oznajmił, że jest wampirem i że 
zmieniłeś się w wilkołaka, a jakby tego było mało, zasunął ci nowinę, iż to jego 
brat zamordował twoich rodziców, a teraz ten sam braciszek zamierza cię zmieść 
z powierzchni ziemi. Nic dziwnego, że takie wieści nie są na pierwszym miejscu 
twojej listy świątecznych życzeń. 

Trey skinął głową i sięgnął po kanapkę. - Jak to się stało, że zacząłeś dla niego 

pracować? - zapytał. 

Tom odstawił kubek i wsadził palec do ust, by wydłubać spomiędzy zębów 

resztki jedzenia. 

- Wychowywałem się w Irlandii i wtedy był ze mnie kawał łobuza. Wiesz, taki 

typ zarozumiałego młodziaka, któremu się wydaje, że jest kuloodporny. 
Twardziel. Mało przyjemny kompan. - Wziął kolejną kanapkę i spojrzał na nią. - 
Wpadłem w złe towarzystwo. A niektórzy z tych ludzi... jak by to powiedzieć... 
nie byli dokładnie tymi, za kogo się podawali. - Przeżuwając, spojrzał za okno, 
jakby wracał pamięcią w przeszłość. 

- W któryś weekend postanowiliśmy urządzić imprezę na farmie mojego wuja. 

Wyjechał na wakacje, więc mieliśmy wolną chatę. Zamierzałem jechać tam w 
sobotę rano, l)y przygotować wszystko, picie i jedzenie, ale w piątek skończyłem 
pracę przed czasem i stwierdziłem, że wcześniej pojadę na farmę. Szedłem już do 
domu z zakupami zrobionymi po drodze w spożywczym, gdy usłyszałem jakieś 
odgłosy w stodole. Myślałem, że to dzieciaki z sąsiedztwa, i skręciłem tam. To, co 
zobaczyłem tamtego wieczoru, na zawsze zmieniło moje życie. 

Trey z trudem wytrzymał jego spojrzenie. 
- Nikt nie wiedział, że dwóch z naszej bandy było wampirami. Porwali 

dziewczynę, która wracała wieczorem z babskiego wieczoru w wiosce. Kiedy 
wszedłem do stodoły, rozrywali biedaczkę na strzępy, wysysając z niej krew i 
życie. Próbowałem ich powstrzymać, ale zaatakowali mnie i porządnie stłukli. 

background image

Spodziewałem się, że gdy z nią skończą, zabiorą się za mnie. Zostałem pobity do 
nieprzytomności. Stąd ta pamiątka. - Pokazał na szpetną bliznę na prawym 
policzku. - I byłoby po mnie, jak sami powiedzieli, lecz nagle w stodole pojawił się 
mężczyzna. Kiedy odzyskałem przytomność, oba wampiry nie żyły, a przybysz 
próbował ratować dziewczynę. Jej już nie pomógł, ale mnie wyciągnął w jednym 
kawałku i jeszcze połatał. Lucien uratował mi życie, nie tylko w sensie 
dosłownym, i od tamtej pory mu towarzyszę. 

W kuchni zapadła cisza, którą mąciło tylko głośne siorbanie Irlandczyka. 
- Dzięki - odezwał się wreszcie Trey. 
- Za co? 
- Za to, że opowiedziałeś mi to wszystko. Dzięki. Odpowiedział skinieniem 

głowy. Spojrzawszy na Treya 

spod zmarszczonych brwi, kiwnął głową w stronę kanapek. 
- Zjesz je, czy pozwolisz, żeby się zmarnowały? Dzisiaj będziesz potrzebował 

mnóstwo energii. 

- Co zaplanował dla mnie Lucien? - zapytał Trey, po czym ugryzł kanapkę z 

serem i pomidorem. 

Tom wyszczerzył zęby w uśmiechu, a jego nieugięte spojrzenie ożywiły 

przewrotne iskierki. 

- Sam zobaczysz - odpowiedział. 
 
 

10

10

10

10    

 

Alexa wróciła wczesnym popołudniem, obładowana licznymi kolorowymi 

reklamówkami z nazwami znanych sklepów. Postawiła je na podłodze przy 
kanapie i opadła na miękkie poduszki, głośnym westchnieniem wyrażając 
zmęczenie. 

Tom, usadowiony z gazetą w jednym z wyściełanych foteli, spojrzał na nią 

znad srebrnych okularów, a kiedy przeniósł wzrok na torby, w kącikach jego oczu 
pojawiły się drobniutkie zmarszczki. 

- Takie małe zakupy, Alexo? Co się stało? Znowu wyczyściłaś kartę? 
- Nie - odparła Alexa znużonym tonem. - Musiałam wracać. Tata prosił, żebym 

oprowadziła Treya po domu, zanim zaczną. Gdzie on jest? - zapytała. 

- Tutaj - odpowiedział Trey, wchodząc do pokoju. Spojrzał na stos toreb przy 

kanapie i zagwizdał. - O kurczę! - zawołał. - Dla ilu osób robiłaś zakupy? 
-Tylko nie zaczynaj! - zaperzyła się Alexa, siadając. - Tom już mnie objechał. 
Spodziewałam się więcej zrozumienia od rówieśnika. Ale dla ciebie też coś mam - 
dodała i wsunęła rękę do jednej z reklamówek. Wyjęła z niej różowo-szary 

background image

sweter, jakiego Trey w życiu by nie włożył. - Co myślisz? Kaszmirowy, Paul 
Smith. 

Trey zauważył, jak Tom poprawia na nosie okulary i chowa się szybko za 

gazetą. 

- No... taa. Dzięki, że pomyślałaś i w ogóle, Alexo, ale to chyba nie mój styl. 

Jest trochę... pasiasty. - Nie odrywał od niej wzroku, żeby nie patrzeć na Toma, 
który wiercił się na swoim miejscu, usiłując powstrzymać śmiech. 

Alexa posłała Irlandczykowi chłodny uśmiech i stanęła przed Treyem. 
-Jesteś gotowy? - zapytała. 
- Na co? - odpowiedział ten pytaniem. 
- Na wielki objazd. No, może nie objazd i nie tak wielki, ale tata chciał, żebyś 

zwiedził dom i zobaczył, jak wszystko wygląda. 

- Och. W takim razie prowadź, Makdufie*. Alexa posłała mu pytające  
- Moja babcia zawsze tak mówiła, kiedy gdzieś szliśmy. Dopiero w ostatniej 

klasie, przy okazji lektury 

Makbeta, 

dowiedziałem się, że jest to przekręcony 

cytat. Chyba bardziej podoba mi się wersja babci. 

- W takim razie chodź. Przejdźmy przez to możliwie bezboleśnie. 
Podeszła do windy i nacisnęła guzik - drzwi od razu się otworzyły. Trey stanął 

blisko Alexy, wdychając zapach jej perfum, ona zaś wcisnęła przycisk pierwszego 
piętra. Wyczuwał, że chyba ją uraził swoim komentarzem na temat swetra, w 
czym utwierdzała go cisza, jaka zaległa w kabinie, kiedy zjeżdżali. 

Gdy drzwi ponownie się otworzyły, Trey zobaczył duże biuro. Z 

wypełniającego je ogólnego szumu płynęły dzwonki telefonów i stukanie w 
klawiatury komputerów. 

Wysiedli z windy. 
- To jedna z firm ojca. Zajmuje całe pierwsze piętro - wyjaśniła Alexa i 

poprowadziła Treya między rzędami boksów, których niskie ścianki oddzielały 
biurka pracowników. 

- Nie będę udawała, że wiem, kim są pracownicy albo czym się zajmują, w 

każdym razie ich działalność sprowadza się głównie do gromadzenia informacji. 
Cały personel jest podzielony w stosunku siedemdziesiąt do trzydziestu między 
istoty cienia i ludzi, w większości są to różnego rodzaju demony. Tom wszystkim 
zarządza i z pewnością zaspokoi twoją ciekawość, jeśli tylko zechcesz poznać 
więcej szczegółów. - Ruszyła dalej, lecz Trey chwycił ją za ramię i zatrzymał. 

- Chwileczkę. Czy powiedziałaś, że większość z tych ludzi to demony? - 

Powiódł wzrokiem po sali, skupiając uwagę na zajętych pracą. Wszystko 
wyglądało zupełnie normalnie. 

background image

- Zgadza się. To ma sens. Nasi pracownicy rozpracowują co bardziej nikczemne 

poczynania istot cienia w świecie ludzi i im zapobiegają. Jak brzmi to powiedze-
nie: „Złodziej pozna złodzieja"? 
 
 
 
 

* Leadon, Macduff, 

przekręcony cytat z 

Makbeta 

Williama Szekspira. W oryginale: 

Lay on, 

Macduff 

(„Nacieraj, Makdufie"). 

- Zaraz, Alexo. - Trey ścisnął mocniej jej ramię. - Otchłań i nasz świat... 

współistnieją, czy tak? Jak światy równoległe? 

- Coś w tym rodzaju. 
- Twierdzisz, że demony i inne istoty cienia potrafią przechodzić ze swojego 

świata do naszego? 

- I odwrotnie. Od początku czasu istniały portale między światami. Co więcej, 

ktoś o wystarczającej mocy i wiedzy magicznej potrafi stworzyć tymczasowy por-
tal. 

- Chcesz powiedzieć, że na tej sali są demony? -Trey jeszcze raz się rozejrzał, 

kręcąc głową z niedowierzaniem. - Wszyscy wyglądają normalnie - powiedział 
cicho. 

Alexa, trochę zdziwiona, podążyła za jego spojrzeniem. A potem nagle 

popatrzyła na niego i otworzyła usta, zaczerwieniona. 

- Zupełnie zapomniałam. Przecież ty ich nie rozpoznajesz. Och, Treyu, 

przepraszam. Ależ jestem głupia. Bo, widzisz, oni się chowają za pomocą 
maskującego zaklęcia. Postać ludzka pełni rolę kamuflażu w tym świecie. Inne 
istoty cienia widzą ich przez tę zasłonę. Trudno to wyjaśnić. Jakbyś patrzył na 
kogoś przez przeźroczystego manekina; widzisz, że ten manekin porusza się i 
mówi tak samo jak istota w jego wnętrzu, ale wiesz, że i ni nie jest prawdziwy. - 
Zamilkła na chwilę. - Będziesz mógł ich zobaczyć - mówiła dalej - kiedy 
przemienisz się w wilkołaka, lecz pozostając w ludzkiej postaci, nie rozpoznasz 
demona. 

- Ale ty ich widzisz. A mówiłaś, że nie jesteś istotą cienia. 
- Dzięki zaklęciu. Jest trudne do opanowania, za to pozwala człowiekowi 

widzieć kamuflaż demona. Tom potrzebował prawie roku, żeby się go nauczyć. - 
Uśmiechnęła się szeroko. - No, ale on nienawidzi magii. 

Trey pokręcił głową, patrząc dookoła. 
- Jeden ze speców, który pracuje w którejś z firm ojca, wynalazł hełmofon 

umożliwiający patrzenie oczyma istoty cienia, ale urządzenie okazało się bardzo 
niewygodne i zarzucono ten projekt. 

background image

- Witaj, Alexo. - Kobieta o pogodnym obliczu pomachała do nich zza biurka, 

które właśnie mijali. 

- Cześć, Ruth. Och, dzięki za manuskrypty, które skopiowałaś dla mnie w 

zeszłym tygodniu, bardzo ciekawe - odpowiedziała Alexa i odmachała do kobiety. 
- Ruth jest kochana i potrafi pomóc znaleźć prawie wszystko na temat 
poltergeistów i telekinezy. To jej konik - dodała ściszonym głosem. 

- Czy ona też jest demonem? - zapytał Trey równie cichym szeptem, 

spoglądając na pulchną kobietę w letniej sukience, która stukała energicznie w 
klawiaturę. 

Alexa szerzej otworzyła oczy. 
- Nie, Ruth jest człowiekiem. Ale otrzymuje od zmarłych wiadomości, które 

materializują się na karteczkach w jej torebce. Niezłe, co? 

Poszła przodem i zatrzymała się przed jednymi z dwojga drzwi na końcu sali. 

Otworzyła je i weszła, dając znak, by podążył za nią. 

- To jest biblioteka naukowa. - Zamknęła za nimi drzwi; znaleźli się w dużym, 

słabo oświetlonym pokoju ze stołami ustawionymi w podkowę. W jej wnętrzu sta-
ły lampy. W świetle dwóch z nich siedziały dwie osoby pochylone nad licznymi 
książkami i mapami. Zerknęły przelotnie znad swoich tomów i zaraz wróciły do 
ich studiowania. 

- Ojciec jest właścicielem całego budynku - mówiła ściszonym głosem Alexa. - 

Kiedyś był to magazyn zbożowy, ale dwadzieścia pięć lat temu został 
przebudowany. Tutaj można zacząć szukać odpowiedzi na niektóre z pytań, które 
kłębią się w twojej głowie. 

Podeszła do dziwnej maszyny wbudowanej w ścianę po prawej stronie. 

Przypominała ogromną lodówkę bez drzwi, tak dużą jak Trey, i o szerokości, na 
oko, czterech metrów. Kiedy dziewczyna nacisnęła guzik, we wnętrzu maszynerii 
zamrugało bladoniebieskie światło. Trey zobaczył, że jest to coś w rodzaju 
automatycznego dystrybutora, jakie widuje się w aptekach, a gdy Alexa wstukała 
jakiś numer, kolumny półek przesunęły się w dół, w głąb urządzenia, zastąpione 
przez nowe. 

Na każdej z półek stał równy szereg około dwudziestu książek; kolejne rzędy 

pojawiały się i znikały, a Trey zauważył, że niektóre z tomów są tak stare, że 
trudno nazwać je książkami - były to ledwie pliki pomarszczonych pergaminów, 
oprawione w jakieś postrzępione tkaniny. 

- Proszę - powiedziała Alexa i podała mu podniszczony wolumin, który zdjęła 

z jednej z półek. - Kolejne źródło podstawowych informacji. 

- Co to jest? 
- Książka o wampirach. Chyba najbardziej wyczerpująca pozycja. Autor opisuje 

ich fizjologię, historię, co robić żeby przeżyć, i jak... 

background image

- Jak je zabić? - zapytał Trey wpatrzony w nią.  
- To też. Myślałem, że cię zainteresuje.  
Trey pokręcił głową ze złością. 
- To nie jest prawda. 
- Co nie jest prawdą? 
- Ta legenda. Lucien opowiedział mi o Theissie i jego wizjach. To nieprawda. 

Nie zamierzam wypełniać jakiegoś zwariowanego proroctwa, przekazanego przez 
faceta, który usmażył się na stosie. 

- Rozumiem. Ale może nie zaszkodzi się dowiedzieć, / jaką istotą będziesz 

mieszkał? Albo poczytać o kimś, kto chce cię zabić? - Pokazała głową na książkę, 
po czym odwróciła się i wyłączyła urządzenie. 

- Skąd on ma na to pieniądze? - zapytał Trey. Kiwnął głowę w stronę sali, z 

której wyszli. - Czym się zajmuje twój ojciec? 

-Jak już mówiłam, nie będę udawała, że rozumiem wszystko, co tu się dzieje. 

Ale wiem, że dostarcza systemy bezpieczeństwa dla korporacji działających na 
całym świecie. Jakiś czas temu Kaliban doszedł do wniosku, że może osłabić 
ludzkość, atakując koncerny. Gdyby udało mu się przeniknąć do dużych instytucji 
finansowych, firm elektronicznych, produkujących energię czy broń... lista jest 
długa... uzyskałby władzę nad światem. Ludzie mojego taty starają się mu to 
uniemożliwić. Co więcej, ojciec, wykorzystując pewne umiejętności różnych 
demonów, pomaga firmom znaleźć rozmaite surowce: ropę, gaz ziemny, 
diamenty, złoto. Ludzie gotowi są zapłacić duże pieniądze za taką pomoc. 

Wyszli na korytarz. 
- Druga sala jest bardzo podobna do tej, tyle tylko, że pełno w niej 

komputerów. Tam odrabiam lekcje - dodała Alexa. 

- Uczysz się jeszcze? - zapytał Trey, idąc za nią między boksami biura. - 

Myślałem, że ciebie to już nie dotyczy albo że masz prywatnych nauczycieli. 

Zatrzymała się przy windzie i nacisnęła guzik. Drzwi otworzyły się 

natychmiast. 

- Nie, Treyu. Chodzę do szkoły. Lubię normalność -wyznała, kiedy wszedł za 

nią do środka. - Tata pewnie będzie chciał, żebyś też poszedł do szkoły. Najwyższe 
piętro, jak wiesz, to nasze mieszkanie. Możesz zwiedzać wszystko, czego jeszcze 
nie zobaczyłeś. Nie ma tam zakazanych stref, z wyjątkiem mojej sypialni. Aha, i 
jeśli chcesz zachować swoje jądra, to lepiej nie zaglądaj bez pozwolenia do pokoju 
Toma. - Uśmiechnęła się, a w tej samej chwili rozległ się dzwonek windy 
sygnalizujący, że dotarli na drugie piętro. 

Wyszli do długiego, wąskiego korytarza z trojgiem drzwi po obu stronach. 
- Tu jest sala gimnastyczna - powiedziała i otworzyła pierwsze drzwi po prawej 

stronie. W pomieszczeniu ustawiono sprzęt do aerobiku, do biegania, wiosłowania 

background image

i do różnych ćwiczeń. Pod przeciwległą ścianą stały sztangi. Ławeczkę do 
wyciskania i stanowisko do przysiadów ze sztangą umiejscowiono między półkami 
pełnymi hantli i metalowych krążków. - Za tymi drzwiami jest ring bokserski z 
workami i innym sprzętem. 

Zamknąwszy drzwi, otworzyła identyczne po drugiej stronie korytarza. 
- To studio taneczne - wyjaśniła. Trey zobaczył drewnianą podłogę z lustrzaną 

ścianą i poręczami. - Jeśli chcesz trenera, to z pewnością da się to załatwić. Możesz 
też ćwiczyć z ojcem albo z Tomem. 

Poszli dalej korytarzem. Alexa wskazała drzwi widoczne na końcu korytarza 

po obu jego stronach. 

- Tam są szatnie dla pań i panów, z toaletą i prysznicem; windą pojedziesz na 

basen na dachu. 

Kiedy stanęła między drzwiami umieszczonymi centralnie, pokazała za siebie. 
- Sauna i łaźnie parowe są tam, ale dzisiaj - powiedziała, otwierając ostatnie 

drzwi - idziemy gdzie indziej. 

Weszli do dość ciemnego pomieszczenia, w którym po obu stronach przejścia 

zamontowano rzędy krzeseł. Na środku, z przodu, widać było dwa korty do 
squasha ze szklanymi ścianami. Trey zauważył, że nie ma środkowej ściany 
oddzielającej korty, co czyniło powierzchnię do gry dwukrotnie większą niż 
normalnie. Rozglądał się, próbując pojąć, gdzie się podziała ściana, i doszedł do 
wniosku, że pewnie jest wysuwana, tak jak telewizor w mieszkaniu na górze. 

Światła kortów rozlewały jaskrawy blask daleko na obszar dla widowni. W 

kącie leżały ułożone w stos grube gimnastyczne materace i ochraniacze, jakich 
używa się na przykład podczas treningów rugby. Poza tym korty były puste. 

- Ach, jesteście! - zawołał Lucien gdzieś z lewej strony. Trey odwrócił się i 

zobaczy! Toma, Luciena oraz jeszcze jednego mężczyznę, usadowionych prawie 
na samej górze widowni. Kiedy cała trójka zaczęła do nich schodzić, zauważył, że 
wampir ma na sobie dres, co zdaniem Treya stanowiło dość osobliwy widok. 

- To jest Hopper - przedstawił obcego Lucien, a Trey podał mu rękę. - Będzie 

nam pomagał w dzisiejszej sesji. 

- Miło cię poznać, młodzieńcze. Najprawdziwszy likantrop, tak? Powiedział ci, 

że jesteś ostatnim ze swojego rodzaju? Tak? Nie ostatnim żyjącym wilkołakiem, 
ale ostatnim naturalnym. Jesteś kimś wyjątkowym, tak: wyjątkowym. To zaszczyt 
móc uścisnąć ci dłoń. - Hopper ani przez chwilę nie stał nieruchomo. Było coś 
irytującego w jego zachowaniu; nieustannie kiwał głową i mrugał małymi, 
świńskimi oczami, jakby miał je czymś zaprószone. Trey nie potrafił powiedzieć 
dlaczego, ale od razu zapałał niechęcią do tego niedużego mężczyzny. 

- Nigdy wcześniej nie widziałem czystej krwi wilkołaka - ciągnął Hopper. - 

Spotkałem mnóstwo tych cholernych idiotów, co to wałęsają się, piją wodę ze 

background image

śladów wilczych łap i recytują stare zaklęcia. Wszystkim w końcu odbija krwawa 
palma i kończy się na tym, że zabijają mnóstwo ludzi. Ale nie naturalny... nie, taki 
nigdy. Gdybyś chciał wiedzieć, to jestem dżinem plujem. 

- Och, na miłość boską - jęknął Tom i odwrócił się zdesperowany. 
- Zielony jest, co? Zieloniutki jak wzgórza Nongroth - rzekł Hopper i zaczął 

mrugać w niepokojąco szybkim tempie. - Dżin pluj. Posługując się właściwą 
nomenklaturą, należałoby powiedzieć, że jestem dżinem Orn z drugiego poziomu, 
posiadającym umiejętności ataku i obrony plwociną. Ale wszyscy nazywają nas 
plujami, łatwiej wpada w ucho. Pozwól, że coś ci pokażę. 

Zrobił krok do tyłu i się uśmiechnął, odsłaniając dwa rzędy brązowych zębów 

w nie najlepszym stanie. A potem spojrzał na przeźroczystą ścianę z tyłu kortu i 
splunął. 

Gdy tylko pocisk wyleciał z jego ust, od razu zaczął przybierać okrągły kształt, 

aż wreszcie do ściany przykleiła się kula galaretowatej mazi wielkości piłki 
futbolowej. 

- Podejdź tam - powiedział Hopper, pokazując głową na kulę. - I dotknij jej 

palcami. 

- Nie, dziękuję - odparł Trey, krzywiąc się z obrzydzeniem. Nie potrafił się do 

tego zmusić. 

- Śmiało - nie ustępował dżin. - To nie jest normalna ślina. Potrafimy 

wytwarzać tę substancję, kiedy chcemy. Dotknij, to nie boli. - Mocno popchnął 
Treya w kierunku ściany. 

Chłopak spojrzał na Luciena, który wyraźnie powstrzymywał śmiech, 

obserwując przerażenie na twarzy Treya. 

- Zrób to - rzucił wampir i kiwnął głową zachęcająco. - Nie odpuści ci, dopóki 

go nie posłuchasz. 

Trey wyciągnął ostrożnie rękę i przysunął ją do drżącej kuli glutów. 
Gdy tylko dotknął mazi, poczuł szarpnięcie i jego palce zanurzyły się w kuli, 

jakby galaretowata substancja je pochwyciła. Chłopak drgnął i spróbował cofnąć 
dłoń, a wtedy jego ręka została wessana głębiej, aż wreszcie kula wciągnęła w 
siebie całą jego pięść aż po nadgarstek. Kiedy tylko przestał szarpać dłonią, 
substancja też jakby przestała wsysać, lecz ręka pozostała uwięziona. 

Spojrzał z niepokojem na pozostałych, którzy obserwowali go z wyrazem 

rozbawienia na twarzach. Hopper aż podskakiwał w miejscu, a Trey pomyślał, że 
przypomina karzełka Titeliturego. 

- Uwolnij go już, Hopper - odezwał się Tom stanowczym głosem, widząc 

rosnące niezadowolenie Treya. 

- Nie możesz się ruszyć?! - zawołał podekscytowany dżin. - Nie dasz rady, żeby 

nie wiem co! - Roześmiał się i skierował palec na dłoń chłopca. 

background image

- Powiedziałem, żebyś go uwolnił, ty glutowaty synu garnoga. Wystarczy tej 

zabawy. - Tom popchnął Hoppera w kierunku chłopaka. 

Trey nie miał pojęcia, co to jest garnog, lecz wyraz twarzy Hoppera sugerował, 

że nie podoba mu się, gdy ktoś tak nazywa jego rodzica. Demon położył rękę na 
ramieniu Treya, a wtedy dłoń chłopca po prostu wysunęła się z galaretowatej kuli. 
Jakby dotknięcie dżina sprawiało, że substancja traciła lepkość. 

Trey spojrzał na swoje palce i ze zdziwieniem zobaczył, że są zupełnie suche i 

że nie ma na nich najmniejszych śladów mazi. Nic też nie poczuł, gdy je 
powąchał. 

Lucien podszedł bliżej. 
- Hopper jest tutaj, żeby nam pomóc, gdyby coś poszło nie tak. Posługuje się 

swoim ładunkiem bardzo precyzyjnie i potrafi czasowo unieruchomić cokolwiek 
lub... kogokolwiek. Jest też z nami Tom ze swoją straszną bronią. - Lucien 
podniósł dziwnie wyglądającą strzelbę i podał ją asystentowi. Tylna część nie 
różniła się od strzelb, które Trey widział na filmach, i miała drewniany korpus 
zaraz za spustem. Za to przekrój lufy był bardzo duży, jakby ktoś ją napompował. 

- To broń niezabijająca, używana do wystrzeliwania metalowej siatki, w którą 

chwyta się zwierzęta i ludzi. Technologia jest niesprawdzona, dlatego mamy 
wsparcie Hoppera. 

Dżin, pociągnąwszy nosem, spojrzał na nowe urządzenie w rękach Toma. 
- To żelastwo śmierdzi nieszczęściem. Lepiej zostać przy sprawdzonych 

metodach, jak sposoby starego Hoppera. 

- Tak czy inaczej - odparł Tom - w tym przypadku nie zawadzi większa 

ostrożność. 

- Chciałem tylko powiedzieć, że my, dżiny pluje, posiadamy... 
- Zamkniesz wreszcie tę cholerną jadaczkę, Hopper? Albo przyniosę 

prawdziwą strzelbę i zobaczymy, jaki jesteś szybki i precyzyjny! 

Trey zerknął na Alexe. Uśmiechnęła się i pokręciła głową, spoglądając na 

Hoppera i Toma, którzy nie przestając sobie wymyślać, wyszli drzwiami w głębi 
kortu. Chłopiec odwrócił się do Luciena i zapytał: 

- To co robimy? 
- Wejdziemy tam razem - odparł ten i zza drzwi wyciągnął długi pręt z włókna 

szklanego. Wsunął dłoń w skórzaną pętlę doczepioną do końca pręta, który teraz 
zawisł na jego nadgarstku. - A potem - kontynuował - z własnej woli zamienisz się 
w wilkołaka. Wtedy, panie Laporte, stoczymy pojedynek, odbędziemy sparring, że 
się tak wyrażę. 

Trey zaśmiał się mimowolnie, ale gdy przyjrzał się uważniej twarzy Luciena, 

jego uśmiech zgasł. -Ty... mówisz poważnie. 

background image

- Oczywiście - przytaknął wampir i podszedł bliżej. - Treyu, rozumiem, że cały 

twój świat wywrócił się do góry nogami, ale musisz zaakceptować to, kim jesteś i, 
co ważniejsze, nauczyć się używać mocy, które odziedziczyłeś. 

Zrobił krok do tyłu i obrzucił chłopca uważnym spojrzeniem. 
- Zostaniesz w tym ubraniu czy chcesz się przebrać? 
- A muszę? To nie wystarczy? 
Nie, w porządku. Zastanawiałem się tylko, czy bardzo lubisz to ubranie. 
- Dlaczego? 
Och, nieważne - odrzekł Lucien i ruszył do drzwi. 
- Hej, wy tam, przyjdziecie wreszcie?! - zawołał Tom z wnętrza kortu. Zajął 

pozycję w kącie za stosem materaców, spomiędzy których wystawała lufa jego 
karabinka. - Bo jeśli każecie mi tu dłużej siedzieć z tym marudzącym, głupim 
flegmomiotem, to jeszcze przez kilka tygodni będziecie zbierać jego resztki! 

Lucien zatrzymał się w drzwiach i odwrócił do Treya z pytającym wyrazem 

twarzy. 

No, Treyu, chcesz zobaczyć, co w tobie drzemie? 
Trey omal nie wybuchnął śmiechem, tak bardzo absurdalna wydawała mu się 

cała sytuacja, lecz gdy spojrzał w oczy stojącego przed nim wampira, nie dostrzegł 
w jego wzroku ani cienia rozbawienia. Pokręcił tylko głową i poszedł za nim na 
swoją pierwszą sesję treningową. 
 
 

11

11

11

11

 

 

Lucien stanął przed Treyem. Nadal miał pręt z włókna szklanego. Uśmiechnął 

się do chłopca i szybko powiódł wzrokiem po korcie, by się upewnić, że wszystko 
jest na swoim miejscu. 

- To będzie nowe doświadczenie dla nas obu. - Głos Luciena odbił się od 

betonowych ścian jak piłki do squasha, dla których były przeznaczone. Treyowi 
wydało się, że usłyszał w tonie wampira nutę zdenerwowania, co jeszcze 
spotęgowało strach chłopaka przed tym, co miało nastąpić. 
- Celem tej sesji jest spowodowanie twojej całkowitej przemiany w wilkołaka. 
Dzięki amuletowi zachowasz ludzką inteligencję, jednocześnie doświadczając 
pełnej mocy likantropa. Musisz jednak umieć kontrolować wilka, który jest 
częścią twojej natury. Ten pierwszy raz pomogę ci w transformacji, a potem już w 
razie potrzeby sam będziesz umiał ją inicjować. Gdy już przyjmiesz postać 
wilkołaka, będziemy walczyć. Chcę, żebyś zobaczył, jak to jest zmierzyć się z inną 
istotą cienia, a nie widzę lepszego partnera, na którym mógłbyś się wprawić, że 
tak to ujmę, niż wampir. 

background image

Lucien zamilkł i stanął na lekko ugiętych kolanach. Od razu przyjął groźną, 

agresywną postawę. Także jego spojrzenie ani trochę nie podobało się Treyowi. 

- Jakieś pytania? - odezwał się wampir i powoli zaczął okrążać chłopaka. 
- Lucienie, czy to jest konieczne? Nie ma innego sposobu? 
- Ważne, abyś spróbował zachować kontrolę nad sobą przez cały czas, przez 

jakąś godzinę - mówił dalej Lucien, jakby w ogóle go nie słyszał. - Podczas 
naszych sesji z pewnością nieraz się zranimy, ale w przeciwieństwie do ran 
zadawanych nam pod postacią człowieka, które potrafimy uleczyć prawie 
natychmiast, te zadawane istotom cienia przez inne podobne istoty goją się bardzo 
powoli. Jeśli stracisz panowanie nad sobą i zaatakujesz mnie z pełną siłą swoich 
zębów i pazurów, możesz mnie poważnie okaleczyć albo nawet zabić. Rozumiesz, 
Treyu? 

Lucien kiwnął głową do Toma i Hoppera, którzy czekali w swoich kątach. 
- Dlatego oni są z nami. To moje ubezpieczenie na wypadek, gdybyś nie 

potrafił zachować zimnej krwi. 

- A jaką ja mam pewność, że ty nie stracisz kontroli nad sobą? - zapytał Trey. 
- W tym względzie musisz mi po prostu zaufać. Gotowy? 
- Lucienie, nie chcę tego robić - rzekł chłopak. 
- Wiem. Gdyby istniał lepszy sposób, wykorzystałbym go. Spodziewałem się, 

że tak zareagujesz. Dlatego zabrałem ze sobą to. - Spojrzenie wampira stało się 
zimne i bezlitosne, a jego dłoń zacisnęła się na rączce pałki, którą dotąd miał 
zawieszoną na nadgarstku. Niespodziewanie, zamiast ją unieść i zaatakować 
Treya, Lucien wyprostował ramię i przyłożył koniec pałki do jego piersi. 

Chłopak odczuł porażenie prądem z ościenia do poganiania bydła, jakby w 

piersi wybuchła mu bomba. Ból, niczym fala tsunami, przelał się przez całe jego 
ciało, przenikając każdą cząstkę, na co zareagował przeraźliwym krzykiem, a 
potem zatoczył się do tyłu i upadł na twardą podłogę. Nie potrafił zmusić płuc, by 
znowu pracowały normalnie. Nie mógł zaczerpnąć tchu. Trey poczuł wzbierający 
w nim strach, aż wreszcie - wydawało się, że trwa to wieki - jego gardło 
otworzyło się i zassało powietrze. 

- Bolało, co? - Lucien stał za nim pochylony, ze złowrogim, szyderczym 

uśmiechem na ustach, który zamienił jego twarz w halloweenową maskę. Z 
płonącymi oczami ruszył powoli w kierunku chłopca. Trey obejrzał się przez 
ramię i po raz pierwszy od ich spotkania dostrzegł istotę cienia pod gładką maską 
spokoju, za którą Lucien chował się przed światem. Zobaczył oblicze wampira 
niezdolnego do współczucia i ucieszył się, że tamten przed laty kazał sobie usunąć 
kły i pazury. 

-Lucienie... - bąknął chłopak do zbliżającego się wampira. 

background image

- Lepiej zacznij się przemieniać, Treyu, bo oścień jest już prawie naładowany i 

zaraz znowu pogłaszczę cię prądem, jeśli nie będziesz gotowy. 

- Boże, Lucienie, co ty...? 
- Za późno, zielone światło! - Lucien dźgnął chłopaka elektrodami między 

łopatkami. 

Trey przeturlał się po podłodze, wydając przeraźliwy wrzask, jak lis 

rozszarpywany przez sforę psów myśliwskich. Zatrzymał się przy nogach Luciena. 
Uwięziony w kokonie bólu, nie rozumiał, w jaki sposób tamten zdołał się tak 
szybko przemieścić na drugi koniec kortu. Wampir poruszał się z niewiarygodną 
prędkością. 

Chłopak zwinął się w kłębek i wrzasnął do Luciena, żeby przestał. 
Wampir przysiadł w kucki i spojrzał na swoją broń. Kiedy znowu się odezwał, 

jego głos ociekał jadem. 

- Nie próbowałem tego na sobie. Widzę, że pierwsze podejście w niczym ci 

specjalnie nie pomogło. Dam ci spokój, jeśli tylko zmienisz postać. Co ty na to? 

Zamilkł na moment. 
- Nie? Szkoda, bo moja dziecinka znowu jest prawie gotowa. A ty, Treyu? - 

Przysunął oścień do chłopaka, kierując w niego elektrody. 

- NIE! - ryknął Trey. Przeturlał się w bok i dźwignął na nogi. Milion 

supernowych eksplodowało, gdy kuleczki energii uderzyły o siebie i wybuchły w 
jego ciele. Była to mieszanka najdotkliwszego bólu i największego skoku 
adrenaliny, jakich kiedykolwiek doświadczył. Zawładnęła nim całkowicie. Jego 
ciało napięło się, gdyż wszystkie mięśnie momentalnie się usztywniły; kości 
zaczęły mu się wydłużać i pogrubiać, co powodowało nieprzyjemne odczucia. W 
przerośniętych mięśniach włókna powielały się gwałtownie i Trey poczuł nagły 
przypływ mocy. Z porów skóry zaczęły wyrastać grube, twarde włosy, 
pokrywając ciało od stóp do głów, z ust wyłoniły się kły, na końcach palców zaś 
pojawiły się wielkie szpony. 

Twarz Treya wyglądała jak w agonii: szczęka wysunęła się do przodu, a wargi 

odsłoniły zęby w jakimś szalonym szyderczym uśmiechu. Chłopcu wydawało się, 
że przemiana trwa całe wieki i zaczął się zastanawiać, dlaczego nie zemdlał z bólu. 
Dla obserwatorów jego transformacja nie trwała nawet sekundy. 

A potem wszystko ustało. 
Uporczywy ból, od którego tak bardzo pragnął się uwolnić, zniknął równie 

szybko, jak się pojawił. Trey otworzył oczy i spojrzał w dół na Luciena, który, 
zadziwiony, wpatrywał się w niego z otwartymi ustami. 

- O, matko, ale wielki, co? - mruknął Tom schowany za barykadą. 
 
 

background image

 

12

12

12

12

 

 
Potwór stojący przed Lucienem miał ponad dwa metry wzrostu. Masywna 

pierś i potężne bary nadawały mu wygląd kogoś, kto waży co najmniej sto 
pięćdziesiąt kilogramów. Całe jego ciało pokrywało szaroczarne futro, a z pyska 
zwisał bladoróżowy język. I jeszcze zęby. Mnóstwo zębów. Istota potrząsnęła 
głową i popatrzyła na Luciena żółtopomarańczowymi oczami, w środku których 
lśniły czarne punkciki źrenic. 

Trey spojrzał na siebie i aż drgnął, zdumiony własnym widokiem. Podniósł 

masywną łapę i odwrócił ją, zaskoczony faktem, że wciąż w dużej mierze 
przypomina rękę człowieka. Na jej wewnętrznej stronie powstały szorstkie 
poduszki, podobnie między stawami palców; wątpił, by jako wilkołak mógł się 
wziąć za szydełkowanie, ale mimo wszystko zdziwił się manualną zręcznością, 
jaką zachował. Podniósł wyżej rękę, by przyjrzeć się wielkim, czarnym pazurom 
na końcach palców. Dotknął twarzy. 
Wydawała się zupełnie zmieniona. Z głowy wystawały duże uszy, a jego pysk - 
czuł się dziwnie, nazywając części ciała, których chwilę wcześniej jeszcze nie 
miał- był ogromny. Kciukiem i palcem wskazującym pomacał delikatnie jeden ze 
swoich wilczych zębów - co musiało wyglądać śmiesznie - i przesunął po nim 
palcami, aby ocenić wielkość. 

- W studiu tańca są duże lustra. Możesz się sobie przyjrzeć, byle nie za długo - 

powiedział Lucien, a jego twarz rozjaśnił szczery uśmiech. 

Wszystko było zbyt głośne i intensywne, dźwięki odbijały się od ścian niczym 

wpadające na siebie kulki bingo, Trey jednocześnie zorientował się, że potrafi 
wyłowić najcichszy szmer i odpowiednio go wzmocnić, oddzielając od jazgotu 
kakofonii. Słyszał dobiegające z lamp umieszczonych ponad dwa metry nad jego 
głową cichutkie buczenie wolframowych włókien żarówek. Słyszał oddechy 
Hoppera i Toma, którzy w rogach pokoju przyglądali mu się z otwartymi ustami. 
Docierał też do niego szelest bawełnianych legginsów Alexy ocierających się o 
siedzenie, kiedy zakładała nogę na nogę, przyglądając się scenie ze swojego 
miejsca na zewnątrz kortu. 

Trey nigdy nie potrzebował okularów, lecz świat oglądany oczyma wilkołaka 

był o wiele wyraźniejszy. Chłopak czuł się przytłoczony. Przyjmował zbyt wiele 
informacji jednocześnie, a jego umysł próbował uporać się z lawiną danych, które 
do niego docierały. Widział poszczególne pory na twarzy Luciena, wzór na jego 
bluzie dresowej. Zwrócił też uwagę, choć go to nie zaniepokoiło, że Hopper 
migocze. Trey widział przez ludzką postać, którą demon przyjął w tym świecie, 
jego prawdziwą istotę o chciwym spojrzeniu i szerokich, okrutnych ustach. Dżin 

background image

patrzył na niego, na krótko przesłaniając skórzastymi powiekami czarne jak onyks 
oczy. Hopper musnął usta wężowatym językiem. Zaniepokojony Trey spojrzał na 
Toma i z ulgą zobaczył, że Irlandczyk nadal wygląda jak zwykle. 

Najtrudniej jednak było mu przyswoić sobie zapachy. Różnorakie, napierały na 

niego ze wszystkich stron i podobnie jak dźwięki mieszały się i kłębiły. Były 
czymś więcej niż zapachami: docierały do niego w postaci kolorów symulujących 
nieużywaną dotąd część mózgu, która je interpretowała i wyjaśniała ich 
znaczenie. Purpura wody po goleniu Luciena mieszała się z liściastozieloną wonią 
świeżego potu, co wcale nie było nieprzyjemne. Hopper i cuchnął 
czarnawozielonym gnojem, którego Trey nie czuł w chwili, gdy ich sobie 
przedstawiono. On sam pachniał inaczej, niż się spodziewał; wyczuwał na sobie 
dębowo-błotnisty zapach, jak po otwarciu worka z kompostem. A wszystkie te 
wonie nakładały się warstwami na zapachy gumy i potu, dobiegające z samego 
kortu, a odbierane przez Treya pod postacią jasnobrązowej mgiełki. 
- Mogę sobie tylko wyobrażać, jak się czujesz w tej chwili - rzekł cicho Lucien, 
przerywając potok myśli Treya. - Nie obejmiesz wszystkiego naraz, ale spróbuj 
wytrzymać jeszcze trochę. - Podszedł bliżej, uśmiechając się krzywo. - A teraz 
niebezpieczna część naszej sesji. Niebezpieczna dla mnie, ponieważ ja nie zadam 
ci poważnych ran. Ty zaś... no cóż... dla ciebie wszystko jest nowe. Musisz poznać 
swoją moc oraz prędkość i sprawdzić, jak możesz je wykorzystać. Odkryjesz to 
wszystko w trakcie walki. Staraj się zachować kontrolę. I proszę, spróbuj mnie nie 
zabić. 

Zrobił krok do przodu i dźgnął Treya ościeniem w brzuch. 
 
Prąd przeniknął ciało wilkołaka, który owszem, poczuł ból, ale już nie tak 

dotkliwy jak wcześniej, kiedy to miał wrażenie, jakby ktoś oblał go benzyną i 
podpalił. Teraz zaś poczuł tylko, jakby ktoś mocno kopnął go w głowę. 

Potraktowany ładunkiem, Trey po raz pierwszy usłyszał swój nowy głos. Z 

jego gardła wyrwał się głęboki ryk. W umyśle zawołał do Luciena, żeby przestał 
go torturować, lecz wcale nie usłyszał swoich słów - zamiast nich od ścian odbił 
się echem dźwięk podobny do ryku lwa. 

- Będziesz tak stał i się przyglądał, jak cię tym dźgam? - prowokował Lucien. - 

Czy też spróbujesz coś zrobić? 

Słowa wyszły z ust Treya w postaci warknięć i pomruków, co tylko 

spotęgowało jego frustrację i gniew. 

- Może ty to lubisz? - mówił dalej Lucien. - Co, Treyu? Dlatego stoisz jak głupia 

krowa i pozwalasz mi się ranić? - szydził wampir z twarzą wykrzywioną 
uśmiechem i płonącymi oczami. - W porządku, jeśli chcesz. - Zamarkował ruch w 

background image

lewą stronę, a potem przeniósł ciężar ciała na prawą stopę i przyskoczył do Treya, 
mierząc prętem prosto w jego twarz. 

Ten odchylił się do tyłu i instynktownie prawą dłonią złapał oścień w połowie. 

Warcząc, zamachnął się lewą ręką; podobne do czarnych sztyletów szpony 
przecięły powietrze. 

Lecz trafiły w pustkę, bo wampira już tam nie było, a prawa dłoń Treya, która 

dopiero co zamknęła się na ościeniu, teraz zacisnęła się w pięść. Poczuł w prawym 
pośladku przeszywający ból, a to oznaczało, że przeciwnik znalazł się za nim. 
Obrócił się do niego, wydając z siebie donośny ryk. 

Lucien cmoknął i z dezaprobatą pokręcił głową. 
- Wiesz - powiedział - gdybym wciąż miał zęby i szpony, leżałbyś już martwy 

w kałuży własnej krwi. 

Trey poczuł coś nowego. Wzbierał w nim gniew, lecz teraz przyjął go z 

radością. Rozkoszował się reakcją swojego nowego ciała na przypływ adrenaliny, 
która wzmocniła i tak już wyostrzone zmysły. Czując drżenie napiętych mięśni, 
mierzył wzrokiem wampira i czekał na moment stosowny do ataku. 

Wtem skoczył na Luciena z wyszczerzonymi zębami, na tyle ostrymi, by 

odgryźć rękę człowiekowi. Znowu zagarnął pazurami powietrze w miejscu, gdzie 
jeszcze przed ułamkiem sekundy stał Lucien, i zawył, czując, jak przez jego ciało 
płynie ból. Tym razem zignorował go i mocno odepchnąwszy się stopą, naparł 
ciałem do tyłu, tam gdzie powinien znajdować się Lucien. 
Wampir grzmotnął o ścianę dość głośno, a Trey wybił się w powietrze, by opaść 
stopami na leżącego przeciwnika. Niestety, i tym razem jego nagie stopy 
wylądowały na drewnianej, lśniącej podłodze. Lucien zdążył śmignąć. 

Teraz jednak pojawiło się coś nowego. Trey zauważył, że wampir przed 

zniknięciem zamigotał, a kątem oka dostrzegł podobne migotanie jakieś dwa 
metry na lewo, w miejscu, gdzie ponownie się pojawił. 

„Traci siły - pomyślał Trey. Nie potrafi śmigać zbyt długo, albo też osłabiłem go 

uderzeniem o ścianę". 

- Tak już lepiej - powiedział Lucien. - Ale wciąż wykorzystujesz tylko połowę 

swojej prędkości i za bardzo skupiasz się na bólu. Musisz nauczyć się go ignorować 
i skoncentrować na wyeliminowaniu jego przyczyny. - Szarpnął nadgarstkiem, 
chwytając oścień do poganiania bydła, zawieszony na rzemiennej pętli. - Gotów? - 
zapytał. 

Trey nie pozwolił mu się dotknąć ponownie. Podbiegł do wampira, skracając 

dzielący ich dystans, i zatoczył łuk ramieniem, wiedząc, że nie zdoła zadać ciosu; 
zachował wszak równowagę, wyczekując odpowiedniej chwili. Patrzył, jak Lucien 
śmiga po raz kolejny, i z ulgą zobaczył ledwo dostrzegalne migotanie w momencie 
zniknięcia wampira. Tym razem Trey odwrócił się na pięcie, wypatrując 

background image

podobnego migotania, które powinno poprzedzić pojawienie się przeciwnika. 
Dostrzegł je jakieś pół metra od siebie i wyrzucił do przodu zakończoną pazurami 
dłoń, w momencie gdy Lucien ponownie się zmaterializował. Chwycił go za 
gardło, a drugą dłonią złapał oścień. Potem podniósł Luciena z podłogi i rozwarł 
potężne szczęki, omiatając wampira gorącym oddechem. Zaryczawszy, zacisnął 
mocniej dłoń na jego szyi. Poczuł wzbierające uniesienie, gdy zdał sobie sprawę ze 
swojej mocy większej niż wszystko, co wcześniej odczuwał. Twarz Luciena 
spurpurowiała, potem zaczęła sinieć. Także jego oczy poczerwieniały, gdyż białka 
nabiegły krwią z popękanych naczyń krwionośnych, mimo to wampir nie próbo-
wał się wyswobodzić z morderczego uścisku Treya. 

Tom i Hopper wyskoczyli zza swoich barykad, lecz Lucien, dostrzegłszy ich 

kątem oka, uniósł dłoń. 

Treyu, nie, proszę! 

- Głos Alexy przedarł się przez chmurę gniewu w umyśle 

chłopaka. Poczuł niepokój córki, która patrzyła, jak jej ojciec wisi bezradnie w 
jego uścisku, i przypomniał sobie, jak Lucien ostrzegał go, żeby postarał się 
panować nad sobą. 

Spojrzał na opuchniętą twarz wampira i rozluźnił uścisk, czując jednocześnie, 

że wypełniająca go wściekłość słabnie. Opuścił przeciwnika na podłogę i cofnął 
się; z wywieszonym językiem łapczywie chwytał chłodne powietrze. 

Dziękuję 

- usłyszał w głowie szept Alexy. 

Lucien delikatnie przesunął dłonią po gardle, a na jego ustach pojawił się 

szeroki uśmiech uznania. Tom przysunął się i stanął za swoim szefem. Reakcja 
wampira zdziwiła Treya, który nagle bardzo się zawstydził, że stracił panowanie 
nad sobą i pozwolił się ponieść gniewowi. Zwiesił głowę, spoglądając na swoje 
ogromne, wypełnione mocą ciało. 

- Muszę przyznać, panie Laporte - rzekł Lucien - że robisz wrażenie. - 

Wyciągnął do Treya rękę jak bokser po zakończonej walce. - Myślę, że zechcesz 
już zmienić postać. Nie minę się z prawdą, jeśli powiem, że na dzisiaj wystarczy. 

- Jezu, myślałem, że chcesz go zjeść! - rzucił Tom. Pokręcił głową i zaraz się 

roześmiał. - Nie wiedziałem, czy mam strzelać, czy też podbiec i zdzielić cię w 
łeb. 

Trey zamknął oczy, by się skupić. Odczuwał coś w rodzaju ssania, jakby 

wszystkie cząstki jego ciała zapadały się do środka dolnej części tułowia; jak gdyby 
został rozłożony i ponownie złożony. Odchylił głowę i wziąwszy głęboki oddech, 
zacisnął usta z bólu, który - na szczęście tylko na chwilę - znowu chwycił go w 
swoje kleszcze. Otworzył oczy i spojrzał na światła zawieszone wysoko nad głową; 
natychmiast zmrużył oczy, jakby nie mógł się skupić. Czuł się cały obolały. Było 
to nieprzyjemne uczucie emanujące jakby z samej głębi jego istoty, ze szpiku 

background image

kości, i aż zadrżał. Zaschło mu w gardle, bardzo chciało mu się pić. Cuchnął. 
Spowijał go zapach podobny do odoru mokrej sierści. 

Trey opuścił głowę i spojrzał na Luciena, który jeszcze raz wyciągnął do niego 

rękę. Uścisnął jego dłoń i popatrzył na szkarłatną pręgę na szyi wampira. 

- Przepraszam, jeśli... 
- Nie musisz przepraszać, Treyu - przerwał mu Lucien. - To nic w porównaniu 

z porażeniem kilkoma tysiącami woltów. Jak się czujesz? 

- Teraz? Okropnie. Jak wykolejony pociąg. - Wydął policzki, zastanawiając się 

nad odpowiednimi słowami. - Ale kiedy zamieniłem się w... tę istotę, czułem... 
uniesienie. Czułem, że żyję bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. I ta moc, 
niewiarygodna, Lucienie. Kiedy to powtórzymy? 

Wampir spojrzał na niego, a po jego ustach przemknął uśmiech. 
- Myślę, że w najbliższych dniach sprawdzisz się z innymi przeciwnikami. 

Zatrudniam nargwańskiego demona o imieniu Luther. Zgodził się przyjść i ci 
pomóc, możemy więc się umówić na jutro, jeśli chcesz. 

- Ale już bez ościenia do poganiania bydła - odparł Trey i spojrzał na broń 

zwisającą z nadgarstka Luciena. 

- Oczywiście. To była tylko pomoc. Uznałem, że do pierwszej przemiany 

możesz potrzebować skutecznej zachęty. - Położył dłoń na ramieniu chłopaka. - 
Mówiłem szczerze: naprawdę robisz wrażenie. Oczywiście wciąż uważam, że w 
moich najlepszych dniach nie dałbyś mi rady: wtedy byłem naprawdę szybki. - 
Lucien uśmiechnął się, a potem zakasłał, jakby trochę zażenowany. - Może... byś 
się ubrał. 

Trey spojrzał w dół, zdumiony, i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że stoi nagi. 

Zakrył się dłońmi i rozejrzał za ubraniem. Zobaczył je na podłodze, rozrzucone i 
podarte. 

Chcesz, żeby przynieśli ci coś do ubrania? - 

głos Alexy przedarł się przez jego 

myśli. 

Przyślę ci ten różowo-szary sweter, który tak bardzo ci się podobał.

 

Obejrzał się i zobaczył, jak dziewczyna znika za drzwiami. 
Z wdzięcznością przyjął od Toma ręcznik i owinął się nim w pasie. Irlandczyk 

objął go ramieniem. 

- Trzeba będzie jakoś rozwiązać ten „ubraniowy problem". Może lycra? Już nie 

tak modna, za to bardzo elastyczna! 

- Gdzie jest Hopper? - zapytał Lucien. Rozglądali się przez chwilę, lecz demon 

zniknął bez śladu. 

 
 

13

13

13

13

 

 

background image

Trey spał szesnaście godzin bez przerwy. Kiedy wreszcie się obudził, nastał już 

nowy dzień. Chłopak przewrócił się na bok, by wstać i odsłonić okna; spodziewał 
się dokuczliwego bólu, lecz go nie poczuł. Żadnego bólu gardła czy głowy, tak jak 
wtedy, gdy obudził się rano w swoim pokoju w Apple Grove. Kiedy spojrzał na 
łóżko, zorientował się, że zasnął w ubraniu na kołdrze. Po sesji założył ciuchy 
przysłane przez Alexe, dlatego wciąż miał na sobie ten okropny różowo-szary 
sweter. Przysiadł na brzegu łóżka i spróbował pozbierać w całość niedawną 
przeszłość. 

Nie pamiętał, żeby kładł się spać. Cholewka, nie pamiętał nawet, by szedł na 

górę czy wchodził do swojego pokoju. Kolejne myśli i emocje rozpychały się i 
nakładały na siebie, szukając odpowiedniego miejsca w umyśle chłopaka. Położył 
się z powrotem na łóżku, aby zastanowić się nad wszystkim, co miało miejsce w 
ciągu ostatnich kilku dni. 
Nie potrafił skupić się na jednej rzeczy, od której mógłby zacząć - zbyt wiele 
wydarzeń nastąpiło po sobie zbyt szybko, dlatego gdy tylko próbował złożyć z 
nich jakąś sensowną całość, konstrukcja waliła się na niego, zamieniając w 
bezładną stertę. To, co działo się w jego głowie, przypominało film oglądany na 
DVD, tyle tylko, że ktoś przeskakiwał w przód i w tył różnych scen. 

Pokręcił głową, jakby w ten sposób chciał nadać myślom pewien porządek. 

Zerknął na swoje dłonie i przypomniał sobie, jak wyglądały minionego dnia. Nie 
dostrzegł niczego, co by wskazywało, że te same ręce zamieniły się w przerażająco 
ostrą broń, którą zaatakował Luciena. Aż zadrżał, pomyślawszy, że mógłby 
posłużyć się swoimi szponami, by wyrządzić komuś krzywdę, lecz gdy 
poprzedniego dnia spojrzał na nie oczyma wilkołaka, zachwycił się mocą, jaka w 
nich drzemała. Mocą, która rozlała się po całym jego ciele, on zaś wiedział, że 
potrafi użyć jej w celu niszczenia. 

Wstał i przeszedł przez pokój; po drodze zauważył nieduży panel sterowania, 

wbudowany w ścianę naprzeciw łóżka. Dotknął ekranu i przez chwilę studiował 
menu. Każde pomieszczenie miało własny system oświetlenia i ogrzewania, a 
także systemy audio, wideo i telekomunikacyjny. Nacisnął tę ostatnią ikonkę i 
odwrócił się, by zobaczyć, jak z sufitu naprzeciwko łóżka wysuwa się monitor 
LCD. Schował się, gdy Trey wcisnął ikonę audio, a na panelu wyświetliła się 
imponująca lista opcji hi-fi. Metodą prób i błędów przedarł się do długiego spisu 
utworów w formacie MP3, który zapewne zgromadzono na głównym serwerze, 
umieszczonym gdzieś w mieszkaniu. Ktoś obdarzony dobrym gustem muzycznym 
ściągnął dużo albumów jego ulubionych zespołów. Wybrał ścieżkę i nacisnął 
przycisk „Play". Dopiero teraz zauważył głośniki ukryte w różnych miejscach 
pokoju. Wziął głęboki oddech i poszedł do łazienki, zanurzony w strumieniu 
dźwięków, które podążały za nim. 

background image

„Mógłbym przywyknąć do takiego luksusu" - pomyślał, kiedy odkręcił wodę i 

wszedł do kabiny. Oczyma wyobraźni zobaczył płomienie liżące dach domu 
dziecka i natychmiast skarcił się za egoizm. 

Po kąpieli włożył obszerny, miękki szlafrok i postanowił poszukać czegoś do 

jedzenia i picia. 

W kuchni zastał starszą panią, która, z niebieską ściereczką w jednej, a sprejem 

czyszczącym w drugiej ręce, pieczołowicie wycierała blaty. Nie przerywając 
pracy, spojrzała na niego, a na jej skupionej twarzy pojawił się ciepły uśmiech. 

- Witaj, kochanie - przywitała go. - Ty pewnie jesteś Trey. Tom wszystko mi o 

tobie opowiedział. Jestem Magilton, gospodyni. - Psiknęła sprejem, wypuszczając 
różowy obłoczek mgiełki na marmurowy blat. - Skoro już wstałeś, to pójdę 
posprzątać u ciebie, jeśli nie masz nic przeciwko temu. 
- Nie - odparł Trey i podszedł do lodówki. Chciwym ruchem wyjął karton soku i 
szklankę. Otworzył drzwi na balkon i wyszedł w blask późnego poranka; musiał 
zmrużyć oczy oślepiony słońcem odbitym od powierzchni wody. Za dnia Tamiza 
wyglądała zupełnie inaczej – utraciła tajemniczość, którą dostrzegł, patrząc na nią 
wczorajszego wieczoru. Teraz widział tylko mętną rzekę, której wody niosły muł 
do morza. Wolał tamtą, ciemną i zimną, sprzed wschodu słońca. 

Wyczuł, że ktoś stoi za nim, lecz się nie odwrócił. Zapatrzony w wodę, napił 

się soku. 

Alexa stanęła tuż obok, zachowując milczenie. 
- Czuję się, jakbym spał całe wieki - odezwał się wreszcie Trey. 
- Pewnie tego potrzebowałeś. Wyobrażam sobie, że sporo cię to kosztuje; 

zwłaszcza pierwszy raz. Jak się teraz czujesz? 

- Zaskakująco dobrze. Obudziłem się przekonany, że będę cały obolały, jak po 

tym pierwszym wypadku w domu dziecka, ale nie, czuję się cholernie dobrze - 
odparł chłopiec i pokręcił głową. 

- To chyba w porządku, prawda? - zapytała, wyczuwając nutę niezadowolenia 

w jego głosie. 

- Tak. Chyba tak. 
Przez chwilę oboje milczeli, wpatrzeni w Tamizę. 
- Co wtedy czułeś? - zaciekawiła się Alexa.  
Dopiero teraz Trey spojrzał na nią. Ubrana była w białą bluzkę i dżinsy, 

nałożyła tylko bardzo delikatny makijaż. Uznał, że jest jej o wiele ładniej bez 
maski „rockowej panny", którą nosiła podczas ich pierwszego spotkania. 

- Strach, ból, uniesienie, przerażenie, zdumienie. To było coś, czego nikt nie 

powinien nigdy doświadczać. Ale wiesz, kiedy już stanąłem przed twoim ojcem, 
przemieniony w wilkołaka, to poczułem, że żyję. Bardziej niż kiedykolwiek 
wcześniej. I to mnie przeraża. 

background image

- Dlaczego? 
- Bo muszę to w sobie kontrolować. A skoro czuję się tak dobrze w postaci 

wilkołaka, to co mnie powstrzyma przed tym, by taki stan trwał wiecznie? 

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się smutno, ponieważ nie wiedziała, co 

odpowiedzieć. 

- Chcesz iść na zakupy? - zapytała nieoczekiwanie. 
- Co? Nie słuchałaś mnie? - Trey pokręcił głową i spojrzał przed siebie. W tym 

domu wszyscy byli nienormalni. Właśnie otworzył się przed Alexą i opowiedział 
o rzeczach, które go śmiertelnie przerażają, a ona go pyta, czy by nie poszedł n a 
zakupy. 

- Myślę, że dobrze ci zrobi mała odmiana - powiedziała cicho dziewczyna. - 

Potrzebujesz trochę zwyczajności, choćby na kilka godzin. A kiedy ja chcę o 
czymś zapomnieć, idę na zakupy. Uwierz mi, poczujesz się lepiej, gdy wydasz 
kilkaset funciaków mojego taty, mnie to zawsze pomaga. A poza tym, jeśli 
będziesz chciał zamieniać się w wilkołaka co pięć minut, to musisz mieć górę 
ubrań. 

Trey roześmiał się. 
- W porządku, może to i niezły plan. Dobrze mi zrobi krótka wizyta w 

prawdziwym świecie. Kto go poprosi o pieniądze? 
- Ty. Jeśli ja pójdę, zrobi mi wykład o odpowiedzialnym wydawaniu forsy i mnie 
odeśle. Uważa, że nie potrafię poskromić swojego entuzjazmu w kwestii 
kupowania wania ubrań. A tobie da górę kasy. Powiedz mu, że nie jesteś w 
najlepszym nastroju i masz ochotę wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza. Zaufaj 
mi: ty musisz poprosić o forsę. 

- Gdzie on jest? - zapytał Trey. 
- Pewnie w swoim biurze. Siedział tam całą noc i rano, usiłując dowiedzieć się, 

co się stało z Hopperem. Martwi się - to nie jest normalne, że istota cienia tak po 
prostu znika z jego organizacji. Musi też dać sobie w żyłę, jeśli wiesz, co mam na 
myśli. Codziennie dostarczają mu krew, którą przyjmuje w biurze. 

Dostrzegła na twarzy Treya konsternację. 
- Nie martw się, już na pewno skończył. Nie zastaniesz go przy szklaneczce 

krwi ani nic takiego. Będzie rozluźniony i... hojny. 

- Dobra. Poproszę go. Na pewno tak będzie w porządku? 
- Treyu, on śpi na forsie. Nie przejmuj się. 
Przeszli przez salon i stanęli przed drzwiami prowadzącymi do czytelni, w 

której podczas pierwszej nocy Lucien wyjawił chłopcu tajemnicę jego przeszłości. 
Alexa popchnęła Treya delikatnie w stronę wejścia. 

- Obite skórą drzwi w głębi pokoju - powiedziała. - Tylko najpierw zapukaj - 

dodała i usiadła w jednym z foteli z podnóżkiem. 

background image

Trey cicho zapukał w drewnianą część okalającą wytartą skórę i od razu 

usłyszał głos Luciena zapraszającego go do środka. 

Wszedł do przestronnego gabinetu. Po lewej stronie zobaczył ustawione w 

rzędzie monitory, przeważnie nastawione na kanały informacyjne i biznesowe 
albo wyświetlające telegazety. Pod ścianą naprzeciw wejścia stało ogromne biurko 
i za nim właśnie siedział Lucien, który spojrzał na wchodzącego chłopca. Gdy 
wstał, fotel odjechał do tyłu na dobrze naoliwionych kółkach. 

- Treyu, jak się dzisiaj czujesz? - zapytał. - Mam nadzieję, że odpocząłeś? 
- Tak, dzięki, Lucienie. Wciąż jest mi trochę dziwnie. Rozumiesz, trudno tyle 

rzeczy przyjąć naraz. 

- Jasne. Dlatego jeśli tylko będziesz miał ochotę pogadać albo o coś zapytać, nie 

krępuj się, zrobię wszystko, by ci pomóc. 

Trey skinął głową. 
- Hm... zastanawiałem się, czy mógłbym kupić sobie jakieś ubrania, a Alexa 

powiedziała, żebym... 

- Nic więcej nie mów, Treyu, proszę - przerwał mu Lucien i podniósł palec, by 

dodać stanowczości swojej prośbie. Schylił się i otworzył niewielką, jak sądził 
Trey, szafkę wbudowaną w podstawę biurka. Kiedy się wyprostował, trzymał w 
ręku najgrubszy plik banknotów, jaki chłopak widział w życiu. Wyciągnął rękę, 
nawet go nie przeliczając. 

- Lucienie, to mnóstwo pieniędzy. Nie wiem, czy aż tyle... 
Wampir po raz kolejny podniósł palec i upuścił plik na biurko. 
- Usiądź, proszę, na chwilę - rzeki i wskazał krzesło ustawione przed biurkiem. 

Sam też wrócił na swoje miejsce i uśmiechnął się do chłopaka. 

- Przez ostatnie kilka lat obserwowałem z daleka, jak zmagasz się z ponurością i 

okrucieństwem życia, podziwiałem cię za odwagę i spokój. Czuję się po części 
winny cierpień, które musiałeś znosić. Skoro więc teraz chcę dawać ci prezenty i 
pomagać w sposób, w jaki nie mogłem tego zrobić wcześniej, to proszę, pozwól mi 
na to. - Zamilkł i otworzył szufladę po lewej stronie. Wyjął z niej teczkę i położył 
na biurku, zaglądając do środka. Spojrzał na pierwszy dokument, po czym pchnął 
całość w stronę Treya. 

- Po śmierci twoich rodziców założyłem dla ciebie fundusz powierniczy. Masz 

niezłe konto z obligacjami państwowymi, akcjami i nieruchomościami w różnych 
krajach. Obecnie jesteś wart trochę ponad milion dwieście tysięcy funtów. 
Większość tej sumy jest w tej chwili nie do ruszenia, ale chętnie usiądę z tobą w 
najbliższych tygodniach i możemy się zastanowić, co chcesz zrobić ze swoimi 
pieniędzmi. 

Trey, który poczuł, że opada mu szczęka, spoglądał raz na mężczyznę po 

drugiej stronie biurka, raz na teczkę przed nim. 

background image

- A tak przy okazji - mówił dalej Lucien. - Musisz wiedzieć, że Alexa jest złotą 

medalistką olimpijską w konkurencji wydawania pieniędzy. Nie wątpię, że 
pomoże ci w znacznym stopniu uszczuplić ten zwitek. - Podsunął pieniądze 
Treyowi i wstał. 

Trey poczuł, że zupełnie zaschło mu w ustach. Wstał i ruszył do drzwi. 
- Ja... Dziękuję. To znaczy... - Czuł, że znowu kręci mu się w głowie. 
- Nie zapomniałeś czegoś?! - zawołał za nim Lucien. 
Trzymał w ręku plik banknotów. Trey wrócił, wziął pieniądze i 

podziękowawszy skinieniem głowy, wyszedł. Już na zewnątrz oparł się plecami o 
drzwi, wciąż powracając myślami do tego, co powiedział Lucien. Milion dwieście 
tysięcy! Zamknął oczy i odtworzył w myślach całą rozmowę, by się upewnić, że 
dobrze wszystko usłyszał. Milion dwieście tysięcy funtów. 

Po wszystkich ostatnich wydarzeniach Trey musiał się jeszcze uporać z myślą, 

że jest milionerem. 
 
 

14

14

14

14

 

 
     - Dokąd teraz? - zapytała Alexa, kiedy odeszli od kasy. - Niedaleko jest Harvey 
Nics. Złapiemy taksówkę i w mig tam dojedziemy. 
     Trey obserwował ją, jak wierci się w miejscu, podekscytowana niczym oszalały 
derwisz. Robili zakupy od trzech godzin, a ona ani trochę nie straciła 
zainteresowania i gotowa była brnąć między kolejnymi rzędami odzieży 
oznaczonej metkami oraz etykietkami, wywieszonej na posrebrzanych 
wieszakach. 
     - Chyba już nie dam rady - powiedział. 
     - Nonsens - odparła. - Spodoba ci się u Harveya Nicsa. 

. . 

. To naprawdę niedaleko. 

     „Nonsens", jak zdążył się zorientować, było ulubionym słowem Alexy, 
odpowiadała nim na komentarz, z którym się nie zgadzała. Tego ranka Trey 
słyszał je niezliczoną liczbę razy, kiedy próbował odmówić kupienia czegoś, co dla 
niego wybrała. 
     - Rozumiem - powiedziała. - Wciąż nie wiesz, czy dobrze zrobiłeś, kupując 
tamte płócienne spodnie w Selfridges, prawda? 

     Winda zawiozła ich z powrotem na parter któregoś z domów handlowych. 

Trey stracił już orientację. Znowu brnęli przez gąszcz chromowanych wieszaków, 
nadgorliwych sprzedawców i schowanych za zasłonkami przymierzalni. Duszne, 
mieszające się ze sobą zapachy napływające z działów z perfumami i kosmetykami 
sprawiły, że zapragnął nagle wyjść na zewnątrz i odebrać swoją nagrodę w postaci 
świeżego powietrza, o ile londyńskie powietrze można było nazwać świeżym. 

background image

- Szczerze mówiąc, Alexo, nie mam pewności co do większości rzeczy, do 

kupienia których mnie zmusiłaś. 

- Przecież sprzedawczyni przyznała mi rację, że dobrze w nich wyglądasz. - 

Spróbowała jednej ze swoich nadąsanych min, lecz Trey mówił dalej: 

- Tak, słyszałem. Powiedziała to, zanim mnie poinformowała, że kosztują tylko 

sto czterdzieści funtów. Słyszałem też, jak jej powiedziałaś, że bierzemy także te 
cholernie paskudne buty. - Wyszli już na zewnątrz i stali na rogu Oxford Circus. 
Próbował skupić na sobie uwagę dziewczyny, podczas gdy ona rozglądała się za 
taksówką. 

- Alexo, nigdy nie nosiłem i z pewnością nigdy nie będę nosił płóciennych 

spodni. Może cię to w jakiś sposób oburzy, ale w całym swoim dotychczasowym 
życiu miałem jednorazowo nie więcej niż trzy pary dżinsów i może ze 
dwadzieścia różnych koszulek, bluz, koszul. No i kilka par adidasów. 

Taksówka, którą Alexa próbowała zatrzymać, odjechała, wypinając się krągłym 

tyłem, niczym wiktoriańska wdowa w czarnej sukni z turniurą - zbyt wyniosła, 
by zwracać uwagę na motłoch i jego potrzeby. 

- No i co z tego? - prychnęła niezadowolona i ruszyła wolno przed siebie, 

zatrzymując się co kilka kroków, kiedy tylko dostrzegła na jezdni jakąś czarną 
plamę. 

W pewnym momencie spojrzał na jej naburmuszoną twarz i poczuł, że wzbiera 

w nim irytacja, którą dotąd dusił w sobie. 

- Posłuchaj - syknął. - Ty i twoja rodzina wywróciliście do góry nogami całe 

moje życie. Wszyscy moi bliscy nie żyją. Uniknąłem spalenia żywcem. Do tego 
odkryłem, że jestem jakimś wybrykiem natury: dziwolągiem, człowiekiem-
wilkiem oraz potencjalnym mordercą. I jeszcze ty - teraz mówił podniesionym 
głosem, tak że przechodnie zaczęli omijać ich szerokim łukiem, gapiąc się 
otwarcie - uznałaś, że najlepiej mi zrobi, jak mnie przeciągniesz przez pół 
Londynu i namówisz do kupowania ubrań, których w życiu bym nie włożył. A ja 
nie zamierzam dziękować za całą tę sytuację, w którą wmanewrował mnie twój 
ojciec. 

Alexa wpatrywała się w niego i wydawało się, że trwa to całe wieki. Jej oblicze 

zasłaniała kamienna maska, skrywająca wszelkie emocje. 
- Myślisz, że tylko ty cierpiałeś? - odezwała się wreszcie. - Myślisz, że łatwo jest 
dorastać, mając wampira za ojca? Ułożyć sobie życie, podczas gdy wszystko dokoła 
ani trochę nie jest normalne? Nie tylko ty kogoś straciłeś. Moja mama umarła, 
kiedy byłam mała, więc nie wyjeżdżaj mi z żałosnymi pretensjami w stylu: 
„Jestem zupełnie sam w tym wszystkim". Starałam się być dla ciebie miła. - Po jej 
prawym policzku popłynęła łza. - Chciałam ci jakoś pomóc, żebyś mógł 

background image

zapomnieć o całym tym szaleństwie ostatnich dni. Niepotrzebnie. Chrzanić to 
wszystko. 

- W takim razie jedź do domu! - odkrzyknął Trey. 
Przez cały czas stała na krawężniku i machała ręką, usiłując zatrzymać 

taksówkę. Właśnie teraz jeden z ogromnych, czarnych samochodów zatrzymał 
się, spowijając ich głośnym staccato dieslowskiego silnika. 

- I tak zrobię. - Otworzyła drzwi taksówki i dodała: -Jesteś samolubną, wredną, 

niewdzięczną świnią, Treyu Laporte. - Po tych słowach, obładowana licznymi 
torbami, wcisnęła się do wnętrza samochodu. Taksówka szybko włączyła się do 
ruchu. Trey patrzył, jak odjeżdża; zdążył jeszcze zobaczyć przez tylną szybę, że 
Alexa, zapłakana, chowa twarz w dłoniach. 
 
 

15

15

15

15

 

 

Treyowi wydawało się, że całe wieki stoi na ulicy wśród tych nielicznych 

toreb, których nie zabrała Alexa. Tłum mijających go przechodniów przerzedzał 
się, w miarę jak zbliżał się wieczór i zamykano kolejne sklepy. Chłopak wciąż 
powracał myślami do tego, co powiedziała dziewczyna, i teraz, gdy już ochłonął, 
musiał przyznać jej rację. Był samolubny i okrutny. Może rzeczywiście za bardzo 
skupiał się na sobie. Z drugiej zaś strony nie potrafił sobie wyobrazić, jak miałby 
przejść przez to wszystko, czego doświadczył w ostatnich dniach, nie myśląc o 
sobie. Wciąż widział pojedynczą łzę płynącą po policzku Alexy. Ona naprawdę 
pomogła mu się pozbierać, teraz żałował, że tak na nią naskoczył. 
Kiedy wreszcie zauważył dziwne spojrzenia przechodniów, poszedł prosto Regent 
Street. Jakiemuś włóczędze tego wieczora dopisze szczęście, zostawił na ulicy 
wysepkę toreb z zakupami - te ubrania już nie miały dla niego znaczenia. Mijając 
dom handlowy Liberty, przypomniał sobie, że był to jedyny sklep, w którym 
Alexa oglądała coś dla siebie, a nawet przymierzyła tę rzecz, zanim zaciągnęła go 
do działu męskiego. Wiedział, że musi ją przeprosić, i nagle przyszedł mu do 
głowy dobry pomysł. 

Kwadrans później wyszedł ze sklepu w chłodny, zimowy wieczór. Oziębiło się, 

dlatego owinął się szczelniej kurtką i rozejrzał za taksówką. Sprzedawczyni ładnie 
zawinęła sukienkę w ozdobny papier i zapakowała ją do pudelka, które 
przewiązała ciemnoczerwoną wstążką z nazwą sklepu wy pisaną białymi literami. 
Trey szedł na północ Regent Streel, zadowolony z siebie, i obmyślał, jak najlepiej 
pogodzić się z Alexą. Pudełko obijało mu się o nogę, lecz nie zwracał na to uwagi, 
ponieważ odgrywał w myślach scenę przeprosin, próbując odgadnąć reakcję 
dziewczyny. 

background image

W którymś momencie zorientował się, że zostawił już za sobą wszystkie sklepy 

i dotarł do Portland Place. Miał przed sobą Regent's Park. Przejeżdżało tamtędy 
niewiele taksówek i kręcili się tylko nieliczni przechodnie, gdyż w tym rejonie 
znajdowały się głównie ambasady obcych krajów. Pojawiające się od czasu do 
czasu taksówki ignorowały jego gesty i jechały dalej, wioząc pasażerów, którzy 
pragnęli jak najszybciej uciec z zimnych ulic do swoich cieplutkich domów. 
Zatrzymał się na chwilę i pomyślał, że może powinien wrócić, co by zwiększyło 
jego szanse, lecz w tym samym momencie pojawiła się kolejna taksówka. Podszedł 
szybko do krawężnika i wyciągnął rękę, wychyliwszy się na jezdnię, aby mieć 
pewność, że kierowca go zauważy. 

Nie od razu usłyszał kroki za sobą, a potem było już za późno. Jeden z młodych 

ludzi naparł na niego tak, że Trey stracił równowagę, drugi zaś wyrwał mu z ręki 
torbę i obaj zaczęli uciekać w górę ulicy, w stronę parku. Chłopak zdołał utrzymać 
się na nogach i nie wpaść pod nadjeżdżającą taksówkę, lecz spojrzawszy za 
uciekającymi, zobaczył, że zdążyli się już oddalić na co najmniej trzydzieści 
metrów. Puścił się biegiem, żeby nie stracić ich z oczu. 

Trey pędził co sił za napastnikami. Wciąż widział złodziei przed sobą, a 

dzieląca ich odległość zaczęła się zmniejszać, ponieważ tamci trochę zwolnili. Ani 
razu nie obejrzeli się, by sprawdzić, czy ktoś za nimi biegnie. Trey domyślał się, że 
założyli, iż ofiara, zaskoczona i pozbawiona przewagi już na starcie, nie będzie ich 
goniła. Na końcu Portland Place obiegli półksiężyc Park Crescent i uciekli 
schodami prowadzącymi do stacji metra przy Regent's Park. 
Chłopak musiał się przecisnąć przez szczelinę przy przesuwanej żelaznej bramce 
wejścia na stację, która normalnie powinna być otwarta. Uznał to za dziwne, ale 
ponieważ niemal stracił z oczu złodziei, skupił na nich uwagę, zbiegając schodami 
po kilka stopni na raz. Zdążył leszcze zobaczyć, że drugi z uciekających 
przeskakuje nad bramką biletową i kieruje się do ruchomych schodów 
prowadzących na peron linii Bakerloo. Zdziwił się, że nie ma tam strażnika ani 
żadnych pasażerów. I wtedy sobie przypomniał: stacja Regenfs Park była 
zamknięta. Na ścianach w całym holu wisiały ogłoszenia z informacją. Była 
remontowana od miesięcy. Uśmiechnął się, gdy przeskakiwał barierkę, i popędził 
ku nieczynnym ruchowym schodom, wiedząc, że napastnicy nie mają szansy 
uciec, dopóki ma ich w zasięgu wzroku. 

Spojrzał w dół i przyspieszył na wytartych butami schodach. Widział, jak 

złodzieje przeskoczyli składaną barierkę, którą zagrodzono korytarz prowadzący 
na peron linii Bakerloo. Trey także pokonał tę przeszkodę, zahaczając stopą o 
tablicę z napisem „Wstęp wzbroniony", która upadła z hukiem, gdy on był już 
daleko. Gdzieś z przodu usłyszał odgłos przejeżdżającego pociągu. Nie 
zatrzymywały się tu od miesięcy i mijały stacje w pełnym pędzie, pozwalając 

background image

pasażerom zaledwie rzucić okiem na prace na peronach i w przejściach. Trey 
zdziwił się, że dwójka złodziejaszków o tym nie wie i że zdecydowali się na tę 
drogę ucieczki. A może wiedzie1i i celowo wybrali taką trasę, zakładając, że mało 
kto zechce ich gonić pustymi i ciemnymi korytarzami zamkniętej stacji. 

Zwolnił trochę na dole zejścia, zastanawiając się, który peron wybrać: 

wschodni czy zachodni. Ostatecznie uznał, że najpierw sprawdzi zachodni. 

Dokonał trafnego wyboru. Obaj nastolatkowie stali tuż za wejściem na peron. 

Oddychając ciężko, oglądali się za siebie w stronę, z której właśnie przyszedł. 

Trey zatrzymał się, bo i on z trudem łapał powietrze. Uważnie taksując złodziei 

wzrokiem, dużymi haustami wciągał do płuc zatęchłe, brudne powietrze 
podziemnego tunelu, aż poczuł, że jego oddech się uspokaja. 

- Chyba macie coś mojego - powiedział. 
- Naprawdę? - odparł chłopak stojący bliżej niego. - A co by to było? - Miał 

tlenione blond włosy przycięte przy samej skórze, a jego górna warga zawijała się 
lekko w górę, ściągnięta szramą, która biegła do nosa. Trey domyślał się, że była to 
pozostałość po operacji rozszczepu podniebienia. Chłopak przechylił głowę na bok 
i wysunął szczękę, co miało być wyrazem groźnej postawy, jak sądził Trey. 
Patrząc na niego, przypomniał sobie psa ludzi mieszkających w sąsiedztwie domu 
dziecka. Kiedy ktoś przechodził obok ogrodzenia, ten nieduży zwierzak podbiegał, 
warcząc i szczerząc kły, by zamanifestować wrogość. 

Towarzysz chłopaka ze szramą był trochę niższy i miał czarne, opadające na 

ramiona włosy, wygolone po bokach, aby odsłaniały niebieskoczarne tatuaże nad 
uszami. To właśnie Miłośnik Tatuaży trzymał torbę. 

Trey ocenił, że obaj są mniej więcej w tym samym wieku co on, mimo że był 

od nich wyższy i masywniejszy. 

- Moja torba - zwrócił się do niższego z chłopaków. 
- A skąd wiesz, że twoja? - zapytał Zajęcza Warga. 
- Nie wystarczy, że biegłem za wami od momentu, kiedy wyrwałeś mi ją z 

ręki? Powiem tylko jeszcze, że jest w niej coś mojego. A poza tym - dodał, starając 
się rozluźnić nieco napiętą atmosferę - w pudełku jest sukienka w kolorze, który 
raczej by nie pasował żadnemu z was. 

- Czemu więc sobie jej nie weźmiesz? - wycedził Zajęcza Warga pogardliwym 

tonem i wyjął z kurtki paskudnie wyglądający nóż. Uniósł brew, a na jego wąskich 
ustach pojawił się nieprzyjemny uśmiech. - A może jednak się zastanowiłeś i 
doszedłeś do wniosku, że to nic twoja torba? 

Trey spojrzał na nóż w zaciśniętej dłoni chłopaka, potem powoli przeniósł 

wzrok na twarze obu złodziei. 

- Dam wam ostatnią szansę na zwrócenie torby, do póki jeszcze możecie. Bo 

jeśli nie, to zobaczycie coś, po czym będziecie moczyć łóżko do końca życia. 

background image

- Popatrz no tylko na niego - prychnął Zajęcza Warga - Za twardziela się 

uważasz, co? 

- Nie masz pojęcia, o czym mówię, sznyciarzu - odparł Trey. 
- Bierz! - krzyknął Miłośnik Tatuaży. Rzucił torbę i przyskoczył do Treya z 

uniesioną prawą dłonią zaciśniętą w pięść. 

Chłopak zmienił postać. W jednej chwili był czternastolatkiem o wzroście stu 

sześćdziesięciu centymetrów, a już w następnej ponaddwumetrowym, 
rozwścieczonym wilkołakiem o potężnej piersi. 

W chwili przemiany zrozumiał, że to pułapka. 
Oba demony poruszały się z niewiarygodną prędkością. Były to przysadziste, 

emanujące siłą istoty, zbudowane z samych mięśni. Kruczoczarne ciała zdawały 
się migotać, jakby po ich powierzchni pełzał mroczny ogień pochłaniający 
wszelkie światło. Wąskie, zachłanne wargi na strasznych twarzach, odciągnięte do 
tyłu, odsłaniały trzy nierówne rzędy mrocznych, wyszczerbionych zębów, 
podobne do trzech szeregów pikinierów gotujących się do ataku - towarzysze 
broni gotowi wypełnić luki w sąsiednich szeregach. Oczy demonów składały się z 
ciasno upakowanych skupisk małych, czarnych kulek, mściwych i złowrogich 
jagód wypełnionych nienawiścią, które nigdy nie odzwierciedlały niczego poza 
wrogością i pogardą. 

Miłośnik Tatuaży odbił się i długim skokiem popłynął ku    Treyowi. Uderzył go 

pięścią w policzek i zaraz wysunął drugą rękę, próbując wbić szpon kciuka w jego 
lewe oko. Ten skręcił głowę i zadał cios pazurem, lecz nieznacznie chybił. Widząc 
nadbiegającego z nożem Zajęczą Wargę, kopnął lewą nogą, trafiając w brzuch 
demona, który pozbawiony powietrza, stęknął głośno. 

Miłośnik Tatuaży opadł miękko na palce stóp. Jego szerokie, ohydne usta 

rozciągnęły się, odsłaniając zęby w grymasie, który, jak się domyślał Trey, miał 
być uśmiechem. Chłopak cofnął się trochę, tak by mieć obu napastników w polu 
widzenia. 

Zajęcza Warga był podobny do Miłośnika Tatuaży, ale brakowało mu 

środkowej części twarzy. W miejscu nosa i górnej wargi ziała czarna dziura. Trey 
nie wiedział, jak to możliwe, że ktoś żyje mimo takiej rany. 

Demony zbliżały się do swego przeciwnika z obu stron, powoli, wpatrzone w 

niego, czekające na stosowną chwilę do ataku. 

Trey nie zamierzał pozwolić, by zaatakowały go jednocześnie. Uznał, że z 

dwójki napastników Miłośnik Tatuaży jest bardziej niebezpieczny, ale nie mógł 
zlekceważyć Zajęczej Wargi, który skradał się z nożem o długim, zakrzywionym 
ostrzu. Zamarkował atak na Miłośnika Tatuaży, po czym błyskawicznie odwrócił 
się do demona z nożem w ręku. Zatopił zęby w jego przedramieniu, poderwał na-
pastnika z ziemi i zaczął nim trząść, aż usłyszał odgłos upadającej broni. 

background image

Miłośnik Tatuaży zaatakował Treya od tyłu, wbijając w jego bark ostre jak 

szpilki kły. Demon spróbował zadać cios w twarz chłopaka, lecz ten chwycił jego 
dłonie i unieruchomił je w potężnym uścisku wilkołaka. Nagle poczuł na swoim 
obojczyku mocniejszy ucisk zębów, gdyż Miłośnik Tatuaży zwarł silniej szczęki, 
by sprawić mu jak największy ból. 

- Zrób coś, Shnirop! - wrzasnął Zajęcza Warga, kopiąc ogromne ciało Treya i 

raniąc je dotkliwie pazurami. - Zrób coś, bo mi odgryzie to pieprzone ramię! 

Trey usłyszał zbliżający się pociąg wcześniej niż demony. Miał niezwykle 

wyostrzony słuch i domyślał się, że skład nadjeżdża tunelem z pełną prędkością. 

Miłośnik Tatuaży szarpnął się, uczepiony pleców Treya, i podkurczył nogi, po 

czym zaparł się nogami o jego boki, rozluźniając szczękę. 

Trey domyślał się, co demon planuje: podciągnąć się, by zadać jeszcze jeden 

morderczy cios, bezlitośnie przebić ostrymi jak brzytwa zębami tętnicę szyjną 
wilkołaka i wreszcie go zabić. 

Pociąg wypadł z czarnego tunelu w samą porę, zalewając pusty peron falą 

dźwięku. Trey wiedział, co musi zrobić. Zwolnił żelazny uścisk na ramieniu 
Zajęczej Wargi w chwili, gdy pociąg miał się z nimi zrównać, i kopnięciem 
odrzucił demona, który potoczył się wprost pod koła pędzącego składu. Trey 
widział, jak jego ciało uderza w okno przedniej szyby, zza której patrzył przerażo-
ny maszynista, zaraz potem wagony zniknęły w tunelu na przeciwnym końcu 
peronu. Drugiego demona, wciąż uczepionego pleców Treya, chłopak przygniótł z 
całej siły do wyłożonej kafelkami ściany i pozbawił go oddechu. A potem wykonał 
błyskawiczny zwrot na pięcie i rozorał pazurami gardło Miłośnika Tatuaży; 
odwrócił głowę, by uniknąć fontanny gorącej czarnej krwi, która chlusnęła z ciała 
martwego już demona. 

W umysł Treya wdarł się ostry jak nóż pisk kół zablokowanych przez 

maszynistę ręcznym hamulcem. Podniósł szybko wzrok i zobaczył ludzi z 
ostatniego wagonu, którzy patrzyli przerażeni, bo oto na peronie londyńskiego 
metra ujrzeli wilkołaka. 

Na szczęście pociąg zdążył wjechać do tunelu, zanim się zatrzymał, tak że Trey 

został poza zasięgiem ich wzroku. Spojrzał na martwego demona u swoich stóp i 
zobaczył, że ten zaczyna blednąc. Patrzył tak, aż ciało całkiem zniknęło. 

„Nic tu po mnie - pomyślał Trey, rozważając kolejne ewentualności. - Muszę 

zmienić się w człowieka i uciekać, zanim zaroi się tu od policji". 

Gdy ponownie przybrał ludzką postać, spojrzał na swoje nagie, zakrwawione 

ciało. Krew płynęła z głębokich ran na nogach i brzuchu, a także z rozcięcia pod 
okiem. Teraz jego poszarpane, ludzkie zakończenia nerwowe zaczęły wrzeszczeć 
wniebogłosy, a ból bardzo się nasilił. Spojrzał na ubrania, które zaledwie kilka 
chwil wcześniej skrywały migocące, czarne ciała demonów, i zwrócił uwagę, że 

background image

nie ma na nich śladu krwi. Niczego, co by wskazywało, jak strasznie zostali 
potraktowani ich właściciele. Podniósł bluzę dresową i naciągnął na nagi tors, 
krzywiąc się, kiedy zapinał suwak, ponieważ wiedział, że zaledwie przed kilkoma 
sekundami ubranie było przesiąknięte krwią demona. Teraz nie została nawet 
najmniejsza plamka. Krew zniknęła podobnie jak napastnicy. A poza tym Trey 
wiedział, że to nie chwila na grymasy. Wciągnął na siebie spodnie i spojrzał nawet 
na buty, lecz zaraz się zorientował, że nie będą na niego pasowały. 

Na chwiejnych nogach podszedł do miejsca, gdzie leżała torba z suknią z 

Liberty. Podniósł ją i zajrzał do środka: z ulgą zobaczył, że paskudne istoty cienia 
nie zniszczyły prezentu dla Alexy. 

Opuścił stację metra, nie pamiętając nawet, że wyszedł po tych samych 

schodach, po których niedawno temu zbiegał w pośpiechu. Ogarnięty paniką, 
czuł, jak serce łomocze mu w piersi. 

Właśnie kogoś zabił. Odebrał życie. Nieważne, że nie byli to ludzie, a on sam 

znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie - zabił demony gołymi rękoma. 

Powitały go te same londyńskie ulice: to samo powietrze, to samo mdłe światło 

latarni, ten sam benzynowy zaduch miasta drażniły jego zmysł węchu. Coś się 
jednak zmieniło. Zmiana dokonała się w nim, bezpowrotnie, a on sam wyczuwał, 
że już nigdy nie będzie tak jak przedtem. 

Szedł ulicą, zerkając na ubrania martwych demonów, które założył, i zauważył, 

że krew z jego ran przesiąka przez materiał, plamy zaś w pomarańczowym świetle 
latarni przybierają czarny kolor. Dotknął wilgotnej tkaniny, wiedząc, że choć rany 
nie zagrażają jego życiu, to nieustanny upływ krwi może niebawem spowodować 
problemy. Rozejrzał się i ze zdziwieniem zobaczył, że zupełnie bezwiednie wszedł 
do parku i stoi jakieś dwadzieścia metrów za bramą. 

Powietrze tutaj było czystsze, a świeży zapach trawy, niczym nocne perfumy, 

maskował miejski smród. Po lewej stronie stał duży dąb, którego prastare konary 
zwieszały się niczym kościste kończyny ogromnego pająka, który na moment 
zastygł w bezruchu, by za chwilę chwycić go i zagarnąć do niewidocznego, 
wygłodniałego pyska. 
Trey spojrzał przez gałęzie na niebo pełne gwiazd mrugających do niego z 
niewyobrażalnie odległych miejsc i poczuł nieokiełznane pragnienie 
przemienienia się znowu w wilkołaka. Pragnął tego po części dlatego, że ból by się 
wtedy zmniejszył, lecz przede wszystkim domyślał się, iż na tej otwartej 
przestrzeni poczułby się w pełni s o b ą, mogąc biec swobodnie pod baldachimem 
nocy i chłonąc wilczymi zmysłami zapachy, widoki i dźwięki otoczenia. Jednakże 
to dziwne pragnienie tłumiła instynktowna wiedza, że nie wolno mu ulegać 
podobnym popędom, że musi je kontrolować na początkowym etapie 
doświadczania własnej mocy, dlatego szybko zwalczył pokusę. 

background image

Skupił się na demonach, które zwabiły go w zasadzkę, i przypomniał sobie ich 

twarze, kiedy je zabijał, by ratować własne życie. Znowu poczuł gorzki, 
metaliczny smak ich krwi i natychmiast potrząsnął głową z obrzydzeniem, gdyż 
do jego świadomości wdarła się zdziczała myśl. 

Wydawało mu się, że jakiś obcy głos szepce w jego głowie, że krew była dobra 

- wzdrygnął się i poczuł falę nudności. 

Powtarzał sobie w duchu, że wcale mu nie smakowa ła. Była straszna i ohydna. 
Te myśli przerwał odgłos uderzającej o ziemię torby, która wysunęła mu się z 

ręki. Trey spojrzał na nią i zmarszczył czoło, jakby widział ją po raz pierwszy. 
Kiedy się schylił, zauważył krople krwi spadające na plastik. 

Dla własnego bezpieczeństwa powinien odejść jak najdalej od stacji metra. 
Gdy wyszedł za bramę parku, spróbował przywołać taksówkę. Kierowca 

zwolnił i zjechał do krawężnika, lecz na widok chłopaka w zakrwawionym 
ubraniu gwałtownie przyspieszył. 

Osamotniony, ranny i przestraszony, Trey miał tylko jedno wyjście: znalazł 

budkę telefoniczną, zadzwonił do Luciena i poprosił go o pomoc. 
 
 

16

16

16

16    

 

Podczas jazdy do domu Tom prowizorycznie opatrzył Treya na tylnym 

siedzeniu auta. W słabym świetle zdezynfekował rany, założył opatrunek, a potem 
owinął ciało chłopaka bandażem. 

- Wystarczy, żeby dowieźć cię w jednym kawałku, zanim obejrzy cię lekarz - 

powiedział. Poklepał Treya po ramieniu i usiadł obok niego. 

Lucien w milczeniu jechał przez Londyn. Nie zadawał żadnych pytań, oprócz 

jednego: czy Trey czuje się w miarę dobrze i czy zdaniem Toma powinni zawieźć 
go do szpitala. Trey nie miał pewności, z jakiego powodu, z gniewu czy z troski, 
wampir nie próbował dociekać, co się stało, lecz gdy już dojechali na parking i 
Lucien wysiadł, by pomóc Tomowi zaprowadzić Treya na górę, wyraz jego twarzy 
i łagodny głos uspokoiły chłopaka. Lucien zadzwonił do domu jeszcze z 
samochodu i upewnił się, że lekarz jest już w drodze, tak więc gdy drzwi windy 
otworzyły się, Trey zobaczył obok Alexy dziwnego, niedużego mężczyznę i 
domyślił się, że to zapewne pomoc medyczna, o której wampir wspominał przez 
telefon. 

Lucien i Tom podtrzymywali Treya, na wypadek gdyby zemdlał. Chłopak oparł 

się mocno na ojcu Alexy. W głowie miał zamęt, a gdy spróbował się wyprostować, 
pokój zakołysał się nieprzyjemnie. 

background image

- Przepraszam, Lucienie - wymamrotał. Wydawało mu się, że w każdej chwili 

może zwymiotować na kremowy dywan, dlatego na chwilę zamknął oczy, 
próbując się opanować. 

Alexa natychmiast podbiegła do nich. Oczy miała zaczerwienione i 

podpuchnięte, lecz Trey, mimo bólu i niewygody, pomyślał, że jest ładniejsza niż 
wcześniej: krucha i delikatna. Uśmiechnął się i skinął głową, by jej powiedzieć, że 
wszystko w porządku. Zdążył jeszcze pomyśleć, że chyba właśnie się zakochał. 

Ciemność, która dotąd pełzała na skraju jego pola widzenia, nagle rozlała się i 

zaczerniła cały świat, pozbawiając Treya świadomości. 

Kiedy odzyskał przytomność, leżał w łóżku, a na krześle obok spał Tom. Trey 

uśmiechnął się, słysząc ciche pochrapywanie Irlandczyka. Jego nowy przyjaciel 
miał na kolanach książkę, lecz chłopcu nie udało się odczytać tytułu. Gdy 
zaciekawiony spróbował usiąść, jego ciało eksplodowało. Nie sposób było 
powiedzieć, w którym miejscu odczuwał największy ból - niczym ostrza wbijał się 
w ciało Treya pod każdym kątem. W pewnym momencie chłopak jęknął cicho, a 
Tom od razu się obudził. 

- Chyba już się zorientowałeś, że najlepsze, co możesz zrobić, to leżeć 

spokojnie - powiedział Tom, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. - Jak będziesz 
sam wdawał się w bójki z demonami cienia, to zyskasz więcej blizn niż ja. - 
Umilkł i kiwnął głową. - Jak się czujesz, chłopcze? 

- Szczerze mówiąc, Tom, bywało lepiej, znacznie lepiej. 
Drzwi sypialni się otworzyły i w szczelinie pojawiła się głowa Alexy. 
- Mogę wejść? - zapytała. - Usłyszałam głosy, więc pomyślałam, że zajrzę i 

sprawdzę, czy już się obudził. - Wchodząc, uśmiechnęła się smutno do Treya i 
pomachała mu końcami palców. 

- Przyniosę wam coś do picia. - Tom wyszedł, zostawiając ich samych. 
Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, dziewczyna zwróciła ku Treyowi 

zatroskaną twarz. 

- Wybacz, Treyu. To moja wina. Gdybym cię nie zostawiła w środku Londynu, 

nie doszłoby do tego. Naprawdę... 
- Nie bądź głupia, Alexo - przerwał jej. - Gdybym nie gadał jak ostatni palant, to 
nie łaziłbym potem sam po Londynie. A poza tym tamci faceci czekali na okazję, 
żeby mnie dopaść. Nie zjawili się przypadkiem. Zastawili na mnie pułapkę, w 
którą dałem się złapać jak ostatni frajer. - Uniósł dłoń, widząc, że Alexa chce coś 
powiedzieć. - Szczerze mówiąc, cieszę się, że cię nie było, gdy doszło do walki. 
Mało przyjemny obrazek - mówił coraz cichszym głosem, aż wreszcie zacisnął 
mocno zęby, by powstrzymać łzy, które napłynęły mu do oczu. Otarł je 
wierzchem dłoni, posykując z bólu, który czuł nawet przy tak prostej czynności. 
Spojrzał na nią i zapytał: 

background image

- Pomożesz mi wygrzebać się z łóżka? 
- Lekarz powiedział, że masz odpoczywać - odparła i zaraz dodała: - Spałeś dwa 

dni, Treyu. 

Aż wstrzymał oddech, gdy to usłyszał. Wcześniej zastanawiał się, dlaczego 

kazali Tomowi niańczyć go w dzień i w nocy, lecz gdy się dowiedział, że był 
nieprzytomny przez dwa dni, zdał sobie sprawę, że pewnie bali się o jego życie, 
dlatego na wszelki wypadek ktoś nad nim czuwał przez cały czas. 

- Tato i Tom siedzieli przy tobie na zmianę. Tato prawie nie wychodził z 

twojego pokoju. Staraliśmy się w tym czasie przeanalizować wszystkie dane. 
Informacje, jakie otrzymaliśmy od naszych ludzi w organizacji Kalibana, 
potwierdzają twoje relacje: rzeczywiście wysłano demony, żeby cię zlikwidować. 
- Przygryzła dolną wargę i spojrzała na jego obandażowaną pierś i tułów. - 
Wiemy, że to były demony cienia. Jak dotąd nie udało nam się namierzyć żadnego 
z nich, ale gdy ojciec... 

- Nie znajdziecie ich, Alexo. Oni nie żyją... zabiłem ich. - Trey spuścił wzrok i 

odwrócił głowę, by nie widziała jego twarzy. 

Alexa ujęła jego dłoń. 
- Przykro mi, Treyu. To musiał być dla ciebie koszmar. Nawet nie próbuję 

wyobrazić sobie, co czujesz. 

Gdy spojrzał na nią, zobaczył, że płacze, a widok ten przywołał wspomnienie 

tamtego wieczoru. 

- Gdzie jest moja torba? - zapytał. 
- Torba? Jaka torba? 
- Tylko mi nie mów, że jej nie miałem, gdy twój tata po mnie przyjechał! 

Pamiętam, że wyszedłem z nią ze stacji metra. 

Rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju wszedł Lucien. Rozpromienił się, 

gdy spojrzał na Treya, ten zaś jednocześnie ucieszył się i speszył, przepełniony 
poczuciem winy. Pomyślał o tym, jak dotąd traktował Luciena i że nie zrobił nic, 
by podziękować za dobroć i troskę, jakie okazał mu opiekun. 

- A więc się obudziłeś? Wspaniale. Trochę się o ciebie martwiliśmy. I jak się 

czujesz, Treyu? 

- Obolały, poobijany, głupi i dziwnie skory do wzruszeń, z byle powodu chce 

mi się płakać - odrzekł chłopak z uśmiechem. - Ale domyślam się, że czułbym się 
znacznie gorzej, gdyby nie ty. Dziękuję... za wszystko. 

Lucien przyjął podziękowanie skinieniem głowy i podszedł do okna, by 

odsunąć zasłony. 

- Chciałbym wstać - rzekł Trey, gdy słoneczny blask wlał się do pokoju. 
- Raczej bym ci to odradzał - odparł Lucien. 

background image

- Chciałbym wstać - powtórzył Trey dobitnie, na co wampir po chwili wahania 

kiwnął przyzwalająco. Stanął przy łóżku obok Alexy i spojrzał na leżącego. 

- Zobaczymy, jak silny jest twój organizm. Jeśli zrobi ci się niedobrze albo 

słabo, od razu położysz się z powrotem. Sam będziesz szedł czy ci pomóc? 

Trey spojrzał na niego i uznał, że mężczyzna mówi poważnie. 
- Wolę sam. 
Wstrzymał oddech, kiedy Lucien pomógł mu stanąć na nogach; starał się nie 

zwracać uwagi na sygnały bólu, jakie jego ciało całymi salwami wysyłało do 
mózgu. Kiedy już znalazł się w pozycji pionowej, po raz kolejny wstrzymał 
oddech i delikatnie pomacał bandaże na brzuchu. 

- Mam nadzieję, że to najgorsza część całej operacji - powiedział. Z pomocą 

Luciena i Alexy włożył szlafrok i przeszedł do salonu, nie zważając na 
niezadowolenie Toma, który spoglądał z dezaprobatą spod zmarszczonych brwi. 
Trey opadł powoli na jeden z foteli, po czym wypuścił powietrze, wstrzymywane 
w trakcie tej krótkiej podróży, i zdobył się na uśmiech. 

- Napiłbym się herbaty - powiedział. 
- Lucienie - mówił dalej, kiedy Tom przeszedł do kuchni, by nastawić wodę w 

czajniku. - Gdzie jest torba, którą miałem, kiedy po mnie przyjechałeś? Bo 
przecież wziąłem ze sobą torbę, prawda? 

- Owszem - odparł jego opiekun. - Jest w twojej sypialni pod oknem. 
- Alexo, mogłabyś ją przynieść? - zapytał zadowolony, że torba bezpiecznie 

przyjechała z nim. Wydawało mu się dziwne, że jest dla niego tak ważna. Jakby 
podświadomie nadał jej status symbolu, dlatego wiadomość, że wciąż ją ma, 
napełniła go szczęściem niewspółmiernym do wartości czy wagi przedmiotu, 
który się w niej znajdował. 

Alexa wróciła z paczką z Liberty i położyła ją na stole, spoglądając pytająco na 

Treya. 

- Otwórz, Alexo, to dla ciebie - oznajmił z uśmiechem na ustach. - Trochę 

mnie kosztowało, żeby donieść ją bez szwanku, więc mam nadzieję, że ci się 
spodoba. 

Tom podał mu kubek z gorącą herbatą i wszyscy trzej patrzyli, jak Alexa 

rozwiązuje wstążkę i otwiera pudełko. Wstrzymała oddech na widok sukni, a gdy 
spojrzała na Treya, miała uśmiech, od którego poczuł ucisk w piersi, a krew w jego 
żyłach popłynęła trochę szybciej. 

- To prezent - wyjaśnił. - Na zgodę. Chciałem cię przeprosić za to, co 

powiedziałem tamtego wieczora, nie miałem prawa odzywać się tak do ciebie. - 
Odwrócił się do Luciena. - Chyba nie masz nic przeciwko, że kupiłem to dla 
Alexy za pieniądze, które dostałem od ciebie? 

background image

- To były twoje pieniądze. Mogłeś nimi dysponować według własnej woli - 

odparł wampir. 
- Wszystkim wam chciałbym podziękować za dobroć, jaką mi okazaliście - 
powiedział chłopiec i upił łyk gorącej, słodkiej herbaty. - Zachowywałem się 
trochę jak palant i byłem niesprawiedliwy. A to dlatego, że... trudno mi się ze 
wszystkim uporać. Wiem jednak, że stara liście się mi pomóc, za co jestem wam 
wdzięczny. Dziękuję. 

Zadzwonił telefon zamontowany na ścianie. Tom odebrał i słuchał przez 

chwilę, nim odwiesił słuchawkę. 

- To Charles z dołu. Odebrali sygnał Pierścienia Amona. Wygląda na to, że 

Kaliban zamierza się nim posłużyć, tak jak podejrzewaliśmy. 

Trey nie miał pojęcia, o czym mężczyzna mówi, lecz sądząc po spojrzeniach, 

jakie w milczeniu wymieniło między sobą troje jego towarzyszy, była to bardzo 
zła wiadomość. 
 
 

17

17

17

17    

 
Tom chwilę gmerał w kredensie i wyjął pudełko pączków, które położył na 

stole obok drugiego kubka gorącej herbaty Treya. Wcześniej pomógł mu przejść 
do kuchni i teraz chłopak trochę się zdziwił, widząc, jak mężczyzna, z pozoru 
szorstki i obcesowy, troszczy się o niego - może bardziej, niż Trey na to 
zasługiwał. 

Zaraz po telefonie Alexa popędziła na dół, a Lucien wyjaśnił Treyowi, że jego 

córka prowadzi badania nad Pierścieniem Amona i poszła poznać nowe dane. 

Lucien i Tom zaczęli rozmowę o ataku w stacji metra, a Trey zdał im relację z 

wałki z demonami. Lucien przerywał mu i zadawał pytania dotyczące 
nieistotnych, zdawałoby się, szczegółów. Za to potem wampir słuchał w 
milczeniu, gdy Trey zaczął opowiadać, jak zabił oba demony i jak ich ciała po 
prostu zniknęły na jego oczach. 

- Ich ciała pojawią się w świecie demonów - wyjaśnił Tom. - Choć sądząc z 

tego, co powiedziałeś o Zajęczej Wardze, jak się rozchlapał na szybie pociągu, to 
chyba niezbyt dużo z jego osoby się tam pojawi. – Tom spojrzał na szefa i uniósł 
brew. - Twardy z niego zawodnik - powiedział i kiwnął głową w stronę Treya. 

- O tym przekonaliśmy się już chyba na naszej sesji - odparł Lucien i 

uśmiechnął się do Irlandczyka. 

Tom przymrużył prawe oko. Jego twarz, z szeroką, paskudną blizną, 

przypominała teraz Treyowi inną, z filmu o zombie, który kiedyś oglądał. 

background image

- Ach, wtedy walczył tylko z takim starym prykiem jak ty. Co innego załatwić 

dwa młode demony cienia. 

Trey spojrzał na mężczyzn siedzących po jego obu stronach i zorientował się, 

że Tom podpuszcza Luciena, spodziewając się jego reakcji. 

Tymczasem wampir sięgnął po kubek i spokojnie dopił herbatę, spoglądając z 

rozbawieniem znad brzegu naczynia. 

Widząc, że Lucien nie zamierza połknąć przynęty, Trey poczuł dziwne 

pragnienie wstawienia się za nim. 

- Tom, przecież Lucien nie jest aż tak stary. Ile masz lat? Czterdzieści? Góra 

czterdzieści pięć. 

Wampir odstawił kubek i uśmiechnął się szeroko, wytrzymując spojrzenie 

Toma. Tym razem to on uniósł brew. Po chwili znowu spojrzał na Treya. 

- Prawie dwieście dwadzieścia. Ale dziękuję ci. Niektórzy posiadają wrodzony 

takt i zmysł dyplomacji, a inni nie. - Głową wskazał Irlandczyka. 

- Założę się, Treyu, że dręczą cię teraz wyrzuty sumienia - rzucił Tom z 

błyskiem w oku, co sugerowało, że jeszcze się nie poddał. - W końcu sprałeś 
zniedołężniałego staruszka. Ach, ta dzisiejsza młodzież, cholernie niewdzięczna. - 
Wyszczerzył zęby w uśmiechu i poczochrał włosy chłopaka, po czym wstał i 
zabrał się za sprzątanie naczyń. 

Trey wpatrywał się w wampira siedzącego u jego boku, zdumiony tym, co 

przed chwilą usłyszał. 

Lucien spojrzał na niego i jakby czytając w jego myślach, uśmiechnął się i 

dodał: 

- Można by powiedzieć, że nadeszły pieskie lata dla wampirów. 
- Tom, co się wtedy stało z Hopperem? - zapytał Trey po długiej chwili 

milczenia. 

- Sam sobie zadaję to pytanie od chwili zniknięcia naszego małego przyjaciela - 

odparł Irlandczyk i przeszedł do kuchni, by włożyć kubki do zlewu. - Żaden z 
naszych ludzi go nie namierzył, a przecież dość łatwo jest zlokalizować demony 
poruszające się na poziomie ludzi. Zapadł się pod ziemię. 

- Wygląda na to, że nieświadomie sprowadziliśmy do naszego obozu zdrajcę - 

rzekł Lucien. - A tenże zdrajca pracuje dla Kalibana. Jeśli istotnie tak jest, nie ma 
wątpliwości, że to mój brat nasłał na chłopaka tamtych bandziorów. 

Tom skinął głową i spojrzał na szefa. 
- Hoppera polecił jeden z naszych ludzi. Przysięgam, że gdybyśmy mieli 

choćby cień podejrzeń, nigdy byśmy go nie zatrudnili. 

Lucien uniósł dłoń. 

background image

- Nikt cię nie wini, Tom. Wiem, jak starannie dobierasz personel. W niczym 

nie zmienia to naszych planów, ale sprawa nabiera większej wagi. Kaliban z 
pewnością posłuży się Pierścieniem jeszcze wcześniej. 

- Jakim pierścieniem? - zapytał Trey. 
- Pierścieniem Amona - odpowiedział Lucien. - To bardzo stary artefakt z 

Otchłani. Uważano, że został zniszczony dawno temu. Użyty z odpowiednim 
zaklęciem ma moc oddziaływania na ludzi: wpływa na ich moralność i sprawia, że 
zwykli śmiertelnicy robią rzeczy, na jakie normalnie nigdy by się nie poważyli. 
Pierścień uwalnia w ludziach cały potencjał zła i wściekłości, jaki w nich drzemie. 
Normalni - to znaczy dobrzy - ludzie dokonują krwawych zbrodni, a ofiarami 
padają nawet osoby im bliskie i przez nich kochane. Sądzimy, że Kaliban zechce 
posłużyć się Pierścieniem, aby zwrócić ludzkość przeciwko niej samej. Zapewne 
będzie chciał doprowadzić do powstania dynastii wampirów w świecie ludzi: 
imperium wampirów, którego władcą zostanie on sam. 

- Skoro jest tak potężny, jak mówisz - powiedział Trey - dlaczego po prostu nie 

przyjdzie, by przejąć władzę? Po co mu ten Pierścień? 

Lucien zerknął na Toma, a przez jego usta przemknął cień uśmiechu. 
- Istoty ludzkie to wyjątkowo uparty gatunek, gdy zagraża im niewola. W 

przeszłości Kaliban i jemu podobni próbowali rzucić ludzkość na kolana, 
destabilizując życie na ziemi wojnami, chorobami i klęskami głodu. Pierścień jest 
idealną bronią, którą można wywołać chaos i złamać ducha ludzkości. 

- Chcą zniszczyć ludzkość? 
Lucien spojrzał na chłopaka, szukając odpowiednich słów. 
- Nie, Treyu, nie chcą zniszczyć ludzkości. Wręcz przeciwnie. My, wampiry, 

potrzebujemy ludzi. Istniejemy na tym świecie tak długo, jak długo sięga pamięć, 
karmimy się krwią żywych, bo ona gwarantuje nam przetrwanie. Przez wieki 
istnieliśmy w ukryciu. Byliśmy panami nocy. Lecz zatraciliśmy czujność. 
Zadowoleni z siebie, pozwoliliśmy, by ludzie dowiedzieli się o naszym istnieniu. 
Odkryli, że nie jesteśmy niepokonani i że można nas zabić. Nasze szeregi - a nigdy 
nie było nas wielu - kurczyły się, gdyż polowano na nas i niszczono. Ukryliśmy 
się więc w Otchłani, a w świecie śmiertelników pojawialiśmy się tylko po to, żeby 
się pożywić; marzyliśmy o dniu, w którym będziemy mogli wrócić na stałe. 

- Spojrzał za okno. - Dzięki Pierścieniowi to marzenie mogłoby się ziścić: 

nieograniczone źródło pożywienia, pogrążone w chaosie, niezdolne do obrony 
przed tymi, którzy się nim żywią. Oto marzenie mojego brata, a koszmar dla nas, 
pozostałych. 

Trey spojrzał na obu mężczyzn, usiłując zrozumieć to, co usłyszał. 
- Dostaliśmy cynk - powiedział Tom - od jednego z naszych, którzy 

przeniknęli do organizacji Kalibana, że w jakiś sposób zdobył Pierścień. 

background image

Początkowo specjalnie się tym nie przejęliśmy, spodziewając się niewielkich 
zniszczeń, bo jest tak, jak mówi Lucien: właściciel Pierścienia musi być słyszany 
przez wszystkich, których chciałby poddać zaklęciu. Potem jednak odkryliśmy, że 
w tym celu zamierza wykorzystać sieci telefonii komórkowej. Kaliban to potwór 
obeznany z technologią, dobrze się orientuje w nowoczesnym świecie. Ma 
przyjaciół na wysokich stanowiskach, we wszystkich sieciach, na całym świecie i - 
jak się domyślamy - byłby w stanie połączyć się jednocześnie z każdym numerem 
któregokolwiek z operatorów. Planuje przeprowadzić próbę w przyszłym 
miesiącu w Amsterdamie. 

- Dlaczego akurat tam? - zapytał Trey.  
Tom wzruszył ramionami. 
- A dlaczego nie? Dla Kalibana każde miejsce jest dobre, lecz tam, w zachodniej 

Holandii, odnotowano najwyższą liczbę posiadaczy telefonów komórkowych w 
Europie. Nie znam lepszego miasta na podobny eksperyment. 

Lucien wstał i podszedł do okna. 
- Jeśli mu się uda, Amsterdam zamieni się w piekło na ziemi. Całe rodziny 

stracą życie z rąk najbliższych. Nasze źródła podają, że Kaliban traktuje Holandię 
jako pole doświadczalne i w zależności od tego, jak mu się powiedzie, będzie 
chciał użyć Pierścienia w pozostałych częściach świata, by siać śmierć i 
nieszczęście na wszystkich kontynentach. Na ziemi rozpęta się piekło, w którym 
zło czynione przez wampiry będzie niczym w porównaniu z tym, co ludzie 
zgotują ludziom. 

Przez chwilę Lucien stał wpatrzony w podłogę, aż wreszcie znowu się odezwał: 
- Podobna strategia nie jest niczym nowym. Wielu władców Otchłani 

podejmowało próby destabilizacji świata ludzi, by nad nim zapanować. 
Wampirom zawsze chodziło o krew, lecz inni pragną zawładnąć ludzkimi du-
szami. Nie było dyktatury, wojny czy masakry, w których by nie maczali palców. 
Obawiam się jednak, że Pierścień, wykorzystany w sposób zaplanowany przez 
mojego brata, pozwoli mu wreszcie osiągnąć jego cele i rzucić przeciwników na 
kolana. 

- Trzeba go powstrzymać - odezwał się Trey. 
- Tak. - Lucien odwrócił się od okna i spojrzał na chłopaka. - Jest coś jeszcze, co 

dotyczy twojego bezpieczeństwa. Od chwili twojego przybycia tutaj staraliśmy się 
cię „osłonić". Alexa potrafi maskować indywidualny sygnał, który wysyłasz w 
momencie przemiany. Kaliban rozesłał ludzi w poszukiwaniu tego sygnału, na 
wypadek gdyby próba zniszczenia cię ogniem się nie powiodła. Mój brat uważa, 
że stanowisz dla niego ogromne zagrożenie. Wie, że gdy dorośniesz, twoja moc 
będzie większa, pamięta też, że zamordował twoich rodziców, i spodziewa się, iż 
pewnego dnia zechcesz pomścić ich śmierć. Jest jeszcze legenda o Theissie. - 

background image

Uniesioną dłonią wampir powstrzymał protest Treya. - Posłuchaj, mój brat nade 
wszystko pragnie twojej śmierci, dlatego nie cofnie się przed niczym i uczyni 
wszystko, żeby cię zabić. 

- Co mogę zrobić, Lucienie? Skoro on jest tak potężny, jak mówisz, i wie, gdzie 

jestem, to prędzej czy później mnie dopadnie. 

- Liczyliśmy na to, że uda nam się ukryć twoją obecność tutaj do momentu, 

gdy staniesz się silniejszy i będziesz lepiej przygotowany. On wie, że jeśli zdoła cię 
dopaść, zanim uzyskasz pełną kontrolę nad swoją mocą, szanse zabicia ciebie będą 
większe. Próbował już dwukrotnie, bez powodzenia, dlatego tym bardziej zdecy-
duje się na plan z Pierścieniem Amona, aby odwrócić uwagę moją oraz moich 
ludzi i jeszcze raz spróbować cię dostać. Ciebie boi się najbardziej. Wierzy, że 
gdyby udało mu się cię zabić, mógłby swobodnie zrealizować swoje plany. 

- Nie martw się, Treyu - rzekł Tom. - Obaj z Lucienem obronimy cię przed 

szponami tego diabelnego sukinsyna. 

Lucien przytaknął mu. 
- Mamy miejsca, w których będziesz bezpieczny i gdzie otoczymy cię 

wystarczającą opieką. Kiedy już pokrzyżujemy mu plany dotyczące Pierścienia, 
zastanowimy się nad rozwiązaniem na dłuższą metę. 

- Dlaczego nie mogę teraz pomagać tobie i Tomowi? - zapytał Trey. 
- To zbyt niebezpieczne - odparł wampir i potrząsnął głową. - Musimy 

powstrzymać Kalibana przed użyciem Pierścienia, niestety ty nie potrafisz jeszcze 
w pełni kontrolować swojej mocy. Po prostu nie powinienem narażać cię na takie 
ryzyko. 

- Lucien ma rację - rzekł Tom. - Jeszcze dostaniesz swoją szansę, żeby nam 

pomóc, jeśli tego pragniesz. Mam taką nadzieję, bo będzie z ciebie cholernie duży 
kawał drania, który niejednemu da się we znaki, o tak. Ale na razie musimy 
zabrać cię w bezpieczne miejsce i rozwiązać problem z Pierścieniem. 

Lucien kiwnął głową i wziął głęboki oddech, planując w myślach kolejne 

kroki. Po chwili rzeczowym tonem zwrócił się do Irlandczyka: 

- Tom, bądź tak dobry i poproś Alexe, żeby do nas dołączyła. Chciałbym, by 

udała się z Treyem do jego kryjówki. - Spojrzał na Treya. - Alexa zostanie z tobą. 
Jest niezwykle zdolną czarodziejką i z pewnością pomoże zapewnić ci 
bezpieczeństwo. 

W pierwszej chwili Trey chciał zaoponować przeciwko temu, by opiekowała 

się nim dziewczyna, lecz w gruncie rzeczy bardzo się ucieszył, że Alexa będzie mu 
towarzyszyć, skoro już musi się ukrywać. Nie miał wątpliwości, że Lucien zadba o 
to, aby niczego im nie brakowało, i że przyśle po nich, gdy tylko uporają się ze 
sprawą Pierścienia. 

- Dokąd mnie wyślecie? - zapytał. – I na jak długo?  

background image

Wampir zastanawiał się przez chwilę. 
- Mam dom na obrzeżach stanu New Jersey. Polecicie tam z Alexa prywatnym 

odrzutowcem, zaopiekuje się wami jeden z naszych ludzi. Ta kobieta jest z nami 
od dawna i można jej zaufać. Będzie zachwycona, mogąc porozpieszczać gości. 
Myślę, że zostaniecie tam dwa lub trzy miesiące, nie dłużej. W miarę możliwości 
ja i Tom będziemy was odwiedzać. 

- Udajecie się na wojnę? 
- Nie - odparł Lucien. - Jeszcze nie. Obawiam się jednak, że nastąpi to w 

niedalekiej przyszłości. 
 
 

18

18

18

18    

 
Tom wbiegł do pokoju, nawołując Luciena. Wampir wstał w tej samej chwili 

co Trey, który czytał na kanapie. Jedno spojrzenie na oszpeconą blizną twarz 
Irlandczyka wystarczyło, by poczuć nieprzyjemny ucisk w żołądku. Chłopak 
zerknął na wampira i na jego towarzysza, zastanawiając się, co mogło tak 
wystraszyć Toma. 

- Co się stało? - zapytał Lucien. 
- Chodzi o Alexe. Widziano, jak schodziła do biblioteki, gdzie miała zebrać 

więcej danych o Pierścieniu Amona - powiedział Irlandczyk z twarzą poszarzałą 
od niepokoju. - Chciała odszukać informację w książce o demonach, którą 
niedawno zdobyliśmy. W każdym razie jeden z naszych ludzi poszedł tam 
niedługo potem, by zapytać, czy Alexa nie chce się czegoś napić. Wszystkie jej 
materiały i przybory leżały ułożone na stole obok książek, lecz Alexy nie było. 
Weszła tam i już stamtąd nie wyszła. 

Trey spojrzał na Luciena, który zamarł na środku pokoju, jakby niezdolny do 

ruchu. 

Tom podał wampirowi kawałek papieru. List napisano ręcznie, ozdobnym 

charakterem pisma. Chłopak widział wyraźnie wykaligrafowany tekst, kiedy 
Lucien podniósł kartkę do oczu. Od razu się zorientował, ż<> słowa napisano 
krwią; po wyschnięciu jasnoczerwony atrament przybrał barwę 
miedzianobrązową. Wiadomość była lakoniczna: 

 

Jeśli chcesz zobaczyć Alexę w jednym kawału, 

przyprowadź do mnie chłopaka. 

 

Trey zobaczył, że podpisano ją dużą literą K. 

background image

Lucien, wpatrzony przed siebie, bezwiednie zmiął kartkę. W jego oczach 

zapłonął taki sam dziki ogień, jaki Trey widział podczas ich sesji na korcie, a 
mięśnie szczęk wampira pracowały, jakby przeżuwał kęs niewidzialnego jedzenia. 

- Ma ją, prawda? - zapytał Trey.  
Lucien skinął głową, nie patrząc na niego. 
- Czy wiemy, dokąd ją zabrał? - zwrócił się do Toma. 
- Do Holandii - odpowiedział Irlandczyk. - Gdy tylko się zorientowaliśmy, że 

zniknęła, uruchomiliśmy zaklęcie śledzące. Nie próbowali go zablokować, a to 
znaczy, że chcą, byśmy wiedzieli, gdzie jest i że żyje. Wciąż się z nią 
przemieszczają i wygląda na to, że kierują się do Amsterdamu. Martin już wydał 
polecenie, by zatankowali odrzutowiec na miejskim lotnisku. Możemy wyruszyć 
w każdej chwili. Czekamy tylko na twój znak. 

Lucien spojrzał na pomięty kawałek papieru, który wciąż trzymał w ręku, i 

zmarszczył brwi, jakby zobaczył wiadomość po raz pierwszy. Po chwili podniósł 
wzrok i skinął głową. 

- Przekaż Martinowi, że będziemy na lotnisku za pół godziny. Skontaktuj się z 

naszymi ludźmi w Holandii. Niech się wszystkim zajmą, nie chcę kłopotów po 
tamtej stronie. 

- Już to zrobiłem. Na lotnisku Schiphol mamy swojego człowieka, który 

wcześniej nam pomagał. Nie będzie żadnych problemów. 

W oczach Irlandczyka zapaliły się iskierki zawziętości, a Trey dostrzegł w nim 

na moment młodego zawadiakę, jakim - według własnej relacji - był kiedyś. 

Lucien wciąż patrzył przed siebie, gorączkowo roztrząsając różne możliwości i 

ich ewentualne następstwa. Jego zmarszczone brwi podpowiadały Treyowi, że 
żadnego z rozwiązań nie uznał za dobre. 

- Czy zestaw podróżny jest gotowy? - zapytał. 
- Wszystko będzie na dole za dziesięć minut - odparł Tom. 
- Dobrze. W takim razie powinniśmy ruszać. - Poszedł do drzwi, a Tom za 

nim. 

- A co ze mną? - Trey zbliżył się do nich. Lucien odwrócił się i utkwił w nim 

spojrzenie. 

- Ty zostajesz, Treyu. Wiesz, jakie zamiary ma wobec ciebie mój brat. To 

wystarczający powód. A poza tym nie jesteś jeszcze w najlepszej formie. Przyślę 
kogoś, kto cię zawiezie na lotnisko, a stamtąd udasz się do New Jersey. Plan się nie 
zmienił. 

- Ale ta wiadomość. Przecież napisał... 
- Treyu, znam brutalną prawdę. Myślisz, że mógłbym dokonać wymiany, jaką 

proponuje Kaliban? że zabiorę cię tam, by zabił na moich oczach was oboje ? 
Może dusza mojego brata - jeśli w ogóle ją ma - jest moralną otchłanią, ale ja 

background image

jestem inny. Nie zamierzam poświęcić jednego niewinnego człowieka za drugiego, 
nawet jeśli to jest moja córka. Jeżeli uważasz, że byłbym zdolny do czegoś takiego, 
to może nie jesteś tym, za kogo cię miałem. 

Trey poczuł nagle wzbierającą w nim wściekłość. Wyprostował się i spojrzał w 

oczy wampira. 

- Lucienie, nie jestem dzieckiem. Sam to powiedziałeś. Nie możesz mi mówić, 

że muszę dorosnąć i przyjąć wiedzę o sobie, a jednocześnie traktować mnie jak 
dzieciaka. 

- Treyu, posłuchaj... 
- Nie, to ty posłuchaj! Nie tak dawno temu poprosiłeś mnie, bym ci zaufał. Nie 

miałem powodów, aby tak postąpić, ale ostatecznie ci uległem, bo nabrałem prze-
konania do ciebie i do tego, co mówiłeś. Uratowałeś mi życie, Lucienie. Odpłaciłeś 
mi się za okazane zaufanie, i jestem ci za to wdzięczny. A teraz proszę, byś mi 
zaufał w kwestii życia twej córki, ponieważ jeśli Kaliban zorientuje się, że 
przyszedłeś beze mnie, zabije ją. Wcześniej mówiłeś, że zaklęcie Alexy osłania 
mnie przed Kalibanem, tak więc gdyby jej coś się stało i ja na tym ucierpię. - 
Przełknął ślinę absurdalnie głośno, jak mu się wydawało. - Dlatego równie dobrze 
możesz p o s ł u ż y ć się mną, by dać szansę nam obojgu, Alexie i mnie, wyjść z 
tego wszystkiego w jednym kawałku. - Uniósł brwi w pytającym geście. Nie 
potrafił dłużej wytrzymać spojrzenia wampira, czuł przemożną chęć wycofania się 
i przeproszenia go za ten wybuch. Mimo to na chwilę wbił wzrok w dywan i 
zaraz zaczął mówić dalej, już ściszonym głosem: - Obiecuję nie plątać się pod 
nogami i słuchać Toma, ale uważam, że powinieneś zabrać mnie ze sobą, jeśli 
liczysz na odzyskanie córki. 

Lucien, wciąż wpatrzony w niego, pokręcił powoli głową. 
Tom zakasłał nerwowo za jego plecami. 
- Chłopak ma rację, Lucienie. Znajdzie się w niebezpieczeństwie, jeżeli go 

zostawimy. Z nami też nie będzie bezpieczny, ale przynajmniej zdołamy go 
chronić. I tylko z nim mamy szansę ocalić Alexe. Decyzja należy do Treya, 
Lucienie, powinieneś to uszanować. 

Lucien trwał w bezruchu niczym granitowy posąg. Czas zdawał się rozciągać w 

nieskończoność, niczym niewidzialna guma, zwiększając jednocześnie napięcie w 
pokoju. A właśnie czasu mieli najmniej, z czego Trey zdawał sobie sprawę. 

Tom nachylił się do szefa i powiedział cicho: 
- Ta zła istota zabrała ci już żonę. Nie strać też córki. Zajmę się chłopakiem i 

przypilnuję, żeby nic mu się nie stało. A mówiąc o bezpieczeństwie - przysunął 
kamienną twarz do twarzy Luciena - przypomniałem sobie pewnego wampira, 
który dyndał w kleszczach chłopaka i zastanawiał się, czy ujdzie cało. Jest twardy, 

background image

tak jak jego ojciec. A gdy już dojdzie do walki, to nie wątpię, że będzie umiał 
wyjść z opresji.  

- Jest ranny, Tom. 
- Szybko dochodzi do siebie. O wiele szybciej niż ty czy ja, a poza tym nie 

martw się, zadbam o jego bezpieczeństwo. 

Lucien spojrzał na Irlandczyka, a potem przeniósł wzrok na Treya. 
- Masz słuchać Toma we wszystkim, bez dyskusji. Rozumiesz? 
Chłopak pokiwał głową w rytm bijącego mocno serca. 
- Dziękuję, Lucienie. 
- Ochota na podziękowania może ci przejść, gdy przekonasz się, co nas czeka. 

Spakuj do plecaka trochę ubrań, wyjeżdżamy za dwadzieścia minut. 

Lucien wsiadł do windy, zostawiając Toma i Treya w pokoju. Irlandczyk posłał 

chłopakowi krótki uśmiech i skinął głową. Ten gest powiedział Treyowi wszystko, 
co musiał wiedzieć. 

- Mam pietra, Tom - rzekł i też się uśmiechnął. 
- To dobrze. W takim razie może przeżyjesz - odparł ten. - Ale teraz rusz tyłek. 

Mamy mało czasu. 

19

19

19

19    

 
Czarne bmw wyjechało z garażu i pomknęło szosą Aspen Way, kierując się ku 

autostradzie A1020. W oknie Trey dostrzegł masywny budynek Canary Wharf. 
Białe światło sygnalizacyjne, pulsujące na szczycie wieży, przypomniało 
chłopakowi o grożącym im niebezpieczeństwie. Nie miał pojęcia, co ich czeka w 
Holandii, ale wiedział jedno - nie będzie to przyjemne. 

Samochód prowadził mężczyzna, którego Trey wcześniej nie widział, Lucien 

zaś siedział obok kierowcy. Tom i Trey zajęli miejsca z tyłu. Irlandczyk przez cały 
czas stukał w klawiaturę laptopa, wydając przez słuchawki bluetootha krótkie 
polecenia komuś na lotnisku w Holandii. 

W pewnym momencie zadzwonił telefon Toma. Mężczyzna długą chwilę 

słuchał uważnie swojego rozmówcy, a potem podziękował i się rozłączył. 

- Znaleźliśmy Alexe - powiedział. - Trzymają ją na obrzeżach miasta. Żyje. 
Zapatrzony przed siebie Lucien odpowiedział skinieniem głowy. 
- Niebawem zdobędziemy adres. Wszyscy pracują na pełnych obrotach, 

Lucienie. Ludzie Kalibana nie próbują nam przeszkadzać w wytropieniu miejsca 
jej pobytu, dla tego dowiemy się, jeśli gdzieś ją przeniosą. 

 
Zanim opuścili budynek, Trey udał się z Tomem na dół, przeszedł z nim przez 

biura i dalej, drzwiami obok sal konferencyjnych, których Alexa nie pokazała mu 
przy okazji zwiedzania budynku. Znaleźli się w niedużym pokoju, jego znaczną 

background image

część zajmowała wielka, podobna do klatki konstrukcja; widać było, co się w niej 
znajduje, ponieważ ściany i sufit wykonano z metalowej siatki. Był to arsenał. W 
zabezpieczonych stojakach umieszczono w rzędach broń wszelkiego rodzaju. Trey 
gapił się na wszystkie te militarne bajery, nie mając pojęcia, jak się nazywają ani 
do czego służą. W otwartych drzwiach klatki stał ogromny mężczyzna. Miał 
mocno odstające uszy i rudą brodę, długą i gęstą, jakby nie przycinał jej od lat. 
Matowozielone oczy przypominały kolorem morze na moment przed sztormem, a 
każdy kawałek jego ciała niezasłoniętego ubraniem pokrywały wymyślne, 
kolorowe tatuaże. 

- Hjelldidzie - powiedział Tom i przywitał olbrzyma skinieniem głowy. 
- Tomie - odburknął mężczyzna i podał mu wielki, czarny plecak i trochę 

mniejszą torbę podróżną, po czym mruknął coś niezrozumiale i odwrócił się, by 
zamknąć drzwi na klucz. 

Irlandczyk szybko sprawdził zawartość plecaka i zadowolony zasunął zamek. 

Strażnik arsenału zamknął starannie drzwi, po czym podał Tomowi trzy 
paszporty, ten zaś sprawdził je pospiesznie i schował do torby. 

- Ja nie mam paszportu - powiedział Trey, spoglądając to na torbę, to na 

wytatuowanego olbrzyma, który tkwił przy nim niczym wieża. 

- Teraz już masz - odparł Tom.  
- Ale... 
- Żadnych ale, Treyu. Nie ma czasu na wyjaśnienia, co i jak. Musisz mi zaufać, 

kiedy mówię, że wszystko jest przygotowane. To moja działka. 

Chłopak pokręcił głową, zdumiony tempem, w jakim wszystko się działo. 

Znowu poczuł ból w piersi, więc przez szczelinę między guzikami koszuli 
pomacał bandaże, by sprawdzić, czy nie zaczął krwawić. 

Tom zapiął torbę i pożegnawszy się z olbrzymem skinieniem głowy, 

wyprowadził Treya na zewnątrz. 

- No dobra, młody człowieku. W takim razie ruszamy, co? - Zamilkł na chwilę, 

wpatrzony w chłopaka. - Normalnie zgadzam się z powiedzeniem mojej mamy, 
która mówi, że „głupcy pędzą tam, gdzie aniołowie boją się wejść", ale teraz nie 
mam czasu na podobne rozważania, więc trzymaj się blisko mnie. Wiem, że w 
twojej głowie kłębi się milion pytań, lecz musisz poczekać na odpowiedzi. W 
porządku? 
Trey kiwnął głową, uzbrojony w postanowienie, że będzie akceptował rzeczy 
takimi, jakie są. Wyszli przez biura pełne pogrążonych w pracy ludzi, którzy 
spoglądali znad niskich ścianek swoich boksów, skinieniami głowy życząc im 
powodzenia. 

Chłopiec zwrócił uwagę, że pomieszczenie wypełnia szum podnieconych 

głosów. 

background image

Tom spojrzał na niego, jakby czytał w jego myślach. 
- Ktoś z nich jest za to odpowiedzialny - powiedział cicho, tak by tylko Trey go 

usłyszał. - Gdzieś tutaj siedzi zdrajca. Jak już się dowiem, kto to taki... - Urwał, 
gdy dotarli do windy. 

Stała przy niej kobieta, którą wcześniej Alexa przedstawiła mu jako Ruth. Już 

wcześniej nacisnęła dla nich guzik „Dół" i teraz spoglądała zatroskana na Toma. 

- Powodzenia - powiedziała. - Przywieźcie ją z powrotem. 
Tom skinął głową i wszedł za Treyem do kabiny, naciskając guzik parkingu. 
Kiedy przybyli na lotnisko, Tom wypakował bagaże i odprawił kierowcę z 

samochodem. Tymczasem Lucien wysiadł szybko i przebiegł w cień, jakiego 
dostarczało zadaszenie nad wejściem do terminalu. W ciemnych okularach, w 
czarnym kapeluszu z szerokim rondem i czarnych rękawiczkach w oczach innych 
pasażerów wchodzących do budynku musiał uchodzić za jakiegoś ekscentryka, bo 
większość gapiła się otwarcie, zdumiona jego wyglądem i zachowaniem. 

Jeszcze w samochodzie posmarował czymś twarz i kark. Widząc, że chłopak 

mu się przygląda, wyjaśnił: 

- Aktywny krem przeciw oparzeniowy. Cholernie się spiekę, gdy tylko 

wysiądę z samochodu, ale to trochę złagodzi ból. 

Wysoki mężczyzna w niebieskim garniturze wyszedł im na spotkanie, 

przywitał Luciena skinieniem głowy i podążył za nim do hali lotniska. Trey nie 
pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej był na lotnisku, które wydało mu się bardzo 
ruchliwym miejscem. Ludzie podążali zdecydowanym krokiem we wszystkich 
kierunkach, aby dopełnić formalności przed lotem - jedni szli odebrać bilety, inni 
dokonać odprawy albo kupić coś w sklepie. Niebieski Garnitur sprawnie 
prowadził ich przez tłum, zostawiając za sobą stanowiska odpraw i zmierzając 
wprost do wyjść z sali odlotów. Zdziwiony Trey zobaczył, że skręcają w prawo, 
oddalając się od kolejki, i podchodzą do drzwi znajdujących się nieopodal 
głównego wyjścia. Niebieski Garnitur wziął do ręki przepustkę zawieszoną na szyi 
i pokazał ją strażnikowi, który przyjrzawszy się jej uważnie, skinieniem zezwolił 
na przejście. Wystukał jakiś kod na klawiszach przy drzwiach i przytrzymał je, 
kiedy przechodzili. 

Za drzwiami Niebieski Garnitur wycofał się na bok, a do Luciena podszedł z 

wyciągniętą ręką niższy mężczyzna o okrągłej twarzy, z cienkim, starannie 
przyciętym wąsikiem. 

- Panie Charron, miło mi znowu pana widzieć. - Mężczyzna uścisnął dłoń 

Luciena i skinieniem pozdrowił jego dwóch towarzyszy. - Panie O'Callahan... 
młody człowieku... zechcą panowie udać się ze mną, byśmy mogli jak najszybciej 
dokonać odprawy. - Pokazał na lewo, gdzie przy bramce wykrywacza metalu stało 
dwóch umundurowanych pracowników lotniska. 

background image

Tom podał im trzy paszporty i postawił bagaże na taśmie. Jeden ze strażników 

dał mu znak, żeby podszedł, i machnął wzdłuż jego ciała ręcznym wykrywaczem 
metalu, podczas gdy Tom stał spokojnie z luźno opuszczonymi rękami. 
Zadowolony strażnik polecił mu odejść i powtórzył całą procedurę wobec Treya i 
Luciena. 

W tym czasie jego kolega sprawdził paszporty i zerknął na pozostałe 

dokumenty. 

Serce chłopaka zabiło szybciej, gdy strażnik spojrzał na niego. Pamiętając słowa 

Toma, uniósł podbródek i się uśmiechnął, by przybrać wygląd dzieciaka udającego 
się z krewnymi na wycieczkę. Potem się odwrócił i sięgnął po plecak, który 
pojawił się na końcu stołu. Wreszcie strażnik oddał paszporty Tomowi i 
usatysfakcjonowany kiwnął głową do swojego pucołowatego towarzysza, 
krążącego niczym koliber wokół Luciena. 

- Doskonale. Panie Charron, proszę za mną. - Poprowadził ich wąskim, jasno 

oświetlonym korytarzem do poczekalni wyposażonej w barek umieszczony na 
środku i sofy z fotelami stojące pod ścianami. - Pański odrzutowiec czeka 
zatankowany. Proszę wyjść tamtymi drzwiami, jeden z pańskich ludzi zawiezie 
was do samolotu. Czy mogę coś jeszcze dla panów zrobić? - zapytał. 

- Bardzo nam pan pomógł, dziękuję - odparł Lucien i uścisnął dłoń mężczyzny. 
Dwadzieścia minut później Trey siedział naprzeciw Toma w kabinie learjeta 

60; pędzili w kierunku Amsterdamu z prędkością ośmiuset kilometrów na 
godzinę. 

 
 

20

20

20

20

    

 

Odprawa na lotnisku Schiphol odbyła się równie sprawnie jak w Londynie. 

Schiphol było ogromne w porównaniu z lotniskiem, z którego wyruszali, i Tom 
musiał poganiać Treya, który wciąż zwalniał, rozglądając się ciekawie. Czekał na 
nich kontakt Toma, Jens van der Zande, który od razu zaprowadził ich do dużego, 
czarnego mercedesa podstawionego przed budynkiem odlotów. Gdy tylko wsiedli, 
samochód popędził w kierunku miasta, a Jens z wprawą manewrował między 
taksówkami i innymi autami opuszczającymi lotnisko. 

Dla Treya, który nigdy nie był dalej niż we Francji, dokąd pojechał z innymi 

podopiecznymi domu dziecka na jednodniową wycieczkę szkolną, podróż 
wydawała się całkowicie nierealistyczna. Zaledwie kilka godzin wcześniej popijał 
herbatę z Tomem i Lucienem w londyńskim apartamencie, a teraz pędził przez 
Holandię, podziwiając widoki pól przesuwających się szybko za oknem. 

background image

- Jensie, dziękuję, że przygotowałeś wszystko, choć miałeś tak mało czasu. 

Pewnie bardzo się napracowałeś - powiedział Lucien. 

     - Nie ma o czym mówić, Lucienie. Trzeba się było uśmiechnąć do kilku 

osób, ale chętnie pomogli, gdy poznali okoliczności. 

- Gdzie nam zarezerwowałeś pokoje? 
- Amstel Inter-Continental. Macie dwa apartamenty, zgodnie z zamówieniem 

Toma: jeden dla ciebie, drugi dla Toma i chłopca. 

Jens zerknął na Treya we wstecznym lusterku i skinął lekko głową. 
- A załatwiłeś wszystko, o co prosiłem? - zapytał Irlandczyk i pochylił się do 

przodu. 

- Granaty i MP5K są w torbie w bagażniku. Nie udało mi się zdobyć strzelby, o 

której mówiłeś, ale myślę, że będziesz zadowolony z zamiennika. 

Tom mrugnął do Treya, którego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. 
- Trzeba dmuchać na zimne - wyjaśnił i wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
- Sprawdziliście, czy przenieśli gdzieś moją córkę? - dociekał Lucien. 
- Nasze źródła podają, że wciąż jest w tym samym budynku, do którego ją 

zawieźli. Przez cały czas nasze zaklęcia śledzące są aktywne, a porywacze Alexy 
nie robią nic, by je zakłócić. Wygląda na to, Lucienie, że wcale nie próbują jej 
ukryć. Żyje, ale nie udało nam się ustalić, czy jest ranna. 

W ciszy, która zapadła, rozważali odpowiedź. Wszystko już zostało 

powiedziane, więc pozostałą część podróży spędzili w milczeniu, pogrążeni w 
myślach, którym akompaniowało tylko dudnienie opon na asfaltowej 
nawierzchni. Kiedy zjechali z autostrady, krajobraz na zewnątrz zaczął się 
zmieniać; mijali sklepy i domy typowe dla przedmieścia. Początkowo 
zabudowania były rzadko rozmieszczone, lecz szybko przestrzeń między nimi za-
częła się kurczyć, aż wreszcie znaleźli się w klaustrofobicznym centrum. Trey z 
zaciekawieniem przyglądał się widokom zmieniającym się za oknem i żałował, że 
wizycie w Amsterdamie nie towarzyszą spokojniejsze okoliczności, tak by mógł 
się zatrzymać i dokładnie obejrzeć okolice, na które ledwo zdążył zerknąć. 

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Jens i zatrzymał samochód przed hotelem. Po 

prawej stronie płynęła leniwie rzeka Amstel. Wzdłuż obu brzegów, na wodzie ko-
loru kawy, kołysały się zacumowane łodzie i barki mieszkalne. 

- Tom i Trey zameldują się w hotelu - zdecydował Lucien. Odwrócił się do 

Irlandczyka. - Zapewne będziesz chciał przygotować swoje rzeczy. Ja pojadę z 
Jensem i rozejrzę się wokół domu, w którym trzymają Alexe. W porządku, Jensie? 

- Oczywiście, Lucienie. I tak chciałem przedyskutować z tobą kilka rzeczy. 

Porozmawiamy po drodze. 

- Uważajcie na siebie - rzucił Tom, wysiadając z samochodu. - Oni czekają na 

was. 

background image

Jens otworzył bagażnik, tak by Trey i Tom mogli zabrać bagaże. Irlandczyk wyjął 
swój plecak, a potem wyciągnął dużą torbę podróżną z czarnego płótna, którą 
zarzucił na ramię, i mrugnął porozumiewawczo do Treya. 

Chłopak wszedł za nim po schodach, a przed wejściem odwrócił się i popatrzył 

na odjeżdżający szybko samochód. 

Hotelowy hol był ogromny i jasno oświetlony. Szerokie, mahoniowe schody 

prowadziły do galerii biegnącej wokół całego pomieszczenia. Nad schodami wisiał 
wielki żyrandol, którego światło odbijało się w wypolerowanej czarno-białej 
szachownicy marmurowej podłogi. 

Trey, który nie widział dotąd miejsca aż tak ociekającego elegancją i 

przepychem, zatrzymał się w drzwiach i gapił z otwartymi ustami, aż Tom ujął go 
delikatnie za łokieć i poprowadził do recepcji. 

Za biurkiem siedział wysoki mężczyzna w okularach bez oprawek; w ich 

szkłach odbijał się ekran komputera. Recepcjonista przestał pisać na klawiaturze i 
podniósł wzrok. 

- Czym mogę panom służyć? - zapytał. Mówił po angielsku, z lekkim 

akcentem. 

- O'Callahan. Rezerwowałem u was apartament. 
Mężczyzna położył dłonie na klawiaturze, a po kilku chwilach zameldował ich 

i podał kartę klucz do pokoju. Potem przycisnął guzik, by wezwać bagażowego. W 
oczekiwaniu na niego Trey znowu się rozejrzał po przestronnym pomieszczeniu. 
Zerknął na drugą stronę holu, gdzie za innym biurkiem stał konsjerż, ubrany w 
taki sam uniform jak recepcjonista. Mężczyzna, uśmiechając się nieszczerze, 
czekał, aż para amerykańskich turystów skończy się kłócić o to, co mają zwiedzać 
dziś wieczorem. Wyczuwając spojrzenie chłopca, konsjerż zerknął w jego 
kierunku i skinął uprzejmie głową. 

Zjawił się bagażowy, niski garbusek, i uparł się, żeby załadować ich rzeczy na 

ogromny metalowy wózek. Wziął torbę Treya i ułożył ją obok bagażu Toma, lecz 
gdy wyciągnął rękę po długą, płócienną torbę, którą Irlandczyk miał na ramieniu, 
ten zaprotestował. 

- Wielkie dzięki - rzekł. - Sam to zaniosę. 
Weszli za bagażowym do windy ze lśniącą, drewnianą podłogą i pojechali na 

górę. 
 
 

21

21

21

21    

 
- Co ty, dałeś mu dwadzieścia euro napiwku?! - zawołał Trey, gdy tylko 

bagażowy zamknął za sobą drzwi. - Cholera, przecież on tylko przyjechał tu tym 

background image

swoim wózkiem z naszymi torbami, a ty wciskasz mu dwadzieścia euro. Za 
dziesięć sam bym wciągnął to żelastwo! 

Rozejrzał się. Spodziewał się ładnego pokoju - podejrzewał, że w takim hotelu 

mają tylko ładne pokoje - tymczasem apartament, do którego ich zaprowadzono, 
był oszałamiający. Trey przeszedł z salonu do głównej sypialni, w której 
ustawiono wielkie łoże z baldachimem. 

- Apartament jest ogromny. 
- Tak? W takim razie porozglądaj się, bo ja muszę się teraz zająć kilkoma 

rzeczami. 

Chłopak przeszedł przez sypialnię i wszedł do przestronnej łazienki. Obejrzał 

mydła i szampony, ustawione w rzędzie na półce nad umywalką, a potem 
postanowił wypróbować jeden z wiszących za drzwiami miękkich szlafroków, 
który włożył na ubranie. 

- Mamy drobny problem! - zawołał z łazienki. - Jest tylko podwójne łóżko. 
     - Będzie twoje. Ja się prześpię na sofie - odparł Tom i dodał cicho: - Raczej 

nie licz na sen w najbliższej przyszłości. 

Trey rzucił się na łóżko i włożył do ust jedną z czekoladek pozostawionych na 

poduszkach; usiłował poukładać sobie ostatnie wydarzenia. Spojrzał na baldachim 
i zmarszczył brwi, a czekoladka nagle straciła całą słodycz, gdyż pomyślał o Alexie 
i o tym, gdzie może być. Przeturlał się po łóżku i wolnym krokiem wrócił do sa-
lonu. 

Zastał Toma klęczącego na podłodze. Irlandczyk rozkładał arsenał z torby 

przywiezionej w bagażniku Jensa. Trey podszedł, by się przyjrzeć. 

- To wygląda na groźną kolekcję. 
Mężczyzna podniósł głowę i wskazał broń, przybierając bardzo poważny wyraz 

twarzy. 

- Nawet nie próbuj dotykać którejkolwiek z tych zabawek. Chociaż znam się 

na tym, sam robię w portki, nosząc takie giwery. Jeszcze nam tylko brakowało, 
żebyś sobie odstrzelił stopę albo jeszcze gorzej. 

Zaczął rozkładać mały pistolet maszynowy, a jego części układał na kwadracie 

białego materiału, który przygotował z boku. 

- Co to takiego? Uzi? - zapytał Trey. 
- Nie - odparł Tom, skupiony na swoim zajęciu. - Pistolet maszynowy MP5K 

firmy Heckler & Koch. Straszne narzędzie. Doskonała broń w przeciwnatarciu. 
     - A te tutaj? - dopytywał się Trey i pokazał stopą sześć cylindrycznych 
przedmiotów ułożonych w rzędzie na podłodze. 

- Granaty zaczepne. Jedne z najlepszych, jakich można używać w 

pomieszczeniach zamkniętych, które chcesz oczyścić przed wejściem. Po 
doświadczeniach z istotami cienia doszedłem do wniosku, że nie ma to jak 

background image

porządny granat. Powtarzam sobie tę mantrę i dzięki temu jeszcze żyję. A to - 
ciągnął, wziąwszy do ręki groźnie wyglądający karabin - strzelba bojowa 
remington 870. Nie przepadam za nią, ale zdaje się, że mieli kłopoty ze zdobyciem 
mossberga w tak krótkim czasie. Reszta to różne żelastwa, które mogą się przydać 
albo nie. - Podniósł wzrok i dostrzegł dezorientację na twarzy chłopca. - Nic z 
tego nie jest specjalnie użyteczne, jeśli chodzi o z a b i j a n i e  istot cienia, takich jak 
wampiry. Ale nawet wampir przechodzi na drugą stronę, gdy go poczęstuję 
kilkoma seriami z takiej bestii - powiedział, głaszcząc korpus karabinu. - Rzecz w 
tym, by pozbyć się ich w najwłaściwszy sposób - dodał i pokazał głową na torbę, 
w której leżały zaostrzone drewniane kołki. 

 
- Sprawdzają się? - zapytał Trey. 
- Podobno. Przekonamy się, jeśli pożyjemy na tyle długo, żeby mieć okazję 

którymś się posłużyć. I jeszcze trzeba trafić w serce. Oprócz tego można im obciąć 
głowę, spalić je, potraktować środkiem wybuchowym albo zamknąć w grobie. 
Możliwości są mocno ograniczone. 

- A kusza? Wiesz, tak jak pokazują w filmach? 
Tom się uśmiechnął. 
- Próbowałeś kiedyś spalić wampira? - zapytał i pokręcił głową. - Nie. Myślę, 

że jedyną dobrą metodą jest kołek. 

Trey zamilkł niepewny, czy zadawać pytania, które chodziły mu po głowie od 

chwili przeczytania wiadomości pozostawionej dla Luciena. 

- Nie wierzysz, że Kaliban chce uwolnić Alexe, prawda? Bez względu na to, co 

zrobi Lucien. 

Tom spojrzał na niego i wziął głęboki oddech. Po kilku sekundach wypuścił 

powietrze. 

- Nie. Prędzej Lucien uzyska audiencję u papieża. Kaliban posłużył się Alexą, 

żeby zwabić brata do siebie i go ostatecznie wyeliminować. Kaliban wie, że 
Lucien nie będzie się biernie przyglądał, jak ten posługuje się Pierścieniem 
Amona, więc spróbuje usunąć go z gry. Dobra taktyka, a jeśli się sprawdzi, to uda 
mu się zamienić świat w piekło. 

- A co robią teraz Lucien i Jens? 
- Przeprowadzają rekonesans miejsca, gdzie Kaliban przetrzymuje Alexe. 

Potem powiedzą, jaki jest plan. Jens z pewnością udzieliłby nam wszelkich 
potrzebnych informacji na ten temat, lecz Lucien musiał się czymś zająć, 
czymkolwiek, żeby tylko nie myśleć o tym, co może się stać z Alexą, skoro porwał 
ją jego brat. 

background image

- Tom, w ja k i  sposób udało się Kalibanowi porwać Alexe? Skoro Lucien wie, 

że jego brat chce go w y e l i minować, to budynek w Londynie powinien być lepiej 
chroniony. 

- Lepiej chroniony?! To miejsce jest odporne na kule i bomby, ma 

superodjazdowy system zabezpieczeń i jest oplecione siatką zaklęć, od których 
pomieszałoby ci się w głowie. - Zamilkł i odłożył magazynek, który napełniał 
amunicją. - Obaj z Lucienem zadajemy sobie to pytanie od chwili, gdy ją porwano. 

- Może to sprawka Hoppera? 
- Nie. On zniknął wcześniej. Za to na pewno ten zdradziecki, obrzydliwy 

robak ma swój udział w ataku na ciebie. Bez dwóch zdań pracuje teraz dla 
Kalibana, ale myślę, że tylko cię szpiegował i przekazywał informacje. To tchórz - 
nie miałby jaj, by odważyć się na coś takiego. Nie - mówił dalej. - Ale muszę z 
bólem przyznać, że zrobił to ktoś z naszej organizacji. Mamy w obozie zdrajcę, 
Treyu, i gdy tylko skończymy z tą sprawą, dowiem się, kto to jest, i skutecznie 
odetnę mu dopływ tlenu. 

Trey poczuł ucisk w żołądku, gdy uzmysłowił sobie grozę sytuacji. Spojrzał 

przez okno na rzekę, wyobrażając sobie kolejne scenariusze; niestety, żaden nie 
kończy! się szczęśliwie. 

- A zatem Lucien zamierza uratować Alexe w pojedynkę? - zapytał. 
- Niezupełnie. Do pomocy będzie miał mnie oraz panów Hecklera i Kocha - 

odparł Tom i poklepał pistolet maszynowy, który właśnie złożył. 

- I mnie. Ja też idę - oznajmił Trey. 
- Ach, nie. Przywieźliśmy cię tutaj, ponieważ uznaliśmy, że bezpieczniej 

będzie mieć cię na oku, zamiast zostawiać samego, tym bardziej że nasza ochrona 
w Londynie okazała się nieszczelna. Ale nie ma mowy, żebyś szedł ze mną i z 
Lucienem do Kalibana. - Tom pokręcił głową i wstał. 

- Nie mam wyboru, Tom. Przecież jeśli Kaliban was pokona, będzie to 

równoznaczne i z moją śmiercią. A jak pójdę z wami, to może się na coś przydam. 
- Trey odwrócił się od okna i spojrzał Irlandczykowi w oczy. - Widziałeś, jaki 
jestem silny i szybki. Lucien z p e w n o ś c i ą  wolałby, żebym mu pomógł, zamiast 
siedzieć tu i czekać, aż przyjdą po mnie bandziory jego brata. Żeby z nim walczyć, 
potrzebujecie istot cienia. 

Tom spakował z powrotem broń i zasunął zamek torby. Gdy ponownie spojrzał 

na Treya, jego oblicze wyrażało niepokój. 

- Nie ja podejmuję decyzje, Treyu - powiedział. - To, co mówisz, ma sens, i 

gdyby do mnie należało ostatnie słowo, chciałbym cię mieć przy sobie. Rzecz w 
tym, że jesteś bardzo młody, a Lucien bardzo chce cię chronić. Nie sądzę, żeby 
pozwolił. Zbyt duże ryzyko. 

background image

Za oknem rozległ się przenikliwy dźwięk klaksonu. Chwilę później pokój 

wypełnił ogłuszający dzwonek alarmu zamontowanego nad drzwiami. Skulili się 
na moment i zaczęli rozglądać, przestraszeni. 

- To alarm przeciwpożarowy! - zawołał Trey, przekrzykując wycie dzwonka, i 

ruszył do drzwi. 

- Zaczekaj! - Tom powstrzymał go uniesioną dłonią. Podszedł do okna i wyjrzał 

na ulicę. Potem przeszedł na środek pokoju i wyjął z torby pistolet, glock 17. 
Rzuciwszy torbę za siebie, dał znak chłopakowi, by odsunął się od drzwi. 

Z pistoletem schowanym za plecami Tom uchylił drzwi i zerknął na gości 

hotelowych, zmierzających do wyjść ewakuacyjnych. Przez chwilę przyglądał się 
ludziom, którzy - choć przestraszeni - szli korytarzem, zachowując względny 
spokój. Niektórzy prowadzili starsze, mniej sprawne osoby. 

I nagle gdzieś z tyłu grupy idących rozległ się rozdzierający kobiecy krzyk; 

jednak zanim przebrzmiał, sytuacja w długim holu zmieniła się diametralnie. 
Ludzie, popatrzywszy za siebie, zaczęli się rozpychać, gnać do przodu, żeby uciec 
przed tym, co zobaczyli. 

Tom przesunął się trochę na prawo, wciąż ukryty za uchylonymi drzwiami. 

Wystawił głowę, by sprawdzić, co tak bardzo przestraszyło kobietę. Szybko 
zrozumiał jej przerażenie. 

Konsjerż, którego jeszcze niedawno widzieli na dole, kiedy pomagał parze 

Amerykanów, pędził korytarzem za gośćmi, z trzydziestocentymetrowym nożem 
kuchennym w ręku. Jedno spojrzenie wystarczyło, by Tom uznał, że mężczyzna 
jest gotów użyć broni, dlatego podniósł pistolet i zerknął za siebie, aby sprawdzić, 
czy Trey jest bezpieczny w pokoju i nie widzi, co się dzieje na zewnątrz. 

Konsjerż chwycił kobietę za włosy i przez korytarz przetoczył się kolejny 

przerażający krzyk. Irlandczyk wycelował w pierś szaleńca i już miał nacisnąć 
spust, gdy w holu zapanował chaos: goście hotelowi biegli we wszystkich 
kierunkach niczym przestraszone stado, zasłaniając Tomowi mężczyznę i jego 
nieszczęsną ofiarę. 

Ogarnięci paniką ludzie usiłowali dotrzeć do wyjścia ewakuacyjnego, by uciec 

przed agresywnym członkiem hotelowego personelu. Popychali się i szarpali, za 
wszelka cenę pragnąc się wydostać. 

Kiedy tłum minął ich pokój, Tom zobaczył konsjerża, który przystanął i 

poprawił włosy. Jego oczy przypominały paciorki z czarnego szkła - martwe oczy 
porcelanowej lalki - a usta mężczyzny wykrzywił wstrętny uśmiech, gdy znowu 
pobiegł za ludźmi cisnącymi się do wyjścia. Tom nie miał szans oddania strzału, 
nie ryzykując zabicia któregoś z gości. Odwrócił się do Treya i skinął na niego z 
twarzą wykrzywioną obrzydzeniem. 

background image

- Kaliban chyba zaczął swój eksperyment. Skierował zaklęcie Pierścienia 

Amona na niektórych gości. Musiał się dowiedzieć, że tu jesteśmy. Nic na to nie 
poradzimy. Wpadli w szał. Musimy opuścić hotel. Natychmiast. 

Trey przytaknął i przysunął się do Irlandczyka. Toni uchylił szerzej drzwi i 

ostrożnie wystawił głowę, a gdy już się rozejrzał, otworzył je na oścież i spojrzał w 
głąb korytarza. 

Ludzie wciąż cisnęli się do wyjścia przeciwpożarowego. Na podłodze leżał 

starszy mężczyzna, a spod jego głowy wypływała krew, rozlewająca się w coraz 
większą kałużę. Dwóch mężczyzn dzielnie próbowało odebrać szaleńcowi nóż. 

Tom wyszedł na korytarz i ruszył ku tej scenie zdecydowanym krokiem. Z 

głuchym uderzeniem rąbnął konsjerża w skroń kolbą pistoletu. Zanim ofiara 
zdążyła osunąć się na podłogę, Irlandczyk już się odwrócił i szedł z powrotem do 
Treya. Chwyciwszy za ramię oszołomionego chłopaka, popchnął go w górę 
korytarza, w kierunku przeciwnym do wyjścia przeciwpożarowego; w ich uszach 
wciąż rozbrzmiewały okrzyki spanikowanych ludzi. 

Trey zamarł na moment na widok martwej kobiety, leżącej w odległości kilku 

metrów od ich pokoju. Poczuł w ustach kwaśny smak i wstrzymał oddech, żeby 
nie zwymiotować. Tom chwycił go za ramię i pociągnął za sobą, przestępując nad 
trupem. 

- Ta kobieta... - powiedział Trey. 
- Nie żyje. W niczym jej nie pomożemy, Treyu. Później możesz się za nią 

pomodlić, ale teraz musimy się stąd wynieść. 

Pociągnął chłopaka za sobą do windy i kilkakrotnie nacisnął przycisk. 
- Nie możemy zjechać windą - zauważył Trey. - Włączył się alarm 

przeciwpożarowy. 

- Nie ma pożaru, przynajmniej jeszcze nie. A windą dostaniemy się na dół 

najszybciej i najbezpieczniej. -Mężczyzna przycisnął guzik, a gdy drzwi się 
otwierały, przygotował broń. 

Kiedy na dole ponownie się rozsunęły, ujrzeli hol pogrążony w chaosie. Ludzie 

z obłędem w oczach parli do głównego wejścia, inni zaś ich odciągali, by wydostać 
się na zewnątrz. Jakaś starsza kobieta spadła ze schodów i młody mężczyzna - 
może syn - podtrzymywał jej siwą głowę, błagając o pomoc. Tom omiótł 
spojrzeniem całą scenę, rozważając różne możliwości, i natychmiast pociągnął 
Treya na lewo, idąc za wskazaniem tabliczki kierującej do siłowni i basenu. 
Otworzywszy drzwi kopnięciem, ruszył korytarzem, z którego buchnął na nich 
silny zapach chloru. 

Trey znowu poczuł strach, a w jego głowie kłębiły się sceny i odgłosy 

docierające ze wszystkich stron. 

- Dokąd idziemy? 

background image

- Trzymaj się mnie - odparł Tom. -Ale... 
- Trey zatrzymał się, usłyszawszy zduszony krzyk. Gdy się odwrócił, ujrzał 

recepcjonistę, który przed godziną witał ich z uśmiechem na ustach, a teraz biegł 
do niego ze stołkiem barowym nad głową i oczami płonącymi wściekłością. 

Tom odwrócił się na tyle szybko, by zobaczyć nadlatujący stołek, i nawet 

sięgnął po broń, choć wiedział, że jest już za późno, a drewniane siedzenie 
niechybnie roztrzaska czaszkę chłopaka. 

Nie zdążył odbezpieczyć pistoletu. 
W jednej chwili krzesło nieuchronnie zmierzało ku głowie Treya, w następnej 

zaś uderzyło w mocarną pierś wilkołaka, który wyrósł nad napastnikiem. Trey 
odtrącił krzesło i ryknął, ochlapując śliną szkła okularów recepcjonisty, który 
wpatrywał się w ogromny pysk. Trey odepchnął mężczyznę w obronnym geście. 
Tomowi wydawało się, że nie zrobił tego zbyt mocno, lecz recepcjonista uderzył o 
ścianę z ogromną siłą i osunął się na podłogę nieprzytomny, obsypany kawałkami 
płyty gipsowej. 

Trey znowu poczuł moc płynącą przez jego ciało. Tym razem jednak bardziej 

nad nią panował. Czuł w głębi duszy zew, by jeszcze raz zaatakować mężczyznę, 
rozerwać go na strzępy kłami i pazurami, ale szybko zdusił te myśli, uznając je za 
pierwotne instynkty, charakterystyczne dla wolfana. Pochylił się więc tylko nad 
recepcjonistą i sprawdził, czy oddycha regularnie, licząc na to, że nie wyrządził 
mu krzywdy. 

- Nic mu nie będzie - odezwał się Tom za jego plecami. Gdy Trey odwrócił się 

do Irlandczyka, ten pokazał za siebie i ruszył biegiem. 

Trey jeszcze raz spojrzał na recepcjonistę i popędził za przyjacielem, 

swobodnie stawiając długie susy i ocierając się uszami o sufit, mimo że pochylił się 
do przodu. W którymś momencie Tom zerknął przez ramię, by sprawdzić, czy 
towarzysz wciąż jest z nim; Trey zobaczył wówczas przerażenie człowieka, który 
zorientował się, że depcze mu po piętach ogromny likantrop. 
Przed wejściem do hali z basenem Tom ściągnął z półki jeden z porządnie 
ułożonych ręczników. Rzucił go za siebie i uśmiechnął się, gdy bawełniany 
prostokąt zaczepił nadstawiony pazur. 

- Żebyś miał czym zasłonić przyrodzenie, jak już wyjdziemy na zewnątrz - 

powiedział i otworzył dwuskrzydłowe drzwi na końcu korytarza. - Nie wiadomo, 
ilu jeszcze szaleńców tam czeka. 

Weszli do przedpokoju salonu odnowy biologicznej i zatrzymali się, gdyż z 

kieszeni spodni Toma rozległo się jakieś ćwierkanie. Wyjął telefon i przyłożył go 
do ucha. 

- ...Nie, wszystko w porządku, Lucienie... tak, posłużył się Pierścieniem i 

rozpętał tu piekło... Nie, wychodzimy od tyłu. Staram się zlokalizować wyjście 

background image

przeciwpożarowe w pobliżu basenu... Tak, Lucienie, Trey jest cały i zdrowy. Może 
spróbuj zorganizować mu jakąś marynarkę i spodnie, chociaż... tak... nie, to było 
nieuniknione. Został zaatakowany, ale żebyś widział, jak się rusza, czysta poezja. 

Tom jeszcze przez chwilę rozmawiał z szefem. 
- Dobra, tam się spotkamy - zakończył Irlandczyk wyłączył telefon. 
Odwrócił się i uśmiechnął nerwowo, widząc Treya stojącego tuż przy nim. 
- No, Biały Kle, idziemy. Lucien czeka w samochodzie na tyłach hotelu. 

 
 

22

22

22

22    

 
Zanim wyszli z budynku, Trey zmienił postać, i owinąwszy się w pasie 

ręcznikiem, przebiegł na drugą stronę ulicy, gdzie czekał samochód z otwartymi 
drzwiami i włączonym silnikiem. Kiedy ruszyli szybko w kierunku placu Dam, 
Tom zaczął relacjonować wydarzenia. 

Lucien słuchał, nie przerywając mu, aż ten doszedł do momentu, kiedy Trey 

zmienił postać, by się obronić przed atakiem oszalałego recepcjonisty. 

- Odniósł jakieś poważniejsze rany? - zapytał Lucien. 
- Nie. Może coś tam sobie złamał i na pewno będzie mu się kręciło w głowie, 

jak dojdzie do siebie, ale żyje, jeśli o to ci chodzi - powiedział Tom i mrugnął do 
chłopaka. 

- Zupełnie zwariowali - przerwał dłuższą chwilę ciszy Trey. - Oszaleli. Z ich 

spojrzeń wyzierała ciemność. A ta biedaczka została zamordowana... 

- Treyu, nie można winić ludzi za to, co zrobili - rzekł Lucien. - Pierścień 

Amona zamienia w mordercę każdego, kto usłyszy Zaklęcie Zmarłych rzucone 
przez jego właściciela. Możemy tylko liczyć na to, że dobierzemy się Kalibanowi 
do skóry, zanim dokona kolejnych zniszczeń. Zgodnie z naszymi 
przypuszczeniami moc Pierścienia może być rozprowadzana poprzez sieć telefonii 
komórkowej, a zatem należy się spodziewać, że Kaliban przeprowadzi kolejną 
próbę na większą skalę i skrzywdzi setki, jeśli nie tysiące, ludzi. 

W milczeniu myśleli o tym, co się stało. Monotonny szum opon przerywał 

głośniejszy stukot kół na licznych torowiskach, przez które przejeżdżali. Trey 
obserwował przez okno ludzi, którzy spacerowali wzdłuż kanałów albo siedzieli w 
chłodnym blasku zachodzącego słońca, popijając kawę przed kawiarniami. 
Pomyślał, ż e  dziwne jest, iż nie wiedzą, co się dzieje w ich pięknym mieście, i jak 
wszystko może się zmienić w jednej chwili, jeśli Kaliban porazi mieszkańców 
miasta śmiertelną mocą Pierścienia. 

- Obejrzałem z Jensenem miejsce, w którym trzymają Alexe. Nie będzie łatwo, 

Tom. To stara fabryka na peryferiach. W naszej sytuacji nie ma szans zbliżenia się, 

background image

żeby nas nie namierzyli, tak więc możliwości są bardzo ograniczone. Sądzę, że 
pozostaje nam frontalny atak. Jens zbierze ludzi, by dać nam osłonę, ale będziemy 
musieli zaryzykować i wejść do środka. 

Zwolnili i zatrzymali się na światłach, obserwuje przejeżdżające rowery i 

samochody. 

-Myślę, ż e  powinniśmy spojrzeć na to szerzej - powiedział cicho Tom. 

Przesunął się na swoim miejscu tak, by widzieć twarz Luciena we wstecznym 
lusterku. - Dlaczego miałby cię tu sprowadzać i aranżować to wszystko, gdyby 
chciał cię zabić, zanim wejdziesz do tego budynku? Sam powiedziałeś, że wcale 
nam nie przeszkadza w namierzeniu miejsca, w którym trzyma Alexe. On c h c e ,  
żebyśmy tam przyszli. Małe przedstawienie w hotelu to tylko prężenie muskułów. 
Pragnie, abyś wiedział, że może posłużyć się mocą Pierścienia, jeśli tylko zechce. 
Prowokuje cię, byś spróbował go powstrzymać. Przyciąga cię do siebie, Lucienie. 
A jeśli tak jest, to frontalny atak może przynieść skutki odwrotne do za-
mierzonych. Cholera, może okazać się katastrofą. 

Samochód znowu przyspieszył, oddalając się od centrum miasta. Lucien 

zwrócił głowę w kierunku Toma, rozważając jego słowa. Potem niespodziewanie 
popatrzył na Treya. 

- A ty, co myślisz? Zdaje się, że wszyscy mają jakieś pomysły na to, jak 

powinienem ratować córkę, powiedz więc, co byś radził? - Jego głos, surowy i 
napięty, sprawił, że Trey odruchowo wcisnął się głębiej w siedzenie. Pomyślał, że 
nigdy wcześniej nie widział Luciena tak odsłoniętego i podatnego na zranienie. 
Opuścił wzrok, by uniknąć spojrzenia wampira. Nie miał nic sensownego do 
powiedzenia, dlatego wolał się nie odzywać. 

Tom poruszył się nerwowo. 
Lucien westchnął, a gdy chłopiec znowu na niego zerknął, dostrzegł na twarzy 

opiekuna smutek i żal. 

- Wybacz, Treyu. Nie mam prawa tak do ciebie mówić. To było nie fair. 

Przyjmij moje przeprosiny. 

Trey wytrzymał spojrzenie Luciena. 
- Myślę, że Tom dobrze ocenił sytuację - powiedział cicho. - Twój brat posłużył 

się Alexą, żeby cię dopaść. Reszta to tylko mydlenie oczu. Wiedział, że 
przyjdziesz, i moim zdaniem nie spodziewał się, że postąpisz według jego 
instrukcji i mnie przyprowadzisz. Wcale go nie obchodzi, czy to zrobisz, czy nie. 
On chce c i e b i e ,  Lucienie. Jeśli się ciebie pozbędzie, będzie mógł wykorzystać 
moc Pierścienia Amona, by rozprawić się z nami. 

Lucien skinął głową i odwrócił się, kierując wzrok na drogę przed nimi. 

Głęboko wciągnął powietrze przez nos i odchylił głowę, aż oparła się o zagłówek. 

background image

- Oczywiście obaj macie rację. Zaślepiony pragnieniem uratowania Alexy, źle 

oceniłem sytuację. Dziękuję, ż e  wytknęliście staremu wampirowi błędne rozumo-
wanie. - Wyraz twarzy Luciena zmienił się, a gdy znowu się odezwał, z jego głosu 
biło przekonanie i determinacja, co pozostali przyjęli z ulgą. - Skoro mój brat 
chce, żebym przyszedł, to niech tak będzie. Po zachodzie słońca udam się do 
niego, wybadam, co knuje, i wyprowadzę Alexe. 

- Pójdziemy tam razem, Lucienie, i pokażemy Kalibanowi, co... 
- Pójdę tam sam, Thomasie. To zbyt niebezpieczna misja. 
-Jeszcze czego - warknął Tom ze swojego miejsca z tyłu samochodu. - Mylisz 

się, jeśli sądzisz, że pozwolę ci pójść samemu do jaskini mordercy. To pułapka i 
Kaliban nawet nie próbuje tego ukrywać. Idę z tobą i nic mnie nie powstrzyma, 
chyba ż e  mnie zabijesz! 

- W porządku, Tom. Doceniam twoje intencje i rady. Pójdziemy razem. 
- Ja też idę - odezwał się Trey ze wzrokiem wbitym w schowek, starając się, by 

głos nie zdradził jego niepokoju. 

- Nie ma mowy, zakazuję ci - odparł Lucien zdecydowanym tonem. 
- Cholera, Lucienie! - rozgniewany głos Treya wypełnił kabinę samochodu. - 

Nie jesteś moim ojcem! 

- Nie jestem. Ale obiecywałem mu, że zapewnię ci bezpieczeństwo. Na pewno 

nie pozwolę, żebyś stanął oko w oko z mordercą twojego ojca. - Zamilkł na 
chwilę, a potem dodał: - Wiedziałem, ż e  popełniam błąd, zabierając cię tutaj. Nie 
pogarszaj sprawy, Treyu. 

- Lucienie, chcę pomóc. 
- Pomożesz, jeśli mnie posłuchasz i będziesz się trzymał od tego z daleka. 
Wampir spojrzał za okno, jakby chciał dać do zrozumienia, ż e  rozmowa jest 

skończona. Trey także popatrzył na zewnątrz, przyglądając się śmigającym, 
wysokim, nierównym dachom i ludziom zajętym swoimi sprawami. Przypomniał 
sobie kobietę leżącą w kałuży krwi przed pokojem hotelowym. Może planowała, 
że pójdzie do muzeum albo popływa łodzią po kanałach. Po raz pierwszy od lat 
pomyślał o matce. Spróbował przywołać jej twarz - tak długo tłumił w sobie myśli 
o rodzicach - lecz zapamiętał tylko uśmiech i niebieskie oczy o łagodnym 
spojrzeniu oraz długie, brązowe włosy. Szczerze mówiąc, nawet te wspomnienia 
pochodziły z fotografii, które pokazał mu dziadek. 

- Jak umarła moja mama? - zapytał. 
- Treyu, nie sądzę, żeby to była stosowna chwila...  
- J a k  umarła moja mama? 
Lucien wciąż patrzył za okno, nie odwracając się do chłopca. 
- Rodzice długo ukrywali fakt twoich narodzin. Przenosili się wciąż z miejsca 

na miejsce i skrupulatnie maskowali wszelkie oznaki i sygnały, które mogłyby 

background image

zdradzić ich p r a w d z i w ą  n a t u r ę .  Wtedy już nie pracowałem z twoim ojcem, 
ale coś mi wypadło i potrzebowałem jego pomocy. Musieliśmy pojechać razem do 
Włoch - mówił cicho. - Wtedy twoi rodzice mieszkali na małej farmie we Francji. 

Trey spróbował to sobie przypomnieć, ale z całego domu zapamiętał tylko 

kuchnię, ogromne pomieszczenie, zawsze wypełnione ciepłem i zapachem ziół, 
które matka suszyła podwieszone na środkowej krokwi. 

- Kaliban z dwoma pomocnikami zdołał wejść do domu mimo zabezpieczeń, 

jakie zostawiliśmy z twoim ojcem. Początkowo zamierzał ją porwać, by nas 
szantażować i zmusić do zaprzestania działań przeciwko niemu. W rzeczywistości 
jednak chciał cię zabić. 

Na szczęście twoja matka zorientowała się, że weszli na teren farmy, i zdążyła 

obudzić opiekunkę, która spała w pokoju przylegającym do twojego. Dziewczynie 
jakimś cudem udało się wyprowadzić cię z domu tak, że nikt was nie zauważył. 
Można powiedzieć, że życie zawdzięczasz jej i odwadze matki. Stawiła czoło 
mojemu bratu, aby dać wam więcej czasu na ucieczkę. Powiedziała mu, że ukryła 
cię gdzieś w domu i że Kaliban nigdy cię nie znajdzie. Wywrócili to miejsce do 
góry nogami. Rozwścieczeni porażką, rozerwali twoją matkę na strzępy. 
Wcześniej torturowali ją, by wyciągnąć informacje, lecz nie powiedziała im, z kim 
jesteś ani w jaki sposób udało ci się uciec. 

Trey, wpatrzony w widok za oknem, zamrugał, by powstrzymać cisnące się mu 

do oczu łzy. Usiłował ogarnąć to, co usłyszał. 

- Idę z wami, Lucienie - powiedział, a na szybie okna, przez które patrzył, 

powstały malutkie obłoczki pary jego oddechu. - Alexa jest w niebezpieczeństwie, 
tak jak wtedy moja matka. Ojciec nie mógł jej pomóc, ale ja teraz mogę. Musisz 
dać mi szansę, Lucienie. 

- Jensie, zatrzymaj samochód - rzucił Lucien. Auto zjechało na bok. Czarna 

poręcz z kutego żelaza oddzielała chodnik od kanału po drugiej stronie i turyści 
zaczęli się gapić na samochód, który zablokował drogę, spychając ich do samej 
poręczy. 

- Proszę, wyprowadź z samochodu pana Laporte'a - ciągnął wampir chłodnym 

tonem. 

- Możesz mnie tu wyrzucić i jechać dalej beze mnie - powiedział Trey. - Nie 

mam pojęcia, jak szybko potrafię biec jako wilkołak ani jak daleko, ale sądzę, że 
nadążę za tą maszyną, nawet gdybyście wyjechali na autostradę. Jeśli więc chcesz 
mnie wykopać, proszę bardzo. Na oczach wszystkich tych ludzi zamienię się w 
cholernie wielkiego wilka i popędzę za tobą. Już widzę główne tematy wie-
czornych wiadomości. Mówiłem wcześniej: jeżeli on cię pokona, to tak jakbym i 
ja zginął. Pozwól mi sobie pomóc, Lucienie, proszę. 

background image

Lucien położył dłoń na ramieniu Jensa i Holender opad! z powrotem na 

siedzenie. W niezręcznej ciszy, jaka zapadła, Tom nerwowo trącał palcem zamek 
torby, a milczenie mąciło jedynie tykanie kierunkowskazu. 

Wreszcie Lucien westchnął i odwrócił się do chłopaka. Trey zamrugał, starając 

się wytrzymać lodowate spojrzenie wampira. 

- Powtórzę to jeszcze raz: masz się trzymać Toma i  d o k ł a d n i e  wykonywać 

jego instrukcje. Nie zrobisz n i c z e g o  bez jego polecenia. Czy wyraziłem się jasno? 

-Tak. 
- Pozwalam ci jechać z nami tylko dlatego, że nie wiem, co innego moglibyśmy 

z tobą począć, poza obciążeniem cię łańcuchami i wrzuceniem do kanału. 

- Dziękuję. 
Lucien skinął głową, a Jens pojechał dalej. Jeszcze jakiś czas podążali tą samą 

drogą, a potem skręcili za znakiem kierującym na autostradę. Sunęli otoczeni 
strumieniami pojazdów pełnych ludzi wracających do domu po dniu pracy. 
Kierowcy o zaciętych twarzach przedzierali się przez gąszcz samochodów, by jak 
najszybciej dowieźć swoje rodziny na miejsce. 

Trey obserwował sznury aut z tylnego siedzenia mercedesa. Znowu pomyślał o 

rodzicach. Wspomnienia o nich wypełniły jego umysł, wypełzając z ciemnych 
zakamarków, gdzie tak długo je upychał. Teraz już nie próbował, tak jak 
wcześniej, powstrzymywać łez, które popłynęły po jego policzkach. Pozwalał im 
kapać na kolana, całkowicie przygnieciony ciężarem ogarniającej go rozpaczy. 

Jego towarzysze siedzieli w milczeniu, spoglądając na boki, by pozwolić 

chłopakowi wyrazić smutek. 

 
Raz tylko się zatrzymali, zdążając na spotkanie z istotą, która miała nadzieję 

zwabić ich w śmiertelną pułapkę. Na prośbę Luciena Jens zjechał do zatoczki, a 
wtedy wampir wysiadł szybko i wyjął coś z bagażnika. 

Tom pochylił się i pokazał głową szefa stojącego na zewnątrz. 
- Czas dać sobie w żyłę - wyjaśnił konspiracyjnym szeptem i wykonał 

karykaturalny gest, dotykając dłonią szyi. 

Słońce schowało się już za horyzontem, dlatego Lucien nie miał kapelusza ani 

rękawiczek, gdy wsiadał z powrotem do samochodu. Trey obserwował go, 
podchodzącego do wozu: znowu biło z niego skupienie, jak podczas treningu. 

„Zachód słońca to jego pora" - pomyślał Trey. - Niech Bóg ma w opiece tego, 

kto teraz odważy się stanąć mu na drodze". Gdy Lucien zajął swoje miejsce, ruszyli 
dalej, wtapiając się w strumień ostatnich maruderów, wracających wczesnym 
wieczorem z pracy do domu. 

- Jens podwiezie nas do początku drogi, która prowadzi do magazynu - 

wyjaśnił wampir. - Będzie czekał na nasz sygnał. Jeśli, albo kiedy, uda nam się 

background image

uciec z Alexą, pojedziemy prosto na lotnisko. Jens posprząta tutaj. Mamy 
krótkofalówki? 

Tom, sięgnąwszy do torby, podał aparaty Jensowi i Lucienowi. Trzeci przypiął 

sobie do kamizelki. 

- A ja nie dostanę? - zapytał Trey. 
- Nie - odparł Tom. - Myślisz, że zamierzam wysłuchiwać, jak warczy i szczeka 

do mnie cholernie ogromny wilk? - Odwrócił się do Luciena. - Pamiętam 
wszystko, co powiedziałeś, ale czy naprawdę tak po prostu wejdziemy frontowymi 
drzwiami? 

- Tak. Oczywiście zachowamy ostrożność, ale nie sądzę, by nam coś groziło 

przed wejściem do fabryki. Kaliban zechce mieć nas wszystkich w tym samym 
czasie i w jednym miejscu, aby się z nami rozprawić podczas jednego ataku. Ma 
Alexe, więc wie, że obaj przyjdziemy. Trey jest bonusem, taką wisienką na torcie. 

- Czy nie byłoby lepiej zaczekać na wsparcie? Na wszelki wypadek, gdyby coś 

poszło nie tak? W razie potrzeby szybko dostalibyśmy pomoc. 

- Tak bym postąpił, gdybyśmy mieli więcej czasu, a Kaliban nie miałby 

Pierścienia Amona. Niestety, nie możemy sobie pozwolić na taki luksus. Musimy 
działać, jak powiedziałem. 

- Rany, zanosi się na krwawą strzelaninę z O.K. Corral*. 
- Lucienie, dojeżdżamy - powiedział Jens, gdy dotarli na koniec zjazdu z 

autostrady. - Moi ludzie przybędą tu lada moment. Gdybyś chciał na nich 
zaczekać... 

- Nie, dzięki. Skontaktujemy się z tobą, jeśli będziemy was potrzebować. 
Lucien odwrócił się do Treya. 
- Chcę, żebyś zmienił postać, kiedy tylko wysiądziemy z samochodu. Pozostań 

wilkołakiem aż do końca. Nie wolno ci przybierać z powrotem ludzkiej postaci, 
zanim nie wyjdziemy z budynku z Alexą. Z Tomem nic ci nie grozi, lecz gdyby 
mu się coś stało, uciekaj w bezpieczne miejsce. Jak już zlokalizujemy Alexe, ty i 
Tom zabierzecie ją. Nie czekajcie na mnie. Muszę się rozmówić z bratem i 
spróbować odzyskać Pierścień. Tomie, dasz znać Jensowi i najszybciej jak to 
możliwe udacie się na lotnisko, a potem wrócicie do Londynu. Powtarzam: n i e  
c z e k a j c i e  n a  m n i e .  

Tom zerknął na Treya i z kamiennym wyrazem twarzy pokręcił głową. 
- Doc Holliday i cholerne O.K. Corral - wyszeptał, po czym pochylił się do 

przodu, by spojrzeć przez szybę na cel ich podróży.    
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Słynna strzelanina, do której doszło w Tombstone 26 października 1881 roku. 

23

23

23

23    

  
Opony zachrzęściły na żwirze, gdy samochód zatrzymał się na końcu drogi; 

obłoczek kurzu wzniósł się w powietrze i zaraz został porwany przez lekki wiatr. 
W zapadającym zmierzchu zobaczyli zarys fabryki. 

Tom otworzył bagażnik i zaczął umieszczać granaty oraz magazynki w 

kolejnych kieszeniach kamizelki i na paskach, a na plecy zarzucił sobie śrutówkę. 
Potem wyjął pistolet maszynowy, wprawnymi ruchami sprawdzając, czy broń jest 
gotowa do strzału. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył przy sobie Luciena i wilkołaka. 
Uśmiechnął się krzywo, spoglądając na Treya. 

- Jezu, ależ z ciebie straszna bestia, Treyu Laporte, bez dwóch zdań. 
Miał nadzieję, że warknięcie ogromnego człowieka-wilka wyrażało sympatię. 
- Gotowi? - zapytał Lucien. 

Trey poszedł za starszymi kompanami w kierunku fabryki. Liczne zapachy i 
odgłosy, dochodzące ze wszystkich stron, zaatakowały jego zmysły, aż zakręciło 
mu się w głowie, tak samo jak wtedy gdy po raz pierwszy zmienił się w wilkołaka 
w obecności Luciena. Po dłuższej chwili skupił się na tyle, że udało mu się 
oddzielić większość istotnych bodźców od szumu i znów odzyskał równowagę. 
Badając miriady zapachów, natrafił na słaby ślad Alexy, a przynajmniej tak mu się 
wydawało. Gdy pomyślał, że wbrew woli dziewczyny zaciągnięto ją w to 
opuszczone miejsce, włosy na karku mu się podniosły, a z potężnej piersi 
wydobyło się niskie warczenie. 
     Spojrzał ku rozgwieżdżonemu niebu i poczuł, że coś się w nim poruszyło, 
jakieś głębokie i potężne uczucie, które nagle popłynęło przez jego ciało. Do tej 
pory zmieniał postać pod dachem, lecz teraz, kiedy tak stał pod gołym niebem, 
przepełniły go zdumiewające poczucie słuszności i tak wielka euforia, że miał 

background image

ochotę odchylić ogromny wilczy łeb, by zawyć z radości. Wcześniej wyznał 
Alexie, że w postaci wilkołaka czuje, iż naprawdę żyje, teraz uczucie to było 
stokroć silniejsze. Jakby w tej postaci był naprawdę sobą: wilkiem na wolności pod 
nocnym niebem, pośród traw i wiatru. 
     Nieśmiałe kaszlnięcie Toma wyrwało Treya z zadumy; natychmiast odsunął 
wszystkie myśli, aby skupić się na zadaniu. 
     Fabryka znajdowała się pięćdziesiąt metrów przed nimi, pogrążona w 
ciemności, lecz chłopak wilczym wzrokiem widział każdą rysę na ścianie wokół 
drzwi, nad którymi wisiała zniszczona tabliczka z napisem Mittendorf, jakby 
patrzył przez noktowizor. 
     Kimkolwiek byli ci Mittendorfowie, dawno już się stąd wynieśli. 
     Chwasty porastały okolice budynku, a większość okien była zabita deskami 
albo potłuczona przez miejscową młodzież, która przychodziła tu na popijawy, 
sądząc po pustych butelkach i puszkach leżących w trawie. 
     Trey przesunął wzrokiem po szybach i wydało mu się, że w jednej z nich 
dostrzegł ruch, jakby ktoś ich obserwował z ukrycia. Jeszcze raz omiótł 
spojrzeniem okna, lecz niczego już nie zauważył. Sylwetki rysujące się za potłu-
czonymi szybami były ledwie zapowiedziami tego, co mogli tu spotkać, dał więc 
spokój próbom wypatrzenia czegoś pośród rozmazanych kształtów. I tak wkrótce 
się dowie, z kim bądź czym się tu zmierzą. 
     Gdy zbliżyli się do wejścia na odległość dziesięciu metrów, nieoczekiwanie 
zapaliły się dwa nieduże światła umieszczone po obu stronach otwartych drzwi. 
Szklane, brudne od sadzy klosze nadawały żarówkom żółtawy odcień, co 
wyglądało jak otwierające się, zażółcone oczy osadzone na ponurej twarzy fasady 
budynku. 
     - To mi się nie podoba - mruknął Tom i odbezpieczył karabin. 
     Lucien poszedł cicho dalej. Krok miał tak lekki, że ledwo trącał kamyki w 
szczelinach popękanego asfaltu, którym kiedyś wylano ścieżkę. 
     Zatrzymali się przed otwartymi drzwiami, usiłując coś zobaczyć w ciemności 
wnętrza domu. Od wejścia prowadził korytarz, który dochodził do schodów na 
tyłach budynku, a po jego obu stronach znajdowały się drzwi, za którymi czaiły 
się pokoje wypełnione złowrogą czernią. 
     - Wspaniale, jakaś cholerna królicza nora - jęknął Tom. - Lucienie, będziemy 
potrzebować grupy szturmowej, żeby przeprowadzić akcję jak trzeba. To czyste 
szaleństwo... 

Lucien uciszył go podniesioną dłonią. Zamknął oczy i stał przez chwilę 

nieruchomo, a wszystko dokoła także zamarło. Trey rozpoznał to samo czyste 
zatrzymanie, którego doświadczył w domu dziecka podczas pierwszego spotkania 

background image

z Lucienem; jakby na moment świat przestał się kręcić, a wszystko wstrzymało 
oddech w oczekiwaniu, aż znowu drgnie. 

I nagle tak się stało. Trey zamrugał, gdyż kakofonia dźwięków znowu 

wypełniła jego uszy, a kiedy spojrzał na Toma, ten tylko wzruszył ramionami i 
przybrał minę w rodzaju mnie-nie-pytaj. 

- Trzyma Alexe na drugim piętrze - odezwał się Lucien i wszedł do budynku. 
W pokojach na dole mieściły się kiedyś biura, lecz teraz przypominały puste 

skorupy. Pozostawione meble dawno już połamali albo spalili wandale. W kącie 
jednego z pomieszczeń stała zardzewiała, metalowa szafka z wyciągniętą dolną 
szufladą, przez co całość przypominała nadąsane dziecko, które musi ścierpieć 
niesłuszną karę. 

Całą fabrykę przenikał odór zepsucia i zaniedbania. Trey odbierał go jako 

brązowoczarną, pylistą woń wypełniającą obszar w jego umyśle, o którego 
istnieniu nawet nie wiedział. Zastanawiał się, czy w taki sposób prehistoryczni 
ludzie odbierali zapachy: uzbrojony w łuk albo włócznię człowiek tropił ofiarę, 
posługując się wyostrzonymi do granic możliwości zmysłami, by samemu nie paść 
łupem innego myśliwego. 

Niespodziewanie coś wypadło z kąta mijanego pokoju. Tom szybko skierował 

karabin w tamtą stronę i już miał nacisnąć spust, lecz Lucien spokojnym ruchem 
odsunął broń od istoty przemykającej w ciemności. 

- To tylko szczur - powiedział i poszedł dalej korytarzem. 
- Mam wrażenie, że tu aż się roi od nich - mruknął Tom. - A niektóre są 

cholernie duże, takie z gatunku dwunożnych. - Niskie warczenie dobiegające z 
tyłu sprawiło, że włoski na karku Irlandczyka stanęły na baczność. 

Lucien mijał kolejne pokoje, ledwie na nie zerkając. Zatrzymał się przy 

schodach i poczekał na Toma i Treya. 

Doszli do pierwszego podestu i zatrzymali się na znak wampira, który, 

nasłuchując, przekrzywił głowę. Trey wyostrzył zmysły, pozwalając się zalać 
powodzi dźwięków i zapachów fabryki. Słyszał dosłownie wszystko. A odgłosy, 
przeplatane i przesycane woniami, powiedziały mu, że na wyższym piętrze 
czekają na nich jakieś istoty: kręciły się niespokojnie w ciemności, cuchnąc pod-
ekscytowaniem i głodem, były gotowe do ataku. Gdzieś z góry płynął też smród 
niegodziwości; unosił się nad schodami niczym gęsta, czarna mgła. Przypomniał 
Treyowi woń śmierci i zepsucia, jaką roztaczał Hopper, gdy pierwszy raz zmienił 
postać w jego obecności. 

Lucien też odbierał te zapachy. Spojrzał na swoich towarzyszy, a potem gestem 

pokazał, że mają wchodzić na następne piętro, powoli i ostrożnie. Ruszył 
pierwszy, przemykając bezgłośnie po kamiennych stopniach, po czym dał znak, 

background image

by podążyli za nim. Zatrzymał się u szczytu schodów, czujny i napięty, 
spodziewając się w każdej chwili ataku. Nic się jednak nie stało. 

Mieli przed sobą kolejny ciemny korytarz, na którego końcu przez witrażowe 

okno sączył się srebrzysty blask księżyca, odbijając się w szklanych okruchach na 
podłodze, co tworzyło świetlną, rozbitą mozaikę pogrążoną w ciemności. W 
połowie korytarza przecinał go inny hol. Obie prostopadłe odnogi odchodziły w 
przeciwne strony, a słabe światło płynące z okna ukazywało tylko niewielki 
odcinek obu mrocznych arterii. Gdzieś przed nimi rozległo się niskie, gardłowe 
mruczenie podobne do warknięcia tygrysa tropiącego jelenia w wysokiej trawie. 
Tom spojrzał na Treya i aż się wzdrygnął na widok ogromnego wilka, który - cały 
napięty - wyszczerzył ostre siekacze. 

Trey uaktywnił część swojego umysłu odpowiedzialną za węch i po raz kolejny 

próbował poszukać zapachu Alexy; wreszcie wyodrębnił go spośród mnóstwa 
innych woni. Był pewny, że dziewczyna znajduje się na tym piętrze, lecz jej ślad 
dochodził z wielu stron, jakby przeprowadzano ją z miejsca na miejsce. Wszyscy 
trzej doszli ostrożnie do skrzyżowania korytarzy i wtedy ciszę rozdarł przeszywa-
jący okrzyk córki Luciena. Skręcili w lewą odnogę, idąc za odgłosem, ale po chwili 
zatrzymali się, ponieważ kolejny krzyk rozległ się dokładnie za ich plecami. 

- Dziel i rządź - powiedział Tom.  
Lucien skinął głową. 
- Ja biorę ten korytarz, ty z Treyem pójdziesz w tamtą stronę. - Zamilkł i 

chwycił delikatnie Treya za przedramię, spoglądając do góry. - Trzymaj się blisko 
Toma. A gdyby mu się coś stało, uciekaj w bezpieczne miejsce. Jeśli dotrzesz do 
Alexy, postępuj zgodnie z planem: opuść ten dom najszybciej, jak to możliwe. 
Powodzenia, Treyu. Nie zrób niczego głupiego. 

Ten odpowiedział skinieniem głowy, a z jego piersi popłynęło głuche 

warczenie. Coś kazało mu się pochylić i polizać twarz Luciena; jego długi język 
otarł się szorstko o brodę wampira. 
- Chodź, Treyu - rzekł Tom i pociągnął wilkołaka za sobą. Odeszli w przeciwnym 
kierunku. Gdy już oddalili się od skrzyżowania korytarzy, Trey zatrzymał się i 
spojrzał za siebie. Przez chwilę patrzył, jak Lucien zanurza się w ciemność. 
 
 

24

24

24

24    

 
     Lucien ostrożnie posuwał się ciemnym korytarzem, aż doszedł do drzwi, zza 
których wcześniej rozległ się krzyk jego córki. Przez chwilę nasłuchiwał uważnie, 
a potem otworzył drzwi i wszedł szybko do pokoju. Przestronnego pomieszczenia 
kiedyś używano pewnie jako warsztatu, gdyż stały tam jeszcze porysowane stoły 

background image

warsztatowe, ustawione w dwóch rzędach na środku, niczym ogromne trumny; 
były jednak pozbawione urządzeń, które niegdyś na nich zamontowano. Zanim 
wszedł dalej, wzrokiem spenetrował półmrok. 

- Tatusiu, pomóż mi! - Głos Alexy dochodził zza drzwi widocznych w 

przeciwległym końcu pokoju. Usłyszawszy tę prośbę nabrzmiałą bólem, Lucien 
zapomniał o ostrożności. Pobiegł w kierunku głosu. 

Gdy tylko stanął na progu, poczuł uderzenie kuli z dziwnej substancji. 
Masa natychmiast rozlała się po jego twarzy, zalepiając mu usta i oczy. 

Instynktownie spróbował ją zerwać, lecz palce przykleiły się do lepkiej mazi i 
zanurzały w niej tym głębiej, im bardziej próbował je wydostać. 

Przez chwilę zastanawiał się nad śmignięciem, jednak nie wiedział, jak duże 

jest pomieszczenie ani gdzie są ściany. A poza tym nie było sensu śmigać, dopóki 
miał na twarzy to świństwo. 

- Och, spójrzcie no - powiedział Hopper szyderczym tonem, podchodząc doń z 

końca pokoju. - Nasz pan, zarozumiały Lucien Charron, chyba się trochę poddusił! 
- Roześmiał się i zaraz zawtórował mu ktoś inny. - Co, małe kłopoty? - mówił 
dalej Hopper. Stał na prawo od Luciena, w bezpiecznej odległości. - Chyba trochę 
niewygodnie tam w środku. Płuca puste, coraz mniej tlenu. To musi być trudne 
nawet dla wampira. Jak myślisz, Glebb? 

- Nie jest to raczej numer ze szczytu wampirzej listy przebojów. - Wydawało 

się, że te słowa wypowiedziała Alexa, lecz Lucien już wiedział, że nie ma jej w 
pokoju, zrozumiał też, kim jest towarzysz Hoppera. To był sukub: demon 
potrafiący naśladować głos i wygląd każdej kobiety, by zwabiać ofiary płci męskiej 
na pewną śmierć. Lucien dał się złapać w tak trywialną zasadzkę... 

- Oczywiście - kontynuował sukub głosem Alexy. - Nawet jeśli umrze, to jako 

istota cienia. O ile w ogóle można mówić, że nieumarli umierają. W którymś 
momencie się zregeneruje. - Głos łudząco podobny do tonu Alexy brzmiał jeszcze 
przenikliwiej; oba demony wyraźnie rozkoszowały się szansą zadrwienia z 
Luciena, który dusił się w ciemności swojej maski. 

     - Och, Glebb. Zapomniałeś? Przecież istotę cienia może zabić inna istota 

cienia, a wystarczy jej kieł i pazur. Czy też, jak w tym wypadku, przebiegłość i 
ślina. 

Zachichotali, przyglądając się, jak Lucien próbuje uwolnić się z lepkiej masy. 

Zaczął słabnąć, aż wreszcie, miotając się, opadł na podłogę, na co tamci 
zareagowali dzikim śmiechem. Jeszcze trochę się rzucał, rozciągnięty na podłodze, 
lecz jego ruchy stawały się coraz wolniejsze, aż w końcu znieruchomiał. 

Istota o imieniu Glebb wyłoniła się z kąta, w którym dotąd się ukrywała, i 

podeszła do Luciena. Oba demony występowały w swojej prawdziwej postaci - 
otwarto tymczasowy most między tym światem a Otchłanią, obejmujący cały 

background image

budynek, w którym się znajdowały. Dzięki temu nie musiały wciskać się w 
niewygodną ludzką skórę, co normalnie miało miejsce, gdy przechodziły na 
poziom człowieka. Sukub był wysoką, mlecznobiałą istotą pozbawioną włosów. 
Jego skóra wydawała się za duża i zwisała fałdami na różnych częściach ciała. Pod-
chodząc ostrożnie, powłóczył nogami. Spojrzawszy na leżącego wampira, 
dwukrotnie kłapnął szczęką i nieprzyjemnie trzasnął małymi, ostrymi ząbkami. 

- Nie żyje? - zapytał. 
- Tak myślę. Najlepiej przekonajmy się, co? - powiedział dżin pluj, szczerząc 

zęby w paskudnym uśmiechu. 

Hopper podszedł i uniósł wysoko nad głowę drewniany kołek. Potem opuścił 

go szybko i z całej siły wbił w pierś wampira. 

       
 

25

25

25

25

 

 
- Powinniśmy trzymać się razem - powiedział cicho Tom, podążając w mrok 

przed Treyem. - Niedobrze jest się rozdzielać. Sami się podkładamy Kalibanowi. 

Trey poszedł za Tomem i obaj ostrożnie zbliżyli się do drzwi na końcu 

korytarza. Irlandczyk, odbezpieczywszy karabin, włączył latarkę umocowaną pod 
lufą. 

Skupiony, skinął głową na towarzysza. 
- Trudno przewidzieć, co nas tam czeka. Kaliban wie, że przyszliśmy, a nie 

mam pojęcia, jakie siły Otchłani nam przeciwstawił. Trzymaj się mnie i wykonuj 
moje polecenia, dobrze? 

Wilkołak spojrzał na niego z góry i skinął głową. 
Tom, zerknąwszy na drzwi, wziął głęboki oddech. 
- Jak to rozegramy? - zapytał, wskazując głową wejście. 
Trey uniósł stopę i kopnął w drzwi. Wyrwane z zawiasów, wpadły do wnętrza 

pustego pomieszczenia, a hałas przerwał niepokojącą ciszę w budynku. 

- Och, bardzo subtelnie! - zawołał Tom i omiótł światłem latarki kąty 

pomieszczenia. Trey wbiegł za nim, schylając głowę pod futryną, po czym stanął u 
boku przyjaciela w pustym pokoju. - Jak ci się to podoba? Zapraszają na imprezę, a 
nikt nas nie wita. 

Coś było nie tak. Trey rozejrzał się po pokoju, lecz nic nie dostrzegł w 

ciemnych kątach i zakamarkach. Sierść mu się zjeżyła, gdy poczuł fetor 
wypełniający pomieszczenie. Tom uśmiechnął się krzywo i dał znak, by przeszli 
do dwuskrzydłowych drzwi po lewej stronie. Zdążył wejść na drugi stopień, kiedy 
został zaatakowany. 

background image

- Pająki z Nrgalu! Ich trucizna jest śmiertelnie niebezpieczna. Treyu, biegnij! - 

zawołał i odchylił głowę na lewo, by uniknąć potwornych kłów. Ogromna istota 
podobna do pająka dorównywała wielkością psu i była cała czarna, z fasetką 
czarnych oczu. Z porośniętego szorstką sierścią, bulwiastego odwłoku wysuwały 
się mocne, pokryte chityną kończyny, starając się pochwycić Toma i wbić w jego 
ciało jadowite, haczykowate zęby. 

Mężczyzna spróbował wystrzelić w pysk atakującego monstrum pocisk, lecz 

potwór zdążył zahaczyć nogą jego ramię, więc użycie broni mogło okazać się 
niebezpieczne. Uzyskawszy pewną przewagę, napastnik przyciągnął do siebie 
ofiarę i uniósł głowę, aby zadać śmiertelne pchnięcie. 

Trey zaatakował bestię, zaciskając szpony na odwłoku w miejscu, gdzie trudno 

było oddzielić głowę od tułowia. Zacieśnił uścisk, lecz istota nie puściła ofiary, na 
którą czekała tak długo. Trey skupił się na głowie, starając się odciągnąć pająka od 
Toma i uniemożliwić mu wstrzyknięcie śmiertelnej trucizny. 

Z sufitu spuścili się nowi przeciwnicy o wygłodniałych oczach, w których 

odbijały się wydarzenia na dole, gdy spieszyli przyłączyć się do ataku. 

Trey nie mógł oderwać napastnika od Toma. Całą siłę zużył na to, by 

uniemożliwić mu ukąszenie przyjaciela. Zaryczawszy z wściekłości, spróbował 
wgryźć się w głowę monstrum w nadziei, że stwór wypuści Toma z uścisku. 
Usłyszał raptem nieprzyjemny trzask oka pająkowatego demona, któremu 
towarzyszyło przeciągłe wycie. Ciało istoty wygięło się w agonii, a kończyny z 
niewiarygodną prędkością zwróciły się ku Treyowi. 

Gdy nieprzyjaciel się odwrócił, unosząc dłuższe przednie kończyny, by 

pochwycić Treya, chłopak dostrzegł miękką część odwłoka. Zakrzywił palce i 
głęboko rozorał pazurami skórzaste podbrzusze. Wnętrzności stwora wypłynęły 
na zewnątrz i zawisły nad podłogą niczym koszmarne wahadło. Trey cofnął dłoń i 
patrzył, jak napastnik osuwa się na podłogę, a jego ciało oblewa substancja czarna 
niczym smoła. 

- Treyu, jest ich zbyt wiele. Biegnij, szybko! - zawołał Tom, wskazując na 

zbliżające się pająki. Popchnął wilkołaka w kierunku dwuskrzydłowych drzwi, 
omiatając sufit serią z karabinu, która wypełniła zamknięte pomieszczenie 
kakofonią dźwięków i sprawiła, że Trey aż zamrugał, gdy te odgłosy naparły na 
jego uszy. 

Przyjaciele podbiegli do drzwi i zatrzymali się tylko na moment, by Tom wyjął 

granat spod kamizelki. Wy rwał zawleczkę i potoczył go po podłodze w kierunku 
demonów, które zmierzały w ich stronę. Chwycił Trey a za ramię i wypchnął go 
na korytarz, po czym zamknął drzwi i obaj usunęli się na bok. Siła wybuchu była 
tak duża, że fala dźwięku i dymu wyłamała je. Tom, który stał pochylony nad 

background image

ogromną sylwetką wilkołaka, zerwał się na nogi i puścił serię z karabinu w 
kłębiący się dym, a potem następne, aż wystrzelał wszystkie naboje. 

Wtedy wycofał się do Treya i zmienił magazynek. Kiedy dym się trochę 

rozwiał, zajrzeli do pokoju; zobaczyli porozrzucane fragmenty ciał demonów-
pająków. 

Gdzieś za ich plecami ktoś zaklaskał. Odwrócili się błyskawicznie i ujrzeli 

wysoką, świetliście bladą istotę o płonących oczach, której spojrzenie obiecywało 
jedynie śmierć. Trey poczuł nienawiść bijącą z tamtych ślepi i od razu się 
domyślił, że ma przed sobą tego, kto pragnie jego zniszczenia - Kalibana. 

- Potrafimy z klasą wejść na scenę, co?  
 
 

26

26

26

26    

 
Hopper spojrzał na ciało Luciena i z obrzydzeniem pokręcił głową. 
- Wampiry, zarozumiałe dupki - powiedział. - Mroczni panowie nocy, też coś! 

Wystarczył kobiecy głos i zwykły podstęp. 

- Hopper, lepiej uważaj na to, co mówisz o rasie Kalibana, bo on jest w tym 

samym budynku. W jakiś sposób słyszy wszystko - przemówił Glebb już swoim 
głosem i podszedł do towarzysza. 

- Szkoda, że nie przyszła tu ta szumowina, Tom - rzekł dżin. - Z radością 

rozerwałbym go na strzępy, kawałek po kawałeczku. Chętnie go posmakuję. 
Będzie mój, zobaczysz. Dostanę go w nagrodę za to. - Pokazał głową na martwą 
postać na podłodze. - Kaliban da mi go, przekonasz się. Zakosztuję jego krwi, o 
tak. - Kłapnął zębami i się uśmiechnął. 

- Jak już mówimy o krwi, to niewiele z niego wypłynęło, co? - zauważył Glebb 

i pokazał na leżącego bez ruchu wampira. 

Hopper spojrzał w dół, marszcząc czarcią twarz. 
- Rzeczywiście. Pewnie kołek blokuje ranę. 
- Co z nim zrobimy? - zapytał Glebb i ostrożnie trącił ciało szponiastą stopą, 

zachowując bezpieczną odległość. 

- Kaliban powiedział, że musimy go spalić, ale najpierw chce zobaczyć zwłoki, 

trzeba więc je do niego za- taszczyć. Chodź, pomóż mi. - Hopper pochylił się, by 
chwycić Luciena za nogi, gdy nagle uzmysłowił sobie, że nic nie zrobią, bo 
przecież kołek przyszpilił ciało do podłogi. 

- Wyciągnij to z niego - zwrócił się do sukuba. 
- Ja się tego nie tykam. Ty mu wbiłeś kołek, to teraz sam posprzątaj. 
Hopper zerknął na towarzysza. 

background image

- Wiesz, dlaczego inne demony gardzą wami i się z was śmieją? Bo nie macie 

jaj, zupełnie jak kobiety, których głosy naśladujecie! - Cmoknął zadowolony z 
własnego dowcipu i obszedł zwłoki, by wyciągnąć z nich kołek. 

Z nogą na piersi wampira chwycił ciężką, drewnianą żerdź i mocno pociągnął. 
To była ostatnia rzecz, jaką zrobił. 
W chwili gdy stopa Hoppera dotknęła ciała Luciena, lepka substancja na 

twarzy wampira zmieniła postać. Lucien, który przez cały czas walczył, by nie 
osunąć się w mroczną otchłań śmierci, wykorzystał jedyną szansę, na którą liczył. 
Zerwał z twarzy duszącą go kulę i gwałtownie wciągnął powietrze, szeroko 
otwierając oczy i usta. Strząsnął z dłoni resztkę lepkiej masy, chwytając 
jednocześnie dżina za nogę w kostce i blokując mu mięsień, tak by demon nie 
mógł się wyswobodzić z uścisku. Źrenice istoty cienia zwęziły się, gdy patrzyła, 
jak ożywa jej wróg. 

Lucien wolną ręką wyrwał kołek z własnej piersi, a w tej samej chwili 

przerażający ból, podobny do ogłuszającej fali, która pochłania wszystko, wydobył 
z jego gardła potworny ryk. Spojrzał na ostro zakończony kołek i przez ułamek 
sekundy zastanawiał się, jak udało mu się przeżyć przebicie tak straszliwym 
narzędziem. 

Gdy kołek przeszył jego pierś tuż przy sercu, wampir musiał zablokować duże 

obszary swojej świadomości, aby uniknąć lawiny bólu, która na niego spadła. 
Schował się przed nią w zakamarku umysłu, z którego obserwował całą jatkę, i 
czekał tam, ukryty, utrzymując się przy życiu, gotów wymknąć się przy stosownej 
okazji. Teraz jednak, zmuszony do opuszczenia kryjówki, znowu poczuł ból 
trawiący go niczym pożar. 

Powstał, jedną ręką trzymając Hoppera dyndającego w powietrzu do góry 

nogami. Dżin pluj, który już oprzytomniał, wypluwał kolejne lepkie kulki, 
skręcając ciało, by trafić w Luciena. Ale dopóki wampir pozostawał z plujem w 
bezpośrednim kontakcie, pociski odbijały się, nie czyniąc Lucienowi żadnej 
szkody. 

Spodnie przykleiły mu się do nóg, nasiąknięte krwią płynącą z klatki 

piersiowej i z pleców. Wampir czuł, że nogi uginają się pod nim niebezpiecznie, 
lecz wyprostował się i potrząsnął demonem. 
     - Żegnaj, Hopper - powiedział i opuścił go na podłogę, a następnie wbił kołek 
w pierś demona. Patrzył spokojnie, jak ten wije się przez chwilę, a potem 
nieruchomieje. 

Lucien odwrócił się powoli i poszukał wzrokiem sukuba. Ten już wcześniej 

wycofał się do ciemnego kąta, z którego wyszedł. Jego błagalne spojrzenie błądziło 
po twarzy mściwego potwora, który stał przed nim. 

- Mów - rzekł Lucien spokojnym tonem. 

background image

- Nie. Proszę, nie możesz mnie do tego zmusić - błagał demon, usiłując się 

odsunąć. 

- Twoje imię, sukubie! 
- Proszę, nie... 
- Podaj mi swoje prawdziwe imię, sukubie - powtórzył Lucien i wyciągnął 

zakrwawiony kołek z ciała mar twego dżina plują. - Wyjaw swoje imię albo 
podzielisz jego los. 

Istota spojrzała mu w oczy, szukając współczucia, lecz nie znalazła niczego 

poza płonącą nienawiścią. Wampir zrobił krok do przodu i uniósł kołek nad 
głowę. 

- Nazywam się Rashishnrok - powiedział szybko sukub i zasłonił twarz dłońmi, 

jakby chciał się obronić przed nieuniknionym atakiem. 

Lucien kiwnął głową i opuścił kołek. 
- Znasz pakt Otchłani. Poznałem twoje imię, więc należysz do mnie. Teraz ja 

jestem twoim panem i odtąd będziesz mi posłuszny. Masz udać się do Otchłani i 
nie wracać na poziom ludzki, chyba że cię wezwę. Jeśli nie usłuchasz, zapiszę 
twoje imię w Księdze Halzoga, a on przyjdzie po ciebie. 

Odwrócił się od całkowicie pognębionej istoty. 
- Ruszaj. I pamiętaj, kto odtąd jest twoim prawdziwym panem. 
Demon zaczął powoli zanikać, aż został po nim ledwo widoczny cień - po 

chwili i on zniknął. 

Lucien opadł na kolana. Wciągnął gwałtownie powietrze, czując, że ciało 

odmawia mu posłuszeństwa. Stracił za dużo krwi. Kołek nie uszkodził serca, ale 
przebił płuco. Wampir obficie broczył krwią. 

Położył się. Był zmęczony i pragnął jedynie, by przenikające zimno pochłonęło 

go całego. 

Na dźwięk wybuchu gwałtownie otworzył oczy, a potem słuchał, jak odgłos 

karabinowej serii Toma rozrywa ciemność. 

Resztką sił podparł się na rękach i kolanach i popełzł w kierunku strzałów. 
 
 

27

27

27

27    

 
Lucien czołgał się po podłodze, a brud i kurz mieszały się z jego krwią, tworząc 

lepką, ciemną maź pokrywającą ubranie i dłonie. 

Był świadom, że wciąż krwawi z ran na piersi i na plecach. Wiedział, że może 

sobie pozwolić na utratę dużej ilości krwi, zanim jego ciało przestanie 
funkcjonować, lecz bał się myśleć, ile zostało mu jeszcze czasu. Dzięki 
umiejętności spowalniania funkcji organizmu wciąż żył, ale nie chciał znów 

background image

zapaść w ten stan, podczas gdy Tomowi i Treyowi groziło śmiertelne 
niebezpieczeństwo, a Alexa wciąż znajdowała się w rękach jego brata. 

Gdy Hopper zaatakował, wampir zrozumiał, że nie ma sensu się bronić. Uznał, 

że jeśli zdoła udać własną śmierć, to może uniknie przebicia kołkiem. Dlatego 
osunął się na podłogę i wyłączył niemal wszystkie funkcje ciała, spowalniając 
bicie swego serca do minimum. Przez cały czas obserwował obu napastników. 
Stan, w który się wprowadził, przypominał jego wampirzy sen, w czasie którego 
ciało pogrążało się w rodzaju letargu. Dzięki temu niemal zapomniał, że nie może 
zaczerpnąć tchu. 

Gdy przebito go kołkiem, poczuł straszliwy ból, ale wytrzymał; mógł w tym 

stanie jeszcze długo wytrwać. Kiedy jednak Hopper nierozważnie uwolnił go od 
duszącej maski, uznał, że oto nadarzyła się jedyna okazja, aby pokonać wroga. 

Szybko wyszedł z letargu, odblokował życiowe czynności i zaczął działać. 

Jednak kosztowało go to zbyt wiele sił, dlatego teraz z trudem pełznął, a krew 
wciąż niebezpiecznie wyciekała z jego ciała. 

Kiedy dotarł do skrzyżowania z głównym korytarzem, zatrzymał się i oparł o 

ścianę. Rozerwał nogawkę spodni aż po udo i oddarł długi pasek materiału. 
Zwinął go w kulkę i wepchnął do szerokiej rany na piersi, licząc na to, że choć 
trochę zatamuje krwawienie. 

Sunął dalej odnogą, w którą wcześniej skręcili Trey i Tom, i wczołgał się do 

pokoju na końcu korytarza. 

Przyspieszył na widok wyważonych drzwi. Zatrzymał się, ujrzawszy 

ogromnego pająka, a potem ruszył powoli w stronę kałuży lepkiej cieczy, która 
wypłynęła z ciała istoty. Wszędzie walały się szczątki pajęczych odwłoków, a 
wśród nich puste magazynki po pociskach. Lucien domyślił się, że spustoszenia 
dokonał wybuch, który usłyszał. Odetchnął z ulgą, gdy nigdzie nie zobaczył ciał 
Toma ani Treya. 

Popełzł dalej przez śmieci zalegające podłogę, zmuszając kończyny do 

posłuszeństwa. Niestety, opuściły go już siły; poczuł, jak ręce uginają się pod nim, 
i boleśnie uderzył twarzą o podłogę. Łapczywie wciągając zatęchłe powietrze do 
jedynego sprawnego płuca, zanurzył się wreszcie w czarną mgiełkę, która zaczęła 
go spowijać, i czekał, aż jego długie istnienie wreszcie dobiegnie końca. 

Głos brata, przebijający się przez ciemność, powstrzymał Luciena przed 

ostatecznym osunięciem się w mrok. Przenikliwy i gardłowy ton przypominał 
odgłos piły przecinającej kość; był zupełnie pozbawiony radości, pasji czy 
współczucia. Ten głos istniał na ziemi od prawie trzystu lat i wszystkim, którzy 
mieli pecha go usłyszeć, zawsze groził śmiercią albo czymś jeszcze gorszym. 
Towarzyszył Lucienowi na początku jego istnienia, kiedy zachęcał go i nakłaniał 
do coraz krwawszych czynów. Długo słuchał tego głosu - aż do dnia, w którym 

background image

Kaliban popełnił zbrodnię tak potworną, że coś w Lucienie pękło. Obiecał sobie 
wtedy, że już nigdy nie ulegnie bratu i odtąd będzie starał się uciszyć i usunąć ze 
świata ten trujący głos. Ze smutkiem zdał sobie sprawę, że nie wypełnił misji i że 
to on sam zamilknie teraz na zawsze. 

Ryk, który przebił się przez natrętną ciszę, mógł pochodzić tylko z gardła 

Treya, a znajomy głos wyrwał Luciena z apatycznego odrętwienia. Wampir 
odtworzył w umyśle obraz Alexy i posłużył się nim, by przedrzeć się przez 
paraliżujące go ból i rozpacz. Przerażony pomyślał, że Tom i Trey mogą 
spróbować uwolnić Alexę z rąk Kalibana bez jego pomocy, a na to nie mógł 
pozwolić. 

Lucien zamknął oczy i przez zaciśnięte zęby wciągnął powietrze. Resztką sił 

dźwignął się na kolana, ignorując zawroty głowy. Z trudem stanął, chwiejąc się 
jak pijak. 

Odetchnął gwałtownie, przesuwając stopę do przodu, a ten błahy z pozoru 

ruch spowodował falę przenikliwego bólu. Lucien zmusił się do podniesienia 
głowy i wyprostowania; z ran na piersi i na plecach znowu popłynęła krew. Szedł 
ku otwartym drzwiom, podążając za głosem brata. 

 
 

28

28

28

28

 

 
Tom i Trey odwrócili się i spojrzeli na Kalibana. Stał na środku pokoju, przez 

świetlik sączył się blask księżyca. Kaliban był niczym aktor w świetle reflektorów. 
U jego boku stała Alexa. Wydawało się, że jest zdrowa, tylko miała mętne 
spojrzenie, jakby podano jej silny narkotyk. 

Trey widział jakieś istoty poruszające się w mroku. Ich nieregularne cienie 

sugerowały, że nie są to postaci całkiem materialne. Porozumiewały się ze sobą, a 
mamroczące głosy i zwierzęce pomruki zlewały się w chaotyczny zgiełk, z 
którego nie dało się wyodrębnić żadnych sensownych słów. 

- Spokój! - rozkazał Kaliban i głosy stały się ledwo słyszalnym szeptem. 
Trey kątem oka zobaczył, że Tom podnosi broń i celuje w wampira. Wyciągnął 

rękę, by powstrzymać Irlandczyka, lecz w tej samej chwili Kaliban zasłonił się 
dziewczyną. Tom trzymał palec na spuście, licząc na to, że w którymś momencie 
nadarzy się okazja, aby poczęstować wampira serią z karabinu. 

Kaliban wzrostem dorównywał bratu i - tak jak Lucien - był łysy. Na tym 

kończyło się ich podobieństwo. 

Wampir wydawał się bardzo stary. Szara skóra ciasno opinała czaszkę, 

uwydatniając wystające kości policzkowe i wysuniętą szczękę. Głęboko osadzone 

background image

żółte oczy o czarnych, wydłużonych jak u kozła źrenicach lekko przypominały 
mieniące się kolorami oczy Luciena. 

Kaliban uśmiechnął się znad barku dziewczyny, odsłaniając śnieżnobiałe kły. 

Uniósł dłoń i powoli, z rozmysłem pogładził gardło Alexy długimi, ciemnymi 
szponami, powstrzymując w ten sposób Toma i Treya od ataku. Obserwując ich, 
mocniej wbił zakrzywione szpony i przeciągnął paznokciami po szyi ofiary, ale 
nie przeciął skóry, pozostawił tylko białe zadrapania. 

Cmoknąwszy, spojrzał na Toma i zapytał urażonym tonem: 
- Po co ta agresja? - jego głos brzmiał spokojnie, lecz czaiła się w nim groźba. - 

Przecież możemy porozmawiać w cywilizowany sposób, prawda? 

Popatrzył na karabin Toma i wydął usta, dając wyraz niezadowoleniu, niczym 

nauczyciel, który przyłapał ucznia na posiadaniu scyzoryka. 

- A poza tym, co chciałeś zdziałać tymi swoimi pukawkami? Zostawiają tylko 

paskudny bałagan, a nie ma z nich większego pożytku, głupi człowieczku. - Zaj-
rzał Tomowi w oczy i na jego usta powrócił paskudny uśmiech. - Wiesz o tym. 
Karabin to tylko środek służący do osiągnięcia ostatecznego celu, dobrze mówię? 
Narzędzie, które pozwoli ci zyskać na czasie, żebyś mógł mnie przekłuć, jak 
jakiegoś wieprzka, jednym z tych okropnych, drewnianych kołków, które z 
pewnością przynieśliście ze sobą. - Teatralnie wywrócił oczami. - Jakież to 
przewidywalne. Ty żałosny, nic nieznaczący ludziku. 

Gdy poruszył palcami wolnej ręki, z mroku pokoju wystrzeliły grube, czarne 

macki, które oplotły Irlandczyka, podniosły go do góry i wciągnęły w 
atramentową ciemność. 

- E-e - Kaliban ostrzegł Treya, widząc, że wilkołak poruszył się, by pomóc 

przyjacielowi. 

Trey przyglądał się bezradnie, jak wężowate postacie oplatają ramiona i nogi 

Irlandczyka, a jedna z nich, owinięta wokół szyi i ust mężczyzny, uściskiem 
dusiciela przyciąga do siebie jego głowę. Oczy Toma wyszły na wierzch, lecz 
jeszcze zdążył posłać Treyowi ostrzegawcze spojrzenie. 

Kaliban, poirytowany, pokręcił głową. Po chwili skupił uwagę na Treyu, choć 

nie przestawał głaskać gardła Alexy. 

- Cała ta przemoc. Zupełnie niepotrzebna. Zgodzi się pan ze mną, panie 

Laporte? - zapytał, unosząc lekko brwi. - Powinniśmy porozmawiać i ogłosić coś 
w rodzaju... amnestii. Czy mówię od rzeczy, Treyu? Pozwolisz, że będę się 
zwracał do ciebie po imieniu? 

Z lewej strony rozległy się zduszone jęki Toma, lecz Trey nie potrafił oderwać 

oczu od szponów na gardle dziewczyny. 

- Siedź cicho, ty psie! - warknął Kaliban do Toma, wciąż patrząc na Treya. - 

Czy może mam cię całkowicie wykluczyć z naszych uroczystości? Problem z tymi 

background image

ludźmi polega na tym - mówił dalej - że nie rozumieją swojego miejsca w świecie. 
Wierzą, że są najwyższymi istotami, szczytem ewolucji. Ale nie rozumieją, że aby 
stać się najważniejszymi istotami, trzeba najpierw zająć najwyższe miejsce w 
łańcuchu pokarmowym i objąć panowanie nad wszystkimi innymi stworzeniami, 
z którymi - jako najwyżsi w hierarchii drapieżnicy - łaskawie zamieszkują ten 
świat. Niestety, przeoczyli fakt, że wcale nie stoją na szczycie: mają nad sobą mnie 
i moich pobratyńców. Dla mnie to tylko żer, żywy inwentarz, którym mój rodzaj 
karmił się od tysięcy lat. Gardzę nimi wszystkimi. 

Zerknął na Toma, a potem znowu przeniósł złowrogie spojrzenie na Treya. 
- Z pewnością mój brat próbował cię przekonać, że jestem złem wcielonym, że 

chętnie wytępię ludzkość i zamienię Ziemię w coś zupełnie innego. Rzeczywiście, 
posiadam taką moc. Mam Pierścień Amona i gdybym zechciał, to ludzie sami 
rozerwaliby ten swój świat na kawałki. Dlaczego więc tego nie zrobiłem? 

Dopiero teraz Trey zwrócił uwagę na duży, srebrny pierścień na środkowym 

palcu dłoni zakrywającej szyję Alexy. 

- Daj spokój, Treyu, nasza rozmowa jest irytująco jednostronna. Powróć do 

ludzkiej postaci, żebyśmy mogli porozmawiać i rozwiązać nasze problemy. 

Tom znowu wydał z siebie jakiś odgłos, lecz Kaliban, nie odrywając wzroku od 

Treya, uciszył go ledwo dostrzegalnym ruchem palca. 

- Jestem już stary. Mam prawie trzysta lat i nie tęsknię za walką. Chcę 

zakończyć konflikt z bratem i wierzę, że ty możesz doprowadzić do pokoju. 
Proszę więc, przyjmij postać człowieka, co umożliwi nam rozmowę, a ja 
wypuszczę Alexę i twojego przyjaciela. 

Jego spojrzenie wyrażało prośbę. 
- Nie sądzisz, że gdybym chciał ich skrzywdzić, to już bym to zrobił? Nie, ja 

oczekuję tylko rozmowy. Porozmawiaj ze mną, Treyu. Pomóż mi uporządkować 
cały ten bałagan. 

Trey dotknął srebrnego amuletu zawieszonego na szyi. Musnął wzrokiem puste 

spojrzenie Alexy i przypomniał sobie, jak kilka chwil wcześniej Kaliban prze-
ciągnął szponami po gardle dziewczyny. Potem zerknął na Toma i serce zamarło 
mu na moment, bo zobaczył, że bezwładne ciało przyjaciela zanurzyło się w 
ciemności istot cienia. 

Został sam. Nie widział innego sposobu rozwiązania tej sytuacji, jak spełnić 

prośbę Kalibana. 

Na powrót przybrał postać człowieka. 
Gdy tylko to zrobił, ściany pokoju jakby ożyły, a z kątów zaczęły wynurzać się 

ciemne, ohydne istoty. Wypełzały i podkradały się chyłkiem, coraz głośniej 
bełkocąc niezrozumiale. Były tak groteskowe, że Trey pomyślał, iż atakują go 
piekielne hordy. 

background image

Nie, Treyu! To pułapka, on chce nas wszystkich zabić Zmień postać!

 

Spojrzenie Alexy, która dotąd patrzyła w podłogę, ożywiło się; popatrzyła na 

Treya w tej samej chwili, w której usłyszał jej głos w swojej głowie. 

- Zamknij się, ty mała s u k o !   -  Kaliban przeciął potok słów Alexy niczym 

ostry nóż. Trey patrzył, jak wampir gwałtownym ruchem odchyla głowę 
dziewczyny i szczerzy monstrualne zęby, gotów zatopić je w szyi Alexy. 

Wraz z biegiem kolejnych wydarzeń czas jakby zamarł. Treyowi wydawało się, 

że wrósł w podłogę, gdy zobaczył Kalibana gotowego do ataku. Mięśnie nie po-
słuchały jego komendy ratowania Alexy, dlatego z przerażeniem patrzył, jak 
wampir niewiarygodnie szeroko otwiera usta i opuszcza głowę ku jej gardłu. 

Wtedy niespodziewanie wyrósł między nimi Lucien. 
Śmignął między bratem a córką i osłonił sobą dziewczynę. Zęby Kalibana 

wbiły się w pokryte brudem ciało brata. Lucien zaś, zamiast odepchnąć 
napastnika, chwycił go za głowę, przyciągając ją do siebie i jeszcze głębiej wbijając 
kły brata w swoje ciało, przez co tamten nie mógł się uwolnić. 

Alexa osunęła się na podłogę, a Trey patrzył, jak Kaliban próbuje się 

wyswobodzić, żłobiąc pazurami w głowie Luciena głębokie rany, z których od 
razu popłynęły strużki krwi. Starszy wampir śmignął, nie mogąc uwolnić się z 
braterskiego uścisku. Lucien postąpił podobnie. Niestety chłopak zobaczył z 
przerażeniem, że coś jest nie tak. Kaliban zniknął i pojawił się niemal natychmiast 
jakieś pół metra przed Treyem; jakby wyswobodził się z klinczu. Jednak jego 
głowa pozostała pochylona do przodu pod nienaturalnym kątem, tak jak wtedy, 
gdy trzymał ją Lucien. W oczach Treya Kaliban wyglądał jak ktoś z przetrąconym 
karkiem, kto do końca życia zachowa już tę groteskową postawę. Kaliban spojrzał 
ku górze, jakby szukał wzrokiem niewidzialnej mocy, która wciąż go blokowała. 
A potem powietrze przed nim nabrzmiało i wybuchło migotaniem, z którego 
uformowała się postać Luciena Charrona; wampir pojawił się w takiej samej po-
zycji, w jakiej zniknął. 

Trey pamiętał, co Tom mu powiedział o mignięciu obrazu, które zauważył 

podczas walki z Lucienem. Była to oznaka zmęczenia wampira, dlatego teraz 
chłopak się domyślił, że powolne pojawienie się Luciena także świadczy o jego 
zmęczeniu i że przyjaciel nie będzie w stanie długo przytrzymywać brata, a już na 
pewno nie zbierze dość sił, by jeszcze raz śmignąć. 

Trey patrzył, jak Lucien, oddychając chrapliwie, pomimo bólu otwiera oczy i 

spogląda w jego stronę. Chłopiec poczuł, że serce zatrzymało mu się na moment, 
bo dostrzegł w tym spojrzeniu całkowite wyczerpanie i świadomość porażki. 
Wiedział, że jego opiekun nie ma już sił walczyć i lada moment pozwoli się zabić 
własnemu bratu. 

background image

Jakby wyczuwając to, Kaliban złożył palce prawej dłoni w grot włóczni, a ostre 

szpony na końcach złączonych palców utworzyły rząd sztyletów, które miały 
ugodzić odsłoniętą szyję Luciena. 

Wampir odchylił rękę, by zaatakować, przybliżając dłoń do twarzy Treya. 

Chłopak odchylił gwałtownie głowę, unikając uderzenia, a ten prosty odruch 
wystarczył, by się wyrwać z pęt paraliżującego strachu, który go obezwładnił, gdy 
pomyślał, że Kaliban zamorduje Alexę. W jednej chwili zmienił postać i 
zaatakował. Rozwarł wilczą paszczę i zacisnął szczęki na przedramieniu Kalibana. 
Wampir wydał zduszony okrzyk, lecz Trey nie zwracał na to uwagi, przebijając 
skórę i mięśnie białymi, ostrymi jak dłuta zębami. Kaliban zaczął wierzgać, 
wydając z siebie przeraźliwy ryk autentycznej agonii, lecz Lucien wciąż trzymał 
go za głowę, uniemożliwiając bratu ucieczkę czy choćby obronę. Trey poczuł 
mdłości, gdyż z ran wampira popłynęła na jego pysk okropna krew. 
Instynktownie domyślał się, że nie wolno mu jej połknąć, dlatego domknął tylną 
część gardła, by trucizna zamiast dostać się do jego ciała, mogła swobodnie 
wypływać między szczękami. Wreszcie rozległ się trzask łamanej kości i zęby 
Treya znowu się zetknęły, a dłoń wampira uderzyła głośno o podłogę. W tej samej 
chwili siły i wola Luciena stopniały do zera. Puścił brata, a potem padł na podłogę 
jak martwy. 

Krzyk demona przypominał ryk silnika startującego odrzutowca. Wydobył się 

nie tylko z ust Kalibana, lecz także z ust istot cienia, które wcześniej zeszły ze 
ścian, i przeszył powietrze, które aż zawibrowało. Trey przycisnął dłonie do uszu, 
patrząc, jak demony wycofują sięw mrok. Wydawało się, że każdą cząsteczkę w 
pomieszczeniu i każdą molekułę samego pokoju, ale i ludzi w nim się 
znajdujących, przenika dziwne, niepokojące doznanie b o l e s n e g o   s z a r p n i ę c i a ,  
jakby elastyczność wszechświata została nagle nadwerężona i kosmos zaprotesto-
wał przeciwko napierającej nań sile. Rozległ się t r z a s k, pozbawiający Treya 
powietrza w płucach, jakby otrzymał cios w splot słoneczny, a kiedy znowu 
podniósł wzrok, zobaczył, że istoty cienia oraz ich mroczny przywódca zniknęli. 

Alexa podpełzła do ojca i oparła jego głowę na swoich kolanach. Płynące po jej 

twarzy łzy skapywały na przesiąknięte krwią ubranie Luciena. 

- Nie żyje? - zapytał Trey i już w ludzkiej postaci przyklęknął obok niej. 

Zadrżał, nie tylko z powodu chłodu. 

- Nie, ale umrze, jeśli mu zaraz nie pomożemy. - Spojrzała na niego i kiwnęła 

głową. - Dziękuję, Treyu. Uratowałeś go. - Położyła dłoń na jego ręce i 
uśmiechnęła się poprzez łzy. 

Kaszlnięcie za ich plecami podpowiedziało Treyowi, że Tom wciąż żyje. 

Podbiegł więc do przyjaciela. Pomógł mu dźwignąć się na nogi i patrzył, jak 
Irlandczyk delikatnie maca czerwonosine pręgi na swojej szyi. 

background image

- Już myślałem, że cię załatwili. 
- Mnie? Myślisz, że jakaś tam cholerna-kreatura-z-piekła-rodem jest w stanie 

wycisnąć z mojej szacownej osoby całą parę? My, Irlandczycy, jesteśmy ulepieni z 
twardej gliny. - Zakasłał, mrugając z bólu, i dopiero znowu podniósłszy głowę, 
zobaczył Luciena leżącego na podłodze. 

Szybkim ruchem wyjął z kieszeni krótkofalówkę. Przez chwilę rozmawiał z 

Jensem, a potem schował urządzenie i stanął obok Treya, spoglądając na 
zakrwawione ciało w ramionach Alexy. 

- Już jadą, Lucienie - powiedział cicho Trey. - Trzymaj się. 
Tom spojrzał na niego. Z jego spojrzenia wyzierał niepokój, ale kiwnął głową i 

uśmiechnął się ponuro. 

- Dobrze się spisałeś, Treyu. Bardzo dobrze. 
Chłopiec pokręcił głową i spojrzał na Luciena. 
- Powinienem był zareagować szybciej, a ja stałem jak słup soli. Mogłem temu 

zapobiec. - Pokazał głową na swojego opiekuna. 

- Zareagowałeś wtedy, kiedy trzeba było działać. Gdybyś postąpił inaczej, już 

byśmy nie żyli. 

- Uciekł. 
- Nie da się ukryć - odparł Tom i przeciął pokój w poprzek. Schylił się i coś 

podniósł, po czym pokazał to Treyowi. - Ale zostawił to. 

Trzymał szczątki ręki Kalibana. Postrzępiony nadgarstek i dłoń zakończona 

zakrzywionymi palcami, jakby nawet teraz zamierzał wyrządzić szponami jakieś 
zło. 

- Popatrz no tylko - rzucił Tom. Ściągnął ze środkowego palca pierścień, po 

czym z obrzydzeniem rzucił na podłogę odgryzioną dłoń. - Pierścień Amona. 
Treyu, czynisz cuda, chłopcze. 

Ostrożnym ruchem włożył klejnot do jednej z kieszeni kurtki i zasunął zamek. 
Na zewnątrz rozległo się dudnienie wirnika śmigłowca, obwieszczające 

przybycie Jensa. 

Trey stał nieruchomo, wpatrzony w zmaltretowaną postać Luciena. Zamruga! 

gwałtownie, by powstrzymać łzy. Tom przysunął się do chłopca i objął go 
przyjacielsko. 

- No, Treyu - powiedział. - Zabierzmy go do domu. 
 
Ogromny śmigłowiec wylądował na pokrytym zaroślami terenie z tyłu fabryki. 

Trey patrzył, jak metalowy lewiatan opuszcza się z nieba, wzniecając tumany 
kurzu; szary obłok wdarł mu się boleśnie do gardła i oczu. Założył kurtkę, którą 
Jens przyniósł z samochodu, i przyglądał się operacji ratowania Luciena. 

background image

Jens i jego ludzie sprawnie położyli wampira na noszach i zanieśli do 

śmigłowca, gdzie lekarz od razu zabrał się do tamowania krwi i podał Lucienowi 
środki znieczulające, by choć trochę mu ulżyć. Potem do maszyny wprowadzono 
Toma, Alexę i Treya, a po kilku minutach wielki, żelazny ptak znowu wzniósł się 
w powietrze. Podczas krótkiej podróży na lotnisko Alexa ani na chwilę nie puściła 
ręki ojca. Tylko raz, gdy lądowali, spojrzała na Treya i Toma, a na jej 
zaniepokojonym obliczu odmalowała się niewiara w to, by ojciec przeżył. 

Jens już wcześniej zawiadomił odpowiednich ludzi, zatem na ziemi czekał 

lekarz, tak by Lucien mógł dostać krew, której bardzo potrzebował. Jens i doktor 
wymienili zatroskane spojrzenia i ostrzegli Alexę, żeby nie zabierała ojca zbyt 
szybko do Londynu. W tym momencie jednak Lucien otworzył oczy i lekko 
ścisnął dłoń córki. Kiedy nachyliła się do niego, powiedział: 

- Do domu. - I znowu stracił przytomność. 
Wydano więc odpowiednie dyspozycje i niebawem odrzutowiec zabrał całą 

czwórkę z powrotem do Londynu, gdzie czekała już na nich prywatna karetka, 
którą pojechali do apartamentu w Docklands. 

 
 

 

E

E

E

E

PILOG

PILOG

PILOG

PILOG

 

 

Minęły trzy tygodnie, zanim Lucien znowu otworzył oczy. Gdy to się stało, był 

z nim Trey. Siedział na krześle, zajęty lekturą, a przestrzeń między nimi 
wypełniały liczne kroplówki i urządzenia podłączone do nieruchomego ciała na 
łóżku. 

Oboje z Alexą na zmianę czuwali przy chorym, a teraz dziewczyna pojechała z 

Tomem wyszukać nowy rodzaj materaca dla taty. 

Kątem oka dostrzegł ruch, a gdy podniósł głowę, zobaczył, że wampir jest 

przytomny. 

Wydawał się bardzo mały, jego skóra na tle bawełnianej pościeli była niemal 

przeźroczysta. Zupełnie nie przypominał imponującego mężczyzny, którego Trey 
zobaczył w domu dziecka. Jakby z ciała Luciena wyssano esencję jego osoby i 
pozostała tylko krucha powłoka. 

Trey zerwał się na nogi i podszedł do łóżka. Gdy lekko uścisnął dłoń Luciena, 

oczy wampira zwróciły się ku niemu, a na ustach zagościł cień uśmiechu. 

- Treyu... - wyszeptał Lucien. 
- Ciii. Pójdę po pielęgniarkę. - Chłopak chciał wstać, lecz Lucien przytrzymał 

jego dłoń. 

- Nie. Powiedz mi, czy Alexa jest cała i zdrowa? 

background image

- Tak. Uratowałeś ją. Nic jej się nie stało. - Trey uśmiechnął się i patrzył, jak 

Lucien zamrugał gwałtownie i znowu zamknął oczy. Chłopak spojrzał na przycisk 
dzwonka, zastanawiając się, czy powinien wezwać kogoś z ekipy medycznej, która 
czuwała przez całą dobę w jednym z biur na niższym piętrze. 

Po dłuższej chwili zorientował się, że Lucien znowu na niego patrzy. 
- A Pierścień Amona? - zapytał szeptem wampir. 
- Tom zniszczył go od razu następnego dnia. Wziął dwóch ludzi i poszli do 

huty. Powiedział, że nic nigdy nie sprawiło mu tyle radości co wrzucenie 
Pierścienia do pieca. - Trey uśmiechnął się na wspomnienie tamtej chwili, gdy 
Irlandczyk z wypiekami na twarzy opisywał mu ulgę, którą poczuł, przyglądając 
się, jak Pierścień się roztapia w masie płynnego metalu. 

- To dobrze. Bardzo dobrze. - Lucien lekko kiwnął głową. 
- Zawołać Alexę? Złapią z Tomem taksówkę i będą tu w pięć minut. Zmartwi 

się, że nie było jej przy tobie, kiedy odzyskałeś przytomność. 

Lucien pokręcił głową i spojrzał smutno na Treya. 
- Potrzebujesz czegoś? - zapytał zaniepokojony chłopak. - Mogę coś dla ciebie 

zrobić? 

- Treyu, ja umieram. Ani ty, ani nikt inny nie może mi pomóc. - Wampir 

przyciągnął go do siebie. - Treyu Laporte, jesteś wyjątkowym człowiekiem i 
smutno mi, że nie pobędziemy ze sobą zbyt długo. Przekaż Alexie, że ją kocham. 

Zamknął oczy i znowu zanurzył się w nieprzytomności. Kiedy jego ręka 

zsunęła się z dłoni Treya, chłopak nacisnął guzik alarmu. 

 
Alexa obwiniała się o to, że nie było jej przy ojcu, gdy się ocknął, oznajmiła 

więc, że już nie opuści pokoju i będzie spała w fotelu przy jego łóżku. 

W następnych dniach wszyscy troje - Alexa, Trey i Tom - krążyli po 

mieszkaniu, starając się nie tkwić ciągle pod drzwiami pokoju Luciena, lecz gdy 
tylko lekarz stamtąd wychodził, przybiegali, by dowiedzieć się czegoś nowego. 

Któregoś wieczoru siedzieli w kuchni przy kolacji, udając, że interesuje ich 

rozmowa na temat potraw przygotowanych przez panią Magilton. Wcześniej 
żadne z nich nie wspomniało o tym, co Lucien powiedział o swoim stanie. Jednak 
tego wieczoru Alexa poruszyła ten temat i poprosiła Treya, aby dokładnie 
powtórzył słowa jej ojca. Tom był wyjątkowo milczący i siedział zamyślony, ude-
rzając trzonkiem łyżki o dolną wargę. 

W pewnym momencie Trey stracił cierpliwość. 
- Tom, czy jest coś, czego nie chcesz mi powiedzieć? 
- Hm? Och, tak sobie myślałem o tym, co Lucien powiedział, że nie ma dla 

niego ratunku. 

- I . . . ?  

background image

- Nie zgadzam się z tym. Jest ktoś, kto mógłby mu pomóc. 
Trey poczuł, jak jego serce zabiło mocniej, i spojrzał uważniej na przyjaciela. 
- Kto to taki, Tom? Kto mógłby mu pomóc? 
Tom wbił wzrok w stół, zanim spojrzał na parę nastolatków oczekujących od 

niego odpowiedzi. 

- Matka Alexy. Żona Luciena, Gwendolina - ogromny Irlandczyk powiedział to 

wręcz przepraszającym tonem i natychmiast wbił wzrok w talerz. 

Alexa pokręciła głową. 
- Moja matka nie żyje - przypomniała. 
- Żyje, Alexo - odparł Tom. - Ojciec tak mówił, żeby było ci łatwiej zapomnieć 

o niej. Zostawiła go dla Kalibana. Jest czarodziejką. 

- Kłamiesz! 
- Przykro mi, że musiałem ci to wyjawić, Alexo. Lucien nie chciał, abyś się 

dowiedziała. Twoja matka bardzo się zmieniła. Ale ma pewien przedmiot, Kulę 
Mynora. Dzięki niej można by uratować życie Lucienowi. 

- W takim razie musimy ją zdobyć - oznajmił Trey. - Gdzie znajdziemy matkę 

Alexy? 

Tom wciąż wpatrywał się w dziewczynę. 
- Mieszka w miejscu, które rozciąga się po obu stronach granicy naszego świata 

z Otchłanią. Nazywają je Wieżą Lerotha, ale nie będzie łatwo się tam dostać, że 
nie wspomnę o zdobyciu Kuli. Chodzi o to, że wieża nie

 

stoi nigdzie na stale, 

wciąż zmienia miejsce, gdyż tworzy nowe mosty, łączące poziom demonów z 
naszym. W pokoju zapadła cisza, jakby ktoś rzucił klątwę 

- W jaki sposób Kula mogłaby pomóc Lucienowi? - odezwał się wreszcie Trey. 
- Ma niezwykłe moce lecznicze. Zwłaszcza jeśli chodzi o uzdrowienie istoty 

cienia. Wierzę, że Przywróciłaby Lucienowi zdrowie. 

Alexa wstała, a zgrzyt krzesła na ceramicznych kafelkach zabrzmiał niczym 

pociągnięcie piły. Przyjaciele posłali jej pytające spojrzenia. 

- W takim razie na co czekamy? - powiedziała. – Lepiej zacznijmy się 

zastanawiać, w jaki sposób znowu mogłabym spotkać się ze „zmarłą" matką, żeby 
ratować ojca. 

Tom także wstał z wyrazem determinacji na twarzy.  
- Musimy też znaleźć zdrajcę, który jest wśród nas. Wierzcie mi, gdy już to się 

stanie, pożałuje, że kiedyś wiek usłyszał o Lucienie Charronie. 

 
 

Ciąg dalszy nastąpi.. 
 
 

background image

 
 

DEMONCYKLOPEDIA

DEMONCYKLOPEDIA

DEMONCYKLOPEDIA

DEMONCYKLOPEDIA    

 
 
 

PRZEWODNIK PO OTCHŁANI I 

PRZEWODNIK PO OTCHŁANI I 

PRZEWODNIK PO OTCHŁANI I 

PRZEWODNIK PO OTCHŁANI I 

ISTOTACH JĄ ZAMIESZKUJĄCYCH

ISTOTACH JĄ ZAMIESZKUJĄCYCH

ISTOTACH JĄ ZAMIESZKUJĄCYCH

ISTOTACH JĄ ZAMIESZKUJĄCYCH

 

 
 
 

WSTĘP

WSTĘP

WSTĘP

WSTĘP

    

    

Relacje między ludzkim światem a Otchłanią zawsze były złożone i tajemnicze, 

zniekształcone mrocznymi opowieściami. Rzadko pozostawały otwarcie wrogie. 
Demony były wśród nas od początku historii (może wam się wydaje, że 
spotkaliście jednego lub dwóch). Przez większość człowieczych dziejów wizyty 
piekielnych mieszkańców Otchłani w naszym świecie pozostawały pod ścisłą 
kontrolą wszechpotężnych książąt demonów, którzy sprawowali nad nimi rządy. 
Działo się tak nie dlatego, że książęta demonów kochali rodzaj ludzki, ale w ich 
interesie leżało, by utrzymać panowanie nad portalem łączącym oba światy. 
Współistniały one, zobowiązane tajemnymi umowami i paktami regulującymi 
wzajemne kontakty, i tylko czasami, w momentach zrywania paktów, dochodziło 
do gwałtownych starć. Wydarzenia przedstawione w tej książce świadczą o tym, 
że nastała nowa era: wampir Kaliban i jego kohorta nabrali śmiałości, stali się 
bardziej agresywni, a książęta demonów nie mają już nad nimi władzy, tak więc 
dawna wiedza utraciła swoje znaczenie.  

Może przydadzą wam się informacje o przeciwnikach, którym musimy stawić 

czoło. Dlatego z pomocą badaczy Luciena Charrona zebraliśmy najistotniejsze 
dane dotyczące mieszkańców Otchłani. Dedykujemy je ludziom, którzy dopiero 
poznają życie demonów i naukę o nich. 

 
 

    
    

background image

WAMPIRY

WAMPIRY

WAMPIRY

WAMPIRY

    

    
(Potoczne nazwy wampirów w Otchłani: wampy, krwiste ćpuny, pijawki, 

hemofile).    

Będąc potomkami prastarej rasy, wampiry żyły wśród ludzi od początku czasu. 

Widzą siebie jako ostatecznego drapieżcę, ludzi zaś traktują jak ogniwo w 
łańcuchu pokarmowym. Potrzebują nas, by przeżyć, i to w pewnym sensie daje 
nam nad nimi przewagę. Przez całe stulecia ludzie polowali na wampiry i je 
niszczyli albo wypędzali do Otchłani. Te jednak, ogarnięte żądzą krwi, zawsze 
wracały do świata ludzi. 

Wampiry pokonały dawnych książąt demonów i przejęły władzę w Otchłani. 

Pragną ją wykorzystać, by z pomocą armii istot cienia zapanować nad rodzajem 
ludzkim. 

 
Właściwoś

Właściwoś

Właściwoś

Właściwości fizyczne:

ci fizyczne:

ci fizyczne:

ci fizyczne: Istoty blade (szczególnie gdy są głodne) o niezwykłym, 

niemal hipnotycznym spojrzeniu. Heliofoby nie znoszą zetknięcia z bezpośrednim 
światłem słonecznym - nawet krótki kontakt powoduje powstawanie pęcherzy i 
oparzenia na skórze, podczas gdy długie wystawienie na światło słoneczne może 
doprowadzić do całkowitego spalenia osobnika. Potrafią osiągnąć niemierzalny 
wiek i zwykle nie widać po nich lat chyba że wykazywały się szczególnym 
okrucieństwem. Wampiry płci męskiej są bardzo atrakcyjne w oczach kobiet 
rodzaju ludzkiego. Kły i szpony czynią je łatwo rozpoznawalnymi w tłumie. 

    
Metody pozbycia się wampira:

Metody pozbycia się wampira:

Metody pozbycia się wampira:

Metody pozbycia się wampira: Przebicie kołkiem tradycyjne i wciąż 

najskuteczniejsze rozwiązanie. Nie wystarczy jednak wbicie ostrego narzędzia w 
pierś wampira - należy przebić jego serce. Przebiciu kołkiem zwykle towarzyszy 
ucięcie głowy. Choć nie jest konieczne (każda z metod jest równie skuteczna), to 
trzeba pamiętać, że w kontaktach z nieumarłymi lepiej dmuchać na zimne. 
Ogień/materiały wybuchowe - ogień lub materiały wybuchowe powodują 
całkowite zniszczenie ciała. Utopienie - w wodzie bądź w oleju. 

 
Mity:

Mity:

Mity:

Mity: Lustra - wszystkie wampiry mają swoje odbicie. Sen w trumnach (kto 

przy zdrowych zmysłach chciałby spać w trumnie?). Ponadto wcale nie potrafią 
zamieniać się w nietoperze, wilki albo węże. 

 
 
 
 

background image

WILKOŁAKI

WILKOŁAKI

WILKOŁAKI

WILKOŁAKI

    

    

(Potoczne nazwy w Otchłani: likantropy, ludzie-wilki, futrzaki, psy piekieł). 
Zmiennokształtni ludzie-wilki są uzależnieni od pełni księżyca. Typową 

postacią likantropa jest wolfan - bardzo groźny, nie potrafi zapanować nad 
pragnieniem zabijania i żywi się podczas pełni księżyca. O wiele rzadszy jest ten, 
który potrafi stać się istotą bimorficzną, co znaczy, że może dowolnie zmieniać 
postać. Bimorf stoi wyprostowany, posiada pełną kontrolę nad swoją mocą i łączy 
potęgę ludzkiego umysłu z fizyczną siłą zwierzęcia. Tę hybrydową postać może 
osiągnąć tylko osobnik naturalny (wilkołak zrodzony z obojga rodziców 
wilkołaków), noszący Amulet Theissa. Te ogromne istoty o wielkiej mocy i 
niezwykłej sile zmysłów należą do nielicznych (wśród ludzi i istot cienia), 
których boją się wampiry. 

 
Właściwości fizyczne:

Właściwości fizyczne:

Właściwości fizyczne:

Właściwości fizyczne: W postaci ludzkiej nierozpoznawalne wśród innych 

osobników rasy ludzkiej. W postaci wilczej należą do najpotężniejszych zwierząt: 
większe niż przeciętny wilk, pokryte gęstą, lśniącą sierścią i wyposażone w 
ogromne szczęki; są w pełni zwierzętami. Bimorf posiada wilcze/ludzkie 
kończyny i niezwykle potężną zwierzęcą górną część tułowia oraz głowę. Ma 
nadzwyczaj wyostrzone zmysły słuchu, powonienia i wzroku. 

 
Met

Met

Met

Metody pozbycia się likantropa:

ody pozbycia się likantropa:

ody pozbycia się likantropa:

ody pozbycia się likantropa: Bardzo podobne do sposobów eliminacji 

wampirów - ogień, obcięcie głowy, utopienie. 

 
Mity:

Mity:

Mity:

Mity: Srebrne pociski nie są skuteczne. Wilkołaki niekoniecznie gustują w 

krwistym mięsie. 

 
 

D

D

D

D

EMONY I DŻINY

EMONY I DŻINY

EMONY I DŻINY

EMONY I DŻINY

    

 
Najliczniejsze i najbardziej zróżnicowane, demony i dżiny stanowią ponad 

dziewięćdziesiąt procent populacji Otchłani. Niektóre zamieszkują świat od 
początku jego istnienia, inne zaś zostały stworzone - powołane do istnienia przez 
czarowników i inne osoby uprawiające czarną magię. Demony i dżiny mają 
bardzo rozbudowaną hierarchię, co w historii Otchłani było przyczyną wielu 
konfliktów, a nawet wojen. Demony są najsilniejszą grupą wśród społeczności 
Otchłani, dżiny zaś wykazują wobec nich postawę służalczą i uległą. Choć nie tak 

background image

potężne jak demony, dżiny są za to znacznie liczniejsze i ten brak równowagi 
między mocą a liczebnością powoduje częste animozje między obiema grupami. 

Najpotężniejsze demony, posiadające wiedzę magiczną, są trudne do zabicia, 

lecz każdy z nich ma swój słaby punkt: niepowtarzalne i tajemne imię, nadane mu 
w chwili powołania do życia. Strzegą go ponad wszystko, wiedząc, że jeśli ktoś je 
pozna, będą musiały słuchać rozkazów tego (demona lub człowieka), kto posłużył 
się ich imieniem. Choć formalnie stanowią oddzielne rodzaje istot cienia, dżiny 
uważają się za „prawdziwe demony" (co więcej, tworzą własny system kastowy). Z 
kolei demony traktują dżiny jak istoty niższe, jeśli chodzi o wartość, moc i status. 
Demony posiadają bardzo złożoną hierarchię, a wyraźnie wyodrębnione kategorie 
determinują rolę i status poszczególnych osobników z Otchłani. 

 
 

HIERARCHIA

HIERARCHIA

HIERARCHIA

HIERARCHIA

    

D

D

D

D

EMONÓW

EMONÓW

EMONÓW

EMONÓW

    

 
Demony poziomu czwartego:

Demony poziomu czwartego:

Demony poziomu czwartego:

Demony poziomu czwartego: Najpotężniejsze. Elitarny eszelon, który 

tradycyjnie sprawuje władzę w Otchłani. Należą do nich: krakeny, demony 
szedim, demony piekieł, siewcy terroru. 

 
Demony poziomu trzeciego:

Demony poziomu trzeciego:

Demony poziomu trzeciego:

Demony poziomu trzeciego: Demony z tego poziomu zajmują często 

prominentne stanowiska w Otchłani. Wśród nich można wymienić demony 
cienia, kościane grele, ghule, ashnony i demony mroku. 

 
Demony poziomu drugiego:

Demony poziomu drugiego:

Demony poziomu drugiego:

Demony poziomu drugiego: Do tej grupy należy większość demonów. Wśród 

nich są: inkuby, nargwany, sukuby, maugi, horderlingi, nekrotrofy. 

 
Demony poziomu pierwszego:

Demony poziomu pierwszego:

Demony poziomu pierwszego:

Demony poziomu pierwszego: Najniższy eszelon w społeczeństwie demonów. 

Istoty te często wiodą podłe życie i żyją tylko po to, by robić rzeczy, których nie 
chcą się podjąć inne demony. Należą do nich orgony, krele i chochliki. W 
hierarchii dżinów także istnieją cztery poziomy, które jednak są lekceważone 
przez społeczność demonów. Według nich (nawet dla demonów niskiego pocho-
dzenia z pierwszego poziomu) dżiny to tylko coś trochę więcej niż zwykłe sługusy 
i parweniusze - istoty powołane do życia z użyciem stosunkowo prostej magii, 
które rozprzestrzeniły się i rozmnożyły do niepokojących rozmiarów. 

Różnorodność wśród demonów i dżinów komplikuje się jeszcze bardziej ze 

względu na to, w jaki sposób muszą się adaptować po przejściu do świata 
człowieka: oba gatunki dzielą się na demony niezależne i uzależnione. Niezależne 
demony mogą egzystować w ludzkim świecie w swojej postaci, wkładając dla 
niepoznaki strój ludzi. Demony uzależnione, przebywając w świecie ludzi, muszą 

background image

wejść w ciało człowieka; jak pasożyty przenoszą się z żywiciela na żywiciela, nie 
dbając o to, czy pozostawiają po sobie śmierć, czy szaleństwo. 

 
 

PRZYKŁADY

PRZYKŁADY

PRZYKŁADY

PRZYKŁADY

    

DEMONÓW

DEMONÓW

DEMONÓW

DEMONÓW

    

NIEZALEŻNYCH

NIEZALEŻNYCH

NIEZALEŻNYCH

NIEZALEŻNYCH    

 
Maugi:

Maugi:

Maugi:

Maugi: Duże, silne demony. Niezbyt inteligentne, lecz zaciekłe w walce, a ich 

silne poczucie lojalności wobec pracodawcy czyni z nich idealnych strażników i 
ochroniarzy.  

Demony cienia:

Demony cienia:

Demony cienia:

Demony cienia: Niewiarygodnie szybkie, cieszą się reputacją bezwzględnych 

morderców. Zatrudnia się je często jako najemników i zamachowców. Są 
szczególnie pomocne w ciemnych miejscach, gdzie ich skóra pochłania wszelkie 
światło, czyniąc je do ostatniej chwili niewidocznymi. Bardzo skuteczne maszyny 
do zabijania. 

Inkuby/sukuby:

Inkuby/sukuby:

Inkuby/sukuby:

Inkuby/sukuby: Zmiennokształtne demony, które potrafią przybrać wygląd i 

cechy kobiet oraz mężczyzn. Posiadają niespotykaną zdolność odgadywania 
pragnień i fantazji przyszłej ofiary i przybierania odpowiedniego wyglądu, którym 
ją kuszą. W rzeczywistości są to tchórzliwe istoty, ale żerują na osobach 
zarozumiałych i łatwowiernych, dlatego często używa się ich do infiltracji świata 
ludzi bogatych, żyjących w przepychu. 

 
 

PRZYKŁADY

PRZYKŁADY

PRZYKŁADY

PRZYKŁADY

    

DEMONÓW

DEMONÓW

DEMONÓW

DEMONÓW

    

UZALEŻNIONYCH

UZALEŻNIONYCH

UZALEŻNIONYCH

UZALEŻNIONYCH    

 
Nekrotrofy:

Nekrotrofy:

Nekrotrofy:

Nekrotrofy: Istoty pasożytnicze. Nawiedzają swoich żywicieli, przenikając 

przez ich otwarte usta i gnieżdżąc się w ich jelitach. Stamtąd wypuszczają setki 
czułek, którymi wczepiają się w mózg żywiciela oraz jego kręgosłup, by przejąć 
nad nim kontrolę. Gdy już doprowadzą do śmierci lub obłędu żywiciela, 
przenoszą się do innego.  

Ashnony:

Ashnony:

Ashnony:

Ashnony: Bardzo rzadka postać demonów, które posiadają zdolność 

całkowitego kamuflażu: p o t r a f i ą   p r z y jąć idealną postać każdej ludzkiej istoty. 
W przeciwieństwie do inkubów i sukubów ashnony pozostają nierozpoznawalne 
dla istot cienia, a także inaczej n i ż  nekrotrofy (których nienawidzą i od razu je 
zabijają) nie wyrządzają krzywdy osobom przez siebie naśladowanym. Żądają 
ogromnych honorariów, by wcielić się w głowy państw, monarchów czy inne 
ważne osobistości, którym grozi zabójstwo lub porwanie. W przeciwieństwie do 
nekrotrofów ich relacje z żywicielami przybierają charakter bardziej 
symbiotyczny niż pasożytniczy. 

background image

 
 
 
 

KSIĄŻĘTA 

KSIĄŻĘTA 

KSIĄŻĘTA 

KSIĄŻĘTA 

D

D

D

D

EMONÓW

EMONÓW

EMONÓW

EMONÓW

    

 
Tylko najpotężniejsze i najbardziej bezwzględne demony potrafią utrzymać się 

na wysokim stanowisku w Otchłani. W świecie, w którym rządzą nienawiść, 
zniszczenie i zdrada, nie sposób powiedzieć, kto jest po stronie władcy, a kto 
spiskuje przeciwko niemu. Dlatego najpotężniejsi książęta demonów zawsze 
sprawowali rządy, posługując się strachem i tyranią, formując armie istot cienia, 
aby pokonać przeciwnika. Jednakże ostatnio stali się zbyt pewni siebie; 
zdemoralizowani władzą, goniący za własnymi pragnieniami, nie powstrzymali 
makiawe - licznych machinacji wampira Kalibana, pozwalając mu zgromadzić 
potężną armię.  

 
 

FLORĄ I FAUNA 

FLORĄ I FAUNA 

FLORĄ I FAUNA 

FLORĄ I FAUNA 

O

O

O

O

TCHŁANI

TCHŁANI

TCHŁANI

TCHŁANI

    

 

 

Otchłań, podobnie jak ziemia, ma wiele różnych zwierząt i roślin, które jej 

mieszkańcy wykorzystują, by wzbogacić swój arsenał. Pająki z Nrgal, stado 
Skaleba, odyńce z piekła, które strzegą bram pałacu Helzoga - oto przykłady fauny 
Otchłani, wykorzystanej przez potężne istoty z tego świata do strzeżenia 
własności, tajemnic i skarbów. Flora królestwa demonów jest równie mroczna. 
Ukłucie kolcem trującego wiedźmociernia powoduje paraliż ofiary, którą potem 
krzew posila się do woli. Bluszcz Baela potrafi wsuwać się nocą do sypialni swoich 
ofiar, a następnie dusi je podczas snu, ciała zaś zagrzebuje między swymi 
korzeniami, aby się rozłożyły. Niemal wszystkie rośliny w Otchłani są trujące i 
powszechnie wykorzystywane przez istoty posługujące się czarną magią. 

 

LU

LU

LU

LUDZIE

DZIE

DZIE

DZIE

    W 

O

O

O

O

TCHŁANI

TCHŁANI

TCHŁANI

TCHŁANI

    

 
Niektórzy ludzie tak bardzo oddają się czarnej magii, że zatracają cechy, które 

stanowią o ich człowieczeństwie. Przekraczają granice między światami i 
wkraczają do Otchłani bez światła. Zbyt straszny spotyka ich los, by o tym 
wspominać.