background image

NORA ROBERTS 

DOWÓD MIŁOŚCI 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Cassidy  czekała.  Pani  Sommerson  rzuciła  w  jej  kierunku  trzecią  niezaakceptowaną 

sukienkę. 

-  To  po  prostu  nie  pasuje  -  mruknęła  ze  złością,  spoglądając  na  ciemnoniebieski 

materiał. Zastanowiła się przez chwilę, po czym cisnęła kolejną sukienkę na stos ubrań, które 

trzymała Cassidy. 

Znosiła  to  z  anielską  cierpliwością.  Sądziła,  że  po  trzech  latach  pracy  jako 

sprzedawczyni w butiku The Best nauczyła się panować nad nerwami. Ale to nie było wcale 

takie proste. Posłusznie podążyła za masywną klientką do następnego regału. Po dwudziestu 

siedmiu  minutach,  w  czasie  których  Cassidy  służyła  za  wieszak  do  ubrań,  jej  z  trudem 

wypracowana cierpliwość została narażona na niemałą próbę. 

-  Niech  będą  te  -  oświadczyła  na  koniec  pani  Sommerson  i  pomaszerowała  do 

przymierzalni. 

Cassidy  zaczęła  odwieszać  pozostałe  sukienki,  narzekając  pod  nosem.  Ze  złością 

wpięła  we  włosy  poluzowaną  spinkę.  Julia  Wilson,  właścicielka  sklepu,  miała  bzika  na 

punkcie  schludnego  wyglądu.  Sprzedawcy  musieli  mieć  zawsze  starannie  przygładzone 

fryzury. 

- Patrząc z dezaprobatą na ciemnoniebieską sukienkę, Cassidy mruknęła ze złością: 

- Schludność, porządek i brak polotu. 

Na  swoje  nieszczęście  była  niezorganizowana,  niekonwencjonalna  i  niestaranna. 

Osobowość Cassidy najlepiej symbolizowały jej włosy: jasny, delikatny blond przechodził w 

ciemny  brąz,  w  efekcie  dając  barwę  złota,  niczym  na  starych  malowidłach.  Długie,  ciężkie 

pukle  stale  wymykały  się  spod  upięcia.  Podobnie  jak  Cassidy,  były  niesforne  i  uparte,  ale 

jednocześnie miękkie i fascynujące. 

To  właśnie  dzięki  oryginalnej  urodzie  zdobyła  tę  pracę,  jako  że  doświadczenie  nie 

było jej mocną stroną. Julia Wilson uznała jednak, że zgrabna dziewczyna będzie doskonałą 

prezenterką odważniej szych kolekcji. Zwróciła też uwagę na twarz Cassidy. Z pewnością nie 

odpowiadała  utartym  kanonom  piękna,  była  jednak  niezwykle  intrygująca.  Ostre,  wyraziste 

rysy sugerowały arystokratyczne pochodzenie, a wygięte w łuk brwi i długie rzęsy stanowiły 

wspaniałą oprawę dla dużych oczu o zaskakującej fiołkowej barwie. 

Pani  Wilson  postanowiła  więc  powierzyć  Cassidy  funkcję  sprzedawczyni  w  butiku 

The Best, za zalety uznając urodę i wysoki głos, ale nalegała na noszenie starannej, gładkiej 

background image

fryzury.  W  innym  uczesaniu  -  zdaniem  pani  Wilson  -  nie  było  jej  do  twarzy.  Szczególnie 

kiedy rozpuściła włosy, wyglądała zbyt wyzywająco. 

Właściwie  Julia  powinna  być  zadowolona,  zwłaszcza  że  nowa  pracownica  tryskała 

energią  Szybko  jednak  odkryła,  że  Cassidy  zbyt  poufale  odnosi  się  do  klientów,  pozwala 

sobie  nawet  na  niestosowne  pytania,  a  niekiedy  udziela  nierzetelnych  informacji.  Często  też 

zdawała  się  myśleć  o  wszystkim  innym,  tylko  nie  o  tym,  czym  powinna  zajmować  się  w 

czasie  pracy.  To  sprawiało,  że  Julię  zaczynały  ogarniać  wątpliwości,  czy  panna  Cassidy  St. 

John jest właściwą osobą na tym stanowisku. 

Po odłożeniu na miejsce odrzuconych przez panią Sommerson ubrań, zniecierpliwiona 

sprzedawczyni  stanęła  obok  przymierzami,  skąd  dobiegał  szelest  materiału.  Jej  myśli 

natychmiast  poszybowały  tam,  dokąd  zwykle  uciekały  w  każdej  wolnej  chwili:  do 

maszynopisu rozłożonego na biurku w mieszkaniu Cassidy. Leżał i czekał. 

Jak  daleko  sięgała  pamięcią,  pisarstwo  zawsze  było  jej  pasją.  Przez  cztery  lata 

studiowała  pilnie,  by  pogłębić  wiedzę,  tak  potrzebną  komuś,  kto  chce  parać  się  literaturą. 

Kiedy miała dziewiętnaście lat, została bez rodziny i grosza przy duszy. Musiała podejmować 

się wielu dziwnych zajęć, żeby kontynuować studia. Każdą  chwilę, której nie zajmowała jej 

nauka lub praca, poświęcała pisaniu pierwszej powieści. 

Nie  myślała  o  karierze.  Zresztą  ilu  z  tych,  którzy  poświęcają  się  twórczości,  osiąga 

głośny sukces? Była przekonana, że jest to jej powołanie. Od dziewczęcych lat wszystkie jej 

emocje  znajdowały  ujście  w  pisaniu.  Fascynowali  ją  ludzie,  choć  było  niewielu,  z  którymi 

była  ściślej  związana.  Można  by  rzec,  że  jej  wiedza  o  relacjach  międzyludzkich,  co  było 

głównym tematem jej utworów, pochodziła  głównie z drugiej  ręki, jednak Cassidy była  wy-

jątkowo  przenikliwym  obserwatorem,  a  także  odznaczała  się  niezwykłą  wrażliwością  i 

wyobraźnią,  co  razem  wzięte  rekompensowało  stosunkowo  niewielki  zakres  bezpośrednich 

ż

yciowych doświadczeń. 

Obecnie,  rok  po  uzyskaniu  dyplomu,  nadal  podejmowała  się  różnych  zajęć,  żeby 

zarobić  na  czynsz.  Pierwszy  maszynopis  krążył  od  wydawnictwa  do  wydawnictwa,  podczas 

gdy druga powieść powoli powstawała. 

Gdy  pani  Sommerson  otworzyła  drzwi  przymierzalni,  Cassidy  pogrążona  była  w 

myślach nad jedną ze scen powieści. Ujrzawszy sprzedawczynię stojącą w należycie usłużnej 

pozie, klientka pokiwała głową z aprobatą. 

- Ta powinna pasować, nie sądzisz? 

background image

Wybór  padł  na  jaskrawoczerwony  jedwab.  Kolor  podkreślał  rumianą  cerę  pani 

Sommerson,  a  zarazem  kontrastował  z  jej  puszystą,  czarną  grzywką.  Sukienka  byłaby  dużo 

bardziej odpowiednia, gdyby pani Sommerson ważyła kilkanaście kilogramów mniej. 

- Bez wątpienia będzie pani przykuwać wzrok. -  Ponieważ materiał marszczył się na 

obfitych biodrach, bo suknia została uszyta na szczuplejszą osobę, Cassidy dodała cicho, nie 

zdając sobie sprawy, że myśli na głos: - Tak, chyba mamy większy rozmiar. 

- Słucham? 

Zamyślona Cassidy nie zauważyła groźnie uniesionych brwi pani Sommerson. 

-  Większy  rozmiar  -  powtórzyła  uprzejmie.  -  Ten  trochę  źle  leży  na  biodrach,  ale 

następny powinien pasować idealnie. 

- Słucham?! - Z natury  czerwona pani Sommerson jeszcze bardziej poczerwieniała.  - 

To właśnie jest mój rozmiar! 

-  Zaraz  odszukam  większą  sukienkę.  -  Zatopiona  w  myślach  Cassidy  nie  zauważyła, 

jak bardzo klientka jest wzburzona. 

- To jest mój rozmiar! 

Dopiero  pełen  furii  krzyk  pani  Sommerson  na  dobre  przywrócił  Cassidy  do 

rzeczywistości.  Wreszcie  uświadomiła  sobie  swój  błąd.  Wystraszyła  się  nie  na  żarty.  Zanim 

zdążyła cokolwiek powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, zza jej pleców wysunęła się Julia. 

- Wspaniały wybór, pani Sommerson - orzekła wymodulowanym głosem, przypatrując 

się to zamożnej klientce, to niezdarnej sprzedawczyni. 

- Ta młoda dama sugeruje, że źle dobrałam rozmiar - powiedziała pani Sommerson, a 

jej twarz nie była już czerwona, tylko purpurowa. 

- Ależ nie, proszę pani - próbowała zaprotestować Cassidy, ale umilkła, widząc wzrok 

Julii. 

-  Jestem  przekonana,  że  panna  St.  John  chciała  jedynie  wyjawić  pani,  że  ta  seria  ma 

przekłamaną numerację. 

-  Mogła  sama  to  powiedzieć,  zamiast  sugerować,  że  potrzebuję  większego  rozmiaru. 

Powinnaś, Julio, lepiej wyszkolić personel - odparła pani Sommerson i odwróciła się w stronę 

przymierzalni. 

Oczy  Cassidy  rozbłysły  na  widok  pęknięcia  materiału  na  obfitych  kształtach 

rozjuszonej klientki, ale spojrzenie Julii momentalnie przywołało ją do porządku. 

- Przyniosę odpowiednią sukienkę osobiście, pani Sommerson - powiedziała łagodnie 

szefowa  -  Jestem  pewna,  że  będzie  pani  zadowolona.  A  ty  -  zwróciła  się  dyskretnie  do 

pracownicy - zaczekaj w moim gabinecie. 

background image

Oniemiała  z  przerażenia  Cassidy  udała  się  do  małego,  skromnie  urządzonego 

gabinetu. Rozejrzała się po pokoju i usiadła na małym, prostym krzesełku. 

Na  tym  krześle  siedziałam,  kiedy  dostałam  tę  pracę,  siedząc  też  na  nim,  zostanę 

wylana,  pomyślała.  Oczami  wyobraźni  zobaczyła  tę  scenę.  Za  chwilę  wejdzie  pani  Wilson, 

usiądzie przy pięknym biurku z drzewa różanego, spojrzy na zdenerwowaną pannę St. John, 

po czym zacznie: 

- Cassidy, jesteś dobrą dziewczyną, ale nie masz serca do tej pracy. 

- Pani Wilson, pani Sommerson nie powinna nosić rozmiaru czternaście. Ja... 

-  Oczywiście,  że  nie  powinna.  -  Cassidy  wyobraziła  sobie,  jak  Julia  przerywa  jej  z 

cierpliwym uśmiechem. - Nie pomyślałam nawet przez chwilę, by sprzedać jej taką sukienkę, 

ale - tu szefowa uniesie palec dla podkreślenia swych słów - naszym zadaniem jest realizować 

wszystkie  jej  zachcianki  i  łechtać  próżność.  Takt  i  sztuka  dyplomacji  to  podstawowe  cechy 

dobrego sprzedawcy. Przed tobą jeszcze wiele nauki, zwłaszcza jeśli chcesz pracować w tym 

sklepie.  Muszę  być  całkowicie  pewna  swojego  personelu.  Gdyby  to  był  pierwszy  taki 

incydent, mogłabym przymknąć oko, ale... - pani Wilson zrobi krótką pauzę - ...ale nie dalej 

jak  w  zeszłym  tygodniu  oświadczyłaś  pannie  Teasdale,  że  w  czarnej  krepie  wygląda  jak  w 

ż

ałobie. To nie są metody, jakie tu stosujemy. 

-  Oczywiście,  proszę  pani  -  przytaknie  Cassidy.  -  Ale  przy  włosach  i  cerze  panny 

Teasdale... 

-  Takt  i  dyplomacja  -  powtórzy  Julia,  jeszcze  wyżej  unosząc  palec.  -  Mogłaś  na 

przykład  zwrócić  uwagę,  że  niebieski  będzie  podkreślał  kolor  jej  oczu,  albo  że  róż  będzie 

dobrym  dodatkiem  do  jej  karnacji.  Klienci  muszą  być  rozpieszczani.  Każda  kobieta 

opuszczająca nasz sklep powinna czuć, że właśnie zdobyła coś wyjątkowego. 

- Rozumiem, pani Wilson. Tylko że po prostu nie mogę patrzeć, kiedy ludzie kupują 

coś, co nie jest dla nich odpowiednie. 

-  Masz  dobre  serce  -  powie  łagodnie  Julia.  -  Ale  nie  masz  talentu  do  tej  pracy.  W 

każdym razie takiego, jakiego oczekuję. Zapłacę ci oczywiście pensję i dam dobre referencje. 

Być  może  jednak  powinnaś  zacząć  od  czegoś  łatwiejszego,  na  przykład  od  sklepu  z 

artykułami gospodarstwa domowego. 

W  tym  miejscu  scenariusza  przyszłych  zdarzeń  Cassidy  zmarszczyła  nos,  a  zaraz 

potem  otworzyły  się  drzwi  gabinetu,  weszła  Julia  i  zasiadła  za  swoim  biurkiem  z  drzewa 

różanego. Spojrzała na zdenerwowaną pannę St. John, po czym zaczęła: 

- Cassidy, jesteś dobrą dziewczyną, ale... 

background image

Takim  to  sposobem  godzinę  później  panna  St. John  była  już  bez  pracy.  Wałęsała  się 

po  Nabrzeżu  Rybaków,  rozkoszując  się  panującą  tu  atmosferą,  jakby  żywcem  przejętą  z 

wesołego miasteczka. Kochała tę obfitość zapachów, dźwięków i kolorów. I ten radosny tłum. 

I życie pulsujące w ciągle zmieniających się barwach. San Francisco było w oczach Cassidy 

idealnym miastem, ale Nabrzeże Rybaków zdawało się bajkową krainą. Marzenia i rzeczywi-

stość zlewały się tu w jedność. 

Minęła  stragan,  przepychając  się  pomiędzy  rozwieszonymi  błyskotkami,  muskając 

palcami jedwabne szale i chłonąc wszystkimi zmysłami grę świateł, wesoły gwar, mieszaninę 

zapachów  i  całą  jarmarczną  atmosferę.  Ciągnęło  ją  do  zatoki,  więc  ruszyła  w  jej  stronę. 

Poczuła zapach ryb wypełniający powietrze. Był w nim także aromat cebuli i przypraw. 

Przysłuchiwała  się  handlarzom,  którzy  zachwalali  swoje  towary,  i  patrzyła  na  kraby 

gotujące  się  w  kociołku  ustawionym  na  chodniku.  Na  nabrzeżu  było  mnóstwo  tanich 

restauracji i kramów. Panowały tu tandeta i tani blichtr, ale Cassidy uwielbiała włóczyć się po 

Nabrzeżu Rybaków, bo miało w sobie coś przyjaznego i kojącego. 

Pogryzając  precle,  skierowała  się  w  stronę  stoiska  z  rybami  i  żywymi  krabami. 

Smużki  mgły  wiły  się  u  jej  stóp,  słońce  zaczęło  chylić  się  ku  zachodowi,  a  podmuchy 

morskiej  bryzy  stawały  się  coraz  bardziej  dokuczliwe.  Szczęśliwie  Cassidy  miała  na  sobie 

ciepłą marynarkę w śliwkowym kolorze. 

Przynajmniej kupiłam sobie trochę ładnych ubrań ze sporym rabatem, pocieszała się w 

myślach,  lecz  smutek  nadal  ją  trapił.  Zmarszczyła  brwi  i  odgryzła  kolejny  kawałek  precla. 

Gdyby nie te przeklęte biodra pani Sommerson, nadal miałaby pracę. A przecież chodziło jej 

tylko o dobro klientki. 

Ze złością odpięła spinki i cisnęła je do kosza na śmieci. Uwolnione włosy spłynęły na 

ramiona długimi, luźnymi lokami. Odetchnęła z ulgą. 

-  Cholera!  -  zaklęła  półgłosem  i  nerwowo  przełknęła  kawałek  precla.  -  Naprawdę 

potrzebowałam tej głupiej pracy. - Zaczęła ogarniać ją depresja. 

Szła  przez  port  pomiędzy  przycumowanymi  łodziami,  zastanawiając  się  nad  swoją 

sytuacją finansową. Czynsz miała opłacony tylko do następnego tygodnia, musiała też kupić 

kolejną  ryzę  papieru.  Na  podstawie  szacunkowych  kalkulacji  doszła  do  wniosku,  że  zdoła 

zaspokoić obie te potrzeby, o ile drastycznie ograniczy wydatki najedzenie. 

Cóż,  na  pewno  nie  będzie  pierwszą  pisarką  w  San  Francisco,  która  zaciska  pasa.  A 

teorie o zdrowym odżywianiu są przereklamowane, pocieszała się w myślach, kończąc precel. 

Wiedziała,  że  ten  posiłek  musi  starczyć  jej  na  długo.  Uśmiechnęła  się,  wsunęła  ręce  do 

kieszeni i ruszyła w stronę stacji znajdującej się na końcu portu. 

background image

Zatokę  zaczęła  spowijać  mgła.  Tej  nocy  była  delikatna  i  niejednolita.  Nie 

przypominała  gęstej masy, która  często okrywa i wodę, i miasto. Na zachodzie słońce kryło 

się  w  falach,  rzucając  ostatnie  promienie.  Cassidy  czekała  na  końcowy  złoty  błysk.  Humor 

powoli jej się poprawiał. Była osobą pełną nadziei i optymizmu, wiary i  poczucia szczęścia. 

Wierzyła  w  przeznaczenie  i  była  pewna,  że  dla  niej  jest  nim  pisarstwo.  Ponieważ  gazety  co 

jakiś  czas  kupowały  od  niej  artykuły  i  krótkie  okazjonalne  opowiadania,  jej  marzenia  były 

wciąż  żywe.  Przez  cztery  lata  studiów  pracowicie  doskonaliła  literacki  kunszt,  podpo-

rządkowała temu wszystko. Praca dawała jej utrzymanie, lecz nic więcej dla niej nie znaczyła. 

Na  randki  chodziła  tylko  wtedy,  gdy  nie  zaplanowała  na  dany  wieczór  jakiejś  lektury  lub 

pisania,  i  traktowała  je  niezobowiązująco.  Dotąd  nie  poznała  mężczyzny,  który 

zainteresowałby  ją  na  tyle  poważnie,  by  chciała  zejść  z  obranej  ścieżki.  Miała  jasno 

wyznaczony cel. Prosta droga, bez zakrętów i objazdów. 

Utrata  pracy  zasmuciła  ją  jedynie  chwilowo.  Kiedy  wieczorne  niebo  ciemniało,  a  na 

nabrzeżu zaczęły rozbłyskiwać lampy, jej nastrój był już dużo lepszy niż kilka godzin wcześ-

niej. W końcu była przecież młoda i dzielna. 

Coś  się  znajdzie,  pomyślała,  wychylając  się  przez  poręcz.  Nie  potrzebowała  dużych 

pieniędzy i jakakolwiek praca pokryłaby jej potrzeby. Może sklep z artykułami gospodarstwa 

domowego  to  rzeczywiście  dobre  rozwiązanie.  Ciężko  urazić  klienta,  sprzedając  mu  toster. 

Pocieszona tą myślą, odsunęła od siebie smutki i przyjrzała się mgle, która coraz zachłanniej 

wyciągała swoje lepkie palce w jej stronę. 

Wieczorna  bryza  dała  znać  o  sobie.  Na  niebie  pojawił  się  księżyc,  ptaki  kończyły 

swoje śpiewy, szykując  się do nocy. Cassidy  uśmiechnęła się i oddała  marzeniom. Nagle  aż 

podskoczyła,  gdyż  czyjaś  ręka  chwyciła  ją  za  ramię.  Nie  zdążyła  zareagować,  gdy  stała  już 

odwrócona, patrząc na twarz nieznajomego mężczyzny. 

Był wysoki, sporo wyższy od niej. Smukłą budowę podkreślały obcisłe dżinsy i czarny 

sweter. 

Zaskoczenie,  a  także  nastrój  wieczoru  nad  zatoką  sprawiły,  że  Cassidy  zwróciła 

uwagę,  iż  mężczyzna  był  przystojny.  Jej  umysł  pracował  szybko,  próbując  ustalić,  czy 

powinna przyglądać mu się pod kątem jego urody, czy traktować go jako zagrożenie. 

Miał ciemne włosy, za to oczy intensywnie niebieskie. Czarne włosy okalały szczupłą, 

kościstą  twarz  i  opadały  na  wysokie  czoło.  Nos  miał  długi  i  prosty,  usta  pełne  i  dołek  w 

brodzie. 

Jego twarz przykuwała uwagę, wręcz fascynowała. 

background image

Przyglądając mu się, Cassidy doszła jednak do wniosku, że te rysy bardziej pasują do 

mrocznych zaułków Wybrzeża Barbary niż spokojnych okolic Nabrzeża Rybaków. 

Kiedy  minęło  pierwsze  zaskoczenie,  przytrzymała  mocniej  swoją  torebkę  i 

skrzyżowała ramiona. 

-  Mam  tylko  dziesięć  dolarów  -  powiedziała  stanowczo.  -  I  potrzebuję  ich  nie  mniej 

niż ty. 

- Bądź cicho. - Jego oczy zwęziły się. 

Cassidy  próbowała  odgadnąć  intencje  nieznajomego.  Kiedy  ujął  jej  brodę,  zadrżała, 

zwalczając  w  sobie  chęć  ucieczki.  Bez  słowa  i  z  wielką  uwagą  przyglądał  się  jej  twarzy. 

Wyglądał  jak  zahipnotyzowany,  od  czasu  do  czasu  marszcząc  jedynie  brwi.  Spróbowała 

wyszarpnąć się z jego uchwytu. 

-  Możesz  się  nie  ruszać?  -  zapytał  tonem  nieznoszącym  sprzeciwu.  W  jego  niskim 

głosie słychać było rozdrażnienie, a palce mocniej zacisnęły się na jej twarzy. 

- Posłuchaj - zaczęła spokojnie - mam czarny pas w karate i bez trudu połamię ci obie 

ręce,  jeśli  spróbujesz  mnie  skrzywdzić.  -  Mówiąc  to,  spojrzała  ponad  jego  ramieniem, 

szukając  świateł  restauracji,  które  ginęły  we  mgle.  Zorientowała  się,  że  wokół  nie  było 

nikogo.  -  Bez  trudu  potrafię  gołą  ręką  złamać  deskę  o  grubości  dziesięciu  centymetrów.  - 

Zauważyła, że mimo szczupłej budowy ramiona mężczyzny były szerokie. - I potrafię bardzo 

głośno krzyczeć - kontynuowała. - Lepiej odejdź. 

-  Doskonała...  -  Przesunął  kciukiem  wzdłuż  linii  jej  brody.  Serce  Cassidy  biło  na 

alarm.  -  Absolutnie  doskonała.  -  W  jednej  chwili  napięcie  uciekło  z  jego  oczu  i  uśmiechnął 

się.  Zmiana  w  wyglądzie  była  tak  gwałtowna  i  zaskakująca,  że  Cassidy  zdziwiła  się 

niepomiernie. - Tylko po co miałabyś to robić? 

- Co robić? 

- Łamać gołą ręką taką grubą dechę. 

- O czym ty mówisz? - zapytała zdumiona, bo ze zdenerwowania zapomniała o swoim 

kłamstwie.  A  kiedy  sobie  o  nim  przypomniała,  zmieszała  się  bardzo.  -  A  tak,  to...  To  dla 

wprawy... - Przerwała, bo uderzył ją cały absurd tej sytuacji. Oto ona, przyszła pisarka, stoi w 

opustoszałym,  tonącym  we  mgle  porcie,  prowadząc  bezsensowną  rozmowę  z  jakimś 

maniakiem, który trzyma ją za brodę. - Naprawdę lepiej mnie puść i odejdź, zanim zrobię ci 

coś złego. 

- Właśnie ciebie szukałem. - Kompletnie zignorował jej propozycję. 

W  jego  wymowie  zauważyła  obce  naleciałości,  nie  potrafiła  jednak  odgadnąć,  skąd 

pochodził. 

background image

-  Raczej  nie  jestem  zainteresowana.  Mam  męża,  który  jest  obrońcą  w  drużynie 

futbolowej. Ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu i waży sto kilogramów. Jest bardzo zazdrosny i 

będzie tu lada moment. A teraz mnie puść i możesz wziąć sobie te cholerne dziesięć dolarów. 

- Co ty pleciesz, do diabła? - Uniósł brwi. Mgła gęstniała za jego plecami. Wyglądał 

groźnie.  -  Myślisz,  że  chcę  cię  okraść?  -  Dreszcz  irytacji  przemknął  przez  jego  twarz.  - 

Dziecinko,  nie  zamierzam  pozbawić  cię  ani  twoich  dziesięciu  dolarów,  ani  czci.  Chcę  cię 

namalować, a nie zgwałcić. 

- Namalować? - Była wyraźnie zaintrygowana. - Jesteś artystą? Nie wyglądasz mi na 

takiego.  -  Przypominał  raczej  pirata,  ale  dyskretnie  to  przemilczała.  -  Naprawdę  jesteś 

malarzem? 

-  I  to  znakomitym  -  stwierdził  arogancko  i  uniósł  odrobinę  wyżej  głowę  Cassidy,  by 

księżyc oświetlił jej twarz. - Znanym i utalentowanym. - Uśmiechnął się ujmująco. 

-  Jestem  pod  wrażeniem  tej  niezwykle  doniosłej  deklaracji.  -  Pomyślała,  że  bez 

wątpienia jest obłąkany, ale nie zachowuje się agresywnie i nawet potrafi być na swój sposób 

sympatyczny. Jak jego uśmiech. Zapomniała nawet o strachu. 

- Właśnie tego się spodziewałem. - Wreszcie puścił jej brodę. - Mieszkam na łodzi na 

obrzeżach miasta. Pójdziemy tam i jeszcze dziś zacznę szkice. 

W oczach Cassidy pojawiła się nutka rozbawienia. 

- Najpierw chciałabym zobaczyć jakieś twoje prace. Nie sądzisz, że tak powinno być? 

Na jego twarzy znów pojawiła się irytacja. 

- Kobiety mają chyba klapki na oczach i myślą tylko o jednym. Posłuchaj... Jak masz 

na imię? 

- Cassidy - odparła odruchowo. - Cassidy St. John. 

-  O  nie!  Pół  Irlandka,  pół  Angielka.  No  to  mamy  niezłą  mieszankę  wybuchową.  - 

Wcisnął  ręce  w  kieszenie.  Cały  czas  uważnie  studiował  jej  wygląd.  -  Nie  interesuje  mnie 

twoje  dziesięć  dolarów,  nie  zamierzam  też  nastawać  na  twoją  cnotę.  Chcę  jedynie  twojej 

twarzy. 

- Nie poszłabym na łódź z samym Michałem Aniołem, gdyby tak się do tego zabrał. 

- W porządku - rzucił niecierpliwie. - Wypijemy filiżankę kawy w dobrze oświetlonej 

i zatłoczonej restauracji. Czy to ci odpowiada? A jeśli spróbuję zrobić coś niestosownego, to 

zawsze będziesz mogła połamać stolik swoimi wyćwiczonymi gołymi rękami, czym zwrócisz 

na siebie uwagę, i na pewno ktoś przyjdzie ci z pomocą. 

- Na to mogę się zgodzić - odparła, uśmiechając się szeroko. 

background image

Zanim  zdążyła  powiedzieć  coś  jeszcze,  złapał  ją  za  rękę  i  pociągnął  do  małej,  dość 

obskurnej  kafejki.  Przez chwilę  w  milczeniu  siedzieli  przy  stoliku,  a  on  znowu  badawczo  ją 

oglądał.  Zauważyła,  że  jego  oczy  były  jeszcze  bardziej  niebieskie,  niż  jej  się  wydawało 

poprzednio,  kontrastując  przy  tym  z  ciemną  karnacją  i  czarnymi  brwiami  i  rzęsami. 

Próbowała  odgadnąć,  jaki  człowiek  kryje  się  za  tym  niezwykłym  błękitnym  spojrzeniem. 

Kelnerka przerwała jej rozmyślania. 

- Co zamawiacie? 

- Kawę... Dwie kawy - dodała, ponieważ mężczyzna nie odezwał się słowem, a kiedy 

kelnerka  poszła  do  kuchni,  zapytała:  -  Dlaczego  ciągle  mi  się  tak  przyglądasz?  To 

niegrzeczne. I denerwujące. 

- Światło jest tu okropne, ale zawsze lepsze niż w tamtej mgle. Nie wykrzywiaj się! - 

nakazał. - Przez to powstaje niepotrzebna linia, o tutaj... - Zanim zareagowała, wyciągnął rękę 

i  przesunął  palcem  pomiędzy  jej  brwiami.  -  Masz  niezwykłą  twarz,  tylko  jeszcze  nie  wiem, 

czy twoje oczy są jej zaletą, czy też wadą. Jakoś trudno uwierzyć tym fiołkowym oczom. 

Kiedy  Cassidy  próbowała  strawić  tę  obrazę,  wróciła  kelnerka  z  kawą.  Mężczyzna 

uśmiechnął się do niej promiennie i wyciągnął ołówek z jej kieszonki. 

- Będę tego potrzebował przez chwilę. - Spojrzał na Cassidy. - Pij kawę, zrelaksuj się. 

To nie zaboli. 

Zaczął szkicować, a ona posłusznie zastosowała się do jego poleceń. 

- Masz jakąś pracę, czy może twój fikcyjny małżonek cię utrzymuje? 

- Skąd wiesz, że fikcyjny? 

-  Z  tego  samego  źródła,  z  którego  wiem,  że  miałabyś  poważne  kłopoty,  by  połamać 

deskę gołymi rękami - odparł, nie przerywając rysowania. - To jak, masz pracę? 

- Wylali mnie dziś po południu - powiedziała ze smutkiem, patrząc w kawę. 

-  To  świetnie  -  ucieszył  się.  -  Nie  marszcz  czoła!  Zapłacę  ci  standardową  stawkę  za 

dwa miesiące pozowania. To, co planuję stworzyć, nie powinno zająć więcej czasu. Nie bądź 

taka  zdziwiona,  Cassidy.  Moje  intencje  od  samego  początku  były  czyste  i  jasne.  To  tylko 

twoja wyobraźnia tworzyła jakieś chore scenariusze. 

-  Moja  wyobraźnia  zareagowała  całkiem  prawidłowo  na  obcego  faceta,  który 

niespodziewanie wyłania się z mgły i wyciąga do mnie ręce. 

Przerwał na chwilę pracę i odparł cierpko: 

- Nie wydaje mi się, żeby coś takiego miało miejsce. Chciała jeszcze coś powiedzieć, 

ale jej wzrok zatrzymał się na kartce papieru. Odstawiła filiżankę. 

background image

-  To  jest  wspaniałe!  -  wyszeptała  z  niekłamanym  zachwytem.  -  W  kilku  śmiałych 

pociągnięciach osiągnął nieprawdopodobny efekt. Zdołał uchwycić nie tylko rysy jej twarzy, 

ale również wszystkie emocje, jakie nią w tej chwili targały. - To wspaniałe... - powtórzyła. - 

Ty naprawdę masz talent. 

- Już ci o tym mówiłem. - Zabrał się znów do szkicowania. 

Mając  przed  oczyma  taki  efekt  jego  krótkiej  pracy,  Cassidy  nabrała  wiary  w  lepsze 

jutro. Stałe zatrudnienie przez najbliższe dwa miesiące byłoby darem niebios. Po tym okresie 

powinna  już  znaleźć  jakiegoś  wydawcę,  który  zainteresowałby  się  jej  maszynopisem.  Nie 

musiała  więc  handlować  ani  tosterami,  ani  sznurowadłami,  ani  mydłem  i  powidłem!  Wolne 

wieczory na pisanie! Korzyści mnożyły się jedna za drugą. To przeznaczenie zesłało jej panią 

Sommerson. 

- Naprawdę chcesz, żebym ci pozowała? 

- Tak, tego właśnie chcę. - Skończył drugi szkic. - Zaczynamy jutro rano, o dziewiątej. 

- Ale... 

-  Nie  spinaj  włosów,  nie  maluj  się  zbytnio.  Możesz  trochę  podkreślić  oczy,  ale  nic 

więcej. 

- Nie powiedziałam jeszcze... 

- Zaraz podam ci adres. - W ogóle nie zwracał uwagi na jej próby dojścia do głosu. - 

Dobrze znasz miasto? 

- Urodziłam się tutaj. Aleja... 

-  Świetnie,  więc  bez  problemu  trafisz  do  mojego  studia  Nagryzmolił  adres  na 

serwetce.  Nagle  gwałtownie  uniósł  głowę  i  uważnie  objął  Cassidy  wzrokiem.  Przez  chwilę 

wpatrywali się w siebie nawzajem. 

Nie potrafiła nazwać tego, co poczuła, ale była pewna, że jeszcze nigdy czegoś takiego 

nie doświadczyła. Urwało się to równie gwałtownie, jak zaczęło. 

Mężczyzna  wstał,  przypomniał  godzinę  spotkania,  po  czym  wyszedł,  zostawiając 

pieniądze za kawę. 

Cassidy  podniosła  rysunki  i  zaczęła  im  się  przyglądać.  Czy  rzeczywiście  jej 

podbródek  tak  wygląda?  Uniosła  dłonie  do  twarzy,  przypominając  sobie,  jak  on  badał  jej 

rysy.  Nic  złego  się  nie  stanie,  jeśli  tam  pójdzie.  Zobaczy,  jak  to  wygląda,  i  najwyżej 

zrezygnuje. Zawsze może odmówić i wyjść. Z przekonaniem, że tak właśnie w razie potrzeby 

postąpi, schowała szkice i adres studia do torebki, po czym wyszła z kafejki na ulicę. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Poranek  był  cudownie  czysty.  Cassidy  ubrała  się  w  zwykły,  niezobowiązujący  strój, 

nie  wiedziała  bowiem,  jak  powinna  zaprezentować  się  początkująca  modelka  na  pierwszej 

sesji. Doszła do wniosku, że w dżinsach i białej koszuli z długimi rękawami będzie wyglądała 

najbardziej  odpowiednio.  Zgodnie  z  poleceniem  nie  spięła  włosów,  a  makijaż  był  prawie 

niewidoczny. Nie zdecydowała jeszcze, czy będzie pozowała temu dziwnemu, intrygującemu 

mężczyźnie, którego spotkała we mgle, ale ciekawość kazała jej przyjść do studia. 

Przepisała  adres  do  swojego  notesu  i  pospieszyła  na  przystanek,  aby  złapać  tramwaj 

jadący  do  centrum.  Nie  spodziewała  się,  że  adres,  który  artysta  nagryzmolił  na  kartce, 

dotyczył  tak  ekskluzywnej  dzielnicy  miasta.  Sądziła  raczej,  że  studio  będzie  położone 

niedaleko  jej  mieszkania  w  North  Beach,  gdzie  panowała  swobodna,  artystyczna  atmosfera. 

Cyganeria  -  pisarze,  muzycy  i  malarze  -  zajmowała  ten  rejon  miasta,  tworząc  jego 

niepowtarzalny  klimat.  Pomyślała,  że  może  jej  malarz  ma  bogatego  sponsora,  który  założył 

dla  niego  to  kosztowne  studio.  Nieznajomy  w  ogóle  nie  odpowiadał  jej  wyobrażeniom  o 

artystach, a przecież poznała ich całkiem sporo. Zmieniła jednak zdanie, kiedy zobaczyła jego 

ręce. To były najpiękniejsze dłonie, jakie Cassidy kiedykolwiek widziała. Długie i szczupłe, z 

wąskimi  paznokciami  i  wyraźnie  zaznaczonymi  kośćmi.  Sprawiały  wrażenie  delikatnych,  a 

zarazem silnych, o czym przekonała się, kiedy trzymał jej podbródek. 

Dobrze  zapamiętała  jego  twarz  i  wielokrotnie  przywoływała  jej  obraz  w  myślach. 

Było  w  niej  coś  niepowtarzalnego  -  surowego  i  pociągającego  zarazem.  Cassidy  pomyślała, 

ż

e  gdyby  to  ona  była  malarką,  taką  właśnie  twarz  chciałaby  uwiecznić  na  płótnie.  Miał 

bowiem wyraziste kości, a w niepokojąco niebieskich oczach czaiła się jakaś tajemnica. 

Dźwięk dzwonka tramwaju wyrwał ją z rozmyślań. 

Głupia  jestem,  wytknęła  sobie  w  duchu.  Nawet  nie  wiem,  jak  on  się  nazywa,  a  już 

zachwycam się jego twarzą. To on ma się zachwycać moją, a nie na odwrót. 

Wysiadła i zatrzymała się na chodniku, rozglądając się za właściwym numerem domu. 

Miałam rację co do tej dzielnicy, pomyślała. 

Podobnie  jak  w  innych  rejonach  miasta,  była  tu  niesamowita  mieszanina  egzotyki  i 

kosmopolityzmu, romantyczności i praktyczności. Wielobarwne oblicze San Francisco widać 

było tu równie dobrze, jak w Chinatown czy Telegraph Hill. 

Dzień  był  piękny  i  ciepły.  Cassidy  rozkoszowała  się  urokami  pogody,  a  jej  myśli 

podążyły  do  maszynopisu,  który  zostawiła  na  biurku  w  domu.  Wróciła  do  rzeczywistości 

background image

dopiero w chwili, gdy zorientowała się, że stoi przed domem, którego szukała. I ogromnie się 

zdumiała. 

Galeria.  Cassidy  raz  jeszcze  sprawdziła,  czy  nie  pomyliła  adresu,  a  jej  zdumienie 

narastało. Czytała o tym miejscu zaledwie kilka miesięcy wcześniej, doskonale też pamiętała 

jego  otwarcie  przed  pięciu  laty.  Od  tego  czasu  Galeria  zyskała  sobie  reputację,  jakiej 

zazdrościła  jej  konkurencja.  Była  wizytówką  sztuki  najwyższych  lotów.  Wernisaż  w  Galerii 

zapewniał rozwój kariery początkującym artystom lub wzmacniał pozycję znanych twórców. 

Kolekcjonerzy  i  koneserzy  zbierali  się  tu,  aby  podziwiać  i  krytykować  prezentowane  prace. 

W tym miejscu wypadało bywać. Podobnie jak większość budynków w mieście, ten także był 

elegancki  i  niekonwencjonalny,  prosty  i  bezpretensjonalny.  Tymczasem  wewnątrz 

znajdowały  się  skarby  malarstwa  i  rzeźby.  Cassidy  wiedziała  też,  że  jednym  z 

najwybitniejszych twórców, których prace znajdowały się w Galerii, był jej właściciel, Colin 

Sullivan.  Starała  się  przypomnieć  sobie,  co  o  nim  czytała,  i  wszystkie  kawałki  układanki 

zaczęły do siebie pasować. 

Był  imigrantem  z  Irlandii,  ale  mieszkał  w  Ameryce  ponad  piętnaście  lat.  Karierę 

rozpoczął,  kiedy  miał  niecałe  dwadzieścia  lat.  Malował  głównie  farbami  olejnymi,  a  jego 

znakiem rozpoznawczym było niezwykłe operowanie światłem i cieniem. Mówiono o nim, że 

jest bardzo niecierpliwy, ale i błyskotliwy. Miał pewnie trochę powyżej trzydziestki. Nie był 

ż

onaty,  choć  romansował  z  wieloma  kobietami.  Była  wśród  nich  i  księżniczka,  i 

primabalerina.  Jego  obrazy  kupowano  za  bajońskie  sumy,  ale  rzadko  brał  prowizję  od 

sprzedaży.  Malował  dla  przyjemności.  Dopiero  teraz,  stojąc  w  cieple  porannego  słońca  i 

składając w całość plotki i zasłyszane informacje, Cassidy zdała sobie sprawę, dlaczego twarz 

artysty  wydawała  się  jej  znajoma.  Widziała  jego  zdjęcie  w  gazecie,  kiedy  Galeria  była 

otwierana, chyba pięć lat temu. 

Colin  Sullivan...  Wzięła  głęboki  oddech  i  poprawiła  włosy.  Colin  Sullivan  chciał  ją 

namalować.  Odmówił  kiedyś  wykonania  portretu  jednej  z  gwiazd  Hollywood,  a  chciał 

namalować Cassidy St. John, bezrobotną pisarkę, której największym jak dotąd osiągnięciem 

było opublikowanie kilku opowiadań w babskim magazynie. Nagle przypomniała sobie, jak z 

obawy,  że  nieznajomy  mężczyzna  zamierza  na  nią  napaść,  opowiedziała  mu  różne  głupoty. 

Przygryzła wargi z irytacją i zażenowaniem. 

Mógł się przecież przedstawić, zamiast skradać się za mną i mnie dotykać, pomyślała. 

Cóż, jak na takie okoliczności, Cassidy zachowała się zupełnie naturalnie i nie było powodu, 

by  czuła  się  zakłopotana.  Poza  tym  Colin  Sullivan  zaprosił  ją  do  siebie.  To  on  zaaranżował 

background image

całą  tę  sytuację.  Cassidy  przyszła  tu  tylko  po  to,  żeby  podjąć  decyzję,  czy  przyjmie  ofertę 

pracy. 

Mocniej  chwyciła  torebkę,  żałując  przez  chwilę,  że  nie  ubrała  się  w  coś  bardziej 

eleganckiego, i ruszyła w kierunku wejścia do Galerii. Drzwi były zamknięte. 

Nacisnęła  ponownie  klamkę,  ale  zdała  sobie  sprawę,  że  pora  była  zbyt  wczesna,  by 

Galeria  już  działała,  zaraz,  Sullivan  mówił  coś  o  studiu,  które  z  pewnością  ma  osobne 

wejście.  Cassidy  skręciła  za  rogiem  budynku  i  spróbowała  otworzyć  boczne  drzwi.  One 

jednak także nie drgnęły. Niezrażona poszła dalej, próbując dostać się do budynku drzwiami 

znajdującymi  się  z  tyłu.  Także  bez  skutku.  Wówczas  jej  uwagę  przykuły  drewniane  schody 

wiodące na piętro. 

Uniosła  głowę  i  osłaniając  oczy  przed  słońcem,  przyjrzała  się  rzędowi  okien.  Szyby 

odbijały  światło.  Pomyślała,  że  gdyby  to  ona  była  artystą  i  miała  swoje  studio,  z  pewnością 

byłoby  ono  na  piętrze.  Zaczęła  wspinać  się  po  stromych  schodach.  Na  ich  szczycie 

znajdowały  się  kolejne  drzwi.  Cassidy  chwyciła  za  klamkę,  zawahała  się  przez  chwilę,  lecz 

zdecydowała się zapukać. Spojrzała przez ramię i zorientowała się, że była bardzo wysoko. 

- Spóźniłaś się - powiedział wyraźnie zniecierpliwiony Colin, otwierając drzwi. Złapał 

ją za rękę i wciągnął do środka, zanim zdążyła odpowiedzieć. 

Poczuła  zapach  terpentyny  i  farb.  Gospodarz  wyglądał  równie  groźnie  w  jasnym 

ś

wietle dnia, jak i na przystani w gęstej mgle. I podobnie jak wtedy przytrzymał jej podbródek 

silnymi dłońmi. 

- Panie Sullivan... - zaczęła podenerwowana. 

- Ciii - Przechylił jej twarz w lewą stronę i zmrużył oczy. - Tak, wygląda jeszcze lepiej 

w dobrym świetle. Podejdź tutaj. Muszę zrobić wstępne szkice. 

-  Panie  Sullivan  -  spróbowała  ponownie,  kiedy  prowadził  ją  przez  duży,  przestronny 

pokój,  wypełniony  płótnami  i  innym  sprzętem  malarskim.  -  Chciałabym  dowiedzieć  się 

więcej o tej pracy, zanim ostatecznie się zdecyduję. 

- Usiądź tutaj. - Posadził ją siłą na stołku. - Nie garb się - dodał. 

- Panie Sullivan, czy może mnie pan posłuchać? 

- Teraz bądź cicho. - Wziął do ręki szeroki szkicownik i ołówek. 

Skonfundowana, westchnęła i skrzyżowała ręce na piersi. Może będzie łatwiej, kiedy 

skończy szkicować, uznała i zaczęła rozglądać się po pokoju. Był duży, miał wiele szerokich 

okien oraz okno w dachu, co ogromnie jej się podobało. 

Przestronne  okna  wpuszczały  dużo  światła  słonecznego,  drewniane  podłogi  były  tu  i 

ówdzie  pochlapane  farbą.  Pod  kremową  ścianą  leżała  bezładnie  sterta  nienaciągniętych 

background image

płócien.  Tu  i  tam  stały  sztalugi,  a  wielki  stół  zawalony  był  różnego  rodzaju  farbami, 

pędzlami, szmatkami i butelkami. 

- Wyjrzyj przez okno - powiedział Colin. - Potrzebny mi profil. 

Posłusznie  wykonała  polecenie.  Uczucie  irytacji  ustąpiło,  kiedy  zauważyła  małego, 

zapracowanego wróbla na gałęzi dębu. Uśmiechnęła się ciepło. 

- Co widzisz? - Colin przysunął się do niej. 

- Małego wróbla, o tam! - wyciągnęła rękę przed siebie. - Zobacz, jak bardzo się stara, 

ż

eby skończyć to gniazdo. Buduje je z różnych kawałków patyczków, nitek, trawy czy innych 

skarbów,  które  znajdzie.  Człowiek  potrzebuje  cegieł  i  cementu,  a  taki  mały  ptaszek  potrafi 

stworzyć  równie  dobre  schronienie  bez  rąk,  narzędzi  i  wykwalifikowanych  robotników. 

Wspaniałe, nie sądzisz? - Odwróciła się z uśmiechem. 

Był bliżej, niż się spodziewała. Zakręciło jej się trochę w głowie. 

- Być może jesteś jeszcze wspanialsza, niż myślałem. 

- Odsunął kosmyk włosów z jej ramienia. 

Przypomniała sobie, że powinna zachowywać się z rezerwą. 

- Panie Sullivan... 

- Colin - przerwał, kontynuując układanie jej włosów. 

- Albo Sullivan, jeśli wolisz. 

- Colin - powiedziała spokojnie - wczoraj nie miałam pojęcia, kim jesteś. Dotarło to do 

ranie dopiero dziś, kiedy stanęłam przed Galerią. - Poruszyła się, zmieszana faktem, że nadal 

stał  tak  blisko  niej.  -  Oczywiście  pochlebia  mi,  że  zamierzasz  mnie  namalować,  ale 

chciałabym wiedzieć, czego ode mnie Oczekujesz i... 

-  Oczekuję,  że  pozostaniesz  w  jednej  pozycji  przez  dwadzieścia  minut  bez  wiercenia 

się. - Przełożył pasmo jej włosów ponownie do przodu. Jego palce dotknęły jej szyi. Poczuła, 

jak przeszedł ją przyjemny dreszcz, lecz Colin zdawał się tego nie zauważać. - Oczekuję, że 

będziesz  słuchała  moich  instrukcji  i  będziesz  cicho,  dopóki  nie  powiem,  że  możesz  już 

mówić.  Oczekuję,  że  będziesz  punktualna  i  nie  będziesz  marudziła,  że  musisz  wyjść 

wcześniej, bo masz umówioną randkę. 

-  Byłam  punktualnie  -  odparowała  i  obróciła  głowę,  niwecząc  misterną  pracę  Colina 

nad ułożeniem jej włosów. 

- Nie powiedziałeś mi, że wejście jest z tyłu budynku, więc chodziłam dookoła, zanim 

znalazłam właściwe drzwi. 

-  Do  tego  jesteś  bystra  -  powiedział  z  drwiną.  -  Twoje  oczy  gwałtownie  ciemnieją, 

kiedy wychodzi z ciebie irlandzka natura. Nazywasz się Cassidy St. John, tak? 

background image

- To nazwisko rodowe mojej matki. Chciała dodać coś jeszcze, ale jej przerwał: 

-  Znałem  kilkoro  Irlandczyków  o  tym  nazwisku.  Uniósł  jej  ręce  i  zaczął  się  im 

przyglądać. 

-  Nie  znam  nikogo  z  rodziny  mojej  matki.  -  Nie  była  zadowolona  z  faktu,  że  jej 

dotyka. - Moja matka zmarła przy porodzie. 

- Rozumiem. - Uniósł jej dłonie. - Masz bardzo szczupłe ręce. A kim jest twój ojciec? 

-  Jego  rodzina  pochodzi  z  Devonu.  Zmarł  cztery  lata  temu.  Ale  nie  wiem,  co  to  ma 

wspólnego z moją pracą dla ciebie. 

- Wszystko ma znaczenie dla naszej wspólnej pracy. 

- Uniósł wzrok z jej dłoni, ale nadal trzymał je w swoich. 

-  Odziedziczyłaś  oczy  i  włosy  po  matce,  a  skórę  i  budowę  po  ojcu.  Jesteś 

ucieleśnieniem sprzeczności, Cassidy St. John. I tym, czego ja potrzebuję. Twoje włosy mają 

wiele różnych odcieni i wyglądają tak naturalnie, jakbyś dopiero wstała z łóżka. Masz na tyle 

rozumu, że nie próbujesz ich układać i ujarzmiać. Barwa twoich oczu zmienia się od błękitu 

po fiolet, a w ich kształcie jest coś egzotycznego. Są stworzone do tego, żeby ciągle oddawać 

się marzeniom. A budowę masz jak angielska arystokratka. Twoje usta  są gładkie, sugerują, 

ż

e  należą  do  osoby  zdolnej  do  pasji.  Skórę  masz  czystą,  odcień  różu  pod  barwą  kości 

słoniowej.  Obraz,  który  chcę  namalować,  musi  zawierać  specyficzne  elementy.  Wymagam 

szczególnych  cech  od  moich  modelek.  Ty  je  wszystkie  posiadasz.  -  Przerwał  na  chwilę  i 

pokiwał głową. - Czy to zaspokoiło twoją ciekawość? 

Wpatrywała  się  w  niego  jak  zahipnotyzowana,  próbując  wyobrazić  sobie  siebie  tak, 

jak ją opisał. Czy jej pochodzenie rzeczywiście tak mocno wpłynęło na to, jak wyglądała? 

- Raczej nie. - Westchnęła, po czym ponownie na niego spojrzała. - Ale jestem na tyle 

próżna, że chcę, by Colin Sullivan mnie namalował, i na tyle biedna, że potrzebuję tej pracy. - 

Uśmiechnęła się. - Czy dzięki temu obrazowi stanę się nieśmiertelna? Zawsze chciałam być. 

Colin  roześmiał  się.  Jego  śmiech  zabrzmiał  ciepło  i  radośnie.  Uścisnął  jej  dłonie  i 

niespodziewanie przytknął do swych ust. 

- Dla mnie będziesz. 

Próbowała coś odpowiedzieć, ale przerwała, kiedy otworzyły się drzwi studia. 

- Colin, muszę... - Kobieta, która weszła do pokoju, przerwała gwałtownie i spojrzała 

uważnie na Cassidy. - O, przepraszam! - powiedziała, gdy zauważyła ich złączone ręce. - Nie 

wiedziałam, że jesteś zajęty. 

background image

-  Wszystko  w  porządku,  Gail  -  odparł  spokojnie.  -  Wiesz,  że  kiedy  pracuję,  to 

zamykam  drzwi  studia  na  zamek.  To  jest  Cassidy  St.  John,  która  będzie  dla  mnie  pozować. 

Cassidy, to jest Gail Kingsley, niezwykle utalentowana artystka, która zarządza Galerią. 

Gail  Kingsley  przyciągała  wzrok.  Była  wysoka  i  szczupła,  miała  trójkątną  twarz 

ukoronowaną  jaskrawoczerwoną  czupryną.  W  jej  wyglądzie  i  postawie  było  coś  in-

trygującego.  Bystre,  zielone  oczy  miały  ciemną  oprawę.  Szerokie  usta  malowała 

jasnoczerwoną  szminką,  a  w  uszach  nosiła  złote  kolczyki.  Sukienkę,  którą  miała  na  sobie, 

luźną  i  zwiewną,  uszyto  z  tkaniny  o  różnych  odcieniach  zieleni.  Ruchy  Gail  były  szybkie  i 

gwałtowne.  Zrobiła  kilka  kroków  i  widać  było  od  razu,  że  jest  to  kobieta  z  nerwem  i  pełna 

energii.  Naprawdę  robiła  wrażenie.  Aż  dech  zapierało  w  piersiach.  Przyjrzała  się  badawczo 

twarzy Cassidy, co sprawiło, że ta poczuła się nieswojo. 

- Ładnie zbudowana - skomentowała Gail lekceważąco. - Ale kolor raczej nudny, nie 

sądzisz? 

- Nie możemy wszyscy mieć czerwonych włosów - odpowiedziała Cassidy ze złośliwą 

bezpośredniością. 

-  Nie  da  się  ukryć  -  przytaknął  Colin  z  rozbawieniem  i  zwrócił  się  do  Gail:  -  Czy 

czegoś potrzebujesz? Chcę wrócić do pracy. 

Cassidy  pomyślała,  że  ludzi,  którzy  są  ze  sobą  związani,  otacza  szczególna  aura. 

Widać  to  w  ich  spojrzeniu,  ruchach  i  tonie  głosu.  W  chwili,  gdy  Gail  spojrzała  na  Colina, 

Cassidy natychmiast się domyśliła, że są lub byli kochankami. 

Poczuła  lekkie  rozczarowanie  i  bezskutecznie  próbowała  wyrwać  swoje  dłonie  z  rąk 

Colina. 

-  Chodzi  o „Portret  dziewczyny"  Higgina.  Zaoferowaliśmy  za  niego  pięć  tysięcy,  ale 

Higgin nie chce zaakceptować tej ceny bez twojej zgody. Planuję zamknąć tę sprawę jeszcze 

dzisiaj. 

- A kto złożył ofertę? 

- Charles Dupres. 

-  Powiedz  Higginowi,  żeby  się  zgodził.  Dupres  nie  będzie  się  targował  i  na  pewno 

zachowa się przyzwoicie. Coś jeszcze? 

Było coś odpychającego w jego głosie. Cassidy zauważyła błysk w oczach Gail. 

- Nic, co nie może poczekać. Idę zadzwonić do Higgina. 

- Świetnie. - Zanim Gail doszła do drzwi, odwrócił się do Cassidy i ponownie zajął się 

jej włosami. - Nie może tak być - oznajmił gniewnie, lustrując ją od stóp do głów. 

background image

Zmieszana  jego  oświadczeniem,  wstrząśnięta  tym,  co  odkryła  we  wzroku  Gail, 

Cassidy popatrzyła na Colina i poprawiając nerwowo włosy, zapytała: 

- Co jest nie tak? 

- Ten strój. - Machnął niedbale ręką. 

- Nie powiedziałeś, jak chcesz, żebym się ubrała. Poza tym jeszcze nie zdecydowałam, 

czy  będę  dla  ciebie  pozować.  -  Wzruszyła  ramionami,  poirytowana  tym,  że  musi  się 

usprawiedliwiać.  -  Mogłeś  dać  mi  wskazówki  co  do  stroju,  a  ty  tylko  nabazgrałeś  adres  i 

uznałeś sprawę za załatwioną. 

-  Potrzebuję  czegoś  jednolitego  i  pofałdowanego,  bez  podkreślania  talii  czy  innych 

dodatków  -  rozmyślał  na  głos,  ignorując  jej  uwagi.  -  Czegoś  w  kolorze  kości  słoniowej,  nie 

białego.  Długiego  i  lśniącego.  -  Gdy  ujął  jej  talię  w  dłonie,  Cassidy  wprost  zamurowało.  - 

Bioder  prawie  nie  masz,  talia  jak  u  dziecka.  Szyja  będzie  zakryta,  więc  nie  ma  się  co 

przejmować brakiem rowka między piersiami. 

Czerwona z wściekłości, zeskoczyła ze stołka i odepchnęła Colina. 

-  To  moje  ciało  i  mam  w  nosie  twoje  obserwacje.  Mój  rowek  lub  jego  brak  to  tylko 

moja sprawa i nic ci do tego. 

- Nie bądź dzieckiem. - Energicznie posadził ją z powrotem na taborecie. - Jak na razie 

twoje  ciało  interesuje  mnie  tylko  z  artystycznego  punktu  widzenia.  Jeśli  się  to  zmieni,  to 

dowiesz się o tym pierwsza. 

- Chwileczkę... - Zsunęła się ponownie z krzesełka. 

-  Niesamowite.  -  Przytrzymał  jej  twarz,  żeby  dobrze  go  widziała.  -  Wychodzi  twój 

charakterek, ale to nie jest stan, którego poszukuję. Może kiedyś... 

Uśmiechnęła  się  łagodnie,  kiedy  jego  dłonie  zaczęły  masować  jej  kark.  Było  to  dla 

niej  tak  nowe  doznanie,  że  nie  dokończyła  rozpoczętego  zdania.  Słowa  Colina  zabrzmiały 

równie pieszczotliwie, jak dotyk dłoni na jej skórze. Delikatny irlandzki akcent w jego głosie 

przybrał na sile. 

-  Szukam  złudzenia.  I  czegoś  realnego,  namacalnego.  Marzenia.  Czy  możesz  być 

moim marzeniem, Cass? 

W  tym  momencie,  kiedy  ich  twarze  były  zaledwie  centymetry  od  siebie,  a  ich  ciała 

dotknęły się i Cassidy przeniknęło ciepło Colina, pomyślała, że mogłaby być wszystkim, o co 

by  poprosił.  Nic  nie  było  niemożliwe.  Uświadomiła  sobie,  na  czym  polega  jego  władza  nad 

kobietami. Był czarujący, wyglądał trochę jak pirat, i pewnie dlatego wręcz oczekiwała, że w 

jego mowie pojawi się egzotyczne brzmienie. A w ogóle męski i silny był ten Colin Sullivan. 

Wiedziała, że był świadom tej władzy, jaką miał nad kobietami, i używał jej bez skrupułów. 

background image

Ale nawet to dodawało mu atrakcyjności. Czuła, że ulega jego urokowi, a emocje przysłaniają 

jej rozum. Zastanawiała się, jakie to byłoby uczucie, gdyby jego usta dotknęły jej warg i czy 

ten  pocałunek  byłby  tak  ekscytujący,  jak  to  sobie  wyobrażała.  Broniąc  się  przed  takimi 

myślami, położyła ręce na piersi Colina i odsunęła się na bezpieczną odległość. I - Niełatwy z 

ciebie facet, Colin. - Wzięła głęboki oddech, aby uspokoić drżenie rąk. 

- Masz rację. - Na jego twarzy wyraz irytacji mieszał się z ciekawością. - Ile masz lat, 

Cassidy? 

- Dwadzieścia trzy. - Spojrzała mu w oczy. - Dlaczego pytasz? 

Wzruszył ramionami, wsunął ręce do kieszeni i zaczął spacerować po pokoju. 

-  Muszę  wiedzieć  o  tobie  wszystko,  zanim  zacznę  pracować.  Portret  musi  pokazać, 

kim  jesteś,  na  tym  właśnie  trzeba  się  skupić.  Znajdź  jak  najprędzej  odpowiednią  sukienkę. 

Chcę zacząć pracę. Już pora. 

W  jego  ruchach  pojawił  się  pośpiech,  co  kontrastowało  z  tym  Colinem,  który 

dosłownie  przed  chwilą  uwodził  ją  swym  głosem.  Kim  jest  Colin  Sullivan,  zastanawiała  się 

Cassidy.  Wiedziała,  że  to,  co  odkryje,  może  okazać  się  niebezpieczne,  ale  pragnęła 

dowiedzieć się o nim jak najwięcej. 

- Myślę, że wiem, jakiej sukni szukasz - zaryzykowała. - Wprawdzie nie całkiem jest 

koloru  kości  słoniowej,  coś  bliżej  perłowego,  ale  fason  ma  prosty.  Niestety  kosztuje  bardzo 

dużo, bo to jedwab. 

- Gdzie ją można dostać? - Zatrzymał się przed nią. 

- Chodźmy ją zobaczyć. 

Pospiesznie  ujął  Cassidy  pod  rękę  i  wyprowadził  tylnymi  drzwiami.  Schodziła 

ostrożnie po stromych schodach, nie ryzykując połamania karku. 

- Którędy teraz? - zapytał, kiedy doprowadził ją przed front budynku. 

- To tylko kilka domów stąd. - Machnęła ręką w lewo. 

-  Ale  Colin...  -  Zanim  skończyła  myśl,  już  prowadził  ją  pospiesznie  we  wskazanym 

kierunku. - Colin, myślę, że powinieneś wiedzieć... Boże, nie nadążam. Mógłbyś zwolnić? 

- Masz długie nogi. - Nie zwolnił tempa. 

Jęknęła zdegustowana i próbowała dotrzymać mu kroku. 

- Myślę, że powinieneś  coś wiedzieć. Ta sukienka jest w sklepie, z którego zostałam 

wczoraj zwolniona. 

-  Sklep  odzieżowy?  -  Ta  wiadomość  zainteresowała  go  na  tyle,  że  zwolnił  nieco  i 

przyjrzał się uważnie Cassidy. Odgarnął jej włosy. - Co ty robiłaś w sklepie z sukienkami? 

Posłała mu mrożące spojrzenie. 

background image

- Zarabiałam na życie, Sullivan. Niektórzy muszą tak robić, żeby mieć co jeść. 

- Nie drażnij się ze mną, Cass - poradził łagodnie. 

- Nie jesteś profesjonalną sprzedawczynią. 

-  I  właśnie  dlatego  zostałam  zwolniona.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Nie  jestem  też 

profesjonalną kelnerką, więc straciłam pracę w barze, bo nie pozwalałam się podszczypywać i 

obrzucać  sałatką.  Nie  będę  już  wspominała  mojej  krótkiej  kariery  operatorki  centrali 

telefonicznej. To smutna, wręcz żałosna historia, a dziś jest taki piękny dzień. 

- Uniosła głowę, żeby uśmiechnąć się do Colina. 

Znów się jej przyglądał. 

-  Jeśli  nie  jesteś  ani  profesjonalną  sprzedawczynią,  ani  kelnerką,  ani  operatorką 

centrali telefonicznej, to kim jesteś, Cass? 

-  Walczę  o  to,  by  być  pisarką,  a  wygląda  na  to,  że  imałam  się  różnych 

nieodpowiednich zajęć, odkąd skończyłam szkołę. 

- Pisarka... - Pokiwał głową patrząc w dół na Cassidy. - Co piszesz? 

-  Nowele,  których  nikt  nie  publikuje.  -  Ponownie  się  uśmiechnęła.  -  I  sporadycznie 

artykuły o tym, jaki wpływ mają perfumy na nowoczesnych mężczyzn. Muszę coś pisać, żeby 

nie wyjść z wprawy. 

- Jesteś chociaż w tym dobra? - Ominął kolejnego przechodnia, nie spuszczając z niej 

wzroku. 

-  Jestem  naturalna,  niezmanierowana,  drzemie  we  mnie  wielki  nieodkryty  talent.  - 

Odrzuciła  włosy  na  ramiona  i  wskazała  na  sklep.  -  Jesteśmy  na  miejscu.  Butik  The  Best. 

Ciekawa  jestem,  co  Julia  powie,  gdy  mnie  zobaczy.  Pewnie  pomyśli,  że  jestem  twoją 

utrzymanką - Przygryzła wargi, żeby stłumić chichot, po czym ponownie spojrzała na Colina: 

- Masz w zanadrzu kilka zniewalających spojrzeń? - Iskry rozbawienia tańczyły w jej oczach, 

kiedy zatrzymała się przed wejściem do sklepu. - Mógłbyś posłać mi kilka i dałbyś Julii temat 

do  rozmów  na  najbliższe  tygodnie.  -  Otworzyła  drzwi,  a  na  jej  pięknej  twarzy  pojawił  się 

uśmiech. 

Poprawna  jak  zawsze  Julia  powitała  Colina  z  przesadną  grzecznością  i  jedynie  z 

nieznacznym  zaskoczeniem  spojrzała  na  dawną  pracownicę.  Gdy  dotarło  do  niej,  że  zawitał 

do  jej  sklepu  sam  wielki  Sullivan,  jej  oczy  rozszerzyły  się  ze  zdumienia,  które  stało  się 

jeszcze większe, gdy Cassidy poprosiła o sukienkę z perłowego jedwabiu. 

Wchodząc  do  przymierzalni,  uświadomiła  sobie,  jak  dziwnie  wszystko  się  układa. 

Nieco ponad dwadzieścia cztery godziny temu stała na zewnątrz tego dużego pomieszczenia, 

trzymając  naręcze  odrzuconych  przez  klientkę  sukienek.  I  nie  myślała  nawet  o  Colinie 

background image

Sullivanie.  Teraz  zdawało  się,  że  zdominował  jej  myśli  i  czyny.  Cienki,  chłodny  jedwab 

oplótł jej ciało tylko dlatego, że Colin tego zapragnął. Jej serce biło szybciej, gdyż wiedziała, 

ż

e  czekał  przed  przymierzalnią,  chcąc  zobaczyć  efekt.  Zapięła  suwak,  wstrzymała  oddech  i 

odwróciła się. Jej odbicie wydawało się patrzeć na nią z niekłamanym respektem. 

Sukienka  opadała  prostą  linią,  podkreśloną  delikatnością  materiału.  Ramiona 

prześwitywały  przez  cienki,  przezroczysty  jedwab.  Cassidy  odetchnęła  powoli.  To  była 

wymarzona  suknia.  Romantyczna  i  prosta  zarazem.  Cassidy  wyglądała  w  niej  zarówno 

delikatnie, jak i niezmiernie elegancko. Nerwowo zwilżyła wargi i wyszła z przymierzami. 

Colin  czarował  Julię,  co  wzburzyło  Cassidy.  W  jego  oczach  pojawiły  się  chochliki, 

kiedy  uniósł  dłoń  Julii  do  swych  ust.  Cassidy  nauczyła  się  trzymać  nerwy  na  wodzy. 

Uśmiechnęła się nieznacznie. 

- Colin. 

Odwrócił się. Uśmiech, który rozjaśniał jego twarz i oczy, natychmiast przygasł. Colin 

puścił rękę Julii i zrobił kilka kroków naprzód. Cassidy, która już miała zamiar obrócić się, by 

mógł się jej przyjrzeć, zamarła w bezruchu, zahipnotyzowana jego spojrzeniem. 

Jego wzrok powoli powędrował w dół i ponownie do góry, zatrzymując się na twarzy 

Cassidy. Oblała się rumieńcem. Jak Colin to robił, że czuła się na zmianę tak pełna życia i tak 

słaba?  I  to  tylko  z  powodu  jego  spojrzenia.  Chciała  coś  powiedzieć,  żeby  przerwać  tę 

niewygodną ciszę, ale nie mogła wydusić z siebie ani słowa, poza tym, że powtórzyła: 

- Colin? - Brzmiało to jak pytanie o akceptację, choć wcale tego nie chciała. 

Coś błysnęło w jego oczach, po czym szybko zniknęło, a koncentracja zmieniła się w 

irytację. 

-  Ta  sukienka  będzie  dobra.  Każ  ją  zapakować  i  zabierz  ze  sobą  jutro.  Wtedy 

zaczniemy. - Jego głos brzmiał odpychająco. 

W głowie Cassidy kołatał milion pytań i wątpliwości. 

- To wszystko? 

- Tak, to wszystko. Godzina dziewiąta jutro rano. Nie spóźnij się. 

Cassidy  odetchnęła  ciężko.  Czuła  pogardę  do  tego  faceta.  Patrzyli  na  siebie  przez 

kolejną minutę, a napięcie narastało w powietrzu. Po chwili Cassidy odwróciła się i weszła do 

przymierzalni. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Cassidy  spędziła  większą  część  nocy  na  rozmyślaniach  o  minionym  dniu  i  swoich 

emocjach,  i  do  rana  zdążyła  wszystko  sobie  poukładać.  Nie  miała  najmniejszego  powodu, 

ż

eby  złościć  się  na  Colina.  Jego  reakcja,  gdy  Cassidy  pokazała  się  w  jedwabnej  sukni,  była 

właśnie  taka,  jakiej  należało  się  spodziewać.  Jadąc  tramwajem  przez  miasto  i  trzymając  w 

ręku paczkę z sukienką, obiecywała sobie, że zachowa dystans wobec swego szefa. 

Bo  przecież  jest  jej  szefem,  skoro  zatrudnił  ją  na  całe  dwa  miesiące.  Ale  przede 

wszystkim jest artystą, i to obdarzonym dużym temperamentem. 

Wysiadła  z  tramwaju,  aby  resztę  drogi  przejść  piechotą.  Cassidy  wiedziała,  że  Colin 

zauważył  coś  szczególnego  w  jej  twarzy,  i  zamierza  uwiecznić  to  na  płótnie.  Myśli  o  niej 

jedynie  w  kategoriach  zawodowych,  tak  jak  i  ona  o  nim.  Zresztą  jak  mogłoby  być  inaczej, 

skoro ledwie się poznali. To, co wydarzyło się wczoraj, było miłe i intrygujące, ale na pewno 

nie można powiedzieć, że coś zaiskrzyło między nimi. Byłaby to gruba przesada. Przecież te 

sprawy nie dzieją się w ten sposób, a na pewno nie tak szybko. Jedyne, co ich łączy, to więź 

między artystą i modelką. Wszystko inne to tylko kolejne scenariusze pisane przez jej umysł. 

Dotarła  do  studia  i  zapukała.  Jej  postanowienie  o  profesjonalnej  postawie  w  nowej 

pracy zachwiało się, kiedy drzwi otworzyła Gail. 

-  Cześć  -  powiedziała  Cassidy  z  uśmiechem,  choć  we  wzroku  Gail  nie  było  nic,  co 

zachęcałoby do przyjaznych zachowań. 

W  odpowiedzi  zobaczyła  tylko  zapraszający  do  wejścia  gest  ręki.  Colina  nigdzie  nie 

było widać. Cassidy z jednej strony podziwiała styl Gail, z drugiej była rozczarowana, wręcz 

czuła  duży  dyskomfort,  że  to  nie  Colin  otworzył  drzwi.  Dodatkowo  miała  wrażenie,  że  w 

dżinsach i sweterku wygląda przy Gail jak obdartus. 

- Przyszłam zbyt wcześnie? 

Gail, zanim odpowiedziała, powoli obeszła ją wokół, uważnie się przyglądając. 

- Colin zaraz będzie. Czy te loki są naturalne, czy to efekt trwałej? 

- Naturalne - odparła wolno Cassidy. 

- A kolor? 

- Też naturalny. Dlaczego pytasz? 

-  Tylko  z  ciekawości,  skarbie,  tylko  z  ciekawości.  Colina  bardzo  poruszyła,  wręcz 

zafascynowała twoja twarz. Wygląda na to, że dopadł go jakiś romantyczny nastrój. Według 

background image

mnie źle to wróży przyszłemu dziełu. - Zwęziła oczy, jakby chciała dokładnie zapoznać się z 

fakturą skóry Cassidy. 

- Chcesz policzyć zęby? - spytała Cass. 

- Nie bądź złośliwa. Colin i ja często wymieniamy się modelkami. Patrzę, czy się do 

czegoś nadajesz. 

- Nie jestem paczką zapałek, panno Kingsley - uniosła się Cassidy. 

-  Dobra  modelka  powinna  być  elastyczna  -  zganiła  ją  Gail.  -  Mam  nadzieję,  że 

przynajmniej nie ośmieszysz się jak ta poprzednia. 

-  Poprzednia?  -  zapytała  zaskoczona  Cassidy  i  zaraz  tego  pożałowała.  Powinna  była 

zachować dystans, nie okazywać takiego zainteresowania. 

-  Zakochała  się  po  uszy  w  Colinie.  -  Gail  uśmiechnęła  się  chłodno.  Jej  niecierpliwe, 

gwałtowne ruchy drażniły Cassidy. Była jak przyczajony, gotów do ataku kot. 

- Co gorsza, wyobraziła sobie, że Colin także się w niej zakochał. To było doprawdy 

ż

enujące. Słodka mała laleczka. Skóra biała jak mleko i ciemne oczy. Oczywiście na koniec 

Colin zachował się wobec niej paskudnie. Taki już jest, gdy ktoś próbuje go ograniczać. Nie 

ma nic gorszego niż ciągłe słuchanie czyichś westchnień, prawda? 

- Nie mam pojęcia - odpowiedziała Cassidy łagodnie. 

- Ale nie musisz się obawiać, nie zamierzam zamęczać Colina moimi westchnieniami. 

On potrzebuje mojej twarzy, a ja potrzebuję pracy. - Postanowiła od razu wszystko wyjaśnić, 

by potem nie było niepotrzebnych nieporozumień. - Nie sprawię  ci żadnych kłopotów, Gail. 

Jestem zbyt zajęta, żeby wdawać się w romans z Colinem. 

Gail zatrzymała się i zmarszczyła brwi, po czym ruszyła ponownie w kierunku drzwi. 

- To ułatwi nam współżycie, nie sądzisz? Możesz się tu przebrać. 

Gdy Gail wyszła, Cassidy odetchnęła głęboko i potrząsnęła głową. 

Jednak artyści naprawdę są zwariowani, pomyślała. 

Oburzona  zachowaniem  Gail,  ruszyła  w  kierunku  wskazanych  drzwi,  znalazła  małą 

garderobę i zaczęła się przebierać. Podobnie jak wczoraj, dotyk jedwabiu sprawił, że poczuła 

się inną osobą. 

Czy  dlatego,  że  suknia  jest  tak  elegancka  i  prosta  zarazem?  -  pomyślała.  A  może 

dlatego, że tak właśnie myśli o mnie Colin? 

Jakkolwiek było, Cassidy nie mogła zaprzeczyć, że czuła się silniejsza, kiedy miała na 

sobie tę suknię - bardziej pewna siebie i bardziej kobieca. Rzuciła okiem na swoje odbicie w 

lustrze, otworzyła drzwi i weszła do studia. 

- O, jesteś tutaj. 

background image

Udała  zaskoczenie,  kiedy  zobaczyła  Colina,  który  wpatrywał  się  w  czyste  płótno. 

Widziała tylko jego profil, gdyż nie odwrócił się do niej. Ręce trzymał w kieszeniach, ubrany 

był  zwyczajnie,  podobnie  jak  poprzedniego  dnia,  a  ten  strój  doskonale  podkreślał  jego 

budowę. Był skupiony, zacisnął usta, zwęził oczy. 

Jest bardzo atrakcyjny i wspaniale byłoby się nim opiekować, przemknęło przez głowę 

Cassidy. Zatrzymała się, pewna, że nawet nie usłyszał, jak weszła. 

- Chcę od razu zacząć malować na płótnie - powiedział, nadal nie odwracając się w jej 

kierunku. - Na stole leżą fiołki. Pasują do twoich oczu. 

Cassidy  zobaczyła  małe  kwiatki  rzucone  w  artystycznym  nieładzie.  Uśmiechnęła  się 

uradowana. 

- Och, są piękne! 

Podeszła  do  stołu,  podniosła  fiołki  i  ukryła  twarz  w  ich  delikatnych  płatkach. 

Pachniały łagodnie i słodko. Oczarowana, uniosła oczy, żeby podziękować Colinowi. 

-  Szukałem  czegoś,  co  by  kontrastowało  z  sukienką  -  powiedział,  nie  zmieniając 

pozycji ani wyrazu twarzy. 

Przyjemne  uczucie  prysło  niczym  bańka  mydlana.  Cass  spojrzała  na  kwiatki  i 

westchnęła.  Sama  była  sobie  winna.  Oczywiście  kupił  je  jako  rekwizyt,  a  nie  dla  niej.  To 

ś

mieszne, że mogła pomyśleć inaczej. Potrząsnęła głową i podeszła do Colina. 

- Widzisz mnie już na tym płótnie? 

Odwrócił się i spojrzał na nią, ale wyraz skupienia nie zniknął z jego twarzy. 

- Tak, będą pasować. Stań tam, chcę cię zobaczyć w świetle z okna. 

Kiedy  przesuwał  ją  po  pokoju,  szukając  najlepszego  oświetlenia,  Cassidy  odwróciła 

głowę i spojrzała na niego. 

- Dzień dobry, Colin - powiedziała czystym, słodkim głosem. 

- Kiedy pracuję, nie zawracam sobie głowy dobrymi manierami. - Zatrzymał się przy 

oknie. 

- Jestem cholernie zadowolona, że to wyjaśniłeś. - Uśmiechnęła się uprzejmie. 

- Znany jestem również tego, że na śniadanie pożeram młode, przemądrzałe dziewki. 

-  Dziewki!?  -  uśmiechała  się  już  ponad  miarę  słodko.  -  Brzmi  cudownie,  kiedy  tak 

mówisz. „Namiętne, młode dziewki" zabrzmiałoby jeszcze lepiej. 

- Ale to określenie do ciebie nie pasuje. - Jedną ręką uniósł jej brodę, a drugą odgarnął 

włosy z ramienia. 

- Ach... - Cassidy poczuła się urażona. 

background image

-  Kiedy  już  raz  cię  ustawię,  nie  ruszaj  się.  Jak  się  zdenerwuję,  mogę  rzucić  w  ciebie 

sztalugą. 

Mówiąc  to,  ustawiał  jej  twarz  i  sylwetkę.  Jego  dotyk  był  bezosobowy  i  chłodny. 

Cassidy  pomyślała,  że  traktował  ją  jak  przedmiot.  Po  jego  oczach  zorientowała  się,  że  jest 

całkowicie nieobecny myślami. Podczas pisania zachowywała się podobnie. Też zamykała się 

w swoim świecie i tworzyła. 

Odsunął  się  od  niej  i  obserwował  w  milczeniu.  Stała  prosto  i  naturalnie.  W  dłoniach 

miała  bukiet.  Delikatnie  zgięte  w  łokciach  ręce  trzymała  luźno,  dłonie  były  na  wysokości 

bioder.  Włosy  spływały  na  ramiona.  Colin  poprawił  jeszcze  raz  ułożenie  głowy  i  polecił 

Cassidy, by się nie - odzywała, dopóki jej na to nie pozwoli. 

Zastosowała  się  do  nakazu,  ruszała  jedynie  oczami,  obserwując,  jak  Colin  stanął 

ponownie  za  sztalugami  i  rozpoczął  pracę.  Wiele  minut  upłynęło  w  ciszy.  Cassidy  patrzyła, 

jak poruszał ręką, w której trzymał kawałek węgla. Ciągle taksował jej rysy i kształty, a jego 

ś

widrujący wzrok nieomal fizycznie przeszywał ciało. Czuła, że kiedy tak patrzy jej w oczy, 

może  zajrzeć  do  duszy  i  prawdopodobnie  przeczytać  tam  więcej,  niż  ona  sama  wiedziała. 

Ś

wiadomość tego sprawiła, że zamiast się zdenerwować, poczuła zaintrygowanie. Co widzi? 

Jak to przeleje na płótno? 

- W porządku - powiedział nagle. - Możesz przez chwilę rozmawiać, ale nie zmieniaj 

pozycji. Opowiedz mi o tych swoich nieopublikowanych powieściach. 

Kontynuował  pracę  w  tak  wielkim  skupieniu,  że  Cassidy  uznała  zaproszenie  do 

rozmowy jako swoistą formę relaksu. Była pewna, że nawet jeśli jej słowa dotrą do Colina, to 

jednym uchem wpadną, a drugim wypadną. 

- Prawdę mówiąc, jest tylko jedna, no, jedna cała i pół następnej. Nad drugą obecnie 

pracuję,  a  pierwsza  jest  przesyłana  z  wydawnictwa  do  wydawnictwa.  Opowiada  o 

dojrzewającej kobiecie, o wyborach, jakie podejmuje i błędach, jakie popełnia. Czy wiesz, jak 

trudno rozmawiać bez gestykulowania rękami? Nigdy nie zwracałam na to uwagi. 

-  To  ta  twoja  celtycka  krew.  -  Spojrzał  na  nią  przez  chwilę,  by  zaraz  powrócić  do 

pracy. - Czy będę mógł przeczytać twoją powieść? 

Zaskoczona Cassidy dopiero po chwili pozbierała myśli. 

- Tak, oczywiście. Jeśli tylko zechcesz... 

- Świetnie. Przynieś ją jutro ze sobą Teraz bądź cicho. Muszę popracować nad twarzą. 

Trwało jakiś czas, nim Colin odłożył węgiel i potrząsnął głową. 

background image

- Nie jest dobrze. - Spojrzał spode łba na Cassidy, upewniając się, że się nie rusza i nie 

próbuje  czegoś  powiedzieć.  -  Nie  zapewniasz  mi  odpowiedniego  nastroju.  Rozumiesz,  o  co 

mi chodzi? - spytał niecierpliwie. 

Nie odpowiedziała, pytanie było bowiem retoryczne. 

- Nie chcę złudzenia. Pragnę namiętności. Namiętności i pasji, które są w tobie, Cass. 

Jest ich nawet więcej, niż potrzebuję do tego obrazu. 

Spojrzał na nią w taki sposób, że zakręciło jej się w głowie. Serce zabiło mocniej. 

-  Potrzebuję  obietnicy.  Kobiety,  która  kusi  kochanka.  Potrzebuję  nadziei  i  świeżości 

tryskającej  z  niewinności.  Nietkniętej  niewinności,  ale  nie  znaczy,  że  niemożliwej  do 

zdobycia.  Tego  właśnie  od  ciebie  oczekuję.  W  twoich  oczach  ma  być  płomień,  twoje  usta 

mają  wyglądać,  jakby  dopiero  co  były  całowane  i  jakby  oczekiwały  kolejnych  pocałunków. 

Jak te. 

Przycisnął  gwałtownie  swoje  usta  do  jej  warg.  Objął  dłońmi  jej  twarz  i  pogładził 

policzki. Jego usta były ciepłe i miękkie. Całował szybko i zdecydowanie. Gdzieś głęboko z 

jej środka przyszła odpowiedź na jego zarzuty. Tak wyczekiwana namiętność: najpierw tląca 

się,  wreszcie  buchająca  ogniem.  Poczuła  moc,  która  uwolniła  się,  gdy  tylko  Colin  odsunął 

usta. 

Chociaż  nie  była  tego  świadoma,  jej  ciało  wyrażało  właśnie  to,  czego  oczekiwał: 

wyczekiwanie, kuszenie, niewinność. Spojrzał na jej usta, po czym wrócił do sztalugi. 

Cassidy  próbowała  uspokoić  szalejący  umysł.  Rozsądek  podpowiadał  jej,  że  ten 

pocałunek  nic  nie  znaczył,  ale  serce  myślało  inaczej.  W  ciągu  kilku  kolejnych  sekund  jej 

ciałem wstrząsały sprzeczne doznania. 

Była  dorosła.  Pocałunki  były  bardziej  powszechne  niż  uściski  dłoni.  To  tylko 

zdradliwa  wyobraźnia  próbowała  zmienić  to  w  coś  innego.  Tylko  wyobraźnia,  powtarzała 

sobie  w  myślach.  Colin  wziął  ją  z  zupełnego  zaskoczenia.  Nie  miał  prawa  tego  zrobić, 

szczególnie  w  tak  władczy  i  intymny  sposób.  Wstrząsnęło  nią  to  tym  bardziej,  że  jeszcze 

ż

adnemu  mężczyźnie  nie  przyzwoliła  na  coś  takiego.  Próbowała  całe  zdarzenie  poukładać 

sobie w głowie, gdy nagle Colin odłożył węgiel i zakomunikował, że pora na przerwę. Wytarł 

ręce i spojrzał na nią w taki sposób, jakby zobaczył ją pierwszy raz. 

Kiedy  zmieniła  pozycję,  ze  zdziwieniem  zdała  sobie  sprawę,  jak  Zesztywniałe  ma 

mięśnie. 

-  Jak  długo  tak  stałam?  -  Przeciągnęła  się,  poruszyła  ramionami.  -  Chyba  ponad 

dwadzieścia minut. 

- Być może. - Colin spojrzał na płótno. - Idzie nam całkiem nieźle. Chcesz kawy? 

background image

-  Dwadzieścia  minut  to  całkiem  sporo.  Od  jutra  będę  przynosić  stoper.  A  kawę 

poproszę. 

- Przyniosę. 

- Mogę spojrzeć? - Wskazała na obraz. 

- Nie. 

Cass westchnęła niezadowolona. 

-  A  co  z  pozostałymi?  -  Potoczyła  wzrokiem  po  płótnach,  które  znajdowały  się  w 

pokoju. - Czy one też objęte są tajemnicą? 

- Możesz obejrzeć wszystkie poza tym, nad którym pracuję. - Wyszedł. 

Odłożyła bukiet i ruszyła w stronę płócien porozstawianych bez wyraźnego porządku. 

Niektóre były małe, inne tak duże, że z trudem je odwracała.  Z każdą  chwilą czuła większy 

podziw dla talentu Colina. Zrozumiała, dlaczego  nazywano  go mistrzem koloru i światła Na 

obrazach widać było tę delikatność, którą zauważyła w jego dłoniach; szczerość emanowała z 

portretów, witalność z wiejskich pejzaży i miejskich scen; gra światła i cienia ożywiała każdą 

pracę. Zastanawiała się, czy malował to, co widział, czy to, co podpowiadało mu serce. Potem 

zrozumiała,  że  była  to  mieszanina  obu  tych  sfer.  Colin  widział  świat  inaczej  niż  przeciętny 

człowiek i potrafił oddać to w swych dziełach. Jego obrazy poruszyły ją prawie tak mocno jak 

sam artysta. 

Ostrożnie  odwróciła  kolejne  płótno.  Obraz  był  piękny.  Przedstawiał  kobietę  leżącą 

niedbale w negliżu na kanapie. Teraz ta sama kanapa stała pusta w końcu studia. Na twarzy 

kobiety malowały się leniwy uśmiech i pewność siebie. Po skórze białej jak mleko i ciemnych 

oczach Cassidy rozpoznała modelkę, o której mówiła Gail dziś rano. 

- Piękna, prawda? - zapytał nagle Colin, stając za jej plecami. 

- Tak. - Odwróciła się i  wzięła kubek z jego rąk. -  Nigdy  nie widziałam  piękniejszej 

kobiety. 

- Jest niemal perfekcyjna i ma wspaniałe ciało. 

- Aha. - Cassidy próbowała ukryć rozdrażnienie. 

- Jest bardzo zmysłowa i widać, że dobrze się z tym czuje - dodał. 

- Tak - powiedziała łagodnie, sącząc kawę. - Uchwyciłeś to bardzo precyzyjnie. 

Ton głosu zdradził jej emocje. Colin uśmiechnął się. 

-  Och,  Cass,  jesteś  dla  mnie  jak  otwarta  księga  i  z  pewnością  jesteś  najbardziej 

zachwycającą istotą, jaką spotkałem w ostatnich latach. - W jego głosie słychać było irlandzki 

akcent, który skusił, jak sądziła Cassidy, wiele pięknych kobiet. 

background image

- Nie mogę za tobą nadążyć, Sullivan. - Przyglądała mu się, kryjąc się za kubkiem z 

kawą. Słońce przeświecało przez jej włosy i kładło cienie na jedwabnej sukience. - Dlaczego 

osiadłeś w San Francisco? 

Spojrzał na nią. Zastanawiała się, czy widzi w niej już osobę, czy nadal patrzy na nią 

jak na przedmiot. 

- To miasto jest jak świat w pigułce. Lubię jego kontrasty i mroczną historię. 

- I to, że potrafi wykorzystać tę mroczną historię, zamiast za nią przepraszać... Ale nie 

tęsknisz za Irlandią? 

- Wracam tam od  czasu  do czasu. - Podniósł kubek i wypił łapczywie kilka łyków. - 

Irlandia dodaje mi nowych sił. Czuję się tam, jakbym wracał do korzeni. Tu znajduję pasję, a 

tam spokój. Moja dusza potrzebuje i jednego, i drugiego. - Spojrzał na nią ponownie. Barwa 

fioletu  w  jej  oczach  pociemniała.  Na  jej  twarzy  wymalowane  były  wszystkie  myśli.  I 

wszystkie  dotyczyły  jego.  -  Kończ  kawę.  Chcę  dopracować  wstępny  szkic  jeszcze  dzisiaj. 

Jutro zacznę malować farbami. 

Poranek  minął  niemal  w  całkowitej  ciszy.  Cassidy  wykorzystała  ten  czas  na 

przyglądanie się Colinowi. Wyczytała z jego diabelskiego wyglądu i ognia w spojrzeniu nie-

bieskich  oczu,  że  nadal  tliła  się  w  nim  irlandzka  dusza,  teraz  jeszcze  bardziej  dla  niej 

fascynująca. 

Przypomniała sobie tę krótką chwilę namiętności, kiedy to jego usta połączyły się z jej 

wargami.  Przez  moment  zastanawiała  się,  jakie  to  byłoby  uczucie,  gdyby  trzymał  ją  w 

ramionach,  gdyby  naprawdę  coś  ich  łączyło.  Mimo  iż  jej  doświadczenia  w  kontaktach  z 

mężczyznami  były  niewielkie,  instynkt  podpowiadał  jej,  że  Colin  Sullivan  jest  niebez-

piecznym  mężczyzną.  Była  nim  stanowczo  za  bardzo  zainteresowana.  Jego  dominacja  była 

dla niej wyzwaniem, jego fizyczność ją pociągała, a kapryśność - intrygowała. 

Cassidy  przypomniała  sobie  ciętą  uwagę,  jaką  Gail  Kingsley  wygłosiła  na  temat  jej 

poprzedniczki. Przed oczami zobaczyła obraz czerwonowłosej piękności i czarującej modelki. 

Wiedziała jednak, że nie jest podobna do żadnej z nich. Nie przyciągała uwagi swoim 

wyglądem, nie była też szczególnie seksowna. A Colina - jako mężczyznę, i do tego jeszcze 

artystę - otaczają kobiety szczególne. 

Zganiła  się  za  ten  tok  myślenia.  Nie  byłoby  dobrze,  gdyby  zaangażowała  się  w 

kontakty z mężczyzną takim jak Colin Sullivan. 

Nie  zabrnij  zbyt  daleko,  przestrzegała  się  w  duchu.  Nie  otwieraj  przed  nim  żadnych 

drzwi. Nie daj się zranić. 

To ostrzeżenie zaskoczyło ją. 

background image

Zrelaksuj się, nakazała sobie. 

Spojrzała  na  Colina  i  zauważyła,  że  wpatruje  się  w  płótno.  Skoncentrowany  był  na 

tym, co tylko on mógł zobaczyć. 

-  Przebierz  się  -  nakazał,  nie  podnosząc  wzroku.  Myśli  Cassidy  rozpłynęły  się  na 

dźwięk  jego  głosu.  Niegrzeczny,  to  najdelikatniejsze  słowo,  jakim  można  go  opisać, 

pomyślała. Trzymając nerwy na wodzy, poszła do garderoby. 

-  Moje  obawy  są  bezpodstawne  -  mruknęła  do  siebie,  gdy  już  zamknęła  drzwi.  W 

istocie,  Sullivan  nikogo  nie  dopuszczał  do  siebie  na  tyle  blisko,  by  mógł  go  zranić.  Cassidy 

była więc bezpieczna. 

Kilka  chwil  później  wyszła  z  garderoby  w  swoim  ubraniu.  Pogrążony  w  myślach 

Colin stał, patrząc w okno, z rękami wsuniętymi w kieszenie. 

- Powiesiłam suknię w tamtym pokoju - powiedziała chłodno. - Wychodzę, bo widzę, 

ż

e już skończyłeś pracę. - Podniosła torebkę z krzesła. Przewiesiła ją przez ramię i odwróciła 

się w kierunku drzwi, a wtedy Colin chwycił ją za rękę. 

-  Znowu  marszczysz  brwi,  Cass.  -  Uniósł  palec,  aby  dotknąć  jej  czoła.  -  Jeśli 

przestaniesz, kupię ci lunch, zanim wyjdziesz. 

-  Nie  mów  do  mnie  takim  protekcjonalnym  tonem,  Sullivan.  -  Nachmurzyła  się 

jeszcze  bardziej.  -  Nie  jestem  pierwszą  naiwną,  żeby  mnie  głaskać,  niańczyć  i  zabawiać 

uśmiechami. 

Uniósł brew. 

- W porządku. Nie ma sensu rozstawać się w złości. 

-  Nie  jestem  zła.  -  Próbowała  wyzwolić  się  z  jego  uścisku.  -  To  najnormalniejsza 

reakcja na twoją bezczelność. Puść moją rękę. 

- Jeszcze z tobą nie skończyłem, Cass. Powinnaś kontrolować swoje nerwy, kochanie. 

Wyglądasz z tym czarująco, a ja nie potrafię się oprzeć temu, czym jestem zauroczony. 

-  Wiem,  co  cię  we  mnie  pociąga.  Chodzi  ci  tylko  o  obraz,  o  nic  więcej,  więc  daruj 

sobie te różne ozdobniki. 

-  Znów  spróbowała  uwolnić  rękę  z  jego  uścisku.  Krótkim  ruchem  nadgarstka 

przycisnął ją do swej piersi. - Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła oburzona. 

- Prowokujesz mnie, bym ci udowodnił, że się mylisz. 

- W jego oczach pojawiło się rozbawienie i coś jeszcze, co sprawiło, że jej serce zabiło 

mocniej. 

-  Do  niczego  cię  nie  prowokuję  -  odwarknęła,  potrząsając  głową  z  furią  Jej  włosy 

kołysały się i unosiły, po czym znowu ułożyły się w naturalny sposób. 

background image

-  Ależ  tak.  -  Wolną  rękę  zanurzył  w  jej  włosach  i  dotknął  karku.  -  Rzuciłaś  mi 

rękawicę  tamtej  nocy,  kiedy  znalazłem  cię  we  mgle.  Myślę,  że  najwyższy  czas,  bym  ją 

podniósł. 

-  Jesteś  śmieszny.  -  Czuła,  że  nerwy  wymykają  jej  się  spod  kontroli.  Kiedy  chciała 

ponownie coś powiedzieć, Colin przywarł ustami do jej warg. Efekt był piorunujący. 

Chociaż  wydała  z  siebie  cichy  jęk  protestu,  to  zamiast  odepchnąć  Colina,  jej  palce 

przywarły do jego koszuli. Wiedząc, że nie napotka oporu, obrócił ją tak, żeby przylgnęła do 

niego całym ciałem. Cassidy zareagowała, jakby  całe życie czekała na taką okazję. Zdawało 

się,  że  zna  doskonale  każdy  centymetr  ciała  Colina.  Przywarła  mocno  swoimi  miękkimi 

wypukłościami  do  jego  silnych,  napiętych  mięśni.  Przesunęła  dłońmi  po  jego  karku, 

zatapiając  je  we  włosach.  Jej  usta  rozwarły  się  delikatnie,  przyzwalając  mu  na  śmielsze 

działania.  Przycisnął  ją  mocno  do  siebie,  a  jego  wargi  natarły  ze  zdwojoną  siłą.  Stali  tak 

złączeni w jedno ciało i tylko ich przyspieszone oddechy zakłócały ciszę. 

To, co czuła Cassidy, wprawiało ją w zdumienie. Kolana jej drżały, potrząsnęła głową, 

ż

eby  odsunąć  od  siebie  to,  co  Colin  właśnie  w  niej  obudził.  Coś  tajemniczego  i  niezwykle 

silnego  szykowało  się,  żeby  w  niej  wybuchnąć.  Ta  moc  przerażała  ją  i  jednocześnie 

pociągała.  Wciąż  jednak  strach  był  silniejszy  od  ciekawości.  Instynkt  podpowiadał,  że  to 

jeszcze nie ten czas. 

-  Nie,  Colin,  nie  mogę.  -  Oparła  dłonie  na  jego  klatce  piersiowej  i  spojrzała  w  jego 

ciemniejące oczy. 

- Ale ja mogę. - Natarł na nią zachłannymi wargami. 

Umysł  Cassidy  zawirował.  Jej  ciało  i  myśli  nie  potrafiły  sprostać  wyzwaniu,  przed 

jakim  postawiła  je  ta  sytuacja  Ale  razem  z  namiętnością  rósł  w  niej  strach.  Kiedy  Colin 

uwolnił jej usta z namiętnego pocałunku, odetchnęła kilka razy głęboko i powiedziała cicho: 

- Puść mnie, proszę. Boję się. 

Wiedziała, że mógł dać jej rozkosz. Jego oczy błyszczały, a ona nadal mu się opierała 

Palce na jej szyi napięły się, po czym  rozluźniły i Colin puścił ją. Cassidy  wykorzystała ten 

moment, odsunęła się od niego i poprawiła włosy. 

Colin z uwagą obserwował ją, po czym skrzyżował ręce na piersiach. 

- Zastanawiam się, czy więcej trudności sprawia ci walka ze mną, czy z samą sobą. 

- Też się nad tym zastanawiam - wypaliła rozbrajająco spontanicznie. 

Przekrzywił głowę, zaskoczony jej odpowiedzią. 

- Jesteś wyjątkowo szczera, Cassidy. Uważaj, bo mogę to wykorzystać. 

background image

-  Jestem  pewna,  że  tego  nie  zrobisz.  -  Wyprostowała  ramiona.  -  Nie  twierdzę,  że 

musimy  na  zawsze  unikać  tego,  co  między  nami  zaszło,  ale  skoro  mamy  to  już  poza  sobą, 

powinniśmy się postarać, żeby na razie się nie powtórzyło. 

- A niech to... - Colin potrząsnął głową i ryknął homerycznym śmiechem. 

- Powiedziałam coś zabawnego? 

-  Cass,  jesteś  jedyna  w  swoim  rodzaju.  -  Zanim  zdążyła  odpowiedzieć,  przysunął  się 

do  niej,  przytrzymał  jej ramiona  i  uścisnął  je  po przyjacielsku.  -  Brytyjska  praktyczność  bę-

dzie w tobie zawsze walczyć z celtycką namiętnością. 

- Straszny z ciebie romantyk - zakpiła. 

-  Drzwi  zostały  otwarte,  Cassidy.  -  Jego  słowa  przypomniały  jej  o  wcześniejszych 

postanowieniach.  -  Pewnie  wolałabyś,  żebyśmy  trzymali  je  zamknięte.  -  Potrząsnął  nią 

gwałtownie. - Tak, stało się. Drzwi już się nie zanikną. To się jeszcze powtórzy. - Puścił ją, 

cofnął się, ale nadal na siebie patrzyli. - Idź teraz, dopóki pamiętam, że się mnie boisz. 

Silna pokusa, by się do niego przytulić, przestraszyła ją. Aby się jej oprzeć, odwróciła 

się szybko w stronę drzwi. 

- Jutro o dziewiątej - powiedział, kiedy naciskała klamkę. 

Stał  na  środku  pokoju,  z  kciukami  zatkniętymi  za  przednie  kieszenie  spodni.  Słońce 

przeświecało  przez  okno  w  dachu,  podkreślając  ciemną  karnację  Colina.  Cassidy  przeszło 

przez myśl, że gdyby była rozsądna, powinna wyjść i więcej tu nie wracać. 

- Nie stchórzysz, Cass, prawda? - zadrwił, jakby czytając w jej myślach. 

Potrząsnęła głową i zacisnęła zęby. 

- O dziewiątej - oświadczyła chłodno i zamknęła za sobą drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Z każdym dniem Cassidy czuła się lepiej w roli modelki, mimo iż jej zdaniem ciężko 

byłoby  komukolwiek  zrelaksować  się  w  obecności  Colina.  Był  nieprzewidywalny,  a  jego 

nastrój  zmieniał  się  jak  w  kalejdoskopie.  Szybko  się  złościł,  ale  równie  szybko  wracał  mu 

dobry  humor.  Z  każdą  chwilą,  kiedy  poznawała  go  lepiej,  stawał  się  dla  niej  bardziej 

fascynujący. 

To  tylko  z  pisarskiego  obowiązku,  usprawiedliwiała  się  sama  przed  sobą  za  tak 

wnikliwą obserwację Colina. I było w tym sporo prawdy, takiej bowiem postaci potrzebowała 

do swojej nowej powieści - różnorodnej, nieobliczalnej, śmiałej. Co chwila powtarzała sobie, 

ż

e nic ich nie łączy, oczywiście poza wymianą przysług, jak to między artystami. 

Przez następne dni Colin zachowywał się nadzwyczaj poprawnie. Jeśli nawet czasami 

dotknął Cassidy, to tylko wtedy, gdy ustawiał ją do pozowania. Burzliwy pocałunek pozostał 

ż

ywym wspomnieniem... ale tylko wspomnieniem. 

Siedząc  nad  maszyną  do  pisania,  Cassidy  uznała,  że  jest  prawdziwą  szczęściarą. 

Zdobyła  pracę,  która  podratowała  jej  sytuację,  a  Colin  Sullivan  był  całkowicie  pochłonięty 

tworzeniem.  Była  szczera  ze  sobą  na  tyle,  by  przyznać,  iż  Colin  naprawdę  ją  pociąga.  Ale 

cóż, tak bardzo był pochłonięty malowaniem, że fakt, iż Cassidy jest żywą istotą, z trudem do 

niego docierał. Chyba że poruszyła się podczas pozowania. Ale to lepiej, że ignorował ją jako 

kobietę, uznała. 

Owszem,  pociągał  ją,  i  było  to  całkiem  naturalne,  lecz  nie  zamierzała  zachować  się 

równie głupio jak jej poprzedniczka. O nie! Uważała, że jest zbyt rozsądna, by zakochać się w 

Colinie. Powtarzała to sobie w myślach wielokrotnie, umacniając się w swoim postanowieniu. 

Colin  Sullivan  ma  swoją  sztukę  i  swoją  Gail.  Ona  -  Cassidy  St.  John  -  ma  swoją  pracę. 

Spojrzała  na  pustą  kartkę  i  westchnęła.  Obiecała  sobie,  że  skończy  rozdział,  nie  zaprzątając 

sobie  głowy  ani  jedną  myślą  o  Colinie.  Okazało  się  to  jednak  bardzo  trudne,  wręcz 

niewykonalne. 

Po pewnym czasie, kiedy rozdział był niemal skończony, ktoś zapukał do drzwi. 

- Kto tam? 

- Cześć, Cass. - W progu pojawił się rudobrody Jeff Mullans. - Masz chwilę? 

Jeff był sąsiadem, do którego miała słabość, więc otworzyła szerzej drzwi, zapraszając 

go do wejścia. 

Jeff wpakował się do środka razem z gitarą i sześciopakiem piwa. 

background image

- Mogę trochę tego towaru schować w twojej lodówce? Moja tradycyjnie jest zepsuta, 

a skwar jak na pustyni. 

- Wiesz, gdzie jest kuchnia. 

- O rany. Czym ty się żywisz? - wykrzyknął Jeff, ujrzawszy w lodówce  tylko karton 

soku,  dwie  marchewki  i  kawałek  papryki.  -  Chodźmy  do  knajpy  na  rogu,  to  pokażę  ci 

prawdziwe żarcie. Mają świetne tacos i nieświeże pączki. 

- Brzmi wspaniale, ale naprawdę muszę wreszcie skończyć ten rozdział. 

-  Nie  wiesz,  co  tracisz,  Cass.  -  Jeff  podrapał  się  po  brodzie.  -  Masz  jakieś  wieści  z 

Nowego Jorku? 

-  Na  razie  cisza.  Jeszcze  za  wcześnie  na  jakiś  sygnał,  ale  cierpliwość  nie  jest  moją 

mocną stroną. 

-  Wierzę,  że  ci  się  uda.  Jeśli  powieść  jest  równie  dobra  jak  ostatnie  opowiadanie  z 

magazynu, to jesteś na dobrej drodze. 

Uśmiechnęła się, mile połechtana komplementem. 

-  A  ty  nie  chciałbyś  powalczyć  o  stanowisko  redaktora  w  nowojorskim 

wydawnictwie? 

-  Nie  potrzebujesz  mojej  pomocy,  dziecinko.  Poza  tym  inaczej  zaplanowałem  sobie 

ż

ycie. Zostanę znanym tekściarzem i wykonawcą. 

-  Jasne.  -  Cassidy  odchyliła  się  na  krześle  i  patrząc  na  Jeffa,  doszła  do  wniosku,  że 

byłby dobrym modelem dla Colina. - Masz jakieś koncerty w przyszłym tygodniu? 

- Dwa. A jak sesje z Sullivanem? Widziałem kilka jego prac, są niesamowite. Jak się 

czujesz jako modelka jednego ze współczesnych mistrzów? 

- To dziwne uczucie, Jeff Prawdę mówiąc, nigdy nie jestem pewna, czy on widzi mnie 

podczas  malowania  i  czy  to  ja  jestem  na  płótnie.  Być  może  wykorzystuje  tylko  jakieś  moje 

cechy do stworzenia tego obrazu. Tak samo robię ja, gdy konstruuję moich bohaterów. 

-  Jaki  on  jest?  -  Jeff  zauważył,  jak  bardzo  zmieniają  się  oczy  Cassidy,  gdy  zaczyna 

mówić  o  Colinie  Sullivanie.  Blask  padający  ze  stojącej  na  biurku  lampki  tworzył  wokół  jej 

głowy świetlistą poświatę. 

-  Jest  fascynujący  -  szepnęła  jakby  do  siebie.  -  Wygląda  jak  pirat,  trochę 

niebezpiecznie, trochę fantazyjnie. Ma najbardziej niesamowite oczy, jakie kiedykolwiek wi-

działam.  A  jego  dłonie  są  przepiękne.  Nie  znam  słowa,  które  mogłoby  je  opisać.  Po  prostu 

są... nieskończenie piękne. - Jej głos stawał się coraz bardziej miękki i delikatny, a w oczach 

pojawiło się rozmarzenie. - Emanuje niezwykłą zmysłowością, szczególnie kiedy maluje. Do 

pracy napędza go jakaś wewnętrzna siła. Zamyka się wówczas w sobie i tworzy. Raz kazał mi 

background image

coś opowiedzieć, więc mówiłam to, co akurat przyszło mi do głowy. Nie wiem, czy w ogóle 

mnie  słuchał.  Tak  naprawdę  to  jest  bardzo  trudnym  człowiekiem.  Ma  okropny  charakter,  a 

kiedy  się  złości,  co  zdarza  mu  się  często,  w  jego  głosie  słychać  irlandzki  akcent.  - 

Uśmiechnęła się. - Warto go podrażnić, żeby to usłyszeć. Jest bezczelny i nieskończenie pew-

ny  siebie,  arogancki  wprost  nie  do  wytrzymania,  a  jednocześnie  czarujący.  Z  każdą  chwilą 

odkrywam  w  nim  coś  nowego.  Wątpię,  czy  kiedykolwiek  zdołałabym  poznać  go  do  końca, 

nawet gdybym miała na to wiele lat. 

Nastała cisza, przerywana jedynie brzdąkaniem gitary Jeffa. 

- Widzę, że się w nim zabujałaś. 

Wzdrygnęła się. Jej ciemnoniebieskie oczy wyrażały zdziwienie. Wyprostowała się na 

krześle. 

- Słucham? Nie! Z pewnością nie. Ja po prostu... Po prostu... - Po prostu co, Cassidy? 

Jak miała na to odpowiedzieć? - Po prostu interesuje mnie, bo jest niezwykły. To wszystko. 

- W porządku, mała. Ty wiesz najlepiej. - Jeff wstał powoli, trzymając gitarę w ręku. - 

Tylko bądź ostrożna. 

-  Uśmiechnął  się.  -  Sullivan  to  świetny  artysta,  ale  plotki  głoszą,  że  jest  ostrym 

facetem. Wiesz, o czym mówię, Cass. Jesteś śliczną dziewczyną, ale tak pokierowałaś swoim 

ż

yciem,  że  masz  niewiele  doświadczeń  z  mężczyznami.  Wrażliwa  samotnica...  Trzymasz 

dystans, ale jeśli go stracisz, łatwo cię skrzywdzić. 

-  Naprawdę  sądzisz,  że  jestem  tak  mało  doświadczona?  Nie  zapominaj,  że 

studiowałam cztery lata w Berkeley - odparowała. 

- Tylko ktoś kompletnie naiwny może w tak doskonały sposób unikać moich zalotów, 

nie  tracąc  przy  tym  mojej  sympatii.  -  Jeff  zbliżył  się  do  niej,  zapraszając  do  pocałunku  w 

sposób  równie  miły  i  delikatny,  jak  jego  muzyka.  Serce  Cassidy  biło  spokojnie  i 

równomiernie. - Unikasz mnie, co? - Uniósł głowę. - Pomyśl, ile moglibyśmy zaoszczędzić na 

opłatach za czynsz, gdybyśmy zamieszkali razem. 

Pociągnęła go za brodę. 

- Zależy ci tylko na mojej lodówce. 

- Co ty możesz wiedzieć? Idę do domu. Napiszę coś smutnego. 

- No proszę, co chwila kogoś inspiruję. 

- Nie przeceniaj się. - Zamknął za sobą drzwi. Uśmiech powoli zniknął z jej ust, kiedy 

przypomniała sobie słowa Jeffa: „Widzę, że się w nim zabujałaś". Co za bzdura! W żadnym 

razie nie zakochała się w Colinie. Czy kobieta nie może bezinteresownie zainteresować się ja-

kimś  mężczyzną?  Czy  zawsze  będzie  posądzana  o  to,  że  chodzi  o  coś  więcej?  Odruchowo 

background image

dotknęła  dolnej  wargi  i  wróciła  pamięcią  do  pocałunku  Jeffa  Spokojny,  zwyczajny.  Co 

sprawia,  że  pocałunek  jednego  mężczyzny  staje  się  niezapomnianym  doznaniem,  a  innego  - 

co  najwyżej  jest  przyjemny?  Pomyślała,  że  rozsądna  kobieta  nie  pchałaby  się  w  związek  z 

nawiedzonym, zapatrzonym w siebie artystą, który, choć czasami bywa uroczy, tak naprawdę 

potrafi jedynie zadawać ból. 

Wróciła do maszyny do pisania i zabrała się do pracy. Ledwie zdołała zebrać myśli i 

skoncentrować się na pisaniu, ktoś ponownie zapukał do drzwi. 

- Chyba nie skończyłeś już pisać swojej smutnej piosenki? - rzuciła przez drzwi, nadal 

waląc w klawiaturę. - A piwo z całą pewnością jeszcze się nie schłodziło. 

-  Nie  mogę  podważyć  żadnego  z  tych  stwierdzeń.  Odwróciła  się  gwałtownie  i 

spojrzała na Colina. Stał w otwartych drzwiach, niedbale opierając się o futrynę i obserwując 

gospodynię.  Był  lekko  rozbawiony,  ale  przede  wszystkim  zafascynowany.  Cassidy  miała  na 

sobie  obcisłe  szorty  i  koszulkę,  która  skurczyła  się  w  praniu.  Intensywne  spojrzenie  Colina 

wyraźnie ją zawstydziło. Zaczerwieniła się. 

- Co ty tu robisz? 

- Podziwiam ten widok. - Wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. - Nie wiesz, że 

bezpieczniej byłoby przekręcać klucz w zamku? 

- Zawsze gdzieś gubię klucze, więc... - Przerwała, zdając sobie sprawę, jak śmiesznie 

to brzmi. Kiedy nauczy się dwa razy pomyśleć, zanim coś powie? - Zresztą nie ma tu nic, co 

warto by ukraść. 

- Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz. Powieś sobie klucz na szyi, Cass, jeśli ci to 

pomoże, ale drzwi zawsze trzymaj zamknięte. 

Myślała już nad celną ripostą, ale zanim zdążyła ją wypowiedzieć, Colin mówił dalej: 

- Za kogo mnie wzięłaś, kiedy pukałem do drzwi? 

-  Za  mojego  sąsiada,  który  pisze  teksty  piosenek  i  ma  zepsutą  lodówkę.  Skąd 

wiedziałeś, gdzie mieszkam? 

-  Twój  adres  był  na  maszynopisie.  -  Wskazał  na  kopertę,  którą  trzymał  w  ręku,  po 

czym odłożył ją na biurko. 

Cassidy  z  pewnym  zaskoczeniem  spojrzała  na  znajomy  plik  papierów.  Sądziła,  że 

Colin zapomniał o maszynopisie chwilę po tym, jak mu go dała. Nagle zrozumiała, dlaczego 

nie zapytała Colina, czy  już go przeczytał i co o  nim sądził. Trudniej byłoby jej znieść jego 

krytykę  niż  uwagi  jakiegoś  bezosobowego  wydawcy.  Zdenerwowana  spojrzała  na  Colina. 

Oczekiwana krytyka nie nadeszła. 

background image

Spacerował  po  pokoju,  dotykając  zwiędłych  kwiatów,  wyglądając  przez  okno  i 

przyglądając się zdjęciu w srebrnej ramce. 

-  Napijesz  się  czegoś?  -  zapytała,  bo  tak  powinna  zachować  się  gospodyni  i  zaraz 

przypomniała  sobie  uwagi  Jeffa  o  zawartości  jej  lodówki.  -  Na  przykład  kawy?  -  dodała 

szybko, bo tyle akurat mogła zaoferować. Pod warunkiem, że Colin ma ochotę na czarną. 

Odwrócił się od okna i zaczął ponownie spacerować. 

- Masz niezłe wyczucie kolorów, Cass - powiedział. 

- I niezwykłą zdolność tworzenia domowej atmosfery. Dokonałaś tego nawet w takim 

mieszkaniu  jak  to,  tej  bezdusznej  klatce  zaprojektowanej  i  zbudowanej  pod  wynajem,  dla 

zysku.  A  jednak  nadałaś  mu  swoisty  charakter  i  nasyciłaś  prywatnością.  -  Uniósł  małe 

lusterko w ramce z muszelek. - To z Nabrzeża Rybaków? - Spojrzał na nią. 

- To musi być dla ciebie szczególne miejsce. 

- Rzeczywiście. Kocham to miasto w całości i bezwarunkowo, ale Nabrzeże Rybaków 

to  dla  mnie  coś  zupełnie  wyjątkowego.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Nie  jest  tam  zbyt  tłoczno, 

natomiast  pełno  łódek  przycumowanych  jedna  obok  drugiej.  Lubię  wyobrażać  sobie,  skąd 

wracają lub dokąd płyną. 

Gdy  tylko  to  powiedziała,  poczuła  się  strasznie  głupio.  A  tak  bardzo  starała  się 

udowodnić  Colinowi,  że  nie  jest  romantyczką!  Uśmiechnął  się  do  niej,  a  jej  zakłopotanie 

przemieniło się w coś bardziej niebezpiecznego. 

- Przygotuję kawę - powiedziała szybko. 

-  Nie  rób  sobie  kłopotu.  -  Położył  rękę  na  jej  ramieniu  i  spojrzał  na  biurko.  Było 

zarzucone papierami i notatkami. - Przeszkadzam ci w pracy, a to nie jest w porządku. 

-  Wygląda  na  to,  że  dziś  wieczorem  i  tak  już  nie  popracuję.  -  Uśmiechnęła  się, 

próbując  zapomnieć  o  dyskomforcie,  który  czuła.  -  Ale  nic  nie  szkodzi,  bo  prawie 

skończyłam. W przeciwnym razie zachowałabym się tak samo niegrzecznie jak ty, kiedy ktoś 

ci przeszkadza. 

Poczuła zadowolenie, gdy ujrzała zaskoczenie w jego oczach. 

- Naprawdę zachowuję się niegrzecznie? To znaczy jak? Wyjaśnisz mi? 

- To wprost nie do opisania. Usiądź, Colin. Te podłogi są cienkie. Wydepczesz w nich 

dziurę. - Wskazała na krzesło, ale on przysiadł na brzegu biurka. 

- Skończyłem dziś czytać twoją książkę. 

- Domyśliłam się, skoro odnosisz maszynopis. - Starała się mówić spokojnie, ale gdy 

Colin  uparcie  zwlekał  ze  swoją  recenzją,  ogarnęła  ją  frustracja  -  Proszę,  nie  znęcaj  się  nade 

mną  Jestem  na  to  za  słaba.  Nie,  poczekaj.  -  Gestem  powstrzymała  go,  gdy  zaczął  mówić. 

background image

Wstała  i  przeszła  się  po  pokoju.  -  Jeśli  ci  się  nie  podobało,  będę  przygnębiona  tylko  przez 

pewien czas. Jestem pewna, że jakoś to przeżyję. No... prawie pewna. Chcę, żebyś był ze mną 

szczery. Nie potrzebuję owijania w bawełnę, tych różnych gładkich słówek tylko po to, żeby 

nie  sprawić  mi  przykrości.  I,  na  miłość  boską,  nie  mów,  że  to  było  interesujące.  Nie  ma 

gorszego określenia! 

- Skończyłaś? - zapytał delikatnie. Zaczerpnęła tchu i skinęła głową. 

- Tak. To znaczy, tak sądzę. 

- Podejdź do mnie, Cass. 

Zrobiła, jak prosił, gdyż jego głos był cichy i łagodny. Ich oczy spotkały się. Ujął jej 

dłonie. 

-  Nie  wspominałem  wcześniej  o  twojej  książce,  ponieważ  chciałem  przeczytać  ją 

spokojnie,  kiedy  nic  mi  nie  będzie  przeszkadzało.  Sądziłem,  że  lepiej  nie  rozmawiać  o  niej, 

dopóki nie skończę. - Pogładził jej dłonie. - Masz w sobie niezwykle rzadką cechę, Cass. Coś 

ulotnego. Talent. I to nie jest coś, czego mogłaś nauczyć się na studiach w Berkeley. Ty się z 

tym urodziłaś. Studia być może doszlifowały twój warsztat, ale masz w sobie unikalny dar. 

Cassidy  westchnęła.  Uznała  za  zdumiewające,  że  opinia  tego  mężczyzny,  którego 

znała ledwie tydzień, miała dla niej tak duże znaczenie. Pozytywnego zdania Jeffa wysłuchała 

z przyjemnością, ale to, co powiedział Colin, zaparło jej dech w piersiach. 

- Nie wiem, jak zareagować. - Spojrzała na stos papierów na biurku. - Czasami mam 

ochotę to wszystko rzucić, bo nie jest warte tyle bólu i wysiłku. 

- Ale podjęłaś decyzję, że będziesz pisarką. 

-  Nie.  Nigdy  nie  podejmowałam  takiej  decyzji.  -  Spojrzała  na  niego  swymi 

fiołkowymi  oczami,  ciemniejącymi  w  słabym  świetle  lampki.  -  To  po  prostu  było  we  mnie. 

Czy ty podjąłeś decyzję, że będziesz artystą, Colin? 

Przyglądał jej się przez chwilę, po czym pokręcił przecząco głową. 

- Nie. Są takie rzeczy, które się dzieją niezależnie od nas, czy o nie prosimy, czy też 

nie. Wierzysz w przeznaczenie, Cass? 

- Tak - wyszeptała. 

-  Byłem  pewien,  że  wierzysz.  -  Pod  jego  uważnym  spojrzeniem  jej  serce  zabiło 

jeszcze mocniej. - Czy sądzisz, że jest nam przeznaczone, abyśmy zostali kochankami, Cass? 

Pokręciła przecząco głową, niezdolna do wypowiedzenia choćby słowa. 

- Straszna z ciebie kłamczucha. - Uniósł jej podbródek i pocałował ją. 

Jakże różnił się ten pocałunek od tego, który dał jej dziś Jeff. Był mocny i wprowadzał 

w drżenie każdy centymetr jej ciała. Odchyliła się gwałtownie. 

background image

- Przestań! 

- Dlaczego? - zapytał miękko. - Pocałunek to po prostu spotkanie ust. 

-  Nie,  to  nie  jest  takie  proste  -  zaprotestowała,  choć  czuła,  że  jego  spojrzenie  ją 

hipnotyzuje. - Bierzesz o wiele więcej. 

Musnął delikatnie wargami jej policzek. 

- Tylko tyle, ile zechcesz mi dać, Cass. Tylko tyle. Nic więcej. - Jego usta zbliżyły się 

kusząco  ku  jej  wargom,  aż  krew  w  niej  zawrzała.  Delikatnie  gładził  palcami  jej  policzek.  - 

Smakujesz jak coś, o  czym dawno zapomniałem - wyszeptał.  - Świeżość i młodość. Pocałuj 

mnie, Cass. Potrzebuję tego. 

Rozdzierana  pomiędzy  pragnieniem  a  lękiem,  uległa  -  jego  prośbie,  czy  raczej 

żą

daniu. Jej umysł wysyłał desperackie sygnały protestu, ale zignorowała je. Poczuła, że i ona 

jego pragnie. Jej usta szukały jego pocałunków, podczas gdy ręce Colina poznawały jej ciało. 

Lęk, który czuła, potęgował jedynie podniecenie, które ją wypełniało. Powoli traciła kontrolę 

nad  swoim  ciałem.  Przepełniały  ją  zwierzęce  instynkty.  Wstrząsnął  nią  dreszcz,  kiedy  Colin 

zaczął  całować  jej  szyję,  ale  odchyliła  głowę,  by  zaoferować  więcej.  Poczuła  delikatne 

kąsanie. Ból, który jej zadawał, doprowadzał ją do szaleństwa. Jego dłonie gładziły jej ciało 

pod obcisłą koszulką. Kciukami pieścił jej napięte piersi. 

Nogi ugięły się pod nią, oczekując wsparcia Colina. W chwili, gdy ich usta ponownie 

się spotkały, wiedziała, że niczego mu nie odmówi. Jej oddanie było pełne i bezwarunkowe. 

Powoli,  z  rękami  na  jej  ramionach,  Colin  odsunął  się  od  niej.  Zamrugała  kilka  razy,  zanim 

była w stanie otworzyć oczy. Jego ręce zacisnęły się. 

- Wygląda na to, że miałaś rację - zaczął, a głos mu drżał z podniecenia. - Pocałunek 

to  nie  jest  po  prostu  spotkanie  warg.  Pragnę  cię,  Cass,  i  ty  sama  wiesz  najlepiej,  że  nic  na 

ś

wiecie nie przeszkodzi mi doprowadzić cię tam, dokąd zamierzam. - Jego uścisk zmienił się 

w pieszczotę. 

-  Kiedy  skończę  obraz,  nie  będziemy  mieli  innego  wyjścia,  jak  oddać  się  naszemu 

przeznaczeniu. 

- Nie! - Wystraszona intensywnością uczuć, które przed chwilą ją wypełniały, Cassidy 

uwolniła  się  z  objęć  Colina.  Przygładziła  włosy.  -  Nie...  Nie  zamierzam  być  kolejnym 

numerkiem na długiej liście twoich kochanek. Co to, to nie! - Odsunęła się na kilka kroków i 

dumnie wzruszyła ramionami. 

Jego oczy zwęziły się nagle. Widziała, jak złość w nim wzbiera. Przysunął się do niej, 

złapał ją za włosy, uniósł jej twarz i gwałtownie pocałował. Wszystko w niej zawrzało, ale nie 

pokazała tego po sobie. 

background image

-  Czas  pokaże,  Cass.  A  teraz  jest  już  późno,  prawie  północ  i  lepiej,  żebym  sobie 

poszedł.  -  Uniósł  jej  dłoń  i  musnął  wargami  palce.  -  Najbardziej  grzeszymy  po  północy.  - 

Uśmiechnął się i ruszył w stronę drzwi. Przesunął zatrzask tak, by samoczynnie się zamknął 

po jego wyjściu. 

- Znajdź klucze - rzucił rozkazująco i znikł. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Minął kolejny tydzień współpracy Cassidy z Colinem. Między nimi nie było żadnych 

spięć.  Następnego  dnia  po  wizycie  Colina  w  jej  mieszkaniu  Cass  przyszła  do  studia  z 

mocnym  postanowieniem,  że  nie  będzie  ulegać  jego  erotycznym  zakusom.  Jak  mu  to 

powiedziała, nie zostanie jego kolejną kochanką. 

Miała poważne poglądy na życie, nie zamierzała rozmieniać się na drobne. Czekała na 

długotrwały,  głęboki  związek  uczuciowy  z  idealnym  mężczyzną,  którego  wizerunek  sobie 

stworzyła, więc żadne erotyczne przygody czy niepoważne romanse nie wchodziły w grę. Nie 

wydumała  sobie  takiej  postawy,  tylko  przyjęła  ją  na  podstawie  osobistych  doświadczeń. 

Wychowywał ją ojciec. Obserwowała jego przelotne znajomości z kobietami, z których żadna 

nie  stała  się  dla  niego  ważna.  Widziała,  jak  szedł  przez  życie  zapatrzony  jedynie  w  swoją 

pracę.  Cassidy  natomiast  obiecała  sobie,  że  znajdzie  kogoś,  z  kim  będzie  chciała  dzielić 

szczęście  i  troski.  Tak  myślała  już  jako  mała  dziewczynka,  a  kiedy  dorosła,  umocniła  się  w 

tym  przekonaniu,  snując  rozważania  o  sensie  życia,  złudnych  i  prawdziwych  jego  celach. 

Wiedziała,  że  to,  co  najważniejsze,  kryje  się  w  duchowych  potrzebach,  które  są  źródłem 

prawdziwego,  trwałego  szczęścia.  Wbrew  pozorom  nie  była  nieuleczalną  romantyczką. 

Twardo  trzymała  się  swojej  drogi,  bez  reszty  poświęcając  się  pisarstwu,  które  było  jej 

powołaniem, i czekała, aż spełni się to, co najpiękniejsze. 

Teraz też, wbrew pokusom, nie zamierzała odstąpić od swego postanowienia. 

Colin rozmawiał z nią niewiele, a kiedy ustawiał ją w odpowiedniej pozie, jego dotyk 

był  pozbawiony  uczucia.  Ale  wydawało  się,  że  wewnątrz  tętnią  w  nim  emocje.  Czy  była  to 

twórcza pasja artysty, czy pożądanie? Tego Cassidy nie mogła wiedzieć. 

Kolejne  dni  upływały  prawie  bez  słowa  Pod  koniec  tygodnia  nerwy  Cassidy  były 

napięte do ostateczności. Niezależnie od swoich rozterek i stanu psychicznego, nie wytrzymy-

wała wysiłku związanego z pozowaniem. Zachowanie tej samej pozycji przez długi czas było 

bardzo wyczerpujące. 

Wpadające przez okno słońce grzało ją trochę, mimo to czuła się skostniała Colin stał 

za  sztalugami.  Wydawał  się  skupiony  wyłącznie  na  malowaniu.  Mógł  tak  pracować  go-

dzinami  bez  odpoczynku.  Cassidy  obserwowała  ruch  pędzla  od  palety  do  płótna.  Nie 

wyobrażała  sobie,  jak  wygląda  jej  wizerunek  przetworzony  przez  artystyczną  wizję.  Jak 

dalece  Colin  zdołał  wczuć  się  w  jej  psychikę?  Czy  dotarł  do  prawdy,  czy  też  Cassidy  z 

portretu będzie miała niewiele wspólnego z realną panną St. John? 

background image

Fantazja podsuwała jej zresztą coraz to inne pytania. Czy będzie na obrazie obnażona, 

jak  poprzednia  modelka,  która  leżała  w  negliżu  na  kanapie?  Czy  ten  obraz  zawiśnie  w  Ga-

lerii? Być może zostanie tutaj, w tym studiu, twarzą do ściany, dopóki Colin nie zdecyduje, co 

z nim zrobić. Niewykluczone, że zostanie sprzedany za astronomiczną sumę i będzie wisiał na 

jakimś angielskim dworze. Jaki Colin nada mu tytuł? Może „Kobieta w bieli" lub „Kobieta z 

fiołkami"?  Wyobrażała  sobie,  że  obraz  z  jej  podobizną  omawiany  jest  na  uniwersyteckich 

zajęciach z historii sztuki. Albo że za sto lat ktoś zobaczy go w zakurzonej galerii i będzie się 

zastanawiał,  kim  była  uwieczniona  na  nim  dziewczyna  lub  co  myślała,  kiedy  artysta  ją 

malował... 

Nagle Colin przypomniał jej o sobie. Najpierw zaklął pod nosem, potem cisnął paletą 

o podłogę. 

-  Poruszyłaś  się!  -  Podszedł  do  Cassidy.  -  Nie  ruszaj  się,  do  cholery!  -  Mocnym 

chwytem  ustawił  jej  ramiona  w  wymaganej  pozycji.  -  Nie  rozumiesz?  Nie  wolno  ci  się 

wiercić! 

Potulne  przeprosiny  zamarły  na  ustach  Cassidy.  Ogarnęło  ją  wzrastające 

zniecierpliwienie. 

-  Nie  mów  do  mnie  tym  tonem,  Sullivan!  -  krzyknęła,  •  odpychając  jego  dłonie  i 

ciskając bukiecik fiołków na parapet. - Nie wierciłam się. A jeśli nawet, to dlatego że jestem 

ż

ywą istotą,  a nie manekinem. - Odrzuciła w tył  głowę, skutecznie psując misterne ułożenie 

włosów. - Oczywiście trudno o wyrozumiałość dla zwykłego śmiertelnika, skoro jest się samą 

wzniosłością i wspaniałością, ale trzeba przyjąć do wiadomości, że nie wszyscy są tak bosko 

doskonali. 

-  Nie  interesują  mnie  twoje  opinie  -  powiedział  chłodnym  tonem.  -  Jedyną  rzeczą, 

jakiej oczekuję od modelki, to pozowanie bez ruchu. - Ponownie zaczął ustawiać jej ramiona. 

- Trzymaj nerwy na wodzy, kiedy pracuję. 

- W takim razie maluj lepiej drzewa albo wazony z kwiatami! - rzuciła z furią. - Nie 

ruszają się, a do tego nie wyrażają opinii o twoim zachowaniu. 

Udała  się  w  kierunku  garderoby,  ale  Colin  chwycił  jej  ramię  i  odwrócił  w  swoją 

stronę. Był wściekły. 

- Nikt ode mnie nie odchodzi. 

-  Czyżby?  -  Cassidy  dumnie  uniosła  głowę.  -  No  to  patrz  uważnie.  -  Odwróciła  się 

ponownie w kierunku drzwi, ale zanim zdołała ujść dwa kroki, Colin ponownie ją chwycił. - 

Zostaw  mnie!  -  Wprost  kipiała  ze  złości.  Dotąd  kontrolowała  swoje  zachowanie,  ale  miarka 

background image

się  przebrała.  -  Nie  mam  ci  nic  więcej  do  powiedzenia.  Mam  dość  twojego  grubiaństwa  i 

siedzenia bez ruchu w jednej cholernej pozycji przez cały dzień. 

Uścisk na jej ramieniu osłabł. 

- Świetnie. Ale przecież między nami jest coś więcej niż tylko pozowanie, malowanie 

i rozmowy, prawda? - Przyciągnął ją do siebie. 

Serce  Cassidy  podskoczyło,  kiedy  poczuła  dotyk  jego  palców.  Widziała,  że  Colin 

ulegał  swemu  dzikiemu  temperamentowi,  a  ona  ulegała  tej  sile.  Miał  taką  moc,  że  nie 

dopuszczał  najmniejszego  sprzeciwu.  Był  mężczyzną  przepełnionym  pasją,  która  mogła 

doprowadzić  ich  do  miejsca,  z  którego  nie  będzie  odwrotu.  Cassidy  próbowała  jeszcze 

odsunąć się od Colina, ale ledwie się poruszyła, a jego usta przywarły do niej. Posmakowała 

jego wściekłości. 

Stłumił  jej  jęki  protestu  i  skrępował  ręce,  żeby  nie  mogła  się  wyrwać.  Jej  serce 

łomotało  coraz  mocniej.  Zdała  sobie  sprawę,  że  jest  zdana  całkowicie  na  jego  łaskę.  Jego 

pocałunki były gwałtowne i zdecydowane, wręcz brutalne. Kiedy próbowała odwrócić twarz, 

przytrzymał  ją  za  włosy,  aby  nie  mogła  się  ruszyć.  Usta  miał  twarde,  gorące  i  bezlitosne. 

Oczy Cassidy zaszły mgłą. Po raz pierwszy w życiu poczuła, że może zemdleć. Protestowała 

coraz  słabiej,  niezdolna  do  dalszej  walki.  Colin  działał  gwałtownie  i  szybko,  a  ona  mu  się 

poddawała. Nie reagowała już, kiedy zaczął rozpinać jej suknię. Wręcz przeciwnie - jej ciało 

pochłaniał ogień z każdym jego dotknięciem. 

Pukanie do drzwi studia zabrzmiało jak huk wystrzału. Colin zignorował to zupełnie i 

całował bez wytchnienia. 

- Colin! - zawołała Gail Kingsley. - Jest tu ktoś, kto chce się z tobą zobaczyć. 

Klnąc  dziko,  Colin  puścił  Cassidy  z  objęć.  Jego  przekleństwa  nagle  ucichły,  kiedy 

zobaczył  jej  szeroko  otwarte,  przestraszone  oczy.  Jej  usta  drżały.  Na  moment  przylgnęła  do 

niego i wtedy poczuł, że jej piersi falują w szlochu. 

- Colin, nie drocz się ze mną - W głosie Gail słychać było wymuszoną cierpliwość. - 

Na pewno już dawno skończyłeś pracę. 

-  W  porządku,  do  diabła!  -  wrzasnął  wściekle  do  Gail,  ale  nadal  patrzył  na  Cassidy. 

Powiódł ją za ramię do garderoby. Wewnątrz obrócił ją twarzą do siebie. Spojrzała na niego 

bez  słowa.  Próbowała  uspokoić  oddech.  Łzy  wzbierały  w  jej  oczach.  -  Przebierz  się  - 

powiedział  cicho.  Zawahał  się,  jakby  chciał  powiedzieć  coś  jeszcze.  Odwrócił  się  jednak  i 

wyszedł, zamykając za sobą drzwi. 

Cassidy  płakała  odwrócona  twarzą  do  ściany.  Po  kilku  minutach  usłyszała  głosy 

dobiegające  ze  studia.  Gail  mówiła  szybko,  wyraźnie  zdenerwowana,  natomiast  głos  Colina 

background image

był zupełnie spokojny, nie zdradzał cienia emocji i pasji, jakim ulegał przed chwilą. Cassidy 

nie  zwracała  uwagi  na  to,  co  mówiono,  wyłapała  jednak  jeszcze  trzeci  głos.  Mężczyzna 

mówił z wyraźnym włoskim akcentem. 

Spojrzawszy  w  lustro,  Cassidy  przeraziła  się  swoim  wyglądem.  Była  tak  blada,  że 

barwa jej policzków bliska była bieli sukienki, którą miała na sobie. W oczach miała słabość i 

udrękę. Tak patrzyła kobieta, która poniosła klęskę. 

-  Nie,  nie,  nie!  -  powiedziała  do  siebie,  zakrywając  ręką  odbicie  twarzy  w  lustrze.  - 

Nic nie osiągnie w ten sposób i musi o tym wiedzieć. 

Zdjęła  w  pośpiechu  suknię  i  włożyła  swoje  ubranie.  W  prostej,  klasycznie  skrojonej 

bluzce wyglądała mniej krucho i słabo. I czuła się nieporównanie lepiej. Głosy dobiegające z 

sąsiedniego  pokoju  słychać  było  teraz  wyraźniej.  Dopiero  po  chwili  zdała  sobie  sprawę  z 

tego, że nieświadomie podsłuchuje rozmowę. I jakoś się nie zawstydziła. 

-  Interesujący  dobór  kolorów,  Colin.  Wygląda  na  to,  że  osiągniesz  niezwykły  efekt  - 

powiedziała Gail. 

A  więc  rozmawiają  o  obrazie.  Pozwolił,  by  Gail  go  obejrzała,  lecz  Cassidy  tego 

zabronił. Dlaczego? 

- Wydaje się niemal sentymentalny. To będzie zaskoczenie dla artystycznego światka - 

kontynuowała Gail. 

-  O  tak,  sentymentalny  -  odezwał  się  Włoch.  -  Ale  w  tej  grze  kolorów  widać  pasję. 

Jestem zaintrygowany, Colin. Nie mogę rozgryźć twoich intencji. 

- Bo jest ich kilka - odpowiedział Colin swym suchym, ironicznym tonem. 

-  Skąd  ja  to  znam?  -  zachichotał  Włoch,  po  czym  dodał  z  zaciekawieniem:  -  Nie 

zacząłeś jeszcze twarzy. 

- Nie. 

Colin wyraźnie chciał już zakończyć dyskusję o powstającym dziele, ale Włoch mówił 

dalej: 

-  Intryguje  mnie...  I  ciebie  też.  To  widać.  Powinna  być  oczywiście  piękna  i 

wystarczająco młoda, żeby pasowała do sukni i fiołków. Ale musi w niej być coś jeszcze. 

Cassidy  czekała  na  odpowiedź  Colina,  ale  tej  nie  było.  Jednak  Włoch  się  nie 

zniechęcał: 

- Nie pokażesz mi jej, przyjacielu? 

- No właśnie, Colin, gdzie jest Cassidy? - W głosie Gail brzmiało rozbawienie. Oczy 

Cassidy zwęziły się. - Przecież wiesz, że będzie zachwycona, gdy przedstawimy ją Vince'owi 

- zaśmiała się. - Ona wygląda na słodką istotę. Tylko nie mów, że ją spłoszyliśmy. 

background image

Rozdrażniona na dobre tą protekcjonalną uwagą, Cassidy otworzyła nagle drzwi. 

- Nie spłoszyliście mnie ani trochę. - Obdarzyła całą trójkę promiennym uśmiechem. - 

I z pewnością będę zachwycona możliwością poznania Vince'a. 

Oczy Gail rozbłysły wściekłością. Spojrzała pytająco na Colina, ale na jego twarzy nie 

mogła odczytać żadnej odpowiedzi. 

Mężczyzna,  który  stał  obok  Colina,  był  niemal  o  głowę  niższy  od  niego,  ale  jego 

szczupła budowa i godna postawa sprawiały, że wydawał się wysoki. Włosy miał tak ciemne 

jak Colin, tyle że proste, oczy piwne, podkreślane przez oliwkową barwę skóry. Twarz miał 

gładką i przystojną, a kiedy się uśmiechał, wyglądał czarująco. 

-  Ach,  bella.  -  Przeszedł  przez  pokój  i  ujął  obie  dłonie  Cassidy.  -  Bellisima. 

Oczywiście, że jest doskonała. Gdzieś tyją znalazł, Colin? - Przyglądał się jej z zachwytem. - 

Pojadę tam i zatrzymam się tak długo, aż znajdę podobny skarb dla siebie. 

Cassidy zaśmiała się, rozbawiona tą jawną próbą flirtu. 

- We mgle - odpowiedziała, ponieważ Colin nadal milczał. - Myślałam, że Colin chce 

mnie okraść. 

- Aniołku, on jest zdolny do czegoś o wiele gorszego. - Vince z uśmiechem zerknął na 

Colina,  ale  nadal  trzymał  dłoń  Cassidy.  -  Jest  czarnym  irlandzkim  psem,  którego  obrazy 

kupuję, ponieważ nie widzę nic lepszego, na co mógłbym wydawać moje pieniądze. 

Colin dołączył do nich, marszcząc brwi. 

- Vince, to jest Cassidy St. John. Cass, to jest Vincente Clemenza, książę Maracanti. 

Cassidy otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 

- Ach, teraz zaimponowałeś jej moim tytułem. - Vince wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

- Jestem do pani dyspozycji. - Szarmancko uniósł dłonie Cassidy do swych ust. 

-  To  wielka  przyjemność  poznać  panienkę,  signorina.  Czy  zostanie  panienka  moją 

ż

oną? 

- Zawsze marzyłam, żeby wyjść za księcia. Czy powinnam dygnąć? - Uśmiechnęła się 

do niego znad ich złączonych dłoni. - Nie jestem pewna, czy wiem, jak to się robi. 

-  Vince  zwykle  oczekuje,  że  wszyscy  poniżej  hrabiego  klękają  przed  nim  i  całują 

sygnet. - Colin niby żartował, ale wzrok miał posępny. 

-  Przesadzasz,  przyjacielu.  -  Vince  puścił  dłonie  Cassidy  i  poklepał  Colina  po 

ramieniu.  -  Jak  nigdy  dotąd,  zazdroszczę  ci  twojego  daru.  Obiecaj,  że  będę  miał  prawo 

pierwokupu tego portretu. 

Colin przyglądał się twarzy Cassidy. 

- Już ktoś cię ubiegł. 

background image

- Naprawdę? - Vince wzruszył z gracją ramionami. 

-  Cóż,  będę  musiał  przebić  jego  ofertę.  -  Ton  jego  głosu  wskazywał,  że  jest 

mężczyzną, który zwykle, otrzymuje to, na czym mu zależy. 

- Vince chciał zobaczyć „ Janeen" - ucięła tę pogawędkę Gail i przeszła przez pokój, 

aby odszukać obraz. 

- Jeśli pozwolicie zatem... - zaczęła Cassidy, ale Vince chwycił ją ponownie za rękę. 

-  Nie,  madonna,  zostań.  Obejrzysz  ze  mną  dzieło  mistrza.  -  Nie  czekając  na 

odpowiedź, stanowczo pociągnął Cassidy za rękę. 

Gail podniosła płótno i umieściła je na sztalugach. To był portret dziewczyny leżącej 

w negliżu na kanapie. Gail uśmiechnęła się złośliwie. 

- Poprzedniczka Cassidy - oznajmiła, po czym cofnęła się, żeby stanąć obok Colina. 

Cassidy zrozumiała oczywistą wymowę tego gestu. Skupiła się ponownie na obrazie, 

starając się nie patrzeć na Colina. 

- Piękne stworzonko - zamruczał Vince. - Można powiedzieć, kobieta w każdym calu. 

Jest  w  niej  jakaś  niezwykle  pociągająca  grzeszność.  -  Odwrócił  głowę,  żeby  uśmiechnąć  się 

do Cassidy. - Co sądzisz? 

-  Jest  wspaniała  -  odparła  natychmiast.  -  Sprawia,  że  czuję  się  niezręcznie. 

Zazdroszczę  jej  pewności  siebie  w  demonstrowaniu  swej  zmysłowości.  Myślę,  że  mogłaby 

onieśmielać większość mężczyzn. To sprawiałoby jej przyjemność. 

-  Jak  widzę,  twoja  modelka  jest  doskonałym  znawcą  ludzkich  charakterów  - 

powiedział Vince. - Tak, wezmę go.  I jeszcze ten, który Gail pokazywała mi na dole. Bije z 

niego  nadzieja.  A  teraz...  madonna.  -  Odwrócił  się,  aby  spojrzeć  ponownie  na  Cassidy.  W 

jego oczach widać było zauroczenie. - Czy zjesz ze mną kolację? W mieście mężczyzna czuje 

się wyjątkowo samotnie, jeśli nie towarzyszy mu piękna kobieta. 

Cassidy uśmiechnęła się, ale zanim odpowiedziała, Colin położył rękę na jej ramieniu. 

- Obrazy są twoje, Vince, ale moja modelka nie. 

- Ach tak - odpowiedział znacząco Vince. 

Oczy Cassidy zwęziły się ze złości. Colin odwrócił się, aby zdjąć obraz ze sztalug. 

-  Poproś  kogoś,  żeby  spakował  ten  i  ten  z  dołu  dla  Vince'a  -  powiedział  do  Gail, 

wręczając jej płótno. - Zaraz zejdę do was i ustalimy wszystkie warunki. 

Gail  wyszła  bez  słowa.  Vince  odprowadził  ją  zamyślonym  wzrokiem,  po  czym 

odwrócił się do Cassidy. 

- Do widzenia, Cassidy St. John. - Ucałował jej dłoń i westchnął z żalem. - Wygląda 

na to, że muszę sobie znaleźć we mgle własne szczęście. Oczekuję korzystnej ceny za obrazy, 

background image

co  nieco  złagodzi  gorycz  mego  rozczarowania,  przyjacielu.  -  Rzucił  okiem  na  Colina  i 

skierował  się  w  stronę  drzwi.  -  Gdybyś  kiedykolwiek  była  we  Włoszech,  madonna...  - 

Wyszedł, uśmiechając się na pożegnanie. 

W  chwili,  gdy  drzwi  się  zamknęły,  Cassidy  odwróciła  się  do  Colina,  drżąc  z 

wściekłości. 

-  Jak  śmiesz?  -  Po  bladości  jej  policzków  zostało  tylko  wspomnienie.  -  Jak  śmiesz 

sugerować takie rzeczy? 

- Powiedziałem jedynie Vince'owi, że może mieć moje obrazy, ale nie moją modelkę. 

-  Colin  przeszedł  przez  pokój  i  zakrył  portret  Cassidy.  -  Jakiekolwiek  podteksty  mogły  być 

jedynie przypadkowe. 

- O nie! - Podążyła za nim napędzana furią - Tu nie było żadnego przypadku. Dobrze 

wiedziałeś,  co  robisz.  Nie  zamierzam  tolerować  takiego  zachowania,  Sullivan.  Mogę  się 

spotykać, z kimkolwiek zechcę, niezależnie od twoich sugestii i podtekstów. 

Colin  wsunął  ręce  do  kieszeni.  Przez  chwilę  przyglądał  jej  się  w  milczeniu.  A  kiedy 

się odezwał, był całkowicie spokojny. 

-  Jesteś  bardzo  młoda  i  nadzwyczaj  naiwna.  Vince  jest  moim  starym  i  dobrym 

przyjacielem. Jest także czarującym kobieciarzem. Nie ma skrupułów względem kobiet. 

- A ty masz? - rzuciła wściekle. 

Zauważyła,  że  Colin  zesztywniał.  Jego  oczy  zapłonęły,  a  mięśnie  twarzy  napięły  się. 

Po raz pierwszy dostrzegła, jak z trudem próbował pohamować swój temperament. 

-  To  twoja  sprawa,  Cass  -  powiedział  łagodnie.  -  Nie  przychodź  do  czwartku.  - 

Odwrócił się w kierunku drzwi. 

- Potrzebuję kilku dni. 

Cassidy stała w pustym studiu. 

Osiągnęłam to, co chciałam, pomyślała smętnie. Ale to nie jest słodkie zwycięstwo... 

Była udręczona fizycznie i emocjonalnie. Wróciła do garderoby po torebkę. Nie tylko 

Colin potrzebował kilku dni, żeby sobie wszystko poukładać. 

-  Co  za  szczęście,  że  cię  jeszcze  złapałam.  -  Gail  pojawiła  się  w  drzwiach  studia  w 

chwili, gdy Cassidy opuszczała garderobę. - Pomyślałam, że powinnyśmy pogadać. 

- Lekko się uśmiechnęła. - Tylko my dwie. 

Cassidy westchnęła z jawnym znużeniem. 

- Nie teraz. - Poprawiła torebkę. - Mam dosyć na dziś. 

- W takim razie powiem krótko i możesz sobie iść. 

- Gail mówiła na pozór grzecznie, ale Cassidy czuła ukrytą niechęć. 

background image

Lepiej się nie kłócić, pomyślała Cassidy.  Lepiej  wysłuchać jej spokojnie, zgodzić się 

ze wszystkim, co powie, i spokojnie wyjść. To najlepsze rozwiązanie. 

Obdarzyła Gail najmniej zaczepnym uśmiechem, na jaki było ją stać. 

- W porządku, mów. Gail zaczerpnęła powietrza. 

- Wygląda na to, że nie wyraziłam się dość jasno... Na temat mnie i Colina. - Jej głos 

był opanowany. Mówiła cierpliwie jak nauczyciel do ucznia. 

Cassidy zignorowała rosnące rozdrażnienie i skinęła głową. 

- Colin i ja jesteśmy parą od pewnego czasu. Zaspokajamy wzajemnie różne potrzeby. 

Przez  te  lata  Colin  miał  kilka  romansów,  które  byłam  w  stanie  mu  wybaczyć.  W  wielu 

przypadkach  te  związki  były  rozdmuchane  przez  prasę.  -  Wzruszyła  ramionami.  - 

Romantyczny  wizerunek  tworzy  jego  artystyczną  legendę.  Zniosę  wszystko,  jeśli  to  pomoże 

mu w karierze. Rozumiem go. 

Gail nie była w stanie usiedzieć w jednym miejscu i zaczęła nerwowo przechadzać się 

po studiu. 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  mi  o  tym  mówisz  -  zaczęła  Cassidy.  Ostatnią  rzeczą,  jaką 

chciała usłyszeć, była informacja, jak doświadczonym kochankiem jest Colin Sullivan. 

-  Nie  rozumiesz?  Więc  ci  to  wyjaśnię.  -  Gail  zatrzymała  się  i  spojrzała  na  Cassidy 

zimnymi  jak  lód  oczami.  -  Będę  cię  tolerować  do  czasu,  aż  Colin  skończy  pracę  nad  twoim 

portretem.  Nie  zamierzam  przeszkadzać  mu  w  pracy.  Ale  jeśli  wejdziesz  mi  w  drogę...  - 

Zacisnęła palce na pasku od torebki Cassidy. - Potrafię pozbywać się tych, którzy włażą mi w 

paradę. 

- Jestem pewna, że potrafisz. - Jeśli Gail myślała, że wystraszy Cassidy, to srodze się 

zawiodła. - Tak się jednak składa, że niełatwo się mnie pozbyć. - Odgięła palce Gail ze swojej 

torebki. - Wyjaśnię ci coś jeszcze. Twój związek z Colinem jest twoją prywatną sprawą i nie 

zamierzam  się  w  to  wtrącać.  -  Zauważyła  uśmiech  satysfakcji  w  kącikach  ust  Gail,  więc 

dodała: - I nie dlatego, że mi grozisz. Nie zastraszysz mnie, Gail. Tak naprawdę to mi ciebie 

ż

al. 

Gail fuknęła z oburzeniem, ale Cassidy kontynuowała: 

- Twój brak pewności siebie, gdy mowa jest o Colinie, wygląda żałośnie. Nie stanowię 

dla  ciebie  zagrożenia.  Nawet  ślepy  by  zauważył,  że  Colin  myśli  tylko  o  tym,  co  tworzy  na 

swoich  płótnach.  -  Wskazała  na  zakryty  portret.  -  Interesuję  go  tylko  jako  modelka,  taki 

swoisty przedmiot, a niejako osoba. - Poczuła ucisk zawodu, gdy dotarł do niej sens słów. - A 

on interesuje mnie wyłącznie jako pracodawca. Nie zamierzam się wtrącać w wasz związek, 

ponieważ nie jestem zakochana w Colinie, co więcej, w ogóle mi to nie grozi. 

background image

Odwróciła  się  i  wybiegła  przez  tylne  drzwi  studia.  Dopiero  kiedy  nieco  ochłonęła, 

zdała sobie sprawę, że skłamała. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Przez  kolejne  dwa  dni  Cassidy  całkowicie  pogrążyła  się  w  pracy.  Musiała  odpocząć 

od  Colina,  uspokoić  emocje.  Jednak  zwyczajna  przerwa  w  kontaktach  to  było  zbyt  mało. 

Cassidy wiedziała, że powinna przestać myśleć o Colinie i o ich wzajemnych stosunkach. W 

tych rozważaniach starała się ignorować incydent z Gail. Mówiła sobie, że mało ją obchodzą 

osobiste  sprawy  tej  kobiety  i  nie  zamierzała  brać  ich  pod  uwagę,  myśląc  o  własnym  życiu. 

Przecież  nikt  nie  ma  prawa  wpływać  na  jej  uczucia,  a  tym  bardziej  stawać  im  na 

przeszkodzie. 

Pisała  z  pasją,  bez  opamiętania.  Wszystkie  obserwacje,  fascynacje  i  lęki  stanowiły 

nowe  tworzywo  literackie.  Pracowała  do  późna,  zapominając  o  jedzeniu,  a  potem  padała  na 

łóżko i wyczerpana ciężką pracą, twardo zasypiała. Była tak pochłonięta swoim zadaniem, że 

kiedy drugiego dnia poczuła dłoń na ramieniu, wrzasnęła przerażona. 

- O rany! Przepraszam. - Jeff starał się zachować powagę. - Pukałem, dzwoniłem, ale 

zupełnie odpłynęłaś. 

-  Już  w  porządku  -  wykrztusiła,  trzymając  ręce  na  piersi,  jakby  starała  się  utrzymać 

serce  w  miejscu.  -  Takie  emocje  dobrze  robią  na  krążenie,  krew  płynie  jak  szalona.  Coś  z 

twoją lodówką? Jeff skrzywił się. 

-  Czy  naprawdę  sądzisz,  że  tylko  po  to  tu  przychodzę?  Jestem  wrażliwym  facetem, 

zapytaj mojej mamy. 

Uśmiechnęła się. 

- Na pewno zapytam. Więc co cię przyniosło? 

- Mam dziś koncert w kafejce na naszej ulicy. Chodź ze mną. 

- Och Jeff, chciałabym, ale... 

Szukając  wymówki,  ogarnęła  dłonią  papiery  na  biurku,  ale  Jeff  gwałtownie  jej 

przerwał: 

- Słuchaj, od dwóch dni ślęczysz przykuta do tego biurka. Kiedy zamierzasz trochę się 

przewietrzyć? 

Wzruszyła ramionami i postukała palcem w słownik. 

- Jutro znowu mam być w studiu i muszę... 

-  I  to  kolejny  powód,  by  zrobić  sobie  wolne  dziś  wieczorem.  Wyluzuj  trochę, 

dziewczyno,  bo  się  zamęczysz.  -  Przyjrzał  się  jej  uważnie  i  zmienił  taktykę.  -  Wiesz,  po-

background image

trzebujemy przyjaznej osoby wśród publiczności. My, wschodzące gwiazdy, nie możemy być 

niczego pewni. 

Cassidy westchnęła, po czym uśmiechnęła się. 

- W porządku. Ale nie zostanę długo. 

- Gram od ósmej do jedenastej. O północy możesz być już w łóżku. 

- Dobrze, będę tam koło ósmej. A która jest właściwie godzina? - Spojrzała na zepsuty 

zegarek. 

- Po siódmej. Jadłaś coś dzisiaj? 

- Prawdę mówiąc, nie. 

- O Boże. No dobra, wrzuć coś na siebie, bo pada. Przed koncertem zdążymy skoczyć 

na hamburgera. 

- A mogę dostać z serem? - spytała zachwycona propozycją. 

- Baby. Zawsze jakieś „ale"... - mruknął Jeff, zamykając za nią drzwi. 

Ś

ciana  deszczu  nie  zrobiła  na  Cassidy  żadnego  wrażenia.  Po  dwóch  dniach  przy 

biurku  świeże  powietrze  było  wyjątkowo  orzeźwiające,  a  hamburger  okazał  się  prawdziwą 

ucztą bogów po ubogich posiłkach w domu. 

Siedząc  w  końcu  sali,  piła  kawę  z  mlekiem  i  słuchała  koncertu  Jeffa  Zrobiło  się  już 

późno, kiedy zdała sobie sprawę, że nagle i niespodziewanie powróciły myśli o Colinie. Za-

mknęła na chwilę oczy, łudząc się, że po ich ponownym otworzeniu obraz zniknie. Ale tak się 

nie stało, więc uznała, że szkoda jej energii na wyrzucanie go z umysłu. 

Zdawała sobie sprawę, że Colin jest nadzwyczaj pewnym siebie facetem, który twardo 

i  sprawnie  kroczy  przez  życie,  rzadko  kiedy  oglądając  się  na  innych.  Niezbyt  przepadała  za 

takimi ludźmi, wiedziała jednak, że jeśli ktoś obdarzony podobnymi cechami posiada ponadto 

jakiś talent, prawie na pewno zrobi karierę. A Colin jest genialnym artystą i z tego daru robi 

wspaniały  użytek.  Przy  tym  jest  wrażliwy  i  pełen  wdzięku,  no  i  ma  dobrze  poukładane  w 

głowie.  Tworzyłoby  to  całkiem  znośną  mieszankę,  gdyby  nie  to,  że  jednocześnie  jest 

samolubny,  arogancki  i  kompletnie  zatracony  w  swojej  pracy.  Bywa  też  bezmyślny, 

dominujący i skory do przemocy. A to ją przerażało i odpychało od niego. 

Ale jest też facetem, którego bezgranicznie kocham, pomyślała. 

Zadrżała i zapatrzyła się w kawę. 

Jestem skończoną idiotką, głupią romantyczną gąską, strofowała się w duchu. I miała 

w  tym  dużo  racji.  Wiedziała  przecież,  że  Colin  ma  kochankę,  a  na  Cassidy  patrzy  jak  na 

obiekt, który zamierza przenieść na obraz. Wiedziała, że miał wiele kobiet, ale z żadną z nich 

nie stworzył prawdziwego związku. Nawet z Gail, bo to byk  wbrew jego  naturze. Jak to się 

background image

więc stało, że zakochała się w kimś, kto zupełnie nie odpowiadał jej marzeniom' W kimś, kto 

absolutnie  nie  nadawał  się  do  małżeństwa,  kto  nigdy  nie  stworzy  normalnej,  opartej  na 

zdrowych zasadach rodziny? Wspaniale, po prostu wspaniale. 

Uniosła powoli filiżankę i wypiła mały łyk kawy. 

Musi  dotrwać,  aż  powstanie  portret,  bo  umowa  zobowiązuje.  Spotykając  się  dzień  w 

dzień,  będą  musieli  ze  sobą  rozmawiać.  Niebezpiecznie  też  jest  z  nim  walczyć,  bo  w  czasie 

ostrych  scen  ujawnia  się  swoje  emocje.  Nie  wiedziała,  jak  głęboko  potrafi  przeniknąć  ją 

wzrokiem, ale nie zamierzała dać się upokorzyć i przyznać, że okazała się idiotką i zakochała 

się w nim. Najlepiej, jak będzie zachowywać się naturalnie. Pozować jak należy, odpowiadać 

na pytania, i to wszystko. Praca posuwa się sprawnie, więc obraz powinien być skończony w 

ciągu kilku tygodni. Tyle była w stanie wytrzymać. A kiedy to już się skończy... 

Jej myśli zatopiły się w ciemnościach sali. 

A kiedy obraz zostanie namalowany, to co wtedy? - pomyślała. Kiedy Colin zniknie z 

mojego życia, to przecież świat się nie zawali. 

Potrząsnęła  głową,  odrzucając  niechciane  myśli,  i  dokończyła  kawę.  W  tle  leciały 

dźwięki  piosenki  Jeffa  Cassidy  stała  przed  studiem  i  przetrząsała  torbę  w  poszukiwaniu 

klucza,  który  dostała  od  Colina.  Mamrocząc  przekleństwa,  uniosła  głowę  właśnie  w  chwili, 

gdy Colin otworzył drzwi. 

- O, cześć - powiedziała speszona. 

Skinął głową, po czym zatrzymał wzrok na jej dłoniach pełnych różnych szpargałów. 

- Szukasz czegoś? 

Cassidy podążyła za jego wzrokiem i zawstydzona wrzuciła wszystko do torby. 

- Eee, nie... Ja... Nie spodziewałam się, że będziesz tak wcześnie. 

- Masz szczęście, że już jestem, prawda? Czyżbyś zgubiła klucz, Cass? 

Uśmieszek na jego twarzy sprawił, że poczuła się głupio. 

- Nie zgubiłam... Tylko nie mogę znaleźć. 

Weszła do środka, zawadzając ramieniem o pierś Colina, co sprawiło, że przeszedł ją 

dreszcz. Pomyślała, że realizacja jej postanowień nie będzie zbyt łatwa. 

- Przebiorę się - powiedziała i pospiesznie udała się do garderoby. 

Kiedy  wróciła,  Colin  niemal  nie  zwrócił  na  nią  uwagi,  co  sprawiło,  że  poczuła  się 

pewniej. Tłumaczyła sobie, że nie ma się czego obawiać. 

- Zamierzam popracować dziś nad twarzą - oświadczył, mieszając farby. 

Ta  bezosobowa,  rzucona  w  przestrzeń  informacja  była  kolejnym  dowodem,  że  jego 

myśli są z dala od niej. Trochę jej było przykro z tego powodu, ale w ciszy cierpliwie czekała, 

background image

aż skończy malować. Postanowiła nie stwarzać żadnych problemów. Ale kiedy ujął jej brodę, 

zadrżała mimo woli. 

Oczy Colina zapłonęły. 

-  Muszę  cię  dotykać,  by  poczuć,  zrozumieć  kształt  twojej  twarzy.  Wzrok  czasem  nie 

wystarcza. Wiesz, co mam na myśli? 

Przytaknęła.  Colin  odczekał  chwilę,  po  czym  dotknął  jej  brody  jeszcze  raz.  Tym 

razem delikatniej, jedynie opuszkami palców. Cassidy z trudem udało się nie poruszyć. 

-  Spokojnie,  Cass.  Pomyśl  o  czymś  miłym,  zrelaksuj  się.  Jego  delikatny,  cierpliwy 

głos zaskoczył ją, więc nie protestowała. Zadowolony Colin przesunął palcami po jej twarzy. 

Dla niej było to nieprawdopodobne przeżycie. Jego dotyk był łagodny, chociaż Colin 

był bardzo skoncentrowany i spięty. Zastanawiała się, czy wyczuwa narastające w niej ciepło. 

Jego  palce  znaczyły  ślad  od  podbródka  przez  policzki.  Całą  uwagę  skupiała  na  miarowym 

oddychaniu.  Próbowała  sobie  wmówić,  że  dotyk  malarza  -  nie  Colina,  ale  malarza  -  jest  jej 

równie  obojętny  i  bezosobowy,  co  dotyk  lekarza.  Ale  kiedy  pogładził  jej  policzek,  uniosła 

rozpalone oczy. 

- Zostań w tej pozycji. - Energicznie odwrócił się w stronę sztalugi. - Spójrz na mnie. - 

Uniósł pędzel i farby. 

Cassidy  zastosowała  się  do  polecenia,  starając  się  skoncentrować  nie  na  Colinie,  a 

tylko  i  wyłącznie  na  człowieku  malującym  obraz.  Ale  czuła,  że  to  niemożliwe.  Nie  mogła 

patrzeć na niego i jednocześnie go nie dostrzegać. Nie potrafiła być z nim i zarazem daleko od 

niego. Nie mogła wymazać go z myśli, tak samo jak nie była w stanie wyrzucić go z serca. 

Ale  chyba  mogę  sobie  trochę  pomarzyć,  uznała.  Pocieszyć  się  tymi  drobinkami 

szczęścia,  które  spadają  na  nią,  gdy  jest  z  Colinem.  Smutek  i  tak  niedługo  przyjdzie,  więc 

trzeba korzystać z chwili... 

Obserwowała  go  podczas  pracy  i  uczyła  się  na  pamięć  jego  wyglądu.  Wiedziała,  że 

przyjdzie czas, kiedy będzie mogła korzystać jedynie z tych wspomnień. Patrzyła na ciemną 

gęstwę  włosów  opadających  lokami  na  ramiona.  Przyglądała  się  ruchliwym  brwiom,  za 

pomocą  których  potrafił  wyrażać  najprzeróżniejsze  uczucia.  Fascynowała  ją  gładkość  jego 

twarzy.  Malując,  raz  po  raz  podnosił  oczy  ku  niej.  Cechowała  je  niebywała  koncentracja, 

która sprawiała, że były jeszcze bardziej niebieskie niż zwykle. 

Nie  widziała  jego  rąk,  ale  potrafiła  je  sobie  wyobrazić.  Długie,  szczupłe  i  piękne. 

Miała  wrażenie,  że  czuje,  jak  dotykają  jej  twarzy,  odkrywając  cechy,  których  ona  sama 

zapewne  nigdy  by  nie  dostrzegła.  Jeśli  już  miała  głupio  się  w  kimś  zakochać,  to  nie  mogła 

trafić na bardziej doskonałego mężczyznę. 

background image

Pracowali godzinami, robiąc jedynie krótkie przerwy, żeby Cassidy mogła rozciągnąć 

zastałe  mięśnie.  Colin  zawsze  niecierpliwie  dążył  do  ponownego  rozpoczęcia  pracy. 

Wyczuwała  jego  nastrój  i  wiedziała,  że  powstaje  coś  wyjątkowego.  Całe  studio  wypełnione 

było jego podekscytowaniem. 

- Oczy - mruknął i odłożył paletę. - Chodź, muszę cię mieć bliżej. - Przyciągnął ją pod 

samą sztalugę. - Oczy... dusza portretu. 

Przytrzymał  ją  za  ramiona,  a  jego  twarz  znalazła  się  o  centymetry  od  jej  twarzy.  Od 

farb i terpentyny zakręciło jej się w nosie. Wiedziała, że gdy  czas pozowania minie, pewnie 

nigdy nie poczuje już tego zapachu. 

- Patrz na mnie, Cass. 

Z niemałym trudem spojrzała na niego. Jego wzrok przeszywał ją na wylot. Zobaczyła 

swoje odbicie w jego oczach i pomyślała, że wygląda w nich jak więzień. Jego więzień. 

Ich oddechy wymieszały się. Jej wargi rozchyliły się zapraszająco. Colin gwałtownie 

zrobił krok w tył, w stronę obrazu. 

- Co zobaczyłeś? - spytała bez zastanowienia. 

- Tajemnice - odpowiedział cicho. - Marzenia. Nie! Nie odwracaj głowy. Właśnie tego 

potrzebuję. 

Bezradna Cassidy spojrzała ponownie na niego.  Nie była to pora na stawianie oporu. 

Odłożywszy  paletę  i  pędzle,  Colin  przez  dłuższą  chwilę  przyglądał  się  dziełu,  po  czym 

podszedł do Cassidy i szeroko się uśmiechnął. 

- Dałaś mi to, czego potrzebowałem. 

- Czy to znaczy, że skończyłeś? - spytała z lekko wyczuwalną obawą w głosie. 

- Jeszcze nie, ale już niewiele zostało. - Uniósł jej dłonie i pocałował. - Wkrótce obraz 

będzie gotowy. 

Określenie „wkrótce" nie przypadło Cassidy do gustu. 

- To znaczy, że wszystko idzie dobrze. 

- Tak, bardzo dobrze! Wszystko idzie znakomicie. 

- Ale nadal nie mogę spojrzeć na obraz? Dopiero jak go skończysz? 

- Jestem przesądny. 

- Ale Gail pokażesz. - W jej głosie słychać było rozgoryczenie. 

- Gail jest artystką. - Puścił jej dłonie i lekko poklepał ją po policzku. - A nie modelką. 

Cassidy westchnęła, uznając swą porażkę. 

- Musiałeś ją kiedyś namalować. Jest taka intrygująca i pełna życia. 

- Ale nie potrafi ustać pięciu minut w jednej pozycji. 

background image

- Colin zaczął czyścić pędzle. 

Uśmiechając się, Cassidy podeszła do okna. Przeciągnęła się i uniosła włosy z ramion 

i  szyi  wysoko  do  góry,  by  po  chwili  puścić  je  w  bezładzie  na  ramiona.  Promienie  słońca 

prześliznęły się po chaotycznie rozrzuconych kosmykach. 

Kiedy  odwróciła  głowę,  żeby  ponownie  uśmiechnąć  się  do  Colina,  zauważyła,  że 

bacznie się jej przypatruje. Coś mówiło jej, żeby do niego podejść, ale zamiast tego ruszyła w 

drugi koniec pokoju. 

-  Pierwszy  twój  obraz,  jaki  widziałam,  to  był  jakiś  irlandzki  krajobraz.  -  Starała  się, 

ż

eby jej głos brzmiał naturalnie. - Spodobał mi się, bo dzięki niemu wyobraziłam sobie moją 

matkę. Czy to nie dziwne? - Odwróciła się do niego pod wpływem niezrozumiałego impulsu. 

-  Mam  kilka  jej  fotografii,  ale  dopiero  ten  obraz  sprawił,  że  ją  naprawdę  zobaczyłam.  - 

Ś

ciszyła głos i dodała z delikatnym uśmiechem: - A czy twoi rodzice żyją? 

- Tak. Mieszkają w Irlandii. 

- Muszą za tobą tęsknić. 

- Być może. Mają tam jeszcze szóstkę dzieci, więc nie sądzę, by czuli się samotni. 

- Szóstkę?! Twoja matka musi być niezwykła. 

- O tak. Potrafiła jednym ruchem zdzielić pasem trójkę dzieciaków. 

- Nie wątpię, że miała powody. 

- Pewnie miała. 

-  Mój  ojciec  prawił  mi  morały.  Prawdę  mówiąc,  wolałabym  dostać  lanie.  Takie 

kazania są gorsze od spotkania z pasem. 

- Jak kazania profesora Eastermana w Berkeley? - spytał z uśmiechem. 

- Skąd o nim wiesz? - Spojrzała na niego zaskoczona. 

- W zeszłym tygodniu sama mi opowiadałaś, skarbie. 

- Nie sądziłam, że mnie słuchasz. - Cassidy próbowała sobie szybko przypomnieć, co 

jeszcze paplała podczas sesji. - Prawie nic nie pamiętam z tego, co mówiłam. 

- Tak... a ja uważnie słuchałem - powiedział cicho. - No dobra, znowu przeze mnie nic 

jeszcze  nie  zjadłaś,  więc  czuję  się  jak  zbrodniarz.  Głodzić  tak  szczupłą  osobę  to  przecież 

przestępstwo. Pozwolisz w siebie coś wepchnąć w kuchni? A może chociaż wypijesz kawę? 

-  Chyba  zrezygnuję  z  tych  wspaniałomyślnych  propozycji.  -  Ruszyła  w  kierunku 

garderoby. - Zaryzykuję posiłek w domu. Mój sąsiad ma zapasy nieświeżych pączków. 

Zamknęła  za  sobą  drzwi  i  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Pomyślała,  że  nie  jest  tak  źle. 

Największe niebezpieczeństwo chyba minęło, ostatnie sesje powinny być łatwe. 

background image

Nucąc pod nosem, zaczęła się rozbierać. Kiedy już wydostała się z sukienki, nucenie 

przerodziło się w pisk przerażenia, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły. Przycisnęła materiał 

do  nagiej  skóry  i  przytrzymała  mocno  obiema  rękami,  starając  się  jak  najwięcej  ochronić 

przed oczami Colina. 

- Co powiesz na kolację? - spytał i wsunął się przez uchylone drzwi. 

- Colin! 

- Tak? - spytał. 

- Colin, wyjdź! Nie jestem ubrana! - Przycisnęła sukienkę jeszcze mocniej do ciała. 

- Przecież widzę. Ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 

- Jakie pytanie? 

- Co z kolacją? - Przesunął wzrokiem po jej nagich ramionach. 

- Z jaką kolacją?! 

- Nie możesz żywić się starymi pączkami, to niezdrowe - wyjaśnił z uśmiechem. 

- W porządku, ma też tacos. A teraz, czy mógłbyś wyjść i zamknąć drzwi? 

- Tylko nie tacos. - Potrząsnął głową, ignorując jej prośbę. - Widzę, że sam muszę cię 

nakarmić. 

- Czyżbyś zapraszał mnie na randkę? 

-  Randkę?  -  Przez  chwilę  nic  nie  mówił,  rozważając  odpowiedź.  -  No  na  to  właśnie 

wygląda. 

- Kolacja? - upewniła się Cassidy. 

- Tak, kolacja. 

- O której? 

- O siódmej. 

-  O  siódmej  -  powtórzyła  głośno,  zagłuszając  zdrowy  rozsądek.  -  A  teraz  wyjdź, 

ż

ebym mogła się ubrać. 

- Oczywiście. - Jego oczy zapłonęły diabelskim blaskiem. - A przy okazji, chyba nie 

odniosłaś całkowitego sukcesu. 

- Co? 

. - Nie zakryłaś się cała. - Zamknął za sobą drzwi. Cass odwróciła głowę i zauważyła 

w lustrze, że jest niemal naga. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Ubierając się na randkę, Cassidy błogosławiła czas spędzony w sklepie Julii. Kreacja z 

delikatnego  szyfonu  warta  była  tych  wszystkich  godzin  poświęconych  doskonaleniu  sztuki 

cierpliwości.  Cieniutka  jak  mgiełka  sukienka  miała  miękką,  swobodną  linię.  Góra 

podtrzymywana  nad  biustem  elastyczną  taśmą  była  zebrana  w  talii.  Szeroka,  kloszowa 

spódniczka  sięgała  kolan.  Na  odkryte  ramiona  Cassidy  narzuciła  przypominające  pelerynkę 

bolerko, które lekko związała w pasie. Uznała, że kolor kompletu idealnie pasuje do jej oczu, 

podkreślając  ich  niezwykłą  barwę.  To  miała  być  noc,  podczas  której  nie  chciała  się  czuć 

zwyczajnie. 

W  ogóle  nie  powinnaś  tam  iść,  pomyślała  nagle.  Gwałtowniej  przeczesała  włosy 

szczotką  Nic  mnie  to  nie  obchodzi,  idę  i  już,  zbuntowała  się  przeciwko  głosowi  rozsądku. 

Będziesz żałowała, nie ustępował rozsądek. Pójdę czy nie, to i tak będę żałowała, rezolutnie 

ucięła  wewnętrzną  kłótnię  i  szybkim  ruchem  wpięła  w  uszy  małe  złote  kolczyki  w  kształcie 

węzła kochanków. 

Musiała jednak do końca uciszyć rozsądek. 

- Czy nie mam prawa do ulotnej chwili szczęścia? 

- półgłosem zadała retoryczne pytanie. - Czy nie zasługuję na to? 

Tak bardzo pragnęła spędzić z Colinem wieczór bez sztalug i palet. Chciała, by patrzył 

na  nią  nie  jak  na  modelkę,  nie  jak  na  rekwizyt.  Nie  myślała  o  tym,  co  będzie  jutro,  chciała 

korzystać  z  chwili,  mieć  coś  dla  siebie.  A  jeden  wieczór  to  wcale  nie  tak  dużo.  Być  może 

później przyjdzie jej za to zapłacić, ale nie zamierzała rezygnować z wymarzonej randki. 

W  popłochu  spojrzała  na  zegarek.  Dochodziła  siódma.  Gorączkowo  zaczęła  szukać 

klucza.  Akurat  klęczała,  sprawdzając  zakamarki  pod  kanapą,  kiedy  usłyszała  stukanie  do 

drzwi. 

- Już, chwileczkę! - Wyciągnęła rękę po coś błyszczącego. - Mam cię. - Ucieszyła się, 

by  po  chwili  westchnąć  zrezygnowana,  kiedy  zorientowała  się,  że  w  ręku  ma  monetę,  a  nie 

klucz. 

- Przecież powiedziałem, że ja stawiam. 

Stał  w  wejściu  do  pokoju,  zaskoczony  widokiem  klęczącej  Cassidy.  Uniosła  się, 

odrzuciła włosy z twarzy i przyjrzała mu się. 

background image

Miał  na  sobie  elegancko  skrojony  czarny  garnitur.  Jego  linia  świetnie  akcentowała 

szczupłą  sylwetkę.  Całość  uzupełniała  śnieżnobiała  koszula  z  rozpiętym  kołnierzykiem. 

Cassidy pomyślała, że Colin nigdy nie ograniczyłby sam siebie, wkładając krawat. 

-  Pierwszy  raz  widzę  cię  w  garniturze.  Ale  cieszę  się  bo  wcale  nie  wyglądasz 

konwencjonalnie. 

- Jesteś niesamowita, Cassidy. - Wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wstać. 

- Tak uważasz? - Uśmiechnęła się. 

Też się uśmiechnął i wciąż trzymając jej dłoń, zrobił krok do tyłu. 

-  Wyglądasz  czarująco.  Perfekcyjnie  i  cudownie.  Gdzie  jest  sypialnia?  -  spytał, 

obserwując ją, jak przetrząsa książki na półce w poszukiwaniu klucza. 

-  To  właśnie  jest  sypialnia.  -  Teraz  grzebała  w  doniczkach.  -  A  jednocześnie  pokój 

dzienny,  pracownia  i  salon.  Lubię,  jak  wszystko  jest  w  jednym  miejscu,  oszczędza  to 

niepotrzebnego chodzenia. - Westchnęła z rezygnacją, gdy znalazła kolejny przedmiot, który 

nie był kluczem. - No dobrze, spokojnie, znajdę cię. - Przymknęła oczy, próbując odtworzyć 

wydarzenia ostatnich dni. - Kiedy miałam go ostatni raz, byłam w sklepie, potem wróciłam z 

zakupami,  poszłam  do  kuchni  i  powkładałam  rzeczy  do  szafek  i  lodówki  i...  -  Otworzyła 

szeroko oczy i wybiegła z pokoju. 

Po chwili wróciła, triumfalnie przerzucając klucz z ręki do ręki. 

-  Zamarzł  na  kość,  biedaczek.  Musiałam  myśleć  o  czymś  innym,  kiedy 

rozpakowywałam torby. 

Zadowolona,  wrzuciła  klucz  do  torebki  i  ruszyła  w  stronę  drzwi.  Colin  z  poważną 

miną podszedł do niej, ujął jej twarz i powiedział: 

- Cass. 

- Tak? 

- Nie masz butów na nogach. 

- Och. - Wzruszyła ramionami. - Przypuszczam, że mogą mi się przydać. 

Pocałował ją w czoło. 

- Masz rację, lepiej być przygotowanym na wszystko. Włożyła buty, potem upewniła 

się, że nie zapomniała o niczym więcej, i wreszcie opuścili mieszkanie. 

Pierwszą niespodzianką wieczoru było czekające na nich czerwone ferrari. 

- Musi być twoje. - Cassidy przesunęła wzrokiem po samochodzie. - Albo mój sąsiad 

właśnie odziedziczył fortunę. 

-  Jedna  z  łapówek  od  Vince'a.  -  Otworzył  jej  drzwi.  -  Musiałem  za  to  namalować 

portret jego siostrzenicy. 

background image

Cassidy  wcisnęła  się  w  siedzenie  i  patrzyła  na  Colina,  jak  obchodzi  samochód,  by 

zająć miejsce za kierownicą. Kopciuszek nigdy nie miał takiej karety. 

- Sądziłam, że nie malujesz, dopóki modelka nie wpadnie ci szczególnie w oko. 

- Vince należy do tych paru osób, którym nie bardzo mogę odmówić. 

Silnik  ferrari  ożył.  Przez  ciało  Cassidy  przeszedł  dreszcz.  Colin  prowadził  pewnie 

przez miasto, omijając zatłoczone ulice. 

- Dokąd jedziemy? - spytała, choć tak naprawdę nie przywiązywała do tego zbyt dużej 

wagi. Najważniejsze, że była z nim. 

- Jeść. Umieram z głodu. 

- Jak na Irlandczyka nie jesteś zbyt gadatliwy. Spójrz. - Wyciągnęła rękę przed siebie. 

-  Mgła  spływa  na  miasto.  Będą  dziś  używać  syren  mgielnych.  -  Spojrzała  ponownie  na 

Colina. - Zawsze ogarnia mnie dziwny smutek, kiedy słyszę ich dźwięk. 

Odchyliła  głowę  i  zapatrzyła  się  w  niebo.  Dojechali  na  miejsce,  a  na  jej  twarzy 

pojawiło się zdziwienie. Ekskluzywne, snobistyczne Nob Hill. 

Drzwi samochodu otworzył parkingowy, następnie podał jej rękę, pomagając wysiąść. 

-  Lubisz  owoce  morza?  -  spytał  Colin,  ujmując  ją  za  ramię  i  prowadząc  w  stronę 

wejścia. 

- Dlaczego? Tak, ja... 

- To dobrze. Mają tutaj naprawdę wyjątkowe specjały. 

- Tak słyszałam. 

Chwilę  później  wkroczyła  ze  świata,  który  dobrze  znała,  w  rzeczywistość,  o  której 

mogła jedynie czytać. 

Restauracja  była  ogromna  i  urządzona  z  przepychem.  Wysoki  sufit,  zrobiony  z 

opalizującego  szkła,  ukoronowany  był  pięknymi  żyrandolami.  Kosztowne  dywany  i 

zastawione  bogato  stoły  dopełniały  całości.  Kiedy  Colin  po  imieniu  wezwał  szefa  sali, 

Cassidy zrozumiała, że bywa tu często. 

Stolik  w  zacisznym  kącie  zapewniał  intymność,  a  jednocześnie  pozwolił  Cassidy 

podziwiać cały splendor wnętrza Była oszołomiona. 

- Wygląda na to, że będę jadła trochę więcej niż talerz tacos. 

- Jestem człowiekiem honoru. Słowo to rzecz święta. Dlatego też staram się je dawać 

tak rzadko, jak to tylko możliwe. Wina? - uśmiechnął się we właściwy mu, czarujący sposób. 

- Nie wyglądasz na stałego gościa takich miejsc. 

- Dlaczego tak uważasz? 

background image

- Za dużo jest niewinności w twoich dużych fiołkowych oczach. - Odsunął kosmyk z 

jej twarzy. 

Ubrany na czarno kelner stał z należytym szacunkiem przy ich stoliku. 

-  Butelkę  białego  Chateau  Haut  -  Brion  -  polecił  Colin,  nie  spuszczając  wzroku  z 

Cassidy. 

Spojrzała za oddalającym się kelnerem, potem powiodła jeszcze raz wzrokiem po sali, 

próbując wyłapać najdrobniejsze szczegóły. 

- Zauważyłem na twoim biurku, że pracowałaś. Jak idzie pisanie? 

Obserwowała  go  z  rosnącym  zaskoczeniem.  Być  może  widział  o  wiele  więcej,  niż 

przypuszczała. 

- Dobrze. Wszystko mi się teraz dobrze układa. Takie chwile nie trwają długo, ale są 

bardzo produktywne. Czy tak samo jest z malowaniem? 

- Tak. Są dni, kiedy wszystko przychodzi bez najmniejszego wysiłku. A kiedy indziej 

skrobię  po  płótnie  bez  pomysłu  i  wiary.  -  Pogładził  jej  nadgarstek.  -  To  jak  ślęczenie  nad 

pustą kartką papieru. 

Wrócił  kelner  z  winem,  więc  rozpoczął  się  rytuał  otwierania  i  próbowania  trunku. 

Cassidy obserwowała ceremonię w milczeniu, starając się uspokoić puls, który pod wpływem 

dotyku  Colina  zdecydowanie  przyspieszył.  Kiedy  jej  kieliszek  został  napełniony,  podniosła 

go pewnie i spokojnie. Wino było delikatnie schłodzone i miało subtelny smak. 

- Smakuje ci? 

- Pyszne. Łatwo mogłabym się uzależnić. 

-  Opowiedz,  o  czym  piszesz.  -  Również  uniósł  kieliszek  do  ust,  ale  drugą  ręką  cały 

czas trzymał jej dłoń. 

- O dwójce ludzi i ich życiu. 

- Romans? 

-  Skomplikowany.  -  Zmarszczyła  brwi,  patrząc  na  ich  złączone  dłonie,  po  czym 

spojrzała Colinowi w oczy. Ogień świecy mienił się złotem i fioletem. Przypomniała sobie, że 

ma  korzystać  z  chwili  i  nie  myśleć  o  konsekwencjach.  Uniosła  kieliszek  do  ust.  -  Oboje  są 

mało  przewidywalni,  wiesz,  żywiołowe,  zmienne  temperamenty,  i  czasami  jak  gdyby  mi  się 

wymykają  Za  wszelką  cenę  pragną  pozostać  niezależni,  a  jednak  coś  ich  do  siebie  ciągnie. 

Chciałabym wierzyć, że miłość pozwoli im jednak na pewną niezależność. 

- W każdej miłości panują inne reguły. Zależą one od ludzi, których dopadła. To tak, 

jakby  każdy  mecz  futbolowy  rozgrywany  był  według  różnych  zasad,  dopasowanych  do 

background image

charakterów graczy. - Gładził delikatnie i czule jej dłonie. Niby nic poważnego, ale ten prosty 

gest sprawiał, że jej serce biło jak oszalałe. - Czy będzie szczęśliwe zakończenie? 

-  Pewnie  tak...  -  powiedziała  cicho,  zapatrzona  w  błękit  jego  oczu.  -  Ich  losy  są  w 

moich rękach. 

Nie odrywając od niej wzroku, uniósł jej dłoń do swoich warg i spytał łagodnie: 

- A czy dzisiejszej nocy twój los jest w moich rękach? 

- Dzisiejszej nocy... - długą chwilę patrzyła mu w oczy - ...tak. 

Uśmiechnął się szelmowsko, uniósł wysoko kieliszek i wzniósł toast: 

- Oby ta noc trwała jak najdłużej. 

To była bardzo luksusowa kolacja. Wino pobłyskiwało w kieliszkach. Cassidy starała 

się zatrzymać każdą chwilę w pamięci. Jeśli miała spędzić ten jedyny wieczór z mężczyzną, 

którego kochała, to powinna rozkoszować się każdym najdrobniejszym szczegółem. 

Ś

wiece już dogasały, kiedy wstawali od stolika. Cassidy wsunęła dłoń w dłoń Colina. 

Kiedy dotarli do korytarza, usłyszała, że ktoś woła go po imieniu. Rozejrzała się i zauważyła 

łysiejącego  grubaska,  który  zmierzał  wprost  do  nich.  Uśmiechał  się  od  ucha  do  ucha  i 

rozłożył  ramiona  w  geście  kordialnego  powitania.  Gdy  już  do  nich  dopadł,  jedną  ręką 

entuzjastycznie  potrząsał  dłonią  Colina,  a  drugą  klepał  go  po  ramieniu.  Cassidy  zauważyła 

błysk brylantu osadzonego w pierścieniu na jego palcu. 

- Sullivan, hultaju, dobrze cię widzieć. 

- Jack. - Colin wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Co słychać? 

- Jakoś leci. Mam akurat robotę w mieście. 

Jego wzrok zatrzymał się na Cassidy. 

- Cass, to jest Jack Swanson, wielki rozpustnik. Jack, to Cassidy St. John, mój wielki 

skarb. 

Cassidy  z  jednej  strony  było  przyjemnie,  że  Colin  tak  ją  przedstawił,  z  drugiej  nie 

bardzo  pasowało  jej  określenie  „rozpustnik"  do  wyglądu  Jacka  Swansona,  tym  bardziej,  że 

ogromnie  go  szanowała  i  podziwiała,  choć  dotąd  nie  znała  osobiście.  W  ostatnim 

ć

wierćwieczu Jack stworzył kilka znakomitych filmów, które powoli stawały się klasykami. 

-  Rozpustnik?  -  spytał  zaskoczony,  witając  się  z  Cassidy.  -  Nie  powinnaś  wierzyć 

nawet połowie tego, co wygaduje ten nieokrzesany Irlandczyk. Jestem filarem społeczeństwa. 

- Przynajmniej tak kazał napisać na drzwiach do swojej nory - dodał Colin. 

- Nigdy nie miałeś nawet grama szacunku... - Powiódł wzrokiem po twarzy Cassidy. - 

Ale smak masz bez zarzutu. Nie jesteś aktorką, prawda? 

- Nie licząc roli grzybka w szkolnym przedstawieniu, to nie. - Uśmiechnęła się. 

background image

- Miałem do czynienia z mniej doświadczonymi aktorkami. 

- Cass jest pisarką. - Colin objął ją ramieniem. - Sam ostrzegałeś mnie, żebym trzymał 

się z dala od aktorek. 

-  A  od  kiedy  to  słuchasz  moich  rad?  -  Swanson  przygryzł  wargi,  przyglądając  się  z 

zainteresowaniem Cassidy. - Jaką pisarką jesteś? 

- Świetną, oczywiście. - Znów się uśmiechnęła. 

-  Mam  dziś  jeszcze  jedno  spotkanie,  ale  musimy  zjeść  razem  obiad,  zanim  wyjadę  z 

miasta.  Jeśli  masz  ochotę,  możesz  przyprowadzić  go  ze  sobą.  -  Rzucił  okiem  na  Colina, 

kolejny raz klepnął go w ramię, po czym zniknął w korytarzu. 

- Niezwykła postać, co? - spytał Colin, kierując ją w stronę wyjścia. 

-  Zdumiewająca.  -  Uświadomiła  sobie,  że  niedawno  ściskała  rękę  prawdziwego 

włoskiego księcia, a teraz z kolei jednego z aktualnie panujących władców Hollywood. 

Wyszli na zewnątrz w ciepłe światło wieczoru. Słońce już zaszło, ale na niebie wciąż 

było widać ślady po jego dziennej obecności. Cassidy wśliznęła się do ferrari i westchnęła z 

zadowoleniem. Patrzyła na pierwsze gwiazdy. Ze zdziwieniem zauważyła, że Colin jedzie w 

kierunku, który nie prowadził do jej mieszkania. 

- Dokąd jedziemy? 

- Jest takie jedno miłe miejsce. Myślę, że ci się spodoba - stwierdził z uśmiechem. 

Klub,  do  którego  przyjechali,  był  słabo  oświetlony  i  zadymiony.  Stoliki  były  małe  i 

stały jeden przy drugim, a goście ubrani byli zarówno w dżinsy, jak i wieczorowe kreacje. W 

rogu sali hałaśliwie przygrywał zespół, a na parkiecie tańczyło kilka par. 

Colin  poprowadził  Cassidy  do  zaciemnionego  stolika  w  końcu  sali.  Kiedy  szli,  kilka 

osób zawołało go po imieniu, ale odpowiedział jedynie powitalnym machnięciem ręki. 

-  Cudownie.  Jestem  święcie  przekonana,  że  zaraz  zabierzemy  się  do  przemytu  broni 

lub diamentów. 

- To by ci się na pewno spodobało, czyż nie? - Colin roześmiał się głośno. 

-  Jasne.  Królowa  podziemia,  Krwawa  Cassidy,  brzmi  nawet  nieźle.  Bój  się, 

Irlandczyku. 

Przepchnęła się do nich kelnerka i stanęła w niecierpliwej pozie przy ich stoliku. 

- Pani ma ochotę na szampana - powiedział Colin. 

- Kto nie ma - mruknęła kelnerka i odpłynęła w stronę baru. 

- Co za brak szacunku dla pana Sullivana - zaśmiała się Cassidy. 

-  To  wyłącznie  sprawa  nastawienia.  W  odpowiednim  otoczeniu  lubię  nawet 

niegrzeczne  kelnerki.  -  Przycisnął  jej  dłoń  do  ust.  -  Wiesz,  w  tych  zatłoczonych  knajpkach 

background image

ludzie są blisko ze sobą Półmrok, ścisk, i tylko my dwoje. Mogę cieszyć się twoim smakiem i 

zapachem, jakbyśmy byli w przytulnym domu. - Nachylił głowę i pocałował ją ostrożnie tuż 

za uchem. 

- Colin. - Wyciągnęła ręce do jego ust w obronnym geście. 

Pocałował jej palce. 

W  tym  momencie  na  ich  stolik  dotarł  szampan.  Colin  wyciągnął  rachunek  spod 

butelki, wręczył pieniądze kelnerce, która bez słowa znikła w tłumie. 

- Irytująco szybka obsługa - mruknął i otworzył butelkę. 

Zespół zagrał coś bardziej agresywnego, a Cassidy wypiła duży łyk szampana, mając 

nadzieję, że to uspokoi jej tętno. 

Pili  w  ciszy,  obserwując  nocne  życie  toczące  się  wokół  nich.  Cassidy  odpłynęła  w 

ś

wiat marzeń. Wszystko było takie cudowne, że zaczynała się gubić, co jest jawą, a co snem. 

Kiedy Colin wziął ją za rękę, wstała i dała się poprowadzić na parkiet. 

Ze  sceny  popłynęły  wolne  bluesowe  dźwięki.  Położył  ręce  na  jej  biodrach,  a  ona 

oplotła ramionami jego szyję. Ich ciała zbliżyły się do siebie. Powietrze było ciężkie od dymu 

i  zapachu  perfum.  Inne  pary  wydawały  się  nieobecne  w  przygaszonym  świetle.  Ruchy  ich 

przytulonych ciał ograniczały się do powolnego kołysania. 

Odchyliła  głowę,  żeby  popatrzeć  na  Colina.  Ich  wzrok  spotkał  się,  ich  wargi  niemal 

się dotykały. Poczuła nagłe pożądanie. 

Muzyka ucichła. Nie mówiąc słowa, Colin wziął ją za rękę i wyprowadził z tłumu. 

Księżyc był w pełni. Chłodne powietrze ostudziło trochę jej krew i przegoniło chmury 

z  myśli.  Ferrari  mknęło  po  szosie. Cassidy  uśmiechnęła  się  sama  do  siebie.  Jest  dobrze,  jest 

wspaniale, niech nic się nie zmienia. 

-  Do  mojego  domu  na  łodzi  -  odpowiedział  na  pytanie,  którego  nie  zdążyła  zadać.  - 

Mam coś dla ciebie. 

Cassidy  odczuła  lekki  niepokój.  Spojrzała  przez  okno  na  zasnutą  mgłą  zatokę  i 

pomyślała, że powinna poprosić Colina o zawiezienie do domu. Ale przecież noc się jeszcze 

nie skończyła. Cassidy obiecała sobie, że ta noc będzie należeć do niej. 

Mgła nacierała coraz agresywniej na zatokę i drogę. W oddali słychać było pierwsze 

dźwięki  syren  ostrzegawczych.  Cassidy  straciła  poczucie  czasu.  Colin  zatrzymał  samochód. 

Gdy  wysiedli,  poprowadził  ją  w  stronę  łodzi.  Piskliwy,  przenikliwy  krzyk  jakiegoś  ptaka 

zakłócił  ciszę.  Wąski  most  linowy  zakołysał  się  pod  jej  stopami.  Bryza  rozwiała  na  chwilę 

zasłonę z mgły i Cassidy ujrzała łódź. 

- Och, Colin. - Zatrzymała się oszołomiona. - Jest cudowna. 

background image

Przed oczyma miała dwupoziomową, drewnianą budowlę. 

Kiedy  weszli  do  środka,  potrząsnęła  głową,  strącając  krople  z  włosów.  Colin  zapalił 

ś

wiatło i przeszli do salonu. Był to duży, niemal kwadratowy pokój z niską kanapą i stołem. 

- To niesamowite mieszkać na wodzie. - Odwróciła się do niego i uśmiechnęła. 

- Kiedy noc jest spokojna, miasto wygląda wspaniale. Mgła dodaje mu tajemniczego, 

baśniowego  wyglądu.  -  Podszedł  do  Cassidy  i  odrzucił  jej  loki  na  ramiona.  -  Masz  mokre 

włosy  -  powiedział  cicho.  -  Czy  wiesz,  ile  złotej  i  brązowej  farby  użyłem,  żeby  je 

namalować?  Ich  kolor  zmienia  się  przy  każdej  zmianie  światła.  To  nie  lada  wyzwanie  dla 

malarzaktóry próbuje oddać ich barwę. - Zmarszczył czoło. - Musisz napić się brandy, żeby 

się nie przeziębić. - Podszedł do barku. 

Obserwowała  go,  jak  napełnia  kieliszki,  a  kiedy  podał  jej  już  alkohol,  odwróciła  się, 

ż

eby  przyjrzeć  się  pomieszczeniu.  Na  przeciwległej  ścianie  wisiał  obraz  przedstawiający 

zatokę  o  wschodzie  słońca.  Niebo  było  mieszanką  kolorów,  głównie  czerwieni  i  złota. 

Wyczuwało się w tym dziele żywiołowość i niepokój twórcy. A także drapieżność i agresję, 

jakby artysta w tym dziele chciał ujawnić całą dręczącą go nienawiść do świata. 

Cassidy nie musiała sprawdzać, by wiedzieć, że było to dzieło Gail Kingsley. 

- Jest nadzwyczaj utalentowana - stwierdził Colin. 

-  Tak  -  przyznała  uczciwie,  ponieważ  obraz  naprawdę  ją  poruszył.  -  To  niezwykły 

wschód  słońca,  pełen  emocji,  po  prostu  ekscytujący.  Nie  chciałabym  jednak  zaczynać 

każdego dnia od takiej dawki przemocy, choćby nie wiem jak pięknej. 

- Mówisz o obrazie czy o jego autorce? Wzruszyła ramionami. Nie chcąc drążyć tego 

tematu, powiedziała: 

-  Można  by  pomyśleć,  że  artysta  powinien  pokryć  ściany  obrazami,  ale  ty  masz  ich 

tylko kilka. - Zaczęła je po kolei oglądać. Szczególnie jeden przykuł jej uwagę. Był to typowy 

irlandzki krajobraz, o jakim już dziś wspominała. 

- Ciekawy byłem, czy pamiętałaś. - Stanął za nią i położył ręce na jej ramionach. 

- Oczywiście. 

-  Miałem  dwadzieścia  lat,  kiedy  go  namalowałem.  To  była  moja  pierwsza  podróż  do 

Irlandii. 

- Czy to nie dziwne, że właśnie dziś rano o tym mówiłam? - wyszeptała. 

-  Przeznaczenie,  Cassidy.  -  Pocałował  ją  w  głowę.  Podszedł  do  ściany,  zdjął  z  niej 

obraz i wręczył go jej. 

- Chcę, żebyś go zatrzymała. 

- Colin, nie mogę! - Była zdumiona. 

background image

- Nie? Wyglądało na to, że ci się podoba. 

-  Och,  wiesz,  że  bardzo.  Jest  piękny,  cudowny,  ale  nie  mogę  ot  tak  zabrać  ze  sobą 

twojego obrazu. 

- Nie zabierasz, przecież ci go daję. To przywilej artysty. 

- Ale... - Spojrzała na pejzaż, a potem na Colina. - Nie trzymałbyś go tak długo, gdyby 

wiele dla ciebie nie znaczył. Przecież mógłbyś go bez problemu sprzedać. 

- Pewnych rzeczy się nie sprzedaje, tylko darowuje. 

- Wyciągnął ręce z obrazem w jej stronę. - Cass, nie odmawiaj, proszę. 

- Nigdy dotąd nie słyszałam „proszę" z twoich ust. 

- Jej głos zadrżał ze wzruszenia. 

-  Zachowuję  takie  słowa  na  specjalne  okazje.  Przyjrzała  mu  się  uważnie.  Dał  jej  coś 

więcej niż obraz. 

Coś, co w magiczny sposób łączyło ją z matką, której nigdy nie poznała. Uśmiechnęła 

się ciepło. 

- Dziękuję. 

Przesunął palcami po jej wargach. 

-  Tyle  w  tobie  piękna  i  czaru,  ale  twoje  usta...  -  powiedział  cicho.  -  Usiądź,  Cass,  i 

wypij brandy. - Odstawił obraz na bok i wskazał kanapę. 

- Czy tutaj też malujesz? 

- Czasami. 

- Pamiętam noc, kiedy cię spotkałam. Namawiałeś mnie, żebym przyszła tu z tobą, bo 

chciałeś zrobić wstępne szkice. 

-  A  ty  straszyłaś  mnie  mężem  sportowcem.  Sto  dziewięćdziesiąt  wzrostu,  sto  kilo 

ż

ywej wagi. 

- Nic innego nie przyszło mi do głowy. - Odwróciła się do niego z uśmiechem i niemal 

zderzyła się z jego twarzą. 

Pochylił  się  jeszcze  bardziej,  by  musnąć  wargami  jej  policzek.  Przesunął  głowę  i 

pocałował ją w drugi policzek. Ich usta niemal się dotknęły. 

- Colin - wyszeptała i położyła ręce na jego piersi. Ich wargi złączyły się. Wiedziała, 

ż

e ciepło, które czuje wewnątrz, to nie brandy. 

- Cassidy. - Pocałował ją ostrożnie, po czym odsunął głowę, żeby móc na nią spojrzeć. 

- Kiedy ostatni raz cię całowałem, zraniłem cię. Żałuję tego. 

-  Proszę,  Colin,  nie  mówmy  o  tym.  -  Potrząsnęła  głową  -  Oboje  byliśmy  wtedy 

wściekli. 

background image

-  Wiem,  że  już  mi  wybaczyłaś,  bo  taki  masz  charakter.  Ale  pamiętam  wyraz  twojej 

twarzy. - Zsunął dłoń po jej ciele, aż ich ręce się połączyły. - Chcę pocałować cię jeszcze raz, 

Cass, ale w sposób, w jaki powinnaś być całowana. Musisz mi jednak powiedzieć, że również 

ty tego właśnie chcesz. 

Wydawało się takie proste powstrzymać go teraz jednym krótkim „nie". Ale czuła się 

tak ubezwłasnowolniona, jakby była do niego przywiązana. 

- Tak - powiedziała i zamknęła oczy. - Chcę. 

Jego  usta  dotknęły  jej  delikatnie.  Rozchyliła  wargi  zachęcająco.  Całował  ją  miękko  i 

łagodnie.  Pozwoliła,  żeby  zsunął  bolerko  z  jej  ramion  i  oddała  się  pieszczotom.  Pocałunki 

stawały się coraz bardziej natarczywe. Oplotła ręce wokół niego. 

- Cass. - Zwolnił silny uścisk, kiedy ich wargi rozłączyły się. 

Przywarła do niego z westchnieniem, pieszcząc wargami jego pierś. 

- Tak? - wymruczała, unosząc głowę, żeby na niego spojrzeć. 

Zaklął cicho i zamiast odpowiedzi pocałował ją mocno. 

W  Cassidy  zawrzała  krew.  Poczuła,  jak  opada  na  kanapę  pod  naporem  naprężonego 

ciała  Colina.  Jego  dłonie  gładziły  jej  nagie  ramiona.  Całował  z  pasją,  a  ona  tylko  jęczała  z 

rozkoszy. 

Uwolnił jej piersi spod materiału i pieścił je zdecydowanymi ruchami. Pasja i uczucie 

rozkoszy wypełniły ją całkowicie. Odchyliła głowę i jęknęła cicho. Całował jej szyję i piersi. 

Drażnił  palcami  sutki.  Zadrżała,  kiedy  ponownie  przycisnął  usta  do  jej  warg.  Otworzyła 

gwałtownie oczy, gdy przerwał pocałunek. 

Wyciągnęła  rękę,  żeby  odsunąć  kosmyk  włosów  z  twarzy  Colina.  Wymówiła  cicho 

jego  imię.  Złapał  ją  za  rękę,  a  następnie  poprawił  jej  strój i  pociągnął  ją  tak,  że  oboje  znów 

usiedli. 

-  Cass,  na  Sądzie  Ostatecznym  zaświadczysz,  że  przynajmniej  raz  zachowałem  się 

szlachetnie. - Mówił chrapliwie, niemal słyszała, jak głośno bije jego serce. - Zabiorę cię teraz 

do domu. 

- Colin... 

-  Nie  mów  nic,  proszę.  -  Zdjął  ręce  z  jej  ramion  i  wsadził  je  do  kieszeni  spodni.  - 

Powierzyłaś  mi  swój  los  na  dzisiejszą  noc.  Następnym  razem  sama  zdecydujesz,  ale  teraz 

zawiozę cię do domu. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Słońce było wysoko i świeciło jasno. Leżąc w łóżku, Cassidy patrzyła, jak przedziera 

się przez okno i kładzie cienie na podłodze. Spojrzała na obraz wiszący po lewej stronie. Był 

tu  dopiero  od  dwóch  dni,  ale  znała  każdy  jego  szczegół  i  każde  pociągnięcie  pędzla. 

Westchnęła i utkwiła wzrok w suficie. 

Wspominała  wieczór  spędzony  z  Colinem,  od  chwili,  gdy  zobaczyła  go  w  swoim 

mieszkaniu, aż do szybkiego pożegnania przy drzwiach. 

Kiedy  przyszła  do  studia  dzień  po  ich  randce,  Colin  zajęty  był  pracą.  Cassidy 

zdecydowała,  że  cokolwiek  wydarzyło  się  pomiędzy  nimi,  nie  będzie  miało  dalszego  ciągu. 

Jedna noc. Tylko jedna noc. 

Dla  niego  to  zamknięty  rozdział,  pomyślała,  wpatrując  się  w  portret.  Wiedziała 

jednak, że w niej to wspomnienie pozostanie na zawsze. Powinna być wdzięczna Colinowi, że 

odwiózł ją do domu, bo gdyby została na łodzi... 

Wtedy  stałaby  się  jedną  z  jego  kochanek.  I  podzieliłaby  ich  los.  Ile  trwałby  ten 

romans?  Dwa  tygodnie,  miesiąc,  może  trzy,  a  potem...  A  potem  Cassidy  byłaby  jeszcze 

bardziej  samotna  i  głęboko  nieszczęśliwa.  A  tak  przynajmniej  może  wspominać  ten 

wyjątkowy wieczór. Wino, świece i muzykę. 

- Ale ze mnie głupia romantyczka - mruknęła ze złością i walnęła pięścią w poduszkę. 

Z rozmyślań wybiło ją stukanie do drzwi. 

- Cassidy! - Niezrażony brakiem odpowiedzi Jeff wtargnął do pokoju. - Hej, Cassidy! 

- Zatrzymał się, patrząc na nią z dezaprobatą. - Jeszcze w łóżku? Już jedenasta. 

Podciągnęła kołdrę pod brodę i usiadła. 

- Tak, jeszcze jestem w łóżku. Pracowałam do wpół do czwartej. Wydawało mi się, że 

zamykałam drzwi. 

- No tak. - Jeff przysiadł na łóżku. Cassidy zarumieniła się. 

- Czuj się jak u siebie w domu. - Wskazała na pokój. 

- Nie zwracaj na mnie uwagi. 

- Spójrz na to! Piszą o tobie. 

-  Co  takiego?  -  Rzuciła  okiem  na  gazetę,  którą  Jeff  trzymał  w  ręku.  -  O  czym  ty 

mówisz? 

Uśmiechnął się. 

background image

- Choć ostatnio krucho przędę, zaszalałem i kupiłem niedzielne wydanie. Warto było. 

- Trącił palcem jej nos. 

- Bo kogo zobaczyłem w rubryce towarzyskiej? Moją przyjaciółkę i sąsiadkę, Cassidy 

St. John. 

-  Żartujesz!  -  Nerwowo  odrzuciła  włosy.  -  A  niby  jakim  cudem  Cassidy  St.  John 

miałaby się znaleźć w rubryce towarzyskiej? 

- A takim, że tańczysz z Colinem Sullivanem. - Jeff podsunął jej gazetę pod nos. 

Od  razu  zobaczyła  to  zdjęcie.  Przez  chwilę  wpatrywała  się  w  nie  ze  zdumieniem,  a 

potem wyrwała Jeffowi gazetę. 

- Pokaż mi to! 

-  Proszę  bardzo  -  odpowiedział  uprzejmie.  Oparł  się  na  łokciu  i  przyglądał  pełnej 

emocji twarzy Cassidy. Wyrazisty rumieniec pokrył jej policzki. 

- Wygląda na to, że przyłapano was w jakimś modnym klubie. W podpisie dodano też 

kilka  spekulacji,  kim  może  być  najnowsza  wybranka  Sullivana.  -  Pociągnął  się  za  brodę  i 

zachichotał. - A ona siedzi tutaj, w koszulce futbolowej z numerem pięćdziesiąt trzy, w której 

wygląda  o  niebo  lepiej  niż  noszący  ten  numer  zawodnik.  -  Ponownie  się  zaśmiał.  -  Na  tym 

zdjęciu zresztą także świetnie wyglądasz. 

-  Co  za  bzdury!  -  Cisnęła  gazetą  i  wstała  z  łóżka,  odpychając  Jeffa.  -  Czytałeś  ten 

artykuł? - Z furią wkopała but pod szafę. - Jak oni mają czelność sugerować takie rzeczy? 

Jeff rozsiadł się wygodnie, obserwując, jak Cassidy krąży wściekła po pokoju. 

- Daj spokój, to tyko artykuł. Nie trzeba się tym przejmować. - Podniósł wygniecioną 

gazetę i starannie ją rozprostował. - Zresztą nadzwyczaj pochlebnie wypowiadają się na twój 

temat.  Słuchaj,  nazywają  cię...  zaraz,  niech  znajdę...  o,  mam:  „Tajemnicza  piękność". 

Zgadzam  się.  „Wspaniała  figura".  Zawsze  to  mówiłem,  tylko  nie  chciałaś  mnie  słuchać. 

„Fascynująca,  oryginalna  twarz".  Słuchaj,  ten  dziennikarz  musiał  się  w  tobie  zakochać.  Ale 

mu się nie dziwię... Słuchaj, to jest najlepsze: „Leniwie seksowne kocie ruchy, nieodgadnione 

spojrzenie  kryjące  tajemną  obietnicę".  -  Jeff  ryknął  śmiechem.  -  Do  zakochanego  malarza 

możesz  dodać  zakochanego  grafomana.  Oj,  narozrabiałaś,  słodka  Cass.  Au!  -  Następny  but, 

kopnięty! z niepojętą siłą trafił Jeffa prosto w kolano. 

-  Zabolało?  To  dobrze.  Tak  cię  rozbawił  ten  artykuł?  No  jasne,  przecież  jesteś  tylko 

facetem. Czyli durniem. 

- Otworzyła szufladę i wyciągnęła parę krótkich dżinsów. Po chwili znowu krążyła po 

pokoju, wymachując szortami w kierunku Jeffa - Myślisz, że kilka, bardzo zresztą wątpliwych 

background image

komplementów wszystko naprawi? - Ponownie podeszła do szuflady i wróciła z purpurowym 

podkoszulkiem. - Otóż nie naprawi! - Odrzuciła włosy z twarzy. 

- Mogę to zatrzymać? - zapytała spokojniejszym tonem. 

- Jasne. - Jeff wstał i niepewnie wręczył jej gazetę. 

-  Będzie  chyba  najlepiej,  jeśli  już  sobie  pójdę.  Jednak  Cassidy  go  nie  słuchała, 

ponownie wpatrując się w zdjęcie. Jeff wymknął się niezauważony. 

Niecałą  godzinę  później  Cassidy  szła  w  dół  molo,  w  kierunku  łodzi  Colina.  W  ręku 

trzymała  zmiętą  niedzielną  gazetę.  Cały  czas  wrzała  oburzeniem.  Przeszła  przez  wąski, 

kołyszący się trap i zastukała do drzwi kabiny. Odpowiedziała jej cisza i plusk fal. Rozejrzała 

się dookoła i zauważyła stojące opodal ferrari. 

-  Ach,  więc  jesteś  w  domu,  Sullivan  -  warknęła  i  zapukała  ponownie,  tym  razem  z 

całej siły. 

-  Po  diabła  tak  łomoczesz?  -  zabrzmiał  głos  ponad  jej  głową.  Cassidy  zrobiła  kilka 

kroków w tył i osłaniając przed słońcem oczy, spojrzała w górę. 

Colin  przechylał  się  przez  reling  na  górnym  pokładzie.  Miał  na  sobie  tylko  obcisłe 

szorty. W ręku trzymał pędzel umazany niebieską farbą. 

- Sullivan, muszę z tobą porozmawiać. - Pomachała gazetą. Jej głos nie brzmiał zbyt 

zachęcająco. 

- W porządku, wejdź na górę, ale skończ z tym idiotycznym stukaniem. 

Zniknął  znad  poręczy,  zanim  zdążyła  odpowiedzieć,  więc  poszła  w  kierunku  dziobu, 

aż dotarła do stromych schodów. Wspięła się po nich na górny pokład, stanęła za Colinem i 

stuknęła go w plecy. 

Siedział  na  trójnogim  krzesełku  przed  sztalugami,  malując  pewnymi,  szybkimi 

pociągnięciami  pędzla.  Popatrzyła  przed  siebie  i  zobaczyła  łodzie,  które  uwieczniał  na 

płótnie. 

- A więc co cię sprowadza, Cass? I dlaczego walisz w moje drzwi, jakby się paliło? - 

mówił niewyraźnie, bo w zębach, niczym piracki nóż, trzymał pędzel. 

Pomachała mu przed nosem gazetą. 

- To! 

Colin  odłożył  pędzle,  uśmiechnął  się  do  Cassidy  i  wziął  do  rąk  niedzielne  wydanie 

najpopularniejszego dziennika w San Francisco. 

- Całkiem dobre zdjęcie. W naturze oczywiście jesteś ładniejsza, ale naprawdę niezłe - 

powiedział po chwili. 

- Colin! 

background image

-  Ciii,  czytam.  -  Pogrążył  się  w  lekturze.  Zagryzała  zęby,  tłumiąc  przekleństwo,  i 

wielkimi krokami ruszyła po pokładzie w tę i z powrotem. 

Nagle  Colin  roześmiał  się,  zaraz  jednak  uniósł  rękę,  zakazując  Cassidy  mówić. 

Wykrzywiła się do niego szpetnie i podjęła swą wędrówkę. 

- No proszę - powiedział po chwili. - Całkiem zabawne. - Był spokojny i rozluźniony. 

Obróciła się w jego stronę. 

- Zabawne? Zabawne?! To wszystko, co masz do powiedzenia o tym... tym chłamie? 

Colin wzruszył ramionami. 

-  Mogłoby  być  lepiej  napisane.  Dziennikarzyna  się  wysilał,  ale  mu  nie  wyszło. 

Napijesz się kawy? 

-  Czy  ty  w  ogóle  to  przeczytałeś?  - Podeszła  bliżej.  Wiatr  rozwiewał  jej włosy,  więc 

niecierpliwie  odrzuciła  je  na  plecy.  -  Przeczytałeś,  jakie  rzeczy  tu  wypisują?  -  Prychnęła, 

tupnęła nogą i walnęła go pięścią w pierś. - Do diabła, nie jestem twoją najnowszą zdobyczą 

Sullivan! 

- Ach tak... 

Jej oczy zaiskrzyły się. 

-  Co  ma  znaczyć  to  „ach,  tak"?  Zapamiętaj  sobie  raz  na  zawsze,  nie  jestem  twoją 

najnowszą zdobyczą! W ogóle nie jestem żadną zdobyczą, ani nową, ani starą, ani twoją ani 

czyjąkolwiek. Za takie określenie powinno się chłostać. W ogóle nie znoszę tego obślizgłego 

języka,  tych  wszystkich  insynuacji,  że  jesteśmy  kochankami,  że  wijemy  sobie  gdzieś 

gniazdko...  A  ciebie,  jak  widzę,  to  bawi!  -  Z  jej  oczu  posypały  się  błyskawice.  -  Co  to  za 

bzdurna logika, że skoro tańczyliśmy ze sobą, to od razu musimy być kochankami. 

- Musisz przyznać, że ten pomysł się pojawił - zachichotał, patrząc w rozognione oczy 

Cassidy. Wiatr rozrzucał jej włosy wokół twarzy. Colin odsunął je, po czym położył rękę na 

jej ramieniu. - Chcesz zaskarżyć gazetę? 

Wyczuła rozbawienie w jego głosie. 

- Chcę, żeby to odszczekali - powiedziała uparcie, wsuwając ręce w kieszenie. 

- Z jakiego powodu? Że ktoś pstryknął zdjęcie bez naszej zgody i napisał kilka plotek? 

Cass,  bądź  poważna.  Gdyby  ktoś  napisał,  że  jesteś  złodziejką  albo  morderczynią,  to 

rozumiem,  ale  tak...  Poza  tym,  maleńka,  to  zdjęcie  mówi  samo  za  siebie.  -  Uniósł  gazetę 

przed jej oczy. - Spójrz na tych dwoje! Widzą tylko siebie, świat dla nich nie istnieje. 

Cassidy podeszła do relingu. Wiedziała, że miał rację. Przytuleni w tańcu, zapatrzeni 

w  siebie,  jej  ręce  splecione  wokół  szyi  Colina,  jego  usta  muskające  jej  policzek...  Ciemny, 

zadymiony  klub  był  doskonałym  tłem  dla  tej  sceny.  Żadne  słowa  nie  były  potrzebne  do 

background image

opisania  tego  zdjęcia.  Pamiętała  ten  moment,  swoje  uczucia  i  intymność,  którą  dzieliła  z 

Colinem. 

Ta fotografia była brutalną inwazją w jej prywatność, a tego nienawidziła. Nie znosiła 

plotkarskich rubryk towarzyskich, a teraz właśnie plotka połączyła ją z Colinem. Dziennikarz 

nie  zdołał  nawet  ustalić,  jak  Cassidy  się  nazywa  i  kim  jest,  ale  bez  żenady  nazwał  ją 

„najnowszą zdobyczą Sullivana". 

Cassidy zapatrzyła się w wodę i przelatujące mewy. 

- Nie podoba mi się to. Nie lubię być obiektem plotkarskich sensacji, które się omawia 

nad  płatkami  śniadaniowymi  i  kawą.  Nie  lubię,  kiedy  ktoś,  przez  swoją  bujną  wyobraźnię, 

przedstawia mnie jako osobę, którą nie jestem. I nie lubię być opisywana jako... 

- Tajemnicza piękność? - usłużnie podsunął Colin. 

-  Nie  widzę  nic  zabawnego  w  tym  frazesie.  Sprawia,  że  czuję  się  idiotycznie.  - 

Skrzyżowała  ręce  na  piersi.  -  To  nie  jest  komplement,  niezależnie  od  tego,  co  ty  i  Jeff  są-

dzicie. 

- A kim, do diabła, jest Jeff? 

-  Jego  zdaniem  ten  artykuł  jest  odjazdowy.  Ryczał  ze  śmiechu  jak  durny  bawół...  to 

zresztą was łączy. - Znów mocno się nakręcała w swej złości. - Siedział dzisiaj rano na moim 

łóżku i tłumaczył mi, że powinnam być dumna, że powinnam... 

-  A  może  raczej  powinnaś  powiedzieć  mi,  kim  jest  ten  cały  Jeff  i  dlaczego  był  dziś 

rano w twoim łóżku - przerwał jej Colin. 

- Nie w łóżku, ale na łóżku - rzuciła niecierpliwie. - I trzymaj się tematu, Sullivan. 

-  Chcę  najpierw  wyjaśnić  tę  kwestię.  -  Podszedł  do  niej  i  złapał  za  podbródek.  Jego 

palce były zaskakująco silne. - No więc kim dla ciebie jest Jeff? 

-  Możesz  przestać?  -  Wyszarpnęła  się  gwałtownie.  -  Jak  mogę  cokolwiek  wyjaśnić, 

skoro wciąż mnie dręczysz i poniżasz? 

-  Dręczę  i  poniżam?  -  Zaniósł  się  śmiechem.  -  To  jest  dopiero  wyrażenie.  A  teraz 

słucham, kim jest Jeff. 

-  Możesz  go  zostawić  w  spokoju?  -  Jej  oczy  ponownie  rozbłysły.  -  Przyniósł  mi  ten 

artykuł.  Colin,  powtarzam  jeszcze  raz,  nie  zamierzam  znaleźć  się  na  długiej  liście  twoich 

kochanek. I nie dam się wykorzystać do podtrzymywania twojego wizerunku romantycznego 

artysty. 

-  Zaraz,  zaraz,  co  znaczy  to  ostatnie  zdanie?  -  spytał  zdumiony.  -  Bo  poprzednie  po 

prostu zignoruję. 

background image

-  Myślę,  że  nie  trzeba  tego  tłumaczyć.  To  zdanie  twierdzące,  w  pierwszej  osobie 

liczby  pojedynczej  -  zadrwiła.  -  Do  diabła,  Colin,  mówię  poważnie:  nie  pozwolę  na  to. 

Naprawdę nie żartuję. - W jej głosie zabrzmiała groźba. 

- O tak. - Przyjrzał się uważnie Cassidy. - Widzę, że nie żartujesz. 

Patrzyli na siebie w milczeniu. Była w pełni świadomą że najchętniej rzuciłaby mu się 

w ramiona i zapomniała o wszystkim w morzu pieszczot. By odpędzić pokusę i zaprowadzić 

jaki taki ład w swej głowie, Cassidy odwróciła się i przechyliła przez barierkę. Przez chwilę 

słuchała delikatnego plusku wody o drewniany bok łódki. Westchnęła głośno. 

- Jestem ubogą, skromną i prostą osobą, Colin. Nigdy nie byłam poza naszym stanem, 

a najdalej wyjechałam kilkaset kilometrów poza  miasto. Urodziłam się w zwykłej  rodzinie i 

wiodę  zwyczajne  życie.  Nie  jestem  tajemniczą,  fascynującą  kobietą.  -  Odwróciła  się 

ponownie  do  niego.  Wiatr  rozwiewał  jej  włosy.  -  Nie  lubię  być  brana  za  kogoś,  kim  nie 

jestem. Nie jestem taką osobą, jaką opisano. 

Zwinął gazetę, wcisnął do tylnej kieszeni i podszedł do Cassidy. 

-  Jesteś  z  pewnością  o  wiele  bardziej  fascynująca  niż  kobieta,  jaką  opisano  w  tym 

artykule. 

Cassidy potrząsnęła głową. 

- Nie powiedziałam tego po to, żebyś prawił mi komplementy. 

- To było jedynie stwierdzenie faktu. - Pocałował ją, zanim zdołała zastanowić się, czy 

się zgodzić, czy nie. - Teraz czujesz się lepiej? 

- Nie jestem dzieckiem, które miało napad złości. 

- Jesteś młodą, piękną kobietą. 

- W San Francisco mówią o mnie, że jestem niebrzydka. - Zerknęła po sobie. 

- I z pewnością młoda. 

- A więc zgadzasz się, że tylko niebrzydka? A nie piękna? - Posłała mu prowokujące 

spojrzenie. 

- Piękna... nie, to już przesada. 

- Och! 

Colin zaśmiał się i chwycił jej podbródek. 

-  Ta  twarz...  -  Wpatrywał  się  intensywnie.  -  Twoja  twarz  jest  idealna.  Cudowne 

proporcje,  karnacja....  Bije  z  niej  siła,  a  zarazem  kruchość.  A  ty  jesteś  tego  całkowicie 

nieświadoma.  „Piękna"  to  banał,  to  nic  nie  znaczy.  Jesteś  niepowtarzalna,  niezwykła  i 

fascynująca. 

background image

Cassidy  zarumieniła  się.  Zastanawiała  się,  dlaczego  po  tylu  godzinach  pozowania 

Colinowi czuła teraz, że krew szybciej w niej krąży, kiedy przyglądał się jej twarzy. 

- Czarujący sposób, żeby się zrehabilitować za obraźliwe zachowanie - zadrwiła. - To 

pewnie ta twoja irlandzka dusza. 

- Znam wiele lepszych sposobów. 

Pocałunek  spadł  na  jej  usta  tak  nieoczekiwanie,  że  zanim  zdążyła  pomyśleć,  już  go 

odwzajemniała.  Czuła  gorąco  bijące  od  słońca  i  to  wewnętrzne,  które  wypełniało  jej  ciało. 

Ogarnęło  ją  pożądanie.  Zamiast  opierać  się  Colinowi,  przyciągała  go.  Pasja,  jaką  w  niej 

wywołał, zmieniła jej uległość w agresję. 

- Cassidy... - Obsypał jej twarz pocałunkami. - Urzekasz mnie. 

Jej  ręce  gładziły  jego  nagi  tors  i  umięśnione  ramiona.  Serce  waliło  mu  jak  młot  pod 

dotykiem jej dłoni. Ich usta ponownie się złączyły. 

-  Wygląda  na  to,  że  przyszłam  nie  w  porę.  Przestraszona  Cassidy  odsunęła  usta  od 

Colina,  ale  nie  była  w  stanie  uwolnić  się  z  jego  uścisku.  Odwróciła  głowę  i  ujrzała  Gail 

Kingsley,  która  stała  na  szczycie  schodów,  trzymając  się  jedną  ręką  poręczy.  Jedwabny, 

szmaragdowy szal, który miała na szyi, powiewał na wietrze. 

-  To  chyba  oczywiste  -  odpowiedział  Colin  spokojnie.  Zaczerwieniona  Cassidy 

walczyła, by się wyswobodzić. 

-  Wybacz,  Colin,  kochanie.  Nie  wiedziałam,  że  masz  towarzystwo.  W  końcu  rzadko 

zapraszasz gości w niedzielę. - Uśmiechnęła się do niego w sposób sugerujący, że zna dobrze 

jego  zwyczaje.  -  Muszę  odebrać  płótna,  nie  pamiętasz?  I  mamy  kilka  spraw  do 

przedyskutowania.  Poczekam  na  dole.  -  Przeszła  przez  pokład  i  otworzyła  drzwi  kabiny.  - 

Mam przygotować trzy kawy? - Zniknęła w środku, nie czekając na odpowiedź. 

Cassidy odwróciła głowę do Colina, jednocześnie odpychając się od jego piersi. 

- Puść mnie - syknęła. - Puść mnie natychmiast! 

- Dlaczego? Jeszcze przed chwilą byłaś bardzo szczęśliwa i zadowolona. 

Jej próby wyszarpnięcia się spełzły na niczym. 

- Byłam zaślepiona zwierzęcym pożądaniem. Teraz, wrócił mi wzrok. 

-  Zwierzęce  pożądanie?  -  Uśmiechnął  się  szeroko.  Całkiem  interesujące.  Często  cię 

dopada? 

- Nie drwij ze mnie, Sullivan. - Zabrzmiało to nad wyraz groźnie. - Nawet się nie waż! 

- Czasami naprawdę nie jest łatwo. - Wreszcie ją puścił. Postanowiła nieco wyciszyć 

atmosferę, dlatego powiedziała w miarę spokojnie: 

background image

- Zrozum, to dla mnie żenujące. Nie chcę całować się z tobą na oczach Gail, która na 

dodatek uśmiecha się z wyższością. - Wygładziła ubranie. 

- Dlaczego, Cass? Jesteś zazdrosna? - Uśmiechnął się szerzej. - Pochlebia mi to. 

- Ty napuszony, przemądrzały idioto! 

- Zaraz, zaraz, Cass. - Zniżył głos. - Przecież pragnęłaś mi się oddać, kiedy zaślepiło 

cię owo zwierzęce pożądanie... 

Cassidy zamachnęła się pięścią, ale zrobił unik i złapał ją mocno w talii. 

- Kobiety policzkują, a nie tłuką jak bokser. 

- Guzik mnie to obchodzi - warknęła i wyszarpnęła mu się. Chciała natychmiast stąd 

wyjść, ale Colin znów ją złapał i przyciągnął tak  mocno, że się z nim zderzyła. Uśmiechnął 

się i pocałował ją w czubek nosa. 

- Dlaczego się tak spieszysz? 

- Jest tłok. - Znów zaczęła się wyrywać. 

- Cass, nie bądź głupia. - Zachichotał i poklepał ją po policzku. 

Wzniosła oczy do nieba. Już nawet nie chciało jej się wrzeszczeć. 

-  Wiesz  co,  Colin?  Maluj  dalej  te  swoje  żaglówki  -  parsknęła  i  ruszyła  w  stronę 

schodów wiodących na dolny pokład. 

-  Dzięki  za  radę.  A  tak  przy  okazji,  jesteś  śliczną  dziewczyną,  Cassidy  St.  John  - 

zawołał  za  nią  z  przesadnym  irlandzkim  akcentem.  Odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  niego  z 

błyskiem  w  oczach.  Przechylił  się  przez  reling.  -  Przyjemniej  patrzeć,  jak  złość  ci  mija,  niż 

jak  nadchodzi.  Następnym  razem  namaluję  cię  w  taki  sposób,  by  ukazać  twoje  bardziej 

czarujące oblicze. 

- Prędzej mi tu kaktus wyrośnie! - Przyspieszyła kroku. Z oddali słyszała jeszcze jego 

ś

miech. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Cassidy  wiedziała,  że  obraz  był  już  niemal  gotów.  Z  jednej  strony  czuła,  że  jego 

zakończenie przyniesie jej ulgę. uwolni od napięcia, z drugiej strony starała się zachować te 

chwile  w  pamięci.  Kiedy  siedziała  w  ustawionej  pozie,  była  pewna,  że  Colin  dopracowuje 

ostatnie szczegóły. Szybkie dotąd ruchy pędzla stały się powolne i dokładniejsze. 

Była  mu  wdzięczna,  że  nie  nawiązał  ani  słowem  do  jej  niedzielnej  wizyty.  Zdawała 

sobie sprawę, że tym razem przesadziła. Powinna była pamiętać, jak bardzo porywcza jest z 

natury.  Ale  cóż,  nie  pamiętała,  no  i  się  ośmieszyła.  Dokładniej  mówiąc,  zrobiła  z  siebie 

kompletną idiotkę. Zresztą nie po raz pierwszy. 

Chociaż  jej  reakcja  była  do  pewnego  stopnia  uzasadniona.  Gwałtowne  zakończenie 

cudownej  randki,  pozostawiające  za  sobą  bolesne  niespełnienie,  a  potem  ten  głupi  artykuł. 

Przypomniała  sobie,  co  Gail  mówiła  o  kreowanym  przez  media  romantycznym  wizerunku 

Colina.  Cóż,  Cassidy  nie  będzie  już  musiała  więcej  jej  słuchać.  Najlepiej  zrobi,  jak  zaraz 

zacznie się zbierać. Czas pomyśleć o przyszłości. I o jakiejś pracy, posępnie dodała w duchu. 

To  będzie  początek  czegoś  zupełnie  nowego,  szybko  się  poprawiła.  Nowe  doświadczenia, 

nowi ludzie. Samotne noce. 

- Na szczęście twarz skończyłem już wczoraj - wyrwał ją z zadumy Colin. - Bo dzisiaj 

pojawiają się na niej coraz to nowe nastroje i emocje. - Uśmiechnął się lekko. 

- Nie wiedziałem, że w tak krótkim czasie potrafisz zrobić tyle różnych min. 

- Przepraszam, ja tylko... - Szukała odpowiednich słów, ale nie znalazła nic naprawdę 

sensownego. - Ja tylko myślałam. 

- To się dało zauważyć. - Uchwycił jej spojrzenie. 

- Jakieś smutne myśli? 

- Nie, obmyślałam właśnie scenę z mojej książki. 

- Yhm... - Colin odsunął się od sztalug. - I to niezbyt wesołą. 

- Wszystkie nie mogą być przecież wesołe. Skończyłeś, prawda? 

-  Tak,  prawie  skończyłem.  -  Krytycznie  spojrzał  na  obraz.  -  Sama zobacz.  -  Odsunął 

ręce od portretu, ale nadal wpatrywał się w niego. 

Tak długo czekała na tę chwilę. A teraz ogarnął ja lęk. 

- No chodź, Cass! 

Zacisnęła  palce  na  bukiecie  i  ruszyła  w  kierunku  sztalug.  Ujęła  wyciągniętą  dłoń 

Colina i nieśmiało spojrzała na obraz. 

background image

Podczas  pozowania  wiele  razy  próbowała  wyobrazić  sobie  swój  portret,  ale  to,  co 

zobaczyła, kompletnie ją zaskoczyło. Tło było ciemne, z grą cieni i głębi. Pośrodku stała ona, 

rozjaśniona  przez  perłowobiałą  suknię.  Bukiet  był  zaskakującą  kolorystyczną  plamą,  która 

kierowała wzrok na kruche dłonie Cassidy. Duma biła z jej postawy, co w przedziwny sposób 

podkreślała lekko pochylona głowa. Gęste włosy opadały swobodnie, uwypuklając biel sukni. 

Rysy  twarzy  były  nadzwyczaj  delikatne,  z  czego  dotąd  nie  zdawała  sobie  sprawy,  lecz  owa 

delikatność mieszała się z siłą. Colin miał rację, że widział ją w sposób, w jaki nigdy na siebie 

nie patrzyła. 

Była  poważna,  lecz  lekko  rozchylone  usta  szykowały  się  do  uśmiechu.  Uśmiechu  na 

powitanie kochanka To miało nastąpić zaraz, za chwilę, i ten przyszły moment był wpisany w 

obraz, co nadawało mu niezwykłą dynamikę. W wyrazie twarzy Cassidy było oczekiwanie na 

coś, co miało się wkrótce zdarzyć. 

Poczuła  się  nieswojo.  Ilu  nieznanych  jej  mężczyzn,  którzy  będą  oglądać  ten  obraz, 

zacznie  marzyć  o  egzotycznej  piękności,  która  za  chwilę  z  uśmiechem  wpadnie  w  ramiona 

ukochanego? 

Cóż, to nie jestem ja, to tylko wyobrażenie Colina, pomyślała. 

Czyżby? 

Oczy  zdradzały  wszystko.  Z  portretu  patrzyła  kobieta  przepełniona  miłością  i 

niewinnością.  Lecz  owa  niewinność,  tak  słodka  i  czysta,  była  zarazem  darem  dla  kochanka, 

darem, który za chwilę miała mu ofiarować. 

Bo kobieta z portretu darzyła bezgranicznym uczuciem artystę, który ją namalował. 

Takie było przesłanie dzieła. 

Cassidy  otrząsnęła  się.  Nie  powinna  o  tym  myśleć  tak  osobiście.  Czy  to  jednak 

możliwe? Spróbuje. 

Odsunęła się nieco i jeszcze raz zaczęła kontemplować obraz. Ogarnął ją niedający się 

ująć w słowa zachwyt. 

- Dlaczego nic nie mówisz, Cass? - Colin otoczył ją ramieniem. 

- Tego się nie da opisać  - wyszeptała. - Wszystko zabrzmi jak pusty  frazes. - Starała 

się  zapomnieć,  że  Colin  ujawnił  jej  uczucia,  wniknął  w  najgłębsze  tajniki  duszy.  Tak  jak 

zapowiedział, ukazał jej tajemnice i marzenia. 

Pocałował szyję Cassidy i puścił ją. 

- Rzadko się zdarza, by artysta po skończeniu swej pracy był zdumiony, że jego ręce 

stworzyły  coś  tak  nadzwyczajnego.  -  Był  ogromnie  podniecony  i  zdziwiony,  czego  Cassidy 

zupełnie  się  po  nim  nie  spodziewała.  -  To  najwspanialszy  obraz,  jaki  kiedykolwiek 

background image

stworzyłem.  -  Odwrócił  się  do  niej.  -  Jestem  ci  niewymownie  wdzięczny.  Masz  niezwykła 

urodę, Cassidy, ale to mało. To twoja dusza rozświetliła ten portret, dzięki niej jest tak wspa-

niały. 

Cassidy  powinna  być  dumna  z  tych  pochlebnych  słów,  ale  wyznanie  Colina 

zaskoczyło ją i przytłoczyło. Desperacko starała się, aby jej głos brzmiał spokojnie. 

- Zawsze uważałam, że to artysta nasyca swoją duszą tworzone przez siebie obrazy. - 

Odłożyła bukiet na stolik i zaczęła krążyć po pokoju. Jedwab sukni szeleścił przy każdym jej 

kroku.  -  To  twoja  wyobraźnia,  twój  talent.  Ile  ze  mnie  jest  na  tym  płótnie?  Nastąpiła  długa 

cisza. 

- Nie wiesz? Odwróciła się do Colina. 

- Moja twarz, moje ciało, to wszystko. Reszta jest twoja. Nie mogę zbierać oklasków 

za twoją pracę. Namalowałeś mnie taką, jaką mnie widziałeś. Miałeś wizję, chciałeś ją ukazać 

w tym obrazie i ci się udało. To twoja iluzja. - Mówiąc te słowa, poczuła więcej bólu, niż się 

spodziewała. Ale cieszyła się, że to powiedziała. 

- Czy tak to właśnie widzisz? - Na jego twarzy ukazała się złość. - Ty tylko stałaś, a ja 

wykonywałem całą pracę? O to ci chodzi? 

- Jesteś artystą, a ja tylko bezrobotną pisarką. 

Po  długiej  chwili  milczenia  podszedł  do  Cassidy  i  ujął  jej  ramiona.  Znała  to 

poszukujące, badawcze spojrzenie. Zesztywniała, broniąc się przed nim. 

Palce Colina zacisnęły się. 

- Czy ta kobieta z obrazu ma z tobą coś wspólnego? - zapytał powoli. 

Cassidy poczuła, że coś ściska ją w gardle. 

- Oczywiście. Dlaczego pytasz? Przecież właśnie ci powiedziałam... 

Potrząsnął nią tak gwałtownie, że słowa zamarły jej w ustach. Zobaczyła furię w jego 

oczach. Gwałtowność, która mogła przerodzić się w agresję. 

- Czy myślisz, że potrzebowałem tylko twojej twarzy i figury? Tylko manekina? Czy 

uważasz, że nie ma w tym nic z ciebie, nic z twoich myśli i marzeń? Nic z twojej duszy? 

-  Czy  zawsze  musisz  mieć  wszystko?  -  krzyknęła  z  rozpaczą  i  gniewem.  -  Aż  taki 

jesteś  zachłanny?  -  Jej  głos  drżał  z  emocji.  -  Zmęczyłeś  mnie,  Colin.  Jestem  wyczerpana.  - 

Machnęła  ręką  w  kierunku  płótna.  -  Dałam  ci  to,  co  mogłam  dać.  Czego  jeszcze  chcesz? 

Nigdy  na  mnie  nie  patrzyłeś...  nie  mówię  o  modelce,  ale  o  Cassidy  St.  John...  nigdy  o  mnie 

nie  myślałeś.  -  Odepchnęła  go.  -  Chodziło  ci  tylko  o  ten  portret,  no  to  go  masz.  -  Odrzuciła 

włosy  i  ścisnęła  palcami  skronie.  -  Nie  dam  ci  już  nic  więcej.  Nie  mogę.  Nie  ma  już  nic 

background image

więcej.  Wszystko  jest  już  tutaj.  -  Wskazała  ponownie  na  obraz.  -  Bogu  dzięki,  już  po 

wszystkim... 

Wyszarpnęła się gwałtownie z jego objęć i wybiegła ze studia. 

Cassidy  spędziła  następne  dwa  tygodnie,  pilnując  mieszkania  przyjaciół,  którzy 

wyjechali  na  wakacje.  Zostawiła  krótki  liścik  dla  Jeffa,  spakowała  maszynę  do  pisania  i 

zagłębiła  się  w  pracy.  Odłączyła  telefon,  zamknęła  drzwi  i  przez  czternaście  dni  próbowała 

zapomnieć, że istnieje inny świat niż to mieszkanie, inni ludzie, inne miejsca, a także - że ma 

jakieś wspomnienia. Zatraciła się w tworzeniu powieści, w konstruowaniu postaci z całym ich 

ż

yciem i bagażem doświadczeń, by zapomnieć o  Cassidy St. John. Jeśli ona nie istniała, nie 

mogła  też  odczuwać  bólu.  Pod  koniec  tego  okresu  ważyła  mniej  o  trzy  kilogramy,  zapisała 

setki stron i niemal doprowadziła do ładu swoje nerwy. 

Kiedy  wracała  do  siebie,  niosąc  pod  pachą  maszynę  do  pisania,  usłyszała  dźwięki 

gitary  Jeffa.  Zawahała  się,  czy  nie  wstąpić  do  niego,  by  wiedział,  że  już  wróciła,  ale 

zrezygnowała i poszła prosto do swojego mieszkania. Nie była jeszcze gotowa odpowiadać na 

pytania. Rozważała też, czy nie zadzwonić do Colina, by go przeprosić, ale także postanowiła 

tego nie robić. Skoro już dała upust swoim żalom, goryczy i rozczarowaniu, niech to jej przy-

niesie ulgę. Koniec to koniec, trzeba myśleć o przyszłości a nie rozpamiętywać,  co by było, 

gdyby... 

No  właśnie,  gdyby.  Gdyby  rozstali  się  w  dobrych  stosunkach,  najpewniej  Colin 

chciałby  spotykać  się  z  nią  od  czasu  do  czasu,  a  ona  nie  potrafiłaby  znieść  zwyczajnej 

przyjaźni. 

Spakowała  suknię,  którą  miała  na  sobie,  kiedy  wybiegała  ze  studia.  Wkładając  ją  do 

pudełka, pogładziła materiał. Tyle się wydarzyło, odkąd po raz pierwszy ją włożyła. Szybko 

zamknęła wieczko. Ten etap jej życia też był zamknięty. 

Zadzwoniła do Galerii. Telefon odebrała Gail. 

- Mówi Cassidy St. John. 

- Witaj, Cassidy. Gdzieś ty uciekła? 

-  Mam  suknię,  w  której  pozowałam  do  portretu,  i  klucz  do  studia  -  powiedziała, 

ignorując uszczypliwe pytanie. - Chciałabym, żeby ktoś to dzisiaj ode mnie odebrał. 

-  Rozumiem...  Niestety  jesteśmy  bardzo  zajęci,  moja  droga.  Ale  wiem,  że  Colin 

bardzo  potrzebuje  tej  sukni.  Bądź  tak  mila  i  podrzuć  ją  do  nas.  Colina  nie  ma,  a  my  mamy 

mnóstwo pracy. 

- Wolałabym tego nie robić. 

background image

-  Dziękuję  ci,  kochana.  Muszę  kończyć.  -  Rozłączyła  się,  co  zapewne  dało  jej 

satysfakcję. 

Rozdrażniona  Cassidy  odłożyła  słuchawkę.  Colin  wyjechał,  pomyślała,  unosząc 

pudełko. Nastał zatem czas, żeby wszystko ostatecznie zakończyć. 

Niedługo potem otwierała drzwi studia. Otoczyły ją znajome zapachy, przywodząc na 

myśl wspomnienia o Colinie. 

Szybko  jednak  pozbyła  się  tych  myśli,  podeszła  do  stolika  i  położyła  suknię  oraz 

klucz. 

Rozejrzała się po pokoju. Spędziła tu wiele godzin, całe dni. Każdy szczegół wyrył się 

w  jej  pamięci.  Chciała  zobaczyć  wszystko  ponownie.  Bała  się,  że  może  coś  kiedyś 

zapomnieć, choćby jakiś nieistotny drobiazg. 

Zaskoczyło ją, że portret nadal stał na sztalugach. Zapominając o tym, że miała szybko 

stąd odejść, spacerowała po studiu, żeby po raz ostatni mu się przyjrzeć. 

Jak  Colin,  widząc  jej  twarz  patrzącą  z  portretu,  mógł  uwierzyć  w  to,  co  mu 

powiedziała na pożegnanie? A jednak tak się stało... i była mu za to wdzięczna. To dobrze, że 

uwierzył jej słowom, a nie temu, co zobaczył. Temu, co namalowały jego ręce, gnane intuicją, 

jasnowidzeniem dostępnym tylko prawdziwym artystom. 

Wyciągnęła rękę ku portretowi i dotknęła fiołków. 

Kiedy drzwi się otworzyły się, cofnęła rękę i odwróciła się gwałtownie. 

- Cassidy? - Do pokoju wszedł Vince. Uśmiechał się szeroko. - Co za niespodzianka. - 

Ujął jej dłonie. 

- Witaj. - Mimo że czuła się bardzo niepewnie, zdołała się uśmiechnąć. 

-  Cassidy...  -  Przyjrzał  się  jej  bladej  twarzy,  dostrzegł,  jak  bardzo  jest  spięta  i 

zdenerwowana. - Wiesz, że Colin cię szukał? 

-  Nie.  -  Zaczęła  ogarniać  ją  panika.  Wzrokiem  szukała  drzwi.  -  Nie,  nic  nie  wiem. 

Wyjechałam i pracowałam. Ja tylko... - Cofnęła ręce. - Tylko odniosłam suknię, którą miałam 

na sobie podczas pozowania. 

Ciemne oczy Vince'a błysnęły przebiegle. 

- Ukrywałaś się, madonna? 

-  Nie.  -  Odwróciła  się  i  podeszła  do  okna.  -  Oczywiście,  że  nie.  Pracowałam.  - 

Zobaczyła  wróbla,  energicznie  karmiącego  swe  młode.  -  Nie  wiedziałam,  że  zamierzasz 

zostać w Ameryce tak długo. Nie stęskniłeś się za ojczyzną? Za włoskim niebem? - paplała, 

byle tylko nie myśleć o Colinie. 

background image

- Och, stęskniłem się, ale zostałem dłużej, by przekonać Colina do sprzedaży obrazu, z 

którym tak uparcie nie chciał się rozstać. 

Cassidy  mocno  chwyciła  się  parapetu.  Wiedziałaś,  że  go  sprzeda,  pomyślała. 

Wiedziałaś  to  od  samego  początku.  Wszystko,  co  z  tego  zostanie,  to  trochę  pieniędzy.  Czy 

oczekiwałaś, że go sobie zostawi i będzie myślał o tobie? 

- Cassidy... - Vince dotknął delikatnie jej ramienia. 

- Nie powinnam była tu przychodzić - wyszeptała. - Przecież wiedziałam... 

Chciała uciec. Vince uśmiechnął się szerzej i odwrócił ją w swoją stronę. Przyglądając 

się jej, uniósł rękę, żeby pogładzić jej policzek. 

- Proszę... - Zamknęła oczy. - Proszę, nie pocieszaj mnie. Tak jest jeszcze gorzej. Nie 

jestem taka silna, jak przypuszczałam... 

- Tak bardzo go kochasz. Rozumiem. Otworzyła gwałtownie oczy. 

- Nie, chodzi tylko o to, że ja... 

-  Madonna.  -  Vince  położył  jej  palec  na  ustach.  -  Widziałem  portret.  On  mówi 

głośniej, niż brzmią najgłośniejsze słowa. 

Cassidy opuściła głowę. 

- Nie chcę... Tak bardzo się staram, żeby nie... Muszę iść - powiedziała szybko. 

- Cassidy. - Vince przytrzymał ją za ramiona. Jego głos był delikatny. -  Musisz się z 

nim zobaczyć. Porozmawiać z nim. 

- Nie mogę. - Położyła ręce na jego piersi i potrząsnęła głową z desperacją. - Proszę, 

nie  mów  mu.  Proszę,  po  prostu  weź  obraz  i  niech  to  się  wreszcie  skończy.  -  Głos  jej  się 

załamał.  Nie  protestowała,  kiedy  kołysał  ją  w  swych  ramionach.  -  Zawsze  wiedziałam,  że 

kiedyś  to  się  skończy.  -  Zamknęła  załzawione  oczy,  ale  pozwoliła,  aby  Vince  ją  trzymał  w 

objęciach. Pogłaskał jej włosy, ale nic nie mówił, aż do chwili gdy poczuł, że jej oddech się 

uspokoił. Delikatnie ucałował czubek jej głowy. 

- Cassidy, Colin jest moim przyjacielem. 

- To ciekawe. 

Odwróciła się gwałtownie i ujrzała stojącego w drzwiach Colina. 

- Witaj - powiedział szybko Vince. 

- A witaj,  witaj... Też sądziłem, że jesteś moim przyjacielem. - Colin mówił cicho, z 

pozoru spokojnie. - Ale wygląda na to, że się myliłem.  I to nie tylko wobec ciebie, Vince. - 

Spojrzał na Cassidy. - Gail powiedziała mi, że cię tutaj znajdę. - Podszedł do nich. - Z moim 

przyjacielem. 

- Colin... - zaczął Vince. 

background image

Ale ten przerwał mu gwałtownie: 

-  Zabierz  swoje  łapy  od  Cassidy.  Dopiero  jak  wyjdę,  będziesz  mógł  zacząć  od 

momentu, w którym wam przerwałem. - Jego oczy błysnęły dziko. 

Cassidy, nie chcąc dopuścić do awantury, wysunęła się z objęć Vince'a i powiedziała 

do niego: 

- Proszę, zostaw nas na chwilę samych. - A gdy się wahał, powtórzyła: - Proszę. 

Niechętnie zdjął rękę z jej ramienia. 

-  W  porządku,  cara.  -  Spojrzał  na  Colina  -  Nikt  nigdy  mi  nie  zarzucił,  że  kogoś 

zawiodłem lub nadużyłem jego zaufania, przyjacielu! 

Wyszedł,  zamykając  cicho  drzwi.  Cassidy,  zanim  przemówiła,  odczekała  dłuższą 

chwilę. 

- Przyszłam, żeby zwrócić suknię i klucz. Gail powiedziała, że wyjechałeś. 

-  Jak  to  wygodnie  się  złożyło,  że  ty  i  Vince  akurat  w  tym  samym  czasie  tu  się 

zjawiliście. 

- Colin, przestań. 

- Jesteś już księżną? - zapytał chłodno. - Powinienem cię ostrzec. Vince jest znany ze 

swej hojności, ale nie ze stałości. Lecz tak czy inaczej, taka jak ty kobieta może nieźle na tym 

wyjść. 

- To poniżej twojego poziomu, Colin. 

Odwróciła  się  i  ruszyła  do  drzwi,  ale  Colin  złapał  ją  za  włosy.  Krzyknęła,  a  potem 

spojrzała na niego. Jego oczy były ciemne, podobnie jak nieogolone policzki. Dotarło do niej, 

jak  bardzo  jest  wyczerpany,  a  przecież  nigdy  nie  okazywał  zmęczenia,  nawet  po  wielu 

godzinach mozolnego malowania. 

Jego palce zacisnęły się na jej włosach. 

- Colin! - Uniosła rękę w obronie. 

-  Taka  niewinna  -  powiedział  miękko.  -  Taka  niewinna.  Jesteś  sprytną  kobietą, 

Cassidy.  -  Szybko  objął  ją  za  ramiona.  Patrzyła  na  niego  z  lękiem.  -  Jedna  rzecz  to  kłamać 

słowami, ale zupełnie inna to kłamać wyglądem i wyrazem oczu, dzień po dniu. To niezwykle 

wyrafinowana forma oszustwa. 

-  Nie!  -  Potrząsnęła  głową,  gdyż  jego  słowa  ponownie  wywołały  łzy,  nad  którymi 

bezskutecznie starała się zapanować. - Nie, Colin, proszę. - Chciała powiedzieć mu, że nigdy 

go nie okłamała, ale nie mogła wydusić ani słowa Rozpłakała się bezradnie. 

- O co prosisz? Czego chcesz ode mnie? - Jego głos złagodniał, gdy spojrzał na twarz 

Cassidy.  W  słonecznych  promieniach  dochodzących  przez  świetlik  jej  oczy  i  pobladłe 

background image

policzki iskrzyły się od łez. - Chcesz, bym zapomniał, że patrzyłem na ciebie dzień po dniu i 

widziałem coś, czego nie dane mi było ujrzeć nigdy dotąd? 

-  Dałam  ci  to,  czego  chciałeś  -  powiedziała  przez  łzy.  -  Proszę,  pozwól  mi  odejść. 

Dałam ci to, czego chciałeś. Lecz wszystko już się skończyło. 

-  Dałaś  mi  powłokę,  maskę.  Czy  nie  to  mi  powiedziałaś?  -  Przyciągnął  ją  bliżej,  siłą 

przechylając  jej  głowę  do  tyłu,  aby  na  niego  spojrzała.  -  A  reszta  była  moją  imaginacją. 

Wszystko  już  się  skończyło,  Cass?  Jak  cokolwiek  może  się  skończyć,  skoro  nawet  się  nie 

zaczęło?  -  Kiedy  Cassidy  próbowała  opuścić  głowę,  ponownie  chwycił  ją  za  włosy.  - 

Powiedziałaś, że cię dręczę. Masz w ogóle pojęcie, co te ostatnie tygodnie ze mną zrobiły? - 

Potrząsnął nią, a jej szloch stał się głośniejszy. - Miałaś rację, kiedy mówiłaś mi, że ten obraz 

to nic więcej, jak tylko twoja twarz i ciało. Nie ma w tobie ciepła, nie ma w tobie uczuć... nie 

ma w tobie duszy. To ja stworzyłem tę kobietę z obrazu. 

- Proszę, Colin. Wystarczy! - Zakryła dłońmi uszy, aby zapomnieć jego słowa. 

- Uciekasz przed prawdą, Cassidy? - Odciągnął jej ręce, zmuszając ją, by ponownie na 

niego  spojrzała.  -  Tylko  my  dwoje  będziemy  wiedzieli,  że  ten  obraz  to  kłamstwo  i  że 

sportretowana kobieta tak naprawdę nie istnieje. Wzajemnie oddaliśmy sobie przysługę, czyż 

nie tak? - Puścił ją, odsunął od siebie i zaklął pod nosem. - Wyjdź stąd! 

Cassidy na oślep rzuciła się do ucieczki. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Cassidy dotarła do swojego mieszkania długo po tym, jak obeschły jej łzy. Snuła się 

po  mieście,  bo  chciała  samotnie  zatopić  się  w  tłumie.  Zmęczenie  osłabiło  j  e  j  ból.  Kiedy 

dochodziła  do  domu,  rozpadało  się,  ale  n  i  e  przyspieszyła  kroku.  Deszcz  był  chłodny  i 

delikatny. 

Gdy  weszła  do  budynku,  zaczęła  szukać  kluczyka  do  skrzynki  na  listy.  Chciała 

przestrzegać  codziennego  porządku,  nie  odstępować  od  przyzwyczajeń.  Miała  nadzieję,  że 

dzięki  temu  nie  wpadnie  w  rozpacz  i  depresję,  będzie  jakoś  funkcjonować.  Mogła  przeżyć. 

Tak przynajmniej wymyśliła podczas długiej popołudniowej włóczęgi po mieście. 

Uchyliwszy  drzwiczki  wąskiej  skrzynki,  wyciągnęła  listy  i  ruszyła  po  schodach. 

Szybko  przejrzała  reklamy  i  rachunki,  i  nagle  zatrzymała  się  gwałtownie,  gdy  na  jednej  z 

kopert zobaczyła stempel nowojorskiej poczty. Ruszyła z powrotem do skrzynki i wrzuciła do 

niej  pozostałą  korespondencję,  a  potem  wpatrywała  się  w  kopertę  z  nadzieją  i  lękiem 

zarazem. 

To  pewnie  odmowa,  pomyślała.  Ale  w  takim  razie  dlaczego  nie  zwrócili 

maszynopisu? 

-  Och,  do  diabła  z  tym  -  mruknęła,  rozerwała  kopertę  i  przeczytała  list.  -  Dlaczego 

teraz? - szepnęła, nienawidząc się za to, że znowu płacze. - Nie teraz, kiedy... kiedy... 

I nagle uznała, że jest akurat odwrotnie. Ten list nie mógł przyjść w lepszej chwili. 

Wepchnęła kopertę do kieszeni i wybiegła na deszcz. Dziesięć minut później łomotała 

do drzwi Jeffa. Otworzył, trzymając gitarę w ręku. 

- Cassidy, wróciłaś! Gdzie się podziewałaś? Napisałaś, że jakiś czas cię nie będzie, ale 

tak długo? Już chciałem dzwonić na policję. - Zatrzymał się. - Hej, jesteś jak zmokła kura. 

-  Wcale  nie  jestem  -  zaprzeczyła,  choć  z  jej  ubrania  kapało  na  podłogę.  Uniosła 

butelkę  szampana.  -  Jestem  zbyt  niezwykła,  by  porównywać  mnie  do  jakiegoś  prze-

mokniętego  ptaszyska.  Znalazłam  swoje  miejsce  w  historii  literatury.  Będą  wydawać  moje 

powieści  i  sprzedawać  je  w  wielkich  nakładach,  wkrótce  znajdziesz  je  w  każdej  bibliotece 

publicznej i w każdym szanującym się domu. Ha, i co ty na to? 

- Kupili twoją książkę? - Jeff zawył niczym dzikus i pochwycił Cassidy w niedźwiedzi 

uścisk, gniotąc jej plecy gitarą. 

Zaśmiała się i odsunęła od niego. 

background image

-  Och,  co  za  prostak!  Czyż  tak  należy  fetować  historyczne  wydarzenia?  -  Odsunęła 

spadające  na  twarz  włosy.  -  Jednakże,  mimo  iż  plebejusz,  to  zarazem  dobry  człek  z  ciebie, 

więc  ja,  osoba  z  wyższych  sfer,  podzielę  się  z  tobą  szampanem  w  moim  stylowym  salonie. 

Smoking nie jest konieczny. 

Ruszyła do swojego mieszkania. Jeff, odłożywszy  gitarę, poszedł za Cassidy. Pod jej 

drzwiami powiedział: 

-  Ja  otworzę.  -  Wziął  od  niej  butelkę.  -  A  ty  weź  ręcznik  i  osusz  się,  bo  inaczej 

umrzesz na zapalenie płuc, zanim twoja pierwsza książka trafi do księgarń. 

Kiedy wróciła z łazienki owinięta w szlafrok frotte i w turbanie z ręcznika na głowie, 

Jeff otworzył butelkę. Szampan wystrzelił. 

-  Prysznic  z  szampana  służy  dywanom  -  zażartował  i  zaczął  nalewać.  -  Znalazłem 

tylko te salaterki. 

- Moja kryształowa zastawa się potłukła. - Uniosła swój kielich. - Za bardzo mądrego 

człowieka - uroczyście wzniosła toast. 

- Kogo masz na myśli? 

-  Mojego  wydawcę.  -  Zaśmiała  się  i  wypiła  łyk  szampana.  -  Wspaniały  rocznik.  -  Z 

zadumą przyjrzała się bąbelkom skaczącym w jej salaterce. 

- Który to rok? - Jeff uniósł butelkę, żeby odczytać datę produkcji. 

- Obecny. - Cassidy napiła się ponownie. - Kupuję tylko młode wina. 

Jeff pochylił się i pocałował ją. 

- Moje gratulacje, maleńka. - Zsunął wilgotny ręcznik z jej ramion. - Jakie to uczucie? 

- Nie wiem. - Odrzuciła głowę i przymknęła oczy. - Czuję się tak, jakbym była kimś 

innym. - Wypiła do dna. Wiedziała, że powinna się ruszać i coś mówić. Nie umiała spokojnie 

myśleć  o  tym,  co  wygrała  tego  dnia,  ani  o  tym,  co  straciła.  -  Powinnam  była  kupić  dwie 

butelki. To jest okazja co najmniej na dwie. - Wypiła ponownie, czując, że alkohol uderza jej 

do głowy. - Ostatni raz, kiedy piłam szampana... - przerwała, starając się sobie przypomnieć, 

a  potem  potrząsnęła  głową.  -  Nie,  nie.  -  Machnęła  ręką,  jakby  odganiając  przykre  myśli.  - 

Piłam szampana na weselu Barbary Seabright w  Sausalito. Jeden z kelnerów przystawiał się 

do mnie w szatni. 

Jeff zaśmiał się i pociągnął kolejny łyk. Nagle usłyszeli pukanie do drzwi. 

-  Proszę  wejść  -  zawołała  Cassidy.  -  Wystarczy  dla...  -  Głos  jej  zamarł,  gdy  w 

otwartych drzwiach ujrzała Colina. Zbladła gwałtownie, a oczy jej pociemniały. Jeff zerknął 

na nią, potem na Colina i odstawił kieliszek. 

- Cóż, muszę się zbierać. Dzięki za szampana, maleńka. Pogadamy później. 

background image

- Nie, Jeff - zaczęła Cassidy. - Nie musisz... 

-  Mam  dziś  koncert.  -  Odsunął  jej  dłoń  od  swego  ramienia.  Zobaczyła,  jak  wymienił 

długie spojrzenie z Colinem, zanim zniknął w drzwiach. 

- Cass. - Colin zrobił kilka kroków do przodu. 

- Colin, wyjdź stąd. Proszę. - Zamknęła oczy i przycisnęła do nich dłonie. Czuła kłucie 

w piersiach i łzy pod powiekami. Tylko nie płacz, nakazała sobie. 

- Wiem, że nie mam prawa być tutaj - powiedział niskim głosem. - Wiem, że nie mam 

prawa prosić cię, żebyś mnie wysłuchała. Ale jednak proszę o to. 

- Nie ma już nic do dodania. - Cassidy zmusiła się, by wstać i spojrzeć mu w oczy. - 

Chcę, żebyś natychmiast wyszedł z mojego mieszkania - powiedziała stanowczo. 

- Rozumiem... Ale należą ci się przeprosiny i wyjaśnienie. 

Dłonie miała zaciśnięte. Powoli rozluźniła je i spojrzała na swoje palce. 

-  Doceniam  ten  wspaniałomyślny  gest  -  zadrwiła  -  ale  wystarczą  szlachetne  intencje. 

A teraz... - Uniosła oczy ku niemu. - Jeśli to wszystko... 

- Och, Cassidy, na miłość boską wykaż więcej litości, niż ja to zrobiłem. Przynajmniej 

pozwól mi przeprosić, zanim wyrzucisz mnie ze swego życia. 

Patrzyła na niego, niezdolna, by coś odpowiedzieć. Colin wziął butelkę szampana. 

-  Jak  widzę,  świętowaliście  z  jakiegoś  powodu.  Przykro  mi,  że  wam  przerwałem.  - 

Odstawił butelkę i spojrzał na Cassidy. - Wydarzyło się coś nadzwyczajnego? 

- Tak. - Starała się mówić spokojnie. - Moja książka niedługo ukaże się drukiem. Dziś 

dostałam list w tej sprawie. 

- Cass. - Podszedł do niej i uniósł rękę, żeby dotknąć jej policzka. 

- Ani się waż! - Błyskawicznie się cofnęła. 

Colin powoli opuścił rękę. Widać było, że poczuł się dotknięty. 

- Przepraszam - powiedziała cicho. - A teraz wyjdź. 

- Jeszcze chwilę, Cass. I nie przepraszaj. Zraniłem cię, rozumiem, że nie chcesz, bym 

tu był, ani tym bardziej, bym cię dotykał... - Przerwał, spoglądając na swoje dłonie. Po chwili 

znów  odszukał  jej  spojrzenie.  -  Ponieważ  znam  cię  tak  dobrze,  jak  znam  samego  siebie, 

wiem, jak bardzo cię zraniłem. I muszę z tym żyć. Nie mam prawa prosić cię o wybaczenie, 

ale błagam, wysłuchaj mnie. 

- Dobrze, Colin - odpowiedziała zmęczonym głosem. - Usiądź. 

Skinął głową, odwrócił się, podszedł do okna i wsparł ręce o parapet. 

background image

- Przestało padać i nadciągnęła mgła. Nigdy nie zapomnę, jak wyglądałaś tamtej nocy, 

kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem. Stałaś we mgle wpatrzona w niebo.  Myślałem, że jesteś 

złudzeniem - zakończył ledwie słyszalnie, jakby mówił do siebie. 

- Colin, to nie ma sensu. - Nie chciała, by snuł te wspomnienia. Były zbyt bolesne. 

Lecz do niego jakby nie dotarły jej słowa. 

- Od lat miałem wizję doskonałej kobiety. Ta wizja wciąż mnie nawiedzała, choć była 

ledwie  uchwytna.  Gdy  próbowałem  nadać  jej  konkretny  kształt,  ledwie  zarysowany  obraz 

rozmywał  się  ostatecznie,  znikał.  I  zaraz  znów  się  pojawiał,  konkretny,  jedyny,  a  zarazem 

prawie niewidoczny. Był jak owa myśl, która uparcie krąży nam po głowie, a my wiemy, że 

stanowi  jedyne  rozwiązanie  jakiejś  zagadki,  jakiegoś  problemu,  lecz  nie  potrafimy  jej 

pochwycić.  Wreszcie  zrozumiałem,  że  muszę  cierpliwie  czekać,  aż  w  końcu  napotkam  na 

swej  drodze  nie  wizję,  nie  mglisty  kontur,  lecz  ideał  ucieleśniony,  skończone  piękno 

przyobleczone  w  ciało.  Czekałem  długie  lata,  aż  spotkałem  ciebie,  kobietę  doskonałą. 

Wiedziałem, że muszę cię namalować, bo taki dar artysta może otrzymać tylko raz w życiu. 

- Och... - szepnęła Cassidy. 

Na chwilę zapadła cisza. Colin zasępił się. 

- Kiedy zaczęliśmy pracować, odnalazłem w tobie wszystko, czego w życiu szukałem. 

Dobroć,  prawdziwą  duszę,  inteligencję,  siłę,  pasję.  Im  dłużej  cię  malowałem,  tym  bardziej 

mnie  fascynowałaś.  Powiedziałem  ci  kiedyś,  że  mnie  urzekłaś.  Prawie  w  to  uwierzyłem. 

Nigdy nie znałem kobiety, której pragnąłbym bardziej, niż pragnę ciebie. - Odwrócił się, żeby 

na  nią  spojrzeć.  -  Za  każdym  razem,  kiedy  cię  dotykałem,  pragnąłem  cię  bardziej.  Nie 

kochałem się z tobą tamtej nocy na łodzi, ponieważ nie chciałem, żebyś myślała o sobie jako 

o jednej z moich kochanek. Nie chciałem wykorzystać tego uczucia, którym mnie obdarzyłaś. 

- Mój Boże... - Cassidy zamknęła oczy. - Nie będę tego słuchać. 

-  Proszę,  jeszcze  chwilę.  W  dniu,  w  którym  ukończyłem  twój  portret,  zaprzeczyłaś 

wszystkiemu.  Powiedziałaś,  że  to,  co  ujrzałem  w  tobie,  było  jedynie  dziełem  mojej 

wyobraźni. Mówiłaś to tak chłodno i bez emocji. Niemal mnie zniszczyłaś. Nie sądziłem, by 

ktokolwiek mógł mieć nade mną taką władzę - zakończył miękko. 

Znów  zapadła  cisza.  Colin  przymknął  oczy,  jeszcze  raz  rozpamiętując  tamte  chwile. 

Cassidy siedziała jak skamieniała. Jej zwykle tak wyrazista twarz była teraz nieprzenikniona. 

Wreszcie znów zaczął mówić: 

- To było dla mnie niezwykłe odkrycie. Byłem nim oszołomiony. W pierwszej chwili 

odrzucałem  twoje  słowa,  bo  rozpierało  mnie  szczęście,  że  dotarłem  do  najważniejszej 

tajemnicy  istnienia.  Że  wreszcie  pojąłem,  co  ludzi  naprawdę  łączy.  A  zarazem  pragnąłem 

background image

więcej, potrzebowałem więcej. I nagle zrozumiałem to, co mi mówiłaś. Że nie masz dla mnie 

już  nic.  Byłem  wściekły,  kiedy  uciekłaś.  Najpierw  próbowałem  cię  zatrzymać,  aż  wreszcie 

pozwoliłem ci odejść. - Znów przerwał na chwilę. - Kiedy później tu przyszedłem, ciebie nie 

było.  Przez  dwa  tygodnie  odchodziłem  od  zmysłów,  nie  wiedząc,  gdzie  się  podziewasz  ani 

kiedy wrócisz. I czy w ogóle wrócisz. Twój sąsiad miał jedynie twój niewiele mówiący liścik, 

i to wszystko. 

- Widziałeś się z Jeffem? 

- Cassidy, czy ty nie rozumiesz? Zniknęłaś. Ostatni raz, kiedy cię widziałem, uciekałaś 

ode mnie, a potem nagle zniknęłaś. Nie wiedziałem, gdzie jesteś, bałem się, że coś ci się stało. 

Powoli zaczynałem wariować. 

Podeszła do niego. 

- Colin, przykro mi. Nie miałam pojęcia, że będziesz się przejmował... 

- Przejmował?! Umierałem z niepewności. Dwa tygodnie, Cassidy. Dwa tygodnie nie 

dałaś  znaku  życia  dwa  tygodnie  bez  jednego  słowa  od  ciebie.  Czy  ty  rozumiesz,  jakie  to 

beznadziejne  uczucie,  jeśli  możesz  jedynie  czekać?  Nie  do  opisania.  Przekopałem  Nabrzeże 

Rybaków  wzdłuż  i  wszerz,  zwiedziłem  całe  miasto.  Gdzie  do  diabła  się  podziewałaś?  - 

zapytał  z  desperacją,  zaraz  jednak  uniósł  rękę,  nim  zdążyła  odpowiedzieć.  -  Przykro  mi  nie 

spałem  ostatnio  zbyt  wiele.  Nie  panuję  nad  sobą  -  Jego  ruchy  znów  stały  się  niespokojne. 

Uniósł  salaterkę  z  resztką  szampana  i  przyjrzał  się  wzorków  na  ściance.  -  Oryginalny 

kieliszek... - Wzniósł toast: - Za ciebie, Cass. Tylko za ciebie. - Wypił. Cassidy spuściła oczy. 

- Colin, przykro mi, że się martwiłeś. Pracowałam i...  

- Nie tłumacz się - przerwał jej. Ich oczy ponownie się spotkały. - Nie musisz mi się 

tłumaczyć.  Po  prostu  posłuchaj.  Kiedy  wszedłem  dzisiaj  do  studia  i  zobaczyłem  cię  z 

Vince'em, coś we mnie pękło. Stres, wyczerpanie , szaleństwo, wszystko się na to złożyło, ale 

nic nie usprawiedliwia słów, które do ciebie wypowiedziałem. - Spojrzał jej głęboko w oczy. - 

Gardzę sobą za to, że doprowadziłem cię do łez. Nienawidzę słów, które powiedziałem. Ale 

gdy  po  tylu  dniach  bezskutecznych  poszukiwań  nagle  ujrzałem  cię  w  mojej  pracowni  z 

Vince'em...  -  Przerwał,  potrząsnął  głową  i  podszedł  do  okna.  -  Gail  wszystko  świetnie 

zaaranżowała. Wiedziała, przez co przechodziłem przez ostatnie dwa tygodnie. Zna mnie na 

tyle  dobrze,  żeby  przewidzieć,  jak  zareaguję,  kiedy  zobaczę  cię  sam  na  sam  z  Vince'em. 

Zanim  dotarłem  do  Galerii,  wysłała  go  do  studia  pod  byle  pretekstem.  Powiedziała  mi.  że 

macie tu schadzkę. 

- Gail... - powiedziała cicho Cassidy. 

background image

- Tak, Gail. Kiedyś byliśmy ze sobą... zresztą był to bardzo luźny związek... ale przed 

rokiem  ostatecznie  się  rozstaliśmy.  Nadal  jednak  współpracowaliśmy.  Powinienem  był 

pamiętać,  z  kim  mam  do  czynienia,  ale  popełniłem  błąd.  Kilka  dni  temu  odbyłem  z  Gail 

ostateczną  rozmowę,  w  wyniku  której  postanowiła  wyjechać  na  Wschodnie  Wybrzeże  i  tam 

szukać  szczęścia.  -  Odwrócił  się  do  Cassidy.  -  Chciałbym,  żebyś  zrozumiała,  dlaczego 

zachowałem się tak paskudnie. 

W ciszy rozbrzmiewały jedynie dźwięki gitary Jeffa dobiegające zza cienkich ścian. 

- Colin. - Jej oczy szukały jego twarzy. - Jesteś taki wyczerpany. 

Wyraz jego twarzy nagle się zmienił. 

-  Nie  wiem,  kiedy  zakochałem  się  w  tobie.  Chyba  od  razu,  gdy  spotkaliśmy  się  we 

mgle. A może wtedy, kiedy po raz pierwszy włożyłaś tę suknię. - Przymknął na chwilę oczy. - 

Nie, Cass, kochałem cię od zawsze, od dnia moich narodzin, i tyle lat czekałem, by wreszcie 

cię spotkać. 

-  Miłość?  Ty  mówisz  o  miłości?!  -  Była  zdumiona.  Artystyczna  fascynacja,  w  to 

mogła  uwierzyć.  Niepokój  Colina,  gdy  po  burzliwej  scenie  zniknęła  jego  modelka,  też  był 

zrozumiały,  a  okrutną  scenę  związaną  z  Vince'em  składała  na  karb  egoistycznej  zazdrości 

artysty o ową modelkę. Ale miłość?! 

-  Tak,  miłość.  -  Uśmiechnął  się  delikatnie.  -  Cóż,  Cassidy,  niełatwy  ze  mnie  facet. 

Sama mi to kiedyś powiedziałaś. 

- Tak, pamiętam. 

- Jestem samolubny i łatwo wpadam w złość. Nie mam cierpliwości do niczego poza 

moją  pracą.  Nie  mogę  obiecać,  że  cię  nie  skrzywdzę,  nie  rozzłoszczę,  że  nie  będę 

zachowywał  się  irracjonalnie  i  gwałtownie.  Ale  mogę  ci  obiecać,  że  nikt  nigdy  tak  cię  nie 

pokocha.  Nikt.  -  Czekał  na  jej  słowa,  lecz  ona  mogła  jedynie  patrzeć  na  niego  jak 

zahipnotyzowana. - Proszę cię, żebyś wbrew zdrowemu rozsądkowi została moją żoną, moją 

kochanką  i  matką  moich  dzieci.  Proszę  cię,  żebyś  dzieliła  swe  życie  ze  mną,  biorąc  mnie 

takim,  jakim  jestem.  -  Głos  mu  się  załamał.  -  Kocham  cię,  Cass.  Teraz  moje  przeznaczenie 

jest w twoich rękach. 

Przyglądała mu się. W jego głosie usłyszała więcej irlandzkiej nuty niż kiedykolwiek. 

Wciąż nie zrobił nawet kroku w jej stronę, tylko stał nieruchomo na środku pokoju. 

Wolno  podeszła  do  Colina,  oplotła  ręce  wokół  jego  szyi  i  wtuliła  twarz  w  jego 

ramiona. 

- Przytul mnie. Objął ją delikatnie. 

background image

- Przytul mnie, Sullivan - zażądała ponownie, mocno się do niego przytulając. Potem 

szybko znalazła drogę do jego ust. 

Zacisnął mocniej ramiona. 

-  Kocham  cię  -  wyszeptała  pomiędzy  pocałunkami.  -  Już  tak  dawno  chciałam  ci  to 

powiedzieć. 

-  Mówiłaś  mi  to  za  każdym  razem,  kiedy  na  mnie  patrzyłaś.  -  Wtulił  głowę  w  jej 

włosy.  -  Starałem  się  nie  dopuścić  do  siebie  myśli,  że  mogłem  się  w  tobie  zakochać,  że  to 

mogło stać się tak szybko, tak bez wysiłku. Ale kiedy obraz był już niemal skończony, dotarło 

do mnie, że nie mogę bez ciebie żyć. - Zniżył głos i przyciągnął ją jeszcze bliżej. - Traciłem 

zmysły przez ostatnie dwa tygodnie, patrząc na twój portret i zastanawiając się, gdzie jesteś i 

czy w ogóle jeszcze kiedyś cię zobaczę. 

- Teraz jestem twoja - powiedziała cicho, nie sprzeciwiając się, kiedy wsunął ręce pod 

jej bluzkę. - A Vince ma portret. 

- Nie. Mówiłem ci, że nie wszystko jest na sprzedaż. Odmówiłem nawet Vince'owi. W 

tym obrazie jest zbyt dużo nas, ciebie i mnie. 

- To dobrze, że go nie sprzedałeś. - Była szczęśliwa, że dowód miłości pozostanie przy 

tych, którzy tę miłość odkryli i zamierzali nieść przez życie. - Bo myślałam... 

- Co myślałaś? 

- Nie, już nic. - Pocałowała go. - Kocham cię. - Przycisnęła wargi mocniej do jego ust, 

ciesząc się, że teraz należą do niej. 

- Cass. - Czuła, jak mocno bije jego serce, i jak Colin gładzi jej włosy. - Czy wiesz, co 

ty ze mną robisz? 

- Pokaż mi - szepnęła. 

Pocałował  ją  ponownie.  Zawarł  w  tym  pocałunku  całe  usilnie  skrywane  pragnienie 

miłości. Była gotowa, by mu się oddać. 

- Pobierzemy się szybko. - Znowu gwałtownie ją pocałował. Przesunął dłońmi po jej 

plecach, potem przyciągnął do siebie. - Bardzo szybko. 

-  Dobrze.  -  Zamknęła  oczy,  rozkoszując  się  ciepłem  jego  ciała.  -  Mam  już  nawet 

idealną sukienkę. - Wtuliła się w niego. - Jak zatytułujesz obraz? 

- On już ma tytuł. - Uśmiechnął się. - „Dowód miłości".