background image

Joan Wolf 

We mgle 

pozorów

1

background image

Rozdział pierwszy

Była trzecia po południu, pięknego, ale wietrznego dnia w połowie 

maja.   Siedziałam   jak   zwykle   w   biurze   zarządcy   stajni   hrabiego 
Cambridge’a i rozmawiałam z jego głównym stajennym, rozpierając się 
na   krześle   w   sposób   zupełnie   nieprzystający   damie.   W   pewnym 
momencie usłyszałam odgłos powozu wjeżdżającego z pośpiechem na 
podwórze.

Clark zerwał się na równe nogi.
- Drogi Boże, panienko, czyżby to był jego lordowska mość?
- Nie znam nikogo innego, kto mógłby tu wjechać z taką pompą - 

powiedziałam bez emocji. - To musi być on.

Clark zniknął w  drzwiach.  Zsunęłam  się  jeszcze  niżej  na  krześle i 

zastanawiałam   się   leniwie,   co   mogło   sprowadzać   hrabiego 
Cambridge’a do jego rodowej posiadłości w połowie sezonu.

Jasny promień majowego słońca wpadł ukośnie przez małe okno i 

spoczął   na   czubku   mojej   głowy.   Kwiecień   był   zimny,   więc   obecne 
ciepło przynosiło rozkosz. Zamknęłam oczy, delektując się nim.

- Jesteś tu, Deb? - spytał znajomy głos.
Uniosłam powieki, by spojrzeć na mężczyznę, który właśnie wszedł. 

Jaśnie   pan   George   Adolphus   Henry   Lamberth,   hrabia   Cambridge, 
Reeve   baron   Ormsby   i   Thornton   baron   Ware   stał   w   drzwiach, 
spoglądając na mnie swoimi osławionymi, ciemnymi oczami.

- Zawsze tu jestem - odpowiedziałam spokojnie. - Gdzież miałabym 

być, pielić z mamą grządki w ogrodzie?

Błysnął zębami w uroczym uśmiechu.
- Jeśli tak stawiasz sprawę...
Wszedł do pokoju i usiadł na brzegu biurka.
- A ty czemu tu jesteś? - spytałam. - Przecież to pełnia londyńskiego 

sezonu.

- Jutro jadę do Newmarket obejrzeć Highflyera - powiedział. - Derby 

w Epsom już za kilka tygodni i chciałem się upewnić, że trening idzie 
jak należy.

-   Mogę   pojechać   z   tobą?   -   spytałam,   prostując   się   gwałtownie   na 

2

background image

krześle.

- Wiesz, że nie mogę cię zabrać. To zbyt niestosowne, żeby młoda, 

niezamężna dama przebywała cały dzień sam na sam w towarzystwie 
dwudziestoczteroletniego kawalera.

- Co za bzdury - powiedziałam stanowczo. - Jesteśmy przyjaciółmi od 

zawsze, Reeve. Nikt się nie zdziwi, jeśli pojadę z tobą obejrzeć konia.

-   Czyżby?   -   parsknął.   -   Nie   mam   najlepszej   reputacji,   Deb,   i   nie 

chciałbym zszargać też twojej. Przepraszam, po prostu nie mogę wziąć 
cię ze sobą.

Spiorunowałam go wzrokiem.
- Ale tu jest tak nudno, Reeve. Miejscowe dziewczyny potrafią jedynie 

rozmawiać o chłopcach i o tym, kto z kim weźmie ślub. Wystarczy, 
żeby   doprowadzić   człowieka   do   szału.   Gdybym   nie   mogła 
porozmawiać   sobie   czasem   z   Clarkiem,   chyba   rzeczywiście   bym 
oszalała.

Siedząc na biurku, Reeve wyglądał jak ciemny anioł. Machał obutą 

nogą i spoglądał na mnie enigmatycznie.

-   Ty   też   powinnaś   pomyśleć   już   o   małżeństwie,   Deb.   Nie   możesz 

przecież spędzić reszty życia jako stara panna.

- Nikt nie chce się ze mną ożenić - powiedziałam, przybierając uparty 

wyraz twarzy.

- Co za niedorzeczność.
- To prawda. Przede wszystkim, jestem za wysoka.
Zmarszczył czarne brwi.
- Nie jesteś za wysoka. Wstań, to ci udowodnię.
- Nie.
Chwycił mnie mocno za nadgarstki i podniósł z krzesła.
-  Widzisz?  -  powiedział. -  Czubek twojej  głowy  jest  na wysokości 

moich ust. To idealny wzrost dla kobiety.

-   Reeve   -   fuknęłam   zniecierpliwiona   -   masz   ponad   metr 

dziewięćdziesiąt wzrostu. Nie wiem, czy zauważyłeś kiedykolwiek, że 
większość mężczyzn nie jest aż tak wysoka. Większe powodzenie mają 
dziewczyny, na które można patrzeć z góry.

Otaksował mnie szybkim spojrzeniem.

3

background image

- Mężczyźni lubią też dziewczyny, które ubierają się bardziej kobieco - 

powiedział. - W tych starych kurtkach i spódnicach do konnej jazdy 
wyglądasz jak mieszkanka pobliskiego sierocińca.

Spojrzałam na niego gniewnie.
- Na Boga, przecież nie jesteś walkirią - powiedział. - Jesteś może 

odrobinę za szczupła. Prawdopodobnie byłbym w stanie objąć cię w 
pasie dłońmi.

- Tylko spróbuj - warknęłam. Odsunęłam się od niego i założyłam ręce 

na piersi. - Dlaczego w ogóle zaczęliśmy o tym rozmawiać?

- To ty zaczęłaś.
- Nieprawda.
- Ależ tak. Narzekałaś, że wszystkie miejscowe dziewczyny polują na 

męża.

Oparłam   się   o   biurko,   od   którego   on   już   odszedł,   i   wzruszyłam 

ramionami. Nie chciałam przyznawać, że ma rację.

-   To   zupełnie   naturalne,   że   dziewczyna   chce   wyjść   za   mąż   - 

kontynuował Reeve. - Nie rozumiem, dlaczego uważasz ten temat za 
nudny.

- Te rozmowy są nie tylko nudne, ale też kompletnie bezsensowne - 

powiedziałam. - Jestem zbyt wysoka, a na dodatek nie mam pieniędzy. 
Nie   zapominaj   o   tym.   Panowie   raczej   nie   są   skłonni   do   ślubu   z 
dziewczyną praktycznie pozbawioną środków do życia. A właśnie w 
takiej   sytuacji   znajdujemy   się   wraz   z   mamą.   Całe   szczęście,   że 
posiadamy dach nad głową. Nie, chyba jestem skazana na staropa-
nieństwo.

Muszę jednak przyznać, że sytuacja, w której się znajdowałam, nie 

zasmucała mnie jakoś szczególnie. Może i moje długie nogi nie były 
obiektem   zachwytu   miejscowych   amantów,   ale   dawały   mi   znaczną 
przewagę w siodle. Właściwie to poza Reevem trzymałam się w siodle 
najlepiej   z   całego   regionu.   Z   tego   też   powodu   pozwalał   mi   on   na 
swobodne zarządzanie stajniami. Wiedział, że jego konie są w dobrych 
rękach.

Reeve stwierdził chyba wreszcie, że rozmowa o małżeństwie donikąd 

nie prowadzi.

4

background image

-   Wygląda   na   to,   że   Highflyer   będzie   faworytem   na   tegorocznych 

derbach - powiedział z zadowoleniem. - Co o tym sądzisz?

- Myślę, że to wspaniale - odpowiedziałam. - A co na to lord Bradford?
Reeve zmarszczył brwi.
-   Bernard   zawsze   psuje   zabawę   -   powiedział.   -   Potrafi   jedynie 

wygłaszać   nużące   pogadanki   na   temat   zgubnych   skutków   brania 
udziału   w   wyścigach.   Zupełnie   nie   rozumie,   że   jest   to   coś,   czym 
zajmują   się   wszyscy   prawdziwi   gentlemani.   Mieszka   w   tej   nudnej 
posiadłości w Sussex i spędza czas, doglądając swoich owiec. Niech 
tylko Highflyer wygra. Wtedy Bernard zobaczy, jaką wartość ma dobry 
koń wyścigowy!

-   Skąd   masz   pieniądze   na   trenowanie   Highflyera?   -   spytałam 

ostrożnie.

- Pożyczyłem od Bentona - odpowiedział beztrosko. - Oddam mu, jak 

tylko Highflyer wygra derby.

- A co będzie, jeśli nie wygra? - spytałam, tknięta złym przeczuciem.
Rzucił mi swoje słynne gniewne spojrzenie.
- Oczywiście, że wygra. Jest najlepszym koniem biorącym udział w 

tym wyścigu. Dlatego jest faworytem!

Reeve   podniósł   żelazny   przycisk   do   papieru   w   kształcie   konia   i 

uderzył   nim   w   egzemplarz   „Księgi   stadnej”,   którą   wcześniej 
przeglądałam razem z Clarkiem.

-   Zresztą,   do   diabła   z   Bernardem.   Dlaczego   zawsze   musi   mi   tak 

utrudniać życie?

Na to pytanie nie umiałam odpowiedzieć.
Reeve przeczesał palcami długie, ciemne włosy.
- Uważasz, że nie powinienem był pożyczać pieniędzy od Bentona? - 

spytał wyzywającym tonem.

Spojrzałam na niego z namysłem. Nawet gniewne spojrzenie nie było 

w stanie zakłócić regularności rysów jego twarzy. Jedyną rzeczą, która 
stanowiła dysonans w jego prawie perfekcyjnym wyglądzie, był guzek 
na   całkowicie   kiedyś   prostym   nosie.   Reeve   złamał   go   w   wieku 
dwunastu   lat.   Ktoś   jechał   zbyt   blisko   niego   i   po   przeskoku   przez 
ogrodzenie naparł na jego konia z taką siłą, że oboje upadli. Reeve leżał 

5

background image

wiele tygodni w łóżku z połamanymi żebrami, obojczykiem i nosem.

Ja jednakże znałam go od czasu, kiedy skończył pięć lat, więc jego 

okazały wygląd nigdy nie przeszkadzał mi w dostrzeganiu, co Reeve 
tak naprawdę czuje. Toteż zdawałam sobie sprawę, że pomimo swoich 
zuchwałych wypowiedzi, tak naprawdę martwił się o pieniądze, które 
pożyczył. Wiedziałam też, że nigdy by się do tego nie przyznał.

-   Po   prostu   nie   chciałabym,   żeby   stosunki   między   tobą   a   lordem 

Bradfordem   jeszcze   bardziej   się   pogorszyły   -   odpowiedziałam 
ostrożnie.

Reeve zaśmiał się bezbarwnie.
- To chyba niemożliwe, Deb - powiedział.
Nie mogłam nic na to powiedzieć, więc odsunęłam się od biurka.
- Czas już na mnie. Mama będzie mnie niedługo szukać.
Skinął głową.
-   Żałuję,   że   nie   możesz   pojechać   ze   mną   obejrzeć   Highflyera.   Ale 

nawet gdybyś znalazła sobie przyzwoitkę, to ja i tak nie wracam tu z 
powrotem z Newmarket.

- Nie szkodzi, Reeve - powiedziałam z rezygnacją.
- Pozdrów ode mnie matkę.
- Pozdrowię.
I tak się rozstaliśmy.

* * *

Poczekałam   do   pory   obiadu,   który   razem   z   mamą   jadłyśmy   w 

niedużej   jadalni   naszej   malutkiej   chatki,   by   opowiedzieć   o   moim 
popołudniowym spotkaniu z Reevem.

- Nie powinien był kupować tego konia - powiedziała mama.
-   Reeve   wybrał   Highflyera,   kiedy   ten   był   jeszcze   roczniakiem,   i 

wytrenował   go   na   jednego   z   najlepszych   trzylatków   tego   sezonu   - 
powiedziałam.  -  Moim  zdaniem  to   wielka  szkoda,  że  ten  przeklęty 
testament jego ojca psuje mu całą przyjemność.

- Deborah - zaprotestowała odruchowo mama.
- Przepraszam, mamo - poprawiłam się. - Ten nieszczęsny testament.
Mama westchnęła.
-   To   rzeczywiście   pech,   że   ojciec   Reeve’a   postanowił   pozbawić   go 

6

background image

możliwości   przejęcia   kontroli   nad   majątkiem,   dopóki   chłopiec   nie 
skończy dwudziestu sześciu lat. Zgadzam się, że zwracanie się o każdy 
grosz   do   powiernika   spadku,   lorda   Bradforda,   musi   być   czymś 
upokarzającym. Ale musisz przyznać, kochanie, że ojciec Reeve’a miał 
powody, by wątpić w dojrzałość syna.

- Hmmm - mruknęłam.
Zjadłam   jeden   ze   szparagów,   spiętrzonych   na   moim   talerzu.   Do 

dobrych stron powrotu Reeve’a do domu należało to, iż na pewno nie 
omieszka   przesłać   nam   kilku   sporych   szynek   przed   wyjazdem   do 
Newmarket. Miło byłoby znowu jeść mięso.

Mama łyknęła wody ze swojej szklanki.
-   Widziałam   dzisiaj   w   gazecie   ogłoszenie   o   zbliżającym   się   ślubie 

twojego   przyrodniego   brata   Richarda.   Jego   narzeczoną   jest   córka 
wicehrabiego Swale’a. - Upiła jeszcze jeden łyk wody. - To dobra partia, 
Woodly’owie muszą być zadowoleni.

Zesztywniałam.
- Mamo - powiedziałam groźnie - mówiłam ci, że im mniej słyszę o tej 

rodzinie, tym jestem szczęśliwsza. A jeśli chodzi o mojego szanownego 
przyrodniego brata, to jak dla mnie może spokojnie sczeznąć w piekle.

Spojrzała na mnie, marszcząc lekko brwi.
- Chciałabym, kochanie, żebyś nie chowała już urazy do swojego brata. 

Zgadzam się, że rodzina potraktowała nas bardzo źle, ale nie sądzę, by 
można było o cokolwiek obwiniać Richarda. Miał tylko osiem lat, kiedy 
zmarł twój ojciec.

Uderzyłam dłonią w stół.
-  Potraktowała   nas   bardzo   źle!  Mój   Boże,   mamo,   tak   nazywasz 

wyrzucenie   nas   z   domu   ojca   i   skazanie   na   klepanie   biedy   w   tej 
malutkiej chatce?

Mama się wzdrygnęła.
Próbowałam się opanować. Wiedziałam, że sprawiam jej przykrość 

swoimi krzykami.

- Przepraszam - wydusiłam w końcu.
- Twój ojciec zostawił wszystkie pieniądze i posiadłość Richardowi. 

Spadkiem miał zarządzać brat ojca, John - przypomniała mi mama. - 

7

background image

Jestem pewna, że twój tata spodziewał się, że zajmą się nami w od-
powiedni sposób. Mamy szczęście, że John wynajmuje dla nas tę chatkę 
i płaci mi co kwartał rentę, za którą możemy się utrzymać.

Tak właśnie John Woodly rozumiał nałożony na niego obowiązek - 

zapewniał nam dach nad głową. A to też tylko dlatego, że w zamian 
mama obiecała nigdy nie używać swojego tytułu. I dlatego zamiast lady 
Lynly wszyscy zwracali się do niej „pani Woodly”. John odarł ją z całej 
dumy, pozostawiając jej jedynie mnie.

Spojrzałam na mamę poprzez stół. Zatrudniono ją jako guwernantkę 

dla mojego przyrodniego brata i ku zmartwieniu całej rodziny ojciec 
pojął   ją   za   drugą   żonę.   Po   jego   śmierci   Woodly’owie   natychmiast 
wyrzucili   mamę   (wraz   ze   mną,   produktem   jej   związku   z   ojcem)   z 
dworu Lynly.

- Nie chowaj urazy do brata, Deborah. To nie jego wina - powiedziała 

mama poważnie.

- Nigdy nie próbował nas odnaleźć - powiedziałam twardo.
- Ja też nigdy się z nim nie kontaktowałam - odpowiedziała.
To była prawda, a ja nigdy nie zdołałam zrozumieć jej postępowania.
- Zapomnij  o dawnych  animozjach,  kochanie. Wtedy poczujesz  się 

szczęśliwsza.

Promienie   popołudniowego   słońca   wpadały   skośnie   przez   okno   i 

rozświetlały   włosy   mamy,   w   kolorze   srebrnoblond,   splecione   na 
czubku głowy. Jej błękitne oczy uśmiechały się do mnie z ufnością.

Mamy tę samą karnację, ale tak poza tym zupełnie się różnimy. Jestem 

wzrostu  mojego ojca i po nim też prawdopodobnie odziedziczyłam 
paskudny charakter. W przeciwieństwie do mamy ja nigdy nie wyba-
czałam.

Zmusiłam się do uśmiechu.
- Myślisz więc, że nie powinnam modlić się za wygraną Highflyera?
Zaśmiała się. Taka piękna, łagodna i delikatna. Od lat to ja się nią 

zajmuję,  mimo że ona  ma czterdzieści cztery lata, a ja dwadzieścia 
jeden.

-   Założymy   się,   że   jutro   dostarczą   nam   tu   kilka   szynek?   - 

powiedziałam z uśmiechem.

8

background image

- Kochany Reeve - odparła. - Jest taki miły. Wydaje mi się, że ja też 

będę się modlić za Highflyera.

* * *

Następne   kilka   tygodni   minęło   zupełnie   zwyczajnie.   Jeździłam   na 

wspaniałych koniach Reeve’a używanych do polowania, żeby utrzymać 
je   w   formie.   Jedyna   pozytywna   rzecz,   jaką   wiedziałam   o   lordzie 
Bradfordzie, to fakt, iż nigdy nie odmawiał mu rzeczy, które powinien 
posiadać każdy gentleman. Jednak ze względu na skłonność Reeve’a do 
uprawiana hazardu odmawiał mu pieniędzy.

Niestety, Reeve bardzo lubił hazard.
Posiadłość   Reeve’a,   Ambersley,   także   była   utrzymywana   w 

znakomitym stanie. Pracowała nad tym armia służących i ogrodników. 
Reeve w każdym calu przypominał niesłychanie zamożnego, młodego 
szlachcica, którym był.

Jednakże wszystkie rachunki płacił lord Bradford i to doprowadzało 

Reeve’a do szału.

Kilka tygodni przed derbami w Epsom wybrałam się z najbliższymi 

przyjaciółmi na parę wycieczek. Co roku na wiosnę odwiedzaliśmy te 
same   miejsca   i   zaczęło   mnie   to   już   trochę   nudzić,   ale   nie   mogłam 
przecież   spędzać   każdej   wolnej   chwili   w   stajni.   Także   dzięki   tym 
wyjazdom udawało mi się odciągnąć mamę na jakiś czas od domu i 
ogrodu, co moim zdaniem miało na nią zbawienny wpływ.

Któregoś wieczoru kilkoro z nas postanowiło popływać łodziami po 

rzece   Cam,   w   pobliżu   uniwersytetu,   z   którego   pięć   lat   wcześniej 
spektakularnie wyrzucono Reeve’a. Ja znalazłam się w jednej łodzi z 
Cedrikiem Liskeyem, nowym pastorem lokalnej parafii.

Dzień był piękny. Obserwowałam, jak brązowawa woda wiruje wokół 

łodzi, podczas gdy pan Liskey porusza w niej wiosłami. Nie wiał nawet 
lekki wietrzyk, sitowie było zupełnie nieruchome. Wierzby moczyły 
swoje długie gałęzie w wodzie, a rosnące na brzegu irysy wypuszczały 
pączki.   Spokój   tego   dnia   i   rozleniwiające   ciepło   były   niezwykle 
przyjemne. Wodząc palcami po powierzchni wody, uśmiechnęłam się 
do pana Liskeya.

-   Wszyscy   są   wobec   mnie   tacy   mili,   od   kiedy   się   tu   znalazłem   - 

9

background image

powiedział. - Wydaje mi się, że zaledwie raz czy dwa razy jadłem obiad 
w domu.

Pewnie,   że   go   ciągle   zapraszają,   pomyślałam   cynicznie.   Ma 

dwadzieścia   cztery   lata,   nie   jest   żonaty   i   ma   zapewniony   bardzo 
przyzwoity byt. Każda niezamężna dziewczyna w parafii musi ostrzyć 
sobie na niego zęby. W istocie, zdziwiło mnie, że to właśnie ja dzieliłam 
z nim łódź. Myślałam, że Maria Bates już upatrzyła sobie to miejsce dla 
siebie.

- Należy pan do rodziny Cambridge’ów? - zapytałam. Oczywiście, 

zakładałam z góry, że tak było. Beneficjum w Ambersley należało do 
bardzo pożądanych, a lord Bradford nie przydzieliłby go nikomu spoza 
rodziny.

Pan Liskey uśmiechnął się do mnie. Był dość przystojnym młodym 

mężczyzną o zdrowych zębach i łagodnych oczach.

- Tak, właściwie jestem drugim kuzynem Reeve’a. Nie znamy się zbyt 

dobrze,   ale   widywaliśmy   się   przez   pewien   krótki   czas   na 
uniwersytecie.

- Aha - powiedziałam.
Przestał wiosłować i pochylił się w moją stronę.
- Moja kariera była dłuższa, ale znacznie mniej... sensacyjna.
Westchnęłam. Często wydawało mi się, że historię psikusa, którego 

zrobił Reeve dyrektorowi uczelni, przemalowując jego dom w ciągu 
jednej nocy na kolor jasnożółty, znano już w całej Anglii. Rezultatem 
tego   przedsięwzięcia   było   wydalenie   Reeve’a   z   uniwersytetu,   o   co, 
oczywiście, dokładnie mu chodziło. Nienawidził Cambridge.

-   Nie   lubię   stosować   się   do   żadnych   zasad   -   powiedział   mi 

wyzywającym tonem, kiedy ojciec zesłał go, skompromitowanego po 
wydaleniu   z   uczelni,   do   Ambersley.   -   Sam   chcę   kierować   swoim 
życiem.

Jak na ironię, właśnie to wydarzenie zadecydowało o tym, że ojciec 

Reeve’a zmienił testament, zaznaczając w nim, że jego syn może wejść 
w   posiadanie   rodzinnej   fortuny,   dopiero   gdy   skończy   dwadzieścia 
sześć lat. Tak więc swoim wybrykiem Reeve osiągnął coś dokładnie 
odwrotnego, niż zamierzał.

10

background image

- Reeve nigdy nie lubił Cambridge - powiedziałam cicho.
-   To   prawda   -   zgodził   się   pan   Liskey.   -   Od   momentu,   kiedy   go 

poznałem, wiedziałem, że długo tam nie wytrzyma. Był jak... kometa 
lecąca przez niebo nad Cambridge. Jaskrawe światło, które wokół siebie 
roztaczał, fascynowało, ale każdy rozumiał też, że Reeve w końcu się 
wypali.

Pomyślałam, że pan Liskey bardzo dobrze opisał sytuację Reeve’a w 

Cambridge. Westchnęłam.

Biedny Reeve.
- Proszę mi powiedzieć, panno Woodly - odezwał się pan Liskey - czy 

będzie   pani   może   na   wieczorku   tanecznym,   organizowanym   w 
przyszłą sobotę przez Batesów?

Otrząsnęłam się z zamyślenia i spojrzałam na niego.
- Tak, zjawię się tam - odpowiedziałam.
Wyglądał na zadowolonego.
- A więc proszę, żeby zarezerwowała pani dla mnie jeden taniec.
Wieczorek   taneczny   wydawany   przez   Batesów   należał   do   imprez 

zupełnie nieformalnych. Nie stosowano tam karnetów i tańczyło się z 
kimkolwiek, kto o to w danym momencie poprosił. Nie chciałam jed-
nak   umniejszać   wagi   wieczorku   Batesów,   toteż   z   uśmiechem 
przystałam na propozycję pana Liskey’a.

- Już nie mogę się doczekać - powiedział.
Podniósł wiosła i zaczął kierować łódź powrotem do brzegu.

Rozdział drugi

Highflyer przegrał wyścig w Epsom. Potknął się na ostatnim wzgórzu, 

a kiedy wstał, dolna część jego nogi zwisała bezwładnie. Złamał kość 
nadpęcinową. Zastrzelono go od razu, jeszcze na torze wyścigu.

- Mój Boże - jęknęłam po przeczytaniu sprawozdania z gonitwy w 

Morning Post. - To okropne. Biedny Reeve. Co za straszliwy pech.

- Mogę zobaczyć? - mama  sięgnęła po  gazetę poprzez nakryty do 

śniadania stół.

- Rzeczywiście, niedobrze - powiedziała zmartwiona po przeczytaniu 

artykułu. - Lord Bradford bardzo się zdenerwuje, kiedy się dowie, że 

11

background image

musi zapłacić za trening, a Reeve nie ma już nawet konia, którego 
mógłby sprzedać.

- Nie chodzi jedynie o pieniądze za trening - powiedziałam ponuro. - 

Myślisz, że Reeve nie obstawiłby własnego konia? Faworyta na derby?

- Ojej - powiedziała mama.
Znała Reeve’a wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że mam rację.
Po tej katastrofie nie widziałam go dwa tygodnie. Zjawił się wreszcie 

pewnego   mglistego,   czerwcowego   poranka.   Właśnie   pomagałam 
mamie w ogrodzie, który żywił nas przez całe lato i połowę zimy. 
Reeve podjechał faetonem od frontu chatki, zatrzymał się efektownie i 
zeskoczył na ziemię. Wytarłam ręce w spódnicę i podeszłam, żeby się 
przywitać.

- Witaj Reeve - powiedziałam. - Jak się masz?
- Bywało lepiej - odpowiedział krótko.
Wyglądał na chorego. Stracił na wadze, co uwydatniło jego wysokie, 

klasyczne kości policzkowe. Pod oczami miał wyraźne cienie.

- Przykro mi z powodu  Highflyera - powiedziałam łagodnie. - To 

straszne stracić dobrego konia w taki sposób.

Kiwnął zdawkowo głową. Reeve nigdy nie radził sobie zbyt dobrze ze 

swoimi uczuciami.

Podeszła do nas mama. Poklepała go delikatnie po ramieniu.
- Dobrze cię znów widzieć. Dziękujemy za szynkę.
Ona   także   wiedziała,   że   nie   należy   nadmiernie   okazywać   mu 

współczucia.

- Chciałem spytać, czy mogę zabrać Deb na przejażdżkę - powiedział 

Reeve do mamy. - Dobrze, pani Woodly?

-   Oczywiście   -   odpowiedziała.   -   Ale   zmień   najpierw   sukienkę, 

Deborah.   Nie   możesz   się   przecież   pokazywać   poza   domem   taka 
brudna.

- Nic nie szkodzi - powiedział Reeve niecierpliwie.
- Chciałabym przynajmniej umyć ręce, jeśli ci to nie przeszkadza - 

powiedziałam spokojnie. - To mi zajmie tylko chwilę.

Spojrzał na mnie posępnie.
- W porządku.

12

background image

Mój Boże. Musiało się stać coś naprawdę złego. Czyżby Bernard odmówił 

spłacenia jego długów?

Nagle zmroziła mnie inna myśl. Reeve nie poszedł chyba do lichwiarzy? 

Nie byłby aż tak głupi!

Umyłam ręce i twarz, wygładziłam sukienkę i w dziesięć minut byłam 

z   powrotem   na   dole.   Reeve   stał   obok   koni   i   rozmawiał   z   mamą. 
Wyglądał na bardzo zdenerwowanego i spiętego.

- Jestem gotowa - powiedziałam i pozwoliłam, by pomógł mi wsiąść 

na wysoki faeton.

Potoczyliśmy się powoli wiejską drogą. Przez długi czas nie odzywał 

się, spoglądał jedynie na dobraną parę swoich gniadoszy. Ja też nic nie 
mówiłam.   Wiedziałam,   że   przyjechał  do   mnie  nie  bez   powodu,   ale 
zdawałam   sobie   też   sprawę,   że   muszę   cierpliwie   poczekać   na   jego 
wyznanie.

Reeve   zjechał   z   wypielęgnowanej   ścieżki   biegnącej   przez   ogrody 

Ambersley   i   skierował   się   w   stronę   rzeki.   Podążyliśmy   jedną   z 
wiejskich   dróg   wysadzoną   po   bokach   drzewami   i   otoczoną   łąkami 
pełnymi kwiatów. W końcu zatrzymał się na poboczu. Znaleźliśmy się 
na małej polance osłoniętej od drogi przez dostojne buki.

Reeve   poluzował   wodze,   aby   konie   mogły   rozprostować   szyje,   i 

spojrzał na mnie.

Nie mogłam się już dłużej powstrzymywać.
- Co się stało, Reeve? - spytałam. - Czyżby lord Bradford odmówił 

spłacenia twoich długów z derby?

Reeve poczerwieniał.
-   Nie   chciałbym   już   nigdy   w   życiu   spędzić   takiej   godziny,   jaką 

spędziłem z Bernardem po wyścigu. Zatwardziały piernik. Wiesz, co 
mi powiedział? Że ludzie organizujący wyścigi i biorący w nich udział 
to   mieszanina   najgorszych   szubrawców   i   największych   głupców   z 
całego kraju. Uważa mnie za głupca!

Oczy Reeve’a rzucały niebezpieczne błyski, a usta mu zbielały.
-   Lord   Bradford   jest   człowiekiem   bardzo   konserwatywnym   - 

powiedziałam ostrożnie.

- Nie uwierzysz, Deb, ale on wydaje się kompletnie nie rozumieć, iż to, 

13

background image

co przegrałem na derby, to długi honorowe. - Reeve przeczesał włosy 
ręką. - Jeśli ich nie spłacę, wyrzucą mnie z Klubu Dżokeja, rozumiesz?

- Oczywiście, że musisz spłacić długi - odpowiedziałam. Po chwili 

dodałam: - A ile tak dokładnie jesteś winien?

Zmarszczył brwi.
-   Postawiłem   na   Highflyera   sześćdziesiąt   tysięcy   funtów.   Są   też 

oczywiście   pieniądze,   które   pożyczyłem   od   Bentona   na   treningi. 
Kolejne dziesięć tysięcy.

Poczułam się słabo. Siedemdziesiąt tysięcy funtów!
- A lord Bradford nie chce ci dać tych pieniędzy? - spytałam.
- Powiedział, że zapłaci, ale pod jednym warunkiem.
Po raz pierwszy odwrócił ode mnie wzrok i utkwił go w lśniących, 

cętkowanych grzbietach swoich koni.

Spojrzałam na jego profil, zacieniony przez obfite korony buków. Na 

lewe ramię czerwonej kurtki, którą miał na sobie, padał wąski pasek 
światła.

- Jaki to warunek? - podjęłam widząc, że nie ma ochoty kontynuować.
Zacisnął szczękę.
- Muszę się ożenić.
Oniemiałam.
- Ożenić? - powtórzyłam. - A co to ma wspólnego z twoimi długami?
Nie odpowiedział od razu, a ja zaczęłam się domyślać.
- Rozumiem. Znalazł ci dziedziczkę.
-   Nie   potrzebuję   dziedziczki,   Deb.   Nawet   Bernard   o   tym   wie   - 

powiedział Reeve gorzko. Odwrócił się, by znowu na mnie spojrzeć. - 
Wygląda na to, że mój szanowny kuzyn i powiernik majątku szczerze 
wierzy,   że  małżeństwo   może   mieć   na   mnie   zbawienny   wpływ.   Ma 
nadzieję, że jeśli będę miał żonę i dziecko w drodze, to wyleczę się ze 
swoich szaleństw. Obiecał mi nawet, że po ślubie przekaże mi potowe 
majątku, a jeśli będę wiódł „przyzwoite życie” przez rok, to otrzymam 
resztę.

- Mój Boże - wyjąkałam. - Może tak zrobić? Myślałam, że testament 

twojego ojca nie zezwala ci na przejęcie spadku, dopóki nie skończysz 
dwudziestu sześciu lat.

14

background image

-   Najwyraźniej   pozwolił   Bernardowi   zadecydować,   kiedy   będę 

wystarczająco   dojrzały,   by   wejść   w   posiadanie   majątku.   -   Reeve 
otwierał i zamykał dłonie na trzymanych przez siebie wodzach. Po 
chwili dodał ponuro: - Bernard nie raczył mnie o tym nigdy wcześniej 
poinformować.

Spojrzałam na jego zaciśnięte palce.
- Lord Bradford powiedział, że nie spłaci twoich długów, dopóki się 

nie ożenisz?

- Dokładnie.
To kolejny przykład na to, z jaką niezręcznością lord Bradford próbuje 

kierować   życiem   swojego   młodego   kuzyna,   pomyślałam   ze   złością. 
Jednym   z   najgorszych   sposobów   postępowania   z   Reevem   było 
stawianie go  w sytuacji bez wyjścia. A lord Bradford  robił tak bez 
przerwy.

- I co masz zamiar zrobić? - spytałam.
Reeve warknął pod nosem. Spojrzałam na niego ze współczuciem.
- Wygląda na to, że będziesz musiał się ożenić.
- Nie chcę się żenić - warknął jeszcze ostrzej.
- Nie będzie tak źle - pocieszyłam go. - Czytam gazety. Według rubryk 

towarzyskich   wiele   młodych   kobiet   byłoby   zachwyconych 
oświadczynami   przystojnego   hrabiego   Cambridge.   Kiedyś   i   tak 
będziesz musiał się ożenić, Reeve. Czemu nie miałbyś zrobić tego już 
teraz?

Przysunął się do mnie nieznacznie na siedzeniu faetonu. Jeden z koni 

potrząsnął łbem, czując jego ruch. Brzęknęło wędzidło.

- Te młode damy, o których mówisz, to jedno wielkie zbiorowisko 

paplających idiotek. Chyba bym oszalał, gdybym musiał spędzić resztę 
życia uwiązany do jednej z nich.

Przysunął się do mnie jeszcze o parę centymetrów, naruszając granicę 

mojej przestrzeni osobistej. Poczułam się jak zaganiana klacz. Reeve 
błysnął   ciemnymi   oczami   i   obdarzył   mnie   najbardziej   uroczym   ze 
swoich uśmiechów.

Spojrzałam   na   niego   czujnie.   Nigdy   nie   ufałam   temu   uśmiechowi. 

Reeve często używał go bez skrupułów, żeby postawić na swoim.

15

background image

- Rozmyślałem o sytuacji, w której się znalazłem, Deb, i wpadłem na 

wspaniały pomysł - zamruczał. - A gdybyśmy tak się zaręczyli?

Spojrzałam na niego zszokowana.
- Oszalałeś? - wykrztusiłam wreszcie.
- Nie musiałabyś za mnie wychodzić - zapewnił mnie uspokajającym 

tonem. - Kiedy tylko Bernard dowie się o zaręczynach, spłaci moje 
długi. A może nawet, jeśli dobrze to rozegram, uda mi się go nakłonić, 
by przepisał na mnie połowę spadku, nim ślub w ogóle się odbędzie. 
Nie może przecież oczekiwać, byśmy pobrali się natychmiast. Potrzeba 
wiele czasu, żeby zorganizować wesele, nieprawdaż?

- Nie mam pojęcia - odparłam stanowczo. - Naprawdę chciałabym ci 

pomóc Reeve, ale twój plan jest niewykonalny.

- Czemu? - Reeve przysunął się do mnie jeszcze bliżej.
Odsunęłam się od niego.
- Po pierwsze, lord Bradford nie uzna mnie za dobrą partię dla ciebie. 

Jesteś członkiem Izby Lordów, a ja mieszkam w drewnianej chatce!

- Nie ma najmniejszego problemu, jeśli chodzi o twoje urodzenie, Deb 

- powiedział. - Czy nie jesteś córką barona? Nie potrzeba też, żebyś była 
zamożna.   Na   Boga,   mam   przecież   tyle   pieniędzy,   że   mógłbym 
zaopatrzyć w nie cały kraj, jeśli tylko Bernard dałby mi do nich dostęp!

- Lord Bradford nie uznałby mnie za odpowiednią kandydatkę na 

żonę dla kogoś o twojej pozycji - powtórzyłam, potrząsając głową.

- Do diabła z tym, co Bernard uważa za odpowiednie - odparł Reeve. 

Jego oczy rzucały niebezpieczne błyski. - Nie mówił, że mam poślubić 
córkę księcia. Powiedział jedynie, że mam sobie znaleźć żonę.

Napierał na mnie całą siłą swojej osobowości i czułam, że nie będę w 

stanie długo mu się przeciwstawiać.

- Przestań spychać mnie z faetonu - powiedziałam gniewnie. - Nie 

wyjdę za ciebie.

-   Nie   będziesz   musiała   za   mnie   wychodzić.   Uroczyście   ci   to 

przyrzekam,   Deb.   Będziemy   jedynie   udawać,   że   się   zaręczyliśmy. 
Poinformujemy o tym Bernarda, wyślemy zawiadomienie do Morning 
Post,
 a potem Bernard spłaci moje długi, tak jak obiecał.

- A w jaki sposób mamy potem zerwać te zaręczyny?

16

background image

Jak tylko wypowiedziałam te słowa, już wiedziałam, że popełniłam 

błąd. Reeve natychmiast wykorzystał fakt, że w ogóle rozważałam jego 
propozycję.

-   Myślę,   Deb,   że   najlepszym   rozwiązaniem   byłoby   podtrzymywać 

pozory   przez   kilka   miesięcy.   Jeśli   Bernard   uwierzy,   że   moje   plany 
małżeńskie są naprawdę poważne, może przepisze na mnie też połowę 
moich pieniędzy, nim dojdzie do ślubu.

Założyłam ręce na piersi.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, w jaki sposób mamy potem 

zerwać zaręczyny.

-   Stwierdzimy,   że   jednak   do   siebie   nie   pasujemy   -   pośpieszył   z 

odpowiedzią.

Zmarszczyłam czoło.
- Nie wiem, Reeve. To brzmi... nieuczciwie.
- Chcę tylko przejąć mój spadek - odparł. - Czy to jest nieuczciwe?
Byłam   uczesana   w   zwykły   sposób,   z   jednym   dużym   warkoczem 

opadającym na plecy. Zdenerwowana, obgryzałam jego koniec patrząc 
na Reeve’a i próbując coś zdecydować.

Ujął moją dłoń.
-   Pomóż   mi,   Deb   -   powiedział   perswazyjnym   tonem.   -   Nie   znam 

nikogo innego, kogo mógłbym o to poprosić.

- Mamie się to nie spodoba.
- Ostatni raz słuchałaś się matki, kiedy miałaś osiem lat - prychnął.
Nadal się wahałam.
- Deb - kontynuował - jeśli mi nie pomożesz, będę musiał sprzedać 

stajnie.

Spojrzałam na niego z przerażeniem.
- Muszę skądś wziąć pieniądze na spłacenie długów. Trzeba będzie 

sprzedać konie do polowania.

Oczy mu błyszczały. Wiedział, że już mnie ma.
Milczałam może przez dziesięć sekund.
- W porządku, Reeve - odezwałam się w końcu. - Zaręczę się z tobą.
Objął mnie ramieniem i przytulił mocno.
- Świetna z ciebie dziewczyna, Deb. Wiedziałem, że mogę na ciebie 

17

background image

liczyć.

- To był szantaż - poskarżyłam się, podczas gdy on skracał wodze i 

wycofywał konie, by wyjechać z powrotem na drogę.

Reeve zachichotał.
Trudno, pomyślałam, to nie może być znowu takie straszne. Zawsze 

uważałam, że ojciec Reeve’a potraktował go bardzo niesprawiedliwie 
zmieniając testament.

I miło było znów patrzeć na radosnego Reeve’a.

* * *

Poszliśmy razem, żeby oznajmić mojej mamie, co mieliśmy zamiar 

zrobić.   Tak   jak   przypuszczałam,   była   całkowicie   przeciwna   naszym 
zamierzeniom.

- To będzie oszustwo - zaprotestowała. - Nie podoba mi się wasz plan.
- Ależ nieprawda, pani Woodly - zapewnił ją Reeve. - Muszę jedynie 

przekonać mojego kuzyna, że jestem zaręczony, żeby on spłacił moje 
długi.

- Ale przecież nie będziecie zaręczeni - powiedziała mama.
- Będziemy - odpowiedział Reeve. - Tylko potem zerwiemy zaręczyny.
Spojrzał na mnie szukając poparcia, a ja przewróciłam oczami.
Siedzieliśmy wszyscy w naszym saloniku, ja i mama na sofie obok 

kominka,   a   Reeve   naprzeciwko   nas,   na   jednym   z   dwóch   krzeseł   z 
wysokim oparciem. Zawsze wyglądał na absurdalnie wielkiego w tym 
małym pomieszczeniu.

-   To   wszystko   nie   jest   takie   proste,   jak   ci   się   wydaje,   Reeve   - 

powiedziała   mama.   -   Lord   Bradford   na   pewno   będzie   chciał,   byś 
przedstawił mu swoją narzeczoną.

- A czemu miałby jej nie poznać? - Reeve machnął ręką.
Spojrzałam na swoją suknię i pomyślałam o reszcie mojej garderoby.
- Reeve - powiedziałam. - Wyglądam jak nędzarka. Mama ma rację. 

Ten twój plan po prostu się nie uda.

- Oczywiście, że się uda - odparł. - I zaraz ci powiem dlaczego. Dwa 

dni temu poszczęściło mi się u Waltera.

Stłumiłam   jęk.   Waiter   był   jednym   z   najbardziej   ekskluzywnych 

domów   gry   w   Londynie   i   martwiło   mnie,   że   Reeve   nadal   tam 

18

background image

uczęszcza. Jednakże zaskoczyło mnie jego kolejne stwierdzenie.

- Zakończyłem grę z dziesięcioma tysiącami funtów w kieszeni.
Dla mnie to była ogromna suma, ale dla człowieka takiego jak Reeve, 

który był zadłużony na siedemdziesiąt tysięcy, nie znaczyła ona nic. 
Zdziwiłam się, że nie chciał kontynuować gry, by zgromadzić więcej 
pieniędzy. Z reguły nie wycofywał się tak wcześnie.

- Wiesz, co zrobię z tymi pieniędzmi? - zwrócił się do mnie.
Potrząsnęłam głową.
-   Zabiorę   cię   do   Londynu,   żebyś   skompletowała   sobie   przyzwoitą 

garderobę - powiedział z zadowoleniem.

- Co!?
- Słyszałaś, co powiedziałem.
- Nie mogę pozwolić, żebyś to dla niej zrobił, Reeve - oznajmiła mama 

stanowczo. - To by było niestosowne.

-   Ależ   skąd   -   powiedział   Reeve.   -   Rozumiem   to   jako   korzystną 

inwestycję, która później zwróci mi się dziesięciokrotnie.

- Chwileczkę - wtrąciłam się. - Zgodziłam się na to, żeby udawać twoją 

przyszłą żonę, ale nie na wyprawę do Londynu czy na nową garderobę.

Reeve   wyciągnął   przed   sobą   swoje   długie   nogi   i   oparł   jeden 

wypolerowany but na drugim.

- Jak ci już mówiłem, Deb, w twoim pochodzeniu nie ma nic złego, ale 

twoja garderoba to katastrofa.

Spojrzałam na niego wilkiem.
- Ten cały fortel zaczyna się coraz bardziej komplikować. Nie tak to 

przedstawiałeś na początku.

Uśmiechnął się do mnie protekcjonalnie.
- Nie zapominaj o koniach do polowania, Deb.
-   Deborah   -   powiedziała   mama.   -   Nie   pozwalam   ci   na   to.   Ale   ja 

pamiętałam o koniach.

- Muszę to zrobić, mamo - stwierdziłam obłudnie. - Nie zostawię tak 

Reeve’a. To by było nieuczciwe.

Uśmiechnął się do mnie szelmowsko.
- Takiej właśnie postawy człowiek oczekuje od swojej przyszłej żony.
Z trudem powstrzymałam się, by nie rzucić czymś w tę jego twarz, 

19

background image

promieniującą niezwykłym zadowoleniem z siebie.

* * *

Reeve miał w Londynie dom na Berkeley Square i tam właśnie zawiózł 

mnie   i   mamę   w   dwa   dni   po   naszej   rozmowie   na   polanie.   Sezon 
londyński   już   się   kończył   i   Reeve   powiedział,   że   będzie   mógł 
wprowadzić mnie do towarzystwa bez specjalnego rozgłosu, jako że 
większość najważniejszych balów już się odbyła.

Jeśli   o   mnie   chodzi,   wolałam   w   ogóle   nie   być   wprowadzana   do 

towarzystwa,   ale   Reeve   uznał   to   za   konieczność.   Obie   miałyśmy 
zakupić sobie garderobę, jako że mama została moją przyzwoitką, i po-
jawić się na kilku balach kończących sezon.

Reeve mówił, że wszystko pójdzie gładko.
Jednak   nie   wyglądało   na   to,   żeby   miało   pójść   tak   gładko,   jak 

zapowiadał.

Skompletowanie garderoby nie sprawiło nam kłopotu. Krawcowa na 

Bond Street wydawała się rozbawiona zadaniem uszycia dla mnie i dla 
mamy podstawowego zestawu ubrań, potrzebnego nam na pokazanie 
się w towarzystwie.

Muszę przyznać, że miło było dla odmiany mieć w swojej garderobie 

ładne, modne suknie. Krawcowa była zadowolona z mojej szczupłej 
talii i długich nóg i powiedziała, że taka budowa ciała świetnie nadaje 
się   do   prezentowania   modnych   obecnie   sukien   z   wysokim   stanem. 
Natomiast   moimi   wadami   był   zbyt   mały   biust,   oraz   delikatnie 
zarysowane mięśnie na ramionach i plecach.

- Często jeżdżę konno - wytłumaczyłam.
-   Jeśli   chodzi   o   suknie   dzienne,   nie   będzie   problemu.   Ale   suknie 

wieczorowe. Mon Dieu! Zaprojektuję do nich małe rękawki, które skryją 
to zniekształcenie - zdecydowała Madame Dufand, przygryzając wargi. 
- Niestety nic się nie da zrobić, jeśli chodzi o plecy.

- Lordowi Cambridge nie przeszkadzają moje mięśnie - zapewniłam ją. 

- W końcu to jego konie ujeżdżam.

Krawcowa miała co do tego wątpliwości, ale po odrobinie perswazji 

uszyła dla mnie trzy piękne suknie wieczorowe.

Również mama dostała nową garderobę. Trapiła się tym, gryzło ją 

20

background image

sumienie, więc starałam się nakłonić ją, by się odprężyła i dobrze się 
bawiła.

- Uwierz mi, mamo, te dziesięć tysięcy funtów, które wydaje na nas 

Reeve, wróciłoby z powrotem do kasy u Waitera, gdyby nie były mu 
one potrzebne na stworzenie pozorów dla Bernarda - zapewniłam ją.

Uszycie dla nas pierwszych kreacji zajęto madame Dufand zaledwie 

dwa dni. W tym samym czasie Reeve wystał zawiadomienie o swoich 
zaręczynach do lorda Bradforda. Zamieścił też ogłoszenie w  Morning 
Post.
 Zawiadamiało ono o naszych zaręczynach oraz o tym, że wraz z 
mamą   miałyśmy   zabawić   kilka   tygodni   na   Berkeley   Square,   przed 
powrotem do wiejskiej posiadłości na okres lata.

Muszę przyznać, że poczułam mrowienie w żołądku, widząc własne 

nazwisko   wydrukowane   czarno   na   białym:  Deborah   Mary   Elizabeth 
Woodly,   córka   świętej   pamięci   Lorda   Lynly   z   Rezydencji   Lynly;
  dalej 
widniało   nazwisko   Reeve’a,   a   na   samym   końcu:  zaplanowane 
małżeństwo.

Tydzień wcześniej o tej samej porze pływałam po rzece Cam z panem 

Liskeyem. A teraz byłam w Londynie z Reevem, przygotowując się na 
spotkanie z tutejszym towarzystwem jako jego przyszła żona.

Zawsze   byłam   dumna   z   moich   stalowych   nerwów.   Mogłam 

przeskoczyć każdą przeszkodę, zuchwale przeprowadzić nerwowego 
konia przez każdy teren, ale myśl o pojawieniu się w londyńskiej sali 
balowej sprawiała, że czułam się jak trzylatek, który pierwszy raz w 
życiu styka się ze stadem ogarów.

- Jesteśmy zaproszeni na dzisiejszy wieczór do Merytonów - oznajmił 

radośnie przy śniadaniu Reeve. - To będzie dobre miejsce, bym po raz 
pierwszy przedstawił cię jako moją wybrankę.

Spojrzałam na niego, zwężając oczy.
- Ile ludzi ma być na tym balu?
- Nie więcej niż setka, jak sądzę - odpowiedział. - W Londynie jest 

coraz mniej osób z towarzystwa, wszyscy wyjeżdżają już do swoich 
wiejskich posiadłości lub do Brighton.

- Reeve, mój drogi, może dla ciebie setka osób to nie jest dużo, ale dla 

nas owszem - powiedziała łagodnie mama.

21

background image

Pochylił się nad stołem, by poklepać ją po dłoni.
-   Będę   się   wami   opiekował,   pani   Woodly.   Proszę   się   niczego   nie 

obawiać. Wszystko będzie dobrze.

Ha,   pomyślałam.   Jeśli   mogłam   polegać   jedynie   na   jego   opiece,   to 

znajdowałam się w niezłych tarapatach.

Rozdział trzeci

W  trakcie   przygotowań   do   balu   u   Merytonów   byłam   dość 

zdenerwowana,  ale mężnie starałam się to  ukryć. Pokojówka,  którą 
Reeve wynajął dla moich osobistych potrzeb, spięła mi włosy u nasady 
karku w pozornie prosty kok. Dookoła niego poutykała białe róże i 
użyła żelazka do karbowania, by ujarzmić dwa loczki i zmusić je, by 
opadały miękko na uszy.

Pierwotnym pomysłem fryzjerki było ścięcie moich włosów na krótko, 

według panującej mody. Jednakże dowiedziawszy się, że oznaczałoby 
to spędzanie codziennie wielu godzin pod żelazkiem do karbowania, 
wyraziłam sprzeciw i moje włosy pozostały długie.

Pokojówka   zapinała   właśnie   małe,   kryte   guziki   z   tyłu   mojej 

jasnoniebieskiej sukni, kiedy otworzyły się drzwi i weszła mama.

Wyglądała przepięknie. W przeciwieństwie do mnie zgodziła się na 

obcięcie   włosów   i   krótkie   blond   loczki   obramowujące   jej   twarz 
sprawiały,   że   wyglądała   niezwykle   młodo.   Zaparło   mi   dech   w 
piersiach.

- Jesteś piękna, mamo - oświadczyłam szczerze.
- Ty też, córeczko - powiedziała uśmiechając się.
Kochana mama. Wiedziała, że wylewny komentarz na temat mojego 

wyglądu był ostatnią rzeczą, jakiej mi było w tej chwili potrzeba.

- Czy panna Woodly jest już gotowa? - spytała mama mojej pokojówki, 

Susan.

- Jeszcze pięć minut, pani Woodly - odparła Susan.
Mama poklepała mnie delikatnie po ramieniu.
- Poczekam na ciebie na dole, Deborah - powiedziała.
Pokiwałam głową.
Siedem   minut   później   szłam   powoli   korytarzem   domu   Lamberth, 

22

background image

nadal starając się nie pokazywać po sobie zdenerwowania, które mnie 
ogarnęło. Schodząc po schodach zauważyłam Reeve’a, który stał u ich 
stóp i spoglądał na mnie. Miał wyraz twarzy, jakiego nigdy wcześniej u 
niego nie widziałam.

- Mój Boże, Deb - powiedział. - Jesteś piękna.
Zeszłam na dół i spojrzałam na niego z powątpiewaniem.
- Naprawdę myślisz, że dobrze wyglądam?
- Dobrze? - nadal wpatrywał się we mnie intensywnie. - Myślę, że 

znacznie lepiej niż dobrze.

Wygładziłam niebieski jedwab na mojej sukni. Była wycięta głębiej niż 

cokolwiek, co kiedykolwiek miałam w życiu na sobie, a ja wypełniałam 
ten dekolt w podziwu godny sposób. Madame Dufand bez wątpienia 
wiedziała,   jak   ukryć   wszelkie   moje   defekty   w   tym   rejonie.   Reeve 
docenił jej wysiłki. Wpatrywał się we mnie bezwstydnie.

On   sam   wyglądał   wspaniale.   Był   ubrany   w   czarną   wieczorową 

marynarkę,   która   pięknie   leżała   na   jego   szerokich   barkach   i   była 
zaledwie odrobinę ciemniejsza od jego włosów i oczu.

- Przestań wpatrywać się w mój biust - powiedziałam z irytacją.
Reeve wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Mama pojawiła się w drzwiach salonu, w którym na nas czekała.
- Jesteś gotowa, kochanie?
Znów spojrzałam na nią z podziwem. Była ubrana w błękitną suknię, 

która podkreślała kolor jej oczu. Wyglądała delikatnie i pięknie, jak 
figurka z porcelany.

Ja nigdy w życiu nie będę wyglądać jak figurka z porcelany.
- Będę towarzyszył dwóm najpiękniejszym paniom w całym Londynie 

- powiedział z galanterią Reeve.

Spojrzałam na niego ponuro.
-   Jeśli   zostawisz   mnie   samą   na   tym   przyjęciu,   to   cię   uduszę   - 

poinformowałam go.

- Mężczyźni zaczną się wokół ciebie tłoczyć - powiedział. - Nie będę w 

stanie się do ciebie dopchać.

- Nikogo tam nie znam - wytknęłam. - Na naszych balach proszą mnie 

do tańca, bo każdy mnie zna.

23

background image

- Ale teraz nie wyglądasz tak jak wtedy, kiedy wybierasz się na bal w 

Cambridge - przypomniał. - Madame Dufand zrobiła świetną robotę.

- Ja myślę - fuknęłam. - Słono sobie za nią policzyła.
- Przestań narzekać. - Reeve nałożył mi na ramiona lekką pelerynę, a 

potem zrobił to samo dla mamy. - Powóz czeka, moje panie. Chodźmy.

* * *

Bal   u   Merytonów   był   dla   mnie   rewelacją.   Nigdy   wcześniej   nie 

widziałam tylu elegancko ubranych osób naraz. Nigdy też nie byłam 
obiektem takiego zainteresowania.

Zaczęło się od samej gospodyni, która obejrzała mnie z nieskrywanym 

zaciekawieniem.

-   Więc   to   ty   jesteś   tą   szczęśliwą   kobietą,   która   schwyciła   naszego 

Korsarza - powiedziała.

Spojrzałam na nią skonsternowana, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Korsarza?
- Lady Meryton, pani pozwoli, że przedstawię pannę Deborah Woodly 

- powiedział surowo Reeve. - Zgodziła się zostać moją żoną.

- Gdzie ją poznałeś Cambridge? - spytała lady Meryton. - Czy zdajesz 

sobie sprawę, że całe towarzystwo jest wstrząśnięte tą nagłą decyzją?

Reeve spiorunował ją najczarniejszym ze swoich spojrzeń.
- Znamy się od zawsze, proszę pani - wtrąciłam cicho. - Mieszkam 

niedaleko Ambersley.

- Masz więc, kochanie, dużo szczęścia - poinformowała mnie lady 

Meryton. - Połowa młodych dam w Londynie przywdziała żałobę.

Z trudem powstrzymałam się, by nie przewrócić oczami.
Zostawiliśmy lady Meryton w holu i ruszyliśmy w stronę salonu, skąd 

dobiegała muzyka. Kiedy tylko pojawiliśmy się w drzwiach, wszyscy 
obrócili się, by na nas spojrzeć.

- Mój Boże, o co tu chodzi? - mruknęłam do Reeve’a.
-   Nie   zwracaj   na   nich   uwagi   -   odparł,   ale   widziałam,   że   jest 

zirytowany. Wziął mnie pod ramię i prawie wciągnął do salonu. Mama 
cicho podążyła za nami u mojego drugiego boku.

W całym pomieszczeniu było słychać podekscytowane szepty. Nigdy 

w życiu nie wywołałam takiego poruszenia. To musiało być z powodu 

24

background image

Reeve’a. O co w tym wszystkim chodziło?

Właśnie rozpoczynał się nowy taniec. Reeve natychmiast wziął mnie 

za rękę i poprowadził na parkiet. Nic nie mówił, ale minę miał dość 
posępną.

Tańczyliśmy   kadryla,   co   wymagało   ode   mnie   pewnego   skupienia, 

więc   nie   miałam   okazji,   by   spytać   Reeve’a,   co   to   wszystko   miało 
znaczyć. Jak tylko skończyliśmy, wróciliśmy do mamy, która usiadła 
wśród innych przyzwoitek. Chciałam właśnie spytać Reeve’a dlaczego 
zostaliśmy   przyjęci   w   tak   osobliwy   sposób,   kiedy   podeszło   do   nas 
dwóch gentlemanów domagając się, by mnie im przedstawił.

Reeve spojrzał na nich z rezygnacją.
- Deb, to  są moi  przyjaciele. Przedstawiam ci pułkownika  Angusa 

Macintosha i pana Devereaux Milesa, z którym znam się jeszcze z Eton.

Pułkownik był starszym mężczyzną o wyglądzie osoby prostodusznej. 

Miał rudo-blond włosy i niemodnie przystrzyżone wąsy. Pan Miles był 
w wieku Reeve’a. Jego jasne włosy były gładko przyczesane, a piwne 
oczy spoglądały przyjaźnie.

- Miło mi panią poznać, panno Woodly - powiedział. - Byłem dość 

zaskoczony   wieścią   o   zaręczynach   Reeve’a.   Jednak   teraz,   kiedy   już 
panią zobaczyłem, w pełni rozumiem jego decyzję.

- Dziękuję - odparłam.
Kiedy tylko pan Miles wypowiedział imię Reeve’a, wiedziałam, że są 

starymi   przyjaciółmi.   Od   urodzenia   Reeve   był   nazywany   drugim 
tytułem jego ojca, barona Reeve’a. Pięć lat temu, po śmieci ojca, stał się 
lordem   Cambridge,   ale   ci,   którzy   znali   go   wcześniej,   nie   przestali 
nazywać go Reeve.

- Byłbym zaszczycony, gdyby zatańczyła pani ze mną - powiedział 

pan Miles. Spojrzał na Reeve’a. - To znaczy, jeśli Reeve nie będzie miał 
mi tego za źle.

Zerknęłam na Reeve’a, ale on uśmiechnął się jedynie beznamiętnie i 

skinął głową.

Zatańczyłam z panem Milesem.
Zatańczyłam z pułkownikiem Macintoshem.
Tańczyłam z wieloma innymi gentlemanami, których przedstawił mi 

25

background image

Reeve.

Natomiast Reeve nie tańczył prawie wcale, zaledwie dwa razy ze mną 

i jeden raz z mamą. Spędził cały wieczór opierając się o ścianę koło jej 
krzesła, z rękami założonymi na piersi. Od czasu do czasu rozmawiał z 
mamą, głównie jednak obserwował salę spod przymrużonych powiek, 
z lekko szyderczym uśmiechem.

Większość uczestniczek balu wydawała się bezustannie obserwować 

go   ukradkiem.   Dopiero   kiedy   odwiedziłam   damską   toaletę, 
dowiedziałam się czegoś o londyńskiej reputacji Reeve’a. Podeszła do 
mnie młoda dama o twarzy w kształcie serca i o wielkich, fiołkowych 
oczach.

- Nazywam się Amanda Pucket, panno Woodly. Nie chciałabym, żeby 

pani   pomyślała,   że   jestem   nieuprzejma,   ale   ja   po   prostu   muszę 
wiedzieć, w jaki sposób poznaliście się z lordem Cambridgem.

Powtórzyłam to, co mówiłam już wcześniej, że znamy się od zawsze.
- Och, jakie pani ma szczęście! - wykrzyknęła inna siedemnastolatka o 

błyszczących oczach. - Poślubi pani Korsarza!

Już drugi raz ktoś tak nazwał Reeve’a.
-   Czy   Korsarz   to   przezwisko   lorda   Cambridge’a?   -   spytałam 

zdumiona.

Stojące wokół mnie dziewczęta spojrzały na mnie, jak gdybym była 

szalona.

- Musiała pani chyba słyszeć o Korsarzu? - spytała Amanda Pucket.
Potrząsnęłam głową.
-   To   najnowszy   wiersz   lorda   Byrona   -   poinformowała   mnie.   -   Od 

czasu, gdy ukazał się w lutym, ludzie ciągle porównują jego głównego 
bohatera, Konrada, z lordem Cambridgem.

- Mój Boże - westchnęłam. Biedny Reeve.
- Oczywiście, Konrad jest wzorowany na samym Byronie, ale lord 

Cambridge jest dużo przystojniejszy - powiedziała z czcią Amanda. - 
Ma kruczoczarne włosy, które opadają mu na czoło jak Konradowi, ma 
takie same błyszczące oczy i...

Inna dziewczyna zamknęła oczy i zaczęła recytować z uczuciem:

26

background image

W szyderczym jego, chociaż głośnym śmiechu,
Jakby sam szatan śmiał się w jego echu,
Jest coś, co w sercu słyszących go ludzi
I gniew, i trwogę, i nienawiść budzi

.

„Sam szatan?” Musiałam powstrzymywać się od śmiechu.

Inna młoda dama kontynuowała z jeszcze większym przejęciem:

Czuł się występnym - lecz dumny, rozumiał,
że nikt nie lepszy, choć nim zdać się umiał.

Nagle zrobiło mi się zupełnie nie do śmiechu.
- Rozumie pani, panno Woodly - wytłumaczyła Amanda. - Konrad ma 

straszną tajemnicę, która rani jego duszę i dlatego zachowuje się w taki 
sposób.

Uśmiechnęła się promiennie.
- Koniecznie musi pani przeczytać Korsarza.
-   Tak   -   powiedziałam.   Poczułam   się   trochę   słabo,   ale   starałam   się 

zrobić dla Reeve’a co w mojej mocy. - Lord Cambridge ma niewiele 
wspólnego z Korsarzem, nawet, jeśli ma błyszczące oczy i czarne włosy.

Przejęta Amanda westchnęła.
- Wie pani, co Caro Lamb powiedziała o Byronie? „Zły, szalony i 

niebezpieczny”.   Moja   mama   uważa,   że   te   słowa   jeszcze   lepiej 
charakteryzują lorda Cambridge’a i że mam trzymać się od niego z 
daleka.

Wszystkie dziewczęta wpatrywały się we mnie tęsknie.
- Szczęściara z pani!

* * *

Po powrocie do domu mama od razu poszła spać, ale ja wiedziałam, 

że nie zasnę, dopóki nie rozwikłam tej niezwykłej historii. Poprosiłam 
więc Reeve’a, żeby napił się ze mną herbaty w salonie.

- Chodźmy do biblioteki - odparł. - Ty możesz się napić herbaty, a ja 

 Korsarz, tł. Edward Odyniec [w:] Byron Wiersze i poematy, red. Juliusz Żuławski. PIW, Warszawa 1954.

27

background image

naleję sobie brandy.

Przeszliśmy   po   czarno-białej   marmurowej   posadzce   do   biblioteki. 

Weszliśmy   do   wysokiego   pokoju,   wyłożonego   dębową   boazerią   i 
wypełnionego półkami z książkami. Reeve podszedł do szafki w rogu 
po butelkę i skinął, bym usiadła. Wybrałam jeden z foteli w jedwabnym 
obiciu, naprzeciw rzeźbionego dębowego kominka.

Chwilę później Reeve usiadł koło mnie. Postawił butelkę brandy na 

małym stoliczku obok swojego krzesła i nalał sobie kieliszek.

-   Byłem   pewien,   że   wzbudzisz   zainteresowanie,   Deb,   ale   nie 

podejrzewałem,   że   staniesz   się   gwiazdą   balu   -   powiedział.   Łyknął 
brandy.   -   Wielu   mężczyzn,   którzy   poprosili   cię   do   tańca,   ledwie 
znalem.

Do   salonu   wszedł   lokaj,   niosąc   herbatę   w   pięknym   imbryku 

Wedgwooda. Postawił ją przede mną na niskim stoliku. Nalałam sobie 
filiżankę i wsypałam odrobinę cukru. Wzięłam mały łyk i spojrzałam 
na Reeve’a. Okazało się, że mnie obserwuje.

-   Ta   cała   sprawa   z  Korsarzem  musi   doprowadzać   cię   do   szału   - 

powiedziałam.

- A więc już słyszałaś? - westchnął.
-  Zostałam  przydybana  w  damskiej   toalecie  przez  grupę  młodych, 

egzaltowanych dam.

- Nawet sobie nie wyobrażasz, jakim piekłem stało się moje życie od 

czasu   opublikowania   tego   wiersza.   Chętnie   skręciłbym   kark   temu 
draniowi Byronowi. Niektórzy nawet twierdzą, że wzorował tego idio-
tycznego Konrada na mnie!

-   Z   tego,   co   mówiły   dziewczęta,   jesteś   tylko   do   niego   podobny   - 

stwierdziłam trzeźwo. - To nie może być aż takie straszne, Reeve. Wiesz 
jak młodzież łatwo ulega sugestii. A poza tym, nie możesz oczekiwać, 
że nie wzbudzisz żadnych komentarzy, jeśli zachowujesz się ciągle jak 
jakiś arogancki renesansowy książę.

Nie wspomniałam, że istniały też inne aspekty jego osobowości, które 

powodowały,   że   porównywano   go   do   skazanego   na   zgubę, 
autodestrukcyjnego, nękanego wyrzutami sumienia bohatera.

- Nie jestem arogancki - oburzył się Reeve.

28

background image

-   Dzisiaj   z   pewnością   na   takiego   wyglądałeś   -   odparłam.   -   Nie 

tańczyłeś z nikim prócz mnie i mamy. Cały czas stałeś z założonymi 
rękoma, oparty o ścianę i wyglądałeś... wyglądałeś... no cóż, arogancko. 
W Cambridge zachowujesz się o wiele lepiej.

Skończył swoją brandy i nalał sobie następny kieliszek.
- Tak - oświadczył pogardliwie. - Wyszedłbym na niezłego chama, 

gdybym nie chciał zatańczyć z córkami okolicznych ziemian.

Od razu go zrozumiałam. On nigdy nie odważyłby się nas obrazić, 

właśnie dlatego, że córki ziemian i cała reszta mieszkańców naszego 
miasteczka była tak bardzo poniżej jego klasy społecznej. Co innego 
tutaj, wśród osób równych mu statusem.

-   Chyba   już   teraz   rozumiesz,   Deb,   dlaczego   nigdy   nie   będę   mógł 

poślubić żadnej z tych głupkowatych dziewczyn.

- Ależ Reeve - powiedziałam, marszcząc brwi - chyba istnieją jakieś 

inne,   godne   twoich   zalotów   panie.   Z   pewnością   dziewczęta,   które 
dzisiaj spotkałam w toalecie, nie są jedynym typem kobiet, jaki można 
spotkać w Londynie!

-   To   jedyny   typ,   jaki   znam   -   westchnął   ponuro   Reeve.   -   Tak   to 

wygląda,   Deb.   Ludzie   z   towarzystwa   wysyłają   swoje   siedemnasto-, 
osiemnastoletnie   córki   do   Londynu   na   jeden   lub   dwa   sezony.   Jeśli 
dziewczyna nie znajdzie w tym czasie kandydata na męża, wraca do 
domu,   by   dać   szansę   swojej   siostrze.   Naprawdę   nie   chcę   poślubić 
siedemnastolatki.

Nie dziwiłam mu się. Takie małżeństwo skończyłoby się katastrofą. 

Reeve   był   zbyt   skomplikowanym   mężczyzną,   by   taka   młoda 
dziewczyna mogła sobie z nim poradzić.

Łyknęłam herbaty.
-   A   twoi   przyjaciele?   Nie   mają   sióstr,   które   byłyby   dla   ciebie 

odpowiednią partią?

Potrząsnął głową i odstawił kieliszek.
-   Wiesz,   jaka   się   stałaś   piękna,   Deb?   Nie   sądziłem,   że   pod   tymi 

strasznymi ubraniami kryje się tyle urody.

Spojrzałam na niego ostrzegawczo.
- Jeśli jeszcze raz spojrzysz na mój biust, Reeve, to czymś w ciebie 

29

background image

rzucę.

Uśmiechnął się, beztrosko i radośnie, co przywróciło mu jego wygląd 

dwudziestoczterolatka.

- Wprawiam cię w zakłopotanie?
- Sprawiasz, że czuję się niezręcznie - odparłam.
- To dobrze.
Rzuciłam w niego małą poduszką, która leżała na moim fotelu.
Zrobił unik i roześmiał się.
- Ciekawe, co pomyśli o tobie Bernard? - powiedział. Napił się brandy.
- Pewnie uzna mnie za chłopczycę - odparłam.
- Zresztą nieważne, co sobie pomyśli - oświadczył Reeve z uporem. - 

Jego warunkiem było, żebym się ożenił. Nie ma prawa narzekać na mój 
wybór.

- Muszę przyznać, że niezbyt mnie raduje perspektywa spotkania z 

nim - wyznałam z niechęcią.

-   Nie   dziwię   ci   się.   To   stary   sztywniak.   Ale   nie   możesz   się   teraz 

wycofać,   Deb.   Nie   rób   mi   tego.   Ogłoszenie   już   wydrukowane,   a 
Bernard pewnie zjawi się tu jutro lub pojutrze. Bądź dzielna, uszy do 
góry, razem sobie z tym poradzimy.

- Mam taką nadzieję - westchnęłam. - Naprawdę nie wiem, Reeve, jak 

ci się udało mnie do tego namówić.

- Zrobiłaś to, bo jesteś moją najlepszą przyjaciółką i nie chciałaś mnie 

zawieść   -   odparł.   Uniósł   jedną   brew.   -   Nie   chciałaś   też   stracić 
możliwości ujeżdżania moich koni. - Podał mi szklankę napełnioną do 
połowy brandy. - Masz, napij się. Lepiej ci to zrobi niż ta mdła herbata.

Wzięłam   od   niego   brandy   i   wypiłam   jednym   haustem.   Zaczęłam 

kasłać, ale ciepło od razu rozlało się po moim ciele.

- Rzeczywiście, już mi lepiej - przyznałam.
-   Chodź   -   powiedział.   -   Czas   spać.   Znajdę   dla   ciebie   świecę   i 

odprowadzę cię na górę.

Wstałam i lekko zakręciło mi się w głowie. Zachwiałam się i Reeve 

wyciągnął dłoń, żeby mnie podtrzymać.

- W porządku Deb? - spytał.
Nabrałam powietrza w płuca.

30

background image

- Tak.
Reeve   odprowadził   mnie   pod   drzwi   mojego   pokoju.   Kiedy   tam 

staliśmy, pochylił się i pocałował mnie w policzek.

- Dziękuję, Deb - powiedział z powagą. - Naprawdę doceniam to, co 

dla mnie robisz.

Poklepałam go po ramieniu.
- Od czego ma się przyjaciół? - odparłam lekkim tonem i schroniłam 

się w moim uroczym, obitym perkalem pokoju.

Rozdział czwarty

Następnego popołudnia o piątej, porze na przejażdżki, Reeve zabrał 

mnie do parku. Kiedy wróciliśmy do domu, okazało się, że przybył 
lord Bradford. Lokaj Jermyn poinformował nas, że mama podejmuje 
gościa herbatą w salonie.

- Odwagi, Deb - wyszeptał mi do ucha Reeve, gdy skierowaliśmy się w 

tę stronę, by przywitać się z groźnym powiernikiem jego spadku.

Nigdy   wcześniej   nie   widziałam   lorda   Bradforda,   ale   dużo   o   nim 

słyszałam. Był bratem stryjecznym ojca Reeve’a, wdowcem z córką i 
dwojgiem synów, z których najstarszy był w wieku Reeve’a. Lord Brad-
ford   miał   sporą   posiadłość   w   Sussex,   gdzie   spędzał   czas   kierując 
gospodarstwem. Nie miał wysokiej pozycji społecznej, ale jego tytuł 
barona   datował   się   na   bardzo   odległe   czasy.   Pokrótce,   zawsze 
uważałam   go   za   osobę   powściągliwą,   zwyczajną   i   pozbawioną 
wyobraźni,   za   kogoś,   kto   nie   jest   w   stanie   zrozumieć   demonów 
Reeve’a.

Wygładziłam  machinalnie  kołnierz  mojej  błękitnej  sukni do  konnej 

jazdy. Trzy czwarte ubrań, uszytych dla mnie przez madame Dufand, 
było   w   kolorze   niebieskim.   Z   dość   dużą   konsekwencją   starała   się 
podkreślić kolor moich oczu.

Reeve wziął mnie pod ramię, uścisnął je, by dodać mi odwagi i razem 

weszliśmy do salonu domu Lambeth.

Mama siedziała na powleczonej zielonym jedwabiem sofie i podawała 

herbatę silnemu mężczyźnie o szerokich barkach i kwadratowej twarzy. 
Kiedy weszłam do pokoju, wstał.

-   Witaj   Bernardzie   -   powiedział   Reeve.   -   Mam   nadzieję,   że   miałeś 

31

background image

przyjemną podróż.

- Nienajgorszą - odparł lord Bradford. Nie patrzył jednak na Reeve’a, 

patrzył na mnie.

Reeve również na mnie spojrzał z figlarnym błyskiem w oku.
- Pozwól, Deb, że ci przedstawię mojego kuzyna, lorda Bradforda - 

przeniósł wzrok na swojego powiernika. - Bernardzie, to jest panna 
Deborah Woodly, która zgodziła się zostać moją żoną.

Lord Bradford podszedł do mnie i ujął moją dłoń. Miał szare oczy i był 

ode mnie wyższy zaledwie o pięć centymetrów.

- Miło mi panią poznać, panno Woodly - powiedział z powagą.
Uśmiechnęłam   się   i   odpowiedziałam   mu   uprzejmie,   myśląc 

równocześnie, że chyba na całym świecie nie znalazłabym człowieka 
bardziej różniącego się od Reeve’a.

- Napijesz się herbaty? - zapytała mnie mama. - A ty, Reeve?
- Oczywiście - odpowiedziałam, siadając obok niej na sofie.
Zastanawiałam   się,   od   jak   dawna   już   moja   biedna   mama   jest 

zmuszona w samotności zabawiać lorda Bradforda.

Reeve wziął od niej filiżankę i oparł się o obitą zielonym jedwabiem 

ścianę, obok kominka z białego marmuru.

Lord Bradford wrócił na swoje miejsce.
- Cieszę się, że wziąłeś sobie do serca moją sugestię, Reeve - oznajmił. - 

Zdziwiło mnie to, ale też bardzo uradowało.

Reeve spojrzał na niego spode łba.
-   Chyba   nie   zostawiłeś   mi   specjalnie   wyboru.   Bernardzie.   Mam 

nadzieję, że teraz spłacisz moje długi.

Lord Bradford wyglądał na oburzonego.
- To wyjątkowo nietaktowne omawiać tego typu kwestie przy twojej 

przyszłej małżonce - powiedział gniewnie.

- Proszę się nie obawiać - oświadczyłam z promiennym uśmiechem. - 

Świetnie się z Reevem rozumiemy.

Lord Bradford spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Co chce pani przez to powiedzieć, panno Woodly?
- Deborah mówi jedynie, że rozumie, jak ważne jest, by Reeve spłacił 

długi - wtrąciła mama delikatnie i uśmiechnęła się słodko. - Dolać panu 

32

background image

jeszcze herbaty?

To go rozproszyło i podał swoją filiżankę mamie, spoglądając na jej 

urodziwą twarz z nieukrywaną przyjemnością.

-   Ale   spłaci   pan   długi   biednego   Reeve’a?   -   spytała   mama   z 

niepokojem. - On się bardzo martwi tą kwestią.

Lord Bradford popijał herbatę, spoglądając to na opartego o ścianę 

Reeve’a, to na mnie, siedzącą na sofie obok mamy. Wydawało mi się, że 
przez chwilę w jego oczach błysnęła podejrzliwość.

- Powiedziałem, że spłacę jego długi, kiedy się ożeni, a to jeszcze nie 

nastąpiło.

Reeve oderwał się od ściany, rozlewając herbatę na turecki dywan.
-   Powiedziałeś,  że  spłacisz   moje   długi,   jeśli  się  zaręczę!   Nie   mogę 

dłużej zwodzić moich wierzycieli. Muszę spłacić te długi natychmiast, 
żeby sprawa została załatwiona w sposób honorowy, u diabła! Dobrze 
o tym wiesz, Bernardzie!

Lord Bradford rzucił mu gniewne spojrzenie.
- Nie klnij w obecności dam, Reeve.
Pomyślałam, że gdyby Lord Bradford wiedział, ile już razy słyszałam, 

jak Reeve klnie, to prawdopodobnie dostałby apopleksji.

-   Bernardzie   -   syknął   Reeve   -   jeśli   natychmiast   nie   spłacisz   moich 

długów, będę musiał się zwrócić do lichwiarzy.

- Nie próbuj mnie szantażować - padła zimna odpowiedź.
- Kto tu kogo próbuje szantażować! - wykrzyknął Reeve gorąco.
- Ojej - szepnęła mama.
- Jeśli nie spłaci pan długów Reeve’a - odezwałam się - uznam nasze 

zaręczyny   za   nieważne.   Wyślemy   do   gazet   informację,   że   była   to 
pomyłka.

Wszyscy zwrócili się w moją stronę.
- Nie rozumiem pani, panno Woodly - powiedział lord Bradford.
Jego głos był spokojny, ale oczy zdradzały zdenerwowanie.
- To proste - odpowiedziałam. - Reeve żeni się ze mną, ponieważ, co 

całkiem zrozumiałe, chce przejąć swój majątek. Jeśli chodzi o mnie i 
mamę, nie jesteśmy obecnie w najlepszej sytuacji  finansowej i moje 
zamążpójście będzie dla nas korzystne. Jednakże - tu rzuciłam lordowi 

33

background image

Bradfordowi   surowe   spojrzenie   -   nasze   małżeństwo   opiera   się   na 
założeniu,   że   będzie   ono   korzystne   dla   obu   stron.   Nie   chcę 
wykorzystywać biednego Reeve’a, jeśli pan nie ma zamiaru dotrzymać 
swojej obietnicy.

W salonie zapadła cisza. Napiłam się herbaty i spojrzałam przelotnie 

na Reeve’a. Mrugnął do mnie.

- Reeve mówił, że obiecał pan spłacić jego długi, pod warunkiem, że 

się zaręczy. Czy przekazał mi coś niedokładnie?

Ku mojemu zdumieniu na twarzy lorda Bradforda pojawiła się nuta 

rozbawienia.

- Nie, panno Woodly, to właśnie mu powiedziałem.
- A więc? - spojrzałam na niego pytająco.
-   Nie   możecie   w   tej   chwili   anulować   zaręczyn   -   powiedział   lord 

Bradford. - To by wywołało skandal.

Zobaczyłam,   że   Reeve   chce   coś   powiedzieć   i   rzuciłam   mu   groźne 

spojrzenie.

- Czy w takim razie spłaci pan długi Reeve’a? - spytałam.
- Tak, spłacę jego długi, panno Woodly - odpowiedział z rezygnacją i 

odwrócił   się   do   Reeve’a.   -   Daj   mi   listę   osób,   którym   jesteś   winien 
pieniądze, a ja już się tym zajmę.

Lord Bradford wyszedł niedługo potem. Mama zaprosiła go na obiad, 

a także zaproponowała, by towarzyszył nam na balu u Larchmontów, 
tego samego wieczoru. Lord Bradford przyjął zaproszenie. Zatrzymał 
się u swojej siostry, a nie u nas, co przyniosło mi wielką ulgę. Myśl o 
bezustannym występowaniu w roli pośrednika między nim a Reevem 
była dość wyczerpująca.

-   Dobra   robota,   Deb   -   powiedział   Reeve,   gdy   tylko   lord   Bradford 

wyszedł.

- Cóż za niemiły człowiek - stwierdziłam. - Przez chwilę myślałam, że 

rzeczywiście wycofa się z danego ci słowa.

- Problem polega na tym, że potrafi tak wykręcić swoje słowa, by 

znaczyły coś zupełnie innego niż to, co myślałeś, że znaczą.

- Ja nie uważam, żeby lord Bradford był niemiły - powiedziała mama. - 

Dopóki nie weszliście z Reevem, całkiem dobrze czułam się w jego 

34

background image

towarzystwie.

-   Nikt   nie   mógłby   zachowywać   się   niemiło   wobec   ciebie,   mamo   - 

uśmiechnęłam się do niej.

Mimo   woli   przyszedł   mi   na   myśl   brat   mojego   ojca,   John,   i   mój 

przyrodni brat, Richard, którzy wobec mamy zachowali się dużo gorzej 
niż zaledwie niemiło. Od momentu, kiedy dowiedziałam się o naszym 
wyjeździe   do   Londynu,   zastanawiałam   się,   czy   przypadkiem   nie 
wpadniemy na któregoś z nich.

Richard był o kilka lat starszy od Reeve’a i niedawno zaręczył się z 

córką wicehrabiego. A jeśli przebywał właśnie ze swoją narzeczoną w 
Londynie?

Nienawidziłam mojego przyrodniego brata za to, że zaniedbywał nas 

przez te wszystkie lata. Mimo to, od czasu do czasu czułam, że gdzieś 
głęboko, jakaś część mnie odczuwała chęć poznania drugiego dziecka 
mojego ojca. Oczywiście, tylko po to, by powiedzieć mu, co o nim 
myślę.

Jednakże bez względu na to, jakim był złym człowiekiem, jego perfidia 

bladła w porównaniu z niecnym postępowaniem wuja Johna. To on 
został mianowany powiernikiem majątku po śmierci swojego starszego 
brata i to on wyrzucił nas z rezydencji Lynly. I dlatego właśnie wuj 
John najpełniej zasługiwał na moją nienawiść.

Któregoś dnia się spotkamy, myślałam. I lepiej, żeby wuj John nie stał 

wtedy akurat w pobliżu jakiegoś urwiska.

Lord Bradford pojawił się na obiedzie ze swoją siostrą i jej mężem i 

spędziliśmy ten czas w całkiem przyjemny i kulturalny sposób. Reeve 
siedział u szczytu mahoniowego stołu, a mama po drugiej jego stronie. 
Ja siedziałam naprzeciwko lorda Bradforda, a państwo Stucky obok 
nas.

Jadalnia domu Lambeth, cztery razy mniejsza niż ta w Ambersley, 

była urządzona elegancko, ale bez przepychu. Żółte jedwabne draperie 
i   zasłony   uwydatniały   piękno   mahoniowych   mebli,   a   wszystko 
oświetlał   zaledwie   jeden   kryształowy   żyrandol.   W   Ambersley   nad 
sześciometrowym   stołem   wisiały   takie   trzy,   co   miałam   okazję 
stwierdzić podczas jedynej wizyty w rezydencji, po której oprowadzał 

35

background image

mnie Reeve. Jednak w jadalni domu Lamberth czułam się znacznie 
swobodniej.

Natomiast   obiad   pozostawiał   wiele   do   życzenia.   Na   warzywa   nie 

można było narzekać, natomiast zarówno jagnięcinę, jak i rybę podano 
rozgotowane.   Byłam   jednak   głodna,   a   mięso   przyrządzone   na   jaki-
kolwiek sposób zawsze będzie smakowało osobie, która nie jada go 
zbyt często.

Lord Bradford z wyrazem obrzydzenia przesuwał jedzenie po swoim 

talerzu.

- Twoi kucharze nie należą do najlepszych, Reeve - stwierdził.
Reeve, człowiek o stalowym żołądku, wzruszył ramionami.
- To coś, czym niedługo będzie mogła zająć się Deb - powiedział, 

rzucając w moją stronę szelmowskie spojrzenie.

- Hmm - mruknęłam.
- Czy posiada pan własne stada owiec i bydła? - spytała mama.
Lord Bradford uśmiechnął się do niej.
-   Tak,   pani   Woodly.   Ośmielę   się   nawet   twierdzić,   iż   mam 

najświetniejsze stado owiec w całym Sussex.

- To wspaniale - powiedziała mama. - Niezbyt się znam na owcach, ale 

uwielbiam ogrodnictwo.

Przysłuchiwaliśmy   się   z   Reevem   prowadzonej   przez   starszych 

rozmowie.   Po   obiedzie   wszyscy   zaczęli   się   zbierać   na   bal   u 
Larchmontów.

- To znacznie większe wydarzenie, niż wczorajszy wieczór taneczny - 

poinformował mnie Reeve. - Tak właściwie, to chyba ma być ostatni 
duży bal na zakończenie sezonu. Będą tam wszyscy, którzy jeszcze nie 
wyjechali z miasta.

Pokiwałam głową. Nie byłam już aż tak przejęta, jak poprzedniego 

wieczoru. Miałam na sobie kremową suknię, wykończoną jedwabnym 
atłasem wokół wysokiego stanu i bufiastych rękawów. Moje włosy były 
zebrane   na   czubku   głowy   i   opadały   luźno   w   puklach   na   plecy. 
Zrobienie   tych   nieszczęsnych   pukli   zajęło   mojej   pokojówce   prawie 
godzinę i teraz denerwująco łaskotały mnie w kark. Jednak chyba było 
warto, ponieważ Reeve stwierdził, że wyglądam wspaniale.

36

background image

Ostatecznie,   mój   pobyt   w   Londynie   nie   miał   się   ciągnąć   w 

nieskończoność.   Obliczałam   sobie,   że   będę   w   domu   już   za   około 
tydzień.

Lord Bradford i Reeve czekali na mnie i na mamę w salonie. Przyjrzeli 

się nam uważnie.

-   Wydaje   mi   się,   Reeve,   że   będziemy   towarzyszyć   dwóm 

najpiękniejszym   uczestniczkom   dzisiejszego   balu   -   powiedział   z 
galanterią lord Bradford.

Był ubrany w konwencjonalny strój wieczorowy złożony z czarnego 

żakietu, białego krawata i pumpów. Wyglądał jak przysadzisty farmer 
w   przebraniu.   Z   kolei   Reeve   prezentował   się   wspaniale   w   swoim 
świetnie skrojonym surducie.

Uzbroiłam   się   w   cierpliwość,   przygotowując   się   na   to,   że   tego 

wieczoru również będę musiała sobie jakoś poradzić z tą całą głupią 
historią o Korsarzu.

Mama   i   lord   Bradford   pojechali   powozem   należącym   do   państwa 

Stucky, a my z Reevem podążyliśmy za nimi drugim powozem.

- Myślę, że powinieneś zatańczyć dzisiaj jeszcze z kilkoma innymi 

dziewczętami prócz mnie i mamy, Reeve - powiedziałam, w miarę jak 
zbliżaliśmy się do Grosvenor Square, gdzie odbywał się bal. - Stojąc i 
rozglądając   się   wokół   wyniośle,   jeszcze   bardziej   podkreślasz   swój 
wizerunek Korsarza.

Siedział wtulony w kąt powozu i wyglądał na ulicę, a moje słowa 

wyrwały   go   z   zamyślenia.   Niebo   było   miękko   oświetlone   przez 
zachodzące słońce i wyraźnie widziałam jego twarz.

- Nie chcę tańczyć z nikim więcej - powiedział opryskliwie.
-   Mógłbyś   na   przykład   zatańczyć   z   panią   Stucky.   Byłoby   też   w 

dobrym tonie poprosić do tańca gospodynię balu.

Zmarszczył brwi.
- Lord Bradford uzna, że jesteś niegrzeczny, jeśli nie będziesz tańczył - 

nalegałam.

Skrzywił się jeszcze bardziej.
- Nie rób z siebie męczennika - rozkazałam. - Spójrz na mnie. Zeszłej 

nocy odbyłam więcej rozmów o pogodzie niż przez całe swoje życie, a 

37

background image

czy słyszałeś, żebym chociaż przez chwilę narzekała?

Uniósł brwi, zdumiony.
- Byłaś tym znudzona, Deb? Wyglądałaś, jakbyś się świetnie bawiła.
-   Powiedzmy,   że   rozmówców   miałam   średnio   błyskotliwych.   - 

Spojrzałam   na   niego   groźnie.   -   Wydaje   mi   się,   że   jeśli   ja   mogę   się 
zdobyć na poświęcenie, żeby chronić te nasze udawane zaręczyny, to ty 
tym bardziej.

Zsunął się trochę niżej na siedzeniu i założył ręce na piersi. Oczy 

błysnęły mu szelmowsko.

-   Nie   rozumiem   cię,   Deb.   Przecież   jeśli   będę   tańczył   z   innymi 

kobietami, ludzie pomyślą, że mi na tobie zbytnio nie zależy. Natomiast 
jeśli będę przez cały wieczór podpierał ścianę i wpatrywał się w ciebie 
pożądliwie, wszyscy stwierdzą, że jestem w tobie szaleńczo zakochany.

- Nie uważam, żeby rozsądnym było stwarzanie pozorów, że jesteś we 

mnie   szaleńczo   zakochany.   Przecież   ostatecznie   mamy   odwołać 
małżeństwo. Więc może nie przesadzajmy z tą aurą miłości.

W   powozie   na   moment   zapadła   cisza,   Reeve   wyjrzał   przez   okno. 

Spoglądałam na jego wspaniały profil, dając mu czas do przemyślenia 
tego, co powiedziałam.

W końcu odwrócił się z powrotem w moją stronę.
- Niech ci będzie, chyba masz rację - mruknął z irytacją. - Ale nic nie 

jest mnie w stanie zmusić, bym tańczył z tymi głupiutkimi smarkulami, 
które   zawsze,   kiedy   się   do   nich   zbliżam,   wyglądają   jakby   miały 
zemdleć.

Pomyślałam o Amandzie i jej przyjaciółkach.
-  Ja też  nie  uważam,  żeby  to  był dobry  pomysł -  zgodziłam  się  i 

odgarnęłam z pleców jeden z przeklętych pukli. - Powinieneś po prostu 
zatańczyć z kilkoma starszymi kobietami, tylko po to, żeby zademon-
strować lordowi Bradfordowi, jaki jesteś uprzejmy.

Spojrzał na mnie gniewnie.
- Czemu daję ci się namawiać na takie rzeczy?
- Ponieważ w głębi serca wiesz, że mam rację.
-   Nie,   to   dlatego,   że   mam   u   ciebie   dług   wdzięczności   za   to,   że 

zgodziłaś się udawać moją narzeczoną. A ty wykorzystujesz ten fakt 

38

background image

bez skrupułów.

- Jak w ogóle możesz tak myśleć - uśmiechnęłam się szeroko.
Mruknął, oparł się na brązowym, welwetowym siedzeniu i zamknął 

oczy. Żadne z nas nie odezwało się już więcej, dopóki nasz powóz nie 
zatrzymał się przed domem Larchmontów na Grosvenor Square.

Tym razem nasze pojawienie się nie wywołało takiego poruszenia, jak 

to się stało wieczór wcześniej. Przede wszystkim dlatego, że w domu 
Larchmontów była sala balowa z prawdziwego zdarzenia. Mieściło się 
tam dużo ludzi i nowi goście nie rzucali się aż tak bardzo w oczy, jak w 
salonie  Merytonów.   Poza  tym  przyszliśmy  w   grupie  sześciu  osób  i 
mimo   że   towarzystwo   lorda   Bradforda   niespecjalnie   mnie   cieszyło, 
wolałam być z nimi, niż występować jedynie w charakterze dodatku do 
sławnego - czy też niesławnego - Korsarza.

Stanęliśmy   pod   ścianą   sali,   naprzeciw   dużego   pozłacanego   lustra, 

obok kosza z różami. Reeve westchnął i nachylił się w moją stronę.

- Kolejny piekielnie nudny wieczór - mruknął mi do ucha.
Gdyby mama czy lord Bradford słyszeli to jego  piekielnie, chyba by 

dostali apopleksji.

Uśmiechnęłam się do niego współczująco.
- Z niecierpliwością czekam na kolację - powiedziałam. - Twój kucharz 

jest   tak   straszny,   że   postanowiłam   najeść   się   dopiero   teraz.   Mam 
nadzieję,   że   podadzą   krokiety   z   homara,   takie   jak   wczoraj   u   Me-
rytonów.

- Zjadłaś ich nieprzyzwoicie dużo, Deb - przyznał z uśmiechem Reeve.
- Dzisiaj też mam taki zamiar - oznajmiłam.
- Mój kucharz jest naprawdę aż tak straszny?
- Tak.
- Dziwne. Jakoś nigdy tego nie zauważyłem.
- To dlatego, że twój żołądek jest zawsze w pożałowania godnym 

stanie od tego całego wina, ginu i brandy, które wypijasz - stwierdziłam 
z powagą.

-   Żałuję,   że   nie   masz   warkocza,   za   który   mógłbym   pociągnąć   - 

powiedział, spoglądając tęsknie na moją fryzurę.

- Tylko spróbuj dotknąć moich włosów, a pożałujesz.

39

background image

-   Już   dobrze,   dobrze   -   zaśmiał   się.   Potem   spoważniał.   -   Według 

niesłychanie nużących zasad lady Jersey i jej koleżanek z Komitetu Pań 
Almacka, mogę zatańczyć z tobą tylko dwa razy. Więc może jeden raz 
przed kolacją? Co powiesz na następnego kadryla?

- Oczywiście, mój panie - odparłam dostojnie. - To pozostawi ci dużą 

ilość czasu, żeby zatańczyć z mamą, panią Stucky i lady Larchmont.

- No dobrze - westchnął.
Kiedy muzyka przestała grać, wziął mnie za rękę i powiódł na parkiet.
Bal Larchmontów wyglądał podobnie, jak ten u Merytonów. Reeve 

rzeczywiście tańczył więcej, tak jak mi obiecał, ale spędził też ogromną 
ilość czasu podpierając ścianę. Nie był jednak tak bardzo znudzony, 
ponieważ   pojawiło   się   wielu   jego   znajomych,   miał   więc   z   kim 
porozmawiać. Mężczyźni często korzystali ze stojącej na stole misy z 
ponczem, więc kiedy w końcu Reeve do mnie podszedł, by poprosić 
mnie do tańca, jego oczy były już lekko szkliste.

- Potrzeba ci świeżego powietrza, a nie tańca - orzekłam, jak tylko go 

zobaczyłam,   i   biorąc   go   pod   ramię,   wyprowadziłam   przez   drzwi 
balkonowe   na   taras.   Noc   była   ciepła,   a   zapach   dochodzący   zza 
żywopłotu oddzielającego ogród od stajni sprawiał, że poczułam się 
prawie jak w domu.

- Wcale nie jestem wstawiony - odezwał się urażonym głosem.
- Niczego takiego nie powiedziałam.
- Zasugerowałaś to.
- Masz szkliste oczy.
- To dlatego, że się nudzę - oznajmił jeszcze bardziej urażonym tonem.
Wiedziałam, że jest wstawiony. Było jasne, że nie podobają mu się te 

duże bale. Nie zachwycały go też przejażdżki po parku, których już 
kilka razem odbyliśmy. Ta powolna, dostojna procesja pojazdów nale-
żących do ludzi z towarzystwa nie była czymś w jego stylu.

-   Wydaje   mi  się,   Reeve,   że   londyński   styl   niezbyt  ci  odpowiada   - 

powiedziałam, usiłując zachować lekki ton - wszystko cię nudzi.

Wzruszył ramionami.
- Jest tu kilka rzeczy, które są w porządku. Lubię chodzić do salonu 

bokserskiego   Gentlemana   Jacksona,   ćwiczyć   strzelanie   u   Mantona, 

40

background image

szermierkę   u   Angelo.   Ale   cała   reszta...   kluby,   tańce,   Almack...   - 
wzdrygnął się i podniósł głos. - A niech to, Deb, dlaczego kupiłem sobie 
konia wyścigowego? Potrzebuję w życiu trochę emocji!

Nie   potrzebujesz   emocji,   Reeve,   pomyślałam.   Potrzebujesz   kontroli 

nad   Ambersley.   Musisz   zająć   się   własną   ziemią,   ludźmi,   swoim 
dziedzictwem.   Koń   wyścigowy   nie   jest   odpowiedzią   na   twoje 
rozgorączkowanie.

Już dawno zdałam sobie sprawę, że jednym z powodów, dla których 

Reeve   ciągle   wplątywał   się   w   jakieś   kłopoty,   był   fakt,   że   nie   miał 
żadnego pożytecznego zajęcia. Nigdy nie byłam w stanie pojąć, dlacze-
go lord Bradford tego nie rozumiał. Reeve unikał Ambersley właśnie 
dlatego, że nie mógł nim sam zarządzać. A im więcej czasu spędzał w 
Londynie,   tym   groźniejsze   wynajdywał   sobie   zajęcia.   Picie,   hazard, 
skandaliczne   popisy,   związki   z   tancerkami,   wszystko   to,   co   lord 
Bradford potępiał, prawdopodobnie ustałoby, gdyby tylko Reeve objął 
pieczę nad swoim dziedzictwem.

Naprawdę szczerze w to wierzyłam. Tak właściwie był to główny 

powód,   dla   którego   zgodziłam   się   na   to   okropne   oszustwo.   Moja 
obawa,   że   Reeve   sprzeda   swoje   konie,   to   jedynie   wymówka,   by 
pojechać z nim do Londynu. Byliśmy przyjaciółmi już od tak dawna, że 
czułam się w obowiązku udzielić mu pomocy.

Staliśmy razem na tarasie domu Larchmontów. Spojrzałam na Reeve’a 

w mglistym świetle przenikającym z sali balowej.

- Nie rób niczego, co sprawiłoby, że lord Bradford zmieniłby zdanie co 

do przekazania ci połowy spadku - powiedziałam prosząco.

-   Nie   mam   zamiaru   robić   niczego,   co   oburzyłoby   Bernarda   - 

odpowiedział, ściągając brwi.

- Więc nie pozwól, żeby zobaczył, jak sobie popijasz! - upomniałam go. 

- Spędziłeś połowę wieczoru obok misy z ponczem. Myślisz, że lord 
Bradford tego nie zauważył?

Przeczesał palcami włosy, które spadły mu na czoło. Amanda i jej 

przyjaciółki chybaby zasłabły na ten widok.

-   Napiłem   się   tylko   parę   szklaneczek   z   przyjaciółmi   -   odparł,   ale 

widziałam, że się broni.

41

background image

- Posłuchaj  mnie, Reeve - oświadczyłam stanowczo. Podeszłam do 

niego   bliżej,   wyprostowałam   mu   krawat   i   poprawiłam   zwichrzone 
włosy. - Masz się zachowywać jak należy podczas naszych zaręczyn, al-
bo wycofam się z roli narzeczonej i zostawię cię na lodzie.

- Nie zrobiłabyś tego!
- Chcesz się założyć?
- Wiesz, że jesteś najpiękniejszą dziewczyną na tym balu? - powiedział 

nagle.

- Nie weźmiesz mnie na czułe słówka, Reeve, za dobrze cię znam. 

Chodźmy już. Przejdziemy się po tym małym ogrodzie kilka razy, a ty 
będziesz   głęboko   oddychał   i   starał   się   przywrócić   swoją   głowę   do 
porządku. Potem pójdziemy na kolację.

- Jak mogłem zaręczyć się z taką jędzą? - mruknął, ale pozwolił wziąć 

się pod ramię i poprowadzić na żwirową ścieżkę, obiegającą ogród.

- Błagałeś mnie - przypomniałam.
- Chyba byłem szalony.
- Byłeś zdesperowany - odparłam. - I nadal jesteś. Pamiętaj o tym, 

Reeve, i też o tym, co ci przed chwilą powiedziałam.

Poczułam   nagle,   jak   coś   szarpnęło   mnie   za   jeden   z   pukli. 

Podskoczyłam   i   wydałam   okrzyk   wyrażający   zarówno   ból,   jak   i 
zdziwienie.

- Nie mogłem się powstrzymać - roześmiał się Reeve.
- Niech ci będzie - westchnęłam. - Czyli jesteśmy kwita?
- Tak - przycisnął mocniej moje ramię. - To ile nam jeszcze zostało 

okrążeń, nim skoczymy na krokiety z homara?

Tak właściwie, to wyglądał, jakby trzymał się dość stabilnie.
- Dziesięć - odpowiedziałam, a on potulnie się zgodził.

Rozdział piąty

Kiedy weszliśmy do jadalni, zauważyliśmy mamę siedzącą z lordem 

Bradfordem, i za moją namową dołączyliśmy do nich. Pod wpływem 
świeżego   powietrza   oczy   Reeve’a   przestały   być   szkliste   i   mógł 
prowadzić   całkiem   sensowną   konwersację.   Byłam   przekonana,   że 
zrobił na wszystkich dobre wrażenie.

42

background image

Dopiero następnego dnia okazało się, że może nawet za dobrze mu to 

wyszło.   Lord   Bradford   pojawił   się   w   domu   Lamberth   w   ramach 
porannej wizyty towarzyskiej, żeby zaprosić Reeve’a, mamę i mnie na 
przyjęcie, które miał zamiar wydać w swoim domu w Sussex.

Reeve był w tym czasie na aukcji koni Tattersalls, więc dowiedział się 

o zaproszeniu, dopiero kiedy wrócił do domu późnym popołudniem.

- Co zrobił? - wykrzyknął, kiedy przekazałam mu wieści.
- Zaprosił nas, byśmy odwiedzili go w Sussex - powtórzyłam ponuro. - 

Powiedział, że chce mnie lepiej poznać. Ma też zamiar wydać na naszą 
cześć małe przyjęcie.

- Przyjęcie? Bernard? Mój Boże, to chyba żart - Reeve zaczął krążyć po 

pokoju jak tygrys w klatce. - Te dwa słowa do siebie nie pasują.

-   Lord   Bradford   wydaje   się   być   bardzo   miłym   człowiekiem   - 

powiedziała mama z rozpaczą. - Nie wiedziałyśmy, jak mu odmówić.

- To proste - stwierdził Reeve. - Powiemy, że jesteśmy zajęci.
- Zajęci czym? - spytałam.
- Coś wymyślimy.
- Co?
Rzucił mi gniewne spojrzenie.
-   Jestem   pewien,   że   coś   wymyślisz,   Deb.   Zawsze   miałaś   bujną 

wyobraźnię.

To nie ja wpadałam na świetny pomysł, żeby pomalować zabytkowy 

dom dyrektora uczelni na żółto, pomyślałam.

-   Przestań   tak   krążyć,   Reeve,   i   usiądź   na   chwilę   -   powiedziałam 

zamiast tego. - Nie jestem w stanie się skupić.

Poczekałam aż oparł się o ścianę koło okna.
-   Spójrzmy   na   tę   sytuację   z   punktu   widzenia   lorda   Bradforda   - 

kontynuowałam   cierpliwie.   -   On   myśli,   że   naprawdę   jesteśmy 
zaręczeni. Jest twoim najbliższym krewnym i chce przedstawić mnie 
reszcie rodziny. To chyba ma sens, nieprawdaż?

Reeve spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
- Reszcie rodziny? - spytał. - Czy nie wspominał przypadkiem, że ma 

tam być też mój kuzyn Robert?

- Robert to jeden z jego synów?

43

background image

- Tak, najstarszy.
- Więc owszem, mówił, że jego synowie tam będą.
Reeve jęknął.
- A co jest nie tak z Robertem?
- Nie lubimy się - odparł krótko Reeve.
-   Tak   mi   przykro,   jeśli   jesteś   niezadowolony,   Reeve   -   powiedziała 

mama załamując ręce.

- Nie przepraszaj go, mamo - upomniałam ją. - Sam jest sobie winien. - 

Odwróciłam się do mojego narzeczonego. - Musimy tam pojechać - 
powiedziałam stanowczo. - Pojedziemy, a ty będziesz się przyzwoicie 
zachowywał.   Jeśli   uda   nam   się   przekonać   lorda   Bradforda,   że 
rzeczywiście się zmieniłeś, wtedy może uda nam się go nakłonić, by 
przepisał na ciebie połowę twojego majątku jeszcze przed ślubem.

- Czy zdajesz sobie sprawę, Deb, jak nudna będzie wizyta u Bernarda?
- Chyba będziemy tam mieć konie? - zapytałam. - Podobno wzgórza w 

Sussex są pięknym miejscem na przejażdżki.

Reeve jeszcze nie usiadł.
-   Wakefield   to   ładna   posiadłość   -   przyznał.   -   Jest   usytuowana   na 

wapiennych wzgórzach w południowym Sussex, blisko morza. To nie 
miejsce stanowi problem, ale towarzystwo.

- Tylko na kilka tygodni, Reeve. Sam mówiłeś, że pewnie będziemy 

musieli przedłużyć te nasze fałszywe zaręczyny przynajmniej o taki 
okres czasu.

-   Nie   chcę   jechać   do   Bernarda   -   oświadczył   z   wielkim 

niezadowoleniem.

Moja cierpliwość się skończyła i uderzyłam dłonią w poręcz kanapy.
- Przestań marudzić. Chcesz przejąć swój majątek, czy nie?
Spiorunował mnie wzrokiem.
- Oczywiście, że chcę.
- To przestań narzekać i szykuj się do wyjazdu.
Usiadł ciężko na krześle, wyciągnął przed siebie nogi i zamknął oczy.
-   Nic   nie   rozumiesz   -   powiedział   ze   znużeniem.   -   Jeśli   pojadę   do 

Sussex, będę musiał od rana do nocy wsłuchiwać, co Bernard ma do 
powiedzenia na temat mojego braku odpowiedzialności. Nie zniósłbym 

44

background image

tego.

- Nie będzie ci mówił, że jesteś nieodpowiedzialny, jeśli będziesz się 

zachowywał odpowiedzialnie - odparłam. - A ja o to zadbam.

Otworzył oczy i spojrzał na mnie z dziwnym błyskiem.
- Naprawdę?
- Tak.
Westchnął głęboko.
- A więc dobrze, pojadę. Mam nadzieję, że wiesz, w co nas pakujesz.
- Przez kilka tygodni mogę znieść wszystko, jeśli to posłuży słusznej 

sprawie - powiedziałam i zwęziłam oczy. - Ty możesz zrobić to samo.

Zasalutował mi drwiąco.
- Tak jest, proszę pani.
- To właśnie chciałam usłyszeć - powiedziałam. - A teraz, napijesz się 

herbaty?

- Może madery?
- Herbaty - powtórzyłam.
- No dobrze, niech będzie herbata.
- Zadzwonisz po służbę, mamo? - poprosiłam słodkim głosem.
Biedna mama, która siedziała cicho przez cały czas mojej utarczki z 

Reevem,   pociągnęła   za   sznur   od   dzwonka   i   wezwała   lokaja,   by 
przyniósł nam herbaty.

* * *

Lord Bradford wyjechał z miasta następnego dnia, żeby przygotować 

dom   na   nasz   przyjazd.   Resztę   tygodnia   spędziliśmy   zwiedzając 
Londyn. Reeve zabrał mnie do Tower i cyrku Astley’s Amphiteatre, 
gdzie obejrzeliśmy wspaniałe pokazy jeździeckie. Zrobiliśmy też kilka 
wypadów z jego przyjaciółmi do Richmond Park i Hampton Court.

Znajomi Reeve’a stanowili żywotną grupę, więc rozumiałam, dlaczego 

spędzał   czas   w   ich   towarzystwie.   Jednakże   poza   Devem   Milesem, 
starym przyjacielem z Eton, żaden z nich nie przypadł mi szczególnie 
do   gustu.   Nie   wydawali   się   ludźmi,   na   których   można   polegać   w 
nieszczęściu.

Richmond   Park   na   obrzeżach   Londynu   jest   znany   ze   swoich 

wspaniałych ścieżek do konnej jazdy. Można tam galopować do woli, 

45

background image

w przeciwieństwie do znajdującego się w sercu miasta Hyde Parku, 
gdzie należy ograniczyć się do cwału.

Kiedy wyruszaliśmy do Richmond, niebo było zasnute chmurami, ale 

powietrze   wydawało   się   robić   świeższe   w   miarę   zbliżania   się   do 
terenów wiejskich. W czasie jazdy każdy ze znajomych Reeve’a podjeż-
dżał do mnie, żeby porozmawiać. Myślałam, że robią to po prostu z 
grzeczności, ale po pewnym czasie bezwstydne komplementy, którymi 
bez przerwy mnie obrzucali, zaczęły wprawiać mnie w zakłopotanie. W 
końcu   byłam   narzeczoną   Reeve’a.   Czy   nie   zachowywali   się 
niewłaściwie, tak mi ciągle pochlebiając?

Widziałam,  że także Reeve’owi  to  się nie podobało. Jednak młode 

damy, towarzyszące znajomym Reeve’a nie zwracały na to specjalnie 
uwagi. Były zbyt zajęte flirtowaniem z nim samym.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, a Reeve rozdał wszystkim bilety wstępu, 

atmosfera uległa zmianie. Mogliśmy poluzować wodze naszych koni i 
puścić   się   pełnym   galopem   szerokimi,   starannie   wystrzyżonymi 
alejami. Bez trudu zostawiliśmy za sobą całe towarzystwo. Od dawna 
nie   jeździliśmy   tak   razem   i   przyjemność,   którą   nam   to   sprawiło, 
wynagrodziła wszelkie przykrości, które musieliśmy znosić po drodze.

Reeve   zorganizował   też   piknik.   Kilku   lokajów   z   domu   Lamberth 

rozłożyło produkty na zielonej polanie, gdzie zazwyczaj odbywały się 
takie nieformalne imprezy. Dla panów był szampan, dla pań herbata. 
Podano też różne wędliny, chleb i ciastka.

Wzięłam sobie kieliszek szampana, nałożyłam kurczaka na talerz i 

poszłam usiąść przy jednym z prostych, drewnianych stołów.

Reeve   opuścił   lokaja,   który   przywiózł   jedzenie   karyklem,   i   stanął 

naprzeciwko mnie, po drugiej stronie stołu.

- Nie pij za dużo, Deb - ostrzegł mnie. - Musisz utrzymać się w siodle 

w drodze powrotnej.

-   Myślę,   że   kieliszek   szampana   nie   spowoduje   upadku   z   konia   - 

odparłam wyniośle.

- Jestem tego pewien, panno Woodly - odezwał się jeden ze znajomych 

Reeve’a, niemądry blondyn o nazwisku Hampton, który usiadł koło 
mnie i spoglądał na mnie z niekłamanym podziwem. - Niech mnie kule 

46

background image

biją, jeśli nie jest pani najlepiej trzymającą się w siodle kobietą, jaką 
widziałem.

Taki komplement mogłam docenić.
- Dziękuję, panie Hampton - powiedziałam, obdarzając go uśmiechem, 

który nie był zaledwie zwyczajowym skrzywieniem ust.

Mrugnął i też się uśmiechnął.
- Może nałoży sobie pan coś do jedzenia, panie Hampton - warknął 

Reeve. - Czy też wystarczająco pożywia pana mizdrzenie się do mojej 
narzeczonej?

Pan Hampton zobaczył wyraz twarzy Reeve’a i jego głupi uśmiech 

zniknął. Podniósł się pośpiesznie z miejsca.

- Już sobie idę. Nie trzeba się tak od razu denerwować.
Obróciłam się do Reeve’a który, ku mojemu zdziwieniu, wyglądał na 

naprawdę zezłoszczonego.

-   Dlaczego   ty   też   nie   nałożysz   sobie   jedzenia?   -   powiedziałam 

spokojnie.

Mruknął z irytacją. Patrzył na mnie marszcząc brwi, jak gdyby był 

niezadowolony.

- Naprawdę tak cię zdenerwowało to, że piję szampana? - spytałam.
- Co? Nie, oczywiście, że nie.
Jedna z młodych kobiet, wdowa towarzysząca przyjaciołom Reeve’a, 

podeszła do nas z talerzem pełnym jedzenia.

- Nie je pan, lordzie Cambridge? - spytała filuternie. Patrzyła na niego 

zmysłowo. - Może coś panu przynieść?

Mój   Boże,   pomyślałam   z   irytacją,   to   brzmi,   jakby   mu   czyniła 

propozycje seksualne. I to przy mnie! Zmarszczyłam brwi.

Reeve zauważył moje spojrzenie i nagle się uśmiechnął. Jego dobry 

humor powrócił w cudowny sposób.

- Dziękuję, pani Wethersby, ale sam sobie coś przyniosę - odparł i 

poszedł po kurczaka, szynkę i pieczeń wołową. Zjadł to wszystko, a 
następnie popił pięcioma kieliszkami szampana.

W drodze powrotnej siedział w siodle nieporuszony jak skała. Myślę, 

że jednym z rezultatów nadmiernego picia alkoholu jest to, że człowiek 
zaczyna się do tego po pewnym czasie przyzwyczajać.

47

background image

Wycieczka do Hampton Court, którą odbyliśmy następnego dnia, była 

znacznie   przyjemniejsza   niż   ta   do   Richmond   Park.   Przepłynęliśmy 
łodzią po  Tamizie, a że towarzyszyli nam  pan Miles i jego siostra, 
bardzo miła i dobrze wychowana dziewczyna, bawiłam się przednio. 
Kiedy już dotarliśmy do celu i dołączyliśmy do reszty grupy, mogliśmy 
się ich z łatwością pozbyć, gubiąc się w słynnym labiryncie Hampton 
Court. Znaleźliśmy ławkę, na której siedzieliśmy przez kilka godzin w 
promieniach słońca i rozmawialiśmy o różnych sprawach, które nas 
interesowały,   między   innymi   o   potrzebie   usprawnienia   działania 
parlamentu,   niesprawiedliwości   praw   zbożowych,   czy   o   żałosnych 
poczynaniach lorda Liverpoola w roli premiera.

Jedną z tajemnic Reeve’a było to, że znacznie bardziej interesował się 

polityką,   niż   ktokolwiek   mógłby   podejrzewać.   Nie   chciał   jednak 
zaszczycać Izby Lordów swoją obecnością, dokładnie z tego samego 
powodu, dla którego rzadko kiedy przyjeżdżał do Ambersley na dłużej 
niż kilka dni z rzędu.

Czuł, że nie będzie w pełni prawdziwym lordem Cambridge dopóki 

nie przejmie kontroli nad swoim dziedzictwem.

* * *

Ostatniego   dnia   czerwca   wyruszyliśmy   w   podróż   do   Sussex. 

Jechałyśmy z mamą miejskim powozem Reeve’a; drugi powóz podążał 
za nami z bagażem i Susan, którą Reeve zabrał ze sobą, żeby doglądała 
moich i mamy potrzeb.

-   Dwie   pokojówki   to   może   być   zbyt   wiele   w   domu   Bernarda   - 

stwierdził. - Ale będziecie wyglądać na zaniedbane, jeśli nie będziecie 
miały kogoś, kto by się zajął waszymi strojami.

- Ile jeszcze pieniędzy zostało ci z wygranej, Reeve? - zaniepokoiła się 

mama. - Jesteś pewien, że stać cię na to wszystko?

- Tak - odparł kategorycznie Reeve. Spojrzał na mamę z udawaną 

surowością.   -   Mój   wizerunek   by   ucierpiał,   gdybyście   nie   miały 
zapewnionych wszelkich wygód. Chyba tego nie chcecie?

Mama nie umiała się z nikim kłócić, więc natychmiast zaprzestała 

dalszych pytań. Zdawałam sobie sprawę, że Reeve lepiej wie, jak się 
powinno postępować w takiej sytuacji, dlatego nie kwestionowałam 

48

background image

jego działania. Tak więc Susan jechała w drugim powozie i wraz ze 
służącym Reeve’a pilnowali bagażu.

Reeve natomiast mógł sobie jechać konno. Wyglądałam tęsknie przez 

okno,   obserwując   jego   wysoką   sylwetkę   i   myśląc   już   chyba   po   raz 
tysięczny w życiu, że był najlepiej trzymającym się w siodle człowie-
kiem, jakiego widziałam. Balansował dokładnie nad środkiem ciężkości 
wierzchowca.   Toteż   wszystkie   konie,   na   jakich   jeździł,   miały   dużo 
lepszy   chód   niż   gdyby   kierował   nimi   ktoś,   kto   miałby   dosiad 
przesunięty   w   kierunku   łopatek   czy   zadu   (jak   to   się   działo   w 
przypadku   dziewięćdziesięciu   dziewięciu   procent   angielskich 
jeźdźców, których widziałam).

- Naprawdę mam nadzieję, że ta wizyta odbędzie się bez żadnych 

problemów - powiedziała mama.

W jej głosie było słychać źle skrywane zdenerwowanie. Biedna mama. 

Bała się konfliktów, i byłam pewna, że nie zachwycała jej perspektywa 
tych odwiedzin.

- Oprócz Reeve’a i lorda Bradforda będą w domu też inni ludzie, więc 

powinno obyć się bez kłótni - pocieszyłam ją.

- To prawda - powiedziała odrobinę ożywiona.
- Ciekawe, kto tam jeszcze będzie - zastanowiłam się głośno. - Reeve 

mówił,   że   prawdopodobnie   trójka   dzieci   lorda   Bradforda,   ale   mam 
szczerą nadzieję, że nie tylko. Z tego, co słyszałam, Reeve i Robert 
niespecjalnie się lubią.

Powóz uderzył w kamień na drodze i podskoczył. Mama złapała się za 

rączkę umieszczoną na ściance, a ja zaparłam się stopą o siedzenie 
naprzeciwko.

- Lord Bradford mówił mi, że przyjadą też jego znajomi z Hampshire - 

powiedziała mama jednym tchem. - Pan i pani Norton. Mają syna i 
córkę w twoim wieku, kochanie.

Spojrzałam na nią zaskoczona.
- Czy lord Bradford przekazywał ci coś jeszcze, czego nie uznał za 

stosowne powiedzieć nam?

- Nie, kochanie, to wszystko - odpowiedziała mama z uśmiechem.
Westchnęłam i jeszcze raz spojrzałam przez okno na Reeve’a.

49

background image

- Żałuję, że nie mogę jechać konno - powiedziałam tęsknie.
- Pojeździsz sobie w czasie pobytu u lorda Bradforda - pocieszyła mnie 

mama. Nagle spoważniała. - Muszę jednak wyznać, że ten cały podstęp 
coraz bardziej mnie niepokoi. Jak macie zamiar odwołać zaręczyny, 
kiedy już zostaniesz przedstawiona całej jego rodzinie?

-   Powiemy   po   prostu,   że   jednak   do   siebie   nie   pasujemy   - 

odpowiedziałam.

Mama spojrzała na mnie z powątpiewaniem. Odwróciłam się w jej 

stronę.

- Najważniejsze, żeby Reeve dostał pieniądze, mamo. Boję się, że jeśli 

będzie musiał czekać kolejne dwa lata, to może nie dożyć przejęcia 
swojego dziedzictwa.

Mama była wstrząśnięta.
- Chyba nie mówisz poważnie?
- Całkiem poważnie - odparłam. - Ostatnio wyczuwam w nim jakąś... 

desperację i bardzo mi się to nie podoba.

Mama umilkła, a ja znowu odwróciłam się do okna. Jechaliśmy przez 

las bukowy, a słońce przeświecało przez gęstwinę liści zwieszających 
się nad drogą. Reeve wjeżdżał i wyjeżdżał z plam światła. Poczułam 
ściśnięcie w piersi.

Proszę Cię, Boże, pomyślałam, spraw, żeby lord Bradford przekazał 

mu jego spadek.

- Sądzisz, kochanie, że nadal myśli o tym wypadku? - spytała mama.
Przycisnęłam   czoło   do   szyby.   Czułam   się,   jakby   zaraz   miała   mnie 

rozboleć głowa. To bez sensu, ja przecież nie miewam bólów głowy.

-   Oczywiście,   że   tak   -   odpowiedziałam.   -   Zawsze   będzie   o   nim 

pamiętał. Ale jestem przekonana, że bardzo by mu pomogło, gdyby 
miał w życiu jakiś cel, coś, co go zajmie i pozwoli mu zapomnieć o 
poczuciu winy.

-   Bardzo   się   o   niego   martwisz,   prawda?   -   spytała   mama   dziwnie 

zaniepokojonym głosem.

Odwróciłam się w jej stronę i uśmiechnęłam się ciepło.
- Oczywiście, że tak. Reeve zawsze był moim najlepszym przyjacielem. 

- Ból głowy zaczął narastać. - Czy mogę opuścić okno, żeby odetchnąć 

50

background image

świeżym powietrzem, mamo? Boli mnie głowa od tego siedzenia w 
zamknięciu.

- Oczywiście, kochanie.
Kwadrans później Reeve krzyknął coś do mnie i wskazał przed siebie 

ręką. Opuściłam okno do samego dołu i wystawiłam głowę.

Jechaliśmy jeszcze przez las, gdy nagle powóz zaczął się wspinać na 

wysoki, stromy pagórek. Za nim była otwarta przestrzeń. Kilka minut 
później   dotarliby   do   alei   prowadzącej   do   dwupiętrowego   domu   z 
różowej   cegły.   Z   czterospadowego   dachu   wystawały   mansardowe 
okna, a nad wejściem widniało trójkątne zwieńczenie. Po obu stronach 
domu przycupnęły dwa jednopiętrowe budynki gospodarcze.

- Nie wywieszaj się tak z powozu, Deborah - pouczyła mnie mama. - 

To wskazuje na brak dobrych manier.

Wygładziła spódnice i włożyła czepek i rękawiczki. Ja zrobiłam to 

samo.   Kiedy   powóz   zatrzymał   się   przed   rezydencją   Wakefield, 
byłyśmy już gotowe, by Reeve z galanterią pomógł nam wysiąść.

Lord Bradford już czekał.
- Witam, pani Woodly - zwrócił się do mamy. - Witam, panno Woodly. 

Tak się cieszę, że mogę was u siebie gościć.

Wziął   mamę   pod   ramię,   by   wprowadzić   ją   po   schodach,   a   my   z 

Reevem podążyliśmy za nimi.

- Jaki piękny dom - powiedziałam do Reeve’a.
- Jeszcze nie widziałaś jego najlepszej części - odparł. - Z tej strony 

wygląda całkiem zwyczajnie, ale dopiero kiedy wyjrzy się przez okno z 
którejkolwiek innej strony, widać, że Wakefield jest usytuowany  na 
samym szczycie wapiennych wzgórz. Krajobraz jest przepiękny.

- Uroczo.
Weszliśmy do holu.
- Moja gospodyni zaprowadzi teraz panie do ich pokoi. Zapraszam 

później na herbatę do salonu, gdzie przedstawię paniom pozostałych 
gości.

- Dziękujemy - powiedziała mama.
-   Ty   zostaniesz   umieszczony   w   tym   pokoju,   co   zwykle,   Reeve   - 

kontynuował lord Bradford. - Potrzebujesz przewodnika?

51

background image

- Skądże - odparł spokojnie Reeve.
Lord Bradford zlustrował szarymi oczami swojego młodego kuzyna.
- Dawno cię tu nie było - powiedział. - Od śmierci ojca.
Twarz Reeve’a pociemniała.
- Chyba znasz powód, Bernardzie.
- Tak, obawiam się, że tak.
Reeve skierował się do schodów.
-   Reeve   -   powiedział   lord   Bradford.   Ten   odwrócił   się   ze 

zniecierpliwieniem. - Cieszę się, że także ty tu jesteś.

- Dziękuję - Reeve pokiwał głową, a następnie wykonał w moją stronę 

nieznaczny ruch wskazujący schody. Weszłam na górę.

* * *

Mama i ja dostałyśmy przylegające do siebie sypialnie. Pierwszy raz w 

życiu   mieszkałam   w   tak   dużym   pokoju.   To   znaczy,   jak   sięgam 
pamięcią. Myślę, że we wczesnych latach życia, nim John Woodly wy-
pędził mamę i mnie z domu mojego ojca, mogłam mieszkać w takim 
pokoju. Był bardzo jasny i to mi się w nim najbardziej podobało. Ściany 
pomalowano na kolor złoty. Spłowiałe stare gobeliny i kapa na łóżku 
też były złote. Na wyfroterowanej drewnianej podłodze leżał wyblakły 
dywan, a pod ścianą stało dębowe łoże z baldachimem.

Pokój   miał   duże   okno,   a   ciepły   letni   wiatr   marszczył   zasłony   i 

napełniał pomieszczenie zapachem trawy.

Pomyślałam o niskich sufitach, małych oknach i ciasnych pokojach 

naszej chatki. Przypomniałam sobie, co Reeve mówił o widoku z okna, 
więc wyjrzałam. Zaparło mi dech w piersiach. Rezydencja Wakefield 
wydawała się osadzona na czubku świata. W pobliżu nie rosły żadne 
drzewa, które mogłyby, tak jak od frontu budynku, zasłonić widok. 
Toteż można było bez przeszkód zobaczyć, jak rozciągające się wokół 
wapniowe wzgórza opadają po obu stronach rezydencji. Wychyliłam 
się z okna i spojrzałam w dół. Ku mojemu zdumieniu trawnik sięgał do 
samych ścian domu. Głęboko odetchnęłam i poczułam woń słonego 
powietrza.   I   rzeczywiście,   w   oddali   można   było   dojrzeć   skrawek 
migoczącego morza.

Cóż za piękny dom, pomyślałam. Jaka szkoda, że należy on do tak 

52

background image

niewrażliwego człowieka, jakim jest lord Bradford.

Przebrałam   się   z   mojego   pogniecionego   ubrania   podróżnego   w 

muślinową suknię w kwieciste wzory. Potem zapukałam do mamy, 
żeby sprawdzić, czy też już jest gotowa. Była. Reeve czekał na nas przy 
schodach i razem zeszliśmy, żeby poznać resztę gości.

Salon skąpany był w świetle wpadającym przez dwa olbrzymie okna. 

Pomiędzy   nimi,   na   pasiastej   kanapie,   siedziała   majestatycznie   siwa 
starsza pani i wydawała herbatę. Pozostałe osoby usadowiły się wokół 
niej na pozłacanych krzesłach o haftowanych pokryciach.

- O, mój Boże - jęknął mi do ucha Reeve. - To moja ciotka Sophia.
Lord Bradford podszedł, by nas powitać i poprowadził nas do ciotki 

Reeve’a,   w   celu   prezentacji.   Starsza   pani   spojrzała   na   mnie 
świdrującym wzrokiem i poczułam, jakby zajrzała mi w głąb duszy. 
Starałam   się   zachować   grzeczny,   ale   jednocześnie   nieprzenikniony 
wyraz twarzy.

- Lady Sophio Lambeth, przedstawiam pannę Deborah Woodly.
- Ha! - prychnęła starsza pani.
- Jak się pani miewa - powiedziałam i dygnęłam.
Lord   Bradford   przedstawił   też   mamę,   która   otrzymała   podobne 

powitanie, a następnie ujął nas obie stanowczo pod ramię i zabrał od 
siedzącego na kanapie tyrana, by poznać nas z innymi gośćmi.

Najpierw   zostałam   przedstawiona   państwu   Norton,   sąsiadom   z 

Hampshire,   miłej   parze   w   średnim   wieku.   Potem   podeszliśmy   do 
dzieci lorda Bradforda, Harry’ego i Sally. Harry przypominał ojca, a 
Sally   była   śliczną   dziewczyną   o   kasztanowych   włosach   i   piwnych 
oczach. Wiedziałam od Reeve’a, że Harry właśnie skończył Cambridge 
i że Sally ma siedemnaście lat.

Panna Norton, siedząca obok Sally, też wyglądała na siedemnaście lat. 

Miałam   nadzieję,   że   dziewczęta   nie   czytały  Korsarza,  ale   sądząc   po 
spojrzeniach,   jakie   rzucały   na   Reeve’a,   było   niestety   inaczej.   Usia-
dłyśmy wraz z mamą, a Reeve poszedł po herbatę dla nas. Miejsce obok 
mnie zajmował Edmund Norton, młodzieniec wyglądający na kilka lat 
młodszego   ode   mnie.   Miał   duże   piwne   oczy,   brązowe   włosy   i   za-
różowione policzki. Spoglądał na mnie z uwagą.

53

background image

- Czy podróż była męcząca, panno Woodly? - spytał.
- Niespecjalnie. Nie lubię pozostawać zamknięta przez dłuższy czas w 

powozie, ale poza tym nie narzekam - odpowiedziałam pogodnie.

Wyglądał jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie bardzo wiedział 

co.

- Studiuje pan, panie Norton? - pomogłam podtrzymać rozmowę.
Jeszcze bardziej się zarumienił.
- Tak. Studiuję w Cambridge.
- Aha - łyknęłam herbaty.
Norton spojrzał na Reeve’a z mieszaniną zazdrości i podziwu.
- Nadal tam o nim opowiadają - dodał.
- Jestem tego pewna - westchnęłam z rezygnacją.
Pomalowanie domu dyrektora na żółto było tak naprawdę ostatnim z 

wielu wykroczeń Reeve’a w Cambridge. Władze uczelni dość długo go 
tolerowały.   Ostatecznie   wydalenie   ze   studiów   dziedzica   lorda 
Cambridge’a,   jednego   z   fundatorów   szkoły,   było   dość   przykrym 
obowiązkiem.   Ale   Reeve   uparcie   pracował   nad   zszarganiem   sobie 
opinii i w końcu udało mu się zasłużyć na wyrzucenie z uczelni.

Panna Norton, która podobnie jak i brat miała duże piwne oczy i 

lśniące   brązowe   włosy,   prowadziła   nieśmiałą   rozmowę   z   Reevem. 
Wyglądało na to, że odnosi się do niej z uprzejmością.

Nagle gwar kurtuazyjnych rozmów w salonie przeciął grzmiący głos 

ciotki Sophii:

- A więc, Reeve, co masz nam do powiedzenia?
Wszyscy odwrócili się w jej stronę. Pomyślałam, że jest to jedna z tych 

dam, które wychowywały się w ubiegłym wieku i które nie przyjmują 
do wiadomości istnienia nowych zasad savoir-vivre’u. Za nieszczerość 
uznałaby   niewypowiedzenie   dokładnie   tego,   co   myśli,   nawet   jeśli 
miałaby śmiertelnie kogoś urazić.

Mrugnęła ciemnymi oczami, takimi jak u Reeve’a. Miała też podobny 

nos, tylko bez górki. Kiedyś zapewne była bardzo piękna.

-   Mam   nadzieję,   że   znajduję   cię   w   dobrym   zdrowiu,   ciociu   - 

powiedział Reeve.

- Nie nabierzesz mnie, młody człowieku. Dla ciebie równie dobrze 

54

background image

mogłabym być martwa. Od lat nie miałam od ciebie żadnych wieści.

Kącik ust Reeve’a drgnął.
- Na pewno usłyszałbym o twojej śmierci, ciociu. Towarzyszyłoby jej 

zaćmienie   słońca   albo   inne,   równie   dramatyczne   zjawisko, 
obwieszczające to wydarzenie światu.

Starsza pani roześmiała się serdecznie.
- Kim jest ta dziewczyna, którą poprosiłeś o rękę? - spytała, kiedy 

odzyskała oddech. - Bernard mówi, że jest biedna jak mysz kościelna.

Reeve spojrzał w moją stronę.
-   To   prawda,   nie   mam   nawet   grosza   przy   duszy   -   powiedziałam 

pogodnie do okropnej staruszki, obserwującej mnie zza dzbanka od 
herbaty.

Wpatrywała się we mnie ciemnymi oczami, tak podobnymi do oczu 

Reeve’a.

- Więc to małżeństwo z miłości?
Rzadko   kiedy   brakuje   mi   słów,   a   tak   się   stało   w   tej   chwili.   Czy 

wiedziała   o   ultimatum   Bernarda?  Czy   powinnam   powiedzieć   coś  o 
długach Reeve’a?

Spojrzałam na niego rozpaczliwie.
- To małżeństwo z miłości, ciociu - odpowiedział stanowczo.
Mama szybkim ruchem odstawiła filiżankę z herbatą, jakby ta nagle 

oparzyła ją w rękę.

Wszyscy patrzyli na mnie. Czułam, że się rumienię.
Niech   piekło   pochłonie   Reeve’a   za   to,   że   mnie   w   to   wplątał, 

pomyślałam.

Potem przypomniałam sobie, że ja sama nalegałam, żebyśmy pojechali 

do   Sussex.   Westchnęłam   i   spróbowałam   przyjąć   wyraz   twarzy 
zakochanego dziewczęcia.

Usłyszałam, że Reeve kaszlnął, próbując stłumić śmiech.
- Wiem, że Bernard ma nadzieję, iż to małżeństwo wybije ci z głowy 

dalsze   hultajskie   wyczyny.   Ale   ja   mam   słabość   do   łobuziaków   - 
oznajmiła lady Sophia i odwróciła się do lorda Bradforda. - Niestety z 
ciebie zawsze był okropny nudziarz, Bernardzie.

Lord Bradford wyglądał, jakby słyszał tę krytykę po raz tysięczny i po 

55

background image

raz tysięczny ją zignorował.

- Tak, proszę pani - powiedział z niezmienionym wyrazem twarzy.
Mama spojrzała na niego z sympatią. Ona ma takie miękkie serce.
Lady   Sophia   zwróciła   się   ponownie   w   moją   stronę   i   rozpoczęła 

bezlitosne   przesłuchanie,   które   trwało   przez   resztę   podwieczorku. 
Wszyscy pozostali jego uczestnicy siedzieli w milczeniu dowiadując się, 
że   mam   dwadzieścia   jeden   lat  (ostatni   dzwonek,   co,   panienko?),  że 
mieszkam w chatce niedaleko Ambersley, że niespecjalnie potrafię grać 
na fortepianie, że nie mam talentu do robótek ręcznych i że nie wiem 
nic o prowadzeniu domu wielkości Ambersley. W opinii lady Sophii 
byłam   zupełnie   nieodpowiednią   kandydatką   na   żonę   dla   hrabiego 
Cambridge’a.

- Młodzi mężczyźni - powiedziała lady Sophia złośliwie - wybierają 

sobie żonę, kierując się oczami, a potem spędzają resztę życia żałując 
tego.

-   Deb   jest   najlepiej   trzymającą   się   w   siodle   dziewczyną,   jaką 

kiedykolwiek widziałem - odparł Reeve. - Tak właściwie, to nie znam 
wielu mężczyzn, którzy potrafiliby jeździć konno równie dobrze, jak 
ona. Co mnie obchodzi, czy umie grać na fortepianie? Nie lubię słuchać 
fortepianu, lubię jeździć konno.

- Zalety dobrej gospodyni są również ważne, panno Woodly - odezwał 

się Bernard. - Bycie panią takiego miejsca jak Ambersley pociąga za 
sobą wiele obowiązków.

Nie przejęłam się tym zbytnio, jako że nigdy nie miałam być panią 

Ambersley,   ale   ukłoniłam   się   i   uśmiechnęłam,   zapewniając,   że   na 
pewno nauczę się wszystkiego, co będzie mi do tej funkcji potrzebne.

Lady Sophia prychnęła głośno, najwyraźniej powątpiewając w moje 

umiejętności.

Okropna stara kobieta, pomyślałam.
Spotkałam   się   wzrokiem   z   Reevem,   który   bezbłędnie   odgadł   moje 

myśli. Mrugnął do mnie.

Kilka minut później towarzystwo się rozeszło. Mieliśmy się spotkać 

ponownie za niedługi czas, przy kolacji, i na myśl o tym stłumiłam jęk.

Cóż, Reeve mnie ostrzegał, myślałam, idąc za mamą po schodach, by 

56

background image

w pokoju odpocząć przed kolacją. W końcu będziemy tu tylko kilka 
tygodni, tyle mogę wytrzymać.

Muszę.
Niestety.

Rozdział szósty

Jako   że   zasady   zachowania   przy   stole   zezwalały   lady   Sophii   na 

rozmowę   jedynie   z   osobami   siedzącymi   po   obu   jej   bokach,   kolacja 
przebiegała  w   znacznie  spokojniejszej   atmosferze  niż  podwieczorek. 
Reeve siedział po prawej stronie ciotki, ale zamiast być przedmiotem jej 
kąśliwych   uwag,   zdawał   się   skutecznie   czarować   ją   swoimi 
uwodzicielskimi uśmiechami.

Przypomniałam sobie jej komentarz, że ma słabość do łobuziaków. W 

takim razie Reeve jak znalazł, pomyślałam kwaśno.

Mama   i   ja   siedziałyśmy   po   obu   stronach   lorda   Bradforda,   który 

opowiadał nam o rozrywkach, zaplanowanych na czas naszej wizyty. 
Miał się odbyć wieczorek taneczny z udziałem miejscowej szlachty, 
kilka wycieczek do interesujących miejsc w okolicy i duży letni festyn 
organizowany   przez   okolicznych   mieszkańców.   Reeve 
prawdopodobnie   stwierdziłby,   że   propozycje   lorda   Bradforda   są 
przeraźliwie nudne, ale dla mnie program ten brzmiał dość obiecująco.

- Wydawało mi się, że ma pan dwóch synów, milordzie - spytałam 

lorda Bradforda, kiedy podano nam deser.

Przez jego twarz przemknął wyraz niepokoju.
- Tak - odpowiedział. - Robert jest w tej chwili w odwiedzinach u 

swoich   znajomych   w   hrabstwie  East   Anglia,   ale   niedługo   wróci   do 
domu,   panno   Woodly.   Jak   się   pani   domyśla,   chciałby   poznać   na-
rzeczoną swojego kuzyna.

Uśmiechnęłam się, ale nic nie powiedziałam.
Ten wyraz niepokoju na jego twarzy wcale nie dodał mi otuchy.
Po obiedzie panie zmuszone były podążyć za lady Sophią do salonu, 

aby panowie mogli delektować się porto. Reeve przewrócił oczami, 
kiedy go mijałam i musiałam zdławić chichot.

Lady   Sophia   byłaby   oburzona,   słysząc   z   ust   przyszłej   hrabiny 

Cambridge taki niegodny dźwięk.

57

background image

Zajęłyśmy swoje miejsca w salonie. Lady Sophia ponownie usiadła na 

kanapie, a my wszystkie jak najdalej od niej, w granicach uprzejmości.

Wtedy wsiadła na mamę.
- Rozumiem, że była pani zatrudniona przez świętej pamięci lorda 

Lynly jako guwernantka dla jego syna, pani Woodly - powiedziała.

Mama zbladła.
- Zgadza się, lady Sophio - odparła.
- Hmm, musiała pani być dość młoda. To dziwne, że takie bezbronne 

dziewczę zgodziło się pracować dla wdowca.

Miała na myśli, że nie tylko było to dziwne, ale też nieprzyzwoite.
- Nie było w tym nic dziwnego, lady Sophio - powiedziała mama. - 

Lord   Lynly   potrzebował   guwernantki,   a   ja   miałam   kwalifikacje   i 
szukałam pracy. Bardzo się lubiliśmy z jego synem. Z pewnością nie 
ma w tym nic dziwnego.

- To dość dziwne, że w końcu panią poślubił, temu pani nie zaprzeczy 

- kontynuowała starsza pani, delektując się swoimi słowami. - Zrobił to 
też, jak słyszałam, wbrew woli własnej rodziny.

- Nie sądzę, żeby kwestia mojego małżeństwa była pani sprawą, lady 

Sophio - odparła mama z godnością.

Brawo mamo, pomyślałam.
- Jeśli pani córka ma poślubić Reeve’a, to jak najbardziej jest to moja 

sprawa   -   oznajmiła   lady   Sophia.   Miała   ze   sobą   laskę   zakończoną 
srebrną nasadką i zaczęta nią władczo stukać w podłogę. - Na przy-
kład, jeśli jest pani wdową po lordzie Lynly, to dlaczego mieszka pani 
w chatce? Dlaczego pani córka nie ma posagu? Dlaczego używa pani 
nazwiska Woodly, a nie tytułu lady Lynly? Żądam odpowiedzi na te 
pytania. Mam do tego prawo jako ciotka Cambridge’a.

Mama była już blada jak ściana. A ja byłam wściekła.
- Jeśli chce pani znać odpowiedzi na te pytania, to niech pani spyta 

Reeve’a, lady Sophio - wtrąciłam się. - On wie o nas wszystko. I jeśli 
jemu nic w naszej historii nie przeszkadza, to nie powinno przeszka-
dzać również pani.

- Ma pani czelność mówić mi, co mam robić, paniusiu? - starsza pani 

odwróciła się w moją stronę.

58

background image

- Niech pani zostawi moją matkę w spokoju - powiedziałam zimnym, 

morderczym tonem.

Spotkałyśmy się wzrokiem i przez chwilę ujrzałam w jej oczach coś na 

kształt szacunku.

- A więc dobrze - zgodziła się, unosząc swój idealnie ukształtowany 

nos. - Zapytam mojego bratanka.

Przez   chwilę   w   pokoju   panowała   pełna   napięcia   cisza,   która   na 

szczęście została przerwana przez wejście panów. Lord Bradford nie 
potrzebował wiele czasu, by zrozumieć, że coś zaszło i szybko zajął się 
poprawieniem atmosfery.

- Zagra coś pani dla nas, panno Norton? - spytał przyjaznym tonem. - 

Zachwyciła mnie pani wczoraj tymi uroczymi piosenkami.

Mary   Ann   Norton   rzuciła   Harry’emu   spojrzenie   spod   długich, 

ciemnych rzęs.

- Z przyjemnością, lordzie Bradford - powiedziała.
Lord Bradford spojrzał znacząco na syna, który posłusznie zaoferował 

się, że będzie przewracał dla Mary Ann arkusze z nutami.

Dziewczyna   rzeczywiście   pięknie   grała   i   śpiewała.   Na   dodatek 

wyglądała uroczo, pasteloworóżowa suknia podkreślała ładny kolor jej 
zarumienionych policzków. Po niej wystąpiła Sally, ubrana w zieloną 
suknię. Ona również pięknie grała i śpiewała.

Trzymałam kciuki, żeby nie poproszono mnie.
- A pani, panno Woodly - zaskrzeczała okropna lady Sophia. - Musi 

chyba pani umieć coś zagrać na fortepianie?

Wstałam   i   ponuro   podeszłam   do   instrumentu.   Przez   kilka   lat 

pobierałam lekcje gry na fortepianie u jednej z matron w miasteczku, 
ale   nie   byłam   specjalnie   uzdolnioną   uczennicą.   Odbębniłam   dwie 
szkockie ballady, których kiedyś nauczyłam się na jakiś recital, a potem 
wróciłam na swoje miejsce. Jakoś nikt nie poprosił mnie, żebym zagrała 
coś jeszcze.

- To było okropne - usłyszałam mruknięcie lady Sophii.
- Bardzo mi się podobało, panno Woodly - powielał mężnie Edmund 

Norton.

Ten chłopiec musi być pozbawiony słuchu, pomykałam, dziękując mu 

59

background image

z uśmiechem.

Jakiś   czas   później   lady   Sophia   ziewnęła   i   oświadczyła,   że   jest 

zmęczona i że uda się na spoczynek. Towarzystwo w salonie z trudem 
powstrzymało się od wiwatów.

Kiedy   tylko   zniknęła,   wszyscy   wyszli   na   taras   na   tyłach   domu. 

Wokoło rozciągały się ogrody. Wśród pięknie pachnących, ale ledwie 
widocznych kwiatów, wity się ścieżki. Ja i Reeve podążyliśmy jedną z 
nich wraz z mamą i lordem Bradfordem.

- Przepraszam za lady Sophię - odezwał się lord Bradford. - Teraz 

widzę, że może nie powinienem był jej zapraszać. Ale musiałem mieć 
jakąś   gospodynię,   a   ona   jest   jedyną   siostrą   twojego   ojca,   Reeve. 
Myślałem, że to będzie dobry pomysł.

- Ależ z niej jędza - westchnęłam szczerze. - Zaczęła znęcać się nad 

mamą, zadając jej różne bolesne i krępujące pytania. Powiedziałam jej, 
żeby zwróciła się w tej sprawie do ciebie, Reeve, więc nie zdziw się, 
jeśli teraz na ciebie napadnie.

Reeve stęknął.
- Czy ona była kiedykolwiek w Ambersley? - spytałam. - Nie wydaje 

mi się, żebym ją już wcześniej widziała.

- Była tam z wizytą kilka razy, kiedy jeszcze żył ojciec, ale od tego 

czasu już nie przyjeżdża. Nie zapraszałem jej.

Cóż, to nie było nic nowego. Reeve nigdy nie zapraszał nikogo do 

Ambersley.

- A gdzie ona mieszka? - spytałam.
- Tam gdzie wszystkie okropne stare panny, czyli w Bath - odparł.
Lord Bradford zaśmiał się.
- Ona nie jest aż taka straszna, jak się wydaje - powiedział.
- Do tej pory nie była zbyt miła - odezwała się mama cicho.
To mnie zaskoczyło; normalnie nigdy nie skrytykowałaby czyjegoś 

krewnego w obecności kogoś z jego rodziny.

-   Porozmawiam   z   nią,   pani   Woodly   -   oświadczył   stanowczo   lord 

Bradford.   -   Proszę   mi   wierzyć,   nie   będzie   się   już   pani   więcej 
naprzykrzać.

Spojrzałam na niebo usiane gwiazdami.

60

background image

- Jaka piękna noc - westchnęłam. Wzięłam głęboki wdech i po raz 

kolejny poczułam słony zapach oceanu. - Myśli pan, że moglibyśmy 
przejechać się jutro nad morze, milordzie? Nigdy go nie widziałam.

-   Naprawdę?   W   takim   razie   musimy   temu   natychmiast   zaradzić, 

panno Woodly. Oczywiście, że możemy przejechać się jutro nad morze, 
możemy nawet zrobić piknik na plaży. Pozostałym młodym gościom 
ten pomysł również się spodoba.

Od razu pożałowałam, że zaproponowałam przejażdżkę nad morze. 

Mogłam   przecież   poprosić   Reeve’a,   żebyśmy   wybrali   się   tam   sami, 
wcześnie rano, i wtedy mogłabym zobaczyć morze po raz pierwszy 
tylko z nim, a nie z grupą obcych osób.

- To świetny pomysł - oświadczyłam z uśmiechem.

* * *

Poranek pierwszego czerwca był jasny i pogodny. Śniadanie podano 

w   ślicznym   pokoju,   w   zaokrąglonym   oknie   wykuszowym,   a   już   o 
jedenastej wszyscy mieszkańcy domu siedzieli na koniach i kierowali 
się w stronę morza. Ja i Reeve oraz dzieci Nortonów mieliśmy własne 
wierzchowce. Lord Bradford zapewnił wierzchowce dla pozostałych 
osób i muszę przyznać, że mała łagodna klacz, którą przeznaczył dla 
mamy, była idealna.

Na szczęście lady Sophia została w domu.
Rezydencja   Wakefield   leży   na   północ   od   małego   miasteczka   Fair 

Haven, nad kanałem La Manche. Na zachód od miasteczka rozciąga się 
plaża znana jako Wyspa Charlesa. Aby się na nią dostać, należy przejść 
drogą po grobli, zrobioną z piasku, kamyków i muszelek, i którą, jak 
mnie poinformował Reeve, podczas sztormów zalewa woda.

- A więc Wyspa Charlesa jest wyspą tylko czasami - stwierdziłam.
- Zgadza się - przytaknął.
Znajdowaliśmy się na przedzie całej wycieczki, jako że koń Reeve’a 

należał do tych, które zawsze lubią prowadzić. Reeve spojrzał w górę, 
na stado hałaśliwych mew, które raz po raz przelatywały nad lśniącą 
taflą wody po naszej prawej stronie.

- Uwielbiałem tu przyjeżdżać jako mały chłopiec. Wyspa Charlesa była 

kiedyś często odwiedzana przez przemytników, więc udawałem, że 

61

background image

przemycam różne nielegalne towary w głąb kraju.

Ja   również   spojrzałam   na   krążące   nad   naszymi   głowami   mewy. 

Wyglądały dostojnie i śnieżnobiałe na tle czystego błękitu nieba.

-   Myślisz,   że   nadal   ktoś   tu   coś   przemyca?   -   spytałam   z 

zaciekawieniem.

Od zachodu, gdzie w oddali majaczyła Wyspa White, wiał lekki wiatr, 

który rozwiewał ciemne włosy Reeve’a.

-   Jestem   pewien,   że   jeszcze   jakaś   brandy   zjawia   się   tutaj   wraz   z 

przypływem - odparł. - Ale to nie to samo, co w ubiegłym wieku.

Po   zatoce   rozciągającej   się   między   Wyspą   Charlesa   a   Fair   Haven 

pływało kilka małych łodzi. Obejrzałam je, zastanawiając się, czy może 
któraś z nich przewozi czasem nielegalny towar.

- Czy twoi kuzyni bawili się razem z tobą w przemytników, kiedy 

byliście dziećmi? - spytałam Reeve’a.

- Bawiłem się z Harrym, Sally była jeszcze za mała - odpowiedział 

dziwnie bezbarwnym głosem.

- A Robert?
Reeve spojrzał na mnie ponuro.
- Nie lubimy się z Robertem, Deb. To on pierwszy zaczął zachowywać 

się wrogo, ale szczerze mówiąc w tej chwili myślę, że moja niechęć 
wobec niego dorównuje jego niechęci wobec mnie. Byłem zachwycony, 
kiedy dowiedziałem się, że nie ma go w Wakefield.

- Lord Bradford mówił mi, że obecnie Robert jest w odwiedzinach u 

znajomych   w   hrabstwie   East   Anglia,   ale   że   ma   stamtąd   niedługo 
powrócić - poinformowałam go.

- Jeśli o mnie chodzi, może tam zostać jak najdłużej.
Mój   koń   wdepnął   w   kałużę   pozostawioną   przez   przypływ   i   jego 

kopyta wydały miękki, chlupoczący dźwięk.

- Dlaczego Robert cię nie lubi?
Reeve wzruszył ramionami.
- Kto wie?
Dotarliśmy na koniec grobli i znaleźliśmy się na wyspie. W trakcie 

rozmowy   o   nieobecnym   Robercie   poczułam   się   nieswojo,   ale 
prześliczne widoki pozwoliły mi o tym zapomnieć.

62

background image

Od strony północnej, skąd przyjechaliśmy, wyspę łączyła ze stałym 

lądem   grobla;   od   strony   wschodniej   wcinało   się   w   nią   kilkanaście 
małych   zatoczek,   które   rzeczywiście   musiały   stanowić   nie   lada 
przeszkodę   dla   patroli   poszukujących   przemytników.   Od   strony 
zachodniej   majaczyła   w   oddali   Wyspa   White.   Wzdłuż   brzegu 
rozciągała się piaszczysta plaża, a za nią wznosił się las złożony z roślin 
zimozielonych.   Promienie   słoneczne   odbijały   się   w   niebiesko-szarej 
wodzie, która migotała i pachniała solą.

- Tu jest pięknie - orzekłam z zachwytem.
- Efektownie, prawda? - wyszczerzył się do mnie Reeve. - W czasie 

odpływu jest jeszcze lepiej. Wtedy plaża jest szersza. Świetnie się po 
niej galopuje.

- Przywiążmy konie na skraju lasu, Reeve - usłyszeliśmy zza pleców 

głos lorda Bradforda.

Reeve pokiwał głową i zeskoczył z siodła. Ja też zsiadłam z konia i 

przytrzymałam   ogiera   Reeve’a,   aby   ten   mógł   pomóc   zsiąść   mamie. 
Jednak lord Bradford go uprzedził. Zmarszczyłam brwi, widząc, jak na 
twarzy mamy pojawia się słodki uśmiech, podczas gdy lord Bradford 
opuszczają na ziemię.

Mama   musi   uważać,   bo   ten   typ   gotów   sobie   pomyśleć,   że   się   jej 

spodobał, pomyślałam.

Pozostali   uczestnicy   wycieczki   też   już   pozsiadali   z   koni.   Stajenni, 

którzy   przywieźli   jedzenie   powozem,   pomagali   im   uwiązać 
wierzchowce do postronka rozwieszonego między drzewami.

- Może oprowadzimy panią i pannę Woodly po okolicy i wrócimy tu 

na lunch - zaproponował lord Bradford.

No tak, pomyślałam, wszyscy prawdopodobnie byli już na tej wyspie 

wiele razy, tylko my z mamą jesteśmy tu po raz pierwszy.

Wyruszyliśmy   dużą   grupą   w   kierunku   wschodnim.   Szliśmy   po 

mokrym piasku, który stanowił twardsze podłoże. Morze cofało się w 
szybkim tempie. Dzień był ciepły i zrobiło mi się gorąco, mimo że 
założyłam na siebie jedynie cienką suknię do konnej jazdy i żakiet. 
Żałowałam, że nie mogłam jechać w samej muślinowej sukience i bez 
butów. Kątem oka spojrzałam na Reeve’a. Miał na sobie surdut do 

63

background image

konnej jazdy i też wyglądał, jakby upal mu doskwierał.

Gdybyśmy   byli   sami,   moglibyśmy   zdjąć   okrycia   i   poczuć   się 

swobodniej.

- Musimy pokazać pannie Woodly Skalną Czaszkę, Reeve.
Po mojej prawej stronie pojawił się Harry Lambeth.
- Skalną Czaszkę? - spytałam, odwracając się do niego.
-   Wymyśliliśmy   tę   nazwę,   kiedy   byliśmy   małymi   chłopcami. 

Opowiadaliśmy sobie okropne historie o tym, co robili przemytnicy z 
celnikami,   których   złapali.   Jednym   z   naszych   pomysłów   było,   że 
rozbijali im głowy o Skalną Czaszkę.

- To uroczo - stwierdziłam.
Szare oczy Harry’ego śmiały się.
-   Wykorzystywaliśmy   tę   skałę   również   jako   punkt   obserwacyjny, 

wypatrywaliśmy z niej szmuglowanego towaru, unoszonego przez fale.

- Bardzo chciałabym zobaczyć Skalną Czaszkę - powiedziałam.
Mężczyźni   rozmawiali,   wspominając   dawne   czasy,   a   ja 

przysłuchiwałam   się,   wtrącając   w   stosownych   momentach   drobne 
uwagi.

Wydawało się, że między Reevem a jego kuzynem panuje całkowita 

harmonia. Jeśli Harry rzeczywiście właśnie skończył studia, to musiał 
być zaledwie dwa czy trzy lata młodszy od Reeve’a, chociaż wyglądał 
na więcej niż dwadzieścia jeden czy dwadzieścia dwa lata. Na jego 
prostokątnej   twarzy   malowała   się   powaga,   co   dodawało   mu 
szczególnego uroku.

-   Skończyłeś   już   szkołę,   twój   ojciec   powinien   szukać   dla   ciebie 

beneficjum   -   powiedział   Reeve.   -   Zdziwiło   mnie,   że   powierzył 
beneficjum w Amberley Cedrikowi Liskeyowi. Byłem pewien, że to ty 
je dostaniesz.

- Ojciec chciał zachować je dla mnie, ale mu nie pozwoliłem - odparł 

Harry.

- Tak? - zdziwił się Reeve. - Czemu? Nic nie mam do Cedrika, ale 

byłoby miło mieć cię za sąsiada.

-   Nie   chcę   być   pastorem,   Reeve   -   powiedział   poważnie   Harry.   - 

Mówiłem to już tacie z tysiąc razy, ale on mnie nie słucha. Wiesz, jaki 

64

background image

jest. Uważa, że tylko on wie, co dla ciebie najlepsze.

Reeve kopnął leżącą na ziemi muszelkę.
- Wiem to aż za dobrze - powiedział w zamyśleniu.
Harry westchnął. Reeve spojrzał na swojego kuzyna.
- A więc co masz zamiar robić, Harry, jeśli nie chcesz być pastorem? 

Nie pociąga cię chyba kariera wojskowa?

- Zupełnie nie - odparł stanowczo Harry. Jego szare oczy płonęły. - 

Chcę zostać lekarzem. Chcę, żeby tata pozwolił mi na studia w Royal 
College of Physicians w Londynie. Problem polega na tym, że jeszcze 
nigdy żaden Lambeth nie chciał być lekarzem i tata uważa, że nie jest to 
zajęcie   godne   szacunku.   Więc   próbuje   zmusić   mnie,   bym   został 
pastorem.

Moje zdanie na temat niewrażliwości lorda Bradforda pogarszało się z 

minuty   na   minutę.   To   prawda,   że   kariera   kościelna   i   wojskowa   to 
tradycyjnie dwie najczęściej obierane drogi życiowe przez młodszych 
synów   z   rodzin   arystokratycznych.   Jednakże   nie   można   przecież 
zapominać o potrzebach i talentach jednostek.

Szliśmy   wzdłuż   brzegu,   omijając   kałuże,   które   nie   zdążyły   jeszcze 

wyschnąć   na   słońcu.   Reeve   maszerował   żwawo   na   swoich   długich 
nogach, przez co z łatwością wyprzedzał resztę wycieczki. Ja z kolei 
byłam przyzwyczajona do jego tempa, więc razem wysunęliśmy się na 
czoło grupy.

Reeve uniósł brwi spoglądając na Harry’ego.
- A więc chcesz być medykiem, co?
-   Tak,   zawsze   tego   chciałem,   i   gdyby   ojciec   był   odrobinę   mniej 

staroświecki, już dawno by zrozumiał, że nadaję się do tego o wiele 
lepiej   niż   do   funkcji   pastora.   Chcę   służyć   ludzkim   ciałom,   a   nie 
duszom.

- To wydaje mi się być celem godnym podziwu, panie Lambeth - 

oświadczyłam z powagą.

Harry uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
- Dziękuję, panno Woodly.
- Nie masz pieniędzy, żeby zacząć studia w Londynie na własną rękę? 

- spytał Reeve.

65

background image

-   Nie   -   odparł   Harry.   -   Jestem   pod   tym   względem   całkowicie 

uzależniony od taty.

- W ten właśnie sposób kontroluje nas wszystkich - stwierdził gorzko 

Reeve.

- Tata nie jest złym człowiekiem. On tylko uważa, że...
- Wiem - przerwał mu Reeve. - Po prostu myśli, że wie lepiej niż my 

sami, co dla nas najlepsze.

- Tak - westchnął Harry.
Na wprost nas wyłoniła się duża szara skała, wyrastająca z mokrego 

piasku jak prastary monolit. Krzyczące mewy krążyły wokół niej jak 
wartownicy.

- Czyżby to była Skalna Czaszka? - spytałam.
- Zgadza się - odparł Reeve.
Kiedy   podeszliśmy   bliżej   zauważyłam,   że   dolna   część   skały   jest 

mokra.

-   Podczas   przypływu   woda   czasami   podnosi   się   na   wysokość 

człowieka - poinformował mnie Reeve.

-   Mój   Boże   -   spojrzałam   na   moich   towarzyszy.   -   Czy   złapał   was 

kiedykolwiek przypływ, kiedy byliście jeszcze na skale?

Wyszczerzyli się w uśmiechu.
- Od czasu do czasu - przyznał Harry. - Ale prąd nie jest tu silny, więc 

można z łatwością dopłynąć do brzegu.

Tymczasem,   dotarliśmy   już   do   podnóża   skały,   która   okazała   się 

obrośnięta skorupiakami. Spojrzałam w kierunku szczytu.

- Możemy na nią wejść?
Harry spojrzał na mnie nerwowo.
- Chybaby się pani to nie spodobało. Skała jest bardzo śliska.
- Nie martw się o Deb - powiedział niefrasobliwie Reeve. - Potrafi się 

wspinać   jak   chłopak.   Chodź   Deb,   pokażemy   ci   widok   z   góry.   Jest 
wspaniały.

Lord   Bradford   prawdopodobnie   dostałby   zawału,   gdyby   zobaczył 

mnie stojącą na szczycie Skalnej Czaszki, ale nie przejęłam się tym 
zbytnio. Poszłam za Reevem, by pokazał mi, po której stronie najwy-
godniej zacząć wspinaczkę,

66

background image

* * *

Kiedy cała wycieczka wróciła do miejsca, w którym miał się odbywać 

piknik, jedzenie było już przygotowane. Słone powietrze i odrobina 
ruchu   wzmogły   mój   apetyt,   więc   żarłocznie   rzuciłam   się   na   mięso 
zapiekane w cieście i popiłam je lemoniadą.

Lord Bradford nie zarządził, by przywieziono szampana.
Mama była zarumieniona, a loki opadały jej na policzki. Sprawiało to, 

że wyglądała niebywale ładnie i młodo. Nie byłam pewna, czy podoba 
mi się sposób, w jaki lord Bradford na nią patrzy.

Sally i Edmund Norton dzielili jeden koc i swobodnie rozmawiali o 

wspólnych znajomych.  Harry i Mary Ann oglądali razem muszelki, 
które dziewczyna zebrała podczas spaceru. Pan Norton konwersował z 
Reevem o koniach, a pani Norton opowiadała mi o letnim festynie, 
który   miał   się   odbyć   za   kilka   tygodni.   Próbowałam   słuchać   jej   i 
równocześnie obserwować mamę i lorda Bradforda.

-   Ten   festyn   to   pozostałość   średniowiecznych   obchodów   letniego 

przesilenia. W pewnym momencie Kościół zaczął odnosić się do niego 
podejrzliwie z powodu jego pogańskich źródeł, i pięćdziesiąt lat temu 
lokalnej parafii udało się go zlikwidować. W zamian powstał festyn, 
który odbywa się co roku.

- Jakich atrakcji można się spodziewać?
-   Dla   dzieci   są   gry   i   zabawy,   dla   młodzieży   i   dorosłych   tańce   i 

jedzenie.   Odbywają   się   też   wyścigi   konne   i   wyścigi   łodziami.   W 
zeszłym roku lord Bradford sprowadził tańczącego niedźwiedzia, który 
wzbudził ogromne zainteresowanie. Wydaje mi się, że w tym roku lord 
jest sponsorem pokazu jeździeckiego.

Usłyszałam, jak mama śmieje się z czegoś, co powiedział jej Bradford.
- To może być niezła zabawa - powiedziałam.
- Niestety festyn ma też swoje niepożądane strony - wyznała pani 

Norton. - Bardzo często młode kobiety i mężczyźni z wioski wymykają 
się w nocy, żeby spotykać się w lesie. Zwyczaje związane ze starymi 
obchodami letniego przesilenia są trudne do wykorzenienia.

Zrozumiałam z tego, że młodzi mężczyźni i kobiety nie spotykają się 

w lesie, aby omawiać ostatnie uchwały parlamentu.

67

background image

- To haniebne - stwierdziłam z powagą.
Pani Norton uśmiechnęła się do mnie.
- A kto jest organizatorem tego festynu? - spytałam z zaciekawieniem. 

- Lord Bradford?

- Nie. Organizacją zajmuje się pani Thornton, natomiast większą część 

właściwej   pracy   wykonują   kobiety   z   Wakefield.   Lord   Bradford 
zapewnia jedynie część rozrywek.

Większość   osób   skończyła   już   jeść   i   lord   Bradford   spytał,   czy 

wycieczka jest gotowa na powrót do rezydencji Wakefield.

- Chciałbym pokazać Deb południową część wyspy, jeśli nie masz nic 

przeciwko, Bernardzie - powiedział Reeve. - Wrócimy do domu trochę 
później.

Lord Bradford zawahał się na moment i spojrzał na mamę.
- Jeśli pani Woodly nie ma nic przeciwko, to ja też nie.
- Oczywiście, że możesz pokazać jej resztę wyspy, Reeve - powiedziała 

cicho mama.

Lord Bradford skinął głową. Nawet on nie mógł mieć zastrzeżeń do 

czegoś tak niewinnego jak krótka samotna przejażdżka zaręczonej pary.

Tak więc gdy cała grupa skierowała się w stronę grobli, ja i Reeve 

wyruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Jechaliśmy w milczeniu pod 
upalnym   słońcem.   Zauważyłam,   że   w   miarę   przybliżania   się   do 
południowego brzegu, krajobraz  zaczął się zmieniać. Plaża stała się 
węższa, a konie zaczęły ostrożniej stąpać, mając pod kopytami małe 
kamyki zamiast piasku. Skończył się też lasek i pojawiła się skalna 
ściana. Jadąc jeszcze przez kilka minut dotarliśmy do miejsca, gdzie 
plaża miała szerokość zaledwie dwóch metrów, a nad nią górował klif.

Pomyślałam, że w czasie przypływu to miejsce musi być całkowicie 

zalane.

- Jesteśmy przy Jaskini Ruperta - oznajmił Reeve z satysfakcją. - To 

właśnie chciałem ci pokazać.

Spojrzałam na wielki łukowaty otwór czerniący się u podnóża klifu.
- Jaskinia Ruperta? - spytałam.
- Nie wiem, skąd się wzięła ta nazwa - odparł radośnie Reeve - ale jest 

w użyciu, od kiedy pamiętam. Chociaż lepsza byłaby chyba Jaskinia 

68

background image

Przemytników, bo właśnie z tego to miejsce jest znane.

Oceniłam   wzrokiem   odległość   między   wejściem   do   jaskini   a   linią 

wody, obecnie w najdalszym stadium odpływu. Wynosiła dwa metry.

-   Czy   w   czasie   przypływu   jaskinia   nie   jest   całkowicie   zalana?   - 

spytałam. - To chyba nie najlepsze miejsce do chowania przemycanych 
towarów.

- Rzeczywiście, w czasie przypływu jaskinię zalewa woda - przyznał 

Reeve. - Tak właściwie to woda sięga nawet do połowy wejścia. Ale 
jaskinia ciągnie się bardzo daleko w głąb i jest tam kilka miejsc, które 
zawsze pozostają suche.

Zadrżałam na myśl o oddaleniu się od światła słonecznego na taką 

odległość. Nigdy nie lubiłam małych, ciemnych pomieszczeń.

- Zsiądźmy z koni - powiedział Reeve.
Zeskoczyliśmy   z   siodeł   i   podeszliśmy   bliżej   wejścia   do   jaskini. 

Okazało się ono tak duże, że bez trudu pomieściłoby nawet konie. 
Podłoże wewnątrz było mokre, jako że słońce tam nie docierało.

Wyszłam z powrotem  na słońce i zmrużyłam  oczy pod  wpływem 

popołudniowego światła.

- Usiądźmy jeszcze na kilka minut przed odjazdem - poprosił Reeve. - 

Chciałem z tobą porozmawiać.

Poszukałam   wzrokiem   jakiegoś   suchego   miejsca,   ale   Reeve   skinął, 

bym   podążyła   za   nim.   Przeszliśmy   na   stronę,   gdzie   klif   opadał   w 
kierunku morza. Był tam też płaski kamień, na który mogliśmy się dość 
łatwo wspiąć.

Usiedliśmy, a ja zdjęłam żakiet.
- Opalisz się, jeśli nie będziesz uważać - powiedział Reeve, spoglądając 

na moje nagie ramiona.

- Przeszkadzałoby ci to? - spytałam.
- Nie, ale możesz się poparzyć, a to boli. Masz bardzo jasną skórę, a 

słońce dzisiaj mocno praży. Uważaj.

-   Za   ciepło   mi   w   tym   okropnym   żakiecie.   Czemu   ty   też   się   nie 

rozbierzesz?

Reeve poszedł za moją radą. Zdjął surdut i krawat. Potem położył się 

na kamieniu, oparł głowę na rękach i zamknął oczy. Pod rękawami 

69

background image

koszuli   rysowały   się   jego   mięśnie.   Wyglądał   na   bardzo   silnego 
mężczyznę. To pewnie skutek tych spotkań bokserskich u Gentlemana 
Jacksona, pomyślałam.

- Mówiłem ci, że przyjazd tu to okropny pomysł - powiedział.
- Twój kuzyn Harry jest bardzo miły - odparłam. - Nortonowie też. 

Tylko lady Sophia jest wiedźmą.

-   Ona   nie   jest   taka   zła.   Trzeba   tylko   umieć   postępować   z   nią   w 

odpowiedni sposób.

Spojrzałam   na   jego   twarz.   Miał   wyjątkowo   długie   rzęsy   jak   na 

mężczyznę.

Dobrze, że Amanda i jej przyjaciółki go teraz nie widzą, pomyślałam.
- Nie była zbyt miła ani dla mnie, ani dla mamy. Zresztą o siebie się 

nie martwię. Nie chcę tylko, żeby niepokoiła mamę.

Opowiedziałam mu o rozmowie w salonie.
Kiedy skończyłam, Reeve wyprostował się.
- Przepraszam, Deb. Ona zawsze taka była. Mówi dokładnie to, co 

myśli - jego głos stał się szorstki. - Ale wobec mnie zachowywała się 
przyzwoicie. Po wypadku, w którym zmarła moja matka, ciotka Sophia 
wstawiła się za mną u taty.

Reeve spojrzał posępnie na morze.
- Muszę przyznać, że zawsze, miałem słabość do staruszki.
Poczułam   skurcz   w   klatce   piersiowej.   Reeve   prawie   nigdy   nie 

wspominał o matce. Ja również spojrzałam na mieniącą się w słońcu 
wodę.

- Może rzeczywiście nie jest taka zła, na jaką wygląda - przyznałam. - 

Ale sam będziesz musiał wytłumaczyć jej naszą sytuację, bo ja nie pisnę 
ani słowa.

- Nie martw się, zrobię to.
Zapadła   między   nami   niekrępująca   cisza.   Oparłam   podbródek   na 

podciągniętych kolanach i obserwowałam morze. Z miejsca, w którym 
siedzieliśmy, nie było widać lądu. Reeve podniósł kamyk i rzucił go do 
wody. Po jej powierzchni rozeszły się kręgi.

- Deb?
Obróciłam się, by na niego spojrzeć.

70

background image

-   Musimy   wymyślić   jakiś   plan,   żeby   Bernard   przekazał   mi   moje 

pieniądze.

- Wiem - westchnęłam.
- Dzięki tobie spłacił moje długi. Ale ja chcę więcej. Mam już dosyć 

życia z pensji wypłacanej mi przez Bernarda. Chcę być panem samego 
siebie!

- Wiem, że tego chcesz.
Na   mojej   górnej   wardze   pojawiły   się   kropelki   potu.   Zlizałam   je. 

Poczułam smak soli.

- Mam już pewien pomysł - przyznałam. - Ale wszystko zależy od 

tego, jak bardzo lordowi Bradfordowi zależy, by nasze małżeństwo 
doszło do skutku. Jeśli wolałby, żebyś znalazł sobie inną dziewczynę, 
mój plan nie wypali.

Wzrok   Reeve’a   utkwiony   był   w   mojej   wardze,   którą   właśnie 

polizałam.

- Co to za pomysł? - spytał.
- Myślałam, żeby powiedzieć mu, że po ślubie chcę zamieszkać w 

Ambersley. Ty wtedy oznajmisz, że nie zgadzasz się, byśmy się tam 
wprowadzili,   dopóki   nie   staniesz   się   pełnoprawnym   właścicielem 
posiadłości. Wtedy ja powiem, że nie zgodzę się za ciebie wyjść, dopóki 
lord Bradford nie przekaże ci twoich pieniędzy. - Zsunęłam warkocz z 
rozgrzanego   karku.   -   Ale   to   nie   podziała,   jeśli   jemu   nie   zależy   na 
naszym ślubie.

- Hmm.
Reeve podniósł kolejny kamyk i wrzucił go od niechcenia do wody. 

Zdziwiła mnie odległość, na jaką poleciał.

-   Wiesz,   Deb,   ostatnia   rzecz,   jakiej   by   chciał   Bernard,   to   zerwane 

zaręczyny - powiedział Reeve po minucie. - To przecież w złym guście. 
Właściwie   zakrawałoby   na   skandal.   A   jego   małe   konwencjonalne 
serduszko nie znosi takich sytuacji. Myślę, że gdybyś postawiła mu 
takie ultimatum, Bernard zgodziłby się przekazać mi moje dziedzictwo.

Spojrzał na mnie, uśmiechając się z aprobatą. Na tylnej stronie jego 

koszuli pojawiło się kilka wilgotnych plam.

- To świetny pomysł, Deb.

71

background image

Zastanowiłam się nad tym, co przed chwilą powiedział.
- Czy rzeczywiście byłby to skandal? - spytałam nerwowo. - Co się 

stanie, kiedy w końcu zerwiemy zaręczyny?

Reeve machnął lekceważąco ręką.
- Skandal jest wtedy, kiedy rezygnuje tylko jedna ze stron. Jako że my 

podejmiemy tę decyzję razem, nie wywołamy tym samym żadnego 
skandalu.

- Aha - powiedziałam.
- Oczywiście Bernard wpadnie w szał - dodał Reeve, nie wyglądając 

przy tym jakby go to w najmniejszym stopniu obchodziło.

- Cóż - oświadczyłam bohatersko - najważniejsze jest, byś odzyskał 

swoje pieniądze.

- Wspaniała z ciebie dziewczyna, Deb - powiedział Reeve. - Nie wiem, 

co bym bez ciebie zrobił.

- Zgadzam się. Tak właściwie, zaczynam myśleć, że może jesteś mi coś 

winien.   Mógłbyś,   na   przykład,   podarować   mi   konia   -   rzuciłam 
spoglądając na niego, by ocenić, jaką reakcję wywoła ten mały szantaż.

- Jeśli nam się uda, kupię ci jednego z koni do polowań lady Weston - 

powiedział.

Serce zabiło mi mocniej.
- Och, Reeve. Naprawdę?
- Naprawdę. Zasłużyłaś na to - odparł. - A teraz chodźmy już. Lepiej, 

żebyśmy wrócili, nim Bernard wyśle po nas ekipę ratunkową.

Zaśmiałam się i podążyłam za nim w kierunku naszych koni.

Rozdział siódmy

Następne   dwa   dni   minęły   bez   zakłóceń.   Pierwszego   pojechałam   o 

poranku   na   przejażdżkę   z   Reevem,   a   po   południu   spokojnie 
przechadzałam się w ogrodzie z mamą i panią Norton. Następnego 
ranka padał deszcz, ale później chmury rozwiały się i pojechaliśmy 
obejrzeć   miasteczko   Wakefield,   leżące   na   zachód   od   rezydencji. 
Spotkaliśmy się tam z państwem Thornton, miejscowym proboszczem i 
jego żoną.

Trzeciego dnia miało się odbyć przyjęcie w ogrodzie, organizowane 

72

background image

przez lorda Bradforda i lady Sophię.

-   Zaprosiliśmy   kilku   znajomych   z   najbliższego   sąsiedztwa,   żeby 

poznali   panią   i   pani   matkę   -   powiedział   mi   lord   Bradford,   kiedy 
wracaliśmy z wizyty u proboszcza. - Sezon londyński się skończył, więc 
większość   miejscowych   rodzin   zagościła   na   powrót   w   swoich 
rezydencjach.

Nie byłam tym szczególnie zachwycona. Jako że nasze zaręczyny były 

fikcją, lepiej byłoby, gdyby wiedziało o nich jak najmniejsze grono osób. 
Nie mogłam tego jednak powiedzieć lordowi Bradfordowi.

Obróciłam się, by na niego spojrzeć. Jechaliśmy obok siebie wąską 

wiejską drogą. Kiedy nasze oczy się spotkały, uśmiechnął się.

- Chciałbym skorzystać z chwili i powiedzieć pani, jak bardzo cieszą 

mnie zaręczyny Reeve’a - oznajmił lord Bradford.

Nie mogłam powstrzymać wyrazu zdziwienia, który pojawił się na 

mojej twarzy. Lord Bradford pospieszył z wyjaśnieniem.

-   Reeve   nie   musi   żenić   się   dla   pieniędzy,   panno   Woodly.   Jest   już 

wystarczająco bogaty.

To pan ma pieniądze Reeve’a, pomyślałam, ale nie odezwałam się.
-   Nie   musi   się   również   żenić   z   jakąś   pannicą,   która   uważa   go   za 

bohatera z wiersza.

Spojrzałam na niego ze zdumieniem.
- Słyszał pan o Korsarzu?
- Mam siedemnastoletnią córkę, panno Woodly - odparł lord Bradford 

beznamiętnym tonem. - Oczywiście, że słyszałem o lordzie Byronie. Ale 
dopiero kiedy pojechałem do Londynu, dowiedziałem się, że Reeve 
rzeczywiście jest porównywany do tego idiotycznego korsarza.

- To rzeczywiście dość nieznośne - przyznałam.
Lord Bradford zacisnął usta w linijkę, co nadało mu wygląd osoby 

bardzo surowej.

- Reeve ma wiele wad, ale na pewno nie jest próżny.
-   Uważam,   że   Reeve   ma   dużo   mniej   wad,   niż   się   panu   wydaje   - 

odparłam.

Jeszcze raz spojrzał na mnie przenikliwie.
- Może wreszcie zaczyna dorośleć. W istocie, jest znacznie bardziej 

73

background image

zrównoważony niż kiedyś, ale z drugiej strony przebywa tu dopiero 
cztery dni.

Uśmiechnęłam się nieznacznie.
- Jeśli mogłabym coś zasugerować, skoro chce pan, żeby Reeve nadal 

był tak opanowany, to powinien zapewnić mu pan jakieś inne zajęcia 
niż tylko uczestniczenie w przyjęciach.

Nagle lord Bradford uśmiechnął się szeroko. Jego twarz o grubych 

rysach rozjaśniła się, stając się prawie urodziwa.

-   Mówiłem   już,   że   cieszę   się   z   zaręczyn   Reeve’a,   panno   Woodly. 

Myślę, że znalazł dziewczynę, która go rozumie - powiedział i jego 
uśmiech zniknął. - Na tyle, na ile w ogóle można go zrozumieć.

Droga stała się szersza, więc podjechaliśmy trochę, żeby dołączyć do 

Reeve’a i Sally, którzy nieznacznie nas wyprzedzali.

- Tato - powiedziała Sally. - Co myślisz o wyprawie do Minchester 

Abby?

Podczas gdy lord Bradford omawiał ten projekt z córką, ja i Reeve 

jechaliśmy w milczeniu. Rozmyślałam o przeprowadzonej przed chwilą 
rozmowie.

Aprobata   lorda   Bradforda   dotycząca   mojego   ślubu   z   Reevem   była 

zarówno dobrym, jak i złym znakiem, zdecydowałam. Dobrą stroną 
było to, że wydawało się, że lord Bradford zrobi wszystko, by mał-
żeństwo   doszło   do   skutku.   To   pozwoliłoby   Reeve’owi   na   przejęcie 
majątku, jeszcze zanim stanęlibyśmy przed ołtarzem.

Złą stroną tego układu było oczywiście to, że lord Bradford wścieknie 

się na wieść o tym, że został nabrany.

Trudno, pomyślałam już chyba setny raz, od kiedy zgodziłam się na te 

fikcyjne zaręczyny, sam jest sobie winien, nie trzeba było zachowywać 
się tak okropnie wobec biednego Reeve’a przez te wszystkie lata.

Czułabym się jednak lepiej, gdyby nie był dla mnie taki miły.

* * *

Następny   poranek   był   słoneczny,   ale   już   po   południu   zaczęło   się 

chmurzyć.   Lady   Sophia   była   wściekła.   Jej   przyjęcie   w   ogrodzie   nie 
mogło zostać zepsute.

- Przecież nie zaprosiliśmy jakiejś ogromnej liczby osób, kuzynko - 

74

background image

powiedział rozsądnie lord Bradford. - W domu jest pełno miejsca, na 
wypadek gdybyśmy musieli przenieść przyjęcie pod dach.

- Nie zgadzam się - zagrzmiała lady Sophia i stuknęła laską o podłogę. 

- Słyszysz mnie, Bernardzie? Zaplanowałam przyjęcie w ogrodzie i nie 
mam zamiaru się wycofywać.

- Słyszę, kuzynko - odparł lord Bradford z rezygnacją.
Wszyscy ją słyszeliśmy. Nie musiała podnosić głosu, był on sam w 

sobie tak ostry, że przeciąłby stal.

- Jestem przekonana, że nie będzie padać - powiedziała pogodnie pani 

Norton.

- Skąd ma pani pewność? - spytała lady Sophia, rzucając jej gniewne 

spojrzenie.

- Mam takie przeczucie - odparła pani Norton tym samym radosnym 

tonem.

Staliśmy   wszyscy   w   ogrodzie,   który   wyglądał   wyjątkowo   uroczo. 

Służba wykładała jedzenie na długi, przykryty lnianym obrusem stół. 
Dwóch   lokaj   ów   w   liberii   ustawiało   misę   z   ponczem   i   oszronione 
butelki szampana.

- Przyjęcie wewnątrz domu z pewnością nie będzie tak przyjemne, jak 

w ogrodzie - zwróciłam się do lady Sophii - ale przecież mama i ja i tak 
będziemy   mogły   poznać   państwa   sąsiadów.   A   chyba   o   to   właśnie 
chodzi?

Zdaje się, że moja uwaga trafiła w sedno, ponieważ twarz starszej pani 

rozjaśniła się jak za sprawą czarów.

- Zgadza się, paniusiu - zagdakała.
Zauważyłam, że Reeve rzucił jej podejrzliwe spojrzenie.
- Kogo, tak dokładnie zaprosiłaś, ciociu Sophio? - spytał.
- Wydaje mi się, że wszystkich znasz, Reeve - odparła niewinnie. - W 

młodości   dość   często   odwiedzałeś   Wakefield.   Pamiętasz   Geoffreya 
Henleya?

Twarz Reeve’a rozjaśniła się.
- Oczywiście, że go pamiętam. Będzie tu? Myślałem, że jest w wojsku.
- Został ranny w Hiszpanii i odesłano go do domu - wyjaśnił lord 

Bradford.   -   Pojawi   się   tu   dzisiaj.   A   także   jego   siostra   ze   swoim 

75

background image

narzeczonym.

- Mój Boże, Charlotte nie jest chyba wiele starsza od Sally - powiedział 

Reeve. - Naprawdę wychodzi już za mąż?

- Będę wprowadzona do towarzystwa już w przyszłym sezonie, Reeve 

- oznajmiła Sally urażonym tonem. - Za rok o tej samej porze też już 
mogę być zaręczona.

Reeve spojrzał na swoją kuzynkę i zdał sobie sprawę, że zranił jej 

uczucia. Potrząsnął smutno głową.

- Sprawiasz, że czuję się stary, Sal.
Sally   rozchmurzyła   się   i   zachichotała.   Niebo   zrobiło   się   jeszcze 

ciemniejsze niż przed chwilą.

- Ojej - powiedziała mama, spoglądając na kłębiące się chmury. - Mam 

nadzieję, że wszyscy się zjawią, nim zacznie padać.

- Nie będzie padać - syknęła lady Sophia.
Pół godziny później, tuż przed przyjazdem gości, niebo zaczęło się 

przejaśniać. Szliśmy z Reevem przez ogród i rozmawialiśmy leniwie o 
tym   i   o   tamtym,   kiedy   nagle   przez   powłokę   chmur   przedarł   się 
pierwszy promień słońca.

Ogród   rezydencji   Wakefield   zajmował   prawie   dwa   hektary.   Jego 

centrum stanowiła ozdobna fontanna, otoczona cisowym żywopłotem i 
różnokolorowymi klombami. Na nich, na fioletowo, biało, niebiesko i 
różowo kwitł groszek pachnący, klematis, floks, róże i hortensje. Od 
strony południowej, za fontanną, wyłaniała się obrośnięta cisem altana, 
wiodąca dalej do małego lasku, poprzecinanego zacienionymi alejkami. 
Na jego skraju rósł stary, ogrodzony murem sad.

Był   to   ładny,   rozsądnie   zaprojektowany   ogród,   w   niczym 

nieprzypominający   ciągnącego   się   kilometrami   parku   rezydencji 
Ambersley.

Zawróciliśmy właśnie spod fontanny i kierowaliśmy się ku domowi, 

kiedy   Reeve   zaśmiał   się,   spoglądając   na   wyłaniające   się   zza   chmur 
słońce.

-  A  niech  to,   ciotka   Sophia  musi  być  czarownicą.  Ma   władzę  nad 

żywiołami.

-   Zmienił   się   kierunek   wiatru   -   stwierdziłam   trzeźwo.   -   To   żadne 

76

background image

czary.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi na taras i wyszła na niego 

grupa ludzi.

- Kto to jest? - spytałam Reeve’a. - Widzisz?
- To chyba Martinowie. Są właścicielami Coverdale, położonego około 

sześciu kilometrów stąd. Sir Timothy zna się z Bernardem od zawsze.

- To będzie straszne - powiedziałam ponuro.
- Tylko nie mów, że cię nie ostrzegałem, Deb.
Pomyślałam   przez   chwilę   czy   nie   wytłumaczyć   mu,   że   to   nie 

spotkania z tymi ludźmi tak mnie niepokoją. Niepokoiło mnie to, że 
spotykamy się z nimi, udając parę, którą nie jesteśmy. Ale w końcu nic 
nie   powiedziałam.   Naprawdę   nie   chciałam,   żeby   Reeve   poczuł   się 
winny.

Kilka   minut   później   dotarliśmy   do   tarasu,   otoczonego   donicami   z 

kwiatami. Lady Sophia przedstawiła mnie i mamę Martinom.

Sir Timothy o rumianej cerze, takiej, jaką mają ludzie, którzy spędzają 

dużo czasu na powietrzu, spojrzał na mnie z aprobatą. Byłam ubrana w 
białą   muślinową   suknię   z   okrągłym   dekoltem   i   krótkimi,   pięknie 
wyszywanymi rękawami. Włosy miałam związane błękitną wstążką w 
fantazyjny węzeł.

Sir Timothy ujął moją dłoń i skłonił się z zaskakującym wdziękiem.
- Cieszę się, chłopcze, że znalazłeś sobie dziewczynę, która wygląda na 

zdolną   stawić   ci   czoło   -   powiedział   do   Reeve’a.   -   A   nie   jakieś 
maleństwo, które się boi własnego cienia.

- Jak się pani ma, panno Woodly - zwróciła się do mnie pani Martin. - 

Proszę wybaczyć mojemu mężowi obcesowość. Od lat staram się go 
utemperować, ale bez skutku.

Lady Martin miała roześmiane piwne oczy i siwiejące włosy. Od razu 

przypadła mi do serca.

- Jak się pani ma, lady Martin - odpowiedziałam. - Miło mi panią 

poznać.

Martinowie zostali następnie przedstawieni mamie i przez następne 

pięć   minut   staliśmy   rozmawiając,   dopóki   nie   zjawili   się   wielebny 
Thornton wraz z żoną. Potem na tarasie pojawił się też lekarz z Fair 

77

background image

Haven z żoną i córkami.

- Ciekawe, gdzie jest Geoff - zastanawiał się właśnie Reeve, kiedy 

nagle do ogrodu weszła kolejna grupa ludzi.

Składała   się   ona   z   mężczyzny   w   średnim   wieku,   kobiety,   która 

najwyraźniej   była   jego   żoną,   dwóch   mężczyzn   w   wieku   Reeve’a,   z 
których jeden lekko utykał, i dziewczyny wyglądającej na osiemnaście 
lat.

Henleyowie, pomyślałam. Młody utykający mężczyzna to musi być 

Geoff,   dziewczyna   to   jego   siostra   Charlotte,   a   wysoki   elegancki 
mężczyzna to jej narzeczony.

- A oto i Geoff - powiedział uradowany Reeve i skierował się w stronę 

drzwi.

Ja dokończyłam rozmowę z panią Calder, żoną lekarza, i podążyłam 

za nim.

Lady Sophia czekała na mnie na szczycie schodów.
- Mam dla pani niespodziankę, panno Woodly - oznajmiła. - Jest tu 

ktoś, kogo powinna pani poznać.

Jest za bardzo z siebie zadowolona, pomyślałam.
Reeve   rozmawiał   z   młodym   mężczyzną,   który   utykał.   Powoli 

podeszłyśmy do grupy nowych gości.

-   Swale   -   powiedziała   lady   Sophia.   -   Niech   pan   pozwoli,   że 

przedstawię narzeczoną mojego bratanka, pannę Deborah Woodly.

Usłyszałam, jak ktoś za moimi plecami głośno wciągnął powietrze.
-   Panno   Woodly   -   kontynuowała   lady   Sophia   -   to   jest   wicehrabia 

Swale.

Lord Swale pochylił się, by ucałować moją dłoń. Uśmiechnęłam się na 

powitanie do lady Swale, która z kolei przedstawiła mnie Geoffreyowi i 
Charlotte.

- Reeve - powiedziała Charlotte z szelmowskim uśmiechem - pozwól, 

że przedstawię tobie i twojej narzeczonej mojego narzeczonego, lorda 
Lynly.

Lorda Lynly!
Te dwa słowa dotarły do mnie dopiero po chwili. Poczułam jak cała 

krew odpływa z mojej twarzy.

78

background image

O,  mój   Boże,   pomyślałam,  co   za   okropna   kobieta.   To   jej   sprawka. 

Zrobiła to specjalnie. Żołądek podszedł mi do gardła i poczułam, że 
zaczynam się trząść.

Podniosłam oczy i spojrzałam na mojego brata. Był równie blady jak i 

ja.

-   Witaj,   Deborah   -   powiedział   zdławionym   głosem.   -   Nie 

spodziewałem się ciebie tu spotkać.

Otworzyłam usta, ale nie mogłam wydusić z siebie słowa. Poczułam, 

że Reeve podszedł do mnie i objął mnie za ramiona.

- Spokojnie, Deb - powiedział.
Jego   obecność   mnie   uspokoiła.   Wzięłam   głębszy   oddech,   próbując 

zwalczyć mdłości.

-   Co   się   dzieje,   Richardzie?   -   spytała   Charlotte   skonsternowanym 

głosem.

- Deborah jest moją przyrodnią siostrą - odpowiedział.
- Drogi Boże - szepnął Geoffrey.
- Uznałam, że już czas, byście się poznali - wtrąciła się lady Sophia. 

Obserwowała nas z zaciekawieniem. - Nie chciałam, żeby mój bratanek 
poślubił dziewczynę odrzuconą przez rodzinę.

Reeve obrócił się w jej stronę, nadal mnie obejmując.
- Za daleko się posunęłaś, ciociu Sophio - powiedział zimnym tonem. - 

To ani czas, ani miejsce na tego typu spotkania. Ale jeśli już tu jesteśmy, 
sugeruję, żebyśmy weszli do środka, aby porozmawiać na osobności. 
Ciocia może zostać tutaj.

- Nie zostanę - oburzyła się lady Sophia.
- Zostaniesz - Reeve spojrzał na nią groźnie. Wyglądał na naprawdę 

rozwścieczonego. Podziałało, lady Sophia się ugięła.

- Przesadzasz, Reeve - powiedziała z obrazą w głosie. - To spotkanie 

musiało dojść do skutku.

- Nie w ten sposób - oświadczył stanowczo Reeve. - Chodź, Lynly. Ty 

też, Charlotte. Musimy porozmawiać, nim spotkamy się z pozostałymi 
gośćmi.

- Ja również chciałbym się dowiedzieć, co tu się i dzieje - odezwał się 

lord Swale wyważonym tonem.

79

background image

Zamknęłam oczy.
- Wszystkiego się pan dowie w swoim czasie, sir, ale w tej chwili jest 

ważne, aby Deb i Lynly mogli porozmawiać na osobności.

- Chodźmy coś zjeść, Max - powiedziała lady Swale. - Jestem pewna, 

że wszystko się niedługo wyjaśni.

Dzięki   Bogu,   pomyślałam.   Tylko   tego   mi   trzeba,   żeby   ludzie 

wpatrywali się we mnie, próbując odgadnąć, co czuję.

- A co z mamą? - spytałam Reeve’a.
Spojrzał na Geoffreya.
-   Tam,   w   niebieskiej   sukience,   stoi   pani   Woodly.   Czy   mógłbyś   ją 

poprosić, żeby dołączyła do mnie i Deb w salonie? - poprosił.

- Oczywiście - odparł Geoff i skierował się do pozostałych gości.
Tymczasem   nasza   czwórka   bez   słowa   udała   się   do   biało-złotego 

salonu. Nikt nie usiadł. Po raz pierwszy w życiu spojrzałam mojemu 
bratu prosto w oczy.

Był   równie   wysoki   jak   Reeve,   ale   odrobinę   szczuplejszy.   Jego 

kasztanowe włosy były modnie zaczesane; miał piwne oczy.

-   Nie   miałem   pojęcia,   że   zaręczyłaś   się   z   Cambridgem,   Deborah   - 

powiedział.

Kiedy wymówił moje imię, z jakiegoś powodu poczułam się tak, jakby 

ktoś uderzył mnie w brzuch.

Nie ma prawa wymawiać mojego imienia.
- A niby skąd miałbyś wiedzieć - odparłam ze złością. - Przecież nasz 

los nigdy cię specjalnie nie obchodził.

Na jego bladych policzkach pojawił się lekki rumieniec.
- Twoja matka stanowczo dała do zrozumienia, że żadna z was nie 

chce mieć ze mną nic wspólnego.

- Nie masz prawa tak mówić, tylko dlatego, że nie zniżyłyśmy się do 

żebrania.

- Żebrania? O co ci chodzi? Dlaczego miałybyście żebrać? - Mój brat 

wyglądał na zdezorientowanego.

Zaśmiałam się nieprzyjemnie. Lynly spojrzał na Reeve’a.
- O co chodzi, Cambridge?
- Deb mówi o tym, że przez ostatnie osiemnaście lat obie z matką były 

80

background image

skazane na życie w biedzie.

Mój   brat   albo   naprawdę   o   tym   nie   wiedział,   albo   był   z   niego 

doskonały aktor. Raczej to drugie.

- To nie może być prawda - powiedział. Spojrzał w moją stronę. - Mój 

wuj zawsze się o was troszczył.

- Tak ci powiedział? - spytałam z naganą w głosie. - Nie nazwałabym 

małej   chatki   i  pięćdziesięciu   funtów   rocznie   zapewnieniem  bytu   na 
przyzwoitym poziomie.

- Przecież dostajecie więcej! - zawołał wstrząśnięty Lynly.
- Nie dostają - potwierdził ponuro Reeve.
W tym momencie drzwi od salonu otworzyły się i weszła mama.
- Chciałaś się ze mną zobaczyć, kochanie? - spytała podchodząc do 

nas.

Wzięłam ją za rękę i ścisnęłam ją mocno.
-   Tak,   mamo.   Chciałam   przedstawić   ci   twojego   pasierba,   Richarda 

Woodly, lorda Lynly.

Matka spojrzała na wysokiego młodego mężczyznę, stojącego obok 

Charlotte. Krew napłynęła jej do policzków.

- To prawda? - spytała. - To naprawdę Richard?
Spojrzał na nią z mieszaniną bólu i tęsknoty.
-   Tak,   to   ja.   Wygląda   pani   zupełnie   tak,   jak   ją   zapamiętałem   - 

powiedział odrobinę smętnie.

Mama uśmiechnęła się do niego słodko.
- A ty wyglądasz zupełnie jak swój ojciec.
- Tak mówią ludzie - odparł.
- Nic z tego nie rozumiem, Richardzie - powiedziała zdezorientowana 

Charlotte. - Możesz wytłumaczyć mi, o co chodzi?

Richard zawahał się. Wyglądał, jakby sam nie rozumiał wszystkiego 

do końca.

-   Z   radością   wszystko   wyjaśnię,   lady   Charlotte   -   odezwałam   się 

szorstkim głosem, nadal ściskając rękę mamy. - Moja matka była drugą 
żoną ojca Richarda i jego macochą. Ja urodziłam się, kiedy Richard miał 
pięć lat, ale mój ojciec nie uwzględnił nas w swoim testamencie. Zmarł, 
kiedy   miałam   trzy   lata,   a   powiernik   majątku   Richarda,   mój   wuj, 

81

background image

wypędził nas z rezydencji Lynly. Przydzielono nam maleńką chatkę w 
pobliżu   Cambridge   i   nędzne   pieniądze,   za   które   od   tej   pory 
musiałyśmy   żyć.   -   Rzuciłam   ciężkie   spojrzenie   Richardowi.   -   Ja   i 
Richard spotykamy się dzisiaj po raz pierwszy od czasu, kiedy byliśmy 
małymi dziećmi.

Charlotte była wstrząśnięta.
Richard wyglądał na zbulwersowanego.
-   Jestem   pewna,   że   Richard   nie   zdawał   sobie   sprawy   z   naszego 

położenia - odezwała się mama.

-   Ale   jakoś   nigdy   nie   próbował   sprawdzić,   co   się   z   nami   dzieje   - 

odparłam.

Richard zaczął się denerwować.
- Trzeba było dać mi znać, że macie kłopoty. Przecież nie potrafię 

czytać w myślach - zawołał.

- Nie, jesteś tylko egocentrycznym, skąpym draniem! - wykrzyknęłam 

rozgorączkowana.

- Deborah! - powiedziała mama ze zgrozą.
- Panno Woodly! - oburzyła się Charlotte.
- Nie daj się, Deb! - poparł mnie niezłomnie Reeve.
W tym momencie otworzyły się drzwi i wszedł lord Bradford.
- Pojawiło się kilku nowych gości, których chciałbym przedstawić pani 

i pannie Woodly - powiedział.

-   Zaraz   do   pana   dołączymy,   milordzie   -   zapewniła   mama   z 

uśmiechem.

Lord Bradford spojrzał na nią przenikliwie, a potem przeniósł wzrok 

na mnie. Byłam pewna, że moje policzki są czerwone ze wściekłości. 
Jednak lord Bradford nic nie powiedział, kiwnął tylko głową i wyszedł 
z salonu.

- Musimy wrócić na przyjęcie - zwróciła się do mnie mama.
Spojrzałam w jej błękitne oczy. Wzięłam głęboki oddech. Mój żołądek 

był nadal ściśnięty. Pokiwałam głową.

- Dobrze.
Skierowałam się do drzwi, a Reeve podążył za mną.
-   Cambridge   -   usłyszałam   głos   mojego   brata   -   możesz   na   chwilę 

82

background image

zostać? Mam do ciebie kilka pytań.

- Ja też mam kilka spraw, które chciałbym z tobą omówić - powiedział 

srogo Reeve.

Wyszłam z salonu i podążyłam za mamą do ogrodu.

* * *

Później   tego   samego   wieczoru,   kiedy   wszyscy   rozeszli   się   już   do 

domów, poszliśmy z Reevem na spacer.

- Co za popołudnie - westchnął. - Nie miałem pojęcia, że narzeczony 

Charlotte to twój brat. To prawda, że byli razem w Londynie w czasie 
ostatniego sezonu, ale nigdy się tam nie spotkaliśmy. Lynly nie lubi 
chyba zbytnio hazardu.

-   Pewnie   nie   chce   wydawać   swoich   pieniędzy   -   powiedziałam 

pogardliwie.

Reeve   milczał.   Usłyszeliśmy   dźwięk   wody   pluskającej   miękko   w 

fontannie. Czułam woń rosnących na klombach kwiatów oraz zapach 
soli dochodzący od strony morza. W lesie śpiewały dwa słowiki.

- Według Geoffa, Lynly wydaje się porządnym człowiekiem - odezwał 

się Reeve. - Rodzina jest zadowolona z zaręczyn Charlotte, nie tylko ze 
względu na jego pieniądze.

- Najwidoczniej nie znają go zbyt dobrze - odparłam.
- Usiądźmy na chwilę - poprosił Reeve.
Podeszliśmy do kamiennych ławek ogrodowych ustawionych po obu 

stronach altany. Usiedliśmy.

- Lynly chciał, żebym został z nim w salonie, bo chciał się dowiedzieć, 

jak   wyglądało   wasze   życie   od   czasu,   kiedy   zmarł   twój   ojciec   - 
powiedział Reeve. - Opowiedziałem mu wszystko ze szczegółami.

Wygładziłam miękki muślin mojej sukni.
- I co on na to?
- Był zbulwersowany. Podobno wuj mu powiedział, że opuszczenie 

rezydencji Lynly było decyzją twojej matki. Zapewnił też, że zakupił 
dla was wygodny dom i wypłaca co roku pokaźną sumę na życie. I że 
to była prośba twojej matki, by żaden z Woodleyów nie narzucał wam 
swojej   obecności.   Dlatego   Lynly   nigdy   nie   próbował   się   z   wami 
skontaktować.

83

background image

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Jak mógł uwierzyć w taką bajeczkę? Dlaczego mama miałaby zrobić 

coś tak dziwnego?

Siedzieliśmy tak blisko siebie, że czułam emanujące z niego ciepło.
- Musisz pamiętać, Deb - wyjaśnił Reeve - że Lynly miał tylko osiem 

lat, kiedy zmarł wasz ojciec i że wuj Woodly stał się jego jedynym 
opiekunem i powiernikiem majątku.

Ciężko mi było to wszystko zaakceptować. Tyle czasu nienawidziłam 

swojego brata. Nie było łatwo o tym zapomnieć.

- Mógł nas tak czy inaczej poszukać - powiedziałam uparcie.
- Powinien był - zgodził się Reeve. - Ale kiedy osiągnął pełnoletność, 

macocha i przyrodnia siostra z dalekiej przeszłości prawdopodobnie 
nie wydawały mu się już takie ważne. Zwłaszcza że sądził, iż jesteście 
należycie traktowane.

-   Nie   sprawdzał   swoich   ksiąg   rachunkowych?   -   spytałam.   -   Nie 

zauważył, że nie dostajemy żadnych pieniędzy?

- Zdaje się, że wuj John nadal sam prowadzi księgi rachunkowe.
- Mój Boże, Reeve - powiedziałam i uderzyłam pięścią w dłoń. - Mój 

Boże.

- Lynly miał rację - stwierdził trzeźwo Reeve. - Twoja matka powinna 

była skontaktować się z nim, kiedy skończył dwadzieścia jeden lat. 
Zrobiłby coś, żeby wuj przestał traktować was tak niesprawiedliwie.

- Mama nie zniżyłaby się do tego - odparłam zaciekle.
- A powinna.
- I tak pewnie nic by nie zrobił. Prawdopodobnie opowiedział ci to 

wszystko, żeby zaimponować Charlotte.

- Posłuchaj  mnie, Deb  - powiedział Reeve. - Wiem jak trudno  jest 

przestać chować do kogoś urazę. - Położył mi dłonie na ramionach i 
obrócił mnie w swoją stronę. - Dla waszego wspólnego dobra, myślę, że 
powinnaś wybaczyć mu to zaniedbanie.

-   Nie   muszę   tego   robić   -   szepnęłam   i   dodałam   z   pełną   złości 

szczerością. - Nie chcę.

- Wiem, że nie chcesz - pochylił głowę i ucałował mnie w czoło. - Ale 

tak będzie lepiej dla wszystkich.

84

background image

Siedziałam   bardzo   blisko   niego.   To   nie   był   pierwszy   raz,   kiedy 

byliśmy   tak   blisko,   ale   z   jakiegoś   powodu   tym   razem   czułam   się 
inaczej.   Noc,   zapach   kwiatów   i   morza,   odgłosy   fontanny,   śpiew 
słowików. Jego usta na moich włosach.

Nagle ze zdumieniem stwierdziłam, że chcę wesprzeć głowę na jego 

ramieniu, czuć jego ciało przyciśnięte do mojego.

Zmarszczyłam brwi i odsunęłam się od Reeve’a.
On nadal mnie obejmował.
- I co ty na to? - spytał.
- Nigdy mu nie wybaczę - odparłam szorstko. - Ale myślę, że mogę się 

wobec niego zachowywać uprzejmie w trakcie naszej wizyty tutaj.

- Grzeczna dziewczynka - uśmiechnął się Reeve. Puścił moje ramiona, i 

pocałował mnie w czoło. Jego usta pozostały na chwilę na mojej skórze 
i poczułam się dziwnie.

Co się ze mną dzieje? pomyślałam.
- Czas, byśmy wracali do domu - powiedział Reeve.
Podniosłam się ochoczo z ławki. Nie byłam pewna, co właśnie zaszło 

między   mną   a   Reevem,   ale   sprawiło   to,   że   poczułam   się   dość 
niezręcznie. Spojrzałam na niego, ale nie mogłam nic wyczytać z jego 
poważnej twarzy.

- Może jutro rano przejedziemy się na Wyspę Charlesa? - spytałam 

lekko.

- Dobrze - odparł.
Wyglądał, jakby myślał o czymś innym, na jego czole rysowały się 

zmarszczki.

Do   domu   doszliśmy   w   milczeniu,   a   potem   dołączyliśmy   do 

pozostałych jego mieszkańców na herbatę w salonie.

Rozdział ósmy

Następnego   ranka   pani   Thornton,   żona   proboszcza,   spadła   ze 

schodów   i   złamała   nogę.   Ta   wiadomość   wywołała   w   rezydencji 
Wakefield konsternację.

-   Oczywiście,   że   bardzo   mi   przykro   z   powodu   jej   wypadku   - 

powiedział   sfrustrowany   lord   Bradford   -   ale   kto   teraz   zajmie   się 

85

background image

organizacją festynu?

- Pani Thornton nie miała nikogo do pomocy? - spytałam zdumiona.
Właśnie wróciliśmy z Reevem z przejażdżki i natknęliśmy się na lorda 

Bradforda   i   Harry’ego,   siedzących   przy   śniadaniu   i   omawiających 
kwestię   wypadku   pani   Thornton,   który   najwyraźniej   uważali   za 
katastrofę. Mama siedziała z nimi nad swoim codziennym, skromnym 
śniadaniem składającym się z herbaty i tostu.

-   Oczywiście,   że   miała   pomocników,   ale   to   ona   sama   wszystko 

koordynowała - lord Bradford zmarszczył brwi. - Nie mam pojęcia, jak 
sobie bez niej poradzimy.

- Festyn musi się odbyć, tato - powiedział Harry. Na jego szczerej, 

prostokątnej twarzy malowała się determinacja. - Miejscowi poczują się 
oszukani, jeśli go nie będzie.

- Wiem, Harry - odparł z rozdrażnieniem lord Bradford.
Reeve nałożył sobie na talerz jajka na szynce i także usiadł przy stole. 

Patrząc na jego subtelnie wyrzeźbione rysy twarzy i pełne wdzięku 
ruchy trudno było uwierzyć, że w jego żyłach płynie ta sama krew, co 
w żyłach dwóch pozostałych mężczyzn.

- Kiedy miał miejsce wypadek? - spytał. - Jeszcze wczoraj po południu 

widzieliśmy się z panią Thornton i była w dobrym zdrowiu.

- Podobno stało się to wcześnie rano, kiedy przed śniadaniem wyszła 

na przechadzkę do ogrodu. Pół godziny temu był tutaj doktor Calder, 
by przekazać mi złą wiadomość.

-   Czy   inne   panie   z   okolicy   nie   pomagają   w   przygotowaniach   do 

festynu? - spytała mama.

- Właśnie, co z paniami, które poznałyśmy wczoraj? - poparłam ją.
- Musisz zrozumieć, Deborah - powiedział Harry, odsuwając od siebie 

swój talerz - że ludzie tacy jak lord Swale zawsze urządzają  latem 
festyn dla własnej służby i najemców. Oczywiście pojawią się też na fe-
stynie   w   miasteczku,   ale   nie   biorą   udziału   w   przygotowaniach   do 
niego.

Noblesse oblige - mruknęłam złośliwie.
Mama rzuciła mi karcące spojrzenie.
- Czyli większość pracy przy festynie spada na barki żony pastora - 

86

background image

powiedziała.

Lord   Bradford   z   ponurym   wyrazem   twarzy   nalał   sobie   kolejną 

filiżankę kawy.

- Pani Thornton zawsze świetnie się spisywała.
Reeve   tymczasem   jadł   to,   co   nałożył   sobie   na   talerz,   sprawiając 

wrażenie, jakby nie zwracał uwagi na toczącą się przy stole rozmowę. 
Coś chyba jednak musiało do niego dotrzeć.

-   W   takim   razie   ktoś   będzie   musiał   zastąpić   panią   Thornton   - 

stwierdził, odkładając sztućce.

- Łatwo powiedzieć - westchnął lord Bradford. - Z pewnością wiele z 

kobiet   pracujących   z   panią   Thornton   byłoby   w   stanie   przejąć   jej 
obowiązki, ale żadna z nich nie będzie chciała nadzorować pozostałych. 
Pani Thornton ma wyższy status społeczny, więc nie sprzeciwiają się, 
by wydawała im rozkazy. Ale niechbym tylko spróbował powierzyć 
kierownictwo   Lizzie   Melbourne   albo   Mary   Bownley,   a   zaraz 
podniósłby się bunt.

- A czy nie mogą po prostu wykonywać swoich zadań tak, jak to robiły 

co roku, bez wskazówek pani Thornton? - spytała mama łagodnie.

Potrząsnęłam stanowczo głową.
- Ludzie są jak konie, mamo - odparłam. - Muszą mieć przywódcę.
Lord Bradford spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
- Ma pani całkowitą rację panno Woodly - potwierdził.
- Deborah i jej konie - zaśmiała się miękko mama.
Lord Bradford spojrzał na jej talerz.
-   Z   pewnością   zje   pani   coś   jeszcze,   pani   Woodly?   Nawet   kot   nie 

przeżyłby na dwóch tostach i filiżance herbaty na śniadanie.

Dokładnie zauważył, ile mama zjadła.
Uśmiechnęła się do niego pogodnie.
- Zapewniam pana, że od lat tyle właśnie jadam na śniadanie i nie 

wyglądam chyba specjalnie mizernie.

- Cóż, nie można by pani nazwać osobą przy kości - burknął lord 

Bradford.

Spojrzałam   na   niego   spode   łba.   Coś   ten   niesympatyczny   kuzyn 

Reeve’a zbytnio interesuje się moją mamą.

87

background image

Reeve skończył przeżuwać ostatni kęs szynki.
- Jakie dokładnie wydarzenia wchodzą w skład programu festynu, 

Bernardzie? - spytał.

- Tańce na miejskim skwerze. Dla dzieci wystąpią żonglerzy. Odbywa 

się też konkurs łuczniczy i wyścig łodziami, a w tym roku organizuję 
jeszcze   pokaz   hippiczny.   Są   zawody   jeździeckie,   w   których   bierze 
udział   większość   miejscowego   ziemiaństwa.   W   namiotach   tuż   za 
miastem   jest   organizowana   wielka   uczta.   Przyjeżdżają   wędrowni 
śpiewacy, a młodzież bawi się w chowanego i inne gry tego typu.

- To brzmi jak niezła zabawa.
Spojrzałam na niego ze zdumieniem.
-   Mam   pewien   pomysł   -   kontynuował   Reeve.   -   Może   Deb 

odwiedziłaby   panią   Thornton   i   dowiedziała   się   od   niej   wszystkich 
organizacyjnych   szczegółów?   Wtedy   mogłaby   poprowadzić   za   nią 
przygotowania do festynu.

Oniemiałam. Spiorunowałam go wzrokiem. Jak śmie zgłaszać mnie do 

takiego przedsięwzięcia?

- Zwariowałeś - powiedziałam. - Nie znam tych ludzi! Nigdy też nie 

uczestniczyłam   w   tym   festynie.   Jak   mogłabym   kierować   jego 
organizacją?

- Twoja matka ci pomoże - odwrócił się do mamy i uśmiechnął się do 

niej czarująco. - Prawda, pani Woodly?

- Nie wiem, Reeve - powiedziała mama z niepokojem. - Deborah ma 

rację.   Jesteśmy   tu   obce.   Dlaczego   miejscowa   ludność   miałaby   nas 
słuchać?

- Bo Deb jest moją narzeczoną, a ja kuzynem Bernarda - pospieszył z 

odpowiedzią. - I dlatego, że bardzo im zależy na tym, żeby ten festyn 
się odbył.

Lord Bradford spojrzał na mnie z powątpiewaniem.
-   Chyba   zbyt   wiele   wymagasz   od   panny   Woodly.   Jak   sama 

powiedziała, nie ma pojęcia o tym, jak wygląda organizacja takiego 
festynu.

- Dowie się od pani Thornton.
- Tak, naprawdę? - powiedziałam sarkastycznie. - A ty, Reeve? Ty też 

88

background image

nam pomożesz?

- Tak - padła zdumiewająca odpowiedź. - Pomogę.
Zaległa cisza. Wszyscy ze zdziwieniem spoglądali na Reeve’a.
- Podoba mi się pomysł zawodów jeździeckich - kontynuował Reeve 

beznamiętnie. - To może być świetna zabawa.

- Nie mogę wymagać od kobiet, których nie znam, by wykonywały 

moje polecenia - powtórzyłam, marszcząc brwi.

- Bzdura. Jesteś urodzonym generałem, Deb.
Spojrzałam   na   niego   niepewnie,   a   on   uśmiechnął   się   do   mnie 

zachęcająco.

Pomyśl tylko, jakie wrażenie zrobimy na Bernardzie, jeśli nam się to uda.
Czytałam   w   jego   myślach   jak   w   książce.   Chciał,   żebym   zrobiła 

wszystko,   co   w   mojej   mocy,   by   zachęcić   lorda   Bradforda   do 
przekazania spadku.

-   No...   -   powiedziałam   niechętnie.   -   Myślę,   że   mogę   przynajmniej 

złożyć wizytę pani Thornton, żeby się dowiedzieć, czy taki plan jest w 
ogóle wykonalny.

- Wspaniała z ciebie dziewczyna, Deb - rozpromienił się Reeve.
Zaczynałam mieć już dosyć tego komplementu.
Poszłam   do   pani   Thornton   dopiero   dwa   dni   później.   Należy 

ostatecznie,   pomyślałam,   dać   kobiecie   czas   na   to,   by   odpoczęła   po 
doznanym   wypadku.   Nie   chciałam   przed   sobą   przyznać,   jak 
przytłaczające wydawało mi się wzięcie na siebie odpowiedzialności za 
organizację festynu, który wydawał się bardzo ważnym wydarzeniem 
dla wielu ludzi.

Niech piekło pochłonie Reeve’a za to, że mnie w to wszystko wplątał, 

pomyślałam. Dlaczego w ogóle godziłam się na jego wybryki.

Moja rozmowa z panią Thornton nie poszła jednak tak źle, jak to sobie 

wyobrażałam. Była zachwycona, że ktoś chce przejąć jej obowiązki, a w 
związku   z   wieloletnim   doświadczeniem   była   tak   dobrze   zor-
ganizowana, że wydawało się, iż jedyną rzeczą, jaką miałybyśmy z 
mamą robić, to przekazywać dalej jej polecenia.

Kobiety z miasteczka, które przyszły na zorganizowane przez panią 

Thornton   zebranie w  tej  sprawie, przyjęły  naszą propozycję   bardzo 

89

background image

serdecznie. Było oczywiste, że bardzo im zależy, by festyn się udał i nie 
miały nic przeciwko temu, żeby przyjmować polecenia od narzeczonej 
hrabiego Cambridge i jej matki.

Po   przyjęciu   w   ogrodzie,   kolejnym   punktem   w   programie 

rozrywkowym lorda Bradforda był bal. Z tej okazji zaprosił znacznie 
więcej gości, nie tylko tych mieszkających w najbliższym sąsiedztwie. 
Była nawet grupa osób, które przybywały z tak daleka, że musiały 
zostać potem na noc w rezydencji Wakefield.

Sally   i   Ann   były   niezwykłe   podekscytowane   tym   wydarzeniem   i 

mówiły   tylko   o   nim.   Żadna   z   nich   nie   została   jeszcze   oficjalnie 
wprowadzona do towarzystwa, więc taki bal, na który mogły się ubrać 
w prawdziwe suknie balowe, był dla nich niezwykłe ważną okazją.

Znowu poczułam wyrzuty sumienia, kiedy słuchałam lorda Bradforda 

opisującego nam swoje plany, a dziewczynki z widocznym zachwytem 
omawiały szczegóły balu. Codziennie jaśniej zdawałam sobie sprawę, 
że coraz bardziej zaplątujemy się w te nasze udawane zaręczyny i że 
coraz trudniej będzie nam się z nich wycofać.

Wtedy, na dzień przed balem, do domu powrócił Robert.
Wybrałam   się   do   miasteczka,   by   omówić   z   grupą   pań   szczegóły 

dotyczące   niektórych   punktów   rozrywkowych   festynu.   Dzień   był 
wyjątkowo upalny, więc pojechałam dwukółką lorda Bradforda, aby 
móc ubrać się w lekką sukienkę, a nie w żakiet i buty do konnej jazdy. 
Jechałam sama, ponieważ mama wybrała się z wizytą do pani Norton.

Kiedy wróciłam do Wakefield, skierowałam się prosto do stajni, żeby 

zostawić   tam   dwukółkę.   Gdy   zatrzymałam   się   na   wybrukowanym 
placyku, z cienia rzucanego przez zrobiony z czerwonej cegły budynek 
stajni wyszedł młody, silny mężczyzna o kasztanowych włosach. Stanął 
nieruchomo   jak   skała   i   obserwował   mnie,   czekającą   na   jednego   ze 
stajennych.   Zeskoczyłam   z   powozu.   Kiedy   się   odwróciłam,   z   za-
skoczeniem stwierdziłam, że nieznajomy o kasztanowych włosach stoi 
tuż obok i wpatruje się we mnie.

- A więc to pani jest narzeczoną mojego drogiego kuzyna, Reeve’a? - 

powiedział szorstkim, nieprzyjemnym tonem.

Czułam emanującą z niego wrogość. Wrogość i coś jeszcze, czego nie 

90

background image

potrafiłam nazwać. Od razu wiedziałam, że to musi być Robert.

Uniosłam podbródek.
- Tak, jestem Deborah Woodly - odparłam chłodno.
Otaksował   mnie   wzrokiem   od   stóp   do   głów.   Zaczerwieniłam   się. 

Nigdy wcześniej żaden mężczyzna tak na mnie nie patrzył. Czułam się, 
jakby rozbierał mnie wzrokiem. Teraz żałowałam, że mam na sobie 
tylko   cienką   muślinową   sukienkę,   a   nie   żakiet   do   konnej   jazdy. 
Żałowałam, że nie mam w ręku szpicruty, którą mogłabym ugodzić go 
w tę jego impertynencką twarz.

Miał szaroniebieskie oczy i był ode mnie zaledwie pięć centymetrów 

wyższy. Spojrzałam na niego kamiennym wzrokiem.

- A pan to pewnie Robert.
Obnażył zęby w parodii uśmiechu.
- Co za przenikliwość. Tak, jestem Robert, kuzyn Reeve’a - skłonił się i 

zaoferował swoje ramię. - Czy mogę odprowadzić panią do domu?

- Dziękuję, ale poradzę sobie bez pana pomocy - odparłam ostro. Nie 

chciałam, by mnie dotknął.

Zaśmiał się. To nie był przyjemny dźwięk.
Od   razu   uznałam,   że   jest   to   najbardziej   niesympatyczny   człowiek, 

jakiego kiedykolwiek widziałam. Nic dziwnego, że Reeve go nie znosił. 
Niestety nie mogłam mu zabronić, by szedł koło mnie, więc razem 
podążyliśmy ścieżką prowadzącą do domu.

Specjalnie   trzymał   się   blisko,   żeby   ocierać   się   o   mnie   ramieniem. 

Odskoczyłam na trawnik i spojrzałam na niego z wściekłością.

- Zastanawiałem się, czemu mój drogi kuzyn zdecydował się ożenić. 

Zawsze  myślałem,   że  będzie  potrzebował   dużo  czasu   na  to,  by  się 
ustatkować.   -   Robert   ponownie   zwrócił   się   w   moją   stronę   i   zaczął 
rozbierać mnie wzrokiem. - Jak na mój gust jest pani trochę za chuda, 
ale oczy i włosy są w porządku.

-   Jeśli   jeszcze   raz   pan   tak   na   mnie   spojrzy,   to   pana   uderzę   - 

wycedziłam przez zęby.

W jego oczach mignął błysk groźby i od razu pożałowałam swoich 

słów.

- Tylko spróbuj, kochanie - powiedział miękko. - Tylko spróbuj.

91

background image

Moje serce zaczęło gwałtownie bić.
Z tym mężczyzną jest coś nie w porządku, pomyślałam. Dlaczego tak 

mnie   nienawidzi,   jeśli   nawet   mnie   nie   zna?   Ponieważ   to   nienawiść 
podsycała jego zainteresowanie mną, tego byłam pewna.

W końcu dotarliśmy do domu i weszłam tylnymi drzwiami, starając 

się, by to nie wyglądało, jakbym się spieszyła. Wybiła piąta trzydzieści i 
pozostali mieszkańcy przygotowywali się już do obiadu. Obróciłam się 
plecami do Roberta i pobiegłam na górę do swojego pokoju, aby się 
przebrać.

Mieszkańcy   rezydencji   Wakefield   gromadzili   się   zawsze   przed 

obiadem w salonie o szóstej trzydzieści. Tego wieczoru, kiedy wraz z 
mamą weszłyśmy do tego eleganckiego, biało-złotego pokoju, wyposa-
żonego w kryształowy żyrandol, meble obite białym atłasem i lustra w 
pozłacanych   ramach,   panowała   tam   zupełnie   inna   atmosfera   niż 
dotychczas.

Reeve i Robert stali w przeciwległych końcach salonu, ale niechęć, 

którą do siebie żywili, była tak silna, że aż wyczuwalna w powietrzu.

Lady Sophia wyglądała na rozzłoszczoną.
Harry wyglądał na zrezygnowanego.
Sally wyglądała na zmartwioną.
Lord Bradford przyglądał się im ze stoickim spokojem.
Nortonowie   starali   się   wyglądać,   jakby   nie   zauważyli   niczego 

niezwykłego.

Poczułam na sobie nerwowe spojrzenie mamy.
-   Panno   Woodly,   pani   Woodly   -   powiedział   lord   Bradford,   kiedy 

zauważył   naszą   obecność.   -   Chciałbym   przedstawić   swojego 
najstarszego syna, pana Roberta Lambeth.

Robert przeszedł przez pokój, by nam się ukłonić.
- Jak się panie mają - powiedział sztywno, mocno ściskając moją dłoń. 

Żadne   z   nas   nie   powiedziało   nic   na   temat   naszego   wcześniejszego 
spotkania.

Robert   nie   był   może   zbyt   wysoki,   ale   wszystko   w   nim   zdradzało 

oznaki siły,  a nawet  przemocy.  Znowu  zauważyłam  w  jego  oczach 
błysk groźby.

92

background image

Zauważyłam   też   gniewne   spojrzenie   Reeve’a,   stojącego   po   drugiej 

stronie salonu.

Jako że towarzystwo było już w komplecie, udaliśmy się do jadalni.
Podczas posiłku wszyscy starali się sprawiać wrażenie, jakby nic się 

nie wydarzyło. Zauważyłam, że lady Sophia usadziła Reeve’a i Roberta 
jak najdalej od siebie. Robert prowadził z Mary Ann Norton w miarę 
uprzejmą konwersację. Po obiedzie, kiedy kobiety udały się do salonu, 
pozostawiając   panów   samym   sobie,  zaczęłam   się   obawiać,  że  może 
wydarzyć   się   coś   nieprzyjemnego.   Jednakże,   kiedy   znów   do   nas 
dołączyli,   atmosfera,   przynajmniej   z   pozoru,   nadal   pozostawała   w 
miarę znośna.

Niedługo później Reeve poprosił mnie, bym przeszła się z nim po 

ogrodzie. Zgodziłam się z ochotą. Kiedy kierowaliśmy się do wyjścia z 
salonu, czułam na plecach palący wzrok Roberta.

Przez   chwilę   szliśmy   w   milczeniu,   dopóki   nie   dotarliśmy   do 

kamiennej ławy przy altanie. Tam usiedliśmy obok siebie. Obróciłam 
się do Reeve’a.

- Co za niesympatyczny człowiek, ten twój kuzyn - oświadczyłam z 

przekonaniem.

- Nienawidzi mnie - odparł Reeve.
- Czemu?
- Robert chyba uważa, że stoję mu na drodze do czegoś, co należy się 

jemu.   Widzisz,   Deb,   Bernard   jest   moim   spadkobiercą.   A   po   nim, 
oczywiście, dziedziczy Robert.

Zmarszczyłam brwi, próbując wyciągnąć z tego jakiś sens.
- Robert nie jest chyba taki głupi, żeby myśleć, iż się nie ożenisz i nie 

będziesz   mieć   dzieci,   które   odziedziczą   po   tobie   tytuł?   -   spytałam 
zdumiona.

Reeve   podniósł   herbacianą   różę,   którą   ktoś   upuścił   obok   ławki,   i 

zaczął   obrywać   jej   płatki.   Zapach   kwiatu   rozszedł   się   w   letnim 
powietrzu.

- Widzisz, po... wypadku... myślę, że Robert powziął przekonanie, że 

nigdy się nie ożenię, że któregoś dnia on naprawdę zostanie hrabią 
Cambridge.

93

background image

Moje serce skurczyło się na wspomnienie wypadku.
- Przecież to oczywiście zupełnie bezsensowne założenie - odparłam, 

zachowując spokój. - Ale nawet gdyby miało być prawdziwe, to i tak 
oboje jesteście w tym samym wieku. Dlaczego akurat on miałby cię 
przeżyć?

Reeve oberwał kilka kolejnych płatków z róży.
- Wypadki się zdarzają, Deb, i już od pewnego czasu przypuszczam, 

że Robert może planować jakiś dla mnie. Oczywiście teraz, kiedy wie, 
że mam się ożenić i być może będę miał syna, ma silniejszą motywację, 
żeby się mnie szybko pozbyć.

-   Mój   Boże,   Reeve   -   wykrzyknęłam   przerażona.   -   Nie   starałeś   się 

czegoś z tym zrobić?

Rzucił różę na ziemię.
- A co miałbym zrobić? Powiedzieć Bernardowi, że podejrzewam, iż 

jego syn chce mnie zamordować? - Wzruszył ramionami. - Zresztą kto 
wie, może zasługuję na to, co Robert dla mnie planuje?

Znowu to samo.
Wypadek.
Niekończące się poczucie winy.
-   Twoja   matka   na   pewno   by   tak   nie   uważała   -   powiedziałam   z 

przekonaniem.

-   Nie.   Matka   była   aniołem.   Nigdy   nie   myślałaby   o   mnie   źle,   bez 

względu na to, co bym zrobił - jego ton był równocześnie smutny i 
gorzki.

Nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Destrukcyjne poczucie winy, z 

którym żył już tyle lat, stało się integralną częścią jego osoby; żadne 
słowa nie były w stanie go od tego uwolnić.

Historia   była   rzeczywiście   tragiczna.   W   wieku   lat   piętnastu   Reeve 

jechał z  matką  powozem  z  Londynu  do Ambersley. Młody  i  pełen 
entuzjazmu chłopak ubłagał matkę, by pozwoliła mu przejąć cugle ka-
brioletu, który był pojazdem dużo większym i cięższym niż faeton, 
którym Reeve jeździł zazwyczaj po Ambersley.

Lady Cambridge, kochająca i zbytnio pobłażliwa wobec syna, zgodziła 

się na jego prośbę.

94

background image

Stangret, który wiedział, że chłopak nigdy wcześniej nie powoził na 

drodze, sprzeciwił się, ale nie mógł przecież zakwestionować polecenia 
swojego pracodawcy.

Reeve   jechał   zbyt   szybko,   kiedy   nagle   na   zakręcie   z   ograniczoną 

widocznością napotkał furmankę. Ściągnął konie nadmiernie na prawą 
stronę, by uniknąć zderzenia, i kabriolet wpadł do rowu. Był to bardzo 
groźny   wypadek,   ponieważ   powóz   obrócił   się   kilka   razy,   nim   się 
zatrzymał na dnie zagłębienia. Lady Cambridge i stangret wypadli z 
pojazdu. Lady Cambridge skręciła kark i zmarła natychmiast. Stangret 
doznał obrażeń wewnętrznych i zmarł kilka dni później.

Reeve złamał rękę.
To   była   tragedia.   Dla   lady   Cambridge,   pięknej,   kochającej,   jeszcze 

młodej kobiety; dla stangreta, który pozostawił po sobie żonę i dwójkę 
małych dzieci; a także dla Reeve’a, który został obciążony całą winą.

Fakt, że lord Cambridge nigdy nie wybaczył synowi, nie pomagał 

Reeve’owi w wybaczeniu samemu sobie. Ojciec obwiniał go o śmierć 
żony, którą kochał, a Reeve obwiniał się o śmierć swojej matki.

Często   myślałam,   że   gdyby   ojciec   okazał   mu   choć   odrobinę 

współczucia, gdyby przyznał, że część winy leżała po stronie samej 
lady   Cambridge,   która   krótkowzrocznie   pozwoliła   niedojrzałemu 
chłopcu   prowadzić   pojazd,   wtedy   wypadek   ten   nie   miałby   aż   tak 
destrukcyjnego wpływu na osobowość Reeve’a. Ale lord Cambridge 
uznał   swojego   syna   za   osobę   lekkomyślną   i   nieodpowiedzialną,   a 
Reeve robił co w jego mocy, by utwierdzić go w tym przekonaniu. 
Wynikiem   tego   wszystkiego   był   nieszczęsny   testament   jego   ojca   i 
przedłużenie granicy wieku przejęcia spadku o pięć lat.

Siedziałam   koło   niego   i   spoglądałam   na   jego   dłoń,   którą   oparł   na 

udzie. Położyłam na niej swoją. Jego palce zamknęły się wokół mojego 
nadgarstka. Spojrzał na mnie.

Z jakiegoś powodu moje serce zaczęło bić szybciej.
- Nie pozwól, by ten okropny człowiek coś ci zrobił - powiedziałam z 

zaciekłością.

W   jego   oczach   przemknął   cień   uśmiechu.   Ścisnął   mocniej   mój 

nadgarstek i przyciągnął mnie bliżej siebie.

95

background image

- Tęskniłabyś za mną, Deb? - spytał.
Moje serce biło coraz szybciej i głośniej. Byłam niezwykle świadoma, 

jak   blisko   siebie   znajdowały   się   nasze   uda.   Czułam   mocny   zapach 
rozgniecionej róży.

To nie tak, myślałam, mając mętlik w głowie. Nie powinnam się tak 

przy nim czuć.

Obejmował mój nadgarstek i bałam się, że wyczuje gwałtowne bicie 

mego pulsu. Chciałam odciągnąć rękę, ale Reeve trzymał ją mocno.

Nagle usłyszeliśmy zbliżające się w naszym kierunku głosy. Reeve 

uniósł moją dłoń i pocałował mnie delikatnie w wewnętrzną stronę 
nadgarstka,   tam,   gdzie   puls   był   wyczuwalny.   Następnie   wstał,   by 
powitać Sally i Edmunda Nortona.

Cała nasza czwórka rozmawiała przez chwilę, a potem wróciliśmy do 

domu na wieczorną herbatę.

Rozdział dziewiąty

Zazwyczaj sypiam jak dziecko, ale tej nocy długo leżałam, patrząc w 

sufit, nim udało mi się zasnąć.

Co się działo między Reevem i mną? Te udawane zaręczyny chyba 

wytrąciły   naszą   przyjaźń   z   utartej   ścieżki.   Wkroczyliśmy   teraz   na 
drogę, co do której nie byłam pewna, czy mi się podobała.

Nigdy w życiu nie czułam się w towarzystwie Reeve’a niezręcznie. 

Byłam tak oswojona z atmosferą mrocznego romantyzmu, który wokół 
siebie roztaczał, że nie myślałam, że mógłby on kiedykolwiek i na mnie 
podziałać.

W   skrócie,   byłam   niemile   zaskoczona   moją   reakcją   na   niego   w 

ogrodzie. A on zaledwie trzymał mnie za rękę!

W końcu zapadłam w sen. Śniło mi się, że jadę przez ciemny, gęsty las. 

Byłam   śledzona   przez   coś   złego,   ale   nie   wiedziałam   przez   co. 
Obudziłam się zlana potem i nie mogłam już ponownie zasnąć.

Leżałam, rozmyślając ponuro, że będę świetnie wyglądać na balu z 

podkrążonymi oczami.

Kiedy   wreszcie   nadszedł   poranek   i   zeszłam   na   śniadanie, 

dowiedziałam  się,  że  Harry  zabrał  Reeve’a  do  Chichester,  żeby  ten 

96

background image

obejrzał konia, którego Harry rzekomo miał zamiar kupić. Pomyślałam, 
że celem tej wyprawy było raczej trzymanie Reeve’a i Roberta z dala od 
siebie.

Po śniadaniu lady Sophia usadowiła się w salonie i stamtąd wydawała 

rozkazy. Ja, mama i pani Norton byłyśmy na jej posyłki i pracowałyśmy 
jak Trojanie, aby upewnić się, czy pokoje gościnne są odpowiednio 
wyszykowane, czy kucharz jest gotowy na obsłużenie dwudziestu osób 
przy obiedzie i czterdziestu przy kolacji, czy zostaną podane kawa i 
herbata oraz lemoniada i szampan, czy stoły do gry w karty zostały 
rozstawione w saloniku, czy meble z galerii zostały usunięte, tak aby 
było miejsce na tańce i czy ustawiono pod ścianą krzesła dla tych, 
którzy chcieli jedynie popatrzeć.

Mary Ann i Sally miały czekać na przyjazd muzyków.
Lady  Sophia   zarządziła  też,  aby  mężczyźni  na  ten  czas  zniknęli  z 

domu.

- Nie ma nic bardziej nieprzydatnego niż mężczyźni - mruczała pod 

nosem,   podczas   gdy   rozsyłała   swoich   damskich   niewolników   z 
kolejnymi zadaniami do wykonania. - Tylko wchodzą w drogę, kiedy 
trzeba zrobić coś ważnego.

- Ależ proszę pani - powiedziała wesoło pani Norton - muszą chyba 

jednak mieć jakieś zastosowanie.

- Nie przy organizowaniu balu - odburknęła lady Sophia.

* * *

O trzeciej po południu dom był już gotowy, a o piątej zaczęli pojawiać 

się pierwsi goście, zaproszeni, by pozostać na noc w Wakefield. Witali 
ich   lord   Bradford   i   lady   Sophia,   podczas   gdy   mama   i   ja 
przygotowywałyśmy się w naszych pokojach.

Ja   ubrałam   się   w   jedną   z   moich   londyńskich   sukni   balowych   z 

wysokim   stanem,   z   białego   atłasu.   Na   szyję   założyłam   sznur   pereł 
podarowany mi przez Reeve’a. Susan skręciła mi włosy z tyłu głowy i 
powtykała   w   nie   białe   róże.   Mama   założyła   niebieską   suknię   i 
wyglądała jak anioł.

Mój brat miał pojawić się tego wieczoru z państwem Swale i chociaż 

wmawiałam sobie, że nic mnie nie obchodzi, iż znowu go zobaczę, 

97

background image

wiedziałam, że to nieprawda.

Wszystkie związki i relacje, na których do tej pory opierało się moje 

życie - moja przyjaźń z Reevem, nienawiść do brata - zmieniały się, i to 
mi się nie podobało. Czułam się tak, jakbym zaczynała tracić kontrolę 
nad swoim światem. Po raz kolejny pożałowałam, że zgodziłam się na 
te udawane zaręczyny.

Kiedy   obie   z   mamą   byłyśmy   już   gotowe,   zeszłyśmy   do   małego 

saloniku.   Znajdowali   się   tam   goście,   którzy   mieli   nocować   w 
Wakefield, oraz Nortonowie. Kiedy tylko weszłyśmy, instynktownie 
poszukałam wzrokiem Reeve’a.

Stał   naprzeciwko   kominka   i   rozmawiał   z   rudą   kobietą,   której   nie 

znałam. Miał na sobie ciemny surdut, misternie zawiązany krawat i 
atłasowe pludry, dość dobrze dopasowane do jego wąskich bioder i 
długich nóg.

Nasze oczy się spotkały.
Reeve uniósł z rezygnacją brwi.
Uśmiechnęłam się. Potem poszukałam Roberta. Stał pod lewą ścianą 

salonu, plecami do drzwi, i rozmawiał z młodą, ciemnowłosą kobietą.

Lady   Sophia,   odziana   w   purpurowy   atłas,   z   imponującym 

brylantowym naszyjnikiem, stała tuż pod kryształowym żyrandolem i 
rozmawiała ze starszym gentlemanem, którego łysina odbijała światło 
zawieszonych nad nią świec.

- Droga lady Sophio - spytał łysy mężczyzna podniesionym głosem 

osoby na wpół głuchej - kim jest ta piękność stojąca w drzwiach?

Lady   Sophia   odwróciła   się   w   moją   stronę   z   kwaśnym   wyrazem 

twarzy.

- To narzeczona mojego bratanka, panna Woodly - odpowiedziała.
Podszedł do nas lord Bradford.
-   Panno   Woodly,   pani   Woodly   -   powiedział.   -   Panie   pozwolą,   że 

przedstawię im kilkoro naszych przyjaciół.

Obeszliśmy salon, uśmiechając się i witając z gośćmi, których imiona i 

twarze usilnie starałam się zapamiętać. Tymczasem zaczęli pojawiać się 
nowi.

Jednym z nich był mój brat.

98

background image

Spojrzałam   na   niego   kątem   oka,   kiedy   rozmawiałam   z   wicehrabią 

Morleyem i jego żoną, którzy mieli pozostać w rezydencji Wakefield na 
noc. Richard wyglądał w swoim eleganckim stroju wieczorowym na 
przystojnego i dobrze urodzonego młodzieńca, takiego, jakiego każdy 
rodzic chciałby mieć za zięcia.

Na myśl o tym znowu ogarnął mnie gniew.
Nie wydałam żadnego odgłosu, ale chyba emocje uwidoczniły się na 

mojej twarzy, ponieważ wicehrabia spojrzał na mnie zaskoczony.

- Czy coś się stało, panno Woodly? - spytał.
Uśmiechnęłam się do niego z wysiłkiem i zapewniłam, że wszystko 

jest w najlepszym porządku.

Wkrótce nadeszła pora obiadu.
W zwykłych okolicznościach mama i ja, jako wdowa po baronie i jej 

córka,   nie   wymagałybyśmy   eskorty   ani   hrabiów,   ani   wicehrabiów. 
Jednak, jako że bal ten został zorganizowany niejako na naszą cześć, 
nasz   status   się   podwyższył.   Tak   więc   mnie   towarzyszył   hrabia 
Merivale, a mamie Reeve.

Obiad zdawał się trwać niezwykle długo. Robert, który siedział po 

przeciwnej   stronie   stołu   względem   Reeve’a,   rozmawiał   z   ponurą 
uprzejmością z Charlotte Henley.

Kilka razy zauważyłam,  jak lord Bradford rzuca  w stronę Roberta 

spojrzenie pełne niepokoju. Pomyślałam, że traktowanie go jak psa, 
który może w każdej chwili ugryźć, musiało wystawiać na ciężką próbę 
cierpliwość całej rodziny.

Podczas gdy jedliśmy zupę żółwiową, łososia, pieczonego kapłona, 

szynkę,   udziec   sarni,   oraz   różnorodne   przystawki,   rozmawiałam   z 
siedzącym  obok   mnie  lordem  Bradfordem.   Po   mojej   drugiej   stronie 
siedział sympatyczny lord Austin.

Po   deserze   złożonym   z   lodów   i   owoców   panie   przeniosły   się   do 

długiej   galerii.   Potem   dołączyli   do   nas   panowie,   a   chwilę   później 
zaczęli grać muzycy.

Zgodnie   z   zasadami   zaszczyt   poprowadzenia   pierwszego   tańca 

powinien   przypaść   hrabinie   Merivale,   ale   Reeve   ukłonił   się   przede 
mną,   ujął   moją   dłoń   i   wyprowadził   mnie   na   parkiet.   Pozostali 

99

background image

uczestnicy balu ustawili się za nami i kiedy wszyscy już byli gotowi, 
panowie   się   ukłonili,   panie   dygnęły   i   tańce   zostały   oficjalnie 
rozpoczęte.

Tego   wieczoru   tańczyłam   z   wieloma   miłymi,   uśmiechniętymi 

mężczyznami, zarówno młodymi, jak i w średnim wieku. Mniej więcej 
w połowie balu zdałam sobie sprawę, że nie był on niepodobny do 
tych, na które uczęszczałam z mamą w naszych stronach. Oczywiście 
ubiory   prezentowały   się   znacznie   bardziej   elegancko,   a   pozycja 
społeczna uczestników była odrobinę wyższa, ale panowała podobna, 
życzliwa, wesoła atmosfera.

Naprawdę dobrze się bawiłam.
Wtedy poprosił mnie do tańca mój brat.
Nie chciałam z nim tańczyć, ale nie mogłam mu tego powiedzieć przy 

tych   wszystkich   ludziach.   Podałam   mu   więc   w   milczeniu   dłoń   i 
pozwoliłam, by poprowadził mnie na parkiet.

Czubek głowy miałam zaledwie na wysokości jego ust. Był prawie 

wzrostu Reeve’a.

- Od razu widać, że to brat i siostra.
Słowa   te,   wymówione   głośno   i   wyraźnie,   pochodziły   od   łysego 

mężczyzny   siedzącego   na   jednym   ze   złoconych   krzeseł   pod   ścianą, 
obok lady Sophii.

Moje palce, znajdujące się w dłoni Richarda, zesztywniały.
-   Wuj   przyjeżdża   za   kilka   dni   z   wizytą   do   państwa   Swale’ów   - 

powiedział mój partner z powagą. - Chcę, żebyś wiedziała, że zażądam 
od niego wytłumaczenia, czemu ty i matka zostałyście potraktowane w 
taki sposób.

Muzycy zaczęli grać i ukłoniliśmy się sobie.
-   Żadne   wytłumaczenie   nie   wymaże   osiemnastu   lat 

niesprawiedliwości.

- Zdaję sobie sprawę... - zanim zdążył odpowiedzieć, oddalił się ode 

mnie w tańcu.

- Chciałbym z tobą porozmawiać po tym, jak się z nim zobaczę - 

kontynuował Richard, kiedy kroki tańca przywiodły nas powrotem do 
siebie.

100

background image

- Nie mam o czym z tobą rozmawiać - odparłam z pogardą.
Znowu zostaliśmy rozdzieleni w tańcu.
-   Myślę,   że   jesteś   to   winna   matce   -   powiedział,   kiedy   ponownie 

tańczyliśmy razem. - Masz rację mówiąc, że niesprawiedliwości nie da 
się wymazać. Ale można ją naprawić.

Nie chciałam z nim rozmawiać. Nic od niego nie chciałam. Ale miał 

rację. Jeśli chciał zacząć wypłacać mamie więcej pieniędzy, nie miałam 
prawa zrobić niczego, co by ją ich pozbawiło.

- W porządku - powiedziałam, zaciskając zęby.
Kiedy   taniec   się   skończył,   Richard   odprowadził   mnie   do   mamy 

stojącej obok lorda Bradforda.

- Zawiadomię cię, kiedy już będę po rozmowie z wujem - powiedział i 

dodał stalowym tonem. - Zapewniam cię, że bardzo mnie interesuje, co 
on ma do powiedzenia na ten temat.

Na pewno nie bardziej niż mnie, pomyślałam, obserwując jak składa 

przed   mamą   ukłon   i   prosi   ją   do   tańca.   Zgodziła   się   z   ciepłym 
uśmiechem.

Wydawało mi się, że mama jest trochę zbyt zadowolona z tego, że 

znów widzi swojego niesumiennego pasierba.

- Dobrze się pani bawi, panno Woodly? - spytał lord Bradford.
- Tak - odparłam. - Wszyscy są tacy mili.
Usłyszałam, że rozpoczyna  się kolejny taniec i nagle ktoś stanął z 

mojego drugiego boku.

- Czy mógłbym prosić panią do tańca, panno Woodly? - spytał Robert 

Lambeth.

Spojrzałam   szybko   na   lorda   Bradforda,   żeby   sprawdzić,   czy   mnie 

uratuje.   Ale   on   jedynie   popatrzył   na   swojego   najstarszego   syna   i 
zmarszczył brwi.

- Oczywiście panie Lambeth - zgodziłam się drewnianym głosem i 

pozwoliłam, by Robert poprowadził mnie na parkiet.

Na   szczęście   nie   był   to   kadryl,   ale   taniec   ludowy,   więc   na   dobrą 

sprawę   byliśmy   tylko   jedną   z   par   przesuwających   się   wzdłuż   linii. 
Jedyną różnicą było to, że z jednej strony sali obserwował nas lord 
Bradford, a z drugiej oparty o ścianę Reeve.

101

background image

Robert wiedział, że jesteśmy obserwowani.
Zaśmiał się, kiedy na chwilę złączyliśmy się w tańcu.
- Czujesz się jak jedna z Sabinek? - spytał.
Nie wiedziałam, kim były Sabinki, ale przeczuwałam, że ich los nie 

należał do najszczęśliwszych.

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - powiedziałam, spoglądając mu 

prosto w oczy.

Jego   na   pozór   kulturalne   spojrzenie   na   chwilę   zniknęło   i   znowu 

ujrzałam w jego oczach ten niecywilizowany błysk groźby.

- Spytaj Reeve’a - odparł. - On ci wytłumaczy.
Na kolację udałam się w towarzystwie Reeve’a, Harry’ego i Mary Ann 

Norton.   Na   środku   dużego   salonu   rozstawiono   długi   stół,   a   wokół 
niego   kilka   mniejszych.   Napełniliśmy   sobie   talerze   jedzeniem   z 
półmisków, a potem zajęliśmy jeden z mniejszych stolików.

Podczas   naszego   pobytu   w   Wakefield   Harry   zaprzyjaźnił   się   dość 

blisko z Mary Ann. Świetnie się czuli w swoim towarzystwie, mieli 
wspólne wspomnienia i podobny gust.

Mary Ann była bardzo za tym, żeby Harry został lekarzem i kiedy 

omawialiśmy jego plany na przyszłość, wyrażała się tonem wyniosłej 
pogardy o braku zgody lorda Bradforda w tej kwestii.

- Harry jest typem osoby, która  powinna  być lekarzem - oświadczyła 

stanowczo  pomiędzy jednym a drugim kęsem krokieta z homara. - 
Zawsze dbał o ludzi.

- Dziękuję, Mary Ann - powiedział Harry, kładąc rękę na piersi.
-   To   bardzo   ważne,   żebyś   otrzymał   odpowiednie   wykształcenie   - 

kontynuowała z szelmowskim uśmiechem. - Pamiętasz te obrzydliwe 
mikstury, które przyrządzaliśmy, gdy byliśmy dziećmi? - Odwróciła się 
w   moją   stronę.   -   On   naprawdę   chciał,   żebym   je   piła.   Nazywał   je 
balsamami!

- Byłabyś teraz dużo silniejsza, gdybyś mnie wtedy posłuchała - odparł 

Harry z żartobliwą urazą.

- Ha! - parsknęła Mary Ann. - Prawdopodobnie byłabym już martwa,
Słuchałam ich z uśmiechem i zastanawiałam się, jak to możliwe, żeby 

dwaj bracia różnili się od siebie tak bardzo jak Robert i Harry.

102

background image

Nagle   przypomniałam   sobie,   co   powiedział   mi   Robert,   kiedy 

tańczyliśmy.

- Kim były Sabinki? - zwróciłam się do Reeve’a.
Reeve zakrztusił się krokietem z homara.
-   Kto   z   tobą   rozmawiał   o   Sabinkach?   -   zapytał,   kiedy   upił   trochę 

szampana i odzyskał oddech.

- Nieważne - odparłam. - Kim one były?
Reeve spojrzał na Harry’ego.
- Spytała ciebie, nie mnie - powiedział Harry.
Reeve wytarł usta serwetką.
- Sabinowie byli plemieniem, które mieszkało na obrzeżach Imperium 

Rzymskiego   we   wczesnych   latach   istnienia   cesarstwa.   Ostatecznie 
zostali oni pokonani przez Rzymian i stracili tożsamość narodową.

- A co się stało z ich kobietami? - spytała z zainteresowaniem Mary 

Ann.

Reeve wziął kolejnego łyka szampana.
-   Po   bitwie,   w   której   Sabinowie   zostali   pokonani,   ich   kobiety 

doświadczyły „losu gorszego od śmierci” z rąk rzymskich żołnierzy.

Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie.
- Czyli zostały zgwałcone - powiedziałam.
- Czyli zostały zgwałcone - westchnął Reeve.
Mary Ann i ja spiorunowałyśmy wzrokiem naszych towarzyszy.
- Mężczyźni są tacy wstrętni - powiedziała Mary Ann.
-  Chwileczkę  -  zaprotestował   Harry.  -  Jeszcze  minutę   temu  byłem 

osobą, która dba o ludzi!

Na policzku Mary Ann pojawił się dołeczek i jej i spojrzenie zmiękło.
- Nie mówiłam o tobie, Harry.
-   Mam   nadzieję   -   odparł   z   urazą   w   głosie.   -   Nie   uważam   też   za 

właściwe   poruszanie   podobnych   tematów   w   towarzystwie   młodych 
dam.

- Uważaj Harry - ostrzegłam. - Zaczynasz brzmieć jak swój ojciec.
Reeve spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem.
- Nadal się zastanawiam, kto mógł ci wspomnieć o czymś takim.
- Po prostu natknęłam się na to w jednej książce - odparłam beztrosko.

103

background image

Nie wyglądał, jakby mi uwierzył, ale nic więcej i na ten temat nie 

powiedział.

Reszta balu upłynęła w przyjemnej atmosferze. Mama tańczyła tyle co 

ja. Zauważyłam, że dwa razy z lordem Bradfordem. Wyglądała jak 
młoda dziewczyna i było widać, że świetnie się bawi. Dlatego też nie 
wspomniałam jej, że nadmierne zainteresowanie nią lorda Bradforda 
może wzbudzić plotki.

Po ostatnim tańcu goście, którzy nie mieli zostać na noc, udali się do 

oczekujących na nich powozów. Wyszliśmy z Reevem na zewnątrz, aby 
ich pożegnać.

- Odwiedzę cię, jak tylko porozmawiam z wujem - powtórzył Richard, 

szykując się do odjazdu z państwem Swale i tym razem poczułam, że 
jestem mniej niechętna temu spotkaniu, niż byłam wcześniej.

-   Dobrze   -   odparłam.   -   Uprzedź   mnie   tylko   wcześniej,   żebym   na 

pewno była w domu.

- Richardzie - zawołała Charlotte. - Idziesz już?
-   Tak   -   powiedział.   Ujął   moją   dłoń   i   uścisnął   ją   lekko.   -   Bardzo 

chciałbym mieć siostrę. Spróbuj nie myśleć o mnie źle.

Odjechał, zostawiając mnie z burzą myśli.
U mojego boku pojawił się Reeve. Zaczęliśmy rozmawiać o Robercie.
- Nie mam zamiaru zbliżać się do twojego kuzyna na odległość bliższą 

niż trzy metry, jeśli nie będę musiała. Myślę, że coś z nim jest nie w 
porządku - powiedziałam.

- Jest bardzo wybuchowego usposobienia. Nawet kiedy był dzieckiem, 

miewał   napady   ślepej,   nieopanowanej   furii.   Wtedy   Bernard   był   w 
stanie   go   uspokoić.   Ale   z   wiekiem   Robert   zaczął   stawać   się   coraz 
trudniejszy do kontrolowania.

- Trudno uwierzyć, że on i Harry to bracia - powiedziałam. - Jeden z 

nich jest taki łagodny, a drugi taki gwałtowny.

Lady  Sophia  podeszła do  nas ze  swoim  łysym  znajomym  i Reeve 

westchnął.

-   Bal   odniósł   wielki   sukces   -   powiedziałam   do   niej   uprzejmie.   - 

Wszyscy świetnie się bawili.

Ku mojemu zdziwieniu uśmiechnęła się do mnie.

104

background image

-   Jeśli   jest   coś,   co   potrafię   robić   naprawdę   dobrze,   to   jest   to 

organizowanie balów. Crumly - zwróciła się do swojego towarzysza - 
czas, żebyś położył się do łóżka. Jesteś za stary na to, żeby nie spać po 
północy.

Starszy pan ujął moją dłoń i poklepał ją kilkanaście razy. Spojrzał na 

Reeve’a.

- Piękną dziewczynę sobie znalazłeś, chłopcze - powiedział. - Mnie też 

zawsze najbardziej podobały się te smukłe i wysokie.

Pan Crumly był bardzo niski i miał brzuch podobny do tego, jaki ma 

kobieta w szóstym miesiącu ciąży.

- Dziękuję panu - odparł z powagą Reeve.
Z trudem powstrzymałam się, by nie przewrócić oczami.
- Dobranoc, lady Sophio - powiedziałam słodkim głosem. - Dobranoc, 

panie Crumly.

Staruszkowie odeszli, a ja podążyłam w ich ślady pięć minut później. 

Poprzedniej nocy nie spałam zbyt wiele, więc teraz byłam już bardzo 
zmęczona. Zasnęłam w ciągu dziesięciu minut.

Rozdział dziesiąty

Spałam długo i ominęło mnie śniadanie. Później dowiedziałam się, że 

pojawili się na nim tylko panowie. Kiedy o dziesiątej zeszłam na dół, 
były   tam   już   też   panie.   O   pierwszej   wszyscy   goście   odjechali,   a 
mieszkańcy domu zebrali się w jadalni na lunch.

Lady Sophia była w doskonałej formie, ponownie przeżywała sukces 

poprzedniego   wieczoru,   który   w   całości   przypisywała   sobie. 
Słuchaliśmy jej posłusznie i potakiwaliśmy w stosownych momentach.

Po  lunchu   lord  Bradford   poprosił  mnie   i  Reeve’a   na   rozmowę   do 

biblioteki. Reeve spojrzał na mnie unosząc brew, a ja pokiwałam głową 
na znak, że rozumiem, iż nadszedł czas, by przedstawić nasze żądania 
dotyczące przekazania spadku.

Biblioteka   rezydencji   Wakefield   miała   ściany   wyłożone   boazerią   z 

kasztana. Tak samo jak w pozostałych pokojach tego uroczego starego 
domu, wystrój nie był przytłaczający. Naprzeciwko dużego kominka 
stało kilka krzeseł i lord Bradford skinął, byśmy na nich usiedli.

105

background image

-   Pomyślałem,   że   nadszedł   czas,   abyśmy   porozmawiali   o   waszym 

ślubie - zaczął. - Każdemu z was osobno mówiłem już,  jak bardzo 
jestem   zadowolony   z   wyboru   Reeve’a,   ale   czy   nie   uważacie,   że 
nadeszła pora, by ustalić datę ślubu? Zeszłej nocy wiele osób mnie o nią 
pytało. Was prawdopodobnie też.

- Bardzo chętnie wyznaczylibyśmy już datę - powiedział spokojnie 

Reeve. - Jest jednak jeden szczegół, który nas wstrzymuje.

Trzymałam   ręce   mocno   ściśnięte   razem   na   kolanach.   Pomysł,   by 

powiedzieć lordowi Bradfordowi, że nie wyjdę za Reeve’a, dopóki nie 
przekaże mu on kontroli nad spadkiem, nie wydawał mi się już taki 
genialny.   Przedstawienie   takiego   żądania   teraz,   w   tym   uroczym 
pokoju, było perspektywą dość zniechęcającą.

Rzuciłam Reeve’owi błagalne spojrzenie.
Skinął głową i odwrócił się do swojego kuzyna.
- Widzisz, Bernardzie, Deb chciałaby zamieszkać w Ambersley. To 

chyba oczywiste. Tam się przecież wychowała. Wszyscy jej przyjaciele 
tam mieszkają. W Ambersley czuje się swobodnie. - Nagle twarz Reeve 
stała   się   niezwykle   poważna   i   surowa,   wydał   się   starszy   niż   w 
rzeczywistości. - Ale ja się tam nie wprowadzę, dopóki nie stanę się 
prawdziwym   panem   posiadłości.   Nie   mieszkałem   w   Ambersley   od 
śmierci ojca i nie mam zamiaru zrobić tego teraz. Nie w sytuacji, kiedy 
ten piekielny testament narzuca mi tak upokarzające warunki. Więc 
jeśli nie pozwolisz mi przejąć kontroli nad moim majątkiem, nie ożenię 
się z Deb, póki nie osiągnę wieku dwudziestu sześciu lat.

Byłam pod wrażeniem. Reeve świetnie nakreślił sprawę. Rzuciłam mu 

aprobujący uśmiech.

Lord Bradford wyglądał na zdziwionego.
- Przecież mówiłem ci chyba, że przekażę ci połowę spadku, kiedy 

weźmiecie ślub. Czyżbyś coś źle zrozumiał? Będziesz mógł zamieszkać 
w Ambersley jako prawowity właściciel.

Dostojeństwo   opuściło   na   chwilę   Reeve’a,   który   zaczai   nerwowo 

przeczesywać palcami włosy, powodując, że spadały mu one na czoło 
w iście korsarski sposób. Zmarszczył brwi.

- Dlaczego mam czekać aż do ślubu, Bernardzie? Czemu nie mogę już 

106

background image

mieć   moich   pieniędzy?   W   ten   sposób   mógłbym   przygotować 
Ambersley na przybycie Deb.

- Z tego, co wiem, Ambersley jest w idealnym stanie, Reeve - odparł 

lord Bradford wyważonym tonem.

Znowu spojrzeliśmy z Reevem po sobie. Ta rozmowa zdecydowanie 

nie przebiegała zgodnie z naszymi oczekiwaniami.

Pomyślałam, że nadszedł czas, by się wtrącić.
-   Zdecydowałam   się   nie   wychodzić   za   Reeve’a   -   powiedziałam 

unosząc   mężnie  podbródek  -  dopóki  nie  będzie  w  posiadaniu   całej 
swojej fortuny.

-   A   czemuż   to,   panno   Woodly?   -   spytał   z   zainteresowaniem   lord 

Bradford.

-   Ponieważ   uważam,   że   ojciec   Reeve’a   zachował   się   wobec   niego 

wyjątkowo   niesprawiedliwie,   zmieniając  testament.   Myślę,   że  Reeve 
świetnie wykonywałby swoje obowiązki jako właściciel ziemski. To dla 
niego   bardzo   upokarzające   nie   mieć   kontroli   nad   własnym 
dziedzictwem.   -   Nagle   wpadłam   na   świetny   pomysł.   -   Nie   mam 
posagu, więc w ten sposób przyczyniłabym się do naszego związku. 
Chciałabym, żeby przejął swój spadek.

-   Ale   przecież   przejmie   -   powtórzył   lord   Bradford.   -   Kiedy   tylko 

weźmiecie ślub.

Oboje spojrzeliśmy na niego piorunującym wzrokiem.
- A niech cię, Bernardzie - powiedział Reeve. - Czemu musisz być taki 

uparty?

Lord Bradford założył ręce na piersi i spoglądał to na mnie, to na 

Reeve’a.

- Od jak dawna się znacie? - spytał.
Ta zmiana tematu zdziwiła mnie.
- Zamieszkałyśmy w Hawthorne Cottage, kiedy miałam trzy lata - 

powiedziałam. - Reeve miał wtedy siedem lat.

- I jako dzieci bawiliście się razem? - spytał lord Bradford.
Reeve wzruszył ramionami.
-   Tak,   kiedy   Deb   trochę   podrosła.   Zawsze   była   skora   do   zabawy, 

nawet kiedy była małym dzieckiem.

107

background image

- Hmm - mruknął lord Bradford.
Wymieniliśmy   z   Reevem   niepewne   spojrzenia.   O   co   mogło   mu 

chodzić?

- Czy to możliwe, że staracie się upozorować zaręczyny?
W moich i Reeve’a oczach pojawił się popłoch.
- Aha - wycedził lord Bradford. - A więc to o to chodzi.
- Wcale nie. Bernardzie - powiedział Reeve przekonującym tonem. - Ja 

i Deb kochamy się. Prawda, Deb?

Pokiwałam energicznie głową.
-   Może   i   tak   -   powiedział   lord   Bradford.   -   Mam   taką   nadzieję. 

Ponieważ jedna rzecz nie ulega wątpliwości. Ten ślub się odbędzie.

Otworzyłam ze zdumienia usta.
-   Za   daleko   to   wszystko   zaszło,   żebyście   mieli   teraz   odwoływać 

zaręczyny   -   kontynuował   groźnie   lord   Bradford.   -   W   gazetach 
zamieszczono   ogłoszenia.   Deborah   została   przedstawiona   zarówno 
towarzystwu   w   Londynie,   jak   i   tutejszemu,   jako   twoja   narzeczona. 
Gdybyście teraz zerwali zaręczyny, wywołałoby to ogromny skandal. 
Nie pozwolę, by nazwisko Lambeth zostało wystawione na szwank.

W głowie wirowały mi setki myśli. Zupełnie nie spodziewaliśmy się 

takiego obrotu sprawy.

- A gdybyśmy oboje powiedzieli, że jednak do siebie nie pasujemy? - 

wyrwało mi się.

Lord Bradford nieprzejednanie pokręcił głową.
- Już na to za późno - powiedział i odwrócił się do Reeve’a. - Będę się 

trzymał tego, co wcześniej powiedziałem, Reeve. Otrzymasz połowę 
swojego majątku tuż po ślubie. Ale jeśli unieważnicie zaręczyny, nie 
otrzymasz ode mnie ani grosza ponad swoją coroczną wypłatę, aż do 
ukończenia dwudziestu sześciu lat. Czy to jasne?

Oczy Reeve’a płonęły.
- Tak Bernardzie, jasne jak słońce.
- Chciałbym, aby ceremonia zaślubin odbyła się tutaj, w Wakefield - 

powiedział lord Bradford. - Powiedzmy... za dwa tygodnie?

- A niech cię, Bernardzie - wykrzyknął Reeve. - Mam już dosyć tego, że 

kierujesz moim życiem!

108

background image

- Ożeń się z Deborah, a sam będziesz mógł nim kierować - odparł lord 

Bradford. - Wstał ze swojego krzesła. - A teraz wybaczcie mi, mam 
trochę   pracy.   Jestem   pewien,   że   macie   ze   sobą   parę   spraw   do 
omówienia.

- Chodź, Deb - mruknął Reeve, a ja podążyłam za nim do wyjścia.
Szliśmy przez korytarz nie patrząc na siebie. Nie wiedzieliśmy, co 

powiedzieć.

- Przejedźmy się na Wyspę Charlesa - zaproponował Reeve. - Bernard 

ma rację. Musimy porozmawiać.

- Przebiorę się - odparłam i pobiegłam do swojego pokoju.
Myśli wirowały mi w głowie jak szalone. Co mieliśmy teraz począć? 

Żadne z nas nie przypuszczało, że Bernard przejrzy nasz fortel.

To zwyczajny szantaż, myślałam z oburzeniem, wkładając na siebie 

suknię do konnej jazdy.

Zeszłam do stajni spotkać się z Reevem. Bernard to okropny człowiek, 

myślałam. Jak śmie stawiać nam takie ultimatum?

Myśl, że z taką łatwością przejrzał nasz plan, była upokarzająca. I co 

teraz, na Boga, mieliśmy począć?

* * *

Niebo było ciemne i zachmurzone, kiedy spotkaliśmy się z Reevem. 

Stajenny   ostrzegł   nas,   że   nadciąga   burza.   Nie   byliśmy   jednak   w 
nastroju,   by   słuchać   czyichkolwiek   rad,   więc   wyruszyliśmy   wzdłuż 
drogi wiodącej do miasteczka Fair Haven.

-   Niech   piekło   pochłonie   Bernarda   -   powiedział   zaciekle   Reeve   w 

czasie jazdy. - Zawsze udaje mu się zapędzić mnie w kozi róg.

To była prawda. Po raz kolejny Bernard stawiał Reeve’a pod ścianą.
-   Chyba   powinniśmy   byli   przewidzieć,   że   będzie   coś   podejrzewał, 

kiedy zażądamy przekazania pieniędzy przed ślubem.

- Ale czemu tak mu zależy na moim ślubie? - powiedział gwałtownie 

Reeve.

- Nie mam pojęcia. Taki ma widocznie kaprys.
Im bardziej zbliżaliśmy się do wyspy, tym mocniej wiał wiatr, ale 

żadne z nas nie miało ochoty na powrót do domu. Byliśmy w połowie 
grobli, kiedy spadły pierwsze krople deszczu. Chwilę później lunęło. 

109

background image

Słychać było huk piorunu.

-   Wspaniale   -   wycedził   Reeve   przez   zęby.   -   Tylko   tego   nam   było 

trzeba.

Podniosłam głos, żeby usłyszał mnie poprzez szum deszczu.
- Musimy zejść z otwartej przestrzeni, Reeve!
-   Teraz   jest   odpływ,   pojedźmy   do   Jaskini   Ruperta   -   krzyknął   w 

odpowiedzi.

Wprowadził konia w galop, a ja poszłam w jego ślady. Kilka minut 

później znaleźliśmy się po południowej stronie wyspy, pod wysokim, 
skalistym   urwiskiem.   Byłam   już   całkiem   przemoczona,   a   pioruny 
niepokojąco zbliżały się do brzegu.

Jaskinia   Ruperta   była   wystarczająco   duża,   by   pomieścić   oba   nasze 

konie, więc wszyscy byliśmy już schowani, kiedy burza uderzyła w 
wyspę. Deszcz był ciepły, ale wewnątrz jaskini panował chłód, więc za-
częłam się trząść w moim przemoczonym ubraniu.

Reeve zdjął surdut i narzucił mi go na ramiona.
- Jest mokry - powiedział - ale to lepsze niż nic.
Na zewnątrz dało się słyszeć grzmoty.
Reeve spojrzał na mnie. Miał twarz mokrą od deszczu, na jego rzęsach 

wisiały ciężkie krople.

- Wiesz, Deb, tak się zastanawiałem - odezwał się w końcu - że nasz 

ślub to nie byłoby w końcu takie złe rozwiązanie.

Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Pomyśl sama. Ja dostałbym swoje pieniądze, a ty... - uśmiechnął się 

do   mnie   uroczo   -   miałabyś   wszystkie   konie,   o   jakich   mogłabyś 
zamarzyć.

Owinęłam się ciaśniej w jego surdut.
- Reeve, małżeństwo to coś więcej - powiedziałam niecierpliwie.
Staliśmy tuż przy wyjściu z jaskini. Odgłos deszczu uderzającego o 

skały   i   uderzenia   pioruna   były   bardzo   głośne.   Reeve   wyjął   swoją 
przemokniętą chusteczkę, ujął mnie pod brodę i delikatnie wytarł mi 
twarz.

- Myślę, że pasowalibyśmy do siebie także pod innymi względami - 

powiedział.

110

background image

Pochylił głowę i dotknął wargami moich ust.
Byłam   zupełnie   nieprzygotowana   na   coś   takiego   tak   to   mną 

wstrząsnęło, że nie mogłam się poruszyć. Tuż przy wejściu do jaskini 
uderzył piorun, co sprawiło, że podskoczyłam. Ale Reeve nie uwolnił 
moich   ust,   objął   mnie   tylko   mocniej   i   przysunął   do   siebie.   Oboje 
byliśmy   całkowicie   przemoczeni   i   kiedy   nasze   ciała   przylgnęły   do 
siebie, poczułam jak jego skóra parzy moją, jak gdybyśmy nie mieli na 
sobie   ubrań.   Jego   usta   wywierały   nacisk,   więc   rozchyliłam   swoje. 
Poczułam między zębami jego język.

Nigdy w życiu nie doświadczyłam niczego podobnego. Nogi się pode 

mną ugięły, więc objęłam go mocniej, żeby się nie przewrócić. Mięśnie 
na jego plecach, pod przemoczoną koszulą, były naprężone.

Reeve   zaczął   składać   na   moim   policzku   drobne   pocałunki, 

przesuwając się w kierunku ucha.

- Deb, kochanie - powiedział chropawym głosem. - Przecież nie jesteś 

już małą dziewczynką.

Nie mogłam wydobyć z siebie ani słowa.
Odsunął mnie od siebie i spojrzał mi w oczy.
- Zgódź się, Deb - prosił. - Powiedz tak.
Na   zewnątrz   zagrzmiało.   Jeden   z   koni   zarżał   nerwowo   i   zaczął 

grzebać kopytem w miękkim podłożu.

- To chyba nie jest dobry pomysł - wyszeptałam. - A jeśli za kilka lat 

poznasz kogoś, kogo pokochasz?

- Nigdy żadna dziewczyna nie będzie dla mnie ważniejsza od ciebie - 

powiedział z przekonaniem.

Pochylił   się,   by   znów   mnie   pocałować   i   tym   razem   jego   dłoń 

przesunęła się po mojej piersi.

Spojrzał na mnie w blasku błyskawicy, anioł ciemności z iskrzącymi 

się oczami.

- Powiedz tak - nalegał.
- Dobrze - usłyszałam samą siebie. - Zrobię to.

* * *

Czekając na przejście burzy, Reeve rozprawiał radośnie o planach na 

naszą najbliższą przyszłość. Starałam się odpowiadać zwykłym tonem, 

111

background image

ale zupełnie nie docierało do mnie to, co mówił.

Chciałam   jedynie   znaleźć   się   sama   w   swoim   pokoju,   żeby   móc 

zastanowić się nad tym, co przed chwilą między nami zaszło.

Kiedy burza się skończyła, wsiedliśmy na konie i skierowaliśmy się w 

stronę   rezydencji   Wakefield.   Woda   pryskała   pod   kopytami.   Reeve 
jechał w ciszy u mojego boku, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, 
kiedy obserwował drogę przed nami.

Pierwszy raz w życiu czułam się niezręcznie w jego towarzystwie. 

Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, co powiedzieć.

- Poszukam Bernarda i oznajmię mu, co postanowiliśmy - powiedział, 

kiedy już dojeżdżaliśmy do domu.

- Jesteś pewien, że tego chcesz? - spytałam, zwilżając usta językiem.
Pokiwał z przekonaniem głową.
- Chcę sam decydować o swoim życiu i jeśli mogę to osiągnąć w ten 

sposób, to tak zrobię.

- Myślę jednak, że dwa tygodnie to zbyt mało czasu - powiedziałam. - 

Na Boga, nie zdążymy nawet ogłosić zapowiedzi.

- Możemy się postarać o specjalne zezwolenie - odparł Reeve odrobinę 

niecierpliwie. - Bernard ma rację, Deb. Jeśli mamy to zrobić, to nie ma 
co przeciągać sprawy.

Rozstaliśmy się przy głównym wejściu do budynku. Reeve poszedł 

szukać swojego kuzyna, a ja pobiegłam na górę, żeby się przebrać i 
oczyścić   umysł,   by   móc   zastanowić   się   nad   tym,   co   się   właśnie 
wydarzyło.

Susan   już   na   mnie   czekała   i   pomogła   mi   wydostać   się   z 

przemoczonego   stroju   do   konnej   jazdy   i   przebrać   się   w   białą 
muślinową   suknię.   Potem   ją   odprawiłam   i   usiadłam   w   oknie, 
obserwując mokry trawnik. Słońce wyłoniło się na powrót, a krople 
przyklejone do źdźbeł trawy migotały w słońcu jak pole diamentów.

Zamknęłam   oczy   i   znów   poczułam   dotyk   ust   Reeve’a   na   moich, 

poczułam   ciepło   i   twardość   jego   ciała   przyciśniętego   do   mojego. 
Wzięłam głęboki wdech. Czułam, że moje życie zostało skierowane na 
nową ścieżkę bez mojej zgody. Bałam się.

Zawsze   czułam   się   bezpiecznie   w   mojej   przyjaźni   z   Reevem.   Od 

112

background image

śmierci ojca przyjeżdżał do Ambersley osiem, dziewięć razy w roku i 
zostawał tylko na kilka dni. Ale te krótkie spotkania z nim mi wy-
starczały. Jeździliśmy razem, śmialiśmy się, nawet polowaliśmy.

Byliśmy przyjaciółmi.
Tego   popołudnia   pocałował   mnie   w   jaskini   i   nagle   wszystko   się 

zmieniło.

Miewałam wcześniej adoratorów. Jak już mówiłam Reeve’owi, może i 

byłam   za   wysoka   i   bez   posagu,   ale   miałam   wielbicieli.   Jednakże 
żadnego z nich do niczego nie zachęcałam, ponieważ wszyscy wyda-
wali mi się jednakowo nudni i bezbarwni.

Nigdy wcześniej nie przyszło mi na myśl, że przez lata podświadomie 

porównywałam wszystkich mężczyzn do Reeve’a.

Bałam się, że być może się w nim zakochuję.
Zakochuję się w nim i mam wyjść za niego za mąż.
- Boże, co za katastrofa - powiedziałam do siebie na głos.
Reeve   nie   żenił   się   ze   mną   z   miłości.   Chciał   jedynie   przejąć   swój 

spadek. Zaznaczył to jasno.

Pocałunek w jaskini, przez który tyle rzeczy w moim życiu legło w 

gruzach, prawdopodobnie niewiele dla niego znaczył. Zdawałam sobie 
sprawę, że Reeve musiał już całować dziesiątki dziewczyn. Po prostu to 
lubił.

Deb, kochanie, przecież nie jesteś już małą dziewczynką.
Miał rację. Nie byłam już małą dziewczynką. Byłam dorosłą kobietą, 

która wreszcie zdawała sobie sprawę ze swoich uczuć. I te uczucia 
mnie przerażały.

Nie bałabym się tak, gdybym wiedziała, że Reeve też mnie kocha. Jeśli 

by tak było, to właściwie czułabym się cudownie.

Ale on mnie nie kochał. Uważał, że jestem „wspaniałą dziewczyną”. 

Nigdy nie polubiłby innej dziewczyny bardziej niż mnie.

Przypomniałam sobie, co mu powiedziałam. Co by się stało, gdyby 

spotkał w końcu kogoś, kogo by pokochał? Położyłam się na łóżku, 
osłaniając oczy ręką. Nie ma sensu tak się zadręczać, pomyślałam roz-
sądnie.   Co   się   stało,   już   się   nie   odstanie.   Mam   wyjść   za   Reeve’a   i 
poradzę sobie z tą sytuacją jak najlepiej potrafię.

113

background image

Oboje poradzimy sobie z tą sytuacją.
Cóż, pomyślałam z determinacją, teraz z pewnością Reeve’a będzie 

stać na to, by kupić mi jednego z koni do polowań lady Weston.

Jednak ta myśl nie była aż tak pocieszająca, jakbym chciała.

Rozdział jedenasty

Pół godziny później zeszłam na dół. Chciałam poszukać Reeve’a i 

dowiedzieć   się,   czy   udało   mu   się   już   porozmawiać   z   lordem 
Bradfordem.   Kiedy   spytałam   lokaja,   czy   nie   widział   mojego 
narzeczonego, ten powiedział, że udał się z Robertem do długiej galerii. 
Było   to   miejsce,   gdzie   poprzedniego   wieczoru   odbywał   się   bal. 
Pobiegłam korytarzem, przerażona wizją Roberta i Reeve’a samych w 
jednym pomieszczeniu.

Kiedy podchodziłam do drzwi doszły mnie głosy dwóch mężczyzn.
-   Jesteś   taki   wysportowany   kuzynie,   musisz   być   świetnym 

szermierzem - mówił Robert.

- Udało mi się pokonać parę osób u Angelo - odparł Reeve.
- To może i my się zmierzymy, zobaczymy, który z nas jest lepszy. 

Dywany i meble nie wróciły jeszcze na swoje miejsca.

Przypomniałam sobie, że na jednej ze ścian w galerii wisiała kolekcja 

mieczy   do   szermierki.   Na   tę   myśl   prawie   zaczęłam   biec.   Wtedy 
usłyszałam też głos Harry’ego i stwierdziłam z ulgą, że on również 
znajduje się w galerii.

- Nie sądzę, żeby to był taki dobry pomysł, Robercie - zaprotestował. - 

Ty  nie   miałeś   okazji   ćwiczyć   fechtunku   z   Angelo.   A   wiesz   jak   się 
denerwujesz, kiedy przegrywasz.

Kiedy podchodziłam do drzwi, Robert piorunował właśnie swojego 

brata wzrokiem.

- Żebyś wiedział, Harry, że mierzyłem się już z Angelo i mogę cię 

zapewnić, że nie mam zamiaru przegrać z Reevem.

-   Przegrasz,   Robercie   -   oświadczył   Reeve.   -   Przyznaję,   że   nieźle 

strzelasz i jesteś dobry w walce na pięści, ale w pojedynku na miecze 
przegrasz.

Robert stał się czerwony jak burak.

114

background image

- To się jeszcze okaże, kuzynie - warknął.
Reeve stał pod krótszą ścianą, już z mieczem w dłoni. Wskazał dłonią 

na pozostałe.

- Wybierz sobie broń i zobaczymy, który z nas jest lepszy - powiedział.
Robert podszedł do ściany, by wybrać sobie miecz, a Reeve zaczął 

ściągać surdut.

Harry stał przed portretem jednego ze swoich przodków, w połowie 

drogi między Robertem a Reevem.

- Reeve, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł - powiedział z naciskiem.
Wtedy weszłam do pokoju.
-   Zgadzam   się   z   Harrym   -   powiedziałam   stanowczo.   -   Nie   lubię 

mieczy. Komuś może stać się krzywda.

- O, jesteś, Deb - powiedział Reeve, spoglądając na mnie. - Miecze mają 

założone ochronne gałki. Nie należy się denerwować.

Przesunął się spod ściany na środek sali. Poczekał, aż Robert również 

zdejmie surdut. Czerwień na twarzy Roberta zmieniła się w bladość, 
spoglądał nieruchomym spojrzeniem, co wprawiło mnie w niezwykłe 
zdenerwowanie.

Uważałam pojedynek za straszny pomysł, ale nie mogłam wymyślić 

nic, co mogłoby ich powstrzymać, poza rozdzieleniem ich własnym 
ciałem.

- Zrób coś - poprosiłam Harry’ego.
Wzruszył ramionami. Wzrok miał utkwiony w dwóch mężczyznach 

pośrodku parkietu.

-   Teraz   już   się   nic   nie   da   zrobić.   Ale   wszystko   powinno   być   w 

porządku. Miecze mają zabezpieczenie.

W tym momencie Reeve i Robert unieśli je i się pozdrowili. Zaczął się 

pojedynek.

Ku mojej uldze szybko stało się jasne, że Reeve jest znacznie lepszym 

fechmistrzem. Robert atakował go z niemal zwierzęcą zaciekłością, ale 
Reeve walczył spokojnie i nie pozwalał kuzynowi przedostać się przez 
swoją zasłonę. Zręcznie odpierał każdy atak.

Stałam obok Harry’ego i w napięciu obserwowałam walkę. Mimo, iż 

Reeve wyraźnie kontrolował sytuację, nie ufałam Robertowi i nie byłam 

115

background image

w stanie pozbyć się myśli, że Reeve jest w zagrożeniu.

Mężczyźni przesuwali się to w górę, to w dół galerii. Reeve oddychał 

normalnie, ale Robert zaczął po pewnym czasie dyszeć, na jego koszuli 
pojawiły się plamy potu.

Z każdą chwilą wyraźnie stawał się coraz bardziej wściekły, że nie jest 

w stanie przedrzeć się przez zasłonę Reeve’a,  zwłaszcza że ten nie 
wyglądał, jakby się specjalnie wysilał. Robert był zmuszony przyjąć 
kilka uderzeń i jego furia powoli rosła.

- Wystarczy ci już, Robercie? - spytał w końcu Reeve.
- Nie, do diabła - warknął Robert. Wytarł rękawem pot z czoła. - 

Jeszcze cię pokonam. Po prostu wyszedłem z wprawy.

Reeve się roześmiał. Ten śmiech wywołał u Roberta reakcję prawie 

maniakalną i rzucił się on do przodu jak szaleniec.

W tym momencie spostrzegłam, że z jego miecza odpadł bezpiecznik.
Robert też to zauważył i zamiast się wycofać, zaczął nacierać z jeszcze 

większą zaciętością.

- Uważaj Reeve! - krzyknęłam przerażona.
Ale Reeve też widział, co się stało. W momencie, kiedy Robert zaczął 

go   wściekle   atakować,   jego   miecz   ożył   w   zupełnie   nieoczekiwany 
sposób. Trzydzieści sekund później Reeve trzymał już w ręku klingę 
Roberta,   a   zabezpieczony   czubek   jego   własnego   miecza   celował   w 
gardło przeciwnika.

Robert był rozbrojony. Stał na środku pokoju, ciężko oddychając.
- Niech cię piekło pochłonie, Reeve! - powiedział.
- Najwyższy czas, żeby ktoś ci dał nauczkę - odparł zimno Reeve. - 

Twoja rodzina zbyt długo starała się usprawiedliwić twoje zachowanie.

Nienawiść, którą ci mężczyźni do siebie żywili, była tak mocna, że 

prawie można ją było widzieć w powietrzu galerii.

- Reeve ma rację, Robercie. To, co zrobiłeś, jest niewybaczalne.
Robert rzucił w stronę Reeve’a rękojeść swojego miecza.
-   Jeszcze   tego   pożałujesz   -   wycedził   i   wyszedł   z   pokoju.   Był   tak 

zaślepiony wściekłością, że prawie się ze mną zderzył przy drzwiach.

Spojrzałam na Reeve’a i Harry’ego.
-   Czy   on   jest   szalony?   -   spytałam   z   niedowierzaniem.   -   Przecież 

116

background image

widział, że bezpiecznik spadł z miecza.

Harry wyglądał, jakby czuł się bardzo niezręcznie.
- To było bardzo nie w porządku z jego strony, ale Robert ma czasami 

takie   ataki   ślepej   furii.   Tak   naprawdę   nie   jest   niebezpieczny.   Tylko 
czasami... nie myśli.

-   Nie   jest   niebezpieczny?   -   powtórzyłam.   -   Właśnie   chciał   zabić 

Reeve’a!

- Nie zrobił tego specjalnie - nalegał Harry.
Podszedł do Reeve’a i wziął od niego miecze.
-   Jak   dla   mnie,   ta   cała   sytuacja   wyglądała   całkiem   poważnie   - 

powiedział Reeve zakładając surdut.

- On jest o ciebie zazdrosny - westchnął Harry. - Zawsze był o ciebie 

zazdrosny, nawet kiedy byliśmy dziećmi.

Reeve prostował właśnie niedbałymi ruchami krawat, ale na słowa 

Harry’ego przestał i zmarszczył brwi.

- Czemu Robert miałby być o mnie zazdrosny, kiedy byliśmy dziećmi?
- Zawsze byłeś ulubieńcom mojego ojca i Robert nigdy ci tego nie 

wybaczył.

-  Ulubieńcem  twojego   ojca?   -   Reeve   otworzył   szeroko   usta   ze 

zdziwienia.   -   Czyś   ty   oszalał,   Harry?   Bernard   uważa   mnie   za 
najbardziej

 

nieodpowiedzialnego,

 

bezużytecznego

 

niesubordynowanego człowieka, jaki istnieje. Przecież wiesz, jak skąpo 
wydzielał mi pieniądze przez te wszystkie lata. Nigdy nie zaufał mi 
nawet na tyle, bym mógł sam zarządzać swoją posiadłością!

Ostatnie zdanie Reeve wypowiedział z dużą dozą zranionej dumy. 

Poczułam ogromne współczucie i sympatię.

Harry spojrzał na mnie, a potem jego wzrok powędrował do Reeve’a.
-   Może   i   rzeczywiście   tata   postępował   trochę   zbyt   surowo   jako 

powiernik twojego majątku, ale sam wiesz, jaki on jest. Jeśli się uczyni 
go za coś odpowiedzialnym, to stara się wypełniać swoje obowiązki 
wręcz fanatyczną dokładnością.

- Ale o co ci chodziło - spytałam, marszcząc brwi kiedy powiedziałeś, 

że Reeve był zawsze ulubieńcem twojego ojca? Mówisz, że przedkładał 
Reeve’a ponad swoje własne dzieci?

117

background image

- Nie wiem, czy zauważyłaś - odparł Harry pocierając podbródek - 

jaką   obsesję   ma   ojciec   na   punkcie   rodziny   Lambethów.   W   jego 
przekonaniu   istnieje   nasza   rodzina   i   reszta   świata.   Przeznaczeniem 
Reeve’a jest zostać głową naszego rodu i dlatego ojciec uważa go za tak 
ważną osobę. - Harry uśmiechnął się krzywo do Reeve’a. - Pamiętam, 
że kiedy miałeś nas odwiedzić i miałem cię poznać po raz pierwszy, 
tata zrobił nam długi wykład o tym, jak niezwykła jest twoja rola. Wbił 
nam   do   głowy,   że   masz   we   wszystkim   pierwszeństwo.   Postawił   tę 
sprawę jasno. I robił tak za każdym razem, kiedy nas odwiedzałeś.

Reeve wpatrywał się w swojego kuzyna z przerażeniem.
- Mówisz poważnie, Harry?
- Jak najbardziej.
-   Drogi   Boże   -   szepnął   Reeve.   Wyglądał   na   wstrząśniętego.   -   Nic 

dziwnego, że Robert mnie nienawidzi.

- Robert, przez ten swój temperament, nigdy nie reagował na to zbyt 

dobrze - przyznał Harry. - Nie pomagało też to, że zawsze byłeś od nas 
wyższy i bardziej wysportowany.

Zapadła cisza. Spojrzałam na Reeve’a. Wpatrywał się bez wyrazu w 

portret siwej kobiety w zielonej sukni, wiszący na drugim końcu galerii.

- A jak ty na to reagowałeś, Harry? - spytał w końcu ponurym głosem.
- Nie potrzebowałem dużo czasu, by zdyskredytować to, co o tobie 

mówił tata. Zresztą sam byłeś tak nieświadomy tej swojej ważnej roli, 
że ciężko mi było brać to wszystko poważnie.

- Cieszę się, że tak mówisz - powiedział Reeve. Potrząsnął głową z 

niedowierzaniem. - Co, u Boga, Bernard sobie wyobrażał?

- On już taki jest - stwierdził Harry. - Ma wyolbrzymione wyobrażenie 

o wadze naszego rodu. Dlatego nie chce, żebym został lekarzem. Boi 
się, że lekarz w rodzinie przyniósłby ujmę naszemu nazwisku.

- Twój ojciec jest strasznie staroświecki - powiedział z oburzeniem 

Reeve.

- Wiem - odparł z uśmiechem Harry. - Ale oddałby za nas życie.
- Wystarczy, żeby zaufał naszym wyborom, Harry.
- To prawda, ale jego umysł nie działa w ten sposób.
Nagle usłyszeliśmy za plecami kroki. Odwróciliśmy się, by sprawdzić, 

118

background image

kto wszedł do galerii. Była to Mary Ann Norton. Spojrzała na miecze w 
rękach Harry’ego i uniosła pytająco brew.

- Pojedynkowaliście się z lordem Cambridge, Harry? - spytała.
- Chyba mnie znasz, Mary Ann - odparł Harry. - Nie jestem zbyt dobry 

w posługiwaniu się mieczem.

Mary Ann się zawahała.
-   Właśnie   widziałam   Roberta   wychodzącego   pośpiesznie   z   domu. 

Wyglądał na... zdenerwowanego.

Harry westchnął.
-   Jak   się   prawdopodobnie   domyślasz,   Robert   pojedynkował   się   z 

Reevem.   Przegrał,   a   wiesz   przecież,   jak   się   zachowuje   w   obliczu 
porażki.

Mary Ann również westchnęła.
- Wiem - powiedziała. Spojrzała na mnie dużymi, piwnymi oczami i 

nagle uśmiechnęła się promiennie. - Właśnie dowiedziałam się od lorda 
Bradforda, że za dwa tygodnie weźmiecie ślub tutaj w Wakefield. To 
wspaniale, panno Woodly.

Przeniosła   wzrok   na   Reeve’a   i   na   jej   policzku   pojawił   się   uroczy 

dołeczek.

- Zdaje się, że lord Cambridge nie mógł się już doczekać.
- Zgadza się - odparł Reeve z widocznym brakiem entuzjazmu.
- To prawda? - spytałam. - Naprawdę postanowiliście, że to już za dwa 

tygodnie?

- Bernard powiedział, że postara się o specjalne zezwolenie. Chyba nie 

ma co przedłużać sprawy, co, Deb?

- Ale przecież możemy wrócić do Ambersley dopiero po zakończeniu 

tego nieszczęsnego festynu, który organizuję.

Wzruszył ramionami.
-   No   to   się   pobierzemy   i   zostaniemy   w   Wakefield   jeszcze   przez 

tydzień, nim wrócimy do Ambersley. Nie widzę powodów, dla których 
nie moglibyśmy tak zrobić. A ty?

Przygryzłam dolną wargę.
- Nie... chyba nie. Nie rozumiem tylko, dlaczego twój kuzyn tak się z 

tym spieszy.

119

background image

Rozmawialiśmy ze sobą, jakbyśmy byli sami.
- Drogi Boże, Reeve - wtrącił się Harry. - Naprawdę ustaliliście z tatą 

datę ślubu, nie pytając nawet Deborah o zdanie?

- Jeśli Deb się to nie podoba, to może po prostu powiedzieć - odparł 

Reeve z lekkim zniecierpliwieniem.

- Już powiedziałam, że termin mi odpowiada - odburknęłam.
- Przepraszam - odezwała się z wahaniem Mary Ann. - Zastanawiam 

się, czy pomyślała pani już o ubraniu, panno Woodly? Czy też może 
przywiozła pani swoją suknię ślubną do Wakefield?

Oczywiście, że tego nie zrobiłam. Nie spodziewałam się, że w ogóle 

będzie mi potrzebna.

- Możesz kupić wszystko, czego potrzebujesz, w Brighton - powiedział 

Reeve, marszcząc brwi. - To miejsce, do którego przenosi się na lato całe 
towarzystwo z Londynu. Muszą tam być jakieś dobre sklepy.

Pokiwałam głową w zamyśleniu. W tej chwili ubranie stanowiło dla 

mnie   najmniejszy   problem.   Zastanawiałam   się,   dlaczego   również 
Reeve’owi zaczęło się spieszyć z naszym ślubem.

- Drogi Boże - przypomniałam sobie nagle. - Jeszcze nie rozmawiałam 

z mamą. Ona nic nie wie o tym... niespodziewanym rozwoju sytuacji.

Spojrzeliśmy   po   sobie.   Przecież   mama   nadal   myślała,   że   nasze 

zaręczyny to tylko pozory.

- Lepiej jej poszukaj, Deb - polecił Reeve. - Nie chciałabyś chyba, żeby 

dowiedziała się od kogoś innego.

Oczywiście, że nie! - myślałam, wybiegając z pokoju.

* * *

Znalazłam mamę w ogrodzie. Korzystając ze słońca, które wyszło po 

deszczu, przechadzała się po alejkach z panią Norton. Rozmawiały o 
wczorajszym balu. Przyłączyłam się do nich z uśmiechem. Po kilku 
minutach   pani   Norton   wyczuła,   że   chcę   porozmawiać   z   mamą   na 
osobności i taktownie wróciła z powrotem do domu.

Poszłyśmy dalej ścieżką, oddalając się od fontanny.
- Muszę ci coś powiedzieć - zaczęłam. - Bardzo cię to zdziwi.
- O co chodzi? - spytała mama spokojnie.
- Zdecydowaliśmy z Reevem naprawdę się pobrać. Stanie się to już za 

120

background image

dwa tygodnie.

Mama przystanęła i spojrzała na mnie.
- Macie się pobrać? - powtórzyła.
- Tak.
Spoglądała  na  mnie  oczami,  które   miały  taki  sam  kolor,  co   niebo, 

obmyte właśnie deszczem.

- Co się stało, Deborah?
Westchnęłam i ruszyłam dalej.
- Wszystko wymknęło się spod kontroli, mamo, i nie możemy się już 

wycofać.

- Och, kochanie, bałam się, że coś takiego się wydarzy.
Kilka   kropli   spadło   na   moją   suknię   z   żywopłotu   i   wytarłam   je 

niedbałym ruchem ręki.

- Wiem, mamo. Ale myślę, że wszystko byłoby nadal w porządku, 

gdyby nie lord Bradford.

- A co on takiego zrobił? - spytała mama, przystając ponownie.
- To on nas zmusza do tego małżeństwa. On jest taki staroświecki, 

mamo! Ubzdurał sobie, że Lambethowie są ważniejsi od samego króla. 
Wiesz, co nam powiedział? „Nie pozwolę, by nazwisko Lambeth było 
wystawione   publicznie   na   hańbę.”   Czyż   to   nie   jest   okropnie 
staroświeckie? - spytałam. - Woli raczej popchnąć swojego bratanka w 
nieszczęśliwe  małżeństwo,  niż  zaryzykować   skandal  wokół   swojego 
świętego nazwiska.

- Czy to będzie nieszczęśliwe małżeństwo, Deborah? - spytała mama z 

powagą.

Poczułam, że się czerwienię.
- Nie sądzę, żeby któreś z nas było nieszczęśliwe, mamo. Znamy się 

zbyt długo i za bardzo się lubimy, żeby źle się czuć w takim związku.

Mama lekko uniosła brwi.
-   Bardzo   lubię   Reeve’a   -   powiedziała.   -   Zawsze   uważałam   go   za 

wartościowego młodego człowieka. Ale nie chcę, byś wychodziła za 
niego wbrew swojej woli, Deborah. Wierz mi, z takiego związku może 
jedynie wyniknąć nieszczęście.

W   jej   głosie   zabrzmiała   nuta   tłumionej   pasji   i   sprawiło   to,   że 

121

background image

spojrzałam na nią uważnie.

- Nieszczęście?
- Stosunki małżeńskie między żoną a mężem są bardzo... intymne - 

wyjaśniła mama. Jej policzki lekko się zaróżowiły, ale konsekwentnie 
ciągnęła   dalej.   -   Szczerze   mówiąc,   Deborah,   kiedy   wychodzisz   za 
mężczyznę, dzielisz z nim nie tylko nazwisko, ale też i łoże. Nie chcę, 
byś została zmuszona do małżeństwa. Jeśli zdecydujesz się wycofać, to 
cię poprę.

Patrzyłam na moją delikatną mamę ze zdumieniem.
- Lord Bradford byłby wściekły.
- Nie obchodzi mnie jego zdanie - odparła mama. - To nie on wychodzi 

za Reeve’a.

Pociągnęłam   za   kosmyk   włosów,   któremu   Susan   pozwoliła   zwisać 

luzem   koło   mojego   ucha.   Takiej   reakcji   zupełnie   się   po   mamie   nie 
spodziewałam.

-   Moje   małżeństwo   z   Reevem   rozwiązałoby   przynajmniej   nasze 

problemy finansowe - powiedziałam niepewnie.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   chcesz   wyjść   za   Reeve’a,   by   zapewnić   mi 

opiekę   -   odparła   ostro.   -   Tyle   lat   dawałam   sobie   radę,   otrzymując 
jedynie drobne sumy. Nie potrzebuję więcej pieniędzy.

-   Zresztą   może   i   tak   dostaniesz   więcej   -   oznajmiłam.   -   Wczoraj 

wieczorem   Richard  powiedział  mi,  że   kiedy  jego   wuj   przyjedzie   w 
odwiedziny do państwa Swale’ów, zażąda od niego wytłumaczenia, 
dlaczego przez cały ten czas dostawałyśmy tak mało. Mam przeczucie, 
że twój pasierb chce się zrehabilitować za te wszystkie lata, kiedy nas 
zaniedbywał.

Mama zacisnęła mocno dłoń wokół mojego nadgarstka.
-   Powiedziałaś,   że   John   Woodly   ma   przyjechać   w   odwiedziny   do 

państwa Swale’ów?

- Tak - odpowiedziałam powoli. - Tak mi wczoraj mówił Richard.
Mama zbladła jak ściana.
-   Nie   ma   żadnej   tajemnicy   w   tym,   dlaczego   byłyśmy   tak   źle 

traktowane  - powiedziała sztywno.  - Woodleyowie nie chcieli, bym 
wyszła za twojego tatę, więc kiedy umarł, pozbyli się mnie. Tak po 

122

background image

prostu.

Spojrzałam na moją matkę i po raz pierwszy zastanowiłam się, czy 

może   jej   związek   z   Woodleyami   nie   był   znacznie   bardziej 
skomplikowany niż to, co mi przedstawiała przez te wszystkie lata.

Jej uścisk na mojej ręce rozluźnił się trochę i było widać, że mama stara 

się opanować emocje.

- Miło było zobaczyć znowu Richarda, ale nie chcę mieć nic wspólnego 

z resztą Woodleyów, Deborah. Chciałabym, żebyś przekazała to bratu, 
kiedy się z nim znowu spotkasz.

- W porządku, mamo.
- I nie żartowałam, mówiąc o twoim małżeństwie z Reevem - ciągnęła. 

- Nie rób niczego, czego nie chcesz.

- Reeve musi przejąć swój majątek, mamo. Tak naprawdę, myślę, że 

jeśli  nadal  miałby   prowadzić   takie   życie,  jak   przez   ostatnie  lata,  to 
mógłby   nie   dożyć   dwudziestych   szóstych   urodzin.   On   bardzo 
potrzebuje mieć jakiś cel w życiu i wiem, że sumiennie podejdzie do 
obowiązków właściciela ziemskiego. Nie mogę mu tego zrobić i się 
teraz wycofać.

Mama spojrzała na mnie z uwagą.
- Jesteś tego pewna? Małżeństwo jest na całe życie.
Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam jej prosto w oczy.
- Jestem pewna - skłamałam.
Pokiwała powoli głową.
- A więc dobrze. To twoja  decyzja. Ustaliliście już z Reevem datę 

ślubu?

- Lord Bradford postara się o specjalne zezwolenie, żebyśmy mogli się 

pobrać już za dwa tygodnie.

- Na to się nie zgadzam - oznajmiła mama.
- Dlaczego?
-  Przyspieszenie ślubu  nie jest  sposobem na  uniknięcie skandalu  - 

odparła.   -   Będzie   mnóstwo   plotek,   jeśli   pobierzecie   się   bez 
prawidłowego ogłoszenia zapowiedzi.

- Sugerujesz, że ludzie będą odliczać na palcach? - spytałam otwarcie.
Po raz kolejny jej policzki się zaróżowiły.

123

background image

- Dokładnie o tym mówię.
- I tak z tego liczenia nic nie wyniknie - powiedziałam.
- Jestem tego pewna, ale jeśli lord Bradford chce uniknąć plotek, to w 

ten sposób mu się to nie uda.

-   Coś   ci   powiem,   mamo.   Może   ty   o   tym   porozmawiasz   z   lordem 

Bradfordem? Jestem przekonana, że raczej ciebie posłucha niż Reeve’a 
czy mnie.

- Dobrze - zgodziła się mama i uniosła podbródek. - Tak zrobię.

Rozdział dwunasty

Przez   resztę   popołudnia   nic   się   nie   wydarzyło.   Sally   i   Mary   Ann 

spacerowały po ogrodzie, z pewnością czując się odrobinę znudzone po 
wczorajszym dniu pełnym wrażeń. Lady Sophia i pani Norton poszły 
do swoich pokoi się zdrzemnąć. Harry wziął strzelbę i wyszedł, a lord 
Bradford i Robert gdzieś zniknęli. Siedziałam w bibliotece, przeglądając 
książkę o włoskim Renesansie, kiedy wszedł Reeve i zaproponował 
przejażdżkę.

Zgodziłam   się.   Po   rozmowie   z   mamą   miałam   parę   spraw,   które 

chciałam z nim omówić.

Poszłam po kapelusz, a Reeve udał się do stajni, aby wydać polecenie 

przygotowania koni. Podjechał po mnie pod główne wejście karyklem 
lorda Bradforda, do którego zaprzęgnięto jego własne ogiery.

Pojechaliśmy w kierunku wschodnim, drogą biegnącą skrajem lasku 

brzozowego,   prowadzącą   do   wzgórza   Oldtimber.   Nie   byłam   tam 
jeszcze, a Reeve powiedział, że chce mi je pokazać. Zatrzymaliśmy się 
od   północnej   strony   wzgórza,   porośniętej   dającymi   cień   brzozami. 
Reeve zostawił konie stajennemu, który przyjechał z nami, i weszliśmy 
na krętą ścieżkę wiodącą na szczyt.

Po   drugiej   stronie   wzgórza   rozciągały   się   łąki   i   widoki   były 

przepiękne. Napawałam się wspaniałą panoramą kanału La Manche 
oraz okolicznych dolin i dużych posiadłości miejscowego ziemiaństwa.

Reeve   stał   koło   mnie   i   wskazywał   mi   rozmaite   charakterystyczne 

obiekty.

-   To   jest   Crendon   Abbey,   gdzie   mieszka   lord   Swale   -   powiedział, 

124

background image

pokazując mi duży kamienny dom, oddalony o jakieś sześć kilometrów 
od miejsca, w którym się znajdowaliśmy.

Spojrzałam na ten olbrzymi budynek i otaczający go park.
- Jest prawie tak imponujący, jak Ambersley - stwierdziłam.
- Swale jest bogaczem, co do tego nie mam wątpliwości. Charlotte to 

dla twojego brata niezła zdobycz.

- Znacznie lepsza niż twoja - odparłam odrobinę ponuro.
Reeve fuknął ze zniecierpliwieniem.
- Myślałem, że już omówiliśmy tę sprawę, Deb. Ja nie potrzebuję, by 

moja żona miała pieniądze.

Patrzyłam nadal w stronę Crendon Abbey.
- Może i nie potrzebujesz. Ale rozmawiałam z mamą, która zwróciła 

mi   uwagę   na   kilka   innych   kwestii,   o   których   wcześniej   nie 
pomyśleliśmy.

- Na przykład?
Przygryzłam   wargę,   nadal   wpatrując   się   w   ten   sam   punkt   i 

zastanawiałam się, jak mam delikatnie ująć to, co chcę mu powiedzieć.

-   Przyznasz,   że   w   Londynie   pojawiło   się   wiele   plotek,   kiedy 

przedstawiłeś mnie jako swoją narzeczoną - zaczęłam.

Spojrzałam   na   niego   ukosem.   Patrzył   na   mnie   pytająco.   Wiatr   na 

szczycie   wzgórza   mocno   wiat   i   musiałam   trzymać   swój   modny, 
słomkowy   kapelusik,   żeby   nie   odleciał.   Reeve   wskazał   ścieżkę 
prowadzącą w dół.

- Zejdźmy kawałek, żeby nie stać na wietrze - zaproponował.
- Dobrze - zgodziłam się i podążyłam za nim.
Kilka minut później znaleźliśmy się na małej polanie, osłoniętej od 

wiatru drzewami. Usiedliśmy na trawie.

- Nie powinnaś przejmować się plotkami, Deb - podjął Reeve. - O mnie 

zawsze plotkują. Od czasu, kiedy Byron napisał ten wiersz, wystarczy 
żebym kichnął, a już ktoś o tym pisze w gazecie.

Zerwałam dziką stokrotkę i zaczęłam nerwowo obrywać jej płatki.
- Ale musisz przyznać, że są po temu jakieś powody. Kiedy u boku 

człowieka   o   twojej   reputacji   nagle   pojawia   się   nikomu   nieznana 
narzeczona...  cóż,  nie  możesz winić ludzi za  to,  że  plotkują   na ten 

125

background image

temat.

-   Nikogo   nie   powinno   obchodzić,   z   kim   się   chcę   ożenić   -   odparł 

krótko.

Leżał koło mnie na trawie, podparty na łokciu, z wyciągniętymi prosto 

nogami. Wiatr wiał tutaj znacznie słabiej niż na szczycie i targał mu 
tylko lekko włosy. Reeve zerwał źdźbło trawy i włożył je sobie między 
zęby.

- Nie staram się wycofać z małżeństwa, Reeve - powiedziałam. - Ale 

ten pomysł lorda Bradforda, żebyśmy wzięli ślub jak najszybciej, jest 
zły. Mama od razu to powiedziała. Nie rozumiem, jak człowiek tak 
wrażliwy na skandal jak lord Bradford mógł tego nie zauważyć.

Siedziałam obok Reeve’a na podwiniętych nogach z moją muślinową 

suknią w roślinne wzory rozpostartą dookoła. Spojrzał na mnie mrużąc 
oczy, ponieważ świecące spomiędzy drzew słońce oślepiało go.

-   Chyba   jestem   równie   głupi   jak   Bernard,   ale   ja   również   nie 

dostrzegam problemu.

- Ludzie pomyślą, że jestem z tobą w ciąży i dlatego musisz się ze mną 

ożenić - wyjaśniłam, dając sobie spokój z delikatnością.

Nawet nie zmienił wyrazu twarzy. Zaczęłam wyliczać na palcach, na 

wypadek gdyby nadal nie rozumiał.

- Po pierwsze: nie jestem tobie równa ani pod względem urodzenia, 

ani   majątku.   Po   drugie:   pojawiłam   się   w   Londynie,   jak   królik   z 
kapelusza,   zabrałeś   mnie   na   kilka   przyjęć,   a   potem   pospiesznie 
przywiozłeś tutaj, do wuja. Po trzecie: zaledwie po kilku tygodniach 
pobytu w Sussex mamy wziąć ślub. - Pochyliłam się w jego stronę, 
zależało mi, żeby zrozumiał, o co mi chodzi. - Powiedz mi, Reeve, 
gdybyś   usłyszał   coś   takiego   o   jakiejś   innej   osobie,   to   co   byś   sobie 
pomyślał?

Spoglądał na mnie, nadal trzymając w ustach źdźbło trawy i mrużąc w 

słońcu oczy.

- Musisz porozmawiać ze swoim kuzynem, żeby zmienił zdanie co do 

tego szalonego pomysłu, byśmy brali ślub już za dwa tygodnie.

Reeve bardzo powoli wyjął źdźbło trawy spomiędzy zębów i wyrzucił 

je. Potem wyciągnął dłoń i położył ją na moim ramieniu. Zajęło mi 

126

background image

sekundę zrozumienie, że ciągnie mnie w dół na trawę.

Opierałam się tylko przez chwilę. Bezskutecznie. Reeve jest bardzo 

silny.

W następnej sekundzie miał mnie już tam, gdzie mnie chciał, na trawie 

obok siebie. Spojrzałam mu w twarz, a to, co zobaczyłam sprawiło, że 
moje serce zaczęto bić szybciej i głośniej. Polizałam nagle suche wargi.

- Reeve? - powiedziałam.
Nie odezwał się. Zdjął mi kapelusz.
Spróbowałam jeszcze raz.
- C-co chcesz zrobić?
Jego czarne oczy błyskały spod przymrużonych powiek.
- Chcę cię pocałować, Deb.
Położył mi dłonie na ramionach i pochylił się nade mną.
Było tak jak poprzednim razem, tylko bardziej intensywnie. Pocałował 

mnie   mocno,   a   ja   zadrżałam   pod   gwałtownym   naporem   emocji. 
Rozchyliłam usta i też go pocałowałam. Był nade mną zawieszony, 
opierając cały ciężar ciała na rękach, ale teraz opuścił się na ziemię koło 
mnie i przyciągnął mnie do siebie. Poczułam jego twarde ciało przy 
swoim, jego ciepło, zapach.

Krew   przepływała   przez   moje   żyły   w   zawrotnym   tempie,   byłam 

nieprzytomna z pożądania.

Tak było jeszcze przez jakiś czas. Potem jego dłoń zanurzyła się w 

dekolcie mojej sukni i odnalazła moją pierś. Jęknęłam.

-   Boże,   Deb   -   powiedział.   Ledwie   poznałam   jego   głos,   taki   był 

zachrypnięty. - Mój Boże, musimy przestać.

- Tak - wydyszałam. - Musimy.
Odwrócił mnie na plecy i włożył swoją nogę pomiędzy moje. Czułam, 

jak   na   mnie   naciska.   Całował   mnie   zapamiętale.   Moje   ramiona 
obejmowały jego plecy, trzymały go blisko.

Przesunął   dłoń   w   dół,   wzdłuż   mojej   nogi,   i   zaczął   podciągać   mi 

spódnice.

Przywołałam resztki silnej woli, jaka mi pozostała.
- Reeve - powiedziałam stanowczo.
Zadrżał. Następnie, w przypływie czegoś, co wyglądało na nadludzki 

127

background image

wysiłek, oderwał się ode mnie, skoczył na równe nogi i przeszedł na 
drugi koniec polanki. W letnim powietrzu wyraźnie było słychać jego 
przyspieszony oddech, kiedy usiłował odzyskać nad sobą kontrolę.

Ja byłam w niewiele lepszym stanie. Usiadłam i oparłam głowę na 

kolanach.

Byłam głęboko wstrząśnięta tym, co przed chwilą między nami zaszło.
- Chciałaś wiedzieć, dlaczego zgodziłem się na propozycję Bernarda, 

byśmy wzięli ślub już za dwa tygodnie - powiedział Reeve przez ramię. 
- To właśnie jest ten powód.

Siedziałam   nic   nie   mówiąc,   obracając   w   myślach   wypowiedzianą 

przez niego przed chwilą uwagę.

- Chcesz się ze mną przespać - powiedziałam w końcu.
Obrócił   się   w   moją   stronę.   Jego   twarz   była   jeszcze   napięta,   ale   w 

zwężonych oczach pojawił się błysk humoru.

- Jezu, Deb - powiedział z żarem. - Strasznie chcę się z tobą przespać.
- Nie bluźnij - powiedziałam odruchowo.
Machnął ręką ze zniecierpliwieniem.
- Mam mętlik w głowie.
- Rozumiem, kochanie - jego głos stał się miękki. - Ale jestem znacznie 

bardziej od ciebie doświadczony i możesz mi wierzyć, kiedy mówię, że 
będzie nam razem dobrze.

Nie   byłam   jakoś   szczególnie   zachwycona   informacją   o   jego 

wcześniejszych doświadczeniach. Wolałabym raczej usłyszeć, że mnie 
kocha. Ale niczego takiego nie powiedział.

- Zgódźmy się na propozycję Bernarda - nalegał. - Niech ślub odbędzie 

się za dwa tygodnie.

Uśmiechnął   się   do   mnie   czarująco,   wyglądając   jakby   już   odzyskał 

pełnię   sił   po   burzy   namiętności,   która   ogarnęła   go   nie   więcej   niż 
dziesięć minut wcześniej.

- Nie sądzę, bym był w stanie dłużej czekać.
Pożąda   mojego   ciała,   pomyślałam.   Jest   młodym   mężczyzną   i   ma 

apetyt młodego mężczyzny. Prawdopodobnie nie był z żadną kobietą 
już od dłuższego czasu. Chyba właściwie powinnam być mu wdzięcz-
na, że czeka na mnie, a nie zaspokaja żądzy z jakąś rozpustnicą w 

128

background image

Chichester czy Brighton.

-   Mama   ma   rozmawiać   na   ten   temat   z   lordem   Bradfordem   - 

powiedziałam. - Co będzie, jeśli on zmieni zdanie?

- Możesz być pewna, że Bernard rozważył już wszystkie możliwości i 

doszedł   do   wniosku,   że   ważniejsze   jest,   żebym   się   już   ożenił,   niż 
dbałość o to, by ludzie nie plotkowali przez następnych kilka miesięcy 
za naszymi plecami. Zresztą może i będą gadać tuż po naszym ślubie, 
ale jeśli dziecko nie pojawi się przedwcześnie, plotki ustaną.

Reeve przeszedł przez polankę i wyciągnął dłoń, by pomóc mi wstać. 

Kiedy   się   podniosłam,   spojrzał   w   dół   na   moją   twarz.   Przestał   się 
uśmiechać, stał się poważny.

- A czy tobie to przeszkadza? Jeśli tak, to powiedz mi to teraz.
Nie   spojrzałam   mu   w   oczy,   tylko   na   jego   usta.   To   nie   był   dobry 

pomysł, na co wskazało ukłucie pożądania, które poczułam w całym 
ciele.

Opuściłam   oczy   i   utkwiłam   wzrok   w   jego   podbródku,   który   był 

równie   piękny   jak   jego   usta,   ale   nie   wywoływał   we   mnie   aż   tak 
gwałtownych emocji.

- Chyba nie, jeśli ty też nie masz nic przeciwko.
- To dobrze - schylił się, by podnieść mój kapelusz.
- Szkoda, że nie możemy pojechać od razu po weselu do Ambersley - 

powiedział, nakładając mi kapelusz na głowę. - Nie jestem szczególnie 
zachwycony tym, że mamy potem spędzić w Wakefield jeszcze jeden 
tydzień, pod czujnym wzrokiem wszystkich mieszkających tam osób.

- Wiesz, Reeve - przypomniałam z ożywieniem - gdybyś nie zgłosił 

mnie do pomocy przy tym nieszczęsnym letnim festynie, to w ogóle nie 
musielibyśmy zostawać w Wakefield.

- Wiem, wiem - odparł ponuro. - To wszystko moja wina.
- Pewnie, że tak.
Wcisnął mi kapelusz mocniej na głowę i pochylił się, by pocałować 

mój obnażony kark.

- Poradzimy sobie - zapewnił. - Nic się nie martw.
Czułam żar tego pocałunku przez całą drogę powrotną do domu.
Kiedy   dotarliśmy   na   miejsce,   poszłam   od   razu   do   pokoju   mamy. 

129

background image

Skończyła   już   swoją   drzemkę   i   piła   herbatę.   Nalała   mi   też   i   obie 
usiadłyśmy   naprzeciwko   wygasłego   kominka.   Opowiedziałam   jej   o 
mojej rozmowie z Reevem.

O niczym  więcej,  co  działo się  na  wzgórzu   Oldtimber, mamie  nie 

wspominałam.

-   Naprawdę   nie   chcę,   żebyś   była   obiektem   plotek   -   niepokoiła   się 

mama.

- Zupełnie mnie nie obchodzi, co o mnie myślą inni ludzie - odparłam. 

- Reeve’a tak samo. Poza tym, jak on sam mówił, kiedy tylko stanie się 
jasne, że nie wzięliśmy ślubu, dlatego że dziecko było już w drodze, 
plotki się skończą.

Mama odstawiła filiżankę.
- Jeśli jesteś naprawdę zdecydowana za niego wyjść, myślę, że musimy 

poważnie porozmawiać.

- O czym, mamo? - spytałam ze zdziwieniem.
- O tym, co dzieje się między mężczyzną i kobietą po ślubie.
Mama zbladła, jej twarz była napięta. Wyczuwałam, że ten temat nie 

jest dla niej przyjemny.

- Nie musisz tego robić, mamo - powiedziałam uspokajająco. - Reeve 

sam może mnie wprowadzić w tę część wiedzy o małżeństwie.

Z pewnością wie na ten temat wszystko, co potrzeba, pomyślałam z 

lekkim niesmakiem, przypominając sobie jego komentarz na wzgórzu 
Oldtimber.

- Reeve to mężczyzna i chociaż to rzeczywiście bardzo miły młody 

człowiek,  żaden  mężczyzna nie wie, w jaki sposób kobieta odbiera te 
sprawy.

Nie bardzo rozumiałam, o co jej chodzi.
Mama splotła ręce i położyła je sobie na kolanach, unikając mojego 

wzroku.

- Wiem, Deborah, że lubisz Reeve’a. To bardzo dobrze. I każdy widzi, 

że jemu też na tobie zależy. Ale kiedy już wejdziecie razem do łóżka... 
wszystko się zmieni.

Uniosłam   brwi.   Odstawiłam   filiżankę   na   mały   okrągły   stoliczek 

stojący koło mojego krzesła.

130

background image

- Jak to się zmieni? - spytałam.
Oddech mamy stał się szybszy. Spojrzała na obrączkę, którą jeszcze 

nosiła na palcu lewej ręki.

- Deborah, czy wiesz jak mężczyzna... wygląda?
Wiedziałam. Kąpaliśmy się z Reevem nago w rzece, kiedy byliśmy 

dziećmi. Uznałam jednak, że nie powinnam mamie o tym w tej chwili 
mówić.

- Tak - odparłam jedynie.
Mama zaczęła nerwowo obracać obrączkę na palcu.
- A więc - kontynuowała - mężczyźni są od nas znacznie więksi. Ty 

może   i   jesteś   wysoka,   ale   Reeve   jest   od   ciebie   większy   i   silniejszy. 
Jestem pewna, że nie będzie chciał cię skrzywdzić, ale na pewno to zro-
bi   pod   wpływem   namiętności.   Tak   to   już   jest   -   dodała   wzruszając 
bezsilnie  ramionami  - i  kobieta może  jedynie  udawać,  że to  jej  nie 
przeszkadza.

Byłam wstrząśnięta.
- Mamo - powiedziałam zduszonym głosem - czy tak właśnie było w 

przypadku twojego małżeństwa?

Jej oczy pociemniały; szukała właściwych słów.
- Nie chcę, byś źle myślała o swoim ojcu, Deborah. Zawsze był dla 

mnie dobry, a ja byłam mu za to wdzięczna. To jest bardzo mała część 
małżeństwa, ale czuję się w obowiązku przygotować cię na nią. Tak czy 
inaczej,   szybko   się   to   kończy   i   wtedy   można   się   cieszyć 
przyjemnościami związanymi z byciem zamężną.

Pomyślałam   o   ogniu   namiętności,   który   wybuchł   między   mną   a 

Reevem   wcześniej   tego   popołudnia.   Nie   miałam   najmniejszej 
wątpliwości,   że   kochanie   się   z   nim   nie   będzie   smutnym,   bolesnym 
obowiązkiem, o którym opowiada mama.

Przypomniałam sobie teraz, że kiedy dorastałam, dwóch mężczyzn 

chciało   poślubić   moją   matkę.   Oboje   mogli   zapewnić   nam   wygodny 
dom i dużo lepsze życie niż to, które wiodłyśmy w chatce.

Mama odrzuciła obu konkurentów. Będąc dzieckiem, uważałam, że to 

dlatego, iż nadal kochała ojca.

Teraz już tak nie myślałam.

131

background image

-   Nie   sądzę,   żeby   tak   było   w   przypadku   moim   i   Reeve’a   - 

powiedziałam bezsilnie.

Nie wyglądała na przekonaną.
-   Kocham   go   -   pierwszy   raz   głośno   wypowiedziałam   ten   straszny 

sekret, który do tej pory skrywałam na dnie serca. - Za każdym razem, 
kiedy mnie całuje, rozpala mnie do czerwoności.

- Pocałował cię? - oczy mamy rozszerzyły się.
Uśmiechnęłam się do niej uspokajająco.
- Wyjątkowo namiętnie, mamo, i zapewniam cię, że bardzo mi się to 

podobało.

- Deborah - powiedziała mama niepewnym głosem - czy wiesz, co się 

dzieje, kiedy mężczyzna i kobieta... się kochają?

- Tak - odparłam. Ostatecznie wychowywałam się na wsi.
- I myśl o tym nie przeraża cię, ani nie wywołuje w tobie obrzydzenia?
Przywołałam obraz Reeve’a. Ponownie poczułam tę falę gorąca, która 

przetoczyła się przez dolną część mojego ciała, kiedy przycisnął do 
mnie swoje krocze.

- Może tak by było, gdybym wychodziła za kogoś innego - odparłam. - 

Ale nie w przypadku Reeve’a.

- To dobrze - powiedziała mama z powątpiewaniem.
Wstałam, pochyliłam się i ucałowałam jej miękki policzek. Jej skóra 

była sprężysta, jak u młodej dziewczyny.

- Nie rozmawiaj o nas z lordem Bradfordem. Reeve jest przekonany, że 

rozważył już wszystkie możliwe konsekwencje i zdecydował, że zyski z 
szybko   zawartego   małżeństwa   znacznie   przewyższają   jego   strony 
ujemne.

- Jakie zyski? - spytała mama zdziwiona.
- Lord Bradford obsesyjnie uważa, że małżeństwo ustatkuje Reeve’a. A 

jako że jest on głową uświęconego rodu Lambethów, bardzo jest ważne, 
by   przestał   już   szaleć   i   spłodził   potomka.   Z   jakiegoś   powodu   lord 
Bradford czuje do mnie sympatię i myśli, że jestem odpowiednia dla 
Reeve’a. Tak więc, chce doprowadzić skonsumowania małżeństwa w 
jak najszybszym czasie.

Mama westchnęła.

132

background image

- Bez wątpienia, Reeve to dla ciebie wspaniała partia - przyznała. - Jeśli 

rzeczywiście jesteś pewna, że chcesz tego...

- Jestem pewna.
- Naprawdę go kochasz? Nie mówisz tego tylko po to, bym się lepiej 

poczuła?

-   Naprawdę   go   kocham   -   odpowiedziałam   zdecydowanie.   A   w 

myślach dodałam: - I niech Bóg ma mnie w swojej opiece.

Rozdział trzynasty

Trzy dni później udałyśmy się w towarzystwie lorda Bradforda do 

Brighton,   abym   mogła   zakupić   suknię   ślubną.   Jako   przyszły   pan 
młody, Reeve nie mógł uczestniczyć w naszej wyprawie. Dlatego uzna-
łam, że lord Bradford, któremu najbardziej zależy na przyspieszeniu 
naszego ślubu, powinien wziąć na siebie ten obowiązek.

Nadmorskie   Brighton,   położone   na   południowym   zboczu   poniżej 

wzgórz   wapiennych,   było   początkowo   maleńką   wioską   rybacką   o 
nazwie   Brighthelmstone.   W   1783   roku   odwiedził   ją   Książę   Walii   i 
postanowił   wybudować   tam   swoją   letnią   rezydencję.   Eleganckie 
towarzystwo   poszło   w   ślady   Księcia.   Brighthelmstone   zostało 
przechrzczone   na   Brighton.   W   chwili   obecnej,   latem   1814   roku,   ta 
dawna wioska rybacka obfitowała w eleganckie placyki i domy bo-
gatych rodzin.

Zakupy   udały   się   wyjątkowo   dobrze.   Nigdy   nie   uważałam   lorda 

Bradforda za osobę obdarzoną cierpliwością, więc byłam przyjemnie 
zaskoczona jego tolerancją wobec, można by pomyśleć, bardzo nud-
nego dla mężczyzny poranka. Wziął ze sobą książkę i siedział spokojnie 
w sklepach, do których wchodziliśmy. Czekał na nas, zupełnie się nie 
skarżąc,   podczas   gdy   ja   przymierzałam   jedną   suknię   po   drugiej   i 
zastanawiałam się z mamą nad najwłaściwszym wyborem.

Ostatecznie,   kiedy   nie   mogłyśmy   zdecydować   pomiędzy   dwoma 

sukniami, które szczególnie mi przypadły do gustu, przymierzyłam je 
obie   i  zaprezentowałam   kolejno   lordowi   Bradfordowi.   Jedna   była   z 
błękitnego jedwabiu, a druga z białej krepy. Ta druga podobała mu się 
bardziej i ją właśnie wzięłyśmy.

Po zakupach lord Bradford zaproponował, abyśmy przed powrotem 

133

background image

przeszli   się   jeszcze   nadmorską   promenadą.   Skierowaliśmy   się   więc 
wszyscy w stronę pawilonu - letniej rezydencji wybudowanej przez 
księcia regenta.

Spędziłyśmy z mamą prawie pół godziny podziwiając ten okazały 

budynek,   przyozdobiony   kopułami,   minaretami   i   iglicami.   Lord 
Bradford odnosił się do niego pogardliwie.

- Ta budowla jest zaprojektowana zupełnie bez gustu i na dodatek jest 

ogromną   stratą   pieniędzy   -   stwierdził.   -   Jak   można   było   utopić 
fundusze   w   czymś   tak   kosztownym   tuż   po   wojnie,   kiedy   tylu 
zdemobilizowanych mężczyzn boryka się z trudną sytuacją finansową? 
To niewybaczalne postępowanie.

Nie mogłam się z nim nie zgodzić, zarówno w kwestii okropnego 

gustu,   jak   i   straty   pieniędzy.   Ale   w   tym   budynku,   tak   rażąco 
nieprzystającym   do   swojego   otoczenia,   było   coś   niezaprzeczalnie 
fascynującego.

Oderwałyśmy   się   w   końcu   od   pawilonu   i   skierowaliśmy   się   nad 

morze, skręcając w lewo w promenadę. Tego lata pogoda wyjątkowo 
dopisywała, dzień był ciepły i słoneczny. Pojedyncze chmurki na niebie 
wyglądały jak pasma białej mgły płynącej przez błękitną przestrzeń.

Promenada biegła wzdłuż wąskiej zatoki, nad którą leżało Brighton. 

Tego   dnia   była   ona   zapełniona   dobrze   ubranymi   ludźmi, 
przechadzającymi   się   w   przyjemnym   morskim   powietrzu.   Kobiety 
miały na sobie lekkie muślinowe sukienki i różnorodne kapelusze z 
szerokimi rondami, by chronić skórę przed słońcem. Panowie z kolei 
prezentowali się w stosownych strojach porannych: cienkich, czarnych 
lub niebieskich kurtkach i płowych pludrach. Wokoło biegały dzieci w 
towarzystwie   guwernantek.   Dźwięk   ich   przenikliwych   głosików 
mieszał się ze skrzeczeniem mew.

Szłam   z   jednego   boku   lorda   Bradforda,   a   mama   z   drugiego. 

Rozmawiali swobodnie na różne tematy, a ja rozglądałam się wokół, 
ciesząc oczy wyrafinowaniem tego miasta, które kiedyś było zaledwie 
prostą rybacką wioską.

Nagle ktoś za moimi plecami zawołał mnie po imieniu.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że zbliża się mój brat. Na jego ramieniu 

134

background image

wspierała   się   Charlotte,   a   z   drugiej   strony   szedł   wysoki,   szczupły 
mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałam.

Może ze względu na jego wzrost tknęło mnie przeczucie, że to właśnie 

jest tak znienawidzony przeze mnie wuj John.

Richard pomachał, byśmy się zatrzymali.
Zwróciliśmy się w stronę Richarda i towarzyszących mu osób.
-   Deborah,   chciałbym   przedstawić   ci   twojego   wuja,   pana   Johna 

Woodly’ego - powiedział Richard.

Zdziwiło   mnie,   jak   zwyczajnie   ten   człowiek   wyglądał.   W   moich 

wyobrażeniach przypominał raczej nikczemnego potwora, ale stojący 
przede mną mężczyzna miał kasztanowe włosy, niebieskie oczy i re-
gularne rysy twarzy. Można by nawet powiedzieć, że był przystojny. 
Na jego obliczu nie uwidaczniał się jego podły charakter.

Spojrzałam mu prosto w oczy, mrużąc powieki z wrogością. Skinęłam 

lekko głową, ale nic nie powiedziałam.

John   Woodly   również   się   nie   odezwał.   Zacisnął   usta   w   linijkę   i 

odwrócił się do Charlotte.

- Niech pani wybaczy, lady Charlotte, ale mam ważną sprawę do 

załatwienia. - Spojrzał na Richarda. - Spotkajmy się za godzinę przy 
powozie.

Odwrócił się na pięcie i odszedł.
Richard popatrzył w ślad za nim z gniewnym wyrazem twarzy. Potem 

odwrócił się do mamy.

- Przepraszam za nieuprzejme zachowanie mojego wuja, lady Lynly... 

- Nagle jego głos zamarł i Richard zrobił krok do przodu. - Wszystko w 
porządku? - zapytał.

Spojrzeliśmy na mamę. Była blada jak kreda i wyraźnie się trzęsła. 

Nim zdążyłam zareagować, lord Bradford był już przy niej.

- Niech pani usiądzie na tej ławce, pani Woodly - powiedział. Objął ją 

za   ramiona   i   pomógł   jej   przejść   do   ławki   ustawionej   w   stronę 
migocącego w słońcu morza.

Podążyliśmy za nimi z Richardem i Charlotte. Mama usiadła, a lord 

Bradford spoczął koło niej, nadal ją obejmując.

- Czy ma pani jakieś sole trzeźwiące? - zwrócił się do mnie.

135

background image

Nigdy nie nosiłam przy sobie takich rzeczy i teraz tego pożałowałam.
-   Ja   mam   -   odezwała   się   Charlotte.   Zanurzyła   dłoń   w   torebce   i 

wyciągnęła małą buteleczkę.

Lord Bradford podsunął mamie sole pod nos, a ja usiadłam z drugiej 

strony ławki i patrzyłam, jak na jej twarz powraca kolor.

- Tak mi przykro - powiedziała słabym głosem. - Nie wiem, co mi się 

stało. To pewnie z powodu słońca.

To nie było słońce. To był John Woodly, wszyscy to wiedzieliśmy.
- Lepiej się czujesz, mamo? - spytałam.
Wzięła głęboki oddech.
- Tak, już wszystko w porządku, kochanie.
Najwyraźniej jednak nie było w porządku.
- Niech pani tu jeszcze posiedzi z dziesięć minut, dopóki nie będę miał 

pewności,   że   nam   pani   nie   zemdleje   -   powiedział   apodyktycznym 
tonem lord Bradford. - Dopiero wtedy pozwolę pani wstać.

Mama starała się uśmiechnąć.
- Naprawdę, nic się nie stało. To tylko słońce. Już się czuję lepiej.
- Lord Bradford ma rację, mamo - odezwałam się. Spojrzałam na niego 

z zaniepokojeniem. - Czy można gdzieś tu dostać jakiś chłodny napój?

- Przyniosę szklankę lemoniady od Curriera - zaoferował się Richard. 

Stali   wraz   z   Charlotte   naprzeciwko   nas,   osłaniając   mamę   przed 
ciekawskimi spojrzeniami przechodniów. - To niedaleko stąd. Wrócę za 
pięć minut.

Uśmiechnęłam się do niego.
- Dziękuję. To bardzo miło z twojej strony.
Odszedł, stawiając duże kroki na swoich długich nogach. Po chwili 

Charlotte usiadła obok mnie na ławce.

Lord   Bradford   nadal   trzymał   mamę   za   rękę.   Zauważyłam,   że   nie 

broniła się przed tym. Zaczął opowiadać jej coś zupełnie niezwiązanego 
z zaistniałą sytuacją i zdałam sobie sprawę, że w ten sposób pomaga jej 
wziąć się w garść.

Moje zdanie na temat jego wrażliwości podskoczyło o kilka oczek.
Mama była zwrócona w stronę lorda Bradforda, zasłuchana w jego 

słowa.   Ja   więc   nawiązałam   uprzejmą   rozmowę   z   Charlotte. 

136

background image

Powiedziałam jakiś banał na temat pogody, ale Charlotte mi przerwała.

- Chciałabym skorzystać z okazji, by powiedzieć ci, że Richard jest 

niezwykle   zmartwiony,   iż   jego   rodzina   tak   was   zaniedbała   - 
oświadczyła.

Mówiła cicho, ale bez wątpienia szczerze.
Już miałam powiedzieć „I powinien być”, ale zmieniłam zdanie. Z 

niechęcią dochodziłam do wniosku, że może mój brat nie jest jednak 
taki zły, za jakiego go uważałam, i że może należałoby pomóc mu w 
naprawieniu stosunków między nami.

Spojrzałam na mewę, która przysiadła na sąsiedniej ławce.
- Wygląda na to, że nie była to jego wina - stwierdziłam krótko.
Charlotte nachyliła się w moją stronę.
- Naprawdę nie była. Musi mi pani uwierzyć, kiedy mówię, że nie 

miał pojęcia o tym, że skazano was na życie w biedzie. Widzi pani, John 
Woodly   zawsze   zarządzał   jego   majątkiem   i   w   księgach,   które   mu 
przedstawiał, zawsze widniała pokaźna suma, rzekomo wypłacana co 
kwartał tobie i twojej matce. To dlatego Richard był tak zszokowany, 
kiedy   dowiedział   się   prawdy.   Nie   mógł   wiedzieć,   że   wpisy,   które 
pokazywał mu wuj, były nieprawdziwe.

Oderwałam oczy od mewy i spojrzałam zdumiona na Charlotte.
- Chcesz powiedzieć, że ten okropny John Woodly fałszował księgi 

rachunkowe?

Charlotte   pokiwała   głową,   w   jej   zielonych   oczach   malowała   się 

powaga.

- Czemu, u diabła, mój ojciec powierzył pieczę nad majątkiem takiej 

osobie? - wykrzyknęłam.

- Nie mam pojęcia - odparła Charlotte. - Mogę jedynie powiedzieć, że 

Richard zatrudnił nowego zarządcę, który ma za zadanie sprawdzić 
wszystkie księgi i stwierdzić, czy przypadkiem wuj nie sprzeniewierzył 
większej sumy pieniędzy, poza tym, co wam się należało.

Nagle mnie oświeciło, otworzyłam szeroko oczy.
- To znaczy, że Woodly zatrzymywał te pieniądze dla siebie?
Charlotte znowu spojrzała na mnie ponuro.
- A gdzież indziej mogłyby się podziewać?

137

background image

- Co za parszywy drań - syknęłam.
Charlotte starała się sprawić wrażenie zgorszonej moim językiem, ale 

jej się nie udało.

Ponownie spojrzałam na sąsiednią ławkę. Pojawiła się na niej druga 

mewa.   Siedziały   tam   teraz   dwie,   każda   na   przeciwległym   końcu 
oparcia, i wyglądały jak podpórki do książek.

-   Jeśli   Richard   naprawdę   sprawdza   swojego   wuja,   to   dlaczego 

przechadzacie   się   z   nim   po   promenadzie,   jak   gdybyście   byli   jedną 
wielką szczęśliwą rodziną?

- Pan Woodly jest gościem moich rodziców, Deborah. Staramy się z 

Richardem zachować pozory uprzejmości.

Spojrzałam na nią przenikliwie.
- Czy Woodly wie, że Richard kazał go sprawdzić?
Charlotte wbiła wzrok w torebkę, która leżała na jej kolanach.
- To kolejny powód, by nie dawać mu do zrozumienia, że wszystkiego 

się dowiedzieliśmy.

Zorientowałam się, że od dobrych paru minut nie słychać już było 

głosu lorda Bradforda. Odwróciłam się i zobaczyłam, że przysłuchują 
się nam wraz z mamą.

- Skończony łajdak - powiedział lord Bradford z potępieniem.
- To prawda - potwierdziła mama zdławionym głosem.
- Nadchodzi Richard z lemoniadą dla pani, lady Lynly - powiedziała 

Charlotte. - Jestem pewna, że zimny napój postawi panią na nogi.

Obserwowaliśmy mojego brata przedzierającego się w naszą stronę 

przez   tłum   spacerowiczów.   Pomyślałam,   że   wyróżnia   się   spośród 
otaczających go ludzi nie tylko wzrostem, ale i gracją w ruchach. Podał 
mamie szklankę z  uprzejmym  ukłonem.  Kiedy pita,  opowiedziałam 
Richardowi i Charlotte o moich planach, zapraszając ich pod wpływem 
impulsu na ślub.

Kiedy mama dokończyła lemoniadę, pożegnaliśmy się z moim bratem 

i jego narzeczoną i udaliśmy się z powrotem do karykla. Nasze nastroje 
w drodze powrotnej były nieco przygaszone. Między mamą a Johnem 
Woodlym zaszła jakaś nieprzyjemna historia, to było oczywiste. Bardzo 
chciałam się dowiedzieć, o co chodziło, ale najwyraźniej mama nie mia-

138

background image

ła ochoty mi się zwierzać.

Cóż,   pomyślałam   z   optymizmem,   nie   ma   powodów,   dla   których 

mieliby   się   jeszcze   w   przyszłości   spotkać.   Nawet   jeśli   miałybyśmy 
zacieśnić więzy z Richardem, a zaczynałam mieć nadzieję, że tak się 
stanie, mój brat na pewno nie będzie już w dobrych stosunkach ze 
swoim wujem po tym, czego się o nim dowiedział.

Mama zamieszka w Ambersley ze mną i Reevem i być może Richard 

będzie jej wypłacał większe sumy niż dotychczas, żeby nie myślała, że 
jest całkiem zależna od nas. Mogłaby wtedy znowu zacząć uczestniczyć 
w życiu towarzyskim  miasteczka. Nie istniały powody, dla których 
miałaby się znów spotkać z Johnem Woodlym.

Kiedy już ułożyłam mojej matce w myślach przyszłość w sposób mnie 

satysfakcjonujący, wychyliłam się z karykla i rozejrzałam po okolicy, 
przez którą przejeżdżaliśmy. Zastanawiałam się z rozleniwieniem, co 
powie Reeve, kiedy zobaczy mnie w nowej sukni ślubnej.

Kiedy   dotarliśmy   na   miejsce,   zastaliśmy   Reeve’a   i   Richarda   na 

podwórzu przed stajnią, z pięściami uniesionymi do walki. Przyglądali 
im się otaczający ich kręgiem stajenni, którzy najwyraźniej podjudzali 
ich z niezdrowym entuzjazmem.

-   Drogi   Boże   -   jęknął   lord   Bradford   i   zeskoczył   z   karykla, 

pozostawiając mnie i mamę samym sobie.

- Nie podchodź, tato - warknął Robert, kiedy lord Bradford krzyknął 

na stajennych, by się rozeszli. - To uczciwa walka. Nie ma powodu, byś 
się w nią angażował.

Mężczyźni krążyli wokół siebie z uniesionymi pięściami, czekając na 

atak przeciwnika. Musiało się to dziać już od jakiegoś czasu. Reeve miał 
rozciętą wargę i krwawił obficie, a oko Roberta zaczynało puchnąć. 
Obaj zdjęli kurtki i koszule, ich nagie torsy lśniły od potu.

Podeszłyśmy razem z mamą do lorda Bradforda i stanęłyśmy obok 

niego.

-   Niech   panie   wejdą   do   domu,   to   nie   miejsce   dla   nich   -   oznajmił 

apodyktycznie.

Nie miałam zamiaru się stamtąd ruszać nawet na krok i tak też mu 

powiedziałam.

139

background image

- Panno Woodly - wycedził przez zęby. - Damy nie oglądają meczów 

bokserskich.

- Tam jest mój przyszły mąż, krew płynie mu po brodzie - odparłam - i 

mam   zamiar   pozostać   tutaj,   żeby   mieć   pewność,   że   nie   jest   w 
niebezpieczeństwie.

-   Ja   będę   nadzorował   tę   walkę   -   odparł   lord   Bradford.   -   Nie   ma 

potrzeby, by pani tu była.

-   Dlaczego   po   prostu   ich   nie   powstrzymasz,   Bernardzie?   -   spytała 

mama przestraszonym tonem.

Bernardzie?
Odwróciłam się, by spojrzeć na matkę, której piękne błękitne oczy były 

skierowane na lorda Bradforda.

Po raz kolejny objął ją i skierował w stronę domu.
-   Czasem   lepiej   jest   pozwolić   chłopcom,   by   wyładowali   swoje 

frustracje w walce, Elizabeth. To rozładowuje napięcie.

Elizabeth?
Co, u diabła, rozgrywa się między moją matką i lordem Bradfordem?
Skrzyżowałam ramiona.
- Ani Reeve, ani Robert nie są już chłopcami - powiedziałam z uporem.
Lord Bradford puścił moją uwagę mimo uszu i delikatnie popchnął 

mamę w kierunku domu.

- Idź już. Oglądanie tego sprawi ci przykrość.
Mama poszła.
Ja zostałam.
Odgłos głuchego uderzenia skierował moją uwagę na to, co toczyło się 

na środku podwórza.

Na polecenie lorda Bradforda wszyscy stajenni zniknęli. Zostali tylko 

Reeve i Robert, okładający się pięściami w pełnym słońcu.

Robert był niższy od Reeve’a, ale zbudowany jak byk. Najwyraźniej 

najbardziej polegał na samej mocy swoich uderzeń. Na moich oczach 
ugodził Reeve’a prosto w łuk brwiowy. Reeve zatoczył się do tyłu, nad 
jego okiem pojawiła się krew.

Wbiłam   paznokcie   w   dłoń.   Zrobiło   mi   się   niedobrze.   A   Reeve   się 

uśmiechnął!

140

background image

- Nieźle, Robercie - powiedział, unosząc  pięści, gotowy  na kolejne 

ciosy.

Mężczyźni znów zaczęli krążyć wokół siebie. Nagle Reeve zrobił unik 

przed gardą Roberta i uderzył go hakiem w odsłoniętą szyję. Robert 
wycofał się szybko, potrząsając głową, jakby chciał rozjaśnić umysł. Z 
jego podbródka zaczęła kapać krew.

Zaczęłam się zastanawiać, czy lord Bradford rzeczywiście nie miał 

racji, że nie jest to widowisko dla damy. Chciałam na nich krzyczeć, by 
przestali.

Zamiast tego stałam, nic nie mówiąc, i obserwowałam, jak naprężają 

się   mięśnie   Reeve’a.   Jeśli   Robert   wygląda   jak   byk,   pomyślałam,   to 
Reeve wygląda jak koń czystej krwi. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłby koń 
czystej krwi spotykając byka, to wziąłby nogi za pas. Pomyślałam z 
wściekłością, że Reeve nie ma nawet rozsądku konia. W tym momencie 
walka   przeistoczyła   się   w   burzę   gwałtownych   uderzeń.   Robert 
wyraźnie   postanowił   zakończyć   wszystko   jak   najszybciej   i   zarzucił 
swoimi silnymi ramionami, celując w brzuch i twarz Reeve’a.

Jeśli jednak Robert był silniejszy, to Reeve miał stanowczo szybsze 

ruchy. Odrzucił na bok głowę, by uniknąć ciosu, i lawirując wokół 
przeciwnika, sam uderzył, trafiając Roberta w krwawiącą już szczękę.

Ten ciężko upadł.
Reeve   stanął   nad   nim   z   rękami   na   biodrach,   podczas   gdy   Robert 

próbował się podnieść. Lord Bradford podszedł do nich.

- Koniec, chłopcy - oznajmił. - Walka się skończyła.
Robertowi udało się podnieść na kolana.
- Wcale nie - wydyszał.
- Zostałeś pokonany, Robercie - oświadczył jego ojciec. - Uznaj porażkę 

jak mężczyzna.

Robert spojrzał na lorda Bradforda.
- Zawsze bierzesz jego stronę - odparł i odrobinę błędnym wzrokiem 

poszukał   Reeve’a.   Na   jego   twarzy   pojawiła   się   wściekłość.   - 
Nienawidzę cię - powiedział, a następnie upadł na ziemię.

* * *

Zabrałam   Reeve’a   z   powrotem   do   domu,   żeby   zająć   się   jego 

141

background image

skaleczeniami i siniakami. Zmusiłam go, by usiadł na tarasie, i poszłam 
po wodę i balsam. Nie widziałam powodu, by miał zabrudzić dywany i 
meble w domu tylko dlatego, że był na tyle głupi, aby wdać się w bójkę. 
Krwawił   z   wargi   i   brwi,   a   jego   kłykcie   były   odrapane   i   również 
zakrwawione.

Był z siebie szalenie zadowolony.
- Nigdy nie wiedziałem, czy dam radę pokonać Roberta w walce na 

pięści   -   zwierzył   mi   się,   kiedy   przecierałam   mu   dłonie   szmatką 
zanurzoną w wodzie.

- To wygląda okropnie - powiedziałam.
- Czy musisz to robić tak dokładnie? - skrzywił się.
-   Tak.   A   ty   musiałeś   wdać   się   w   walkę   Robertem?   Słyszałeś,   co 

powiedział. I tak już cię wystarczająco mocno nienawidzi. Trzeba było 
jeszcze pogarszać sytuację?

- Robert nigdy nie przestanie mnie nienawidzić, bez względu na to, co 

bym zrobił - odparł Reeve. - A poza tym to on mnie do tego zmusił.

- Trzeba było go zignorować - powiedziałam. Zaczęłam szorować jego 

dłoń jeszcze mocniej. - Poza tym do bójki potrzebne są dwie osoby.

- Zaczął mnie wyzywać - powiedział Reeve.
Przewróciłam oczami.
- Lord Bradford miał rację. Może i macie ciała dorosłych mężczyzn, ale 

w pewnym sensie nadal jesteście małymi chłopcami.

- Przestań gderać jak jakaś stara baba. Myślisz, że dlaczego polowa 

mężczyzn w Londynie uczęszcza do salonu bokserskiego Gentlemana 
Jacksona?

- Nie mam pojęcia - odparłam surowo.
- Lubimy sobie nawzajem przyłożyć.
Ponownie przewróciłam oczami.
Skończyłam  obmywać   jego  kłykcie  i  zaczęłam  nakładać balsam  na 

otwarte zadrapania i owijać je bandażem.

- Teraz pokaż mi wargę - zakomenderowałam.
Uniósł   do   mnie   twarz.   Jego   warga   była   rozcięta,   ale   przestała   już 

krwawić.   Nic   nie   mogłam   z   tym   zrobić,   więc   jedynie   delikatnie 
obmyłam mu podbródek z krwi. Potem spojrzałam na jego brew.

142

background image

- To głęboka rana - stwierdziłam. - Nie wiem, czy nie powinno się jej 

zszyć.

- Jestem pewien, że nie potrzeba szwów, Deb. Przeczyść tylko ranę i 

nałóż na nią balsamu.

- Myślę, że może powinnam poszukać Harry’ego.
Potrząsnął nieznacznie głową.
- Ty się mną zajmij - poprosił.
- Może pozostać blizna.
- Nie obchodzi mnie to.
Poddałam się.
- Dobrze, na razie tak to zostawimy. Wyczyszczę dobrze ranę i nałożę 

balsamu. Harry obejrzy ją później.

Nie odpowiedział.
- Zasłabłeś? - spytałam sarkastycznie - Może powinnam posłać po 

doktora Caldera?

Odwrócił głowę i wcisnął ją pomiędzy moje piersi. Podskoczyłam.
- Reeve! Ktoś może nas zobaczyć!
Pocałował mnie.
-   To   powiemy,   że   zasłabłem   -   jego   stłumiony   głos   dochodził 

spomiędzy mojego biustu.

Serce biło mi bardzo szybko. Czułam żar pocałunku przez sukienkę. 

Położyłam dłonie na jego głowie i odsunęłam go od siebie.

- Zachowuj się - upomniałam go surowo.
Jego czarne oczy błysnęły.
- Nie ma z tobą żadnej zabawy, Deb.
- A ty nie masz za grosz przyzwoitości.
Uśmiechnął się figlarnie.
- Ty też nie - powiedział. - To dlatego tak się dobrze rozumiemy.
Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy.
Nagle dobiegł nas głos spoza drzwi na taras.
- Tutaj jesteś, Reeve. Wszystko w porządku? Słyszałem, że wdałeś się 

w bójkę z Robertem.

To był Harry. Odsunęliśmy się od siebie.
- Tak było - przyznałam. - I chciałabym, żebyś spojrzał na rozciętą 

143

background image

brew Reeve’a. Może wymagać szycia.

Harry wyglądał na zadowolonego.
- Cóż, nie jestem jeszcze lekarzem, ale z przyjemnością obejrzę ranę.
- Nie dam ci wetknąć w siebie igły, Harry.
- Nie bądź dzieckiem i pozwól, by cię obejrzał - powiedziałam.
Reeve   skrzywił   się,   ale   dał   kuzynowi   obejrzeć   ranę.   Na   szczęście 

Harry   stwierdził,   że   nie   trzeba   zakładać   szwów,   i   kiedy   już   ją 
opatrzyłam, wszyscy troje wróciliśmy do domu, by przebrać się do 
obiadu.

Rozdział czternasty

Ku mojej wielkiej uldze Robert nie pojawił się na obiedzie. Na pytanie 

lorda Bradforda, gdzie znajduje się jego starszy syn, Harry odparł, że 
pokojowy Roberta poinformował go, iż jego pan wybrał się do Fair 
Haven.

Lord Bradford zmarszczył brwi, słysząc tę wiadomość.
- Pewnie poszedł do tej okropnej gospody „Pod Złotym Lwem”, żeby 

schlać się na umór - oświadczyła z satysfakcją lady Sophia.

- Nie należy od razu tak sądzić, tylko dlatego, że wybrał się do miasta 

- upomniał ją lord Bradford ponurym tonem.

-   Robert   nie   ma   żadnych   innych   powodów,   żeby   jeździć   do   tego 

nędznego   portowego   miasteczka,   dobrze   o   tym   wiesz,   Bernardzie   - 
odparła lady Sophia. Odwróciła się do Reeve’a i w milczeniu przyjrzała 
się jego pokiereszowanej twarzy. Wokół oka zaczął mu się formować 
brązowy siniak. - Dałeś mu w kość, co? - zagdakała.

Reeve skrzywił się z bólu, kiedy gorąca zupa z ostryg dotknęła jego 

rozciętej wargi. Odłożył łyżkę i odwrócił się do ciotki.

- Dlaczego uważasz, że to ja wygrałem?
Lady Sophia prychnęła w sposób zupełnie nieprzystający damie.
- Siedzisz tu z nami przy obiedzie, a Robert upija się w Fair Haven - 

odparła.

Reeve chciał się uśmiechnąć, ale jego skaleczona warga naprężyła się, 

więc tylko się skrzywił. Lady Sophia rzuciła mu znaczące spojrzenie, a 
potem potrząsnęła głową i zwróciła się w moją stronę.

144

background image

-   Wygląda   na   to,   że   na   razie   trzeba   się   będzie   powstrzymać   od 

pocałunków, paniusiu - powiedziała ze złośliwym uśmiechem.

Widziałam, jak na policzkach siedzącej po drugiej stronie stołu mamy 

pojawił się rumieniec.

- Na to wygląda - odparłam spokojnie.
-   Wystarczy,   Sophio   -   upomniał   staruszkę   lord   Bradford.   -   Takich 

tematów nie należy poruszać przy obiedzie, dobrze o tym wiesz.

- Phi - prychnęła lady Sophia. - Jesteś tak samo sztywny, jak cała reszta 

twojego pokolenia, Bernardzie. My nie byliśmy tacy pruderyjni.

- Świat wyglądał trochę inaczej tysiąc lat temu, ciociu - wtrącił się 

Reeve. Miał na twarzy wyraz udawanego zgorszenia. - I chciałbym też 
się dowiedzieć, skąd ty tyle wiesz na temat „Złotego Lwa”?

- Reeve - wycedził przez zęby lord Bradford.
- Zostaw chłopaka w spokoju, Bernardzie. W tej rodzinie tylko jemu 

pozostała odrobina charakteru.

Lord Bradford najwyraźniej nie zgadzał się z tym stwierdzeniem, ale 

nie chciał też przedłużać dyskusji. Odwrócił się więc do pani Norton, 
która siedziała obok mamy, i która spytała go o wynik jego polowania. 
Chwilę   potem   wszyscy   przy   stole   zaczęli   ze   sobą   rozmawiać   na 
bardziej neutralne tematy.

Po obiedzie Reeve poprosił mnie, bym przeszła się z nim po ogrodzie.
Kiedy wychodziliśmy, lady Sophia stuknęła laską w podłogę.
- Pamiętaj o jego wardze, paniusiu. Żadnego całowania! - krzyknęła za 

nami.

- Co za zmora - mruknęłam do Reeve’a, kiedy weszliśmy na ścieżkę 

prowadzącą do fontanny.

- Zawsze mówi to, co myśli - zaśmiał się. - Tak samo zresztą, jak ty.
Stanęłam w miejscu.
-   Nie   waż   się   mnie   porównywać   do   tej   okropnej   starej   kobiety   - 

zaprotestowałam.

- No, może rzeczywiście jest odrobinę niegrzeczna - przyznał.
-   Tobie   to   nie   przeszkadza,   bo   jesteś   jej   oczkiem   w   głowie   - 

powiedziałam. - Natomiast wobec wszystkich pozostałych zachowuje 
się skandalicznie.

145

background image

- Jak poszły zakupy w Brighton? - Reeve rozważnie zmienił temat. - 

Udało ci się wybrać suknię?

- Tak, ale po zakupach wydarzyło się coś bardzo dziwnego.
Doszliśmy już do kamiennych ławek. Reeve pociągnął mnie za ramię, 

wskazując, żebyśmy usiedli. Kiedy mężczyźni pili po obiedzie porto, 
słońce zdążyło zajść i na niebie świecił już księżyc. W jego blasku włosy 
Reeve’a wydawały się równie czarne jak surdut, który miał na sobie.

- Kiedy przechadzaliśmy się po promenadzie spotkaliśmy Richarda, 

Charlotte i Johna Woodly.

Opowiedziałam mu całe to dziwne zajście.
-   Chcesz   mi   powiedzieć,   że   przez   te   wszystkie   lata   Woodly 

sprzeniewierzał   pieniądze   przeznaczone   dla   twojej   matki?   -   spytał 
Reeve z mieszaniną niedowierzania i gniewu, kiedy skończyłam.

- Według Charlotte tak właśnie było.
- Co za sukinsyn. Jak taki człowiek może w ogóle spojrzeć na siebie 

rano w lustrze?

- Nie wiem - westchnęłam.
- I co twój brat ma teraz zamiar zrobić, kiedy już poznał prawdę?
- Nie wiem - powtórzyłam, kładąc ręce na kolanach. - Rozmawiałam z 

Charlotte, nie z Richardem. A ona powiedziała, że wynajęli już innego 
zarządcę, by sprawdził księgi rachunkowe. Chcą się dowiedzieć, czy 
kochany wuj John nie podkradał pieniędzy też przy innych okazjach.

- Mógłbym się założyć, że tak było - stwierdził od razu Reeve.
- O pewne rzeczy nigdy nie należy się zakładać - powiedziałam.
Reeve położył na chwilę swoją dłoń na mojej.
- Pozwól, że ja sam porozmawiam z Richardem na ten temat, Deb - 

poprosił. - Wiesz, że kiedy tylko przejmę swój spadek, twoja matka już 
nigdy nie będzie musiała się o nic martwić. Ale, do licha, jako wdowie 
po twoim ojcu należą się jej pieniądze.

- Zgadzam się z tobą, Reeve. Wiem, że zawsze będziesz się zajmował 

mamą, ale uważam, że należą się jej także pieniądze z majątku ojca.

Reeve poruszył ramieniem, jakby go zabolało. Robert musiał jednak 

solidnie go poturbować.

Dobrze mu tak, pomyślałam uparcie. Nie trzeba się było wdawać w tę 

146

background image

bójkę.

- Twoja matka naprawdę zemdlała na widok Johna Woodly’ego? - 

spytał Reeve.

Pokiwałam posępnie głową.
-   Coś   musiało   między   nimi   zajść,   Reeve.   Czuję   to.   Jak   tylko   go 

zobaczyła, zbladła jak ściana, a on od razu wziął nogi za pas.

-   Może   czuł   się   winny.   To   w   końcu   kobieta,   którą   okradał   przez 

osiemnaście lat.

- Taki człowiek jak on nie miewa wyrzutów sumienia. Nie tłumaczy to 

też reakcji mamy. Ona nic nie wiedziała o jego podstępnej działalności.

Reeve pokiwał w milczeniu głową. Spojrzałam na niego. Był blady, a 

światło księżyca wyostrzało rysy jego twarzy.

- Już wcześniej zauważyłam, że na każde wspomnienie Johna Woodly 

mama reaguje gwałtownie.

- To człowiek, który skazał ją na życie w tej malutkiej chatce, Deb - 

zauważył Reeve. - Nie sądzę by to było dziwne, że twoja matka tak się 
zachowuje, kiedy ktoś o nim mówi.

- Może masz rację. Naprawdę porozmawiasz z Richardem o pensji dla 

niej?

- Oczywiście.
Uśmiechnęłam się.
- Sama chciałam z nim o tym porozmawiać, ale myślę, że będzie lepiej, 

jeśli ty to zrobisz.

- Dziękuję - powiedział Reeve poruszony.
- Proszę - zaśmiałam się.
Obserwował mnie przez chwilę. Jego oczy były skryte w cieniu, więc 

nie mogłam nic z nich wyczytać.

- Wiesz, nad czym się zastanawiałem, Deb? - odezwał się w końcu.
- Nad czym?
- Nad tym, że czasami należy improwizować, i nad tym, że może 

mógłbym użyć języka zamiast warg.

- Co?!
-   Lizanie   też   jest   przyjemne   -   wytłumaczył.   -   Już   wcześniej 

zauważyłem, że wspaniale smakujesz.

147

background image

Mówiąc to, Reeve położył dłonie na moich ramionach. Próbowałam się 

od niego uwolnić i wstać.

-   To   haniebne,   Reeve.   I   obrzydliwe.   Nie   będzie   żadnego   lizania, 

słyszysz?

- Nie wiesz, co tracisz - powiedział.
Zacisnęłam mocno usta, myśląc, że jestem bardzo sprytna, ale on był 

szybki jak błyskawica. Nim zdałam sobie sprawy z tego, co ma zamiar 
zrobić,   odchylił   przód   mojej   jedwabnej   sukni   z   głębokim   dekoltem, 
obnażając moje piersi.

- Reeve! - zaprotestowałam cienkim głosem.
Jego język już przesuwał się po jednym z moich sutków.
Miał rację co do tego lizania. Rzeczywiście poczułam się niesamowicie.
- Nie rób tego - usłyszałam swój głos.
Ale moje ciało mówiło co innego. Plecy wygięły się, a dłonie wczepiły 

w jego włosy, przyciągając go do siebie.

Przesunął język na drugą pierś.
- To na pewno grzech - zachrypiałam. - Nie jesteśmy jeszcze po ślubie.
- Jeszcze dziewięć dni - powiedział. - Jezu, Deb, nie wiem, czy uda mi 

się tyle wytrzymać.

- Musisz - nakazałam. - I nie...
- Wiem, wiem... - jego oddech był nieregularny. Podniósł z wysiłkiem 

głowę, jakby jakaś niewidzialna siła ciągnęła go ku mnie. - I nie bluźnij.

Podciągnęłam suknię, żeby zakryć piersi, i odsunęłam się od Reeve’a 

jak najdalej mogłam.

- Swoim postępowaniem tylko pogarszasz atmosferę oczekiwania - 

oświadczyłam   z   taką   dozą   dostojeństwa,   na   jaką   tylko   mogłam   się 
zdobyć w tej sytuacji. - Jeśli przez następne dziewięć dni postarasz się 
zachowywać jak gentleman, będzie nam obojgu łatwiej.

Wyciągnął   rękę   i   złapał   za   pukiel   włosów,   zwisający   luźno   koło 

mojego ucha.

-   A   jak   się   będziesz   źle   zachowywał,   to   ci   przyłożę.   Wtedy   może 

pożałujesz swoich wybryków.

- No dobrze już, dobrze. Zrozumiałem, Deb - westchnął ostentacyjnie.
Spojrzałam na niego w świetle księżyca. Wyglądał na przygaszonego.

148

background image

- Rozchmurz się - pocieszyłam go. - Przynajmniej Harry nie kazał ci 

zgolić brwi, żeby zszyć to rozcięcie.

-   Ha.   Coś   ci   powiem,   Deb.   Harry   musi   najpierw   skończyć   szkołę 

medyczną, żebym w ogóle dopuścił go do siebie z nitką i igłą. W tej 
chwili pewnie ty byś zrobiła to lepiej niż on.

Pomyślałam,   jak   żałośnie   wychodzą   mi   wszelkie   robótki   ręczne,   i 

potrząsnęłam głową.

- Nie sądzę.
Reeve wstał z ławki.
- W porządku. Myślę, że już mogę wrócić do salonu bez zażenowania.
- O co ci chodzi? - spytałam.
- Pokażę ci za dziewięć dni - odparł tajemniczym tonem.

* * *

O dziesiątej trzydzieści pojawiła się taca z herbatą, a kiedy wypiliśmy, 

panie, lord Bradford i pan Norton udali się na spoczynek. Reeve, Harry 
i   Edmund   Norton   przeszli   do   pokoju   bilardowego,   żeby   rozegrać 
partię.

Spałam już smacznie, kiedy nagle obudził mnie jakiś ruch w pokoju. 

Otworzyłam oczy i zobaczyłam cień, przesuwający się po częściowo 
uchylonym oknie, przez które wpadało światło księżyca.

- Jeśli to ty, Reeve - powiedziałam surowo - to masz stąd natychmiast 

wyjść.

Jednak   natychmiast   zdałam   sobie   sprawę,   że   to   nie   jest   Reeve. 

Otworzyłam   usta   by   krzyknąć,   ale   czyjaś   dłoń   je   zakryła,   zanim 
zdążyłam choćby pisnąć.

- To nie Reeve, Deborah - usłyszałam głos Roberta, który poznałam od 

razu, mimo że był zmieniony przez nadmierną ilość wypitego alkoholu. 
- Przyszedłem złożyć ci wizytę zamiast niego.

W blasku księżyca dojrzałam pochylającego się nad moim łóżkiem 

Roberta. Przykrył mi dłonią usta i częściowo nos, prawie całkowicie 
odcinając dopływ powietrza. Wyciągnęłam ręce, żeby go od siebie ode-
rwać. Robert złapał mnie za nadgarstki i wolną dłonią przycisnął ręce 
nad   głową.   Zaczęłam   się   wyrywać,   ale   on   wyglądał,   jakby 
przytrzymywanie mnie nie kosztowało go żadnego wysiłku.

149

background image

Potem się zaśmiał.
Wtedy zrozumiałam, po co Robert do mnie przyszedł. Opanował mnie 

paniczny strach. Nogi miałam uwięzione pod kołdrą, więc nie mogłam 
go   kopnąć,   ale   próbowałam   przeturlać   się   na   drugą   stronę   łóżka. 
Rozpaczliwie starałam się uwolnić usta od jego dłoni, by móc zawołać o 
pomoc.

Puścił mnie na ułamek sekundy, ale zaraz potem poczułam jego usta 

na swoich, wbijające się we mnie, wciskające moją głowę w poduszę. 
Zacisnęłam zęby, ale on otworzył je siłą i wepchnął mi do ust język. Je-
go oddech śmierdział brandy.

Nie mogłam uwierzyć w swoją bezsilność. Byłam przecież młoda i 

zdrowa, a w tej chwili całkowicie bezbronna wobec napaści. Nigdy 
wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że mężczyzna i kobieta tak się 
mogą od siebie różnić siłą.

Robert   zaczął   zrywać   kołdrę   z   dolnej   części   mojego   ciała.   Potem 

poczułam jego ciężar na sobie. Wepchnął kolano między moje nogi i 
rozchylił je siłą.

Wpadłam w ślepą panikę. Rzucałam się, kopałam i wiłam pod nim, 

rozpaczliwie chcąc się uwolnić.

-   Będę   cię   miał   pierwszy   -   warknął   tuż   przy   mojej   twarzy.   - 

Zobaczymy, jak to się spodoba Reeve’owi.

Żeby to powiedzieć, musiał trochę unieść twarz, co pozwoliło mi na 

wydanie słabego okrzyku. Sekundę potem jego usta znów miażdżyły 
moje.

Poczułam, że podciąga mi koszulę.
Nie. Nie. Nie.
Zaczęłam jeszcze mocniej szarpać się pod moim oprawcą.
Nagle dało się słyszeć brzęk tłuczonego szkła. Robert upadł na mnie 

bezwładnie.

- Deborah? - usłyszałam drżący głos mamy. - Wszystko w porządku? 

Drogi Boże, czy ten mężczyzna cię skrzywdził?

Z   wysiłkiem   zsunęłam   z   siebie   ciężkie   ciało   Roberta,   nie   dbając 

specjalnie o to, czy wyląduje na tłuczonym szkle. Mama stała koło łóżka 
ze szczątkami wazonu w ręku. Jej dłoń bardzo się trzęsła i bałam się, że 

150

background image

upuści resztę skorupy na podłogę.

- Och, mamo. Dzięki Bogu, że się pojawiłaś - powiedziałam. Mój głos 

również drżał. - Robert chciał mnie zgwałcić.

- Ale nie zrobił tego?
- Nie. Przyszłaś w porę.
Mama zamknęła oczy.
- Dzięki Bogu, dzięki Bogu, dzięki Bogu - powtarzała.
Położyła   resztki   wazonu   na   brzegu   łóżka   i   wyciągnęła   do   mnie 

ramiona. Przytuliłam się do niej mocno. Stałyśmy tak przez chwilę, 
drżąc.

- Ale skąd wiedziałaś? - spytałam w końcu.
- Słyszałam twoje wołanie - odparła.
Była ode mnie dużo niższa, ale nie było wątpliwości, że to jej ramiona 

dają mi w tej chwili oparcie.

- Krzyknęłam bardzo cicho. To cud, że mnie usłyszałaś.
-   W   matkach   budzi   się   szósty   zmysł,   kiedy   ich   dzieci   są   w 

niebezpieczeństwie - powiedziała, przyciskając mnie mocniej do siebie.

Przestałyśmy się w końcu obejmować i rozejrzałyśmy się po pokoju. 

Robert leżał nieprzytomny na łóżku, krwawiąc z tyłu głowy. Pościel 
była usłana odłamkami szkła.

Nagle   zdałam   sobie   sprawę,   czego   absolutnie   nie   możemy   w   tej 

sytuacji zrobić.

- Reeve nie powinien się dowiedzieć o tym, co się stało - wyrzuciłam z 

siebie pospiesznie. - Zabiłby Roberta.

-   Ale   komuś   musimy   powiedzieć   -   powiedziała   mama.   -   Chyba 

powinnyśmy zawołać lorda Bradforda.

Skinęłam głową.
-  Ja pójdę  -  zaofiarowała  się  mama  i  przeszła  do pokoju  obok  po 

szlafrok. Ja zostałam w sypialni, na wszelki wypadek trzymając w ręku 
pogrzebacz   dla   ochrony.   Nie   miałam   zamiaru   ryzykować,   w   razie 
gdyby się ocknął.

Niedługo   później   mama   wróciła   z   lordem   Bradfordem,   również 

ubranym w szlafrok, narzucony na piżamę. Wytłumaczyłam mu, co się 
stało.

151

background image

Chyba   nigdy   wcześniej   nie   widziałam   na   twarzy   mężczyzny   tak 

ponurej miny.

-   Nie   wiem,   co   ci   powiedzieć,   Deborah   -   odezwał   się   w   końcu.   - 

Takiego   zachowania   nie   da   się   niczym   wytłumaczyć.   Dzięki   Bogu, 
Robertowi nie udało się ciebie skrzywdzić, ale bez wątpienia było to 
przerażające i wstrząsające przeżycie.

- Nie należało do przyjemnych - przyznałam, drżąc.
- Naprawdę nie wiem, co z Robertem jest nie tak - powiedział lord 

Bradford z rozpaczą. - Musiałem popełnić jakiś straszny błąd w jego 
wychowaniu. Przez lata mówiłem sobie, że chłopak po prostu musi się 
wyszumieć,   ale   takie   zachowanie   wykracza   poza   granicę 
cywilizowanych norm. To się staje naprawdę groźne.

-   On   chciał   w   ten   sposób   skrzywdzić   Reeve’a   -   powiedziałam. 

Zaczynała   mnie   boleć   głowa.   Pomasowałam   sobie   kark.   -   Tak   mi 
powiedział. Chciał być ze mną pierwszy, żeby wyrównać rachunki z 
Reevem.

Lord Bradford zamknął oczy.
Mama podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
- Nie wiń się, Bernardzie - powiedziała. - Harry to wspaniały młody 

człowiek,   a   Sally   to   urocza   młoda   dama,   a   to   też   twoje   dzieci.   Z 
Robertem jest coś nie tak od zawsze. To nie twoja wina.

Cierpienie,   które   uwidoczniło   się   na   twarzy   lorda   Bradforda, 

pozwoliło mi zapomnieć na chwilę o własnych przejściach. Poczułam 
do niego sympatię.

- Uważam, że nie powinniśmy mówić Reeve’owi o tym, co się stało tej 

nocy - zasugerowałam. - Obawiam się jego reakcji.

- Wyzwałby Roberta na pojedynek i miałby do tego pełne prawo - 

powiedział lord Bradford.

- Nie chcę, żeby Reeve pojedynkował się z Robertem - nalegałam. - 

Boję się, że mógłby go zabić, a nie chcę, by Reeve musiał żyć z jeszcze 
jedną śmiercią na sumieniu.

Lord Bradford przeczesał potargane włosy palcami.
- Przyznam szczerze, że byłbym wdzięczny, gdybyśmy rzeczywiście 

utrzymali to zajście w tajemnicy, Deborah. I obiecuję, że Robert zniknie 

152

background image

z tego domu, kiedy tylko będzie w stanie podróżować. Nie będę cię 
więcej narażał na podobne sytuacje.

Cała   nasza   trójka   spojrzała   na   nieprzytomnego   Roberta.   Oddychał 

chrapliwie.

- Trzeba opatrzyć ranę na jego głowie - stwierdziłam. Odwróciłam się 

do matki i uśmiechnęłam słabo. - Nieźle mu przyłożyłaś, mamo.

- Pójdę po Harry’ego - zadecydował lord Bradford. - Spędza tyle czasu 

z doktorem Calderem, że już sam jest na wpół lekarzem. Pomoże mi 
opatrzyć Roberta i przenieść go do jego pokoju. Potem zawołam mojego 
kamerdynera, żeby tu posprzątał i przyniósł czystą pościel. To człowiek 
godny zaufania.

- Dobrze - zgodziłam się. Głowa bolała mnie coraz mocniej, byłam 

bardzo osłabiona.

- Chciałabyś przespać resztę nocy w moim pokoju, Deborah? - spytała 

mama.

Bardzo tego chciałam. Dopiero kiedy leżałam już w wielkim łożu obok 

mamy, zaczęłam się trząść. Mama objęła mnie i trzymała, jakbym miała 
cztery lata. Po jakimś czasie udało mi się zasnąć.

Rozdział piętnasty

Następnego ranka lord Bradford oznajmił pozostałym mieszkańcom 

domu, że Robert wdał się w bójkę w miasteczku i że został dotkliwie 
pobity   przez   grupę   pijanych   marynarzy.   Harry   powiedział   mi   na 
osobności, że kiedy Robert nie odzyskał przytomności w ciągu godziny, 
posłano po doktora Caldera. Temu udało się go w końcu docucić, ale 
powiedział, że nie należy Roberta ruszać przez następne dwa dni.

Lord Bradford nakazał jednemu z lokajów pełnić wartę przy drzwiach 

swojego starszego syna i nikogo do niego nie wpuszczać. Wytłumaczył 
Reeve’owi i pozostałym mieszkańcom, że to na wypadek, gdyby Robert 
chciał   wrócić   do  Fair  Haven   i  wyrównać   rachunki   z   mężczyznami, 
którzy go pobili. W rzeczywistości chodziło oczywiście o to, by trzymać 
Roberta z dala ode mnie i od Reeve’a.

Dwa   dni   po   próbie   gwałtu   Robert   został   wysłany   przez   lorda 

Bradforda do małej posiadłości w Hampshire. Lord poinformował mnie 

153

background image

o tym z ponurą miną.

- Mama ma rację - powiedziałam, próbując go pocieszyć. - Nie może 

pan odpowiadać za czyny syna. Z tego, co mówił Reeve, Robert zawsze 
uważał,   że   powinien   być   pępkiem   świata.   To   z   pewnością   nie   jest 
normalne   zachowanie,   w   przypadku   takiego   młodego   mężczyzny. 
Harry nie zachowuje się w ten sposób. Reeve zresztą też nie.

- Jesteś bardzo miła, Deborah - westchnął lord Bradford. - I niezwykle 

wyrozumiała. Przecież masz wszelkie powody do tego, by obawiać się i 
nienawidzić naszej rodziny.

- Nonsens - odparłam.
- Lady Sophia też nie traktowała cię do tej pory najlepiej.
-   Ale   była   dobra   dla   Reeve’a   i  to   się   dla   mnie   najbardziej   liczy   - 

oświadczyłam.

Lord Bradford spoglądał na mnie w milczeniu.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że to właśnie ciebie Reeve 

chce poślubić. Od lat nie widziałem tego chłopca tak szczęśliwego i 
odprężonego.  -  Uśmiechnął  się do  mnie niezwykle  przyjaźnie. -  To 
dlatego chcę, żeby wasz ślub odbył się tak szybko. Bałem się, żebyś go 
nie opuściła. Jesteś dla niego idealną partnerką. Szczerze wierzę, że 
przy tobie się ustatkuje.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Czułam, jak moje policzki stają się 

gorące i wymamrotałam coś o tym, że znamy się z Reevem od zawsze. 
Lord Bradford wyglądał na rozbawionego.

-   On   cię   kocha,   Deborah.   Nie   wiedziałaś   o   tym?   Cały   czas   cię 

obserwuje, a wyraz jego twarzy wskazuje tylko na jedno.

Moje   policzki   zrobiły   się   jeszcze   bardziej   gorące.   Lord   Bradford 

poklepał mnie po ramieniu.

- Wiążę wielkie nadzieje z tym małżeństwem, moja droga, naprawdę 

wielkie nadzieje.

Potem   zlitował   się   nade   mną   i   pozostawił   mnie   samą   z   moim 

zawstydzeniem.

Podczas rozmowy staliśmy na tarasie. Kiedy lord Bradford poszedł, 

zeszłam   po   kamiennych   stopniach   do   słodko   pachnącego   ogrodu, 
zastanawiając się nad tym, co przed chwilą usłyszałam.

154

background image

Czy to prawda? Czy Reeve naprawdę mnie kocha?
Czy   mogłam   zaufać   intuicji   Bradforda?   On   przecież   nie   rozumie 

Reeve’a. Gdyby go rozumiał, pozwoliłby mu wcześniej przejąć spadek.

Jakże byłoby cudownie, gdyby się nie mylił, pomyślałam. Jakże byłoby 

cudownie, gdyby Reeve mnie kochał.

Walczyłam z sobą, by nie poddać się radości, która zaczęła we mnie 

narastać.   Muszę   bardzo   uważać,   by   nie   naciskać   na   Reeve’a,   nie 
wymagać od niego więcej, niż jest mi skłonny dać, przestrzegłam się w 
duszy. Jego równowagę emocjonalną bardzo łatwo można zaburzyć. 
Nigdy nie pogodził się przecież ze śmiercią matki i nieraz zastanawia-
łam się nad tym, czy kiedykolwiek jeszcze będzie w stanie zaufać sobie 
na tyle, by kogoś pokochać. Wydawało mi się, że w jego przekonaniu 
miłość jest czymś niebezpiecznym, a ściślej mówiąc, jego miłość.

Przypomniał mi się wers z wiersza Byrona:
Czuł się występnym.
A niech to, pomyślałam. Reeve jest znacznie rozsądniejszy od tego 

idiotycznego Korsarza.

Modliłam się, by to była prawda.

* * *

Dużo czasu przed ślubem spędziłam pracując przy przygotowaniach 

do festynu. Prawie każdego dnia spotykałyśmy się wraz z mamą z 
komitetem organizacyjnym pań.

W rzeczywistości festyn, jako że odbywał się już od tak wielu lat, 

organizował się prawie sam. Ci sami ludzie byli zawsze przydzielani 
do tych samych prac i żadna z pań nie potrzebowała wskazówek ani 
ode mnie, ani od mamy, jeśli chodzi o zakres ich obowiązków.

- Nie mam pojęcia, dlaczego nasza obecność na zebraniach jest taka 

ważna - zwierzyłam się mamie któregoś ranka, kiedy wracałyśmy od 
pani Clark, żony aptekarza. - Te kobiety świetnie wiedzą, co mają robić, 
nie potrzebują nas.

- Nie potrzebują naszych wskazówek - zgodziła się mama. - Jesteśmy 

tam po to, żeby czuły, że to, co robią jest ważne. A to jest ważne, 
Deborah. Takie wydarzenie jednoczy całe miasteczko, a nawet oko-
liczną ludność.

155

background image

Dzień był słoneczny. Powoziłam dwukółką lorda Bradforda, a mama 

siedziała   koło   mnie.   Poprzedniej   nocy   padało   i   musiałam   mocno 
skoncentrować się na ominięciu głębokiej, błotnistej kałuży na środku 
drogi. Potem spojrzałam na mamę.

- Myślisz, że lord Bradford mógłby zmienić zdanie co do wstąpienia 

Harry’ego do Royal College of Physicians? - zmieniłam gładko temat. - 
Zawołał go przecież do pomocy przy Robercie.

- Nie wiem, jakie jest zdanie lorda Bradforda na ten temat, Deborah - 

odparła mama.

Pozwoliłam   gniademu   wałachowi   na   kłus   po   wąskiej,   wiejskiej 

drodze.

- Uważam, że byłoby wielką stratą, gdyby Harry nie mógł spełnić 

swojego marzenia tylko dlatego, że jego ojciec jest zbyt przepełniony 
poczuciem wyższości, żeby pozwolić mu zostać lekarzem.

- Nie sądzę, byś miała prawo  osądzać lorda Bradforda, Deborah - 

odparła mama z dezaprobatą. - Dla nas jest bardzo miły, a sposób, w 
jaki postępuje ze swoimi dziećmi, to już jego sprawa.

Koń zaczął zwalniać, więc wprowadziłam go znowu w kłus.
- Nie sądzę, by lord Bradford miał jakiekolwiek pojęcie o tym, w jaki 

sposób należy postępować z ludźmi w ogóle - oświadczyłam. - Moim 
zdaniem   zrobił   Reeve’owi   wielką   krzywdę,   nie   pozwalając   mu   na 
przejęcie kontroli nad jego własnym dziedzictwem. A teraz chce zmusić 
Harry’ego, by wbrew własnej woli stał się duchownym. Naprawdę, 
mamo,   to   już   jest   przesada.   Chciałabyś   mieć   w   swojej   parafii   pro-
boszcza, który nienawidzi swojej pracy?

- To ty przesadzasz, Deborah - odparła mama. - Nic nie wskazuje na 

to, by Harry miałby nienawidzić swojej przyszłej pracy w charakterze 
pastora.

- Mówi, że by jej nienawidził i ja mu wierzę - powiedziałam prostując 

się na siedzeniu dwukółki. - Nie dziwiłabym się też, gdyby w końcu 
lord Bradford zmusił Sally do małżeństwa z kimś, kogo by nawet nie 
lubiła, tylko ze względu na jego status społeczny czy coś takiego.

Nie   wiedziałam,   co   za   przewrotny   chochlik   zmusza   mnie   do 

mówienia tych rzeczy. Byłam jednak od pewnego czasu coraz bardziej 

156

background image

zaniepokojona poufałością, którą zaobserwowałam między moją matką 
a naszym gospodarzem. Może i moje nastawienie do lorda Bradforda 
zmieniło się nieco na lepsze od czasu naszego przyjazdu do Wakefield, 
ale to nie oznaczało, że zapomniałam o jego haniebnym postępowaniu 
wobec Reeve’a.

- Deborah - powiedziała mama. - Jak możesz mówić takie okropne 

rzeczy. Jestem pewna, że lord Bradford nigdy by nie zmusił swojej 
córki do małżeństwa wbrew jej woli!

Zaskoczyła mnie gwałtowność jej protestu. Kiedy na nią spojrzałam, 

jej  twarz  pod  rondem  słomkowego  kapelusza  była niezwykle biała. 
Miała przyspieszony oddech. Najwyraźniej bardzo się zdenerwowała 
moją wypowiedzią.

O co tu chodzi? pomyślałam.
- Przepraszam, mamo - powiedziałam przygaszonym tonem. - Nie 

chciałam cię zdenerwować.

Wyczułam, że bardzo się stara opanować emocje.
- Nie jestem zdenerwowana - skłamała. - Po prostu nie lubię słuchać 

podobnych   rzeczy   o   takim   człowieku,   jakim   jest   lord   Bradford.   To 
niesprawiedliwe pomówienia.

- Przepraszam - powtórzyłam.
- Widziałaś, jaki wzburzony był lord Bradford tym, co chciał ci zrobić 

Robert. On nigdy nie postawiłby własnej córki w podobnym położeniu.

Przecież mówiłam o małżeństwie, a nie o gwałcie.
Przypominałam sobie słowa matki, kiedy opowiadała mi o fizycznych 

aspektach małżeństwa. Zdałam sobie sprawę, że w jej przekonaniu te 
dwie rzeczy są nierozerwalnie ze sobą połączone. Jakim człowiekiem 
musiał w takim razie być mój ojciec? - pomyślałam z przerażeniem.

-   Spójrz,   kochanie,   widzisz   te   chmury   nad   nami?   -   spytała   mama 

radosnym głosem. - Czy nie przypominają kształtem mewy?

Nie   przypominały,   ale   przyznałam   jej   rację.   Przez   resztę   drogi 

powrotnej rozmawiałyśmy już tylko o festynie.

* * *

Podczas gdy my z mamą robiłyśmy plany dotyczące Letniego Festynu 

Wakefield, lady Sophia zajęła się przygotowaniami do mojego ślubu. 

157

background image

Kiedy wraz z Reevem zgodziliśmy się na dwutygodniowy termin lorda 
Bradforda, zakładałam, że będzie to cicha ceremonia, po której udamy 
się na skromne weselne śniadanie.

Ciotka Reeve’a zarządziła coś zupełnie innego.
- Nie chcemy, by cokolwiek sugerowało, że ten ślub może być czymś 

wstydliwym  - oznajmiła we właściwy  sobie dyktatorski  sposób, jak 
tylko ustaliliśmy datę. - Reeve jest głową rodu Lambeth i dlatego jego 
ślub powinien odbyć się z należną pompą.

Według niej oznaczało to zaproszenie całego okolicznego ziemiaństwa 

oraz krewnych, których Reeve nie widział od dziesiątego roku życia. 
Kościół   w   Wakefield   miał   być   wypełniony   aż   po   brzegi,   ponieważ 
oczywiście także wszyscy parafianie chcieli być świadkami najbardziej 
wystawnych zaślubin, jakie ktokolwiek pamiętał.

- Nie przeszkadza mi to, że za ciebie wychodzę - poskarżyłam się w 

przeddzień   naszego   ślubu   Reeve’owi,   w   czasie   przechadzki   po 
ogrodzie - ale zaczynam myśleć, że bycie żoną głowy rodu Lambeth 
wiąże się z całą masą nieprzyjemnych obowiązków.

Zaczynało się już ściemniać, ale księżyc świecił wystarczająco jasno, 

bym mogła dojrzeć uśmiech na twarzy Reeve’a.

- Czyżby staruszka zaczynała działać ci na nerwy?
- Ona jest po prostu niemożliwa. Jeśli udzieli mi jeszcze jednej porady, 

jak mam się zachowywać jako lady Cambridge, to chyba zdzielę ją 
przez głowę jej własną laską.

- Bernard ma zamiar odesłać ją do domu zaraz po weselu - pocieszył 

mnie Reeve.

- Już się nie mogę doczekać - westchnęłam.
Szliśmy   razem   w   stronę   lasu,   obok   siebie,   ale   nie   dotykając   się. 

Niosłam malowany wachlarz, który podarowała mi Mary Ann. Była na 
nim scena, w której grupa mężczyzn i kobiet w pudrowanych perukach 
siedziała na tle letniej posiadłości. Wachlarz był przepiękny.

- Zastanawiam się, dlaczego na naszym ślubie nie będzie Roberta - 

powiedział nagle Reeve.

Zaniepokoiłam się.
- Bernard zawsze tak dba o zachowanie pozorów - ciągnął Reeve. - 

158

background image

Spodziewałem się, że Robert pojawi się dzisiaj, ale tak się nie stało. 
Wygląda na to, że nie będzie go również jutro.

- Skąd wiesz? - spytałam ostrożnie.
- Pytałem Bernarda.
Szliśmy   dalej   ścieżką,   a   ja   otworzyłam   wachlarz,   żeby   mu   się 

przyjrzeć, mimo że było to prawie niemożliwe w tych ciemnościach.

- A pytałeś dlaczego?
- Tak. Bernard powiedział, że obawia się, iż Robert znowu mógłby 

narobić sobie kłopotów w Fair Haven.

Spoglądałam   nadal   na   wachlarz,   uciekając   wzrokiem   przed 

spojrzeniem Reeve’a. Ton jego głosu wskazywał na to, że nie wierzył 
lordowi   Bradfordowi.   Nagle   zatrzymał   się   i   położył   mi   dłoń   na 
ramieniu, zmuszając mnie, bym również przystanęła.

- Kiedy poszłaś wczoraj wieczorem spać, udaliśmy się z Harrym do 

„Złotego   Lwa”.   Wspomniałem   tam   o   bójce   Roberta   z   pijanymi 
marynarzami, ale nikt nie wiedział, o czym mówię.

A niech to, pomyślałam. Nie chciałam, by Reeve dowiedział się, co 

Robert próbował mi zrobić.

- Może byli tam wtedy inni ludzie - powiedziałam.
- Tak istotne wydarzenie, jak to, że najstarszy syn lorda Bradforda 

został zbity na kwaśne jabłko, byłoby doskonale znane każdemu z gości 
w tym pubie.

Spośród drzew odezwał się trel słowika.
- Wątpię, żeby Robert został zbity na kwaśne jabłko - stwierdziłam, 

machając z lekceważeniem wachlarzem. - To pewnie była tylko mała 
bójka na pięści, taka sama, w jakiej oboje braliście wcześniej udział.

-   Na   Boga,   Deb,   odłóż   wreszcie   ten   wachlarz   i   spójrz   na   mnie   - 

powiedział   ze   złością   Reeve.   -   Bernard   kazał   trzymać   Roberta 
zamkniętego w pokoju przez dwa dni!

Złożyłam wachlarz z trzaskiem.
- A co powiedział Harry? - spytałam, próbując zyskać na czasie.
- Twierdzi, że nic na ten temat nie wie. Ale jemu też nie wierzę.
Do śpiewającego słowika dołączył drugi. Ich pieśń była przepiękna.
- To ma związek z tobą, prawda? - spytał Reeve natarczywie.

159

background image

- Czemu tak uważasz?
- Czytam to z twojej twarzy, Deb! - Reeve wyrwał mi wachlarz. - 

Powiedz mi lepiej, co się stało. Przecież wiesz, że i tak się dowiem, w 
ten czy inny sposób.

Pomyślałam ponuro, że mąż, który potrafi czytać z twarzy żony jak z 

książki, to zdecydowanie nic dobrego. Przygryzłam wargę.

-   Ale   musisz   mi   obiecać,   że   jak   ci   powiem,   to   nie   postąpisz 

nierozważnie.

- Co on zrobił? - naciskał Reeve.
Niebo było już wystarczająco ciemne, by zaczęły pojawiać się na nim 

gwiazdy. Słowiki śpiewały w idealnej harmonii. Staliśmy na wysypanej 
żwirem ścieżce, tym razem obróceni przeciwko sobie.

- Niczego nie będę obiecywał, dopóki mi nie powiesz, co się stało.
- W takim razie nic ci nie powiem - odparłam, składając ramiona na 

piersi.

- Deborah - Reeve upuścił mój wachlarz na ziemię i ścisnął mnie za 

ramiona tak mocno, że byłam pewna, iż następnego dnia pojawią mi się 
na nich siniaki.

Nigdy nie mówił do mnie Deborah.
- Powiedz mi - zażądał.
Wzięłam głęboki oddech i opowiedziałam mu, co się stało tej nocy, 

kiedy   Robert   przyszedł   do   mojego   pokoju.   Kiedy   skończyłam, 
spodziewałam się, że będzie wściekły, że będzie przeklinał Roberta, że 
będzie chciał się zemścić. Tymczasem nic takiego się nie stało. Twarz 
Reeve’a wyglądała, jakby była zamrożona.

- Nie chciałam ci mówić, bo bałam się, że zrobisz coś Robertowi - 

dodałam. - Lord Bradford powiedział, że wyzwałbyś go na pojedynek, 
a ja nie chciałam, żeby do tego doszło.

Jego twarz się nie poruszyła.
- Reeve? - powiedziałam.
Jego palce nadal ściskały moje ramiona.
- To mnie boli - poskarżyłam się.
Dotarło do niego. Opuścił ręce, jakby się sparzył.
- Boże, Deb, przepraszam. Nie chciałem...

160

background image

- Wiem. Nie szkodzi.
Spojrzałam na jego twarz, białą jak kreda w blasku księżyca.
- Ale wszystko jest w porządku, Reeve. Nic mi się nie stało. Czy to nie 

jest najważniejsze? Mama zdążyła na czas i nic mi się nie stało.

- On to zrobił z mojego powodu, prawda? - spytał Reeve.
Zawahałam się.
- Oczywiście, że tak - odpowiedział za mnie.
- Był pijany. Nie wiedział, co robi.
- Dobrze wiedział, co robi - powiedział Reeve gorzko. - Robert zawsze 

wie, co robi, kiedy chodzi mu o mnie.

Schyliłam się, by podnieść wachlarz ze ścieżki.
-   Ale   lord   Bradford   go   odesłał   i   nie   ma   powodów,   dla   których 

mielibyśmy   go   jeszcze   kiedykolwiek   spotkać   -   oświadczyłam 
energicznie.

Reeve   nic   nie   odpowiedział,   ale   zaczął   iść   dalej,   najwyraźniej 

rozmyślając   o   tym,   co   przed   chwilą   usłyszał.   Poczekałam,   aż 
znaleźliśmy się na skraju lasu, żeby powiedzieć coś, co odwróciłoby 
jego uwagę.

-   Byłeś   dzisiaj   w   Crendon,   żeby   porozmawiać   z   Richardem?   - 

spytałam.

Skupienie   się   na   tym,   co   powiedziałam,   sprawiło   Reeve’owi 

ewidentną trudność.

- Tak - odparł. - Obawiam się, że John Woodly zniknął.
- Zniknął? - powtórzyłam zdziwiona.
-   Richard   nie   wie,   gdzie   może   być.   Nikt   tego   nie   wie.   Richard 

podejrzewa, że Woodly opuścił kraj.

- A więc rzeczywiście defraudował też pieniądze Richarda? - spytałam 

po namyśle.

- To jest prawie pewne.
Jeden ze skowronków przestał śpiewać, ale drugi kontynuował trel 

jeszcze piękniej.

- Było mu łatwo - ciągnął Reeve - właśnie dlatego, że są rodziną. 

Richard ufał mu całkowicie.

Uderzyło mnie to, że Reeve i lord Bradford znajdują się w tej samej 

161

background image

sytuacji.   Ale   wiedziałam   też,   że   pieniądze   Reeve’a   są   całkowicie 
bezpieczne w rękach jego powiernika.

Podzieliłam się z Reevem tą myślą.
- Bernard nie wziąłby nawet grosza z pieniędzy, które do niego nie 

należą. Zawsze to wiedziałem - zgodził się Reeve. - Chcę jak najszybciej 
przejąć swój majątek nie dlatego, że nie ufam Bernardowi, ale dlatego, 
że   bardzo   chciałbym   już   sprawować   kontrolę   nad   własnym 
dziedzictwem.

Oparłam na chwilę głowę na jego ramieniu. Na policzku poczułam 

ciepło emanujące z jego płaszcza.

- Wiem - westchnęłam.
Skierowaliśmy się z powrotem w stronę fontanny.
-   Rozmawiałem   z   Richardem   o   jego   powinnościach   wobec   twojej 

matki, Deb - powiedział Reeve.

Spojrzałam na niego. Moje palce zacisnęły się mocniej na zamkniętym 

wachlarzu.

- Tak?
- Chce przyznać jej dożywotnio wypłaty w wysokości pięciu tysięcy 

funtów rocznie.

Poczułam ogromną ulgę. To były bogactwa w porównaniu z tym, z 

czego musiałyśmy żyć przez te wszystkie lata.

- Richard jest bardzo szczodry - roześmiałam się trochę niepewnie. - 

To sprawia, że czuję się okropnie winna z powodu tych wszystkich 
strasznych rzeczy, które o nim myślałam przez cały ten czas.

- To był błąd, że nie zwróciłyście się do niego wcześniej, ale z drugiej 

strony,   skąd   miałaś   wiedzieć,   że   tak   należy   postąpić   -   powiedział 
poważnie Reeve.

Doszliśmy do fontanny i stanęliśmy naprzeciwko niej. Księżyc świecił 

dość jasno, by dało się dostrzec figury cherubinów z brązu, znajdujące 
się w samym centrum wielkiej kamiennej misy. Odgłos płynącej wody 
był dźwiękiem niezwykle kojącym, a otaczające nas klomby z kwiatami 
wydzielały   słodkie   aromaty,   które   rozchodziły   się   w   wieczornym 
powietrzu.   Byłam   bardzo   świadoma   bliskości   Reeve’a.   Ale   on   nie 
wykonał w moją stronę żadnego gestu.

162

background image

- Był tu dzisiaj notariusz - odezwał się nagle. - Bernard przepisał na 

mnie cały mój majątek.

Obróciłam się gwałtownie, by na niego spojrzeć.
- Cały? - spytałam z niedowierzaniem. - Myślałam, że miał zamiar 

przekazać ci jedynie połowę.

-   Zmienił   zdanie.   Powiedział,   że   przez   ostatnie   miesiące   bardzo 

wydoroślałem i że sądzi, że nasze małżeństwo ostatecznie wyprowadzi 
mnie na prostą.

Reeve wpatrywał się w fontannę, unikając mojego wzroku.
- Nie wiem, czemu lord Bradford tak mnie ceni - powiedziałam słabo.
- Uważa, że uczynisz mnie szczęśliwym.
Mówiąc   to,   nie   wyglądał   na   szczęśliwego.   Nie   wiedziałam,   co 

odpowiedzieć. Nie wykonał żadnego ruchu, ale poczułam się, jakby się 
ode mnie odsunął.

- Kiedy był tu notariusz, sporządziłem nowy testament - powiedział.
Spojrzałam na niego pytająco, ale w świetle księżyca mogłam jedynie 

dostrzec jego nieruchomy profil. Skowronek zamilkł.

- Nowy testament? - powtórzyłam.
- Posiadłość jest oczywiście ordynacją, ale chcę, żebyś wiedziała, że w 

razie   gdyby   przytrafiło   mi   się   coś   złego,   twoja   przyszłość   jest 
zabezpieczona.   Przeznaczyłem   dla   ciebie   na   dożywocie   wdowy   sto 
tysięcy funtów.

Przeszedł mnie dreszcz.
- Jesteś niezwykle hojny, Reeve, ale nie spodziewam się skorzystać z 

twojej szczodrości przez co najmniej następne pięćdziesiąt lat.

Reeve lekko się uśmiechnął, ale nić nie odpowiedział.
Założyłam ręce na piersi i starałam się powstrzymać drżenie. Nie bądź 

głupia, upomniałam się. To oczywiste, że przed ślubem sporządza się 
nowy testament. Nie powinnam się czuć tak nieswojo.

Zamknęłam tę niewidzialną przerwę między nami oplatając ramiona 

wokół jego pasa. Chciałam poczuć go całym ciałem. W tym momencie 
on również mnie przytulił.

- Jutro wieczorem o tej porze... - szepnął, trzymając usta przy mojej 

skroni.

163

background image

Zadrżałam ponownie, ale tym razem nie ze strachu, lecz w słodkim 

oczekiwaniu.

Rozdział szesnasty.

Po   północy   niebo   zasnuły   chmury   i   zaczął   padać   deszcz,   ale 

wczesnym świtem pogoda była już bez zarzutu. Mama, Mary Ann i 
Sally   pojawiły   się   wkrótce   w   moim   pokoju,   by   pomóc   mi   w 
przygotowaniach do wspaniałej ceremonii ślubnej.

Obie   młode   damy,   moje   druhny,   były   niezwykle   podekscytowane. 

Mama starała się ukryć oznaki zdenerwowania.

- Och, Deborah, twoja suknia jest przepiękna! - wykrzyknęła Sally, 

oglądając mnie ze wszystkich stron.

- Nie mogę uwierzyć, że znalazłyście coś tak ślicznego w Brighton - 

zgodziła się Mary Ann, idąc w ślad za Sally. - Wygląda, jakby została 
zaprojektowana przez jednego z najlepszych krawców z Bond Street.

Rzeczywiście,   wybrana   przez   nas   suknia   z   białej   krepy   i   z 

prostokątnym dekoltem była bardzo ładna. Założyłam do niej naszyjnik 
i kolczyki z pereł, które dostałam od Reeve’a. Mama sama ułożyła mi 
włosy, rozdzielając je pośrodku i zaczesując gładko do tyłu, a luźne 
pukle   poskręcała   żelazkiem   do   karbowania.   Wokół   czubka   głowy 
miałam powtykane białe różyczki.

- Nie zapomnij o rękawiczkach - powiedziała Sally, wręczając mi białe, 

sięgające za łokieć rękawiczki.

Kiedy zaczęłam je naciągać, obie dziewczyny pobiegły wyjrzeć przez 

okno od strony głównego wejścia.

-   Właśnie   wyjeżdżają   panowie   -   zrelacjonowała   Sally.   -   Faeton   i 

karykiel stoją już przed drzwiami.

- Wychodzą! - zawołała Mary Ann przez długość korytarza. - Reeve 

wygląda wspaniale, Deborah. Ale z ciebie szczęściara!

- A jak wygląda Harry? - odkrzyknęłam.
Mary Ann weszła do pokoju zaróżowiona.
- Harry też dobrze wygląda.
Uśmiechnęłam się do niej.
-   Harry   nie   jest   nawet   w   połowie   tak   przystojny,   jak   Reeve   - 

164

background image

powiedziała beztrosko Sally.

Mary   Ann   zrobiła   się   czerwona.   Mrugnęłam   do   niej.   Przygryzła 

wargę.

-   Jesteś   gotowa,   Deborah?   -   spytała   mama.   -   O   niczym   nie 

zapomniałyśmy?

Spojrzałam na wysokie tremo i uśmiechnęłam się do odbijającej się w 

nim panny młodej.

- Chyba nie - odparłam.
-   Sprawdźcie,   dziewczynki   -   poprosiła   mama   -   czy   mężczyźni   już 

odjechali. Reeve nie powinien zobaczyć Deborah przed ceremonią.

Sally i Mary Ann znowu pobiegły do okna i chwilę później wróciły z 

informacją, że powozy już zniknęły.

- W takim razie wkrótce podjedzie po nas dwukółka - powiedziała 

mama.

- Może już zejdziemy na dół? - zaproponowałam.
Mama skinęła głową.
Idąc po schodach, czułam na sobie spojrzenia służby. Zaczynałam się 

denerwować. Mama musiała to wyczuć.

- Wszystko w porządku, kochanie? - spytała.
Spojrzałam w jej zatroskane oczy. Wyglądała przepięknie. Miała na 

sobie   cienką   jedwabną   sukienkę,   którą   kupiłyśmy   w   tym   samym 
sklepie, co moją suknię ślubną. Jej kolor idealnie pasował do koloru 
oczu mamy.

- Trochę się denerwuję, że będę w centrum zainteresowania tak wielu 

ludzi. Poczuję się lepiej, kiedy zobaczę Reeve’a - odparłam szczerze.

Powóz, do którego zaprzężono cztery piękne gniadosze, zatrzymał się 

przed głównym wejściem. Pojawili się lokaje ze schodkami, po których 
wspięłyśmy się do naszego pojazdu. Mary Ann i Sally usiadły plecami 
do stangreta, a my z mamą przodem do niego.

- Wszystkie panie gotowe? - zawołał.
- Tak, Rogers - odkrzyknęła mama przez otwarte okno.
Powóz ruszył.
Sally   i   Mary   Ann   szczebiotały   przez   całą   drogę.   Ja   jakoś   nie 

podzielałam   ich   entuzjazmu,   chciałam   jedynie   mieć   już   całe   to 

165

background image

przedstawienie   za   sobą.   Oboje   z   Reevem   bylibyśmy   znacznie 
szczęśliwsi,   gdyby   to   była   cicha   ceremonia,   w   obecności   tylko 
najbliższej rodziny.

Dzięki Bogu, że mieliśmy wyjechać zaraz po jej zakończeniu! Reeve 

wynajął   na   trzy   noce   pokój   w   jednym   z   najpiękniejszych   hoteli   w 
Brighton, żebyśmy nie musieli spędzić pierwszych dni naszego małżeń-
stwa pod czujnym wzrokiem Sally i Mary Ann. Po ceremonii mieliśmy 
wrócić do Wakefield na weselne śniadanie, a potem udać się prosto do 
Brighton.

Wjeżdżając do miasteczka, zobaczyłyśmy, że jego mieszkańcy tłumnie 

wylegli na ulice, chcąc się nam przyjrzeć.

- To ci, którzy nie zmieścili się w kościele - poinformowała mnie Sally. 

- Lepiej im pomachaj.

Posłusznie otworzyłam okno i pozdrowiłam zebranych ludzi.
- Niech panią Bóg błogosławi! - ktoś wykrzyknął.
- Jakaż ona piękna! - usłyszałam.
Uśmiechnęłam się.
- Dziękuję, dziękuję - zawołałam.
Na szczęście zbliżaliśmy się już do kościoła. Powóz podjechał pod 

główne   wejście.   Lokaj   zeskoczył   z   kozła   i   ustawił   dla   nas   stopnie. 
Wysiadłyśmy   i   przeszłyśmy   do   przedsionka   małego,   kamiennego 
kościoła.

Czekał tam na nas lord Bradford. To on miał poprowadzić mnie do 

ołtarza.   Pomyślałam   przelotnie,   że   powinnam   była   poprosić   o   to 
Richarda.

Lord Bradford uśmiechnął się na widok mamy. Potem spojrzał na 

mnie.

- Ślicznie wyglądasz - powiedział.
- Dziękuję - odparłam sztywno.
Organista grał jakiś utwór Mozarta.
- Pozwoli pani, że zaprowadzę ją na jej miejsce - powiedział do mamy 

lord Bradford.

Mama uśmiechnęła się do mnie i pozwoliła, by lord Bradford wziął ją 

pod ramię i poprowadził do jej ławki.

166

background image

-   Reeve   i   Harry   stoją   już   przy   ołtarzu   -   oznajmiła   Mary   Ann, 

spoglądając ponad głowami zebranych. - Widzę stąd czubek głowy 
Reeve’a.

Lord Bradford powrócił do przedsionka.
- Jesteście gotowe, dziewczęta? - spytał.
- Tak, tato - Sally wygładziła suknię.
Moje   młode   druhny   uniosły   bukiety,   przybrały   poważne   miny   i 

wyszły jedna po drugiej z przedsionka.

Lord Bradford wziął mnie pod ramię i podążyliśmy za dziewczętami.
W   połowie   drogi   dojrzałam   wreszcie   Reeve’a.   Oboje   byliśmy 

wystarczająco   wysocy,   byśmy   mogli   się   spotkać   wzrokiem   ponad 
głowami zgromadzonych.

Kiedy   dotarliśmy   wreszcie   do   ołtarza,   ustawiliśmy   się   wszyscy 

przodem do wielebnego Thorntona. Podniósł on swój modlitewnik i 
rozpoczął ceremonię niskim, dostojnym głosem.

- Zebraliśmy się tu dziś w obliczu Boga, aby połączyć obecnych tutaj 

mężczyznę i kobietę świętym węzłem małżeńskim...

Wzięłam głęboki oddech. W kościele panował taki upał, że poczułam 

pierwsze   krople   potu   pod   kwiecistą   koroną   przypiętą   do   moich 
włosów.

Wielebny   Thornton   skończył   czytać   wstęp   do   ceremonii   ślubnej   i 

popatrzył srogo na mnie i na Reeve’a.

- Jeśli któreś z was zna jakieś powody, dla których nie możecie być 

poślubieni w oczach prawa, niech wyzna je w tej chwili - zagrzmiał.

Spojrzałam przelotnie na Reeve’a, jak gdybym spodziewała się, że coś 

powie, ale on jedynie patrzył z powagą na pana Thorntona. Po chwili i 
ja zwróciłam wzrok na pastora.

Następnie wielebny przemówił do nas.
- Czy chcesz wziąć tę kobietę za żonę? Czy wytrwasz przy niej w 

zdrowiu   i   chorobie,   w   dobrej   i   złej   doli,   aż   do   końca   życia?   Czy 
przysięgasz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską, dopóki śmierć 
was nie rozłączy?

Reeve spojrzał na mnie.
- Tak - powiedział niskim głosem.

167

background image

Następnie pan Thornton odwrócił się do mnie. Usłyszałam te same 

pytania, które przed chwilą zadał Reeve’owi.

- Tak - odpowiedziałam, kiedy skończył.
Spojrzeliśmy na siebie z Reevem.
- Kto oddaje tę kobietę temu mężczyźnie? - spytał pastor.
Lord Bradford wystąpił do przodu.
Wtedy   Reeve   wziął   mnie   za   rękę   i   oboje   złożyliśmy   przysięgę. 

Klęknęliśmy   z   pochylonymi   głowami,   a   wielebny   Thornton 
pobłogosławił nas i ponownie złączył nasze dłonie.

- Co Bóg złączył, niechaj człowiek nie rozłącza - powiedział.
Byliśmy mężem i żoną.
Kiedy wróciliśmy do Wakefield, salon był już pełen białych róż i gości. 

Pod jednym z okien ustawiono tort, a na tarasie, na dwóch długich 
stołach,   wyłożono   różnorodne   smakołyki.   Szampan   płynął   stru-
mieniami.

Przy drzwiach spotkaliśmy mojego brata. Potrząsnął on ręką Reeve’a i 

mu pogratulował. Potem schylił się, by mnie pocałować.

- Życzę ci szczęścia - powiedział.
- Dziękuję, Richardzie - odparłam z uśmiechem.
Następną godzinę zajęło nam przyjmowanie gratulacji i życzeń, a ja 

uśmiechałam   się   i   uśmiechałam,   aż   mnie   rozbolała   szczęka.   Potem 
pokroiłam tort. Zjadłam coś i wypiłam dwa kieliszki szampana. Wtedy 
podszedł do mnie Reeve.

- Może już się wymkniemy, co, Deb? - wyszeptał mi na ucho. - Ty idź 

pierwsza. Po pięciu minutach do ciebie dołączę.

Nie musiał dwa razy powtarzać. Zaczęłam przedzierać się do wyjścia. 

Wszędzie było pełno gości, którzy stali i rozmawiali, jakby pierwszy 
raz  mieli   okazję   do  kontaktu   z  innymi   istotami   ludzkimi.   Wreszcie 
dotarłam do holu, gdzie uniosłam spódnice, i pobiegłam do schodów, 
nim ktokolwiek miałby szansę mnie zatrzymać.

Susan już na mnie czekała. Pomogła mi zdjąć suknię ślubną i przebrać 

się w strój do podróży. Kiedy dopinała mi guziki z tyłu, do pokoju 
weszła mama.

- Jesteś już gotowa do wyjazdu, kochanie? - spytała.

168

background image

-   Prawie   -   odparłam.   -   Mój   kufer   już   czeka   w   powozie.   Reeve 

powiedział, że po mnie przyjdzie. Wymkniemy się tylnymi schodami, a 
potem bocznym wyjściem.

Kiedy   to   powiedziałam,   rozległo   się   stukanie   do   drzwi.   Poszłam 

otworzyć. Stał w nich Reeve.

- Gotowa, Deb? - spytał.
Przebrał się już ze stroju wieczorowego, w którym był na ślubie. Teraz 

miał   na   sobie   wygodniejszy,   złożony   z   bladożółtych   pantalonów   i 
kurtki.

- Gotowa - odparłam i odwróciłam się do mamy. - Do zobaczenia za 

trzy dni.

Pokiwała głową.
-   Baw   się   dobrze   w   Brighton,   kochanie   -   powiedziała   odrobinę 

ściśniętym głosem.

- Niech się pani nie martwi, pani Woodly - wtrącił Reeve delikatnie. - 

Dobrze się nią zaopiekuję.

Mama uśmiechnęła się do niego słabo.
Reeve wziął mnie za rękę. Wymknęliśmy się tylnym wyjściem, jak 

para uczniaków uciekających z lekcji. Obeszliśmy dom dookoła. Przed 
frontowymi drzwiami już czekał na nas powóz.

Reeve pomógł mi wsiąść, a potem sam wskoczył do środka. Lokaj 

zamknął za nami drzwi i powóz ruszył.

Tak zaczęła się druga część dnia mojego ślubu.

* * *

Mieliśmy   rezerwację   w   hotelu   Royal   Crescent,   znajdującym   się   w 

najelegantszej części Brighton. Ściany hotelowego holu były wyłożone 
rzeźbionym orzechem i drewnem atłasowym. Podłogę zdobił czarno-
biały   marmur,   sufit   podtrzymywały   zielone   marmurowe   kolumny. 
Nasz   apartament   składał   się   z   sypialni,   w   której   stało   rzeźbione 
palisandrowe łoże, dwóch pokoi służących jako garderoby, i salonu. W 
mojej  garderobie znajdowała się mała alkowa,  w której  mogła spać 
Susan. Reeve posiadał taką samą alkowę dla swojego służącego.

- Ten apartament jest większy niż cały dom, w którym do tej pory 

mieszkałam   -   stwierdziłam   z   dezaprobatą,   kiedy   obejrzałam   bogato 

169

background image

wyposażone pomieszczenia, wynajęte przez Reeve’a na naszą krótką 
podróż poślubną.

- Zgadza się - przyznał Reeve.
Znajdowaliśmy się w sypialni, a on stał przy oknie i podziwiał widok 

na duży, zielony park. Spojrzałam na plecy mojego męża. Była czwarta 
po południu i zastanawiałam się, czym powinniśmy wypełnić czas do 
kolacji.

- Jesteś głodny? - spytałam. - Chciałbyś się napić herbaty?
Odwrócił się do  mnie. Promienie słoneczne wpadające przez okno 

oświetlały   jego   gładko   zaczesane   włosy,   przez   co   wyglądały   jak 
wypolerowany mahoń.

- Jestem głodny, ale nie na herbatę mam ochotę - odparł.
Jego   spojrzenie   było   ostre,   skoncentrowane.   Przebiegł   po   mnie 

wzrokiem, co sprawiło, że się zaczerwieniłam.

-   Najwcześniej   możemy   zjeść   coś   o   szóstej   -   powiedziałam   trochę 

niepewnie. - Zaczął iść w moją stronę. - Nie mam zamiaru czekać aż do 
kolacji.

Położył   mi   dłonie   na   ramionach.   Wtedy   zrozumiałam.   Byłam 

zbulwersowana.

- Reeve! Chyba nie chcesz iść do łóżka wczesnym popołudniem!
- Jak najbardziej - odparł.
Nim   zdążyłam   znowu   zaprotestować   pochylił   głowę   i   mnie 

pocałował. Zrobił to bardzo stanowczo, odebrało mi dech w piersiach. 
Owinął wokół mnie ramiona i całował. Kiedy wreszcie odsunął się ode 
mnie,   moje   kolana   tak   się   trzęsły,   że   prawie   upadłam.   Szeroko 
otwartymi   oczami   obserwowałam,   jak   podszedł   cicho   do   drzwi 
wiodących do garderoby i zamknął je.

Przełknęłam ślinę.
Nadal  nic  nie  mówiąc,  zdjął kurtkę  i krawat  i  upuścił je  na  obity 

brązowym aksamitem szezlong. Potem znowu do mnie podszedł.

- Nie tak sobie wyobrażałam rozwój wydarzeń w dniu mojego ślubu, 

Reeve - powiedziałam surowo, biorąc się w garść. - Myślałam, że będę 
czekać   na   ciebie   w   łóżku,   ubrana   w   koszulę   nocną.   W   nocy.   W 
ciemnościach. Tak to powinno wyglądać.

170

background image

Spojrzał na mnie unosząc brwi.
- A więc wyobrażałaś to sobie?
- Pewnie nie tak dokładnie jak ty - odparłam.
Stanął naprzeciwko mnie i uśmiechnął się szeroko.
- Co do tego masz rację - powiedział. Ujął moją głowę w dłonie i 

przechylił ją tak, że musiałam na niego spojrzeć. - Chyba nie boisz się 
tego, co ma się między nami wydarzyć?

- Nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że w jego oczach pojawił się 

wyraz zatroskania.

-   Najpierw   może   cię   boleć.   Wiesz,   że   nigdy   nie   chciałbym   cię 

skrzywdzić, ale będę szczery. Słyszałem, że pierwszy raz może być dla 
kobiety bolesny.

Uśmiechnęłam się do niego uspokajająco.
- Jestem dzielna.
On również się uśmiechnął.
- To prawda. A ja jestem szczęściarzem.
Odwróciłam twarz i pocałowałam jego palce, którymi dotykał mojego 

policzka. Oczy mu pociemniały.

- Zdejmijmy z ciebie tę przeklętą suknię - powiedział.
- W takim razie będziesz musiał odpiąć te wszystkie guziczki. Ja ich 

nie dosięgnę.

- Odwróć się - powiedział krótko.
Obróciłam się do niego plecami.
- A niech to - mruknął po chwili. - Nie mogłaś wybrać sukienki z 

większymi guzikami? Ledwie mogę je uchwycić w palce.

- Myślałam, że kiedy do tego dojdzie, będę już w koszuli nocnej - 

odparłam. - To nie moja wina, że tak się nieprzyzwoicie śpieszysz.

-   No   już   dobrze,   dobrze   -   warknął.   -   Myślę,   że   odpiąłem   ich 

wystarczająco dużo, byś mogła zdjąć tę sukienkę.

- Nie chciałabym, żeby się podarła - powiedziałam, kryjąc uśmiech.
Muszę przyznać, że bawiła mnie cała ta sytuacja.
- Zdejmij już tę przeklętą kieckę! - ryknął Reeve.
- To bardzo nieładnie tak krzyczeć - oświadczyłam, zsuwając rękawy.

171

background image

Czułam   na   sobie   jego   wzrok,   kiedy   obnażałam   ramiona   i   piersi. 

Zdołałam połowicznie przecisnąć suknię przez biodra i opuścić ją na 
podłogę. Wyszłam z niej i położyłam ją na kufrze, stojącym u stóp 
łóżka. Potem odwróciłam się do Reeve’a.

Moje sutki odznaczały się wyraźnie na cienkiej bawełnianej koszulce. 

Reeve wpatrywał się w nie z wyrazem twarzy, który wydał mi się 
prawie   obcy.   Musiałam   powstrzymać   się,   żeby   nie   zakryć   piersi 
rękoma.

- Nie wyglądasz już jak mała dziewczynka, z którą kiedyś chodziłem 

popływać - powiedział Reeve.

Przypomnienie   naszego   wspólnego   dzieciństwa   przywróciło   mi 

pewność   siebie.   Przecież   patrzył   na   mnie   Reeve,   a   nie   jakiś   obcy 
człowiek. Odprężyłam się.

- Nie wiem, dlaczego tyle czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że 

jesteś już dorosła - powiedział Reeve. - Dopiero w Londynie zdałem 
sobie sprawę, że nie jesteś już moją przyjaciółeczką z dzieciństwa. - 
Uniósł wzrok i spojrzał mi prosto w oczy. - Tuż pod moim nosem 
przemieniłaś się w prawdziwą piękność, a ja tego nie zauważyłem.

-   Ja   też   przez   długi   czas   nie   zauważałam   przemiany   w   tobie   - 

powiedziałam odrobinę niepewnie. - Pierwszy raz zdałam sobie z tego 
sprawę chyba wtedy, kiedy mnie pocałowałeś.

Pochylił się nade mną i wziął mnie w ramiona.
- Reeve! - zawołałam zaskoczona.
Zaczął   prowadzić   mnie   do  łóżka.   Niósł   mnie,   jak   gdybym   nic   nie 

ważyła. Położył mnie i zdjął mi buty. Potem ulokował się obok mnie.

- A teraz już na poważnie - powiedział.
Spojrzałam w jego błyszczące oczy.
Zaczął całować mnie wzdłuż szyi, aż do piersi.
- Podoba ci się, Deb? - zamruczał Reeve.
Przełknęłam ślinę.
- Tak.
Położyłam ręce na jego plecach i poczułam mięśnie naprężające się 

pod gładką skórą. To było wspaniałe doznanie. Reeve uniósł się na 
chwilę i jednym miękkim ruchem ściągnął koszulę przez głowę. Potem 

172

background image

zdjął spodnie.

Patrzyłam.
Jeśli ja nie byłam już małą dziewczynką, to on z pewnością nie był już 

małym chłopcem.

- Drogi Boże, Reeve - wyjąkałam. - Ty się zwyczajnie nie zmieścisz.
- Myślę, że sobie poradzimy - odparł.
Znowu zaczął mnie całować. Poczułam jego ręce na moich majtkach, 

zaczął je ściągać w dół. Kiedy zsunęły mi się już do kostek, zrzuciłam je 
jednym kopnięciem.

- Grzeczna dziewczynka - szepnął i wsunął palce między moje nogi.
Zesztywniałam. Nie mogłam nic na to poradzić.
-   Wszystko   w   porządku,   Deb   -   powiedział.   -   Odpręż   się.   Będzie 

dobrze.

Odpręż   się?   Myśli   szaleńczo   wirowały   mi   w   głowie.   Jak   mam   się 

odprężyć, kiedy on dotyka mnie w taki sposób?

Jednak już po chwili pod wpływem pieszczot jego długich, zręcznych 

palców   zaczęłam   odczuwać   niezwykłą   przyjemność.   Bezwiednie 
uniosłam uda, żeby być bliżej niego.

- Drogi Boże, Deb - jęknął przy mojej twarzy - Drogi Boże.
Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Wiedziałam jedynie, że jestem 

wilgotna i gorąca, a przez moje lędźwie przepływały fale rozkoszy.

Kiedy zaczął rozchylać moje nogi, poddałam się z ochotą, a kiedy zgiął 

je   w   kolanach,   pozwoliłam   mu   wejść   w   siebie.   Spojrzał   na   mnie, 
układając się wygodniej.

- W porządku?
Coś we mnie pulsowało.
- Tak - powiedziałam.
Zaczął powoli się poruszać, ale już po chwili znieruchomiał.
- Trzymaj się teraz, Deb - wydusił z siebie.
Wbił się we mnie z całej siły. Zacisnęłam palce na jego ramionach.
Leżeliśmy w całkowitym bezruchu, spoglądając na siebie i bojąc się 

poruszyć. Reeve był spocony, jak gdyby przebywał wiele godzin na 
słońcu.

- Boli cię? - wydyszał.

173

background image

-   Odrobinę.   Na   początku   bolało   bardzo,   ale   teraz   jest   już   lepiej   - 

powiedziałam z namysłem.

Zaczął miarowo poruszać się wewnątrz mnie.
- Co czujesz?
- Nie jest źle - odparłam ostrożnie.
Zamknął oczy. Spływał po nim pot.
- Drogi Boże - powiedział.
- Wszystko w porządku Reeve. Rób, co masz robić.
- Chyba nie mam wyjścia - zachrypiał.
Złapałam go mocno za ramiona, a on zaczął poruszać się we mnie do 

przodu i do tyłu. Potem wydal z siebie długi jęk i zamarł w bezruchu.

Opadł na mnie całym ciężarem. Objęłam go, podczas gdy on starał się 

złapać oddech. W końcu uniósł się odrobinę, nadal nie odrywając się 
ode mnie całkowicie i spojrzał na mnie.

- Jak się czujesz, Deb? - spytał z obawą w głosie.
- Wszystko w porządku - zapewniłam go. - Nie było tak źle, Reeve. 

Naprawdę.

- Czuję się, jakbym umarł i poszedł prosto do nieba, a ona mówi, że nie 

było źle.

- Przez chwilę było nawet całkiem przyjemnie - powiedziałam, śmiejąc 

się.

Zsunął się ze mnie i wziął mnie w ramiona.
- Od tej chwili już zawsze będzie przyjemnie. Obiecuję.
- Hmm. Tylko chyba muszę się trochę bardziej rozciągnąć tam w dole.
Przytulił mnie mocniej.
- Tak będzie.
Zamknęłam oczy i wtuliłam się w niego. Pomyślałam, że może ma 

rację.

* * *

Zjedliśmy   kolację   w   hotelowej   restauracji.   Oboje   byliśmy   bardzo 

głodni. Jagnięcina w sosie, krewetki w maśle, szparagi, solą z białym 
winem i grzybami oraz placek jabłkowy wyjątkowo nam smakowały. 
Reeve   zamówił   butelkę   szampana.   Ja   wypiłam   dwa   kieliszki,   a   on 
resztę.

174

background image

Po kolacji poszliśmy na przechadzkę po nadmorskiej promenadzie i 

obejrzeliśmy zachód słońca. Kiedy wróciliśmy do hotelu, byłam już tak 
śpiąca, że oczy same mi się zamykały. Susan pomogła mi przebrać się 
w koszulę nocną, w której powinnam była zaprezentować się podczas 
mojego   pierwszego   razu   z   nowo   poślubionym   mężem.   Potem 
schowałam się pod kołdrę, powiedziałam Reeve’owi dobranoc i pięć 
minut później spałam.

Obudziłam się następnego ranka z uczuciem, że ktoś mnie obserwuje. 

Otworzyłam   oczy   i   zobaczyłam   Reeve’a   leżącego   koło   mnie   na 
brzuchu. Oparł głowę na rękach i wpatrywał się we mnie.

- Dzień dobry - powiedziałam z uśmiechem.
- Dzień dobry - odparł z powagą. - Dobrze spałaś?
- Jak zabita.
Uśmiechnął się do mnie, ale jego oczy pozostały poważne.
- Za dużo szampana - orzekł.
Spojrzałam   na   niego.   Był   rozczochrany   i   nieogolony.   Wyglądał 

wspaniale.

Ale coś było nie tak.
Wyciągnęłam   dłoń   i   przeciągnęłam   palcami   po   jego   splątanych 

włosach.

- Czy mówiłam ci już, że cię kocham? - spytałam cicho.
- Nie - jego głos zabrzmiał dziwnie. - Chyba nie.
- A więc ci mówię.
- Nie chciałbym cię skrzywdzić - powiedział odrobinę rozpaczliwie. - 

Wiesz o tym, prawda?

Celowo udałam, że źle go zrozumiałam.
- Mówiłeś, że będzie bolało tylko za pierwszym razem.
Zbiło go to z tropu.
- Sprawdźmy, czy miałeś rację.
- Nie jesteś jeszcze zbyt obolała?
- Pocałuj mnie, Reeve - powiedziałam miękko.
Kiedy   się   całowaliśmy   i   pieściliśmy   powróciły   emocje,   których 

doświadczyłam poprzedniej nocy. Reeve mówił mi raz po raz, że jestem 
piękna, a wewnątrz mnie narastało pożądanie. Oplotłam go nogami, a 

175

background image

kiedy   tym   razem   we   mnie   wszedł,   nie   poczułam   już   bólu,   który 
zagłuszyłby uczucie przyjemności. Wręcz przeciwnie, narastało ono, 
podczas gdy Reeve poruszał się we mnie w tył i w przód, aż wreszcie 
eksplodowałam   w   niezwykłym   szczycie   rozkoszy,   który   odczułam 
każdą cząstką ciała.

- Czuję się, jakbym umarła i poszła prosto do nieba - powtórzyłam 

słowa wymówione przez niego dzień wcześniej.

- Tak cię kocham, Deb. Niech nam Bóg dopomoże.
W jego głosie znów pojawiła się nuta rozpaczy. Zanurzyłam usta w 

jego włosy i pomodliłam się.

Rozdział siedemnasty

Zostaliśmy z Reevem w Brighton trzy dni. Muszę z zażenowaniem 

przyznać, że nie spędziliśmy zbyt wiele czasu poza naszym pokojem 
hotelowym.   Chodziliśmy   coś   zjeść   do   restauracji,   a   co   wieczór 
przechadzaliśmy się po promenadzie. Któregoś popołudnia poszliśmy 
też   na   zakupy   i   Reeve   kupił   mi   kolczyki   z   szafirami,   ponieważ 
stwierdził, że idealnie pasują do koloru moich oczu.

Resztę czasu spędziliśmy w łóżku.
- To był świetny pomysł, żeby przyjechać do Brighton - powiedziałam 

do Reeve’a tego ranka, kiedy mieliśmy wracać do Wakefield. - Wszyscy 
mieszkańcy rezydencji byliby zgorszeni naszym zachowaniem.

Reeve siedział rozparty w fotelu w mojej garderobie, podczas gdy ja 

starałam   się   zawiązać   pod   brodą   różową   wstążkę   od   słomkowego 
kapelusza.

- A ty myślisz, że dlaczego to zaproponowałem? - odparł unosząc 

brwi. - Chciałem cię mieć tylko dla siebie.

- Ale kiedy wrócimy do Wakefield, będziemy musieli zachowywać się 

jak normalni ludzie - westchnęłam z żalem. - To oznacza wstawanie 
rano, a nie o drugiej po południu!

Odwróciłam   wzrok   od   lustra   i   rozejrzałam   się   po   pokoju,   żeby 

sprawdzić, czy czegoś nie zapomniałam.

- Miejmy nadzieję, że ciotka Sophia już pojechała. Nie zdziwiłabym 

się,   gdyby   zażądała   ode   mnie   szczegółowej   relacji   z   naszej   nocy 

176

background image

poślubnej.

Reeve zachichotał.
- Przecież nie mieliśmy nocy poślubnej, nie pamiętasz? Tego wieczoru 

padłaś jak kłoda, bo wypiłaś za dużo szampana.

- Bardzo śmieszne.
- Gotowa? - Reeve podniósł się z fotela.
Byłam   gotowa,   ale   odczuwałam   dziwną   niechęć   do   opuszczenia 

Brighton. I to nie tylko dlatego, że zasmakowałam w prywatności, którą 
hotel zapewniał nowożeńcom.

Czułam się tu bezpieczna.
Nie, nawet więcej niż to. Czułam, że Reeve był tutaj bezpieczny.
Miałam   okropne   przeczucie,   że   w   Wakefield   czyha   na   niego 

niebezpieczeństwo. Może ze strony Roberta. Może z jego własnej.

- Gotowa - powiedziałam z radosnym uśmiechem i pozwoliłam mu 

wziąć się pod ramię i wyprowadzić z pokoju.

* * *

W Wakefield powitano  nas po królewsku. Lord Bradford i mama, 

którzy najwyraźniej wyglądali naszego powrotu, zjawili się w holu, 
kiedy tylko przeszliśmy przez frontowe drzwi.

- Deborah! - wykrzyknęła mama i podbiegła, by mnie uścisnąć.
Zaśmiałam   się,   czując   z   jak   niezwykłą   siłą   objęła   mnie   swoimi 

szczupłymi ramionami.

- Nie było mnie tylko kilka dni, mamo - powiedziałam.
Odsunęła się i spojrzała mi w twarz.
Wiedziałam,   że   promieniuję   szczęściem.   Nawet   ja   byłam   w   stanie 

dostrzec emanujący ze mnie blask, kiedy spoglądałam w lustro.

Mama przestała marszczyć brwi i popatrzyła na mnie ze zdumieniem.
- Podobało ci się Brighton, Deb? - spytał lord Bradford uprzejmie. - 

Pogoda wam dopisała?

Rzuciłam okiem na Reeve’a, który stał za plecami swojego kuzyna. 

Mrugnął do mnie.

Co by powiedziała osoba tak sztywna jak lord Bradford na wieść, że 

prawie wcale nie zwiedziłam Brighton, ponieważ byłam zajęta czymś 
innym?

177

background image

- Bardzo mi się podobało, milordzie - odparłam.
- Chyba już czas, żebyś zaczęła mi mówić po imieniu, moja droga - 

oświadczył. - W końcu jesteśmy rodziną.

Nie chciałam nazywać go Bernardem.
- Dziękuję - powiedziałam jednak.
Uniósł brew, spoglądając na mnie, jakbym była dzieckiem.
- Bernardzie - dodałam.
Pokiwał głową z aprobatą.
-   Jestem   pewien,   że   chcecie   się   odświeżyć   po   podróży   -   przeniósł 

wzrok na Reeve’a. - Umieściłem was oboje w twoim pokoju.

Reeve skinął głową i wziął mnie pod ramię.
- Chodź, Deb.
Przeszliśmy przez hol i weszliśmy po dębowych schodach na górę. 

Pokój   Reeve’a   był   jednym   z   pierwszych   w   lewym   skrzydle   domu. 
Kiedy Reeve otworzył drzwi, pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w 
oczy, było wspaniałe łoże z zielonym, aksamitnym baldachimem. Jego 
kotary przywiązano do kolumn, żeby pozwolić na swobodny przepływ 
powietrza. Ściany, pokryte zielonym adamaszkiem, były obwieszone 
obrazami przedstawiającymi wiejskie krajobrazy Sussex. Na perskim 
dywanie stał obity jedwabiem szezlong, biurko, toaletka, dwa krzesła, 
również obite jedwabiem, i dwa duże rzeźbione słonie po obu stronach 
kominka.

Reeve zauważył, że się im przyglądam.
- Któryś z kuzynów żony Bernarda przysłał je z Indii - wyjaśnił.
Skinęłam   głową   i   podeszłam   do   toaletki,   żeby   zdjąć   kapelusz   i 

przyczesać   włosy.   Reeve   wyjrzał   przez   okno,   zakładając   ręce   za 
plecami.

Zamyślona, wpatrywałam się niewidzącym wzrokiem w swoje odbicie 

w lustrze.

- Reeve? - spytałam po chwili. - Czy podejrzewałeś kiedykolwiek, że 

twój kuzyn może być zainteresowany moją matką?

- Bernard? - Reeve odwrócił się w moją stronę.
- Tak.
- Nigdy o tym nie myślałem. Może i tak, Deb. Twoja matka jest jeszcze 

178

background image

piękną kobietą.

- Ile dokładnie Bernard ma lat?
- Około pięćdziesiątki, jak mi się wydaje - odparł Reeve.
- Pięćdziesiątki! - powiedziałam pogardliwie. - Toż to starzec.
Reeve wyglądał na rozbawionego.
-   Nie   taki   znowu   starzec,   Deb.   Zapewniam   cię,   że   większość 

pięćdziesięciolatków jest jeszcze dość... eee... sprawna.

Nie chciałam myśleć o Bernardzie w ten sposób, zwłaszcza z moją 

matką. To było obrzydliwe.

-   Nie   będzie   ci   przeszkadzało,   jeśli   mama   zamieszka   z   nami   w 

Ambersley? - spytałam szybko.

- Oczywiście, że nie - odparł zdumiony. - Od początku zakładałem, że 

tak się stanie.

Objęłam go i oparłam mu głowę na ramieniu. Przytulił mnie mocno.
Pocałowałam   go   w   podbródek,   gdyż   jego   szyję   zakrywał 

wykrochmalony na sztywno fular.

Pocałował mnie w czoło.
Staliśmy skąpani w świetle słonecznym, które wpadało przez okno. 

Poczułam   znajomy   ucisk   w   dolnej   części   ciała   i   odsunęłam   się   od 
Reeve’a.

- Spodziewają się nas na herbacie - powiedziałam.
Jastrzębie spojrzenie, jakim mnie obrzucił, wskazywało na to, że czuł 

się podobnie jak ja.

- Musimy tam iść? - spytał.
Pomyślałam o mamie.
- Tak.
- Trzeba nam było zostać w Brighton - mruknął.
Spojrzałam   na   piękną   sypialnię,   w   której   się   znajdowaliśmy,   i 

pomyślałam, że ja również wolałabym pozostać w tym anonimowym 
apartamencie w hotelu, w którym spędziliśmy pierwsze dni naszego 
małżeństwa.

- Tak. Ja też żałuję, że tam nie zostaliśmy.

* * *

To było bardzo dziwne uczucie ponownie stanąć twarzą w twarz z 

179

background image

ludźmi, z którymi mieszkałam przez ostatnie kilka tygodni. Nie było 
nas zaledwie trzy dni, ale tak się zmieniłam w tym czasie, że potrzebo-
wałam na nowo budować ze wszystkimi relacje.

Na szczęście lady Sophia wróciła już do swojego domostwa w Bath, 

ale to oznaczało, że teraz ja musiałam zająć jej miejsce u szczytu stołu, 
naprzeciwko lorda Bradforda. Bardzo się starałam, żeby nie pokazać po 
sobie, jak bardzo krępował mnie ten nowy przywilej.

Sally i Mary Ann regularnie spoglądały na mnie ukradkiem podczas 

trwania posiłku. Edmund Norton  rozmawiał z Harrym i Reevem o 
łodzi, którą miał zamiar kupić. Pani Norton konwersowała spokojnie z 
Bernardem i mamą, a pan Norton, siedzący po mojej prawej stronie, 
zabawiał rozmową mnie.

- Czy podczas wizyty w Brighton miała pani okazję zwiedzić pałac 

księcia regenta, lady Cambridge? - spytał.

Pomyślałam, że upłynie dużo czasu nim przyzwyczaję się do tego, że 

ludzie nazywają mnie lady Cambridge.

- Nie od wewnątrz - odparłam. - Ale z zewnątrz rzeczywiście robi 

imponujące wrażenie.

Prowadziliśmy   dalej   tę   uprzejmą   rozmowę,   podczas   gdy   na   stole 

kolejno pojawiały się łosoś, sarnina i pieczeń wieprzowa. Po deserze 
złożonym z owoców i migdałów panie udały się do salonu na herbatę.

- Ach, Deborah - zaczęła rozpływać się nade mną Sally - wyglądasz 

prześlicznie. Małżeństwo to musi być coś cudownego.

Mary Ann nic nie powiedziała, obserwowała mnie tylko.
- Bo tak jest, Sally - odparłam, uśmiechając się do młodej kuzynki 

Reeve’a. - Oczywiście pod warunkiem, że wyjdziesz za odpowiedniego 
człowieka.

Sally westchnęła głośno.
- Ty masz Reeve’a, szczęściaro. A gdzie my mamy znaleźć równie 

wspaniałych mężczyzn?

- Ależ, dziewczynki - upomniała je ostro pani Norton. - Niegrzecznie 

jest wypytywać o małżeńskie doświadczenia.

Mary Ann spuściła wzrok.
- Tak, mamo - powiedziała.

180

background image

Sally spojrzała na mnie, marszcząc nos. Mama wygładziła jedwab na 

swojej białej sukni wieczorowej.

- A jak wyglądają przygotowania do festynu? - spytałam.
Rozmawiałyśmy na ten temat, aż w pokoju pojawili się mężczyźni. 

Wtedy mama, Bernard oraz państwo Norton przeszli do małego stolika, 
żeby rozegrać partyjkę wista, a wszyscy pozostali postanowili przejść 
się po ogrodzie.

Sally i Edmund szli na czele, zatopieni w rozmowie na sobie tylko 

znane tematy. Wieczorne powietrze przynosiło nam dźwięk lekkiego 
śmiechu Sally, która droczyła się ze swoim rozmówcą, żartując z jego 
zamiłowania do łodzi.

Reeve otoczył mnie ramieniem, zatrzymał się i odwrócił nas oboje 

przodem do nadchodzących Harry’ego i Mary Ann. Oni też stanęli w 
miejscu i spojrzeli na nas.

- Tak się zastanawiałem, Harry - odezwał się Reeve. - Miałeś może 

jakieś wieści od Roberta?

Harry rzucił Reeve’owi ostre, przenikliwe spojrzenie.
- Tak właściwie - powiedział po chwili - to nie wiemy, gdzie on się 

obecnie znajduje.

Serce podskoczyło mi w piersi.
- Myślałem, że jest w Hampshire - ręka Reeve’a zacisnęła się na moim 

ramieniu.

Harry kopnął kupkę żwiru, którym była wysypana ścieżka, nie chcąc 

spotkać się wzrokiem z Reevem.

- Wyjechał stamtąd kilka dni temu i nikt nie wie, dokąd się udał.
W świetle zachodzącego słońca było widać, że Harry nadal wpatruje 

się w ziemię. Znowu zaczął kopać żwir.

- Deb powiedziała mi, co Robert chciał jej zrobić - odezwał się Reeve 

ciężkim głosem. - Więc nie musisz już udawać.

Harry spojrzał na mnie. Pokiwałam głową.
- Co Robert chciał ci zrobić, Deborah? - spytała cicho Mary Ann.
Nikt się nie odezwał.
- Próbował ją zgwałcić - odparł po chwili Harry. - Bójka w Fair Haven 

nigdy   nie   miała   miejsca.   Robert   włamał   się   do   pokoju   Deborah   i 

181

background image

zaatakował ją. Pani Woodly usłyszała jej wołanie o pomoc, przybiegła i 
uderzyła Roberta w głowę wazonem. To dlatego mój ojciec wysłał go 
natychmiast do Hampshire i zabronił mu wracać na ślub.

Mary Ann wyglądała na wstrząśniętą.
- Mój Boże, Deborah! Co za straszliwe przeżycie!
- To prawda - przyznałam, przełykając ślinę.
Dłoń Reeve’a na moim ramieniu była całkowicie sztywna.
-   Z   pewnością   Robert   nie   będzie   już   więcej   próbował   czegoś 

podobnego. Musi chyba zdawać sobie sprawę, że byłby pierwszym 
podejrzanym, gdyby coś złego przytrafiło się mnie lub Reeve’owi.

Wyraz twarzy Harry’ego przeraził mnie.
- Robert jest nieobliczalny, Deborah - oświadczył. - To stało się dla 

mnie jasne w momencie, kiedy posunął się aż do próby gwałtu - Potarł 
powieki dłonią, jak gdyby w ten sposób mógł odgonić obraz, stający 
mu przed oczami. - To tak, jak gdyby nienawiść, którą żywi do Reeve’a, 
pożerała go od środka. To prawda, że zawsze był odrobinę gwałtowny, 
ale teraz... Teraz całkowicie wymknął się spod kontroli.

Reeve stał koło mnie, nic nie mówiąc.
- Nie rozumiem - powiedziała Mary Ann. - Dlaczego Robert miałby aż 

tak bardzo nienawidzić Reeve’a?

- Nie wiem - odparł Reeve.
- Mój ojciec ma dopiero czterdzieści sześć lat - powiedział Harry. - 

Robert nie jest chyba aż tak głupi, by myśleć, że na wypadek twojej 
śmierci mógłby szybko przejąć tytuł lorda Cambridge.

Czterdzieści sześć!  pomyślałam  zszokowana.  Reeve mówił,  że  lord 

Bradford ma co najmniej pięćdziesiąt lat!

- Może twój ojciec też powinien zacząć na siebie uważać - stwierdził 

Reeve.

Harry szeroko otworzył oczy ze zdumienia.
- Chyba nie sądzisz, że...
- Nie wiem - powtórzył Reeve. - Kto wie, co może Robertowi chodzić 

po głowie?

Zapadła pełna napięcia cisza. Po chwili jednak Reeve otrząsnął się z 

zamyślenia i odwrócił się w moją stronę.

182

background image

- Musimy przedsięwziąć środki ostrożności - oznajmił stanowczym 

głosem. - Przede wszystkim musisz pamiętać, by nigdy nigdzie nie 
chodzić w pojedynkę. Słyszysz, Deb?

- Słyszę, Reeve - odparłam spokojnie.
Nagle dobiegł nas głos Sally.
- Nie chciałbym, żeby moja siostra czy Edmund dowiedzieli się o całej 

tej sprawie - powiedział pospiesznie Harry.

Reeve   skinął   głową   na   znak   zgody.   Po   chwili   zaczęłam   radośnie 

rozprawiać o tym, jak bardzo pragnęłabym wrócić jeszcze kiedyś do 
Brighton, żeby obejrzeć wnętrze pałacu księcia regenta.

* * *

Po powrocie do domu przebrałam się w garderobie w koszulę nocną. 

Reeve  wykorzystał   w  tym  celu  sypialnię.  Kiedy  tam  weszłam,  jego 
lokaja już  nie było. Reeve  stał przodem do  kominka, wpatrzony  w 
jednego z indyjskich słoni. Miał na sobie elegancki szlafrok z czarnego 
jedwabiu i z doświadczenia wiedziałam, że pod spodem był nagi.

Na dźwięk zamykających się drzwi odwrócił się w moją stronę.
Ja   z   kolei   byłam   ubrana   w   biały   płócienny   szlafroczek,   a   Susan 

wyszczotkowała   mi   włosy,   które   teraz   opadały   kaskadą   loków   na 
plecy.

Reeve spojrzał na mnie z zachmurzoną twarzą.
- Twoje włosy mają kolor księżycowej poświaty - powiedział.
Jego   romantyczne   słowa,   skontrastowane   z   wyrazem   jego   twarzy, 

zbiły mnie z tropu.

-   Myślisz,  że  Robert   odważy   się  wrócić   tutaj   po   tym,   co   zrobił?  - 

spytałam niepewnie.

- Może i nie wróci do domu, ale nic nie jest w stanie powstrzymać go 

przed   potajemnym   powrotem   w   tę   okolicę   -   odparł   Reeve   z 
niezmienionym wyrazem twarzy.

Przeszedł mnie dreszcz, mimo że noc była ciepła.
- Nie żartowałem, mówiąc ci, że nie powinnaś nigdzie chodzić sama - 

powiedział Reeve.

- Wydaje mi się, że teraz jestem już bezpieczna. Robert powiedział, że 

chciał mnie zgwałcić tylko dlatego, żeby mieć mnie przed tobą.

183

background image

- Jezu Chryste - jęknął Reeve w desperacji i zamknął oczy.
Nawet nie upomniałam go za bluźnierstwo.
- Martwię się raczej o ciebie - powiedziałam.
Reeve otworzył oczy i wyciągnął do mnie ramiona. Zanurzyłam się w 

jego objęciu.

- Nie rozumiesz, Deb? - westchnął, opierając policzek na czubku mojej 

głowy. - Robert chce zostać hrabią Cambridge. Teraz, kiedy jesteśmy 
już małżeństwem, ty stałaś się dla niego największym zagrożeniem.

- Nie rozumiem.
- Jeśli urodzisz nam syna, Robert zostanie całkowicie usunięty z linii 

sukcesyjnej.

Reeve był tak spięty, że prawie czułam, jak jego ciało wibruje w moim 

uścisku.

- Ależ Reeve, przecież jesteśmy małżeństwem dopiero od tygodnia!
- Wystarczy jeden raz - usłyszałam ponurą odpowiedź.
Przycisnęłam policzek do jego ramienia.
-   Zostajemy   w   Wakefield   jeszcze   tylko   kilka   dni.   Będę   na   siebie 

uważać - obiecałam, próbując go pocieszyć.

Nie poczułam jednak, by się rozluźnił.
- Nie powinienem był się z tobą żenić. W ten sposób znalazłaś się w 

niebezpieczeństwie.

- Już wystarczy.
Uwolniłam się z jego uścisku i spiorunowałam go wzrokiem.
- Nie chcę tego nigdy więcej słyszeć, Reeve. Rozumiesz?
Spojrzał na mnie posępnie.
Stwierdziłam, że należy zmienić temat, by zwrócić jego myśli na inne 

tory.

- Chciałam cię o coś spytać. Powiedziałeś mi dzisiaj, że twój kuzyn ma 

pięćdziesiąt lat, ale według Harry’ego ma zaledwie czterdzieści sześć.

Reeve wyglądał na całkowicie zaskoczonego zmianą tematu.
- Pięćdziesiąt, czterdzieści sześć. Co za różnica, Deb?
- Różnica czterech lat - powiedziałam surowo.
Nagle go oświeciło.
- Czyżbyśmy wracali do tej sprawy z Bernardem i twoją matką?

184

background image

- Zgadza się - poinformowałam go.
Włożył ręce do kieszeni szlafroka i wzruszył ramionami.
- Nawet jeśli Bernard rzeczywiście byłby zainteresowany twoją matką, 

to co w tym złego?

- Wszystko! - wykrzyknęłam. - Drogi Boże, Reeve, przypomnij sobie, 

jak ciebie traktował przez te wszystkie lata!

- Robił to, co uważał za najwłaściwsze - odparł Reeve z cierpliwością. - 

To nie jest zły człowiek.

- Może i nie. Ale z pewnością nie jest to mężczyzna dla mojej matki.
Zapanowała cisza.
- A kto jest właściwym mężczyzną dla twojej matki? - spytał Reeve, 

spoglądając na mnie z troską.

Poczułam, jak całe moje ciało sztywnieje.
- Na pewno nie twój kuzyn!
Reeve zmarszczył lekko brwi, nadal wpatrując się we mnie.
- Twoja matka ma pełne prawo ponownie wyjść za mąż, jeśli będzie 

miała   na   to   ochotę   -   powiedział   łagodnym   tonem.   -   Nie   możesz 
oczekiwać, że spędzi resztę życia, będąc tylko twoją matką i nikim 
więcej.

-   Nigdy   nie   mówiłam,   że   tego   właśnie   oczekuję!   -   odparłam   ze 

wściekłością.

Reeve nie odpowiedział, spoglądał tylko na mnie z wyrazem twarzy, 

który zupełnie mi się nie podobał.

- Miałyście siebie nawzajem przez tyle czasu, że zdaję sobie sprawę, iż 

musicie być ze sobą bliżej niż większość matek i córek...

- Przestań! - przerwałam mu. - Żałuję, że w ogóle zaczęłam o tym 

mówić, jeśli masz zamiar kontynuować w ten sposób. Po prostu nie 
uważam,   by   lord   Bradford   i   moja   mama   pasowali   do   siebie.   To 
wszystko.

Odwróciłam się do niego plecami i podeszłam do okna. Lampy na 

patio   były   już   zgaszone,   a   ogród   pogrążony   w   całkowitych 
ciemnościach.

- W porządku - usłyszałam zza pleców cichy głos Reeve’a.
Poczułam zapach kwiatów, których nie mogłam dojrzeć.

185

background image

Jesteś ostatnią osobą, z którą należy rozmawiać o opiekowaniu się własną 

matką.

Kiedy   tylko   to   pomyślałam,   przeraziłam   się   i   zawstydziłam. 

Odwróciłam się od okna i uśmiechnęłam do niego.

- Przepraszam, że na ciebie krzyknęłam. Nie chciałam.
Reeve ponownie wyciągnął do mnie ramiona.
- Kochaj mnie, Deb - powiedział z tęsknotą w głosie. - Kochaj mnie.
Podbiegłam do niego.
Uścisnął mnie mocno i mimo że sprawiał mi ból, nie zaprotestowałam. 

Po  chwili  nagły  dreszcz  przebiegł  jego   ciało.   Potem   uniósł  mnie  w 
ramionach i zaniósł do łóżka.

Rozdział osiemnasty

Reeve   obudził   mnie   pocałunkiem   wcześnie   następnego   ranka. 

Otworzyłam oczy i zobaczyłam go, nachylonego nade mną, ubranego 
w strój do konnej jazdy.

- Wybieram się z Harrym na przejażdżkę - powiedział. - Śpij dalej, 

Deb.

Biorąc pod uwagę fakt, że przez większą część nocy nie dawał mi 

zasnąć,   uznałam,   że   mam   prawo   odpocząć   jeszcze   trochę. 
Uśmiechnęłam się do niego śpiąco i na powrót zamknęłam oczy, kiedy 
wyszedł z pokoju.

Obudziłam   się   o   dziewiątej   trzydzieści,   ubrałam   się   i   zeszłam   na 

śniadanie do jadalni. Mama i lord Bradford już tam byli. Popijali kawę 
siedząc w oknie wykuszowym, gdzie ustawiono okrągły dębowy stół. 
Byli pogrążeni w rozmowie.

Zmarszczyłam brwi. Wcale nie chodziło o to, żebym nie chciała dzielić 

się z nikim matką. Po prostu nie uważałam, by lord Bradford był dla 
niej dobrą partią.

Nie   podobało   mi   się   to   pełne   ciepła   spojrzenie,   którym   mama 

obdarzała go za każdym razem, kiedy na niego patrzyła.

- Dzień dobry - powiedziałam złowrogo.
Mama odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła się.
- Dzień dobry kochanie. Dobrze ci się spało?

186

background image

W   oczach   lorda   Bradforda   zauważyłam   błysk   rozbawienia   tym 

naiwnym   pytaniem   i   poczułam,   jak   znamienny   rumieniec   pokrywa 
moje policzki.

- Dobrze - odpowiedziałam.
- A gdzie się podziewa Reeve? - spytała, szukając wzrokiem za moimi 

plecami, jak gdyby się spodziewała, że mój  mąż za chwilę się tam 
zmaterializuje.

- Udał się z Harrym na przejażdżkę - odparłam.
- Z pewnością Harry chciał podzielić się z nim wiadomością, że we 

wrześniu   zaczyna   studiować   w   Londynie,   w   Royal   College   of 
Physicians.

Spojrzałam na Bernarda.
-   To   prawda?   -   spytałam.   -   Zmieniłeś   zdanie   co   do   przyszłości 

Harry’ego?

- Zmieniłem zdanie - przyznał lord Bradford.
Nie patrzył na mamę, ani ona na niego, ale po sposobie, w jaki unikali 

nawzajem swojego wzroku, od razu wszystkiego się domyśliłam.

- Cieszę się - oznajmiłam sztywnym tonem. - To coś, czego Harry 

zawsze pragnął. Uważam, że będzie z niego świetny lekarz.

- To właśnie dano mi do zrozumienia - westchnął lord Bradford.
Rzuciłam okiem na mamę, która spokojnie popijała kawę. Podeszłam 

do małego, dębowego kredensu i nałożyłam sobie jajka na szynce. Te 
conocne ćwiczenia sprawiały, że rano byłam bardzo głodna.

-   Wczoraj   wieczorem   dowiedzieliśmy   się   od   Harry’ego,   że   nie 

wiadomo,   gdzie   się   podział   Robert   -   powiedziałam,   wracając   z 
jedzeniem do stołu.

Lord Bradford się zachmurzył. Wyraz jego szarych oczu stał się nagle 

tak beznadziejnie smutny, że wbrew swojej woli poczułam dla niego 
ukłucie litości.

- To prawda - przytaknął. Machnął ręką, jakby chciał oddalić od siebie 

nieprzyjemną   wizję.   -   Obawiam   się,   że   nie   jestem   w   stanie 
zagwarantować ci bezpieczeństwa, na wypadek gdyby znalazł się w 
pobliżu ciebie. To samo, jeśli chodzi o Reeve’a. Oboje musicie bardzo 
uważać.

187

background image

- Myślisz, że Robert ma zamiar tu wrócić?
Nasze oczy się spotkały.
- Tak myślę.
Nagle sobie przypomniałam.
- Reeve! - wykrzyknęłam w panice. - Pojechał z Harrym. A jeśli Robert 

się gdzieś na niego zaczaił? A jeśli będzie chciał go zastrzelić?

Uspokajające „Nie martw się, kochanie” mamy zbiegło się z „Nic mu 

nie będzie, Deborah” lorda Bradforda.

Spojrzałam na niego z mieszaniną strachu i oburzenia.
- Jak możesz mówić, że nic mu nie będzie, jeśli właśnie przyznałeś, że 

Robert stanowi dla niego zagrożenie?

-   Może   i   Robert   posunął   się   dalej,   niż   pozwalają   na   to   normy 

cywilizowanego zachowania, ale nie jest głupi. Bez względu na to, jak 
bardzo chciałby mu zrobić krzywdę, Robert nie będzie narażał się na 
pobyt w więzieniu za morderstwo.

Lord Bradford potarł dłonią czoło. Zauważyłam, że mama obserwuje 

go z troską.

- Morderca nie może odziedziczyć tytułu i ziem człowieka, którego 

zamordował - wytłumaczył lord Bradford. - Robert będzie postępował 
ostrożnie.

* * *

Po śniadaniu zdecydowałyśmy wraz z mamą udać się do miasteczka 

na   jedno   z   ostatnich   spotkań   organizacyjnych   dotyczących   festynu, 
który miał się odbyć już za trzy dni. Jako że pogoda dopisywała, po-
stanowiłyśmy przejść się do stajni, zamiast czekać na dwukółkę przed 
domem.

Podczas spaceru mama wytłumaczyła mi, że wszystko jest już prawie 

gotowe na niedzielną zabawę. Szłyśmy wysypaną żwirem ścieżką w 
kierunku budynków mieszczących stajnie, a wokół nas rozciągały się 
połacie zielonego trawnika, opadające aż do pagórka leżącego poniżej 
domu.

Byłyśmy   już   prawie   na   miejscu,   kiedy   napotkałyśmy   Harry’ego, 

biegnącego z opuszczoną głową w stronę domu, mamroczącego pod 
nosem coś, co brzmiało jak stek przekleństw. Przez ramię przewiesił 

188

background image

sobie kurtkę, a fular miał owinięty wokół szyi jak szalik. Jego koszula i 
spodnie były całkowicie przemoczone. Kiedy szedł, woda chlupotała 
mu w butach. Nikt mu nie towarzyszył.

- Harry! - zawołałam. - Gdzie jest Reeve?
Harry zatrzymał się, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ktoś 

stoi na jego drodze. Spoglądał to na mnie, to na mamę.

- Gdzie jest Reeve? - powtórzył z sarkazmem w głosie. - Nie mam 

pojęcia, Deborah. Kiedy tylko dotarliśmy do brzegu, wskoczył na konia 
i pogalopował, jakby goniło go sto diabłów. Myślałem, że może wrócił 
do domu, ale w stajni dowiedziałem się, że jeszcze go nie ma.

- Co się stało? - spytałam, wskazując na jego mokre ubranie. - Dlaczego 

jesteś   całkowicie   przemoczony?   Czy   zdecydowaliście   obaj,   że 
popływacie sobie dzisiaj o poranku w ubraniach?

Harry przeczesał palcami swoje schnące kędziory, które opadały mu 

na czoło.

-   Tak,   popływaliśmy   sobie   -   odparł.   -   Tylko   wszystko   wyglądało 

trochę inaczej, niż to sobie wyobrażałem.

Zrobiło mi się niedobrze.
- Opowiedz, co się stało.
- Deborah - upomniała mnie cicho mama. - Pozwól mu się najpierw 

przebrać.

- Nie - zaprotestowałam. - Chcę wiedzieć teraz. Co się stało, Harry?
Harry przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Chlupnęło mu w 

butach.

- Wczoraj wieczorem spytałem Reeve’a, czy nie chciałby przejechać się 

ze mną o świcie konno - zaczął. - Chciałem się z nim podzielić dobrą 
wieścią.

- Wiemy, o co chodzi - powiedziałam, kiwając głową.
-   A   więc   spotkaliśmy   się   przy   stajniach   o   siódmej   trzydzieści   i 

postanowiliśmy pojechać na Wyspę Charlesa. Był akurat odpływ, więc 
mogliśmy swobodnie puścić się galopem po plaży.

Powiał lekki wietrzyk i Harry zadrżał. Nie miałam jednak zamiaru 

pozwolić mu odejść, póki nie dowiedziałam się, co się stało.

- Tak? - spytałam nieustępliwie.

189

background image

- Pojechaliśmy na Wyspę Charlesa i pogalopowaliśmy wzdłuż brzegu. 

Po   jakimś   czasie   zsiedliśmy   z   koni   i   kiedy   się   przechadzaliśmy, 
oznajmiłem Reeve’owi, że jesienią rozpoczynam naukę w Royal College 
of Physicians.

-   To   wspaniała   wiadomość,   Harry   -   powiedziałam   odruchowo.   - 

Bardzo się cieszę.

- Dziękuję. Reeve też się cieszy. - Harry ponownie przeczesał palcami 

potargane włosy. - Kiedy tak sobie szliśmy, Reeve powiedział „Może 
uczcimy to kąpielą w morzu?”.

W   dłoniach   trzymałam   torebkę   z   miękkiej   skóry.   Wbiłam   w   nią 

paznokcie.

- A ty się zgodziłeś? - spytałam.
Harry pokiwał głową.
- Pogoda była wspaniała, a kiedy byliśmy mali, często kąpaliśmy się w 

czasie odpływu w tym miejscu. Reeve wydawał się być wyjątkowo 
beztroski, co wprawiło mnie w radosny nastrój. Poczułem się, jakbyśmy 
znowu byli małymi chłopcami. Zrzuciliśmy więc ubrania i weszliśmy 
do wody.

- Zakładam, że oboje dobrze pływacie - odezwała się cicho mama.
- Tak, obaj dobrze radzimy sobie w wodzie - odparł. - Ale minęło 

sporo czasu, od kiedy pływaliśmy tam po raz ostatni, więc nie miałem 
zamiaru oddalać się zbytnio od brzegu.

Znowu poczułam ściskanie w żołądku.
- I co się stało? - spytałam z obawą.
Harry potrząsnął głową, jakby nadal nie mógł uwierzyć w to, co miał 

zamiar nam powiedzieć.

-   Byliśmy   w   pobliżu   Skalnej   Czaszki,   w   miejscu,   gdzie   woda   jest 

głęboka, ale gdzie można szybko wrócić na brzeg. Wtedy nagle Reeve 
powiedział do mnie „Spróbuję dopłynąć do Fair Haven”.

Wstrzymałam oddech.
- Fair Haven? - spytała mama z przerażeniem. - Chciał przepłynąć 

przez zatokę?

- Dokładnie tak - potwierdził Harry ponuro.
Reeve   żyje,   pomyślałam.   Tylko   nie   wpadaj   w   panikę,   Deborah. 

190

background image

Przecież Harry już wcześniej powiedział, że Reeve żyje.

Mimo to moje serce biło jak szalone.
- Odbił się od brzegu, nim zdołałem go powstrzymać - ciągnął Harry. - 

Nie wiedziałem, co robić. Obawiałem się, że gdybym popłynął za nim i 
próbował zmusić go do zawrócenia, obaj moglibyśmy utonąć. W końcu 
zdecydowałem, że potrzebna mi jest łódź.

- Łódź? - powtórzyła mama słabym głosem.
Harry ponownie przestąpił z nogi na nogę i znów dało się słyszeć 

chlupotanie.

- Popłynąłem z powrotem do brzegu - powiedział, patrząc mi w oczy. 

- Wskoczyłem na konia i pogalopowałem jak najszybciej do Fair Haven. 
Tam wynająłem jedną z łodzi rybackich, zmusiłem do tego jej wła-
ściciela   prawie   siłą,   ponieważ   z   początku   nie   chciał   się   zgodzić. 
Wypłynąłem na zatokę. W oddali było widać Reeve’a; najwyraźniej 
zaczynał się męczyć.

- O, Boże - szepnęłam.
- Mogę cię zapewnić, że nigdy w życiu nie wiosłowałem tak szybko - 

powiedział Harry. - Machałem rękami, jakby moje zbawienie od tego 
zależało. Kiedy w końcu do niego dotarłem, widziałem, że z trudnością 
łapie oddech i ledwie utrzymuje się na wodzie. Mimo to nie chciał 
wejść do tej przeklętej łodzi.

- Jak to? - spytała mama.
- Powiedział, żebym dał mu spokój, że uda mu się dotrzeć do Fair 

Haven.

- Drogi Boże - powiedziałam, zakrywając usta dłonią.
- Dla mnie było dość jasne, że jeśli go zostawię, to się utopi, więc przez 

kilka minut płynąłem obok niego. Kiedy wreszcie całkowicie opuściły 
go siły i nie był już w stanie ruszać rękami i nogami, wciągnąłem go do 
łodzi.

- Czy pomagał ci w tym? - spytałam głosem, który wydawał się nie 

należeć do mnie.

Harry spojrzał na mnie, jakby się zastanawiał, czy należy powiedzieć 

mi prawdę.

- Muszę to wiedzieć - nalegałam. - Od tego zależy, w jaki sposób będę 

191

background image

musiała wobec niego postąpić. Czy pomagał ci przy wciąganiu go do 
łodzi?

- Nie - odparł Harry. - Wcale mi nie pomagał. Tak właściwie to chciał, 

bym pozostawił go w wodzie.

Niewidzącym   wzrokiem   zapatrzyłam   się   w   przestrzeń   za   plecami 

Harry’ego. Mama spojrzała na mnie.

- Co się stało, kiedy dotarliście do brzegu? - spytała.
- Reeve był na mnie wściekły. Kiedy odzyskał oddech na tyle, by 

mówić,   zaczął   mnie   przeklinać.   Powiedział,   że   jestem   gnuśnym 
staruszkiem bez żyłki sportowca.

- On wcale tak nie myśli - zapewniłam Harry’ego.
- Wiem - odparł. Miał smętny wyraz twarzy. - Próbował się zabić i był 

na mnie zły, bo go przed tym powstrzymałem. Dlatego tak się wściekł.

To było okropne uczucie usłyszeć od kogoś to, czego obawiałam się 

najbardziej.

Między naszą trójką zapadła ciężka cisza.
- A co stało się później? - spytałam w końcu.
-   Reszta   naszych   ubrań   oraz   koń   Reeve’a   pozostały   na   Wyspie 

Charlesa, więc wróciliśmy tam razem na moim wierzchowcu. Reeve się 
ubrał, wskoczył na siodło i tyle go widziałem. Myślałem, że skierował 
się do domu, zważając na jego wyczerpanie oraz to, że jego ubranie jest 
całkowicie przemoczone. Najwyraźniej jednak tak się nie stało.

- Dziękuję, Harry. Ocaliłeś mu życie - powiedziałam.
Harry znów się zdenerwował.
- Wydaje się, że cała moja rodzina zwariowała! Brat gdzieś szaleje, mój 

ulubiony kuzyn chce się topić... Co się tu dzieje?

Pomyślałam   o   słowach,   które   Reeve   wypowiedział   poprzedniego 

wieczora. Nie powinienem był się z tobą żenić.

- Nie rozumiesz? - powiedziałam ponuro. - Reeve uważa, że biorąc ze 

mną ślub, naraził mnie na niebezpieczeństwo ze strony Roberta.

Harry spojrzał na mnie. Złość zniknęła z jego twarzy.
-   Uważa,   że   Robert   będzie   chciał   się   ciebie   pozbyć,   nim   urodzisz 

dziecko, które na  zawsze pozbawi go możliwości przejęcia tytułu  - 
powiedział beznamiętnie.

192

background image

- Tak.
Harry zaklął. Potem spojrzał na mamę i przeprosił. Potrząsnęła tylko 

głową.

- Wszyscy mieliśmy nadzieję, że jeśli Reeve się z tobą ożeni, zapomni o 

swoich dawnych troskach - westchnął Harry. - Wygląda jednak, że to 
jeszcze nie koniec.

Uniosłam dłonie, jakbym chciała zasłonić twarz przed słońcem.
- Na to wygląda.
- Musisz coś z tym zrobić, Deborah - powiedział Harry. - On był dzisiaj 

naprawdę   zdesperowany.   Nie   zdziwiłbym   się,   gdyby   znowu   chciał 
spróbować czegoś takiego.

- Porozmawiam z nim - zapewniłam.
- Wydaje się ciebie słuchać - powiedział z powątpiewaniem.
-   Porozmawiam   z   nim   -   powtórzyłam.   -   Wątpię,   by   jego   poranny 

wyczyn był zaplanowany. Myślę, że chciał raczej skorzystać z okazji.

- Najadłem się przez niego dużo strachu.
- Wiem.
Zrezygnowałyśmy z mamą z przejażdżki do miasteczka i wróciłyśmy 

do domu z Harrym, by poczekać tam na Reeve’a. Harry uznał, że nie 
ma sensu wysyłać ludzi na poszukiwania. Był pewien, że Reeve nie 
pojechał żadną z głównych dróg, ale że błądzi gdzieś po wzgórzach. 
Mogliśmy mieć jedynie nadzieję, że nie próbował wyrządzić sobie w 
żaden sposób krzywdy.

Niestety,   wchodząc   do   budynku   od   tyłu   napotkaliśmy   lorda 

Bradforda.   Wystarczyło   mu   jedno   spojrzenie   na   nasze   twarze   i 
przemoknięte   ubranie   Harry’ego,   by   wziąć   nas   w   krzyżowy   ogień 
pytań.   W   końcu   udaliśmy   się   wszyscy   do   salonu,   gdzie   Harry   po-
nownie opowiedział, co się wydarzyło. Jak było do przewidzenia, lord 
Bradford wpadł we wściekłość.

- Co jest nie tak z tym chłopcem? - zawołał. Chodził nerwowo po 

pokoju,   naprzeciwko   palisandrowego   kominka.   -   Ma   jedną   z 
najlepszych pozycji w kraju. Ma żonę, którą kocha. Tyle rzeczy, dla 
których warto żyć.

Przestał chodzić i spojrzał na nas, zgromadzonych wokół niego, jak 

193

background image

ludzie obserwujący groźnego niedźwiedzia.

- Najwyraźniej dużo mu brakuje do zrównoważonego stanu ducha, 

który już mu przypisywałem.

Chciałam   wystąpić   w   obronie   Reeve’a,   ale   moja   mama   zaskoczyła 

mnie odzywając się pierwsza:

-   Jesteś   niesprawiedliwy,   Bernardzie.   Reeve   chce   jedynie   chronić 

Deborah. Oczywiście robi to w zupełnie niewłaściwy sposób, ale ma 
szczytne zamiary.

-   Każdy,   kto   chce   uchylić   się   od   odpowiedzialności   poprzez 

samobójstwo, jest tchórzem, Elizabeth.

Zacisnęłam pięści i otworzyłam usta, by odpowiedzieć na te zarzuty, 

ale mama potrząsnęła głową. Z trudnością powstrzymałam język.

- Reeve jest jednym z najodważniejszych młodych ludzi, jakich znam - 

stwierdziła   stanowczo   mama.   Bez   trudu   wytrzymywała   kontakt 
wzrokowy z lordem Bradfordem. - Czy zdajesz sobie sprawę, że nim 
umarł jego ojciec, Reeve był przez niego bezustannie obciążany winą za 
śmierć   matki?   -   Usta   mamy   zacisnęły   się   na   moment.   -   Deborah 
opowiadała mi czasami, co lord Cambridge mówił swojemu synowi, i 
po prostu nie mogłam uwierzyć, by jakikolwiek ojciec mógł być aż tak 
okrutny wobec własnego dziecka. To cud, że Reeve wyrósł na takiego 
miłego i troskliwego młodego mężczyznę.

Lord Bradford zmarszczył brwi.
-   Reeve   miał   zaledwie   piętnaście   lat,   kiedy   wywrócił   powóz   - 

oświadczył szorstko. - To był tragiczny wypadek, nic więcej. Zawsze 
uważałem, że Helen musiała być szalona, że w ogóle pozwoliła mu 
wziąć wodze do ręki.

- Oczywiście, że tak było - zgodziła się mama. - Ale nie to słyszał 

Reeve od swojego ojca. Słyszał jedynie, że zabił swoją matkę. A teraz 
myśli, że może być odpowiedzialny za śmierć Deb z rąk Roberta.

Zapadła cisza. Mama i lord Bradford nadal patrzyli na siebie.
- Rozumiem - powiedział w końcu lord Bradford. - Rozumiem.
- Reeve nie jest tchórzem - dodała mama. - Jest w desperacji.
Łzy napłynęły mi do oczu. Moja cudowna, cudowna matka. Nigdy 

wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak dobrze rozumiała 

194

background image

Reeve’a.

Na twarz lorda Bradforda powrócił cień.
-   To   mój   syn   jest   tchórzem,   Deborah   -   zwrócił   się   do   mnie.   - 

Przepraszam za to, co mówiłem o twoim mężu.

Nie byłam w stanie nic z siebie wykrztusić. Pokiwałam więc tylko 

głową.

- I co teraz zrobimy? - spytał lord Bradford. - Przecież nie możemy 

pozwolić, by chłopak się zabił!

Był najwyraźniej wstrząśnięty na myśl, że coś takiego mogłoby się 

wydarzyć. Pomyślałam, że w razie śmierci Reeve’a to właśnie on stałby 
się hrabią Cambridge. W takich okolicznościach niewielu innym lu-
dziom zależałoby na utrzymaniu Reeve’a przy życiu.

Odchrząknęłam i wreszcie udało mi się wydobyć z siebie głos.
- Porozmawiam z nim - powiedziałam. - Ale najlepszym sposobem na 

zapewnienie mu bezpieczeństwa byłoby zrobić coś z Robertem.

Lord Bradford stał się jeszcze bardziej posępny.
- Nic nie możemy z nim zrobić. Nie mogę nawet odciąć mu dopływu 

funduszy - ma własny spadek po matce.

Wpatrywałam się w silnego mężczyznę, stojącego naprzeciwko mnie.
- A więc będzie mógł swobodnie poruszać się po kraju, stanowiąc 

oczywiste zagrożenie dla Reeve’a... i dla mnie?

-   Deborah   -   powiedziała   mama.   -   Gdyby   istniał   jakiś   sposób,   by 

zabezpieczyć   cię   przed   Robertem,   Bernard   na   pewno   by   z   niego 
skorzystał.

- Moglibyśmy go związać i wsadzić na łódź płynącą do Australii - 

wycedziłam.

- Nie wydaje mi się, by to było wykonalne - stwierdził lord Bradford, 

marszcząc z dezaprobatą brwi. - W tej chwili nie wiemy nawet, gdzie 
on się znajduje.

Wiedziałam,   że   zachowuję   się   nieracjonalnie,   ale   opanował   mnie 

strach.

- Idę na górę - oświadczyłam. - Porozmawiam z Reevem, kiedy się 

tylko pojawi.

Wychodząc   z   pokoju,   czułam   na   plecach   wzrok   trojga 

195

background image

zaniepokojonych ludzi.

Rozdział dziewiętnasty

Reeve   wrócił   trzy   godziny   później.   Czekając   na   niego,   omal   nie 

wydeptałam   ścieżki   w   perskim   dywanie   zdobiącym   podłogę   naszej 
sypialni.   Kiedy   się   wreszcie   pojawił,   zdziwił   się   na   mój   widok. 
Zatrzymał się na progu, jak gdyby w drzwiach była szklana tafla.

- Och - powiedział, nadaremnie próbując przybrać lekki ton. - Jesteś 

tutaj, Deb?

- Tak - odparłam. - Czekałam na ciebie.
- Nie było takiej potrzeby - nadal próbował mówić swobodnie. - Kiedy 

rozstaliśmy się z Harrym, postanowiłem przejechać się jeszcze wśród 
wzgórz.

- Tak słyszałam - otaksowałam wzrokiem jego postać. - Widzę, że 

ubranie ci już wyschło.

Reeve zaczął się ostrożnie do mnie zbliżać, jakbym była nie do końca 

oswojonym zwierzęciem.

- Tak. Harry mówił ci, że kąpaliśmy się w morzu?
- Harry wszystko mi opowiedział.
Reeve przeciągnął palcami po włosach.
- Nie zwracaj na niego uwagi, Deb. Stwierdził, że tonę, ale zapewniam 

cię, że nic mi nie było. Dopłynąłbym do Fair Haven, gdyby nie on.

Zatrzymał   się   w   połowie   drogi   między   drzwiami   a   kominkiem. 

Patrzyliśmy na siebie.

- Harry powiedział, że ledwie łapałeś oddech, że nie byłeś w stanie 

nawet unieść rąk nad wodę.

- Przesadza.
- Nie sądzę, Reeve. Myślę, że Harry mówi prawdę.
- Nie zabronię ci myśleć tego, co myślisz. A teraz wybacz, poślę po 

Hammonda, żeby pomógł mi się przebrać.

- Za chwilę - powiedziałam nieustępliwie. - Najpierw porozmawiamy.
Potrząsnął głową.
- Nie chcę rozmawiać o tym, co się stało dzisiaj rano, Deb.
Podeszłam do drzwi i zamknęłam je.

196

background image

- Nie odejdę stąd. Jeśli chcesz wyjść, musisz odsunąć mnie siłą.
Reeve był wściekły.
- Może i jesteś moją żoną, ale na pewno nie strażnikiem! - krzyknął. - 

To, co robię, to tylko i wyłącznie moja sprawa. Zejdź mi z drogi!

Nie jestem dumna z tego, co zrobiłam potem, ale byłam w desperacji. 

Musiałam jakoś do niego dotrzeć. Pozwoliłam, by moje oczy wypełniły 
się łzami, które powoli zaczęły mi spływać po twarzy, znacząc policzki 
mokrymi strużkami.

W pokoju zaległa całkowita cisza.
- Nie rób tego, Deb - zachrypiał Reeve. - Proszę cię, nie rób tego.
- Nic na to nie poradzę - chlipnęłam. - Tak bardzo cię kocham, a ty 

chcesz mnie zostawić.

- Nie - odparł. - To nieprawda. Przecież wiesz, że ja też cię kocham. 

Proszę, nie płacz.

Zawsze przysięgałam sobie, że nigdy nie będę się starała sprawić, by 

Reeve  poczuł  się winny  z  jakiegokolwiek powodu,  ale teraz,  będąc 
przyparta do muru, musiałam wykorzystać ten atut do końca.

- Nie chciałabym dalej żyć, gdyby coś ci się przytrafiło - powiedziałam.
Po mojej twarzy nadal spływały łzy. Wyglądało, że sprawia mu to ból.
- To ja nie chcę, żeby tobie stało się coś złego, Deb. Nie rozumiesz?
-   Rozumiem   -   odparłam,   pociągając   nosem.   -   Widzę,   że   nadal 

obwiniasz się za śmierć matki i że boisz się, iż żeniąc się ze mną, 
naraziłeś mnie na niebezpieczeństwo.

Spojrzał   na   mnie   wzrokiem   zaszczutego   zwierzęcia,   ale   się   nie 

odezwał.

- Miałeś piętnaście lat, kiedy zginęła twoja matka, a jedyną osobą, 

która   obwiniała   cię   za   jej   śmierć,   był   twój   ojciec   -   powiedziałam.   - 
Nawet lord Bradford powiedział mi dzisiaj, że to był tylko tragiczny 
wypadek. - Zwilżył usta językiem, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie 
dałam   mu   dojść   do   słowa.   -   Musisz   wreszcie   zapomnieć   o   tym 
wypadku, Reeve! Nie możesz pozwolić, by to jedno zdarzenie rządziło 
twoim życiem. To nie była twoja wina! Sposób, w jaki ojciec traktował 
cię po śmierci matki, był haniebny. Wszyscy tak uważają.

Reeve potrząsnął przecząco głową.

197

background image

- To prawda - nalegałam. - W konsekwencji stałeś się tak przepełniony 

poczuciem   winy,   tak   obawiający   się,   by   nie   skrzywdzić   kolejnej 
ukochanej   osoby,   że   jesteś   gotowy   posunąć   się   do   czynów 
drastycznych, nawet do samobójstwa, by zapewnić mi domniemane 
bezpieczeństwo.

W oczach Reeve’a znowu pojawił się ognik gniewu.
- Cieszę się, że tak dobrze mnie rozumiesz - wycedził, próbując być 

sarkastyczny.

- Bo tak jest - odparłam.
Fałszywe łzy przestały płynąć mi po twarzy.
- Uważam też, że zachowujesz się wyjątkowo głupio - dodałam.
Reeve rozgniewał się na dobre.
- Odejdź od drzwi, Deb - powiedział. - Chcę wyjść.
- Czy przyszło ci kiedykolwiek na myśl, Reeve, że już noszę w sobie 

dziecko? - spytałam.

Jego podbródek drgnął minimalnie, jak gdyby ktoś go uderzył.
-   To   w   końcu   ty   powiedziałeś,   że   wystarczy   tylko   jeden   raz   - 

przypomniałam mu.

Cisza.
- Zostawiłbyś mnie w niezłej sytuacji, co? Noszącą w łonie twojego 

dziedzica, bez męża, z Robertem czyhającym gdzieś w ukryciu.

Dalej cisza.
-  Może powinieneś poczekać  kilka  tygodni, żeby  zobaczyć, jak  się 

sprawy mają, nim znowu będziesz próbował ze sobą skończyć.

Oczy pociemniały mu z emocji.
Stwierdziłam, że dałam mu wystarczająco dużo do myślenia.
- Możesz już zadzwonić po Hammonda - powiedziałam. - Ja idę na 

dół, przejść się z mamą po ogrodzie.

* * *

Kiedy   jednak   zeszłam   po   schodach,   dowiedziałam   się,   że   właśnie 

przybyli   z   wizytą   Richard   i   Charlotte.   Posłałam   na   górę   lokaja,   by 
poinformował o tym Reeve’a, który dołączył do nas dwadzieścia minut 
później w nienagannym stroju i o nieprzeniknionym wyrazie twarzy.

Poszliśmy całą czwórką do ogrodu, gdzie Richard opowiedział nam, 

198

background image

czego się dowiedział o perfidnych poczynaniach swego wuja. Przez te 
osiemnaście lat, kiedy to John Woodly zarządzał posiadłością, syste-
matycznie sprzeniewierzał powierzone mu fundusze.

- Czuję się takim głupcem - zwierzył się nam z zakłopotaniem Richard. 

- Wuj John sprawował pieczę nad księgami rachunkowymi, od kiedy 
byłem małym chłopcem, i zwyczajnie byłoby mi niezręcznie prosić go, 
by dał mi je do wglądu.

Charlotte poklepała go pocieszająco po ramieniu.
- To nie twoja wina, Richardzie.
Spojrzałam na jej atrakcyjną twarz o ostrych rysach i dużych zielonych 

oczach, i pomyślałam, że bardzo ją lubię.

- Czy wuj John wyrządził ci wiele szkód finansowych? - spytał Reeve.
-   Kilka   lat   zajmie   mi   odrobienie   strat   spowodowanych   jego 

kradzieżami - odparł z westchnieniem Richard. - Jednak te szkody da 
się naprawić. Na szczęście ojciec Charlotte był bardzo wyrozumiały. 
Pożyczy mi pieniądze na spłacenie bieżących rachunków.

- Co za parszywy łotr z tego Johna Woodly’ego - warknął Reeve. - 

Kiedy tylko pomyślę o tym, jak skazał Deb i jej matkę na życie w 
ubóstwie!

- Wiem - Richard zwrócił się w moją stronę z powagą na twarzy. - To 

najgorsza   rzecz   z   tego   wszystkiego,   Deborah.   Zło,   które   wam 
wyrządził.

Westchnęłam i powtórzyłam słowa Charlotte.
- To nie twoja wina, Richardzie.
Dotarliśmy do fontanny i przystanęliśmy. Mój brat spoglądał na mnie, 

a słońce przeświecało przez jego jasnobrązowe włosy i odbijało się od 
guzików kurtki do konnej jazdy.

-   Czy   Reeve   mówił   ci,   że   mam   zamiar   wypłacać   twojej   matce 

dożywotnią rentę?

- Tak, mówił. - Spojrzałam prosto w jego piwne oczy. - Stać cię na to, 

Richardzie?

- Uważam to za sprawę nadrzędną. Ostatecznie była żoną mojego ojca. 

Mam o niej bardzo miłe wspomnienia z dzieciństwa. Była taka śliczna i 
zabawna. Nigdy nie znałem własnej matki, a twoją kochałem bardzo. 

199

background image

Bardzo tęskniłem, kiedy odeszła. Ciebie też mi brakowało. Za jednym 
zamachem straciłem ojca, macochę i małą siostrzyczkę. To nie był dla 
mnie łatwy czas.

Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak wyglądało życie 

Richarda   po   naszym   odejściu.   Może   i   znalazłyśmy   się   w   trudnej 
sytuacji, ale przynajmniej miałyśmy siebie nawzajem. Biedny Richard 
został   natomiast   z   wujem   Johnem.   Pod   wpływem   impulsu 
pocałowałam brata w policzek.

- Teraz, kiedy już jesteśmy razem, zróbmy wszystko, by znów siebie 

nie stracić.

Richard uśmiechnął się do mnie smutno.
- Oczywiście.
- Jeślibyś miał kiedykolwiek w przyszłości problemy - odezwał się 

Reeve szorstkim głosem, którego używają mężczyźni, kiedy nie chcą 
być uznani za sentymentalnych - pamiętaj, że masz szwagra, który za-
wsze będzie skłonny ci pomóc.

- Dziękuję, Reeve - odparł Richard tym samym szorstkim tonem.
Wymieniłyśmy   z   Charlotte   rozbawione,   czułe   spojrzenia   mówiące: 

Ach, ci mężczyźni.

Nagle usłyszeliśmy kroki, chrzęszczące na wysypanej żwirem ścieżce. 

Odwróciwszy się, ujrzeliśmy Harry’ego zdążającego w naszą stronę. 
Powiedział, że podano już herbatę w salonie. Reeve i Richard poszli 
przodem i po chwili pogrążyli się w rozmowie. Charlotte szła u boku 
Richarda, a ja i Harry za nimi.

- Rozmawiałaś z nim? - szepnął do mnie Harry, patrząc na szerokie 

plecy Reeve’a.

- Tak.
- I?
Westchnęłam.
- Nie sądzę, by jeszcze próbował ze sobą skończyć. Przynajmniej przez 

jakiś czas. Ale po prostu musimy coś zrobić z Robertem!

- Wiem - zgodził się ze mną ponuro Harry. - Ale co? Przecież nie 

popełnił żadnego przestępstwa.

Chciało mi się krzyczeć.

200

background image

- Ale jest niebezpieczny! Wszyscy to wiedzą.
- Zgadzam się z tobą. Przecież nie można kazać aresztować człowieka 

tylko   dlatego,   że   wydaje   się   niebezpieczny,   Deborah.   Musiałby 
najpierw popełnić jakieś przestępstwo.

- Próbował mnie zgwałcić!
- Naprawdę chcesz zaciągnąć Roberta do sądu i oskarżyć go o to? 

Wyobrażasz sobie, jak splamiłoby to nasze nazwisko?

- Do diabła z nazwiskiem - syknęłam, starając się, by nikt z idących 

przed nami mnie nie usłyszał.

- Bądź realistką - przywołał mnie do porządku Harry. - Naprawdę 

uważasz,   że   Reeve   pozwoliłby   ci   wyznać   całemu   światu,   co   ci   się 
przytrafiło?

- Nie - odparłam po chwili namysłu.
Harry ujął mnie pod ramię i zwolnił kroku, aby oddalić się od grupy 

przed nami.

-   Zastanawiałem   się   -   powiedział   przyciszonym   głosem   -   czy   nie 

byłoby   lepiej,   gdybyście   zrezygnowali   z   uczestnictwa   w   festynie   i 
wrócili do Ambersley. W trakcie festynu będziecie jeszcze bardziej na-
rażeni na niebezpieczeństwo, znacznie trudniej będzie was chronić.

Muszę przyznać, że mnie także to martwiło. Byłam pewna, że Reeve 

będzie chciał wziąć udział w zawodach jeździeckich oraz w wyścigu 
łodziami.   Słysząc,   że   Harry   ma   podobne   obawy,   jeszcze   bardziej 
utwierdziłam się we własnych.

- Może masz rację - powiedziałam.
-   Porozmawiaj   z   Reevem.   Może   uda   ci   się   go   namówić,   byście 

natychmiast opuścili Wakefield - nalegał Harry.

Podjęłam decyzję.
- Dobrze, tak zrobię.
Po wypiciu herbaty Richard i Charlotte wrócili do domu, a Reeve i 

Harry wzięli strzelby i wyruszyli do lasu w poszukiwaniu grzywaczy. 
Okropnie   się   czułam,   tracąc   Reeve’a   z   oczu,   ale   z   drugiej   strony 
zdawałam   sobie   sprawę,   że   jest   bezpieczny,   póki   ma   towarzystwo, 
zwłaszcza jeśli jest to Harry.

Kiedy odjechali, poszłam poszukać lorda Bradforda. Znalazłam go w 

201

background image

końcu wraz z mamą w kuchennym ogrodzie.

Rozmawiali   o   ziołach,   które   mama   hodowała   przy   naszej   chatce. 

Namawiała lorda Bradforda, by również kazał posiać niektóre z nich w 
kuchennym ogrodzie.

Ha, pomyślałam cyniczne. Już widzę, jak lorda Bradforda obchodzą 

zioła.

Uświadomiłam   sobie,   że   kolejną   zaletą   naszego   wcześniejszego 

wyjazdu byłoby odciągnięcie mamy od lorda.

Podeszłam   do   nich,   uśmiechając   się   słodko,   i   powiedziałam,   co 

zaproponował Harry.

- Uważam, że to dobry pomysł - oświadczyłam. - Robert ma wiele 

powodów, by kręcić się w pobliżu Wakefield, natomiast żadnego, by 
jechać do Ambersley. Będziemy tam znacznie bezpieczniejsi.

- Oczywiście masz rację - zgodziła się od razu mama. - Jestem gotowa 

do wyjazdu w każdej chwili.

Lord Bradford zmarszczył brwi.
-   Może   chciałabyś   zostać   tutaj   jeszcze   kilka   dni,   Elizabeth   - 

zaproponował. - Obawiam się, że panie organizujące festyn mogą być 
bardzo zawiedzione, kiedy żadna z was się na nim nie pojawi.

Mama   się   zaróżowiła.   W   swojej   muślinowej   sukience   i   z   burzą 

loczków na głowie wyglądała jak mała dziewczynka.

- Nie wiem, czy to by było stosowne, Bernardzie - odparła.
- Nortonowie jeszcze zostają - przypomniał lord Bradford. - Poza tym 

jesteśmy   już   rodziną.   Nie   będzie   w   tym   niczego   niestosownego, 
zapewniam cię. Po festynie sam odwiozę cię do domu powozem.

Mama spojrzała na mnie z troską.
-   To   twoja   decyzja,   mamo   -   powiedziałam   sztywno.   -   Wiesz,   że 

bylibyśmy szczęśliwi, gdybyś mogła towarzyszyć nam do Ambersley. 
Zakładaliśmy, że tak będzie.

Mama znowu spojrzała na lorda Bradforda.
-   Mam   wrażenie,   że   Bernard   ma   rację,   twierdząc,   że   paniom   w 

miasteczku   może   być   przykro,   jeśli   żadna   z   nas   nie   pojawi   się   na 
festynie. Pracujemy nad nim razem już od kilku tygodni.

Ma zamiar zostać.

202

background image

Nie mogłam w to uwierzyć.
- Zrobisz, co będziesz uważała za słuszne - powiedziałam ponurym 

głosem.

Lord Bradford spojrzał na mnie przenikliwie.
- Nie będzie ci to przeszkadzało? - spytała mama nerwowo.
- Oczywiście, że nie.
Chciałam zerwać jeden z pomidorów rosnących nieopodal i rozkwasić 

go lordowi Bradfordowi na twarzy.

- W takim razie w porządku. Przyjmuję twoje zaproszenie, Bernardzie 

- mama zwróciła się do lorda Bradforda. - Zostanę na czas trwania 
festynu.

Pochylił głowę.
- Cieszę się, Elizabeth. To będzie dla mnie zaszczyt, gościć cię jeszcze 

przez jakiś czas u siebie.

Odwróciłam się na pięcie i poszłam z powrotem do domu. Od tej całej 

sprawy z lordem Bradfordem i mamą robiło mi się niedobrze.

* * *

Obiad   przebiegał   w   prawie   zupełnej   ciszy.   Uprzedziłam   wcześniej 

Harry’ego,   mamę   i   lorda   Bradforda,   by   nie   mówili   nic   o   naszym 
wcześniejszym   powrocie   do   Ambersley,   jako   że   nie   rozmawiałam 
jeszcze na ten temat z Reevem. Chciałam powiedzieć mu o tym dopiero 
wieczorem, już w łóżku.

Czułam,   że   mógłby   odebrać   wcześniejszy   wyjazd   jako   ucieczkę   i 

mogłoby mu się to nie spodobać. Z drugiej jednak strony, Reeve chciał 
mnie przecież chronić. Był to kolejny argument, który mogłam wy-
korzystać w tej sytuacji.

Doprawdy,   nie   zdawałam   sobie   wcześniej   sprawy   z   moich 

makiawelicznych   skłonności.   Biedny   Reeve.   Nie   wiedział,   w   co   się 
pakuje, żeniąc się ze mną.

Było już bardzo późno, kiedy usłyszałam jego kroki na schodach. On, 

Harry i Edmund grali w bilard i wypili pewnie też coś niecoś wina. 
Było   to   słychać   w   głosie   Reeve’a,   kiedy   mówił   Hammondowi   „do-
branoc”.

Wszedł do sypialni ze świecą w ręku. Zatrzymał się zdumiony, kiedy 

203

background image

zobaczył, że na moim stoliku przy łóżku pali się jeszcze lampka.

- Nie śpisz? Już po pierwszej.
- Czekałam na ciebie - powtórzyłam te same słowa, co wtedy, kiedy 

ostatnio spotkaliśmy się w tym pokoju.

- Chyba niewiele będzie ze mnie pożytku dziś wieczorem - westchnął. 

- Trochę wypiłem, rozumiesz.

Skinęłam głową obserwując, jak podchodzi do łóżka.
- Chciałam z tobą porozmawiać.
- To nie może zaczekać do jutra? - jęknął.
- Uważam, że jutro powinniśmy już wracać do domu, Reeve. Nie chcę 

zostawać na festynie. Chcę jechać do Ambersley.

Reeve rozwiązał swój jedwabny szlafrok i zrzucił go z siebie. Usiadł na 

łóżku koło mnie i nakrył się do pasa kocem.

- Myślałem, że musisz uczestniczyć w tym piekielnym festynie.
- Świetnie sobie poradzą beze mnie - odparłam. - Bez ciebie też. Nie 

należymy do okolicznej szlachty, jesteśmy tylko gośćmi. Bernard, Harry 
i Nortonowie wystarczą jako reprezentanci.

Reeve zmarszczył brwi, próbując zrozumieć moje racje.
- Ale dlaczego chcesz wracać do domu? - spytał.
- Boję się Roberta - wyznałam po prostu. - Kiedy myślę o nas pośród 

tych wszystkich ludzi... - Zadrżałam. - Niby powinniśmy właśnie być 
bezpieczni,   ale   z   jakiegoś   powodu   mam   złe   przeczucia.   Czuję   się 
raczej... narażona na atak z każdej strony. Nie chcę uczestniczyć w 
festynie,   Reeve.   Może   jestem   przewrażliwiona,   ale   nic   na   to   nie 
poradzę. Boję się.

- W takim razie wracamy do domu - zgodził się natychmiast. - Jeśli tak 

się czujesz.

- Dziękuję - szepnęłam.
- Kiedy chcesz stąd wyjechać? Jutro?
- A możemy?
- Chyba tak. Bernard nie będzie z tego powodu szczęśliwy, ale nic się 

na to nie poradzi - ziewnął.

Teraz wkraczałam na niebezpieczny teren.
-   Rozmawiałam   już   z   mamą   o   naszym   wcześniejszym   powrocie   - 

204

background image

zaczęłam niepewnie. - Uznała, że powinna zostać tu na czas trwania 
festynu, żeby jego uczestnicy nie poczuli się zupełnie opuszczeni. Więc 
wspomniała o naszym planie Bernardowi. Zgodził się na wszystko.

Reeve ziewnął.
- Na co się zgodził?
Alkohol zdecydowanie osłabiał jego umiejętność rozumowania.
- Nie szkodzi, że my wyjedziemy, a mama zostanie na czas trwania 

festynu   -   wytłumaczyłam.   -   Bernard   powiedział,   że   potem   sam 
odwiezie ją do Ambersley.

Reeve potarł dłonią czoło. Oczy same mu się zamykały.
- Deb, mogę już wyłączyć lampkę? - spytał.
- Tak.
Pokój pogrążył się w ciemnościach. Usłyszałam, jak Reeve przewraca 

się na drugi bok.

Pomyślałam   z   mieszaniną   bólu   i   współczucia,   że   prawdopodobnie 

upił   się   po   to,   by   mieć   wymówkę   żeby   się   ze   mną   nie   kochać. 
Prawdopodobnie   bał   się   teraz,   że   mogę   zajść   w   ciążę,   a   to   byłoby 
niepożądane   w   sytuacji,   kiedy   sprawa   z   Robertem   pozostaje 
niewyjaśniona. Naprawdę dobrze go rozumiałam. Tylko jak to zrobić, 
żeby sytuacja się zmieniła?

Rozdział dwudziesty

W nocy znad kanału La Manche nadciągnęła burzowa pogoda i kiedy 

się obudziłam, na niebie wisiały ciężkie szare chmury i wiał silny wiatr.

Byłabym zachwycona, gdybym mogła poleżeć trochę razem z Reevem, 

ale jego już nie było. Wiedziałam, że nie będzie z nim łatwo.

Susan czekała, by pomóc mi się ubrać, i poinformowała mnie, że lord 

Cambridge nakazał nie spieszyć się z pakowaniem. Chciał najpierw 
ocenić stan pogody. Kiedy zeszłam na dół i spytałam o Reeve’a, lokaj 
powiedział, że wybrał się z Harrym do jednego z dzierżawców lorda 
Bradforda, który skarżył się na sąsiada, pasającego swoje stada owiec 
na jego terenie.

Zdecydowałam, że pójdę do jadalni na śniadanie, ale nim usiadłam 

przy stole, wyszłam na chwilę na taras, żeby spojrzeć na niebo.

Wyglądało przepięknie, wzburzone szare chmury mknęły po nim z 

205

background image

niezwykłą szybkością. Wiatr szarpał roślinami w ogrodzie, ale ja stałam 
blisko domu, osłonięta z tyłu szklanymi drzwiami, a od prawej strony 
wysokim cisem, więc te gwałtowne powiewy zaledwie marszczyły mi 
spódnicę. Czułam silny zapach morza, a także nadchodzący deszcz.

Nie miałam zamiaru podsłuchiwać. Zbyt późno zdałam sobie sprawę, 

że   jestem   osłonięta   przed   wzrokiem   osób   w   jadalni   zasłonami, 
zaciągniętymi   na   oszklone   drzwi   balkonowe.   Ponieważ   jednak 
zostawiłam je za sobą lekko uchylone, kiedy wychodziłam na taras, 
słyszałam każde słowo z toczącej się wewnątrz rozmowy.

W   ten   sposób   niechcący   podsłuchałam   coś,   co   absolutnie   nie   było 

przeznaczone dla moich uszu.

Z początku szmer głosów nie zwrócił mojej uwagi. Myślałam, że po 

prostu ktoś wszedł, żeby zjeść śniadanie, i nie musiałam z tego powodu 
wracać   natychmiast   do   pokoju.   Wdychałam   świeże   powietrze   i   de-
lektowałam się uczuciem nadchodzącej burzy. Zawsze lubiłam, kiedy 
pogoda pokazywała pazur.

Nagle usłyszałam głos lorda Bradforda.
- Jesteś tak wrażliwa na uczucia innych, Elizabeth. Dlatego wiem, że 

musiałaś się zorientować, jak bardzo cię pokochałem.

Wtedy zdałam sobie sprawę, co się rozgrywa w pokoju  za moimi 

plecami. Zamarłam. Tego właśnie się obawiałam. Lord Bradford chciał 
mi ukraść matkę.

-   Nie,   Bernardzie,   proszę   cię,   nie   mów   tego   -   powiedziała   mama 

drżącym głosem.

Odmówi mu, pomyślałam z ulgą.
Dopiero w tym momencie uświadomiłam sobie, jak bardzo bałam się 

tego, że mama może odwzajemniać uczucia lorda Bradforda.

- Ale ja muszę to powiedzieć - kontynuował. - Kocham cię i chcę 

spędzić z tobą resztę życia. Wyjdziesz za mnie Elizabeth?

- Nie mogę, Bernardzie - powiedziała mama jeszcze bardziej drżącym 

głosem. - Nie mogę.

Uśmiechnęłam się.
- Ale dlaczego? - spytał. Jego głos był niezwykle łagodny. - Oferuję ci 

nie tylko miłość, ale też dom, miejsce, gdzie będziesz traktowana jak 

206

background image

należy.

Ona ma już dom, pomyślałam z oburzeniem. Niczego od ciebie nie 

potrzebuje.

- Proszę - błagała mama. - Nie mów tego.
Ja   zawsze   ją   traktowałam   jak   należy,   myślałam   coraz   bardziej 

oburzona, analizując to, co lord Bradford właśnie powiedział. Nikt nie 
mógłby traktować jej lepiej ode mnie!

- Miałem nadzieję, że ty z kolei mogłabyś dać mi swoją czułość - 

powiedział.

- Och, Bernardzie, naprawdę mi na tobie zależy - odparła mama. - Ale 

nie mogę za ciebie wyjść. Za nikogo nie mogę wyjść. Już nigdy.

W jej głosie zabrzmiała udręka. Zmarszczyłam brwi.
- Chodzi o Deborah? - spytał lord Bradford. - Wiem, że jest zazdrosna 

o uczucia, jakie wobec ciebie żywię, ale przecież ostatecznie się z tym 
pogodzi.

Zazdrosna? Co za bezczelność.
- Nie - odparła mama. - Nie chodzi o nią. Deborah nigdy nie stanęłaby 

na drodze do mojego szczęścia.

Poczułam się odrobinę winna.
- Nic więcej nie powiem - ciągnęła mama. - Musisz mi po prostu 

uwierzyć, kiedy ci mówię, że nie mogę za ciebie wyjść.

Wiatr  już   mocno  szarpał moją   spódnicą, pomimo   tego, że  osłaniał 

mnie cis.

- Za mnie, ani za nikogo?
- Zgadza się.
Po patio przeturlała się złamana gałąź. Wiatr obrywał z niej liście.
- Będziesz musiała mi powiedzieć dlaczego, Elizabeth - nakazał lord 

Bradford.

W jego głosie brzmiała żelazna determinacja.
- Nie mogę - odparła mama z desperacją.
- Posłuchaj mnie, serce. - Nie mogłam uwierzyć, że lord Bradford mógł 

wyrażać   się   tak   czule.   -   Cokolwiek   to   jest,   poradzimy   sobie   z   tym 
razem. Ale musisz mi powiedzieć.

Mama zatkała.

207

background image

Zacisnęłam pięści wbijając sobie paznokcie w dłonie.
- Ja po prostu nie mogę być żoną, Bernardzie. Nie... nie zniosłabym 

tego. Być dotykaną. Nie mogę...

Zaczęła szlochać. Chciałam wbiec do pokoju i przytulić ją mocno do 

siebie.

Wiatr   szarpał   gałęziami   cisu.   Robiły   one   taki   hałas,   że   ledwie 

słyszałam rozmowę w pokoju.

- Co się stało, Elizabeth, że czujesz się w ten sposób? - spytał lord 

Bradford niezwykle łagodnym tonem.

Usłyszałam stłumiony szloch mamy. To brzmiało, jakby przycisnęła 

do   czegoś   twarz.   Prawdopodobnie   wsparła   się   na   ramieniu   lorda 
Bradforda.

- To przez twojego męża?
Serce zabiło mi mocniej. Mój ojciec? Czyżby mój ojciec zrobił jej coś 

złego?

- Nie, to nie Edward - szepnęła mama. Zbliżyłam się do drzwi, by 

lepiej słyszeć. - To się stało, kiedy byłam jeszcze guwernantką. On... on 
wszedł którejś nocy do mojego pokoju. Włamał się. Powiedział, że jeśli 
komuś o tym powiem, to oddali mnie bez referencji. On... mój Boże, 
Bernardzie, tak mnie bolało. Tak się bałam.

Skamieniałam. Nie wierzyłam własnym uszom.
-   Czy   to   był   John   Woodly?   -   spytał   lord   Bradford   dramatycznym 

tonem.

Zasłoniłam usta dłonią, jak gdybym chciała stłumić krzyk, który za 

chwilę mógłby się wydobyć z mojego gardła.

- Tak - szepnęła po chwili mama.
Wiatr się wzmagał. Kilka kosmyków wysunęło mi się spod wstążki i 

teraz luźno powiewało koło mej twarzy.

-   Jaka   szkoda,   że   zniknął   -   powiedział   lord   Bradford   głosem,   od 

którego dreszcz przebiegł mi po plecach. - Chętnie wpakowałbym w 
niego kulkę.

Po raz pierwszy poczułam do niego szczerą sympatię.
- Zaraz po tym wydarzeniu - ciągnęła mama - Edward poprosił mnie o 

rękę. Nigdy mu nie powiedziałam, co mi zrobił jego brat.

208

background image

- Czemu nie? - spytał lord Bradford. - Takie bydlę jak on nie zasługuje 

na to, by go chronić.

- John na pewno by wszystkiemu zaprzeczył, a ja nie wiedziałam, 

komu prędzej Edward by uwierzył. Po prostu byłam tak szczęśliwa, że 
będę mieć męża, że nigdy więcej nie stanę się ofiarą mężczyzny w ro-
dzaju Johna. Ale potem, w moją noc poślubną... mój Boże, wszystko do 
mnie wróciło. - Mama znowu zaczęła łkać. - Nie chcę, byś i ty musiał to 
ze mną przechodzić, Bernardzie. To musiało być okropne dla Edwarda, 
mieć za żonę kobietę, która ma problem nawet z tym, by się do niego 
przytulić. Starałam się. Naprawdę. Ale za każdym razem, kiedy mnie 
dotykał... - mama rozpłakała się na dobre.

- Nie płacz, moje serce - powiedział lord Bradford. - Proszę cię, nie 

płacz.

- Próbuję... próbuję się opanować - odparła mama.
- Jak wytłumaczyłaś się mężowi z odrazy do jego dotyku? - spytał lord 

Bradford po chwili.

- Powiedziałam mu, że poprzedni pracodawca mnie zgwałcił. Edward 

zachował się bardzo wyrozumiale, zważywszy na okoliczności, ale nie 
chciałabym już nigdy postawić żadnego mężczyzny w takiej sytuacji. 
Zwłaszcza mężczyzny, którego kocham. Dlatego nie wyjdę za ciebie.

W jadalni zapadła cisza. Stałam na tarasie, z dłonią przyciśniętą do ust, 

myśląc o mojej biednej mamie i tym, co się jej przytrafiło. Pomyślałam 
też o Robercie i o tym, co chciał mi zrobić. Czy reagowałabym w ten 
sam sposób na Reeve’a, gdyby również w moim umyśle odcisnęło się to 
straszliwe piętno?

Nie sądzę.
Przypomniałam   sobie,   w   jaki   sposób   mama   zareagowała,   kiedy 

spotkaliśmy   Johna   Woodly’ego   w   Brighton.   W   końcu   zrozumiałam 
dlaczego.

- Poradzimy sobie z tym razem, Elizabeth - usłyszałam przekonujący 

głos   lorda   Bradforda.   -   Minęło   już   wiele   lat   od   tego   okropnego 
wydarzenia. A ja jestem bardzo cierpliwym człowiekiem.

Zaskoczyło mnie, że mama zachichotała przez łzy.
- To nieprawda, Bernardzie - powiedziała.

209

background image

- Jeśli chodzi o ciebie, moja cierpliwość nie ma granic - Bernard włożył 

całą swoją duszę w te słowa.

- Ale ja nie mogę - odparła mama. - Wiem, że to tylko moja wina. 

Widzę, jak moja córka patrzy na Reeve’a, i wiem, że miłość fizyczna 
może   być   piękna   też   dla   kobiety,   ale   ja   zostałam   okaleczona, 
Bernardzie. I nie sądzę, bym sobie z tym kiedykolwiek poradziła.

Nie miałam pojęcia, że to, co czułam do Reeve’a, było aż tak po mnie 

widać.

W jadalni znowu zapadła cisza. Potem odezwał się lord Bradford.
- Elizabeth, kto jest ojcem Deborah?
Krew stężała mi w żyłach.
Nie   chcę   tego   słuchać,   pomyślałam.   Zamknęłam   oczy,   wszystkie 

mięśnie w moim ciele napięły się.

Ale   nie   mogłam   odejść.   Stałam   tam,   uwięziona   przez   fakt,   że 

podsłuchiwałam. Gdybym się ruszyła, zdradziłabym się.

- O, Boże - powiedziała mama. - Nie wiem. Wyszłam za mąż tuż po 

tym, jak John mi to zrobił, więc nie wiem, Bernardzie. Naprawdę nie 
wiem.

* * *

Stałam na tarasie jak skamieniała, dopóki mama i lord Bradford nie 

opuścili   jadalni.   Potem   pobiegłam   na   górę   przebrać   się   w   strój   do 
konnej   jazdy.   Myślałam   tylko  o   tym,   by  oddalić   się  od   domu.   Nie 
byłam osobą, za którą uważałam się przez całe życie, i nie mogłam 
stanąć twarzą w twarz z nikim, dopóki nie przemyślałam w samotności 
tego, co przed chwilą usłyszałam.

W stajni nie chciano wydać mi konia.
-   Nadchodzi   wielka   burza,   lady   Cambridge   -   przekonywał   mnie 

główny stajenny. - To nie czas na przejażdżki!

Po raz pierwszy skorzystałam z mojej nowej pozycji.
- Nie będę się z tobą kłócić, Tomkins - powiedziałam sucho. - Masz mi 

natychmiast przyprowadzić konia!

Skrzywił się z dezaprobatą.
- Tak jest, milady - wymamrotał i kazał osiodłać Mirabelle, gniadą 

klacz, którą Reeve sprowadził dla mnie do Wakefield.

210

background image

Kiedy odjeżdżałam spod stajni, wiatr wiał już bardzo silnie. Mirabelle 

parskała,   odskakiwała   i   szła   bokiem,   przestraszona   hałasem 
wywoływanym   przez   wiatr   i   łamiące   się   w   lesie   gałęzie. 
Zdecydowałam, że musimy się od niego oddalić, i skierowałam konia 
na ścieżkę prowadzącą do morza.

Wprowadziłam   klacz   w   galop.   Mirabelle   biegła,   jakby   chciała 

prześcignąć burzę. Jednak w istocie kierowała się w sam jej środek. 
Wiatr zerwał wstążkę z moich włosów, które powiewały za mną dziko, 
tak samo, jak ogon i grzywa Mirabelle. Jeszcze nie zaczęło padać, ale 
wiedziałam, że to kwestia minut.

Zupełnie   nie   zastanawiałam   się   nad   tym,   dokąd   jadę.   Wiedziałam 

tylko, że chcę jak najbardziej oddalić się od Wakefield, i odruchowo 
skierowałam się w miejsce, gdzie spędziłam najmilsze chwile od przy-
bycia w te strony.

Jechałam na Wyspę Charlesa.
W   tej   chwili   zdaję   sobie   sprawę,   że   było   to   bardzo   głupie   i 

nierozważne z mojej strony. Na swoją obronę mam jedynie to, że mój 
umysł był całkowicie zaprzątnięty rozmową  podsłuchaną w jadalni. 
Byłam   tak   zaślepiona   własnym   nieszczęściem,   że   nie   zauważyłam 
nawet,   iż   nadchodzi   przypływ.   Grobla,   po   której   jechałam,   była 
znacznie węższa niż zazwyczaj. Mirabelle przegalopowała po niej, a 
potem dalej, w głąb wyspy. Po północnej stronie wiatr niosący drobny 
piasek oślepiał klacz, więc skierowałam ją na ścieżkę, która wiodła na 
skaliste południowe wybrzeże.

Wiatr   rozrzucał   drobinki   soli   i   wył   pomiędzy   sosnami,   rosnącymi 

pośrodku wyspy. Kiedy tak galopowałam po wąskiej plaży, wyjątkowo 
duża fala rozbita się o brzeg i opryskała mnie i Mirabelle. Następnie 
wdarła   się   na   ścieżkę,   na   której   się   znajdowałyśmy,   i   obmyła   nogi 
klaczy   aż   po   pęciny.   Mirabelle   zarżała   przerażona   i   stanęła   dęba. 
Uczepiłam się jej szyi, ale kiedy opadła na ziemię, natychmiast rzuciła 
się w drugą stronę, wyginając grzbiet i mocno wierzgając. Straciłam 
równowagę i po chwili spadłam z siodła.

Znalazłam   się   na   podłożu   z   piasku,   żwiru   i   drobnych   muszelek. 

Mirabelle   pogalopowała   w   stronę,   z   której   przyjechałyśmy.   Bez 

211

background image

wątpienia była w drodze do swojego przytulnego boksu w stajniach 
Wakefield.

Podniosłam się z ziemi.
Byłam przemoczona, zziębnięta i bez konia, ale w myślach słyszałam 

tylko raz po raz słowa lorda Bradforda: Elizabeth, kto jest ojcem Deborah? 
Kto jest ojcem Deborah?

Jeszcze gorsza była powtarzająca się jak echo odpowiedź mamy: Nie 

wiem. Nie wiem. Nie wiem.

A jeśli John Woodly jest moim ojcem? Jak mogłabym spędzić resztę 

życia, wiedząc, że jestem córką takiego potwora? Jak mogłabym być 
żoną Reeve’a? Matką jego dzieci?

Drogi Boże, jak w ogóle mogłabym dalej żyć?
Powlokłam się przed siebie, wzdłuż brzegu, bezmyślnie, niczego nie 

widząc.   Nie   zważałam   na   to,   że   poziom   wody   podnosił   się   coraz 
bardziej, a ścieżka stawała się coraz węższa. Nie zauważyłam nawet, że 
mam   mokre   ubranie.   Łzy   spływały   mi   po   twarzy   wąskimi 
strumyczkami.

W   końcu,   w   niewielkiej   odległości,   dostrzegłam   wejście   do   Jaskini 

Ruperta.   Fale   już   wlewały   się   do   jej   wnętrza.   Po   raz   pierwszy 
zastanowiłam się na trzeźwo nad swoim położeniem.

Skały południowej części wyspy znajdowały się po mojej lewej stronie. 

Po  prawej   burzyły   się  wody   kanału   La  Manche.   Po   wąskim  pasku 
usypiska, na którym stałam, przelewały się już fale. Woda się cofała, ale 
wiedziałam, że za kilka minut przykryje ścieżkę.

Odrzuciłam   splątane   i   mokre   włosy   z   twarzy   i   wzięłam   głęboki 

oddech. Przez moją głowę przemknęła pierwsza racjonalna myśl od 
czasu,   kiedy   usłyszałam   wyznanie   mamy:   lepiej   stąd   uciekać,   nim 
utonę.

Skierowałam się na zachód, żeby wrócić po własnych śladach.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam człowieka, który szedł po moich 

śladach.

Potrzebowałam   zaledwie  dwóch  sekund,  by  zorientować  się,  że  ta 

mocno zbudowana postać o szerokich barkach to Robert.

Zamarłam.

212

background image

Jak mogłam być aż tak głupia?
Rozejrzałam   się   wokół   w   panice,   szukając   miejsca,   w   którym 

mogłabym się skryć. Nie miałam żadnych złudzeń co do tego, po co 
Robert za mną szedł.

Chciał mnie zabić.
Spojrzałam   na   skałę,   pod   którą   stałam.   Czy   dam   radę   się   na   nią 

wspiąć? Nie w tym miejscu. Byłoby to możliwe odrobinę bardziej na 
zachód, gdzie nachylenie było mniejsze. Tu, gdzie się znajdowałam, 
miałam   przed   sobą   skalny   mur.   Niestety   na   zachód   ode   mnie   stał 
Robert. Z kolei na wschodzie skała opadała prosto do morza, którego 
fale rozbijały się o nią z hukiem. Wspięcie się od tej strony również było 
niemożliwe.

Na malutką ścieżkę, na której stałam, wtoczyła się olbrzymia fala i 

uderzyła mnie z całej siły w udo, niemal ciskając mną o skalną ścianę. 
Potem cofnęła się pośród kipiącej piany. Dziesięć sekund później ude-
rzyła mnie następna.

Nie mogłam pozostać w tym miejscu. Czułam, jak ciągnie mnie prąd 

przydenny, i wiedziałam, że jeśli jeszcze trochę zaczekam, porwie mnie 
na morze.

Robert zbliżał się coraz bardziej. Plaża, po której szedł, nie była jeszcze 

pod wodą, jak w miejscu, w którym ja stałam.

Czując silny ucisk w żołądku, zaczęłam posuwać się w stronę wejścia 

do   Jaskini   Ruperta.   Reeve   mówił,   że   miejsce   to   upodobali   sobie 
przemytnicy, ponieważ nawet podczas przypływu, głęboko w środku, 
pozostawała sucha. Wyglądało na to, że schronienie się tam było w tej 
chwili jedyną moją szansą na przeżycie. Jednakże pozostawały dwa 
poważne problemy.

Po pierwsze, wcale nie byłam pewna czy wnętrze jaskini pozostanie 

suche w obliczu takiego gwałtownego sztormu.

Po   drugie,   od   dziecka   przeraźliwie   bałam   się   małych,   ciemnych, 

zamkniętych pomieszczeń. Na myśl o tym, że miałabym spędzić w 
jakimś odległym zakątku jaskini kilka godzin, mój oddech stał się dwa 
razy szybszy i zaczęłam się pocić. Zrobiło mi się niedobrze. Następnie 
wyobraziłam sobie, że woda podchodzi do mnie coraz bliżej i bliżej, aż 

213

background image

w końcu zakrywa mnie zupełnie. Całkiem poważnie zastanowiłam się 
nad alternatywą stawienia czoła Robertowi.

Jednakże   w   tej   sytuacji   morderstwo   uszłoby   mu   na   sucho. 

Wystarczyłoby,   żeby   uderzył   mnie   w   głowę   i   wrzucił   do   morza. 
Stajenni zaręczyliby, że sama nalegałam na przejażdżkę w czasie burzy. 
Koń, powracający beze mnie do domu, byłby kolejnym dowodem na to, 
że spotkało mnie jakieś nieszczęście. Cała ta sytuacja wyglądałaby na 
wyjątkowo tragiczny wypadek. A Reeve bez wątpienia by pomyślał, że 
to on jest winien mojej śmierci.

Po   prostu   nie   mogłam   pozwolić,   by   zamordowanie   mnie   uszło 

Robertowi na sucho. Musiałam walczyć o życie.

Przedarłam się do jaskini przez ciągle podnoszącą się wodę. Piana 

obryzgiwała już wschodnią ścianę skalną i fale wdzierały się prosto do 
wnętrza   mojego   jedynego   schronienia.   Miałam   nadzieję,   że   nie 
zdecydowałam się zbyt późno i że jeszcze zdołam dotrzeć w bezpieczne 
miejsce, nim fale mnie zatopią.

Przycisnęłam się jak najmocniej do skał i przesuwając się wzdłuż nich, 

dotarłam do wejścia.

Spojrzałam do środka. W jaskini panowała nieprzenikniona ciemność.
Zamknęłam oczy i pomodliłam się.
Dasz radę, Deborah, powiedziałam sobie. Musisz tam wejść, bo inaczej 

Robert cię zabije.

Wyjątkowo silna fala pchnęła mnie na kolana, a zimna, słona woda 

zmoczyła mi spódnicę jeszcze wyżej i wdarła się do butów. Ale ja szłam 
dalej,   w   głąb   jaskini,   w   głąb   ciemności,   wymacując   wyciągniętymi 
rękoma zimną, mokrą ścianę.

Odgłos wody przeszedł w ryk. Wytężyłam słuch, by się zorientować, 

czy Robert podąża za mną, ale nic nie mogłam usłyszeć.

Czy uda mu się wejść za mną? Teraz jest to już pewnie niemożliwe. 

Prawdopodobnie przeczeka sztorm w jakimś bezpiecznym miejscu na 
skale, a kiedy zacznie się odpływ i wejście do jaskini znowu będzie 
odsłonięte, zejdzie po mnie raz jeszcze.

Tymczasem poziom wody wokół mnie cały czas rósł. Walczyłam z 

ogarniającym   uczuciem  paniki.  W  końcu   grunt   pod  moimi  stopami 

214

background image

zaczął się wznosić, a poziom wody, już będący na wysokości moich ud, 
powoli   opadać,   najpierw   do   kolan,   potem   do   kostek,   aż   w   końcu 
dotarłam do miejsca, gdzie ziemia była tylko wilgotna.

Jedyny problem z moim „bezpiecznym” schronieniem polegał na tym, 

że  jaskinia miała  tak  niski strop,  że  uderzyłam  się  w  głowę,  kiedy 
chciałam   iść   dalej.   Musiałam   usiąść,   z   głową   opartą   na   zgiętych 
kolanach,   i   przeczekać,   aż   woda   opadnie   na   tyle,   bym   mogła   stąd 
wyjść.

Nic nie widziałam.
Pomyślałam o Robercie, czekającym na mnie na zewnątrz, i zdałam 

sobie sprawę, że będę musiała postarać się o jakąś broń, której potem 
użyję przeciw niemu. Ale na razie nie obchodziło mnie to. Martwiłam 
się jedynie, w jaki sposób mam przetrwać sześć godzin w tym małym, 
ciemnym pomieszczeniu i nie oszaleć.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Po   kilku   minutach   siedzenia   w   kucki   w   zimnej   i   ciemnej   jaskini 

poczułam się tak, jakbym miała się zaraz udusić. Oczywiście było tam 
wystarczająco dużo powietrza, ale lęk przed zamknięciem w małym, 
ciasnym   pomieszczeniu   przewyższał   zdolność   trzeźwego 
rozumowania.

Zachowaj   spokój,   Deborah,   mówiłam   sobie,   kuląc   się   w   tych 

koszmarnych ciemnościach. Zachowaj spokój, nie panikuj. Skoncentruj 
się na oddychaniu.

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
Wciągałam powietrze w płuca, a potem wypuszczałam je, próbując 

robić to  systematycznie i starając się myśleć jedynie o życiodajnym 
efekcie tej czynności.

Czułam panikę. W miejscu, gdzie się znajdowałam, nie mogłam nawet 

siedzieć wyprostowana.  Nic nie widziałam. Bez względu na  to, jak 
bardzo wytężałam wzrok, spowijała mnie nieprzenikniona czerń. Czu-
łam się, jakby pochowano mnie za życia i czekałam, aż ziemia pokryje 
moją twarz i zadusi mnie na śmierć.

Zajmij myśli czymś innym. Na Boga, masz przecież tyle tematów do 

215

background image

rozważań.

Byłam przemoknięta i zmarznięta, a kamienne ściany kaleczyły moje 

plecy. Już szczękałam zębami z zimna. W jakim stanie będę za sześć 
godzin?

Myśl o swoim wrogu, rozkazałam sobie. Myśl o Robercie i o tym, jak 

się przed nim bronić.

Objęłam kolana rękoma. Starałam się wyobrazić sobie, co się będzie 

dziać w Wakefield, kiedy już odkryją moją nieobecność.

Na pewno zaczną mnie szukać. Zauważą piasek na nogach Mirabelle, 

sól na jej sierści i zorientują się, że byłam na plaży. Reeve przyjedzie na 
wyspę, by mnie szukać.

Jeśli uda mu się przedostać przez groblę w czasie sztormu. Teraz jest 

prawdopodobnie   cała   pod   wodą.   Pomyślałam   o   olbrzymich   falach, 
które   widziałam   w   oddali   na   kanale,   i   wiedziałam,   że   nie   będzie 
również mógł przypłynąć na wyspę łodzią z Fair Haven.

Słyszałam ryk morza. Poziom wody cały czas się podnosił i obawiałam 

się, czy nie dotrze aż do mojej kryjówki. Jeszcze nie mogłam być pewna 
swojego bezpieczeństwa.

Jedyne,   co   trzymało   mnie   w   miejscu   to   świadomość,   że   przy 

jakiejkolwiek próbie przemieszczenia się na pewno utonę.

Boże, Boże, Boże. Daj mi siłę. Pomóż mi przeżyć tych kilka następnych 

godzin.

* * *

Upływała jedna niekończąca się sekunda po drugiej. Woda w jaskini 

podchodziła coraz bliżej, aż wreszcie dotknęła moich stóp. Oczywiście 
nie byłam w stanie tego zobaczyć, ale słyszałam, jak chlupotała i od 
czasu do czasu podpełzałam trochę do przodu, by wyczuć jej poziom 
ręką.

Desperacko  zmuszałam   się  do  tego,  by  nie  myśleć,  co   się  ze  mną 

stanie, jeśli woda wypełni całą jaskinię.

Ale kiedy wreszcie doszła do stóp, zatrzymała się i nie zbliżała się już 

więcej.

Kiedy zdałam sobie sprawę, że nie zginę straszliwą śmiercią przez 

utopienie,   wybuchłam   histerycznym   płaczem.   Dopiero   po   dłuższej 

216

background image

chwili   byłam   w   stanie   się   opanować   i   zastanowić   nad   moją   nadal 
niezwykle dramatyczną sytuacją.

Było mi okropnie zimno. Spódnicę miałam całkowicie przemokniętą, a 

stopy marzły mi w pełnych wody butach. Mój lekki, wełniany żakiet 
również był mokry, ale jeszcze nieprzesiąknięty na wylot, więc stanowił 
jedyną ochronę przeciwko przenikliwemu zimnu, które panowało w 
jaskini.

Uczucie klaustrofobii również mnie nie opuszczało, kryło się gdzieś w 

moim żołądku, jak przyczajona bestia gotowa do skoku.

Walczyłam   z   nim.   Raz   po   raz   wracałam   myślami   do   moich 

problemów. Myślałam o mamie. Myślałam o tej okropnej rzeczy, która 
się jej przytrafiła i która w tak straszny sposób naznaczyła ją na całe 
życie.

Mama powiedziała, że została okaleczona.
Moja mama. Piękna, wspaniała, kochająca mama. Ten mężczyzna jej to 

zrobił.

Ten mężczyzna - który mógł być moim ojcem.
Ale z drugiej strony mógł też nim nie być. Trzymałam się tej myśli z 

pełną desperacji nadzieją. Mama powiedziała, że nie wie, który z braci 
jest moim ojcem. To mógł być Edward, a nie John.

Mógł być.
Ale może nie był.
Jak mogłam dalej żyć, wiedząc, że w moich żyłach płynie krew takiego 

człowieka jak John Woodly?

Jak w ogóle mama mogła mnie pokochać w taki sposób, w jaki mnie 

kochała?

A jeśli mama kochała mnie, wiedząc, że mogę być dzieckiem Johna 

Woodly’ego, w takim razie może i ja mogłabym...

Nie   chciałam   o   tym   myśleć.   Nie   mogłam   tego   zaakceptować.   Nie 

byłam na to gotowa. Jeszcze nie. Może i nigdy nie będę.

Przypomniałam   sobie   wyraz   twarzy   mamy,   kiedy   przyszła   mi   na 

pomoc,   gdy   Robert   próbował   mnie   zgwałcić.   Jakie   koszmarne 
wspomnienia musiały do niej wrócić na widok tej sceny.

Woda skapnęła mi ze ściany na głowę, a potem spłynęła po szyi za 

217

background image

kołnierz żakietu. Zadrżałam gwałtownie.

Przypomniałam sobie, jak bardzo byłam podekscytowana pierwszy 

raz, kiedy zobaczyłam morze. Teraz, gdyby ktoś mi powiedział, że nie 
zobaczę go już nigdy więcej, byłabym z tego zupełnie zadowolona.

Pochyliłam się do przodu i podpełzłam na kolanach, żeby sprawdzić 

palcami, dokąd sięga linia wody. W miejscu, gdzie wyczułam ją ostatni 
raz, była już tylko wilgotna ziemia. Posunęłam się dalej, aż dosięgłam 
wody.

Nareszcie! Morze się wycofywało.
Nadszedł czas pomyśleć poważnie nad tym, co zrobić z Robertem.
Zapędził mnie w pułapkę. Teraz wystarczyło, że poczeka na mnie 

przy wejściu do jaskini. Kiedy wyjdę, podążając za opadającą wodą, 
będę zdana na jego łaskę.

Z wielką niechęcią doszłam do wniosku, że bez względu na to, jak 

bardzo chcę już wyjść z jaskini, nie mogę się z tym śpieszyć. Bardzo 
ułatwiłabym w ten sposób Robertowi sprawę. Już wiedziałam, że jest 
ode   mnie   znacznie   silniejszy,   i   gdyby   doszło   do   walki   wręcz,   ja   z 
pewnością byłabym na przegranej pozycji.

Moją   jedyną   nadzieją   było   wykorzystanie   tej   okropnej   jaskini 

przeciwko niemu. Musiałam zwabić go do środka, w ciemności, gdzie 
nie będzie mnie widział.

Może wtedy to on stałby się ofiarą.
Będzie   mi   potrzebne   coś   do   obrony,   myślałam.   Spróbuję   czegoś 

poszukać, kiedy woda cofnie się trochę dalej.

Czekałam przez, jak mi się wydawało, wieczność, a potem zaczęłam 

powoli przesuwać się w stronę wyjścia. Wszędzie wokoło było słychać 
wodę: spływającą po ścianach, kapiącą z sufitu, nadal ryczącą w oddali. 
Kilka razy się pośliznęłam, jako że szłam w kompletnych ciemnościach. 
Za którymś razem, upadając, rozcięłam sobie czymś ostrym kolano. 
Wyciągnęłam   dłoń   w   kierunku   tego   ostrego   przedmiotu.   Miałam 
nadzieję, że jest to coś, czego będę mogła użyć jako broni. Dotknęłam 
go. Był zagłębiony w piasku i żwirze i żeby go wyciągnąć, musiałam 
okopać go ze wszystkich stron. Kiedy mi się to udało, zdałam sobie 
sprawę,   że   trzymam   w   rękach   wielką   muszlę.   Brzeg   miała 

218

background image

wystarczająco ostry, ale niestety była zbyt krucha, by służyć do obrony.

Odrzuciłam ją więc i kontynuowałam poszukiwania, używając ściany 

jako podpory i przewodnika w trakcie mojej wędrówki na zewnątrz. 
Fakt,   że   dotarłam   już   do   odcinka,   gdzie   mogłam   się   całkowicie 
wyprostować, bardzo podniósł mnie na duchu.

Parę minut później znowu poczułam wodę pod nogami, co oznaczało, 

że muszę trochę odczekać, aż fala cofnie się bardziej. Pochyliłam się 
więc i zaczęłam badać podłoże wokół siebie, szukając jakiegoś dużego 
kamienia.   Po   chwili   znalazłam   to,   czego   potrzebowałam.   Kamień, 
wokół którego zamknęły się moje palce, był dokładnie takiej wielkości, 
jak trzeba. Mogłam go z łatwością podnieść, ale był też wystarczająco 
ciężki, aby trafiony nim człowiek stracił przytomność.

Pomyślałam odważnie, że jeśli mama była w stanie ogłuszyć Roberta, 

uderzając go w głowę kryształowym wazonem, to kamień też powinien 
spełnić swoje zadanie.

Teraz   moim   największym   problemem   stało   się   oczywiście   to,   jak 

powinnam podejść mojego wroga.

Idealną   sytuacją   byłoby,   gdybym   stanęła   przy   ścianie   jaskini   i 

poczekała pod osłoną ciemności, aż Robert koło mnie przejdzie. Wtedy 
mogłabym uderzyć go znienacka i uciec.

Tak właśnie wyglądał mój plan, ale im więcej o nim myślałam, tym 

bardziej wadliwy mi się wydawał. Głównym problemem było to, że 
nawet jeśli Robert nie będzie mnie widział, kiedy zaczaję się na niego w 
ciemności, to ja również nie będę widziała jego. Istniało więc wielkie 
prawdopodobieństwo, że zamiast w głowę uderzę go w ramię albo nie 
trafię go wcale. Wtedy mogłabym znaleźć się w naprawdę poważnych 
tarapatach.

Musi istnieć jakiś sposób, żeby go podejść.
Może spróbować prześlizgnąć się obok niego w ciemności? Woda w 

jaskini robi naprawdę duży hałas. Może udałoby mi się uciec w ten 
sposób?

Oczywiście,   kiedy   wejście   już   się   całkowicie   otworzy,   ryk   morza 

ucichnie.   Będzie   wtedy   słychać   jedynie   przyciszone   chlupotanie   i 
kapanie wody ze ścian. Ponadto podłoże w jaskini nie jest równe i nie 

219

background image

sposób przejść po nim w ciemności nie potykając się i nie ślizgając.

Usłyszy mnie.
Ale z drugiej strony, ja też go usłyszę.
Nie będę mogła polegać na swoim wzroku,  żeby go zlokalizować, 

będę musiała użyć do tego słuchu. Nie mam wyjścia.

Ściskając kamień w mokrej dłoni, podeszłam do zimnej ściany, po 

której nadal spływała woda i przycisnęłam się do niej plecami, starając 
się zajmować jak najmniej miejsca i opanować drżenie ciała.

Czekałam.
Ryk wody przy wyjściu z jaskini stawał się coraz cichszy, aż w końcu 

przekształcił   się   w   zwyczajny,   miękki   odgłos   rozbijających   się   fal. 
Przejście do jaskini stało już otworem.

Jak długo będę musiała czekać na Roberta?
On nie będzie się zbytnio ociągał, myślałam. Musi załatwić sprawę i 

oddalić się stąd, nim Reeve przyjedzie mnie szukać.

Wytężyłam słuch.
Po jakimś czasie dobiegł mnie odgłos kroków. Robert stąpał ostrożnie 

po piasku i kamykach, stanowiących podłoże jaskini.

Słuchałam z uwagą i w końcu zdałam sobie sprawę, że pojawił się też 

dźwięk, którego nie spodziewałam się usłyszeć. Zmarszczyłam brwi, 
próbując   go   rozszyfrować.   Wydawało   mi   się,   że   to   coś   ważnego. 
Przycisnęłam się mocniej plecami do ściany jaskini i nasłuchiwałam. Co 
to może być?

Kroki zbliżały się nieubłaganie.
Co to jest? myślałam. Co to jest?
Nagle zrozumiałam. Nie chodziło o to, co słyszałam. Chodziło o to, 

czego nie słyszałam.

Nie było słychać chlupotania.
Z góry założyłam, że Robert będzie szedł środkiem jaskini, a wtedy ja 

wyskoczę na niego z boku. Ale gdyby rzeczywiście wybrał tę drogę, 
słyszałabym wodę pod jego stopami, ponieważ płynął tam jeszcze mały 
strumień.

Ty głupia! strofowałam się w myślach. Głupia. Głupia. Głupia. Sama 

użyłaś ściany, żeby wymacać drogę w ciemności. Dlaczego Robert nie 

220

background image

miałby postąpić w ten sam sposób?

Teraz musiałam natychmiast odsunąć się od ściany i wyjść na środek 

jaskini, w taki sposób, żeby mnie nie usłyszał.

Zrobiłam   mały   kroczek.   Chrzęst   kamyków,   na   które   nadepnęłam, 

zabrzmiał w moich uszach jak wystrzał z pistoletu. Zatrzymałam się, 
ale nie usłyszałam, żeby Robert jakoś na to zareagował. Nadal szedł w 
moją stronę.

Hałas   jego   kroków   zagłuszy   moje,   pomyślałam.   Powoli,   ostrożnie, 

odsunęłam się od ściany i weszłam w strumyczek, płynący środkiem 
jaskini. W tym miejscu woda wyżłobiła zagłębienie, co działało trochę 
na moją niekorzyść. Ale dzięki Bogu jestem wysoka. Nie będę mieć 
problemów z dosięgnięciem głowy Roberta.

Większym problemem będzie jej zlokalizowanie.
Jego kroki zbliżały się coraz bardziej. Serce w mojej piersi waliło tak 

głośno, że byłam prawie pewna, iż Robert zaraz je usłyszy. Zacisnęłam 
palce na kamieniu.

Potem   doszedł   mnie   odgłos   jego   oddechu.   Skoncentrowałam   się, 

próbując   określić   w   ciemności   jego   położenie.   Już   był   prawie   przy 
mnie. Jeszcze kilka kroków...

Uniosłam kamień, podbiegłam do ściany i uderzyłam z całej siły.
Od razu się zorientowałam, że nie trafiłam w głowę.
Robert stęknął z bólu i zaskoczenia, ale szybko się odwrócił i mnie 

złapał. Jego ręka zaplątała się w moje luźne, zesztywniałe od soli włosy. 
Pociągnął za nie mocno, odchylając mi głowę do tyłu.

- Deborah - wysyczał z tryumfem. - Nareszcie.
Nadal trzymałam w ręku kamień i zamachnęłam się nim raz jeszcze, 

mierząc w głowę. Zamiast tego trafiłam Roberta w twarz. Wydawało 
mi się, że słyszałam jak zgniotłam mu nos. Robert okropnie zaklął. 
Wyrwałam mu się i opadłam na czworaki, próbując uciec, skryć się w 
ciemnościach. Ale on był szybki jak strzała. Poczułam, jak łapie mnie od 
tyłu i ściska mocno pasie. Odebrał mi dech w piersiach.

Upadliśmy   w   strumień   płynący   środkiem   jaskini.   Woda   była 

lodowata.

- Musimy  coś dokończyć, suko  - warknął  mi do ucha.  - A  potem 

221

background image

pożegnamy się na zawsze.

Krzyczałam   i   kopałam,   żeby   uwolnić   się   z   jego   uścisku.   Nie   było 

nikogo, kto mógłby mnie usłyszeć, ale ja nie mogłam się powstrzymać.

A on się śmiał. Bawiło go to, że byłam taka przerażona.
Leżałam na brzuchu; przyciskał mnie do ziemi całym ciężarem ciała. 

Musiałam odwrócić głowę, żeby nie zanurzać twarzy w wodzie.

Nic   nie   widziałam,   ale   ręce   miałam   wyciągnięte   przed   siebie. 

Zaczęłam grzebać dłońmi w strumieniu, w poszukiwaniu  kolejnego 
kamienia.

Robert   mnie   zgwałci,   myślałam   w   panice.   Zgwałci   mnie,   a   potem 

zabije.

Reeve, krzyczałam w myśli. Reeve, pomóż mi.
Ale dostęp do wyspy był nadal odcięty. Byłam zdana wyłącznie na 

siebie. Tym razem mama nie przybiegnie na ratunek.

O Boże, Boże, Boże. Czy umrę tutaj, w tej okropnej jaskini?
Nie, pomyślałam. Tak nie będzie.
Podciągnęłam odrobinę kolana i szarpnęłam całym ciałem, starając się 

zrzucić z siebie Roberta. Przesunął dłonie na moje piersi i ścisnął je z 
całej siły. Z bólu znowu straciłam oddech. Przycisnął się do mojego uda 
i z przerażeniem stwierdziłam, że miał erekcję.

Znowu zaczęłam krzyczeć i rzucać się pod nim, próbując się uwolnić.
- Zawiśniesz za to - krzyknęłam. - Nawet twój ojciec wie, jakim jesteś 

potworem.

- Jedyne, czego żałuję, to tego, że panują tu takie ciemności - wydyszał. 

- Chciałbym widzieć twoją twarz, kiedy będę się w ciebie wbijał.

W tym momencie moje palce zacisnęły się na nowym kamieniu.
- Tylko pogarszasz sprawę, szamocząc się. Odpręż się i spróbuj też 

mieć z tego jakąś przyjemność.

Wyciągnęłam   dłoń,   by   umiejscowić   w   ciemności   jego   twarz.   Tym 

razem nie mogłam spudłować. Złapał mnie za rękę i przytrzymał mi ją 
nad   głową,   tak   jak   to   zrobił   poprzednim   razem,   kiedy   chciał   mnie 
zgwałcić. Nim zdołał odnaleźć moją drugą rękę, uderzyłam.

Włożyłam w to całą siłę. Miałam tylko nadzieję, że trafiłam w skroń. 

Tym razem była to kość i pod siłą mojego uderzenia coś w niej pękło. 

222

background image

Robert nie wydał z siebie żadnego odgłosu, ale opadł na mnie bez-
władnie.

Wypełzłam   spod   niego,   płacząc   histerycznie.   Podciągnęłam   się   do 

ściany i oparłam o nią, ponieważ nogi odmówiły mi posłuszeństwa. 
Nie wiem, jak długo tam siedziałam, trzęsąc się i szlochając. W końcu 
zebrałam   się   w   garść,   zdając   sobie   sprawę,   że   powinnam   szybko 
wydostać   się   z   jaskini,   na   wypadek   gdyby   Robert   odzyskał 
przytomność.

Kolana mi się trzęsły, a moje stawy były tak zesztywniałe z zimna, że 

prawie   nie   mogłam   ich   zginać.   Ale   udało   mi   się   jakoś   dotrzeć   do 
wyjścia, podpierając się o ścianę. W końcu dostrzegłam pierwszy, od-
legły blask dziennego światła.

Wydawało mi się, że przebywałam w tym koszmarnym grobowcu 

przez   wieki.   Każde   włókno   mojego   ciała   było   głodne   światła. 
Przyspieszyłam kroku.

Wyjście z jaskini było już suche, kiedy do niego dotarłam, a kiedy 

znalazłam   się   na   plaży,   zza   chmur   wyjrzało   słońce.   Spojrzałam   na 
błogosławione   niebo,   po   którym   przemykały   jeszcze   chmury. 
Najwyraźniej sztorm się zakończył.

Oparłam się plecami o skałę i pożerałam wzrokiem rozciągający się 

przed moimi oczami widok. Już chyba do końca życia nie przestanę 
doceniać tego niezwykłego daru, jakim jest światło.

Potem zastanowiłam się nad sytuacją, w której się znajdowałam.
Na   moim   żakiecie   było   widać   krew,   ale   kiedy   rozpięłam   go   i   się 

obejrzałam,   nie   zauważyłam   żadnych   ran.   Wtedy   przypomniałam 
sobie, że uderzyłam Roberta w nos. To musiała być jego krew.

Bardzo dobrze, pomyślałam. Mam nadzieję, że jest złamany.
Podciągnęłam spódnicę i obejrzałam swoje kolana. Były w opłakanym 

stanie, ale skaleczenia nie wyglądały groźnie. To samo w przypadku 
rąk.   W   wielu   miejscach   miałam   porozcinaną   skórę   od   szukania   po 
omacku kamieni w jaskini.

Wzięłam głęboki oddech. Przecież mogło być ze mną o wiele gorzej.
Teraz   muszę   przedostać   się   do   grobli,   pomyślałam.   W   ten   sposób 

dostanę się do Fair Haven, a tam znajdę kogoś, kto odwiezie mnie do 

223

background image

domu. Chyba że Reeve odnajdzie mnie wcześniej.

Nie   zdołałam   nawet   dotrzeć   na   południową   stronę   wyspy,   kiedy 

zobaczyłam dwa konie galopujące w moją stronę.

- Deb! - usłyszałam szaleńczy okrzyk Reeve’a tak wyraźnie, jak gdyby 

stał już koło mnie. Ruszył w moim kierunku pełnym galopem. Oparłam 
się o skałę, czekając.

Już po minucie był przy mnie, zeskoczył z siodła i objął mnie mocno. 

Wsparłam głowę na jego ramieniu i zaczęłam płakać.

- Jesteś przemarznięta - powiedział i nadal mnie obejmując, zrzucił z 

siebie kurtkę do konnej jazdy i nakrył nią moje ramiona.

Zaczęłam płakać jeszcze mocniej.
- Nic ci nie jest? - słyszałam, że z wysiłkiem opanowuje swój głos. - Nie 

płacz, Deb. Możesz mi powiedzieć, co się stało?

Nie mogłam. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Mogłam jedynie 

płakać.

-   Już   dobrze,   kochanie.   Już   wszystko   dobrze   -   powiedział.   - 

Zabierzemy   cię   do   domu   i   wysuszymy.   Opowiesz   wszystko,   kiedy 
poczujesz się lepiej.

Nagle zdałam sobie sprawę, że Robert nadal leży w jaskini.
- Robert - chlipnęłam. - Robert chciał mnie zabić, Reeve. Uderzyłam go 

w głowę. Jest w Jaskini Ruperta. Uderzyłam go i uciekłam. On tam 
nadal jest.

- Robert - usłyszałam za plecami zdegustowany głos. Był to Harry.
- Czy on cię skrzywdził, Deb? - spytał Reeve, ściskając mnie mocno.
- N...n...nie - wyszlochałam.
Nic więcej nie byłam w stanie powiedzieć. Jeszcze nie byłam gotowa 

na to, by mówić o moich przejściach w jaskini. Jedynie przytuliłam się 
do Reeve’a i płakałam.

- Wsadź ją na mojego konia, Reeve, i zabierz do domu. Potem przyślij 

do   mnie   ojca   z   kilkoma   dodatkowymi   końmi.   Ja   tymczasem   pójdę 
sprawdzić, co się dzieje z Robertem.

- Dasz radę sama jechać, czy chcesz, bym wsadził cię na mojego konia? 

- spytał łagodnie Reeve.

Postanowiłam wziąć się w garść.

224

background image

- Pojadę sama - odparłam.
Harry zsiadł, a Reeve podsadził mnie do góry. Byłam tak zziębnięta, 

że w pierwszej chwili myślałam, iż nie zdołam utrzymać się w siodle, 
ale Reeve wziął do ręki moje wodze i powiedział, żebym tylko trzymała 
się mocno.

Grobla znajdowała się jeszcze pod wodą, przez którą konie musiały 

przebrnąć, ale fale były znacznie mniej gwałtowne niż te, które szalały 
w   tym   miejscu   sześć   godzin   wcześniej.   Całą   drogę   powrotną   do 
Wakefield płakałam, trzęsąc się.

Zajechaliśmy przed główne wejście rezydencji i Reeve zdjął mnie z 

konia. Na schody wybiegła mama.

- Deborah! - wykrzyknęła. - Dzięki Bogu!
Wiedziałam,   że   to   okropne,   ale   nie   byłam   w   stanie   spojrzeć   jej   w 

twarz.

- Proszę, Reeve - wyszeptałam. - Chcę iść od razu na górę, spać.
Spojrzał na mnie poważnie zaniepokojony.
- W porządku, Deb - zgodził się jednak. - Co tylko chcesz.
Podtrzymał mnie ramieniem, kiedy wchodziliśmy na schody.
- Nic jej nie jest, pani Woodly - usłyszałam, jak zapewnia mamę. - 

Złapał ją przypływ w Jaskini Ruperta, musi się trochę ogrzać. Zabiorę ją 
do   sypialni   i   przykryję   kocami.   Czy   mogłaby   pani   poprosić,   by 
przysłano   nam   na   górę   trochę   gorącej   zupy?   I   proszę   powiedzieć 
Bernard owi, żeby jak najszybciej pojechał na Wyspę Charlesa i wziął ze 
sobą zapasowego konia. Dla Harry’ego, który tam został. I może jeszcze 
jednego dla Roberta.

- Dla Roberta? Robert był na wyspie z Deb? - spytała mama. - Drogi 

Boże. Naprawdę nic ci nie jest, kochanie?

- Naprawdę - odpowiedziałam i znów się rozpłakałam.
- Mam ci pomóc, Reeve? - spytała mama.
- Nie, pani Woodly. Dam sobie radę.
Weszliśmy do domu i skierowaliśmy się do schodów.
Nie spojrzałam na mamę, kiedy koło niej przechodziliśmy. Nie byłam 

w stanie tego zrobić.

Potknęłam się na pierwszym stopniu, ale Reeve mnie przytrzymał i 

225

background image

wziął na ręce. Objęłam go za szyję, oparłam czoło na jego ramieniu. W 
ten sposób zaniósł mnie na samą górę, do naszej sypialni.

- Susan - krzyknął wchodząc do pokoju.
Moja   pokojówka   musiała   przebywać   w   garderobie,   ponieważ 

wyskoczyła stamtąd natychmiast.

- Tak, milordzie?
- Przynieś mi najcieplejszy szlafrok pani. Potem skocz po podgrzewacz 

do łóżka. I upewnij się w kuchni, czy szykują już gorącą zupę.

- Tak, milordzie.
Reeve sam zaczął ściągać ze mnie przemoczone ubranie, a kiedy Susan 

wróciła   do   pokoju   ze   szlafrokiem,   wziął   go   od   niej   i   odesłał   ją 
niecierpliwym   ruchem   ręki.   Kiedy   już   byłam   naga,   obejrzał   mnie 
szybko, a potem pomógł mi się ubrać w szlafrok. Na koniec przewiązał 
mi w pasie szarfę.

- Twoje kolana i ręce są całe pocięte - powiedział.
- To nic takiego - odparłam drżącym głosem.
- Deb - przytrzymał mnie spojrzeniem swoich ciemnych oczu. - Co się 

wydarzyło?

Staliśmy   u   stóp   łóżka,   naprzeciwko   siebie.   Spojrzałam   na   niego   i 

pomyślałam   o   tym   wszystkim,   co   będę   musiała   mu   opowiedzieć. 
Zadrżałam jeszcze bardziej.

Ktoś zapukał do drzwi. To była mama z zupą.
- Reeve - szepnęłam do niego prosząco. - Nie wpuszczaj nikogo. Chcę 

być tylko z tobą.

Spojrzał na mnie w milczeniu i z dziwną oficjalnością i powagą, jakby 

przypieczętowywał w ten sposób jakiś pakt, pocałował mnie w czoło.

- Dobrze, Deb - powiedział. - Tylko my dwoje.
Uśmiechnęłam się do niego słabo, z wdzięcznością.
Reeve   wziął   zupę   od   mamy   i   odesłał   ją   delikatnie.   Kiedy   Susan 

pojawiła się z podgrzewaczem do łóżka, włożył go na miejsce, a kiedy 
zjadłam zupę, opatulił mnie kocem. Nadal jednak nie mogłam przestać 
się trząść, więc zdjął buty, położył się koło mnie i przytulił mnie mocno.

Kiedy w końcu drżenie ustało i leżałam cicho w jego ramionach, zadał 

mi pytanie, którego bałam się najbardziej.

226

background image

-   Deb,   czemu,   na   Boga,   postanowiłaś   wyjechać   w   taką   straszną 

pogodę?

- To długa historia - powiedziałam cicho.
- Nigdzie się nie wybieram.
Oczywiście, musiałam mu wszystko opowiedzieć.

Rozdział dwudziesty drugi

Nim   zaczęłam   opowiadać   o   tym,   co   John   Woodly   zrobił   mamie, 

wysunęłam się z objęć Reeve’a. Nie zasługiwałam na to, by w nich 
przebywać, dopóki nie poznał całej prawdy o mnie.

Oczywiście, był wstrząśnięty.
- Ten potwór naprawdę zgwałcił twoją matkę?
- Tak - potarłam oczy. - To dlatego tak dziwnie zareagowała, kiedy 

pierwszy raz spotkaliśmy go w Brighton.

- Dlatego też wydawało mu się, że może ją bezkarnie okradać z tego, 

co przeznaczył dla niej twój ojciec - powiedział Reeve ostrym tonem. - 
Wiedział, że twoja matka nigdy się u niego o nic nie upomni.

Twój ojciec.
Niech tylko poczeka na resztę tej historii.
- Tak - zgodziłam się z nim cicho.
- Jezu. Co za dylemat dla biednego Bernarda. Jeśli naprawdę kocha 

twoją matkę, a najwyraźniej tak jest, to również on jest ofiarą Johna 
Woodly’ego.

- Na to wygląda.
Siedzieliśmy obok siebie w łóżku, opierając się o poduszki. Robert 

nadal był w koszuli i spodniach, a ja miałam na sobie jedynie niebieski, 
aksamitny szlafrok. Już nie było mi zimno, byłam tylko bardzo, bardzo 
zmęczona.

- Ale, Deb. Nadal nie widzę powodu, dla którego miałabyś wyjeżdżać 

konno w taką burzę. Tomkins mówił, że cię ostrzegał, ale ty nie chciałaś 
go słuchać. Wiedziałaś też, że grozi ci niebezpieczeństwo ze strony 
Roberta. To nie w twoim stylu, zachować się tak nieodpowiedzialnie.

- Nie, to raczej w twoim stylu - wypaliłam.
Nie odpowiedział.

227

background image

Rzuciłam okiem na jego skamieniałą twarz i przygryzłam wargę.
- Przepraszam Reeve. To było podłe z mojej strony.
- Czy przytrafiło ci się coś jeszcze, o czym mi nie powiedziałaś? - 

spytał z nienaturalną cierpliwością.

Musiałam   mu   wyznać   całą   prawdę.   Zasługiwał   na   to.   Co   więcej, 

chciałam, żeby to wiedział. To był ciężar, którego nie mogłam nieść w 
samotności, a on był jedyną znaną mi osobą, z którą mogłam podzielić 
się moim sekretem.

Powiedziałam   mu   więc,   o   co   Bernard   spytał   mamę   i  jaka   była   jej 

odpowiedź.

Żeby nie widzieć twarzy Reeve’a, wpatrywałam się w zawieszony nad 

kominkiem pejzaż z wzgórzami wapiennymi.

- Wyszła za mojego oj..., to znaczy lorda Lynly’ego, od razu po tym 

okropnym   wydarzeniu,   więc   nie   wiadomo,   który   z   nich   jest   moim 
prawdziwym ojcem - ciągnęłam z trudem. - To dlatego pojechałam na 
wyspę, pomimo burzy. Czułam, że muszę oddalić się od domu, od 
mamy. Wiedziałam, że nie będę w stanie stanąć z nią twarzą w twarz i 
zachowywać  się normalnie. Chyba po prostu  uciekałam. Nawet nie 
pomyślałam o Robercie.

W sypialni zapadła martwa cisza. Trwała ona zaledwie kilka sekund, 

ale to wystarczyło, bym poczuła ściskanie w żołądku na myśl o tym, co 
sobie wyobraża Reeve.

- Chodź tu do mnie - usłyszałam po chwili. Oderwałam wzrok od 

pejzażu   i   zwróciłam   oczy   na   Reeve’a.   Wyciągał   do   mnie   ramiona. 
Rzuciłam   się   w   nie   i   przycisnęłam   się   z   całej   siły   do   jego   silnego, 
muskularnego ciała. Przytulił mnie mocno, zanurzając usta w moich 
okropnych, sztywnych od soli włosach.

-   Posłuchaj   -   powiedział.   -   To,   co   się   przytrafiło   twojej   matce   w 

przeszłości, nie ma nic wspólnego z tobą. Zupełnie nic. Rozumiesz? 
Jesteś, kim jesteś. Tylko to się dla mnie liczy i dla ciebie też powinno.

Skąd wiedział, że właśnie te słowa chciałam od niego usłyszeć? Nie 

byłam pewna, czy mu wierzę, ale byłam niezmiernie wdzięczna za to, 
że je wypowiedział.

- Ten okropny, okropny człowiek - chlipałam mu w ramię. - O, Boże, 

228

background image

Reeve, jak ja to zniosę, jeśli rzeczywiście w moich żyłach płynie jego 
krew.

- Tak czy inaczej byś miała w żyłach jego krew - odparł pragmatycznie 

Reeve. - Jeśli nie jest twoim ojcem, to jest twoim wujem.

Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w równomierne bicie jego serca. 

Ten odgłos niezwykle dodawał mi otuchy.

- Czy przez to mam się lepiej poczuć?
- Nic nie sprawi, byś się lepiej poczuła, jeśli o to chodzi. Ale z drugiej 

strony, pomyśl o Richardzie. Jest wspaniałą osobą, a w waszych żyłach 
płynie ta sama krew.

- Richard! - wykrzyknęłam, podnosząc się i wpatrując w Reeve’a. - 

Drogi Boże, może on jednak wcale nie jest moim bratem.

Nigdy nie przypuszczałam, że tak mnie to kiedyś zmartwi.
- Jeśli nie jest twoim bratem, to jest twoim kuzynem. Tak to już jest w 

rodzinie, Deb. Trzeba sobie radzić i z jej dobrymi i ze złymi stronami. 
Pomyśl o biednym Bernardzie. Musi się użerać z kimś takim jak Robert.

Powoli pokiwałam głową, myśląc o Robercie. Z całą pewnością był 

równie zły, jak John Woodly, jeżeli nie gorszy.

- Zło Roberta kryje się w nim samym, w jego własnym, brutalnym, 

chciwym wnętrzu. Tak samo, jak w przypadku Johna Woodly’ego.

To, co mówił Reeve, miało sens.
- Jak myślisz, co sprawia, że ludzie tak się zachowują? - spytałam 

skonsternowana.

- Kto to wie, Deb. - Delikatnie dotknął kciukami moich policzków. - Ja 

z pewnością nie.

Spojrzałam w jego ciemne oczy.
- Wiesz, o czym myślę, Reeve? - powiedziałam powoli.
Potrząsnął głową. Na czoło opadł mu kosmyk włosów.
- Myślę o tym, że nam obojgu przytrafiły się w przeszłości okropne 

rzeczy.

Nie próbował odwrócić wzroku.
-   Myślę,   że   albo   o   nich   zapomnimy   i   będziemy   żyć   dalej,   albo 

pozwolimy, by nas zniszczyły - ciągnęłam, czując, że te słowa pochodzą 
z samego dna mojej duszy. - Tak czy inaczej, wybór należy do nas.

229

background image

Pokiwał głową. Był bardzo poważny.
- Myślę, że masz rację - powiedział niskim, posępnym głosem.
Znowu przytuliłam się do niego.
-   Co   się   stało   dzisiaj,   tam   na   wyspie?   -   spytał,   trzymając   mnie   w 

objęciach.

Wszystko mu opowiedziałam.
- Chryste - wykrzyknął, kiedy skończyłam. - Robert kompletnie stracił 

nad sobą kontrolę.

Przytaknęłam.
- Czy kiedykolwiek będziemy bezpieczni, jak myślisz? - spytałam z 

lękiem. - Co możemy zrobić, żeby już nas nie nękał?

Nie odpowiedział.
- On chciał mnie zabić, Reeve - potarłam policzkiem o jego ramię. - 

Mogę zeznawać w sądzie, jeśli będzie trzeba.

- Z tym może być problem - odparł Reeve. - To Bernard jest tutaj 

miejscowym sędzią.

- W takim razie pójdę do kogoś innego - nalegałam.
-   Pozwól,   że   porozmawiam   z   Bernardem   -   powiedział   Reeve.   - 

Oczywiście, coś trzeba będzie z tym zrobić.

Leżeliśmy   tak   objęci   jeszcze   kilka   minut.   Potem   usta   Reeve’a 

przesunęły się na moją skroń.

- Czy wiesz, jak się przeraziłem, kiedy się dowiedziałem, że zaginęłaś?
- Przepraszam.
Dotknął ustami mojego policzka.
-   Bez   względu   na   to,   co   się   wydarzyło   w   przeszłości,   Deb,   teraz 

jesteśmy razem. I to się liczy.

Odchyliłam głowę, by na niego spojrzeć.
- Naprawdę?
- Tak - powiedział i pocałował mnie namiętnie.
Od tego ewidentnie erotycznego pocałunku moje ciało rozgrzało się 

do czerwoności. Byłam tak blisko śmierci, a teraz leżałam bezpiecznie 
w objęciach Reeve’a. Zapragnęłam go nagle w bezrozumnym, palącym 
pożądaniu, jakiego nigdy wcześniej nie czułam.

Rozerwałam mu koszulę i pokryłam jego szyję i tors pocałunkami. 

230

background image

Potem przesunęłam  dłonie niżej  i  zaczęłam  szarpać  za jego  pas od 
spodni.

- Poczekaj - zachrypiał. - Ja to zrobię.
Zdjął spodnie w mgnieniu oka i poczułam przy sobie jego ciało. Był 

twardy i gotowy. Moja potrzeba była tak intensywna, że wbiłam mu 
paznokcie w ramiona.

- Reeve - dyszałam. - Reeve.
Popchnął mnie na łóżko, rozchylił mój szlafrok i rzucił się na mnie.
Wszedł   we   mnie   gwałtownie.   To   było   niezwykle   intensywne 

doznanie. Objęłam go nogami i wypchnęłam do góry biodra. Wszedł 
we mnie głęboko.

W tym dzikim akcie miłości buntowaliśmy się przeciwko śmierci.
Kiedy skończyliśmy, uniosłam ciężkie powieki i zobaczyłam nad sobą 

jego twarz.

-   Powinnaś   się   teraz   przespać   -   powiedział   łagodnie.   -   Jesteś 

wyczerpana.

To   była   prawda.   Nagle   poczułam   się   strasznie   zmęczona. 

Uśmiechnęłam się.

- Kocham cię - szepnęłam.
- Ja ciebie też - odpowiedział. Pochylił się i czule mnie pocałował. - 

Mam posłać po Susan?

- Później - udało mi się jeszcze powiedzieć. I zapadłam w sen.

* * *

Przyśniło   mi   się,   że   jestem   uwięziona   w   jaskini,   w   całkowitych 

ciemnościach   i   że   woda   zbliża   się   nieubłaganie.   Obudziłam   się 
przerażona, zlana potem. Czyżby ten koszmar miał już do końca życia 
nawiedzać mnie we śnie?

Wyjście z łóżka sprawiło mi ból. Byłam cała sztywna i obolała. Ręce i 

nogi miałam całe pocięte od kamieni w jaskini. Podeszłam do gzymsu 
nad kominkiem, żeby sprawdzić godzinę. Była ósma wieczorem. Za 
oknem zapadał zmierzch.

Poruszając się jak staruszka, poszłam do garderoby, żeby spojrzeć w 

lustro.   Zadrżałam   na   widok   swojego   odbicia.   Włosy   sterczały   na 
wszystkie strony jak u czarownicy; miałam podrapane policzki i czoło.

231

background image

Całe ciało szczypało mnie od zaschniętej na nim soli.
Zadzwoniłam po Susan. Koniecznie potrzebowałam kąpieli.
O   dziewiątej   trzydzieści   zakończyłam   toaletę.   Susan   splotła   moje 

jeszcze   mokre   włosy   w   warkocz,   który   upięłam   sobie   wysoko   na 
głowie, żeby nie pomoczył mi pleców.

Potem  zeszłam   na   dół  spotkać   się   z  rodziną.   Byłam   zdecydowana 

prosić lorda Bradforda, by zrobił coś z Robertem. Ten człowiek był zbyt 
niebezpieczny, aby pozostawać na wolności.

Kiedy zeszłam po schodach, mężczyźni byli już po swoim wieczornym 

porto i całe towarzystwo zgromadziło się w salonie. Mary Ann grała na 
fortepianie, a Harry przewracał jej nuty. Sally i Edmund siedzieli przy 
stoliku   w   rogu,   układali   układankę   i   rozmawiali   przyciszonymi 
głosami. Pozostali mieszkańcy, w tym Reeve, słuchali w ciszy muzyki 
granej przez Mary Ann. Właściwie wszyscy wyglądali tak, jakby byli 
zatopieni w myślach.

Reeve zauważył mnie jako pierwszy.
- Deb! - powiedział.
Podszedł do drzwi i wziął mnie pod ramię. Był to tak opiekuńczy gest, 

że spojrzałam na niego ze zdziwieniem.

Mary Ann przestała grać i obróciła się w moją stronę.
- Jak się czujesz, kochanie? - spytała mama delikatnie.
Spojrzałam na nią i ze zdumieniem odkryłam, że nic się nie zmieniła 

od czasu, kiedy usłyszałam straszliwą prawdę o jej przeszłości.

- Dobrze, mamo - odparłam.
Wtedy zauważyłam, że brakuje lorda Bradforda.
- Reeve opowiedział nam, jak zostałaś uwięziona w jaskini przez wodę 

-   odezwała   się   Sally.   -   Co   za   koszmarne   przeżycie.   Musiałaś   być 
przerażona, zupełnie sama, w tych ciemnościach.

Zabrzmiało   to   wyjątkowo   markotnie,   zupełnie   niepodobnie   do 

energicznej Sally. Spodziewałam się raczej, że dziewczyna uzna moje 
przejścia za wspaniałą przygodę.

Rozejrzałam się po pokoju i stwierdziłam, że również na twarzach 

pozostałych osób maluje się niezwykła powaga. Spojrzałam pytająco na 
Reeve’a.

232

background image

- Mamy złe wieści - powiedział spokojnie. - Robert nie żyje.
Poczułam, że uginają się pode mną kolana.
- Nie żyje?
- Tak. Chodź ze mną do jadalni, Deb. Wszystko ci opowiem.
Objął mnie i wyprowadził z pokoju. Wszyscy nas obserwowali. W 

jadalni Reeve usadził mnie na krześle i sam usiadł naprzeciwko.

Spojrzałam na niego zmęczonym wzrokiem.
- Zabiłam go tym uderzeniem w głowę?
Reeve wziął mnie za rękę.
- Nie, Deb. On się utopił.
- Utopił? - powtórzyłam, nie rozumiejąc. - Ale przecież w jaskini nie 

było już wody.

- Kiedy Harry dotarł do Roberta, znalazł go leżącego twarzą w dół w 

strumyku, który wypływał z jaskini. Robert stracił przytomność, kiedy 
go uderzyłaś, więc nie mógł się ruszać.

Przypomniałam   sobie,   jak   sama   musiałam   odwracać   głowę,   kiedy 

wpadłam do strumyka. Nie był on głęboki, ale jeśli miało się w nim 
zanurzoną całą twarz...

Spojrzałam na Reeve’a wstrząśnięta.
-   Boże,   Reeve.   Nawet   przez   myśl   mi   to   nie   przeszło!   Byłam   taka 

przerażona... Chciał jedynie wydostać się stamtąd najszybciej, jak to 
było możliwe. Nie pomyślałam, że może leżeć twarzą w wodzie!

- Oczywiście, że nie - odparł Reeve. - Po tych wszystkich przejściach 

nikt by się tego po tobie nie spodziewał.

- Zabiłam go - powiedziałam w osłupieniu. - Mój Boże i to nawet nie w 

obronie  własnej.   Broniłam   się,   kiedy  uderzyłam  go   kamieniem.   Ale 
mogłam odwrócić mu głowę, nim uciekłam. Mogłam to zrobić.

- Przecież nawet go nie widziałaś, Deb - powiedział Reeve. - Skąd 

mogłaś wiedzieć, że ma twarz zanurzoną w wodzie?

Zabrałam rękę z jego uścisku.
- Mogłam pomacać.
Reeve potrząsnął zdecydowanie głową.
- Nieprawda. A co by było, gdyby się ocknął i znowu zaczął cię gonić? 

Nie miałaś innego wyjścia, musiałaś wydostać się stamtąd najszybciej, 

233

background image

jak tylko się dało.

- Pewnie masz rację - powiedziałam z powątpiewaniem.
-   Oczywiście,   że   mam   rację.   Zrozumiesz   to,   kiedy   sobie   wszystko 

porządnie przemyślisz.

Zadrżałam.
- Może Robert i był okropnym człowiekiem, ale to nie jest przyjemne 

wiedzieć, że się kogoś zabiło, Reeve.

- Uwierz mi Deb, zdaję sobie z tego sprawę - odparł.
Spojrzeliśmy po sobie.
Wstałam  i podeszłam do  Reeve’a.  Objęłam  go  i  przycisnęłam  jego 

głowę do piersi.

- Tak - powiedziałam. - Rozumiem.
-  Ostatecznie to  nieważne,  kto  zawinił -  ciągnął  Reeve. -  Wyrzuty 

sumienia pozostają na zawsze.

Przycisnęłam go mocniej i powtórzyłam nasze zaklęcie.
- Ale my mamy siebie.
Odwrócił się do mnie i objął mnie w pasie.
- Dzięki Bogu - powiedział. - Dzięki Bogu.

* * *

Lord Bradford wrócił do domu o jedenastej. Był w Fair Haven, dokąd 

zawieziono ciało Roberta.

- Jutro przetransportują go do domu - powiedział sącząc porto przed 

kominkiem   w   salonie.   Rozpalono   tam   ogień,   ponieważ   noc   była 
wyjątkowo zimna jak na letnią porę. - Chcę go pochować w Wakefield.

Wszyscy zaszemrali pocieszająco.
- To straszne, że Robertowi nie udało się, jak Deborah, dotrzeć do 

suchej części jaskini - powiedziała pani Norton.

Lord Bradford wyglądał na całkowicie wyczerpanego.
- Najwyraźniej zorientował się zbyt późno - wyjaśnił. - Fala dosięgła 

go, kiedy był w połowie drogi.

Byłam   niezmiernie   wdzięczna,   że   lord   Bradford   zataił   prawdziwą 

wersję wydarzeń. Nie obchodziło mnie nawet, jeśli zrobił to tylko po to, 
by chronić dobre imię Roberta. Nie chciałam, by wszyscy dowiedzieli 
się, jaki miałam udział w śmierci jego syna.

234

background image

- Woda wdzierała się do jaskini z niezwykłą siłą - powiedziałam cicho. 

- Ryk przewalających się przez nią fal był przerażający.

Wszyscy   w   ciszy   wyobrażali   sobie   Roberta   pośród   tego   wodnego 

zamętu.

Spojrzałam w moją herbatę i stwierdziłam, że choć świadomość, iż się 

zabiło   drugiego   człowieka   jest   okropną   rzeczą,   nie   żal   mi   Roberta. 
Żywy, zawsze stanowiłby zagrożenie dla Reeve’a i dla naszej wspólnej 
przyszłości.

Robert był złym człowiekiem.
Spojrzałam   znad   filiżanki   na   mamę.   Wpatrywała   się   w   lorda 

Bradforda z taką mieszaniną bólu i tęsknoty na twarzy, że odebrało mi 
dech w piersiach.

Ona go kocha, pomyślałam. Ona naprawdę go kocha.
Teraz   nie   poczułam   na   myśl   o   tym   ukłucia   zazdrości,   tak   jak 

wcześniej, kiedy widywałam ich razem. Bo to była zazdrość. Zauważyli 
to zarówno Bernard, jak i Reeve, a ja nie.

Jakaż byłam samolubna, chcąc zatrzymać mamę tylko dla siebie. Teraz 

mam Reeve’a. Mama też powinna kogoś mieć.

Tylko że na drodze do jej miłości stał John Woodly i pamięć o tym, co 

jej zrobił.

Musi być na to jakiś sposób, myślałam. To niesprawiedliwe, by mama 

miała zrujnowaną resztę życia, tylko z powodu tego jednego zdarzenia, 
które nie nastąpiło z jej winy.

Zamyślona piłam herbatę i nie słyszałam ani jednego słowa z dyskusji, 

dotyczącej rychłego pogrzebu Roberta.

W końcu podniosła się pani Norton.
- Czas spać - odezwała się do swojej córki.
-   Mamo   -   powiedziałam.   -   Czy   mogę   porozmawiać   chwilę   na 

osobności z tobą i Bernardem?

Błękitne oczy mamy pociemniały.
- Chyba... chyba tak, kochanie - spojrzała na lorda Bradforda. - Jeśli nie 

masz nic przeciwko, Bernardzie.

Lord Bradford wyglądał na zmęczonego.
-   Oczywiście,   Deborah   -   zgodził   się   uprzejmie.   -   Przejdziemy   do 

235

background image

biblioteki?

Kiedy się tam znaleźliśmy, kazał lokajowi zapalić lampy,  a potem 

wskazał mnie i mamie sofę stojącą naprzeciw kominka.

- Mam nadzieję, że nie będziecie mieć nic przeciwko, jeśli będę stał - 

powiedział z gorzkim uśmiechem. - Boję się, że od razu bym usnął, 
gdybym usiadł.

Nim jednak przeszłam do tematu, który przede wszystkim chciałam 

poruszyć, musiałam coś powiedzieć lordowi Bradfordowi.

- Bardzo mi przykro z powodu Roberta - odezwałam się cicho. - Nie 

chciałam,   żeby   tak   się   stało.   Gdybym   wiedziała,   że   leży   twarzą   w 
wodzie, obróciłabym mu ją.

- Wierzę ci - powiedział lord Bradford. Potarł oczy dłonią, jak gdyby 

ocierał łzy. Zauważyłam, że mama zacisnęła mocno dłonie na kolanach. 
- Ale to dobrze, że tego nie zauważyłaś - ciągnął Bernard spokojnie. - 
Smuci  mnie  to  ogromnie,   ale  muszę  powiedzieć,  że  dla  wszystkich 
lepiej się stało, że Robert nie żyje.

Miał rację, obie to wiedziałyśmy.
Zacisnęłam dłonie i skoncentrowałam na nich wzrok. Nie miałam dość 

odwagi, by patrzeć na mamę i Bernarda, kiedy będę się przyznawać do 
mojego podsłuchiwania.

- Reeve pewnie wam powiedział, co zaszło między mną a Robertem 

tam, w jaskini - powiedziałam.

- Tak - odparł Bernard zdawkowo.
- Czy powiedział wam też, dlaczego w ogóle znalazłam się na Wyspie 

Charlesa?

- Nie - głos Bernarda ożywił się trochę. - Chciałbym znać odpowiedź 

na to pytanie. Twoje zniknięcie śmiertelnie przeraziło twoją matkę. To 
było bardzo nierozsądne zachowanie.

- Usłyszałam rozmowę, która nie była przeznaczona dla moich uszu. 

Niezwykle mną ona wstrząsnęła. To dlatego uciekłam. Potrzebowałam 
czasu, by przemyśleć parę spraw, nim znowu stanęłam twarzą w twarz 
z mamą.

Powietrze w pokoju zgęstniało od napięcia. Słyszałam, jak zegar na 

ścianie odlicza tykaniem upływające sekundy.

236

background image

- Jaką rozmowę, Deborah? - spytała w końcu mama ściśniętym głosem.
-   Stałam   na   tarasie,   kiedy   ty   i   Bernard   rozmawialiście   w   jadalni 

podczas   śniadania.   Na   początku   nie   zdałam   sobie   sprawy,   że   to 
prywatna rozmowa, a potem było już za późno. Nie mogłam się ruszyć, 
bo zorientowalibyście się, że byłam tam cały czas i wszystko słyszałam.

- O mój Boże - głos mamy był przepełniony bólem.
- Co za straszny, okropny człowiek - powiedziałam. Mój głos zaczął się 

trząść. - Zgadzam się z Bernardem. Też chciałbym go zastrzelić.

Lord Bradford stał jak posąg koło kominka i nic nie mówił.
- Ile... ile słyszałaś? - spytała mama.
-   Wszystko   -   odparłam.   -   To   dlatego   byłam   taka   wytrącona   z 

równowagi, rozumiesz. To dlatego uciekłam.

Mama załamała ręce.
- Boże, Deborah. Zaprzedałabym duszę, byle byś nie poznała prawdy. 

Nie chciałam, żebyś się kiedykolwiek dowiedziała...

Odwróciłam się do niej gwałtownie i zarzuciłam jej ręce na szyję.
- Już w porządku, mamo. Rozmawiałam o tym wszystkim z Reevem i 

on mi pomógł. Już wszystko dobrze. To raczej o ciebie się martwię. To 
twoje życie zostało zniszczone przez tego okropnego człowieka.

Czułam,  jak jej wątłe ciało  drży w moich objęciach. Trzymałam ją 

mocno, opierając policzek o jej blond loczki. W końcu spojrzałam na 
lorda Bradforda.

- Miałeś rację, mówiąc, że byłam zazdrosna o ciebie - powiedziałam. - 

Ale   już   nie  jestem.   Myślę,   że   byłbyś   wspaniałym  mężem   dla  mojej 
mamy.

- Nie mogę... - wykrztusiła mama. - Obawiam się, że...
Nadal spoglądałam na lorda Bradforda, a on na mnie.
-   Od   razu   po   pogrzebie   pojedziemy   z   Reevem   do   Ambersley   - 

oznajmiłam. - Byłabym wdzięczna, gdybyś mógł odwieźć do nas mamę 
kilka dni później. A jeśli dojazd do Ambersley zajmie wam kolejnych 
kilka dni, to z pewnością tego nie zauważymy.

Bernard rozszerzył nieco swoje szare oczy. W końcu udało mi się go 

czymś zaskoczyć.

-   Gdybym   była   kobietą   rozmiłowaną   w   hazardzie,   dużo   bym 

237

background image

postawiła na to, że uda ci się sprawić, by mama całkowicie zapomniała 
o Johnie Woodlym.

Mama uwolniła się z moich objęć.
- Co mówisz, Deborah?
Spojrzałam w jej oczy, tak podobne do moich.
- Mówię, że nie chcesz poślubić Bernarda, ponieważ obawiasz się, że 

nie   będziesz  potrafiła   być   dla   niego   normalną   żoną.   A   co   by   było, 
gdybyś odkryła, że jednak możesz nią być?

Wyglądała na zszokowaną.
- Deborah! Czy sugerujesz...?
- Tak - powiedziałam.
- Zawsze uważałem cię za wspaniałą młodą kobietę - oświadczył z 

aprobatą Bernard. Zmęczenie jakby się z niego ulotniło.

Mama zaczęła się jąkać.
- Idź do Reeve’a, Deborah - powiedział z uśmiechem lord Bradford. - 

Ja się już zajmę twoją matką.

Również się do niego uśmiechnęłam i poszłam na górę, do mojego 

męża.

Epilog

Na chrzest mojej córki zjechała do Ambersley cała rodzina. Mama i 

Bernard  pojawili  się wcześniej,  żeby mama  mogła  być  obecna  przy 
porodzie. Sally przyjechała już po narodzinach Helen. Moja konser-
watywna matka uznała, że obecność tak młodej dziewczyny w tym 
kluczowym momencie, byłaby czymś wysoce niestosownym. Richard i 
Charlotte pojawili się dzień wcześniej ze swoim malutkim synkiem. 
Richard   miał   zostać   ojcem   chrzestnym   Helen,   a   Sally   miała   być   jej 
matką chrzestną. Na koniec przyjechał z Londynu Harry, który nadal 
uczęszczał tam do Royal College of Physicians.

Oczywiście, Reeve miał znacznie więcej krewnych, ale chcieliśmy, by 

chrzest odbył się w kameralnej atmosferze, więc zaprosiliśmy tylko 
najbliższą rodzinę.

Byłam niezmiernie wdzięczna matce za to, że towarzyszyła mi przy 

porodzie. Stanowiła dla mnie źródło siły i oparcia. Cieszyłam się też z 

238

background image

obecności Bernarda. Gdyby przez te sześć godzin, przez które trwał 
poród, nie uspokajał Reeve’a, jestem pewna, że mój zrozpaczony mąż 
wdarłby się do sypialni, żeby się ze mną zobaczyć.

-   Dziękuję,   Bernardzie   -   powiedziałam   mu   z   wdzięcznością,   kiedy 

odwiedził mnie i Helen kilka godzin po porodzie.

Ostatnia   rzecz,   jakiej   mi   było   wtedy   trzeba,   to   rozszalały   mąż, 

wyobrażający sobie, że jestem o krok od śmierci. Stanowczo wolałam 
obecność spokojnej i doświadczonej mamy.

Na początku obawiałam się, że Reeve będzie zawiedziony, że jego 

pierworodnym dzieckiem jest dziewczynka.

Tymczasem okazało się, że jest zachwycony. Wystarczyło mu jedno 

spojrzenie w ogromne, szaroniebieskie oczy Helen, by zakochał się w 
niej bez pamięci.

- Jej oczy będą błękitne, jak twoje - stwierdził.
Ja   uważałam   raczej,   że   staną   się   ciemne,   jak   jego,   ale   się   nie 

odezwałam. Nie chciałam mu w żaden sposób psuć radości.

- Może następny będzie chłopiec - powiedziałam.
- Może - odparł niedbale. - Spójrz na jej dłonie, Deb. Są takie malutkie, 

a zarazem takie perfekcyjne. A jej skóra!

- Myślę, że w głębi duszy Reeve jest zachwycony faktem, że nie będzie 

musiał   dzielić   się   tobą   z   jeszcze   jednym   mężczyzną   -   zaśmiał   się 
Bernard.

Ja jednak uważałam, że to może być bardziej skomplikowane. Reeve 

nazwał dziecko na cześć swojej matki. Wydawało mi się, że w ten, dość 
niejasny sposób, poprzez istnienie Helen Marii Elizabeth Ann, Reeve 
mógł wreszcie się z nią połączyć. W dziecku odnalazł odkupienie.

* * *

Był   rześki   październikowy   poranek,   kiedy   stałam   w   wielkich 

drzwiach   wejściowych   do   rezydencji   i   obserwowałam,   jak   wszyscy 
wybierający się na chrzciny Helen lokują się w powozach, które miały 
zabrać ich do kościoła. Sally z wyrazem wielkiej czułości na twarzy 
ostrożnie niosła niemowlę. Helen ubrano w sukienkę i czapeczkę, w 
której były chrzczone całe pokolenia Lambethów. Wyglądała uroczo. 
Nakarmiłam ją tuż przed wyjściem, więc miałam nadzieję, że nie będzie 

239

background image

płakać.

Ja   niestety   musiałam   cierpliwie   czekać   w   domu   na   ich   powrót   z 

kościoła.

- Odpoczywaj, Deb - rozkazał mi przed wyjściem Reeve. - Nie chcę, by 

ta impreza zbytnio cię wyczerpała.

Przez ostatnie miesiące ciąży Reeve opiekował się mną jak tygryska 

swoimi   młodymi.   To   było   bardzo   słodkie,   ale   zaczynało   mnie   już 
denerwować.

-   Nic   mi   nie   jest   -   odparłam   ze   zniecierpliwieniem.   -   Lekarz 

powiedział, że jestem silną i zdrową młodą kobietą i że nie ma powodu, 
dla którego miałabym tak się ze sobą cackać.

Zmarszczył brwi.
- Idź już - popchnęłam go lekko. - Czekają na ciebie.
Kiedy pojechali, zeszłam do kuchni, żeby się upewnić, czy wszystko 

już gotowe na lunch, który miano podać po ich powrocie z kościoła.

Moje pojawienie się w kuchni nie wywołało zbytniego poruszenia. 

Inaczej niż kiedy zrobiłam to po raz pierwszy, tuż po wprowadzeniu 
się z Reevem do Ambersley. Wtedy spotkało się to z ogromną dez-
aprobatą   ze   strony   służby.   W   ich   mniemaniu   pani   dziedziczka   nie 
wpada sobie tak po prostu do kuchni na przekąskę i pogawędkę.

Ja jednak nie przestałam tego robić. Może i Ambersley jest ogromnym 

pałacem, ale to również mój dom i chcę się czuć swobodnie w każdej 
jego części.

Moja   determinacja   wkrótce   się   opłaciła.   Niedługo   potem   stosunki 

między mną a moim personelem bardzo się poprawiły.

Kazałam   zainstalować   nowy   piec   dla   kucharki,   a   ostatniej   zimy 

podarowałam   każdemu   ze   służących   ciepły   wełniany   koc.   W 
przeciwieństwie do arystokratycznych  Lambethów,  którzy  wcześniej 
zamieszkiwali Ambersley, wiedziałam, co to znaczy zimno.

- Spróbuje pani zupy? - spytała kucharka.
Potrząsnęłam głową.
- Bardzo bym chciała, pani Wilson, ale naprawdę nie powinnam.
W czasie  ciąży  przybrałam na  wadze i mimo  że udało  mi się już 

zrzucić kilka kilogramów, jeszcze mi trochę brakowało do osiągnięcia 

240

background image

poprzedniej sylwetki. Wiedziałam, że kiedy znowu będę mogła jeździć 
konno, szybko schudnę, ale w tej chwili uważałam, że nie powinnam 
zbytnio sobie dogadzać.

Nasza kucharka, starsza już kobieta, spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Tylko odrobinkę, milady. Przecież na pani to sama skóra i kości.
Pani Wilson, kobieta wyjątkowo pulchna, nie była chyba dla mnie 

najlepszym sędzią w sprawach wagi. Uśmiechnęłam się do niej.

- Wiem, że jest pyszna, i obiecuję, że zjem jej pełen talerz podczas 

lunchu.

- Niech się pani nie martwi - powiedziała kucharka ze spokojem. - To 

będzie wspaniała uczta.

- Zupełnie się o to nie martwię - zapewniłam ją. To była prawda, pani 

Wilson rzeczywiście świetnie gotowała.

Po   wyjściu   z   kuchni   poszłam   do   czerwonego   salonu,   z   którego 

przechodziło  się do dużej sali wyłożonej  biało-czarnym  marmurem. 
Tam   właśnie   mieliśmy   zjeść   po   chrzcinach   uroczysty   lunch.   Ojciec 
Reeve’a   zlecił   przerobienie   zarówno   salonu,   jak   i  jadalni   Robertowi 
Adamsowi, tak więc oba te pomieszczenia prezentowały się wyjątkowo 
okazale. Ściany w salonie były wyłożone jedwabiem ze Spitalfields. 
Wspaniały dywan oraz meble również zostały zaprojektowane przez 
Roberta Adamsa. Na suficie wymalowano barwny wzór przedstawia-
jący ośmiokąty, w które wpisano okręgi. Nad kominkiem z białego 
marmuru   wisiało   olbrzymie   lustro   w   pozłacanej   ramie.   Ściany 
ozdobiono równie dużymi portretami przodków Reeve’a.

Nie było to pomieszczenie, z którego korzystaliśmy na co dzień, ale 

wspaniale   nadawało   się   na   wydanie   przyjęcia.   Tak   właściwie,   to 
miałam zamiar zacząć trochę więcej udzielać się towarzysko. Od czasu 
naszych   zaręczyn   Reeve   był   już   kilka   razy   w   Londynie   na 
posiedzeniach   parlamentu,   ale   ja   nie   mogłam   mu   towarzyszyć. 
Najpierw   z   powodu   obowiązkowego   okresu   żałoby   po   Robercie,   a 
potem, oczywiście, byłam w ciąży z Helen.

Sally miała zostać wprowadzona w towarzystwo z opóźnieniem, na 

wiosnę, pod egidą mamy. My z Reevem również mieliśmy spędzić cały 
sezon w Londynie, co bardzo mnie cieszyło. Reeve powiedział nawet, 

241

background image

że może nie będzie to dla niego takim niemiłym obowiązkiem, jeśli ja 
tam z nim pojadę.

Kiedy wszyscy wrócili po chrzcinach z kościoła, zabrałam Helen do 

kołyski, którą na jakiś czas ustawiono w mojej garderobie. Nakarmiłam 
niemowlę, a potem wróciłam do salonu, gdzie zebrani pili szampana.

- Helen zachowywała się w kościele jak anioł - poinformował mnie 

Reeve.

- Ależ Reeve! - oburzyła się Sally. - Kiedy pan Liskey polał jej czoło 

wodą, zaczęła tak krzyczeć, że się zrobiła cała czerwona!

- Kiedy tylko ją od ciebie wziąłem, to od razu przestała - wytknął jej z 

zadowoleniem Reeve.

Spojrzałam   na   niego   i   pomyślałam,   że   powinniśmy   chyba   jak 

najszybciej   sprawić   sobie   drugie   dziecko,   bo   inaczej   Helen   zostanie 
zepsuta do granic możliwości.

- To przynosi szczęście, jeśli dziecko płacze w kościele - powiedziała 

mama.

Czy wspominałam już, że moja mama okazała się równie kochającą 

babcią, jak Reeve ojcem?

Mimowolnie   spotkałam   się   wzrokiem   z   Bernardem.   Oboje   się 

uśmiechnęliśmy.

- Czy nie byłoby wspaniale, gdyby nasz Dickon i wasza Helen kiedyś 

się pobrali? - spytał Richard.

- Bardzo bym się z tego cieszyła - odparłam.
- Richardzie! - zaśmiała się Charlotte. - Przecież to jeszcze niemowlęta! 

Poza tym rodzicielskie swatanie nie jest już czymś dopuszczalnym. Nie 
wiem   czy   zauważyłeś,   ale   to   już   nie   średniowiecze.   Teraz   mamy 
dziewiętnasty wiek.

Richarda nie zbiło to z tropu.
- Nie powiedziałem, że będę nalegał na ich ślub, Charlotte - odparł. - 

Stwierdziłem tylko, że byłoby to czymś wspaniałym.

Należy wspomnieć, że Richard z powodzeniem likwidował szkody, 

które   jego   interesom   wyrządził   wuj   John.   Samego   sprawcy   nie 
odnaleziono   do   tej   pory   i   wszyscy   mieliśmy   nadzieję,   że   tak   już 
zostanie.

242

background image

- Chciałbym coś ogłosić - odezwał się nagle Harry.
Rozmowy ucichły i wszyscy odwrócili się w jego stronę.
- Mary Ann Norton i ja pobieramy się - oznajmił z uśmiechem.
- Harry! - pisnęłam. - To cudownie!
- Tak, rzeczywiście - powiedział z jeszcze szerszym uśmiechem. Potem 

przeniósł wzrok na Reeve’a, który siedział obok niego. - Nie pisałem, 
ponieważ chciałem powiedzieć wam to osobiście.

- Gratuluję, stary przyjacielu - poklepał go po ramieniu Reeve. - To 

wspaniała dziewczyna.

- To prawda. Obawiałem się, że jej rodzice mogą nie być zadowoleni, 

że chce poślubić zwykłego lekarza, ale oni podeszli do tego z wielką 
wyrozumiałością.

Pomyślałam   cynicznie,   że   fakt,   iż   ten   „zwykły   lekarz”   miał   w 

przyszłości   zostać   kolejnym   lordem   Bradfordem,   prawdopodobnie 
wpłynął znacznie na wyrozumiałość państwa Norton.

- Chcesz pracować w Londynie? - spytał Richard.
-   Nie.   Wracam   do   Sussex.   W   Londynie   jest   mnóstwo   lekarzy, 

natomiast poza nim przyda się ich więcej.

Reeve wstał i uniósł swój kieliszek.
- Wznoszę toast za Harry’ego i Mary Ann - powiedział. - Oby byli tak 

szczęśliwi razem, jak ja z Deb - tu skłonił się w moją stronę. - I Richard, 
i Charlotte - skłonił się w stronę Charlotte. - I Bernard, i Elizabeth - 
skłonił się w stronę mamy.

- Niech żyją! - zawołali wszyscy, unosząc swoje kieliszki.
W tym momencie w drzwiach pojawił się lokaj.
- Podano lunch, milady - oznajmił.
Nadal gratulując Harry’emu, skierowaliśmy się do salonu.

* * *

Wszyscy nasi goście mieli zostać na noc. Po południu Reeve zabrał 

mężczyzn na polowanie, natomiast ja z kobietami wybrałam się na 
przechadzkę w ogrodach Ambersley. Mimo iż lato już się zakończyło, 
rozlegle ogrody nadal robiły ogromne wrażenie. Zachwycała mnogość 
posągów,   stawów   i   fontann,   a   także   duża   różnorodność   gatunków 
roślin.

243

background image

Dopiero   późnym   wieczorem,   w   trakcie   rozmowy   z   Bernardem, 

odczułam nagle niezwykłe zmęczenie. Myślałam, że udało mi się to 
ukryć,   ale   kiedy   tylko   wszystkie   panie   przeszły   do   jednego   z 
mniejszych salonów na herbatę, zbliżyła się do mnie mama.

- Deborah, już czas, byś się położyła - powiedziała stanowczo. - Ja ci 

naleję herbaty.

Nie sprzeciwiałam się.
Poszłam   na   górę   i   pozwoliłam   Susan   się   rozebrać.   Następnie 

nakarmiłam marudzącą Helen.

Moja   dziecinka,   pomyślałam,   czule   przyciskając   usta   do   złocistego 

meszku jej włosów. Jakże cię kocham.

Zasnęłam   natychmiast   po   tym,   jak   zwinęłam   się   w   kulkę   na 

ogromnym łożu z baldachimem, które dzieliłam z Reevem.

Cztery godziny później odruchowo  się obudziłam. Zadziwiał mnie 

sposób, w jaki moje ciało tak szybko zsynchronizowało się z systemem 
karmienia dziecka.

Reeve’a   nie   było   obok   mnie   w   łóżku,   więc   stwierdziłam,   że   musi 

jeszcze grać w bilard lub coś w tym rodzaju.

Kiedy jednak przeszłam do garderoby, zauważyłam, że pali się tam 

świeczka.   Nie   była   ona   szczególnie   potrzebna,   ponieważ   światło 
księżyca wlewało się przez okno, oświetlając pokój białym blaskiem.

Spojrzałam na nie ze zdziwieniem, ponieważ wydawało mi się, że 

zaciągnęłam zasłony, nim poszłam spać.

- Na środku pokoju stał Reeve, z dzieckiem w ramionach. Światło 

księżyca błyszczało na jego czarnych włosach i sprawiało, że jego oczy 
zdawały   się   jeszcze   ciemniejsze.   Reeve   spoglądał   na   Helen   takim 
wzrokiem, że do oczu napłynęły mi łzy wzruszenia.

Gdyby mnie nie zauważył, wycofałabym się z powrotem do pokoju, 

nie chcąc zakłócać tego niezwykle intymnego momentu.

- Deb - Reeve rozjaśnił się do mnie w uśmiechu.
Podeszłam do nich.
- Już prawie czas na kolejne karmienie - wytłumaczyłam. - To dlatego 

przyszłam.

- Wiem. Popłakiwała trochę, ale kiedy włożyłem jej palec do buzi, 

244

background image

zaczęła go ssać i się uspokoiła.

Położyłam policzek na jego ramieniu i razem spoglądaliśmy na nasze 

dziecko.

- Nigdy nie myślałem, że tak się będę czuł z jej powodu - powiedział 

odrobinę zdziwiony. - Ona jest dla mnie jak... jak jakiś cud.

Spojrzałam na Helen Marię Elizabeth Ann Lambeth i pomyślałam, że 

rzeczywiście jest cudem. Nawet bardziej dla Reeve’a niż dla mnie. Dla 
mnie to ukochane dziecko. Dla Reeve’a natomiast to w pewien sposób 
również odkupienie.

Cud zamrugał oczkami i zaczął popłakiwać.
- Mniej więcej tyle czasu działa sztuczka z palcem - poinformowałam 

męża. - Teraz chyba będę musiała ją już nakarmić.

Reeve uśmiechnął się do mnie. Spojrzałam na jego radosny, prawie 

chłopięcy wyraz twarzy. Ogromnie mnie on ucieszył.

Nikt nie nazwie już więcej Reeve’a korsarzem.

245


Document Outline