background image

CAROLE   BUCK

Melodia na czas kochania 

Przełożyła Agnieszka Kobylińska

Tytuł oryginału Simply Magic

background image

ROZDZIAŁ 1

Noc   była   upalna.   Z   apartamentu   poniżej   dobiegały   natarczywe   dźwięki 

muzyki.

Bębny, które naśladowały rytm uderzeń serca.

Fleyt   swoimi   nie   skoordynowanymi   dźwiękami   chciały   przyspieszyć 

krążenie krwi słuchaczy.

Muzyka nie była głośna, ale jej niepokojący, egzotyczny rytm wybijał ją ze 

snu. Codzienne hałasy; syreny straży pożarnej czy ryk rock and rolla z głośno 

nastawionego radia, były znajome i nie przeszkadzały jej. Ale to…

Śpiew? Czy ktoś teraz śpiewał?

Brooke odwróciła się na plecy i zatkała uszy. Niewiele to jednak pomogło. 

Wprawdzie   muzyka   była   przytłumiona,   lecz   wciąż   natarczywa.   Brooke   miała 

wrażenie, jakby wsączała się w nią wszystkimi porami ciała!

Spojrzała   w   sufit,   próbując   opanować   zdenerwowanie,   wywołane   tą 

niesamowitą melodią. Muzyka rozbrzmiewała dopiero pół godziny, a irytacja, jaką 

wyzwalała, narastała z każdą minutą.

Brooke   wiedziała,   że   nie   uda   jej   się   zdrzemnąć.   Po   pierwsze   była 

przemęczona po pełnym napięcia weekendzie u rodziny w Connecticut. Na domiar 

background image

złego w Bostonie, podobnie jak i w pozostałej części Nowej Anglii, panował nie-

zwykły   jak   na   tę   porę   roku   upal,   a   klimatyzacja   w   sypialni   nie   działała.   Ten 

fizyczny   i   psychiczny   dyskomfort   był   trudny   do   przezwyciężenia.   Do   tego 

wszystkiego jeszcze ta niepokojąca muzyka…

Brooke spojrzała na budzik, stojący na małym stoliku przy łóżku. Minęła 

północ, a następnego ranka musiała, jak zwykle, być w pracy! Wiedziała, że jej szef 

w Instytucie Wildinga do spraw Badań Ziemi (WIWE) był bardzo wyrozumiały, 

lecz nawet on nie tolerował pracowników, którzy w godzinach pracy zasypiają za 

biurkiem.

Siedem   miesięcy   temu,   kiedy   przyjechała   do   Bostonu,   właśnie   szef 

zaproponował   jej   mieszkanie   w   tym   przepięknym   apartamencie   w   Cambridge. 

Kiedyś był to dom jednorodzinny, lecz właściciel (prawdopodobnie to on włączył 

tę muzykę) dokonał w nim przeróbek i wynajął pierwsze piętro, zatrzymując dla 

siebie mieszkanie na parterze.

Od pierwszej chwili Brooke podobał się ten elegancki, utrzymany w starym 

stylu dom. Wysokość czynszu mile ją zaskoczyła. Wiązały się z tym jednak pewne 

obowiązki. W czasie nieobecności właściciela, osoba wynajmująca piętro musiała 

opiekować się całym domem, wraz z przylegającym doń urokliwym dziedzińcem.

Nawet przy takiej klauzuli Brooke nie wahała się ani przez moment. Jak się 

okazało, jej obowiązki związane z domem nie były w ogóle uciążliwe. Musiała 

wprawdzie   dbać   o   zajmowane   przez   siebie   mieszkanie,   lecz   raz   w   tygodniu 

przychodziła sprzątaczka, która sprawnie radziła sobie z utrzymaniem czystości w 

pozostałej części domu. Gdy zachodziła potrzeba, dwaj kilkunastoletni chłopcy z 

sąsiedztwa kosili trawę, grabili uschnięte liście lub odgarniali śnieg - wszystko to 

za umiarkowaną opłatą.

background image

Jedynymi   obowiązkami   Brooke   były   wizyty   na   poczcie   i   odbiór   listów 

nadchodzących do właściciela. Otrzymała klucze do drzwi frontowych, więc mogła 

zostawiać przesyłki w mieszkaniu na parterze.

Początkowo Brooke zastanawiała się, dlaczego korespondencji do doktora 

Archimedesa Xaviera „Meade” O’Malleya nie dostarczano bezpośrednio do domu. 

Po pierwszej wizycie na poczcie przestało ją to dziwić.

Właściciel domu otrzymywał tygodniowo więcej listów niż niejedna osoba w 

ciągu całego życia. Wyglądało na to, że O’Malley prowadził korespondencję w 

wielu językach z wieloma osobami z różnych państw. Prenumerował również około 

tysiąca gazet i czasopism, wśród których znajdowały się zarówno poważne pisma 

naukowe,   jak   i   popularne   brukowce.   Te   ostatnie,   zapewne   dla   ochrony   przed 

ciekawskimi, pakowane były w brązowy papier.

Po siedmiu miesiącach sortowania poczty nadchodzącej do pana O’MaIleya, 

której   nie   mogła   przecież   zostawiać   bezładnie   pod   drzwiami,   Brooke   miała 

wrażenie, że trochę poznała już tego człowieka. Oczywiście w Instytucie słyszała o 

nim wiele plotek, z których może jedna czwarta była prawdziwa. Ale gdyby choć 

część z tych opowieści o jego niesamowitych wyprawach była prawdą…

Wiedziała, że specjalizował się w etnobotanice, wiedzy łączącej antropologię 

z   nauką   o   roślinach.   Spędził   wiele   lat   w  Amazonii,   badając   znajomość   roślin 

leczniczych wśród Indian i zastosowanie ich we współczesnej terapii. Kiedy się 

wprowadzała,   powiedziano   jej,   że   Meade   przebywa   właśnie   w   amazońskiej 

dżungli, skąd miał powrócić pod koniec sierpnia.

Brooke   usiadła   i   zniecierpliwiona   odgarnęła   kosmyk   blond   włosów, 

opadających   jej   na   ramiona.   Do   końca   sierpnia   w   amazońskiej   dżungli,   tak? 

Według kalendarza do sierpnia pozostały jeszcze dwa miesiące.

background image

Właściwie można się tego było po nim spodziewać. Najprawdopodobniej 

właściciel wrócił przed oznaczonym terminem. I był teraz na dole i włączył tę 

muzykę, jakby celowo chcąc doprowadzić ją do szału.

Niespodziewanie dźwięki bębna i fletu przeszły w tonację inną, bardziej… 

erotyczną.

* * *

Miała   tego   dość!   Odrzuciła   prześcieradło,   tłumacząc   sobie,   że   nagłą 

nadwrażliwość skóry wywołał wyłącznie upał i nic innego.

Długimi szczupłymi nogami dotknęła dywanu. Nie miała zamiaru całą noc 

wysłuchiwać najnowszej listy przebojów jakiejś prymitywnej kultury. Postanowiła 

zejść na dół i powiedzieć swemu gospodarzowi, co o tym myśli. Dobry Boże, ten 

człowiek był chyba źle wychowany, że nawet nie przyszło mu do głowy przyjść, 

przedstawić   siei   poinformować   o   swym   powrocie!   Nie   była   nawet   w   stanie 

wyobrazić sobie przyczyny, dla której wrócił w środku nocy. Może zbyt długo 

przebywał w towarzystwie łowców głów?

Brooke   ponownie   odgarnęła   włosy.   Doznała   szczególnego,   przyjemnego 

wrażenia pieszczoty na szyi i ramionach.

Nie! Świadomie przełamała ogarniające ją rozleniwienie. Gorąco potęgowało 

jej   zmęczenie.   Jasne,   że   czuła   się   trochę   niedysponowana.  Absurdem   byłoby 

doszukiwać się w tym jakichkolwiek doznań erotycznych.

To   było   więcej   niż   absurd.   Brooke   Livingstone,   dwudziestoośmioletnia 

background image

kobieta,   która   nie   potrafiła   zaspokoić   tęsknoty   męża   przez   ostatnie   pół   roku 

małżeństwa! Przez cały ten czas nie czuła pogłębiającego się uczucia fizycznej 

oziębłości, które było przyczyną niepowodzenia. To niemożliwe, aby jakaś muzyka 

mogła ją tak odmienić.

To, czego teraz potrzebowała, to mocny, długi sen.

Brooke   sięgnęła   po   seledynowe   kimono,   leżące   na   podłodze   przy   łóżku. 

Wiedziała dokładnie, jak rozmawiać z doktorem A.X. O’Malleyem. Zamierzała być 

szalenie uprzejma, lecz stanowcza. Miała zamiar wyraźnie dać mu do zrozumienia, 

że…

Muzyka zmieniła się ponownie. O, nie! Flety zamilkły i ktoś - coś? - zaczął 

śpiewać. Brooke nie próbowała nawet odgadnąć, w jakim języku. Bez względu na 

to,   o   czym   opowiadała   pieśń,   była   pewna,   że   nie   ma   w   niej   rymów   „gniew”, 

„śpiew”, „drzew” i „zew”. Była to najbardziej niepokojaca melodia, jaką słyszała. 

Musiała przerwać tę niesamowitą muzykę.

Archimedes   Xavier  „Meade”   O’Malley  krążył   po  pełnym   książek  i   dzieł 

sztuki salonie swego mieszkania jak uwięziona dzika pantera. Prymitywna muzyka 

z   nowoczesnego   magnetofonu   świetnie   oddawała   ogarniające   go   uczucie 

niepokoju.

Może   nawet   zbyt   dobrze.   Może   powinien   włączyć   coś   bardziej 

background image

uspokajającego.   Na   przykład   Mozarta.   Świętej   pamięci   Sebastian   Browning, 

nauczyciel   i   osoba,   po   której   odziedziczył   zarówno   ten   dom,   jak   i   wiedzę, 

wielokrotnie powtarzał, że słuchanie Mozarta jest lekarstwem na prawie wszystkie 

emocjonalne dolegliwości.

Meade   był   w   pełni   świadomy   odczuwanego   zdenerwowania.   Zawsze   po 

powrocie z podróży miał wrażenie pewnego nieprzystosowania. Było to wynikiem 

zmęczenia,   częściowo   szoku   kulturowego   i   czegoś   jeszcze,   czego   nawet   nie 

próbował określić. Wiedział, że za dzień lub dwa poczuje się znów jak w domu, a 

przynajmniej będzie mu znów wygodnie we własnej skórze. Do tego czasu musi po 

prostu pogodzić się z uczuciem obcości i niedopasowania.

Meade   przybył   na   lotnisko   Logan   sześć   godzin   temu.   Tym   razem   nie 

uprzedzał   nikogo   o   swym   powrocie.   Przy   odprawie   celnej   trafił   na   wyjątkowo 

podejrzliwego urzędnika. Przewidując, że zarówno jego wygląd, jak i zawartość 

bagaży niejednokrotnie powodowała trudności na każdym dużym lotnisku świata, 

nie powinien być zaskoczony takim przyjęciem. Mimo wszystko było to irytujące.

W końcu, dzięki interwencji pewnego kontrolera, który pamiętał go z jednej 

z   poprzednich   podróży,   zaoszczędzono   mu   upokarzającej   rewizji   osobistej   i 

pozwolono wreszcie przekroczyć granicę. Po pospiesznym wrzuceniu rzeczy do 

toreb i oziębłym „do widzenia” ze strony celników, złapał taksówkę do Bostonu.

Po krótkim namyśle zrezygnował z wizyty u rodziców. „Będzie na to czas 

rano” - pomyślał. Nie chodziło nawet o to, że rodzina nic go nie obchodziła, ani też 

on ich; wręcz przeciwnie. W tym stanie ducha nie był przygotowany na czułe 

powitanie rodziny.

Meade  wiedział  z  wielokrotnych  doświadczeń,  że  jego  pojawienie  się  na 

progu rodzinnego domu zapoczątkowałoby huczne przyjęcie. Jego matka najpierw 

background image

by się rozpłakała i przytuliła go do piersi, po czym ruszyłaby do telefonu, aby 

zaprosić jego siostry - bliźniaczki Kathleen i Mary Marga-ret, a także każdego 

kogo  by   sobie   przypomniała.  Ojciec   również   by  się   rozpłakał   i  przytulił   go,  a 

potem zaproponowałby mu coś do picia. Po kilku minutach rozległyby się dzwonki 

do drzwi i w domu zaroiłoby się od osób z klanów Petrakis i 0’Malley. I znów 

kolejne pocałunki, uściski, drinki i jedzenie...

Drinki.   O,   Boże.   Już   sama   konieczność   picia   wystarczyła,   by   odwlec 

moment spotkania z rodziną. Podczas pobytu w dżungli zdarzało mu się pić jeden z 

najsilniejszych trunków świata, ale była to tylko ciekawość badacza. No dobra, 

może   nie   tylko.   Zdarzyły   się   dwie,   no   może   trzy   sytuacje,   gdy   skosztował 

podsunięty napój w obawie, że odmowa mogłaby śmiertelnie urazić gospodarzy, co 

łączyło się z niebezpieczeństwem.

W każdym bądź razie, zdarzyło mu się próbować alkohol, w porównaniu z 

którym   bimber   wydawał   się   zaledwie   soczkiem,   Ale   nic   nie   powodowało 

większego kaca niż wychylane na przemian szklaneczki whisky i ouzo. A tego 

oczekiwano   po   nim   w   czasie   wszystkich   spotkań   rodzinnych.   Musiał   przecież 

manifestować swą przynależność i pochodzenie -zarówno greckie, jak i irlandzkie.

Pomyślał nagle o butelce wina i zapasach jedzenia, które zgromadził. Może 

powinien otworzyć wino i napić się kieliszek dla odprężenia. Ale nie był o tym 

przekonany. Prawdę powiedziawszy, nie miał ochoty ani na picie w samotności, ani 

też w towarzystwie rodziny.

Meade   zatrzymał   się   i   przeciągnął,   próbując   zmniejszyć   napięcie   w 

mięśniach   szyi   i   ramion.   Przeczesując   palcami   gęste,   czarne   jak   sadza   włosy, 

rozejrzał się po pokoju. Zatrzymał wzrok na stertach korespondencji, ułożonych na 

wytartym   perskim   dywanie   przed   kominkiem.   Niejaki   B.   Livingstone,   którego 

background image

nazwisko wypisane było starannym pismem na skrzynce pocztowej, odwalił kawał 

dobrej roboty.

Osiem miesięcy temu, gdy Meade wyruszał na organizowaną przez WIWE 

wyprawę   do   Ameryki   Południowej,   mieszkanie   piętrze   było   puste.   Poprosił 

wówczas   Davida   Quincy,   dyrektora   Instytutu,   o   znalezienie   odpowiedniego 

lokatora.   Meade   darzył   Davida   pełnym   zaufaniem,   mimo   że   poprzedni   lokator 

mieszkał tu ze swym ulubionym wężem boa o wdzięcznym imieniu Urszula. Nie 

chodziło   o   uprzedzenia   Meade’a   wobec   węży.   Urszula   była   jednym   z 

najokazalszych przedstawicieli rodziny Boidae z jakim się zetknął i bardzo ją lubił. 

Niestety, miała zwyczaj wygrzewania się na wypolerowanym parkiecie w hallu. 

Kobieta,   z   którą   Meade   był   wówczas   związany,   panicznie   bała   się   wszelkich 

gadów. 

Oczywiście,   że   przez   pewien   czas   żałował   rozstania.  Ale,   mimo   że   lubił 

Jeanne,  nie  łączyła  ich  miłość,  Prawdę  mówiąc,  gdy  rozstali  się,  czuł,  że  jego 

matka była bardziej rozczarowana niż on sam. Meade przypuszczał, że fakt, iż 

mając trzydzieści pięć lat, był wciąż kawalerem, stanowił dla jego matki wieczne 

zmartwienie.

B. Livingstone. Barney? Benjamin? Bob?  Po przyjeździe z lotniska zapukał na 

wszelki wypadek do drzwi mieszkania na piętrze, mimo że światła były zgaszone. 

Nie było odpowiedzi. Zszedł na dół, wziął prysznic, ogolił się i zdecydował wyjść 

do miasta, aby coś zjeść. Wrócił po półtorej godziny i ponownie wszedł na górę. 

Przez moment wydawało mu się, że słyszy jakiś dźwięk, lecz nikt nie zareagował 

na pukanie do drzwi. Wzruszył ramionami i wrócił do siebie.

B. Livingstone. Bradley? Bernard?

Meade przyjrzał się uważnie korespondencji, próbując odgadnąć cokolwiek 

background image

ze sposobu jej ułożenia. To, że nowy lokator miał zamiłowanie, a może nawet 

obsesję na punkcie porządku, wydawało się oczywiste. A fakt, że przesyłki zostały 

poukładane tak uważnie, wskazywał, że B. Livingstone może być dociekliwym 

facetem.   Hm...   może   naukowcem.  Tak.   Specjalistą   w   jakiejś   ścisłej   dziedzinie. 

Zapewne znakomity w laboratorium, lecz mający problemy z realnym życiem. A 

wygląd fizyczny? Niski? Szczupły? A może przeciwnie - wysoki i przygarbiony?

Okulary. Mógłby się założyć...

Jego rozmyślanie przerwało pukanie do drzwi. Meade zamarł na ten dźwięk i 

poczuł,   jak   powracają   przyzwyczajenia   nabyte   w   dżungli.   Adrenalina   zaczęła 

szybciej krążyć w żyłach.

Rozległo się kolejne pukanie, tym razem natarczywe. 

- Już   idę  - zawołał ostro  Meade  i  podszedł  do drzwi.  Odsunął zasuwę  i 

otworzył.

Ostatnią rzeczą, której się spodziewał, była stojąca przed nim piękna kobieta. 

Była szczupła, ubrana w jakąś jedwabną szatę. Strój ten, w kolorze wiosennych 

liści, niczym kochanek obejmował wdzięcznie okrągłości jej ciała. Miała długie, 

rozpuszczone   włosy   koloru   promieni   słonecznych.   Wyraz   jej   owalnej   twarzy 

przypominał   niewinność   Madonny.   Tylko   usta   były   inne.   Ich   kształt   i   barwa 

dojrzałych wiśni przywodziły na myśl ziemskie namiętności. Oczy miała zielone, 

ozdobione długimi rzęsami, wzrok uważny. Można się było w nich zagubić,

Meade przyglądał się stojącej przed nim osobie,

Z plotek krążących po Instytucie wynikało, że Meade jest współczesnym 

Casanovą.   Brooke   domyślała   się   więc,   że   będzie   przystojny.   Nie   była   jednak 

przygotowana   na   spotkanie   mężczyzny   będącego   połączeniem   rozbójnika 

background image

morskiego z greckim bogiem!

Brooke   miała   pięć   stóp   i   siedem   cali   wzrostu,   a   on   przewyższał   ją   o 

przynajmniej sześć cali. Był szczupły, potężnie zbudowany i odziany jedynie w 

zniszczone szorty koloru

Kręcone   włosy   wyglądały   tak,   jakby   od   miesięcy   nie   widziały   fryzjera. 

Opalenizna twarzy miała ciepłą barwę i uwydatniała kości policzkowe. Brooke 

widywała   podobnie   zniewalające   oblicza   u   marmurowych   rzeźb   starożytnych 

-Ateńczyków. Ale żaden z tych potężnych posągów nie miał oczu w kolorze morza 

w pogodny dzień. Każda kobieta mogłaby utonąć z radości w tych błękitnych, 

błyszczących głębiach.

Brooke patrzyła niemal zauroczona.

Meade nie wiedział, jak długo tak stali, patrząc na siebie. Miał wrażenie, 

jakby powietrze w pokoju było naelektryzowane, zupełnie jak po burzy.

Ostre dźwięki bębnów przerwały muzykę. Taśma zatrzymała się, wydając 

ledwie   słyszalny   trzask.   Po   kilku   sekundach...   minutach...   milczenia   Meade 

odezwał się pierwszy.

- B. Livingstone, jak przypuszczam? - spytał.

„B. Livingstone, jak przypuszczam?” Boże, nie pamiętał już kiedy ostatnio 

użył tak pospolitego wyrażenia. 

Brooke zamrugała.

- Ja... Proszę? - odparła niepewnym głosem. Czuła zupełny mętlik w głowie.

- Nieważne - odpowiedział ponuro, - To taki stary dowcip. Nie warto go 

powtarzać.

background image

- Stary dowcip? - Brooke ponownie zamrugała, próbując zebrać myśli. - To 

znaczy... to, co pan powiedział... to przypuszczenie, że nazywam się Livingstone?

- Tak jest - skinął głową i uśmiechnął się, - Przepraszam. Pewnie słyszała już 

pani wiele żartów na ten temat.

- Właściwie nie - zaprzeczyła Brooke. - Livingstone to jest... było nazwisko 

mojego męża. To znaczy, to wciąż jest jego nazwisko. Moje również. Zatrzymałam 

je po tym, jak... rozumie pan... my... - poczuła, że się rumieni. - My... rozwiedliśmy 

się - skończyła sucho.

Zapadła   cisza,   w   czasie   której   Brooke   zwymyślała   się   w   duchu   za   swe 

zmieszanie. Zawsze uważała, że życie osobiste jest wyłącznie jej prywatną sprawą. 

Wszystko,   co   wiązało   się   z   trwającym   sześć   lat   małżeństwem   traktowała   jak 

tajemnicę; zaczęło się wspaniale, a zakończyło fatalnie. I oto stała tutaj, zdradzając 

temu prawie nagiemu mężczyźnie swoje najbardziej bolesne przeżycia.

Brooke   wyprostowała   się,   czując   sztywnienie   kręgosłupa.   Skrzyżowała 

ramiona.   Nie   była   pewna,   czy   gest   ten   miał   oznaczać   ochronę   siebie,   czy 

odepchnięcie Meade’a. Czuła po prostu instynktowną potrzebę odgrodzenia się od 

świata.

- Przykro mi - powiedział Meade.

Nie   podjął   tematu,   i   to   nie   z   braku   zainteresowania   tą   kobietą;   wręcz 

przeciwnie. Wiedział jednak dużo na temat mowy ciała, aby właściwie odczytać 

gest ZAKAZ WSTĘPU. To nie był moment na zadawanie pytań.

Napotkał jej niepewne spojrzenie i dał jej do zrozumienia, że może mu ufać. 

W jej oczach zauważył niepokojące cienie.

background image

Pomyślał o lasach podzwrotnikowych, które tak niedawno opuścił.

Brooke zaczęła się powoli odprężać.

- Jestem... jestem Brooke Livingstone - przedstawiła się. Z ulgą zauważyła, 

że jej głos brzmiał prawie naturalnie.  - Mieszkam na górze.

Brooke. Meade pomyślał, że prostota tego imienia bardzo do niej pasowała.

- Brooke Livingstone - powtórzył, wyciągając dłoń. - Jestem Archimedes 

Xavier O’MalIey.

Brooke odruchowo podała mu rękę. Poczuła silny uścisk męskich palców.

- Miło... mi pana poznać, doktorze 0’Malley - powiedziała Brooke, próbując 

ignorować ogarniające ją podniecenie.

Dotyk jej dłoni stał się dla Meade’a niezwykłym przeżyciem. Miała gładką 

skórę i był gotów się założyć, że pachnie cudownie.

- Po  prostu Meade  -  poprawił  ciepłym  głosem.  Jego  zalśniły.  - Wszyscy 

nazywają mnie Meade. O ile nie wolisz… - powiedział kilka słów w egzotycznie 

brzmiącym dialekcie.

Brooke zaczerpnęła głęboko powietrze, usiłując zapanować nad emocjami. 

Co się z nią działo? I dlaczego?

- Proszę? - spytała ostrożnie, z niechęcią uwalniając dłoń.

Uśmiechnął się szeroko, sprawiając wrażenie niesfornego chłopca.

-   Tak   nazywali   mnie   tubylcy,   wśród   których   ostatnio   przebywałem   - 

wyjaśnił. Czuł przemożną chęć ponownego dotknięcia jej dłoni, lecz postanowił 

nie kusić losu. A przynajmniej jeszcze nie teraz.

background image

- Rozumiem - odpowiedziała niepewnie Brooke.

- To oznacza „olbrzymi przybysz o skórze jak podbrzusze ropuchy”.

Brooke nie mogła opanować śmiechu.

- Och, oczywiście. Tak właśnie myślałam - odparła.

Jakiś   głos   ostrzegł   ją,   że   rozmowa   przybiera   niepokojący   obrót.   Stoi   w 

drzwiach mieszkania półnagiego mężczyzny, którego dopiero co poznała, sama w 

nocnym stroju, i gawędzi jakby… cóż, sama nawet nie potrafiła określić.

Meade po raz pierwszy znajdował się w takiej sytuacji. Brooke Livingstone 

wywarła na nim znacznie większe wrażenie niż ktokolwiek wcześniej. Czuł, że jest 

w tym coś więcej niż tylko zauroczenie.

- To było tylko tłumaczenie tych słów - powiedział, mierzwiąc włosy. - Może 

masz ochotę wstąpić na chwilę? Nie uważasz, że musimy śmiesznie wyglądać, gdy 

tak stoimy w progu?

- Ach... - zawahała się.

- Proszę... Brooke? - przyglądał się jej w napięciu. Spuściła na chwilę wzrok.

- W porządku - zgodziła się. - Ale tylko na parę minut.

- Jasne - cofnął się, by ją przepuścić.

Zapach jej skóry podrażnił jego zmysły. Jej biodra, podkreślone jedwabiem 

szlafroka, przypomniały jego wcześniejsze domysły co do płci lokatora.

- Rzeczywiście, B, Livingstone - mruknął pod nosem.

- Proszę? - spytała Brooke, odwracając się w jego stronę.

background image

- Słucham? Och - uświadomił sobie, że musiała słyszeć, jak wymawiał jej 

nazwisko. - Myślałem tylko... sądziłem, że jesteś kimś innym.

Brooke nie wiedziała, jak zareagować na tę dość dziwną uwagę. On też nie 

był taki, jak myślała.

- Naprawdę? - odparła po chwili. - A czego oczekiwałeś?

-   Prawdę   mówiąc,   faceta   imieniem   Barney   lub   Benjamin   -   przyznał   z 

uśmiechem.

- Słucham? - spytała Brooke po namyśle.

- Widziałem inicjały na skrzynce pocztowej i przypuszczałem... - przerwał, 

coś   sobie   przypominając.   -   Poczta!   O   mój   Boże!   Przepraszam.   Powinienem 

podziękować ci za zajęcie się przez te wszystkie miesiące moją korespondencją. 

Bardzo jestem ci wdzięczny. Mam nadzieję, że nie był to dla ciebie duży kłopot.

- O, nie - zapewniła go Brooke. Zawahała się przez moment, by powrócić do 

przerwanego wątku. - A więc... przypuszczałeś, że B. Livingstone to mężczyzna?

-   Między   innymi   to   -   odparł,   wzruszając   ramionami.   -   Powiedzmy,   że 

popełniłem błąd, wyciągając wnioski jedynie na podstawie skąpych przesłanek.

- Czy robi ci to jakąś różnicę? - Brooke zmarszczyła brwi.

- Co? Stwierdzanie faktów na podstawie niepełnych informacji?

- Nie - potrząsnęła przecząco głową - to, że nie jestem mężczyzną.

Oczywiście,   nie   była   również   w   pełni   kobietą,   lecz  Archimedes   Xavier 

0’Malley nic o tym jeszcze nie wiedział. To był jej sekret. Jej i Petera. Nie miała 

zamiaru dzielić się z nikim tą tajemnicą. Z nikim i nigdy.

background image

Przez   moment   Meade   zastanawiał   się,   czy   Brooke   nie   próbuje   z   nim 

flirtować.   Jej   pytanie   brzmiało   jak   zachęta.   Kiedy   już   miał   odpowiedzieć   w 

podobnym tonie, dostrzegł w wyrazie jej oczu coś, co go powstrzymało.

Ona wcale z nim nie flirtowała. Była zaniepokojona. Ale dlaczego, na Boga?

- Nie - odpowiedział. - To nie jest żaden problem.

Nastąpiła   chwila   niezręcznej   i   pełnej   wyczekiwania   ciszy.   Brooke   miała 

świadomość, że Meade ją obserwuje. To powodowało wzbierające w niej uczucie 

niepewności   i   dziwnego   podniecenia.   Zaczerwieniła   się   i   spojrzała   w   bok, 

odgarniając z czoła blond włosy. 

Meade uświadomił sobie, że się w nią wpatruje. Poczuł zawrót głowy, jakby 

był pod wpływem narkotyku.

- Przepraszam. - Co było w tej kobiecie, że pozostawał pod jej urokiem? - 

Nie wiem, co się ze mną dzieje. To chyba z powodu różnicy czasu. Lot z Brasilii do 

Bostonu jest... ach - rozłożył ręce.

Brooke spojrzała na niego. 

- Może powinnam już iść - powiedziała. - Z pewnością jesteś zmęczony po 

podróży. Nie zdawałam sobie sprawy... - uczyniła krok w stronę drzwi.

- Nie! - krzyknął Meade, chcąc ją zatrzymać. Czubkami palców dotknął jej 

ramienia i poczuł przebiegający go dreszcz.

Spojrzał w jej rozszerzone zielone oczy, w których odbijało się zdziwienie, i 

wiedział, że doznała podobnego wrażenia, co on... ale wydało mu się, że się tego 

obawia. Czemu?

- Proszę - powiedział stanowczo. - Nie możesz odejść, dopóki nie powiesz 

background image

mi, co cię tu sprowadziło.

- Co mnie... Och, tak! To ta muzyka - wyjaśniła niezręcznie. - Chciałam z 

tobą... o tym porozmawiać.

Gdy do niego dotarł wreszcie sens jej słów, poczuł się jak idiota.

- Do diabła. Przepraszam. Nigdy bym się tak nie zachował, nie wiedziałem, 

że ktoś jest u góry. Byłem tam dwukrotnie…

- Byłeś? - przerwała Brooke. - Kiedy?

- Pukałem dość głośno...

- Nie wątpię - zapewniła go. - Ale nie było mnie przez weekend...

- Nie było cię? - zdziwił się.

-   Byłam   u   rodziny   w   Connecticut   -   wyjaśniła   Brooke,   usiłując   się   nie 

skrzywić.   Dlaczego   matka   i   starsza   siostra   nalegały   na   ponowne   roztrząsanie 

nieudanego małżeństwa? I dlaczego opowiadały jej o byłym mężu i jego nowej 

żonie? - Musiałam wrócić wkrótce potem, jak pukałeś po raz pierwszy, a za drugim 

razem byłam pod prysznicem - przerwała, marszcząc brwi. - Ty pewnie też nie 

słyszałeś, jak pukałam do drzwi...

- Widocznie nie było mnie w domu. Wyszedłem po zakupy - odpowiedział.

- Ach - twarz Brooke rozpogodziła się, gdy wszystko zostało wyjaśnione. - 

Innymi słowy: dobre intencje, zły czas.

- Dokładnie tak. Mimo to, przepraszam. Zazwyczaj nie nastawiam muzyki na 

pełny   regulator,   zwłaszcza   o   pierwszej   w   nocy.   Czułem   napięcie   po   podróży   i 

pomyślałem sobie, że trochę muzyki mogłoby... - wykonał gest ręką, obejmując 

background image

wzrokiem całą jej postać. - Jeszcze raz przepraszam. Z pewnością cię obudziłem.

- Właściwie nie obudziłeś - powiedziała Brooke, dotykając paska szlafroka.-

Nie   spałam   jeszcze.   Byłam   zmęczona   po   podróży.   A   potem,   no   cóż,   potem 

usłyszałam   muzykę   -   spojrzała   na   niego   z   ukosa.   -   Słuchałeś   tego,   żeby   się 

odprężyć?   -  spytała   z  powątpiewaniem,  pamiętając  o   niepokoju  wywołanym  tą 

muzyką.

-   Niezupełnie   -   przyznał.   -   Trudno   jest...   właściwie   nie   wiem,   dlaczego 

wybrałem właśnie tę kasetę. Jeszcze raz przepraszam. - Przerwał na chwilę. - A 

wracając do zakupów, o których wspomniałem. Mam w lodówce butelkę wina i 

zmierzałem ją otworzyć, gdy usłyszałem twoje pukane. Może uda mi się namówić 

cię na kieliszek?

- Nie, jest już zbyt późno - grała na zwłokę, podnosząc rękę i odgarniając 

włosy za uszy. - Rano muszę iść do pracy...

- Tylko jeden kieliszek. Na pewno pomoże ci zasnąć. 

Brooke zawahała się chwilę, w końcu zgodziła się. 

- Tylko jeden kieliszek - podkreśliła. 

- Umowa stoi - uśmiechnął się radośnie, a w kącikach oczu pojawiły się 

siateczki drobnych zmarszczek. - Czuj się jak usiebie. - Odwrócił się i wyszedł do 

kuchni.

Brooke spostrzegła na jego lewym ramieniu skomplikowany rysunek czarno-

czerwonego   tatuażu.   Ciekawe   w   jakich   okolicznościach   powstał?   Teraz,   gdy 

poznała   już   Medea’a   O’Malleya,   Brooke   przestawała   wątpić   w   prawdziwość 

wszystkich opowieści krążących po Instytucie. Mogła teraz uwierzyć w każdą z 

background image

nich - i w wiele jeszcze innych. 

Brooke   rozejrzała   się   wokół.   Kiedy   po   raz   pierwszy   znalazła   się   w   tym 

pokoju, była zdziwiona jego wyglądem. Zgromadzono w nim niezliczone ilości 

przedmiotów   artystycznych,   pochodzących   z   różnych   kultur,   tak   odległych 

współczesnemu   człowiekowi.   Były   tam   przepiękne,   choć   dziwaczne,   maski   i 

rzeźby.   Włócznie   i   tarcze.   Kusze   i   wyroby   z   pereł,   i   wiele   innych,   których 

przeznaczenie   trudno   było   ustalić.   Mnóstwo   książek   i   oprawionych   w   srebrne 

ramki fotografii. Mimo to pokój sprawiał wrażenie przytulnego.

- Proszę bardzo - wesoło powiedział Meade, podając jej kieliszek białego 

wina. Wszedł bardzo cicho do pokoju.

Brooke drgnęła lekko na dźwięk jego głosu.

- Dziękuję - odparła, biorąc kieliszek i wypijając pospiesznie łyk wina. - 

Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że podziwiałam twoje zbiory.

-   Oczywiście,   że   nie   -   odrzekł   szczerze.   Pijąc   powoli   swoje   wino, 

przypatrywał   się   uważnie   gościowi.   Delikatny   bukiet   zmrożonego   chardonnay 

doskonale pasował do atmosfery wywołanej wizytą Brooke. Uznał, że na nową 

lokatorkę patrzy się z przyjemnością. Była niewątpliwie atrakcyjną kobietą, ale jej 

charakter wzbudzał jego większe zaciekawienie.

Brooke przymknęła oczy. Ponownie uświadomiła sobie, że Meade oceniają 

swoim wzrokiem. Peter również przyglądał się jej bez słów. Doszukiwał się w niej 

wad i na Boga, udawało mu się znaleźć ich dość dużo. Potrafiła zrozumieć, aż za 

dobrze, dlaczego tak z nią postąpił. Peter twierdził, że zawiodła go pod każdym 

względem:   jako   żona,   a   także   jako   kobieta...   Doszło   wreszcie   do   sytuacji,   że 

przyjęła jego sposób myślenia.

background image

Bo faktycznie go zawiodła...

Brooke wypiła kolejny łyk wina. Zlizała kilka kropli z dolnej wargi.

-   To   jest   niezwykły   pokój   -   skomentowała,   rozglądając   się.   -   Kiedy 

przyszłam   tu  po   raz   pierwszy   z   twoją  korespondencją,  odniosłam  wrażenie,   że 

wchodzę do muzeum.

- Szkoda, że nie byłaś tu przed śmiercią profesora Browninga - odpowiedział 

jej Meade. - Większość swej kolekcji zapisał muzeum. To co tu zostało, to głównie 

jego osobiste pamiątki.

- Część z tych rzeczy to z pewnością twoje zbiory - Brooke chętnie podjęła 

ten temat, ponieważ bardzo ją interesował i był względnie bezpieczny. - Wiem, że 

odziedziczyłeś ten dom po profesorze. Ale mimo wszystko...

- Te maski tancerzy są moje - przyznał. - Tamte totemy również. Interesuje 

mnie magia plemienna.

- Magia? - powtórzyła. Zastanowiła  się, jakby coś  sobie przypomniała. - 

Chyba słyszałam... ktoś kiedyś w Instytucie wspomniał, że pokazujesz kanibalom 

sztuczki karciane. 

Meade zachichotał, potrząsając głową.

- Znam kilka sztuczek - przyznał. - Czasami wykorzystałem je, pracując w 

terenie. Prawdę mówiąc, wywierało to większe wrażenie, niż gdybym wymachiwał 

moją rozprawą doktorską. A co do zabawiania rzekomych kanibali... - ponownie 

potrząsnął głową. - Jedno z plemion, wśród których przebywałem, upiekło kiedyś 

na ruszcie kilku hiszpańskich zakonników. Ale ponieważ zdarzyło się to parę wie-

ków temu. chyba nie ma sensu dziś im tego wypominać. W końcu, jeśli zbadać 

background image

rodowód każdego, kto wie, co można by znaleźć.

- Na przykład kościotrupy w spiżarni? - delikatnie podsunęła Brooke.

- Dokładnie tak - zgodził sic Meade, a jego oczy rozbłysły z zadowolenia. - 

Kościotrupy w spiżarni... podoba mi się to. Masz coś przeciwko temu, żebym je 

kiedyś użył w mojej publikacji?

- Nie, o ile w przypisach podasz źródło - odcięła się Brooke. Czuła się z 

Meade’em coraz swobodniej. Nie była pewna, czy powinna się z tego cieszyć.

- Źródło... - zmarszczył ciemne brwi. - Czekaj chwilę. Mówiłaś coś na temat 

Instytutu. Czy to znaczy, że pracujesz w WIWE?

Brooke potrzasnęła głową.

- Jestem asystentką Davida Quincy. Ale poza tym mam jeszcze wiele innych 

obowiązków. Mam dyplom z anglistyki i pewne umiejętności wydawnicze jeszcze 

z   czasów   uniwersyteckich,   więc   zajmuję   się   również   korektą   przygotowanych 

monografii.

-   Hm   -   uniósł   brwi.   -   Innymi   słowy,   jesteś   w   pewnym   sensie   moim 

wydawcą?

Pytanie zabrzmiało częściowo żartobliwie, częściowo pieszczotliwie. Brooke 

doszła do wniosku, że bezpieczniej będzie nie odpowiadać.

- Wspomniałeś przed chwilą profesora Browninga - podjęła po chwili. - Tak 

wiele o nim słyszałam. To musiał być fascynujący człowiek.

Nie   był   to   najfortunniejszy   sposób   zmiany   tematu,   jednakże   nie 

zaprotestował.

background image

- Sądzę, że słowo „fascynujący” jest właściwe - odparł.

- Byłeś jego studentem?

- Tak, od dwunastego roku życia.

-   Co   takiego?   -   Brooke   była   zaskoczona.   Wprawdzie   wszyscy   uważali 

Archimedesa O’Malleya za niezwykle zdolnego człowieka, ale nigdy nie słyszała, 

żeby rozpoczynał studia w wieku dwunastu lat!

- To znaczy miałem tyle lat, gdy go poznałem - wyjaśnił Meade. - Mój ojciec 

ma,   a   właściwie   miał,   bo   przeszedł   już   na   emeryturę,   przedsiębiorstwo   robót 

elektrycznych. Któregoś dnia zabrał mnie do pracy, na czwarte piętro Muzeum 

Botanicznego. Zdecydowałem się na samodzielne zwiedzanie i nagle znalazłem się 

w   laboratorium   profesora   Browninga.   Kiedy   zobaczyłem   tam   porozrzucane 

włócznie i dmuchawki, zacząłem ich dotykać. Właśnie podniosłem kamienny grot, 

gdy usłyszałem głos mówiący z brytyjskim akcentem: „Młody człowieku, trucizna 

tam   umieszczona   zabija   jaguara   w   ciągu   kilku   sekund.   Proszę,   spróbuj   być 

ostrożny”. - Dwa ostatnie zdania Meade wypowiedział z teatralnym akcentem.

- I co... co zrobiłeś?

-   Oczywiście,   że   byłem   bardzo   ostrożny   -   zapewnił   ją   z   uśmiechem.   - 

Próbowałem zachować spokój, ale byłem przerażony.

- Każdy by był! - powiedziała Brooke, wyobrażając sobie tę scenę. - Czy tam 

naprawdę była trucizna?

- Jasne, że tak - potwierdził. - Kurara. Profesor Browning zrobił mi wykład o 

tym. Gdy już opanowałem strach, zacząłem zadawać pytania. - Meade przerwał, 

przywołując miłe wspomnienia. - Nie sądzę, aby profesor oczekiwał ode mnie, że 

background image

porzucę   szkołę   i   zjawię   się   u   niego   następnego   dnia,   ale   to   właśnie   zrobiłem. 

Czułem się jak ryba złapana na haczyk. On był... jedyny w swoim rodzaju.

- Te zdjęcia... wszystkie są jego? - Brooke podeszła do stolika przy kominku. 

- Muszę przyznać, że od razu mnie zaciekawiły.

Pochyliła się nieco, chcąc przyjrzeć się dokładniej jednej fotografii. Przy tym 

ruchu rozchyliły się lekko poły jej szlafroka, odsłaniając dekolt. Meade pospiesznie 

wypił łyk wina i odwrócił wzrok.

- Ta kobieta to Gabriela Browning, żona profesora - wyjaśnił, czując, jak 

widok niemal obnażonych piersi powoduje przyspieszone bicie jego serca. - Była 

od   niego   dużo   młodsza.   Zginęła   w   wypadku   samochodowym,   gdy   profesor 

przebywał za granicą. Profesor Browning... przeżył to bardzo ciężko.

Brooke delikatnie pogładziła palcami ramkę, w którą oprawiony był ślubny 

portret. Ze zdjęcia emanowało życie i miłość. Nic nie mogła na to poradzić, ale 

zazdrościła tej młodej parze. Czy ona i Peter kiedykolwiek tak wyglądali? Czy 

podobnie czuli…?

Po   chwili,   nie   zdając   sobie   sprawy   z   tego,   co   robi,   Brooke   odstawiła 

kieliszek i podniosła ze stołu jedną z kamiennych figurek. Była dziwnie ciężka jak 

na swoją wielkość. Ciężka i ciepła w dotyku.

- Co…? - zastanowiła się głośno.

- Pochodzi z terenów, gdzie teraz jest Kolumbia - powiedział swobodnym 

głosem Meade. - To figurka bogini płodności. Według dawnych wierzeń pomagała 

kobietom w zajściu w ciążę.

Płodność.

background image

Brooke poczuła obejmujący ją chłód.

-   Och   -   powiedziała,   przyglądając   się   małemu   posążkowi   i   widząc 

brzemienność w okrągłych kształtach.

Figurka płodności.

- Brooke? - spytał Meade.

Powoli i ostrożnie odłożyła statuetkę na miejsce. Chciała rzucić rzeźbę tak, 

aby roztrzaskała się o podłogę. Wiedziała jednak, że to i tak nic by nie pomogło. 

Nic nie może jej pomóc.

- Brooke? Nic ci nie jest?

- Wszystko w porządku - skłamała.

ROZDZIAŁ 2

Brooke   chciała   o   tym   nie   myśleć,   lecz   jej   wysiłki   okazywały   się 

bezskuteczne. Statuetka płodności.

Skrzywiła się na widok swego odbicia w lustrze i wpięła kolejną wsuwkę we 

background image

włosy.  Statuetka płodności!  Dlaczego zainteresowała się  właśnie  tą figurką? W 

mieszkaniu O’Malleya było tak wiele innych. Po raz tysięczny chyba zadawała 

sobie to samo pytanie. Jaki przekorny instynkt to spowodował?

Jej   najgorętszym   marzeniem   było   posiadanie   męża   i   dzieci.   Kiedyś 

wydawało się to możliwe do osiągnięcia, ale ten czas minął.

Swego   przyszłego   męża,   Petera   Livingstone,   poznała   na   pierwszym   roku 

studiów. Pobrali się w miesiąc po jej dyplomie. Miała na  sobie białą suknię z 

koronki,   ozdobioną   kwiatem   pomarańczy,   tak   konwencjonalną,   że   druhny   aż 

żartowały   z   niej.  Ale   jej   to   nie   przeszkadzało.   Była   wierna   tradycji  i   dawnym 

wartościom. Ślub z ukochanym mężczyzną, wspólne tworzenie domu - to znaczyło 

dla niej wszystko. 

Oboje pragnęli tego samego. Wciąż pamiętała żarty na temat zajścia w ciążę 

już w czasie miesiąca miodowego. W głębi ducha pragnęła tego.

Miodowy miesiąc się skończył, a ona nie była w ciąży.

Podobnie po dwóch latach małżeństwa. Naciski ze strony jej i jego rodziców 

rozpoczęły się zaraz po drugiej rocznicy ślubu. Obie strony coraz częściej pytały, 

kiedy i oni będą mogli cieszyć się z własnych wnuków.

Konsultacja   ze   specjalistą   do   spraw   płodności   wypłynęła   od   Brooke. 

Propozycja ta rozgniewała początkowo Petera. Poczuł się urażony, tak jakby jego 

męskość została w ten sposób zakwestionowana. Ta pierwsza poważna kłótnia od-

słoniła inne oblicze Petera. Jednak zgodził się na badania. Lekarz przedstawił im 

wyniki analiz w sposób niezwykle taktowny i delikatny. Nie powiedział wprost „To 

twoja   wina,   Brooke”,   lecz   dla   niej   tak   to   właśnie   zabrzmiało.   I   takie   samo 

oskarżenie ujrzała w oczach męża.

background image

Była gotowa na każde poświęcenie. Badania przez innych lekarzy. Testy. 

Leki. Nawet na operację. Przeszła wiele upokorzeń. Lecz nikt i nic nie było w 

stanie jej pomóc.

Ich małżeństwo zaczęło się rozpadać. Nagle to kalendarz dyktował terminy 

współżycia. Zalecenia lekarzy rządziły sposobem, w jaki kochali się z Peterem. 

Zabrakło   spontaniczności.   Zaniechali   czułej   gry   wstępnej,   tak   cenionej   przez 

Brooke. Seks stał się przykrym obowiązkiem, wypełnianym na zimno, bez radości. 

Potem  Peter  zaczął   ją   lekceważyć.   Początkowo  żartował  tylko  wtedy,   gdy  byli 

sami. Po pewnym czasie zauważyła, że postępuje tak i w obecności innych. Nabrał 

zwyczaju mówić, że to nie jego należy winić za to, że nie są normalną rodziną.

Brooke nie wiedziała, kiedy zdradził ją po raz pierwszy. Była jednak tego 

pewna.

Koniec nastąpił w dniu szóstej rocznicy ślubu. Peter wrócił do domu późno, 

lekko   wstawiony.   Spytała   go,   gdzie   był,   na   co   odpowiedział   jej   z   bezczelną 

szczerością.

„Dlaczego? Naprawdę chcesz wiedzieć dlaczego? Bo jestem mężczyzną, a ty 

nie możesz mi dać tego, czego potrzebuję! Nie potrafisz dać mi syna i nie potrafisz 

dać mi satysfakcji w łóżku! Jesteś nie tylko bezpłodna, ale także oziębła!”

Ten wieczór, a także rozwód, który nastąpił wkrótce, załamały Brooke. Lecz 

w ciągu ostatniego roku udało jej się pozbierać. Przyjazd do Bostonu, choć trochę 

się go obawiała, miał być dla niej zmianą na lepsze. Tak było do chwili, kiedy 

usłyszała tę niepokojącą muzykę. I poznała tego przystojnego faceta. I wzięła do 

ręki tę przeklętą…

Dźwięk dzwonka do drzwi oderwał Brooke od rozpamiętywania przeszłości.

background image

- Brooke? - spytał męski głos. Kolejny dzwonek.

- Brooke?

- Tak… już otwieram - zawołała.

Brooke rzuciła okiem na swe odbicie w lustrze i wyszła i łazienki. Gdy szła, 

obcasy   wieczorowych   sandałów   zastukały   o   podłogę.   Aby   się   uspokoić, 

zaczerpnęła głęboko powietrza, po czym otworzyła drzwi.

Sądziła, że ujrzy ucywilizowaną postać nocnego znajomego, a tymczasem 

ujrzała wytwornego mężczyznę w garniturze od Savile Row z olbrzymim bukietem 

kwiatów.

- Meade? - spytała zaskoczona.

- Czyżbym wczoraj zachowywał się aż tak nieokrzesanie? - Meade uniósł 

brwi.

- Nieokrzesanie? - powtórzyła Brooke, próbując zapanować nad emocjami. 

Nie było to takie proste. - Nie, nie! Oczywiście, nie. Tylko, tylko ty... po prostu 

inaczej wyglądasz. 

Rzeczywiście inaczej, pomyślała. Jego zbyt długie, ciemne włosy zostały 

starannie   ostrzyżone.   Wyglądał   inaczej,   jak   kandydat   na   okładkę   pisma   dla 

biznesmenów, a nie jak ktoś, co większość ostatniego roku spędził w dżungli!

Meade uśmiechnął się, odsłaniając swe białe zęby, kontrastujące z opaloną 

na brąz skórą.

- Ty także wyglądasz inaczej, Brooke - powiedział cicho, przyglądając jej się 

błyszczącymi, błękitnymi oczami.

background image

Miała na sobie prostą koktajlową sukienkę, uszytą z lejącej się bladożółtej 

tkaniny.  Blond  włosy   upięła   w  kok,   uszach  i   na  szyi  lśniły  perły.  Całość   była 

niezwykle elegancka. Mimo to Meade miał wrażenie, że Brooke wygląda tak samo 

prowokująco, jak w stroju, który pamiętał z ich pierwszego spotkania.

Brooke poruszyła się nieznacznie, przesuwając palcami po sznurze pereł na 

szyi. Była pod wrażeniem tego nowego obrazu Meade’a.

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić? - spytała po chwili krępującego milczenia.

Meade   uśmiechem   dał   jej   do   zrozumienia,   że   pytanie   zostało   zręcznie 

sformułowane.

- Cóż, po pierwsze możesz przyjąć to! - odparł.

„To” oznaczało kwiaty, które trzymał w ręku. Podał je Brooke, wykonując 

przy tym lekki ukłon.

- Ale... ale dlaczego? - spytała, wyciągając dłoń po bukiet. - Nie rozumiem.

- Jako podziękowanie za pocztę i przeprosiny za muzykę.

- Och, nie... - zaprotestowała.

- Proszę - przerwał jej, podnosząc rękę. - Nie mów mi, że nie powinienem 

tego robić.

- Bo nie musiałeś - odrzekła szybko. - To było niepotrzebne, ale bardzo miłe. 

Nie musiałeś- powtórzyła stanowczo, po czym jej twarz rozjaśnił radosny uśmiech. 

Spojrzała na wspaniały bukiet, następnie na Meade’a. - Ale cieszę się. Dziękuję.

- Drobiazg.

- Powinnam włożyć je do wody - powiedziała, zastanawiając się, czy nie 

background image

wpatruje   się   zbyt   natrętnie   w   Meade’a.   Urok   jego   błękitnych   oczu   był 

zniewalający. - Czy masz ochotę wstąpić na parę minut?

- Chętnie.

- Albo nie... właściwie to wychodzę.

- Nie ma problemu. Ja także.

- Och - Brooke odwróciła się, czując niepokój. A więc taki był powód jego 

niezwykłego przeobrażenia. Wychodził.

- Brooke - zaczął Meade, po czym przerwał, spoglądając na dekolt z tyłu jej 

sukni. Rozcięcie sięgało łopatek. Ten widok, a także bezbronność jej odkrytego 

karku sprawiły, że poczuł, jak robi mu się gorąco.

- Tak? - spytała Brooke, obracając się do niego.

W   czasie   godzin,   które   upłynęły   od   ich   pierwszego   spotkania,   Meade 

usiłował   sobie   wytłumaczyć,   że   wrażenie,   jakie   wywarła   na   nim   Brooke, 

spowodowane było trwającą prawie rok abstynencją seksualną. Od czasu wyjazdu z 

Bostonu nie był z żadną kobietą, była to sprawa wyboru a nie braku okazji. To 

zrozumiałe, że przy spotkaniu z każdą atrakcyjną kobietą powinien zareagować w 

taki sposób. 

Niekonsekwencją   tego   rozumowania   było   to,   że   po   powrocie   wstąpił   na 

chwilę do swego biura na uniwersytecie. Spotkał tam niezwykle ponętną swoją 

byłą studentkę. Jej widok nie wzbudził w nim żadnej reakcji. Nawet gdy dała mu 

jasno  do zrozumienia,  że  gdyby tylko  zechciał,  to ona  byłaby chętna, nie  czuł 

nawet cienia pożądania.

- Meade? - spytała niepewnie Brooke. - Czy coś jest nie tak?

background image

Jej spojrzenie wywołało w nim dziwny dreszcz. Wyglądał - niemalże na... 

zagniewanego.

- Coś nie tak? - powtórzył. Przeczesał palcami włosy, przeklinając się w 

duchu za swój brak opanowania. - Nie, wszystko jest w porządku. Jestem tylko... 

tylko - wzruszył ramionami. - To nic takiego.

- Jesteś pewien? - zmarszczyła czoło. Poczuła, że pragnie go dotknąć. Ukoić 

to, co go gnębi, cokolwiek to jest. Brooke nie wierzyła w siebie.

- Całkowicie - Meade zdobył się na beztroski uśmiech.

- Cóż, może mogłabym coś ci zaproponować?

„Na przykład wrzucić mi do spodni wiadro lodu?” - odparł w duchu.

- Nie, dziękuję - powiedział głośno. - Proszę, Brooke, zajmij się kwiatami.

- Dobrze - zgodziła się po chwili. - Może usiądziesz? Za minutę będę z 

powrotem.

Nie było jej trzy lub cztery minuty, lecz Meade nie protestował. Połowę tego 

czasu   spędził   na   uspokajaniu   swoich   zmysłów,   a   resztę   na   rozglądaniu   się   po 

salonie. Pokój urządzony był w angielskim, wiejskim stylu, świadczącym o dobrym 

smaku gospodyni. Kolorystyka - krem, złoto i zieleń - była delikatna i spokojna. W 

pokoju panował ład, czego można się było domyślać po sposobie, w jaki Brooke 

zajęła się pocztą. Meade czuł, że był to dom, a nie tylko wynajęte na pewien czas 

mieszkanie.

- Meade, one są takie piękne - powiedziała Brooke, wracając do pokoju. 

Ułożyła   kwiaty   w   prostym,   owalnym   wazonie   ze   szkła,   który   ustawiła   nad 

kominkiem. - A jak pachną! - zanurzyła nos w aksamitnych płatkach.

background image

W sposobie, w jaki traktowała bukiet, było coś zmysłowego. Meade, czując 

narastające napięcie, szybko zmienił temat.

- Ładnie się tu urządziłaś - powiedział, siadając w fotelu przy kominku.

Brooke zwróciła się z uśmiechem w jego stronę.

- Dziękuję - powiedziała. - To mieszkanie jest przepiękne - wykonała gest 

ręką. - Zakochałam się w nim, gdy weszłam tu po raz pierwszy.

- Daniel też o tym wspominał.

- Pan Quincy? - Brooke była zdziwiona. - Kiedy z nim rozmawiałeś?

Daniel   Quincy   dowiedział   się   o   powrocie   Meade’a   dopiero   dziś   rano, 

właśnie od niej. Nie mówił nic, co...

-  Wstąpiłem   do  WIWE   kilka   minut   po   piątej   -   odpowie  dział   Meade.   - 

Miałem nadzieję, że cię zastanę, ale już wy szłaś. Skończyło się na wypiciu kilku 

drinków z Danielem.

Daniel był bardziej hojny w serwowaniu maltańskiej whisky z prywatnych 

zapasów,   niż   w   informacjach   o   swej   asystentce.   Meade   zdobył   zaledwie   dwie 

informacje od starszego pana - to, że małżeństwo Brooke trwało sześć lat, i to, że 

jej życie towarzyskie nie było intensywne.

Meade   miał   wrażenie,   że   dowiedział   się   więcej   o   Brooke   Lvingstone   w 

czasie ich pierwszego spotkania, niż Daniel Quincy w ciągu siedmiu miesięcy.

- Rozumiem - odrzekła wolno Brooke, siadając na sofie na wprost kominka. 

Nie było nic dziwnego w tym, że jej nazwisko padło podczas rozmowy gospodarza 

z   pracodawcą.   Natomiast   nie   było   dla   niej   zrozumiałe,   dlaczego   Meade   swe 

pierwsze kroki skierował właśnie do Instytutu.

background image

- Powiedziałeś, że pojechałeś do Instytutu, żeby zobaczyć się ze mną, nie z 

panem Quincy? - spytała.

- Chciałem zaprosić cię na kolację.

Brooke otworzyła szerzej oczy i poczuła, że się rumieni.

- Na kolację? Dzisiaj?

- Taki miałem zamiar, dopóki nie dowiedziałem się od Daniela, że jesteś dziś 

wieczorem zajęta. Obowiązki służbowe.

-   Masz   na   myśli   przyjęcie   u   Amandy   Wilding?   -   spytała   rozbawiona. 

Sformułowanie „obowiązki służbowe” było wyjątkowo trafne, lecz nie powinna 

żartować z kobiety, która przekazała milion dolarów na rzecz WIWE.

- Dokładnie - potwierdził Meade i pochylił się nieco. - To spowodowało, że 

musiałem zmienić mój początkowy plan. Czy masz coś przeciw temu, żebym był 

twoją eskortą?

-   Eskortą…!?   Meade!   Masz   zamiar   wedrzeć   się   na   przyjęcie   u  Amandy 

Wilding?

Krążyły plotki, że taka próba została już raz w przeszłości podjęta. Nie było 

jednak   do   końca   wiadomo,   czy   nieproszony   gość   został   zneutralizowany   przez 

jakieś pozaziemskie siły, czy też po prostu aresztowany pod zarzutem włamania.

Meade roześmiał się szelmowsko.

-   Co?   Miałbym   ryzykować,   że   zostanę   zawleczony   do   więzienia   czy 

zamieniony w słup soli? - zażartował.

- A więc jak...

background image

- Nie muszę się tam wdzierać. Po rozmowie z Danielem zadzwoniłem do 

Amandy i powiedziałem jej, że wróciłem już z brazylijskiej dżungli i tęsknię za 

jakąś imprezą.

- I co ona na to? - Jego słowa brzmiały niedorzecznie. A mimo to Brooke 

była przekonana, że tak właśnie było.

- Och, powiedziała, że wątpi, by jej przyjęcie było imprezą, w czasie której 

mógłbym się zabawić tak, jak tego pragnę, ale żebym mimo to wpadł.

Brooke roześmiała się.

- Mówisz poważnie? - spytała.

Meade skinął głową, ciesząc się na widok iskierek rozbawienia, tańczących 

w zielonych oczach dziewczyny.

- Mniej więcej. Słuchaj, chodzę na te przyjęcia od czasu studiów. One są jak 

marzenie   antropologa.   Czysty   rytuał   plemienny.   A   poza   tym   naprawdę   lubię 

Amandę Wilding. Poznaliśmy się dzięki profesorowi Browningowi. Miał zwyczaj 

mówić,   że   gdyby  Amanda   urodziła   się   w   innej   epoce,   zostałaby   królową   lub 

księżną.

-  A  ja   spotkałam   się   z   opinią,   że   gdyby   urodziła   się   w   innym   stuleciu, 

spalono by ją na stosie jako czarownicę.

- Tak. Ci ludzie są towarzystwem wzajemnej adoracji, które czasem zaczyna 

prowadzić między sobą otwartą wojnę - przyznał kwaśno Meade. - Ale wracając do 

mojej propozycji: czy uczynisz  mi ten zaszczyt i pozwolisz mi być dziś twoją 

eskortą? Nie musisz się obawiać. W przeciwieństwie do wrażenia, jakie mogłaś 

odnieść dziś rano, potrafię zachowywać się w towarzystwie.

background image

- Nie rozumiem - powiedziała po chwili Brooke, szczerze zaskoczona tym, 

co przed chwilą usłyszała. Dwa ostatnie zdania zabrzmiały niemal żartobliwie.

- Mam na myśli to, w jaki sposób opuściłaś moje mieszkanie... - zaczął.

W   głowie   Brooke   zabłysło   czerwone   światełko   alarmu.   Boże!   Była 

całkowicie pewna, że udało się jej ukryć niepokój, jakiego doznała, podnosząc 

figurkę   płodności.   Odłożyła   tę   rzecz   spokojnie   i   ostrożnie,   nie   upuszczając   na 

podłogę. I odczekała dobre pięć minut, zanim przeprosiła i wyszła, zamiast uciec w 

panice z mieszkania Meade’a.

- Myślisz, że to z twego powodu? - spytała. Trochę ją deprymowało, że 

zauważył jej zdenerwowanie i zmieszanie, nawet jeśli błędnie je sobie tłumaczył. 

Meade wstał i przesunął dłonią po szyi.

-   Mam   zwyczaj   szybko   wracać   do   normalności   -   przyznał   po   kilku 

sekundach.   -   Czasem   trochę   trwa,   zanim   przypominam   sobie   dobre   maniery.   - 

Spojrzał   na   nią.   -   Jeśli   uczyniłem   cokolwiek...   powiedziałem   cokolwiek...   - 

rozpostarł bezradnie ramiona.

- Nie, nie. - Brooke potrząsnęła przecząco głową. - To nie chodzi o to, że coś 

powiedziałeś   lub   zrobiłeś.   Naprawdę   -   przerwała,   zastanawiając   się   nad 

przekonującym wyjaśnieniem. Nie mogła… nie chciała powiedzieć mu prawdy. 

-Po prostu nagle poczułam, że jestem okropnie zmęczona i musiałam się położyć - 

dokończyła. - Przykro mi, jeśli odniosłeś wrażenie, że byłam nieuprzejma. 

- Nie byłaś. - Meade nie był pewien, jakie odniósł wrażenie… i dlaczego. Ale 

miał zamiar poznać przyczyny. 

Brooke wstała, pragnąc zakończyć już temat. 

background image

- Może wypiłam zbyt wiele wina? - zastanowiła się, poprawiając sukienkę.

Może, lecz Meade miał co do tego poważne wątpliwości. Widział, jak wypiła 

cztery, może pięć łyków chardonnay. 

- Jesteś pewna, że nie powiedziałem ani nie zrobiłem nic go, co mogło cię 

urazić? - nalegał. 

- Całkowicie.

Przez kilka następnych sekund Meade wpatrywał się delikatną twarz Brooke. 

Dziewczyna przechyliła lekko głowę, spokojnie wytrzymując jego spojrzenie. 

W  swym   życiu   Meade   nauczył   się   wielu   rzeczy.  Wiedział,   kiedy   należy 

nalegać,   a   kiedy   być   cierpliwym.   Teraz   czuł   instynktownie,   że   powinien   być 

cierpliwy.

- Cóż, w takim razie - powiedział wreszcie - czy zechcesz pójść razem ze 

mną na przyjęcie do Amanda Wilding?

- Tak - odparła po prostu Brooke.

Półtorej godziny później Brooke stała samotnie, obserwując zgromadzonych 

ludzi. Meade miał rację. To był czysty rytuał plemienny. Spojrzała w przeciwległy 

kraniec   pokój   gdzie   Meade   zajęty   był   rozmową   z  Amandą   Janaway   Wilding. 

Siwowłosa starsza pani zagarnęła go jakieś dwadzieścia minut temu. Wygłosiła 

przy   tym   dość   złośliwą   uwagi   twierdząc,   że   jak   na   kogoś,   kto   spędził   osiem 

background image

miesięcy   w   dżungli,   Meade   wygląda   nadspodziewanie   korzystnie.   Zareagował 

natychmiast, przepraszając za to, że wszystkie swoje przepaski na biodra oddał do 

pralni chemicznej. Po tym wyjaśnieniu groźna dama z szacownego bostońskiego 

rodu zaśmiała się głośno. Następnie, po wygłoszeniu kilku uprzejmych uwag pod 

adresem Brooke, uprowadziła Meade’a ze sobą.

Brooke zdawała sobie sprawę, że wiele osób uważało Amandę Wilding za 

osobę apodyktyczną. Za każdym razie gdy starsza pani wykonywała swoje władcze 

rundy   po   Instytucie,   dziewczyna   sama   czuła   nieodpartą   potrzebę   złożenia 

dworskiego   ukłonu.   Meade   zaś...   Cóż,   nie   potrafiła   sobie   wyobrazić,   aby 

ktokolwiek mógł go onieśmielić.

Potrafiła jednak wyobrazić go sobie w przepasce na biodrach. Obraz ten 

wywołał   w   niej   silne   podniecenie.   Brooke   zacisnęła   palce   wokół   wysmukłej, 

kryształowej nóżki kieliszka. Zaczerpnęła głęboko powietrza i zamknęła na chwilę 

oczy, próbując odpędzić tę wizję.

-  A  więc   -   zabrzmiał   tuż   za   nią   cichy,   niski   głos   -   poznałaś   wreszcie 

O’Malleya. I co o nim sądzisz?

Brooke otworzyła szeroko oczy.

-   Jazz!   -   wykrzyknęła,   odwracając   się   w   kierunku   kobiety,   z   którą 

zaprzyjaźniła się zaledwie sześć miesięcy temu. - Co... Nie sądziłam, że cię tu dziś 

spotkam!

Jazz   O’Leary   Wilding   uśmiechała   się   szeroko.   Jej   olbrzymie   szare   oczy 

zalśniły radośnie.

- Cóż, oczekiwana czy nie, jestem tutaj i nie sposób mnie nie zauważyć. - 

Kpiącym,   lecz   niezmiernie   czułym   spojrzeniem   zerknęła   w   dół.   Była   w 

background image

zaawansowanej ciąży. 

Przez   moment   Brooke   poczuła   przypływ   znajomych   uczuć.   Smutek... 

zazdrość... złość. Oczywiście, że cieszyła się razem z Jazz. Przez ostatnie miesiące 

w pewien sposób uczestniczyła w radości przyjaciółki. Mimo to, gdzieś w głębi 

duszy, słyszała wciąż powtarzające się pytanie: „Dlaczego to nie ja?”

- Czy… czy Ethan jest tu z tobą? - spytała szybko, szukając wzrokiem męża 

Jazz, wysokiego, dystyngowanego bankiera.

Nie chciała, aby jej twarz zdradziła to, co tak bardzo starała się ukryć. Jej 

przyjaciółka - jak Brooke przekonała się już niejednokrotnie - była niezmiernie 

wrażliwa na cierpienia innych ludzi. 

Brooke poznała Ethana w biurze Daniela Quincy, załatwiając formalności 

związane   z   hojną   darowizną   Amandy   Wilding   na   rzecz   Instytutu.   W   czasie 

prowadzonej rozmowy Brooke wspomniała, gdzie mieszka. Ethan odpowiedział, że 

zna dobrze zarówno dom, jak i właściciela, Meade’a O’Malleya. 

Jazz potrząsnęła głową, jej rudozłota czupryna loków zawirowała.

- Ethan jest w Kalifornii. W przerwach pomiędzy rozmowami telefonicznymi 

z   moim   ginekologiem   negocjuje   z   Japończykami   warunki   utworzenia   nowego 

konsorcjum   inwestycyjnego   -   jej   twarz   przybrała   figlarny   wyraz.   -   Szczerze 

mówiąc, cieszę się, że coś poza dzieckiem go interesuje. Zawsze sądziłam, że będę 

szczęśliwa, jak ktoś otoczy mnie troską. Ale Ethan tak przesadza, że doprowadza 

mnie do szału!

- On się o ciebie niepokoi, Jazz - odrzekła Brooke. - To jest… to normalne.

-   I   ja   go   za   to   kocham   -   przyznała   rudowłosa,   wygładzając   delikatnie 

background image

turkusowy   jedwab   sukienki   opinającej   brzuch.   -   Wciąż   jednak   muszę   mu 

przypominać, że jestem silniejsza niż... och! - nagle wstrzymała oddech.

- Jazz?

- Ach... przepraszam - Jazz oddychała nierówno, jakby chciała się roześmiać.

- Dobrze się czujesz? Dziecko ma się wkrótce urodzić…

- Dopiero za dwa tygodnie. Nic... nic mi nie jest. To tylko. .. to naprawdę nic 

takiego.

- Może powinnaś usiąść - zaproponowała Brooke.

- Chyba tak - zgodziła się Jazz.

Brooke odstawiła kieliszek i poprowadziła przyjaciółkę do kanapy, stojącej 

we względnie cichym końcu salonu. Przeciskanie się przez tłum nie było rzeczą 

prostą, podobnie jak usadowienie Jazz.

- O, Boże - westchnęła żartobliwie Jazz. - Czuję się jak wieloryb wyrzucony 

na plażę! - Ostrożnie poprawiła się.

- Czy jest coś, co mogłabym zrobić? - spytała Brooke, widząc bladość na 

twarzy Jazz. Usiadła obok.

- Nie... nie - zapewniła ją Jazz. Oddychała przez nos, wypuszczając następnie 

wolno powietrze. - Mam... Nic mi nie jest, naprawdę. A więc, mów. Kiedy Meade 

wrócił?

- Wczoraj wieczorem - automatycznie odparła Brooke, przyglądając się z 

troską przyjaciółce. - Przyleciał z... czekaj! Skąd wiesz, że wrócił?

- Widziałam was razem, kiedy wturlałam się tu przed chwilą. Zamierzałam 

background image

właśnie podejść do was i przywitać się, kiedy Amanda na mnie napadła.

- Ach - Brooke mimowolnie spojrzała w miejsce, gdzie ostatnio widziała 

Meade’a. Zauważyła go natychmiast.

Teraz, gdy upłynęło trochę czasu, odniosła wrażenie, że zmiany dotyczyły 

tylko jego powierzchowności. Mimo pewnej łagodności w zachowaniu i ubiorze, 

było w nim coś bardzo... żywiołowego. Pasował do otoczenia, a jednak był inny. 

Jego wysoka, atletyczna sylwetka emanowała energią i czujnością.

-   To   dziwne   -   zastanawiała   się   Jazz   -   sądziłam,   że   Meade   miał   wrócić 

dopiero w sierpniu.

- Tak miało być - odparła Brooke, wpatrzona wciąż w przeciwległy kraniec 

pokoju. - Ale skończył swoje badała wcześniej, niż zakładał.

Przez chwilę rozmawiały o pobycie Meade’a w Amazonii.

- Hm... Cóż, Ethan twierdził zawsze, że Meade jest szybki.

Brooke spojrzała ostro na przyjaciółkę.

- Co masz na myśli? - spytała, rumieniąc się nieznacznie.

- Cóż, po pierwsze zrobił magisterium w ciągu zaledwie trzech lat - zaśmiała 

się Jazz. Przechyliła głowę, jej oczy zalśniły. - A co, według ciebie, mogłam mieć 

na myśli? - spytała niewinnie.

- Nic… nic - Brooke przesunęła palcami po sznurze pereł, czując się trochę 

zażenowana.

- Tak, jasne. No, Brooke, od miesięcy słuchałaś opowieści o bostońskim 

wcieleniu Indiany Jonesa. Teraz, gdy go już zobaczyłaś, co o nim sądzisz?

background image

Po   dziesięciu   minutach,   gdy   Meade   do   nich   dołączył,   obie   kobiety 

zaśmiewały się „niezwykle dyskretnie”. Przypominało to chichoty, które przed laty 

słyszał u sióstr bliźniaczek.

- No, no, no, pani Wilding - przerwał im, przypatrując się z nieukrywanym 

zainteresowaniem figurze Jazz - nawet nie muszę pytać, co robiłaś przez ostatnie 

osiem miesięcy.

-  Meade! -  wykrzyknęła  radośnie  Jazz,  patrząc   na  niego  z  uśmiechem.  - 

Chętnie bym wstała i uściskała cię, ale nie ma w pobliżu dźwigu, który by mnie 

podniósł…

- Nie ma problemu - Meade pochylił się i ucałował ją w oba policzki. Jego 

przyjaźń z Ethanem Wildingiem trwała od czasów college’u, natomiast Jazz znał 

krócej. Darzył ją jednak niekłamanym podziwem. Wyprostował się, potrząsając z 

szacunkiem głową. - Mój Boże, Jazz - powiedział miękko. - Wyglądasz…

- Monstrualnie? Kolosalnie? - podpowiedziała kokieteryjnie. - Tak jakbym 

odżywiała się za dwanaścioro?

- Chciałem powiedzieć, pięknie - uśmiechnął się Meade. I, mimo że Jazz 

zignorowała to określenie, Brooke wiedziała, że Meade mówił szczerą prawdę.

background image

Kilka godzin później Brooke oceniła, że spędzili w trójkę jakieś piętnaście 

minut. W pewnym momencie Jazz przeprosiła ich i wyszła do toalety. Wprawdzie 

przy   wstawaniu   wsparła   się   na   ramieniu   Meade’a,   lecz   na   propozycję   pomocy 

potrząsnęła przecząco głową.

Jednocześnie pojawił się przy nich jakiś brodaty nieznajomy, który zaczął 

ściskać   Meade’a   tak   czule,   jakby   ten   był   jego   dawno   nie   widzianym   synem. 

Dostrzegając rezerwę w zachowaniu Meade’a, Brooke domyśliła się, że traktuje on 

brodacza jak dalekiego kuzyna, z którym wolałby się nie spotykać. W trakcie tej 

sceny Brooke zagadnęła jedna z licznych przyjaciółek Daniela Quincy. Okazało 

się,   że   pisze   książkę,   i   była   ciekawa   szczegółów   przygotowań   do   jej   opub-

likowania.

Wreszcie ta sama fala ludzi, która najpierw rozdzieliła Brooke i Meade’a, 

złączyła ich ponownie.

-   Proszę   -   powiedział   Meade,   zdejmując   dwa   kieliszki   szampana   z 

błyszczącej, srebrnej tacy trzymanej przez kelnera. Jeden podał Brooke. - Pewnie 

potrzebujesz tego tak samo jak ja.

Brooke   podziękowała   uśmiechem   i   wypiła   łyk   musującego   napoju. 

Rozejrzała się wokół i zauważyła, że tłum gości zaczął się przerzedzać. Pomyślała, 

że Meade być może chciałby…

Meade wydał się czytać w jej myślach.

-   Jestem   gotów   do   wyjścia,   o   ile   tobie   to   też   odpowiada   -   powiedział, 

background image

wypijając duży łyk szampana.

- Umie pan czytać w myślach, doktorze O’Malley? - spytała swobodnie.

-   Tylko   niektórych   i   dotyczących   pewnych   tematów,   pani   Livingstone   - 

odparł. Pragnąłby bardzo dowiedzieć się, o czym myślała kilka minut wcześniej, w 

czasie rozmowy z przystojnym facetem, który nosił krawat znanego uniwersytetu.

- A więc?

- Myślę, że wyjście stąd to doskonały pomysł - odpowiedziała uczciwie, po 

czym zamarła, przypominając sobie o czymś. - Kiedy ostatnio widziałeś Jazz?

-  Nie   widziałem   jej  od   chwili,  gdy   poszła   do   toalety  -  potrząsnął  głową 

Meade.

- Ja też nie widziałam jej od tamtej pory.

-   Może   postanowiła   wrócić   do   domu.   Wydawało   mi   się,   że   była   już 

zmęczona.

- Jestem pewna, że przed wyjściem pożegnałaby się z nami.

- Jest tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać - powiedział Meade, 

odstawiając swój kieliszek.

- Tak, oczywiście, doktorze O’Malley - odpowiedział lokaj Amandy. - Mam 

wrażenie,   że   widziałem   młodą   panią   Wilding   wchodzącą   do   gabinetu   jakieś 

dwadzieścia minut temu. Mówiła coś na temat telefonu do Kalifornii.

background image

Drzwi do gabinetu były zamknięte. Meade spojrzał na Brooke i zastukał dwa 

razy, następnie zaczął kręcić rzeźbioną w brązie gałką.

- Jazz? - spytał cicho, otwierając drzwi.

Jazz   siedziała   przy   masywnym,   mahoniowym   biurku.   Ściskała   kurczowo 

słuchawkę telefonu, a drugą rękę przyłożyła płasko do brzucha. Jej twarz była 

blada jak ściana.

-   Dzwoniłam   do   Ethana,   aby   wracał   jak   najprędzej   do   domu.   Czuję,   że 

dziecko się wkrótce urodzi - powiedziała półprzytomnie. - Ale tam jest straszna 

burza, lotnisko jest zamknięte, a on uwięziony w San Francisco.

Meade i Brooke spojrzeli na siebie, odzywając się jednocześnie:

- Jazz…

- Jazz...

Jazz otworzyła szerzej swe szare oczy.

- Pomocy... - jęknęła.

- Jak... jak długo? - spytała Jazz.

background image

Meade wziął do ręki zwilżoną tkaninę, którą przykładał do spoconego czoła 

rodzącej. Przez moment czuł pokusę starcia potu z własnej twarzy. Miał wrażenie, 

jakby   w   czasie   ostatnich   siedmiu   godzin   wypocił   z   siebie   przynajmniej   pięć 

kilogramów.

-   Trochę   ponad   dwie   godziny   -   odpowiedział   uspokajająco,   patrząc   na 

wiszący   na   ścianie   zegar.   Dochodziła   siódma   rano.   W   myśli   podziękował 

niebiosom za zmianę pogody, która umożliwiła start prywatnego samolotu Ethana z 

lotniska w San Francisco. Powinien dolecieć do Bostonu pięć minut po dziewiątej. 

Wszystko wskazywało na to, że zdąży, zanim żona urodzi ich pierwsze dziecko.

- Trochę ponad dwie godziny? - powtórzyła przerażonym głosem Jazz, jej 

rozszerzone tęczówki przybrały barwę zachmurzonego nieba. - To znaczy, że poród 

trwa  dopiero dwie  godziny?  -  Przy  dwóch  ostatnich  słowach  podniosła  głos,  a 

ciałem wstrząsnął dreszcz.

-  Ależ   nie,   Jazz   -   uspokajała   ją   Brooke,   pochylając   się,   aby   pogładzić 

wilgotne   włosy   przyjaciółki.   -   Meade   myślał,   że   pytasz   o   to,   kiedy   przyjedzie 

Ethan.

- Tak myślał? 

Brooke skinęła głową.

- Wszystko przebiega doskonale, Jazz.

Jazz odetchnęła głęboko, wypuszczając partiami powietrze.

-   Och...   dzięki   Bogu   -   westchnęła,   odprężając   się   w   widoczny   sposób. 

Zamknęła na moment oczy.

Brooke spojrzała pytająco na Meade’a. Odwzajemnił się ciepłym uśmiechem 

background image

i kiwając lekko głowa, ułożył wargi w kształt słowa „dziękuję”. Poczuła, jak jej 

usta układają się do odpowiedzi na to nie wypowiedziane podziękowanie.

Początkowo   Brooke   sądziła,   że   nie   będzie   w   stanie   spełnić   prośby   Jazz. 

Przebrała się w jałowy fartuch, wypełniła wszystkie polecenia personelu szpitala i 

powiedziała sobie, że jest gotowa. Jednak po otwarciu drzwi do sali porodowej, 

gdzie umieszczono Jazz, chciała się wycofać.

Coś czego Brooke nie potrafiła nazwać, dodało jej siły, by przekroczyć próg i 

zaproponować wszelką pomoc, na jaką tylko było ją stać. 

Jazz jęczała, oddychając głośno przez nos.

- Świetnie, Jazz, znakomicie - dodawał jej otuchy Meade. W miarę upływu 

czasu Brooke zauważyła zmianę w sposobie, w jaki wypowiadał słowa. Mówił 

teraz   uspokajająco,   prawie   zmysłowo,   głosem   matowym,   niemalże 

hipnotyzującym, a mimo to pełnym siły. - Nie walcz ze skurczami, poddaj się im. 

Świetnie.  Wiem,   że   to   boli,   ale   doskonale   sobie   radzisz.   Naprawdę   doskonale. 

Dobrze,   już   po   szczycie.   Teraz   się   odpręż,   zrelaksuj,   Tak,   jak   to   wcześniej 

ćwiczyłaś… o, właśnie tak.

Jazz wypuściła ustami powietrze.

-  Ten   już   minął   -   wykrztusiła   -   jeszcze   tylko   sześćdziesiąt   milionów   do 

końca.

- Nie więcej niż pięćdziesiąt dziewięć milionów, obiecuję - zaśmiał się.

-   Świetnie   sobie   radzisz,   Jazz   -   powiedziała   czule   Brooke.   Widząc   jak 

rodząca  przełyka  ślinę,  podała  jej  kostkę  lodu,  wyjętą   z  naczynia  stojącego  na 

stoliku przy łóżku. Jazz zaczęła ssać z widoczną ulgą.

background image

- Hm...

- Lepiej? - spytała miękko Brooke.

- Hm... - skinęła głową rudowłosa. Uniosła się lekko. - Jak dobrze.

„Lepiej niż dobrze - pomyślał Meade, obserwując Brooke spełniającą nie 

wypowiedziane prośby Jazz. - Znacznie lepiej”.

Pamiętał strach na twarzy Brooke, gdy wchodziła do sali porodowej. Przez 

moment myślał, że przyczyną było zwykłe zdenerwowanie. On sam, na myśl o 

tym, co ich czekało, czuł, jak żołądek podjeżdża mu do gardła. Zdenerwowanie 

Brooke wynikało z czegoś zupełnie innego, znacznie bardziej osobistego. Pamiętał, 

jak   otworzył   usta,   chcąc   coś   powiedzieć.   Lecz   zanim   zaczął   mówić,   zobaczył 

zmianę   zachodzącą   w   twarzy   Brooke,   tak   jakby   siłą   woli   oddalała   od   siebie 

wszelkie obawy. Skinęła mu spokojnie głową i uśmiechnęła się uspokajająco do 

Jazz.

- Och... aaa - wydawało się, że Jazz usiłuje wciągnąć do płuc całe powietrze 

znajdujące się w sali.

-   Dobrze,   dobrze   -   Meade   zareagował   natychmiast,   dodając   jej   otuchy 

cichym głosem. Tę technikę, widząc jej zadziwiającą skuteczność, przejął kiedyś 

od plemiennego szamana. Wpatrując się w twarz Jazz, pochylił się, aby zgodnie z 

zaleceniem   pielęgniarki   pomasować   brzuch   rodzącej.   Jego   dłoń   napotkała   rękę 

Brooke.   Dotknięcie   palców   Meade’a   sprawiło,   że   na   moment   zacisnęła   dłoń. 

Trwało to sekundę i zaczęła, zgodnie z wcześniejszym zamiarem, uciskać deli-

katnie brzuch Jazz. Meade nie cofnął dłoni i masowali razem, pomagając Jazz 

znieść kolejny skurcz.

A potem kolejny...

background image

I kolejny...

Po pewnym czasie Brooke przestała zdawać sobie sprawę, gdzie kończy się 

jej rola, a zaczyna Meade’a. Wydawało się jej, że wszystko robili razem.

- To... boli - krzyknęła Jazz, usiłując wstrzymać od dech.

Brooke   zacisnęła   wargi   i   spojrzała   na   ścienny   zegar.   Było   dziesięć   po 

dziewiątej.   Meade   wyszedł   kilka   minut   wcześniej.   W   drzwiach   minął   się   z 

pielęgniarką,   która   zbadała   rodzącą   i   wyszła,   informując,   że   poród   przebiega 

prawidłowo i że lekarz zjawi się wkrótce.

- Świetnie sobie radzisz, Jazz - powiedziała Brooke, próbując naśladować ton 

głosu, jakim przez ostatnie godziny przemawiał Meade. - Wiem, że ci ciężko... 

wiem, że to boli. Ale pamiętasz, co mówiła pielęgniarka? Im silniejsze skurcze, 

tym prędzej dziecko się urodzi.

- Nie wcześniej... niż Ethan...

- Nie, nie. Już jedzie. Zaraz tu będzie. 

Brooke  przetarła  czoło  wierzchem  dłoni.  Czuła  ogarniające  ją  znużenie  i 

niepokój. Widziała, że skurcze są coraz intensywniejsze, a Jazz, w miarę nasilania 

się bólu, stawała się coraz bardziej niespokojna.

Dobrze, że przynajmniej dźwięk z monitora, do którego podłączono Jazz, 

wskazywał   na   silne,   zdrowe   bicie   serca   dziecka.   Wcześniej   odgłos   pracy 

urządzenia   doprowadzał   Brooke   do   szału,   ale   teraz   brzmiał   uspokajająco.   Jazz 

chwyciła dłoń Brooke i ścisnęła z całej siły.

- Och... och... och...

- Świetnie, doskonale - Brooke zareagowała, krzywiąc się mimo woli z bólu.

background image

-   Boję   się   -   jęknęła   Jazz.   Jej   szare   oczy   nie   były   już   tak   radosne   jak 

przedtem.

- Wiem, rozumiem. Ale nie powinnaś się bać - powiedziała Brooke, wolną 

ręką   wycierając   pot   z   czoła   i   szyi   Jazz.   -   Radzisz   sobie   świetnie,   po   prostu 

doskonale. - Zastanowiła się, czy Meade też zaczynał się już czuć jak zdarta płyta, 

powtarzająca wciąż te same słowa otuchy.

- Nie - Jazz potrząsnęła głową, oddychając coraz płycej. - Potem... Zła... 

matka.

Dopiero po chwili Brooke zorientowała się, co Jazz miała na myśli. Poczuła 

ogarniające   ją   uczucie   czułości.   Jazz   nigdy   nie   opowiadała   dużo   o   swym 

dzieciństwie, lecz nawet z tych niewielu informacji wyłaniał się los nie chcianego 

dziecka, które dorastając, zostało zranione wielokrotnie.

- Nie, Jazz, nie - zaprzeczyła spiesznie Brooke. 

Rysy twarzy rodzącej wyostrzyły się.

- Może... och... może - nalegała.

-   Jazz,   nie!   -   odpowiedziała   stanowczo,   niemalże   gwałtownie   Brooke. 

Pochyliła się nad przyjaciółką, próbując spojrzeć jej w oczy. - Urodzisz piękne 

dziecko i będziesz wspaniałą matką! Pomyśl tylko o tych dzieciach z ośrodka dla 

nieletnich.   Pomyśl   o   nich.   Dzieci,   których   życie   rozpada   się   w   proch,   a   ty 

pomagasz   im   znowu   się   odnaleźć.   Kochasz   je,   nauczasz.   Sama   widziałam,   jak 

wspaniale  sobie  z  nimi  radzisz.  I tak  samo  będzie  z   twoim  dzieckiem. Twoim 

dzieckiem. Z tym, dla którego teraz tak ciężko pracujesz - przerwała na chwilę, 

czując,   jak   do   oczu   napływają   jej   łzy.   Przełknęła   ślinę.   -   Wszystko   będzie   w 

porządku, Jazz. W porządku...

background image

- W porządku? - spytała słabo Jazz, patrząc jej w oczy.

- Nawet lepiej niż w porządku - oświadczył Meade głosem ochrypłym po 

wielu   godzinach   mówienia.   Słyszał   słowa   Brooke,   gdy   ta   z   całą   żarliwością 

przekonywała   Jazz   o   jej   powołaniu   do   macierzyństwa.   Intensywność   uczuć 

brzmiących   w   jej   słowach   poruszyła   go   w   sposób,   którego   nie   potrafił 

wytłumaczyć.

- Ethan? - Jazz usiłowała się podnieść,

Meade zbliżył się do łóżka.

- Już wylądował. Jest w drodze do szpitala. Sądzę, że Amanda zorganizowała 

policyjną eskortę, czekającą na niego na lotnisku. Ethan zaraz tu będzie... tak jak i 

twoje dziecko.

- Tak jak twoje dziecko - powtórzyła Brooke.

Drzwi   do   sali   porodowej   otworzyły   się   i   wszedł   Ethan   Wilding   w 

towarzystwie lekarza i dwóch pielęgniarek.

Jazz,  będąc  właśnie  w  szczycie skurczu, wyszlochała  imię męża. Brooke 

obserwowała, jak Ethan Wilding podszedł do żony. Słyszała, jak wymawiał jej imię 

- raz, potem drugi i trzeci. Widziała, jak dotykał jej policzka.

I nagle zdała sobie sprawę, że dla niej i Meade’a nie było miejsca w tym 

pokoju. Już nie. Poczuła, jak silne męskie ramię obejmuje ją. Po chwili podniosła 

wzrok i spojrzała w oczy Archimedesa Xaviera 0’Malleya. Wciąż było w nim coś z 

rozbójnika   morskiego,   pomyślała   Brooke,   przyglądając   się   wyostrzonym   rysom 

twarzy.   Może   grecki   bóg?   Nie.   Emocje,   odbijające   się   w   niebieskich   oczach 

Meade’a świadczyły, że jest on jak najbardziej człowiekiem.

background image

Poczuła, jak silniej zacisnął palce wokół jej ramienia. Przytulił ją mocno do 

siebie.

- Meade? - spytała.

- Nie sądzę, żeby ktokolwiek nas tu jeszcze potrzebował - odparł.

ROZDZIAŁ 3

Dopóki   Meade   jej   tego   nie   powiedział,   Brooke   nie   zdawała   sobie   nawet 

sprawy, że zaczęła płakać.

- Wszystko jest w porządku - zapewnił ją cicho, wycierając opuszkiem palca 

łzę   toczącą   się   po   bladym   policzku   dziewczyny.   Poczuł,   że   zadrżała   pod   jego 

dotknięciem. W spojrzeniu jej zielonych, zachmurzonych teraz oczu widać było 

lekkie zakłopotanie.

- Co... co? - spytała, jakby nie rozumiejąc, dlaczego ją dotyka. Stali w jasno 

oświetlonym   i   tętniącym   życiem   korytarzu   szpitalnym.   Kontrast   z   atmosferą 

background image

panującą na sali porodowej przyprawiał ją o zawrót głowy.

- Płaczesz, kochana - powiedział Meade, wycierając delikatnie kolejną łzę. 

Poczuł pod palcami gładkość jej skóry.

Wypowiedział  te pieszczotliwe  słowa w  tak naturalny  sposób, że  Brooke 

była zaskoczona. Nie rozumiała ich treści. Nagle pojęła ich sens. Uniosła dłoń do 

policzka. Rzeczywiście płakała. Twarz miała mokrą od łez, z czego nie zdawała 

sobie nawet sprawy.

- Przepraszam... - wyjąkała, mrugając oczami i przełykając ślinę. Otarła łzy i 

nieelegancko pociągnęła nosem. - Nie... nie wiedziałam...

- Wszystko w porządku, rozumiem.

- Zazwyczaj nie... - zaczęła, pragnąc się wytłumaczyć. Nie miała zwyczaju 

płakać   publicznie.   -  To   znaczy,   nie   mogę...   -   potarła   pięściami   oczy,   próbując 

opanować emocje.

- Wszystko jest... - odwróciła na chwilę głowę, czując ogromne zmęczenie.

Meade   dwoma   palcami   ujął   podbródek   Brooke   i   skierował   jej   twarz   ku 

górze.   Jego   niebieskie   oczy   miały   teraz   kolor   bezchmurnego,   nocnego   nieba. 

Ujrzała w nich łączące ich w sali porodowej uczucie wspólnoty.

- Rozumiem - powtórzył ochryple Meade, cofając dłoń.  - Wierz mi, Brooke, 

naprawdę   rozumiem.   To,   co   przeżyliśmy,   jest...   -   przerwał,   próbując   znaleźć 

właściwie   słowa   na   pisanie   tego,   przez   co   przeszli.   Radosne?   Wyczerpujące? 

Niezapomniane? Niepowtarzalne? Każde z tych słów tylko częściowo oddawało 

przeżyte chwile, lecz żadne nie było właściwe.

- To było... niesamowite. - Zdawał sobie sprawę z banalności słów, ale nic 

background image

innego nie przychodziło mu na myśl.

Brooke zachichotała.

- Niesamowite - zgodziła się. - Czuję się jak... jak... sama już nie wiem, jak 

się czuję!

- Ja osobiście czuję, że przydałby mi się dwunastogodzinny sen - Meade 

zaśmiał się gardłowo. Chciał objąć Brooke i pocałować, ale nie zrobił tego.

Nie, powiedział w duchu, jeszcze nie. Ale już wkrótce, już niedługo.

- Sen? - zażartowała Brooke, ocierając po raz ostatni policzki. Łzy na jej 

twarzy wyschły. - Czyżbyś był zmęczony?

- Tylko troszkę - odrzekł Meade, patrząc w stronę drzwi sali porodowej. 

Brooke spojrzała w tym samym kierunku. - Wiem, że to, co przeżyliśmy dzisiejszej 

nocy, było najłatwiejszą częścią tej całej zabawy.

- To znaczy?

- To taki stary żart - uśmiechnął się. - Przy porodzie jest tak wiele pracy...

Żart był rzeczywiście stary i wcale nie taki zabawny, lecz Brooke zaczęła się 

śmiać.   Miała   wrażenie,   że   staje   się   lekka   jak   bańka   mydlana.   Gdyby   ktoś   jej 

powiedział,   że   szpitalny   korytarz   został   właśnie   wypełniony   gazem 

rozweselającym, uwierzyłaby bez zastrzeżeń.

Uczuła zawrót głowy i prawie straciła równowagę, zataczając się prosto na 

wózek z posiłkami. Meade zauważył w porę niebezpieczeństwo i złapał ją, by w 

ostatniej   chwili   zapobiec   katastrofie.   Niezdarny   młody   człowiek   popychający 

metalowy  pojazd  zdziwił   się,   co   ci  dwoje,   wyglądający   na   pacjentów   oddziału 

psychiatrycznego, robią na położnictwie. Minął ich i poszedł dalej.

background image

Brooke śmiała się z całego zajścia. Chciała podziękować swemu wybawcy, 

lecz nie mogła powstrzymać śmiechu. Spojrzawszy na Meade’a, zauważyła, że i on 

krztusi się ze śmiechu.

Kiedy wreszcie uspokoili się, oparli o ścianę korytarza, próbując odzyskać 

równowagę.

- Och... Boże... - Brooke usiłowała odzyskać oddech.

-   Tak...   -   zgodził   się   Meade,   rozczesując   palcami   włosy.   Przez   moment 

zastanawiał   się,   czy   taka   reakcja   mogła   być   spowodowana   niedotlenieniem. 

Pamiętał, że już doświadczył podobnego uczucia lekkości. Było to w czasie jego 

pierwszej podróży do Meksyku z profesorem Browningiem. Oczywiście zdawał 

sobie   sprawę   z   wysokości,   na   jakiej   przebywali.   Ale,   podobnie   jak   inni 

szesnastoletni chłopcy, był w swej naiwności przekonany, że  wszelkie fizyczne 

słabości dotykają wyłącznie innych, nigdy jego. Niestety, sam przekonał się, jak 

bardzo się mylił.

Meade   głęboko   zaczerpnął   powietrza.   Oddychał   powoli   i   czuł   puls 

powracający stopniowo do normy. W ciągu ostatnich dziesięciu godzin przebyli 

daleką drogę. Wszystko zaczęło się od ludzkiego dramatu, aby zakończyć na ataku 

histerycznego   śmiechu.   „Cóż   to   była   za   podróż!   -   pomyślał,   zwracając   się   do 

Brooke. - I cóż za towarzyszka…”

Brooke poczuła na sobie przepełnione czułością spojrzenie Meade’a. Wyraz 

jego błękitnych oczu spowodował, że chęć do śmiechu minęła jej bezpowrotnie.

- Byłaś wspaniała tam, przy Jazz - powiedział niskim głosem Meade.

-   Ja?   -   policzki   dziewczyny   zarumieniły   się.   Starając   się   choć   trochę 

opanować,   potrząsnęła   głową.   Przy   tym   ruchu   włosy   uwolniły   się   z 

background image

przytrzymujących   je   spinek,   a   na   czoło   opadł   jeden   kosmyk.   Odgarnęła   go 

niecierpliwie.   -   Nie,   to   byłeś   wspaniały!   Sposób,   w   jaki   pomagałeś   Jazz. 

Znajdowałeś odpowiednie słowa, aby dodać jej otuchy. To było tak… tak… to 

znaczy, to co zrobiłeś...

Meade uciszył tę niezbyt składną, choć przepełnioną uczuciem wypowiedź, 

przykładając dwa palce do ust dziewczyny.

- To, co my zrobiliśmy - poprawił. - Byliśmy tam oboje, Brooke, razem.

Dotyk jego palców był przelotny jak muśnięcie. W innym miejscu i o innym 

czasie być może obawiałaby się emocji, które w niej wzbudzał. Ale tutaj, teraz, po 

tym wszystkim co razem przeszli, upajała się swymi odczuciami. Wydawało się jej, 

że wszelkie obietnice mogą się spełnić z tym właśnie mężczyzną.

- Razem - powtórzyła, wymawiając to słowo tak, jakby rozkoszowała się 

jego brzmieniem. - Stworzyliśmy niezły zespół, prawda? - ponownie przeczesała 

włosy.

- Stworzyliśmy wspaniały zespół - uśmiechnął się Meade.

- Niech będzie - zgodziła się. - Wspaniały zespół. - Przerwała i zamyśliła się. 

Przypomniał   jej   się   moment,   gdy   Ethan   Wilding   wszedł   do   sali   porodowej   i 

podszedł do Jazz. Ethan i Jazz wyrażali to, o czym Brooke zawsze marzyła, czego 

pragnęła.

- Brooke? - spytał Meade, widząc smutek na twarzy dziewczyny. - Co się 

dzieje?

- Myślałam o Ethanie i Jazz - westchnęła. - Tak się cieszę, że zdążył. Kiedy 

wszedł do sali porodowej... sposób, w jaki patrzył... to było... było... - głos jej się 

background image

urwał. Pewnych rzeczy nie sposób wyrazić.

- Wiem, widziałem. Mieć możliwość towarzyszenia ukochanej kobiecie w 

chwili,   gdy   tą   rodzi   nowe   życie,   któremu   się   dało   początek...   -   potrząsnął   w 

zachwycie głową. - To musi być najwspanialsze uczucie na świecie.

Brooke   usłyszała   w   jego   głosie   tęsknotę,   prawie   zazdrość.  Aż   za   dobrze 

rozumiała to pragnienie, które Meade w tak oczywisty sposób odczuwał. Spojrzała 

w bok, czując napływające do oczu łzy. Odrzuciła głowę do tyłu i przymknęła oczy. 

Nie będzie znowu płakać.

- Zmęczona? spytał Meade, wpatrując się w jej profil. Smutek widoczny na 

twarzy dziewczyny sprawił mu ból.

Brooke spróbowała wziąć się w garść. Otworzyła oczy i napotkała pytające 

spojrzenie Meade’a.

- Trochę - przyznała.

- A więc, może powinniśmy znów pomyśleć o powrocie do domu?

- Znów? - zaczęła, nieco zaskoczona. Wreszcie zrozumiała, co miał na myśli. 

Nim znaleźli Jazz, wybierali się przecież do domu. - Tak, chyba tak - zaskoczyło ją 

uczucie niechęci, jakie brzmiała w jej słowach.

Meade spojrzał na zielone, sterylne niegdyś ubranie. Bawełniany materiał 

był niemiłosiernie wygnieciony. Bluza z krótkim rękawem nosiła ślady potu.

- Jak sądzisz, gdzie mogą być nasze rzeczy? - spytał.

- Może w pokoju pielęgniarek - odpowiedziała powoli Brooke. - Ale nie 

jestem…   -   nagle   uświadomiła   sobie   powód   swojej   niechęci.   Położyła   dłoń   na 

ramieniu Meade’a. - Czy koniecznie chcesz wracać do domu? - spytała.

background image

Meade milczał, zaskoczony uściskiem drobnych palców.

- A ty? - odezwał się wreszcie.

- Nie - odparła Brooke. - Nie, nie chcę. Jeszcze nie teraz. Chcę poczekać na 

urodzenie dziecka. Czy to… czy to nie wydaje ci się grupie?

Meade powoli uśmiechnął się. Przykrył dłoń Brooke swoją ręką i uścisnął 

lekko.

- Nie, to wcale nie jest głupie - powiedział szczerze. - Może znajdziemy 

jakieś spokojne miejsce, żeby poczekać?

Żadne z nich nie miało ochoty siedzieć w pokoju dla przyszłych ojców. W 

końcu   znaleźli   brązową   kanapę   w   małej   niszy   w   pobliżu   pokoju   pielęgniarek. 

Kanapa   była   brzydka   i   niewygodna,   lecz   Brooke   to   nie   przeszkadzało.   Była 

szczęśliwa, mogąc wreszcie gdzieś usiąść, i nawet nie zwróciła uwagi na to, że 

siedzenie ugięło się pod nią jak stary zużyty hamak.

- Ach... - jęknęła, opierając się.

Meade usiadł obok. Poczuł nagle, że zapada się głęboko, i z kanapy wydobył 

się dźwięk przypominający ludzkie westchnienie. Miejsce nie było zbyt wygodne, 

ale nie zwracał na to uwagi.

Meade usiadł wygodniej i wyciągnął nogi.

- Och, nie! - zawołała nagle Brooke. Wyprostowała się, a w oczach widać 

było przerażenie. - O, mój Boże!

- Co się stało?

-   Jak   mogłam  zapomnieć!   Powinnam  przecież   być   w   pracy.   Pan   Quincy 

background image

będzie się zastanawiał...

- Nie, nie będzie - przerwał jej Meade. - Kiedy po raz ostatni wychodziłem z 

sali   porodowej,   żeby   sprawdzić   co   z   Ethanem,   zadzwoniłem   przy   okazji   do 

Daniela. Wyszedł z przyjęcia wcześniej, więc pomyślałem sobie, że warto go o 

wszystkim zawiadomić. Prosił, żeby ci przekazać, że masz dziś wolny dzień.

-   Och...   -   chwilę   trwało,   zanim   sens   tych   słów   dotarł   do   dziewczyny.   - 

Dziękuję.

-   Proszę   bardzo   -   dłonią   masował   mięśnie   karku,   pragnąc   pozbyć   się 

nieznośnego uczucia napięcia.

- Nie sądzisz, że powinniśmy zadzwonić do Amandy Wilding?

-   To   nie   jest   potrzebne   -   odparł   sucho   Meade.   -   Jedna   z   pielęgniarek 

powiedziała mi, że sam ordynator jest w starym kontakcie ze starszą panią.

- Niesamowite - Brooke uniosła brwi.

- Można się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę fakt, że najnowsze 

skrzydło szpitala nosić będzie imię Wildingów.

- To prawda - przyznała Brooke.

Wokół   panował   spokój.   Wszędzie   były   porozrzucane   kubki   po   kawie   i 

popielniczka   pełna   niedopałków,   pozostałość   po   innych   oczekujących,   ale 

przynajmniej nikt się obok nie kręcił.

- Jak sądzisz, długo jeszcze? - spytała Meade’a.

- Co? Zanim Jazz urodzi?

- Tak.

background image

- Hmm... - Meade potarł brodę. Świeży zarost, jak papier ścierny, podrażnił 

jego palce. - No cóż, w tej materii nie jestem specjalistą, ale wyglądało mi na to, że 

gdy   Ethan   przyjechał,   zaczynały   się   właśnie   skurcze   parte.   Podobno   jest   to 

najgorszy moment porodu, ale nie trwa zbyt długo. Więc... może jeszcze godzina 

do półtorej, biorąc pod uwagę, że to pierwsza ciąża...

- Jak na kogoś, kto nie jest specjalistą, dużo wiesz - skomentowała Brooke.

- To osmoza - wzruszył ramionami Meade.

- Co?

-   Moje   siostry,   Kathleen   i   Mary   Margaret   mają   razem   pięcioro   dzieci. 

Nasłuchałem się już dosyć rozmów o porodach.

-  Aha   -   sądząc   po   jego   postępowaniu   z   Jazz,   wiele   się   nauczył   z   tych 

opowieści.

- A poza tym, mam pewne doświadczenie w położnictwie. Dokładnie dwa 

tygodnie   po   moich   dziewiętnastych   urodzinach   byłem   świadkiem   porodu.   - 

Skrzywił się, ujawniając, że pozostawiło to w nim raczej mieszane uczucia.

- Naprawdę? - kolejne doświadczenie Archimedesa 0’Malleya, o którym nie 

wiedziała. - Jak to było?

-   W   małej   wiosce   panamskiej,   położonej   tuż   nad   brzegiem   rzeki. 

Uczestniczyłem   w   wyprawie   profesora   Browninga   na   przełęcz   Darien,   jakieś 

kilkaset  mil przez  lasy  podzwrotnikowe i  bagna w  północno-wschodniej  części 

kraju.   Trudno   nazwać   to   miejsce   rajem   na   ziemi.   W   każdym   bądź   razie, 

siedzieliśmy wszyscy w kantynie i odgadywaliśmy skład gulaszu, który podano na 

kolację. I wówczas do chaty przyszła Indianka z plemienia Kuna. Trzymała się za 

background image

brzuch   i   jęcząc   upadła   na   podłogę.  Właściciel   chciał   ją   od   razu   wyrzucić,   ale 

profesor powstrzymał go i dał mu pieniądze. Następnie powiadomił nas chłodno, że 

w pobliżu nie ma żadnego lekarza, a kobieta właśnie rodzi, więc my będziemy 

musieli jej pomóc.

- I co... zrobiliście to?

- Hm... nasze zadanie sprowadzało się głównie do nieprzeszkadzania naturze. 

Dzięki Bogu, kobieta wiedziała, jak powinna postępować. Później okazało się, że 

było   to   jej   piąte   dziecko.   Profesor   Browning   przeczytał   w   swoim   czasie 

wystarczająco dużo podręczników medycyny, aby wiedzieć, co się dzieje. Co do 

reszty naszej grupy; niejaki pan Macho od razu zemdlał, dwie inne osoby zajęły się 

gotowaniem wody natomiast ja…

- Tak? - zniecierpliwiła się Brooke. - A ty?

- Cóż, ja pewnie uciekłbym stamtąd od razu, gdyby kobieta nie chwyciła 

mnie za rękę i nie trzymała tak mocno, jakby ściskała los z główną wygraną - 

wyznał Meade. - Co to był za uścisk! Gdy dziecko przyszło wreszcie na świat, 

zaczerpnęło   powietrza   i   zaczęło   wrzeszczeć,   jakby   ktoś   obierał   je   ze   skóry,   ja 

miałem całkiem pokaźny siniak. I wtedy zrozumiałem, co to znaczy rodzić dziecko.

- Tak... mogę sobie wyobrazić.

Meade wyprostował się. Kanapa wydała kolejne jęknięcie.

- A co z tobą?

Przez krótką, przerażającą chwilę Brooke myślała, że pytanie dotyczy jej 

odczuć podczas rodzenia dziecka.

- Co ze mną?

background image

Meade powstrzymał ziewnięcie.

- Czy kiedykolwiek pomagałaś przy porodzie?

- Och, nie - szybko zaprzeczyła. - Nigdy.

W brzmieniu  jej głosu  było coś,  co sprawiło,  że  Meade przyjrzał się jej 

uważnie. Przypomniał sobie strach na twarzy dziewczyny, gdy stała w drzwiach 

sali  porodowej.  Najwidoczniej  sprawy  związane  z  porodem  sprawiały  jej  przy-

krość.

-   Nigdy   bym   nie   przypuszczał,   że   robiłaś   to   pierwszy   raz   -   powiedział 

łagodnie, chcąc ukoić jakoś ten ból. - Tak jak już mówiłem, byłaś wspaniała.

Powoli wyczerpali wszystkie obojętne tematy i zamilkli.

Meade   prawie   spał,   gdy   poczuł   na   ramieniu   głowę   Brooke.   Jego   ciało 

zareagowało  gwałtownie. Przez  kilka sekund  nie  pamiętał,  gdzie  jest  i  kto jest 

obok. Wreszcie odzyskał świadomość.

- Hm... - zamruczała Brooke, poruszając się lekko.

- Brooke?    zapytał.

Znów się poruszyła. Przytuliła się mocniej, a on poczuł przyspieszone bicie 

serca.  Mrucząc  coś  pod  nosem,  dziewczyna,  jak kotka  w  koszyku,  mościła  się 

wygodniej. Meade poczuł, jak jej piersi musnęły jego ramię.

- Brooke? - powtórzył.

Była   już   wtulona   w   jego   ciało.   Nieartykułowane   dźwięki,   które   z   siebie 

wydawała,   brzmiały   jak   zaproszenie.   Meade   ponownie   poczuł   dotyk   jej   piersi, 

których sutki zaczynały powoli twardnieć. Przechyliła głowę, jej włosy opadły na 

background image

jego szyję i poczuł delikatne łaskotanie w podbródek.

Meade jęknął przez zaciśnięte zęby, zażenowany twardniejącą w spodniach 

męskością. Budziło się w nim pożądanie. Brooke wywierała nań taki wpływ, nawet 

gdy spała!

- Hm… - westchnęła dziewczyna, wyraźnie zadowolona z pozycji, w jakiej 

wreszcie się ułożyła. Przestała poruszać się niespokojnie.

Meade   zmusił   się   do   głębokiego   wdechu,   poczym   powoli   wypuścił 

powietrze.   Następnie   dokonał   kolejnego   głębokiego   wdechu   i   bardzo   powoli 

wypuścił powietrze. „Myśl o wszystkim, tylko nie o tym, co masz poniżej pasa”, 

nakazał sobie.

Po kilku próbach opanowania instynktu objął Brooke ramieniem i delikatnie 

zmienił   jej   pozycję   na   nieco   mniej   prowokującą.   Dziewczyna   wydała   pomruk, 

świadczący o zadowoleniu. Pochyliła głowę, a kosmyk włosów opadł jej na twarz. 

Meade ostrożnie ujął pukiel włosów i gładząc go, odsunął z czoła. Spojrzał na 

śpiącą Brooke. Policzki jej się zaróżowiły, rozchyliła na moment wargi, ukazując 

koniuszek języka. Boże, jaka była piękna, a on tak bardzo jej pożądał. I to nie tylko 

fizycznie. Pragnął czegoś więcej niż tylko rozkoszy erotycznej…

Przypomniał sobie muzykę, której zaledwie dwa dni temu słuchał. Muzykę, 

która   sprawiła,   że   Brooke   przyszła   do   niego.   „Melodie   na   czas   kochania” 

poinformował go muzyk, od którego dostał tę kasetę. „Melodie na czas kochania”. 

A naprawdę muzyka towarzysząca miłości i ceremonii zawarcia małżeństwa. 

Meade przymknął oczy. Miłość? Małżeństwo? 

Pomyślał  o  tym,  co  łączyło  Sebastiana  i  Gabrielle   Browning.  O  tym,  co 

wciąż trwało między jego rodzicami. Miłość... małżeństwo… dzieci?

background image

Pomyślał o Ethanie i Jazz Wilding. 

Otworzył oczy i po raz kolejny spojrzał na Brooke. Parzył tak na nią, dopóki 

nie zmorzył go sen.

Meade ocknął się na dźwięk chrząknięcia. Gdy otworzył oczy, stał przed nim 

radośnie uśmiechnięty Ethan Wilding. 

- Ethan! - wykrzyknął Meade.

„Czy to trzęsienie ziemi?” - pomyślała Brooke, zastanawiając się, dlaczego 

tak   cudownie   ciepła   i   wygodna   poduszki   pod   policzkiem   porusza   się   nagle. 

Dziewczyna otworzyła oczy. Świadomość miejsca, gdzie się znajduje, otrzeźwiła ją 

jak zimny prysznic.

-   Meade,   co...?   -   zaczęła,   próbując   usiąść.   Włosy   opadły   jej   na   oczy. 

Odgarnęła je i wtedy dostrzegła trzecią osobę.

- Ethan!

- Tak się rzeczywiście nazywam - z grymasem na twarzy przyznał Ethan. 

Brooke   widziała   go   takim   po   raz   pierwszy.   Pomimo   rozczochranych   włosów 

zachował swą bostońską elegancję.

Meade wstał, lecz w jego ruchach nie było zwykłego, kociego wdzięku.

- Co z Jazz? - spytał.

- Matka i syn czują się doskonale - padła dumna odpowiedź.

- Jazz... Jazz ma syna? - spytała Brooke, poprawiając niezgrabnie ubranie. I 

ona także wstała z kanapy. W innej sytuacji byłaby zażenowana, że ktoś widział ją 

śpiącą  w   ramionach   mężczyzny,  którego  znała  zaledwie  od   dwóch   dni.   Jednak 

background image

wobec nowiny o narodzinach syna Ethana nie miało to żadnego znaczenia.

- Siedem funtów i sześć uncji - brzmiała odpowiedź. - Rude włosy jak u 

matki. Wygląda, jakby ktoś posmarował mu głowę marmoladą.

- Moje gratulacje - ciepło powiedział Meade, wyciągając rękę.

-   Dziękuję   -   odparł   Ethan,   potrząsając   dłonią   Meade’a.   -   Nie   tylko   za 

serdeczne słowa… - zwrócił się do Brooke. - Tobie też dziękuję.

- Tak się cieszę - odparła serdecznie.

- Miło mi to słyszeć - Ethan przerwał na moment, patrząc to na Brooke, to na 

Meade’a. - To, co oboje zrobiliście dla Jazz... - zaczął powoli, usiłując znaleźć 

właściwe słowa. - To było... sam nie wiem, jak to wyrazić.

- Nie musisz wygłaszać przemówień, Ethan - przerwał mu Meade. Spojrzał 

na Brooke. - Cieszymy się, że mogliśmy choć trochę pomóc.

- Jasne - zgodziła się. Napotkała spojrzenie Meade’a i uśmiechnęła się. - Tak, 

bardzo się cieszymy.

Nastąpiła   chwila   ciszy.   Wszelkie   słowa   wydawały   się   zbędne.   Wreszcie 

Meade ziewnął szeroko. Po chwili Brooke uczyniła to samo.

- Długa noc? - spytał z lekką ironią Ethan.

-   Można   by   tak   powiedzieć   -   zaśmiał   się   Meade.   Następnie   otoczył 

ramieniem Brooke. - Czy istnieje możliwość zobaczenia młodej matki?

- Niestety - z żąłem pokręcił głową Ethan. - Śpi. Dla niej była to też długa 

noc.

- A co z dzieckiem? - spytała Brooke, zakrywając dłonią usta przy kolejnym 

background image

ziewnięciu. Bezwiednie oparła głowę na ramieniu Meade’a.

- Jest razem z Jazz. Gdy wychodziłem, spał jak kamień.

-   Cóż,   w   tej   sytuacji   będziemy   musieli   wrócić   tu   później   -   odparł 

filozoficznie Meade. - Wybraliście już imię?

- Obrady trwają - zażartował Ethan. Po chwili spoważniał. - Słuchajcie, musi 

przecież być coś, co mógłbym dla was zrobić. Proszę. Cokolwiek.

Brooke i Meade wymienili spojrzenia.

- Napiłabym się kawy - powiedziała dziewczyna.

- I mógłbyś pomóc nam w odnalezieniu ubrań - dodała.

- Przydałby się też jakiś samochód. Szofer Amandy przywiózł nas tutaj, ale 

już dawno odjechał.

- Kawa, ubrania, samochód - powtórzył Ethan. - Myślę, że da się załatwić.

Godzinę   później   Brooke   Livingstone   stała   u   stóp   schodów   holu   domu 

Archimedesa Xaviera O’Malleya. Dziewczyna spojrzała na swego gospodarza z 

sennym uśmiechem.

-   Nie   rozumiem,   dlaczego   powiedziałeś   Ethanowi,   że   nie   ma   potrzeby 

background image

nadania   ich   synowi   naszych   imion   -   powiedziała.   -   Sądzę,   że   Livingstone 

Archimedes Wilding brzmi niezwykle wytwornie.

- Ale nie tak, jak Archimedes Livingstone - odparł. Pomieszczenie skąpane 

było w południowym słońcu. Promienie przenikały przez włosy Brooke, oświetlały 

i  pieściły  jej  twarz.  - W  każdym  bądź   razie,  biedne  dziecko  dopiero  w  szkole 

średniej może nauczyłoby się poprawnie wymawiać swoje imię i nazwisko.

- Cóż, coś w tym jest. - Brooke oparła się o pięknie rzeźbioną poręcz. Bawiła 

się sznurem pereł na szyi. Wiedziała, że powinna iść już do siebie, ale wciąż nie 

mogła się zdecydować. Jeszcze nie.

Coś się z nią działo. Nie. Coś zaczęło się od tej muzyki.

I wtedy zrobiła to, na co miała ochotę od chwili, gdy ujrzała Meade’a po raz 

pierwszy.   Podniosła   rękę   i   dotknęła   jego   twarzy.   Przesunęła   czubkami   palców 

wzdłuż silnie zarysowanej linii policzka i brody, poznając dotykiem kości szczęki i 

napiętą   skórę   twarzy.   Zobaczyła,   jak   oczy   mężczyzny   ciemnieją   i   wyrażają 

oczekiwanie.

Meade chwycił rękę dziewczyny. Pochylił głowę i dotknął wargami wnętrza 

jej delikatnej dłoni. Czuł, że Brooke wstrzymała oddech.

-   Dlaczego?   -   szepnęła.   Nie   była   pewna,   czy   oznacza   to   odpowiedź   na 

pytanie „Dlaczego ja?” czy „Dlaczego ty?” czy może „Dlaczego teraz?”.

- Nie wiem - niemal ostro odpowiedział Meade, po czym wziął ją w ramiona.

Wyczuł jej krótkie wahanie, po czym przytuliła się do niego całym ciałem. 

Zanim   jednak   zdążył   spytać   o   cokolwiek,   dziewczyna   wspięła   się   na   palce   i 

przywarła   do   jego   ust.   Meade   pochylił   lekko   głowę   i   objął   jej   wargi   swoimi. 

background image

Przesunął rękę wzdłuż ciała, jakby badając miękkość tkaniny, aż znalazł miejsce, 

gdzie kończył się żółty materiał sukienki, odsłaniając delikatną skórę. Zanurzył 

palce we włosach Brooke.

Ogarnęło   ją   nieodparte   pożądanie.   Nieświadomie   poruszyła   biodrami. 

Usłyszała jęk Meade’a.

Zdawała sobie sprawę z tego, co zrobiła. I z tego, na co miała ochotę. Na 

myśl o tym zadrżała. 

Nie może... nie może... nie może. 

Meade czubkiem języka pieścił wargi. Był zaskoczony, gdy dziewczyna nie 

odpowiedziała na jego pieszczoty. 

Nie mogła... czy mogła...

Jeśli nic nie zrobi, będzie rozczarowany. Lecz jeśli zrobi... Wciąż pamiętała 

złośliwą odpowiedź Petera napytanie, dlaczego ją zdradził.

„Dlaczego? Naprawdę chcesz wiedzieć dlaczego? Bo jestem mężczyzną, a ty 

nie możesz mi dać tego, czego potrzebuję! Nie potrafisz dać mi syna i nie potrafisz 

dać mi satysfakcji w łóżku! Jesteś nie tylko bezpłodna, ale także oziębła!” 

Obawa   kolejnej   kompromitacji   powstrzymała   ją   przed   oddaniem   się 

pożądaniu. Poniżenie i ból wyniesione z małżeństwa okazały się silniejsze. Nie 

mogła.

Dziewczyna zamarła i zaczęła odsuwać się od Meade’a. Chciał ją zatrzymać, 

pokonując niewytłumaczalny opór. Wiewał również, że może się to okazać jednym 

z największych błędów jego życia.

I   wtedy   ją   puścił   i   cofnął   się   o   krok.   Brooke   zagryzła   wargi.   Splatała   i 

background image

rozplatała  palce.  Nie  wiedziała,  czy  została  właśnie  uwolniona,  czy  odrzucona. 

Zaczęła szukać w twarzy Meade’a złości, a może zrozumienia. Znalazła jedynie 

pożądanie i pytania bez odpowiedzi. Wiele, wiele pytań.

- Tak mi przykro, Medea - zaczęła po chwili. - Ale znam cię zaledwie… to 

jest… to wszystko dzieje się dla mnie zbyt szybko. - Zastygła w oczekiwaniu na 

jego reakcję. Pamiętała okrutne słowa Petera, gdy odrzuciła jego awanse.

Meade   słyszał   rozpacz   w   jej   głosie   i   widział   bezradność   w   zielonych, 

szeroko otwartych oczach. Bała się. Lecz czego? Jego? Siebie? Ich obojga?

Być może on także czegoś się obawiał. Siebie samego. Jej. Ich obojga.

Meade uśmiechnął się z trudem i pogładził czule policzek dziewczyny.

- Oboje znamy się tyle samo, kochana. Jeśli więc to wszystko toczy się dla 

ciebie zbyt szybko, cóż, wobec tego musimy trochę zwolnić.

ROZDZIAŁ 4

Następny tydzień był najdziwniejszy w życiu Brooke.

Te siedem dni, jeden po drugim, mijały jak w kalejdoskopie. Ciągłe zmiany, 

background image

fascynujące wydarzenia. Czasem Brooke miała wrażenie, że zaczyna już rozumieć 

to wszystko i wtedy przychodził moment, w którym cały świat wydawał się inny.

W tygodniu widywali się z Meade’em dość często w Instytucie. Raz zjedli 

razem   obiad,   dwa   razy   poszli   na   kolację.   Z   jej   inicjatywy   spędzili   sobotnie 

popołudnie   na   zwiedzaniu   szkółki   drzew.   Ich   wzajemny   stosunek   przypominał 

przyjaźń   a   nie   romans.   Brooke   była   zadowolona   z   towarzystwa   Meade’a.   Nie 

zgadzali się w wielu sprawach, ale znacznie więcej ich łączyło. Mieli podobne 

poczucie humoru i z łatwością znajdowali okazję do śmiechu. 

Cały czas czuła jednak nastrój oczekiwania. Przypadkowe muśnięcie palców 

powodowało   przyspieszone   bicie   serca.   Krótkie   spotkanie   ich   oczu,   a   serce 

zaczynało łomotać.

Pod   koniec   tygodnia,   gdy   Brooke   wróciła   po   pracy   do   domu,   zastała 

Archimedesa Xaviera O’Malleya w swej sypialni.

Już wchodząc po schodach, słyszała głosy dobiegające z otwartych drzwi jej 

mieszkania. Poczuła dziwne, drobne mrowienie, gdy rozpoznała jeden z głosów. 

Drugiego nie znała. Należał do starszego człowieka i można było w nim słyszeć 

siady akcentu irlandzkiego.

-  …nie   próbuję   ci   narzucać   sposobu  postępowania   -  niecierpliwie   mówił 

background image

drugi głos. - Bóg jeden wie, że zarówno twoja matka, jak i ja pozwalaliśmy ci 

zawsze   postępować   według   własnej   woli.   Nawet   gdy   oznaczało   to   wyjazd   do 

miejsc, których nie byliśmy w stanie znaleźć na mapie! Ale przez cały ten czas 

pragniemy, abyś się ustatkował, chłopcze. Twoja matka i ja nie stajemy się…

- …młodsi - dopowiedział Meade. Brooke miała wrażenie, że w jego głosie 

słychać   zarówno   miłość,   jak   i   rozdrażnienie.   -   Wiem.   W   ciągu   całej   naszej 

rozmowy   przynajmniej   sześciokrotnie   udało   ci   się   wspomnieć   o   emeryturze   i 

zniżkach dla rencistów. Ale muszę ci coś powiedzieć, ojcze. To, co mówisz, byłoby 

znacznie bardziej wiarygodne, gdybyś nie wspomniał o tym, że mama zdecydowała 

się na ćwiczenia aerobiku i karate, a ty zastanawiasz się nad kupnem motocykla.

- Do diabła! - przekleństwu towarzyszyło parsknięcie. - Zgoda. A więc ani 

twoja   matka,   ani   ja   nie   jesteśmy   jeszcze   gotowi   na   przeniesienie   się   do 

miejscowości   dla   emerytów   na   Florydzie.   To   jednak   nie   zmienia   faktu,   że 

powinieneś już mieć rodzinę.

- Przecież mam.

- Ale twoją własną!

Brooke  doszła już  prawie do  drzwi  prowadzących  do sypialni.  Czuła  się 

niezmiernie   skrępowana   po   usłyszeniu   ostatniej   kwestii.   Zawahała   się,   ale 

przypominając sobie, że to przecież jej mieszkanie, weszła do środka.

Ujrzała Meade’a i krzepko wyglądającego starszego pana, naprawiających 

klimatyzację. Nie mogła się zorientować, czy właśnie rozbierali urządzenie, czy też 

montowali je z powrotem. Ale pracowali tak fachowo, że nie ulegało wątpliwości, 

że wiedzą doskonale, co robią.

Meade ubrany był tylko w sprane dżinsy. Popołudniowe słońce wpadające 

background image

przez okno uwydatniało muskulaturę jego ciała. Czarno-czerwony tatuaż na lewym 

ramieniu sprawiał rudziej niesamowite wrażenie.

- Nadejdzie taki dzień - mówił spokojnie Meade, sięgając po śrubokręt. - Są 

rzeczy, których nie należy przyspieszać. Potrzebuję trochę czasu, żeby…

- Trochę czasu, na brązową spluwaczkę ciotki Boonie! Chcę mieć wnuki! - 

padła zdecydowana odpowiedź. - Podaj mi ten sworzeń, dobrze? Dziękuję. Jeszcze 

kilka minut, a to urządzenie zacznie znów działać.

- Masz już pięcioro wnucząt.

- Tak, i gorąco kocham każde z nich. A zwłaszcza tego ośmioletniego łobuza, 

Kevina. Ale oni noszą nazwiska Morelli i Cunningham. Nie O’Malley. Mężczyzna 

chce, aby jego nazwisko trwało nawet po jego śmierci.

-   Cóż,   jeśli   o   to   chodzi...   -   Meade   przerwał   nagle,   jakby   wyczuwając 

obecność Brooke. Spojrzał przez ramię i wstał. - Brooke! - powitał ją uśmiechem.

-   Dzień   dobry   -   odparła,   powstrzymując   chęć   poprawienia   włosów.   - 

Naprawiacie mój klimatyzator?

-   Pamiętasz,   kiedy   rano   poprosiłaś   mnie   o   adres   jakiegoś   warsztatu, 

odpowiedziałem, że przyprowadzę kogoś, kto się tym zajmie.

- Ach tak. - Rano, wychodząc do pracy, wpadła na Meade’a, który wracał 

właśnie   z   długiego   i   intensywnego   biegu.   Widok   jego   oblanego   potem   ciała 

przypominał o zepsutej klimatyzacji… i o wielu jeszcze innych rzeczach. - Ale nie 

sądziłam, że to właśnie ty zechcesz…

- Zrób to sam, a będzie dobrze zrobione - powiedział starszy pan, wstając i 

wycierając   ręce   w   spodnie.   -  Ponieważ   ja   się   za   to   zabrałem,   będzie   zrobione 

background image

dobrze,   a   w   dodatki   za   darmo.   Jestem   Francis   O’Malley,   ojciec   młodego 

O’Malley’a.

- Miło mi pana poznać, panie O’Malley - uprzejmie odpowiedziała Brooke. 

Mężczyźni nie byli do siebie podobni. Francis O’Malley był o dobrych kilka cali 

niższy od syna, lecz zbudowany solidnie jak dąb. Miał krótkie, stalowosiwe włosy, 

które kiedyś musiały być rude. Jego ciemne, szaro-granatowe oczy patrzyły na nią 

uważnie. Brooke wyciągnęła rękę.

- Jestem Brooke Livingstone, lokatorka pańskiego syna.

- Cieszę się, że panią poznałem - odparł ojciec Meade’ a, obejmując jej palce 

tak delikatnie, jakby były zrobione z kruchej, chińskiej porcelany. - Proszę się nie 

obawiać, wiemy co robimy. Mam wieloletnie doświadczenie w pracy elektryka.

- Tak, wiem - przytaknęła Brooke. - Meade mi wspominał.

- Aha - Francis O’Malley uniósł brwi z widocznym zadowoleniem. - A więc 

rozmawialiście już o rodzicach? To dobrze. Proszę mi teraz powiedzieć parę słów o 

sobie.

- Meade - powiedziała stanowczo Brooke - naprawdę nie miałam nic przeciw 

tym wszystkim pytaniom twojego ojca. Wierz mi.

background image

-   Cieszę   się,   że   przynajmniej   jedno   z   nas   nie   miało   nic   przeciw   temu   - 

odpowiedział Meade, wypijając duży łyk piwa. Była już prawie ósma trzydzieści. 

Siedzieli w pobliskiej pizzerii. Byli już tu tego wieczoru, gdy urodziło się dziecko 

Jazz i Ethana. - Sherlock Holmes w najgorszym wykonaniu.

-   Jest   naprawdę   czarujący   -   zaprzeczyła   Brooke.   Nie   chodziło   tylko   o 

poprawienie samopoczucia Meade’a, myślała tak naprawdę. Wprawdzie Francis 

O’Malley był jednym z najbardziej ciekawskich mężczyzn, jakich kiedykolwiek 

spotkała, lecz przy tym był tak sympatyczny i życzliwy wobec niej, że nie czuła się 

urażona jego dociekliwością. Prawdę mówiąc, ku jej zaskoczeniu, pytania te nawet 

jej schlebiały.

- Czarujący? Wobec tego, przesłuchanie przez hiszpańską inkwizycję to dla 

ciebie przyjemny sposób na spędzenie popołudnia?

- Meade!

Westchnął i odkroił kawałek pizzy.

- Przepraszam - powiedział. - Kocham mojego ojca. To jeden z najbardziej 

życzliwych i wielkodusznych ludzi, jakich znam. Ale czasami - Boże! Są chwile, 

kiedy zarówno on, jak i moja matka wydają się opętani jedną ideą.

- Masz na myśli ponaglenia co do ożenku i założenia rodziny, tak?

- A więc się zorientowałaś?

- Prawdę mówiąc, usłyszałam część waszej rozmowy, gdy wchodziłam po 

schodach - przyznała Brooke, podnosząc do ust kawałek pizzy.

Twarz Meade’a stała się na moment skupiona, jakby usiłował przypomnieć 

sobie o czym dokładnie rozmawiali z ojcem zanim zorientował się, że Brooke stoi 

background image

w drzwiach.

- Cóż, jest niezwykle bezpośredni, gdy  rozmawiamy sami - powiedział i 

wypił kolejny łyk piwa.

- Czy ty... - zaczęła i przerwała. Nie. To było zbyt osobiste pytanie.

Meade odstawił swój kufel i spojrzał na nią uważnie.

- Zapytaj - poprosił cicho. - Cokolwiek to jest. Zapytaj.

Potrząsnęła głową.

- To nie moja sprawa.

- Skąd ta pewność?

- Skąd? Po prostu wiem i tyle! - spuściła wzrok i zaczęła wpatrywać się w 

swoją pizzę.

Meade pochylił się i ujął jej podbródek, zmuszając do podniesienia głowy.

- Posłuchaj. Tydzień temu powiedziałaś, że nie znasz mnie zbyt dobrze.

-  To niezupełnie tak - Brooke poczuła, że się rumieni.

- Ale ja to tak odczytałem. Uwierz mi, rozumiem. Coś wydarzyło się między 

nami  wtedy,  gdy  rodziła   Jazz.  Do  diabła,  bądźmy  uczciwi.  Doznaliśmy  czegoś 

cudownego już wtedy, gdy otworzyłem drzwi wtorkowej nocy i zobaczyliśmy się 

po raz pierwszy. Nie wiem, co to było. Nie umiem tego wyjaśnić. Czuję to zawsze, 

gdy patrzę na ciebie, dotykam cię, a nawet wtedy, gdy myślę o tobie...

-  Meade   -  napięcie   w   jego  głosie   powodowało,   że   zaczęła   drżeć.  Nawet 

gdyby chciała, nie mogłaby wstać.

background image

- I tak samo jest z tobą… prawda? - było to raczej żądanie potwierdzenia, niż 

pytanie.

Brooke nie odpowiedziała.

- Prawda? - poczuła silniejszy uścisk palców, którymi trzymał jej podbródek. 

Zdała sobie sprawę, że nie przestanie pytać, dopóki nie uzyska odpowiedzi.

Brooke przesunęła końcem języka po wargach.

- Tak - przyznała po chwili. - Ale... to wciąż dzieje się zbyt szybko, Meade. 

Tak mi przykro.

Meade przyglądał się jej w napięciu, jakby próbując rozwiązać wyjątkowo 

skomplikowaną zagadkę. Przesunął delikatnie palcami wzdłuż jej szyi.

- Brooke, nigdy nie bój się prawdy - powiedział.

- A więc o co chciałaś spytać? - to pytanie padło ponownie, gdy wracali już 

do domu.

- O co chciałam spytać? - powtórzyła zaskoczona Brooke.

- O to, co jak mówiłaś, nie jest twoją sprawą. Tam, w pizzerii.

background image

- Och. O to - Brooke kopnęła kamyk leżący na chodniku i wsłuchiwała się w 

odgłos, jaki wydawał, tocząc się przeć nimi.

-   Tak.   O   to   -   potwierdził.   Jej   powściągliwość   budziła   zainteresowanie   i 

irytację jednocześnie. - O co chciałaś zapytać?

Brooke zwróciła głowę w jego stronę i na twarz opadł jej kosmyk włosów. 

Odgarnęła go niecierpliwie.

-  Jesteś niezwykle wytrwały - zauważyła.

- Określenie „uparciuch” jest bardziej na miejscu. Faktycznie jestem uparty.

W czasie ostatniego tygodnia Meade zauważył, że Brooke unika odpowiedzi 

na bardziej osobiste pytania. Nie wynikało to ze skromności. Brooke miała swe 

tajemnice. Meade gotów był założyć się o swój doktorat i etat wykładowcy na 

uniwersytecie, że prawie wszystkie wiązały się z jej małżeństwem.

Coś   więcej   niż   pożądanie,   irytował   się,   gdy   przypominał   sobie   ich 

pocałunek.   Brooke   wyzwoliła   się   wówczas   z   jego   ramion,   cała   drżąca   z 

oczekiwania... i oporu. Jej twarz wyrażała zaskoczenie, smutek i pragnienie. Była 

jak płomień, drgający na skutek gorąca i pokusy. Ale przy pocałunku prawie w 

ogóle nie rozwierała warg.

-   Meade?   -   Dźwięk   głosu   Brooke   wyrwał   go   z   zamyślenia.   Zdał   sobie 

sprawę, że zatrzymali się. Meade zaczerpnął powietrza i próbował zebrać myśli. 

Wcisnął ręce do kieszeni dżinsów. Spojrzał na Brooke. Dziewczyna przyglądała 

mu się z niepokojem. Poczuł chęć ukojenia tego lęku i wygładzenia zmarszczek 

wywołanych wewnętrznym napięciem.

-   Lepiej   zadaj   wreszcie   to   pytanie,   Brooke   -   powiedział,   usiłując   nadać 

background image

swemu głosowi swobodne brzmienie. - Jeśli tego nie zrobisz, całą pozostałą część 

nocy spędzę na zgadywaniu. Jestem pewien, że to, co wymyślę, będzie znacznie 

gorsze, niż to, o co chcesz zapytać. 

Zamrugała oczami i westchnęła.

- W porządku - odpowiedziała. - Chciałam… chciałam tylko wiedzieć, czy 

myślałbyś o założeniu rodziny i posiadaniu dzieci, gdyby twoi rodzice tak na to nie 

nalegali.

- Och - uniósł brwi.

- Mówiłam, że to nie moja sprawa!

-   Nie,   nie   -   zaprzeczył.   Chciał   jej   powiedzieć,   że   jeśli   o   niego   chodzi, 

wszystko, co chciałaby o nim wiedzieć, to jej sprawa. Ale powstrzymał się. - To 

tylko dlatego, że od pewnego czasu... - zaśmiał się gorzko. - Moja matka zwykle 

zadaje mi tego typu pytanie.

- Nie musisz odpowiadać…

- Wiem, że nie muszę - zapewnił ją. - Chcę. Myślę, że to presja rodziny 

powoduje,   że   nie   spieszę   się   tak   z   narzeczeństwem.   Oczywiście,   oni   pragną 

wyłącznie mojego dobra. Ale… - wzruszył ramionami.

- Ale to wciąż jest presja - dokończyła Brooke, niemalże do siebie.

- Dokładnie tak - zgodził się Meade.

Po chwili podjął temat. 

- Ale, prawdę mówiąc, gdybym rzeczywiście pragnął się ożenić, zrobiłbym 

to bez względu na rodziców. Nie, to, że wciąż jestem samotny jest w głównej 

background image

mierze   spowodowane   pracą,   a   także…   cóż,   chyba   można   by   to   nazwać   zbyt 

wygórowanymi wymaganiami.

- Zbyt wygórowanymi…?

- Hm - przytaknął. Jeszcze nigdy nie wypowiedział tego głośno, lecz tkwiło 

to   gdzieś   w   podświadomości,   od   kiedy   przyglądał   się   Brooke,   śpiącej   w   jego 

ramionach wtedy, w szpitalu. - Wiele osób, które znam, twierdzi, że znają tylko 

nieszczęśliwe   małżeństwa.   Czytają   statystyki   mówiące   o   ilości   rozwodów   i 

dochodzą do wniosku, że i tak nie mają szans. Mówią: „Po co zawracać sobie 

głowę?” Ale większość małżeństw, które ja znam, jest naprawdę udanych. Gdy 

patrzę na moich rodziców, na to, co było między profesorem a Gabrielle. Na moje 

siostry i ich mężów…

- Na Ethana i Jazz - cicho dopowiedziała Brooke.

- Na Ethana i Jazz - powtórzył. - W każdym bądź razie, nie mam zamiaru 

ograniczać się do minimum w pożyciu męża i żony. To takie proste. Czy też tak 

skomplikowane, zależy, jak na to spojrzeć.

Rozmowa   urwała   się.   Dalej   spacerowali.   Meade   spojrzał   przelotnie   na 

Brooke. Wydawała się zamyślona.

- A jaka jest twoja rodzina? - spytał z ciekawością.

Rozmawiali ze sobą wielokrotnie w ciągu   ubiegłego tygodnia, lecz znał 

bardzo   mało   szczegółów   z   jej   życia.   On   sam   mówił   o   sobie   wiele,   nawet   nie 

pytany, mając nadzieję, że spowoduje to jej otwarcie się. Nie okazało się to zbyt 

skuteczne.

Brooke zamrugała. Zawahała się na moment i Meade spostrzegł, jak jeden 

background image

kącik jej ust unosi się nieznacznie.

- Czyżbyś nie słuchał, jak odpowiadałam napytania twojego ojca? - spytała 

niewinnie.

- Co?… ach!

-   Cofnęliśmy   się   daleko   w   przeszłość,   aż   do   moich   przodków,   którzy 

przypłynęli do Ameryki na „Mayflower” - żartowała z niego.

- Tak, no cóż - zaśmiał się Meade. - W porządku. Przyznaję, że nie słuchałem 

zbyt   uważnie.   Byłem   zajęty   zastanawianiem   się   nad   tym,   jak   zmusić   ojca   do 

milczenia i wyprosić go za drzwi tak, aby go nie urazić.

- To było niewykonalne - zaśmiała się Brooke.

- W końcu też zdałem sobie z tego sprawę. Dlatego powiedziałem mu o tym 

później,  i   że   powinien  wracać   na   kolację.  W  każdą  środę   matka   przygotowuje 

mussakę   i   staje   się   niezwykle   rozdrażniona,   gdy   nie   może   jej   podać   na   stół 

punktualnie o wpół do siódmej. A wracając do twojej rodziny…?

-   Cóż,   chyba   wspominałam   ci,   że   mam   jedną   siostrę.   Ojciec   pracuje   w 

ubezpieczeniach. Myśli o przejściu na emeryturę, ale jak na razie nic w tej sprawie 

nie robi. Matka gra w golfa i udziela się w organizacjach charytatywnych. Oni są 

bardzo mili. I dobrzy.

- Czy oni... namawiali cię do małżeństwa?

Przez   moment   nie   był   pewien,   czy   Brooke   zdecyduje   się   na   odpowiedź. 

Wreszcie potrząsnęła głową.

- Nie. Sama to zrobiłam.

background image

- Nie rozumiem?

- Nigdy nie zależało mi na karierze. Och, w szkole szło mi całkiem nieźle i 

podobała mi się moja praca. Ale zawsze, nawet gdy byłam dzieckiem, pragnęłam 

wyjść za mąż… mieć dzieci. Niestety… - jej głos załamał się - niestety, nie zawsze 

można dostać to, czego się pragnie.

- A twój mąż - to znaczy, twój były mąż - Meade zdawał sobie sprawę z tego, 

że wkracza na niebezpieczny teren, ale musiał podjąć ryzyko.

Brooke spojrzała pod nogi. Blond włosy opadły jej na ramiona i zasłoniły 

twarz.   Meade   z   trudem   opanował   pokusę   odgarnięcia   ich   i   zobaczenia,   jakie 

uczucia chciała ukryć. -„Powoli” - upomniał samego siebie. - „Obiecałeś jej, że nie 

będziesz się spieszył”.

- Peter także nie otrzymał tego, czego pragnął - słowa te wypowiedziała 

głosem tak bezbarwnym, jak szkło.

Nawet kładąc się spać, Meade wciąż zastanawiał się nad ostatnim zdaniem 

Brooke. Oczywiście mogła mieć na myśli wiele różnych rzeczy, ale gdzieś w głębi 

duszy czuł, że istnieje tylko jedno wytłumaczenie sprzeczności, które obserwował 

w niej od początku ich znajomości. Meade nie pamiętał już, kiedy po raz pierwszy 

usłyszał powiedzenie, że j nie ma zimnych kobiet, lecz tylko nieudolni mężczyźni. 

background image

Nie   było   to   istotne.   Ważne   natomiast   było,   że   uważał   to   sformułowanie   za 

niezwykle trafne.

Kobieta, która opiekowała się Jazz z taką czułością, nie była z pewnością 

oziębła.   Kobieta,   która   przy   pomocy   jednego   spojrzenia   czy   przypadkowego 

dotknięcia sprawiała. nawet nieświadomie, że krew się w nim burzyła, nie była 

oziębła.

Brooke Livingstone była pełna ciepła. Lecz wydawało się, że sama nie zdaje 

sobie z tego sprawy.

A co do jej byłego męża…

Meade spostrzegł, że zacisnął dłonie w pięści. Czuł, że Peter Livingstone był 

nie tylko nieudolny. Meade czuł, że ten drań był celowo okrutny.

ROZDZIAŁ 5

-   To   wprost   nie   do   wiary,   ile   Jonathan   urósł   w   ciągu   dwóch   tygodni   - 

powiedziała   Brooke,   wchodząc   z   Jazz   do   zbudowanej   z   piaskowca   rezydencji 

Wiidingów. - Wydawał się tak drobny tam, w szpitalu. Ale teraz... - zawahała się, 

background image

przypominając sobie swoje odczucia, gdy kołysała w ramionach słodko pachnące 

maleństwo.

- Cóż, od urodzenia je za troje. Aż dziw bierze, że nie jest jeszcze większy. 

Ethan nazywa go Prosiaczkiem.

- Naprawdę? - zabawnie było wyobrazić sobie jednego z najpoważniejszych 

bankierów Bostonu, zachowującego się jak zakochany tatuś.

- Słowo - potwierdziła Jazz. - Kiedy nie wydaje dźwięków takich jak guuu 

czy   gaaa,   czy   też   nie   czyta   w   Wall   Street   Jurnal   o   notowaniach   giełdowych 

przedsiębiorstw produkujących pieluchy i odżywki. Dla mnie Jonathan wygląda jak 

Gumiś.

- Jazz! - Brooke wybuchnęła śmiechem.

- Oczywiście, że  gdyby miał  zęby,  nazywałabym  go „Szczęki” - mówiła 

śmiertelnie poważnym głosem Jazz, a w oczach igrało rozbawienie.

- To oburzające, mówić w ten sposób o moim chrześniaku - oświadczyła 

Brooke.

- Chyba naprawdę lubisz tego aniołka, prawda’? - zażartowała Jazz.

- No cóż… On jest… jest taki piękny - powiedziała Brookes serdecznie. „A 

ty jesteś taka szczęśliwa, tak bardzo szczęśliwa” dodała w duchu.

Z twarzy Jazz znikła łobuzerska mina.

- Tak, to prawda - przyznała, po czym przechyliła lekko głowę i przez kilka 

sekund   przyglądała   się   Brooke.   -   Tak   się   cieszę,   że   zarówno   ty,   jak   i   Meade 

zgodziliście się zostać rodzicami chrzestnymi - powiedziała.

background image

- Och, tak się cieszę, że mnie o to poprosiłaś!

Brooke   była   wzruszona,   gdy   Jazz   poruszyła   tę   sprawę   już   na   początku 

wizyty. Poczuła się również nieco dziwnie, gdy Jazz w naturalny sposób łączyła jej 

osobę z Meade’em.

- Kogóż innego moglibyśmy o to poprosić? - kontynuowała przyjaciółka.

- Nie wiem… może kogoś z rodziny Ethana? - zaproponowała Brooke.

- Nie - odparła stanowczo Jazz. - Spójrz sama. Casey i Laura byli świadkami 

na  naszym  ślubie,  a  ty  i  Meade  byliście   przy  narodzinach  Jonathana.  Chcemy, 

abyście w czwórkę stali przy naszym synu w dniu jego chrztu. A co do rodziny 

Ethana, nie jest tajemnicą, że obchodzą mnie tylko jego rodzice, a oni aprobują 

naszą decyzję. A jeśli jego siostry, czy któryś z Wildingów poczuje się urażony… - 

Jazz wzruszyła ramionami - Ethan mówi, że oni już tak długo traktują świat z góry, 

że przestali do niego należeć.

Brooke   uśmiechnęła   się.   Poznała   kiedyś   siostry   Ethana   i   już   po   krótkim 

spotkaniu miała ich dosyć.

- W porządku - powiedziała - to naprawdę jest dla mnie ważne.

-   Po   tym,   co   zrobiłaś…   -   zaczęła   Jazz,   lecz   przerwała,   słysząc   głośne 

uderzenie pioruna. Spojrzała w okno. - Mój Boże, ależ leje! - wykrzyknęła.

Brooke również wyjrzała. Gdy jechała do Jazz, niebo było zasnute chmurami 

i   od   czasu   do   czasu   mżyło.   Teraz   na   dworze   było   ciemno   i   woda   lała   się 

strumieniami.

- Nie możesz wyjść w taką pogodę - powiedziała Jazz.

- Kochanie, to tylko deszcz. Nie roztopię się przecież.

background image

- To wygląda okropnie. Powinnaś poczekać, dopóki się nie przejaśni. Już 

wiem, zostań na kolację! Możesz przecież zadzwonić do Meade’a…

- Do Meade’a? - spytała zdziwiona Brooke. - Dlaczego miałabym do niego 

dzwonić?

Jazz spojrzała na nią zaskoczona.

- Dlatego, że jeśli tego nie zrobisz, będzie się o ciebie niepokoił. Już pewnie 

to robi.

- Jazz - uśmiechnęła się lekko Brooke. - Nie wiem, co… Meade O’Malley 

nie kontroluje moich wyjść i powrotów. Tak się tylko złożyło, że mieszkamy pod 

tym samym dachem… to znaczy jesteśmy przyjaciółmi, oczywiście. Ale on i ja nie 

jesteśmy… - przerwała, po czym spytała niemal oskarżycielskim tonem: - Czyżbyś 

sądziła, że nas łączy coś więcej?

Później   Brooke   zdała   sobie   sprawę,   że   nie   powinna   być   zaskoczona 

odpowiedzią  Jazz. Wiedziała przecież, że  według Jazz  na bezpośrednie  pytanie 

należy udzielić jasnej odpowiedzi.

- Hm - najprościej w świecie odparła Jazz.

- No cóż… - Brooke nie mogła złapać tchu - a więc nie!

Jazz nic nie odpowiedziała. Słychać było tylko kolejne uderzenia pioruna. 

Brooke   przypomniała   sobie   słowa   Meade’a   sprzed   tygodnia,   które   pragnęła 

wyrzucić z pamięci.

„Coś wydarzyło się między nami w czasie nocy porodu Jazz. Do diabła, 

bądźmy uczciwi. Doznaliśmy czegoś cudownego już wtedy, gdy otworzyłem drzwi 

wtorkowej nocy i zobaczyliśmy się po raz pierwszy. Nie wiem, co to było. Nie 

background image

umiem tego wyjaśnić. Czuję to zawsze, gdy patrzę na ciebie, dotykam cię, a nawet 

wtedy, gdy myślę o tobie…”

Wtedy wymówiła jego imię.

„I tak samo jest z tobą, prawda?” To było raczej stwierdzenie, nie pytanie.

Nic na to nie odpowiedziała.

„Prawda?”

„Tak, ale… to wszystko toczy się zbyt szybko”.

- Brooke? - głos przyjaciółki wyrwał ją z zamyślenia.

- Ja. To nie jest zupełnie prawda - przyznała po chwili. - To, że między nami 

nic nie ma.

- Wiem. - Jazz uśmiechnęła się łagodnie.

-  Ale   nie   jesteśmy…   to   nie   jest   tak,   jak   sobie   myślisz   -   szybko   dodała 

Brooke. Ponownie uderzył piorun, - A właściwie, co ty o tym myślisz? - spytała.

Jazz   zastanowiła   się   przez   dłuższą   chwilę,   zanim   odpowiedziała.   Kiedy 

odezwała się, w jej głosie brzmiała pewność.

- To coś specjalnego.

Brooke przez chwilę przyglądała się kroplom deszczu uderzającym o szybę.

- To trwa dopiero trzy tygodnie… - szepnęła.

- Mówisz zupełnie jak Meade.

Brooke spojrzała na przyjaciółkę,

background image

- To znaczy, że on… że wy o mnie rozmawiacie? - Wiedziała, że Meade 

odwiedził Jazz, ale nie mówił nic o…

- Pytał mnie o ciebie, gdy wpadł tu wczoraj, aby zobaczyć dziecko.

- A co mu powiedziałaś? - dopytywała się Brooke. Nie znosiła, gdy ludzie 

roztrząsali jej problemy. Wystarczyło, że działo się tak w jej małżeństwie.

- Nic, czego by już nie wiedział. Że byłaś mężatką. Że rozwiodłaś się. Że 

można ci ufać. - Jazz zmarszczyła nos. - I nic o tym, że nie masz do mnie zbytniego 

zaufania - dodała po chwili.

Niewiele brakowało, a Brooke otworzyłaby serce przed przyjaciółką. Lecz 

bała   się,   że   gdy   już   zacznie   mówić,   nie   będzie   mogła   przerwać.   Chciała   tego 

uniknąć.   Peter,   opowiadając   wszem   i   wobec   ich   najintymniejsze   przeżycia   i 

problemy   małżeńskie,   zranił   ją   głęboko.   Przyjeżdżając   do   Bostonu,   Brooke 

postanowiła, że już nigdy nie pozwoli sobie na otwartość ani szczerość.

Było jeszcze jedno. Bała się, że gdy Jazz dowie się, że nie może mieć dzieci, 

ich przyjaźń skończy się. Dla Brooke mały Jonathan Wilding był zarówno źródłem 

radości, jak i bólu i chciała ukryć to przed przyjaciółką.

- Jazz - zaczęła, czując ucisk w gardle - ja…

-   W   porządku,   Brooke   -   szare   oczy   Jazz   były   pełne   zrozumienia   -   nie 

zmuszam innych do zwierzeń wtedy, gdy tego nie pragną. Czasem taka rozmowa 

pomaga a czasem nie. Chcę tylko, abyś wiedziała, że jestem twoją przyjaciółką, 

która zawsze cię wysłucha.

- Wiem. To jedna z niewielu rzeczy, których jestem całkowicie pewna.

- A więc - zostajesz na kolacji, przyjaciółko? - Jazz powtórzyła wcześniejsze 

background image

zaproszenie.

- Nie, nie mogę. Ale dziękuję - Brooke przecząco potrząsnęła głową.

- Jesteś pewna?

- Całkowicie. Spójrz - popatrzyła w stronę okna - myślę, że deszcz przestaje 

padać. Wiesz, jakie są te letnie burze. Nigdy nie trwają zbyt długo.

- Nie masz ani płaszcza ani kapelusza - powiedziała Jazz - jeśli wyjdziesz 

teraz,   na   pewno   przemokniesz   i   przeziębisz   się…   O   mój   Boże,   zachowuję   się 

zupełnie jak matka, prawda?

- Przecież jesteś matką - z uśmiechem powiedziała Brooke. - Zapomniałaś mi 

powiedzieć,   że   nie   mam   kaloszy.   Pamiętam,   jak   moja   matka   nalegała   zawsze, 

żebym w czasie deszczu nosiła gumowce.

- Hm… - Jazz zamyśliła się, jakby chciała zapamiętać tę informację. - No 

dobrze, a co z parasolką? Pozwól przynajmniej, że pożyczę ci parasolkę.

Brooke otworzyła torebkę.

- Wszystko w porządku, Jazz. Mam ją tutaj. Matka przypominała również o 

noszeniu parasolki.

W pewien sposób Brooke była nawet wdzięczna niebiosom za złą pogodę. 

Przy takiej burzy dojazd do domu wymagał większej uwagi i mogła choć na chwilę 

nie myśleć o Meadzie.

W   ślimaczym   tempie   przejechała   przez   most.   Uderzenia   błyskawic 

rozjaśniały ciemnoszare niebo. Odgłosy piorunów przypominały brzmienie sekcji 

perkusji z Uwertury Rok 1812 w wykonaniu Boston Pop Orchestra.

background image

„Wiesz, jakie są te letnie burze” - zamruczała, parodiując swoją wcześniejszą 

wypowiedź.   Zmrużyła   oczy,   usiłując   dojrzeć   drogę   przed   sobą   -   „…nigdy   nie 

trwają zbyt długo”. Jakby na te słowa deszcz nieco zmalał. Dziękując Bogu choć za 

to, Brooke skręciła w Broadway. Jeszcze tylko kawałek…

Trzy przecznice od domu silnik nagle zakrztusił się i zgasł. Brooke nie od 

razu zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje. Udało się jej skręcić i zatrzymać przy 

krawężniku.

- O nie, proszę, nie rób mi tego! - protest w jej głosie zmieszany był z 

błaganiem. - Przecież zostałeś wyregulowany zaledwie miesiąc temu, pamiętasz?

Przekręciła   kluczyk   w   stacyjce.   Silnik   zawarczał   kilka   razy   i   zamilkł. 

Spróbowała ponownie. Tym razem rozległo się tylko prychnięcie,

-   No,   dobra,   samochodzie   -   powiedziała   i   potrząsnęła   głową.   -   Dam   ci 

jeszcze jedną szansę. - Po raz kolejny prze  kręciła kluczyk, naciskając przy tym 

pedał gazu i wierząc, że w przysłowiu „Do trzech razy sztuka” tkwi choć odrobinę 

prawdy.

Trzeci raz okazał się niepowodzeniem. Silnik wydał z siebie jedynie krótką 

czkawkę.

-   Świetnie!   -   wykrzyknęła   dziewczyna,   uderzając   dłonią   kierownicę.   Na 

zewnątrz krzaki tłukły o szybę samochodu. - Po prostu świetnie!

Przez moment zastanawiała się, co robić, myślała, że ulewa ucichnie. Ale 

nagle deszcz uderzył ze zdwojoną siłą.

- Nie możesz siedzieć w samochodzie przez całą noc - powiedziała sobie, 

obliczając w myśli odległość dzielącą ją od domu. - To tylko trzy przecznice. Nie 

background image

utoniesz przecież. Tak, zniszczysz swoje najlepsze spodnie i bluzkę, którą miałaś 

na sobie zaledwie dwa razy… ale nie utoniesz.

Już   po   dwudziestu   sekundach   od   wyjścia   z   samochodu   była   całkowicie 

przemoknięta.   Gdy   mijała   drugą   przecznicę,   silny   podmuch   wiatru   najpierw 

odwrócił, a następnie wyrwał jej z rąk parasolkę.

W  połowie   drogi   przez   trawnik   otaczający   dom,   Brooke   pośliznęła   się   i 

upadła, lądując na kolanach i dłoniach. Przy upadku otworzyła się jej torebka i cała 

zawartość wysypała się na rozmokłą ziemię. Brooke pomyślała sobie, że być może 

utonięcie nie było najgorszym z możliwych rozwiązań.

- Czuję… czuję się jak zmokła kura - żałośnie wyjąkała Brooke, próbując 

opanować dreszcze wstrząsające jej ciałem.

- To musiała być niezwykle zdesperowana kura - odparł żartobliwie Meade, 

prowadząc ją do swego mieszkania.

- Dzię… dziękuję, Meade - odpowiedziała, szczękając zębami.

Meade   usłyszał   stukanie   do   drzwi   frontowych   i   wpuścił   ją   do   środka. 

Zatoczyła   się   i   niemal   padła   mu   w   ramiona,   mamrocząc   coś   o   zepsutym 

samochodzie   i   zgubionych   kluczach.   Przez   chwilę   był   przerażony,   zanim   nie 

background image

spostrzegł, że była przemoknięta i zziębnięta, a nie poważnie ranna.

- Dlaczego jest tu tak ciemno? - spytała Brooke, usiłując odgarnąć z czoła 

mokry kosmyk włosów. Na jej policzku została smuga błota.

- Wysiadła elektryczność - wyjaśnił. - Słuchaj. Idź teraz do łazienki i zdejmij 

te mokre ubrania, dobrze? Ja w tym czasie przyniosę ci z góry coś suchego.

- Nie wejdziesz tam. Moje klucze… kiedy upadłam… - dziewczyna zatrzęsła 

się z zimna.

- Wiem. Mówiłaś, że wszystko wypadło z twojej torebki. Ale nie martw się. 

Jestem przecież gospodarzem, pamiętasz? Mam zapasowe klucze.

- Och. - Zielone oczy wydawały się ogromne w jej bladej twarzy.

- Łazienka jest tam - Meade położył ręce na wąskich ramionach Brooke i 

skierował ją w lewo. - Idź już.

Gdy patrzył, jak ociekając wodą, szła przez pokój, zastanowił się, czy zdaje 

sobie  sprawę,  iż przemoczone ubranie  opina jej  ciało jak  druga skóra. Widział 

wyraźnie każdy szew bielizny, którą miała na sobie.

Po półgodzinie Brooke wyszła z łazienki, czując się znacznie lepiej niż przed 

wejściem. Otulona była zapinanym na zamek brzoskwiniowym szlafrokiem. Twarz 

miała czystą, bez śladu błota i makijażu, a włosy zaczesane palcami do tyłu.

Gdy weszła do salonu, Meade wstał i odłożył notatki, które przeglądał.

- Odżyłaś? - spytał, przyglądając się jej umytej twarzy.

- Tak, dziękuję - dziewczyna skinęła głową, rumieniąc się lekko pod jego 

bacznym spojrzeniem. - Wzięłam prysznic i umyłam włosy. Mam nadzieję, że nie 

background image

masz   nic   przeciw   temu.   -   Rozejrzała   się   wokół.   Kilka   lamp   naftowych 

umieszczonych w różnych kątach pokoju rzucało przytłumione światło.

- Nie, jasne, że nie - zapewnił ją z uśmiechem. - Słuchaj, w kuchni parzy się 

właśnie herbata. Usiądź, a ja przyniosę filiżanki.

Brooke   patrzyła   na   niego,   gdy   wychodził   z   pokoju   tym   swoim   kocim, 

sprężystym krokiem, po czym usadowiła się na jednej z kanap. Na niskim stoliku 

wśród   nagromadzonych   tam   posążków   zobaczyła   rzeźbioną   figurkę,   która   tak 

utkwiła   jej   w   pamięci.   Spojrzała   w   bok,   wycierając   dłonie   o   szorstką   tkaninę 

szlafroka, starała się zapomnieć o statuetce.

- Pani herbata, madam - oświadczył Meade, wracając z kuchni. W jednej ręce 

niósł barwny, wypalany kubek, a w drugiej ręcznik i niewielki słoik.

- Ach… dziękuję - odpowiedziała Brooke, biorąc kubek. - Jak zagotowałeś?

- Palnik turystyczny.

- Tak, oczywiście. - Brooke poczuła się trochę głupio, że nie pomyślała o 

tym   sama.   -   Powinnam   była   pamiętać,   że   jesteś   przyzwyczajony   do   życia   bez 

elektryczności.

- Cóż, powiedzmy, że nauczyłem się sztuki przetrwania w nieco bardziej 

prymitywnych warunkach niż obecne.

Brooke wypiła łyk parującego, jasnobrązowego naparu. Poczuła delikatny, 

nieco egzotyczny smak.

- Hm. Jakie to wspaniałe. Co to za herbata? - upiła kolejny łyk, próbując 

odgadnąć skład.

- To mieszanka ziołowa - odpowiedział Meade, siadając ze skrzyżowanymi 

background image

nogami u jej stóp. Po chwili dodał: - Plus pokaźna porcja Napoleona.

- Zioła... i brandy - powtórzyła Brooke, wypijając nieco większy łyk. Poczuła 

nagle przyjemne ciepło w żołądku. - Receptura, którą poznałeś, ucząc się sztuki 

przetrwania w prymitywnych warunkach? - zasugerowała żartem.

- Niezupełnie - zaśmiał się Meade, rozkładając na kolanach przyniesiony 

ręcznik. - Nauczyłem się tego od studenta, z którym dzieliłem pokój na letnim 

kursie w Oxfordzie. Był on pół-Chińczykiem, pół-Francuzem.

-   Pół…   -   Brooke   zamrugała   oczami,   zdając   sobie   nagle   sprawę   z 

niecodziennego   miejsca,   które   zajmował   Meade.   -   Co   robisz   na   podłodze?   - 

spytała.

- Zauważyłem zadrapanie na twojej lewej nodze. Mam tu coś na to.

- Och… nie musisz… - Przerwała Brooke, zaskoczona. Ona sama, dopóki 

nie zaczęła zdejmować z siebie zabłoconych, mokrych ubrań, nie zdawała sobie 

sprawy, że upadek na dziedzińcu spowodował otarcia na skórze, a nowe rajstopy są 

do wyrzucenia. - To nic takiego, Meade. Naprawdę.

- Nie przeszkadzaj - odpowiedział cicho, unosząc nieco szlafrok.

Powiedział   to   tak   stanowczo,   że   Brooke   zrezygnowała   z   wszelkich 

protestów.   Otwierając   słoik   z   antyseptyczną   maścią,   Meade   przyglądał   się 

zadrapaniom.  Jej  ocena  skaleczenia   była  właściwa.   Mimo   wszystko,  po   prawie 

dwudziestu latach doświadczeń w terenie wiedział, że nie należy lekceważyć nawet 

najdrobniejszej ranki. Widział kiedyś, jak jeden z jego towarzyszy niemal stracił 

rękę, gdy skaleczenie dłoni zostało ocenione jako „nic groźnego” i zaniedbane, w 

wyniku czego wywiązała się poważna infekcja.

background image

- Może trochę piec - ostrzegł, zanurzając palce w słoiku.

Gdy   Meade   zaczął   nakładać   maść,   Brooke   rzeczywiście   poczuła   lekkie 

pieczenie.   Szybko   jednak   zapomniała   o   tym,   czując   wzdłuż   łydki   dotyk   dłoni 

Meade’a. Wstrzymała oddech.

-   Przepraszam   -   powiedział   Meade,   czując   pod   palcami   napięte   mięśnie. 

Uniósł wzrok, zaniepokojony tym, że mógłby sprawić jej ból. Patrzyła na niego 

szeroko otwartymi oczami, rozchylając nieco wargi. - Brooke…?

- Wszystko w porządku - odparła szybko. - Ja… to… to rzeczywiście trochę 

piecze.

Pokiwał głową i schylił się, by skończyć nakładanie maści. Gdy patrzył w 

twarz Brooke, ujrzał ten sam grymas co wówczas, gdy pocałował ją pierwszy raz.

W ciągu ostatniego tygodnia całował ją kilkakrotnie. I za każdym razem 

przekonywał   się,   że   miał   rację,   oceniając   tak   a   nie   inaczej   fizyczną   stronę   jej 

małżeństwa. Jej instynktowne reakcje zaskakiwały zmysłowością. Meade nigdy nie 

próbował zatrzymać Brooke, gdy zaczynała się od niego odsuwać. To, czego od 

niej oczekiwał, musiało wyjść od niej.

-  Proszę   -  powiedział  cicho,   delikatnie  wcierając  ostatka  porcję   maści  w 

skórę łydki. Puścił jej nogę. - Skończone.

- Dziękuję - odparła dziewczyna, zasłaniając się ponownie połą szlafroka.

- Cała przyjemność po mojej stronie - odrzekł wstając. Przez kilka chwil 

przyglądał się jej w milczeniu. - Masz ochotę zostać na kolacji? - spytał nagle, 

przeciągając ręką po włosach. Nigdy nie postąpi wbrew jej woli, ale będzie się 

starał być blisko niej.

background image

Brooke uniosła podbródek, aby móc mu spojrzeć w oczy.

-   Czy   jeśli   zostanę,   nauczysz   mnie   sztuki   przeżycia   w   prymitywnych 

warunkach? - spytała, lekko unosząc brwi.

- Możemy rozpocząć szkolenie. - Meade wyciągnął do niej rękę, ukazując w 

uśmiechu białe, odcinające się od opalonej skóry zęby.

ROZDZIAŁ 6

-   Francuski   chleb,   wino   i   brie   -   wyliczała   Brooke   jakieś   dwie   godziny 

później, badając rozsypane na podłodze resztki pozostałe po pikniku. Westchnęła, 

udając, że się nad czymś zastanawia, i zwróciła się do Meade’a. - Nie chciałabym 

niczego krytykować, ale to niezupełnie zgadza się z moim wyobrażeniem o tym, 

czym jest prymityw.

- Tak, zauważyłem, jak wiele cię kosztowało zmuszenie się do zjedzenia 

trzeciej porcji pasztetu - zauważył. Powaga jego głosu kontrastowała z uśmiechem.

- No cóż - Brooke wytarła wargi papierową serwetką. - Przyznam, że byłam 

głodna. To walka z żywiołem wzmogła apetyt.

background image

- Walka z żywiołem? - powtórzył, unosząc brwi. - Poprzednio mówiłaś coś 

na temat huraganu.

- Uświadomiłam sobie właśnie, że o tej porze roku nie występują huragany - 

odparła,   wzruszając   ramionami.   W   czasie   przygotowania   posiłku   opowiedziała 

Meade’owi o dramacie swej odysei. Zachęcał ją, zadając absurdalne pytania, i w 

efekcie   jej   opowieść   była   mieszaniną   przedwojennego   serialu   przygodowego   z 

filmem przyrodniczym.

- Aha. Słusznie - Meade skinął głową, następnie zaczął wsłuchiwać się w 

szalejącą   na   dworze   nawałnicę.   -   Wiesz,   to   może   być   monsun   -   zasugerował 

żartobliwie.

- Monsun? - Brooke powtórzyła z niedowierzaniem w głosie. - Słuchaj, moja 

znajomość   meteorologii   jest   zapewne   ograniczona   tylko   do   tego,   kiedy   należy 

chronić się przed deszczem, ale nawet ja wiem, że w stanie Massachusetts nie 

występują monsuny.

-   Od   każdej   reguły   zdarzają   się   wyjątki   -   odparł.   -   W   ostatnich   latach 

nastąpiło wiele anomalii pogodowych.

- Które są spowodowane dziurą w warstwie ozonowej, prawda?

- Możliwe - przyznał prostując się.

Brooke widziała, jak jego muskuły prężą się pod białym pulowerern i ciemne 

włosy na jego piersi. Sięgnęła po kieliszek stojący na podłodze i wypiła resztę 

wina.

Po chwili Meade odezwał się ponownie.

- Wiesz, chyba masz rację. Pasztet nie jest zbyt prymitywnym daniem. Chyba 

background image

powinniśmy upiec w kominku parówki.

- Powiedziałeś przecież, że jedyne parówki, jakie masz w domu, zostały już 

dawno posiekane i zapakowane do puszek ze spaghetti w sosie pomidorowym! - 

zarzuciła mu Brooke.

- Bo to rzeczywiście są jedyne parówki, jakie mam w domu. Ale pomyśl 

tylko, jak wspaniałe byłoby wyławianie ich z zimnego spaghetti.

- Hm...

- Moglibyśmy udawać, że poszukujemy pędraków.

- Meade! - Zmięła serwetkę i rzuciła w niego. Odbił ją jak lotkę przy grze w 

kometkę.

- Zbyt prymitywne, tak? - zażartował, puszczając do niej oko.

- Tylko tego można spodziewać się po kimś, kto gromadzi w kuchni zapasy 

puszek ze spaghetti i stosy chrupek.

- Spokojnie, spokojnie. Powiedziałem ci przecież, że trzymam to dla moich 

siostrzeńców.

- Hm - odparła Brooke, siadając wygodniej i bawiąc się kosmykiem włosów. 

- Ciekawa jestem... ciekawa jestem, co jedli na kolację Jazz i Ethan.

- Och, z pewnością coś niezwykłego - odpowiedział. - Na przykład ślimaki. - 

Przypatrywał się uważnie dziewczynie. - Może powinnaś była zostać i przekonać 

się - zaproponował cicho. Wspomniała wcześniej, że została zaproszona na kolację, 

ale nie wyjaśniła, dlaczego nie przyjęła tej propozycji.

- Nie. Chciałam wrócić do domu - powiedziała po chwili, wciąż bawiąc się 

background image

włosami. Wiedziała, że Meade ją obserwuje. Zawsze to wiedziała. Podobnie, jak 

zawsze wiedziała. gdy robił to Peter. Ale tym razem było inaczej.

Meade   O’Malley   sprawiał,   że   w   jego   obecności   może   sobie   bezpiecznie 

pozwolić na słabość. Dotykać... i być dotykaną. Nie tylko fizycznie, ostatni tydzień 

nauczył ją wiele: ale również emocjonalnie.

- Brooke?

Spojrzała   na   niego.   Dystans   między   nimi   zmniejszył   się   niepostrzeżenie. 

Siedzieli   teraz   w   odległości   kilkunastu   centymetrów.   Na   tyle   blisko,   by   móc 

dotknąć... na tyle blisko, by zostać dotkniętą.

- Jazz sądziła, że powinnam do ciebie zadzwonić, gdy bym zdecydowała się 

zostać u niej na kolacji.

Meade uśmiechnął się lekko, ale w jego oczach nie było śladu wesołości.

-   Mógł   z   tym   być   pewien   kłopot.   Ulewa   zalała   przewody   telefoniczne   - 

powiedział.   -   Ale   oczywiście,   byłbym   spokojniejszy,   wiedząc,   gdzie   jesteś. 

Zacząłem zastanawiać się około piątej trzydzieści, a martwić kwadrans po szóstej.

- Ona… Jazz sądziła, że tak będzie.

- A ty?

Brooke zwilżyła wargi koniuszkiem języka.

- Myślałam, że nie odnotowujesz wszystkich moich wyjść i powrotów.

- Czyżbyś próbowała sprowokować mnie do prawienia komplementów?

-   Och,   nie!   -   zaprzeczyła.   Coś   w   jego   wzroku   spowodowało,   że   się 

zarumieniła. - Nie, oczywiście, że nie. Dlaczego…?

background image

- Proszę, już w porządku. Wierzę ci. - Naprawdę jej wierzył. Przez ostatnie 

dwa   tygodnie   poznał   ją   na   tyle,   aby   zdawać   sobie   sprawę   z   wrażliwości 

dziewczyny. - Pozwól, że to ja cię spytam. Czy ty znasz moje wyjścia i powroty?

Brooke   uniosła   rękę   do   piersi,   w   tradycyjnym   kobiecym   geście   obrony, 

zupełnie tak, jakby chciała zasłonić swą naróść. Zaskoczyła ją prostota tego pytania 

i jej chęć udzielenia odpowiedzi.

- Wiem, kiedy tu jesteś - szepnęła po chwili, czując jak czerwieni się. - I… i 

wiem, kiedy cię nie ma.

Meade   zaczerpnął   głęboko   powietrza.   Nie   oczekiwał   takiej   szczerości. 

Nawet na nią nie liczył. Słowa Brooke oszołomiły go niczym afrodyzjak. Odczekał 

kilka sekund, starając się uspokoić. I odpowiedział jej z równą uczciwością.

- Tylko raz nie wiedziałem, że jesteś w domu. To było tej nocy, gdy wróciłem 

z Brazylii. Od tamtej pory…

Uniósł   prawą   rękę   i   przesunął   nią   wzdłuż   policzka   i   brody   dziewczyny. 

Opuszkiem kciuka pogładził jej usta, delektując się ich delikatnością. Rozchyliła 

lekko wargi. Jego dotknięcie spowodowało, że zadrżała.

- Od tamtej pory, nawet gdy cię nie widzę, nie słyszę, nie czuję zapachu 

twoich perfum, zawsze wiem, kiedy jesteś w domu - kontynuował. - Czuję cię, 

Brooke. Czuję cię.

- Medea… - drżącym głosem zaczęła Brooke, Podniecenie wywołane jego 

dotykiem przenikało każdy nerw jej ciała.

- Chcę się z tobą kochać - powiedział głębokim głosem. Siła jego pożądania 

spowodowała, że głos mu się załamywał. - I wiesz o tym, prawda? Wiedziałaś o 

background image

tym od początku.

Brooke zawahała się.

„Nigdy nie wstydź się szczerości” - powiedział kiedyś.

- Tak - wyszeptała.

- Chcę się z tobą kochać teraz. Dzisiejszej nocy.

Dziewczyna   poruszyła   się   nieznacznie.  Wydało   się   jej,   że   czas   stanął   w 

miejscu.

- Powiedz mi, czego pragniesz. Proszę. - Meade chwycił w dłonie jej twarz, 

muskając palcami delikatną skórę,

Patrzyła   prosto   w   jego   oczy.   Już   kiedyś   pytano   ją   o   jej   pragnienia,   lecz 

wówczas nie wierzyła, by jej odpowiedź miała jakiekolwiek znaczenie. Tym razem 

było inaczej.

„Nigdy nie wstydź się…”

- Brooke? 

„…szczerości”.

- Chcę się z tobą kochać, Meade. Teraz. Dzisiejszej nocy. 

I to była prawda.

background image

Meade poprowadził Brooke do sypialni. Pokój był niewielki, umeblowany z 

niemalże   spartańską   prostotą.   Znajdowało   się   w   nim   kilka   książek   i   prostych 

sztychów   przedstawiających   rośliny,   I   nic   więcej,   żadnych   niepotrzebnych 

sprzętów.   Nieład,   tak   wszechobecny   w   pozostałej   części   mieszkania,   został   za 

drzwiami.

Meade   postawił   na   drewnianej   komódce   przyniesioną   z   salonu   lampę. 

Sypialnia wypełniła się delikatną poświatą. Brooke, drżąc, stanęła w kręgu światła i 

przyglądała się Meade’owi szeroko otwartymi oczami. Meade zbliżył się do niej. 

Uniósł   ręce   i   dotknął   jej   opadających   na   ramiona   włosów.   Zagłębił   palce   w 

jedwabiste sploty. Stał tak blisko, że był pewien, iż Brooke słyszy silne uderzenia 

jego serca.

- Nie bój się - powiedział miękko. Czuł promieniujące nawet przez szlafrok 

ciepło jej ciała i odurzający zapach świeżo umytej skóry.

Brooke odrzuciła głowę. Była to chwila ofiarowania i przyjmowania.

- Nie boję się - odparła. Przeżywała wiele stanów ducha.  ale strach nie był 

jednym z nich.

Meade nie zdawał sobie nawet sprawy, jak bliski był załamania. Z wielką 

ulgą przyjął jej słowa.

- Brooke, o mój Boże. Brooke - jęknął.

Wtedy ją pocałował.

Dotyk   jego   warg   był   słodki   i   parzący.   Brooke   poddała   się   bez   wahania, 

ulegając   czarowi   jego   męskości.   Rozchyliła   wargi.   Chwilę   później   poczuła 

background image

szorstkość języka. Ten smak przepełniłjej usta.

„Tak… o tak. Proszę…” - pomyślała.

Gdy się rozdzielili, dziewczyna oddychała płytko. Patrzyła na Meade’a jak 

urzeczona i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że przód szlafroka rozchylił się 

prawie do pępka. Chłodne powietrze owiało jej rozgrzaną skórę. Poczuła, jak sutki 

zaczynają twardnieć.

-  Moja kochana… - wyszeptał Meade. Delikatnie wsunął ręce pod szlafrok. 

Palcami poznawał szczupłość bioder, wgłębienie wąskiej talii i krągłość odkrytych 

piersi. Tak wiele razy wyobrażał sobie tę chwilę…

Brooke nie potrafiła być prowokacyjna. Była zbyt mało pewna siebie, aby 

przejmować   inicjatywę.   Lecz   śmiały   dotyk   dłoni   Meade’a   sprawił,   że   przeszłe 

doświadczenia wydały się jej nieistotne. Meade miał na sobie pulower wpuszczony 

w obcisłe dżinsy. Wystarczyło kilka ruchów, by pozbyć się okrycia.

Już przy pierwszym dotyku przez ciało Meade’a przebiegł dreszcz. Przestał 

na moment oddychać. Pod ciepłą, gładką skórą rysowały się silne mięśnie. Brooke 

przesunęła ręce wyżej, odkrywając owłosienie jego piersi.

Brooke nie wiedziała, ile czasu poświęciła na tę pieszczotę. Nie zauważyła, 

kiedy Meade zsunął z jej ramion szlafrok.

- Chcę cię zobaczyć - ochryple powiedział Meade. - Teraz. - Zsunął niżej 

okrywający   ją   materiał,   po   czym   odsunął   dłonie   i   pozwolił   zadziałać   prawu 

ciążenia. Szlafrok upadł na podłogę, układając się miękko wokół jej szczupłych 

kostek.

Po chwili Brooke cofnęła się o krok i dopiero wtedy przestraszyła się. Nie 

background image

był   to   strach   przed   Meade’em.   Raczej   strach   przed   sobą…   przed   brakiem 

doświadczenia.

Naprawdę chciała się z nim kochać. Tutaj. Tej nocy. Była szczera, gdy mu to 

mówiła. Ale to nie była cała prawda. To, czego naprawdę pragnęła, to dać mu 

rozkosz. Ale obawiała się, że nie będzie umiała tego dokonać.

Kuszące   kędziory   włosów   na   jej   łonie   były   zaledwie   o   ton   czy   dwa 

ciemniejsze niż na głowie. Całe jej ciało, poza różowością sutek, było jak studium 

w kolorze kremu i miodu.

Przymknął na moment oczy, usiłując złapać oddech, jakby w pokoju nagle 

zabrakło tlenu. Pożądanie zawładnęło nim całkowicie, domagając się spełnienia.

„Wolniej, do diabła. Wolniej!” - przykazał sobie.

-   Meade?   -   niepewnie   spytała   Brooke,   nie   umiejąc   wy  tłumaczyć   sobie 

napięcia, które w nim wyczuwała. Czyżby zrobiła coś nie tak?

Meade otworzył oczy.

-   Brooke,   jesteś   tak   piękna.  Tak   piękna.   Przy   tobie   czuję…   -   potrząsnął 

bezradnie głową.

Brooke przesunęła czubkami palców po jego wargach.

- Mam nadzieję, że czujesz to samo co ja - wyszeptała. Nie pamiętała, kiedy 

cofnęła   się   ponownie,   aż   pod   kola  nami   wyczuła   brzeg   materaca.   Usiadła   i 

czekała…

Meade   rozebrał   się   błyskawicznie   i   stanął   przed   nią   nagi   i   podniecony. 

Widząc wyraz oczu dziewczyny, wymówił pytająco jej imię.

background image

Podobnie jak kilka minut wcześniej rękami, teraz odkrywała wzrokiem nagie 

ciało   Meade’a.   Gdy   ich   oczy   spotkały   się,   dziewczyna   uśmiechnęła   się.   W 

uśmiechu tym, choć nieco nieśmiałym, nie było widać nawet śladu obawy.

Leżeli przytuleni. Pocałował jej usta. Pieścił całe ciało. Objął dłońmi piersi, 

muskając opuszkami wrażliwe szczyty. Brooke jęknęła, gdy w miejscu, w którym 

przed chwilą błądziły palce, poczuła smak męskich warg. Ssał i kąsał, najpierw 

jeden różowy pąk, potem drugi.

Pozwoliła sobie na delektowanie się pieszczotami Meade’a To było takie 

proste, poddać się i być samolubną.

Lecz Brooke nie mogła sobie na to pozwolić. Pragnęła… chciała ofiarować 

choć część tego, co otrzymała.

Dać   mu   rozkosz,   a   jednak   miała   wrażenie,   że   sprawia   mu   ból.   Gdy   jej 

delikatne palce objęły twardy dowód jego pożądania, Meade znieruchomiał.

- Och, Brooke! - jęknął. Wydawało się, jakby jej imię zostało wyrwane z 

jego gardła.

Cała się trzęsąc, Brooke cofnęła rękę. Poczuła przypływ wstydu i poniżenia.

- Przepraszam - wyjąkała.

Meade ujrzał bladość jej twarzy i wyraz bólu w oczach. Zdał sobie sprawę, 

że niewłaściwie odebrała jego reakcję. Przeklął samego siebie. Zareagował na jej 

dotyk jak nowicjusz, który za chwilę osiągnie szczytowanie i zniszczy wszystko.

- Nie, nie kochana - powiedział gwałtownie, chwytając ją, zanim zdążyła się 

od niego odsunąć. - Nie. Wszystko - porządku. Po prostu pragnę cię. Nie potrafię 

nad sobą  zapanować. Kiedy dotknęłaś mnie przed chwilą… - pochylił głowę i 

background image

musnął ustami jej chłodne, zaciśnięte wargi. - To była nie tylko przyjemność. To 

była   wręcz   ekstaza.   Bałem   się,   że…   wszystko   toczyło   się   tak   szybko…   Zbyt 

szybko.

- Zbyt szybko? - powtórzyła Brooke, usiłując zrozumieć, co miał na myśli. 

Czy to możliwe, aby ona…

- Tak, kochanie. Tak - potwierdził pospiesznie. - Pamiętasz nasz pierwszy 

pocałunek? - powiódł czubkiem języka b zewnętrznej krawędzi jej warg.

- To znaczy… że podobało ci się, jak cię dotykałam? - na jej twarz powrócił 

rumieniec.

- O Boże, pragnę czuć znowu twoje dotknięcie - powiedział ze wzruszeniem 

w głosie. „I pragnę zabić tego drania, przez którego uwierzyłaś, że ja, czy inny 

mężczyzna by to odtrącił” - dodał w duchu. - Ale jeszcze nie teraz. Nie musimy się 

spieszyć. Czas należy do nas. Powoli… nauczmy się siebie…

Usłyszał ciche westchnienie i poczuł, jak się rozluźniła. Poczekał chwilę, po 

czym wziął ją w objęcia.

Jedynym, najgłębszym pragnieniem Brooke było dać Meade’owi satysfakcję. 

Niczego nie pragnęła goręcej.

background image

Wiedziała, że usiłował nad sobą panować. Widziała napięcie twarzy, jego 

urywany oddech i wiedziała, że robi to tylko z myślą o niej.

Przecież nie było takiej potrzeby.

- Proszę… - powiedziała błagalnie, całując i pieszcząc jego ciało. Potrafi 

sprawić mu przyjemność. Musi jej tylko na to pozwolić.

Meade pragnął, aby Brooke pożądała go tak, jak on jej. Wydawało mu się, że 

wreszcie tak się stało. I wtedy, jak przez mgłę dostrzegł, że coś jest nie w porządku. 

To tak, jakby ona…

- Brooke… - Boże drogi, jej kobiecy zapach i dotyk sprawiły, że zatracił się 

w pożądaniu. Podniecało go wszystko. Kusiła go każdym zakamarkiem ciała.

Poza…

Dręcząca niepewność kazała przesunąć dłoń z krągłości piersi niżej, wzdłuż 

płaskiego brzucha, obok płytkiego pępka, i dalej. Rozchyliła uda. Ostrożnie badał 

wilgotną miękkość, otoczoną trójkątem blond loków. Twarz mu stężała.

Cokolwiek powodowało u Brooke tę gotowość, nie było to spontaniczne.

- Meade, proszę - szepnęła Brooke, wyczuwając jego nastrój i wątpliwości. 

Zaczęła całować jego szyję wokół miejsca, gdzie widać było bicie pulsu.

-   Nie   chcę   sprawić   ci   bólu   -   mówił,   usiłując   ignorować   prowokujące 

ukąszenia jej zębów. Zdawał sobie sprawę ze swej siły i wielkości, był bliski utraty 

kontroli nad sobą. Jeśli nie była jeszcze gotowa na jego przyjęcie…

- Nie sprawisz - zapewniła go. - Proszę… teraz. - I poruszyła biodrami w 

sposób znany już od czasów Adama i Ewy.

background image

Meade   nie   był   w   stanie   już   dłużej   walczyć;   Z   jękiem   wziął   to,   co   mu 

ofiarowała.   Wkroczył   w   nią   jednym   ruchem   bioder.   Zetknięcie   jego   twardej 

męskości   z   jej   miękką   wilgotnością   sprawiło,   że   prawie   eksplodował.   W   jej 

wnętrzu   było   tak   ciasno,   że   był   zaskoczony.   Lecz   uścisk   jej   mięśni   wyzwalał 

rozkosz tak silną, że wręcz bolesną.

Pragnął, aby razem osiągnęli orgazm. Zagryzł wargi, usiłując za wszelką 

cenę   nie   dopuścić   do   przekroczenia   tej   wątłej   granicy,   jaka   dzieliła   go   od 

całkowitego spełnienia.

Brooke   poruszyła   się   i   przesunęła   paznokciami   po   jego   umięśnionych 

plecach. Poczuła, jak z niej promieniuje niesamowite gorąco.

- Jeszcze… nie… - jęknął Meade, wczepiając się palca mi w prześcieradło. – 

Brooke… proszę, tak bardzo pragnę, żebyś i ty… - W jego głosie słychać było 

zawiedzione na dzieje.

Aż do tego momentu Brooke nie zdawała sobie sprawy z tego, że Meade 

chce dać i jej radość spełnienia. Nigdy wcześniej nie przyszło jej na myśl, że mógł 

czerpać przyjemność również z dawania.

- Nie mogę… przepraszam…

Brooke wiedząc, że kochanek przegrywa walkę, udała uniesienie. I był to z 

jej strony akt miłości.

background image

Archimedes Xavier O’Malley nie był pewien, czy pytanie: „Czy tobie też 

było   dobrze?”   było   wywołane   męską   arogancją   czy   może   brakiem   poczucia 

bezpieczeństwa. Na podstawie emocji, które w przeszłości prowokowały go do 

stawiania tego pytania, musiało to być kombinacją obydwu tych odczuć.

„Czy było ci dobrze?”

Powiedz mi, czy jestem tak dobry, jak myślę.

„Czy było ci dobrze?”

Tak się boję, że byłem niezgrabnym, samolubnym samcem. Powiedz mi, że 

to nieprawda!

Brooke nie była usatysfakcjonowana. Pragnęła, by wierzył, że i ona doznała 

rozkoszy,   lecz   Meade   wiedział,   że   to   nieprawda.   Nawet   w   chwili   całkowitego 

spełnienia,   w   momencie,   gdy   jego   umysł   nie   rejestrował   tego,   co   działo   się   z 

ciałem, czuł, że ona była gdzieś daleko. A teraz, w chwili rozluźnienia, opętany 

sprzecznymi uczuciami…

Brooke usiadła, zasłaniając piersi brzegiem prześcieradła. Włosy opadały jej 

w   nieładzie   na   ramiona,   zakrywając   twarz.   Meade   czuł   jej   napięcie   i   słyszał 

urywany oddech.

Dziewczyna podkurczyła nogi i wtuliła głowę między kolana. Nie była w 

stanie zebrać myśli. Zaspokoiła go przecież. Była tego pewna. A jednak…

Miała   nadzieję,   że   i   ona   osiągnie   orgazm.   Ale   teraz   czuła   wyłącznie 

niepokój. Co było z nią nie w porządku? Dlaczego nie mogła…

- Brooke?

background image

Głos Meade’a przywołał ją do rzeczywistości. Zamarła pod dotykiem palców 

muskających jej ramiona. Poczuła, że za chwilę się rozpłacze.

Pragnęła… O Boże, pragnęła…

-   Brooke   -   powtórzył   Meade   głosem,   w   którym   brzmiała   niepewność   i 

ponaglenie.

Odwróciła głowę w jego stronę. Szmaragdowe oczy mężczyzny były pełne 

czułości. Dopiero po chwili zorientowała się, że to było do niej.

- Tak? - spytała. Nie oczekiwała czułości, nie teraz. 

Meade pogładził ją ponownie i poczuł, jak zadrżała. Pozwól, powiedział w 

duchu. To dla ciebie… i dla mnie.

- Pamiętasz naszą rozmowę w pizzerii? - spytał cicho.

Brooke nie spodziewała się tego pytania. Jednakże po chwili skinęła głową.

- A więc pamiętasz, co mówiłem o tym, że nie należy…

- …wstydzić się prawdy - dokończyła.

Meade   wiedział,   że   trafił   w   czułą   strunę,   choć   nie   zdawał   sobie   z   tego 

sprawy. Zawahał się, po czym kontynuował.

-   Nigdy   nie   powinnaś   bać   się   mówić   prawdę.   Każdą   prawię.   O   tym,   co 

czujesz… lecz także o tym, czego nie czujesz.

- Ja… - nie była w stanie powiedzieć nic więcej.

- Nie musisz niczego udawać. Nie ze mną. - Trzy ostatnie słowa wymówił 

bardziej stanowczo. Przełknął ślinę i dodał już łagodniej: - Nie ze mną. Ani teraz, 

background image

ani nigdy.

Brooke   odwróciła   głowę,   czując   gorzki   smak   porażki.   Przez   moment 

zastanawiała   się,   czy   nie   zaprzeczyć   jego   słowom.   Zaprzeczyć,   że   cokolwiek 

udawała. Lecz wiedziała, że nie może. Zresztą i tak by jej nie uwierzył.

-   W   porządku   -   powiedziała   martwym   głosem.   -   Prawda.   I   tak   sam   to 

zauważyłeś. Nie jestem zbyt dobra w uprawianiu miłości. W seksie.

- To są dwie różne rzeczy, Brooke.

Uniosła głowę, zaskoczona, jak jej się wydało, okrucieństwem jego słów.

- W porządku. Nie jestem dobra w żadnej z tych rzeczy - odpowiedziała 

ostro. „A ty oczywiście jesteś ekspertem w obydwu - pomyślała z zazdrością. - 

Pewnie znasz setki kobiet…”

- Brooke - Meaae dojrzał cierpienie w jej oczach. Nie to miał na myśli, chciał 

tylko, żeby zrozumiała, iż to, co robili razem nie było…

- Chciałam… chciałam, żeby było ci dobrze - powiedziała z bólem w głosie. 

- Wiem, że nie…

-   Wiesz…   -   już   nie   miał   żadnych   wątpliwości,   jak   musiała   być 

wykorzystywana przez pierwszego męża. Przez chwilę marzył o tym, by roznieść 

tego   faceta   w   pył.   Odrzucił   jednak   od   siebie   krwiożercze   myśli   i   całą   uwagę 

poświęcił Brooke.

- Kochana - powiedział, zmuszając ją do odwrócenia głowy w jego stronę. - 

Kochana, posłuchaj mnie, proszę. Naprawdę nie mogło mi być ani trochę lepiej. To 

niemożliwe. 

Powiedziała coś szeptem. Coś, co brzmiało jak pojedyncza sylaba, jak jego 

background image

imię.

- To prawda! - wiedział, że nie wierzy w szczerość jego słów, bo wątpiła w 

siebie. - Naprawdę było mi dobrze. - Pozwolił, by wspomnienie przeżytej rozkoszy 

znalazło ujście w brzmieniu tych słów. I spojrzał wprost w jej oczy. - Ale tobie nie 

było dobrze, prawda - bardziej stwierdził, niż zapytał.

- To nie twoja wina! - zaprzeczyła. Nie mogła pozwolić na to, by winił 

siebie.

- Twoja też nie - odparł natychmiast głosem nie znoszącym sprzeciwu.

- Ale ktoś przecież musi... - zaczęła.

- Nie - przerwał jej łagodnie. - Brooke, posłuchaj uważnie. To był dla nas 

pierwszy raz. Początki nigdy nie są łatwe. Dwoje ludzi musi razem odnaleźć ten 

rytm, który będzie odpowiadał obojgu. Może w romansach wszystko udaje się przy 

pierwszym podejściu… ale w życiu… - potrząsnął głową.

Brooke przełknęła ślinę i spuściła wzrok.

- Nie mam… tylko raz wcześniej byłam z kimś innym - wyznała po chwili.

Meade nie był przygotowany na taką szczerość.

- Jeszcze nigdy… nigdy… - zawahała się i zaczerpnęła głęboko powietrza. - 

Nie chciałam udawać. Naprawdę. Chciałam… To, co czułam, to, co sprawiłeś… - 

tak bardzo chciała, by ją zrozumiał!

Meade powoli pogładził nagie ramiona. Podpowiedział jej słowa, których 

sama nie potrafiła znaleźć.

- Mam nadzieję, że czułaś to samo. Sprawiłaś, że uwierzyłem, iż może być 

background image

nam razem dobrze. Naprawdę dobrze. Czy i ty tak myślisz?

Razem.

Brooke przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie, jej nagłe zafascynowanie 

tym mężczyzną. I przypomniała sobie łączącą ich więź, gdy w szpitalu pomagali 

Jazz przy porodzie. Razem.

- Tak - szepnęła. W jej głosie zabrzmiał ton zaskoczenia, podobnie jak wtedy, 

gdy powiedziała mu, że nie czuje lęku.

Doskonale.

-   Ja   po   prostu   nigdy   wcześniej…   -   próbowała   zapomnieć   o   przeszłych 

doświadczeniach, aby przyjąć to, co obiecywała przyszłość. - Meade, nie wiem, 

czy potrafię.

- Wiem, że potrafisz. - Dotknął z czułością jej warg. - Zaufaj mi… zaufaj 

sobie.

I Brooke poczuła, że potrafi ufać.

Bardzo powoli Meade położył ją na materacu. Przeczesał palcami jej włosy. 

Pochylił głowę i musnął ustami brwi. Całował jej skronie, czując pod wargami 

pulsowanie tętna. Kąsał płatki uszu. Całował delikatną skórę powiek, bladoróżowe 

policzki, czubek nosa. Wreszcie zajął się jej ustami. Poddawała się, gotowa na 

przyjęcie pieszczoty. Po chwili poczuł na swych wargach dotknięcie jej języka.

Wodził dłońmi po wszystkich zakamarkach jej ciała. Pod Jotknięciem jego 

dłoni ciało poruszało się. radośnie. Przyjmowała pieszczoty i pragnęła następnych. 

Były w nich obietnice przyszłej rozkoszy.

Brooke wydawało się, że rozkwita. Każdy nerw promieniował nieznanym 

background image

dotąd ciepłem. Opanowała ją tęsknota dawania i otrzymywania.

Smakowała jego wargi… słony aromat skóry. Całowała prężne ciało, czuła 

mięśnie reagujące na każdą pieszczotę. Jęknęła, obejmując ustami twardy wzgórek 

jego męskiego sutka.

- Brooke…

Meade objął jej biodra, masował palcami ich zwieńczenie. Przesunął ręce 

wyżej, aż do piersi i zaczął delikatnie drażnić różane pąki sutek. Krzyknęła, jakby 

sprawiał jej ból.

Potem   poczuła   jego   usta.   Zaczął   ssać   brodawkę.   Intensywność   pieszczot 

sprawiała, że Brooke jęknęła.

- Medea… proszę…

Odczuwany wcześniej niepokój przemienił się w pożądanie. Brooke czuła 

potrzebę poszukiwania, przytulania, dotykania… Jak przez mgłę zauważyła, jak 

Meade przesunął się w dół jej ciała. Dopiero gdy poczuła gorący oddech na udach, 

zorientowała się, do czego zmierza. Zaskoczenie ustąpiło miejsca rozkoszy, której 

wcześniej nie znała, której nie oczekiwała.

Meade   przytrzymał   jej   biodra.   Pieścił   ją   bardzo   delikatnie.   Stopniowo 

przełamywał jej opór… Brooke była rozgrzana namiętnością. Nie chciała jednak 

spłonąć w samotności. Sięgnęła w dół, zanurzając palce we włosy mężczyzny. Nie 

była pewna, czy będzie mogła powiedzieć choć słowo. Nie była pewna, czy będzie 

w stanie zaczerpnąć powietrza.

Meade uniósł głowę. Jego oczy rozświetlone były radością.

- Dobrze… razem… - nie potrafiła powiedzieć nic więcej.

background image

Wystarczyło.

Meade przesunął się wyżej i posiadł ją. Pocałował usta dziewczyny. Brooke 

objęła   go   ramionami,   przytuliła   mocno.  Wbiła   paznokcie   w   jego   plecy,   czując 

bliskość orgazmu.

Całym sercem pragnęła dać mu rozkosz - i dała.

Całym sercem pragnął dać jej rozkosz - i dał.

Osiągnęli   razem   szczyt   i   nie   miało   już   znaczenia,   kto   komu   ofiarował 

rozkosz.

ROZDZIAŁ 7

Blask promieni słonecznych i pieszczota wzdłuż kręgosłupa obudziły Brooke 

następnego poranka.

- Hm… - westchnęła, poruszając się ociężale. Westchnęła ponownie, czując 

na karku ciepło warg Meade’a.

Odwróciła się leniwie w jego stronę.

- Dzień dobry - przy witał ją cicho. Opierał się na łokciu, tylko trochę okryty 

background image

prześcieradłem. Włosy w nieładzie opadły mu na oczy. Cień zarostu na brodzie 

nadawał mu zawadiacki wygląd.

Przyglądał   się   jej   błękitnymi,   przepełnionymi   czułością   oczami.   Brooke 

miała wręcz ochotę zanurzyć się w ich głębiach.

- Dzień dobry - odpowiedziała, odgarniając mu z czoła niesforny kosmyk. 

Wskazującym   palcem   powiodła   wzdłuż   sinie   zarysowanej   linii   jego   nosa.   Nie 

mogła opanować chęci dotykania go.

Meade ujął jej dłoń i ucałował.

- Jak się czujesz? - spytał.

Sen   zostawił   na   policzkach   dziewczyny   różowy   ślad.   W   odpowiedzi   na 

pytanie   rumieniec   pogłębił   się.   Jednocześnie   w   oczach   Brooke   pojawił   się 

niezwykle kobiecy blask.

- Nie wiem - odparła. Czuła słodką ociężałość. Po raz pierwszy w życiu była 

świadoma swej kobiecości. - Nigdy wcześniej tak się nie czułam. Czy rozumiesz 

coś z tego? - śmiała się zdziwiona.

-  Tak,   oczywiście   -   zapewnił   ją   z   uśmiechem   Meade.   -   Ja   także   po   raz 

pierwszy doświadczyłem tak silnych emocji.

- Naprawdę? - wstrzymała oddech.

- Naprawdę - zapewnił ją.

-   Meade,   nigdy   nie   znałam…   -   przerwała,   nie   potrafiąc   znaleźć 

odpowiednich słów. Jak mogła mu wyjaśnić to, czego dowiedziała się o sobie? O 

nim?

background image

- Rozumiem - odpowiedział.

Brooke   przysłoniła   rzęsami   oczy,   czując   nieodpartą,   nieznaną   wcześniej 

potrzebę flirtowania.

- Jeśli żadne z nas wcześniej nie czuło nic podobnego…  czy to oznacza, że 

to dla nas jest drugi pierwszy raz?

Prowokacyjne   pytanie   i   żartobliwy   blask   w   oczach   dziewczyny 

spowodowały, że serce Meade’a zabiło mocniej.

- Coś w tym rodzaju - potwierdził. Opuścił dłoń w dół   jej ciała, wzdłuż 

smukłej  szyi,  aż  do piersi.  Sutki  Brooke  stwardniały momentalnie,  reagując  na 

doznaną pieszczotę.  Zaczerpnęła powietrza.

- Och, Meade… - szepnęła.

Poczuł narastające pożądanie. Opadł na prześcieradło i zdał sobie sprawę, że 

nie musi o nic pytać. Brooke już na niego czekała.

- Brooke, musimy o czymś porozmawiać.

background image

Brooke   uniosła   głowę,   którą   opierała   na   jego   piersi.   Przysłuchiwała   się 

rytmowi bicia jego serca, który powoli uspokajał się po spełnieniu.

- Jedzenie? - spytała z nadzieją w głosie, patrząc na budzik stojący przy 

łóżku. Włączono już prąd i zegar zaczął ponownie chodzić; niestety nie wskazywał 

właściwej  godziny.   Pustka   w  żołądku   dziewczyny  wskazywała   na   porę   obiadu, 

natomiast na zegarze była 6.30 rano.

Usta Meade’a skrzywiły się lekko, jakby zgadzał się z nią, że człowiek nie 

może żyć samą tylko miłością.

- Dojdziemy i do tego - obiecał.

- Może chodzi o naprawę mojego samochodu? - Brooke zmieniła pozycję i 

odgarnęła włosy na plecy.

- Do tego także dojdziemy. - Meade przesunął dłonie wzdłuż wdzięcznej linii 

jej nagich pleców. - To… to ważne.

Brooke otworzyła usta, chcąc mu powiedzieć, że dla niej obie sprawy były 

ważne. I wówczas zauważyła, że spoważniał. Ochota do żartów minęła. Poczuła 

nagły przypływ niepokoju.

- Co to takiego? - spytała cicho.

Meade zauważył napięcie w jej głosie.

- Nie przedsięwziąłem żadnych środków ostrożności - powiedział wprost.

Po tych słowach Brooke poczuła, jak w gardle rośnie jej kula. Zacisnęła swe 

szczupłe palce. Zwilżyła wargi.

- Mówisz… o kontroli urodzin - powiedziała po chwili.

background image

- O zabezpieczeniu. Nie używałem niczego, nie spytałem ciebie, czy… - 

Potrząsnął głową, nie próbując się tłumaczyć. Nie zachował ostrożności, kochając 

się z kobietą, która tak wiele dla niego znaczyła, i to go niezwykle zmartwiło.

Brooke  spuściła  oczy i  przełknęła ślinę. Kula  z  gardła  przesunęła się do 

żołądka.

Nieświadomie Meade dał jej szansę na powiedzenie prawdy. Wystarczyło 

tylko powiedzieć mu, że jego niepokój był zbędny, ponieważ i tak nie może zajść w 

ciążę. I tylko tyle.

Zaledwie kilka słów, lecz nie mogła się zdobyć na ich wypowiedzenie. Nie 

mogła. Nie chodziło tylko o pogardę, którą karmił ją Peter. Była pewna, że Meade 

nie był zdolny do takiego okrucieństwa. Bała się jednak, że zacząłby litować się 

nad nią i współczuć. Zdawała sobie sprawę, że już wielokrotnie zdradziła przed 

nim swe uczucia do dzieci. Gdyby teraz powiedziała mu, że nie może…

- Brooke? - Meade uniósł jej podbródek. - Kochanie, zdaję sobie sprawę, że 

to krępujące…

- Nie, nie. - Potrząsnęła głową. Podjęła już decyzję. Nie mogłaby znieść 

odkrycia swej ułomności. Nie jemu. I nie teraz.

- Co nie? - delikatnie dopytywał się Meade, usiłując zrozumieć wyraz jej 

twarzy.

- Nie, to nie jest krępujące - powiedziała powoli. - Nie… i nie powinno być, 

Masz rację. To istotna sprawa. Ludzie… musimy myśleć o konsekwencjach.

-   Myślę   tylko   o   tobie,   kochanie   -   odparł.   Słowa   brzmiały   czule,   choć 

przebijało w nich zatroskanie.

background image

- Wiem - odrzekła, przesuwając palcem po gęstych włosach porastających 

jego pierś. - Ale nie musisz się niepokoić o zabezpieczenie. Jestem bezpieczna.

- Bezpieczna? - wydawało się, że wstrzymał oddech.

- Biorę tabletki. - Przynajmniej to było prawdą. Lekarz przepisał jej tabletki 

antykoncepcyjne dla uregulowania cyklu miesiączkowego.

- Aha.

Brooke odniosła wrażenie, że w jego głosie zabrzmiała ulga. Powiedziała 

sobie, że postąpiła właściwie. Po kilku chwilach opuściła głowę i ponownie oparła 

policzek   o   muskularną   pierś   Meade’a.   Poczuła   dotyk   jego   dłoni,   westchnęła   z 

zadowoleniem,   Ułożyła   się   wygodniej,   przytulając   do   niego   całym   ciałem. 

Przymknęła oczy.

„Postąpiłam właściwie”.

- Czy twój tatuaż ma jakieś specjalne znaczenie? - spytała ciekawie Brooke, 

gdy   w   kuchni   byli   zajęci   przygotowywaniem   omletów.   Następnym   punktem 

background image

programu była naprawa samochodu.

-  To   znak  surucucu   da   jucca   depico  -   odparł   Meade,   siekając   pomidora 

szybkimi, zręcznymi ruchami.

- Co takiego? - Brooke spojrzała na niego pytająco, przerywając podwijanie 

rękawów brzoskwiniowego szlafroka. Meade miał na sobie tylko dżinsy. Sprany 

materiał   opinał   jego   wąskie   biodra   i   długie,   szczupłe   uda   tak,   że   dziewczyna 

zapomniała na moment o tatuażu.

-  To   wąż   południowoamerykański   -   wyjaśnił   Meade,   kończąc   krojenie   z 

precyzją godną chirurga.

-   Wąż?   -   Brooke   oderwała   wreszcie   oczy   od   jego   ciała   i   dokończyła 

podwijanie rękawów. Zajęła się rozbijaniem jajek. - Czy jest niebezpieczny?

- Śmiertelnie. Jego jad atakuje centralny system nerwowy.

-   Czarujące   -   skomentowała   Brooke.   Zastanawiała   się   nad   ilością   jaj 

potrzebnych do przygotowania posiłku - sześć czy osiem? Burczenie w żołądku 

pomogło jej w podjęciu decyzji. - Jak miło mieć coś takiego na ramieniu.

- Pewne plemiona indiańskie wierzą w niezwykłą moc tego symbolu.

- Och? - przypomniała sobie jego słowa o utożsamianiu ńę ze środowiskiem, 

w jakim aktualnie przebywał. - Czy dlatego kazałeś go sobie zrobić?

- Źle mnie zrozumiałaś. Studiuję magię plemienną, ale nie uprawiam jej. - 

Meade spojrzał na nią z wyrzutem.

-   O,   nie   -   pokręciła   przecząco   głową.   -   Nie   to   miałam   na   myśli. 

Zastanawiałam się tylko, czy to dla ciebie rodzaj talizmanu. No wiesz, jak łapka 

królika czy coś w tym rodzaju.

background image

-   Wierz   mi,  surucucu   da   jucca   depico  przebija   łapkę   królika.   Prawdę 

mówiąc, nie pamiętam dlaczego kazałem to sobie zrobić. Dwanaście lat temu, w 

czasie   karnawału   w   Rio   upiłem   się   z   przyjaciółmi.   Jeden   z   nich   obudził   się 

następnego dnia, mając na piersi wytatuowany symbol Supermana; drugi do dziś 

nosi  na   hm…   zadku   serce   z   imieniem   dziewczyny,   o   której   nigdy   nie   słyszał. 

Właściwie miałem szczęście, że dostałem węża.

Dwa następne tygodnie były dla Brooke szalenie szczęśliwe. Ich wzajemna 

przyjaźń i pasja stworzyły związek, który wręcz zapierał dech w piersiach. Razem 

się śmiali i kochali…

Wielokrotnie zastanawiała się nad tym, jak powiedzieć mu, że nie może mieć 

dzieci. Nie potrafiła znaleźć właściwego momentu, właściwych słów. Dwukrotnie 

już była blisko wyjawienia swej tajemnicy, lecz coś ją przed tym powstrzymywało.

Brooke przekonywała się, że nie ma to znaczenia. Dawała mu wszystko, 

czego potrzebował… czego pragnął. Czemu miałaby mówić mu o czymś, o co 

nigdy nie pytał?

Lecz nie dawało jej to spokoju. Wreszcie postanowiła skorzystać z rozmowy 

na temat swego nieudanego małżeństwa.

background image

Ku jej zaskoczeniu, Meade nie chciał o tym rozmawiać.

- Proszę cię - powiedział, potrząsając głową. Po raz pierwszy widziała taki 

wyraz w jego oczach. Zacisnął pięści. - Nie.

- Ale… chcę tylko, żebyś wiedział…

- Wiem, kochanie. Uwierz mi. Wiem, że kochałaś Petera Livingstone tak 

bardzo, że za niego wyszłaś. Wiem, że później zranił cię tak mocno, że zaczęłaś 

wątpić w swoją wartość jako kobiety. I wiem także, że gdybym go kiedykolwiek 

spotkał, pewnie powybijałbym mu wszystkie zęby. Może to prymitywne, ale tak 

właśnie to czuję. I to jest również powód, dla którego nie chcę rozmawiać o twym 

małżeństwie. Przepraszam.

Brooke milczała, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.

- Instytut Wildinga, proszę się nie rozłączać - powie działa Brooke, gotowa 

do przyciśnięcia odpowiedniego guzika w swym aparacie.

- Wolałbym raczej nie rozłączać się z tobą - padła prowokacyjna odpowiedź.

- Meade? - spytała ochryple.

-   Czy   w   twoim   życiu   jest   jeszcze   ktoś,   kto   w   ten   sposób   się   do   ciebie 

background image

odzywa?

Zaśmiała się, czując zmęczenie spowodowane intensywną pracą.

- Nie, o ile mi wiadomo, nie. Słuchaj, mógłbyś zadzwonić później? Mam na 

drugiej linii rozmowę z japońskim himalaistą, który powiedział mi właśnie, że nie 

chce   przylecieć   na   najbliższą   konferencję.   Nalega,   żebyśmy   zarezerwowali   mu 

miejsce na statku.

- Nie mów nic więcej. To Dobie Tanaka, prawda?

- Tak, a właściwie Tadeo Onoshi Tanaka - powiedziała Brooke, sprawdzając 

nazwisko w swych notatkach.

- Tak, to ten sam.

- Czyżbyś go znał?

- Tylko ze słyszenia. Nie przyleci, ponieważ ma lęk wysokości.

- Ma lęk… Meade, na Boga! Ten człowiek zdobywa najwyższe szczyty!

Z drugiego końca linii dobiegł chichot.

-   Być   może   zaczął   to   robić,   aby   przezwyciężyć   strach.   To   kwestia 

zachowania twarzy.

- Twarzy. Wspaniale. To wszystko wyjaśnia. Słuchaj, musisz zaczekać.

- Jasne.

Pamiętając, co mówił Meade, Brooke udało się nie użyć wobec rozmówcy 

określenia   „lęk   przestrzeni”.   Zanim   się   rozłączyli,   Tanaka   obsypał   ją 

komplementami o jej kompetencji i umiejętności zrozumienia problemów innych 

background image

ludzi.

Przycisnęła guzik w swym telefonie.

- Meade? - spytała niecierpliwie.

- Już skończyłaś?

- Co mogłabym dla ciebie zrobić?

- Przez telefon? Hm… Cóż, mogłabyś powtórzyć to, co powiedziałaś mi 

ostatniej nocy.

-   Meade!   -   zaprotestowała.   Ostatniej   nocy   kochali   się   bez   opamiętania. 

Meade w niezwykle erotyczny sposób zachwycał się jej ciałem, a ona, ku swemu 

zdumieniu, odpowiadała w podobny sposób.

- Cóż, a może w takim razie kilka tych seksownych, krótkich mruknięć?

- Nie mruczę… - Brooke zaczęła protestować z oburzeniem. Przerwała na 

widok stojącego w drzwiach Daniela Quincy. Poczuła rumieniec oblewający twarz. 

- Poczekaj - powiedziała do słuchawki i zakryła dłonią mikrofon, - Tak, panie 

Quincy?   -   spytała.   Starała   się   mówić   zwykłym,   urzędowym   tonem.   Z   trudem 

udawało się jej uspokoić oddech.

- Chciałem pani tylko powiedzieć, że wychodzę na obiad -poinformował ją, 

jak zwykle dystyngowany, dyrektor WIWE.

- Ach, tak. Dobrze. Dziękuję. Życzę smacznego.

-   Dziękuję.   -   Dawid   Quincy   uniósł   brwi.   -   Czy   rozmawia   pani   może   z 

Meade’em O’Malleyem?

- Tak - przyznała Brooke.

background image

- Hm. Proszę go ode mnie pozdrowić. I proszę mu przekazać, że chciałbym 

zobaczyć   pozostałą   część   notatek   o   dorzeczu   Xingu,   kiedy   już   będą   gotowe.   - 

Skinął   jej   głową   w   swój   charakterystyczny   sposób   i   zaczął   odwracać   się   do 

wyjścia.

-   Tak,   oczywiście,   panie   Quincy   -   odpowiedziała   Brooke.   Poczekała,   aż 

starszy pan oddalił się, i dopiero wówczas odsłoniła słuchawkę. Jęknęła.

-  Nie,  nie  -  Meade  zaprzeczył,  przeciągając  słowa.  -  To  nie  taki  dźwięk 

miałem na myśli. Tamten przypominał bardziej…

- Przestań wreszcie! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że pan Quincy właśnie 

usłyszał, jak mówię o mruczeniu? I wiedział, że rozmawiałam z tobą. Bóg jeden 

wie, co sobie pomyślał.

-   Raczej   diabli   wiedzą.  W  dawnych,   dobrych   czasach   Daniel   cieszył   się 

opinią niezłego hulaki.

-   Tak,   słyszałam   -   Brooke   spojrzała   w   paciorkowate,   szklane   oczy   sępa 

przytwierdzonego do ściany powyżej jej biurka. Wypchane ptaszysko było jedną z 

niezliczonych,   egzotycznych   czy   raczej   ekscentrycznych   dekoracji   siedziby 

WIWE. Wszystkie te egzemplarze, począwszy od niezwykle brzydkiego stojaka na 

parasole w kształcie słonia, aż po przepiękne liczydło z kości słoniowej i hebanu; 

od   grobowca   egipskiej   mumii   do   wojennego   nakrycia   głowy   Indian 

amerykańskich, były oznakami wdzięczności od ludzi, którzy od początku stulecia 

otrzymali moralne bądź finansowe wsparcie od Instytutu.

Początkowo   Brooke   była   lekko   poirytowana   widokiem   sępa,   nawet 

wypchanego, wiszącego nad jej głową. Z biegiem czasu oswoiła się jednak z tym 

widokiem.   Niestety   w   ciągu   ostatnich   tygodni   ptaszysko   zaczęło   linieć,   więc 

background image

codziennie rano musiała zamiatać z biurka pęki czarnych piór.

- Brooke?

- Ach… tak. Przepraszam. Co chcesz, to znaczy, po co dzwonisz?

- Koniec z dwuznacznikami, tak? - zażartował, dając jej do zrozumienia, że 

wie doskonale, czemu użyła innego sformułowania.

Brooke nie mogła się nie uśmiechnąć.

- Proszę cię, Meade. Mam na biurku tonę papierów, które muszę jeszcze dziś 

przejrzeć. Jeśli chcesz umówić się na obiad…

- Właśnie po to dzwonię. Okazało się, że aż do jutra muszę opiekować się 

moim siostrzeńcem, Kevinem.

- Tak?

- To długa historia. Jego siostra urządza dziś pierwszą imprezę z udziałem 

chłopców i ostatnią  rzeczą, o jakiej marzy, jest młodszy brat, pętający się pod 

nogami. Kevin miał spędzić tę noc u przyjaciela, ale coś nie wyszło. Zazwyczaj 

albo moi rodzice albo Kathleen wzięliby go do siebie, lecz tym razem okazało się, 

że mają inne plany.

- A więc wujek Meade musi przybyć na ratunek?

-   Coś   w   tym   rodzaju.   Słuchaj,   wiem,   że   obiecałem   ci   kolację   w   małej, 

przytulnej   restauracji.   Ale   może   miałabyś   ochotę   spędzić   ten   wieczór   z 

chłopakami?

Brooke zawahała się. Nie chciała być intruzem.

- Jesteś pewien, że Kevin nie miałby nic przeciwko temu?

background image

- Cóż, jesteś dziewczyną…

- Coś podobnego, Meade! Kiedy to zauważyłeś? - spytała słodko.

-   Hm,   podejrzewałem   coś   od   samego   początku.   Ale   zorientowałem   się 

dopiero wczoraj, gdy zobaczyłem cię pod prysznicem.

Brooke zadrżała na wspomnienie tamtych chwil, gdy kochali się obmywani 

strumieniami   wody.   Przez   moment   Brooke   znalazła   się   między   chłodną,   śliską 

ścianą wyłożonej kafelkami kabiny a mocnym, parzącym wręcz ciałem Meade’a. 

Kontrast temperatur i rodzaj powierzchni był niesłychanie podniecający. Nigdy do 

tej pory nie wyobrażała sobie, że mogłaby…

- O, o to mi chodziło.

- Co? - stanowczo musi coś zrobić z tą skłonnością do snucia erotycznych 

marzeń.   Ostatnio   w   trakcie   korekty   nowej   monografii   rozmarzyła   się   do   tego 

stopnia, że zaczęła nieświadomie rysować na marginesach.

- Dźwięk, który przed chwilą wydałaś. O takim właśnie mruczeniu mówiłem. 

- W głosie Meade’a słychać było rozbawienie.

- Ach, tak… Dobrze. No, nieważne. Mówiłeś coś na temat mojej kobiecości?

Meade zachichotał.

- W porządku. Już ani słowa więcej na temat mruczenia. Tak jak mówiłem, w 

przypadku Kevina fakt, że jesteś kobietą, nie przemawia na twoją korzyść. Jednak 

jest skłonny rozważyć ten problem. Ma osiem lat, więc stać go na to, zwłaszcza, że 

przedstawiłem cię jako swoją przyjaciółkę. Chciałbym tylko uprzedzić cię o dwóch 

sprawach. Po pierwsze, Kevin zawsze mówi to, co myśli. Po drugie, według niego 

miły wieczór oznacza pójście na jakiś film sensacyjny, a potem na wyżerkę do 

background image

najbliższego baru z hamburgerami. Czy więc masz ochotę przyłączyć się do nas? 

Brooke wybuchnęła śmiechem. 

- To propozycja nie do odrzucenia.

O   nieodpartym   uroku   -   to   określenie   pasowało   do   ośmioletniego   Kevina 

Cunninghama.

- A więc, jak ci się podobał film? - spytała go Brooke.  Siedzieli przy stoliku 

czekając, aż Meade przyniesie zamówione dania.

Kevin zmarszczył piegowaty nos.

- Niezły, poza tymi kawałkami z całowaniem. Można wytrzymać jedną taką 

scenę, bo jest czas na pójście do toalety czy kupienie prażonej kukurydzy. Ale nie 

trzy. Trzy to o wiele za dużo. Jasne, że zakończenie było dobre, jak wysadzili w 

powietrze tę dziewczynę. - Uśmiechnął się do Brooke, pokazując szczerbę między 

zębami.

- Rozumiem - Brooke skinęła głową, usiłując powstrzymać śmiech.

-   Bohater   też   był   niczego   sobie   -   kontynuował   Kevin.   -   Ale   nie   tak 

przystojny, jak wujek Meade. Wujek Meade jest kapitalny! Musi pani koniecznie 

background image

zobaczyć, jaki wspaniały bęben przywiózł mi z Brazylii. Przed wyjazdem prosiłem 

go o skurczoną czaszkę, ale bęben jest dużo lepszy. Wie pani, że przyszedł kiedyś 

do mojej szkoły i miał wykład? To było wspaniałe! Najpierw pokazywał sztuki 

magiczne. Takie jak ze znikającą monetą i z ogniem płonącym na końcach palców. 

A potem opowiedział, jak to jest być naukowcem i studiować rośliny w dżungli. 

Powiedział,   że   niektóre   lekarstwa,   których   teraz   używamy,   w   rzeczywistości 

zostały   odkryte   przez   czarowników.   Nawet   siostra   Mary   Agnes   była   rod 

wrażeniem. Pozwoliła mu zostać całe przedpołudnie. Nie mieliśmy angielskiego.

- To brzmi fantastycznie - skomentowała Brooke. Szybko stało się dla niej 

jasne, że mały Kevin uwielbia wuja. Zauważyła również słabość Meade’a wobec 

chłopca. Meade był dla Kevina kimś więcej niż tylko pobłażającym wujem.

Widziała,   jak   mały   reagował   natychmiast   na   jedno   słowo   czy   skinięcie 

głowy. Akceptował bez protestów narzucaną dyscyplinę.

- Wujek Meade mówił, że pani też się trochę na tym zna - powiedział Kevin 

z   aprobatą   w   głosie.   -   Pracuje   pani   w   tym,   jak   to   się   nazywa,   w   Instytucie 

Wildmana, tak?

- Instytut Wildmana d/s Badań Ziemi - poprawiła z uśmiechem Brooke. - 

Ludzie mówią na to w skrócie WIWE.

- WIWE - powtórzył chłopiec, parskając śmiechem. Następnie zmarszczył 

sterczące brwi i spojrzał ciekawie na Brooke. - Jest pani pierwszą kobietą, która 

zamieszkała w domu wuja - stwierdził.

- Naprawdę? - Brooke nie bardzo wiedziała, jak powinna zareagować na tę 

szczerość.

- Tak - potwierdził. - Myślę, że to dlatego wszyscy ciągle o pani mówią.

background image

- Wszyscy? - Brooke zesztywniała,

-   Uhm   -   Kevin   ponownie   skinął   głową.   -   To   między   innymi   dlatego 

zgodziłem się, żeby wujek zabrał panią razem z nami do kina i na kolację. Żebym 

mógł poznać panią prędzej niż reszta. - Oczy chłopca zabłysły radością. - Ale się 

uśmieję, gdy inni dowiedzą się o tym. I moja głupia siostra. Sara. Mówiłem pani o 

tej aferze, którą rozpętała, bo nie chciała, żebym był w domu w czasie tego jej 

idiotycznego przyjęcia. I tak bym nie poszedł, nawet gdyby mnie zaprosiła. Ha! Na 

pewno oszaleje, gdy powiem jej, że panią poznałem. Mama też, założę się. I ciocia 

Kathleen. I może nawet babcia O’Malley!

Brooke miała wrażenie, że straciła wątek. Właściwie nawet kilka wątków.

- Dlaczego miałyby oszaleć? - zaczęła.

- Bo, tak jak już mówiłem, bardzo się panią interesują - poinformował ją 

chłopiec, pochylając się do przodu. - Wszystko zaczęło się od pani spotkania z 

dziadkiem O’Malleyem. Polubił panią. A pani jego też polubiła?

- Tak, jasne, że tak - przyznała Brooke. - Ale…

- To dobrze. - Chłopiec był wyraźnie zadowolony. - Babcię też można lubić. 

Ona jest trochę spokojniejsza niż dziadek, ale też fajna. W każdym bądź razie, jak 

już mówiłem, wszyscy bardzo się panią interesują. Jak mama mnie dziś przywiozła 

do wujka, to była trochę wścibska. Czasami tak się zachowuje, i wujek się wtedy 

śmieje. Ale dziś, myślę, że był trochę… O, wujek! Kupiłeś mi podwójne frytki?

-   Podwójne   frytki   i   potrójną   porcję   ketchupu   -   odpowiedział   Meade, 

stawiając   na   stole   plastikową   tacę   z   jedzeniem.   Sam   usiadł   obok   Brooke, 

przysuwając się do niej na tyle blisko, że ich uda zetknęły się. - Jaki według ciebie 

byłem dzisiaj?

background image

- Co? - Kevin zmarszczył czoło, po czym rozchmurzył się, uświadamiając 

sobie, o co został zapytany. - Myślałem, że byłeś trochę zły, kiedy mama zaczęła 

wypytywać cię o panią Livingstone - odpowiedział otwarcie.

Meade spojrzał w kierunku Brooke.

- Rozumiem - powiedział. Dziewczynie wydawało się, że usłyszała w tych 

słowach ślad przeprosin. Z całą pewnością w jego oczach widać było zatroskanie.

- Powiedziałem pani Livingstone, że wszyscy są bardzo nią zainteresowani, 

bo mieszka w twoim domu - kontynuował pogodnie Kevin. - Tak jak w tamtą 

niedzielę,   kiedy   wszyscy   byliśmy   na   obiedzie   u   dziadków,   a   ty   wcześnie   wy-

szedłeś, pamiętasz? Nie mówiłem ci jeszcze o tym, ale kręciłem się koło kuchni i 

słyszałem,   jak   mama   i   ciocia   Kathleen,   i   babcia   rozmawiały   o   tobie   i   o   pani 

Livingstone.  Babcia   mówiła   coś  o  tym,  że  chce  zaprosić  panią   Livingstone   na 

kolację, a dziadek powiedział, że nie powinna tego robić, bo to byłoby wtrącanie 

się w nie swoje sprawy. A potem mówili o czymś, czego nie rozumiałem. A potem 

ciocia   Kathleen   mówiła   jakoś   dziwnie   o   tym,   że   jesteś   obieżyświatem,   który 

nigdzie nie może zagrzać miejsca. A wtedy wszedłem do kuchni i…

-   Kevin   -   zaczął   Meade.   Brooke   zauważyła   rumieniec   na   jego   opalonej 

twarzy. Nie była pewna, czy było to spowodowane irytacją, czy zakłopotaniem.

- No, w każdym bądź razie… - kontynuował młody człowiek, przesuwając 

szklankę w stronę Brooke. - Tu jest woda dla pani. Chce pani trochę moich frytek? 

Mam ich dużo.

- O, dziękuję bardzo - odparła słabym głosem Brooke, zdając sobie sprawę, 

że jej twarz była bardziej zarumieniona niż zwykle.

- Kevin - spróbował ponownie Meade.

background image

-   Też   możesz   wziąć   trochę   moich   frytek   -   poinformował   go 

wspaniałomyślnie   chłopiec.   -   W   każdym   bądź   razie   mama   się   strasznie 

zdenerwowała,   że   im   przeszkodziłem,   i   powiedziała,   że   mnie   zleje,   jeśli 

natychmiast nie wyjdę. Widziałem, że nie żartuje, więc poszedłem się bawić. - 

Wzruszył   ramionami   i   zaczął   odpakowywać   hamburgera.   -   Nic   więcej   nie 

słyszałem, wujku.

- Wujku - Meade mamrotał coś pod nosem.

- Nareszcie sami - dramatycznie oznajmił Meade trzydzieści sześć godzin 

później. Siedział na sofie, trzymając Brooke na kolanach.

- Mmmm… - Brooke pochyliła ku niemu głowę, czując we włosach dotyk 

jego warg. Delikatnie kąsał jej szyję, co wywoływało w niej dreszcze. - Bardzo 

polubiłam twoją siostrę - powiedziała.

Mary Margaret O’Malley Cunningham była drobną, niezwykle energiczną 

rudowłosą   panią,   o   kilka   lat   starszą   od   brata.   Mimo   że   nie   było   między   nimi 

fizycznego podobieństwa, wyczuwało się jednak silną łączącą ich więź. Równie 

oczywiste, choć nieco zabawne było matczyne traktowanie Meade’a przez Mary 

Margaret.

- Cieszę się - odparł Meade. - Mam jeszcze jedną siostrę, zupełnie taką samą.

background image

- Jak sądzisz, nie miała chyba nic przeciw temu, że Kevin zaprosił mnie na 

kolację w przyszłą sobotę?

- Chyba żartujesz. Można by przypuszczać, że to ona namówiła Kevina, aby 

cię zaprosił. Choć w takim wypadku powiedziałby pewnie coś w rodzaju: „Moja 

mama chciała, żebym zaprosił cię do nas, bo wtedy wszyscy mogliby cię wreszcie 

poznać”.

-   Hm…   -   odpowiedziała   Brooke.   Matka   Kevina   nie   ukrywała   swego 

zainteresowania jej osobą. I podobnie jak u Francisa O’Malleya ciekawość ta była 

zrównoważona niezwykłym urokiem osobistym. - Czy rozmawiałeś już o mnie ze 

swoją rodziną? - spytała.

Meade objął talię dziewczyny.

-   Powiedziałem   im,   że   jesteś   kimś   specjalnym   -   przyznał   uczciwie.   - 

Powiedziałem im też, że jesteś damą, która nie lubi, gdy się ją popędza.

- Och. - Przysłoniła rzęsami oczy, zastanawiając się nad tymi słowami.

- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz? - spytał po chwili.

-   Masz   na   myśli   to,   że   przyjęłam   zaproszenie   twojej   siostry?   -   Brooke 

odwróciła się w jego stronę.

Skinął głową.

- Wolałbyś, żebym odmówiła?

Wyraz błękitnych oczu Meade’a był ciepły i bezpośredni.

- Nie - odparł szczerze. - Chciałbym, abyś poznała resztę mojej rodziny. Są 

dla mnie bardzo ważni. Ale wszyscy naraz mogą być trochę męczący. Nie chcę, 

background image

żebyś czuła się… skrępowana.

- Przecież będziesz razem ze mną, prawda? - uśmiechnęła się Brooke.

- Oczywiście - obiecał.

- Więc nie będę się czuła skrępowana - odparła.

Meade  odniósł  wrażenie, że na  takie  słowa  można było  odpowiedzieć  w 

jeden, jedyny sposób. Przytulił Brooke do siebie i pocałował ją.

ROZDZIAŁ 8

Zapadał   zmierzch.   Niebo,   jeszcze   przed   chwilą   tak   przejrzyście   błękitne, 

teraz   przybrało   barwę   szaropurpurową.   Swawolny   powiew   poruszał   ciepłym, 

czerwcowym powietrzem. Meade i Brooke siedzieli, jak często o tej porze dnia. na 

porośniętej winoroślą werandzie domu, w którym mieszkali.

Brooke była oczarowana koronkową konstrukcją budowli już od chwili, gdy 

w   niej   zamieszkała.   Gdy   spytała   o   to   Meade’a,   dowiedziała   się,   że   Sebastian 

Browning kazał zbudować werandę jako prezent urodzinowy dla żony.

Któregoś dnia po powrocie z pracy zastała Meade’a siedzącego na werandzie 

i   słuchającego   Mozarta.   Przeglądał   stosy   publikacji   przysłanych   w   czasie   jego 

nieobecności. Poprosił, aby z nim została, na co z ochotą przystała. Następnego 

wieczoru   zaproszeniu   towarzyszyła   propozycja   wspólnego   wypicia   butelki 

background image

beaujolais. Następnym razem Brooke przyniosła ze sobą butelkę chablis i poduszki, 

na których można było usiąść.

Tydzień  po ich  pierwszej  upojnej nocy Meade  sprawił jej  niespodziankę, 

przygotowując kolację na świeżym powietrzu. Jedli przy stole przykrytym lnianym 

obrusem,   zastawionym   chińską   porcelaną,   kryształami   i   świecznikami.   Jak 

wiktoriańscy   odkrywcy,   według   Meade’a   żyjący   zgodnie   z   zasadą   wymagającą 

wieczorowego stroju do każdego posiłku, nawet spożywanego w samym środku 

dżungli.

Później   tańczyli   przy   świetle   księżyca.   Brooke   była   oczarowana 

romantycznym nastrojem wieczoru…

- A więc? - spytał Meade, obejmując prawym ramieniem plecy dziewczyny. - 

Co naprawdę sobie pomyślałaś? - Wiedział, że po raz kolejny zadawał to samo 

pytanie, lecz chciał się upewnić, że ten dzień nie tylko dla niego był udany.

Brooke zaśmiała się i odchyliła do tyłu, pocierając policzkiem o jego dłoń.

- Mówiłam ci przecież w samochodzie, gdy wracaliśmy do domu. Uważam, 

że twoja rodzina jest wspaniała. Ten dzień był cudowny.

Mówiła prawdę. Spotkanie z najbliższą rodziną Meade’a, jego rodzicami, 

dwiema   siostrami,   dwoma   szwagrami,   pięciorgiem   siostrzeńców   było   męczące, 

lecz niezwykle ciekawe. Ona sama wychowała się w rodzinie, w której goście byli 

witani   ukłonem   i   uprzejmym   uściskiem   dłoni.  Ten   dzień   natomiast   spędziła   w 

towarzystwie ludzi, którzy przyjęli ją niezwykle serdecznie.

-  A  w   czasie   kolacji,   czy   nie   przeszkadzały   ci   wzmianki   o   pieczonych 

szczurach? - Meade bawił się kosmykiem jej włosów, okręcając go wokół palca.

background image

- Ani trochę - zapewniła z uśmiechem. - Żałuję tylko, że nie udało ci się 

odpowiedzieć na pytanie Kevina o to, czy szczurze mięso smakuje podobnie do 

kurczaka.

- Na Boga, nie mam pojęcia, skąd przyszło mu do głowy, że kiedykolwiek 

jadłem szczury - Meade potrząsnął głową.

-   Cóż,   być   może   wypływa   to   z   jego   przekonania,   że   robiłeś   w   życiu 

wszystko.

- Hm… - Trudno było stwierdzić, czy Meade ucieszył się, czy zaniepokoił jej 

słowami.

Brooke milczała przez kilka chwil, myśląc o podziwie małego Kevina dla 

Meade’a. Było to widać zarówno w oczach, jak i w brzmieniu głosu chłopca. Także 

dwaj bliźniacy siostry Meade’a, Kathleen, mieli w swych brązowych oczach ten 

sam   wyraz   głębokiego   uwielbienia.   Oczywiste   było,   że   wszyscy   trzej   chłopcy 

uważali swego wuja wręcz za idola.

Te   same   uczucia   wzbudzał   również   w   swych   nastoletnich   siostrzenicach. 

Obydwie dziewczynki, Alison Morelli i siostra Kevina Sara, wkraczały właśnie w 

okres dojrzewania. Były wyraźnie zaniepokojone, a jednocześnie zafascynowane 

zmianami zachodzącymi w ich organizmach. Brooke obserwowała, jak delikatnie 

Meade odnosił się do ich problemów. Zachowywał się tak, jakby chciał przekonać 

dziewczynki, że nawet jeśli teraz są brzydkimi kaczątkami, to wkrótce czeka je 

przemiana w piękne łabędzie.

Rozpamiętywała słowa jego ojca, które usłyszała kilka tygodni wcześniej. 

„Powinieneś założyć rodzinę. Swoją własną rodzinę”.

Francis   O’Malley   miał   rację.   Po   spędzeniu   całego   dnia   w   towarzystwie 

background image

Meade’a, Brooke była tego pewna jak nigdy przedtem.

Meade   zaczął   gładzić   ramię   dziewczyny.   Biała,   niemalże   przezroczysta 

bluzka,  którą  miała na  sobie, była  wykończona  elastycznym ściągaczem wokół 

szyi. Mężczyzna powoli zsunął jedno ramiączko.

- Wiesz - powiedział wreszcie - usłyszałem fragment rozmowy w kuchni 

między tobą a moimi siostrami.

- Tak? - poczuła chwilowy niepokój. Jedną z rzeczy, o których wówczas 

rozmawiały,   był   stosunek   Meade’a   do   dzieci.   Zarówno   Mary   Margaret,   jak   i 

Kathleen wygłosiły wręcz hymny pochwalne na cześć brata. - Nauczyłeś się tego 

od Kevina?

- Czyżbyś miała zamiar dać im klapsa? - odparł.

- No cóż… - Brooke zaczęła rozważać i taką możliwość.

- Czyżbyś i ty zaczynała mieć jakąś obsesję?

- Obsesję? I to mówi ktoś, kto opowiadał paniom z klubu botanicznego, jak 

hodować afrodyzjaki w ogródku przydomowym?

Brooke miała wrażenie, że się zarumienił. Lecz nie była tego pewna przy 

zapadającym zmroku.

- Co? - spytał. - Kto ci o tym powiedział?

- Twoja siostra, Mary Margaret.

-   Och,   na   Boga!   -   palcami   lewej   dłoni   rozczesał   włosy.   -  Co   jeszcze   ci 

powiedziała? Nie, nawet nie chcę wiedzieć.

Brooke odczekała chwilę, po czym spytała niewinnie:

background image

- A zrobiłeś to?

- Co takiego?

- Opowiedziałeś paniom z klubu botanicznego o…

- Nie.

- Nie?

Meade zamruczał coś pod nosem.

- No, niezupełnie - dodał wreszcie.

- Aha.

- Ktoś zaczął ten temat przy herbacie. Po moim wykładzie.

- Rozumiem - powiedziała niewinnie Brooke.

Meade jęknął.

-   Posłuchaj,   jedna   z   tych   pań   powiedziała,   że   słyszała   jakoby   Panax 

schinseng, to znaczy żeń-szeń, może spowodować u jej męża pewnego rodzaju… 

hm… powiedzmy, większą ochotę na te rzeczy. Wyjaśniłem więc, że niektórzy 

ludzie wierzą, iż żeń-szeń ma dodatni wpływ na męską potencję. Powiedziałem jej 

również, że to tylko ciekawostka, nie poparta żadnymi badaniami.

- Och.

- Rozczarowana?

-   Niezupełnie   -   odrzekła   Brooke.   Spojrzenie,   jakim   go   obdarzyła,   było 

prowokujące. - Żadne doświadczenia osobiste, tak?

- Nie z żeń-szeniem - uśmiechnął się.

background image

Nastąpiła   chwila   ciszy.   Brooke   usiadła   wygodniej,   potrącając   przy   tym 

prawe udo Meade’a.

- Mówiłeś coś o siostrach? - przypomniała mu wreszcie.

W   końcu   nie   miało   to   takiego   znaczenia,   czy   słyszał   ich   rozmowę   o 

dzieciach. Znał uczucia sióstr wobec dzieci.

- Ach, rzeczywiście. - Delikatnie pieścił jej gładkie ramię. - Zdawało mi się, 

że słyszałem, jak rozmawiacie o… o zombie.

-   Zom…   -   powtórzyła   bezmyślnie,   po   czym   roześmiała   się.   -   Och,   tak. 

Pamiętasz, jak przysłałeś bliźniakom indiańskie naszyjniki z Brazylii?

Meade zdziwił się, nie widząc żadnego związku między jednym a drugim. 

Dostał te ozdoby od szamana plemienia Kamaiura. Znał on wiele sztuczek, lecz 

umiejętność przeistaczania się w zombie nie była jedną z nich.

- A więc - kontynuowała Brooke - chłopcy uznali widocznie, że naszyjniki 

mają moc przemieniania ich w zombie.

- Mówisz poważnie? - spytał z powątpiewaniem Meade.

-   Oczywiście.   Kathleen   opowiadała,   że   przez   dwa   tygodnie   bliźniaki 

zabawiały się w ożywione duchy. Wreszcie znudzili się i oznajmili, że czar nie 

działa. Powiedziałam jej, że straciła wspaniałą okazję.

-   Jaką?   Możliwość   zarobienia   forsy   za   sprzedaż   praw   autorskich   jakiejś 

wytwórni?

- Nie - zaśmiała się Brooke. - O ile się orientuję, każdy zombie ma nad sobą 

starszego zombie, prawda?

background image

- Nie jestem specjalistą od voodoo.

- Być może. W każdym razie z artykułu, który czytałam, wynikało, że zombi 

powinien być posłuszny swemu władcy Powiedziałam więc Kathleen, że powinna 

oznajmić Joeyemu i Paulowi, że to ona jest tym władcą, a wówczas…

-   Wówczas   musieliby   myć   ręce   i   sprzątać   swój   pokój   bez   protestów   - 

dokończył   Meade   z   szelmowskim   grymasem.   -   Jesteś   niezwykle   przebiegła, 

kochanie.

- Robię, co mogę - powiedziała skromnie Brooke.

Było coraz ciemniej i Brooke błądziła palcami po koszuli Meade’a. Łagodny 

letni powiew poruszał bluszczem oplatającym werandę.

- Zauważyłem, że dużo rozmawiałaś z moją matką - Meade przerwał ciszę.

Brooke zatrzymała rękę. Ze wszystkich członków jego rodziny, największą 

sympatią   darzyła   jego   matkę.   Eleni   O’Malley   była   niewysoką,   silną   kobietą   o 

przyprószonych siwizną włosach i bystrych oczach. Dopóki się nie uśmiechała, 

wyglądała zupełnie przeciętnie. Ale uśmiech powodował, że stawała się piękna. 

Była osobą spokojną, znacznie spokojniejszą niż jej mąż, jak słusznie zauważył 

Kevin. W tym spokoju kryła się jednak siła i niezwykły urok.

- Brooke? - Meade przykrył dłoń dziewczyny.

- Jeśli masz na myśli rozmowę, którą przeprowadziłyśmy, gdy ty grałeś w 

piłkę, to dyskutowałyśmy właśnie o tobie - odparła Brooke. Ich palce spotkały się.

- Tak?

- Hm… powiedziała mi, że kiedy byłeś mały, często uciekałeś z domu.

background image

- To prawda - powoli przyznał Meade. - Ale zawsze wracałem. A poza tym, 

to właściwie nie były ucieczki. Użyłbym raczej określenia „wyprawy badawcze”. 

Chciałem dowiedzieć się, co jest na zewnątrz.

- Twoja matka powiedziała, że dlatego pozwolili ci na podróże z profesorem 

Browningiem.   -   Eleni   O’Malley   mówiła   również,   że   chcieli   w   pewnym   sensie 

podzielić się swym synem z człowiekiem, który nie miał własnych dzieci. - Ja… 

niewielu rodziców byłoby stać na coś takiego.

- Miałem szczęście - odparł zwyczajnie Meade. - Dobrze trafiłem.

- Ona… - Brooke była zaskoczona. - Twoja matka użyła tego samego słowa.

- Jakiego? Szczęście?

- Tak. Powiedziała, że ma szczęście, mając ciebie i twoje siostry. - Brooke 

była   zdziwiona   takim   stawianiem   sprawy.   Większość   matek,   które   znała,   nie 

myślała w taki sposób. Matki te kochały oczywiście swe dzieci; ale wszystkie uwa-

żały posiadanie potomstwa za rzecz oczywistą.

Meade   przesunął   dłoń   z   ramienia   na   policzek   Brooke   i   odwrócił   twarz 

dziewczyny tak, by mógł spojrzeć jej w oczy.

- Czasami wszystko się udaje - powiedział łagodnie. Po czym pochylił się i 

pocałował ją.

- Meade?

- Hm?

- Jest jeszcze coś…

- Wiem. Aaa… - ziewnął. - Przepraszam. Powinniśmy wejść do domu. Daj 

background image

mi tylko kilka minut na odzyskanie siły.

Brooke zaśmiała się lekko i pocałowała go w szyję. Poczuła słony smak 

potu.

- Nie. Jeśli chcesz, możemy tu spędzić całą noc. Zastanawiałam się tylko nad 

czymś, co powiedział Kevin.

Meade uniósł głowę i spojrzał na dziewczynę. Zawsze marzył, że kocha się z 

piękną kobietą w środku podzwrotnikowego lasu. Miał uczucie, że to pragnienie 

może się spełnić.

-   Czy   to   coś,   co   może   zostać   użyte   przeciwko   mnie?   -   spytał   żartem, 

muskając opuszkami ciało Brooke.

- Ja… hm… - Brooke przymknęła oczy, poddając się tej pieszczocie. Nagle 

ocknęła się. - O czym mówiłam?

Meade pokazał w uśmiechu śnieżnobiałe zęby.

- Zastanawiałaś się nad czymś, co powiedział Kevin.

- Ach, tak. Ja… kim jest Urszula?

Przez chwilę Meade był całkowicie zaskoczony. Dopiero po chwili dotarł do 

niego sens pytania.

- Ach, Urszula - powiedział, przypominając sobie żarty Brooke na temat 

hodowli afrodyzjaków. - Tak. Mężczyzna, z którym była hm… związana, mieszkał 

kiedyś w mieszkaniu, które teraz zajmujesz.

- Hm… - Brooke domyślała się tego. - Kevin mówił, że on, Paul i Joey 

czasami ją odwiedzali.

background image

- Jasne. Urszula uwielbiała być adorowana.

- Mówił, że odwiedzali ją w twoim mieszkaniu.

- Zazdrosna?

Brooke   zastanowiła   się.   Czy   była   zazdrosna?   Tak,   oczywiście,   że   była. 

Wiedziała, że nie jest pierwszą kobietą w życiu Meade’a. I pogodziła się z tym. Ale 

Urszula była inna. Kevin rozpromienił się wręcz na jej wspomnienie.

- Jestem tylko ciekawa - powiedziała wreszcie. - Kevin wyrażał się o niej w 

pewien szczególny sposób.

- Był jednym z jej największych wielbicieli. Nie miał nawet nic przeciwko 

temu, że lubiła go ściskać.

- Ściskać?

- Tak. Urszula była pod wieloma względami do ciebie podobna.

- Do mnie? - czegoś takiego nie spodziewała się usłyszeć.

- Taaak. Była niezwykle… zwinna - sięgnął niżej.

 Zwinna? - Brooke poczuła jego pieszczoty.

- Wijąca się - powiedział powoli. Dotyk jego dłoni był jeszcze wolniejszy.

- Wi… wijąca się.

- Lśniąca.

- Lśniąca?

- Uwielbiała, gdy się ją dotykało…

background image

Brooke zagryzła wargi, próbując powstrzymać jęk rozkoszy.

- Alison i Sara uważały, że była śliska. - Meade zniżył głos.

- Co? - Brooke odrzuciła do tyłu głowę i chwyciła jego przedramię.

-   Oczywiście,   że   nie   była.   -   Pocałował   jej   podbródek.   -   Jednak   była 

zimnokrwista.

- Zimno… - Brooke usiłowała złożyć te szczegóły w całość. Przypominało to 

próbę skompletowania układanki podczas trzęsienia ziemi. - Ty chyba… Meade! 

Mówisz o niej w taki sposób, jakby była wężem!

- Bo rzeczywiście nim była - uśmiechnął się szelmowsko.

Chrzest   małego   Jonathana   Wildinga   odbył   się   następnego   dnia,   późnym 

popołudniem. Brooke była zdania, że chłopczyk sprawował się wspaniale, mimo 

donośnego   krzyku   w   najbardziej   podniosłym   momencie   uroczystości.   Było   to 

jednak całkowicie zrozumiałe i w związku z tym wybaczalne,

- Na pewno myślicie sobie, że wy zareagowalibyście ze stoickim spokojem, 

gdyby ktoś zbudził was, lejąc na głowę zimną wodę? - Brooke zwróciła się z tym 

pytaniem do Ethana i Meade’a. Po ceremonii w domu Wildingów odbywało się 

skromne   przyjęcie.   Obydwaj   mężczyźni   wymieniali   żartobliwe   uwagi   na   temat 

background image

silnych płuc małego Jonathana.

- Czy nie zachowałeś się podobnie wobec mnie w college’u? - Meade spytał 

Ethana.

- Co? Zbudziłem cię, lejąc ci wodę na głowę? - usiłował sobie przypomnieć 

Ethan. - Wiesz, chyba masz rację. Zdaje mi się, że coś takiego wydarzyło się w 

czasie sesji po pierwszym semestrze. Uczyłeś się przez dwie noce i nie mogłem 

dobudzić cię na egzamin z literatury.

- I co? Zareagowałem z zimną krwią?

- Cóż, o ile mnie pamięć nie myli, prawie złamałeś mi nos.

- Ale na pewno nie wrzeszczałem - Meade wykonał obronny gest ręką.

- Nie, chyba nie - powiedział wolno Ethan, - Wydaje mi się, że to ja byłem 

tym, który wrzeszczał.

- Niedaleko pada jabłko od jabłoni - zacytował Meade.

- O, czyżby? - Brooke usiłowała powstrzymać śmiech.

- A oto gwiazda dzisiejszego przedstawienia - ogłosiła Jazz, pojawiając się z 

synem.

- A co się stało z jego strojem koronacyjnym? - spytał Meade, obserwując 

swego chrześniaka. Niezwykle delikatnie pogładził pulchny policzek niemowlęcia.

-   Masz   na   myśli   ubranie   do   chrztu,   ty   grecko-irlandzki   barbarzyńco?   - 

zażartował z bostońską wyniosłością Ethan.

- Wszystko jedno. Szaty cesarskie. - Meade puścił oko do Brooke. - Cały ten 

biały kłąb materii, w który to biedne dziecko było zawinięte.

background image

- Mówisz o tradycjach rodzinnych Wildingów - powiedziała Jazz z dumą w 

głosie. - Ethan też miał to kiedyś na sobie.

- Naprawdę? Ethan w dziedzicznych koronkach? - Meade uniósł brwi. W 

jego   głosie   brzmiała   ciekawość,   jakby   chciał   zobaczyć   zdjęcie,   upamiętniające 

tamto wydarzenie.

- Dziękuję ci, kochanie - sucho zwrócił się do żony Ethan.

- Zawsze do usług - odparła z filuternym uśmiechem, po czym spojrzała na 

Brooke. - Czy zechciałabyś potrzymać go przez chwilę?

-   Oczywiście.   -   Brooke   ostrożnie   wzięła   w   ramiona   śpiące   niemowlę   i 

przytuliła je do siebie. Przesunęła palcem po meszku rudoblond włosów. Nagle 

chłopczyk   podniósł   delikatne   powieczki,   spojrzał   na   dziewczynę   ogromnymi, 

błękitnymi oczami, po czym ziewnął szeroko. Brooke uśmiechnęła się do malca i 

łagodnym głosem wyszeptała jego imię.

-   Domyślam   się,   że   twój   pierworodny   będzie   nosił   wyłącznie   paciorki   i 

pióra,   a   chrzest   odbędzie   się   przez   zanurzenie   w  Amazonce?   -   zwrócił   się   do 

Meade’a Ethan, trącając go przy tym łokciem.

Meade przyglądał się Brooke. Jej blond włosy zostały gładko zaczesane i 

upięte w kok. Miała przepiękny profil. Zarys jej pełnych warg był tak uroczy, jak 

poranek w letni dzień.

„Tak”, pomyślał. „O tak”.

- Kto wie - odpowiedział przyjacielowi.

background image

Gdy   wracali   do   domu,   Brooke   poczuła   dziwny   niepokój.   Po   drodze 

rozmawiali niewiele. Jej towarzysz wydawał się spięty i nieobecny myślami. Po 

kilku nieudanych próbach nawiązania rozmowy Brooke zamilkła także. Może to i 

lepiej, pomyślała. O ile Meade doskonale maskował swoje uczucia, to z jej twarzy 

zawsze można było wszystko wyczytać. Dojechali wreszcie do domu.

- Skończyłam już czytać szkic twego wykładu - dziewczyna spróbowała po 

raz kolejny. - Może masz ochotę wejść?

- Jasne - zgodził się, kiwając głową. Ręce trzymał w kieszeniach spodni. - 

Pozwól tylko, że się przebiorę.

- OK.

Gdy   otwierała   drzwi,   zadzwonił   telefon.   Brooke   pobiegła   do   kuchni   i 

podniosła słuchawkę.

- Halo?

- Brooke?

- Witam, mamo - odpowiedziała, niezbyt zaskoczona. Matka dzwoniła do 

niej prawie co tydzień. Brooke zsunęła buty i rozprostowała palce.

- Gdzie byłaś, kochanie? Od wielu godzin usiłuję się do ciebie dodzwonić.

background image

- Byłam na chrzcie. Pamiętasz, mówiłam ci, że będę matką chrzestną.

- Och, tak. Rzeczywiście. Dziecka, któremu pomogłaś przy narodzinach.

- Zgadza się.

-   Wiesz,   Brooke,   myślałam   o   tym.   To   musiało   być   dla   ciebie   straszne 

przeżycie.

Mogła znieść współczucie, lecz nie litość. Matka nieustannie użalała się nad 

nią, biedna Brooke, biedna bezpłodna Brooke. To był jeden z powodów jej wyjazdu 

z Connecticut.

-   Co   musiało   być   tak   straszne?   Pomoc   przy   narodzinach   Jonathana,   czy 

zostanie   jego   matką   chrzestną?   -  Brooke   zdawała   sobie   sprawę   z   tego,   że   jest 

niesprawiedliwa, lecz nie mogła się powstrzymać przed złośliwością.

- Cóż, chyba jedno i drugie.

- Nie byłam sama, mamo.

- Mówisz o tym antropologu, z którym ostatnio mieszkasz?

- On jest etnobotanikiem. - Brooke postanowiła nie komentować określenia 

„mieszkasz”.

- Tak… tak. Czy on wie o tym, kochanie. To znaczy o twoim… problemie?

Brooke zacisnęła palce na słuchawce.

- Nie. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. On i ja… nie.

- Czy to jeden z tych mężczyzn, którzy nie chcą mieć dzieci?

- Mamo - pomyślała o tym, jak Meade zachowuje się w towarzystwie swych 

background image

siostrzeńców   i   siostrzenic.   I   przy   Jonathanie.   Pomyślała   o   tym,   co   usłyszała 

poprzedniego dnia od jego siostry. O podsłuchanej rozmowie z ojcem.

- To robi różnicę, kochanie.

- Wiem, że to robi różnicę! - wykrzyknęła Brooke. - Mamo, nie chcę o tym 

rozmawiać. Rozumiesz? Proszę, nie mówmy o tym.

Na drugim końcu linii zaległa cisza.

-   Doskonale   -   powiedziała   wreszcie   matka.   -   Nie   będziemy   o   tym 

rozmawiać. Nie chciałam cię zdenerwować.

Brooke westchnęła.

- Wiem, mamo, wiem. Nie chciałam cię urazić. To tylko… och, nieważne. 

Czy zadzwoniłaś z jakiegoś konkretne go powodu?

Kolejna chwila ciszy.

- Mamo?

- Nie jestem pewna, czy powinnam ci teraz o tym mówić.

- Oczywiście, że powinnaś - odparła, czekając w napięciu.

- Właściwie, to twoja siostra mi o tym powiedziała.

- Co się stało, mamo?

- Mówiła, że powinnaś dowiedzieć się o tym od kogoś z rodziny. Chodzi o 

Petera.

Brooke przełknęła ślinę i milczała przez kilka sekund.

-   Co   z   Peterem?   -   spytała   wreszcie.   Nigdy   nie   powiedziała   matce   całej 

background image

prawdy o przyczynach rozpadu ich małżeństwa.

- Jego żona jest w ciąży, kochanie.

Brooke po raz kolejny poczuła ukłucie w sercu. Zamknęła oczy.

- To kolejny dowód na to, że z mojej winy nie mieliśmy dzieci, prawda? - 

odparła z goryczą. - Peter jest z pewnością bardzo, bardzo szczęśliwy.

- Brooke…

„Dlaczego? Naprawdę chcesz wiedzieć, dlaczego? Bo jestem mężczyzną, a 

ty nie  możesz  dać  mi tego,  czego  potrzebuję! Nie  potrafisz  dać mi  syna  i nie 

potrafisz dać mi satysfakcji w łóżku! Jesteś nie tylko bezpłodna, ale także oziębła!”

To tylko część prawdy. Co do jednego Peter nie miał racji i Brooke wiedziała 

o tym. Nie była oziębła.

Ale była…

- Brooke…

-   Cieszę   się,   że   mi   o   tym   powiedziałaś,   mamo   -   uprzejmie   powiedziała 

Brooke. - Ale teraz muszę już kończyć.

- Cóż…

- Ucałuj tatę. Wkrótce do ciebie zadzwonię.

- Czy wszystko…

- Nic mi nie jest, mamo. Naprawdę. Po prostu muszę kończyć. Czekam na 

kogoś.

- Cóż, jeśli jesteś pewna…

background image

- Jestem. Dobranoc, mamo.

- Dobranoc, Brooke.

Brooke odłożyła słuchawkę. Cała się trzęsła ze zdenerwowania.

- Brooke?

Drżenie ustąpiło. To był głos Meade’a dochodzący z salonu.

- Jestem w kuchni - starała się zapanować nad swym głosem.

Meade wszedł w chwilę później. Jego widok wstrząsnął nią tak bardzo, że 

prawie ugięły się pod nią kolana.

- Myślałam, że poszedłeś się przebrać - powiedziała.

Meade wciąż miał na sobie elegancki, granatowy garnitur.

Ten sam, co wówczas, gdy przyniósł jej kwiaty. Potrząsnął przecząco głową.

- Doszedłem do wniosku, że to, co chcę ci powiedzieć, wymaga oprawy 

-powiedział poważnie.

Dziewczyna, wiedziona instynktem, oparła się o blat stołu.

- Co… co chcesz mi powiedzieć? - spytała.

- Wyjdź za mnie, Brooke.

background image

ROZDZIAŁ 9

„Wyjdź za mnie, Brooke”.

Cztery słowa. Cztery zwykłe słowa.

Brooke   miała   wrażenie,   jakby   cały   świat   zatrzymał   się.   Jej   serce   także 

przestało bić.

W pierwszej chwili czuła tylko radość.

Ale trwało to moment.

Jej   serce   zaczęło   znowu   bić.   Brooke   przypomniała   sobie   o   potrzebie 

oddychania.

- Wyjść za ciebie? - powtórzyła cicho. Nigdy nawet nie marzyła…

Nie, nieprawda. Marzyła, i to często!

Ileż razy przyglądała się temu mężczyźnie, gdy spał, i ukradkiem, gdy byli w 

towarzystwie, wyobrażając sobie. jak wyglądałoby ich wspólne życie.

Ileż razy, leżąc w jego ramionach, marzyła o wspólnej przyszłości, która nie 

będzie jej udziałem.

Ale on nigdy nie powiedział, nawet nie wspomniał...

I po raz kolejny Meade odgadł, gdzie biegną jej myśli.

-  Wiem   -   powiedział,   wykonując   gest   poddania   się   jakiejś   potężnej   sile. 

background image

Brooke   przyglądała   się   jego   rękom,   zgrubieniom   opuszek,   długim,   mocnym 

palcom. Pamiętała ich dotyk. - Wiem, powinienem powiedzieć to delikatniej. Prze-

bacz mi, kochana. Nigdy jeszcze nie zrobiłem… nigdy jeszcze nie czułem… - 

potrząsnął głową, oczy mu błyszczały. - Wyjdź za mnie. Proszę. Wyjdź za mnie.

Zapadła cisza, którą przerwała Brooke. 

- Dlaczego?

Meade   przez   chwilę   wydawał   się   zaskoczony,   jakby   nie   był   pewny,   czy 

zrozumiał pytanie. Brooke wpatrywała się w małą zmarszczkę na jego czole. I 

nagle rozchmurzył się.

-   Ponieważ   cię   kocham   -   odpowiedział   z   prostotą.   -   Nigdy   ci   tego   nie 

mówiłem, prawda? Na Boga, a powinie nem. Kocham cię, Brooke. Chcę, żebyśmy 

byli razem. Mieli rodzinę. Możemy mieć wszystko, kochanie.

Podszedł   bliżej   i   objął   ją.   Przytulił   do   siebie   z   bezgraniczną   czułością. 

Brooke poczuła na skroni jego wargi, muśnięcie oddechu we włosach.

Wspólne życie. Rodzina. To były jego słowa.

-   Naprawdę   cię   zaskoczyłem   -   zamruczał   ze   skruchą.     Brooke   odniosła 

wrażenie, że w jego głosie słychać było niepewność. - Przepraszam. Chciałem to 

zrobić inaczej. Wracając z ceremonii, wchodząc po schodach, wciąż powtarzałem 

w myślach to, co chcę ci powiedzieć. Ale zamiast tego, po prostu wszedłem i 

wyrzuciłem z siebie wszystko.

Brooke odwróciła głowę, pragnąc spojrzeć mu w oczy.

- Podjąłeś tę decyzję podczas chrztu? - spytała. - To wtedy…

Meade pogładził kciukiem jej plecy. Nie był w stanie zapanować ani nad 

background image

swymi dłońmi, ani nad głosem.

- To była sprawa nie tyle decyzji, co… przeświadczenia.  Myślę, że gdzieś w 

głębi   duszy   od   samego   początku   wiedziałem,   że   to   ty   jesteś   tą   kobietą,   którą 

zawsze pragnąłem znaleźć, choć zacząłem już wątpić w jej istnienie. Ale dziś, w 

czasie chrztu, widząc cię z Jonathanem - to było jak objawienie. Sposób, w jaki go 

trzymałaś w ramionach, troska w twoich oczach. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, 

jak pięknie wówczas wyglądałaś. Cały czas myślałem o tym, co by było, gdyby 

Jonathan był naszym synem. Wyobrażałem sobie… na Boga, niewiele brakowało, a 

poprosiłbym cię o rękę właśnie tam.

- Meade…

- A wczoraj, gdy byliśmy u moich rodziców… - pochylił głowę i ucałował jej 

wargi. - Wyjdź za mnie - nalegał miękko, obsypując kąciki jej warg pocałunkami 

lekkimi, jak muśnięcie motyla. Brooke nie mogła powstrzymać jęku rozkoszy.

„Wyjdź za mnie” - brzmiały jego słowa.

„Bądź moją żoną, matką moich dzieci” - to właśnie miał na myśli.

Zaczerpnęła głęboko powietrza, próbując opanować skutki jego pieszczot. 

Tlen wypełniający płuca zdawał się palić jej wnętrze.

- Nie mogę - wyszeptała sucho.

Miała wrażenie, że dotarł do niego tylko dźwięk, a nie treść słów. Meade 

uniósł gwałtownie głowę i spojrzał jej w oczy. Zatrzymał ręce, jeszcze przez chwilę 

gładząc jej plecy.

- Co? - spytał.

- Nie mogę cię poślubić, Meade.

background image

Zbladł pod opalenizną. Jego twarz wyrażała ból, jakby przed chwilą otrzymał 

silny cios.

- Dlaczego?

- Bo… - powinna mu powiedzieć. Powinna mu powiedzieć to teraz. A jeśli to 

zrobi?

Meade nie odrzuciłby jej w taki sposób, jak uczynił to Peter. Była o tym 

przekonana. Nie, to, co by zrobił, byłoby gorsze, znacznie gorsze.

Powiedziałby jej, że to nie ma znaczenia. Że ją kocha i mimo wszystko 

pragnie   poślubić.   Że   posiadanie   dzieci   nie   jest   dla   niego   aż   tak   istotne. 

Powiedziałby jej to wszystko. i być może nawet sam by w to uwierzył... na jakiś 

czas.

Ale ona by w to nie uwierzyła.

Brooke doskonale wiedziała, jak bolesne jest marzenie o posiadaniu dzieci i 

niemożność zrealizowania tego pragnienia. Nie mogła świadomie przenieść tego 

bólu na mężczyznę, którego kochała. A kochała Meade’a O’Malleya.

Wcześniej nie przyznawała się do tego nawet przed sobą, ale teraz to do niej 

dotarło. Zakochała się w nim już w chwili, gdy go ujrzała po raz pierwszy. 

- Brooke? 

- Meade, nie - powiedziała, potrząsając głową. - Nie mogę.

- Nie mogę to jeszcze nie powód! - Bladość jego twarzy ustąpiła miejsca 

rumieńcowi gniewu.

- Proszę.

background image

- Co, proszę? - zapytał. Z jego oczu leciały szafirowe skry. - Brooke, czy ty 

mnie kochasz?

Pytanie to prawie ją załamało.

- Tak, kocham cię! - Dobry Boże, nigdy nie sądziła, że stać ją będzie na tak 

silne uczucie w stosunku do kogokolwiek.

Zobaczyła, jak muskuły w jego szczupłej twarzy zadrgały.

- Kochasz mnie - powtórzył z trudem. - Ale niewystarczająco, aby mnie 

poślubić, czyż nie?

Brooke   nie   chciała,   aby   zobaczył   jej   twarz.   Pochyliła   głowę,   Z   jakiegoś 

niewiadomego   powodu   jej   pamięć   przywołała   wspomnienie   tamtej   nocy,   gdy 

usiłowała wyjawić mu prawdę o sobie i swoim małżeństwie, a on ją przed tym 

powstrzymał.

Co mogła mu powiedzieć? Że kocha go zbyt mocno, aby go poślubić?

Meade chwycił dwoma palcami jej brodę tak, że musiała patrzeć mu w oczy.

- Czy tak jest? - spytał ostro. - Kochasz mnie wystarczająco na to, aby być 

moją kochanką, lecz za mało, aby zostać żoną? Kochasz mnie na tyle mocno, że 

możemy dzielić łóż ko, ale nie życie.

- Meade…

Puścił ją i cofnął się o krok. Dłonie miał zaciśnięte w pięści.

- Do diabła, powiedz mi wreszcie, dlaczego?

- Nie mogę.

background image

- To znaczy, że nie chcesz.

Zdesperowana, powiedziała pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy.

- Byłam już kiedyś mężatką… - przerwała na widok zaskoczenia w jego 

oczach.

- Czyżbyś sądziła, że małżeństwo ze mną będzie podobne do tamtego? - 

spytał strasznym głosem. Zaklął wulgarnie i odwrócił się.

Zanim Brooke zorientowała się co zaszło, jego już nie było.

- Meade! - zawołała. O Boże, Boże, co ona takiego zrobiła!

Udało się jej jakoś dotrzeć na podest piętra. Meade był już przy drzwiach 

wyjściowych.

-   Meade!   -  Tym   razem   jego   imię   z   trudem   przedarło   się   przez   ściśnięte 

gardło.

Otworzył kopnięciem drzwi.

- Dokąd idziesz? 

Usłyszał, lecz nie odwrócił się.

- Byle dalej stąd - brzmiała odpowiedź.

Zatrzasnął za sobą drzwi z taką siłą, że cały dom zatrząsł się w posadach. W 

chwilę później Brooke usłyszała odgłos odjeżdżającego samochodu.

background image

Tej nocy Meade nie wrócił do domu.

Brooke stała na schodach i czekała… czekała…

Z początku płacz przynosił jej ulgę. Łkała, usiłując ukoić ból i poczucie 

winy, złość i rozpacz. Pomagało. Ale po kilku godzinach okazało się, że zabrakło 

jej łez. Czuła bolesną pustkę.

Cały dom zdawał się cierpieć wraz z nią.

Wciąż pamiętała twarz Meade’a, gdy spytał, czy małżeństwo z nim będzie 

podobne do małżeństwa z Peterem.

Wciąż słyszała ten ból w jego głosie.

Wpatrywała się w drzwi wejściowe, wciąż słysząc huk. z jakim zatrzasnął je 

za sobą.

„Dokąd idziesz?”

„Byle dalej stąd”.

Przecież musiał wrócić.

Jeśli nie wróci… ona musi go odnaleźć.

background image

Następnego   ranka   Brooke   zdecydowała   się   pójść   do   pracy.   Być   może, 

przekonywała samą siebie, być może Meade pojawi się w WIWE.

Zrobiła co tylko było w jej mocy, aby ukryć skutki bezsennej nocy. Lecz bez 

względu   na   to,   jak   grubą   warstwę   pudru   nałożyła,   jej   twarz   wciąż   była 

wymizerowana.

„Dokąd idziesz?”

„Byle dalej stąd”.

Usiłowała nie myśleć o tym, że dla Archimedesa Xaviera O’Malleya mogło 

to oznaczać każdy zakątek kuli ziemskiej. Każdy.

Próbowała o tym nie myśleć… ale weszła do jego mieszkania, by sprawdzić, 

czy   paszport   wciąż   leży   w   szufladzie.   Wiedziała   dokładnie,   gdzie   go   szukać. 

Któregoś dnia, gdy rozmawiali o jego podróżach, pokazywał jej ten dokument.

Leżał tam wciąż, z pozaginanymi rogami i poplamionymi stronami. Pełen 

egzotycznie   wyglądających   stempli   granicznych   i   zaświadczeń   o   szczepieniach. 

Dotknęła niebieską książeczkę z taką czułością, z jaką dotykała jej właściciela.

Notatka, pomyślała. Powinna zostawić notatkę, na wypadek, gdyby Meade 

wrócił,   a   jej   by   nie   było   w   domu.   Trzęsącymi   się   palcami   szukała   kartki   i 

długopisu. Napisała jego imię, potem trzy zdania i podpisała się.

Proszę, modliła się, czytając to, co napisała. Proszę.

background image

Nagły dźwięk telefonu przestraszył ją tak, że prawie podskoczyła. Podniosła 

słuchawkę.

- Halo? - powiedziała i wstrzymała oddech.

- Halo? - usłyszała czysty, chłopięcy głos.

- Kevin? - Brooke ciężko wypuściła powietrze.

- Pani Livingstone? - chłopiec był zdziwiony i uradowany zarazem.

- Tak, to ja.

- Jak to się dzieje, że odebrała pani telefon u wujka?

- Słyszałam dzwonek, więc odebrałam.

- Macie ten sam numer telefonu? To dlatego, że mieszkacie w tym samym 

domu? - spytał po chwili przerwy.

- Nie, Kevin, nie.

- Och, myślałem tylko… co? Poczekaj proszę chwilę. - Z drugiego końca 

linii dochodziły jakieś niewyraźne dźwięki. - Wcale się nie narzucam, Saro! Wujek 

Meade mówił, że mogę do niego zadzwonić. Tak, tak powiedział. I mama też się 

zgodziła. Co? Rozmawiam z panią Livingstone. Hm? Nie! Wynoś się! Nigdy nie 

pozwalasz   mi…   no   dobrze,   OK.   zgoda   -   znów   niewyraźne   głosy.   -   Pani 

Livingstone?

- Tak, wciąż jestem.

- To była moja głupia siostra, Sara. Prosi, żeby panią pozdrowić.

- Pozdrów ją, proszę, ode mnie.

background image

-   Jasne.  To   znaczy,   o   ile   jeszcze   ze   sobą   rozmawiamy.  Wie   pani,   wujek 

Meade mówił, że ja, Joey i Paul powinniśmy być wyjątkowo mili dla Sary i Alison, 

bo przechodzą właśnie ten, jak to powiedzieć… okres dojrzewania. No, nie wiem. 

To znaczy, wujek Meade mówił, że to jest normalne, że one się tak zachowują, 

ale… - Brooke niemalże widziała, jak jej mały rozmówca marszczy z niesmakiem 

piegowaty nos. - Nieważne. Chciałbym porozmawiać z wujkiem Meade’em.

Brooke wiedziała, że taka prośba padnie prędzej czy później.

- Nie ma go teraz w domu.

- O? Jak to?

- Wyszedł.

- Pobiegać? Czasami robi to w…

- Nie, nie pobiegać - przerwała szybko. Coś przyszło jej do głowy. - Czy… 

czy mieliście na dzisiaj jakieś wspólne plany?

- Nie - padła posępna odpowiedź. - Ale mówił, że moglibyśmy się gdzieś 

wypuścić w tym tygodniu. Byle nie w środę. W środę idę z tatą na baseball. Tata i 

ja mamy swoje męskie wyjścia, wie pani? Tyko on i ja. Bez Sary. Boja myślę, że 

ona doprowadza go też do szału, tylko że on nie może jej tego powiedzieć, bo 

wtedy ona mogłaby dostać tego jakiegoś kompleksu. Co za głupoty! - Chłopiec 

westchnął ciężko. - Bzdury. Szkoda, że wujka nie ma w domu. Może mu pani 

powiedzieć, że dzwoniłem? To znaczy, jak wróci do domu. Proszę.

-   Wychodzę   teraz   do   pracy,   ale   zostawię   mu   wiadomość,   dobrze?   - 

odpowiedziała Brooke, usiłując mówić normalnym głosem.

- Jasne, w porządku. - Najwyraźniej spodobał mu się ten pomysł. - Niech mu 

background image

pani napisze, że proszę go o telefon, dobrze? Dziękuję.

- Proszę bardzo.

- Proszę pani?

- Tak, Kevinie?

- Czy dobrze się pani czuje? Mówi pani takim dziwnym głosem.

Brooke   niespodziewanie   odkryła,   że   nie   udało   się   jej   jeszcze   wypłukać 

wszystkich łez. Wytarła palcami oczy.

-   Nic   mi   nie   jest   -   skłamała,   mając   nadzieję,   że   mówi   to   z   większym 

przekonaniem niż kiedyś, w mieszkaniu Meade’a.

Tego   dnia   Meade   nie   pokazał   się   w  WIWE,   byli   tam   jednak   jego   różni 

znajomi. Brooke próbowała, tak dyskretnie, jak tylko mogła, dowiedzieć się, czy 

ktoś widział go od poprzedniej nocy. Niestety, bezskutecznie.

-   Meade   O’Malłey?   -   odparł   któryś   z   uśmiechem   podziwu   i   lekkim 

wzruszeniem   ramion.   -  Aż   do   wczoraj   nie   wiedziałem   nawet,   że   wrócił   już   z 

Brazylii. Przysięgam, ten facet pojawia się i znika jak klucz wędrownych gęsi. 

background image

Tylko   że   klucz   gęsi   przemieszcza   się   według   pewnego   wzoru,   a   Meade… 

Słyszałaś, jak kiedyś…

Brooke   słyszała   i   to   od   wielu   już   osób.   Początkowo   nie   wierzyła   w   te 

opowieści, ale teraz…

Zadzwoniła do niego do domu, później do biura. Powtarzała te czynności 

wielokrotnie. I za każdym razem wsłuchiwała się w nie kończący się, regularny 

sygnał. Bez odpowiedzi.

„Dokąd idziesz?”

„Byle dalej stąd”.

- Byle dalej ode mnie - wyszeptała z rozpaczą, po raz kolejny odkładając 

słuchawkę. Było już popołudnie. Od cza su, gdy po raz ostatni go widziała, minęły 

prawie dwadzieścia cztery godziny.

Podniosła głowę i spojrzała na wypchanego sępa, wiszącego jak zwykle pod 

sufitem.   Złowieszczo   wyglądający   przykład   sztuki   anonimowego   rzemieślnika 

przypatrywał się jej uważnie swymi szklanymi oczami, kołysząc się lekko na swej 

uwięzi.

A jeśli coś mu się stało? - spytała samą siebie, zagryzając dolną wargę. A 

jeśli jest… ranny?

- Brooke?

Dziewczyna niemal podskoczyła. W drzwiach pokoju stał Daniel Quincy, 

trzymając w ręku stertę papierów.

- Tak, panie Quincy? - spytała z niepokojem. Wiedziała, że już rano musiał 

zauważyć jej podkrążone oczy i bladość twarzy. Ale, poza narzekaniem na temat 

background image

ilości   unoszących   się   w   powietrzu   pyłków   kwiatowych,   nie   usłyszała   żadnego 

komentarza   dotyczącego   jej   wyglądu.   I   była   wdzięczna   star  szemu   panu   za 

delikatność.

Siwowłosy mężczyzna wszedł do pokoju i położył na biurku trzymane w 

ręku papiery.

- To wstępny szkic  Meade’a na temat dorzecza Xingu - wyjaśnił. - Gdy 

będzie pani miała wolną chwilę, prosiłbym o zrobienie dwóch kopii.

- Oczywiście - Brooke wstała z fotela.

- Proszę mi powiedzieć, czy miała pani swój udział w przygotowaniu tych 

materiałów?

-   Cóż   -   nie   była   całkowicie   pewna,   czy   właściwie   zrozumiała   pytanie.   - 

Meade   prosił,   żebym   to   przeczytała.   Zaproponowałam   wprowadzenie   kilku 

drobnych zmian - i tyle.

- Hm. Wydawało mi się, że zauważyłem wpływ pani zręcznego pióra.

- Dziękuję. - Komplement zaskoczył ją i wzruszył.

- Proszę bardzo. - Na twarzy Daniela Quincy zagościł cień uśmiechu, jakby 

starszy pan delektował się jakimś miłym wspomnieniem. - Pamiętam, że Gaby 

Browning często robiła korektę prac Sebastiana. I całe szczęście. Ten człowiek był 

geniuszem w terenie. Ale prawdę mówiąc, gdy musiał coś napisać, szło mu to jak 

po   grudzie.   Był   także   najgorszym   mówcą,   jakiego   kiedykolwiek   słuchałem.   - 

Mówiąc te słowa, Daniel odwrócił się do wyjścia.

Brooke pochwyciła papiery i przycisnęła je do piersi. Poczuła pieczenie w 

gardle. Znała swego szefa na tyle dobrze, by wiedzieć, że jego ostatnie zdania były 

background image

czymś więcej niż tylko przypadkową wzmianką.

- Proszę pana? - spytała.

- Tak? - spojrzał pytająco.

- Czy… czy rozmawiał pan dziś z Meade’em?

Daniel Quincy zastygł na moment. Uniósł srebrne, krzaczaste brwi.

- Nie, moja droga. Niestety nie. Przykro mi. Ale jestem pewien, że się do 

pani odezwie.

Brooke   wróciła   do   pustego   domu.   Obydwie   karteczki,   które   zostawiła 

przypięte do drzwi, były nadal, nietknięte i przez nikogo nie czytane.

Dziewczyna   przesiedziała   na   werandzie   kilka   długich   godzin,   patrząc   na 

zachodzące   słońce,   zastanawiała   się   co   robić.   Wciąż   obawiała   się,   czy   nie 

przytrafiło   mu   się   nic   złego.   Znalazła   się   w   takim   punkcie,   że   obchodziło   ją 

wyłącznie to, czy Meade był cały i zdrów.

No, może nie wyłącznie… ale to wystarczyłoby jej na początek.

Tak bardzo go kochała! Próbowała postępować tak, jak uważała, że będzie 

najlepiej. Ale w zamian…

background image

Brooke otoczyła się ramionami, czując chłód, pomimo panującego upału. 

Coś nie wyszło. Coś się nie udało. Teraz gotowa była na każde poświęcenie, byle 

tylko to naprawić.

Wreszcie wstała i zadzwoniła do matki Meade’a.

Eleni O’Malley powiedziała jej, że nie miała od syna żadnej wiadomości od 

czasu, gdy się rozstali w niedzielę.

Brooke   niewiele   spała   tej   nocy,   choć   leżała,   tuląc   do   siebie   poduszkę 

przepojoną jego zapachem.

- Czy… czy wie pani, gdzie jest Meade? - z desperacją w głosie spytała 

Brooke. 

Obie   kobiety   spotkały   się   następnego   dnia,   krótko   po   południu.   Eleni 

O’Malley przyszła do Instytutu piętnaście minut wcześniej i zaprosiła Brooke na 

lunch. Ta początkowo opierała się, lecz matka Meade’a nalegała.

Starsza kobieta rozłożyła na kolanach papierową serwetkę.

- Nie - odpowiedziała. - Co zresztą nie jest niczym nie zwykłym.

Brooke   zagryzła   wargę   i   spuściła   wzrok.   Eleni   zaprosiła   ją   do   małej 

restauracji, w której podawano dania przygotowane na sposób domowy. Właściciel 

- „kuzyn”, jak go określiła, powitał je z otwartymi ramionami, i to dosłownie. 

Zamienił z Eleni kilka zdań po grecku, a następnie poprowadził obie kobiety do 

zacisznej loży w tylnej części sali. Po chwili przy stoliku pojawiła się kelnerka, 

przynosząc wino, pieczywo i nadziewane liście winorośli, po czym zniknęła, by się 

już więcej nie pojawić.

Brooke uniosła głowę.

background image

- Gdyby pani wiedziała, czy powiedziałaby mi? - spytała.

W ciemnych oczach Eleni widać było nie skrywane współczucie.

- Tak - odpowiedziała po chwili i uniosła brwi tak, jak czynił to Meade. - 

Zdawało mi się, że miałyśmy mówić sobie po imieniu,

Brooke z roztargnieniem skinęła głową. Sięgnęła do koszyka z pieczywem i 

zaczęła łamać w palcach wyjętą bułkę.

- Eleni… tak… tak się boję, że coś się z nim stało - wyznała. - To byłaby 

moja wina.

Eleni wyjęła pokruszoną bułkę z rąk Brooke.

- Do kłótni potrzeba dwojga - zauważyła cicho. Brooke wstrzymała oddech. - 

Kiedy rozmawiałyśmy wczoraj, użyłaś słowa „nieporozumienie”. Myślę jednak, że 

zdarzyło się coś więcej.

Brooke wysypała z dłoni okruszki pieczywa. Zaufanie, którym od pierwszej 

chwili obdarzyła Eleni, pomogło jej mówić szczerze.

- On… Meade oświadczył mi się - powiedziała wreszcie.

- No i? - Eleni nie wydawała się zbyt zaskoczona.

- Odmówiłam.

- Nie kochasz go? - starsza pani zmarszczyła brwi.

W słowach tych nie było oskarżenia, lecz Brooke zareagowała defensywnie.

- Oczywiście, że go kocham! - powiedziała gwałtownie, czując napływające 

do oczu łzy. Zamrugała gwałtownie, usiłując się nie rozpłakać. - Naprawdę go 

background image

kocham - powtórzyła bardziej miękko. - Kocham go tak bardzo…

-   Ciii…   -   uspokajająco   szepnęła   matka   Meade’a.   Brooke   wytarła   oczy 

papierową serwetką.

- Tak… tak mi przykro - wyjąkała.

- Przeżywasz to głęboko. Nie ma za co przepraszać. Miłość… umiejętność 

kochania to błogosławieństwo. Choć czasem także i ciężar. Proszę, czy możesz 

powiedzieć mi, dlaczego nie chcesz  poślubić mojego syna? - Eleni potrząsnęła 

głową.

Brooke zmięła serwetkę i odrzuciła ją na stół razem z kawałkami bułki.

- Ponieważ nie mogę dać mu tego, czego pragnie - od rzekła z determinacją.

Eleni była zaskoczona.

- Brookes… - zaczęła, szukając odpowiednich słów. - Brooke, widziałam 

was razem. Widziałam, w jaki sposób mój syn na ciebie patrzy, w jaki sposób ty 

patrzysz na niego.  Przez trzy tygodnie, zanim cię jeszcze poznałam, słyszałam, w 

jaki sposób o tobie mówił. I wiedziałam, że… myślę, że wszyscy wiedzieliśmy... - 

przerwała i pochyliła się. - Cóż to takiego, czego nie możesz mu dać?

Brooke poczuła, że się rumieni, po czym blednie. Jak tu odpowiedzieć na to 

pytanie?

„Nigdy nie bój się mówić prawdy”.

Brooke   pamiętała,   kiedy   Meade   powiedział   te   słowa.   Tamtej   nocy   nie 

żałowała niczego…

- Eleni, nie mogę dać twojemu synowi dziecka - powie  działa cicho. - Nie 

background image

mogę… nie mogę mieć dzieci.

Starsza kobieta zadrżała, lecz nie odzywała się.

-   To   jeden   z   powodów   rozpadu   mojego   pierwszego   małżeństwa   - 

kontynuowała Brooke. Zawahała się na moment.  - Ty… wiedziałaś, że byłam już 

zamężna?   -   spytała.   Jej   rozwód   był   jedną   z   niewielu   rzeczy,   o   których   nie 

rozmawiali z Francisem O’Malleyem w czasie ich pierwszego spotkania.

Eleni wolno pokiwała głową. Jej zazwyczaj słodki głos wydawał się teraz 

przytłumiony.

- Tak, wiedziałam. Meade powiedział o tym Francisowi wiele tygodni temu. 

A Francis oczywiście powtórzył to mi. Lecz mój syn nie mówił nic, że…

- Nie mógł. Nie wiedział… nadal nie wie. W moim małżeństwie z Peterem 

były   także   inne   problemy.   Meade   doskonale   je   rozumiał.   Myślę,   że   w   pewien 

sposób   nawet   lepiej   niż   ja   sama.   Lecz   wszystkie   te   problemy…   -   potrząsnęła 

głową. - Niemożność zajścia w ciążę to tak osobista porażka. Posiadanie dzieci jest 

czymś naturalnym. Najbardziej oczywistym w świecie. A gdy dowiadujesz się, że 

to, co oczywiste, jest dla ciebie nieosiągalne…

Spojrzała na matkę Meade’ a. Na jej twarzy nie widać już było zaskoczenia. 

Jego miejsce zajęło zrozumienie.

- Meade pragnie mieć dzieci - kontynuowała. - Powiedział mi o tym.

- Pragnie również ciebie - odparła Eleni. - Powiedział ci o tym, prosząc, abyś 

została jego żoną.

- Ale nie wiedział o tym, że nie mogę…

- Myślisz, że gdyby wiedział, nie zaproponowałby ci małżeństwa? - Słowa te 

background image

zabrzmiały jak wyzwanie.

- Ja…

- A gdyby było na odwrót? Gdybyś to ty wiedziała, że Meade nie może dać ci 

dziecka, którego tak pragniesz, a mimo to poprosiłby cię o rękę? Czy wówczas 

także byś mu odmówiła?

Brooke siedziała w milczeniu.

„O mój Boże” - pomyślała. - „Co ja zrobiłam!”

- Nie - odparła bez wahania.

To było jak objawienie. Brooke zdała sobie sprawę z tego, co uczyniła sobie 

i Meade’owi. Bała się jego współczucia, bo sama nie przestawała się nad sobą 

użalać. I bała się, bo w głębi duszy czuła, że zasługuje na to, by zostać odrzuconą.

Mówiła sobie, że godzi się na to. Nie godziła się z niczym. Pozwalała, by 

świadomość   bezpłodności   kierowała   jej   życiem.   Miała   wręcz   obsesję   na   tym 

punkcie!

- Och, och, Eleni… - spojrzała na matkę Meade’a.

- Wiem - czule odparła starsza pani. - Wiem. 

Brooke uwierzyła w to. Nie wiedziała dlaczego, lecz uwierzyła. 

- Jak…? - zaczęła.

- To teraz nie ma znaczenia - brzmiała stanowcza odpowiedź. - Ważne jest, 

że ty to wiesz.

- Wiem, że muszę go odnaleźć. Muszę… muszę mu wyjaśnić, aby zrozumiał. 

background image

- Brooke była gotowa na każde wyznanie. Na całą prawdę. Będzie się modliła, aby 

mogli potem zacząć wszystko razem.

- Uda ci się - zapewniła z uśmiechem Eleni. I dodała z figlarnym błyskiem w 

oczach: - Lecz najpierw musisz coś zjeść. Nie polecam mussaki. Nie potrafią jej 

tutaj przyrządzić.

Po raz pierwszy od prawie dwóch dni Brooke wybuchnęła śmiechem.

Meade O’Malley siedział w salonie swego mieszkania i wpatrywał się w 

kartkę, którą znalazł przypiętą do drzwi, kiedy wrócił do domu.

„Meade, wybacz. Nie odchodź, proszę. Kocham cię”. I podpis - „Brooke”.

Uraza, złość i zmieszanie spowodowały, że nie był sobą, kiedy wybiegł z 

domu, zatrzaskując  za sobą   drzwi.  Nie  zdawał sobie  sprawy z  tego,  dokąd się 

wybierał, wsiadając do samochodu - i niewiele go to obchodziło.

Przez   kilka   godzin   jeździł   po   ulicach   Bostonu,   aż   wreszcie   zaparkował 

samochód przy lotnisku. Spędził w poczekalni większą część nocy. Czuł na sobie 

background image

pytające spojrzenia, lecz znowu, niewiele go to obchodziło.

O świcie pojechał do Cambridge, do Muzeum Botanicznego. Strażnik nocny, 

z którym znali się od wielu lat, wpuścił go do środka bez zbędnych pytań.

Poszedł na czwarte piętro, do niewielkiego pokoju, który niegdyś zajmował 

Sebastian   Browning.   Jego   nauczyciel   i   przyjaciel   mieszkał   tam   przez   rok   po 

śmierci Gabrielle.

Przez   te   dwanaście   miesięcy   profesor   nie   robił   nic.   Odmówił   wszelkich 

dyskusji   na   temat   prac   badawczych,   prowadzonych   tuż   przed   śmiercią   żony. 

Któregoś dnia Medea zapytał go, co robił, zamknięty całymi dniami w pokoiku o 

powierzchni zaledwie kilku metrów kwadratowych.

- Siedziałem i zastanawiałem się, dlaczego - padła odpowiedź.

I   w   taki   właśnie   sposób   Meade   spędził   większość   minionych   trzydziestu 

sześciu godzin. W końcu doszedł do wniosku, że nie znajdzie tu odpowiedzi na 

wciąż powtarzane pytania.

I   wrócił   do   domu,   który   tak   gwałtownie   opuścił   przed   dwoma   dniami. 

Wrócił, i czekał na kobietę, która mogła wypełnić tę pustkę… i jego ramiona… i 

jego serce.

„Przebacz mi”.

Wszystko. Przebaczyłby jej wszystko. Miał nadzieję, że i ona mu przebaczy.

„Nie odchodź, proszę”.

Nie miał zamiaru odchodzić. Ani też pozwolić jej odejść.

„Kocham cię”.

background image

O, na Boga, oby to było prawdą. Nie chodzi o to, że nic więcej się nie liczy; 

po prostu nic innego nie liczyło się tak bardzo.

Później   zastanawiał   się,   jak   wytłumaczyć   swoje   postępowanie.   Słysząc 

samochód Brooke przed domem, po prostu wstał.

Bębny… naśladujące rytm uderzeń serca.

I śpiew. Czy ktoś śpiewał?

Brooke   usłyszała   dźwięki,   zanim   otworzyła   drzwi   wejściowe.   Gdy   już 

znalazła się wewnątrz, zorientowała się, że cała drży.

Drzwi mieszkania Meade’a były zamknięte.

Podeszła i zapukała. Raz. Drugi…

Drzwi   otworzyły   się   i   Brooke   ujrzała   mężczyznę,   którego   kochała. 

Mężczyznę o oczach jak morze oświetlone słońcem.

Otworzył ramiona.

Archimedes Xavier O’Malley był w domu… a ona razem z nim.

background image

ROZDZIAŁ 10

-   Jest   coś,   o   czym   muszę   ci   powiedzieć   -   odezwała   się   Brooke.   Kaseta 

skończyła się już dawno. Żadne z nich nie zwróciło na to uwagi. Muzyka była teraz 

w nich, grała w ich umysłach i ciałach.

Dziewczyna nie wiedziała nawet, jak dotarli na sofę w salonie. Ich drogę 

znaczyły   porozrzucane   buty,   jego   krawat,   jej   torebka,   jego   marynarka,   a   także 

kilkanaście spinek, które wypadły z jej włosów.

Meade trzymał ją w objęciach. Widział podkrążone oczy Brooke, rezultat 

wyczerpania i smutku. Blada, gładka skóra jej twarzy wydawała się ściślej niż 

niegdyś opinać policzki. W regularnych rysach ukochanej twarzy zauważył cienie, 

których wcześniej tam nie było.

Oprócz oznak stresu, napięcia i nie przespanych nocy, Meade dostrzegł jej 

nową siłę i pewność siebie. To tak, jakby nastąpiło pogodzenie tych wszystkich 

sprzeczności, które w niej wyczuwał.

A teraz, po gradzie pocałunków i pieszczot, powiedziała, że musi mu coś 

oznajmić.

- Cóż to takiego? - spytał niskim głosem,

Brooke zaczerpnęła powietrza.

- Po pierwsze - kocham cię. Kocham cię całym sercem. Całym… wszystkim. 

I to, co zrobiłam w niedzielę, było konsekwencją tej miłości. Pewnego rodzaju… 

zbłąkanej miłości - dodała, widząc cienie w jego oczach. - Teraz już wiem. To, co 

zrobiłam   w   niedzielę,   było   takim   samym   błędem,   jak   to,   co   zrobiłam,   gdy 

background image

kochaliśmy się po raz pierwszy.

- Brooke…

Potrząsnęła głową i położyła palec na jego ustach.

- Proszę, nie. Pozwól mi mówić. Kocham cię, Meade. I bez względu na to, co 

powiedziałam wtedy, chcę dzielić z tobą życie,

Więc   dlaczego?   -   nie   mógł   jej   o   to   zapytać.   Wiedział,   że   Brooke   musi 

powiedzieć to sama, bez ponaglania.

„Powoli”.

O to prosiła go od początku. W niedzielę nie rozmawiali spokojnie. Pozwolił, 

aby zawładnęły nim emocje. I to był błąd, olbrzymi błąd. Nie miał zamiaru go 

powtarzać.

Brooke przyglądała się jego twarzy. Wyglądał na wyczerpanego. Linie w 

kącikach oczu i wokół ust były głębsze niż wówczas, gdy widzieli się ostatnio. 

Zmysłowe   wargi   zdradzały   napięcie.   Na   brodzie   i   policzkach   rysował   się   cień 

zarostu.

Powiedział jej, jak spędził ostatnie dwa dni. Gdy z ulgą zobaczyła, że jest 

cały   i   zdrowy,   przyszło   uczucie   gniewu.   Domagała   się   odpowiedzi   na   pytanie, 

gdzie był. Wyjaśnił jej to w kilku słowach. Choć mówił niewiele, zorientowała się, 

że cierpiał, tak jak ona.

Gdyby   tylko   mogła,   zaoszczędziłaby   mu   bólu.  Ale   to   było   niemożliwe. 

Dotknęła   opalonego,   szczupłego   policzka   Meade’a.   Zwrócił   do   niej   twarz, 

rozświetloną   teraz   blaskiem   bijącym   z   błękitnych   oczu.   Przycisnął   wargi   do 

wnętrza jej dłoni. Miała wrażenie, jakby cało wał ją prosto w serce.

background image

Dopiero po kilku sekundach Brooke była w stanie cokolwiek powiedzieć. 

Musiało minąć jeszcze kilka następnych, zanim jej głos był znów spokojny.

- Kiedy pytałeś, czy chcę cię poślubić - zaczęła - powiedziałeś, że pragniesz, 

byśmy stworzyli rodzinę. Powiedziałeś, że kiedy zobaczyłeś mnie z Jonathanem… 

że   marzyłeś   o   takim   dziecku.   -   Pochyliła   lekko   głowę,   a   rozpuszczone   włosy 

opadły jej na twarz. Spojrzała mu w oczy. - Nie mogę dać ci rodziny. Meade, ja nie 

mogę mieć dzieci.

- Nie możesz… - nie do wiary, to była przyczyna jej od  mowy! - O Boże, 

czyżbyś myślała, że…

I wówczas przypomniał sobie swoje oświadczyny. Oczywiście, że mogła tak 

pomyśleć! Prawie każde słowo, które padło z jego ust w tamtą niedzielę, dotyczyło 

posiadania dzieci. Mówił o tym nawet zanim powiedział, że ją kocha.

Brooke zauważyła zmianę w wyrazie jego twarzy i zrozumiała, że czuje się 

winny. Nie mogła na to pozwolić.

-   Meade,   nie   -   ponownie   dotknęła   jego   policzka.   -   Jeśli   pragniesz   mieć 

dzieci, powinieneś zostać ojcem. Tak wspaniale potrafisz zajmować się Kevinem i 

bliźniętami, i dziewczynkami. Masz… masz w sobie dar miłości.

- Ale…

- Wiem, jak to jest, kiedy pragnie się dzieci i nie może ich posiadać. Znam tę 

pustkę… i żal… i zazdrość. Próbuję zwalczyć w sobie te uczucia. Nie chcę, żeby 

dłużej dominowały nad moim życiem. Ale przede wszystkim… przede wszystkim 

nie chcę, żebyś i ty ich doświadczył.

- Brooke, kochana…

background image

I   wówczas   Brooke   opowiedziała   mu   całą   historię   swego   małżeństwa   z 

Peterem.  Zawahała   się   raz  i   drugi,   lecz   nie   pominęła  niczego.  Opowiedziała  o 

wszystkim, także o rozmowie z jego matką.

-  Ta   pierwsza   noc…   mój   Boże,   to   była   figurka   płodności,   która   tak   cię 

rozstroiła. To dlatego wyszłaś, prawda?

- To była tylko mała cząstka tego wszystkiego - przyznała. - Sprawiłeś, że 

czułam się… nie zdawałam sobie nawet sprawy, że potrafię to czuć.

-  A  kiedy   wchodziłaś   na   salę   porodową,   aby   pomagać   Jazz…   -   Mógł 

wyobrazić sobie, jak było to dla niej trudne. Jednak zrobiła to.

- Skąd mogłeś wiedzieć? Nic ci przecież nie powiedziałam, bo wstydziłam 

się i bałam…

- A jednak próbowałaś mi powiedzieć, prawda? - Meade przypomniał sobie 

tamtą scenę. - Próbowałaś, lecz ja nie chciałem słuchać. Powiedziałem, że nie chcę 

o tym wiedzieć.

- A ja nie nalegałam - uczciwie przyznała Brooke. - Wydawałeś się taki 

zagniewany…

- Było w tym więcej zazdrości, niż gniewu - przyznał.

- Zazdrość? - nie mogła w to uwierzyć. - Byłeś zazdrosny o Petera?

Skinął głową. Wstydził się tego, ale teraz mógł się do tego przyznać.

- Dlaczego? Jak mogłeś być zazdrosny o…

- Bo go kochałaś. Wiem, co on ci zrobił. Ale wcześniej, zanim zaczęło się 

między wami psuć, kochałaś go przecież.

background image

Czy tak było rzeczywiście? Brooke powróciła myślami do tej pierwszej nocy 

w   mieszkaniu   Meade’a,   gdy   wzięła   do   ręki   zdjęcie   Gabrielle   i   Sebastiana 

Browningów. Chyba wówczas pojawiły się pierwsze wątpliwości.

- Być może - odpowiedziała wolno. - A być może kochałam tylko tę ideę. 

Pobrać   się   i   stworzyć   rodzinę,   której   tak   pragnęłam.  Ale   cokolwiek   do   niego 

czułam, och, to było nic w porównaniu z uczuciem, którym darzę ciebie. Kocham 

cię.

- Wystarczająco, aby mnie poślubić?

- Bardziej niż wystarczająco! - zapewniła go. Oczy jej błyszczały. - Ale czy 

ty chcesz tego? Wiesz już wszystko i nadal tego pragniesz?

- Z całej duszy.

- I… i nie ma to dla ciebie znaczenia, że nie mogę…

Meade ujął jej ręce jak bukiet kwiatów. Uniósł je do ust, pocałował. Ich palce 

złączyły się.

- Ma znaczenie - przyznał szczerze. - Ma znaczenie, ponieważ jest to ważne 

dla ciebie. Kiedy ty cierpisz, ja cierpię także. Ale jeśli wydaje ci się, że jeżeli nie 

możesz   zajść   w   ciążę,   to   jesteś   mniej   kobieca,   czy   mniej   pożądana   -   o   nie, 

kochanie. Nie.

Meade   wziął   Brooke   w   ramiona.   Pieścił  mocnymi,   męskimi   wargami   jej 

pełne, pragnące usta. W pocałunku tym zawarte były przysięgi i obietnice.

Dłonie   Brooke   wędrowały   wzdłuż   jego   ramion   i   pleców,   by   wreszcie 

zagłębić się we włosach.

- Jeśli tylko zechcemy, możemy mieć dzieci - matowym głosem powiedział 

background image

Meade, podnosząc głowę. - Możemy je adoptować. Wiem, że obecnie jest to trochę 

trudniejsze niż kiedyś, ale wciąż jeszcze są dzieci, które potrzebują rodziców. - 

Zastanowił   się   nad   czymś.   -   Czy   przedtem,   czy   wtedy   zastanawiałaś   się   nad 

możliwością adopcji?

Brooke przesunęła końcem języka po obrzmiałych od pocałunku wargach.

- O tak, myślałam o tym. Byłam w wielu agencjach.  Miałam już wszystkie 

informacje   i   formularze.   Pokazywałam   je   Peterowi,   próbując   go   tym 

zainteresować. Ale on nigdy nie chciał o tym rozmawiać.

Przerwała,  nie   chcąc  myśleć  o   tamtych  wydarzeniach.  Reakcja   Petera  na 

propozycję adopcji była dla niej zbyt bolesna. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, że 

miał kompleksy na punkcie swych umiejętności dawania rozkoszy.

- Brooke? - głos Meade’a przywołał ją do rzeczywistości. Widząc przelotny 

smutek na twarzy dziewczyny domyślił się, dlaczego Peter Livingstone odrzucił 

propozycję adopcji.

- Peter powiedział, że nie mógłby kochać cudzego dziecka. Powiedział, że 

adopcja   byłaby   przyznaniem   się   do   winy.   -   Przez   kilka   sekund   patrzyła   na 

Meade’a. - A ty?

Coś w jego silnych, męskich rysach twarzy spowodowało, że pomyślała o 

Eleni O’Malley.

- Nie, nie czułbym się oszukiwany. Uważałbym, że mam szczęście.

- Szczęście? - powtórzyła, wiedząc, że nie przypadkiem użył tego słowa.

Kiedyś powiedział, że „miał szczęście”, trafiając na takich właśnie rodziców.

A jego matka mówiła, że „ma szczęście”, mając takie dzieci.

background image

Czy to możliwe? Czyżby próbował jej powiedzieć…

Meade   obserwował,   jak   szmaragdowe   oczy   Brooke   powiększają   się.   I 

odpowiedział na pytanie, które w nich dostrzegł, choć czuł, że dziewczyna także 

już wie.

- Tak, zostałem zaadoptowany. Podobnie jak Kathleen i Mary Margaret.

- Zaadoptowany? To znaczy… że twoja matka nie może… nie mogła mieć 

dzieci? Czy to dlatego wiedziała tak wiele…

Potrząsnął głową.

- Nie wiem, czy to matka, czy ojciec nie mogli mieć dzieci. Nie jestem nawet 

pewien, czy oni sami wiedzą. Oboje  ogromnie pragnęli mieć dzieci, i było im 

bardzo   ciężko   przez   kilka   pierwszych   lat   małżeństwa.   Dzieci   się   nie   rodziły; 

niewiele brakowało, a doszłoby do separacji. Ale znaleźli wspólne rozwiązanie. Nie 

wiem, dlaczego wcześniej ci o tym nic nie powiedziałem. Bóg jeden wie, że nie 

wstydzę się ani nie ukrywam tego, że zostałem zaadoptowany. Widzisz, jedną z 

rzeczy,  których  nauczyli  mnie  rodzice,  kiedy  dorastałem,  było  to,  że   płodzenie 

dzieci to wyłącznie fizjologia. Tworzenie rodziny to kwestia uczucia.

Na twarzy Brooke powoli wrócił uśmiech.

- Kochanie - powiedziała miękko - to potrafię.

Wyciągnęła rękę i z czułością przysunęła jego twarz do swojej.

Dla żadnego z nich nie był to pierwszy raz. Jednak gdy Meade wziął ją na 

ręce i zaniósł do sypialni, Brooke czuła, że wszystko w jakiś cudowny sposób 

zaczyna się od nowa.

Gdy zaczęła go rozbierać, ręce jej drżały. Odpięła po kolei guziki przy jego 

background image

koszuli i odsłaniała tors. Masowała dłońmi odkrytą pierś, jakby rozprowadzając 

cenny olejek. Rozczesywała szczupłymi palcami krótkie, ciemne włosy w poszu-

kiwaniu   twardych   brodawek.   Paznokciami   zadrapała   lekko   sterczące   sutki   i 

poczuła, jak cały zadrżał w rozkoszy.

Meade delikatnie poodpinał drobne, perłowe guziczki przytrzymujące przód 

białej bluzki i, jakby odpakowując bezcenny dar, zsunął ją z ramion Brooke.

Przykrył   dłońmi   sterczące,   mocne   piersi.   Zaczął   je   masować   delikatnie, 

okrężnymi ruchami. Przylgnęła do niego, pochylając się jak wierzba na silnym 

wietrze.

Przesunął rękę niżej.

Rozpiął guzik. Potem zamek. Szybkie szarpnięcie i lniana spódnica wraz z 

jedwabną halką opadły na podłogę. Jeszcze tylko przejrzyste rajstopy i koronkowe 

majteczki w kolorze kości słoniowej chroniły jej ciało przed jego wzrokiem i do-

tykiem.

Meade przyklęknął. Kiedy wstał, Brooke nie miała na sobie nic. Rumieniec 

podniecenia zabarwił jej policzki. Była piękna.

Brooke sięgnęła do klamry czarnego skórzanego paska. Gdy prowokująco 

przesunęła palcami po twardym kroczu, jego ciało wyprężyło się jak cięciwa łuku.

Gdy   wreszcie   się   rozdzielili,   zrzucił   z   siebie   spodnie   i   slipy.   Jego   ciało, 

skryte częściowo w półcieniu, zachwycało swą męskością. Silne mięśnie poruszały 

się pod opaloną skórą.

Brooke, przytulona, podniosła głowę i spojrzała na niego oczami pełnymi 

miłości i pożądania. Zakrył jej usta.

background image

Złączeni, osunęli się na łóżko.

Pocałunki.

Gwałtowne i parzące.

Wabiące... podniecające... nieskończenie erotyczne.

Brooke   trzymała   głowę   na   tej   samej   poduszce,   w   którą   wtulała   twarz 

poprzedniej bezsennej nocy. Rozchyliła bezwiednie wargi. Meade pieścił jej ciało 

gorącymi ukąszeniami. Potem, z niemalże pierwotnym krzykiem pragnienia, za-

władnął   słodyczą   jej   wyczekujących   ust.   Przyjęła   te   poszukiwania,   wydając   z 

siebie jęk rozkoszy.

Przesuwała   dłońmi   po   całym   ciele   kochanka.   Masowała   silne,   szerokie 

ramiona, prężne plecy, otoczyła dłońmi muskularne biodra i muskała paznokciami 

wgłębienie u podstawy kręgosłupa.

Ich   nogi   splotły   się.   Meade   wsunął   udo   pomiędzy   kolana   dziewczyny. 

Sprężyste włosy otarły się o jej delikatną skórę. Zacisnęła bezwiednie mięśnie w 

niepohamowanym   spazmie   rozkoszy.   Poruszała   się   niespokojnie,   czując 

ogarniający ją żar, który docierał do każdej komórki jej wyczekującego ciała.

Pieścił   okrężnymi   ruchami   języka   jej   sutki,   powodując   niemalże   bolesną 

rozkosz. Objął wargami i zaczął ssać w zaborczym, pełnym pożądania rytmie.

Brooke była w stanie uczynić wszystko dla swego kochanka, wszystko mu 

oddać.   Wszystkie   bariery   zostały   przełamane.   Kochała   go…   Próbowała   mu   to 

powiedzieć, lecz z jej gardła wydobył się tylko jęk rozkoszy. Mogła wymówić 

tylko jego imię. Więc powtarzała je wciąż.

I nadszedł moment, gdy nie mogła już przedłużać oczekiwania spełnienia. 

background image

Meade, zespolony z ruchami kochanki, wiedział, kiedy ten moment nastąpił. Ale to 

ona   wprowadziła   jego   członka   w   siebie.   I   to   ona   znalazła   równowagę   między 

rozkoszą płynącą z dawania i otrzymywania.

W  ostatniej   chwili   Meade   przewrócił   się   na   plecy.   Leżała   teraz   na   nim, 

obejmując go szczupłymi, długimi udami.

Brooke poruszała się rytmicznie, opierając dłonie na zmiętym prześcieradle. 

Ochyliła tułów, pragnąc jeszcze większej jedności ich ciał. Poczuła na biodrach 

ręce Meade’a.

Widząc pierwsze oznaki ogarniającej dziewczynę rozkoszy, Meade stracił 

kontrolę nad sobą.

- Meade! - Brooke zamknęła oczy i odrzuciła do tyłu głowę. - Och... och...

Świat rozpadł się na kawałki. Bez początku, bez końca.

Tworzyli jedność.

To była chwila prawdy.

I akt prawdziwej miłości.

- Tak bardzo cię kocham - powiedziała Brooke wiele, wiele minut później. 

background image

Policzek przytuliła do ręki opartej na nagim torsie kochanka.

- I ja cię kocham - odpowiedział, wodząc leniwymi ruchami dłoni po uroczej 

linii   jej   pleców.   Dziewczyna   przyglądała   mu   się   oczami   o   barwie   zielonych, 

wiosennych liści. Linia jej pełnych, różanych warg była niezwykle kobieca.

Brooke westchnęła i przesunęła się nieco, ocierając o niego całym ciałem.

Wygięła w łuk stopę i dużym palcem zaczęła wodzić wzdłuż jego uda.

- Na kiedy ustalamy termin ślubu? - spytała.

- Hm... w jakiś czas po miodowym miesiącu.

- A kiedy to nastąpi? - zaśmiała się.

-   Myślałem,   że   już   go   zaczęliśmy   -   odparł.   W   jego   oczach   zalśniło 

rozbawienie.

Brooke zarumieniła się. Pochyliła głowę i ucałowała jego ramię.

- To znaczy... takie jest moje zdanie - powiedział ochrypłym głosem Meade. 

Palcami rozczesał jej jedwabiste włosy i zachichotał.

- Cóż, to brzmi nieźle - odparła.

- Dziękuję. - Chwycił ją mocniej i przesunął wyżej. Wargami znalazł miejsce 

na jej szyi, gdzie pod skórą wyczuwało się uderzenie serca. - A kiedy ty chcesz 

wziąć ślub? - spytał.

Brooke spojrzała mu w oczy, muskając palcem jego policzek.

- Chyba jutro nie będzie zbyt wcześnie?

-   Chcesz   poczekać   trochę,   żeby   się   upewnić?   -   błysnął   w   uśmiechu 

background image

śnieżnobiałymi zębami.

- Jestem pewna - odparła. - Całkowicie - powiedziała rozmarzonym, lecz 

przy tym zdecydowanym głosem.

- I ja także.

Nastąpiła chwila ciszy, w której żadne słowa nie wydawały się konieczne.

- Czy możemy pobrać się na werandzie? - spytała wreszcie Brooke, czując 

powracające podniecenie.

- Jeśli tylko zechcesz, możemy nawet spędzić tam miesiąc miodowy.

- Hm... - przepełniły ją wspomnienia.

- Zbyt prymitywne?

-  O   nie,   wcale   nie.  -  Zastanowiła   się.  Przypomniała  sobie  pytanie,  które 

chciała już dawno zadać. - Skoro mówimy o prymitywizmie...

- Słucham.

- Muzyka tamtej nocy...

- Aha, podobała ci się?

- Chciałabym wiedzieć, co to było.

- A jak sądzisz?

Językiem wypchnęła policzek i przesunęła palcami wzdłuż włosów Meade’a.

- Hm... hm...

- Próbujesz to zanucić, czy zastanawiasz się nad tytułem? - zażartował.

background image

- Meade!

- Prawdę mówiąc, to specjalna składanka.

- Największe przeboje łowców głów?

- Niezupełnie.

- Ale blisko? - przesunęła rękę.

- Aha, tak... tak! - była blisko, a on stawał się coraz bardziej podniecony.

- Powiedz wreszcie.

I po chwili powiedział jej. Z rozbawieniem patrzył na jej rozszerzające się ze 

zdziwienia oczy i rumieniec wstydu na twarzy. Stanowiło to niezwykły kontrast z 

jej wcześniejszym zachowaniem.

- Melodia... na czas kochania - powtórzyła. - Czy to dosłowne tłumaczenie?

- Powiedzmy, kulturalne.

- Och...

- Zaskoczona?

-   Nie   -   zaprzeczyła   natychmiast,   po   czym   zastanowiła   się.   -   Prawdę 

mówiąc…

- Tak?

-   Już   wtedy,   tamtej   nocy,   pomyślałam   sobie   coś   takiego   -   powiedziała 

powoli. - To znaczy, o tej muzyce. To znaczy, niezupełnie pomyślałam... raczej 

poczułam. Dlaczego dziś włączyłeś właśnie tę kasetę?

Meade zaczerpnął głęboko powietrza, zdając sobie sprawę, że nie potrafi 

background image

logicznie odpowiedzieć.

- Ta muzyka w pewien sposób sprowadziła cię tu. Myślę… myślę, że miałem 

nadzieję, że dzięki niej powrócisz.

- Kiedyś mówiłeś, że nie wierzysz w magię plemienną - zwróciła mu uwagę.

- Powiedziałem ci, że jej nie praktykuję.

- Ale czy w nią wierzysz?

-   Wierzę…   wierzę   w   cuda.   Mam   przy   sobie   taki   cud.   -   Jego   oczy 

przepełnione były zachwytem. - Kocham cię, Brooke Livingstone. Kocham cię… 

kocham…

Dziewczyna odpowiedziała mu tym samym.

- Meade?

- Tak?

- Sądzę, że powinieneś skopiować tę kasetę.

- Jedna kopia wystarczy?

- Hm... jedną należałoby schować do sejfu.

- Widzisz dla niej jakieś zastosowanie w przyszłości?

-   Mm.   To   na   wszelki   wypadek.   Za   pięćdziesiąt   lat,   kiedy   będziemy 

obchodzić złote gody, orkiestra może nie umieć tego zagrać.

 

background image

EPILOG

  

Zgodnie z aktem urodzenia, otrzymanym z agencji adopcyjnej, dziewczynka 

nazywała się Joy.

Według Brooke żadne inne imię nie byłoby bardziej odpowiednie.

Wróciła właśnie z pracy i zastała męża drzemiącego na łóżku. Ich półroczna 

córka spała na jego nagim torsie. Niemowlę rozpostarło szeroko ramiona i nogi, a 

zawinięty w pieluszkę tyłeczek sterczał w górę. Srebrna niteczka śliny perliła się w 

kąciku różowych usteczek dziecka.

Brooke,   uśmiechając   się   do   siebie,   podeszła   cicho   do   łóżka   i   usiadła   na 

brzegu materaca. Zmierzwiła ciemne loki Joy, po czym położyła dłoń na wypiętej 

pupci. Miała właśnie zamiar wyszeptać imię Meade’a, gdy ten otworzył oczy.

- Jesteś w domu.

- Joy ma mokrą pieluchę - odpowiedziała, całując go.

- Jest w tym zadziwiająco dobra - odparł, krzywiąc się nieznacznie. Usiadł, 

przytrzymując dziecko. Dziewczynka poruszyła się i zmarszczyła buźkę, stając się 

na   moment   podobna   do   chochlika.   W   chwilę   później   uniosła   swe   niemal 

przezroczyste powieki. Oczy miała brązowe i okrągłe, zupełnie jak czekoladki.

- Dzień dobry - powiedziała czule Brooke. - Jak spędziliście dzień?

Joy ziewnęła szeroko.

- Dziękuję bardzo - zaśmiał się Meade. Przytrzymując dziecko ręką, wychylił 

background image

się i pocałował żonę. - Zmienię jej pieluszkę, a ty się przebierz.

- Zgoda.

Po   pięciu   minutach,   gdy   Brooke   weszła   do   dziecięcego   pokoju,   ujrzała 

Meade’a stojącego przy łóżeczku i patrzącego z podziwem na Joy.

- Jest piękna, prawda? - zachwyciła się Brooke.

- Wdała się w matkę.

Brooke zaśmiała się ochryple.

- Przy pomocy pochlebstw umie pan wszystko załatwić, doktorze O’Malley.

- To nie pochlebstwa, kochanie. To prawda.

- Hm… zgoda - zadrżała, gdy przesunął palcami wzdłuż jej ciała. - Gdy Joy 

trochę   podrośnie,   muszę   koniecznie   ostrzec   ją   przed   Grekami,   którzy   obsypują 

dziewczęta gładkimi słówkami.

Tym razem on się zaśmiał. Brooke oparła głowę o jego ramię.

- I co dziś robiliście? - spytała.

- To co zwykle. Spaliśmy. Jedliśmy. Odbijało nam się. Moczyliśmy pieluszki. 

Pojechaliśmy na uniwersytet i sprawiliśmy, że dziekan wydziału tatusia zamienił 

się w słup soli.

- Bardzo śmieszne.

- Wspaniałe - przerwał na moment. - Odrzuciłem propozycję stypendium w 

terenie.

- To znaczy, że nie wyjeżdżasz na lato? - Brooke spojrzała nań zaskoczona i 

background image

zadowolona.

Meade potrząsnął głową.

- Nie musisz zostawać…

- Ale chcę.

-   Lecz...   -   Jasne,   że   perspektywa   jego   wyjazdu   nie   napawała   Brooke 

szczęściem,   ale   zdawała   sobie   sprawę,   że   poślubiła   mężczyznę,   którego   praca 

polega między innymi na częstych wyjazdach.

- Kochanie, to zarówno dla mnie, jak i dla ciebie i Joy zapewnił ją. - Lubię 

uczyć. I, na Boga, mam aż za dużo pracy w laboratorium. Poza tym, chciałbym 

wreszcie   skończyć   książkę.   -   Spojrzał   na   nią   prowokacyjnie.   -   Zakładając 

oczywiście, że uda mi się zadowolić mojego niezwykle wymagającego domowego 

wydawcę.

- Och? - Brooke uniosła delikatnie brwi.

- Ta kobieta jest nienasycona. Nie sposób ją zaspokoić.

- To brzmi okropnie.

- No, tego bym nie powiedział...

Pocałunek, początkowo delikatny, przerodził się w namiętny.

- Hm... - westchnęła Brooke. Przytuliła się do niego, opierając się na nim 

całym ciężarem. - Może, gdybyś nie doprowadzał swego wydawcy do szału, praca 

nad książką posuwałaby się szybciej? - zasugerowała.

- Tak sądzisz?

background image

- To możliwe... - potarła policzkiem o jego tors i objęła go w pasie. - Nie 

będziesz tęsknił za dżunglą?

-   Przez   dwadzieścia   lat   spędziłem   w   dżungli   prawie   każde   lato.   Prawdę 

mówiąc…   -   przerwał,   usiłując   się   skupić.   Zdawał   sobie   sprawę,   że   jego 

instynktowna potrzebna poszukiwań, „dowiadywania się, co tam jest”, nigdy nie 

zaniknie. Ale niepokój, który tak długo nim rządził, gdzieś się rozpłynął. Ojciec 

miał rację. Meade potrzebował własnej rodziny. - Może się starzeję - zauważył 

smutno.

- Starzejesz! - Brooke spojrzała na niego z oburzeniem. Zobaczyła iskierki w 

jego oczach i zrozumiała, że tylko żartował. - Trzydzieści pięć lat to jeszcze nie 

emerytura, Archimedesie O’Malley! - oznajmiła śmiertelnie poważnie.

- Twoje słowa podnoszą mnie na duchu - odparł z uśmiechem.

- Co więcej, mężczyzna, który może... - wspięła się na palce i wyszeptała mu 

do ucha zakończenie zdania. - Czy sądzisz, że na to jesteś także za stary?

- Właściwie to brzmi niezwykle zachęcająco.

- Więc?

- Co więc? - zaczął łaskotać ją przez ubranie.

- Więc na co jeszcze czekasz? - spytała ochryple.

- Cóż, nie chciałbym działać zbyt szybko...

- M-Meade!

- Kocham cię, Brooke Livingstone O’MaIley - powiedział, po czym pochylił 

się, przełożył rękę pod kolanami dziewczyny i podniósł ją do góry.

background image

To, co nastąpiło potem, było zdaniem Brooke czystą magią.


Document Outline