background image

 

 - 1 - 

Swiat Ksi

ążki, Warszawa 2003 

Copyright 1987 by Paulo Coelho 

Copyright for the Polish translation by Bertelsmann Media Sp. z o.o., Warszawa 2003 

 
 

 

 

Książka jest udostępniona przez prywatną bibliotekę: 

http://www.spojrzenie.com

 

 

Zachęcamy do zakupu oryginału. 

 

Przypominamy o konieczności usunięcia z dysku tego pliku po upływie 3 tygodni. 

background image

 

 - 2 - 

Oni rzekli: „Panie, tu są dwa miecze". Odpowiedział im: „Wystarczy".

 

Ewangelia wg ow.  Łukasza, 22, 38. 

 

 

Kiedy  przed  dziesięciu  laty  przekraczałem  próg  małego  domu  w  Saint-Jean-Pied-de-Port,  byłem 

przekonany,  że  tracę  czas.  W  tym  okresie  w  poszukiwaniach  duchowych  kierowałem  się  myślą,  że  istnieją 
sekrety,  tajemne  ścieżki,  ludzie  zdolni  rozumieć  i  kontrolować  zjawiska  niedostępne  dla  większości 
śmiertelników. Toteż podążanie „drogą zwykłego człowieka" uważałem za niegodne uwagi. 

Wielu  przedstawicieli  mojego  pokolenia  -a  wśród  nich  ja  -  uległo  fascynacji  sektami,  tajemnymi 

stowarzyszeniami  i  uwierzyło,  iż  zrozumienie  tego,  co  trudne  i  złożone,  prowadzi  ku  zgłębieniu  tajemnicy 
życia. W 1974 roku przyszło mi drogo za to zapłacić. Mimo to, gdy uwolniłem się od strachu, trwałe miejsce 
w  moim  życiu  zajęła  fascynacja  tym  co  tajemne.  Dlatego  kiedy  mój  Mistrz  wspominał  o  wędrówce  do 
Santiago de Compostela, uznałem tę pielgrzymkę za męczącą i bezsensowną. Rozważałem nawet możliwość 
porzucenia  RAM,  małego,  niewiele  znaczącego  bractwa,  opierającego  się  na  ustnym  przekazie  języka 
symbolicznego. 

Gdy wreszcie okoliczności skłoniły mnie do wypełnienia prośby Mistrza, postanowiłem zrobić to na 

własny  sposób.  W  pierwszych  dniach  pielgrzymki  starałem  się  uczynić  z  Petrusa  czarownika,  don  Juana, 
postać, którą pisarz Carlo Castańeda posłużył się jako łącznikiem z tym co niezwykłe. Byłem przekonany, że 
przy  odrobinie  wyobraźni  zdołam  czerpać  zadowolenie  z  doświadczenia,  jakim  była  droga  do  Santiago,  i 
zastąpić prawdy ujawnione tajemniczością, proste złożonym, zrozumiałe niepojętym. 

Ale Petrus potrafił się oprzeć każdej mojej próbie przemienienia go w bohatera. To bardzo utrudniało 

nam kontakt i ostatecznie rozstaliśmy się, czując, że nasza zażyłość przywiodła nas donikąd. 

Długo  po  tym  rozstaniu  pojąłem,  co  przypominały  mi  tamte  przeżycia.  Dziś  to  wiem:  niezwykłe 

napotkać  można  na  ścieżkach  zwykłych  ludzi.  Dzięki  zrozumieniu  tej  prawdy,  najcenniejszemu,  jakie 
posiadam,  gotów  jestem  podjąć  największe  choćby  ryzyko,  dążąc  do osiągnięcia tego, w co wierzę. Z niego 
czerpałem  odwagę,  pisząc  swą  pierwszą  książkę,  Pielgrzyma.  Ono  dawało  mi  siłę  do  walki,  nawet  gdy 
mówiono,  że  żaden  Brazylijczyk  nie  zdoła  żyć  z  literatury.  Pomogło  zachować  godność  i  wytrwałość  w 
Dobrej  Walce,  którą  muszę  co  dnia  toczyć  z  samym  sobą,  jeśli  chcę  nadal  podążać  „drogą  zwykłego 
człowieka". 
Nigdy  już  nie  spotkałem  mojego  przewodnika.  Usiłowałem  nawiązać  z  nim  kontakt  po  opublikowaniu  tej 
książki  w  Brazylii,  lecz  nie  otrzymałem  odpowiedzi.  Kiedy  pojawił  się  angielski  przekład  Pielgrzyma, 
cieszyłem się, że nareszcie będzie mógł poznać moją wersję naszych wspólnych przeżyć. I znów próbowałem 
się z nim skontaktować, ale zmienił numer telefonu. 
W  dziesięć  lat  później  Pielgrzym  został  wydany  w  kraju,  od  którego  zacząłem  tamtą  podróż.  To  na 
francuskiej  ziemi  po  raz  pierwszy  ujrzałem  Petrusa. Mam nadzieję, że pewnego dnia się spotkamy, a wtedy 
powiem: „Dziękuję i dedykuję ci tę książkę!". 

Paulo Coelho 

background image

 

 - 3 - 

Prolog 

 

-  I  stojąc  przed  Świętym  Obliczem  RAM,  dotknij  dłońmi  Słowa  życia,  zyskując  dość  siły,  by 

świadczyć za nim tu i choćby na kraju świata! 

Mistrz wzniósł mój nowy miecz, nie wysunąwszy go z pochwy. Płomienie wystrzeliwały z trzaskiem. 

Przychylna  wróżba  oznaczała,  że  wolno  nam  kontynuować  rytuał.  Pochyliłem  się  więc  i  gołymi  rękami 
zacząłem kopać ziemię. 

Działo  się  to  nocą  2  stycznia  1986  roku.  Znajdowaliśmy  się  na  szczycie  pasma  Serra  do  Mar,  w 

pobliżu  masywu  zwanego  Czarnymi  Wierchami,  Oprócz  mnie  i  Mistrza  była  tam  moja  żona,  jeden  z 
uczniów,  miejscowy  przewodnik  oraz  reprezentant  wielkiego  bractwa,  które  obejmowało  znane  pod  nazwą 
„Tradycja" ezoteryczne zakony całego świata. Towarzysząca mi piątka, także przewodnik, którego wcześniej 
uprzedzono  o  celu  naszej  wyprawy,  uczestniczyła  w  wyświęceniu  mnie  na  Mistrza  Zakonu  RAM,  starego 
bractwa chrześcijańskiego założonego w 1492 roku. 

Wygrzebałem  w  ziemi  niezbyt  głęboki,  lecz  szeroki  dół.  Z  wielkim  namaszczeniem  uderzałem  w 

glebę,  wypowiadając  rytualne  słowa.  Wtedy  podeszła  do  mnie  żona.  Wręczyła  mi  miecz,  którym 
posługiwałem  się  przez  z  górą  dziesięć  lat  i  który  przez  cały  ten  czas  był  mi  pomocny.  Złożyłem  w  dole 
miecz,  potem  przysypałem  go  ziemią  i  wyrównałem  powierzchnię.  Gdy  wykonywałem  te  ruchy,  wracały 
wspomnienia  trudnych  chwil,  które  przeżyłem,  rzeczy,  których  się  nauczyłem,  i  zjawisk,  które  mogłem 
wywołać tylko dlatego, że był przy mnie ten stary miecz, mój wierny druh. Teraz miała go trawić ziemia, stal 
jego ostrza i drewno rękojeści miały znowu żywić miejsce, z którego zaczerpnęły tak wielką moc. 
Mistrz zbliżył się do mnie i położył nowy miecz w miejscu, gdzie pogrzebałem stary. Wtedy wszyscy otwarli 
ramiona,  a  Mistrz  sprawił,  że  wokół  mnie  roztoczyła  się  niezwykła  poświata,  która  nie  dawała  światła,  ale 
była widoczna i kładła się na sylwetkach zebranych barwą odmienną od żółtego blasku ognia. 

Dobywszy z pochwy własnego miecza, dotykał nim moich ramion i głowy, mówiąc: 

- Mocą i miłością RAM mianuję cię Mistrzem i kawalerem Zakonu, dziś i po kres twych dni. R jak Rygor, 
jak  Afirmacja  Miłości,  M  jak  Miłosierdzie;  R  jak  Regnum,  A  jak  Agnus,  M  jak  Mundi.  Przyjmując  ten 
miecz,  pamiętaj,  by  nigdy nie spoczywał zbyt długo w pochwie, gdyż przeżarłaby go rdza. Kiedy jednak go 
dobędziesz, niechaj nigdy nie wraca na miejsce, nie uczyniwszy dobra, nie otwarłszy nowej drogi. 

Ostrzem  swego  miecza  lekko  zranił  mą  głowę.  Nie  musiałem  już  milczeć.  Nic  nie  zobowiązywało 

mnie teraz do ukrywania, czego potrafię dokonać, ani do tajenia cudów, jakie nauczyłem się czynić na drodze 
Tradycji. Odtąd byłem jednym z braci. 

Wyciągnąłem  rękę,  żeby chwycić nowy miecz, wykuty z doskonałej stali, miecz o czarno-czerwonej 

rękojeści  z  drewna,  którego  nie  strawi  ziemia,  drzemiący  w  czarnej  pochwie.  Lecz  w  chwili,  gdy  moje  ręce 
dotknęły  pochwy  i  gdy  zamierzałem zabrać miecz, Mistrz postąpił krok do przodu i nadepnął mi na palce z 
takim impetem, że krzyknąłem bólu i upuściłem miecz. 

Patrzyłem na niego, nie rozumiejąc. Dziwne światło zniknęło, a blask płomieni sprawił, że jego twarz 

wyglądała jak twarz zjawy. 

Obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem, przywołał moją żonę i wręczył jej nowy miecz. Potem zwrócił 

się do mnie i wypowiedział te słowa: 

-  Cofnij  rękę,  która  cię  zdradziła!  Albowiem  droga  Tradycji  nie  jest  drogą  kilku  wybranych,  lecz 

drogą wszystkich ludzi! A moc, którą, jak ci się wydaje, posiadłeś, nic nie znaczy, ponieważ nie dzielisz się 
nią  z  innymi  ludźmi!  Powinieneś  był  odmówić  przyjęcia  miecza.  Wówczas  bym  ci  go  wręczył,  wiedząc,  że 
twoje serce jest czyste. 

Jak  się  jednak  obawiałem,  w  tej  samej  chwili  poślizgnąłeś się i upadłeś. Zaślepiony żądzą, będziesz 

musiał  raz  jeszcze  ruszyć  drogą  w  poszukiwaniu  miecza.  Okazałeś  pychę,  przyjdzie  ci  zatem szukać wśród 
prostych  ludzi.  Zafascynowany  cudami,  będziesz  musiał  długo  walczyć,  by  odnaleźć  to,  co  chciano  ci  tak 
hojnie podarować. 

Poczułem  się,  jakby  nagle  runął  świat.  Klęczałem,  niezdolny  przemówić,  z  pustką  w  sercu.  Teraz, 

kiedy  zwróciłem  ziemi  mój  stary  miecz,  nie  mogłem  go  już  odzyskać.  A  ponieważ  nie  otrzymałem  nowego, 
znów znalazłem się w położeniu debiutanta, bezsilny i bezbronny. W dniu najwyższych niebiańskich święceń 
mój gwałtowny Mistrz, miażdżąc mi palce, zesłał mnie do świata Nienawiści i Ziemi. 

Przewodnik  wygasił  ogień,  żona  podeszła  do  mnie  i  pomogła  mi się podnieść. To ona trzymała mój 

nowy  miecz;  ja,  zgodnie  z  regułą  Tradycji,  nie  mogłem  go  nawet  dotknąć  bez  pozwolenia  Mistrza. 

background image

 

 - 4 - 

Schodziliśmy  w  ciszy  leśną  ścieżką,  podążając  za  latarnią  przewodnika,  i  wreszcie  dotarliśmy  do  ziemnego 
duktu, gdzie zaparkowaliśmy samochody. 

Nikt  mnie  nie  żegnał.  Żona  schowała  miecz  do  bagażnika  i  uruchomiła  silnik.  Przez  dłuższy  czas 

milczeliśmy. Żona jechała powoli, omijając wyboje i dziury na drodze. 
- Nie martw się - powiedziała, chcąc dodać mi otuchy. - Jestem pewna, że go odnajdziesz. 
Zapytałem, co powiedział jej Mistrz. 
-    Trzy  rzeczy.    Po  pierwsze,  że  powinien  zabrać  ciepłe  ubranie,  bo  na  górze  było  znacznie  zimniej,  niż 
przypuszczał.  Po  drugie,  że  cała  ta  sytuacja  wcale  go  nie  zaskoczyła  i  że  zdarzało  się  to  już  wielu  innym, 
którzy  osiągnęli  to,  co  ty.  Po  trzecie,  że  miecz  będzie  na  ciebie  czekał  w  pewnym  punkcie  drogi,  którą 
przyjdzie  ci  przemierzyć.  Nie znamy dnia ani godziny. Wskazał mi tylko miejsce, w którym mam go ukryć, 
abyś go odnalazł. 
-  Co to za droga? - zapytałem nerwowo. 
-  Ach, tego dokładnie mi nie wyjaśnił. Powiedział  tylko,  że  powinieneś  odnaleźć  na mapie Hiszpanii stary 
średniowieczny szlak, znany pod dziwną nazwą Camino de Santiago. 

 
 

Przyjazd 

 

 

 

Celnik długo przypatrywał się mieczowi, który wiozła moja żona, i w końcu zapytał, co zamierzamy 

z nim zrobić. Odparłem, że jeden z naszych przyjaciół przeprowadzi ekspertyzę przed wystawieniem miecza 
na  aukcji.  Kłamstwo okazało się przekonywające - celnik wydał nam zaświadczenie, z którego wynikało, że 
wwieźliśmy miecz przez granicę celną na lotnisku Barajas, i poinformował, że gdybyśmy mieli problemy przy 
ponownym przekraczaniu granicy, wystarczy okazać celnikom ten dokument. 

Podeszliśmy  do  biura  wynajmu,  żeby  potwierdzić  rezerwację  dwóch  aut.  Już  z  dokumentami 

wpadliśmy  do  lotniskowej  restauracji,  żeby  coś  przekąsić.  Potem  każde  z  nas  miało  już  podążyć  własną 
drogą. 

Miałem za sobą bezsenną noc w samolocie -nie zmrużyłem oka po trosze ze strachu przed lataniem, 

po  trosze  z  obawy  przed  tym,  co  miało  się  wydarzyć,  mimo  to  byłem  bardzo  podniecony  i  nie  czułem 
znużenia. 

-  Nie martw się - powtórzyła żona po raz enty. - Musisz jechać do Francji i odszukać w Saint-Jean-

Pied-de-Port panią Savin. Skontaktuje cię z kimś, kto poprowadzi cię Camino de Santiago. 

-  A ty? - zapytałem także po raz enty, doskonale znając odpowiedź. 
-  Ja udam się tam, dokąd muszę, i przekażę to, co mi powierzono. Potem zatrzymam się na kilka dni 

w Madrycie i wrócę do Brazylii. Równie dobrze jak ty potrafię poprowadzić nasze sprawy. 

-  Nie wątpię - uciąłem, nie chcąc poruszać tej kwestii. 
Interesy,  które  prowadziłem  w  Brazylii,  zaprzątały  mnie  niemal bez reszty. W ciągu dwóch tygodni 

po  zajściu  na  Czarnych  Wierchach  zebrałem  najważniejsze  informacje  o  szlaku  wiodącym  do  Santiago  de 
Compostela, jednak dopiero po siedmiu miesiącach postanowiłem rzucić wszystko i odbyć tę podróż. 

W końcu pewnego ranka moja żona oznajmiła, że godzina i dzień są bliskie i że jeśli nie podejmiemy 

decyzji,  na  zawsze  już  mogę  zapomnieć  o  magii  i  Zakonie  RAM.  Próbowałem  ją  przekonać,  że  Mistrz 
powierzył mi niewykonalne zadanie, ponieważ nie mogę tak po prostu zrzucić z siebie odpowiedzialności za 
codzienną  pracę.  Roześmiała  się  i  orzekła,  że  to  kiepska  wymówka,  bo  przecież  przez  ostatnie  siedem  mie-
sięcy niewiele zrobiłem, całymi dniami i nocami zastanawiając się, czy powinienem odbyć tę podróż, czy też 
nie. I jakby nigdy nic, podała mi dwa bilety z wpisaną datą lotu.  

- Dlaczego podjęłaś tę decyzję teraz, kiedy już tu jesteśmy? - zapytałem ją w kawiarence. -Nie wiem, 

czy słusznie jest pozostawiać komuś innemu decyzję o przystąpieniu do poszukiwań mojego miecza. 

Żona odparła, że jeśli mamy znów opowiadać głupstwa, lepiej od razu się rozstać. 

background image

 

 - 5 - 

-  Nie  dopuściłbyś  do  tego,  by  najdrobniejszą  decyzję  dotyczącą  twojego  życia  podjął  ktoś  inny. 

Chodźmy, robi się późno. 

Zabrała swój bagaż i poszła w kierunku agencji. Nie ruszyłem się z miejsca. Siedziałem, przypatrując 

się, jak z namaszczeniem niesie mój miecz, który w każdej chwili mógł się jej wyślizgnąć spod ręki. 

W  połowie  drogi  przystanęła;  wróciła  do  stolika,  przy  którym  siedziałem,  głośno  cmoknęła  mnie  w 

usta i długo przyglądała mi się w milczeniu. Nagle zrozumiałem, że to Hiszpania, że już nie mogę się cofnąć. 
Miałem  przerażającą  pewność,  że  ryzyko  porażki  jest  ogromne,  ale  uczyniłem  przecież  pierwszy  krok. 
Pocałowałem ją więc bardzo czule, włożywszy w pocałunek wiele przepełniającej mnie w tej chwili miłości, i 
tuląc  ją  w  ramionach,  błagałem  wszystko,  w  co  wierzyłem,  prosiłem  z  głębi  serca  o  siłę,  która  pozwoli  mi 
powrócić z mieczem. 

-    Widziałeś,  jaki  piękny  miecz?  -  rozbrzmiał  przy  sąsiednim  stoliku  kobiecy  głos,  gdy  tylko  żona 

odeszła. 

-  Nie martw się - odparł głos męski. - Kupię ci dokładnie taki sam. Tu, w Hiszpanii, w butikach dla 

turystów są takich setki. 

Po godzinie siedzenia za kierownicą zacząłem odczuwać zmęczenie, które narastało po nieprzespanej 

nocy.  A  sierpniowy  upał  był  tak  dotkliwy,  że  nawet  na  w  miarę  pustej  drodze  samochód  przejawiał  oznaki 
przegrzania.  Postanowiłem  zatrzymać  się  na  trochę  w  miasteczku  oznaczonym  na  mapach  samochodowych 
jako  zabytkowe.  Wspinając  się  stromą  drogą,  która  do  niego  wiodła,  po  raz  kolejny  przypomniałem  sobie 
wszystko, czego dowiedziałem się na temat Camino de Santiago. 

Muzułmańska tradycja nakazuje, żeby każdy wierny przynajmniej raz w życiu odbył pielgrzymkę do 

Mekki.  Również  chrześcijaństwo  pierwszego  tysiąclecia  miało  trzy  święte  szlaki,  zapewniające  wiele 
błogosławieństw i odpustów każdemu, kto przemierzy jeden z nich. Pierwszy wiódł do Grobu Świętego Piotra 
w  Rzymie.  Symbolem  tej  drogi  był  krzyż.  Tych,  którzy  wędrowali  szlakiem  rzymskim,  zwano  romeros. 
Drugi prowadził do Grobu Chrystusowego w Ziemi Świętej, do Jerozolimy, tych zaś, którzy go obrali, zwano 
palmeros, symbolem tej pielgrzymki były bowiem palmy, które witały Chrystusa wjeżdżającego do miasta. I 
wreszcie  trzecia  droga  -szlak  tych,  którzy  pragnęli  przyklęknąć  przy  relikwiach  apostoła  Jakuba, 
pogrzebanych w miejscu, gdzie pewien pasterz ujrzał migocącą nad polem gwiazdę. Legenda głosi, że święty 
Jakub  i  Maryja  Dziewica  szli  tamtędy  po  śmierci  Chrystusa,  głosząc  Słowo  Boże  i  nakłaniając  ludy  do 
nawrócenia.  Miejscu  temu  nadano  nazwę  „Compostela"  -  Gwiezdne  Pole  -  i  wkrótce  wyrosło  tu  miasto,  do 
którego  ściągać  zaczęli  wędrowcy  z  całego  świata  chrześcijańskiego.  Tych,  którzy  wybrali  trzecią  ze 
świętych dróg, zwano peregrinos iacobitas, a ich symbolem stała się muszla. 

W złotym wieku, który przypadał na XIV stulecie, ponad milion osób przybywających z całej Europy 

podążało  każdego  roku  Drogą  Mleczną  (którą  nazywano  tak,  ponieważ  nocą  ta  właśnie  galaktyka 
wskazywała  kierunek  wędrowcom).  Jeszcze  w  dzisiejszych  czasach  żarliwi  katolicy,  duchowni  i  badacze 
przemierzają pieszo siedmiusetkilometrowy szlak wiodący z francuskiego Saint-Jean-Pied-de-Port do katedry 
w Santiago de Compostela w Hiszpanii

1

Dzięki  francuskiemu  kapłanowi,  Aymeriemu  Picaudowi,  który  odbył  pielgrzymkę  do  Composteli  w 

1123  roku,  droga  pokonywana  przez  współczesnych  pielgrzymów  jest  tą  samą,  którą  podążali  w 
średniowieczu Karol Wielki, Franciszek z Asyżu, Izabela Kastylijska, a w bliższych nam czasach Jan XXIII. 
Picaud  opisał  swoje  przeżycia  w  pięciu  księgach,  które  świat poznał jako dzieło Kaliksta II, owego papieża 
darzącego świętego Jakuba szczególnym uwielbieniem, a które to dzieło nazwano później Codex Calixttinus. 
W  księdze  V  Kodeksu,  Liber  Sancti  Jacobi,  Picaud  wymienia  charakterystyczne  cechy  ukształtowania 
terenu,  źródła,  gospody  i  klasztory,  w  których  można  się  schronić,  a  także  miasta  leżące  przy  szlaku. 
Opierając  się  na  przekazie  Picauda,  Stowarzyszenie  Przyjaciół  Świętego  Jakuba  (Santiago  to  po  francusku 
Saint  Jacques,  Saint  James  po  angielsku,  Santo  Giacomo  po  włosku,  a  Sanctus  lacobo  po  łacinie) 
postanowiło zadbać o to, by wszystkie te znaki dotrwały do naszych czasów, nadal stanowiąc wskazówkę dla 
pątników. 

Mniej  więcej  w  XII  wieku  naród  hiszpański  począł wykorzystywać kult świętego Jakuba w walce z 

Maurami,  którzy  zawładnęli  półwyspem.  Przy  szlaku  powstawały  zakony  rycerskie,  a  szczątki  apostoła 
przeistoczyły się w potężny bastion duchowy w zmaganiach z muzułmanami, którzy utrzymywali, że po ich 

                                                   

1

?

 

Szlak,  zwany  z  francuska  Szlakiem  Świętego  Jakuba, na terytorium Francji tworzą liczne drogi zbiegające się  w 

hiszpańskim  mieście  Puentę  La Reina. Saint-Jean-Pied-de-Port leży przy jednym z trzech szlaków, nie jedynym ani 
nie najważniejszym. 

background image

 

 - 6 - 

stronie stoi Mahomet. Kiedy jednak rekonkwista dobiegała kresu, zakony rycerskie tak bardzo obrosły w siłę, 
że  stały  się  zagrożeniem  dla  państwa.  Toteż  Arcykatoliccy  Królowie  musieli  podjąć  działania,  które  miały 
zapobiec  zwróceniu  się  tych  zakonów  przeciw  szlachcie.  Wówczas  to  Camino  de  Santiago  popadła  w 
zapomnienie  i  gdyby  nie  dzieła  nielicznych  artystów,  jak  Droga  Mleczna  Buńuela  czy  Caminante  Joana 
Manuela Serrata, dziś nikt już by nie pamiętał, że wędrowały nią tysiące ludzi podobnych tym, którzy później 
ruszyli, by osiedlić się w Nowym Świecie. 

Miasteczko,  gdzie  zatrzymałem  samochód,  wyglądało  na  wyludnione.  Po  długich  poszukiwaniach 

trafiłem do barku mieszczącego się w starej budowli w stylu średniowiecznym. Właściciel, który nie oderwał 
oczu  od  ekranu  telewizora,  pochłonięty  jakimś  serialem,  mruknął  tylko,  że  to  pora  sjesty,  a  ja  muszę  być 
szaleńcem, skoro podróżuję w taki upał. 

Zamówiłem coś zimnego do picia, potem opanowała mnie chęć, by pooglądać telewizję, ale nie byłem 

w stanie się skupić. Wciąż powracała myśl, że w ciągu dwóch dni przyjdzie mi przeżyć - teraz, w XX wieku - 
choć cząstkę wielkiej przygody ludzkości i doznać tego, co wiodło Ulissesa spod Troi, co towarzyszyło Don 
Kichotowi z Manczy, prowadziło Dantego i Orfeusza do Piekieł, a Krzysztofa Kolumba do Ameryki. To była 
przygoda wyprawy w Nieznane. 

Do  samochodu  wróciłem  już  nieco  spokojniejszy.  Choćbym  nawet  nie  odnalazł  mojego  miecza,  to 

pielgrzymka Szlakiem Świętego Jakuba pomoże mi w końcu odkryć samego siebie. 

 

Saint-Jean-Pied-de-Port 

 

 

 

Zamaskowane twarze postaci defilujących przy dźwięku fanfar, wszyscy ubrani w czerń, zieleń i biel 

-  barwy  francuskiej  Gaskonii  -  wypełniały  główną  ulicę  Saint-Jean-Pied-de-Port.  Była  niedziela,  a  ja 
spędziłem  dwa  dni  za  kierownicą  samochodu  i  nie  mogłem  stracić  już  ani  minuty,  nawet  na  udział  w  tym 
festynie.  Utorowałem  sobie  drogę  przez  tłum,  wysłuchałem  paru  francuskich  obelg,  ale  w  końcu  minąłem 
fortyfikacje,  które  otaczają  najstarszą  część  miasta,  gdzie  miałem  się  spotkać  z  panią  Savin.  Nawet  w  tym 
zakątku Pirenejów w dzień było gorąco, toteż z samochodu wysiadłem zlany potem. 

Zapukałem  do  drzwi.  Po  chwili  zapukałem  raz  jeszcze,  lecz  na  próżno.  I  po  raz  trzeci.  Jedyną 

odpowiedzią  była głucha cisza. Zaniepokojony, przysiadłem na murku. Żona powiedziała mi, że mam się tu 
pojawić  właśnie  dziś,  telefonowałem,  ale  nikt  nie  odpowiadał.  Być  może  pani  Savin  wyszła  popatrzeć  na 
defiladę, pomyślałem; nie mogłem jednak wykluczyć, że przyjechałem za późno i postanowiła się ze mną nie 
spotykać. Wędrówka do Santiago kończyła się więc, zanim jeszcze się na dobre zaczęła. 

Nagle  drzwi  się  otwarły,  a  na  ulicę  wybiegło  dziecko.  Poderwałem  się  błyskawicznie  i  łamaną 

francuszczyzną zapytałem o panią Savin. Dziewczynka ze śmiechem wskazała teren za ogrodzeniem. Dopiero 
wtedy zrozumiałem, co się stało: drzwi prowadziły na rozległy dziedziniec, otoczony starymi, pamiętającymi 
średniowiecze domami o jednakowych balkonach. Drzwi stały przede mną otworem, ą ją nie śmiałem nawet 
dotknąć klamki. 

Wbiegłem  na  dziedziniec,  kierując  się  w  stronę  domu  wskazanego  przez  dziewczynkę.  Wewnątrz 

podstarzała  gruba  kobieta  wrzeszczała  po  baskijsku  na  wątłego  chłopca  o  smutnych  piwnych  oczach. 
Czekałem,  aż  wreszcie  krzyki  ucichły  i  stara  odprawiła  chłopca  do  kuchni,  ciskając  w  ślad  za  nim  obelgi. 
Dopiero  wtedy  spojrzała  na  mnie  i  nawet  nie  pytając,  czego  chcę,  poprowadziła  -  na  przemian  uprzejma  i 
burkliwa - na drugie piętro niewielkiego domu. Tu otwarte były drzwi tylko jednego pomieszczenia -gabinetu 
zarzuconego  książkami,  rozmaitymi  drobiazgami,  posążkami  świętego  Jakuba  i  pamiątkami  z  Camino. 
Wyjęła z biblioteki książkę i usiadła przy jedynym w tym pokoju stole, pozwalając, bym stał. 

- Pewnie jest pan kolejnym pielgrzymem do Composteli - oznajmiła bez zbędnych wstępów. -Muszę 

wpisać pańskie nazwisko do rejestru osób, które ruszają w tę drogę. 

background image

 

 - 7 - 

Podałem  jej  nazwisko,  ona  zaś  zapytała,  czy  przyniosłem  muszle.  Tak  nazywano  duże  konchy 

składane na grobie apostoła - symbol pielgrzymki umożliwiający pątnikom rozpoznanie się na szlaku

2

. Przed 

wyjazdem  do  Hiszpanii  wybrałem  się  do  brazylijskiego  sanktuarium  Aparecida  do  Norte.  Kupiłem  tam 
wizerunek Matki Boskiej z Aparecida, wykonany na trzech muszlach. Wydobyłem go z torby i podałem pani 
Savin. 

-  Ładny,   ale  niezbyt  praktyczny -  oceniła, zwracając mi muszle. - Może się potłuc w drodze. 
-  Nie potłucze się.  Złożę go na grobie apostoła. 
Pani  Savin  najwyraźniej  nie  zamierzała  poświęcać  mi  wiele  czasu.  Wyjęła  karnecik,  który  miał  mi 

ułatwić  zatrzymywanie  się  w  klasztorach  przy  szlaku,  i  opatrzyła  go  pieczęciami  Saint--Jean-Pied-de-Port, 
aby wiadomo było, skąd wyruszyłem, po czym oznajmiła, że mogę iść z błogosławieństwem bożym. 

-  A co z moim przewodnikiem? - zapytałem. 
-  Z jakim  przewodnikiem?  -  odpowiedziała pytaniem,  nieco zaskoczona, lecz w jej oczach pojawił 

się blask. 

Zrozumiałem, że pominąłem rzecz wielkiej wagi. Chcąc jak najszybciej się tu dostać i spotkać z moją 

rozmówczynią,  nie  wypowiedziałem  pradawnego  Słowa,  znaku  rozpoznawczego  tych,  którzy  należą  lub 
należeli do zakonu Tradycji. Czym prędzej naprawiłem ten błąd i wyrzekłem Słowo. Pani Savin gwałtownym 
ruchem wyrwała z moich rąk karnet, który wręczyła mi przed kilkoma minutami. 

-    Nie  będzie  panu  potrzebny  --  powiedziała,  zdejmując  stertę  gazet  z kartonowego pudła. - Pańska 

droga i odpoczynek zależeć będą od decyzji przewodnika. 

Wydobyła  z  pudła  kapelusz  i  płaszcz.  Wyglądały  jak  stare  ubrania,  ale  były  w  doskonałym  stanie. 

Poprosiła, żebym stanął pośrodku izby, i zaczęła modlić się w ciszy. Potem zarzuciła mi płaszcz na ramiona i 
wcisnęła kapelusz na głowę. Zauważyłem, że kapelusz, a także epolety płaszcza ozdobione są muszlami. Nie 
przerywając  modłów,  starsza  pani  chwyciła  pątniczy  kij  stojący  w  rogu  pokoju  i  wcisnęła  mi  go  do  prawej 
ręki.  Do  tej  długiej  laski  przywiązany  był  bukłak  na  wodę.  Stałem  przed  panią  Savin  ubrany  w  bermudy  z 
teksasu i bawełnianą koszulkę z napisem: I love NY, oraz w średniowieczny strój pielgrzymów podążających 
do Composteli. 

Stara kobieta zbliżyła się do mnie. Jak w transie złożyła dłonie na mojej głowie i rzekła: 
-  Niechaj prowadzi cię apostoł Jakub i niechaj wskaże ci jedyne, co musisz odkryć. Nie idź krokiem 

zbyt  spiesznym  ani  zbyt  powolnym,  lecz  zawsze  szanując  prawa  i  potrzeby  Drogi,  i  słuchaj      tego,      który  
będzie    twym    przewodnikiem,  choćby  rozkazał  ci  zabić,  bluźnić  lub  popełnić  bezsensowny  czyn.  Musisz 
złożyć przysięgę bezwzględnego  posłuszeństwa  swojemu   przewodnikowi. 

Przysiągłem. 
-    Duch  dawnych  pielgrzymów  Tradycji  towarzyszyć  ci  będzie w tej podróży. Kapelusz ochroni cię 

przed słońcem i złymi myślami; płaszcz ochroni przed deszczem i złymi słowami; laska da ci ochronę przed 
wrogami i złymi uczynkami. Niechaj błogosławieństwo Boga, świętego Jakuba i Maryi Panny będzie z tobą 
przez wszystkie noce i dni. Amen. 

Po  chwili  zachowywała  się już zwyczajnie -pospiesznie zebrała ubrania i manifestując przy tym zły 

humor,  schowała  je  do  pudła,  odstawiła  kij  i  bukłak  w  kąt  pokoju,  podała  mi  hasło  i  poprosiła,  żebym 
natychmiast wyszedł, ponieważ mój przewodnik czeka już kilometr czy dwa za Saint-Jean-Pied-de-Port. 

-  Nie znosi fanfar -- poinformowała mnie. -Ale pewnie nawet z odległości dwóch kilometrów dobrze 

je słychać: Pireneje to świetne pudło rezonansowe. 

I  nie  mówiąc  nic  więcej,  zeszła  na  dół,  do  kuchni,  żeby  dalej  dręczyć  chłopca  o  smutnych  oczach. 

Zanim  opuściłem  jej  dom,  zapytałem,  co  mam  zrobić  z  samochodem,  a  ona  poradziła,  żebym  zostawił 
kluczyki,  ponieważ  ktoś  przyjedzie  go  stąd  zabrać.  Wyjąłem  z  bagażnika  mały  niebieski plecak, do którego 
przymocowałem  śpiwór.  Do  najlepiej  chronionej  kieszeni  wsunąłem  wizerunek  Matki  Boskiej  z  Aparecida, 
założyłem plecak i wróciłem do domku, żeby zostawić pani Savin kluczyki do wozu. 

-    Z  miasta  wyjdzie  pan  tą  ulicą;  prowadzi  aż  do  ostatniej  bramy  murów.  Kiedy  dotrze  pan  do 

Santiago   de   Compostela,   proszę   odmówić   za mnie Ave Maria. Wielokrotnie przemierzałam tę drogę. 
Teraz muszę zadowolić się zapałem, który widzę w oczach pielgrzymów. Sama wciąż jeszcze go odczuwam, 

                                                   

2

?

 

Camino de Santiago zapisała się we francuskiej kulturze jedynie poprzez to, co stanowi dumę kraju, czyli poprzez 

gastronomię,  pozostawiając  po  sobie  „pamiątkową"  nazwę  cocquilles  Saint-Jacques,  co  dosłownie oznacza „muszle 
świętego Jakuba". (Są to małże zwane po polsku przegrzebkami - przyp. tlum.). 

background image

 

 - 8 - 

ale wiek nie pozwala mi w pełni cieszyć się życiem. Niech pan o tym powie świętemu Jakubowi. Proszę mu 
także powiedzieć, że nadejdzie czas,  gdy dotrę na spotkanie z nim inną drogą, prostszą i mniej męczącą. 

Opuściłem  miasteczko,  wychodząc  Bramą  Hiszpańską  poza  mury  obronne.  Dawniej  tędy  wiodła 

ulubiona  droga  rzymskich  najeźdźców,  tędy  maszerowały  armie  Karola  Wielkiego  i  Napoleona.  Szedłem  w 
milczeniu, słysząc brzmiące w dali fanfary, aż nagle, gdy szedłem przez opuszczoną wioskę nieopodal Saint-
Jean, ogarnęło mnie bezgraniczne wzruszenie i łzy stanęły mi w oczach. Tu, pośród tych ruin, po raz pierw-
szy uświadomiłem sobie, że moje stopy wędrują niezwykłą Camino de Compostela. 

Otaczające  dolinę  Pireneje,  strojne  muzyką  i  porannym  słońcem,  piętrzyły  się  przede  mną  niczym 

zjawisko  pierwotne  zapomniane  przez  rasę  ludzką  -  zjawisko,  którego  w  żaden  sposób  nie  potrafiłem 
zidentyfikować.  Mimo  wszystko  doznanie było  tak  niezwykłe  i  silne,  że  postanowiłem  przyspieszyć  kroku  i 
jak  najszybciej  dojść  do  miejsca,  gdzie  zgodnie  z  zapowiedzią  pani  Savin  miał  czekać  przewodnik.  Wciąż 
idąc, zdjąłem koszulkę i schowałem ją do plecaka. Paski zaczynały dotkliwie wpijać się w obnażone ramiona, 
tym  bardziej  więc  doceniłem  wygodne  stare  trampki,  idealnie  dopasowane  do  moich  stóp.  Mniej  więcej  po 
czterdziestu minutach marszu, na łuku drogi, która okrążała gigantyczną skałę, zauważyłem porzuconą starą 
studnię.  Obok,  na  ziemi,  siedział  mężczyzna  około  pięćdziesiątki,  czarnowłosy,  o  urodzie  Cygana,  i  szukał 
czegoś w plecaku. 

- Witam - zagadnąłem po hiszpańsku, onieśmielony jak zawsze, gdy po raz pierwszy spotykam się z 

nieznajomym. - Pewnie na mnie czekasz. Mam na imię Paulo. 

Mężczyzna przestał grzebać w plecaku i zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów. W jego oczach 

dostrzegłem chłód. Nie wydawał się zaskoczony moim nadejściem. Ja także odniosłem niejasne wrażenie, że 
skądś się znamy. 

- Tak, czekałem na ciebie, ale nie sądziłem, że tak szybko się spotkamy. Czego chcesz? 
Nieco  zbity  z  tropu,  odparłem,  że  to  mnie  poprowadzić  ma  Drogą  Mleczną,  gdy  ruszę  w  po-

szukiwaniu miecza. 

-    Nie  warto  się  trudzić  -  powiedział  mężczyzna.  -  Jeśli  chcesz,  odnajdę  go  za  ciebie.  Tylko 

natychmiast podejmij decyzję. 

Ta  rozmowa  wprawiała  mnie  w  coraz  większe  zdziwienie.  Ponieważ  jednak  przysiągłem  być 

bezwzględnie posłusznym, zamierzałem udzielić odpowiedzi. Gdyby wyręczył mnie w poszukiwaniu miecza, 
zyskałbym mnóstwo czasu i mógłbym znacznie szybciej wrócić do Brazylii, do najbliższych i do interesów, o 
których  nawet  na  chwilę  nie  potrafiłem  zapomnieć.  Może  miałem  do  czynienia  ze  zwykłym  oszustem,  ale 
przecież udzielenie odpowiedzi nie było niczym złym. 

Postanowiłem przyjąć jego propozycję. I nagle, tuż za plecami, usłyszałem głos, który po hiszpańsku, 

z silnym obcym akcentem, oznajmił: 

-  Nie trzeba wspinać się na szczyt góry tylko po to, żeby się dowiedzieć, czy jest wysoka. 
To było nasze hasło. Odwróciłem się i ujrzałem mężczyznę około czterdziestki, ubranego w bermudy 

koloru  khaki  i  przepoconą  białą  koszulę.  Nowo  przybyły  uporczywie  przypatrywał  się  Cyganowi.  Miał 
szpakowate  włosy  i spaloną słońcem skórę. Działając w pośpiechu, zapomniałem o elementarnych zasadach 
bezpieczeństwa i na oślep rzuciłem się w ramiona pierwszemu napotkanemu człowiekowi. 

-    Statek  jest    bezpieczniejszy,      gdy    kotwiczy  w  porcie,  nie  po  to  jednak  buduje  się  statki  -  od-

powiedziałem hasłem na hasło.  

Mimo to mężczyzna nie odrywał oczu od Cygana, wciąż mu się przyglądając. Ta wymiana spojrzeń, 

w  których  nie  było  ani  obawy,  ani  zaczepki,  trwała  kilka  minut.  Aż  do  chwili,  gdy  Cygan  z  lekceważącym 
uśmiechem ruszył w kierunku Saint-Jean-Pied-de-Port. 

-  Na imię mam Petrus

3

 - odezwał się wreszcie przybysz, gdy Cygan zniknął za skałą, którą niedawno   

okrążałem.  Następnym razem bądź ostrożniejszy. 

Jego głos zabrzmiał miło; tej nutki zabrakło mi u Cygana, a nawet u pani Savin. Podniósł plecak, na 

którego klapie widniała muszla. Wydobył z niego butelkę wina, wypił łyk, a potem mi ją podał. Napiłem się i 
zapytałem, kim jest ten Cygan. 

-    To    droga  wiodąca  do    granicy.      Przechodzi  tędy  wielu  przemytników  i  ukrywających  się  ter-

rorystów z Kraju Basków - wyjaśnił Petrus. - Policja prawie nigdy się tu nie zapuszcza. 

                                                   

3

?

 

W rzeczywistości Petrus podał mi swoje prawdziwe imię. Ale by chronić jego prywatność, zmieniłem je, podobnie 

jak nazwiska innych osób z Camino de Santiago. 

background image

 

 - 9 - 

-    Nie  odpowiedziałeś  na  moje  pytanie.  -  Popatrzyliśmy  na  siebie  jak  starzy  znajomi.  -  I  ja  mam 

wrażenie, że już go spotkałem, dlatego zachowywałem się tak śmiało. 

Petrus roześmiał się i stwierdził, że czas ruszać w drogę. Zabrałem rzeczy. Szliśmy w milczeniu, lecz 

uśmiech Petrusa pozwolił mi odgadnąć, że myśli to samo co ja: spotkaliśmy demona. 

Przez  pewien  czas  wędrowaliśmy  bez  słowa.  Pani  Savin  miała  całkowitą  rację  -  nawet  z  odległości 

trzech kilometrów słychać było dźwięk fanfar, które nie milkły ani na chwilę. Miałem ochotę zasypać Petrusa 
pytaniami o jego życie, pracę, dowiedzieć się, co go tu przywiodło. Wiedziałem jednak, że czeka nas jeszcze 
siedemset  kilometrów  wspólnej  wędrówki  i  nadejdzie  właściwa  chwila,  bym  na  każde  z  tych  pytań  uzyskał 
odpowiedź. Mimo to nie mogłem uwolnić się od myśli o Cyganie, toteż w końcu przerwałem milczenie. 

-  Petrusie, sądzę, że ten Cygan był demonem. 
-  Tak, to był demon. 
Kiedy potwierdził moje domysły, ogarnęło mnie przerażenie, zarazem jednak doznałem ulgi. 
-  Ale to nie ten demon, którego znałeś z Tradycji. 
W  Tradycji  demon  jest  duchem,  którego  nie  cechuje  ani  dobro,  ani  zło.  Uważa  się  go  za  strażnika 

większości tajemnic dostępnych dla ludzi i przypisuje mu się moc i władzę nad światem rzeczy materialnych. 
Jako upadły anioł utożsamia się z rodzajem ludzkim i zawsze gotów jest zawrzeć pakt lub odpłacić przysługą 
za przysługę. 

Zapytałem więc, w czym tkwi różnica między Cyganem a demonami z Tradycji. 
-    Spotkamy  jeszcze  inne  na  tej  drodze  -  odparł  ze  śmiechem  Petrus.  -  Sam  to  zrozumiesz.  Ale 

spróbuj przypomnieć sobie rozmowę z Cyganem, a zdołasz się już trochę w tym zorientować. 

Przywołałem  w  pamięci  dwa  zdania,  które  z  nim  zamieniłem.  Powiedział,  że  mnie  oczekiwał,  i 

zaproponował, że odnajdzie mój miecz. 

Wówczas Petrus wyjaśnił, że te dwa zdania doskonale pasują do złodzieja przyłapanego na gorącym 

uczynku - stara się zyskać na czasie i zdobyć względy, szykując się do ucieczki. W owych słowach mógł się 
kryć głębszy sens, być może też były dokładnym odzwierciedleniem jego myśli. 

-  Która z tych dwóch hipotez jest trafna? 
-    Obie  są  słuszne.  Ten  nieszczęsny  złodziej,  broniąc  się,  w  lot  chwycił,  jakich  słów  oczekujesz. 

Myślał,  że  jest  bystry,  tymczasem  stał  się  narzędziem  w  ręku  siły  wyższej.  Gdyby  umknął,  kiedy  tylko 
przyszedłem,  nie  mielibyśmy  powodu  prowadzić  tej  rozmowy.  Ale  stanął  ze  mną  twarzą  w  twarz,  a  ja 
wyczytałem z jego oczu imię demona, którego spotkasz na swej drodze. 

Według Petrusa to spotkanie było dobrą wróżbą, skoro demon ujawnił się tak wcześnie. 
-    Mimo    wszystko    teraz    nie    zaprzątaj      sobie  nim  głowy.  Mówiłem  ci  już,  że  nie  z  nim  jednym 

będziesz miał do czynienia. Możliwe, że ten jest najpotężniejszy, ale na pewno nie jedyny. 

Kontynuowaliśmy wędrówkę. Pustynną dotąd roślinność zastąpiły rozrzucone z rzadka krzewy. Może 

rzeczywiście powinienem posłuchać rady Petrusa i pozwolić, żeby sprawy rozwijały się własnym tokiem. Od 
czasu do czasu mój kompan opowiadał o wydarzeniach historycznych, których świadkami były mijane przez 
nas miejsca. Zobaczyłem dom, gdzie pewna królowa spędziła ostatnią noc życia, i wykutą w skale kapliczkę, 
pustelnię  świętego  męża,  o  którym  nieliczni  rdzenni  mieszkańcy  tego  regionu  opowiadali,  że  potrafił  czynić 
cuda. 

-  Nie sądzisz, że cuda są bardzo ważne? - zapytał. 
Odparłem,  że  owszem,  dodając  jednak,  że  nigdy  nie  zetknąłem  się  z  prawdziwym,  wielkim  cudem. 

Terminując  w  Tradycji,  przyjąłem  skrajnie  intelektualną  postawę.  Wierzyłem,  że  odzyskawszy  miecz  -  ale 
dopiero wówczas - ja także będę zdolny dokonywać wielkich czynów, jakie były dziełem mojego Mistrza. 

-  Nie są to jednak Cuda, ponieważ nie odmieniają praw natury. To, co czyni mój Mistrz, polega na 

wykorzystywaniu tych sił do... 

Nie mogłem dokończyć zdania, nie umiejąc wyjaśnić faktu, że Mistrz potrafi materializować duchy, 

przemieszczać  rzeczy,  których  wcale nie dotyka, albo, co nieraz widziałem na własne oczy, odsłaniać błękit 
nieba w środku zasnutego gęstymi chmurami popołudnia. 

-  A może robi to, by cię przekonać, że posiadł wiedzę i moc? - zasugerował Petrus. 
-  Możliwe - przytaknąłem mu z przekonaniem. 
Przysiedliśmy  na  kamieniu,  bo  Petrus  wspomniał,  że  nie  znosi  palić  podczas  marszu.  Uważał,  że 

płuca wdychają wtedy znacznie więcej nikotyny, a dym przyprawiał go o mdłości. 

-    Dlatego  Mistrz  odmówił  ci  prawa  do  miecza.  Bo  nie  potrafiłeś  dostrzec  powodu,  który  każe  mu 

dokonywać  cudów.  Bo zapomniałeś, że droga wiedzy stoi otworem przed wszystkimi ludźmi, przed każdym 

background image

 

 - 10 - 

zwykłym  człowiekiem.  Podczas  tej  podróży  nauczę  cię  kilku  ćwiczeń  i  pewnych  rytuałów  zwanych 
Praktykami RAM. Każdy w jakiejś chwili życia ma okazję dostąpić przynajmniej jednego z nich.  Ten,  kto w 
poszukiwaniach  wykaże  cierpliwość  i  przenikliwość,  zdoła  odkryć    je      wszystkie      bez      wyjątku,   
wyciągając wnioski z lekcji, jakich udziela mu życie. Praktyki RAM są tak proste, że ludziom twojego pokro-
ju,    przyzwyczajonym    do    komplikowania  życia,  często  wydają  się  pozbawione  wartości.  Ale  to  one, 
podobnie  jak  trzy  inne  grupy  praktyk,  czy-się,  że  śpię,  a  ta  cząstka  nalegała.  Najpierw  to  ona  poruszyła 
moimi  palcami,  potem  palce  ożywiły  ramiona.  A  jednak  to  ani  palce,  ani  ramiona,  lecz  właśnie  ta  mała 
cząsteczka  walczyła,  próbując  pokonać  siłę  ziemi  i  ruszyć  „w  górę".  Poczułem,  że  moje  ciało  poddaje  się 
ruchom  ramion  i  idzie  ich  śladem.  Każda  sekunda  była  jak  wieczność,  ale  nasienie  musiało  się  narodzić, 
chciało  się  dowiedzieć,  czym  jest  owo  „w  górze".  Z  ogromnym  trudem  wzniosła  się  najpierw  moja  głowa, 
potem  tułów.  Wszystko  było  zbyt  spowolnione  i  musiałem  zmagać  się  z  siłą,  która  ściągała  mnie  w  głąb 
ziemi,  gdzie  dotąd  spokojnie  spałem  snem  wiecznym.  Lecz  w  końcu  mi  się  udało  -  złamałem  tę  siłę  i 
powstałem. Przebiłem się przez skorupę ziemi i już otaczało mnie to „na górze". 

Byłem na wsi. Czułem ciepło promieni słonecznych, słyszałem bzyczenie owadów, szmer rzeki, która 

gdzieś  daleko  toczyła  wody.  Wstawałem  bardzo  wolno,  wciąż  z  zamkniętymi  oczami,  i  przez  cały  czas 
miałem  wrażenie,  że  lada  chwila  stracę  równowagę  i  wrócę  do  ziemi.  A  jednak  stale  rosłem.  Moje  ręce 
wznosiły  się,  ciało  było  bardziej  prężne.  Byłem  tu,  odradzałem  się,  marząc,  żeby  to  ogromne  słońce,  które 
świeci  i  zachęca,  bym  nadal  wzrastał,  bym  wyciągał  się  i  w  końcu  dosięgną!  go  wszystkimi  gałęziami, 
rozgrzewało  me  wnętrze,  muskało  miłym  ciepłem  z  zewnątrz.  Wyciągałem  ramiona  najwyżej,  jak  mogłem, 
czułem  ból  ogarniający  wszystkie  napię  te  mięśnie,  wydawało  mi  się,  że  wyrosłem  do  tysiąca  metrów,  że 
mógłbym objąć góry. Ciało prężyło się i prężyło, aż ból mięśni stał się tak silny, że nie mogłem go już znieść. 
Wtedy krzyknąłem.

 

Otworzyłem  oczy  i  ujrzałem  przed  sobą Petrusa, który uśmiechał się, paląc papierosa. Światło dnia 

jeszcze  nie  zagasło,  ale  stwierdziłem  ze  zdumieniem,  że  słońce  nie  grzeje  tak  mocno,  jak  mi  się  wydawało. 
Zapytałem mojego przewodnika, czy chce, żebym opisał, czego doznałem. Odpowiedział, że nie. 
-  To  bardzo  osobiste  przeżycia,  powinieneś  zachować  je  dla  siebie.  Jakże  miałbym  je  oceniać?  Należą  do 
ciebie. 

Dodał,  że  spędzimy  tu  noc.  Rozpaliliśmy  niewielkie  ognisko,  dopiliśmy  resztę  wina,  a  ja  przy-

gotowałem  kilka  kanapek  z  pasztetem  z  gęsich  wątróbek,  który  kupiłem  przed  przyjazdem  do  Saint-Jean. 
Petrus  poszedł  nad  płynący  nieopodal  strumień  i  wrócił  z  rybami.  Upiekł  je  nad  ogniskiem.  Potem  obaj 
ułożyliśmy się w śpiworach. 

Pośród  wszystkich  wrażeń,  jakich  doznałem  w  życiu,  ta  pierwsza  noc  pielgrzymki  do  Composteli 

pozostanie  niezapomniana.  Choć  działo  się  to  latem,  było  zimno,  a  w  ustach  czułem  jeszcze  smak  wina, 
którym  poczęstował  mnie  Petrus.  Patrzyłem  w  niebo  i  obserwowałem  Drogę  Mleczną,  wskazującą  długi 
szlak, który mieliśmy te mięśnie, wydawało mi się, że wyrosłem do tysiąca metrów, że mógłbym objąć góry. 
Ciało prężyło się i prężyło, aż ból mięśni stał się tak silny, że nie mogłem go już znieść. Wtedy krzyknąłem. 

Otworzyłem  oczy  i  ujrzałem  przed  sobą Petrusa, który uśmiechał się, paląc papierosa. Światło dnia 

jeszcze  nie  zagasło,  ale  stwierdziłem  ze  zdumieniem,  że  słońce  nie  grzeje  tak  mocno,  jak  mi  się  wydawało. 
Zapytałem mojego przewodnika, czy chce, żebym opisał, czego doznałem. Odpowiedział, że nie. 
-  To  bardzo  osobiste  przeżycia,  powinieneś  zachować  je  dla  siebie.  Jakże  miałbym  je  oceniać?  Należą  do 
ciebie. 

Dodał,  że  spędzimy  tu  noc.  Rozpaliliśmy  niewielkie  ognisko,  dopiliśmy  resztę  wina,  a  ja  przy-

gotowałem  kilka  kanapek  z  pasztetem  z  gęsich  wątróbek,  który  kupiłem  przed  przyjazdem  do  Saint-Jean. 
Petrus  poszedł  nad  płynący  nieopodal  strumień  i  wrócił  z  rybami.  Upiekł  je  nad  ogniskiem.  Potem  obaj 
ułożyliśmy się w śpiworach. 

Pośród  wszystkich  wrażeń,  jakich  doznałem  w  życiu,  ta  pierwsza  noc  pielgrzymki  do  Composteli 

pozostanie  niezapomniana.  Choć  działo  się  to  latem,  było  zimno,  a  w  ustach  czułem  jeszcze  smak  wina, 
którym  poczęstował  mnie  Petrus.  Patrzyłem  w  niebo  i  obserwowałem  Drogę  Mleczną,  wskazującą  długi 
szlak,  który  mieliśmy  przemierzyć.  W  innych  okolicznościach  ta  odległość,  ów,  zdawałoby  się,  bezmiar, 
budziłaby  straszliwy  lęk,  a  ja  bałbym  się,  że nie sprostam trudom wędrówki. Ale dziś byłem ziarnem i uro-
dziłem się na nowo. Odkryłem, że choć w ziemi jest wygodnie i głęboko tam śpię, życie na górze okazuje się 
znacznie  piękniejsze.  Mogłem  narodzić  się  jeszcze  tyle  razy,  ile  chciałem,  aż  me  ramiona  staną  się  dość 
długie, by objąć ziemię, z której wyszedłem. 

 

background image

 

 - 11 - 

 

 

ĆWICZENIE ZASIEWU

 

 
 

Uklęknij  na  ziemi.  Potem  usiądź  na  piętach  i  pochyl  się  tak,  aby  głowa  dotykała  kolan.  Wyciągnij 

ramiona  do  tylu.  Przybrałeś  pozycję  płodową.  Teraz  odpręż  się  i  uwolnij  od  wszelkich  napięć.  Oddychaj 
spokojnie i głęboko. Stopniowo narasta w tobie wrażenie, że jesteś maleńkim ziarenkiem, które otacza dobro tej 
ziemi. Wszystko wokół jest ciepłe i cudowne. Śpisz spokojnym snem.

 

Nagle  drga  jeden  z  palców.  Ziarno  nie  chce  już  być  nasieniem,  pragnie  narodzin.  Zaczynasz  z  wolna 

poruszać ramionami, potem twoje ciało prostuje się i oto znów siedzisz na piętach. Teraz się podnosisz i wolno, 
bardzo wolno, z wyprostowanymi plecami, klękasz na kolanach. Przez cały ten czas wyobrażasz sobie, że jesteś 
nasieniem, które przemienia się i pęcznieje, i wolniutko rozbija grudki ziemi.

 

Przyszedł  czas  rozkruszyć  ziemię.  Podnosisz  się  powoli,  stawiając  najpierw  jedną,  potem  także  drugą 

stopę. Przez chwilę trudno ci utrzymać równowagę, więc walczysz niczym ziarno, które zdobywa przestrzeń dla 
rośliny. Aż wreszcie stajesz wyprostowany. Wyobraź sobie otaczające cię pola, słońce, wodę, wiatr i ptaki: jesteś 
nasieniem,  które  wy-kiełkowało  i  wypuszcza  pierwszy  pęd.  Łagodnym  gestem  wyciągasz ręce ku niebu. Potem 
wyprężasz się coraz bardziej, jakbyś chciał chwycić ogromne słońce, które świeci nad tobą, daje ci siłę i wabi. 
Twoje  ciało  zyskuje  większą  sztywność,  mięśnie  prężą  się,  a  ty  czujesz,  jak  rośniesz,  roś-niesz,  by  stać  się 
ogromnym.  Napięcie  narasta,  wreszcie  staje  się  dotkliwe,  przyprawia  o  nieznośny  ból.  Nie  możesz  go  już 
wytrzymać, krzyk wyrywa się z twoich ust i otwierasz oczy.

 

Powtarzaj to ćwiczenie przez siedem kolejnych dni, zawsze o tej samej godzinie.

 

 

 
 
 
 

Stwórca i stworzenie 

 

 

 

Przez  sześć  dni  przemierzaliśmy  Pireneje,  to  wspinając  się,  to  schodząc.  Petrus  czuwał,  abym 

codziennie, kiedy słońce padało już tylko na najwyższe szczyty, powtarzał ćwiczenie zasiewu. Trzeciego dnia 
ujrzeliśmy cementowy słup informacyjny i dowiedzieliśmy się, że od tej chwili stąpamy po hiszpańskiej ziemi. 
Petrus  po  trosze  wyjawiał  mi  informacje  o  swoim  życiu  prywatnym.  Okazało  się,  że  jest  Włochem, 
projektantem urządzeń przemysłowych

4

. Zapytałem, czy nie ucieka myślą do wszystkich spraw, które musiał 

odłożyć na później, by przeprowadzić pielgrzyma wyruszającego w poszukiwaniu miecza. 

-  Chciałbym,    żebyś    coś    zrozumiał    - odparł. - Ja nie prowadzę cię do miecza. Tylko ty jeden 

możesz go odnaleźć. Jestem tu, by przeprowadzić  cię  Camino  de   Santiago  i  nauczyć Praktyk RAM. To, 
w jaki sposób je wykorzystasz, poszukując miecza, zależy od ciebie. 

-  Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 
-    Podróżując,      w    bardzo      praktyczny      sposób  doświadczasz  aktu  odrodzenia.  Stajesz  przed  zu-

pełnie  nowymi  sytuacjami,  dzień  przemija  wolniej,    przeważnie  nie  rozumiesz  języka,    którym  mówią  
miejscowi.    Zupełnie  jak    dziecko,      które  wyszło  z  łona  matki.  W  takich  warunkach  zaczynasz  

                                                   

4

?

 

Colin Wilson twierdzi, iż na tym świecie nic nie jest przypadkowe, ja zaś raz jeszcze miałem okazję się przekonać 

o  słuszności  tego poglądu. Pewnego popołudnia, bawiąc w Madrycie, przeglądałem w hotelowym hallu czasopisma. 
Moją uwagę zwrócił reportaż z wręczenia Nagród Księcia Asturii, ponieważ wśród laureatów znalazł się brazylijski 
dziennikarz,  Roberto  Marinho.  Baczniej  przyjrzawszy  się  fotografii  z  bankietu,  aż  podskoczyłem  -  przy  jednym  ze 
stołów,  elegancko  prezentując  się  w  smokingu,  siedział  Petrus,  którego  w  notatce  pod  zdjęciem przedstawiono jako 
Jednego z najsławniejszych obecnie europejskich designerów". 

background image

 

 - 12 - 

przywiązywać  znacznie  większą wagę  do tego, co cię otacza, ponieważ od tego zależy twoje przetrwanie. 
Stajesz się bardziej otwarty na kontakty z ludźmi, bo wiesz, że mogliby ci pomóc w trudnych sytuacjach. A 
każdy  przejaw  łaskawości  bogów  przyjmujesz  z  wielką  radością,  jakby  chodziło  o  wydarzenie,  które trzeba 
zapamiętać na całe życie. Równocześnie, ponieważ wszystko wokół ciebie jest nowe, dostrzegasz w rzeczach 
wyłącznie  piękno  i  bardziej  cieszysz  się  życiem.  Dlatego  pielgrzymki  religijne  zawsze  były  jednym  z 
najbardziej obiektywnych sposobów osiągnięcia iluminacji. Aby odpokutować za grzechy, trzeba iść coraz to 
dalej, dostosowując się do zmienności sytuacji. W zamian otrzymuje się niezliczone dobrodziejstwa, których 
życie  nie  skąpi  tym,  co  o  nie  proszą.  Wydaje  ci  się,  że mógłbym zamartwiać się z powodu paru projektów, 
których nie wykonam, bo jestem tu z tobą? 

Oczy  Petrusa  zwróciły  się  w  innym  kierunku,  a  ja  natychmiast  podążyłem  wzrokiem  za  jego 

spojrzeniem.  Stado  kóz  szło  zboczem  góry.  Jedna  z  nich,  najodważniejsza,  stała  na  niewielkim,  bardzo 
stromym  występie  skalnym.  Zastanawiałem  się,  jakim  cudem  zdołała  wdrapać  się  tak  wysoko  i  jak  się 
stamtąd  wydostanie.  Jednak  właśnie  wówczas,  gdy  nad  tym  dumałem, koza skoczyła i znajdując oparcie na 
niewidocznej  dla  mnie  części  stoku,  dołączyła  do  stada.  Wszystko  w  tym  miejscu  przepojone  było  pełnym 
życia, dynamicznym spokojem świata, który może jeszcze wypięknieć i wiele stworzyć i który wie, że aby tak 
się  stało,  trzeba  iść,  wciąż  iść  przed  siebie.  Chociaż  czasem  straszliwe  trzęsienie  ziemi  albo  niszczycielska 
burza  rodzą  we  mnie  przekona  nie,  że  natura  jest  okrutna,  zrozumiałem,  że  takie właśnie są zmienne koleje 
drogi zwanej losem. Natura również wędrowała w poszukiwaniu iluminacji. 

-  Jestem  bardzo  zadowolony,  że  się  tu  znalazłem  -  powiedział  Petrus.  -  Bo  praca,  której  nie 

wykonani, nic już nie znaczy, a prace, które zrealizuję potem, będą znacznie lepsze. 

Po  przeczytaniu  dzieła  Carlosa  Castańedy  gorąco  pragnąłem  spotkać  starego  indiańskiego 

czarownika,  don  Juana.  Obserwując  spoglądającego  na  góry  Petrusa,  poczułem,  że  u  mego  boku  stoi  ktoś 
podobny do niego jak brat. 

Po  południu  siódmego  dnia,  wyszedłszy  z sosnowego lasu, dotarliśmy na szczyt wzgórza. Tu Karol 

Wielki  modlił  się  po  raz  pierwszy  na  hiszpańskiej  ziemi.  Na  starym  pomniku  widniała  łacińska  inskrypcja 
nakłaniająca  wędrowca,  by  dla  upamiętnienia  tamtych  wydarzeń odmówił Salve Regina. Obaj wypełniliśmy 
to, do czego wzywała inskrypcja. Potem Petrus poprosił, abym po raz ostatni poddał się ćwiczeniu Zasiewu. 

Wiał silny wiatr i było zimno. Zaoponowałem, twierdząc, że jest jeszcze bardzo wcześnie - wydawało 

mi się, że ledwie dochodzi trzecia po południu - ale polecił mi zamilknąć i natychmiast uczynić, co każe. 

Przyklęknąłem  na  ziemi  i  zacząłem  wykonywać  ćwiczenie.  Wszystko  przebiegało  normalnie  aż  do 

chwili,  kiedy  uniosłem  ręce  i  usiłowałem  wyobrazić  sobie  słońce.  Gdy  już  mi  się  to  udało,  a  przede  mną 
rozbłysło  ogromne  słońce,  poczułem,  że  ogarnia  mnie  wielka  ekstaza.  Me  człowiecze  wspomnienia  powoli 
wygasały; ja już nie wykonywałem ćwiczenia, lecz stałem się drzewem. Czułem przepełniające mnie szczęście 
i ogromną satysfakcję. Słońce świeciło i wirowało wokół własnej osi, co nigdy dotąd się nie zdarzyło. Stałem 
w miejscu z wyciągniętymi gałęziami, wiatr targał mymi liśćmi, a ja pragnąłem na zawsze tak pozostać. Aż 
nagle coś mnie dotknęło i na ułamek sekundy wszystko spowiło się mrokiem. 

Natychmiast otworzyłem oczy. Petrus uderzył mnie w twarz i chwycił za ramiona. 
-  Nie   zapominaj,   co   jest   twoim   celem! - krzyknął pełen gniewu. - Nie zapominaj, że musisz się 

jeszcze wiele nauczyć, zanim znajdziesz miecz! 

Usiadłem na ziemi, drżąc w podmuchach lodowatego wiatru. 
-  Czy zawsze tak się dzieje? - zapytałem. 
-  Prawie zawsze. Zwłaszcza z ludźmi takimi jak ty, zafascynowanymi i łatwo zapominającymi o celu 

poszukiwań. 

Petrus  wyciągnął  z  plecaka  sweter  i  szybko  się  ubrał.  Ja  włożyłem  drugi  t-shirt  na  mój  I  love NY - 

nawet nie przyszło mi na myśl, że w środku lata, przez gazety okrzykniętego najbardziej upalnym w ostatnim 
dziesięcioleciu, może zrobić się tak zimno. Dwie warstwy bawełny nieco skuteczniej chroniły przed wiatrem, 
jednak poprosiłem Petrusa, żeby przyspieszył kroku, musiałem się bowiem rozgrzać. 

Ścieżka  biegła  teraz  bardzo  łagodnym  zboczem.  Pomyślałem,  że  chłód,  który  odczuwam,  jest 

skutkiem kiepskiego jedzenia, bo żywiliśmy się wyłącznie rybami i owocami drzew

5

. Ale Petrus wyjaśnił, że 

marzniemy, ponieważ dotarliśmy do najwyżej położonego miejsca na naszym górskim szlaku. 

                                                   

5

?

 

Były  to  czerwone  owoce,  których  nazwy  nie  znam, a na których widok jeszcze dziś mam mdłości  - tak dużo ich 

zjadłem podczas wędrówki przez Pireneje. 

background image

 

 - 13 - 

Przeszliśmy  może  pół  kilometra,  gdy  nagle,  za  załomem  drogi,  krajobraz  uległ  zmianie.  Rozległa, 

lekko  pofałdowana  dolina  ciągnęła  się  aż  po  horyzont.  Na  lewo,  w  kotlinie,  w  odległości  najwyżej  dwustu 
metrów,  czekała  wioska,  a  w  niej  domki  z  dymiącymi  kominami.  Chciałem  przyspieszyć  kroku,  lecz Petrus 
mnie powstrzymał. 

- Myślę, że to najwłaściwsza chwila, żeby nauczyć cię drugiej Praktyki RAM - powiedział, siadając 

na ziemi i dając znak, żebym uczynił to samo. 

Usiadłem  wbrew  sobie.  Widok  wioski  i  wydobywającego  się  z  kominów  dymu  zburzył  mój  we-

wnętrzny  spokój.  Nagle  uświadomiłem  sobie,  że  od  tygodnia  przebywaliśmy  na  pustkowiu,  nie  widzieliśmy 
żywego  ducha,  spaliśmy  pod  gołym  niebem  i  całymi  dniami  wędrowaliśmy.  Zabrakło  mi  papierosów  i 
musiałem palić paskudne skręty z tytoniu Petrusa. Spać w śpiworze i jeść ryby nawet bez soli - uwielbiałem 
to,  ale  jako  dwudziestolatek,  teraz,  na  Camino  de  Santiago,  było  to  dla  mnie  wielkim  poświęceniem. 
Niecierpliwie czekałem, aż Petrus skończy zwijać papierosa i go wypali. Milczałem, marząc o cieple kieliszka 
wina w barze, który widziałem o pięć minut drogi od nas. Opatulony w sweter Petrus siedział sobie spokojnie 
i w roztargnieniu spoglądał na rozległą nizinę. 

- Jak ci się podobała przeprawa przez Pireneje? - zapytał po krótkiej chwili. 
-  Wspaniała - odparłem, nie chcąc przedłużać rozmowy. 
-    Całe  szczęście,  bo  poświęciliśmy  sześć  dni na przejście odcinka, który zazwyczaj pokonuje się w 

ciągu dnia. 

Nie  uwierzyłem.  Wyciągnął  mapę  i  pokazał  mi  cały  szlak,  który  liczył  zaledwie  siedemnaście 

kilometrów. Nawet wolno się wspinając i pokonując strome zejścia, tę drogę należało przejść w sześć godzin. 

- Z tak wielkim uporem dążysz do odnalezienia miecza, że zapomniałeś o najważniejszym: trzeba do 

niego  dotrzeć.  Zapatrzony  w  stronę  Composteli,  której  stąd  na  pewno  nie  ujrzysz,  nie  zauważyłeś,  że  w 
niektóre miejsca wracaliśmy cztero- albo pięciokrotnie, raz po raz, chociaż różnymi drogami. 

Teraz,  kiedy  Petrus  to  powiedział,  zdałem  sobie  sprawę,  że  górę  Itchasheguy,  najwyższą  w  tym 

rejonie, widywałem to po mojej lewej, to znów po prawej stronie. I chociaż przypadkiem to dostrzegłem, nie 
wyciągnąłem jedynego słusznego wniosku: przez tydzień krążyliśmy po niewielkim skrawku gór. 

-    Po  prostu  wybierałem  różne  drogi,  wykorzystywałem  wiodące  przez  las  ścieżki  przemytników. 

Jednak powinieneś był się zorientować. Nie zauważyłeś tego,  ponieważ   wędrówka    sama w sobie nic dla 
ciebie nie znaczy. Liczy się tylko wola dotarcia do celu. 

- A gdybym się zorientował? 
-  I tak wędrowalibyśmy przez siedem dni, bo Praktyki   RAM   tego   wymagają.   Ale wówczas w 

inny sposób cieszyłbyś się pięknem Pirenejów. 

Tak bardzo mnie zaskoczył, że zapomniałem o zimnie i o wiosce. 
-  W podróży do obranego celu - podjął Petrus - szczególnie ważne jest baczne obserwowanie drogi. 

Bo  właśnie  droga  najlepiej  nam  podpowiada,  jak  osiągnąć  ten  cel,  każdego  dnia  podróży  wzbogaca  nas  i 
uczy.  Gdyby  porównać  to  z  seksem,  powiedziałbym,  że  gra  wstępna,  faza  pieszczot,  decyduje  o  sile   
orgazmu.   Wszyscy o tym wiemy. Tak to jest, kiedy ma się cel w życiu. Może okazać się wspaniały lub zły, 
wszystko  zależy  od  tego,  jaką  obierzemy  drogę,  i  tego,  jak ją przemierzamy. Dlatego druga Praktyka RAM 
jest  tak  ważna:  polega  na  odkrywaniu  w  tym,  na  co  patrzymy  każdego  dnia,  tajemnic,  które  obojętnie   
mijamy,   pochłonięci  rutynowym  działaniem. 

I Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA SZYBKOŚCI. 
-  W mieście, gdzie zaprzątają nas codzienne zajęcia., na to ćwiczenie należy poświęcić dwadzieścia 

minut.  Ponieważ  jednak  wędrujemy  niezwykłym  szlakiem  Santiago  de    Compostela,  przeznaczymy  godzinę 
na dotarcie do wioski. 

Chłód,  o  którym  na  chwilę  zapomniałem,  znów  zaczął  mi  doskwierać.  Zniechęcony  patrzyłem  na 

Petrusa.  Lecz  on  tego  nie  zauważał:  wziął  plecak  i  w  przytłaczającym,  żółwim  tempie  zaczęliśmy 
przemierzać dwustumetrową odległość. 

Początkowo patrzyłem wyłącznie na tawernę, stary dwupiętrowy budynek z drewnianym szyldem nad 

drzwiami.  Byliśmy  tak  blisko,  że  mogłem  nawet  odczytać  datę  budowy:  1652.  Zbliżaliśmy  się,  a  jednak 
miałem  wrażenie,  że  stoimy  w  miejscu.  Petrus  niezwykle  wolno  wysuwał  stopę  przed  stopę,  a  ja  go 
naśladowałem. Sięgnąłem do plecaka po zegarek i założyłem go na rękę. 

-    Będzie  jeszcze  gorzej  -  powiedział  -  bo  czas  nie  zawsze  przemija  w  jednakowym  rytmie.  To  my 

zdecydujemy o rytmie czasu. 

background image

 

 - 14 - 

Raz  po  raz  spoglądając  na  zegarek,  zrozumiałem,  że  Petrus  ma  rację.  Im  częściej  patrzyłem  na 

wskazówki, tym wolniej się przesuwały. Postanowiłem posłuchać jego rady i schowałem zegarek do plecaka. 
Usiłowałem  skoncentrować  się  na  krajobrazie,  na  nizinie,  na  kamieniach,  które  trącałem  nogami,  ale  przez 
cały  czas  zerkałem  w  kierunku  tawerny  i  wciąż  miałem  wrażenie,  że  nie  ruszyliśmy  się  z  miejsca. 
Pomyślałem,  że  będę  opowiadał  sobie w myśli różne historyjki, lecz to ćwiczenie tak mnie irytowało, że nie 
mogłem się skupić. Kiedy nie będąc w stanie dłużej tego wytrzymać, wyjąłem z plecaka zegarek, przekonałem 
się, że upłynęło zaledwie jedenaście minut. 

- Nie rób z tego ćwiczenia tortur, bo nie po to je wymyślono - powiedział Petrus. - Staraj się czerpać 

przyjemność  z  tempa,  do  którego  nie  przywykłeś.  Wykonując  codzienne  ruchy  w  zupełnie  inny  sposób, 
pozwalasz, aby rozwinął się w tobie nowy człowiek. Zresztą, decyzja należy do ciebie. 

Życzliwość,  z  jaką  dodał to ostatnie zdanie, trochę mnie uspokoiła. Skoro sam decydowałem o tym, 

co  zrobię,  należało  jak  najlepiej  wykorzystać  sytuację.  Odetchnąłem  głęboko  i  starałem  się  nie  rozmyślać. 
Wprawiłem  się  w  cudowny  stan,  miałem  wrażenie,  że  czas  jest  sprawą  odległą,  że  mnie  nie  dotyczy. 
Spokojniejszy z każdą chwilą, innym okiem spojrzałem na otoczenie. Wyobraźnia, która buntowała się, kiedy 
byłem  spięty,  teraz  znów  ożyła  i  zaczęła  mnie  wspierać.  Spoglądałem  na  rozpościerające  się  przede  mną 
miasteczko  i  tworzyłem  jego  historię:  jak  zostało  zbudowane,  jak  zatrzymywali  się  w  nim  pielgrzymi,  jak 
czuli  się  uszczęśliwieni,  widząc  wreszcie  ludzi  i  zaznając  gościnności  po  wędrówce  przez  Pireneje,  gdzie 
smagał  ich  przejmujący  chłodem  wiatr.  W  pewnej  chwili  wydało  mi  się,  że  w  sercu  wioski  dostrzegam 
potężną,  tajemniczą  i  mądrą  obecność. Moja wyobraźnia wypełniała dolinę rycerzami i bitwami. Widziałem 
nawet  połyskujące  w  słońcu  miecze  i  słyszałem  okrzyki  wojenne.  Wioska  przestawała  być  tylko  miejscem, 
gdzie  rozgrzeję  duszę  winem,  a  ciało  ciepłą  kołdrą.  Teraz  stała  się  pomnikiem  historii,  dziełem heroicznych 
ludzi, którzy porzucili wszystko, aby osiąść na tym pustkowiu. Świat był tu, wokół mnie, i zrozumiałem, że 
dotąd bardzo rzadko zwracałem na niego uwagę. 

Kiedy  sobie  to  uświadomiłem,  staliśmy  już  przed  drzwiami  tawerny,  a  Petrus  zapraszał  mnie  do 

środka. 

-  Stawiam  wino  -  powiedział.  -  Powinniśmy  wcześnie  iść  spać,  bo  jutro  muszę  ci  przedstawić 

wielkiego maga. 

Spałem  kamiennym  snem,  nie  śniąc.  Świt  ledwie  rozjaśnił  dwie  jedyne  uliczki  Roncesvalles,  gdy 

Petrus zapukał do drzwi mojego pokoju. Mieszkaliśmy na drugim piętrze tawerny, która pełniła jednocześnie 
rolę hotelu. 

Zamówiliśmy kawę, pieczywo i oliwę. Zaraz po śniadaniu wyszliśmy. Wioskę spowijała gęsta mgła. 

Zrozumiałem,  że  Roncesvalles  nie  jest  typową  wsią,  jak  mi  się  wydawało  w  pierwszej  chwili;  w  epoce 
wielkich  pielgrzymek  Szlakiem  Świętego  Jakuba  istniał  tu  najpotężniejszy  klasztor  w  regionie,  obejmujący 
wpływami terytorium sięgające aż po granice Nawarry. Do dziś Ronces-valles zachowało znamiona swej roli 
z  tamtych  lat  -  kilka  budynków  należało  do  kolegium  zakonnego.  Jedynym  domem  o  charakterze  świeckim 
była tawerna, w której się zatrzymaliśmy. 

Wędrowaliśmy  pośród  mgły,  by  po  chwili  wejść  do  kolegiaty.  Ubrani  w  białe  kapłańskie  szaty 

zakonnicy  modlili  się,  uczestnicząc  w  pierwszej  porannej  mszy.  Nie  rozumiałem  słów  ich  modlitw,  bo 
nabożeństwo odprawiano po baskij-sku. Petrus usiadł w ławce z dala od ołtarza i poprosił, żebym trzymał się 
w pobliżu. 

Kościół  był  ogromny,  wypełniony  bezcennymi  dziełami  sztuki.  Petrus  wyjaśnił  mi  szeptem,  że 

wzniesiono  go  dzięki  darowiznom  królów  i  królowych  Portugalii,  Hiszpanii,  Francji  i  Niemiec,  miejsce 
budowy  natomiast  wskazał  Karol  Wielki.  Na  ołtarzu  Maryja  Panna  z  Roncesvalles,  wykonana  ze  srebra,  o 
twarzy  wyrzeźbionej  w  szlachetnym  drewnie,  trzymała  w  ręce  bukiet  kwiatów  z  cennych  kamieni.  Woń 
kadzidła, gotycka świątynia, kapłani i ich kantyczki wprowadziły mnie w stan bliski transu, którego doświad-
czyłem już, poddając się obrzędom Tradycji. 

- A mag? - zapytałem Petrusa, przypomniawszy sobie, co zapowiedział poprzedniego dnia. 
Skinieniem głowy wskazał kapłana w średnim wieku, chudego mężczyznę w okularach, siedzącego z 

innymi  mnichami  na  jednej  z  długich  ławek,  które  otaczały  ołtarz.  Mag  zakonnik!  Pragnąłem,  żeby  msza 
szybko  się  skończyła,  ale  -jak  tłumaczył  wczoraj  Petrus  -  to  my  określamy  rytm  czasu:  mój  lęk  sprawił, że 
obrządek religijny trwał przeszło godzinę. 

Gdy  msza  dobiegła  końca,  Petrus  zostawił  mnie  samego  w  ławce  i  zniknął  za  drzwiami,  którymi 

wyszli  kapłani.  Zupełnie  sam,  podziwiałem  świątynię,  myśląc  o  tym,  że  powinienem  odmówić  modlitwę, 

background image

 

 - 15 - 

jednak nie byłem w stanie się skupić. Obrazy wydawały mi się odległe, uwięzione w przeszłości, która już nie 
powróci, jak nie wróci złoty wiek Camino de Santiago. 

Petrus stanął w drzwiach i nie mówiąc ani słowa, gestem nakazał, żebym poszedł za nim. 
Znaleźliśmy  się  w  ogrodzie  zamkniętym  murami  klasztoru  i  otaczającymi  klauzurę.  Na  obrzeżu 

usytuowanej pośrodku fontanny czekał na nas zakonnik w okularach. 

- Padre Jordi, oto pielgrzym - przedstawił mnie Petrus. 
Kapłan podał mi rękę, którą uścisnąłem na powitanie. Potem zamilkliśmy. Spodziewałem się, że coś 

się wydarzy, lecz do moich uszu dobiegło tylko pianie kogutów gdzieś w oddali i krzyki mew polujących na 
codzienną  strawę.  Mnich  przypatrywał  mi  się  spokojnie,  a  jego  spojrzenie  podobne  było  do  tego,  którym 
obrzuciła mnie pani Savin, gdy wypowiedziałem pradawne Słowo. 

 
 

 

 

ĆWICZENIE SZYBKOŚCI

 

 
 
 
 

Idź przez dwadzieścia minut dwukrotnie wolniej niż zazwyczaj. Zwracaj uwagę na każdy szczegół, na 

ludzi i krajobrazy wokół ciebie.

 

Najstosowniejsza pora do wykonywania tego ćwiczenia przypada po obiedzie.

 

Powtarzaj to ćwiczenie przez siedem kolejnych dni. 
 
 

 

 
 
 
 

W końcu, przerywając długą i ciążącą mi ciszę, padre Jordi przemówił. 
-  Ponoć   przedwcześnie   pokonałeś   szczeble Tradycji, drogi chłopcze. 
Odpowiedziałem, że mam trzydzieści osiem lat i przeszedłem wszystkie ordalia

6

-    Oprócz    jednej,      ostatniej      i      najważniejszej  próby  -  podjął,  nadal  spoglądając  na  mnie  po-

zbawionymi wyrazu oczyma. - A bez niej wszystko, czego się nauczyłeś, jest niczym. 

-  Dlatego przemierzam Camino de Santiago. 
-  To niczego nie gwarantuje. Chodź ze mną. Petrus został w ogrodzie, a ja podążyłem za 
padre  Jordim.  Minęliśmy  klauzurę,  przeszliśmy  obok  miejsca  pochówku  króla  Sancha  el  Fuerte  i 

zatrzymaliśmy się w małej kaplicy, usytuowanej na tyłach budynku klasztoru Roncesvalles. 

Jej wnętrze było praktycznie puste - tylko stół, księga i miecz. Ale nie mój. 
Padre  Jordi  usiadł  przy  stole,  nie  proponując,  bym  również  spoczął.  Potem  sięgnął  po  jakieś  zioła, 

podpalił je, a ich woń wypełniła pomieszczenie. Cała ta sytuacja coraz bardziej przypominała mi spotkanie z 
panią Savin. 

-  Przede  wszystkim  udzielę   ci   przestrogi  -oznajmił padre Jordi. - Rota jacobea to tylko jedna z 

czterech dróg. To droga Pikowa. Może dać ci moc, ale to nie wystarczy. 

-  A trzy pozostałe drogi? 
-  Słyszałeś o co najmniej dwóch z nich - drodze Jerozolimy, która jest szlakiem Kiera albo Graala i 

da  ci  zdolność  czynienia  cudów;  i  drodze  Rzymu,  która  jest  szlakiem  Trefla,  a  umożliwi  ci  porozumienie  z 
innymi światami. 

                                                   

6

?

 

Ordalia  to  rytualne  próby,  na  których  wynik  mają  wpływ  nie  tylko  zachowania  ucznia,  ale  także  przepowiednie 

pojawiające się w trakcie przeprowadzania owych prób. (Termin ten pochodzi z czasów Świętej Inkwizycji, kiedy to 
oznaczał wyłącznie „sądy boże" - przyp. tłum.). 

background image

 

 - 16 - 

-  Brakuje   tylko   drogi   Karo,   a   mielibyśmy wszystkie cztery kolory - dodałem żartobliwie. 
Padre Jordi roześmiał się. 
-  Słusznie. To tajemna droga i gdybyś kiedyś ją przeszedł, nie mógłbyś nikomu o tym opowiedzieć. 

Ale  nie   czas  zajmować   się  tą  sprawą. Gdzie twoja muszla? 

Otworzyłem plecak i wyjąłem muszle z wizerunkiem Matki Boskiej z Aparecida. Mnich położył je na 

stole. Trzymając nad nimi dłonie, zaczął się koncentrować. Poprosił, abym czynił to, co on. Woń ziół stawała 
się  coraz  silniejsza.  Zarówno  kapłan,  jak  i  ja  mieliśmy  otwarte  oczy  i  nagle  stwierdziłem,  że  powtarza  się 
zjawisko,  jakie  widziałem  już  na  Itatiaia:  muszle  rozbłysły  światłem,  które  nie  oświetla.  Blask  stawał  się 
coraz silniejszy, ja zaś usłyszałem tajemniczy głos dobywający się z gardła padre Jordiego: 

-  „Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje"

7

Było to zdanie z Biblii. 
-  Tam  zaś,  gdzie  jest  twoje  serce,  będzie  kolebka  ponownego  przyjścia  Chrystusa;  niczym  muszle, 

pielgrzym  na  drodze  świętego  Jakuba  jest  tylko  skorupą.  Jeśli  ta  skorupa,  która  powstaje  z  życia,  pęknie, 
wyłoni się Życie, które uczynione jest z Agape. 

Cofnął dłonie i blask muszli zagasł. Potem zapisał moje nazwisko w księdze, która leżała na stole. Na 

szlaku  Composteli  natknąłem  się  na  trzy  księgi, w których zapisano moje nazwisko: pierwszą u pani Savin, 
drugą u padre Jordiego i trzecią, księgę Mocy, w której później sam zapisałem swoje imię. 

-  Skończyliśmy. Idź i niechaj cię błogosławią Przenajświętsza Panna z Roncesvalles i święty Jakub 

od Miecza. 

-    Camino  de  Santiago  wytyczają  żółte  znaki  wiodące  przez  całą  Hiszpanię  -  mówił  kapłan,  gdy  

wracaliśmy  do  miejsca,   gdzie  zostawiłem Petrusa. - Gdybyś w pewnym momencie się zgubił, szukaj tych 
znaków  na  drzewach,  na  kamieniach,      tablicach    informacyjnych,      a    bez    trudu  znajdziesz  bezpieczne 
schronienie. 

-  Mam dobrego przewodnika. 
-  Spróbuj polegać przede wszystkim na sobie. Żeby nie krążyć przez tydzień po Pirenejach. 
A zatem mnich znał już tę historię. 
Dołączyliśmy  do  Petrusa  i  niemal  natychmiast  mnich  nas  pożegnał.  Był  jeszcze  ranek,  gdy 

opuszczaliśmy  Roncesvalles,  ale  mgły,  które  wcześniej  spowijały  okolicę,  zniknęły  bez  śladu.  Otwierała  się 
przed nami prosta jak na równinach droga, a ja zaczynałem szukać żółtych znaków, o których powiedział mi 
padre Jordi. Niosłem teraz nieco cięższy plecak, bo w tawernie kupiłem butelkę wina, chociaż Petrus powie-
dział, że nie ma takiej potrzeby. Za Roncesvalles droga wiodła przez setki wsi, a noclegi pod gołym niebem 
mogły nam się zdarzyć od przypadku do przypadku. 

-  Petrusie, padre Jordi mówił o powtórnym przyjściu Chrystusa tak, jakby ono już się wydarzyło. 
-  I wciąż się wydarza. To tajemnica twojego miecza. 
-  A poza tym powiedziałeś,  że  spotkam się z magiem, tymczasem rozmawiałem z kapłanem. Co to 

ma wspólnego z Kościołem katolickim? 

Odpowiedź Petrusa zamknęła się w jednym słowie: 
-  Wszystko. 

 

Okrucieństwo 

 

 

 

-  Właśnie  tu, w tym miejscu, zamordowano Miłość -- powiedział stary wieśniak, wskazując wykutą 

w skale kapliczkę. 

Wędrowaliśmy  przez  pięć  dni,  zatrzymując  się  tylko  na  posiłki  i  noclegi.  Petrus  zachowywał 

dyskrecję  w  sprawach  dotyczących  jego  prywatnego  życia,  okazując  ogromne  zainteresowanie  Brazylią  i 
moją  pracą.  Mówił,  że  lubi  mój  kraj  ojczysty,  ponieważ  najbliższym  mu  obrazem  był  wizerunek  Chrystusa 

                                                   

7

?

 

Mt 6, 21. Cytaty z Pisma Świętego wg Biblii Tysiąclecia (przyp. tłum.). 

background image

 

 - 17 - 

Zbawiciela  z  Corcovado,  przedstawionego  z  rozpostartymi  ramionami,  a  nie umęczonego na krzyżu. Chciał 
wiedzieć wszystko i na każdym kroku wypytywał, czy brazylijskie kobiety były równie ładne jak tutejsze. W 
ciągu  dnia  panował  nieznośny  upał,  toteż  w  każdym  barze  i  w  każdej  wiosce,  do  której  zawitaliśmy, ludzie 
uskarżali  się  na  suszę.  Przerywaliśmy  wędrówkę  między  drugą  a  czwartą  po  południu,  gdy  słońce  grzało 
najmocniej, i przyjęliśmy hiszpański zwyczaj sjesty. 

Tego  popołudnia,  gdy  odpoczywaliśmy  w  gaju  oliwnym,  stary  wieśniak  przyszedł poczęstować  nas 

winem.  Nawet  podczas  największych  upałów  mieszkańcy  tego  regionu  nie  wyrzekali  się  panującego  tu  od 
stuleci obyczaju picia wina. 

-  Dlaczego zamordowano tu miłość? - zapytałem, widząc, że staruszek stara się zagaić rozmowę. 
-    Przed  wiekami  pewna  księżniczka,  która  ruszyła      na      pielgrzymkę      do      Composteli,      Felicja 

Akwitańska,  postanowiła  rzucić  wszystko  i  osiąść  tu,  gdy  odwiedzi  już  grób  świętego  Jakuba.  To  była 
prawdziwa Miłość, bo księżniczka dzieliła się dobrami z miejscową biedotą i leczyła chorych. 

Petrus zapalił swego paskudnego skręta i chociaż minę miał obojętną, wyczułem, że uważnie słucha 

opowieści starca. 

-    Wówczas  jej  brat,  książę  Wilhelm,  otrzymał  od  ojca  rozkaz  sprowadzenia  jej  do  domu.  Felicja 

odmówiła.  Zrozpaczony książę zasztyletował ją w kaplicy, którą tu widzicie, a którą ona budowała własnymi 
rękami, żeby opiekować się ubogimi i chwalić Pana. Kiedy się opamiętał i pojął, co uczynił, uciekł do Rzymu 
błagać  papieża  o    rozgrzeszenie.  Jako  pokutę  Ojciec  Święty  nakazał      mu      odbyć      pielgrzymkę      do   
Composteli. 

I    wtedy  wydarzyło  się  coś  niezwykłego  -  w  drodze  powrotnej,  dotarłszy tu, ogarnięty pragnieniem, 

któremu  uległa  Felicja,  osiadł  w  kapliczce  wzniesionej  przez  siostrę,  aby  po  kres  długiego  życia  opiekować 
się biedakami. 

-  Oto i prawo zwrotu - podsumował ze śmiechem Petrus. 
Wieśniak nie zrozumiał jego uwagi, lecz ja dokładnie wiedziałem, co Petrus miał na myśli. W drodze 

odbyliśmy niejedną dyskusję teologiczną o relacjach między Bogiem a ludźmi. Przyznawałem, że w Tradycji 
zawsze  mamy  do  czynienia  z  relacją  człowiek-Bóg,  ale  na  drodze  zupełnie  innej  niż  ta  obierana  podczas 
pielgrzymki  do  Santiago  -  pełna  księży  magów,  Cyganów,  którzy  stali  się  demonami,  i  świętych,  którzy 
czynią  cuda.  To  wszystko  wydawało  mi  się  bardzo  archaiczne,  zbyt  mocno  związane  z  chrześcijaństwem, 
odarte z uniesienia, w jakie niekiedy wprowadzały mnie obrzędy Tradycji. Petrus zawsze powtarzał, że droga 
do Composteli jest jedną z tych, które każdy jest zdolny przemierzyć, i że tylko taką drogą można dotrzeć do 
Boga. 

-    Uważasz,  że  Bóg  istnieje,  i  ja  również  tak  myślę  -  ciągnął  Petrus.  -  A  zatem  według  nas  Bóg 

istnieje. Lecz jeśli ktoś w Niego nie wierzy, On mimo to nie przestaje istnieć. Lecz to nie oznacza, że osoba, 
która w Niego nie wierzy, jest w błędzie.

 

-  Bóg   miałby   sprowadzać   się   do   pragnień i władzy człowieka?

 

-    Miałem  przyjaciela,  który  zawsze  chodził  pijany,    ale  co  wieczór  odmawiał  trzy  zdrowaśki, 

ponieważ  w  dzieciństwie  wpoiła  mu  to  matka.  Nawet  kiedy  wracał  do  domu  kompletnie  zalany,  nawet  nie 
wierząc w Boga, mój przyjaciel co wieczór   klepał   trzy   zdrowaśki.   Po  jego   śmierci, uczestnicząc   w  
jednym   z   rytuałów   Tradycji, zwróciłem się do ducha Starszych, pytając, gdzie przebywa mój przyjaciel. 
A duch powiedział, że zmarły   miewa   się   doskonale,    że   otacza   go światło. Choć w życiu zabrakło mu 
wiary,  ocalił  go  wysiłek  ograniczony  do  automatycznego  odmawiania  trzech  modlitw,  po  prostu  z  poczucia 
obowiązku.  Bóg  przejawiał  swą  obecność  w  jaskiniach  naszych  praprzodków,  dla  nich  istniał  w piorunach; 
kiedy człowiek odkrył, że to zjawisko   naturalne,   On   zamieszkał   w   niektórych zwierzętach i świętych 
drzewach. Nadeszła epoka, kiedy istniał wyłącznie w katakumbach wielkich miast starożytności.  Lecz przez 
cały czas przepełniał  ludzkie   serca,   przybierając  postać Miłości. Za naszych czasów Bóg jest tylko ideą, 
niemal dowiedzioną naukowo. Ale na tym etapie istnienia dokonuje zwrotu i wszystko zaczyna się od nowa. 
To  jest  prawo  zwrotu.  Kiedy  padre  Jordi  przytoczył  Jezusowe  zdanie:  „Gdzie  jest  twój  skarb,  tam  będzie  i 
serce  twoje",  właśnie  do  tego  nawiązał.  Gdziekolwiek  zapragniesz  ujrzeć  oblicze  Boga,  tam  je  zobaczysz. 
Jeśli  zaś  nie  chcesz  go  widzieć,  nic  się  nie  zmienia,  o  ile  tylko  twe  wysiłki  są  szlachetne.  Kiedy  Felicja 
Akwitańska wybudowała kaplicę i zaczęła wspierać biedaków, zapomniała o Bogu z Watykanu i głosiła Go 
na  swój  prosty  i  mądry  sposób:  poprzez  Miłość.  Dlatego  wieśniak  miał całkowitą rację, mówiąc, że Miłość 
została zamordowana.

 

Wieśniak, który nie był w stanie pojąć naszej dyskusji, czuł się, nawiasem mówiąc, trochę nieswojo.

 

background image

 

 - 18 - 

-    Prawo  zwrotu  zadziałało,  gdy  jej  brat  został  przymuszony    do    podjęcia    dzieła,    które    chciał 

zniweczyć.  Wolno  nam  wszystko  -  nie  wolno  tylko  stawać  na  drodze  miłości.  Kiedy  do  tego  dochodzi,  ten, 
kto   próbował   zburzyć jej   dzieło, musi je odbudować.

 

Wyjaśniłem  mu,  że  w  moim  kraju  prawo  zwrotu  oznacza,  iż  ludzkie  kalectwo  i  choroby są karą za 

przewiny poprzednich wcieleń.

 

-    Głupstwa!  -  oburzył  się  Petrus.  -  Bóg  nie  jest  mściwy,  Bóg  jest  miłością.  Jedyna  kara,  po  jaką 

sięga,  polega na przymuszeniu tego,  kto przerwał dzieło miłości, do jego kontynuacji.

 

Wieśniak  uciekł  się  do  wymówki,  twierdząc,  że  zrobiło  się  późno  i  musi  wracać  do  pracy.  Petrus 

uznał to za doskonały pretekst, by wyruszyć w dalszą drogę. 

-    Oto  co  kładzie  kres  rozmowie  -  powiedział,  gdy  przechodziliśmy  przez  gaj  oliwny.  Bóg  jest  we 

wszystkim,  co  nas  otacza,  trzeba  Go  przeczuwać,  przeżywać,  a  ja  próbuję  uczynić  Go  kwestią logiki, abyś 
zrozumiał. Ćwicz się dalej w powolnym marszu,  a coraz lepiej będziesz uświadamiał sobie Jego obecność. 

W  dwa  dni  później  musieliśmy  pokonać  szczyt  zwany  Górą  Wybaczenia.  Wspinaczka  zajęła  nam 

wiele godzin, kiedy zaś dotarliśmy na wierzchołek, stałem się świadkiem sceny, która mną wstrząsnęła: grupa 
turystów,  przy  grającym  na  cały  regulator  radiu  samochodowym,  zażywała  kąpieli  słonecznej,  popijając 
piwo. Dotarli tu wiejską drogą, biegnącą wzdłuż zbocza na górę. 

-  Tak to już jest - powiedział Petrus. - Myślałeś,  że  spotkasz tu jednego z rycerzy Cyda, który pełni 

wartę, by w porę ostrzec przed kolejnym atakiem Maurów? 

Podczas  gdy  schodziliśmy,  po  raz  ostatni  wykonałem  ćwiczenie  Szybkości.  Przed  nami  znów 

rozpościerała  się  rozległa  dolina,  otoczona  szarawymi  wzgórzami,  porośnięta  lichą  zielenią  wypaloną  przez 
suszę.  Drzew  prawie  tu  nie  było,  kamienistą  ziemię  przebijały  tylko  nieliczne  iglaki.  Kiedy  zakończyłem 
ćwiczenie,  Petrus  zapytał  mnie  o  pracę  i  wtedy  zdałem  sobie  sprawę,  że  już  od  dawna  o  niej nie myślałem. 
Obawa  o  interesy  i  zadania,  które  zaniedbałem,  praktycznie  zniknęła.  Przypomniałem  sobie  o  sprawach 
zawodowych  dopiero  owego  wieczoru,  ale  nawet  w  tej  chwili  nie  przywiązywałem  do  nich  większej  wagi. 
Cieszyłem się, że jestem na Camino de Santiago. 

-  Jeszcze trochę, a prześcigniesz Felicję Akwi-tańską - zażartował Petrus, kiedy zwierzyłem się mu 

ze  swoich  odczuć.  Potem  zatrzymał  się  i  poprosił,  żebym  położył  plecak  na  ziemi.  -  Rozejrzyj  się  wokół  i 
zatrzymaj wzrok na wybranym punkcie. 

Wybrałem  krzyż kościoła,  który widać  było w dali. 
-  Nie odrywaj oczu od tego punktu i spróbuj się skupić na tym, co będę mówił. Nawet gdybyś czuł, 

że coś się zmienia, nie rozpraszaj się. Zrób, jak mówię. 

Stałem  całkowicie  odprężony,  z  oczyma  zwróconymi  na  dzwonnicę,  podczas  gdy  Petrus  stanął  za 

moimi plecami i naciskał mi palcami punkt na karku. 

-    Droga,  którą  teraz  przemierzasz,  jest  ścieżką  mocy,  toteż  uczyć  cię  będę  ćwiczeń Mocy. Podróż,  

która początkowo  była dla ciebie  czystą udręką,   ponieważ  pragnąłeś   tylko   dotrzeć  do celu, z upływem 
czasu  przemieniła  się  w  przyjemność,      przyjemność    poszukiwania    przygody.  W  ten  sposób  podsycasz 
marzenia,  które  są  najistotniejsze.    Człowiek  nigdy  nie    przestaje    marzyć.      Marzenie  jest  pokarmem    dla 
duszy, jak żywność jest strawą dla ciała. Przez lata naszego życia bardzo często się zdarza, że marzenia niosą 
rozczarowanie, a pragnienia kończą się zawodem, mimo to wciąż trzeba marzyć, w przeciwnym razie nasza 
dusza umiera i Agape nie może jej przeniknąć. Wieś, którą masz przed oczyma, spływała krwią, toczyły się 
tu najstraszliwsze bitwy rekonkwisty. Kto miał rację albo kto znał prawdę, nie ma znaczenia. Ważne, by wie-
dzieć, że obie strony toczyły Dobrą Walkę. A Dobra Walka to taka, którą podejmujemy, bo chce tego nasze 
serce.  W  epokach  heroicznych,  w  czasach  błędnych  rycerzy,  wydawało  się  to  łatwe  -tyle  było  ziem  do 
podbicia, tyle należało zrobić. Dziś świat bardzo się zmienił, a Dobra Walka przeniosła się z pól bitewnych 
do  wnętrza  nas  samych. Dobra Walka to ta, którą podejmujemy w imię naszych marzeń. Kiedy wybucha w 
nas  z  pełną mocą - w młodości - mamy wielką odwagę, ale nie potrafimy jeszcze walczyć. Gdy po licznych 
wysiłkach  zdołamy  posiąść  tę  umiejętność,  nie  mamy  już  tyle  odwagi  w  walce.  Wówczas  zwracamy  się 
przeciw  sobie,  by  w  końcu  stać  się  swym  najgorszym  wrogiem.  Uważamy  własne  marzenia  za  infantylne, 
nieziszczalne,  za  owoc  nieznajomości  realiów  życia.  Zabijamy  nasze  marzenia,  bojąc  się  podjąć  Dobrą 
Walkę. 

Nacisk  palca  Petrusa  na  mój  kark  stawał  się  coraz  silniejszy.  Wydawało  mi  się,  że  dzwonnica  się 

przemienia  -  zarys  krzyża  upodabniał  się  do  skrzydlatego  człowieka.  Do  anioła.  Zmrużyłem  oczy  i  krzyż 
odzyskał rzeczywisty kształt. 

background image

 

 - 19 - 

-  Pierwszym  symptomem,  który  ujawnia,  że  zabijamy  marzenia,  jest  brak  czasu - ciągnął Pe-trus. - 

Najbardziej  zajęci  ludzie,  jakich  zdarzyło  mi  się  spotkać,  zawsze  mieli  czas na wszystko. Ci, którzy nic nie 
robili,  byli  wciąż  zmęczeni,  nie  zdawali  sobie  sprawy,  jak  mało  pracują,  i  stale  narzekali,  że  dzień  jest  za 
krótki.  W  rzeczywistości  bali  się  podjąć  Dobrą  Walkę.  Drugim  objawem  śmierci  naszych  marzeń  jest 
pewność przekonań. Ponieważ nie chcemy spoglądać na życie jak na wielką przygodę do przeżycia, zaczyna-
my  uważać  się  za  rozważnych,  sprawiedliwych  i  przykładnych,  ale  naprawdę  wymagamy  od  siebie   równie  
mało  jak    od  życia.   Zerkamy poza mury dnia powszedniego i odkrywamy  szczęk kruszonych kopii, odór 
potu  i  kurzu,  wielkie  klęski  i  spojrzenia  żądnych  zdobyczy  wojowników.  Nigdy  jednak  nie  odczuwamy 
radości,  niewypowiedzianej  radości,  która  przepełnia  serce  walczącego,  dla  niego  bowiem  nie ma znaczenia 
ani zwycięstwo, ani klęska, ważna jest tylko Dobra Walka.  I wreszcie trzecim symptomem śmierci naszych 
marzeń jest spokój: życie staje się niedzielnym popołudniem, nie żąda od nas niczego szczególnego, a i my nie  
mamy    ochoty  wiele  z  siebie  dawać.  Wtedy  sądzimy,  że  dojrzeliśmy,  że  odsuwamy  od  siebie  dziecięce 
fantazje i że osiągnęliśmy spełnienie w życiu osobistym oraz zawodowym.   Jesteśmy zaskoczeni, gdy  osoba 
w  naszym  wieku  mówi,  że  wciąż  lubi  to  czy  tamto.  Ale  naprawdę,  w  głębi  ducha,  wiemy,  co  się  stało: 
wyrzekliśmy się naszych marzeń i walki o nie, Dobrej Walki. 

Dzwonnica  kościoła  przemieniała  się  raz  po raz, a na jej miejscu pojawiał się anioł z rozpostartymi 

skrzydłami.  Na  próżno  mrugałem  powiekami,  postać  wciąż  tam  była.  Miałem  ochotę  powiedzieć  o  tym 
Petrusowi, lecz czułem, że jeszcze nie skończył. 

- Kiedy wyrzekamy się marzeń i odnajdujemy spokój - podjął po chwili - zaznajemy krótkiego okresu 

cichego  zadowolenia.  Jednak  trupy  marzeń  zaczynają  w  nas  gnić  i  zatruwać  atmosferę.  Stajemy  się  okrutni 
wobec otoczenia, a w końcu to okrucieństwo zwraca się przeciw nam samym. Skądś wyłaniają się cierpienie i 
psychozy. Ryzykowne skutki walki, której chcieliśmy uniknąć -rozczarowanie i klęska - okazują się jedynymi 
owocami  naszego  tchórzostwa.  A  pewnego  pięknego  dnia  martwe,  przegniłe  marzenia  czynią  powietrze 
cuchnącym  i  dławiącym,  my  zaś  pragniemy  śmierci,  która  uwolni  nas  od  niepodważalnych  przekonań,  od 
zajęć, od tego straszliwego spokoju niedzielnych popołudni. 

Teraz  miałem  pewność,  że  naprawdę  widzę  anioła,  i  nie  byłem  w  stanie  słuchać  Petrusa. 

Prawdopodobnie domyślił się, że tak jest, bo zdjął palec z mojego karku i zamilkł. Obraz anioła przez chwilę 
jeszcze unosił się przy kościele, lecz wkrótce zniknął. Na jego miejscu znów pojawiła się dzwonnica. 

Przez parę minut staliśmy w milczeniu. Petrus zwinął i zapalił papierosa. Ja sięgnąłem do plecaka po 

butelkę wina: było ciepłe, lecz pełne aromatu. 

-  Co zobaczyłeś? - zapytał. Opowiedziałem mu o aniele. Wspomniałem, że początkowo obraz znikał, 

gdy mrugałem oczyma. 

-    I  ty  także  musisz  się  nauczyć  Dobrej  Walki.  Nauczyłeś    się    godzić    na  przygody  i  wyzwania 

rzucane przez życie, ale wciąż usiłujesz przeczyć temu, co nadzwyczajne. 

Petrus wydobył z plecaka jakiś drobiazg. Była to złota spinka. 
-  To prezent od mojego dziadka. W zakonie RAM każdy ze  Starszych miał taki przedmiot. Nazywa 

się  go  Ostrzem  Okrucieństwa.  Widząc,  jak  na    dzwonnicy  kościoła  pojawia    się    anioł, chciałeś zaprzeczyć 
temu zjawisku. Bo nie przywykłeś do takich rzeczyW twojej wizji świata kościoły są kościołami, a widzenia 
zdarzająsię wyłącznie w stanie ekstazy, w jaką wprowadzają rytuały Tradycji! 

Odpowiedziałem, że widzenie musiało być skutkiem nacisku jego palca na mój kark. 
-  To  prawda,  ale  prawda,  która  niczego  nie  zmienia.  Faktem  jest,  że  odrzuciłeś  widzenie.  Felicja 

Akwitańska  prawdopodobnie  dostąpiła  podobnego  widzenia,  ale  ona  za  to,  co  ujrzała,  rzuciła  na  szalę  całe 
swe życie. W efekcie przemieniła pracę w miłość. To samo stało się zapewne z jej bratem, to samo dzieje się 
z każdym z nas, co dnia: zawsze widzimy tę najlepszą z dróg, wybieramy jednak tę, do której przywykliśmy. 

Petrus  ruszył  w  drogę,  a  ja  podążyłem  za  nim.  Promienie  słońca  ożywiały  blask  spinki,  którą 

trzymałem w ręce. 

-  Jedyny  sposób  ocalenia  marzeń  to  hojność  wobec  samego  siebie.  Trzeba  srogo  rozprawić  się  z 

każdą  próbą  samokarania,  choćby  najłagodniejszego.  Aby  wiedzieć,  kiedy stajemy się okrutni wobec siebie, 
musimy  przemienić  w  ból  fizyczny  najlżejsze  objawy  bólu  duchowego,  takiego  jak  poczucie  winy,  wyrzuty 
sumienia,  brak  zdecydowania,  tchórzostwo.  Czyniąc  ból duchowy fizycznym, poznajemy zło, jakie może on 
spowodować. 

I Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA OKRUCIEŃSTWA. 
-    Niegdyś      używano      złotej      spinki      -      powiedział.  -  Dziś  wiele  się  zmieniło,  jak  zmieniają  się 

pejzaże na szlaku do Santiago. 

background image

 

 - 20 - 

Petrus miał rację. Widziana z dołu dolina wyglądała jak pokryta kurhanami. 
-  Pomyśl o czymś okrutnym, co zrobiłeś dzisiaj przeciwko sobie, i wykonaj ćwiczenie. 
Nie potrafiłem sobie niczego takiego przypomnieć. 
-    Zawsze  tak  jest.  Na  szlachetność  wobec  siebie  zdobywamy  się  tylko  w  rzadkich  chwilach,  gdy 

zasługujemy na surowość. 

Nagle uświadomiłem sobie, jak zwymyślałem się od głupców tylko dlatego, że z takim trudem 

 

wdrapałem się na Górę Wybaczenia, podczas gdy turyści znaleźli łatwiejszą drogę. Wiedziałem, że to 

absurdalny i okrutny zarzut; turyści szukali słońca, ja chciałem odnaleźć mój miecz. Nie byłem głupcem, ale 
tak się czułem. 

Mocno  wbiłem  paznokieć  palca  wskazującego  u  nasady  paznokcia  kciuka.  Poczułem  ostry  ból  i 

skupiając się na cierpieniu fizycznym, obserwowałem, jak znika wrażenie, że jestem durniem. Powiedziałem o 
tym Petrusowi, a on roześmiał się tylko. 

Tego wieczoru zatrzymaliśmy się w przytulnym hotelu we wsi, której kościołowi przypatrywałem się 

z daleka. Po kolacji postanowiliśmy się wybrać na przechadzkę, żeby potem lepiej spać. 

-  Spośród  wszystkich  wymyślonych  przez  człowieka  sposobów  zadawania  bólu  sobie  samemu 

najgorszym  jest  Miłość.  Cierpimy  zawsze  dla  kogoś, kto nas nie kocha, kto nas porzucił, dla kogoś, kto nie 
chce  nas  opuścić.  Żyjemy  samotnie,  jeśli  nikt  nas  nie  kocha:  mając  żonę  lub  męża,  czynimy  z  małżeństwa 
niewolę. To naprawdę potworne - dodał Petrus, zniechęcony. 

Dotarliśmy  do  placyku,  gdzie  wznosił  się  kościół,  który  widziałem  z  góry.  Usiłowałem  wypatrzyć 

anioła, ale mi się nie udało. 

Petrus przyglądał się krzyżowi. Myślałem, że on widzi anioła, ale nie -- prawie natychmiast odezwał 

się do mnie. 

 

 

 

ĆWICZENIE OKRUCIEŃSTWA

 

 

Zawsze,  gdy  w  twej  głowie  rodzi  się  myśl,  która  czyni  ci  zło  -  zazdrość,  zawiść,  litość  nad  sobą, 

cierpienie miłosne, nienawiść i inne - postępuj zgodnie z poniższymi wskazówkami.

 

 

Wbij  paznokieć  palca  wskazującego  w  ciało  u  nasady  paznokcia  kciuka  tak,  aby  ból  stał  się  silny. 

Skoncentruj  się  na  cierpieniu:  jest  ono  fizycznym  odbiciem  bólu  duchowego,  który  cię  gnębi.  Nie  osłabiaj 
nacisku paznokcia, dopóki zła myśl cię nie opuści.

 

Powtarzaj  to  ćwiczenie  tyle  razy,  ile  będzie  trzeba,  nawet  bez  przerwy,  aż  wyzbędziesz  się  tej  myśli.  Będzie 
wracała coraz rzadziej, a wreszcie zupełnie zniknie, o ile nie zapomnisz poddawać się ćwiczeniu zawsze, kiedy 
się ona pojawi. 
 
 
 

 

 

-    Kiedy  Syn Boży zstąpił na Ziemię, przyniósł ludziom miłość. Ponieważ jednak rodzaj człowieczy 

nie potrafi pojąć miłości, która nie jest cierpieniem,  Jezus  został  w  końcu  ukrzyżowany. Gdyby nie to, nikt 
by  nie  uwierzył  w  jego  miłość,  ludzie  przywykli  bowiem  do  tego,  że  dzień  za  dniem  cierpią  z  powodu 
władających nimi namiętności. 

Przysiedliśmy  na  niskim  murku  i  razem  przypatrywaliśmy  się  kościołowi.  I  znowu  milczenie 

przerwał Petrus. 
-  Czy wiesz, co znaczy Barabasz, Paulo? Bar to syn, a abba - ojciec. 

Nie  odrywał  spojrzenia  od  krzyża  na  dzwonnicy.  Jego  oczy  błyszczały,  a  ja  czułem,  że  coś  nim 

zawładnęło, może ta miłość, o której mówił, a której nie potrafiłem w pełni zrozumieć. 
-  Jakże mądre są ścieżki chwały bożej! - wykrzyknął,   a  echo   tych   słów  brzmiało jeszcze przez chwilę 
nad  wyludnionym  placem.  -  Kiedy  Piłat  zwrócił  się  do  tłumu,  by  dokonał  wyboru,  w  rzeczywistości  nie 
pozostawił  mu  żadnego  wyboru.  Wystawił  na  widok  publiczny  mężczyznę  wychłostanego,  złamanego  oraz 

background image

 

 - 21 - 

tego,  który  dumnie  wznosił  głowę  -  Barabasza,  rewolucjonistę.  Bóg  wiedział,  że  lud  pośle  na  śmierć 
słabszego, aby dowiódł swej miłości. 
I Petrus dodał: 
-    A    tymczasem,    bez  względu    na  dokonany  tamtego  dnia  wybór,  Syn  Boży  i  tak  w  końcu  zostałby 
ukrzyżowany. 

Posłaniec 

 

 

 

„W tym miejscu wszystkie drogi wiodące do Santiago de Compostela łączą się w jedną". 
Wczesnym  rankiem  przybyliśmy  do  Puentę  La  Reina.  Zdanie  to  było  wykute  na  cokole  posągu 

pielgrzyma w średniowiecznym stroju - trój graniastym kapeluszu i pelerynie - trzymającego w ręce muszlę, 
bukłak  i  kij  wędrowca.  Przypominało  niemal  już  zapomnianą  epopeję  podróży,  którą  teraz  przeżywałem, 
mając za przewodnika Petrusa. 

Ostatnią  noc  spędziliśmy  w  jednym  z  wielu  na  tym  szlaku  klasztorów.  Witając  nas,  brat  furtian 

uprzedził, że w obrębie murów nie wolno wypowiedzieć ani słowa. Młody mnich odprowadził nas kolejno do 
cel  wyposażonych  tylko  w  najprostsze  sprzęty  -  twarde  łóżko,  pościel  sfatygowaną,  ale  czystą,  dzbanek  z 
wodą  i  miskę,  w  której  mogliśmy  się  umyć.  Nie  było  tam  ani  kranów,  ani  ciepłej  wody,  a  pory  podawania 
posiłków wypisano na drzwiach. 

Gdy  wybiła  godzina,  poszliśmy  do  refektarza.  Zakonnicy,  którzy  złożyli  śluby  milczenia,  poro-

zumiewali  się  wyłącznie  wzrokiem  i może dlatego odniosłem wrażenie, że ich oczy błyszczą silniej niż oczy 
zwykłych ludzi. Jedzenie czekało już na długich stołach, przy których usiedliśmy pośród mnichów w habitach 
z grubej wełny. Petrus spojrzał na mnie i wykonał gest, którego znaczenie wydało mi się zupełnie oczywiste - 
oddałby wszystko za papierosa, a tymczasem wyglądało na to, że przez całą noc jego pragnienie pozostanie 
niespełnione.  I  mnie  to  dotknęło,  więc  wbiłem  paznokieć  w  nasadę  paznokcia  kciuka,  niemal  raniąc  się  do 
krwi. Ta chwila była zbyt piękna, bym mógł się dopuścić wobec siebie najmniejszego choćby okrucieństwa. 

Kolacja składała się z zupy jarzynowej, chleba, ryb i wina. Przyłączyliśmy się do modlitwy mnichów. 

Podczas gdy jedliśmy, młody lektor monotonnym głosem czytał fragmenty listów świętego Pawła. 

-    „Bóg  wybrał  właśnie  to,  co  głupie  w  oczach  świata,  aby  zawstydzić  mędrców,  wybrał  to,  co 

niemocne, aby mocnych poniżyć - oznajmiał delikatny, ale pewny głos zakonnika. - My głupi dla Chrystusa. 
Staliśmy się jakby śmieciem tego świata i odrazą dla wszystkich aż do tej chwili. Albowiem nie w słowie, lecz 
w mocy przejawia się Królestwo Boże"

8

Adresowane  do Koryntian napomnienia Pawła rozbrzmiewały pośród gołych ścian refektarza już do 

końca posiłku. 

Do  Puentę  La  Reina  dotarliśmy,  rozprawiając  o  krótkim  pobycie  wśród  mnichów.  Wyznałem 

Petrusowi,  że  ukradkiem  wypaliłem  w celi papierosa i że umierałem ze strachu, by ktoś nie poczuł zapachu 
tytoniowego dymu. Wybuchnął śmiechem, a ja odgadłem, że i on zrobił to samo. 

-  Święty Jan Chrzciciel odszedł na pustynię, lecz Jezus pozostał wśród grzeszników i nie zaprzestał 

wędrówki - powiedział. - I ja to wolę. 

Rzeczywiście, nie licząc pobytu na pustyni, Chrystus całe życie spędził pośród ludzi. 
-    Pamiętaj,  że  jego  pierwszy  cud  to  nie  ocalenie  czyjejś  duszy,  uleczenie  chorego czy przepędzenie 

demona, lecz przemiana wody w wyborne wino podczas uczty weselnej, gdy okazało się, że pan domu nie ma 
już czym napoić gości. 

Wypowiedziawszy te słowa, nagle znieruchomiał. Uczynił to tak gwałtownie, że i ja zatrzymałem się, 

zaniepokojony. Znajdowaliśmy się tuż przed mostem, który dał nazwę miasteczku. Ale Petrus nie patrzył na 
drogę.  Jego wzrok skierowany był na dwójkę dzieci bawiących się nad brzegiem rzeki gumową piłką. Jedno 
wyglądało  na  osiem,  drugie  na  dziesięć  lat.  Chłopcy  zdawali  się  nie  dostrzegać  naszej  obecności.  Zamiast 

                                                   

8

?

1 Kor l, 27; l Kor 4, 10 i 13; l Kor 4, 20 (przyp. tłum.).

 

background image

 

 - 22 - 

przejść  przez  most,  Petrus  zbiegł  po  stromym  brzegu  i  skierował  się  w  stronę  dzieciaków.  Ja,  jak  zawsze, 
poszedłem w jego ślady, o nic nie pytając. 

Dzieci  nadal  nie  zwracały  na  nas  uwagi.  Petrus  usiadł  i  przypatrywał się ich zabawie, dopóki piłka 

nie upadła tuż obok niego. Chwycił ją zwinnym ruchem i rzucił do mnie. Złapałem ją w locie i czekałem na 
dalszy rozwój wydarzeń. 

Podszedł do nas chłopiec wyglądający na starszego. W pierwszym odruchu chciałem oddać mu piłkę, 

ale zachowanie Petrusa było tak dziwne, że postanowiłem sprawdzić, co się teraz stanie. 

- Proszę pana, proszę mi oddać piłkę - powiedział chłopiec. 
Przyglądałem  się  małej  postaci  stojącej  dwa  metry  ode  mnie.  Wyczułem  w  tym  dziecku  coś 

znajomego, podobnie jak wówczas, kiedy natknąłem się na Cygana. 

Chłopiec  wielokrotnie  ponawiał  prośbę,  w  końcu,  widząc,  że  nie  reaguję,  pochylił  się  i  chwycił 

kamień. 

-  Niech pan odda tę piłkę albo rzucę w pana kamieniem - napierał. 
Petrus i drugi dzieciak obserwowali mnie bez słowa. 
-  Rzuć - powiedziałem - ale jeśli trafisz, złapię cię i stłukę na kwaśne jabłko. 
Poczułem,  że  Petrus  odetchnął  z  ulgą.  Coś  usiłowało  wydostać  się  z  głębi  mego  jestestwa.  Miałem 

nieodparte wrażenie, że już przeżyłem tę sytuację. Wystraszyłem chłopaka. Upuścił kamień i zastosował inną 
technikę.               

-  Tutaj, w Puentę La Reina, jest relikwiarz, który należał  do  bardzo  bogatego  pielgrzyma. Macie 

muszle i plecaki, a to znaczy, że też jesteście  pielgrzymami.  Jeżeli  odda  mi  pan  piłkę, ja  dam  panu  ten  
relikwiarz.   Leży zagrzebany w piasku nad rzeką. 

-  Chcę piłkę - odrzekłem bez przekonania. 
W  rzeczywistości  pragnąłem  zdobyć  relikwiarz.  Wyglądało  na  to,  że  dzieciak  mówi  prawdę.  Ale 

może Petrus z jakiegoś powodu potrzebował tej piłki. Nie mogłem go zawieść, był moim przewodnikiem. 

-    Przecież  ta  piłka  wcale  nie  jest  panu  potrzebna  -  wykrztusił  chłopiec  bliski  łez.  -  Jest  pan  silny, 

podróżuje i zna świat. Ja nie widziałem niczego oprócz brzegów tej rzeki, a piłka jest moją jedyną zabawką. 
Proszę ją oddać. 

Słowa dziecka raniły mi serce. Ale ta dziwnie znajoma atmosfera i wrażenie, że już zetknąłem 
się - może w książkach, a może w życiu - z tą sytuacją, skłoniły mnie do uporu. 
-  Nie. Ta piłka jest mi potrzebna. Dam ci pieniądze, żebyś mógł sobie kupić nową, ładniejszą, ale ta 

będzie moja. 

Gdy  to  powiedziałem,  czas  jakby  się  zatrzymał.  Krajobraz  się  zmienił,  chociaż  Petrus  nie  uciskał 

punktu  u  podstawy  mojej  czaszki  -  na  ułamek  sekundy  jakaś  siła  przeniosła  nas  na  rozległą  pustynię 
popiołów.  Nie  było  tam  ani  Pe-trusa,  ani  drugiego  chłopca,  tylko  ja  i  stojący  przede  mną  dzieciak.  Był 
starszy, miał miłą i przyjazną twarz, jednak w jego oczach dostrzegłem blask, który mnie przerażał. 

Wizja rozwiała się niemal natychmiast. Powróciłem do Puentę La Reina, miejsca, w którym zbiegały 

się  liczne  drogi  do  Santiago  de  Compo-stela,  wiodące  z  różnych  stron  Europy.  Stąd  prowadziła  już  tylko 
jedna. Przede mną stało dziecko proszące o piłkę, a jego oczy były łagodne i smutne. 

Petrus podszedł, wyjął piłkę z moich rąk i oddał ją chłopcu. 
-  Gdzie ukryto ten relikwiarz? - zapytał malca. 
-  Jaki relikwiarz? - burknął chłopak, biorąc przyjaciela za rękę, i razem z nim wskoczył do wody. 
Wdrapaliśmy  się  na  skarpę  i  w  końcu  przeszliśmy  na  drugi  brzeg.  Teraz  zasypałem  Petrusa 

pytaniami o to, co się wydarzyło, powiedziałem mu o wizji pustyni, on jednak zmienił temat i obiecał, że do 
tej sprawy wrócimy, kiedy znajdziemy się nieco dalej stąd. 

W  pół  godziny  później  doszliśmy  do  odcinka  drogi,  na  którym  przetrwał  bruk  z czasów rzymskich. 

Był  tu  także  inny  most,  ale  w  kompletnej  ruinie.  Urządziliśmy  sobie  krótki  postój,  żeby  zjeść  śniadanie 
przygotowane przez zakonników - żytni chleb, jogurt i kozi ser. 

-  Dlaczego  chciałeś  mieć  piłkę  tego  chłopca? - zapytał Petrus. 
Odparłem,  że  nie  chciałem  tej  piłki.  Że  zachowałem  się  tak,  ponieważ  on,  Petrus,  przyjął  według 

mnie dziwną postawę. Jakby ta piłka miała w jego oczach ogromne znaczenie. 

-    Bo  rzeczywiście  miała.    Postępowałem  tak,  abyś    mógł    stoczyć  zwycięską  walkę    ze    swoim 

osobistym demonem. 

Mój  osobisty  demon...  Od  początku  tej  podróży  nie  słyszałem  czegoś  równie  absurdalnego.  Przez 

sześć  dni  krążyłem  po  Pirenejach,  poznałem  zakonnika  maga,  który  nie  uprawiał  magii,  pokancerowałem 

background image

 

 - 23 - 

sobie  palec,  bo  za  każdym  razem,  kiedy w głowie zaświtała mi okrutna myśl -hipochondria, poczucie winy, 
kompleks  niższości  -  musiałem  wbijać  paznokieć  w  ranę.  Przyznaję,  że  tym  razem  Petrus  miał  rację  - 
negatywne  myśli  pojawiały  się  coraz  rzadziej.  Ale  ta  bajeczka  o  demonie  osobistym  była  czymś  zupełnie 
nowym. I trudno było mi ją przełknąć. 

-  Dzisiaj, zanim przeszliśmy przez most, bardzo wyraźnie czułem czyjąś obecność, jakby ktoś 
chciał  udzielić  nam  przestrogi.  Ale  ta  przestroga  była  przeznaczona  raczej  dla  ciebie  niż  dla  mnie. 

Zapowiada  się  bój  i  przyjdzie  ci  stoczyć  Dobrą  Walkę.  Dopóki  nie  znasz  swojego  osobistego  demona,  ten 
przeważnie staje przed tobą pod postacią bliskiej ci osoby. Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem bawiące się 
dzieciaki;  doszedłem  do  wniosku,  że  właśnie  w  tym  miejscu  powinien  się  objawić.  Ale  to  było  tylko 
przeczucie.  Nie  byłem  pewien,  czy  to  twój  osobisty  demon.  Aż  do  chwili,  gdy  powiedziałeś,  że  nie  oddasz 
piłki. 

Odparłem, że postąpiłem tak, ponieważ myślałem, że on, Petrus, tego ode mnie oczekuje. 
-  Dlaczego ja? Czy w którymś momencie coś powiedziałem? 
Poczułem lekki zawrót głowy. Może z powodu jedzenia, które po kilkugodzinnej wędrówce na czczo 

pochłaniałem z ogromną żarłocznością. Ale przez cały ten czas nie mogłem uwolnić się od przeświadczenia, 
że chłopiec miał w sobie coś znajomego. 

-    Twój  osobisty  demon  kusił  cię  na trzy klasyczne   sposoby:   groźbą,   obietnicą   i   trafiając w 

czuły punkt. Gratuluję - dzielnie odparłeś jego ataki. 

Teraz przypomniałem sobie, że wypytywałem chłopca o relikwiarz. W pierwszej chwili pomyślałem, 

że próbuje mnie oszukać. A jednak tam naprawdę musiał gdzieś spoczywać ukryty relikwiarz - demon nigdy 
nie posuwa się do fałszywych obietnic. 

-  Chłopiec nie pamiętał o relikwiarzu, dlatego że  wtedy twój   osobisty demon już  odszedł.  -I dodał 

bez wahania: - Czas go wezwać. Będzie ci teraz potrzebny. 

Siedzieliśmy  na  ruinach  starego  mostu.  Petrus  starannie  pozbierał  resztki  jedzenia  i  schował  do 

papierowej  torby,  którą  dali  nam  mnisi.  Ludzie  szli do pracy na rozpościerające się przed nami pola, lecz z 
daleka  nie  mogłem  usłyszeć,  co  mówią.  Teren  był  pofałdowany,  a  uprawiane  ręką  człowieka  skrawki  ziemi 
tworzyły w krajobrazie zagadkowe kształty. U naszych stóp wody rzeki, której poziom obniżył się w okresie 
suszy, płynęły niemal bezszelestnie. 

-    Zanim  Chrystus  wyruszył  w  świat,  udał  się  na  pustynię  i  odbył  rozmowę  ze  swoim  osobistym 

demonem  -  podjął  Petrus.  -  Dowiedział  się  tego,  co  powinien  wiedzieć  o  człowieku,  ale  nie  pozwolił,    aby  
demon  narzucił  mu  reguły gry, i dzięki temu go pokonał. Jak rzekł pewien poeta: „Żaden człowiek nie jest 
samoistną wyspą". Aby podjąć Dobrą Walkę, potrzebujemy wsparcia. Potrzebujemy przyjaciół, a kiedy ci są 
daleko,  naszą  najpotężniejszą  bronią  musimy  uczynić  samotność.  Wszystko  dookoła  musi  nam  pomagać  w 
pokonywaniu odległości dzielącej nas od celu. Wszystko musi być osobistą manifestacją woli zwycięstwa w 
Dobrej Walce. W przeciwnym razie, jeśli nie rozumiemy, że potrzebni są nam wszyscy i wszystko, jesteśmy 
tylko  pełnymi  arogancji  wojownikami.  I  ta  arogancja  w  końcu  nas  zniszczy,  bo  zbytnia  pewność  siebie 
sprawia, że nie dostrzegamy zasadzek na polu bitwy. 

Opowieść  o  wojownikach  i  walkach  znów  przypomniała  mi  don  Juana  Carlosa  Castańe-dy. 

Zastanawiałem  się,  czy  stary  indiański  czarownik  udzielał  lekcji  rankiem,  zanim  jego  uczeń  zdążył  strawić 
śniadanie. Ale Petrus mówił dalej. 

- U naszego boku, oprócz otaczających nas i wspierających sił fizycznych, stoją też dwie główne siły 

duchowe:  anioł  i  demon.  Anioł  zawsze  nas  ochrania,  jest  darem  boskim  -  nie  trzeba  go  wzywać.  Oblicze 
twego  anioła  ukazuje  się  zawsze,  gdy  ze  szlachetnością  odnosisz  się  do  świata.  Jest  strumieniem,  polem, 
błękitem  nieba.  Na  tym  starym  moście,  który  umożliwia  nam  przejście  suchą  nogą  na  drugi  brzeg,  a  który 
wybudowały anonimowe ręce rzymskich legionistów, także na tym moście widać twarz twojego anioła. Nasi 
przodkowie  znali  go  jako  anioła  stróża,  anioła  obrońcę  i  opiekuna.  Demon  również  jest  aniołem,  lecz  to 
potęga oswobodzona, zbuntowana. Wolę nazywać go Posłańcem, ponieważ odgrywa rolę głównego łącznika 
między tobą a światem. W starożytności pojawiał się jako Merkury, Hermes Trismegistos, posłaniec bogów. 
Działa  wyłącznie  w  sferze  materialnej.  Jest  obecny  w  złocie  Kościoła,  ponieważ  złoto  pochodzi  z  ziemi,  a 
ziemia to jego władztwo. Jest obecny w naszej pracy i stosunku do pieniądza. 

Jeśli  dajemy  mu  wolność,  zaczyna  nas  rozpraszać.  Jeśli  poddajemy  go  egzorcyzmom,  tracimy 

wszystko, co dobre, a czego mógł nas nauczyć, ponieważ doskonale zna świat i ludzi. Jeżeli jednak ulegniemy 
fascynacji  jego  mową,  zawładnie  nami  i  zniechęci  do  Dobrej  Walki.  Mimo  wszystko  jedynym  sposobem 
poznania  naszego  Posłańca  jest  pozyskanie  jego  przyjaźni.  Słuchając  rad,  wzywając  go  na  pomoc,  kiedy  to 

background image

 

 - 24 - 

konieczne, nigdy nie wolno pozwolić, by to on dyktował warunki. Tak postąpiłeś z tym dzieciakiem. Musisz 
jednak przede wszystkim wiedzieć  czego chcesz, a ponadto znać jego twarz i imię. 

-  Jak mam je poznać? - zapytałem. 
I Petrus nauczył mnie RYTUAŁU POSŁAŃCA. 
-    Zrób  to  raczej  wieczorem,  wtedy  będzie  łatwiej.  Dziś,  podczas  waszego  pierwszego  spotkania, 

wyjawi ci swoje imię. To imię jest tajemnicą i nikomu nie możesz go zdradzić, nawet mnie. Każdy, kto pozna 
imię twojego Posłańca, będzie mógł go zniszczyć. 

Petrus  wstał  i  ruszyliśmy  w  dalszą  drogę.  Wkrótce  dotarliśmy  do  pól,  na  których  pracowali 

wieśniacy. Wymieniliśmy kilka buenos dias i poszliśmy dalej. 

-   Gdybym miał odwołać się do jakiegoś obrazu,   powiedziałbym,   że   anioł  jest   twą  zbroją, a   

Posłaniec      mieczem.      Zbroja      chroni      cię      bez  względu  na  okoliczności,  ale  miecz  może  wypaść  z  ręki 
podczas walki, uśmiercić przyjaciela lub zwrócić się przeciwko właścicielowi.  Nawiasem mówiąc, mieczem 
można zrobić prawie wszystko, nie można tylko na nim siadać - zakończył, parskając śmiechem. 

Zatrzymaliśmy  się  we  wsi  na  obiad.  Kelner,  który  nas  obsługiwał,  nie  krył  złego  humoru.  Nie 

odpowiadał  nawet  na  nasze  pytania.  Niechętnie,  byle  jak  postawił  przed  nami  jedzenie,  a  na  domiar  złego 
zachlapał  spodnie  Petrusa.  Wtedy  zobaczyłem,  jak  w  moim  przewodniku  zachodzi  przemiana:  wpadł  w 
gniew,  wezwał  właściciela  i  żywo protestował. W końcu poszedł do toalety zmienić bermudy, właścicielowi 
pozostawiając usunięcie plamy i rozwieszenie ubrania. 

Kiedy  czekaliśmy,  aż  ostre  popołudniowe  słońce  wysuszy  bermudy  Petrusa,  myślałem  o  naszej 

porannej  rozmowie.  Faktem  było,  że  większość  opinii  Petrusa  o  chłopcu  okazała  się  trafna.  Poza  tym 
ujrzałem  pustynię  i  twarz.  Ale  ta  opowieść  o  Posłańcu  wydawała  się  bardzo  archaiczna.  Żyliśmy  w  XX 
wieku  i  pojęcia  piekła,  grzechu  i  demona  dla  nikogo  już  nie  miały  sensu,  nawet  dla  głupców.  W  Tradycji, 
której  nauki  zgłębiałem  znacznie  dłużej,  niż  trwała  nasza  wędrówka  Camino  de  Santiago, Posłaniec, zwany 
po  prostu  demonem  -  któremu  to  słowu  nie  nadawano  pejoratywnego  sensu  -  był  dominującym  duchem  sił 
ziemskich.  Często  odwoływano  się  do  niego,  nigdy  jednak  nie  przypisywano  mu  roli  sprzymierzeńca  ani 
doradcy  w  sprawach  powszednich.  Petrus  dał  mi  do  zrozumienia,  że  mógłbym  wykorzystać  przyjaźń 
Posłańca, aby osiągnąć sukces w pracy lub wśród ludzi. Taka idea wydała mi się godna profana, a w dodatku 
infantylna. 

Ale  przecież  przysięgałem  pani  Savin,  że  będę  bezwzględnie  posłuszny.  I  po  raz  kolejny  musiałem 

wbić paznokieć w kciuk, do żywego. 

-  Nie  powinienem  był  się  unosić  -  powiedział  Petrus,  kiedy  wyszliśmy  z  gospody.  -  Nie  wylał  tej 

kawy  na  mnie,  tylko  na  świat,  do  którego  pała  nienawiścią.  Wie,  że  istnieje  ogromny  świat,  gdzieś  poza 
granicami jego wyobraźni, a jego obecność w tym świecie sprowadza się do wczesnego wstawania, chodzenia 
do  piekarni,  obsługiwania  przypadkowych  klientów  i  nocnych  ma-sturbacji,  które  pomagają  mu  marzyć  o 
kobiecie, jakiej nigdy nie spotka. 

Nadeszła  pora  sjesty,  lecz  Petrus  zrezygnował  z postoju i ruszyliśmy dalej. Powiedział, że to forma 

pokuty za jego brak wyrozumiałości. Ja, choć nic złego nie uczyniłem, musiałem podążać za nim w palącym 
słońcu. Myślałem o Dobrej Walce i milionach ludzi, którzy w tej chwili, w różnych punktach planety, robili 
rzeczy, których robić nie lubili. Ćwiczenie Okrucieństwa do żywego raniło mój palec, mimo to było źródłem 
dobra.  Pozwoliło  mi  zrozumieć,  jak  dalece  zdradzał  mnie  czasami  umysł,  skłaniając  do  czynów,  które 
uważałem za naganne, i do uczuć, które niczemu nie służyły.  
 

 

 

RYTUAŁ POSŁAŃCA

 

 

Usiądź  i  całkowicie  się  rozluźnij.  Pozwól  myślom  swobodnie  wędrować,  płynąć  poza  wszelką 

kontrolą. 

Po paru chwilach powiedz sobie: „Teraz jestem odprężony, a moje oczy śpią snem świata". 

Kiedy poczujesz, że twój umysł uwolnił się od wszelkich trosk, wyobraź sobie słup ognia po prawicy. Spraw, 
żeby płomienie były silne i błyszczące. Wtedy powiedz półgłosem: „Rozkazuję, aby moja podświadomość się 
ujawniła.  Niechaj  otworzy  się  przede  mną  i  odkryje  magiczne  sekrety".  Skup  się  chwilę  na  słupie  ognia. 
Jeżeli pojawi się obraz, będzie projekcją twojej podświadomości. Spróbuj go zatrzymać. 

background image

 

 - 25 - 

A  teraz,  wciąż  mając  po  prawicy  słup  ognia,  wyobraź  sobie jeszcze jeden, po lewej stronie. Kiedy 

płomienie nabiorą życia, wypowiedz szeptem te słowa: „Niechaj moc Baranka, który żyje we wszystkim i we 
wszystkich,  zamieszka  także  we  mnie,  kiedy  będę  wzywać  mego  Posłańca.  [Imię  Posłańca]  stanie  wtedy 
przede mną". 

Rozmów  się  z  Posłańcem,  który  ukaże  się  między  dwoma  słupami  ognia.  Podziel  się  z  nim  swoim 

problemem, poproś o radę i wydaj niezbędne rozkazy. 

Po  zakończeniu  rozmowy  zwolnij  go,  mówiąc:  „Dziękuję  Barankowi  za  cud,  którego  dokonałem. 

Niechaj  [imię  Posłańca]  wraca  na  każde  wezwanie  i  choćby  był  daleko,  niechaj  pomaga  mi  wypełnić 
zadanie". 

Uwaga!  W  pierwszej  inwokacji  -  lub  w  pierwszych  inwokacjach,  zależnie  od  koncentracji  osoby, 

która  dopełnia  rytuału  -  nie  wypowiada  się  imienia  Posłańca.  Mówi  się  tylko  „On".  Jeżeli  rytuał  został 
wypełniony prawidłowo, Posłaniec ujawni swe imię, posługując się telepatią. W przeciwnym razie nalegaj, 
by zdradził to imię, i potem podejmij dialog. Im częściej powtarzać będziesz rytuał, tym silniejsza okaże się 
obecność Posłańca, a jego działania szybsze. 

 
 
 

 

 

 
W  tej  chwili  pragnąłem,  aby  Petrus  miał  rację  -  aby  naprawdę  istniał  Posłanieć,  z  którym  można 

dyskutować o praktyce życia, którego można poprosić o pomoc w sprawach doczesnych. Z niecierpliwością 
czekałem, aż zapadnie zmrok. 

Tymczasem  Petrus  nieustannie  mówił  o  kelnerze.  W  końcu,  raz  jeszcze  sięgając  po  chrześcijański 

argument, zdołał przekonać samego siebie, że postąpił słusznie. 

-  Chrystus  wybaczył  jawnogrzesznicy,  przeklął  jednak  figowiec,  który  poskąpił  mu  figi.  Ja  również 

nie muszę być zawsze pełen życzliwości. 

Słusznie. Nękający go problem został rozwiązany. Raz jeszcze ocaliła go Biblia. 
Do  Estelli  dotarliśmy  około  dziewiątej  wieczorem.  Wziąłem  kąpiel,  a  potem  poszliśmy  na  kolację. 

Autor  pierwszego  przewodnika  po  szlaku  wiodącym  do  Composteli,  Aymeri  Picaud,  opisał  Estellę  jako 
skrawek  „żyznej  ziemi,  gdzie  nie  brakuje  dobrego  chleba,  wybornego  wina,  mięsa  oraz  ryb.  Wody  Egi  są 
łagodne,  zdrowe  i  smaczne".  Nie  skosztowałem  wody  z  rzeki,  lecz  jeśli  idzie  o  strawę,  opinia  Picauda 
pozostaje prawdziwa nawet po ośmiu stuleciach. Podano nam plastry jagnięciny, karczochy i doskonałe rioja. 
Popijając wino i gawędząc o tym i owym, spędziliśmy przy stole długie chwile. W końcu Petrus oznajmił, że 
to dobry moment, abym nawiązał pierwszy kontakt z Posłańcem. 

Wstaliśmy  i  zaczęliśmy  szybko  przemierzać  uliczki  miasta.  Kilka  wiodło  prosto  nad  rzekę  -  jak  w 

Wenecji  -  i  właśnie  przy  jednej  z  nich  postanowiłem  usiąść.  Petrus  powiedział,  że  od  tej  chwili  ja  jestem 
mistrzem ceremonii, trzymał się więc nieco na uboczu. 

Długo  wpatrywałem  się  w  rzekę.  Jej  wody,  jej  szmer  stopniowo  odgradzały  mnie  od  świata  i  na-

pawały głębokim spokojem. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie pierwszy słup ognia. Pojawił się po chwili. 

Wypowiedziałem  rytualne  słowa  i  po  lewej  stronie  buchnął  drugi  słup  ognia.  Przestrzeń,  która  je 

dzieliła,  rozświetlona  ich  blaskiem,  była  zupełnie  pusta.  Stałem,  wpatrując  się  w  tę pustkę i starając się nie 
myśleć,  aby  mógł  się  pojawić  Posłaniec.  Zamiast  niego  jednak  ujrzałem  egzotyczne  scenki  -  wejście  do 
piramidy,  kobietę  odzianą  w  czyste  złoto,  czarnych  mężczyzn,  którzy  tańczyli  wokół  ogniska.  Obrazy 
zmieniały  się  błyskawicznie,  a  ja  pozwoliłem im się przesuwać, nie usiłując ich nawet kontrolować. Stanęły 
przede  mną  także  liczne  sceny  z  kolejnych  etapów  Drogi,  którą  przemierzałem  z  Petrusem  -krajobrazy, 
restauracje,  lasy.  Aż  nagle,  bez  uprzedzenia,  między  słupami  ognia  wyrosła  pustynia  popiołów,  którą 
widziałem rankiem. Pośród niej stał sympatyczny mężczyzna, a w jego oczach połyskiwały iskierki perfidii. 

Roześmiałem się, wprawiony w trans. Pokazał mi zamkniętą sakiewkę, potem ją otworzył i zajrzał do 

środka,  ale  z  miejsca,  w  którym  stałem,  nie  mogłem  niczego  zobaczyć.  Wtedy  na  myślprzyszło  mi  pewne 
imię:  Astrain*.  Wyobraziłem  sobie  to  imię,  sprawiłem,  że  zadrgało  między  słupami  ognia,  a  Posłaniec  z 
własnej woli przytaknął; odgadłem jego imię. 

Nadszedł  czas,  by  zakończyć  ćwiczenie.  Wypowiedziałem  rytualne  słowa  i  ugasiłem  słupy  ognia  - 

najpierw po lewej, potem po prawej. Otworzyłem oczy - przede mną znów płynęła Ega. 

background image

 

 - 26 - 

-  To było znacznie trudniejsze, niż się spodziewałem - przyznałem, opowiedziawszy Petru-sowi, co 

się wydarzyło. 

-  To był twój pierwszy kontakt. Kontakt wzajemnego zrozumienia, wzajemnej przyjaźni. Rozmowa z 

Posłańcem stanie się owocna, jeśli będziesz go wzywał codziennie, jeśli będziesz dzielił się z nim problemami 
i  nauczysz  się  doskonale  odróżniać  prawdziwą  pomoc  od  zasadzek. Podczas spotkań z nim nigdy nie trać z 
oczu swego miecza. 

-  Ale przecież nie mam jeszcze miecza - odburknąłem. 
-  Dlatego nie będzie mógł ci wyrządzić wielkiej krzywdy. Jednak lepiej nie ułatwiać mu zadania. 
Rytuał  dobiegał  końca.  Życząc  Petrusowi  dobrej  nocy,  wróciłem  do  hotelu.  Leżałem  w  łóżku  i 

rozmyślałem o nieszczęsnym kelnerze, który obsługiwał nas przy obiedzie. Miałem ochotę tam 

To imię jest oczywiście nieprawdziwe. 
wrócić, spotkać się z nim, nauczyć go rytuału Posłańca i powiedzieć, że jeśli tego pragnie, wszystko 

może  odmienić.  Ale  nie  warto  było  podejmować  próby  ocalenia  świata  -  nie  zdołałem  jeszcze  ocalić  nawet 
siebie

9

                                                   

9

? Rytuał Posłańca nie został tu dokładnie opisany. W rzeczywistości Petrus podał mi znaczenie wizji, wspomnień i 

sakiewki,  którą  pokazał  mi  Astrain.  Ponieważ  jednak  spotkanie  z  Posłańcem  ma  różny  przebieg  w  przypadku 
konkretnych  osób,  opisywanie  mojego  osobistego  doświadczenia  mogłoby  wywrzeć  negatywny  wpływ  na 
doświadczenia tych, którzy takie spotkanie dopiero przeżyją. 

background image

 

 - 27 - 

Miłość

 

 

 

 

-  Rozmowa  z Posłańcem to nie zadawanie pytań na temat świata duchowego - powiedział nazajutrz 

Petrus.  -  Posłaniec  może  być  pomocny  wyłącznie  w  świecie  materialnym.  Ale  udzieli  ci  wsparcia  tylko 
wówczas, gdy będziesz dokładnie wiedział, co chcesz osiągnąć. 

Zatrzymaliśmy  się  w  wiosce,  żeby  ugasić  pragnienie.  Petrus  zamówił  piwo,  ja  wodę  sodową. 

Podstawę mojej szklanki stanowił plastikowy krążek wypełniony zabarwioną wodą. Palcami 

rysowałem na nim abstrakcyjne kształty. Rozmyślałem. 
-  Wspomniałeś,    że    Posłaniec    objawił    się w chłopcu, ponieważ miał mi coś do powiedzenia. 
-  Coś niecierpiącego zwłoki - potwierdził. 
Rozmawialiśmy jeszcze o Posłańcu, o aniołach i demonach. Z trudem przychodziło mi pogodzić się z 

tak  praktycznym  wykorzystaniem  tajemnic  Tradycji.  Petrus  podkreślał,  że  zawsze  powinniśmy  pragnąć 
zadośćuczynienia, a ja miałem w pamięci słowa Jezusa: bogaci nie wejdą do Królestwa Niebieskiego. 

-    Jezus      nagrodził    człowieka,      który    potrafił  pomnożyć  majątek  swego  pana.  Poza  tym  ludzie 

uwierzyli  w  niego  nie  tylko  za  sprawą  jego  zdolności  oratorskich  -  musiał  czynić  cuda,  wynagradzać  tych, 
którzy za nim podążali. 

-    W  moim  barze  nikt  nie  będzie  źle  mówił  o  Jezusie  -  przerwał  właściciel,  który  przysłuchiwał  się 

naszej dyskusji. 

-    I  nikt  nie  mówi  źle  o  Jezusie  -  odparł  Petrus.  -  Źle  mówić  o  Jezusie  to  grzeszyć,  wzywając  jego 

imienia. Jak pan zrobił tu, w tym. miejscu. 

Właściciel baru zmieszał się na chwilę. Ale zaraz zripostował: 
-  Nie mam z tym nic wspólnego. Byłem jeszcze dzieckiem. 
-  Winę zawsze ponoszą inni - zgromił go Petrus. 
Właściciel baru zniknął za kuchennymi drzwiami. Zapytałem, o czym mówili. 
-    Przed    pięćdziesięciu    laty,    w    dwudziestym  wieku,  tam,  na  wprost,  spalono  pewnego  Cygana. 

Oskarżono  go  o  czary  i  zbezczeszczenie  hostii.  Sprawę  dało  się  wyciszyć,  bo  trwała  potworna  wojna 
domowa, i dziś nikt już o tym nie pamięta. Z wyjątkiem mieszkańców tego miasteczka. 

-  Skąd więc ty o tym wiesz, Petrusie? 
-  Po   prostu   wędrowałem  już   szlakiem   do Composteli. 
I  dalej  piliśmy  w  opustoszałym  barze.  Słońce  zalewało  ziemię  oślepiającym  blaskiem  -  była  pora 

sjesty. Wkrótce właściciel baru wrócił w towarzystwie miejscowego proboszcza. 

-  Kim jesteście? - zapytał ksiądz. 
Petrus pokazał mu narysowaną na plecaku muszlę. Przez tysiąc dwieście lat pielgrzymi przechodzili 

obok tego baru i tradycją było każdego z nich traktować z szacunkiem, zawsze udzielając schronienia. Toteż 
teraz kapłan zwrócił się do nas zupełnie inaczej. 

-    Jakże  to  możliwe,  żeby  wędrujący  do  Composteli  pielgrzymi  źle  wyrażali  się  o  Jezusie?  -zapytał 

tonem katechety. 

- Nikt tu nie powiedział niczego złego o Jezusie. Wspominaliśmy zbrodnie popełnione w imię Jezusa. 

Na przykład sprawę tego Cygana, którego spalono na placu. 

Także  właściciela  baru  muszla  na  plecaku  Petrusa  zmusiła  do  zmiany  zachowania.  Tym  razem 

odezwał się z respektem. 

- Klątwa Cygana ciąży na nas do dziś - oświadczył mimo karcącego spojrzenia proboszcza. 
Petrus chciał się dowiedzieć, na czym to polega. Ksiądz odparł, że to tylko krążące wśród ludu bajki, 

które nie zyskały potwierdzenia Kościoła. Ale właściciel ciągnął: 

-    Przed    śmiercią  Cygan  powiedział,    że  najmłodsze  dziecko  we  wsi  będzie  nawiedzone  i  opętane 

przez  demony.  Kiedy  to  dziecko  się  zestarzeje,  a  w  końcu  umrze,  demony  wybiorą  inne.  I  tak  bez  końca, 
przez całe wieki. 

background image

 

 - 28 - 

-    Ziemia  tu  jest  taka  jak  w  innych  okolicznych  wsiach  -  wtrącił  ksiądz.  -  Kiedy  tam  panuje  susza, 

panuje także i u nas. Kiedy tam pada i plony są obfite, my też zapełniamy spichlerze. Nie przydarza się nam 
nic, co nie działoby się w sąsiednich wsiach. Cała ta opowiastka to czyste wymysły. 

-  Nic się nie stało, bo odizolowaliśmy klątwę -wyjaśnił właściciel baru. 
- Chodźmy więc do niej - zaproponował Petrus. 
Kapłan  skwitował  te  słowa  śmiechem.  Właściciel  się  przeżegnał.  Lecz  żaden  z  nich  nie ruszył się z 

miejsca. 

Petrus  uregulował  rachunek  i  ponowił  prośbę,  by  ktoś  zaprowadził  nas  do  osoby,  na  którą  padła 

klątwą.  Proboszcz  przeprosił  -  musiał  wracać  do  kościoła,  ponieważ  został  oderwany  od  pilnej  pracy.  I 
wyszedł, zanim którykolwiek z nas zdążył otworzyć usta. 

Właściciel baru obrzucił Petrusa pełnym niepokoju spojrzeniem. 
- Niech się pan nie obawia - powiedział mój przewodnik. - Wystarczy wskazać nam dom, w którym 

mieszka klątwa. A my spróbujemy uwolnić od niej wieś. 

Właściciel  baru  wyszedł  z  nami  na  uliczkę, nad którą unosiły się tumany kurzu, a bezlitosne słońce 

oślepiało każdego, kto zerknął w górę. Dotarliśmy do skraju wsi. Właściciel baru wskazał nam oddalony dom 
przy drodze. 

-  Zawsze  posyłamy  tam  żywność,  odzież,  wszystko,  czego  trzeba  -  tłumaczył  się,  jakby 

przepraszając. - Ale nawet proboszcz nigdy tam nie zachodzi. 

Pożegnaliśmy  go.  Stary  czekał,  myśląc  pewnie,  że  nie  zatrzymamy  się  przy  tym  domu.  Ale  Petrus 

zapukał do drzwi. Kiedy się odwróciłem, właściciela baru już nie było. 

Otworzyła  nam  kobieta  około  sześćdziesiątki.  Obok  niej  stało  ogromne  czarne  psisko,  merdaniem 

ogona  okazując  zadowolenie  z  odwiedzin.  Kobieta  zapytała,  po  co  przyszliśmy,  i  wyjaśniła,  że 
przeszkodziliśmy  jej  w  praniu,  a  poza  tym  zostawiła  garnki  na  ogniu.  Nie  sprawiała  wrażenia  zaskoczonej 
naszą wizytą. Z jej zachowania wywnioskowałem, że wielu pielgrzymów, którzy nie słyszeli o klątwie, pukało 
do tych drzwi, szukając schronienia. 

- Jesteśmy pielgrzymami, podążamy do Composteli i potrzeba nam trochę gorącej wody - powiedział 

Petrus. - Wiem, że nam pani nie odmówi. 

Trochę wbrew sobie starucha szeroko otworzyła drzwi. Weszliśmy do izdebki, schludnej, ale biednie 

urządzonej.  Była  tam  sofa  z  podartym  plastikowym  obiciem,  kredens,  obraz  Przenajświętszego  Serca 
Jezusowego,  święci  i  krucyfiks  z  gałęzi  kolczastego  krzewu.  Na  izbę  otwierało  się  dwoje  drzwi: za jednymi 
zobaczyłem sypialnię, drugimi, wiodącymi do kuchni, kobieta poprowadziła Petrusa. 

-  Mam trochę wrzątku - powiedziała. - Poszukam jakiegoś naczynia, żebyście mogli zaraz iść, skąd 

przyszliście. 

Zostałem sam na sam z psiskiem. Zwierzak merdał ogonem, łagodny i zadowolony. Po chwili kobieta 

wróciła, niosąc starą puszkę po konserwie. Napełniła ją wrzątkiem i podała Petrusowi. 

-  Proszę. Idźcie i niechaj Bóg wam błogosławi. 
Ale Petrus nie ruszył się z miejsca. Wyjął z plecaka saszetkę herbaty, włożył do wody i oznajmił, że 

chętnie podzieli się skromnym wiktem z gospodynią, aby podziękować za życzliwość. 

Wyraźnie  zakłopotana  kobieta  przyniosła  dwie  filiżanki  i  usiadła  z  Petrusem  przy  stole.  Ja 

tymczasem przypatrywałem się psu, równocześnie słuchając rozmowy, którą zagaił Petrus. 

-  We wsi słyszałem, że nad tym domem ciąży klątwa - powiedział beznamiętnym tonem. 
Oczy psa rozbłysły, jakby i on zrozumiał sens tych słów. Stara kobieta poderwała się z krzesła. 
-    To  kłamstwo!  Stare  przesądy!  Proszę,  niech  pan     szybciej   pije   tę   herbatę,   mam  mnóstwo 

pracy. 

Pies  wyczuł  nagłą  zmianę  nastroju  swej  pani.  Nie  poruszył  się, ale wzmógł czujność. Petrus jednak 

zachował niezmącony spokój. Powoli napełnił herbatą filiżankę i uniósł ją do ust, by odstawić, nie wypiwszy 
nawet łyka. 

-  Jest   gorąca.   Zaczekajmy, aż   trochę   wystygnie. 
Kobieta  nie  usiadła.  Było  widać,  że  drażni  ją  nasza  obecność  i  że  żałuje,  iż  otwarła  nam  drzwi. 

Zauważywszy, że uparcie przyglądam się psu, przywołała go do siebie. Zwierzę usłuchało, jednak nadal nie 
spuszczało ze mnie oka. 

-    Właśnie  dlatego,  mój  drogi  -  Petrus  zwracał  się  teraz  do  mnie  -  właśnie  dlatego  twój  Posłaniec 

ukazał się pod postacią dziecka. 

background image

 

 - 29 - 

Nagle uświadomiłem sobie, że to nie ja przypatrywałem się psu. Odkąd tu wszedłem, zwierzak mnie 

hipnotyzował  i  zmuszał,  żebym  patrzył  mu  prosto  w  oczy.  To  pies  mi  się  przyglądał  i  powodował,  że 
spełniałem jego wolę. Ogarniało mnie narastające zmęczenie, miałem ochotę zwinąć się w kłębek na podartej 
sofie i zasnąć, ponieważ na dworze panował upał i nie chciało mi się ruszać w drogę. Wszystko to wydawało 
się dziwne; czułem się, jakbym wpadł w pułapkę. 

Pies wpatrywał się we mnie, a im dłużej to robił, tym większej ulegałem senności. 
-  Rusz  się  -  powiedział  Petrus,  wstając  i  podając  mi  filiżankę  herbaty.  •  Napij  się.  Pani  chciałaby, 

żebyśmy się jak najszybciej wynieśli. 

Zatoczyłem  się,  ale  jakoś  utrzymałem  filiżankę,  a  gorąca  herbata  pomogła  mi się ocknąć. Chciałem 

coś  powiedzieć,  zapytać,  jak  wabi  się  to  zwierzę,  ale  nie  mogłem  wykrztusić  słowa.  Coś  się  we  mnie 
obudziło,  coś,  czego  Petrus  mi  nie  przekazał,  zaczynało  dawać  o  sobie  znać.  Była  to  niepohamowana  chęć 
wypowiadania  słów,  których  znaczenia  nie  znałem.  Byłem  przekonany,  że  Petrus  dodał  czegoś  do  herbaty. 
Wszystko  stało  się  odległe,  odnosiłem  niejasne wrażenie, że kobieta powtarza Petrusowi, iż powinniśmy już 
sobie iść. Ogarnęła mnie swoista euforia i postanowiłem głośno wymawiać dziwne słowa, które przychodziły 
mi do głowy. 

Nie  potrafiłem  już  wyraźnie  dostrzec  w  tej  izbie  niczego  oprócz  psa.  Kiedy  zacząłem  wypowiadać 

obce słowa, zareagował warczeniem. On rozumiał. Podniecony, mówiłem coraz głośniej. Pies wyprężył się i 
obnażył  zęby.  Nie był już tym łagodnym stworzeniem, które zobaczyłem, wchodząc, ale złą i groźną bestią, 
gotową lada chwila skoczyć mi do gardła. Wiedziałem, że słowa mnie chronią, więc wypowiadałem je coraz 
głośniej,  koncentrując  wszystkie  siły  na  psie  i  czując  w  sobie  dziwną  moc,  która  powstrzymywała  zwierzę 
przed atakiem. 

Teraz  wydarzenia  toczyły  się  jakby  w  zwolnionym  tempie.  Zauważyłem,  że  kobieta  zbliżyła  się  do 

mnie  i  próbowała  wypchnąć  za  drzwi,  że  Petrus  ją  przytrzymywał,  a  pies  nie  zwracał  uwagi  na      ich   
szamotaninę.      Utkwił      we      mnie      ślepia  i  wstał,  warcząc  i  szczerząc  zęby.  Starałem  się  zrozumieć  obcy 
język, którym mówiłem, ale kiedy tylko milkłem, żeby zastanowić się nad znaczeniem słów, moja moc słabła, 
pies się zbliżał, jego   agresja  zaś   narastała.   W   pewnej   chwili wrzasnąłem,   a  kobieta  zawtórowała  mi   
krzykiem.  Pies  ujadał  i  wciąż  groził,  dopóki  jednak  nie  przestawałem  mówić,  nic  nie  mogło  mi  się  stać. 
Usłyszałem  gromki  śmiech,  nie  wiedziałem  jednak,  czy  jest  rzeczywisty,  czy  też  zrodził  się  w  mojej 
wyobraźni. 

Nagle,  jakby  wszystko  działo  się  w  jednej  chwili,  do  izby  wdarł  się  wicher,  a  pies potężnym susem 

skoczył  na  mnie.  Uniosłem  ramię,  by  osłonić  twarz,  wykrzyknąłem  jakieś  słowo  i  czekałem  bez  ruchu. 
Zwierzę  runęło  całym  ciężarem  i  przewróciło  mnie  na  sofę.  Przez  kilka  chwil  patrzyliśmy  sobie  prosto  w 
oczy, po czym psisko odskoczyło i pędem wybiegło z domu. 

Wybuchnąłem  płaczem.  Myślami  byłem  z  rodziną,  z  żoną  i  przyjaciółmi.  Odczułem  gwałtowny 

przypływ  miłości,  nieuzasadnioną,  absurdalną  radość,  równocześnie  jednak  byłem  świadom  tego,  co  zaszło 
między  mną  a  psem.  Petrus  ujął  mnie  pod  ramię  i  wyprowadził  z  domu,  a  kobieta  popychała  nas  obu. 
Rozejrzałem  się  wokół  -  po  psie  nie  było  już  ani  śladu.  Przytuliłem  się  do  Petrusa  i  wciąż  płakałem,  w 
palącym słońcu przemierzając drogę. 

Nie zachowałem żadnych wspomnień z tego odcinka Szlaku. Doszedłem do siebie, kiedy siedzieliśmy 

przy  źródełku.  Petrus  skrapiał  mi  wodą  twarz  i  kark.  Domagałem  się  jakiegoś  napoju,  ale  odparł,  że  jeśli 
teraz  coś  wypiję, skończy się to wymiotami. Trochę mnie mdliło, a mimo to czułem się dobrze. Spłynęła na 
mnie bezgraniczna miłość do wszystkich i wszystkiego. Rozejrzałem się i zobaczyłem drzewa na skraju drogi, 
źródełko, przy którym się zatrzymaliśmy, poczułem rześki powiew wiatru, usłyszałem śpiew ptaków w lesie. 
Widziałem  twarz  mojego  anioła,  jak  powiedział  Petrus.  Zapytałem,  czy  odeszliśmy  daleko  od  domu  tej 
kobiety. Odparł, że dzieli nas od niego kwadrans pieszej wędrówki. 

- Pewnie chciałbyś się dowiedzieć, co tam zaszło - powiedział. 
W  gruncie  rzeczy  nie  miało to żadnego znaczenia. Pies, kobieta, właściciel baru - wszystko to stało 

się  już  odległym  wspomnieniem,  które  zdawało  się  nie  mieć  nic  wspólnego  z  tym,  co  teraz  czułem. 
Zaproponowałem Petrusowi, żebyśmy przeszli jeszcze kawałek drogi, czułem się bowiem całkiem dobrze. 

Podniosłem  się  i  ruszyliśmy  Szlakiem  Świętego  Jakuba.  Przez  resztę  popołudnia  prawie  się  nie 

odzywałem,  pochłonięty  tym  zbawiennym  uczuciem,  które  zdawało  się  przepełniać  wszystko.  Od  czasu  do 
czasu myślałem o tym, że Petrus dodał jakiegoś narkotyku do herbaty, ale i to nie miało dla mnie znaczenia. 
Liczyło  się  tylko,  by  napawać  się  pięknem  gór,  strumieni,  przydrożnych  kwiatów,  dumnych  rysów  twarzy 
mojego anioła. 

background image

 

 - 30 - 

O  ósmej  wieczorem  natrafiliśmy  na  hotel,  a  ja  wciąż  -  choć  już  nie  bez  reszty  -  trwałem  w 

błogostanie. Właściciel zażądał paszportu, by dopełnić formalności, więc mu go podałem. 

-  Pochodzi pan z Brazylii? Kiedyś już tam byłem. Mieszkałem w hotelu przy plaży Ipanema. 
To absurdalne zdanie sprowadziło mnie na ziemię. Gdzieś na szlaku pielgrzymki do Compo-steli, we 

wzniesionym przed wiekami miasteczku, żył hotelarz, który znał Ipanemę. 

-  Teraz jestem w stanie  podjąć  dyskusję -oznajmiłem    Petrusowi.  Muszę    zrozumieć wszystko, 

co się dziś wydarzyło. 

Poczucie błogostanu zniknęło. Jego miejsce znów zajął rozum, a wraz z nim powróciły obawa przed 

nieznanym i paląca potrzeba stąpania po twardym gruncie. 

-  Po kolacji - odparł. 
Petrus  poprosił  właściciela  o  włączenie  telewizora,  ale  bez  dźwięku.  Wyjaśnił  mi,  że  to  najlepszy 

sposób,  abym  wysłuchał  opowieści,  nie  zadając  zbyt  wielu  pytań,  ponieważ  jakaś  cząstka  mnie  będzie 
pochłonięta scenami pojawiającymi się na ekranie. Próbował się zorientować, w jakim stopniu pamiętam to, 
co zaszło. Powiedziałem, że przypominam sobie wszystko oprócz tego kwadransa drogi do źródła. 

-  To nie ma najmniejszego znaczenia - odparł. 
W  telewizji  zaczynał  się  film,  którego  akcja  toczyła  się  w  kopalni  węgla  kamiennego.  Bohaterowie 

ubrani byli w stroje z początku wieku. 

-    Wczoraj,      kiedy      wyczułem      presję      twojego  Posłańca,  zrozumiałem,  że  do  walki  dojdzie  na 

Camino  de  Santiago.  Przybyłeś  tu,  aby  odnaleźć  miecz  i  poznać  Praktyki  RAM.  Lecz  zawsze,  gdy 
przewodnik prowadzi pielgrzyma, pojawia się co najmniej jedna okoliczność, która wymyka się im obu spod 
kontroli. To rodzaj  praktycznego testu,    sprawdzającego,    czego    się    nauczyłeś. W twoim przypadku 
było  to  spotkanie  z  psem.  Szczegóły      walki      i      obecność      wielu      demonów  w  zwierzęciu  wyjaśnię  ci 
później. Teraz najważniejsze jest, abyś zrozumiał, że ta kobieta była oswojona z klątwą. Pogodziła się z nią, 
jakby to było normalne, a podłość ludzi wydała jej się dobrem. Nauczyła się żyć tak, by niewiele wystarczało 
jej  do  szczęścia,  podczas  gdy  życie  zawsze  chce  nam  dać  jak  najwięcej.  Przepędziłeś  z  biednej  staruszki 
demony,  lecz  w  ten  sposób  zburzyłeś      równowagę      jej        świata.        Któregoś      dnia  rozmawialiśmy  o 
okrucieństwach,  do  jakich  ludzie  są  wobec  siebie  zdolni.  Bardzo  często,  gdy  ktoś  próbuje  pokazać,  co  jest 
dobre, pokazać, że życie jest hojne, inni odrzucają te wizje, jakby ich oczom ukazał się demon. Nikt nie lubi 
oczekiwać  od  życia  zbyt  wiele,  a  to  w  obawie  przed  porażką.  Lecz  ten,  kto  pragnie  toczyć  Dobrą  Walkę, 
musi patrzeć na świat jak na nieprzebraną skarbnicę, która czeka, by ktoś ją odnalazł i zdobył. 

Petrus zapytał, czy wiem, co właściwie robię na Szlaku Świętego Jakuba. 
-  Poszukuję mego miecza - odparłem. 
-  Dlaczego chcesz zdobyć ten miecz? 
-    Ponieważ  da  mi  moc  i mądrość Tradycji. Czułem, że moja odpowiedź nie w pełni go zadowoliła. 

Podjął: 

-  Jesteś tu, bo pragniesz nagrody. Ośmieliłeś się marzyć i czynisz, co w twojej mocy, aby przemienić   

marzenie      w      rzeczywistość.      Powinieneś  dokładniej  wiedzieć,    co  zrobisz  z  mieczem.  To  musi  być  dla 
ciebie  jasne,  zanim  do  niego  dotrzemy.  Ale  masz  pewien  atut:  pragniesz  zdobyć  nagrodę.  Przemierzasz 
Camino  de  Santiago  tylko  dlatego,  że  pragniesz  zostać  nagrodzony  za  wysiłek.  Zauważyłem,  że  wszystko, 
czego cię uczę, wykorzystujesz z myślą o praktycznym celu. To bardzo pozytywna reakcja. Pozostaje ci już 
tylko  wesprzeć  Praktyki  RAM  intuicją.  To  mowa  twojego  serca  wskaże  właściwy  sposób  odkrycia  i 
wykorzystania miecza. W przeciwnym razie Praktyki RAM zatracą się w bezużytecznej  mądrości Tradycji. 

Petrus   mówił  mi  to już  wcześniej,   innymi słowy, mnie zaś, nawet gdybym się z nim zgadzał, nie 

to najbardziej interesowało. Zetknąłem się z dwoma zjawiskami, których nie potrafiłem wyjaśnić: z dziwnym 
językiem, którym mówiłem, i tym uczuciem radości i miłości, którego doznałem po przepędzeniu psa. 

-  Radość się zrodziła, ponieważ twój gest natchniony był Agape. 
-  Wiele mówisz o Agape, ale dotąd nie wytłumaczyłeś mi dokładnie, czym ona jest. Mam wrażenie, 

że to wyższa forma miłości. 

-    Właśnie  tym  jest  Agape.  Już  wkrótce  nadejdzie  czas,  byś  odczuł  tę  potężną  Miłość,  która  trawi 

tego, kto kocha. Na razie niech wystarczy ci świadomość, że taka Miłość rodzi się sama z siebie. 

-    Doznałem  już  tego  uczucia,  lecz  było  bardziej  przelotne  i  odmienne.  Pojawiało  się  zawsze  po 

sukcesie  zawodowym,  podboju  lub  wówczas,  gdy  czułem,  że  los  znów  mi  sprzyja.  Jednak  kiedy      mnie   
ogarniało,   zamykałem   się   i   bałem w pełni je przeżywać. Jakby taka radość mogła być powodem ludzkiej 
zazdrości albo jakbym nie był godzien jej doznać. 

background image

 

 - 31 - 

-    Wszyscy  tak  postępujemy,    dopóki  nie  poznamy  Agape  -  przyznał,  wpatrując  się  w  ekran 

telewizora. 

Zapytałem go o nieznany język, którym przemówiłem. 
-  Zaskoczyło mnie to. Takie zjawisko nie należy do Praktyk Camino de Santiago. Chodzi tu o  rodzaj 

charyzmy, która stanowi element Praktyk RAM na drodze do Rzymu. 

Słyszałem o charyzmach, poprosiłem jednak Petrusa o bliższe wyjaśnienia. 
-    Charyzmy  są  darami  Ducha  Świętego,  przejawiającymi  się  w  każdym  z  nas.  Może  to  być  dar 

uzdrawiania,  dar  czynienia  cudów,  dar  wieszczenia,  a  także  wiele  innych.  Ty  zaznałeś  władania  językami, 
czyli  tego  daru,  który  otrzymali  apostołowie  w  dniu  Zesłania  Ducha  Świętego.  Dar  języków  jest  ściśle 
powiązany  z  bezpośrednim  porozumieniem  z  Duchem    Świętym.  Jest warunkiem mów, które oddziałują na 
słuchaczy,  egzorcyzmów      jak      w      twoim      przypadku  i    mądrości.  Dni  wędrówki  i  Praktyk  RAM 
przypadkowo  rozbudziły  dar  języków,  gdy  pies  stał  się    dla  ciebie  niebezpieczny.    Ten  dar  już  nie  wróci, 
chyba że odnajdziesz miecz i zdecydujesz się podążyć drogą do Rzymu. W każdym razie to dobry znak. 

Na ekranie niemego telewizora kopalniana opowieść przeistoczyła się w serię następujących po sobie 

obrazów, których bohaterowie - kobiety i mężczyźni - bez przerwy mówili, spierali się, gawędzili. Od czasu 
do czasu jakiś aktor całował aktorkę. 

-    I  jeszcze  jedno  -  dodał  Petrus.  -  Może  się  zdarzyć,  że  znowu  spotkasz  tego  psa.  Nie  próbuj 

wówczas  ożywić  daru  języków,  ponieważ  nie  powróci.  Zdaj  się  całkowicie  na  intuicję.  Nauczę  cię  innej 
Praktyki RAM, która rozbudzi twoją intuicję. W ten sposób będziesz stopniowo poznawał tajemny język twej 
duszy, bardzo przydatny w całym naszym życiu. 

Petrus wyłączył telewizor, właśnie gdy zainteresowałem się intrygą filmu. Potem podszedł do baru i 

poprosił o butelkę wody mineralnej. Wypiliśmy po parę łyków. 

Przenieśliśmy się w chłodnę miejsce i siedzieliśmy tam dość długo, lecz żaden z nas nie odezwał się 

słowem.  Wokół  panowała  niezmącona  najlżejszym  szmerem  cisza  nocy,  a  Droga  Mleczna  na  niebie 
nieustannie  przypominała  o  celu  wędrówki  -  odnalezieniu  miecza.  Po  pewnym  czasie  Petrus  przedstawił  mi 
ĆWICZENIE WODY. 

-    Jestem  zmęczony,  pójdę  już  spać  -  powiedział.  -  Ty  jednak  wykonaj  teraz  to  ćwiczenie.  Obudź 

swoją intuicję, ukryte strony osobowości. Nie przejmuj się logiką, woda to żywioł płynny, nie pozwoli się tak 
łatwo  zdominować.  Alę  pomoże  ci  stopniowo,  unikając  gwałtowności,  wypracować  nowy  stosunek  do 
wszechświata. 

Zanim wszedł do hotelu, dodał jeszcze: 
-  Nie codziennie pomocy udziela ci pies. 
Jeszcze  przez  pewien  czas  napawałem  się  chłodem  i  spokojem  nocy.  Hotel  leżał  z  dala  od  miast  i 

miasteczek,  nikt  nie  przejeżdżał  biegnącą  przed  nim  drogą.  Przypomniałem  sobie  spotkanie  z  właścicielem, 
który  znał  Ipanemę,  a  mój przyjazd na tę jałową ziemię, co dnia wypalaną przez rozwścieczone, zdawałoby 
się, słońce, musiał uważać za szaleństwo. 

Ogarniała  mnie  senność,  postanowiłem więc bez dalszej zwłoki wykonać ćwiczenie. Wylałem resztę 

wody  z  butelki  na  cementową  posadzkę.  Natychmiast  utworzyła  się  kałuża.  Niczego  nie  przypominała,  nie 
miała  żadnego  kształtu i nie była tym, czego oczekiwałem. Wodziłem palcami po zimnej wodzie i poczułem 
się  jak  w  hipnotycznym  śnie,  po  trosze  tak,  jak  to  się  dzieje,  gdy  wpatrujemy  się  w  ogień.  Nie  myślałem  o 
niczym,  bawiłem  się.  Bawiłem  się  kałużą.  Narysowałem  parę  linii  na  jej obrzeżach, a wówczas przemieniła 
się w mokre słońce, ale zaraz potem rysunek rozmazał się i zlał. Otwartą dłonią uderzyłem w środek kałuży - 
rozprysnęła  się,  pokrywając  cement  kroplami,  czarnymi  gwiazdkami  na  szarym  tle. Bez reszty skupiłem się 
na  tym  dziwnym  ćwiczeniu  bez  określonego  początku  i  zakończenia,  a  jednak  zabawnym  dla  ćwiczącego. 
Poczułem,  że  mój  umysł  niemal  całkowicie  uwolnił  się  od  myśli,  a  to  udawało  mi  się  osiągnąć  dopiero  po 
długich  medytacjach  i  ćwiczeniach  relaksacyjnych.  Równocześnie  coś  mi  mówiło,  że  w  głębi  mojego 
jestestwa,  w  najskrytszych  zakamarkach,  formowała  się  jakaś  siła,  która  wkrótce  dojrzeje  do  tego,  by  się 
ujawnić. 

Długo  siedziałem,  bawiąc  się  wodą,  bo  trudno  mi  było  położyć  kres  tej  czynności.  Gdyby  Petrus 

nauczył mnie ćwiczenia Wody na początku podróży, z pewnością uznałbym je za stratę czasu. 

Ale  teraz,  kiedy  mówiłem  różnymi  językami  i  przepędzałem  demony,  ta  kałuża  umożliwiła  mi 

nawiązanie  kontaktu  -  choć  kruchego  -  z  Drogą  Mleczną.  Odbijała  gwiazdy,  tworząc  rysunki,  których  nie 
potrafiłem zinterpretować, i budziła we mnie nie poczucie trwonienia czasu, lecz poczucie tworzenia nowego 

background image

 

 - 32 - 

języka komunikacji ze światem. Tajemnego języka duszy - języka, który tak słabo znamy i w który tak rzadko 
się wsłuchujemy. 

Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, było już bardzo późno. Lampy przed wejściem dawno zgaszono, 

wślizgnąłem  się  więc  bezszelestnie  do  budynku.  W  pokoju  raz  jeszcze  wezwałem  Astraina.  Ukazał  się 
wyraźniej, a ja przez chwilę opowiadałem mu o mieczu i celach, jakie wyznaczałem sobie w życiu.  

Nie odezwał się do mnie, ale Petrus uprzedzał, że Astrain dopiero po wielu przywołaniach stanie się 

u mego boku bytem żywym i potężnym. 

background image

 

 - 33 - 

 

 

ĆWICZENIE WODY

 

 

Wylej wodę na gładką i niechłonną powierzchnię, tworząc maleńką kałużę. Wpatruj się w nią przez 

chwilę.  Potem  zacznij  się  bawić  tą  wodą,  bezcelowo,  bezmyślnie.  Kreśl  rysunki,  które  zupełnie  nic  nie 
znaczą. Wykonuj to ćwiczenie codziennie przez tydzień, przeznaczając na nie za każdym razem co najmniej 
dziesięć minut. 

Nie  doszukuj  się  w  nim  praktycznego  celu  ani  efektów.  To  ćwiczenie  stopniowo  rozbudza  twoją 

intuicję. Kiedy zaś już da ona o sobie znać w innych porach dnia, zawsze jej ufaj. 

 

 

 

 
 
 

Ślub

 

 

 

Logrońo jest jednym z większych miast na szlaku pielgrzymów podążających do Composteli. Dotąd 

zawitaliśmy tylko do jednego dużego miasta, Pampeluny, lecz nawet nie zatrzymaliśmy się tam na noc. 

Po  południu  w  dzień  naszego  przybycia  do  Logrońo  miasto  miało  hucznie  się  bawić  i  Petrus 

zaproponował, abyśmy zostali przynajmniej na tę jedną noc. 

Lecz ja  przywykłem  do  wiejskiego   spokoju i swobody, toteż ten pomysł nieszczególnie przypadł 

mi  do  gustu.  Od  incydentu  z  psem  upłynęło  pięć  dni  i od tamtej pory co wieczór wywoływałem Astraina, a 
także powtarzałem ćwiczenie Wody. Czułem się o wiele spokojniejszy, świadom znaczenia, jakie Camino de 
Santiago  ma  dla  mych  dalszych  losów.  Choć  na  tej  jałowej  ziemi  nużył  oczy  pustynny  krajobraz,  jedzenie 
bywało nie najlepsze i doskwierało nam zmęczenie po dniach spędzonych w drodze, żyłem jak we wspaniałym 
śnie. 

Wszystko  to  uleciało,  kiedy  dotarliśmy  do  Logrońo.  Tu  już  nie  było  gorącego  i  czystego  powietrza 

pól i wsi, lecz miasto pełne samochodów, dziennikarzy i ekip telewizyjnych. Petrus wszedł do pierwszego na 
naszej drodze baru, żeby zapytać, co się dzieje. 

-  Jak  to?!  Nie  wie  pan?!  Córka  pułkownika  M.  wychodzi  za  mąż  -  odparł  mężczyzna.  -  Na  placu 

odbędzie się bankiet dla mieszkańców, więc dziś wcześniej zamykam. 

Trudno było znaleźć miejsce w hotelu, jednak starsze małżeństwo, widząc muszlę na plecaku Petrusa, 

zaproponowało nam schronienie. Po kąpieli ubrałem się w jedyną parę zapasowych spodni, jaką zabrałem w 
tę podróż, i wyszliśmy. 

Na  placu  służba  -  dziesiątki  kobiet  w  czarnych  sukienkach  i  mężczyzn w smokingach - krzątała się 

przy  rozstawionych  wokół  stołach,  modląc  się  zapewne  o  odrobinę  chłodu  i  dokonując  ostatnich 
przygotowań.  Hiszpańska  telewizja  utrwalała  na  taśmie  te  chwile  przed  uroczystością.  My  tymczasem 
ruszyliśmy uliczką wiodącą do parafii Santiago el Real, gdzie wkrótce miała się odbyć ceremonia ślubna. 

Tłumy  elegancko  ubranych  gości  -  kobiet,  których  makijaż  mógł  lada chwila spłynąć w potwornym 

upale,  dzieci  w  białych  strojach  -  dumnie  przestępowały  próg  kościoła.  W  powietrze  wystrzeliły  z  hukiem 
sztuczne  ognie  i  przed  świątynią  zatrzymała  się  czarna  limuzyna.  Przyjechał  pan  młody.  Petrus  i  ja,  nie 
zdoławszy  się  dostać  do  przepełnionego  kościoła,  postanowiliśmy  wrócić  na  plac.  On  wybrał  się  na 
przechadzkę  po  mieście,  ja  usiadłem  na  ławce,  czekając,  aż  zakończy  się  ceremonia,  a  rozpocznie  bankiet. 
Obok stał sprzedawca prażonej kukurydzy, licząc, że po ślubie nadejdą klienci. 

-  Pan także został zaproszony? - zapytał. 
-  Nie.   Jesteśmy   pielgrzymami,   idziemy   do Composteli. 

background image

 

 - 34 - 

-  Z Madrytu można tam dojechać bezpośrednim pociągiem, a jeżeli kupi pan bilet na piątek, dostanie 

pan darmowy nocleg w hotelu. 

-  Ale to ma być pielgrzymka. Sprzedawca przyjrzał mi się uważniej i dodał z wielką powagą: 
-  Pielgrzymki to zajęcie dla świętych. Wolałem nie podejmować dyskusji. Staruszek 
zaczął opowiadać, jak to wydał za mąż córkę, która teraz żyje w separacji z mężem. 
-  Za czasów Franco ludzie odnosili się do siebie z większym szacunkiem - westchnął. - Dzisiaj nikt 

już nie troszczy się o rodzinę. 

Nawet w obcym kraju, gdzie raczej nie należy rozmawiać o polityce, nie mogłem nie zareagować na 

takie stwierdzenie. Powiedziałem, że Franco był dyktatorem i że nic, co działo się za jego czasów, nie mogło 
być dobre. 

Stary spąsowiał. 
-  Kim pan jest, żeby wygłaszać takie poglądy? 
-    Znam  historię  tego  kraju.    Wiem,    że  wasz  naród  walczył  o  wolność.  Czytałem  o  zbrodniach 

hiszpańskiej wojny domowej. 

-    Byłem  na  wojnie.  I  mogę  o  tym  mówić,  bo  moja  rodzina  przelewała tu krew. Historia, którą pan 

gdzieś wyczytał, nic mnie nie obchodzi. Obchodzi mnie to, co dzieje się w mojej rodzinie. Walczyłem przeciw 
Franco, ale po jego zwycięstwie mnie też żyło się lepiej. Nie jestem biedakiem, mam swój wózek do prażenia 
kukurydzy.  I  nie  zdobyłem  go  dzięki  pomocy  tego  socjalistycznego  rządu.    Dziś  jest  mi  gorzej,    niż  było 
dawniej. 

Przypomniałem  sobie,  co  mówił Petrus: ludzie potrafią zadowolić się w życiu małym. Nie podjąłem 

dalszej dyskusji i przesiadłem się na inną ławkę. 

Po chwili wrócił Petrus. Opowiedziałem mu o sprzedawcy prażonej kukurydzy. 
-    Dyskusja  to  doskonały  sposób,  by  przekonać  samego  siebie  o  słuszności  tego,  co  się  mówi  - 

podsumował. - Należę do PCI

10

, a nie zauważyłem w tobie faszystowskich przekonań. 

-  Jakich faszystowskich przekonań?! - krzyknąłem oburzony. 
-    Pomogłeś  staruszkowi  utwierdzić  się  w  przekonaniu,  że  reżim  Franco  był  lepszy.  Może  dotąd 

biedak nie miał pojęcia dlaczego, ale teraz już wie. 

-  Nigdy bym  nie  przypuścił,  że  PCI  wierzy w dary Ducha Świętego! 
Roześmialiśmy  się.  Znów  wystrzeliły  sztuczne  ognie.  Orkiestra  zajęła  miejsce  na  podium  i  muzycy 

zaczęli stroić instrumenty. Od rozpoczęcia uroczystości dzieliły nas zaledwie minuty. 

Spojrzałem  w  niebo.  Zapadała  noc  i  już  rozbłysło  kilka  gwiazd.  Petrus  podszedł  do  jednego  z 

kelnerów, a ten wrócił po chwili, niosąc dwa plastikowe kubeczki wina. 

-    Podobno      picie      wina      przed      rozpoczęciem  przyjęcia  przynosi  szczęście  -  powiedział  Petrus, 

podając mi kubeczek. - To ci pomoże zapomnieć o staruszku od prażonej kukurydzy. 

-  Już o nim zapomniałem. 
-  A jednak będziesz musiał o nim pomyśleć. To,  co się stało, jest zwiastunem niewłaściwej postawy. 

Na każdym kroku staramy się jednać adeptów naszego postrzegania świata. Uważamy, że jeśli zwiększy się 
liczba  ludzi  wierzących  w  to,  w  co my wierzymy, ta wiara stanie się rzeczywi stością. Rozejrzyj się wokół. 
Szykuje  się  wielka  uroczystość.  Ludzie  będą  tu  świętować  równocześnie  wiele  spraw:  marzenie  ojca,  który 
chciał  wydać  za  mąż  córkę,  marzenie  dziewczyny,  która  chciała  wyjść  za mąż, marzenie pana młodego. To 
dobrze, bo wierzą w te marzenia i chcą pokazać wszystkim, że się ziściły. To nie jest święto, które ma kogoś 
o  czymś  przekonać,  i  dlatego  będzie  wesołe.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  ci  ludzie  podjęli  Dobrą  Walkę 
miłości. 

-    Ale  ty  przecież  usiłujesz  mnie  przekonać,  Petrusie.      Prowadzisz      mnie      Szlakiem      Świętego 

Jakuba. 

Obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem. 
-    Uczę  cię  Praktyk  RAM.  Ale  odnajdziesz  swój  miecz,  tylko  jeśli  zrozumiesz,  że  w  twoim  sercu 

wypisana jest ta droga, i prawda, i życie. 

Uniósł  palec,   wskazując  niebo,   na  którym lśniły już gwiazdy. 
-    Droga  Mleczna  wytycza  szlak  aż  do  Composteli.  Żadna  religia  nie  potrafi  zebrać  wszystkich 

gwiazd, bo gdyby tak było, wszechświat stałby się bezkresną próżnią i straciłby rację bytu. Każda gwiazda - 
i każdy człowiek - ma swą przestrzeń i specyficzne cechy. Istnieją gwiazdy zielone, żółte, niebieskie,   białe,   

                                                   

10

? Włoska Partia Komunistyczna; istniała do  1991  roku (przyp. tłum.). 

background image

 

 - 35 - 

komety,      meteory  i  meteoryty,  mgławice  i  pierścienie.  To,  co  z  Ziemi  wygląda  jak  jednakowe  punkty,  w 
rzeczywistości  składa  się  z  milionów  rozmaitych  elementów,  rozproszonych  w  przestrzeni  niepojętej  dla 
ludzkiego rozumu. 

Bukiet  sztucznych  ogni  rozbłysł  na  niebie  i  na  moment  przyćmił  światło  gwiazd.  Kaskada 

migoczących zielonych punkcików rozprysła się w powietrzu. 

- Przedtem postrzegaliśmy tylko dźwięk, ponieważ było widno. Teraz możemy patrzeć na ich blask - 

zakończył Petrus. - To jedyna odmiana, do jakiej może dążyć człowiek. 

Panna  młoda  wyszła  z  kościoła,  tłum  sypał  ryżem  i  wiwatował.  Była  to  chuda,  mniej  więcej 

siedemnastoletnia dziewczyna, krocząca u boku odświętnie ubranego chłopca. Tłum ruszył w stronę placu. 

- To pułkownik M.! Popatrz na suknię panny młodej! Jaka piękna! - wykrzykiwały stojące w pobliżu 

dziewczęta. 

Goście podeszli do stołów, kelnerzy podali wino, zagrała orkiestra. Sprzedawcę prażonej kukurydzy 

natychmiast  obiegły  podekscytowane  dzieciaki,  które  wyciągały  monety  i  szybko układały torebki popcornu 
na  ziemi.  Pomyślałem,  że  dla  mieszkańców  Logrońo,  przynajmniej  tego  wieczoru,  reszta  świata,  groźba 
wojny nuklearnej, bezrobocie, zbrodnie po prostu nie istniały. Ten wieczór był świętem, na placu rozstawiono 
stoły dla mieszkańców i każdy czuł się ważny. 

Ekipa  telewizyjna  kierowała  się  w  naszą  stronę,  więc  Petrus  osłonił  twarz.  Jednak  dziennikarze 

podeszli  wprost  do  jednego  z  gości,  znajdującego  się w pobliżu. Natychmiast rozpoznałem tego człowieka - 
był  to  Manolo,  kapitan  reprezentacji  Hiszpanii  podczas  Mistrzostw  Świata  w  Piłce  Nożnej  w  Meksyku. 
Kiedy  udzielił  już  wywiadu,  podszedłem  do  niego.  Powiedziałem,  że  jestem  Brazylijczykiem,  a  on,  udając 
oburzonego, wypomniał mi bramkę ukradzioną podczas pierwszego meczu mistrzostw

11

. Zaraz potem jednak 

serdecznie mnie uścisnął, mówiąc, że Brazylia znów będzie miała najlepszych piłkarzy na świecie. 

-    Jak   możesz   obserwować   grę,   skoro   bez przerwy biegasz po boisku i kierujesz drużyną? -

zapytałem. Było to jedno ze spostrzeżeń, które uczyniłem, oglądając retransmisje z mistrzostw świata. 

-  Dla mnie to przyjemność, że pomagam drużynie wierzyć w zwycięstwo. 
I na zakończenie, jakby i on był przewodnikiem na Camino de Santiago, dodał: 
-  Drużyna, której brak wiary, pozbawia swój klub zwycięskiej gry. 
Wkrótce Manola obiegli inni rozmówcy, ja jednak długo jeszcze rozmyślałem nad jego słowami. On 

także,  choć  zapewne  nigdy  nie  przemierzył  Szlaku  Świętego  Jakuba,  wiedział,  co  znaczy  prowadzić  Dobrą 
Walkę. 

Odszukałem  Petrusa,    który  ukrył    się  w  jakimś  kącie,  najwyraźniej  zakłopotany  obecnością  ekip 

telewizyjnych. Dopiero gdy zniknęli kamerzyści, wysunął się zza rosnących na placu drzew i nieco odprężył. 
Poprosiliśmy  o  wino,  ja  napełniłem  talerz  kanapkami,  a  Petrus  wybrał  stół,  przy  którym  usiedliśmy  wśród 
innych  gości.  Państwo  młodzi  przystąpili  do  krojenia  imponującego  tortu  weselnego.  Znów  rozbrzmiały 
wiwaty. 

-  Na pewno bardzo się kochają - myślałem głośno. 
-    Oczywiście,  że  się  kochają  -  włączył  się  siedzący  przy  naszym  stole  jegomość  w  ciemnym 

garniturze. - Spotkał pan już kogoś, kto brałby ślub z innego powodu? 

Odpowiedź  na  to  pytanie  zachowałem  dla  siebie,  wspominając  słowa,  jakimi  Petrus  skomentował 

potyczkę ze sprzedawcą prażonej kukurydzy. Ale mój przewodnik nie przemilczał tej uwagi. 

-  Jaki rodzaj miłości ma pan na myśli - spod znaku Erosa, Filos czy Agape? 
Mężczyzna  spojrzał  na  niego  zbity  z  tropu.  Petrus  wstał,  napełnił  szklankę  winem  i  zaproponował, 

żebyśmy rozprostowali nogi. 

-    Greka  ma  trzy  słowa  na  określenie  miłości  -zaczął.  -  Dziś  byłeś  świadkiem  manifestowania  się 

Erosa, tego uczucia, które łączy dwoje ludzi. 

Młodzi małżonkowie uśmiechali się do obiektywów i przyjmowali powinszowania.  
-  Wyglądają  na  zakochanych  powiedział,  wskazując  na  młodą  parę.  -  Myślę,  że  miłość  to  uczucie, 

które  się  rozwija.  Wkrótce  będą  sami  toczyć  walkę,  założą  rodzinę,  będą  przeżywać  wspólną  przygodę.  To 
powoduje wzrost miłości, czyni ją szlachetną. On będzie dalej robił karierę w wojsku, ona pewnie już świetnie 
gotuje i zostanie wspaniałą panią domu, bo do tego przygotowywano ją od dziecka. Będzie jego towarzyszką, 

                                                   

11

? W czasie meczu Hiszpania-Brazylia na M Ś w Meksyku w 1986 roku nie uznano hiszpańskiej bramki, ponieważ 

arbiter nie zauważył, że piłka dotknęła murawy za linią bramkową, a potem odbiła się rykoszetem. Brazylia wygrała 
1:0. 

background image

 

 - 36 - 

urodzą im się dzieci, a jeśli teraz już przeczuwają, że razem coś zbudują, to znaczy, że podjęli Dobrą Walkę. 
I  jeśli  tak  jest,  to  wbrew  wszelkim  przeszkodom  nigdy  nie  przestaną  być  szczęśliwi.  Lecz  historia,  którą  ci 
opowiadam, może się potoczyć zupełnie inaczej. Może on poczuje, że nie jest wolny, lub nie dość wolny, aby 
dawać  wyraz  pełni  Erosa,  całej  miłości,  jaką  żywi  do  innych  kobiet.  Ona  może  sobie  uświadomić,  że 
poświęciła  karierę  i  wspaniałe  życie,  aby  podążyć  za  mężem.  Wówczas,  zamiast  wspólnie  tworzyć,  oboje 
poczują  się  ograbieni  w  pojmowaniu  miłości.  Eros,  nić,  która  ich  łączy,  będzie  stopniowo  odsłaniać  swe 
najgorsze aspekty. I to, co Bóg dał człowiekowi jako najszlachetniejsze z uczuć, stanie się źródłem nienawiści 
i zniszczenia. 

Rozejrzałem się wokół. Eros zawładnął wieloma z obecnych tu par. Ćwiczenie Wody obudziło język 

mojego  serca  i  teraz  inaczej  patrzyłem  na  ludzi.  Być  może  sprawiły  to  dni  samotności  na  wsi,  może  też 
Praktyki  RAM.  Potrafiłem  odróżnić  obecność  dobrego  Erosa  i  złego  Erosa,  dokładnie  tak,  jak  opisywał  to 
Petrus. 

- Widzisz, jakie to ciekawe - podjął mój przewodnik, który dostrzegł to samo. - Dobry czy zły, Eros 

dla każdego człowieka ma inne oblicze. Zupełnie jak gwiazdy, o których mówiłem pół godziny temu. Nikt nie 
umknie przed Erosem. Wszyscy potrzebujemy jego obecności, choć to właśnie on często sprawia, że czujemy 
się odizolowani od świata, zasklepieni w samotności, odtrąceni. 

Muzycy  zagrali  walca.  Goście  wychodzili  na  estradę  ustawioną  tuż  obok  orkiestry  i  tańczyli. 

Wszyscy wyglądali na lekko podchmielonych i szczęśliwszych niż na co dzień. Zwróciłem uwagę na ubraną 
w  błękit  dziewczynę,  która  najwyraźniej czekała na to wesele, by teraz zatańczyć walca, gdyż chciała, żeby 
wziął  ją  w  ramiona  chłopak,  o  którym  marzyła już jako gąska. Śledziła każdy ruch eleganckiego chłopca w 
jasnym  garniturze,  stojącego  z  grupą  przyjaciół.  Młodzieńcy  prowadzili  ożywioną dyskusję i nie zauważyli, 
że  zaczął  się  walc  ani  że  kilka  metrów  dalej  dziewczyna  w  błękitnej  sukience  uporczywie  przypatruje  się 
jednemu z nich. 

Pomyślałem o małych miasteczkach, o pielęgnowanych od dziecka marzeniach o ślubie z tym jednym 

jedynym, wybranym chłopcem. 

Dziewczyna w błękitnej sukience zauważyła, że ją obserwuję, i odeszła od podium. Teraz to chłopak 

jej szukał, rozglądając się wokół. Kiedy ją odnalazł, już w grupie innych dziewcząt, powrócił do rozmowy z 
przyjaciółmi. 

Zwróciłem  uwagę  Petrusa  na  tych  dwoje  młodych  ludzi.  Przez  jakiś  czas  śledził  grę  spojrzeń,  po 

czym skupił się na swojej szklaneczce wina. 

-  Zachowują się, jakby uważali, że okazanie sobie miłości to wstyd - stwierdził po prostu. 
Z przeciwka przyglądała się nam jakaś dziewczyna. Była prawdopodobnie o połowę młodsza od nas. 

Petrus  odwzajemnił  jej  spojrzenie  i  uniósł  szklaneczkę  jak  przy  toaście.  Smarkula  zachichotała,  wyraźnie 
speszona, i gestem ręki wskazała rodziców, niemal przepraszając, że do nas nie podeszła. 

-    Oto  piękna  strona  miłości - powiedział Petrus. - Miłość, która rzuca wyzwanie, miłość do dwóch 

obcych i starszych, którzy przybyli z daleka, a jutro odejdą. W świat, który ona także chciałaby przemierzać. 

Wyczułem z jego głosu, że wino trochę go oszołomiło. 
-    Dziś  pomówimy  o  miłości!  -  oznajmił  nieco  za  głośno    mój    przewodnik.    -  Pomówmy    o    tej 

prawdziwej miłości, pewnej, że to ona nieustannie rządzi światem i czyni człowieka mędrcem! 

Szykowna kobieta, która kręciła się w pobliżu, zdawała się nawet nie obserwować zabawy. Chodziła 

od stołu do stołu, ustawiając szklanki, talerze, układając widelce. 

-  Popatrz   na   tę   panią,   która   nieustannie sprząta - powiedział Petrus. - Wiesz, że Eros ma wiele 

twarzy,  a  to  jest  jedna  z  nich.  To  miłość  zawiedziona,  która  spełnia  się  w  szczęściu  innych.  Całując  pannę 
młodą  i  pana  młodego,  w  głębi  ducha  będzie  szeptała,  że  nie  są  dla  siebie  stworzeni.  Stara  się  uładzić  cały 
świat, bo sama popadła w stan bezładu. A tam - wskazał jakąś parę, kobieta była zbyt mocno umalowana i 
wy-fiokowana  -  to  Eros  oswojony,  miłość  jako  rodzaj  spółki,  wyzbyta  choćby  resztek  uczucia.  Ta  kobieta 
zaakceptowała swoją rolę i przecięła wszelkie więzi ze światem i Dobrą Walką. 

-  Przemawia   przez   ciebie   gorycz,   Petrusie. Czyż nikt tu nie wymyka się tym normom? 
-    A  jakże!  Dziewczyna,  która  się  nam  przyglądała.  Młodzież,  która  tańczy  i  zna  tylko  dobrego 

Erosa. Jeżeli nie ulegną wpływowi hipokryzji miłości, która opanowała starsze pokolenie, świat na pewno się 
zmieni. 

A potem wskazał na siedzącą przy stole parę staruszków. 
-    I  jeszcze  tych  dwoje.  Nie  pozwolili,  aby  zawładnęła  nimi  hipokryzja,  w  której  pogrążyło  się  tylu 

innych.  Sądząc  z  wyglądu,  to  małżeństwo  wieśniaków.  Głód      i      potrzeba      zmusiły      ich      do  wspólnej   

background image

 

 - 37 - 

pracy.      Nauczyli      się      Praktyk,      które  znasz,  chociaż  nigdy  nie  słyszeli  o  RAM.  Ponieważ  czerpali  siłę 
miłości z pracy. Eros tak odsłania najpiękniejszą ze swych twarzy, jest bowiem wówczas zjednoczony z Filos. 

-  Czym jest Filos? 
-    Filos  to  Miłość,  która  przybiera  postać  przyjaźni.  Nią właśnie darzę ciebie i wielu innych. Kiedy 

płomień Erosa zatraca już moc i blask, Fi-los utrzymuje jedność małżeństw. 

-  A Agape? 
-    To  nie  jest  odpowiednia  chwila,  by  mówić  o  Agape.  Agape  żyje  w  Erosie  i  w  Filos,  ale  to  tylko 

frazes.  Zabawmy  się  trochę  na  tym  weselu,  nie  zbliżając  się  do  Miłości,  która  trawi  człowieka.  -  I  Petrus 
dolał sobie wina. 

Wokół  nas  panowała  zaraźliwa  wesołość.  Petrus  był  pijany.  Początkowo  to  mnie  zaszokowało. 

Przypomniałem sobie jednak, co powiedział pewnego dnia - że Praktyki RAM mają sens tylko wówczas, gdy 
może je wypełniać zwyczajny człowiek. Tej nocy Petrus wydał mi się najzwyklejszym z ludzi. Był kumplem, 
przyjacielem,  klepał  po  plecach  nowo  poznanych,  wdawał  się  w  dyskusje  z  tymi,  którzy  chcieli  zwrócić  na 
niego uwagę. Wkrótce potem był już tak pijany, że musiałem zawlec go do hotelu. 

Po  drodze  zdałem  sobie  sprawę  z  sytuacji.  Stałem  się  przewodnikiem  mojego  przewodnika. 

Zrozumiałem,  że  w  żadnym  momencie  podróży  Petrus  nie  zrobił  nic,  aby  udowodnić,  że  jest  mądrzejszy, 
bliższy świętości czy lepszy ode mnie. Ograniczał się do przekazywania mi swych doświadczeń w Praktykach 
RAM.  Poza  tym  chciał  pokazać, że jest takim samym człowiekiem jak inni, zdolnym do odczuwania Erosa, 
Filos i Agape. 

Poczułem się silniejszy. Camino de Santiago była drogą zwykłych ludzi. 
 

 

Zapał

 

 

 

 
- „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca 

albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania (...) i wszelką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a 
miłości bym nie miał, byłbym niczym"

12

Petrus  znów  przywołał  słowa  świętego  Pawła.  Uważał  tego  apostoła  za  wielkiego  komentatora 

przesłania  Chrystusowego.  Tego  popołudnia,  po  porannej  wędrówce,  łowiliśmy  ryby.  Jak  dotąd  żadna  nie 
połknęła haczyka, ale mój przewodnik wcale się tym nie przejmował. Jego zdaniem ćwiczenie połowu było w 
pewnym  sensie  symbolem  relacji  między  człowiekiem  a  światem:  wiemy,  czego  chcemy,  osiągamy  to,  jeśli 
mamy dość wytrwałości, ale czas, jakiego trzeba na realizację zamierzeń, uzależniony jest od pomocy, której 
udziela nam Bóg. 

-    Dobrze  oddawać  się  zajęciom  wymagającym  powolnych  działań,  zanim  podejmie  się  ważną 

życiową decyzję - powiedział. - Mnisi zen przysłuchują się, jak rosną skały. Ja wolę łowić ryby. 

O tej porze, podczas upałów, nawet rozleniwione złote rybki, snujące się tuż pod powierzchnią wody, 

nie  interesowały  się  przynętą.  To,  czy  spławik  był  zanurzony,  czy  leżał  na  brzegu,  nie  miało  znaczenia. 
Wolałem więc zostawić wędkę i wybrać się na przechadzkę po okolicy. Dotarłem do starego, zapomnianego 
cmentarza,  którego  brama  wydała  mi się nieproporcjonalnie duża, a potem wróciłem do Petrusa. Zapytałem 
go o cmentarz. 

-    Brama  wiodła  niegdyś  do  domostwa,  w  którym  zatrzymywali  się  pielgrzymi  -  odparł.  -  Ale  z 

czasem  zapominano  o  tym  miejscu.  Później  komuś  przyszedł  do głowy pomysł, żeby wykorzystać fasadę, a 
za nią założyć cmentarz. 

-  Który także popadł w zapomnienie. 

                                                   

12

? l Kor. 13, 1,2 (przyp. tłum.). 

 

background image

 

 - 38 - 

-  Rzeczywiście. Na tym świecie wszystko skazane jest na krótki żywot. 
Powiedziałem  mu,  że  minionego  wieczoru  bardzo  surowo  osądzał  weselnych  gości.  Przyjął  to  z 

zaskoczeniem.  Przyznał,  że  to,  o  czym  mówiliśmy,  jest  odzwierciedleniem  doświadczeń  życia  osobistego 
każdego  z  nas.  Wszyscy  szukamy  Erosa,  a  kiedy  Eros  chce  przerodzić  się  w  Filos,  uznajemy  miłość  za 
zbędną. Nie rozumiemy, że to Filos prowadzi nas ku najwyższej formie miłości - Agape. 

- Opowiedz mi o Agape - poprosiłem. 
Petrus  odparł,  że  o  Agape  nie  można  opowiedzieć,  trzeba  jej  doznać.  Jeżeli  nadarzy  się  okazja, 

jeszcze  dziś  pokaże  mi jeden z aspektów Agape. Aby jednak mógł to uczynić, świat musi przybrać postawę 
wędkarza - współpracować, by wszystko potoczyło się pomyślnie. 

-    Posłaniec  cię  wspiera,  jest  jednak  coś,  co  wykracza  poza  domenę  Posłańca,  twoich  pragnień  i 

twoją. 

-  Co to takiego? 
-  Iskra boża. To, co ludzie nazywają szczęściem. 
Kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi, ruszyliśmy w dalszą drogę. Szlak Świętego Jakuba wiódł 

przez  winnice  i  pola  uprawne,  o  tej  porze  całkowicie  wyludnione.  Minęliśmy  jedną  z  głównych  dróg,  gdzie 
także  nie  było  żywego  ducha,  i  znaleźliśmy  się  pośród  zarośli.  W  dali  dostrzegłem  szczyt  San  Lorenzo, 
dominujący  nad  królestwem  Kastylii.  Od  spotkania  z Petrusem, tam, pod Saint-Jean-Pied-de-Port, dokonały 
się we mnie wielkie zmiany. Moje troski - Brazylia, interesy - właściwie zniknęły. Liczył się tylko cel i co noc 
rozmawiałem  o  nim  z  Astrainem,  który  stawał  przede  mną  coraz  wyraźniejszy  i  bliższy.  Udawało  mi  się 
widzieć  go  teraz  siedzącego  tuż  obok,  zauważyłem,  że  miał  nerwowy  tik  -  drgała  mu  prawa  powieka  -  i 
uśmiechał  się  pogardliwie,  kiedy  powtarzałem  mu  pewne  rzeczy,  chcąc  się  upewnić,  czy  mnie  zrozumiał. 
Jeszcze  kilka  tygodni  temu,  szczególnie  w  pierwszych  dniach,  zdarzało  mi  się  lękać,  że  nigdy  nie  dotrę  do 
celu wędrówki. Kiedy byliśmy w Roncesvalles, ogarnęło mnie głębokie znużenie wyprawą i zapragnąłem jak 
najszybciej  znaleźć  się  w  Santiago,  zabrać  miecz  i  poświęcić  się  temu,  co  Petrus  nazywał  Dobrą  Walką

13

Odtąd  więzi  z  cywilizacją,  którą  porzucałem  wbrew  sobie,  praktycznie  za-niknęły.  Teraz  obchodziło  mnie 
jedynie słońce nad głową i podniecenie przeżywaniem Agape. 

Szliśmy po trzęsawiskach. Przeprawa przez strumień zakończyła się mozolną wspinaczką na stromy 

brzeg.  Kiedyś  na  pewno  płynęła  tędy  rzeka,  a  nurt  żłobił  ziemię,  wdzierając  się  w  jej  głębie  i  odkrywając 
tajemnice. Nie była to struga, którą można przejść suchą nogą. Ale jej dzieło, głębokie koryto, które niegdyś 
wypełniały wody, pozostało. 

-    Na  tym  świecie  wszystko  skazane  jest  na  krótki    żywot  -  usłyszałem    kilka    godzin    temu  z  ust 

Petrusa. 

-  Petrusie, czy w twoim życiu dużo było miłości? 
Pytanie  wyrwało  mi  się  z  ust;  sam  byłem  zaskoczony,  że  ośmieliłem  się  je  zadać.  Dotąd  nie 

wiedziałem prawie nic o prywatnym życiu mojego przewodnika. 

-    Byłem  z  wieloma  kobietami,  jeśli  to  masz  na  myśli.  I  każdą z nich bardzo kochałem. Ale tylko z 

dwiema zaznałem Agape. 

Wyznałem,  że  i  ja  kochałem  wiele  razy  i  że  zaczynałem  się  już  martwić  niezdolnością  do  trwania 

przy  jednej  osobie.  Jeśli  to  nie  uległoby  zmianie,  skończyłbym  jako  samotny  starzec,  a  myśl  o  takim  życiu 
wprawiała mnie w panikę. 

-    Zatrudnij  pielęgniarkę  roześmiał      się.  Prawdę  mówiąc,  nie  sądzę,  żebyś  miłość  uważał  za 

gwarancję spokojnej starości. 

Dochodziła  dziewiąta  wieczorem, kiedy na dobre się ściemniło. Minęliśmy winnice i znaleźliśmy się 

w pustynnej niemal krainie. Rozglądając się wokół, dostrzegłem w dali wykutą w skale kaplicę, jakich wiele 
widzieliśmy  na  naszym  szlaku.  Szliśmy  jeszcze  przez  chwilę,  oddalając  się  od  żółtych  znaków  i  kierując 
wprost ku małej budowli. 

Kiedy  byliśmy  wystarczająco  blisko,  Petrus  wykrzyknął  jakieś  imię,  którego  nie  zrozumiałem,  i 

przystanął, czekając na odzew. Ale odpowiedziała nam tylko cisza. Petrus zawołał raz jeszcze, jednak i teraz 
bez skutku. 

-  Chodźmy - powiedział. 

                                                   

13

? Później udało mi się odkryć, że jest to wyrażenie zapożyczone od świętego Pawła. (l Tm, l, 18 - przyp. tłum.). 

background image

 

 - 39 - 

Były  to  tylko  cztery  pobielone  wapnem  ściany.  Drzwi  stały  otworem,  a  raczej  -  wcale  ich  nie było, 

zastępowała  je  jakby  furtka  wysokości  pół  metra,  wisząca  na  jednym  zawiasie.  We  wnętrzu  stał  kamienny 
piec i piętrzył się stos starannie ułożonych misek. Dwie z nich były napełnione ziarnem i ziemniakami. 

Usiedliśmy,  nie  odzywając  się  do  siebie.  Petrus  zapalił  papierosa  i  zaproponował,  żebyśmy  chwilę 

zaczekali. Nogi miałem obolałe ze zmęczenia, lecz coś w tej kapliczce, zamiast mnie uspokajać, ekscytowało, 
a gdyby nie obecność Petrusa, czułbym wręcz przerażenie. 

-   Kimkolwiek jest  mieszkający  tu  człowiek, gdzieś chyba musi sypiać? - zapytałem, przerywając 

ciszę, która zaczynała mi ciążyć. 

-  Śpi tam, gdzie teraz siedzisz - odparł Petrus, wskazując na gołą ziemię. 
Chciałem  się  przesunąć,  ale  poprosił,  żebym  został  dokładnie  tam,  gdzie  byłem.  Musiało  się  trochę 

ochłodzić, bo zaczynało mi być zimno. 

Czekaliśmy  prawie  godzinę.  Petrus  jeszcze  dwukrotnie  wywoływał  tajemnicze  imię,  potem  jednak 

zrezygnował z dalszych prób. Kiedy sądziłem już, że wstaniemy i pójdziemy dalej, przemówił. 

- Tu obecna jest jedna z dwóch postaci Aga-pe - wyjaśnił, gasząc trzeciego papierosa. - Nie jedyna, 

ale jedna z najbardziej czystych. Agape jest właśnie totalną Miłością, która trawi tego, kto ją czuje. Ten, kto 
poznał  lub  przeżywa  Agape,  wie,  że  na  tym  świecie  liczy  się  tylko  miłość.  Taką  miłością  darzył  ludzkość 
Jezus, a była ona tak potężna, że sięgnęła gwiazd i odmieniła bieg historii świata. Samotnie osiągnął to, czego 
nie  udało  się  dokonać  królom,  armiom  i  imperiom.  Przez  tysiąclecia  dziejów  cywilizacji  wielu  było  ludzi 
ogarniętych  tą  miłością,  która  trawi.  Tak  dużo  mieli  do  ofiarowania,  a  świat  żądał  tak  mało,  że  musieli 
szukać  pustyni  lub  pustelni,  bo  potęga  tej  miłości  czyniła  ich  lepszymi.  Stawali  się  świętymi  eremitami, 
których  dziś  dobrze  znamy.  Tobie  i  mnie,  odczuwającym  inną  postać  Agape,  życie  tu  może  wydawać  się 
surowe,  straszne.  Lecz  miłość,  która  pochłania  bez  reszty,  sprawia,  że  wszystko  -  wszystko  bez  wyjątku  - 
traci znaczenie. Tacy ludzie żyją wyłącznie po to, by strawiła ich miłość. 

Petrus  powiedział  mi,  że  mieszka  tu  mężczyzna  imieniem  Alfonso.  Spotkał  go  podczas  pierwszej 

pielgrzymki do Composteli, zbierającego owoce. Jego przewodnik, wizjoner, z którym nie mógłby się równać, 
był przyjacielem Alfonsa i we trzech dopełnili rytuału Agape, ćwiczenia Błękitnego Globu. Petrus powiedział, 
że  było  to  jedno  z  najważniejszych  doświadczeń  w  jego  życiu,  że  jeszcze  dziś,  gdy  je  wypełnia,  myśli  o 
kaplicy i  o  Alfonsie. W jego głosie  wyczuwałem  silne wzruszenie, którego nigdy dotąd nie zauważyłem. 

-    Agape  to  miłość,  która  trawi  --  powtórzył,  jakby  była  to  najtrafniejsza  definicja  tej  dziwnej 

odmiany miłości. - Martin Luther King powiedział ongiś, że kiedy Chrystus nauczał miłości do nieprzyjaciół, 
czynił  aluzję  do  Agape.  Ponieważ,  twierdził  King,  „nie  jest możliwe, byśmy kochali naszych wrogów, tych, 
którzy nas krzywdzą i pragną pogłębić nasze codzienne cierpienia". Ale Agape to znacznie więcej niż miłość. 
To  wszechogarniające  uczucie,      które      wdziera      się  przez    każde    okienko    i    obraca  w  pył    każdego 
agresora, nim ten rozpocznie napaść. Potrafisz już dokonać własnego odrodzenia, powściągnąć okrucieństwo 
wobec  siebie,  rozmawiać  ze  swym  Posłańcem.  Lecz  wszystko,  co  do  tej  chwili  robiłeś,  wszelkie  korzyści, 
jakie przyniosła ci wędrówka Camino de Santiago, zatraca sens, jeśli nie ogarnie cię Miłość, która trawi. 

Przypomniałem Petrusowi, że mówił o dwóch formach Agape. On nie doznał zapewne tej pierwszej, 

gdyż nie został pustelnikiem. 

-    Masz  rację.  Ty  i  ja,  jak  większość  pielgrzymów,    którzy  przemierzali  Camino  de    Santiago  w 

słowach  RAM,  poznaliśmy  inne  oblicze  Agape:  to  entuzjazm.  Starożytni  uważali,  że  entuzjazm  oznacza 
trans, ekstazę, kontakt z bogiem. Entuzjazm jest Agape wykierowaną na pewną ideę lub obiekt. Każdy z nas 
doświadczył  tego  przeżycia.  Kiedy  kochamy  lub  głęboko  w  coś  wierzymy,  czujemy  się  silniejsi  od  całego 
świata,  ogarnia  nas  pogoda  ducha,  która  bierze  się  z  pewności,  że  nic  nie  zdoła  pokonać  naszej  wiary.  Ta 
niepojęta  siła  pomaga  nam  podejmować  trafne  decyzje  we  właściwym  czasie,  a  kiedy  osiągniemy  cel, 
jesteśmy  zaskoczeni  swoimi  zdolnościami.  Bo  podczas  Dobrej  Walki  nic  już  się  nie  liczy,  a  entuzjazm 
wiedzie  nas  do  celu.  Zwykle  entuzjazm  daje  o  sobie znać z pełną mocą w pierwszych latach naszego życia. 
Wówczas  łączy  nas  jeszcze  silna  więź  z  elementem  boskości,  bardzo  przywiązujemy  się  do  zabawek  - lalki 
ożywają, ołowiane żołnierzyki potrafią maszerować. Kiedy Jezus powiedział, że Królestwo Niebieskie należy 
do  dzieci,  czynił  aluzję  do  Agape  przyjmującej  postać  entuzjazmu.  Dzieci  przyszły  do  niego,  chociaż  nie 
interesowały  ich  jego  cuda,  mądrość,  faryzeusze  ani  apostołowie.  Przyszły  szczęśliwe,  powodowane 
entuzjazmem. 

Opowiedziałem  Petrusowi,  że  właśnie  tego  popołudnia  pojąłem,  iż  bez  reszty  pochłonęła  mnie 

pielgrzymka  do  Santiago.  Noce  i  dnie  spędzone  na  hiszpańskiej  ziemi  sprawiły,  że  niemal  zapomniałem  o 
mieczu, i stały się niezwykłym doświadczeniem. 

background image

 

 - 40 - 

- Po południu wybraliśmy się na ryby. Pamiętasz, wcale nie brały - przypomniał Petrus. - Zazwyczaj 

pozwalamy  sobie  na  okazywanie  entuzjazmu  w  sytuacjach  pozbawionych  znaczenia,  niewywierających 
wpływu  na  rzecz  tak  wielkiej  wagi  jak  życie  ludzkie.  Zatracamy  entuzjazm  z  powodu  drobnych  i 
nieuniknionych porażek w Dobrej Walce. A ponieważ nie wiemy, że entuzjazm jest siłą wyższą, spoglądającą 
ku końcowemu zwycięstwu, pozwalamy, by przeciekał nam przez palce, i nie zauważamy, że wyzbywając się 
go,  tracimy  z  oczu  także  prawdziwy  sens  życia.  Obwiniamy  świat  o  monotonię  życia,  o  własne  porażki, 
zapominając,  że  sami  pozwoliliśmy  umknąć  tej  potężnej  sile,  która  wszystko  usprawiedliwia  -Agape 
przyjmującej postać entuzjazmu. 

Przypomniałem  sobie  cmentarz  nieopodal  strumienia.  Ta  dziwna  brama,  o  wiele  za  duża,  była 

doskonałym symbolem zatracenia sensu życia. Za tymi drzwiami nie było nikogo oprócz zmarłych. 

Petrus jakby czytał w moich myślach. 
-  Kilka  dni  temu  -  podjął  -  byłeś  pewnie  zaskoczony,  widząc,  jak  tracę  zimną  krew  i  rugam 

nieszczęsnego  chłopaka, który wylał odrobinę kawy na moje spodnie, i tak już brudne po długiej wędrówce. 
W rzeczywistości w irytację wprawił mnie wyraz oczu tego dzieciaka - entuzjazm wyciekał z nich jak krew z 
podciętej żyły nadgarstka. Zobaczyłem, jak silny i pełen życia chłopak powoli kona, bo z każdą chwilą gaśnie 
w  nim  odrobina  Agape.  Nauczyłem  się  żyć,  nie  troszcząc  się  o  to,  ale  ten  kelner  swym  wyglądem  i  całym 
dobrem,  które,  czułem  to,  mógł  dać  światu,  wstrząsnął  mną  i  zasmucił.  Jestem  pewien,  że  moje  agresywne 
zachowanie  zraniło  jego  dumę  i  przynajmniej  na  pewien  czas  powstrzymało  konanie  Agape.  Również  ty, 
odmieniając  ducha  w  psie  tamtej  kobiety,  odczułeś  Agape  w  czystej  postaci.  Twój  gest  był  szlachetny, 
cieszyłem  się  więc,  że  jestem  obok  ciebie  jako  twój  przewodnik.  Dlatego  po  raz  pierwszy  wykonam  to 
ćwiczenie razem z tobą.  

I Petrus nauczył mnie rytuału Agape, ĆWICZENIA BŁĘKITNEGO GLOBU. 
-  Pomogę  ci  rozbudzić  entuzjazm,  stworzyć  siłę,  która  zamknie  w  błękitnej  kuli  całą  planetę  - 

powiedział. - Dowiodę, że szanuję cię za twe poszukiwania, za to, jaki jesteś.  

Nigdy  wcześniej  Petrus  nie  wygłaszał  żadnych  opinii  -  ani  dobrych,  ani  złych  -  o  sposobie,  w  jaki 

wykonuję  ćwiczenia.  Pomógł  mi  zinterpretować  wyniki  pierwszego  spotkania  z  Posłańcem,  wyprowadził  z 
transu  po  ćwiczeniu  Zasiewu,  nigdy jednak nie interesował się rezultatami. Nieraz go pytałem, dlaczego nic 
nie chce wiedzieć o moich doznaniach, a on odpowiadał, że jego jedynym obowiązkiem jako przewodnika jest 
prowadzić mnie Drogą i zapoznawać z Praktykami RAM.  To ja miałem czerpać korzyści z moich osiągnięć 
lub je lekceważyć. 

Kiedy  Petrus  oświadczył,  że  będzie  współuczestnikiem  ćwiczenia,  poczułem  się  niegodny  jego 

pochwał:  znał  przecież  moje  ułomności  i    wielokrotnie  powątpiewał,  czy  potrafi  poprowadzić  mnie    Drogą.  
Chciałem mu  o  tym powiedzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. 

-  Nie  bądź  okrutny  wobec  siebie,  bo  uznam,  że  nie  skorzystałeś  z  lekcji,  której  ci  udzieliłem.  Bądź 

miły. Przyjmij pochwałę, na którą zasłużyłeś. 

Łzy  napłynęły  mi  do  oczu.  Petrus  wziął  mnie  za  rękę  i  wyszliśmy.  Noc  była  wyjątkowo  ciemna. 

Usiadłem  obok  niego.  Zaczęliśmy  śpiewać.  Melodia  wypływała  z  mych  ust,  a  on  mi  wtórował,  bez  trudu 
podchwyciwszy  nutę.  Teraz  klaskałem  jeszcze  z  cicha  w  dłonie,  a  moje  ciało  kołysało  się  w  przód  i  w  tył. 
Tempo  klaskania  się  wzmagało,  muzyka  płynęła  ze  mnie  swobodnie,  wyśpiewując  hymn  ku  chwale 
mrocznego  nieba,  pustynnej równiny, zastygłych w bezruchu skał. Wkrótce moim oczom ukazali się święci, 
w których wierzyłem, będąc dzieckiem, a których oddaliło ode mnie życie, bo także i ja zabiłem w sobie dużą 
cząstkę  Agape.  Lecz  teraz  Miłość,  która  pochłania,  powracała,  hojna  i  szlachetna,  święci  uśmiechali  się  z 
nieba,  a  ich  twarze  były  niezmienione  i  wyrażały  tyle  samo  miłości  co  wówczas,  gdy  pojawiały  mi  się  w 
dzieciństwie. 

Rozłożyłem ręce, żeby Agape swobodnie wypływała, a tajemniczy strumień błyszczącego błękitnego 

światła  przepływał  przeze  mnie,  obmywając  mą  duszę  i  niosąc  wybaczenie  za  grzechy.  Światło  najpierw 
przeniknęło  krajobraz,  potem  wypełniło  świat,  a  ja  się  rozpłakałem.  Płakałem,  bo  znów  ogarnął  mnie 
entuzjazm, byłem dzieckiem życia i nic w tej chwili nie mogło sprawić mi najlżejszego bólu. Czułem, że jakaś 
istota zbliża się do nas i siada po mojej prawicy; wyobrażałem sobie, że to mój Posłaniec, że tylko on jeden 
mógł dostrzec to wydobywające się ze mnie i wnikające we mnie silne światło, które zalewało cały świat. 

Blask  światła  się  nasilał,  odgadłem  więc,  że  ogarnęło  już  cały  glob,  wdzierało  się  przez  wszystkie 

drzwi, wnikało w każdą uliczkę, przepełniając przez ułamek sekundy każdą żywą istotę. 

background image

 

 - 41 - 

Poczułem,  że  ktoś  ujmuje  me  rozłożone,  wzniesione  ku  niebu  ręce.  Wtedy  strumień  niebieskiego 

światła nabrał takiej siły, że sądziłem, iż lada chwila zniknie. Zdołałem jednak zatrzymać go jeszcze na kilka 
minut, do końca mojej piosenki. 

A  potem  odprężyłem  się,  wyczerpany,  ale  wolny,  uszczęśliwiony  życiem  i  tym,  czego  doznałem. 

Ręce, które trzymały moje, cofnęły się. Zrozumiałem, że jedna jest dłonią Petrusa, a w głębi serca wiedziałem 
też, do kogo należy druga. 

Otworzyłem  oczy:  tuż  obok  stał  pustelnik  Alfonso.  Uśmiechnął  się  i  powiedział:  Buenas  noches. 

Odwzajemniłem  uśmiech,  chwyciłem  jego  rękę  i  mocno  przytuliłem  ją  do  piersi.  Nie  pozwolił  mi  na  to, 
delikatnie wysuwając dłoń z mego uścisku. 

Żaden  z  nas  trzech  nie  odezwał  się  słowem.  Po  chwili  Alfonso  podniósł  się  i  ruszył  ku  swej 

kamienistej równinie. Odprowadzałem go spojrzeniem, dopóki nie zniknął w ciemności. 

Wkrótce potem Petrus przerwał milczenie. Nie wspomniał jednak o Alfonsie. 
 

 

 

 

RYTUAŁ BŁĘKITNEGO GLOBU 

 
Usiądź wygodnie i odpręż się. Staraj się oddalić wszelkie myśli. 
Poczuj,  jak  dobrze  kochać  życie.  Daj  sercu  wolność,  niechaj  wzniesie  się,  przyjazne,  ponad 

małostkowe sprawy. Zanuć po cichu piosenkę z dzieciństwa. Wyobraź sobie, że twoje serce rośnie, wypełnia 
pokój, a potem cały dom błękitnym światłem, silnym i pełnym blasku. 

Kiedy  to  osiągniesz,  poczuj  przyjazną  obecność  świętych,  w  których  wierzyłeś,  będąc  dzieckiem. 

Upewnij się, że już są, że przybywają zewsząd, uśmiechnięci, i niosą ci wiarę i zaufanie do życia. Wyobraź 
sobie  świętych,  którzy  się  zbliżają,  kładą  ręce  na  twej  głowie,  życząc  ci  miłości,  spokoju  i  harmonii  ze 
światem. Harmonii świętych. 

Kiedy  to  wrażenie  nabierze  siły,  odczuj  płynność  błękitnego  światła,  które  napełnia  cię  i wypływa 

niczym błyszcząca, nieustannie tocząca wody rzeka. To światło zalewa dom, potem całą dzielnicę i miasto, 
kraj i świat, który otula ogromnym Błękitnym Globem. Jest upostaciowaniem Miłości wyższej, która wznosi 
się ponad codzienne zmagania, dodając ci sił, energii, wigoru i kojąc. 

Zatrzymaj  możliwie  najdłużej  to  światło,  które  spowija  blaskiem  świat.  Twoje  serce  jest  otwarte, 

obdarza miłością. Ta część ćwiczenia musi trwać co najmniej pięć minut. 

Stopniowo wychodzisz z transu i powracasz do rzeczywistości. Święci pozostaną przy tobie. Błękitne 

światło zawsze będzie świecić. 

Ten  rytuał  może  i  powinien  być  dopełniany  przez  kilka  osób.  Wówczas  jednak  uczestnicy  winni 

trzymać się za ręce. 

 
 
 

 

 
 
-    Wykonuj  to  ćwiczenie,  kiedy  tylko  będziesz  mógł.  Z  czasem  Agape  znów  w  tobie  zamieszka. 

Powtarzaj  je  przed  przystąpieniem  do  realizacji  nowego  projektu,  w  pierwszych  dniach  podróży  albo  kiedy 
poczujesz,  że  coś  cię  wzruszyło  do  głębi.  Jeżeli  to  możliwe,  wykonuj  je  z  kimś,  kogo  kochasz.  Tym 
ćwiczeniem trzeba się dzielić. 

Znów miałem przed sobą dawnego Petrusa - technika, instruktora i przewodnika, o którym tak mało 

wiedziałem.  Emocje,  którym  pozwolił  się  ujawnić  w  kapliczce,  zniknęły.  Jednak  kiedy  podczas  ćwiczenia 
uścisnął mą dłoń, poczułem wielkość jego ducha. 

Wróciliśmy do białej kapliczki, gdzie zostały nasze rzeczy. 
-  Myślę, że jej lokator dziś już nie wróci, więc możemy tu przenocować - oznajmił, kładąc się. 
Rozłożyłem  śpiwór,  wypiłem  łyk  wina  i  także  się  położyłem.  Byłem  wyczerpany  Miłością,  która 

trawi. Ale było to przyjemne zmęczenie. Nim zamknąłem powieki, wspomniałem chudego, brodatego mnicha, 

background image

 

 - 42 - 

który  życzył  mi  dobrej  nocy  i  usiadł  obok  mnie.  Gdzieś  tam  pośród  pól  pozostał  człowiek trawiony boskim 
płomieniem. Być może właśnie dlatego ta noc była taka mroczna -bo w nim skupiło się całe światło globu. 

 

background image

 

 - 43 - 

Śmierć 

 

 

-  Jesteście pielgrzymami? - zapytała starsza pani, podając nam śniadanie. 
Byliśmy  w  Azofrze,  osadzie,  której  kilka  domostw,  o  fasadach  zdobionych  średniowiecznymi 

puklerzami, skupiało się wokół studni, gdzie parę minut wcześniej napełniliśmy bukłaki. 

Potwierdziłem jej przypuszczenie, a ona spojrzała na nas z szacunkiem i dumą. 
-  Kiedy byłam mała, chodziłam na pielgrzymkę do Composteli przynajmniej raz w roku. Po wojnie i 

w czasach Franco jakby coś się stało, sama nie wiem co, i pielgrzymki chyba nie są już w modzie. Powinni 
wybudować dobrą drogę. W dzisiejszych czasach ludzie podróżują chętnie tylko samochodami. 

Petrus  milczał.  Obudził  się  w  fatalnym  nastroju.  Przyznałem  kobiecie  rację  i  wyobraziłem  sobie 

nowoczesną  asfaltową  szosę,  która  biegnie  przez  góry  i  doliny,  samochody  z  wymalowanymi  na  maskach 
muszlami  i  sklepiki  z  pamiątkami  przy  klasztornych  furtach.  Wypiłem  kawę  z  mlekiem,  zjadłem  chleb  z 
oliwą.  Zerknąwszy  do  przewodnika  Aymeriego  Picauda, obliczyłem, że po południu powinniśmy dotrzeć do 
Santo  Domingo  de  la  Calzada,  i  zaplanowałem  nocleg  w  parador  nacional

14

.  Moje  wydatki  okazały  się 

znacznie  niższe  od  przewidywanych,  chociaż  codziennie  jadaliśmy  po  trzy  posiłki.  Nadszedł  czas,  żeby 
pozwolić sobie na drobne szaleństwo i zapewnić ciału takie same względy, jakimi cieszył się żołądek. 

Obudziłem  się  ogarnięty  dziwnym  pragnieniem,  by  jak  najszybciej  znaleźć  się  w  Santo  Domingo, 

choć  jeszcze  przed  dwoma  dniami,  kiedy  szliśmy  w  stronę  kapliczki,  byłem pewien, że nie doznam już tego 
uczucia. Także Petrus wyglądał na pogrążonego w melancholii i cichszego niż zwykle, a ja zadawałem sobie 
pytanie,  czy  taki  nastrój  był  wynikiem  spotkania  z  Alfonsem.  Miałem  wielką  ochotę  przywołać  Astraina. 
Jednak nigdy dotąd nie wzywałem go rankiem i nie wiedziałem, czy to się uda, więc zrezygnowałem. 

Skończyliśmy  śniadanie  i  ruszyliśmy  w  dalszą  drogę.  Minęliśmy  średniowieczny  dom,  na  którym 

widniał herb, ruiny starej oberży dla pielgrzymów i park na skraju wsi. Kiedy skręcałem w ścieżkę wiodącą 
przez pola, wyczułem z lewej strony silną obecność. 

Petrus mnie zatrzymał. 
-  Ten bieg na nic się nie zda.  Przystań na chwilę i staw temu czoło. 
Zapragnąłem  rozstać  się  z  moim  przewodnikiem  i  dalej  iść  samotnie.  Doznałem  przykrego  uczucia, 

jakby  ściskało  mnie  w  żołądku.  Przez  moment  wierzyłem  nawet, że to za sprawą chleba z oliwą, ale kiedyś 
już mnie to dopadło i wiedziałem, że nie ma mowy o pomyłce. Napięcie. Napięcie i strach. 

-  Obejrzyj  się za siebie!  - krzyknął Petrus, a w jego głosie brzmiało ponaglenie. - Obejrzyj się, póki 

nie jest za późno! 

Odwróciłem  się  gwałtownie.  Po  lewej  stronie  zobaczyłem  opuszczony  domek.  Rośliny,  które 

wdzierały  się  już  niemal  do  jego  wnętrza,  były  spalone  słońcem.  Drzewko  oliwne  wznosiło  ku  niebu 
poskręcane  gałęzie.  A  między  oliwką  i  domem,  wpatrując  się  we  mnie,  stał  pies.  Czarny  pies.  Ten  sam, 
którego parę dni temu przegnałem z domu starej kobiety. 

Zapomniałem  o  obecności  Petrusa  i  patrzyłem  zwierzęciu  prosto  w  ślepia,  starając  się  nie  mrugać 

powiekami. Coś we mnie - może głos Astraina, a może mojego anioła stróża - szeptało, że jeśli odwrócę oczy, 
on mnie zaatakuje. Staliśmy tak przez minuty długie jak wieczność. Gdy już zaznałem potęgi Miłości, która 
trawi, przyszło mi znowu zmierzyć się z powszednimi zagrożeniami, czyhającymi na każdym kroku naszego 
życia. Zastanawiałem się, po co zwierzę tak długo za mną podążało i czego właściwie mogło ode mnie chcieć, 
ponieważ ja pielgrzym poszukujący miecza - nie miałem ani ochoty, ani cierpliwości borykać się na tej drodze 
z problemami i nie obchodziło mnie, czy ich źródłem są ludzie, czy zwierzęta. Usiłowałem powiedzieć mu to 
oczyma  -  pamiętałem  przecież  mnichów,  którzy  porozumiewali  się  wzrokiem  -  ale  pies  nawet  nie  drgnął. 
Wciąż na mnie patrzył, bez cienia emocji, gotów zaatakować, jeśli się odwrócę albo okażę strach. 

                                                   

14

? Stary zamek lub inna zabytkowa budowla przekształcona przez rząd hiszpański w luksusowy hotel (przyp. tłum.). 

background image

 

 - 44 - 

I nagle zrozumiałem, że strach zniknął. Miałem ściśnięty żołądek, silne napięcie przyprawiało mnie o 

mdłości, ale się nie bałem. Po prostu nie mogłem odwrócić oczu, nawet kiedy dostrzegłem po lewej zbliżającą 
się ścieżką postać. 

Zatrzymała  się  na  kilka  chwil,  po  czym  ruszyła  prosto  ku  nam.  Przecięła  linię  naszych  spojrzeń  i 

wypowiedziała  parę  słów,  których  nie  zdołałem zrozumieć. Głos był kobiecy. A obecność dobra, przyjazna, 
przychylna. 

Wystarczył ułamek sekundy, odkąd postać pojawiła się na linii spojrzeń - mojego i psa -żeby skurcz 

żołądka ustąpił. Miałem przyjaciółkę, która przyszła pomóc mi w tej absurdalnej, niepotrzebnej walce. Kiedy 
postać zniknęła, pies spuścił ślepia. Jednym susem skoczył za opuszczony dom i zaraz straciłem go z oczu. 

Dopiero  wówczas  strach  przyprawił  mnie  o  tak  gwałtowne  bicie  serca,  że  stałem  oszołomiony  i 

myślałem,  że  zemdleję.  Świat  wokół  wirował,  a  ja  patrzyłem  na  drogę,  którą  kilka  minut  temu  szedłem  z 
Petrusem. Szukałem tam postaci, która dodała mi sił i wsparła, gdy zmagałem się z psem. 

Była zakonnicą. Odwrócona do nas plecami, szła w stronę Azofry. Nie mogłem zobaczyć jej twarzy, 

ale  przypomniałem  sobie  brzmienie  głosu  i  uznałem,  że  miała  najwyżej  dwadzieścia  lat.  Spoglądałem  na 
drogę, którą nadeszła - była to ścieżka wiodąca donikąd. 

-  To ona... to ona mi pomogła - wyszeptałem, coraz bardziej oszołomiony. 
-  Nie zapełniaj nowymi fantazjami tego niezwykłego świata - powiedział Petrus, chwytając mnie  za 

ramię  i  podtrzymując.  -  Przyszła tu z klasztoru w Cańas, to około pięciu kilometrów stąd. Nic dziwnego, 
że nie możesz go dostrzec. 

Serce  tłukło  mi  się  w  piersi,  obawiałem  się,  że  zasłabnę.  Zbyt  przerażony,  żeby  mówić  czy  żądać 

wyjaśnień,  usiadłem  na  ziemi,  a  Petrus  skropił  mi  wodą  głowę  i  kark.  Przypomniałem  sobie,  że  podobnie 
postąpił, kiedy opuściliśmy dom starej kobiety, tyle że tamtego dnia płakałem i czułem się dobrze. Teraz było 
zupełnie inaczej. 

Petrus  dał  mi  dość  czasu  na  odpoczynek.  Powoli  dochodziłem  do  siebie,  mdłości  stopniowo 

ustępowały.  W  końcu  Petrus  zapytał,  czy  możemy  ruszać  w  dalszą  drogę,  a  ja  potakująco  skinąłem  głową. 
Ale po kwadransie marszu wycieńczenie dało o sobie znać. Usiedliśmy u stóp rollo, średniowiecznej kolumny 
zwieńczonej krzyżem, charakterystycznej dla niektórych odcinków Camino de Santiago. 

-  Strach  wyrządził   ci  większą  krzywdę   niż pies - stwierdził Petrus, kiedy odpoczywałem. 
Chciałem poznać przyczyny i cel tej absurdalnej konfrontacji. 
-    W  życiu  i  na  Szlaku  Świętego  Jakuba  pewne  wydarzenia  pozostają  niezależne    od    naszej  woli.  

Podczas  pierwszej  rozmowy  powiedziałem  ci,  że  z  oczu  Cygana  udało  mi  się  wyczytać  imię  demona,  z 
którym przyjdzie ci się zmierzyć. Zaskoczyło mnie, że ten demon miał być psem, ale nie wspomniałem o tym. 
Dopiero  kiedy  weszliśmy  do  domu  tej  kobiety,  a  ty  po  raz  pierwszy  okazałeś  Miłość,  która  trawi,  ujrzałem 
twojego wroga. Przepędzając psa tej kobiety, nie znalazłeś mu nowego miejsca. A przecież na tym świecie nic 
nie znika bez śladu, wszystko się przeobraża. Nie puściłeś, jak to uczynił Jezus, duchów nieczystych w stado 
świń, które pognały na oślep i spadły w przepaść. Ty po prostu przepędziłeś psa. Teraz ta siła błąka się bez 
celu  i  podąża  za  tobą.  Zanim  odnajdziesz  miecz,  musisz  zdecydować,  czy  chcesz  być  niewolnikiem,  czy 
panem tej siły. 

Zmęczenie  powoli  ustępowało.  Oddychałem  głęboko,  czując  chłód  bijący  od  kamiennej  kolumny. 

Petrus dał mi jeszcze trochę wody. 

-    Obsesje  -  mówił  -  wyłaniają  się  z  mroków,  kiedy  człowiek  traci kontrolę nad mocami ziemskimi.   

Klątwa  Cygana  przelała  na  tę  kobietę strach, a strach wyżłobił szczelinę, przez którą wtargnął Posłaniec 
Śmierci.  Nie  jest  to  zjawisko  typowe,  ale  nie  zalicza  się  też  do  wyjątkowych.  Wiele  zależy  od  reakcji 
człowieka na groźby innych. 

Tym  razem  to  mnie  przyszedł  na  myśl  pewien  urywek  z  Biblii.  W  Księdze  Hioba  jest  napisane: 

„Spotkało mnie, czegom się lękał, bałem się, a jednak to przyszło"

15

-    Groźba    nie    wywoła    zła,   jeśli  nie  została przyjęta. Nigdy o tym nie zapominaj, tocząc Dobrą 

Walkę.    Nie  zapominaj    również,    że    i  atak,  i  ucieczka  są  nieodłączną  częścią  walki.  Poddanie  się 
paraliżującemu strachowi nie jest jej jedynym elementem. 

Nie  odczuwałem  strachu.  Sam  byłem  tym  zaskoczony  i  postanowiłem  podzielić  się  wrażeniami  z 

Petrusem.  

                                                   

15

? Hb 3, 25 {przyp. tlum.). 

background image

 

 - 45 - 

-  Dostrzegłem to - odparł. - Gdyby było inaczej, pies by cię zaatakował. I z pewnością wygrałby tę 

walkę,  ponieważ  i  on  się  nie  bał.  Ale  najzabawniejsze  było  pojawienie  się  tej  zakonnicy.  Gdy  zauważyłeś 
obecność dobra, twoja ożywiona wyobraźnia podsunęła ci myśl,  że ktoś przybył ci z pomocą. I ta wiara cię 
ocaliła. Chociaż była oparta na całkowicie błędnej interpretacji faktów. 

Petrus  miał  rację.  Śmiał  się  teraz  serdecznie,  a  ja  mu  wtórowałem.  Postanowiliśmy  wyruszyć  w 

drogę. Byłem odprężony i miałem doskonały nastrój. 

-    Jest  jednak  coś,  o  czym  musisz  wiedzieć  -  oznajmił  Petrus,  kiedy  oddaliliśmy  się  od  miejsca 

postoju.  Pojedynek  z  psem  musi  zakończyć  się  zwycięstwem  jednej  ze  stron.  On  jeszcze  wróci.  Następnym 
razem postaraj się położyć kres tej walce. W przeciwnym razie zjawa będzie cię nękała do końca twych dni. 

Po spotkaniu z Cyganem Petrus wyznał mi, że zna imię demona. Zapytałem, jak brzmi to imię. 
-  Legion - odparł. - Ponieważ jest ich wielu. 
Szliśmy  przez  pola  przygotowywane  pod  zasiew.  Tu  i  ówdzie  widać  było  beczkowozy,  których 

rolnicy używali w trudnych zmaganiach z wyjaławiającą glebę suszą. Po obu stronach drogi do Composteli, 
jak okiem sięgnąć, ciągnęły się kamienne murki, które krzyżowały się i wtapiały w krajobraz wsi. Te ziemie 
uprawiane  są  od stuleci - pomyślałem - a mimo to wciąż wyrzucają z siebie kamienie, które trzeba usuwać, 
kamienie, które tępią ostrza pługów, koniom ranią kopyta, a dłonie rolnika pokrywają odciskami. To walka, 
która co roku wybucha na nowo i nigdy się nie kończy. 

Petrus sprawiał wrażenie spokojniejszego niż zazwyczaj. Uświadomiłem sobie, że od rana prawie się 

nie  odzywał.  Po  rozmowie  przy  średniowiecznej  kolumnie  pogrążył  się  w  milczeniu  i  nie  odpowiadał  na 
większość moich pytań. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o „wielu demonach", ale on wyraźnie nie miał 
ochoty wracać do tego wątku. Postanowiłem więc zaczekać na bardziej sprzyjającą okazję. 

Weszliśmy  na  niewielkie  wzniesienie  i  z  góry  ujrzałem  dzwonnicę  kościoła  w  Santo  Domingo  de  la 

Calzada.  Ten  widok  dodał  mi  otuchy;  oddałem  się  marzeniom  o  wygodach  i  urokliwej  magii  parador 
nacional.  Z  lektury  wiedziałem,  że  gmach  został  wzniesiony  przez  świętego  Dominika  i  miał  być 
schronieniem  dla  pielgrzymów.  Święty  Franciszek  z  Asyżu  spędził  tam  jedną  noc  w  drodze  do  Composteli. 
Wszystko to wprawiało mnie w radosne podniecenie. 

Zbliżała  się  już  chyba siódma wieczorem, kiedy Petrus zaproponował krótki postój. Przypomniałem 

sobie  Roncesvalles,  ów  powolny  marsz  w  chwilach,  gdy  byłem  zziębnięty  i  marzyłem  o  kieliszku  wina,  i 
ogarnęła mnie obawa, że i tym razem Petrus szykuje dla mnie podobną niespodziankę. 

-    Żaden  Posłaniec  nie  pomoże  ci  nigdy  w  pokonaniu  innego.  Nie  są  ani  dobrzy,  ani  źli,  już  ci  to 

mówiłem,  po  prostu  mają  silne  poczucie  lojalności  wobec  pobratymców.  Nie  licz  na  Astraina,  jeśli  chcesz 
pokonać psa. 

Teraz ja z kolei nie miałem nastroju do rozmów o Posłańcu. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w 

San Domingo. 

-    Posłańcy  zmarłych  mogą  zawładnąć ciałem tego, który żyje w strachu. Dlatego w przypadku psa 

jest  ich  wielu,  zwabionych  przez  strach  tkwiący  w  kobiecie.  I  nie  tylko  Posłaniec  zamordowanego  Cygana, 
ale i inne błądzą w poszukiwaniu szansy na nawiązanie łączności z mocami ziemskimi. 

Dopiero  teraz  odpowiedział  na  moje  pytanie.  Jednak  w  jego  głosie  brzmiała  sztuczność,  jakby  w 

gruncie rzeczy nie chciał ze mną na ten temat rozmawiać. Intuicja natychmiast mi to podszepnęła. 

-  Czego właściwie chcesz, Petrusie? - zapytałem, z lekka poirytowany. 
Mój przewodnik nie odpowiadał. Zszedł z drogi i ruszył w stronę starego, niemal bezlistnego drzewa, 

rosnącego  kilkadziesiąt  metrów  dalej  pośród  pól  -  jedynego  drzewa  w  zasięgu wzroku. Ponieważ nie dał mi 
znaku,  bym  za nim podążył, stałem na drodze, nie wiedząc, co robić. I wtedy na mych oczach rozegrała się 
dziwna  scena:  Petrus  zaczął  krążyć  wokół  drzewa  i  głośno  mówić,  wpatrując  się  w  ziemię.  Pod  koniec  tej 
wędrówki skinął na mnie. 

- Usiądź tu. - W jego głowie brzmiał nowy dla mnie ton i nie potrafiłem odgadnąć, czy to rozczulenie, 

czy cierpienie. - Zostaniesz tu. Jutro spotkamy się w Santo Domingo de la Cal-zada. 

Zanim  zdążyłem  otworzyć  usta,  Petrus  podjął:  -  W  najbliższych  dniach,  ale  zaręczam,  że  nie  dziś, 

przyjdzie ci zmierzyć się z najgroźniejszym z twoich wrogów na Camino de Santiago -z psem. Bądź spokojny 
- kiedy wybije ta godzina, nie zostawię cię samego i dam ci potrzebną do walki siłę. Lecz dziś stawisz czoło 
przeciwnikowi  innego  rodzaju,  przeciwnikowi  fikcyjnemu,  który  może  cię  zniszczyć,  ale  może  też  stać  się 
twoim  najlepszym  kompanem:  Śmierci.  Człowiek  jest  jedyną  na  świecie  istotą  świadomą  bliskości  swej 
śmierci.  Z  tego  i choćby tylko z tego względu żywię wobec rodzaju ludzkiego głęboki szacunek i wierzę, że 
jego  przyszłość  będzie  o  wiele  lepsza  od  teraźniejszości.  Nawet  wiedząc,  że  jego  dni  są  policzone  i  że  kres 

background image

 

 - 46 - 

wszystkiego nastąpi w najmniej spodziewanym momencie, człowiek czyni ze swego życia walkę godną istoty 
nieśmiertelnej. To, co ludzie zwą dumą - pozostawić po sobie trwałe dzieło, potomstwo, uczynić coś, by ich 
imię  nie  popadło  w  zapomnienie  -  uważam  za  najwyższą  formę  człowieczej  godności.  W  świecie  ludzi 
występuje  pewna  prawidłowość:  ta  krucha  istota,  jaka  jest  człowiek,  stara  się  za  wszelką  cenę  ukryć  przed 
sobą  to,  czego  ma  absolutną  pewność  -  świadomość  nieuniknionej  śmierci.  I  nie  dostrzega,  że  w  ludzkim 
życiu to właśnie ona mobilizuje do czynienia najwspanialszych rzeczy. Człowiek boi się przejścia na mroczną 
stronę, z przerażeniem spogląda na nieznane, a jedynym znanym mu sposobem przezwyciężenia tego strachu 
jest  zapomnienie,  że  dni  są  policzone.  Nie  potrafi  zrozumieć,  że  świadom  śmierci  mógłby  zdobyć  się  na 
większą  brawurę,  posunąć  znacznie  dalej  w  codziennych  bojach,  ponieważ  nie  miałby  nic  do  stracenia, 
pamiętając, że śmierć jest nieunikniona. 

Myśl  o  spędzeniu  nocy  w  San  Domingo  pozostała  już  tylko  odległym  wspomnieniem.  Z  coraz 

większym zainteresowaniem wsłuchiwałem się w słowa Petrusa. Na horyzoncie, przed nami, powoli umierało 
słońce. Może i ono usłyszało te słowa. 

-  Śmierć  jest  naszą  wierną  towarzyszką,  ponieważ  właśnie  ona  nadaje  sens  naszemu  życiu.  Aby 

jednak  ujrzeć  prawdziwe  oblicze  śmierci,  musimy  najpierw  poznać  wszystkie  pragnienia  i  wszystkie  lęki, 
jakie potrafi wzbudzić w każdej istocie żywej samo przywołanie jej imienia. 

Petrus  usiadł  pod  drzewem  i  poprosił,  abym  i  ja  to  uczynił.  Wyjaśnił  mi,  że  przed  chwilą  chodził 

wokół  drzewa,  bo  przypomniał  sobie,  co  się  wydarzyło,  kiedy  sam  jako  pielgrzym  podążał  do  Santiago. 
Potem wyjął z plecaka i podał mi dwie ogromne kanapki, które kupił w porze obiadowej . 

-  Tu, gdzie jesteś, nic ci nie zagraża - powiedział. - Nie ma tu jadowitych węży, a pies ponowi atak 

dopiero,  kiedy  zapomni  o  dzisiejszej  porażce.  W  tej  okolicy  nie  spotkasz  ani  włóczęgów,  ani  złoczyńców. 
Znajdujesz  się  w  miejscu  całkowicie  bezpiecznym,      z  jednym  jedynym    wyjątkiem  -  jesteś  zagrożony 
strachem. 

I  wytłumaczył  mi,  że  przed  dwoma  dniami  doznałem  uczucia  równie  silnego  i  gwałtownego  jak 

śmierć:  Miłości,  która  trawi.  Nawet  przez  chwilę  nie  wahałem  się  ani  nie  bałem,  ponieważ  do  uniwersalnej 
miłości  nie  żywiłem żadnych uprzedzeń. Lecz każdy z nas ma uprzedzenia wobec śmierci, nikt nie rozumie, 
że jest ona inną formą Agape. 

Odpowiedziałem  Petrusowi,  że  po  wielu  latach  terminowania  lęk  przed  śmiercią  właściwie we mnie 

wygasł. Prawdę mówiąc, bardziej bałem się tego, jak przyjdzie mi umierać, niż śmierci samej w sobie. 

-  W takim razie dziś wieczorem będziesz miał okazję doświadczyć najbardziej przerażającej postaci 

śmierci. 

I Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA POGRZEBANIA ŻYWCEM. 
-    Musisz  je  wykonać  tylko  ten  jeden  raz  -  powiedział,  a  ja  przypomniałem  sobie  bardzo  podobne   

ćwiczenie   teatralne.   -   Musisz   obudzić całą prawdę, cały strach konieczny do tego, by ćwiczenie mogło 
wypływać z głębi twej duszy i by opadła przerażająca maska, która zakrywa miłe oblicze śmierci. 

Petrus  wstał.  Ujrzałem  jego  sylwetkę  odcinającą  się  na  tle  nieba,  które  płonęło  zachodem  słońca. 

Siedziałem i może dlatego wydał mi się potężny niczym ogromna, władcza postać. 

-  Petrusie, chcę ci zadać jeszcze jedno pytanie. 
-  Jakie? 
-    Dziś  rano  byłeś  milczący  i  zachowywałeś  się  dziwnie.  Wcześniej  niż  ja  domyśliłeś  się,  że  pies 

znowu się pojawi. Jak to możliwe? 

-  Kiedy wspólnie  doznaliśmy  Miłości,  która trawi, złączyliśmy się również w absolucie. A absolut 

ujawnia  ludziom,  kim  naprawdę  są,  odkrywa  ogromną  osnowę  przyczyn  i  skutków,  a  każdy  najdrobniejszy 
gest jednego człowieka znajduje odbicie w życiu innych.  Tego ranka owa cząstka   absolutu   była   jeszcze   
bardzo      żywa  w  mojej  duszy.  Rozumiałem  ciebie  -  i  nie  tylko  ciebie,  lecz  wszystko,  co  istnieje  na  tym 
świecie, bez żadnych ograniczeń w czasie i przestrzeni. Teraz te wrażenia osłabły i ożywia, się dopiero, gdy 
powtórnie wykonam z tobą ćwiczenie Miłości, która trawi. 

Przypomniałem  sobie,  w  jak  fatalnym  nastroju  był  dziś  rano  Petrus.  Jeżeli  mówił  prawdę,  to  świat 

przeżywał bardzo trudny okres. 

-  Będę na ciebie czekał w parador - powiedział, odchodząc. - Podam twoje nazwisko w recepcji. 
Odprowadzałem go wzrokiem, aż zniknął w oddali. Rolnicy zakończyli pracę na polach i wracali do 

domów. Postanowiłem wykonać ćwiczenie, skoro tylko zapadnie noc. 

Byłem  spokojny.  Po  raz  pierwszy  od  początku  tej  niezwykłej  wędrówki  Szlakiem  Świętego  Jakuba 

zostałem zupełnie sam. Wstałem i przeszedłem parę kroków, ale noc gęstniała bardzo szybko i postanowiłem 

background image

 

 - 47 - 

wrócić pod drzewo, obawiając się, że za chwilę nie zdołam go odnaleźć. Zanim zrobiło się zupełnie ciemno, 
określiłem odległość dzielącą drzewo od drogi. Ponieważ w okolicy nie było żadnych świateł, które mogłyby 
przytłumić blask księżyca, czułem się na siłach dotrzeć do Santo Domingo w blasku cienkiego rogalika, który 
pojawił się już na niebie. 

Powiedziałem  sobie,  że  tylko  usilna  praca  bujnej  wyobraźni  mogłaby  rozbudzić  we  mnie  lęk  przed 

straszliwą śmiercią. Jednak bez względu na to, ile lat człowiek przeżył, zapadająca noc niesie ze sobą obrazy 
skrywane  w  duchu  od najwcześniejszego dzieciństwa. Im ciemniej robiło się wokół, tym bardziej czułem się 
nieswojo. 

Znalazłem  się  tu  samotny  pośród  pól  i  nawet  gdybym  krzyknął,  nikt  by  mnie  nie  usłyszał. 

Przypomniałem  sobie,  że  dziś  rano  byłem  bliski  omdlenia.  Jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  czułem,  by  serce  tak 
okropnie miotało się w mej piersi. 

A  gdybym  umarł?  Logicznie  rzecz  ujmując,  wszystko  by  się  skończyło.  Lecz  przecież  na  drodze 

Tradycji  rozmawiałem  już  z  wieloma  duchami.  Byłem  całkowicie  przekonany  o  istnieniu  życia  po  życiu, 
nigdy jednak nie zastanawiałem się, jak dokonuje się to przejście. Pomyślałem, że przekraczanie granicy obu 
wymiarów  musi  być  potworne,  choćbyśmy  nie  wiedzieć  jak  dobrze  się  do  niego  przygotowali.  Gdybym  na 
przykład umarł dzisiejszego ranka, pielgrzymka do Composteli, lata studiów, żal rodziny, pieniądze ukryte w 
moim pasku - wszystko to nie miałoby już najmniejszego sensu. Na myśl przyszła mi roślina, która stała na 
moim  biurku,  w  Brazylii.  Ta  roślina  wciąż  by  była,  podobnie  jak  omnibus,  sprzedawca  warzyw  z  mojej 
uliczki,  który  zawsze  oszukiwał  klientów,  czy  telefonistka,  która  bez  większego  oporu  podawała  mi 
zastrzeżone  numery.  Wszystkie  te  drobiazgi,  które  mogłyby  zniknąć,  gdybym  rano  dostał  zawału,  nagle 
okazały  się  niesłychanie  ważne.  To  właśnie  one,  a  nie  gwiazdy  czy  mądrość,  przekonywały  mnie,  że 
naprawdę żyję. 

Noc  była  już  ciemna,  a  na  horyzoncie  dostrzegłem  bladą  łunę  miasta.  Ułożyłem  się  na  ziemi  i 

zapatrzyłem  w  gałęzie  drzewa  nad  głową.  Po  chwili  usłyszałem  dziwne,  różnorodne  dźwięki.  To  nocne 
zwierzęta  wyruszały  na  łowy.  Petrus  nie  mógł  wiedzieć  wszystkiego,  był  przecież,  tak  jak  ja,  zwykłym 
człowiekiem. Czy rzeczywiście mógł mi zagwarantować, że nie ma tu jadowitych węży? A wilki, odwiecznie 
europejskie  wilki?  Może,  czując  mój  zapach,  postanowiły  podejść  tu  tej  nocy?  Drgnąłem,  słysząc  jakiś 
gwałtowny hałas podobny do trzasku łamiącej się gałęzi, a moje serce biło znów jak szalone. 

Czułem,  że  ogarnia  mnie  coraz  większe  napięcie.  Uznałem,  że najlepiej będzie wykonać ćwiczenie i 

ruszyć  do  hotelu.  Powoli  wytłumiłem  emocje  i  splotłem  ręce  na  piersi,  jak  splata  się  je  zmarłym.  Tuż  obok 
mnie coś się poruszyło. Zerwałem się na równe nogi. 

Nic  się  nie  stało.  Noc  zawładnęła  światem,  wiodąc  za  sobą  orszak  ludzkich  lęków.  Znów  ułożyłem 

się  na  ziemi,  postanawiając,  że  tym  razem  każdy  element  strachu  wykorzystam  jako  czynnik  pobudzający 
mnie do ćwiczenia. Stwierdziłem, że pomimo znacznego spadku temperatury mocno się pocę. 

Wyobraziłem sobie zamkniętą trumnę, którą skręcono już śrubami. Leżałem nieruchomo, lecz żyłem i 

chciałem powiedzieć najbliższym krewnym, którzy byli w pobliżu, jak bardzo ich kocham, ale z moich ust nie 
wydobył  się  żaden  dźwięk.  Ojciec,  zapłakana  matka,  wokół  mnie  przyjaciele,  a  ja  byłem  zupełnie  sam! 
Wszystkie  drogie  memu  sercu  istoty  stały  tu  i  nikt  nie  potrafił  dostrzec,  że  jestem  żywy,  że  jeszcze  nie 
dokonałem  wszystkiego,  czego  zamierzałem  dokonać  na  tym  świecie.  Podejmowałem  rozpaczliwe  próby, 
pragnąc  otworzyć  oczy,  dać  jakiś  znak,  uderzyć  w  pokrywę  trumny.  Lecz  w  moim  ciele  nic  nawet  nie 
drgnęło. 

Poczułem,  że  trumna  się  kołysze.  Niesiono  mnie  do  grobu.  Słyszałem  nawet  zgrzyt  metalowych 

ogniw trących o żelazne okucia, kroki ludzi podążających w kondukcie, odgłosy rozmów. Ktoś powiedział, że 
po  pogrzebie  odbędzie  się  kolacja,  ktoś  inny stwierdził, że młodo umarłem. Oszałamiała mnie woń kwiatów 
leżących nad moją głową. 

 

 

 

ĆWICZENIE POGRZEBANIA ŻYWCEM 

 

Usiądź na ziemi i odpręż się. Spleć ręce na piersi, przybierając pozycję zmarłego. 
Wyobraź  sobie,  szczegół  po  szczególe,  własny  pogrzeb,  jakbyś  wiedział,  że  odbędzie  się  już  jutro.  

Jedyna różnica polega na tym, że jesteś pogrzebany żywcem. Wraz z rozwojem sytuacji - od kaplicy poprzez 
drogę do grobu - napinaj mięśnie, czyniąc rozpaczliwy wysiłek, by się ruszyć. Ale nie ruszaj się. Nie ruszaj 

background image

 

 - 48 - 

się  aż  do  chwili,  gdy  -  nie  mogąc  wytrwać  dłużej  -  jednym  ruchem,  który  poderwie  całe  ciało,  odrzucisz 
deski  trumny,  nabierzesz  tchu  i  będziesz  oswobodzony.  Efekt  tego  ruchu  się  nasili,  jeśli  będzie  mu 
towarzyszył krzyk, krzyk dobywający się z głębi twego ciała. 

 
 
 

 

 
 
Przypomniałem  sobie,  że  nie  odważyłem  się  zalecać  do  kilku  kobiet,  ponieważ  obawiałem  się,  że 

mnie  nie  zechcą.  Wspomniałem  także  kilka  innych  sytuacji,  gdy  stłumiłem  własne  pragnienia,  sądząc,  że 
zdążę je zrealizować w przyszłości. Ogarnął mnie głęboki żal - i nie tylko dlatego, że grzebano mnie żywcem, 
ale  także  dlatego,  że  dotąd  bałem  się  życia.  Czym  jest  obawa  przed  odtrąceniem,  odkładanie  planów  na 
później,  skoro  liczy  się  przede  wszystkim  to,  by  cieszyć  się  pełnią  życia?  Stałem  się  więźniem  tej  trumny  i 
było już za późno, żeby zacząć od nowa, wykazując odwagę, na którą dawno powinienem się zdobyć. 

Byłem  dla  siebie  Judaszem,  zdrajcą  samego  siebie.  Leżałem  tu,  nie  mogąc  poruszyć  żadnym 

mięśniem, i w myśli wołałem o pomoc, podczas gdy tamci ludzie na zewnątrz nurzali się w życiu, pochłonięci 
myślą  o  tym,  co  mają  robić  dzisiejszego  wieczoru;  spoglądali  na  posągi  i  budowle,  których  ja  miałem  już 
nigdy  nie  zobaczyć.  Ogarnęło  mnie  poczucie  straszliwej  niesprawiedliwości,  krzywdy,  jaką  mi  wyrządzano, 
zamykając  w  grobie,  kiedy  tamci  mieli  dalej żyć. Wolałbym już jakąś wielką katastrofę; wolałbym, abyśmy 
wszyscy  razem  znaleźli  się  na  statku,  sunąc  ku  czarnemu  punktowi,  do  którego  mnie  ponieśli.  Ratunku!  Ja 
żyję, nie umarłem, mój mózg funkcjonuje prawidłowo! 

Ludzie  ustawili  trumnę  nad  przygotowanym  grobem.  Zaraz  zostanę  pogrzebany!  Żona  o  mnie 

zapomni,  wyjdzie  powtórnie  za  mąż  i będzie trwoniła pieniądze, które przez te wszystkie lata staraliśmy się 
odkładać... i cóż z tego! Chcę z nią teraz być, bo przecież żyję! 

Słyszę plącz i czuję, że mnie także łzy kręcą się w oczach. Gdyby w tej chwili ktoś otworzył trumnę, 

zauważyliby  to  i  byłbym  uratowany.  Ale  trumna  bezlitośnie  opuszcza  się  w  dół.  Nagle  wszystko  ogarniają 
ciemności.  Dotąd  słaba  smuga  światła  docierała  do  mnie  przez  szparę  pod  pokrywą,  teraz  mrok  jest 
nieprzenikniony. Łopaty grabarzy zasypują grób, a ja przecież żyję! Pogrzebany żywcem! Powietrze staje się 
ciężkie,  woń  kwiatów  nieznośna,  słyszę  odgłos  kroków  ludzi,  którzy  odchodzą.  Wpadam  w  straszliwe 
przerażenie. Nie jestem w stanie się poruszyć, a oni już odeszli. Zaraz nastanie noc i nikt nie usłyszy pukania 
w głębi grobu! 

Krzyk  dobywający  się  z  mych  myśli  nie  dotarł  do  żałobników,  zostałem  sam,  a  ciemności,  duszące 

powietrze i zapach kwiatów doprowadzały mnie do szaleństwa. I nagle hałas. To robaki, robaki, które pełzną, 
żeby pożreć mnie żywcem. Staram się ze wszystkich sił poruszyć ręką lub nogą, ale wciąż jestem bezwładny. 
Robaki  wtargnęły  już  na  moje  ciało.  Są  tłuste  i  zimne.  Chodzą  mi  po  twarzy,  wpełzają  pod  spodnie.  Jeden 
wślizguje się do odbytu, inny wyłazi przez dziurkę w nosie. Ratunku! One pożerają mnie żywcem, a nikt nie 
słyszy mego krzyku, nikt nic nie mówi. Robal wpełza do nozdrza i przedostaje się do gardła. Inny wsuwa się 
do  ucha.  Muszę  się  stąd  wydostać!  Gdzie  jest  Bóg,  dlaczego  nie  odpowiada?  One  zaczęły  już  zjadać  moje 
gardło,  teraz  nie  będę  mógł  nawet  krzyczeć!  Wdzierają  się  przez  każdy  otwór,  okiem,  kącikiem  ust,  przez 
penis.  Czuję  w  sobie  te  tłuste  i  odrażające  stwory,  muszę  krzyknąć,  muszę  się  oswobodzić!  Tkwię  w  tym 
mrocznym  i  zimnym  grobie  zupełnie  sam,  pożerany  żywcem.  Brakuje  mi  powietrza  i  zjadają  mnie  robaki! 
Muszę się poruszyć. Muszę roztrzaskać trumnę! Boże, pomóż mi zebrać wszystkie siły, bo naprawdę muszę 
się poruszyć! MUSZĘ STĄD WYJŚĆ, MUSZĘ! PORUSZĘ SIĘ! PORUSZĘ! UDAŁO SIĘ! 

Deski trumny wzleciały z trzaskiem, grób zniknął, a ja pełną piersią czerpałem czyste powietrze pól 

wzdłuż  Camino  de  Santiago.  Drżałem  od  stóp  do  głów,  zlany  rzęsistym  potem.  Otrząsnąłem  się i po chwili 
zrozumiałem,  że  wyrzuciłem  z  siebie  całą zawartość przewodu pokarmowego. Ale takie drobiazgi nie miały 
znaczenia: żyłem! 

Drżenie  nie  ustępowało,  a  ja  nawet  nie  usiłowałem  go  opanować.  Ogarnęło  mnie  wrażenie 

niewyczerpanego  wewnętrznego  spokoju,  czułem,  że  ktoś  stoi  u  mego  boku.  Spojrzałem  w  stronę  tej  siły  i 
zobaczyłem  oblicze  mojej  śmierci.  Nie  była  to  śmierć,  jakiej  doświadczyłem  przed  paroma  minutami,  ale 
moja prawdziwa śmierć, przyjaciółka i doradczyni, dzięki której już nigdy, nawet przez jeden dzień życia, nie 
będę  tchórzem.  Od  tej  chwili  ona  udzieli  mi wsparcia pewniejszego niż ręka i rady Petrusa. Nie pozwoli mi 
już  odkładać  na  potem  tego,  co  mogę  przeżyć  teraz.  Nie  pozwoli  uchylać  się  od  zmagań  życia  i  pomoże 

background image

 

 - 49 - 

prowadzić Dobrą Walkę. Już nigdy, w żadnej chwili, nie będę czuł się śmieszny dlatego, że pozwalam sobie 
na  jakiś  drobny  gest.  Była  tu,  zapewniała,  że  kiedy  wyciągnie  rękę,  by  zabrać  mnie  w  podróż  ku  innym 
światom,  nie  będę  musiał  dźwigać  najcięższego  spośród  wszystkich  grzechów:  żalu.  Pewien,  że  przy  mnie 
stoi, patrząc w jej życzliwą twarz, wiedziałem teraz, że pobiegnę ukoić pragnienie u źródła żywej wody, jaką 
jest nasz byt doczesny. 

Noc nie kryła już przede mną tajemnic ani lęków. To była szczęśliwa noc, noc spokoju. Kiedy drżenie 

ustąpiło,  podniosłem  się  i  ruszyłem  w  stronę  beczkowozów  pozostawionych  przez  rolników.  Uprałem 
bermudy  i  przebrałem  się  w  te  zapasowe,  które  miałem  w  plecaku.  Potem  wróciłem  pod  drzewo  i  zjadłem 
kanapki  od  Petrusa.  Było  to  najsmakowitsze  jedzenie,  jakie  kiedykolwiek  miałem  w  ustach,  bo  przecież 
żyłem, a śmierć już mnie nie przerażała. 

Postanowiłem spędzić tu noc. Ciemności nigdy jeszcze nie emanowały takim spokojem. 
 
 

 

Przywary ludzkie 

 

 

Znaleźliśmy  się  na  bezkresnym  polu  zboża,  gładkim  i  monotonnym  polu,  które  ciągnęło  się  aż  po 

horyzont.  Jednostajność  krajobrazu  zakłócała  tylko  zwieńczona  krzyżem  średniowieczna  kolumna,  która 
znaczyła  szlak  pielgrzymki.  Przed  tą  kolumną  Petrus  rzucił  plecak  na  ziemię  i  padł  na  kolana.  Polecił  mi 
uczynić to samo. 

-  Pomódlmy  się.  Pomódlmy  się,  by  przezwyciężyć  to,  co  wiedzie  do  porażki  pielgrzyma,  gdy 

odnajdzie już swój miecz -- ludzkie przywary.  

Choćby  bardzo  długo  uczył  się  u  Wielkich  Mistrzów  władać  ostrzem,  jedna  z  rąk  na  zawsze 

pozostanie jego najgroźniejszym wrogiem. Będziemy się modlić, abyś - jeśli rzeczywiście odnajdziesz miecz - 
dzierżył go w dłoni, która cię nie zawiedzie. 

Była druga po południu. Wokół panowała niezmącona cisza. 
-  Zmiłuj  się,  Panie,  albowiem  jesteśmy  pielgrzymami  podążającymi  do  Composteli  i  być  może  to 

nasza wada. Spraw w swym niewyczerpanym miłosierdziu, abyśmy nigdy nie zwrócili naszej wiedzy przeciw 
sobie samym. 

Zmiłuj się nad tymi, którzy okazują zmiłowanie wobec siebie i uważają się za ludzi dobrych, uznając, 

że  życie  jest  wobec  nich  niesprawiedliwe,  ponieważ  nie  zasłużyli  sobie na to, co ich spotkało - albowiem ci 
nigdy  nie  będą  zdolni  podjąć  Dobrej  Walki.  Zmiłuj  się  także  nad  tymi,  którzy  są  wobec  siebie  okrutni, 
dostrzegają w swych czynach samo zło i winią się za niesprawiedliwość tego świata. Albowiem ci nie znają 
Twego prawa, które głosi: „U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone"

16

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  rozkazują,  i  tymi,  którzy  przestrzegają  swych  godzin  pracy,  sobie  zaś 

poświęcają w zamian niedzielę, kiedy wszystko jest zamknięte i nie ma dokąd iść. Zmiłuj się wszelako także 
nad  tymi,  którzy  uświęcając  Twe  dzieło,  przekraczają  granice  Twego  szaleństwa  i  kończą  zadłużeni  lub 
przybici  do  krzyża  przez  własnych  braci.  Ci  bowiem  nie  znali  Twego  prawa,  które  głosi:  „Bądźcie  więc 
roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!"

17

Zmiłuj się, albowiem człowiek może pokonać świat, a nigdy nie stoczyć Dobrej Walki z sobą samym. 

Zmiłuj  się  wszelako  także  nad  tymi,  którzy  wygrali  Dobrą  Walkę  i  teraz  tkwią  na  rozdrożach  albo  w 
karczmach życia, gdyż nie zdołali pokonać świata. Ci nie znają bowiem Twego prawa, które głosi: „Kto (...) 
słów moich słucha i wypełnia je (...) dom swój zbudował na skale"

18

                                                   

16

? Łk 12, 7; Mt 10, 30 (przyp. tłum.). 

17

? Mt 10, 16 (przyp. tłum.) 

18

? Mt 7, 24 (przyp. tłum.) 

background image

 

 - 50 - 

Zmiłuj się nad tymi, którzy lękają się sięgnąć po pióro, pędzel, instrument lub dłuto. Sądzą bowiem, 

że  inni  lepiej  potrafią  się  nimi  posługiwać,  oni  zaś  uważają  się za niegodnych, by przestąpić progi świątyni 
sztuki. Lecz więcej miłosierdzia okaż tym, którzy chwycili za pióro, pędzel, instrument czy dłuto i przemienili 
natchnienie  w  niskie  uczucie,  siebie  zaś  uważają  za  lepszych  od  innych.  Ci  nie  znają  Twego  prawa,  które 
głosi:  „Nie  ma  bowiem  nic  ukrytego,  co  by  nie  miało  być  ujawnione,  ani  nic  tajemnego,  co  by  nie  było 
poznane i na jaw nie wyszło"

19

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  jedzą,  piją  i  dogadzają  sobie,  lecz  są  samotni  i  nieszczęśliwi  pośród 

dostatku. Jednak więcej miłosierdzia okaż tym, którzy poszczą, wzbraniają i karcą, uważając się za świętych, 
i  w  Twoim  imieniu  głoszą  nauki.  Ci  nie  znają  bowiem  Twego  prawa,  które  głosi:  „Gdybym  Ja  wydawał 
świadectwo o sobie samym, sąd mój nie byłby prawdziwy"

20

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  lękają  się  śmierci,  niepomni,  jak  wiele  przemierzyli  królestw  i  jak 

wieloma  śmierciami  już  umarli,  i  czują  się  nieszczęśliwi,  ponieważ  sądzą,  że  pewnego  dnia  nadejdzie  kres 
wszystkiego.  Lecz  więcej  miłosierdzia  miej  dla  tych,  którzy  zaznali  już  wielu  śmierci  i  dziś  uważają  się  za 
nieśmiertelnych,  zapomnieli  bowiem  o  Twym  prawie,  które  głosi:  „Jeśli  się  ktoś  nie  narodzi  powtórnie,  nie 
może ujrzeć Królestwa Bożego"

21

Zmiłuj się nad tymi, którzy pozwalają się zniewolić, dobrowolnie przyjmując jedwabne pęta miłości, 

uważają  się  za  pana  drugiego  człowieka,  żywią  zazdrość  i  zatruwają  swój  umysł,  udręczając  się,  ponieważ 
nie  potrafią  dostrzec,  że  miłość  jest  zmienna  niczym  wiatr  -  jak  wszystko  na  tym  świecie.  Lecz  więcej 
miłosierdzia  okaż  tym,  którzy  umierają  ze  strachu  przed  miłością  i  odrzucają  ją  w  imię  miłości  wyższej, 
której nie znają, nie znają bowiem Twego prawa, które głosi: „Kto (...) będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie 
będzie pragnął na wieki"

22

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  chcą  zamknąć  wszechświat  w  ścisłych  formułach,  Boga  uczynić 

magicznym  napojem,  a  człowieka  istotą  o  podstawowych  potrzebach,  które  trzeba  zaspokoić,  oni  nigdy 
bowiem  nie  usłyszą  muzyki  sfer  niebieskich.  Zmiłuj  się  jednak  i  nad  tymi,  którzy,  zaślepieni  wiarą,  w 
laboratoriach przemieniają rtęć w złoto i zagłębiają się w księgach, opisujących sekrety tarota i moc piramid. 
Ci  nie  znają  bowiem  Twego  prawa,  które  głosi:  „Kto  nie  przyjmie  Królestwa  Bożego  jak  dziecko,  ten  nie 
wejdzie do niego"

23

.                               

Zmiłuj się nad tymi, którzy nie dostrzegają nikogo poza sobą, dla których inni są ledwie zamazanymi 

zjawami,  oni  zaś  widzą  ich  tylko  z  daleka  niczym  zjawy  poruszające  się  po  ulicach  oglądanych  z  okien 
limuzyny, sami zaś, odizolowani w klimatyzowanych gabinetach na najwyższych piętrach biurowców, boleją 
w  milczeniu  nad  samotnością  swej  władzy.  Jednak  okaż  miłosierdzie  także  tym,  którzy,  zawsze  hojni,  są 
miłosierni i pragną pokonać zło samą miłością, ci bowiem nie znają Twego prawa, które głosi: „Kto nie ma 
[miecza], niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz!"

24

Zmiłuj  się,  Panie,  nad  nami,  którzy  szukamy  i  ośmielamy  się  chwycić  miecz,  który  Ty  nam 

obiecujesz,  jesteśmy  bowiem  ludem  świętym  a  grzesznym,  rozproszonym  po  świecie.  Albowiem  nie 
rozpoznajemy  samych  siebie  i  często  sądzimy,  że  jesteśmy  przyodziani,  choć  jesteśmy  nadzy,  myślimy,  że 
dopuszczamy się zbrodni, w rzeczywistości zaś niesiemy ocalenie. Nie zapominaj o nas w swym miłosierdziu, 
o nas, którzy dzierżymy miecz ręką anioła i ręką demona. Ponieważ jesteśmy na tym świecie, trwamy na nim 
i potrzebujemy Cię. Zawsze potrzebujemy Twego prawa, które głosi: „Czy brak wam było czego, kiedy was 
posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?"

25

Petrus zamilkł. Cisza trwała długo. A on wpatrywał się w otaczające nas łany zboża. 
 

Zwycięstwo 

                                                   

19

? Łk 8, 17 (przyp. tłum.). 

20

? J 5, 31 (przyp. tłum.). 

21

? J 3, 3 (przyp. tłum.) 

22

? J 4, 14 (przyp. tłum.). 

23

? Mk 10, 15; Łk 18, 17 (przyp. tłum.). 

24

? Łk 22, 36 (przyp. tłum.). 

25

? Łk 22, 35 (przyp. tlum.). 

background image

 

 - 51 - 

 

 

Któregoś popołudnia stanęliśmy u stóp starego zamku, a raczej ruin zamku templariuszy. Usiedliśmy, 

żeby  trochę  odpocząć.  Petrus,  zgodnie  ze  swym  zwyczajem,  zapalił  papierosa,  a  ja  wypiłem  resztkę  wina, 
specjalnie w tym celu zostawioną po śniadaniu. Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem kilka wiejskich domów, 
zamkową  wieżę,  ciągnące  się  po  horyzont  pagórki  i  pola  uprawne  przygotowane  już  pod  zasiew.  Nagle,  na 
prawo ode mnie, tuż pod ruinami, pojawił się pasterz, który prowadził z pastwiska stado owiec. Pył unoszący 
się spod racic zwierząt przesłonił czerwone niebo szarawą mgiełką, nadając pejzażowi charakter wizji ze snu 
albo krainy magii. Pasterz uniósł ramię w powitalnym geście. Odpowiedzieliśmy mu skinieniem ręki. 

Owce minęły nas, podążając swoją drogą. Petrus wstał. Ta scenka zrobiła na nim silne wrażenie. 
-  Chodźmy. Musimy się pospieszyć - powiedział. 
-  Dlaczego? 
-  Po prostu. Nie wydaje ci się, że spędziliśmy na Camino de Santiago sporo czasu? 
Coś mi mówiło, że jego nagły pośpiech miał związek z pojawieniem się pasterza i stada owiec. 
W  dwa  dni  później  znaleźliśmy  się  u  podnóża  gór,  których  pasma,  usytuowane  na  południu, 

przerywały  monotonię  bezkresnych  łanów  zbóż.  Nawet  pośród  naturalnych wzniesień żółte znaki, o których 
powiedział mi padre Jordi, były doskonale widoczne. Lecz Petrus bez słowa wyjaśnienia coraz bardziej się od 
nich  oddalał,  kierując  się  na  północ.  Zwróciłem  na  to  jego  uwagę,  ale  rzucił  tylko  oschłym  tonem,  że  to  on 
jest przewodnikiem i wie, dokąd mnie prowadzi. 

Po  mniej  więcej  półgodzinnej  wędrówce  usłyszałem  szum,  który  kazał  mi  pomyśleć,  że  znaleźliśmy 

się w pobliżu wodospadu. Wokół rozpościerały się jednak tylko spalone słońcem pola. Rozglądałem się więc, 
szukając źródła tych dźwięków. Im dalej się posuwaliśmy, tym szum był głośniejszy, aż w końcu rozwiały się 
moje  wątpliwości  --  to  naprawdę  był  wodospad.  Ze  zdumieniem  stwierdziłem,  że  mam  do  czynienia  z 
niezwykłym zjawiskiem - wciąż rozglądałem się wokół siebie, nie mogąc dostrzec jednak ani gór, ani wody. 

Lecz  po  chwili  minęliśmy  lekkie  wzniesienie  i  niespodziewanie  znalazłem  się  przed  zadziwiającym 

wytworem natury: teren gwałtownie się obniżał, a sunąca w dół woda gładkim lustrem opadała w głąb ziemi. 
Brzegi tego wąwozu porastała bujna roślinność, całkiem odmienna od tej, którą dotąd widzieliśmy. 

-  Zejdziemy na dno wąwozu -- oznajmił Petrus. 
Gdy  ruszyliśmy  w  dół,  przypomniałem  sobie  Juliusza  Verne'a  -  czułem  się,  jakbyśmy  podjęli 

wyprawę  do  wnętrza  Ziemi.  Zbocze  było  urwiste  i  musiałem  chwytać  się  kolczastych  gałęzi  i  ostrych 
kamieni, żeby nie runąć. Zanim dotarłem na dno wąwozu, miałem pokaleczone ręce i nogi. 

-  Imponujące dzieło przyrody - stwierdził Petrus. 
Przytaknąłem.  To  była  oaza  pośród  pustyni.  Bujna  roślinność  i  unoszące  się  pomiędzy  listowiem 

krople wody tworzyły tęczę, a widok był równie piękny z dołu jak z góry. 

-  Tutaj natura dowiodła swej potęgi - ciągnął Petrus. 
-  Rzeczywiście - wtrąciłem. 
-    Nam  także  pozwala  dowieść  naszej  siły.  Teraz  wdrapiemy  się  na  górę.  Pójdziemy  środkiem 

wodospadu. 

Jeszcze  przez  chwilę  podziwiałem  wspaniały widok. Teraz dostrzegałem w nim coś więcej niż tylko 

piękną oazę, wyrafinowany kaprys natury. Stałem przed ścianą wysokości ponad piętnastu metrów, po której 
z  hukiem  lała  się  woda.  Rozlewisko  utworzone  u  stóp  wodospadu  było  płytkie,  woda  mogła  tam  sięgać 
najwyżej do pasa, rzeka natomiast toczyła nurt przez jamę wiodącą chyba do trzewi Ziemi. Na skalnej ścianie 
nie  było żadnego załomu ani występu, który mógłbym wykorzystać jako punkt oparcia, a woda w dole była 
za  płytka,  żeby  zamortyzować  upadek.  Zadanie  wymyślone  przez  Petrusa  wydawało  mi  się  absolutnie 
niewykonalne. 

Przypomniałem  sobie  pewne  wydarzenie  sprzed  pięciu  lat.  Było  to  podczas  spełniania  wyjątkowo 

niebezpiecznego  rytuału,  którego  element,  podobnie  jak  teraz,  stanowiła  wspinaczka.  Mistrz  pozostawił  mi 
decyzję  o  kontynuowaniu  lub  przerwaniu  rytuału.  Byłem  młodszy,  fascynowała  mnie  moc,  jaką  posiadł,  i 
świat cudów Tradycji. Postanowiłem nie rezygnować. Uznałem, że muszę dowieść swej odwagi i brawury. 

background image

 

 - 52 - 

Miałem za sobą mniej więcej godzinę wspinaczki, przed sobą -- najtrudniejsze podejście, gdy zerwał 

się  nadspodziewanie  silny  wiatr  i  musiałem  z  całych  sił  uczepić  się  małego  występu  skalnego,  do  którego 
przylgnąłem, żeby nie runąć w przepaść. Zamknąłem oczy, licząc się z najgorszym i wczepiając paznokcie w 
skałę. Z ogromnym zdumieniem stwierdziłem po chwili, że ktoś pomaga mi utrzymać wygodną i bezpieczną 
pozycję.  Otworzyłem  oczy  tuż  przy  mnie  stał  Mistrz.  Kreślił  w  powietrzu  jakieś  figury  i  oto  wiatr  ucichł 
równie  nieoczekiwanie,  jak  się  zerwał.  Ze  zdumiewającą  zręcznością,  czasem  wykonując  manewry  bliskie 
lewitacji, zszedł na dół i polecił mi uczynić to samo. 

Gdy  wreszcie  stanąłem  u  podnóża  góry,  drżały  pode  mną  nogi.  Oburzony  zapytałem,  dlaczego 

uciszył wiatr, zanim mnie dosięgnął. 

-  Ponieważ to ja poderwałem ten wiatr. 
-  Żeby mnie zabić? 
-    Żeby  cię  ocalić.  Nie  zdołałbyś  wspiąć  się na ten szczyt. Kiedy zapytałem, czy chcesz go zdobyć,  

nie wystawiałem na próbę twojej  odwagi. Poddałem próbie twą rozwagę. Wymyśliłeś sobie rozkaz, którego 
wcale  ci  nie  wydałem - wyjaśnił Mistrz.  -- Gdybyś posiadł sztukę lewitacji,  nie byłoby problemów. Ale ty 
chciałeś wykazać się odwagą, kiedy należało dowieść rozsądku. 

Tamtego  dnia  opowiedział  mi  o  magach,  którzy  popadli  w  szaleństwo,  dążąc  do  iluminacji,  i  nie 

potrafili  już  odróżnić  własnej  mocy  od  mocy  swoich  uczniów.  W  mym  życiu,  przez lata wędrówki drogami 
Tradycji,  poznawałem  wielkich  ludzi  podążających  tą  samą  ścieżką.  Spotkałem  nawet  trzech  Mistrzów  -  w 
tym  mojego  -  którzy  sztukę  panowania  nad  materią  fizyczną  posiedli  w  stopniu  nieosiągalnym,  a  wręcz 
niewyobrażalnym dla zwykłych ludzi. Widywałem cuda, przepowiednie, które się spełniały, reinkarnacje. Mój 
Mistrz  powiedział  mi  o  wojnie  o  Malwiny  na  dwa  dni  przed  zajęciem  wysp  przez  Argentyńczyków. 
Szczegółowo opisał mi jej przebieg i wyjaśnił przyczyny konfliktu, opierając się na układzie gwiazd. 

Od tego czasu miałem okazję odkryć, że niektórzy magowie - jak ujął to Mistrz - „popadli w obłęd, 

dążąc do iluminacji". Ci ludzie byli pod niemal każdym względem podobni do Mistrzów, także pod względem 
posiadanej mocy: widziałem, jak jeden z nich, dzięki maksymalnej koncentracji, w ciągu kwadransa sprawił, 
że  wy-kiełkowało  ziarno.  Lecz  ten  człowiek,  podobnie  jak  kilku  innych,  wpędził  wielu  uczniów  w  obłęd  i 
desperację.  Niektórzy  skończyli  w  szpitalach  psychiatrycznych,  raz,  co  udało  się  potwierdzić,  doszło  do 
samobójstwa.  Ludzie  ci  figurowali  na  sławetnej  „czarnej  liście"  Tradycji,  nie  istniała  jednak  możliwość 
zachowania kontroli nad ich poczynaniami. Do dziś wielu z nich nie zaprzestało działalności. 

Wszystko to w ułamku sekundy przemknęło mi przez myśl, gdy stałem przed urwiskiem, na które nie 

można  było  się  wspiąć.  Rozmyślałem  o  dniach,  które  Petrus  i  ja  spędziliśmy  na  wspólnej  wędrówce, 
wspominałem  psa,  który  mnie  zaatakował,  jemu  nie  wyrządzając  najmniejszej  krzywdy,  rozdrażnienie 
postawą kelnera, pijaństwo podczas przyjęcia weselnego. 

-    Petrusie,  nie  zamierzam  wspinać  się  po  tej  ścianie.  A  to  z  pewnej  prostej  przyczyny  -  to 

niewykonalne. 

Nie odpowiedział ani słowem. Usiadł na trawie, a ja poszedłem w jego ślady. Przez dobre piętnaście 

minut  żaden  z  nas  nie  przerywał  ciszy.  Rozbrojony  jego  milczeniem,  postanowiłem  przejąć  inicjatywę  i 
odezwałem się pierwszy. 

-    Petrusie,  nie  chcę  wdrapywać  się  pod  wodospadem,  bo  wiem,  że  spadnę.  Wiem  też,  że  się  nie 

zabiję, ponieważ kiedy ujrzałem oblicze mojej śmierci, zobaczyłem także dzień, w którym po mnie przyjdzie, 
jeśli pozostanę wierny obranej drodze. Ale przecież mogę spaść i do końca życia zostać kaleką. 

-    Paulo,  Paulo...  -  Spojrzał  na  mnie  i  uśmiechnął  się.    Dokonała  się  w  nim  jakaś  gruntowna 

przemiana. W jego głosie brzmiała nutka Miłości, która trawi, oczy się rozświetliły. 

-    Może   powiesz,   że  łamię  przysięgę   posłuszeństwa,  którą złożyłem,  zanim wyruszyliśmy na 

pielgrzymi szlak? 

-  Nie złamałeś przysięgi. Nie kierujesz się ani strachem, ani lenistwem. Zapewne nie przyszło ci na 

myśl,  że  wydałem  ci  bezużyteczny  rozkaz.  Nie  chcesz  się  wspinać,  ponieważ  prawdopodobnie  myślisz  o 
czarnych  magach

26

.  Korzystanie  z  prawa  do  decyzji  nie  oznacza  złamania przysięgi. Tego prawa pielgrzym 

nigdy nie jest pozbawiony. 

Przez  moment  przyglądałem  się  wodospadowi,  a  potem  zwróciłem  oczy  na  Petrusa.  Próbowałem 

ocenić szansę podejścia pod górę, ale tylko umocniłem się w przekonaniu, że to niewykonalne. 

                                                   

26

? Tak w Tradycji określa się Mistrzów, którzy zatracili magiczną łączność z uczniem. Nazwa ta odnosi się również 

do tych Mistrzów, którzy zaprzestali zgłębiania wiedzy, posiadłszy władzę wyłącznie nad siłami ziemi 

background image

 

 - 53 - 

-    Uważaj  -  podjął.  -  Wejdę  pierwszy,  nie  wykorzystując  żadnych mocy. I powiedzie mi się. A jeśli 

zdołam to zrobić wyłącznie dzięki temu, że znajdę oparcie dla stóp, ty także będziesz musiał wejść. Będąc na 
górze,  pozbawię  cię  prawa  do  decyzji.  Jeżeli  odmówisz,  wiedząc,  że  wszedłem,  uznam  to  za  złamanie 
przysięgi. 

Petrus  zdjął  buty. Był ode mnie starszy o co najmniej dziesięć lat, więc gdyby mu się powiodło, nie 

miałbym żadnej wymówki. Zerknąłem na wodospad i poczułem, jak ściska mi się żołądek. 

Lecz on nie ruszył się z miejsca. Już boso, wciąż siedział na trawie obok mnie. Spoglądając w niebo, 

zaczął opowiadać: 

-    W  tysiąc  pięćset  drugim  roku  kilka  kilometrów  stąd  Maryja  Dziewica  objawiła  się  pasterzowi.  

Dziś  przypada Jej  święto -- Matki  Boskiej Opiekunki Pielgrzymów -- toteż złożę w ofierze me zwycięstwo. 
Tobie  radzę  uczynić  to  samo.  Dar  zwycięstwa.  Nie  składaj  Jej  w  darze  bólu  strudzonych  nóg  ani  blizn  na 
pokaleczonych przez skały rękach. Cały świat składa w ofierze tylko ból i cierpienie. Nie sądzę, aby było to 
godne potępienia, uważam jednak, że uradowałaby się, gdyby ludzie obdarzali Ją także swymi radościami. 

Nie  byłem  w  nastroju  do  rozmów.  Nadal  powątpiewałem,  by  Petrus  miał  siły  i  umiejętności, jakich 

wymagała  wspinaczka  po  tej  ścianie.  Powtarzałem  sobie,  że  to  tylko  jakaś  farsa.  Próbował  zmylić  mnie 
pięknymi  słówkami,  żeby  potem  zmusić  do  zrobienia  czegoś,  czego  nie  chciałem  się  podjąć.  Jednak  na 
wszelki  wypadek  zamknąłem  oczy  i  modliłem  się  do  Przenajświętszej  Panny  Opiekunki  Pielgrzymów. 
Ślubowałem, że jeśli Petrus i ja szczęśliwie pokonamy tę stromiznę, pewnego dnia powrócę w to miejsce. 

-  Wszystko,  czego  się  dotąd  nauczyłeś,  zatraci  sens,  jeśli  nie  potrafisz  znaleźć  zastosowania  dla  tej 

wiedzy.  Pamiętaj,  że  Camino  de  Santiago  jest  drogą  zwykłych  ludzi.  Powtarzałem  ci  to  setki  razy.  Na  tej 
drodze,  podobnie  jak  w  życiu,  mądrość  jest  coś  warta  tylko  wówczas,  gdy  może  pomóc  człowiekowi  w 
pokonywaniu  przeszkód.  Istnienie  młotka  nie  miałoby  sensu,  gdyby  nie  istniały  gwoździe,  które  trzeba 
wbijać.  Ale  istnienie  gwoździ  to  jeszcze  nie  wszystko.  Młot  musi  trafić  w  ręce  Mistrza,  który  użyje  go 
zgodnie z przeznaczeniem. 

Przypomniało mi się, co powiedział mój Mistrz na szczycie Serra do Mar: „Ten, kto posiada miecz, 

musi wciąż wystawiać go na próbę, aby nie zardzewiał w pochwie". 

- Wodospad jest miejscem, w którym praktycznie wykorzystasz wszystko, czego się dotąd nauczyłeś 

-  dodał  mój  przewodnik.  -  Masz  już  pewien  atut:  znasz  datę  własnej  śmierci,  więc  strach  przed  nią  nie 
sparaliżuje  cię,  kiedy  nadejdzie  czas,  by  podjąć  błyskawiczną  decyzję,  szukając  punktu  oparcia  dla  stopy. 
Pamiętaj  jednak,  że  musisz  liczyć  się  z  wodą  i  że  to  ona  przyniesie  ci  to,  czego  będziesz  potrzebował.  Nie 
zapomnij też wbić paznokcia w kciuk, jeśli najdzie cię zła myśl. Przede wszystkim zaś podczas tej wspinaczki 
musisz szukać oparcia w Miłości, która trawi. To ona cię prowadzi i uzasadnia każdy twój krok. 

Petrus  zamilkł.  Rozebrał  się  do  naga.  Potem  zanurzył  ciało  w  zimnych  wodach  tej  małej  laguny  i 

wzniósł ręce ku niebu. Zrozumiałem, że jest zadowolony, że radością napawają go rześka woda i tęcze, które 
tworzyły wokół nas rozpryskujące się krople. 

- I jeszcze jedno - powiedział, zanim skrył się za kotarą wodospadu. - Ta sunąca w dół woda nauczy 

cię, jak być Mistrzem. Pójdę pierwszy, lecz przez cały ten czas między nami pozostanie zasłona wodna. Będę 
się wspinał, a ty nie zdołasz dostrzec, gdzie dokładnie stawiam stopy ani czego chwytam się dłońmi. Podobnie 
uczeń  nigdy  nie  może  naśladować  wszystkich  poczynań  swego  przewodnika.  Każdy  postrzega  życie  na 
własny sposób, każdy inaczej przeżywa porażki, problemy i triumfy. Uczyć się znaczy stać się znośnym dla 
siebie samego. 

Nie  odpowiadałem.  Wsunąłem  się  między  skałę  a  opadającą  wodę  i  zacząłem  go  obserwować. 

Widziałem jego sylwetkę, jak widzimy kogoś przez matowe szkło. Wolno, lecz pewnie wspinał się po ścianie. 
Im  bliżej  był  szczytu,  tym  bardziej  się  bałem,  bo  chwila,  gdy  miałem  pójść  jego  śladem,  nieuchronnie  się 
zbliżała. I wreszcie nadeszła ta przerażająca minuta -- zmagając się z wodą, musiał się spod niej wynurzyć, 
stale  podążając  w  górę.  Siła  wodospadu  o  mało  nie  odrzuciła  go  w  dół,  na  skały.  Lecz  głowa  Petrusa 
wyłoniła  się ponad wodę, która sunąc w dół, przyodziewała go niczym srebrzysty płaszcz. Widziałem scenę 
ledwie  przez  ułamek  sekundy.  Petrus  błyskawicznie  wyprężył  się,  chwycił  z  całych  sił  skał  na  szczycie  i 
przylgnął  do  nich  wszystkimi  członkami,  wciąż  jednak  tkwił  w  środku  rwącego  nurtu.  Na  kilka  chwil 
straciłem go z oczu. 

Wreszcie pojawił się na brzegu.  Mokry, skąpany w blasku słońca, uśmiechał się promiennie.  
- Widzisz! - krzyknął, machając mi ręką. -Teraz twoja kolej! 
Musiałem mu dorównać. Albo już na zawsze wyrzec się miecza.  

background image

 

 - 54 - 

Zdjąłem  ubranie  i  jeszcze  raz  odmówiłem  modlitwę,  oddając  się  pod  opiekę  Przenajświętszej Panny 

Opiekunki Pielgrzymów. Potem zanurzyłem głowę w wodzie. Była lodowata, więc na chwilę zdrętwiałem, ale 
zaraz  potem  to  doznanie  ustąpiło  miejsca  przyjemności.  Nie  zastanawiając  się  dłużej,  ruszyłem  prosto  ku 
wodospadowi. 

Silny strumień wody lejącej się na głowę przywrócił mi absurdalne „poczucie rzeczywistości", które 

osłabia  człowieka  w  chwili,  gdy  jak  nigdy  dotąd  potrzebuje  wiary  i  mocy.  Wodospad  toczył  wody  o  wiele 
gwałtowniej, niż przypuszczałem. Uderzeniem w klatkę piersiową mógłby mnie zwalić z nóg, nawet gdy dno 
rozlewiska  dawało  mi  pewne  oparcie  dla  obu  stóp.  Ominąłem  rozszalały  strumień  i  przylgnąłem  do  skał, 
kuląc  się  w  ciasnej  przestrzeni  między  ścianą  wody  a  kamiennym  urwiskiem.  I  właśnie  wtedy  zdałem  sobie 
sprawę, że ta wspinaczka jest dużo łatwiejsza, niż początkowo sądziłem. 

To,  co  z  daleka  wyglądało  na  gładką  ścianę,  teraz  okazało  się  porowatą  skałą.  Na samą myśl, że o 

mało nie wyrzekłem się miecza ze strachu przed śliskimi kamieniami, wpadłem we wściekłość. Stwierdziłem, 
że  jest  to  zwykła  ściana,  jakich  pokonałem  dziesiątki.  Wydało  mi  się,  że  słyszę  głos  Petrusa:  „A  widzisz? 
Kiedy już rozwiążesz jakiś problem, przekonujesz się, że było to dziecinnie łatwe". 

Wspinałem  się,  tuląc  twarz  do  wilgotnych  skał.  W  ciągu  dziesięciu  minut  miałem  za  sobą  ponad 

połowę odległości dzielącej mnie od szczytu. Teraz pozostało mi już tylko zmierzyć się z najwyżej położonym 
odcinkiem  wodospadu.  Zwycięstwo  nad  skalną  ścianą  byłoby  nic  niewarte,  gdybym  nie  pokonał  małego 
ostańca  dzielącego  mnie  od  otwartej  przestrzeni.  Ten  fragment  drogi  był  najbardziej  niebezpieczny,  a ja nie 
widziałem  dokładnie,  jak  poradził  sobie  z  nim  Petrus.  Znów  więc  zacząłem  się  modlić  do  Przenajświętszej 
Panny  Opiekunki  Pielgrzymów,  o    której  nigdy  wcześniej  nie  słyszałem,  a  w  której  pokładałem  teraz  całą 
wiarę,  całą nadzieję na zwycięstwo. Bardzo ostrożnie wsunąłem najpierw czubek głowy, potem także twarz 
pod strumień spienionej wody. 

Zalała mnie, zmąciła wzrok. Poczułem jej siłę i mocno przywarłem do skały, spuszczając głowę tak, 

by  utworzyć  sobie  rodzaj  powietrznej  kieszeni  i  mieć  czym  oddychać.  Musiałem bez reszty zawierzyć mym 
stopom i dłoniom. Te dłonie trzymały   przecież   stary  miecz,   nogi   przemierzały Szlak  Świętego Jakuba.   
Były  moimi  wiernymi  sprzymierzeńcami.  Lecz  huk  wody  stał  się  ogłuszający,  z  coraz  większym  trudem 
chwytałem  też  oddech.    Zanurzyłem  głowę  w  spienionych  wodach  i  na  kilka  sekund  pogrążyłem  się  w 
nieprzeniknionej  ciemności.  Zmagałem  się  z  żywiołem,  kurczowo  trzymając  się  skał,  ale  czułem,  że  ten 
huczący  wodospad  unosi  mnie  ku  tajemniczemu  i  odległemu  miejscu,  gdzie  nic  już  nie  ma  najmniejszego 
znaczenia.    Wiedziałem,    że  dotrę  tam,  jeśli  oddam  się  we  władanie  tej  mocy.  Nadludzki  wysiłek,  na  który 
próbowałem  się  zdobyć,  żeby  nie  odpaść  od  ściany,  był  bezcelowy:  za  chwilę  wszystko  mogło  stać  się 
wytchnieniem i spokojem. 

Lecz  moje nogi i ręce oparły się zabójczej pokusie. A głowa zaczęła się powoli wynurzać spod tafli 

wody tak samo, jak się w niej zanurzyła. Ogarnęła mnie głęboka miłość do własnego ciała, które pomagało mi 
w  tym  szaleńczym  przedsięwzięciu,  w  przygodzie  człowieka,  który  w  poszukiwaniu  miecza  pokonuje 
wodospad. 

I  wówczas  zwróciłem  oczy  ku  słońcu nad głową i odetchnąłem pełną piersią. Ta odrobina świeżego 

powietrza  przywróciła  mi  siły  i  zapał.  Rozejrzałem  się  wokół  i  o  parę  centymetrów  od  siebie  zobaczyłem 
wyżynę, którą przemierzaliśmy i która wytyczała kres podróży. Doznałem silnej pokusy, żeby po niej biegać, 
żeby  chwycić  się  tej  ziemi,  ale  nie  mogłem  znaleźć  żadnej  podpory,  która  pomogłaby  mi się wydostać spod 
lustra  sunącej  w  dół  wody.  Uczucia,  jakie  owładnęły  mną  u  szczytu  ściany,  były  gwałtowne,  ale  moment 
triumfu  jeszcze  nie  nadszedł,  musiałem  zachować  kontrolę  nad  sobą,  nad  każdym  ruchem.  To  był  przecież 
krytyczny moment wspinaczki: woda uderzała w mój tułów, napór był tak silny, że w każdej chwili mogłem 
runąć ku ziemi, od której ośmieliłem się oderwać, ulegając marzeniom. 

Nie była to odpowiednia chwila, żeby myśleć o Mistrzach, o przyjaciołach. Nie mogłem spoglądać w 

bok, żeby się przekonać, czy Petrus byłby w stanie pospieszyć mi z pomocą, gdybym się poślizgnął. Pewnie 
odbył  tę  wspinaczkę  setki  razy  -  pomyślałem  -  i  doskonale  wie,  że  rozpaczliwie  potrzebuję  wsparcia.  Ale 
mnie  zostawił.  A  może  wcale  nie  zostawił,  może  stoi  tuż  za  mną,  tylko  ja  nie  mogę  odwrócić  głowy,  bo 
straciłbym równowagę. Muszę sam zdobyć ten szczyt! 

Mocno  stojąc  na  skałach  i  podtrzymując  się  jedną  ręką,  oswobodziłem  drugą,  aby  mogła  osiągnąć 

harmonię z wodą. A woda nie powinna już stawiać oporu, ponieważ wykorzystywałem pełnię swych sił. I oto 
ręka  stała  się  rybą,  mogła  swobodnie  wybierać  drogi,  którymi  podąży,  doskonale  jednak  wiedziała,  dokąd 
chce  dotrzeć.  Przypomniałem  sobie  film,  który  oglądałem  jako  mały  chłopiec,  i  pokazane  w  nim  łososie, 
skaczące do wodospadów, aby dotrzeć do celu. 

background image

 

 - 55 - 

Moja  ręka  unosiła  się  wolno,  czerpiąc  siłę  z  wody.  Oswobodziła  się  i  niczym  łosoś,  bohater  filmu 

zapamiętanego  z  dzieciństwa,  zanurkowała  w  poszukiwaniu  punktu,  od  którego  mogłaby  się  odbić,  aby 
wykonać ten ostatni skok. Dokonująca się przez stulecia erozja wygładziła kamienie. Na pewno była tu jakaś 
szczelina  lub  występ.  Skoro  udało  się  Petrusowi,  mnie  także  musi  się  udać.  Zaledwie  krok  dzielił  mnie  od 
osiągnięcia celu i była to ta chwila, kiedy człowiek opada z sił i traci wiarę w siebie. Wcześniej zdarzało mi 
się już przegrywać w ostatniej chwili: przepłynąłem wpław ocean i o mały włos nie utonąłem przy silnej fali 
nieopodal brzegu. Ale teraz wędrowałem Camino de Santiago, a historia nie mogła powtarzać się bez końca - 
tym razem musiałem zwyciężyć. 

Wolna ręka wędrowała po gładkiej skale, napór wody był coraz silniejszy. Czułem, że słabną mi nogi 

i druga ręka, w każdej chwili mógł mnie złapać skurcz. Woda mocno uderzała także w genitalia, ból stawał 
się  dotkliwy.  Nagle  wolna  ręka  znalazła  oparcie  -  było  nieco  poza  linią  wspinaczki,  mogło  jednak  później 
posłużyć  drugiej  ręce.  Zapisałem  w  pamięci  jego  położenie,  a  wtedy  dłoń,  która  szukała  dla  mnie  ocalenia, 
natrafiła na drugi wyłom w skale, oddalony od pierwszego o zaledwie kilka centymetrów. 

To  było  miejsce,  w  którym  przez  wieki  pielgrzymi  zmierzający  do  Santiago  de  Compostela 

znajdowali  oparcie.  Z  całych  sił  chwyciłem  się  tej  szczeliny,  uwalniając  drugą  rękę.  Siła  wodospadu  w 
pierwszej  chwili  odrzuciła  ją  w  tył,  zaraz  jednak  dłoń  natrafiła  na  otwór  w  skale.  A  wtedy  ciało  podążyło 
drogą utorowaną przez ręce. Wdrapałem się na płaskowyż. 

Zdołałem wykonać ten ostatni krok. Wyrwałem się z wartkich nurtów, które nagle z nieokiełznanych 

zmieniły  się  w  niemal  leniwe.  Wdrapałem  się  na  brzeg  i  pozwoliłem  odpocząć  zmęczonemu  ciału.  Słońce 
rozgrzewało mnie i myślałem tylko o tym, że mi się powiodło, że jestem żywy jak przed chwilą na dole. Mimo 
hałasu, który czyniła woda, usłyszałem odgłos kroków zbliżającego się Petrusa. 

Chciałem się podnieść, okazać radość, ale strudzone mięśnie odmówiły posłuszeństwa. 
-  Leż spokojnie, odpocznij. Staraj się zwolnić oddech. 
Tak właśnie zrobiłem i niemal natychmiast zapadłem w głęboki sen bez marzeń. Kiedy się obudziłem, 

słońce stało tuż nad horyzontem, a Petrus, już ubrany, podał mi moją odzież i powiedział, że czas ruszać w 
dalszą drogę. 

-  Jestem bardzo zmęczony - odparłem. 
-  Nie martw się. Nauczę cię, jak czerpać siły ze wszystkiego, co cię otacza. 
I Petrus nauczył mnie TCHNIENIA RAM. 
Wykonywałem to ćwiczenie przez pięć minut i poczułem się znacznie lepiej. Wstałem, ubrałem się i 

sięgnąłem po plecak. 

-  Podejdź tu - powiedział Petrus. Zbliżyłem się do skraju płaskowyżu. Niemal 
spod moich nóg tryskało źródło. 
-  Stąd podejście wydaje się znacznie łatwiejsze niż z dołu - zauważyłem. 
-    To  prawda.  I  gdybym  wcześniej  pokazał  ci  tę panoramę, w pewnym sensie bym cię zdradził. Źle 

oceniłbyś własne siły. 

Wciąż  czułem  się  słaby,  powtórzyłem  więc  ćwiczenie.  Wkrótce  między  mną  a  wszechświatem 

zapanowała  harmonia,  która  przeniknęła  serce.  Zapytałem  Petrusa,  dlaczego  wcześniej  nie  nauczył  mnie 
Tchnienia RAM, skoro na Camino de Santiago często bywałem zmęczony i rozleniwiony. 

-  Ponieważ  nigdy  tego  nie  okazywałeś  -  odparł,  śmiejąc  się,  i  zapytał,  czy  mam  jeszcze  pyszne 

maślane herbatniki kupione w Astordze.  

 

 

 

TCHNIENIE RAM 

 

Opróżnij  płuca  z  powietrza,  wydychając  go  możliwie  najwięcej.  Potem,  unosząc  ręce,  powoli 

wdychaj  powietrze.  Wykonując  wdech,  skoncentruj  się,  aby  twe  serce  wypełniło  się  miłością,  spokojem  i 
poczuciem harmonii ze wszechświatem. 

Zatrzymaj oddech i nie opuszczaj rąk, jak długo potrafisz, napawając się wewnętrzną i zewnętrzną 

harmonią. Potem wykonaj szybki wydech, wypowiadając słowo: RAM. 

Powtarzaj to ćwiczenie przez pięć minut. 

 
 

background image

 

 - 56 - 

 

 

 

Szaleństwo 

 

Upłynęły już prawie trzy dni, odkąd wędrowaliśmy niemal bez wytchnienia. Petrus budził mnie przed 

wschodem  słońca,  a  zatrzymywaliśmy  się  dopiero  o  dziewiątej  wieczorem.  Jedyne  chwile  wypoczynku 
przeznaczaliśmy  na  posiłki,  ponieważ  mój  przewodnik  odstąpił  od  zwyczaju  odbywania  sjesty  wczesnym 
popołudniem. Miałem wrażenie, że realizuje jakiś tajemny program, którego nie wolno mi poznać. 

Także pod innymi względami jego zachowanie gwałtownie się zmieniło. Początkowo sądziłem, że to z 

powodu  mego  zwątpienia  przy  wodospadzie,  potem  jednak  zrozumiałem,  że  tak  nie  jest.  Łatwo  wpadał  w 
irytację i nie krył tego w kontaktach z ludźmi, a poza tym raz po raz zerkał na zegarek. Przypomniałem mu, 
co kiedyś powiedział: „To my sami tworzymy pojęcie czasu". 

-  Z  każdym  dniem  stajesz  się  coraz  mądrzejszy  -  zareplikował.  -  Przekonamy  się,  czy  potrafisz 

wykorzystać tę wiedzę w praktyce, kiedy będzie trzeba. 

Pewnego popołudnia ostre tempo marszu tak mnie zmęczyło, że wprost nie byłem w stanie zrobić ani 

kroku. Wtedy Petrus polecił mi zdjąć koszulę i oprzeć się plecami o rosnące w pobliżu drzewo. Stałem w tej 
pozycji  przez  kilka  minut;  wkrótce  poczułem  się  znacznie  lepiej.  Petrus  wyjaśnił,  że  rośliny,  a  przede 
wszystkim  stare  drzewa,  mają  moc  przekazywania  harmonii  każdemu,  kto  dotknie  ich  pnia  kręgosłupem, 
który  stanowi  część  układu  nerwowego.  Przez  całe  godziny  rozprawiał  o  fizycznych,  energetycznych  i 
duchowych właściwościach roślin. 

Wszystko  to  już  gdzieś  czytałem,  toteż  nie  zamierzałem  robić  notatek.  Jednak  wykład  Petru-sa 

przyniósł  pewien  dodatkowy  efekt  --  zatarł wrażenie, że przewodnik się na mnie obraził. Odtąd z większym 
szacunkiem  przyjmowałem  jego  małomówność,  a  on,  być  może  odgadując  moją  niepewność,  w  tych  dniach 
fatalnego nastroju starał się być tak miły, jak tylko potrafił. 

Pewnego  ranka  doszliśmy  do  ogromnego  mostu,  którego  rozmiary  raziły  w  zestawieniu  z  wątłym 

strumyczkiem  wijącym  się  w  dole.  Była  niedziela,  a  o  tak  wczesnej  porze  tawerny  i  bary  pobliskiego 
miasteczka drzemały zamknięte. Usiedliśmy, żeby zjeść śniadanie. 

-  Człowiek i natura miewają podobne kaprysy - rzuciłem, chcąc zagaić rozmowę. - Budujemy piękne 

mosty, aby suchą nogą przechodzić przez strumyczki. 

-  To z powodu suszy - wyjaśnił. - Zjedz szybko tę kanapkę, musimy ruszać w drogę. 
Zdecydowałem w końcu zapytać o przyczyny tego pośpiechu. 
-    Od    dawna  wędruję    Camino    de      Santiago,  mówiłem  ci  o  tym.  Mam  we  Włoszech  sporo 

obowiązków. Wkrótce będę musiał wracać. 

Ta odpowiedź wcale mnie nie przekonała. Być może mówił prawdę, ale z pewnością nie był to jedyny 

powód. Chciałem drążyć temat, jednak Petrus skierował rozmowę na inny tor. 

-  Co wiesz o tym moście? 
-  Nic. Ale nawet uwzględniając skutki suszy, jego rozmiary rażą nad taką rzeką.  Przypuszczam, że 

kiedyś zmieniła koryto. 

-    Nie  mam  pojęcia  -  odparł.  -  Ale  ten  most  znany  jest  na  Camino  de  Santiago  jako  Trakt Honoru. 

Pola wokół nas to scena, na której rozgrywały   się   krwawe   bitwy   między   Szwabami a Wizygotami, a 
potem  między  rycerzami  Alfonsa  III  a  Maurami.  Być  może  jest  taki długi, żeby cała krew mordowanych w 
boju mogła spływać, nie zalewając miasta. 

To już był czarny humor. Nie roześmiałem się. Nieco zbity z tropu, Petrus podjął: 
-  Jednak nie od wojsk Wizygotów i nie od triumfalnych okrzyków Alfonsa III wzięła się nazwa tego 

mostu.    Bo upamiętnia dzieje pewnej miłości i śmierci.  W pierwszych wiekach pielgrzymek do Santiago za 
pątnikami,  kapłanami,  szlachtą,  a  nawet  królami,  którzy  pragnęli  złożyć  hołd  świętemu,  ściągali  na  Szlak 
także  rozbójnicy    i    wszelkiego    autoramentu    bandyci,      zwykle  grasujący  przy  uczęszczanych  drogach. 

background image

 

 - 57 - 

Historia  opisuje  niezliczone  przypadki  rabunku  dokonywanego    na  karawanach    i    straszliwe    zbrodnie, 
których ofiarą padali samotni pielgrzymi. 

Wszystko się powtarza - pomyślałem w skry-tości ducha. 
-   Dlatego szlachetni rycerze postanowili otoczyć pielgrzymów opieką i każdy zobowiązał się strzec 

odcinka Szlaku.  Lecz jak rzeka zmienia swój  bieg,  tak zmieniają się  ideały człowieka. Żywiący wrogość do 
złoczyńców,  błędni  rycerze  toczyli  spory  o  to,  który  z  nich  jest  najsilniejszym  i  najodważniejszym  stróżem 
Szlaku.  Wkrótce  zaczęli  ze  sobą  walczyć,  a  bandyci  znów  bezkarnie  grasowali  po  drogach.  Działo  się  tak 
bardzo długo, aż do chwili, gdy w roku tysiąc czterysta  trzydziestym  czwartym  pewien  szlachcic z miasta 
Leon  rozkochał  się  w  pięknej  damie.  Nazywał  się  Suero de Ruińones, był bogaty i potężny. Użył wszelkich 
sposobów,  by  zdobyć  rękę  tej  damy,  lecz  ona  -  historia  nie  odnotowała  jej  imienia  -  nie  chciała  słuchać 
zakochanego do szaleństwa rycerza i odrzuciła jego względy. 

Chciałem  się  wreszcie  dowiedzieć,  jaki  związek  istniał  między  odtrąconą  miłością  a  walkami 

błędnych  rycerzy.  Petrus  dostrzegł  moje  zainteresowanie  i  obiecał  opowiedzieć  dalszy  ciąg  historii  pod 
warunkiem, że natychmiast zjem kanapkę, abyśmy mogli czym prędzej ruszyć w kierunku Santiago. 

-    Zachowujesz  się  jak  moja  matka,  kiedy  byłem  mały - zażartowałem.  Przełknąłem jednak resztkę 

chleba, wziąłem plecak i już po chwili szliśmy przez uśpione miasteczko. 

Petrus kontynuował opowieść: 
-  Zraniony w swej  dumie rycerz postanowił uczynić to,  co  czynią wszyscy mężczyźni,  gdy czują 

się odtrąceni: stoczyć własną wojnę. Poprzysiągł sobie, że dokona czynu tak wielkiego, by pannica na zawsze  
zapamiętała jego  imię. Przez długie miesiące poszukiwał szlachetnego ideału, któremu mógłby poświęcić swą 
odrzuconą  miłość.  Aż  pewnego  wieczoru,  słuchając  opowieści  o  zbrodniach  i  walkach  na  Camino    de 
Santiago,  wpadł  na  pewien  pomysł.    Skrzyknął  dziesięciu  przyjaciół,  osiadł  w  miasteczku,  w  którym  teraz 
jesteśmy, i rozpuścił wieść, iż gotów jest pozostać tu trzydzieści dni i skruszyć trzysta kopii, aby dowieść, że 
jemu  należy  się  sława  największego  siłacza  i  śmiałka  pośród  rycerzy  Szlaku.  Wraz  z  przyjaciółmi  rozbił 
obóz, przystroił namioty chorągwiami i herbami. Pośród giermków i sług w jego barwach oczekiwał na tego, 
kto rzuci mu wyzwanie. 

Wyobraziłem  sobie,  jak  bawili  się  tu  owi  rycerze.  Pieczone  dziki,  wino  lejące  się  strumieniami, 

muzyka, opowieści przy ognisku, turnieje. Przed oczyma stawały mi żywe obrazy, a tymczasem Petrus snuł 
historię: 

- Pojedynki na kopie zaczęły się dziesiątego lipca, po przybyciu pierwszych rycerzy. Quińo-nes i jego 

przyjaciele we dnie toczyli walki, nocą urządzali huczne zabawy. Pojedynki staczano zawsze na moście, aby 
nikt  nie  mógł  umknąć  chyłkiem.  Chętni  do  walki  nadciągali  tak  licznie,  że  pochodnie  trzeba  było  zapalać 
wzdłuż  całego  mostu.  Dzięki  temu  pojedynki  mogły  trwać  aż  do  świtu.  Każdy  pokonany  rycerz  musiał 
przysiąc,  że  nigdy  więcej  nie  zwróci  broni  przeciw  żadnemu  z  biorących  udział  w  turniejach,  lecz  pełnić 
będzie  jedyną  misję,  polegającą  na  chronieniu  pielgrzymów  na  Szlaku  Świętego  Jakuba.  W  ciągu  kilku 
tygodni  imię  Quińonesa  powtarzano  już  w  całej  Europie.  Oprócz  rycerzy  Szlaku  zmierzyć  się  z  nim 
przybywali wodzowie, żołnierze i bandyci. Wszyscy wiedzieli, że ten, kto zdoła pokonać dzielnego rycerza z 
Leon,  zyska  sławę  i  okryje  się  chwałą.  Lecz  gdy  tamci  pragnęli  tylko  sławy,  jemu  przyświecał  znacznie 
szlachetniejszy  cel:  miłość  do  kobiety.  I  dzięki  temu  ideałowi  wychodził  zwycięsko  ze  wszystkich potyczek. 
Dziewiątego  sierpnia  zakończyły  się  turnieje,  a  don  Suero  de  Quińones  został  uznany  za  najdzielniejszego  i 
najwaleczniejszego  spośród  wszystkich  rycerzy  Szlaku  Świętego  Jakuba.  Od  tej  chwili  nikt  już  nie  śmiał 
podawać  w  wątpliwość  jego  odwagi,  a  rycerze  znów  wiedli  walkę  ze  wspólnym  wrogiem  -  rozbójnikami 
grasującymi po drogach i napadającymi na pielgrzymów. Pamiątką tej epopei, w znacznie późniejszej epoce, 
pozostać miał order Świętego Jakuba od Miecza

27

Szliśmy przez miasteczko. Chciałem zawrócić, żeby jeszcze raz spojrzeć na Trakt Honoru, most, na 

którym wydarzyła się cała ta historia. Ale Petrus nalegał, byśmy ruszyli w dalszą drogę. 

-  A co się stało z don Quińonesem? - zapytałem. 
-  Udał się do Santiago de Compostela, aby złożyć w ofierze złoty łańcuch, który do dziś zdobi figurę 

świętego Jakuba Starszego. 

-  Zastanawiam   się,   czy   poślubił   w   końcu damę swego serca. 

                                                   

27

? W roku 1170 utworzono zakon rycerski św. Jakuba od Miecza, którego jedna gałąź działała w Hiszpanii, druga w 

Portugalii.  Order  przyznawany  jest  w  Portugalii  za  zasługi  dla  nauki  i  sztuki.  Taką  samą  nazwę  nosił  także  order 
przyznawany w XIX w. w Brazylii. 

background image

 

 - 58 - 

-    Och, tego nie wiem - odparł Petrus. - W tamtych czasach dziejopisarstwo było wyłączną domeną 

mężczyzn. Któż, mogąc zaprezentować tyle scen bitewnych, interesowałby się historią jednej miłości?  

Wypowiedziawszy  te  słowa,  mój  przewodnik  znów  stał  się  milczkiem  i  przez  najbliższe  dwa  dni 

wędrowaliśmy w ciszy, prawie się nie zatrzymując i odpoczywając wyłącznie nocą. 

Trzeciego  dnia  Petrus  narzucił  mi  niezwykle  powolny  rytm  marszu.  Jak  powiedział,  trochę  go 

zmęczył  wysiłek  minionego  tygodnia,  a  wiek  i  kondycja  nie  pozwalały  mu  już  na  utrzymywanie  szybkiego 
rytmu podróży. I znowu byłem przekonany, że nie mówi prawdy - jego twarz zdradzała raczej silny niepokój 
niż zmęczenie -czułem, że ma to związek z wielkiej wagi wydarzeniem, którego się spodziewa. 

Po  południu  dotarliśmy  do  Foncebadón,  osady  ogromnej,  lecz  całkowicie  zrujnowanej.  Domy 

wznoszono  tu  z  kamienia,  a  kryto  łupkiem,  który  nie  oparł  się  niszczycielskiemu  działaniu  czasu,  podobnie 
jak przegniłe dziś drewniane belki dachowe. Za osadą otwierała się przepaść, po drugiej stronie, przed nami, 
na tle wzgórza, wznosił się Żelazny Krzyż - jeden z najważniejszych punktów Szlaku Świętego Jakuba. 

Tym  razem  to  mnie  było  pilno  stanąć  przed  niezwykłym  dziełem  ludzkich  rąk  -  przed  krzyżem  z 

żelaza wznoszącym się na dwumetrowym cokole. Krzyż ustawiono tu ku czci Merkurego za czasów Cezara. 
Wierni  pogańskiej  tradycji  pielgrzymi  zwykli  byli  składać  pod  krzyżem  przyniesiony  z  daleka  kamień. 
Korzystając z tego, iż opuszczone miasteczko pełne było kamieni, podniosłem z ziemi łupek. 

Potem,  zdecydowany  przyspieszyć  kroku,  zauważyłem,  że  Petrus  porusza  się  bardzo  wolno. 

Przyglądał się ruinom domostw, myszkował pomiędzy pniami uschniętych drzew, podnosił szczątki książek, a 
w pewnej chwili postanowił usiąść na środku placu, u podnóża drewnianego krzyża. 

-  Odetchnijmy chwilkę - zaproponował. 
Było jeszcze widno i gdybyśmy nawet spędzili w osadzie godzinę, zdążylibyśmy przed zapadnięciem 

zmroku dotrzeć do Żelaznego Krzyża. 

Usiadłem  obok  mojego  przewodnika  i  przyglądałem  się  wyludnionej  osadzie.  Jak  rzeki  zmieniają 

bieg,  tak  ludzie  przenoszą  się  z  miejsca  na  miejsce.  Domy  wydawały  się  solidne,  na  pewno  długo  jeszcze 
mogły  się  opierać  kompletnej  ruinie.  Miejsce  było  urokliwe,  w  dali  rysowały się szczyty gór, na pierwszym 
planie rozpościerała się dolina. Zadałem sobie pytanie: dlaczego ludzie opuścili taki zakątek? 

-  Uważasz,  że  don  Suero  de  Quińones  był szaleńcem? - zapytał Petrus. 
Zdążyłem już zapomnieć, kim był don Suero, i przewodnik musiał mi przypomnieć Trakt Honoru. 
-  Nie sądzę, żeby był szaleńcem - odparłem. Ale powątpiewałem w słuszność mojej odpowiedzi. 
-    A  jednak  był  nim,  podobnie  jak  Alfonso,  pustelnik,  do  którego  cię  zaprowadziłem.  I  jak  ja.  Daję  

wyraz   swemu   szaleństwu  w  rysunkach. Albo jak ty, człowiek poszukujący miecza. We wnętrzu każdego 
z  nas  kryje  się  gorący,  święty  ogień  szaleństwa,  którym  żywi  się  Agape.  Aby  tak  było,  nie  trzeba  wcale 
marzyć  o  odkryciu  Ameryki  ani  nawróceniu  ptaków  wzorem  świętego  Franciszka  z  Asyżu.  Sprzedawca 
warzyw  ze  sklepiku  na  rogu  twojej  ulicy  może  nosić  w  sobie  święty  płomień  szaleństwa,  jeśli  kocha  to,  co 
robi. Agape istnieje ponad sferą pojęć i idei; jest zaraźliwa, ponieważ ludzie są jej spragnieni. 

Petrus przypomniał mi, że potrafię rozbudzić Agape dzięki ćwiczeniu Błękitnego Globu. Aby jednak 

Agape  mogła  rozkwitnąć,  muszę  uwolnić  się  od  strachu  przed  zburzeniem  spokoju  mojego  życia.  Jeżeli 
kocham to, co robię, wszystko jest w porządku, lecz jeśli nie, nigdy nie jest za późno, aby to zmienić. Godząc 
się  na  zmiany,  mogłem  stać  się  urodzajnym  skrawkiem  ziemi  i pozwolić twórczej wyobraźni, by zasiała we 
mnie ziarno. 

- Wszystko, czego cię uczyłem, także Agape, ma sens pod warunkiem, że jesteś z siebie zadowolony. 

W  przeciwnym  razie  ćwiczenia,  które  poznałeś,  stopniowo  rozbudzą  w  tobie  pragnienie  zmiany.  Aby  nie 
zwróciły  się  przeciw  tobie,  musisz  przystać  na  tę  przemianę.  To  najtrudniejsza  chwila  w  życiu  człowieka. 
Chwila,  gdy  pragnie  podjąć  Dobrą  Walkę,  lecz  czuje  się  niezdolny  do  zaakceptowania  zmiany,  która 
umożliwi mu stoczenie tej walki. Wówczas wiedza zwraca się przeciwko temu, kto ją posiadł. 

Spoglądałem  na  Foncebadón.  Może  wszyscy  ci  ludzie,  wszyscy  razem,  odczuli  potrzebę  zmiany. 

Zapytałem Petrusa, czy celowo wybrał ten pejzaż, aby mi to powiedzieć. 

-  Nie  wiem,  co  tu  się  wydarzyło  -  odparł.  -Ludzie  często  są  zmuszeni  zgodzić  się  na  zmianę 

narzuconą przez los, ja jednak nie o tym mówię. Mówię o celowym działaniu, o konkretnym pragnieniu walki 
ze  wszystkim,  co  nie  zadowala  cię  w  codziennym  życiu.  Często  stajemy  twarzą  w  twarz  z  poważnymi 
problemami. Na przykład: jak wspiąć się środkiem wodospadu na górę i nie pozwolić masom wody zepchnąć 
się  w  przepaść.  W  takiej  sytuacji  trzeba  pozwolić,  by  zadziałała  twórcza  wyobraźnia.  W  twoim  przypadku 
stawką było życie lub śmierć, nie miałeś czasu na wahanie: Agape wytyczyła ci jedną jedyną drogę. Istnieją 
jednak  problemy,  które  zmuszają  nas  do  wyboru  drogi  -  innej  niż  ta.  Są  to  sprawy  powszednie,  takie  jak 

background image

 

 - 59 - 

decyzje zawodowe, zerwanie związku, zawieranie znajomości. Każda z tych drobnych decyzji może oznaczać 
wybór  między  życiem  a  śmiercią.  Kiedy  rankiem  wychodzisz  z  domu,  żeby  udać  się  do  pracy,  wybierasz 
środek  transportu,  a  ten  albo  dowiezie cię całego i zdrowego przed wejście do biura, albo przydarzy mu się 
wypadek, który pociągnie za sobą śmierć pasażerów. W ten sposób banalna decyzja może zaważyć na całym 
ludzkim życiu. 

Rozmyślałem,  słuchając  Petrusa.  Dokonałem  wyboru,  decydując  się  wyruszyć  na  Szlak  Świętego 

Jakuba w poszukiwaniu miecza. Tak wiele dla mnie znaczył, musiałem go zdobyć. Musiałem podjąć uczciwą 
i słuszną decyzję. 

-  Jedynym sposobem podjęcia właściwej decyzji jest uświadomienie sobie, jaka decyzja byłaby zła - 

wyjaśnił Petrus, kiedy podzieliłem się z nim swoimi wątpliwościami. - Trzeba rozważyć inne możliwości, bez 
obaw i trzeźwo oceniając ich walory, a potem dokonać wyboru. 

I wtedy Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA CIENI. 
-  Twoim problemem jest miecz - powiedział, kiedy już zapoznał mnie z ćwiczeniem. 
Skinąłem głową. 
-  Wykonaj więc to ćwiczenie teraz. Ja trochę się przejdę. Wiem, że po moim powrocie będziesz już 

znał słuszne rozwiązanie. 

Pomyślałem  o  ostatnich  dniach,  o  ciągłym  pośpiechu  Petrusa  i  o  rozmowie  w  opuszczonej  osadzie. 

Można  by  powiedzieć,  że  starał  się  zyskać  na  czasie,  aby  także  podjąć  jakąś  decyzję.  Zdobyłem  się  na 
odwagę i wykonałem ćwiczenie. 

Zacząłem  od  Tchnienia  RAM,  aby  wytworzyć  harmonię  pomiędzy  mną  a  otoczeniem.  Następnie 

przez kwadrans przypatrywałem się cieniom. Cieniom chylących się ku upadkowi domostw, kamieni, drzew, 
starego  krzyża,  który  stał  za  mną.  Obserwując  je  przez  dziesięć  minut,  zrozumiałem,  jak  trudno  określić, 
która  część  rzeczy  ma  swe  odbicie.  Nigdy  dotąd  nie  zastanawiałem  się  nad  tym.  Czasami  równiutki  pień 
przeobrażał się w wężowaty kształt, a kamień o nieregularnych formach wyglądał na odbiciu jak otoczak. Nie 
miałem  kłopotów  z  koncentracją,  ponieważ  ćwiczenie  było  fascynujące.  Potem  zacząłem  analizować 
rozwiązania,  które  odpowiadały  mojemu  celowi,  czyli  odnalezieniu  miecza.  Do  głowy  przychodziły  mi 
niezliczone  pomysły:  od  „wsiądź  do  autokaru,  który  dowiezie  cię  do  Composteli"  po  „zadzwoń  do  żony  i 
uciekając się do emocjonalnego szantażu, zmuś ją do wyjawienia, gdzie ukryła miecz".                             

Kiedy wrócił Petrus, uśmiechałem się do siebie. 
-  No i co? 
-    Już  wiem,  jak  Agatha  Christie  pisała  powieści  kryminalne  -  zażartowałem.  -  Przetwarzała 

najgorszą z hipotez tak, by uczynić ją trafną. Na pewno znała ćwiczenie Cieni. 

Petrus zapytał, gdzie jest mój miecz. 
-  Najpierw przedstawię ci najogólniejszą z hipotez, jakie mi się nasunęły, gdy obserwowałem cienie: 

miecza nie ma na Camino de Santiago. 

-    Jesteś  genialny!  Odkryłeś,  że  od  początku  wędrujemy      w      poszukiwaniu      twojego      miecza. 

Sądziłem, że powiedziano ci to już w Brazylii. 

-  I jest przechowywany w bezpiecznym miejscu - ciągnąłem - do którego moja żona nie ma wstępu.  

Wnioskuję  z  tego,  że jest  to  miejsce całkowicie otwarte, ale w sposób niewidoczny. 

Tym razem. Petrus nie zareagował śmiechem. Mówiłem dalej: 
-    Ponieważ  zaś  najbardziej  absurdalne  wydaje  się,  że  mógłby  leżeć  w  miejscu  pełnym  ludzi,  musi 

znajdować  się  w  miejscu  niemal  bezludnym.  Posunąłbym  się  nawet  nieco  dalej:  aby  nieliczni,    którzy  go  
widzą,    nie    zauważyli    różnicy  między  moim  mieczem  a  typowym  mieczem  hiszpańskim,  musi  spoczywać 
gdzieś, gdzie nikt nie potrafi odróżnić tych stylów. 

-  Sądzisz, że jest gdzieś tu? 
-  Nie,   tu  go   nie   ma.   Popełniłbyś   poważny błąd, każąc mi wykonywać to ćwiczenie w miejscu, 

w  którym  ukryto  mój  miecz.  Natychmiast  odrzuciłem  tę  hipotezę. Musi się jednak znajdować w miasteczku 
podobnym do tego. W grę nie wchodzi opuszczone miasto, bo tam zwracałby uwagę pielgrzymów i turystów. 
I wkrótce byśmy go odnaleźli, ale jako ozdobę na ścianie restauracji. 

-    Świetnie  -  powiedział  i zauważyłem, że jest dumny ze  mnie,  a może z ćwiczenia,  którego mnie 

nauczył. 

-  I jeszcze jedno - podjąłem. 
-  Co takiego? 

background image

 

 - 60 - 

-    Najgorszym    schronieniem    dla  miecza  jednego  z  braci  byłoby  miejsce  świeckie.  On  musi 

spoczywać   w   miejscu   świętym.   Na   przykład w kościele, z którego nikt nie poważyłby się go ukraść. 
Podsumowując: mój miecz został ukryty w kościele w małym miasteczku nieopodal Santiago de Compostela, 
w zasięgu ludzkich oczu, lecz tam, gdzie pasując do otoczenia, nie zwraca 

na siebie uwagi. Odtąd będę zaglądał do wszystkich kościołów na Szlaku. 
-    Nie  ma  takiej  potrzeby  -  zaoponował.  -  Na  pewno  nie  przeoczysz  właściwej  chwili,  gdy  ta 

nadejdzie. 

Udało mi się. 
-    Powiedz  mi,  Petrusie, dlaczego szliśmy tak szybko i dlaczego tracimy tyle czasu w opuszczonym 

miasteczku. 

-  Jaka byłaby najgorsza z decyzji, które możesz podjąć? 

 

 

ĆWICZENIE CIENI 

 

Odpręż się. 
Przez  pięć  minut  obserwuj  pojawiające  się  wokół  cienie  rzeczy  czy  istot.  Postaraj  się  dokładnie 

określić, jaka część rzeczy lub istoty ma swe odbicie. 

Przez  kolejne  pięć  dni  kontynuuj  obserwację,  równocześnie  jednak  skoncentruj  uwagę  na 

problemie, który pragniesz rozwiązać, i rozważ wszystkie niewłaściwe decyzje, jakie mógłbyś podjąć. 

Wreszcie poświęć najbliższe pięć minut na przyglądanie się cieniom i wybierz słuszne rozwiązania, 

które ci pozostały. Odrzucaj je kolejno, aż pozostanie ci tylko jedno, najwłaściwsze. 

 
 

 

 

 
Raz jeszcze zerknąłem na cienie. Miał rację, nie znaleźliśmy się tu przypadkowo. 
Słońce  zniknęło  za  górą,  ale  jego  jaskrawe  światło  nie  ustępowało  jeszcze  zapadającemu 

zmierzchowi.  Kilka  promieni  muskało  Żelazny  Krzyż  -  ten,  który  pragnąłem  obejrzeć,  a  od  którego dzieliło 
nas zaledwie kilkaset metrów. Chciałem poznać przyczyny tego wyczekiwania. Przez ostatni tydzień szliśmy 
bardzo szybko i sądziłem, że działo się tak dlatego, że musieliśmy przybyć w to miejsce w wyznaczonym dniu 
i o wyznaczonej porze. 

Usiłowałem zagaić rozmowę, choćby po to, żeby zapełnić czas, ale wyczułem, że Petrus jest spięty i 

mocno skupiony. Często zdarzało mi się widywać go w złym humorze, nie przypominałem sobie jednak, żeby 
kiedykolwiek  przejawiał  takie  napięcie.  I  nagle  uzmysłowiłem  sobie,  że  raz  już  się  to  zdarzyło  -  wtedy  gdy 
jedliśmy śniadanie w wiosce, której nazwy zapomniałem, tuż przed spotkaniem z... 

Uniosłem  głowę.  On  tu  był.  Pies.  Napastliwy  pies,  który  najpierw  przewrócił  mnie  na  ziemię, 

tchórzliwe  psisko,  które  uciekło  pędem,  kiedy  spotkaliśmy  się  powtórnie.  Petrus  obiecał  mi  pomoc,  jeśli 
dojdzie do kolejnego starcia, więc zwróciłem się w jego stronę. Ale obok mnie nikogo już nie było. 

Utkwiłem  oczy  w  ślepia  zwierzęcia  i  pospiesznie  zastanawiałem  się,  jak  stawić  czoło  tej  sytuacji. 

Żaden z nas nawet nie drgnął. Przez myśl przesunęły mi się sceny pojedynków z westernów, rozgrywające się 
w  miastach-widmach.  Nikomu  nigdy  nie  przyszło  do głowy, żeby pokazać pojedynek między człowiekiem a 
psem - to wydawało się zbyt nieprawdopodobne. 

Miałem przed sobą Legion, bo było ich wielu. W pobliżu stał opuszczony dom. Gdybym poderwał się 

do  biegu,  mógłbym  wdrapać  się  na  dach,  a  Legion  nie  podążyłby  za  mną.  Uwięziony  w  ciele  psa,  był 
więźniem psich możliwości. 

Szybko odrzuciłem ten pomysł. Przez cały czas patrzyłem psu prosto w oczy. Na Szlaku wielokrotnie 

z obawą myślałem o tej chwili -i oto nadeszła. Przed odnalezieniem miecza musiałem stanąć twarzą w twarz z 
wrogiem  i  zwyciężyć  lub  ponieść  klęskę.  Nie  miałem  wyboru  -musiałem  się  z  nim  zmierzyć.  Gdybym teraz 
uciekł, wpadłbym w pułapkę. Być może pies już by nie powrócił, ale strach towarzyszyłby mi aż do Santiago 
de Compostela. I nawet potem całymi nocami śniłbym o psie, obawiając się, że zaraz przede mną stanie, i już 
po kres moich dni żyjąc w ciągłym lęku. 

background image

 

 - 61 - 

Gdy  snułem  te  rozmyślania,  pies  przesunął  się  w  moją  stronę.  Natychmiast  skoncentrowałem  się 

wyłącznie na walce, która miała wybuchnąć lada moment. Petrus uciekł i zostałem sam. Ogarnął mnie strach. 
I w tej samej chwili pies powoli ruszył w moją stronę, cicho powarkując. Ten głuchy pomruk brzmiał o wiele 
groźniej niż głośne ujadanie, toteż strach się nasilił. Czytając z mych oczu słabość, pies rzucił się na mnie. 

To było, jakby głaz runął na mą pierś. Upadłem na ziemię. Przez głowę przemknęła mi niejasna myśl 

-  widziałem  przecież  swoją  śmierć,  wiedziałem,  że  nie  tak  przyjdzie  mi  skończyć,  ale  strach  narastał  i  nie 
potrafiłem  nad nim zapanować. Walczyłem tylko w obronie twarzy i gardła. Silny ból sprawił, że zwinąłem 
się  w  kłębek.  Zrozumiałem,  że  psisko  wyszarpało  mi  kawał  ciała  z  łydki.  Oderwałem  ręce  od  twarzy,  żeby 
dotknąć  rany.  Pies  wykorzystał  tę  chwilę  i  już  szykował  się  do  ataku  na  moją  głowę.  I  właśnie  wtedy 
natrafiłem palcami na kamień. Chwyciłem go i uderzyłem bestię z całą siłą rozpaczy. 

Pies nieco się odsunął, raczej zaskoczony niż ranny, a mnie udało się w tym czasie poderwać z ziemi. 

Cofnął się jeszcze trochę, mnie zaś ten zakrwawiony kamień w ręce dodał odwagi. Nadmiar szacunku wobec 
wroga  okazał  się  pułapką.  Zwierzę  nie  mogło  być  silniejsze  ode  mnie.  Może  bardziej  zwinne,  ale na pewno 
nie silniejsze, bo to ja byłem cięższy i większy od niego. Teraz nie bałem się już tak bardzo, jednak utraciłem 
kontrolę  nad  sytuacją  i zacząłem potwornie krzyczeć, ściskając kamień. Zwierzę znów się cofnęło, a potem, 
nagle, zatrzymało się. 

Miałem  wrażenie,  że  czyta  w  moich  myślach.  Pełen  desperacji,  czułem  się  silny  i  tę  walkę  z  psem 

uważałem za żałosną. Niespodziewanie ogarnęło mnie przeświadczenie o własnej mocy, a nad opuszczonym 
miastem  powiał  ciepły  wiatr.  Odczułem  bezgraniczną  niechęć  do  ciągnięcia  tego  pojedynku  -  wystarczyło 
przecież  cisnąć  kamieniem  w  psi  łeb,  żeby  pokonać  to  zwierzę.  Chciałem  położyć  kres  sprawie,  obejrzeć 
skaleczoną nogę, zakończyć to absurdalne doświadczenie z mieczem i dziwaczną pielgrzymką do Composteli. 

Lecz okazało się, że to kolejna pułapka. Pies skoczył i znów przewrócił mnie na ziemię. Tym razem 

zręcznie  uniknął  uderzenia  kamieniem  i  wbił  zęby  w  moją  rękę, zmuszając mnie do wypuszczenia tej broni. 
Zacząłem  okładać go pięściami, gołą ręką, ale nie zdołałem wyrządzić mu większej krzywdy. Mogłem tylko 
unikać  kolejnych  ugryzień.  Jego  ostre  pazury  rwały  na  strzępy  ubranie,  kaleczyły  ramiona,  ja  zaś 
zrozumiałem, że to tylko kwestia czasu i że psisko zdobędzie nade mną przewagę. Nagle rozbrzmiał we mnie 
głos,  który  mówił,  że  jeśli  pies  weźmie  górę,  walka  się  zakończy  i  będę  ocalony.  Pokonany,  ale  żywy. 
Doskwierał mi ból nogi, paliła pokaleczona i podrapana skóra. Głos namawiał, żebym zaprzestał walki, a ja 
poznałem ten głos: mówił do mnie Astrain, mój Posłaniec. Pies zamarł na moment, jakby także usłyszał jego 
głos,  a  mnie  znów  ogarnęła  chęć,  by  wszystko  rzucić.  Astrain  przekonywał,  że  wielu  ludzi  nie  odnajduje  w 
tym  życiu  swego  miecza.  Jakie  znaczenie  mógł mieć ten miecz? W głębi ducha pragnąłem wrócić do domu, 
znaleźć  się  blisko  żony,  mieć  dzieci  i  wykonywać  pracę,  którą  lubię.  Dość  tych  bzdur,  dość  pojedynków  z 
psami  i  wspinaczek  po  wodospadach!  Powtarzałem  sobie  to  już  po  raz  drugi,  ale  teraz  pragnienie  było 
znacznie silniejsze i wiedziałem, że poddam się niemal natychmiast. 

Hałas  dobiegający  z  ulicy  odwrócił  uwagę  psa.  To  pasterz  prowadził  owce  z  pastwiska.  Nagle 

przypomniałem sobie, że taka scena już się zdarzyła przy ruinach starego zamku. Kiedy pies zauważył owce, 
puścił  mnie  i  potężnym  susem  rzucił  się  w  ich  kierunku.  Byłem  ocalony.  Pasterz  zaczął  krzyczeć  i  owce 
rozpierzchły się na wszystkie strony. Zanim pies zdążył się oddalić, zdobyłem się na odrobinę odwagi i chcąc 
zostawić  zwierzętom  nieco  więcej  czasu  na  ucieczkę,  chwyciłem  go  za  tylną  łapę.  Miałem  absurdalną 
nadzieję, że pasterz pospieszy mi z pomocą, i na moment odzyskałem wiarę w miecz i potęgę RAM. 

Pies  próbował  się  oswobodzić.  Przestałem  być  dla  niego  wrogiem,  byłem tylko natrętem. To, czego 

teraz pożądał, znajdowało się tam, tuż przed nim - to były owce. Ale ja wciąż trzymałem go za łapę, czekając 
na pasterza, który nie nadchodził. 

Ta sekunda ocaliła moją duszę. Wyrosła we mnie potężna siła, tym razem już nie iluzja potęgi, która 

rodzi  rezygnację  i  chęć  odwrotu.  Astra-in  znów  szeptał  mi  do  ucha:  powinienem  zawsze,  mierząc  się  ze 
światem, sięgać po taką samą broń, jaką on mnie atakuje. Aby zatem zmierzyć się z psem, powinienem także 
stać się psem. 

To  było  szaleństwo,  o  którym  Petrus opowiadał mi rano. Wyszczerzyłem zęby i głucho warknąłem, 

całą  nienawiść  zamykając  w  wydobywającym  się  z  mych  ust  dźwięku.  Kątem  oka  dostrzegłem  przerażoną 
twarz pasterza i owce, które bały się mnie tak samo jak psa. 

Legion  zrozumiał  i  wystraszył  się  nie  na  żarty.  Wtedy  przypuściłem  szturm.  Pierwszy  podczas  tej 

potyczki. Zaatakowałem go zębami i pazurami, próbowałem kąsać jego gardziel, chwycić za kark - zrobić to, 
czego sam się obawiałem, kiedy to on atakował. Ogarnęła mnie nieodparta wola zwycięstwa. Nic innego nie 
miało znaczenia. Rzuciłem się na zwierzę i powaliłem je na ziemię. Pies walczył, próbował się uwolnić, jego 

background image

 

 - 62 - 

pazury wbijały się w moją skórę, ale i ja gryzłem i drapałem. Gdyby mi się wyrwał, znów by uciekł, a ja nie 
chciałem dopuścić, by czyhał gdzieś na kolejną okazję. Musiałem pokonać prześladowcę tu i teraz - i pozbyć 
się go na zawsze. 

Zwierzę  patrzyło  na  mnie,  zdezorientowane.  Teraz  ja  byłem  psem,  on,  jak  się  wydawało,  stał  się 

człowiekiem.  Mój  dawny  strach zawładnął nim tak dalece, że choć pies zdołał mi się wyrwać, to jednak dał 
się  zamknąć  w  opustoszałej  zagrodzie.  Za niskim kamiennym murem była już tylko przepaść - żadnej drogi 
ucieczki. Pies przeobraził się w człowieka, który teraz ujrzeć miał oblicze swej śmierci. 

Nagle  zrozumiałem,  że  wydarzyło  się  coś  dziwnego.  Byłem  zbyt  silny.  Myśli  zaczęły  mi  się  mącić, 

widziałem  twarz  Cygana,  a  wokół  niej  jakieś  niewyraźne  obrazy.  Stałem  się  Legionem.  W  tym  tkwiła 
tajemnica  mojej  mocy.  Demony  opuściły  to  nieszczęsne,  wystraszone  psisko,  które  już  za  chwilę  mogło 
zginąć na dnie przepaści, i teraz żyły we mnie. Poczułem straszliwą chęć rozerwania na strzępy bezbronnego 
stworzenia. 

„Jesteś  Księciem,  a  oni  to  Legion"  -  szepnął  Astrain.  Lecz  ja  nie  chciałem  być  Księciem;  gdzieś  w 

dali  rozbrzmiewał  także  głos  mojego  Mistrza,  który  powtarzał  z  naciskiem,  że  powinienem  odnaleźć miecz. 
Nie wolno mi było zabić tego psa. 

To,  co  wyczytałem  z  oczu  pasterza,  potwierdziło  moje  przypuszczenia.  Teraz  bardziej  bał  się  mnie 

niż psa. Zakręciło mi się w głowie, świat wokół mnie zawirował. Nie mogłem zemdleć, to oznaczałoby triumf 
Legionu.  Musiałem  znaleźć  jakieś  rozwiązanie.  Nie  walczyłem  już  ze  zwierzęciem,  zmagałem  się  z  mocą, 
która  mnie  opętała.  Czułem,  że  nogi  się  pode  mną  uginają,  przytrzymałem  się  ściany,  ale  zawaliła  się  pod 
moim ciężarem. Upadłem twarzą na ziemię pomiędzy drewniane belki i kamienie. 

Ziemia.  Legion  był  ziemią,  owocem  ziemi.  Owocami  -  dobrymi  i  złymi  -  ale  owocami  ziemi.  Ona 

była  jego  domem,  rządzonym  albo  zarządzanym  przez  świat.  Gwałtowny  przypływ  Agape  sprawił,  że  ze 
wszystkich  sił  wczepiłem  się  palcami  w  ziemię.  Wydałem  przeraźliwy  okrzyk,  podobny  do  tego,  który 
usłyszałem  podczas  pierwszego  spotkania  z  psem.  Poczułem,  że  Legion  przenika  moje  ciało,  umykając  ku 
ziemi, ponieważ we mnie była Agape: Legion nie chciał być pochłonięty przez Agape, która trawi. Taka była 
moja wola, wola, która kazała mi oprzeć się omdleniu, wola Agape tkwiącej w mej duszy, Agape trwalszej od 
innych uczuć. Zadrżałem całym ciałem. 

Wymiotowałem,  czułem  jednak,  że  to  narastająca  Agape  wychodzi  wszystkimi  porami  mego  ciała. 

Wciąż  drżałem  i  było  tak  aż  do  chwili,  gdy,  znacznie  później,  zrozumiałem,  że  Legion  powrócił  do  swego 
królestwa. 

Usiadłem  na  ziemi,  okaleczony  i  wyczerpany,  i  wtedy  przed  oczyma  stanęła  mi  absurdalna  wizja: 

ujrzałem ociekającego krwią, merdającego ogonem psa i przerażonego pasterza, który mi się przypatrywał. 

-    Musiał  pan  zjeść  jakieś paskudztwo - powiedział pasterz, najwyraźniej  nie chcąc uwierzyć w to, 

co widział. - Teraz, kiedy udało się panu zwymiotować, poczuje się pan lepiej. 

Pokiwałem  głową.  Podziękował,  że  powstrzymałem  „swojego"  psa,  i  odszedł  wraz  ze  stadkiem 

owiec. 

Petrus zbliżył się do mnie w milczeniu. Oderwał kawałek koszuli i owinął tkaniną moją nogę. Mocno 

krwawiła.  Poprosił,  żebym  poruszył  rękami  i  nogami,  a  potem  tułowiem,  i  orzekł,  że  nie  doznałem 
poważniejszych obrażeń. 

-    Strach  na  ciebie  patrzeć  -  stwierdził,  uśmiechając  się.  Był,  co  ostatnio  rzadko  się  zdarzało,  w 

dobrym nastroju. - W tej sytuacji oglądanie Żelaznego Krzyża z bliska nie wchodzi w grę. Na pewno jest tam 
sporo turystów, wystraszyłbyś ich. 

Przemilczałem  jego  uwagę.  Podniosłem  się,  otrzepałem  brud  z  ubrania  i  stwierdziłem,  że  mogę 

chodzić.  Petrus  poradził  mi  wykonać  ćwiczenie  Tchnienia  RAM  i  przyniósł  mój  plecak.  Ćwiczenie 
przywróciło mi harmonię ze światem. W pół godziny później stałem już przy Żelaznym Krzyżu. 

Pewnego dnia Foncebadón odrodzi się z ruin. Legion tchnął w to miejsce ogromną moc. 

 

Rozkaz i posłuszeństwo 

 

background image

 

 - 63 - 

Do  stóp  Żelaznego  Krzyża  dotarłem  podtrzymywany  przez  Petrusa,  ponieważ  okazało  się,  że  rana 

nogi  uniemożliwia  mi  samodzielne  chodzenie.  Kiedy  mój  przewodnik  zrozumiał,  jak  poważne  są  skutki 
pogryzienia, zdecydował, że przerwiemy pielgrzymkę i podejmiemy ją dopiero, gdy wykuruję się na tyle, by 
iść  dalej.  W  położonej  nieopodal  osadzie  zawsze  można  było  znaleźć  miejsce  dla  pielgrzymów,  których 
zaskoczyła tu noc. Petrus wynajął dwa pokoje u kowala i zaraz się tam udaliśmy. 

Mój  pokoik  miał  niewielki  balkon,  co  kiedyś  stanowiło  rewolucję  architektoniczną,  która  została 

zapoczątkowana  w  tym  miasteczku  i  w  VIII  wieku  rozpowszechniła  się  na  całą  Hiszpanię.  W  dali 
dostrzegłem  wzgórza,  które  prędzej  czy  później  miałem  pokonać,  aby  dotrzeć  do  Santiago.  Zwinąłem  się  w 
kłębek na łóżku i spałem tak aż do rana. Obudziłem się trochę rozpalony, poza tym jednak w całkiem niezłej 
formie. 

Petrus poszedł po wodę do studni zwanej przez miejscowych studnią bez dna i przemył moje rany. Po 

południu  przyprowadził  staruszkę,  która  mieszkała  w  okolicy.  Obłożyli  okaleczenia  rozmaitymi  ziołami,  a 
kobieta  zmusiła  mnie  do  wypicia  gorzkiego  naparu.  Codziennie,  dopóki  rany  całkowicie  się  nie  zasklepiły, 
Petrus kazał mi je wylizywać. Zawsze wtedy czułem metaliczny, słodkawy smak krwi, co przyprawiało mnie 
o mdłości, ale mój przewodnik twierdził, że ślina to   doskonały   antyseptyk   i   że   w   ten   sposób zdołam 
zapobiec infekcji. 

Drugiego    dnia  znów  gorączkowałem.      Petrus  i  staruszka  i  tym  razem  wmusili  we  mnie  napar, 

nacierali        rany      jakimiś        ziołowymi        maściami.  Mimo  to  gorączka,  chociaż  niezbyt  wysoka,  nie 
ustępowała. Wtedy mój przewodnik poszedł do pobliskiej bazy wojskowej po bandaże, bo w całej osadzie nie 
udało się zdobyć ani gazy, ani plastrów do opatrzenia ran. 

Wrócił po kilku godzinach z bandażami i z młodym lekarzem wojskowym, a ten koniecznie chciał się 

dowiedzieć, gdzie jest zwierzę, które mnie pokąsało. 

-    Wygląd  ran  wskazuje,  że  zwierzę  jest  chore  na    wściekliznę    -    stwierdził,      patrząc    na    mnie  z 

troską. 

-    Ależ  skąd!  -  zaprzeczyłem.  -  To  była  zabawa,  która  wymknęła  się  spod  kontroli.  Znam  to 

stworzenie od bardzo dawna. 

Nie zdołałem przekonać lekarza. Zdecydował podać mi szczepionkę przeciw wściekliźnie i musiałem 

się  zgodzić  na  przyjęcie  pierwszej  dawki,  zagrożony  przewiezieniem  do  szpitala  w  bazie  wojskowej.  Potem 
znów zaczął wypytywać, gdzie jest zwierzę, które mnie pogryzło. 

-  W Foncebadón - odparłem. 
-    Foncebadón  to  ruiny  miasta.  Nie  ma  tam  psów  -  stwierdził  z  miną  człowieka,  który  przyłapał 

rozmówcę na kłamstwie. 

Zacząłem pojękiwać, udając zbolałego, a Petrus wyprowadził lekarza z pokoju. Medyk zostawił nam 

wszystko, czego potrzebowaliśmy - czyste bandaże, plaster i maść wspomagającą gojenie ran. 

Petrus  i  staruszka  nie  zastosowali  tej  maści.  Zabandażowali  rany,  kładąc  na  nie  gazę  nasączoną 

ziołami. Bardzo mnie to cieszyło, ponieważ teraz nie musiałem przynajmniej wylizywać własnego ciała. Nocą 
oboje  uklękli  przy  moim  łóżku  i  trzymając  ręce  wyciągnięte  nad  moim  ciałem,  zaczęli  się  głośno  modlić. 
Pytania  o  tę  modlitwę  Petrus  skwitował  niejasną  aluzją  do  charyzmatów  i  pielgrzymiego  szlaku  do  Rzymu. 
Próbowałem drążyć problem, ale mój przewodnik milczał. 

Po dwóch dniach byłem już zdrowy. Z okna zauważyłem żołnierzy, którzy prowadzili poszukiwania 

w osadzie i okolicznych dolinach. Zapytałem jednego z nich, czego lub kogo szukają. 

-  Gdzieś po okolicy błąka się wściekły pies -wyjaśnił. 
Tego  samego  dnia  po  południu  zapukał  do  mnie  kowal,  który  wynajmował  nam  pokoje,  i  poprosił, 

żebym  opuścił  miasto,  kiedy  tylko  będę  zdolny  do  dalszej  wędrówki.  Wieść  obiegła  całą  osadę;  ludzie 
obawiali  się,  że  zachoruję  na  wściekliznę  i  stanę się źródłem zarazy. Petrus i staruszka usiłowali przekonać 
gospodarza,  on  jednak  był  niezłomny.  Uciekł  się  nawet  do  stwierdzenia,  że  kiedy  spałem,  widział  pianę  w 
kąciku moich ust. 

Nie  trafiały  do  niego  żadne  argumenty,  nie  chciał  uwierzyć,  że  we  śnie  każdemu  z  nas  może  się  to 

zdarzyć.  Tej  nocy  staruszka  i  mój  przewodnik  długo  się  modlili,  trzymając  nade  mną  wyciągnięte  ręce.  A 
przed południem, z lekka utykając, znów ruszyłem na Szlak Świętego Jakuba. 

Zapytałem Petrusa, czy nie niepokoi go stan mojego zdrowia. 
-    Na  Camino  de  Santiago  obowiązuje  zasada,  o  której  nigdy  ci  nie  wspominałem  -  odparł.  -Głosi 

ona:  Tego,  kto  podjął  pielgrzymkę  do  Santiago,  z  jej  zaniechania  usprawiedliwia  tylko  jedno  -  choroba. 

background image

 

 - 64 - 

Gdyby twój organizm nie radził sobie z ranami, gdybyś wciąż gorączkował, byłby to dla mnie znak, że czas 
przerwać wędrówkę. Ale - dorzucił z dumą - twoje modlitwy zostały wysłuchane. 

A mnie ogarnęła pewność, że ten zapał jest równie ważny dla niego, jak i dla mnie. 
Na  tym  odcinku  droga  biegła  cały  czas  w  dół,  a  Petrus  uprzedził  mnie,  że  będzie  tak  jeszcze  przez 

dwa  dni.  Wróciliśmy  do  poprzedniego  rytmu  wędrówki,  przerywanej  poobiednią  sjestą  w  porze,  gdy  słońce 
grzało  najmocniej.  Ze  względu  na  opatrunki,  których  mi  jeszcze  nie  zdjęto,  Petrus  niósł  mój  plecak. 
Właściwie już nam się nie spieszyło - zdążyłem na tamto spotkanie. 

Stan mego zdrowia poprawiał się z godziny na godzinę i nawet byłem z siebie dumny: wspiąłem się 

po  ścianie  wodospadu  i  pokonałem  demona  Szlaku.  Teraz  mogłem  się  skupić  na  najważniejszym  zadaniu  - 
odnalezieniu miecza. Podzieliłem się refleksjami z Petrusem. 

-  To było piękne zwycięstwo, ale przeoczyłeś najistotniejszy problem. 
Jego słowa zmroziły mnie. 
-  Co masz na myśli? 
-  Wyczucie  dokładnego  czasu  pojedynku.  Musiałem  narzucić  nam  ostrzejsze  tempo,  iść  forsownym 

marszem,  ale  ty  skupiałeś  się  wyłącznie  na  jednym  -  na  poszukiwaniu  miecza.  Po  co  jednak  miecz 
człowiekowi, który nie wie, gdzie może natknąć się na wroga? 

-  Miecz to moje narzędzie mocy - odparłem. 
-  Za bardzo wierzysz w swą moc. Wodospad, Praktyki   RAM,    rozmowy   z   Posłańcem   -   to 

wszystko    sprawiło,    że    zapomniałeś,    iż    musisz  jeszcze  pokonać  wroga.  A  przecież  miałeś  go  spotkać. 
Zanim  ręka  poruszy  mieczem,  musi  odnaleźć  wroga  i  wiedzieć,  jak  z  nim  walczyć.  Miecz  służy  tylko  do 
zadania  ciosu.  Tymczasem  ręka  jest  zwycięska  lub  pokonana  na  długo  przed  zadaniem  ciosu.  Zdołałeś  bez 
miecza odnieść zwycięstwo   nad   Legionem.   W   tym   poszukiwaniu tkwi pewien sekret, którego jeszcze 
nie odkryłeś, a nie znając go, nigdy nie zdołasz odnaleźć tego, czego szukasz. 

Milczałem.  Za  każdym  razem,  kiedy  byłem  już  pewien,  że  zbliżam  się  do  celu,  Petrus  z  uporem 

powtarzał,  że  jestem  zwykłym  pielgrzymem  i  że  stale  jeszcze  brakuje  mi  czegoś,  co  jest  konieczne,  by 
osiągnąć cel. Szczęście, którego doświadczyłem na parę minut przed tą rozmową, znik-nęło bez śladu. 

Po  raz  kolejny  znalazłem  się  na  początku  Ca-mino  de  Santiago  i  ogarnęło  mnie  zniechęcenie.  Tą 

drogą,  po  której  stąpały  moje  nogi,  od  dwunastu  wieków  wędrowały  miliony  ludzi,  którzy  zmierzali  do 
Composteli  lub  z  niej  wracali.  W  ich  sytuacji  dotarcie  do  celu  było  jednak  tylko  kwestią  czasu.  W  moim 
przypadku  pułapki  Tradycji  raz  po  raz  stawiały  na  mej  drodze  przeszkody,  które  musiałem  pokonywać,  i 
coraz to nowe zadania, z których musiałem się wywiązać. 

Powiedziałem Petrusowi, że czuję się zmęczony, i usiedliśmy w cieniu na zboczu. Wysokie drewniane 

krzyże ciągnęły się wzdłuż drogi. Petrus położył plecaki na ziemi. 

-  Wróg  jest   zawsze   odzwierciedleniem   naszych słabostek - podjął. - Może to być strach przed 

bólem fizycznym albo przedwczesna wiara w zwycięstwo, albo chęć wycofania się z walki pod pozorem, że 
triumf nie jest godzien wysiłku. Nasz wróg podejmuje walkę tylko dlatego, że wie, iż może nas ugodzić.  I to 
dokładnie w punkt, który w swej  pysze uważamy za najsilniejszy. Podczas   walki   staramy   się   zawsze   
osłaniać  naszą  słabą  stronę,  wróg  zaś  uderza  w  miejsca  źle  chronione  -  te,  których  jesteśmy  najpewniejsi. I 
ostatecznie  ponosimy  klęskę,  ponieważ  stało  się  to,  do  czego  nie  powinno  było  dojść:  pozostawiliśmy 
wrogowi wybór sposobu walki. 

Wszystko,  o  czym  mówił  Petrus,  wydarzyło  się  podczas  mojej  szamotaniny  z  psem.  Równocześnie 

odrzucałem myśl, że mam nieprzyjaciół i że muszę z nimi walczyć. Kiedy Petrus wspominał o Dobrej Walce, 
zawsze byłem przekonany, że chodzi wyłącznie o walkę w imię życia. 

-    Masz  rację,  lecz  Dobra  Walka  to  znacznie  więcej  -  powiedział,  kiedy  podzieliłem  się  z  nim 

wątpliwościami.  - Nie jest grzechem toczyć wojnę.  Toczenie wojny to  akt miłości.  Wróg daje nam okazję 
do rozwoju i spełnienia się, tak jak pies dał ją tobie. 

-    A  ja  odnoszę  wrażenie,  że  nigdy  nie  jesteś  zadowolony.  Zawsze  jeszcze  czegoś  brakuje.  Teraz 

powiedz mi o tajemnicy mojego miecza. 

A  Petrus  odparł,  że  to  powinienem  był  wiedzieć,  zanim  wyruszyłem  w  tę  podróż.  I  dalej  mówił  o 

wrogu. 

-  Wróg jest cząstką Agape. Pojawia się, żeby sprawdzić naszą rękę, naszą wolę i przekonać się, jaki 

użytek zrobimy z miecza. Został nam dany nie bez celu, a my nie bez celu zostaliśmy przypisani jemu. Toteż 
ucieczka przed walką jest czymś najgorszym, co może się nam przytrafić. Jest o wiele gorsza od przegranej, 

background image

 

 - 65 - 

ponieważ  klęska  zawsze  może  stać  się  dla  nas  źródłem  doświadczenia  i  nauką,  a  ucieczka  daje  nam  tylko 
jedną możliwość: głosić zwycięstwo naszego wroga. 

Zaskoczyło  mnie,  że  Petrus,  właśnie  on,  głęboko  przywiązany  do  Jezusa,  tak  mówi  o  przemocy  i 

walce, i natychmiast podzieliłem się z nim tą refleksją. 

-    Weź  pod  uwagę,  jak  nieodzowny  był  Jezusowi  Judasz  -  odparł.  -  Chrystus  musiał  znaleźć  sobie 

wroga, w przeciwnym razie nie doszłoby do gloryfikacji jego ziemskiej walki. 

Drewniane krzyże przy drodze przypominały, jak rodziła się ta chwała. Z krwi, zdrady i porzucenia. 

Podniosłem się i powiedziałem, że jestem gotów kontynuować podróż. 

Już idąc, zapytałem, jaki jest ów najsilniejszy punkt mogący zapewnić człowiekowi oparcie w walce i 

zwycięstwo nad wrogiem. 

-  Jego  teraźniejszość.  Najlepszym  oparciem  jest  dla  człowieka  to,  co  właśnie  robi,  w  tym  bowiem 

skupia  się  Agape,  entuzjastyczne  pragnienie  triumfu  i  siła  sprawcza  dalszych  działań.  Chciałbym,  żebyś  to 
dokładnie  zrozumiał:  nieprzyjaciel  rzadko  uosabia  Zło.  Lecz  zawsze  jest  w  pobliżu,  ponieważ  miecz,  który 
niczemu nie służy, tylko spoczywa w pochwie, w końcu pokrywa się rdzą. 

Przypomniałem sobie, że kiedyś, podczas budowy naszego wiejskiego domu, żona nagle postanowiła 

zmienić  wygląd  jednego  z  pomieszczeń.  Mnie  przypadło  niemiłe  zadanie  poinformowania  o  tej  zmianie 
wykonawcy. Był to mężczyzna około sześćdziesiątki. Powiedziałem mu, czego chce żona. Popatrzył na plany, 
zastanawiał  się  dłuższą  chwilę  i  zaproponował  znacznie  ciekawsze  rozwiązanie,  pozwalające  wykorzystać 
ścianę, którą częściowo już wzniesiono. Żona uznała jego pomysł za wspaniały. 

Być  może  to  właśnie  pragnął  wyrazić  Petrus,  używając  tak  skomplikowanych  słów:  aby  pokonać 

wroga, wykorzystuj siłę tego, co właśnie robisz. 

Opowiedziałem mu o budowniczym naszego domu. 
-  Życie  zawsze  uczy  nas  więcej  niż  niezwykły  Szlak  Świętego  Jakuba  -  stwierdził.  -  My  jednak nie 

pokładamy wielkiej wiary w naukach życia. 

Krzyże  co  trzydzieści  metrów  wytyczały  Cami-no  de  Santiago.  Zapewne  wzniósł  je  któryś  z 

pielgrzymów, człowiek obdarzony nadludzką siłą, pozwalającą dźwignąć ciężkie, mocne drewno. Zapytałem 
Petrusa, co mają oznaczać. 

-  To stare i już niestosowane narzędzie tortur. 
-  Zastanawiam się jednak, co tu robią. 
-  Pewnie ktoś złożył ślubowanie. Skąd zresztą miałbym wiedzieć? 
Zatrzymaliśmy się przy jednym z tych krzyży, który w odróżnieniu od pozostałych leżał na ziemi. 
-  Może drewno przegniło - zastanawiałem się. 
-  Zrobiono go z takiego samego drewna jak wszystkie inne. I żaden z tamtych nie przegnił. 
-  Może  po   prostu  nie  został  wystarczająco mocno wbity w ziemię. 
Petrus  rozejrzał  się  wokół.  Rzucił  plecak  na  ziemię  i  usiadł.  Odpoczywaliśmy  zaledwie  kilka  minut 

temu, nie rozumiałem więc jego postępowania. Instynktownie szukałem wzrokiem psa. 

-  Psa już pokonałeś - powiedział, jakby czytając w moich myślach. - Nie bój  się duchów zmarłych. 
-  Dlaczego w takim razie przerwałeś wędrówkę? 
Petrus  gestem  nakazał  mi  zamilknąć  i  przez  kilka  minut  w  ogóle  się  nie  odzywał.  Poczułem,  jak 

ożywa  we  mnie  strach  przed  psem,  i  postanowiłem  się  podnieść,  by  stojąc,  poczekać,  aż  mój  przewodnik 
przemówi. 

-  Co słyszysz? - zapytał po chwili. 
-  Nic. Ciszę. 
-  Gdybyśmy byli tak mądrzy, by wsłuchać się w ciszę! Lecz wciąż jesteśmy ludźmi i nie potrafimy 

nawet  słuchać  własnych  rozmów.  Nigdy  nie  zapytałeś,  jak  odgadłem  przybycie  Legionu,  ale  teraz  ci  to 
powiem:  dzięki  słuchowi.  Te  odgłosy  pojawiły  się  wiele  dni  wcześniej,  kiedy  jeszcze  byliśmy  w  Astordze. 
Wtedy właśnie narzuciłem szybkie    tempo    marszu,    ponieważ    wszystko wskazywało, że nasze drogi 
skrzyżują  się  w  Fon-cebadón.  Ty  również  słyszałeś  te  dźwięki,  lecz  nie  wsłuchałeś  się  w  nie.  Wszystko 
zapisane jest w dźwiękach. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość człowieka. Człowiek, który nie potrafi ich 
słuchać,  nie  usłyszy  też  wskazówek,  których  życie  udziela  nam  na  każdym  kroku.  Tylko  ten,  kto  słucha 
szmeru teraźniejszości, może podjąć trafną decyzję. 

Petrus  poprosił,  żebym  usiadł  i  zapomniał  o  psie.  Potem  opowiedział  mi  o  jednej  z najłatwiejszych, 

ale zarazem najważniejszych Praktyk RAM na Camino de Santiago. 

I nauczył mnie ĆWICZENIA SŁUCHU. - Wykonaj je niezwłocznie. 

background image

 

 - 66 - 

Skoncentrowałem się na ćwiczeniu. Wsłuchałem się w wiatr, w dobiegający z oddali kobiecy głos i w 

pewnej chwili usłyszałem trzask łamiącej się gałęzi. Ćwiczenie nie było trudne i zafascynowała mnie właśnie 
jego prostota. Przytknąłem ucho do ziemi i słuchałem jej głuchego pomruku. Stopniowo zacząłem rozróżniać 
dźwięki:  szmer  zamarłych  w  bezruchu  liści,  brzmiący  gdzieś  w  dali  głos,  łopot  ptasich  skrzydeł.  Gdzieś 
pomrukiwało  jakieś  zwierzę,  ale  nie  potrafiłem  odgadnąć  jakie.  Piętnaście  minut  poświęconych  temu 
ćwiczeniu upłynęło bardzo szybko. 

-    Z  czasem przekonasz się, że to ćwiczenie pomaga w podejmowaniu trafnych decyzji - powiedział 

Petrus, nie pytając, czego słuchałem. -Agape wyraża się przez Błękitny Glob, ale także poprzez wzrok, dotyk, 
zapach, serce i słuch. Wystarczy tydzień, aby nauczyć się słuchania głosów. Początkowo nieśmiałe, wkrótce 
zaczną mówić o coraz istotniejszych sprawach. Strzeż się tylko poczynań   swego   Posłańca,   który  będzie 
próbował  wprowadzić  cię  w  błąd.    Ale  przecież  znasz  jego  głos,  więc  nie  będzie  stanowił  dla  ciebie 
zagrożenia. 

Petrus  zasypał  mnie  pytaniami,  chcąc  się  dowiedzieć,  czy  usłyszałem  radosne  wołanie  wroga, 

wabiący głos kobiety czy może sekret mojego miecza. 

-  Słyszałem tylko dobiegający z oddali głos kobiety - odparłem. - Ale to była wieśniaczka wołająca 

dziecko. 

-  W takim razie zwróć oczy na ten powalony krzyż i podnieś go siłą myśli. 
Zapytałem, co to za ćwiczenie. 
-  Ćwiczenie wiary twej myśli. 
Usiadłem  na  ziemi  w  pozycji  jogi.  Wiedziałem,  że  po  tym,  czego  dotąd  dokonałem  -  psie, 

wodospadzie  -  podołam  także  temu  zadaniu.  Wbiłem  wzrok  w  krzyż.  Wyobraziłem  sobie,  jak  wychodzę  z 
własnego ciała, chwytam jego ramiona i unoszę je mocą ciała astralnego. Na drodze Tradycji dokonałem już 
kilku  takich  drobnych  „cudów".  Potrafiłem  kruszyć  szkło,  rozbijać  porcelanowe  figurki  i  przesuwać 
przedmioty  leżące  na  stole.  Były  to  łatwe  działania,  których  nie  należało  uważać  za  przejaw  mocy.  Jednak 
właśnie one pomagały skutecznie przekonać „bezbożników". Nigdy dotąd nie miałem do czynienia z rzeczą o 
wadze i wielkości tego krzyża, ale skoro Petrus tak kazał, musiało mi się powieść. 

Przez pół godziny podejmowałem najrozmaitsze próby. Uciekałem się do metody gwiezdnej podróży i 

sugestii.  Przypominałem  sobie,  w  jaki  sposób  Mistrz  panował  nad  siłą  grawitacji,  i  starałem  się  odtworzyć 
słowa, które zawsze wtedy wypowiadał. Nic się nie wydarzyło. Byłem skoncentrowany, lecz krzyż nawet nie 
drgnął.  Przywołałem  Astraina,  który  pojawił  się  między  dwoma  słupami  ognia.  Kiedy  jednak  powiedziałem 
mu o krzyżu, odparł, że pała nienawiścią do tego przedmiotu. 

background image

 

 - 67 - 

 

 
 

ĆWICZENIE SŁUCHU 

Odpręż się. Zamknij oczy. 
Spróbuj na kilka minut skoncentrować się na dźwiękach, które rozbrzmiewają wokół ciebie, jakbyś 

słuchał orkiestry, gdy grają wszystkie jej instrumenty.            

Stopniowo  wygaszaj  dźwięk  po  dźwięku.  Skup  uwagę  na  każdym  z  nich  kolejno  jak  na  grającym 

solową partię instrumencie. W tym samym czasie ignoruj pozostałe. 

Dzięki codziennemu wykonywaniu tego ćwiczenia zaczniesz słyszeć głosy. Początkowo pomyślisz, że 

to wytwory twojej wyobraźni, z czasem jednak odkryjesz, że to głosy osób z przeszłości, teraźniejszości lub 
przyszłości, zapisane w pamięci czasu. 

To ćwiczenie może wykonywać tylko ten, kto poznał już głos swego Posłańca. 
Minimalny czas trwania ćwiczenia: dziesięć minut. 

 

 
 
W końcu Petrus chwycił mnie za ramiona i, potrząsając, wyprowadził z transu. 
-  Już dość, to staje się nieprzyjemne. Skoro nie  możesz sobie  poradzić,  wykorzystując  siłę myśli, 

podźwignij go rękami. 

-  Rękami? 
-  Usłuchaj! 
Drgnąłem. Stojący przede mną mężczyzna nieoczekiwanie stał się twardy i surowy, tak odmienny od 

przyjaciela, który troskliwie opatrywał moje rany. Nie wiedziałem, co powiedzieć ani co robić! 

-  Usłuchaj! - powtórzył. - To rozkaz! 
Po  walce  z  psem  wciąż  jeszcze  miałem  zabandażowane  dłonie  i  ramiona.  Nie  wierzyłem  własnym 

uszom.  Bez  słowa  pokazałem  Petrusowi  opatrunki.  Lecz  on  nadal  patrzył  na  mnie  lodowatym, 
niewzruszonym wzrokiem. Oczekiwał, że go usłucham. Przewodnik i przyjaciel, który towarzyszył mi przez 
całą pielgrzymkę, ucząc Praktyk RAM i snując piękne opowieści o Cami-no de Santiago, zniknął bez śladu. 
Jego miejsce zajął mężczyzna, który widział we mnie zwykłego niewolnika i wydawał idiotyczny rozkaz. 

-  Na co czekasz? - ponaglał. 
Przypomniałem sobie sytuację przy wodospadzie. I przypomniałem sobie, że tamtego dnia zwątpiłem 

w Petrusa, on zaś okazał się wobec mnie szlachetny. Dowiódł swej miłości, nie dopuścił, żebym zrezygnował 
z  poszukiwania  miecza.  Nie  mogłem  zrozumieć,  dlaczego  człowiek  tak  szlachetny  nagle  stał  się  brutalny, 
dlaczego uosabiał teraz wszystko, co cała ludzkość stara się przezwyciężyć - prześladowanie bliźniego. 

-  Petrusie... 
-  Usłuchaj.   Albo   zakończy   się   twoja   pielgrzymka do Composteli! 
Strach powrócił. Bałem się Petrusa bardziej niż wodospadu, bardziej niż tego psiska, które tak długo 

mnie przerażało. Rozpaczliwie błagałem naturę, aby dała znak, który pomoże mi dostrzec jakieś uzasadnienie 
tego  bezsensownego  rozkazu.  Ale  wokół  panował  niezmącony  spokój.  Musiałem  usłuchać  Petrusa  albo  na 
zawsze wyrzec się miecza. Jeszcze raz uniosłem zabandażowane ręce, on jednak usiadł na ziemi i czekał, aż 
wypełnię rozkaz. 

Wtedy postanowiłem go usłuchać. 
Podszedłem  do  krzyża  i  spróbowałem  pchnąć  go  nogą,  żeby  oszacować  jego  ciężar. Ledwie drgnął. 

Nawet  gdybym  miał  zdrowe  ręce,  tylko  z  najwyższym  trudem  mógłbym  unieść  tego  drewnianego  kolosa,  a 
wiedziałem,  że  moje  poranione  dłonie  nie  podołają  temu  ciężarowi.  A  jednak  zdecydowałem  się  usłuchać 
Petrusa.  Jeśli  będzie  trzeba,  skonam  przy  krzyżu,  poleje  się  ze  mnie  krwawy  pot  niczym  z  Jezusa,  kiedy 
przyszło  mu  dźwigać  tak  wielki  ciężar,  ale  Petrus  pozna  mą  godność  i  dumę.  Może  to  skruszy  jego  serce  i 
każe zwolnić mnie z tej próby. 

Krzyż  był  złamany  u  podstawy,  lecz  trzymał  się  jej  kilkoma  skrawkami  drewna.  Nie  miałem  noża, 

aby je przeciąć. Przezwyciężywszy ból, chwyciłem go i usiłowałem oderwać od podstawy, nie trudząc dłoni. 
Poranione ciało ramion zetknęło się z drewnem. Wrzasnąłem z bólu. Spojrzałem na Petrusa, który obojętnie 
obserwował  moje  zmagania.  Postanowiłem,  że  odtąd  będę  dławił  każdy  jęk  w  zarodku,  każąc  mu  skonać, 
zanim wyrwie się z piersi. 

background image

 

 - 68 - 

Stwierdziłem, że w tej chwili najtrudniejszym zadaniem jest nie podniesienie krzyża, ale oderwanie go 

od podstawy. Potem trzeba będzie wykopać w ziemi dół i osadzić w nim drzewce. Wybrałem ostry kamień i 
pokonując cierpienie, zacząłem piłować włókna drewna. 

Ból  nasilał  się  z  każdą  chwilą,  włókna  przecierały  się,  ale  bardzo  wolno  i  opornie.  A  ja  musiałem 

skończyć  pracę  jak  najszybciej,  zanim  otworzą  się  świeże  jeszcze  rany,  a  cierpienie  stanie  się  nieznośne. 
Postanowiłem  jednak  pracować  nieco  wolniej,  aby  skończyć,  zanim  ból  mnie  pokona.  Zdjąłem  koszulę, 
owinąłem  nią  rękę  i  znów  zacząłem  przecinać  włókna,  teraz  lepiej  chroniąc  okaleczenia.  Pomysł  okazał  się 
dobry:  pierwsze  włókno  pękło,  po  nim  drugie.  Zebrałem  więcej  ostrych  kamieni  i  co  pewien  czas  je 
wymieniałem, aby łagodzić doznanie bólu w rozgrzanej ręce. Udało mi się przeciąć prawie wszystkie włókna, 
pozostało  już  tylko  jedno,  najgrubsze.  Pracowałem  teraz  gorączkowo,  wiedząc,  że  wkrótce  cierpienie  stanie 
się  nieznośne.  To  była  już  tylko  kwestia  czasu,  musiałem  nad  sobą  zapanować.  Ciąłem  i  uderzałem 
kamieniem,  czując,  że  gromadząca  się  między  skórą  a  bandażem  lepka  substancja  zaczyna  utrudniać  mi 
ruchy. To pewnie krew - pomyślałem, ale uczyniłem co w mojej mocy, żeby jak najszybciej o tym zapomnieć. 
W  pewnej  chwili  wydało  się,  że  najgrubsze  włókno  pęka.  Byłem  tak  podenerwowany,  że  błyskawicznie  się 
poderwałem i zbierając siły, gwałtownie kopnąłem drzewce. 

Krzyż z potężnym trzaskiem runął na ziemię, oderwany od podstawy. 
Przypływ  sił  trwał  zaledwie  kilka  sekund.  Ręka  zaczęła  mi  gwałtownie  drżeć,  chociaż  dopiero 

przystąpiłem  do  właściwej  pracy.  Zerknąłem  na  Petrusa  -  spał.  Przez  moment  rozważałem,  czy  nie  da  się 
postawić  krzyża  tak,  by  mój  przewodnik  niczego  nie  zauważył.  Ale  przecież  Petrus  właśnie  tego  chciał  - 
chciał,  abym  postawił  krzyż.  Nie  mogłem  w  żaden  sposób  go  oszukać,  bo  wykonanie  tej  pracy  zależało 
wyłącznie ode mnie. 

Spojrzałem  na  ziemię,  suchą  i  żółtą.  Kamienie  znowu  okazały  się  jedynym  ratunkiem.  Nie  mogłem 

dłużej  posługiwać  się  prawą  ręką,  zbyt  obolałą,  pokrytą  lepką  substancją,  która  przerażała  mnie  do  głębi. 
Ostrożnie  zsunąłem  osłaniającą  bandaż  koszulę  -  krew  przesiąkła  już  przez  gazę,  chociaż  rana  prawie  się 
zagoiła. Petrus był nieludzki. 

Rozejrzałem  się,  szukając  cięższego  kamienia.  Owinąwszy  koszulą  lewą  rękę,  zacząłem  uderzać  w 

ziemię  u  stóp  krzyża,  żeby  wydrążyć  dół.  Początkowo  szło  mi  szybko,  wkrótce  jednak  natrafiłem  na  opór 
twardej,  wyschniętej  ziemi.  Wciąż  drążyłem  glebę,  ale  dołek  już  się  nie  pogłębiał.  Uznałem,  że  otwór  nie 
może być zbyt szeroki, w przeciwnym razie krzyż nie wbiłby się w niego i nie zyskał stabilności u podstawy. 
Tym  trudniej  jednak  przychodziło  mi  wygrzebywać  ziemię  z  dna.  Ból  prawej  ręki  ustąpił,  ale  zapach 
krzepnącej krwi przyprawiał mnie o mdłości. Ponieważ nie przywykłem posługiwać się lewą ręką, kamień co 
chwila wyślizgiwał mi się z dłoni. 

Wygrzebywałem  tę  dziurę  całą  wieczność.  A  przy  każdym  uderzeniu  kamienia  o  ziemię,  każdym 

wsunięciu ręki w dół, z którego wydobywałem suche grudki i pył, myślałem o Petrusie. Obserwowałem jego 
spokojny  sen  i  nienawidziłem  go  z  całego  serca.  Wydawało  się,  że  ani  hałasy,  ani  moja  nienawiść  nie 
zakłócają  jego  wypoczynku.  Petrus  na  pewno  ma  swoje  powody  -  powtarzałem  sobie  w duchu, nie mogłem 
jednak pojąć, dlaczego potraktował mnie jak niewolnika i poniżył. Chwilami ziemia stawała się jego twarzą, a 
ja  tłukłem  ją  kamieniem.  Wściekłość  dodawała  mi  sił,  więc  drążyłem  glebę  głębiej  i  głębiej.  Prędzej  czy 
później musiało mi się udać. 

Kiedy  tak  rozmyślałem,  kamień  natrafił  na  silny  opór  i  po  raz  kolejny  wypadł  mi  z  ręki.  Tego  się 

właśnie obawiałem -- po długiej pracy natknąłem się na skałę zbyt dużą, by ją usunąć i kopać dalej. 

Wstałem,  otarłem  pot  z  czoła.  Nie  miałem  dość  siły,  by  przesunąć  krzyż.  Nie  mogłem  zacząć  od 

nowa,  bo  lewa  ręka,  teraz, kiedy przerwałem pracę, zaczęła przejawiać oznaki bezwładu. Było to gorsze od 
bólu  i  poważnie  mnie  zaniepokoiło.  Popatrzyłem  na  palce  -  wciąż  się  poruszały,  posłuszne  mej  woli,  ale 
instynkt podpowiadał, że nie mogę dłużej nadwerężać tej ręki. 

Przyjrzałem się dołkowi. Nie był wystarczająco głęboki, żeby utrzymać krzyż. 
„Złe  rozwiązanie  podsunie  ci  to  właściwe".  Przypomniałem  sobie  ćwiczenie  Cieni  i  słowa  Pe-trusa. 

Zwykł  był  także  powtarzać,  że  Praktyki  RAM  mają sens tylko wówczas, gdy potrafię je zastosować, stając 
wobec wyzwań dnia powszedniego. Nawet w sytuacji tak absurdalnej jak ta Praktyki RAM miały okazać się 
przydatne. 

„Złe  rozwiązanie  podsunie  ci  to  właściwe".  Niemożnością  było  przesunięcie  krzyża,  bo  przerastało 

moje siły. Inną drogą, której nie mogłem wybrać, było wykopanie głębszego dołu. Skoro zatem wdzieranie się 
w głąb ziemi okazało się złym rozwiązaniem, dobre polegało na podniesieniu ziemi. Ale jak? 

I nagle powróciła cała miłość, jaką darzyłem Petrusa. Miał rację. Mogłem podnieść ziemię. 

background image

 

 - 69 - 

Zacząłem  znosić  wszystkie  leżące  w  pobliżu  kamienie  i  układać  je  wokół  dołu.  Przesypywałem  je 

ziemią, którą wydobyłem. Z wielkim wysiłkiem uniosłem nieco podstawę krzyża. W pół godziny później dół 
otaczał kopczyk i otwór w ziemi był już wystarczająco głęboki. 

Teraz  pozostało  mi  tylko  ciągnąć  krzyż  i  wciskać  go  w  dół.  To  był  wielki,  ale  zarazem  ostatni 

wysiłek. Musiało mi się udać. Straciłem czucie w jednej ręce, druga dotkliwie bolała. Ale plecy miałem tylko 
lekko podrapane. Kładąc się pod krzyżem i bardzo wolno unosząc, mogłem go stopniowo wsuwać do dołu. 

Położyłem się na ziemi. Poczułem, że piach wciska mi się do ust i do oczu. Pozbawioną czucia ręką, 

nadludzkim  wysiłkiem,  uniosłem  nieco  krzyż  i  wsunąłem  się  pod  niego.  Bardzo  ostrożnie  manewrowałem 
ciałem,  ażeby  drewno  znalazło  się  na  moim  kręgosłupie.  Przychodziło  mi na myśl, że krzyż się ześlizgnie, i 
poruszałem  się  niezwykle  wolno,  aby  utrzymać  go  w  równowadze,  korygując  jego  położenie  ustawieniem 
ciała.  W  końcu  przybrałem  pozycję  płodową,  z  kolanami  wysuniętymi  do  przodu,  a  krzyż  spoczywał  w 
doskonałej równowadze na moich plecach. Przez chwilę dolna część drzewca chwiała się na kopcu z kamieni, 
jednak krzyż pozostał na miejscu. 

Całe  szczęście,  że  nie muszę ocalić wszechświata - pomyślałem, przytłoczony ciężarem krzyża oraz 

wszystkiego, co symbolizował. Ogarnęła mnie głęboka nabożność - przypomniałem sobie, że ktoś już dźwigał 
go  na plecach i że jego okaleczone ręce nie miały ucieczki - jak moje - przed bólem i przed drewnem. Moją 
religijność przenikało cierpienie, które natychmiast wyrzuciłem z serca. Musiałem zebrać siły i skupić uwagę, 
bo krzyż na moich plecach znów się zakołysał. 

Potem, podnosząc się bardzo wolno, zacząłem się odradzać. Nie mogłem obejrzeć się za siebie i tylko 

dźwięki  były  dla  mnie  źródłem  orientacji.  Niedawno  nauczyłem  się  słuchać  głosów  świata,  zupełnie  jakby 
Petrus  przewidywał,  że  tej  umiejętności  będę  potrzebował.  Czułem,  że  krzyż  z  każdą chwilą ciąży mi nieco 
mniej,  i  wiedziałem,  że  kamienie  układają  się,  jak  należy.  Krzyż  wolno  się  podnosił,  aby  uwolnić  mnie  od 
trudu i znów grać swą rolę przy Camino de Santiago. 

Musiałem  zdobyć  się  już  tylko  na  wysiłek,  który  sprawi,  że  dokonam  tego  dzieła.  Kiedy  usiądę  na 

piętach, drzewce powinno zsunąć się po moich plecach i wbić w dołek. Kilka kamieni stoczyło się na bok, ale 
teraz  krzyż  mi  pomagał,  nie  oddalając  się  od  miejsca,  w  którym  usypałem  kopiec.  W  końcu  rytmiczne 
uderzenia  w  plecy  obwieściły  mi,  że  podstawa  opada.  Nadeszły  ostatnie  chwile,  podobne  do  tych,  które 
przeżyłem, wyłaniając się spod lustra sunącej w dół wody - te najtrudniejsze chwile, bo towarzyszył im strach 
przed klęską i chęć odwrotu, zanim ona nastąpi. I znowu w pełni sobie uświadomiłem, jak absurdalne było to 
zadanie  polegające  na  postawieniu  krzyża,  podczas  gdy  pragnąłem  tylko  jednego  -  odnaleźć  miecz  i  obalić 
wszystkie  krzyże,  żeby  na  świecie  odrodził  się  Chrystus  Zbawiciel.  Cała  reszta  była  bez  znaczenia. 
Podniosłem  się  gwałtownie,  krzyż  zsunął  się  z  moich  pleców  i  wtedy  zrozumiałem,  że  to  przeznaczenie 
kierowało  każdym  moim  krokiem.  Spodziewałem  się,  że  krzyż  runie,  rozrzucając  na  wszystkie  strony 
kamienie,  z  których  ułożyłem  kopiec.  Potem  pomyślałem,  że  może  nie  pchnąłem  go  dość  mocno  i  że  zaraz 
opadnie, przygniatając mnie. Ale usłyszałem tylko głuchy odgłos ciężkiego uderzenia o ziemię. 

Odwróciłem  się  powoli.  Krzyż  stał,  kołysał  się  jeszcze  z  lekka.  Kilka  kamieni  stoczyło się z kopca, 

lecz krzyż był stabilny. Szybko ułożyłem kamienie na miejscu i objąłem krzyż rękami, aby powstrzymać jego 
kołysanie. Poczułem, że on żyje, jest ciepły, i już wiedziałem, że przez cały ten czas był moim przyjacielem. 

Przez  chwilę  z  dumą  patrzyłem  na  moje  dzieło  i  stałem  tak,  aż  dotkliwy  ból  mi  przypomniał,  że 

otworzyły się rany. Petrus wciąż jeszcze spał. Zbliżyłem się do niego i lekko trąciłem go nogą. 

Ocknął się natychmiast i spojrzał na krzyż. 
- Doskonale - powiedział krótko. - W Ponferradzie zmienimy opatrunki. 
 
 

 
 
 
 
 

background image

 

 - 70 - 

Tradycja 

 

 

-  Wolałbym  unieść  drzewo.  Kiedy  dźwigałem  ten  krzyż  na  plecach,  powtarzałem  sobie,  że 

poszukiwanie mądrości jawi się człowiekowi niczym ofiara. 

Tam  gdzie  się  teraz  znajdowałem,  moje  słowa  zdawały  się  pozbawione  sensu.  Przygoda  z  krzyżem 

była  już  tylko  wydarzeniem  z  odległej  przeszłości,  które  zaszło  nie  wczoraj,  ale  bardzo  dawno  temu.  Nie 
przystawało  do  łazienki  z  czarnego  marmuru,  do  chłodnej  wody  w  wannie  z  hydro-masażem  i  pieszczoty 
kryształu  wypełnionego  doskonałym  rioja,  które  sączyłem  powoli.  Petrus  siedział  gdzieś  poza  zasięgiem 
mojego wzroku w luksusowym pokoju hotelowego apartamentu, w którym się zatrzymaliśmy. 

-  Dlaczego właśnie krzyż? - domagałem się wyjaśnień. 
-    Z  trudem  przekonałem  personel  recepcji,  że  nie  jesteś  żebrakiem!  -  krzyknął  mój  przewodnik  z 

sypialni. 

Zmienił  temat  rozmowy  i  wiedziałem  z  doświadczenia,  że  nie  warto  nalegać.  Wstałem,  włożyłem 

czyste  spodnie  i  koszulę,  po  czym  zająłem  się  opatrywaniem  ran.  Ostrożnie  usunąłem  stare  bandaże, 
spodziewając  się,  że  ujrzę  pod  nimi  otwarte  rany,  zobaczyłem  jednak  tylko  pęknięty  strup,  z  którego 
wysączyła się odrobina krwi. Ale i tu zaczął się proces gojenia, a ja czułem się zdrów i pełen sił. 

Kolację  zjedliśmy  w  hotelowej  restauracji.  Petrus  zamówił  specjalność  firmy - paellę po wa-lencku, 

którą  jedliśmy  w  milczeniu,  delektując  się  wyśmienitym  rioja.  Pod  koniec  posiłku  Petrus  zaproponował 
wspólną przechadzkę. 

Opuściliśmy hotel i skierowaliśmy się w stronę dworca kolejowego. Mój przewodnik znów zapadł w 

milczenie i praktycznie nie odzywał się aż do końca spaceru. Dotarliśmy w pobliże parowozowni, w miejsce 
brudne i cuchnące smarami. Petrus przysiadł na schodku ogromnej lokomotywy. 

-  Zatrzymajmy się na chwilę - zaproponował. 
Nie  chciałem  poplamić  spodni,  toteż  wolałem  stać.  Zapytałem,  czy  nie  lepiej  dojść  do  rynku 

Ponferrady. 

-  Wkrótce  pokonasz  cały  Szlak  Świętego Jakuba - powiedział mój przewodnik. - A ponieważ nasza 

rzeczywistość  jest  znacznie  bliższa  tych  wagonów  i  pachnących  smarami  lokomotyw  niż  wiejskich 
krajobrazów, które widzieliśmy po drodze, lepiej przeprowadzić tę rozmowę w takim miejscu. 

Petrus  poprosił,  żebym  zdjął  koszulę  i  trampki.  Potem  poluzował  bandaż  na  moim  ramieniu,  nie 

dotknął jednak żadnego z opatrunków na dłoniach. 

-    Nie  martw  się.  Nie  będziesz  potrzebował  teraz  rąk,  w  każdym  razie  nie  do  chwytania  ani 

dźwigania. 

Był  poważniejszy  niż  zazwyczaj,  a  ton  jego  głosu  wzbudził  we  mnie  niepokój.  Najwyraźniej  Petrus 

wiedział, że wkrótce nastąpi ważne wydarzenie. 

Siedząc na schodku lokomotywy, długo mi się przyglądał. Potem znów zaczął mówić. 
-  Nie zamierzam wracać do tego, co stało się wczoraj. Sam odkryjesz znaczenie owego epizodu, jeśli 

pewnego  dnia  postanowisz  przemierzyć  drogę  do  Rzymu,  drogę  charyzmatów  i  cudów.  Powiem  ci  tylko 
jedno: ludzie, którzy uważają się za mądrych, nie potrafią podjąć decyzji, kiedy nadchodzi czas, by wydawać 
rozkazy,  a  buntują  się,  gdy  trzeba  być  posłusznym.  Uważają,  że  wydawanie  rozkazów  to  wstyd,  a  ich 
wypełnianie  to  hańba.  Nigdy  tak  nie  postępuj.  Przed  chwilą,  w  apartamencie,  powiedziałeś,  że  droga 
mądrości  prowadzi  ku  ofierze.  Mylisz  się.  Czas  twojego  terminowania  nie  dobiegł  końca  wczoraj  -  musisz 
odnaleźć miecz i odkryć jego tajemnicę. Praktyki RAM przygotowują człowieka do podjęcia Dobrej Walki i 
zwiększają  jego  szansę  na  zwycięstwo  w  życiu.  Doświadczenie,  które  masz  za  sobą,  to  tylko  jedna  z  prób 
Szlaku - jeśli wolisz, przygotowanie do drogi rzymskiej - dlatego zasmuciły mnie twoje poglądy. 

W  jego  głosie  rzeczywiście  pobrzmiewała  nuta  smutku.  Zdałem  sobie  sprawę,  że  niemal  przez  cały 

czas, jaki spędziliśmy razem, nieustannie powątpiewałem w jego nauki. Nie byłem skromnym, lecz potężnym 
Castańedą,  który  słucha  nauk  don  Juana,  tylko  człowiekiem  pełnym  pychy  i  buntującym  się  przeciw 

background image

 

 - 71 - 

wszystkiemu,  co  jest  prostotą  Praktyk  RAM.  Pragnąłem  mu  o  tym  powiedzieć,  wiedziałem  jednak,  że  już 
trochę na to za późno. 

-  Zamknij  oczy  --  polecił  Petrus.  --  Wykonaj  Tchnienie  RAM  i  spróbuj  uzyskać  harmonię  z  tym 

żelazem,  z  maszynami  i  zapachem  smarów.  To  jest  nasz  świat.  Otworzysz  oczy  dopiero  wtedy,  gdy 
zakończywszy to, co należy do mnie, nauczę cię nowego ćwiczenia. 

Zamknąwszy  powieki,  skoncentrowałem  się  na  Tchnieniu  i  moje  ciało  stopniowo  się  odprężało. 

Otaczały  mnie  odgłosy miejskiego życia, dobiegające z oddali ujadanie psów, szmery rozmów toczących się 
gdzieś  w  pobliżu.  Nagle  usłyszałem,  że  Petrus  śpiewa  włoską  piosenkę,  bardzo  popularną,  kiedy  byłem 
nastolatkiem,  a  wykonywaną  przez  Peppina  Di  Capri.  Nie  rozumiałem  słów,  lecz  piosenka  przywołała miłe 
wspomnienia i pomogła mi docenić niezwykły spokój tej chwili. 

-  Jakiś czas temu - powiedział, kiedy przestał śpiewać - przygotowując projekt, który miałem złożyć 

w  mediolańskiej  prefekturze,  otrzymałem  wiadomość      od      mojego      Mistrza.  Ktoś      pokonał  całą    drogę  
Tradycji,      ale    nie    otrzymał    miecza.  Miałem  być  jego  przewodnikiem  na  Camino  de  Santiago.  To 
wydarzenie wcale mnie nie zaskoczyło.  Byłem przygotowany na takie wezwanie w każdej chwili, ponieważ 
nie  wywiązałem  się  jeszcze  ze  swego  zobowiązania  -  nie  poprowadziłem  pielgrzyma  Drogą  Mleczną,  jak 
niegdyś ktoś inny poprowadził mnie. Ale wpadłem w podenerwowanie, ponieważ miałem wykonać to zadanie 
po raz pierwszy i jedyny i nie wiedziałem, jak zdołam się z nim uporać. 

Słowa Petrusa bardzo mnie zaskoczyły. Byłem przekonany, że robił to już dziesiątki razy. 
-    Przyszedłeś  i  poprowadziłem  cię.  Wyznaję,  że  na  początku  było  mi  trudno.  O  wiele  bardziej 

interesowały  cię  intelektualne  aspekty  nauczania  niż  prawdziwe  znaczenie  Camino  de  Santiago,  która  jest 
drogą zwykłych ludzi. Po spotkaniu z Alfonsem nasze kontakty stały się znacznie bliższe i bardziej otwarte, 
toteż uwierzyłem, że pomogę ci odkryć tajemnicę miecza. Ale nie udało mi się tego dokonać i teraz będziesz 
musiał poznać ją sam w tym krótkim czasie, który ci jeszcze pozostał. 

Te słowa mnie zdenerwowały i nie potrafiłem już skupić się na Tchnieniu RAM. Petrus zapewne to 

zauważył, bo znów zaczął śpiewać starą piosenkę i zamilkł dopiero, kiedy zdołałem się odprężyć. 

-    Jeśli  odkryjesz  tajemnicę  i  znajdziesz  miecz,  poznasz  także  oblicze  RAM  i  zostaniesz  Mistrzem 

Mocy.  Ale  to  nie  wszystko:  aby  osiągnąć  mądrość,  będziesz  musiał  przemierzyć  trzy  inne  drogi,  w  tym  tę 
tajemną, o której nie powie ci nawet ten, kto nią podążał. Mówię ci to wszystko, ponieważ spotkamy się już 
tylko raz. 

Poczułem, że serce skacze mi do gardła, i mimowolnie otworzyłem oczy. Petrusa spowijała światłość, 

którą widziałem na Serra do Mar wokół mego Mistrza. 

-  Zamknij oczy! 
Usłuchałem natychmiast. Ale miałem ściśnięte serce i nie potrafiłem już się skupić. Mój przewodnik 

znów zaśpiewał włoską piosenkę, a ja odprężyłem się dopiero po dłuższym czasie. 

-  Jutro  otrzymasz liścik,  z którego  dowiesz się, gdzie jestem. To będzie rytuał zbiorowej inicjacji, 

honorowy rytuał Tradycji. Przybędą mężczyźni i  kobiety,  którzy przez wieki  podsycali płomień  mądrości,  
Dobrej  Walki  i Agape.   Nie wolno ci będzie się do mnie odzywać. Miejsce naszego spotkania jest święte, 
zroszone  krwią  rycerzy,  którzy  podążali  drogą  Tradycji  i  choć  dzierżyli  ostre  miecze,  nie  zdołali  pokonać 
ciemności.  Lecz  ich  ofiara  nie  poszła  na  marne,  czego  dowodzi  fakt,  iż  po  wielu  wiekach  ludzie  obierający 
odmienne drogi przybędą tam, aby złożyć im hołd. To bardzo ważne, nigdy o tym nie zapominaj - nawet jeśli 
zostaniesz  Mistrzem,  wiedz,  że  twoja  droga  jest  tylko  jedną  spośród  wielu  wiodących  do  Boga.  Jezus 
powiedział kiedyś: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele"

28

 

Petrus dodał, że pojutrze już go nie zobaczę. 
-    Pewnego  dnia  dostaniesz  ode  mnie  depeszę  z  prośbą,  byś  poprowadził  kogoś  Szlakiem  Świętego 

Jakuba,  jak  ja  prowadziłem  ciebie.  Wtedy  będziesz  mógł  przeżyć  wielką  tajemnicę  tej  podróży,  tajemnicę, 
którą teraz ci ujawnię, lecz tylko poprzez słowa. Aby ją pojąć, trzeba ją przeżyć. 

Cisza,  jaka  zapanowała  po  tych  słowach,  przedłużała  się.  Pomyślałem  już  nawet,  że  Petrus  zmienił 

zdanie albo że po prostu odszedł. Ogarnęło mnie nieodparte pragnienie, by otworzyć oczy i przekonać się, co 
się  wydarzyło,  jednak  siłą  woli  narzuciłem  sobie  spokój  i  skupienie,  potrzebne  podczas  wykonywania 
Tchnienia RAM. 

-    A  oto  i  tajemnica  -  odezwał  się  w  końcu  Petrus.  -  Sam  uczysz  się  tylko  wtedy,  kiedy  nauczasz. 

Przemierzaliśmy  razem  niezwykłą  Cami-no  de  Santiago,  lecz  podczas  gdy  ty  uczyłeś  się  Praktyk,  ja 

                                                   

28

? J 14, 2 (przyp. tłum.). 

background image

 

 - 72 - 

odkrywałem ich znaczenie. Ucząc cię, w rzeczywistości sam się uczyłem. Grając rolę przewodnika, zdołałem 
odnaleźć  własną  drogę.  Jeżeli  uda  ci  się  zdobyć  miecz,  będziesz  musiał  komuś  wskazać  ten  Szlak.  Dopiero 
wtedy, gdy weźmiesz na siebie rolę Mistrza, odkryjesz wszystkie odpowiedzi, a wskaże ci je serce. Każdy z 
nas  wie  już  wszystko,  i  to  zanim  cokolwiek  czy  ktokolwiek  nam  o  tym  powie.  Życie  uczy  nas  na  każdym 
kroku, a tajemnica tkwi tylko w jednym: w akceptacji faktu, że każdy z nas może być na co dzień mądry jak 
Salomon i potężny jak Aleksander Wielki. Lecz dowiadujemy się o tym dopiero wtedy, gdy los zmusza nas do 
uczenia innych i uczestnictwa w przygodach tak niezwykłych jak nasza. 

Przeżywałem jedno z najbardziej nieoczekiwanych rozstań w życiu. Ktoś, z kim czułem się już mocno 

związany,  z  kim  spodziewałem  się  dotrzeć  do  celu,  porzucał  mnie  teraz  na  środku  drogi.  Na  cuchnącym 
smarami dworcu kolejowym. I kazał mi słuchać tego z zamkniętymi oczyma. 

-  Nie  lubię  pożegnań  -  podjął  Petrus.  -  Jestem  Włochem,  a  Włosi  są  uczuciowi.  Jednak  prawo 

nakazuje, abyś samodzielnie odnalazł miecz - jedynie w ten sposób uwierzysz we własne siły. Przekazałem ci 
wszystko,  co  miałem  przekazać.  Pozostało  nam  już  tylko  ćwiczenie  Tańca,  którego  nauczę  cię  teraz,  żebyś 
mógł wykonać je jutro, gdy będziemy odprawiać rytuał. 

Zamilkł na chwilę, po czym dodał jeszcze: 
-  Kto    szuka   chwały,    niechaj    znajdzie   ją w chwale Pańskiej. Możesz otworzyć oczy. 

Petrus siedział spokojnie na schodkach lokomotywy. Wolałem się nie odzywać, bo jako Bra-zylijczyk również 
łatwo  się  wzruszałem.  Lampa  rtęciowa,  która  świeciła  nad  nami,  zaczęła  migać,  gdzieś  w  dali  gwizdał 
pociąg, obwieszczając rychły przyjazd. I wtedy Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA TAŃCA.                

-  I jeszcze jedno - dodał, patrząc mi prosto w oczy. - Kiedy wróciłem z pielgrzymki, namalowałem 

ogromny obraz przedstawiający wszystko, co mi się przydarzyło. To droga zwykłych ludzi, toteż i ty możesz 
tak  zrobić,  jeśli  zechcesz.  A  jeżeli  nie  umiesz  malować,  spisz  to  lub  wyraź  poprzez  balet.  W  ten  sposób 
ludzie,  gdziekolwiek  są,  będą  mogli  przemierzyć  Szlak  Świętego  Jakuba,      Drogę      Mleczną,      niezwykłą   
Camino   de Santiago. 

Pociąg,  który  przed  chwilą  gwizdał,  wtoczył  się  na  dworzec.  Petrus  skinął  mi  ręką  i  wsiadł  do 

wagonu.  A  ja  zostałem  pośród  zgrzytu  hamulców  i  kół  trących  o  stalowe  tory,  próbując  rozszyfrować 
zagadkę  Drogi  Mlecznej  nad  moją  głową,  jej  gwiazd,  które  przywiodły  mnie  tutaj i które, zawsze milczące, 
spoglądały na człowieczą samotność i zmienne losy. 

 

 

 

 

ĆWICZENIE TAŃCA 

 
 

Odpręż się. Zamknij oczy. 
Przypomnij  sobie  pierwsze  piosenki,  jakie  słyszałeś  w  dzieciństwie.  Nuć  je  w  myśli.  Kolejno 

pozwalaj,  by  wybrana  część  twojego  dala  -  nogi,  brzuch,  ręce,  głowa  itd.  -  ale  tylko  ta  wybrana  część, 
tańczyła w rytm nuconej melodii. 

Po  pięciu  minutach  przestań  śpiewać  i  wsluchaj  się  w  otaczające  dźwięki.  Skomponuj  z  nich 

melodię  i  tańcz,  teraz  już  całym  ciałem.  Nie  myśl  o  niczym  szczególnym,  postaraj  się  tylko  zapamiętać 
obrazy, które spontanicznie pojawią się przed twymi oczyma. 

Taniec jest jedną z najdoskonalszych form kontaktu z nieskończoną inteligencją. 
Czas wykonywania ćwiczenia: piętnaście minut.  
 
 

 

 

background image

 

 - 73 - 

Nazajutrz  w  skrzynce  hotelowej  mojego  pokoju  znalazłem  tylko  krótką  wiadomość:  „Godzina  7 

wieczorem, zamek templariuszy". 

Przez resztę popołudnia błądziłem bez celu. Kilka razy obszedłem uliczki Ponferrady, wciąż patrząc 

w  dal,  w  stronę  zawieszonej  na  wzgórzu  budowli  -  zamku,  do  którego  miałem  udać  się  o  zmierzchu. 
Templariusze  zawsze  pobudzali  moją  wyobraźnię,  a  zamek  w  Ponferradzie  nie  był  jedynym  ich  śladem  na 
Camino  de  Santiago.  Zakon  założyło  dziewięciu  rycerzy,  którzy  postanowili  nie  wracać  z  wyprawy 
krzyżowej.  Wkrótce  ich  wpływy  ogarnęły  całą  Europę,  wywołując  na  początku  tego  tysiąclecia  istną 
rewolucję  obyczajową.  Podczas  gdy  lwia  część  szlachty  myślała  wyłącznie  o  bogaceniu  się  kosztem  pracy 
poddanych, templariusze poświęcali życie i majątek, służąc mieczem ochronie pielgrzymów podążających do 
Jerozolimy; zakonnicy-rycerze wskazywali wzór życia duchowego, którego celem było dążenie do mądrości. 

W  roku  1118  Hugon  z  Payns  wraz  z  ośmioma  innymi  rycerzami  stanął  na  dziedzińcu  starego, 

opuszczonego  zamczyska,  by  ślubować  miłość  do  ludzi.  W  dwa  wieki  później  istniało  ponad  pięć  tysięcy 
komandorii  rozrzuconych  po  całym  ówczesnym  świecie.  Zakon  godził  dwa  style  życia,  dotąd,  jak  się 
wydawało,  całkowicie  nieprzy-stawalne  -  rycerski  i  religijny.  Donacje  członków  zakonu  oraz  tysięcy 
wdzięcznych  pielgrzymów  pozwoliły  templariuszom  błyskawicznie  zgromadzić  nieoszacowane  bogactwa,  a 
majątek  ten  często  służył  wypłacaniu  okupów  za  wolność  możnych  chrześcijan  pojmanych  przez 
muzułmanów.  Uczciwość  tych  kawalerów  była  tak  nieskazitelna,  że  królowie  i  szlachta  powierzali  im  swe 
dobra,  podróżując  jedynie  z  dokumentem  poświadczającym  posiadanie  owego  majątku.  Taki  dokument 
można  było  wymienić  w  każdym  zamku  templariuszy  na  odpowiednią  sumę.  Z  niego  zrodziły  się 
funkcjonujące do dziś weksle trasowane.                                           

Dzięki zaangażowaniu w życie duchowe kawalerowie potrafili pojąć prawdę, o której przypomniał mi 

poprzedniego  wieczoru  Petrus:  że  w  domu  Ojca  jest  wiele  mieszkań.  Dążyli  do  położenia  kresu  walkom 
toczonym  w  imię  wiary  i  do  pojednania  dominujących  religii  monoteistycznych  swojej  epoki  - 
chrześcijaństwa,  judaizmu  i  islamu.  Ich  świątynie  zwieńczone  były  kopułami  przypominającymi  kopułę 
judaistycznej  Świątyni  Salomona,  budowane  na  planie  ośmiokątów  jak  arabskie  meczety,  ale  z  nawami 
charakterystycznymi dla kościołów chrześcijańskich. 

Lecz  jak  wszystko,  co  choć  trochę  wyprzedza  swoją  epokę,  zakon  templariuszy  zaczął  wzbudzać 

nieufność.  Potęga  ekonomiczna  sprawiła,  że  królowie  spoglądali  na  nich  z  zazdrością  i  niechęcią,  a 
przychylność  wobec  innych  religii  stanowiła  zagrożenie  dla  Kościoła.  W  piątek  13  października  1307  roku 
Watykan, wspierany przez najpotężniejszych władców Europy, przeprowadził jedną z największych operacji 
policyjnych  średniowiecza:  nocą  w  zamkach  templariuszy  aresztowano  i  wtrącono  do  więzień  Mistrzów 
zakonu.  Zostali  oskarżeni  o  tajemne  praktyki,  w  tym  o  oddawanie  czci  diabłu,  bluźnierstwo  wobec  Jezusa 
Chrystusa,  urządzanie  orgii  i  zmuszanie  nowicjuszy  do  spółkowania.  Okrutne  tortury,  oszczerstwa,  a 
wreszcie  zdrada  sprawiły,  że  zakon  templariuszy  zniknął  z  kart  średniowiecznych  kronik.  Skonfiskowano 
jego  bogactwa,  braci-rycerzy  rozpędzono  po  świecie.  Ostatni  Wielki  Mistrz  zakonu,  Jakub  z  Molay,  został 
wraz z jednym ze swych towarzyszy spalony na stosie, który wzniesiono na wyspie Cite w sercu Paryża. Jego 
ostatnim życzeniem było, aby konając, mógł patrzeć na wieże katedry Notre Dame

29

Jednak  Hiszpania,  prowadząca  rekonkwistę  Półwyspu  Iberyjskiego,  uznała,  że  warto  przyjąć 

opuszczających inne państwa templariuszy, licząc na ich wsparcie w walce z Maurami. Rycerzy przygarnęły 
hiszpańskie  zakony,  a  wśród  nich  Zakon  Świętego  Jakuba  od  Miecza,  czuwający  nad  bezpieczeństwem 
Camino de Santiago. 

Pochłonięty    takimi    myślami,    punktualnie o siódmej wieczorem przekroczyłem bramę wiodącą 

do starego zamku templariuszy w Pon-ferradzie, gdzie wyznaczono mi spotkanie z Tradycją. 

Nikogo  nie  było.  Czekałem  pół  godziny,  paląc  papierosa  za  papierosem,  aż  do  chwili,  kiedy 

pomyślałem o najgorszym: rytuał odbył się o siódmej rano. Jednak gdy zamierzałem już odejść, pojawiły się 
dwie  dziewczyny,  które  na  ubraniach  miały  naszyte  flagi  Holandii  i  muszle  -symbol  Camino  de  Santiago. 
Podeszły  do  mnie,  zamieniliśmy  kilka  słów  i  doszliśmy  do  wniosku,  że  czekamy  na to  samo. Do liściku nie 
zakradł się błąd - pomyślałem z ulgą. 

Co kwadrans przybywał ktoś nowy. Australijczyk, pięcioro Hiszpanów, jeszcze jeden Holender. Nie 

licząc paru pytań o godzinę spotkania, która wszystkich nas niepokoiła, prawie się do siebie nie odzywaliśmy. 
Usiedliśmy  razem  w  jednym  z  pomieszczeń  -  zrujnowanym  przedsionku,  dawniej  pełniącym  rolę  spiżarni,  i 

                                                   

29

? Tym, którzy pragną poznać dzieje i znaczenie templariuszy, polecam krótką, lecz ciekawą pracę Reginę Pernoud, 

Les Templiers. (Polski przekład pt. Templariusze, Marabut, Gdańsk 1995 - przyp. tłum.). 

background image

 

 - 74 - 

postanowiliśmy czekać na to, co zapewne miało się wydarzyć. Nawet gdyby trzeba było tak czekać cały dzień 
i noc. 

Czas  płynął.  W  końcu  zaczęliśmy  rozmawiać  o  motywach,  które  skłoniły  nas  do  przybycia  w  to 

miejsce. Przy okazji dowiedziałem się, że Szlak Świętego Jakuba jest wykorzystywany przez inne bractwa, na 
ogół związane z Tradycją. Ludzie, których tu spotkałem, przeszli już przez wiele prób i inicjacji, ale były to 
próby,  które  poznałem  dawno  temu  w  Brazylii.  Tylko  Australijczyk  i  ja  zdobywaliśmy  wyższy  stopień 
Pierwszej  Drogi.  Nawet  nie  wdając  się  w  szczegóły,  zrozumiałem,  że  postępowanie  Australijczyka 
zdecydowanie odbiega od Praktyk RAM. 

Mniej  więcej  za  dwadzieścia  dziewiąta,  kiedy  zaczynaliśmy  już  opowiadać  o  swoim  życiu 

prywatnym, rozbrzmiał gong. Dźwięk dochodził ze starej zamkowej kaplicy. 

Ten widok robił ogromne wrażenie. Kaplicę, a raczej to, co z niej zostało, bo znaczna część budowli 

była  ruiną,  oświetlały  pochodnie.  Tam  gdzie    dawniej    wznosił  się  ołtarz,    rysowało    się  siedem  sylwetek 
odzianych w świecki strój templariuszy: kaptur, stalowy hełm i kolczugę. Postacie miały u boku miecze, a w 
rękach  tarcze.  Zaparło  mi  dech  w  piersi  -  można  by  pomyśleć,  że  czas  nagle  się  cofnął.  Jedynym,  co  nie 
pozwalało  zatracić  poczucia  rzeczywistości,  były  nasze  ubrania  -  dżinsy  i  bawełniane  koszulki,  na  których 
widniały muszle. 

Choć światło pochodni ledwie rozpraszało mrok, w jednym z rycerzy zdołałem rozpoznać 
Petrusa. 
-  Zbliżcie  się  do  swoich  Mistrzów  -  powiedział  ten,  który  wyglądał  na  najstarszego.  -  Patrzcie  im 

prosto w oczy. Rozbierzcie się i przywdziejcie szaty. 

Ruszyłem w stronę Petrusa. Wyglądał, jakby był w transie, i miałem wrażenie, że mnie nie poznaje.  

Lecz  w  oczach  mojego    przewodnika  dostrzegłem  cień  smutku,  takiego  jak  ten,  który  pobrzmiewał  w  jego 
głosie  minionej  nocy.  Zdjąłem  ubranie, a Petrus odział mnie w czarną, pachnącą tunikę, która opadła mi do 
samych stóp. Zorientowałem się, że jeden z Mistrzów miał kilku uczniów, nie mogłem jednak zobaczyć który, 
musiałem bowiem patrzeć Petrusowi w oczy. 

Zostali  poprowadzeni  na  środek  kaplicy  przez  najwyższego  kapłana,  który  -  podczas  gdy  dwóch 

rycerzy rysowało wokół nas krąg - zaczął odprawiać modły: 

- Trinitas, Soter, Mesjasz, Emmanuel, Sabaoth, Adonaj, Atanatos, Jezus...

30

 

Krąg, nieodzowna ochrona dla tych, którzy w nim się znajdowali, został wytyczony. Zauważyłem, że 

cztery spośród tych osób noszą białe tuniki, co oznacza drogę absolutnej czystości. 

- Amides, Teodonias, Anitor! - ciągnął najwyższy kapłan. - Dzięki pomocy aniołów wdziewam szatę 

zbawienia  i  czerpię  wszystko,  co  pragnę  ujrzeć  rzeczywistym,  z  Twej  dobroci,  o  przenajświętszy  Adonaj, 
którego Królestwo trwać będzie po wsze czasy. Amen! 

Najwyższy kapłan zarzucił na kolczugę biały płaszcz z wyszytym na plecach krzyżem templariuszy. 

Inni rycerze uczynili to samo. 

Była  dokładnie  dwudziesta  pierwsza,  godzina  Merkurego  Posłańca.  A  ja  znów  znalazłem  się  w 

środku  kręgu  Tradycji.  Woń  mięty,  bazylii  i  żywicy  wypełniła  kaplicę.  Wszyscy  rycerze  wypowiadali  teraz 
wielką inwokację: 

-  O  wielki  i  potężny  królu  N.,  który  mocą  Boga  Najwyższego,  EL,  władasz  wszystkimi  duchami 

wyższymi  i  niższymi,  a  przede  wszystkim  piekielnym  światem  kręgu  wschodniego  [...],  wzywam  cię,  abym 
mógł spełnić moje pragnienie, jakiekolwiek by ono było, o ile pozostaje w zgodzie z twym dziełem, wzywam 
cię z mocy Boga, EL, stwórcy wszystkich rzeczy na niebie, w przestworzach, na ziemi i w piekle, i ich pana. 

Niezmącona  cisza  zapadła  pośród  starych  murów  i  choć  go  nie  widzieliśmy,  mogliśmy  poczuć 

obecność  tego,  którego  imię  zostało  wypowiedziane.  To  było  zwieńczenie  rytuału.  Uczestniczyłem  już  w 
setkach  podobnych  ceremonii,  które  przynosiły  znacznie  bardziej  zadziwiające  niespodzianki,  gdy 
nadchodziła ta chwila. Ale zamek templariuszy z pewnością pobudził mą wyobraźnię - wydawało mi się, że w 
lewej nawie kaplicy widzę unoszącego się lśniącego ptaka, jakiego dotąd nie spotkałem. 

Najwyższy  kapłan,  stojąc  poza  kręgiem,  skropił  nas  wodą.  Potem  święconym  tuszem  wypisał  na 

podłodze  siedemdziesiąt  dwa  imiona,  którymi  w  Tradycji  nazywa  się  Boga.  Wszyscy,  pielgrzymi  i  rycerze, 

                                                   

30

?  Ponieważ  jest  to  bardzo  długi  rytuał,  zrozumiały  tylko  dla  tych,  którzy  poznali  drogę  Tradycji,  postanowiłem 

skrócić wypowiadane formuły. Nie ma to znaczenia dla treści książki, ponieważ obrządek służy tylko sprowadzeniu 
Starszych  i  oddaniu  im  czci.  Istotą tego odcinka Camino de Santiago jest ćwiczenie Tańca, przedstawione w pełnej 
postaci. 

background image

 

 - 75 - 

poczęli  wypowiadać  święte  imiona.  Płomienie  pochodni  trzeszczały,  co  oznaczało,  że  wezwany  duch  się 
podporządkował. 

Nadszedł czas Tańca. Zrozumiałem, dlaczego Petrus uczył mnie wczoraj tańca, tak różniącego się od 

tych,  które  przywykłem  wykonywać  w  tej  fazie  ceremonii.  Nie  podano  nam  tej  zasady,  ale  wszyscy  już  ją 
znaliśmy:  nie  wolno  było  wystawić  nogi  poza  krąg,  ponieważ  nie  mieliśmy  osłon,  jakie  rycerze włożyli pod 
kolczugi. Zapisałem w pamięci wielkość kręgu i robiłem dokładnie to, czego nauczył mnie Petrus. 

Wróciłem  myślami  w  świat  dzieciństwa.  Głos,  daleki  głos  kobiety,  nucił  w  mej  głowie  piosenki. 

Ukląkłem, potem skuliłem się w pozycji płodu. Mój tułów, i tylko tułów, wirował w rytm melodii. Czułem się 
dobrze i już pogrążyłem się w rytuale Tradycji. Z czasem rozbrzmiewająca we mnie muzyka odmieniała się, 
poruszałem  się  coraz  gwałtowniej,  ogarnięty  potężną  ekstazą.  Wokół  panowała  ciemność,  a  moje  ciało 
zatraciło  pośród  tego  mroku  wszelki  ciężar.  Wówczas  ruszyłem  na  przechadzkę  po  ukwieconych  polach 
Agaty i spotkałem się z dziadkiem i wujem, który w dzieciństwie miał na mnie bardzo silny wpływ. Poczułem 
wibracje czasu i jego osnowy, której wszystkie drogi krzyżują się, splatają, a wreszcie łączą w spójne całości 
tak, że trudno już odróżnić poszczególne ścieżki, choć każda jest odmienna od pozostałych. W pewnej chwili 
ujrzałem pędzącego Australijczyka - jego ciało lśniło czerwoną poświatą. 

Potem mym oczom ukazały się kielich i patena. Ten obraz trwał bardzo długo, jakby usiłował mi coś 

przekazać.  Próbowałem  odgadnąć  jego  wymowę,  lecz  nie  potrafiłem  zrozumieć  przesłania;  byłem  tylko 
pewien, że ma związek z moim mieczem. Potem wydawało mi się, że widzę Oblicze RAM wyłaniające się z 
ciemności,  która  nagle  zajęła  miejsce  kielicha  i  pateny.  Lecz  kiedy  twarz  się  przybliżyła,  okazała  się  tylko 
obliczem N., przywołanego ducha, mojego dobrego znajomego. Nie nawiązaliśmy bliższego kontaktu i twarz 
rozproszyła się w mroku, z którego się wyłoniła. 

Nie  wiem,  jak  długo  tańczyliśmy.  Nagle  dobiegł  mnie  głos:  „Jahwe,  Tetragrammaton...  Te-

tragrammaton..."  Nie  chciałem  wychodzić  z  transu,  jednak  najwyższy  kapłan  powtarzał:  „Jahwe, 
Tetragrammaton..."  Rozgniewało mnie to. Wciąż jeszcze trwała więź z Tradycją i nie chciałem wracać. Ale 
Mistrz nalegał. 

Niechętnie powróciłem na Ziemię. Znów znajdowałem się w magicznym kręgu, pośród przesiąkniętej 

pradawną historią atmosfery zamku templariuszy. 

My,  pielgrzymi,  spoglądaliśmy  na  siebie.  Nagłe  przerwanie  kontaktu  dla  wszystkich  było  przykre. 

Miałem  wielką  chęć  porozmawiać  z  Australijczykiem  o  tym,  co  zobaczyłem.  Kiedy  na  niego  spojrzałem, 
zrozumiałem, że słowa są zbędne - on także mnie widział. 

Rycerze  stanęli  wokół  nas.  Uderzali  mieczami  o  tarcze,  a  my  słuchaliśmy  tych  ogłuszających 

dźwięków. Ucichły po chwili i wtedy najwyższy kapłan powiedział: 

- O duchu N., ponieważ gorliwie wypełniłeś me prośby, teraz pozwalam ci odejść, zaklinając, byś nie 

szkodził ludziom ani zwierzętom. Odejdź, powiadam, i bądź gotów i chętny przybyć tu ponownie, gdy wezwą 
cię  należycie  odprawione  święte  rytuały  i  egzorcyzmy  Tradycji.  Zaklinam,  byś  odszedł  w  pokoju  i  ciszy,  i 
niechaj pokój boży po wsze czasy panuje między tobą i mną. Amen. 

Krąg  zniknął,  a  my  uklękliśmy,  pochylając  głowy.  Jeden  z  rycerzy  odmówił  z  nami  siedem  Pater 

noster i siedem Ave Maria. Najwyższy kapłan po siedemkroć odmówił Credo, wyjaśniając, iż poleciła mu tak 
uczynić Matka Boska z Med-jugorie, która objawiała się w Jugosławii od roku 1982. Postępowaliśmy zatem 
zgodnie z obrządkiem chrześcijańskim. 

- Andrew, powstań i podejdź tu – rozkazał najwyższy kapłan. 
Australijczyk ruszył w stronę ołtarza, przed którym stało siedmiu rycerzy. 
Jeden z nich, zapewne przewodnik Australijczyka, zapytał: 
-  Bracie, czy chcesz zostać przyjęty do naszego Domu? 
-  Tak - odparł Andrew. 
I zrozumiałem, w jakim rytuale chrześcijańskim bierzemy udział. Była to inicjacja templariusza. 
-  Świadom  jesteś   surowości   reguły   Domu i zawartych w niej nakazów służenia ludziom? 
-  Gotów jestem   znieść   wszystko   dla   Boga i pragnę być sługą i niewolnikiem Domu na zawsze, 

po kres mego żywota - odrzekł Australijczyk. 

Potem nastąpiła seria rytualnych pytań, z których część nie miała we współczesnym świecie żadnego 

sensu, podczas gdy inne oznaczały pełne oddanie i ogrom miłości. Andrew, ze spuszczoną głową, odpowiadał 
na wszystkie zadawane pytania. 

-  Dobry bracie, prosisz o wiele, gdyż z naszej reguły widzisz jeno pozór zewnętrzny, piękne rumaki, 

wspaniałe szaty - powiedział jego przewodnik. - Nie znasz jednak surowych nakazów, które kryją się pod tą 

background image

 

 - 76 - 

powłoką. Trudno bowiem przyjdzie tobie, któryś sam sobie panem, stać się sługą innych,  gdyż rzadko  czynił  
będziesz to, czego pragniesz. Jeśli zechcesz tu zostać, wyślemy cię za morze. Jeśli zapragniesz być w Akce, 
wyślemy  cię  do  ziemi  Trypolisu,  Antiochii  lub  Armenii.      Gdy  zapragniesz    snu,    trzeba  ci  będzie  czuwać.  
Jeśli zechcesz poświęcić  się  zajęciom dnia, rozkażemy ci udać się na spoczynek. 

-  Chcę należeć do Domu - odparł Australijczyk. 
I było, jakby dawni templariusze, którzy mieszkali w zamku, z zadowoleniem obserwowali ceremonię 

inicjacji. Pochodnie głośno trzeszczały. 

Potem  nastąpiła  seria  przestróg,  a  Australijczyk  przyjmował  je  wszystkie,  powtarzając,  że  pragnie 

wstąpić  do  Zakonu.  Wreszcie  jego  przewodnik  zwrócił  się  do  najwyższego  kapłana  i  powtórzył  odpowiedzi 
udzielone  przez  Australijczyka.  Kapłan  raz  jeszcze  uroczyście  zapytał,  czy  postulant  gotów  jest 
zaakceptować wszystkie nakazy Domu. 

-    Tak,  Mistrzu,  jeśli  taka  jest  wola  boża.  Staję  przed  Bogiem  i  przed  tobą,  Mistrzu,  a  także  przed 

braćmi,  by  błagać  w  imię  Boga  i  Maryi  Dziewicy  o    przyjęcie  mnie  do  Zakonu  i  dopuszczenie  do  jego 
dobrodziejstw,  zarówno  duchowych,  jak  i  doczesnych,  jako  tego,  który  pragnie  zostać  sługą  i  niewolnikiem 
Domu po kres swego żywota. 

-  Przywiedźcie go do mnie w imię Boże - rzekł wówczas najwyższy kapłan. 
Wtedy  rycerze  dobyli  z  pochew  mieczy  i  unieśli  je  ku  niebu.  Potem  opuścili  broń,  by  po  chwili 

stalową  koroną  otoczyć  głowę  Australijczyka.  Ostrza  połyskiwały  w  ogniu  złotawym  blaskiem,  który 
podkreślał świętość tej chwili. 

Mistrz Australijczyka zbliżył się do niego, by uroczyście wręczyć mu miecz. Ktoś uderzył w dzwon, 

którego  dźwięk  odbił  się  echem  w  starym  zamczysku,  by  brzmieć  w  nieskończoność.  Wszyscy  spuściliśmy 
oczy, a rycerze gdzieś zniknęli. Kiedy podnieśliśmy głowy, było nas już tylko dziewięcioro, ponieważ Andrew 
udał się z rycerzami na obrzędową ucztę. 

Przebraliśmy się i bez zbędnych formalności każdy z nas ruszył w swoją stronę. Taniec musiał trwać 

bardzo  długo,  ponieważ  właśnie  świtało.  Ogarnęło  mnie  poczucie  bezgranicznej  samotności.  Zazdrościłem 
Australijczykowi,  który  znalazł  swój  miecz  i  zdołał  osiągnąć  cel.  Byłem  teraz  sam,  nikt  nie  wskazywał  mi 
dalszej  drogi,  ponieważ  Tradycja odtrąciła mnie w dalekim kraju Ameryki Południowej, nie podpowiadając, 
jak  mogę  wrócić  na  jej  łono.  Musiałem  przemierzyć  niezwykły  Szlak  Świętego  Jakuba,  a  byłem  już  coraz 
bliżej  jego  kresu  i  wciąż  nie  znałem  tajemnicy  mojego  miecza  ani  nie  wiedziałem,  w  jaki  sposób  mam  go 
odnaleźć. 

Dzwon  nadal  bił.  Wychodząc  z  zamku,  stwierdziłem,  że  głos  dochodzi  z  pobliskiego  kościoła  i 

wzywa  wiernych  na  poranną  mszę.  Miasto  budziło  się,  by  pracować,  kochać,  cierpieć  albo  oddawać  się 
marzeniom  i  płacić  rachunki.  I  ani  ten  dzwon,  ani  miasto  nie  wiedziały,  że  tej  nocy  odprawiono  pradawny 
rytuał i że to, co świat uważał za martwe od wieków, wciąż się odradzało, dowodząc swej wielkiej mocy. 

 
 

Cebreiro 

 

 

-  Jest  pan  pielgrzymem?  --  zapytała  dziewczynka,  jedyna  żywa  istota,  na  jaką  się  natknąłem  w  to 

skwarne popołudnie w Villafranca del Bierzo. 

Popatrzyłem  na nią bez słowa. Miała około ośmiu lat i była biednie ubrana. Podbiegła do fontanny, 

na  której  obrzeżu  usiadłem,  żeby  trochę  odpocząć.  Myślałem  wyłącznie  o  tym,  żeby  szybko  dotrzeć  do 
Santiago de Compostela i raz na zawsze zakończyć to szaleństwo. Nie potrafiłem zapomnieć smutnego głosu 
Petrusa,  jaki  słyszałem,  gdy  żegnał  się  ze  mną  na  bocznicy  kolejowej,  ani  jego  obcego  spojrzenia,  które 
dostrzegłem,  gdy  zwróciłem  nań  oczy  podczas  rytuału  Tradycji.  Wydawało  się,  że  sądzi,  iż  wszystkie  jego 
starania,  aby  mi  pomóc,  poszły  na  marne.  Jestem  pewien,  że  kiedy  przywołano  do  ołtarza  Australijczyka, 
Petrus  pragnął,  aby  wezwano  także  i  mnie.  Mój  miecz  mógł  przecież  spoczywać  w  ukryciu  właśnie  w  tym 
zamczysku, pełnym legend i mądrości przodków. To miejsce doskonale spełniało warunki, które uznałem za 

background image

 

 - 77 - 

nieodzowne,  rozmyślając  nad  taką  idealną  kryjówką:  było  opustoszałe,  odwiedzane  przez  nielicznych 
pielgrzymów, którzy szanowali pamiątki po zakonie templariuszy, uświęcone. 

Lecz  wezwano  tylko  Australijczyka.  A  Petrus  zapewne  czuł  się  poniżony,  bo  nie  dowiódł,  że  jako 

przewodnik potrafi doprowadzić mnie do miecza. 

Poza tym jednak rytuał Tradycji rozbudził we mnie fascynację wiedzą tajemną, choć nauczyłem się w 

sobie tłumić, wędrując zadziwiającym Szlakiem Świętego Jakuba, „drogą zwykłych ludzi". Inwokacje, niemal 
pełne  panowanie  nad  materią,  kontakt  z  zaświatami  -  wszystko  to  interesowało  mnie  znacznie  bardziej  niż 
Praktyki  RAM.  Może  te  Praktyki  miały  bardziej  rzeczywiste  zastosowanie  w  moim  życiu.  Niewątpliwie 
znacząco  się  zmieniłem  od  chwili  wyruszenia  na  Szlak.  Dzięki  pomocy  Petrusa  odkryłem,  że  wiedza,  którą 
posiadłem,  może  mi  pomóc  wspiąć  się po ścianie wodospadu, pokonać wrogów i rozmawiać z Posłańcem o 
sprawach praktycznych. Poznałem oblicze mojej śmierci, Błękitny Glob Miłości, która trawi, zalewający cały 
świat. Gotów byłem toczyć Dobrą Walkę i uczynić z życia pasmo zwycięstw. 

A  jednak  jakaś  ukryta  cząstka  mej  duszy  wciąż  żałowała  magicznych  kręgów,  transcendentalnych 

formuł, kadzideł i święconego atramentu. To, co Petrus nazywał hołdem składanym Starszym, dla mnie było 
silną więzią i nostalgią za starymi, zapomnianymi naukami. A myśl, że prawo wstępu do tego świata miałoby 
mi zostać odebrane, pozbawiała mnie motywacji do dalszej wędrówki. 

Kiedy  po  rytuale  Tradycji  wróciłem  do  hotelu,  znalazłem  przymocowany  do  klucza  Przewodnik 

pielgrzyma-  książkę,  po  którą  sięgał  Petrus,  kiedy  żółte  znaki  były słabo widoczne albo gdy chciał obliczyć 
odległość między miastami. Opuściłem Ponferradę tego samego ranka, nie tracąc czasu na sen, i ruszyłem na 
Szlak.  Pierwszego  wieczoru  przekonałem  się,  że  mapa  ma  źle  oznaczoną skalę, i musiałem spać pod gołym 
niebem, pod osłoną skały. 

Tu,  rozmyślając  nad  tym,  co  mi  się  przydarzyło  od  wizyty  u  pani  Savin,  uświadomiłem  sobie,  jak 

uporczywie  Petrus  starał  się  mnie  przekonać,  że,  wbrew  temu,  czego  zawsze  nas  uczono,  liczą  się  przede 
wszystkim efekty naszych poczynań. Wysiłek jest zbawienny i konieczny, ale jeśli nie przynosi oczekiwanego 
skutku, nic nie znaczy. 

Od siebie, po wszystkim, co się stało, mogłem oczekiwać spełnienia tylko jednego celu - odnalezienia 

miecza. A tego wciąż jeszcze nie dokonałem. Od Santiago de Compostela dzieliło mnie już zaledwie kilka dni 
wędrówki. 

-    Jeżeli  jest  pan  pielgrzymem,  mogę  pana  zaprowadzić  do  Bramy  Przebaczenia.  -  Dziewczynka 

nachalnie proponowała swoje usługi, stojąc przy fontannie w Villafranca del Bierzo. -- Kto przejdzie przez tę 
bramę, nie musi już wędrować do Composteli. 

Dałem jej parę peset, żeby sobie poszła i czym prędzej zostawiła mnie w spokoju. Ale ona zaczęła się 

bawić, ochlapując wodą z fontanny mój plecak i bermudy. 

-  Proszę pana, proszę pana. 
I wtedy właśnie przyszły mi na myśl tak często powtarzane przez Petrusa słowa: „Oracz ma orać w 

nadziei, a młocarz młócić w nadziei, że będzie miał coś z tego"

31

. Był to urywek listu apostoła Pawła. 

Musiałem  jeszcze  trochę  wytrwać.  Szukać,  nie  poddając  się  strachowi  przed  porażką.  Zachować 

nadzieję, że odnajdę miecz i poznam jego sekret. Kto wie, czy ta dziewczynka nie próbowała mi powiedzieć 
czegoś,  czego  nie  chciałem  zrozumieć?  Jeżeli  Brama  Przebaczenia,  która  znajdowała  się  w  kościele,  mogła 
zapewnić osiągnięcie tego samego efektu duchowego co przybycie do Santiago de Compostela, dlaczego mój 
miecz nie miałby czekać właśnie tu? 

- Chodźmy powiedziałem w końcu do dziewczynki. 
Spojrzałem  na  górę,  z  której  niedawno  schodziłem.  Teraz  trzeba  było  zawrócić  i  częściowo  wspiąć 

się  na  zbocze.  Minąłem  Bramę  Przebaczenia,  nawet  nie  starając  się  jej  przyjrzeć,  bo  wytyczyłem  sobie 
konkretny  cel  -  dotrzeć do Santiago. Ale znalazła się mała dziewczynka, jedyna żywa istota, która wyszła z 
domu  w  to  upalne  popołudnie,  a  teraz  nalegała,  żebym  się  cofnął  i  zwrócił  oczy  na  coś,  co  ominąłem. 
Pośpiech  i  zniechęcenie  mogły spowodować, że przeszedłem obok przedmiotu moich poszukiwań, po prostu 
go nie zauważając. Dlaczego właściwie ta dziewczynka nie odeszła, kiedy dałem jej pieniądze? 

Petrus ciągle powtarzał, że lubię opowiadać sobie bajki. A może się mylił? 
Idąc  za  dziewczynką,  przypomniałem  sobie  historię  Bramy  Przebaczenia.  Kościół  zawarł  swoisty 

układ  z  chorymi  pielgrzymami.  Ponieważ  od  tego  miejsca  do  Composteli  droga  znów  stawała  się 

                                                   

31

?1 Kor 9, 10 (przyp. tłum.). 

 

background image

 

 - 78 - 

niebezpieczna i wiodła przez góry, w XII wieku papież ogłosił, że wystarczy, jeśli ten, komu zbrakło sił, by 
kontynuować wędrówkę, przekroczy Bramę Przebaczenia. Uzyska takie same odpusty, jakie otrzymywali ci, 
którzy docierali do ostatecznego celu pielgrzymki. W ten sposób papież rozwiązał problem wielu pątników i 
zachęcił do pielgrzymek. 

Szliśmy drogą, którą już pokonywałem - krętymi, stromymi ścieżkami biegnącymi po śliskim zboczu. 

Dziewczynka wyprzedzała mnie, zwinna i szybka jak strzała, a ja nieraz musiałem prosić, by zwolniła kroku. 
Słuchała  mnie,  ale  już  po  chwili  znów  ruszała  biegiem.  Po  półgodzinie  i  wielu  moich  protestach  stanęliśmy 
wreszcie przed Bramą Przebaczenia. 

- Mam klucze do kościoła - powiedziała. -Wejdę i otworzę bramę, aby mógł ją pan przekroczyć. 
Weszła  bramą główną, a ja czekałem na zewnątrz. Kaplica była mała. Bramę, zwróconą na północ, 

zdobiły  muszle  i  sceny  z  życia  świętego  Jakuba.  W  chwili  gdy  usłyszałem  zgrzyt  klucza  w zamku, potężny 
owczarek niemiecki wyskoczył nie wiadomo skąd i stanął między mną a bramą. 

Moje ciało natychmiast przygotowało się do walki. 
Znowu - pomyślałem. Wygląda na to, że ta historia nigdy się nie skończy. Wciąż nowe próby walki, 

poniżenia. I ani śladu miecza. 

Jednak  w  tej  chwili  otwarła  się  Brama  Przebaczenia  i  stanęła  w  niej  dziewczynka.  Widząc 

wpatrującego się we mnie psa i mnie, z oczyma utkwionymi w jego ślepia, wypowiedziała kilka ciepłych słów 
i w ten sposób udobruchała zwierzę. Merdając ogonem, pies pobiegł w głąb kościoła. 

Być  może  Petrus  miał  rację  -  uwielbiałem  snuć  opowieści.  Zwykły  owczarek  niemiecki  wyrósł  w 

moich  oczach  do  rozmiarów  groźnego  zwierzęcia  nie  z  tego  świata.  To  był  zły  znak  -przejaw  zmęczenia, 
które czasem sprawia, że dajemy się zwodzić. 

Lecz wciąż jeszcze była nadzieja. Dziewczynka skinęła ręką, prosząc, bym wszedł. Pełen oczekiwań 

przekroczyłem Bramę Przebaczenia i uzyskałem łaski, jakich dostępują pielgrzymi w Com-posteli. 

Ogarnąłem  spojrzeniem  pustą  świątynię,  w  której  prawie  nie  było  posągów  ani  obrazów,  szukając 

jedynej rzeczy, która mnie interesowała. 

-    Można      tu      zobaczyć      kapitele      w      kształcie  muszli,  symbolu  Camino  de  Santiago  -  zaczęła 

opowiadać  mała,   grając  rolę  przewodniczki.  Oto święta Agata z... wieku... 

Wkrótce zrozumiałem, że nie warto było zawracać z drogi. 
-  A to święty Jakub Matamoros

32

 z uniesionym mieczem i Maurowie pod kopytami jego koma, posąg 

z... wieku... 

Tu znajdował się miecz świętego Jakuba. Ale nie mój. Dałem dziewczynce jeszcze kilka peset, ale ich 

nie przyjęła. Z lekka urażona, nie udzielając żadnych wyjaśnień, powiedziała, żebym wyszedł. 

Zszedłem  po  stromym  zboczu  i  ruszyłem  w  kierunku  Composteli.  Kiedy  powtórnie  wędrowałem 

uliczkami  Villafranca  del  Bierzo,  stanął  przede  mną  mężczyzna,  który  oświadczył,  że  ma  na  imię  Angel,  i 
zapytał, czy zechcę zwiedzić kościół Świętego Józefa Cieśli. Choć imię mężczyzny miało w sobie tyle magii

33

tuż  po  doznanym  rozczarowaniu  doszedłem  do  wniosku,  że  Petrus  był  wielkim  znawcą  ludzkich  dusz. 
Cechuje  nas  skłonność  do  snucia  opowieści  o  tym,  co  nie  istnieje,  a  nie  wierzymy  w  rzeczy  oczywiste, 
rzucające się w oczy. 

Jednak  wyłącznie  po  to,  by  potwierdzić  swe  przekonania,  pozwoliłem  Angelowi  zaprowadzić  się 

także  i  do  tego  kościoła.  Był  zamknięty,  a  on  nie  miał  klucza.  Pokazał  mi  usytuowany  nad  portalem  posąg 
świętego Józefa trzymającego narzędzia ciesielskie. Popatrzyłem, podziękowałem mężczyźnie i chciałem dać 
mu kilka peset. Nie przyjął ich i zostawił mnie na środku ulicy. 

- Jesteśmy dumni z naszego miasta - oznajmił. - Nie robimy tego dla pieniędzy. 
I  znów  ruszyłem  tą  samą  drogą,  by  po  kwadransie  zostawić  za  sobą  Villafranca  del  Bierzo  z  jej 

bramami, uliczkami i tajemniczymi przewodnikami, którzy za swe usługi nie przyjmowali zapłaty. 

Przez jakiś czas przemierzałem górzyste tereny, co kosztowało mnie wiele wysiłku i zajmowało dużo 

czasu.  Początkowo  myślałem  wyłącznie  o  tym,  co  zaprzątało  mnie  już  wcześniej  -  o    samotności,  poczuciu 
wstydu,  bo  zawiodłem  Petrusa,  o  moim  mieczu  i  jego  tajemnicy.  Ale  postacie  dziewczynki  i  Angela  wciąż 
stały mi przed oczyma. Podczas gdy ja szedłem skupiony wyłącznie na nagrodzie, której pożądałem, oni dali 
mi  z  siebie  to,  co  mieli  najlepszego  -  swą  miłość  do  tego  miasta.  Nie  otrzymując  nic  w  zamian.  Niejasna 
jeszcze   myśl   przybrała   wyraźniejszy kształt w zakamarkach mej duszy. To była więź łącząca wszystkie 

                                                   

32

? Arabożerca (przyp. tłum.). 

33

? Angel to po hiszpańsku „anioł". 

background image

 

 - 79 - 

siły  natury.  Petrus  nieustannie  podkreślał,  że  pragnienie  nagrody  jest  konieczne,  by  osiągnąć  zwycięstwo.  
Lecz za każdym razem, kiedy zapominałem o całym świecie, myśląc wyłącznie o mieczu,  przywoływał mnie 
do porządku, stosując bolesne chwyty. Takie sytuacje wielokrotnie powtarzały się na Camino de Santiago. 

Robił  to  z  rozmysłem.  I  w  tym  musiał  tkwić  sekret  mojego  miecza.  Zagrzebane  w  najgłębszych 

zakamarkach  mej  duszy  przeczucia  drgnęły,  przeniknęła  je  odrobina  światła.  Nie  uświadamiałem  sobie 
jeszcze, ku czemu zmierzam, coś mi jednak podpowiadało, że jestem na dobrej drodze. 

Byłem wdzięczny za spotkanie z dziewczynką i z Angelem;  w ich  sposobie  mówienia o  kościołach 

kryła się Miłość, która trawi. Zmusili mnie, abym dwukrotnie przemierzył drogę, którą planowałem pokonać 
po południu. Teraz znów zapomniałem o fascynacji rytuałem Tradycji i powróciłem na hiszpańską ziemię. 

Pomyślałem  o  dniu,  już  bardzo  odległym,  w  którym  Petrus  powiedział  mi,  że  wielokrotnie 

przeszliśmy  tę  samą  drogę  w  Pirenejach.  Zatęskniłem  za  tamtym  dniem.  To  mógł  być  dobry  początek  -  kto 
wie, czy powtórzenie takiej sytuacji właśnie teraz nie wróżyło szczęśliwego zakończenia? 

Wieczorem  dotarłem  do  wioski  i  wynająłem  pokój  u  starszej  pani,  która  zażądała  śmiesznie  niskiej 

zapłaty  za  nocleg  i  posiłki.  Pogawędziliśmy  trochę,  a  ona  wyznała  mi,  jak  głęboką  wiarę  pokłada  w 
Przenajświętszym  Sercu  Jezusa  i  jak  martwi  się  o  zbiór  oliwek  w  tym  roku,  kiedy  panuje  straszliwa  susza. 
Wypiłem trochę wina, zjadłem zupę i wcześnie poszedłem spać. 

Byłem  teraz  znacznie  spokojniejszy  dzięki  tej  kiełkującej  we  mnie  myśli,  która  wkrótce  miała 

wybuchnąć.  Pomodliłem  się,  wykonałem  kilka  ćwiczeń,  których  nauczył  mnie Petrus, i wezwałem Astraina. 
Musiałem  porozmawiać  z  nim  o  walce  z  psem.  Usiłował  wtedy  za  wszelką  cenę  wyrządzić  mi  krzywdę,  a 
kiedy  odmówił  mi  pomocy  w  zmaganiach  z  krzyżem,  postanowiłem  na  zawsze  usunąć  go  ze  swego  życia. 
Gdybym nie rozpoznał jego głosu, uległbym kuszeniu, któremu poddawał mnie przez całą walkę. 

- Zrobiłeś wszystko co w twojej mocy, żeby pomóc Legionowi mnie pokonać - powiedziałem. 
- Nie sprzymierzam się przeciw moim braciom - odparł Astrain. 
Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Przecież zostałem o tym uprzedzony, a absurdem było gniewać 

się  na  Posłańca  tylko  dlatego,  że  pozostał  posłuszny  swej  naturze.  Powinienem  widzieć  w  nim  towarzysza, 
który  pomaga  mi  w  chwilach  takich  jak  ta  -  to  było  jedyne  jego  zadanie.  Puściłem  w  niepamięć  urazę  i 
zaczęliśmy  rozmawiać  o  Szlaku,  o  Petrusie,  o tajemnicy miecza, o  moim przeczuciu, że ten sekret tkwi we 
mnie. Nie powiedział mi niczego istotnego, może poza tym, że takie tajemnice były dla niego niedostępne. Ale 
przynajmniej  miałem  z  kim  pogawędzić  po  całym  popołudniu  milczenia.  Rozmawialiśmy  do  późna.,  aż 
staruszka zapukała do drzwi, żeby zwrócić mi uwagę, że mówię przez sen. 

Obudziłem   się   w   znacznie   lepszej   formie i wczesnym rankiem wyruszyłem w drogę. Zgodnie z 

moimi  obliczeniami  już  po  południu powinienem znaleźć się w Galicji, gdzie leży Santiago de  Compostela.   
Droga wciąż pięła się w górę i przez cztery godziny utrzymywałem tempo marszu tylko  dzięki zdwojonemu 
wysiłkowi.    Przez  cały  ten  czas  żywiłem  nadzieję,  że  za  następnym zakrętem droga pobiegnie w dół. Ale ta 
chwila  nie  nadchodziła,  więc  w  końcu  przestałem  wierzyć,  że  tego  popołudnia  uda  mi  się  posuwać  nieco 
szybciej.  W  dali  dostrzegałem  jeszcze  wyższe  szczyty  i  nie  mogłem  uwolnić  się  od  myśli,  że  prędzej  czy 
później będę musiał je pokonać. Jednak wysiłek fizyczny niemal całkowicie oswobodził mnie od innych trosk 
i ogarnęła mnie życzliwość wobec samego siebie. 

Psiakość!  --  pomyślałem.  Ilu  ludzi  potraktowałoby  poważnie  kogoś,  kto  rzuca  wszystko,  żeby 

wyruszyć na poszukiwanie miecza? I jakie znaczenie w moim prawdziwym życiu miałby fakt, że nie zdołałem 
go odnaleźć? Nauczyłem się Praktyk RAM, poznałem mojego Posłańca, walczyłem z psem i ujrzałem własną 
śmierć - powtórzyłem sobie raz jeszcze, próbując przekonać samego siebie o znaczeniu, jakie miała dla mnie 
Camino de Santiago. Miecz był tylko efektem. Bardzo chciałbym go odnaleźć, ale jeszcze bardziej pragnąłem 
wiedzieć,  co  z  nim  począć.  Bo  przecież  musiałem  zrobić  z  niego  praktyczny  użytek,  tak  jak  stosowałem  w 
praktyce ćwiczenia, których nauczył mnie Petrus. 

Zatrzymałem się nagle. Myśl, dotąd stłumiona, eksplodowała. Wszystko wokół stało się jasnością, a 

fala niekontrolowanej Agape wypłynęła ze mnie. Gorąco pragnąłem, żeby był tu teraz Petrus, abym mógł mu 
wyznać  to,  czego  chciał  się  o  mnie  dowiedzieć  -  to  jedyne  odkrycie,  jakiego  ode  mnie  oczekiwał,  bo  to 
odkrycie miało zwieńczyć długi okres nauk na niezwykłym Szlaku Świętego Jakuba - pragnąłem wyjawić mu 
sekret mojego miecza. 

A  sekret  mojego  miecza,  jak  sekret  każdej  zdobyczy,  której  człowiek  pożąda  w  tym  życiu, 

sprowadzał  się  do  najprostszego  pod  słońcem pytania: co z nim uczynić? 

Nigdy nie snułem takich rozważań. Pokonując Camino de Santiago, chciałem dowiedzieć się jedynie, 

gdzie, w jakim miejscu ukryto miecz. Nie zastanawiałem się, dlaczego pragnę go znaleźć ani do czego jest mi 

background image

 

 - 80 - 

potrzebny. Całą uwagę skoncentrowałem na nagrodzie i nie rozumiałem, że kiedy ktoś czegoś pragnie, musi 
jasno określić powód tego pragnienia. To było jedynym motywem szukania nagrody i na tym właśnie polegał 
sekret  mojego  miecza.  Petrus  powinien  był  się  dowiedzieć,  że  dokonałem  tego  odkrycia,  byłem  jednak 
przekonany, że nigdy już nie zobaczę mojego przewodnika. 

Dlatego  przyklęknąłem  w  milczeniu,  wyrwałem  kartkę  z  notesu  i  zapisałem,  jak  zamierzam 

wykorzystać  miecz.  Potem  starannie  złożyłem  tę  kartkę  i  wsunąłem  ją  pod  kamień,  który  przypominał mi o 
jego imieniu i jego przyjaźni. Czas szybko zniszczy ten skrawek papieru, lecz ja w ten sposób symbolicznie 
wręczyłem go Petrusowi. 

On już wiedział, co uczynię z mieczem. Teraz moja i Petrusowa misja została spełniona. 
Wędrowałem po coraz wyższych partiach gór, a Agape przepływała przeze mnie i rozświetlała wokół 

świat.  Teraz,  kiedy  znałem  już  tajemnicę,  musiałem  znaleźć  to,  czego  szukałem.  Całe  moje  jestestwo 
opanowała  niezachwiana  pewność.  Szedłem,  śpiewając  włoską  piosenkę,  którą  Pe-trus  nucił  na  bocznicy 
kolejowej. Ponieważ nie znałem słów, sam je wymyślałem. W pobliżu nie było żywego ducha, szedłem przez 
gęsty  las,  więc  w  samotności  zacząłem  śpiewać  głośniej.  Wkrótce  uświadomiłem  sobie,  że  słowa  mojej 
piosenki  nabierają  absurdalnego  znaczenia  -  to  był  sposób  porozumiewania  się  ze  światem,  który  tylko  ja 
znałem, bo teraz świat stał się moim nauczycielem. 

Doświadczyłem  tego,  choć  w  inny  sposób,  podczas  pierwszego  spotkania  z  Legionem.  Wówczas 

ujawnił  się  we  mnie  dar  języków.  Stałem  się  sługą  Ducha,  który  mnie  wykorzystał,  aby  ocalić  kobietę, 
stworzyć mego wroga i ukazać okrutną twarz Dobrej Walki. Teraz było inaczej - byłem panem samego siebie 
i uczyłem się rozmawiać ze wszechświatem. 

Podejmowałem  dialog  ze  wszystkim,  co  pojawiło  się  na  mej  drodze  z  pniami  drzew,  kałużami, 

zeschniętymi  liśćmi  i  wspaniałymi  pnączami.  To  było  ćwiczenie  zwykłych  ludzi,  dobrze  znane  dzieciom,  a 
zapomniane przez dorosłych. Kryła się w nim tajemnicza odpowiedź rzeczy, jakby rozumiały, co mówię, i w 
zamian  otaczały  mnie  Miłością,  która  trawi.  Wszedłem  w  rodzaj  transu  i  ogarnął  mnie  strach,  lecz  byłem 
gotów prowadzić tę grę, póki starczy mi sił. 

Jeszcze raz okazało się, że Petrus miał rację -ucząc siebie, stawałem się Mistrzem. 
Nadeszła  pora  obiadu,  jednak nie zatrzymałem się na posiłek. Idąc przez małe osady, zniżałem głos 

do  szeptu,  śmiałem  się  do  siebie,  gdyby  więc  przypadkiem  ktoś  zwrócił  na  mnie  uwagę,  uznałby,  że  za 
naszych  czasów  do  katedry  w  Santiago  przybywali  pielgrzymi  dotknięci  obłędem.  Lecz  to  nie  miało 
znaczenia,  bo  oddawałem  cześć  otaczającemu  mnie  życiu  i  wiedziałem  już,  jak  wykorzystam  miecz,  kiedy 
wreszcie go znajdę. 

Przez resztę popołudnia szedłem w transie, świadom, dokąd zmierzam, lecz jeszcze bardziej świadom 

życia, które obdarzało mnie Aga-pe. Po raz pierwszy na niebie zaczęły się zbierać ciężkie chmury. Modliłem 
się,  żeby  spadł  deszcz,  bo  po  długiej  wędrówce,  po  całej  tej  suszy,  byłby  nowym,  ekscytującym 
doświadczeniem. O trzeciej po południu stanąłem na galicyjskiej ziemi i spojrzałem na mapę - już tylko jedna 
góra  dzieliła  mnie  od  końca  tego  etapu  drogi.  Uznałem,  że  muszę  ją  pokonać  i  spędzić  noc  w  pierwszej 
osadzie  u  stóp  góry  -  Tricasteli,  gdzie  potężny  król,  Alfons  XI,  pragnął  wznieść  wielkie  miasto,  lecz  ono 
nawet po wiekach było tylko maleńką wioską. 

Wciąż  śpiewając  i  mówiąc  w  języku,  który  sam  stworzyłem,  żeby  gawędzić  z  naturą,  zacząłem  się 

wspinać  na  ostatnią  górę  -  Cebreiro.  Nosiła  imię  starożytnej  osady  rzymskiej,  oznaczające prawdopodobnie 
luty, w którym nastąpiło jakieś ważne wydarzenie. Niegdyś uważano, że to najtrudniejsza przeprawa na trasie 
pielgrzymki  do  Santiago,  lecz  dziś  sytuacja  wygląda  inaczej.  Oczywiście  zbocze  nadal  jest  strome,  jednak 
wysoka antena telewizyjna na sąsiednim szczycie służy pielgrzymom jako punkt orientacyjny i dzięki niej nie 
zbaczają ze Szlaku, co dawniej zdarzało się często i niemal równie często miało tragiczne skutki. 

Chmury wisiały coraz niżej i wiedziałem, że wkrótce zacznę poruszać się we mgle. Żeby dotrzeć do 

Triscateli,  musiałem  kierować  się  żółtymi  znakami,  ponieważ  antenę  telewizyjną  zakryła  mgła.  Gdybym  się 
zgubił,  czekałaby  mnie  kolejna  noc  pod  gołym  niebem,  lecz  tego  dnia,  kiedy  zbierało  się  na  deszcz,  taka 
perspektywa  wydawała  mi  się  raczej  nieprzyjemna.  Poczuć  na  twarzy  kropelki  wody,  napawać  się  każdą 
chwilą,  cieszyć  się  wolnością  i  życiem,  spędzić  noc  w  gościnnym  domu,  gdzie  znajdzie  się  kieliszek  wina  i 
wygodne  łóżko,  bym  mógł  wypocząć,  myśląc  o  czekającej  mnie  jutro  drodze  -  to  jedno.  Ale  borykać  się  z 
bezsennością, usiłując zdrzemnąć się w błocie, i bać się zakażenia kolana, bo przemięka bandaż - to zupełnie 
co  innego.  Musiałem  szybko  dokonać  wyboru:  albo  iść  najkrótszą  drogą,  pośród mgły, dopóki nie zapadnie 
całkowita  ciemność,  albo  zawrócić  i  przenocować  w  wiosce,  którą  opuściłem  przed  kilkoma  godzinami,  a 
przejście Cebreiro zostawić sobie na jutro. 

background image

 

 - 81 - 

W  chwili  gdy  zrozumiałem,  że  muszę  natychmiast  podjąć decyzję, zauważyłem, że stało się ze mną 

coś  dziwnego.  Pewność,  że  poznałem  tajemnicę  miecza,  kazała  mi  iść  dalej,  prosto  we  mgłę,  która  już-już 
miała  mnie  otoczyć.  To  uczucie  bardzo  różniło  się  od  impulsu,  który  kazał  mi  podążyć  za  dziewczynką  do 
Bramy Przebaczenia czy za mężczyzną do kościoła Świętego Józefa Cieśli. 

Przypomniałem  sobie,  że  kiedy  -  co  zdarzało się rzadko - prowadziłem wykłady w Brazylii, zawsze 

porównywałem doświadczenie mistyczne ze znanym nam wszystkim doświadczeniem, jakim jest nauka jazdy 
na rowerze. Wsiadając po raz pierwszy na rower, większość z nas porusza pedałami i przewraca się. Potem 
przejeżdżamy  króciutki  odcinek  drogi  i  znów  się  przewracamy.  Mimo  to  niespodziewanie  uczymy  się 
utrzymywać  równowagę  i  panować  nad rowerem. Nie polega to na gromadzeniu doświadczeń, ale raczej na 
swoistym  „cudzie",  który  się  dokonuje,  kiedy  rower  „zaczyna  prowadzić"  jadącego.  Rowerzysta  godzi  się 
poddać  „brakowi  równowagi"  pojazdu  dwukołowego,  natomiast  początkowy  upadek  wykorzystuje,  by 
przyjąć właściwą postawę i nabrać rozpędu. 

Podczas  wspinaczki  na  Cebreiro,  o  czwartej po południu, stwierdziłem, że stał się właśnie taki cud. 

Po  tak  długiej  wędrówce  Szlak  Świętego  Jakuba  zaczął  mnie  „prowadzić".  Podążyłem  za  tym,  co  ludzie 
nazywają intuicją. Za sprawą towarzyszącej mi przez cały ten dzień Miłości, która trawi, za sprawą odkrycia 
sekretu mojego miecza, a także dlatego, że człowiek w trudnych chwilach zawsze podejmuje słuszną decyzję -
bez lęku ruszyłem ku mgle. 

Ta  chmura  gdzieś  się  przecież  kończy  -  myślałem,  usiłując  wypatrzyć  żółte  znaki  na  kamieniach  i 

drzewach  Szlaku.  Już  od  blisko  godziny  widoczność  była  bardzo  słaba,  a  ja  śpiewałem,  aby  przepędzić 
strach,  i  czekałem,  aż  wydarzy  się  coś  niezwykłego.  Otoczony  przez  mgłę,  sam  pośród  irrealnego  świata, 
spoglądałem  na  Ca-mino  de  Santiago  jak  na  scenę z filmu, kiedy to widzimy bohatera robiącego coś, czego 
nikt nie ważyłby się uczynić, a widzowie myślą, że takie rzeczy zdarzają się tylko w kinie. Ale ja naprawdę tu 
byłem  i  przeżywałem  tę  sytuację  w  realnym  świecie.  Las  ogarniała  coraz  głębsza  cisza,  mgła  zaczynała  się 
rozpraszać.  Być  może  zbliżałem  się  do  celu,  lecz  światło  przebijające  się  przez  chmury  raziło  moje  oczy  i 
odmieniało koloryt pejzażu, czyniąc go tajemniczym i przerażającym. 

Teraz  wokół  panowała  niezmącona  cisza,  a  ja,  wsłuchując  się  w  nią,  odniosłem  w  pewnej  chwili 

wrażenie,  że  słyszę,  gdzieś  po lewej stronie drogi, kobiecy głos. Natychmiast się zatrzymałem. Sądziłem, że 
głos  odezwie  się  znowu,  ale  nie  dobiegł  mnie  nawet  najlżejszy  szmer,  żadne  z  brzmień  lasu,  żaden  szelest 
suchych  liści,  pośród  których  buszują  zwierzęta,  żaden  łopot  ptasich  czy  owadzich  skrzydeł.  Zerknąłem  na 
zegarek  -  było  piętnaście  po  piątej.  Obliczyłem,  że  do  Torrestreli  zostało  mi  jeszcze  około  czterech 
kilometrów - miałem dość czasu, by pokonać tę odległość przed zapadnięciem zmroku. 

Gdy  podniosłem  oczy,  ponownie  usłyszałem  kobiecy  głos.  To,  co  się  potem  wydarzyło,  okazało  się 

jednym z najważniejszych doświadczeń w moim życiu. 

Głos dobiegał znikąd, a może raczej brzmiał we mnie. Słyszałem go bardzo wyraźnie. Moja intuicja 

sprawiła,  że  stawał  się  coraz  silniejszy.  Nie  ja  byłem  panem  tego  głosu,  nie  był  nim  też  Astrain.  Ten  głos 
powtarzał  tylko,  że  powinienem  iść  dalej,  a  ja  usłuchałem  go  bez  zmrużenia  oka.  Było  tak,  jakby  wrócił 
Petrus  i  przypominał  mi  o  rozkazach  i  posłuszeństwie,  i  o  tym,  że  w  tej  chwili  jestem  tylko  narzędziem 
Szlaku,  który  mnie  „prowadzi".  Mgła  stawała  się  coraz  bardziej  przejrzysta,  miejscami  prawie  całkiem  się 
rozwiała. Obok mnie drzewa rosły rzadko, skały były mokre i śliskie, a zbocze równie strome jak na odcinku, 
który przemierzałem od dłuższego czasu. 

Nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, mgła zniknęła. A przede mną, na szczycie góry, 

wznosił  się  krzyż.  Rozejrzałem  się  wokół  i  zobaczyłem  morze  chmur,  z  których  się  wynurzyłem,  i  drugie 
morze chmur, wysoko ponad głową. Pomiędzy tymi dwoma oceanami sterczały wierzchołki najwyższych gór 
i szczyt Cebreiro. Ogarnęła mnie głęboka potrzeba modlitwy. Nawet gdybym musiał z tego powodu zboczyć 
z drogi do Torrestreli, chciałem wejść na sam szczyt i pomodlić się u stóp krzyża. To było czterdzieści minut 
wspinaczki pośród wewnętrznej i zewnętrznej ciszy. Język, który wymyśliłem, zamilkł we mnie, nie był mi już 
potrzebny  do  rozmowy  z  ludźmi  ani  z  Bogiem.  „Wiódł"  mnie  Szlak Świętego Jakuba i on miał mi wskazać 
miejsce, w którym spoczywał mój miecz. Petrus i tym razem miał rację. 

Na  szczycie,  niedaleko  krzyża,  siedział  mężczyzna,  który  coś  pisał.  Przeszło  mi  przez  myśl,  że  to 

wysłannik, nadnaturalna wizja. Lecz intuicja podszepnęła mi, że jest inaczej, i wtedy dostrzegłem wyszytą na 
jego ubraniu muszlę -mężczyzna był pielgrzymem. Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, a potem odszedł, 
urażony,  że  zakłóciłem  jego  spokój.  Być  może  obaj  czekaliśmy  na  to  samo  na  przybycie  anioła?  A  obaj 
ujrzeliśmy przed sobą człowieka. Na drodze zwykłych ludzi. 

background image

 

 - 82 - 

Choć  tak  bardzo  pragnąłem  się  modlić,  nie  byłem  w  stanie  wyrzec  ani  słowa.  Długo  stałem  przy 

krzyżu,  patrząc  na  góry  i  na  zakrywające  niebo  i  ziemię  obłoki,  zza  których  wyłaniały  się  tylko  najwyższe 
szczyty.  W  dole  zapalały się światła osady złożonej z piętnastu domów i kościoła. A zatem będę miał gdzie 
spędzić tę noc, jeśli Szlak mi na to zezwoli. Nie wiedziałem dokładnie, o której może to nastąpić, ale, pomimo 
nieobecności Petrusa, miałem przewodnika. „Prowadziła" mnie Camino de Santiago. 

Zbłąkany  baranek  wszedł  na  szczyt  i  stanął  między  krzyżem  a  mną.  Spoglądał  na  mnie,  trochę 

wystraszony.  Stałem  tak  długo,  wpatrując  się  w  niemal  czarne  już  niebo,  w  krzyż  i  białego  baranka  u  stóp 
krzyża.  I  nagle  odczułem  zmęczenie  długim  okresem  prób,  walk,  nauki  i  marszu.  Potworny,  ściskający 
żołądek ból podszedł mi do gardła i wyrwał się szlochem bez łez, tu, przed barankiem i ogromnym samotnym 
krzyżem,  ukazującym,  jaki  los  człowiek  zgotował  nie  swemu  Bogu,  lecz  sobie.  W  mej  pamięci  ożyły 
wszystkie nauki Camino de Santiago, gdy szlochałem nad tą samotną owieczką. 

- Boże - zacząłem, odzyskując wreszcie zdolność wypowiadania słów modlitwy. - Nie przybili mnie 

do  tego  krzyża,  nie  widzę  na  nim  i  Ciebie.  Ten  krzyż  jest  pusty  i  takim  powinien  zostać  po  wsze  czasy, 
ponieważ  czas  śmierci  przeminął,  a  bóg  odradza  się  teraz  we  mnie.  Ten  krzyż  był  symbolem  niesłychanej 
władzy, którą posiedliśmy wszyscy, władzy ukrzyżowania drugiego człowieka i wydania go na śmierć. Teraz 
ta  moc  odradza  się  dla  życia,  świat  jest  ocalony,  a  ja  potrafię  dokonywać  Twych  cudów.  Albowiem 
przemierzyłem  drogę  zwykłych  ludzi  i  w  nich  odnalazłem  Twój  sekret.  I  Ty  przemierzyłeś  drogę  zwykłych 
ludzi.  Przybyłeś,  aby  nauczyć  nas  wszystkiego,  co  byliśmy  zdolni  pojąć  lub  uczynić,  my  jednak  nie 
chcieliśmy  przyjąć  Twych  nauk.  Pokazałeś  nam,  że  potęga  i  chwała  są  dostępne  dla  wszystkich,  lecz  tak 
nagłe  objawienie  naszych  zdolności  przerosło  nas.  Ukrzyżowaliśmy  Cię  nie  dlatego,  żeby  okazać 
niewdzięczność  Synowi  Bożemu,  lecz  dlatego,  że  bardzo  baliśmy  się  zaakceptować  nasze  zdolności. 
Ukrzyżowaliśmy  Cię,  ponieważ  baliśmy  się  stać  bogami.  Mocą  czasu  i  tradycji  stałeś  się  tylko  dalekim 
bóstwem, a my znów wypełnialiśmy swój człowieczy los. 

Nie, to nie grzech być szczęśliwym. Pół tuzina ćwiczeń i uważne wsłuchanie się w świat wystarczają, 

by  człowiek  zdołał  ziścić  najśmielsze  marzenia.  Pyszniłem  się  mą  mądrością,  kazałeś  mi  więc  przemierzyć 
drogę, którą przejść może każdy, i odkryć to, co odkryłby każdy, kto nieco uważniej przyglądałby się życiu. 
Pokazałeś  mi,  że  pogoń  za  szczęściem  jest  sprawą  osobistą  i  że  nie  istnieje  wzorzec,  który  moglibyśmy 
przekazać  innym.  Aby  odnaleźć  mój  miecz,  musiałem  zgłębić  jego tajemnicę, a to okazało się takie proste - 
wystarczyło wiedzieć, co z nim uczynić. Co zrobić z mieczem i ze szczęściem, jakie dla mnie oznacza. 

Przeszedłem  każdy  kilometr  tej  drogi,  aby  odkrywać  to,  co  już  wiedziałem,  co  wie  każdy  z  nas,  z 

czym  jednak  trudno  się  pogodzić.  Cóż  bowiem  trudniejszego  dla  człowieka,  Panie,  niż  odkryć,  że  może 
posiąść władzę? 

Ból,  który  rozdziera  teraz  mą  pierś,  który  wyrywa  się  szlochem  z  mego  gardła,  płosząc  owieczkę, 

istnieje,  odkąd  istnieje  człowiek.  Niewielu  jest  takich,  którzy  przyjęli  sztandar  zwycięstwa  -  większość 
wyrzeka się marzeń, kiedy te stają się nierealne. Rezygnują z podjęcia Dobrej Walki, nie wiedzą bowiem, co 
uczynić  z  własnym  szczęściem,  są  więźniami  spraw  doczesnych.  Jak  ja,  który  pragnąłem  odnaleźć  miecz, 
choć nie miałem pojęcia, co z nim czynić. 

Uśpiony  bóg  rozbudził  się  we  mnie  i  ból  narastał  z  każdą  chwilą.  Czułem,  że  jest  przy  mnie  mój 

Mistrz, i nareszcie udało mi się przemienić szloch we łzy. Płakałem, pełen wdzięczności dla człowieka, który 
kazał  mi  ruszyć  na  Szlak  Świętego  Jakuba  w  poszukiwaniu  miecza.  Płakałem,  pełen  wdzięczności  dla 
Petrusa, który uczył mnie, nie wspominając o tym, że me marzenia się spełnią, jeśli wcześniej odgadnę, jaki 
zrobię  z  nich  użytek.  Patrzyłem  na  nagi  krzyż  i  na  baranka,  który  -  wolny  -  mógł  biegać  po  tych  górach  i 
spoglądać w obłoki. 

Baranek  wstał,  a  ja  podążyłem  za  nim.  Wiedziałem,  dokąd  mnie  prowadzi.  Nawet  pośród  chmur 

świat wydał mi się przejrzysty i jasny. Choć nie widziałem Drogi Mlecznej na niebie, byłem pewien, że tam 
jest i że wskazuje wszystkim Szlak Świętego Jakuba. Baranek pobiegł w kierunku wioski noszącej, jak góra, 
nazwę  Ce-breiro.  Tam  wydarzył  się  pewnego  dnia  cud  -cud  przemiany  tego,  co  się  robi,  w  to,  w  co  się 
wierzy. W tajemnicę miecza i niezwykłego Szlaku Świętego Jakuba. 

Kiedy szedłem w dół, przypomniała mi się ta historia. Pewien wieśniak z sąsiedniej osady przyszedł 

do Cebreiro na mszę. Tego dnia szalała straszliwa burza. Mszę odprawiał mnich małej wiary, który w duchu 
drwił  sobie  z  poświęcenia  wieśniaka.  Lecz  gdy  nadeszła  chwila  podniesienia,  hostia  przemieniła  się  w  ciało 
Chrystusa,  a  wino  w  Jego  krew.  Relikwie  do  dziś  przechowywane  są  w  tej  małej  kapliczce.  To  skarb 
wspanialszy od wszystkich bogactw Watykanu. 

background image

 

 - 83 - 

Baranek  zatrzymał  się  na  skraju  wioski,  skąd  jedyna  biegnąca  przez  nią  uliczka  wiedzie  wprost  do 

kościoła.  Ogarnięty  przerażeniem,  powtarzałem  w  duchu:  „Panie,  nie  jestem  godzien  przekroczyć  progów 
Domu Twego". Lecz baranek zwrócił oczy w moją stronę, a jego spojrzenie przejęło mnie do głębi. Mówiło, 
abym  na  zawsze  zapomniał  o  swych  niegodziwościach,  moc  bowiem  odrodziła  się  we  mnie,  jak  mogła  się 
odrodzić  w  każdym  człowieku,  który  ze  swego  życia  uczyni  Dobrą  Walkę.  Nadejdzie  dzień  -  mówiły  oczy 
baranka  -  gdy  człowiek  znów  będzie  z  siebie  dumny,  a  wtedy  cała  natura  sławić  będzie  rozbudzenie  boga, 
który trwał w nim uśpiony. 

Baranek był teraz moim przewodnikiem na Camino de Santiago. W pewnej chwili wokół zapanowała 

ciemność,  a  ja  miałem  wizję.  Ujrzałem  sceny  łudząco  podobne  do  opisanych  w  Apokalipsie:  Baranka 
zasiadającego  na  tronie  i  ludzi,  którzy  płukali  swe  szaty,  oczyszczając  je  we  krwi  Baranka.  To  było 
przebudzenie śpiącego w każdym z ludzi boga. Ujrzałem także bitwy, czas niepokoju, katastrofy, które miały 
spaść  na  Ziemię  w  nadchodzących  latach.  Lecz  wszystko  to  zakończyło  się  triumfem  Baranka,  bo  każda 
istota ludzka stąpająca po tej ziemi obudziła swą wielką mocą uśpionego w niej boga. 

Szedłem  za  barankiem  do  kaplicy  wzniesionej  przez  wieśniaka  i  mnicha,  który  uwierzył  w  to,  co 

czynił.  Nikt  nie  wie,  kim  byli.  Dwa  bezimienne  kamienie  nagrobne  na  sąsiadującym  z  kościołem cmentarzu 
wskazują tylko, gdzie pogrzebano ich szczątki doczesne. Ale nie wiadomo nawet, w którym grobie spoczywa 
mnich, a w którym wieśniak. Ponieważ, aby cud mógł się ziścić, dwie siły musiały stoczyć Dobrą Walkę. 

Kaplica  była  rzęsiście  oświetlona,  kiedy  stanąłem  w  jej  progu.  Tak,  byłem  godzien  tam  wejść, 

ponieważ miałem miecz i wiedziałem, jak go używać. To nie była Brama Przebaczenia - ja przebaczenie już 
uzyskałem, oczyściłem szaty w krwi Baranka. Teraz chciałem tylko wziąć do ręki mój miecz i podjąć Dobrą 
Walkę. 

W  małej  świątynce  nie  było  krzyża.  Na  ołtarzu  ujrzałem  relikwie  cudu  -  kielich  i  patenę,  które 

widziałem, tańcząc, i srebrny relikwiarz, kryjący ciało i krew Jezusa. Odzyskiwałem wiarę w cuda, które co 
dnia czynić może człowiek. Otaczające mnie wysokie szczyty górskie zdawały się mówić, że są tu wyłącznie 
po to, by rzucać wyzwanie człowiekowi. I że człowiek żyje tylko po to, by przyjąć to zaszczytne wyzwanie. 

Baranek skrył się za ławkę, ja patrzyłem przed siebie. Przy ołtarzu, uśmiechnięty, może odczuwający 

ulgę, stał Mistrz. W ręce trzymał mój miecz. 

Zatrzymałem  się.  Zbliżył  się  do  mnie,  minął  i  wyszedł.  Podążyłem  za  nim.  Uniósł  ostrze  i  zaczął 

recytować święty psalm tych, którzy podróżują i walczą, aby zwyciężyć. 

 

Polegnie u twego boku tysiąc i dziesięć tysięcy po prawicy twojej, a ciebie zło 
nie  dosięże.  Nie  przypadnie  na  ciebie  zło  i  zaraza  nie  zbliży  się  do  namiotu 
twego. 
Albowiem  aniołom  swoim  przykazał  o  tobie,  aby  cię  strzegli  na  wszystkich 
drogach twoich. 

 
Ukląkłem, a on uderzył płazem kolejno oba moje ramiona, mówiąc: 
 

Po lwie i żmii stąpać będziesz, 
deptać będziesz młodego lwa i smoka

34

 
Gdy kończył wypowiadać te słowa, z nieba spadły pierwsze krople deszczu. Padało, a deszcz ożywiał 

ziemię.  Ta  woda  miała  powrócić  do  nieba,  dopiero  gdy  wspomoże  kiełkowanie  ziarna,  wzrost  drzewa, 
kwitnienie kwiatu. Padało coraz mocniej, a ja trzymałem uniesioną głowę, czując po raz pierwszy na Szlaku 
Świętego Jakuba wodę zesłaną przez niebo. Pomyślałem o wypalonych polach i poczułem się szczęśliwy, bo 
tej  nocy  miały  wreszcie  ukoić  pragnienie.  Pomyślałem  o  kamieniach  z  Leon,  o  łanach  zboża  Nawarry,  o 
spękanej  kastylijskiej  ziemi,  o  winnicach  Rioja,  dziś  chłonących  te  strugi  deszczu,  z  których  sączyła  się 
potęga niebios. 

Przypomniałem sobie krzyż, który dźwignąłem, a który burza prawdopodobnie przewróciła, by inny 

pielgrzym  mógł  nauczyć  się  posłuszeństwa.  Pomyślałem  o  wodospadzie,  teraz  potężnym,  bo  zasilonym 
opadami, i o Foncebadón, gdzie dałem z siebie tak wiele, by przywrócić życie tej ziemi. 

                                                   

34

? Psalm 91 (7, 10, 11 i 13) w przekładzie Czesława Miłosza (przyp. tlum.). 

background image

 

 - 84 - 

Pomyślałem o wodzie, którą czerpałem z tylu studzien, teraz znów obfitszych. Byłem godzien miecza, 

ponieważ wiedziałem, jak go używać. 

Mistrz  wyciągnął  miecz  w  moją  stronę,  ja  go  przyjąłem.  Rozglądałem  się,  szukając  baranka,  ale 

zniknął  bez  śladu.  Jednak  nie  miało  to  już  znaczenia  woda  życia  płynęła  z  niebios,  a  ostrze  mego  miecza 
połyskiwało w jej strugach.  

 
 
 

background image

 

 - 85 - 

Epilog Santiago de Compostela 

 
Z okna hotelowego pokoju widzę katedrę Świętego Jakuba i grupkę turystów przed świątynią. Pośród 

tłumu  przechadzają  się  studenci  w  ciemnych  średniowiecznych  strojach,  a  sprzedawcy  pamiątek  kręcą  się 
przy  swoich  straganach. Jest wczesny ranek, a nie licząc notatek, te linie są pierwszymi, jakie skreśliłem na 
Camino de Santiago. 

Przybyłem  do  miasta wczoraj autobusem, który zapewniał połączenie między Pedrafitą, położoną w 

pobliżu  Cebreiro,  a  Compostela.  W  ciągu  czterech  godzin  pokonaliśmy  sto  pięćdziesiąt  kilometrów 
dzielących  obie  miejscowości,  a  ja wspominałem pieszą wędrówkę z Petrusem -zdarzało się, że na przejście 
takiej  odległości  poświęcaliśmy  dwa  tygodnie.  Wkrótce  wyjdę,  żeby  złożyć  na  grobie  świętego  Jakuba 
wykonany na muszlach wizerunek Matki Boskiej z Aparecidy. Potem, jeżeli okaże się to możliwe, wsiądę do 
samolotu i wrócę do Brazylii; gdzie czeka mnie dużo pracy. Nie zapomniałem słów Petrusa, który opowiadał 
mi, jak zamknął w jednym obrazie całe swoje doświadczenie. Przeszło mi przez myśl, żeby napisać książkę o 
tym, co przeżyłem, ale na razie był to tylko odległy projekt, bo teraz, kiedy odnalazłem miecz, czekało mnie 
wiele zajęć. 

Tajemnica  mojego  miecza  należy  do  mnie  i  nigdy  jej  nie  ujawnię.  Została  zapisana  i  spoczęła  pod 

głazem,  ale po deszczu, który niedawno spadł, prawdopodobnie już nie istniała. Dobrze się stało. Petrus nie 
musiał jej znać. 

Zapytałem  Mistrza,  skąd  wiedział,  kiedy  dotrę  do  Cebreiro.  Czy  może  czekał  tam  na  mnie  już  od 

jakiegoś czasu? 

Roześmiał  się  i  powiedział,  że  przyjechał  poprzedniego  dnia  rano  i  że  wyjechałby  nazajutrz,  nawet 

gdybym się nie pojawił. 

Chciałem  się  dowiedzieć,  jak  to  możliwe,  ale  nie  otrzymałem  odpowiedzi.  Kiedy  się  żegnaliśmy, 

zanim wsiadł do wynajętego samochodu i wyjechał do Madrytu, wręczył mi symbol Zakonu Świętego Jakuba 
od Miecza i powiedział, że miałem już wielkie objawienie, gdy patrzyłem w oczy baranka. 

Jednak  przy  odrobinie  wysiłku  zdołam  może  kiedyś  zrozumieć,  że  ludzie  zawsze  przybywają 

punktualnie tam, gdzie są oczekiwani.