background image

 

Marie Ferrarella  
CZY TO TY, WALENTYNKO? 

 
 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Chcę, żebyś była mną. 

T.J. z osłupieniem spojrzała na leżącą na widełkach słuchawkę. 

Telefon  na  biurku  zadzwonił  już  trzeci  raz,  kiedy  Theresa  Jean  Cohran 

zdała  sobie  wreszcie  z  tego  sprawę.  Zagłębiona  w  arkuszach 

kalkulacyjnych  wyświetlanych  na  ekranie  komputera,  po  omacku 

wyciągnęła  rękę  po  słuchawkę,  lecz  niechcący  nacisnęła  guzik 

uruchamiający  tryb  głośnego  mówienia  i  wtedy  właśnie  usłyszała  te 

zdumiewające słowa. 

Słucham? - wymamrotała po chwili. 

Chcę... - po drugiej stronie ktoś najwyraźniej się zawahał. - To ty, T.J.? 

W  pełnym  słońca  gabinecie  T.J.  rozległ  się  głos  jej  kuzynki,  Theresy 

Joan Cohran. 

T.J. z niepokojem spojrzała na telefon. Dlaczego Theresa do niej dzwoni? 

Dlaczego po pr

ostu nie wpadła bez pukania, jak to miała w zwyczaju? 

Theresie  chyba  jeszcze  nigdy  nie  przyszło  do  głowy,  że  mogłaby 

zapukać.  Jako  prezes  C&C  Advertising  przywykła  do  tego,  że  może 

swobodnie  wchodzić  do  wszystkich  pomieszczeń  znajdujących  się  na 

trzech  piętrach  należących  do  jej  agencji  -  może  z  wyjątkiem  męskiej 

toalety. Chociaż i to mogło z czasem ulec zmianie. 

Nawet gdyby jednak Theresa nie była szefową stworzonej przez swego 

dziadka i rozwiniętej przez ojca czołowej na rynku agencji reklamowej, i 
tak ni

e  cofnęłaby  się  przed  wtargnięciem  na  teren  kuzynki.  Robiła  to 

przecież od dzieciństwa i było to dla niej równie naturalne, co oddychanie. 

Theresa  Jean,  podobnie  jak  kuzynka  nazwana  tak  na  cześć  babki  ze 

strony  ojca,  sięgnęła  więc  z  rezygnacją  po  słuchawkę.  Choć  w 

pomieszczeniu nie brakowało światła - promienie słońca wpadały bowiem 

obficie  przez  dwa  znajdujące  się  za  nią  okna  -  to  zrobiło  jej  się  nagle 

zimno i ponuro. Poczuła się, jak gdyby przeżywała deja vu

Zbyt  dobrze  znała  ton,  którym  posłużyła  się  teraz kuzynka. Theresa 

czegoś chciała. Przysługi. Maleńkiej, drobniutkiej przysługi. Dobrze znała 

te jej prośby! 

Dwie  „maleńkie  przysługi”  zawsze  pociągały  za  sobą  bynajmniej  nie 

„maleńkie” konsekwencje, były jak ten drobny kamyk, który puszczony w 

dół po zboczu, pociąga za sobą lawinę i wraz z wielkimi głazami zagarnia 

background image

 

wszystko, co stanęło na drodze. Kiedy obie były dziewczynkami, niektóre 

z  tych  przysług  miały  wprawdzie  dość  dziwaczny  charakter,  lecz  ich 

spełnienie nie było aż tak trudne. Te ostatnie jednak stawały się znacznie 

mniej  wygodne,  dotyczyły  bowiem  głównie  pracy  -  z  reguły  takiej  czy 

innej  sprawy,  którą  należało  dyplomatycznie  załatwić  po  przejściu  przez 

firmę  Huraganu  Theresa  (takim  przezwiskiem  ochrzcili  szefową  starsi 
pracownicy firmy). 

Nawiase

m  mówiąc,  T.J.  podejrzewała,  że  Theresa  domyśla  się,  jak 

nazywają ją podwładni - i uważa to za komplement! 

Jeśli chodzi o wiek, dzieliło je dziewięć miesięcy. T.J. była starsza, ale to 

Theresa  zwracała  na  siebie  większą  uwagę.  Jako  młoda  i  urodziwa 
szefowa 

wielkiej  agencji  skupiała  na  sobie  zainteresowanie  mediów.  W 

kolorowych  magazynach  można  było  znaleźć  jej  zdjęcia  z  coraz  to 

nowymi i coraz bardziej interesującymi kawalerami, udzielała wywiadów, 

obdarzała uśmiechami fotoreporterów. W istocie jednak to T.J. była szarą 

eminencją firmy, to ona była owym mózgiem, siłą sprawczą, dzięki której 

mogli zawierać nowe kontrakty i odnawiać stare. 

Taka rola bardzo jej zresztą odpowiadała. Wolała pozostawać w cieniu, 

by  robić  to,  co  uważała  za  naprawdę  wartościowe  i  twórcze  -  obliczać, 

planować,  podejmować  decyzje.  I  tak  T.J.  uwielbiała  wykonywać 

mrówczą pracę w zaciszu swego gabinetu, a Theresa zbierać pochwały w 

blasku fleszy i jupiterów. Dobrze im się razem pracowało. 

Teraz  T.J.  nacisnęła  dwa  przyciski  na  klawiaturze  komputera, by 

zachować  plik,  po  czym  usiadła  wygodniej  na  krześle  i  odetchnęła 

głęboko. Miała przeczucie, że ta rozmowa potrwa dłużej niż chwilę. 

Czemu  zawdzięczam  tę  przyjemność?  -  Zerknęła  na  zegarek. 

Dochodziła dziewiąta. Ciekawe, czy Theresa jest jeszcze w domu? Nie po 

raz pierwszy spóźniłaby się do pracy. 

Po  drugiej  stronie  usłyszała  dramatyczne  westchnienie.  Nikt  inny  nie 

umiał  wzdychać  równie  dramatycznie,  jak  Theresa  Joan  Cohran. 

Wyglądało na to, że sprawa jest szczególnie poważna. 

Posłuchaj, T.J., potrzebuję twojej pomocy. T.J. odchyliła się na krześle. 

Chodzi o jakąś kampanię reklamową, jakiś pomysł, czy może o to, że... 

zawiesiła głos, licząc na to, że kuzynka dopowie resztę. 

Chodzi o to, że chcę, żebyś była mną. 

T.J. uniosła brwi. Nie takiego dopowiedzenia się spodziewała. 
- Ale... w jakim sensie? 

Theresa zdawała się nie słyszeć. Ten zwyczaj opanowała do perfekcji - 

nie słyszała niczego, co nie miało związku z tym, co aktualnie zaprzątało 

background image

 

jej  myśli.  Zachowywała  się  tak,  jakby  wszystkie  jej  pomysły,  nawet 

najbardziej idiotyczne i zwariowane, powinny być dla każdego jasne. 

Doskonale się nadajesz, T. J.! Zobaczysz, wszystko się uda! Zgódź się 

od  razu  i  będzie  po  sprawie.  Zgadzasz  się,  prawda?  To  super,  naprawdę 
super! 

Hm, nie na darmo naz

ywają  ją  Huraganem  Theresa,  pomyślała  T.J.  W 

przeciwieństwie  do  kuzynki,  ona  lubiła  jednak  zastanowić  się  wcześniej 

przed podjęciem każdej decyzji, a przede wszystkim - lubiła wiedzieć, o 
co chodzi. 

Chyba  czegoś  nie  dosłyszałam,  Thereso  -  odezwała  się  łagodnym 

tonem,  niczym  pielęgniarka  do  pacjenta  w  zakładzie  dla  psychicznie 
chorych. - 

Przed czwartym kubkiem kawy trochę za wolno myślę. Możesz 

dodać coś jeszcze? 

Po  drugiej  stronie  zapadła  długa  cisza,  jak  gdyby  Theresa  szukała 

właściwych  słów.  T.J.  miała  czas,  by  zastanowić  się,  o  co  też  może 

chodzić  tym  razem.  Czy  może  powinna  w  zastępstwie  kuzynki 

poprowadzić  jakieś  superważne  zebranie  albo  prezentację?  Nie,  znając 

Theresę  aż  za  dobrze,  domyślała  się,  że  w  grę  wchodzi  coś  bardziej 
niekonwencjonalnego - j

akiś pagórek, z którego koniecznie trzeba zjechać 

na  nartach,  albo  mężczyzna,  który  dramatycznie  potrzebuje  jej 
towarzystwa w odludnym domku w górach. Tak czy inaczej Theresa 

zaczęła coś, co ona będzie musiała dokończyć. Oczyścić pole, pozałatwiać 
sprawy, 

wyjść  na  prostą.  Theresa  posiadała  bowiem  niezwykłą  zdolność 

prowadzenia  interesów  i  jednocześnie  radosnego  używania  życia  - 

oczywiście, bynajmniej nie w tym samym miejscu. 

Cóż, taki już był  wdzięk jej kochanej kuzyneczki.  Theresa  miała swoje 

wady, poza ws

zystkim była jednak wspaniała, piękna, czarująca i bogata, 

toteż  wszyscy  jej  wybaczali;  wszyscy  łącznie  z  T.J.,  może  z  tą  jedynie 

różnicą, że ów podziw i dobroduszność były wynikiem szczerej miłości i 

troski, jaką T.J. obdarzała Theresę. 

Uśmiechnęła się do siebie. Dobre sobie! Gdyby Theresa dowiedziała się, 

że jej kuzynka poczuwa się do opieki nad nią, roześmiałaby się pewnie ze 
zdumieniem. 

No dobrze, powiedz wreszcie, dlaczego miałabym być tobą, skoro sama 

możesz udawać siebie o wiele lepiej? - zagadnęła T.J., by jak najszybciej 

poznać rozwiązanie tej zagadki. 

No właśnie. Problem w tym, że nie mogę. Jestem w szpitalu. 

-  W szpitalu! - 

wykrzyknęła  T.J.  -  Thereso, nic ci nie jest? -  Zaczęła 

machać bosą stopą w poszukiwaniu butów. Zupełnie jakby miała za chwilę 

background image

 

pobiec do szpitala, by na własne oczy przekonać się, co się stało. - Który 

to szpital? Zaraz tam będę. 

Jej  głowę  przebiegły  czarne  myśli.  Wypadek...  Za  szybko  prowadziła... 

Theresa zawsze za szybko prowadziła. Dlaczego nigdy nie posłuchała i... 

-  Nie,  nie rób tego! - 

Kuzynka  domyśliła  się  widocznie,  że  jeśli  nie 

zaoponuje, T.J. pojawi się w szpitalnej sali w ciągu kilku minut. - Ze mną 

wszystko w porządku. Naprawdę. Niestety, z samochodem gorzej - dodała 
ponuro. - 

Do kasacji. A to był taki piękny odcień niebieskiego... 

T.J.  przejechała  dłonią  po  czole.  Jeśli  kuzynka  rozpacza  nad  utratą 

samochodu,  to  chyba  rzeczywiście  jeszcze  nie  umiera.  Wzięła  głęboki 

oddech  i  powoli  wypuściła  powietrze.  Musiała  się  uspokoić.  A  nade 

wszystko zdobyć nieco więcej informacji. 

Miałaś wypadek? 

Ale  to  nie  była  moja  wina  -  Theresa  natychmiast  zaczęła  się 

usprawiedliwiać. - To tamten przejechał na czerwonym świetle. 

W porządku, wierzę. Jesteś pewna, że nic ci nie jest? 

Jasne, że jestem pewna. Tylko ci lekarze... Wiesz, jacy oni są. Zawsze 

robią  trudności.  -  No  tak,  T.J.  mogła  sobie  wyobrazić,  jakie  jest 

samopoczucie  Theresy.  Nie  nawykła  do  słuchania  cudzych  poleceń,  a 

musiała pewnie poddać się serii badań, zanim nie orzeczone zostanie, że 

jest  cała  i  zdrowa.  -  Chcą  mnie  zatrzymać  na  obserwacji.  Niech  ich... 

Dobrze chociaż, że jest wśród nich jeden taki, któremu z radością dałabym 

się przebadać, zwłaszcza po kolacji przy świecach... 

T.J. odetchnęła z ulgą, słysząc te słowa. Była bardziej niż pewna, nawet 

bez badań, że jej kuzynka ma się dobrze. 

- Thereso, zbaczasz z tematu - 

upomniała ją. 

Jak  zwykle  masz  rację.  Posłuchaj  więc:  krótko  mówiąc,  chodzi  o  to, 

żebyś była mną w towarzystwie Christophera MacAffee. 

- Christophera MacAffee, tego od MacAffee Toys? 

Zgadza się. 

Kopi

a prezentacji przygotowanej dla tego właśnie człowieka znajdowała 

się na niebieskiej dyskietce leżącej na biurku T.J. Sporządziła ją ubiegłego 

wieczoru.  Christopher  MacAffee  był  świeżo  wybranym  prezesem 

MacAffee  Toys.  Przejął  to  stanowisko  po  niedomagającym ojcu. 

MacAffee Toys było zaś liczącą sobie 120 lat fabryką zabawek, która od 

dziesięcioleci przynosiła znaczne dochody. 

Fakty te jednak w żaden sposób nie dawały odpowiedzi na kłębiące się w 

głowie T.J. pytania. 

- Dalej nie wiem, o co ci chodzi - przyzna

ła. 

background image

 

Christopher MacAffee ma odwiedzić mnie dzisiejszego popołudnia, aby 

sfinalizować  umowę.  Ma  kilka  pytań  odnośnie  prezentacji.  Wiesz,  o  co 

chodzi, pracowałaś przecież nad tą kampanią - przypomniała jej Theresa. 

Było to zgodne z prawdą, T.J. odwaliła kawał solidnej roboty. 
- No i? 

Przecież wiesz, jaki z niego sztywniak. 

Prawdę mówiąc, T.J. nie miała pojęcia, czy wspomniany mężczyzna jest 

sztywniakiem,  czy  duszą  towarzystwa.  Kontaktowała  się  tylko  z  jego 

asystentem,  i  to  wyłącznie  przez  telefon,  a  poza  tym  nie  było  w  jej 

zwyczaju formułować prywatne oceny na temat swych klientów. 

-  Jest uparty, kompletnie niereformowalny - 

tłumaczyła  tymczasem 

Theresa - 

twierdzi, że ma swoje zasady i nalega na spotkanie z prezesem, 

to znaczy ze mną. 

T.J. ogarnęły dziwne przeczucia. Zaczynała rozumieć, czego pragnie jej 

kuzynka. 

Więc  chcesz,  żebym  cię  zastąpiła.  I  to  całkowicie.  Nie  tylko  cię 

reprezentowała,  ale  po  prostu  była  tobą.  Zamieniła  się  na  ten  czas  w 

prezesa C&C Advertising, prowadziła negocjacje i podejmowała za ciebie 
decyzje. 

- Musisz. 

Theresa,  jedyne  co  muszę,  to  wychowywać  Megan,  płacić  podatki  i 

umrzeć. 

Z  irytacją  zaczęła  kreślić  coś  na  leżącej  na  biurku  kartce  papieru.  Nie 

miała  najmniejszego  zamiaru  robić  w  konia  prezesa  wielkiej  firmy,  o 

której względy ubiegała się agencja. 

T.J., wiem, o co chodzi. Nie  masz w ogóle wiary w siebie. Posłuchaj 

mnie. Jesteś solidną i odpowiedzialną osobą, więc jeśli powiesz mu, że ty 

to  ja,  nie  ma  powodów,  żeby  ci  nie  uwierzył.  -  Theresa  umilkła  na 

moment, po czym dodała pośpiesznie: - Gdybyś zrobiła coś z włosami, no 

wiesz, nie tylko przyczesała je jak zwykle palcami... no i  może założyła 

coś  odpowiedniego,  dobrze  by  ci  poszło,  wiesz  przecież...  -  Nie po raz 

pierwszy przebierałyby się za siebie, choć od ostatniego razu minęły lata. - 

Jesteśmy bardzo do siebie podobne, no, może ja mam tylko nieco bardziej 
subtelne rysy. 

No  tak.  Ta  ostatnia  uwaga  była  w  stylu  Theresy.  Nie  to,  żeby  kuzynka 

miała  coś  złego  na  myśli,  żeby  chciała  zrobić  T.J.  przykrość...  Nie,  cały 
urok tej prz

ebojowej dziewczyny polegał właśnie na tym, że Theresa była 

zawsze do bólu szczera. Co w sercu - 

to  na  języku.  W  tym  zresztą 

przypadku  miała  akurat  rację:  jeszcze  w  dzieciństwie  były  niemal 

background image

 

identyczne,  dopiero  potem  Theresa  poświęciła  się  starannej  pielęgnacji 

tego, czym tak hojnie obdarzyła ją natura, podczas gdy T.J. machnęła na to 

ręką i skoncentrowała się na studiach i spełnianiu marzeń i aspiracji swego 
tatusia. 

Była  jego  ukochaną  córeczką,  a  skoro  tak,  to  próżność  w  ogóle  nie 

wchodziła  w  rachubę.  Shawn  Cohran  był  tak  skromny,  wielkoduszny  i 

pobożny,  że  ktoś,  kto  nie  znał  go  lepiej,  mógłby  go  uznać  za  dewota. 

Rodzinną firmę opuścił stosunkowo szybko, po czym przekazał pałeczkę 

młodszemu bratu, a sam poświęcił się pracy społecznej. Pomagał ubogim, 
chorym

, więc wiadomo - grosza z tego nie było. Od tej pory to matka T.J. 

utrzymywała rodzinę. 

Tak zatem odpowiedzialność i ciężka praca były częścią życia T.J., odkąd 

tylko pamiętała. Beztroskie zabawy, flirty, ćwiczenie wdzięku i kokieterii - 

nie miała na to wszystko czasu. Podobnie jak na cierpliwe siedzenie przed 

lustrem i udoskonalanie tego, co i tak było doskonałe. Tym zajmowała się 
Theresa. 

Ich życiowe drogi były różne, choć splatały się ze sobą. Obie pracowały 

w  tej  samej  firmie.  Theresa  odziedziczyła  ją  po  ojcu,  podobnie  jak  tę 

rzadką  umiejętność  dobierania  i  zarządzania  grupą  znakomitych 

pracowników. T.J. natomiast (właśnie jeden z owych pracowników) trafiła 

tu po studiach na Harvardzie, które zawdzięczała ojcu Theresy, Philipowi, 

który wcześnie dostrzegł zdolności T.J. i postanowił je rozwijać. Wbrew 

protestom szwagierki i bratanicy wysłał dziewczynę na tę drogą uczelnię, 

gdyż rodzice T.J. nie byliby w stanie pokryć kosztów nauki. 

To,  że  po  zrobieniu  dyplomu  T.J.  rozpoczęła  pracę  w  rodzinnej  firmie, 

było  wyrazem  wdzięczności  wobec  Philipa.  Chciała  okazać  mu  swą 

lojalność, no i nadal się rozwijać, bo praca w C&C Advertising dawała ku 

temu wspaniałe możliwości. Pracowała więc tu od siedmiu lat i uwielbiała 

swą pracę nie mniej niż jej kuzynka. Ale teraz Theresa prosiła o coś, co 

znacznie  wykraczało  poza  ustalone  obowiązki.  Poza  tym  T.J.  miała 
niedobre przeczucia. 

Dam  ci  dobrą  radę  -  oznajmiła.  -  Wolałabym,  żebyś  to  ty  udawała 

siebie. W końcu jesteś w tym o wiele lepsza. Masz doświadczenie... 

- O rany, dziewczyno. Ty nie doceniasz siebie! - 

upierała, się Theresa. - 

Pamiętasz liceum? 

Po plecach T.J. przebiegł zimny dreszcz. 

Kiedy zdawałam za ciebie egzamin? 

No  właśnie!  Ocaliłaś  mi  wtedy  skórę.  Tylko  dlatego,  że  ich  nie 

przyłapano. Gdyby jednak tak się stało... 

background image

 

Obie  mogłyśmy  z  tego  powodu  położyć  głowy  pod  topór  - 

przypomniała Theresie. 

To rzeczywiście było szaleństwo. Dzień przed terminem 

Theresa  przyszła  do  niej  cała  we  łzach,  oczywiście  zupełnie  nie 

przygotowana  do  egzaminu,  który  T.J.  zdała  miesiąc  wcześniej.  Gdyby 

Theresa go oblała, ściągnęłaby na siebie gniew ojca - a to byłoby gorsze 

niż apokalipsa. Cóż było robić? T.J. poszła na ten egzamin, udało jej się 

przechytrzyć  całą  komisję  i  na  dodatek  osiągnąć  znakomity  wynik. 

Szczęśliwy Philip Cohran nagrodził Theresę pięknym brylantem. 

Był to pierwszy z serii brylantów, jakie miała jeszcze otrzymać. 

Tym razem jednak istniało bardzo proste wyjście z sytuacji i T.J. zupełnie 

nie mogła zrozumieć, dlaczego Theresa o nim nie pomyślała. 

Posłuchaj, przecież nie zamierzasz robić z niego idioty, żeby pojechać 

sobie na narty - 

powiedziała.  -  Dlaczego  po  prostu  nie  powiedzieć  mu 

prawdy? Powiemy, że miałaś wypadek i że wbrew twojej woli zatrzymał 

cię  w  szpitalu  pewien  muskularny  lekarz.  Sądzę,  że  MacAffee  to 
zrozumie. 

Możemy ustalić inny termin... 

Nie  możemy  -  przerwała  jej  Theresa.  -  To  był  jedyny  termin,  jaki 

pasował  nam  obojgu.  Jeśli  go  zmienimy,  on  pójdzie  do  innej  agencji, 

jestem  pewna.  Na  przykład  do  Whitneya.  -  Był  to  ich  największy 
konkurent na miejscowym rynku.  - 

Stracimy  takiego  klienta!  Przestań 

więc się krygować i zrób to jeszcze raz. MacAffee przyjeżdża tylko po to, 

żeby zerknąć na naszą firmę. Chce sobie wyrobić zdanie, rozumiesz? No a 

takiego nudnego faceta kobieta w twoim typie rajcuje z pewnością dużo 

bardziej niż ja. 

Hm, znów ta szczerość. 

T.J. spojrzała na nią kwaśno, a Theresa dodała szybko, jakby reflektując 

się, że mogła zranić kuzynkę: 

No wiesz, jesteś bardziej... serio. 

Chciałaś powiedzieć: sztywna - mruknęła, po czym poprawiła okulary i 

wbi

ła wzrok w komputer. 

To ty powiedziałaś, nie ja. Zapadła cisza. 

Nie. Wolałabym tego nie robić - stwierdziła wreszcie T.J. 

Theresa  ze  zdumienia  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu  przez  dobre 

kilka sekund. 

Słucham?  -  wycedziła  w  końcu.  -  Dlaczego nie? Przecież  to  kwestia 

kilku godzin. Pokażesz mu dalszy ciąg tej kampanii, nad którą pracowałaś, 

pochodzicie trochę po biurze... Nie ma się czego bać. Naprawdę podobały 

mu się nasze propozycje. 

background image

 

„Nasze”!  Dobre  sobie!  Za  każdym  razem  padało  owo  „my”,  choć 

przecie

ż  to  ona  sama,  T.J.,  pracowała  nad  założeniami  tej  kampanii  i  to 

ona dostarczyła je do głównego biura MacAffee Toys w San Jose. 

Westchnęła  ciężko.  Odwaliła  kawał  solidnej  roboty.  Głupio  byłoby, 

gdyby poszła na mamę. A poza tym... czy naprawdę była tak naiwna, by 

wierzyć, że kiedykolwiek zdoła odmówić Theresie? 

Thereso, posłuchaj, ja... 

A  więc  załatwione.  -  Theresa  usłyszała  wahanie  w  głosie  kuzynki  i 

najwyraźniej uznała, że jej wątpliwość rozstrzygnąć można w jeden tylko 
sposób.  - 

Wiedziałam,  że  się  zgodzisz!  Dzięki!  No  dobra,  idę  teraz 

zobaczyć, czy uda mi się przekonać tego lekarza, aby umył  mnie gąbką. 

Kapujesz, nie mogę się ruszać... 

T.J. wzniosła oczy do nieba. 

Lekarze  nie  myją  gąbką  swoich  pacjentów  -  wyjaśniła.  -  Od  tego  są 

pielęgniarki. 

Śmiech po drugiej stronie słuchawki był głęboki, gardłowy i wyjątkowo 

zmysłowy. 

Zawsze  musi  być  pierwszy  raz.  Okay.  Zadzwoń  do  mnie  później. 

Jestem w szpitalu Harrisa, pokój 312. Cześć. T.J. poczuła, że zaczyna jej 

się kręcić w głowie. 

- Zaraz! Czekaj! Kiedy on 

ma tu być? 

To też było typowe. Nie dość, że Theresa podrzucała jej kukułcze jajo, to 

nie informowała o żadnych szczegółach, najwyraźniej przekonana, że T.J. 
i tak sobie poradzi. 

-  O jedenastej - 

rzuciła krótko kuzynka. - Przylatuje z San Jose liniami 

Amer

ican Airways. Lot numer 17. Emmett wyjedzie  po niego limuzyną. 

Byłoby dobrze, gdyby ś pojechała razem z nim. 

A jeszcze lepiej, gdybyś to ty pojechała zamiast mnie - odcięła się, lecz 

po drugiej stronie usłyszała już tylko urywany sygnał w słuchawce. 

T.J. 

westchnęła. Jedenasta. Nie miała za dużo czasu. Mniej więcej minutę 

później  do  gabinetu  weszła  Heidi  Wallace,  asystentka  Theresy.  Na  jej 

twarzy  widniał pełen zrozumienia uśmiech.  Powiesiła na oparciu krzesła 

czarne torbę na ubrania i powiedziała: 

Widzę,  że  nieźle  się  po  tobie  przejechała.  T.J.  zerknęła  znacząco  na 

nogi. 

A co, zostały ślady opon? 

-  Jeszcze jak! - 

roześmiała  się  Heidi.  T.J.  niepewnie  popatrzyła  na 

asystentkę. 

Skąd wiedziałaś? 

background image

 

Bo  najpierw  zadzwoniła  do  mnie.  Emmett  przyjedzie  po  ciebie o 

dziesiątej  trzydzieści.  Wygląda  na  to,  że  nawet  nie  liczyła  się  z 

możliwością odmowy. 

Jasne, pomyślała T.J. Przecież nigdy dotąd jej nie odmówiłam. 

Wariatka. Mam nadzieję, że nie narobimy sobie kłopotów. 

Opadła na krzesło i przyjrzała się swojemu odbiciu w szybie. Westchnęła 

głęboko i włożyła dłonie we włosy. Może rzeczywiście powinna je spiąć? 

Przecież się zgodziłaś. - Heidi wzruszyła ramionami. - Jeśli jednak masz 

zająć  miejsce  słynnej  Theresy  Cohran,  powinnaś  nieco  zmodyfikować 

swój  wygląd.  -  Skinęła  głową  w  stronę  torby.  Wewnątrz  znajdowała  się 
jedna z garsonek szefowej oraz odpowiednio dobrane buty i torebka. 

T.J.  ominęła  torbę  wzrokiem.  Nie  musiała  zgadywać,  co  znajdzie  w 

środku.  Z  pewnością  nie  dżinsy  i  bawełnianą  bluzę  -  jej ulubiony strój, 
k

tóry nie przeszkadzał Theresie, dopóki T.J. sumiennie wypełniała swoje 

obowiązki. 

Christopher  MacAffee  przyjeżdża  tu  po  to,  aby  porozmawiać  o 

interesach - 

odezwała się. - Nie sądzę, aby dbał o to, w co jestem ubrana. 

Ważne, żeby kampania się udała. 

-  Daj 

spokój.  Wiesz  przecież,  co  ona  mi  powiedziała.  Mam  cię 

przekonać, żebyś się przebrała. Proszę więc, wpraw mnie w dobry humor - 

i ją też. Szefowa C&C Advertising nie może wyglądać, jakby właśnie szła 
do pralni. - 

Podniosła torbę i położyła ją na biurku T.J. 

T.J.  nie  odezwała  się  więcej.  Wzięła  ubrania  i  poszła  do  gabinetu 

Theresy, aby się przebrać. 

Sama była ciekawa, jak bardzo źle jej pójdzie. 
 

Emmett Mitchell, od trzydziestu lat szofer C&C Advertising, podniósł do 

góry dużą tablicę z nazwiskiem Christophera MacAffee i skierował ją w 

stronę tłumu pasażerów, którzy przylecieli lotem numer 17 z San Jose. 

T.J. stała obok. Chwiała się na wysokich obcasach Theresy i przyglądała 

uważnie  kolejnym  wychodzącym  podróżnym.  Nigdy  nie  poznała 
Christophera MacAffee, wied

ziała  jednak,  że  jest  wysoki,  ma  ciemne 

włosy i maniery godne hrabiego z epoki wiktoriańskiej. 

W drzwiach pojawił się właśnie jedenasty już chyba wysoki ciemnowłosy 

mężczyzna. Znów pudło, pomyślała. Ten typ z pewnością przypadłby do 
gustu Theresie. 

Mężczyzna rozejrzał się wokół, po czym skierował kroki w ich stronę. T. 

J. poczuła, że jej puls przyśpiesza. Tak, oczywiście, że idzie do nich! 

Spokojnie,  tylko  spokojnie,  próbowała  się  uspokoić.  Wszyscy 

background image

 

10 

wychodzący  z  samolotu  idą  w  ich  stronę,  bo  stoją  obok  taśmociągu  z 

bagażami. 

T.J. zerknęła na stojącego obok szofera. 

Widzisz go gdzieś, Emmett? - zapytała. Srebrnowłosy mężczyzna, który 

woził jeszcze jej dziadka, pokręcił powoli głową, i 

-  Chyba nie. - 

Niecierpliwym  gestem  podniósł  wyżej  tablicę.  -  Ale 

szczerze 

mówiąc, nie mam pojęcia, kogo właściwie oczekujemy. 

-  No to jest nas dwoje - 

westchnęła.  -  Byłoby  łatwiej,  gdyby  to  jego 

ojciec nadal zarządzał firmą. Kiedyś widziałam jego fotografię w jakimś 

czasopiśmie - wysoki, szczupły, po sześćdziesiątce. 

O, to młody facet. 

T.J.  spojrzała  na  niego  i  z  trudem  ukryła  uśmiech.  W  ciągu  ostatnich 

piętnastu  lat  Emmett  kilkakrotnie  zmieniał  swój  wiek  w  danych 

personalnych,  gdyż  bał  się  przymusowej  emerytury.  Nadal  zresztą 

systematycznie się odmładzał. 

Tak, zupełnie jak ty - zgodziła się i przeniosła spojrzenie na pasażerów 

z San Jose. 

Przystojniak  w  garniturze  od  Armaniego  znów  szedł  w  ich  kierunku. 

Podchwyciła  jego  spojrzenie  i  jej  puls  znowu  przyspieszył.  Czyżby  to 
jednak on? 

Uśmiechnął się do niej, pomachał dłonią i po chwili postawił obok T.J. 

swą walizkę. 

Mam  wrażenie,  że  czeka  pani  na  mnie  -  wskazał  tablicę.  Całe  swoje 

życie! - miała ochotę wykrzyknąć, zdołała się jednak powstrzymać. To nie 

może być on! To po prostu niemożliwe! Taki gość reklamuje kosmetyki 
albo m

ęską bieliznę, gra w filmach, pracuje w telewizji, ale z pewnością 

nie produkuje zabawek. 

- Pan nie jest Christopherem MacAffee, tym od MacAffee Toys... Nie jest 

pan, prawda? - 

wyjąkała. 

Uśmiechnął  się  w  odpowiedzi,  a  zimna  poczekalnia  lotniska  zdała  się 

nagle T.J. rajskim ogrodem. 

- A niby dlaczego nie? - 

zapytał. 

Nie mam pojęcia. 

Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. 

Miło mi to słyszeć, ponieważ właśnie nim jestem. - Wyciągnął rękę. - 

Christopher MacAffee. 

Przez chwilę patrzyła na niego wzrokiem, w którym przerażenie mieszało 

się z uwielbieniem, po czym wyciągnęła swoją. Uścisk dłoni Christophera 

był ciepły i stanowczy. T.J. poczuła dziwny skurcz w żołądku. 

background image

 

11 

- A ja jestem... 

Theresą Cohran, prawda? - zakończył za nią MacAffee. - Wszędzie bym 

panią rozpoznał, choć muszę przyznać, że wygląda pani jeszcze lepiej niż 

na zdjęciach. 

-  Nie bez powodu - 

wymruczał  do  siebie  Emmett,  kiedy  opuszczał 

tablicę. 

T.J. zgromiła go wzrokiem. Skoro już rozpoczęli tę ryzykowną grę, nie 

wolno  wzbudzać  najmniejszych  podejrzeń.  Wiedziała,  że  Emmett  nie 

najlepiej  myśli  o  całej  tej  maskaradzie,  lecz  przecież  zdobycie  takiego 

klienta było ważniejsze niż obiekcje starego szofera. 

Dziękuję, panie MacAffee - powiedziała T.J. pewnym głosem. - Proszę 

iść za mną. 

Z ogromną przyjemnością. - Christopher nieznacznie pochylił głowę i 

nadstawił  ramię.  -  Christopher,  bardzo  proszę.  Niech  mi  pani  mówi  po 
imieniu. 

Z  ogromną  przyjemnością  -  odparła.  O  Boże,  czy  ona  z  nim  flirtuje? 

Zachowuje się zupełnie jak Theresa. To pewnie z powodu tego stroju. 

Roześmiał się głębokim, gardłowym śmiechem. 

Mieli  rację - powiedział, wyciągając z kieszeni chusteczkę i ocierając 

nią czoło. - Rzeczywiście nie jesteś typową bizneswoman. 

- Nie znasz mnie jeszcze - 

odparła i zaprezentowała seksowny, w swoim 

m

niemaniu, uśmiech. 

 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Dłoń  spoczywająca  na  poręczy  schodów  była  gorąca  i  wilgotna  i 

Christopher doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Podobnie jak z faktu, 

że wszystko wiruje mu przed oczyma, a w głowie pulsuje narastający ból. 

Nie chciał poddać się słabości, która ogarnęła go już podczas lotu, a teraz 

zdawała się powracać. Po prostu nie miał czasu na chorobę. 

Usiłował  się  skoncentrować  i  przypomnieć  sobie  powód,  dla  którego 

znalazł się na tym zatłoczonym, dusznym lotnisku, wciąż jednak czuł się 

fatalnie. Miał wrażenie, że jego umysł spowity jest mgłą. W połowie drogi 

do wyjścia zatrzymał się gwałtownie i popatrzył na kobietę obok. 

Co się stało? - T.J. zwróciła na niego swe niebieskie oczy. Zastanawiała 

się, czy tylko jej się wydaje, czy też Christopher MacAffee rzeczywiście 
jest nieco blady. 

Zapomniałem. Przywiozłem ze sobą jeszcze jedną walizkę. Pewnie już 

jest na taśmociągu. - Tylko gdzie jest taśmociąg, pomyślał. Czuł się coraz 

background image

 

12 

bardziej zdezorientowany. 

T.J. niechętnie wycofała się z nim do poczekalni. Wciąż trzymała go pod 

ramię, choć ogarniało ją coraz silniejsze wrażenie, że to ona go prowadzi i 
podtrzymuje. 

Nie  miałam  pojęcia,  że  zostajesz  na  dłużej.  Do  diabła,  oczywiście 

Theresa znów nie raczyła poinformować jej o szczegółach. Ciekawe, jak 

długo zmuszona będzie bawić się w tę maskaradę. 

Christopher  zamrugał  powiekami,  aby  pozbyć  się  mgły  przed  oczyma, 

lecz te wciąż były załzawione. Nagle poczuł przeraźliwy ból w skroniach. 

Świetnie. Doskonały stan do prowadzenia interesów. 

- Nie, ni

e zostaję. - Zrobił kilka kroków na sztywnych nogach, po czym 

usiadł na krześle koło taśmociągu, gdzie leżały bagaże z dwóch lotów, zaś 

ich właściciele tłumnie gromadzili się wokół urządzenia. 

Wczoraj wyleciał  z San Jose, aby spotkać się ze swoim ojcem. Starszy 

pan  przechodził  właśnie  wyjątkowo  intensywną  grypę  i  podczas  wizyty 

syna cierpiał na wysoką gorączkę. Christopher zaczynał właśnie nabierać 

nieprzyjemnej  pewności,  że  ojciec  obdarował  go  nie  tylko  dobrymi 
radami. 

Przywiozłem ze sobą kilka naszych najnowszych zabawek - odezwał się 

z bladym uśmiechem. - Dobrze by było, i gdyby osoba odpowiedzialna za 

projekt mogła się z nimi zapoznać, jeśli oczywiście podpiszemy umowę - 

dodał. 

Hm, osoba odpowiedzialna za projekt. Przyznać się czy nie? 
- To ja - T.J. p

okiwała głową. 

MacAffee  zmarszczył  brwi,  co  sprawiło  mu  więcej  kłopotu,  niż  mógł 

przypuszczać. 

Ty? A więc jesteś bezpośrednio związana z tym projektem? - zapytał. 

No  tak.  To  była  wpadka.  Theresa  nigdy  osobiście  nie  zajmowała  się 

projektami, ale on nie mu

siał o tym wiedzieć. 

Kiedy  jakiś  projekt  rzeczywiście  mnie  interesuje...  -  zaczęła.  - 

Właściwie  to  chyba  nigdy  nie  wyrosłam  z  miłości  do  zabawek.  To  mi 

bardzo ułatwia zabawę z Megan. 

-  Megan?  - 

zapytał odruchowo Christopher, zastanawiając się,  czy jego 

b

agaż  nie  został  czasem  zgubiony.  Wszystkie  walizki  wyglądały  bardzo 

podobnie, lecz żadna nie należała do niego. - Megan? - zapytał raz jeszcze, 

gdy zorientował się, co może znaczyć zdanie, które usłyszał. 

Imię  dziewczynki  sprawiło,  że  na  ustach  T.J.  pojawił  się  uśmiech.  Jej 

małżeństwo było jedną wielką pomyłka, ale Megan okazała się wspaniałą 

nagrodą pocieszenia. Piętnaście kilo kłopotów, zwariowanych pomysłów, 

background image

 

13 

kłopotliwych pytań - no i radości. 

- To moja córka - 

wyjaśniła z dumą. 

Masz córkę? - Christopher oderwał oczy od taśmociągu i popatrzył na 

nią ze zdumieniem. 

- Tak - 

odparła i wbiła wzrok w walizki. Zastanawiała się, czy przywiózł 

może ze sobą coś, co mogłoby spodobać się Megan. I dlaczego nie znalazł 

jeszcze swego bagażu. 

Tymczasem Christopher pokr

ęcił  ze  zdziwieniem  głową.  Zawsze  lubił 

wiedzieć, z kim ma do czynienia, i wiedział sporo o swych partnerach. A 

jednak w żadnym z raportów dotyczących tej kobiety nie było wzmianki o 

tym, że kiedykolwiek wyszła za mąż czy urodziła dziecko. 

Nie miałem pojęcia, że masz, córkę. 

T.J. napotkała ostrzegawcze spojrzenie Emmetta. Zdała sobie sprawę, że 

posunęła się za daleko. Do diabła, musi natychmiast wziąć się w garść i 

być  Theresa,  a  nie  sobą.  Theresa  nie  miała  dzieci  i  nigdy  nie  wyszła  za 

mąż. 

Wbiła  wzrok  w  taśmociąg,  marząc  o  tym,  by  walizka  zmaterializowała 

się jak najszybciej. 

Przepraszam, nie wyjaśniłam ci wszystkiego - odezwała się. - Kocham 

Megan tak bardzo, że czasem zapominam, że tak naprawdę nie jest moją 

córką.  -  Zamilkła  i  powiodła  wzrokiem  po  twarzy  obu  mężczyzn. 

Wpatrywali  się  w  nią  z  napięciem,  Emmett  dodatkowo  z  pewnym 
zaciekawieniem. 

Z  pewnością  zastanawiał  się,  jak  też  T.J.  wybrnie  z  tej  niezręcznej 

sytuacji i co jeszcze wymyśli. - Megan to... to dwuletnia córeczka mojej 
kuzynki  - 

dodała z czarującym uśmiechem. - T.J. wie, że  mam bzika na 

punkcie małej, i pozwala mi wcielać się w jej mamę. Zabieram ją prawie 
na wszystkie weekendy. 

Uff...  Udało  się?  Chyba  tak.  Ludzie  widzą  to,  co  myślą,  że  widzą.  A 

Christopher był przekonany, że ona jest Theresą. Musiała po prostu o tym 

pamiętać i nieustannie się pilnować, by nie palnąć jakiegoś głupstwa. 

Znów się uśmiechnęła uwodzicielsko, tym samym uśmiechem, który tyle 

razy widziała na obliczu Theresy. 

Czasem naprawdę czuję się tak, jak gdyby była moją rodzoną córką. To 

cudowny dzieciak. - 

Pod wpływem nagłego impulsu dodała nagle: - A tak 

w ogóle to moja kuzynka wyjechała na narty. 

- Na narty... - 

Christopher pokiwał głową. De czasu upłynęło od chwili, 

kiedy to on pozwolił sobie na wyjazd na narty? - Pewnie świetnie się bawi 

powiedział. 

background image

 

14 

Pokraczna jazda w kucki na dwóch cienkich deskach z pokrytego 

śniegiem  wzgórza  (a  to  właśnie  wiązało  się  dla  niej  z  hasłem  „narty”) 

jakoś nie kojarzyła się T.J. z dobrą zabawą. 

Cóż,  tak  mówią  -  mruknęła.  Christopher  popatrzył  na  nią  ze 

zdumieniem. 

Tak  mówią?  -  powtórzył.  -  Dziwne,  chyba  gdzieś  czytałem,  że  jesteś 

zagorzałą miłośniczką nart. 

No  i  masz,  znowu!  Kretynko,  powiedziała  sobie  w  duchu,  musisz 

zapomnieć  o  sobie,  o  tym,  co  myślisz,  co  lubisz,  a  czego  nie  znosisz. 

Jesteś Theresą. Theresa uwielbia narty. 

-  Jestem  - 

przytaknęła  szybko  i  uśmiechnęła  się  promiennie.  -  Czasem 

tylko się przekomarzam. Taka przekora... 

Wyglądało na to, że Christopher kupił i to wyjaśnienie. 

Ty też jeździsz na nartach? - zapytała, aby przestać mówić o sobie (a 

właściwie o Theresie) i skierować rozmowę na bezpieczniejszy grunt. 

Taak... Jeździłem. - Na chwilę stanął mu przed oczyma pewien obraz z 

przeszłości - studia, ferie zimowe i śnieg tak czysty, że aż oślepiał. - Może 

kiedyś wyskoczymy razem, żeby pojeździć sobie w Vail? - zaproponował 
niespodziewanie. 

Cóż  to?  Czyżby  współczesny  odpowiednik  pytania:  „Czy  da  się  pani 

zaprosić na kolację?”. 

Może  -  przytaknęła  i  odwróciła  oczy.  Na  taśmociągu  pojawiła  się 

właśnie  duża,  czarna  walizka.  T.J.  miała  nadzieję,  że  to  ta,  na  którą 

czekają. - To twój bagaż? 

- Tak, mój. - 

Sięgnął po walizkę, lecz w tym samym momencie przeszył 

go  ostry  ból  w  żołądku.  Znieruchomiał.  Widząc  jego  wahanie,  Emmett 

wyciągnął rękę po bagaż. 

Gładko poszło - nachylając się, mruknął do ucha T.J. 

Jak to miło, że ktoś tutaj dobrze się bawi - szepnęła. 

Fakt. Od lat nie miałem takiego ubawu. 

Emmett  rzeczywiście  już  kilka  razy  miał  ochotę  wybuchnąć  śmiechem. 

Lubił tę dziewczynę. Właściwie to wszyscy w C&C Advertising mieli do 

niej słabość. T.J. nie miała w sobie ani grama pychy czy pretensjonalności, 
Theresa natomiast - 

zawsze hołubiona, rozpieszczana i przyzwyczajana do 

wydawania rozkazów - 

zachowywała  się,  być  może  nieświadomie,  jak 

gdyby  była  stworzona  z  innej  materii  niż  ci,  którzy  dla  niej  pracują. 

Między nią a pracownikami istniał wyraźny dystans, którego nie mieli w 

stosunku  do  T.J.,  choć  przecież  obie  panie  Cohran  miały  wspólnego 
dziadka. 

background image

 

15 

Tymczasem Christopher ruszył, aby odebrać walizkę od starszego pana. 

Szofer czy ni

e, nie było powodu, aby męczył się z jego bagażem. 

Niestety, zawiodły go siły. 

Pewnie dlatego, iż tego ranka nic nie jadł. Zazwyczaj nie był wybredny, 

pochłaniał  wszystko,  co  wpadło  mu  w  rękę.  Tym  razem  jednak 

zrezygnował  ze  śniadania,  zaś  jedzenie  w  samolocie  wydało  mu  się  tak 

nieapetyczne,  że  na  sam  jego  widok  żołądek  Christophera  skręcił  się  i 

gwałtownie zaprotestował. 

Zupełnie jak teraz. 

T.J.  spojrzała  na  niego  z obawą.  Był  szary  jak  płótno.  Jeszcze  chwila  i 

padnie u jej stóp nieprzytomny. 

Coś nie tak? - zapytała zaniepokojona. 

Christopher  pokręcił  głową,  choć  w  istocie  w  tej  chwili  wszystko  było 

„nie  tak”.  Świat  wokół  zawirował  nagle,  a  on  osunął  się  i  byłby  upadł, 

gdyby T.J. w ostatniej chwili nie podtrzymała go ramieniem. 

Z trudem przywołał na twarz coś w rodzaju przepraszającego uśmiechu. 

Nie jestem pewien... co się dzieje - wyszeptał. Po jego pięknym czole 

spłynęła kropelka potu. 

- Emmett! - 

zawołała T.J. - Pomocy! 

Przełożywszy  walizę  do  drugiej  ręki,  szofer  zatrzymał  się  i  obejrzał. 

Widząc  słaniającego  się  na  nogach  mężczyznę,  który  mógłby  przecież 

ujeżdżać  dzikie  konie,  i  drobną,  kruchą  T.J.,  która  próbowała  go 

podtrzymać, natychmiast postawił bagaż i podbiegł w ich stronę. 

Co się stało? 

- Nie wiem. - 

Christopher czuł się jak głupiec. Było mu najzwyczajniej w 

świecie wstyd. - Wata w kolanach... Nagle zabrakło mi sił... 

Zerknął na T.J., która wciąż go podtrzymywała. Przy innej okazji byłby 

zachwycony  tak  bliskim  kontaktem  z  tak  piękną  kobietą.  Nawet  teraz 

delikatny  zapach  jej  włosów  przyprawiał  go  o  zawrót  głowy,  co  tylko 

utrudniało koncentrację. Ponownie spróbował się uśmiechnąć, lecz nie był 

pewien, czy mu się to udało. 

To pewnie z powodu tak miłego towarzystwa - powiedział i uśmiechnął 

się  niczym  Don  Juan;  w  każdym  razie  spróbował  tak  właśnie  się 

uśmiechnąć,  choć  nie  opuszczało  go  niemiłe  wrażenie,  że  jeśli  tej 

dziewczynie  szybciej  bije  serce,  to  prędzej  ze  strachu  niż  z  podziwu  dla 
jego osoby. 

Jasne,  zawsze  tak  działam  na  mężczyzn  -  odparła  T.J.  Była  w  tym 

przesada, ale też i źdźbło prawdy. Ostatnim razem, kiedy ktoś powiedział, 

że  przez  nią  zmiękły  mu  kolana,  miał  miejsce  wtedy,  gdy  kopnęła  tego 

background image

 

16 

kogoś w nogę. Zdarzyło się to tuż po jej ósmych urodzinach. 

Dotknęła czoła Christophera. Było wilgotne i gorące. 

Jesteś  cały  rozpalony  -  stwierdziła  coraz  bardziej  zaniepokojona  jego 

stanem. 

Nie da się ukryć - wymamrotał i w tym samym momencie niepokój T.J. 

ulotnił się. 

Oto konkretny uczciwy problem do rozwiązania. On jest chory, ona musi 

mu pomóc - 

jasne i proste. O wiele prostsze niż udawanie kogoś, kim się 

nie jest. 

Emmett,  pomóż  mi  zapakować  go  do  limuzyny  -  odezwała  się 

stanowczo.  Teraz  była  wreszcie  w  swoim  żywiole.  Z  takimi  sytuacjami 

wyjątkowymi  umiała  sobie  radzić.  -  Chwileczkę  -  zatrzymała 

przechodzącego  obok  tragarza  -  proszę  pomóc  mi  zanieść  walizkę  tego 

pana do samochodu. Mężczyzna posłusznie wziął bagaż i ruszył za nimi. 

Kilka  minut  później  T.J.  zdołała  usadowić  Christophera  na  tylnym 

siedzeniu  samochodu,  dała  tragarzowi  napiwek,  po  czym  ponownie 

skupiła  uwagę  na  swym  podopiecznym,  którego  stan  pogarszał  się  z 

minuty  na  minutę.  Zanim  jeszcze  Emmett  zapuścił  silnik,  szybko 

rozwiązała  krawat  pod  szyją  Christophera  i  rozpięła  guziki  jego  koszuli. 

Był  cały  mokry  od  potu  i  -  czego  nie  omieszkała  nie  zauważyć  -  miał 

zdumiewająco muskularny tors. 

Christopher  był  ledwie  świadomy  dotykających  go  kobiecych  palców. 

Coś  jednak  czuł,  bowiem  w  pewnym  momencie  nakrył  dłonią  jej  rękę  i 

rozprostował palce T.J., mówiąc: 

Ależ panno Cohran, co pani robi, przecież dopiero się poznaliśmy... 

Żeby poluzować panu ten cholerny krawat - wystarczy. Jest pan chory, 

panie MacAffee. 

A to ci odkrycie, pomyślał, a głośno powiedział: 

Piękna, a na dodatek spostrzegawcza i inteligentna. Czy można chcieć 

więcej? 

-  O, tak - 

mruknęła  T.J.  pod  nosem.  Emmett  obejrzał  się  przez  ramię. 

Wyjeżdżali właśnie na główną drogę i chciał wiedzieć, w jakim kierunku 

pojadą. 

Dokąd? - zapytał krótko. 

T.J. nie usłyszała  go. Myślała właśnie o tym, że Christopher MacAffee 

ma  chyba  najpiękniejsze  rzęsy  pod  słońcem.  Za  takie  rzęsy  niejedna 

dałaby się poćwiartować. 

Pytałem: dokąd? - Emmett chrząkną! znacząco. 

- Co... co takiego? - 

T.J. zarumieniła się gwałtownie. 

background image

 

17 

Dokąd  mam  jechać?  -  Ruchem  głowy  wskazał  Christophera.  -  Chyba 

nie  zamierzasz  zawieźć  go  do  biura  w  takim  stanie?  Nie  przeżyje tego, 
biedactwo. 

-  Fakt.  - 

T.J. przygryzła wargę. Pochyliła się nad cierpiącym, poklepała 

go po obu policzkach, po czym spytała: - Chcesz jechać do szpitala? 

Christopher  otworzył  oczy.  Widział  teraz  nad  sobą  dwie  Theresy  i  nie 

miał pojęcia, która z nich jest prawdziwa. Ostatecznie wybrał tę po lewej i 

do niej skierował swe słowa. 

-  Nie, tylko nie szpital... Na to samo choruje mój staruszek - 

wydusił z 

siebie. - 

Przejdzie... za dwadzieścia cztery godziny - dodał i zwalił głowę 

na ramię dziewczyny. 

Wyjątkowo punktualny wirus -  mruknęła.  -  Cóż,  wygląda  na  to,  że 

powinniśmy znaleźć ci jakiś hotel. Kwalifikujesz się do łóżka. 

Życzę szczęścia - parsknął Emmett. 

Co masz na myśli? - zaatakowała go. Nie miała nastroju na takie słowne 

gierki 

Nie słyszałaś? Mamy w mieście kongres komputerowców. Tak wielki, 

że podzielili go na dwie części. Jedna w Centrum Kongresowym Anaheim, 

druga w Los Angeles. Całe miasto zalały hordy komputerowych debili ze 

wszystkich  stanów  i  założę  się,  że  w  żadnym  hotelu  nie  znajdziesz  ani 
jednego miejsca. 

- Super - 

parsknęła. 

Spojrzała  bezradnie  na  ofiarę  dwudziestoczterogodzinnej  grypy. 

Christopher wyglądał na nieprzytomnego. Leżał z zamkniętymi oczami z 

głupkowatym  uśmiechem  na  twarzy  i  dyszał  ciężko  z  twarzą  wtuloną  w 

rękaw jej kostiumu. 

Westchnęła  ciężko.  W  zasadzie  nie  miała  wyboru.  Nie  mogła  przecież 

upchnąć go w jakimś hotelowym apartamencie, nawet gdyby taki znalazła, 

a potem spokojnie wrócić do domu. Ten człowiek był chory. Nie wolno 

było zostawić go samemu sobie. 

Zawieź go do mnie - zażądała. 

Emmett uniósł wysoko brwi i popatrzył na nią podejrzliwie. 

Jesteś pewna? - zapytał. 

- Tak. Jestem pewna - 

odparła z rezygnacją. 

 

Nie,  dajcie  spokój...  Przecież  sam  mogę  chodzić  -  zaprotestował 

Christopher,  kiedy  Emmnett  objął  go  z  jednej strony, a T.J. 

podtrzymywała z drugiej. - Nie... - wy stękał raz jeszcze i zawisł na nich 

bezwładnie,  ogarnięty  kolejnym  atakiem  nagłej  słabości.  Złapali  go  w 

background image

 

18 

ostatniej chwili. 

Może jutro - obiecała T.J. - Jutro pójdziesz sobie, gdzie tylko zechcesz. 

Nawet będę na to nalegała, dodała w myślach. 

Miła z ciebie podpórka - usłyszała w odpowiedzi. 

Dziękuję, przytoczę te słowa w moim raporcie. 

Popatrzył  na  nią  z  wysiłkiem.  Czyżby  znowu  coś  źle  usłyszał?  Nic 

dziwnego, skoro tak strasznie kręciło mu się w głowie. 

Czy szefowa firmy musi pisać raporty? Dla kogo? - zapytał. 

Czasem piszę je... z przyzwyczajenia. To dobra szkoła samodyscypliny. 

Dobry po... pomysł. Będę o tym pamiętał - wymamrotał Christopher. 

Podniósł  głowę  i  zmrużył  oczy,  starając  się  skupić  spojrzenie  na 

jednopiętrowym budynku, przed którym stanęli. Zastanawiał się, czy jest 
on realny, czy to tylko iluzja, tak jak dwie Theresy w limuzynie. 

Tu  mieszkasz?  Nie  tego  oczekiwałem  -  powiedział.  T.J.  pomyślała  o 

należącej  do  Theresy  wielkiej  dwupiętrowej  rezydencji  w  Beverly  Hills, 

która była równie przytulna, co muzeum. Czy Christopher widział gdzieś 

jej  zdjęcie?  Jasne,  że  mógł  je  widzieć.  Zdaje  się,  że  w  zeszłym  roku 

Theresa wpuściła tam ekipę telewizyjną. 

Tutaj. Lubię bezpretensjonalne domy - odparła sucho, mając nadzieję, 

że to zakończy dyskusję. 

Jeżeli  nawet  Christopher  zamierzał  zrobić  jakąś  uwagę,  to  tego  nie 

uczynił,  nagle  bowiem  znów  opadł  z  sił.  Ujrzał  jeszcze  tylko,  jak 

kamienny  trotuar  skacze  do  góry  i  zaczyna  pędzić  w  jego  kierunku, po 

czym instynktownie zamknął oczy i pochłonęły go ciemności. 

T.J.  widziała  to  troszkę  inaczej.  Omal  nie  runęła  na  ziemię,  kiedy 

dziewięćdziesiąt  kilogramów  należących  do  Christophera  MacAffee 

pociągnęło ją za sobą. 

- Emmett! - 

zawołała przerażona. 

-  Mam! Mam go... - 

odkrzyknął  dzielnie  staruszek,  choć  jego  kolana 

uginały się pod ciężarem właściciela MacAffee Toys. - Chyba zażądam za 

to podwyżki. 

Poprę  twój  wniosek  -  wysapała  i  niecierpliwie  nacisnęła  dzwonek 

domofonu. Miała nadzieję, że Cecilia nie zabrała Megan na popołudniowy 

spacer  i  że  jest  teraz  w  domu.  -  No  już,  Cecilio,  otwieraj  te  drzwi  - 

mruknęła, zła na Christophera, siebie i cały świat. 

Chwilę  potem  gospodyni  otworzyła  drzwi,  a  jeszcze  chwilę  później 

stanęła na progu mieszkania, wychodząc im na powitanie. Niepokój w jej 

oczach ustąpił najpierw miejsca zdumieniu, następnie rozbawieniu. 

Olbrzymia, licząca sobie prawie dwa metry wzrostu kobieta uśmiechnęła 

background image

 

19 

się do T.J. 

Przywlokłaś sobie chłopa do domu - stwierdziła bez ogródek. 

- Nie podniecaj 

się tak, Cecilio. Nie możemy go zatrzymać na zawsze. To 

tylko pożyczka od Theresy. 

Ciemnoszare  oczy  zlustrowały  uważnie  ciało  mężczyzny.  Uśmiech 

Cecilii rozszerzył się. 

Doprawdy, podoba mi się gust tej damy. Tylko że coś on taki dziwnie 

blady. Co mu jest? 

Rozchorował  się  -  wysapała  T.J.  Pot  spływał  jej  po  plecach.  -  Tędy, 

Emmett. Położymy go w moim pokoju. 

Wskażę  drogę  -  podpowiedziała  usłużnie  Cecilia.  T.J.  i  Emmett 

ponownie  szarpnęli  bezwładne  ciało  Christophera,  gdy  z  pokoju  obok 

wybiegła  do  nich  mała  dziewczynka.  Loki  w  kolorze  miodu  przydawały 

dziecku  wygląd  cherubinka,  lecz  w  oczach  małej  czaił  się  łobuzerski 

ognik. Megan z głośnym okrzykiem rzuciła się w stronę matki. 

Mama! Co mi przyniosłaś? 

T.J. natychmiast oprzytomniała. Dzisiaj nie mogły pobawić się w „Łapaj 

latającą  córkę”.  Ryzyko,  że  Megan  złapie  tego  cholernego  wirusa,  który 

zaatakował Christophera, było zbyt duże. i 

Cecilio, weź szybko Megan do pokoju gościnnego - zadysponowała. - 

Nie chcę, żeby się zaraziła. 

Cecilia  złapała  małą  za  ubranko  i  pociągnęła  w  swoją  stronę. 

Przytrzymanie wijącego się dzieciaka było nie lada wyczynem,  w końcu 

jednak  Cecilia  zdołała  przycisnąć  Megan  do  biodra  i  wynieść  w 
bezpieczne miejsce. 

Wcale ci się nie dziwię - rzuciła jeszcze przez ramię. - Też bym chciała 

zostać z takim sam na sam. T.J. nie była w nastroju do żartów. 

On jest chory, Cecilio, poważnie chory - wyjaśniła surowym tonem. - 

Poza tym to nasz klient. Bardzo ważny. 

Cecilia jeszcze raz obrzuciła mężczyznę pełnym aprobaty spojrzeniem. 
- W takim razie interes kwitnie - 

stwierdziła. 

No  nie!  Ta  kobieta  była  niemożliwa!  Gorsza  nawet  niż  matka  T.J., 

przywiązana do form tradycjonalistka. Odkąd Cecilia została zatrudniona 

do  pomocy  przy  Megan,  myślała  tylko  o  jednym:  jak  tu  wyswatać  swą 

chlebodawczynię.  Tyle  że  T.J.  nie  miała  najmniejszej  ochoty  na  swaty. 

Chciała poświęcić się pracy, a wolny czas spędzać z Megan. To i tak aż za 

dużo szczęścia. 

Jedno trzeba na pewno mu przyznać: jest duży - zauważył Emmett, gdy 

ułożyli wreszcie ciężkiego jak kłoda Christophera na jej łóżku. 

background image

 

20 

Ciesz się, że sypialnia jest na parterze - odparła. 

- No i co teraz z nim zrobisz? 

Wzruszyła ramionami i przejechała palcami po potarganych włosach. Ten 

mężczyzna  wyglądał  zupełnie  nie  na  miejscu  -  tu, w jej sypialni, na jej 

własnym łóżku. 

Jak  ziszczone  marzenie?  Nie.  Byłoby  tak,  gdyby  miała  tego  rodzaju 

marzenia.  Ale  nie  miała.  Małżeństwo  z  Peterem  skutecznie  ją  z  nich 

wyleczyło. 

Chyba go rozbiorę - odparła. 

Och,  proszę,  ja  to  zrobię!  -  zawołała  Cecilia,  która  nieoczekiwanie 

po

jawiła się na progu. 

Tym razem T.J. musiała się uśmiechnąć. 

Nie, Cecilio. Umówmy się, że ty rozbierzesz następnego chorego faceta, 

którego  tu  przywlokę  -  obiecała.  -  Poza  tym  wystarczy,  że  jedna  z  nas 

narazi się na śmierć w męczarniach z powodu tego zabójczego wirusa. 

Sięgnęła po marynarkę Christophera i zamarła. Wirus czy nie, pomysł z 

rozbieraniem wydał się jej nagle zbyt śmiały. 

- Ty to zrób. - 

Spojrzała na Emmetta. - Ty go rozbierz, a ja w tym czasie 

pójdę do sklepu po sok pomarańczowy i aspirynę. 

-  Z

amierzasz  przepuścić  taką  okazję?  -  zapytała  Cecilia  z 

niedowierzaniem. 

Cóż, ta kobieta z pewnością nie była uosobieniem skromności. 

Cecilio, mówiłam ci, że to klient. - T.J. zaczynała się niecierpliwić. - Co 

mi przypomina o jednym - nie nazywaj mnie prz

y nim T.J. Nigdy w życiu, 

jasne? 

- Dlaczego? - 

zdumiała się Cecilia. - A niby jak mam cię nazywać? 

Theresa. Po prostu Theresa. To w końcu moje imię, prawda? 

T.J.  ściągnęła  brwi.  Rzeczywiście  kiedy  ś  nazywano  ją  Theresa,  ale 

bardzo krótko - do dnia urodzi

n kuzynki, którą Philip Cohran, wiedziony 

jakąś przedziwną potrzebą rywalizacji, nazwał identycznym imieniem. Od 

tej pory ona była T.J., a Theresa, córka Philipa, Theresa. 

Cecilia podejrzliwie zmrużyła oczy. 

Myślałam,  że  nie  znosisz,  kiedy  się  tak  do  ciebie zwracam - 

powiedziała. 

T.J. wzruszyła ramionami 
- No tak, ale on... - 

kiwnęła głową w stronę sypialni - on nie wie, że ja to 

ja. 

Cecilia nie była pewna, czy właściwie rozumie słowa swojej pani. W tej 

chwili  przyglądała  się  jednak,  jak  Emmett  wyłuskuje  Christophera z 

background image

 

21 

koszuli, odsłaniając jego doskonale umięśniony tors. 

To  jak  to  w  końcu  jest?  Zemdlał  ci  na  ramieniu  i  nie  wie,  jak  się 

nazywasz? - 

wróciła do przerwanego wątku. T.J. nie bardzo miała ochotę 

powtarzać jej całą historię. 

To dość skomplikowane - mruknęła. - Po prostu Theresa planowała się 

z  nim  spotkać,  ale  miała  wypadek.  Wszystko  w  porządku  -  uprzedziła 
pytanie - 

poza tym, że lekarze chcą ją zatrzymać w szpitalu na obserwacji. 

Ten  facet  jest  prezesem  MacAffee  Toys.  Chciał  się  osobiście  widzieć  z 

szefem, to znaczy z szefową. Czyli Theresa. 

- Która jest w szpitalu - 

dodała Cecilia. 

Widzę, że zaczynasz rozumieć. 

Raczej zaczyna boleć mnie głowa - poskarżyła się gospodyni. 

Kiedy wrócę, weźmiesz sobie aspirynę. 

I ja też - wy stękał Emmett. - Potrzebna mi pomoc - dodał i spojrzał na 

nie żałośnie. 

Cecilii nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. 

Już, skarbie... 

-  Zaczekaj  - 

T.J.  położyła dłoń na ramieniu kobiety. - Chyba powinnaś 

bardziej uważać. To groźny wirus. Chodzi o Megan, pamiętasz? 

Na szerokich ustach Cecilii pojawił się pobłażliwy uśmiech. 

Ja mam się bać jakiegoś przeziębionka? - I zwracając się do Emmetta, 

machnęła dłonią w kierunku sypialni. - Bądź moim gościem, skarbie. 

T.J. opuściła bezradnie ręce. 

Zapłacisz mi za to, Thereso! Zobaczysz! 

 
 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Christopher MacAffee nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej stracił 

kontrolę  nad  sytuacją.  Całe  życie  go  tego  uczono  -  że  powinien 

kontrolować  swoje  uczucia,  otoczenie,  dosłownie  wszystko.  Jego  ojciec 

był gorącym zwolennikiem surowej dyscypliny i skutecznie zaszczepił ją 

swemu  dziecku;  tym  skuteczniej,  że  wychowywało  się  ono  bez  matki, 

która po rozwodzie opuściła ich dawno temu. 

Przez  ten  czas  przez  ich  dom  przewinęły  się  zastępy  poważnych  niań, 

które przez lata wpajały Christopherowi, że człowiek, który nie panuje nad 
otoczeniem, przegrywa. 

Jednak teraz, gdy  Christopher otworzył oczy, wiedział aż za dobrze, że 

oto właśnie przestał panować nad sytuacją: nie wiedział, gdzie się znajduje 
i - co gorsza - 

gdzie się podziały jego spodnie. 

background image

 

22 

Wsunął  ostrożnie  dłoń  pod  atłasowe  prześcieradło.  Nic.  Jego  nagość 

okrywało zaledwie coś, co przypominało damską koszulę nocną. 

Natychmiast  otrzeźwiał  i  rozejrzał  się  wokół  siebie.  Pokój.  Sypialnia. 

Całkiem  mu  obca.  Z  pewnością  nie  był  tu  wcześniej,  choć  to  akurat  nie 

musiało dziwić, zważywszy, że wiele podróżował. 

W pomieszczeniu, w którym się znalazł, znać było kobiecą rękę. W oknie 

wisiały  pastelowe  zasłonki  z  falbankami,  zaś  łóżko  pokrywała  miękka 

śnieżnobiała  narzuta.  Ogólnie  -  elegancko,  ładnie i schludnie. Na 

podstawie  powyższych  obserwacji  Christopher  uznał,  że  znalazł  się 
zapewne w pokoju hotelowym. 

Nagle z pomieszczenia obok dobiegł go dziecięcy śmiech. 

Hotel? Był raczej w czyimś domu. 
Tylko w czyim? 

Skupił  się,  by  zebrać  myśli.  Ostatnią  rzeczą,  jaką  pamiętał,  było  to,  że 

opierał się o czyjeś ramię. 

Tak!  Tej  Cohran!  Czyżby  to  zatem  był  jej  dom?  Powoli  wracały  mu 

fragmenty  wspomnień.  Skromny  jednopiętrowy  dom.  Długi  spacer  od 

drzwi do... No właśnie - dokąd? 

Zacisnął dłonie na materacu i dźwignął się, by wstać. W tej samej chwili 

poczuł wściekły ból w czaszce i, zaskoczony, wydał z siebie głuchy jęk, 

po czym opadł z powrotem na posłanie. 

Niemal natychmiast otworzyły się drzwi i do środka wsunęła głowę jakaś 

kobieta. Zaraz, zaraz... Czy to nie 

ta sama, którą spotkał na lotnisku? 

Tak. Cohran. Theresa, poprawił się niemal natychmiast. Przeszli przecież 

na „ty”, to akurat pamiętał. Uśmiechnął się do niej z trudem, jednak to nie 

poprawiło jej humoru. Była wyraźnie zmartwiona i przejęta. 

Tymczasem T.

J.  zastanawiała  się,  czy  stan  jej  gościa  czasem  się  nie 

pogorszył. Był blady, co na pierwszy rzut oka nie było aż tak widoczne z 

uwagi  na  jego  ciemną  karnację  i  ogólnie  zdrowy  wygląd.  Zdradzały  go 

jednak mętne, pełne bólu oczy i pot lśniący na smagłej twarzy. 

Może powinna jednak zawieźć go do szpitala? Przecież nadal nie było za 

późno.  Był  Emmett,  który  został  i  czekał  na  dyspozycje  od  pięciu  już 

godzin, podczas których Christopher spał snem nieprzytomnego. 

T.J. postawiła na stoliczku nocnym tacę z sokiem. 

Jak się czujesz? - zapytała. 

Dennie, pomyślał, ale nie zamierzał jej tego mówić. 

Gdzie  są  moje  spodnie?  -  zapytał  tylko.  W  jego  głosie  słychać  było 

niezadowolenie.  Pomyślała,  że  może  nie  jest  aż  taki  chory,  jak  jej  się 

wydawało. Skoro ma siłę, by się gniewać... 

background image

 

23 

- Tam. - 

Kiwnęła głową w stronę pełnej luster garderoby. - Pomyślałam, 

że bez nich będzie ci wygodniej. 

Tak, gdy będę brał prysznic - mruknął ponuro. Ciekawe, czy sama go 

rozebrała, czy też ktoś jej w tym pomógł. 

- Jak sobie chcesz. - 

Wzruszyła ramionami, po czym przyniosła spodnie i 

położyła je w nogach łóżka. 

Uśmiechnęła  się  do  niego.  Szczerze  mówiąc,  walczyła  z  chęcią 

roześmiania  się  w  głos.  Christopher  nie  wyglądał  specjalnie  męsko  w 
ciemnoniebieskiej, powiewnej koszuli nocnej ozdobionej koronkami. 

Proszę. Teraz będziesz mógł wymknąć się stąd, kiedy tylko zechcesz, 

chociaż  na  twoim  miejscu  poczekałabym  z  tym.  -  Podeszła  do  niego  i 

położyła  mu  rękę  na  czole.  To  potwierdziło  tylko  jej  przypuszczenia.  - 

Ciągle jesteś bardzo gorący, ale w końcu minęło tylko kilka godzin, a nie 

dwadzieścia cztery. 

Może jego oczy wciąż były zamglone z powodu gorączki, ale na widok 

ich  intensywnej  zieleni  T.J.  i  tak  poczuła  niepokój.  Szybko  odwróciła 

wzrok w inną stronę. Podniosła dzbanek, nalała soku do szklanki i podała 

ją Christopherowi. 

Przyniosłam sok pomarańczowy - powiedziała. - Musisz pić teraz dużo 

płynów. 

Jej  dotyk  był  taki  łagodny  i  delikatny.  Christopher  spojrzał  w  oczy  tej 

kobiety i ze zdumieniem ujrzał w nich autentyczną troskę. 

A  jednak  nie  można  wierzyć  we  wszystko,  co  piszą  gazety,  pomyślał. 

Theresę  Cohran  przedstawiano  w  nich  jako  rozrywkową  kobietkę  o 

nieokiełznanym  temperamencie,  która  specjalizuje  się  raczej  w 

wywoływaniu gorączki niż w jej zbijaniu. 

Może po prostu umiała i jedno, i drugie. 
- Kilka godzin? - 

Dopiero teraz dotarły do niego jej słowa. 

Pięć - skinęła głową - przez cały czas spałeś. 

Mam przecież powrotny lot do... - zaczął słabo. 

Już się tym zajęłam - przerwała. Wcześniej przeszukała kieszenie jego 

marynarki w poszukiwaniu biletu. - 

Zmieniłam ci rezerwację na niedzielę. 

Teraz był piątek. Dwa dni powinny wystarczyć, by doszedł do siebie. A 

jeśli  nie,  ponownie  zmienią  termin.  -  Zadzwoniłam  też  do  twojego 

asystenta i opowiedziałam mu, co się stało. 

Cóż,  Christopher  mógł  tylko  słuchać,  kiwać  głową  i  pozwalać,  aby 

sprawy toczyły się własnym trybem. 

Działasz bardzo sprawnie - mruknął. 

Staram się. A teraz wypij ten sok. 

background image

 

24 

- Czy to twój dom? - 

Wziął od niej szklankę. Przytaknęła. Nie miał wcale 

ochoty  na  sok  pomarańczowy,  ale  skoro  zadała  sobie  tyle  trudu,  żeby 

zdobyć  go  dla  niego,  posłusznie  wypił  do  dna.  Coś  w  jej  postawie 

podpowiedziało mu, że gdyby odmówił, z pewnością starałaby się go do 

tego przekonać, a póki co wolał nie tracić czasu i sił na długie debaty. 

-  Dlaczego mnie tu 

przywiozłaś?  -  zapytał.  Wzruszyła  niedbale 

ramieniem i odparła nagłą chęć, by odgarnąć lok z jego czoła. Wystarczy 
tego dotykania. 

Bo  byłeś  chory  -  wyjaśniła.  -  Porzucenie  cię  w  przydrożnym  rowie 

byłoby mniej eleganckie, nie sądzisz? 

Skrzywił  się  lekko.  Dowcipna. Dowcipne osoby zazwyczaj niezmiernie 

go irytowały. Tym razem jednak uznał, że uwaga ta jest znośna, poza tym 

konsekwentnie starał się unikać okazji do sporów. 

Dlaczego nie odwiozłaś mnie do hotelu? 

W  mieście  odbywa  się  wielki  kongres  komputerowy.  Sądzę,  że 

pozajmowane są nawet  mysie dziury - wyjaśniła. - Poza tym porzucanie 

chorego osobnika w hotelu też nie wydaje mi się szczytem elegancji. 

Jasne, dzięki. Wiesz jednak, że może to zaszkodzić naszym interesom - 

zauważył. 

Z  doświadczenia  wiedział,  że  ludzie  nie  robią  niczego  bezinteresownie. 

Dałby  głowę,  że  tak  też  było  w  tym  wypadku.  On  był  klientem,  który 

dawał szansę na intratny kontrakt, a ona starała się go kupić. Ale żeby w 
ten sposób? 

T.J.  odgadła,  o  czym  pomyślał,  i  westchnęła  w  duchu.  Facet  był 

cynikiem.  Przykre,  że  ktoś  tak  młody  i  przystojny  ma  takie  ponure 

wyobrażenie  o  świecie.  Przecież  naprawdę  chciała  mu  pomóc.  Czy  to 

jednak jej sprawa? Jej zadaniem było przekonać go, że ma do czynienia z 

Theresą, oraz sprawić, aby zaakceptował i podpisał umowę. To wszystko. 

Nie  musi  się  martwić  o  zbawienie  jego  duszy,  tylko  o  podpis  pod 
dokumentem. 

-  Wiem  - 

zgodziła  się.  -  I  nie  tylko  to  może  im  zaszkodzić  -  dodała  z 

uśmiechem podpatrzonym u Theresy. Seksownym i na tyle tajemniczym, 
aby zaintrygowa

ć  każdego  mężczyznę.  O  to  chodzi!  Kuzynka  byłaby  z 

niej dumna. 

-  Nie tylko to? - 

Ciemne  brwi  Christophera  zmarszczyły  się  nad 

doskonale wykrojonym nosem. 

Dostaję  bzika,  gdy  widzę  pulsujące  męskie  skronie  -  wyjaśniła  ze 

słodkim westchnieniem. - A twój puls galopował jak diabli. 

Ostrożnie  wyjęła  szklankę  z  jego  ręki,  nachyliła  się  ku  niemu  i 

background image

 

25 

pieszczotliwym ruchem dłoni wygładziła białą narzutę. Na chwilę zajrzała 

mu w oczy i przytrzymała twarz na wysokości jego twarzy. Niestety, tym 

razem to jej puls przyśpieszył. 

No  dobrze,  porozmawiamy  sobie  później.  Teraz  odpoczywaj  - 

powiedziała. - Musisz nabrać sił. Taki kontrakt to nie bułka z masłem. 

Christopher nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie mógł pozostać 

obojętny  wobec  seksapilu,  jawnie  prowokacyjnego zachowania, które 

pasowało  zresztą  do  reputacji  Theresy  Cohran  -  choć  już  nie  do  tego 

końskiego  ogona,  który  kołysał  się  z  tyłu  jej  głowy.  Przez  sekundę  czuł 

nieodparte pragnienie, aby ściągnąć gumkę krępującą niesforne loki, które 

zapamiętał z powitania na lotnisku, i patrzeć, jak kaskada włosów spływa 
na jej ramiona. 

Właściwie to już czuję się na siłach - oznajmił. Akurat, pomyślała T.J. 

Wystarczyło na niego spojrzeć, by zrozumieć, że to kłamstwo. Popchnęła 
go z powrotem na poduszki. 

-  Dobra, dobra. P

ozwól, że to ja uznam, kiedy będziesz do tego gotów, 

dobrze?  Poleź  jeszcze.  Dlaczego  nie  skorzystasz  z  okazji  i  sobie  nie 
odpoczniesz? 

Traktowała  go  protekcjonalnie  i  pobłażliwie,  zupełnie  jak  małego 

chłopca.  Właściwie  powinien  się  jej  przeciwstawić,  ale  rzeczywiście  był 

tak  słaby  i  zmęczony,  że  zrezygnował.  W  końcu  nie  zawali  się  chyba 

żaden boski plan, jeśli spotkanie odsunie się o kilka godzin. 

Westchnął i ułożył się wygodniej na poduszkach, a T.J., zrozumiawszy, 

że  zwyciężyła,  z  uśmiechem  odeszła  od  łóżka  w  stronę  drzwi.  Powiódł 

okiem  po  jej  zgrabnej  sylwetce.  Cholera,  nie  miał  dotąd  pojęcia,  że  w 

zwykłych dżinsach można wyglądać tak pociągająco. 

- Theresa! - 

zawołał za nią. 

Theresa? No tak. Była Theresa. T.J. uśmiechnęła się szerzej i odwróciła 

przez ra

mię w jego stronę. 

- Tak? 

Do  kogo  to  należy?  -  zapytał,  wskazując  palcem  na  ciemnoniebieską 

koszulę nocną, w którą był ubrany. Rozmiar był z pewnością o wiele za 

duży na Theresę, skoro on mieścił się w nim z powodzeniem. 

T.J. roześmiała się. 
- To koszula Cecilii, mojej gospodyni. 

Christopher  spojrzał  na  nią  podejrzliwie.  On  sam  mierzył  metr 

dziewięćdziesiąt. Ta gospodyni to widocznie niezły kawał baby. 

Rozumiem.  Myślałem,  że  to  może  raczej  własność  dawnego 

ukochanego - 

skomentował. 

background image

 

26 

Chyba będzie lepiej, jeśli nie powiem jej, że tak myślałeś. 

Może masz rację. Dzięki. 

Zasnął, zanim zdążyła zamknąć za sobą drzwi. 
 

Obudził go czyjś śmiech. Wsączył się w jego sen niczym płynny, złocisty 

miód i wywołał w nim potrzebę natychmiastowego przyłączenia się do tej 

radości. 

Dziecięcy śmiech. 

A może jednak nie. 

Christopher  otworzył  oczy  i  ostrożnie  uniósł  głowę.  Co  za  ulga! 

Wreszcie,  po  raz  pierwszy  od  tej  nagłej  zapaści  na  lotnisku,  nie  miał 

wrażenia,  że  za  chwilę  spadnie  na  niego  sufit.  Uśmiechnął  się  z 
zadowolenie

m.  Wciąż  czuł  się  niezbyt  pewnie,  ale  teraz  mógł 

przynajmniej spokojnie pomyśleć. 

Znowu usłyszał śmiech. A właściwie chichot. Dziewczęcy chichot. Czy 

ta Cohran nie wspominała przypadkiem, że siostrzenica spędza z nią każdy 
weekend? 

Boże, znowu dziecko, pomyślał z przygnębieniem. Nie chodziło o to, że 

nie lubił dzieci - po prostu nie umiał sobie z nimi radzić. Nie świadczyło to 

o nim najlepiej, zwłaszcza że to przecież dzieciom, a właściwie ukochanej 
przez nich laleczce o zawadiackiej twarzy, nazwanej Moppsie, która ponad 

sześćdziesiąt  lat  wcześniej  trafiła  do  sklepów  w  całej  Ameryce,  rodzina 

MacAffeech zawdzięczała fortunę i sławę. 

Mimo  to  Christopher  nigdy  nie  czuł  się  dobrze  w  towarzystwie  dzieci. 

Nawet  wówczas  gdy  sam  był  jeszcze  jednym  z  nich.  I  nie  minęło  to  z 
wiekiem. 

Dochodzący  zza  ściany  śmiech  był  jednak  na  tyle  intrygujący,  że 

ciekawość  zwyciężyła  i  Christopher  sięgnął  po  swoje  spodnie,  by  się 

ubrać.  Ale  jak  tu  się  ubrać,  skoro  nie  miał  zielonego  pojęcia,  gdzie  też 

podziała się jego koszula ani gdzie mógłby jej szukać? 

Mrucząc pod nosem jakieś złe słowa, zaczął wpychać poły koszuli nocnej 

w spodnie. A było co wpychać. Gdy skończył, zerknął w dół. Wyglądał, 

jakby miał zamiar przemycić w spodniach zapasowe koło do ciężarówki. 

Wyciągnąć  koszulę  na  wierzch?  No  nie,  będzie  jeszcze  gorzej. 

Zrezygnowany podszedł do drzwi, otworzył je i czekał chwilę, nasłuchując 

uważnie.  Znów  rozległ  się  chichot,  któremu  tym  razem  towarzyszył 

głęboki śmiech, należący zapewne do Theresy. 

Albo do tej zwalistej gospodyni, która 

jąknie dorabia sobie w weekendy 

na meczach rugby. 

background image

 

27 

Tak  czy  owak,  zamierzał  sprawdzić  to  osobiście.  Ruszył  długim 

przedpokojem,  wiedziony  dziecięcym  śmiechem  niczym  dźwiękiem 

czarodziejskiego fletu. Pomyślał z zadowoleniem, że można by stworzyć 

całkiem udaną reklamę opartą na takim właśnie koncepcie. 

Jeszcze  większą  przyjemność  sprawił  widok,  który  niespodziewanie 

stanął przed jego oczyma. 

Theresa zrezygnowała z końskiego ogona, l 

Z włosami odgarniętymi za ucho klęczała na podłodze obok prześlicznej 

dziewczy

nki, która wyglądała jak jej miniaturka. 

Chichoty  i  radosne  okrzyki  wypełniały  cały  pokój.  Na  podłodze  leżały 

porozrzucane  niedbale  zabawki.  Theresa  naśladowała  właśnie  głos 

komicznego  lwa,  którego  trzymała  w  dłoni.  Lew  prowadził  dyskusję  z 

okrągłym pingwinem w koronie na głowie. 

Nagle  Christopher  zorientował  się,  że  bawią  się  przywiezionymi  przez 

niego zabawkami. Złość spowodowana tym, że grzebała w jego rzeczach, 

ustąpiła  miejsca  przyjemności  oglądania  sceny  rozgrywającej  się  przed 
jego oczyma. 

Pomyślał,  że  skoro  to  działa  na  niego,  zrobi  też  wrażenie  na  innych. 

Czując  się  niczym  widz  reklamówki,  oparł  się  o  drzwi  i  z 

ukontentowaniem przyglądał obu paniom. 

 

T.J.,  odwrócona  plecami  do  drzwi,  nie  dostrzegła  go  jeszcze.  Nie 

spodziewała się zresztą, że mógłby wstać o własnych siłach. Przespał całą 

noc.  Kilka  razy  wchodziła  do  jego  pokoju,  aby  sprawdzić,  czy  ma 

temperaturę, i odchodziła, przekonawszy się, że wciąż dręczy go gorączka. 

Nad  ranem  przypomniała  sobie  o  zabawkach,  na  które  natknęła  się, 

szukając  bezskutecznie  piżamy  w  walizce  Christophera,  i  postanowiła 

zrobić z nich użytek. 

Teraz  zgrabnie  ruszyła  ręką,  a  trzymany  przez  nią  lew  wykonał  dziki 

skok. 

O  rety,  jak  ja  bym  chciał  znaleźć  jakąś  małą  dziewczynkę,  która 

pobawiłaby  się  ze  mną  i  pomogła  mi  mówić.  Mówienie  to  taka  ciężka 
sprawa.  - 

Lew  odwrócił  się  w  kierunku  pingwina.  -  Czy pan wie, gdzie 

znajdę taką małą dziewczynkę, panie Pingwinie? 

- Królu Pingwinie - 

poprawił go ten ostatni i uniósł po królewsku głowę. 

Następnie  podrapał  się  po  czole  i  potrząsnął  głową.  Oba  zwierzątka 

ustawiły się przodem do Megan. 

A może ty wiesz, gdzie znajdziemy taką małą dziewczynkę? - zapytał 

pingwin. 

background image

 

28 

Oczy Megan zalśniły z przejęcia. Wskazała palcem na siebie. 
-  To ja! - 

krzyknęła. - Ja, ja, ja! Pingwin pokiwał głową tak mocno, że 

korona zsunęła mu się na oczy. 

Ty? Czy to ty jesteś tą dziewczynką? 

Megan  roześmiała  się,  po  czym  zmarszczyła  brązowe  brewki.  Położyła 

obie dłonie na pingwinie i powiedziała poważnym tonem: 

Tak. Ja jestem dziewczynką, która pomoże wam  mówić. T.J. ustawiła 

zabawki tak, aby mogły wymienić spojrzenia. Zwierzątka podskoczyły do 

góry, jakby zdumione tą rewelacją. 

O rety! Ona naprawdę jest tą małą dziewczynką - oznajmił lew takim 

tonem,  jakim  sir  Izaak  Newton  mógł  obwieścić  prawo  powszechnego 

ciążenia. Królowi Pingwinowi 

najwyraźniej  odebrało  mowę.  Megan  natomiast  z  radością  klasnęła  w 

rączki. 

Pobawisz się ze mną? - zapytał lew. 

Nie,  nie  z  nim,  ze  mną!  -  zaprotestował  gwałtownie  pingwin.  -  Mnie 

weź najpierw. 

Megan roześmiała się w głos i wyciągnęła rączki w stronę maskotek, by 

przygarnąć je do siebie. Zwierzątka  rzuciły się na nią, przewróciły ją na 

plecy i natychmiast znalazły się na niej, powodując nową falę chichotów. 

Christopher  patrzył  na  to  wszystko  w  milczeniu.  Pomyślał,  że  gdyby 

istniał jakiś sposób na uchwycenie tej chwili, utrwalenie jej, zamknięcie w 

butelce, mógłby zrobić na tym fortunę. 

Zabutelkowane szczęście. 

Naraz Megan wycelowała pulchny paluszek w stronę drzwi. 
- Pan - 

powiedziała wyraźnie. 

T.J. obejrzała się za siebie i na widok Christophera wstrzymała oddech. Z 

perspektywy  podłogi  zdawał  się  jeszcze  wyższy  niż  w  rzeczywistości. 

Zawstydzona, szybko wstała i schowała dłonie w tylne kieszenie spodni. 

Dlaczego, do licha, nie zamknęła drzwi przed zabawą z Megan? 

-  Przepraszam  -  pow

iedziała.  -  Przeszkodziłyśmy  ci?  Scena,  która  się 

przed chwilą rozegrała, była tak rozbrajająca, iż Christopher zapomniał o 

swoich  kłopotach w  porozumiewaniu  się  z dziećmi.  Nie  odrywając  oczu 

od dziewczynki, zrobił krok w jej kierunku. Mała naprawdę wyglądała jak 

kopia  swojej  ciotki,  albo  raczej  tak,  jak  Theresa  zapewne  wyglądała  w 

dzieciństwie, 

Chodzi ci o to, czy mnie obudziłyście? Fakt, wstałem, żeby zobaczyć, 

co się dzieje - odparł. - Ale gdy widzę, że źródłem tej radości są zabawki, 

które ze sobą przywiozłem... 

background image

 

29 

-  No tak... Hm, ta walizka... - 

T.J.  zaczerwieniła  się  niczym  dziecko 

przyłapane  na  wyjadaniu  konfitur.  Za  chwilę  pewnie  zrobi  jej  awanturę. 

Nie wyglądał na kogoś, kto chętnie powierzy zawartość swego bagażu po 
raz pierwszy napotkanej osobie. P

ostanowiła być szczera. - Przepraszam. 

Szukałam po prostu czegoś, co byłoby bardziej odpowiednie niż jedwabna 
koszula Cecilii. 

Christopher  milczał.  T.J.  przygryzła  wargę  i  spojrzała  na  córkę. 

Wiedziała, że stąpa po niepewnym gruncie, ale zaryzykowała. 

- Me

gan uważa, że twoje zabawki są wspaniałe - zaczęła. 

Widzę.  -  Dziewczynka  tuliła  właśnie  do  siebie  obie  maskotki.  - 

Chciałabyś, żeby były twoje, Megan? 

Nie  miał  pojęcia,  co  skłoniło  go  do  zaoferowania  jej  tych  prototypów. 

Zupełnie to do niego nie pasowało. 

Tymczasem  Megan  popatrzyła  na  niego  śmiało  i  bez  śladu  wahania 

potrząsnęła energicznie głową. W jej oczach pojawił się błysk radości, a 

Christopher  już  zastanawiał  się,  czy  uda  mu  się  wykorzystać  tę  małą  w 

którejś z reklam. 

W takim razie są twoje - powiedział. 

T.J.  popatrzyła  na  niego  ze  zdumieniem,  a  na  jej  twarzy  pojawił  się 

uśmiech.  Nie  miała  zbyt  wiele  czasu  na  to,  aby,  dowiedzieć  się 

wszystkiego o prezesie MacAffee Toys, ale Heidi w kilku słowach opisała 

jej  charakter  tego  człowieka.  Z  jej  informacji  wynikało,  że  był  bardzo 

surowy, zasadniczy i skoncentrowany wyłącznie na interesach. Nigdy się 

nie ożenił, nie miał dzieci i podobno niezbyt za nimi przepadał. 

Może jednak ludzie się mylili. 

T.J. położyła dłoń na jego ramieniu. 

To bardzo miło z twojej strony. 

Christopher spojrzał w jej pełne wdzięczności oczy. Było w nich coś, co 

kazało  mu  się  natychmiast  wycofać,  przywrócić  bezpieczny  dystans. 

Przybrał  więc  surową  minę,  która  chyba  całkowicie  go  odmieniła,  bo 

Theresa uciekła nagle wzrokiem w bok, najwyraźniej spłoszona. 

Drobiazg. Ich produkcja nie kosztuje tak wiele. Poza tym sądzę, że i tak 

chciałabyś  je  zatrzymać,  jeżeli  oczywiście  nasza  umowa  dojdzie  do 
skutku. 

Jeżeli  umowa  dojdzie  do  skutku...  No  cóż,  słowa  te  wystarczyły,  by 

przestała myśleć z tkliwością o dobrym i hojnym panu MacAffee. 

-  Tak  - 

odpowiedziała  chłodno.  -  Rzeczywiście  będziemy  chcieli  je 

zatrzymać.  -  Spojrzała  na  Megan,  która  tuliła  do  piersi  Króla  Pingwina. 

Uśmiechnęła  się.  Dobry  uczynek,  to  dobry  uczynek,  niezależnie  od 

background image

 

30 

okoliczności i intencji, pomyślała i natychmiast dodała: - Mimo wszystko 

dziękuję, że pozwoliłeś Megan je przetestować. 

Ty to zrobiłaś, zanim zdążyłem się zgodzić. Och, tak. Oto twardy typ, 

który  nigdy  nie  przyzna  się  do  własnych  uczuć.  Znała  takich. 
Nieuleczalnie 

chorzy  i  całkowicie  niereformowalni.  Bali  się  ciepłych 

uśmiechów  i  czułych  gestów,  przekonani,  że  one  zdradzą  ich  słabość. 

Christopher był taki sam - chciał, żeby przed jej oczami stał twardziel o 

nieskruszonym sercu, chory i słaby, ale groźny i samodzielny, zupełnie jak 

rozdrażniony ranny niedźwiedź, który na prawo i lewo rozdaje razy. Fakt, 

widziała  w  nim  niedźwiedzia,  ale  był  to  niedźwiedź,  dość  przystojny,  w 
koszuli nocnej Cecilii. 

Nie mogła więc powstrzymać uśmiechu. 

Nie  wiesz,  jak  przyjąć  słowa  wdzięczności,  co?  -  zapytała.  - 

Komplementy cię krępują... 

Czy tego nie zrobiłem? - przerwał jej. 

Objęła go ramieniem, aby poprowadzić do łóżka. 

Jakoś nie zauważyłam. Może to z powodu grypy. - Dotknęła jego czoła. 

Poczekaj... Dziwne, jesteś zimny jak mrożona ryba. 

Czy to opinia na temat stanu zdrowia, czy może kolejny komplement? 

A  co?  Masz  ochotę  na  jeszcze  jeden?  Poczekaj,  najpierw  musisz  na 

niego zasłużyć. 

Świetnie!  Theresa  z  całą  pewnością  mogła  coś  takiego  powiedzieć. 

Flirtowała  przy  każdej  nadarzającej  się  okazji.  Do  licha,  może 

rzeczywiście ona, T.J., nie jest w tym wcale taka zła? 

Mówiono mi, że nie zabijesz komplementów - Christopher podjął tę grę 

aluzji. - 

Szczególnie mężczyznom. 

- Owszem - 

odparła. - Ty też masz szansę. Ale jeszcze nie teraz. Musisz 

wrócić do łóżka. Zrobię ci rosół z kury. Chyba powinieneś coś zjeść. 

Christopher  wciąż  się  trząsł,  więc  łóżko  wydało  mu  się  w  tej  chwili 

niezwykle  zachęcającym  miejscem.  Dopiero  kiedy  się  w  nim  znalazł, 

dotarło do niego, co powiedziała Theresa, i spojrzał na nią osłupiały. 

Rosół  z  kury?  Żartujesz,  prawda?  -  zapytał.  -  Czy ja jestem w domu 

szefowej C&C Advertising, czy u baba pod pierzyną? T.J. uśmiechnęła się 
dwuznacznie. 

Nigdy  nie  żartuję,  kiedy  wpuszczam  mężczyznę  do  swojej  sypialni  - 

odpo

wiedziała. 

I jest szansa, że w tym rosole znajdzie się kawałek kurczaka? - spytał 

ostrożnie. 

Oczywiście - obiecała i wyniknęła się na zewnątrz. 

background image

 

31 

 
 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kiedy pochyliła się, żeby zabrać tacę, otoczył go ten niezwykły zapach, 

który  spowijał  jej  włosy.  Christopher  miał  ogromną  ochotę  wyciągnąć 

rękę i dotknąć tych ciemnych loków, żeby sprawdzić, czy są tak miękkie, 

jak to sobie wyobrażał. 

Zamiast tego zacisnął dłonie na prześcieradle. 
- Cudowna... - 

westchnął z błogim wyrazem twarzy. - Zupa, oczywiście - 

dodał, gdy spojrzała na niego pytająco. 

Rzeczywiście  zupa  była  wspaniała,  podobnie  jak  towarzystwo  Theresy, 

która  siedziała  cały  czas  obok  niego,  gdy  jadł,  i  opowiadała  mu  o 

rozmaitych sprawach; przeważnie błahostkach, które jednak w jej ustach 
st

awały  się  nieoczekiwanie  ważne.  Naprawdę  czuł  się  jak  u  babci  pod 

pierzyną,  jak  u  mamy  na  kolanach  i  jak  na  randce  z  narzeczoną 

jednocześnie; z narzeczoną, u mamy, u babci, których nigdy tak naprawdę 

nie  miał.  Cholera,  jeszcze  chwila,  a  pobeczy  się  jak  sześciolatek.  Co  ta 

kobieta ma w sobie, że czuje się przy niej jak nigdy wcześniej? 

Przez głowę T.J. przebiegały podobne myśli. Ten mężczyzna irytował ją 

nieco, lecz dużo bardziej intrygował, przyciągał, no i wzbudzał w niej ten 
instynkt opieki, który, jak do

tąd  sądziła,  była  w  stanie  wyzwolić  w  niej 

tylko Megan. A mimo to nie mogła być z nim szczera. Kto by pomyślał, że 

ta maskarada będzie tak męcząca? I to z takiego powodu! 

Dziękuję za opiekę - powiedział. 

Staram się, jak mogę - odparła lekkim tonem i spojrzała mu w oczy. 

Boże! Te ciemne, zielone oczy były skuteczniejsze niż klej Super Glue. 

Christopher wprost nie mógł oderwać od nich wzroku. Co jest? Może to 

ten wirus? Ale przecież już nie miał gorączki. 

„Staram się, jak mogę...” Jasne, że się stara! Taki kontrakt, tyle kasy. Coś 

jednak - 

wątpił, czy to jego wrodzony talent do interesów, bo to nie miało 

nic wspólnego z interesami - 

podpowiadało  mu,  że  Theresa  mówiła 

szczerze. Że naprawdę troszczy się o niego, jak umie najlepiej, i to wcale 

nie dlatego, że on jest jej potencjalnym klientem. 

Postanowił to sprawdzić. 

Wierzę,  że  mówisz  szczerze  -  powiedział  i  obserwował  ją  uważnie, 

starając się odgadnąć jej prawdziwe intencje. 

A  dlaczego  nie  miałabym  mówić  szczerze?  -  zapytała.  Wzruszył 

ramionami, aż poruszyły się falbanki niebieskiej koszuli. 

- Bo jestem dla ciebie obcy - 

odparł. 

background image

 

32 

T.J. postawiła tacę na biurku i uśmiechnęła się do niego. 

Nieprawda. Jesteśmy potencjalnymi partnerami. Wiemy sporo o sobie, 

o swoich firmach. Twoi ludzie wiele razy rozmawiali z moim personelem. 

U progu dwudziestego pierwszego wieku związane ze sobą firmy można 

w zasadzie traktować jak rodzinę - zażartowała. 

Może.  -  Nie  chciał,  aby  odchodziła.  Zastanawiał  się,  cc  powinien 

powiedzieć, aby zatrzymać ją jeszcze choć przez chwilę. - Jesteś zupełnie 

inna,  niż  oczekiwałem  -  wyznał  wreszcie  i  sam  się  zdziwił,  że  to 

powiedział. 

- Tak? - 

Theresa wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że powinna uciec od 

tego  tematu.  Taka  rozmowa  mogłaby  ją  zdemaskować.  Mimo  to 

ciekawość zwyciężyła. - A czego oczekiwałeś? 

Christopher pomyślał o artykule z magazynu „People”, który wręczył mu 

jego asystent tuż przed wejściem na pokład samolotu. Tekst, zatytułowany 

„Rozumna piękność”, poświęcony był, ma się rozumieć, Theresie Cohran. 

Przeczytał  go,  lecz  nie  dowiedział  się  zbyt  wiele  na  temat  tego,  jaka 

Theresa jest naprawdę. Ot, kilka plotek, opinii, nic nie znaczących faktów. 

No i zdjęcia - te były chyba najciekawsze. 

Niewiele myśląc, ujął teraz jej dłoń i splótł palce Theresy ze swoimi. 

Spodziewałem się kogoś mniej troskliwego - odparł. 

Kogoś, kto nie ma pojęcia o gotowaniu. Ani o wychowywaniu dzieci. 

Zawsze  do  usług  -  oto  moja  dewiza.  Delikatnie  uwolniła  dłoń  z  jego 

uścisku. 

Przyznaj się, byłaś skautem. 

Nie,  skautką.  -  Kiedy  uśmiechnęła  się,  w  jej  policzkach  pokazały  się 

urocze dołeczki. - Co ty sobie myślisz, nawet w Beverly Hills jest drużyna 
skautek. 

Rzeczywiście,  T.J.  bawiła  się  w  harcerstwo,  w  przeciwieństwie  do 

Theresy,  która  uważała  wyjazdy  pod  namiot,  podchody  i  sprzedaż 
ciasteczek na cele dobro

czynne za zajęcia poniżej swojej godności. 

Ano właśnie - ocknął się Christopher. - Czy jesteśmy właśnie w Beverly 

Hills? - 

zapytał. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wciąż nie wie, gdzie 

go przywieziono. 

-  Hm, tam jest nasza agencja, a my znajdujemy si

ę  teraz  niedaleko 

agencji - 

odpowiedziała i odwróciła wzrok. Czy mu się tylko zdawało, czy 

też  ta  odpowiedź  brzmiała  wymijająco?  Uznał,  że  jest  chyba  nieco  zbyt 

podejrzliwy i że może za bardzo przyzwyczaił się już do czytania między 

wierszami.  Cóż,  rzadko  kiedy  sprawy  przedstawiały  się  jednak  tak,  jak 
inni je przedstawiali. 

background image

 

33 

Czy mogę służyć ci czymś jeszcze? - zapytała go Theresa. 

Tak, sobą - miał ochotę odpowiedzieć. Cholera, ta Cohran rzeczywiście 

zalazła mu za skórę. Przez chwilę obawiał się nawet, że rzeczywiście tak 

powiedział, ale wyraz jej twarzy nie zmienił się, więc zapewne nic się nie 

stało. 

Na  razie.  Bo  jeśli  nie  stłumi  w  sobie  tych  uczuć,  tych  myśli,  to  źle 

skończy. Nie przybył tu przecież, by flirtować z tą kobietą, nawet jeśli jest 

piękna jak rajski ogród. Przyjechał, by zapoznać się z warunkami umowy - 

i  albo  się  wycofać,  albo  podpisać  ją,  otwierając  tym  samym  drogę  do 

ścisłej współpracy. 

Musiał jednak przyznać przed samym sobą, że słowo „ścisła współpraca” 

nabrało dla niego nowych znaczeń. 

Czy mogę ci jeszcze jakoś pomóc? - zapytała znowu. Otrząsnął się. 

- Chyba... tak - 

odparł. W pokoju nie było nawet telewizora. Nie miał nic 

do roboty poza gapieniem się w sufit. - Dostaję świra - wyznał szczerze. 

Był przyzwyczajony do działania, nie do leżenia w bezruchu. 

-  Bo zdrowiejesz - 

uśmiechnęła  się  do  jego  słów  i  własnych  myśli. 

Zdecydowała się niemal natychmiast. Gdyby zastanowiła się trochę dłużej, 

mogłaby dojść do wniosku, że to nie najlepszy pomyśl. - Może przenieść 

cię na sofę? - zaproponowała. 

Słucham? 

Możesz  przyjść  do  nas,  do  pokoju  gościnnego,  i  obejrzeć  z  nami 

kreskówki  - 

wyjaśniła. Widziała, że nie był przesadnie uszczęśliwiony tą 

propozycją, ale skoro miała z nim spędzać czas, wolała skupić uwagę na 

czymś innym niż jego oczy. Najlepiej na Megan. - Mam na wideo ponad 

dwadzieścia cztery godziny kreskówek, jeśli te w telewizji nie przypadną 
ci do gustu. 

Co  jest,  u  licha?  Nawet  jako  dziecko  nigdy  nie  oglądał  nadawanych 

sobotnim rankiem kreskówek. Jego nianie nie pochwalały tej „bezmyślnej 
rozr

ywki”.  A  teraz  pomyślał  właśnie,  że  to  mogłoby  być  nawet 

interesujące. 

Kreskówki! Interesujące! O, zgrozo... 

Coś jednak nie pasowało do tego obrazka. 

Trzymasz kasety z kreskówkami dla kogoś, kto z tobą nie mieszka? 

Dossier,  które  otrzymał,  musiało  być  niekompletne.  Nie  było  tam  w 

każdym razie nic o tym, że ta podziwiana przez wielki świat dama, stała 

bywalczyni  przyjęć  po  obu  stronach  Atlantyku,  ogląda  kreskówki  i 

nagrywa  je dla swojej siostrzenicy.  Że gotuje rosół z  kury i tarza się po 

podłodze  z  rozbawioną  dwulatką.  A  przecież  widział  to  wszystko  na 

background image

 

34 

własne oczy. 

Widocznie  jednak  ta  dama  była  niewiastą  pełną  niespodzianek. 

Wyjątkowo przyjemnych niespodzianek. 

Może to faktycznie dziwne.... - zaczęła tłumaczyć - ale Megan spędza tu 

bardzo  dużo  czasu.  Rozumiesz,  wciąż  wysyłam  T.  J.  w  delegacje,  więc 

muszę jej jakoś pomagać. Zwłaszcza że jest świetna w tym, co robi. - T.J. 

przełknęła nerwowo ślinę. Czy to coś złego, że powie kilka miłych słów 

na swój temat? Przecież nie kłamie. - To ona przygotowała kampanię dla 
MacAffee Toys - 

dodała. 

-  Rozumiem to wszystko - 

pokiwał  głową  -  choć  muszę  przyznać,  że 

wciąż jestem pod wrażeniem. Chciałbym kiedyś poznać tę dziewczynę. 

T.J. poczuła znajomy skurcz w żołądku. 

Poznać?  Mówisz  o  T.J.?  Myślałam...  że  to  jednorazowa  wizyta. 

Przyjeżdżasz, żeby sprawdzić, czy oddziały są gotowe do bitwy, a potem... 

Tak  właśnie  zazwyczaj  działam  -  przerwał  jej.  Dziwne,  czyżby  w  jej 

głosie słychać było jakiś niepokój? To przecież profesjonalistka. - Nie jest 

to  jednak  jakaś  fundamentalna  zasada  -  dokończył.  -  Skoro, jak 

powiedziałaś, mamy szansę stać się niemal rodziną... 

Jasne,  oczywiście.  -  T.J.  znów  przełknęła  ślinę.  Sprawy  się 

komplikowały;  tym  bardziej  że  zamiast  przerazić  się  perspektywą 
ponownej wizyty Christophera MacAffee, ucie

szyła  się,  słysząc  jej 

zapowiedź. Czy ona całkiem zwariowała?! - Tak jak ci mówiłam, T.J. nie 

ma chwilowo w mieście - zaczęła tłumaczyć. - Jestem jednak pewna, że 

byłaby bardzo zadowolona, gdyby się dowiedziała, że chcesz ją poznać. - 

Zerknęła  na  trzymaną  w  rękach  tacę.  -  To  co?  Może  teraz  posprzątam  i 

przygotuję pokój gościnny? 

A czy nie powinniśmy raczej... - zaczął. 

Wziąć się do roboty? Bądź cierpliwy. Znów padniesz mi jak długi pod 

nogi.  Obiecuję,  że  przez  cały  czas  będę  myślała  o  zawartości  twojej 

walizki. A jeśli się znudzisz i wrócisz do sypialni, nikt nie będzie miał ci 

za złe. 

Z tymi słowami opuściła pokój. 

No i tyle na temat wolności wyboru, pomyślał kwaśno Christopher. Nie 

zdawał  sobie  sprawy,  że  się  uśmiecha,  dopóki  nie  zobaczył  swojego 
odbicia w lustrze. 

T.J.  westchnęła  i  postawiła  tacę  na  kuchennym  stole.  Odruchowo 

wypłukała  talerz  po  zupie,  po  czym  wsadziła  go  do  zmywarki.  Cecilia 

obserwowała ją w milczeniu. Nie bardzo wiedziała, co o tym wszystkim 

myśleć. 

background image

 

35 

Cóż,  z  pewnością  nie  wyglądasz  jak kobieta, która trzyma w swoim 

łóżku piekielnie przystojnego faceta. T.J. czuła, że nadciąga straszliwy ból 

głowy. 

- I w tym problem - 

odparła. 

Moja  droga,  nie  słyszałam  jeszcze,  żeby  taką  sytuację  ktoś  nazywał 

problemem.  - 

Pokiwała  kciukiem  w  stronę  sypialni.  -  O taki „problem” 

modli  się  większość  kobiet.  Czy  ty  aby  na  pewno  dobrze  mu  się 

przyjrzałaś? - Położyła rękę na piersi. - Mnie już na samą myśl o nim serce 

zaczyna gwałtowniej bić. 

T.J. wybuchnęła śmiechem. 
-  Jest dla ciebie za niski, Cecilio. Ma

jąc  metr  dziewięćdziesiąt  trzy, 

Cecilia musiała zaakceptować to, że większość mężczyzn jest dla niej za 
niska. 

Małe jest piękne - odparła jednak, nie zrażona. T.J. znów się roześmiała. 

Ciekawe,  jak  też  Christopher  zareagowałby  na  wieść,  że  jest  piękny,  bo 

mały. 

Cóż,  chyba  nie  tym  razem  -  westchnęła.  Cecilia,  słysząc  smutek  w 

słowach  dziewczyny,  położyła  ręce  na  jej  ramionach  i  obróciła  ją  do 
siebie. 

Zaczekaj, T.J. Co tak naprawdę się dzieje? - zapytała poważnie. 

Przez chwilę T.J. nie wiedziała, od czego zacząć. 

On myśli, że jestem Theresą - wyjąkała wreszcie. 

To źle? Sądziłam, że na tym polega cała intryga. Przecież miał myśleć, 

że jesteś Theresą. Ale rozumiem... - pokiwała głową - ty nie chcesz, żeby 

on tak myślał, prawda? 

T.J. bezradnie rozłożyła ręce. Intuicja Cecilii była bezbłędna. 

Nie  lubię  kłamać  -  powiedziała,  a  Cecilia  uśmiechnęła  się  tylko,  bo 

wiedziała dobrze, że przecież nie chodzi wyłącznie o to. 

-  To wszystko kwestia interpretacji - 

zauważyła.  -  Czasem  małe 

kłamstewko może wiele pomóc. 

Małe  kłamstewko?  Ten  facet  myśli,  że  jestem  prezeską  C&C 

Advertising! 

No i co z tego? O co ci właściwie chodzi? Gdyby twój ojciec nie uciekł 

ze świata biznesu i nie zaszył się w jakiejś afrykańskiej dżungli, mogłabyś 

przecież nią być. 

W  południowoamerykańskiej  dżungli  -  poprawiła  machinalnie  T.J.  i 

poczuła nagle nieuzasadnione zniecierpliwienie. - A poza tym odpowiada 
mi moja pozycja w firmie. To nie w tym problem. 

Wiem, kochanie, że nie w tym. 

background image

 

36 

-  Wiesz? Dziwne, bo nawet ja tego nie wiem. Cecilia 

uśmiechnęła  się 

niczym gracz, który zna odpowiedź na pytanie za milion dolarów. 

Podoba  ci  się,  no  nie?  -  Mrugnęła  znacząco  okiem.  Była  wreszcie 

szczęśliwa. Nareszcie ktoś zagiął parol na tę małą. Do tej pory rozpaczała, 

że T.J. przeżyje swoje życie w samotności, jak dotychczas. Niby otoczona 

ludźmi, a jednak samotna. Teraz pojawiła się szansa na inne rozwiązanie. 

To, czy mi się podoba, czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia - T.J. 

próbowała zlekceważyć słowa Cecilii. - Nie znam go wystarczająco długo, 

żebym mogła mieć jakąś ugruntowaną opinię. Po prostu czuję się, jakbym 

spacerowała po kruchym lodzie. 

Cecilia otoczyła T.J. długim ramieniem. 

Dziecko,  przecież  ty  nie  stąpasz  po  cienkim  lodzie,  ale  biegniesz  po 

nim. To jeszcze bardziej niebezpieczne -  oz

najmiła  z  sadystyczną 

satysfakcją. - Czy on będzie jadł z nami kolację? 

Jeśli będzie się dobrze czuł. A co? 

- Anie. 

Wyraz twarzy gospodyni był idealnie niewinny, więc T.J. natychmiast się 

zaniepokoiła. Miała tylko nadzieję, że Cecilia nie zechce zabawiać się w 

swatkę. Boże, miała już dosyć tego wszystkiego. Im prędzej Christopher 

MacAffee znajdzie się na pokładzie samolotu do San Jose, tym lepiej. Ale 

czy rzeczywiście? 

Jeśli chcesz na niego popatrzeć, przyjdź do salonu. Będziemy oglądać 

filmy na wideo. 

A  ty  jeśli  chcesz,  to  pobiegnę  do  wypożyczalni  i  przyniosę  wam 

„Dzikie, upojne noce” - 

zaofiarowała się Cecilia. 

Dziękuję.  Mamy  w  programie  co  innego.  „Pan  Kaczor  jedzie  do 

miasta”. - 

To był ulubiony film Megan. 

-  „Pan Kaczor jedzie do miasta”? -  powtó

rzyła  powoli  gospodyni.  - 

Chcesz  posadzić  tego  byczka  obok  siebie  na  sofie  i  oglądać  z  nim 
przygody Kaczora Donalda? 

-  Owszem.  - 

T.J.  nie  miała  najmniejszego  zamiaru  dyskutować  na  ten 

temat. 

- Owszem, owszem... Okazja sama puka do drzwi, a ty nie zamierzasz ich 

otwierać, tak? 

To  żadna  okazja,  Cecilio.  Uspokój  się.  Chcę  po  prostu  skończyć  z  ta 

maskaradą.  Im  szybciej  on  wyzdrowieje  i  wyjedzie  do  San  Jose,  tym 

szybciej ja wreszcie odetchnę. 

Słyszę cię, ale ci nie wierzę. 

Musisz  uwierzyć,  dopóki  ja  sama  w  to  wierzę.  Przeszukując  szafkę  z 

background image

 

37 

kasetami  wideo,  T.J.  pomyślała,  że  chyba  powoli  przestaje  jednak  sobie 

wierzyć. W każdym razie nie ufała już sobie w stu procentach. 

Po  rozwodzie  nie  zaprzestała,  wbrew  wcześniejszym  obawom,  życia 

towarzyskiego.  Często  wychodziła  z  domu,  zawsze  z  przyjaciółmi,  i 

cieszyły  ją  te  wieczory,  spędzane  w  towarzystwie  życzliwych  jej  ludzi. 

Wszystko  to  odbywało  się  wszakże  w  wyłącznie  przyjacielskiej 

atmosferze, bo też i ona nie miała ochoty na romanse. Już nie. Była zbyt 

zajęta,  poza  tym  istniały  ważniejsze  sprawy  niż  miłosne  zawroty  głowy. 

Na czele listy jej priorytetów znajdowała się, rzecz jasna, Megan. 

A jednak Christopher MacAffee miał w sobie coś takiego, że tym razem 

nie  przekonywało  jej  tego  typu  tłumaczenie.  Na  sam  jego  widok  traciła 

pewność  siebie,  a  jej  wyobraźnię  zaczynały  ogarniać  dziwne  myśli. 

Mówiąc krótko,  reagowała jak nastolatka, która po raz pierwszy w kimś 

się zadurzyła. 

Musiała znaleźć jakiś sposób na to, aby położyć temu kres. Nawet gdyby 

chciała, żebyś coś między nimi zaszło - a oczywiście nie chciała - to on i 

tak brał ją za Theresę. Nie było sensu angażować się w jakikolwiek sposób 

w związek z człowiekiem, który myślał, że T.J. to nie T.J., a jej kuzynka. 

Nie  można  budować  na  kłamstwie,  a  z  pewnością  nie  mogła  mu teraz 

powiedzieć, kim jest naprawdę. Gdyby to odkrył, zabrałby swoją umowę i 

urażoną dumę i poszedł szukać innej agencji. 

Bo kto lubi, kiedy robi się z niego głupca? Najmniej mężczyzna z taką 

pozycją i takimi wpływami. 

Najważniejszy jest interes firmy. Musi sobie to nieustannie powtarzać. 

Westchnęła ciężko i wyjęła z szafki dwie kasety. 

Co będziemy oglądać? 

Na  dźwięk  jego  głosu  podskoczyła  przestraszona.  Obie  taśmy 

wylądowały na podłodze. 

Christopher zdziwił się, widząc jej gwałtowną reakcję. Wyglądała niczym 

oszust podatkowy, do domu którego wtargnął Urząd Skarbowy. Podszedł 

do niej i popatrzył jej w twarz. 

Hej, spokojnie, nie chciałem cię przestraszyć. Zdaje się, że miałem tu 

przyjść, prawda? 

Rzeczywiście, przede wszystkim powinna być spokojna. Zrobiła krok w 

jego  stronę  i  uśmiechnęła  się  szeroko.  Pokój  gościnny  skąpany  był  w 

słońcu  i  w  tym  świetle  cera  Christophera  nabrała  zdrowego  odcienia. 

Wyglądał teraz bez porównania lepiej niż przed kilku godzinami. Jak tak 

dalej pójdzie, to jutro będzie już w drodze. 

Tylko dlaczego ona nie była szczęśliwa z tego powodu? Owszem, czuła 

background image

 

38 

ulgę, ale nic poza tym. 

Nie  przestraszyłeś  mnie.  Po  prostu  byłam  zajęta.  -  Zauważyła,  że 

założył  własną  koszulę,  w  której  wyglądał  znacznie  ciekawiej  niż  w  tej 

należącej do Cecilii. - Widzę, że znalazłeś swoje rzeczy - zagadnęła. 

Mhm. Chyba trochę lepiej na mnie leżą - zgodził się, po czym zerknął w 

stronę drzwi i zapytał szeptem: - Jak wysoka jest twoja gospodyni? 

Ma metr dziewięćdziesiąt trzy. 

- To gosposia czy ochroniarz? 
-  Gosposia  - 

odparła  T.J.  ze  śmiechem.  -  Choć  właściwie  to  raczej 

przyjaciółka. 

Wetknęła  kasety  pod  ramię  i  zabrała  się  do  sprzątania  niewielkiego 

stolika. Wraz z Megan przez wiele godzin układała tu puzzle i kolorowała 

obrazki  i  teraz  nie  było  na  nim  ani  kawałka  wolnej  przestrzeni. 

Christopher usiadł obok i zaczął machinalnie wkładać porozrzucane kredki 

do pudełka. 

Skąd ją wytrzasnęłaś? - zapytał. 

Była  moją  nauczycielką  gimnastyki  w  liceum.  Potem  została  trenerką 

żeńskiej drużyny baseballowej. 

-  Jasne.  - 

Zamknął  pudełko  z  kredkami.  -  A  jak  się  stało,  że  z  trenerki 

przeobraziła się w gosposię? 

T.J.  uśmiechnęła  się.  Jej  stosunki  z  Cecilią  zawsze  układały  się  bardzo 

dobrze, nawet jeszcze w szkole. 

Napisała do mnie kartkę na Boże Narodzenie. Zrezygnowała ze sportu i 

została  bez  miejsca,  które  mogłaby  nazwać  domem.  Cecilia  nigdy  nie 

uznawała  własności  prywatnej,  nie  była  materialistką,  niewolnicą 

przedmiotów. Mieszkała sobie w małej przyczepie, dopóki nie wykupiono 

ziemi, na której stała. Poprosiłam, żeby zamieszkała ze mną, i wtedy... 

Stop! 

Co ona najlepszego wyprawia? Niedługo opowie mu całą historię swego 

życia, a wtedy nie będzie już miał wątpliwości, kim jest naprawdę. Mało 

brakowało,  a  wyjawiłaby,  że  Cecilia  zjawiła  się  u  niej  tuż  po  urodzeniu 
Megan i 

że pomagała dzielnie T.J. przy córeczce. 

Znowu zrobiło jej się żal, że nie może być w obecności Christophera po 

prostu sobą. Powinien wiedzieć, że dzięki Cecilii jej życie było jako tako 

zorganizowane  i  że  bez  przyjaźni  tej  kobiety  ona,  T.J.,  nie  poradziłaby 
sobie. 

Zresztą, to nieciekawa historia. - Machnęła ręką, po czym wyciągnęła 

dwie kasety w jego kierunku. -  „Pan Kaczor jedzie do miasta” albo 

„Świerszcze w moim łóżku”. Wybieraj. 

background image

 

39 

Christopher zerknął na nią, żeby upewnić się, czy  mówi serio. Mówiła. 

Na

prawdę  zamierzała  oglądać  z  nim  kreskówki.  Ktoś  inny  mógłby 

próbować zaimponować mu kolekcją najnowszych hitów, może pożyczyć 

z wideoteki coś prowokującego, a ona - „Pan Kaczor jedzie do miasta”. W 

sumie jednak podobało mu się, że ta dziewczyna jest sobą i niczego przed 

nim  nie  udaje.  Widać  nie  musi.  Jest  wystarczająco  pewna  siebie  i  swej 

pozycji, aby spokojnie sobie na to pozwolić. 

A którą woli Megan? - zapytał. T.J. spojrzała na niego z aprobatą. 

- „Pana Kaczora” - 

odparła. - Choć widziała go setki razy. 

Nieźle.  -  Gwizdnął  ze  zdumieniem.  On  miał  problemy  z  obejrzeniem 

jednego filmu do końca, a co dopiero dwa czy więcej razy. - I nie nudzi jej 
to? 

Ej, ty chyba produkujesz zabawki, no nie? Jak na osobę, która zarabia 

na dzieciach, niewiele o nich wiesz - 

odparła. - W psychologii nazywa się 

to  chyba  wzmocnieniem.  Dobrze  znane  rzeczy  zapewniają  dziecku 

poczucie bezpieczeństwa. Wiem tylko, że Megan uwielbia oglądać filmy 

raz za razem, choć wie doskonale, co zdarzy się za chwilę. Nie potrzebuje 
niespodzianek. 

Teraz  on  obrzucił  ją  pełnym  aprobaty  spojrzeniem.  Najwyraźniej 

poświęciła sporo czasu na obserwację dziecka. Nie była matką Megan, a 

jednak zaangażowała dla niej tyle uczucia, czasu, tyle cierpliwości. Tego 

też nie uwzględniono w dostarczonych mu raportach. 

Megan ma szczęście, że jesteś jej ciotką - powiedział. - To wspaniała 

dziewczynka.  - 

Wzruszyła  nonszalancko  ramionami. -  Mam  nadzieję,  że 

kiedyś też się takiej doczekam - dodała z nieznośnym poczuciem winy. 

W  tym  samym  momencie  do  pokoju  wpadła  Megan,  zupełnie  jakby 

słyszała, że mówi się o niej. Ścigała zawzięcie mechanicznego pudełka i 

śmiała  się  przy  tym  do  rozpuku.  Christopher  spojrzał  na  Theresę.  Na 

widok  dzieciaka  pojaśniała  w  jednej  chwili  niczym  bożonarodzeniowe 

drzewko. Chyba rzeczywiście dorosła już do macierzyństwa. 

A on? Czy jest gotów, by założyć rodzinę? Właściwie czemu nie? Jeśli 

tylko spotka odpowiednią kobietę... 

-  Oho, o wilku mowa. - 

T.J. wyciągnęła przed siebie kasetę z filmem. - 

Zobacz, co dla ciebie mam. 

- Pan Kaczor! - 

wrzasnęła dziewczynka. 

Może ją włączysz i sobie pooglądamy? Megan wzięła od matki taśmę i 

pobiegała w stronę telewizora. 

Myślisz,  że  ona  sobie  z  tym  poradzi?  -  zapytał  zaniepokojony 

Christopher. 

background image

 

40 

T.J.  uśmiechnęła  się  szeroko.  Mała  wyjęła  taśmę  z  opakowania  i 

spra

wnie wsadziła ją do magnetowidu. 

Wie, jak się to obsługuje - szepnęła. - To znaczy wie, gdzie jest przycisk 

„start”. Wystarczy. 

Przesunął się na sofie, aby zrobić jej miejsce obok siebie. Kiedy usiadła, 

znowu poczuł słodki zapach jej perfum. 

A  więc  Megan  i  ja  mamy  ze  sobą  coś  wspólnego  -  odezwał  się.  - 

Gdybyś  powiedziała,  że  ta  mała  umie  nastawiać  czasowe  nagrywanie, 

wpadłbym w kompleksy. Miałaby nade mną przewagę. 

Roześmiała  się.  To  był  ten  sam  śmiech,  który  słyszał  przedtem,  i  takie 

samo wywarł na nim wrażenie. Kto wie, może nawet większe? Ogarnęło 

go dziwne, przyjemne ciepło. Coraz bardziej czuł się niczym ryba złapana 

na  haczyk.  Nie  mógł  jednak  nic  zrobić,  nic  poradzić,  musiał  poddać  się 
temu uczuciu. 

Chyba już nie rozsiewam zarazków - powiedział cicho i dotknął palcem 

jej  policzka.  Znieruchomiała,  a  on  spojrzał  na  nią,  jakby  chciał  się 

usprawiedliwić. - Tylko tyle. To nie zaraźliwe. 

T.J. wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. W ciszy, która zaległa 

w pokoju, słyszała jedynie gwałtowne bicie swego serca. 

Nie byłabym taka pewna - szepnęła niemal niedosłyszalnie. 

 
 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Mógł  powiedzieć,  że  nie  wie,  co  tak  na  niego  działa.  Wciąż  był  nieco 

oszołomiony  grypą.  Zresztą  oprócz  niej  istniało  jeszcze  kilka  innych 

możliwych usprawiedliwień. 

Tyle 

że wszystkie były fałszywe. 

Christopher bowiem doskonale wiedział, co sprawia, że kręci  mu się w 

głowie - ona. Theresa, z jej dźwięcznym śmiechem, wewnętrznym ciepłem 

i  troskliwym  zachowaniem.  Nie  musiała  właściwie  nic  mówić, 

wystarczyło spojrzeć, by przekonać się, że to ktoś wyjątkowy. 

Nie miał wyjścia. Musiał ją pocałować. 

Wydawało  mu  się  teraz,  że  właśnie  to  było  od  początku  jego 

przeznaczeniem;  przeznaczeniem,  któremu  śmiało  wyszedł  na  przeciw, 

bez  zastanawiania  się,  co  też  mu,  do  cholery,  odbiło.  Wiedział  tylko,  że 

gdzieś  od  wieków  było  zapisane,  że  oto  teraz,  tutaj,  on,  Christopher 

MacAffee,  prezes  MacAffee  Toys,  pocałuje  Theresę  Cohran,  szefową 
C&C Advertising. 

Gdy tylko dotknął wargami jej ust, poczuł, że nie ma dla niego ratunku. 

background image

 

41 

Miał  wrażenie,  że  wpadł  w  jakiś  wir,  z  którego  nigdy  się  już  nie 
wydostanie. 

I wcale nie był pewien, czy chce się wydostać. 

W  zgodzie  z  wyrobionym  przez  lata  nawykiem,  by  wszędzie  szukać 

prawidłowości  i  logicznych  powiązań,  rozpaczliwie  usiłował  znaleźć 

jakieś sensowne wytłumaczenie zaistniałej sytuacji. Logika jednak była w 
tym przypadku zawodna. 

To tylko pocałunek, tłumaczył sobie. Nic więcej. A jednak coraz bardziej 

szumiało mu w głowie, coraz silniej ogarniało go pożądanie... 

To tylko pocałunek. 

Jeśli czuł się oszołomiony, jeśli miał zawroty głowy, gorączkę, dreszcze - 

to z powodu wirusa, grypy, cholera wie czego. Ale nie z powodu 

pocałunku. 

Na pewno nie. 

A właśnie, że tak. 

Stłumił  jęk  i  wdarł  się  głębiej  w  jej  usta.  Jeśli  już  tracić  poczucie 

rzeczywistości, to nie samotnie. 

Jednak  T.J.  zatraciła  się  w  tym  pocałunku  dużo  wcześniej.  Chwyciła 

kurczowo jego ramiona i trzymała je tak, jakby od tego zależało całe jej 

życie. Jak gdyby obawiała się, że jeżeli go puści, to zginie, utonie. Albo 
eksploduje. 

To nie miało prawa się wydarzyć, powtarzała rozpaczliwie w myślach. A 

jednak wydarzyło się i nie było już odwrotu. Kości zostały rzucone. 

Oboje nie pamiętali, kiedy ostatnio owładnęły nimi podobne uczucia. Nie 

mogli pamiętać. Nigdy dotąd nie czuli tego, co dzisiaj. 

Nagle do ich świadomości dotarł piskliwy dziecięcy głosik. 
- Mama buzi. 

Czyżby aż tak pochłonęła ich namiętność, że zapomnieli, że nie są sami? 

Niestety,  tak  właśnie  się  stało.  Teraz  zmuszeni  byli  sobie  o  tym 

przypomnieć. 

Christopher  oderwał  usta  od  warg  Theresy.  Zamrugał  powiekami, po 

czym popatrzył na maleńką osóbkę, która stalą obok nich i bezczelnie im 

się przyglądała. 

Czy ona nazwała cię mamą? - zapytał ze zdziwieniem. O, Boże. Teraz 

wszystko się wyda, przeraziła się T.J. Spokojnie, tylko spokojnie. Trzeba 
szybko co

ś wymyślić. Tylko co? 

Zmusiła się do uśmiechu, po czym z czułością objęła dziewczynkę. 

Możliwe.  -  Popatrzyła  na  Christophera.  -  T.J.  i  ja  jesteśmy  do  siebie 

bardzo podobne. Mała czasem się myli. 

background image

 

42 

Wyjaśnienie  to  zostało  przyjęte  przez  Christophera  pełnym 

p

owątpiewania uniesieniem brwi. 

- Bardziej prawdopodobne jednak - 

ciągnęła T.J. - że Megan chciała nam 

przekazać, że widziała już swoją mamę całującą się w ten sposób. 

Co  za  szczęście,  że  Megan  nie  potrafiła  jeszcze  mówić  pełnymi 

zdaniami! 

-  Nie, na pewno nie w taki. - 

Christopher  pokręcił  głową  i  odetchnął 

ciężko.  Potrzebował  chwili  spokoju,  by  dojść  do  siebie  i  przemyśleć,  co 

właściwie  się  stało.  I  co  jeszcze  może  się  stać.  -  Zaczynam  rozumieć, 

dlaczego po obu stronach kontynentu mężczyźni ustawiają się w kolejce, 

aby bliżej cię poznać. 

No  cóż  -  nonszalancki  ton  kosztował  ją  sporo  wysiłku,  ale  jakoś  się 

udało - jesteśmy dobrą firmą. Ale to prawda, że interesy pociągają ich w 
nie mniejszym stopniu co... co ja sama. 

Znów  w  ostatniej  chwili  ugryzła  się  w  język.  Omal  nie  powiedziała 

„Theresa” zamiast „ja sama”. Nie przypuszczała, że aż tak trudno będzie 

jej wcielić się w rolę kuzynki. Były po prostu inne i nic na to nie mogła 

poradzić.  Ona  nigdy  nie  mogłaby  wieść  takiego  życia,  jakie  wiodła 
Theresa. A Theresa 

z  pewnością  byłaby  nieszczęśliwa,  gdyby  musiała 

zrezygnować  z  całonocnych  przyjęć,  spotkań  z  coraz  to  nowymi 

mężczyznami  i  nieustannych  wizyt  dziennikarzy  w  jej  gabinecie.  T.J. 

miała  skromniejsze  wymagania  -  pragnęła  romantycznych  kolacji  we 

dwoje i miłości jednego człowieka, a nie uwielbienia całego szwadronu. 

Dlatego  właśnie  tak  bardzo  cierpiała  z  powodu  rozwodu.  Kiedy 

wychodziła za Petera, myślała, że ich małżeństwo będzie na wieki. Peter 

natomiast sądził  widocznie, że śluby złożone przed ołtarzem obowiązują 

równo miesiąc, bo tyle właśnie czasu potrzebował, aby zainteresować się 

kimś innym i złamać przysięgę małżeńską. 

Naprawdę? - Christopher zmrużył oczy. - Dlaczego się na to zgadzasz? 

- Bo jest mi wszystko jedno. - 

Tak zazwyczaj odpowiadała Theresa. - Po 

prostu chcę się dobrze bawić. 

Z  trudem  jej  to  przeszło  przez  usta.  Jeśli  dalej  ma  być  równie  łatwo, 

potrzebne jej będzie jakieś wsparcie. I to natychmiast. 

Chodź tu, kurczaczku. - Popatrzyła na córeczkę i poklepała miejsce na 

sofie obok siebie. - Usi

ądź tutaj. - Umieściła dziecko pomiędzy nimi. 

Może  to  i  dobrze,  pomyślał  Christopher.  Nie  wierzył  w  udany  mariaż 

interesów i przyjemności. Zapewne dlatego tak niewiele było w jego życiu 

tych ostatnich. Minione kilka lat wypełnione było wyłącznie pracą. Teraz 

jednak, kiedy patrzył na Theresę, zastanawiał się, czy  nie nadszedł czas, 

background image

 

43 

by wreszcie to zmienić. 

Tymczasem  Megan  usiadła  wygodnie  na  sofie,  po  czym  obdarzyła  go 

oszałamiającym  uśmiechem,  tak  bardzo  podobnym  do  uśmiechu  ciotki. 

Królewskim gestem wyciągnęła paluszek w stronę ekranu, domagając się, 

aby i on zaczął oglądać film. 

- Pani kaczor - 

obwieściła głośno. 

- Pan kaczor - 

poprawił machinalnie. Megan energicznie pokręciła głową, 

aż brązowe loki opadły jej na twarz. 

- Pani Kaczor - 

powtórzyła. 

Christoph

er  roześmiał  się  w  duchu  i  zrezygnował  z  kolejnych  prób 

poprawiania  tego uparciucha.  Usiadł  wygodniej  i  skupił  się  na  śledzeniu 
przygód Pana Kaczora. 

Ku  swojemu  zdumieniu  spostrzegł,  że  film  go  wciągnął.  Czyżby 

kreskówki to było właśnie coś dla niego? W każdym razie ta nawet mu się 

podobała. 

Gdy  na  ekranie  pojawiły  się  napisy  końcowe,  spojrzał  na  zegarek. 

Półtorej  godziny!  Minęło  całe  dziewięćdziesiąt  minut!  On,  Christopher 

MacAffee,  oglądał  przez  półtorej  godziny  film  o  Kaczorze  Donaldzie  i 
nawet nie zauwa

żył upływu czasu! 

I  co  o  tym  myślisz?  -  zapytała  T.J.,  wyłączając  magnetowid.  Napisy 

końcowe  nagle  zniknęły,  zastąpiła  je  powtórka  nadawanego  w  latach 

sześćdziesiątych  czarno-białego  serialu  telewizyjnego.  Opowiadał  o 

dwóch  kuzynkach,  które  były  do  siebie  tak  podobne,  że  brano  je  za 

bliźniaczki. T.J. szybko wyłączyła telewizor. 

Cóż,  to  właściwie  taki  moralitet  w  kaczej  skórze.  Rozbawiło  ją  to 

sformułowanie. 

Moralitet...  Nigdy  nie  jest  za  wcześnie,  żeby  zaszczepić  w  dziecku 

podstawowe zasady moralne, prawda? 

Nie zamierzam temu przeczyć. 

Przez  chwilę  panowała  niezręczna  cisza.  Megan  włożyła  kasetę  do 

pudełka,  a  potem  zaczęła  bawić  się  porzuconym  wcześniej  zamkiem  z 

klocków. Christopher uśmiechał się, patrząc to na dziecko, to na nią, a T.J. 

siedziała  z  podkulonymi  rogami  i  zastanawiała  się,  co  dalej  począć  z  tą 

przedziwnie rozwijającą się znajomością. 

Wreszcie postanowiła, że nadszedł czas, aby porozmawiać o interesach. 

To z pewnością otrzeźwi ją na dobre. 

Podoba  mi  się,  że  MacAffee  Toys  nie  zalewa  rynku tymi okropnymi 

figurkami wojowników z krwawych gier komputerowych - 

odezwała  się 

pierwsza. - 

One mają zły wpływ na dzieci. 

background image

 

44 

Gdybym  zrobił  coś  takiego,  kilka  pokoleń  moich  przodków  kręciłoby 

się w grobach jak wrzeciono - odpowiedział z uśmiechem. - Mam swoje 
zasady. 

T.J. oparła głowę na łokciu i przyjrzała mu się uważnie. 

Nie wydajesz mi się typem mężczyzny, który tak bardzo przejmowałby 

się opinią duchów. 

Fakt. Wyglądał jej raczej na człowieka, który zawsze robi to, na co ma 

ochotę. To, że bliska  mu była tradycja oraz zasady  moralne, okazało się 

niespodzianką. Miłą niespodzianką. 

Nie, jeśli sam nie podzielam ich poglądów - odpowiedział. 

Miłe  zabawki  dla  miłych  dzieci.  -  To  motto  widniało  na  każdym 

opakowaniu  firmy  MacAffee  Toys.  T.J.  uśmiechnęła  się  łagodnie.  -  To 

chyba nieco zbyt staroświeckie jak na nasze szalone lata dziewięćdziesiąte. 

Choć z drugiej strony, są rzeczy, które nigdy się nie starzeją... 

Chcesz mi się podlizać? 

Nie, mówię prawdę. 

Spojrzał  w  jej  oczy  -  ogromne,  głębokie,  wspaniałe.  Można  się  było  w 

nich zatracić. 

Wiem.  Dlatego  zdecydowałem  się  na  ciebie.  To  znaczy,  na  twoją 

agencję  -  poprawił  się,  żeby  rozwiać  ewentualne  wątpliwości.  Chyba 

jednak nie do końca mu się to udało. 

Rozmawiali  o  interesach,  ale  nie  tylko  interesy  były  ważne  w  tej 

rozmowie. Ona również musiała o tym wiedzieć. 

- Pochlebiasz mi - 

powiedziała. - Czy aby nie na wyrost? Mówisz to, nie 

przyjrzawszy  się  nawet  temu,  co  wymyśliłam  na  temat  dalszego  ciągu 
kampanii? 

Przed  przylotem  tutaj  Christopher  przejrzał  wszystkie  wstępne  szkice  i 

nie  miał  co  do  nich  żadnych  zastrzeżeń.  Zmierzały  dokładnie  w  tym 

kierunku, który i on uznał za najwłaściwszy. 

Dalszy ciąg? To już chyba tylko przysłowiowy lukier na torcie, prawda? 

Pomyślał,  że  jeśli  nie  wstanie  z  tej  sofy,  znów  ją  pocałuje.  Wstał.  - 

Naprawdę, chciałbym już zabrać się do pracy. 

T.J. kiwnęła głową. Czuła ulgę, że nie próbował jej znów pocałować, ale 

jednocześnie była rozczarowana. 

- Jak chcesz. - 

Przygryzła wargę. - Jesteś pewien, że dasz radę? Starczy ci 

sił? 

Uśmiech, jakim jej odpowiedział, przyprawił ją o rumieńce. Zdaje się, że 

ten  mężczyzna  przed  chwilą  udowodnił,  iż  jest  zdrów  i  w  pełni  sił.  Na 

szczęście Christopher oszczędził jej aluzji co do ich szalonego pocałunku. 

background image

 

45 

Po  obejrzeniu  w  całości  dzieła  pod  tytułem „Pan Kaczor jedzie do 

miasta” jestem gotowy na wszystko - 

powiedział taktownie. 

Więc chodźmy. - T.J. wstała, wskazując mu drzwi pokoju. - Cecilio! - 

zawołała i po chwili w salonie pojawiła się gosposia. 

Christopher  przyjrzał  się  jej  uważnie  i  doszedł  do  wniosku,  że  Cecilia 

kiedyś  musiała  być  ładna.  Więcej  -  oszałamiająco  piękna.  Nadal  zresztą 

była wyjątkowo atrakcyjną kobietą. Od razu pomyślał o Lesterze, szoferze 

swojego  ojca,  który,  odkąd  umarła  jego  żona,  stracił  ochotę  do  życia. 
Gosposia Theresy by

ła tak bardzo podobna do Edith... Czy nie powinien 

spróbować poznać poczciwego Lestera z Cecilią? 

Ta  myśl  go  zdumiała.  Do  diabła,  co  też  mu  przyszło  do  głowy?  Nigdy 

dotąd nie usiłował nikogo swatać. To pewnie atmosfera tego domu tak go 

odmieniła, że zaczął myśleć o miłości i rodzinnym szczęściu. A mówiąc 

krótko i szczerze: odmieniła go ONA - Theresa Cohran. 

Wołałaś mnie? - zapytała Cecilia. 

Tak,  czy  mogłabyś  przez  jakiś  czas  zająć  się  Megan?  Bawi  się  w 

salonie, ale nie wiadomo, co jej może strzelić do głowy. Ja i pan MacAffee 

mamy pewne interesy do załatwienia. 

-  Tak, wiem. - 

Cecilia  zniżyła  głos.  -  Widziałam  wstępne  pertraktacje, 

kiedy przechodziłam korytarzem. Proszę wybaczyć - zwróciła się w stronę 

Christophera i skromnie spuściła oczy - drzwi były otwarte... 

T.J.  oblała  się  rumieńcem,  ale  nie  skomentowała  tej  wypowiedzi. 

Jakikolwiek  komentarz  pogorszyłby  tylko  sytuację.  Zerknęła  na 

Christophera. W przeciwieństwie do niej był rozbawiony słowami gosposi. 

Proszę tędy, panie MacAffee - mruknęła ponuro i poprowadziła go do 

swego gabinetu. 

 

Gabinet okazał się niewielkim pomieszczeniem wychodzącym na zachód. 

Christopher od razu zauważył kilka rysunków przedstawiających Megan. 

Przy jednej ze ścian stał regał, ale pomieszczenie zdominowane było przez 
olbrzymie biurko. 

Chociaż  znajdował  się  na  nim  komputer,  na  oko  najnowszej  generacji, 

widać było, że nie jest zbyt często używany. Theresa najwyraźniej wolała 

ręczne szkice i notatki. Spodobało mu się to. On sam cenił sobie tradycję i 

był  zagorzałym  przeciwnikiem  standaryzacji  i  unifikacji.  Takie  też  były 

zabawki, które produkowała jego firma: miały swój charakter i odróżniały 

się od masowych - głównie zresztą chińskich - wyrobów. Chyba właśnie 

dlatego nie zginęli jeszcze na tym trudnym rynku. Skoncentrowali się na 

potrzebach  tych  klientów,  którym  nie  odpowiadała  taśmowa  produkcja  i 

background image

 

46 

komiksowy  styl;  którzy  z  nostalgią  wspominali  zabawki  ze  swego 

dzieciństwa i podobne chcieli kupować swym pociechom. 

Theresa posadziła go przy biurku, a sama rozpoczęła zaimprowizowaną 

n

aprędce  prezentację.  Robiła  to  wspaniale.  Kiedy  mówiła,  używała  nie 

tylko  ust,  ale  całego  ciała.  Gestów  dłoni,  min,  wyrazu  oczu.  Można  by 

rzec, że była istną symfonią ruchu. Christopher pomyślał, że chciałby mieć 

całoroczny bilet wstępu na jej koncerty. 

gł  sobie  tylko  pogratulować,  że  znalazł  właściwą  osobę  do 

przeprowadzenia jego kampanii. 

A może i nie tylko do tego? 

Nie  od  rzeczy  będzie  to  zbadać,  pomyślał  w  tej  samej  chwili,  w  której 

T.J. skończyła i zmarszczyła brwi w oczekiwaniu na jego reakcję. 

-  Nic nie mówisz - 

westchnęła  zniechęcona,  gdy  nie  odezwał  się  ani 

słowem. 

Nie mówił, bo odebrało mu mowę. Był nią absolutnie zafascynowany. 

To  dlatego,  że  ty  wciąż  mówisz  -  uświadomił  jej.  T.J.  zebrała  swoje 

materiały.  Włożyła  w  nie  wiele  serca,  rysowała  do  późnej  nocy  i  teraz 

oczekiwała jakiegoś komentarza. 

Właśnie skończyłam. 

Wobec tego jestem pod wrażeniem - odparł i pokiwał z zadowoleniem 

głową. 

T.J. spojrzała na niego podejrzliwie. To byłoby zbyt łatwe i zbyt piękne. 

Słyszała  przecież  nie  raz,  że  bardzo  trudno  przekonać  do  czegoś 

Christophera  MacAffee.  Może  robi sobie  po  prostu  z niej  żarty?  Pewnie 

nie  pierwszy  raz  w  swej  karierze  zamierza  ośmieszyć  potencjalnego 
partnera... 

I wciąż chcesz podpisać z nami umowę? - zapytała. Teraz on popatrzył 

na ni

ą ze zdziwieniem. Czemu jest taka niepewna? Przecież nazywano ją 

Huragan  Theresa,  wiedział  o  tym.  Opinia  o  niej  głosiła,  że  zawsze  jest 

pewna  swego  i  nigdy  nie  dopuszcza  do  siebie  nawet  myśli,  że  jej 

prezentacja  mogłaby  być  odrzucona.  Cóż,  jak  dotąd  niewiele faktów i 

opinii  zawartych  w  dostarczonym  mu  raporcie  zgadzało  się  ze  stanem 

faktycznym.  Prawdę  mówiąc,  jedynie  to,  że  Theresa  była  bez  wątpienia 

profesjonalistką i doskonale wiedziała, czego potrzeba jego firmie. 

Podpiszę  -  potwierdził  spokojnie.  -  Teraz  jeszcze  chętniej.  T.J. 

wypuściła z ulgą powietrze. Udało się! Cały ten szalony plan się powiódł! 

Theresa  będzie  szczęśliwa.  Odkąd  wygasła  umowa  agencji  z  inną  firmą. 

Pandom Ads, niezwykle zależało jej na kontrakcie z MacAffee Toys. 

- Co za ulga - westc

hnęła z uśmiechem. 

background image

 

47 

Nie miałem pojęcia, że tak ci na tym zależy. - Wstał i podszedł do niej. - 

Myślałem, że zdobywanie nowych klientów to już dla ciebie rutyna. 

-  To nigdy nie jest rutyna - 

odparła  szybko.  Może  za  szybko?  Theresa 

rzeczywiście  zachowywała  się  zawsze  tak,  jak  gdyby  na  niczym  jej  nie 

zależało,  no,  może  z  wyjątkiem  poderwania  jakiegoś  kolejnego 
przystojniaka. 

Jemu jednak najwyraźniej spodobała mu się ta odpowiedź. 

I  może  właśnie  dlatego  MacAffee  Toys  chce  z  tobą  współpracować - 

oznajmił. - Zachowujesz się tak, jak gdyby ci bardzo na nas zależało. To 

budzi moje zaufanie. Poza tym jesteś naprawdę niezwykle przekonująca, 

no  i  świetnie  wyczuwasz  nasze  intencje.  A  przede  wszystkim  jesteś 

superkreatywna, umiesz połączyć pracę i zabawę. 

Ho, ho, czy 

nie  za  dużo  tych  komplementów?  T.J.  podejrzewała,  że  ta 

łatwość  w  chwaleniu  nie  wynika  jedynie  z  oceny  jej  zawodowych 

kompetencji.  No  tak.  Na  pewno  nie.  Gdyby  tak  było,  nie  podchodziłby 

teraz do niej bliżej z taką miną. Jeszcze bliżej... Zdecydowanie za blisko, 

by mogła czuć się swobodnie. 

Do  tego  znajdujesz  jeszcze  czas  dla  siostrzenicy...  Co  się  dzieje? 

Czyżby jemu chodziło po głowie to samo, co jej? Ten pocałunek sprzed 

godziny,  to,  jak  zareagowali  na  niego  oboje...  Może  dlatego  właśnie 

wspomniał,  że  umie  łączyć  pracę  i  zabawę.  Zresztą,  nic  dziwnego.  W 

końcu Theresa cieszyła się reputacją rasowej podrywaczki. 

Chyba nigdy dotąd nie spotkałem nikogo równie spokojnego... - Nadal 

wpatrywał się w nią podejrzanie łagodnym wzrokiem. 

T.J.  odwzajemniła  spojrzenie  i  westchnęła  ciężko.  Nagle  ogarnęło  ją 

poczucie winy. 

Może teraz też nie - wymamrotała. 

- Co takiego? 

Do diabła, musiała przestać obarczać się winą za zaistniałą sytuację. Nie 

miała powodu czuć się winna. To w końcu tylko interesy. 

- Nic, nic. - Znów 

odetchnęła głęboko. - T.J. będzie bardzo zadowolona, 

że doceniłeś jej pracę. 

-  To rysunki T. J.? - 

Christopher miał wrażenie, że każdy z nich został 

stworzony przez nią samą. 

Owszem. Ja tylko prowadzę prezentacje. 

Ale  bardzo  przekonująco  -  powtórzył.  -  Można  by  pomyśleć,  że 

wszystkie te pomysły są twojego autorstwa. 

Teraz już otwarcie ją admirował. Jego oczy nie kryły podziwu, fascynacji 

i - o, zgrozo! - 

pożądania. Jeszcze gorsze było jednak to, że bardzo jej te 

background image

 

48 

spojrzenia się podobały. A najgorsze - że Christopher myślał, iż patrzy na 

Theresę. 

Cofnęła się niezdarnie o krok i potknęła o biurko. 

Powiem jej, że ci się podobały, kiedy tylko wróci. - Miała wyschnięte 

usta. Odwróciła się i zaczęła porządkować uporządkowane już wcześniej 
dokumenty. 

Tymczase

m  Christopher  był  już  pewien,  że  cały  ten  raport  na  temat 

Theresy Cohran był stekiem bzdur.  Naprawdę była inna - delikatniejsza, 

bardziej nieśmiała, z pewnością dużo bardziej w jego typie. A na dodatek z 

pełnym  zaufaniem  mógł  powierzyć  jej  kampanię  swojej  firmy. 

Zadowolony z pomyślnego obrotu spraw zapragnął to uczcić. Z nią. 

Chciałbym zabrać cię dzisiaj na kolację - powiedział. T.J. przeraziła się, 

słysząc  tę  propozycję.  Romantyczny  stolik  dla  dwojga,  przytłumione 

światła, może muzyka... W takich okolicznościach nie dałaby chyba sobie 
rady. 

- To niepotrzebne - 

odparła. Złapał ją za ramię. 

Ale  ja  proszę.  Nalegam.  -  Otworzyła  usta,  aby  zaprotestować,  lecz 

Christopher był szybszy. - Musimy przecież zacieśnić nasze relacje. 

Jakby te relacje i tak nie były już zbyt poufałe, pomyślała gorzko T.J. 

Jesteś pewien, że tego chcesz? - zapytała. - Czy nie lepiej, żebyś zebrał 

siły przed jutrzejszym lotem? - Cholera, tak naprawdę wcale nie chciała, 

żeby leciał. - Wczoraj byłeś naprawdę chory. 

Gdyby Christopher wiedz

iał o niej tyle, co na początku, pomyślałby, że 

Theresa zwyczajnie usiłuje się wymówić. Wiedział jednak, że jest inaczej. 

Instynkt  podpowiadał  mu,  że  ta  kobieta  nie  kłamie  i  nie  wykorzystuje 

ludzi. Teraz też po prostu troszczy się o niego. 

Do licha, napraw

dę mu się podobała. Chyba nawet bardziej, niż powinna. 

To była tylko grypa. Czuję się już normalnie - odparł. Mało tego, czuł 

się tak, jak gdyby nigdy w życiu nie był chory! - Nie przyjmuję wymówek. 

Musisz się zgodzić. 

Uśmiechnęła  się  do  niego,  chociaż  czuła  coraz  silniejszy  skurcz  w 

żołądku. 

A więc się zgadzam. 

Choć nie powinnam, dodała w myślach. 

 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

To  naprawdę  nie  było  konieczne.  -  T.J.  spojrzała  z  zakłopotaniem  na 

siedzącego po drugiej stronie stolika Christophera. 

background image

 

49 

Niekonieczne, ale 

przyjemne.  Oczywiście  -  była  stremowana,  ale 

jednocześnie  mile  podekscytowana.  Powtarzała  sobie,  że  to  tylko  jeden 

wieczór, że musiała się zgodzić na wspólne wyjście, że skoro on już i tak 

uwierzył, że T.J. jest Theresą, to nie stanie się nic strasznego. Wino, które 

wypiła do posiłku, dodatkowo zagłuszyło wyrzuty sumienia. 

A ja myślę, że było konieczne - odparł Christopher. Widać było, że on 

też dobrze się bawi w jej towarzystwie. 

Naprawdę? - T.J. oparła podbródek na dłoni. Miała wrażenie, że wino 

cora

z mocniej szumi jej w głowie. 

Naprawdę. - Chciał odwdzięczyć się za wspaniałą opiekę i spędzić z nią 

jeszcze  trochę  czasu.  Rozejrzał  się  po  restauracji.  Była  porządnie 

zatłoczona, mieli dużo szczęścia, że znaleźli wolny stolik. - Nie sądziłem 

tylko, że dasz się namówić na stek. 

Fakt,  prawdziwa  Theresa  odmówiłaby.  Nie  zjadłaby  stęka,  chyba  że 

nazywałby się filet mignon i kosztował trzydzieści dolarów za porcję. T.J. 

miała jednak nieco mniej wyrafinowany gust. 

Widzę, że masz mnóstwo ustalonych opinii na mój temat - powiedziała 

z zalotnym uśmiechem. 

Tylko trochę. 

T.J. nadziała na widelec ostatni z pieczonych ziemniaków. 

Odrobiłeś pracę domową? 

Nie  dziwiło  jej,  że  starał  się  zebrać  przed  przyjazdem  jak  najwięcej 

informacji na jej temat. Ciekawe, co by po

wiedział, gdyby dowiedział się, 

że wcale nie siedzi naprzeciwko bohaterki swojego raportu? Przez chwilę 

kusiło  ją  nawet,  aby  wyznać  mu  prawdę,  chociażby  po  to,  by  zobaczyć 

jego reakcję. Wtedy jednak musiałaby ostatecznie zrezygnować z całej tej 
maskarady, 

a  to  oznaczałoby,  że  zapewne  straciłby  tak  wyraźne 

zainteresowanie jej osobą, nie wspominając już o konsekwencjach takiego 

postępowania dla C&C Advertising. 

Tak jak teraz było więc lepiej. Dużo bezpieczniej. 

I o wiele bardziej ekscytująco. 
Christopher podn

iósł do góry obie ręce. 

W  porządku,  przyłapałaś  mnie.  Sprawdziłem  cię.  Lubię  wiedzieć 

zawczasu, z kim mam do czynienia. - 

Uważnie  obserwował  jej  twarz, 

jakby z obawą, czy nie poczuje się urażona przeprowadzonym śledztwem. 

Ale  nie.  Nie  była  na  niego  zła.  Prawdę  mówiąc,  spodziewał  się  tego. 

Theresa  Cohran  była  ponad  takie  głupie  urazy  i  uprzedzenia.  -  A ty nie 
lubisz? 

- I tak, i nie - 

odparła wymijająco. 

background image

 

50 

Nagle  pomyślała  o  ich  pocałunku.  Właściwie  to  nie  był  ich  pocałunek. 

Christopher tak naprawdę pocałował Theresę. 

Poczuła  nagłe  ukłucie  w  sercu.  Domyślała  się,  że  to  wino  jest 

odpowiedzialne za owo niespodziewane uczucie zazdrości, ale wcale nie 

czuła się przez to mniej zraniona. 

Czasem lubię niespodzianki - dodała głębokim, aksamitnym głosem. 

- Ja nie lubi

łem. Do dzisiaj. - W jego oku pojawił się nagły błysk, kąciki 

ust  uniosły  się  do  góry.  Wyjątkowo  dobrze  mu  się  z  nią  rozmawiało. 

Kiedy tu przyjeżdżał, w ogóle się tego nie spodziewał. - Ty na przykład 

okazałaś się całkiem przyjemną niespodzianką. 

W tym mom

encie  Theresa  roześmiałaby  się  zapewne  kusząco.  T.J.  nie 

pozwalało  na  to  poczucie  winy.  Nie  mogła  go  przecież  oszukiwać  w 

nieskończoność. 

Może wyciągasz zbyt pochopne wnioski - powiedziała, jakby chciała go 

ostrzec. 

Ale on utwierdził się tylko w przekonaniu, że jego partnerka, nie dość że 

piękna, to jeszcze jest skromna. 

Nie sądzę - odparł. - Jestem dobrym obserwatorem. Pochylił się w jej 

stronę i dolał wina do kieliszka. Butelka była już pusta, pomyślał więc, że 

zamówi  jeszcze  jedną.  Po  chwili  jednak  zrezygnował.  Wolał  zachować 

pełną przytomność umysłu. Przeczucie podpowiadało mu, że ten wieczór 

nie skończy się tak szybko. 

Pozwól,  że  ci  przypomnę,  iż  większość  czasu  przeznaczonego  na 

obserwację  spędziłeś  pod  kołdrą  w  stanie  śpiączki  -  przekomarzała  się 
Theresa. 

Niektóre rzeczy po prostu się wie. Wy, kobiety, nie doceniacie czegoś 

takiego,  jak  męska  intuicja.  -  Pochylił  się  ku  niej  i  przykrył  dłonią  jej 

drobną dłoń. Dziwne, pomyślał, w tym hałaśliwym, jaskrawo oświetlonym 

miejscu  czuł  się  o  wiele  intymniej  niż  w  romantycznych,  słabo 

oświetlonych  restauracjach,  do  których  prowadzał  wcześniej  swoje 
partnerki.  - 

Cieszę  się,  że  nasza  współpraca  dobrze  się  ułoży.  Myślę,  że 

twoja agencja może zrobić wiele dla mojej firmy - dodał, żeby nie odgadła 
jego, wcale 

nie związanych z kontraktem, myśli. 

Uniosła kieliszek do góry. 

Co do tego nie mam wątpliwości. Mamy masę pomysłów... 

Przebiegł spojrzeniem po jej prostej czarnej sukni, którą nosiła z gracją 

księżniczki przyodzianej w aksamity. 

Ja  też  mam  mnóstwo  pomysłów...  -  Nie  mógł  sobie  odmówić  tej 

dwuznaczności. 

background image

 

51 

T.J. przebiegł po plecach dreszcz na te słowa. Szybko wychyliła wielki 

łyk  wina.  Wiedziała,  co  miał  na  myśli.  Może  dlatego,  że  sama  o  tym 

myślała. 

Christopher odchylił się nieco do tyłu. 

Nie masz pojęcia, jaka to ulga rozmawiać z kimś takim, jak ty - zaczął. - 

Nareszcie mogę się odprężyć i nie myśleć, czy przypadkiem nie jesteś tu 

ze mną dlatego, że interesuje cię wyłącznie MacAffee Toys, a nie... 

- A nie ty sam? - 

podpowiedziała. 

Boże,  jeśli  było  tak,  jak  mówił,  to  wszystkie  kobiety  w  jego  życiu 

musiały  być  ślepe!  Przecież  ten  facet  był  wspaniały.  Gdyby  to  ona  go 

spotkała, oczywiście jako T.J., a nie Theresa, z pewnością nie myślałaby o 

jego  bankowych  rachunkach,  a  o  nim  samym.  Kto  wie,  może  nawet 
zastan

owiłaby  się,  czy  nie  skończyć  z  wiecznym  rozpamiętywaniem 

swojej małżeńskiej porażki i nie spróbować jeszcze raz? 

Sęk  w  tym,  że  nie  spotkała  go  jako  T.J.  Dla  niego  była  Theresa  i  tak 

musiało pozostać. 

Christopher spojrzał na nią z zakłopotaniem. 

Właściwie  to  nie  chciałem,  żeby  zabrzmiało  to  w  ten  sposób.  Nie 

zawsze potrafię właściwie dobrać słowa. 

- Bez przesady. Dobrze sobie radzisz. - 

Może nawet zbyt dobrze, dodała 

w duchu. 

Christopher pokręcił w zamyśleniu kieliszkiem. 

Byłabyś  zdumiona,  gdybyś  wiedziała,  jak  wiele  kobiet  kieruje  się 

wyłącznie  pragmatyzmem  w  relacjach  męsko-damskich  -  powiedział.  - 

Wprawdzie przez ostatnie lata nie miałem zbyt wiele czasu na spotkania z 
kobietami, ale... 

T.J. dojrzała smutny błysk w jego oku i natychmiast podpowiedziała: 

Ale ta, dla której znalazłeś czas, cię zawiodła? No nie, brakuje jeszcze, 

żeby zaczęli się sobie zwierzać! To naprawdę nie musiało być częścią roli, 

jaką  miała  do  odegrania.  Sama  jednak  pamiętała  ból,  jaki  ją  ogarnął  po 

odejściu Petera, i nie mogła nie współczuć mężczyźnie, który siedział z nią 
w tej chwili przy jednym stoliku w niedrogiej restauracji. 

Można  tak  powiedzieć.  -  Christopher  dopił  wino,  po  czym  postawił 

kieliszek na stole. - 

Dostałem nieźle w kość. 

Czuł się trochę głupio, ale co tam. Był wobec niej bezwstydnie szczery, 

bardziej niż wobec wszystkich, których znał przez całe życie. Dziwne, ta 

kobieta, którą po raz pierwszy ujrzał niespełna czterdzieści osiem godzin 

wcześniej, była mu bliższa niż najlepsi przyjaciele. W jej oczach było tyle 

zrozumienia, że nie mógł nie powiedzieć jej reszty. 

background image

 

52 

Poleciała na moje nazwisko i konto bankowe. Na rodzinne koneksje... - 

Zerknął na nią uważnie. - Hej, czy ciebie też to czasem nie spotkało? 

T.J. nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Akurat teraz nie mogła przecież 

być  z  nim  szczera  (jeśli  kiedykolwiek  w  ogóle  była!).  Pomyślała  o 

Theresie.  O  pełnym  splendoru  życiu,  jakie  prowadziła,  o  wszystkich 

mężczyznach,  którzy  kręcili  się  wokół  niej.  W  porównaniu  z  kuzynką 

czuła się jak brzydkie kaczątko, choć przecież w gruncie rzeczy były do 

siebie  tak  bardzo  podobne.  Wyglądały  identycznie,  ale  to  właśnie 

umiłowanie  życia  Theresy,  jej  energia,  temperament  czyniły  ją  piękną. 

Czasami  T.J.  zazdrościła  kuzynce  tej  umiejętności  korzystania  z  uroków 

życia bez oglądania się na resztę. 

Ale za to ona miała Megan. I swoją ukochaną pracę. 

Czy to mało? 

Wystarczy aż nadto, powtórzyła z uporem. 

Zrobiła minę konspiratorki i przysunęła się bliżej Christophera. 

Czy mnie to kiedyś spotkało? - szepnęła. - Wciąż mnie to spotyka. 

Więc mamy ze sobą wiele wspólnego. - Spojrzał na nią. Chyba nie była 

co do tego przekonana. -  Oboje prowadzimy rodzinny interes - 

zaczął 

wyliczać  -  oboje  jesteśmy  jedynakami,  oboje  musimy  umieć  oddzielać 
ziarna od plew... 

I na szczęście oboje jesteśmy wolni, dodał w duchu. 

Tyle  że  ty  wciąż  zajmujesz  się  interesami,  a  ja  nie  -  dopowiedziała  z 

uśmiechem. 

Aha, i jeszcze coś, nie jestem tą osobą, za którą mnie bierzesz. 

Może  nie  powinienem.  -  Christopher  nagle  poczuł  się  gotów,  by 

zmienić  całe swoje życie. -  To znaczy,  może nie powinienem zajmować 

się wciąż interesami. Przecież nie muszę. - Wzruszył ramionami. - A już 

na pewno nie wtedy, gdy jestem w towarzystwie tak wspaniałej osoby. 

. Kompletnie już trzeźwa T.J. wbiła wzrok w talerz i zaczęła prosić Boga, 

by w 

cudowny sposób zabrał ją z tego miejsca. Facet w niej się zadurzył! 

W  jawny  sposób  robi  jej  propozycje!  Wciąż  nie  bardzo  mogła  w  to 

uwierzyć, ale tak właśnie było. Tylko co powie, kiedy odkryje, że otwierał 

swoje serce przed oszustką? Zrobiło jej się go żal. A jeszcze bardziej żal 
siebie. 

Musi zmienić temat, klimat, charakter tej rozmowy. Desperacko chwyciła 

się pierwszej myśli, jaka przyszła jej do głowy. 

-  A  propos  odpowiednich osób - 

zastanawiałam się właśnie nad czymś. 

Za niecałe dwa tygodnie mamy Dzień świętego Walentego. 

-  Wiem o tym - 

odparł  rozmarzony.  Hm,  chyba  nie  najlepiej  trafiła. 

background image

 

53 

Opuściła wzrok. Nic z tego nie wyjdzie, jeśli będzie wpatrywać się w te 

jego piękne oczy. 

Jeśli  się  pośpieszymy  -  zaczęła  szybko  tłumaczyć  -  zdążymy 

przygotować kampanię telewizyjną na kilka dni przed... 

Walentynkową  kampanię  dla  MacAffee  Toys?  -  przerwał  jej. 

Najwyraźniej  go  to  rozbawiło.  -  Zabawki  dla  maluchów  nie  kojarzą  się 
raczej z walentynkami. 

- Zabawki nie, ale maskotki tak. - 

Wspaniały pomysł już kiełkował w jej 

głowie.  Nie  istniały  przecież  żadne  reklamy  zachęcające  do  kupna 

walentynkowych  maskotek  dla  ukochanej  osoby.  Tego  dnia  królowały 

czerwone róże i czekoladki. 

Ostatniego wieczoru przeglądałam wasz katalog. Macie kilka zabawek 

idealnie nadających się na prezenty, które mężczyźni wręczyliby kobietom 

swego  życia.  Na  przykład  ten  wasz  biały  miś  -  ciągnęła,  coraz  bardziej 
rozentuzjazmowana. 

Ten, który mówi: „Kocham cię”, kiedy się go naciśnie. 

Wyciągnęła z torebki długopis i nabazgrała coś na serwetce, po czym 

obróciła ją w stronę Christophera. - To doskonałe. Moglibyśmy dać tekst: 

„Nie możesz znaleźć właściwych słów? Na walentynki wyślij posłańca”. I 

pokazać tego misia. 

Roześmiał się, ubawiony tym pomysłem. 

Wierz  mi,  kobiety  uwielbiają  maskotki  -  przekonywała.  Christopher 

znów  spojrzał  na  nią  z  zachwytem  i  pokręcił  z  niedowierzaniem  głową. 

Czy on spotkał bizneswoman, czy anioła? 

Byłem pewien, że ty wolałabyś biżuterię - powiedział nieśmiało. 

Miał  rację.  Znowu  wpadka.  Theresa  podziwiała  przecież  wszystko, co 

błyszczało  i  mierzone  było  w  karatach.  To  tylko  T.J.  miała  tę  śmieszną 

słabość do pluszowych przytulanek. 

Lubię  i  jedno,  i  drugie.  Miś  mógłby  trzymać  pudełko  z  brylantowym 

pierścionkiem.  Przywiązałoby  sieje  na  wstążce  i  powiesiło  na  szyi.  - 

Pośpiesznie narysowała na serwetce figurkę kobiety z misiem, która ściska 

z wdzięczności ukochanego mężczyznę. - Co o tym sądzisz? 

Podoba mi się. Tylko tak dalej. 

-  Nie ma sprawy. - 

Rozpromieniła  się  zadowolona,  po  czym 

przypomniała  sobie  nagle,  że  nie  załatwili  przecież  jeszcze  żadnych 

formalności.  -  Ale...  Czy  nie  sądzisz,  że  najpierw  powinniśmy  podpisać 

umowę? 

Christopher niedbale wzruszył ramionami. 

To zwykła formalność, załatwimy to do końca tygodnia - powiedział. - 

background image

 

54 

Moi prawnicy już przygotowują jej projekt. 

T.J. odchyliła się do tyłu i popatrzyła na niego uważnie. 

Widzę,  że  byłeś  pewien,  że  nawiążemy  współpracę.  Doświadczenie 

nauczyło go ostrożnie odpowiadać na tego rodzaju pytania. 

Niezupełnie. Chciałem się najpierw przekonać, jacy naprawdę jesteście. 

Nie bardzo wierzę we współpracę z firmami, których prezesi nie angażują 

się w pracę, jej jakość, lecz tylko i wyłącznie gonią na zyskiem. Ty mnie 

po prostu podbiłaś. - Wyciągnął dłoń, aby przypieczętować umowę. 

Gdy  ich  ręce  zetknęły  się,  T.J.  owładnęło  poczucie  satysfakcji. 

Satysfakcji połączonej z oczekiwaniem. Na co? 

Christopher nie zamierzał zbyt prędko przerwać uścisku. Trzymał długo 

jej  dłoń  w  swojej  i  rozkoszował  się  uczuciem,  które  nie  miało  nic 

wspólnego z umową, która wkrótce połączy dwie firmy. Czuł raczej to, co 

czuje mężczyzna w towarzystwie pięknej kobiety. 

Wreszcie  puścił  jej  rękę  i  podniósł  kieliszek.  Została  w  nim  tylko 

kropelka na dnie, ale uznał, że wystarczy to do spełnienia toastu. 

Za długi i pomyślny związek - powiedział. T.J. stuknęła lekko pustym 

kieliszkiem  o  kieliszek  Christophera.  Miała  nadzieję,  iż  to,  że  spełniają 

toast z pustych naczyń, nie wróży źle ich współpracy. 

Za przyszłość - powiedziała. I mam nadzieję, że nigdy się nie dowiesz, 

że zrobiliśmy cię w konia, dodała w myślach. 

Theresa? Co się dzieje? Wydajesz się zdenerwowana - zauważył. - Czy 

to przeze mnie? Kto wie, kto wie... 

Nie,  denerwuję  się  ze  swojego  powodu  -  odparła,  uznając,  że  może 

odrobina uczciwości z jej strony nieco go zastopuje. 

- Dlaczego? 
- Poniew

aż myślę o tym, o czym nie powinnam myśleć. Nie odrywał od 

niej wzroku. Widocznie rozumiał jej słowa tak, jak chciał rozumieć. 

- O czym? - 

zapytał, patrząc intensywnie w jej twarz. 

O łączeniu przyjemności i interesów - wypaliła. 

Zabawne, też o tym myślałem - szepnął. 

Och, jak łatwo byłoby pozwolić sprawom toczyć się własnym trybem... 

Ale to byłoby kolejne kłamstwo. Najgorsze ze wszystkich. 

T.J. przywołała się do porządku. 

My nie możemy - stwierdziła kategorycznie. 

-  Niby dlaczego nie? - 

zdumiał  się.  Chyba  nie  spodziewał  się  takiej 

reakcji. Nic dziwnego, po tym wszystkim... - Czasami niektórym ludziom 

się udaje. 

T.J.  pomyślała  o  wszelkich  konsekwencjach,  jakie  niechybnie 

background image

 

55 

nastąpiłyby, gdyby wdali się w romans. 

-  Ale nie tym razem, nie nam - 

powiedziała. O dziwo, Christophera nie 

zniechęciła  i  nie  zirytowała  jej  odmowa.  Ta  dama  była  o  wiele  bardziej 

skomplikowana niż myślał. Zalotna i zdystansowana, kusząca i nieśmiała. 

Stanowiła  pudełko  pełne  niespodzianek,  a  każda  z  nich  była 
przyjemniejsza od poprzedniej. 

Nigdy  nie  wiadomo,  dopóki  się  nie  spróbuje  -  nalegał.  Nie  miała 

pojęcia, co odpowiedzieć. 

Nie chciałabym, żebyś myślał, że uwodzę cię, bo zależy mi na twojej 

firmie.  Już  dość  miałeś  rozczarowań...  -  wyznała,  patrząc  mu  prosto  w 
oczy. Para, która ich 

mijała, przeniosła spojrzenie z Christophera na T.J. i 

z  dezaprobatą  potrząsnęła  głowami.  -  Widzisz, ci na pewno tak o mnie 

pomyśleli.  Że  zachłanna  panienka  składa  biznesmenowi  nieprzyzwoite 
propozycje. 

To zabawne, bo jest odwrotnie. To ja składam propozycję. A ponieważ 

zawarliśmy już naszą umowę, wszystko, co wydarzy się między nami, nie 

będzie miało związku z pieniędzmi, kontraktami i zyskiem. Będzie czyste 
i bezinteresowne. 

Popatrzył na pusty talerz i pusty kieliszek. Nagle zdał sobie jasno sprawę, 

cz

ego pragnie na deser. Bardzo rzadko był równie mocno pewien czegoś, 

co nie miało związku z zarabianiem i inwestowaniem. Tym razem nie miał 

żadnych wątpliwości. 

Gotowa do wyjścia? - zapytał. 

- Tak. 

T.J. wiedziała, że odpowiedziała nieco za szybko i że Christopher mógł 

niewłaściwie zrozumieć jej odpowiedź. Chciała po prostu wydostać się już 

stąd i wrócić do domu, gdzie czekały na nią Megan,  Cecilia oraz zimny 

prysznic.  Wejdzie  pod  niego  i  nie  będzie  wychodzić  przez  dobre  kilka 
godzin! 

Podniosła  torebkę  i  wstała.  Christopher  otoczył  ją  ramieniem  i 

poprowadził  do  wyjścia.  Na  zewnątrz  spostrzegł,  że  kobieta  drży.  Na 

pewno nie z powodu tremy, uśmiechnął się w duchu. Theresa Cohran nie 

miała prawa drżeć z wrażenia w obecności mężczyzny. Może to chłodne 
powietrze? 

Ale przecież nie było zimno, wręcz przeciwnie, noc była ciepła 

i pogodna, zupełnie jak jego nastrój. 

Kiedy szli w stronę jej samochodu, przyszedł mu do głowy inny powód, 

dla którego mogła drżeć. 

Thereso,  powiedz  szczerze,  czy  ty  się  dobrze  czujesz?  Chyba  się  ode 

mnie nie zaraziłaś, prawda? 

background image

 

56 

-  Nie.  - 

Mogłaby się posłużyć i taką wymówką, ale nie miała już sił na 

kolejną komedię. Gdy doszli do samochodu, spojrzała mu prosto w oczy i 

oznajmiła: - Nie powinniśmy tego dłużej ciągnąć. 

Tak trudno było jej to powiedzieć. A jednak tak było najlepiej dla nich 

obojga. 

Christopher  stracił  pewność  siebie.  Czyżby  błędnie  zinterpretował  jej 

sygnały?  To  niemożliwe,  zbyt  dobrze  znał  się  na  ludziach.  Uporczywie 

wpatrywał  się  w  jej  twarz  w  poszukiwaniu  jakiejś  wskazówki,  wreszcie 

zapytał: 

- Dlaczego? 

Theresa na pewno wymyśliłaby coś, zasypała go dziesiątkami wyjaśnień. 

T.J. mogła jedynie wyszeptać prawdę. 

Bo... bo za bardzo tego pragnę. 

Zabawne,  jak  kilka  prostych  słów  może  odmienić  czyjeś  życie. 

Christopher nigdy nie był przesadnie wylewny, nie ujawniał swoich uczuć. 

Teraz jednak nie miało to znaczenia. Nie zważając na to, że znajdują się w 

publicznym  miejscu,  gdzie  przechodzi  mnóstwo  ludzi,  przygarnął  ją  do 

siebie i głęboko wciągnął przesycone zapachem jej włosów powietrze. 

- Rozumiem - 

szepnął. 

Popatrzyła  na  niego  niepewnie.  Powinna  uciec.  Nie  narażać  na 

niebezpieczeństwo siebie, firmy, no i jego - Christophera. A jednak stała 

tu i pragnęła, żeby dotykał jej ramienia. Żeby wdychał zapach jej włosów. 

Żeby pragnął jej i... żeby się z nią kochał. 

Czy ona zwariowała! 

Naprawdę? - zapytała. Skinął głową. 

Boisz  się  poddać  swoim  emocjom  -  powiedział.  -  Zawsze musisz 

wszystko kontrolować, prawda? 

Mój Boże, jak bardzo się mylił. Otworzyła usta, aby zaprotestować, ale 

położył palec na jej wargach. 

- Wiem - 

zapewnił ją. - Sam jestem taki. Ale teraz żadne z nas nie musi 

sprawować  kontroli  nad  tym  drugim.  Nie  o  to  chodzi.  Możemy  być  po 

prostu  dwójką  ludzi,  którzy  cieszą  się  sobą  wzajemnie.  To  nie 
rywalizacja... 

W  jego  ustach  brzmiało  to  tak  prosto.  Gdyby  poznała  go  jako  T.J.,  nie 

jako Theresa, być może rzeczywiście takie by było. Przez chwilę biła się z 

myślami.  Walczyły  w  niej  poczucie  winy  i  pożądanie.  Ostatecznie 

zwyciężyło poczucie winy. 

T.J.  miała  jednak  niepokojące  przeczucie,  że  to  zwycięstwo 

niekoniecznie jest trwałe. 

background image

 

57 

Co gorsza, wcale nie chciała, żeby tak było. 

Nie chciałam niczego takiego powiedzieć... 

No widzisz? Myślimy w ten sam sposób. Im dłużej z tobą rozmawiam, 

tym bardziej wydaje mi się, że jesteśmy do siebie podobni. 

- Niewiarygodne, prawda? - 

Roześmiała się, ale ten śmiech zabrzmiał w 

jej uszach dość ponuro, 

Tak, to dobre słowo dla tej sytuacji. 

Pochylił  głowę  i  serce  T.J.  na  moment  zamarło.  Chciała  jeszcze  coś 

powiedzieć,  ale  uczucia  zwyciężyły.  Nie  czekając,  aż  Christopher zrobi 

pierwszy  krok,  wspięła  się  na  palce  i  zanurzyła  dłonie  w  jego  włosach. 

Jakaś potężna, nie znana T.J. siła, kazała przycisnąć jej wargi do jego ust. 

I  wtedy  to  poczuła.  Nie  myślała  już  o  niczym,  zniknęła  gdzieś  wina  i 

wyrzuty sumienia. Ręce Christophera spoczęły na jej ramionach, usłyszała 

jego zduszony jęk i ogarnęło ją nagłe uczucie radości, gdy odpowiedział 

na pocałunek i po chwili go pogłębił. 

Stali tak, spleceni ze sobą jak dwójka zadurzonych w sobie nastolatków, i 

nie mogli oderwać się od siebie. 

T.J. zrobiła to pierwsza. 

Chyba powinniśmy już wracać, prawda? 

Nie jestem pewien, czy trafię - odpowiedział. - W takim stanie... 

Otworzyła drzwi od strony kierowcy i usiadła. 

W  porządku  -  powiedziała.  -  Ja  będę  prowadzić,  wiem  jak  stąd 

n

ajprędzej wrócić. 

Przynajmniej mam taką nadzieję, dodała w myślach. 

 
 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Christopher  zawsze  był  ostrożny  w  relacjach  z  kobietami.  Tak  właśnie 

wychował go ojciec i dlatego też sądził, że zawsze będzie zachowywał się 
w ten sposób. 

Teraz jednak n

ie żywił wobec Theresy żadnych podejrzeń. Czuł się tak, 

jakby w jednej chwili pozbył się rezerwy i uprzedzeń, narosłych przez lata, 

kiedy  to  nie  miał  szczęścia  w  kontaktach  męsko-damskich.  Ogarnęła  go 

dziwna pewność, że nie potrzebuje już ochrony. 

Siedząca obok niego w samochodzie kobieta całkowicie zawładnęła jego 

myślami. Miała wszystko, czego poszukiwał w istotach płci żeńskiej: była 

inteligentna,  wesoła,  intrygująca  i  troskliwa.  Na  dodatek  seksowna  i 

obdarzona  niezwykłym  talentem  do  interesów.  Czego  jeszcze  mógłby 

pragnąć mężczyzna? 

background image

 

58 

Tylko jednego - 

posiąść  ją  na  własność.  Stworzyć  z  nią  trwały, 

szczęśliwy związek. Tego właśnie pragnął on, Christopher MacAffee. 

Gdyby przyjrzeć się wszystkiemu z należytym dystansem, pomyślał, to ta 

niezbyt elegancka restau

racja  specjalizująca  się  w  stekach  nie  była 

najszczęśliwszym  miejscem  na  zakochanie  się.  A  jednak  tak  się  stało. 

Zakochał  się...  To  musiała  być  miłość,  skoro  nigdy  jeszcze  nie 

doświadczył podobnego uczucia. 

Chciał wziąć ją w ramiona i tańczyć z nią na brzegu Thamizy. Zabrać ją 

do  Paryża,  żeby  sączyć  wino  w  cieniu  Wieży  Eiffla.  Na  Tahiti,  żeby 

kochać  się  na  plaży.  Czuł  się  silny,  dziki,  wyzwolony...  To  musiała  być 

miłość. Nic innego. Albo miłość, albo całkowite szaleństwo. 

Z  kolei  T.J.  czuła  się  zniewolona.  Pozbawiona swobody z powodu tej 

idiotycznej  sytuacji,  w  jakiej  oboje  się  znaleźli.  Gdyby  nie  trzymała 

kierownicy,  zapewne  ogryzałaby  teraz  nerwowo  paznokcie  -  coś,  czego 

Theresa z pewnością nigdy by nie zrobiła. Kuzynka zawsze panowała nad 
swoimi nerwami. Niestety, ona, T.J., wprost przeciwnie. 

Czy  jednak  Theresa  miała  kiedykolwiek  jakiś  powód,  by  się 

denerwować?  Przywykła  do  nieustannej  adoracji.  I  do  tego,  że  gdy 

pojawia  się  jakiś  problem,  zawsze  jest  pod  ręką  jej  kuzynka,  która  bez 

mrugnięcia okiem zajmie się wszystkim w razie czego. 

T.J. zacisnęła szczęki. A może ona miała już dosyć bycia tą, na której w 

każdej sytuacji można polegać. Zawsze spokojną, odpowiedzialną, zawsze 

w  cieniu  Theresy.  Może  i  ona  chciała  choć  raz  poczuć  się  szalona  i 
beztroska. 

Zer

knęła na Christophera i dostrzegła, że wpatruje się w nią z podziwem. 

Poczuła  rozlewające  się  po  jej  ciele  ciepło  i  uśmiechnęła  się  do  niego 
szeroko. 

Proszę  uprzejmie  -  skoro  on  uważa,  że  ona  jest  Theresa,  to  nią  będzie. 

Przez  cały  czas.  A  jutro,  kiedy  Christopher odleci na zawsze, znów 

zamieni się w nudną, bezpieczną i równie seksowną, co stary kapeć T.J. 

Poruszyła  się  na  fotelu.  Pas  wpijał  się  w  jej  ramię,  mimowolnie 

przypominając,  że  powinna  pamiętać  o  swoim  bezpieczeństwie.  Dosyć, 

zirytowała się. Nie może być całe życie taka ostrożna. Ten jeden jedyny 

raz trzeba złapać byka za rogi. Przecież i tak nikt się nigdy nie dowie... 

Ogarnęła ją olbrzymia pokusa. Czy chciałby tego, gdyby mu pozwoliła? 

Uśmiechnęła  się  lekko,  a  krew  zaczęła  szybciej  krążyć  w  jej  żyłach. 

Pożądanie wygrywało bitwę ze zdrowym rozsądkiem. 

Wprowadziwszy  samochód  na  podjazd,  zaciągnęła  ręczny  hamulec  i 

spojrzała mu w twarz. 

background image

 

59 

Coś  taki  milczący?  -  Nie  odzywał  się  prawie,  odkąd  odjechali  spod 

restauracji. - 

Czy powiedziałam coś, co tak bardzo dato ci do myślenia? 

Wszystko,  co  mówisz,  daje  do  myślenia  -  uśmiechnął  się.  -  Ale tak 

naprawdę, to zastanawiałem się, jak zabawnie potrafią układać się ludzkie 
losy - 

dodał. 

Miał oczywiście rację. Gdyby tak nie było, nie siedzieliby tutaj, pod jej 

do

mem.  Pan  Bóg  w  niebie  musiał  mieć  niezły  ubaw,  patrząc  na  nich  z 

wysokości. 

Czy wiesz, że omal nie zrezygnowałem ze spotkania z tobą? - odezwał 

się Christopher, gdy wysiedli. 

Nie bardzo rozumiała. Wiedziała, że miał w zwyczaju sam podejmować 

ważne decyzje dotyczące jego firmy, podobnie jak jego ojciec. 

Przecież zawsze... - zaczęła. 

- Tak, to prawda - 

przerwał jej i wzruszył ramionami. 

Ja  „zawsze”,  mój  ojciec  też  „zawsze”...  Święte,  niezmienne  reguły. 

Tacy jesteśmy, takie mamy zwyczaje. Ale życie jest zbyt skomplikowane i 
krótkie na takie luksusy, jak spotkanie dwojga ludzi przed podpisaniem 

umowy. Poza tym oboje wiemy, że umowę można zerwać, jeśli któreś z 

nas  jest  niezadowolone,  niezależnie  od  tego,  jak  wielkie  to  rodzi 
komplikacje.  - 

Pokręcił  głową.  Wciąż  nie  mógł  uwierzyć,  że  omal  nie 

popełnił fatalnego błędu, nie zmarnował życiowej szansy. 

Myślałem o wprowadzeniu nowych zasad - wyjaśnił. - 

Chciałem zdać się na moich pracowników i im zlecać takie zadania, jak 

ocena ludzi, z którymi zamierzam współpracować. 

T.J. podeszła do drzwi i wyciągnęła z torebki klucze. Wyjął je z jej ręki i 

sam  otworzył.  Przepuścił  ją  przodem,  po  czym  oddał  pęk  kluczy. 

Dotknięcie jego dłoni sprawiło, że zadrżała. 

Pokój  gościnny  był  nieoświetlony,  tylko  w  przedpokoju  paliła  się  mała 

lampka. Cecilia i Megan poszły już dawno spać. 

A więc teraz jest z nim sama. Zupełnie sama. 

Cieszę  się,  że  jednak  zdecydowałem  się  przyjechać  -  odezwał  się 

Christopher.  - 

Moi  współpracownicy  posiadali  całkowicie  błędne 

informacje na twój temat. 

T.

J.  przekrzywiła  lekko  głowę,  tak  jak  miała  to  w  zwyczaju  Theresa, 

kiedy flirtowała. Poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Cóż, zdaje się, że 

przedobrzyła. Za dobrze udawała Theresę, a teraz... No właśnie, co teraz? 

Niby  dlaczego  błędne?  -  zapytała  prowokująco.  Delikatnie  przesunął 

wierzchem dłoni po jej gęstych włosach. Nie układała ich, zwisały luźno, 

niczym  ocean  ciemnych  loków,  który  aż  prosił  się  o  to,  aby  się  w  nim 

background image

 

60 

zanurzyć. 

Pozwolili  mi  uwierzyć,  że  jesteś  próżną  i  płytką  flirciarą,  która 

pozostaw

ia prowadzenie firmy bardzo zdolnym współpracownikom i stąd 

bierze się ten jej sukces. 

- Ale ja... 
- Nie jestem taka - 

dokończył za nią. - Wiem. Przekonałem się już o tym i 

wierz  mi,  znam  twoją  prawdziwą  wartość.  Dziennikarze  to  idioci...  Moi 
pracownicy ró

wnież.  -  Odsunął  się  nieco  i  popatrzył  na  nią  uważnie  w 

świetle  księżyca  sączącym  się  z  francuskiego  okna.  -  Nie  jesteś  próżna, 

chociaż  masz  ku  temu  wiele  powodów.  Z  całą  pewnością  nie  jesteś  też 

płytka. A skoro sama pracowałaś nad tą wspaniałą prezentacją, to widać 

nie masz mniej talentów od swoich współpracowników. 

- To T.J.... - 

Jedynie tyle zdołała wyszeptać. Christopher uśmiechnął się 

tylko. Na dodatek była lojalna. 

Dlaczego  jednak,  do  licha,  nie  chce  być  chwalona  za  swoje  własne 

projekty? 

- Wiesz co? 

Zdaje mi się, że ta T.J. to tylko zasłona dymna - stwierdził. 

- Nie, wcale nie. Ona... 
-  Daj spokój. - 

Najwyraźniej zamierzała upierać się, że pracę wykonała 

jej kuzynka. Może nawet uwierzyłby w to, gdyby nie widział w restauracji 

pośpiesznie  wykonanego  szkicu.  Położył  ręce  na  jej  ramionach  i 

powtórzył:  -  Daj  spokój.  Ten  szkic,  który  zrobiłaś  w  restauracji... 

Pamiętasz?  Rysowała  go  ta  sama  osoba,  która  przygotowała  szkice  do 

kampanii. Nie upieraj się już. Mnie nie oszukasz. 

T.J. nerwowo przełknęła ślinę. 
- Rysujemy w bardzo podobnym stylu... - 

zaczęła. 

- Sama widzisz, Thereso - 

przerwał jej. - Gdybyś była próżna albo płytka, 

cieszyłabyś się teraz i przypisywała sobie cudze zasługi. Jestem naprawdę 

pod  wrażeniem.  Pod  wrażeniem  tej  prezentacji  -  spojrzał  jej  głęboko  w 
oczy - i twoim. 

Puls T.J. przyśpieszył, poczuła, że  uginają się pod nią kolana. Pragnęła 

tego,  pragnęła  rozpaczliwie,  a  jednak  wciąż  wydawało  się  jej  to 

nieuczciwe. Przecież on myślał... on myślał... 

Christopher pochylił się i przycisnął wargi do jej ust. Do diabła z tym, co 

myślał!  Zacisnęła  dłonie  na  jego  mocnych  ramionach  i  poddała  się 

namiętności. Nie zastanawiała się teraz nad tym, jak bardzo skomplikuje 

to później życie Theresie. Nie była  w stanie wybiec  myślami tak daleko 

naprzód,  co  więcej,  nie  była  nawet  w  stanie  trzeźwo  rozumować.  Skoro 

naraziła się już na tak niezręczną sytuację, to postanowiła mieć chociaż z 

background image

 

61 

tego jakieś korzyści. Theresie na pewno nie przeszkadzałoby, że on jutro 

wyjeżdża.  A  więc  będzie  Theresą.  Tylko  ten  jeden  raz,  tylko dzisiaj 

nareszcie zobaczy, co to znaczy żyć jak Theresa Cohran. 

Czuła  się  cudownie  lekka,  wyzwolona.  Gdyby  jej  nie  obejmował,  z 

pewnością wzbiłaby się w powietrze. 

 

Christopher widział pożądanie w jej oczach, ale chciał być pewien, że ta 

kobieta naprawdę pragnie tego, co on. 

Może znajdziemy bardziej intymne miejsce? - Ujął ją za rękę, czekając 

na  sprzeciw  i  modląc  się  jednocześnie,  aby  nie  nastąpił. -  Ten niewielki 

pokoik, w którym leżałem... Idealnie by się nadawał. 

T.J. mogła jedynie skinąć głową. Nawet nie wiedziała, czy uśmiechnęła 

się  w  odpowiedzi.  Pomyślała,  że  całe  jej  dało  się  śmieje.  Była  teraz 

jednym wielkim uśmiechem, esencją szczęścia. 

Poprowadził  ją  przez  korytarz  do  sypialni.  Jej  sypialni.  Po  chwili 

zamknęły się za nimi drzwi i T.J. odwróciła się, aby spojrzeć mu w oczy. 

Czekała... 

Theresa by nie czekała. Działałaby. 

Przełknęła  ślinę  i  palcami,  które  przestały  już  drżeć,  powoli  rozwiązała 

mu krawat. 

Christopher nigdy wcześnie nie był równie zamroczony i równie spięty. 

Nie  myślał  o  tym,  co  się  dzieje.  Mógł  tylko  pozwolić,  aby  wszystko 

potoczyło  się  swoim  torem,  dać  się  porwać  i  czekać,  aż  to  niesłychane 

napięcie znajdzie wreszcie ujście. 

Jednak  nie  mógł  dłużej  czekać.  Chciał,  by  nastąpiło  to  szybciej.  I  by 

oboje na zawsze zapamiętali tę noc, by Theresa zapomniała o wszystkich 

mężczyznach,  których  poznała  przed  nim  i  żeby  nie  chciała  już  nikogo 
innego. 

Przejął  inicjatywę,  jednak  po  nasyceniu  pierwszego  porywu,  pierwszej 

ciekawości, postanowił, że będzie kochał się z nią powoli, tak by mogła 
rozk

oszować się każdą chwilą. I żeby po tym, co przeżyje, nie przyszło jej 

do głowy szukać innych. By na zawsze wybrała jego, tak jak on wybrał już 

ją. 

I chyba mu się udało, bowiem T.J. czuła się tak, jakby doznała boskiej 

iluminacji. Spodziewała się, że miłość z Christopherem będzie niezwykła, 

akt  ten  był  jednak  tak  cudowny,  tak  powolny,  liryczny  i  delikatny,  że 

niemal odchodziła od zmysłów. Nigdy przedtem nie zaznała tak słodkich 

mąk. Pragnęła zaspokojenia i jednocześnie nie chciała, aby nadeszło zbyt 

prędko.  Jeszcze  nie.  Chciała,  aby  to  rozkoszne  oczekiwanie  trwało 

background image

 

62 

wiecznie i nigdy się nie kończyło. 

Nie miała pojęcia, że może być zdolna do takich przeżyć. Wydobył z niej 

to, o co nigdy się nie podejrzewała. A gdy było już po wszystkim, otoczył 
ramionami i przy

tulił czule do siebie, tak jakby było to zupełnie naturalne, 

jakby od zawsze był jej kochankiem. 

A właściwie kochankiem Theresy, przypomniała sobie. 

W tej chwili jednak nie miało to znaczenia. Tej nocy to ona była Theresą. 

Jej serce przepełniało szczęście i ona pragnęła, aby to uczucie nigdy jej nie 

opuściło. 

Chciała powiedzieć mu, że po raz pierwszy jest jej tak dobrze, że nigdy 

dotąd  nie  reagowała  tak  namiętnie.  Nawet  z  Peterem.  Nie  mogła  mu 

jednak  tego  powiedzieć.  Nie  mogła  powiedzieć,  że  nigdy  dotąd  nie 

kochała  się  z  mężczyzną,  którego  ledwo  znała,  bo  wzbudziłaby  w  nim 

niebezpieczne podejrzenia. Wszak Theresa miała wielu mężczyzn, i on o 

tym wiedział. Gdyby zaczęła powtarzać tę litanię zachwytów, wyśmiałby 

ją, albo pomyślałby, że kłamie. 

Co za ironia los

u.  Nie  może  powiedzieć  swemu  kochankowi,  że  jest  z 

nim szczęśliwa! 

Coś jednak musiała powiedzieć. Chciała, aby zrozumiał, jak bardzo był 

dla niej wyjątkowy. 

Nigdy dotąd tego nie robiłam - wyznała nagle. Christopher oparł się na 

łokciu i uniósł pytająco brew. 

Nigdy nie kochałam się z klientem - wyjaśniła. Nie wiedział, czy może 

jej wierzyć, jednak bardzo pragnął, by słowa Theresy były prawdziwe. 

-  Wobec tego jestem pierwszy - 

stwierdził,  po  czym  uniósł  głowę  i 

dotknął ustami jej ust. Reakcja była natychmiastowa. 

Ogień wybuchł ze zdwojoną silą. 

T.J. obudził dzwonek telefonu. Natrętny hałas wdarł się w jej sny, które 

zniknęły niczym bańki mydlane rozbite o twardą ścianę. 

Uchyliła  powieki  i  ujrzała,  że  pokój  zalewa  światło  dzienne.  Nadszedł 

ranek. Zastanawia

ła się, czemu tak szybko. 

Hałas nie ustawał. Telefon - musiała odebrać telefon. 

Kiedy sięgała po słuchawkę, zorientowała się, że nie jest sama. Że obok 

niej leży ciepłe dało. Nagie i ciepłe. Męskie dało... 

Christopher. 

Ubiegła noc. 
Ranek. 

O, Boże! 
T.J. nat

ychmiast  się  rozbudziła.  Podniosła  słuchawkę,  sprawdzając 

background image

 

63 

jednocześnie, czy mężczyzna nadal śpi. 

-  T.J.?  - 

usłyszała  podniecony  głos  Theresy.  Christopher  poruszył  się. 

Najwyraźniej  dzwonek  telefonu  zbudził  również  jego.  T.J.  odsunęła  się 

nieco i przykryła prześcieradłem. 

- Tak? - 

szepnęła. 

-  T.J., to ja, Theresa. - 

Tym  razem  w  głosie  kuzynki  słychać  było 

zdziwienie.  - 

Jestem  już  w  domu.  Od  rana.  Tamten  lekarz,  pamiętasz, 

osobiście  mnie  zbadał  -  pochwaliła  się  i  roześmiała  tak  dobrze  znanym 

T.J. śmiechem. - Spotykam się z nim dzisiaj wieczorem. No, gadaj. Jak ci 

poszło w piątek? 

-  Dobrze  - 

odpowiedziała  lakonicznie.  Miała  nadzieję,  że  Theresa 

zrozumie aluzję i zakończy rozmowę. 

Nie miała jednak szczęścia. Rozbudziła tylko ciekawość kuzynki. 
- Co to znaczy „do

brze”? I dlaczego szepczesz? Czy coś poszło nie tak? 

Nie, w porządku. Później ci wyjaśnię - szepnęła T.J. nieco zirytowana. 

Theresa  otrzymywała  tyle  telefonów  nie  w  porę,  że  chyba  mogła  się 

domyślić, że osoba po drugiej stronie kabla chce zakończyć rozmowę. 

Nagle poczuła palce Christophera na swoim nagim ramieniu i omal nie 

jęknęła z przerażenia i... z rozkoszy. 

- Opowiedz mi. - 

Wyglądało na to, że Theresa ma ochotę na pogawędkę. 

Cholera, świetna pora! - Czy MacAfee’emu spodobała się prezentacja? 

Rzeczony 

MacAffee  właśnie  zabawiał  się  jej  biustem.  T.J.  wstrzymała 

oddech. 

Tak mi się zdaje... 

Czy  wszystko  w  porządku?  -  zaniepokoiła  się  nagle  Theresa.  -  Masz 

dziwny głos. 

Nie, nie... Nic mi nie jest. Zadzwonię do ciebie później, The... T. J. - 

poprawiła się w ostatniej chwili. 

-  T.J.?  - 

usłyszała  jeszcze  zdumiony  głos  kuzynki,  po  czym  odłożyła 

słuchawkę. 

Zaraz potem Christopher przekręcił ją gwałtownie na plecy i zajrzał w jej 

twarz z promiennym uśmiechem. 

To była T.J. - wyjaśniła. 

Tak myślałem - odparł, pieszcząc jej szyję. Uwielbiał, kiedy się tak pod 

nim  poruszała.  Czuł,  że  krew  znów  napływa  mu  do  lędźwi.  -  Musi  być 

bardzo czymś przejęta, skoro dzwoni w niedzielę - zauważył. 

T.J. przełknęła nerwowo ślinę. 
-  Nie znasz wszystkich faktów. - 

Próbowała  zebrać  w  sobie  siły.  Z 

pewnością  będą  jej  wkrótce  potrzebne.  -  Czego  sobie  życzysz  na 

background image

 

64 

śniadanie? 

Uniósł głowę i popatrzył na nią z błyskiem w oku. 
- Ciebie - 

mruknął. 

Znowu  to  poczuła  -  szczęście  rozlało  się  po  jej  ciele  niczym  złocisty 

miód. T.J. owinęła ramiona wokół jego szyi i przyciągnęła go do siebie. 

Nadciąga pierwsza porcja - szepnęła. 

 

Naprawdę już najwyższy czas, żebyście zjedli śniadanie. - Rozbawiona 

Cecilia zerknęła na Christophera. - Oho, widzę, że wróciły panu siły. 

Nie starała się wcale ukryć wiele sugerującego uśmieszku, kiedy stawiała 

przed  nimi  talerz  grzanek.  Uśmiechnęła  się  do  Christophera,  po  czym 

zerknęła na T.J. 

Zabieram  Megan  do  parku,  na  wypadek,  gdybyście  zamierzali 

kontynuować te poufne negocjacje - poinformowała pracodawczynię. 

Skąd pani wie? - spytał z ciekawością. W ogóle nie hałasowali, a kiedy 

wrócili,  było  już  przecież  stosunkowo  późno.  Był  przekonany,  Theresa 

zresztą też, że gospodyni śpi. 

Cecilia  lubi  myśleć,  że  wie  wszystko.  Czasem  nawet  udaje  jej  się 

zgadnąć. - T.J. wymownie popatrzyła na Cecilię. - Ale nie tym razem. Nie 

będzie już negocjacji - poinformowała Cecilię, jednak unikała patrzenia jej 

w oczy. Wolała nie widzieć tego sceptycznego uśmieszku. - Załatwiliśmy 

już  nasze  sprawy,  ku  obopólnej  satysfakcji.  -  Nie  zwracając  uwagi  na 

śmiech  Cecilii,  popatrzyła  na  Christophera.  -  O  której  Emmett  ma  cię 

odwieźć na lotnisko? 

Nie  wspominałem  ci  jeszcze?  -  Uśmiechnął  się  do  niej.  Doskonale 

wiedział,  że  nie.  To  miała  być  niespodzianka,  dopiero  co  wpadł  na  ten 

pomysł.  Poczynił  odpowiednie  przygotowania,  podczas  gdy  ona  brała 

prysznic w łazience. - Postanowiłem zostać tu jeszcze przez kilka dni. 

 
 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

T.J. wpatrywała się w milczeniu w mężczyznę siedzącego po przeciwnej 

stronie  stołu.  Mężczyznę,  który  sprawił,  że  jej  ciało  poznało,  czym  jest 

rozkosz.  Mężczyznę,  który  miał  wyjechać,  zanim  zdołałby  odkryć,  że 

kochał się z niewłaściwą kobietą. 

Musiała dwukrotnie odchrząknąć, zanim zdołała wydobyć z siebie głos. 

Słucham? - zapytała. 

Christopher liczył na nieco bardziej radosną reakcję. 

Postanowiłem zostać tu jeszcze przez kilka dni - powtórzył. 

background image

 

65 

Żeby być z tobą, od razu dodał w myślach. Był bliski powiedzenia tych 

słów  na  głos,  ale  powstrzymał  się.  Jeszcze  nie.  Nie  może  jej  do  siebie 

zrazić. Musi dać jej czas. 

- Ale dlaczego...? - 

wyjąkała. 

Hm, naprawdę myślał, że choć trochę się ucieszy. Ona jednak patrzyła na 

niego tak, jak gdyby oznajmił jej, że wynajął w nocy jej mieszkanie Armii 
Zbawienia. 

-  No...  - 

zająknął  się.  -  Chciałbym  odwiedzić  twoje  biuro.  Popracować 

nad 

tą walentynkową promocją... 

Był to zaledwie ułamek prawdy. Najważniejsze bowiem było to, że tego 

ranka  uświadomił  sobie,  że  pragnie  na  zawsze  stać  się  częścią  jej  życia. 

Czuł  podniecenie,  radość  płynącą  z  tego  nowego,  nie  znanego  dotąd 
uczucia. Podobnie m

uszą  się  czuć  dzieci  wypatrujące  Świąt  Bożego 

Narodzenia.  Czekał  na  coś,  nie  wiedział  na  co,  lecz  przekonany  był,  że 

niespodzianki, które jeszcze go spotkają, będą tylko przyjemne. 

Theresa  Cohran  była  kobietą  stworzoną  dla  niego.  Był  tego  pewien. 

Mimo to n

ie mógł zupełnie wyzbyć się ostrożności. To nie leżało w jego 

naturze.  Będzie  musiał  spędzić  z  nią  jeszcze  trochę  czasu,  zanim  pozna 

ostateczną prawdę na temat ich ewentualnego związku. Nie był też ani tak 

naiwny,  ani  zarozumiały,  aby  sądzić,  że  ta  cudowna  kobieta po prostu 

rzuci mu się w ramiona. Nawet po upojnej nocy miłosnej. W jej życiu byli 

przecież  także  inni,  choć  z  reguły  jedynie  przelotnie.  Zresztą,  zapewne 

nadal  są.  On,  Christopher,  chciał  doprowadzić  do  sytuacji,  w  której 
Theresa Cohran sama zapr

agnie stworzyć prawdziwy dom, a to zajmie z 

pewnością trochę czasu. Kilka dni - to minimum. 

-  Do biura? - 

powtórzyła  tępo,  wciąż  nie  spuszczając  z  niego  wzroku. 

Ogłupienie  powoli  ustępowało  miejsca  panice.  -  Ale...  myślałam,  że 

musisz wracać. 

Zerknęła  na  Cecilię,  błagając  ją  wzrokiem  o  pomoc.  Niestety  -  wyraz 

oczu  gosposi  wyjaśnił  jej,  że  nie  ma  na  co  liczyć.  Cecilia  była  wręcz 

rozbawiona  nieoczekiwanym  obrotem  spraw.  Ale  przecież  Cecilia 

usiłowałaby  wyswatać  ją  nawet  z  listonoszem,  gdyby  tylko  po 
dostarcze

niu poczty zechciał zostać odrobinę dłużej. 

Czując  się  niczym  pierwszy  oficer  na  tonącym  „Titanicu”,  T.J.  znowu 

spojrzała na Christophera. Może tylko żartował? 

Fakt,  muszę  wracać  -  powiedział.  Już  miała  odetchnąć  z  ulgą,  kiedy 

usłyszała:  -  Kiedy jednak brałaś  prysznic,  zadzwoniłem  do  Abramsa  - 

ciągnął. Abrams był wiceprezesem w jego firmie, T.J. rozmawiała z nim 

kiedyś przez telefon. 

background image

 

66 

Powiedziałem mu, że będę parę dni później, gdyż mamy świetny plan 

nowej kampanii. 

Ciekawe, co to dla niego znaczy „parę dni”, zastanawiała się T.J., usiłując 

zebrać niespokojne myśli. 

Kiedy  wpatrywała  się  w  pustą  kartkę  papieru  lub  w  ekran  komputera, 

obmyślając  strategię  dla  jakiejś  firmy,  pomysły  pojawiały  się  jak  na 

zawołanie. Teraz zaś, kiedy naprawdę musiała coś wymyślić, wyobraźnia 

ją  zawodziła.  Jedyna  wymówka,  która  jej  przyszła  do  głowy,  była 

wyjątkowo nieprzekonująca. 

Właściwie  to  zazwyczaj  nikt  nie  zagląda  nam  przez  ramię,  gdy 

pracujemy... 

Christopher  żachnął  się.  Ze  zdumieniem  spostrzegł,  że  po  raz  kolejny 

Theresa 

zachowuje  się  bojaźliwie.  Ale  może  był  po  prostu 

przewrażliwiony. Nic dziwnego - jeszcze nigdy nie znalazł się w podobnej 

sytuacji: na każdym kroku starać się, by jej nie urazić, nie zniechęcić, nie 

przestraszyć. 

Podniósł do ust tost i zaczął go pałaszować z apetytem głodomora. 

Obiecuję, że nie będę się wtrącał - przyrzekł. No nic, trudno, pomyślała 

T.J. Zdaje się, że on naprawdę zostaje i nie ma na to rady. Będzie musiała 

się z tym jakoś pogodzić. Jeżeli wszystko  miało się udać, należało teraz 

wykonać kilka taktycznych posunięć. 

W  porządku,  pozwól  więc,  że  ja  wykonam  kilka  telefonów  - 

powiedziała. 

Złapał ją za przegub, zanim zdążyła wstać. 

Poczekaj, przecież jest niedziela - zaprotestował. Nawet on nie pracował 

w niedzielę. Zazwyczaj. Delikatnie uwolniła przegub z uścisku. 

Twój  wiceprezes  to  nie  jedyna  osoba,  do  której  można  dzwonić  w 

niedzielę.  -  Starała  się,  aby  jej  głos  brzmiał  swobodnie,  zwyczajnie.  Nie 

było  to  proste  ze  względu  na  ściśnięte  gardło.  -  Proszę.  -  Podsunęła  mu 
swój talerzyk z nie t

kniętym tostem. - Zjedz to. Ja prawie nie jem rano. 

Kolejne  kłamstwo.  T.J.  zawsze  budziła  się  głodna  i  pochłaniała 

olbrzymie śniadania. Jednak tego ranka nie byłaby w stanie przełknąć ani 

kęsa. 

Pozostawiwszy  Christophera  w  kuchni,  poszła  prosto  do  gabinetu. Po 

drodze spotkała Cecilię i Megan, które szykowały się właśnie do wyjścia. 

T.J. gorąco uściskała córeczkę, gdy zaś za małą i gospodynią zamknęły się 

drzwi, odetchnęła z ulgą. Jedno zmartwienie mniej, przynajmniej na jakiś 
czas. 

A setki zmartwień wciąż przed nią. 

background image

 

67 

Kiedy wybierała znajomy numer, jej dłonie drżały. Dlaczego wszystko, w 

co zamieszana była Theresa, zawsze było takie pogmatwane? 

Po  czterech  dzwonkach  włączyła  się  automatyczna  sekretarka.  T.J. 

słuchała  niskiego,  zmysłowego  głosu  kuzynki,  który  przepraszał 

dzwoniących za jej nieobecność. 

No, proszę. Proszę, Theresa, odezwij się. Wiem, że tam jesteś. Odbierz 

ten cholerny telefon! 

Kiedy  T.J.  miała  już  zrezygnować  i  zostawić  wiadomość,  usłyszała  po 

drugiej stronie cichy trzask podnoszonej słuchawki. 

Wiedziałam, że coś jest nie tak. - Theresa nie zadała sobie nawet trudu, 

żeby się z nią przywitać. - Straciłyśmy go, tak? Przejrzał cię i domyślił się, 

że nie jesteś mną. Boże drogi, gdybyś nie była taką głupią gęsią. 

T.J.  powstrzymała  się  od  komentarza.  Nie  miała  zbyt  wiele  czasu. 

Christopher w każdej chwili mógł zacząć jej szukać. 

Thereso,  czy  mogłabyś  jutro  nie  przychodzić  do  biura?  -  zapytała 

wprost. 

- Dlaczego? - 

Kuzynka była mocno zaskoczona. T.J. westchnęła głęboko 

i oparła się o krzesło. 

-  Bo 

będzie  tam  on,  Christopher  -  wyjaśniła.  -  Chce  się  rozejrzeć, 

zobaczyć, gdzie pracuję... To znaczy, gdzie ty pracujesz. 

- Christopher? 

T.J.  niecierpliwie  zabębniła  palcami  o  blat  biurka.  Czyżby  Theresa  nie 

odrobiła lekcji i nie wiedziała nawet, jak ich klient ma na imię? 

-  Christopher MacAffee - 

wyjaśniła  cierpliwie.  -  Postanowił  zostać  tu 

przez kilka dni i zobaczyć, jak pracujemy. 

Po co? Przecież mówiłaś, że podobała mu się nasza prezentacja. 

Owszem, podobała się. Może nawet za bardzo. T.J. przejechała dłonią 

po włosach. Jak zwykle tylko ona jest przerażona, tylko ona martwi się o 

los famy, tylko ona wykonuje czarną robotę. Czy Theresa nie zdaje sobie 

sprawy,  że  ta  cala  gra  jest  jak  zabawa  zapałkami  w  stogu  siana?  Jeden 
moment, a katastrofa gotowa. Szla

g trafi agencję. I nie tylko agencję. 

Nagle w jej głowie zaświtał pewien pomysł. Tak! To była jedyna szansa! 

Posłuchaj,  nie  mam  teraz  czasu,  aby  mówić  ci  o  szczegółach  - 

oznajmiła.  I  wcale  bym  nie  chciała,  dodała  w  myślach.  -  Po prostu nie 

przychodź tam jutro i już, zgoda? Zaufaj mi, tak będzie lepiej. Albo nie, 

poczekaj, musisz przyjść - zreflektowała się w ostatniej chwili. - Musisz 

przyjść  i  powiedzieć  wszystkim,  że  będę  cię  udawać.  A  przynajmniej 

kierownictwu.  Boże,  Theresa,  to  się  tak  potwornie  pokomplikowało. 
Nawet nie wiesz... 

background image

 

68 

Okay.  Damy  sobie  radę.  -  Theresa  jak  zawsze  była  niewzruszona  - 

Wiesz, że całkowicie w ciebie wierzę. 

Tylko,  że  ja  kłamię.  Ciągle  kłamię.  To  straszne.  Po  drugiej  stronie 

słuchawki rozległ się protekcjonalny śmiech. 

Początki zawsze są trudne, T.J. Kiedy się rozkręcisz, pójdzie ci lepiej. 

Skoro  tak  twierdzisz...  Aha,  jeszcze  coś.  Zaczynamy  kampanię 

walentynkową dla MacAffee Toys. 

- Teraz, w te walentynki? 
- Tak. - 

T.J. poczuła uzasadnioną satysfakcję. 

Do  diabła,  jesteś  naprawdę  szybka.  -  Tym  razem  w  głosie  Theresy 

słychać było szczery podziw. 

Bardziej  niż  myślisz,  droga  kuzynko,  bardziej  niż  myślisz,  dodała  w 

myślach T.J. 

Naprawdę  muszę  już  kończyć.  -  Wstała  od  biurka.  -  Zostawiłam 

Christophera w kuchni, boję się, że zacznie się zastanawiać, co się ze mną 

stało. 

- W kuchni? - 

powtórzyła Theresa. - A co MacAffee robi w twoim domu? 

To bardzo długa historia. Wszystko zaczęło się od wirusa. 

- Komputerowego? 

Ludzkiego. Trzymaj się. 

T.J.  odłożyła  słuchawkę  i  z  satysfakcją  popatrzyła  na  telefon.  Celowo 

zostawiła Theresę w stanie niepewności. Musiała przyznać, że choćby dla 

tej jednej chwili warto było podjąć się tej przebieranki. Zresztą, może tak 

naprawdę od dawna chciała zmienić skórę,  może pragnęła tego, lecz nie 

chciała przed sobą się przyznać? No bo niby dlaczego teraz czuła się tak 
dobrze? 

Wróciła do kuchni, gdzie Christopher kończył właśnie swoje śniadanie. 

Co  za  fantastyczny  facet,  pomyślała  nie  pierwszy  raz  na  jego  widok. 

Gdyby  Theresa  zdawała  sobie  sprawę,  jak  wygląda  jej  nudny  podobno 

klient, zrobiłaby wszystko, aby dotrzeć na lotnisko, nawet jeśli musiałaby 

zostać tam przetransportowana wraz ze szpitalnym łóżkiem. 

Tęskniłem  za  tobą  -  szepnął,  po  czym  owinął  ramię  wokół  jej  talii  i 

przyciągnął ją do siebie. 

Kiedy 

ją całował, poczuła na jego wargach smak miodu. A może to on 

sam  tak  smakował.  Tak  czy  inaczej,  miło  byłoby  do  tego  przywyknąć, 

mieć to na codzień. Niestety, nigdy nie będzie miała takiej szansy. 

Powiedz, jak długo Cecilia spaceruje z Megan po parku? 

Naprawdę  nie  wiem  -  odparła.  -  Około  dwóch  godzin.  Może  trochę 

dłużej. 

background image

 

69 

To dobrze, mamy trochę czasu - stwierdził zadowolony. Nagle zrobiło 

jej  się  gorąco.  Czyżby  wciąż  miał  ochotę  na  to,  o  czym  ona  nie  mogła 

przestać myśleć? 

Trochę czasu? - powtórzyła. 

Po  południu  zamierzam  przenieść  się  do  hotelu.  -  Chciał,  aby  mieli 

jakieś  swoje  miejsce,  gdzie  nie  musieliby  przejmować  się  gospodynią  i 

dziewczynką. - Po prostu nie wypada, żebym tu dłużej mieszkał. Nie chcę 

narażać na szwank twojej reputacji. 

Tak, ten 

człowiek rzeczywiście był niezwykły. Oto pierwszy mężczyzna, 

który przejmuje się reputacją Theresy. Przecież nawet sama Theresa miała 

ją w nosie. Plotki spływały po niej jak woda po gęsi. 

- To bardzo szlachetne - 

pochwaliła go. 

Jednak  zanim  się  stąd  wyniosę  -  przycisnął  usta  do  jej  szyi,  aż 

westchnęła  z  rozkoszy  -  pomyślałem,  że  moglibyśmy,  hm,  wrócić  na 

chwilę  na  znajomy  grunt.  Spojrzał  na  nią  tak,  że  niemal  się  rozpłynęła. 

Kiedy później ją całował, na przemian przeklinała i błogosławiła Theresę. 
Gdyby 

nie kuzynka, nigdy nie dane byłoby jej zakosztować raju. 

I gdyby nie ona, nie musiałaby go teraz tracić. 
 

T.J.  czuła  się  niczym  saper  na  polu  minowym.  Rozluźniała  się  tylko 

wtedy,  gdy  zamykały  się  za  nimi  drzwi  i  zostawali  sam  na  sam.  Wtedy 

musiała  uważać  tylko  na  siebie,  nie  zaś  na  wszystkich  innych,  którzy 

mogliby  przypadkowo  nazwać  ją  prawdziwym  imieniem  lub  popełnić 

jakąś inną pomyłkę. Zdemaskować ją i przerwać tym samym ten cudowny 
sen... 

Podczas  tych  kilku  dni,  poświęconych  na  zapoznanie  Christophera  z 

działalnością agencji, była chodzącym kłębkiem nerwów. Ubrana w stroje, 

które  Theresa  przesłała  jej  przez  swoją  pokojówkę,  T.J.  starała  się  jak 

najlepiej  odegrać  rolę  szefowej.  Tak  dobrze  zresztą  wcieliła  się  w  tę 

postać,  że  pracownicy  z  trudem  odróżniali  ją  od  pierwowzoru.  T.J. 

podsłuchała nawet, jak Heidi mówiła jednej z sekretarek, że T.J. wygląda 

bardziej  na  Theresę  niż  sama  Theresa.  „Tylko  zachowuje  się  inaczej  - 

dodała. - Bardziej dyplomatycznie, i odważniej w interesach...” 

Pod koniec trzeciego dni

a T.J. zaczęła wreszcie nieco się odprężać. Może 

wszystko będzie dobrze, pocieszała samą siebie, przynajmniej jeśli chodzi 

o  firmę.  Bo  reszta  to  już  zupełnie  inny  problem,  o  którym  na  razie  nie 

powinna myśleć. Na szczęście udawało się jej jakoś panować nad sytuacją. 

Jednak  kiedy  zostawała  sam  na  sam  z  Christopherem,  w  jego 

apartamencie hotelowym, nie mogła myśleć o niczym. 

background image

 

70 

Nie chciała  myśleć, pragnęła jedynie czuć. Zatrzymać w pamięci każde 

zmysłowe doznanie, każdą chwilę, a potem wspominać ją przez całe życie. 

Noce, które spędzali ze sobą, były cudowne. I nie chodziło tylko o sam 

akt miłosny, choć i on był za każdym razem coraz intensywniejszy i coraz 

wspanialszy. W ich związku równie mocno liczyły się drobiazgi - stanie 
na balkonie hotelowego pokoju i wpat

rywanie  się  w  niebo,  w  gwiazdy, 

które zdawały się być na wyciągnięcie ręki, picie szampana z tego samego 

kieliszka ze wzrokiem utkwionym w oczach partnera, silny uścisk i czułe 

słowa po zaspokojeniu pragnienia... 

Drobiazgi, a tak bardzo znaczące. 

T.  J.  była  beznadziejnie  zakochana  w  tym  mężczyźnie  i  nic  na  to  nie 

mogła poradzić. Mogła jedynie cieszyć się tymi krótkimi chwilami, które 

podarował  jej  los.  Z  biegiem  dni  coraz  częściej  zaczynała  mieć  jednak 

wrażenie,  że  cała  ta  historia  wcale  nie  skończy  się  w  chwili, gdy on 

wsiądzie do samolotu i wróci do San Jose. 

Oczywiście  nie  chciała,  żeby  tak  skończyło  się  to  wszystko.  Tylko  jak 

niby  mogłaby  do  tego  nie  dopuścić?  Poprosić  go,  by  jeszcze  kiedyś 

odwiedził  C&C  Advertising?  Za  którymś  razem  z  pewnością  poznałby 

prawdę;  kłamstwa  nie  da  się  ciągnąć  w  nieskończoność.  A  gdyby 

dowiedział się, że go oszukała - co wtedy? Wybaczyłby wszystko? 

Nie. Na pewno nie. 

Już nigdy by jej nie zaufał. 

Na  myśl  o  tym  odczuwała  bolesny  ucisk  w  sercu,  nawet  wtedy,  gdy 

leżała u jego boku w hotelowym łożu. 

Christopher przyciągnął ją do siebie i delikatnie pocałował w czoło. Dla 

niego  też  wszystko,  co  wspólnie  przeżywali,  było  zupełnie  niezwykłe. 

Chyba po raz pierwszy w życiu czuł, że naprawdę żyje. Był jej wdzięczny 

za  to,  że  otworzyła  mu  oczy.  W  pracy  była  niczym  wulkan,  w  łóżku 

jeszcze  gorętsza.  Miał  cholerne  szczęście,  że  na  nią  trafił.  Usłyszał,  że 

westchnęła głęboko. 

Dam pensa za twoje myśli. Zdradź je... Nie miała na to najmniejszego 

zamiaru. Zmusiła się do uśmiechu. 

-  Tylko pensa?  - 

zapytała.  -  Czy  tak  właśnie  zrobiłeś  majątek?  Źle 

opłacając ludzi? Christopher roześmiał się. 

Majątek powstał na długo przed moim przyjściem na świat. Ja tylko, jak 

to się mówi, pchnąłem firmę w dwudziesty wiek. 

Odsunęła  kosmyk  włosów,  który  wpadał  mu  do  oka.  Starała  się  nie 

myśleć o tym, jak bardzo będzie jej go brakowało. 

Chyba będziesz musiał jeszcze popracować - powiedziała. - Wkraczamy 

background image

 

71 

już w dwudziesty pierwszy. 

Nie ma pośpiechu. Poza tym wtedy na czele firmy będzie stał już inny 

MacAffee, więc to nie moje zmartwienie. Ja muszę przejmować się tym, 

co dzieje się obecnie. - Spojrzał na nią. - I tobą. 

Patrzył  na  nią  z  takim  uwielbieniem,  a  ona  jeszcze  bardziej  czuła  się 

małą, wstrętną oszustką. Znów ją dotknął. Zamknęła oczy. Tak, najlepiej 
uciec 

w  rozkosz,  zapomnieć  się  i  o  niczym  nie  myśleć.  Zagłuszyć  to 

poczucie winy... 

Zawsze jesteś taki przejęty pracą? - zażartowała. 

Już  nie.  Nie  wiedziałem,  co  tracę.  Jego  pocałunki  stały  się  gorętsze, 

odchyliła głowę do tyłu, a Christopher... 

A Christophe

r oparł się nagle na łokciu i powiedział: 

Jutro muszę wyjechać. 

Hm, wcześniej na to właśnie liczyła. Teraz czuła się tak, jakby za chwilę 

miało nastąpić trzęsienie ziemi. 

- Jutro? - 

zapytała ze smutkiem. 

Muszę - skinął głową. - Wszyscy w firmie uważają, że zwariowałem. 

Nigdy dotąd nie brałem wolnego. 

- Nigdy? 

Pokręcił głową i przytulił się do niej 

Nie na dłużej niż dzień czy dwa. Ta robota naprawdę mnie rajcuje, w 

pewien  sposób  określa.  A  właściwie:  określała  -  dodał  ze  smutnym 

uśmiechem.  -  To  już  przeszłość.  Cholera,  wcześniej  nie  miałem  pojęcia, 

jak przyjemnie jest powiedzieć sobie „olej to” - i olać. Ech... - westchnął 

żałośnie i machnął ręką, jakby wzruszenie odjęło mu mowę. 

T.J. pokiwała tylko głową. Atmosfera jak na stypie, pomyślała. Jeszcze 

chw

ila, a oboje zaczną ronić łzy. 

Pojedź  ze  mną  -  zaproponował  nieoczekiwanie,  chwytając  jej  dłoń.  - 

Polećmy do San Jose. Odwdzięczę ci się i pokażę swoją firmę. 

Kusiła  ją  ta  propozycja.  Kusiło  ją,  aby  jeszcze  trochę  przedłużyć  tę 

maskaradę.  Czy  nie  może  sobie  pozwolić  na  rewizytę?  A  potem  on  na 

rewizytę rewizyty, a potem ona... 

Nie, to idiotyzm. 

Z ogromnym żalem potrząsnęła głową. 

Nie mogę - powiedziała. - W poniedziałek zaczynamy twoją kampanię, 

zapomniałeś? 

Trudno  byłoby  zapomnieć.  Cały  personel  porzucił  bieżące  zajęcia,  aby 

zająć  się  tym  nagłym  zleceniem.  Telewizyjny  spot,  wykupienie  dobrego 

czasu  antenowego  w  dzień,  kiedy  wszystkie  terminy  były  od  dawna 

background image

 

72 

sprzedane, skoordynowanie reklamy prasowej i telewizyjnej - wszystko to 

pochłonęło  ich  bez  reszty,  a  efekt  był  taki,  że  dostali  jednak  trzydzieści 

sekund  przed  popularnym  serialem  i  zmontowali  prześmieszny, 

wzruszający filmik, który nie zrobiłby wrażenia chyba tylko na kimś, kto 

zamiast serca miał kamień. Miś nie był tani, ale T.J. była pewna, że dzięki 

tej reklamie sprzeda się świetnie. 

To  będzie  mój  pożegnalny  prezent  dla  Christophera,  pomyślała  ze 

smutkiem. Taki podarunek na walentynki... 

Kampania? Przecież nie musisz być na miejscu. No tak. Uparł się. To 

było ponad jej siły. Za chwilę powiozą ją do domu wariatów. Czy można 

nie zwariować, kiedy trzeba się bać słów, które budzą tak wielką radość w 
sercu? 

Owszem, muszę. To o wiele bardziej skomplikowane, niż sądzisz. 

Nie  możesz  tego  przekazać  T.J.?  -  zasugerował.  -  Podobno jest taka 

zdolna... A propos, 

ciągle jeszcze jej nie poznałem. 

Rzeczywiście, za każdym razem, kiedy miało to nastąpić, T.J. Cohran w 

tajemniczy sposób znikała. 

Przez cały tydzień była bardzo zajęta. 

Christopher  wzruszył  ramionami.  Właściwie  to  nie  był  specjalnie 

zainteresowany T.

J.  Dla  niego  istniała  jedynie  Theresa.  Tamtą  chciał 

poznać  wyłącznie  dlatego,  że  była  spokrewniona  z  Theresa,  a  Theresa 

zdawała się mieć o niej bardzo dobre zdanie. 

- Nie ma sprawy - 

machnął dłonią - będzie na to czas. Może tu wrócę... - 

T.J. serce podeszło do gardła. - Bo jesteś pewna, że nie dasz się przekonać 
do tego wyjazdu, tak? 

- Jestem pewna. - 

Nie mogła mu tego zrobić. Rozczarowany Christopher 

westchnął żałośnie. Zaraz jednak uśmiechnął się do niej. 

Musimy  więc  jak  najlepiej  wykorzystać  czas,  który  nam  pozostał, 

prawda? 

Uśmiechnęła się smutno. Wyciągnęła do niego ramiona i w tym samym 

momencie  poczuła  ukłucie  w  sercu.  Patrzył  na  nią  tak  umie,  z  taką 

miłością, powiedział jej tyle o sobie, a ona... 

Nie. Nie może tego dłużej ciągnąć. Ten ciężar ją zabije. 

Christopher,  muszę  ci  coś  powiedzieć  -  zaczęła.  Nie  podobał  mu  się 

wyraz jej oczu. Na pewno zaraz mu powie, że to koniec. Nie chciał tego 

słuchać. Nie chciał żadnego końca. Zamierzał zrobić absolutnie wszystko, 

co w jego mocy, aby uratować tę znajomość. 

-  Ciii...  - 

Pocałował  ją  w  jedną  skroń,  potem  w  drugą.  -  Nie  chcę 

rozmawiać o interesach. 

background image

 

73 

-  To nie ma nic wspólnego z interesami - 

powiedziała  przez  ściśnięte 

gardło. 

Nie słuchał. Całował ją, nie patrząc na to, że łzy napływają jej do oczu. 

Łzy radości, łzy smutku... 

To już ostatni raz, obiecała sobie, ostatni raz, kiedy pozwoli mu kochać 

się z kimś, kim nie była. 

Ostatni raz. 

Popchnęła  go  na  plecy.  Christopher  jęknął  zdumiony.  Zawsze  to  on 

przejmował inicjatywę, choć przecież i ona nie była nigdy bierna. Teraz 

jednak przycisnęła go z jakąś dziwną desperacją do łóżka i zaspokoiła w 

sposób, o jakim wcześniej mógł tylko marzyć. Poczuł się słaby jak mały 

kociak. Nigdy wcześniej nie przyszłoby mu do głowy, że taki stan będzie 

mu odpowiadał. 

Po raz kolejny p

rzekonał  się,  że  wcześniej  w  ogóle  nie  miał  o  niczym 

pojęcia. 

-  Gdzie...  - 

wydyszał, gdy było już  po wszystkim - gdzie nauczyłaś się 

tego wszystkiego? - 

Nienawidził  mężczyzny,  który  pierwszy  zażądał  od 

niej takiej rozkoszy. 

- To instynkt - 

wyszeptała w jego ucho. - Czysty instynkt. 

Nie mogłaby mu sprawić cenniejszego prezentu. 

 
 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Christopher MacAffee na lotnisku czuł się niemal jak w domu. Przez całe 

życie  przylatywał  gdzieś  lub  skądś  wylatywał  -  do internatu, potem na 
wakacje do domu, w i

nteresach, na święta... Wszystkie te lotniska zlały się 

w jego pamięci i nie byłby chyba w stanie przypomnieć sobie żadnego z 
osobna. 

Wiedział  jednak,  że  to  jedno  zapamięta.  Zapamięta  to  beznadziejnie 

ponure pożegnanie. Zapamięta do śmierci. 

Ostatni raz po

patrzył na smutną twarz Theresy. 

Głośniki zaczęły wzywać pasażerów jego lotu. 

Nie chciał wyjeżdżać. 

Zajrzał  jej  w  oczy,  a  potem  oparł  głowę  na  czole  Theresy  i  westchnął 

ciężko. 

Wiesz, złapałem się na myśli, że chciałbym spóźnić się na ten samolot. 

Co się, do jasnej cholery, stało z tymi słynnymi korkami w Los Angeles? 

Wszyscy na nie narzekacie, a kiedy człowiek naprawdę na nie liczy, nie 
ma ich. Po prostu nie ma... 

background image

 

74 

Theresa  miała  podobne  pragnienia.  Niestety,  droga  na  lotnisko  tego 

akurat dnia była całkowicie przejezdna. Zupełnie jak gdyby ktoś złośliwie 

pousuwał  z  niej  wszystkie  zbędne  pojazdy.  A  ona  z  taką  czułością 

patrzyłaby dzisiaj na zepsutą ciężarówkę, blokującą środkowy pas; albo na 

niegroźną  kolizję,  policję  i  półkilometrowy  zator;  nawet  na  robotników, 

malujących w godzinach szczytu pasy na drodze. 

Rzeczywiście - przytaknęła. - Droga była pusta. Może to cud? A może 

znak, że naprawdę musisz już wracać. 

Wiedziała,  że  widzi  go  być  może  po  raz  ostatni  w  życiu,  a  jednak  nie 

mogła  się  zdobyć  na  szczerość.  Bo  tak  naprawdę  chciała  powiedzieć  co 

innego:  „Nie  chcę,  Christopher,  żebyś  wyjeżdżał.  Nie  chcę,  żeby  to  się 

skończyło. A najbardziej na świecie nie chcę, żebyś kiedykolwiek odkrył, 

że cię okłamałam”. 

Ale przecież kiedyś i tak odkryje. A wtedy... 
T.J. n

ie  powiedziała  mu  tego,  co  powinna,  lecz  on  i  tak  zrozumiał 

najważniejsze - ta wspaniała kobieta nie chciała, aby wyjechał. 

Powinni coś z tym zrobić. Ale co? 

Objął jej twarz dłońmi. Nie miał pomysłu, jak wybrnąć z tej niezwykłej 

sytuacji,  nie  zamierzał  jednak  rezygnować  z  tego,  co  właśnie  odnalazł. 

Obiecał sobie solennie, że ich rozstanie nie będzie ostateczne. 

Stewardesa z obsługi naziemnej uśmiechnęła się do niego, zapraszając na 

pokład  samolotu.  Był  ostatnim  pasażerem,  który  jeszcze  się  tam  nie 

znalazł.  Theresa  zarzuciła  ręce  na  jego  szyję  i  pocałowała  go  po  raz 
ostatni. 

Jeśli się nie pośpieszysz, przegapisz swój lot. Pocałował ją mocno, jak 

ktoś, kto wyjeżdża na bardzo długo, a nie tylko na tydzień, jak to przed 

chwilą postanowił. 

Proszę pana? - usłyszał przynaglający głos stewardesy. 

Kiedy  tylko  podpiszemy  wstępne  umowy,  przyślę  któregoś  z  naszych 

ludzi - 

obiecał i zaczął iść w stronę prowadzącego do samolotu rękawa. 

T.J. patrzyła, jak odległość pomiędzy nimi zwiększa się, a smutek w jej 

sercu rósł wprost proporcjonalnie do dystansu. 

Będę czekała! - odkrzyknęła. 

Już miał zniknąć jej z oczu, kiedy odwrócił się i wyminął podążającą za 

nim krok w krok, zniecierpliwioną stewardesę. 

Proszę pana... - upomniała go. 

Jeszcze  sekundę  -  poprosił,  nawet  na  nią  nie  patrząc.  Jego  wzrok 

utkwiony  był  bowiem  w  tę,  która  odmieniła  jego  świat.  -  Jeszcze 

sekundę... 

background image

 

75 

- Ale lot... 

Podbiegł  w  stronę  T.J.  Miał  czas  tylko  na  przelotny  pocałunek.  Nie 

wypadało  przetrzymywać  czekających  w  samolocie  ludzi.  Uścisnął  ją,  a 
po

tem wypuścił z objęć i zawołał, śpiesząc do samolotu: 

- Walentynki! 

T.J. nie zrozumiała. Czy miał na myśli kampanię? 

Wrócę  na  walentynki!  -  zawołał,  widząc  jej  zdezorientowaną  minę.  - 

Czekaj na mnie! - 

I  z  tymi  słowami  zniknął  z  jej  oczu.  I,  niestety,  z  jej 

życia. 

Żegnaj - wyszeptała T.J. 

Stała jakiś czas nieruchomo, rozpamiętując wszystko, co stało się w ciągu 

kilku  ostatnich  dni.  Czuła  ulgę  -  minęło  już  niebezpieczeństwo 

zdemaskowania. Ale też jeszcze większy smutek - nie zobaczy go więcej. 

Najchętniej zwinęłaby się w kłębek i usnęła. Albo umarła. 

Powiedział, że wróci na walentynki, przypomniała sobie. Zawsze marzyła 

o jakimś cudownym  zdarzeniu, które odmieniłoby jej  los właśnie w tym 

dniu.  Theresa  co  rok  była  zarzucana  walentynkowymi  bukietami, 
prezen

tami,  propozycjami  spotkań.  T.J.  nie  dostała  nigdy  choćby  jednej 

kartki. Nawet od Petera. Gdy go poznała, było już po walentynkach, a za 

rok byli już małżeństwem i uznał najwyraźniej, że Dzień Zakochanych ich 
nie dotyczy. 

Czy w tym roku będzie inaczej? Co znaczy ta zapowiedź powrotu? Czy 

czeka ją romans z Christopherem MacAffee? Nie, zorientowałby się, że go 

oszukiwała.  Prędzej  czy  później  prawda  wyszłaby  na  jaw.  Jak  długo 

towarzyszyłoby  jej  szczęście?  Jak  długo  mogłaby  kontynuować  tę 

maskaradę? 

A jednak ni

e mogła odmówić sobie marzeń. Kiedy jechała po ruchomych 

schodach,  puściła  wodze  fantazji:  oto  Christopher  i  ona  w  wytwornej, 

drogiej  restauracji  świętują  pięćdziesiątą  rocznicę  ślubu.  Otaczają  ich 

dzieci  i  wnuki.  Razem  kroją  półtorametrowy  tort  z  maleńkimi figurkami 

panny młodej i pana młodego na szczycie... 

„Kochanie, muszę ci coś powiedzieć - wyszeptałaby mu do ucha. - Tak 

naprawdę  jestem  kuzynką  Theresy.  A  Megan  to  moja  córka...”  Co  by 

wtedy  zrobił  Christopher?  Odłożył  nóż  i  opuścił  restaurację.  Tak. 
Re

staurację i jej życie. 

Oto  znalazła  się  w  pułapce.  Mogła  jedynie  myśleć,  jak  przedłużyć  ich 

szczęście, ale nie jak zatrzymać je na zawsze. 

Bo  przecież  nawet  gdyby  chciała  mu  o  wszystkim  powiedzieć,  nie 

znalazłaby właściwych słów. Na szczęście może nie będzie musiała... 

background image

 

76 

Opuściła salę odlotów i rozejrzała się w poszukiwaniu Emmetta i czarnej 

limuzyny. Na pewno teraz, kiedy Christopher znajdzie się z powrotem w 

San  Jose,  interesy  tak  go  pochłoną,  że  zapomni  o  obietnicy,  pomyślała. 

Mężczyźni nie traktują poważnie takich przelotnych związków. 

Zamrugała oczami, żeby powstrzymać łzy, i ruszyła w stronę samochodu. 

Na jej widok Emmett schował gazetę. Jeden rzut oka na twarz dziewczyny 

powiedział mu, że nie jest z nią najlepiej. 

Wyglądasz  na  przybitą.  -  Otworzył  tylne drzwi. -  Czyżby  w  ostatniej 

chwili domyślił się wszystkiego? T.J. pokręciła głową. 

Masz  coś  przeciwko  temu,  żebym  pojechała  z  przodu,  razem  z  tobą? 

Przyda mi się towarzystwo. 

Szofer  bez  słowa  podał  jej  chusteczkę.  Przyjęła  ją  i  otarła  łzy  z 

policzków. 

Jasne,  że  nie.  -  Emmett  otworzył  drzwi  po  stronie  pasażera  i  chwilę 

później  z  wprawą  włączył  się  do  ruchu.  -  To jak? Umowa zerwana? - 

zagadnął. 

Nie,  z  firmą  wszystko  w  porządku.  -  Przynajmniej  Theresa  będzie 

szczęśliwa. - W przeciwieństwie do mnie. 

Em

mett bez słowa sięgnął dłonią w kierunku radia. Kręcił gałką, dopóki 

nie znalazł tego, czego szukał - stacji nadającej stare przeboje. 

T.J. spojrzała na niego ze zdumieniem. Emmett gorąco nienawidził rock 

and rolla. Słuchał wyłącznie muzyki klasycznej. Wiedział jednak, że ona 
za nimi przepada. 

Dzięki. 

Nie  ma  o  czym  mówić  -  skinął  głową.  T.J.  usiadła  wygodnie  i 

spróbowała uporządkować myśli. Niestety, na to było jeszcze za wcześnie. 

Mają rację - stwierdziła po chwili. 

- Kto? 

Ci,  co  mówią,  że  gdy  raz  zaczniemy  oszukiwać,  to  nie  możemy 

przestać.  Oplatamy  wszystko  pajęczyną  kłamstwa,  aż  w  końcu  sami  nie 

możemy się w niej ruszyć. 

-  Nie wiem, jak ci pomóc - 

odparł  Emmett.  -  Nie mam takich 

doświadczeń. 

I chwała Bogu! Nawet nie wiesz, jakim jesteś szczęściarzem. 

Limuzyna  zatrzymała  się  na  światłach,  a  wtedy  szofer  spojrzał  na  nią  i 

powiedział: 

Czy  ja  wiem?  Czasami  przydałaby  się  odrobina  komplikacji  - 

uśmiechnął się. - Nie przejmuj się, T.J. Z kłopotami bywa czasem tak, że 

same się rozwiązują. Poczekaj trochę. 

background image

 

77 

Nie tym razem, pomyślała i w milczeniu skinęła głową. Nie było sensu o 

tym dyskutować. Co się stało, to się nie odstanie. 

 

Godzinę później wysiadła z windy w biurze C&C Advertising, a pierwszą 

osobą, którą spotkała, była Theresa. 

Kuzynka ubrana była w stylu sportowym, tak bardzo lubianym przez T.J. 

Włosy  ściągnęła  do  tyłu,  na  nogach  miała  dżinsy,  zamiast  kostiumu  czy 
marynarki  - 

luźny  sweter.  Od  kilku  dni,  kiedy  przychodziła  do  pracy, 

ubierała  się  właśnie  tak,  żeby  nie  wzbudzać  ewentualnych  podejrzeń 

dyrektora  MacAffee  Toys.  Całe  szczęście  ani  razu  na  niego  nie  wpadła, 

uważała  jednak,  że  na  wszelki  wypadek  powinna  pozostać  w  skórze 

kuzynki,  dopóki  MacAffee  nie  wsiądzie  do  samolotu  i  nie  odleci  na 

północ. 

Teraz spojrzała z niepokojem, czy zza pleców T.J. nie wyłoni się jakaś 

męska  sylwetka.  Na  szczęście  winda  była  pusta.  Zwróciła  pełen  nadziei 

wzrok ku kuzynce i zapytała: 

I co, pozbyłyśmy się go? 

T.J. skinęła głową i ruszyła korytarzem w stronę swojego gabinetu. 

Dzięki Bogu! - Theresa ściągnęła z włosów spinkę i wręczyła ją T.J. Jej 

ciemne  loki  rozsypały  się  na  ramiona.  -  Nie  wiem,  czy  dłużej  bym  to 

zniosła.  -  Przeczesała  palcami  włosy  i  skręciła  w  kierunku  własnego 

pokoju,  gdzie  czekały  na  nią  ulubione  ubrania.  -  Nie  wiem,  jak  możesz 

nosić coś takiego. - Wzięła między palce brzeg swetra. 

-  To wygodne - 

odparła w zamyśleniu T.J. Bez zastanowienia ściągnęła 

włosy do tyłu i spięła je spinką. 

- Dla mnie obrzydliwe - 

oświadczyła Theresa. Przystanęła i popatrzyła z 

uwagą  na  T.J.  Kuzynka  nie  wyglądała  na  osobę,  która  właśnie  dokonała 
niezwykle udanej transakcji. - 

Dobrze się czujesz? Coś nie w porządku z 

umową? 

Umowa! Dla Theresy tylko to się liczy. Udane kontrakty, nowi klienci, 

wielkie  budżety....  Tak,  tak,  MacAffee  Toys  jest  bogatą  firmą.  Muszą  o 

tym pamiętać... 

Z  umową  wszystko  w  porządku  -  odparła.  -  Christopher  wyśle  resztę 

papierów przez kuriera, gdy tylko zostaną podpisane. 

-  Dobra robota. - 

Theresa  uściskała  kuzynkę,  lecz  ta  nie  odwzajemniła 

uścisku. Odwróciła się tylko i poszła do siebie. Theresa podążyła za nią. 

Coś jest nie tak - stwierdziła z naciskiem. - Co? T.J. zacisnęła powieki, 

żeby powstrzymać łzy. 

A  co  ma  być  nie  tak?  -  powiedziała  przez  ściśnięte  z  żalu  gardło.  - 

background image

 

78 

Mamy  tę  umowę.  To  wyjątkowo  bogata  firma.  Zrobiliśmy  im  świetną 

reklamę dla telewizji, szef jest czarujący... Wszystko układa się cudownie. 

Ten sarkazm nie pasował do T.J. Theresa była naprawdę przejęta. Jednak 

kiedy dotknęła ramienia kuzynki, T.J. strząsnęła jej dłoń. 

Jeśli nie masz nic przeciwko temu, zmienię strój i wezmę się do roboty, 

dobrze? - 

zapytała, nie patrząc jej w oczy. 

Theresa  wiedziała,  że  nic  nie  wskóra.  Postanowiła  ustąpić.  W 

przeciwieństwie do niej, T.J. nie lubiła rozmawiać o swoich problemach. 

Niechętnie posłuchała kuzynki i cofnęła się w stronę drzwi. 

- M

oże później pójdziemy razem na obiad? 

-  Dobrze  - 

mruknęła do siebie T.J., kiedy usłyszała odgłos zamykanych 

drzwi. - 

Może być obiad, co tylko zechcesz... 

 

Christopher  czuł  się  niczym  zadurzony  nastolatek,  ale  pomyślał,  że 

należy mu się to uczucie. I co z tego, że ma już te swoje trzydzieści trzy 
lata? 

Zakochany...  Ten  rozdział  życia  całkowicie  go  ominął.  Szybko  złapał 

taksówkę stojącą przy krawężniku naprzeciwko lotniska, po czym wrzucił 

walizkę na tylne siedzenie. 

- 11737 Wilshire - 

rzucił do taksówkarza. 

Ruszyli.  Christopher  wyjrzał  przez  okno.  Bardzo  chciał  być  już  na 

miejscu.  Ujrzeć  zaskoczenie  w  oczach  Theresy,  kiedy  wkroczy  do  jej 
gabinetu. 

Tak, pomyślał, zachowuję się zupełnie jak zwariowany nastolatek, który 

dla  swej  dziewczyny  gotów  jest  przepłynąć  wzburzoną  rzekę.  Tyle  że 

wtedy, gdy nim był, w jego życiu nie pojawiła się żadna dziewczyna, która 

byłaby  tego  warta.  Potem  zaś  pochłonęły  go  interesy,  budowanie  swojej 

pozycji  w  firmie;  zbyt  był  przejęty  tym,  że  pewnego  dnia 

odpowiedzialność  za  firmę  spadnie  na  jego  barki,  by  zaprzątać  sobie 

głowę miłostkami. Jako kolejny z rodu MacAffeech nie mógł rozczarować 

poprzednich pokoleń. 

Za  nimi  rozległ  się  dźwięk  klaksonu.  Taksówkarz  wymamrotał  coś  w 

obcym  języku,  z  pewnością  nic  pochlebnego,  jednak  Christopher  ledwie 

go usłyszał. Jego umysł zaprzątnięty był czym innym. 

Chciał poślubić tę kobietę. 

Znał  siebie  wystarczająco  dobrze,  aby  wiedzieć,  że  ta  decyzja  nie  jest 

pochopna. Podobało mu się w niej wszystko. Zabawiając się w adwokata 

diabła,  usiłował  wynajdywać  wszelkie  jej  możliwe  wady,  coś,  do  czego 

mógłby  się  przyczepić  -  i  nie  znalazł  niczego  takiego.  Próbował  usilnie 

background image

 

79 

przez  cały  tydzień  -  bez  rezultatu.  Sądził,  że  jeśli  nie  będzie  jej  widział 

przez  parę  dni,  rozpalone  uczucia  nieco  ostygną  -  wybuchnęły  jeszcze 

gorętszym płomieniem. 

Przez cały czas, który spędził z dala od Theresy, nie mógł przestać o niej 

myśleć. Nawet podczas ważnych spotkań przed jego oczyma pojawiały się 

wspomnienia  chwil,  które  spędzili  razem.  Doszło  do  tego,  że  podwładni 

zaczęli dostrzegać jego roztargnienie i plotkować na ten temat. Zdaje się, 

że uznali dziwne zachowanie szefa za objaw niedawno przebytej choroby. 

Cóż,  jeśli  rzeczywiście  był  chory,  to  miał  tylko  nadzieję,  że  nigdy  nie 

wyzdrowieje. 

Teraz spojrzał na kopertę leżącą obok niego na popękanym plastikowym 

siedzeniu. Poprzedniego dnia nagły impuls kazał mu załatwić sobie bilet i 

osobiście zawieźć dokumenty do C&C Advertising. Tym razem ani kurier, 

ani  poczta  na  nim  nie  zarobią.  Nigdy  nie  robił  niczego  pod  wpływem 
impulsu, ale teraz 

potrzebował jakiegoś pretekstu, aby się z nią zobaczyć. 

Po prostu musiał to zrobić. 

Jak dziecko, pomyślał o sobie z uśmiechem. 

Wokół  rozległo  się  więcej  klaksonów.  Christopher  wychylił  się  przez 

okno. Czuł, że jego zniecierpliwienie wzrasta. 

Czy  nie  możemy  jechać  trochę  szybciej?  -  zapytał.  Taksówkarz 

prychnął tylko i machnął ręką, pokazując otaczające ich samochody. 

Moglibyśmy, gdyby te rupiecie poruszały się do przodu, 

a jak pan zauważył, nie robią tego. - Jego czarne brwi ściągnęły się nad 

błyszczącymi ciemnymi oczyma. -  Spokojnie,  proszę  pana.  Robię,  co 

mogę. Ten gość z Wilshire na pewno panu nie ucieknie. 

Nie wiadomo. Zmarnowałem już trzydzieści trzy lata - powiedział. - I 

nie chcę tracić więcej ani chwili. 

Kierowca  wzruszył  tylko  ramionami.  Turyści.  Wszyscy  są  tacy  sami. 

Mają źle w głowach i wciąż się gdzieś śpieszą. 

 

Nareszcie!  Christopher  patrzył  na  światełka  podświetlające  kolejne 

cyferki na ścianie windy i zastanawiał się nad swoim zachowaniem - tak 

bardzo  do  niego  nie  pasowało.  W  innych  okolicznościach  kazałby 

swojemu  asystentowi  skontaktować  się  z  asystentką  Theresy  i  ustalić 

termin  spotkania.  Tak  było  jednak,  zanim  ją  poznał.  Teraz  nie  mógł  się 

doczekać  chwili,  w  której  ją  zobaczy,  dotknie  jej  twarzy,  przytuli  do 
siebie... 

Boże, tak bardzo za nią tęsknił! 

Wyskoczył  na  korytarz  na  siódmym  piętrze  i  popędził  wprost  do  jej 

background image

 

80 

gabinetu. 

Na  jego  widok  krótkowzroczne  oczy  Heidi  zrobiły  się  okrągłe  niczym 

literka „O”. Środkowe „O” w rozpaczliwym haśle „S.O.S.” 

-  Niech pan poczeka! - 

Zerwała się na równe nogi. - Nie może pan tam 

wejść! Jest zebranie, prezentacja... 

W porządku, posłucham. Nie będę przeszkadzał. Dopóki nie skończy, 

nie odezwę się ani słowem - obiecał, mijając biurko Heidi. Zanim zdążyła 

się zorientować, zapukał, a potem natychmiast otworzył drzwi do gabinetu 

Theresy Cohran, po czym wszedł do środka. 

Odwrócona  w  stronę  okna  Theresa  usłyszała  trzask  zamykanych  drzwi. 

Dziwne, zazwyczaj Heidi informowała ją o mających się pojawić gościach 

brzęczykiem. Zdumiona, odwróciła się, aby zobaczyć intruza. 

Hm,  nieźle.  Wyjątkowo  przystojny.  No,  no...  Świetnie.  I  to  akurat  w 

Dzień Zakochanych. 

Zadzwonię  później.  -  Nie  spuszczając  oczu  z  nieznajomego,  Theresa 

odłożyła  słuchawkę.  Na  jej  ustach  pojawił  się  szeroki,  zachęcający 

uśmiech. 

Tymczasem szeroki 

uśmiech  na  twarzy  Christophera  nieco  zbladł. 

Zaczynał mieć dziwne wrażenie, że... 

- Theresa? 
- Tak... 

A więc ma nad nią przewagę, pomyślała. Zna jej imię. To jednak wkrótce 

ulegnie zmianie. Jeszcze przed upływem wieczoru ona przejmie pałeczkę. 
Tylko kto to 

jest? Posłaniec niebios? 

Christopher potrząsnął głową. 
-  Nie  - 

powiedział zdecydowanie. Coś tu nie pasowało. Było w niej coś 

takiego... 

Słucham? - Zatrzepotała powiekami. 

Nie  jesteś  nią.  -  Przysunął  się  bliżej  i  przyjrzał  się  jej  uważnie.  -  To 

znaczy 

Theresą. Nie jesteś Theresą. 

Co znowu? Czyżby postradał zmysły? Heidi wpuściła tu jej wariata? 

Oczywiście,  że  jestem  -  roześmiała  się,  a  w  jej  oku  pojawił  się 

uwodzicielski błysk. 

Jednak Christopher zamiast odwzajemnić ten bajeczny uśmiech, skrzywił 

się, jakby polizał cytrynę. Wszystko było nie tak. Jej śmiech był inny - ani 

aksamitny, ani melodyjny. Kiedy się uśmiechała, nie było dołeczka w jej 
policzku... 

Czyżby ją źle zapamiętał? Albo może coś sobie uroił w tej swojej chorej 

głowie? Nie, to niemożliwe. Nie mógł przecież uroić sobie koloru jej oczu. 

background image

 

81 

Te,  w  które  teraz  patrzył,  były  wyraziste,  krystalicznie  niebieskie,  nie 

iskrzyły się rozmaitymi odcieniami błękitu jak tamte. 

Kompletnie  zdezorientowany,  przejechał  dłonią  po  włosach,  nie 

odrywając wzroku od stojącej przed nim kobiety. 

Może to halucynacje? 
- Theresa Cohran? - 

powtórzył głucho. Do licha, przecież kochał się z tą 

kobietą, znał każdy fragment jej ciała. Dlaczego więc teraz czuł się tak, jak 

gdyby spoglądał w twarz nieznajomej? 

Theresa  wyszła  zza  biurka  i  zbliżyła  się  do  niego  niczym  myśliwy 

podchodzący ofiarę. 

-  Tak, jestem Theresa Cohran, kochanie - 

odparła. - W życiu nie byłam 

bardziej Theresą Cohran niż w tej chwili. 

W tym samym momencie otworzyły się drzwi i stanęła w nich... Nie, nie 

Heidi, 

lecz  T.J.,  która  ukończyła  właśnie  kilka  wstępnych  szkiców  do 

kolejnego etapu kampanii MacAffee Toys, i chciała, aby Theresa rzuciła 
na nie okiem. 

Zobacz, Thereso, mam już... - zamarła - Christopher... - wyszeptała tak 

cicho, że chyba nikt tego nie słyszał. 

Popatrzył  na  nią,  a  na  jego  twarzy  pojawił  się  cień  wątpliwości,  który 

chwilę później ustąpił miejsca błyskowi zrozumienia. 

Nie! 
Nie w ten sposób! 

Jeśli ma poznać prawdę, to nie w takich okolicznościach! 

Zmieszana, nieszczęśliwa, całkiem zagubiona i przybita, T.J. postanowiła 

grać swoją rolę do końca. Czy miała jakieś inne wyjście? 

- Och, witam pana, panie MacAffee - 

uśmiechnęła się dzielnie. - Theresa 

wiele  mi  o  panu  opowiadała.  To  zaszczyt  móc  w  końcu  pana  poznać.  - 

Zrobiła krok do przodu i podała mu dłoń. 

Christopher  czuł  się  tak,  jak  gdyby  znalazł  się  w  gabinecie  krzywych 

luster  w  wesołym  miasteczku.  Po  drobnych  poprawkach  i  Theresa,  i  ta 

druga kobieta byłyby do siebie podobne jak jednojajowe bliźniaczki. 

Tak, gdyby ta druga rozpuściła włosy... 
No i ten znajomy wyraz oczu... 

Ujął  dłoń,  którą  do  niego  wyciągnęła.  Przytrzymał  ją  chwilę  dłużej. 

Przytrzymał i przyjrzał się jej uważnie. 

Zobaczył dołeczek w policzku i wszystko zrozumiał. 

 
 

background image

 

82 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Theresa? 

Chociaż  już  wiedział,  wciąż  nie  mógł  uwierzyć.  Nie  chciał  wierzyć,  że 

kobieta,  dla  której  kompletnie  stracił  głowę,  z  jakiegoś  powodu  z 

premedytacją go oszukiwała. Gdyby to była prawda, znaczyłoby to, że dał 

z siebie zrobić największego idiotę, o jakim słyszał świat. 

Theresa  z  kolei  czuła  się  tak,  jak  gdyby  znalazła  się  na  filmie 

kryminalnym ze skomplikowaną intrygą, gdzie główni bohaterowie mówią 

do siebie po japońsku. 

Zaraz, zaraz. Już panu tłumaczyłam, to ja jestem Theresa - powiedziała 

zniecierpliwiona. 

- To prawda - 

odezwała się cicho T.J. - Ja nazywam się T.J. 

Nie  mogła  oderwać  od  niego  wzroku.  Jego  oczy  wydawały  się  takie 

ciemne, takie niedostępne. Wiedziała już, że wszystkiego się domyślił. Nie 

było sensu dłużej udawać. 

Thereso, chciałabym ci przedstawić pana Christophera MacAffee. 

Dobry Boże... 

Christopher  nie  wiedział,  co  powiedzieć.  Trudno  było  wymyślić  coś 

rozsądnego w tej sytuacji. 

Co się tu, u diabła, działo? Dlaczego Theresa, to znaczy T.J., czy jak jej 

tam w końcu... dlaczego kłamała, podając się za kogoś, kim nie była? Po 
c

o? To nie miało żadnego sensu. 

Wszystko,  co  rozumiał,  to  to,  że  go  oszukała.  A  to  bolało.  Bolało  jak 

cholera, bo przecież wierzył jej bez żadnych ograniczeń. 

Mogłabyś zostawić nas na  minutę, Thereso? - poprosiła... no właśnie, 

która? T.J. czy Theresa? A 

może obie jeszcze inaczej się nazywają? 

Zaczekaj,  sama  mogę  to  wszystko  wyjaśnić  -  odezwała  się  ta  druga  i 

położyła swoją zadbana dłoń o różowych paznokciach na jego ramieniu. 

Christopher stanowczo odsunął jej rękę. 

Nie sądzę, żeby trzeba było coś wyjaśniać. Wszystko jest oczywiste. 

Nie, nic nie jest oczywiste, pomyślała ze złością T.J. Niezależnie od tego, 

jak okropne rzeczy sobie teraz myślał, musiała go jakoś przekonać, że jest 

w błędzie. Że nikt nie zamierzał zrobić nic złego. Nie mogła znieść tego, 

że  stał  tu  i  patrzył  na  nią  tak,  jakby  była  zupełnie  obcym  człowiekiem. 

Jakby nigdy się nie poznali. Jakby wyrządziła mu jakąś straszną krzywdę. 

Thereso,  proszę  -  odezwała  się  znów  do  kuzynki.  Theresa  wreszcie 

zrozumiała, że nie ona jest główną bohaterką wydarzeń. 

Oczywiście,  już  idę.  Jeśli  będziecie  mnie  potrzebowali,  będę  obok  - 

powiedziała, wycofując się do drzwi. 

background image

 

83 

Zostali  sami.  Christopher  odczekał  chwilę,  by  wrócić  do  równowagi  i 

znów móc panować nad sobą. Wściekłość, którą właśnie musiał okiełznać, 

była  dla  niego  zupełnie  nowym,  nie  znanym  uczuciem.  Podobnie  jak 

wcześniej miłość. Dziwne, że oba te uczucia wywołała jedna osoba. 

Macie bardzo interesujące metody prowadzenia interesów. 

Jego  głos  był  zimny,  bezosobowy.  Patrzył  na  T.J.  złym  wzrokiem. 

C

hciała coś powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. 

Czy  ty  i  twoja  kuzynka  sypiacie  ze  wszystkimi  rokującymi  nadzieję 

klientami? 

Wzdrygnęła się, jakby wymierzył jej policzek. 
- To nie fair! - 

krzyknęła. Nie mogła uwierzyć, że powiedział coś takiego. 

Ocz

ekiwała wyrzutów, ale z pewnością nie okrucieństwa. - Próbowałam ci 

powiedzieć, ale nie słuchałeś... 

- Nie fair? - 

W jego oczach błysnęła furia. - I kto to mówi! Wykorzystałaś 

mnie,  Thereso...  T.J...  Zresztą,  cholera  wie,  jak  masz  naprawdę  na  imię. 

Zrobiłaś  ze  mnie  idiotę.  Brawo!  Naiwniak  ze  mnie  i  jełopa,  prawda? 

Myślałem, że ty jesteś inna, ale widać wszystkie jesteście takie same. Nie 

powinienem mieć złudzeń. 

T.J. uniosła głowę. Wiedziała, z jakimi kobietami wcześniej się zadawał, 

ale raniły ją tak mocne słowa. 

- Nie wrzucaj wszystkich do jednego worka. 
-  A niby dlaczego? - 

wrzasnął,  zanim  zdołał  się  opanować.  Stop, 

spokojnie,  nie  tak  ostro.  Nie  będzie  przecież  ośmieszać  się  jeszcze 
bardziej,  - 

Wyjaśnij mi więc łaskawie, co takiego sprawia, że jesteś inna 

niż reszta? - zapytał głosem łagodnym aż do bólu. 

Ja... przecież... 

Nie  miał  zamiaru  wysłuchiwać  jej  pokrętnych  tłumaczeń.  Doskonale 

wiedział, jaka potrafi być twórcza i pomysłowa. 

Powiedz, spałaś ze mną czy nie? 

- Tak, ale... 

Podpisaliśmy umowę czy nie? - ciągnął, nie zważając na protesty. 

Boże,  to  nie  tak,  myślała  T.J.  z  rozpaczą.  Przecież  nie  o  to  chodzi. 

Christopher odwracał kota ogonem. To, co sugerował, nie było prawdą. 

- Tak, ale... 

Więc niby dlaczego miałabyś być inna? - warknął. Dla niego wszystko 

było jasne i zrozumiałe. 

Bo ja... Ja nigdy nie robię takich rzeczy - powiedziała słabym głosem. - 

Nie sprzedaję swego ciała dla interesów. 

-  Och, doprawdy? - 

Chciał  jej  wierzyć,  ale  absolutnie  nie  mógł.  Jego 

background image

 

84 

śmiech  był  szorstki,  okrutny.  -  Wybacz,  trochę  inaczej  to  widzę.  Nie 

zapominaj, że też przy tym byłem. 

T.J. zacisnęła dłonie w pięści. Miała ochotę go uderzyć. Walić z całej siły 

w jego pierś, żeby rozwalić ten mur i dotrzeć do wnętrza. 

Dobrze. Nie obchodzi mnie, co myślisz. - Uniosła dumnie podbródek. - 

Po prostu wiem, co jest prawdą. Kropka. 

Odwrócił się do niej plecami. Złapała go za ramię i szarpnęła. 

Spałam  z  tobą  nie  dla  umowy  i  nie  dla  żadnych  innych  interesów  - 

wycedziła.  -  Czysto  i  bezinteresownie.  Myślałam,  że  między  nami  coś... 

coś się wydarzyło. - Na litość boską, przecież on też musiał zdawać sobie 

z tego sprawę! 

-  Co? Magia? - 

zapytał  szyderczo.  Nie  mogła  tego  dłużej  znieść. 

Wyśmiewał się z niej, a dla T.J. to naprawdę było ważne, najważniejsze na 

świecie. 

Niech będzie magia. Nie mam pojęcia, magia, czary... Sama nie wiem, 

co we  mnie wstąpiło. - Cofnęła się i zaczęła chodzić  wzdłuż gabinetu. - 

Nigdy wcześniej to mi się nie zdarzyło. Nie całowałam się tak od razu na 
pierwszej randce... 

Poczuła, że w oczach ma łzy, i odetchnęła głęboko, mając nadzieję, że w 

jakiś sposób je powstrzyma. Nie chciała, aby 

Christopher widział ją płaczącą. Na pewno natychmiast oskarżyłby ją o 

szantaż. 

Przełknęła ślinę i  popatrzyła na niego z żalem  w oczach. Przypomniała 

sobie  wszystko,  co  między  nimi  się  wydarzyło.  Zwłaszcza  ten  cudowny 

moment, w którym pomyślała, że być może on ją kocha. 

Cóż, miałam wrażenie, że mnie potrzebujesz... 

A więc kiedy poszłaś ze mną do łóżka, kierowało tobą współczucie. O, 

święta i szlachetna... Zignorowała ironię w jego głosie. 

Ja też ciebie potrzebowałam. Możesz mi wierzyć albo nie, ale jedynym 

mężczyzną oprócz ciebie, z którym wcześniej spałam, był ojciec Megan. 

Megan.  Uśmiechnął  się  pod  nosem.  A  więc  skłamała  także  i  w  tej 

kwestii. Ile jeszcze kłamstw wyjdzie na jaw? 

Nie jest twoją siostrzenicą? 

- Nie, to moja córka. 

Może  gdyby  w  odpowiednim  czasie  zastanowił  się  nad  tym,  sam 

doszedłby do tego wniosku. Jednak nie myślał i nie zastanawiał się wtedy. 

Nie  był  w  stanie  myśleć.  Ta  kobieta  od  samego  początku  zdawała  się 

wypełniać cały jego umysł, niczym jakiś złośliwy wirus. 

Trudno. Przeżył grypę, więc i to przetrzyma. 

background image

 

85 

Co jeszcze nie było prawdą? 

- Nic. 

Nie wierzył jej. Widziała to w jego oczach. 

Niby dlaczego miałby jej wierzyć? 
A niby dlaczego nie? 
-  Wszystko inne by

ło prawdą. Wszystko, co opowiadałam ci o firmie. - 

Zrobiła krok w jego stronę. - I wszystko, co zaszło między nami. 

Przynajmniej  w  to  musi  uwierzyć.  Nie  zniosłaby,  gdyby  i  tutaj  chciał 

dopatrzeć się oszustwa. 

Christopher  spojrzał  na  nią  z  rezerwą.  Naprawdę  chciał,  żeby  choć  to 

było  prawdą.  Przez  chwilę  walczył  z  pokusą,  aby  wziąć  dziewczynę  w 
ramiona. 

Nie, nie po tym wszystkim. 

Ma z siebie zrobić jeszcze większego głupca? 

Odwrócił oczy. 

Wybacz, ale patrzę teraz na wszystko przez pryzmat twoich kłamstw. - 

Pomyślał,  że  musi  się  stąd  jak  najszybciej  wydostać,  i  ruszył  w  stronę 
drzwi. 

T.J. stanęła mu na drodze. 

Posłuchaj,  chciałeś  osobiście  zobaczyć  się  z  Theresą,  nalegałeś  na  to. 

Powiedziano nam, że w twojej firmie panują takie zwyczaje. Theresa nie 

mogła się z tobą spotkać, a naprawdę bardzo zależało jej na tej umowie... 

Najwyraźniej. 

Potem był wypadek samochodowy... 

Proszę  cię,  skończmy  już.  -  Czy  naprawdę  uważała,  że  jest  do  tego 

stopnia  naiwny?  Wypadek  samochodowy.  Nie  stać  jej  na  coś  bardziej 
oryg

inalnego? Cóż, widać nie jest tak pomysłowa, jak sądził. 

Ale ja mówię prawdę - upierała się T.J. 

Wyciągnął  rękę  w  stronę  drzwi,  lecz  przytrzymała  ją,  a  potem  stanęła 

bliżej i położyła swą dłoń na jego torsie. Kompletnie zaskoczony, dał się 

odepchnąć do tyłu. 

To  był  drobny  wypadek  -  mówiła  dalej  -  nic  poważnego,  ale 

sanitariusze  zabrali  ją  do  szpitala,  a  lekarz  nalegał,  żeby  została  na 

obserwacji. Została, lecz ty byłeś już w drodze. Bała się, że pomyślisz, że 

cię lekceważy. I że pójdziesz do innej agencji. 

Dlaczego  więc,  do  jasnej  cholery,  nie  powiedziałaś  mi  po  prostu,  że 

zdarzył się wypadek? Kto ja jestem? Cesarz Bokassa? Rozkazałbym spalić 

was żywcem albo poćwiartować? 

Theresa ma opinię osoby beztroskiej - T.J. westchnęła ciężko. Pewnie, 

background image

 

86 

że lepiej było od razu powiedzieć prawdę. Kto jednak mógł wiedzieć, jaki 

naprawdę  jest  Christopher  MacAffee?  -  Bała  się,  że  pomyślisz:  „To 
typowe”, i zabierzesz swoje zlecenie. 

Milczał.  Tracę  go,  pomyślała  T.J.  z  rozpaczą.  Mój  Boże,  naprawdę  go 

tracę. 

Prosiła  mnie,  żebym  ją  zastąpiła...  -  dodała  i  rozłożyła  bezradnie 

ramiona. 

Christopher zamyślił się. Fakt, pewnie uznałby, że C&C Advertising ma 

jego  firmę  za  nie  wartych  uwagi  prowincjuszy.  Niewykluczone,  że  nie 

uwierzyłby w  wypadek i uznał go za banalną wymówkę. I  może  miałby 

rację?  Bo  niby  dlaczego  to,  co  mówiła  teraz,  nie  miałoby  być  kolejnym 

kłamstwem? Kto raz się sparzył, nie tak łatwo sięgnie po gorące. 

No  dobrze,  Thereso.  I  tak  już  po  wszystkim,  więc  możemy  pozwolić 

sobie na szczerość. Powiedz, czy obie wymyśliłyście tę historyjkę? 

T.J. ogarnęło zniechęcenie. To chyba naprawdę koniec, pomyślała. 

Nie wymyśliłyśmy - odparła obojętnym już tonem. - Jak chcesz, możesz 

sprawdzić w szpitalu Harrisa. Gdybyś nie zachorował, odwiedziłbyś firmę, 
tego samego dnia podj

ął decyzję i odleciał wieczorem. Rozchorowałeś się 

i dlatego zdarzyło się to wszystko. Więcej nie mam do dodania... - Jaki był 

sens  go przekonywać,  skoro  nic  do  niego  nie docierało? -  Możesz  sobie 

myśleć, co chcesz, ale ja powiedziałam d prawdę. 

Prawdę - powtórzył. - To dla ciebie nowe doświadczenie? 

T.  J.  wbiła  paznokcie  w  miękką  skórę  na  dłoniach.  Jak  mogła  oddać 

swoje serce mężczyźnie, który najwyraźniej pozbawiony był uczuć? Nie, 

nie będzie płakać. Nie da mu tej satysfakcji. 

Lekceważąco wzruszyła ramionami. 

Sam sobie odpowiedz. Ja wiem, co mówię. Aha, jest jeszcze coś... 

- Co? 

Chciała mu powiedzieć, że go kocha, ale właściwie po co? Znów by jej 

nie uwierzył, a na dodatek obraził i wyśmiał. Czy sama ma sypać sól na 

swoje rany? Najlepiej będzie, jeśli on nigdy nie dowie się o jej uczuciu. 

To, że naprawdę jesteśmy najlepszą agencją do tego rodzaju roboty. - 

Przypomniała sobie właśnie wyniki sprzedaży walentynkowych misiów. - 

Efekt kampanii piorunujący. Sprzedaż idzie nadzwyczajnie. Miśki znikają 

z półek. 

Christopher  wiedział  o  tym.  Jego  pracownicy  dostarczyli  mu  tę 

informację, zanim wyleciał do Los Angeles. Była to jedna z radości, którą 

zamierzał się z nią podzielić. Były też inne - znacznie większe - ale to w 

tej  chwili  nie  miało  już  żadnego  znaczenia.  I  tak  dobrze,  że  odkrył 

background image

 

87 

wszystko, zanim zdołał zrobić z siebie kompletnego głupca. 

No  widzisz,  zrobiliśmy  świetny  interes,  prawda?  I  tylko  interes,  nic 

więcej... 

T.J. uniosła brodę do góry. 

Pracują dla nas świetni fachowcy. 

Wiem. I tak podpisałbym z wami tę umowę. Nie musiałaś iść ze mną do 

łóżka. 

- Nie - 

zgodziła się. - Nie musiałam. 

Czy  rzeczywiście  był  taki  ślepy,  że  niczego  nie  zauważył,  nie  wyczuł? 

Przecież zadurzyła się w nim już wtedy, gdy dostrzegła, jak zbliża się w 

jej  kierunku?  Sądził,  że  ma  do  czynienia  z  Theresą,  ale  powinien  był 

wiedzieć,  jaka  jest  naprawdę.  Skoro  się  z  nią  kochał,  powinien  był  się 

domyślić. 

Ale się nie domyślił. 

T.J. zacisnęła usta. 
- Potraktuj to jako prezent od firmy. - 

Skrzyżowała ramiona i popatrzyła 

gdzieś  nad  jego  głową.  Ohydna  złośliwość.  Co  za  licho  podpowiada  jej 
takie zdania? - 

A teraz wybacz, jest jeszcze parę niewinnych dusz, które 

muszę sprowadzić na złą drogę. 

Wbił w nią wściekłe spojrzenie. Jakim prawem ta jędza pozwalała sobie 

na sarkazm? 

W porządku, dość tego. - Po chwili namysłu rzucił na biurko Theresy 

wypchaną kopertę. - Tu macie wszystkie dokumenty. 

Koperta  stuknęła  głucho  o  blat,  następnie  osunęła  się  na  podłogę.  T.J. 

nawet nie spojrzała w jej kierunku. 

Więc nie rezygnujesz z naszych usług? 

-  Ja

sne, że nie. Jak sama zauważyłaś,  miśki znikają z półek. Pracują tu 

sami fachowcy, prezenty dla klientów macie ekstra. Musiałbym być idiotą, 

żeby rezygnować z takiego interesu. - Uśmiechnął się złośliwie i wyszedł 

z gabinetu, trzaskając drzwiami. 

T.J.  stała  nieruchomo,  bezmyślnie  wpatrzona  w  drzwi.  Poruszyła  się 

dopiero, gdy do środka wśliznęła się Theresa. Podniosła kopertę i położyła 

ją na biurku. Powoli podeszła do kuzynki. 

Wszystko  w  porządku?  -  zapytała  cicho.  T.J.  otarła  łzy  wierzchem 

dłoni. 

- Jasne

. Nic mi nie jest. Zupełnie nic. - Jej głos drżał niebezpiecznie, ale 

starała się panować nad sobą. - Po prostu tak dobrze udawałam ciebie, że 

poszłam z nim do łóżka. 

Nie  miała  pojęcia,  dlaczego  to  powiedziała.  Zresztą  Theresa  i  tak 

background image

 

88 

najprawdopodobniej wszy

stko słyszała. Pewnie słyszało ich rozmowę całe 

Los Angeles. 

Na ustach Theresy pojawił się łagodny uśmiech. 

I podobało ci się? - zapytała cicho. T.J. zamknęła oczy. 

- Tak. Nawet bardzo. 

Theresie  ścisnęło  się  serce.  Rzadko  okazywała  współczucie,  ale  w  tej 

chwili nawet kamień zmiękłby, widząc jej kuzynkę. Delikatnie odgarnęła 

kosmyk włosów z czoła T.J. 

I choć tak się wzbraniałaś, to lepiej bawiłaś się podczas tygodnia z nim, 

niż podczas tygodnia, który właśnie minął? - powiedziała. 

- To nie jest zabawne, Thereso. - 

T.J. popatrzyła ostro na kuzynkę. 

Wiem,  że  nie.  Pobiegnę  za  nim  i  spróbuję  mu  wszystko  wyjaśnić, 

chcesz? 

Nie miała pojęcia, co niby mogłaby powiedzieć, ale była pewna, że zdoła 

coś wymyślić. 

Jednak T.J. pokręciła tylko głową. 
- Nawet nie próbuj - 

westchnęła. - Tego po prostu nie da się naprawić. 

Kiedy chcę, potrafię być bardzo przekonująca. T.J. doskonale wiedziała, 

co  to  znaczy.  Tego  jej  jeszcze  brakowało  -  żeby  Theresa  „przekonała” 
Christophera. 

Nic nie wskórasz. Theresa uniosła ręce do góry. 

Dobra,  nie  będę  się  wtrącała,  słowo.  -  Opuściła  ręce  i  przybrała 

poważny wyraz twarzy. - Po prostu chciałabym jeszcze zobaczyć uśmiech 

na twojej buźce. 

- Zobaczysz - 

obiecała T.J. - Za jakiś czas. Chyba jednak nieprędko. 

Może gdyby... 

Tym razem to 

T.J. położyła dłoń na ramieniu Theresy. 

Nie,  Thereso.  Jeśli  wróci,  to  dlatego  że  sam  będzie  tego  chciał.  - 

Rozluźniła uścisk. - Powiedziałam mu prawdę. To powinno wystarczyć. 

Theresa popatrzyła na nią sceptycznie. 

Oddajmy  mu  jednak  sprawiedliwość  -  powiedziała.  -  Niby  skąd  miał 

wiedzieć,  która  „prawda”  jest  prawdziwa?  Przecież  ty  rzeczywiście  mu 

nakłamałaś. 

No nie! Czyżby Theresa stanęła po jego stronie? Właśnie ona? 

Ty mnie o to prosiłaś! 

- Ale jego w ogóle to nie obchodzi. - 

Theresa wiedziała co nieco na temat 

urażonego  męskiego  ego.  -  Wystarczy,  że  go  oszukałaś,  niezależnie  z 

czyjej  inspiracji,  a  teraz  boi  się  zaufać  ci  ponownie.  Zapewne  wciąż  się 

obawia, że go okłamujesz. 

background image

 

89 

I co z tego, że brzmiało to wszystko tak rozsądnie? T.J. nie chciała wcale 

l

ogicznego  wytłumaczenia.  Pragnęła  Christophera  -  aby  ufał  jej 

bezgranicznie bez względu na okoliczności. 

Powinien znać różnicę - powiedziała. 

- Niby dlaczego? 

Bo zakochani ludzie znają - mruknęła. - Wyczuwają takie niuanse... 

Theresa  ujęła  kuzynkę  pod  brodę  i  popatrzyła  jej  w  oczy.  Miłość.  Nie 

miała pojęcia, że sprawy zaszły tak daleko. Była 

pewna, że w grę wchodzi wyłącznie pożądanie. Hm, to tylko pogarszało 

sprawę. 

Aż tak źle? - spytała cicho. 

T.J.  szarpnęła  głową  do  tyłu,  po  czym  wydała  z  siebie  przeciągłe 

westchnienie. 

Tak, aż tak źle - potwierdziła. 

Theresa pokiwała głową i opadła na krzesło. 

Gdybym miała pojęcie, że to się wydarzy, nigdy nie poprosiłabym cię, 

żebyś zajęła moje miejsce. 

- A to dlaczego? - 

T.J. popatrzyła na nią ze złością. - Bo jest przystojny i 

sama miałabyś na niego ochotę? 

Była do tego przyzwyczajona. Nie raz już zdarzyło się, że na mężczyznę, 

który zaczynał podobać się T.J., Theresa natychmiast zastawiała przynętę, 

po czym oczywiście go uwodziła. 

Theresa nie zareagowała jednak na to oskarżenie. 

Nie, ponieważ jesteś nieszczęśliwa, a ja nie chcę, żebyś była - odparła 

łagodnie. 

-  Mówisz serio, prawda? - 

T.J.  nie  bardzo  chciała  w  to  uwierzyć,  Nie, 

żeby kuzynka celowo starała się sprawić jej przykrość; Theresa po prostu 
nie prz

ejmowała się nigdy nikim oprócz siebie samej. 

Tak,  serio.  Możecie  mnie  wszyscy  uważać  za  wiedźmę,  ale  ty  jesteś 

moją kuzynką i naprawdę cię kocham. - Objęła T.J. ramieniem. - Nie chcę, 

żebyś cierpiała z jakiegokolwiek powodu. 

Dziękuję. - Cóż, dobre i to. 

Jesteś pewna, że nic nie mogę zrobić? 

Nie, nikt nic nie może zrobić. Nie teraz. 

Chcesz wrócić do domu? Troszeczkę odpocząć? A może wziąć gorącą 

kąpiel? Albo jeszcze lepiej - przykleić do ściany jego fotografię i rzucać w 

nią strzałkami... 

T.J. roz

eśmiała  się  przez  łzy.  Oto  sposoby  Theresy  na  radzenie  sobie  z 

przeciwnościami  losu.  Niestety,  jej  by  nie  pomogły.  Poza  tym  nie  miała 

background image

 

90 

nawet  żadnej  jego  fotografii.  Pozostały  po  nim  tylko  wspomnienia. 
Bolesne wspomnienia... 

Nie, wolę popracować. - Popatrzyła na szkice, które położyła na biurku 

Theresy. - Popatrz. - 

Rozłożyła je przed kuzynką. - Co o nich sądzisz? 

Theresa popatrzyła na nią sceptycznie. 

Naprawdę chcesz teraz o tym rozmawiać? 

Tak, teraz. Proszę. 

- Dobrze. - 

Theresa pochyliła głowę nad rysunkami. 

 
 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

To  był  jeden  z  najdłuższych  dni  w  jej  życiu.  I  to  wcale  nie  z  powodu 

liczby godzin, które T.J. spędziła w biurze. W sumie nie pracowała dłużej 

niż zwykle - od ósmej do piątej. Jednak w taki dzień, w Dzień świętego 
Walentego, cz

as  płynie  dwa  razy  wolniej.  Zwłaszcza  gdy  spędza  się  go 

samotnie. 

Tak, wyjątkowo paskudny dzień. 

Gdziekolwiek  się  nie  obróciła,  wszędzie  widziała  Christophera.  Nie 

mogła uwolnić się od natrętnych, bolesnych myśli, przykrych wspomnień, 

rozpamiętywania raz po raz poszczególnych zdań, które padły w trakcie tej 

rozmowy, która zniszczyła wszystko. 

A  miał  to  być  taki  cudowny  dzień...  Czekała  na  niego  z  utęsknieniem. 

Pamiętała  jego  złożoną  przed  odlotem  obietnicę  i  choć  starała  się 

podchodzić  do  niej  sceptycznie,  to  w  głębi  duszy  spodziewała  się,  że 

dzisiaj  go  zobaczy.  Przyleci  z  San  Jose,  zabierze  ją  wieczorem  na 

romantyczną  kolację.  Może  nawet  ofiaruje  walentynkową  pocztówkę? 

Cokolwiek, jakiś drobiazg, który ona zatrzyma na zawsze... 

Nic z tego. Nie zobaczą się nigdy więcej. 

Trudno. Do diabła z nim. Do diabła ze wszystkimi. 

Przez  cały  dzień  miała  ochotę  urwać  się  z  pracy,  lecz  akurat  dzisiaj 

okazało  się  to  niemożliwe.  Musiała  zostać  do  końca,  żeby  dopracować 

szczegóły jakiegoś nowego projektu, który zleciła jej Theresa. 

Theresa za to przez cały dzień przyjmowała kolejne bukiety wspaniałych 

kwiatów i drogich prezentów. 

To  nieważne,  powtarzała  sobie.  Jej  nie  były  potrzebne  ani  kwiaty,  ani 

prezenty.  Jutro  będzie  już  po  wszystkim  -  skończy  się  ten  idiotyczny 

dzień, a życie potoczy się dalej. Będzie tak jak dotychczas. Czy było jej 

źle? Czy nie miała Megan? 

Miała. I mimo to czuła się teraz samotna. Samotna nie do zniesienia. 

background image

 

91 

Po co w ogóle tu przyjeżdżał? Po co opuszczał to swoje San Jose? Ech, 

Boże, Boże... 

Musi wziąć się w garść. Przestać o nim myśleć. Teraz, natychmiast, w tej 

chwili. 

Chlipnęła po raz ostatni, wytarła chusteczką nos i nacisnęła guzik windy, 

tak  mocno,  jakby  to  był  nos  Christophera.  Po  chwili  rozległ  się  cichy 

dzwonek  i  srebrne  drzwi  otworzyły  się  bezszelestnie.  T.J.  zrobiła 

energiczny krok do przodu i jęknęła w tej samej chwili. 

Kolejny bukiet. Kolejny dowód uwielbienia dla Theresy. Olbrzymi bukiet 

czerwonych  róż,  tak  wielki,  że  zasłaniał  gońca,  który  go  przytargał.  Zza 

skropionych wodą kwiatów widać było tylko jego jasnoniebieskie dżinsy. 

Drugie drzwi od końca - T.J. poinstruowała machinalnie. 

Dzięki - usłyszała zza róż. 

Wyminęli  się  z  trudem,  co  nie  było  łatwe,  zważywszy  na  ilość  róż,  po 

czym ona znalazła się wreszcie w windzie, zaś posłaniec na korytarzu. 

Odetchnęła  głęboko  i  nacisnęła guzik  z  napisem  „parter”.  Drzwi  windy 

zamknęły się, a ona ujrzała jeszcze, jak goniec usiłuje wystawić nos spoza 

róż, stawiać kroki i jednocześnie nie przewrócić się wraz z wazonem. 

Nie do wiary. Skąd Theresa zna tylu wolnych mężczyzn? 

T.J. stłumiła w sobie złość (a może też zazdrość?). Nie miała powodu, by 

złościć się na Theresę. Cóż ona biedna mogła poradzić na to, że mężczyźni 

lgną  do  niej  niczym  pszczoły  do  miodu.  Pszczoły?  Już  raczej 

niedźwiedzie. Łakome słodkości misie. 

Na  myśl  o  niedźwiedziach  natychmiast  stanął  jej  przed  oczyma 

Christopher. Walentynkowe miśki. 

Nie,  powiedziała  w  duchu.  Przecież  sobie  obiecała.  Nigdy  więcej 

Christophera. Nigdy. Nawet w myślach. 

Zeszła  na  parking,  wsiadła  do  samochodu  i  z  furią  zatrzasnęła  drzwi. 

Irytowało  ją,  że  w  żaden  sposób  nie  może  pozbyć  się  tego  dręczącego 

przykrego uczucia: oto kolejne walentynki, które spędza sama. 

Przekręciła kluczyk w stacyjce i jednocześnie włączyła radio. 

A  teraz  coś  dla  was,  drodzy  zakochani.  Słodki  Elvis  zaśpiewa  wam 

„Love Me Tender”. Buziaka - 

oznajmił  prezenter,  kiedy  wyjeżdżała  na 

ulicę. 

T.J. nie wyłączyła radia. 
 

Całą drogę do domu przejechała niczym automat.  Nawet pod przysięgą 

nie umiałaby powiedzieć, jak dostała się pod swój adres. Kiedy wreszcie 

znalazła się na podjeździe, otworzyła pilotem drzwi garażu. 

background image

 

92 

Może tym razem rzeczywiście skorzysta z rady Theresy. Najpierw położy 

Megan  do  łóżka,  a  potem  zanurzy  się  w  aromatycznej,  gorącej  kąpieli. 

Tak,  zrobi  to.  I  będzie  to  wyjątkowo  gorąca  i  wyjątkowo aromatyczna 

kąpiel.  Przy  odrobinie  szczęścia  może  wyparują  resztki  wspomnień  o 

pewnym mieszkańcu San Jose, któremu zdarzyło się kiedyś odwiedzić Los 
Angeles. I jej biuro. I dom. I serce... 

Wyszła z samochodu i wtedy ujrzała coś, co ją zaintrygowało. Obeszła 

auto i znieruchomiała ze zdumienia. 

Róże! 

Dziesiątki, setki róż! 

W garażu i na schodkach prowadzących do domu leżały świeże różowe 

pączki, układając się w kolorową, różaną ścieżkę. T.J. poszła ich śladem i 

odkryła, że ścieżka prowadzi do frontowych drzwi. 

Czyżby  to  Megan  sprawiła  jej  taką  niespodziankę?  Ale  przecież  w 

ogródku  nie  było  róż,  a  poza  tym  pąki  rzeczywiście  ułożono  tak,  że 

prowadziły  z  garażu  do  domu.  Megan  nie  dałaby  rady  zrobić  tego 
wszystkiego. 

Więc  kto?  Może  ktoś  ma  takie  dziwne,  perwersyjne poczucie humoru? 

Zrobił  jej  nadzieję,  by  później  wyśmiać.  Theresa?  Niewykluczone. 

Dlaczego  bowiem  nalegała,  aby  T.J.  została  w  biurze  do  piątej,  choć 

zazwyczaj, jeśli kuzynka tylko napomknęła o wcześniejszym wyjściu, to 

Theresa niemal siłą wypychała ją na ulicę. 

Ostrożnie  otworzyła  drzwi.  Wszystkie  światła  były  wygaszone,  chociaż 

nie  powinny  być  o  tak  wczesnej  porze.  Jedynie  z  pokoju  gościnnego 

sączyła się wątła smużka. A może to napad? 

T.J. przygryzła wargę. To zaczynało być naprawdę dziwne. 

Zrobiła krok do przodu. Nikt jej nie witał. 

Cecilia?  Megan?  Wróciłam  do  domu.  -  Umilkła  na  chwilę.  -  Gdzie 

jesteście? 

Cisza. 

T.J.  wystraszyła  się.  Z  wrażenia  wypuściła  z  rąk  torebkę,  a  kiedy 

pochyliła się, żeby ją podnieść, zobaczyła, że na podłodze też jest pełno 

róż. I że też tworzą ścieżkę. 

Czując  przyśpieszone  bicie  serca,  ruszyła  tym  śladem.  Prowadził  od 

pokoju gościnnego do jadalni, gdzie urywał się nagle przy stole. 

Ale  ten  stół  wcale  nie  wyglądał  jak  jej  stół.  Nakryty  był  przepięknym, 

koronkowym obrusem i  przygotowany jak do romantycznej kolacji dla 

dwojga.  Ową  smużkę  światła,  którą  widziała  wcześniej,  rzucały  dwie 

świece osadzone w wysokich świecznikach. 

background image

 

93 

W powietrzu unosił się aromat jagód. Na samym środku stołu, pomiędzy 

świecami, leżał mały, biały niedźwiadek. Do jego łapek przywiązane było 

wstążką niewielkie pudełeczko. 

Mimo woli uśmiechnęła się do siebie. 

Zupełnie jak w reklamie. A więc to żart. Głupi żart. 

T.J. ujęła się pod boki. 

W  porządku,  Thereso,  to  wcale  nie  jest  zabawne!  -  zawołała 

podniesion

ym  głosem.  -  Chyba  trochę  przesadziłaś.  Bawisz  się  moim 

kosztem? Wystarczy. - 

Rozejrzała się po pustym wnętrzu. Nagle ogarnął ją 

niepokój.  Czy  aby  na  pewno  zrobiła  to  Theresa?  -  No dobrze, bardzo 

śmieszne.  Cha,  cha,  cha...  Słyszysz,  jak  się  śmieję?  Wychodź  już,  no 

wychodź. Zabawa skończona. Możesz iść do domu. 

Jednak wciąż odpowiadała jej cisza. 
- Dobra - 

krzyknęła. - Biorę do ręki miśka. Co mi powie, jak go nacisnę? 

„Dupa”?  A  może:  „Czy  wypełniłaś  już  swój  formularz  podatkowy? 

Szczęśliwych walentynek życzy Urząd Skarbowy”... 

T.J. wzięła maskotkę i ścisnęła ją tak, jak robiła to kobieta w telewizyjnej 

reklamie. 

Włącz przycisk - usłyszała. 

Aha. Więc to bardziej skomplikowane. Tak to sobie wymyśliłaś. Dobrze 

się bawisz? Uważaj, włączam. 

Odwróciła  misia  i  znalazła  na  jego  plecach  niewielki  przełącznik.  Po 

przestawieniu dźwigienki usłyszała trzask, a następnie głos. 

Męski głos. 

Głos Christophera. 

Upuściła misia na podłogę, ale ten nie przestał mówić. 

Wybacz mi. Byłem idiotą... 

Szybko podniosła zabawkę, po czym rozejrzała się wokół. 
- Christopher? - 

zawołała. Jej serce zaczęło walić jak oszalałe. Czyżby tu 

był? Czyżby wrócił, żeby się z nią zobaczyć? Dlaczego? Po co? Przecież... 

- Tutaj. 

Odwróciła się na pięcie. 

Stał  w  drzwiach,  tuż  za  nią.  Jak  to  możliwe?  Przecież  jeszcze  chwilę 

temu  nie  było  go  tam.  Ponownie  upuściła  misia  i  rzuciła  się 
Christopherowi w ramiona. 

On zaś poczuł się tak, jakby odzyskał przytomność po ataku serca. Boże 

drogi, nie sądził, że znowu będzie taki szczęśliwy. Bał się, że już na to za 

późno. Ale na szczęście zdążył. Tulił ją w ramionach, a więc nie było za 

późno. 

background image

 

94 

Opuścił głowę i pocałował ją z miłością. Znowu czuł, że żyje. Naprawdę 

żyje.  Bez  niej  tylko  odmierzał  czas,  zaliczał  kolejne  dni.  Nie  wiedział  o 

tym,  dopóki  nie  pojawiła  się  w  jego  życiu.  A  potem  ponownie  z  niego 

zniknęła. 

Poczekaj...  poczekaj  chwilę  -  wydyszała  mu  do  ucha  T.J.  Nie 

wypuszczając  jego  dłoni,  popchnęła  go  lekko  do  tyłu  i  spojrzała  mu  w 
oczy w poszukiwaniu odpowiedzi. - 

Co się tu dzieje? 

Dotrzymałem obietnicy i oto jestem na naszej walentynkowej randce. 

Na randce? Zdaje się, że byłeś zdecydowany opuścić mnie na zawsze. 

Co się takiego wydarzyło? 

Miałem czas przemyśleć wszystko i odzyskać rozum. Nie robiłem nic 

innego, tylko myślałem. O tobie. - Znów przytulił do siebie T.J. Nie chciał 

już nigdy wypuszczać jej z ramion. - Chciałem zapomnieć, ale wciąż byłaś 

przy mnie, w każdym moim śnie, na każdym zebraniu, które bezskutecznie 

usiłowałem poprowadzić... Prześladowałaś mnie, czułem się jak opętany. 

Wściekałem się na siebie, robiłem sobie wyrzuty, ale to było silniejsze ode 

mnie.  Ojciec  zawsze  żądał,  żebym  próbował  stawić  czoło  temu,  przed 

czym staram się uciec. To była akurat rozsądna rada. No więc wróciłem. 

Żeby  stawić  czoło,  tak?  -  Czuła  zawód.  Myślała  już,  że  choć  raz  w 

swoim  życiu  w  walentynki  usłyszy  o  miłości.  -  Więc  to  tylko 
przedstawienie? 

Nie, to nie przedstawienie. Wszystko przemyślałem. 

Przerwał  na  moment,  żeby  zastanowić  się,  czy  może  jej  o  wszystkim 

opowiedzieć. Pewnie, że może, odpowiedział sobie od razu. Przecież nie 

powinno między nimi być więcej sekretów. 

Jednak  jeśli  jej  powie,  będzie  wiedziała,  że  nie  wierzył  w  jej  historię, 

dopóki nie potwierdziły jej fakty. 

Mimo wszystko postanowił zaryzykować. 

Zadzwoniłem do szpitala. 

Do szpitala? Skinął głową. 

Niejaka  Theresa  Cohran  została  przyjęta  na  oddział  w  noc 

poprzedzającą mój przylot do Los Angeles - wyrecytował. 

Dlaczego miałabym kłamać w tej akurat sprawie? 

Bo  skłamałaś,  że  jesteś  kimś,  kim  nie  byłaś  -  odparł.  No  tak.  Teraz 

wszystko zaczn

ie się od nowa. 

Mówiłam ci, miałam powody, żeby tak postąpić - powiedziała znużona. 

Christopher jednak nie chciał znowu się kłócić. 

Wiem, miałaś powody. Z waszego punktu widzenia byłem kimś, z kim 

trudno normalnie się dogadać. - Uśmiechnął się na myśl o ich wspólnych, 

background image

 

95 

namiętnych nocach. - Ale, jeśli pamiętasz, dogadaliśmy się znakomicie. 

Fakt, szybko znaleźliśmy wspólny język - ona też uśmiechnęła się do 

swoich myśli. 

Więc  może  powinniśmy  spróbować  jeszcze  raz?  I  to  możliwie  jak 

najprędzej - zaproponował. 

T.J.  poczuła  przyjemny  dreszcz  na  plecach.  Przełknęła  ślinę. 

Podświadomie  czuła,  że  Christopher  nie  proponuje  jej  układu  typu: 
„zróbmy to po raz ostatni, skoro oboje tak tego chcemy, a potem -  do 
widzenia”. 

Teraz? A co z Cecilią i Megan? - zapytała. 

Są u Theresy. 

Hm, a więc przezornie zajął się wszystkim. 

Poprosiłem  ją,  żeby  przez  jakiś  czas  zatrzymała  je  u  siebie  -  dodał 

szybko i uśmiechnął się do niej. - Może nawet przez całą noc. 

- Theresa? To ona wie o wszystkim? 
-  Tak.  - 

Kiedy  się  z  nią  skontaktował,  bardzo  chętnie  zgodziła  się  mu 

pomóc.  To  właśnie  ona  zaproponowała,  żeby  Megan  i  Cecilia 

przenocowały u niej. 

I  nic  mi  nie  powiedziała?  -  zdumiała  się  T.J.  Theresa  nie  potrafiła 

dotrzymywać sekretów. 

Prosiłem  ją,  żeby  tego  nie  robiła,  a  ona  obiecała,  że  nie  zrobi.  Może 

znów bała się, że zerwę umowę? Zresztą, teraz to bez znaczenia. Dostałaś 
moje kwiaty? 

Roześmiała się. 

Przecież są rozrzucone po całym domu. 

Nie  chodzi  mi  o  te.  Mam  na  myśli  róże,  które  wysłałem  do  biura. 

Posłaniec  miał  je  przynieść,  gdy  będziesz  wychodziła.  Trzy  tuziny 

najdłuższych róż. 

T.J. przypomniała sobie olbrzymi bukiet, z którym minęła się w windzie, 

i jęknęła - z żalu i z radości. Te róże były dla niej! Pierwsze kwiaty, jakie 

dostała na walentynki! 

Posłałam je Theresie - przyznała skruszona. 

Nie chciałaś ich? Nie podobały się? - spytał zaniepokojony. 

Nie,  to  znaczy  chciałam,  ale  nie  wiedziałam,  że  są  dla  mnie.  Byłam 

pewna,  że  wysłano  je  Theresie.  Przez  cały  dzień  dostawała  prezenty.  - 

Bezradnie wzruszyła ramionami. - Przykro mi. 

Nawet bardziej, niż możesz przypuszczać, dodała w myślach. 

Uznałam po prostu, że to któryś z jej wielbicieli. Christopher ucałował 

jej zasmucone czoło. 

background image

 

96 

- Wcale nie - 

szepnął. - To prezent od jednego z twoich wielbicieli. 

-  Od mojego jedynego wielbiciela - 

poprawiła  go.  -  Żadnej  liczby 

mnogiej. A co, masz zamiar nim zostać? Uśmiechnął się i popatrzył na nią 

z czułością. 

Oczywiście - odparł. Na wieki wieków, dopowiedział w duchu. Trzymał 

ją przy sobie, patrzył w jej twarz i czuł się szczęśliwy. - Jakie masz plany 
na wieczór w Dniu Zakochanych? 

Roześmiała się. 

Jak to? Spędzam go tutaj, z tobą - odrzekła nieco zdezorientowana. 

Miałem na myśli walentynki 2010. 

- Co takiego? 

Christopher wypuścił ją z objęć. Podszedł do miejsca, w którym upuściła 

miśka, i podniósł maskotkę. 

Nie wysłuchałaś całej informacji. 

T.J. wzięła niedźwiadka na ręce. 

To on ma jeszcze coś do powiedzenia? 

Ma jeszcze coś do ofiarowania. - Wskazał pudełeczko w łapkach miśka, 

a wtedy T.J. ujęła je w dłonie i zaczęła rozplątywać czerwoną wstążkę. 

Jak zdołałeś sprawić, żeby mówił twoim głosem? - zapytała. Jej palce 

drżały, miał olbrzymią ochotę jej pomóc, schował jednak ręce do kieszeni. 

Poprosiłem  specjalistów,  żeby  w  jego  brzuchu  umieścili  miniaturowy 

magnetofon  - 

wyjaśnił. - Pomyślałem, że zwykłe „kocham cię” może nie 

zadziałać. 

W  końcu  udało  jej  się  rozwiązać  wstążkę.  Posadziła  misia  na  stole, 

wzięła głęboki oddech i otworzyła pudełeczko. 

Boże drogi, przecież nie może się teraz rozpłakać. 

To pierścionek - wyszeptała z niedowierzaniem. 

Wiem. Sam go wybrałem. 

T.J. podniosła oczy na Christophera. 
- Dla mnie? 

Niedbale wzruszył ramionami. Za chwilę się przekona, czy po raz kolejny 

zrobił z siebie durnia. 

Na miśka jest za duży. 

Ale...  to  pierścionek  zaręczynowy.  Wciąż  nie  wyjęła  go  z  pudełka. 

Dlaczego nie wyjęła? Czy zamierzała mu go zwrócić? 

Mhm.  Kiedy  ludzie  chcą  się  zaręczyć,  zazwyczaj  dają  sobie  takie 

właśnie  pierścionki  -  wyjaśnił  rzeczowo.  -  To  znaczy,  mężczyźni  dają 

kobietom... Słyszałaś o tym, nie? 

Boże, teraz dopiero czuł się skończonym bałwanem. Czy musi tak mleć 

background image

 

97 

ozorem bez ładu i składu? Wstrzymał oddech. 

- To znaczy - 

postanowił iść na całość - przyjmij go, jeśli chcesz zaręczyć 

się z takim idiotą, jak ja. 

Nie  chcę.  -  T.J.  popatrzyła  na  niego  poważnie.  -  Chcę  się  zaręczyć  z 

tobą. 

Co  za  ulga!  Natychmiast  wyjął  pierścionek  z  pudełka  i  wsunął  go  na 

palec T.J. Ponownie ją przytulił. 

A więc wszystko będzie dobrze? Wciąż nie mógł w to uwierzyć. 

Wiesz,  powinienem  był  zaufać  swojej  intuicji  od  razu,  kiedy  cię 

zobaczyłem - powiedział. 

- To znaczy? 

To  znaczy,  że  od  razu  wiedziałem,  że  jesteś  kobietą,  której  szukałem 

przez  całe  życie.  Inteligentną,  dowcipną,  czułą.  I  bardzo  całuśną.  Od 

początku nie miałem szans. To przerażające... 

Co jest przerażające? 

Potęga  miłości.  Szczęście.  -  Popatrzył  jej  prosto  w  oczy.  -  To, jak 

bardzo jesteśmy bezbronni, kiedy ten cwany aniołek wyceluje nam strzałą 

w tyłek... to znaczy... w serce. 

T.J. zarzuciła mu ramiona na szyję. 

Czy chcesz już zawsze chodzić ze strzałą w... sercu? 

Będę uwielbiał to uczucie. - Delikatnie musnął jej wargi. - I ciebie. 

Dobrze wiedzieć. Nie mam ochoty na nieodwzajemnioną miłość. 

Chciał to usłyszeć. Musiał to usłyszeć. 

Więc ty... Ty mnie kochasz? 

Jasne, że cię kocham. Wydaje ci się, że przyjęłabym takiego miśka od 

byle kogo? 

Pewnie,  że  nie.  Znam  cię  przecież.  W  takim  razie...  Szczęśliwych 

walentynek, kochana! 

-  Kochana... Powiedz to jeszcze, ale inaczej - 

szepnęła,  kiedy  zniżał 

głowę, aby ją pocałować. 

Co mam powiedzieć? - odchylił się. 

Moje imię. - Właściwie nigdy, z wyjątkiem jednego razu, nie nazwał jej 

po imieniu. - 

Powiedz moje imię. 

- Kochana T.J. - 

wyszeptał. 

Do  licha,  nie  wyglądała  na  T.J.  Kobiety,  które  kazały  nazywać  się 

inicjałami, zazwyczaj były chłodne, do bólu odpowiedzialne i zupełnie bez 

polotu. Nie były ciepłymi, kochającymi kobietami, jak ona. Nie wiedziały, 

jak rozpływać się w ramionach ukochanego mężczyzny. 

Wiesz,  chyba  wolę  jednak  mówić  do  ciebie  po  prostu  „kochanie”. 

background image

 

98 

Przecież  cię  kocham.  Kocham  jak  wariat.  Szczęśliwych  walentynek, 
kochanie... 

Serce niemal bolało ją ze szczęścia. Ten straszny dzień zakończył się tak 

wspaniale. 

Zakończył? 

O, nie, to dopiero był początek szczęścia! 

Szczęśliwych  walentynek  -  odpowiedziała  i  rzeczywiście  były  to 

wyjątkowo, hm, szczęśliwe walentynki. 

Pluszowy  miś  na  stole  mógłby  mieć  na  ten  temat  niejedno  do 

powiedzenia. 


Document Outline