background image

MARGIT SANDEMO 

CZAROWNICE NIE PŁACZĄ 

Z norweskiego przełoŜyła 

IWONA ZIMNICKA 

POL-NORDICA Publishing Ltd. 

Otwock 1995 

background image

ROZDZIAŁ I 

Osobie  postronnej  szpital  mógłby  się  wydać  pogrąŜony  we  śnie,  odpoczywający  w 

najczarniejszych  godzinach  nocy.  CięŜka  sylwetka  budynku  na  tle  granatowego  wiosennego 

nieba sprawiała wraŜenie wielkiej, zamarłej bryły. 

Na oddziale intensywnej terapii panowała jednak gorączkowa aktywność. Jedna z sal 

była w pełni oświetlona, przy łóŜku chorego stało trzech męŜczyzn: lekarz, adwokat i pastor. 

- Tak, Georg? - spytał adwokat. - Co chcesz powiedzieć? 

- Mój majątek... wszystko, co posiadam... - Chory z ogromnym trudem dobywał słów. 

- Wszystko juŜ załatwione, Georg. PoniewaŜ nie masz bezpośrednich spadkobierców, 

cały twój majątek przechodzi na... 

- Nie! Nie! Mam spadkobiercę, syna! 

- Co takiego? 

Georg  Abrahamsen  głęboko  zaczerpnął  powietrza,  by  powiedzieć  to,  co  konieczne, 

zanim będzie za późno. Słowa mu się rwały. 

-  Przez  tyle  lat...  Miałem  wyrzuty  sumienia...  Myślałem,  Ŝe  uda  mi  się  to  jakoś 

załatwić,  ale  nie...  nie  sądziłem,  Ŝe  koniec  nastąpi  tak  szybko...  Miałem  nadzieję,  Ŝe  ona 

umrze pierwsza i nic nie wpadnie w jej szpony... On ma dostać wszystko! Wszystko! Lindane 

w Hedom... 

- Jak się nazywa twój syn? 

Chory  mówił  tak cicho,  Ŝe  adwokat,  by  zrozumieć  słowa, musiał  mocno się  nad  nim 

pochylić. 

-  Nie  wiem.  Ona,  czarownica  z  Hedom,  napisała  do  mnie  później  o  dziecku.  Nie 

odpowiedziałem,  bałem  się  jej  i  bałem  się  skandalu.  Wiesz  przecieŜ,  Ŝe  byłem  Ŝonaty. 

Posłałem  jej  tylko  jednorazową  kwotę,  dwadzieścia  tysięcy...  ale  przez  ostatnie  lata  wiele 

myślałem  o  moim  synu.  Odnajdźcie  go  dla  mnie.  On  ma  dostać  wszystko,  co  posiadam. 

Podajcie mi papier i coś do pisania, prędko! Wy będziecie świadkami, wszyscy trzej! 

Adwokat wyjął kartkę i długopis, miał zamiar pisać pod dyktando chorego, ale Georg 

Abrahamsen pokręcił głową. Brakowało mu juŜ sił na mówienie, dał znak, Ŝe sam chce pisać. 

Z wysiłkiem naskrobał kilka słów. 

Adwokat, obserwując go, zapytał: 

- Czy matka dziecka ma na to jakiś dokument? 

- Nie, nie ma... Ta przeklęta czarownica... zwabiła mnie w wiarołomstwo. A potem... 

background image

potem próbowała mnie zabić. Wiele lat później... Ona jest zła! I niebezpieczna! Piękna młoda 

czarownica... 

Dłoń bezwładnie osunęła się na prześcieradło. Pastor, dostrzegłszy to, zapytał prędko: 

- Jak ona się nazywa? 

Georg  Abrahamsen  popatrzył  na  niego  szklanym  spojrzeniem,  próbując  coś 

powiedzieć,  ale  z  gardła  wydobył  mu  się  jedynie  chrapliwy  dźwięk.  Powieki  opadły, 

znieruchomiał. 

Lekarz pochylił się nad pacjentem. 

- JuŜ za późno - mruknął. - No cóŜ, niczego innego nie moŜna się było spodziewać. Co 

zdąŜył napisać? 

Adwokat wziął do ręki pomiętą kartkę i odczytał: 

Moja ostatnia wola: Mój syn z Lindane w Hedom ma dostać wszystko, co posiadam... 

Georg  Abrahamsen  najwyraźniej  zrozumiał,  Ŝe  jego  czas  dobiega  juŜ  końca,  i  pod 

spodem nagryzmolił swój podpis. Wprawdzie prawie nieczytelny, ale jednak był. 

- I co my z tym zrobimy? - zastanawiał się pastor. 

- Moim zdaniem testament jest w pełni waŜny - po namyśle orzekł adwokat. - Musimy 

odnaleźć  tego  chłopca.  Ale  to  zapewne  nie  będzie  łatwe.  Nie  wiemy,  ile  ma  lat  i  czy  nadal 

mieszka  w  Hedom.  Matka  w  tym  czasie  mogła  się  stamtąd  wyprowadzić.  Poszukiwania 

muszą odbywać się w tajemnicy, inaczej obstąpią nas tłumy matek, gotowych przyznać się do 

popełnienia małŜeńskiej zdrady, byle tylko zapewnić synowi spadek. 

- Sam tam się wybierzesz? 

-  Niestety,  nie  mam  czasu.  Prowadzę  właśnie  bardzo  skomplikowaną  sprawę.  Ale 

musi znaleźć się ktoś, kto się tym zajmie... 

- Lindane w Hedom - powtórzył zamyślony doktor Lanz. - Gdzie ja to juŜ słyszałem? 

Jestem  absolutnie  przekonany,  Ŝe...  Nie,  nie  przypomnę  sobie.  Ale  znam  chyba  kogoś,  kto 

idealnie  nadaje  się  do  tego  zadania.  Allan  Wide!  To  policjant,  obecnie  na  zwolnieniu 

lekarskim.  Trafiła  go  kula  i  został  czasowo  wykluczony  z  czynnej  słuŜby,  ale  nie  znaczy  to 

wcale, Ŝe nie moŜe się podjąć pracy takiej jak ta. Bezczynność tylko go nudzi. 

- To, co mówisz, brzmi zachęcająco - stwierdził adwokat. - Ale gdzie leŜy to Hedom? 

-  Nie  mam  pojęcia  -  odparł  lekarz.  -  Wiem  jedynie,  Ŝe  słyszałem  juŜ  tę  nazwę,  i  to 

całkiem niedawno. - Nagle jego twarz się rozjaśniła. - Pamiętam juŜ. To było tutaj, w szpitalu. 

Dziwna historia, ma związek z młodą kobietą... 

 

Doktor Lanz wiedział, Ŝe nie zazna spokoju, jeśli nie zajrzy do Isabell Falk. LeŜała na 

background image

oddziale psychiatrycznym. W szpitalu znalazła się cztery dni wcześniej z powodu załamania 

nerwowego.  W  biurze,  w  którym  pracowała,  opadła  na  biurko,  szczękając  zębami  jakby  z 

zimna.  Koledzy  z  pracy  opowiadali, Ŝe  błagała, by  pozwolono  jej  spać,  tylko  spać...  I  przez 

cztery  ostatnie  dni  nic  innego  właściwie  nie  robiła.  LeŜała  skulona,  jakby  usiłowała  się 

odgrodzić od okrutnego świata. 

Isabell  Falk  miała  trzydzieści  dwa  lata,  urodziła  się  w  Lindane  w  Hedom.  Miała 

jednego  syna.  Doktor  Lanz,  zanim  do  niej  poszedł,  zapoznał  się  z  jej  kartą  choroby.  O  ile 

dobrze wiedział, nikt o nią nie pytał od czasu przyjęcia jej do szpitala. Wydawało się, Ŝe nie 

ma  Ŝadnej  rodziny  poza  synem,  a  gdzie  on  mógł  być,  nie  dało  się  ustalić.  Isabell  nie 

odpowiadała,  kiedy  ktoś  próbował  się  czegoś  od  niej  dowiedzieć,  odwracała  się  po  prostu  i 

uciekała w sen. 

Doktor delikatnie otworzył drzwi do sali i stojąc w nich przyglądał się leŜącej w łóŜku 

nieszczęśliwej  kobiecie.  Była  w  szczególny  sposób  piękna.  Miedzianorude  cięŜkie  loki 

otaczały  wąską  twarzyczkę.  Doktor  zgadywał,  Ŝe  oczy  ma  zielone.  Figurę  miała  jak 

młodziutka dziewczyna, smukłą i wiotką. 

Nagle  poruszyła  się  i  otworzyła  oczy.  Rzeczywiście  są  zielone,  stwierdził  lekarz. 

Spoglądała  na  niego  bez  wyrazu,  ale  nagle  wzrok  jej  się  zmącił,  z  Ŝalu  czy  ze  strachu,  tego 

doktor nie był pewien. 

- Chcę spać - wymamrotała, odwracając się do ściany. 

-  Och,  nie,  proszę  chwilę  poczekać!  -  zaprotestował  szybko.  -  Chciałem  z  panią 

porozmawiać, pani Falk. 

- Panno Falk, Falk to moje panieńskie nazwisko - odparła ledwie słyszalnie. - Mam na 

imię Isabell. 

-  Isabell  -  powtórzył  wolno,  jakby  na  próbę,  zaskoczony,  Ŝe  w  ogóle  mu 

odpowiedziała. Zdarzyło się to po raz pierwszy. Czy mogło oznaczać, Ŝe powraca wreszcie do 

rzeczywistości? 

-  Isabell,  jest  parę  szczegółów,  które  musimy  poznać  ze  względów  praktycznych. 

MoŜe uda nam się rozwiązać twoje problemy. Kto zajmuje się twoim synem? Nie jest chyba 

sam? 

- Matti jest w Anglii. 

- U krewnych? 

- Nie, na kursie językowym. 

Na  kursie językowym? Doktor  Lanz  nie  potrafił  oprzeć  się  zdumieniu. Czy  ta  młoda 

kobieta naprawdę miała syna w takim wieku, by sam mógł podróŜować za granicę? 

background image

Zaniosła  się  nagle  szyderczym,  a  jednocześnie  gorzkim  śmiechem,  od  którego 

doktorowi ciarki przebiegły po plecach. 

- Problemy! - powtórzyła niemal drwiąco. - Gdyby ktokolwiek wiedział! 

- Czy nikt nie moŜe ci pomóc? - spytał lekarz ostroŜnie. - Na przykład ktoś w domu, w 

Hedom? 

Wreszcie nastąpiła reakcja, znacznie bardziej gwałtowna, niŜ się spodziewał. Nagłym 

ruchem odwróciła się w jego stronę. Z szeroko otwartych oczu wyzierał lęk, lęk tak głęboki i 

bolesny, Ŝe doktor sam się przeraził. 

Isabell uspokoiła się jednak i znów skuliła, jak gdyby chciała się przed czymś obronić, 

ale dłonie na prześcieradle mocno drŜały. Kontakt się urwał, lecz doktor i tak był zadowolony 

z postępu, jaki osiągnął. Prawdopodobnie przyczyna neurozy pacjentki wiązała się z rodzinną 

miejscowością.  Znów  Lindane  w  Hedom,  pomyślał.  Coś  musiało  się  jej  tam  przydarzyć; 

przypuszczał,  Ŝe  znalazła  się  pod  niezwykle  silną  presją  psychiczną  i  jej  równowaga 

umysłowa została gwałtownie zachwiana. 

W głowie doktora zaczął nabierać kształtów fantastyczny plan. Czy to się da zrobić? 

zastanawiał się. NaleŜy wszystko starannie rozwaŜyć... 

Podszedł do drzwi, ale odwrócił się, by jeszcze raz rzucić okiem na pogrąŜoną we śnie 

kobietę. Salę spowijał półmrok, dostrzec mógł jedynie zarys szczupłej postaci na łóŜku. Nagle 

przeszedł go dreszcz. Przez krótki moment miał wraŜenie, Ŝe zajrzał w jakiś zakazany rewir, 

tajemniczy, mistyczny, którego raczej nie powinno się zgłębiać... 

 

Znów  była  sama.  Natrętny  lekarz,  który  zadawał  tyle  pytań,  odszedł.  Wspomniał 

Hedom... 

Isabell  znajdowała  się  w  mglistej  krainie  pomiędzy  snem  a  jawą.  Była  na  powrót  w 

Hedom  i  czuła,  jak  łagodna,  słona  bryza  wichrzy  jej  włosy.  Przed  oczami  miała  smagane 

wiatrem wrzosowiska, jasne, zwietrzałe skały, niewielką gromadkę domów, wszystkie dobrze 

znane, drogie sercu miejsca, w których bawiła się jako dziecko. 

Matti powinien kiedyś to zobaczyć. Tam było tak pięknie. On nie pasuje do miasta, o 

wiele lepiej dla niego byłoby, gdyby mogli wrócić do Lindane w Hedom... 

Nagle świadomość przebiła się przez sen i Isabell znów zdała sobie sprawę z bolesnej 

prawdy:  Nigdy  więcej  nie  będzie  mogła  powrócić  do  Lindane.  To  miejsce  było  przed  nią 

zamknięte, tak jak wiele innych rzeczy w Ŝyciu, jak miłość i poczucie bliskości innych ludzi. 

Nikt nie moŜe mnie kochać, nikomu nie wolno mnie pokochać! Nikt nie wytrzyma z 

takim  człowiekiem  jak  ja.  A  ja...  ja  nie  potrafię  pokochać  nikogo,  Ŝadnego  człowieka  na 

background image

ś

wiecie! Jestem skazana na Ŝycie w samotności, w samotności, w samotności! 

Taka była jej ostatnia przytomna myśl, potem znów pochłonęła ją ciemność. 

 

Doktor Lanz zadzwonił do drzwi i stał przyglądając się tabliczce z nazwiskiem Allana 

Wide. Rozmyślał o tym, jak bardzo Allan zmienił się w ostatnich latach. Kiedyś był wesołym, 

otwartym młodym człowiekiem, ale teraz, w wieku trzydziestu czterech lat, stał się cyniczny, 

niemal zgorzkniały. 

Być moŜe nic w tym dziwnego, zadumał się doktor Lanz. PrzeŜycia Allana w kaŜdym 

mogłyby  zrodzić  cynizm  i  zwątpienie  w  bliźnich.  Allan  był  przystojny,  ale  miał  fatalną 

właściwość  podobania  się  kobietom,  które  go  wykorzystywały.  PrzeŜył  dwa  nieszczęśliwe 

romanse, a potem tragedię, kiedy to kolega z pracy, jego najbliŜszy przyjaciel, zginął od kuli 

młodocianego przestępcy. 

-  O,  to  ty!  Wejdź,  proszę!  -  Allan  nagle  stanął  w  drzwiach,  wysoki,  ciemnowłosy,  o 

bystrych, szarych oczach. Ubrany był w chabrową koszulę i jasne spodnie ze sztruksu. 

- Mam nadzieję, Ŝe nie przeszkadzam? 

- Oczywiście, Ŝe nie, raczej wprost przeciwnie - odparł Allan z uśmiechem. - Umieram 

z nudów, rozmyślając, za co by się tu zabrać. Wiesz dobrze, Ŝe nie jestem przyzwyczajony do 

takiego próŜnowania. 

- Jak się czujesz? 

-  Nieźle,  poza  tym,  Ŝe  ta  kula  od  czasu  do  czasu  daje  o  sobie  znać.  Na  przykład 

wczorajszy wieczór... Miałem go spędzić z najpiękniejszą dziewczyną w całym Göteborgu, a 

zamiast  tego  musiałem  wrócić  do  domu  taksówką  i  zaŜyć  środki  przeciwbólowe.  MoŜna 

powiedzieć, Ŝe to była katastrofa, ale, miejmy nadzieję, będą jeszcze inne wieczory! 

- Kim jest ostatnia wybranka? - spytał doktor Lanz, 

- Nazywa się Lena Dahlgren i jest najbardziej fantastyczną osobą, jaką kiedykolwiek 

wydała  ludzkość  -  odparł  Allan,  najwyraźniej  dumny.  -  Prześliczna  i  niesamowicie  zdolna! 

Dowcipna, inteligentna i ma niezwykle trzeźwy stosunek do Ŝycia. Potrafi nawet gotować, a 

ja bardzo to sobie cenię, bo moja nieco ekscentryczna matka potrafi uŜyć zielonego barwnika 

spoŜywczego  do  sosu  do  klopsików  rybnych.  śeby  dodać całości odrobiny  smaczku, jak  się 

wyraziła, kiedy ostatnio u niej byłem i nieopatrznie wspomniałem, Ŝe jestem głodny. 

Doktor Lanz zaniósł się głośnym śmiechem. 

-  Twoja  matka  jest  czarująca!  -  powiedział  ciepło.  -  Oby  takich  jak  ona  było  jak 

najwięcej! 

Allan nie słuchał. Myślał o Lenie, w jego oczach pojawił się wyraz rozmarzenia. 

background image

-  Widzisz,  ona  jest  naprawdę  porządną  dziewczyną,  a  takich  w  naszych  czasach  ze 

ś

wiecą szukać. Znamy się juŜ od dłuŜszego czasu, a ona w dalszym ciągu nie pozwala mi na 

nic  więcej  poza  pocałunkiem  na  dobranoc.  A  to  wnosi  w  naszą  znajomość  jeszcze  więcej 

napięcia. 

Doktor Lanz mruknął  coś niezrozumiałego. Cieszył się, Ŝe Allan znów zainteresował 

się płcią przeciwną, ale w tym, co mówił o zaletach swej wybranki, trudno było się doszukać 

choćby odrobiny romantyzmu. 

- To znaczy, Ŝe jesteś zakochany w tej swojej Lenie? - spytał. 

- Zakochany! - Allan uśmiechnął się krzywo. - O, nie, z tym skończyłem juŜ na dobre! 

Te wszystkie namiętne, płomienne uczucia mają to do siebie, Ŝe w ostrym świetle dnia gasną. 

Mnie  zaleŜy  na  normalnym  trzeźwym  związku,  opierającym  się  na  wzajemnym  szacunku  i 

wspólnych  zainteresowaniach.  Dopiero  wtedy  człowiek  ma  szansę  na  osiągnięcie  pełni 

szczęścia. 

Doktor  Lanz  westchnął.  Takie  to  niepodobne  do  Allana  -  idealisty  o  gorącym  sercu, 

jakiego znał wcześniej. Rozumiał jego zgorzkniałość po wszystkich doznanych zawodach, ale 

taka postawa to popadanie w skrajność. No cóŜ, innym nic do tego... 

-  Przychodzę  zapytać,  czy  nie  podjąłbyś  się  pewnej  sprawy,  prywatne  zlecenie. 

Interesuje cię to? 

- Jeszcze jak! - wykrzyknął Allan z zapałem. 

- WiąŜe się z koniecznością wyjazdu do miejsca, które nazywa się Lindane w Hedom - 

oznajmił doktor Lanz. - Chodzi o sprawę spadkową... 

W jak najkrótszych słowach opowiedział o ostatniej woli Georga Abrahamsena. 

-  A  więc  mam  dyskretnie  powęszyć.  Muszę  jednak  przyznać,  Ŝe  podstawy  do  tego 

dajesz mi mizerne - powiedział Allan zamyślony. 

-  Lindane  to  nieduŜa  miejscowość.  MoŜliwości  nie  powinno  być  zbyt  wiele  -  odparł 

doktor  Lanz.  -  Mogę  ci  podać  kilka  faktów.  Georg  wspomniał,  Ŝe  był  wtedy  Ŝonaty.  Jego 

małŜeństwo  trwało  dwadzieścia  pięć  lat,  a  Ŝona  zmarła  przed  piętnastu  laty.  Syn  musi  więc 

mieć teraz od piętnastu do czterdziestu lat. 

- To niezwykle upraszcza sprawę - stwierdził Allan z nieskrywaną ironią. 

- Georg  Abrahamsen mówił,  Ŝe matki chłopca trzeba się wystrzegać - ciągnął doktor 

Lanz.  -  Powiedział,  Ŝe  to  prawdziwa  czarownica,  zła  i  niebezpieczna.  Z  tego  co  mówił 

wynikało,  Ŝe  usiłowała  go  zabić.  Sam  przeprowadziłem  coś  na  kształt  dochodzenia  i 

wyciągnąłem  od  gospodyni  Georga  historię  o  czymś,  co  wydarzyło  się  mniej  więcej  pięć-

sześć  lat  temu.  Wrócił  do  domu  blady  jak  trup  i  opowiedział,  Ŝe  o  mały  włos,  a  jakaś 

background image

rozwścieczona kobieta rozjechałaby go samochodem. Gospodyni spytała, czy wiedział, kto to, 

a on kiwnął głową i odparł: „Tak, znałem ją kiedyś. Wiedziałem, Ŝe jest zła, ale nie Ŝe moŜe 

być aŜ tak niebezpieczna!” Nazywał ją „czarownicą z Hedom”. 

-  Czarownica  z  Hedom  -  powtórzył  Allan  z  krzywym  uśmiechem.  -  No  cóŜ,  wobec 

tego  wiem,  czego  mam  szukać.  Czy  moŜesz  być  tak  dobry  i  powiedzieć  mi,  jak  wygląda 

czarownica? 

-  Nie  mam  pojęcia!  -  Doktor  Lanz  wzruszył  ramionami.  -  Ale  na  pewno  zdołasz  ją 

odnaleźć, Allanie. Jest coś jeszcze... 

- Co takiego? 

- Nie dotyczy to bezpośrednio sprawy, ale ma związek z miejscowością, z Lindane w 

Hedom.  Mamy  w  szpitalu  pacjentkę,  trzydziestodwuletnią  kobietę,  która  świadomie  lub 

nieświadomie stara się zerwać wszelki kontakt z otaczającym ją światem. 

- Kiepski ze mnie psychiatra... - zaczął Allan, ale lekarz przerwał mu: 

- Wcale nie musisz nim być. Ta kobieta przede wszystkim potrzebuje ochrony i kogoś, 

kto  rozwiąŜe  realną  stronę  jej  tajemnicy.  Tym  razem  takŜe  przeprowadziłem  pewne 

dochodzenie i o ile się dobrze orientuję, mamy tu do czynienia ze sprawą kryminalną. 

- Jakiego rodzaju? 

-  Ktoś  systematycznie  próbuje  doprowadzić  ją  do  samobójstwa,  a  przynajmniej  do 

utraty zmysłów. 

- Terror psychiczny? Paskudna sprawa. Wyjaśnij mi to bliŜej - poprosił Allan. 

-  Usiłowałem  nawiązać  z  nią  kontakt,  ale  niespecjalnie  mi  się  powiodło. 

Rozmawiałem z jej kolegami z pracy i otrzymałem adres dziewczyny, z którą Isabell Falk, tak 

się  nazywa  pacjentka,  dzieliła  kiedyś  mieszkanie.  Dziewczyna  niewiele  wiedziała  o 

współlokatorce, ale powiedziała mi, Ŝe mieszkał z nimi szesnastoletni syn Isabell, Matti, i Ŝe 

miłość Isabell do chłopca była naprawdę wzruszająca. 

- Wydawało mi się, Ŝe powiedziałeś, Ŝe ona ma trzydzieści dwa lata! Nie moŜe więc 

mieć szesnastoletniego syna! - przerwał mu Allan. 

- Tak się czasami zdarza. 

- No cóŜ, to prawda. Mów dalej. 

- Niedługo pomieszkali we wspólnym mieszkaniu. Pewnego dnia gospodarz oznajmił, 

Ŝ

e Isabell musi się wynieść. Dostał list... 

- Jaki list? - dopytywał się zaciekawiony Allan. 

-  O  ile  dobrze  zrozumiałem,  pełen  złośliwości.  Anonimowy  nadawca  postarał  się jak 

umiał oczernić Isabell. Isabell wpadła w rozpacz i powiedziała koleŜance, Ŝe tego właśnie się 

background image

spodziewała.  Wszystko  jedno  gdzie  się  znalazła,  bez  względu  na  to  gdzie  mieszkała  czy 

pracowała,  jej  zwierzchnicy  zawsze  otrzymywali  listy,  a  potem  okazywało  się,  Ŝe  nie  moŜe 

tam dłuŜej zostać. WciąŜ zmuszano ją do przenosin. Jeśli zaprzyjaźniła się z męŜczyzną, on 

takŜe otrzymywał taki list i nieodmiennie kończyło się tym, Ŝe się wycofywał. Przez kilka lat 

udawało jej się ukrywać, miała więc nadzieję, Ŝe nareszcie będzie mogła Ŝyć w spokoju. Listy 

jednak znów zaczęły nadchodzić, przeganiając ją jak tropione zwierzę z miejsca na miejsce. 

Kiedy przywieziono ją do szpitala, w ręce trzymała pomiętą kopertę. Ściskała ją tak mocno, 

Ŝ

e musieliśmy rozewrzeć dłoń siłą. Koperta zawierała fotografię. Masz tu jedno i drugie. 

Allan badawczo przyglądał się pogniecionej kopercie. 

-  Zaadresowana  do  miejsca  pracy  -  mruknął.  -  Drukowane  litery.  Stempel  pocztowy 

Hedom. - Spojrzał na fotografię, przedstawiającą dość ładną młodą dziewczynę. - Czy to jest 

Isabell Falk? 

Doktor Lanz pokręcił głową. 

- Nie, nie mam pojęcia, kto to moŜe być. 

- Jakim człowiekiem jest ta twoja pacjentka? - spytał Allan. 

- Dziewczyna, z którą dzieliła mieszkanie, określiła ją jako miłą, z rodzaju tych co to 

zawsze  i  wszędzie  gotowe  są  słuŜyć  pomocą  ludziom,  którym  nie  ułoŜyło  się  najlepiej. 

Nieliczne  historie  miłosne,  jakie  przeŜyła,  skończyły  się  fiaskiem,  i  to  nie  wyłącznie  z 

powodu  owych  anonimowych  listów,  ale  teŜ  i  dlatego,  Ŝe  miała  tendencję  do  wybierania 

niewłaściwego partnera. Jakby Ŝywiła słabość do męŜczyzn, którym się dotąd nie powiodło, a 

którzy potem wykorzystywali ją i jej dobroć. 

- To przykre - mruknął Allan. - Być moŜe wyjaśnia, dlaczego urodziła dziecko w tak 

młodym wieku. Czy była zamęŜna? 

- Najprawdopodobniej nie. Co innego jest dziwne w romansach Isabell Falk. Zdaniem 

jej  współlokatorki,  Isabell  zdawała  się  pragnąć  kogoś,  kogo  mogłaby  obdarzyć  swoją 

miłością, ale gdy tylko ktoś próbował się do niej zbliŜyć, wpadała w dziki popłoch. 

- MoŜe nie znalazła jeszcze tego jedynego - podsunął Allan z uśmiechem. 

- Och, nie Ŝartuj sobie! Podobną reakcję zaobserwowaliśmy w szpitalu. Gdy tylko ktoś 

jej dotknął, podrywała się i patrzyła na nas przeraŜona do obłędu. 

- Szok? 

- Na to wygląda. Taka reakcja odstrasza pewnie ewentualnych zalotników. KoleŜanka 

była  zdania,  Ŝe  choć  Isabell  na  zewnątrz  sprawiała  wraŜenie  spokojnej  i  zrównowaŜonej, 

nerwy  miała  napięte  do  ostatnich  granic  i  w  zasadzie  w  kaŜdej  chwili  groziło  jej  załamanie 

psychiczne. 

background image

-  To  zrozumiałe,  jeśli  przez  wiele  lat  ją  terroryzowano  -  stwierdził  Allan  po  chwili 

zastanowienia. - Ale czego oczekujesz ode mnie? 

- Isabell Falk urodziła się i wychowała w Hedom - powiedział lekarz powoli. - Kiedy 

dziś w nocy wspomniałem tę nazwę, śmiertelnie się przeraziła. Mimo to jednak dziewczyna, 

która  dzieliła  z  nią  mieszkanie,  twierdziła,  Ŝe  Isabell  wielokrotnie  wspominała  rodzinne 

strony, jak gdyby do nich tęskniła. 

- Świetnie to rozumiem - powiedział Allan. - Tam jest niezwykle pięknie. 

Doktor Lanz patrzył na niego zdumiony. 

- Znasz to miejsce? 

-  Oczywiście!  -  uśmiechnął  się  Allan.  -  Kiedy  byłem  dzieckiem,  w  czasie  wakacji 

mieszkaliśmy niedaleko Lindane. 

- Gdzie to, na miłość boską, jest? 

- Nad morzem. To smagane wichrem pustkowie ze wzgórzami porośniętymi wrzosem 

i małymi zacisznymi zatoczkami, w których latem panuje niemal tropikalny upał. Trudno to 

miejsce  określić jako  ośrodek  turystyczny.  Ostatni  raz  byłem tam  wiele  lat  temu, ale  dobrze 

pamiętam  surowe  prawa  moralne  panujące  wśród  tamtejszej  ludności.  Ludzie  w  Hedom 

zawsze czyhali na błędy innych. 

- Znam takich - pokiwał głową doktor Lanz. - Znaleźć ich moŜna nie tylko tam. 

- Chcesz więc, abym spróbował się dowiedzieć, czy anonimowy autor listów mieszka 

w Lindane? 

-  Chcę  wiedzieć  jeszcze  więcej,  Allanie.  Jak  powiedziałem,  moim  zdaniem  Isabell 

Falk potrzebuje ochrony policyjnej... 

Oczy Allana zwęziły się. 

- Do rzeczy, doktorku! Ku czemu zmierzasz? 

-  Dobrze,  niczego  nie  będę  owijać  w  bawełnę  -  odparł  doktor  Lanz  powaŜnie.  -  Te 

prześladowania  naleŜy  przerwać,  inaczej  Isabell  Falk  całkowicie  się  załamie.  Teraz  ciągle 

jeszcze ma szansę, by być zdrowa i szczęśliwa, ale kolejny wstrząs moŜe ją doprowadzić do 

ostateczności. Za prawdziwy cud uwaŜam, Ŝe wytrzymała tak długo. Musimy ustalić, kim jest 

autor listów... 

- Łatwiej powiedzieć niŜ zrobić - zauwaŜył Allan. 

- Być moŜe się zdradzi, jeśli Isabell powróci do rodzinnej miejscowości. 

- Pytanie, czy jej nerwy wytrzymają taką próbę - rzekł Allan z powątpiewaniem. - Nie 

mówiąc  juŜ  o  tym,  Ŝe  to  moŜe  się  łączyć  z  zagroŜeniem.  Ktoś  jej  nienawidzi,  a  naleŜy 

przypuszczać, Ŝe ta osoba przebywa właśnie w Hedom. W jaki sposób miałbym jej pilnować? 

background image

Będzie potrzebowała osobistej ochrony przez dwadzieścia cztery godziny na dobę! 

-  Właśnie  o  to  mi  chodzi!  Chcę,  abyś  był  przy  niej  dzień  i  noc!  -  z  zapałem 

wykrzyknął doktor Lanz. - Listy otrzymują zawsze osoby jej najbliŜsze. I ktoś musi postarać 

się  zdobyć  zaufanie  Isabell,  Ŝebyśmy  mogli  się  dowiedzieć,  co  ją  naprawdę  dręczy.  Proszę, 

abyś mi w tym pomógł, Allanie. 

Allan  popatrzył  zdumiony,  ale  nie  zdąŜył  nic  powiedzieć,  bo  doktor  Lanz  dokończył 

stanowczo: 

-  Chodzi  tylko  o  miesiąc!  Chcę,  Ŝebyś  wynajął  dom  w  Lindane  i  wprowadził  się  do 

niego razem z Isabell Falk. Będziecie udawać nowoŜeńców! 

background image

ROZDZIAŁ II 

Allan z niedowierzaniem wpatrywał się w doktora Lanza. 

-  Chyba  całkiem  oszalałeś!  -  krzyknął.  -  Miałbym  jechać  do  Hedom  i  udawać,  Ŝe 

jestem męŜem kobiety, której nigdy przedtem nie widziałem na oczy? Jak myślisz, co powie 

na to Lena? 

-  Nie  musisz  jej  wcale  informować,  Ŝe  będziesz  mieszkać  razem  z  Isabell  Falk  - 

spokojnie  podpowiedział  lekarz.  -  Mówimy  o  czysto  praktycznym  rozwiązaniu,  które 

umoŜliwi przyjście z pomocą nieszczęśliwej istocie. Tu nie chodzi o Ŝadną przygodę miłosną. 

I tak wybierasz się do Hedom, Ŝeby odnaleźć pozamałŜeńskiego syna Georga Abrahamsena. 

CzyŜbyś juŜ o tym zapomniał? 

- O niczym nie zapomniałem - odrzekł Allan gniewnie. - Ale czym innym jest wyjazd 

w  całkiem  zwyczajnej  sprawie,  a  czym  innym  zamieszkanie  pod  jednym  dachem  z  młodą 

kobietą o, jeśli dobrze rozumiem, bardzo nieciekawej reputacji. 

-  Wcale  nie  odniosłem  wraŜenia,  Ŝe  Isabell  Falk  jest  kobietą  rozwiązłą  -  chłodno 

odparł  doktor  Lanz.  -  Wprawdzie  jako  bardzo  młoda  dziewczyna  urodziła  dziecko,  ale  być 

moŜe  winne  są  temu  okoliczności,  nad  którymi  nie  panowała.  Takie  osądzanie  ludzi  bez 

uprzedniego  poznania  prawdy  bardzo  jest  do  ciebie  niepodobne,  Allanie.  Przed  chwilą  z 

pogardą wyraŜałeś się o tych, którzy za wszelką cenę starają się wytknąć błędy innym. 

- Przepraszam - powiedział Allan. - Ale sam chyba rozumiesz... 

-  Pozwól  mi  dokończyć!  -  przerwał  mu  lekarz.  -  Co  do  Isabell  Falk,  odniosłem 

wraŜenie,  Ŝe  doświadczyła  ona  wiele  zła.  Jest  zaszczuta  i  nieszczęśliwa,  nie  potrafi  teŜ 

przełamać  nienaturalnego  lęku  przed  fizycznym  kontaktem  z  męŜczyzną,  sądzę  więc,  Ŝe  nie 

musisz  się  z  jej  strony  obawiać  Ŝadnych  uwodzicielskich  sztuczek.  Poza  tym  obchodzą  ją 

jedynie słabi i tacy, którym się nie powiodło, a ciebie do tej grupy trudno zaliczyć. 

- Mnie chodzi o Lenę! - zaprotestował Allan. - Nigdy nawet mi się nie śniło, Ŝe znajdę 

kobietę taką jak ona, piękną, inteligentną i jednocześnie realistkę! Nie chcę ryzykować, Ŝe ją 

utracę. 

Doktor  Lanz  miał  dosyć  wysłuchiwania  pochwał  na  temat  owej  nieznanej  Leny,  ale 

zanim  zdąŜył  coś  powiedzieć,  rozległ  się  dzwonek  u  drzwi.  Allan  pospieszył  otworzyć  i  po 

chwili wprowadził do salonu jedną z najpiękniejszych dziewcząt, jakie doktor Lanz widział w 

Ŝ

yciu. 

- Mowa o słońcu i juŜ zaczyna świecić! - powiedział Allan z uśmiechem. - Oto i Lena! 

background image

Leno,  pozwól,  Ŝe  ci  przedstawię  doktora  Lanza,  starego  przyjaciela  mego  ojca.  Właśnie  mu 

opowiadałem, jakim jestem szczęściarzem, Ŝe cię spotkałem. 

- Miło z twojej strony, Ŝe tak myślisz - Lena pokazała w uśmiechu równe białe zęby. 

Ubrana w bladozielone spodnium; była szczupła, opalona, miała złote włosy i klasyczne rysy. 

Nosiła w sobie pewność, która zaimponowała doktorowi Lanzowi. Nagle zapragnął, by ubyło 

mu trzydzieści lat. Rzeczywiście, Allan nie przesadza, pomyślał. Lena okazała się prawdziwą 

pięknością,  a jeśli  na  dodatek jest  zdolna  i inteligentna,  to  nic  dziwnego,  Ŝe  Allan  boi  się ją 

utracić. 

-  Byłam  w  pobliŜu  i  pomyślałam  sobie,  Ŝe  zajrzę  i  dowiem  się,  jak  się  miewasz  - 

ciągnęła. - Wczoraj wyglądałeś marnie. Lepiej się juŜ czujesz? 

-  Tak,  dość  szybko  mi  przeszło  -  odparł  zakłopotany.  -  Szkoda,  Ŝe  musieliśmy 

odwołać obiad, ale odrobimy to kiedy indziej. 

- Allan dostał postrzał w obojczyk i kula wciąŜ tam tkwi - wyjaśniła Lena doktorowi. - 

Ale niedługo wreszcie ją usuną, prawda, Allanie? 

- Doktor Lanz wie wszystko o tym przeklętym wypadku - odpowiedział Allan. - To on 

mnie wtedy pocerował. Masz ochotę na coś do picia, Leno? 

- Nie, dziękuję, dopiero co jadłam w „Grandzie” z szefem jakiejś agencji reklamowej. 

Chciał,  Ŝebym  wystąpiła  w  filmie  reklamowym,  ale  mnie  cały  pomysł  nieszczególnie  się 

spodobał, więc grzecznie odmówiłam. 

- Pani jest fotomodelką? - spytał doktor Lanz. 

-  Traktuję  to  wyłącznie  jako  hobby.  Z  pewnością  mogłabym  zrobić  karierę  w  tej 

branŜy, gdybym tylko chciała, ale moim zdaniem mądrze jest zdobyć solidne wykształcenie. 

Jakiś  tytuł  trzeba  przecieŜ  mieć,  a  „kurator  społeczny”  brzmi  bardzo  godnie,  prawda?  - 

Roześmiała się. - Ale, rzecz jasna, jako fotomodelka mogę więcej zarobić. 

- Z całą pewnością - odparł uprzejmie doktor Lanz. 

Allan  nie  słuchał.  Ciągle  czuł  się  uraŜony  propozycją  lekarza  i  zanim  doktor  Lanz 

zdołał go powstrzymać, opowiedział Lenie całą historię. 

- On chce, Ŝebym przez cały miesiąc odgrywał rolę męŜa Isabell Falk! Słyszałaś kiedy 

coś podobnego? 

Lena się uśmiechnęła. 

-  Czy  to  naprawdę  powód,  by  się  tak  unosić?  Praca  to  praca.  Oczywiście  zaleŜy  od 

warunków,  to  znaczy,  czy  się  to  opłaca  pod  względem  finansowym.  I  jak  ta  Isabell  Falk 

wygląda? 

- Nie mam pojęcia - fuknął Allan. - I wcale mnie to nie interesuje! 

background image

- Czy ona jest ładna? - Lena pytająco popatrzyła na doktora Lanza. 

Lekarz zastanowił się. Piękno ma tak róŜne oblicza w zaleŜności od oczu, które na nie 

spoglądają...  Jego  akurat  ujęła  oryginalna  uroda  nieszczęsnej  kobiety,  ale  naleŜałoby  chyba 

określić ją raczej jako fascynującą niŜ piękną. 

- Niełatwo mi na to odpowiedzieć - odrzekł dyplomatycznie. 

- Czy jest ładniejsza ode mnie? - błyskawicznie padło kolejne pytanie. 

- Czy to w ogóle moŜliwe? - elegancko odparował lekarz. 

- Pan mi schlebia, doktorze - stwierdziła Lena z lekko drwiącym uśmieszkiem. 

-  Wcale  nie  -  odparł  takim  samym  tonem.  -  Ale  Ŝarty  na  bok,  nie  sądzę,  aby  Isabell 

Falk  w  jej  obecnym  stanie  wydała  się  Allanowi  pociągająca.  Jest  bardzo  apatyczna.  Nie 

podejrzewam teŜ, aby on był w jej typie. 

- Tego nigdy nie wiadomo - powiedziała Lena beztrosko. 

-  Mówiąc  serio,  wydaje  mi  się,  Ŝe  nie  ma  pani  Ŝadnych  powodów  do  niepokoju  - 

zapewnił doktor Lanz. 

- Wcale się nie niepokoję o Allana - odparła Lena. - Ale dla Ŝadnego z nas nie byłoby 

przyjemne, gdyby ludzie się dowiedzieli, Ŝe on mieszka z inną kobietą i w dodatku uchodzi za 

jej męŜa. 

-  Hedom  to  maleńka  mieścina  na  odludziu,  poza  tym  wszystko  przebiegać  będzie  w 

jak  największej  dyskrecji.  Isabell  Falk  z  całą  pewnością  zrozumie  sytuację,  jest  dojrzałą, 

trzydziestodwuletnią kobietą. 

- Taka stara! - wykrzyknęła Lena z wyraźną ulgą. 

- Serdecznie dziękuję! - powiedział Allan z przekąsem. 

- Z męŜczyznami to zupełnie co innego - stwierdziła Lena z uśmiechem, wsuwając mu 

dłoń pod ramię. 

- Rozmawiacie o tej sprawie, jak gdyby wszystko juŜ zostało postanowione - oburzył 

się Allan. - Czy ja nie mam juŜ nic do powiedzenia? W końcu jednak to mnie dotyczy! 

- Przede wszystkim dotyczy to nieszczęśliwej, udręczonej osoby i jedynej szansy, by 

wyplątała  się  z  matni  -  spokojnie  powiedział  lekarz.  -  Jeśli  to  prześladowanie  się  nie 

zakończy, ona całkowicie się załamie. Dopóki nie zdemaskujemy nadawcy listów, dla Isabell 

Falk nie ma nadziei. Jej stan na krótko moŜe się poprawić, ale kiedy terror znów się zacznie, 

moŜe nastąpić katastrofa. 

Allan nic na to nie powiedział. 

-  To  przecieŜ  tylko  na  miesiąc  -  przekonywał  go  lekarz.  -  A  poza  tym  i  tak  masz  w 

Hedom zadanie do wypełnienia. 

background image

W pokoju zapadła cisza. Lena przenosiła wzrok z jednego męŜczyzny na drugiego i to 

ona w końcu przerwała milczenie. 

- Wydaje mi się, Allanie, Ŝe powinieneś się zgodzić - oświadczyła. 

Allan spojrzał na dziewczynę zdumiony i cokolwiek rozczarowany. 

- A co z samą Isabell Falk? - spytał krótko. - Czy ktoś zapytał ją o zdanie? 

Lekarz potrząsnął głową. 

-  Konieczna  jest  najpierw  twoja  wyraźna  odpowiedź  -  wyjaśnił.  -  Jak  więc  będzie, 

Allanie? 

Młody człowiek głęboko zaczerpnął powietrza. 

- No cóŜ, zgoda! - odpowiedział zrezygnowany. - Ale w dalszym ciągu twierdzę, Ŝe to 

igranie z ogniem. 

Później miał przypomnieć sobie te słowa i stwierdzić, Ŝe kryły w sobie więcej prawdy, 

niŜ mógł to sobie wyobrazić. 

 

Allan  złościł  się  na  siebie  za  to,  Ŝe  okazał  się  na  tyle  głupi,  by  rozpocząć  podróŜ  w 

samym środku godzin szczytu. On i jego nieznajoma towarzyszka podróŜy utknęli w korku na 

drodze wyjazdowej z Göteborga na południe. 

Od  czasu  do  czasu  ukradkiem  zerkał  na  młodą  kobietę,  siedzącą  obok  niego  w 

milczeniu,  nieruchomo.  Zwrócił  uwagę,  Ŝe  starała  się  utrzymać  między  nimi  bezpieczną 

odległość.  Doktor  Lanz  miał  rację  -  starannie  unikała  jakiejkolwiek  formy  fizycznego 

kontaktu. Nie podała mu nawet ręki, kiedy lekarz ich sobie przedstawiał. 

Zdumiewało go, Ŝe doktorowi naprawdę udało się namówić Isabell Falk do powrotu w 

rodzinne  strony,  których  lękała  się  bardziej  niŜ  czegokolwiek  innego.  Sprawiała  jednak 

wraŜenie  całkowicie  zobojętniałej.  Być  moŜe  z  ulgą  przyjmowała  fakt,  Ŝe  ktoś  inny,  po 

wszystkich tych złych latach, podejmuje za nią decyzję. Jeszcze bardziej dziwiło go,  Ŝe sam 

przystał  na  ten  szalony  projekt.  Teraz,  po  wszystkim,  nie  miał  właściwie  pewności,  jak  do 

tego  doszło.  Wiedział  jedynie,  Ŝe  stało  się  tak  w  wyniku  pomieszania  współczucia,  jakie 

odczuwał  dla  nieznajomej  kobiety,  ze  sporą  porcją  protestu,  jaki  zrodził  się  w  nim,  kiedy 

Lena nie sprzeciwiła się jego wyjazdowi 

ś

al mu było  Isabell, ale to nie przeszkadzało, by odczuwał wobec niej coś na kształt 

niechęci.  Stanowiła  absolutne  przeciwieństwo  Leny.  Podczas  gdy  jego  wybranka  zawsze 

robiła  ogromne  wraŜenie  swoją  urodą  i  bijącym  pewnością  siebie  zachowaniem,  Isabell 

zdawała się przepraszać, Ŝe Ŝyje. 

Owszem, była bardzo ładna z tymi płomiennie rudymi włosami i wielkimi zielonymi 

background image

oczami, profil, jak zauwaŜył, teŜ miała śliczny. Była jednak zbyt blada, niemal przezroczysta, 

a sylwetkę miała wysmukłą jak podlotek. 

Kilkakrotnie próbował nawiązać z nią rozmowę, ale prawie bez powodzenia. 

Kiedy spytał, dlaczego zgodziła się jechać z nim do Hedom, odpowiedziała dziwnym, 

bezbarwnym głosem: 

- A dlaczego nie? 

- To nie jest Ŝadna odpowiedź - stwierdził, starając się ukryć irytację. 

-  Zawsze  pragnęłam  jeszcze  raz  ujrzeć  Hedom  -  powiedziała  w  końcu  cicho,  ze 

smutkiem. - I doktor Lanz był dla mnie taki dobry. Chciałam zrobić to, o co prosił. 

- Nie masz ani trochę własnej woli? - wybuchnął Allan. 

- Nie - odparła po prostu. 

- Te obrzydliwe listy, czy one naprawdę przychodzą z Hedom? 

ś

adnej reakcji poza lekkim drgnięciem rąk. 

- Tak - powiedziała krótko. 

- Nie boisz się? 

- Owszem, boję. 

- Musimy wreszcie połoŜyć temu kres. Zgadzasz się ze mną? 

Pochyliła głowę i powiedziała ledwie słyszalnie: 

- Nie będzie Ŝadnego kresu. MoŜe być tylko gorzej. 

- I to cię przeraŜa? 

- Tak. 

- Doktor Lanz wyjaśnił ci chyba, Ŝe jadę z tobą po to, by nad tobą czuwać? 

- Tak, ale czy moŜna ustrzec kogoś przed złem niesionym wiatrem? Albo przed tym, 

które tkwi w jego własnym wnętrzu? 

Wydawało  się,  Ŝe  uznała  rozmowę  za  zakończoną,  lecz  Allan  teraz,  kiedy  udało  mu 

się nawiązać z nią bodaj wątły kontakt, nie miał zamiaru rezygnować. 

-  Wiesz  przecieŜ,  Ŝe  jesteśmy  najzwyczajniej  w  świecie  zmuszeni  do  zamieszkania 

pod  jednym  dachem  -  powiedział  wręcz  zaczepnie.  -  Ale  nie  musisz  się  mnie  bać.  Jest 

dziewczyna,  z  którą  wkrótce  mam  nadzieję  się  oŜenić,  i  Ŝadna  inna  poza  nią  mnie  nie 

interesuje. 

Pokiwała głową i odwróciła się do okna. 

- Rozumiem. O mnie teŜ moŜesz być spokojny. 

- Masz pewnie jakiegoś przyjaciela? 

- Nie, ja... ja nie mogę się z nikim wiązać. 

background image

- No tak, prawda. Znów te anonimowe listy! Co w nich właściwie jest? 

Pytanie spadło na nią zbyt nagle. 

- Bardzo proszę, nie pytaj mnie o to - powiedziała cicho. 

Nagle  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  Isabell  z  pełną  świadomością  kroczy  ku  własnej 

zagładzie. Zrezygnowała z wszelkiej walki, dlatego tak łatwo dała się namówić na powrót do 

Hedom. Pogodziła się z losem. W Allanie wszystko protestowało przeciw takiej postawie. 

- Zapewnię ci ochronę, jakiej potrzebujesz - oświadczył, lekko zakłopotany. 

Odpowiedziała dopiero po chwili. 

-  Wiem,  Ŝe  cię  nie  obchodzę.  To  jeden  z  powodów,  dla  których  przyjęłam  tę 

propozycję.  Dzięki  temu  te  okrutne  listy  nie  wyrządzą  ci  Ŝadnej  krzywdy.  Dość  się  juŜ 

napatrzyłam, jak raniły moich przyjaciół i w końcu zmuszały, by się ze mną rozstali. 

- A twój syn, Matti? Czy on takŜe padł ofiarą tego terroru? 

- Zawsze starałam się mieć oko na jego pocztę, ale on i tak się o tym dowiedział. 

- Jak to przyjmuje? 

Zrozumiał, Ŝe niełatwo jej odpowiedzieć na to pytanie. Kilkakrotnie przełknęła ślinę i 

wreszcie wydusiła z siebie: 

- Przedtem wszystko było w porządku. Ale teraz... wszedł w wiek buntu. On się mnie 

boi. 

Allana  zastanowiły  jej  ostatnie  słowa.  Boi?  Dlaczego  syn  miałby  się  bać  własnej 

matki?  Gdyby  się  na  nią  gniewał  albo  gardził  nią  dlatego,  Ŝe  urodziła  dziecko  jako  bardzo 

młoda dziewczyna, byłoby to bardziej zrozumiałe. Ale bać się? 

Zdziwiony pokręcił głową i o nic więcej juŜ nie pytał. 

 

Zatrzymali się w przydroŜnym zajeździe, Ŝeby coś zjeść. Allan miał nadzieję, Ŝe przy 

posiłku  dowie  się  czegoś  więcej  o  przeszłości  Isabell,  ale  ona  była  teraz  jeszcze  bardziej 

milcząca  i  zamknięta  w  sobie.  Siedziała  ze  wzrokiem  wbitym  w  talerz  i  ledwie  tknęła 

jedzenie. Jej ostroŜne ruchy niezmiernie irytowały Allana, miał ochotę złapać ją za ramiona i 

mocno potrząsnąć. 

Myślał  o  beztroskim  usposobieniu  Leny,  o  jej  ogromnym  apetycie  na  Ŝycie  i 

zastanawiał się, jak zdoła przetrwać z tą cieplarnianą roślinką cały miesiąc. 

- Przepraszam na chwilę - mruknęła Isabell, wstając. 

Allan uprzejmie odsunął jej krzesło, a potem patrzył, jak idzie do toalety. Poruszała się 

w  osobliwy,  posuwisty  sposób.  Jak  lunatyczka,  przyszło  mu  do  głowy.  Westchnął  z 

rezygnacją. 

background image

Isabell ciepłą wodą opłukała lodowate dłonie. Podniosła głowę i popatrzyła na swoje 

odbicie  w  lustrze.  Upłynęło  kilka  sekund,  zanim  zrozumiała,  Ŝe  widzi  swą  własną  twarz  z 

wielkimi, szeroko otwartymi oczami. Wyglądała bardzo  źle. Co się wydarzyło? Dlaczego tu 

stoi? 

Dokądś zmierzała. Jechała samochodem razem z obcym męŜczyzną. 

Hedom... 

CzyŜby oszalała? Jechać do Hedom? Ona? Jak w transie osuszyła ręce, zabrała torebkę 

i  wyszła.  Wiedziała,  co  powinna  zrobić.  To  jedyne  rozwiązanie...  Allan  widział,  jak  Isabell 

przechodzi  przez  kafeterię  w  stronę  drzwi  wyjściowych,  ale  nie  zareagował.  Przyjął  za 

oczywiste,  Ŝe  poszła  po  coś  do  samochodu.  Upłynęło  dziesięć  minut,  cały  kwadrans...  W 

końcu  zrozumiał,  Ŝe  coś  jest  nie  tak.  A  moŜe  wsiadła  do  samochodu  i  czeka?  Dlaczego  nie 

mogła  mnie  uprzedzić?  pomyślał  gniewnie.  Mruknął  coś  przez  zęby  i  pospiesznie  opuścił 

zajazd. 

Wóz  okazał  się  pusty,  Isabell  nigdzie  nie  było  widać.  Schował  dumę  do  kieszeni  i 

spytał  siedzącą  w  budce  kioskarkę,  czy  nie  widziała  przechodzącej  tędy  młodej  rudowłosej 

kobiety. 

Kioskarka skinęła głową. 

- Poszła dalej drogą, będzie jakieś dziesięć minut temu. 

- W stronę Göteborga? 

- Tak. 

Allan  biegiem  wrócił  do  samochodu.  Bardziej  niŜ  kiedykolwiek  Ŝałował,  Ŝe  dał  się 

namówić na udział w tym eksperymencie. Doktor Lanz musiał postradać rozum, Ŝe wypuścił 

ze  szpitala  chorą  osobę!  Jak  zdoła  jej  przez  cały  czas  pilnować,  skoro  ona  ma  takie  szalone 

pomysły! 

Ruszył w drogę powrotną. Nigdzie ani śladu Isabell. Mogła gdzieś zboczyć. A jeśli w 

ogóle jej nie znajdzie? PrzecieŜ był teraz za nią odpowiedzialny... 

Droga skręcała i zaraz za zakrętem ją zobaczył. Szła poboczem, nie zwracając uwagi 

na sunące obok samochody. Kamień spadł mu z serca. Nigdy nie przypuszczał,  Ŝe widok jej 

drobnej, przygarbionej postaci sprawi mu tyle radości. 

Zahamował tuŜ przy niej i otworzył drzwiczki samochodu. 

- Wskakuj - powiedział krótko. 

Isabell popatrzyła na niego oczami zranionego zwierzęcia. 

- Nie mogę - szepnęła. - Nie mogę tam wrócić. 

Uzgodniliśmy, Ŝe podejmiemy próbę, czyŜ nie tak? Obiecałaś doktorowi Lanzowi, Ŝe 

background image

ze mną pojedziesz. 

- Tak, ale wtedy nie wiedziałam, co robię. Byłam chora. 

-  Teraz  teŜ  nie  jesteś  zdrowa  -  stwierdził  Allan  z  brutalną  szczerością.  -  Wsiadaj  do 

samochodu. Nie masz chyba zamiaru wracać do samego Göteborga piechotą! 

Isabell nie ruszyła się z miejsca. 

- Czego się tak boisz? - spytał zniecierpliwiony. - Nikt nie ma zamiaru pozbawiać cię 

Ŝ

ycia. 

Drgnęła. 

- Tak by było najlepiej - powiedziała cicho. 

Allan  wpatrzył  się  w  nią,  jakby  wzrokiem  próbował  przeniknąć  jej  duszę  aŜ  do 

samego  dna.  Potem  zrezygnowany  wzruszył  ramionami,  wyskoczył  na  szosę  i  mocno  złapał 

swą podopieczną za ramiona, chcąc zmusić ją, by wsiadła. 

Z ust Isabell wydobył się zduszony krzyk. Wyrwała mu się z siłą, o jaką nigdy by nie 

podejrzewał drobnego ciała. Allan musiał się cofnąć. 

- Co znowu? - zapytał gniewnie. - Nie moŜesz znieść nawet... 

Urwał  gwałtownie.  Taka  właśnie  była  prawda.  Doktor  Lanz  go  ostrzegł.  Isabell  nie 

znosiła, by ktokolwiek się do niej zbliŜał. W zdenerwowaniu całkiem o tym zapomniał 

-  Wybacz  mi  -  mruknął.  -  Isabell,  proszę!  Obiecałem,  Ŝe  będę  cię  strzegł,  a  zwykle 

dotrzymuję słowa. MoŜesz mi zaufać. 

Zielone oczy popatrzyły na niego dziwnie, badawczo. Przez moment zwęziły się jak u 

kota, a potem pojawiła się w nich pustka, wszelki wyraz zniknął. Westchnęła zrezygnowana i 

usadowiła  się  na  przednim  siedzeniu.  Milcząca  i  śmiertelnie  zmęczona  pozwoliła  Allanowi 

zawrócić i jechać dalej drogą, którą przybyli - ku Lindane w Hedom. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Jechali przez wiele godzin, wreszcie zaczęli zbliŜać się do wybrzeŜa. Allan zerknął na 

Isabell. Siedziała z dłońmi mocno splecionymi na kolanach, a im bardziej intensywny stawał 

się  aromat  wrzosowisk  wymieszany  ze  słonym  zapachem  morza,  tym  wyraźniej  rysował  jej 

się na twarzy wyraz napięcia. 

Rozumiał,  Ŝe  pełna  jest  wyczekiwania,  a  zarazem  się  boi.  Wkrótce  będą  juŜ  w  jej 

ukochanym  Lindane  w  Hedom,  ale  kaŜdy  kilometr  przybliŜał  ich  teŜ  do  wroga,  który 

nienawidził Isabell do tego stopnia, Ŝe dręczył ją latami, zmieniając jej Ŝycie w koszmar. 

Allan  ani  trochę  nie  cieszył  się  na  nadchodzący  miesiąc.  Niechęć  w  stosunku  do 

Isabell  Falk  nie  zmniejszyła  się  wcale  po  jej  próbie  ucieczki  z  zajazdu,  ale  jeszcze  bardziej 

było mu jej Ŝal. Próbował postawić się w jej sytuacji, wyobrazić powrót w rodzinne strony po 

wielu latach nieobecności. 

-  Chcesz,  Ŝebyśmy  się  na  chwilę  zatrzymali?  -  spytał.  -  Powietrze  jest  tu  zupełnie 

niezwykłe, znam teŜ pewne miejsce, z którego będziemy mieli widok na całe Lindane. 

Odwróciła się do niego, w zielonych oczach błysnął płomyk podejrzliwości. 

- Byłeś tu juŜ kiedyś? 

- Tak, jako dziecko. Moi rodzice wynajmowali w pobliŜu dom na lato. 

Patrzyła na niego zaskoczona, ale nic nie powiedziała. 

Kiedy  wysiedli  z  samochodu,  uderzył  ich  wiatr  od  morza.  Mglisto  niebieska  linia 

horyzontu  odcinała  się  od  wiosennego  nieba.  Isabell,  stojąc  nieruchomo,  spoglądała  na  raj 

swego  dzieciństwa.  Przez  krótką  chwilę  zdołała  zapomnieć  o  swej  rozpaczy  i  strachu  przed 

tym, co ją czeka w Hedom. 

Allan  przyłapał  się  na  tym,  Ŝe  zadaje  sobie  pytanie,  jak  wygląda  Isabell,  kiedy  się 

uśmiecha. Trudno było wyobrazić sobie tę kobietę śmiejącą się w głos, z czystej, niczym nie 

zmąconej  radości.  Kiedyś  jednak  musiała  przecieŜ  być  wesoła  i  szczęśliwa  jak  inne  młode 

dziewczyny i chichotała, dzieląc się z przyjaciółkami sekretami. 

Dziwnie było o tym myśleć, to wydawało się niemal tak samo nieprawdopodobne jak 

fakt, Ŝe ma trzydzieści dwa lata i szesnastoletniego syna. PrzeŜycia nie wyryły śladów na jej 

wciąŜ  gładkiej twarzy,  tylko  wyraz  oczu  świadczył  o  koszmarze,  z  którym  Ŝyła  od  długiego 

czasu. 

W  Isabell  tkwiło  coś,  co  czyniło  ją  zaskakująco  odmienną  od  innych  kobiet,  coś 

niezwykle  trudnego  do  zdefiniowania...  Allan  zwrócił  się  myślą  ku  Lenie,  na  jego  twarzy 

background image

pojawił  się  lekki  uśmiech.  Cudowna,  śliczna  Lena  i  ten  jej  błogosławiony  spokój,  który  nie 

dopuszczał histerii i nerwic! JuŜ zdąŜył za nią zatęsknić. 

- Tak tu pięknie - usłyszał cichy głos Isabell. - Ale to złe miejsce i niebezpieczne... 

Allan nie odpowiedział. Zdawał sobie sprawę, Ŝe pytanie, co teŜ ma ona na myśli, na 

nic  się  nie  zda.  Po  prostu  nie  potrafiła  mówić  o  swojej  tajemnicy.  Sam  będzie  musiał 

rozwikłać  tę  zagadkę,  delikatnie  podpytując  mieszkańców  Hedom.  Wkrótce  teŜ  powinien 

otrzymać list od anonimowego nadawcy, zdziwiłby się, gdyby było inaczej. 

Miał  nadzieję,  Ŝe  tajemnicę  Isabell  rozszyfruje  w  miarę  szybko  i  będzie  mógł  się 

zabrać  do  odszukania  spadkobiercy  Georga  Abrahamsena.  Ta  sprawa  interesowała  go 

znacznie bardziej. 

- No, chyba powinniśmy ruszać dalej - oświadczył nagle. Isabell posłusznie wróciła do 

samochodu  i  usiadła  z  przodu.  Allan  zapalił  silnik  i  skoncentrował  się  na  wąskiej,  krętej 

drodze,  schodzącej  ku  morzu.  Upłynęła  chwila,  zanim  się  zorientował,  Ŝe  jego  towarzyszka 

siedzi z zamkniętymi oczami i głową opartą o szybę. Spała. 

Allan westchnął z rezygnacją. Pamiętał, co powiedział mu doktor Lanz - Isabell miała 

zwyczaj uciekać od rzeczywistości w sen. Bez Ŝadnego uprzedzenia,  w dowolnym miejscu i 

czasie  potrafiła  zapaść  w  drzemkę.  To  będzie  o  wiele  trudniejsze,  niŜ  mi  się  wydawało, 

pomyślał z niechęcią. 

 

Isabell  powoli  wracała  ze  swego  świata  snu.  Fale  strachu  wysyłane  z  mózgu 

rozprzestrzeniały  się  po  całym  ciele,  spływały  w  koniuszki  palców,  w  nogi,  które  same  z 

siebie chciały poderwać się do ucieczki. 

Znów przecieŜ była w Hedom! W Lindane! 

Gdzieś  z  daleka,  z  bardzo  daleka  dobiegał  ją  głos  Allana  Wide,  rozmawiającego  ze 

starszą kobietą, która wydawała jej się znajoma, ale nie potrafiła jej umiejscowić. Z wymiany 

zdań zrozumiała, Ŝe kobieta pokaŜe im dom, a potem odejdzie. 

Isabell przypomniała sobie, co powiedział Allan, nim wsiedli do samochodu: 

„No, chyba powinniśmy ruszać dalej!” 

Dalej,  czyli  do  Lindane!  Nagle  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  naprawdę  tam  jadą,  i  znów 

ogarnęło  ją  owo  niewyjaśnione  zmęczenie.  Z  całej  podróŜy  nic  nie  pamiętała,  zostało  jej 

jedynie niejasne wspomnienie, Ŝe szli wysypaną Ŝwirem ścieŜką do jakiegoś domu. 

Teraz  jednak...  Teraz  juŜ  wiedziała,  gdzie  jest.  Nie  mogła  w  to  uwierzyć,  szeroko 

otworzyła przepełnione lękiem oczy. 

- Ten dom! - jęknęła. - Oni zrobili to celowo! 

background image

-  Nie  bądź  niemądra  -  Ŝachnął  się  Allan.  -  Dom  jest  własnością  gminy  i  był  akurat 

wolny. Nikt nie wiedział, Ŝe masz przyjechać. Został wynajęty na moje nazwisko, a kto mógł 

przypuszczać, Ŝe właśnie ty jesteś moją tak zwaną Ŝoną. Dlaczego tak się tym przejmujesz? 

Isabell nie mogła zapanować nad drŜeniem całego ciała. 

- Ta kobieta? - spytała szczękając zębami. - Ona na mnie patrzyła! Poznała mnie! 

- Jak mogła na ciebie nie patrzeć! Przywitała się z tobą! 

Postanowił  nie  mówić,  jak  dziwnie  zareagowała  kobieta  na  widok  Isabell.  Przez 

ułamek  chwili  jej  twarz  wyraŜała  obrzydzenie,  wymieszane  ze  strachem.  Zdołała  jednak 

wziąć się w garść i uprzejmie przywitać, kiedy przedstawił Isabell jako swoją Ŝonę. 

- Kim ona była? - spytała nagle Isabell. 

- Powiedziała, Ŝe nazywa się Karin Simonsen. 

-  Ach,  tak,  pani  Simonsen!  Matka  Torego...  -  Isabell  zapatrzyła  się  gdzieś  w  dal. 

Powoli,  jakby  pokonując  zmęczenie,  potarła  czoło.  -  Czy  mogę  się  wprowadzić  do  tego 

małego pokoiku z prawej strony na piętrze? - spytała cicho. 

-  Skąd  wiesz,  Ŝe  na  górze  z  prawej  strony  w  ogóle  jest  jakiś  pokój?  -  zdumiał  się 

Allan. 

- To mój rodzinny dom. 

Allan wytrzeszczył oczy. 

- Nie wiedziałem o tym... 

Zapadła cisza, wreszcie Allan wyjąkał: 

- Czy z tym miejscem łączą się twoje złe wspomnienia? 

Isabell zawahała się chwilę. 

- Nie... Nie gorsze niŜ z innymi miejscami tu w Hedom. Jeśli nie masz nic przeciwko 

temu, pójdę teraz na górę trochę odpocząć. Czuję się zmęczona po podróŜy. 

Skinął głową, wziął jej walizkę i poszedł przodem w górę po schodach. 

- Do licha! - wyrwało mu się, kiedy dotarł na piętro. - Pani Simonsen pościeliła tylko 

małŜeńskie łoŜe w wielkiej sypialni. 

Isabell  zaczęła  się  śmiać,  ale  jej  śmiech  wydawał  się  sztuczny,  wymuszony,  jakby 

zapomniała, co to znaczy dostrzec element komizmu w trudnej sytuacji. 

- To brzmi jak wyjęte z taniego francuskiego romansidła! - stwierdziła. 

Allan spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale w końcu i on musiał się uśmiechnąć. 

- Masz rację! Dlaczego traktować wszystko ze śmiertelną powagą, Isabell? Postarajmy 

się  znaleźć  w  tej  przymusowej  sytuacji  dobre  strony.  śadne  z  nas  nie  jest  szczególnie 

zachwycone tym układem, ale patrzenie spode łba na drugą osobę w niczym tu nie pomoŜe. 

background image

Posiedź tu sobie chwilę, a ja przygotuję ci łóŜko w twoim pokoju. 

- Ja... moŜe w tym czasie zrobię jakąś kolację? - spytała nieśmiało. 

- Doskonale! I pamiętaj, gdyby zajrzeli tu jacyś sąsiedzi, nie wpuszczaj ich na piętro. 

Najlepiej będzie nie pozbawiać ich iluzji o parze szczęśliwych nowoŜeńców! 

Traktował to jak dowcip, ale Isabell patrzyła na niego z powagą. 

-  Nie  sądzę,  by  ktokolwiek  chciał  tu  przyjść,  jeśli  ludzie  dowiedzą  się,  Ŝe  to  ja  tutaj 

mieszkam. 

Nie  czekając  na  odpowiedź  zeszła  na  dół.  Długo  stała  wpatrując  się  w  nieduŜe 

drzwiczki w korytarzu na dole. Wzięła głęboki oddech i otworzyła je. Czuła jak wali jej serce, 

kiedy  wspinała  się  na  palce,  by  zajrzeć  na  najwyŜszą  półkę  schowka.  Odetchnęła  jednak  z 

ulgą.  To,  owo  okropieństwo,  które  kiedyś  tam  leŜało,  zniknęło.  MoŜe  istniało  tylko  w  jej 

wyobraźni? O, nie, to by było zbyt proste... 

Po cichu wyszła z kuchni. Jej twarz wyraŜała pustkę. 

 

Skończyli  jeść  i  usiedli  na  schodkach  domu,  skąd  roztaczał  się  widok  na  morze,  a 

takŜe na nieduŜy placyk przed sklepem, na którym skupiła się gromadka ludzi, pochłoniętych 

rozmową. 

Allan  obserwował  zebranych  przez  lornetkę,  którą  znalazł  na  ścianie  w  korytarzu. 

Podał ją teraz Isabell. 

- Znasz ich wszystkich, powiedz mi, kim są, po kolei. 

Liczył się z tym, Ŝe Isabell odmówi, ale ku jego zaskoczeniu spokojnie wzięła lornetkę 

z jego rąk i zaczęła wyliczać: 

-  Tam  stoi  pani  Simonsen,  ją  juŜ  poznałeś.  Patrzy  w  naszą  stronę,  na  pewno  składa 

raport  o  tym,  Ŝe  ja  wróciłam.  Elegancka  dama  w  kapeluszu  z  szerokim  rondem  i  białych 

rękawiczkach to pani Jahr. Jest wdową. Jej mąŜ powiesił się w lesie tuŜ za domem. Wybuchł 

chyba  wielki  skandal.  Mnie  wtedy  jeszcze  nie  było  na  świecie,  mogę  więc  ci  tylko 

powiedzieć, co mówili inni. 

-  Z  jakiego  powodu  się  powiesił?  -  spytał  Allan.  -  Pani  Jahr  nie  wygląda  na  osobę, 

która mogłaby doprowadzić męŜa do ostateczności. 

-  Bo  to  prawda.  W  moim  odczuciu  jest  prawdziwą  damą.  Zawsze  mi  jej  było  Ŝal. 

Starała  się  robić  dla  innych  co  mogła.  Kilka  lat  po  śmierci  męŜa  objęła  stanowisko  szefa 

Wydziału  Spraw  Socjalnych,  po  pewnym  czasie,  rzecz  jasna.  Stopniowo  awansowała.  MąŜ 

wpadł podobno w tarapaty finansowe... Obok pani Jahr stoi jej córka Ella, parę lat starsza ode 

mnie. Wyszła za mąŜ, ale z tego, co ludzie mówili, to małŜeństwo nie było szczególnie udane. 

background image

Była juŜ rozwiedziona, kiedy ja... 

- Kiedy ty: co? - Allan patrzył na nią z zainteresowaniem. 

Isabell odwróciła głowę. 

- Kiedy wyrzucono mnie z Hedom. 

- Wyrzucono? 

- Kiedy nie mogłam tu juŜ dłuŜej mieszkać. 

Ledwie było słychać, co wydusiła z siebie, i Allan pospieszył z pytaniem: 

- Co to za maluchy, które stoją razem z dorosłymi? 

- Przypuszczam, Ŝe to córki Pera-Arnego. Per-Arne i ja przyjaźniliśmy się jako dzieci. 

OŜenił się z Torą, największą plotkarką w okolicy. 

Na  twarzy  Isabell  pojawił  się  obcy,  twardy  wyraz.  Allan  obserwował  ją  ze 

zdziwieniem. 

-  W  Lindane  mieszka  chyba  niewiele  rodzin.  Widzę  nie  więcej  niŜ  sześć,  siedem 

domów. Nie miałaś zbyt wielu towarzyszy zabaw, kiedy byłaś mała? 

- O, nie, byliśmy zgraną gromadką, zawsze trzymaliśmy się razem - odparła Isabell z 

nieobecnym wyrazem twarzy, który miał tak dobrze poznać. - Biedny Tore zapadł na paraliŜ 

dziecięcy  i  miał  kłopoty  z  chodzeniem,  ale  i  tak  zawsze  bawił  się  z  nami.  Tore  to  syn  pani 

Simonsen. No i była jeszcze Ella i Per-Arne, i ja. I oczywiście Kjell, brat Elli... Dobrze nam 

było razem. Do czasu - dodała. Drobnym ciałem wstrząsnął dreszcz. 

Trzy moŜliwości, pomyślał Allan. Trzech ewentualnych dziedziców milionów Georga 

Abrahamsena: Tore Simonsen, Per-Arne i Kjell Jahr. 

- Nie zmarzłaś? - zapytał. - MoŜe wejdziemy do środka? 

- Nie, nie jest mi zimno. 

Znów zapadła cisza. Allan wyciągnął się na schodku. Cudowne miejsce. Gdyby tylko 

była z nim Lena zamiast... 

W  następnej  chwili  poderwał  się  na  równe  nogi.  Na  huk  i  brzęk  tłuczonego  szkła 

zareagował, jakby był na słuŜbie. W sekundę znalazł się w domu... 

Isabell  siedziała  jak  sparaliŜowana,  w  końcu  jednak  poszła  za  Allanem.  Okno  w 

salonie  zostało  wybite  kamieniem,  do  którego  taśmą  przyklejono  kawałek  papieru.  Allan  go 

rozwinął. 

- Chcesz zobaczyć? - Podał kartkę Isabell. 

- Nie. 

-  Zaadresowano  ją  do  „pana  Falka”!  -  wykrzyknął  Allan.  -  Muszę  przyznać,  Ŝe  to 

niezwykle bezczelne... 

background image

Urwał. Krótka notatka była jednoznaczna: 

Czarownice nie potrafią płakać! Powodzenia! 

Próba  schwytania  osoby,  która  wrzuciła  kamień  przez  okno,  nie  miała  sensu.  Krzaki 

rosnące wokół domu zapewniały temu komuś schronienie, a poza tym minęło juŜ zbyt wiele 

czasu. 

Spojrzał  na  Isabell.  Zrezygnowana  osunęła  się  na  krzesło.  CięŜkie  miedzianorude 

włosy skrywały twarz. Milczała. 

Doktor Lanz, który był przy łoŜu śmierci Georga Abrahamsena, wspomniał, Ŝe zmarły 

w ostatnich słowach powiedział: 

Ona jest zła! I niebezpieczna! Piękna młoda czarownica... 

Isabell  miała  szesnastoletniego  syna,  Mattiego,  a  to  znaczyło,  Ŝe  i  jego  naleŜało 

wpisać na listę ewentualnych spadkobierców majątku milionera. Allan nie wiedział, dlaczego 

ta myśl mu się nie spodobała. 

- Porozmawiajmy chwilę! - poprosił. - Muszę rozeznać się w sytuacji. Dlaczego autor 

anonimu  insynuuje,  Ŝe  jesteś  czarownicą?  Miałaś  kiedykolwiek  coś  wspólnego  z  czymś 

takim? 

Isabell potrząsnęła głową. 

Allan  popatrzył  na  nią  zrezygnowany.  Sprawiała  wraŜenie,  jakby  całkowicie  się 

poddała, jakby nie miała juŜ sił ani ochoty na walkę z wrogiem. 

-  Isabell!  -  próbował  ją  przekonać.  -  Jeśli  mam  ci  pomóc,  to  w  kaŜdym  razie  ty  nie 

moŜesz działać przeciwko mnie. Co ma znaczyć cała ta historia z czarownicami? 

- Nie wiem - odparła bezradnie. 

- Owszem, wiesz - uniósł się Allan. - Nie kłam mi prosto w oczy! 

Pokręciła głową, jakby chciała wyrazić sprzeciw. 

- To tylko stara historia, która ze mną nie ma nic wspólnego - powiedziała cicho. 

- Jaka historia? - spytał Allan ostro. 

-  Na  wrzosowiskach  jest  pewne  miejsce...  Podobno  kilkaset  lat  temu  spalono  tu 

czarownicę. - Powtórzyła z uporem: - To nie ma nic wspólnego ze mną! 

Allan podejrzewał,  Ŝe to stwierdzenie mija się z prawdą, wiedział jednak, Ŝe aby coś 

wydobyć z Isabell, musi postępować z nią delikatnie. Albo teŜ próbować ją zaskoczyć. 

-  Wcześniej  wspomniałaś  kiedyś  o  złu,  które tkwi  we  wnętrzu  człowieka.  Z  jakiegoś 

powodu dręczą cię wyrzuty sumienia, prawda? 

-  Przestań!  Ja juŜ  dłuŜej nie  wytrzymam!  Nie  wytrzymam!  -  powiedziała zduszonym 

głosem. 

background image

Allan  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  Isabell  balansuje  na  krawędzi  choroby  psychicznej, 

dlatego nie  śmiał  więcej  jej  naciskać.  Zamiast  tego  poprosił,  aby  opowiedziała  mu  o  swoim 

Ŝ

yciu, od dzieciństwa do dnia dzisiejszego. 

- Pomiń wszystko, o czym trudno ci jest mówić. Podaj mi przynajmniej najwaŜniejsze 

informacje.  Jeśli  mam  sobie  stworzyć  twój  zgodny  z  prawdą  wizerunek,  muszę  dowiedzieć 

się o tobie czegoś więcej. 

- Rozumiem - pokiwała głową. 

- A więc zaczynaj! 

- Miałam wspaniałe dzieciństwo - cichym głosem zaczęła swą opowieść Isabell. - Mój 

ojciec  był  kierownikiem  szkoły,  a  mama,  jak  to  się  mówi,  „tylko”  gospodynią  domową. 

Zmarła, gdy skończyłam siedem lat... 

- Miałaś wielu towarzyszy zabaw? 

-  Tak,  było  nas  pięcioro,  zawsze  trzymaliśmy  się  razem.  Ella  i  Kjell  Jahr,  Per-Arne, 

biedny Tore i ja. Oczywiście od czasu do czasu się kłóciliśmy, ale na ogół wszystko między 

nami układało się jak najlepiej. Pani Jahr surowo wychowywała Ellę i Kjella. To prawdziwa 

dama starej daty. Ella nie zawsze potrafiła iść w ślady matki. A Kjell... 

- Co z Kjellem? 

- Ja... Kiedy byliśmy mali, nie lubiłam być blisko niego. On nie był ładny, ale to wcale 

nie  dlatego. Mnie  wydawał  się  wręcz  odraŜający, zasmarkany,  brudny  i...  Dziecko  natury  w 

najgorszym znaczeniu tego słowa, mam nadzieję, Ŝe rozumiesz, o co mi chodzi. Wstydziłam 

się swoich uczuć, bo on był przecieŜ taki miły. Per-Arne był od nas starszy i wcześnie oŜenił 

się  z  Torą,  której  Ŝadne  z  nas  nie  polubiło.  Mój  ojciec  zmarł  na  wylew,  a  potem...  Potem 

musieliśmy stąd wyjechać, Matti i ja. 

Ani  słowa  o  tym,  kto  jest  ojcem  jej  dziecka  ani  dlaczego  go  nie  poślubiła,  pomyślał 

Allan. Nie miała więcej niŜ szesnaście lat, kiedy zaszła w ciąŜę. Ledwie dziewczynka! 

No cóŜ, wyjaśnienie tej kwestii musiało poczekać. NajwaŜniejsze, Ŝe Isabell miała do 

niego zaufanie. Głośno zapytał: 

- Dokąd pojechaliście, ty i twój syn? 

- Najpierw do Göteborga, ale on był maleńki, nie mogłam podjąć Ŝadnej pracy i źle mi 

się  powodziło.  Stanęło  więc  na  tym,  Ŝe  przeniosłam  się  na  wieś,  do  gospodarza,  gdzie 

jednocześnie  mogłam  pracować  i  opiekować  się  Mattim.  Przez  jakiś  czas  Ŝyło  nam  się  nie 

najgorzej, ale potem przyszedł pierwszy anonim i straciłam tę pracę. Matti  był juŜ wtedy na 

tyle  duŜy,  Ŝe  mógł  chodzić  do  Ŝłobka,  ale  ciągle  musieliśmy  przenosić  się  z  miejsca  na 

miejsce,  bo  listy  stale  nas  prześladowały.  Wreszcie  wyjechaliśmy  do  Norwegii  i  w  Oslo 

background image

mieliśmy  kilka  lat  spokoju.  Matti  przez  dłuŜszy  czas  mógł  chodzić  do  tej  samej  szkoły. 

Znaleźliśmy przyjaciół, i on, i ja. Był nawet ktoś, kto chciał się ze mną oŜenić, chociaŜ... 

Umilkła nagle i spuściła wzrok. 

- ChociaŜ nie znosisz, kiedy ktoś cię dotyka? 

- Tak - odparła szeptem. - Ale miałam nadzieję, Ŝe wszystko się zmieni, kiedy juŜ się 

pobierzemy. On jednak takŜe dostał list, okrutny, wstrętny list. Ślub został odwołany. I tak juŜ 

było ciągle do czasu, kiedy Matti takŜe zaczął we mnie wątpić. Tego juŜ nie mogłam znieść... 

- Innymi słowy, systematyczny terror. Dlaczego nie zgłosiłaś się z tym wszystkim na 

policję? 

- Nie mogłam. Po pierwsze, nie wiedziałam, co się wtedy wydarzyło. Bałam się, Ŝe to 

z mojej winy, bo w pewnym sensie tak to było. A po drugie, znaczyłoby to, Ŝe musiałabym 

mówić o rzeczach... 

- O tym, co cię spotkało, kiedy miałaś szesnaście lat? 

Pochylenie  głowy  musiało  starczyć  za  odpowiedź.  Ten  ruch  był  delikatny  i  pełen 

wdzięku, jak wszystko co ona robi, pomyślał Allan. 

-  Wiem,  jak  to  bywa  w  takich  małych  społecznościach  -  powiedział.  -  Młodą 

dziewczynę, która „znajdzie się w kłopocie”, jak się to mówi, otacza zewsząd mur wrogości. 

Ale tego prześladowania, tego terroru, nie mogę zrozumieć. Musi się za tym kryć coś więcej! 

- Owszem - przytaknęła zmęczonym głosem. - Było coś jeszcze. 

Allan  spodziewał  się  dalszego  ciągu,  lecz  Isabell  nie  miała  zamiaru  niczego  więcej 

wyjaśniać. 

- Bez względu na to, co zrobiłaś, poniosłaś juŜ za to dostateczną karę! 

-  Najgorsza  była  samotność  -  rzekła  powoli.  -  Nie  móc  się  z  nikim  podzielić 

radościami  i  smutkami.  Nigdy...  Pierwsze  ząbki  Mattiego,  wszystkie  te  jego  śmieszne 

powiedzonka...  Nie  miałam  komu  o  tym  opowiedzieć.  Siedzieliśmy  we  dwoje  w  jednym 

pokoju, całkowicie odizolowani od innych ludzi. 

Allan w zamyśleniu wpatrywał się w jej profil. 

Dziwne,  Ŝe  Lena  ze  swym  ogromnym  apetytem  na  Ŝycie  wydawała  mu  się  taka 

chłodna, podczas gdy to Ŝałosne, małe stworzenie przywodziło na myśl Ŝar z ogniska. 

Rozumiał,  Ŝe  skoro  teraz  wpadała  w  panikę,  kiedy  tylko  ktoś  próbował  jej  dotknąć, 

musiała  przejść  przez  piekło.  Znów  zaczęło  nurtować  go  pytanie,  co  takiego  się  wydarzyło, 

kiedy Isabell miała szesnaście lat. 

-  Dziękuję,  Ŝe  zechciałeś  mnie  wysłuchać  -  powiedziała  cicho.  -  Ale  czuję  się  juŜ 

bardzo zmęczona. Czy bardzo będzie ci przeszkadzać, jeśli się połoŜę? 

background image

- AleŜ skąd, oczywiście, Ŝe nie... - Zawstydził się pokornego tonu, zapraszającego do 

intymności, której tak naprawdę sobie nie Ŝyczył. 

I  tak  niedobrze  się  stało,  Ŝe  byli  skazani  na  spędzenie  całego  miesiąca  w  swoim 

towarzystwie  i  zmuszeni  do  udawania  przed  otoczeniem  pary  świeŜo  upieczonych 

małŜonków.  Owszem,  Allan  pragnął  wywiązać  się  ze  zleconego  mu  zadania,  ale  nie 

interesowała  go  bliŜsza  przyjaźń  z  Isabell  Falk.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  moŜe  się  zdarzyć, 

jeśli  tak  niezrównowaŜona  psychicznie  osoba  zacznie  Ŝywić  wobec  niego  jakieś  głębsze 

uczucia. W dodatku przecieŜ była Lena... 

Ś

liczna twarz Leny stanęła mu przed oczami jak Ŝywa i nie mógł powstrzymać się od 

uśmiechu.  Wydawało  mu  się,  Ŝe  od  czasu  ich  ostatniego  spotkania  upłynęła  juŜ  cała 

wieczność,  w  rzeczywistości  jednak  widział  się  z  nią  zaledwie  wczoraj.  O  zbyt  wielu 

zagadkowych sprawach dowiedział się w ciągu ostatniej doby. Nie przypuszczał nawet, Ŝe to 

dopiero  początek,  Ŝe  przyjdzie  mu  usłyszeć  i  uczestniczyć  w  dramatycznych  wydarzeniach, 

których nawet nie byłby w stanie sobie wyobrazić... 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Allana  obudziło  stuknięcie  ostroŜnie  zamykanych  drzwi,  drzwi  wejściowych!  W 

następnej  chwili  juŜ  był  przy  oknie,  wychodzącym  na  wrzosowiska.  W  oddali,  na  tle 

pociemniałego  letniego  nieba,  dostrzegł  światełko,  przedziwny  migotliwy  blask,  który 

pojawiał się i znikał. 

Nagle  drgnął.  W  dole,  na  skałach  pod  domem,  dostrzegł  szczupłą  i  drobną  kobiecą 

postać, ubraną w coś jasnego, powiewnego. Stała całkiem nieruchomo, plecami zwrócona do 

niego, a twarzą w stronę czarodziejskiego światełka w oddali. 

Isabell. 

Po  chwili  szybko  i  zdecydowanie  ruszyła  przed  siebie;  szła  tym  swoim  osobliwym, 

posuwistym  krokiem,  który  juŜ  wcześniej  tak  go  zdziwił.  Kierowała  się  pod  górę,  na 

wrzosowiska. 

W szalonym pośpiechu naciągnął spodnie i sweter i zbiegł po schodach. Kiedy znalazł 

się przed domem, Isabell była juŜ daleko przed nim. Bał się ją zawołać, bo moŜe poruszała się 

we  śnie?  Czytał,  Ŝe  niebezpiecznie  jest  budzić  lunatyka,  a  dla  pacjentki  oddziału 

psychiatrycznego, jaką była Isabell Falk, mogło się to okazać wręcz katastrofalne. 

Pnąc  się  ku  wrzosowiskom  na  moment  stracił  swoją  podopieczną  z  oczu.  Wkrótce 

jednak  był  juŜ  na  górze  i  widział  ją  wyraźnie.  Znów  stała  nieruchomo,  niecałe  sto  metrów 

przed nim. Nocny wiatr rozwiewał jej długie, wijące się włosy. 

Ś

wiatełka nie było juŜ widać. Przed nimi rozciągały się pagórkowate wrzosowiska, na 

których  poruszały  się  cienie  gnających  po  niebie  chmur.  Allan  w  jednej  chwili  stracił 

poczucie  czasu  i  miejsca.  Równie  dobrze  mógł  znajdować  się  w  którymś  z  poprzednich 

stuleci, na przykład w tym, kiedy palono tu czarownice... 

OstroŜnie zaczął się zbliŜać do Isabell. Usłyszała szelest jego kroków wśród wrzosów 

i odwróciła  się gwałtownie. Na tle ciemnych włosów jej twarz wydawała się kredowo biała. 

Otworzyła usta do krzyku, zrozumiał, Ŝe w półmroku go nie poznała. 

- Isabell! To ja, Allan! 

Zachwiała się i byłaby upadła, gdyby w ostatniej chwili jej nie podtrzymał.  Przez jej 

ciało przebiegł dreszcz, gdy poczuła jego dłoń na ramieniu, ale szok był zbyt gwałtowny, by 

mogła  stawiać  opór.  Dopiero  gdy  zaczęła  przychodzić  do  siebie,  delikatnie  wysunęła  się  z 

jego uścisku. 

- Przestraszyłeś mnie, Allanie. Myślałam Ŝe... 

background image

- Co takiego? 

- Nie wiem - odparła wymijająco. 

- Co tu robisz w środku nocy? - spytał. Zabrzmiało to ostrzej, niŜ zamierzał. 

- Zobaczyłam, Ŝe gdzieś tutaj się świeci. 

-  Ja  teŜ  to  widziałem.  Ale  nie  wyszedłem  sprawdzić, co  to  moŜe  być.  Dopiero  kiedy 

zobaczyłem, jak ty pędzisz. Dlaczego przyszłaś aŜ tutaj? 

Podniosła na niego wzrok. W mroku jej oczy wyglądały jak głębokie studnie. 

- Widziałeś to? Naprawdę to widziałeś? 

- Naturalnie - odparł zniecierpliwiony. - Migoczące Ŝółtawe światełko. 

Odetchnęła. 

- Dzięki Bogu, Ŝe i ty to zobaczyłeś. Sądziłam, Ŝe tylko ja... Och, Allanie, musisz mi 

pomóc! 

Zdał sobie sprawę, Ŝe po raz pierwszy wyrwała się ze stanu rezygnacji. Do tej chwili 

była mu ślepo posłuszna, nie wierzyła jednak, by był w stanie zmienić jej sytuację, wiedział o 

tym. Zgodziła się na wyjazd do Lindane, poniewaŜ prosił o to doktor Lanz, a ona chciała mu 

odpłacić za okazywaną Ŝyczliwość. Przede wszystkim jednak przypominała Allanowi więźnia 

z  wyrokiem  śmierci,  który  porzucił  juŜ  wszelką  nadzieję.  Irytowało  go  to  bardziej  niŜ 

cokolwiek innego. 

- Po to tu jestem - rzekł krótko. - Po to, Ŝeby ci pomóc. 

-  Pójdźmy  razem  i  zobaczmy,  co  to  za  światełko  -  poprosiła.  -  Nie  boję  się,  kiedy 

jesteś ze mną. 

-  Wcześniej  takŜe  nie  sprawiałaś  wraŜenia  osoby  szczególnie  bojaźliwej  -  stwierdził 

gniewnie.  -  Szłaś  prosto  w  stronę  tego  światła,  nie  wahając  się  ani  przez  chwilę... 

Przepraszam!  -  dodał  prędko,  widząc  wyraz  jej  twarzy.  -  Ale,  szczerze  mówiąc,  Isabell,  nie 

mamy moŜliwości odnalezienia światełka, które juŜ zgasło, zwłaszcza teraz, w  środku nocy. 

Chodź, wracamy. 

Posłusznie  ruszyła  za  nim  w  stronę  domu,  ale  nagle  odwróciła  się  i  spojrzała  na 

wrzosowiska.  Allan,  który  szedł  szybko,  musiał  się  zatrzymać  i  na  nią  poczekać.  Teraz  juŜ 

wiedział,  Ŝe  jej  jasne  zwiewne  szaty  to  po  prostu  biała  peleryna.  A  zatem  nic 

nadzwyczajnego... 

- Czy to tutaj czarownice urządzały sabaty? 

- Tak przypuszczam - odpowiedziała cicho. 

Allan  był  przekonany,  Ŝe  Isabell  kłamie.  Na  pewno  dobrze  wiedziała.  Musiała 

wiedzieć, przecieŜ ludzie w Hedom przekazywali sobie historie z pokolenia na pokolenie. 

background image

Wreszcie doszli do domu, otworzył przed nią drzwi. 

-  Posłuchaj  mnie  przez  moment,  zanim  pójdziesz  się  połoŜyć,  Isabell!  -  oświadczył 

krótko.  -  W  przyszłości  nie  chcę  słyszeć  o  podobnych  nocnych  spacerach.  Doktor  Lanz 

nakazał mi cię pilnować i ty nie musisz mi tego utrudniać. Nie czuję potrzeby dzielenia z tobą 

sypialni wyłącznie dlatego, Ŝe w środku nocy gdzieś uciekasz. 

- No tak... 

- Idź się juŜ połoŜyć. Musisz być pewnie zmęczona? 

- Tak, bardzo - odparła ledwie słyszalnie. 

Kiedy  wchodziła  na  górę  po  schodach,  popatrzył  za  nią  i  wzruszył  ramionami. 

Naprawdę  trudno  było  ją  zrozumieć.  Spędzili  w  Hedom  jedną  jedyną  dobę  a  juŜ  wydarzyło 

się  tyle  dziwnych  rzeczy,  Ŝe  zaczął  wątpić,  czy  on  sam  jest  przy  zdrowych  zmysłach. 

Spodziewał się anonimowego listu, nie przypuszczał jednak, Ŝe jego nadawca oskarŜy Isabell 

o czary. 

Allan  był  trzeźwo  myślącym,  rzeczowym  człowiekiem,  ale  siedząc  w  salonie  z  fajką 

przyłapał  się  na  próbie  przypomnienia  sobie  wszystkiego,  co  czytał  na  temat  czarownic  i 

czarnej magii. Czarownice zwykle bywały pięknymi kobietami i, jak twierdzono, nie potrafiły 

płakać. 

Isabell  Falk  jego  zdaniem  trudno  było  nazwać  piękną,  ale  zwracała  na  siebie  uwagę 

swymi  gęstymi  rudymi  włosami  i  wielkimi  zielonymi  oczami,  które  czasami  zwęŜały  się  po 

kociemu. Była zbyt chuda, by moŜna ją zaliczyć do piękności, ale przecieŜ chorowała... Myśli 

plątały  mu  się  w  głowie.  Czy  kiedykolwiek  widział,  jak  płacze?  CóŜ  za  bzdury!  Znał  ją 

zaledwie  od  paru  dni.  Leny  przez  cały  okres  ich  znajomości  takŜe  nie  widział  we  łzach,  ale 

nikt z tego powodu nie oskarŜał jej o to, Ŝe jest czarownicą. 

-  Brednie,  stare  przesądy!  -  mruknął  pod  nosem  i  wstał.  -  Wszystko  ma  swoje 

naturalne wytłumaczenie i ja rozwikłam tę tajemnicę, nawet gdyby miało to być ostatnie, co 

zrobię w Ŝyciu. 

 

Nazajutrz  przy  śniadaniu  Isabell  prawie  się  nie  odzywała,  odpowiadała  Allanowi 

ledwie monosylabami. 

-  Pojadę  do  Hedom  po  zakupy  na  weekend  -  powiedział,  wstając  od  stołu.  - 

Obiecujesz, Ŝe nie wyjdziesz z domu? 

W milczeniu pokiwała głową. 

Allan zgodnie z tym, do czego sam się zobowiązał, pojechał prosto do sklepu i zrobił 

zakupy,  nie  wrócił  jednak  od  razu  do  Lindane.  Po  drodze  wstąpił  do  lensmana,  wysokiego, 

background image

chudego męŜczyzny w wieku około pięćdziesięciu lat. 

Przede  wszystkim  miał  ochotę  zapytać  go,  czy  nie  wie  nic  o  pobycie  Georga 

Abrahamsena w Lindane, ale otrzymał polecenie zachowania jak najdalej idącej dyskrecji. Jak 

powiedział  doktor  Lanz  -  nie  będą  mogli  opędzić  się  od  matek,  gotowych  przysiąc,  Ŝe 

dopuściły  się  zdrady  małŜeńskiej,  byle  tylko  zapewnić  synowi  milionowy  spadek. 

Spadkobierca  Georga  Abrahamsena  mógł  mieć  od  piętnastu  do  czterdziestu  lat.  Allan 

zmuszony był działać niezwykle ostroŜnie. 

Okazał lensmanowi swoją odznakę policyjną i zaczął zadawać mu pytania. 

- Czy zna pan kogoś, kto mógłby opowiedzieć mi, co się wydarzyło w  Hedom przez 

ostatnie dwadzieścia - trzydzieści lat? Otrzymałem zadanie mające związek z historią, której 

korzenie tkwią w przeszłości. 

-  Hm  -  zastanowił  się  lensman.  -  Ja  sam  słyszałem  o  tym  i  o  owym,  ale jeśli  chodzi 

panu  o  najzwyklejsze  plotki,  powinien  pan  się  wybrać  do  domu  starców  i  porozmawiać  z 

moją  matką.  Jeśli  ona  nie  wie  czegoś  na  temat  przeszłości  Hedom,  to  znaczy,  Ŝe  nie  warto 

tego wiedzieć. 

- Nie bardzo mogę - zaczął Allan. - Moje zadanie wymaga wielkiej dyskrecji. 

- Nie musi się pan obawiać, Ŝe ktoś się o tym dowie - zapewnił lensman. - Matka leŜy 

w jednoosobowym pokoju, a pielęgniarki bardziej obchodzą ich własne kłopoty niŜ ploteczki 

z dawnych czasów. Ku rozpaczy mojej matki - dodał. 

Allan nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. 

-  Rzeczywiście  ona  jest  chyba  właściwą  osobą  -  przyznał.  -  Mam  jeszcze  coś...  - 

Wyciągnął portfel i podał lensmanowi wymiętą fotografię, którą wyjęto z dłoni Isabell, kiedy 

znalazła się w szpitalu. - Czy moŜe mi pan powiedzieć, kim jest kobieta na tym zdjęciu? 

Lensman zerknął na fotografię i skrzywił się. 

- Tak, to smutna historia, miałem nadzieję, Ŝe juŜ została zapomniana. 

- Nie, najwyraźniej nie. 

Zanim Allan zdąŜył powiedzieć coś więcej, zadzwonił telefon. Lensman odebrał go, a 

kiedy zakończył rozmowę, odłoŜył słuchawkę, mówiąc: 

- Niestety, muszę wyjść, ale proszę wybrać się do domu starców i pozdrowić ode mnie 

matkę. I mówię panu, panie Wide, gdyby kiedykolwiek wpadła mi w ręce dziewczyna, która 

była przyczyną całej tej historii, z przyjemnością ukręciłbym jej głowę. 

- Jaka dziewczyna? 

-  Córka  Falka,  kierownika  szkoły.  Powinna  nosić  imię  Jezabel,  a  nie  Isabell.  Ta 

bezczelna dziwka! 

background image

Z  tymi  słowami  wyszedł.  Allan  wolnym  krokiem  wrócił  do  samochodu.  Nic 

dziwnego,  Ŝe  Isabell  trzymała  się  z  dala  od  Hedom,  pomyślał.  Co  to  za  historia?  Jaką  rolę 

odegrała w niej jego podopieczna? 

Z  posterunku  policji  skierował  się  prosto  do  kościoła  i  tam  poprosił,  aby  pozwolono 

mu  przejrzeć  księgi  parafialne  z  okresu  od  piętnastu  do  czterdziestu  lat  wcześniej.  Była  to 

długa, mozolna praca. Kiedy opuszczał kościół, nie czuł się wcale o wiele mądrzejszy. Nadal 

miał tylko czterech moŜliwych spadkobierców: 

Tore Simonsen, 27 lat. Jego matka miała teraz zaledwie 48 lat. Czy to ona mogła być 

piękną  młodą  czarownicą  z  Hedom,  ową  niebezpieczną  kobietą,  która  w  swoim  czasie 

uwiodła Georga Abrahamsena? Nie jest to niemoŜliwe... 

Per-Arne Johansen. Oboje rodzice jeszcze Ŝyli. Trzeba to zbadać dokładniej. 

Kjell  Jahr.  40  lat,  a  więc  takŜe  mieścił  się  w  dopuszczalnych  granicach  wieku.  Jego 

matka była zaledwie o kilka lat młodsza od Georga Abrahamsena. Trochę za stara, zdaniem 

Allana, by moŜna ją było nazwać „piękną młodą czarownicą”. 

Ostatni  z  czterech  nie  został  wymieniony  w  księgach  parafialnych.  Matti  Falk  nie 

urodził się w Hedom. 

 

Isabell  niespokojnie  przechadzała  się  wokół  domu.  Allan  nie  wracał  tak  długo! 

Obiecała mu, Ŝe nie wyjdzie, ale nie zaszkodzi chyba, jeśli przespaceruje się kawałek drogą, 

byle tylko trzymała się z dala od innych domostw? 

Powoli zaczęła schodzić w dół ku plaŜy. Nigdzie nie widać było Ŝywej duszy, dlatego 

teŜ wystraszyła się, słysząc męski głos: 

- Isabell! To naprawdę ty? 

Odwróciła się błyskawicznie i spojrzała prosto w roześmiane oczy Torego Simonsena, 

jej  dawnego  towarzysza  zabaw,  choć  znacznie  od  niej  młodszego.  Pamiętała  go  jako 

biednego,  słabowitego  chłopca,  dotkniętego  polio,  ale  teraz  nie  było  w  nim  nic  z  tamtego 

biedaka. 

-  Tore!  Jaki  ty  jesteś  wysoki!  -  wyrwało  jej  się.  Nieco  zakłopotana  podała  mu  rękę, 

którą chłopak mocno uścisnął. 

- A ty! Dorosła, elegancka dama, jeszcze ładniejsza niŜ kiedyś. Słyszałem, Ŝe wyszłaś 

za mąŜ? 

- Tak, my... Allan i ja pobraliśmy się tydzień temu. 

- Powinienem gratulować, ale uwaŜam, Ŝe to smutne. 

- Smutne? Dlaczego? - Isabell natychmiast zrobiła się czujna. 

background image

- Smutne dla innego biedaczyska, który juŜ nie ma szans u pięknej małej czarownicy. 

Isabell zadrŜała i w jednej chwili pobielała na twarzy. 

- Dlaczego nazywasz mnie... małą czarownicą? 

- My, chłopcy, zawsze tak o tobie mówiliśmy. Nie wiedziałaś o tym? Byliśmy pewni, 

Ŝ

e  masz  róŜne  zdolności  i  Ŝe  moŜesz  mieć,  kogo  tylko  zechcesz,  jeśli  tylko  posłuŜysz  się 

czarną  magią.  Co  prawda  z  twoją  urodą  było  to  zupełnie  zbędne  -  dodał.  Potem  zmarszczył 

czoło. - Taka jesteś blada, Isabell. Czy twój mąŜ nie jest dla ciebie dobry? 

- To nie z powodu Allana - zapewniła prędko. - Byłam... byłam chora. 

- Oj, oj - zafrasował się. - Mam nadzieję, Ŝe tutaj dojdziesz do siebie. Wiesz przecieŜ, 

Ŝ

e  nie  ma  na  świecie  wspanialszego  miejsca  niŜ  Lindane  w  Hedom.  Tak  w  kaŜdym  razie 

mówiłaś za dawnych dni. Ja nie do końca się z tobą zgadzałem. 

- Tak, ty zawsze marzyłeś o tym, Ŝeby ruszyć w świat - rzekła powoli. - Dlaczego nie 

zrealizowałeś swoich planów, Tore? 

-  O,  były  ku  temu  powody  -  odparł  wymijająco.  -  Porozmawiajmy  o  czymś 

przyjemniejszym, Isabell... 

 

Allan  wrócił  z  miasteczka.  Zajrzał  po  drodze  do  domu  starców,  ale  przyszedł  poza 

wyznaczoną  porą  odwiedzin  i  dowiedział  się,  Ŝe  matka  lensmana  odpoczywa.  Powiedziano 

mu, Ŝe najlepiej będzie, jeśli wstąpi tu innego dnia. 

Wysiadł  z  samochodu  i  odruchowo  zajrzał  do  skrzynki  na  listy.  Nie  spodziewał  się 

wprawdzie  Ŝadnej  korespondencji,  ale...  W  środku  leŜała  biała  koperta  bez  znaczka, 

zaadresowana do niego. 

Doprawdy,  autor  anonimów  nie  marnuje  czasu,  pomyślał  rozrywając  kopertę.  Zaczął 

czytać:, 

A  więc  poślubił  pan  czarownicę.  Jest  pan  pewnie  szczęśliwy  ze  swoją  wybranką

Zadowolony  z  tego,  co  robi  w  kuchni  i  w  sypialni?  Zwłaszcza  w  tym  ostatnim  miejscu, 

wyobraŜam to sobie. Bo to to ona potrafi! Czy pan właściwie wie, jaka ona jest? Isabell Falk 

to... 

Dalej następowała seria obelŜywych wyzwisk. Allan w swej karierze policjanta rzadko 

stykał się z  czymś podobnym. Nie bardzo jednak go to  zdziwiło, czegoś takiego właśnie się 

spodziewał. Ale na tym list się nie kończył: 

Nie dość na tym, ona jest równieŜ morderczynią, lecz naturalnie ten czyn uszedł jej na 

sucho! Pewnie wobec policji posłuŜyła się swą zwykłą taktyką

Ona zna takie sztuczki. Ale prawdziwej miłości do męŜczyzny czarownice nie potrafią 

background image

odczuwać, tylko ją udają. Zapamiętaj to sobie, Allanie Wide! 

Westchnął  i  starannie  umieścił  anonim  w  plastikowej  torebce.  Jeśli  poprzedni 

przyjaciele  Isabell  uciekli  od  niej  z  powodu  podobnych  listów,  ich  miłość  do  niej  budziła 

wątpliwości. Takim pisanym przez szaleńca anonimom nigdy nie powinno się ufać. Wiedział 

jednak,  Ŝe  w  liście  tkwiło  takŜe  źdźbło  prawdy.  Isabell  sama  to  przyznała.  Jego  zadanie 

polegało na stwierdzeniu, co było prawdą, a co wypływało wyłącznie z czystej złośliwości. 

W  domu  panowała  niezwykła  cisza.  Allan  kilkakrotnie  zawołał  Isabell,  ale  nie 

doczekał się odzewu. Ogarnął go gniew. Choć obiecała nie ruszać się z domu, nie dotrzymała 

przyrzeczenia.  Wściekły  wybiegł  jej  szukać  i  tuŜ  za  bramą  omal  się  nie  zderzył  z  dwiema 

kobietami. Poznał je. To pani Jahr, wdowa, i jej córka Ella wybrały się z sąsiedzką wizytą. 

- śony niestety nie ma w domu - powiedział. 

- O, jaka szkoda. Ale czy pan nie zechciałby nas odwiedzić, panie Wide? Zapraszamy 

na  filiŜankę  kawy  -  Ŝyczliwie  zaproponowała  pani  Jahr.  Głos  miała  niski,  spokojny.  Allan 

przypomniał sobie, Ŝe zdaniem Isabell była prawdziwą damą. 

Córka natomiast przy swej eleganckiej matce sprawiała wraŜenie niezgrabnej i grubo 

ciosanej. Dość ładna, ale w Ŝaden sposób nie rzucająca się w oczy. Z zapałem usiłowała się 

przypodobać matce, co rozbawiło Allana. 

Dwadzieścia  minut  później  siedział  juŜ  w  pięknym  salonie  pani  Jahr  i  pił  kawę  z 

porcelanowej filiŜanki ze złotym brzeŜkiem. Sądził, Ŝe trafiła mu się okazja dowiedzenia się 

czegoś więcej o Isabell, ale gospodyni z jakiegoś powodu przez cały czas kierowała rozmowę 

na inne tory. W końcu nadszedł czas, by się poŜegnać. 

JuŜ miał wstać i podziękować za poczęstunek, kiedy nagle Elli wyrwała się uwaga nie 

pasująca do eleganckiego salonu: 

- Nigdy nie przypuszczaliśmy, Ŝe Isabell kiedykolwiek tu wróci, panie Wide. 

- AleŜ, Ella! - przywołała ją do porządku matka. 

Córka pokraśniała. 

-  Chciałam  tylko  powiedzieć,  Ŝe...  Po  tym okrutnym  polowaniu  na  czarownice, jakie 

urządzili tu ludzie... biedna Isabell! Ja w kaŜdym razie się cieszę, Ŝe znów tu przyjechała. 

-  Á  propos  polowania  na  czarownice  -  powiedział  Allan  beztroskim  tonem.  - 

Słyszałem,  Ŝe  macie  tu  na  wrzosowiskach  słynne,  czy  teŜ  raczej  cieszące  się  złą  sławą 

miejsce, w którym za dawnych czasów palono wiedźmy. Czy to prawda? 

-  śywa  jest  historia  przynajmniej  jednej  czarownicy,  Karoline  Falk,  która  mieszkała 

tutaj w siedemnastym wieku - odparła pani Jahr. - Zbierała pomniejsze wiedźmy na wzgórzu 

zwanym teraz Wzgórzem Czarownic, tam urządzały sabaty. Schwytano je i Karoline spłonęła 

background image

na stosie. Czy to prawda, czy nie, trudno powiedzieć. 

- Falk? - pytającym tonem powtórzył Allan. 

-  Tak,  to  była  praprapraprababka  Isabell  -  wyjaśniła  podekscytowana  Ella.  -  A  teraz 

ludzie twierdzą, Ŝe się w niej odrodziła. Wie pan, reinkarnacja i tak dalej. Tylko dlatego, Ŝe 

Isabell nie płakała, kiedy... 

- To wszystko dawne dzieje - przerwała jej matka. - W tym domu nie mamy zwyczaju 

nikogo osądzać, panie Wide. 

Zapadła  niezręczna  cisza.  Zanim  Allan  zdołał  wymyślić  jakąś  odpowiednią  uwagę, 

rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  do  środka  weszła  jakaś  obca  pani.  Nie  od  razu  zauwaŜyła 

Allana i z ust wypłynął jej potok słów. Pani Jahr nie udało się jej powstrzymać. 

- Czyście juŜ słyszały, Ŝe ta straszliwa kobieta wróciła? Trudno mi pojąć, jak śmie się 

tu pokazywać. 

-  Tora,  pan  Wide  jest  u  nas  z  wizytą  -  upomniała  ją  cicho,  lecz  zdecydowanie  pani 

Jahr. 

Tora  Johansen  odwróciła  się  i  popatrzyła  na  Allana.  Zaniemówiła  na  moment,  ale 

zaraz na jej twarzy pojawił się wyraz gniewu. 

- A co mi tam! - oświadczyła nieprzyjemnym, zaczepnym tonem. - Nie odwołam ani 

słowa z tego, co powiedziałam! Niech się dowie, jaką ma Ŝonę! 

Powiedziawszy to, odwróciła się na pięcie i wyszła. Usłyszeli trzaśniecie wejściowych 

drzwi. 

Znów zapadło kłopotliwe milczenie, przerwało je westchnienie Elli. 

- Sam pan widzi, panie Wide, jaka Ŝona dostała się Perowi-Arnemu. 

-  Isabell  opowiadała  mi  o  Perze-Arnem  Johansenie  -  Allan  spróbował  sprowadzić 

rozmowę  na  inny  temat.  -  Z  tego,  co  zrozumiałem,  jako  dzieci  stanowiliście  nierozłączną 

grupę, bawiliście się razem. Wspominała takŜe pani brata, Kjella. 

Odpowiedziała mu pani Jahr. 

- Mój syn nie Ŝyje, panie Wide. Został marynarzem i zginął na morzu. Od jego śmierci 

upłynęło juŜ pięć lat. 

-  Przykro  mi  to  słyszeć  -  powiedział.  -  Isabell  bardzo  się  zmartwi,  kiedy  się  o  tym 

dowie. Bardzo wiele się zmieniło podczas jej nieobecności w rodzinnych stronach. 

- O, tak - przyświadczyła pani Jahr. - Z całą pewnością. A mimo to wszystko jest po 

staremu. 

Allan  zastanowił  się,  co  chciała  dać  do  zrozumienia  ostatnią  uwagą.  Czy  miała  na 

myśli plotki na temat Isabell? 

background image

- Mój ty świecie, juŜ piąta, a ja jeszcze nie zabrałam się za obiad! - wykrzyknęła nagle 

przeraŜona Ella. - Mój mąŜ wraca o piątej do domu. Muszę pędzić. 

Ella zniknęła za drzwiami. Allan ciekaw był, kim jest jej małŜonek i czy naprawdę jest 

tak surowy, Ŝe jedzenie musi stać na stole, kiedy wraca z pracy. 

- To zdjęcie Kjella - powiedziała pani Jahr, wskazując na półkę z ksiąŜkami. - Bardzo 

go nam brakuje. 

Allan  przyjrzał  się  fotografii  młodego  chłopaka.  Zdjęcie  musiało  zostać  zrobione, 

kiedy  był  w  wieku  konfirmacyjnym.  Miły  i  dobroduszny  -  to  najlepsze,  co  dało  się 

powiedzieć o Kjellu Jahrze, pomyślał Allan. Rzadko spotyka się tak mało pociągającą twarz. 

Nalana, z małymi oczkami, kluchowatym nosem i nieco obwisłymi ustami. 

-  Wygląda  na  dobrego  człowieka  -  powiedział  nie  znalazłszy  nic  lepszego.  Omiótł 

wzrokiem  ustawione  na  półce  ksiąŜki.  Na  samym  dole  zauwaŜył  kilka  powieści 

detektywistycznych. - Widzę, Ŝe pani czytuje kryminały. 

- O, nie, to ksiąŜki Elli - wyjaśniła pani Jahr uśmiechając się przepraszająco. - Kiedy 

była młodsza, przepadała za taką rozrywką. Prosiłam, Ŝeby wyniosła je na strych, ale to nigdy 

nie doszło do skutku. 

- Ja takŜe nie gardzę kryminałami - powiedział Allan. 

Pani Jahr nie była w stanie nic na to odpowiedzieć. 

-  No  cóŜ,  najwyŜszy  czas  wracać  do  domu,  pani  Jahr.  Dziękuję  za  kawę.  Mam 

nadzieję, Ŝe pani i pani córka odwiedzicie któregoś dnia Isabell? Bardzo by nam było miło. 

- Z wielką chęcią - odparła równie uprzejmie gospodyni. 

Kiedy  Allan  nareszcie  został  sam,  odetchnął  z  ulgą.  Nie  potrafił  sobie  wyobrazić  nic 

nudniejszego od takich wizyt. Ta jednak na coś się przydała. Posunął się odrobinę naprzód w 

swoim śledztwie. 

Czarownice nie potrafią płakać! napisano w pierwszym anonimie, jaki otrzymał. Ella 

wspomniała  coś  o  jakiejś  okazji,  kiedy  to  ludzie  dziwili  się,  dlaczego  Isabell  nie  uroniła 

Ŝ

adnej łzy, ale matka przerwała jej, powstrzymując od powiedzenia czegoś więcej. 

Chętnie by się dowiedział, jakie wydarzenie miała na myśli Ella, i był przekonany, Ŝe 

to  tylko  kwestia  czasu.  W  tak  małej  miejscowości  jak  ta  wszyscy  mieszkańcy  stykali  się  ze 

sobą na co dzień i byłoby dziwne, gdyby nie zdołał wycisnąć z Elli odpowiednich informacji. 

W  tej  chwili  jednak  waŜne  było  odszukanie  Isabell.  Gdzie  ona  mogła  się  podziać? 

Dlaczego  nie  została  w  domu,  tak  jak  uzgodnili?  PrzecieŜ  ktoś  stąd,  z  Lindane,  jej 

nienawidził... 

Odruchowo przyspieszył kroku. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Allan  truchtem  podąŜał w  stronę  domu, ale  mniej  więcej  w  połowie  drogi  spostrzegł 

dwoje ludzi, idących pod górę od strony plaŜy. Isabell towarzyszył młody męŜczyzna, którego 

rozpoznał dopiero, gdy znacznie się do nich zbliŜył. 

Miał  przede  wszystkim  ochotę  złajać  Isabell  za  niedotrzymanie  umowy,  ale  w  porę 

przypomniał sobie, Ŝe ma odgrywać rolę kochającego, świeŜo upieczonego małŜonka. 

- Cześć! - przywitał się na tyle wesoło, na ile go było stać. - JuŜ się zacząłem martwić, 

co się z tobą stało. 

- Spotkałam dawnego przyjaciela z czasów dzieciństwa - wyjaśniła Isabell. - To Tore 

Simonsen, opowiadałam ci o nim. Tore, to jest... mój mąŜ. 

Allan  zastanawiał  się,  czy  Tore  zwrócił  uwagę  na  króciutką  pauzę  poprzedzającą 

słowa „mój mąŜ”. Pewnie nie. Akurat w tej chwili Tore zajęty był czymś całkiem innym. 

- My juŜ się znamy - powiedział Allan. 

- O? - Isabell patrzyła na niego zdumiona. 

Tore sprawiał wraŜenie, Ŝe najchętniej zapadłby się pod ziemię, lecz Allan nie miał dla 

niego ani odrobiny współczucia. 

- Zetknęliśmy się w areszcie - ciągnął bezlitośnie. - Kiedy sprawa poszła do sądu, Tore 

dostał wyrok w zawieszeniu. Właśnie mnie wyznaczono na jego kuratora. 

Tore uśmiechnął się zakłopotany. 

- Widzisz, Isabell, trafiłem do grupy facetów, którzy nie  okazali się najgrzeczniejsi... 

No i skończyło się tak, jak się skończyło. 

Isabell jak zwykle wzięła stronę słabszego. 

- Bardzo mi przykro, Tore. Ale kaŜdy moŜe popełnić błąd... 

-  Czy  nie  czas  juŜ,  byśmy  wrócili  do  domu,  Isabell?  -  przerwał  jej  Allan.  -  Jestem 

głodny jak wilk, pora obiadu dawno juŜ minęła. 

Wiedział, Ŝe mówi jak tyran domowy, ale nic nie mógł na to poradzić. Pomimo całej 

swej dobrej woli nie potrafił okazać Toremu Simonsenowi nic poza chłodną uprzejmością, nie 

miał teŜ ochoty udawać zakochanego Ŝonkosia. 

- Oczywiście - odpowiedziała Isabell pokornie. 

Bezgranicznie  go  to  zirytowało,  a  jeszcze  bardziej  się  rozgniewał,  kiedy  Tore, 

Ŝ

egnając się, poufale poklepał Isabell po ramieniu. 

- Trzymaj się, Isabell! Do zobaczenia! 

background image

- Do widzenia! Miło było znów cię widzieć, Tore! 

 

-  Twierdzisz,  Ŝe  nie  znosisz  dotyku  męŜczyzn  -  zwrócił  się  Allan  do  Isabell,  kiedy 

zostali sami. - Ale nie zareagowałaś, jak Tore poklepał cię po ramieniu. 

- To róŜnica - odparła cicho. - Znam Torego  od dziecka. Zawsze mi go było szkoda. 

Miał niełatwą sytuację w domu, a w dodatku był prawie inwalidą. 

-  W  kaŜdym  razie  teraz  nim  nie  jest  -  stwierdził  Allan  oschle.  -  To  zwykły 

złodziejaszek. Nie chciałbym, Ŝebyś się z nim spotykała. 

- Tore nie jest Ŝadnym złodziejaszkiem! KaŜdy moŜe popełnić w Ŝyciu błąd! 

-  Jeśli  mówimy  o  cudzych  błędach  -  wyrzucił  z  siebie  -  to  powiedz  mi,  czy 

potrafiłabyś się zainteresować starszym męŜczyzną? 

- Nie rozumiem, o co ci chodzi. - Isabell zatrzymała się i patrzyła na niego zdziwiona. 

- Jestem przecieŜ dorosłą kobietą... 

No  cóŜ,  dorosła,  pomyślał  ogarnięty  nagłą  irytacją.  Blada  twarz  Isabell  otoczona 

ciemnorudymi  włosami  wyglądała  na  buzię  małej  dziewczynki.  Nie  zmieniało  to  jednak 

faktu, Ŝe była matką szesnastoletniego chłopca. Matti mógł być synem Georga Abrahamsena, 

co oznaczałoby, Ŝe Isabell w wieku szesnastu lat przeŜyła przygodę z pięćdziesięciolatkiem. 

- Nie, chodzi mi o to, czy jako nastolatka mogłaś się zakochać w starszym męŜczyźnie 

- wyjaśnił zniecierpliwiony. 

Upłynęła chwila, zanim odpowiedziała. 

-  Nie  -  usłyszał  wreszcie.  -  Chyba  nie.  W  tym  wieku  traci  się  głowę  dla  gwiazd 

filmowych i umięśnionych sportowców. Sam wiesz... 

- Skąd mogę wiedzieć? - mruknął. - Nigdy nie mogłem zrozumieć kobiet. 

Zastanawiał się, czy Isabell kłamie. Sprawiała wraŜenie szczerej i godnej zaufania, ale 

co  on  wiedział  o  tak  zwanych  czarownicach?  Czy  ich  moc  nie  tkwiła  właśnie  w  tym,  Ŝe 

wydawały się niewinne i uczciwe? 

Miał ochotę zapytać wprost, czy znała Georga Abrahamsena, choć wiedział, Ŝe to nie 

byłoby  mądre.  Jak  wielokrotnie  wcześniej  jego  myśli  powędrowały  do  Leny.  Nie  potrafił 

wyobrazić  sobie  dwóch  bardziej  róŜniących  się  od  siebie  kobiet.  Dzięki  Bogu,  Ŝe  Lena  jest 

taka  rzeczowa  i  trzeźwo  myśląca!  Po  uszy  miał  juŜ  tajemniczego  usposobienia  Isabell. 

Oczywiście współczuł jej, ale to uczucie mieszało się z niechęcią. Nie znosił niedopowiedzeń, 

były sprzeczne z jego naturą! 

Wieczorem  zabrał  się  za  pisanie  listu  do  Leny.  Wiedział,  Ŝe  dziewczyna  nie  znosi 

sentymentalnych zwrotów, rozpoczął więc koleŜeńskim „cześć!” 

background image

Naprawdę nie musisz się martwić o to, Ŝe w tym czasie wykręcę jakąś sztuczkę. Moja 

tak  zwana  Ŝona  jest  mniej  więcej  tak  samo  interesująca  jak  kubeł  lodowatej  wody.  Jest  jak 

uśpiona  Ŝalem  i  strachem  i  nadal  nic  nie  wiem  o  niej  poza  tym,  iŜ  jest  jakoby  potomkinią 

czarownicy,  spalonej  tu  na  stosie  kilkaset  lat  temu.  Najwyraźniej  sama  teŜ  zachowywała  się 

jak czarownica... 

Allan  przyjrzał  się  temu,  co  napisał,  i  z  gniewem  podarł  kartkę  na  strzępy.  Gdyby 

wysłał  Lenie  taki  list,  mogłaby  przypuszczać,  Ŝe  postradał  zmysły.  Westchnął  i  zaczął  od 

nowa. 

ZbliŜała  się  północ,  kiedy  Isabell  delikatnie  zapukała  do  jego  drzwi.  Pospiesznie 

schował rozpoczęty list do Leny, ciekaw, jaką wymówkę znalazła Isabell, by odwiedzić go o 

tak  późnej  porze.  Nie  miał  wątpliwości  co  do  jej  zamiarów.  Ciągłe  mówienie  o  tym,  Ŝe  nie 

znosi, aby ktokolwiek się do niej zbliŜał, wydawało mu się mocno przesadzone. 

-  Allanie,  wybacz,  Ŝe  przeszkadzam  ci  tak  późno,  ale  ktoś  jest  w  domu.  Słyszałam 

jakiś hałas - powiedziała wystraszona. 

O,  nie,  moja  droga,  tak  łatwo  nie  dam  się  nabrać!  Wstał  jednak  i  otworzył  drzwi.  O 

dziwo, nie próbowała wcale wykorzystać okazji i przysunąć się do niego, lecz odskoczyła na 

bok. 

- UwaŜaj - szepnęła. 

Dobre  sobie,  na  co  mam  uwaŜać?  pomyślał  z  sarkazmem,  ale  w  tej  samej  chwili 

usłyszał  stłumiony  łoskot  dochodzący  z  piwnicy.  Isabell  głośno  jęknęła  i  przycisnęła  się  do 

ś

ciany.  Allan  niemal  jednym  skokiem  pokonał  schody  i  rzucił  się  do  frontowych  drzwi.  Do 

piwnicy  wchodziło  się  od  tyłu.  Wejście,  zwykle  zamknięte  na  kłódkę,  teraz  stało  otworem. 

Nieproszony gość zniknął, a Allan nie miał najmniejszych szans, by go dogonić po ciemku. 

Isabell przyszła zaraz za nim. 

- Widziałeś, kto to był? - spytała zdyszana. 

- Nie! Rzućmy okiem na piwnicę - zaproponował. - Czy tam na dole jest światło? 

- Tak, kontakt znajdziesz na ścianie z prawej strony. 

Chwilę później piwnicę zalała jasność. Allan gwizdnął, z niedowierzaniem wpatrując 

się  w  półki  zastawione  radiami  tranzystorowymi,  aparatami  fotograficznymi  i  innymi  tego 

typu urządzeniami 

- Czy to z kradzieŜy? - spytała przeraŜona Isabell. 

-  Z  całą  pewnością!  Dom  od  dłuŜszego  czasu  stał  pusty.  Piwnica  była  idealnym 

miejscem  na  schowek,  do  czasu  kiedy  my  się  tu  sprowadziliśmy.  U  kogoś,  kto  to  tu  ukrył, 

nasz  przyjazd  wywołał  szok.  Jak  widzisz  ten  ktoś  zaczął  juŜ  zabierać  stąd  rzeczy.  Będę 

background image

zmuszony wybrać się do Simonsenów. 

-  Masz  na  myśli  Torego?  -  z  niedowierzaniem  w  głosie  spytała  Isabell.  -  Chyba 

oszalałeś,  Allanie!  Bez  względu  na  to,  kto  to  był,  zdołał  prędko  uciec.  A  Tore  kuleje.  Nie 

potrafiłby tak szybko biec. 

Allan  westchnął.  Pamiętał,  co  o  Isabell  powiedział  doktor  Lanz:  miała  słabość  do 

nieudaczników, takich, którym się nie powiodło. Jasne było jak słońce, Ŝe los Torego bardzo 

ją poruszył. Szczerze powiedziawszy, brakowało teŜ dowodów, Ŝe to właśnie Tore krył się za 

całą  tą  historią.  Allan  nie  miał  prawa  osądzać  człowieka  tylko  z  tego  powodu,  Ŝe  wcześniej 

wplątał się w podejrzane sprawki. 

-  Będziemy  musieli  znaleźć  inną  kłódkę  i  zamknąć  drzwi  do  piwnicy  na  sztabę  - 

stwierdził. - No i przekazać sprawę lensmanowi. Jest jeszcze coś, Isabell... 

Byli  juŜ  w  korytarzu.  Isabell  zaczęła  wspinać  się  na  schody,  ale  odwróciła  się  i 

popatrzyła na niego pytająco. 

- Co takiego? 

- Muszę poprosić o wybaczenie. 

- Nie rozumiem, dlaczego... 

- Kiedy zapukałaś do mojego pokoju, podejrzewałem cię o coś innego. 

Po  jej  twarzy  przebiegł  grymas  bólu  i  rozpaczy,  potem  uśmiechnęła  się  sztucznym, 

wymuszonym  uśmiechem,  który  zawsze  skłaniał  go  do  zastanowienia,  jak  wygląda  Isabell, 

kiedy śmieje się z czystej, niczym nie zmąconej radości Ŝycia. Od chwili gdy ostatnio się tak 

ś

miała, upłynęło na pewno duŜo czasu, pomyślał. 

- Nie musisz się niczego obawiać - rzekła z goryczą. - Wiele lat temu dostałam niezłą 

nauczkę. Te sprawy juŜ mnie nie dotyczą. 

- Nie chcesz mi opowiedzieć, co się wtedy stało? - spytał cicho. - Być moŜe to by ci 

pomogło. 

Popatrzyła na niego z uwagą, zanim odpowiedziała: 

- Gdybyś był moim przyjacielem, moŜe i byłoby to moŜliwe. Ale ty mnie nie lubisz, 

wyczuwam to, choć starasz się to ukryć. Dlatego nie potrafię ci zaufać. Czy mogę juŜ pójść 

się połoŜyć? 

Odwrócił wzrok, zawstydzony. 

- Rozumiem. Wybacz mi, Isabell, bardzo mi z tego powodu przykro. 

- Na uczucia nic nie moŜna poradzić - powiedziała cicho. - Dobranoc, Allanie, i bądź 

spokojny, ten miesiąc teŜ się kiedyś skończy i będziesz mógł wrócić do swojej Leny. 

 

background image

Isabell  obudziła  się  słaba  i  znuŜona  jak  niemal  kaŜdego  poranka  w  swym  dorosłym 

Ŝ

yciu.  JakŜe  często  pragnęła  juŜ  więcej  się  nie  obudzić!  A  jednak  myśl  o  Mattim,  małym 

niewinnym Mattim zmuszała ją do dalszego Ŝycia w koszmarnym świecie terroru i lęku. 

Teraz Matti juŜ niedługo dorośnie i sam będzie sobie dawać radę. Stracił zaufanie do 

niej, do własnej matki. Za kilka dni wróci z Anglii. Cieszyła się, a jednocześnie zamartwiała z 

tego  powodu.  Jak  przyjmie  nową  sytuację?  Mieszkała  przecieŜ  z  całkiem  obcym 

człowiekiem,  pozwalając  ludziom  wierzyć,  Ŝe  to  jej  mąŜ!  Czy  Matti  zrozumie,  dlaczego 

przystała na tę obłąkaną propozycję? 

Teraz musiała przyznać, Ŝe plan doktora naprawdę przypominał wymysł szaleńca. Nie 

wierzyła,  by  Allan  Wide  zdołał  rozwiązać  jej  problemy.  Jak  mógłby  sobie  z  nimi  poradzić, 

skoro  ona  sama  nie  ma  Ŝadnego  rozeznania  w  sytuacji?  Wiedziała,  Ŝe  nigdy  nie  powinna 

wracać do Hedom, jedynie o tym była w pełni przekonana. 

Wzięła  prysznic  i  ubrała  się.  Kiedy  zeszła  na  dół  do  kuchni,  Allana  tam  nie  było, 

zrozumiała jednak, Ŝe juŜ dawno wstał. ZdąŜył nawet zjeść śniadanie. 

Wyjrzała  przez  okno  i  zobaczyła  go  w  ogrodzie.  Zajęty  był  przekopywaniem  rabaty 

kwiatowej, Ŝałośnie zaniedbanej przez te wszystkie lata, kiedy dom stał pusty. 

- Co ty robisz? - zawołała. 

- Przygotowuję grządkę, Ŝeby dało się na niej coś posiać. Będziesz miała prawdziwy 

ogród - odpowiedział. 

- W ciągu miesiąca? - spytała z niedowierzaniem. 

Allan  zmieszał  się.  Nie  pomyślał,  Ŝe  zostaną  tutaj  tylko  przez  cztery  tygodnie.  Do 

przekopywania grządek zapędziły go wyrzuty sumienia z powodu tego, co powiedział w nocy 

Isabell.  ZauwaŜył  teŜ  zasmucony  wzrok  Isabell,  jakim  obrzuciła  Ŝałosne  resztki  ogrodu 

kwiatowego, który był taki piękny, gdy chodziła po nim jako dziecko. Uznał przygotowanie 

klombu za odpowiednie przeprosiny, a poza tym uwaŜał, Ŝe zajęcie się kwiatami moŜe okazać 

się korzystne dla jej zdrowia psychicznego. 

-  Czy  nie  moŜna  kupić  gotowych  sadzonek?  -  spytał.  -  Gdzieś  w  okolicy  musi 

znajdować się targ kwiatowy. Wydawało mi się, Ŝe w kaŜdej mniejszej miejscowości jest coś 

takiego. 

Isabell  uśmiechnęła  się  leciutko,  po  raz  pierwszy  w  zielonych  oczach  zamigotał 

jaśniejszy promyk. 

- Jest, w pobliskim mieście. Godzinę jazdy samochodem. 

- MoŜemy pojechać od razu, jeśli tylko masz ochotę - zaproponował. 

- Z przyjemnością. 

background image

-  Czy  jednak  nie  lepiej,  Ŝebyś  najpierw  zjadła  śniadanie?  -  Uśmiechnął  się  do  niej.  - 

Napijemy się razem kawy, jeśli nie masz nic przeciw temu. 

- Ja tu nie mam nic do powiedzenia - odparła sztywno. Twarz znów jej się ściągnęła, 

pobladła. 

Allan wszedł do kuchni i usiadł na krześle, ale w następnej chwili opadł na stół. Twarz 

wykrzywił mu ból. 

- Co się stało? - dopytywała się przeraŜona Isabell. 

- Dawna rana... Mam tabletki, w pokoju... W kieszeni kurtki, wisi na krześle... 

Isabell pobiegła na górę i przyniosła środki przeciwbólowe, przepisane przez doktora 

Lanza. Podała Allanowi szklankę wody, starannie jednak uwaŜała, by go nie dotknąć. 

- Lepiej ci juŜ? - zapytała lękliwie. 

Kiwnął głową. 

- Tabletki zaczną działać za kilka minut. 

- Przypominam sobie teraz, Ŝe doktor Lanz mówił mi o tym - szepnęła. - Otrzymałeś 

postrzał w bark. Jak to się stało? 

To był przypadkowy strzał oddany przez  włamywacza... - odparł Allan  oddychając z 

trudem. Nie miał sił, by powiedzieć jej, Ŝe tamtego wieczoru zginął jego najbliŜszy przyjaciel. 

Coś  jednak  w  jego  tonie  sprawiło,  Ŝe  Isabell  spojrzała  na  niego  zdziwiona.  Zielone 

oczy pociemniały od współczucia. 

- Coś jeszcze się wtedy stało, prawda? Coś, o czym nie chcesz mówić? 

Skąd  ona  moŜe  to  wiedzieć,  pomyślał,  starając  się  zapanować  nad  bólem.  CzyŜby 

naprawdę, jak twierdzili okoliczni mieszkańcy, posiadała nadprzyrodzone zdolności? 

- Przestań! - wydusił z siebie. - Niech tylko nie będzie ci mnie szkoda, tak jak Torego 

Simonsena! Od współczucia niedaleko do... zakochania, a ja nie chcę o niczym takim słyszeć! 

Zdawał  sobie  sprawę, jak  to  zabrzmiało,  i  nie  rozumiał,  skąd  wzięła się u  niego  taka 

brutalna szczerość, ale nie Ŝałował swoich słów. 

Nie  przewidział  jednak  reakcji  Isabell.  Mocno  uderzyła  pięścią  w  stół,  a  z  jej  oczu 

posypały się iskry gniewu. 

-  Dość  juŜ  tego,  Allanie!  Ile  razy  mam  ci  powtarzać,  Ŝe  nie  wydajesz  mi  się  tak 

nieodparcie  pociągający,  za  jakiego  najwyraźniej  się  uwaŜasz!  Czy  okazałam  ci  choć  cień 

zainteresowania? Czy kiedykolwiek dałam jakiś sygnał? Staram się być zwyczajnie uprzejma, 

Ŝ

eby jakoś przetrwać w sytuacji, która w ogóle mi się nie podoba. Ale ty zachowujesz się jak 

wszyscy  tutaj  w  Hedom  -  osądzasz  mnie,  bo jako  szesnastolatka  urodziłam  dziecko,  i  jesteś 

gotów  myśleć  o  mnie  jak  najgorzej.  Posłuchaj  mnie  uwaŜnie,  Allanie  Wide,  bo  nie  mam 

background image

zamiaru  powtarzać  tego  jeszcze  raz:  nie  interesujesz  mnie  ani  jako  człowiek,  ani  jako 

ewentualny kochanek! Zrozumiano? 

Patrzył na nią wściekły i niemal całkowicie zapomniał o bólu. 

-  Zaczynam  teraz  lepiej  cię  rozumieć!  Jesteś  pełnej  krwi  egoistką,  którą  obchodzą 

tylko  najsłabsi,  poniewaŜ  oni  uzaleŜniają  się  od  ciebie,  a  przez  to  sama  moŜesz  poczuć  się 

lepiej, silna, szlachetna i ofiarna. Jeśli to nie egoizm, to nie nazywam się Allan Wide! 

Isabell  zaniemówiła.  Znieruchomiała  na  środku  kuchni.  SkrzyŜowały  się  ich 

spojrzenia. Oboje byli tak samo rozgniewani, uraŜeni i zdecydowani postawić na swoim. 

A  potem  zdarzyło  się  coś,  czego  Allan  miał  nigdy  nie  zapomnieć.  Wyraz  twarzy 

Isabell  zaczął  się  powoli  zmieniać.  Łagodniał  coraz  bardziej,  kąciki  ust  podciągnęły  się  w 

górę i nagle zaczęła się głośno śmiać, uwalniając się od napięcia. 

Allan rozumiał, Ŝe Isabell wcale nie z niego się śmieje, tylko bawi ją cała ta sytuacja. I 

on  nie  mógł  powstrzymać  się  od  śmiechu,  choć  sprawiało  mu  to  ból.  W  jednej  chwili 

wszystko  wydało  mu  się  komiczne,  poza  tym  czuł  się  uszczęśliwiony  faktem,  Ŝe  to  za  jego 

przyczyną ta biedna istota po raz pierwszy od dawna się roześmiała. 

Odruchowo  wyciągnął  rękę,  Ŝeby  pogładzić  ją  po  policzku,  ale  Isabell  pobladła  i 

gwałtownie się cofnęła. Z oczu wyzierał jej nieopisany strach, a Allan przeklinał siebie za to, 

Ŝ

e się na chwilę zapomniał. 

- Przepraszam, Isabell... Chyba musimy odłoŜyć naszą wyprawę do miasta na później. 

Kiedy mam taki atak, muszę się po prostu połoŜyć. 

Bez słowa pokiwała głową i odsunęła się na bok, Ŝeby przepuścić go na górę. 

 

Allan  siedział  rozmyślając  o  gościu,  który  odwiedził  go  wczesnym  rankiem,  zanim 

Isabell  wstała.  Pracował  w  ogrodzie,  kiedy  nagle  spostrzegł  męŜczyznę  o  okrągłych, 

niebieskich oczach i postrzępionych jasnych włosach przechylającego się przez płot. 

- A więc będą rosły tu kwiaty? - zapytał. - Dawno juŜ ich tu nie było. 

- Miałem zamiar zrobić niespodziankę Isabell - odparł Allan. - Ona tak lubi kwiaty. 

-  To  prawda,  kocha  wszystko,  co  piękne.  Jest  bardzo  wraŜliwa,  co  często  bywało 

opacznie rozumiane. 

Allan zostawił łopatę i podszedł do płotu. 

-  Pan  jest  pewnie  Perem-Arnem  Johansenem?  -  spytał.  -  Isabell  wiele  mi  o  panu 

opowiadała. 

-  Rzeczywiście,  to  ja  -  roześmiał  się  męŜczyzna.  -  Ale  mówmy  sobie  po  imieniu, 

dobrze? Ty pewnie jesteś Allan Wide. Witaj w Lindane i pozwól mi wyrazić radość z tego, Ŝe 

background image

Isabell znalazła męŜczyznę, który ją rozumie. 

Allan zakłopotany odwrócił wzrok. 

- Jeśli potrzebujesz nawozu, moŜesz dostać ode mnie - ciągnął Per-Arne. - Isabell wie, 

gdzie  mieszkam.  Tak,  tak,  Isabell...  Bóg  jeden  wie,  jak  bardzo  byłem  w  niej  za  młodu 

zakochany. Ona miała w sobie coś. No, ale ty, który się z nią oŜeniłeś, na pewno rozumiesz, o 

czym  mówię.  Traktowała  mnie  tylko  jak  dobrego  przyjaciela,  nic  poza  tym.  A  potem 

poznałem  Torę  i  musieliśmy  się  pobrać,  jak  to  się  pięknie  określa.  Powiedz  mi,  czy  Isabell 

wciąŜ jest taka śliczna, jak kiedyś? Wiele przeszła, a to przecieŜ odbija się na urodzie. 

-  Powiedziałbym,  Ŝe  jest  raczej  piękna  niŜ  śliczna  -  odpowiedział  Allan  zdumiony 

własnymi słowami. - Ale prawdą jest, Ŝe wiele wycierpiała. 

- W Hedom okrutnie ją potraktowano - powiedział Per-Arne. - Urządzono prawdziwe 

polowanie  na  czarownice.  Moja  Ŝona  naleŜała  do  jej  najzagorzalszych prześladowców,  choć 

sama  nie  była  wcale  lepsza.  Tyle  tylko  Ŝe  zdąŜyła  wyjść  za  mąŜ,  zanim  nasze  pierwsze 

dziecko przyszło na świat. Na tym polegała róŜnica. 

Allan pokiwał głową. 

Drogą zbliŜał się w ich stronę jakiś męŜczyzna. Nie mógł to  być nikt inny jak ojciec 

Pera-Arnego - podobieństwo było uderzające. 

- Tora cię szuka, Per-Arne. 

- Lejnej będzie wrócić do domu - stwierdził Per-Arne zrezygnowany. - Miło mi było z 

tobą porozmawiać. Pewnie się jeszcze zobaczymy! 

-  Ja  takŜe  się  cieszę,  Ŝe  cię  poznałem  -  odparł  Allan.  -  Zawsze  będziesz  tu  mile 

widziany! 

- Jeśli kiedyś jeszcze uda mi się wymknąć z domu - krzywo uśmiechnął się Per-Arne i 

razem z ojcem odeszli drogą. 

Per-Arne  Johansen  był  bez  wątpienia  synem  swego  ojca.  Allan  spokojnie  mógł 

skreślić go z listy moŜliwych spadkobierców Georga Abrahamsena. A poznawszy panią Jahr, 

nabrał stuprocentowego przekonania,  Ŝe jej zmarły syn, Kjell, takŜe nie wchodził w grę. Nie 

sposób  wyobrazić  sobie  eleganckiej  damy  w roli  zdradzającej  Ŝony.  Pozostawały  więc  dwie 

moŜliwości: Tore Simonsen i Matti Falk. 

Dla  pewności  zajrzał  do  skrzynki  na  listy  i  rzeczywiście  -  leŜał  w  niej  kolejny  list 

zaadresowany  do  niego.  Tym  razem  miał  stempel  pocztowy.  Rozerwał  kopertę  i  zaczął 

czytać: 

Panie Wide! 

Czy  pan  wie,  Ŝe  ona  ma  syna?  A  moŜe  nic  o  tym  nie  powiedziała?  Chłopiec  ma 

background image

szesnaście lat, resztę więc sam pan moŜe sobie obliczyć

A  tak  w  ogóle,  czy  widział  pan  kiedykolwiek,  jak  Ŝona  płacze?  Czy  i  pana  zdołała 

omamić swoimi czarnoksięskimi sztuczkami? 

Czarownice nie potrafią ani płakać, ani kochać. Serce mają zimne jak lód. Niech pan 

usłucha szczerej, przyjacielskiej rady i ucieka jak najdalej od przeklętej wiedźmy! 

Listu nie podpisano. Allan złoŜył go i wsunął do kieszeni, mówienie o nim Isabell nie 

miało Ŝadnego sensu. Takich bzdur nie naleŜało traktować powaŜnie. Czarownice! Kto wierzy 

w czarownice w dwudziestym wieku? 

A  jednak  prawdą  było,  Ŝe  nigdy  nie  widział  Isabell  płaczącej.  Doktor  Lanz  takŜe  o 

czymś  takim  nie  wspominał.  Kiedy  z  powodu  załamania  nerwowego  umieszczono  ją  w 

szpitalu,  szczelnie  zamknęła  się  w  sobie,  jakby  ściśnięta  skurczem,  a  potem  uciekła  w  sen 

przypominający trans. Czy nie byłoby bardziej naturalne, gdyby histerycznie płakała? 

Nie,  to  idiotyczne,  pomyślał  zły  na  siebie.  Kto  moŜe  określać  reguły  zachowania 

pacjenta  cierpiącego  na  chorobę  nerwową?  Jedno  było  pewne  -  Isabell  będzie  miała  swój 

kwietnik. Podniósł się i poszedł przekopać ostatni kawałek. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Wracali  z  rynku  kwiatowego  w  sąsiednim  miasteczku,  samochód  pełen  był  roślin  w 

ilości wystarczającej na obsadzenie całego ogrodu, a nie tylko pojedynczej rabatki. 

Allan zatrzymał się przed sklepem i popatrzył na Isabell. 

- Starczy ci sił, Ŝeby zrobić zakupy na obiad? Mam parę spraw do załatwienia. 

- Tak, ale... - Isabell urwała w pół słowa. 

- Nie masz ochoty pokazywać się w sklepie? 

-  Nie,  nie  o  to  chodzi,  ale  prawdę  powiedziawszy  zostało  mi  nie  więcej  niŜ  dziesięć 

koron. Prawie wszystkie pieniądze wydałam na kwiaty. 

-  O,  moja  droga,  pieniądze  na  utrzymanie  dostaniesz  ode  mnie!  -  powiedział  ze 

ś

miechem. - Tego by jeszcze brakowało! Mamy przecieŜ uchodzić za małŜeństwo i musimy 

się tak zachowywać. - Podał jej setkę. - Wystarczy? 

- AŜ za duŜo! - uśmiechnęła się niepewnie. - Czy masz ochotę na coś szczególnego na 

obiad? 

- Wybór pozostawiam tobie - odparł. - O ile dobrze wiem, to  naleŜy do obowiązków 

Ŝ

ony. 

-  Dobrze.  Nie  musisz  po  mnie  przyjeŜdŜać.  Wrócę  do  domu  piechotą  -  powiedziała, 

stając przy samochodzie. 

- Jak chcesz, ale... bądź ostroŜna! - Nie wiedział, dlaczego to dodał. 

- Oczywiście - odparła cicho. 

Obserwował,  jak  znika  w  drzwiach  sklepu,  drobna  postać,  samotna  i  zagubiona  w 

okrutnym, bezlitosnym świecie. 

 

Lensman speszył się na widok Allana wchodzącego do biura. 

- Mógł mnie pan uprzedzić, panie Wide... 

-  O  czym?  spytał  Allan,  niczego  nie  rozumiejąc,  zaraz  jednak  pojął,  o  co  chodzi. 

Lensman  wstydził  się  swej  napaści  na  Isabell  podczas  jego  poprzedniej  wizyty.  Allan  nie 

powiedział mu, Ŝe Isabell jest jego „Ŝoną”, po prostu nie zdąŜył tego zrobić. 

- Proszę o tym zapomnieć - powiedział Allan nie uraŜony. - Isabell i ja przywykliśmy 

juŜ do wysłuchiwania krytycznych opinii. Dzisiaj przychodzę w zupełnie innej sprawie. Oto 

klucz do naszej piwnicy. Proszę tam pojechać i częstować się do woli. 

Teraz  z  kolei  lensman  nie  mógł  niczego  zrozumieć,  Allan  opowiedział  mu  więc  o 

background image

nieproszonym nocnym gościu i o odkryciu, jakiego dokonali w piwnicy. 

- To nieprawdopodobne... - Lensman z rozdziawionymi ustami wpatrywał się w swego 

rozmówcę. 

Następnie  przyszła  kolej  na  wizytę  w  domu  starców.  Tym  razem  Allan  przybył  w 

wyznaczonej  porze  odwiedzin  i  łaskawie  zezwolono  mu  wejść  do  matki  lensmana  -  chudej 

starej  damy  o  srebrzystobiałych  włosach  i  zdumiewająco  bystrych  oczach,  skrytych  za 

szkłami okularów. 

Allan  przedstawił  się  i  wyjaśnił,  Ŝe  zajmuje  się  badaniem  wydarzenia,  które  miało 

miejsce w Hedom przed wielu laty. 

Staruszka pokiwała głową. 

- Wiem, kim jesteś, synkiem Mai. Strasznie urosłeś. 

Allan patrzył na nią zdziwiony. 

- Pani zna moją matkę? 

- Oczywiście. Jesteście letnikami z Ytreland. 

Byliśmy,  pomyślał  Allan.  Od  tamtych  czasów  upłynęło  juŜ  wiele  lat.  Nie 

wyprowadzał starszej pani jednak z błędu, zapytał natomiast: 

- Pani zna tu wszystkich w okolicy, pamięta pani tę starą historię Isabell Falk? 

W oczach za okularami pojawił się błysk zainteresowania. 

- Chodzi ci o czarownicę? 

-  Hm...  Chciałbym  się  dowiedzieć,  co  się  wówczas  wydarzyło.  Tutejsi  mieszkańcy 

napomykają  o  tym  jedynie  półsłówkami.  Isabell  otrzymała  wiele  niegodziwych, 

odsądzających ją od czci listów, zaleŜy mi na odkryciu ich anonimowego autora. 

-  Odsądzające  od  czci  listy!  A  to  dobre!  Ona  przecieŜ  nie  ma  czci,  którą  dałoby  się 

splamić! Rozpustnica! Ale moŜesz być pewny, poniesie zasłuŜoną karę! 

-  Nie  mogę  zrozumieć,  co  tak  strasznego  zrobiła!  -  Allan  starał  się  sprowokować 

rozmówczynię. 

-  Czarna  magia!  Oto  czym  się  zajmowała.  I  udało  jej  się.  Ta  mała  wiedźma  była 

naprawdę zdolna! Zawróciła w głowie młodemu nauczycielowi, po prostu go zaczarowała! A 

jego biedna Ŝona musiała przez to cierpieć. 

Allan  wyciągnął  fotografię  młodej  jasnowłosej  kobiety,  zdjęcie  wyjęte  z  zaciśniętej 

dłoni Isabell w szpitalu w Göteborgu. 

- Czy to ona? 

-  Tak,  to  Lillemor  Bruun,  tak  się  nazywała.  Śliczna  młoda  dziewczyna,  miła  i 

uśmiechnięta jak dzień długi. Za dobra dla tego świata. 

background image

Allan  uznał,  Ŝe  jeśli  Lillemor  Bruun  rzeczywiście  była  tak  fantastyczną  osobą,  to 

zdjęcie  kłamało.  Młoda  kobieta  na  fotografii  była  w  istocie  dość  ładna,  ale  nic  poza  tym. 

Twarz miała rozmytą, jakby bez wyrazu, a oczy, jego zdaniem, spoglądały bezmyślnie. 

- Rozumiem, Ŝe nie Ŝyje. 

- Tak. To ona odebrała jej Ŝycie! 

- Ma pani na myśli Isabell Falk? 

-  A  kogóŜ  by  innego?  Nauczyła  się  sztuczek  od  swej  praprababki,  Karoline  Falk, 

spalonej w swoim czasie na Wzgórzu Czarownic. 

- Proszę opowiedzieć mi wszystko od początku - poprosił Allan. 

- Zaczęło się od tego, Ŝe kierownik szkoły, Falk, zaczął niedomagać, zatrudniono więc 

młodego  nauczyciela,  by  trochę  go  odciąŜył.  Isabell  była  wtedy  jeszcze  uczennicą  i 

wieczorami odwiedzała nauczyciela. Twierdziła, Ŝe po to, by pomóc mu we wdraŜaniu się w 

pracę,  ale  wszyscy  i  tak  wiedzieli,  co  się  tam  wyprawiało.  Pewnego  dnia  młoda  Ŝona 

nauczyciela  znalazła  w  domu  kilka  tajemniczych  przedmiotów,  rzeczy  skradzionych  z 

muzeum  w  Hedom.  Pochodziły  z  czasów,  kiedy  w  okolicy  było  całe  mnóstwo  czarownic, 

obrzydliwości, jakich wiedźmy uŜywały przy rzucaniu czarów na ludzi. Oczywiście zostawiła 

je tam Isabell. 

-  Dlaczego  miałaby  to  zrobić?  -  spytał  zdezorientowany  Allan.  Miał  trudności  z 

połączeniem w sensowną całość nie wiąŜących się ze sobą informacji. 

-  Po  to,  rzecz jasna,  Ŝeby  rzucić  urok  na  Ŝonę  nauczyciela.  Nad  nim,  biedaczyskiem, 

juŜ miała władzę. 

- Co się stało potem? 

-  Dalej  sprawy  potoczyły  się  tak,  jak  moŜna  się  tego  było  spodziewać.  Lillemor 

znaleziono na wrzosowiskach koło Wzgórza Czarownic. Nie Ŝyła, w torebce miała list. 

- Co było w tym liście? - dopytywał się Allan. 

- śe Isabell spodziewa się dziecka z jej męŜem! - triumfalnie oznajmiła stara dama. - 

A  na  pogrzebie  ta  dziwka  stała  spokojna  i  opanowana,  jakby  cała  sprawa  zupełnie  jej  nie 

dotyczyła.  Nie  uroniła  nawet  jednej  łzy  nad  losem  nieszczęśliwej  kobiety,  zmarłej  z  jej 

powodu! 

- Co było przyczyną śmierci? 

Staruszka prychnęła drwiąco. 

- Doktor mówił coś o zaŜyciu nadmiernej ilości tabletek nasennych, ale wszyscy i tak 

wiedzieli  o  czarnej  magii  Isabell.  Na  pewno  wmusiła  w  nią  czarodziejski  wywar.  A  potem 

okazało się, Ŝe ten, kto napisał list miał rację. Isabell spodziewała się dziecka i, rzecz jasna, 

background image

musiała  stąd  wyjechać.  Nie  chcemy  u  nas  w  Hedom  takiego  plugastwa.  Wypędzono  ją  z 

Lindane. Na nic innego nie zasługiwała. 

Szesnaście lat! pomyślał Allan wzburzony. Isabell miała szesnaście lat, kiedy urodziła 

syna! Sama jeszcze była prawie dzieckiem. 

- Czy nikt jej nie pomógł? - spytał ostroŜnie. 

- Jej ojciec zmarł niedługo przed tym, jak ta historia wyszła na jaw. 

- A co z młodym nauczycielem? 

-  Biedaczysko,  naturalnie  stąd  wyjechał.  Nie  mógł  tu  zostać  po  tragicznej  śmierci 

Ŝ

ony. Ale wrócił później, oŜenił się. Z dobrą dziewczyną z porządnej rodziny. 

- Przyznał się, Ŝe jest ojcem dziecka Isabell? 

- Nie, oboje zaprzeczali, i Isabell, i on. Ale jego moŜna wytłumaczyć. Pozostawał pod 

wpływem czarnej magii, sztuczek wiedźmy, bezbronny w jej szponach. 

- Czy Isabell kiedykolwiek wyznała, kto jest ojcem jej dziecka? 

- O, nie! Przez cały czas była uparta, do ostatniej chwili. Szatański pomiot! 

Allan odczuł gwałtowną chęć, by powiedzieć: Mówisz o mojej Ŝonie, stara plotkarko! 

Oczywiście  nie  zrobił  tego.  Po  pierwsze,  Isabell  nie  była  jego  Ŝoną,  a  po  drugie, 

niemądrze byłoby robić sobie wroga z matki lensmana. Mogła mu się przecieŜ jeszcze kiedyś 

przydać.  Wstał,  dziękując  za  informacje,  których  mu  udzieliła.  Czuł,  Ŝe  po  tej  porcji 

hipokryzji potrzebny mu łyk świeŜego powietrza, 

W drzwiach zatrzymał się i odwrócił. Coś mu się przypomniało. 

- Proszę mi jeszcze powiedzieć, czy pani zna Georga Abrahamsena? 

-  Georga?  AleŜ  naturalnie,  znam  Georga.  KaŜdego  lata  przyjeŜdŜa  do  Ytreland.  Ale 

dlaczego nie spytasz swej własnej matki, chłopcze? Ona zna go o wiele lepiej niŜ ja. 

Nie miał zamiaru mówić jej, Ŝe Georg Abrahamsen nie Ŝyje, zanotował sobie tylko w 

pamięci,  Ŝe  musi  pomówić  z  matką.  Przyszła  mu  do  głowy  idiotyczna  myśl.  A  jeśli  jego 

matka i Georg Abrahamsen... W takim razie to on jest dziedzicem milionowej fortuny! 

Nie,  to  śmieszne.  MałŜeństwo  jego  rodziców  było  szczęśliwie  i  matka,  wprawdzie 

roztargniona, z głową w chmurach, nigdy nie zdradziłaby ojca! 

Z domu starców Allan wyruszył prosto do muzeum w Hedom. Tam poprosił kustosza 

o pokazanie wszelkich materiałów związanych z procesami czarownic przed trzystoma laty. 

Staruszek z namysłem pocierał brodę. 

- Z tym będzie gorzej - powiedział. - Niewiele nam z tych zbiorów zostało. Większość 

rzeczy naleŜących do Karoline Falk skradziono jakiś czas temu. 

- Ach, tak? Słyszałem, Ŝe nauczyciel Bruun znalazł sporą część tego u siebie w domu? 

background image

- To prawda, ale oddał zaledwie kilka drobiazgów. Reszta zniknęła bez śladu. 

- Czy moŜe mi pan opowiedzieć o tej Karoline Falk? 

-  Ona  była,  moŜna  rzec,  prawdziwą  czarownicą.  Dumną  z  tego,  co  robi  i  co  umie. 

Najprawdopodobniej  była  utalentowaną  kobietą.  W  przeciwieństwie  do  większości  ludzi  w 

tamtych latach umiała pisać i czytać. W dzisiejszych czasach nazywano by ją pewnie „mądrą 

babką”.  No  cóŜ,  nie  była  chyba  dobrym  człowiekiem.  Skusiła  wiele  kobiet  z  Hedom, 

urządzały swoje sabaty na wrzosowiskach, nie opodal miejsca zwanego do dzisiaj Wzgórzem 

Czarownic.  Bardzo  nieprzyjemne  miejsce,  muszę  przyznać...  Karoline  Falk  spalono  tam  na 

stosie, pozostał po niej zbiór okropności. Ale, jak juŜ mówiłem, zniknęły bez śladu. 

-  Sądzi  pan,  Ŝe  ktoś  ze  współcześnie  Ŝyjących  ludzi  chciał  wypróbować  jej  stare 

czarodziejskie formuły? 

- Nikt chyba nie jest aŜ tak dziecinny - z uśmiechem odparł kustosz. - Te rzeczy zabrał 

raczej jakiś kolekcjoner. Choć ludzie wiele gadają. Twierdzą, Ŝe jakieś piętnaście-szesnaście 

lat temu młoda dziewczyna z rodu Karoline Falk zajmowała się czarną magią. Ale nikt nie ma 

na to Ŝadnych dowodów. 

Nareszcie  rzeczowy,  trzeźwo  myślący  człowiek!  pomyślał  Allan  dziękując  za 

rozmowę. Był zadowolony. W swoim dochodzeniu zdołał posunąć się parę kroków. 

 

Jak  tu  cicho,  pomyślała Isabell.  Siedziała  na  schodkach,  wyglądając  na  drogę.  Obiad 

był  gotowy,  nakryła  nawet  do  stołu.  Czekała  juŜ  tylko  na  Allana.  Dlaczego  potrzebował  aŜ 

tyle  czasu  na  załatwienie  tych  swoich  spraw?  I  jakie  to  sprawy?  pomyślała  z  ukłuciem 

strachu. 

Usłyszała odgłos nadjeŜdŜającego samochodu i szybko wstała. To Allan. Nareszcie! 

Miała ochotę pobiec do furtki, ale postanowiła tego nie robić. Oto parodia szczęśliwej 

rodziny. Ale, jak powiedział Allan, muszą z tej trudnej sytuacji czerpać tyle korzyści, ile tylko 

się da. Isabell ciekawa była, jaka teŜ jest ta jego dziewczyna, Lena Dahlgren... 

- Cześć - krótko przywitał się Allan. - Czy był tutaj lensman? 

-  Tak,  zabrał  wszystkie  rzeczy  z  piwnicy.  Potem  najwidoczniej  pojechał  do  Torego 

Simonsena. To niemądre! Jakby Tore był jakimś włamywaczem! 

- Zapominasz, Ŝe juŜ wcześniej wszedł w konflikt z prawem. 

- Właśnie dlatego! - obruszyła się Isabell. - Nie jest na tyle głupi, by jeszcze raz coś 

takiego zrobić. Pamiętaj, Ŝe znałam Torego przez całe Ŝycie. W nim nie ma zła! 

Allan  nic  na  to  nie  powiedział.  Nie  był  zachwycony  Torem  Simonsenem  w  równym 

stopniu co Isabell, wiedział jednak, Ŝe dyskusja na temat jej dawnego towarzysza zabaw nie 

background image

ma sensu. 

- Obiad gotowy - powiedziała Isabell nieśmiało. 

- Świetnie! Jestem głodny jak wilk! 

Podczas jedzenia Allan milczał, a Isabell czuła się zawiedziona. Przygotowała posiłek 

ze  szczególną  starannością  i  miała  nadzieję  na  kilka  słów  pochwały,  lecz  najwyraźniej 

Allanowi równie dobrze moŜna zaserwować jajka sadzone. Zastanawiała się, co go gnębi. 

-  Dziękuję  -  powiedział,  wstając  od  stołu.  -  Chyba  pójdę  na  górę  trochę  odpocząć. 

Twoje roślinki postawiłem w cieniu przy schodach. 

- Bardzo ci jestem wdzięczna. Zaraz je posadzę. 

Cieszyła  się,  Ŝe  będzie  miała  jakieś  zajęcie.  MoŜe  to  pozwoli  jej  się  oderwać  od 

dręczących myśli. Ciekawe, ile w ciągu tego popołudnia Allan zdołał się o niej dowiedzieć. 

 

Allan  rzucił  się  na  łóŜko  i  długo  leŜał,  gapiąc  się  w  sufit.  Jak  duŜe  znaczenie  miała 

właściwie  historia  opowiedziana  przez  matkę  lensmana?  Czy  to  nie  zwyczajna  banalna 

historia  trójkąta  małŜeńskiego:  młody,  łatwo  ulegający  wpływom  nauczyciel,  nieszczęśliwa 

Ŝ

ona i przedwcześnie dojrzała dziewczyna... 

Bezczelna dziwka, tak nazwał ją lensman. I matka lensmana takŜe. 

Per-Arne  Johansen  bronił  Isabell,  mówił,  Ŝe  jest  wraŜliwa  i  Ŝe  ludzie  w  Hedom  nie 

potrafili jej zrozumieć. Ale on się w niej kochał, być moŜe jego uczucie wciąŜ nie wygasło. 

Ile z tego, co Allan słyszał, było prawdą, a ile wytworem umysłów złych, zawistnych ludzi? 

Jego myśli powędrowały ku Lenie. Naprawdę mógł uwaŜać się za szczęściarza. Taka 

piękna,  zdolna  i  cudownie  normalna,  bez  humorów  i  zmiennych  nastrojów  Isabell.  Gdyby 

tylko Lena mogła teraz tu być, pomyślał stęskniony. Stanowiłaby cudowną przeciwwagę tych 

otaczających go tajemnic. 

Uderzyła go myśl, Ŝe właściwie Isabell bardzo przypomina jego własną matkę, osobę 

dość  nieobliczalną  -  Maię  Wide,  słynną  autorkę  powieści  kryminalnych,  która  z  pewnością 

nigdy nie zdobędzie Ŝadnej nagrody w dziedzinie literatury, a mimo to ma swój wierny  krąg 

czytelników.  Nie  potrafił  wprawdzie  wyobrazić  sobie  Isabell  stukającej  na  maszynie  do 

pisania  do  późnej  nocy  i  z  powodu  kolejnej  zagadki  kryminalnej  zapominającej  o  domu  i 

całym  świecie.  Podobieństwo  tkwiło  w  czymś  bardziej  ulotnym,  w  czymś,  czego  nie  da  się 

nazwać. Odkąd poznał Lenę, zaczęło go to jeszcze bardziej irytować. 

Gdyby  tylko  mógł  pozbyć  się  tego  niezwykłego  uczucia  zawodu...  Gnębiło  go 

rozczarowanie, choć sam nie wiedział, z jakiego powodu. 

Wyjrzał  przez  okno.  Isabell  pracowała  przy  rabacie  kwiatowej.  Powinien  moŜe  zejść 

background image

na dół i trochę jej pomóc. 

Kiedy przyszedł, zdziwiona podniosła na niego wzrok. 

-  Co  myślisz  o  tych  niebieskich  bratkach  obok  Ŝółtych?  -  spytała  nieśmiało.  -  MoŜe 

trochę za bardzo przypominają szwedzką flagę. 

-  A  co  złego  w  szwedzkiej  fladze?  -  odpowiedział  próbując  się  uśmiechnąć,  ale 

natrętne myśli wciąŜ nie dawały mu spokoju. Musi wreszcie otwarcie z nią porozmawiać. 

- Isabell! - powiedział bez wstępów. - Znam juŜ teraz całą twoją historię, przynajmniej 

tak,  jak  ją  sobie  opowiadają  ludzie  w  Hedom.  Teraz  muszę  poznać  twoją  wersję  wydarzeń, 

inaczej dalej się nie posunę. 

- Och! - westchnęła tylko. 

-  Siądźmy  na  schodach  i  mów  -  zaproponował.  -  Poświęć  na  to  tyle  czasu,  ile  ci 

potrzeba.  To,  Ŝe  opowiesz  mi  wszystko  od  początku  do  końca,  naprawdę  w  niczym  nie 

zaszkodzi. Nic do siebie nie czujemy, moŜesz mnie uwaŜać za całkiem neutralną stronę w tej 

sprawie. 

Posłusznie  siadła  razem  z  nim  na  schodkach,  ale  spomiędzy  pobladłych  warg  nie 

wydobyło się ani jedno słowo. 

- Miałaś romans z nauczycielem Bruunem, prawda? - zaczął brutalnie. 

- Nie, to nie jest prawda! 

-  Nie  rozumiem...  -  Allan  nie  dokończył  zdania.  CzyŜby  mimo  wszystko  ojcem  jej 

syna był Georg Abrahamsen? Po wizycie w domu starców niemal całkiem odrzucił wersję, by 

spadkobiercą Abrahamsena był Matti Falk. Zdaniem starej plotkarki, matki lensmana, ojcem 

Mattiego był bez wątpienia nauczyciel. 

Isabell podniosła twarz i popatrzyła na niego wielkimi zielonymi oczami. 

- Jak chcesz - rzekła porywczo. - Opowiem ci prawie wszystko, ale jedno pominę. 

- Dlaczego? 

-  Dlatego,  Ŝe  nie  potrafię  o  tym  mówić.  -  Jej  oczy  zapatrzyły  się  gdzieś  w  dal,  usta 

drŜały. 

Allan zrozumiał, jak trudno jest jej zacząć, pomógł więc pytaniem: 

- Mówiłaś o wyrzutach sumienia. Czy to znaczy, Ŝe poczuwasz się do winy w sprawie 

ś

mierci Lillemor Bruun? 

- Tak. Nadal jednak nie wiem, jak wielka była moja wina. 

Ta  odpowiedź  wprawiła  go  w  stan  szoku.  W  głębi  ducha  Ŝywił  nadzieję,  Ŝe  Isabell 

przedstawi  mu  satysfakcjonujące  wyjaśnienie  i  udowodni  swą  niewinność  w  związku  ze 

ś

miercią młodej Ŝony nauczyciela. A ona otwarcie mówi, Ŝe być moŜe Lillemor Bruun Ŝyłaby 

background image

do dzisiaj, gdyby nie ona, Isabell. Nie, nie wolno mu wyciągać zbyt pochopnych wniosków. 

- Czy to ty... - JuŜ miał powiedzieć „ukradłaś”, ale ugryzł się w język. - To ty zabrałaś 

z muzeum stare receptury i magiczne przedmioty naleŜące do Karoline Falk? 

- Nie, nie ja. Ale miałam... dostęp do niektórych z nich. 

Te  słowa  były  dla  niego  kolejnym  szokiem.  Miał  szczerą  ochotę  potrząsnąć  Isabell  i 

zmusić  do  opowiedzenia  całej  prawdy,  zdawał  sobie  jednak  sprawę,  Ŝe  to  najgłupsze,  co 

mógłby zrobić. 

A więc naprawdę zajmowała się czarną magią... 

- Zacznij od samego początku! - zaŜądał. 

-  Od  początku?  -  powtórzyła  zamyślona.  Chwilę  trwało,  nim  podjęła  tym  samym, 

nieobecnym głosem. - Wszystko się zaczęło, kiedy do Hedom przybył Jan Bruun... 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Wszystko się zaczęło, kiedy do Hedom przybył Jan Bruun... 

Allan  siedział  w  milczeniu.  Czekał,  aŜ  Isabell  podejmie  opowieść.  Widział  tylko  jej 

delikatny profil; zastanawiał się, jakieŜ to mroczne myśli kłębią się w tej zgrabnej główce. 

- Był niesamowicie przystojny - mówiła drŜącym głosem. - Dokładnie w takim typie, 

dla jakiego traci się głowę, kiedy się ma naście lat. Wysportowany, uprzejmy, innymi słowy 

marzenie  wszystkich  nastolatek.  Miałam  około  piętnastu  lat  i  beznadziejnie  się  w  nim 

zakochałam. Ella draŜniła się ze mną z tego powodu, ale sama świata poza nim nie widziała... 

W  końcu  przyszedł  nam  do  głowy  iście  szaleńczy  pomysł.  Postanowiłyśmy  zaczarować  go 

tak, aby zakochał się w jednej z nas. Wiedziałam, Ŝe jestem potomkinią osławionej Karoline 

Falk,  i  uznałam,  iŜ  ogromnie  emocjonujące  będzie  udawać,  Ŝe  odziedziczyłam  jej  magiczne 

moce. 

Isabell przerwała. Nerwowo przełykała ślinę, w końcu znów zaczęła mówić: 

-  Poza  tym  inni  z  naszej  grupki  nazywali  mnie  za  plecami  małą  czarownicą, 

dowiedziałam się o tym wczoraj. Zawsze lubiłam być tajemnicza i twierdziłam,  Ŝe zostałam 

obdarzona nadprzyrodzonymi zdolnościami, ale to były tylko moje wymysły. 

-  Powiedziałaś,  Ŝe  postanowiłyście  zaczarować  Jana  Bruuna.  Która  wpadła  na  to 

pierwsza, Ella czy ty? 

- Tego juŜ nie pamiętam. ChociaŜ wspomniałam chyba, Ŝe pragnę mieć starą formułę 

Karoline  Falk  na  napój miłosny,  a  Ella  zaproponowała,  Ŝebyśmy  wykradły  ją  z muzeum.  Ja 

jednak  nie  chciałam  brać  w  tym  udziału.  Elli  takŜe  zabrakło  odwagi,  kiedy  przyszło  co  do 

czego, ale jej brat zgodził się zrobić to dla nas. 

- Kjell Jahr? 

- Tak - odpowiedziała cicho Isabell. 

Allan  zrozumiał,  Ŝe  z  cięŜkim  sercem  przyjęła  wieść  o  śmierci  Kjella.  Otwarcie 

przyznała, Ŝe zawsze odczuwała wobec niego fizyczną niechęć i wstydziła się tego, poniewaŜ 

był taki miły i dobroduszny. 

- To znaczy, Ŝe złodziejem był Kjell? 

-  Tak.  Naprawdę  przyniósł  nam  przepis  Jak  skierować  na  siebie  miłość  ukochanego

To albo coś podobnego napisano na formule starodawnym pismem z zawijasami. 

Isabell  mocno  zacisnęła  dłonie,  by  zapanować  nad  ich  drŜeniem,  i  Allan  zrozumiał, 

jak  wiele  musi  ją  kosztować  mówienie  o  przeszłości.  Tym  razem  jednak  był  zdecydowany 

background image

dotrzeć do sedna tajemnicy. Bezlitośnie wypytywał ją dalej: 

- Czy Kjell zabrał cały zbiór Karoline Falk? 

-  Tego  nie  wiem.  Pokazał  nam  niektóre  przedmioty,  szkielet  szczura  i  jakieś 

powykręcane, sękate korzenie. Ale ile zabrał, nie mam pojęcia. 

- Wam dał tylko stary przepis na pozyskanie miłości. Jak się udał eksperyment? 

-  Strasznie  się  bałam,  chociaŜ  udawałam,  Ŝe  nie.  Upłynęło  sporo  czasu,  zanim 

zgromadziłyśmy  wszystkie  ingrediencje  niezbędne  do  sporządzenia  napoju  miłosnego. 

Zaczęłyśmy  się  zastanawiać,  w  jaki  sposób  zmusimy  Jana  Bruuna  do  wypicia  go,  ale  nic  z 

tego  nigdy  nie  wyszło.  Nagle  bowiem  pojawiła  się  w  Hedom  Lillemor  Bruun  i 

dowiedziałyśmy  się,  Ŝe  od  wielu  lat  są  małŜeństwem.  PrzeŜyłyśmy  wielkie  rozczarowanie. 

Pamiętam,  Ŝe  chciałyśmy  takŜe  na  nią  rzucić  urok,  ale  to  były  tylko  takie  pomysły 

pensjonarek, połączone z chichotami. Tak naprawdę nic złego nie miałyśmy na myśli. 

- Kto to zaproponował, ty czy Ella? 

- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, Ŝe nie ja. Ella była o wiele twardsza, w kaŜdym 

razie na zewnątrz. Ale dość juŜ o tym, i tak cały nasz napój miłosny wylałyśmy. Wiele w nim 

było paskudztw, moŜesz mi wierzyć. 

- Ale ty dalej odwiedzałaś nauczyciela Bruuna wieczorami. 

- Tak, prosił, Ŝebym mu pomagała, poniewaŜ byłam córką kierownika szkoły, a ojciec 

czuł  się  juŜ  tak  źle,  Ŝe  prawie  cały  czas  musiał  leŜeć.  Ale  między  nami  nic  nie  było. 

Rozmawialiśmy  tylko  o  szkole.  Całe  moje  zainteresowanie  dla  niego  minęło  jak  ręką  odjął, 

kiedy dowiedziałam się, Ŝe jest Ŝonaty. Przestał juŜ wydawać mi się ciekawy, mam nadzieję, 

Ŝ

e rozumiesz, o co mi chodzi. Poza tym... 

- Co poza tym? - ostroŜnie dopytywał się Allan. 

- Poza tym wydarzyło się coś... 

Zielone oczy Isabell stały się jakby nieobecne. Allan wyczuł, Ŝe traci z nią kontakt, i 

szybko powiedział: 

-  Tak  więc  z  twojej  strony  było  to  tylko  zadurzenie,  typowe  dla  dziewczyny  w  tym 

wieku. Ale zostawiłaś u niego w domu jakieś obrzydliwe rzeczy. 

- Nie, nie zrobiłam tego - odparła Isabell cicho. 

Allan  zastanawiał  się,  czy  skłamała.  Matka  lensmana  opowiedziała  mu,  Ŝe  Lillemor 

Bruun znalazła jakieś wstrętne przedmioty ze zbioru Karoline Falk. Uznał jednak, Ŝe akurat w 

tej chwili lepiej w to nie wnikać. 

- Jaka właściwie była Ŝona nauczyciela? - spytał. 

-  Nie  lubiłam  jej.  Wydawała  się...  w  pewnym  sensie  prostacka.  Ale  spotkałam  ją 

background image

zaledwie  kilka  razy.  I  nagle  okazało  się,  Ŝe  nie  Ŝyje.  Znaleziono  ją  siedzącą  koło  Wzgórza 

Czarownic. To było bardzo dziwne. 

- Dlaczego uwaŜasz, Ŝe jesteś winna jej śmierci? 

- Nie wiem... MoŜe z powodu magicznego napoju, który przygotowałyśmy. MoŜliwe, 

Ŝ

e się o nim dowiedziała. W takiej małej miejscowości plotki szybko się roznoszą. A Bruun i 

ja często przesiadywaliśmy w szkole do późnego wieczora. Mogła sądzić, Ŝe... 

Isabell urwała. Podjęła dopiero po chwili: 

-  Było  coś jeszcze,  coś okrutnego,  złego, tak  złego,  Ŝe  nie  stać  mnie  na to,  by  o  tym 

opowiadać. Być moŜe wydam ci się głupia, ale to było straszne, naprawdę straszne! 

Nastąpiła długa pauza. Isabell siedziała nieruchomo patrząc prosto przed siebie. Twarz 

ś

ciągnął jej strach i przeraŜenie na myśl o tym, co wydarzyło się kiedyś, dawno temu. 

-  A  co  z  listem,  znalezionym  w  torebce  Lillemor  Bruun?  -  brutalnie  przerwał  ciszę 

Allan. - Napisano w nim, Ŝe spodziewasz się dziecka Bruuna! 

Isabell drgnęła i ukryła twarz w dłoniach. 

-  Biedna  kobieta,  musiała  uwierzyć,  Ŝe  to  prawda.  Chyba  rozumiesz  teraz,  Ŝe  w 

pewnym sensie byłam winna? 

-  Pośrednio,  owszem.  Ale  to  nie  to  samo,  co  być  winowajcą  wobec  prawa.  Kto 

wiedział, Ŝe jesteś w ciąŜy? 

- Nikt! Ale pewnie to było dość oczywiste, w pierwszym okresie bardzo chorowałam. 

-  OskarŜono  cię,  Ŝe  nie  płakałaś  na  pogrzebie  Lillemor  Bruun  -  powiedział  krótko, 

myśląc o tym, co autor anonimów kilkakrotnie powtarzał w listach kierowanych do niego: Ŝe 

czarownice nie potrafią płakać! 

-  Dlaczego  miałabym  wylewać  łzy  nad  kimś,  kogo  prawie  w  ogóle  nie  znałam  i  w 

dodatku nie lubiłam? - odparła Isabell. - Wtedy jeszcze nie wiedziałam, o co mnie oskarŜają. 

Nagonka na mnie rozpoczęła się dopiero po pogrzebie. Mój ojciec zmarł mniej więcej w tym 

samym  czasie.  Długo  leŜał  nieprzytomny.  A  potem  ludzie  zrozumieli,  Ŝe  prawdą  jest,  iŜ 

spodziewam się dziecka, no i... Nie, nie chcę mówić o tym strasznym okresie! 

- Dobrze, nie mów - zgodził się. - Ale powiedz mi, czy nikt nie próbował ci pomóc w 

tych trudnych miesiącach? 

Isabell kiwnęła głową. 

-  Per-Arne  był  dla  mnie  dobry,  ale  niewiele  mógł  zdziałać.  Jego  Ŝona,  Tora,  robiła 

koszmarne awantury, jak tylko się do mnie odezwał. Kiedy wyjeŜdŜałam, pani Jahr przysłała 

mi kilka ubranek dla niemowlęcia i trochę pieniędzy. Bardzo się przydały. Później zwróciłam 

dług. Ella w ogóle się nie pokazała, pewnie nie było jej w domu. 

background image

- Jeszcze tylko jedno pytanie, Isabell - poprosił Allan. 

- Nie! 

- Muszę cię o to zapytać! Kto jest ojcem twojego syna? 

Isabell odwróciła się i nie odpowiedziała. 

-  Nie  pytam  z  ciekawości  -  próbował  ją  przekonać.  -  Mam  powody,  by  Ŝądać 

wyjaśnień. Czy on się nazywał Georg Abrahamsen? 

Isabell spojrzała na niego zdziwiona. 

- Georg Abrahamsen? Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam. 

-  MoŜe  nie  zdradził  swego  nazwiska?  Czy  ojciec  Mattiego  był  dla  ciebie  kimś 

nieznajomym? 

Isabell  potrząsnęła  głową  i  uśmiechnęła  się  swym  wymuszonym,  pełnym  rozpaczy 

uśmiechem, który Allan poznał juŜ tak dobrze. 

- Nie, to nie był nieznajomy, Allanie. I nie wiem, kim jest ten Georg Abrahamsen, ale 

zakładam,  Ŝe  to  starszy  męŜczyzna.  Pytałeś  mnie  przecieŜ,  czy  jako  młoda  dziewczyna 

mogłabym zakochać się w starszym męŜczyźnie. 

Allan pokiwał głową. 

-  O  niego  właśnie  mi  wtedy  chodziło.  Powiedz  mi  coś!  Czy  to  był  gwałt?  PoniewaŜ 

nie znosisz dotyku męŜczyzny... 

W oczach pojawił jej się wyraz obłędnego przeraŜenia. 

- Przestań, Allanie! Nie wytrzymam juŜ nic więcej! 

- Dobrze, juŜ dobrze. I tak byłaś bardzo dzielna. Chodź, pójdziemy zobaczyć, jak się 

prezentuje nasz ogród. Powinniśmy moŜe podlać kwiaty przed zapadnięciem zmroku! 

Kiwnęła  głową  na  zgodę  i  posłusznie  ruszyła  za  nim  na  drugą  stronę  domu.  Później 

patrzyła, jak napełnia wodą konewkę i delikatnie zrasza kruche sadzonki. 

- Co wyrośnie z tych? - wskazał na zielone roślinki z jednej strony rabatki. 

-  Prawdę  mówiąc,  nie  wiem.  Pomyślałam  sobie,  Ŝe  ciekawie  będzie  się  przekonać  - 

odparła Isabell zakłopotana. 

- Wspaniale! Odrobina napięcia nigdy nie zawadzi - stwierdził z przesadną wesołością 

i w tej samej chwili poŜałował swoich słów. Isabell przez ostatnich piętnaście, szesnaście lat 

miała  „napięcia”  więcej  niŜ  dość.  Cud,  Ŝe  w  ogóle  wytrzymała  tak  długo,  zanim  nastąpiło 

załamanie. 

- Czegoś tu nie rozumiem - stwierdził zamyślony. - Śmierć Lillemor Bruun z początku 

nie  miała  Ŝadnego  związku  z  tobą.  Dopiero  przez  ten  terror,  poprzez  listy  i  wszystkie 

oskarŜenia,  stopniowo  zaczęłaś  czuć  się  winna.  Byłaś  szczególnie  wraŜliwa,  poniewaŜ 

background image

zostałaś sama, taka młoda, tylko na tobie spoczywała odpowiedzialność za Mattiego. Właśnie 

to cię złamało oprócz wydarzenia, o którym nie chcesz mówić, prawda? 

- Tak - zawahała się chwilę: - I jeszcze coś... 

- Czy znasz kogoś, kto cię naprawdę nienawidzi, Isabell? 

Zrezygnowana potrząsnęła głową. 

- Nie... MoŜe Tora? 

-  śona  Pera-Arnego.  To  zrozumiałe.  Swego  czasu  był  w  tobie  zakochany  i  moŜe 

nawet  nadal  jest.  Spotkałem  Torę  przelotnie,  wydała  mi  się  osobą  ziejącą  nienawiścią  i 

zazdrosną  o  wszystko  i  wszystkich.  Ale  w  Lindane  moŜe  być  jeszcze  ktoś,  kto  z  jakiegoś 

powodu Ŝywi do ciebie urazę. 

Isabell nie odpowiedziała. 

Stali przy rabacie pogrąŜeni w myślach, dopóki hałas przy skrzynce na listy nie zmusił 

ich do podniesienia głów. 

-  Przypuszczam,  Ŝe  to  kolejny  anonim  -  powiedział  Allan  z  niesmakiem.  - 

Przepraszam - dodał prędko, widząc twarz Isabell. 

Okazało  się,  Ŝe  miał  rację.  Tak  jak  poprzednie,  list  był  zaadresowany  do  niego. 

Rozerwał kopertę. 

- Zobaczymy, co ma do powiedzenia dzisiaj! - powiedział, rozkładając kartkę. 

Panie Wide! 

Czy  pan  wie,  co  ona  trzyma  w  małym  schowku  pod  schodami?  Jeśli  ma  pan  dość 

odwagi, niech pan sprawdzi! 

Isabell zaczęła się śmiać. 

- Spokojnie moŜesz tam zajrzeć, Allanie! 

- Chodź, pójdziemy razem! 

W  korytarzyku  panował  półmrok.  Allan  zdjął  z  haczyka  kieszonkową  latarkę  i 

otworzył drzwi do schowka. 

- Nic tu nie ma! - powiedział z uśmiechem. Nagle jego twarz spowaŜniała. Dostrzegł 

coś na najwyŜszej półce. - Poczekaj chwilę... 

Isabell  znieruchomiała.  Allan  zerknął  na  nią.  Biała  jak  kreda  twarz  odcinała  się  od 

rudych włosów. 

- To mi wygląda na jakieś stare szmaty! 

- Nie! - rozległ się w odpowiedzi zduszony krzyk Isabell. 

Nie  posłuchał,  wspiął  się  na  palce  i  zdjął  zawiniątko  z  góry.  Kiedy  połoŜył  je  na 

najniŜszej półce, samo się rozwinęło. Z niedowierzaniem przyjrzał się zawartości i cofnął ze 

background image

wstrętem. 

- Do diabła! - więcej nie zdołał powiedzieć. 

Węzełek zawierał suszone korzenie, wyschniętego nietoperza, grudki ziemi i najgorsze 

ze wszystkiego - maleńką czaszkę. 

Isabell bez słowa osunęła się na podłogę. 

 

Przez trzy doby Isabell nie wstawała z łóŜka, udręczona, zatopiona w  mrocznej głębi 

własnego ja. 

Nie  przez  cały  czas  spała.  Słyszała  głosy,  widziała  cienie  ludzi,  ale  to  ją  nie 

obchodziło, oni naleŜeli do świata, do którego nie mogła ani nie chciała dotrzeć. 

Przyjechał doktor Lanz. Słyszała fragmenty jego rozmowy z Allanem. 

-  Nie,  nie  trzeba  jej  przenosić,  jest  juŜ  na  dobrej  drodze.  Osiągnąłeś  więcej,  niŜ 

zdołałby uczynić jakikolwiek lekarz! 

- Trudno mi w to uwierzyć, gdy patrzę na rezultaty - odparł Allan. 

- Bez pośpiechu, ten stan minie. JuŜ samo to, Ŝe do tego stopnia otworzyła się przed 

tobą, jest olbrzymim krokiem do przodu. To, co się później stało, nie było ani twoją, ani jej 

winą. Ona niedługo się obudzi, a jeśli zdoła przełamać ostatnie opory, będzie nareszcie wolna. 

- Skąd moŜesz mieć taką pewność? 

- PoniewaŜ ta blokada powstała w umyśle Isabell, kiedy miała szesnaście lat, i cały lęk 

bierze  swój  początek  w  tamtym  okresie,  w  jej  dzieciństwie.  Między  osobą  szesnastoletnią  a 

dorosłym  człowiekiem  jest  ogromna  róŜnica.  Musi  się  tylko  pozbyć  tego  wszystkiego, 

wyrzucić to z siebie, wypowiedzieć... 

Głosy rozpłynęły się w oddali. 

Kilka godzin później do Isabell dotarły strzępy innej rozmowy: 

-  W  tej  historii  uderzają  mnie  dwie  rzeczy  -  mówił  Allan.  -  Po  pierwsze:  kto  miał 

powody i moŜliwości prześladować ją przez tyle lat? I co robiła Lillemor Bruun tak daleko, 

koło Wzgórza Czarownic? To dopiero miejsce na samobójstwo! 

-  Mnie  zastanawia  coś  jeszcze  -  powiedział  doktor  Lanz.  -  Co  oznaczają  te 

paskudztwa,  które  znaleźliście  w  zawiniątku  na  półce  schowka?  ZałoŜę  się,  Ŝe  Isabell 

widziała je juŜ wcześniej. 

- Z całą pewnością. Prawdopodobnie o tym nie chciała mówić. 

Doktor  Lanz  najwidoczniej  wrócił  do  Göteborga,  Isabell  bowiem  nie  słyszała  juŜ 

więcej  jego  głosu.  Pojawił  się  natomiast  głos  kobiecy,  ciepły,  Ŝyczliwy  w  tonie,  często 

roześmiany. Kiedyś doszło ją kilka oderwanych zdań: 

background image

-  Nie,  nie  musisz  jechać  po  zakupy,  zrobię  coś  z  tego,  co  macie  w  domu,  pudding 

rybny z kalafiorem i ananasem... 

- O, nie, serdeczne dzięki, pudding rybny z ananasem to nie dla mnie - zdecydowanie 

sprzeciwił  się  Allan.  -  Mam  ochotę  na  kotlety  i  sam  je  usmaŜę,  jeśli  nie  masz  nic  przeciw 

temu, mamo. 

- Dobrze, mój drogi... 

Isabell  nie  wiedziała  jednak,  Ŝe  mieli  jeszcze  jednego  gościa.  Z  najbliŜszego  dworca 

zatelefonował  Matti  i  Allan  przywiózł  do  Lindane  chudego,  wysokiego  chłopaka  o  rudych 

włosach i zielonych oczach, zdumiewająco podobnego do Isabell. 

 

- Cześć, jestem Allan Wide! Twoja matka nie najlepiej się czuje, dlatego przyjechałem 

sam! 

Matti  Falk  przywitał  się  zaskoczony.  Allan  od  pierwszej  chwili  miał  wraŜenie,  Ŝe 

chłopiec  przyjął  postawę  obronną.  Odpowiadał  monosylabami,  a  podczas  jazdy  do  Lindane 

uporczywie wyglądał przez okno. 

Gdy przybyli na miejsce, natychmiast poszedł do pokoju Isabell, ale ona wciąŜ leŜała 

pogrąŜona w swym dziwnym, podobnym do transu śnie, nie zdając sobie sprawy z obecności 

syna. Matti nawet grymasem twarzy nie zdradził, co czuje, kiedy z powrotem zszedł na dół. 

Następnego ranka przy śniadaniu powiedział Allanowi, Ŝe znalazł sobie pracę na lato i 

przyjechał w zasadzie po to, Ŝeby uprać ubranie i wziąć trochę pieniędzy, by starczyło mu do 

pierwszej  wypłaty.  O  matce  mówił  bez  śladu  ciepła  w  głosie, jakby  była  jedynie  przygodną 

znajomą. 

Allan  wyjaśnił  chłopcu,  Ŝe  Isabell  nie  najlepiej  stoi  finansowo,  i  zaofiarował  mu 

poŜyczkę.  Matti  z  początku  protestował,  w  końcu  jednak  przystał  na  propozycję.  Allan 

zapędził go do prania i chłopiec rzeczywiście wziął się do roboty. W tym czasie Allan wybrał 

się  do  Pera-Arnego  Johansena  z  prośbą  o  poŜyczenie  łodzi  wiosłowej  na kilka  godzin,  Ŝeby 

móc popłynąć z Mattim na ryby. 

Dopiero na morzu udało mu się nawiązać kontakt z chłopcem. 

Na ostroŜne pytania Allana Matti odpowiadał z pogardą w głosie. 

-  Jak  moŜesz  się  spodziewać,  Ŝe  będę  miał  dla  matki  prawdziwy  szacunek!  PrzecieŜ 

nikt  jej  nie  lubi.  Wszędzie,  gdzie  się  pojawi,  zaraz  ją  wyrzucają.  Sam  dostałem  kilka 

anonimów, z których jasno wynika, jak się zachowała. Nie wiem nawet, kto jest moim ojcem, 

a teraz znów mieszka z tobą, choć nie jesteście małŜeństwem! 

- Twoja matka całymi latami była prześladowana w okrutny sposób przez osobę, która 

background image

musi  być  chora  na  umyśle  -  tłumaczył  mu  Allan,  waŜąc  kaŜde  słowo.  -  Nie  wiem,  kim  jest 

autor  anonimów,  ale  za  wszelką  cenę  muszę  go  odnaleźć.  Mieszkamy  razem  wyłącznie  z 

przyczyn praktycznych, zapewniam cię, Ŝe między nami nic nie ma. Twoja matka jest jednym 

z najlepszych i najbardziej nieszczęśliwych ludzi, jakich spotkałem, Matti! 

Chłopiec nie odpowiedział. Przed nimi rozciągała  się gładka tafla morza. Łódź lekko 

się zakołysała, kiedy Allan pochylił się i zarzucił wędkę. Niedługo potem spławik zadygotał i 

Allan wyciągnął trzepocącego się witlinka. Widział, Ŝe Matti ma wielką ochotę zabrać się za 

łowienie, ale najpierw chce wszystko wyjaśnić. 

Powodowany gniewem chłopiec odwrócił się do Allana. 

- Kto wobec tego jest moim ojcem? - zapytał ostro. 

-  Tego  nie  wiem,  ale  jestem  przekonany,  Ŝe  wyrządził  krzywdę  twojej  matce.  Wiem 

teŜ, jak bardzo boli ją fakt, Ŝe straciłeś do niej zaufanie. Powiedz mi, Matti, nie masz Ŝadnych 

dobrych wspomnień z dzieciństwa? Nie pamiętasz, jak bardzo matka cię kochała, jak bardzo 

się starała,  Ŝeby zapewnić ci wszystko, pomimo Ŝe była prześladowana, zewsząd otaczała ją 

nienawiść i podejrzenia? Z całych sił próbowała odgrodzić cię od swoich kłopotów, prawda? 

Walczyła  z  trudnościami  finansowymi,  całkiem  sama  zajmowała  się  twoim  wychowaniem. 

Naprawdę nie zasłuŜyła na twoją pogardę. 

-  Wcale  nią  nie  gardzę  -  niechętnie  przyznał  Matti.  -  Raczej  odczułem  zawód,  kiedy 

usłyszałem  wszystko  złe,  co  się  o  niej  mówi.  I  zacząłem  się  zastanawiać,  czy  rzeczywiście 

jest taka, jak pisze ta osoba w anonimach. 

-  Potrafię  to  zrozumieć  -  spokojnie  odparł  Allan.  -  Ale  fakt,  Ŝe  autor  listów  przez 

wszystkie  te  lata  pozostaje  anonimowy  i  nie  ma  odwagi  otwarcie  wystąpić  z  zarzutami, 

dowodzi, Ŝe to człowiek zły, kierujący się nienawiścią, i nie moŜna traktować go powaŜnie. 

- Dlaczego ktoś miałby nienawidzić matki? - zdziwił się Matti. 

-  Twoja  matka  jest  bardzo  piękną  kobietą  -  odparł  Allan.  -  Tkwi  w  niej  coś 

szczególnego.  Ludzie  tacy  jak  ona  często  bywają  nienawidzeni  bez  Ŝadnego  powodu  tylko 

dlatego, Ŝe inni są zazdrośni. 

- Czy ty jesteś... kimś w rodzaju detektywa? - spytał Matti. 

Allan nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. 

-  MoŜna  to  i  tak  nazwać.  W  kaŜdym  razie  to  najtrudniejsze  zadanie,  jakie 

kiedykolwiek  mi  się  w  Ŝyciu  trafiło.  Niewiele  teŜ  udało  mi  się  zdziałać,  ale  prędzej  czy 

później  dotrę  do  sedna  tej  sprawy.  A  na  razie  proszę  cię,  Matti,  Ŝebyś  postarał  się  być 

wyrozumiały dla matki! Nawet odrobina Ŝyczliwości ma dla niej ogromne znaczenie. 

Chłopak wolno pokiwał głową i zarzucił wędkę. 

background image

Kiedy  parę  godzin  później  szli  pod  górę  z  plaŜy  do  domu,  niosąc  pełne  wiadro  ryb, 

twarz Mattiego była jasna i otwarta, taka, jaka powinna być twarz szesnastoletniego chłopca. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Późnym popołudniem trzeciego dnia Isabell obudziła się z przypominającego śpiączkę 

snu  i  otworzyła  oczy.  Przy  jej  łóŜku  siedziała  starsza  pani  o  gęstych  siwych  włosach,  w 

kolorowym wdzianku i jasnych spodniach. 

- Dzień dobry - powitała ją przyjaźnie. - Jestem matką Allana. Jak się miewasz? 

-  Dziękuję,  o  wiele  lepiej  -  odparła  zawstydzona  Isabell.  -  Ja...  robię  wam  chyba 

strasznie duŜo kłopotu. 

-  Bzdury  -  stanowczym  tonem  odparła  Maia  Wide.  -  Ogromnie  się  ucieszyłam,  Ŝe 

trafia  mi  się  okazja,  by  przyjechać  tutaj  i  zobaczyć  się  z  synem.  Nieczęsto  go  widuję  od 

czasów, kiedy dorósł, i bardzo się o niego niepokoję... 

- Niepokoi się pani? - słabym głosem spytała Isabell. 

-  Zmienił  się  ostatnio,  stał  się  taki  zimny  i  cyniczny  -  tłumaczyła  zamyślona  Maia 

Wide. - MoŜe to i nic dziwnego po tym, co przeszedł, ale... 

-  Allan  moŜe  sprawiać wraŜenie  twardego  i  surowego,  ale  w głębi  ducha jest  bardzo 

łagodny - powiedziała cicho Isabell. - Tyle tylko, Ŝe nie rozumie kobiet. 

-  Święta  prawda!  -  zaśmiała  się  Maia  Wide.  -  Ale  cieszę  się,  Ŝe  wiesz,  jaki  jest 

naprawdę. 

W  tej  samej  chwili  na  schodach  rozległy  się  prędkie  kroki.  Matti  otworzył  drzwi, 

wsunął głowę do środka i na widok przebudzonej Isabell uśmiechnął się szeroko. 

- Cześć, mamo! Lepiej się juŜ czujesz? 

-  Matti!  -  wykrzyknęła  Isabell  z  rozjaśnioną  twarzą.  -  I  ty  jesteś  tutaj?  Nic  nie 

wiedziałam... 

- Allan powiedział, Ŝe potrzebujesz porządnie wypocząć - rzekł Matti. - A ja właśnie 

wyjeŜdŜam. Znalazłem pracę na lato, ale przyjadę do was jak tylko będę mógł. 

-  Co  ty  mówisz?  -  Isabell  wpatrywała  się  w  syna  oszołomiona.  -  Matti,  czy  masz 

czyste ubrania? I pieniądze? 

-  Sam  zrobiłem  pranie  -  odparł  chłopiec  z  dumą.  -  Allan  poŜyczył  mi  parę  koron, 

wystarczy, bym dotrwał do pierwszej wypłaty. Wtedy mu oddam, nie martw się o to. Muszę 

juŜ pędzić, trzymaj się, mamo! I niczego się nie bój, Allan się tobą zajmie! 

Z tymi słowami zniknął. Isabell próbowała się niepewnie uśmiechnąć. 

- Wygląda na to, Ŝe Allan w oczach Mattiego jest wielkim bohaterem. 

Maia Wide pokiwała głową. 

background image

- Przez te dni byli nierozłączni. Matti chodził za tym moim upartym synem trop w trop 

jak wierny pies, a Allanowi bez wątpienia ogromnie to schlebiało! 

 

Allan, odwiózłszy Mattiego na dworzec, wrócił do domu. Wszedł na górę i zatrzymał 

się  pod  drzwiami  pokoju  Isabell.  Usłyszał  szmer  toczącej  się  rozmowy  i  zaskoczony 

przysłuchiwał  się  głosom  kobiet.  To,  czego  on  nie  zdołał  osiągnąć  przez  te  wszystkie  dni, 

jego  matce  udało  się  w  ciągu  godziny.  Głos  Isabell  brzmiał  słabo.  Była  zdenerwowana,  to 

dało się wyczuć, ale mówiła otwarcie: 

-  Rzeczywiście  widziałam  juŜ  kiedyś  te  straszne  przedmioty.  LeŜały  w  węzełku  na 

najwyŜszej półce schowka, jak teraz. Ale zajrzałam tam od razu, kiedy się tu sprowadziliśmy, 

i niczego nie było. Nie rozumiem... Czy list teŜ tam był? 

- Jaki list? 

- Straszny list, który... o którym nie udało mi się zapomnieć przez te wszystkie lata. 

Allan słyszał, jak bardzo drŜy głos Isabell. 

- Ach, prawda - dodała po chwili. - PrzecieŜ własnoręcznie go zniszczyłam! 

- Ale resztę tych obrzydliwości zostawiłaś? 

-  Tak,  to  było  juŜ  ostatniego  dnia  przed  tym,  jak  musiałam  stąd  odjechać.  Chciałam 

zdjąć  walizkę  z  półki  i  wtedy  znalazłam  zawiniątko  z...  z...  Allan  powiedział  ci  pewnie,  co 

było w środku? 

- Tak - cicho odrzekła Maia Wide. 

Allan  stał  pod  drzwiami  i  bezwstydnie  podsłuchiwał.  Na  myśl  o  ohydnej  zawartości 

węzełka  -  szkielecie  zwierzęcia,  grudkach  ziemi  i  małej  czaszce,  dreszcz  przebiegł  mu  po 

plecach. 

- Wtedy był tam jeszcze list - ciągnęła Isabell tak cicho, Ŝe ledwie mógł zrozumieć, co 

mówi. - Straszny list! Nie masz pojęcia... 

- JuŜ dobrze, dobrze - łagodnie przemawiała do niej Maia Wide. - Uspokój się, to juŜ 

minęło i Allan zrobi wszystko, Ŝeby ci pomóc. 

- Czy tak powiedział? 

-  Oczywiście.  Sądzę,  Ŝe  bardzo  cię  lubi,  tylko  nie  chce  się  do  tego  przyznać. 

Prawdziwy dziwak z tego mojego syna. 

Allan  drgnął.  Co,  u  licha,  matka  miała  na  myśli,  występując  z  podobnymi 

przypuszczeniami? Wiedziała przecieŜ o jego związku z  Leną. Poza nią nie interesowały go 

inne  kobiety!  Isabell  rzeczywiście  była  piękna  i  posiadała  osobliwą  siłę  przyciągania,  tyle 

tylko Ŝe on nie był na nią wraŜliwy. 

background image

- A więc wyrzuciłaś ten straszny list? - usłyszał zadane przez matkę pytanie. 

- Tak, naturalnie - podejrzanie szybko odpowiedziała Isabell. 

Allan nie był juŜ w stanie się opanować. Zapukał do drzwi i wszedł do środka. Isabell 

poderwała się na jego widok. 

- Miło cię widzieć w lepszej formie - powiedział krótko. - Nie mogłem nie słyszeć, o 

czym przed chwilą mówiłyście. Czy naprawdę wyrzuciłaś ten list, Isabell? 

- Ja... To nie był tylko list, lecz takŜe recepta... ale list był najgorszy. Miałam dopiero 

szesnaście lat i ogromnie się wystraszyłam. Nigdy nie udało mi się pozbyć tego strachu. 

- Czy gdybyś dostała go dzisiaj, zareagowałabyś tak samo? 

-  Nie,  chyba  nie.  MoŜe  po  prostu  bym  się  z  tego  śmiała.  Ale  wtedy...  O,  ty  nie 

rozumiesz, Allanie! Nie ma takiej moŜliwości, byś zrozumiał! 

- Czy naprawdę go wyrzuciłaś? 

Odpowiedziała dopiero po chwili: 

- Nie, nie wyrzuciłam. 

-  Co  z  nim  zrobiłaś?  -  pytanie  smagnęło  Isabell  jak  uderzenie  batem.  Maia  posłała 

synowi ostrzegawcze spojrzenie, ale on się tym nie przejął. Dość juŜ miał wszystkich kłamstw 

i niedopowiedzeń. Teraz postanowił dotrzeć do sedna sprawy. 

- Nie pamiętam! Pozwól mi się zastanowić... - Isabell cięŜko westchnęła. - To stało się 

tuŜ po śmierci ojca, byłam nieprzytomna z Ŝalu. Ludzie w Hedom mnie unikali, dzieci wołały 

za  mną  „czarownica”.  Po  śmierci  Lillemor  Bruun  odsunięto  się  ode  mnie...  Musiałam 

wyjechać...  Walizka  leŜała  na  półce  w  schowku.  Znalazłam  węzełek  z  tymi  strasznymi 

rzeczami i list. Przeczytałam go. Stałam w korytarzu jak sparaliŜowana... Chciałam go spalić, 

ale zabrakło mi odwagi... 

Oczy  Isabell  znów  stały  się  nieobecne,  co  oznaczało,  Ŝe  pogrąŜyła  się  w  swym 

własnym świecie. 

- Dlaczego bałaś się spalić list? 

- Bałam się Ŝe... ona się rozgniewa. 

- Jaka ona? 

Isabell  zesztywniała  i  odpowiedziała jak  w  transie, jak  gdyby  zapomniała,  Ŝe  Allan  i 

jego matka są przy niej: 

- Ona Ŝyje! Ona musi Ŝyć, bo wiedziała! 

Maia Wide i jej syn wymienili zdumione spojrzenia. Co to miało znaczyć? 

Isabell powróciła do rzeczywistości. 

- Potem nic juŜ nie pamiętam... schodziłam po wąskich, stromych schodach. 

background image

-  Po  schodach  na  strych!  Czy  schowałaś  list  na  strychu,  Isabell?  -  uporczywie 

dopytywał się Allan. 

- Nie wiem. MoŜe i tak. MoŜe w starej skrzyni, gdzie przechowywałam moje rzeczy, 

których nie chciałam nikomu pokazywać. Skrzyni nikt nigdy nie otwierał. 

W  następnej  chwili  Allan  zerwał  się  na  równe  nogi.  Usłyszały,  jak  wbiega  po 

schodach na strych i przeszukuje pomieszczenie. Wrócił na dół zawiedziony. 

- Nie znalazłem Ŝadnej skrzyni. Nic tam nie było, nawet jednego tekturowego pudła. 

- MoŜe nasze rzeczy zostały złoŜone u Pera-Arnego? - niepewnie powiedziała Isabell. 

- Wydaje mi się, Ŝe zaofiarował się, iŜ je przechowa. 

-  Najlepiej  będzie,  jeśli  pójdziemy  od  razu  i  go  spytamy  -  oświadczył  Allan.  -  Masz 

dość sił? 

- Tak... 

- Daję ci kwadrans na przygotowanie się. Czekamy na dole w kuchni. 

- Allanie! - z wyrzutem zwróciła się do niego matka. - Isabell chorowała! Musisz dać 

jej tyle czasu, ile potrzebuje, poza tym musi najpierw coś zjeść. 

-  Wobec  tego  pół  godziny!  -  Allan  sam  nie  wiedział,  dlaczego  jest  tak  zirytowany. 

Widok drobnej postaci w łóŜku działał mu na nerwy. Rude włosy były potargane, twarz biała 

jak poduszka - Isabell wyglądała zdecydowanie niekorzystnie, a mimo to było w niej coś, co 

wzbudzało jego niepokój w zupełnie inny sposób niŜ obecność Leny. Zaczął się zastanawiać, 

czy Isabell naprawdę nie jest czarownicą zdolną zauroczyć kaŜdego męŜczyznę, który stanął 

na jej drodze. 

Matka na pewno tego tak nie odbierała. Była kobietą, w dodatku bardzo roztargnioną. 

Nie widziała nic poza tym, co chciała zobaczyć. On jednak czuł niezwykłą moc, płynącą od 

Isabell, i zdawał sobie sprawę, Ŝe moŜe ona mieć wpływ na jego losy. 

 

Isabell  schodząc  po  schodach  musiała  mocno  przytrzymywać  się  poręczy.  Z  kuchni 

słyszała głos Mai Wide: 

-  Jak  się  mają  twoje  sprawy  z  tą  piękną  fotomodelką,  którą  mi  wtedy  przedstawiłeś, 

Allanie? Miała, zdaje się, na imię Lotte? 

- Lena! - poprawił Allan i w jego głosie zabrzmiał cieplejszy ton. - Mam nadzieję, Ŝe 

jak  najlepiej.  Być  moŜe  juŜ  niedługo  będziesz  miała  synową,  mamo!  Bylebym  tylko  zdołał 

rozwiązać tę przeklętą zagadkę! 

- To rzeczywiście dziwna historia - przyznała starsza pani zadumana. - Tak mi szkoda 

Isabell! 

background image

- Sądzisz więc, Ŝe jest niewinna? Mimo Ŝe ludzie ją oskarŜają? 

- Naturalnie - odparła Maia Wide. - A ty nie? 

Isabell znieruchomiała w oczekiwaniu na odpowiedź Allana. 

-  Nie  wiem  -  usłyszała  wreszcie.  -  Bez  wątpienia  z  jakiegoś  powodu  ma  wyrzuty 

sumienia. 

-  O  wyrzuty  sumienia  nietrudno,  gdy  bezustannie  słyszy  się  o  sobie  tylko  złe  słowa. 

Ale to wcale nie znaczy, Ŝe tak naprawdę jest się winnym - oświadczyła Maia Wide. 

 

Dwadzieścia minut później stali na dziedzińcu gospodarstwa Pera-Arnego. 

Rozpromienił się na widok Isabell. 

- Szesnaście lat upłynęło od czasu, gdy się ostatni raz widzieliśmy! A ty z latami tylko 

piękniejesz! 

Właśnie  na  te  słowa  wyszła  z  domu  Tora.  Obrzuciła  Isabell  szybkim,  podejrzliwym 

spojrzeniem i demonstracyjnie się nie przywitała. 

- Zastanawiałam się nad czymś - zaczęła Isabell niepewnym głosem. - Te stare rzeczy 

po moim ojcu... Czy nadal je masz, Per-Arne? 

Tora uprzedziła męŜa: 

-  Nie,  juŜ  wiele  lat  temu  kazałam  mu  je  spalić.  Nie  mogliśmy  dłuŜej  trzymać  tych 

klamotów, zajmowały tylko miejsce w stodole! 

Isabell pokiwała głową. Allan bacznie ją obserwował. Czy nie odetchnęła z ulgą? 

- Chodzi o starą skrzynię... - zaczął. 

-  Wiem,  wiem  -  przerwał  mu  Per-Arne.  -  To  prawda,  Ŝe  część  rzeczy  spaliłem,  ale 

skrzynia stoi w wozowni razem z kilkoma innymi sprzętami, które były osobistą własnością 

Isabell. 

Tora chciała coś wtrącić, lecz Allan okazał się szybszy. 

- Doskonale! Czy moŜemy zabrać skrzynię z wozowni? 

- AleŜ oczywiście... 

Skrzynia naprawdę była stara, farba odpadała z niej płatami.  Po brzegi wypełniały ją 

listy  i  drobiazgi,  zbierane  przez  romantyczną  nastolatkę.  Allan  otworzył  wieko  i  odsunął  się 

na bok, by Isabell przejrzała swoje rzeczy, ale ona tylko potrząsnęła głową, jak gdyby chciała 

powiedzieć:  „Niech  to  pozostanie  twoją  sprawą.  To  ty  prowadzisz  dochodzenie,  nie  ja. 

Musisz teŜ wziąć na siebie wydanie wyroku”. 

Odwróciła  się  plecami  i  wyczekująco  zatrzymała  się  w  drzwiach  do  wozowni.  Jej 

postawa niepomiernie zirytowała Allana. Stała pochylona, jakby została juŜ skazana i przyjęła 

background image

to bez protestu. Z powrotem napłynęły wszystkie jego dawne wątpliwości. 

Znalazł  arkusz  przypominający  pergamin  i  kawałek  czegoś,  co  wyglądało  na  cienką 

wygarbowaną skórę. Maia Wide pochyliła się nad pergaminem. 

-  Jak  wypędzić  dziecko  z  łona  matki...  -  odczytała  cicho.  -  Widać  problem  usuwania 

ciąŜy  w  siedemnastym  wieku  był  tak  samo  aktualny!  Podane  są  wszystkie  niezbędne 

ingrediencje.  Lista  zgadza  się  z  zawartością tego  okropnego  węzełka,  który  znalazła  Isabell. 

Uff! 

Allan  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Na  starej  recepcie  widniała  pieczęć  muzeum  w 

Hedom,  a  zatem  naleŜała  kiedyś  do  Karoline  Falk.  Natomiast  cienki  płatek  skóry,  pokryty 

niemal  zatartym  pismem,  nie  miał  stempla  muzeum.  To  musiał  być  ów  straszny  list,  który 

sprawił,  Ŝe  w  gruzy  rozsypał  się  świat  szesnastoletniej  Isabell,  oczekującej  dziecka  i  nie 

mającej nikogo, kto by jej pomógł. 

 

Odczytanie  listu  zajęło Allanowi  i jego  matce  niemal  godzinę.  Wysławszy  Isabell  na 

górę do łóŜka, zasiedli w kuchni. 

Maia Wide popatrzyła na Allana. 

- Biedna dziewczyna - szepnęła. - Jaki to musiał być dla niej wstrząs! 

- PrzecieŜ nie ma tu nic aŜ tak strasznego - zaprotestował Allan. 

-  Ty  niczego  nie  rozumiesz,  bo jesteś  męŜczyzną.  Nie  potrafisz  sobie  wyobrazić, jak 

wraŜliwa  dziewczyna,  która  na  dodatek,  jak  się  to  mówi,  „znalazła  się  w  kłopocie”, 

zareagowałaby  na  taki  list.  Proszę,  odczytaj  to  jeszcze  raz,  w  normalnym  szwedzkim.  Tego 

starodawnego języka nie da się zrozumieć. 

Allan z trudem brnął przez „tłumaczenie”, jakiego wspólnie dokonali: 

Moja droga krewniaczko i następczyni! 

Dumna  jestem  z  ciebie. Jesteś  prawdziwą  przedstawicielką rodu  Falk.  Wiedziałam to 

od  samego  początku,  dlatego  strzegłam  cię  i  udzielałam  ci  pomocy.  Wiem,  Ŝe  pragnęłaś  jej 

ś

mierci,  dlatego  pozwoliłam  mej  duszy  zamieszkać  w  twoim  ciele  i  umoŜliwić  ci  spełnienie 

twego  Ŝyczenia.  Wspaniale  jest  móc  znów  Ŝyć,  znów  działać!  Ty  jesteś  mną,  a  ja  tobą

wspólnymi siłami zatrułyśmy jej umysł, aŜ w końcu sama zapragnęła umrzeć. Znam teŜ twoje 

inne  Ŝyczenia,  nie  musisz  się  niczego  obawiać!  Wykorzystaj  to,  co  dla  ciebie  zostawiam,  a 

pozbędziesz się dziecka. Spełnię wszystko, czego zapragniesz. 

Twoja przodkini, Karoline Falk 

- To okrutne! Nieludzkie! - mówiła wzburzona Maia Wide. - śe teŜ ktoś ośmiela się w 

ten sposób obciąŜać sumienie niedojrzałej nastolatki! 

background image

- Skąd wiesz, Ŝe Isabell miała wtedy wyrzuty sumienia? - spytał Allan. 

Słaby  dźwięk  od  strony  drzwi  zmusił  ich  do  odwrócenia  głów.  Stała  w  nich  Isabell, 

blada  jak  kreda,  z  ciemnorudymi  włosami,  spływającymi  na  ramiona.  Oczy  miała 

przeraŜająco mroczne. 

-  Twoja  matka  jest  mądrą  kobietą,  Allanie  -  powiedziała  cicho.  -  Rzeczywiście 

zastanawiałam się, czy istnieje jakaś moŜliwość pozbycia się dziecka. 

-  To  oczywiste  -  spokojnie  oświadczyła  pani  Wide.  -  Nie  ma  chyba  młodej 

dziewczyny,  która  znalazłszy  się  w  podobnej  sytuacji  jak  ty  nie  bierze  pod  uwagę  takiego 

rozwiązania. Istotne jest, na co się która decyduje. Pamiętaj o jednym, Allanie, to wydarzyło 

się  przed  szesnastoma  laty,  a  ludzie  nie  byli  wówczas  tacy  tolerancyjni,  zwłaszcza  tutaj,  w 

Hedom. Pamiętam sama, jak gapili się na mnie, gdy odwaŜyłam się załoŜyć na plaŜy kostium 

bikini  -  dodała  z  uśmiechem.  -  Ale  przejdźmy  do  powaŜniejszych  spraw,  Isabell!  Czy 

rozwaŜałaś moŜliwość wykorzystania tej starodawnej formuły na przerwanie ciąŜy? 

Isabell odwróciła głowę., 

- Nie spaliłam jej. MoŜe miałam co do niej jakiś ukryty zamiar? 

- Nie, nie - gwałtownie zaprotestował Allan. - Wcześniej mówiłaś, Ŝe nie zniszczyłaś 

tej  recepty,  bo  obawiałaś  się  jej  gniewu.  Miałaś  na  myśli  Karoline  Falk,  prawda? 

Rzeczywiście uwierzyłaś w te brednie? 

-  Wtedy  wierzyłam  -  odparła  Isabell  z  namysłem.  -  Bo  przez  chwilę  rzeczywiście 

pragnęłam,  by  Lillemor  Bruun  nigdy  nie  istniała.  Zakochałam  się  w  Janie  Bruunie.  Nie 

chciałam  śmierci  Lillemor,  pragnęłam  jedynie,  aby  nigdy  nie  pojawiła  się  w  Lindane.  A 

potem  ona  umarła,  przy  Wzgórzu  Czarownic,  i  uwierzyłam,  Ŝe  to  stało  się  za  moją  sprawą, 

moją i Karoline Falk. 

Allan, wzburzony, nic nie mówił, tylko kręcił głową. 

- Czy ty nie rozumiesz, jakie to uczucie, kiedy się wierzy, Ŝe licząca sobie trzysta lat 

czarownica  wcieliła  się  w  ciebie?!  -  zawołała  zrozpaczona  Isabell.  -  śe  potrafi  odczytać 

wszystkie  twoje  myśli,  spełnia  kaŜde  najdrobniejsze  Ŝyczenie...  PrzecieŜ  człowiekowi 

przychodzą do głowy bardzo róŜne myśli, choć tak naprawdę wcale tak nie uwaŜa! 

-  Według  mnie  to  wszystko  brzmi  idiotycznie  -  oświadczył  krótko  Allan.  -  Na 

przykład  Lena  nigdy  nie  dałaby  się  nabrać  na  takie  bzdury.  Wyśmiałaby  te  brednie.  Ale  ty 

jesteś zupełnie inna... 

W pokoju zapadła cisza. 

- Spójrzmy na to bardziej realnie. Kto mógł wejść tutaj podczas naszej nieobecności i 

podłoŜyć na półce w schowku to straszne zawiniątko? 

background image

Isabell pokręciła głową. 

- Nie wiem. Chyba kaŜdy, przypuszczam. KaŜdy mógł dorobić sobie klucz w czasie, 

kiedy dom stał pusty. 

-  Przyjemnie  pomyśleć,  Ŝe  ludzie  mogą  do  nas  wchodzić  i  wychodzić,  kiedy  im  się 

Ŝ

ywnie podoba - skrzywił się Allan. - No cóŜ... naprawdę musisz mieć bujną wyobraźnię, jeśli 

uwierzyłaś, Ŝe wcieliła się w ciebie czarownica sprzed wieków. 

-  To  jeszcze  nie  wszystko  -  wolno  powiedziała  Isabell.  -  Wiecie,  Ŝe  moi  najbliŜsi 

otrzymywali anonimy. Ale nigdy nie zapytałeś, czy ja ich nie dostawałam, Allanie. Owszem, 

oto te, które zachowałam. 

Podała mu koperty. Allan otwierał je i czytał na głos. 

Wiem,  Ŝe  nienawidzisz  myśli  o  urodzeniu  dziecka.  Miałaś  tak  wiele  planów  na 

przyszłość,  z  których  nic  nie  wyjdzie,  jeśli  nie  pozbędziesz  się  płodu.  Chcesz,  Ŝeby  ci  w  tym 

pomóc?  Nie  musisz  się  bać,  Ŝe  zostaniesz  odkryta.  Nikt  się  o  tym  nie  dowie.  Jesteś  przecieŜ 

czarownicą

Następny list brzmiał: 

Nigdy nie zapomnij, Ŝe to ty spowodowałaś śmierć Lillemor Bruun! Uczyniłaś to siłą 

woli.  Nie  takie  rzeczy  potrafisz!  Pamiętaj,  Ŝe  wszystkie  twoje  myśli  i  pragnienia  staną  się 

rzeczywistością! Zapragnij tylko nie mieć tego dziecka! 

Allan mruknął coś niezrozumiale i otworzył następny list. 

- PrzecieŜ ten jest zaadresowany do Mattiego! - wykrzyknął zdumiony. 

- Tak - odparła Isabell. - Ale udało mi się go przechwycić. 

Czy wiesz, Ŝe twoja matka nie chciała, Ŝebyś się urodził? Dlaczego nie wyjedziesz i nie 

oszczędzisz sobie i jej tych okropności? 

Allan popatrzył na Isabell. 

- Nie mogę pojąć, jak mogłaś tak długo wytrzymać - rzekł powoli. - Co za terror! To 

sprawa kryminalna, zdajesz sobie z tego sprawę? 

- Musiałam wytrzymać ze względu na Mattiego. Nie miał nikogo poza mną. 

-  Zastanawiam  się,  kto  kryje  się  za  tymi  listami.  śona  Pera-Arnego  nie  jest  tobą 

zachwycona  i  wcale  tego  nie  ukrywa.  Wątpię  jednak,  by  była  dość  inteligentna  i  wymyśliła 

coś tak wyrafinowanego. A co z samym Perem-Arnem? 

- On nigdy by czegoś takiego nie zrobił! - szybko zapewniła Isabell. - Zawsze był dla 

mnie dobry. 

- Dlatego, Ŝe się w tobie kochał - przypomniał jej Allan. - MoŜna sobie wyobrazić, Ŝe 

szalał z zazdrości i rozpaczy, poniewaŜ spodziewałaś się dziecka z... z kimś innym... 

background image

- To nie Per-Arne! - powtórzyła rozgorączkowana Isabell. 

Maia Wide zerknęła na zegarek. 

-  Jest  juŜ  tak  późno?  Allanie,  musisz  natychmiast  odwieźć  mnie  na  stację.  Ojciec 

spodziewa się mnie dziś wieczorem! 

Na twarzy Isabell odbiło się rozczarowanie. 

- Musisz jechać? - wyrwało jej się z głębi serca. 

- Niestety, tak. Ale nie bój się, Isabell. Allan będzie nad tobą czuwać! 

Nie, nie wyjeŜdŜaj! miała ochotę zawołać. Nie zostawiaj mnie z nim samej! To się źle 

skończy! 

Ale Isabell zaczęła tylko uwaŜnie przyglądać się swoim dłoniom i nic nie powiedziała. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Allan  nie  chciał  zostawiać  Isabell  w  domu  samej,  poprosił  więc,  by  razem  z  nim 

odwiozła matkę na stację. Do samochodu wsiadły trzy milczące, zatopione w myślach osoby. 

Ostatnie odkrycia dały podstawy do nowych spekulacji. 

Przed szesnastoma laty ktoś wykorzystał wraŜliwość Isabell i trudną sytuację, w jakiej 

się  znalazła,  i  od  tej  pory  z  całą  świadomością  ją  prześladował.  Allan  nie  przypuszczał,  by 

zagraŜało  jej  realne  niebezpieczeństwo,  ale  nerwy  miała  napięte  do  granic  wytrzymałości. 

Nawet niewielki stres mógł ją całkowicie załamać. 

Jechali z Lindane pod górę. Na szczycie wzgórza mijali samochód jadący w przeciwną 

stronę.  MęŜczyzna  za  kierownicą  na  ich  widok  skulił  się  i  podniósł  rękę,  jak  gdyby  chciał 

zasłonić  twarz.  Siedząca  obok  kobieta  ostrzegawczym  gestem  złapała  go  za  ramię  i  zaraz 

zniknęli z pola widzenia. 

- To była Ella! - wykrzyknęła Isabell. - I Jan Bruun. Nic nie rozumiem... 

-  Jan  Bruun!  Nauczyciel  z  czasów,  kiedy...?  -  Maia  Wide  urwała  w  pół  zdania, 

przestraszona, Ŝe powiedziała za duŜo. 

Isabell nagle zaczęła się śmiać, głośno, niemal histerycznie. 

Ś

miech  czarownicy!  przeleciało  przez  głowę  Allanowi  i  natychmiast  się  zawstydził. 

Dlaczego  nie  opuszczała  go  myśl,  Ŝe  Isabell  naprawdę  jest  czarownicą,  obdarzoną 

nadprzyrodzonymi  zdolnościami?  To  przecieŜ  idiotyczne!  W  dwudziestym  wieku... 

Rzeczywiście płynęła od niej niesamowita siła przyciągania, ale nie była jedyną taką kobietą. 

Lena, na przykład... 

Próbował sobie przypomnieć twarz Leny, ale nie bardzo mu to wyszło. Wydawało mu 

się,  Ŝe  cała  wieczność  upłynęła  od  momentu,  kiedy  byli  razem.  W  krótkim  czasie  wiele  się 

wydarzyło,  poza  tym  Lindane  w  Hedom  było  takie  odległe  od  wszystkiego,  co  zwyczajne  i 

znajome w Göteborgu. 

- Czy to on jest męŜem Elli? - spytał. - Wobec tego nic dziwnego, Ŝe dowiedziawszy 

się o naszym powrocie próbuje się ukryć. Wydaje mi się, Ŝe w dramacie, jaki rozegrał się tu 

przed  szesnastoma  laty, jego  rola  była  Ŝałosna.  Jeśli chodzi  o  Ellę,  to  i  ona,  moim  zdaniem, 

zachowuje się nieco dziwnie. 

Isabell nie odpowiedziała. 

Nagle Allanowi coś się przypomniało. 

-  Mamo,  ta  starsza  pani  w  domu  starców  wspominała,  Ŝe  znałaś  kiedyś  Georga 

background image

Abrahamsena? 

-  O,  tak,  świetnie  go  pamiętam.  Bardzo  przystojny  męŜczyzna.  Jego  Ŝona  natomiast 

nie była radością dla oka. 

- Czy wiesz coś o jego romansie z jedną z mieszkanek Hedom? 

-  Doprawdy,  wstydziłbyś  się,  Allanie!  Nie  naleŜę  do  tych, co  węszą  i  wtrącają  się  w 

prywatne Ŝycie innych ludzi. - Maia Wide poczuła się naprawdę uraŜona. 

- To bardzo waŜne - Allan obstawał przy swoim. - Czy wiadomo ci o jakiejś kobiecie, 

którą szczególnie się interesował? 

Matka potrząsnęła głową. 

- Nie mam pojęcia. No, ale jesteśmy na miejscu. Szybko nam poszło. Trzymajcie się 

na razie, oboje! Do widzenia! 

Allan  pomógł  jej  zanieść  walizkę,  potem  razem  z  Isabell  stali  na  peronie  i  machali, 

dopóki pociąg nie zniknął im z oczu. Wrócili do samochodu. 

-  Co  z  moim  ogrodem?  -  spytała  Isabell,  kiedy  zajechali  przed  dom.  -  Czy  kwiaty 

przetrwały przez ten czas, kiedy leŜałam chora? 

- Chodź, zobacz sama! - odparł Allan z uśmiechem. - Własnoręcznie je podlewałem i 

pielęgnowałem! 

Isabell z zachwytem patrzyła na piękny kwietnik. 

-  Allanie,  świetnie  się  spisałeś!  Spójrz!  Te  roślinki,  których  nie  znałam,  wypuściły 

pączki! Zakwitną, zanim wyjedziemy! Czy to nie emocjonujące? 

Oczy  zalśniły  jej  nadzieją,  Allan  impulsywnie  objął  ją  i  uścisnął.  Przez  moment  jej 

szczupłe  ciało  opierało  się  o  jego  pierś,  ale  zaraz  zareagowała  tak  jak  zwykle,  gdy  ktoś  jej 

dotknął  -  wyrwała  się  gwałtownie  i  zniknęła  w  głębi  domu.  Usłyszał,  Ŝe  wbiega  na  piętro. 

Tego wieczoru juŜ więcej się nie pokazała, lecz Allan mimo wszystko traktował ten króciutki 

epizod  jako  krok  na  drodze  ku  jej  wyzdrowieniu.  Przez  chwilę  rozluźniła  się  w  jego 

objęciach, wcześniej od razu zareagowałaby gwałtownie. 

Przyłapał  się  na  pragnieniu,  by  to  on,  właśnie  on  ostatecznie  zdołał  zburzyć 

nienaturalne mury, jakimi odgrodziła się od świata Isabell, i uczynił z niej na powrót zdrową 

kobietę  z  normalnymi  uczuciami  i  instynktami.  Jak  wiele  musiała  wycierpieć  przez  te  lata, 

zmuszona tłumić ciepło, które, był o tym przekonany, w niej tkwiło. 

Prawda,  przecieŜ  miał  Lenę!  Jak  mógł  myśleć  o  Isabell,  mając  tak  piękną,  idealną 

dziewczynę jak Lena? 

W  dodatku  byłoby  to  nie  fair  w  stosunku  do  Isabell.  PrzecieŜ  on  nie  lubił  jej  w  ten 

sposób. Odczuwał jedynie fizyczny pociąg, nic poza tym. 

background image

 

Następnego  dnia  skończyła  się  piękna  pogoda.  Znad  morza  nadciągnęły  cięŜkie 

chmury,  wiatr  szarpał  korony  drzew.  Kiedy  Allan  zszedł  do  kuchni,  Isabell  nie  było,  ale  w 

termosie  czekała  na  niego  gorąca  kawa.  Nalał  sobie  filiŜankę  i  ukroił  kromkę  chleba,  a  po 

ś

niadaniu narzucił sztormiak i wyszedł do ogrodu na inspekcję rabatki z kwiatami. Wydawało 

się jednak, Ŝe niepogoda nie zaszkodziła roślinom. 

Gdzie się podziała Isabell? 

Wątpił,  by  poszła  do  kogoś  w  odwiedziny.  Nadal  była  onieśmielona  i  bała  się 

spotkania ze starymi znajomymi. Z wyjątkiem Torego Simonsena. Allan skrzywił się na myśl 

o nim. Nawet przy swej najlepszej woli nie mógł zmusić się do sympatii dla tego nieco zbyt 

czarującego młodego człowieka. 

Stanął  rozmyślając.  Najprawdopodobniej  zeszła  na  plaŜę.  No  cóŜ,  on  moŜe  w  tym 

czasie pozmywać... 

Upłynęła  godzina,  a  Isabell  wciąŜ  nie  wracała.  Irytacja  Allana  zmieniła  się  w 

niepokój, Ŝe jego podopiecznej coś się przytrafiło. W końcu postanowił jej poszukać. 

Długimi  krokami  maszerował  ścieŜką  w  dół  ku  smaganym  wichrem  skałom.  Nad 

głową  jękliwie  skrzeczały  mewy,  a  w  miejscu,  gdzie  fale  biły  o  skaliste  wysepki,  wiatr 

podrywał w powietrze strzępki słonej piany. 

Wtedy  spostrzegł  Isabell.  Siedziała  nieruchomo  na  małym  kamieniu  tuŜ  nad  wodą. 

Musiała być przemoczona do suchej nitki. Co, na miłość boską, robi tu przy takiej pogodzie? 

pomyślał wściekły i zawołał ją, ale jego głos porwał wiatr. 

Z  wysiłkiem  przedzierał  się  między  skałami,  przeklinając  kaŜde  bliskie  upadku 

poślizgnięcie na mokrym kamieniu. Wreszcie znalazł się tuŜ nad Isabell, ale nie odwaŜył się 

jej dotknąć w obawie, Ŝe szarpnie się i straci przy tym równowagę. 

-  Musiałaś  trochę  poczekać,  Ŝebym  w  końcu  za  tobą  poszedł!  -  krzyknął  gniewnie.  - 

Ale  liczyłaś  na  to,  Ŝe  cię  znajdę,  samotną  i  tragiczną,  pozostawioną  na  pastwę  sztormu! 

Chciałaś,  bym  szalał  z  niepokoju,  Ŝe  moŜe  nagle  przyjdzie  ci  do  głowy  skoczyć  prosto  w 

morze, prawda? Mam szczerą nadzieję, Ŝe złapiesz po tym porządne przeziębienie. Nie, wcale 

tak nie myślałem - dodał prędko. - Ale, prawdę mówiąc, Isabell... 

Nic więcej nie powiedział, bo Isabell zaczęła się śmiać. 

- Drogi Allanie, nie miałam aŜ tak dramatycznych zamiarów. Usiadłam tu, jak miałam 

w  zwyczaju,  kiedy  byłam  dzieckiem,  ale  zorientowałam  się,  Ŝe  przestałam juŜ  być  odwaŜną 

dziewczynką.  Po  prostu  ogarnęła  mnie  panika  i  zabrakło  mi  odwagi.  Bałam  się  ruszyć  z 

miejsca. Dobrze, Ŝe przyszedłeś. Siedziałam tu niemal przez dwie godziny i  zapewniam cię, 

background image

Ŝ

e było mi i mokro, i zimno! 

Popatrzył na nią badawczo, ale w końcu i on nie mógł powstrzymać się od śmiechu. 

Zaraz jednak spowaŜniał. 

-  Niełatwo  będzie  cię  stąd  wyciągnąć,  chyba  Ŝe  złapiesz  mnie  za  rękę.  MoŜesz  to 

zrobić? 

Przez twarz przeleciał jej skurcz i odpowiedziała dopiero po chwili: 

- Nie mam chyba innego wyjścia. 

Z wahaniem podała mu rękę, a Allana ogarnęło uczucie triumfu. Wiedział, jak bardzo 

Isabell musiała się przemóc. To kolejny krok na drodze do wyzdrowienia. 

Wzruszony  jej  zaufaniem  ostroŜnie  ją  podtrzymał,  a  zdrętwiała  z  zimna  dłoń  Isabell 

rozpaczliwie  uczepiła  się  jego  ręki. Wreszcie  pokonali  ostatnie  nierówności  i  znaleźli się  na 

stosunkowo płaskim terenie. Isabell była tak wyczerpana,  Ŝe ledwie trzymała  się na nogach. 

Allan delikatnie przygarnął ją do siebie i prowadził, dopóki się nie uspokoiła. 

Zdumiało  go,  jak  miękki  i  kuszący  wydawał  się  jej  chłodny  policzek  przy  jego 

policzku.  Długie  rzęsy  drŜały.  Zrozumiał,  Ŝe  Isabell  nie  myśli  o  tym,  Ŝe  stoją  przytuleni  do 

siebie.  Był  dla niej  tylko  bezpiecznym  portem  po  długim  wyczekiwaniu w  zimnie  i  strachu. 

Znów uderzył go jej powab, tajemniczość, coś niezgłębionego, co jakby nie mieściło się w ich 

epoce.  Znalazł  na  to  jedno  jedyne  słowo:  zauroczenie.  Kojarzyło  się  z  niebezpiecznym 

określeniem „rzucanie uroku”. 

 

Allan  rozpalił  w  kominku.  Isabell  siedziała  owinięta  w  koce,  z  filiŜanką  parującej 

kawy.  Pyknął  z  fajki  i  zamyślony  obserwował  tańczące  płomienie.  Od  czasu  do  czasu 

ukradkiem zerkał na Isabell. W migotliwym blasku ognia była piękniejsza niŜ kiedykolwiek. 

Zielone  oczy  lśniły  głębokim  tajemniczym  blaskiem,  w  rudych  włosach  przesypywały  się 

iskry. JuŜ wiedział, Ŝe moŜna dla niej popełnić szaleństwo. Znów zaczął się zastanawiać, kto 

jest ojcem jej syna. 

- Powiedz mi, Isabell, co się właściwie wtedy wydarzyło? - zaczął. 

Natychmiast  zrozumiała,  o  co  mu  chodzi,  i  uczyniła  dłonią  gest,  jakby  chciała  go 

powstrzymać. 

- Nie, Allanie! Nie potrafię o tym mówić! 

- Sama przyznałaś, Ŝe ulgę przyniosła ci wczorajsza rozmowa o tym okropnym liście i 

starej recepcie. 

- To było co innego... 

- A więc pozwól mówić mnie - przekonywał ją. - Ty nie musisz w ogóle się odzywać. 

background image

Wystarczy, jak będziesz kiwać albo kręcić głową. 

- Nawet tego nie obiecuję - mruknęła Isabell. 

- Zrobisz jak zechcesz, ale pozwól mi przynajmniej powiedzieć, do jakich wniosków 

doszedłem.  Chodzi  mi  o  ojca  Mattiego.  Ty  wykluczyłaś  Georga  Abrahamsena.  Tore 

Simonsen równieŜ nie wchodzi w grę, bo był wówczas za młody. Ale mamy Pera-Arnego... 

-  Nie!  -  Isabell  zdecydowanie  potrząsnęła  głową.  -  Per-Arne  i  ja  byliśmy  dobrymi 

przyjaciółmi. Nie zareagowałabym tak gwałtownie, nawet gdyby... 

-  Dobrze,  a  więc  i  jego  odrzucimy.  Pozostają,  o  ile  idę  właściwym  tropem,  dwie 

osoby: Jan Bruun i Kjell Jahr. Jeśli podtrzymujesz, Ŝe nie miałaś romansu z Bruunem, musiał 

to być Kjell... 

- To nieprawda! - rozległ się zduszony krzyk Isabell. Cała się trzęsła. - To kłamstwo... 

kłamstwo! 

-  To  on,  prawda,  Isabell?  -  powiedział  Allan  spokojnie.  -  Próbujesz  się  oszukiwać, 

moŜe dlatego, Ŝe zawsze czułaś wobec niego ogromną niechęć, kiedy byliście dziećmi. Sama 

to przyznajesz. Czy bardziej go polubiłaś, kiedy dorastaliście? 

- Nie! - Krótkie słowo zabrzmiało jak szloch. - Wydawał mi się wstrętny, ohydny! Są 

ludzie, których widoku się nie znosi, nawet jeśli nie uczynili nic złego, i taki właśnie był mój 

stosunek do niego! 

- Rozumiem cię świetnie. Gdzie to się stało? Tutaj, w Lindane? 

- Nie, byliśmy na tańcach w Hedom, wszyscy razem, a potem... 

Nagle  Isabell  zorientowała  się,  Ŝe  oto  właśnie  opowiada  całą  historię.  Urwała 

gwałtownie i przeraŜona wpatrywała się w Allana. 

- Byliście na tańcach w Hedom - powtórzył, zachęcając ją do dalszych wyznań. - I co 

się wydarzyło? 

Isabell wzięła głęboki oddech i wróciła w przeszłość. 

-  Nikt  nie  chciał...  tańczyć...  z  Kjellem.  Prosił  wszystkie  równe  mu  wiekiem 

dziewczęta,  ale  kaŜda  uprzejmie  odmawiała  albo  w  ogóle  nic  sobie  z  tego  nie  robiła.  Ja  nie 

mogłam go znieść, ale... Ogromnie mi go było Ŝal. 

-  Tak,  tak,  masz  słabość  do  nieudaczników  -  zauwaŜył  Allan.  -  Doktor  Lanz 

opowiedział mi o tym. Co się stało dalej? 

- Pamiętam, jak pomyślałam sobie, Ŝe to wcale nie Torego Simonsena najbardziej Ŝal, 

choć on był na wpół inwalidą, tylko Kjella, zawsze miłego i pomocnego, wykorzystywanego, 

poniewaŜ w kaŜdej chwili był gotów wyświadczyć innym przysługę. Tylko po to, by móc być 

jednym z grupy, rozumiesz? 

background image

-  Kupował  sobie  przyjaźń  -  pokiwał  głową  Allan.  -  Dobrze  wiem,  o  czym  mówisz. 

Często  się  zdarza,  Ŝe  ci,  którzy  nie  cieszą  się  szczególną  sympatią,  w  ten  sposób  pozyskują 

sobie przyjaciół. To bardzo smutne. Ale wróćmy do tego wieczoru. 

- Spytałam Kjella, czy ze mną zatańczy. On udawał wyniosłego i łaskawie stwierdził, 

Ŝ

e  się  zlituje  nad taką  smarkulą.  Zatańczyliśmy jeden  taniec.  Spytał, czy  moŜe  odprowadzić 

mnie  do  domu,  ale  odmówiłam.  Odczekałam  chwilę  i  wymknęłam  się  z  lokalu  tanecznego, 

ale on mnie dogonił tuŜ przy leszczynowych zaroślach. Wiesz, gdzie to jest. 

- Tak, nie przerywaj. 

-  A  potem...  Allanie,  czy  naprawdę  muszę  ci  o  tym  opowiadać?  -  Patrzyła  na  niego 

błagalnie, ale był nieugięty. Prawda musiała w końcu wyjść na jaw, dla dobra Isabell. 

- Owszem, musisz - odparł krótko. - Mów dalej. 

- Kjell powiedział... Wygadywał wiele dziwnych rzeczy - jąkając się ciągnęła Isabell. - 

Stwierdził na przykład, Ŝe nie wiedział, Ŝe się w nim zakochałam. Usiłowałam protestować, a 

jednocześnie  nie  chciałam  go  zranić.  Potem  pociągnął  mnie  w  las  i...  -  Twarz  Isabell 

wykrzywił  grymas  obrzydzenia.  -  Pocałował  mnie,  a  ja  rozgniewałam  się  i  wyrwałam.  Ty 

tego  nie  rozumiesz,  Allanie,  bo  nigdy  go  nie  widziałeś,  ale  on  był  naprawdę  bardzo  mało 

pociągający. Włosy miał zawsze tłuste i brudne i chyba nigdy nie miał zwyczaju myć zębów. 

Cuchnęło od niego i... i... 

-  Rozumiem  -  odparł  Allan  cicho.  Nie  chciał,  by  Isabell  zagłębiała  się  w  odraŜające 

szczegóły. 

- A potem zaczął płakać. Dorosły męŜczyzna... W kaŜdym razie w moich oczach nim 

był.  Padł  na  ziemię,  szlochając,  Ŝe  nawet  jego  własna  matka  nie  znosi  jego  widoku  i  Ŝe 

pozostaje mu tylko jedno rozwiązanie, a mianowicie popełnić samobójstwo. Wtedy ogarnęło 

mnie współczucie, usiadłam koło niego, próbując go pocieszyć. Starałam się go przekonać, Ŝe 

wiele osób go lubi, ale on twierdził, Ŝe jestem dokładnie taka sama jak inni i tylko się z niego 

wyśmiewam. Mówiłam mu, Ŝe to nieprawda. Głaskałam go po głowie, mówiąc, Ŝe go lubię, 

choć  nie  w  tym  znaczeniu,  jakie  on  ma  na  myśli,  bo  jestem  za  młoda...  Ale  on  nagle  mnie 

złapał... Walczyłam jak oszalała, Allanie. Próbowałam krzyczeć, ale zatkał mi usta, wyciągnął 

nawet nóŜ i skierował go ku sobie, groŜąc, Ŝe odbierze sobie Ŝycie, jeśli mu nie ulegnę... 

Isabell cięŜko dyszała. Twarz ściągnęła jej odraza i przeraŜenie. Allan delikatnie objął 

ją za ramiona. 

-  SzantaŜ  -  mruknął.  -  Najzwyklejszy szantaŜ.  Poddałaś  się jego  naciskom,  bo  się  po 

prostu bałaś, Ŝe spełni swoje groźby, a poza tym nie chciałaś go zranić. 

-  Tak.  To  nie  był  gwałt,  Allanie,  a  w  kaŜdym  razie  nie  w  sensie  prawnym...  - 

background image

powiedziała  szeptem.  -  I  to  właśnie  było  najgorsze.  Czułam  się  chora  ze  wstydu  i 

obrzydzenia, ale chciałam... chciałam udowodnić mu, Ŝe ktoś naprawdę dobrze o nim myśli. 

Byle tylko nie odbierał sobie Ŝycia... To było straszne! Straszne! Nie wytrzymam tego... 

- AleŜ tak, Isabell, wytrzymasz, bo to juŜ minęło. Opowiedziałaś, co się wydarzyło, i 

rozumiem, dlaczego tak postąpiłaś. Najgorsze, Ŝe rozumiem takŜe tamtego biedaka, choć nie 

ma Ŝadnego usprawiedliwienia dla tego, co tobie zrobił. 

- To dlatego, Ŝe tak mi było szkoda Kjella - ledwie słyszalnie szepnęła Isabell. 

Allan pokiwał głową. 

- Co się stało potem? - spytał krótko. 

-  Rozchorowałam  się  i  wiele  dni  przeleŜałam  w  łóŜku.  Nie  miałam  siły  z  nikim 

rozmawiać. 

- Nikomu nie wydawało się to dziwne? 

- A komu? Ojciec leŜał w szpitalu, mieszkałam całkiem sama. Po tym, co się zdarzyło 

tego wieczoru, nie mogłam znieść bliskości jakiegokolwiek męŜczyzny. Wydawało mi się, Ŝe 

znów czuję dotyk dłoni Kjella na skórze i mam przed sobą jego twarz. Nigdy nie zdołam tego 

przezwycięŜyć. 

Allan  nie  odpowiedział.  Isabell  najwyraźniej  nie  zdawała  sobie  sprawy,  Ŝe  siedzi 

wtulona  w  jego  ramię.  Pomyślał,  Ŝe  moŜe  wcale  nie  traktuje  go  jak  męŜczyznę,  raczej  jak 

dobrego wujka. 

- Dlaczego nie przyznał się, Ŝe to on był ojcem twojego dziecka? - spytał wreszcie. 

-  Nie  wiedział,  nie  od  razu. Przyszedł  do  mnie  i błagał,  Ŝebym  nie  wyjawiła  nikomu 

prawdy  o  tym,  co  się  wydarzyło.  Powiedział,  Ŝe  jeśli  matka  się  dowie,  nigdy  mu  tego  nie 

wybaczy. A ja... przede wszystkim starałam się zapomnieć... 

- Ale potem zorientowałaś się, Ŝe będziesz miała dziecko. Zrozumieli to takŜe ludzie 

w Hedom. Co on wtedy zrobił? 

Isabell ukryła twarz na ramieniu Allana. 

- Zaciągnął się na statek, pozwalając im wierzyć, Ŝe to Jan Bruun zdradził Ŝonę ze mną 

i jest ojcem dziecka. 

Allan mocno zacisnął szczęki. 

-  Tego  Kjellowi  Jahrowi  nigdy  nie  wybaczę.  To,  co  zaszło  wieczorem  po  tańcach, 

moŜna  od  biedy  zrozumieć,  kiedy  pomyśli  się,  jak  rozpaczliwie  był  samotny,  ale  Ŝe  nie 

przyznał się do winy, to po prostu nikczemne! Biedne dziecko, miałaś ledwie szesnaście lat! 

Musiałaś  przejść  więcej,  niŜ  ludziom  moŜe  pomieścić  się  w  głowie.  śyć  w  podwójnym 

strachu... 

background image

Isabell podniosła głowę i popatrzyła na niego oczyma głębokimi jak studnie. 

-  Naprawdę  rozumiesz?  -  spytała  zdumiona.  -  Rozumiesz,  Ŝe  się  bałam,  iŜ  dziecko 

będzie do niego podobne? 

- Oczywiście. 

-  A  jednak...  Nie  potrafię  nienawidzić  Kjella  -  szepnęła.  -  Bo  przecieŜ  on  dał  mi 

Mattiego. A Matti w ogóle go nie przypomina! 

-  Nie.  Matti  to  wspaniały  chłopiec!  -  W  głosie  Allana  pojawił  się  ciepły,  serdeczny 

ton. 

-  Tak...  -  Isabell  zapatrzyła  się  w  dal.  -  Tylko  poczęty  w  tak  straszny  sposób.  To 

okropne, Allanie! 

-  Spróbuj  płakać,  Isabell!  Wszystko  juŜ  minęło.  Płacz,  Ŝebyś  wreszcie  mogła  z  tym 

skończyć. 

- Nie mogę! 

- Owszem, moŜesz! Spróbuj! 

Delikatnie  jedną  ręką  pogładził  ją  po  włosach,  drugą  tulił  do  siebie,  szepcząc  czułe 

słowa,  aby  wygnać  z  jej  ciała  to  dziwne  odrętwienie.  W  kominku  strzelały  iskry,  na  półce 

tykał zegar, poza tym słychać było tylko drŜący oddech Isabell i łagodny głos Allana. 

- Płacz, moja droga... 

Isabell  starała  się  z  całych  sił,  ale  łzy  nie  chciały  popłynąć.  Nie  zdając  sobie  z  tego 

sprawy, mocniej przytuliła się do niego, a ciepło bijące z jej ciała sprawiło,  Ŝe oszołomiony 

Allan  się  zapomniał.  Jego  dłonie,  nieświadome  tego,  co  robią,  przesuwały  się  po  jej 

szczupłym  ciele,  poczuł,  Ŝe  przyciska  się  do  niego  wiedziona  tłumioną  tęsknotą  i  Ŝe  nagle 

odrywa  się  z  rozpaczliwym  krzykiem,  śmiertelnie  przeraŜona.  W  następnej  chwili  siedział 

przy kominku sam. 

Usłyszał, jak na górze z trzaskiem zamykają się drzwi do jej pokoju, a klucz przekręca 

się  w  zamku.  Przeklinał  siebie  za  to,  Ŝe  oszołomiony  wykorzystał  tę  chwilę,  kiedy  po  raz 

pierwszy w pełni mu zaufała. 

Zawstydzony poszedł na piętro i cicho zapukał do drzwi sypialni Isabell. 

-  Słucham  -  dobiegł  go  jej  zmęczony  głos,  ale  najwyraźniej  nie  miała  zamiaru  mu 

otwierać. 

- Proszę, wybacz mi, Isabell! Zachowałem się bardzo niestosownie. Obiecuję, Ŝe to się 

nigdy nie powtórzy! 

- Wszystko zepsułeś - odparła cicho. - Co ci po mnie? Masz przecieŜ Lenę! 

- Nie mieszaj do tego Leny! - zniecierpliwił się. - To dotyczy wyłącznie ciebie i mnie. 

background image

Po  drugiej  stronie  drzwi  na  chwilę  zapadła  cisza,  w  końcu  Isabell  powiedziała 

cichutko: 

- MoŜe to w równym stopniu moja wina. Zapomnijmy o tym. 

-  Och,  oczywiście!  -  odparł  Allan  z  ulgą  pomieszaną  z  rozczarowaniem.  Ale  tak 

pewnie było najlepiej... - Zejdź na dół, Isabell, zjemy coś! 

Nie odpowiedziała. 

- Isabell? - powtórzył. 

-  Ciii,  Allanie!  Ktoś  stoi  na  drodze.  Śliczna, jasnowłosa  dziewczyna,  razem  z  Torem 

Simonsenem. 

Ś

liczna,  jasnowłosa  dziewczyna.  Lena!  przemknęło  przez  głowę  Allanowi.  Był  tego 

pewien, jeszcze zanim wyjrzał przez okienko w korytarzu. 

-  Do  diabła...  Isabell,  to  Lena!  Nie  prosiłem,  Ŝeby  tu  przyjeŜdŜała!  Do  licha!  Co  my 

teraz zrobimy? 

Isabell przekręciła klucz w zamku i wyszła z pokoju. Pobladły Allan stał nieruchomo. 

- To twój problem, prawda? - mijając go powiedziała drwiącym tonem. 

background image

ROZDZIAŁ X 

-  Nie  prosiłem,  Ŝeby  przyjeŜdŜała!  -  powtórzył  Allan,  jeszcze  raz  wyglądając  przez 

okno. 

Lena  stała  przy  furtce,  zatopiona  w  rozmowie  z  Torem  Simonsenem.  Sprawiała 

wraŜenie, Ŝe wcale jej się nie spieszy. 

- Nie pojmuję, o czym mogą tyle gadać! - mruknął zaniepokojony. - Mam nadzieję, Ŝe 

nie zdradzi mu, Ŝe jesteśmy małŜeństwem tylko na niby. To moŜe wszystko zepsuć! 

-  Tore  jest  bardzo  przystojny  -  chłodno  zauwaŜyła  Isabell.  -  A  twoja  Lena  jest 

niezwykle piękną dziewczyną. Co w tym dziwnego, Ŝe chcą przez chwilę pogawędzić? 

- Nie bądź niemądra! - odpowiedział gniewnie. - Schodzę na dół! 

Zanim jednak zdąŜył otworzyć drzwi, Lena i Tore szli juŜ ścieŜką przez ogród. Lena 

uśmiechnęła  się  promiennie,  uśmiechem  przeznaczonym  w  równym  stopniu  dla  Torego,  co 

dla Allana. 

-  Witaj,  braciszku!  Pomyślałam  sobie,  Ŝe  jak  juŜ  jestem  w  tych  stronach,  wpadnę 

zobaczyć  się  z  tobą  i  moją  ulubioną  szwagierką!  -  Lena  porozumiewawczo  spojrzała  na 

Allana  i  ciągnęła  beztrosko:  -  Pewnie  w  ogóle  się  nie  spodziewałeś  takich  nie 

zapowiedzianych odwiedzin młodszej siostry! 

- Rzeczywiście, to prawdziwa niespodzianka! - powiedział Allan starając się, aby jego 

głos zabrzmiał naturalnie. - Jak długo moŜesz u nas zostać? 

- O, wpadłam tylko na chwilę jak błyskawica. Jadę właśnie na konferencję reklamową 

i... No i postanowiłam zajrzeć. 

-  Bardzo  nam  miło!  -  Isabell  ledwie  była  w  stanie  wydusić  z  siebie  słowa,  pamiętała 

jednak, Ŝe w obecności Torego Simonsena musi odgrywać rolę Ŝony Allana. 

Czuła się taka mała i niepozorna przy tej pięknej, młodej dziewczynie, promieniejącej 

wprost  urodą  i  zdrowiem.  Lena  była  niesłychanie  zgrabna  i  elegancka.  Wyglądała  na  mniej 

niŜ dwadzieścia lat, ale musiała być starsza, studiowała przecieŜ na uniwersytecie i niedługo 

juŜ miała zostać dyplomowanym kuratorem społecznym. 

- No, chyba sobie pójdę - powiedział w końcu Tore. Wyraźnie widać było, Ŝe nie ma 

na  to  najmniejszej  ochoty.  PoniewaŜ  jednak  nikt  nie  zaproponował,  by  został,  nie  miał 

wyboru. 

Isabell  nie  chciała  przysłuchiwać  się  rozmowie  Allana  i  Leny,  wymówiła  się  więc 

zmęczeniem i poszła na górę. 

background image

 

- Ona bardzo wiele przeszła - wyjaśniał Allan, kiedy zostali z Leną sami. - Zwłaszcza 

dzisiaj. Ale nareszcie posunęliśmy się kawałek. 

- O? W jakim sensie? - pospieszyła z pytaniem Lena. 

-  Nie  w  takim jak  myślisz  -  odparł  z  uśmiechem.  -  Nie  chcesz  chyba powiedzieć,  Ŝe 

jesteś zazdrosna? 

-  Najwidoczniej  powinnam.  Serdecznie  dziękuję  za  list,  w  dziewięćdziesięciu 

procentach  mówił  o  Isabell,  jedynie  marne  dziesięć  procent  poświęcone  było  mnie.  Co  ty 

właściwie w niej widzisz? ZałoŜę się, Ŝe ma farbowane włosy, to po pierwsze, a... 

- Uspokój się, Leno. Isabell interesuje mnie wyłącznie jako szczególny przypadek. 

-  Nawet  mnie  nie  uścisnąłeś!  -  przerwała  mu.  -  Co  się  z  tobą  dzieje,  Allanie?  Nie 

poznaję cię. 

- Nic się ze mną nie dzieje - skłamał, zastanawiając się, dlaczego nie odczuwa pokusy, 

by objąć Lenę i pocałować ją tak, jak o tym marzył od chwili, kiedy wyjechał z Göteborga. 

Zmusił  się  do  tego,  ale  Lena  wyczuła  brak  ciepła  w  uścisku  i  wywinęła  się  z  jego  ramion. 

Przyjrzała mu się badawczo. 

- Naprawdę się zmieniłeś, Allanie! 

- Bzdury! To tylko dlatego, Ŝe... Chodź obejrzeć nasz ogród! - powiedział szybko. 

Isabell usłyszała ich głosy pod oknem. 

- Mój BoŜe, a cóŜ to za orgia barw! - wykrzyknęła Lena. 

- Isabell lubi kolory - krótko wyjaśnił Allan. - Popatrz na te pączki. Nie mamy pojęcia, 

jakie kwiaty z nich wyrosną. To bardzo emocjonujące. 

- Maki - stwierdziła Lena obojętnie. 

Allan nie odpowiedział. Isabell zrozumiała, Ŝe jest równie zawiedziony jak ona. Teraz 

juŜ nie będzie niespodzianki... 

-  Jaka  ona  właściwie  jest,  ta  Isabell?  -  usłyszała  pytanie  Leny.  -  Muszę  przyznać,  Ŝe 

trochę  mnie  przeraŜa.  Wydaje  się...  Nie  wiem,  jak  to  wyrazić.  Bardzo  zainteresowana 

męŜczyznami, łagodnie mówiąc. 

- Isabell? Nie, co do tego się mylisz, Leno. 

-  Wcale  nie  jestem  taka  pewna.  Powinieneś  być  ostroŜny,  Allanie.  Jest  w  niej  coś 

tajemniczego, niemal nieprzyjemnego. 

- To tylko w twojej wyobraźni! 

-  Pomówmy  o  czymś  innym!  -  Lena  pospiesznie  zmieniła  temat.  -  Na  przykład  o 

wakacjach. Co powiesz o wyjeździe na Riwierę? Zawsze miałam na to ochotę. 

background image

-  śartujesz?  Jak,  twoim  zdaniem,  skromnego  policjanta  byłoby  stać  na  taką 

ekstrawagancję? 

-  Nie  mógłbyś  poprosić  rodziców  o  zaliczkę  na  poczet  spadku?  -  ciągnęła  Lena  nie 

zniechęcona.  -  Twój  ojciec  jest  przecieŜ  profesorem,  chyba  nie  najgorzej  zarabia.  A  matka 

musiała nieźle się wzbogacić na tych swoich powieściach kryminalnych. 

Allan wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. 

- Chcesz powiedzieć, Ŝe... Nie, moja droga, mowy nie ma! - odparł krótko. - Powiedz 

mi jedno. Czy ty mnie kochasz, Leno? 

-  Czy  cię  kocham?  Uzgodniliśmy  przecieŜ,  Ŝe  kończymy  z  podobnymi  nonsensami, 

prawda? Mówiliśmy o partnerstwie, zapomniałeś juŜ? 

-  Owszem,  ty  chcesz  być  koleŜanką,  a  ja  mam  wielbić  cię  i  ubóstwiać  jak  boginię  - 

uniósł się Allan. - Przystałem na twoje warunki, bo byłem załamany po śmierci najbliŜszego 

przyjaciela, ale widzę teraz, Ŝe nie potrafię Ŝyć bez ciepła i czułości. 

- I wszystko to moŜe dać ci Isabell? - odgryzła się Lena. 

-  Pomiędzy  mną  a  Isabell  nic  takiego  nie  istnieje.  Poza  tym  mówimy  teraz  o  nas 

dwojgu  i  zaczynam  się  zastanawiać,  czy  ty  w  ogóle  potrafisz  kogoś  kochać.  Tobie  zaleŜy 

jedynie na wielbicielu! 

- Szczerze mówiąc, Allanie... 

-  Tak,  właśnie,  spróbujmy  być  ze  sobą  szczerzy!  -  powiedział  spokojnie,  nie 

rozumiejąc, co się z nim dzieje. Od wyjazdu z Göteborga rozpaczliwie tęsknił, ale teraz, kiedy 

tu była, nic do niej nie czuł. Była dla niego jak obca. Nie mówili tym samym językiem. Ona 

marzyła  o  zrobieniu  kariery  i  luksusie,  a  on...  No  właśnie,  o  czym  on  marzył?  Co  pragnął 

osiągnąć w Ŝyciu? Nie wiedział. Był jedynie pewien, Ŝe bez względu na to, co to jest, Lena i 

tak nie moŜe mu tego dać. 

-  Na  szczęście  są  na  świecie  inni  męŜczyźni!  -  oświadczyła  lodowatym  tonem.  -  Na 

przykład  dyrektor  agencji  reklamowej.  Interesuje  się  mną  i  moŜe  mi  zapewnić  bezpieczną 

przyszłość. 

- A co ty mu moŜesz dać? 

- Ja? Czy nie wystarczy, Ŝe... 

- śe będzie miał piękną, reprezentacyjną Ŝonę, którą z dumą będzie mógł pokazywać? 

Idealną gospodynię? No cóŜ, moŜe jemu to wystarczy. Nie wiem, przecieŜ go nie znam. 

- Teraz posunąłeś się za daleko, Allanie. Chyba najlepiej będzie, jak zaraz odjadę. 

- Rzeczywiście uwaŜam, Ŝe tak właśnie powinnaś zrobić - odparł krótko. 

- Jeszcze tego poŜałujesz. 

background image

- MoŜe i tak - odparł szczerze. - Ale tak czy inaczej nigdzie nas to nie zaprowadzi. 

-  Zadzwoń  do  hotelu,  jeśli  zmienisz  decyzję,  tu  masz  numer  telefonu.  Ale  jutro 

wieczorem juŜ stamtąd wyjeŜdŜam, potem będzie za późno. 

Allan  kiwnął  głową.  Zaraz  potem  Isabell  usłyszała  milknący  w  dali  szum  silnika 

samochodu.  Wyjrzała  przez  okno.  Allan  schodził  na  plaŜę,  zrozumiała,  Ŝe  chce  być  sam. 

Ciekawa była, co myśli. 

 

Wieczorem przyszedł Tore Simonsen. Od razu zaczął się tłumaczyć. 

-  Przepraszam,  jeśli  przeszkadzam, ale  zastanawiałem  się,  czy  mógłbyś  mi  pomóc  w 

wypełnieniu formularza do Zakładu Ubezpieczeń? 

- Naturalnie - odparł Allan. - Co w tym takiego trudnego? 

- Nie jestem do końca pewien, co mam wpisać w rubryce „nazwisko ojca”. 

- To chyba dość proste. Twój ojciec nazywa się Svein Simonsen, prawda? 

- Oficjalnie, tak - Tore uśmiechnął się krzywo. 

Chcesz powiedzieć, Ŝe on nie jest twoim prawdziwym ojcem? - spytał Allan ostro. 

Tore wzruszył ramionami. 

- Wiesz, kto nim jest? 

-  Matka  nigdy  nic  mi  nie  wyjawiła,  ale  kiedy  byłem  mały,  słyszałem,  jak  sąsiedzi 

poszeptywali. 

- A co mówili? 

-  śe  Ŝal  im  Sveina  Simonsena,  bo  taki  jest  dumny  z  syna,  który  nie  jest  jego 

dzieckiem. 

- Czy to wszystko? 

- Wydaje mi się, Ŝe wymieniali teŜ jakieś nazwisko, Abramsen albo jakoś podobnie. 

- Abrahamsen? - wypalił Allan bez zastanowienia. 

- Właśnie tak. Mówili o jakimś Abrahamsenie - odparł Tore z przekonaniem. 

- Dopóki nie masz innych podstaw, powinieneś wpisać Sveina Simonsena jako swego 

ojca - szorstko stwierdził Allan. - Czy jeszcze czegoś nie wiesz? 

- Nie, reszta jest chyba łatwa. Dziękuję ci - rzekł Tore i skierował się do drzwi. 

Kiedy  wyszedł,  Allan  długo  siedział,  rozmyślając  w  milczeniu.  Czy  to  moŜliwe,  aby 

Tore Simonsen był synem i spadkobiercą Georga Abrahamsena? 

No,  dlaczego  nie?  Co  prawda  trudno  sobie  wyobrazić  matkę  Torego  w  roli 

fascynującej, urodziwej „czarownicy”, ale cięŜkie Ŝycie moŜe zniszczyć urodę kobiety. 

Dziwne,  Ŝe  Tore  przyszedł  akurat  teraz  i  tylko  po  to,  by  dać  do  zrozumienia,  Ŝe  nie 

background image

jest  synem  Sveina  Simonsena.  Allan  gorzko  Ŝałował,  Ŝe  wyrwało  mu  się  nazwisko 

„Abrahamsen”.  Jeśli  syn  Georga  Abrahamsena  naprawdę  mieszkał  w  Lindane,  Tore 

Simonsen wydawał się najbardziej prawdopodobny. Kjell Jahr? O, nie, Allanowi nie mieściło 

się  w  głowie,  Ŝe  dostojna  pani  Jahr  wdała  się  w  miłosną  aferę  z  Ŝonatym  męŜczyzną.  Per-

Arne  był  tak  podobny  do  swego  ojca,  Ŝe  nie  mogło  być  Ŝadnych  wątpliwości.  Pozostawał 

jeszcze  Matti,  syn  Isabell,  ale  ona  przecieŜ  wyjawiła  wreszcie,  kim  był  ojciec  chłopca.  Co 

prawda  miał  na  to  tylko  jej  słowa.  Kjell  Jahr  nie  Ŝył  i  nie  mógł  juŜ  ani  potwierdzić,  ani 

zaprzeczyć. 

Allan  pokręcił  głową.  Miał  uczucie,  Ŝe  jego  myśli,  krąŜąc  bezustannie,  zataczają 

błędne  koło  wokół  stale  powracającego  pytania:  kim  jest  autor  anonimów,  który  dręczył 

Isabell przez te wszystkie lata? 

-  Allan?  -  usłyszał  jej  cichutki  głos.  -  Zapomniałam  cię  o  coś  zapytać.  Czy  podczas 

mojej... choroby przyszedł jakiś list? 

Poderwał  się  zdumiony  jej  dziwną  zdolnością  odgadywania  jego  myśli.  To  niemal 

straszne... 

Bez słowa podał jej cienki płatek skóry, który pewnego ranka znalazł owinięty wokół 

klamki. Isabell z wahaniem wzięła go do ręki. Kiedy przeczytała list, straszliwie pobladła. 

- To od niej, od czarownicy! - szepnęła. 

-  Isabell,  nie  wierzysz  juŜ  chyba  w  te  brednie!  -  skarcił  ją  gniewnie.  -  Karoline  Falk 

nie Ŝyje od trzystu lat! Nic ci nie moŜe zrobić. 

Isabell  sprawiała  wraŜenie,  Ŝe  nie  słyszy,  co  się  do  niej  mówi.  W  zielonych  oczach 

pojawił się ten dziwny wyraz, od którego jak zawsze przebiegł mu po plecach dreszcz. 

Umiał  krótki  list  na  pamięć.  Słowa  i  wyraŜenia  były  staroświeckie,  ale  we 

współczesnym szwedzkim brzmiałoby to mniej więcej tak: 

Chciałabym  cię  spotkać.  Czy  chcesz  zobaczyć,  gdzie  mnie  spalono?  Przyjdź  o  pełni 

księŜyca, sama! 

- Napisał to Ŝywy człowiek, Isabell! 

Kręciła głową, zrozpaczona. 

- Nie wiem, co mam myśleć, Allanie, dłuŜej tego nie zniosę! 

Gniew ustąpił głębokiemu współczuciu dla tej biednej, udręczonej istoty, tak samotnej 

w twardym, brutalnym  świecie. Pomyślał o Lenie. Ona nigdy nie zareagowałaby jak Isabell. 

Głośno  wyśmiałaby  wszystkie  ohydne  listy,  pozostawiając  policji  rozwiązanie  sprawy.  Ale 

Isabell była inna. 

- Nie bój się, Isabell - powiedział cicho. - Masz przecieŜ mnie. Ja ci pomogę przez to 

background image

przejść. Prędzej czy później dowiemy się, kto cię prześladuje tymi listami. 

Znieruchomiała  Isabell  patrzyła  na  niego,  walcząc  z  pragnieniem  rzucenia  mu  się  w 

ramiona i szukania w nich pociechy. Nie śmiała jednak tego uczynić... 

- Kiedy będzie pełnia? - spytała ledwie słyszalnie. 

- Za dwa dni. 

- Co wtedy zrobimy? 

- Ty nie będziesz nic robić. Ja pójdę na Wzgórze Czarownic. 

- Sam? Allanie, nie wolno ci... 

-  Zobaczymy!  -  Wskazał  na  schody  i  rzucił  z  udawaną  wesołością:  -  A  teraz  przede 

wszystkim potrzebujesz się wyspać. Marsz do łóŜka! 

Następnego  ranka  Isabell  długo  spała.  Kiedy  zeszła  do  kuchni,  Allan  od  dawna  juŜ 

działał. 

-  Sporo  róŜnych  rzeczy  juŜ  dziś  załatwiłem!  -  pochwalił  się,  nalewając  jej  kawy.  - 

Przede wszystkim zatelefonowałem do Leny.... 

- Pogodziliście się? - szybko spytała Isabell. 

- Nie, zadzwoniłem, by wyjaśnić, Ŝe podtrzymuję wszystko, co wczoraj powiedziałem. 

Isabell bacznie mu się przyglądała, pragnąc zrozumieć, co on czuje. 

-  W  pewnym  sensie  przyniosło  mi  to  ulgę  -  wyznał  Allan.  -  Ale  trochę  teŜ  piecze, 

moŜe  najbardziej  dlatego,  Ŝe  nie  przejrzałem  jej  wcześniej.  Kiedy  zaproponowała,  Ŝebym 

poprosił  rodziców  o  zaliczkę  na  poczet  spadku...  Nie,  nie  ma  o  czym  mówić.  Przejdźmy  do 

waŜniejszych spraw. Odbyłem jeszcze inne rozmowy telefoniczne i sprawdziłem grupy krwi 

rodziny  Simonsenów.  Tore  jest  synem  Karin  i  Sveina  Simonsenów,  nie  ma  co  do  tego 

najmniejszych wątpliwości. Grupa jego krwi nie zgadza się w kaŜdym razie z grupą Georga 

Abrahamsena. 

- Kim był ten Georg Abrahamsen? 

-  Nie  mówiłem  ci?  To  multimilioner,  który  zmarł  niedawno  i  wszystko,  co  posiadał, 

pozostawił  swemu  synowi  spoza  małŜeństwa,  pochodzącemu  stąd,  z  Hedom.  Tore  musiał  w 

jakiś sposób się o tym dowiedzieć, najprawdopodobniej od Leny, i próbował przejąć spadek, 

twierdząc, Ŝe Svein Simonsen nie jest jego prawdziwym ojcem, ale to mu się nie uda. Pera-

Arnego  takŜe  moŜna  wykluczyć.  Jest  tak  podobny  do  swego  ojca,  Ŝe  nie  ma  Ŝadnych 

wątpliwości. 

-  To  dlatego  pytałeś  mnie,  czy  mogłabym  zakochać  się  w  starszym  męŜczyźnie  - 

domyśliła się Isabell. - Zakładałeś, Ŝe Matti jest ewentualnym spadkobiercą? 

-  Tak.  Ale  on  nim  nie  jest.  A  nie  potrafię  wyobrazić  sobie  pani  Jahr  w  roli 

background image

wiarołomnej  Ŝony,  nawiązującej  romans  z  przypadkowym  męŜczyzną.  Poza  tym  Kjell  Jahr 

ledwie  mieści  się  w  wyznaczonych  ramach  wiekowych,  sądzę  więc,  Ŝe  i  jego  moŜemy 

wykluczyć.  Ale  pozostawmy  tę  sprawę  na  później.  WaŜniejsze  jest  by  się  dowiedzieć,  kim 

jest  autor  listów.  Przypuszczam,  Ŝe  rozwiązanie  znajdziemy  w  domu  rodziny  Jahrów. 

Przypomniała  mi  się  bowiem  ksiąŜka,  którą  widziałem  tam  na  półce,  pod  tytułem  „Czarna 

msza”. Bohaterką jej jest kobieta podejrzewana niegdyś o uprawianie czarów, która odradza 

się po kilku pokoleniach... 

Powiedziawszy to, Allan juŜ w tej samej chwili gotów był odgryźć sobie język. Isabell 

bowiem drgnęła i zaczęła się w niego wpatrywać szeroko otwartymi ogromnymi oczyma. 

- Czy ona naprawdę była czarownicą, Allanie? - spytała szeptem. 

- Isabell, skończ z tymi niemądrymi myślami! PrzecieŜ to zmyślona fabuła, nic więcej! 

I wiesz tak samo dobrze jak ja, Ŝe te listy napisał Ŝywy człowiek, a nie Karoline Falk. 

Pokiwała  głową  na  znak  zgody,  ale  wyraz  powątpiewania  nie  zniknął  z  jej  twarzy. 

Allan bardziej niŜ kiedykolwiek zapragnął odkryć toŜsamość osoby dręczącej Isabell przez te 

wszystkie lata. 

- Wybierzemy się dziś z wizytą, Isabell! - oświadczył nagle. 

- Do kogo? - spytała wystraszona. 

- Do pani Jahr. Historia Elli i Jana Bruuna wydaje mi się tajemnicza. Zastanawiam się, 

dlaczego oni się pobrali. 

- Ja takŜe jestem tego ciekawa. 

 

Ella,  otworzywszy  drzwi,  patrzyła  na  Isabell  zmieszana  i  zakłopotana;  Allan 

zrozumiał, Ŝe jej mąŜ jest w domu. 

- Isabell! Jak miło! - wykrzyknęła głośno, najwyraźniej po to, by Jan Bruun usłyszał i 

mógł się odpowiednio przygotować. - Wejdźcie, napijemy się kawy. 

-  Dziękujemy,  z  wielką  chęcią  -  Isabell  uśmiechnęła  się  leciutko.  -  Słyszałam,  Ŝe 

wyszłaś ponownie za mąŜ, Ello. Za Jana Bruuna. Jakie to zabawne! Pamiętasz czarodziejski 

wywar,  jaki  planowałyśmy  mu  kiedyś  podać,  Ŝeby  zakochał  się  w  jednej  z  nas?  Takie 

byłyśmy dziecinne! 

Mój  ty  świecie,  Isabell  naprawdę  umie  pokazać,  co  potrafi!  pomyślał  Allan 

zadowolony. Spojrzeniem zachęcił ją do dalszego działania. 

Elli na policzkach wystąpiły czerwone plamy. Spróbowała się odgryźć. 

- No, czarna magia była twoją specjalnością, Isabell. Nie pamiętam, Ŝebym to ja... Ale 

wejdźcie do środka, poznajcie Jana! 

background image

-  My  przecieŜ  jesteśmy  dawnymi  znajomymi  -  powiedziała  Isabell  przechodząc  do 

salonu. Allan bacznie obserwował Jana Bruuna. Kiedyś bez wątpienia był bardzo przystojny, 

z latami jednak przygarbił się, włosy mu się przerzedziły, a rysy twarzy rozmyły. 

- Witaj, Janie! - przyjaźnie odezwała się Isabell. - Doprawdy wiele czasu upłynęło od 

naszego ostatniego spotkania. Gdybym nie wiedziała, kim jesteś, chyba bym cię nie poznała. 

Isabell odgrywa się za wszystkie lata, pomyślał Allan. Bawiła go ta sytuacja. 

Jan  Bruun  w  odpowiedzi  wymamrotał  coś  niezrozumiałego.  Allanowi  przyszło  do 

głowy, Ŝe gnębią go chyba wyrzuty sumienia. 

Pani Jahr uśmiechnęła się Ŝyczliwie. 

- Ello, nastaw kawę! - poprosiła. 

-  Dziękujemy,  ale  nie  mamy  czasu  -  powiedział  Allan.  -  Przyszliśmy  tylko  zapytać, 

czy nie mielibyście ochoty przyjść do nas jutro na kolację? 

Co  on  zamierza?  zastanawiała  się  Isabell.  Następnego  wieczoru  przypadała  wszak 

pełnia księŜyca i Karoline Falk ją wzywała. Na samą myśl jej ciałem wstrząsnął dreszcz. 

Pani Jahr pospieszyła z odpowiedzią: 

- Ja muszę, niestety, odmówić - stwierdziła z Ŝalem. - Obiecałam, Ŝe jutro wieczorem 

wygłoszę odczyt w Stowarzyszeniu Kobiet. 

-  A  my  oczekujemy  odwiedzin  mego  brata  -  równie  szybko  oświadczył  nagle  Jan 

Bruun. - Musimy więc zostać w domu. Ale bardzo dziękujemy za zaproszenie. 

- MoŜe kiedy indziej? - podsunęła z uśmiechem pani Jahr. - Zostaniecie tu chyba przez 

jakiś czas? 

-  O,  tak,  z  pewnością  -  odparł  Allan.  -  No  cóŜ,  odłoŜymy  to  na  później.  A  teraz 

musimy juŜ iść. Przykro mi, Ŝe nie moŜemy zostać, ale mamy jeszcze kilka spraw, a juŜ i tak 

jesteśmy spóźnieni. 

- Na co jesteśmy spóźnieni? - spytała Isabell, kiedy wyszli od Jahrów. 

-  Na  nic  specjalnego  -  odparł  Allan  z  uśmiechem.  -  Tyle  tylko  Ŝe  nie  potrafiłem 

znaleźć  tematu  do  rozmowy.  Jutrzejsza  kolacja  była  tylko  pretekstem.  Chciałem  sprawdzić, 

czy któreś z nich jest jutro zajęte. Okazało się, Ŝe wszyscy troje coś zaplanowali. 

- Cały czas miałam wraŜenie, Ŝe się czegoś boją - stwierdziła Isabell zamyślona. - Nie 

rozumiem... 

-  Ja  teŜ  nie,  choć  powoli  zaczyna  mi  się  rozjaśniać  w  głowie  -  odparł  Allan.  -  Ale 

pomówmy o czymś innym. Na przykład o tobie. Jesteś bardzo piękna, Isabell, wiesz o tym? 

-  Kiedyś  chyba  rzeczywiście  byłam  ładna,  ale  teraz...  -  roześmiała  się  zawstydzona, 

patrząc w bok. 

background image

-  Jesteś  więcej  niŜ  ładna  -  ciągnął  Allan  po  namyśle.  Jesteś  prawdziwą  pięknością. 

Inną niŜ Lena. Jej uroda przytłacza od pierwszego wejrzenia. Ty zaś naleŜysz do tych, które 

zakradają się do serca męŜczyzny. 

- Nie mów tak, Allanie! 

- Dlaczego? Zatrzymaj się i popatrz na mnie - poprosił. 

Znajdowali  się  sami  na  wąskiej  ścieŜce  wiodącej  do  domu.  Isabell  z  wahaniem 

spełniła  prośbę  Allana.  Wydało  mu  się,  Ŝe  tonie  w  jej  wielkich  zielonych  oczach.  Znów 

poczuł  ową  przedziwną  siłę  przyciągania,  która  od  niej  biła,  ale  towarzyszyło  temu  jeszcze 

coś: trudna do opisania czułość, jakiej nigdy nie odczuwał w stosunku do Leny. 

Delikatnie dotknął palcem jej policzka. Drgnęła, całą siłą woli zmuszając się do stania 

w miejscu. 

- Jesteś dzisiaj taki inny - szepnęła. 

-  Oboje  jesteśmy  inni,  Isabell.  Ja  jestem  teraz  wolny,  a  ty...  Zaczynasz  czuć,  Ŝe 

uwolniłaś się od tego przekleństwa, prawda? 

- Nie wiem - bezradnie pokręciła głową. 

- Isabell, lubisz mnie, prawda? 

- Tak, ale... 

Długo stała ze wzrokiem wbitym w ziemię i nagle uniosła głowę, jakby podjęła jakąś 

decyzję. 

-  Przytul  mnie,  Allanie!  -  powiedziała  cicho.  -  Ale  musisz  być  ostroŜny.  Puść  mnie 

natychmiast, jeśli zacznę się bać! Tak bardzo bym chciała... zapomnieć o tym, co złe. Stać się 

taka jak inne... 

Najdelikatniej  jak  umiał  otoczył  ją  ramionami  i  powoli  przygarnął  do  siebie.  Poczuł, 

Ŝ

e  wszystko  w  niej  się  opiera,  i  zrozumiał,  jak  bardzo  było  jej  trudno.  Nie  wiedział,  czy 

powinien ją puścić, czy teŜ nie. 

- Zaczekaj! - poprosiła samym oddechem i oparła dłonie na jego piersi. 

Stali nieruchomo. Isabell drŜała na całym ciele. Na jej twarzy malował się lęk. Allan 

nadal ją obejmował, ale następny krok naleŜał do niej. Najdrobniejszy gest z jego strony mógł 

teraz wszystko zepsuć. 

Isabell cofnęła się. 

-  To  niemoŜliwe  -  powiedziała  bezdźwięcznie.  -  Bardzo  cię  lubię,  Allanie,  ale...  Nie 

potrafię pokochać Ŝadnego męŜczyzny. 

Przez głowę przemknęło mu jedno zdanie z anonimowych listów: 

Czarownice nie potrafią ani płakać, ani kochać

background image

ROZDZIAŁ XI 

Tego  wieczoru  Isabell  nie  mogła zasnąć.  Przewracała  się  w łóŜku  z  boku  na  bok. W 

sąsiednim  pokoju,  w  odległości  zaledwie  kilku  metrów,  leŜał  Allan,  ale  miała  wraŜenie,  Ŝe 

oddziela ich wysoki, nieprzebyty mur. 

Tęsknota za nim płonęła gorączką w jej ciele, ale wiedziała, Ŝe nawet jeśli jej ulegnie, 

w ostatniej chwili dojmujący strach odezwie się paniką i zmusi do ucieczki jak wielokrotnie 

przedtem. Lękała się teŜ, Ŝe to, co on dla niej czuje, to jedynie pociąg fizyczny. 

Nie  miała  sił,  nie  śmiała  ryzykować  w  obawie,  Ŝe  znów  zostanie  zraniona.  Lepiej 

udawać, Ŝe nic się nie stało, i próbować przetrwać resztę tego miesiąca, jaki mają spędzić tu 

razem... 

Zniecierpliwiona  odrzuciła  na  bok  koce  i  wstała.  Podeszła  do  okna.  Przed  nią, 

mroczne  i  ciche,  rozciągało  się  Lindane.  Jak  miasteczko  z  klocków,  pomyślała  uśmiechając 

się  z  goryczą.  Gdyby  naprawdę  tak  było!  Ale  Lindane  i  Hedom  istniały  naprawdę.  Gdzieś 

tutaj kryło się zło, moŜe przede wszystkim w jej wnętrzu? 

Nagle  wychyliła  się  z  okna.  Serce  zaczęło  walić  jak  oszalałe.  Dostrzegła  coś,  co 

widziała  juŜ  raz  wcześniej:  migotliwe  światełko  daleko  na  wrzosowiskach,  tam  gdzie,  jak 

wiedziała,  leŜało  Wzgórze  Czarownic.  Kiedyś  spalono  tam  jej  praprababkę,  poniewaŜ  była 

wiedźmą.  Ludzie  z  Hedom  spalili  ją  na  stosie,  a  teraz  poblask  płomieni  kusił  i  wabił  duszę 

Isabell... 

Pełnia? Allan twierdził, Ŝe pełnia księŜyca przypada dopiero następnego wieczoru. Ale 

moŜe  się  pomylił?  Isabell  nie  widziała  księŜyca  wyraźnie,  zaledwie  słabą  poświatę  nad 

horyzontem.  Był  czwartek,  noc  czarownic.  Jej  noc.  Bo  przecieŜ  i  ona  jest  czarownicą. 

Powtarzało  się  to  w  kolejnych  listach.  Karoline  Falk  odrodziła  się  w  niej,  krew  czarownicy 

płynęła w jej Ŝyłach. ZasłuŜyła na nazwisko Falk. Z poplątanych myśli wyłoniła się pewność. 

Isabell pochyliła głowę i zaakceptowała swoje przeznaczenie. Zapomniała o Allanie i Mattim. 

Wzywała ją Karoline Falk, wielka czarownica z Hedom, musiała więc iść. 

 

Allana  obudził  dzwonek  telefonu.  Na  pół  we  śnie  zbiegł  na  dół  go  odebrać.  KtóŜ,  u 

licha, moŜe telefonować o tej porze? zastanawiał się przestraszony. 

-  Allan  Wide?  Mówi  Per-Arne  Johansen.  Przepraszam,  Ŝe  dzwonię  tak  późno,  ale 

przypadkiem wstałem i zobaczyłem Isabell. 

- Isabell! - Allan w jednej chwili całkiem się przebudził. 

background image

- Szła pod górę, na wrzosowiska. Nie chcę mieszać się w wasze prywatne Ŝycie, ale... 

Zdziwiło  mnie  to  trochę  i  pomyślałem,  Ŝe  na  wszelki  wypadek  najlepiej będzie  dać ci  znać. 

Ktoś rozpalił na górze ognisko. 

-  Dzięki  Bogu,  Ŝe  zadzwoniłeś!  -  mówił  Allan  bez  tchu.  -  Posłuchaj,  Perze-Arne! 

Isabell powaŜnie chorowała i nie jest jeszcze zupełnie zdrowa. Potrzebuje pomocy. Nie wiem, 

czy sam zdołam sobie z tym poradzić. Czy moŜesz się ze mną spotkać za pięć minut? Tylko 

nie mów o tym nikomu ani słowa! 

- Zaraz będę - odparł Per-Arne i odłoŜył słuchawkę. 

Niedługo po tym wspinali się pod górę ku Wzgórzu Czarownic. Kierowali się prosto 

ku  migotliwemu  światełku  połyskującemu  w  oddali.  Per-Arne  znał  okolicę  i  wskazał 

Allanowi  wąską,  krętą  ścieŜkę  między  skałami.  Po  drodze  opowiedział  mu  coś,  od  czego 

Allanowi ciarki przeszły po plecach. 

- To ja znalazłem wtedy Lillemor Bruun. Lasek po drugiej stronie Wzgórza Czarownic 

naleŜy  do  naszej  rodziny.  Właśnie  stamtąd  wracałem.  Ona  szła  pod  górę.  Widziałem  ją  z 

daleka, ale ona mnie nie dostrzegła. Na ramieniu niosła koszyk, lecz następnego dnia, kiedy ją 

znalazłem, nie było go przy niej. 

-  Następnego  dnia?  Nie  rozmawiałeś  z  nią  wtedy,  kiedy  zobaczyłeś  ją  po  raz 

pierwszy? - ostro spytał Allan. 

- Nie, byłem za daleko i szedłem skrótem przez wrzosowiska. Następnego ranka znów 

wyszedłem  wcześnie  rano,  nie  wiedząc  nic  o  jej  zaginięciu.  Znalazłem  ją  siedzącą  przy 

kamieniu  u  stóp  Wzgórza  Czarownic,  martwą.  Koszyk  zniknął,  ale  torebka  została.  Była 

otwarta, a wszystkie rzeczy rozsypane dookoła, wśród nich pusta fiolka po tabletkach i list. W 

związku z tym listem wiele było hałasu. 

- Słyszałem o tym - odparł Allan. - Isabell powiedziała mi, co w nim było. O tym, Ŝe 

Jan Bruun i Isabell mieli romans, Ŝe ona spodziewa się jego dziecka. Ale to nieprawda. Ojcem 

Mattiego jest Kjell Jahr... 

W  krótkich  słowach  powtórzył, co opowiedziała  mu  Isabell.  Per-Arne  przeklinał  pod 

nosem. 

- Gdybym to wtedy wiedział, policzyłbym się z tym draniem! 

- Wiem, co czujesz - pokiwał głową Allan. - Ale w pewnym sensie moŜna zrozumieć i 

Kjella Jahra. O ile wiem, potem odebrał sobie Ŝycie. Nie było mu lekko. Poza tym Isabell jest 

bardzo pociągającą kobietą. Ma w sobie coś szczególnego... 

- Mnie nie musisz o tym przekonywać - sucho powiedział Per-Arne. - Kochałem się w 

niej, odkąd sięgam pamięcią. Ale nie miałem szans! Ona straciła głowę dla Jana Bruuna i to 

background image

takŜe potrafię pojąć. Był typem, za którym nastolatki szaleją. 

- Zawrócił w głowie nie tylko Isabell - powiedział Allan. - Zauroczył takŜe Ellę Jahr. 

Obie  z  Isabell  postanowiły  uwarzyć  czarodziejski  napój,  który  miał  sprawić,  Ŝe  Jan  Bruun 

zakocha  się  w  którejś  z  nich.  Młode  dziewczyny  miewają  takie  szalone  pomysły.  To  Kjell 

pomógł im wydobyć z muzeum stary przepis Karoline Falk na magiczny napój miłosny. 

- To się nie do końca zgadza - rzekł Per-Arne powoli. - Eksponaty zniknęły z muzeum 

duŜo wcześniej. Nie zgadza się takŜe ta historia z koszykiem, który Lillemor Bruun zabrała ze 

sobą.  Znaleziono  go  potem  u  nich  w  domu.  Policja  uznała,  Ŝe  musiała  pójść  na  Wzgórze 

Czarownic dwukrotnie; innymi słowy, Ŝe wróciła do domu i wtedy odebrała anonim. A poczta 

tego dnia przyszła dopiero później. Nie chciałem do końca w to uwierzyć, ale nie wypadało 

dyskutować  z  pogrąŜonym  w  Ŝałobie  małŜonkiem.  Jan  Bruun  wyjechał  stąd  zaraz  po 

pogrzebie i powrócił dopiero rok później, a wtedy takŜe niełatwo było podjąć bolesny temat. 

-  Rzeczywiście,  wiele  punktów  w  tej  historii  do  siebie  nie  pasuje  -  przyznał  Allan.  - 

Ale teraz najwaŜniejsze to odnaleźć Isabell. Kryje się za tym jakiś szaleniec i bardzo się o nią 

boję.  Ona  więcej juŜ  nie  zniesie.  -  Przyspieszył  kroku.  -  Dziwne  -  mruknął.  -  Nie  widzę juŜ 

tego światełka. 

-  Zastanawiam się, czy  nie dochodziło z samego szczytu Wzgórza Czarownic - rzekł 

Per-Arne zamyślony. 

-  Isabell  otrzymała  list,  niby  to  napisany  przez  jej  przodkinię,  Karoline  Falk,  która 

prosiła Isabell o przybycie podczas pełni księŜyca. Wydawało mi się, Ŝe to dopiero jutro. 

-  Pełnię  równie  dobrze  moŜna  liczyć  od  dzisiaj.  Biedna  dziewczyna,  musiała  się 

ś

miertelnie przerazić. Zawsze strasznie się bała Wzgórza Czarownic! 

- Dlaczego? 

-  Nie  wiem.  Przyszliśmy  tu  kiedyś  całą  paczką  i  Isabell  gdzieś  się  od  nas  odłączyła. 

Potem  przybiegła,  prawie  nieprzytomna  ze  strachu.  Twierdziła,  Ŝe  widziała  czarownicę. 

Pewnie  była  to  po  prostu  stara,  rosochata  sosna.  Isabell  jako  dziecko  miała  bardzo  Ŝywą 

wyobraźnię.  Później  nie  chciała  tu  więcej  przychodzić.  Nie  rozumiem...  Ze  teŜ  teraz  się  nie 

boi? 

Allan nie odpowiedział, oszczędzał oddech. Per-Arne najwyraźniej nie miał kłopotów 

z odnajdywaniem drogi w ciemności. Szedł spręŜyście, miarowym, długim krokiem, podczas 

gdy  Allan  coraz  to  się  potykał  o  korzeń  lub  kamień,  boleśnie  odzywała  się  takŜe  stara  rana 

postrzałowa. 

-  Musimy  okrąŜyć  Wzgórze  Czarownic,  Ŝeby  wejść  na  szczyt  -  usłyszał  głos  Pera-

Arnego. - Od tej strony to niemoŜliwe. 

background image

- W porządku... - Allan nie zatrzymywał się. 

Nagle zorientował się, Ŝe idą po równym podłoŜu. To chyba musi być jakaś droga? 

- Dawna droga drwali. Nikt. juŜ jej nie uŜywa. 

Allan zaświecił latarkę. 

- Ktoś niedawno tędy jechał - powiedział cicho. - Widzisz ślady kół samochodowych? 

Per-Arne pochylił się, Ŝeby lepiej się przyjrzeć. 

- Chyba masz rację. 

Allan  powiódł  dookoła  latarką.  Snop  światła  na  moment  wyłowił  z  mroku  coś 

niezmiernie interesującego. Pod kępą krzewów leŜał stos odbiorników radiowych. Przedmioty 

pochodzące z kradzieŜy - identyczne jak te, które on i Isabell odkryli w piwnicy i przekazali 

lensmanowi. Znalezisko samo w sobie ciekawe, ale waŜniejsze było odszukanie Isabell. 

- Per-Arne, chodźmy dalej! 

Bez słowa wznowili wspinaczkę ku blaskowi ogniska. 

- Allanie, patrz - szepnął Per-Arne. - To ona! 

Isabell zatrzymała się, nie wiedząc, iść dalej czy nie. Na tle ognia jej szczupła postać 

odcinała się ostrą linią. 

- Isabell! - cicho zawołał Allan. - To my, Per-Arne i ja! 

- Allanie! 

Odwróciła  się  gwałtownie  i  zaczęła  zbiegać  w  dół  ku  nim  jak  przeraŜone  dziecko, 

które  wreszcie  odnalazło  ciepłe,  bezpieczne  miejsce.  W  następnej  chwili  rzuciła  się  w 

ramiona Allana. 

- Dziękuję! Dziękuję, Ŝe przyszliście - szeptała mu w pierś. 

Ze  wzruszenia  nie  zdołał  nic  powiedzieć.  Przybiegła  do  niego!  Spontanicznie  padła 

mu w objęcia, jak gdyby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. Delikatnie głaskał 

ją po włosach, dopóki się nie uspokoiła. 

- Dokąd miałaś zamiar iść? - spytał wreszcie. 

- Nie wiem. To było takie dziwne... Zobaczyłam ognisko i przepełniło mnie uczucie, 

Ŝ

e  muszę  iść...  Nie  pamiętam,  jak  dotarłam  tu  na  górę,  ale  potem  znów  zobaczyłam 

płomienie,  ale  nie  w  tym  miejscu,  co  trzeba.  Allanie,  myślę,  Ŝe  jestem  czarownicą!  Sama 

mogłam napisać te listy. I nie potrafię płakać... 

- Ani kochać? - łagodnie spytał Allan. 

- Ja juŜ nic nie wiem! 

- Isabell, wracasz do zdrowia, nie rozumiesz tego? Ale porozmawiamy o tym później, 

teraz muszę zapytać o coś innego. Widziałaś kogoś tu na górze? 

background image

Pokręciła głową. 

- Nikogo nie widziałam. Ale wydawało mi się, Ŝe słyszę głosy. 

- Gdzie? 

- Z przodu... Przy ognisku! 

- Masz dość odwagi, Ŝeby pójść z nami i to sprawdzić? 

Popatrzyła na niego ufnie jak dziecko. 

- Tak, kiedy ty jesteś ze mną. 

Znów  zaczęli  wspinać  się  pod  górę.  Droga  okazała  się  dłuŜsza,  niŜ  Allan 

przypuszczał,  ale  w  końcu  dotarli  na  miejsce.  Osłonięci  świerkami  przyglądali  się  ognisku. 

Nie było przy nim ludzi. 

-  Kartonowe  pudła!  -  mruknął  Allan.  -  Zaczynam  juŜ  rozumieć.  Pamiętasz  rzeczy, 

które znaleźliśmy w piwnicy, Isabell? Ktoś w Hedom kradnie albo zajmuje się przemytem na 

wielką skalę, a opakowania palą tu na górze. To jednocześnie sygnał dla osoby, która ma się 

zgłosić po towar albo przynieść go tutaj, bo z tego, co wiem... 

W  tym  momencie  oślepił  ich  ostry  blask  lampy  błyskowej,  a  jakiś  głos  zawołał 

triumfalnie: 

- Teraz juŜ ich mamy! 

Allan  instynktownie  rzucił  się  do  przodu  i  złapał  za  nogi  najbliŜej  stojącego 

człowieka. MęŜczyzna padając pociągnął go za sobą. 

-  Stój!  -  rozległ  się  stanowczy  głos.  -  Nie  widzisz,  Ŝe  schwytałeś  niewłaściwego 

człowieka? 

Allan wstał i zapalił latarkę. W jej świetle dojrzał Jana Bruuna i lensmana. 

- Przepraszam - powiedział. - Sądziłem, Ŝe to złodzieje. 

- My to samo myśleliśmy o was. - Lensman patrzył na niego zdziwiony. - Co, u licha, 

robicie tu w środku nocy? 

- Podejrzewam, Ŝe to samo co wy - odparł Allan nie do końca zgodnie z prawdą, ale 

nie widział powodu, by opowiadać lensmanowi i Janowi Bruunowi o kłopotach Isabell. - JuŜ 

drugi raz dostrzegliśmy bijące stąd światło, postanowiliśmy więc sprawdzić, co to jest. 

-  O,  to  nie  drugi  raz  -  stwierdził  lensman.  -  Prawdopodobnie  ma  związek  z 

przedmiotami znalezionymi w waszej piwnicy. 

-  Skoro  juŜ  tu  jesteśmy  -  odezwał  się  Per-Arne  w  charakterystyczny  dla  siebie 

spokojny  sposób  -  chciałbym  o  czymś  z  panem  pomówić,  panie  lensmanie.  To  dotyczy 

ś

mierci Lillemor Bruun... 

- Jaki sens ma wyciąganie tej historii? - ostro przerwał mu Jan Bruun. - Nie sądzisz, Ŝe 

background image

dość juŜ przeszedłem? Jakie to, twoim zdaniem, uczucie, gdy w taki sposób traci się Ŝonę? 

-  Znam  kogoś, kto  przez  te  lata  przecierpiał  o  wiele  więcej  niŜ  ty  -  Per-Arne  nie  dał 

zbić się z tropu. - Mam na myśli Isabell. Wiesz, co myślę? 

- Nie odwaŜysz się tego powiedzieć! - Jan Bruun postąpił o krok w jego kierunku, ale 

lensman ostrzegawczym gestem połoŜył mu dłoń na ramieniu. 

- Posłuchajmy, co on ma do powiedzenia - rzekł spokojnie. 

- Chodzi mi o koszyk, który zniknął - powiedział Per-Arne. - Po co był jej potrzebny 

na wrzosowiskach? No i ten list, którego nie mogła otrzymać, zanim wyszła z domu. Pocztę 

tego dnia przyniesiono dopiero później. 

- Słyszałem juŜ o tym - powiedział lensman. - Ale ustalono, Ŝe w tym czasie musiała 

wrócić do domu, prawda? 

- Lekarz twierdził, Ŝe kiedy ją znalazłem, nie Ŝyła juŜ prawie dobę - mówił Per-Arne. - 

I  moim  zdaniem  jedyną  osobą,  która  mogła  wyjąć  list  ze  skrzynki,  był  jej  mąŜ,  Jan  Bruun. 

Musiał przyjść tu znacznie wcześniej ode mnie, włoŜył list do jej torebki i zabrał koszyk do 

domu. 

- Dlaczego na miłość boską miałbym robić coś takiego? - zawołał Jan Bruun. 

- Ja takŜe się nad tym zastanawiam. - Lensman popatrzył na Pera-Arnego. - Czy to ma 

znaczyć, Ŝe oskarŜasz Bruuna o morderstwo? 

- Nie - odparł tak samo spokojnie Per-Arne. - Myślę, Ŝe on ją znalazł martwą i Ŝe to 

było samobójstwo. Lillemor była słabą kobietą, która nie potrafiła radzić sobie z problemami. 

- Samobójstwo! Tu, na Wzgórzu Czarownic? Dlaczego akurat tutaj? 

Per-Arne  odpowiedział  dopiero  po  chwili.  Allan  pojął,  Ŝe  robi  to  niechętnie,  ale 

postanowił za wszelką cenę bronić Isabell. 

- Przypuszczam, Ŝe Lillemor Bruun planowała wyjazd i tutaj właśnie miała się z kimś 

spotkać  -  powiedział  cicho.  -  Sądzę,  Ŝe  w  koszyku  miała  ubranie  i  przybory  toaletowe.  Ale 

osoba, na którą czekała, nie przybyła na spotkanie. 

- Podejrzewasz, Ŝe miała kochanka? 

- To czysty idiotyzm! - wybuchnął z wściekłością Jan Bruun. 

- Nie podejrzewam, wiem! Wiem na pewno, Ŝe miała kochanka. Widziałem ich kiedyś 

razem, i ty takŜe, Janie. Zrobiłeś piekielną awanturę... 

- Czy to był ktoś stąd? - zainteresował się Allan. 

- Ja w kaŜdym razie nigdy przedtem go nie widziałem. 

- Ale on nie dotrzymał umowy. I Lillemor odebrała sobie Ŝycie - powiedział lensman 

zamyślony.  -  To  wyjaśnia,  dlaczego  znaleziono  ją  przy  drodze  drwali.  Nie  rozumiem  tylko, 

background image

dlaczego  nie  wróciła  do  domu.  Nie  wiedziała  przecieŜ  nic  o  liście,  w  którym  napisano,  Ŝe 

Isabell spodziewa się dziecka jej męŜa. 

-  A  ja  dobrze  rozumiem,  dlaczego  nie  miała  ochoty  wracać  do  domu  -  odparł  Per-

Arne. - Jan Bruun sam chadzał zakazanymi ścieŜkami. Ale nie z Isabell. Z Ellą Jahr. 

Jan Bruun nic nie powiedział. 

-  Jaki  był  sens  wkładania  kompromitującego  listu  do  torebki  Ŝony?  -  spytał  Allan.  - 

Skoro Jan nie był ojcem dziecka, którego oczekiwała Isabell? 

-  Wiele  rzeczy  liczy  się  w  Ŝyciu  męŜczyzny  -  powiedział  Per-Arne,  patrząc  na  Jana 

Bruuna. - Nie podobało ci się, Ŝe przyprawiono ci rogi. Jeśli któreś z was miało mieć romans, 

musiałeś  to  być  ty.  A  poniewaŜ  z  Isabell  się  nie  udało,  zamiast  tego  zdradziłeś  Ŝonę  z  Ellą 

Jahr, tylko nie miałeś odwagi się do tego przyznać. Sprawa była zbyt powaŜna. Anonimowy 

list  nadszedł  tego  samego  dnia,  kiedy  Lillemor  zdecydowała  się  odejść  z  innym.  Ale  o  jej 

zdradzie nikt nie wiedział. To ty miałeś odnosić sukcesy u płci przeciwnej! 

-  Przez  cały  czas  zaprzeczałem  plotkom  o  tym,  Ŝe  jestem  ojcem  dziecka  Isabell!  - 

uniósł się Jan Bruun. 

-  Rzeczywiście  -  odparł  Per-Arne  z  pogardą.  -  Ale  nie  okazywałeś  w  tym  specjalnej 

Ŝ

arliwości, nie wypowiedziane małe „być moŜe” wisiało w powietrzu! 

- Isabell takŜe zaprzeczała! 

-  A  kto  wierzył  słowom  biednej  dziewczyny?  -  włączył  się  Allan.  Nagle  wyobraził 

sobie  Isabell,  szesnastoletnią,  cięŜarną  i  całkiem  samą  na  świecie,  nie  mającą  nikogo,  kto 

mógłby albo chciał jej pomóc. Przepełniała go niepohamowana złość, postąpił w stronę Jana 

Bruuna i uderzyłby go, gdyby Per-Arne go nie powstrzymał. 

- W ten sposób daleko nie zajdziemy, Allanie - powiedział cicho. - Najlepiej pomówić 

o wszystkim spokojnie. - Znów obrócił się do Jana Bruuna. - To, co wówczas zrobiłeś, to nic 

w porównaniu z prześladowaniem listami, którymi dręczyłeś Isabell przez całe lata! 

- Prześladowanie listami? - Jan Bruun wpatrywał się w niego, niczego nie rozumiejąc. 

- O co ci chodzi? 

Zanim Per-Arne zdąŜył odpowiedzieć, wtrącił się Allan: 

- To nie mógł być on! Jemu nie starczyłoby fantazji, zabrakłoby mu teŜ wytrwałości, 

jest za słaby i zbyt tchórzliwy! Zabierzcie go stąd, nie mogę na niego patrzeć! 

-  Najlepiej  będzie,  jak  wrócisz  do  domu,  Bruun  -  oświadczył  lensman.  - 

Porozmawiamy sobie później. 

Jan Bruun przenosił rozpaczliwe spojrzenie z przedstawiciela władzy na Allana, który 

trzymał  Isabell  za  rękę.  Chciał  coś  powiedzieć,  ale  zrezygnowany  wzruszył  ramionami  i 

background image

zaczął schodzić ścieŜką w dół. 

- No cóŜ, zaczaimy się tu teraz, trzech męŜczyzn zamiast dwóch. To dobrze, ale co z 

panią Wide? 

-  Biorę  odpowiedzialność  za  moją  Ŝonę  -  odparł  Allan,  zdumiony,  jak  naturalnie  to 

powiedział.  Perowi-Arnemu  przyznał  się  po  drodze,  Ŝe  Isabell i  on  nie  są  małŜeństwem,  ale 

lensman nie miał o tym pojęcia. 

Lensman pokiwał głową. 

-  Jak  pan  chce.  Rzeczywiście  sporo  się  wyjaśniło  dziś  wieczorem.  Ale  jedno 

chciałbym  wiedzieć...  -  Zakłopotany  spojrzał  na  Isabell.  -  Jeśli  nie  Jan  Bruun  jest  ojcem 

waszego chłopaka, to kto nim jest? 

- Kjell Jahr - Allan wyręczył Isabell w odpowiedzi. - Zmusił ją do czegoś, czego nie 

chciała, i Isabell, chcąc go osłonić, milczała przez te wszystkie lata. 

-  Nieprawda!  -  krzyknęła  Isabell.  -  To  wcale  nie  przez  lojalność.  Nie  rób  ze  mnie 

lepszej,  niŜ  jestem.  Postąpiłam  tak,  poniewaŜ  odczuwałam  niewypowiedzianą  niechęć  w 

stosunku  do  Kjella  i  nie  mogłam  znieść  myśli,  Ŝe  on  jest  ojcem  dziecka,  którego 

oczekiwałam.  Sama  przed  sobą  nie  chciałam  się  do  tego  przyznać!  To  wcale  nie  z  powodu 

chęci uchronienia Kjella przed czymkolwiek. Po prostu z obrzydzenia do prawdy. Zrozum to, 

Allanie! 

Popatrzyła  na  niego  błagalnie.  Oczy  miała  głębokie  jak  studnie,  burza  włosów 

otaczała  wąską  twarzyczkę.  W  tym  momencie  była  zachwycająco,  wprost  do  bólu  piękna. 

Allan  nagle  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  naprawdę  ją  pokochał.  Ale  ona,  czy  ona  kiedykolwiek 

będzie w stanie odwzajemnić jego miłość? 

Lensman  i  Per-Arne  ruszyli  przodem.  Allan  wciąŜ  stał,  nie  spuszczając  wzroku  z 

Isabell. 

- Będziesz musiała stąd wyjechać - oświadczył cichym, schrypniętym głosem. 

- Dlaczego? 

-  PoniewaŜ  właśnie  odkryłem  coś,  co  uniemoŜliwia  nam  dalsze  zamieszkiwanie  pod 

jednym dachem - odparł z powagą. - Kocham cię i nie wystarczy mi juŜ trzymanie cię za rękę. 

Rozpaliłaś moją krew. Chcę ciebie, chcę cię całować, czuć twoją skórę przy swojej. Nie mogę 

być tak blisko ciebie, nie dotykając cię! 

Powiedziawszy to, w tej samej chwili poŜałował. Isabell cofnęła się, jakby ją uderzył. 

- Ja... ja takŜe cię pokochałam - rzekła bezgłośnie. - A jednak to niemoŜliwe. Oboje o 

tym wiemy. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

Allan bezradnie wpatrywał się w Isabell. Była taka piękna, ale on kochał nie tylko jej 

urodę;  pokochał  jej  duszę,  wszystkie  najbardziej  skryte  myśli,  i  nie  pragnął  niczego  innego, 

jak tylko być przy niej i ochraniać przez resztę Ŝycia. 

Ale ona powiedziała, Ŝe to niemoŜliwe. Miał ochotę krzyknąć: dlaczego? Jeszcze kilka 

minut temu sama, z własnej woli, rzuciła mu się w objęcia. Gdy przyjechali do Lindane, coś 

takiego było nie do pomyślenia. Od tamtej pory uczyniła ogromny krok naprzód, czy tego nie 

widziała? Dlaczego miłość między nimi była niemoŜliwa? 

Dlatego, Ŝe ona nie kocha mnie tak, jak ja ją, pomyślał w następnej chwili. Dlatego, Ŝe 

nie potrafi pokochać Ŝadnego męŜczyzny... 

Ciąg myśli przerwał mu stłumiony okrzyk lensmana. 

- Oto i ten, który ma zabrać skradzione rzeczy! 

Znieruchomieli  nasłuchując,  wreszcie  i  do  nich  dotarł  odgłos  samochodu 

zatrzymującego  się  dokładnie  pod  nimi.  Trzasnęły  drzwiczki  i  wkrótce  potem  na  ścieŜce 

rozległy  się  kroki.  To  musi  być  młody  człowiek,  przyszło  do  głowy  Allanowi.  Poruszał  się 

szybko, bez wysiłku, wyraźnie szedł tędy nie po raz pierwszy. 

Trzej  męŜczyźni  i  kobieta  stali  nieruchomo,  czekając,  aŜ  jego  twarz  ukaŜe  się 

wyraźnie  w  blasku  ogniska.  Nagle  ciszę  rozdarł  krzyk  Isabell:  stał  przed  nią  Tore,  dawny 

przyjaciel z dzieciństwa. 

Na moment ich oczy się spotkały, potem Tore Simonsen gwałtownie się odwrócił i jak 

zając pomknął w dół zbocza. MęŜczyźni ruszyli za nim, Isabell została sama. Wydało jej się, 

Ŝ

e cały jej świat legł w gruzach. Ella, stara przyjaciółka, zawiodła ją. Kjell Jahr... Na myśl o 

nim wstrząsnął nią dreszcz. A teraz Tore! 

Coś  zmusiło  ją  do  podniesienia  głowy  i  spojrzenia  na  szczyt  Wzgórza  Czarownic. 

Ujrzała poświatę. To księŜyc w pełni wyłaniał się zza góry. A nieco dalej w prawo zobaczyła 

wąziutką spiralę dymu, unoszącą się z nagiej półki skalnej - dym jeszcze jednego ogniska. 

Isabell  drŜała.  Mroczny  las  wydał  się  w  jednej  chwili  po  dwakroć  bardziej  ponury  i 

przeraŜający. Przymknęła oczy, by nie widzieć nowego ogniska, ale kiedy je otworzyła, było 

w tym samym miejscu. 

A  więc  jednak  muszę  tam  iść,  pomyślała  zmęczona.  Z  rezygnacją  pokiwała  głową 

samej sobie. Nic temu nie zapobiegnie, nic mnie nie uwolni. Karoline Falk jest silniejsza. Jej 

krew  płynie  w  moich  Ŝyłach.  Wzywa  mnie,  a  ja  muszę  uczynić  to,  czego  ona  Ŝąda.  MoŜe 

background image

sama tego chcę. Właściwie to ulga tak się poddać... 

Powoli,  jak  zahipnotyzowana,  Isabell  zaczęła  wspinać  się  na  szczyt  Wzgórza 

Czarownic. 

 

Nieco niŜej w lesie lensman zatrzymał się i zawołał Allana i Pera-Arnego. 

-  Nie  ma  sensu  iść  dalej!  -  oznajmił  zdyszany.  -  Dzisiaj  i  tak  go  nie  złapiemy.  Ale 

wiemy przynajmniej, kto się za tym kryje. 

- Nie wiemy, z kim współpracuje - zauwaŜył Allan. 

-  O,  jeśli  dobrze  znam  Torego,  to  zdradzi  wszystkich,  kiedy  tylko  go  aresztujemy  - 

odparł  lensman  szorstko.  -  Nie  naleŜy  do  tych,  którzy  pozwalają  kumplom  pozostać  na 

wolności, podczas gdy sami siedzą w pace. 

Allan pokiwał głową. Spojrzał na Wzgórze Czarownic. 

- Niepokoję się o Isabell - powiedział. - Niedobrze, Ŝe została tam sama. 

Znów zaczął wspinać się pod górę. Posuwał się tak szybko, Ŝe podąŜający za nim Per-

Arne  i  lensman  z  trudem  dotrzymywali  mu  kroku.  Allan  ostatni  kawałek  przebył  biegiem, 

wołając Isabell, ale ona mu nie odpowiedziała. 

Ognisko, w którym złodzieje palili opakowania po skradzionych towarach, Ŝarzyło się 

słabo. Isabell nigdzie nie było widać. 

- MoŜe zeszła na dół, do drogi drwali? - podsunął Per-Arne. 

Allan potrząsnął głową. 

- JuŜ dawno by nas usłyszała. 

- Ach, te kobiety! - gniewnie mruknął lensman. 

Allan  juŜ  miał  mu  coś  ostro  odpowiedzieć,  ale  zanim  zdąŜył  się  odezwać,  Per-Arne 

mocno ścisnął go za ramię. 

- Zobacz! - szepnął. - Tam na górze! 

Zapatrzyli się w szczyt. KsięŜyc zawisł nad Wzgórzem Czarownic, a na tle jaśniejącej 

okrągłej tarczy, niczym złowróŜbny symbol prastarych czasów, rysowała się spirala dymu. 

- O mój BoŜe! - jęknął lensman. - To płonie ogień czarownic! 

 

Później  Allan  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  w  jaki  sposób  wdrapali  się  po  ostatnim 

odcinku  stromego  zbocza.  Przed  oczami  przesuwały  mu  się  nagie  skały  i  koślawe  sosny, 

wyciągające się ku niebu. Po głowie kołatała mu się myśl, Ŝe przed trzystu laty Ŝądni sensacji 

mieszkańcy wioski wyprawiali się tu, aby patrzeć, jak Karoline Falk i inne czarownice płoną 

na stosie. 

background image

Zasłona kłębiącego się dymu przesłaniała środek nagiej płaszczyzny szczytu, ale ognia 

nie  było  widać.  Po  drugiej  stronie  dymnego  welonu  stała  Isabell, na  wpół  odwrócona  w  ich 

stronę. Nie widziała ich jednak. Stała nieruchomo jak posąg, zapatrzona w postać znajdującą 

się  pomiędzy  nią  a  dymem:  w  kobietę  o  długich  siwych  włosach,  spływających  na  ramiona, 

ubraną  w  dziwaczną,  staromodną  suknię.  Na  moment  w  blasku  księŜyca  ujrzeli  twarz  tej 

kobiety. Pokrywała ją śmiertelna bladość. Wyciągała coś w stronę Isabell. 

-  Karoline  Falk!  -  szepnął  Per-Arne  z  niedowierzaniem.  -  Wielka  czarownica  z 

Hedom! 

Na wrzosowisku ochryple zaskrzeczał jakiś ptak, poza tym panowała cisza. Allan stał 

jak skamieniały, nie mogąc pozbierać myśli. ZwilŜył wyschnięte wargi i zobaczył, Ŝe Isabell 

robi krok do przodu. Czarownica szła jej na spotkanie. 

I wtedy coś się w nim obudziło, gniew tak wielki, Ŝe miał wraŜenie, Ŝe zaraz się udusi. 

Szybkim krokiem przeszedł na nagą półkę skalną. Lensman próbował go powstrzymać, lecz 

Allan gwałtownym ruchem wyrwał się z jego uścisku. 

To  on  był  odpowiedzialny  za  Isabell!  Dość  się  juŜ  wycierpiała.  Kochał  ją  i  nie  miał 

zamiaru  stać  bezczynnie,  nie  ruszyć  nawet  palcem,  Ŝeby  jej  pomóc.  To  wszystko  to  jakieś 

szaleństwo. On nie wierzy w duchy! 

- Isabell! - zawołał z całej mocy. - Isabell, uciekaj! 

Drgnęła i spojrzała na niego z wyrazem rozpaczy w wielkich oczach. 

- Uciekaj! - krzyknął jeszcze raz. - To tylko człowiek! 

Stara kobieta odwróciła się. Prychnęła jak rozzłoszczony kot. Isabell zdąŜyła zniknąć 

w zaroślach po drugiej stronie. Allan juŜ nie myślał. Gdyby się zastanawiał, być moŜe trwałby 

nieruchomo  sparaliŜowany  strachem  przed  tym,  co  go  czeka.  Per-Arne  i  lensman  ostrzegali 

go, krzycząc, ale on ruszył ku upiornej postaci. 

PrzeraŜeni  patrzyli,  jak  brodzi  w  niskiej,  skłębionej  warstwie  dymu,  aŜ  wreszcie 

zaledwie  parę  metrów  oddzielało  go  od  strasznej  kobiety  o  długich,  rozwianych  włosach. 

Wtedy i ona pobiegła w dół zbocza. 

Dla pozostałych był to sygnał do działania. Wiedzieli teraz, Ŝe mają do czynienia nie z 

upiorem,  lecz  z  Ŝywym  człowiekiem.  Zaszli  „czarownicę”  z  trzech  stron  i  schwytali  ją  tuŜ 

przy skraju lasu. 

Per-Arne  mocno  przytrzymał  ją  za  ramiona.  Kiedy  kobiecie  spadła  z  głowy  peruka, 

wrzasnęła  głośno,  nienawistnie.  Allan  zostawił  ją  swym  towarzyszom  i  pomknął  na 

poszukiwanie Isabell. Głośno raz po raz wołał jej imię, wreszcie usłyszał odpowiedź. 

- Allanie, czy to ty? - dobiegło go Ŝałosne pytanie. 

background image

-  Jestem  tutaj,  kochana!  Wszystko  juŜ  minęło.  JuŜ  nie  musisz  się  bać.  To  nie  była 

czarownica, Isabell, to człowiek z krwi i kości, który w tak okrutny sposób dręczył cię przez 

te wszystkie lata! 

Zaszeleściły  wrzosy  i  Isabell  wyszła  z  cienia.  Podbiegła  do  Allana,  raz  po  raz 

powtarzając  jego  imię.  Bez  odrobiny  wyrzutów  sumienia  wykorzystał  okazję,  gdy  szukając 

pociechy rzuciła się w jego ramiona. 

Przytulił  ją  i  gładził  po  plecach,  całując  jej  włosy  i  policzki,  szepcząc  cicho  czułe 

słowa.  Nie  bardzo  wiedział,  jak  to  się  stało,  ale  gdy  jego  usta  odnalazły  wargi  Isabell, 

odpowiedziała  na  jego  pocałunek  z  rozpaczliwą  tęsknotą.  Poczuł,  Ŝe  strach  z  wolna  ją 

opuszcza, ustępując miejsca namiętności, od której zagotowała mu się krew w Ŝyłach. 

Wreszcie  odstąpili  na  krok  od  siebie.  Stali  zdumieni,  wstrząśnięci  owym 

nieprawdopodobnym, co się właśnie z nimi działo. 

- Moja niemądra Isabell! - próbował się śmiać, ale sytuacja była zbyt powaŜna. - Czy 

rozumiesz teraz, Ŝe mimo wszystko mamy przed sobą szansę? 

-  Nie  śmiałam  w  to  wierzyć  -  szepnęła,  a  oczy  jej  błyszczały  jak  gwiazdy.  -  Ja...  się 

bałam, Ŝe sprawię ci zawód! 

-  NajdroŜsza  Isabell!  -  ciągnął  ochrypłym  głosem.  -  Wiesz,  Ŝe  pragnę  cię  poślubić, 

prawda? Nie,  nie  musisz  mi teraz odpowiadać! - dodał  prędko.  -  Ale  zastanów  się  nad  tym! 

Teraz najlepiej chyba będzie, jak zejdziemy do tamtych. Ciekaw jestem, kim jest ta kobieta. 

- Nie widziałeś? - zdziwiła się Isabell. 

Potrząsnął głową. 

- Nie, ale to nie moŜe być nikt inny jak Ella. 

Isabell potwierdziła to. 

-  Sądziłam,  Ŝe  to  naprawdę  Karoline  Falk  -  powiedziała  bezradnie.  -  Gdybyś  nie 

przyszedł...  -  Odetchnęła  głęboko.  -  Gdybyś  wiedział,  jak  bardzo  się  bałam,  Allanie.  Byłam 

pewna, Ŝe nie ma juŜ dla mnie ratunku. 

- Dzięki Bogu, Ŝe przybyliśmy na czas - westchnął. 

Wziął ją za rękę i zaczęli schodzić ku grupce zebranej na płaskiej półce. Allan zapalił 

latarkę i zaświecił nią w twarz wysokiej kobiety, która zrezygnowała juŜ ze stawiania oporu. 

Lensman spojrzał na Allana i powiedział: 

-  Pozwól  mi  przedstawić  sobie  naszego  szanownego  szefa  Wydziału  Spraw 

Socjalnych, panią Sofie Jahr! 

Pani Jahr nie zdawała sobie najwidoczniej sprawy, Ŝe w blasku księŜyca prezentuje się 

nieco dziwacznie z rozczochranymi włosami i twarzą uszminkowaną na upiorny biały kolor. 

background image

- Jeszcze tego poŜałujecie! - zagroziła cicho. - Posiadam moc, która pozwoli mi rzucić 

urok na was wszystkich. Wszystkich was mogę zaczarować... 

-  A  więc  to  pani  była  piękną  młodą  czarownicą,  o  której  na  łoŜu  śmierci  opowiadał 

Georg Abrahamsen - zdumiał się Allan. - Czarownica z Hedom, która go uwiodła... To pani 

skradła z muzeum rzeczy naleŜące do Karoline Falk! 

W oczach pani Jahr zapłonął blask triumfu. 

- W tamtym czasie ludzie o czymś zapomnieli. Nikt nie pamiętał, Ŝe takŜe i ja jestem 

potomkinią Karoline Falk, tylko wywodzę się z innej gałęzi rodziny! 

- To znaczy, Ŝe synem Georga Abrahamsena był Kjell Jahr - ciągnął Allan. 

-  To  łgarstwo!  -  wykrzyknęła  pani  Jahr,  w  jednej  chwili  rozgniewana.  -  Co  pan 

insynuuje! Jestem przyzwoitą kobietą. 

-  Musi  się  pani  na  coś  zdecydować,  pani  Jahr  -  cierpko  zauwaŜył  lensman.  -  Nie 

moŜna być jednocześnie przyzwoitą kobietą i czarownicą. Pani próbowała, ale nic pani z tego 

nie  wyszło.  Chodźmy  stąd!  Myślę,  Ŝe  najlepiej  będzie  przekazać  tymczasem  panią  Jahr  pod 

opiekę doktorowi, potem niech władze zadecydują, jak rozstrzygnąć tę sprawę. - Westchnął. - 

Muszę przyznać, Ŝe nigdy się z niczym podobnym nie spotkałem... 

Był juŜ jasny dzień, kiedy Allan towarzyszący lensmanowi w umieszczaniu pani Jahr 

w odpowiednim miejscu, wrócił do domu do Isabell. Pod oczami z niewyspania kładły mu się 

głębokie cienie, ale na jego twarzy malowała się ulga. Isabell popatrzyła na niego badawczo. 

- Jak poszło? - spytała. 

- Przyznała się. 

- Opowiedz mi! - prosiła Isabell podniecona. 

-  To  właściwie  bardzo  długa  historia,  mająca  swój  początek  wiele,  wiele  lat  temu... 

Daj mi filiŜankę kawy, a opowiem ci wszystko dokładnie. 

Zaczął  mówić,  kiedy  razem  z  Isabell  zasiedli  naprzeciwko  siebie  przy  kuchennym 

stole. 

- Sofie Jahr juŜ jako młoda dziewczyna była niezwykle ambitna. Niby nie ma w tym 

nic  złego,  ale  ona  posunęła  się  za  daleko.  Chciała  być  najpiękniejsza  i  najlepsza  we 

wszystkim.  Na  jej  temat  nie  dało  się  powiedzieć  nic  złego.  Zawsze  zachowywała  się 

stosownie  do  sytuacji,  nie  podnosiła  głosu,  zajmowała  się  działalnością  charytatywną  i  tak 

dalej. Jaką dyscyplinę wewnętrzną musiała mieć ta kobieta! Ale cóŜ, medal ma zawsze dwie 

strony.  Sofie  Jahr  nie  potrafiła  zwalczyć  swego  pociągu  do  tajemniczości  i  mistycyzmu. 

Wiedziała, Ŝe wywodzi się z rodu Karoline Falk; jeśli mogę się tak wyrazić, dostała bzika na 

tym  punkcie.  „Oficjalna”  pani  Jahr  nawet  przed  samą  sobą  nie  chciała  się  przyznać  do 

background image

kradzieŜy  starych  receptur  i  magicznych  rekwizytów  z  muzeum,  ale  jej  drugie,  skrywane 

przed  wszystkimi  „ja”  to  właśnie  zrobiło.  Kiedyś  latem  spotkała  w  Ytreland  Georga 

Abrahamsena.  Była  wówczas  niedługo  po  ślubie,  lecz  małŜeństwo  pozostawało  bezdzietne. 

Zanosiło  się  na to,  Ŝe  nie  przyjdzie  na  świat  Ŝadne  dziecko.  Do  szaleństwa  zakochała  się  w 

Abrahamsenie,  który  był  wtedy  bardzo  przystojnym  męŜczyzną,  na  dodatek  bogatym,  i 

zwierzyła mu się ze swego potajemnego hobby. Młoda i piękna, zdołała go uwieść. Twierdzi, 

co prawda, Ŝe było odwrotnie, ale ja mam wątpliwości... 

No cóŜ, Georga Abrahamsena ogarnęły wyrzuty sumienia, poŜałował swego skoku w 

bok. Zerwał romans, a to ogromnie uraziło ambicję pani Jahr. Wpadła we wściekłość, ale nic 

nie mogła zrobić, w kaŜdym razie oficjalnie. Była przecieŜ elegancką damą z wyŜszych sfer. 

Abrahamsen  zniknął,  nie  mając  pojęcia,  Ŝe  pani  Jahr jest  w ciąŜy.  Jej męŜowi  nawet  się  nie 

ś

niło, Ŝe kto inny moŜe być ojcem ich syna. Później zresztą urodziła się Ella... 

Allan  zapalił  fajkę  i  pyknął  z  niej  kilka  razy.  Isabell  w  napięciu  czekała,  co  powie 

dalej. 

-  Upłynęło  cztery,  moŜe  pięć  lat  i  Peter  Jahr  wpadł  w  tarapaty  finansowe. 

Sprzeniewierzył powierzone mu środki i jak najszybciej musiał zdobyć znaczną sumę, inaczej 

by  zbankrutował,  a  machlojka  zostałaby  odkryta.  Pani  Jahr  nie  mogła  znieść  myśli  o  takim 

skandalu, napisała więc do Georga Abrahamsena, informując go o synu i Ŝądając pieniędzy. 

Otrzymała je,  ale  mąŜ  w  jakiś  sposób  się zorientował,  skąd  pochodziły. Zrozumiał,  Ŝe  Kjell 

nie jest jego synem, i to było kroplą przepełniającą kielich. Odebrał sobie Ŝycie. To sprawiło, 

Ŝ

e Sofie Jahr z całą premedytacją zaczęła prześladować ciebie. 

- Mnie? - powtórzyła zdumiona Isabell. - Nie rozumiem... 

- Wrócę do tego za chwilę. Najpierw muszę powiedzieć parę słów o Kjellu Jahrze. Nie 

dało  się  go  nazwać  czarującym  dzieckiem.  Brzydki,  miał  bardzo  nieładne  przyzwyczajenia. 

Na  nic  się  nie  zdały  starania  pani  Jahr,  by  jakoś  go  zmienić.  W  głębi  ducha  nie  dawały  jej 

spokoju wyrzuty sumienia z powodu tego, co stało się tamtego lata w Ytreland, uwaŜała, Ŝe 

Kjell przez nią jest takim nieudacznikiem. Najgorsze, Ŝe nie mogła go pokochać. Próbowała 

udawać miłość do syna, w rzeczywistości jednak z trudem znosiła jego widok, a chłopiec to 

wyczuwał. Nikt go nie lubił. Musiał kupować sobie przyjaźń. Jedyną osobą, która okazała mu 

trochę Ŝyczliwości, byłaś ty, Isabell, a on to wykorzystał. Zdesperowany uciekł na morze... 

Allan  urwał.  Pomyślał  o  synu  Isabell  i  Kjella  Jahra.  Matti  był  podobny  do  swojej 

matki, to go bardzo cieszyło. 

- W miarę upływu lat wyrzuty sumienia coraz bardziej dokuczały pani Jahr - ciągnął. - 

Winna  była  samobójczej  śmierci  męŜa,  przynajmniej  w  pewnym  stopniu.  Myślała  teŜ  o 

background image

swoim  „grzechu”,  jak  to  nazywała.  Długo  tłumione  uczucia  nie  znajdowały  ujścia  i  to 

pogarszało  całą  sprawę.  A  później  wydarzyła  się  historia  z  Lillemor  Bruun,  która  popełniła 

samobójstwo  rzekomo  z  powodu  zdrady  męŜa.  Pani  Jahr  wiedziała,  Ŝe  wiele  przebywałaś  z 

Janem  Bruunem,  zrozumiała  teŜ,  Ŝe  jesteś  w  ciąŜy.  Dodała  więc  dwa  do  dwóch.  To,  Ŝe 

wyciągnęła  błędne  wnioski,  to  zupełnie  inna  sprawa.  W  kaŜdym  razie  swoje  potajemne 

grzeszki przypisała tobie. Rozumiesz, o czym mówię? 

- Tak, chyba tak - odparła Isabell, niezupełnie przekonana. 

-  W  jej  poplątanej  wyobraźni  ty  przyjęłaś  postać  młodej  czarownicy,  która  uprawia 

czarną magię, uwodzi męŜczyznę i oczekuje jego dziecka. To pani Jahr napisała pierwszy list 

do  Lillemor  Bruun,  aby  zranić  ją  tak,  jak  zraniony  został  jej  własny  mąŜ,  kiedy  poznał 

prawdę.  Lillemor  odebrała  sobie  Ŝycie,  lecz  o  tym  pani  Jahr  nie  wiedziała.  Rozpoczęła 

nagonkę  na  ciebie,  a  z  czasem  zdołała  samą  siebie  przekonać,  Ŝe  ty  jesteś  o  wiele  gorszym 

człowiekiem,  niŜ  ona  kiedykolwiek  była.  Doprowadziłaś  do  śmierci  Lillemor  i  pragnęłaś 

pozbyć się dziecka, tak jak ona chciała pozbyć się Kjella. Dlatego pisała anonimy, zachęcając 

cię w nich do usunięcia ciąŜy, a potem do oddania Mattiego. Za kaŜdym razem, gdy wysłała 

list do ciebie lub do kogoś z twoich najbliŜszych, sama czuła się o wiele lepiej i mogła dalej 

wieść  swoje  Ŝycie  bez  skazy  jako  jedna  z  najbardziej  powaŜanych  mieszkanek  Hedom. 

Wreszcie uspokoiła swe sumienie na tyle, Ŝe przestała pisać. 

-  To  te  lata,  kiedy  Ŝyliśmy  spokojniej  -  domyśliła  się  Isabell.  Odruchowo  sięgnęła 

przez stół, poszukując ręki Allana. 

-  Kjell  wyruszył  na  morze,  nie  musiała  więc  znosić  jego  widoku,  który  przypominał 

jej,  co  się  wydarzyło.  Wkrótce  jednak  otrzymała  wiadomość  o  jego  śmierci.  Mówiono  o 

samobójstwie. Śmierć Kjella na nowo rozjątrzyła stare rany, pani Jahr musiała przyznać, Ŝe to 

ona sama ponosi największą winę za śmierć syna. Znów zaczęła wysyłać anonimy, chciała cię 

ukarać.  Przeganiała  cię  z  miejsca  na  miejsce,  traciłaś  wszystkich  przyjaciół.  Jako  szef 

Wydziału Spraw Socjalnych, wypłacającego ci zasiłek na Mattiego, zawsze wiedziała, gdzie 

cię szukać. 

- A więc ja miałam ponieść karę za jej winy? 

-  Właśnie  tak!  -  pokiwał  głową  Allan.  -  Ale  ty  nagle  przyjechałaś  do  Lindane,  z 

pozoru  szczęśliwie  zamęŜna.  To  był  wielki  szok  dla  pani  Jahr.  Zaczęła  bombardować  mnie 

anonimowymi listami. Bez rezultatu. A potem wpadła w desperację. 

-  Czy  ona  wie,  Ŝe  Georg  Abrahamsen  zapisał  w  testamencie  cały  swój  majątek 

Kjellowi? - spytała Isabell. 

-  Tak,  powiedziałem  jej.  Dało  jej  to  najwyraźniej  wiele  do  myślenia.  Pytała,  czy  nie 

background image

moŜna przenieść tych pieniędzy na Ellę, ale to oczywiście nie wchodzi w grę. Faktem jest, Ŝe, 

poniewaŜ Kjell nie Ŝyje, dziedzicem całej fortuny jest Matti. 

- Och, nie! - krzyknęła przeraŜona Isabell. 

-  Sprawa  moŜe  być  trudna  -  uprzedził  Allan.  -  Najpierw  trzeba  udowodnić,  Ŝe  Kjell 

był synem Georga Abrahamsena, a potem, Ŝe Matti jest synem Kjella. 

-  Muszę  nad  tym  pomyśleć  -  oświadczyła  Isabell.  -  Nie jestem  pewna,  czy  to  będzie 

miało dobry wpływ na Mattiego. Zawsze jakoś sobie radziliśmy, Matti i ja... 

- Teraz jest nas troje! - przerwał jej Allan. 

Isabell uścisnęła go za rękę, ale unikała bezpośredniej odpowiedzi. 

- Muszę cię zapytać o coś innego - rzekła po chwili. - Czy to pani Jahr sporządziła te 

stare listy na skórze, te od... Karoline Falk? 

Allan  dostrzegł  napięcie  i  lęk  w  jej  oczach.  Biedna  mała,  pomyślał  z  czułością. 

CzyŜby nadal się bała, Ŝe wcieliła się w nią stara czarownica sprzed trzystu lat? Cieszył się, 

Ŝ

e mógł jej szczerze odpowiedzieć: 

-  Oczywiście,  Ŝe  zrobiła  je  pani  Jahr.  Bardzo  dumna  była  ze  swoich  dzieł,  jak  je 

nazwała. 

- A co z czarownicą, którą jako dziecko widziałam w miejscu, gdzie kiedyś znajdował 

się stos? - spytała Isabell bez tchu. 

- To musiała być stara, koślawa sosna, moja kochana - uśmiechnął się Allan. 

Isabell  zaszlochała.  Jej  ramiona  drgały,  wstrząsane  powstrzymywanym  łkaniem.  W 

końcu opadła na stół i wybuchnęła gwałtownym płaczem. 

- Och, Allanie, Allanie, tak się bałam! 

Delikatnie przyciągnął ją do siebie i otarł jej łzy. 

-  Ty  płaczesz,  kochana.  To  znaczy,  Ŝe  nie  musisz  się  juŜ  więcej  bać.  Wiesz,  Ŝe 

czarownice  nie  potrafią  płakać.  Nie  jesteś  czarownicą,  Isabell.  Jesteś  w  stu  procentach 

normalną kobietą, tylko piękniejszą i znacznie bardziej pociągającą od innych! 

Ś

miała się i płakała na przemian. 

- To prawie nie do pojęcia! Jestem wolna! Nareszcie wolna! Czy potrafisz zrozumieć, 

dlaczego dałam się zwabić na Wzgórze Czarownic w środku nocy? 

-  Nic  w  tym  dziwnego  -  odparł  z  powagą.  -  Przez  szesnaście  lat  byłaś  ofiarą 

psychicznego terroru, mózg miałaś wyprany! 

- Czego ona ode mnie chciała? - spytała nagle Isabell. 

Allan odwrócił wzrok. 

- Zapomnij o tym. To juŜ minęło. 

background image

- Muszę to wiedzieć, inaczej nie przestanę o tym rozmyślać! 

Zawahał się chwilę i wreszcie powiedział: 

- Miałaś tam na górze popełnić samobójstwo, Isabell. 

Przez jej ciało przebiegł dreszcz. Powiedziała szybko: 

- Porozmawiajmy o czymś innym! 

- Z przyjemnością! Czy zastanawiałaś się nad tym, co powiedziałem wczoraj? 

- Oczywiście. Kocham cię, Allanie! Ale... 

-  Czarownice  nie  potrafią  teŜ  kochać!  Oto  i  ostateczny  dowód,  Ŝe  nie  jesteś 

czarownicą,  najdroŜsza,  obalający  wszelkie  twoje  wątpliwości.  Z  biura  lensmana 

zatelefonowałem  do  Mattiego  i  krótko  opowiedziałem  mu  całą  historię.  Wyznałem,  Ŝe 

poprosiłem cię  o  rękę,  a on  skomentował  to  mówiąc,  Ŝe  okaŜesz  się  głupia,  jeśli  odmówisz. 

Jest więc nas dwóch na jedną, kochana! MoŜesz zatem od razu odpowiedzieć „tak”! 

- Strasznie jesteście przebiegli! - wykrzyknęła. - Spiskujecie za moimi plecami! 

- Musimy, jeśli ty nie wiesz, co jest dla ciebie szczęściem - odparł Allan. - Jaka więc 

będzie twoja odpowiedź? 

- Ja... chyba się zgodzę - szepnęła Isabell, patrząc na niego rozpromienionymi oczyma. 

- Skoro naprawdę wierzysz, Ŝe będziemy we dwoje szczęśliwi... 

-  Ja  nie  wierzę,  ja  to  wiem!  -  Allan  mówił  z  całą  powagą.  -  I  sama  to  potwierdzisz, 

jeśli  się  chwilę  zastanowisz.  Jesteś  teraz  zupełnie  inna,  niŜ  wtedy  gdy  przyjechaliśmy  do 

Lindane. Nie mogłaś znieść nawet myśli, Ŝe mógłbym się do ciebie zbliŜyć. Teraz z własnej 

woli wychodzisz mi naprzeciw. Nie zauwaŜyłaś tego? 

-  Tak,  owszem,  ja...  -  Zmieszana  spuściła  wzrok,  brakowało  jej  śmiałości,  by 

wytrzymać jego spojrzenie. 

Takie  to  było  dziwne!  Czuła  się  zawstydzona,  a  zarazem  pełna  nadziei  jak  młoda 

dziewczyna.  Nagle  ogarnęło  ją  oszałamiające  poczucie  szczęścia.  Całe  zło  zniknęło  jak 

zdmuchnięty  płomień  świecy.  Nareszcie  odwaŜyła  się  zapomnieć  o  przeszłości  i  zacząć 

myśleć o tym, co ją czeka z Allanem. Teraz bowiem była wolna i mogła go kochać! 

Powoli  podniosła  głowę  i  popatrzyła  na  niego.  Wzrok  miała  spokojny,  bez  cienia 

wątpliwości. 

- Mówię „tak”, Allanie...