background image

ERNEST HAYCOX 

 

 

 

Piekło w dolinie 

Przełożył Mieczysław Dudkiewicz 

  

  

background image

 Wstęp  

 

 Ernest  Haycox  urodził  się  w  1899  r.  w  Portlandzie  w  stanie  Oregon.  Studiował  na 

Uniwersytecie Oregońskim w Eugene. Jako dziennikarz prowadził rubrykę sądową w portlandzkiej 

gazecie "Oregonian". W 1946 roku uzyskał stopień doktora literatury na Lewis and Clark College 

w Portlandzie. Zmarł w 1950 r.  

 Jest  autorem  wielu  poczytnych  westernów  zaliczanych  do  klasyki  tego  gatunku.  Do 

najlepszych  należą:  "Free  Grass"  (rywalizacja  o  pastwiska  w  Dakocie),  "Canion  Passage"  (o 

przewoźnikach  w  Oregonie),  "On  the  Prod"  (walka  o  utrzymanie  dziedzicznej  farmy).  Jednak 

największą popularność zdobył sfilmowany w 1939 r. "Dyliżans".  

 "Piekło  w  dolinie"  otwiera  cykl  książek  tego  popularnego  autora,  które  ukażą  się  w 

wydawnictwie "Przygoda". Jak zwykle u Haycoxa książkę tę cechuje dynamiczna akcja i świetnie 

nakreślony  klimat.  Warstwa  uczuciowa  stanowi  doskonałą  motywację  do  działań  głównych 

bohaterów.  

background image

 Deszcze, wiatry i silne promienie słońca zdołały zmienić barwę budynku stacji pocztowej 

na  srebrnoszarą.  Jim  Kelland  dotarł  na  szczyt  przełęczy  Ute  i  przez  dłuższą  chwilę  obserwował 

blokhauz; niepozorny na imponującym tle skał i świerków. Kamienne występy piętrzyły się jeden 

na drugim, ginąc gdzieś w górze, w odległej krainie pokrytej warstwą wiecznego śniegu.  

 Było  południe;  słońce  ogrzewało  część  niewielkiej  łąki,  ale  nawet  teraz  cienie 

wznoszących  się  dokoła  skał  pełzły  ku  zabudowaniom  stacji,  tworząc  na  ziemi  szarą  plamę. 

Kelland napoił swojego gniadosza i wszedł do środka, aby coś zjeść. Nie śpieszył się; i tak był w 

siodle od piątej rano.  

 Kiedy  wyszedł  z  powrotem,  dostrzegł  jakiegoś  mężczyznę.  Nieznajomy  przykucnął  na 

piętach po słonecznej stronie stacji.  

 Oprócz  tego  faktu  nic  nie  zmieniło  się  w  scenerii,  lecz  i  ten  szczegół  był  aż  nadto 

wymowny. W życiu Jima Kellanda bywały już ścieżki  twarde i  karkołomne, jakiś siódmy zmysł 

pozwalał  mu  wyczuwać  zew  wiatru,  zapach  dymu  w  uśpionym  powietrzu,  zatarty  trop  na 

piaszczystej drodze i mroczne podstępy ludzi. Teraz jego podświadomość odebrała wyraźny sygnał 

ostrzegawczy.  

 Przeszedł  obok  nieznajomego,  dosiadł  konia,  bez  pośpiechu  przyrządził  sobie  skręta  i 

zapalił  go,  popatrując  na  wschód.  Nie  był  jeszcze  pewny  swego  i  wolał  przekonać  się  o  tym 

całkowicie; miał już wypracowany trik, jaki stosował często w podobnych sytuacjach: dopiero co 

siedział  niedbale  w  siodle,  tyłem  do  budynku  stacji,  ale  raptem  błyskawicznie  zawrócił  konia, 

zaskakując nieznajomego.  

 Niewysoki  mężczyzna  spojrzeniem  swych  dużych,  beznamiętnych  oczu  ogarniał  każdy 

szczegół  postaci  Kellanda  -  od  ciemnej  nasady  włosów  na  skroniach  po  upstrzone  metalowymi 

gwiazdkami cholewy butów.  

 Kelland zaprezentował nieznajomemu swój twardy, przelotny uśmiech, tamten zaś opuścił 

powieki, jak gdyby jeździec przestał go już interesować. Dopiero teraz Kelland ruszył z miejsca.  

 Łąka  zajmowała  przestrzeń  pomiędzy  łagodnym,  wiodącym  od  zachodu  wzniesieniem,  a 

stromą spadzistością kanionu, skierowaną na wschód. Kelland spojrzał po raz ostatni za siebie, na 

odległą pustynię. Stamtąd przybył. Jechał drogą prowadzącą tuż obok potężnego masywu skalnego 

w  dół,  do  pozbawionego  światła  słonecznego  wąwozu.  Kiedy  dotarł  do  następnego  zakrętu, 

obejrzał się mimo woli: niewysoki mężczyzna siedział już na koniu i stromą boczną ścieżką zdążał 

do  lasu.  Teraz  Kelland  był  pewien,  że  wieść  o  jego  przybyciu  nadejdzie  do  Reservation  jeszcze 

przed nim.  

 Drogę  stanowił  wąski  trakt  wykuty  w  sterczącej  pionowo,  ciemnej  i  wilgotnej  ścianie 

skalnej. Tu i ówdzie rozszerzał się, aby umożliwić wozom wymijanie. W odległości mili od stacji 

background image

pocztowej spływała z gór na północy rzeka Ute, napełniając swoją skrzącą się krystalicznie tonią 

coraz głębsze koryto kanionu. Mgła gęsta jak ulewa wisiała w powietrzu i zraszała ubranie. Kolejne 

ostre zakręty drogi sprowadzały jeźdźca niżej i niżej; na prawo Kelland widział przed sobą masyw 

skalny,  a  na  lewo  spieniony  nurt  rzeki.  Na  miękkiej  drodze  rysowały  się  wyraźnie  ślady  kopyt 

końskich i kół. Wreszcie, późnym popołudniem, droga wyszła z kanionu i zaczęła oddalać się od 

rzeki, wiodąc w falisty, poprzerzynany rozpadlinami teren. Porastał go gęsty las świerkowy.  

 Do  tej  pory  Kelland  nie  był  zbyt  uważny,  lecz  tu,  na  otwartej  przestrzeni,  zaczął  bacznie 

przeczesywać  wzrokiem  każde  drzewo  i  łowić  uchem  wszelkie,  nawet  przelotne  dźwięki,  które 

pobrzmiewały w sennej  ciszy późnego lata. Ta czujność nie słabła w nim  ani  na chwilę, chociaż 

siedział na gniadoszu niedbale, rozmyślając nad czymś z nikłym uśmiechem.  

 Miał  nieco  ponad  sześć  stóp  wzrostu,  a  dziewięćdziesiąt  kilo  wagi  rozłożone  było  tak 

równomiernie na nogi,  tułów i  szerokie barki, że nie sprawiał  wrażenia zbudowanego masywnie. 

Szeroka twarz wykazywała nieco nieregularne, śmiało ukształtowane rysy, na nosie widniał ślad po 

dawnym  złamaniu,  a  prawą  skroń  przecinała  sina,  zabliźniona  już  rana.  To  właśnie  pozostało  mu 

po dotychczasowych dwudziestu pięciu latach życia. Owe blizny, bystry wzrok i charakterystyczny 

twardy, nieco roztargniony uśmiech stanowiły oznaki powierzchowne, skrywające hart, nabyty w 

ciągu tych wszystkich lat, ale również jego słabe strony.  

 Żółta,  piaszczysta  droga  biegła  prostą  linią  przez  gęsty  las,  drzewa  wydzielały  cierpki, 

korzenny aromat. Z ciemnej chmury wiszącej na lewo od drogi dobiegał świergot ptaków. Kelland 

siedział w siodle tak niedbale jak przedtem, ale jego wzrok badał bacznie całą okolicę; nie okazał 

też żadnego zaskoczenia na widok mężczyzny, który wynurzył się spośród drzew i jechał tą samą 

drogą, wyprzedzając go o jakieś sto metrów.  

 Wszystko to było idealnie zgodne z wiedzą, jaką zdołał nabyć przez lata nieszczęść, trudu i 

potu. Mężczyzna obejrzał się mimochodem - ta przypadkowość jednak była zbyt ostentacyjna - po 

czym  ściągnął  konia  i  poczekał  na  Kellanda.  Jechali  teraz  obok  siebie.  Nieznajomy  miał  rude 

włosy, piegowatą twarz i ożywione młodzieńczą beztroską oczy. Ale w spojrzeniu, jakim obrzucił 

chwilowego towarzysza podróży, czaiła się napięta uwaga.  

 - Mógłbym prosić o tytoń?  

 Jim  wyciągnął  kapciuch i  podał  nieznajomemu,  a ten przewiesił cugle przez kulę siodła i 

skręcił sobie papierosa.  Następnie wsunął  go do ust,  prezentując nieskazitelną biel zębów. Kiedy 

osłonił dłońmi  płomyk zapałki i  nachylił  się nieco do przodu, w kącikach oczu pojawiła się sieć 

drobnych  zmarszczek,  a włosy  zabłysły  w  promieniach  słońca  intensywną  czerwienią.  Olbrzymie 

dłonie zdradzały siłę, z jaką posługiwał się lassem.  

 - Piękna pogoda.  

background image

 - Tak.  

 - Dyliżans opóźnia się dziś trochę, prawda?  

 - Nie widziałem po drodze żadnego.  

 -  Dziękuję  za  tytoń.  -  Tu  nieznajomy  po  raz  pierwszy  spojrzał  mu  prosto  w  oczy.  - 

Nazywam się Brand. Brick Brand.  

 - Nie pytałem o to - odparł przeciągle Kelland.  

 W spojrzeniu tamtego zabłysła ironiczna uciecha.  

 -  NO, dobrze  -  powiedział i,  skręcając śpiesznie z drogi,  powtórzył:  -  Bardzo dziękuję za 

tytoń!  

 Po chwili zniknął między świerkami, w plątaninie pagórków i wąwozów, ale Jim spoglądał 

za nim.  

 - To już drugi - mruknął.  

 Droga wiodła nadal w dół  i  dopiero pod wieczór Kelland dotarł do przedgórza. Tu ujrzał 

przed sobą dolinę, przybraną w zamglonym blasku słońca w niebieskie i bursztynowe odcienie. Z 

dwóch  stron  otaczały  ją  niskie  grzbiety  gór,  a  przez  sam  środek  -  niczym  połyskliwa  wstęga  - 

przepływała Ute, obramowana tu i ówdzie wierzbami. Mniej więcej dziesięć mil dalej wznosił się 

łańcuch wzgórz, który zamykał wylot doliny. Poniżej, w odległości zaledwie trzystu metrów, Jim 

dostrzegł dachy domostw miasta Reservation.  

 Zapadał  już  zmierzch,  kiedy  zostawił  za  sobą  ostatni  zakręt  drogi,  przeprawił  się  przez 

odnogę Ute po moście skleconym z bali, na których tętent kopyt  gniadego zabrzmiał szczególnie 

donośnie, i wjechał w główną ulicę miasteczka.  

 Był tu po raz pierwszy, a jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że miasto to nie różni się 

niczym  od  setki  innych,  jakie  zdołał  poznać  przedtem.  Ulica  stanowiła  srebrnoszare  pasmo 

pomiędzy niskimi zabudowaniami o wyblakłych już fasadach. Nawet opuszczone żaluzje utraciły 

już  dawno  blask  świeżości.  Przejechał  obok  kuźni  i  poczuł  unoszący  się  w  powietrzu  zapach 

palonego węgla drzewnego.  Z zakurzonych okien przedostawało  się na zewnątrz nikłe światło,  a 

rosnące wzdłuż ulicy robinie tworzyły nieregularny szpaler.  

 Przy  drewnianych  barierkach  stały  tu  i  ówdzie  osiodłane  konie,  a  przez  szeroko  otwarte 

wrota  stajni  po  drugiej  stronie  ulicy  widać  było  wiszącą  na  słupie  latarnię.  Tu  Kelland  zsiadł  z 

konia. Na krzesłach przechylonych do tyłu i opartych o ścianę stajni siedziało dwóch mężczyzn. W 

słabym świetle latarni dostrzegł w ich oczach natężoną uwagę.  

 - Zostawiam konia - powiedział.  

 Uwiązał gniadego, a potem drewnianym trotuarem doszedł do przecznicy, wiodącej gdzieś 

w ciemność. Na czterech rogach skrzyżowania mieściły się saloon, hotel, sklep z paszą i jakiś dom, 

background image

prawdopodobnie opuszczony. Hotel stał po drugiej stronie ulicy, dobiegał stamtąd brzęk naczyń i 

przytłumiony zgiełk.  

 Przed wejściem do saloonu stała grupka kowbojów, a pod ścianą tkwiło w bezruchu kilku 

Indian.  Tuż  obok  przeszedł  powoli  wysoki  mężczyzna;  spojrzał  ostentacyjnie  na  Jima,  po  czym 

udał się do restauracji. Zsunięty na tył głowy kapelusz odsłaniał jasne włosy. Przy oknie na górnym 

piętrze hotelu stała kobieta. Odgarniając ręką zasłonę, wyglądała na ulicę. Nocne powietrze - już z 

chłodnym powiewem nadchodzącej zimy - napływało równomierną falą od ciemnych stoków gór 

Silver Lode.  

 Jim przeszedł na drugą stronę ulicy i wkrótce znalazł się w wąskim przedsionku hotelu. W 

kącie siedział mężczyzna i patrzył melancholijnie przed siebie. Wnętrze tworzyły: lada z surowych 

desek świerkowych, schody przytwierdzone do ściany bez odrobiny architektonicznego smaku oraz 

kręty korytarz, który udostępniał widok na jadalnię. Jim stanął przed pulpitem, wziął pióro, wpisał 

do księgi hotelowej "J. J. Kelland" i odczekał chwilę.  

 Mężczyzna  wstał  i  podszedł  bliżej.  Metalowym  zakończeniem  protezy  zastępującej  rękę 

odwrócił  do  siebie  księgę  i  niemal  bezgłośnie,  poruszając  powoli  wargami,  odczytał  nazwisko. 

Miał pełną, okrągłą i dosyć płaską twarz o lekko miedzianej barwie, jaką zawdzięczał domieszce 

krwi indiańskiej. Podniósł wzrok, spojrzał na Kellanda i opuścił powieki.  

 - Pokój numer cztery - oświadczył, po czym wrócił do swego fotela.  

 Schody uginały się trochę pod stopami. Jim wszedł na górę, zawahał się, wreszcie zanurzył 

w mroku wąskiego korytarza. Kiedy dotarł do otwartych drzwi, przekroczył próg i zapalił lampę. 

Również  tu  nie  znalazł  nic,  co  odróżniałoby  to  pomieszczenie  od  innych  pokoi  hotelowych.  Pod 

drzwiami  przeciwległego  pokoju  dostrzegł  wąską  smugę  światła.  Dobiegła  go  rozmowa:  kobiecy 

głos, cichy i nerwowy, a potem krótka odpowiedź mężczyzny. Nagle głosy raptownie umilkły. Jim 

zamknął drzwi.  

 Obejrzał brzydki pokój i wydął wargi, jakby chciał zagwizdać, podszedł do okna i spojrzał 

w dół. W tej samej chwili od grupy stojącej przed saloonem odłączył się mężczyzna i skierował ku 

stajni.  

 Parsknął  krótkim,  twardym  śmiechem.  W  tej  grze  nie  było  wariantów.  Wszystkie 

posunięcia odbywały się zgodnie z jednym schematem, a schemat ten zdążył poznać już dawno i to 

dokładnie. Wiedział, że wkrótce nastąpi kolejny ruch, nie wątpił też, jaki.  

 Zdjął  marynarkę,  umył  się  i  przygładził  oporne  włosy,  po  czym  znów  się  ubrał.  Kiedy 

otworzył drzwi i wszedł na korytarz, kobieta w sąsiednim pokoju przerwała w pół zdania rozmowę, 

po chwili, słychać było tylko niewyraźny szept i oddalające się kroki. Jim zszedł na dół i rozsiadł 

background image

się w jadalni przy wolnym stoliku. Na przeciwległej ścianie wisiała czarna tablica, na której ktoś 

napisał kredą:  

 Menu  

 "Kotlet barani, kartofle puree i placek z jabłkami. Pięćdziesiąt centów"  

 Pod spodem widniał dopisek:  

 "Komu nie smakuje nasze jedzenie, niech tu nie je".  

 Z tyłu Jim dostrzegł drzwi, wiodące na ulicę, a przed sobą sześciu mężczyzn przy długim 

stole. Przy mniejszym stoliku w samym kącie siedział ten sam blondyn, który minął go na ulicy; 

tak jak wtedy, patrzył na niego chłodnym i otwartym wzrokiem.  

 Kelnerka,  półkrwi  Indianka,  przyniosła  posiłek.  Jim  zjadł,  położył  na  stole  pół  dolara  i 

wyszedł na ulicę.  

 Zatrzymał się w cieniu, oparł się plecami o ścianę hotelu, i skręcił sobie papierosa. Od gór 

wiał  chłodny  wiatr,  odległe  szczyty  odcinały  się  wyraźnie  od  nieba,  niczym  czarne,  nieregularne 

trójkąty. Spokój pory wieczerzy, który zjawił się dopiero co, odszedł z powrotem.  

 Wieści,  przekazywane  na  ucho,  rozchodziły  się  utartym  zwyczajem  tak  dyskretnie,  że 

można je było z łatwością zignorować, o ile nie znało się stopnia zagrożenia.  

 Koniec  papierosa  Jima  rozżarzył  się  do  czerwoności  i  znów  ściemniał.  Indianie  zniknęli 

gdzieś.  Z jadalni wyszedł  blondyn;  jego ostrogi  brzęczały  na trotuarze.  Minął  Jima, przeszedł  na 

drugą stronę ulicy i oparł się o róg opuszczonego budynku.  

 Ktoś  prowadził  cztery  konie  w  zaprzęgu  i  zatrzymał  się  na  placu.  Jaskrawe  światło  z 

saloonu  padało  na  ulicę.  Przy  wahadłowych  drzwiczkach  zbierało  się  coraz  więcej  mężczyzn; 

szeptali coś między sobą. Z ciemności wyłoniło się sześciu jeźdźców. Zsiedli z konia i podeszli do 

tamtych.  

 - Sie masz, Ben! - zawołał jeden z nich.  

 Grupa rozstąpiła się, do saloonu wszedł uderzająco krępy i silny mężczyzna. Pozostali nie 

odstępowali go nawet na krok, jakby przyciągani jego potężną osobowością.  

 Drobne,  pozornie  nieistotne  rzeczy  miały  tu  miejsce;  niczym  lekkie  jak  piórko  źdźbła 

trawy,  mknące  z  wiatrem  przed  siebie.  Blondyn  zwrócił  głowę  w  stronę  saloonu,  potem  znów 

spojrzał na hotel, podniósł wzrok do góry. Nie ulegało wątpliwości, że obserwuje okno na górnym 

piętrze, za którym byli kobieta i mężczyzna. Portier z hotelu stanął w progu, popatrzył na wejście 

do saloonu i zawrócił, zaczepiając końcem protezy o futrynę drzwi.  

 Kelland  rzucił  papierosa  w  piach,  wyprostował  ramiona,  szybkim  krokiem  przeciął  plac  i 

wszedł do saloonu.  

background image

 Już  w  progu  uderzyły  go  dym,  zgiełk  i  migotliwe  refleksy  luster.  Całą  długość  sali 

zajmowały stoły do pokera, oblegane przez graczy. Część mężczyzn stała niedbale przy barze.  

 - Ben! - zawołał któryś z graczy.  

 Krępy mężczyzna odstawił szybko kieliszek, odwrócił się i spojrzał na Kellanda. Jego oczy 

lśniły  ciemnym  blaskiem.  Wrodzony  kształt  warg,  które  nie  zakrywały  całkowicie  dużych, 

szerokich  zębów,  wywoływał  wrażenie  stałego  grymasu.  Masywne,  krępe  ciało  było  tak  potężne, 

że w porównaniu z nim nogi wydawały się wręcz wątłe.  

 Jim dojrzał puste miejsce przy barze i stanął tam, a barman podszedł do niego z butelką i 

natychmiast  napełnił  kieliszek.  Czekając  na  pieniądze,  wycierał  machinalnie  mahoniowe  drewno 

kontuaru. Jim wyciągnął z kieszeni ćwierćdolarówkę i potrzymał ją w górze tak długo, aż wzrok 

barmana skierował się na monetę.  

 - Zna pan człowieka o nazwisku Ed Dale? - zapytał.  

 Mówił dosyć cicho, ale mimo to jego głos zadziałał jak strzał z rewolweru. Kowboj stojący 

tuż obok odwrócił się powoli i utkwił w nim wzrok. Jim dostrzegł, jak powieki barmana uniosły się 

na chwilę, ukazując charakterystyczny  wyraz oczu, potem opadły z powrotem,  barman zaś wziął 

ćwierćdolarówkę.  

 - Nigdy o nim nie słyszałem - odparł i przesunął się nieco dalej.  

 Jim podniósł kieliszek pod światło i spojrzał przez bursztynowy płyn, podczas gdy wokół 

jego warg zaigrał znowu ów nikły uśmiech. Wiedział doskonale, że w tej grze istnieją etapy, które 

mężczyzna  musi  kiedyś  przebyć,  tak  czy  inaczej.  Czuł  i  słyszał,  jak  jego  pytanie  rozchodzi  się 

dokoła ruchem falowym, jakby wrzucił kamień do wody.  

 Gwar cichł, a ktoś przy końcu baru zapytał: - Ed Dale?  

 Jim opróżnił kieliszek jednym haustem; czuł teraz na sobie spojrzenia wszystkich obecnych 

i to wrażenie było niemal namacalne. Barman ponownie podszedł bliżej - najwidoczniej po pusty 

kieliszek.  

 - Szuka pan człowieka o tym nazwisku? - zapytał obojętnym tonem.  

 - Tak, niech mu pan to powie, kiedy się spotkacie - odparł Kelland.  

 Wyszedł z saloonu, żegnany osobliwą ciszą.  

 Na  rogu  ulicy  przystanął,  skręcił  sobie  następnego  papierosa  i  zapalił.  Od  strony  doliny 

nadjeżdżał dyliżans. Turkot kół przerwał brutalnie panującą w Reservation ciszę. Jim przeszedł na 

drugą  stronę  ulicy  i  stanął  w  cieniu  obok  drzwi  hotelowych.  Blondyn  nadal  podpierał  ścianę 

opuszczonego budynku.  

 Dyliżans  zatrzymał  się.  Dwóch  podróżnych  wysiadło  i  szybkim  krokiem  udało  się  do 

restauracji. Woźnica zszedł ciężko na ziemię i utykając skierował się do hotelu z torbą pocztową 

background image

pod pachą. Był chudy, wysoki, stary i miał srebrnoszare wąsy w kształcie półksiężyca. Spojrzenie 

jego  jasnych,  niebieskich  oczu,  jakie  Jim  poczuł  na  sobie  przez  moment  było  pozbawione 

wszelkiego  wyrazu.  Dozorca  ze  stajni  zdążył  już  wyprząc  zmęczone  konie  i  zaprzęgał  teraz  tę 

czwórkę, z którą czekał na przybycie dyliżansu.  

 Mężczyźni  wyszli  z  saloonu;  nie  rozmawiali  teraz  i  stali  w  bezruchu,  jak  gdyby  mieli  do 

spełnienia określone zadanie. W progu zjawił się krępy Ben. W milczeniu wskazywał ręką to tu, to 

tam;  za  pomocą  tych  niemych  rozkazów  rozstawiał  tamtych  na  ulicy.  Sam  przeszedł  na  drugą 

stronę placu i skrył się w cieniu, za końmi. Dozorca odprowadzał zmęczony zaprzęg. Z restauracji 

wyszli podróżni i stanęli przy dyliżansie. Wszystko to nie trwało dłużej niż pięć minut. Upływały 

kolejne  sekundy,  a  napięcie  posępnego  oczekiwania  przenikało  wszystkich  zgromadzonych  na 

ulicy  bardziej  niż  wczesny  powiew  mrozu  idący  od  gór.  Wysokie  buty  starego  woźnicy 

zaskrzypiały w przedsionku hotelu. Podszedł do drzwi i zatrzymał się na chwilę, aby nabić fajkę. 

Obwisłą torbę pocztową trzymał nadal pod pachą, musiał się więc trochę nachylić, żeby przytknąć 

zapałkę do główki fajki.  

 Jim podniósł rękę do papierosa i szepnął niemal bezgłośnie osłaniając wargi dłonią:  

 - Powiedz mu, że przyjechałem. I jeszcze żyję.  

 Podróżni wsiedli do dyliżansu. Woźnica przeszedł dalej, powłócząc nogą, wgramolił się po 

kole na swoje siedzenie i ułożył pod nogami torbę. Podczas gdy odwijał lejce z drążka hamulca i 

ujmował pokrzywionymi palcami jego chuda, zgarbiona sylwetka rysowała się ostro na tle nocnego 

nieba.  

 - Gyp! Belle! - zawołał i zwolnił hamulec.  

 Masywne koła drgnęły, ale w tym samym czasie z głębi hotelu dał się słyszeć ciężki tupot 

nóg zbiegających po schodach. Przez drzwi jadalni wyleciał pędem nisko pochylony mężczyzna i 

gnał  co  sił  na  spotkanie  dyliżansu.  Jim  poczuł,  jak  coś  zimnego  chwyta  go  za  serce;  przywarł 

płasko do ściany hotelu i usłyszał cyniczny i bezlitosny okrzyk potężnego Bena:  

 - Nie, Pete! Nie dziś wieczorem! Dziś nie...!  

 Biegnący  mężczyzna  trzymał  już  jedną  rękę  na  klamce  otwartych  drzwiczek  dyliżansu  i 

pędził wraz z pojazdem, usiłując podciągnąć się do góry. Jim słyszał wyraźnie, jak  ciężko dyszy. 

W  tym  momencie  rozległy  się  dwa  wystrzały,  budząc  śpieszne  echo  na  ścianach  ciemnych 

domostw.  

 Do  uszu  Jima  dobiegł  odgłos,  z  jakim  kule  ugodziły  ciało  uciekiniera,  dostrzegł,  jak 

mężczyzna  potknął  się.  Nadal  trzymał  się  drzwiczek,  nie  dawał  za  wygraną,  lecz  nogi  raptem 

odmówiły  mu  posłuszeństwa  i  nie  chciały  oderwać  się  od  ziemi.  Ostatnim,  rozpaczliwym 

background image

wysiłkiem  woli  ściskał  klamkę,  jeszcze  przez  kilka  metrów  wleczony  przez  dyliżans,  zanim  w 

końcu upadł w pył drogi.  

 Pojazd mknął coraz szybciej; zachybotał się trochę na drewnianym moście, pokonał zakręt 

i zaczął oddalać się w stronę gór. Z hotelu wybiegła kobieta, krzycząc przeraźliwie.  

 Unoszące  się  kłęby  kurzu  na  krótką  chwilę  spowiły  całe  miasto  mglistą  zasłoną,  gryzący 

zapach prochu drażnił nosy. Kelland dojrzał, jak kobieta klęka i próbuje ułożyć sobie na kolanach 

głowę zmarłego. Głosem nabrzmiałym rozpaczą i bólem powtarzała uporczywie jego imię. Jej biała 

bluzka połyskiwała w półmroku. A potem Jim usłyszał jej słowa przerywane łkaniem:  

 - Benie Maffitt... przyjdzie dzień... przyjdzie dzień...  

 Umilkła i wybuchnęła płaczem, a Jim, słysząc to, poczuł zimny dreszcz, przebiegający mu 

po plecach.  

 Ben  Maffitt  ruszył  spokojnym,  równym  krokiem  przez  ulicę  w  stronę  saloonu.  Blondyn 

wciąż sterczał na rogu; przez cały ten czas nie opuścił swego punktu obserwacyjnego. A od strony 

wzgórz zbliżała się właśnie cała grupa jeźdźców; pędzili galopem ku miastu. 

 

 ***  

 

 Nikt  nie  uczynił  najmniejszego  ruchu,  aby  podejść  do  zabitego  lub  do  dziewczyny,  która 

klęczała na ulicy, płacząc cicho, lecz jakże żałośnie! Owa nieludzka obojętność była początkowo 

dla  Jima  czymś  zupełnie  niezrozumiałym,  znów  powiódł  wzrokiem  po  ulicy  i  dostrzegł  Bena 

Maffitta, stojącego przed saloonem - bardzo pewnego siebie i bardzo wyniosłego.  

 Tym  samym  historia  tego  miasta  stawała  się  całkowicie  jasna.  Nawet  tysiąc  nowych 

wieczorów  nie  zdołałoby  wnieść  nic  takiego,  o  czym  Jim  nie  wiedziałby  już  teraz.  Jeżeli  w 

Reservation  istniały  w  ogóle  takie  uczucia,  jak  litość  czy  współczucie,  to  ginęły  z  pewnością  w 

obecności Maffitta.  

 Nowo  przybyli  jeźdźcy  tłoczyli  się  przed  wejściem  do  saloonu,  ale  Jim  widział  ich 

zaledwie na skraju całej tej sceny jako nieokreśloną masę. Wietrząc nieszczęście, wpatrywał się w 

Maffitta, a w sercu narastał mu gniew.  

 Płacz samotnej dziewczyny popsuł szyki, nie mógł teraz przeprowadzić swej gry tak, jak to 

początkowo  zamierzał.  Wiedział,  że  taki  krok  otworzy  drogę  ryzyku,  którego  miał  unikać,  nie 

potrafił jednak zwalczyć własnej natury. Cecha ta stanowiła jego słabą stronę, za którą już nieraz 

ponosił surowe konsekwencje, o czym świadczyły chociażby blizny na twarzy. Ruszył z miejsca i 

stanął na środku ulicy, tuż obok klęczącej dziewczyny.  

 - Odprowadzę panią do pokoju.  

background image

 Nowo  przybyli  jeźdźcy  stali  teraz  w  bezruchu.  Obok  pustego  domu  nadal  czekał  na  coś 

wysoki blondyn, ludzie Maffitta znajdowali się gdzieś w pobliżu, rozproszeni w mroku, on sam zaś 

tkwił nieruchomy, u wejścia do rozświetlonego saloonu. Wszyscy wpatrywali się w Jima; czuł ich 

wzrok  niemal  namacalnie.  W  tej  ciszy,  która  ciążyła  coraz  bardziej,  płacz  dziewczyny  stanowił 

jedyny wyraz rozpaczy.  

 -  Niech  pani  wstanie  -  powiedział  Jim  cicho,  ale  tak  wyraźnie,  aby  wszyscy  mogli  go 

usłyszeć.  

 Najwidoczniej nie miała nawet siły wstać, pochylił się więc i pomógł jej.  

 - Proszę nie zostawiać go tu - szepnęła. Trzymała się na nogach tylko dzięki jego ramieniu.  

 Jeden z jeźdźców odłączył się od swojej grupy i zbliżał się do nich. Jim spojrzał w tamtą 

stronę. Była to kobieta w męskim ubraniu. Szła rozkołysanym krokiem, a w słabym świetle, jakie 

tu docierało, Kelland zauważył, że jej twarz zbladła na widok martwego mężczyzny. Przystanęła i 

podniosła wzrok na dziewczynę, która niemal bezwładnie wisiała w objęciach Jima.  

 - Tony, dlaczego tu jesteś? - zapytała.  

 Jej  głos  był  silny,  brzmiała  w  nim  irytująca  pewność  siebie  i  Jim  nie  potrafił  już  dłużej 

pohamować gniewu.  

 - Moim zdaniem to cholernie nieodpowiednia pora na stawianie pytań - powiedział.  

 Podniosła  ku  niemu  głowę,  dzięki  czemu  światło  padało  na  jej  policzki.  Do  tej  pory 

patrzyła  wyłącznie  na  dziewczynę,  na  niego  w  ogóle  nie  zwracała  uwagi.  Zarumieniła  się, 

otworzyła usta.  

 Jeden z jeźdźców obok saloonu krzyknął do Kellanda ochrypłym głosem:  

 - Nie tak głośno, przybyszu!  

 Dał  koniowi  ostrogę i  zbliżył  się do nich. Był  to starszy, wysoki, trzymający się sztywno 

mężczyzna, którego pociągła twarz wydawała się jeszcze szczuplejsza z powodu siwej, spiczastej 

bródki. W uniesionej dłoni trzymał bicz, którym zaczął wymachiwać przed twarzą Jima, gdy tylko 

ściągnął konia.  

 - Tylko nie tym tonem!  

 - Już dobrze, papo - powiedziała szczupła, czarnowłosa kobieta.  

 -  Odprowadzę  panią  do  pokoju  -  zwrócił  się  Jim  znowu  do  dziewczyny,  nazwanej  przez 

tamtą Tony.  

 Dopiero  teraz  ciało,  które  obejmował  ramieniem,  ożyło.  Tony  oswobodziła  się  z  jego 

objęcia i szepnęła:  

 - Dziękuję, już mi lepiej.  

background image

 Mimo to wziął ją pod rękę i poprowadził do hotelu, po chwiejnych schodach wszedł z nią 

na górę aż do jej pokoju.  

 Na bluzce dziewczyny widniał uliczny kurz, a łzy wyżłobiły jasne rowki na przybrudzonej 

twarzy. Wpółotwarte oczy obnażały posępne, dzikie spojrzenie. Siedziała na samym brzegu łóżka, 

z opuszczonymi bezwładnie ramionami.  

 Kelland  stał  niezdecydowanie  w  progu,  obracając  w  rękach  kapelusz.  Dziewczyna  miała 

tak pociągającą figurę i tak ładną twarz, że z pewnością zwracała na siebie uwagę wielu mężczyzn.  

 - Niech pan go nie zostawia tam, na ulicy - szepnęła znowu.  

 - Zajmę się tym. To pani mąż?  

 -  Nie.  -  To  pytanie  pozwoliło  jej  chyba  przezwyciężyć  rozpacz.  -  Jest  pan  tu  po  raz 

pierwszy?  

 - Tak. Skąd pani wie?  

 - Bo inaczej nie zapytałby mnie pan o to. Niech pan go tam nie zostawia. To był...  

 Wstała,  odwróciwszy  głowę  wytarła  sobie  twarz  do  sucha,  po  czym  głuchym  tonem 

mówiła dalej:  

 -  Na  pewno  wyglądam  okropnie.  Było  tak:  bardzo  go  lubiłam.  To  był  jeszcze  prawie 

dzieciak  i  zszedł  na  złą  drogę.  To  wszystko.  Lubiłam  go.  Chciał  opuścić  te  okolice.  -  Podeszła 

bliżej, z jej twarzy znikał stopniowo strach. - Mam nadzieję, że będę żyła dostatecznie długo, aby 

zobaczyć Bena Maffitta, umierającego tak, jak umarł Pete.  

 Na schodach rozległy się lekkie kroki.  

 - A czy ten Ben Maffitt... - zaczął Jim.  

 Czyjś głos zawołał z progu:  

 - Nie jest pan przypadkiem zbyt ciekawy?  

 Kelland  odwrócił  się  na  pięcie  i  ujrzał  znowu  ciemnowłosą  kobietę.  Spoglądała  na  niego 

bez cienia sympatii.  

 Teraz widział ją wyraźnie. Nie była tak wysoka, jak ją ocenił na ulicy. To mylne wrażenie 

powodowały spodnie, które wyszczuplały jej sylwetkę, nadawały chłopięcy wygląd. Miała na sobie 

męską koszulę, rozpiętą pod szyją, co pozwalało dostrzec gładkie ciało o odcieniu kości słoniowej. 

Do tej pory był przekonany, że nieznajoma ma ostre rysy, ale i to okazało się złudzeniem. Jej wargi 

tworzyły długi, łagodny łuk, głębia nieskazitelnie szarych oczu fascynowała. Odniósł wrażenie, że 

jest  to  osoba  impulsywna,  skłonna  do  skrajnych  zachowań:  śmiechu,  gniewu,  zadumy  i 

namiętności.  

 Ostrym tonem przerwała jego rozmyślania.  

 - Jeszcze pan się nie napatrzył?  

background image

 Jim  potrafił  być  w  tym  samym  stopniu  uprzejmy,  co  szorstki,  a  jego  obecny  nastrój  nie 

różnił się właściwie od usposobienia nieznajomej.  

 - Niechże pani nie zadziera tak nosa! Nie sądzę, by mógł istnieć po temu jakiś powód!  

 W jej oczach widać było gniew. Tony znowu wybuchnęła płaczem i ciemnowłosa kobieta 

odwróciła się do niej. Podeszła bliżej, objęła ją ramieniem i powiedziała bardzo łagodnie:  

 - Tony, tak mi przykro! Tak mi przykro!  

 Cała oschłość i opryskliwość opadły z Jima. Ruszył ku wyjściu, ale w progu odwrócił się. 

Nieznajoma spoglądała za nim, głaszcząc Tony po głowie. Delikatnie się uśmiechała.  

 - Może nie miałem racji - mruknął i wrócił do swego pokoju.  

 Poprzednio nie zamknął drzwi i nie zgasił lampy, teraz zauważył, że kołdra leży na łóżku 

równiutko,  chociaż  przedtem  odchylił  jeden  róg.  Uśmiechnął  się,  zgasił  światło  i  zszedł  na  dół. 

Właściciel  hotelu  nadal  drzemał,  metalowa  proteza  zwisała  bezwładnie.  Oddychał  ciężko.  Pod 

podbródkiem  uwydatniała  się  miękka  warstwa  tłuszczu,  a  krągła  twarz  o  odcieniu  miedzi  miała 

ponury, nic nie mówiący wyraz, jak gdyby nie wierzył w nic na świecie.  

 Kelland stanął przy drzwiach i skręcił papierosa. Maffitt poszedł już widocznie do saloonu, 

lecz stary ze spiczastą bródką tkwił nadal  na trotuarze. Pozostali utworzyli  wokół niego półkole. 

Ktoś zdążył zabrać zwłoki. Po drugiej stronie ulicy, w cieniu domów, Jim dostrzegł jaśniejące co 

pewien  czas  światełka  papierosów.  Jego  nadzieja,  że  rozegra  spokojną  grę,  prysła.  Tamci 

obserwowali go, oceniali, interesowali się nim.  

 W tej krainie nienawidzono obcych, mężczyźni oglądali się tu nadal w przeszłość, od której 

uciekli i której nie potrafili zapomnieć.  

 - Jak było w Sundown, kiedy pan opuścił tamte strony?  

 Głos właściciela hotelu zaszeleścił jak suchy papier gnieciony w dłoni.  

 Jim odniósł wrażenie, jakby ktoś wystrzelił mu tuż nad głową. Nie zmienił jednak pozycji, 

wciąż stał tyłem do tamtego, zmrużył tylko oczy i mocno zacisnął wargi.  

 - Nie znam pana - rzucił przez ramię.  

 - Myślałem o tym cały czas. Przed pięcioma laty mieszkałem w Yellow Hills i tam obiło mi 

się o uszy to nazwisko. J. J. Kelland. - Właściciel hotelu mówił z coraz większym wysiłkiem. - No i 

proszę. Oto Sundown Jim!  

 - Kim jest ten facet z siwą bródką?  

 - Pete Barr. A tu na górze jest jego córka Katherine. Radziłbym zachować ostrożność. Bo 

inaczej...  

 - Nigdy nie znajdzie pan nic pod moim łóżkiem, przyjacielu.  

background image

 - To nie ja szukałem. Ale myślę, że wie pan doskonale, co to za kraj. Tu lepiej nie chować 

niczego pod łóżkiem... i nie przypinać niczego do piersi.  

 - Poczekam trochę i zobaczę, kto jest aż tak ciekawy, by sprawdzić, co noszę na kamizelce.  

 - Nie będzie pan musiał czekać długo.  

 Kelland ujrzał teraz wysoką, sztywną postać Pete'a Barra, wchodzącego do saloonu. Skoro 

nie mogę rozegrać swojej gry spokojnie, to nadszedł czas na drobny cios, zobaczymy, gdzie trafi, 

pomyślał.  Odrzucił  papierosa  i  przeszedł  przez  ulicę,  jednocześnie  uświadomił  sobie,  że  pod 

opustoszałym domem nie ma blondyna.  

 Ostry  zapach  dymu  i  potu  powitał  go,  kiedy  pchnął  wahadłowe  drzwi.  Pete  Barr  stał  w 

kącie  saloonu.  Jego  brodata  twarz  była  wąska  i  surowa.  Otaczający  go  mężczyźni  należeli 

widocznie do jego drużyny. Barr spojrzał na Jima wyniośle, z dumą. Jego ludzie uczynili to samo.  

 Ben Maffitt siedział przy stole do pokera, w drugim końcu sali. Kapelusz zsunął zupełnie 

na  tył  głowy,  na  czoło  opadał  kosmyk  kruczoczarnych  włosów,  duże  zęby  ściskały  cygaro.  Jim 

pochwycił jego ukradkowe spojrzenie, pozornie obojętne, ale i tak zdołał wyłowić w nim źle tajone 

napięcie.  

 W jednym z mężczyzn przy barze rozpoznał jeźdźca, na którego natknął się przy przełęczy. 

Czekając na barmana, usiłował zebrać w całość wszystkie elementy tej osobliwej mozaiki zdarzeń. 

Pieczołowicie rozmieszczał w pamięci nieliczne fakty, jakie poznał dotychczas. Ben Maffitt i ten 

Pete Barr byli zaprzyjaźnieni, przynajmniej na tyle, by wspólnie korzystać z ostoi, jaką był saloon. 

To było coś, o czym musiał pamiętać.  

 Dostał od barmana butelkę i szklaneczkę i nalał sobie trochę.  

 - Słyszałem, że pytał pan o Eda Dale'a - odezwał się ktoś za nim.  

 Jim zacisnął dłoń na butelce, po którą przyszedł barman.  

 - Niech tu stoi.  

 Odwrócił  się  i  ujrzał  Bricka  Branda.  Jego  rude  włosy  błyszczały  w  świetle,  a  na  ustach 

igrał znowu ów hardy, ironiczny uśmiech.  

 - Zna pan Eda Dale'a - zapytał Jim.  

 Rudzielec nie odrywał od niego wzroku.  

 - A skąd on jest?  

 - Może z tego samego miejsca, co ja.  

 - Dlaczego pan myśli, że on tu jest?  

 - To proste. Przyjechał tu i jeszcze nie wyjechał. A więc jest tu.  

 - To duży kraj. Jest wiele miejsc, gdzie mógłby się znajdować.  

 Kelland zatrzymał wzrok na nieprzeniknionej twarzy rozmówcy.  

background image

 - Jeżeli nie zna pan tego człowieka, to po co mnie pan, do diabła, nagabuje?  

 Mimo wymiany zdań jego uwagi nie uszło nic, co działo się wokoło. Gwar ucichł, wszyscy 

na sali zdawali się przysłuchiwać ich rozmowie. Pete Barr uniósł nieco głowę, jak gdyby bał się, że 

uroni jakieś słowo, a Ben Maffitt odwrócił się.  

 Na krótką chwilę twarz Bricka przybrała wyraz powagi, potem uśmiechnął się.  

 - Pański czas nie jest wcale tak cenny, mister - wycedził. - Może jest pan przyjacielem Eda 

Dale'a. Może chce pan spotkać się z nim, aby oddać pożyczone kiedyś pięć dolarów. Albo też ma 

pan  dla  niego  list  od  jego  babci.  Ale  nie  można  też  wykluczyć,  że  wie  pan  o  nim  tylko  tyle,  ile 

wyczytał pan z listu gończego.  

 -  Miał  na  prawym  boku  świeżą  bliznę  po  kuli,  a  w  kieszeni  marynarki  nosił  zdjęcie 

dziewczyny - powiedział Jim.  

 Jego  uwaga  skierowana  była  zarówno  na  Bricka,  jak  również  na  Bena.  I  w  ten  sposób 

dostrzegł gest, który zdradził mu wszystko. Brick zerknął na Maffitta, a kiedy spojrzał z powrotem 

na Jima, w jego oczach nie było już uśmiechu.  

 - A, to co innego - mruknął.  

 Wyciągnął rękę i nagle odgarnął na boki poły marynarki Jima.  

 Kelland nie uczynił nic, aby temu zapobiec, wiedział jednak, że oto doszedł do kresu drogi. 

Jego następne posunięcie mogło przynieść mu sukces, albo też zniszczyć go ostatecznie. Tacy już 

byli ludzie, których miał przed sobą, taki był też kraj, w którym się znajdował.  

 - Brand, popraw mi marynarkę. Ma wyglądać tak jak przedtem - powiedział spokojnie.  

 Brand  był  wystarczająco  sprytny,  by  wiedzieć  kiedy  grozi  mu  prawdziwe 

niebezpieczeństwo, i teraz właśnie zdał sobie sprawę z powagi sytuacji.  

 Nagle cofnął się o krok i znieruchomiał.  

 - Nie - odparł przeciągle. - Myślę, że tego nie zrobię.  

 Kelland odepchnął się od baru.  

 - No, dobrze - powiedział łagodnie. - A więc teraz moja kolej.  

 Brand  próbował  osłonić  głowę,  lecz  nie  zdążył  unieść  rąk  na  odpowiednią  wysokość. 

Prawa  prosta  trafiła  go  w  głowę,  a  lewa  pięść  w  żołądek.  Zgiął  się  w  pół,  ale  Jim  odepchnął  go 

natychmiast  i  zadał  jeszcze  dwa  ciosy  w  twarz.  Brand  runął  na  podłogę,  przez  chwilę  leżał 

nieruchomo, potem z trudem zaczął dźwigać się w górę.  

 Do  ataku  ruszył  drugi  mężczyzna,  wymachując  ramionami,  jakby  były  to  skrzydła 

wiatraka.  Udało  mu  się  trafić  Jima,  po  czym  objął  go  mocno  za  szyję  i  zadał  cios  kolanem. 

Następnie zaczął uciskać mu oczy kciukami i poderwał go w górę, starając się powalić na podłogę.  

background image

 Brick  zdążył  tymczasem  unieść  się  na  kolana.  Kelland  poczekał  na  moment,  kiedy 

napastnik nachyli się znowu, zamachnął się i trafił go w skroń. Poczuł, że uchwyt tamtego słabnie i 

to była jego szansa. Odskoczył na bok i złapał przeciwnika od tyłu za ramię i spodnie, poderwał go 

do góry, rozkołysał i wyrzucił przez drzwi na ulicę.  

 Łoskot, z jakim ciało runęło na trotuar i szaleńczy ryk, jaki rozległ się potem, dobiegły do 

uszu wszystkich na sali.  

 Brick  Brand  stał  znowu  na  nogach.  Krew  sączyła  mu  się  z  ust,  brakowało  jednego  zęba. 

Dyszał ciężko. Pomiędzy jednym oddechem a drugim wykrztusił:  

 - Mam dosyć.  

 Jim wrócił na środek sali. Blizna na jego skroni połyskiwała blado w świetle lamp, włosy 

opadały  mu  na  czoło,  oddychał  głęboko.  Patrzył  na  Maffitta,  a  jego  wzrok  wyrażał  gotowość. 

Wpatrywał się w niego tak uporczywie, jakby chciał zmusić go w ten sposób do mówienia. Potem 

odezwał się:  

 - Brand, niech pan tu podejdzie i poprawi mi marynarkę.  

 Zapadła  głucha,  złowieszcza  cisza.  Maffitt  siedział  nieruchomo,  jego  twarz  nie  wyrażała 

zupełnie nic, ale Kelland wiedział, że właśnie na jego słowa czeka cała reszta.  

 -  Niech  pan  podejdzie,  Brand  -  powtórzył  łagodnym  tonem.  -  Jeżeli  nie,  połamię  panu 

wszystkie kości.  

 Brand  zbliżył  się  do  niego.  Widocznie  dokuczał  mu  ból,  gdyż  przyciskał  sobie  wargi 

dłonią, mówiąc niewyraźnie:  

 - Musiał pan tak walić?  

 - To po prostu nauczka.  

 Brand poprawił marynarkę Jima, po czym odwrócił się śpiesznie i wyszedł z saloonu.  

 Kelland stanął przy barze i nalał sobie szklaneczkę. Był zwrócony do pozostałych plecami, 

lecz w lustrze widział wszystkich. Nikt nie poruszał się, nikt nie rozmawiał. Jim zapłacił i odwrócił 

się.  Przez  chwilę  spoczęły  na  nim  oczy  Maffitta  pełne  jakiegoś  pożądliwego  zainteresowania. 

Ponieważ jednak on sam milczał, Jim przeszedł obok i opuścił saloon.  

 Brand klęczał obok leżącego płasko na trotuarze mężczyzny i podniósł wzrok na Kellanda.  

 - Złamał mu pan rękę.  

 - Jaka szkoda! - odparł Jim i skierował się do hotelu.  

 Nie  myślał  już  o  tamtych  dwóch,  wszystkie  jego  myśli  krążyły  teraz  wokół  osoby  Bena 

Maffitta,  który  w  saloonie  nie  odezwał  się  ani  jednym  słowem,  nie  wykonał  też  żadnego  gestu. 

Wyglądał na człowieka, planującego wszystko bardzo dokładnie przed popełnieniem morderstwa, i 

dlatego był podwójnie niebezpieczny.  

background image

 Z  pokoju,  gdzie  zostawił  przedtem  Tony,  nie  dochodziło  światło,  nie  było  słychać  też 

żadnej  rozmowy.  Po  ciemnym  korytarzu  rozchodził  się  jedynie  nikły  zapach  tytoniu.  Kelland 

potknął się nagle na dziurze po sęku i poleciał na drzwi swojego pokoju. Raptem znieruchomiał, 

pchnął je i zwinnie odskoczył na bok.  

 Zapach tytoniu był coraz bardziej intensywny. W mroku zapłonęła zapałka, a w jej blasku 

Jim dostrzegł rumianą twarz blondyna. Zapałka zgasła.  

 - Niech pan wejdzie do środka i zamknie za sobą drzwi - powiedział nieznajomy.  

 

***  

 

 Kelland  postąpił  krok  do  przodu,  zatrzasnął  drzwi  nogą  i  oparł  się  o  nie  plecami. 

Nieznajomy wyjął z ust papierosa.  

 - Ma pan cholernie silne nerwy. Trzeba było nie lada odwagi, aby wejść do saloonu. Jakoś 

pan sobie poradził, ale niech to panu nie przewróci w głowie.  

 -  Przez  całą  godzinę  obserwował  pan  okno  pokoju  tej  dziewczyny.  Dlaczego?  -  zapytał 

Kelland.  

 -  Z  powodu  Pete'a  Rileya.  Chciałem  się  upewnić,  czy  wyjedzie  z  miasta.  No  i  nie  zdołał 

uciec.  

 - Kim są jego wrogowie?  

 Blondyn  zaciągnął  się.  Rozżarzony  papieros  rozjaśnił  na  krótką  chwilę  jego  twarz  i 

pozwolił Jimowi dostrzec ironiczny grymas ust nieznajomego. Tamten milczał jeszcze jakiś czas, 

po czym rzekł:  

 -  To  ci  sami,  z  którymi  pan  ma  do  czynienia...  być  może  się  mylę.  Nazywam  się  Buff 

Sultan. Mam ranczo w dole nad East Fork, ja i moja siostra. - Znowu umilkł, po chwili dodał: - Ale 

może źle pana oceniłem.  

 - Przyszedł pan tu, aby zadać mi pytanie. No więc, niech pan pyta.  

 Sultan roześmiał się cicho i spokojnie.  

 - Dobrze więc: czy chce pan pomocy?  

 - Jakiej pomocy?  

 -  Och,  niechże  pan  nie  udaje.  Przybył  tu  pan  w  określonym  celu,  a  cele  mogą  być  tylko 

dwa. Albo ucieka pan przed czymś, albo szuka kogoś. Chce pan pomocy?  

 - Nie szukam pomocy z zawiązanymi oczami.  

background image

 -  Słusznie  -  odparł  Buff  Sultan,  a  w  jego  głosie  zabrzmiała  nutka  rozbawienia.  -  Pan  się 

zapewne  przekona,  że  tu  można  być  szczęśliwym,  jeżeli  w  ogóle  otrzyma  się  pomoc,  i  to  bez 

zadawania pytań. Może zawrzemy umowę. Moja pomoc za pańską.  

 - Wysłucham tego, co pan ma do powiedzenia - odparł Jim.  

 Podszedł  do  okna.  Ulica  była  znowu  pełna  ruchu  i  odgłosów.  Pete  Barr  i  jego  ludzie 

siedzieli już w siodłach. Katherine Barr szła w stronę swego wierzchowca. Dosiadła go i zawahała 

się. Widać było,  że wypatruje czegoś na ulicy.  Wzruszyła niecierpliwie  ramionami i  ten gest  raz 

jeszcze  zdradził  Jimowi  jej  wrodzony  krewki  temperament.  Z  saloonu  wyszedł  Ben  Maffitt. 

Zatrzymał się w progu i raptem uczynił coś dziwnego: zdjął kapelusz i wlepił wzrok w Katherine. 

Nie zrobił nic poza tym, nie odezwał się nawet jednym słowem.  

 Sytuacja  zaintrygowała  Jima,  nachylił  się  bardziej  ku  oknu.  Katherine  spojrzała  na 

Maffitta,  lecz  mimo  iż  Kelland  bacznie  obserwował  całą  scenę,  nie  zdołał  zauważyć,  czy 

dziewczyna  uczyniła  jakiś  gest.  Po  chwili  w  miejscu  zawróciła  konia  i  puściła  się  galopem  za 

ojcem. Ben Maffitt długo spoglądał za nią.  

 - Co jest właściwie pomiędzy Barrami a tym Maffittem? - zapytał ostro Jim.  

 -  Widzę,  że  jest  pan  bardziej  bystry,  niż  myślałem  -  odparł  powoli  Sultan.  -  Ale  proszę 

sobie  zapamiętać:  im  dłużej  będzie  pan  tu  przebywał,  tym  bardziej  będzie  się  pan  wszystkiemu 

dziwił. Zresztą myślę, że nigdy  pan tego nie  rozgryzie. Nie warto nawet próbować. Proszę tylko 

obrać swoją stronę i poprzestać na tym.  

 - Jaką stronę?  

 Sultan podszedł do drzwi; tworzył na ich tle dosyć niewyraźną sylwetkę. Z jeszcze większą 

ostrożnością niż przedtem powiedział:  

 - Myślę, że odkryłem już to, o co mi chodziło. Proszę nie ufać tu nikomu, proszę nie ufać 

nawet mnie, bo nie jest wykluczone, że mógłbym kiedyś zaatakować pana od tyłu. To jest typowe 

dla tego kraju. Lecz o tym zdążył pan się już chyba sam przekonać.  

 - To nie o tym chciał pan porozmawiać.  

 - Zmieniłem zdanie - odparł Sultan z jakimś niepokojem w głosie.  

 Uchylił drzwi, wyjrzał przez szparę w ciemność, po czym wymknął się na zewnątrz. Cicho 

zaskrzypiały pod jego stopami schody.  

 Jim podszedł znowu do okna; Ben Maffitt nadal stał spokojnie przed saloonem, zatopiony 

w  myślach.  Dwie,  trzy  minuty  później  zjawił  się  na  ulicy  Buff  Sultan,  podszedł  do  uwiązanego 

przy  opuszczonym  domu  konia,  dosiadł  go  i  wyjechał  z  miasta  w  odwrotnym  kierunku  niż 

Barrowie.  Maffitt  poruszył  się  nieznacznie.  Jakiś  mężczyzna  wyłonił  się  zza  rogu,  podszedł  do 

niego i powiedział coś. Maffitt skinął głową.  

background image

 Kelland  cofnął  się  od  okna.  Nie  zapalając  lampy  podparł  klamkę  w  drzwiach  krzesłem, 

przesunął łóżko w najmniej zagrożony kąt pokoju i położył się spać.  

 Rankiem  okazało  się,  że  śniadanie  podaje  Tony.  Przyniosła  mu  posiłek  i  zatrzymała  się 

trochę przy jego stoliku.  

 - Bardzo dziękuję za to, co pan wczoraj zrobił - powiedziała.  

 Ku swemu zdumieniu musiał przyznać w duchu, że mu się podoba. Miała regularne rysy, 

duże  i  ciemne  oczy.  Tragiczne  wydarzenia  minionego  wieczoru  zdołały  się  już  przesunąć  w  jej 

myślach na plan dalszy, tak jak gdyby zrezygnowana pragnęła zapomnieć o tym epizodzie, gdyż i 

tak nie pozostało jej nic innego.  

 - Nie ma o czym mówić - odparł.  

 Wzruszyła ramionami z jakimś naturalnym wdziękiem.  

 - Lubiłam Pete'a. Znałam jego rodzinę. Chciałam, żeby udało mu się uciec.  

 Spoglądał za nią, jak idzie do kuchni lekkim, kołyszącym się krokiem, i mimo woli myślał 

o niej podczas posiłku.  

 Potem  wyszedł  na  ulicę,  zatrzymał  się  i  oparł  o  ścianę  hotelu,  nabił  fajkę  i  zaczął 

obserwować miasto, skąpane w świeżym blasku jesiennego poranka.  

 Na niemal pustych uliczkach panowała jeszcze cisza. Dopiero teraz zwrócił uwagę na inne 

domy zbudowane z drewna i sklepiki, skryte do tej pory w cieniu nocy: sklep rzeźniczy, siodlarnię 

oraz drukarnię, na której fasadzie wisiał szyld z napisem:  

 "Dorzecze Ute - tygodnik."  

 Nad  wejściem  do  sąsiedniego,  wąskiego  domu  umieszczona  była  tabliczka  z  nazwiskiem 

lekarza.  Przy  uliczce  wiodącej  na  most  wznosił  się  duży  budynek  piętrowy  o  zakratowanych 

oknach. Powoli w polu widzenia Jima zaczęli pojawiać się przechodnie. Właściciel hotelu udał się 

do  sklepu  rzeźniczego.  Barman  wymiatał  kurz  z  saloonu.  Potem  Jim  przeczytał  wiszący  nad 

wejściem napis: "Old Dixie" i zastanowił go jego sens. Nazwa ta mogła oznaczać tylko jedno: że w 

piętnaście lat po kapitulacji generała Lee  ktoś hołdował jeszcze idei niepodległości Południa.  

 Przeszedł  na drugą stronę placu i  zatrzymał się  przy stajni, gdzie spotkał  dozorcę, tamten 

miał  na  sobie  czapkę  z  daszkiem  i  pasiaste  spodnie  z  żółtymi  szelkami.  Jim  przytknął  do  fajki 

kolejną zapałkę.  

 - Wkrótce stąd odjeżdżam - odparł na nieme pytanie dozorcy.  

 Człowiek w pasiastych spodniach wsparł się o widły do siana.  

 -  Ma  pan  pięknego  konia  -  powiedział,  a  potem  dodał  z  nadzieją  w  głosie:  -  Nie  z  tej 

doliny?  

 - Nie. Nie z tej doliny - potwierdził Jim.  

background image

 Dozorca czekał na resztę informacji, ale daremnie. Wreszcie wzruszył ramionami.  

 - W tej cholernej krainie wszyscy są zawsze jacyś tajemniczy.  

 Zza  węgła  nadchodził  spiesznie  niski  mężczyzna.  Dozorca  odłożył  widły,  zanurzył  się  w 

półmroku stajni i zdjął z kołka na ścianie uprząż.  

 Niski  mężczyzna  doszedł  już  do  wrót,  zatrzymał  się  i  opuścił  ciężką  torbę.  Jego  pełne 

policzki nadal lśniły po goleniu. Otwarcie spojrzał na Jima i zapytał:  

 - To pan jest ten nowy? Kelland?  

 - Zgadza się.  

 - Pospiesz się, Henry! - zawołał mały człowieczek w głąb stajni. Potem zwrócił się znowu 

do Jima. - Pali pan okropne zielsko - stwierdził. - Nie ma pan czasem bólów gardła?  

 Henry  podjechał  do  wrót  jednokonką.  Mały  człowieczek  wrzucił  do  powozu  torbę  i 

wgramolił się na kozioł.  

 - Nie - odparł Jim.  

 - Nikotyna nie pomogła jeszcze nikomu. Niech pan lepiej z tym skończy, póki nie jest za 

późno. - Potem zawołał do Henry'ego: - Jadę do Hole! Wracam po południu!  

 Wprawnie wyjechał ze stajni, zakręcił ostro za hotelem, wzbijając tumany kurzu, i zniknął 

z pola widzenia.  

 -  To  nasz  lekarz,  Doc  Showers  -  wyjaśnił  Henry.  -  Niezastąpiony  facet,  jeżeli  chodzi  o 

złamaną kość czy ranę po kuli.  

 Kelland uśmiechnął się.  

 - I to wszystko?  

 Jedna z szelek zsunęła się z ramienia i Henry podciągnął ją.  

 -  To  chyba  wszystkie  choroby,  jakie  zdarzają  się  w  tym  cholernym  kraju.  Mam  osiodłać 

pańskiego wałacha?  

 - Tak - odparł Jim. Po chwili kroczył już po gęstym, żółtym piachu w stronę mostu.  

 Budynek  o  zakratowanych  oknach  stał  zwrócony  frontem  do  ulicy  i  tyłem  do  płytkiej 

rzeczki, nad którą leżało Reservation. Była to zapewne najnowsza budowla w miasteczku; farba nie 

wykazywała jeszcze działania słońca i wiatru. Pod dzwonnicą widniała data 1877.  

 Kelland podszedł do drzwi i zatrzymał się, aby zapalić fajkę. Kątem oka dostrzegł to, czego 

się spodziewał: przed saloonem stał mężczyzna i obserwował go, Henry opierał się o wrota stajni, 

nie  spuszczając  zeń  oka,  a  właściciel  hotelu,  niczym  niemy  posąg,  spoglądał  na  niego  z  drugiej 

strony placu.  

 Jim uśmiechnął się, wszedł do środka i pierwsze, co ujrzał, to para butów na blacie biurka. 

Za  biurkiem  siedział  odchylony  do  tyłu  -  tak  daleko,  jak  pozwalało  na  to  poczucie  własnego 

background image

bezpieczeństwa - chudy, jakby zasuszony mężczyzna, który mimo pozorów nie był chyba starszy 

niż Jim. Miał włosy o barwie piasku i spokojne oczy, w których nie gasła baczna uwaga.  

 Powoli, obojętnym tonem, odezwał się:  

 - Zastanawiałem się już, czy dojdzie pan aż tu.  

 Przez  dłuższą  chwilę  Jim  milczał.  W  tym  pomieszczeniu  istniało  coś  nieoczekiwanego. 

Czuł się tak, jakby skręcił za róg i zorientował się nagle, że wszedł w ślepą uliczkę. Odpychało go 

jakieś parcie: niema, lecz niezwykle żywiołowa wrogość. Mężczyzna siedzący przed nim zamierzał 

stawić mu czoła, jakby wietrzył w nim realne niebezpieczeństwo.  

 To były pierwsze wrażenia Jima.  

 - Nazywam się Kelland - powiedział.  

 - O tym już wiem. Przypuszczam, że zna pan moje nazwisko.  

 - Nie - odparł Jim. - Jeszcze nie.  

 W  wąskich,  upstrzonych  żółtymi  cętkami  oczach  mężczyzny  pojawił  się  błysk 

niedowierzania.  

 - Charley Chavis - powiedział wreszcie.  

 Na jego kamizelce tkwiła miedziana odznaka z czterema okrągłymi punkcikami.  

 - Cieszę się, że pana poznałem - odparł Kelland.  

 - W czym mogę pomóc? - zapytał Chavis.  

 Czekał, a Jim poczuł znowu ów wewnętrzny opór.  

 -  W  niczym  -  powiedział.  -  Mam  zamiar  zatrzymać  się  tu  na  jakiś  czas.  Dlatego 

przyglądam się tutejszym mieszkańcom.  

 - Czy taki jest pański zwyczaj: przybyć do jakiegoś miasteczka i wyrzucić kogoś z saloonu 

na ulicę, tak dla zabawy? - zapytał Chavis ironicznie. - A może po prostu chciał pan w "Old Dixie" 

wytłumaczyć coś komuś?  

 - Czy tu mieszka dużo ludzi z Południa? - zapytał nieoczekiwanie Kelland.  

 Szeryf ociągał się z odpowiedzią: widocznie zastanawiał się, co może oznaczać to pytanie. 

W końcu odparł niechętnie:  

 - Tak.  

 - Czy Barrowie też są z Południa?  

 Chavis skinął ponuro głową.  

 - Gdzie jest ich posiadłość?  

 Niechęć szeryfa była coraz bardziej wyraźna. Kręcił się na miejscu nerwowo, mrucząc coś 

pod nosem.  

 - Niedaleko stąd, nad południową odnogą Ute.  

background image

 - A dlaczego Maffitt zabił tego Pete'a Rileya?  

 Charley Chavis zdjął nogi z biurka i zerwał się z krzesła.  

 - Niech pan sobie sam szuka odpowiedzi na swoje cholerne pytania! Przyjeżdża pan do nas 

i nie chce mi nic powiedzieć. Dlaczego ja miałbym coś mówić? Węszy pan tu od pierwszej chwili. 

Wszyscy o tym wiedzą. Jeżeli ma pan jakąś prośbę, mogę ją wysłuchać. Jeżeli nie, proszę na mnie 

nie liczyć.  

 Fajka  Jima  zgasła.  Wytrząsnął  ją,  nabił  na  nowo  i  zapalił.  Jego  ruchy  były  niedbałe  i 

powolne. Spokojnie powiedział:  

 - Nie będę panu zajmować więcej czasu.  

 Wyszedł na ulicę i wrócił do stajni. Kiedy siedział już w siodle, zadał dozorcy kilka pytań.  

 - Co mieści się tam w dole? - wskazał na wschód.  

 -  Tereny  Sultanów,  Ketchuma  i  Graya  Oldroyda  -  wyjaśnił  Henry,  potem  zapytał  z 

zapałem: - Chce pan tam pojechać? Trochę dalej, w kotlinie zwanej "Dziurą", leży ranczo Dobe'a 

Hyde'a.  

 Kelland wyciągnął rękę na południe.  

 - A tam?  

 Henry spojrzał na niego chytrze.  

 -  Nie wie pan? No... u wylotu doliny, tam  gdzie wypływa z  gór południowa odnoga Ute, 

znajdzie pan Barrów. Chce pan pojechać tak daleko?  

 - A jeszcze dalej? Czy tam coś jest?  

 - Tak, jest tam dosyć szeroka droga, która prowadzi do dzikiej krainy - do Pocket Land.  

 - A co to za kraina, ta Pocket Land?  

 Gadatliwy dotychczas Henry zacisnął raptem usta, spojrzał spode łba i wrócił do stajni. Jim 

cmoknął  na  konia,  skręcił  na  placu  w  lewo  w  stronę  wschodniej  części  doliny.  Miasto,  które 

zdawało  się  obserwować  go  swymi  licznymi,  ukrytymi  oczami,  pozostało  w  tyle  i  oddalało  się 

coraz bardziej, w miarę jak zagłębiał się w wąską gardziel doliny.  

 W  odstępach  około  pięciu  mil  mijał  niskie  pagórki  o  stokach  porośniętych  świerkami,  a 

dziesięć  mil  dalej  natknął  się  na  łańcuch  płaskich  wzniesień,  stanowiących  wylot  doliny. 

Wschodzące słońce otulały  czerwone pasma jesiennej  mgły, jego promienie nie  grzały już.  Znad 

pastwisk  leżących  obok  rzeki  dobiegał  świergot  ptaków.  Przyjemna,  niewielka  kraina,  odcięta 

całkowicie od świata, idealna dla bydła. Ale w dolinie nie widać było żadnego zwierzęcia. Stada 

znajdowały się teraz widocznie w wyżej położonych partiach lasu, na swoich letnich pastwiskach.  

background image

 Wąska  dróżka  skręcała  na  lewo,  przechodziła  przez  most  i  wiodła  ku  północnemu 

grzbietowi. Tam, nieco powyżej poziomu dna doliny, stał na zboczu dom. Przy skrzyżowaniu dróg 

widniała skrzynka na listy z wypisanym na niej nazwiskiem: "Oldroyd".  

 Nieco  dalej,  mniej  więcej  w  połowie  długości  doliny,  inna  ścieżka  prowadziła  na  prawo. 

Oznakowana  była  za  pomocą  łukowej  bramy,  z  przytwierdzonym  porożem  łosia.  Na  skrzynce 

pocztowej widniał napis: "Elias Ketchum". Dom Ketchumów tworzył biały czworokąt na prawym 

grzbiecie górskim.  

 Kelland zmuszał konia do częstych zmian: jechali to stępa, to znów galopem. Czuł cierpki 

zapach  ziemi,  rześkie,  aromatyczne  powietrze  wypełniało  mu  pierś.  Czuł  lekką,  rytmiczną  grę 

własnych mięśni, wszystkimi zmysłami wchłaniał wrażenia, jakimi zaspokajał go świat. To właśnie 

było mu potrzebne. Żółty piach umykał w tył, podkowy gniadego wybijały miarowy rytm.  

 Rzeka  skręcała  tutaj  stopniowo  na  południe.  Dolina  zwężała  się,  przed  sobą  wśród  skał 

dostrzegł wyłom, przez który płynął strumień. Trzech jeźdźców stało tam; rozprawiali o czymś  z 

ożywieniem.  Jim  przejechał  jeszcze  milę,  zanim  do  nich  dotarł,  i  wtedy  rozpoznał  w  jednym  z 

mężczyzn jasnowłosego Buffa Sultana.  

 Wszyscy trzej zwrócili się ku niemu. Drugim mężczyzną okazał się wyrostek, mający nie 

więcej  niż  dziewiętnaście  lat,  o  kanciastej  twarzy,  trzeci  jeździec  mógł  być  -  sądząc  po  wieku  - 

ojcem młodzika. Jim ściągnął konia i spojrzał na Sultana; Buff miał minę, jakby widział go po raz 

pierwszy, i ta wskazówka wystarczyła mu.  

 - Piękny dzień na przejażdżkę - odezwał się do nich. - Dokąd prowadzi ta droga?  

 Starszy mężczyzna odparł z pełną rezerwy grzecznością:  

 - Do doliny Dobe'a Hyde'a.  

 - A dojadę tędy do fortu Custera?  

 - Tak, ale to długa droga. Szuka pan pracy?  

 Kelland spoglądał na starszego mężczyznę tak długo, aż młodszy zapytał:  

 - Widział pan wjazd z porożem łosia?  

 - Ketchum?  

 - Tak, to ja. Szuka pan pracy?  

 Kelland zaczął nabijać fajkę; czynił to bez pośpiechu. Ketchum rzucił krótkie spojrzenie na 

Sultana,  ten  skinął  nieznacznie  głową,  a  Jim  utwierdził  się  w  przekonaniu,  że  tamci  rozmawiali 

właśnie  o  nim,  zanim  do  nich  podjechał.  Znowu,  tak  jak  przedtem  w  mieście,  poczuł  ową 

skierowaną przeciw niemu niechęć.  

 - Nie, chyba jednak pojadę dalej - odparł.  

background image

 Dom, jaki widział przedtem, należał według jego szacunku do Sultanów. Jeszcze pół mili i 

dotarł  do kanionu,  otoczonego przez spadziste ściany.  Dno kanionu  było  tak wąskie, że mieściło 

jedynie  koryto  rzeki  oraz  ścieżkę.  Większość  drogi  tonęła  w  półmroku,  który  ustępował  dopiero 

tam, gdzie wąwóz stawał się szerszy.  

 Wkrótce  dostrzegł  ścieżkę,  kierującą  się  ku  grzbietowi,  którym  podążał  cały  czas,  odkąd 

opuścił  Reservation.  Skręcił  w  nią  i  po  chwili  pokonywał  łagodne  wzniesienie  pomiędzy 

świerkami.  

 Wszystkie  lata  swego  ruchliwego  życia  Jim  spędził  pod  gołym  niebem  i  tutejszy  teren 

wydał mu się nagle znajomy. Wszystkie kierunki zdołały się już utrwalić w jego pamięci; natura 

obdarzyła go szczególnie rozwiniętym zmysłem orientacji.  

 W  południe  znalazł  się  na  wysokim,  gołym  pagórku,  skąd  ujrzał  krągłą  kotlinę,  zapewne 

dolinę  Dobe'a  Hyde'a.  Przed  nim,  niczym  wzburzone  morze,  rozciągał  się  ku  zachodowi  teren 

poprzerzynany  rozpadlinami,  który  gdzieś  dalej  stykał  się  z  ostro  wznoszącą  się  do  góry  ścianą 

głównego masywu górskiego. Pomiędzy tym pagórkiem a łańcuchem gór znajdowały się łąki. Tam, 

nad południową odnogą Ute, mieszkali Barrowie.  

 Ruszył tą drogą, zanurzając się w cień i głęboką ciszę. Mniej więcej po godzinie dotarł do 

niewielkiej polany z drewnianym domem. Dach i ściana szczytowa były już wygięte ze starości i 

poszarzałe od deszczu. Połamane, puste okna straszyły swym wyglądem. Zaintrygowany podjechał 

bliżej.  Przed  niską  werandą,  gdzie  spomiędzy  wypaczonych  desek  wyrastała  już  trawa,  zsiadł  z 

konia.  Ślady  w  pierwszym  pomieszczeniu  wskazywały  na  to,  że  czasem  znajduje  tu  schronienie 

zabłąkane bydło.  

 Na  piętro  wiodły  schody.  W  kominie  Jim  znalazł  popiół;  wyglądało  na  to,  że  palono  tu 

niedawno. Zupełnie nieoczekiwanie w głębi domu rozległy się kroki, a potem w drzwiach stanęła 

dziewczyna. Mogła mieć trochę ponad dwadzieścia lat.  

 Na jego widok zatrzymała się, wstrzymując oddech. Zdziwienie i zaskoczenie sprawiły, że 

zaniemówiła, znieruchomiała, w jej oczach pojawił się strach.  

 

***  

 

 Jim przebiegł myślą wszystkie wrażenia, jakie odebrał w tym krótkim czasie. Dziewczyna 

musiała  jakoś  przyjechać  w  to  odludne  miejsce,  nie  dostrzegł  jednak  na  polanie  żadnego  konia. 

Może zostawiła go w lesie.  

background image

 Nieznajoma  była  średniego  wzrostu  i  miała  złociste  jak  pszenica  włosy.  Oddychała  teraz 

szybko,  a  jej  policzki  zarumieniły  się.  Przerażenie  znikało  powoli  z  jej  oczu,  jak  gdyby  zdążyła 

ocenić sytuację i wyciągnąć określone wnioski.  

 - Przykro mi, że zakłóciłem pani spokój - powiedział.  

 Jej  odpowiedź  zdawała  się  mieć  cel  z  góry  zamierzony:  nie  okazać  specjalnego 

zainteresowania.  

 - To chyba wolny kraj; każdy może sobie jechać tam, gdzie chce.  

 Mimo woli uśmiechnął się.  

 - Z pewnością. Wolny dla mnie... dla pani... i wolny dla mężczyzny, którego pani oczekuje.  

 W jej oczach zamigotał znowu błysk strachu.  

 - Którą drogą pan przyjechał? - zapytała.  

 Wskazał ręką na wschód.  

 - Stamtąd.  

 - Nigdy jeszcze pana nie widziałam.  

 - Jestem tu po raz pierwszy.  

 Jej twarz złagodniała i ten fakt był dla niego kolejną wskazówką. Będąc kimś obcym, nie 

stanowił  dla  niej  żadnego  niebezpieczeństwa.  Obserwowała  go  z  nieskrywanym  już 

zainteresowaniem, a na jej  twarzy niemal  natychmiast  widać było  to,  o czym  myślała. Sprawiała 

wrażenie,  jakby  w  głębi  jej  oczu  i  na  ustach  czaiły  się  śmiech  i  miłość  do  życia,  czekając 

niecierpliwie na moment wyzwolenia.  

 - Czy to właściwa droga do Barrów? - zapytał.  

 - Tak - odparła.  

 Wyjął fajkę i nabił ją.  

 - Ten dom wygląda na dosyć zapuszczony - mruknął. - Nie wiedziałem, że ten kraj jest od 

tak dawna zasiedlony.  

 - Ten dom postawiono w roku 1860.  

 Nie ukrywał swego zdumienia.  

 - To dlaczego uległ tak szybko zniszczeniu?  

 - Proszę spojrzeć na to lewe okno.  

 Cofnął  się trochę, aby ogarnąć wzrokiem  ścianę  domu,  a dziewczyna podeszła za nim do 

końca werandy.  

 Szyby  w  oknie  były  wybite,  a  rama  wyłamana.  Teraz  zrozumiał,  co  miała  na  myśli.  Pod 

oknem widniały w drewnie ślady kul.  

 - Nie wiedział pan o tym? - zdziwiła się.  

background image

 - Przecież powiedziałem pani, że jestem tu po raz pierwszy.  

 Zapalił fajkę i ponownie ogarnęło go nieokreślone uczucie zagrożenia; nie wiedział nawet, 

z jakiego zakątka podświadomości nadeszło.  

 - Pojadę już chyba dalej - dodał.  

 Nie spuszczała z niego wzroku, zdawała się rozmyślać nad czymś intensywnie. Wreszcie w 

jej oczach pojawił się błysk zrozumienia.  

 - Proszę poczekać! Pracuje pan dla Barrów?  

 - Nie - potrząsnął głową. - Nie.  

 - Szkoda, że widział mnie pan tu.  

 Jego podziw dla niej wzrósł jeszcze bardziej. Potrafiła podjąć szybko decyzję i to mu się w 

niej podobało. Spojrzał jej prosto w oczy.  

 - Wcale tu pani nie widziałem.  

 -  Dobrze.  Wyświadcza  mi  pan  w  ten  sposób  olbrzymią  przysługę,  może  więc  się  pan 

dowiedzieć, jak się nazywam. Jestem Edith Sultan. Zresztą i tak dowiedziałby się pan o tym, chyba 

że nie zostaje pan tu dłużej.  

 Ściągnął  z  głowy  kapelusz  i  szybko  odwrócił  się  do  gniadego.  Ukradkowe  spojrzenie  na 

skraj lasu nie zdradziło mu żadnego podejrzanego faktu, ale w dalszym ciągu jego nerwy odbierały 

ów  sygnał  ostrzegawczy,  i  to  właśnie  z  tamtego  kierunku.  Jednym  susem  dosiadł  konia.  Jechał 

dalej  tą  samą  ścieżką  co  przedtem  i  wkrótce  wchłonęły  go  las  i  cień  rozłożystych  koron  drzew. 

Powietrze  przesycone  było  zapachem  piachu.  Co  pewien  czas  przeszukiwał  wzrokiem  miękkie 

poszycie i w pewnym momencie dojrzał trop jeźdźca. Ślad wyglądał na świeży.  

 Była zapewne druga po południu owego pogodnego, jesiennego dnia, kiedy wynurzył się z 

lasu  i  dotarł  nad  skraj  wąskiej  doliny;  ciągnęła  się  z  północy  na  południe  wzdłuż  poszarpanego 

łańcucha gór, które piętrzyły się aż po ośnieżone, sięgające błękitnego nieba szczyty.  

 Południowe  ramię  rozwidlenia  rzeki  Ute  zajmowało  większą  część  wąskiego  dna  doliny; 

promienie słońca iskrzyły się w spienionych nurtach wody. Brzegiem wiodła ścieżka, wraz z rzeką 

ginęła za zakrętem, tam gdzie wzgórza zdawały się ostatecznie przegradzać kotlinę.  

 Jim skierował się w dół. Dotarł do ścieżki i skręcił tak, jak wiodła. Na niewielkich łąkach 

pasło się bydło, wysokie świerki tworzyły na stromych stokach ciemną, jednolitą masę. Tu ściany 

po obu stronach doliny były wyższe.  

 Droga  wznosiła  się  nieco.  Po  godzinie  Jim  skręcił  znowu  i  wtedy  ujrzał  u  wylotu  doliny 

dom  z  przyległymi  zabudowaniami  i  korralem.  Biała  kipiel  spadającej  wody  określała  miejsce, 

gdzie południowe ramię rozwidlenia Ute wytryskiwało spośród skał.  

background image

 Ranczo otaczały z trzech stron góry, a jego front spoglądał ku dolinie. Brzegi rzeki łączył 

most, a droga ginęła gdzieś dalej w lesie.  

 Na  spotkanie  intruza  wyskoczył  pies,  ujadając  zażarcie,  w  korralu  Jim  dostrzegł  grupkę 

ludzi.  Na  werandzie  stał  mężczyzna;  bacznym  wzrokiem  lustrował  przybysza.  Jim  wjechał  na 

podwórze i zatrzymał się, czekając, aż tamten pozwoli mu zsiąść z konia. Rozpoznał już szczupłą 

twarz Pete'a Barra.  

 - Dzień dobry - odezwał się spokojnie.  

 Czarne  jak  węgiel  oczy  Barra  spoglądały  na  niego  nieprzyjaźnie,  wargi  tworzyły  bladą 

kreskę nad siwą bródką, żuchwy napięły się.  

 Jim  wiedział, z kim  ma do czynienia:  Barr był  południowcem  porywczym,  a może nawet 

despotycznym mężczyzną, przynajmniej wtedy, gdy ogarniał go gniew. Potrafił być jednak na tyle 

uprzejmy, by rozwlekłym tonem, jak na syna Południa przystało, powiedzieć teraz:  

 - Jest pan na mojej ziemi, sir. Nie zapraszałem pana, ale skoro już jest pan tu, proszę zsiąść 

z konia i rozgościć się.  

 -  Dzięki  -  odparł  Kelland.  Zsunął  się  z  siodła  i  wszedł  na  werandę.  Otwarte  drzwi 

pozwalały  spojrzeć  przez  cały  dom  aż  na  tylne  podwórze.  W  którymś  z  pokojów  rozmawiały 

kobiety, a od strony korrala dobiegał głuchy odgłos uderzeń siekierą.  

 - Proszę usiąść - zaprosił stary.  

 Jim opadł na bujany fotel. Przed nim rozciągała się dolina, widoczna stąd na pół mili. Po 

drugiej  stronie  Ute  wynurzył  się  z  lasu  jeździec  i  wkrótce  znalazł  się  na  wąskim  moście.  Tętent 

koni rozbrzmiewał wyraźnie w ciszy spokojnego popołudnia.  

 - Dokąd prowadzi ta droga? - zapytał Jim.  

 - Nie mogę na to odpowiedzieć - odparł Pete Barr.  

 Jeździec był  już na podwórzu i  musnął Jima wzrokiem.  Był  wysoki, miał  smagłą twarz o 

ostrych  rysach.  Sądząc  po  podobieństwie,  mógł  to  być  syn  starego  Barra.  Pete  poruszył  raptem 

cygarem, ściśniętym między zębami, a młodzieniec ruszył dalej, skręcając za róg domu. Widocznie 

otrzymał od ojca określony sygnał. Kelland bujał się niedbale na fotelu.  

 - Nie ma tam żadnej osady?  

 Pete Barr spojrzał mu prosto w oczy.  

 - Muszę panu oświadczyć, że tu nie doczeka się pan żadnych odpowiedzi na swoje pytania. 

Jeżeli przyjechał pan tu po to, może pan równie dobrze wrócić od razu do Reservation.  

 Napór nieufności i owej skrytej niechęci, jaki Jim czuł na sobie od pierwszej chwili pobytu 

w tych stronach, nasilił się teraz, jak gdyby właśnie tu mieściło się jedno z jego źródeł. Odgłosy 

background image

rąbania  umilkły,  jak  również  rozmowa  kobiet  w  głębi  domu.  Po  upływie  krótkiego  czasu  Jim 

usłyszał lekkie, zbliżające się kroki.  

 Pete Barr wstał z miejsca, Jim uczynił to samo. W progu pojawiła się Katherine.  

 - Wydaje mi się, że mojej córce należą się przeprosiny za pańskie niegrzeczne słowa.  

 Jim odwrócił się do dziewczyny, na jego wargach błąkał się znowu ów nikły uśmiech.  

 - O ile uważa pani moje przeprosiny za wskazane, to jestem skłonny prosić o wybaczenie.  

 - Nadal czekam na wyraźne przeprosiny, sir - odezwał się Pete Barr podniesionym głosem. 

- Niech pan je wypowie, albo przyzna wprost, że odmawia!  

 - Przecież on już je wypowiedział, ojcze - zaoponowała dziewczyna.  

 Miała  na  sobie  szarą  sukienkę,  która  idealnie  harmonizowała  z  barwą  oczu  i  uwydatniała 

czerń włosów. Znowu dostrzegł kremowy odcień jej ciała i łagodną wypukłość warg.  

 - Czy zaprosiłeś naszego gościa na kolację? - zapytała ojca.  

 - Nie, nie zaprosiłem go - odparł cicho, lecz zdecydowanie.  

 Katherine  zwróciła  znowu  wzrok  na  Jima,  a  na  jej  twarzy  zarysował  się  wyraz 

zakłopotania.  

 - Nie zamierzam sprawiać państwu kłopotu - powiedział.  

 Zza  domu  wyszło  czterech  mężczyzn  i  Kelland  odwrócił  się  ku  nim  na pięcie.  Stanęli  na 

stopniach werandy.  

 - To mój syn, Fay Barr - przedstawił stary. - To drugi syn, Ring. Niestety Dan, mój trzeci, 

jest teraz gdzie indziej. Ci dwaj to Creed i Will Barr.  

 Pomiędzy Fayem a Ringiem Jim nie dostrzegł większych różnic w wyglądzie, chyba tylko 

fakt,  że  Fay  był  młodszy.  Obaj  byli  niezgrabnymi  dryblasami,  mieli  podobne  szczupłe,  smagłe 

twarze, a w ich oczach czaiła się taka sama jak u ojca nieufność.  

 Stary Barr zwrócił się znowu do Jima:  

 -  Mam  swoje  własne  domysły  na  temat  zamiarów,  jakie  skłoniły  pana  do  przyjazdu  w  te 

strony. Chcę, aby zapamiętał pan sobie dobrze moich chłopców. Zrobi pan to, co uzna za stosowne, 

ale jeśli wystąpi pan przeciw nam, proszę nie oczekiwać żadnej litości ani ode mnie, ani od moich 

synów.  Chciałbym,  aby  zdawał  pan  sobie  z  tego  sprawę.  Nie  usłyszy  już  pan  ode  mnie  innych 

ostrzeżeń. A teraz, o ile nie ma pan mi nic do powiedzenia, to...  

 Kelland nałożył kapelusz, podszedł do gniadego i dosiadł go. Z siodła spojrzał na ciemne, 

nieprzyjazne  twarze  mężczyzn,  na  sztywną  postać  starego  Pete'a,  a  potem  na  Katherine,  która 

przeszywała  go  wzrokiem,  jak  gdyby  chciała  odczytać  jego  myśli.  Zdjął  przed  nią  kapelusz  i 

uśmiechnął się, po czym wskazał dłonią na drogę, wiodącą przez most w stronę gór.  

background image

 - Jeżeli Ben Maffitt opuści w ciągu najbliższych dni Pocket Land i pojawi się tu, proszę mu 

przekazać, że chciałbym z nim pomówić.  

 Twarz starego Barra nawet nie drgnęła. Jim ruszył do przodu i dotarł już do bramy, kiedy 

zatrzymał go głos dziewczyny.  

 - Niech pan zaczeka!  

 Zawrócił konia. Pete Barr zawołał:  

 - Katherine, zostań tu!  

 Lecz dziewczyna biegła dalej. Zatrzymała się dopiero przed gniadym.  

 -  Niech  pan  powie  Tony,  że  chciałabym  coś  dla  niej  zrobić.  Proszę  jej  to  przekazać.  - 

Potem dodała ciszej: - Chciałabym kiedyś porozmawiać z panem; ale proszę unikać tej doliny.  

 - Przecież każdy może tędy przejechać.  

 -  Możliwe.  -  Spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  -  Ale  pan  rozmawiał  już  z  Buffem  Sultanem. 

Wiemy o tym.  

 Pete Barr zawołał ją ponownie i dziewczyna zawróciła. Jim ruszył przed siebie i niebawem 

znalazł  się  za  zakrętem.  Słońce  rozjaśniało  jeszcze  niebo,  ale  zniknęło  już  z  doliny,  a  wraz  ze 

zmierzchem  dał  się  odczuć  mroźny  powiew  nadciągającej  zimy.  Na  następnym  zakręcie  Jim 

zauważył jeźdźca pędzącego tą samą drogą, jaką on sam wjechał przedtem w dolinę. Nieznajomy 

zbliżył się na odległość około stu metrów, po czym ściągnął konia, przechodząc z galopu na trucht. 

Był to zapewne trzeci syn Barra, Dan; podobieństwo rodzinne było aż nadto widoczne, chociaż ten 

miał szerzej osadzone oczy, a ich spojrzenie było nie tak chmurne.  

 -  Halo!  -  wykrzyknął  pozdrowienie,  a  kiedy  Kelland  odpowiedział  w  ten  sam  sposób, 

pogalopował przed siebie.  

 Nieco  dalej  Jim  zauważył  wydeptaną  ścieżkę,  która  wiodła  od  drogi  nad  rzekę, 

przechodziła  na  drugi  brzeg  jako  wysypany  żwirem  bród,  po  czym  ginęła  niemal  od  razu  w 

wysokopiennym lesie. Pogrążony w myślach pojechał dalej i dotarł do miasta o zmierzchu.  

 Zamiast udać się wprost do stajni, zsiadł z konia przed drukarnią i wszedł do środka. Było 

to  jedno  duże  pomieszczenie  z  kontuarem,  za  którym  stały  prasa  ręczna,  kaszty  zecerskie  i  inne 

przybory drukarskie.  

 Mężczyzna,  przedwcześnie  posiwiały  i  wychudzony  przez  swój  zawód,  odwrócił  się 

powoli od kaszt i podszedł bliżej, a Jim zauważył, że jest młodszy, niż mu się wydawało. Sięgnął 

do kieszeni i wyciągnął zmiętą kartkę papieru.  

 - Poczekam, aż pan to wydrukuje - powiedział.  

 - Właśnie zamykałem - mruknął drukarz.  

 - To przecież nie potrwa więcej niż dziesięć minut.  

background image

 Tamten wzruszył  ramionami i  podszedł  do kaszt. Kelland podał  mu  kartkę i  ujrzał,  jak w 

miarę czytania tekstu twarz drukarza zmienia się powoli. Potem zerknął na niego, a spojrzenie to 

było jasne, mądre i kryło w sobie doświadczenie.  

 - Hmm. A więc odsłania pan karty. Naprawdę pan chce, abym to wydrukował?  

 - Jasne - odparł Kelland.  

 Wyciągnął  fajkę  i  nabił  ją.  Zapalił,  a  drukarz  przystąpił  do  pracy.  Kiedy  skład  był  już 

gotowy, przejechał po nim wałkiem z farbą, odbił jeden arkusz i podał go Jimowi.  

 - Ile pan chce egzemplarzy?  

 - Ten wystarczy.  

 - Wystarczy aż nadto - potwierdził sucho drukarz.  

 - Ile płacę?  

 - Nie ma o czym mówić. Żal mi pana.  

 Jim  wyszedł  z  drukarni  i  podjechał  do  stajni.  Potem  przeszedł  do  więzienia.  Z  daleka 

dostrzegł Charleya Chavisa, stojącego w progu, zamachał ręką.  

 - Chciałbym zamienić z panem kilka słów.  

 Chavis wszedł do biura.  

 -  Słuchaj  pan  - zaczął.  -  Nie chcę mieć z panem  nic do czynienia. Właśnie dowiedziałem 

się, że rozmawiał pan wczoraj wieczorem z Buffem Sultanem.  

 - Nowiny rozchodzą się tu bardzo szybko.  

 - Cholernie szybko - odparł Chavis gwałtownie.  

 - A jak pan myśli, czy ta wiadomość rozejdzie się równie szybko? - zapytał Kelland i podał 

mu wydrukowaną ulotkę.  

 Szeryf przebiegł wzrokiem arkusz papieru, cofnął się nagle i potrząsnął głową. Jego dłonie 

zadygotały nerwowo.  

 - O, nie, nie... beze mnie! Po cóż, u diabła, pan tu przybył? Już rano zastanawiałem się nad 

tym! Kto pana o to prosił? Nie ja w każdym razie! I nikt inny w tym mieście. A więc: po co?  

 Na  ścianie  wisiało  zdjęcie  wyborcze  Chavisa.  Kelland  podszedł  bliżej  i  wyciągnął  kilka 

pinezek, którymi zostało tam przytwierdzone. Następnie wyjął z bezwładnej dłoni szeryfa ulotkę i 

wyszedł na ulicę. Tu przybił ją do tablicy ogłoszeniowej obok drzwi i zawołał do Chavisa:  

 - Będę nieraz korzystać z pańskiego biura, Charley!  

 Wolnym krokiem ruszył przed siebie, a kiedy doszedł do hotelu, odwrócił się; Chavis stał 

na ulicy, czytając ogłoszenie, po chwili dołączył do niego inny mężczyzna, który wyszedł właśnie z 

saloonu. Ogłoszenie brzmiało:  

 Nagroda  

background image

 Rząd  Stanów  Zjednoczonych  wypłaci  pięćset  dolarów  za  informacje  dotyczące  niżej 

wymienionych mężczyzn, poszukiwanych za udział w napadach na banki, pociągi, dyliżanse oraz 

za naruszenie wielu innych praw federalnych. Osoby te, które przebywały ostatnio w Pocket Land 

(terytorium Silver Lode) to: Ed Dale  

 Thorpe Carow, alias Tom Słona Rzeka  

 Willy Lee Breen  

 Vancey Stowbrick  

 Harry M. Gillivry.  

 Informacje  zgłaszać  do  szeryfa  federalnego  Jeffa  D.  White'a  w  stolicy  terytorium  albo  w 

mieście Reservation do niżej podpisanego.  

 J. J. Kelland  

 Pomocnik szeryfa federalnego  

 

***  

 

 Kelland wrócił do swego pokoju, umył się, następnie zszedł na dół. Poprzedniego wieczoru 

miasteczko  tętniło  życiem,  dziś  wyglądało  jak  wymarłe.  Jim  przeszedł  przez  plac  i  wszedł  do 

saloonu.  Przy  stoliku  do  pokera  siedziało  dwóch  graczy.  Drukarz  stał  oparty  o  bar,  pijąc  w 

milczeniu.  Rzucił  ukradkowe  spojrzenie  na  Jima,  po  czym  odwrócił  się  nieznacznie,  jak  gdyby 

chciał mu dać do zrozumienia, że nie chce mieć żadnych kłopotów. Barman dostrzegł uniesiony do 

góry palec Jima i wyćwiczonym ruchem przesunął ku niemu po ladzie butelkę i pustą szklaneczkę. 

Kelland wypił, lecz nadal stał nieruchomo przy barze. Za nim skrzypnęło krzesło, a potem rozległ 

się czyjś głos:  

 - Tego drinka wypił pan na koszt lokalu, kapitanie.  

 Jim odwrócił się. Mężczyzna, który podszedł do niego, grał przedtem w pokera. Był niski, 

krępy, miał na sobie czarny garnitur z serży, białą koszulę i krawatkę. Na małym palcu lewej dłoni 

błyszczał  pierścień  z  brylantem,  a  napomadowane  włosy  przylegały  gładko  do  głowy.  Jego 

spojrzenie było czujne, ale pozbawione wszelkiego wyrazu.  

 - Nazywam się Cal Soder - powiedział.  

 Kelland potrząsnął mu rękę.  

 Uchwyt  Sodera był  słaby, jakby przelotny, mdły uścisk i  jeszcze szybsze cofnięcie dłoni. 

Barman pchnął po ladzie drugą szklaneczkę. Soder nalał sobie i mruknął:  

 - W moim lokalu jest pan zawsze mile widziany.  

 Jednym szybkim ruchem opróżnił szklaneczkę.  

background image

 - Dziękuję - odparł Kelland.  

 - Prowadzę tu czyste interesy i nie chciałbym mieć żadnych kłopotów - mówił dalej Soder. 

-  Z  reguły  nie  zadaję  nikomu  pytań  i  wszystkich  klientów  traktuję  zazwyczaj  jak  dżentelmenów. 

Mam  nadzieję,  że  nie  zechce  pan  uznać  mego  lokalu  za  miejsce  stosowne  do  załatwiania 

porachunków.  

 Jim uśmiechnął się.  

 - Ja też mam taką nadzieję.  

 - Nie - sprostował Soder, tym razem ostro i z naciskiem. - To coś więcej niż tylko życzenie, 

kapitanie. To coś, czego żądam. Nigdy nie czynię wyjątków... nawet wobec przedstawicieli prawa.  

 Uśmiech  zniknął  z  ust  Jima.  Uniósł  lekko  głowę,  a  jego  stalowoszare  oczy  nabrały 

dziwnego, matowego blasku.  

 - Tę instrukcję powinien pan raczej przekazać Benowi Maffittowi.  

 -  Proszę  nie  ulegać  tu  zbyt  pochopnym  i  lekkomyślnym  złudzeniom,  kapitanie  -  głos 

Sodera był nadal spokojny. - Prowadziłem już interesy w niejednym ruchliwym mieście i dawałem 

sobie  radę  z  twardszymi  facetami  niż  pan.  Teraz  prowadzę  dobry  interes  z  chłopcami  z  Pocket 

Land i dlatego uważam ich za doskonałych klientów. Niech pan nie wywołuje tu żadnych awantur, 

kapitanie, zapewniam, że nie będę tego tolerował.  

 - Umówmy się, że nie wypowiedział pan tej ostatniej uwagi - powiedział sucho Kelland.  

 - Chciałbym jednak, aby był pan dobrze zorientowany - odparł ostro Soder.  

 Jim wsunął rękę do kieszeni, wyciągnął ćwierćdolarówkę i położył ją na ladzie.  

 - Powiedziałem przecież, że ten drink idzie na koszt lokalu - powiedział Soder.  

 - Nie - mruknął Jim. - Nie ten.  

 W oczach Sodera dostrzegł pierwsze oznaki gniewu i uświadomił sobie, że będzie miał w 

nim groźnego przeciwnika. Soder wykrzywił nieco usta.  

 - Nie jest to grzeczne posunięcie, kapitanie, ale to już pańska osobista sprawa. Jest pan tu 

obcy,  a  do  tego,  niestety,  w  błędzie.  Wczoraj  wieczorem  wykonał  pan  niewłaściwy  ruch  i  mogę 

pana teraz zapewnić, że nim upłyną dwa miesiące, będzie pan martwy albo przynajmniej zniknie z 

tej doliny.  

 - Może tak, może nie - odparł Kelland. - Zobaczymy.  

 Soder wzruszył ramionami.  

 -  Widziałem  już  legendarnego  Toma  Smitha,  leżącego  w  Abilene  z  odrąbaną  głową, 

widziałem  też  słynnego  Dzikiego  Billa  Hickocka,  niezawodnego  strzelca,  który  cztery  lata  temu 

zginął  w  saloonie  w  Deadwood.  Oni  byli  bardziej  szczwani  i  twardzi  niż  pan,  kapitanie.  A  to 

miasto jest bardziej dzikie niż tamte. Chcę pana ostrzec, ale nie czynię tego z przyjaźni. Nie lubię 

background image

pana, mówię to otwarcie. W tym mieście nie może pana lubić żaden człowiek interesu. Przyjeżdża 

pan  tu  i  chce  zrujnować  wszystko  to,  co  stworzyliśmy  -  przez  to,  że  zamierza  pan  wypłoszyć 

tamtych  chłopców.  Nie  prosiliśmy  nikogo,  żeby  przyjeżdżał  tu  i  mącił,  ani  ludzi  z  rządu,  ani  z 

władz  terytorium.  -  Wlepił  w  Jima  twarde  spojrzenie.  -  Tej  sprawy  nie  uda  się  panu  przetrawić; 

przerasta pana. I, proszę mi wierzyć: istnieje wiele sposobów, by obedrzeć kota ze skóry.  

 To powiedziawszy odwrócił się i wrócił do swojego stolika.  

 Drukarz  stał  oparty  łokciami  o  ladę  i  patrzył  przed  siebie  posępnym  wzrokiem.  Barman 

tkwił  w  bezruchu.  Jim  powoli  opuścił  saloon  i  udał  się  do  hotelu.  Kolację  zjadł  sam,  po  czym 

poszedł  do pokoju,  opuścił żaluzje i zapalił  lampę. Tak jak stał, rzucił się na łóżko, wystawiając 

buty za jego krawędź i skierował wzrok na sufit.  

 W  całej  tej  sprawie  brakowało  mu  jasnej  linii,  i  właśnie  przed  tym  ostrzegł  go  stary  Jeff 

White,  który  od  pięciu  lat  był  jego  zwierzchnikiem,  a  ostatnio  wezwał  go  z Sundown  Land.  Jim 

pamiętał  jeszcze  doskonale  uśmiech  Jeffa  i  ów  charakterystyczny  gest  z  jakim  stary  łowca 

przestępców skubał sobie końce kasztanowych wąsów; gest, który zawsze był oznaką, że coś wisi 

w powietrzu.  

 - Ostatnio prowadzisz dosyć spokojne życie, Jim - powiedział wtedy, on zaś odparł:  

 - Istotnie, nic takiego się nie dzieje.  

 Jasne spojrzenie Jeffa White'a przenikało go na wskroś.  

 - No, chłopcze, za dwie godziny będziesz w drodze nad Ute - po drugiej stronie gór Silver 

Lode.  

 Jeff zapalił powoli cygaro; miał długie ręce o białej, przejrzystej już nieco skórze. Stuknęło 

mu  siedem  krzyżyków,  a  jego  nazwisko  zdążyło  obrosnąć  w  legendę.  Kiedyś  był  mistrzem  w 

dobywaniu  broni,  o  ile  w  ogóle  musiał  jej  dobywać,  co  zdarzało  się  raczej  rzadko.  Sława  Jeffa 

White'a brała się z jego mądrości.  

 -  W  okolicy  miasta  Reservation  jest  kilku  typków,  których  chciałbym  schwytać  - 

powiedział do Jima. - Ale właściwie chodzi mi nie tyle o nich samych, co o cały ten teren. Miasto 

jest  niewiele  warte,  znajdują  w  nim  schronienie  wszyscy,  których  ściga  prawo.  Nad  rzeką  Ute 

siedzi kilku ranczerów, ale - o ile wiem - nie są wcale lepsi od tamtych banitów. Zanosi się na to, 

że oni  wszyscy dadzą się wkrótce wciągnąć w prawdziwą wojnę,  a wszystko  z powodu jakiegoś 

zatargu sprzed dziesięciu, czy piętnastu lat. Według mnie, niektórzy ranczerzy korzystają z pomocy 

banitów. W Reservation jest facet pełniący funkcję szeryfa. Nie ufaj mu! Ostatni szeryf, który tam 

był, zginął w zasadzce pół roku temu. Nie chcę, aby wybuchła tam wojna, nie chcę też, aby zaczęli 

się  tam  osiedlać  wszyscy  bandyci  Zachodu.  Dam  ci  nakaz  aresztowania  kilku  z  tych  chłopców, 

background image

poszukiwanych za pogwałcenie praw federalnych, ale to tylko pretekst; w rzeczywistości chodzi mi 

o to, aby w tym kraju zapanował wreszcie ład, aby zaczęto szanować prawo.  

 - To wymaga czasu - szepnął Jim.  

 A  stary  Jeff  spojrzał  na  niego  wymownie  i  wyjaśnił:  -  rok  temu  straciłem  tam  Joe'go 

Mossmanna.  

 Jim nadal pamiętał, jak wtedy zapytał:  

 - Jeff, jak daleko mogę się posunąć?  

 Oczy Jeffa White'a potrafiły być twarde jak stal, i takie też stały się tym razem.  

 - Tak daleko, jak to uznasz za stosowne, Jim. Możesz poruszyć niebo i ziemię. Co do mnie, 

nie  będę  zadawał  ci  żadnych  pytań.  Uporządkuj  tam  wszystko  po  swojemu.  Są  metody,  jakimi 

człowiek z gwiazdą na piersi nie powinien się nigdy posługiwać. Wiesz o tym tak samo dobrze jak 

ja. Ale ja nie zapytam cię nigdy, czy postępowałeś przez cały czas według litery prawa. Właśnie 

ten straszny błąd popełniłem wobec mojego ostatniego syna. Powiedziałem mu, żeby postępował 

fair. Teraz nie powiem już tego nikomu, tobie też nie.  

 I wreszcie stary Jeff udzielił mu ostatniej rady.  

 - Spróbuj rozeznać się w całej sytuacji, zanim odkryjesz swoje karty. Nie ufaj nikomu. Jest 

tylko  jeden  człowiek,  któremu  w  razie  czego  będziesz  mógł  zawierzyć.  Jeżeli  będziesz  musiał 

przesłać jakąś wiadomość, zajmie się tym stary Sam Rhett, woźnica dyliżansu. Niech jednak nikt o 

tym nie wie. - Potem dodał: - Może jakoś sobie poradzisz. To zależy od twoich zdolności.  

 I w ten sposób znalazł się w Reservation. Upływała dopiero pierwsza doba, a on zdołał się 

już  zorientować,  że  nawet  stary  Jeff  nie  dostrzegał  całego  ogromu  panującego  tu  zła.  Tutejsi 

mieszkańcy  kierowali  się  albo  bezgraniczną  nienawiścią,  albo  obezwładniającym  lękiem.  Oba  te 

uczucia  były  zrodzone  przez  coś  zagadkowego,  coś,  czego  nie  potrafił  pojąć.  W  tej  zwaśnionej 

społeczności nie było nikogo, kto mógłby pozostać neutralny. Do tej pory nie natknął się na takiego 

człowieka.  

 Zsunął nogi z łóżka i nabił fajkę. Myśli nie dawały mu spokoju. Do tej pory nie dostrzegł 

nigdzie  luki,  żadnego  miejsca,  gdzie  mógłby  zacząć  działać.  Musiał  więc  czekać,  aż  pojawi  się 

jakiś punkt zaczepienia, albo też stworzyć ten punkt samemu. Nienawidził czekania. Mógł przecież 

wyruszyć  w  góry,  wytropić  chociaż  jednego  z  tych,  których  szukał,  przywieźć  do  miasta  i 

przekonać się, kto odpowie na to wyzwanie.  

 Jakiś  jeździec  wjechał  do  miasta.  Jim  odchylił  rąbek  żaluzji  i  dojrzał  Katherine  Barr; 

zsiadała właśnie przed sklepikiem. Przez chwilę stała niezdecydowana, przeczesując wzrokiem całą 

ulicę, potem spojrzała na hotel. Wreszcie weszła do sklepu.  

background image

 Jim zeszedł na dół. Właściciel hotelu rozmawiał z kimś, kogo Jim nie poznał do tej pory. 

Obaj patrzyli teraz na niego, a hotelarz powiedział:  

 - To właśnie Kelland.  

 Tamten wstał od razu i wyciągnął dłoń:  

 - Jestem Dobe Hyde. Słyszałem już, że pan tu jest.  

 Był  niski,  łysy,  miał  jasnoszare  oczy  -  zimne  i  osadzone  głęboko  w  pulchnej,  rumianej 

twarzy.  Ubranie  było  trochę  za  obszerne,  a  wełniana  koszula  niemal  sztywna  od  potu  i  brudu. 

Roztaczał wokół siebie intensywny zapach bydła.  

 Kelland uścisnął mu rękę.  

 - Proszę mnie odwiedzić - powiedział Dobe Hyde - o ile zamierza pan zostać tu dłużej.  

 Jim wyczuł sens tego ukrytego pytania i odpowiedział wprost.  

 - Mam zamiar tu zostać.  

 Dobe rzucił mu krótkie spojrzenie.  

 - Bardzo dobrze. Przyda się tu trochę prawa.  

 - Komu, Dobe? - zapytał sucho hotelarz.  

 Dobe uśmiechnął się, jego pomarszczona, zasuszona skóra sprawiała wrażenie, jakby miała 

zaraz pęknąć. Krótkim kciukiem dźgnął tamtego pod żebra.  

 -  Cóż  to,  masz  starego  Dobe'a  za  głupca?  Posłuchaj,  Broderick,  zacznę  szanować  prawo, 

kiedy uczynią to również inni.  

 - Zanim to się stanie, upłynie jeszcze sporo czasu - mruknął Broderick.  

 Dobe Hyde wybuchnął krótkim, rechotliwym śmiechem.  

 - Kiedy tylko uczynią to inni - powtórzył. - Nie wcześniej, i nie później.  

 Spojrzał znowu na Kellanda, jak gdyby chciał go w ten sposób zaskoczyć i odczytać coś z 

twarzy.  

 -  Proszę  mnie  kiedyś  odwiedzić  -  ponowił  zaproszenie.  -  Niektórzy  powiedzą  panu,  że 

jestem dosyć twardy i surowy. Cóż, może to i prawda. Może. Lubię uczyć się od innych, robię to 

szybko i nigdy nie zapominam. Niech pan do mnie przyjedzie, zjemy coś razem.  

 Broderick wtrącił ironicznie:  

 - Poda panu kotlet z wołowiny, ale nie będzie to wół z jego stada.  

 Dobe roześmiał się; zabrzmiało to tak, jakby zabulgotała woda.  

 - Zawsze szanowałem obyczaje tego kraju.  

 Nieoczekiwanie  klepnął  Brodericka  po  ramieniu,  nie  odezwał  się  jednak  ani  słowem  do 

Jima. Uniósł do góry dłoń w geście pożegnania i ciężkim krokiem wyszedł na zewnątrz. Kelland 

patrzył za nim, jak dosiada wycieńczonego konia, po czym rusza ulicą ociężałym kłusem.  

background image

 Tak  widział  go  Kelland.  Lecz  nie  on  jeden  obserwował  małego  człowieczka.  Podczas  tej 

krótkiej rozmowy Charley Chavis stał na placu, skryty w cieniu, nie spuszczając wzroku z hotelu. 

Kiedy Dobe Hyde opuścił miasto, Chavis udał się do stajni, dosiadł konia, objechał część miasta i 

wreszcie  dostrzegł  sylwetkę  Hyde'a  na  drodze  wiodącej  ku  wschodniej  odnodze  Ute.  Odczekał 

chwilę, po czym ruszył jego śladem.  

 Tymczasem Kelland stał zamyślony, spoglądając raz po raz na hotelarza.  

 - Broderick? - powtórzył przeciągle. - Nazywa się pan Broderick? Jack Broderick?  

 Olbrzymia postać jednorękiego hotelarza zdawała się teraz maleć coraz bardzej  na fotelu. 

Martwym wzrokiem patrzył za okno.  

 - Tak - odparł niechętnie.  

 - To nazwisko przypomina mi o czymś, chociaż nie natknąłem się na nie w Sundown Land. 

Pan był w Yellow Hills.  

 Szerokie ramiona Brodericka zapadły się w fotelu jeszcze bardziej.  

 - Widzę, że już mnie pan poznał.  

 - Nie - powiedział spokojnie Jim. - Wyświadczę panu przysługę: nie znam pana.  

 Broderick odwrócił się do niego raptownie.  

 - Dlaczego?  

 -  Niech  pan  to  sobie  zapamięta,  Broderick:  przysługa  za  przysługę.  Przyjdzie  czas,  że 

zażądam od pana rewanżu.  

 Nie  czekając  na  odpowiedź,  wyszedł  z  hotelu.  W  tej  samej  chwili  na  ulicy  zjawiła  się 

Katherine  Barr,  w  ręku  trzymała  paczkę.  Dojrzała  go  -  i  mimo  półmroku  poczuł  na  sobie  jej 

badawcze  spojrzenie.  Weszła  do  restauracji,  on  zaś  udał  się  do  stajni,  osiodłał  swego  wałacha  i 

opuścił  miasto  drogą,  wiodącą  do  rancza  Barrów.  Nieco  dalej  wjechał  w  głęboki  cień  świerku. 

Czekał około pół godziny, aż nadjechała Katherine. Była sama.  

 - Proszę zaczekać - zawołał, wysuwając się na drogę.  

 Zbliżyła się do niego.  

 - Wydaje mi się, że chciała mi pani coś powiedzieć - zaczął.  

 - Może - odparła. - Może istotnie mam coś panu do powiedzenia.  

 Cienki, zamglony sierp księżyca wisiał nisko na niebie. Jego srebrzysta, blada poświata nie 

rozświetlała mroku. Pobliskie grzbiety Silver Lode ciążyły nad krainą swą gęstą, niemal namacalną 

ciemnością. Jim widział tylko płynne poruszenia ramion dziewczyny i zamazane rysy jej twarzy.  

 - Przykro mi, że mój ojciec domagał się przeprosin z pana strony. To było niepotrzebne.  

 - W porządku.  

background image

 Jakiś  czas  jechali  obok siebie  w  milczeniu.  Rzeka  mruczała  w  mroku, wiatr  nadciągał  od 

wierzchołków gór chłodnymi, świszczącymi powiewami.  

 -  Bardzo  bym  chciała,  żebyśmy  byli  przyjaciółmi,  ale  nie  widzę,  niestety,  żadnej 

możliwości. Czy pan już wie, o co tu w ogóle chodzi?  

 - Nie - przyznał. - Jeszcze nie.  

 -  W tej okropnej  dolinie są dwa stronnictwa. Nadejdzie moment,  że jedno z nich wyjaśni 

panu całą sytuację, a wtedy ta jednostronna interpretacja wpłynie na pański osąd.  

 - Czyżby jedna strona miała rację, a ta druga nie? - zapytał z wahaniem.  

 - Tego nie powiedziałam - przyznała niechętnie. - Sama należę do jednej z nich. Nie sądzę, 

byśmy mieli całkowitą rację. Lecz niezależnie od tego - tam jest moje miejsce.  

 - Proszę mówić, ja słucham - mruknął.  

 - Nie! - zawołała gwałtownie, zdradzając tym samym, że owa nieprzejednana stronniczość 

jej rodziny jest również treścią jej życia. - Pan sam musi połapać się w tym wszystkim. Nie mogę 

panu zaufać; nikt nie może sobie na to pozwolić. Wie pan, czemu? Cokolwiek pan uczyni, będzie 

to  z  korzyścią  dla  jednej  strony  i  ze  szkodą  dla  drugiej.  Czy  pan  chce,  czy  nie,  musi  pan  się  w 

końcu  opowiedzieć  tu  albo  tam.  Dlatego  nie  mogę  panu  zaufać.  Radziłabym  też  panu,  nie  ufać 

nikomu.  

 -  Przyjechałem  tu,  aby  pojmać  kilku  ukrywających  się  przed  prawem  przestępców.  Co  to 

ma wspólnego z jakimś zatargiem?  

 - Dowie się pan o tym w swoim czasie.  

 - Czyżby nie zależało pani na tym, aby ta waśń wreszcie się skończyła?  

 - Ona się nigdy nie zakończy! - zawołała gwałtownie.  

 - Może chciałby pan, abym okazała się wspaniałomyślna i wybaczyła naszym wrogom. Ale 

rok temu zginął przez nich mój najstarszy brat i ja wiem, kto to zrobił. Nigdy o tym nie zapomnę, 

nigdy!  

 -  Myślę,  że  Bóg  uczynił  dobrze,  tworząc  chociaż  trochę  tak  łagodnych  kobiet  jak  Tony. 

Ona podoba mi się bardziej niż pani.  

 Usłyszał  wyraźnie,  jak  zaczerpnęła  głośno  tchu,  podobnie  jak  człowiek,  który  otrzymał 

silny cios. Potem jej ramię zatoczyło łuk, a dłoń plasnęła go w twarz.  

 -  Nie  sądzi  pan,  że  mi  jej  żal?  Przeżyła  tragedię,  lecz  nie  mogłam  tu  przecież  niczego 

zmienić!  

 Dobitnie i szorstko powiedział:  

 - Jest pani kobietą w jeszcze mniejszym stopniu, niż przypuszczałem. Żegnam!  

 Z głębi kanionu dobiegł tętent konia.  

background image

 -  To  z  pewnością  któryś  z  moich  braci  -  mruknęła  Katherine.  -  Zastrzeliłby  pana,  gdyby 

zobaczył nas razem.  

 -  Albo  też  sam  zostałby  zastrzelony  -  odparował  Jim.  Ton  jego  głosu  był  nadal 

odpychający.  

 Znowu  skierował  konia  w  ciemność  pomiędzy  świerkami.  Katherine  jechała  dalej  stępa. 

Kilkadziesiąt metrów przed nią nieznajomy jeździec zatrzymał się.  

 -  Katherine?  -  zawołał.  -  Kiedyś  napytasz  sobie  biedy,  jeśli  będziesz  jeździć  do  miasta 

sama.  

 - Już dobrze, Ring - odparła.  

 Głosy zginęły w oddali. Kelland zawrócił do miasta, odstawił konia do stajni i udał się do 

swego  nieprzytulnego  pokoju.  Usiadł  na  brzegu  łóżka  i  zatonął  w  rozmyślaniach,  kiedy  ktoś 

nieśmiało zapukał do drzwi, a potem, nie czekając na zaproszenie, otworzył je.  

 To  była  Tony.  Zawahała  się  przez  chwilę,  spoglądając  na  niego,  a  cień  uśmiechu 

rozpogodził jej twarz. Następnie weszła do pokoju i zamknęła drzwi.  

 - Tony, pani jest pełna niespodzianek - zauważył.  

 Uśmiech  zniknął  z  twarzy  dziewczyny,  dostrzegł,  jak  zmienia  się  linia  jej  warg.  Niemal 

pokornie zapytała:  

 - Nigdy nie czuje się pan smutny albo samotny? Bo ja tak.  

 - Proszę usiąść koło mnie, Tony. Chciałbym panią o coś zapytać.  

 Podeszła  bliżej  i  usiadła  obok  niego.  Uśmiechała  się,  a  wyraz  jej  twarzy  był  otwarty  i 

łagodny, jakiś swojski. Ta dziewczyna miała dużo wdzięku, którego nie zdołała jeszcze zniszczyć 

gorzka,  zdobywana  stale  wiedza  o  otaczającym  ją  świecie.  I  to  czyniło  ją  delikatną  i  godną 

pożądania.  

 

***  

 

 Dobe Hyde wjechał na podwórze Sultanów i krzyknął:  

 - Hej, Buff!  

 Odczekał chwilę. Światło w pierwszym pokoju zgasło, drzwi otworzyły się powoli. Sultan 

stał tuż za progiem, starając się nie tworzyć wyraźnego celu.  

 - To ja, Buff. Dobe Hyde. Wyjdź na chwilę.  

 Buff  zszedł  po  schodkach  na  dół.  Światło  w  pokoju  zapłonęło  z  powrotem,  na  moment 

ukazała się Edith Sultan, która zamknęła drzwi.  

background image

 - Posłuchaj - zaczął Dobe. - Ten facet, który tu przyjechał, to pomocnik szeryfa. Kto go tu 

ściągnął?  

 - Skąd mam to wiedzieć?  

 - Tropi kilku ludzi Maffitta. Obejrzałem go sobie dokładnie. Nie wygląda na głupca.  

 - Nie - przyznał Sultan. - Ja też odniosłem takie wrażenie.  

 - No, więc tak: załóżmy, że schwyta kilku chłopców Bena i da nieźle popalić całej bandzie 

z  Pocket  Land.  Tym  samym  pozbawiłby  poparcia  starego  Pete'a  Barra,  prawda?  Rozumiesz,  co 

mam na myśli?  

 - Niezupełnie - powiedział ostrożnie Buff.  

 -  Ależ tak, na pewno rozumiesz! No... ty i ja nigdy nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego. 

Lubię  grać  własnymi  kartami  i  wyszukiwać  atuty  na  własną  rękę.  Ale  teraz...  może 

wymyślilibyśmy coś wspólnie. Przyjedź do mnie jutro.  

 Zawrócił  na  główną  drogę.  Buff  nie  odezwał  się  nawet  jednym  słowem  i  stary  Dobe 

zawołał w końcu piskliwie:  

 - To jak, przyjedziesz?  

 - Może - odparł Buff i wszedł do domu.  

 - Czego on chciał? - zapytała Edith.  

 - Nie wiem dokładnie. Był bardzo tajemniczy. Prosił, abym go jutro odwiedził.  

 - Bądź z nim ostrożny.  

 - Jasne, jasne. - Potem zapytał: - Dokąd się wybierasz?  

 Jego siostra nałożyła już kapelusz i podchodziła do drzwi. Słysząc jego pytanie, odwróciła 

się. Światło lampy podkreślało świeżość jej policzków i uwydatniało blask oczu. Uśmiechnęła się 

w milczeniu.  

 - Niech mnie diabli, jeśli to właściwa pora na jazdę - mruknął Buff.  

 Uśmiechając  się  nadal,  wyszła  z  domu.  Buff  stał  pośrodku  pokoju,  patrząc  za  nią  ze 

zmarszczonymi brwiami. Po chwili usłyszał tętent konia, oddalającego się w stronę Reservation.  

 Charley Chavis stał w ciemnościach, obserwując spotkanie Buffa Sultana i Dobe'a Hyde'a. 

Widział też Edith Sultan, która opuściła ranczo, skierowała się ku grzbietowi i zniknęła w mroku 

nocy. Kiedy uznał, że zobaczył już wystarczająco dużo, zawrócił do miasta. Jadąc przebiegał myślą 

wszystkie wydarzenia.  

 

***  

 

background image

 Kelland wstał. Tony siedziała na łóżku, wiodąc za nim wzrokiem. Wreszcie odwrócił się i 

zapytał raptownie:  

 - Kochała pani tego Pete'a Rileya?  

 Wzruszyła raminami.  

 -  Myślę,  że  po  prostu  bardzo  go  lubiłam.  Był  dla  mnie  zawsze  miły,  a  to  już  więcej,  niż 

mogłabym  powiedzieć  o  wielu  innych.  Dziewczyna  taka  jak  ja  przyzwyczaja  się  prawie  do 

wszystkiego, tylko nie do uprzejmości.  

 - A dlaczego Maffitt go zastrzelił?  

 - Kiedy Pete był jeszcze razem z nim w Pocket Land, wygrał od niego sporo pieniędzy. I 

wtedy postanowił opuścić ten kraj. Ale Maffitt nie chciał dopuścić do tego. Z powodu pieniędzy, 

ale przede wszystkim obawiał się tego, że Pete wie za dużo.  

 - A co takiego wiedział?  

 Przez dłuższą chwilę spoglądała na niego ze smutkiem.  

 - Pan chce po prostu wyciągnąć ode mnie informacje. Tylko to pana interesuje, ja nie.  

 - Tony, czy pani nie zależy na tym, by pomścić śmierć Pete'a Rileya?  

 -  A  dlaczego  miałby  mnie  interesować  los  innych  ludzi? Proszę  posłuchać:  to  miasto  jest 

samolubne,  przebiegłe  i  okrutne.  Dlaczego  ja,  kobieta,  miałabym  przejmować  się  tym,  że  jego 

mieszkańcy zabijają się wzajemnie? Chcę tylko trochę szczęścia dla siebie, tylko odrobinę.  

 Nie spuszczała z niego wzroku i dlatego dostrzegła, z jakim spokojem Jim przysłuchuje się 

jej słowom. Tony zarumieniła się i oparła ramieniem o poręcz łóżka, uwydatniając łagodne linie 

szyi i piersi. Na wargach pojawił się i zniknął ów nikły uśmiech melancholii. Wreszcie wzruszyła 

ramionami.  

 - Dobrze więc, powiem panu! Może nie powinnam, ale kiedy kogoś polubię, tracę głowę. 

A  pana  polubiłam.  Więc  tak:  wychowałam  się  tu.  Moi  rodzice  byli  właścicielami  pierwszego 

rancza  po  tej  stronie  Silver  Lode.  Widziałam,  jak  zjawiali  się  inni:  Sultanowie,  Ketchumowie, 

Oldroyd, a potem Dobe Hyde i Barrowie. Właśnie Barrowie sprawili, że wszystko się zmieniło.  - 

Urwała, a jej oczy pociemniały na samo wspomnienie tamtych czasów. - Ranczo taty znajdowało 

się na dzikim terenie w połowie drogi pomiędzy dwiema odnogami Ute. Teraz to już tylko ruina.  

 Kelland przypomniał sobie natychmiast dom, w którym spotkał Edith Sultan.  

 - Znam to miejsce - powiedział.  

 -  Mieszkałam  tam  do  dziesiątego  roku  życia.  Potem  z  Południa  przyjechali  Barrowie. 

Nigdy nie uznali tej przeklętej wojny za zakończoną. Wszyscy inni w okolicy pochodzili ze stanów 

północnych. Najpierw zabrali część pastwisk należących do taty, a on był zbyt dobroduszny, aby 

oddać cios. Zresztą wtedy to wszystko dookoła było ziemią niczyją tak jak jeszcze dziś większość 

background image

terenów. Stary Barr napisał do swoich krewnych, żeby tu przyjechali, i wkrótce zebrała się ich cała 

gromada. Potem spędził swoje stado pod granice naszego rancza i tata znalazł się w sytuacji, kiedy 

trzeba  walczyć  albo  się  poddać.  Doszło  do  walki  i  oni  go  zabili.  Sultan,  Ketchum  i  Oldroyd 

wystąpili przeciw Barrom. Katherine i jej bracia byli wtedy dziećmi. Miała jednak też najstarszego 

brata,  Klaya,  który  zginął  w  walce,  podobnie  jak  jeden  z  synów  Ketchuma  i  stary  Sultan,  ojciec 

Buffa i Edith. Zamieszkałam u Oldroydów do czasu, kiedy ukończyłam osiemnaście lat. Barrowie 

przejęli  w  posiadanie  nasze  ranczo  i  nastał  koniec  wojny.  Dzieci  rosły,  ale  żadne  z  nich  nie 

zapomniało;  ich  nienawiść  jest  nadal  tak  silna  jak  dawniej.  -  Znowu  urwała,  po  czym  dodała 

dobitnie. - Jest pan szaleńcem, skoro chce pan wmieszać się w to piekło nienawiści. Po co? Niech 

walczą sami i pozabijają się wzajemnie.  

 - A co z tym Benem Maffittem?  

 - Stoi na czele bandytów, którzy w Pocket Land znajdują schronienie przed prawem. Może 

pan  być  pewien,  że  Ben  Maffitt  stoi  po  stronie  Barrów.  Barr  wie,  że  jego  rodzina  jest  tu  przez 

wszystkich  znienawidzona;  dlatego  utrzymuje  przyjazne  stosunki  z  Maffittem  i  zapewnia  mu 

pewną  opiekę.  Tylko  z  tego  powodu  Buff  Sultan  i  inni  ranczerzy  nie  rozpoczęli  jeszcze  nowej 

wojny. Wiedzą, że Maffitt trzyma stronę Barra, czują się więc zagrożeni i słabsi, ale któregoś dnia 

padnie ta iskra i wszystko zacznie się od nowa, a wtedy nie będzie końca, dopóki jedna ze stron nie 

przestanie istnieć.  

 Skinął ponuro głową.  

 - Dziękuję, Tony.  

 Zrezygnowana  wstała  i  podeszła  do  drzwi.  Tam  zatrzymała  się  i  spojrzała  na  niego. 

Oddychała  szybko,  w  oczach  malowało  się  rozczarowanie.  W  następnej  chwili  wyszła  z  pokoju, 

zamykając za sobą cicho drzwi.  

 A jednak coś z niej pozostało, coś łagodnego, delikatnego. Myślał o tym jeszcze długo po 

jej wyjściu, czując w głowie jakby zamęt. Czuł się tak, jakby musnęła go na moment fala ciepła i 

odpłynęła z powrotem.  

 Z  ulicy  dobiegł  go  nagle  odgłos  zbliżającego  się  dyliżansu.  Jakiś  mężczyzna,  ostro  i 

gniewnie, zawołał:  

 - Gdzie pomocnik szeryfa?  

 Jim zbiegł na dół i zobaczył starego woźnicę dyliżansu, Sama Rhetta. Wokół niego tłoczyli 

się już gapie. W progu stał właściciel saloonu, Cal Soder, obserwując w milczeniu całą scenę.  

 - Jakieś złe wieści, Sam? - zapytał Broderick.  

 Rhett skierował wzrok na Kellanda.  

 - Napadli mnie na wzgórzu. Miałem cztery torby pocztowe. Zabrali najlżejszą.  

background image

 - Gdzie to było? - zapytał Jim.  

 Obok zakrętu, gdzie droga opuszcza kanion Ute. Było ich trzech. Jeden z nich powiedział, 

żebym powtórzył panu, że torba będzie w Pocket Land, o ile chciałby ją pan odebrać.  

 Kelland wiedział, co to oznacza. Właśnie na to czekał. Musiał przyjąć wyzwanie Maffitta, 

nie  miał  innego  wyboru.  Wokół  panowała  cisza,  wszyscy  spoglądali  na  niego  z  uwagą,  jakby 

chcieli oszacować, ile jest wart.  

 - A więc będę musiał pojechać tam i odebrać torbę.  

 - To już pańska sprawa - odparł woźnica. - Ja mam już i tak pół godziny opóźnienia.  

 Odwrócił się, przecisnął przez tłum i po chwili popędzał świeży zaprzęg do galopu. Ludzie 

wychodzili powoli z hotelu i Kelland udał się za nimi. Szedł niezdecydowany, wreszcie przystanął i 

spojrzał na ciche miasto. Dwóch mężczyzn weszło do saloonu. Doc. Showers wyłonił się z mroku 

stajni,  a  jego  szybkie  kroki  wybijały  na  trotuarze  dziarski,  miarowy  rytm.  Za  rogiem  skręcił  i 

wszedł do swego domu. Po chwili w oknie zajaśniało światło.  

 Jim  ruszył  dalej.  Wolnym  krokiem  doszedł  do  stajni  i  chociaż  Henry  tkwił  na  swoim 

miejscu,  sam  osiodłał  gniadego.  W  bladym  świetle  latarni  dostrzegł  podniecenie  dozorcy; 

ciekawość  niemal  go  pożerała.  Jim  bez  słowa  dosiadł  konia,  minął  Henry'ego  i  skierował  się  w 

stronę mostu. Kopyta konia uderzały o bale, budząc głuche, grzmiące echo. Po pięciu minutach był 

już  w  górze;  widział  stąd  mgliste  w  mroku  zarysy  miasta,  tonącego  w  dolinie.  Dotarł  do  drogi  i 

ruszył pod górę ostrym cwałem.  

 

***  

 

 Ledwo Kelland przejechał  przez most, kiedy z saloonu  wyszedł  mężczyzna i  podszedł  do 

uwiązanego przy barierce konia.  

 - Pojechał w góry? - zapytał właściciela saloonu.  

 - Tak - odparł Soder.  

 Mężczyzna  cmoknął  na  konia  i  wkrótce  opuścił  miasto  drogą  wiodącą  ku  posiadłości 

Barrów i do Pocket Landu.  

 

***  

 

 Jeżeli Jim pamiętał dobrze, to od Reservation do wylotu kanionu Ute było około dziesięciu 

mil. Jechał niezbyt szybko, mimo iż wiedział, że stanowi cel dla każdego, kto zaczaiłby się między 

background image

przydrożnymi  drzewami.  Musiał  jednak  podjąć  to  ryzyko,  tym  bardziej,  że  mrok  zapewniał  mu 

pewną osłonę.  

 Czuł  już  wyraźnie  aurę  nocy,  czuł  jej  charakterystyczne  odgłosy.  Siedział  na  koniu 

niedbale,  ale  jego  zmysły  odbierały  skwapliwie  każdy  sygnał  wysyłany  przez  mrok.  Mimo  woli 

powrócił myślami w przeszłość. Nie zawsze był tak samotny jak teraz; kiedyś miał przyjaciół. Dziś 

znał  tylko wrogów, a świadomość zadania, jakie  go czekało, ciążyła na nim jak ogromny balast. 

Jednak pragnienie walki o prawo było w nim silniejsze niż wszelka myśl o nagrodzie. Zachętą dla 

niego  było  przede  wszystkim  uczucie  wierności  wobec  gwiazdy,  jaką  nosił  na  piersi,  uczucie 

głębokiej dumy z ostatecznego celu swojej pracy.  

 Mijały kolejne godziny nocy, a on wspinał się coraz wyżej, zimny wiatr przybierał na sile. 

Oznaczało  to,  że był  już blisko wlotu  kanionu.  Wraz z wiatrem  napływał  nikły zapach piachu;  a 

więc ktoś przejeżdżał tędy niedawno.  

 Pocket Land znajdował się teraz po lewej stronie. Jim zjechał z drogi w dół, zostawiając za 

sobą  teren  skąpany  w  poświacie  księżyca  i  zanurzając  się  w  nieprzejrzaną  czerń  pomiędzy 

świerkami.  Jeszcze  pół  mili  i  zsunął  się  z  siodła,  wymacał  kilka  uschniętych  gałązek  i  rozpalił 

niewielkie ognisko.  

 Mały, pomarańczowy płomień wywarł w gęstym mroku nocy wrażenie równie silne, jakby 

był  to  odgłos  wystrzału.  Kelland  stał  przez  chwilę,  patrzył,  jak  płomyk  wyrasta  do  góry,  liżąc 

gałęzie. Ziemia była tu niczym suchy jak pieprz dywan, utkany z igieł świerkowych. Jim wiedział, 

że ryzykuje, ale podszedł bliżej, w krąg światła, i obrysował ognisko. Powstały w ten sposób rów 

miał zagrodzić drogę rozprzestrzeniającym się coraz dalej płomieniom.  

 Odczekał  jeszcze kilka minut,  aż ogień przekształcił się znowu w połyskującą czerwienią 

bliznę na ziemi.  Lekki powiew wiatru przyniósł zapach skunksa i  gniady zatańczył niespokojnie. 

Jim dosiadł go i ruszył na południe. Teren co pewien czas wznosił się, potem opadał. W ten sposób 

przeciął  trzy  niewielkie  kaniony,  po  czym  dotarł  na  występ  skalny,  pod  którym  majaczyła  w 

ciemnościach głęboka czeluść. Dopiero tu, w sercu dzikiej krainy, dokąd przywiodły go bezdroża, 

spętał konia, owinął się derką i zapadł w lekki sen.  

 O  pierwszym  brzasku  był  już  na  nogach.  Gwiazdy  słały  z  nieba  swój  zimny  blask,  ale 

głęboki mrok nad ziemią rozrzedzał już słaby promień światła. W dole widniała rozwarta gardziel 

kanionu, spowita przesuwającymi się leniwie oparami mgły.  

 Znalazł odpowiednie miejsce, by zejść niżej. Na dnie kanionu płynął strumyk, nieco dalej 

dostrzegł wejście do drugiego kanionu. Skręcił w tamtym kierunku, a kiedy światło dnia rozjaśniło 

ciemności jeszcze bardziej, zorientował się, że jedzie dobrze udeptaną ścieżką.  

background image

 Natychmiast skierował wałacha ukośnie pod górę, aż znowu znalazł się w lesie. O szóstej 

zrobiło  się  zupełnie  widno,  a  spomiędzy  drzew  wystrzeliły  od  wschodu  promienie  słońca.  O 

siódmej gęsty las ustąpił miejsca niewielkiej łące; z trzech stron otaczały ją drzewa, czwarty bok 

ginął z oczu, jakby teren opadał tam w dół.  

 Nie widać było żadnych zabudowań, ale Jim wiedział, że nie tak dawno pasło się tu bydło. 

Tu i ówdzie widniały resztki ogrodzenia, a w powietrzu unosił się nadal zapach ogniska.  

 Ostrożnie  ruszył  dalej,  aż  dotarł  do  drzew  po  drugiej  stronie  łąki.  Tu  biegła  dróżka,  a 

wkrótce  dojrzał  ruiny  blokhauzu  ze  szczątkami  dachu.  Sto  metrów  dalej  rozwarła  się  przed  nim 

niezbyt  głęboka  kotlina,  przez  którą  płynął  rwący  potok;  woda  tryskała  przez  wąską  szczelinę  w 

skale.  Nad  brzegiem  potoku,  już  po  drugiej  stronie  kotliny,  stał  drewniany  dom,  sąsiadujący  z 

korralem. Z komina wydobywał się dym. Jakiś mężczyzna szedł przez podwórze w stronę korralu.  

 W  tym  momencie  wbił  się  w  ziemię  tuż  przed  kopytami  gniadego  pocisk.  Metaliczny 

odgłos wystrzału z ukrytej strzelby odbił się wielokrotnym echem od ścian kotliny. Mężczyzna na 

podwórzu  odwrócił  się  raptownie,  rozglądając  się  bacznie  dokoła.  Z  domu  wybiegło  jeszcze 

dwóch, a ten, który przebywał na dziedzińcu, wskazał ręką na Kellanda.  

 Jim nie tracił już czasu na dalsze obserwacje. Kiedy rozległ się drugi wystrzał, był znowu 

w  lesie.  Zeskoczył  na  ziemię,  wyrwał  karabin  z  olstra  i  podczołgał  się  na  skraj  kotliny.  Przed 

strzelcem, który musiał tkwić gdzieś na lewo, chroniło go lekkie wzniesienie.  

 A więc to była kryjówka Maffitta. - Pocket Land.  

 

***  

 

 Od  domu,  leżącego  nieco  niżej  w  bok,  dzieliło  go  niecałe  dwieście  metrów.  Nie 

przebrzmiało echo drugiego wystrzału, kiedy Jim wycelował w ziemię tuż przed nogami stojących 

w bezruchu na dziedzińcu mężczyzn i wypalił.  

 Kula  wzbiła  fontannę  piachu  i  zmusiła  tamtych  trzech  do  ruszenia  się  z  miejsca.  Dwaj 

pobiegli do domu, trzeci rzucił się w stronę korrala. Jim strzelił w ziemię obok bramy ogrodzenia. 

Chmura  piachu  była  nieduża,  ale  za  to  wymowna,  gdyż  uciekinier  zatrzymał  się  jak  wryty  i  w 

obronnym geście wyciągnął przed siebie ręce.  

 Niewidoczny  przeciwnik  nadal  ostrzeliwał  wzniesienie,  za  którym  krył  się  Jim.  Drobne 

grudki ziemi padały dokoła. Mężczyzna stojący na dziedzińcu wtulił nagle głowę w ramiona, puścił 

się pędem w stronę domu i zniknął za drzwiami.  

 Ze  swojej  kryjówki  Jim  widział  doskonale  trzy  ściany  domu.  Tył  chaty  był  oddalony  o 

kilkanaście metrów od lasu, schodzącego ze zbocza, i ta wolna przestrzeń znajdowała się również 

background image

w  zasięgu  jego  broni.  Ten,  który  go  ostrzeliwał  -  widocznie  wartownik  ustawiony  tu  przez 

bandytów - krył się chyba w górze na skałach, obok wlotu kotliny, a więc o jakieś czterysta metrów 

dalej z lewej strony. Kiedy przerwał na chwilę kanonadę, Kelland odważył się unieść głowę. Nie 

dostrzegł nic podejrzanego.  

 Jednak  okna  domu  -  trzy  na  parterze  i  trzy  na  piętrze  -  stwarzały  tamtym  możliwość 

wzięcia  go  na  muszkę.  Jim  usadowił  się  wygodniej  i  zaczął  systematycznie  ostrzeliwać  dom: 

najpierw  lewe  okno,  potem  prawe.  Trafił  jedną  z  górnych  szyb  i  powrócił  do  okien  w  dole. 

Odległość  wynosiła  niecałe  dwieście  metrów;  nie  była  więc  duża,  jak  na  pogodny,  bezwietrzny 

dzień. Nabojów miał pod dostatkiem.  

 Na każdej szybie odbijały się promienie słońca, a kiedy to migotanie znikało, wiedział, że 

trafił  w  kolejny  cel.  Z  domu  nie  odpowiadano  na  jego  strzały,  co  oznaczało,  że  udało  mu  się 

odpędzić tamtych od okien.  

 Wartownik  odezwał  się  znowu;  strzały  przerwały  ciszę  donośnym  hukiem, 

zwielokrotnionym przez echo. Kelland uporał się już z oknami; posłał teraz dwie kule w drzwi, po 

czym wycelował w górę, ponad dach - czekał, aż ktoś pojawi się za domem.  

 Udało  mu  się  zamknąć  ich  w  tej  pułapce,  nie  wierzył  jednak,  by  w  domu  znajdowali  się 

wszyscy ludzie Maffitta. Kilku z nich znajdowało się z pewnością w lesie. Jim poczuł, że drętwieją 

mu plecy, zrobiło mu się zimno, był więc tu już za długo. Strzelił jeszcze dwukrotnie do rozbitych 

okien, aby napędzić tamtym stracha, po czym wycofał się do lasu. Dosiadł konia i ruszył cwałem 

na zachód.  

 Droga  doprowadziła  go  na  dno  kotliny.  Tam  skręcił  w  las,  objechał  kotlinę  i  dotarł  do 

potoku. W tym miejscu woda była głęboka i Jim stracił kilka minut, zanim natrafił na bród. Strome 

wzniesienie zmusiło go do zwolnienia tempa jazdy i dopiero po kolejnych kilku minutach zostawił 

konia, a sam przedarł się przez zarośla w dół, do skraju lasu. Przed nim widniała teraz tylna ściana 

domu. Drzwi były otwarte. Przez okno dojrzał kilku mężczyzn. Naliczył ich pięciu.  

 Co  jakiś  czas  odzywał  się  karabin  wartownika.  Kelland  przykucnął  za  świerkkem,  uniósł 

spencera i wycelował w drzwi. Sytuacja stała się krytyczna. W każdej chwili mogli zjawić się inni 

ludzie Maffitta, zaalarmowani przez strzelaninę. Dlatego też przeniósł się w inne miejsce. Ale tu 

las był rzadki i Jim wiedział, że dojrzy go od razu każdy, kto znajdzie się na wzgórzu.  

 Zaczął zastanawiać się nad bezsensowną strzelaniną wartownika i wreszcie zrozumiał, o co 

chodzi: tamten miał  nadzieję, że ktoś  w lesie ustali kierunek strzałów i  dzięki temu będzie mógł 

zajść  Kellanda  od  tyłu.  Coraz  bardziej  uświadamiał  sobie  słabe  strony  swojej  obecnej  pozycji. 

Rozejrzał  się  dokoła.  Kiedy  spojrzał  znowu  na  dom,  dostrzegł  rudą  czuprynę  Bricka  Branda, 

stojącego w drzwiach.  

background image

 Po  chwili  Brand  wyszedł  przed  dom.  Na  jego  twarzy  widniały  ciemne  plamy;  ślady  po 

bójce w saloonie. Co jakiś czas zaciągał się dymem z papierosa. Przykucnął i spojrzał na skały przy 

drugim  końcu  kotliny,  gdzie  stał  wartownik.  Potem  wstał  i  ruszył  w  stronę  korralu.  Przechodząc 

obok domu zatrzymał się, zakołysał na obcasach, po czym już bardziej zdecydowanie poszedł ku 

zagrodzie.  

 W drzwiach stanął inny mężczyzna.  

 - Daj spokój, Brick! - zawołał.  

 Brand odwrócił się do niego.  

 - Do diabła z nim! Pokażę mu, że wcale nie jest tak sprytny, za jakiego się uważa.  

 - Już dobrze, zostań tu. Zaraz będzie miał i tak niespodziankę.  

 Brand wzruszył ramionami i zrobił krok w stronę drzwi. Jim uniósł karabin, wycelował w 

jego pierś.  

 - Stać! Nie ruszajcie się, wy dwaj!  

 Brand  znieruchomiał  z  wysuniętą  do  przodu  nogą.  W  tej  niewygodnej  pozycji  odwrócił 

głowę tak raptownie, że stracił równowagę. Zachwiał się i zrobił kolejny krok, po czym zamarł w 

bezruchu, wpatrzony w lufę karabinu Jima. Mężczyzna stojący w drzwiach nie zdołał już wycofać 

się  w  głąb  domu;  znieruchomiał  teraz,  podobnie  jak  Brand.  Rozmowy  w  kuchni  natychmiast 

umilkły.  

 -  Ty  tam,  przy  drzwiach!  -  krzyknął  Jim.  -  Powiedz  któremuś  ze  swoich,  żeby  wyrzucił 

przed dom torbę pocztową!  

 Brand wytrzeszczył oczy.  

 - Co, u diabła... - warknął.  

 Jego kompan uniósł się gniewem.  

 - Kelland, jest pan cholernym durniem! To jeszcze nie koniec tej zabawy! Na pewno nie! 

Jeszcze...  

 - Torba, przyjacielu!  

 Tamci dwaj najwidoczniej starali się znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Brand odwrócił 

nieznacznie głowę, spojrzał na mężczyznę stojącego w progu, po czym przeniósł spojrzenie znowu 

na Kellanda. Nie ulegało wątpliwości, że dali sobie jakiś znak.  

 - Ma pan ostatnią szansę, aby ulotnić się stąd - powiedział tamten przy drzwiach. - I radzę 

to zrobić! Nie wszędzie są drzewa, za którymi można się skryć. Czyżby pan myślał...  

 Jim  strzelił  mu  pod  nogi,  rozpryskując  piach.  Brand  drgnął,  a  ci  którzy  znajdowali  się  w 

domu, zniknęli z pola widzenia. Kelland usłyszał, jak rzucają się na podłogę.  

 - Rzuć mu ten przeklęty wór, Ed! - zawołał przez ramię mężczyzna stojący w progu.  

background image

 Ramiona  Bricka  opadły  trochę  i  Jim  poznał  po  tym  geście,  że  jego  przeciwnik  dał  za 

wygraną. Przez drzwi wyleciała na zewnątrz torba pocztowa.  

 - Odpiąć pas, Brand, i opuścić na ziemię! - zawołał Kelland. - A potem poda mi pan torbę!  

 Dłonie Branda ostrożnie przesunęły się po pasie do przodu. W tym momencie ze wzgórza 

za plecami Jima dobiegł ich ostrzegawczy krzyk wrony. Brand opuścił na ziemię pas i podszedł do 

torby, podniósł ją i zbliżył się do Jima.  

 Kelland cofnął się o krok.  

 - Niech pan trzyma się mnie Brand! - krzyknął ostro.  

 Rzucił  okiem  za  siebie,  ale  nie  dojrzał  nic  podejrzanego.  Jednak  przeczucie  grożącego 

niebezpieczeństwa nie opuszczało go. Cofał się krok za krokiem, a Brand maszerował posłusznie 

za nim. W końcu podszedł do gniadego i dosiadł go.  

 - Rzucaj, Brand! - polecił i chwycił wór ręką.  

 Patrząc  w  wąską  uliczkę  dostrzegł  nieruchomą  postać  mężczyzny  w  drzwiach  domu  oraz 

pozostałych, którzy tłoczyli się w progu, czekając na swoją szansę.  

 - Uciekaj, Brand! - polecił.  

 Brick  odwrócił  się  i  długimi  susami  zaczął  zbiegać  po  zboczu,  a  Kelland  natychmiast 

zawrócił konia i skierował się pod górę. Na pierwszym zakręcie spojrzał za siebie: tamci pędzili co 

tchu do korralu. Jim popędził konia, wyzyskując jego wszystkie siły. Tym razem nie starał się już 

nawet kryć za drzewami.  

 Droga  wiodła  poprzez  ostro  wznoszące  się  zakręty  do  zielonych  wzgórz  ponad  kotlinę, 

przebiegała  przez  pewien  czas  po  równym  terenie,  a  później  zaczęła  schodzić  w  dół.  W  tym 

kierunku, a więc na wschodzie, znajdowały się ranczo Barrów i Reservation. Kiedy po chwili droga 

skryła się między ścianami kanionu, Jim skręcił na południe. W ten sposób ominął ranczo Barrów, 

a nieco później dotarł tam, gdzie stał opuszczony dom.  

 Znalazł krótszą drogę do miasta i dostrzegł przed sobą jeźdźca. Mężczyzna odwrócił się do 

niego,  słysząc  tętent  konia.  Spojrzał  na  Jima  obojętnie,  ale  jego  twarz  zdradzała  usposobienie 

przyjazne i wesołe. Musiał mieć niewiele ponad dwadzieścia lat, jego ruchy były dosyć niezgrabne. 

Za siodłem kolebała się mocno związana ćwiartka dziczyzny.  

 Kelland pozdrowił go i ściągnął konia w trucht.  

 Nieznajomy  musnął  wzrokiem  torbę  pocztową  i  spojrzał  na  Jima  z  większym 

zainteresowaniem.  

 - A więc pan to zrobił - powiedział z namysłem.  

 - To znaczy co?  

 Jasne brwi tamtego uniosły się nieco, a po twarzy przemknął uśmiech.  

background image

 - Och, nic, ja tylko tak do siebie - mruknął. - Robi się coraz chłodniej, prawda?  

 - Do widzenia - odparł Jim i ruszył do przodu.  

 W  południe  dotarł  do  miasta,  umieścił  konia  w  stajni  i  z  torbą  przewieszoną  przez  ramię 

udał się do hotelu. Broderick siedział skulony w fotelu, jak zawsze. Kelland położył torbę na stole.  

 - Niech tu leży, aż przyjedzie dyliżans - powiedział. - To dobry widok dla innych.  

 Wszedł  do  restauracji,  zjadł  obiad,  a  potem  wyciągnął  się  na  łóżku  w  swoim  pokoju  i 

zapadł w krótki, mocny sen.  

 

***  

 

 Niespełna godzinę później przybył do miasta Matt Oldroyd młody mężczyzna, którego Jim 

spotkał  w  drodze.  Zatrzymał  się  przed  tylnym  wejściem  do  hotelu,  odwiązał  dziczyznę,  wniósł 

mięso do kuchni i uśmiechnął się do Tony, spożywającej właśnie swój spóźniony obiad. Spojrzała 

na  niego,  a  jej  twarz  była  obojętna  i  pełna  rezerwy.  Uśmiech  Oldroyda  zgasł.  Stał  przed 

dziewczyną  niezgrabnie,  jakby  zażenowany.  Milczeli  oboje,  ale  pomiędzy  nimi  unosiło  się  w 

powietrzu coś, co było bardziej wyraziste niż to milczenie. Policzki Tony zalewał rumieniec. Matt 

Oldroyd  wpatrywał  się  usilnie  w  czubki  swych  butów.  Wreszcie  odezwał  się  głosem 

przepełnionym głębokim żalem:  

 - Są sprawy, które mogą sprawić mężczyźnie przykrość, Tony.  

 Wsunęła nogi pod krzesło i szepnęła z rezygnacją:  

 - Daj spokój, Matt...  

 - Nie widziałem cię od ubiegłego lata. Jak ci się wiodło przez ten czas?  

 Spojrzała mu prosto w oczy.  

 - A jak ci się zdaje?  

 - Nie, Tony - mruknął z pokorą. - Nie tak.  

 - Co u twojej matki?  

 - Wszystko w porządku.  

 Spojrzała gdzieś w bok.  

 - Przekaż jej ode mnie serdeczne pozdrowienia.  

 Wcisnął ręce w kieszenie i zaczął krążyć po kuchni. W końcu podszedł do stołu, wziął nóż 

i odkroił dwa płaty mięsa.  

 -  Jedna  porcja  dla  ciebie,  a  druga  dla  tego  nowego,  Kellanda.  -  Urwał  i  zamyślił  się,  po 

czym dodał: - Jest na pewno twardy i dzielny, to widać po nim. Ale nie ma tu żadnych przyjaciół.  

 Tony wstała.  

background image

 - Wiem nawet, jak to się zakończy. Zwabią go w jakąś zasadzkę, a potem zabiją!  

 Jej  twarz  zdradzała  silne  wzburzenie  i  Matt  pomyślał,  że  dotychczas  nie  widział,  by 

uzewnętrzniła swe uczucia w tym stopniu. Szorstkim głosem zapytał:  

 - Lubisz go, prawda?  

 -  Matt,  gdybym  była  mężczyzną,  stanęłabym  u  jego  boku.  Znienawidziłam  ten  kraj  i 

nienawidzę prawie wszystkich, którzy tu są. To właściwie zwierzęta. Nikt nie ufa drugiemu, nie ma 

tu  litości  dla  bliźniego,  nie  ma  pokoju.  Sami  zdrajcy!  I  on  wie  już  o  tym.  Wie  też,  że  jest  sam. 

Widzę to po jego oczach i po sposobie mówienia. Lecz on się nie ugnie. Zostanie tu... i zginie.  

 Stanęła przed nim. Gniew uczynił ją jeszcze ładniejszą, rozpalił w jej oczach nowy blask. 

Stała  się  nagle  kobietą,  jakiej  nie  znał.  Ale  wzburzenie  minęło  tak  szybko,  jak  się  zjawiło.  Jego 

miejsce zajęło teraz uczucie zniechęcenia. Opuściła wzrok i dodała obojętnym tonem:  

 - Cóż, wydaje mi się, że zawsze żądałam zbyt wiele.  

 Oldroyd wziął z powrotem mięso. Był bardziej poruszony, niż zdradzała to jego twarz.  

 - Może - szepnął. - Może.  

 Podniosła  na  niego  spojrzenie  i  przez  dłuższą  chwilę  spoglądali  na  siebie  w  milczeniu, 

złączeni jakimś wspólnym wspomnieniem, aż w końcu Tony powiedziała bardzo łagodnie:  

 - Nigdy nie miałam nic przeciw tobie, Matt, i nie jesteś mi nic winien.  

 Oldroyd  wyszedł  na  ulicę,  umocował  dziczyznę  za  siodłem  i  okrążył  plac.  Jego  myśli 

skoncentrowały się na Tony, ale mimo woli zaczął zastanawiać się również nad Kellandem, który 

spodobał mu się od pierwszego spojrzenia. Kelland jest twardy, lecz to jeszcze za mało, pomyślał. 

Ściągnął  konia,  wpatrując  się  w  pustkę  obu  ulic.  Był  na  tyle  mądry,  by  zrozumieć,  co  chciał 

powiedzieć Kelland, odzyskując torbę pocztową. Wiedział też, że Ben Maffitt podejmie wyzwanie. 

Rozstrzygnięcie  oznaczało  walkę  o  byt.  Zapewne  wiedział  o  tym  również  Kelland  i  dlatego 

postanowił  wymusić  i  przyśpieszyć  ten  decydujący  moment.  Matt  nie  widział  dla  Jima  żadnych 

szans, nie wiedział, w jaki sposób tamten mógłby przeżyć tę walkę, czuł jednak dla niego olbrzymi 

podziw,  podziw,  który  nie  wiedzieć  czemu  urzekał  go  i  zakłócał  tok  jego  rozmyślań.  Kelland 

wywarł na nim duże wrażenie. Skręcił na drogę wiodącą wzdłuż wschodniej odnogi Ute i pełnym 

galopem opuścił miasto.  

 

***  

 

 W czasie, kiedy Kelland ostrzeliwał dom w kotlinie, Maffitt zwijał obóz około dziesięć mil 

na południe od pastwisk Barrów. O dziewiątej rano dotarł do domu ranczera i ze swobodą właściwą 

tylko  dobrym  znajomym  zasiadł  do  śniadania.  Po  chwili  dołączył  do  niego  stary  Pete.  Synowie 

background image

Barra  zajęci  byli  stadem  nowych  koni  w  korralu,  a  Katherine  nie  zeszła  jeszcze  z  góry.  Nie 

zdradzając swego zainteresowania, Maffitt nasłuchiwał lekkich kroków dziewczyny na piętrze.  

 - Jakieś nowiny? - zapytał Pete.  

 Maffitt  potrząsnął  głową.  Pani  Purdy,  kucharka  i  gospodyni  Barrów,  podała  mu  drugą 

filiżankę kawy. Ben uśmiechnął się z zadowoleniem, odsłaniając białe zęby. Wyjął z ust papierosa i 

odłożył go na talerz, strząsając popiół na obrus, po czym odwrócił się na krześle i skierował wzrok 

na kobietę. Jego uśmiech stał  się jeszcze szerszy. W spojrzeniu  pani Purdy widniała nieskrywana 

wrogość.  Maffitt  umyślnie  strząsał  popiół  na  stół:  drażnienie  kobiety,  która  tak  bardzo  go 

nienawidziła, sprawiało mu satysfakcję.  

 Nie  miał  też  żadnych  złudzeń  co  do  Barrów;  wiedział,  że  potrzebują  go  jedynie  jako 

podpory  swojej  władzy  w  dolinie.  Trwające  od  dawna  panowanie  Barrów  zaczynało  się  chwiać 

coraz bardziej, dlatego stary Pete korzystał z każdego wsparcia, na jakie mógł liczyć.  

 Maffitt  czuł,  że  Barrowie  nie  akceptują  zażyłości,  jaką  demonstrował  wobec  nich. 

Prowadzili  wprawdzie  podejrzane  interesy  z  szatanem,  ale  pragnęli,  aby  szatan  nie  opuszczał 

swego  królestwa.  Sytuacja  bawiła  go.  Często  przyjeżdżał  na  ranczo  Pete'a,  zostawał  na  posiłki, 

przesiadywał  na  werandzie  i  ostentacyjnie  okazywał,  że  oczekuje,  by  traktowano  go  na  równi  z 

innymi.  Tym  samym  drażnił  dumę  Barrów  i  zbijał  ich  z  tropu.  Czuł  to  również  teraz  patrząc  na 

Pete'a, nie dał się zwieść jego aroganckiej minie.  

 - Zaczął pan ryzykowną grę, wysyłając chłopców po torbę pocztową z dyliżansu - odezwał 

się Barr. - Nie powiem, by mi się to podobało.  

 - Chce pan, żeby Kelland tu pozostał?  

 - Nie. Nie rozumiem jednak, po co panu ta torba. Czy ona pomoże przegnać go stąd?  

 -  Kelland  ma  jeden  słaby  punkt  -  odparł  Maffitt.  -  A  ja  chcę  to  wykorzystać.  Będzie 

próbował odzyskać tę torbę.  

 Pete potrząsnął ponuro głową.  

 - Nie podoba mi się to.  

 - Niech pan będzie rozsądny, Pete. Co stanie się z nami, jeśli go nie powstrzymamy? Buff 

Sultan  i  Dobe  Hyde  przyczaili  się.  Tylko  czekają  na  moment,  by  móc  na  nas  uderzyć.  Pan  sam, 

Barr, wykurzył kiedyś ojca Tony Black z jego rancza, a teraz inni aż się palą, by odpłacać panu tym 

samym.  

 - Nie pytałem pana o zdanie - warknął Pete.  

 Na  twarzy  Maffitta  odmalowała  się  mądrość  nabyta  przez  wszystkie  lata  jego  dzikiego, 

brutalnego życia.  

 - Pete, bez mojego poparcia byłby pan skończony.  

background image

 Most nad Ute zadygotał raptem pod kopytami pędzącego konia, a na schodach zabrzmiały 

szybkie kroki Katherine. Na dziedziniec wjechała grupa jeźdźców, jeden z nich zawołał:  

 - Ben tu jest, prawda? To jego koń!  

 Maffitt  wybiegł  na  werandę.  Czwórka  jego  ludzi  nie  zsiadała  z  koni,  a  Brick  Brand 

krzyknął:  

 - Maffitt, gdzieś ty był, do diabła? Nie widziałeś Kellanda?  

 Obok  Bena  stali  już  stary  Pete  i  Katherine.  Zza  węgła  wyłonili  się  trzej  synowie  Barra  i 

dwaj krewniacy.  

 - Był w Pocket Land, a wyście go nie zatrzymali? - zapytał z niedowierzaniem Maffitt.  

 - Zgadza się, nie zatrzymaliśmy go - odparł Brand.  

 Ben stał rozkraczony. Krew uderzyła mu do głowy.  

 - I widziałeś go?  

 -  Tak  jak  ciebie  teraz  -  odparł  Brand.  -  Był  wystarczająco  blisko.  Oddał  ze  dwadzieścia 

strzałów w naszą stronę, a potem zabrał torbę.  

 Oczy  Maffitta  rozgorzały  ciemnym  blaskiem,  ale  po  chwili  na  jego  twarz  powrócił  ów 

typowy dla niego wyraz skrywanej przebiegłości.  

 -  A  więc  to  my  wyszliśmy  na  durniów  -  powiedział  patrząc  na  Pete'a.  -  Od  razu 

pomyślałem  sobie,  że  z  nim  nie  ma  żartów.  Dalsze  zwlekanie  nie  miałoby  sensu,  nie  będziemy 

czekać.  -  Zwrócił  się  do  swoich  ludzi:  -  Wracajcie  do  kotliny.  Najodpowiedniejszą  porą,  aby 

pojechać do Reservation, będzie dzisiejszy wieczór.  

 Spoglądał za nimi, kiedy odjeżdżali truchtem, później skierował znowu wzrok na Pete'a:  

 - Kelland będzie obnosił się w mieście z tą torbą, jak ze zdobytym skalpem. Wiedziałem, 

że do tego dojdzie. Jeden z nas jest silniejszy. On albo ja. Gdybym czekał jeszcze choćby dzień, 

byłbym przegrany. Pan też, Pete. Rozumiemy się.  

 - Nie - odparł Pete. - Tego nie rozumiem.  

 -  Człowiek,  który  bawi  się  ogniem,  może  sobie  łatwo  poparzyć  palce  -  wyjaśnił  powoli 

Maffitt.  

 Spojrzał  na  Katherine,  jak  gdyby  oczekiwał  od  niej  jakichś  słów,  albo  też  uśmiechu.  Ale 

dziewczyna milczała i również w jej oczach nie kryło się nic, co mogłoby mu pomóc. Bez słowa 

dosiadł konia, przejechał po moście i wkrótce zniknął za zakrętem.  

 - Zbierzcie wszystkich ludzi - powiedział stary Pete. - Chciałbym im coś powiedzieć.  

 Katherine postąpiła krok do przodu.  

 - Tato, nie daj...  

 Rzucił jej ostre spojrzenie.  

background image

 - Już dobrze, Katherine.  

 W milczeniu odwróciła się, weszła do domu i wbiegła na schody.  

 Z dołu dobiegały ją głosy mężczyzn. Z okna widziała całą dolinę skąpaną w blasku słońca, 

migotliwe  promienie  tańczyły  w  bystrych  nurtach  Ute.  Odległe  stoki  Silver  Lode  ginęły  pod 

ciemną  zielenią,  wysoko  na  niebie  żeglował  samotny  obłoczek,  a  powietrze  przesycone  było 

zapachem jesieni i dymu.  

 Katherine  domyślała  się,  że  źródłem  niepokoju  ojca  jest  Maffitt.  Przypomniała  sobie,  w 

jaki sposób Maffitt patrzył na nią. Jego spojrzenie nie było przyjazne również wtedy, gdy usiłował 

udawać  skromnego.  Nawet  w  jego  uśmiechu  było  coś  brutalnego,  czaił  się  w  nim  przebłysk 

zwierzęcego sprytu, jaki wyrobiło w nim życie.  

 Musiała  przyznać  w  duchu,  że  boi  się  tego  człowieka.  Czuła,  że  Maffitt  pożąda  jej  i  że 

gotów jest wpędzić Barrów w poważne tarapaty, aby tylko osiągnąć swój cel. Nikt nie wiedział, o 

czym on myśli, co knuje. Tym bardziej irytowało ją to, że jej rodzina szukała oparcia właśnie w 

nim.  Nigdy  nie  kryła  swego  niezadowolenia.  Ale  ojciec  nie  przejmował  się  uwagami  córki;  nie 

należał do mężczyzn, którzy przywiązują wagę do zdania kobiety.  

 Raptem  stwierdziła,  że  myśli  o  Jimie  Kellandzie  i  to  nie  jako  o  ewentualnym 

sprzymierzeńcu  w  walce,  lecz  tak,  jak  myśli  kobieta  o  mężczyźnie,  który  wzbudził  jej 

zainteresowanie. Przed jej oczami pojawiła się nagle wyraźnie jego twarz; nieco nieregularne, ale 

jakże  męskie  rysy,  uśmiech  maskujący  skrywany  we  wnętrzu  smutek  oraz  wzbudzające  zaufanie 

szare oczy.  

 Przypuszczała,  że  Kelland  wie  wszystko  o  Mafficie,  że  potrafi  przeciwstawić  się 

nieokiełznanej żądzy przemocy sprytnego bandyty. I właśnie dlatego Maffitt postanowił pojechać 

dziś do Reservation, chciał zakończyć ten zatarg na swój brutalny sposób.  

 Myślała o tym wszystkim jeszcze wtedy, kiedy szła na obiad. Oprócz jej ojca i braci przy 

stole siedzieli również Creed i Will. Dawniej mieszkało tu więcej Barrów, niektórzy jednak umarli, 

inni wrócili na Południe. Wszystkich zdawała się łączyć jedna wspólna cecha: ciasna stronniczość 

w spojrzeniu na sprawy rodziny. Jedynie Dan różnił się nieco od innych. Właśnie teraz patrzył na 

siostrę  wzrokiem,  w  którym  czaił  się  ukradkowy  uśmiech.  Był  bardziej  pogodny  i  szczery  niż 

reszta rodziny i jego jedynego obdarzała prawdziwą siostrzaną miłością.  

 Po  posiłku,  kiedy  Creed  i  Will  udali  się  na  pastwisko,  a  inni  zajęli  się  końmi  w  korralu, 

poszła do szopy,  gdzie pracował  Dan. Przez cały czas czuła na sobie baczny wzrok ojca i  chyba 

Dan także to zauważył. Uśmiechnął się i opuścił oczy na kosiarkę.  

 - Co tata wam powiedział? - zapytała.  

 - Mamy trzymać się z dala od Reservation.  

background image

 - I to wszystko?  

 -  Wydaje  mi  się,  że  on  się  tym  wszystkim  gryzie.  Creed  i  Will  mają  trzymać  wartę  na 

południowej granicy pastwiska. Powiedział też, żebyśmy unikali ludzi Bena Maffitta.  

 -  Na  to  jest  już  za  późno.  Maffitt  przychodzi  tu  i  odchodzi,  kiedy  chce,  tak  jakby  dom 

należał do niego.  

 - Ten, kto bawi się ze skunksem, przejdzie w końcu cały jego smrodem.  - Dan spojrzał na 

niebo i otrzepał ręce. - Przejadę się trochę.  

 - To może osiodłaj i dla mnie konia - poprosiła Katherine.  

 Dan  powlókł  się  w  stronę  stajni,  a  Katherine  dostrzegła  przez  otwarte  wrota  szopy,  jak 

ojciec odwraca się powoli, nie spuszczając z Dana oczu. Ta niezwykła czujność zaniepokoiła ją, 

serce zabiło jej mocniej w piersi. Kiedy Dan przyprowadził konie, wyszła niepewnym krokiem z 

szopy i wskoczyła na siodło. W tym momencie podszedł do nich ojciec.  

 - Chwileczkę, jeśli łaska! Dokąd to?  

 - Na przejażdżkę - odparł Dan obojętnym tonem. Uśmiechnął się, jak gdyby nigdy nic.  

 - Trzymajcie się z dala od miasta - polecił Pete. - Nie opuszczajcie naszego terenu. - Żadne 

z  nich  nie  odezwało  się  nawet  słowem  i  w  starym  Barrze  wzięła  górę  impulsywna,  despotyczna 

natura. - Nie ścierpię żadnych krętactw z waszej strony. Powiedzcie, że zrobicie tak, jak kazałem, 

albo rozsiodłajcie konie. Znajdzie się dla was sporo roboty tu, na miejscu.  

 -  Zdaje  się,  że  zapomniałeś  o  czymś,  ojcze  -  odezwał  się  łagodnie  Dan.  -  Kathy  ma  już 

dwadzieścia jeden lat, a ja skończyłem dwadzieścia dwa.  

 Katherine widziała już kiedyś ojca takim, jak teraz: stał odrętwiały, a gniew narastał w nim 

od wewnątrz.  

 - Zejdźcie z koni - rozkazał.  

 Spojrzała na brata, na jego oczy, z których zniknęły nagle pogoda i radość. On, traktujący 

życie tak - zdawałoby się - niedbale i lekko, zmienił się całkowicie w ciągu jednej chwili.  

 - Nie - odparł. - Tego nie zrobię.  

 Pete zawołał Ringa i Faya, którzy stali nie opodal, oparci o ogrodzenie korralu. Obaj bracia 

podeszli posłusznie, ale nie ukrywali swego zdziwienia.  

 Pete Barr powiedział cicho, przez prawie zaciśnięte wargi:  

 - Ściągnijcie Katherine i Dana z koni.  

 Fay był wyraźnie zawstydzony.  

 - Nie mogą zejść sami? Chyba nie są sparaliżowani?  

 - Zróbcie, co powiedziałem - syknął Pete.  

background image

 Widząc  minę  brata,  ponurą  i  niepewną,  Dan  roześmiał  się  na  całe  gardło,  a  potem 

powiedział głosem ostrym jak smagnięcie biczem:  

 -  Wyjaśnijmy  to  sobie  lepiej  od  razu.  Tego,  kto  tknie  choćby  jednym  palcem  mnie  albo 

Katherine, zbiję na kwaśne jabłko.  

 - Chwileczkę! - obruszył się Ring. - Za ostro sobie poczynasz!  

 Wyzwanie brata podrażniło widocznie jego ambicję. Postąpił krok do przodu.  

 - Ring, uważaj - zawołała Katherine.  

 Przystanął niezdecydowanie.  

 - Do diabła, co tu się właściwie dzieje, dlaczego wszyscy są tak rozjuszeni? - wymamrotał.  

 Fay  wpatrywał  się  do  tej  pory  w  dziewczynę  i  prawdopodobnie  wyczytał  w  końcu  z  jej 

twarzy coś, co pozwoliło mu podjąć decyzję. Odwrócił się i trącił Ringa.  

 - Zostaw ją w spokoju.  

 Pete  uniósł  nagle  dłoń  i  pochwycił  oba  konie  za  wędzidła.  Wyraz  jego  twarzy  przeraził 

Katherine.  Patrzył  teraz  na  nich,  jak  na  ludzi  zupełnie  obcych.  Sprzeciwili  się  jego  woli,  on  zaś 

odebrał to jako obrazę, nakazującą mu zapomnieć, że ma przed sobą własne dzieci.  

 - Zsiadać! - krzyknął, tłumiąc z trudem wściekłość. - Zejdźcie z koni i idźcie do domu!  

 Dan uniósł cugle. Opuścił wzrok na ojca, bardziej blady niż kiedykolwiek przedtem.  

 - Jeżeli nie odsuniesz się na bok, stratuję cię - powiedział.  

 Nikt nie poruszył się i nikt nie odezwał się nawet słowem. To wszystko spadło jak grom z 

jasnego  nieba.  Katherine  czuła  gwałtowne  bicie  serca,  które  zdawało  się  rozsadzać  jej  pierś. 

Oddychała  ciężko,  każdy  wdech  i  wydech  sprawiał  jej  ból.  Chciała  już  zsiąść  z  konia  i  dać  za 

wygraną, ale coś powstrzymywało ją od tego kroku; duma albo też owa bolesna dezaprobata ojca. 

Ten  krótki  moment  wystarczył,  aby  uświadomiła  sobie  z  przerażającą  jasnością,  jaka  jest  jej 

rodzina i jak widzą ich inni mieszkańcy doliny.  

 Ojciec opuścił nagle ręce. Odwrócił się i pobiegł co sił w stronę korralu.  

 - Dajcie jakiś bat! - krzyczał. - Gdzie bat?  

 Fay  skoczył  ku  niemu,  usiłując  go  powstrzymać.  Łypnął  okiem  na  Katherine  i  Dana  i 

zawołał:  

 - Zmykajcie stąd, ale już!  

 - Puść go - powiedział Dan ochrypłym głosem. - Chciałbym przekonać się na własne oczy, 

jakiego mam ojca!  

 - Chodź już - szepnęła Katherine i puściła konia w cwał.  

background image

 Dan  ruszył  za  nią  niechętnie.  W  milczeniu  zjechali  w  dolinę.  Dopiero  pół  mili  dalej  Dan 

wypuścił  z  dłoni  cugle,  aby  skręcić  sobie  papierosa.  Katherine  dostrzegła,  że  jego  ręce  nadal 

dygocą silnie - i to było powodem, dla którego przerwała milczenie.  

 

***  

 

 - Dlaczego? Dlaczego postąpiliśmy w ten sposób?  

 - Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że pomyślałem chyba w tym momencie o matce - 

odparł Dan. - Musiałem pomyśleć o niej; o tym, że przyszło jej to znosić przez trzydzieści lat.  

 - Chyba wszyscy w okolicy nienawidzą nas, prawda?  

 - A dlaczegóż by miało być inaczej? - zapytał ironicznie.  

 - Nie. Nie zasłużyliśmy na to aż w takim stopniu, Dan.  

 Spokojnie,  ale  akcentując  dobitnie  każde  słowo,  powiedział:  -  Nie  zasłużyliśmy  na 

potępienie bardziej niż Dobe Hyde, Buff Sultan czy też inni z tej doliny. Zdobyliśmy naszą ziemię 

dokładnie w ten sam sposób, co oni. Jeżeli dojdzie do walki, stanę u boku taty, tak jak i ty. Lecz to 

nie zmienia w niczym faktu, że Barrowie popełnili jeden olbrzymi błąd: a błąd ten polegał na tym, 

że w ogóle przybyli w te strony.  

 Za następnym zakrętem opuścił dolinę i skierował się pod górę. Katherine podążyła za nim, 

jej uwagi nie uszło jednak ukradkowe spojrzenie brata.  

 - Dokąd jedziesz? - zapytał jakby mimochodem.  

 - Och, po prostu tak.  

 Nie  odzywał  się  już  do  chwili,  kiedy  znaleźli  się  na  zalesionym  grzbiecie  wiodącym  ku 

dolinie Dobe'a Hyde'a. Tu zatrzymał się, a jego twarz pokrył rumieniec.  

 - Katherine, dalej pojadę już sam.  

 Wiedziała, co to znaczy; znała przecież brata wystarczająco dobrze.  

 - Dziewczyna?  

 - Tak, dziewczyna.  

 - Widziałam cię kiedyś razem z nią?  

 Wzruszył ramionami.  

 - Jeżeli sprawy będą stały nadal tak, jak teraz, nie zobaczysz mnie z nią nigdy.  

 Najwidoczniej było to już wszystko, co miał jej do powiedzenia. Zawrócił konia, puścił go 

w cwał leśną drogą i wkrótce zniknął za przesieką.  

background image

 Przez dłuższą chwilę siedziała tak w bezruchu, zatopiona w myślach. Niezwykły pesymizm 

brata zaniepokoił ją. Zawsze był przecież tak pogodny i wesoły! Ta zmiana świadczyła o tym, że 

sytuacja była o wiele poważniejsza, niż się tego spodziewała.  

 W końcu ruszyła przez las w stronę starej, zarośniętej zielskiem drogi wojskowej, która na 

długo  jeszcze  przed  założeniem  linii  pocztowej  Silver  Lode  stanowiła  jedyne  połączenie 

Reservation z resztą świata. Najpierw ten szlak tratowały niezliczone stada bizonów, potem zjawili 

się traperzy i myśliwi, a jeszcze wyraźniej wydeptały tę drogę oddziały indiańskich wojowników. 

To właśnie tędy udawali się do kopalń w Montanie nieustraszeni pionierzy, których śladem poszli 

następnie woźnice i żołnierze.  

 Dziesięć  lat  upłynęło  już,  odkąd  przejeżdżał  tędy  generał  Custer.  Jego  złociste  włosy 

błyszczały  w  słońcu,  a  on  spoglądał  z  ufnym  uśmiechem  w  przyszłość,  która  na  szczęście  była 

wtedy dla niego wielką niewiadomą. W kurzu tej drogi zapisane były dzieje Zachodu. W cichych 

ostępach, pomiędzy świerkami, drzemała pamięć o krwawych potyczkach i pieśniach żołnierzy, o 

skrzypiących osiach wozów...  

 Wszystko  to  stanęło  jej  teraz  wyraźnie  przed  oczami,  gdyż  miało  miejsce  tak  niedawno. 

Przed  domem  Barrów  zatrzymał  się  kiedyś  Jim  Bridger,  również  legendarny  Wild  Bill  Hickock 

odpoczywał  tu  w drodze do Deadwood; pamiętała doskonale jego łagodny  głos  i  niemal  kobiece 

rysy twarzy.  

 Od tamtej pory upłynęły już cztery lata, ona jednak powracała do niej myślą, jadąc dalej. 

Kiedy  dotarła  do  miejsca,  skąd  odchodziła  droga  do  Reservation,  zjechała  w  bok,  pomiędzy 

drzewa, aby nie natknąć się na nikogo, wkrótce znalazła się na małej polance i  wtedy dostrzegła 

Jima Kellanda.  

 Stał,  patrząc  na  nią.  Widocznie  usłyszał  przedtem  jej  konia.  Wyraz  bacznego  napięcia 

znikał mu z twarzy. Ściągnął z głowy kapelusz i uśmiechnął się. Prawdopodobnie przyjechał tu na 

czaty. Pomiędzy drzewami znajdowała się luka, przez którą mógł bez trudu obserwować drogę do 

miasta i wszystkie ścieżki wiodące pod górę z obu dolin.  

 Nie zapomniała ich ostatniego spotkania, a mimo to powiedziała:  

 - Zależało mi bardzo na rozmowie z panem.  

 Zsiadając z konia, ujrzała w jego uśmiechu wyraźny smutek, z którego on sam nie zdawał 

sobie zapewne sprawy. Jego zachowanie i postawa były szorstkie i świadomie surowe, jak gdyby 

nie dbał zupełnie o innych ludzi i nie ufał im. Ale uśmiech zdradzał wiele. Ten twardy na pozór 

mężczyzna był zdolny do głębokich uczuć, skrywanych przed światem.  

 - Przypuszczam, że większość naszych spraw nie jest już dla pana tajemnicą - stwierdziła.  

 - Większość tak.  

background image

 - Poznał je pan z relacji ludzi, którzy nienawidzą Barrów. Uważa pan, że to sprawiedliwe, 

oceniać nas na tej podstawie?  

 -  Kiedy  czerpie  się  wodę  z  mulistej  studni,  trzeba  trochę  odczekać,  żeby  się  odstała  - 

powiedział. - Przekonałem się o tym nieraz. Dlatego nie oceniłem jeszcze pani rodziny.  

 - Ale wcześniej czy później będzie pan musiał to zrobić.  

 - Może - odparł.  

 Zwrócił  wzrok  ku  miastu.  Dwóch  jeźdźców  wyjechało  z  doliny  wschodniej  odnogi  Ute, 

wzniecając  tumany  kurzu.  Był  wczesny  wieczór;  słońce  skryło  się  już  za  wierzchołkami  Silver 

Lode, oblewając je czerwoną poświatą.  

 - Czy pani rodzina będzie dziś w mieście? - zapytał jakby mimochodem.  

 - Właśnie dlatego chciałam z panem porozmawiać. Maffitt przyjedzie do Reservation.  

 - Tak też myślałem. Przyjąłem jego wyzwanie, a teraz rzuciłem mu swoje. W tej grze nie 

ma właściwie wariantów. Pani rodziny nie będzie?  

 - Nie wiem - odparła otwarcie. - Wiem tylko, że Maffitt uczyni wszystko, aby pana zabić. 

Będzie  miał  ze  sobą  czterech,  może  nawet  pięciu  ludzi.  W  tym  mieście  nie  może  pan  liczyć  na 

niczyją pomoc, Kelland. Jak...  

 - Czy pani się śpieszy? - przerwał jej.  

 - Nie.  

 - Tam widzę wspaniałe miejsce. Usiądźmy i popatrzmy, jak miasto napełnia się ludźmi.  

 Wolnym krokiem podszedł do krawędzi wzniesienia i odwrócił się, czekając na nią. Przez 

dłuższy  czas  trwała  w  bezruchu,  niezdecydowana.  Nie  miała  tu  nic  do  roboty,  była  jednak 

świadoma, jak bardzo interesuje ją ten mężczyzna. Sprawił to jego uśmiech, obojętny i nikły, który 

mówił tak wiele, a jednocześnie tyle samo skrywał. Przypomniała sobie nagle ojca, jego wybuch 

gniewu, i w tym momencie podjęła decyzję. Podeszła do Kellanda i usiadła obok niego. Jim stał 

wsparty o pień świerku; wyciągnął z kieszeni fajkę, nabił ją i zapalił.  

 Po  chwili  odwrócił  głowę,  a  kiedy  spojrzała  w  tę  samę  stronę,  dostrzegła  kolejnego 

jeźdźca, który zdążał do miasta od wschodniej doliny. Zbliżał się wieczór i las pokrywał się coraz 

głębszym cieniem.  

 - Co pan zamierza? - zapytała niemal szeptem. - Chce pan tylko unieszkodliwić Maffitta i 

jego ludzi... czy też posunie się pan jeszcze dalej?  

 - Na razie nie podjąłem żadnej decyzji.  

 - Ale będzie pan musiał jakoś się zdecydować.  

 - Tak.  

background image

 Jej wygórowane poczucie dumy znowu dało o sobie znać. Wyprężyła się i otworzyła usta, 

aby  wstawić  się  za  własną  rodziną,  aby  powiedzieć  mu,  ile  wycierpiała  przez  te  wszystkie  lata 

nienawiści.  Żadne  z  tych  słów  nie  przeszło  jej  jednak  przez  gardło,  gdyż  on  patrzył  na  nią 

wszystkowiedzącym, choć zadumanym wzrokiem, tak jakby rozumiał ją bez zbędnych wyjaśnień. 

Była to  jedna z najosobliwszych chwil  w jej  życiu,  kiedy tak siedziała i  czuła, jak gaśnie w niej 

gniew, ustępując miejsca bojaźni; lękowi o życie tego mężczyzny. Oczami wyobraźni widziała już 

tę scenę: oto on stoi na głównej ulicy Reservation, a zza węgła saloonu nadchodzą Maffitt i jego 

ludzie.  Z  jakiegoś  okna  padało  światło,  ale  wszyscy  mężczyźni  na  ulicy  tonęli  w  cieniu.  W 

następnej chwili cała scena zniknęła.  

 Jim  dojrzał,  jak  dziewczyna  unosi  głowę,  jak  szybko  migocą  w  jej  oczach  na  przemian 

światło  i  mrok.  Rozchyliła  wargi  i  zamknęła  je  z  powrotem;  czerwone,  połyskujące  żywo  na 

śnieżnobiałej twarzy. Siedziała na ziemi z podkurczonymi nogami, na których splotła długie palce. 

Ubiór  jeździecki  nie  potrafił  zatuszować  kobiecych  kształtów  ciała,  pełnego  wdzięku  i  energii; 

znowu poczuł skryty w niej płomień i nieznane mu dotąd pragnienie przeszyło go jak strzała.  

 -  To  mi  się  na  nic  nie  przyda,  jeśli  to  powiem  -  wymamrotał.  -  Ale  muszę  przyznać:  jest 

pani piękna.  

 Była wyraźnie zaskoczona. Oczy  powiększyły się, policzki  ściemniały.  Uśmiechnęła się i 

promień tego uśmiechu przełamał dumę, która zmroziła przedtem jej twarz. Podniosła się i zapytała 

zmieszana.  

 - Cóż to jest: piękność, Jim?  

 Mówił śpiesznie, prawie bezładnie, ochrypłym głosem.  

 -  To,  co  mężczyzna  dostrzeże...  i  co  poczuje.  Jakieś  ognisko  nocą...  wiosenny  wiatr  po 

ustępującej zimie. Coś w oczach kobiety... i na jej ustach... albo też w ruchu jej ciała. Tego nie da 

się opisać. To po prostu istnieje... o ile dojrzy to mężczyzna.  

 Urwał  i  widać  było,  jak  całą  siłą  woli  przywołuje  na  twarz  wyraz  obojętności.  We 

wschodniej dolinie pojawił się tuman kurzu: do miasta zdążali kolejni jeźdźcy.  

 - Jadą następni - zauważył sucho.  

 Podeszła  do  niego  tak  blisko,  że  mogła  dotknąć  go  ręką.  Nie  wiedział  o  tym,  lecz  jego 

słowa poruszyły ją do głębi, były jak silny podmuch wiatru. Czuła, że ożyły w niej jakieś przelotne 

myśli,  pobudzając  i  tak  już  bujną  fantazję.  Żaden  mężczyzna  nie  mówił  jeszcze  do  niej  w  ten 

sposób;  nie  wiedziała  w  ogóle,  że  jest  to  możliwe.  Sama  rozmyślała  często  nad  tymi  sprawami, 

zwłaszcza  podczas  spacerów,  nie  sądziła  jednak,  że  może  odkryć  u  innego  człowieka  echo 

własnych odczuć.  

background image

 Kelland  stał  w  bezruchu,  czując  delikatny  zapach  jej  włosów.  Miała  lekko  rozchylone 

wargi, jakby w geście wabienia i zarazem obietnicy. Owiał ich żar odwiecznego uczucia; uczucia 

przenikliwego  i  potężnego,  obywającego  się  bez  słów.  Z  trudem  pohamował  się,  aby  nie 

przyciągnąć jej do siebie. Wiedział, że do końca życia będzie tego żałował i że nigdy nie przestanie 

myśleć  o  tym,  co  by  się  stało,  gdyby  uległ  swym  pragnieniom.  Katherine  podniosła  ku  niemu 

wzrok, na jej wargach igrał jakiś dziwny uśmiech.  

 - Dobranoc, Jim - powiedziała i podbiegła do konia.  

 Po chwili zniknęła po drugiej stronie polany.  

 Jim  wskoczył  na  siodło  i  nie  śpiesząc  się  zjechał  w  stronę  miasta.  Dotarł  tam  wraz  z 

Dobem Hydem i trzema nieznajomymi, którzy przybyli drogą wiodącą od wschodniej doliny. Przed 

saloonem stali Buff Sultan i Ketchum. Inni, których nie znał, szli w kierunku restauracji. Kelland 

odprowadził  wałacha  do  stajni  i  udał  się  wprost  do  hotelu.  W  sieni  natknął  się  na  Edith  Sultan. 

Patrzyła na niego ze źle skrywaną ciekawością, widać jednak było, że nie chce, by zdradził się, że 

ją zna.  

 Wszedł na górę do swego pokoju, umył się i zszedł na posiłek.  

 Tony podała mu kotlet z sarniny i wyjaśniła:  

 - To od Matta Oldroyda. Przyniósł go dla pana.  

 - Matt Oldroyd? - zapytał Jim. - To bardzo miły młodzieniec, prawda?  

 - Tak - odparła.  

 Coś nie dawało jej spokoju. Wreszcie nachyliła się nieznacznie, chcąc coś powiedzieć, lecz 

w tej samej chwili na sali zjawił się Cal Soder. Tony wyprostowała się i odeszła bez słowa.  

 Kolejni jeźdźcy przybywali do Reservation. Zapadał już szary zmierzch i kiedy Jim wszedł 

po kolacji do swego pokoju, na miasto spłynęła całkowita ciemność. Wszystko było dokładnie tak, 

jak wtedy, kiedy tu przyjechał; miasto wypełniało się powoli ludźmi, a w ocienionych zaułkach ulic 

stały ciemne sylwetki mężczyzn.  

 Jim patrzył nadal przez okno i wreszcie dostrzegł pięciu nowych jeźdźców. Na czele jechał 

Ben Maffitt.  

 

***  

 

 Jim  obserwował  ich,  jak  wchodzą  do  saloonu  Sodera.  Tuż  za  nimi  wszedł  tam  również 

Charley  Chavis.  Buff  Sultan  stał  oparty  o  róg  opuszczonego  domu.  Dobe  Hyde  i  Ketchum  byli 

wciąż w restauracji. Pete Barr nie pojawił się jeszcze, ale Kelland nie wątpił, że i on przyjedzie. W 

background image

powietrzu czuć było niemal przykry zapach śmierci, i to on przyciągał wszystkich jak zwierzynę, 

dobrze założona przynęta.  

 Zaraz zejdę i zajmę swoje miejsce na ulicy, pomyślał Jim. Taka już była ta gra. Jej zasady 

obowiązywały wszystkich, niezależnie od tego, co pragnęli lub  czuli. Duma dodawała im sił, ale 

jednocześnie wiodła ich ku zgubie. Stanowiła siłę tych ludzi i świadczyła zarazem o ich głupocie.  

 Zbliżała się pora przyjazdu dyliżansu, kiedy z mroku wyłonił się Pete Barr w towarzystwie 

obu starszych synów. Zatrzymali się przed hotelem. Z restauracji wyszedł Dobe Hyde, zbliżył się 

do  Buffa  Sultana  i  po  krótkiej  chwili  wrócił  do  hotelu.  Chavis  opuścił  saloon  i  poszedł  w  stronę 

więzienia przy moście. Obok wejścia do stajni stało sześciu mężczyzn. Ktoś wymknął się z saloonu 

przez tylne drzwi i zniknął w przyległej uliczce.  

 W tym samym momencie w progu saloonu Old Dixie stanął Ben Maffitt. Towarzyszyło mu 

dwóch kompanów, którzy zajęli stanowiska po obu stronach domu. Dozorca wyprowadził ze stajni 

czwórkę świeżych koni, a z dala nabrzmiewał odgłos pędzącego szybko dyliżansu.  

 Kelland odszedł od okna. Wiedział już wszystko. Jak zwykle w tak decydujących chwilach, 

tak  i  teraz  zaszła  w  nim  jakaś  zmiana,  której  nie  potrafił  wytłumaczyć.  Jego  zmysły  zaczynały 

odbierać  najdrobniejsze  sygnały:  skrzypnięcie  deski  w  sieni  na  dole,  widok  mężczyzny 

skradającego  się  uliczką  za  hotelem,  krótka  wymiana  słów  pomiędzy  Dobem  Hydem,  a  Buffem 

Sultanem. Nie mogąc opanować wzrastającego podniecenia, zszedł na dół.  

 Jadalnia była pusta,  ale  przy drzwiach stało  dwóch mężczyzn, patrzących na ulicę. Torba 

pocztowa  leżała  nadal  na  ladzie.  Broderick  siedział  swoim  zwyczajem  w  fotelu,  skulony,  ze 

zwieszoną bezwładnie na bok protezą. W kącie pomieszczenia stało dwóch niskich, przedwcześnie 

postarzałych  kowbojów.  Kiedy  spojrzał  na  nich,  odwrócili  natychmiast  wzrok.  Po  wyjściu  na 

zewnątrz miałby ich za plecami. Pomyślał o tym, ale tylko przez moment. Przy ladzie stanęła Edith 

Sultan; jej twarz pozbawiona była wszelkiego wyrazu. Dyliżans wjechał już na ulicę.  

 Kelland podszedł do lady i wziął torbę. Pełne, miękkie wargi Edith drgnęły, jakby chciała 

coś powiedzieć. Jim popatrzył z podziwem na jej pełną gracji postawę, jasno połyskujące włosy, na 

uśmiech,  który  zdawał  się  wypełniać  ją  całą.  Potem  ruszył  ku  drzwiom  i  zderzył  się  ze  starym 

Rhettem, wnoszącym właśnie pocztę dla mieszkańców Reservation.  

 - Ja wezmę pocztę, Sam - oświadczył Jim. - A to torba, którą zgubił pan w górach.  

 Sam Rhett podał mu wór i wziął poprzedni, nie okazując najmniejszego zainteresowania.  

 -  A  więc  jednak  go  pan  odzyskał?  -  zapytał.  -  Ciekawe,  po  co.  Nie  było  w  nim  nic 

wartościowego.  

background image

 Jim  wiedział, że Sam  czeka na wiadomość dla  Jeffa White'a. Nie miał  mu  jeszcze nic do 

powiedzenia,  to  zaś,  co  rozgrywało  się  w  miasteczku,  czujne,  doświadczone  oczy  Rhetta  mogły 

dostrzec bez jego pomocy.  

 - Pogoda jest zmienna, Sam - powiedział. - Niech pan już lepiej jedzie.  

 Woźnica odwrócił się, wyszedł na ulicę i wdrapał się na swoje wysokie siedzenie. Kelland 

poszedł za nim i stanął obok dyliżansu. Dozorca stajni podał Samowi lejce, ten zaś rozmieścił je 

starannie  między  palcami.  Przez  dłuższą  chwilę  siedział  tak  w  bezruchu,  jakby  nad  czymś 

rozmyślał, wreszcie opuścił wzrok na Jima i powiedział bardzo łagodnie:  

 - Bywaj, chłopcze.  

 Zwolnił hamulec i zaklął soczyście, poganiając konie do galopu. Dyliżans przechylił się na 

zakręcie,  wzbijając  wysokie  tumany  kurzu  i  zaturkotał  donośnie  na  belkach  mostu.  Wkrótce 

zniknął w ciemnościach.  

 Jim  przeszedł  na  drugą  stronę  ulicy  i  zatrzymał  się  na  rogu.  Na  przeciwległym  rogu 

skrzyżowania, o kilkanaście metrów od niego, stał Maffitt; jego sylwetka rysowała się wyraźnie w 

blasku światła padającego z okien saloonu. Nieco w tyle tkwili dwaj inni, jednym z nich był Brick 

Brand. Jego rozbite wargi wykrzywiane były w grymasie imitującym uśmiech.  

 Sultan stał przed opuszczonym domem. Dobe Hyde zniknął gdzieś, a Chavis sterczał pod 

drzwiami  więzienia,  daleko  poza  zasięgiem  strzałów.  Obok  stajni  kryła  się  w  półcieniu  grupka 

mężczyzn, pojedyncze postacie widniały tu i ówdzie na ulicy.  

 Kelland ruszył dalej. - Spokojnym, miarowym krokiem przeszedł obok Buffa, kierując się 

na  grupkę  przed  stajnią.  Minął  Maffitta,  następnie  owych  nieznajomych,  skrytych  w  cieniu,  a 

potem odwrócił się raptownie i zawołał:  

 - Wynoście się stąd! Ale już!  

 Tamci  poruszyli  się.  W  półmroku  migotały  jakieś  nie  znane  mu  twarze,  czyjś  głos 

powiedział:  

 - Dobrze, idziemy.  

 Po  chwili  odeszli.  Kelland  obserwował  wąską  uliczkę.  Z  ciemności  wynurzył  się  jakiś 

mężczyzna i pędem wrócił do saloonu. Jim wyszedł przez drugie drzwi stajni i udał się na peryferie 

miasta.  Przebiegł  do  rzeki,  zeskoczył  na  piaszczysty  brzeg,  przemknął  pod  mostem  i  znalazł  się 

obok więzienia. Przeszedł dalej, do luki pomiędzy dwoma domami, rozświetlonej nieco przez blask 

światła,  skręcił  w  to  przejście  i  wkrótce  był  już  na  ulicy  obok  drukarni.  W  ten  sposób  zatoczył 

krótkie półkole wokół miasta i znajdował się teraz za plecami Maffitta.  

 Tymczasem Maffitt i inni obserwowali nadal uliczkę przyległą do stajni. Kelland przeszedł 

ostrożnie  przez  ulicę,  przemknął  się  pod  ciemnymi  domami  i  dotarł  do  sklepu  z  paszą.  Saloon  i 

background image

hotel mieściły się na przeciwległych rogach placu. Buff Sultan wciąż stał na swoim miejscu. Tuż 

przed sobą Kelland dostrzegł dwóch mężczyzn, tkwiących nieruchomo w cieniu. Ludzie Maffitta. 

Nie zauważyli nadejścia Jima.  

 Uwaga całego miasta skierowana była na stajnię. Kelland, oparty o ścianę sklepiku z paszą, 

czekał  na  dalszy  rozwój  wypadków.  Nagle  Maffitt  wysunął  się  ze  swej  kryjówki,  spojrzał  na 

Chavisa  i  uniósł  dłoń.  Obaj  mężczyźni  stojący  przed  Kellandem  przeszli  natychmiast  na  drugą 

stronę ulicy i ustawili się pod hotelem i w tej samej chwili z ciemności wyłonił się wjeżdżający na 

plac powóz Doca Showersa.  

 - Doktorze, na miłość boską, niech pan się stąd zabiera! - rozległ się czyjś okrzyk.  

 Showers ściągnął konia i odwrócił się na koźle.  

 - Co?  

 - Nic, nic! Niech pan nie jedzie dalej!  

 - Do diabła! - huknął Showers. - O co właściwie chodzi?  

 Popędził  konia  i  wjechał  do  stajni.  Ben  Maffitt  klasnął  dłonią  o  nogę  i  wskazał  swoim 

ludziom ulicę. I teraz odezwał się Kelland:  

 - Nie tam, Maffitt!  

 Mimo  woli  odczuł  podziw  dla  tamtego.  W  półmroku  dostrzegł,  jak  jego  przeciwnicy 

rozglądają  się  nerwowo,  chcą  ustalić,  gdzie  się  znajduje.  Ale  to  wszystko  obserwował  zaledwie 

kątem  oka,  cała  jego  uwaga  skierowana  była  na  Maffitta,  który  stał  jak  posąg  w  blasku  świateł 

saloonu.  Jego zimna krew musiała budzić respekt.  Brick Brand podszedł  do krawędzi  trotuaru, a 

drugi mężczyzna wysunął się nagle przed Maffitta. Był oddalony o kilka metrów i on jeden patrzył 

we  właściwym  kierunku.  Pochylony  lekko  do  przodu,  wpatrywał  się  w  ciemność  i  raptem  ujrzał 

Kellanda. Momentalnie sprężył się, uniósł lekko łokcie.  

 Dopiero  teraz  Maffitt  odwrócił  się  do  Jima.  Czas  płynął.  Na  ulicy  rozgrywały  się  drobne 

wydarzenia,  których  szczegóły  Kelland  rejestrował  instynktownie  w  umyśle.  Sultan,  oparty 

niedbale  o  ścianę,  wyprostował  się;  Dobe  Hyde  wyszedł  z  hotelu,  ustawiając  się  tuż  za  tymi 

dwoma, których wysłał tam niemy gest Maffitta.  

 Tak rzeczy się miały, kiedy Maffitt zawołał:  

 - Hej, Kelland!  

 Był  to  widocznie  umówiony  znak,  gdyż  jeden  ze  stojących  na  ulicy  poruszył  się  i 

przemówił.  

 - Słuchaj pan! To pan szukał Eda Dale'a? Ja jestem Ed Dale!  

 - To dobrze - odparł Kelland. - A więc jest pan tym, po kogo przyjechałem.  

 - Niech pan podejdzie do mnie. Poczekam tu, gdzie stoję.  

background image

 - Nie - sprostował Kelland. - Rzuci pan pas na ziemię i zbliży się do mnie.  

 - O nie, mister, o nie.  

 W podobnej sytuacji Kelland bywał już nieraz i  pamiętał doskonale te chwile, kiedy czas 

napięty  jest  do  ostateczności,  a  sekundy  pulsują  w  zwolnionym  tempie.  Maffitt  zaplanował 

wszystko  bez  zarzutu:  Jim  mógł  spodziewać  się  strzału  i  Branda,  i  Dale'a,  a  tamci  dwaj  pod 

hotelem czekali tylko na to, by zaatakować go z boku.  

 - Niech pan posłucha, Kelland! - zawołał Maffitt, usiłując odciągnąć uwagę Jima od Dale'a, 

który w tym samym momencie wydobył rewolwer.  

 Są  sceny,  które  utrwalają  się  w  pamięci  człowieka  na  zawsze,  i  ta  była  właśnie  jedną  z 

nich: ciało Eda Dale'a, pochylone lekko do przodu, dłoń zaciśnięta na kolbie, szeroko rozstawione 

nogi.  Tak  właśnie  stał,  kiedy  trafiła  go  kula  Kellanda.  Echo  wystrzału  odbiło  się  od  pobliskich 

zabudowań.  

 Ed Dale zachwiał się nieznacznie i na chwilę znieruchomiał. Ale nie był to jeszcze koniec 

wydarzeń. Od strony werandy hotelu zabrzmiał przenikliwy okrzyk Dobe'a Hyde'a:  

 - Nie tym razem, ludzie!  

 Ramię Maffitta wystrzeliło do przodu i trafiło Branda z taką siłą, że ten zatoczył się.  

 - Zostaw, Brick - warknął Ben.  

 Nogi Dale'a ugięły się w kolanach, ciało zakołysało w jedną i drugą stronę, po czym runął 

w piach ulicy martwy człowiek, o którym nikt już nie myślał.  

 Kelland  spojrzał  na  hotel  i  zrozumiał,  dlaczego  obaj  ludzie  Maffitta  nie  strzelali.  Dobe 

Hyde stał za nimi, powtarzając swe ostrzeżenie:  

 - Na waszym miejscu stałbym spokojnie!  

 Dlatego  też  Maffitt  powstrzymał  Branda.  Świadomość  zmiany  sytuacji  zdawała  się  teraz 

rozprzestrzeniać  po  całym  placu.  Maffitt  odwrócił  głowę,  a  Kelland,  który  powiódł  za  nim 

wzrokiem,  ujrzał  Matta  Oldroyda;  stał  w  oknie  na  górnym  piętrze  opuszczonego  domu,  z  bronią 

wycelowaną  w  Maffitta,  dokładnie  nad  Buffem  Sultanem,  który  postąpił  akurat  krok  do  przodu, 

aby spojrzeć do góry. Kiedy zobaczył Matta, uśmiechnął się szeroko i wlepił wzrok w Maffitta.  

 - Co cię wstrzymuje, Ben?  

 Pete Barr i jego dwaj synowie wyszli z saloonu i stanęli tuż za Maffittem.  

 - Matt, masz go na muszce! - krzyknął przenikliwie Dobe Hyde. - Zastrzel tego łajdaka!  

 Oldroyd  nie  odpowiadał.  Do  Buffa  podszedł  Ketchum  i  szepnął  mu  coś  na  ucho.  Ludzie 

Maffitta zachowywali się spokojnie. Kelland widział to kątem oka, ale jego niemy podziw odnosił 

się  teraz  do  Barrów,  którzy  w  tej  krytycznej  sytuacji  wyszli  na  ulicę,  aby  lojalnie  stanąć  u  boku 

swego sojusznika.  

background image

 -  Na  boga,  taka  szansa  nie  trafi  ci  się  już  nigdy!  -  krzyczał  Hyde.  -  Strzelaj,  Matt!  Jeżeli 

nie, ja to zrobię!  

 Kelland postąpił kilka kroków do przodu, aż stanął na placu, w niepewnym blasku światła.  

 -  Niech  pan  zamilknie,  Dobe  -  rzucił  w  stronę  hotelu.  Wiedział,  że  jest  teraz  w  centrum 

uwagi dosłownie wszystkich.  

 -  Czyżby  pan  nie  wiedział,  gdzie  jest  właściwa  strona?  -  nie  ustępował  Hyde.  -  Tam  stoi 

ten, który...  

 - Zamknij się pan! - zawołał Jim.  

 Wiedział  już,  że  Matt  nie  strzeli.  Mógł  być  tego  pewien.  Lecz  Hyde,  podburzając  inych, 

mógł wzniecić falę gwałtu. Uśmiech na twarzy Sultana ustąpił miejsca zaskoczeniu, tak jakby coś 

poszło w tej grze nie tak jak powinno. Ketchum odsunął się trochę od niego i powiedział:  

 - Niech pan się zastanowi, Kelland. To my jesteśmy pańskimi przyjaciółmi, nie Maffitt.  

 -  Chciałbym  porozmawiać  z  wami  wszystkimi  w  hotelu  -  odparł  Kelland.  -  To  dotyczy 

również Barrów i Maffitta.  

 - To miasto jest za małe, aby mogło pomieścić... zaczął wyzywająco Hyde.  

 Urwał jednak natychmiast, gdyż Kelland, nie zwracając uwagi na ludzi Maffitta, podszedł 

do niego, złapał za kołnierz i wepchnął do przedsionka. Hyde usiłował rzucić się na niego, ale Jim 

zwinnym ruchem uniknął ciosu i zwalił go jednym uderzeniem na ziemię.  

 Hyde  wydał  przeraźliwy  okrzyk  bólu.  Na  trotuarze  i  werandzie  rozległ  się  tupot  nóg,  do 

środka  wpadli  Ketchum  i  Sultan.  Dobe  Hyde  podniósł  się  i  zaczął  pocierać  sobie  nogę.  Podczas 

szamotaniny  spadł  mu  kapelusz,  odsłaniając  niemal  łysą  głowę  z  samotnym  siwym  kosmykiem 

włosów. Jego oczy o barwie agatu iskrzyły się z wściekłości, był jednak zbyt zdezorientowany, aby 

móc wypowiedzieć choć słowo.  

 - Pańskie postępowanie jest sprzeczne z wszelkim rozsądkiem, Kelland - wycedził Sultan. - 

Gorzej, to głupota. W końcu wyciągnęliśmy pana z pułapki.  

 - Niech pan się odsunie na bok, Buff - polecił Kelland.  

 Sultan odwrócił się i odszedł od drzwi. Do środka weszli Pete Barr i Maffitt.  

 

***  

 

 Kelland oparł się o poręcz schodów, wyciągnął z kieszeni fajkę i nie spiesząc się zaczął ją 

nabijać,  po  czym  zapalił.  Nikt  nie  spuszczał  z  niego  oka.  Tony  klęczała  na  najwyższym  stopniu 

schodów i przeszywała go wzrokiem. Edith Sultan zaszyła się w kącie, tuż przy niej stał Broderick: 

jego twarz, jak zwykle, była pozbawiona wszelkiego wyrazu.  

background image

 Po innych widział wyraźnie, że nie ufają ani sobie, ani jemu. To pomieszczenie wydało mu 

się nagle zbyt małe, by mogło sprostać tak olbrzymiej koncentracji wrogości.  

 Do środka wszedł teraz Charley Chavis, za nim zjawił się Cal Soder.  

 - Nikt tu pana nie zapraszał, Soder - odezwał się Kelland. - Niech pan się stąd zabiera!  

 Sultan  odwrócił  się  do  nich,  mając  nadzieję,  że  dojdzie  jednak  do  zatargu,  ale  Soder 

odwrócił się bez słowa i wyszedł na ulicę.  

 Ze swojego miejsca Kelland mógł ogarnąć wzrokiem cały plac. Doc Showers nachylił się 

nad zabitym, zbadał go, po czym  odszedł. Wokół zwłok zgromadziło się kilku ludzi Maffitta. W 

progu stanął Matt Oldroyd; powiódł po wszystkich wzrokiem i uśmiechnął się do Kellanda.  

 Ten stał w bezruchu, z fajką w zębach, mrużąc oczy przed dymem. Napięcie całego ciała 

mijało,  ustępując  miejsca  zmęczeniu.  Doskonale  znał  ludzi  tego  pokroju  i  właśnie  dlatego 

przemówił twardo i otwarcie.  

 -  Bardzo  dziękuję  za  udzieloną  mi  pomoc.  Ale  wy  nie  przybyliście  tu  po  to,  aby  mnie 

poprzeć. W rzeczywistości ostrzycie własne topory i  spodziewacie się, że z wdzięczności zacznę 

teraz obracać dla was osełką. A ja zachowam neutralność.  

 -  Czy  to  wszystko,  co  ma  nam  pan  do  powiedzenia?  -  zapytał  Hyde  swoim  piskliwym 

głosem.  

 - Nie - odparł Kelland. - To jeszcze nie wszystko. Teraz nikt już chyba nie wątpi, co to za 

gra.  Jeden  zabity  leży  na  ulicy.  Jutro  przybędzie  może  drugi.  Kto  to  będzie?  Może  jeden  z  was! 

Przemyślcie  to  sobie!  Możemy  zakończyć  teraz  tę  walkę,  raz  na  zawsze.  Miejsca  starczy  tu  dla 

wszystkich!  

 Broderick  uniósł  głowę  i  wpił  się  oczami  w  Kellanda;  czoło  przecinała  mu  teraz  głęboka 

bruzda. Kelland zwrócił spojrzenie na Sultana.  

 - Wiem, co panu chodzi po głowie, Buff. I o tym samym myśli Hyde. Gdyby nie było już 

Maffitta, moglibyście bez przeszkód ruszyć na Barrów. Aż się do tego palicie!  

 - Czy pan już skończył? - zapytał Sultan.  

 -  Czuje  się  pan  teraz  pewnie  -  ciągnął  dalej  Kelland.  -  Ale  przypuśćmy,  że  Dobe  Hyde 

zawrze umowę z Maffittem i zwróci się przeciwko wam i przeciw Barrom, co wtedy?  

 Hyde  otworzył  usta  i  zamknął  je  z  powrotem.  Rumiane  policzki  Sultana  pociemniały. 

Wlepił wzrok w Hyde'a.  

 - Może byś coś powiedział, Dobe - zaproponował.  

 Lecz Dobe potrząsnął tylko głową. Zamiast niego przemówił Ketchum.  

 - Do czego pan, u diabła, zmierza, Kelland?  

background image

 - Z taką sytuacją miałem już nieraz do czynienia - odparł Jim. - Albo załóżmy inny układ: 

Ketchum i  Sultan łączą się z Maffittem i zostawiają pana samego, Hyde.  I jak pan wtedy będzie 

wyglądał?  

 Znowu  zapadła  cisza.  Kelland  wypuścił  z  ust  dym  i  obserwował,  jak  pełznie  w  blasku 

światła do góry. Stał oparty wygodnie o poręcz. Znał ludzi takich, jak ci. Wiedział, że nie zapomną 

jego  słów,  że  będą  nad  nimi  rozmyślać,  a  te  myśli  będą  wżerać  się  coraz  głębiej  w  ich  duszę, 

niszcząc resztki zaufania, jakie mieli jeszcze do siebie.  

 - No więc? - mruknął. - Kto będzie następną ofiarą?  

 - Jak na pomocnika szeryfa jest pan diabelnie sprytny - burknął Sultan. - Chodź, Ketchum!  

 Ketchum poszedł za nim, a Dobe Hyde chwycił kapelusz, leżący jeszcze na podłodze.  

 - Mogę zawrzeć pokój, kiedy uczynią to też inni, ani wcześniej, ani później.  

 Obrzucił Maffitta krótkim, badawczym spojrzeniem i opuścił hotel.  

 - Chyba powinniśmy już wracać, Pete - powiedział Maffitt.  

 Wyszedł również Chavis. Kelland odprowadzał ich wzrokiem. Nie wykonał dotąd żadnego 

ruchu, ale wiedział, że zdołał rozniecić w umysłach tych ludzi płomień, który nigdy już nie zgaśnie. 

Myślał o tym z jakąś zjadliwą satysfakcją, czując zarazem, jak całe jego ciało ogarnia znużenie.  

 Edith Sultan poruszyła się i podeszła do niego. Położyła mu dłoń na ramieniu, uśmiechnęła 

się  i  oddaliła  lekkim  krokiem.  Broderick  wyglądał  przez  okno,  a  po  dłuższej  chwili  zapytał,  nie 

odwracając się:  

 - Jimie Kellandzie, jak długo zamierza pan jeszcze żyć?  

 - Wystarczająco długo - burknął Jim i stanął w progu.  

 Maffitt  dosiadał  właśnie  konia,  inni  poszli  w  jego  ślady.  Kiedy  odjechali,  na  trotuar 

wyszedł Matt Oldroyd i Kelland odwrócił ku niemu głowę.  

 - Matt, jestem panu wdzięczny - powiedział. - Czy zdaje pan sobie sprawę, jak duże było 

ryzyko?  

 -  Mężczyzna  musi  kiedyś  wziąć  na  siebie  ryzyko,  wcześniej  czy  później,  o  ile  chce  być 

mężczyzną.  

 - To twarda lekcja, Matt - mówił Jim z namysłem. - Ale niech pan nie próbuje nauczyć się 

czegoś w ten sposób. To nie przyniosłoby panu ani satysfakcji, ani spokoju.  

 - Spokoju? - Matt roześmiał się i ten śmiech zabrzmiał łagodnie i pogodnie w ciszy ciemnej 

ulicy. - A po cóż byłby mężczyzna? Niech pan posłucha, Kelland. Nie wiem, co pan chce osiągnąć 

i jak zamierza tego dokonać. Szanse są w tej chwili dosyć wyrównane. Jeżeli jednak potrzebuje pan 

kogoś, aby wykonał jakieś zadanie, to proszę zwrócić się do mnie.  

background image

 Jim  skinął  tylko  głową.  Raptem  dostrzegł  nagłą  zmianę  w  twarzy  młodzieńca,  beztroski 

uśmiech przeobraził się w wyraz głębokiego zachwytu.  

 Odwrócił  się  i  zobaczył  Tony  stojącą  w  drzwiach  hotelu.  Blask  światła  podkreślał  pełne, 

łagodne kształty jej ciała. Jim odgadł momentalnie pragnienia Oldroyda, który pokornie czekał, aż 

dziewczyna zwróci na niego uwagę.  

 Ze  zmęczenia  powłóczył  nogami,  przeszedł  przez  plac  i  wszedł  do  saloonu.  Cal  Soder  i 

barman stali za ladą, obok siedział Charley Chavis.  

 - Przyjacielu, nie mógłby pan napić się gdzie indziej? - odezwał się Soder.  

 Kelland  podszedł  do  lady  i  z  bliska  spojrzał  mu  prosto  w  oczy.  Życie  nauczyło  go,  jak 

należy obchodzić się z ludźmi tego pokroju. Znał doskonale ich obawy i słabe miejsca, wiedział, 

jak  odpierać  ich  podstępne  knowania,  unikać  zasadzek  i  stawiać  własne  pułapki.  A  jednocześnie 

miał świadomość, że nadejdzie dzień, kiedy gra potoczy się nie po jego myśli. Żadna passa nie trwa 

wiecznie.  

 - Soder, niech się pan strzeże - powiedział.  

 Tamten  chwycił  butelkę  i  szklaneczkę  i  postawił  przed  Kellandem.  Wszystko  w  nim 

wrzało,  ale twarz pokerzysty nie zdradzała  gniewu. Położył  dłonie płasko na ladzie, aby Kelland 

widział je dokładnie.  

 - Kapitanie, za ostro popędza pan ludzi - mruknął. - To nie psy, nawet jeśli pan ich za nie 

uważa.  

 - Postawił pan na złego konia, Soder. Ben Maffitt jest już właściwie skończony.  

 - Być może - odparł Soder. - Lecz chciałbym coś panu powiedzieć: dzisiejszej nocy poniósł 

pan klęskę. Może nie wie pan jeszcze o tym, ale to pan jest pokonany. Niezależnie od tego, co tu 

się  jeszcze  wydarzy,  nie  zobaczy  pan  już  nigdy  drugiej  strony  Silver  Lode.  Ma  pan  jedno  słabe 

miejsce.  

 Kelland wziął butelkę i szklaneczkę i podszedł do wahadłowych drzwiczek. Tam odwrócił 

się i uśmiechnął do Sodera.  

 - Biorę to na koszt firmy.  

 -  Ma  pan  słabe  miejsce  -  powtórzył  tamten,  z  trudem  panując  nad  sobą.  -  Wiem  już,  na 

czym ono polega, wiem też, że ono właśnie okaże się dla pana zgubą.  

 Z butelką pod pachą Kelland przeszedł przez plac. Ulice były wyludnione, nie spotkał też 

nikogo  w  przedsionku.  Schody  skrzypiały  pod  jego  ciężarem.  Wszedł  do  pokoju,  zapalił  lampę, 

przysunął stolik do łóżka i postawił na nim butelkę. Napełnił szklaneczkę i usiadł, nie podnosił jej 

jednak do ust.  

 Ktoś zapukał cicho do drzwi. Uniósł głowę, a na jego twarzy, widać było znużenie.  

background image

 - Nie, Tony! - zawołał. - Nie!  

 

***  

 

 Kiedy  Kelland  wyszedł  z  saloonu,  Chavis  odetchnął  głęboko.  -  Co  do  mnie,  to  nie 

zauważyłem w nim żadnego słabego miejsca - powiedział rozdrażniony.  

 - Maffitt był już właściwie martwy - wyjaśnił Soder. - Wszystko zależało od Kellanda. Ale 

on tego nie zrobił. Rozumiesz, Charley? Wcale nie jest tak twardy, za jakiego chciałby uchodzić. A 

walczy z ludźmi, którzy nie popełnią tego samego błędu, kiedy będą go już mieli na muszce.  

 - Może chodziło mu o coś innego - rzekł z powątpiewaniem Chavis.  

 Soder, który pił rzadko, wziął butelkę i nalał dwie szklaneczki.  

 - Nie. To była jego szansa, a on jej nie wykorzystał. Ben Maffitt nie podstawi mu się już po 

raz drugi.  

 Stali przy barze, pijąc w milczeniu.  

 - Żałuję teraz, że jestem w to wszystko wplątany - odezwał się po chwili Chavis.  

 - Jeszcze dożyjesz czasu, kiedy zobaczysz go, jak wije się na ziemi - obiecał Soder.  

 

***  

 

 Wraz  ze  swą  siostrą,  Ketchumem,  Dobem  Hydem  i  czwórką  innych  Buff  Sultan  pędził 

drogą. Jechali w milczeniu aż do rozwidlenia, wiodącego do rancza Ketchuma. Tam przystanęli.  

 -  Ludzie,  Ben  Maffitt  nie  stoi  już  na  mocnych  nogach  -  odezwał  się  piskliwie  Hyde.  - 

Kelland napędził mu stracha. Myślę, że nadszedł wreszcie nasz czas.  

 - Ale władzę przejął Kelland - mruknął Ketchum.  

 - Z nim damy sobie radę.  

 Znowu umilkli. Słychać było tylko parskanie koni, którym nocny chłód dawał się we znaki.  

 -  Może  to,  co  powiedział,  nie  było  takie  głupie  -  nie  ustępował  Hyde.  -  Moglibyśmy 

związać się z Maffittem. Co szkodzi spróbować?  

 - Nie zadaję się z bandytami - odparł zdecydowanie Ketchum. - A ty, Buff?  

 Sultan zwlekał przez chwilę z odpowiedzią.  

 - Nie - mruknął w końcu. - Ja chyba też nie.  

 -  Buff,  musisz  się  zdecydować  -  głos  Ketchuma  był  ostry.  -  Cokolwiek  uczynimy,  nie 

powinniśmy się z nim łączyć.  

 - Jasne - odparł Sultan. - Zobaczymy się jutro.  

background image

 Grupa  pojechała  dalej  bez  Ketchuma.  Zatrzymali  się  ponownie  przed  wjazdem  na  ranczo 

Sultana. Buff i Hyde pojechali przodem, rozprawiając o czymś przez dłuższy czas. Edith udała się 

za nimi, ale nie zsiadała z konia. Minęło co najmniej dziesięć minut, zanim zjawił się z powrotem 

jej brat.  

 - Poczekaj, Buff - powiedziała. - Chyba nie zamierzasz przystać teraz do Dobe'a?  

 - A co mu masz do zarzucenia?  

 -  To  nie  jest  żadna  odpowiedź.  Dobe  nie  był  nigdy  uczciwy  wobec  naszego  ojca,  zresztą 

nigdy nie prowadził uczciwej gry z nikim innym.  

 - Mogę go przecież wykorzystać do naszych celów.  

 - Obawiam się, że to raczej on wykorzysta ciebie.  

 Podjechał bliżej i nachylił się ku niej z siodła, aby spojrzeć jej w oczy.  

 - Co ci jest, Edith?  

 - Nic. Myślę, że mam już po prostu dosyć całej tej walki.  

 - Tak też myślałem. Ale musisz się jakoś z tym pogodzić. Walka odbędzie się na pewno.  

 - Kiedy?  

 Zawahał się.  

 - Już niedługo.  

 - Powiesz o tym Kellandowi?  

 - Kelland musi sam martwić się o siebie - rzucił Buff niecierpliwie.  

 - A więc będziesz fałszywy i podstępny jak Dobe Hyde, czy tak?  

 - Posłuchaj, dziewczyno, widzę, że zmieniłaś się ostatnio. Z kim spotykałaś się w górach?  

 Straciła panowanie nad sobą.  

 - Buff, to naprawdę nie powinno cię obchodzić! Nie tylko ja się zmieniłam. Ty też. Stałeś 

się skryty, cały czas siedzisz i knujesz jakieś plany. Jestem pewna, że połączyłbyś się z Maffittem, 

gdybyś mógł wykończyć przez to Barrów.  

 - A dlaczegóż by nie?  - odparował szorstko. - Przecież nam wszystkim chodzi o to samo. 

Kto rozpoczął  to  wszystko? Kto siał postrach przez cały  czas, odkąd możemy sięgnąć pamięcią? 

Kto wniósł w te strony wojnę?  

 -  Wiem  -  odparła  zrezygnowana  -  lecz  w  ten  sposób  nie  dojdziemy  do  niczego,  nic  nie 

zmieni się na lepsze.  

 -  Zgadza  się.  A  ja  nie  ustanę,  dopóki  nie  ujrzę  Barrów  martwych.  To  jedyna  droga,  aby 

zakończyć to wszystko. - Jego głos złagodniał. - To ciężkie czasy. Ale może wyjdziesz kiedyś za 

mąż  i  ja  też  założę  rodzinę.  I  chciałbym,  aby  nasze  dzieci  mogły  żyć  w  spokoju.  Dokąd  się 

wybierasz?  

background image

 Zawróciła konia.  

 - Na przejażdżkę - rzuciła krótko. Po chwili jechała w stronę Reservation.  

 Buff  patrzył  za  nią  zamyślony.  W  jego  głowie  kiełkowało  pewne  podejrzenie,  nie  robił 

jednak nic, by jej przeszkodzić. Nie bardzo nawet wiedział jak.  

 Niespełna godzinę potem dotarła do opuszczonego domu na leśnej polanie, zsiadła z konia 

i  weszła do środka. Nie  była pewna,  czy Dan  Barr zjawi  się tu  dziś,  lecz pragnęła tego z całego 

serca. Łaknęła kojącego uścisku jego ramion i chciała usłyszeć znowu, jak mówi:  

 - Na pewno znajdziemy jakieś wyjście.  

 

***  

 

 W tym czasie grupa Barra dotarła do domu. Maffitt odesłał swoich ludzi do Pocket Land, 

sam  zaś  wszedł  za  Petem  do  pokoju.  Katherine  stała  w  kącie;  jej  uwadze  nie  uszedł  nastrój,  w 

jakim się znajdowali, domyśliła się też od razu, że wydarzenia w mieście nie poszły po ich myśli i 

pokrzyżowały plany Maffitta.  

 -  Pozwolił  się  pan  Kellandowi  rzucić  na  kolana,  Ben!  -  wybuchnął  gniewnie  Pete.  - 

Dlaczego  nie  wykończył  go  pan  wtedy,  kiedy  przechodził  po  raz  pierwszy  przez  plac?  Dopuścił 

pan do tego, żeby wyszedł ze stajni drugimi drzwiami i tym samym wszystko wymknęło się nam z 

rąk.  

 - Nie jest pan zadowolony? - zapytał przekornie Maffitt.  

 -  Nie! Kelland przyparł  pana do ściany już drugi raz. Inni  przestali  odczuwać przed nami 

respekt.  

 Stał pośrodku pokoju, chudy i wysoki, urażony w swej ambicji, a przez to gotów skoczyć 

każdemu do gardła.  

 Katherine  przejrzała  go  aż  nadto  dokładnie.  Wiedziała,  że  ojciec  już  się  nie  zmieni.  Nie 

potrafił uznać żadnej władzy, która przewyższała jego własną. Jego myśli krążyły po wąskim torze 

i  był  święcie  przekonany,  że  jedynym  słusznym  zdaniem  jest  jego  opinia.  Nigdy  nie  wątpił  w 

słuszność swego osądu, nie pozwalał też na to innym. Wolał niszczyć, niż się ugiąć. Teraz odkrył u 

Maffitta  słabe  miejsce,  a  ponieważ  gardził  słabością  w  każdej  postaci,  zaczął  okazywać  swe 

lekceważenie całkiem otwarcie. To też było widoczne.  

 Maffitt nachylił się. Na jego twarzy rysował się drwiący uśmiech.  

 - Pete, jeżeli pan się wycofa, jest pan martwy. Wystarczy jedno słowo i już się żegnam.  

 - Nie - odparł stary ze złowieszczym  spokojem.  - Zostanie pan u mego boku. Będzie pan 

przy mnie, nawet gdyby miało to zgubić nas wszystkich.  

background image

 Źrenice oczu Maffitta rozszerzyły się.  

 - Mam wrażenie, że nie zna mnie pan zbyt dobrze - powiedział przeciągle.  

 - Znam pana doskonale. Jest pan łajdakiem i złodziejem i zamierza mnie zdradzić. Ale nie 

zrobi pan tego. Dzisiejszego wieczoru w Reservation, wziąłem pana stronę. I tak będzie nadal. Ale 

niech pan tylko spróbuje dać drapaka; wtedy znajdzie mnie pan nie u swego boku, lecz przed sobą.  

 Coś złego zawisło w powietrzu. Fay i Ring stanęli po stronie ojca. Katherine odwróciła się 

nagle i wyszła z pokoju na werandę. Usłyszała jeszcze krótką wymianę zdań, a potem tuż za nią 

rozległy się ciężkie kroki Maffitta. Gdzieś w głębi duszy poczuła lęk, kiedy ujrzała go przed sobą. 

Zdjął z głowy kapelusz i uśmiechnął się.  

 -  Pani  ojciec to  dureń,  Katherine  -  powiedział.  -  Ale pani  powinna być  na tyle mądra, by 

zrozumieć, że rodzina Barrów przeżyje lub zginie w zależności od tego, co ja uczynię. Obserwuję 

panią od dawna, z pewnością pani to zauważyła. Ale nie chciałem być niegrzeczny; wiem,  gdzie 

leżą granice.  

 - Odpowiem teraz na pańskie pytanie - oświadczyła.  

 Niemal łagodnie odparł:  

 - Nie zadałem żadnego pytania.  

 -  Ale  myśli  pan  o  tym.  Nigdy  nie  miałam  z  panem  nic  do  czynienia  i  nigdy  nie  będzie 

inaczej.  

 Nie zauważyła żadnej zmiany na jego twarzy. Stał przed nią w blasku światła, jak olbrzymi 

kloc i mówił gładko, bez zająknienia:  

 -  Życie  mężczyzny  to  coś  bardzo  osobliwego.  Kiedy  spoglądam  w  przeszłość,  widzę 

bardzo  wyraźnie,  że  wszystko  mogło  wyglądać  zupełnie  inaczej.  Ale  nie  uskarżam  się  z  tego 

powodu.  Chciałbym  powiedzieć  pani  tylko  jedno:  niewielu  jest  ludzi,  których  podziwiałem.  Pani 

należy do tych nielicznych. I podziwiam jeszcze kogoś w tej dolinie: Jima Kellanda. Kiedy ta burza 

przeminie,  jednego  z  nas  dwóch  nie  będzie  wśród  żywych,  i  bardzo  tego  żałuję.  Gdyż  on  jest 

człowiekiem, przy którym chciałbym być. On i ja - razem podbiliśmy cały świat.  

 Nacisnął kapelusz na czoło i głęboko odetchnął. Potem odwrócił się, zszedł po schodach na 

dół i tam się zatrzymał.  

 - Katherine, pani rodzina jest skończona - powiedział.  

 Dosiadł  konia,  ona  zaś  stała  na  werandzie,  wsłuchując  się  w  cichnący  tętent  kopyt. 

Wkrótce umilkł wśród ciemnych wzgórz. Nawet lekki szmer rzeki stał się jakby cichszy.  

 Bracia  Katherine  wyszli  z  domu  i  wskoczyli  na  konie.  Po  chwili  gnali  już  pod  górę.  Ich 

celem było prawdopodobnie południowe pastwisko.  

 

background image

***  

 

 Dobe  Hyde  i  czwórka  jego  ludzi  dotarli  do  domu  około  dziesiątej.  Z  wnętrza  padało 

światło. W drzwiach stanął Murzyn, kucharz Dobe'a.  

 - Baker, po co spalasz tyle nafty! - krzyknął Dobe. - Jeśli będę chciał, żebyś zapalił lampę, 

powiem ci. Czy Jett już jest?  

 - Nie - mruknął Baker nadąsany i przykręcił knot.  

 - Śpiący ślimak byłby już szybszy - burknął Dobe. Powlókł się do pokoju, zatrzaskując za 

sobą drzwi.  

 Był  to  pokój  człowieka,  mającego  instynkt  gromadzenia  typowy  dla  sroki.  Oprócz 

okrągłego  pieca,  krzesła,  stołu,  łóżka,  stojaka  na  strzelby  i  zapasowego  siodła  znajdowały  się  tu 

jeszcze  łupy  z  kilkunastu  lat.  Ściany  wyklejone  były  starymi  gazetami,  w  kącie  leżała  wiązka 

wygarbowanych  skór,  obok  piętrzył  się  stos  porwanych  lass  oraz  konserw,  z  których  Dobe 

osobiście  wydawał  kucharzowi  codzienną  porcję.  Od  podłogi  do  sufitu  ułożona  była  sterta 

tygodników  "Harper's  Weekly",  a  tu  i  ówdzie  były  rozrzucone  najprzeróżniejsze  graty,  które  z 

jakiegoś  powodu  zaspokajały  jego  żądzę  posiadania.  Dobe  Hyde  zbierał  z  taką  samą 

przyjemnością, z jaką inni pili.  

 Rozsiadł się na krześle, wyciągając nogi daleko przed siebie i krzyknął na cały głos:  

 - Jak Jett przyjedzie, niech tu od razu wejdzie!  

 Nie otrzymał odpowiedzi, wiedział jednak, że Baker go usłyszał. Baker słyszał wszystko i 

nigdy nie odpowiadał. Siedział więc i czekał niski mężczyzna o zasuszonej, brudnej twarzy i łysej 

głowie  z  pojedynczym  siwym  kosmykiem  włosów.  Pochodził  z  Connecticut.  Jako mały  chłopiec 

chodził  od  domu  do  domu,  sprzedając  drewniane  figurki,  a  kiedy  wybuchła  wojna  secesyjna, 

poszedł z innymi mimo bardzo młodego wieku, ale nie jako żołnierz, na to był zbyt wyrachowany i 

zimny. Ponieważ sława osobista nie przynosiła żadnych korzyści, Hyde dołączył do armii Unii jako 

wędrowny handlarz.  

 Pod koniec wojny przebywał nad  Zatoką w Teksasie. W tej krainie prerii  i  niezliczonych 

stad bydła przyswoił sobie na wzór innych różne metody szybkiego zdobywania majątku. Nauczył 

się  tego  od  ludzi  bez  skrupułów,  posługujących  się  w  swej  pracy  szybkimi  końmi  i  znakiem  do 

wypalania piętna. Okazał się uczniem pojętnym,  jak również gorliwym.  Wkrótce, wraz z paroma 

bezdomnymi  kowbojami,  przeprowadził  z  Teksasu  stado  bydła,  będące  jego  pierwszą  większą 

zdobyczą.  Poprzez  Indian  Nations  udali  się  do  Abilene,  Hays  i  Dodge  City  z  bydłem,  które  nie 

kosztowało ich ani centa, ale za to sprzedało się dobrze, nawet bardzo dobrze.  

background image

 W  tamtych  czasach  kraj  był  surowy  i  niebezpieczny.  Najrozmaitsi  straceńcy,  Indianie  i 

zatrudnieni na ranczach kowboje zatruwali mu stale życie: jedni - szukając łatwego zarobku, inni - 

tropiąc skradzione bydło. Dobe starał się unikać walki tam, gdzie było to możliwe, lecz pod jego 

zasuszoną  twarzą  i  pozornie  bezbarwną  osobowością  kryła  się  dynamiczna  siła,  która  nie 

przestawała  pchać  go  do  przodu.  Z  zimnym  wyrachowaniem,  nie  bawiąc  się  w  skrupuły  i 

współczucie,  wypatrywał  swojej  wielkiej  szansy.  Kiedy  ziemia  na  Południu  zaczęła  mu  się  palić 

pod  stopami,  wyruszył  w  stronę  dziewiczych  w  większości  pastwisk  na  Północy,  gdzie  znalazł 

dolinę, o jaką mu chodziło.  

 Wojna między Barrami a ranczerami znad wschodniej odnogi Ute przedłużała się i każdej 

ze stron zależało na jego pomocy. On jednak trzymał się na uboczu, zajmował się hodowlą, patrzył, 

jak giną ludzie i często wsłuchiwał się nocami w odgłosy strzelaniny, dochodzące z lasu. Wiedział 

też, jak Barrowie dotarli do wzgórz, za którymi znajdowało się ranczo ojca Tony.  

 Przez wszystkie te lata do chwili obecnej pozostał dla  wszystkich zagadką. Nikt nie mógł 

pojąć  jego  polityki.  Dobe  nauczył  się  układać,  tak,  jak  wiatr  wieje,  nie  płynął  nigdy  pod  prąd. 

Obserwował,  jak  bierze  górę  to  jedna,  to  druga  strona,  a  teraz  uznał,  że  błędy  tamtych  mogą 

wreszcie  przynieść  mu  korzyści.  Pragnął,  by  bydło  nacechowane  jego  znakiem  pasło  się  na 

olbrzymim  pastwisku,  którego  granice  rozciągałyby  się  od  jego  rancza  aż  do  doliny  Barrów  i  z 

powrotem po wschodnią odnogę Ute. Wiedział, że istnieją momenty, kiedy dryfuje się biernie, ale 

są też chwile, kiedy trzeba zacząć działać. Jego zdaniem taka chwila właśnie nadeszła.  

 O tym wszystkim rozmyślał, czekając na Jetta.  

 Jett nadjechał pół godziny później i wszedł do pokoju Dobe'a, pobrzękując ostrogami. Był 

to niemal młodzieniec o bladej, przedwcześnie złej twarzy.  

 - Siedziałem długo w lesie - powiedział. - Obaj Barrowie, Fay i Ring, udali się do chaty na 

pastwisku, jak tylko zapadł zmrok. Jest tam również ich kuzyn i jeszcze ktoś, chyba wuj. A więc 

czterech.  

 -  Powiedz  Sultanowi,  żeby  tu  przyjechał.  Niech  wyśle  kogoś  do  Ketchuma.  Potem 

pojedziesz do Oldroyda. Niech też wiedzą.  

 - Jeszcze nie miałem nic w ustach - zaprotestował Jett.  

 - Sultan da ci coś do jedzenia. Ruszaj!  

 Jett  mruknął  coś  pod  nosem  i  wybiegł  na  zewnątrz.  Wkrótce  Dobe  usłyszał  tętent  jego 

konia. Wtedy wstał,  odszukał  okulary i  wziął najświeższy numer "Harper's Weekly",  rozsiadł się 

wygodnie na krześle i zaczął czytać artykuł wstępny o prezydencie Hayesie.  

 Taki  właśnie  był  Dobe  Hyde  -  inteligentny,  ale  zarazem  zimny  i  twardy  jak  głaz.  Tam, 

gdzie  się  urodził,  stałby  się  może  bogatym  człowiekiem,  mieszkałby  w  białym  domu  na 

background image

najwykwintniejszym wzgórzu. Co ranka jechałby swoim powozem zaprzężonym w czwórkę koni 

do własnej fabryki mężczyzna o cienkich wargach, energiczny, bez serca i z głową do interesów, 

jednym słowem osobistość godna szacunku. Prawda o nim była inna, brał on świat takim, jakim go 

widział. Nie dbał o żadne przywileje i chodził zawsze swoimi drogami.  

 

***  

 

 Jett ściągnął konia przed domem Sultana i zawołał:  

 - Mój szef chce z panem pomówić. Powiedział, żeby pan wysłał kogoś do Ketchuma i... na 

Boga, ależ jestem głodny!  

 Buff  wskazał  kciukiem  na  kuchnię  i  Jett  udał  się  tam  natychmiast.  Sultan  wyszedł  na 

werandę,  zawołał  Sama  Veena  i  polecił  mu  udać  się  do  Ketchumów.  Po  kilku  minutach  Jett 

odjechał i Buff pozostał w domu sam.  

 Zdawał  sobie  sprawę,  że  Dobe  zamierza  uderzyć  na  Barrów  i  w  zasadzie  nie  miał  nic 

przeciwko  temu.  Niepokoiła  go  tylko  ta  nagła  żądza  walki  -  tym  bardziej  zaskakująca,  że  Dobe 

trzymał się do tej pory z dala od zatargu. Buff krążył długo po pokoju, pogrążony w myślach. Nie 

znalazł  jednak  powodu,  dla  którego  miałby  odmówić  swego  udziału.  Miał  rozwinięte  poczucie 

dumy  i  nie  zapomniał  jeszcze  krzywd  wyrządzonych  jego  rodzinie  przez  Barrów  w  ciągu  tych 

wszystkich  lat.  Przypuszczał,  że  inni  ranczerzy  ze  wschodniej  doliny  również  przyłączą  się  do 

Dobe'a, a on musi w takim razie wziąć ich stronę.  

 Przed odjazdem napisał krótki list, w którym powiadamiał Edith, że niedługo wróci.  

 W  tym  czasie  Sam  Veen  przekazywał  Ketchumowi  wiadomość,  a  po  chwili  wspólnie  z 

synem Ketchuma i Hallemem byli już w drodze.  

 Jett natomiast  jechał  na przełaj przez pogrążoną w ciemnościach dolinę do Oldroydów.  Z 

podwórza wywołał głośno gospodarza, i  czekał, patrząc jak światło  w domu  gaśnie. Oldroyd był 

starym pionierem, zahartowanym w bojach i pamiętającym doskonale nagłe napady z przeszłości. 

Kiedy  otworzył  drzwi,  nie  był  widoczny,  ale  Jett  wiedział,  że  tam  jest  i  że  trzyma  w  ręku  broń 

wycelowaną prosto w niego.  

 - Dobe Hyde chciał z panem pomówić - oświadczył. - Sultan i Ketchum są już w drodze do 

niego.  

 Zawrócił  konia  i  odjechał,  a  żona  Oldroyda  natychmiast  zapaliła  lampę.  Matt  odszedł  od 

narożnego okna, a stary Oldroyd powoli odwrócił się do nich. Miał sześć stóp wzrostu, bujną brodę 

i małe, przenikliwe oczy. Miał zwyczaj głaskać brodę wierzchem dłoni i gest ten powtarzał teraz 

machinalnie.  

background image

 - Dobe? - parsknęła pani Oldroyd. - On nie pomógł nam jeszcze nigdy. Zostaniesz w domu, 

mężu.  

 -  Nie  rozumiem,  dlaczego  Buff  i  Ketchum  dołączyli  teraz  do  niego  -  zastanawiał  się 

Oldroyd.  

 - Zostaniesz w domu - powtórzyła. - Tam gdzie jest Dobe Hyde, nie można spodziewać się 

niczego dobrego.  

 - Domyślam się, o co mu chodzi: o mały wypad przeciw Barrom, nic więcej.  

 Pani  Oldroyd  potrząsnęła  głową.  Była  cichą  kobietą  o  silnie  rozwiniętym  instynkcie 

macierzyńskim,  która  widziała  w  swoim  życiu  wiele  aktów  przemocy  i  miała  własny  pogląd  na 

groźne  błędy  mężczyzn.  Unikała  jednak  tego  tematu  w  rozmowach  z  mężem,  gdyż  był  on 

człowiekiem upartym.  

 - Nie zadawaj się z Dobem.  

 - Tu nie chodzi tylko o niego - sprostował Oldroyd. - Razem z nim są też Buff i Ketchum. 

Uważam, że powinienem przyłączyć się do nich. Matt...  

 Dopiero teraz zauważyli, że syna nie ma w pokoju. Musiał wymknąć się cicho.  Po chwili 

usłyszeli,  jak  odjeżdża  sprzed  domu  pełnym  galopem.  Oldroyd  zmarszczył  brwi,  ruszył  ku 

drzwiom, ale zatrzymał się w progu.  

 - Pojechał do Reservation! - zawołał i zaklął soczyście. - Na Boga, on ucieka!  

 - Nie wiadomo - pokiwała głową pani Oldroyd.  

 -  Tak,  tak,  jeszcze  go  broń  -  obruszył  się.  -  Matt  żyje  nad  wschodnią  odnogą  Ute  i  musi 

trzymać  z  sąsiadami.  Jeżeli  tego  nie  zrobi,  nie  chcę  go  znać,  Allie.  Podobno  Matt  rozmawiał  z 

Tony.  

 - Tak - kiwnęła głową.  

 - Wygoniłem ją z domu i tak ma już zostać. Jest niewiele warta.  

 Pani Oldroyd opuściła wzrok na podłogę, starając się nie patrzeć w czarne oczy męża.  

 - Nie wiadomo - powiedziała bardzo łagodnie. - Może niewiele według twojej miary.  

 - Istnieje prawo i bezprawie - rzekł z naciskiem i wyciągnął rękę po karabin, wiszący nad 

kominkiem.  

 Zrezygnowana usiadła, splatając dłonie na brzuchu. Milczała, gdyż dawno już nauczyła się 

milczeć w obecności męża. Oldroyd podszedł do niej; nachylił się, pocałował i stanął niezdarnie.  

 - Pewnie wrócę późno.  

 - Minęło  tak dużo czasu, kiedy powiedziałeś to  ostatni raz! A ja myślałam,  że te straszne 

dni przeszły bezpowrotnie!  

 - Zostaw mi trochę kawy.  

background image

 - Będzie stała na piecu.  

 Oldroyd  wyszedł  krokiem  wolnym,  lecz  zdecydowanym.  Był  człowiekiem,  który  wierzył 

zawsze w istnienie dobra lub zła i który nie mógł się już zmienić.  

 Matt,  skryty  wśród  przybrzeżnych  wierzb,  słyszał,  jak  ojciec  pędzi  w  mroku  ku  dolinie 

Dobe'a  Hyde'a.  Tętent  ucichł  dawno,  on  jednak  stał  wciąż  w  bezruchu,  zatopiony  w  ponurych 

rozmyślaniach. Wiedział, że nazajutrz będzie musiał wystąpić przeciw własnemu ojcu. Zanosiło się 

na tragedię, gdyż ojciec widział w nim nadal małego chłopca, któremu może polecić to lub tamto. 

Przedłużająca się wojna z Barrami uczyniła z tutejszych ranczerów ludzi twardych, pozbawionych 

rozsądku i serca wobec bliźnich. Żaden z nich nie potrafił zrozumieć, że ich dzieci mogłyby mieć 

odmienny pogląd na tę waśń.  

 Właściwie  zamierzał  pojechać  do  Reservation  i  ostrzec  Kellanda  przed  oczekującą  go 

walką.  Ale  mimo  że  tak  bardzo  podziwiał  Kellanda,  nie  mógł  zdobyć  się  na  ten  krok.  Od 

dzieciństwa  wpajano  mu  potrzebę  skrytości  i  milczenia.  Grzech  gadulstwa  był  uznawany  przez 

jego ziomków za ciężkie przewinienie. Nienawidził zaślepienia, które nie pozwalało ojcu położyć 

wreszcie kresu starej waśni, a mimo to nie mógł przekazać Kellandowi tej wiadomości.  

 Mógł zrobić tylko jedno: pojechać do Barrów, aby zobaczyć, co się stanie.  

 

***  

 

 Po  sprzeczce  z  bratem  Edith  Sultan  pojechała  do  opuszczonego  domu.  W  drodze 

zatrzymała się, aby zobaczyć, czy ktoś ją śledzi. Nie spodziewała się, że Dan będzie czekał na nią 

na  polanie  -  i  rzeczywiście  nie  było  go  tam.  Długo  błąkała  się  po  ciemnych  pomieszczeniach  i 

wreszcie  -  nie  mogąc  znieść  już  dłużej  odgłosów  własnych  kroków,  odbijających  się  echem  od 

pustych ścian  - przysiadła w kącie. Kiedy zdecydowała się  wrócić, usłyszała, jak ktoś  podjeżdża 

pod dom i zsiada z konia.  

 - Dan! - wykrzyknęła, poznając jego kroki.  

 Wyciągnął  rękę  po  jej  dłoń  i  trwali  tak  przez  pewien  czas  w  milczeniu:  dwie  samotne 

postacie w ciemnościach.  

 - Co teraz będzie? - zapytał nagle. - Czy wiesz coś o tym?  

 Długo ociągała się z odpowiedzią, w końcu odparła łagodnie i bez ogródek:  

 - Nie mogę ci nic powiedzieć, Dan. Nie mogę zdradzić własnej rodziny.  

 Gwałtownie cofnął rękę i zaczął krążyć po pokoju. Potem podszedł do niej. W jego głosie 

zabrzmiała teraz rozpacz.  

 - Mój Boże, Edith, czy nie widzisz sama, do czego to zmierza?  

background image

 - Tak, wiem, przepaść pogłębia się coraz bardziej. Ale co mogę na to poradzić, Dan? Czy 

ty powiedziałbyś mi, co planują twoi ludzie?  

 - Mówiłem ci już tyle razy, że nie pochwalam tego, co robi moja rodzina. Nie mogę jednak 

uciec  przed  tym,  co  wisi  w  powietrzu.  Kelland  rozpętał  piekło,  a  twoja  rodzina  chce  nas 

wykończyć. Czy chcesz, żeby Barrowie... zostali zniszczeni?  

 - Och, Dan, nie mów tak!  

 Podszedł do niej zupełnie blisko i wziął w ramiona.  

 - Myślę, że teraz to nie ma sensu, ale powinnaś o tym wiedzieć: kocham cię, Edith!  

 Przywarła  do  niego  całym  ciałem  i  zapłakała,  a  tak  bardzo  nienawidziła  łez.  I  tak  stali  w 

pustym domu, niczym dwoje dzieci, drżących ze strachu przed bezwzględnością losu.  

 

***  

 

 Zbliżała  się  północ,  kiedy  Dobe  Hyde  zdołał  wreszcie  zgromadzić  u  siebie  w  domu 

mieszkańców doliny: Sultana, Ketchuma i jego syna Hallema, Oldroyda oraz nie znanego nikomu 

milczka, którego Hyde nazywał  Godry. Mieszkał gdzieś na wschód od rancza Dobe'a. Nikomu  z 

zebranych  nie  przypadł  do  gustu,  a  Ketchum  okazywał  to  tak  otwarcie,  że  Hyde  poczuł  się  w 

obowiązku wyjaśnić:  

 - Poznałem Godry'ego na szlaku Chisholma. Jeden więcej nie zaszkodzi.  

 - Nie zwykłem jeździć z obcymi - zauważył Ketchum.  

 Godry milczał w dalszym ciągu. Siedział niebale na stercie worków, nie wyjmując z ust ani 

na chwilę krótkiej fajki. Miał krótko przycięte wąsy i zielone oczy.  

 Ketchum łypnął okiem na Sultana, ale ten wzruszył tylko ramionami.  

 -  Nie  jestem  z  tych,  co  strzelają  wtedy,  gdy  nie  jest  to  konieczne  -  zaczął  Hyde  swoim 

piskliwym głosem. - Ale Jett pokręcił się trochę po okolicy i obejrzał wszystko. Stary Barr wysłał 

swoich  dwóch  starszych  synów  i  dwóch  krewniaków  na  południową  granicę  pastwiska.  To 

oznacza,  że  tam  właśnie  jest  ich  bydło.  Możemy  tam  pojechać  skoro  świt,  napędzić  kowbojom 

stracha i przegnać stado. Myślę, że Barr zrozumie ostrzeżenie.  

 - To nie przejdzie, Dobe - powiedział Sultan. - Barrowie nie dadzą się zastraszyć.  

 Jasne  oczy  Hyde'a  obrzuciły  go  przelotnym  spojrzeniem;  nie  było  szczególnie  ostre,  ale 

Sultan  dostrzegł  w  nim coś,  co  go  zaniepokoiło.  Chwycił  stojącą  na  stole  butelkę  whisky  i  nalał 

sobie niemal do pełna. Dobe wzdrygnął się.  

 - Do świtu mamy jeszcze pięć godzin - powiedział Ketchum.  

 - Dwie na dojazd i trzy, żeby poczekać.  

background image

 Oldroyd  nie  spuszczał  oka  z  nieznajomego.  Sam  był  człowiekiem  twardym,  potrafił  więc 

rozpoznać ludzi swego pokroju. Patrzył tak natarczywie, że wzbudził zainteresowanie Godry'ego; 

odwzajemnił spojrzenie z pewną rezerwą, po czym odwrócił wzrok.  

 Oldroyd pogładził się po brodzie.  

 - Polityka to twarda rzecz, Dobe - powiedział. - Nigdy nie miałem do ciebie zaufania i nie 

ufam ci teraz. W najgorszych momentach tej walki ty trzymałeś się na uboczu. Pójdziemy z tobą, 

ale prowadzić będzie Ketchum, a ty będziesz wykonywać jego rozkazy. Czy to jasne?  

 - Zgadzam się na wszystko - odparł Dobe.  

 - Chcę przypomnieć ci jeszcze coś - mówił dalej Oldroyd. - Kiedy przepędzimy już Barrów 

znad  południowej  odnogi  Ute,  dolina  nie  będzie  dla  ciebie  wolna.  Ziemia  zostanie  podzielona 

pomiędzy te rodziny, które cierpiały najbardziej przez cały ten czas, od sześćdziesiątego piątego. 

Czy to też jasne?  

 Dobe  siedział  bezwładnie,  z  głową  pochyloną  nad  stołem,  a  jego  pomarszczona  twarz 

pokrywała  się  słabym  rumieńcem.  Godry  obrzucił  go  szybkim  spojrzeniem,  a  w  jego  zielonych 

oczach błysnął jakiś płomień.  

 - Słyszałeś, co powiedziałem? - powtórzył niecierpliwie Oldroyd.  

 Dobe podniósł na niego wzrok. Oczy miał rozbiegane, mówił jednak spokojnie i grzecznie:  

 -  Nie  mam  żadnych  zamiarów  odnośnie  doliny.  Chciałbym  dostać  tylko  kawałek  tego 

górzystego terenu, z którego korzystają teraz Barrowie.  

 - Część z tego należała do ojca Tony - zauważył Sultan.  

 -  On  nie  żyje  -  wtrącił  Oldroyd.  -  Wobec  zmarłych  nie  mamy  żadnych  zobowiązań.  Nie 

jesteśmy też nic winni jego córce. Nie jest wiele warta. A więc ustalmy to od razu: dostaniesz ten 

kawałek ziemi o którym mówiłeś, ale nic poza tym.  

 - W porządku, w porządku - mruknął Dobe.  

 Oldroyd,  Ketchum  i  Sultan  przeszywali  go  wzrokiem,  w  którym  na  próżno  można  by 

szukać cienia przyjaźni czy zaufania.  

 - Ruszamy - powiedział wreszcie Oldroyd.  

 Jeden za drugim wyszli na zewnątrz; Dobe i nieznajomy na końcu. W progu Dobe odwrócił 

się i spojrzał porozumiewawczo na swego kompana.  

 Dosiedli koni. Mrok był tak gęsty, że przez całe dwanaście mil mogli jechać tylko stępa. I 

tak  upłynęły  trzy  godziny,  zanim  znaleźli  się  wśród  wzgórz  i  zjechali  po  niewysokim  zboczu, 

kończącym się niskim grzbietem.  

background image

 Z  wierzchołków  Silver  Lode  spływały  leniwie  mleczne  zwoje  mgły.  Poniżej  grzbietu 

rozciągał  się płaski kanion, wtedy niewidoczny. Tam  właśnie stała chata pasterska Barrów. Jakiś 

strumyk szumiał w pobliżu, a wiatr szeptał wśród świerków.  

 - To już niecałe sto metrów, prawie przed nami - powiedział Ketchum. - Hallem, weź konie 

i odprowadź je pojedynczo. Poczekamy tu na ciebie.  

 Konie parskały cicho, ale szły posłusznie za Hallemem.  

 - Teraz rozdzielimy się i poczekamy - polecił Ketchum.  

 Rozproszyli się ginąc w ciemnościach. Od gór wiał zimny wiatr, rozścielając kłęby mgły. 

Oni jednak czekali cierpliwie, w zupełnej ciszy i bezruchu, podczas gdy noc dobiegała końca, a w 

nieprzejrzaną ciemność zaczynał już sączyć się świt.  

 W nikłym blasku dnia wyłaniał się gigantyczny masyw górski. Nisko płynące opary mgły 

zdradzały kierunek, w którym ciągnął się kanion, chata była jednak nadal niewidoczna.  

 Dobe Hyde mruczał coś do siebie i z trudem tłumił niecierpliwość leżąc płasko na ziemi.  

 Nieoczekiwanie  przez  mgłę  przedarło  się  światło  dnia,  odsłaniając  wreszcie  chatę,  coraz 

wyraźniej, w miarę jak opary ulatywały do góry. Odległość wynosiła prawie sto metrów, ale głosy 

z chaty dochodziły aż tu. Z komina sypały się iskry, drzwi otworzyły się i w progu stanął najstarszy 

z  synów  Barra  -  Ring.  Podszedł  do  potoku  i  zaczerpnął  wiadro  wody,  wyprostował  się  i  powiódł 

wzrokiem po kanionie. Następnie odwrócił się i wrócił do chaty. Skrzyp rączki od wiadra roznosił 

się daleko w ciszy poranka.  

 Godry  przeturlał  się  na  bok  i  celował  z  karabinu.  Ketchum  powstrzymał  go  ostrym 

warknięciem.  

 - Przestań pan!  

 Wszyscy  leżeli  płasko  na  ziemi,  ich  ciała  tworzyły  nieznaczne  wzniesienia.  Światło  dnia 

przybrało trochę na sile, a mgła cofała się między świerkami, wzdłuż stoków. Wiatr przywiał od 

chaty zapach dymu. W dole nad potokiem rysowały się coraz wyraźniej sylwetki krów.  

 - Jeszcze nie - mruknął Ketchum. - Zaczekamy, aż wszyscy wyjdą z chaty.  

 

***  

 

 O piątej zaświtał szary, pochmurny dzień. Hallem wraz z końmi znajdował się w płaskiej 

kotlinie,  oddalonej  stąd  o  jakieś  trzysta  metrów.  Dalej  zaczynał  się  górzysty  teren  ze  stokami 

ozdobionymi świerkami.  

 Buff Sultan powiódł dokoła wzrokiem, uświadomił sobie, że gdyby ktoś zaatakował ich od 

strony wzgórz, znaleźliby się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, nie powiedział jednak ani słowa.  

background image

 Z chaty wyszedł znowu Ring Barr.  

 - Czekać - mruknął Ketchum.  

 Buff Sultan leżał markotny. Cały ten napad, do którego przygotowali się z tak zimną krwią, 

przestał  mu  się  podobać.  Dla  innych  Barrowie  byli  po  prostu  bestiami,  nie  odczuwali  żadnych 

wyrzutów sumienia. Takimi uformowało ich życie, a ojciec Buffa był taki sam. Ale synowie Barra 

byli jego rówieśnikami,  nie należeli do pokolenia ich nieprzejednanych  rodziców. Tylko  że teraz 

było już za późno, aby wyjaśniać to Ketchumowi, a duma nie pozwalała na to, by wycofać się bez 

słowa.  

 Leżał  więc  przytłoczony  tą  wewnętrzną  rozterką  i  patrzył  na  Ringa,  który  właśnie  stąpał 

ociężale w stronę korrala. Kątem oka dostrzegł nagle, jak Dobe - ostatni w szeregu - unosi karabin i 

celuje w dół.  

 Ring doszedł już prawie do rogu chaty, a w drzwiach stanął jeden z jego krewnych. W tym 

momencie Dobe wystrzelił.  

 Kula ugodziła Ringa w plecy i roztrzaskała kręgosłup, a siła uderzenia pchnęła go o krok 

do przodu i rzuciła na ziemię. Kapelusz potoczył się trochę dalej.  

 Ketchum  uniósł  się  na  kolana  i  zaklął  siarczyście,  rozwścieczony  postępkiem  Dobe'a. 

Potem przywarł z powrotem do ziemi. Człowiek stojący na progu wskoczył do chaty, inny strzelał 

już przez okno, wzbijając drobne fontanny piachu na zboczu kanionu.  

 Ketchum nie przestawał się pieklić, w końcu powiedział:  

 - A więc dobrze, dajmy im nauczkę.  

 Teraz  wszyscy  zaczęli  ostrzeliwać  okna  chaty,  wszyscy  oprócz  Buffa.  Leżał,  ściskając  w 

dłoniach kolbę karabinu, nie unosił go do strzału. Kule z siedmiu karabinów uderzały o chatę, nie 

było żadnej reakcji. Po chwili wszystkie okna były potrzaskane, a atakujący skoncentrowali się na 

drzwiach.  

 - Część z was może zająć się teraz bydłem - powiedział Ketchum.  

 W tym momencie rozległy się nieoczekiwanie strzały.  

 -  Wydostali  się  przez  tylne  okno  -  krzyknął  Ketchum,  a  Buff  ujrzał,  jak  zza  węgła  chaty 

wysuwa się lufa karabinu.  

 Oldroyd wycofał się i zajął pozycję nieco dalej. Celował w bydło stojące u wylotu kanionu, 

nie chciał bowiem wywołać paniki w stadzie.  

 Barrowie  przerwali  ogień.  Od  tylnej  ściany  chaty  do  lasu  ciągnął  się  teren,  osłonięty  na 

przestrzeni  około  dziesięciu  metrów,  dalej  otwarty,  a  Barrowie  byliby  na  nim  widoczni  jak  na 

dłoni, gdyby chcieli dotrzeć do lasu. Widocznie na to właśnie liczył Dobe, gdyż zawołał nagle:  

 - Celujcie za chatę! Będą tamtędy uciekać!  

background image

 Jeden z oblężonych nisko skulony przebiegł akurat. Kula z karabinu Dobe'a wzbiła tuman 

pyłu tuż za nim, zdołał jednak dotrzeć do lasu i zaczął ostrzeliwać stamtąd zbocze kanionu.  

 - Wycofujemy się! - polecił natychmiast Ketchum.  

 Czołgali się spory kawałek do tyłu, zanim wstali i podeszli do koni. Na wschodzie zabłysły 

pierwsze  promienie  słońca.  Mgła  rozwiała  się  już  całkowicie.  Dosiedli  koni,  oczekując  dalszych 

rozkazów Ketchuma.  

 - Wpadli na dobry pomysł - powiedział wreszcie. - Trochę pokpiliśmy sprawę, ale i tak nie 

odważą się podejść do nas bliżej, tyle że hałas może sprowadzić resztę rodziny. A więc: wiejemy. 

Dobe, niech pana diabli porwą!  

 Sultan nie spuszczał oka z zalesionego zbocza, wznoszącego się nie opodal. To miejsce nie 

podobało  mu  się  i  wypowiedział  swe  obawy  na  głos.  Ketchum  i  Oldroyd  spojrzeli  na  niego  z 

niechęcią.  

 - Nie mieliśmy z ciebie dużego pożytku - zauważył Ketchum.  

 - Jedźmy już - odparł szorstko Sultan.  

 Zawrócili i wjechali pod górę, w kierunku drzew. Oldroyd pozostał nieco w tyle i zsiadł z 

konia,  aby  podciągnąć  popręg.  Pozostali  zatrzymali  się  trochę  dalej,  czekając  na  niego.  Konie 

tańczyły niespokojnie w miejscu.  

 Ciszę  poranka  przerwał  nagle  huk  wystrzału.  Odgłos  dobiegł  spośród  rosnących  wyżej 

świerków.  Dobe  krzyknął  coś,  zawrócił  konia  i  pognał  w  stronę  lasu.  Reszta  pędziła  za  nim  w 

popłochu. Niewidzialny napastnik strzelił po raz drugi. Sultan przylgnął niemal do grzbietu konia, 

usłyszał świst kuli. W następnej chwili skrył ich zbawczy las świerkowy, oni jednak nadal pędzili 

galopem po zarośniętej ścieżce. Sultan, ostatni w grupie, odwrócił się w siodle: Oldroyd leżał na 

drodze. Był martwy.  

 

***  

 

 Po spotkaniu z Edith Dan udał się do domu. W takich chwilach, jak ta, kiedy opadały go 

rozpaczliwe  myśli,  samotna,  bezkresna  przejażdżka  przynosiła  mu  ulgę.  Noc  kryła  w  sobie 

odwieczny, kojący spokój, potężny, bezdźwięczny rytm, odwodzący go od małych, przyziemnych 

spraw ludzi.  

 Dlatego też noc spędził pod gołym niebem. Tajemnicze, osobliwe szepty nocy utuliły go do 

snu, obudził się zaś, zanim jeszcze wstał szary brzask.  

 Kiedy ruszył w dalszą drogę i znajdował się tuż nad kanionem z chatą pasterską, usłyszał z 

oddali huk wystrzałów. Na skraj lasu dotarł w chwili, kiedy grupa Dobe'a rzuciła się do ucieczki. 

background image

Ale  dopiero,  gdy  dostrzegł  z  góry  nieruchomą  postać  leżącą  przed  chatą,  uświadomił  sobie 

znaczenie tego wszystkiego.  

 I raptem wszelkie jego nadzieje prysnęły jak bańka mydlana; wiedział teraz, jakie go czeka 

zadanie bez względu na to, o czym marzył. Poderwał karabin i pierwszym strzałem zabił Oldroyda. 

Druga  kula  chybiła.  Grupa  jeźdźców  zniknęła  w  oddali,  ucichł  tętent  kopyt.  Dan  przejechał  na 

drugą stronę polany, odnalazł ścieżkę wiodącą ukosem na dno kanionu, po czym krzyknął głośno, 

aby uprzedzić o swym przybyciu. Zza drzew wyłonili się jego brat Fay, kuzyn Creed i wujek Will. 

Stanęli nad zwłokami Ringa.  

 - Odjechali? - zapytał Fay.  

 - Chyba tak.  

 - Widziałem, jak ktoś spada na ziemię.  

 - Oldroyd - wyjaśnił Dan i spojrzał znowu na zabitego brata.  

 Kula  musiała  pozbawić  go  życia  natychmiast.  Wyglądało  na  to,  że  nie  zdążył  poczuć  ani 

strachu, ani bólu. Wystarczył ułamek sekundy, aby przestał żyć.  

 Dan podniósł wzrok, ale na twarzach Creeda i wujka nie dostrzegł żadnej zmiany. Tacy już 

byli: zawzięci, milczący, nie okazujący swych uczuć. Jedynie w oczach Faya zauważył teraz jakiś 

błysk. Dan go rozumiał, przeżywał to samo. Nie odezwali się nawet jednym słowem, ale mimo to 

poczuli się sobie bliscy. Ani rozsądek, ani pragnienia nie miały z tym nic wspólnego, był to istotnie 

prastary,  odwieczny  przymus  wewnętrzny,  który  sprawia,  że  człowiek  idzie  za  głosem  krwi.  I  on 

sprawił teraz, że Dan powiedział równie lakonicznie, jak powiedziałby to brat.  

 - Ruszajmy już, tak będzie lepiej!  

 Fay  skinął  głową  i  podszedł  do  konia  Dana.  Wyciągnął  z  olstra  jego  spencera,  wyjął 

okrągły magazynek i sprawdził naboje. Następnie wsunął karabin z powrotem i podniósł wzrok na 

Dana.  

 - Oddałeś dwa strzały:  

 - Za drugim razem spudłowałem.  

 - Liczy się ten pierwszy - powiedział łagodnie Fay. - Według mnie jesteś w porządku, Dan.  

 W milczeniu umieścili Ringa w siodle, przywiązali mocno i zostawiając bydło ruszyli pod 

górę do odległego o pięć mil rancza.  

 - Myślę, że nieprędko wrócimy do tego kanionu - odezwał się po chwili Dan.  

 Fay zacisnął wargi.  

 - Jak tylko rozprawimy się z Benem Maffittem, złożymy kilka wizyt, tu i tam.  

 - Nie jestem tego taki pewny - mruknął Dan.  

background image

 Pół  godziny  później  wjeżdżali  na  plac  przed  domem.  Na  werandzie  czekali  Pete  i 

Katherine.  Danowi  zdawało  się,  że  ojciec  wyszczuplał  jeszcze  bardziej.  Jego  twarz  nie  wyrażała 

zupełnie nic.  

 Twarz Katherine była blada w promieniach słońca, które zabłysło raptem na wschodzie, z 

ust wydarł się zduszony okrzyk. Dan nigdy nie darzył sympatią ojca, teraz jednak czuł jego głuchy 

ból. Przez chwilę w oczach Pete'a pojawiła się nawet jakaś trudna do zniesienia męka, ale trwało to 

tylko sekundę.  

 - Wnieście go do domu - polecił.  

 Dan i Fay zdjęli ciało z siodła i zanieśli do domu, a kuzyn Creed opowiedział Pete'owi, jak 

doszło do walki. Kiedy bracia wyszli z powrotem, ojciec wszedł do domu i zamknął się w swoim 

pokoju. Wkrótce usłyszeli odgłos jego kroków. Potem kroki ucichły.  

 - Ring był jego oczkiem w głowie - mruknął Fay. Odwrócił się i odszedł.  

 

***  

 

 Ketchumowie, ojciec i syn, odłączyli się od pozostałych i stary udał się ze smutną wieścią 

do domu Oldroyda. Kilka mil dalej grupę Hyde'a opuścił Buff Sultan, wracając na swoje ranczo. 

Edith  czekała  na  niego  z  niepokojem.  To,  co  najgorsze,  wyczytała  od  razu  z  jego  twarzy.  Nie 

musiała zresztą o nic pytać; sam pospieszył z wyjaśnieniem.  

 - Dopadliśmy kilku Barrów w chacie i Dobe zastrzelił Ringa. Potem wycofaliśmy się. Na 

górze ktoś nas wytropił, chyba nadszedł od tyłu. Nie wiemy, kto to był. Dostał Oldroyda. - Spojrzał 

w jej oczy i dostrzegł w nich całą okropną, brutalną prawdę o tej walce. - Jakie to straszne, Edith! - 

mruknął przygnębiony. - Nie chciałem, by doszło do zabójstwa.  

 - A teraz Dobe ma was wszystkich w ręku - odparła z odrazą w głosie.  

 - Nie powinienem był jechać z nim, wiem! To wszystko przez tego przeklętego Kellanda! 

Po co się tu zjawił?!  

 - Nie on tu zawinił! - zawołała ostro.  

 - No... póki go nie było, wszystko szło dobrze.  

 Potrząsnęła głową.  

 - Nie, to nieprawda. Ale teraz wszyscy zaczną go obwiniać i znienawidzą jeszcze bardziej.  

 Opuściła  głowę.  Dla  niej,  tak  jak  dla  wielu  innych  mieszkańców  doliny,  oznaczało  to 

koniec wszelkich nadziei.  Rozstrzygnięcie stało  się faktem dokonanym;  tląca się od dawna waśń 

rozpaliła się otwartym płomieniem walki, niszcząc tym samym prywatne szczęście każdego z nich.  

background image

 Stała  zrezygnowana  pośrodku  pokoju,  a  na  jej  twarzy  widniał  wyraźnie  przepełniający  ją 

smutek. Wreszcie wyszła bez słowa, osiodłała konia i ruszyła przed siebie.  

 Buff zawołał za nią:  

 - Nie pokazuj się teraz w tamtej okolicy, Edith!  

 - Nie martw się, wrócę - odparła i zniknęła w lesie.  

 Kiedy  dotarła  do  opuszczonego  domu,  wzięła  kartkę  papieru  i  napisała  na  niej  tylko  dwa 

słowa. Przyczepiła ją gwoździem do ściany nad kominkiem. Długo jeszcze stała, wpatrując się  w 

nią wzrokiem przyćmionym łzami. W końcu odeszła.  

 Napis brzmiał: "Bądź zdrów".  

 

***  

 

 Tego  samego  ranka  o  dziewiątej  Matt  Oldroyd  przyjechał  lekkim  powozem  do 

Reservation. Zatrzymał się na widok Kellanda, który stał w słońcu, oparty o ścianę hotelu.  

 - Jadę na grzebień górski po ciało ojca - powiedział. - Zabito go trzy godziny temu.  

 Kelland podniósł głowę, ale nie odszedł od ściany i nie okazał żadnego zaskoczenia.  

 - Słyszał już pan o tym? - zapytał Matt.  

 - Nie. Pan pierwszy mi to powiedział. Bardzo mi przykro, Matt.  

 Młodzieniec  opuścił  głowę  i  przytłumionym  głosem  opowiedział  wszystko,  co  wiedział. 

Zabrzmiało to, jak ponure wyznanie winy, chociaż nie miał z tą sprawą nic wspólnego.  

 -  Wiedziałem,  że  coś  się  stanie  -  powiedział  wreszcie.  -  Ale  nie  mogłem  tam  pojechać 

poprzedniej nocy, rozumie pan?  

 - Oczywiście - odparł Kelland. - A co teraz, Matt?  

 - Pojadę po mego ojca!  

 - A potem?  

 Matt potrząsnął głową.  

 - Tego nie wiem. Jeszcze o tym nie myślałem.  

 - Może przyłączy się pan do Dobe Hyde'a?  

 Matt odetchnął głęboko.  

 -  Może  powinienem  to  zrobić.  A  może  powinienem  tak  jak  inni,  stracić  głowę  i  zacząć 

strzelać.  Przecież  był  moim  ojcem,  a  więc  na  mnie  spada  obowiązek  podtrzymywania  zatargu; 

zawsze  wbijał  mi  to  do  głowy.  Dlatego  musiałbym  zabić  teraz  któregoś  z  Barrów,  a  inny  Barr 

zrobiłby  wszystko,  aby  mnie  dopaść.  A  za  dwadzieścia  lat  moje  dzieci  strzelałyby  do  dzieci 

Barrów, oczywiście, o ile któryś z nas pozostałby przy życiu wystarczająco długo, by mieć dzieci.  

background image

 Zabrakło  mu  tchu.  Na  twarzy  Kellanda  pojawił  się  nikły  uśmiech,  który  u  tego  twardego 

mężczyzny sprawiał wrażenie szczególnie łagodnego i tęsknego.  

 -  Ma  pan  rozum  dorosłego  mężczyzny  -  rzekł  miękko  Kelland.  -  I  myśli  pan  jak 

mężczyzna. Nie zapomnę o tym.  

 Matt  zaczerwienił  się  nagle  i  chwycił  śpiesznie  za  cugle.  Trochę  za  głośno  cmoknął  na 

konie, zmuszając je, by ruszyły. Serce urosło mu w jednej chwili, a sprawił to komplement z ust 

Kellanda.  

 Około  jedenastej  dotarł  na  polanę,  gdzie  leżał  ojciec.  Znajdował  się  teraz  na 

niebezpiecznym  terenie,  wiedział  o  tym.  A  mimo  to  przez  dłuższą  chwilę  trwał  w  bezruchu  nad 

nieruchomą postacią, czując, jak narasta w nim nienawiść do ludzi,  którzy odjechali jakby nigdy 

nic, zostawiając zabitego towarzysza.  

 Przeniósł  zwłoki  na  wóz,  przykrył  je  kocem  i  opuścił  polanę.  Z  żalem,  odczuwanym 

zawsze przez żywych wobec zmarłych, rozmyślał o nie osiągniętej nigdy harmonii w kontaktach z 

ojcem.  Ojciec  żył  zawsze  w  świecie  zaciekłych  zmagań  i  chciał  wpoić  w  syna  choćby  cząstkę 

swego  twardego  charakteru,  aby  przysposobić  go  do  przyszłej  walki.  Może  w  tych  próbach 

hartowania syna, wyrabiania w nim odporności na słabość i ból, przejawiała się ojcowska miłość. 

Ale efekt tych starań był odwrotny, rozdźwięk między nimi stale się pogłębiał, teraz zaś było już za 

późno na pokonanie tej przepaści.  

 Jego matka przyjęła pod swój dach sierotę, Tony, lecz ojciec pozbył się dziewczyny, kiedy 

tylko  mogła  zarobić  na  własne  utrzymanie;  obawiał  się,  że  jej  obecność  mogłaby  zmiękczyć 

charakter syna.  

 Matt  musiał  przyznać  w  duchu,  że  istotnie  miękł  kiedyś  przy  Tony.  Tkwiło  w  nich 

szaleństwo  młodości,  jakaś  potężna  siła  przyciągała  ku  sobie.  Ale  to  wszystko  należało  już  do 

przeszłości i nie było na to rady.  

 O tym  wszystkim  rozmyślał Matt, jadąc do domu.  Z opuszczoną  głową spoglądał  oczami 

wyobraźni na sceny, nadal tak wyraźne, a jednak bezpowrotnie minione.  

 

***  

 

 Tony była w przedsionku, kiedy Kelland rozmawiał  z Mattem,  mogła więc słyszeć każde 

słowo.  Kiedy  Matt  wyjechał  z  Reservation,  udała  się  do  swego  pokoju,  założyła  stare  spodnie  i 

męską koszulę, po czym poszła do stajni. Wynajęła konia i pojechała do opuszczonego domu, który 

kiedyś należał do jej rodziców.  

background image

 Kiedy dziesięć lat temu zabito jej ojca, stary  Oldroyd pojechał  po nią i  jej cały dobytek i 

zabrał do swojego domu. Nikt nie zapytał Tony, czy zgadza się na to. Wszystko stało się bez jej 

udziału, podobnie jak większość wydarzeń w jej życiu, na które nie miała żadnego wpływu.  

 Od  tamtej  pory  nie  przekroczyła  progu  tego  domu.  Nie  chciała  wzbudzać  na  nowo 

dawnego bólu. Teraz zaś, jadąc dobrze sobie znaną drogą, nie bardzo wiedziała, dlaczego to czyni, 

nie  próbowała  też  tego  pojąć.  Z  natury  rzadko  szukała  wyjaśnień,  kierowała  się  raczej 

powierzchownymi odczuciami niż rozwagą.  

 A  jednak  ta  jazda  coś  znaczyła;  była  ucieczką  w  przeszłość.  Tony  ogarnęło  nagle 

pragnienie  spokoju,  ciepła  i  bezpieczeństwa,  tego  wszystkiego,  czego  brak  odczuwała  od  tak 

dawna. A ponieważ miała to w dzieciństwie, jechała tam, gdzie dawniej był jej dom.  

 Na widok zapadłych ścian, wybitych okien i walącego się dachu doznała bolesnego szoku. 

W jej pamięci zachowały się przecież okna rozjaśnione blaskiem lampy, drzwi oddzielające dom 

od  wszelkich  dokuczliwości  świata  i  komin,  z  którego  unosiły  się  kłęby  dymu.  Tak  widziała  ten 

dom ostatnim razem i takim spodziewała się go zastać.  

 Tony  zsiadła  z  konia  i  weszła  do  środka.  Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  jak  bardzo 

zniszczyły dom burze i zabłąkane zwierzęta. Nad kominkiem dostrzegła jakąś kartkę. Przeczytała 

ją bez zainteresowania, po czym weszła po rozchwianych schodach na górę.  

 W pierwszym pomieszczeniu była sypialnia rodziców, dalej - za cienkim przepierzeniem z 

desek  -  mieścił  się  jej  pokój.  W  jednym  kącie  stała  kołyska  jej  nieżyjącego  już  brata  Johna,  w 

drugim - jej łóżko. Kiedy kładła się wieczorem, światło lampy padało na ścianę wyklejoną tapetą w 

różyczki. Potem przychodziła matka i zabierała lampę, a jej zniekształcony cień przesuwał się po 

ścianie, kiedy nachylała się nad nią.  

 - Ojcze nasz...  

 Odmawiała  pacierz,  licząc  przy  każdym  słowie  różyczki  na  tapecie.  Później  matka 

całowała ją i wychodziła z lampą.  

 Tapeta  w  różyczki  dawno  już  odpadła  od  ściany.  Tony  wyjrzała  przez  okno  i  zobaczyła 

pień świerku, pod którym ojciec ustawił budę dla Sama, jej wilczura. Wtedy drzewo sięgało ledwie 

dachu; teraz było o połowę wyższe. Dalej biegła ścieżka wiodąca do źródła.  

 Wspomnienia, piękne i  żywe, kłębiły jej się w głowie, kiedy schodziła na dół. Ale potem 

stała  znowu  na  zmurszałych  deskach  podłogi,  patrzyła  na  zniszczenia,  jakich  dokonał  bezduszny 

czas, a jej mina to pochmurniała, to znów rozpogadzała się.  

 Drgnęła, słysząc tętent zbliżającego się konia. Potem zobaczyła jak Dan Barr ześlizguje się 

z  siodła  i  przebiega  przez  werandę.  Dojrzał  ją  i  stanął  jak  wryty.  Wyglądał  na  znużonego  i 

background image

zdenerwowanego,  lecz  starał  się  nie  zdradzać  zaskoczenia,  w  jakie  musiała  wprawić  go  jej 

obecność.  

 - Witaj, Tony - mruknął i podszedł do kominka.  

 Całą  jego  uwagę  przykuła  owa  kartka  papieru,  jakby  posiadała  magiczną  moc.  Jego 

ramiona uniosły się i opadły, kiedy przeczytał te dwa słowa. Tony nie wiedziała, kto je napisał, ale 

dla  niego  zdawały  się  mieć  olbrzymie  znaczenie.  Kiedy  jednak  odwrócił  się  do  niej,  jego  twarz 

była  zupełnie  nieprzenikniona.  Zawsze  uważała  go  za  najlepszego  z  Barrów,  ale  teraz  sprawiał 

wrażenie równie twardego i nieprzejednanego jak reszta członków jego rodziny.  

 - Co się stało, Dan? - zapytała.  

 Spoglądał na nią przez dłuższy czas dziwnie pustym i rozpaczliwym wzrokiem.  

 - Wychowałaś się w tym domu, Tony?  

 - Tak, do dziesiątego roku życia.  

 -  Ano,  przypominam  sobie.  Na  pewno  nienawidzisz  Barrów  i  Bóg  jeden  wie,  że  nie  bez 

powodu.  

 - Nie czuję nienawiści do nikogo - odparła. - Co by mi to dało?  

 Po twarzy przemknął mu nikły uśmiech, jakby nie wierzył w szczerość jej słów.  

 - Nie czujesz do ludzi nienawiści za krzywdy, jakie ci wyrządzili?  

 - Nie - szepnęła. - Nie.  

 Ciszę przerwał pisk kół powozu. Dan odwrócił się błyskawicznie. Tony nie zwróciła do tej 

pory  uwagi  na  napięcie,  w  jakim  znajdował  się  przez  cały  czas.  Teraz  patrzyła  zaskoczona  na 

zwinne,  kocie  ruchy;  momentalnie  znalazł  się  w  drugim  końcu  pokoju,  z  dłońmi  przywartymi 

płasko do nóg, nachylony lekko do przodu.  

 Z zewnątrz dobiegł ich dziwnie podniecony głos Matta Oldroyda.  

 - I co, Dan?  

 Do  tej  chwili  Tony  nie  interesowała  się  przebiegiem  konfliktu,  ale  jakiś  impuls  kazał  jej 

postąpić dwa kroki, odepchnąć Dana na bok i wyjść na werandę.  

 -  Nie  stawaj  przede  mną!  -  zawołał  Dan  z  rozdrażnieniem  i  zszedł  na  dziedziniec. 

Uprzejmym, ale pełnym rezerwy tonem powiedział:  

 - Cześć, Matt.  

 Oldroyd  siedział  na  koźle  w  pozornie  niedbałej  pozie.  Jego  duże  dłonie  trzymały  lejce 

jakby  od  niechcenia,  był  lekko  przygarbiony.  Rondo  kapelusza  rzucało  cień  na  jego  posępną, 

zdecydowaną  twarz.  Jasne  włosy  odcinały  się  ostro  od  spalonego  przez  słońce  ciała,  ale  brwi 

tworzyły  dwie krótkie,  wyblakłe linie. Był  wyższy niż Dan i  bardziej opanowany. Dawniej,  jako 

dzieci, włóczyli się nieraz we troje po tym terenie.  

background image

 Z werandy Tony ujrzała leżące na wozie ciało owinięte w koc. Śpiesznie zbiegła na dół i 

podeszła do Matta.  

 - Tony, nie stawaj pomiędzy nami! - zawołał ponownie Dan.  

 - Matt... tak mi przykro - szepnęła dziewczyna.  

 Matt spoglądał na Dana spokojnym, pełnym powagi wzrokiem.  

 - Czego się boisz, Dan? - zapytał.  

 Tamten  stał  nieruchomo.  O  tym,  że  był  jednym  z  Barrów,  przypominało  martwe, 

beznamiętne spojrzenie i ostre rysy twarzy.  

 - Nie jesteśmy przyjaciółmi, Matt - odparł.  

 - Możliwe. Jeszcze tego nie wiem i na razie nie chcę wypowiadać się na ten temat.  

 - A ja nie chcę z tobą rozmawiać - wtrącił szybko Dan.  

 Tony widziała teraz obu, widziała jacy są:  jeden, który świadomie odgradzał  się barierą  - 

Dan,  i  drugi,  który  stopniowo  rósł  w  jej  oczach  -  Matt.  Siedział  spokojnie  w  powozie,  unikając 

walki. Jego wysoka, opanowana postać rysowała się ostro w blasku słońca, roztaczał wokół siebie 

spokój,  zdający  się  tłumić  wszelki  gniew  niczym  woda  płomienie  ognia.  Ostatnie  pół  godziny 

pozwoliło mu przekroczyć granicę dzielącą beztroską młodość od dojrzałości.  

 - Myślę, Dan, że powinieneś już iść, jeżeli nie chcesz ze mną rozmawiać - powiedział.  

 - Wkrótce rozpocznie się między nami walka.  

 - Nie jestem tego pewien - pokręcił głową Matt. - Nie jestem pewien.  

 Dan stał przez chwilę nieruchomo, potem rzucił wzrokiem na wnętrze powozu i cofnął się 

z  drżeniem,  jakie  nie  uszło  uwagi  Tony.  Podszedł  do  konia,  wskoczył  na  siodło,  głośnym 

okrzykiem popędził konia i pełnym galopem ruszył w drogę.  

 - Po co tu przyjechałaś? - zapytał Matt.  

 - Żałuję, że to zrobiłam - mruknęła dziewczyna.  

 Dostrzegła nagłą zmianę w jego twarzy i dodała śpiesznie:  

 -  Och,  nie,  Matt...  -  przyjechałam  tu  sama.  Ale  tu  nie  ma  już  nic,  co  mogłoby  mi 

przypomnieć tamte lata. Niepotrzebnie tu wróciłam.  

 Owinął lejce wokół rączki hamulca i stanął na ziemi. Następnie swoim niezgrabnym, jakby 

pokornym gestem zdjął przed nią kapelusz.  

 - Bardzo mi przykro, że to stało się właśnie z twoim ojcem - powiedziała.  

 -  Wierzę  ci,  ale  to  właściwie  dziwne.  Bo  on  nigdy  nie  okazał  ci  życzliwości.  Wysłał  cię 

nawet z domu.  

 - Może postąpił wtedy słusznie - szepnęła. - Nie przejmuj się mną tak bardzo.  

 - Ale ja nigdy nie przestałem żałować pewnych spraw - odparł.  

background image

 - Nie potrzebuję litości, Matt.  

 -  Wiem  -  zapewnił.  -  Wiem.  I  bądź  pewna,  że  wcale  nie  usiłuję  być  wobec  ciebie 

wspaniałomyślny.  

 Spojrzała mu prosto w oczy.  

 - Co uczyniło cię tak mądrym?  

 Uniósł lekko ramiona i opuścił z powrotem.  

 - Miałem dużo czasu do namysłu.  

 Ona jednak nie mogła zapomnieć o tych wszystkich minionych latach, o tym, co przeszła. 

Musiała myśleć o tym, jaka kiedyś była i o tym, czego nie mogła dać już nigdy komuś takiemu jak 

Matt. Na jej twarzy odmalowało się zwątpienie i również w głosie zabrzmiała nutka rezygnacji:  

 - Może dawniej miałoby to jakieś szanse powodzenia, Matt. Może dawniej. Ale teraz jest 

już za późno.  

 Szybkim  krokiem  podeszła  do  konia,  dosiadła  go  i  ruszyła  pędem  na  przełaj  przez  łąkę. 

Matt  stał  przy  wozie,  odprowadzając  ją  wzrokiem.  Kiedy  zniknęła  w  oddali,  wsiadł  na  kozioł  i 

popędził konie.  

 

***  

 

 Stojąc  przed  hotelem,  Kelland  widział,  jak  Matt  kieruje  powóz  w  stronę  grzebienia 

górskiego,  a  potem,  jak  Tony  wyjeżdża  z  miasta.  Słońce  już  wzeszło,  ale  w  cichym  powietrzu 

unosił  się  ostry  powiew  zimy.  Wierzchołki  Silver  Lode  były  oprószone  bielą,  a  to  znaczyło,  że 

mniej więcej za tydzień nadejdzie zima.  

 Kelland zapalił cygaro i oparł się ramieniem o ścianę hotelu. Zastanawiał go fakt, że Matt 

pierwszy  przyniósł  wiadomość  o  walce,  która  odbyła  się  ponad  cztery  godziny  wcześniej.  Ta 

zwłoka była dziwna w kraju, gdzie tego typu wieści rozchodzą się lotem błyskawicy. Relację Matta 

usłyszał  właściciel  stajni;  teraz  przekazywał  to  dalej.  Kelland  widział,  jak  mały  człowieczek 

wchodzi najpierw do saloonu, potem do drukarni, a wreszcie do biura Charley Chavisa.  

 Było  wpół do jedenastej, kiedy na drodze wiodącej  z rancza Barrów pojawił się jeździec. 

Nadjechał  kłusem,  wszedł  do  saloonu,  a  po  chwili  wyłonił  się  ze  swego  biura  Charley  Chavis. 

Skinął  na  handlarza  paszą  i  razem  udali  się  do  saloonu.  Również  drukarz  stanął  w  progu  swego 

warsztatu  i  obrócił  wzrok  na  Kellanda.  W  porannym  słońcu  jego  twarz  sprawiała  wrażenie 

wyjątkowo białej.  

 Miasto,  zazwyczaj  senne,  wyglądało  dziś  mimo  wczesnej  pory  na  niezwykle  ożywione. 

Kelland  czuł  tę  zmianę,  odgadł  też  jej  przyczynę.  Reservation  leżało  w  centrum  tej  górzystej 

background image

krainy, było więc niezwykle wrażliwe na wszelką, najmniejszą nawet zmianę sił. Ludzie interesu 

dbali tylko o swoje zyski, nie zastanawiając się, która ze stron jest górą. Obawiali się jednak każdej 

zmiany, która mogłaby skierować gniew skłóconych rodzin przeciw miastu. I to głównie zrodziło 

nienawiść ogółu do niego.  

 Około  jedenastej  dopalił  cygaro  i  wtedy  też  wyczerpała  się  jego  cierpliwość,  którą  i  tak 

trudno  mu  było  zazwyczaj  zachować.  Wszedł  do  sklepiku,  prowadzonego  przez  spokojnego 

mężczyznę o nazwisku Webber i jego żonę, kupił dwa cygara i chciał wyjść, kiedy pani Webber 

zawołała:  

 - Kelland!  

 Wykrzyknęła  tylko  to  słowo,  ale  ostro,  władczo.  Odwrócił  się  i  ujrzał  jej  potężną  figurę 

zbliżającą się ku niemu.  

 Patrzyła na niego nieprzyjaźnie.  

 - Dlaczego nie zostawi pan nas w spokoju?  

 Zdjął kapelusz i powiedział:  

 - Proszę mi wybaczyć.  

 Odwrócił  się  i  chciał  wyjść  ze  sklepu,  ona  jednak,  krzycząc  coś  przeraźliwie,  podbiegła, 

chwyciła go za ramię i szarpnęła. Jej gniew przejawił się tak, jak zazwyczaj reagują mężczyźni: w 

pragnieniu użycia siły fizycznej. Krzyczała, tracąc całkowicie panowanie nad sobą:  

 - Niech pan odpowie! Dlaczego nie zostawia pan nas w spokoju? Mój Boże, znowu mamy 

dwóch  zabitych  i  znowu  odżyła  ta  wojna!  Kto  pana  tu  zaprosił?  Gdybym  była  mężczyzną, 

zrobiłabym to, na co nikt tu nie może się zdobyć. Zastrzeliłabym pana!  

 Kelland  zaniemówił.  Stał  jak  wryty,  podczas  gdy  na  placu  gromadzili  się  ludzie, 

przysłuchując się całej scenie. Głos pani Webber stawał się coraz bardziej przeraźliwy.  

 - Bóg mi świadkiem! Zrobiłabym to!  

 Z  całej  siły  uderzyła  go  w  twarz.  Jego  oczy  nabrały  blasku,  z  jakimś  złowieszczym 

spokojem zapytał:  

 - Skończyła już pani?  

 Uderzyła  go  jeszcze  raz,  krzyknęła  coś,  czego  nie  zrozumiał,  po  czym  odeszła.  Kelland 

przesunął  dłonią  po  twarzy.  Dopiero  teraz  uświadomił  sobie,  że  nadal  trzyma  w  ręku  cygaro. 

Schował je do kieszeni i wrócił do hotelu. Broderick uśmiechnął się ponuro.  

 - Zapewne już pan wie, jak się sprawy mają - powiedział.  

 Kelland zaczął krążyć od ściany do ściany. Czuł, jak z gniewu naprężają mu się mięśnie.  

 - Broderick, najgorsze jest to czekanie - mruknął.  

 - Czekanie na co? - zapytał Broderick.  

background image

 Kelland  odwrócił  się  raptownie.  Spojrzał  na  niego,  a  płomień  w  jego  oczach  rozpalał  się 

coraz bardziej. Broderick zamknął usta i wyszedł z hotelu.  

 Jim czekał, aż ucichnie ta straszliwa burza, szalejąca w jego sercu. Czekał, aż ustanie ból 

po uderzeniach pani Webber, symbolizujących nienawiść całego miasta. Był wystarczająco długo 

przedstawicielem prawa, aby wiedzieć, jak będzie samotny przy wykonywaniu zadania. Wszystko 

co mówił i robił, rozumiane było przez innych na opak. Ludzie nie rozumieli go, szukali tylko jego 

wad,  pilnowali,  by  nie  wyróżnił  przypadkiem  którejś  ze  stron.  Musiał  też  liczyć  się  z  tym,  że 

wcześniej czy później utraci zaufanie również ludzi uczciwych.  

 Był więc osamotniony, tak jak spodziewał się tego już przedtem. Ale ta izolacja stawała się 

szczególnie  męcząca,  kiedy  wrogie  milczenie  ludzi  podsycało  jego  gniew,  nie  pozwalając  mu 

spocząć, tak jak teraz.  

 Po dłuższej chwili zjawił się Broderick.  

 -  Kelland,  wszystko  jest  sprawką  Dobe'a  Hyde'a  -  zameldował.  -  Tkwi  w  tym  po  same 

uszy. To on zorganizował napad.  

 - Na to właśnie czekałem.  

 - Dlaczego?  

 -  Czekałem,  aż  zdradzi  swoją  pozycję.  Nie  można  walczyć  z  przeciwnikiem,  dopóki  nie 

jest się pewnym, gdzie dokładnie stoi.  

 - A więc już pan wie.  

 - Jeszcze nie. Muszę poznać stanowisko drugiego człowieka.  

 - To znaczy, że będzie pan czekał, a w tym czasie zginie może ktoś następny.  

 Broderick  przechadzał  się  tam  i  z  powrotem,  mrucząc  jeszcze  coś  do  siebie,  potem 

zatrzymał się przed Kellandem, kładąc metalową protezę na kontuarze.  

 -  Muszę  przyznać,  że  lubiłem  pana,  Jimie  Kellandzie  -  powiedział.  -  Ale  teraz  widzę,  że 

umyka pan przed czymś. Spowodował pan kolejny wybuch walki. Tak, wiem, doszłoby do niej tak 

czy inaczej, ale pan to przyspieszył. Oldroyd nie żyje, a ci, którzy mają posiadłości nad wschodnią 

odnogą  Ute,  wezwali  na  pomoc  Dobe'a  Hyde'a.  Tym  samym  przestają  pana  interesować,  gdyż 

Hyde  poprowadzi  własną  walkę,  aby  zgarnąć  jak  największy  zysk.  A  więc:  Dobe  Hyde  przeciw 

Barrom. Żaden z nich nie jest lepszy od drugiego, lecz pan, Kelland, sprowokował to wszystko i 

pan ponosi tu pełną odpowiedzialność. Musi pan wziąć czyjąś stronę. Po prostu pan musi. A więc 

którą?  

 - Poczekam - odparł spokojnie Kelland - aż coś jeszcze się wydarzy.  

 - Czekać! - krzyknął Broderick i uderzył protezą o stół. - Na Boga, Kelland, nie wolno już 

panu wykręcać się dłużej!  

background image

 - Kiedy nadejdzie pora, nie będę stał na uboczu!  

 - Stoi pan przed trudną decyzją - mruknął  Broderick. - Żadna ze stron nie ma racji, a pan 

nosi gwiazdę, co czyni pana odpowiedzialnym za ich postępowanie. Wydaje mi się, że nie rozegrał 

pan tej partii jak należy.  

 Kelland podniósł na niego wzrok.  

 - Dlaczego pan się tym martwi?  

 Broderick spoglądał na niego przez chwilę i w końcu wzruszył ramionami. Z nie ukrywaną 

niechęcią powiedział:  

 -  Nie  lubię  patrzeć,  jak  pan  popełnia  błędy,  Kelland.  Jest  pan  człowiekiem,  którego 

podziwiam.  

 Najwidoczniej  chciał  powiedzieć  coś  więcej,  ale  nie  zdążył  tego  uczynić.  Na  placu 

zabrzmiał  tętent  kopyt,  jakiś  jeździec  zeskoczył  na  ziemię  przed  hotelem,  a  po  chwili  w  progu 

stanęła Katherine Barr. Była zdyszana.  

 - Chciałabym z panem porozmawiać - powiedziała.  

 Kelland  wyciągnął  spod  stołu  swoje  długie  nogi,  zdjął  kapelusz  i  położył  go  na  stole,  po 

czym wstał.  

 - Proszę zostawić nas samych i zamknąć za sobą drzwi - zwrócił się do Brodericka.  

  

***  

 

 - Przyszła pani powiedzieć, że to ja sprowadziłem nieszczęście na pani rodzinę, że jestem 

odpowiedzialny za śmierć pani brata. Że jestem takim samym mordercą, jak Ben Maffitt.  

 Jakimś gardłowym, zduszonym głosem rzuciła mu w twarz tylko jedno słowo:  

 - Tak!  

 Miała na sobie jak zwykle strój do konnej jazdy. Nogawki spodni wpuściła w niewysokie 

buty,  rozpięta  u  góry  męska  koszula  odsłaniała  szyję.  W  dłoni  trzymała  szpicrutę,  policzki 

zarumienione  były  od  jazdy  i  gniewu.  Ten  sam  gniew  iskrzył  się  w  oczach.  Płonął  w  niej  jakiś 

ogień,  który  czynił  ją  jeszcze  piękniejszą.  Stał  tak,  napawając  się  widokiem  prawdziwej, 

zachwycającej kobiety i czuł to wszystko, co czuje mężczyzna patrząc na piękno, nie przeznaczone 

dla niego.  

 Bardzo wolno i bardzo spokojnie powiedział:  

 - Za wszystko, co uczyniłem pani rodzinie, zapłacę własnym sumieniem.  

 - Dlaczego mi pan wszystko  utrudnia!  -  zawołała.  - Przecież przyjechałam  tu,  by sprawić 

panu ból, tak duży, jak to tylko możliwe.  

background image

 - Wystarczy moje sumienie.  

 - A więc przyznaje się pan, że nie miał pan racji?  

 Spojrzał na nią z uśmiechem, zmąconym tęsknotą, i potrząsnął głową.  

 - Nie, Katherine, nie sądzę, bym nie miał racji. Ubolewam nad tym, co się stało, ale to było 

nieuniknione.  

 - Czy uważa pan, że Dobe Hyde jest lepszy od Barrów?  

 - Nie - powiedział. - Nie.  

 -  Niech  pan  o  tym  pamięta,  Jim,  gdyż  to  Hyde  zabił  Ringa.  I  Hyde  zrobi  wszystko,  aby 

przepędzić nas z tej doliny. Może moja rodzina nie miała racji, zapewne błędem było również to, 

że przyjaźniliśmy się z Maffittem. Ale wtedy, gdy walczy się o życie, trudno ocenić, gdzie kończy 

się prawo, a zaczyna bezprawie. Miałam starszego brata, który został przed laty zastrzelony. To był 

Clay. I od tamtej pory człowiek, który go zabił, jeździł sobie spokojnie po dolinie, jakby dokonał 

jakiegoś chwalebnego czynu. To ojciec Matta Oldroyda zastrzelił Claya. Teraz on sam nie żyje, a 

pan obwinia o to Barrów.  

 - A jak zginął ojciec Tony, Katherine? - upomniał ją.  

 Spojrzała na niego. Dopiero teraz udało jej się powściągnąć gniew.  

 - Tak, wiem - powiedziała spokojnie.  

 - A więc krew polała się po obu stronach. W ten sposób ta wojna nie zakończy się nigdy.  

 - Mogłaby się zakończyć, gdyby zostawił nas pan w spokoju.  

 Podniósł rękę i wskazał na drzwi.  

 -  Byłem  w  tym  mieście  zaledwie  dwie  godziny,  kiedy  zabito  człowieka.  Tak  tu  już  jest, 

Katherine. Ale mimo to szukałem jakiegoś kompromisu. Tu, w tym pokoju, chciałem wszystkich 

pogodzić. Kiedy jednak ujrzałem ich razem, zorientowałem się, że to niemożliwe.  

 - Przyjechałam tu, aby powiedzieć panu tak: mój brat Dan i ja nie byliśmy tak zawzięci, jak 

reszta  rodziny.  Chcieliśmy  spokoju.  Ale  mieszkańcy  znad  wschodniej  odnogi  Ute  posłużyli  się 

Dobem Hydem, który ma własne plany i nie cofa się przed niczym. Sultan i Ketchum to głupcy, 

skoro mu zaufali. Będziemy więc walczyć, bo jesteśmy do tego zmuszeni.  

 - Spodziewałem się tego.  

 - Nieraz potrafi pan być okrutny - powiedziała z wyrzutem.  

 - Nie oczekuję pochwał. Zresztą może wcale na nie nie zasłużyłem.  

 Stała w milczeniu, patrząc mu w twarz.  

 -  Był  czas,  że  oceniałam  pana  zupełnie  inaczej  -  szepnęła.  -  Wczoraj,  na  tym  wzgórzu, 

wydawało mi się, że wiem, jaki pan jest.  

background image

 Bez  słowa  skinął  głową.  On  również  pamiętał  ten  wieczór:  było  tak,  jakby  trafił  w  nich 

piorun,  owiewając  swym  palącym  powiewem.  Myślał  teraz  o  tym  i  wiedział  zarazem,  że  zyskał 

wtedy szansę, która rozwiała się tak szybko, jak się zjawiła, i że nie może liczyć na jej powrót w 

przyszłości. Przeszkodzi temu pamięć o gwałcie, przemocy i śmierci.  

 Ciszę przerwała Katherine.  

 - Żegnaj, Jim - powiedziała. Odwróciła się i wyszła.  

 Natychmiast zjawił się z powrotem Broderick. Dyszał ciężko.  

 - Charley Chavis przekazał właśnie Soderowi wiadomość, którą udało mi się zdobyć: ktoś 

widział niedawno Bena Maffitta. Jechał do Dobe'a Hyde'a.  

 - A może Chavis chciał, żeby pan to usłyszał? - zapytał Kelland.  

 Broderick nie spuszczał z niego oka.  

 - Nie ja to usłyszałem. Mój przyjaciel powiadomił mnie o tym. Mam w tym mieście własną 

linię telegraficzną, Kelland.  

 Kelland odszedł bez słowa, udał się do restauracji i zasiadł do stołu. Po posiłku pospieszył 

do  stajni,  osiodłał  gniadego  i  odjechał.  Najpierw  pozwolił  koniowi  wybiegać  się,  a  potem  ruszył 

wolno wzdłuż porośniętego wierzbami brzegu rzeki. W oddali bielały ściany domu Ketchuma. Od 

gór wiał chłodny, popołudniowy wiatr. Brunatna ziemia lśniła w blasku słońca. Tu i ówdzie pasło 

się bydło.  

 Kiedy dotarł przed ranczo Sultana, ujrzał Edith, która dosiadała właśnie konia. Pomachała 

do niego ręką, zaczekał więc, aż podjedzie bliżej.  

 - Słyszał pan już o strzelaninie? - zapytała.  

 - Tak.  

 -  Buff  też  tam  był  -  powiedziała  otwarcie,  on  zaś  pomyślał  sobie,  że  podoba  mu  się  jej 

szczerość.  -  Ale  nie  użył  broni.  Cała  ta  sprawa  popsuła  mu  krew.  Chciałabym,  żeby  pan  o  tym 

wiedział. Nie usprawiedliwiam go, lecz może pan być pewien, że nikt z Sultanów nie pojedzie już 

nigdy z Dobem.  

 - Cieszę się, że to słyszę.  

 Zdjął  przed  nią  kapelusz  i  wyruszył  dalej.  Wkrótce  skręcił  w  głąb  kanionu,  opuścił  go  z 

drugiej  strony,  przejechał  przez  położony  w  górze  las  świerkowy  i  jeszcze  na  długo  przed 

zmrokiem  dotarł  na  wiszący  nad  domem  Hyde'a  występ  skalny,  gdzie  przykucnął  na  piętach. 

Czekał.  

 

***  

 

background image

 Kotlina  w  Pocket  Land  leżała  dwa  tysiące  stóp  nad  poziomem  Reservation,  a  mroźny 

powiew  nadchodzącej  zimy  spędził  ludzi  Maffitta  do  kuchni.  Większość  siedziała  przy  stole, 

rozgrywając łagodną partię pokera. Od czasu do czasu podnosił się ze swego miejsca Brick Brand i 

podchodził do pieca, rozniecając ogień. Maffitt nie grał, przypatrywał się tylko innym. Wreszcie od 

strony doliny nadjechał Mały Peters.  

 -  No,  to  taniec  rozpoczęty  -  zawołał  jeszcze  od  progu.  -  Ring  jest  zastrzelony,  wszystkie 

okna  w  chacie  porozbijane,  a  oni  wrócili  do  siebie.  Pod  koniec  zjawił  się  Dan  Barr  i  załatwił 

Oldroyda.  

 Nikt nie zwracał już uwagi na karty.  

 - Skąd się o tym dowiedziałeś? - zapytał Maffitt.  

 - Wstąpiłem do Barrów.  

 Mały Peters dyszał ciężko, miał zaczerwieniony nos. Podszedł do pieca i zaczął rozcierać 

sobie nad nim ręce.  

 - Pete powiedział, żebyś do niego przyjechał. Chce z tobą porozmawiać.  

 Maffitt rozparł się niedbale na krześle, oparł rękę na stole i zaczął wybijać palcami wolny, 

miarowy rytm. Jego ludzie siedzieli w skupieniu, bez słowa, zastanawiając się, jaką korzyść może 

im przynieść ta zmiana sytuacji.  

 - Barrowie nie dadzą sobie rady - odezwał się wreszcie Peters.  

 -  Czułem,  że  do  tego  dojdzie  -  mruknął  Maffitt.  -  Ten  Kelland  to  tęga  głowa.  Czekał  na 

swoją szansę, no i oto nadeszła.  

 Brick  Brand  wpatrywał  się  nieruchomo  przed  siebie.  Zadrapanie  przy  ustach  -  ślad  po 

bójce  z  Kellandem  -  goiło  się  już,  ale  tamto  wydarzenie  zostawiło  mu  w  głowie  piętno  o  wiele 

trwalsze, wryło się w jego świadomość na zawsze. Teraz jednak milczał.  

 Mały Peters odszedł od pieca i stanął przed Maffittem.  

 - Ben, jeżeli myślisz o tym, by pomóc Pete'owi Barrowi, to nie bierz mnie pod uwagę.  

 - Do diabła! - nie wytrzymał Brand. - Ale przecież on nam też pomagał. Jesteśmy mu coś 

winni!  

 Pozostali  skierowali  wzrok  na  niego,  a  twarz  Maffitta  wykrzywiła  się  w  jakimś 

nieokreślonym grymasie.  

 -  Jesteś  wyjęty  spod  prawa,  Brick,  zresztą  ja  też.  W  naszej  sytuacji  nie  możemy  sobie 

pozwolić na przyjaźń. Musimy trzymać się tych, którzy wygrywają. A kto teraz wygrywa?  

 - Dobe - odparł Peters. - Nie ma wątpliwości.  

 - No więc... rozłożył ręce Maffitt. Wstał i wyszedł na zewnątrz.  

background image

 Osiodłał  konia,  wyjechał  z  kotliny  i  skręcił  w  ścieżkę  wiodącą  w  dół.  Tuż  przed  mostem 

zanurzył  się  w  mrok  lasu  i  zaczął  wspinać  się  pod  górę,  aż  dotarł  do  miejsca,  skąd  mógł  objąć 

wzrokiem  cały  teren.  Dom  Barrów  stał  jakieś  tysiąc  stóp  niżej.  Na  dziedzińcu  kręciło  się  wielu 

mężczyzn, a jeden z nich - zapewne wartownik - stał na skraju kanionu, nad domem.  

 Maffitt  zatrzymał  się  i  złożył  ręce  na  kuli  u  siodła,  wpatrując  się  w  dół  jak  urzeczony. 

Poczuł coś, co było mu dotąd obce; jakiś żal, nie o Pete'a czy własny los, lecz o Katherine. Była 

jedyną kobietą, której udało się wedrzeć w bezbarwny materializm jego umysłu i która wskazała 

mu to, co być może stracił w życiu. A potem przypomniał sobie ich krótką rozmowę na werandzie. 

Człowiek  nie  może  mieć  wszystkiego;  z  pewnych  rzeczy  musi  umieć  zrezygnować. 

Uświadomiwszy to sobie, odegnał myśli o Katherine i ruszył dalej.  

 W pobliżu chaty pasterskiej przejechał na drugą stronę doliny i skierował się ku posiadłości 

Dobe'a Hyde'a. Kiedy dotarł przed jego dom, ujrzał Dobe'a i dwóch innych mężczyzn, siedzących 

na słońcu. Żaden z nich nie poruszył się, kiedy nadjeżdżał, i on też nie był zbyt czujny. Wiedział, 

że ma przed sobą łotrów i gardził nimi. Czuł się jednak pewnie jako łotr rozmawiający z łotrami.  

 Nie zsiadał z konia, lecz wbił wzrok w Dobe'a, który siedział na ziemi.  

 - A więc wykonał pan swój ruch.  

 Dobe podniósł na niego spojrzenie swych wyblakłych oczu.  

 - Byłem pewien, że pan przyjedzie.  

 - A skąd ta pewność?  

 Dobe uśmiechnął się krzywo.  

 -  Mądry  człowiek  zagrywa  zawsze  odpowiednio  do  karty,  jaką  ma  w  zanadrzu.  Nie 

widziałem jeszcze nigdy, żeby ta metoda zawiodła. Jaką pan ma kartę, Ben?  

 - Niech pan to powie.  

 - Cóż, do tej pory siedział pan na niewłaściwym koniu - powiedział przeciągle Dobe. -  A 

teraz rozgląda się pan za lepszym. I dlatego jest pan tu.  

 - Słucham dalej.  

 - To pan przyjechał w odwiedziny - odparł Dobe. - A więc ja chcę posłuchać pana.  

 Wzrok Maffitta padł na jednego z mężczyzn, siedzących nadal na ziemi, na Godry'ego.  

 - Nie widziałem go jeszcze nigdy w tych stronach - powiedział.  

 Dobe roześmiał się krótko.  

 - Wkrótce zobaczy pan tu więcej obcych twarzy.  

 Maffitt zmrużył oczy.  

 - Chcę panu coś zaproponować - rzekł wreszcie.  

 Dobe Hyde wstał raptownie, maska obojętności opadła z jego twarzy.  

background image

 - Nie, przyjacielu, to ja mam propozycję. Zostanie pan przez tydzień w Pocket Land i nie 

będzie się mieszał w tutejsze rozgrywki. Nawet jeżeli Barrowie będą potrzebowali pomocy, pan tu 

nie przyjedzie.  

 - Co będę z tego miał?  

 - To samo, co przedtem - odparł chłodno Dobe. - Ochronę.  

 - Może pan to obiecywać - powiedział Maffitt. - Ale czy będzie pan w stanie wywiązać się 

z tego? Co z Ketchumem albo z Sultanem? I co z Kellandem?  

 -  Mam  zwyczaj  załatwiać  zawsze  tylko  jedną  sprawę  -  oświadczył  Dobe  tonem 

wykluczającym dalszą dyskusję.  

 - A więc zgoda - powiedział Maffitt.  

 -  Dziś  mamy  środę  -  mówił  dalej  Dobe.  -  Od  piątku  pozostaje  pan  w  Pocket  Land  i  nie 

kontaktuje się z Barrami.  

 Maffitt  patrzył  na tego  małego  człowieka, na jego oczy  -  tak zimne, inteligentne i  bystre. 

Milczeli  długo  i  Ben  uświadomił  sobie  nagle,  że  nigdy  nie  będzie  mógł  mu  ufać.  A  jeżeli  Dobe 

Hyde coś knuł, to on też miał swoje skryte plany. A więc obaj mogli teraz zawrzeć układ, a potem 

wycofać się z niego.  

 Dlatego  też  Maffitt  powtórzył:  -  A  więc  zgoda,  Dobe  -  zawrócił  konia  i  pomknął  z 

powrotem.  

 - Po co powiedziałeś mu o piątku - burknął Godry, kiedy Maffitt zniknął w lesie. - Jeszcze 

wygada o tym Barrom!  

 -  Bo  nie  zrobimy  tego  wcale  w  piątek,  a  dzisiejszej  nocy.  Pojedziesz  teraz  do  chaty  i 

sprowadzisz resztę.  

 - Ten typ oskubie cię ze wszystkiego, jak tylko posuniesz się do południowej odnogi Ute - 

ostrzegł Godry.  

 - Wszystko w swoim czasie - odparł Dobe i roześmiał się piskliwie.  

 Ze  swego  miejsca  na  występie  skalnym,  dokładnie  nad  domem  Hyde'a,  Kelland  widział, 

jak Maffitt przyjeżdża, a potem się oddala. Nie ulegało wątpliwości: obaj zawarli układ. To było 

już ostatnie posunięcie, na które czekał.  

 Już przedtem uznał, że nadszedł czas działania. Teraz, kiedy Dobe zaczął działać otwarcie, 

wszystko stało się jeszcze prostsze. Mógł położyć tej wojnie kres, aresztując Hyde'a pod zarzutem 

zamordowania  Ringa  Barra  i  wysyłając  go  do  Jeffa  White'a.  Likwidując  to  źródło  zagrożenia, 

osłabiał jedną ze ston. Obmyślał zarazem plan skierowany przeciw Maffittowi, który zastosowałby 

po aresztowaniu Hyde'a; tym samym osłabiłby poważnie pozycję Barrów. I w ten sposób zamierzał 

działać: gasić pożar stopniowo, kawałek po kawałku.  

background image

 Po pewnym czasie zauważył jednego z ludzi Dobe'a, który opuścił ranczo i skierował się na 

wschód. Oznaczało to, że z Hydem został tylko jeden - stosunek sił możliwy do przyjęcia. Kelland 

wycofał się ostrożnie i dosiadł konia, ale kiedy zerknął ponownie na dół, dostrzegł dwóch innych 

jeźdźców, zbliżających się od strony wzgórz. Zeskoczył na ziemię i przykucnął, czekając na dalszy 

bieg wypadków.  

 Była godzina czwarta. O wpół do siódmej cała czwórka kręciła się nadal wokół domu i nic 

nie  wskazywało  na  to,  by  mieli  się  wynieść.  Kiedy  zapadł  zmierzch,  Kelland  dosiadł  konia  i 

ostrożnie skierował się w dół zbocza.  

 W  jednym  z  okien  zabłysło  nagle  światło,  czyjś  głos  o  wyraźnie  południowym  akcencie 

wymamrotał kilka słów. Czuć było zapach kawy.  

 Od  domu  dzieliło  go  zaledwie  kilkanaście  metrów,  kiedy  zza  węgła  wyłonił  się  jeden  z 

ludzi  Dobe'a  i  dojrzał  go.  Zmierzch  gęstniał  i  widoczność  stawała  się  coraz  gorsza,  Kelland 

wiedział, że mężczyzna nie może być pewien, kogo ma przed sobą, a jednak, wpatrując się bacznie 

w mrok zwolnił kroku i podszedł do drzwi domu. Dopiero wtedy zapytał:  

 - Kto tam?  

 Wewnątrz  domu  słychać  było  przesuwanie  krzesła,  a  piskliwy  głos  Dobe'a  Hyde'a 

powtórzył zawołanie:  

 - Kto tam?  

 Ktoś otworzył drugie drzwi i Kelland dojrzał w progu Murzyna. Tych troje miał więc przed 

sobą, a gdzieś obok musiało czaić się jeszcze dwóch.  

 Mężczyzna, który dostrzegł go pierwszy, zawołał znowu, tym razem już ostrzej.  

 - Odezwij się, do diabła!  

 - Dobe! - krzyknął Kelland.  

 W progu stanął Dobe Hyde. Jego mała, niepozorna sylwetka rysowała się wyraźnie na tle 

oświetlonego pokoju. Wyciągnął szyję, usiłując coś dojrzeć, i zapytał:  

 - Co tam?  

 W tej samej chwili z mroku wyłonili się dwaj pozostali mężczyźni. Ten, który mówił do tej 

pory, wykrzyknął do nich:  

 - Zaczekajcie chwilę! Tu coś nie gra!  

 - Odezwij się, przyjacielu! - zawołał Dobe.  

 Kelland zeskoczył z siodła.  

 Błyskawicznym ruchem pociągnął konia przed siebie, zabezpieczając się przed strzałami.  

 Dobe Hyde cofnął się o krok. Kelland zwrócił się do niego:  

 - Niech pan podejdzie, Dobe. Zabieram pana do miasta.  

background image

 W ciemności głos Hyde'a zabrzmiał jak zwykle piskliwie, ale jednocześnie bardzo chłodno 

i bardzo pewnie.  

 - O nie, przyjacielu! O nie!  

 Tamci dwaj, którzy pojawili się jako ostatni, zaczęli biec w stronę domu.  

 

***  

 

 Spencer Kellanda tkwił jeszcze w olstrze, ale Jim stał tak blisko konia, że dotykał piersią 

kolby. Jednym ruchem  wyciągnął karabin, przełożył przez siodło i wystrzelił, celując przed nich. 

Pocisk wzbił przed nimi fontannę piachu.  

 - Stać! - polecił.  

 Odskoczyli do tyłu. Czarnoskóry kucharz uniósł ręce nad głową i mruknął: - Nie.  

 - Niech pan podejdzie! - zawołał Kelland, celując w Dobe'a.  

 Hyde postąpił kilka kroków do przodu i przystanął. Kelland krzyknął do tamtych dwóch:  

 - Podejdźcie tu! Szybciej!  

 Mężczyzna, który stał bliżej, odwrócił się nieznacznie. Światło padające z domu wydobyło 

z mroku jego twarz i chytre, knujące coś oczy. Był to jeszcze prawie chłopiec o bladych, cienkich 

wargach  i  twarzy,  na  której  malowała  się  złośliwość.  Najwidoczniej  taksował  swą  szansę.  Inni 

robili  to  samo;  Kelland  czuł  to  wyraźnie.  Patrzyli  na  niego  poprzez  mrok  i  czekali.  Lada  chwila 

któryś z nich mógł  okazać się zbyt  gorliwy,  a to stanowiłoby okazję dla  innych. Kelland zdawał 

sobie  z  tego  sprawę  i  dlatego  szczęknął  głośno  zamkiem  Spencera.  Dźwięk  przeciął  ciszę  i 

podziałał jak strumień wody na ogień. Ramiona Hyde'a drgnęły.  

 - Niech pan powie chłopcom, żeby uważali, Dobe - mruknął Kelland - bo przestrzelę panu 

nogę.  

 Dobe zarechotał niezdecydowanie i gniewnie.  

 - Dajcie spokój, chłopcy, chodźcie tu.  

 Tamci,  którzy  stali  koło  domu,  ruszyli  do  przodu,  aż  Kelland  zatrzymał  ich  krótkim 

okrzykiem.  

 - Niech pan nie rusza się z miejsca, Dobe! - polecił. - A reszta cofnąć się, pod ścianę.  

 Jett  stanął  pod  ścianą  domu,  pozostali  podeszli  do  niego.  Murzyn  zaczął  przesuwać  się 

drobnymi krokami wzdłuż ściany, dołączając do grupy.  

 - Dobe, podejdzie pan do nich i odbierze wszystkim broń. Ale ostrożnie! Pasy też!  

 Dobe  zbliżył  się  do  tamtych  i  odpiął  trzy  pasy;  Murzyn  nie  był  uzbrojony.  Przewiesił  je 

przez ramię i wrócił.  

background image

 - Niech pan podejdzie do mnie tyłem.  

 Dobe posłuchał i ostrożnie obszedł konia. Kelland sięgnął wolną ręką po pasy i przerzucił 

je przez siodło. Potem wyciągnął Hyde'owi rewolwer z olstra i cisnął gdzieś daleko, w ciemność. 

Spojrzał na dwa konie, stojące przez cały czas obok domu.  

 - Niech pan wsiada na jednego z nich!  - polecił. - Podjedzie pan na podwórze i zatrzyma 

się tam.  

 Wsunął  karabin  do  olstra,  a  Dobe  podszedł  do  konia  i  dosiadł  go.  Kelland  zbliżył  się  do 

drugiego wierzchowca i  przeciął nożem popręg. Dobe zatrzymał się właśnie, odwrócił w siodle i 

przesłał swoim ludziom jakiś sygnał. Kelland podszedł do gniadego i wskoczył na siodło, ściskając 

nogami zdobyte pasy. Następnie rozwinął lasso i zarzucił pętlę na Hyde'a.  

 - Niech pan wyciągnie ręce! - polecił, po czym zacisnął pętlę.  

 W ten sposób miał go na linie, zostawiając wolne ręce.  

 - Cofnąć się, pięćdziesiąt kroków w tył! - polecił pozostałym.  

 Powoli  oddalili  się  od  domu,  stapiając  się  niemal  z  mrokiem.  Majaczyli  teraz  jako 

niewyraźne cienie.  

 -  Pognamy  galopem,  Dobe!  -  powiedział  ostro  Kelland.  -  Jeżeli  pan  zostanie  w  tyle, 

zawlekę pana na tej linie aż do Reservation.  

 Z siodła dostrzegł lampę stojącą na stole w środkowej izbie domu. Wyciągnął rewolwer i 

strzelił. Lampa eksplodowała jaskrawosinym snopem płomieni, a rozlana nafta, zostawiając za sobą 

ognisty  ślad,  spłynęła  po  stole  na  podłogę.  Kelland  odczekał  chwilę,  aż  płomienie  dojdą  do 

leżących w kącie rupieci, po czym zawołał do Dobe'a:  

 - Jazda!  

 Od razu pomknął pełnym galopem, pociągając na lassie Hyde'a, który jeszcze się ociągał.  

 - Niech to diabli! Czekaj pan! - zawołał Hyde.  

 Przynaglił konia i pędzili teraz ramię w ramię wąską kotliną w stronę drogi. Ludzie Dobe'a 

rzucili się ku domowi, a potem wypadli z powrotem na zewnątrz.  

 Sekundę później rozległ się huk wystrzału, ale kula świsnęła gdzieś dalej, nie wyrządzając 

nikomu krzywdy. Byli już na drodze i mknęli dalej, aż dotarli do jakiegoś grzbietu. Tu wjechali w 

kanion. Tętent kopyt odbijał się głuchym echem od mrocznych ścian skalnych. Przed nimi błyskały 

dalekie światła rancza Sultana.  

 Koń  Hyde'a  został  nieco  w  tyle  i  jeździec  jęknął,  pociągnięty  gwałtownie  przez  lasso. 

Kelland zatrzymał się; Hyde przemknął obok niego, napinając linę.  

 - Mnie nie można chwycić na lasso! - zawołał porywczo i z nie tłumioną pasją. - Na Boga, 

przyjacielu Kelland! Zrobię wszystko, żeby ujrzeć pana wijącego się na ziemi!  

background image

 Konie  goniły  resztkami  sił,  dyszały  ciężko,  a  w  ciszy  nocy  rozbrzmiewał  wyraźnie  tętent 

pogoni.  Ludzie  Hyde'a  byli  już  w  kanionie.  Kelland  rozmyślał  gorączkowo.  Nie  mógł  przecież 

ciągnąć  Hyde'a  w  ten  sposób  aż  do  miasta.  Mógł  jeszcze  ukryć  się  wśród  przybrzeżnych  wierzb 

albo udać się na grzbiet górski za ranczem Sultana, aby zmylić trop.  

 - Jazda! - krzyknął, przynaglając konia do galopu.  

 Ale  koń  Hyde'a  przysiadł  nagle  na  zadzie  -  rzecz  rzadko  spotykana  u  zajeżdżonego 

zwierzęcia!  - i  lina wyrzuciła Dobe'a z siodła. Runął  na ziemię, potoczył się po piachu i  wstał z 

trudem, próbując rozluźnić oburącz pętlę lassa.  

 - Zabiję pana za to! - krzyknął ochrypłym głosem.  

 - Jazda, Dobe! - polecił Kelland.  

 - Idź pan do diabła! - wrzasnął Hyde, walcząc nadal z liną.  

 Kelland dobył rewolwer, natarł koniem na Hyde'a i uderzył go lufą w głowę. Dobe zaczął 

osuwać się na ziemię, ale Kelland szarpnął  za lasso,  zeskoczył  z konia i  przerzucił Hyde'a przez 

siodło. Pasy potoczyły się na ziemię, nie było już jednak czasu, by je pozbierać. Dudnienie kopyt 

pogoni  narastało  coraz  bardziej.  Kelland  wskoczył  na  siodło  za  Dobem  i  spojrzał  za  siebie: 

prześladowcy majaczyli w mroku, zbliżając się nieustannie. Zwrócił wzrok przed siebie, na światła 

rancza Sultana, i w tym momencie przypomniał sobie słowa Edith. Znowu przynaglił wałacha do 

galopu.  

 Odległość  od  ścigających  wynosiła  najwyżej  pięćset  metrów  i  zmniejszała  się  z  każdą 

chwilą. Kelland pędził co tchu w stronę rancza. Byli już tuż przy werandzie, kiedy Hyde odzyskał 

przytomność  i  zaczął  się  opierać.  W  tym  momencie  otworzyły  się  drzwi  i  wysoka  postać  Buffa 

zasłoniła częściowo blask światła. Ktoś inny nadbiegł zza rogu, krzycząc:  

 - Kto to?  

 Kelland zeskoczył z siodła i pociągnął Dobe'a za sobą. Tamten bronił się i Kelland musiał 

uspokoić go ciosem w skroń. Kiedy wbiegał do domu, rozległ się huk wystrzału. Buff zatrzasnął za 

nim  drzwi,  a  Hyde  opadł  na  podłogę,  usiłując  poczołgać  się  na  czworakach  pod  ścianę.  Z  nosa 

ciekła  mu  krew,  ale  kiedy  odwrócił  głowę,  oczy  zalśniły  mu  niesamowitym  blaskiem;  zgrzytnął 

zębami, krzycząc:  

 - I tak nie dotrze pan do miasta, przyjacielu!  

 Edith stała w jednym kącie, Buff przy stole. Właśnie gasił lampę, kiedy z drugiego pokoju 

wtargnął jeden z jego ludzi z karabinem w dłoni, a dziedziniec wypełnił się gwarem. Kula przebiła 

drzwi, ominęła Kellanda o szerokość dłoni i w tej samej chwili Buff odrzucił głowę do tyłu i jęknął 

boleśnie.  

 - Buff! - krzyknęła Edith.  

background image

 Drzwi  odskoczyły  raptownie,  do  pokoju  wtargnęli  Jett  i  dwaj  inni  ludzie  Hyde'a.  Tuż  za 

progiem  stanęli  jak  wryci;  Kelland,  z  rewolwerem  w  dłoni,  odwrócił  się  ku  nim  błyskawicznie. 

Trwali  tak  w  bezruchu,  oddychając  ciężko.  Buff  stęknął  ponownie,  a  Dobe  przesunął  się  jeszcze 

trochę wzdłuż ściany i dźwignął się z podłogi. Dłoń przyciskał do pokrwawionych warg, przez co 

głos jego zabrzmiał niewyraźnie i głucho.  

 - Wykończ go, Jett!  

 Kelland zmierzył Jetta wzrokiem - tego chłopca, ukształtowanego przez twarde i złe życie. 

Płonęło  w  nim  jakieś  szaleńcze  zuchwalstwo;  na  bladej  twarzy  oczy  świeciły  blaskiem 

pozbawionym głębi i żaru, jak odbicie światła w oczach kota.  

 - No, Jett! - zachęcał Hyde.  

 W  izbie  zapadła  cisza.  Widać  było,  że  Jett  jest  gotów  na  wszystko.  Kelland  pomyślał  o 

Edith, stojącej w kącie - i zdał sobie sprawę, że jest przegrany. Mimo to odezwał się do Jetta:  

 - Chcesz spróbować?  

 Blask w oczach Jetta jaśniał coraz bardziej. Sytuacja zdawała się sprawiać mu radość.  

 - W każdej chwili, mister.  

 - Chwileczkę - powiedział Dobe, chcąc przejść na drugą stronę pokoju. Był już niemal pod 

ścianą, kiedy zatrzymał go okrzyk:  

 - Stój, Dobe!  

 Kelland domyślił się, że był to ten, który przedtem przyszedł z kuchni z karabinem w ręku.  

 -  Czemu  się  wtrącasz,  Sultan?  -  głos  Dobe'a  łamał  się  z  wściekłości.  -  Powiedz  twojemu 

człowiekowi, żeby opuścił broń. Przecież jeździsz ze mną, prawda?  

 - Skończyłem z tobą, Dobe - odparł Buff. - Twój człowiek strzelił do mnie.  

 - To był przypadek - nalegał Dobe. - Opuść tę broń, przyjacielu.  

 - Trzymaj go na muszce, Sam - zawołał Buff. - Może był to naprawdę przypadek, ale twoi 

ludzie strzelali przez moje drzwi - i to już nie był przypadek. Skończyłem z tobą.  

 - Zaplanowałeś to już wcześniej, Sultan - rzekł ostro Dobe. - W przeciwnym razie Kelland 

nie szukałby u ciebie schronienia. To zdrada! Odłóż ten karabin, człowieku!  

 - Nie jest wcale tak ciężki - odparł spokojnie kowboj.  

 Jett uśmiechnął się krzywo.  

 - Dobe, jeśli chcesz zaryzykować, to jestem gotów.  

 - Nie, nie - krzyknął Hyde. - Do diabła, opuść ten rewolwer, Jett! Jestem bez broni!  

 - Więc co robimy? - zapytał Jett.  

 - Niech pan wraca, Dobe. Jest pan wolny - powiedział Kelland.  

background image

 -  A  nie  mówiłem,  że  nigdy  nie  dowiezie  mnie  pan  do  miasta?  -  zawołał  z  tryumfem  w 

głosie Hyde. - Gdybym miał jakąś broń...  

 - Jazda! - krzyknął ostro Kelland.  

 -  Zanim  załatwię  tu  inne  sprawy,  obedrę  pana  ze  skóry!  -  warknął  Hyde.  -  Jedziemy, 

chłopcy!  

 Wyszedł  pierwszy,  przeciskając  się  przez  resztę.  Jett  cofał  się  powoli  krok  za  krokiem  i 

wskoczył na siodło ostatni. Po chwili pędzili przed siebie.  

 Kiedy  Kelland  odwrócił  się,  Buff  siedział  na  krześle.  Lewa  ręka  zwisała  bezwładnie, 

czerwona plama na ramieniu rosła powoli, zdradzając miejsce, gdzie trafiła kula. Edith podeszła do 

niego.  

 - Sam, postaw ten kociołek na piec.  

 Była zupełnie spokojna, kiedy dotknęła delikatnie ramienia brata.  

 - Przykro mi, Buff - dodała.  

 -  Nie,  dostałem  tylko  to,  co  mi  się  należało  -  odparł  Buff.  -  Kiedy  zadajesz  się  ze 

skunksem, jego smród przechodzi na ciebie. Powinienem był od razu przejrzeć tego łotra Dobe'a! - 

Rana  na  ramieniu  zabolała  i  Buff  umilkł  na  chwilę.  -  Co  za  piekielna  sprawa  -  zwrócił  się 

przygnębiony do Kellanda.  - Dobrze pan zrobił, chroniąc się tu,  ale niestety nie pomogłem panu 

wiele. Wszystko stało się tak nagle! Ale dlaczego wypuścił go pan na wolność?  

 Kelland spojrzał na Edith.  

 - Naraziłem panią na duże niebezpieczeństwo. Chciałbym prosić o wybaczenie.  

 -  A  więc  tego  pan  się  bał?  -  zawołał  Buff.  -  Bał  się  pan,  że  w  trakcie  strzelaniny  Edith 

mogłaby  zostać  trafiona?  Widzę,  że  oceniłem  pana  niewłaściwie.  Sprawiał  pan  wrażenie  faceta 

twardego jak skała! Co pan chciał zrobić z Dobem?  

 Edith  wyszła  z  pokoju.  Po  chwili  wróciła  z  nożyczkami  i  ucięła  rękaw  koszuli  brata, 

odsłaniając siny otwór. Kiedy obmacała go delikatnie palcami, Buff drgnął i zacisnął wargi. Edith 

wyszła znowu do kuchni, przyniosła wodę i zaczęła obmywać ranę.  

 - Chciałem umieścić go w areszcie i oskarżyć o morderstwo - powiedział Kelland.  

 -  Tak,  to  by  oznaczało  koniec  tej  bandy  -  mruknął  Buff.  -  Lecz  nie  udało  się  go  panu 

zatrzymać.  

 - Zgadza się - odparł Kelland. - Musiałem z niego zrezygnować.  

 Mówił  spokojnie,  ale  jego  oczy  płonęły  gniewem.  Nie  stanął  na  wysokości  zadania  i 

świadomość porażki drażniła go. Nie mógł pogodzić się z takim obrotem sprawy.  

background image

 Sultan  osuwał  się  coraz  bardziej  na  krześle,  podczas  gdy  Edith  zakładała  mu  opatrunek. 

Dopiero  potem  usiadł  prosto.  Czoło  jego  pokrywały  krople  potu,  a  w  głosie  dało  się  słyszeć 

znużenie, kiedy mówił:  

 - Wydaje mi się, że cała ta sprawa przerosła i mnie i Ketchuma. Dobe to łajdak, ale mimo 

to nie kiwnąłby nawet palcem, żeby pomóc Barrom.  

 - Buff - odezwała się Edith. - Może jednak nie mieliśmy tak zupełnie racji.  

 - Wobec Barrów z całą pewnością - powiedział stanowczo Buff.  

 Opuścił głowę i wbił wzrok w podłogę - rozczarowany i jakby bezradny. Kelland ruszył ku 

wyjściu.  

 - Dokąd pan się wybiera? - zapytał Buff.  

 - Nie można powiedzieć, żebym spisał się dobrze. Spróbuję to wszystko naprawić.  

 Już za progiem usłyszał głos Buffa.  

 - Nie mogę pana rozgryźć - zawołał niemal żałośnie. -  I niech mnie diabli, jeśli wiem, co 

sprawia, że pan jeszcze żyje!  

 Tętent kopyt  gniadego przebrzmiał już w oddali, a Buff wciąż wpatrywał się w ciemność 

nocy przez otwarte drzwi.  

 

***  

 

 Kiedy  Hyde  i  jego  ludzie  wrócili  na  ranczo,  czekali  już  tam  na  niego  Godry  i  czterech 

przybyszów z Cache Land. Kręcili się po podwórzu, zdenerwowani i niespokojni.  

 - Mieliście kłopoty, co? - zapytał Godry, kierując badawczy wzrok na Jetta.  

 Chłopiec zaczął opowiadać, ale Dobe przerwał mu rozwścieczony:  

 - Już dobrze! To nie pora na pogawędki! Sprawdźcie popręgi!  

 Baker przyniósł nową lampę, zapalił  ją i  Dobe  z rosnącą wściekłością powiódł  wzrokiem 

po swoim doszczętnie niemal spalonym dobytku. W tym momencie nadszedł Godry.  

 - Ale zimno! Powiedz czarnuchowi, żeby zrobił trochę kawy.  

 - Mogłeś napić się w domu - burknął Hyde.  

 Godry nie należał do ludzi, którzy dają tak łatwo za wygraną.  

 - A więc możemy pojechać z powrotem do domu.  

 Hyde skrzywił swoje cienkie usta.  

 - Baker, zaparz trochę kawy! - zawołał piskliwie.  

 Baker nie odpowiedział, ale Hyde był pewien, że usłyszał polecenie.  

background image

 - Na twoim miejscu nauczyłbym tego czarnucha, że ma odpowiadać, jak się do niego mówi 

- rzekł Godry.  

 - Gdybyś był na moim miejscu, nie byłoby z tobą tak kiepsko jak teraz - odparł Hyde.  

 Upłynęło  jeszcze  pół  godziny,  zanim  wszyscy  zebrali  się  w  pokoju  Hyde'a  i  zaczęli 

częstować się kawą, którą Baker przyniósł z kuchni w dużym garnku. Hyde siedział na krześle. Z 

tym  swoim  samotnym  kosmykiem  włosów,  opadającym  na  czoło,  oraz  markotnym  wyrazem 

twarzy przywodził na myśl drobnego buchaltera, który księguje już w myślach cenę każdego kubka 

kawy  i  wlicza  je  w  koszty  własne.  Ale  w  jego  wzroku  czaiło  się  zadowolenie:  sam  wybrał  tych 

ludzi, znał ich doskonale i wiedział, że zrobią to, co im każe.  

 - Jedziemy - powiedział w końcu i wyszedł. - Nie zapomnij zgasić lampy! - rzucił w tył do 

Bakera.  

 Baker milczał i Godry wrzasnął z wściekłością:  

 - Odpowiadaj, czarnuchu!  

 - Nie - mruknął Baker. - Nie!  

 Hyde  poprowadził  swoją  grupę  poprzez  małą  dolinę  w  stronę  wzgórz  i  skierował  się  ku 

ranczu Barra. Ciemność spowijała kraj niczym gęsty dym. W górze błyszczały gwiazdy, podobne 

do diamentów, ale ziemi nie rozjaśniała nawet odrobina ich blasku.  

 

***  

 

 Katherine nie dostrzegła u ojca żadnej zmiany. Stał owej nocy sztywny, pośrodku pokoju i 

widać  w  nim  było  tę  samą  niezachwianą  pewność  siebie,  którą  okazywał  zawsze,  odkąd  mogła 

sięgnąć  pamięcią.  Ring  spoczywał  w  świeżo  wykopanym  grobie,  w  górze,  tuż  obok  swego 

starszego brata Claya i matki.  

 Katherine wpatrywała się w ojca, lecz nie potrafiła go zrozumieć. Jego ból po tej ciężkiej 

stracie objawiał się podobnie, jak po śmierci najstarszego syna uporczywym milczeniem.  

 Przemówił jednak w końcu:  

 - Chciałbym przypomnieć wam o czymś, o czym nie wolno wam zapomnieć. Przybyłem do 

tego kraju i brałem to, co chciałem, jak wszyscy inni w tamtych czasach. Może niektórzy z was są 

zdania, że wyrządziliśmy krzywdę ojcu Tony Black. Chciałbym powiedzieć tu tak: kiedyś wystąpił 

przeciw mnie i nie mogłem mieć do niego zaufania. A kiedy tracę do kogoś zaufanie, to staje się on 

moim wrogiem. Mężczyzna powinien ponosić konsekwencje własnych słów. Byłem taki, a nie inny 

i oczekuję od was podobnej postawy.  

background image

 Reszta  stała,  przysłuchując  się  mu  w  milczeniu.  Katherine  spojrzała  na  Dana  i  odniosła 

wrażenie,  że  coś  z  niego  uleciało:  owa  wrażliwość,  która  odróżniała  go  od  innych  Barrów.  Tym 

samym stał się jednym z nich, jota w jotę podobny do ojca. Raptem zrobiło jej się ciężko na duszy. 

Poczuła się osamotniona.  

 -  Mieszkańcy  doliny  nienawidzą  nas  -  mówił  dalej  ojciec.  -  Czekali  bardzo  długo  na 

moment, kiedy mogliby dobrać się nam do skóry, a powstrzymywał ich strach, którego napędziłem 

im  wystarczająco  dużo.  Ale  teraz  jestem  pewien,  że  nadeszła  pora  walki.  Nie  oczekujcie  żadnej 

litości ze strony naszych wrogów. Ci ludzie to bestie, wiedziałem o tym od samego początku. Dan, 

ty  udasz  się  na  górę;  będziesz  stał tam  na  straży,  aż  cię  nie  zmienię.  Ja pojadę  w  tym  czasie  do 

Pocket Land.  

 Nie  przerywając  milczenia  nasłuchiwali  dudnienia  kopyt  konia  na  moście.  Przez 

niedomknięte drzwi wpadało zimne powietrze. Dan wsunął obie dłonie w kieszenie i wpatrywał się 

ponuro przed siebie.  

 - Zawsze myślałem, że jest to wymarzone miejsce na nasz dom. Teraz widzę, że byłem w 

błędzie.  Tamci  będą  czatowali  na  nas  na  jakimś  występie  albo  w  lesie  i  wytłuką  nas  jak  kaczki. 

Tata musiał być kiedyś bardzo pewny siebie, skoro postawił dom dla naszej rodziny właśnie tu.  

 Ktoś pośpieszył z wyjaśnieniem.  

 - W tamtych czasach nikt nie odważyłby się podejść pod ten dom i strzelać do nas. Pete był 

tu  zawsze  królem.  Gdyby  przegnał  stąd  od  razu  tych  nowych  osadników,  byłby  nim  w  dalszym 

ciągu. Zlekceważył wtedy Dobe'a Hyde'a i właśnie Dobe Hyde zjawi się tu, aby nam podziękować.  

 Fay przejął dowodzenie, co inni uznali za rzecz naturalną.  

 - Dan, idź już lepiej na grzbiet góry. Creed, staniesz za korralem. Od strony lasu nic nam 

nie grozi.  

 Dan  wyszedł  przednimi  drzwiami,  a  Katherine  udała  się  za  nim,  gdyż  czuła  się  zupełnie 

zagubiona. Przystanęli na zewnątrz. Rzeka wyglądała jak srebrzysta wstęga do pierwszego zakrętu, 

ale  droga  ginęła  w  mrocznym  cieniu  wzgórza.  Szumiące  wierzchołki  świerków  napełniały 

powietrze odgłosem przypominającym huk fal uderzających o brzeg.  

 -  Teraz  mogę  ci  się  przyznać,  że  jeździłem  do  Edith  Sultan  -  odezwał  się  Dan.  - 

Spotykaliśmy się w starym domu Tony. Nic się nie stanie, jeżeli ci to powiem, bo skończyliśmy ze 

sobą na zawsze.  

 - Jak to się stało, że Barr zadaje się z siostrą Sultana? - zapytała zdziwiona.  

 -  To  zaczęło  się  dawno  temu.  Spotkaliśmy  się  na  wąskiej  drodze  i  jedno  z  nas  musiało 

przepuścić  drugie.  Zjechałem  na  bok  i  to  ją  zaskoczyło.  Ten  naturalny  odruch  świadczący  o 

background image

uprzejmości był dla niej czymś, czego nie spodziewała się po kimś z rodziny Barrów. Uśmiechnęła 

się do mnie i...  

 Urwał.  W pamięci  odżyła tamta scena z przeszłości,  rysy twarzy złagodniały, zdradzając, 

jak głębokie były jego uczucia i jaki ból sprawiała mu świadomość utraty ukochanej osoby.  

 -  Tak  to  się  zaczęło  -  mruknął.  -  To  był  najprzyjemniejszy  okres  w  moim  życiu...  i  już 

nigdy nie powróci.  

 - Tak mi przykro, Dan - szepnęła.  

 Jego głos ożywił się, stał się pełen zapału.  

 - Ona jest tak piękna, Katherine... prawie tak piękna jak ty. Ciągle słyszę jej głos. Było w 

nim coś jak... - Znowu urwał, szukając w myśli słowa, które by oddało w pełni to, co czuł. Stał tak 

przez dłuższą chwilę, wpatrując się w roziskrzoną toń rzeki.  - ...to było  coś jakby muzyka, która 

napełnia  człowieka  taką  mocą,  że  mógłby  walczyć  z  całym  światem.  -  Umilkł,  a  potem  dodał 

łagodnie:  -  Ale  był  jednocześnie  trochę  smutny...  tak,  jakby  wiedziała,  że  nie  jest  nam  dane  być 

razem.  

 - A nie jest? Czy na pewno? Dan? Przecież jeśli kocha cię naprawdę...  

 - Jest dumna. I będzie trzymać stronę swojej rodziny - odparł gwałtownie. - Nie, nie mogę 

liczyć tu na nic... niezależnie od tego, jak to wszystko się zakończy.  

 Smutek  w  jej  spojrzeniu  narastał.  Dan  był  zaabsorbowany  własnymi  myślami,  ale  nie  do 

tego stopnia, by tego nie dostrzec. Nieśmiało, niemal błagalnie zapytała:  

 - A co ze mną, Dan? Co będzie ze mną?  

 -  Chodzi  ci  o  Jima  Kellanda?  -  odparł.  -  To  właśnie  przez  niego  znaleźliśmy  się  w 

tarapatach.  

 - Wiem.  

 -  Jak  możesz  o  nim  myśleć?  -  wybuchnął.  -  To  on  nas  wpakował  w  tę  kabałę!  To  on 

zniszczył wszystko! Chyba masz w sobie trochę dumy, Katherine!  

 - Zapewne tak - szepnęła przybita.  

 -  A  teraz  przygląda  się  spokojnie,  gdy  my  giniemy.  Do  tego  właśnie  zmierzał.  Niech  go 

diabli!  

 Ten wybuch gniewu upodobnił go jeszcze bardziej do ojca. Nie odpowiedziała i odwróciła 

twarz w drugą stronę. Po dłuższej chwili dotknął jej ramienia.  

 - To nie jest proste - powiedział i oddalił się śpiesznie.  

 - Chyba mam w sobie trochę dumy - przekonywała samą siebie. - Jeszcze przed miesiącem 

nienawidziłam go. Myślę, że nadal powinnam go nienawidzieć.  

background image

 Ale  przez  cały  czas  stał  przed  jej  oczami  jak  żywy.  Widziała  wyraźnie  bliznę  na  skroni, 

trochę nieregularne, lecz tchnące spokojem rysy twarzy, przypomniała sobie tamto popołudnie na 

grzbiecie górskim, kiedy jego oczy zdradziły przepełniające go uczucia. To było wtedy jak burza, 

jak  nawałnica  z  piorunami.  Widziała  go  tylko  kilka  razy,  a  jak  dobrze  go  znała.  Za  tym  nikłym 

uśmiechem kryła się tęsknota i poczucie samotności i temperament, wyzwalający wszystkie stopnie 

uczucia. Już sama myśl o tym powodowała zamęt w głowie.  

 I to właśnie był człowiek, którego miała nienawidzieć.  

 

***  

 

 Pete Barr jechał drogą wiodącą do Pocket Land. Był przekonany, że Dobe Hyde zaatakuje 

ranczo, nie przynaglał jednak konia. Przez całe swoje życie stosował się do określonego rytmu i nic 

nie było w stanie przełamać jego pewności siebie czy wpłynąć na zmianę tego rytmu.  

 Jadąc w ciemnościach, czuł, jak opadają go wspomnienia o obu synach, których potajemnie 

kochał  i  których  stracił.  Nigdy  nie  okazywał  ani  radości,  ani  miłości,  a  duma  nie  pozwalała  mu 

również, by ujawniać żal. Ale w głębi duszy nękał go smutek, silniejszy od niego i niezmożony  - 

smutek  mężczyzny,  który  kochał  swych  synów,  lecz  nie  zdołał  tego  uzewnętrznić.  Zostało  mu 

jeszcze  troje  dzieci,  ale  tylko  Fay  był  jego  odbiciem  i  właśnie  o  nim  pomyślał,  kiedy  pokonał 

ostatnie  wzniesienie  drogi  i  ujrzał  pomiędzy  drzewami  blask  światła  z  domu  Maffitta.  Poczuł 

raptem strach, że może i wobec Faya mógłby zaniedbać to, co zaniedbał już w stosunku do dwóch 

starszych synów.  

 Kiedy  dotarł  do  ostatniego  wzgórza  przed  domem,  założył  pas  na  kurtkę.  Na  skraju  lasu 

zatrzymał konia i zawołał:  

 - Maffitt!  

 Gwar, jaki dobiegał go, ucichł w jednej chwili, usłyszał łoskot padającego krzesła, światło 

zgasło. Potem otworzyły się tylne drzwi i rozległ się głos Maffitta:  

 - Kto tam?  

 - Chciałbym z panem porozmawiać, Ben.  

 - Pete? Zapal lampę, Brick! Niechże pan wejdzie, Pete!  

 - To ma być rozmowa w cztery oczy. Niech pan podejdzie do mnie, Ben.  

 W  oknie  kuchni  zapłonęła  lampa,  rzucając  szeroką  strugę  światła  na  wejście.  Sylwetka 

Maffitta,  który  wyszedł  na  spotkanie  przybysza,  przecięła  tę  smugę,  a  Pete,  widząc,  jak  pewnie 

kroczy, pomyślał: ten człowiek wcale mnie nie zdradził albo też zdradził, ale jest zuchwały.  

background image

 Maffitt stanął przed nim, ruszając głową na wszystkie strony, aby przeczesać wzrokiem las 

za Petem.  

 - Sam pan przyjechał?  

 - Tak.  

 Maffitt  potarł  zapałkę  o  spodnie  i  przytknął  do  wygasłego  papierosa,  którego  trzymał  w 

ustach.  Płomyk  rzucił  niepewny,  pełzający  blask  na  jego  twarz,  pogłębił  i  tak  już  ostre  rysy, 

uwydatnił szarozielone iskierki w oczach i zgasł.  

 - Co się stało? - zapytał.  

 Lecz  ton  jego  głosu  był  już  inny:  bardziej  napięty  i  ostry.  Pete  domyślił  się,  że  Maffitt 

dostrzegł pas na jego kurtce.  

 - Niech pan sprowadzi do mnie na ranczo swoich chłopców - powiedział. - Dobe złoży mi 

wizytę dziś w nocy albo jutro. Może dopiero pojutrze, ale zaatakuje mnie na pewno.  

 - Skąd pan wie?  

 - Po co ta zabawa w słówka, Ben? - odparł Pete. - Niech pan przywoła chłopców.  

 - Mieliśmy pewien układ - powiedział Maffitt. - Zawarliśmy go dawno temu. Zastanawiam 

się teraz, jakie były jego warunki.  

 - Nie - zaoponował Pete. - Myśli pan nie o tym. Po prostu daje pan drapaka.  

 - To nieprawda, Pete. Opieka za opiekę - tak brzmiała nasza umowa. Ale pan nie jest już w 

stanie mnie osłaniać. A  więc i  ja jestem  zwolniony z wszelkich zobowiązań. Moim zdaniem jest 

pan skończony.  

 - Podziwiam pańską szczerość, Ben. Ale poza tym jest pan łajdakiem, a pańskie słowo jest 

warte tyle co nic.  

 - Bliższa koszula ciału... - mruknął Maffitt. - Pan sam wie o tym najlepiej i postąpiłby tak 

samo, gdyby role się odwróciły.  

 - A więc doszedł pan do porozumienia z Dobem?  

 -  Zgadza  się  -  odparł  Maffitt.  Odrzucił  papierosa;  stał  teraz  nieruchomo  w  mdłym  blasku 

światła - potężny, szeroki. - Ten świat to piekło, Pete.  

 - A więc lepiej będzie, jeżeli zniknie pan z niego - rzucił Pete i dobył rewolwer.  

 Nie zdołał podnieść go wyżej. Plaśnięcie dłoni Maffitta o rewolwery zabrzmiało jak odgłos 

uderzenia,  a  błyski  z  jego  coltów  przecięły  mrok  nocy,  niczym  dwa  fioletowo_pomarańczowe 

promienie. Obie kule ugodziły Pete'a w pierś i odrzuciły do tyłu, na ziemię. W górze zarżał krótko 

koń i znowu nastała cisza. Jeden z mężczyzn wyszedł przed dom.  

 - To Pete? - zapytał i wszedł z powrotem do środka, kiedy Maffitt odparł: - Tak.  

background image

 Po  chwili  Ben  wrócił  do  domu.  Wszyscy  stali  oprócz  Bricka  Branda,  który  siedział  przy 

stole i układał żetony do pokera. Między jego ustami tkwił papieros. Oczy miał wpółprzymknięte, 

może przed dymem, który leciał mu prosto w twarz. Nad górną wargą błyszczały krople potu. Nikt 

się nie odzywał i dopiero Maffitt przerwał milczenie:  

 - Stary Pete był twardy jak kamień. Przyjechał, aby wykonać swój ruch, no i wykonał go. 

Muszę mu to przyznać.  

 Brick  ułożył  już  z  żetonów  wysoki  stos.  Wyglądało  na  to,  że  w  tej  chwili  interesują  go 

tylko ruchy jego palców. Nagle rozrzucił cały stos, wstał i podszedł do tylnych drzwi.  

 - Dokąd to? - zapytał Maffitt.  

 - Przyniosę naboje Pete'a. Lepiej być przezornym.  

 Maffitt i czterej pozostali zachowali milczenie. Słyszeli kroki Branda na progu, a potem za 

domem. Maffitt odwrócił się i uniósł głowę. W jego oczach malował się wyraz zastanowienia.  

 - Przeklęty łotr! - zawołał nagle i wypadł na zewnątrz.  

 Brand, siedząc na koniu Pete'a, wjeżdżał już w las.  

 - Hej!  

 - Niech was wszystkich piekło pochłonie! - odkrzyknął Brand. - Umowa to umowa! I - na 

Boga!  -  ja  swojej  dotrzymam!  Uważacie  się  za  takich  sprytnych,  bo  postawiliście  na  Dobe'a  i 

myślicie, że to właściwy człowiek! Ja wybiorę sobie kogoś lepszego; zobaczycie jeszcze, kogo!  

 Pomknął galopem pod górę. Maffitt oddał w jego stronę kilka strzałów na chybił trafił, ale 

wsunął rewolwer z powrotem w olstro, kiedy dudnienie kopyt ucichło w oddali.  

 Przez  dłuższą  chwilę  spoglądał  w  ślad  za  nim,  a  potem  zwrócił  się  do  stojącego  za  nim 

małego Petersa:  

 - Uwiąż starego na koniu Branda i sprowadź go ostrożnie na dół, do mostu!  

 

***  

 

 Jim  Kelland  wjechał  do  miasta  i  zostawił  konia  przed  hotelem.  Restauracja  była  już 

zamknięta, ale znalazł Tony w kuchni. Zmywała talerze. Bez słowa siadł przy stoliku, opierając się 

łokciami  o  blat,  i  wyciągnął  swoje  długie  nogi.  Przyglądał  się  dziewczynie,  która  w  milczeniu 

szykowała mu posiłek.  

 Do kuchni wszedł Broderick.  

 - Miał pan przywieźć do miasta Dobe'a Hyde'a - powiedział. - Gdzie on jest?  

 - Nie udało mi się go schwytać.  

background image

 Tony postawiła przed nim talerz i odeszła dalej. Broderick stał przy stole, przyglądając się, 

jak Kelland je.  

 - A próbował pan?  

 Pytanie wzbudziło w nim znowu poczucie porażki, krew uderzyła mu do głowy.  

 - Niech pan się zamknie, Broderick.  

 -  Nie  przywykłem  do  tego,  by  zwracano  się  do  mnie  w  ten  sposób  -  odparł  Broderick.  - 

Chcę wiedzieć...  

 Kelland odłożył widelec, przycisnął dłonie do stołu tak mocno, że końce palców zbielały. 

Jedynie na twarzy zachował spokój.  

 Ale  Broderick  nie  ustępował.  Wsunął  swą  metalową  protezę  na  stół  ostrzem  do  góry  i 

zostawił  tak,  niczym  broń.  Przez  chwilę  mierzyli  się  wzrokiem;  zawzięci,  zdecydowani  na 

wszystko.  

 W końcu Kelland odchylił się do tyłu.  

 - Ma pan rację, Broderick. Przepraszam.  

 Ten odetchnął głęboko z widoczną ulgą.  

 -  Jest  pan  wspaniałym  człowiekiem,  Jimie  Kellandzie.  Muszę  powtórzyć  to  jeszcze  raz: 

podziwiam  pana.  Jeżeli  jestem  nieraz  szorstki,  to  tylko  dlatego,  że  nie  chcę,  by  wykonał  pan 

niewłaściwy ruch. W porządku?  

 - W porządku - odparł Kelland.  

 - Świetnie. Przyjechał pan tu, aby złamać obie potęgi w tej dolinie. Uczynił pan to, czego 

nie  dokonałby  nikt  inny.  Obserwowałem  pańskie  postępowanie  i  często  wydawało  mi  się  ono 

bardzo  głupie.  Ale  teraz  widzę,  że  ocenialiśmy  pana  fałszywie,  i  ja,  i  miasto.  Nauczyłem  się 

czegoś, w co przestałem już wierzyć: a mianowicie tego, że wystarczy jeden człowiek, lecz dzielny 

i mądry, żeby poruszyć wszystkich dokoła. - Odwrócił wzrok na bok; te pochwały wprawiły jego 

samego w zakłopotanie. Po chwili mówił dalej:  

 -  Wszyscy  tu  pana  nienawidzą  i  zrozumiałe,  że  będzie  to  panu  doskwierać  jak  kolec  w 

bucie. Nie chciałbym jednak, aby dał pan za wygraną. Dobrnął pan już tak daleko, że musi teraz 

rozegrać  tę  grę  aż  do  końca.  Dobe  Hyde  przejął  władzę,  a  nie  jest  przecież  lepszy  ani  trochę  od 

swych poprzedników.  

 - Wiem o tym - rzekł Kelland.  

 -  Cóż  więc  zamierza  pan  zrobić?  Bo  ja  nie  potrafię  tego  przewidzieć.  Ma  pan  już  jakiś 

plan?  

 - Tak.  

 Broderick uniósł głowę i utkwił w nim badawczy wzrok. Wreszcie uśmiechnął się.  

background image

 - Mam wrażenie, że nadal pana nie doceniam. Głupiec zawsze gada za dużo... a ja jestem 

tym głupcem.  

 Ciężkim  krokiem  wyszedł  z  kuchni,  a  Kelland  zajął  się  swoim  talerzem.  Tony  nie 

spuszczała z niego wzroku, potem dolała mu kawy i wróciła na swoje miejsce. Kiedy wstał, chcąc 

wyjść, podbiegła i stanęła tuż przed nim. Uniosła głowę i dotknęła lekko jego kurtki. Jej policzki 

pokryły się rumieńcem, na wargach zakwitł uśmiech. Widok jej oczu poruszył go do głębi: kryła 

się w nich jakaś dziwna rozpacz, której nie potrafił sobie wyjaśnić. Niezależnie od tego, co miała 

już za sobą, promieniała delikatnym, kojącym wdziękiem. Dziecięca prostota jej miłości do życia 

okazała się silniejsza od wszystkich tragedii, jakie przeżyła, tak jak promyk światła przebijający się 

uporczywie przez mrok. Przez dłuższą chwilę myślał o tym wszystkim, potem uśmiechnął się.  

 - Tony - powiedział tak łagodnie, jak tylko potrafił. - Któregoś dnia spotkasz mężczyznę, a 

on, mając ciebie, zdobędzie czyste złoto. Mam nadzieję, że się na tym pozna.  

 Odwrócił  się  i  poszedł  na  górę.  Drzwi  wahały  się  za  nim  przez  chwilę,  skrzypiąc  w 

zawiasach.  Tony  stanęła  pod  ścianą,  opuściła  głowę  i  zaczęła  płakać  -  bezgłośnie,  żałośnie, 

bojaźliwie.  

 A  Kelland  podszedł  do  okna  i  wyjrzał  na  plac.  Przez  kilka  minut  trwał  tak  w  bezruchu, 

bijąc  się  z  najokropniejszymi  myślami  swego  życia.  Kiedy  Dobe  Hyde  wymknął  mu  się  z  rąk, 

uświadomił sobie od razu, jaki czeka go teraz kolejny krok. BYł zdecydowany to uczynić, ale ta 

decyzja kosztowała go wiele, burzyła bowiem coś, co napełniało go dotychczas największą dumą.  

 W  dole  zjawił  się  Doc  Showers,  śpiesząc  najwidoczniej  do  klienta.  Chavis  wyszedł  ze 

swego biura i powlókł się do saloonu. W cieniu pustego domu stał jakiś jeździec, nie spuszczając z 

oczu konia Kellanda. Jim wytężył wzrok i poznał w nim Bricka Branda.  

 Potem Kelland zmusił się, by podejść do stolika. Usiadł, wziął ołówek i napisał list do Jeffa 

White'a. Na drugiej kartce papieru napisał zamaszyście tekst ogłoszenia. Kiedy skończył, odpiął od 

kamizelki odznakę zastępcy szeryfa i położył ją na ogłoszeniu. Jego tekst brzmiał:  

 "Do wszystkich zainteresowanych! Dzisiejszej nocy złożyłem swój urząd zastępcy szeryfa 

federalnego Stanów Zjednoczonych.  

 James J. Kelland"  

 Kelland wziął list, ogłoszenie i odznakę, po czym udał się na dół. Broderick siedział swoim 

zwyczajem w fotelu.  

 - Ma pan jakąś kopertę? - zapytał Kelland.  

 Broderick  wszedł  za  ladę  i  wyjął  z  półki  kopertę,  a  Kelland  zaadresował  ją,  odłożywszy 

przedtem na bok odznakę i ogłoszenie. Kiedy skończył, dostrzegł wzrok Brodericka, utkwiony w 

kartce papieru; na jego twarzy malowało się zdumienie, gęste, czarne brwi, uniesione były do góry.  

background image

 - Niech pan dopilnuje, żeby ten list odjechał jutrzejszym dyliżansem - powiedział Kelland.  

 Broderick  nie  odpowiedział.  W  milczeniu  przyglądał  się,  jak  Kelland  bierze  ogłoszenie  i 

odznakę,  po  czym  idzie  do  drzwi.  Odzyskał  głos  dopiero  wtedy,  gdy  Kelland  wychodził  już  na 

ulicę.  

 - Po drugiej stronie stoi Brand.  

 Kelland stanął na rogu trotuaru i ponad głową wałacha spojrzał na Branda. Otworzył usta, 

aby coś zawołać, ale Brick uprzedził go.  

 - Nie, Kelland! Nie! Chciałbym z panem porozmawiać, naprawdę. Nic poza tym!  

 Z  saloonu  wyszli  nagle  Charley  Chavis  i  Soder.  Zwrócili  wzrok  na  Kellanda,  a  Brand 

krzyknął z jeszcze większym niepokojem w głosie:  

 - Nie, Kelland! Nie!  

 Kelland ruszył przez ulicę w jego stronę. Cień domu okrywał teraz ich obu. Mógł dojrzeć 

wyblakłą bliznę na twarzy Branda, który stał spokojnie, z rękami skrzyżowanymi na piersi, mówiąc 

tak cicho, że tylko Kelland był w stanie go usłyszeć.  

 - Już raz mnie pan pokonał. A ja wiem, kiedy przegrywam, przyjacielu.  

 - Dalej - odparł Kelland.  

 - Opuściłem Pocket Land na dobre. Dziś w nocy przyjechał do nas Pete Barr. Domagał się 

od nas pomocy, tak jak to przewidywała nasza umowa. Maffitt zastrzelił go. Ja nie łamię słowa w 

ten sposób.  

 Przed  saloonem  zjawiło  się  jeszcze  dwóch  mężczyzn.  Ich  blade  twarze  Kelland  dostrzegł 

kątem oka. Stał, czekając na jakieś słowo lub gest, pozwalający mu odgadnąć prawdziwe zamiary 

Branda.  

 - Maffitt zawarł umowę z Dobem Hydem. Uznał go za swego przewodnika. Co do mnie, to 

zwykłem wybierać sobie sam przewodnika.  

 - A kto jest nim teraz?  

 -  Chcę  trzymać  z  panem,  przyjacielu.  Przyjechałem  tu  właśnie  po  to,  żeby  to  panu 

powiedzieć.  

 Na  te  słowa  Kelland  zareagował  w  sposób  osobliwy:  opuścił  prawą  dłoń  na  kolbę 

rewolweru gestem szybkim, zaskakującym, który kogoś o niecnych zamiarach sprowokowałby do 

czynu.  Brand  przygarbił  się  tylko  i  wciągnął  brzuch,  ręce  trzymał  jednak  nadal  skrzyżowane  na 

piersi.  

 - Nie, już się zdecydowałem - powiedział.  

 - Niech pan się stąd nie rusza - polecił Kelland, odchodząc dalej.  

background image

 Kierował  się  w  stronę  biura  Chavisa.  Kiedy  doszedł  na  miejsce,  przyczepił  kartkę  do 

tablicy  ogłoszeń  za  pomocą  odznaki  tak,  aby  każdy  mógł  ją  przeczytać,  a  następnie  wrócił  do 

saloonu.  

 W  środku  byli  już  Chavis  i  Soder.  Przy  barze  stało  kilku  próżniaków,  a  blady  karciarz 

siedział  samotnie  przy  swoim  stoliku.  Cal  Soder  stał  za  kontuarem,  naprzeciw  Chavisa.  Kiedy 

Kelland wszedł do izby, Charley zbliżył się do stolika karciarza i usiadł przy nim. Kelland położył 

dłoń na ladzie, a barman - na znak dany przez Sodera - podał mu butelkę i szklaneczkę.  

 Jim wziął jedno i drugie, udał się w kąt izby i usiadł. Nikt nie przerywał ciszy; wydawało 

się, że wszyscy wstrzymali oddechy. Kelland jednym haustem opróżnił szklaneczkę. Whisky oblała 

go palącym płomieniem, a zarazem ukoiła nerwy. Nie doszedł jednak jeszcze do siebie. Miał silnie 

rozwinięte  poczucie  dumy  i  duma  ta  była  również  jego  słabą  stroną.  Właśnie  duma  kazała  mu 

odpiąć gwiazdę.  

 Karciarz  odszedł,  zostawiając  Chavisa  samego  przy  stole;  zatopionego  w  myślach, 

wpatrującego się tylko w swoje dłonie. Kelland musnął go przelotnym spojrzeniem. Sam również 

głowił się nad całą sprawą, usiłując znaleźć sposób, by zwalczyć własne przygnębienie.  

 Ciążyła  na  nim  odpowiedzialność  za  rozwój  ostatnich  wypadków.  Dotychczas  nie 

przekroczył granic, jakie wyznaczał pełniony przezeń urząd. Jeżeli jednak miał postąpić teraz tak, 

jak  nakazywało  mu  sumienie,  nie  mógł  nadal  zasłaniać  się  gwiazdą.  Jeff  White  pozwolił  mu 

wprawdzie  posunąć  się  tak  daleko,  jak  to  uzna  za  stosowne,  ale  zastępcy  szeryfa  nie  wolno  było 

opowiadać się otwarcie po jednej ze stron uwikłanych w walkę. Nawet stary Jeff nie pochwaliłby 

takiego kroku.  

 Ktoś  inny  na  jego  miejscu,  kto  potrafi  zachować  zimną  krew,  dałby  za  wygraną  i 

pozostawiłby  wszystko  własnemu  biegowi.  Ale  on  nie  mógł  się  już  zdobyć  na  neutralność.  Nie 

mógł dłużej stać na uboczu i przyglądać się spokojnie, jak Dobe Hyde niszczy Barrów, uzurpując 

sobie prawo do ich władzy i rancza.  

 Siedział  tak  i  rozmyślał,  podczas  gdy  w  saloonie  robiło  się  coraz  ciemniej.  Wreszcie 

podniósł  głowę  i  ujrzał  Sodera,  który  właśnie  gasił  lampę  przy  sąsiednim  stoliku.  Wszyscy  inni, 

oprócz Chavisa, poszli już sobie.  

 - Kapitanie, widywałem wielu twardych ludzi, jak zjawiali się tu i odjeżdżali - odezwał się 

Soder.  -  Pan  popełnił  już  kilka  błędów,  ale  największym  z  nich  jest  to,  że  przyszedł  pan 

dzisiejszego wieczoru do mojego saloonu.  

 Kelland  nie  poruszył  się  nawet.  Siedział  pochylony  nad  stołem,  opierając  się  łokciami  o 

blat.  Soder  zgasił  już  dwie  lampy  za  barem;  tlące  się  jeszcze  knoty  zasnuwały  izbę  gryzącym 

background image

dymem.  Tuż  obok  Kellanda  paliła  się  lampa,  rzucając  na  niego  wątły  blask.  Druga  wisiała  nad 

drzwiami.  

 Teraz  Kelland  dostrzegał  wyraźnie  pewne  szczegóły,  które  w  pierwszej  chwili  uszły  jego 

uwagi. Wahadłowe drzwi dygotały z lekka, jakby pod naporem z zewnątrz. Nad nimi pojawiła się 

czyjaś głowa i zniknęła natychmiast z powrotem. Po drugiej stronie izby było jedno okno, tu, gdzie 

siedział Kelland - dwa. Szyby były pomalowane na zielono, aby nikt z ulicy nie mógł zajrzeć do 

środka.  

 Cal  Soder  stał  w  bezruchu,  podczas  gdy  Chavis  krok  po  kroku  odsuwał  się  od  stolika. 

Soder nie nosił pasa z olstrami. Jeżeli miał rewolwer, to musiał go nosić albo za paskiem, albo pod 

pachą. Chavis nosił broń na biodrze.  

 - Narobił pan dużo głupstw w mieście, kapitanie - mówił dalej Soder. - Najgorsze było to, 

że zostałem obrażony. A na to nie pozwolę nikomu.  

 Chavis postąpił bardziej do tyłu, aż stanął pod lampą. Drzwi zakołysały się  i zaskrzypiały 

lekko.  Kelland  zrozumiał  już,  na  czym  polega  różnica  między  tymi  dwoma  mężczyznami.  Soder 

panował nad sobą cały czas, Chavis natomiast odwrócił się właśnie nerwowo do drzwi i syknął:  

 - Do diabła! Odejdźcie stąd!  

 Znowu drgnął, przerażony raptem własną nieostrożnością.  

 -  Jest  pan  tu  sam  jak  palec,  Chavis  -  powiedział  Kelland  spokojnie  i  powoli.  -  Maffitt 

przyłączył się do innej sfory. Jest teraz z Dobem, a - o ile dobrze słyszałem - Dobe poluje właśnie 

na pański skalp. A więc na czyją pomoc może pan liczyć, co?  

 - To kłamstwo! - krzyknął Chavis.  

 Odwrócił  głowę  tak  nagle,  jakby  chwycił  go  kurcz,  i  spojrzał  błagalnie  na  Sodera.  Ten 

jednak  nie  ruszał  się  ani  nie  odzywał.  Jego  nieustępliwość  przywodziła  na  myśl  upór  buldoga, 

napięcie zaś zdawało  się nie zakłócać w najmniejszym  stopniu  jego spokoju.  Widać było,  że  ani 

jeden, ani drugi nie są jeszcze pewni swego. Kelland wbił już sobie w pamięć wszystkie szczegóły 

izby. Znał odległość do drzwi, kształt i układ kontuaru, trzy pomalowane na zielono okna i lampę, 

wiszącą nad Chavisem.  

 - Nie będzie panu łatwo, dobyć szybko broni, Chavis  - powiedział. - Przeszkodzą panu te 

długie poły surduta.  

 Chavis opuścił wzrok, potem znowu wzniósł oczy, ale Jim dostrzegł w nich strach. Charley 

odsunął nieco ręce od ciała i rozczapierzył palce. Kelland uśmiechnął się do niego, zastanawiając 

się zarazem, jak ma się zachować. Zrywając się z miejsca, musiał skoczyć na lewo od stołu, pod 

ścianę, by tamci nie mogli go wziąć w dwa ognie.  

background image

 - Jest mi pan winien dolara za ostatnią butelkę - odezwał się znowu Soder. - Sięgnij pan do 

kieszeni i wyciągnij monetę.  

 Kelland napiął mięśnie i rzucił okiem w stronę drzwi.  

 - Uwaga! - krzyknął i zerwał się z krzesła.  

 Oczekiwał  pewnych  reakcji  z  ich  strony  i  zgodnie  z  tym  opracował  swój  plan  działania. 

Okazało  się  jednak,  że  źle  przewidział,  co  uczyni  nerwowy  Chavis.  Zamiast  odwrócić  głowę  do 

drzwi, jak to już raz zrobił, Charley zupełnie zdezorientowany, zaczął wodzić wzrokiem po całej 

izbie, kręcąc się przy tym tak niezręcznie, że strącił ze ściany lampę.  

 Soder cofnął się o krok, a rękę wsunął szybko pod surdut. Dopiero teraz Chavis sięgnął po 

broń i Kelland momentalnie zmienił plan. Nie dobywając kolta, skoczył pod ścianę i strącił ostatnią 

palącą się lampę, podczas gdy prawą ręką cisnął krzesłem, na którym siedział, w Chavisa. W tej 

samej chwili rzucił się w bok.  

 Usłyszał, jak krzesło uderza w Chavisa i niemal równocześnie rozległ się huk wystrzału z 

rewolweru Sodera. W niedużym pomieszczeniu zabrzmiał jak wybuch dynamitu. Kelland potknął 

się  o  krzesło  i  poleciał  na  Chavisa,  oplatając  go  zarazem  mocno  ramionami  i  uderzając  głową  o 

nos. Przez chwilę tarzali się po podłodze. Drugi strzał Sodera sprawił, że zadrżały wszystkie meble.  

 - Charley, na bok! - wrzasnął Soder.  

 Chavis  leżał,  przygnieciony  ciałem  Kellanda  i  usiłował  bezskutecznie  uwolnić  ręce  i 

sięgnąć po broń. Kelland uderzył go kolanem w brzuch, odchylił się nieco do tyłu i powtórzył cios. 

Chavis  zwiotczał  w  jego  uścisku,  a  Kelland  sięgnął  ręką  w  dół,  chwycił  rewolwer  przeciwnika  i 

odrzucił go daleko, w ciemny kąt izby.  

 To wszystko działo się tuż przy drzwiach. Z zewnątrz dobiegały jakieś rozmowy, do środka 

napływał zimny wiatr. Chavis trafił go nagle łokciem w twarz i odepchnął w tył.  

 - Gdzie jesteś, Charley? - dyszał Soder.  

 Chavis  podniósł  się  na  kolana,  dyszał  ciężko.  Kiedy  chciał  wstać,  Kelland  rzucił  się  na 

niego,  pchnął  na  ścianę,  chciał  zadać  kolejny  cios,  lecz  chybił.  Uderzył  pięścią  o  ścianę,  a 

równocześnie Chavis uderzył go w brzuch.  

 - Tutaj, Cal! - zawołał z tryumfem. - Chodź tu!  

 Kelland  odpowiedział  uderzeniem.  Szamotali  się  pod  ścianą,  broniąc  się  zawzięcie, 

walcząc  rękami  i  nogami,  atakując  bezlitośnie.  Kelland  usłyszał  zbliżające  się  kroki  Sodera; 

szarpnął Chavisa i pchnął go z całej siły na Sodera. Tamten zatoczył się.  

 - Charley, odsuń się na bok! - krzyknął znowu. - Na bok!  

 Kelland wyciągnął rękę i objął go za szyję. Soder nie mógł użyć broni, bał się bowiem, że 

mógłby  trafić  Chavisa,  który  tkwił  między  nimi,  ściśnięty,  tracąc  coraz  bardziej  siły.  Kelland 

background image

przycisnął  Sodera  jeszcze  mocniej  do  pleców  Chavisa,  puścił  drugą  ręką  Charleya  i  wzmocnił 

dławiący uścisk.  

 Walczyli teraz w trójkę, kręcąc się wokoło i potykając, aż Kelland uderzył plecami o bar. 

Kontuar zachybotał i runął pod ich naporem; upadli wraz z nim, rozbijając część półek i zrzucając 

na podłogę butelki. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, jakiś odłamek rozciął Jimowi grzbiet dłoni.  

 Chavis stracił przytomność, tkwił między nimi bezwładnie. Kelland zaciskał ramię na szyi 

Sodera,  czuł,  z  jaką  desperacją  tamten  wymachuje  nogami  na  wszystkie  strony  i  wreszcie  Soder 

zamachnął się rewolwerem. Lufa trafiła Kellanda w koniuszek ucha i uderzyła o bar. Tym samym 

Soder pozbawił się broni.  

 - Już dobrze, mam dosyć - wykrztusił z trudem.  

 Kelland  nie  puszczał  go  jeszcze;  uczynił  to  dopiero  wtedy,  kiedy  wszelki  opór  ustał. 

Odepchnął  ich  od  siebie,  wypluł  krew,  która  nagromadziła  mu  się  w  ustach,  i  wstał.  Zza  drzwi 

dobiegały go czyjeś głosy, a potem Matt Oldroyd zapytał:  

 - Kto jest górą?  

 - Wejdźcie - mruknął Jim, starając się stać równo.  

 Wchodzili ostrożnie, jeden za drugim. Kelland z trudem łapał powietrze, krew ściekała mu 

z głowy na ramiona. Poruszył palcami lewej dłoni; nie czuł złamania, ale ból był dosyć dotkliwy.  

 Ktoś zapalił lampę. Płomyk zachybotał niepewnie, a Matt podszedł bliżej. Na jego twarzy 

malowało się przerażenie.  

 - Mój Boże! - mruknął.  

 Brick Brand przecisnął się przez tłum przy drzwiach, a Matt podszedł do baru.  

 - Złamał pan Chavisowi rękę - powiedział.  

 Dopiero  teraz  Kelland  rozejrzał  się.  Soder  leżał  na  podłodze.  Po  jednej  stronie  twarzy 

widniała  rozległa,  okrągła  blizna,  jakby  po  oparzeniu.  To  właśnie  do  tego  miejsca  Kelland 

przycisnął głowę Chavisa. Chavis leżał na przewróconym kontuarze. Jego  ręka była nienaturalnie 

wykręcona do tyłu. Obaj byli nieprzytomni. Stoły i krzesła poniewierały się po podłodze, usianej 

odłamkami szkła.  

 Kelland  odwrócił  się  i  przecisnął  ku  wyjściu.  Przypadkowo  rzucił  okiem  na  drukarza  i 

zwrócił uwagę na jego twarz, zastygłą w jakimś dziwnym  grymasie. Widok  ten prześladował  go 

jeszcze przez dłuższy czas.  

 Poszedł  do  swego  pokoju,  zdjął  kurtkę,  obmył  twarz  z  brudu  i  zakrzepłej  krwi.  Mydło 

szczypało;  nie  wiedział  nawet,  że  jest  podrapany  w  tylu  miejscach.  Piekły  go  również  wargi. 

Odłamek szkła rozciął skórę na dłoni i tkwił tam do tej pory.  

background image

 Założył  kurtkę  i  zaczął  rozpamiętywać  ostatnie  wydarzenia.  Jak  zwykle  po  fakcie,  tak  i 

teraz ujrzał z przerażającą jasnością siebie samego w ferworze walki. Było to tak, jakby wyszedł na 

jakiś czas z własnej skóry i stanął obok. Bójka pomogła mu rozładować niepokój i nagromadzony 

gniew.  Teraz  był  znowu  spokojny  i  pewny  swego.  Był  znowu  sobą.  I  raptem  odzyskał  wiarę  w 

słuszność swego postępowania. Wydało mu się, że widzi już aprobujący uśmiech starego Jeffa.  

 Zszedł  z  powrotem  na  dół.  Matt  Oldroyd,  Brick  Brand  i  Broderick  czekali  na  niego. 

Oldroyd obrzucił Branda niechętnym spojrzeniem, potem zwrócił wzrok na Kellanda.  

 - Co tu robi ten opryszek?  

 Ale Kelland uśmiechnął się do Brodericka i powiedział:  

 -  Przysługa  za  przysługę,  tak  jak  umawialiśmy  się  niedawno.  Teraz  na  pana  kolej, 

Broderick. Ma pan broń?  

 

***  

 

 Po odejściu Kellanda drukarz podszedł do drzwi i patrzył za nim. Przy Chavisie i Soderze 

klęczał już Doc Showers, podczas gdy inni komentowali przebieg bójki. Barman, który zjawił się 

po  wszystkim,  ustawiał  stoły  i  krzesła,  mrucząc  coś  pod  nosem,  a  karciarz  wraz  z  dwoma 

pomocnikami podnosili kontuar.  

 - Ten facet musi mieć siłę konia - odezwał się Doc Showers. - Charley nie ma ani jednego 

całego zęba.  

 - Cal Soder załatwi go - powiedział ktoś obok.  

 -  Akurat!  Kelland  załatwił  ich  obu!  Zobaczycie,  że  jutro  nie  będzie  w  mieście  żadnego  z 

nich. Znikną jak kamfora.  

 - Bzdura! Soder nie popuści tak łatwo!  

 Drukarz  łowił  uchem  te  głosy,  obserwując  jednocześnie  czynności  lekarza.  Działo  się  z 

nim coś dziwnego: miał wrażenie, że rośnie od środka - pierś pęczniała, a wątłe ramiona obrastały 

w mięśnie. Roznosiła go duma, jak gdyby to on zdołał unieszkodliwić obu przeciwników.  

 -  Na  pewno  wyjadą  stąd  -  powiedział.  Karciarz  podniósł  na  niego  wzrok,  ale  drukarz 

patrzył na niego nieustraszenie, napinając mięśnie. Zaszła w nim zmiana tak decydująca, jak przy 

przejściu  z  wieku  młodzieńczego  w  męską  dojrzałość.  Na  podłodze  leżało  dwóch  mężczyzn, 

których nienawidził z całej duszy, z pasją graniczącą z obłędem. Teraz mógł patrzeć na nich z góry, 

czując, jak przenika go upojne uczucie tryumfu.  

 Wszystko zaczęło się pięć lat temu, kiedy przybył do tego miasteczka. Drukował wtedy w 

swoim  małym  pokoju,  a  pierwsze  doświadczenia,  jakie  zdobył,  były  bardzo  gorzkie.  Należał  do 

background image

ludzi  o  dużym  poczuciu  godności  osobistej  i  zamierzał  wypowiadać  otwarcie  swoje  zdanie,  jak 

przystało na odważnego człowieka. Za swoje wysiłki został jednak ukarany publicznie.  

 Ktoś  słabszy  opuściłby  Reservation  jeszcze  przed  świtem,  ale  duma  drukarza  okazała  się 

silniejsza  niż  strach  i  ta  właśnie  duma  kazała  mu  zostać,  wbrew  pogardzie  i  obojętności  całego 

miasta.  

 W  milczeniu  i  z  goryczą  znosił  zło  i  brutalność;  pisał  grzeczne  historyjki  o  ludziach, 

których  nienawidził,  oraz  wyżebrane  zlecenia  od  miejscowych  potentatów,  którzy  go  poniżali. 

Doszło do tego, że zaczął gardzić sam sobą i bać się odgłosu kroków od drzwi drukarni.  

 Teraz  stał  i  patrzył,  jak  symbol  tego  wszystkiego,  czego  nienawidził,  leży  na  podłodze,  a 

sprawił  to  człowiek, który  nie znał  strachu. Dla  drukarza był  to jakby koniec długiej, straszliwej 

nocy, której koszmarów nie był w stanie wymazać z pamięci. Usłyszał głos Doca Showersa:  

 - Kelland? A kto powiedział, że zwrócił gwiazdę?  

 - Na tablicy przed więzieniem wisi ogłoszenie - mruknął karciarz.  

 Drukarz otworzył szeroko usta i zamknął je z powrotem.  

 - Nie, nie - zaoponował. - On nie z takich, co dają za wygraną.  

 Niemal  biegiem  skierował  się  do  więzienia.  Przed  tablicą  stał  już  właściciel  sklepiku  z 

paszą, Lute Janes. Czytał ogłoszenie, żując powoli tytoń. Drukarz odepchnął go na bok i przeleciał 

wzrokiem tekst.  

 - Nie rozpychaj się tak! Weź ten łokieć! - obruszył się Janes.  

 - On nie może tego zrobić! Tak nie można!  

 -  Nie  można?  -  powtórzył  Janes.  -  Widocznie  jest  na  tyle  mądry,  by  wiedzieć,  że 

wszystkich nie pokona!  

 - Kłamiesz! - wykrzyknął drukarz.  

 Janes cofnął się o krok, patrząc na niego ze zdumieniem.  

 - Oszalałeś, czy co?  

 Drukarz skoczył ku niemu, wymachując bezładnie pięściami. Nie umiał się bić, ale w tych 

uderzeniach  tkwiła  siła  gromadząca  się  od  pięciu  lat.  Trafił  Janesa  kilkanaście  razy  w  brzuch,  w 

pierś i raz w twarz. Janes stał oszołominy, nie unosząc nawet swych potężnych ramion. Małe pięści 

migały mu przed oczami, wątłe ciało skakało na niego, kopiąc nogami. Janes nie miał nawet siły, 

by uciec. Cofając się, potknął się o trotuar i siadł tyłkiem na deski. Był raczej przerażony niż ranny.  

 - Billy, posłuchaj no! - odezwał się wreszcie. - Powiedz, co ja ci właściwie zrobiłem?  

 Drukarz był już zmęczony. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, usta były jak wyschnięte, 

patrzył  jednak  z  góry  na  Lute  Janesa  -  jednego  z  tych,  którzy  tak  długo  napawali  go  strachem. 

Teraz nie dostrzegał w nim nawet cienia arogancji czy zagrożenia: Janes odezwał się do niego po 

background image

imieniu, patrzył na niego jakby z pewnym respektem. I drukarz uświadomił sobie nagle z goryczą, 

jak wyglądałoby jego życie, gdyby zademonstrował swą siłę od razu wtedy, pięć lat temu.  

 Odwrócił  się  i  ruszył  przed  siebie,  w  stronę  hotelu.  Znajdował  się  teraz  w  takim  stanie 

ducha,  że  uznawał  już  tylko  Jima  Kellanda.  Wszyscy  inni  nie  istnieli  dla  niego.  Dostrzegał  ich 

tylko kątem oka jako bezkształtne cienie.  

 Wreszcie zatrzymał się, wbijając wzrok w Kellanda.  

 -  Dlaczego...  dlaczego  pan  to  zrobił?  W  co  można  jeszcze  wierzyć?  Niech  pan  posłucha: 

kiedy przybyłem tu po raz pierwszy, byłem normalnym człowiekiem. A co oni ze mnie zrobili? Są 

wyrzutkami na tej ziemi, a ja czołgałem się przed nimi, bo chciałem przeżyć. Drukowałem piękne 

kłamstwa na ich temat. Widziałem, jak zabijano innych, a jednak milczałem. Widziałem, jak Soder 

i  jego  szulerzy  nabierali  ludzi,  ale  nie  reagowałem  na  to.  Do  Maffitta  zwracałem  się  "mister 

Maffitt", bo w przeciwnym razie dobraliby się do mnie. A potem zjawił się pan i dokonał rzeczy, 

którą dawno już uznałem za niemożliwą do zrobienia. Stałem w saloonie, przekonując się na nowo, 

że  istnieje  jeszcze  odwaga.  I  ta  świadomość  zdjęła  mi  ciężar  z  serca.  Znowu  jestem  normalnym 

człowiekiem. A pan co? Zwrócił pan gwiazdę. A więc wszystko stracone, a te łotry są znowu górą. 

Och, mój Boże - dlaczego pan to zrobił?  

 Oparł się o drzwi i  stał tak wypalony doszczętnie, zaskoczony  własnym  wybuchem.  Czuł 

się  zrezygnowany,  rozczarowany.  Tylko  jedno  dziwiło  go:  sposób,  w  jaki  Kelland  przysłuchiwał 

się jego słowom.  

 Kelland milczał, uśmiechał się jedynie smutnie, jak zwykle. Ale w tym uśmiechu kryła się 

głęboka sympatia, jakby wiedział, co zrodziło ów wybuch rozpaczy. I drukarz poczuł, jak wypełnia 

go  fala  ciepła.  Rozejrzał  się  dokoła:  Matt  Oldroyd,  Brand  i  Broderick  stali  bez  słowa.  Jego 

nieskrywane wzruszenie wprawiło ich w zakłopotanie.  

 Kelland powiedział łagodnie:  

 -  Jest  pan  w  porządku.  I  nie  ma  obawy,  przyjacielu:  człowiek  może  przejść  przez  piekło 

tylko raz. Pan ma więc to już za sobą. Ma pan broń i konia?  

 - Tak - odparł drukarz, wyczerpany i zrezygnowany.  

 -  Pojedzie  pan  ze  mną.  Udamy  się  do  Barrów.  Na  pewno  zjawi  się  tam  też  Dobe  Hyde. 

Może dojdzie do walki.  

 - Jasne. Idę z panem - odparł drukarz.  

 Skierował się do stajni. Szedł ze zwieszoną głową, powłócząc nogami. Wyglądało na to, że 

nie wie w ogóle, co się z nim dzieje. Dopiero kiedy osiodłał konia i dosiadł go, mruknął:  

 - Ach, to przecież nieważne. Wszystko jedno - z gwiazdą czy bez.  

background image

 Pojechał do drukarni, wziął stamtąd kolta i wetknął za pasek. Kiedy wyszedł z powrotem 

na ulicę, dojrzał innych, jak nadchodzą: Kellanda, Branda, Brodericka i Oldroyda. Dołączył do nich 

bez  słowa,  szczęśliwy,  że  czuje  rześki  powiew  nocnego  wiatru  i  widzi  przed  sobą  wysoką, 

barczystą postać Kellanda.  

 Byli już przy drugim zakręcie południowej odnogi Ute, kiedy z oddali dobiegł ich odgłos 

strzelaniny. Kelland powiedział tylko jedno słowo:  

 - Szybciej!  

 Pędzili teraz ostrym galopem, nie bacząc na mrok i krętą, wiodącą w dół drogę. Strzały nie 

ustawały, brzmiały to pojedynczo, to znów salwami. Rwący nurt rzeki huczał nie opodal, a grzbiet 

Silver Lode wznosił się niczym olbrzymi, czarny  cień na tle nieba, usianego połyskliwym pyłem 

diamentowym.  

 Za  ostatnim  zakrętem  Ute  dostrzegli  światła  rancza  Barrów.  Strzały  umilkły.  Kelland 

zatrzymał konia.  

 - Chyba dostali się do domu - powiedział.  

 W  jego  głosie  chłodnym  jak  grzmiące  bicie  dzwonu  nie  było  słychać  ani  niepokoju,  ani 

gniewu. Drukarz rozprostował ramiona i wciągnął do płuc mroźne powietrze.  

 - Jedziemy na grzbiet - polecił Kelland.  

 Pojedynczo, jeden za drugim, zaczęli się wspinać, opuszczając kanion.  

 

* **  

 

 I wreszcie dotarli na górę. Kelland i Oldroyd jechali razem, Brand dołączył do drukarza, za 

nimi podążał Broderick. Posuwali się stępa, niemal bezszelestnie. Powietrze było niezwykle czyste, 

a niebo aż po horyzont wypełniała niezliczona ilość gwiazd.  

 Światła rancza stawały się coraz jaśniejsze, niekiedy blask urywał się nagle, jak gdyby ktoś 

w  domu  przechodził  przed  źródłem  promieni.  Słychać  było  zaciekłe  ujadanie  psa,  przerywające 

ciszę z niemal matematyczną regularnością.  

 - Zaczekajcie tu - mruknął Kelland i zniknął w mroku.  

 Twarz Branda zajaśniała niewyraźnie przed oczami drukarza.  

 -  Przyjacielu,  to  nie  pański  styl  -  powiedział.  -  Może  być  gorąco.  Niech  pan  się  lepiej 

wycofa.  

 - Nie - pokręcił głową drukarz. - Nie!  

 Nadszedł Kelland.  

 - Zostawimy tu konie.  

background image

 Zsiedli i  udali się wzdłuż grzbietu, tuż nad krawędzią. Rzeka tworzyła w dole srebrzyste, 

nikłe pasmo przecinające kanion. Wiatr przynosił do nich ponad wierzchołkami świerków odgłosy 

małych wodospadów. Szli długo, w końcu zatrzymali się tuż nad zabudowaniami rancza. Położyli 

się na brzuchu, patrząc w dół. Tylne drzwi były otwarte, w blasku światła widzieli konie stojące za 

domem.  

 -  Widzę  osiem  -  szepnął  Kelland.  -  Skąd  Hyde  wytrzasnął  czterech  dodatkowych 

jeźdźców?  

 - Może to Maffitt? - powiedział Oldroyd.  

 - Nie - odparł Brand. - On miał trzymać się od tego z daleka.  

 - To utrudnia sprawę - mruknął Kelland. - Pójdziemy tędy.  

 Zeszli  jeden  za  drugim  i  w  ten  sposób  dotarli  do  podwórza.  Znajdowali  się  teraz 

kilkanaście metrów od domu.  

 - Rozejrzę się trochę z tamtej strony. Poczekajcie tu.  

 Kelland  przeciął  szybko  podwórze  i  doszedł  do  rogu  werandy.  Blask  światła  padającego 

przez drzwi tworzył żółtą barierę, przed którą musiał stanąć. Stąd mógł obserwować część domu. 

Nie  widział  nikogo,  ale  z  głębi  dochodziły  czyjeś  głosy.  Były  nieco  przytłumione,  domyślił  się 

więc,  że  ludzie  Hyde'a  znajdują  się  w  tylnym  pomieszczeniu.  Postanowił  zaryzykować:  wstał  i 

przeszedł przez pasmo światła. Po chwili dotarł do drugiego końca werandy. Przywarł do ściany, 

podszedł  ostrożnie  pod  okno  i  zdjął  kapelusz;  potem  odważył  się  rzucić  do  środka  szybkie 

spojrzenie i skulił się ponownie.  

 Wszyscy Barrowie stali pod ścianą, a mężczyzna, którego nie widział jeszcze nigdy, stał w 

drzwiach, celując w nich z rewolweru. Kelland, nie wstając przesunął się szybko dalej, zatrzymał 

się  z  drugiej  strony  domu  i  znowu  przylgnął  płasko  do  ściany.  Na  podwórzu  panował  ożywiony 

ruch. Ludzie Hyde'a przyciągnęli wóz i zaprzęgali konie. Hyde stał na tylnej werandzie i krzyczał.  

 -  Dziewczyna  chce  wziąć  walizkę.  Niech  ją  weźmie.  Jett,  idź  do  jej  pokoju  i  przynieś 

walizę!  

 Kelland  chciał  już  wyskoczyć  z  ukrycia,  zmienił  jednak  zamiar,  kiedy  przypomniał  sobie 

nieznajomego, który trzymał  Barrów  w szachu.  Przyszedł  mu  do  głowy  nowy pomysł.  Pobiegł  z 

powrotem  do  werandy  frontowej.  Przed  żółtą  smugą  światła  zatrzymał  się,  rozejrzał  bacznie  i 

ruszył dalej. Wkrótce był już w miejscu, gdzie zostawił swoich ludzi.  

 Nie  było  ich  tu.  Spojrzał  na  czarne  zbocze  kanionu  i  wyszeptał  imię  Matta.  Żadnej 

odpowiedzi.  Otaczała  go  nieprzejrzana  ciemność.  Przeszedł  wzdłuż  ściany  kanionu  na  tylne 

podwórze. W każdej chwili spodziewał się spotkania ze swoimi. Znajdował się z tyłu domu, kiedy 

uświadomił sobie, ile stracił czasu. Zawrócił i pobiegł trochę śmielej, nawołując cicho:  

background image

 - Matt! Matt!  

 Jakiś głos krzyknął:  

 - Kto jest teraz w stajni?  

 - W stajni? - powtórzył Dobe Hyde, piskliwie jak zwykle. - Godry, jesteś tam?  

 Kelland czuł, jak pot występuje mu na czoło, parząc jak pokrzywa. Czas naglił. W każdej 

chwili mogło się coś wydarzyć, a tymczasem jego ludzie błąkali się po ciemku bez ładu i składu. 

Gniew narastał w nim, czyniąc go nieostrożnym. Kiedy znowu znalazł się na werandzie, w blasku 

światła,  wszedł  bez  wahania  na  korytarz,  minął  kilka  drzwi  i  zatrzymał  się  przed  pokojem,  skąd 

padało  światło.  Tu  musieli  być  Barrowie,  a  ich  strażnik  stał  z  pewnością  plecami  do  drzwi.  To 

właśnie była szansa, na którą czekał Kelland. Wyjął rewower i postąpił do przodu. Tuż przed sobą 

dojrzał istotnie plecy wartownika.  

 Barrowie  dostrzegli  go  i  coś  w  ich  oczach  musiało  ostrzec  strażnika,  gdyż  uczynił  ruch, 

jakby chciał się odwrócić. Kelland uderzył go lufą rewolweru w głowę i w tym samym momencie 

dobiegł go dziki, przenikliwy okrzyk Hyde'a.  

 - Oldroyd! To Oldroyd!  

 Strażnik osunął się na ziemię i padł na twarz. Dan Barr jednym susem znalazł się przy nim 

i wyrwał mu z kabury kolta. Za domem zabrzmiały bezładne strzały, na piętrze rozległy się szybkie 

kroki. Kelland wyskoczył z pokoju i ujrzał w górze na schodach twarz Jetta. Błyskawicznie uchylił 

się, kiedy Jett strzelił. Kula uderzyła w drewnianą ścianę korytarza. Dan podciągnął w górę boczne 

okno i w jednej chwili znalazł się na zewnątrz, w ciemnościach.  

 Jett wystrzelił jeszcze raz, roztrzaskując lampę na korytarzu. Kelland rzucił się przez drzwi 

i  pobiegł  po  schodach  na  górę.  Słyszał  szybkie  kroki  Jetta  na  piętrze,  kiedy  dotarł  do  drugiego 

podestu.  

 Tu  panowała  zupełna  ciemność.  Nie  znając  rozkładu  domu  wpadł  na  ścianę  i  zaczął 

posuwać  się  po  omacku,  aż  wymacał  framugę  drzwi.  W  głębi  pomieszczenia  rozległ  się  kolejny 

strzał z rewolweru Jetta, Kelland wystrzelił na chybił trafił w gęsty mrok i usłyszał brzęk rozbitej 

szyby, a po chwili okrzyk bólu z dołu. A więc Jett zaryzykował skok na ziemię.  

 Kelland  rzucił  się  do  okna.  Światło  z  kuchni  rozjaśniało  część  podwórza,  mógł  więc 

obserwować  przebieg  walki  z  góry.  Ludzie  Hyde'a  biegli  do  koni.  Ogień  wystrzałów  z  tyłu 

podwórza wskazywał miejsce, gdzie Oldroyd i inni zajęli pozycje. Jett leżał na ziemi; tarzał się tam 

i z powrotem, nie przestając wyć z bólu. Jeden z ludzi Hyde'a czaił się za wozem. Od strony stajni 

padło kilka strzałów, kule zabębniły o deski wozu. Jeden z koni osunął się na zad, pociski wzbijały 

tu i ówdzie fontanny piachu.  

background image

 Część  z  napastników  siedziała  już  w  siodłach,  szukając  ratunku  w  ucieczce.  Dobe  Hyde 

wypadł z kuchni i biegł, oświetlony teraz przez blask z kuchni, do koni. W obu dłoniach trzymał 

jakiś łup. Tuż przed nim uderzył w ziemię pocisk, a Hyde potknął się. To, co trzymał, upadło na 

ziemię  i  Kelland  przekonał  się,  jak  nieodwołalnie  człowiek  sam  kształtuje  swój  los.  Gdyż  Dobe 

zamiast uciekać schylił się po zgubę i w tym momencie trafiła go kula. Hyde zakręcił się w miejscu 

jak chochoł na wietrze i runął na ziemię.  

 Drukarz  wyskoczył  ze  stajni.  Bezskutecznie  strzelał  za  uciekającymi.  Oldroyd  biegł  w 

stronę Jetta, a z głębi domu rozległ się krzyk Katherine:  

 - Jim! Jim!  

 Ujrzał  ją, kiedy stanął  na górnym  podeście. Trzymała nad  głową lampę,  którą wyniosła z 

pokoju i patrzyła na niego dziwnym, tęsknym wzrokiem. Potem opuściła rękę i jej twarz zniknęła 

mu z oczu do chwili, kiedy znalazł się na dole.  

 Z  drugiego  końca  korytarza  nadszedł  Oldroyd  niosąc  Jetta  na  rękach,  za  nim  tłoczyli  się 

inni. Kelland stanął  przed Katherine i  zdjął kapelusz. Wspólnie weszli do pokoju,  gdzie Oldroyd 

położył nieprzytomnego Jetta na sofie.  

 - Złamał coś sobie, kiedy skoczył - mruknął Oldroyd.  

 Brand spojrzał na Kellanda zakłopotany i powiedział:  

 -  To  ja  zawiniłem.  Ale  wszyscy  ludzie  Hyde'a  byli  za  domem,  pomyślałem  więc,  że 

możemy zaryzykować, ostrzeliwując ich ze stajni.  

 - Już dobrze - machnął ręką Kelland.  

 Jett jęknął przeciągle i otworzył oczy. Kelland podszedł do niego.  

 - Jett - powiedział. - Hyde nie żyje.  

 Twarz Jetta wykrzywiła się w grymasie bólu.  

 - To coś w boku - wykrztusił z trudem. - Jaki to ból!  

 - Sprowadzimy Doca Showersa. - Katherine stała już pochylona nad nim.  

 Ale  w  tym  samym  momencie  Jett  znowu  stracił  przytomność.  Kelland  zwrócił  się  do 

drukarza:  

 - Niech pan sprowadzi Doca Showersa. Jak najszybciej!  

 Stał, ważąc w myślach skutki tej walki. Hyde był martwy, Barrowie uzyskali więc chwilę 

wytchnienia.  Został  jednak  jeszcze  Maffitt  i  nadal  panowała  nienawiść  pomiędzy  Barrami  a 

mieszkańcami  znad  wschodniej  odnogi  Ute.  Należało  coś  zrobić  i  Kelland  łamał  sobie  nad  tym 

głowę.  

 - Zbyt późno zmienił pan front, Kelland - odezwał się Dan z goryczą w głosie. - Ring nie 

żyje, zabili też ojca.  

background image

 - Nie zmieniłem żadnego frontu - odparł Kelland.  

 - To dlaczego pan tu przyjechał?  

 - Po Dobe'a Hyde'a - wyjaśnił krótko.  

 -  Zapędzili  nas  do  domu  -  zaczął  opowiadać  Dan.  -  O  mało  włos  nie  trafili  Katherine. 

Wtedy powiedzieliśmy, że zgadzamy się opuścić te strony; zbyt wielu ludzi już zginęło. Nie mogę 

już dłużej. - Urwał i spojrzał na Kellanda. - Co pan zamierza teraz zrobić?  

 - Pojedziemy do Pocket Land - odparł Kelland.  

 -  Z  największą  radością  -  zaoferował  się  Dan.  -  Creed  i  Will,  zostaniecie  tu  na  ranczu 

razem z Katherine.  

 Kiedy wyszli, aby dosiąść koni, Brand, nie tając zakłopotania, zbliżył się do Kellanda.  

 - Domyślam się, co pan zamierza - powiedział. - Ale ja nie będę mógł użyć broni przeciw 

tym chłopcom, nawet jeśli jestem teraz z panem. Nie wiem, czy pan to rozumie.  

 Kelland skinął głową.  

 - Niech pan czeka tu na nas.  

 Poprowadził swą grupę przez most i dalej drogą. Wkrótce światła rancza zniknęły za nimi, 

oni zaś zanurzyli się w mrok pokrywający stoki Silver Lode. Powietrze było mroźne, nieco wyżej 

kopyta  koni  natrafiły  na  zamarznięte  grudki  ziemi.  Droga  wiodła  stale  pod  górę,  konie  robiły 

ciężko bokami.  

 Kelland  jechał  w  milczeniu,  rozmyślając  o  Katherine  i  o  tej  dziwnej  tęsknocie,  jaką 

wzbudziła  w  nim  swoim  widokiem.  Nie  chodziło  tu  tylko  o  jej  urok  zewnętrzny  ani  o  urodę. 

Fascynowała  go  czymś  więcej;  bogactwem  tego  wszystkiego,  co  powinno  cechować  prawdziwą 

kobietę. Czasem była wesoła, pogodna, nawet beztroska, potrafiła jednak również okazać tajemne 

głębie nastrojów bardziej łagodnych. O tym wszystkim myślał teraz z tęsknotą, o której wiedział, 

że nigdy nie zostanie zaspokojona.  

 Droga biegła chwilowo po równym terenie, potem zaczęła schodzić w dół. Poprzez zieleń 

lasu przebłyskiwały już pierwsze światła w kotlinie. Kelland zatrzymał się i zwrócił do innych:  

 - Zjedziemy teraz z drogi.  

 Poprowadził  ich  pomiędzy  drzewami  do  skraju  lasu.  Z  kuchni  i  bocznego  okna  pokoju 

padało światło. Dan Barr przechylił się w siodle, aby mieć lepszy widok, po czym szepnął:  

 - Korral jest pusty.  

 -  Ale  z  komina  lecą  jeszcze  iskry  -  odparł  Kelland  i  zsiadł  z  konia.  -  Poczekajcie.  Zaraz 

wrócę.  

 Ostrożnie przekradł się do korrala i sięgnął wzrokiem w okna pobliskiego domu. Kuchnia i 

część przednia były najwidoczniej puste, lampy na piętrze były pogaszone. Kelland przemknął się 

background image

do zamkniętych tylnych drzwi i przytknął ucho do ściany. Wiatr dął mu w twarz, ale z domu nie 

dobiegały żadne odgłosy. Iskry lecące z komina świadczyły o tym, że jeszcze niedawno ktoś tu był. 

Ale instynkt nie ostrzegał go przed żadnym niebezpieczeństwem, a niecierpliwość nagliła. Kelland 

uniósł rewolwer, chwycił za klamkę i pchnął drzwi z całej siły.  

 Jednym  skokiem  znalazł  się  w  środku  i  zamknął  drzwi  za  sobą.  Stał  w  niewielkim 

przedsionku,  oświetlonym  nieco  przez  lampy  w  kuchni  i  pokoju.  Skierował  wzrok  na  schody,  a 

kiedy upewnił się, że na górze nie ma nikogo, zrozumiał, że dom jest pusty. Wiedział, co ma zrobić 

- i nie tracił czasu.  

 Wszedł do kuchni, odkręcił zbiorniczek z naftą od lampy, starając się, by knot nie zgasł, po 

czym rozlał naftę po ścianie. Rzucił knot i spoglądał przez pewien czas, jak płomień wżera się w 

odklejoną  od  ściany  tu  i  tam  papierową  tapetę.  Stał  dopóty,  dopóki  nie  przekonał  się,  że  ściana 

zajęła się ogniem. Wtedy otworzył tylne drzwi, aby ułatwić przewiew.  

 Od strony drogi dobiegł go głos Dana:  

 - Tu!  

 Przeszedł  na  drugą  stronę  polany  i  tam  odnalazł  swoich  ludzi.  Dosiadł  konia,  oni  zaś 

czekali w milczeniu, podczas gdy suche deski domu trzaskały jak strzały karabinowe. Tylne okna 

rozżarzone  już  były  do  czerwoności.  Powoli,  stopniowo,  świetlista  łuna  rozszerzała  się  na  całe 

podwórze,  aż  do  drzew.  Szum  płomieni  w  domu  narastał,  przerodził  się  w  głuchy  huk,  a  kiedy 

zaczerwieniły się górne okna, byli pewni, że ogień dotarł na piętro.  

 - To byłoby wszystko - mruknął Kelland, dając pozostałym sygnał do odwrotu.  

 Pół godziny później byli przy ranczu Barrów. Drukarz czekał na werandzie, a na podwórzu 

stał powóz Doca Showersa.  

 - Wygląda na to, że chłopak przetrzyma - oświadczył Showers.  

 Nikt nie zsiadł z koni. Wszyscy czekali na to, co powie Kelland. W końcu Dan zapytał:  

 - I co teraz?  

 - Chciałbym spotkać się z wami w mieście - odparł Kelland. - Jutro z samego rana.  

 Spiął konia i odjechał szybko, a za nim pomknęła reszta.  

 

***  

 

 Mały  Peters  znajdował  się  na  występie  skalnym  nad  ranczem  Barrów,  kiedy  Dobe  Hyde 

uderzył. Był też świadkiem nieoczekiwanego ataku Kellanda. Obie wiadomości chłopiec przywiózł 

natychmiast do kotliny.  

background image

 -  Nie  wiem,  kto  rozpoczął  drugą  bitwę,  nie  wiem  też,  jak  się  zakończyła.  Najpierw 

strzelano jak diabli, potem wszystko ucichło.  

 -  To  był  na  pewno  Kelland  -  rzekł  Maffitt.  -  I  jestem  pewien,  że  odniósł  zwycięstwo. 

Poznałem się na tym  drabie od razu, kiedy ujrzałem go po raz pierwszy.  - Wąskie oczy Maffitta 

błyszczały coraz bardziej; nie był to jednak gniew ani strach. Maffitt odznaczał się zimną krwią i 

niezwykłą  cierpliwością,  które  to  cechy  stały  ponad  tamtymi  uczuciami.  Na  taki  właśnie  rozwój 

wypadków czekał od dawna.  

 - Ale mężczyźni, tacy jak Kelland czy ja, zawsze popełniają w końcu jakiś błąd. Szczęście 

nigdy nie trwa wiecznie, tak jak człowiek. Jedziemy.  

 - Dlaczego? - zapytał Mały Peters.  

 - Dlatego, że tamci złożą nam wizytę. Wiem doskonale, co ten typek zamierza, bo jesteśmy 

do siebie podobni. Dzieli nas tylko jedna przegroda - prawo. Ta przegroda jest właściwie tak niska, 

że można ją przejść bez trudu i Bóg jedyny wie, czemu on stoi po jednej stronie, a ja po drugiej. 

Ale na to nie ma już rady.  

 Opuścili Pocket Land i zatrzymali się na wzgórzu, skąd mogli ogarnąć wzrokiem całą łąkę. 

Było  to  to  samo  miejsce,  z  którego  Kelland  spoglądał  po  raz  pierwszy  na  kotlinę.  W  jakiś  czas 

potem  Maffitt  patrzył,  jak  jego  dom  staje  w  płomieniach.  Jego  jedyna  reakcja  to  niedbały  ruch 

ramionami, był bowiem zbyt wytrawnym graczem, aby zdradzać swe uczucia.  

 - Cóż, dom przestał istnieć - odezwał się do reszty. - Zresztą, to już nieważne. Ta dolina i 

tak jest teraz zupełnie inna, niż była. Wszystko przez tego typa. No dobrze, spotkamy się za trzy 

tygodnie w Jacksons Hole.  

 - Dokąd jedziesz? - zapytał Mały Peters.  

 - Została mi jeszcze jedna karta - odparł tajemniczo Maffitt i rozdzielili się.  

 O trzeciej w nocy Maffitt zjawił się w mieście i zostawił konia w stajni Charley Chavisa. 

Potem przeszedł pod okno sypialni, i zapukał w szybę. Wkrótce, po bezowocnych oczekiwaniach, 

odszedł. Nie wiedział, że Chavis załadował na wóz cały swój dobytek i opuścił Reservation przed 

godziną.  

 O tej porze miasto pogrążone było w zupełnych ciemnościach. Od stoków Silver Lode wiał 

ostry wiatr. Ben Maffitt przeszedł przez tylną uliczkę, zawrócił przy moście i wśliznął się od tyłu 

do stajni. W stercie siana wygrzebał sobie posłanie i ułożył się na spoczynek, czekając na świt i... 

swoją szansę.  

 

***  

 

background image

 O pierwszym brzasku krainę nawiedziła zima niezbyt silną śnieżycą. O dziewiątej dął już 

silny wiatr z wierzchołków Silver Lode, a powietrze stało się białe i gęste jak mąka. Trudno było 

dostrzec  cokolwiek,  nawet  koniec  ulicy,  i  tylko  światła  lamp  majaczyły  niepewnie  poprzez  okna 

domów.  

 Dachy pokryła biel, od strony nawietrznej gromadziły się zaspy śnieżne, rozwiewane przez 

wiatr  i  tworzące  się  natychmiast  w  innym  miejscu.  Od  czasu  do  czasu  silniejszy  poryw  wichury 

zagarniał je i gnał przez ulicę niczym skrzącą się chmurę.  

 Skoro  świt  Kelland  wysłał  Matta  Oldroyda  po  Sultana  i  Ketchuma.  Barrowie  zjawili  się 

około  wpół  do  dziesiątej.  Była  dziesiąta,  kiedy  pozostali  zdołali  przebić  się  do  miasta  mimo 

szalejącej  coraz  bardziej  śnieżycy  i  zatupali  głośno  w  przedsionku  hotelu.  Twarze  mieli 

zaczerwienione od zimna, a w jasnych brwiach Matta lśniły niewielkie kryształki lodu.  

 Jeszcze wcześniej Broderick kazał ustawić w przedsionku piec; teraz był już rozżarzony do 

czerwoności,  a  po  całym  pomieszczeniu  rozchodziło  się  przyjemne  ciepło.  Kelland  stał  oparty  o 

ladę,  obserwując  wszystkich  zebranych.  Czuł  nadal  wrogość  panującą  między  stronnictwami. 

Barrowie  stali  zwarci  przy  drzwiach  i  zwłaszcza  u  obu  najstarszch  i  Faya  widoczna  była  dawna 

nienawiść.  Kelland  wiązał  pewne  nadzieje  jedynie  z  Danem,  którego  zapadłe  policzki  zdradzały 

przepełniające go napięcie.  

 Buff  Sultan  nie  był  z  pewnością  nastawiony  zbyt  przyjaźnie  wobec  Barrów,  ale 

najwidoczniej  skłaniał  się  do  kompromisu.  Kelland  nie  wiedział  tylko,  jakie  jest  stanowisko 

Ketchuma,  nie  zaprzątał  sobie  jednak  tym  głowy.  Obydwie  dziewczyny,  Katherine  i  Edith, 

podeszły  do  pieca  i  Kelland  uświadomił  sobie  nagle,  że  po  raz  pierwszy  widzi  je  razem.  Przez 

krótką chwilę starał się przeprowadzić porównanie. Edith była niższa. Jej jasna twarz zdawała się 

być  skłonna  do  śmiechu  i  przebaczania.  Zapewne  myślała  teraz  o  Danie  i  była  gotowa  mu 

wybaczyć.  

 U  Katherine  nie  dostrzegł  tej  miękkości.  Stała  wysoka  i  szczupła,  z  uniesioną  do  góry 

głową,  a  oczy  zmącone  były  posępnymi  wspomnieniami  z  ostatnich  godzin.  Do  takiej  postawy 

zmuszała  ją  niezłomna  siła,  czerpana  z  głębokich  i  silnych  uczuć,  które  skrywała  za  żelazną 

powagą. Dostrzegł to i poczuł coś, jakby rozczarowanie, jak gdyby opuściła go w potrzebie.  

 Wyprostował się i powiedział:  

 -  Zostało  jeszcze  trochę  do  zrobienia,  ale  załatwimy  wszystko,  zanim  stąd  wyjdziemy. 

Część  z  was  nienawidzi  mnie.  Nic  na  to  nie  poradzę  i  muszę  przyznać,  że  tego  się  właśnie 

spodziewałem.  Było  już  wystarczająco  dużo  łez  i  zmartwień;  odpowiedzialność  za  to  wszystko 

biorę  na  siebie,  ale  powiem  wam  jedno:  musi  teraz  nastąpić  koniec.  Jeżeli  nie  zgodzicie  się,  by 

background image

nastał wreszcie czas spokoju w tej dolinie, zrobię wszystko, aby narobić wam kłopotów na resztę 

życia. Czy to jasne?  

 Umyślnie  nie  przebierał  w  słowach,  i  rzeczywiście:  ta  otwarta  groźba  nie  pozostała  bez 

wrażenia.  Dostrzegł  pełne  zaskoczenia  spojrzenie  Katherine,  Ketchum  zaś  gniewnym  gestem 

odrzucił głowę do tyłu.  

 - Chyba przesadził pan trochę z tym tonem, Kelland!  

 - To dlatego, że mówię do ludzi, którzy od piętnastu lat zachowują się jak głupcy.  

 - Może to nam właśnie odpowiada - odparł czupurnie Ketchum.  

 - Ma pan syna. Czy chce pan, żeby zginął?  

 - Sam zadbam o swoją rodzinę - odparł ostro Ketchum.  

 Do rozmowy wtrącił się nagle Buff Sultan.  

 - Zamknij się, Sam!  

 Ketchum momentalnie odwrócił się do niego.  

 -  Do  diabła,  Buff...  -  Urwał,  popatrzył  na  niego  przez  dłuższą  chwilę,  wreszcie  wzruszył 

ramionami. - Nie mogę prowadzić walki sam - powiedział do Kellanda. - To już chyba koniec tej 

doliny.  

 Dan wykrzywił lekko usta w grymasie, mającym zapewne wyrażać ulgę. Kelland zauważył 

to i zwrócił się do niego.  

 - Sultan ma już dość tej waśni, pan chyba też. I na tym powinniśmy oprzeć naszą umowę. 

Pana brat, Fay, nie zmieni się już, tak samo obaj krewniacy myślą nadal o zemście. Nawet teraz. 

Dlatego wyjadą stąd, wszyscy trzej.  

 W przedsionku zaległa  cisza. Fay Barr ze zdziwienia otworzył  usta, po czym  je zamknął. 

Broderick,  który  przez  cały  czas  stał  nieco  dalej,  odwrócił  się  i  spojrzał  na  Barrów  z  namysłem. 

Fay  pochylił  się  i  szepnął  coś  Danowi  do  ucha.  Nie  odezwał  się  jednak  na  głos,  natomiast  Dan 

podniósł wzrok i powiedział:  

 - A więc dobrze. Wyjadą stąd. Gwarantuję to.  

 - Tony! - zawołał Kelland. - Tony, podejdź do nas.  

 Dziewczyna  stała  do  tej  pory  w  progu.  Teraz  podeszła  bliżej;  zmieszana,  onieśmielona. 

Kelland  uśmiechnął  się  do  niej  i  w  tym  momencie  jego  twarz  złagodniała.  Większość  obecnych 

spoglądała na Tony, ale Katherine przeszywała wzrokiem Kellanda i uwagi jej nie uszła ta zmiana; 

twarz  Jima  była  teraz  dziwnie  smutna,  a  jednocześnie  tak  dobrotliwa,  jak  gdyby  obecność  Tony 

mogła  przełamać  największy  wybuch  gniewu  tego  mężczyzny.  Była  to  łagodność,  jakiej  nigdy 

dotąd nie zauważyła u niego, sympatia, jakiej nigdy z jego strony nie zaznała.  

background image

 Zwróciła spojrzenie na Tony, a potem znów na Kellanda, spuściła głowę i zacisnęła usta, 

aby zdusić rodzący się w niej rozpaczliwy okrzyk:  

 - Dlaczego ona? Dlaczego właśnie ona?  

 -  Tony,  dom  na  wzgórzu  i  cała  okoliczna  ziemia  należą  teraz  do  ciebie  -  oświadczył 

Kelland. - Mam nadzieję, że to ci coś da. Ci ludzie zawinili wobec ciebie, nawet bardzo, a na to, by 

wynagrodzić ci wszystkie krzywdy, jest już dosyć późno. - Przeniósł wzrok na Buffa, a potem na 

Dana.  

 - To by było wszystko. Zgadzacie się?  

 Sultan nie miał zbyt wiele do powiedzenia.  

 - Cieszę się, że mamy to za sobą.  

 Dan skinął tylko głową.  

 - A co z Maffittem? - zapytał Broderick?  

 -  Jestem  pewien,  że  zrozumiał,  iż  jego  złote  czasy  minęły  -  odparł  Kelland.  -  Maffitt 

wyniesie  się  stąd.  Po  co  miałby  zostać,  skoro  nie  może  już  liczyć  na  pomoc  kogokolwiek  z  tej 

doliny. Tak więc ja nie mam tu już nic do zrobienia.  

 Katherine uniosła głowę. Spojrzała na Edith i położyła jej dłoń na ramieniu. Tylko tyle, ale 

kiedy przeniosła wzrok na Kellanda, ujrzała w jego oczach jakby ulgę i radość. Podszedł do drzwi, 

odwrócił się i uśmiechnął; zupełnie jak wtedy, kiedy po raz pierwszy przyjechał do Reservation, z 

wyrazem twarzy, jakiego nigdy nie potrafiła zrozumieć. Stał w progu, wysoki i szczupły, patrząc na 

nich,  a  Katherine  uświadomiła  sobie  teraz,  że  jest  wielki,  większy,  niż  sądziła.  Z  uśmiechem 

spokojnie powiedział:  

 - Bywajcie!  

 Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Zza grubych płatów śniegu wyłonił się Brick Brand.  

 - Niech pan posłucha, przyjacielu - zaczął. - Niech pan posłucha...  

 Umilkł.  Kelland  uścisnął  mu  rękę  i  poszedł  dalej  ku  stajni.  Po  chwili  zmienił  zdanie  i 

skierował  się  do  więzienia.  Jego  oświadczenie  nadal  wisiało  na  tablicy.  Odczepił  je  i  wsunął 

gwiazdę  do  kieszeni.  Zamierzał  pokazać  jedno  i  drugie  staremu  Jeffowi,  aby  mógł  podjąć 

odpowiednią decyzję.  

 Wkrótce znalazł się w mrocznym korytarzu stajni. Jedyna latarnia słała w ciemność zimne, 

bezużyteczne błyski światła. Stajennego nie było. Kelland zdjął ze słupka uprząż i wszedł do boksu 

swego  wałacha.  Osiodłał  konia,  przemawiając  do  niego,  podczas  gdy  gniady  przebierał 

niecierpliwie kopytami.  

 - Spokojnie, oszczędzaj siły, jeszcze ci się przydadzą. Przed nami górska wspinaczka.  

background image

 Przyłożył  głowę  do  boku  konia,  czekając  aż  zwierzę  zrobi  wydech,  chciał  bowiem 

zaciągnąć  popręgi.  Gniady  parsknął.  To  wszystko  stanowiło  część  zabawy,  którą  powtarzali  od 

dawna z samego rana, jako niezmienny rytuał.  

 Stajenny nadal nie nadchodził. Kelland udał się do jego niewielkiego biura, policzył, ile się 

należy, i położył na stole pięć srebrnych dolarówek. Wyszedł z biura, ale nie odjeżdżał.  Zrobił w 

tym mieście to, co do niego należało, czekała go jeszcze ciężka przeprawa przez góry, on jednak 

zwlekał; czekał, aż ogarnie go tak dobrze mu znana gorączka, niecierpliwość. Ale nic nie zachęcało 

go do wyjazdu i wiedział doskonale dlaczego. Tamte miejsca opuszczał zawsze z zadowoleniem, 

niczego w nich nie zostawiał. Tym razem było inaczej. Przejeżdżając przez most i obierając drogę 

wiodącą w góry Silver Lode, zostawiał tu cząstkę siebie samego.  

 - Kelland!  

 Głośny  okrzyk  przerwał  tok  rozmyślań.  Obrócił  się,  wiedząc  od  razu,  czyj  to  głos  i  co 

oznacza.  Zwalista  postać  Maffitta  rysowała  się  niewyraźnie  w  ciemnościach,  w  drugim  końcu 

korytarza. A więc jednak popełnił błąd, najbardziej zgubny ze wszystkich możliwych: nie docenił 

przeciwnika.  

 Twarz  Maffitta  majaczyła  w  mroku.  Kelland  stał  na  wpół  zwrócony  do  niego,  w  pozycji 

niezbyt korzystnej do szybkiego wyciągnięcia broni. Gniady czekał nieco z boku, poza linią strzału.  

 Maffitt  mówił  powoli,  swobodnie  i  tak  pewnie,  że  Kelland  nie  mógł  oprzeć  się  uczuciu 

podziwu nawet teraz, kiedy myśli kłębiły mu się w głowie jak szalone, natrafiając każdorazowo na 

ślepą uliczkę.  

 - Czy naprawdę myślał pan, przyjacielu, że odjadę?  

 - Popełniłem błąd - odparł Kelland.  

 -  Możliwe.  Zaraz  się  o  tym  przekonamy.  Po  to  tu  jestem  -  i  nie  odejdę,  zanim  tego  nie 

wyjaśnimy. Jeżeli jest to pański błąd, to na pewno pierwszy, jaki popełnił pan w tych stronach.  

 - Ben, myślałem, że pan stąd wyjedzie.  

 - Jest pan zbyt sprytny, by tak pomyśleć, przyjacielu. Jest pan wilkiem, tak jak i ja. Nasze 

drogi skrzyżowały się i teraz muszę się dowiedzieć, który z nas jest lepszy. Do diabła, gdybyśmy 

się  połączyli,  moglibyśmy  rzucić  na  kolana  cały  świat!  Oto  pomysł  godny  nas  obu,  przyjacielu. 

Wspaniały pomysł!  

 Gniady  zwrócił  łeb  w  stronę  Kellanda.  Zastrzygł  uszami,  jego  oczy  zabłysły  w  świetle 

latarni. Maffitt odezwał się znowu, a Kelland spojrzał na konia.  

 - Wspaniały pomysł, przyjacielu!  

 Ręce Kellanda zwisały swobodnie wzdłuż ciała. Ujrzał teraz, jak wałach machnął nerwowo 

ogonem i raptem przyszedł mu do głowy pomysł. Strzelił ostro palcami.  

background image

 - Szkoda, że pan nie wyjechał, Ben.  

 Gniady ponownie zastrzygł uszami, a potem wykonał szybki krok do tyłu i stanął między 

nimi, zasłaniając Maffittowi cel. O to właśnie chodziło.  

 - Muszę się przekonać... - mówił akurat Maffitt; i raptem urwał. Warknął coś, zbity z tropu.  

 Kelland obrócił się błyskawicznie i strzelił w latarnię. Korytarz pogrążył się natychmiast w 

posępnych ciemnościach. Gniady przemknął na ulicę, a Kelland skoczył w bok, w mrok boksu i w 

tej  samej  chwili  odezwał  się  rewolwer  Maffitta.  Kule  świsnęły,  wbijając  się  w  ścianę  biura,  i 

udeptaną, gliniastą podłogę stajni. Kelland, wciśnięty w kąt boksu, ujrzał ogień bluzgający z broni 

przeciwnika.  Uniósł  rewolwer  i  nacisnął  spust.  Wystrzelił  trzy  razy.  Z  drugiego  końca  korytarza 

dobiegło  go  przeciągłe,  stłumione  westchnienie,  a  potem  nastała  długa,  długa  cisza,  aż  wreszcie 

zabrzmiał głuchy łoskot ciała padającego na podłogę.  

 Pomiędzy boksami stajni unosił się dym. Na zewnątrz rozległy się szybkie kroki. Kelland 

ruszył  przed  siebie,  w  stronę  wejścia.  Tu  leżał  Maffitt;  ciemny,  bezkształtny  wzgórek.  Kelland 

nachylił się, dotknął zwłok i wyprostował się.  

 A więc w końcu dowiedział się, pomyślał. Ciekawe tylko, czy to mu coś dało.  

 Ciszę przerwał głos Katherine, gwałtowny, łamiący się ze zdenerwowania.  

 - Jim... Jim!  

 Odwrócił się i ujrzał ją przed sobą. Nieco dalej stał Brand. Gorączkowo pytał:  

 - Kto to był? Soder? Maffitt? Kto?  

 Kelland milczał. Jak zwykle ostrożny, trzymał nadal rewolwer w dłoni. Głosem brzmiącym 

twardo, a zarazem tęsknie i rozpaczliwie, powiedział:  

 - Po tym wszystkim, co się tu wydarzyło, Katherine? Czyżby było jeszcze mało?  

 Stała  wysoka  i  szczupła,  odcinając  się  ostro  od  szalejącej  za  jej  plecami  śnieżycy.  Mimo 

mroku widział wyraźnie jej oczy, jej usta, postąpił ku niej kilka kroków i objął mocno, nie myśląc 

już o ściskanym w dłoni rewolwerze.  

 Na widok tych dwojga ludzi,  przytulonych do siebie, Brand poczuł  w piersi  jakiś  dziwny 

ucisk.  Widział,  jak  Kelland  nachylił  się  ku  dziewczynie  i  całuje  ją.  Brand  nie  wspominał  o  tym 

potem nikomu, ale odniósł wrażenie, że kiedy Kelland pochylił się, jakby trafił go piorun. Głowa 

Katherine była wygięta do tyłu, a jej ciało przywarło do Jima.  

 Brand wyszedł na ulicę i kiwnął ręką do czekających pod hotelem ludzi.  

 - Już dobrze - powiedział. - Już dobrze. Jedź do domu, Dan. Ona przyjedzie później.  

 Dan nie potrzebował dalszych wyjaśnień.  

 - Jedziemy - polecił swoim ludziom, wskakując na siodło.  

background image

 Sultanowie stali przy swoim wozie. Dan rzucił okiem na Edith i pochwycił jej spojrzenie. 

Dzień  zdawał  się  być  bardziej  posępny  niż  przedtem,  ale  nie  tak  ponury,  jak  jego  myśli. 

Przypomniał sobie, jaka była Edith, kiedy spotykali się w opuszczonym domu. Ciekawe, czy ona 

jeszcze o tym pamięta, przemknęło mu przez głowę.  

 Ale  nie,  za  dużo  się  wydarzyło.  Może  naprawi  to  czas.  Może  będzie  musiał  upłynąć 

miesiąc,  może  rok.  Dopiero  wtedy  zobaczę,  jak  jest.  W  tym  tkwi  cała  moja  nadzieja:  w  czasie, 

który leczy wszystkie rany.  

 Edith odwróciła się i wsiadła na wóz. Dan uniósł dłoń i wraz z innymi wyjechał z miasta.  

 W  przedsionku  hotelu  nadal  stał  Matt  Oldroyd:  niezgrabny,  wysoki  i  bardzo  poważny. 

Tony, oparta o ladę, wyglądała na ulicę; patrzyła na wrota stajni. Twarz miała łagodną, rozmarzoną 

i smutną, gdyż jej marzenia gasły.  

 Matt domyślając się przyczyny smutku, czekał pokornie, aż spojrzy na niego.  

 - Katherine jest jeszcze w stajni, razem z nim - szepnęła. - A więc tak będzie.  

 - Wiem - odparł.  

 Walcząc z łzami, szepnęła znowu:  

 - Matt, o Matt!  

 - Wiem wszystko - wymamrotał. - Ale Tony... jesteśmy jeszcze my... my oboje...  

 - Cóż ja? Nie lubię litości, Matt... i nie jestem zbyt dobrą kobietą.  

 -  To  nieprawda,  Tony.  Popełniałem  różne  błędy,  ale  jeżeli  mężczyzna  naprawdę  pragnie 

dziewczyny...  

 Ujrzała jego wzrok - tak sztywny i pokorny, tak bardzo poważny - i ten widok wyczarował 

na jej wargach delikatny uśmiech. Spuściła oczy i zaczęła oddychać szybciej.  

 Dopiero po dłuższej  chwili spojrzała na niego ponownie, a  w jej oczach pojawił się jakiś 

niespotykany u niej dotąd błysk.  

 - To cudowne uczucie, być kochaną, Matt. Tak długo byłam sama.