background image

PROLOG 

Byl rok 1718. 
Od osiemnastu lat trwała wielka wojna północna. Króle­

stwo duńsko-norweskie zdążyło już raz skapitulować 
i w dziewięć lat później, w roku 1709, ponownie rzuciło się 
w wir walki. Fryderyka IV zachęciła klęska, którą Szwedzi 
ponieśli w tym roku pod Połtawą, a pewnie także chciał się 
zemścić za to, że w początkowej fazie wojny Karol XII zmu­
sił go do uległości. 

Norwegia również została uwikłana w konflikt. Karol 

XII usiłował ją podbić już w 1716 roku, a teraz właśnie po­
nowił próbę. 

Zrezygnował z podporządkowania sobie Europy, ale Nor­

wegia miała być rekompensatą za poniesione klęski. W 1716 
roku Karol XII wkroczył do Christianii'% twierdzy Akershus 
jednak nie udało mu się zdobyć. Norwegowie zajęli pozycje 
na zachód od miasta i skutecznie odpierali ataki wojsk 
szwedzkich usiłujących ich otoczyć szczelnym pierścieniem. 
Wkrótce uzyskali wsparcie ze strony Danii. 

Sytuacja Karola XII stawała się coraz trudniejsza, w koń­

cu musiał podjąć decyzję odwrotu, żeby uniknąć zamknię­
cia w Christianii. Król nie zamierzał jednak wracać jak nie­
pyszny do domu, chciał wycofać się jedynie do granicy 
szwedzko-norweskiej, po drodze zająć Halden wraz z twier­

dzą Fredriksten i stamtąd podjąć kolejne natarcie. 

* Christiania - dawna nazwa Oslo (przyp. tłum.). 

background image

Tymczasem mieszkańcy Halden spalili swoje miasto, by 

nie wpadło Szwedom w ręce, zaś Peter Wessel Tordenskiold, 
kapitan duńskiej floty, z pochodzenia Norweg, zdobył i zni­
szczył szwedzkie okręty w Dynekil, chociaż sam dysponował 
zaledwie kilkoma statkami. Ów chwalebny czyn, za który 
uhonorowano Tordenskiolda stopniem komandora, na za­
wsze pozostał w pamięci potomnych. 

Karol XII zbierał siły do kolejnej wyprawy. Mądry po 

szkodzie, tym razem zamierzał rozpocząć działania wojenne 
od Fredriksten i dopiero stamtąd ruszyć na podbój Norwe­
gii. Był to z pewnością rozsądny zamiar, tyle tylko że pozo­
stał jedynie zamiarem. Król szwedzki nigdy nie dotarł dalej 
niż do Fredriksten, tam bowiem, gdy obserwował oblężenie 

miasta, trafiła go kula. 

Nie wiadomo, kim był zabójca, być może tak precyzyj­

nie wycelował jakiś Norweg, ale równie dobrze mógł to zro­
bić któryś z ludzi króla. 

Karol XII nie cieszył się miłością poddanych. Rządził kra­

jem żelazną ręką i wdawał się w wojny, które były takim sa­
mym nieszczęściem dla Szwedów, jak dla ich wrogów. 

Trwająca od dwóch dziesięcioleci wielka wojna na północy 

pochłonęła wiele ludzkich istnień i kosztowała mnóstwo pie­
niędzy. Naród musiał płacić bardzo wysokie podatki, wsie cier­
piały z powodu utraty rąk do pracy. Chłopów siłą wcielano do 

wojska, król bowiem dla pokonania wroga i rozszerzenia swe­
go imperium potrzebował coraz więcej żołnierzy. 

Luty 1718, Tornedalen 
Finlandia również należała do Karola XII i ona także zosta­

ła zamieszana w prowadzoną przez niego wojnę. Pod koniec 

XVII wieku kraj wyczerpany był wieloma latami katastrofalne­
go nieurodzaju. Na skutek głodu zmarła wtedy niemal jedna 
czwarta ludności. Ledwo naród zdołał otrząsnąć się z tragedii, 
a już ponownie został zmuszony do uległości. Także Finowie 
mieli płacić podatki na nową wojnę, mieli też w niej walczyć... 

background image

Erkki Alatalo skończył dopiero trzydzieści dwa lata, lecz 

wyglądał na dużo więcej. Na razie uniknął przymusowego 
wcielenia do armii króla Karola XII, ale to w każdej chwili 
mogło się zmienić. 

Erkki miał żonę i dwoje dzieci. Spłachetek ziemi, który 

uprawiał, musiał wyżywić ich czworo. Na pooranej bruzdami 
twarzy udręczonego mężczyzny odcisnęły swe piętno liczne 
nie przespane noce. W piwnych oczach zastygła niejedna łza. 

Doświadczył w życiu wielu już nieszczęść i obawiał się, 

że przyszłość nie będzie lepsza. Ubogi chłop z Tornedalen 
bał się coraz bardziej. Nie o siebie, ale o żonę i dzieci. 

background image

- Jeść! Jestem głodna, mamo! Jeść! 
Cienki głosik dziecka przeszedł w żałosne zawodzenie. 

Dwoje dużych ciemnych oczu na wpół z wyrzutem, na wpół 
z błaganiem wpatrywało się w siedzącą przy kamiennym pa­
lenisku wychudzoną kobietę, która trzymała w ramionach 
niemowlę. Przynajmniej mały Matti mógł zaspokoić głód, 

na razie Marja miała jeszcze w piersiach trochę pokarmu. 

Nikt w rodzinie nie najadał się do syta. Od dawna kładli 

się spać o głodzie. 

- Jeść! - pochlipywała dziewczynka, wkładając do buzi 

brudny kciuk. 

- Będziesz ty cicho! - zagrzmiał ojciec, surowo mierząc 

wzrokiem córkę. Od jego głosu zatrzęsła się niska chata. 

- Raiju, kochanie! - wtrąciła pośpiesznie Marja, obejmując 

mocniej niemowlę. - Wszyscy jesteśmy głodni i nic na to nie 
poradzimy. Popatrz, mały Matti powinien zasnąć, nie marudź 

tak okropnie! Jesteś już przecież dużą i mądrą dziewczynką, 
opowiedz lepiej jakąś historyjkę! Tak ładnie opowiadasz! 

Raija posłusznie usiadła, w milczeniu smutnym wzro­

kiem popatrzyła na mamę i braciszka. 

Opowiedz historyjkę! Łatwo powiedzieć! 
Raija nie mogła nieustannie fantazjować, nie zawsze zre­

sztą miała na to ochotę. Nie odkryła jeszcze, że ucieczka do 
świata marzeń pozwala zapomnieć o smutnej codzienności. 

Matka, dostrzegłszy pełne wyrzutu spojrzenie dziecka, 

poczuła się jeszcze bardziej zmęczona. Miała dopiero trzy­
dzieści lat, ale wychudzona i spracowana, nie przypominała 

background image

dorodnej panny o rumianych policzkach, którą była w mło­
dości. Jej samej zresztą wydawało się, że od tamtego czasu 
minęły wieki. Wciąż jeszcze można było powiedzieć, że jest 
ładna, ale dawna olśniewająca uroda przyblakła. Włosy, 
które niegdyś mieniły się niczym dojrzałe zboże w pogodny 
letni dzień, zaczesywała teraz gładko i upinala na karku 
w kok. O lokach dawno już zapomniała. 

Marja pracowała ponad siły. Uprawiali wraz z mężem ka­

wałek pola, ziemia jednak była jałowa, a w jesienne noce 
często zjawiał się podstępny mróz, który nie zawsze zapo­
wiadał swe przybycie. 

Erkki i Marja dobrze pamiętali nieurodzajne lata z końca 

poprzedniego stulecia. Żywili nadzieję, że uchronią swoje po­
ciechy od takich wspomnień i dzieciństwo nie będzie im się 
kojarzyć ze smakiem chleba pieczonego z kory drzew. 

Tyle że nadzieja i marzenia bywają złudne, zwłaszcza gdy 

jest się biednym. 

Lato i jesień 1716 roku przyniosły nieurodzaj, a gdy nie­

szczęście powtórzyło się rok później, oznaczało to dla nich 
całkowitą katastrofę. 

Dwa lata głodu wystarczyły, by złamać każdego. Erkki 

i Marja zdołali zebrać trochę zboża, ale ziarno nie nadawa­

ło się na sprzedaż. Nie wystarczyło go też, by wyżywić ro­
dzinę podczas długiej zimy. 

Najcięższe jarzmo stanowiły podatki. Chłopi popadali 

w coraz większe długi i coraz większą nędzę. Erkki i Mar­
ja musieli sprzedać jedyną krowę i obórka stała pusta, 
a nędzne grosze, jakie dostali, nie wystarczyły na długo. 
Marja dodawała coraz mniej mąki do chleba, który piekła, 
i teraz, w końcu lutego 1718 roku, było w nim już więcej 
kory brzozowej niż mąki. 

Erkki z bólem patrzył na to, jak oczy jego żony i dzieci 

tracą blask, jak wszyscy troje marnieją z dnia na dzień, a on 
nie potrafi temu zaradzić. 

Dla tego dumnego mężczyzny bezradność, jaką odczu-

background image

wał, była nie do zniesienia. Tyle miał planów, tyle nadziei. 
Dręczyło go, że nie potrafi uchronić najbliższych przed gło­
dem. Zasługiwali na lepszy los. 

Serce mu krwawiło, kiedy spoglądał na smutną, drobną bu­

zię ukochanej córki. Dziewczynka rozpaczliwie próbowała 
pokonać głód, potwora gryzącego jej trzewia, lecz nie udawa­
ło się go oszukać chlebem z kory. Erkki zadręczał się myślą, 
że jego dzieci wychowują się w domu, w którym panuje ta­
ka straszna nędza. Po tylu chudych latach tkwił po uszy 
w długach. Potrzebował dobrych plonów, żeby je spłacić. 
Przestał już wierzyć, że kiedykolwiek mu się to uda. 

Przyszłość jawiła się Erkkiemu w ponurych barwach. 

Gdyby teraz wcielono go do wojska i zmuszono do udzia­
łu w wojnie... Nie wiadomo, jak długo potrwa wojna ani jak 
się skończy. Królowie nie wtajemniczali maluczkich w swo­
je plany, choć to właśnie zwykli ludzie najbardziej cierpieli 
z powodu chorobliwych ambicji monarchów, którym ma­
rzyły się wielkie zwycięstwa. 

Marja wstała i ułożyła Mattiego w kołysce. Erkki sam ją 

zrobił. Mąż miał zręczne ręce, wszystkie meble w izbie by­
ły jego dziełem. Kołyskę wyrzeźbił przed laty dla Raiji, dum­
ny, że żona urodziła mu taką piękną córkę. Dziewczynka 
zajmowała w sercu ojca szczególne miejsce. Erkki oczywi­
ście kochał także Mattiego. Zawsze marzył o synu, dziedzi­
cu, teraz jednak żałował skrycie, że chłopiec przyszedł na 
świat w tak ciężkich czasach. 

Matti tymczasem, nieświadom niczego, leżał w kołysce i ga­

worzył radośnie. Raija uwielbiała braciszka, uważała, że jest naj-
śliczniejszy na świecie. Gotowa mu była ofiarować wszystko. 

Teraz siedziała przy nim i kołysała go do snu. Matti wy­

ciągnął rączkę i złapał siostrę za palec. Ciepło wypełniło po 
brzegi serce dziewczynki, gdy dostrzegła na maleńkiej buzi 
coś na kształt uśmiechu, a potem braciszek zamknął swoje 
brązowe oczki i zasnął. 

Erkki porwał kubrak i czapkę i z ponurą miną wymknął 

background image

się z chaty. Mijając po drodze poletka sąsiadów, pomyślał 
przygnębiony, że wszyscy cierpią jednakową nędzę. Po raz 
kolejny zadał sobie pytanie, jakie też będą zbiory w tym ro­
ku. Czy znów takie marne jak w ubiegłych latach? Niechęt­

nie się nad tym zastanawiał, ale miał przecież rodzinę na 
utrzymaniu. Do tego jeszcze ta wojna... 

W głowie mu huczało. 
Już od jakiegoś czasu rozważał pewien plan, który teraz 

postanowił urzeczywistnić. 

Wiedział, że Marja będzie się temu sprzeciwiać i z pła­

czem błagać go, by odstąpił od swych zamiarów. Lękał się, 
że po tym, co uczyni, żona odsunie się od niego. 

Podjął jednak decyzję, najtrudniejszą chyba i najgorszą 

w życiu, ale kierowała nim przecież miłość do najbliższych. 

Bywa, że ojciec właśnie z miłości do dzieci musi dokonać 
tak dramatycznego wyboru... 

Doszedł do obozu Lapończyków. Słyszał wcześniej od ja­

kiejś chłopki, że ponoć pewna rodzina lapońska z Ruiji, kra­
iny nad morzem, szykuje się do wyprawy na swoje wiosen­
ne i letnie pastwiska. Dowiedział się, że chodzi o Pehra, który 
ożenił się z Ravną, córką starego Matte, co to niedawno 
umarł. Ravna wywodziła się z Lapończyków, którzy wędro­

wali w obrębie Finlandii, ale jej mąż wypasał renifery na pa­
stwiskach bliżej morza. 

Erkki skierował się więc wprost do jurty Lapończyka 

z północy. 

- Dzień dobry, jak się macie? - pozdrowił gospodarzy. 
- Dziękujemy, dobrze! - odpowiedział mu Pehr, jak na­

kazywał zwyczaj. 

W jurcie panował mrok, ale mimo to Erkki poczuł na so­

bie przenikliwe spojrzenie trzech par oczu. Oprócz Pehra 
w środku znajdowała się także jego żona i syn. 

Erkki usiadł i zagadnął: 
- Podobno ruszasz na północ. 

W głębi duszy czuł się jak ostatni nędznik. 

background image

Pehr, ubrany w dork* i samodziałowy kaftan, pokiwał gło­

wą. Miał pokrytą zmarszczkami, ogorzałą od słońca i wiatru 
twarz, zwichrzone włosy, czarne jak smoła, i oczy w kolorze 

miodu. Nie był stary, ale pełne trudu życie dodało mu lat. 

- Najpierw wstąpimy na jarmark do Lyngen. 

Erkki słyszał o Lyngsbotn, osadzie położonej w głębi 

fiordu Lyngen, do której zamierzał wstąpić Pehr. Tu w oko­
licy krążyło wiele opowieści o Ruiji. 

- Och, nie powinienem był w ogóle wyruszyć na zimo­

we leże - westchnął Pehr, którego mieszkańcy Tornedalen 

nazywali Peeri Lapończyk, i potrząsnął ze smutkiem głową. 
- Spotkały nas same nieszczęścia. 

Erkki zauważył kątem oka, że Ravna spochmurniała gwał­

townie, a że słyszał o śmierci jej ojca, wymamrotał słowa współ­
czucia. Na twarzach małżonków zagościło przygnębienie. 

- Matte był już stary, przeżył swoje - rzekł Pehr, a po 

chwili dodał: - Podczas wyprawy straciłem córkę! Odeszła 
od nas nasza mała Laila... po prostu zgasła. Byliśmy zupeł­
nie bezradni wobec tej choroby, która drążyła ją od środka. 
Biedne dziecko kasłało i pluło krwią, wreszcie umarło! Mo­
ja mała córeczka! 

- Ile miała lat? - zapytał Erkki, doskonale pojmując cier­

pienie tych ludzi. 

- Siedem... Nasza Laila przeżyła zaledwie siedem lat. 
Pehr, opowiadając o nieszczęściu, jakie ich dotknęło, 

w jednej chwili się postarzał. 

- Ale mamy jeszcze syna Mikkala, dzięki niemu lżej nam 

znosić żałobę. Chłopak liczy sobie czternaście lat. To już 
dorosły mężczyzna! 

Pehr poklepał syna po ramieniu. Erkki dopiero teraz 

przyjrzał się młodzieńcowi. 

* Dork (lap.) - futrzana bluza nakładana na gole ciało włosem do 

wewnątrz (przyp. tłum.). 

background image

Pehr się nie mylił, to był naprawdę krzepki chłopak. 

W oczach Mikkala, nieco jaśniejszych niż oczy ojca, brakowa­
ło tego błysku wyrachowania, tak charakterystycznego dla Pe-
eri Lapończyka. Szeroka, nieco kanciasta twarz młodzieńca nie 
była bynajmniej pozbawiona urody. Jak na tak niedojrzałego 
chłopca, miał wyjątkowo wyraziste rysy twarzy. 

- Straciłem trzy córki - ciągnął dalej Pehr. - Mikkal jest 

moim jedynym synem. 

- Ja mam córkę - odezwał się Erkki, a jego słowa jakby 

zawisły w powietrzu. - I syna. Raija ma osiem lat. Matti uro­
dził się w grudniu... 

- Bieda tu w okolicy - zauważył Pehr. - U ciebie zdaje 

się nie lepiej, Erkki? 

Ojciec Raiji zrozumiał, że Lapończyk go przejrzał. Pehr 

zmienił temat nieprzypadkowo, choć tak się z pozoru mo­
gło zdawać. Nie do końca jednak zapanował nad swym gło­
sem i wyrazem twarzy i to go zdradziło. 

Erkki potwierdził domysły Lapończyka. Zresztą, co tu 

ukrywać, zbiory były marne, a zima długa. Na szczęście mia­
ła się ku końcowi i Erkki tęsknie wyglądał wiosny. Uznał jed­

nak, że nie może pokładać całej nadziei wyłącznie w Bogu. Do 
tej pory tak postępował, ale im więcej było brzozowej kory 

w chlebie, tym częściej nachodziły go chwile zwątpienia. Erk­
ki nie pamiętał już, jak smakuje chleb upieczony z mąki. Sło­
wo „chleb" kojarzyło mu się ze smakiem drewna. 

- W Ruiji nie ma biedy - opowiadał Pehr. - Nikt tam nie 

głoduje, ani dorośli, ani dzieci. 

- Tu pewnie też nastaną w końcu lepsze czasy - odparł 

Erkki bez przekonania. 

- Wielu Finów postanowiło przyłączyć się do nas. Razem 

z nami ruszają na wybrzeże - mówił Pehr, a jego żółte oczy 
świeciły w mroku jak kocie ślepia. - Ludzie mają już dość 
zmagania się z biedą w tym kraju. A ty, Erkki, nie myślałeś 

o tym? Nad morzem czeka na pracowitych chłopów dużo 
uprawnej ziemi. 

background image

Erkki pokręcił głową. 
- To nie dla mnie - odparł ze smutkiem. - Zbyt głęboko 

zapuściłem tutaj korzenie. 

- To znaczy, że głód nie dokuczył ci jeszcze tak napraw­

dę - stwierdził Pehr, uśmiechając się z przymusem. 

- Bardziej niż ci się zdaje - westchnął chłop z Tornedalen. 

- Powiadasz więc, że tam nad morzem jest tak dobrze? 

- Ludzie muszą tam pracować tak samo jak tutaj - od­

rzekł Pehr i wzruszył ramionami. - Nie wszyscy opływają 
w dostatek, ale też nikt nie chodzi spać głodny... 

- Mówisz, że wielu Finów wyrusza na północ... - Erkki 

spuścił głowę i popatrzył na swe spracowane dłonie. 

- Nie bez powodu - potwierdził Pehr. 
- Chciałbym cię prosić o przysługę - rzucił pośpiesznie 

Erkki, umykając spojrzeniem przed przenikliwymi oczami 
Lapończyka. 

Pehr jednak domyślił się, o co mu chodzi, i przerwał mu 

w pół słowa. 

- Rozumiem. Jakoś to się da urządzić. Jedna osoba wię­

cej, jedna mniej, nie robi różnicy. Ale co z tobą, Erkki? Ty 
nie dasz się namówić? 

Erkki ze smutkiem pokręcił głową. 
- O co mu chodzi? - nieoczekiwanie wtrącił się Mikkal. 
Erkki drgnął, usłyszawszy bezpośrednie pytanie chłopca. 

Znowu odezwały się wyrzuty sumienia. Poczuł na sobie py­
tające spojrzenie młodego Lapończyka i popatrzył mu 
w oczy. Teraz uderzyła go łagodność malująca się na twa­
rzy tego młodzieńca. Emanowało zeń tyle ciepła i dobra, że 
chłopak w jednej chwili wzbudził jego zaufanie. Z pewno­
ścią nie odziedziczył tych cech po ojcu, bo Pehr był szczwa-
ny jak lis. Erkki nigdy by mu nie zaufał, gdyby nie zmusiły 
go do tego okoliczności. 

- Mikkal za dużo pyta. - Pehr pośpiesznie usprawiedliwił 

syna i uśmiechając się, wyjaśnił mu: - Zdaje się, że Erkki za­
mierza wysłać do Ruiji swoje dzieci... 

background image

- Tylko jedno - przerwał mu Erkki. - Tylko Raiję. Chło­

piec jest jeszcze mały... 

Erkki dojrzał we wzroku Mikkala nieme oskarżenie. Nie 

zaskoczyło go to, sam czuł się podle. Ale cóż począć, skoro 
życie zmusza go, by stawił czoło brutalnej rzeczywistości. 

Nie patrząc już w miodowe oczy młodzieńca, znowu 
zwrócił się do Pehra. 

- Słyszałem, że i inni wysyłają dzieci do Ruiji - rzekł głu­

cho. - Ponoć im tam dobrze, ludzie, którzy przyjmują je pod 
swój dach, traktują je jak swoje... Jedni nie mogą mieć dzieci, 
a inni mają, ale nie są w stanie ich wykarmić... - Mikkal na te 
słowa spuścił głowę, a Erkki z goryczą mówił dalej: - Nie mo­
gę patrzeć, jak moja córeczka głoduje. Chyba w tej Ruiji nie 

jest znowu tak źle... pewnie będzie jej tam lepiej niż tu. Mam 
długi... jeśli w tym roku znów zdarzy się nieurodzaj, nie wiem, 
co nas czeka. Matti urodził się tuż przed Nowym Rokiem... 

- Znajdziemy dla. twojej córki dobrych rodziców! - usły­

szał zdecydowany glos Ravny. Oczy Laponki zapłonęły 
dziwnym blaskiem. Erkkiemu Alatalo zdawało się, że ta ko­
bieta zagląda wprost w najgłębsze zakamarki jego duszy. 

- Przyrzekam ci, Erkki Alatalo, że twojej córce będzie do­

brze w Ruiji - przemówiła, akcentując każdą sylabę. - Wy­
bierzemy dla niej najlepszych rodziców. 

Erkki poczuł, że spływa nań spokój. Obietnica została 

złożona z takim żarem, że chłop nabrał pewności, iż Lapon-
ka uczyni wszystko, by znaleźć dla Raiji dobry dom. 

- Nie mam wam czym zapłacić... 
Pehr pomachał lekceważąco pomarszczoną dłonią. 
- Nie warto o tym mówić! To nic wielkiego! - powiedział. 

- Chętnie oddam ci przysługę. Widzę przecież, jaką biedę 
cierpicie. Zabiorę dziewczynkę do Ruiji, tam czeka ją lepsze 
życie. Jakże mógłbym żądać za to zapłaty? - roześmiał się. 
- Zresztą bez trudu znajdę dla niej dom. Do Lyngsbotn zjeż­
dżają na jarmark tłumy ludzi z okolic nad fiordem Lyngen, 
ba, nawet mieszkańcy Dalekiej Północy i całej Laponii. Nie 

background image

pożałujesz, że zwróciłeś się z tym do mnie, Erkki! Uwierz 
mi, twoja córka będzie w Ruiji żyć jak księżniczka. 

- Kiedy ruszasz w drogę? 
- Jutro - odrzekł Pehr. 
Odpowiedź Lapończyka poraziła Erkkiego niczym grom 

z jasnego nieba. Liczył, że będzie miał więcej czasu na to, 
żeby przygotować Raiję i żonę, a także samego siebie, na 
rozstanie. Pośpiesznie zebrał się do wyjścia i zapewnił na 
odchodnym, że nazajutrz przyprowadzi małą. 

Wymienili jeszcze zwykłe uprzejmości, ale Erkki odpo­

wiadał jak nieobecny duchem. Wyszedł z jurty Lapończy­
ków, unikając wzroku czternastoletniego Mikkala, który 
z powagą dorosłego mężczyzny odprowadzał go spojrze­
niem. Erkkiemu zdawało się, że z jego wąskich oczu płynie 
strumień oskarżeń. 

W chwilę później także Mikkal opuścił jurtę. Bez trudu od­

gadł, jakimi motywami kierował się jego ojciec. Nie miał złu­
dzeń, wiedział, że na tej drobnej przysłudze Pehr zamierza 
ubić interes. Odda Raiję ludziom, którzy zapłacą za nią naj­
więcej, nie przejmując się wcale, do kogo dziewczynka trafi. 

Mikkal przejrzał także zamiary matki. Nieszczęsna, nie 

otrząsnęła się jeszcze z żalu po śmierci Laili. Ciągle nie mo­
gła się oswoić z prawdą, że córeczki nie ma wśród żywych. 

Nie zważając na silny wiatr, młodzieniec stał bez ruchu 

i odprowadzał wzrokiem niknącą w oddali zgarbioną syl­
wetkę Erkkiego Alatalo. Czuł głębokie współczucie dla te­
go człowieka, który powodowany skrajną rozpaczą podjął 
tak dramatyczną decyzję, ale nie mógł go zrozumieć... 

Po powrocie do domu Erkki niewiele mówił. Burknął tyl­

ko, że był w obozie u Lapończyków i rozmawiał z tymi, 
którzy wyruszają do Ruiji, a potem przez cały wieczór sie­
dział w kącie i nie spuszczał wzroku z córki. Pochłaniał ją 
spojrzeniem, pragnąc na zawsze utrwalić w pamięci każdy 
najdrobniejszy szczegół jej wyglądu. 

Raija zauważyła, że ojciec zachowuje się inaczej niż zwy-

background image

kle, ale szybko przestała zwracać na to uwagę. Nauczyła się 
przyjmować fakty bez zadawania zbędnych pytań. 

Marja także dostrzegła zmianę w zachowaniu męża i nie­

pojęta trwoga chwyciła ją za serce. Szybko jednak odrzuciła 
podejrzenie. Niemożliwe, tłumaczyła sobie. Erkki nigdy nie 
zrobiłby czegoś takiego swojej córce. Przecież ją ubóstwia! 
Mimo to tego wieczoru Marja zerkała co rusz na swego mę­
ża i nie przestawała się zastanawiać... 

Rodzice odesłali Raiję do łóżka, ale dziewczynka nie mog­

ła zasnąć. 

Ruija... Tata miał dziś takie dziwne, niespokojne oczy, 

kiedy wspomniał o Ruiji. Nie wiadomo dlaczego. Zatopiła 
się w myślach, które tak ją pochłonęły, że zapomniała o gło­
dzie szarpiącym wnętrzności. 

Ruija, baśniowa kraina na północy daleko nad wielkim 

morzem... Dziewczynka zapragnęła, by ojciec powtórzył jej 
trochę więcej z tego, co usłyszał. Nigdy nie bywał taki mil­

czący, kiedy dowiedział się czegoś nowego. Chyba że przy­
nosił złe nowiny... 

Nie, to niemożliwe. Złe wieści o Ruiji? Przecież tam nikt 

nie cierpi głodu, nikt nie dodaje kory do mąki, żeby upiec 
chleb! W morzu roi się od ryb, wystarczy tylko zarzucić sie­
ci, by je wyciągnąć. Tam ludzie są szczęśliwi. Głuszce przela­
tują całymi stadami i niemal się proszą, by je złowić w sidła. 

W lasach i na rozległych równinach jest mnóstwo dzikiej 
zwierzyny. W rzekach zaś podobno pływają ryby tak duże 
i tłuste, że wprost nie można uwierzyć własnym oczom. 

Ruija to kraina spełnionych marzeń! 
Raija westchnęła, pozwalając się ponieść fantazji. Jej my­

śli poszybowały w górę rzeki Torne, do nadmorskiej krainy. 

Pomyśleć tylko, najadać się codziennie do syta! To by do­

piero było coś! 

Raija zapragnęła ujrzeć znowu radosną twarz mamy, usły­

szeć jej wesoły śmiech, który tak bardzo lubi, a którego od 
dawna nie słyszała! Gdyby tak tata dostał w Ruiji chatę, obo-

background image

rę i łódź, a także własną ziemię... żeby zbożu nie zagrażało 
ani słońce, ani mróz, żeby mama ubierała się w najładniejsze 
suknie, a mały Matti miał okrągłe rumiane policzki i pulch­
ne rączki z dołkami na łokciach! 

To byłoby całkiem inne życie! Nie to, co teraz, gdy w po­

cie czoła harują na codzienny chleb, a mróz w ciągu jednej 
nocy niweczy cały wysiłek rodziców. 

Brzmi to jak bajka! I zapewne tylko bajką zostanie. 

Ośmioletnia Raija uśmiechnęła się z goryczą, w tej jednej 
chwili nad wiek dojrzała. 

Marząc o krainie, w której dzieci bawią się, śmieją i naja­

dają do syta, ciemnooka córeczka Erkkiego Alatalo wreszcie 
zasnęła. Nikt nie mógł odebrać jej tych marzeń o wielkim 
morzu i Ruiji, do której droga była dłuższa, niż dziewczyn­
ka przypuszczała. Nigdy pewnie tam nie dotrze, będzie żyć 
w głodzie i nędzy w Tornedalen, ale przecież nikt nie zabro­
ni jej marzyć. 

Erkki pustym wzrokiem wpatrywał się w mrok. Marja le­

żała wsparta na ramieniu męża. 

- Raiję odeślemy do Ruiji, już wszystko uzgodniłem. - Erk­

ki powiedział to tak cicho, że ledwie było go słychać. Nie 
chciał, żeby córeczka wiedziała, o czym mówią. 

Marja zerwała się i ścisnąwszy ramię męża, odezwała się 

ze złowróżbnym spokojem: 

- Erkki Alatalo, sprzedajesz własne dziecko? 
- Milcz, kobieto! 
Odwrócił się do żony plecami, ale ona rzuciła się ku niemu 

niczym gronostaj i zmusiła, by spojrzał jej prosto w oczy. 

- Nigdy byś sobie tego nie wybaczył! Nie wierzę ci, Erkki! 

Nawet nie chcę myśleć, że coś takiego przyszło ci do głowy! 

- To już postanowione! 
- Nie zgadzam się! - Marja, blada jak kreda, usiadła na 

łóżku. - Nie możesz mi tego zrobić! Przecież to także mo­
je dziecko! - Ze szlochem ukryła twarz w dłoniach, a jej wy­
chudłe, drobne ramiona zadrżały. 

background image

Erkki nie mógł słuchać jej płaczu. Rękami sztywnymi jak 

kłody przygarnął żonę. 

- Myślisz, że mnie jest to miłe? - odezwał się z ciężkim 

sercem. - Sądzisz, że bez żalu oddaję nasze dziecko? Czy nie 
wiesz, Marjo, jak bardzo ją kocham? 

- Wydawało mi się, że wiem - odpowiedziała bezbarw­

nie. - Ale teraz w to zwątpiłam. 

Erkki zacisnął powieki, by powstrzymać łzy palące jak 

ogień. Raija, jego oczko w głowie! Cudny kwiatuszek, któ­
ry po nim odziedziczył charakter. Natura obdarzyła ją uro­
dą matki, miała jej rysy twarzy i zgrabną sylwetkę, ale oczy, 
które ciskały gromy, kiedy się złościła, mieniły się tą samą 
barwą co oczy ojca. Mała Raija była jego radością i najdroż­

szym skarbem. Ona nie powinna cierpieć! 

Trafiała jej się szansa - szansa na życie, jakiego on sam 

nie może jej zapewnić, życie bez biedy czającej się pod po­
wałą niczym mroczny, złowieszczy cień. Właśnie takie ży­

cie sobie dla niej wymarzył, dla niej i dla całej rodziny, bo 

najbliżsi byli dla niego wszystkim. Wiedział jednak, że to 
marzenie nigdy się nie spełni. 

A może jeszcze nadejdą lepsze czasy? Bo czy przez trzy 

kolejne lata mogą być takie marne plony? Uznał jednak, że 
i to jest możliwe. Nie umiał już wierzyć w nadejście lep­
szych dni. 

- Nie tego pragnąłem dla ciebie - mruknął Erkki i pogła­

dził żonę po plecach. 

Marja pochlipywała cicho, połykając łzy. 
Erkki wyczul pod palcami wystające kości. W młodości 

Marja była urodziwą panną. Najmłodszą córką chłopa, który, 
choć miał ośmioro dzieci, radził sobie doskonale. Marja przy­
wykła do lepszego życia niż to, które ofiarował jej Erkki. Ser­
ce mu pękało, bo przecież kochał ją tak mocno, a stał się przy­
czyną jej nieszczęścia. A teraz jeszcze odbiera jej dziecko... 

- Nie tylko nam jest ciężko - wyjąkała Marja załamują­

cym się głosem. - Inni mają więcej dzieci niż my... 

background image

Po wychudzonych policzkach Erkkiego Alatalo popłynę­

ły łzy. Jego postanowienia nic już nie mogło zmienić. Być mo­
że kiedyś znienawidzi siebie za to, że tak właśnie postąpił, ale 
gdyby nie wykorzystał okazji, by poprawić los dziecka, po­
gardzałby sobą do końca swych dni. Nie mógł skazywać cór­
ki na głód i cierpienie, to byłby egoizm z jego strony. W Ru-
iji nikt nie cierpiał biedy, Peeri Lapończyk nie jedyny tak 
twierdził. Nad morzem mieszkają dobrzy ludzie, zaopiekują 
się jego córeczką, jego kwiatuszkiem. Wychowają ją jak swo­
ją. Raiji będzie tam dobrze... 

Odczuł swego rodzaju ulgę, gdy podjął wreszcie tę trudną 

decyzję - miał nadzieję, że i Marja jakoś się z tym oswoi - ale 
równocześnie cierpiał tak, jakby ktoś ugodził go nożem pro­
sto w serce. Bał się, że jego przyszłość bez radosnego śmiechu 
córeczki i jej łagodnego głosu zamieni się w piekło. 

Ale za to Raija będzie szczęśliwa! 
- Marjo, spójrz prawdzie w oczy! Tu nie zdołamy zachować 

jej przy życiu. Ledwie nam starczy jedzenia dla niej na jutro. 
Mamy więc ją zatrzymywać, skoro tam może jej być lepiej? 

Odetchnął głęboko. Jak na niego była to długa przemowa, 

ale bardzo mu zależało, by Marja zrozumiała jego intencje. 

Stracą córkę. Erkki nie chciał jednocześnie stracić także 

żony. Teraz najważniejsze, by wzajemnie się wspierali, bo 
w nadchodzącym czasie będą siebie bardzo potrzebować. 

- A więc to prawda! - wyszeptała Marja pozbawionym 

wyrazu głosem, jakby nagle uszło z niej życie. 

Erkki nie odpowiedział, jedynie mocniej ją przytulił. 
Zrozumiała. 
Delikatnie głaskał żonę po włosach, ale czy cokolwiek 

mogło ją teraz pocieszyć? 

- Kiedy? - Marja nie była w stanie wydobyć z siebie nic 

ponad to jedno słowo. 

Czekając na odpowiedź, zamknęła oczy, próbowała się 

uspokoić. Matti cicho pochlipywał w kołysce, miała nadzie­
ję, że nie zacznie płakać i nie zbudzi Raiji... 

background image

- Jutro... 

- Nie! - krzyknęła z rozpaczą. 
Erkki pokiwał głową. Usiadł, dotykając stopami zimnej 

podłogi, i ugiął kark jakby pod brzemieniem podjętej decyzji. 

Dopiero teraz Marja dostrzegła w jego oczach łzy. Odru­

chowo wyciągnęła rękę i wytarła słone strużki płynące po 
pooranej zmarszczkami twarzy. 

Nagle poczuła, jak ogarnia ją bezmierna czułość. Nie, 

Erkki nie robi tego ze względu na siebie, po to tylko, by 
mieć do wykarmienia o jedną gębę mniej, jak przez chwilę 
skłonna była przypuszczać. 

Marja zrozumiała jego intencje, ale wcale nie zrobiło jej się 

lżej, gdy pomyślała, że nazajutrz ma pożegnać jedyną córkę. 

- Jutro - wymamrotała i opadła ciężko na posłanie. Wpa­

trzona w powałę, czuła, jak łzy, których nie mogła zatrzy­
mać, płyną jej z oczu. 

Erkki przytulił mocniej wychudzone ciało Marji. Leżeli 

w milczeniu wpatrzeni w mrok, starając się oswoić z praw­
dą, że nie ma innego wyjścia. 

Przed świtem Erkki z ulgą usłyszał spokojny oddech żo­

ny. Ucieszył się, że przynajmniej Marja trochę wypocznie, bo 
sam nie miał nadziei, że uda mu się zasnąć. Wreszcie jednak 
i jego zmogło zmęczenie. Ostatnie, co pomyślał, nim zapadł 

w sen, to jak bardzo podobne jest imię jego ukochanej córecz­
ki do nazwy krainy nad morzem. Raija i Ruija... 

Może Opatrzność zdecydowała już dawno, że Raija nie 

będzie dorastać w Tornedalen? 

Raiję obudził głośny płacz Mattiego. Zaspana, usiadła na 

łóżku. Słońce. To znaczy, że jest już późny poranek, pomy­
ślała. Usłyszawszy krzątaninę mamy, wstała zdziwiona, dla­
czego jej nie obudzono. Nie lubiła zaniedbywać swoich obo­
wiązków. 

Boso podeszła do kołyski i wzięła na ręce zapłakanego bra­

ciszka. Zauważyła, że ojciec jeszcze nie wyszedł. Siedział na-

background image

chmurzony, na jego pooranej bruzdami twarzy czaił się smu­
tek. Mama miała podpuchnięte i zaczerwienione oczy. Czy to 
znowu coś z wojną? Raija słyszała kiedyś sporo na ten temat. 

- Co się stało? - zapytała, chociaż wiedziała dobrze, że 

nie wolno mieszać się w sprawy dorosłych. 

- Ubierz się, dziecko! - poprosiła mama i wzięła na ręce 

Mattiego. 

Raija posłusznie założyła ubranie. Smutne spojrzenia ro­

dziców napełniły ją nagle niewytłumaczalnym lękiem. 

- Wyruszasz do Ruiji, moje dziecko - odezwał się ojciec. 
Córka popatrzyła na niego z niedowierzaniem, ale zaraz 

rozpromieniła się, uszczęśliwiona. Czyżby jej skryte marze­
nia miały się spełnić? 

- Do Ruiji! - powtórzyła z nabożeństwem. - Kiedy? 
W chacie zapanowała niemal namacalna cisza. 
- Dziś - odpowiedziała w końcu Mar ja. 
Dziewczynka obrzuciła rodziców uważnym spojrzeniem 

i dostrzegła w ich oczach dziwny żal. Oboje zachowywali 
się jakoś nienaturalnie. Wreszcie wewnętrzny głos podpo­

wiedział jej, że coś się musiało stać i że jej marzenia jednak 
się nie spełnią. 

Patrzyła i powoli docierała do niej straszliwa prawda, tłu­

miąc w zarodku ledwie co powstałą radość. 

- Wy zostajecie! - zawołała zdruzgotana. 
Marja z płaczem odłożyła synka do kołyski i przytuliła 

mocno Raiję, której drobne ciałko zesztywniało. 

- Zobaczysz, w Ruiji będzie ci dobrze, o wiele lepiej niż 

w domu! - przekonywała matka. - Zaopiekują się tobą mili 
ludzie. Wszystko będzie jak w bajce! 

Raija wyczuwała jednak, że matka sama nie wierzy w to, co 

mówi, i jej słowa wcale nie podniosły dziewczynki na ducha 

- Nie chcę! - zawołała zrozpaczona, ale rodzice odpowie­

dzieli jej milczeniem. Zrozumiała wówczas, że cokolwiek po­
wie czy uczyni, to i tak nie zdoła zmienić ich postanowienia. 

Ten dzień zamienił się w koszmar, godziny wlokły się nie-

background image

miłosiernie. Raija dostała wszystko, co było w domu najlep­
szego do jedzenia, ale ledwie to tknęła. Nie chciała jeść, wo­

lałaby umrzeć. Jeśli nie może zostać z najbliższymi, to nie ma 
po co dłużej żyć. Co zrobi bez nich w Ruiji? 

Marja i Erkki mocno tulili córeczkę, jakby chcieli prze­

lać na nią całą swoją miłość. Pragnęli, by zapamiętała, jak 
bardzo ją kochają. Wysyłając ją do obcych, kierowali się mi­

łością. Nie sprzedawali własnego dziecka... 

Nadeszła chwila rozstania. Raija, ubrana w długą czarną 

spódnicę i kumagi*, założyła płaszcz, a matka otuliła ją brą­
zową chustą. Pod stertą ubrań chude ciałko małej zdawało się 
jeszcze drobniejsze. Dziewczynka wzięła na ręce Mattiego 
i przez chwilę, trwającą wieczność całą, tuliła mocno braci­
szka. Czy jeszcze kiedyś go zobaczy? Lepiej o tym nie myśleć! 

Potem ostrożnie ułożyła niemowlę w kołysce. Cherubi-

nek ze złotymi loczkami na główce patrzył na nią jakby ze 
zdziwieniem swymi dużymi brązowymi oczami. 

- Żegnaj! - szepnęła, mrugając powiekami, by powstrzy­

mać napływające łzy. Potem mocno przycisnęła usta do 
pulchnego policzka braciszka. 

Zmuszono ją do wyjazdu do Ruiji. Och, udałaby się tam 

z radością, gdyby towarzyszyli jej Matti, mama i tata, ale 
teraz sama myśl o wyprawie wzbudzała w niej tylko smu­
tek i lęk. 

Marja patrzyła na dwoje swoich dzieci, z trudem po­

wstrzymując łzy. Erkki otoczył żonę ramieniem, ale ten gest 

nie zdołał jej pocieszyć. Kiedy już w żaden sposób nie dało 
się odwlec rozstania, Marja załamała się. Przytuliła mocno 

córeczkę i z płaczem błagała ją, by zrozumiała, że robią to 
z miłości. 

- Bardzo cię kochamy, dziecinko! - powtarzała, całując ją 

w policzki. 

* Kumagi - buty z garbowanej skóry z charakterystycznym zawi­

niętym noskiem (przyp. tłum.). 

background image

Raija pośpiesznie pogłaskała matkę po wychudzonej twa­

rzy. Przez chwilę jej oczy wyrażały ogromną miłość, ale za­
raz przygasły. 

Raija ujęła dłoń ojca i wyruszyli. 
Nie potrafiła dłużej powstrzymać się od płaczu. Łzy zię­

biły jej policzki, ale ona nie przestawała szlochać. Jej mała 
rączka spoczywała w dużej, silnej ręce ojca, dziewczynka jed­
nak nie czuła się bezpieczna. Najchętniej wyrwałaby mu się 
i uciekła. Biegłaby z całych sił i gdzieś ukryła... 

Może wtedy pozwoliliby jej zostać w domu? 
Ale Erkki Alatalo nie dał córce najmniejszej szansy 

ucieczki. 

Małe nóżki nieustannie posuwały się naprzód. 
Zbliżali się do miejsca, gdzie mieli się pożegnać, do miej­

sca, w którym miała zostać przerwana ostatnia nić łącząca 
Raiję z rodzinnym domem. Tam dziewczynka dołączy do 
Pehra i towarzyszących mu ludzi. 

Nie chcę! Nie chcę opuszczać najbliższych! kołatało jej 

w głowie. Niech sobie będzie nawet najcudowniej w tej Ruiji, 
wcale nie chcę tam jechać! Wszystkie te marzenia były na ni­
by, tak naprawdę wcale nie pragnęłam, żeby się spełniły... 

Przecież nie o tym marzyłam, by jechać sama do tej pół­

nocnej krainy nad morzem! Nie chcę być sama, należę do 
nich, do Mattiego, mamy i taty. Czy tata tego nie pojmuje? 

Bezładne myśli układały się w pytania, ale choć dziew­

czynka poruszała ustami, nie mogła wydobyć z siebie gło­
su, płakała tylko. 

Erkki czuł się jak morderca. Jakie znaczenie miało to, że 

wiedział, iż ratuje córce życie, skoro ona sama nie zdawała 
sobie z tego sprawy? Może go nawet nienawidziła? Lękał się 
jej zapytać o cokolwiek, bał się odpowiedzi. Raiją zawsze 
targały skrajne uczucia, kierowała się raczej głosem serca niż 

rozsądkiem. 

Erkki westchnął ciężko. 
- Raiju, maleńka - wykrztusił wreszcie. Tak bardzo prag-

background image

nął, by jego głos zabrzmiał czule i z miłością, a tymczasem 
z jego ust wydobył się jedynie smutny szept. - Robię to, po­
nieważ bardzo cię kocham! 

Przemawiał do córki, choć doskonale wiedział, że i tak 

go nie zrozumie, ale samo to, że słucha, stanowiło dla nie­
go pewną pociechę. Ten dzień wryje się Raiji w pamięć. Je­
go słowa zapadną w jej serce na zawsze. Kiedyś być może 
zrozumie, że miłość można wyrażać na różne sposoby! Erk-
ki żywił nadzieję, że tak się stanie. 

- Chcę, żeby ci było dobrze, córeczko! Dlatego wysyłam 

cię z Pehrem do Ruiji. Tam będzie ci lepiej niż tu z nami, 
kochanie! 

Raija milczała. Ani nie potrafiła, ani nie chciała odpowie­

dzieć. Oczywiście słyszała, co tata mówi, ale sens jego słów 
do niej nie docierał. Była za mała, by zrozumieć. 

Ojciec ścisnął ją mocno za rękę. Dziewczynka mimo to 

czuła, że ją zawiódł. 

- Przecież tak marzyłaś, córeczko, żeby zobaczyć Ruiję! 

- Erkki za wszelką cenę próbował do niej dotrzeć. - Pamię­
tasz, rozmawialiśmy o rybach i o morzu, o górach... 

Raija z zaciśniętymi ustami wpatrywała się w dal. Niech 

nie próbuje jej wmówić, że chciała jechać do Ruiji, bo to 
nieprawda! Jej dom jest tutaj, w Tornedalen! Marzenia o Ru­

iji snuła sobie dla zabawy! Czy on, jej własny ojciec, nie po­
trafi tego zrozumieć? 

Dochodzili do obozu. Lapończycy i fińskie rodziny, któ­

re przyłączyły się do koczowników, żeby wraz z nimi odbyć 
wędrówkę ku morzu, ku lepszemu jutru, właśnie zbierali się 
do wymarszu. 

Raija szła coraz wolniej, coraz niechętniej. Wszystko wo­

kół niej było obce i nowe: ludzie, renifery, lapońskie sanie. 
Obce twarze, same obce twarze! 

Niektórzy przyglądali się dwojgu Finom z ciekawością, 

inni w ogóle na nich nie zwracali uwagi, pochłonięci swoją 
pracą. Raija była przerażona. Bezwiednie przytuliła się do 

background image

ojca, który ścisnął mocniej jej dłoń, próbując dodać córce 
odwagi. Ale wtedy dziewczynce przypomniało się, dlaczego 
się w tym miejscu znaleźli. Ojciec miał ją tutaj zostawić, sa­
mą wśród tych obcych ludzi. Oni zabiorą ją do Ruiji. 

Przez chwilę prawie o tym zapomniała. Nowe otoczenie 

rozpaliło jej ciekawość, napawało ją lękiem, ale zarazem 
przedziwnie wabiło. 

Szybko jednak stłumiła w sobie kiełkujące zainteresowa­

nie. Przecież tu, w tym miejscu, miała zostać pozbawiona 
wszystkiego, co kocha. 

Pehr zauważył, że nadchodzą, i na swych wykrzywionych 

jak pałąki nogach wyszedł im roześmiany na spotkanie. 

- Już sądziłem, że się rozmyśliłeś - odezwał się na przy­

witanie. 

W odpowiedzi na te nie najstaranniej dobrane słowa na 

twarzy Erkkiego Alatalo przemknął jedynie cień uśmiechu. 

- Ładna dziewczynka - mruknął Pehr. 
Raija obrzuciła go hardym, przepełnionym nienawiścią spoj­

rzeniem. Nikt nigdy jej nie zmusi, by polubiła tego człowieka! 

Pehr aż się wzdrygnął, ujrzawszy emanującą z oczu dziec­

ka nienawiść. Wiele można było zarzucić temu mężczyźnie 
o pooranej bruzdami twarzy, który podjął się przeprowadzić 
Raiję do Norwegii, jednak z pewnością potrafił doskonale od­
czytywać uczucia i nastroje. Miał to po prostu we krwi, wie­
lokrotnie jego przeczucia się potwierdzały. 

- Tak, tak... Pożegnaj się z małą. Ruszamy... - burknął, 

umykając wzrokiem przed parą dziecięcych oczu, które cis­
kały iskry. 

Nadeszła chwila, której Erkki najbardziej się lękał - roz­

stanie. 

Powoli przykucnął i przytulił Raiję. Nie mógł jednak znieść 

pełnego wyrzutu spojrzenia dużych brązowych oczu. Nieme 
potępienie, które odmalowało się na twarzy ośmioletniego 

dziecka, miało go prześladować przez resztę życia. Płacz ściskał 
mu gardło, więc tylko bez słowa mocniej przygarnął córkę. 

background image

- To dla twojego dobra, Raiju! - wyszeptał raz jeszcze. 

Było mu ogromnie ciężko, bo wiedział, że ona, niczego nie 
pojmując, właśnie jego obarcza odpowiedzialnością za to, 
co się stało. 

Wstał, poklepał córeczkę po policzku i odszedł, zatacza­

jąc się jak pijany. 

Raija nie wyrzekła ani jednego słowa. 
Dopiero gdy przygarbiona sylwetka ojca zginęła w odda­

li, z oczu dziewczynki popłynęły łzy, a jej ciałem wstrząsnę­
ły dreszcze, jakby dokuczał jej chłód. 

Sama. Została zupełnie sama. Nic by nie dało, gdyby po­

biegła za ojcem. I tak przyprowadziłby ją z powrotem. 

Ogarnięta paniką odwróciła się do obcych ludzi. Przez łzy 
nie mogła ich rozróżnić - zlewali się w rozmazane plamy. 
Nagle jedna postać oddzieliła się od pozostałych. Do zapła­
kanej dziewczynki podszedł starszy od niej chłopak i oto­
czył ramieniem jej drobne ciało wstrząsane szlochem. Raija 
przytuliła się do tego obcego, który okazał jej ciepło i czu­
łość. Ukryła twarz na piersi syna Pehra i płakała, płakała. 

Mikkal nie pojmował, skąd się w nim bierze taka czułość 

dla małej Raiji. Zwykle spoglądał na dziewczyny z pogardą. 
Ale to samotne dziecko o dużych, wyrażających rozpacz 
oczach poruszyło w nim jakąś strunę. Dziewczynka była ta­
ka mała i bezradna. Chłodny wiatr targał wystające spod 
chusty czarne pukle, które wyglądały jak skrzydła zmagają­
cego się z wichurą kruka. 

Mikkal, trzymając Raiję w ramionach, usłyszał swój wła­

sny głos: 

- Płacz, płacz, maleńki kruku! Jest ci teraz bardzo ciężko, 

ale ja się o ciebie zatroszczę, zawsze będę się troszczyć... 

background image

Ludzie. Sami obcy ludzie, którzy przywędrowali tu z połu­

dnia całymi rodzinami. Z ich oczu wyzierał głód, rozpacz 
i tłumiona nadzieja. Dorośli, mężczyźni i kobiety o zniszczo­
nych od ciężkiej pracy dłoniach, i dzieci, tak jak Raija ode­
rwane od korzeni. Ich jednak nie czekała tak drastyczna 
odmiana życia, bo przecież miały przy sobie rodziców. Raija 
tymczasem znalazła się całkiem sama pośród obcych. Dziec­
ko, które nigdy dotąd nie opuszczało rodzinnej wsi w Torne-
dalen, nigdy nie przebywało poza rodzinną chatą! 

Finowie, którzy przyłączyli się do Lapończyków, próbo­

wali zaprzyjaźnić się z dziewczynką. Użalali się nad tym 
dzieckiem wyrzuconym z rodzinnego gniazda. Ale Raija nie 
chciała litości. Była zbyt dumna, by znieść ludzkie współczu­

cie. Słyszała za plecami potępiające szepty: „To potwory! Kto 
widział, żeby sprzedawać własne dziecko!" 

Opuszczający kraj Finowie nie mogli pogodzić się z tym, 

że ludzie wywodzący się z tego samego co oni dumnego na­
rodu upadli tak nisko. Raija słyszała, co mówią, i odgrodzi­
ła się od nich grubym murem. 

Nikomu nie wolno tak mówić o mamie i tacie! 
Co prawda sama nie przestawała w myślach oskarżać ro­

dziców, ale to całkiem inna sprawa! Każdego, kto ośmielił 
się powiedzieć o nich choć jedno złe słowo, Raija obrzuca­
ła lodowatym spojrzeniem i odwracała się plecami. 

Dziewczynką zajęli się Lapończycy: Pehr i jego żona 

o nieprzeniknionym obliczu. 

Ravna starała się nawiązać kontakt z małą Finką, ale Ra­

ija nie chciała przyjąć miłości, którą Laponka pragnęła ją ob-

background image

darzyć. Odsuwała się, gdy tylko Ravna wyciągnęła dłoń, że­
by ją pogłaskać po głowie albo otrzeć policzki z łez. 

Za nic na świecie nie polubi tych ludzi! Została zmuszo­

na, by z nimi być, ale nikt nie może jej nakazać, by ich po­
kochała. 

Jej zaufania nie można kupić ani zdobyć siłą. 

Stanęła z boku i kuliła się niczym przerażone pisklę, gdy 

tylko ktoś się do niej zbliżał. Szeroko otwartymi oczami śle­
dziła czujnie każdego, kto próbował nawiązać z nią kontakt, 
i odpychała go wzrokiem. Raija nie chciała się z nikim za­
przyjaźnić. 

Dopuściła do siebie tylko jedną osobę - Mikkala. Tylko 

jemu zaufała i dobrowolnie podała rękę. Nikomu innemu 
nie udało się wywołać uśmiechu na bladej, poważnej twa­
rzyczce dziecka. 

Młody Lapończyk stał się jedynym przyjacielem Raiji 

dość nieoczekiwanie, właściwie •wbrew swej woli. O niczym 
takim nie myślał, kiedy podszedł, by pocieszyć zapłakane 
dziecko pozostawione przez ojca. Ale równocześnie nie 
miał nic przeciwko obcowaniu z Raiją, bo przy tej małej 
dziewczynce, delikatnej jak źdźbło trawy, poczuł się doros­
ły. Stał się nie tylko jej przyjacielem, ale i obrońcą. To opu­
szczone dziecko obudziło w nim nie znane dotąd uczucie. 
Nie potrafił go nazwać, bo w końcu aż tak dorosły nie był, 

wiedział jedynie, że jest za Raiję odpowiedzialny. 

Rozmawiał z nią w jej ojczystej mowie. Poznał fiński 

dzięki matce, która wyrosła w Finlandii. Od maleńkiego 
mówił językami obojga rodziców, a potem nauczył się je­
szcze norweskiego. Tak więc ten dojrzały nad wiek chłopak 
potrafił porozumieć się aż w trzech językach. 

Pocieszał Raiję i opowiadał jej ciekawe historyjki, żeby 

czymś zająć jej myśli, namawiał, by coś zjadła, a kiedy płacz 
znowu chwytał ją za gardło i dziewczynce zdawało się, że świat 
wokół niej się zawalił, przytulał ją mocno. Raija wypłakała na 
ramieniu Mikkala morze łez, ale on z niej nie szydził. 

background image

Nowe, obce otoczenie budziło w niej lęk. Nie odezwała się 

ani słowem, kiedy Ravna nałożyła jej kaftan uszyty ze skóry re­
nifera. Dziewczynka czuła się w nim jakoś nieswojo, ale zaak­
ceptowała nowe ubranie, bo dzięki niemu nie marzła. 

Pehr, ujrzawszy ją w tym stroju, przeżył wstrząs. W jego 

oczach odmalowało się zaskoczenie i ból. Raija domyśliła się, 
że kaftan należał do Laili, zmarłej córki Pehra i Ravny. W głę­
bi duszy czuła wdzięczność, że Ravna podarowała jej ubranie 
córeczki, ale upór i smutek nie pozwalały jej podziękować. 

Broniła się ze wszystkich sił przed pozytywnymi uczucia­

mi. Nie zamierzała pozwolić, by nowi opiekunowie stali się 
dla niej kimś ważnym. Nienawidziła ich z całego serca! 

Największą wrogość budził w niej Pehr. Mógł wszak po­

wiedzieć ojcu, że jej nie zabierze! To on przecież decydował 

o wszystkim! Ale on chciał ubić interes. Raija nasłuchała się 
o tym wystarczająco dużo. Towarzyszący Lapończykom Fi­
nowie rozprawiali o rodzicach, w desperacji wysyłających 
swoje dzieci z Lapończykami do Ruiji. Na wybrzeżu bez­
dzietni ludzie przygarniali fińskie dzieci. Na ogół trafiały 

w dobre ręce, choć niektórzy brali je do siebie tylko dlate­

go, że potrzebowali siły roboczej, kosztującej tyle co poży­

wienie. Tym, którzy przywozili małych Finów do Ruiji, pła­
cono wcale pokaźne sumki. Dziewczynka rozumiała, że dla 

Pehra jest wyłącznie towarem, który sprzeda na jarmarku, 
i dlatego za każdym razem, gdy patrzyła na przebiegłego La­
pończyka, jej oczy zwężały się w szparki. 

Nie zgodziła się wsiąść do pulek, którymi powoził. Kie­

dy niezbyt delikatnie chwycił ją, żeby posadzić w tych sa­
niach bez płóz, zaparła się, a jej ciało zrobiło się ciężkie jak 
ołów. Pehr złapał Raiję mocniej i siłą umieścił w pułkach. 
Napotkawszy jednak spojrzenie dziewczynki, zadrżał, bo 
nigdy jeszcze nie okazano mu tak jawnie wrogości. Raija nie 
bała się, ona go nienawidziła! Wrażenie było tak silne, jak­
by dziecko wykrzyczało mu to prosto w oczy. Powinien po­
stawić na swoim, ale zdenerwowany wysadził małą i po-

background image

pchnął w stronę syna, który bez słowa przyglądał się zajściu. 

Mikkal znieruchomiał, tylko policzki mii drgnęły, zdradza­

jąc, że nie podobało mu się, w jaki sposób ojciec potraktował 
Raiję. Nie patrząc na niego, pociągnął dziewczynkę do swo­
ich sań. Nie okazywał jej litości ani nie narzucał się z przyja­
źnią. Nie należał do ludzi, którzy gadają tylko po to, żeby 

przerwać milczenie. Choć był jeszcze bardzo młody, zdążył 
się nauczyć, że cisza może być równie cenna jak potok słów. 

Nie odezwał się, ale z jego twarzy i gestów Raija odgadła 

nie wypowiedziane słowa. Nie potrzebowała o nic pytać. 

Wiedziała, że na Mikkalu może polegać. 

Pułki, którymi powoził, najwyraźniej jej odpowiadały. 

Pehr na ten widok zacisnął zęby ze złości i pomyślał, że 
dziewczyna, która już teraz jest utrapieniem, może przyspo­
rzyć mu jeszcze wiele kłopotów. Z prawdziwą radością się 

jej pozbędzie. Gdy tylko trafi się okazja, dobije targu z ja­
kimiś poczciwcami z wybrzeża. 

Dostrzegł w tym dziecku niebezpieczny temperament. 

Poznał to po oczach. Póki co żarzyły się w nich tylko iskier­
ki, ale nie miał żadnych wątpliwości, że rozpalą się złym 
płomieniem, nim minie parę lat. 

Ale to już nie moje zmartwienie! pomyślał, dziękując w du­

chu dobrym mocom. W Lyngsbotn otrzymam zapłatę i na­
sze drogi się rozejdą... 

Ruszyli przed wieczorem, nie bacząc na zapadające ciem­

ności. Posuwali się naprzód nawet wówczas, gdy noc prze­
malowała granat wieczoru na nieprzeniknioną czerń. Reni­
fery i zaprzęgi ciągnęły długim łańcuchem wzdłuż białych 
pustkowi. Finowie, którzy przyłączyli się do Lapończyków, 
mogli dotrzymać tempa dzięki temu, że użyczono im za­
przęgu. Ufali Pehrowi i czuli się przy nim bezpiecznie, nie 

po raz pierwszy bowiem pokonywał tę trasę i dobrze znał 

szlaki. Raiji z trudem przychodziło się z tym pogodzić. Po 
drodze mijali inne grupy Finów, pieszo zdążających do Ru-

background image

iji, ku nowej przyszłości. Mężczyźni, kobiety, dzieci... Cały 
swój skromny dobytek ciągnęli za sobą na małych sankach. 

Grupa prowadzona przez Pehra zatrzymała się dopiero 

przed świtem, gdy noc zaczynała powoli rzednąć i nie otacza­
ła ich już grubą ścianą, lecz wydawała się łagodniejsza, jakby 
bardziej przyjazna. Raija nie pojmowała, dlaczego poruszają się 
nocą, ale jak się okazało, miało to swoje wytłumaczenie. Noc­
ny mróz tworzył na śniegu szreń, grubą lodową skorupę, na 

której sanie miały lepszy poślizg, a zwierzęta i ludzie nie mu­
sieli brnąć w głębokich zaspach. Lapończycy potrafili wykorzy­
stywać to, co ofiarowywała im natura. 

Raija spała przez większą część drogi i prawdę mówiąc 

niewiele zapamiętała. Odnosiła wrażenie, że przesuwający 
się przed jej oczami krajobraz właściwie się nie zmienia, wi­
działa tylko śnieg i mrok. Miejsce, w którym zatrzymali się 
na postój, niczym się nie różniło od innych miejsc. Raija 
zmrużyła oczy. Połyskujące niebieskawo połacie śniegu nie­
mal zlewały się w jedno z granatowym niebem. Gdzienieg­
dzie wystawały spod białej pokrywy poskręcane karłowate 
brzozy, które swym wyglądem przypominały budzące gro­
zę postaci z nierzeczywistego świata. Drzewa rzucały 
przedziwne cienie na bezkresny ocean bieli. 

Lapończycy postawili jurtę ze zręcznością, której się na­

bywa przy wykonywaniu po tysiąckroć tej samej czynności. 
Finowie towarzyszący rodzinie Pehra mieli zająć dwie jurty. 
Bardzo się namęczyli, zanim zdołali je wznieść. Raija uważ­
nie obserwowała ich poczynania i po raz pierwszy od chwi­
li, kiedy opuściła rodzinny dom, poczuła rozbawienie. Ale 
nie roześmiała się, nawet usta jej nie drgnęły. 

Ravna popatrzyła na dziewczynkę, która wsunęła się do 

jurty za innymi, i zdawało się jej, że widzi tylko parę du­
żych zalęknionych oczu. Pehr wyraźnie unikał dziecka. 
Wprawdzie ośmioletnia dziewczynka nie mogła mu w ża­
den sposób zagrażać, jednak Pehr wyczuwał, że ciemnooka, 
filigranowa Raija Alatalo przysporzy mu kłopotów. Nawet 

background image

on jednak nie przewidział, ile siwych włosów przybędzie mu 
na głowie za jej sprawą... 

Pehr i Ravna zajęli prawą stronę jurty, a dziewczynce przy­

dzielili miejsce po lewej stronie od wejścia. Raija rozglądała się 
bacznie wokół, mimo że nowe otoczenie nadal wzbudzało 
w niej trwogę. Domyśliła się, że w lapońskiej jurcie wszystko 
ma swoje ściśle określone miejsce. Ziemia została przykryta kil­
koma warstwami skór reniferowych, a wnętrze pod ścianami 
wymoszczono skórzanymi worami i derkami, które chroniły 
przed przeciągiem. Przy samym wejściu Pehr i Mikkal złożyli 
opał, a żywność i sprzęt gospodarski rozmieścili w taki sposób, 
by Ravna miała do nich łatwy dostęp. Pośrodku znajdowało się 
palenisko, na którym już wkrótce trzaskał ogień. Przyjemne cie­
pło wypełniło wnętrze jurty i rozgrzało przemarznięte ciała wę­

drowców. Nawet Raija poczuła błogość. 

Ravna wyciągnęła suszone mięso z renifera i ugotowała je. 

Raija obserwowała Lapończyków szeroko otwartymi oczami, 
zaciekawiona wszystkim, co robili. Ich codzienne życie tak bar­
dzo różniło się od sposobu życia chłopów w Tornedalen. 

W innych okolicznościach zasypałaby ich pytaniami, póki 

nie dowiedziałaby się wszystkiego, co ją interesowało. Ale te­
raz nie chciała przyjmować niczego od Ravny i Pehra, nie 

chciała nawet słuchać ich odpowiedzi na pytania. Pozostało 
jej jedynie obserwować i chłonąć nowe wrażenia. 

Pehr błogosławił ciszę, jaka panowała w jurcie. Pomyślał, 

że jeśli tylko ten dzieciak nie będzie się wiele odzywał, jakoś 
zniesie jego obecność i dowiezie do Lyngen. 

W milczeniu, z cierpliwością, którą sam uznał za anielską, 

pokroił mięso i podał dziecku. Dziewczynka nie zareagowała. 
Szturchnął ją lekko, ale ona cofnęła się gwałtownie, jakby ją 
uderzył, i odsunęła się pod ścianę jurty. Kiedy popatrzyła mu 
w oczy, nie dostrzegł w nich strachu, ale upór. 

- Będziesz jeść, dziewczyno! - powiedział stanowczo 

i niemal rzucił jej miskę pod nogi. 

Raija pokręciła głową. 

background image

- Ach, nie?! 
Widać było, że Pehr z trudem nad sobą panuje. Gdyby 

to było jego własne dziecko, nie pozwoliłby nigdy na taką 
bezczelność, bez wahania złoiłby mu skórę! Pehr oczekiwał 
od swych dzieci szacunku. 

- Zajmij się tą wroną, Mikkal, skoro już się tak ciebie 

uczepiła. Nie zazdroszczę ci... Nie zapominaj jednak, że 
masz inne obowiązki... 

Mikkal skinął głową i spokojnie podniósł miskę. Obrzucił 

Raiję nieprzeniknionym spojrzeniem i nie spuszczając wzro­
ku z naburmuszonej twarzy dziewczynki, podsunął małej je­
dzenie. Raija szybko wyciągnęła dłoń i chwyciła naczynie. 

Pehr obserwował spod oka córkę Erkkiego. Kawałek za 

kawałkiem wkładała mięso do ust i żuła energicznie. A więc 
jedzenie jej smakowało! Gdy dziewczynka zorientowała się, 
że Pehr na nią patrzy, skuliła się i wciąż go obserwując, 
przybrała postawę obronną. 

To samo powtórzyło się kilkakrotnie podczas posiłku, aż 

wreszcie Pehr nie wytrzymał. 

- Ty, Raija Alatalo! - rzucił ostro. 
Raija niechętnie popatrzyła na Lapończyka, który pod­

niósł się z miejsca i stanął nad nią. 

- Ojcze! - odezwał się Mikkal, starając się załagodzić sy­

tuację. 

- Masz mnie słuchać! - ciągnął Pehr, nie zwracając uwa­

gi na syna. - Obojętnie, czy ci się to podoba, czy nie. Kiedy 
każę ci jeść, to znaczy, że masz jeść! Nie na rękę mi, żebyś 
dojechała do Ruiji wychudzona, z zapadniętymi policzka­
mi. Poza tym nikt mi nie będzie mówił, że morzę dzieci gło­
dem. Jesteś pod moją opieką, rozumiesz? 

- Mniej ci zapłacą, jeśli będę chuda? - spytała Raija za­

czepnie. 

- Zrozumiano? - warknął Pehr, udając, że nie słyszy jej 

uwagi. 

Raija dyszała ciężko, w końcu, blada jak kreda, skinęła głową. 

background image

- To dobrze. I nie patrz na mnie, jakbym był stallo! - rzu­

cił jeszcze Pehr, a potem chwycił czapkę i wyszedł. 

Pozostali w milczeniu dokończyli posiłek, a potem Mikkal 

pomógł dziewczynce ułożyć się do snu. Otulił ją starannie 
okryciem ze skór i sam przygotował sobie posłanie obok. 

Jakiś wewnętrzny głos podpowiedział mu, że dziewczyn­

ka potrzebuje kogoś bliskiego właśnie teraz. Po raz pierw­
szy w życiu miała spać z dala od rodzinnego domu. 

Myśli Raiji poszybowały z powrotem do małej zagrody 

w Tornedalen, do niewielkiej izby i trojga ludzi, którzy by­
li całym jej życiem. 

Czuła zmęczenie w każdym skrawku ciała, głowa opada­

ła, jednak sen, który mógłby przynieść małej wytchnienie 
i spokój, nie nadchodził. 

Nie opuszczały jej wspomnienia, a sceny z rodzinnego 

domu zamieniały się w cudowne obrazy. Ból rozsadzał jej 
piersi, kiedy rozmyślała o najbliższych. Ukradkiem wyjęła 
rękę spod przykrycia i powoli przesuwając ją po renifero­
wych skórach, wsunęła pod derkę, którą okryty był Mikkal. 

- Co ci jest, Mały Kruku? - wyszeptał chłopak, uścisnąw­

szy mocno dłoń dziewczynki. 

Przez chwilę wpatrywała się w niego z rozpaczą, a potem 

wydusiła z siebie: 

- Mikkal, co to jest stallo? 

Spodziewał się wszystkiego, tylko nie takiego pytania. 

Uśmiechnął się promiennie, miodowe oczy zalśniły w półmro­
ku niczym gwiazdy, a surowa, poważna twarz złagodniała. 

Raija uznała, że Mikkal jest piękny. Do tej pory dostrze­

gała w nim tylko oparcie i dobroć, której tak strasznie łak­
nęła. Od tej chwili stał się dla niej ideałem. 

Przyciszonym głosem Mikkal wyjaśnił dziewczynce, że 

stallo to taki olbrzym, głupi i brzydki troll. 

- Ale to tylko postać z baśni - dodał, żeby jej zanadto nie 

wystraszyć. 

- Przecież rozumiem! - prychnęła. 

background image

Mikkal był zaskoczony. Nie przypuszczał, że baśniowy stal-

lo tak poruszy wyobraźnię Raiji. Przecież dziewczynka dosko­
nale pojmowała, że ktoś taki nie istnieje naprawdę, więc też 
nie mogła się go bać. Potrzebowała jednak widać czegoś, czym 
mogłaby zająć myśli, ulatujące ciągle do rodzinnego domu, 
a okropny troll znakomicie się do tego nadawał. 

- Twój ojciec nie jest stallo! - wyszeptała, nie wypuszcza­

jąc dłoni Mikkala. - On nie jest głupi! 

Był to w jej ustach prawdziwy komplement. Niestety, 

Pehr go nie usłyszał, bo pojawił się w jurcie trochę później. 
Przy palenisku zastał zasępioną żonę. Kiedy zobaczył, że 
syn zasnął, trzymając za rękę niesforną córkę Erkkiego Ala-
talo, ukucnął przy ogniu i mruknął: 

- Nic dobrego z tego nie będzie. 
Ravna nie odpowiedziała. Wzruszył ją widok dwojga szep­

czących ze sobą dzieci. Niemal czuła, jak tworzy się między 
nimi więź. Kiedy zasnęły, w jej sercu zrodziło się marzenie. 

Kolejne dni wyprawy upływały w tym samym rytmie. 

Nocą posuwali się naprzód, spali i odpoczywali za dnia. Ra-
ija straciła poczucie czasu. W jej pamięci na zawsze pozo­
stał monotonny biały krajobraz, mrok, chłód i groźne cie­
nie rzucane przez poskręcane wiatrem karłowate brzozy, 
a także grupki wędrujących pieszo ludzi, którzy tak jak i oni 
zdążali w kierunku morza - ku Ruiji. 

Przemierzali pustkowia, postępując wytyczonym przez re­

nifery szlakiem, wąskimi ścieżkami wydeptanymi w głębokim 
śniegu północy. Po drodze mijali chaty, w których pomimo 
ciasnoty zatrzymywali się na odpoczynek inni wędrowcy. Ra-
ija, choć nadal wrogo usposobiona do swych nowych opieku­
nów, zrozumiała, że ci, którzy przyłączyli się do Pehra, mieli 
dużo szczęścia. Im bowiem nie brakowało pożywienia. 

Rai ja nie głodowała, nie marzła i był przy niej ktoś, ko­

mu ufała. Codziennie grzała się przy ogniu paleniska. 

Trzask płomieni, zapach skóry, smak zupy ugotowanej na 
mięsie renifera - wszystko to, zrazu obce, z czasem stało się 

background image

znajome. Polubiła też suszone twarde mięso z renów, było 
smaczniejsze, niż mogłaby sobie wymarzyć. 

Raija wędrowała do krainy, o której tyle rozmyślała, tylko 

że ta kraina przestała jawić się jej jako miejsce szczęśliwe. 

Ruija straciła dla niej ów tajemniczy, magiczny urok. Marze­

nia dziewczynki, podobnie jak kiedyś ku północy, teraz ulaty­

wały na południe, ku znajomym traktom i bliskim ukochanym 
osobom, których miała zapewne więcej nie zobaczyć. 

Pragnęła ujrzeć znowu zielone zbocza i poczuć zapach 

świerkowych lasów. Nie pociągało jej już ogromne morze 
pełne srebrnych ryb. 

Któregoś pogodnego poranka zatrzymali się na postój 

i Pehr, wskazując na prowadzący w dół długi wąski tunel 
w śniegu, wyjaśnił, że zbliżają się do celu, do fiordu Lyngen. 

Raija popatrzyła na góry piętrzące się stromo ku niebu 

i puściła wodze fantazji. Zapragnęła nagle zobaczyć z bliska 
tę wyśnioną krainę. Równocześnie nienawidziła samej my­

śli, że już wkrótce dotrą do osady nad fiordem, bo nazbyt 
dobrze wiedziała, co to oznacza. Dla Mikkala i innych miał 
to być kolejny krótki postój przed dalszą wędrówką, ale dla 
niej wyprawa dobiegała końca. 

W dolinie nad fiordem los Raiji zostanie przypieczętowany. 
Prawda, że nienawidziła Pehra i nie przywiązała się jakoś 

szczególnie do jego żony, ale przecież Pehr, Ravna, Mikkal 
i ona - Raija - stanowili jedność. Przywykła do panującego 

w jurcie przytulnego ciepła, polubiła nowe otoczenie i zapa­
chy, zwłaszcza gdy nauczyła się je rozpoznawać. 

Rodzina lapońska oznaczała bezpieczeństwo, bez względu na 

to, czy dziewczynka akceptowała to, czy nie. Nie tak dawno, 
gdy oderwano ją od bliskich, ziemia usunęła się jej spod stóp. 

Teraz udało się jej zadzierzgnąć więzy z opiekunami, które, choć 
jeszcze wątłe, dawały jakieś poczucie bezpieczeństwa. 

Wkrótce jednak i ta słaba nić pęknie. Znowu wszystko 

się zmieni. Tak naprawdę Raija sama nie wiedziała, czego 
chce. Miotały nią sprzeczne uczucia. Niechęć, nienawiść, 

background image

zwątpienie zmagały się w niej z potrzebą bezpieczeństwa, 
pragnieniem, by mieć choć jednego bliskiego człowieka, 
który by się o nią troszczył. 

Dlatego też gdzieś w głębi serca lękała się rozstania z la-

pońską rodziną. Bardzo przywiązała się do Mikkala i ta 
przyjaźń, pierwsza w jej życiu, wydawała się dziewczynce 
czymś pięknym. Nie chciała jej utracić. 

W ciągu kilku tygodni wyzbyła się wielu iluzji, to, w co 

wierzyła dotąd z dziecięcą naiwnością, okazało się ułudą. 

Zrozumiała, że rzeczywistość różni się od obrazów podsu­
wanych jej przez wyobraźnię. 

Marzenia należały do świata cieni, do którego mogła wśli­

znąć się ukradkiem na parę chwil, by poznać smak nieosią­
galnego, ale zaraz musiała stamtąd wracać. Wracać do rze­
czywistości, która obchodziła się z ośmioletnią dziewczynką 
z Tornedalen wyjątkowo bezlitośnie. 

Na szczęście marzeń nikt nie mógł jej odebrać, to świa­

tełko ukryte gdzieś głęboko w sercu jaśniało tylko dla niej 
i nikt nie mógł jej go wykraść lub podstępnie pozbawić. 

Zatrzymali się po raz ostatni na wspólnym postoju, po 

którym mieli do pokonania jeszcze tylko jeden etap - zjazd 
po zboczu doliny nad fiord. 

Raija wysiadła z sań i obejrzała się za siebie, tam gdzie 

w oddali pozostały jej rodzinne strony. Jakie to dziwne uczu­
cie - stąpać po ziemi Ruiji. Była trochę rozczarowana; tak 
jak przedtem widziała wokół siebie jedynie przykrytą śnie­
giem bezkresną przestrzeń. Kiedyś dziewczynce się wydawa­
ło, że Ruija to tylko góry i morze. 

- Tam powędrujemy. 
Mikkal wskazał ręką na północny zachód, gdzie daleko 

na tle błękitnego nieba wznosiły się szczyty. 

- A tu w dole leży Lyngen, mała Raiju. 
- Zobaczymy morze? - spytała z nadzieją w głosie, przy­

pomniawszy sobie opowieści o wielkich rybach i falach ude­
rzających o piasek. 

background image

- Nie, tylko fiord. Morze jest dalej. Jarmark odbywa się 

w Lyngsbotn, prawie na samym końcu fiordu. Tam jest du­
żo lasów, prawie tak jak w Finlandii, tyle że u was są lasy 
świerkowe, zaś nad fiordem rosną sosny i brzozy. Zoba­

czysz, spodoba ci się... 

Raija wcale nie była tego pewna. Odszukała niemal do­

rosłą dłoń Mikkala, który uścisnął drobną rękę dziewczyn­
ki, jakby chciał dodać jej odwagi. 

- Chyba nie chcę tam jechać. Nigdy więcej cię nie zoba­

czę, Mikkalu! 

Czternastolatek nie odpowiedział. Bo i cóż miał rzec? Ra­

ija widziała sprawy wystarczająco jasno. Westchnął. Mógł­
by próbować ją pocieszyć, podsłuchał kiedyś rozmowę ro­
dziców na jej temat, ale miał świadomość, że fałszywe na­
dzieje sprawiłyby Raiji jeszcze większy ból. 

Stali, trzymając się za ręce: mała fińska dziewczynka, rzu­

cona daleko od rodzinnego domu, i na wpół dorosły lapoń-
ski chłopak. Patrzyli w dół na dolinę kończącą się nad oto­
czonym górami fiordem, na góry i płaskowyż, który ciągnął 
się po horyzont. Śnieg i niebo. 

Żadne z nich nie znało tych traktów. 
Nie wiedzieli nic o przyszłości, skrytej jak natura pod 

śnieżną powłoką. 

Los, być może na zawsze, miał rozdzielić dzieci, które tak 

do siebie przylgnęły. Świadomość tego rozdzierała obojgu 
serca. 

- Nie ma mowy! - oświadczył stanowczo Pehr. 
- Raija zostanie! - rzekła z uporem Ravna, nie podnosząc 

głosu, a jej twarz pozostała nieruchoma. 

- Przyrzekłem Erkkiemu Alatalo, że oddam jego córkę 

jakiejś rodzinie w Ruiji, i obietnicy dotrzymam. 

- Przecież my też mieszkamy w Ruiji - nie ustępowała 

Ravna. - Będziemy dbać o małą, Mikkalowi zresztą także jej 
towarzystwo wyjdzie na dobre. 

background image

Pehr wciągnął powietrze, usiłując opanować zdenerwo­

wanie. 

- Kobieto! - jęknął. - Erkki Alatalo myślał o rodzinie 

Norwegów, nie rozumiesz czy nie chcesz zrozumieć? 

- Przyznaj się, Pehr, chodzi ci o zarobek! Zamierzasz za­

brać Raiję na jarmark i ubić interes, co? 

Ravna dotknęła czułego punktu Pehra. 
- Dla mnie najważniejsze jest dobro dziecka! - wykrzyk­

nął. - I twoje. Chciałabyś uczynić z niej nową Lailę, żono, 
ale to niemożliwe. Nasza córka umarła! A Raija trafi do nor­

weskiej rodziny w Lyngen. To moje ostatnie słowo! 

- W takim razie nie jadę do osady. - Ravna pomimo gwał­

townego wybuchu męża pozostała spokojna i opanowana. -
Zostanę tutaj razem z Raiją. 

- Ha! - wrzasnął Pehr, odwracając się do żony. - Chciał­

bym to widzieć! Ledwie pozwoli ci się dotknąć, a ty chcesz 
ją u nas zostawić! Przecież ten dzieciak traktuje nas jak za-
dżumionych!  N o , może z wyjątkiem Mikkala. 

Ravna uśmiechnęła się leciutko, bo nie zwykła okazywać 

uczuć nie w porę. Teraz jednak podeszła do Pehra i ujęła go 
za ramię. 

- Znam cię dobrze, Pehr - powiedziała łagodnie. - Wiem, 

o co ci chodzi. Ty się jej boisz. Boisz się córki Erkkiego Ala­
talo. Jak to Mikkal ją nazywa? Mały Kruk... Boisz się tego 
Małego Kruka, dlatego chcesz się jej pozbyć. Poza tym 
chciałbyś zarobić... 

Przypuszczenia Ravny były niebezpiecznie bliskie prawdy. 
Pehra prześladowało przepełnione nienawiścią spojrzenie 

Raiji. Kiedy patrzyła na niego tymi ciemnymi oczami, które 
paliły jak rozżarzone węgle, kulił się w sobie i ogarniało go 
poczucie winy. 

N i e nazwałby tego strachem... Prędzej wstydem. Ale 

strach? Nie! W tundrze nie raz natknął się na drapieżnika, 
uchodząc cało z opresji, a nawet zdobywając skóry... Miał­
by więc się bać ośmioletniej dziewczynki? 

background image

- Będzie, jak postanowiłem - powtórzył z uporem. 
Ravna, nie zważając na sprzeciw męża, pociągnęła go za 

sobą. Przepchnęli się przez gromadę ludzi, minęli zaprzęgi 
i stado reniferów. I wtedy pokazała mu oddalone od wszyst­
kich dwie postaci. Dwoje dzieci z dwóch różnych światów, 
dzieci, które połączył los. Stały blisko siebie i wyglądały, jak 
gdyby były całkiem same na ziemi. 

- Obchodzi cię trochę twój syn, Pehr? - zapytała Ravna 

łagodnie, nie mogąc oderwać wzroku od Mikkala i dziew­
czynki z Tornedalen. - Czy nie zauważyłeś, że Raija stała 
mu się bliska jak młodsza siostra? Stracił wiele rodzeństwa, 

ostatnio małą Lailę. Czy chcesz, by i ta, do której tak się 
przywiązał, odeszła? 

Pehr toczył walkę ze sobą. Starał się myśleć rozsądnie, ale 

przecież nie był człowiekiem bez serca. 

Surowe życie uczyniło go twardym, ale gdzieś głęboko 

tliła się w nim zwykła ludzka dobroć. Ravna, dobrze o tym 
wiedząc, użyła właściwych słów. 

- No dobrze, niech tak będzie - zdecydował Pehr, bo zro­

zumiał, że został pokonany. - Ale pamiętaj, że byłem temu 
przeciwny. Chyba mam za miękkie serce... - westchnął i krę­
cąc głową, odszedł. 

Ravna uśmiechnęła się. Raija to nie Laila, nie wolno jej 

o tym zapominać, ale będzie córką, której tak pragnęła, od­
kąd śmierć zabrała jej Lailę. Ravna prawie biegła w kierun­
ku dwojga stojących nieruchomo dzieci. 

Kiedy znalazła się przy nich, Mikkal podniósł wzrok na 

matkę. Ravnie zdawało się, że dostrzega w jego twarzy cień 
nadziei, jakby nieme pytanie. 

Nabrała podejrzeń, że syn podsłuchiwał jej wcześniejsze 

rozmowy z mężem. 

Po raz kolejny starała się uchwycić spojrzenie dziewczyn­

ki, ale ta próba, tak jak i wcześniejsze, skazana była na nie­
powodzenie. Jak ma przebić się przez pancerz, którym oto­
czyło się to dziecko? 

background image

- Raija zostaje z nami! - powiedziała. 
Poczuła na sobie palące spojrzenia obojga dzieci. 
- Powędruje z nami do Varanger. Od dzisiaj będzie two­

ją siostrą, Mikkalu. 

Chyba jeszcze nigdy syn nie patrzył na matkę z taką mi­

łością i wdzięcznością. 

Nim Laponka zdążyła się zorientować, Raija rzuciła jej 

się na szyję i twarz przytuliła do jej twarzy. Ravna poczuła 
łzy na policzku i nie wiedziała, czy to jej własne, czy dziec­
ka. Ciepły oddech dziewczynki muskał jej skórę. 

- Dziękuję, Ravno - wyszeptała Raija. - Dziękuję... mamo... 
Dla tej jednej chwili warto było walczyć. 
Ravna zyskała córkę, podobnie jak i Pehr, on jednak nie 

był tak jak żona zachwycony z powodu powiększenia się ro­
dziny. Nie protestował jednak więcej. Z natury małomów­
ny, uznał, że tego przedpołudnia dość się już nagadał. 

Nastąpiło pożegnanie. Towarzyszący Lapończykom Fi­

nowie ruszyli w dół w stronę fiordu Lyngen, gdzie więk­
szość z nich zamierzała się osiedlić. Niektórzy postanowili 
iść jeszcze dalej, ale odłożyli to na później. Teraz nęcił ich 
jarmark, o którym tyle słyszeli. Pragnęli spotkać ludzi, zo­
baczyć, czy uda im się wymienić jakieś towary. 

Pehrowi odechciało się jarmarku. Nie miał już przecież 

nic na sprzedaż. Uznał, że skoro Raija zostaje z nimi, nie 
ma po co jechać w dół doliny. 

W głębi duszy żałował, że uległ Ravnie, Lękał się konse­

kwencji tej udzielonej pod wpływem chwilowej słabości 
zgody. Już nie raz mu się zdarzało, że dał się ponieść emo­
cjom i potem zbierał tego gorzkie owoce, żadna jednak z do­
tychczasowych decyzji nie miała tak poważnego wpływu na 
losy całej jego rodziny. Czul się jak ostatni głupiec. Wiele 
by dał, by cofnąć dane słowo i zgodnie z wcześniejszymi pla­
nami jechać teraz z innymi na jarmark. 

Zmrużył oczy i patrzył na zachód, gdzie na tle śniegu 

i nieba widać było przesuwające się ciemne sylwetki ludzi, 

background image

których przyprowadził z Finlandii. Jakże im zazdrościł! 

Czym były ich zmartwienia w porównaniu z kłopotami, 

które spadły na jego głowę! 

Ravna wymusiła na nim, by zgodził się przyjąć do rodzi­

ny obce dziecko. Ośmioletnia Finka, w której czaił się ogni­
sty temperament, miała być odtąd jego córką. 

Raiję Alatalo i Lailę dzieliło wszystko - to tak, jakby porów­

nywać niebo i ziemię. Laila, ukochane dziecko. Na wspomnie­
nie zmarłej córki Pehr poczuł w sercu przeszywający ból. Była 
taką czułą istotką, radosną i pełną życia. Zdarzało się, że stroi­
ła fochy, ale nigdy przy ojcu. W oczach Pehra Laila urosła do 
ideału. Odeszła tak nagle! Po śmierci dziewczynki zaczął jej 
przypisywać o wiele więcej zalet, niż miała ich naprawdę, i ze 

zwykłego dziecka uczynił anioła, niemal świętą. 

Nawet Ravna miałaby trudności z rozpoznaniem własnej 

córki we wspomnieniach męża. 

Raija zaś była całkowitym zaprzeczeniem tej idealnej isto­

ty, której wizerunek Pehr stworzył we własnej pamięci. 

Zapewne rzeczywiście różniła się od Laili, jaką ta była za 

życia, ale nie do tego stopnia, jak to wydawało się Pehrowi. 

Raija była dzieckiem bardzo żywo reagującym. Odzna­

czała się gwałtownym usposobieniem, z jej twarzy jednak 
trudno było odczytać uczucia i myśli, tak że nigdy właści­

wie nie było wiadomo, co temu dziecku chodzi po głowie. 
Oczy Raiji nie potrafiły kłamać, choć często jej spojrzenie 
pozostawało nieodgadnione. 

Pehr westchnął ciężko. W duchu przyznawał Ravnie rację: 

bał się tego obcego dziecka, które, choć urodą nie różniło się 
tak bardzo od dzieci lapońskich, naturę jednak miało całkiem 
odmienną. Pojęcia nie miał, o czym ta mała myśli - może z wy­
jątkiem chwil, gdy dziewczynka na niego patrzyła. W takich 
momentach nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że Pehr wziął 

sobie na kark duży kłopot. Jego nowa córka go nienawidziła... 

Lapończyk odwrócił się plecami do niknących w oddali 

wędrowców. Ravna z Mikkalem stawiali jurtę, a Raija bie-

background image

gala wokół, zajęta zbieraniem wystających spod śniegu ga­
łązek na opał. 

Pehr podszedł do żony i syna. Kiedy pomagał im stawiać 

jurtę, jego twarz była nieprzenikniona, a usta zaciśnięte. Te­
go dnia zamierzali odpocząć. Potem mieli ruszyć na wschód 
i rozbić obozowisko w tym samym, co zwykle o tej porze 
roku miejscu. 

Mikkal wszedł do jurty i rozrzucił na śniegu drobne gałąz­

ki, które następnie przykrył skórami z renów. Pehr wyładowy­
wał sanie, zerkając raz po raz na Raiję, nadal zajętą przydzie­
loną jej pracą. Westchnął ciężko. W rodzinie nikt nie powinien 
żywić wzajemnie do siebie takiej niechęci jak on i Raija. Sko­
ro już ma odgrywać rolę ojca, jego obowiązkiem jest scalać ro­
dzinę, wyjaśniać wszelkie nieporozumienia. 

- Zostańcie tu - nakazał krótko żonie i synowi. 
Mikkal wyprostował się i na wpół ze zdziwieniem, na 

wpół z lękiem spojrzał na ojca. 

- Chyba nie chcesz nastraszyć Raiji? - zapytał. 
- Nie jestem stallo! - huknął Pehr. 

Mikkal uśmiechnął się. 
- To samo powiedziała Raija, kiedy wyjaśniłem jej, kim 

jest stallo. Stwierdziła, że ty taki nie jesteś... 

Dziewczynka zebrała całą naręcz chrustu. Mikkal śmiał 

się, że podnosi z ziemi same drzazgi, ale grubszych gałązek 
nie było w pobliżu, a oni potrzebowali przecież ciepła. 
Wcześniej Raija nie włączała się do pomocy. Było jej wszy­
stko jedno. Teraz jednak, kiedy Ravna powiedziała, że nale­
ży do rodziny... 

Tak, teraz robiła to dla swojej rodziny... 
Raija wiedziała dobrze, że nigdy głośno tego nie przyzna. 

Przełamała się jedynie wobec Ravny. Nazwała ją mamą... 
Dalej nie mogła się posunąć, nie zdradzając tych, których 
zostawiła w swym prawdziwym domu. 

Pehra zauważyła dopiero wtedy, gdy stanął przy niej. 

Właśnie przyklękła na śniegu, więc wrażenie, że ma nad so-

background image

bą jakiegoś olbrzyma sięgającego błękitnego nieba, jeszcze 
się spotęgowało. Tak naprawdę Pehr był tylko o głowę wy­

ższy od Mikkala. 

Odruchowo przycisnęła mocniej chrust do piersi, co nie 

uszło uwagi Pehra. 

Ponury grymas odmalował się na jego twarzy, a bruzdy 

jakby się pogłębiły. Chrząknął i powiedział: 

- Musimy porozmawiać, ty i ja! 
-Tak? 
Dziecięcy głos zabrzmiał dźwięcznie, ale wyczuwało się 

w nim niechęć. 

Pehr przykucnął i oparł dłonie na kolanach. 
- Ravna zdecydowała, że u nas zostaniesz - rzekł, tym ra­

zem nie odwracając wzroku od ciemnych oczu dziewczyn­
ki, w których płonęło nieme oskarżenie. - Masz być naszą 
córką, dlatego też jak córka masz się zachowywać. 

- Tak - powiedziała Raija obojętnym tonem. 
Pehr ciągnął uparcie: 
- Nie ukrywam, że wolałbym wieźć ciebie teraz do Lyn-

gen. Nadal jestem przekonany, że tak byłoby najlepiej dla 
nas wszystkich. Ale ustąpiłem Ravnie. Wiem, że mnie nie 
lubisz, i niech tak zostanie. Ale skoro masz być naszą cór­
ką i mamy się tobą opiekować, wymagać będę od ciebie te­
go samego, czego wymagam od Mikkala. Nie licz na jakieś 
szczególne traktowanie... 

Przerwał na chwilę, by słowa zapadły dziecku w pamięć. 
Raija była wdzięczna Pehrowi, że powiedział jej całą praw­

dę, choć oczywiście wcale nie cieszyła się z tego, że od tej po­
ry będzie jej opiekunem. Skłamałaby, gdyby udawała, że jest 
inaczej, ale niewątpliwie poczuła do niego cień sympatii. 

- Żądam od ciebie posłuszeństwa - dodał stanowczo Pehr. 

- Żebyś nie przyniosła wstydu ani mnie, ani pozostałym człon­
kom rodziny. To wszystko! Zrozumiałaś, Raija? 

Dziewczynka zareagowała dopiero po dłuższej chwili. 

Niechętnie skinęła głową. 

background image

Pehr uśmiechnął się pod nosem, tak by tego nie zauważyła. 

Zdawał sobie sprawę, ile ta zgoda kosztowała uparte i dumne 
dziecko. Widać, że była córką Erkkiego Alatalo, chłopa z Tor­
nedalen, któremu poza uporem nic już nie pozostało. 

Zresztą dla Pehra Raija zawsze pozostanie córką Erkkiego. 

Przyrzekł sobie, że nigdy więcej nie zbliży się nawet w okoli­
ce Tornedalen. Nie mógłby spojrzeć w oczy temu dumnemu 
chłopu i przyznać się, że próbował okiełznać jego córkę. 

Ale przecież musiał ją ujarzmić, by zrozumiała, kim jest. Nie 

może sobie wyobrażać, że jest lepsza. W ich codziennym trud­
nym bytowaniu nie było miejsca na fochy i grymasy, dziew­
czynce należało to wbić do głowy, zanim dotrą do Varanger. 

Podniósł się z kucek i pomógł dziewczynce wstać. Z ogrom­

ną niechęcią Raija chwyciła wyciągniętą do niej dłoń. Razem 
ruszyli w stronę samotnej jurty ukrytej pośród pojedynczych 
głazów. Raija zastanawiała się, skąd wzięły się na tym pustko­

wiu. Może przyniósł je jakiś troll? Ale przecież trolle istniały 

tylko w baśniach... 

Pehr uchylił zasłonę przy wejściu do jurty, ale zanim 

wpuścił Raiję, powiedział: 

- I jeszcze jedno... 
Raija patrzyła na niego wyczekująco. 
- Nie nazywasz się odtąd Raija Alatalo, ale Raija córka 

Pehra. 

Dziewczynka już chciała zaprotestować, ale się powstrzy­

mała. 

- Tak? - rzekła jedynie i zacisnęła usta. Potem weszła do 

środka, położyła chrust na stałym miejscu i usiadła obok Mik-
kala. Wszystko jedno, jak mnie będą nazywać, pomyślała. I tak 
wiem, kim jestem, i to jest najważniejsze. Na zawsze pozosta­
nę Raiją Alatalo, nigdy, ale to nigdy nie stanę się córką Pehra. 

Nie powiedziała jednak tego na głos. Przyrzekła posłu­

szeństwo, a obietnica jest obietnicą. Raija umiała dotrzymy­

wać danego słowa. 

background image

Czerwiec, pora słońca i komarów. 
Raija wymachiwała ręką, żeby się opędzić od natrętnych 

owadów, które wielką chmarą niczym rozwścieczona armia 
atakowały każdy skrawek jej odsłoniętego ciała. 

Dziewczyna poirytowana opuściła rękawy i powróciła do 

ścinania turzycy. Nie przepadała za tą pracą, ale skoro trze­
ba ją wykonać... Zresztą, wolała już ścinać turzycę niż szyć 
kumagi czy też zajmować się robótkami ręcznymi. Wprost 
nienawidziła wszelkich prac uchodzących za typowo kobie­

ce, związanych z prowadzeniem domu i rodziną. Bardziej 
od gotowania i szycia nęciły ją inne zajęcia. 

Czasami marzyła, by być chłopcem, chodzić całymi dnia­

mi po tundrze, łowić ryby, wypasać renifery, polować. 
O ileż to ciekawsze niż nudna praca, jaką wykonywały ko­
biety w obozowisku! 

Właściwie Raija powinna teraz pomagać Ravnie gotować 

obiad i przeczesywać zgrzebłem turzycę. Miała jednak zły 
humor i nic jej nie wychodziło. Nie pojmowała, czemu tak 
się dzieje. W każdym razie jej przybrana matka wysłała ją 

poza obóz. 

Tutaj była przynajmniej sama i mogła spokojnie rozmy­

ślać. A jej myśli potrafiły ulatywać daleko. Poza tym pracowa­
ła powoli. Nie dlatego żeby była leniwa, ale marzenia potrze­
bowały czasu. Nie wszystkim się to podobało, Ravna jednak 
rozumiała swą przybraną córkę. Powiedziała Raiji, żeby upo­
rała się z pracą do wieczora, a gdy mówiła te słowa, w jej 
oczach pojawił się dziwny błysk. Dziewczynka nie dostrze­
gła w spojrzeniu Ravny niczego szczególnego, nie domyślała 

background image

się nawet, że i jej lapońska matka także o czymś marzy. 

Minęło pięć lat od czasu, kiedy Raija Alatalo wbrew swej 

woli została przywieziona do Ruiji. Pehr i Ravna przygarnę­
li córkę chłopa z Tornedalen, a Mikkal stał się jej przybra­
nym starszym bratem. 

Pięć lat na dobre i na złe. 
Raija skończyła trzynaście lat, ale wyglądała na piętnasto­

latkę. Była niewysoka i szczupła jak matka, a biegała tak 
szybko, że mogłaby się ścigać z wiatrem. Sukienka uszyta 
ze skóry rena skrywała przybierające kobiece kształty ciało. 

Córka Erkkiego Alatalo już jako dziecko była wyjątko­

wo ładna, a teraz jej okrągła dziecięca buzia stała się bar­
dziej wyrazista. Dziewczynka miała łagodnie zarysowane 
policzki i błyszczące brązowe oczy pod ciemnymi, wygięty­
mi w łuki brwiami, ale jej wzrok przestał już być dziecinny 
i ufny. Usta miała pełne i miękkie, a kiedy poważniała, co 
zdarzało się dość rzadko, wysuwała dolną wargę do przodu, 
tak jakby była nadąsana. 

Minęło pięć lat, odkąd opuściła rodzinny dom. W tym 

czasie wiele zobaczyła, doświadczyła też niejednego. I choć 
życie nauczyło ją kryć się z tym, co naprawdę czuje, to jed­
nak to dziewczę, w którym budziła się kobieta, nie potrafi­
ło w pełni zapanować nad sobą. 

Już jako dziecko objawiła swą zdolność do odczuwania 

skrajnych emocji - albo kogoś kochała, albo nienawidziła -
i pod tym względem niewiele się zmieniło. Raija nigdy nie 
zdołała polubić Pehra, ale starannie ukrywała niechęć, jaką 
do niego żywiła. 

Nawiasem mówiąc, niechęć była wzajemna. Ojciec i przy­

brana córka rozmawiali ze sobą rzadko i chłodno, choć nie 
bez wzajemnego respektu. 

Natomiast Ravnę Raija pokochała całym sercem, mimo 

że tylko jeden raz nazwała ją matką. Zresztą tej kobiety nie 
można było nie lubić. Płynęło z niej tyle ciepła i dobroci! 

Raija chodziła z dumnie podniesioną głową. W ciężkich 

background image

chwilach nie zginała karku ani nie okazywała uległości. Nie 
leżało to w jej naturze. Wiedziała, kim jest, i znała swoją war­
tość. Dawało jej to pewność i wewnętrzną moc, zupełnie nie­

zwykłą u trzynastoletniej dziewczynki. Czasami jednak Ra-
ija czuła się znacznie starsza. Zdarzało się, że uciekała do 
świata marzeń nawet wtedy, gdy przebywała wśród hałaśli­

wej gromady. Potrafiła siedzieć z ludźmi, a równocześnie od­

dalać się myślami do miejsc, do których nikt nie mógł do­
trzeć. Jej brązowe oczy zdawały się wówczas zasnuwać mgłą, 
a twarz zastygała. Dziewczynka nadal miała bujną wyobraź­
nię, a nawet rozwinęła ją jeszcze pod wpływem przeżyć. 

Południowe słońce silnie prażyło. Raija otarła pot z czo­

ła. Im bardziej się pociła, tym bardziej natrętne stawały się 
komary. Krwiożercze bestie! 

Jaka szkoda, że Pehr nie ma pastwisk bliżej morza tak 

jak wielu Lapończyków. Nie... Pehr był jedyny w swoim ro­
dzaju. Nawet lanie z jego stada cieliły się w innych miej­
scach niż łanie z innych stad. 

Kiedy większość Lapończyków podążała za reniferami na 

wybrzeże, Pehr i jego rodzina wędrowali w głąb lądu, na pła­
skowyż, gdzie wprost roiło się od komarów. 

Raija gotowa byłaby sądzić, że wynika to ze złośliwości 

Pehra, gdyby nie świadomość, że nawet on nie jest w stanie 
narzucić swej woli zwierzętom, które kierowały się odwiecz­
nym instynktem. 

Zresztą nie byli na górskim pastwisku całkiem sami. To­

warzyszyła im stara ciotka Pehra i paru krewnych, a także 
Pawa syn Matty ze swoją rodziną: dwoma synami i córką. 
Aslak, najstarszy z trojga rodzeństwa, był o dwa lata młod­
szy od Mikkala, następna w kolejności była Sigga, a potem 
Anders. Cała trójka przyszła na świat rok po roku. 

Pawa, jak przypuszczała Raija, był w wieku Pehra. Miał 

ogromny brzuch i wyjątkowo gęste, krzaczaste brwi. 

Raija nie zdradzała się z tym, co sądzi o wyglądzie Pawy, 

bo zapewne zostałaby posądzona o brak szacunku dla star-

background image

szych, póki jednak trzymała język za zębami, nikomu nie 
przynosiło to szkody. Pawa naprawdę był otyły, a spod 
czapki, którą zdejmował chyba tylko do spania, sterczały 
brwi. Cieszył się ogólnym poważaniem. Miał liczne stado 
reniferów, jego synowie dobrze się zapowiadali, a córka wy­
różniała się wyjątkową urodą. 

Raija, która nie była z tego powodu zachwycona, nie 

przestawała się dziwić, jakim cudem Pawa mógł być ojcem 
tak pięknej dziewczyny, tym bardziej że, jak słyszała od Ra-
vny, zmarła przy narodzinach najmłodszego syna żona Pa-

wy także nie słynęła z urody. 

Nie dało się jednak zaprzeczyć, że szesnastoletnia Sigga 

o piwnych oczach była prawdziwą pięknością. Eteryczna, 
skromna i powściągliwa - stanowiła dokładne przeciwień­
stwo Raiji. 

Bo choć Raija także przypominała delikatny kwiat, 

w istocie była silna, odznaczała się nieprawdopodobną wo­
lą życia - tak jak kwiaty w targanej wichrami tundrze. Na 
pozór delikatne, znosiły lepiej niż wiele większych i silniej­
szych roślin nieurodzajną glebę i surowy klimat. 

Do uszu Raiji doleciał zza pobliskiego wzniesienia dźwięk 

dzwonków i głuche dudnienie. Niemal czuła, jak ziemia drży 
pod jej stopami. Usłyszawszy nawoływanie, dziewczynka 
w jednej chwili porzuciła ścinanie turzycy i zerwała się na 
równe nogi. Pomyślała sobie, że ma przed sobą jeszcze długi 
dzień i do wieczora zdąży wykonać przydzieloną jej pracę. 

Pobiegła tam, skąd rozlegało się pobrzękiwanie. Dobrze 

wiedziała, co oznacza ten dźwięk. Już pięć lat przebywała 
u Lapończyków i wszystko to, co składało się na ich życie, 
teraz stanowiło także jej świat. 

Renifery źle znosiły ostre słońce, męczył je skwar i ko­

mary. Czasem, gdy miały już dość upału i natrętnych owa­
dów, potrafiły wyrwać z kopyta całym stadem. Zapewne 

właśnie to przytrafiło się Mikkalowi, który sam, bo Pehr 

miał go zmienić dopiero pod wieczór, pilnował zwierząt. 

background image

Raija wspięła się na niewielkie wzniesienie, z którego roz­

taczał się widok na okolicę. Na twarzy dziewczynki pojawił 
się szeroki uśmiech. Miała rację, Mikkal starał się zagonić 
renifery w stronę skalnego nawisu, gdzie mogłyby znaleźć 
trochę cienia. 

Udało mu się to wreszcie po wielu trudach. W chłodnym 

cieniu stado uspokoiło się i niebawem pasło tak spokojnie, 
jakby się nic nie zdarzyło. 

Mikkal rozłożył się na mchu, dłonią osłaniając oczy przed 

słońcem. 

Raija uśmiechnęła się i pobiegła w jego kierunku. Pewna, 

że Mikkal ją widzi, z daleka pomachała mu wesoło ręką. 

- I co, niepoprawne dziecię, znowu się wymknęłaś? - za­

pytał żartobliwie, gdy znalazła się przy nim. 

Raija prychnęła i pogroziła mu zaciśniętą piąstką. 
- Dziecię, ja ci dam dziecię - udawała obrażoną. - Poza 

tym wolno mi tutaj być - wyjaśniła, sadowiąc się obok. -
Ravna kazała mi naciąć turzycy. 

Mikkal uniósł lekko brwi, po czym włożył do ust liść 

szczawiu. 

- Widzę, że ciężko harujesz - zauważył z uśmiechem. -

Nic bardziej nie cieszy moich oczu, jak widok pracowitych 
dziewcząt. 

Raija poklepała go przyjaźnie po policzku. 
- A ty to co? Przed chwilą omal nie straciłeś stada. Tylko 

szczęśliwym trafem udało ci się zapędzić renifery pod skałę... 

- I tak nie uda ci się mnie zdenerwować, Raiju. Jestem 

nieczuły na twoje zaczepki. Nie zauważyłaś? 

Mikkal starał się zachować spokój, ale w głowie kłębiły 

mu się gorączkowe myśli. Matka wysłała Raiję... 

Domyślił się zamiarów Ravny. Już dość dawno pojął, ja­

kie matka ma plany. Najgorsze, że wcale go to nie przera­
żało. Ale przecież matka powinna wiedzieć to, z czego i on 
dobrze zdawał sobie sprawę. 

- Jesteś nudny - oznajmiła Raija, choć naprawdę wcale 

background image

tak nie sądziła. Mikkal nie był nudny. Nazwała go tak, po­
nieważ ostatnio zachowywał się jakoś inaczej, a nie potrafi­
ła znaleźć właściwego słowa na określenie tej zmiany. Kie­
dyś świetnie się razem bawili, teraz coraz częściej jej unikał. 
Ostatnimi tygodniami często wymykał się do jurty Pawy 
i nie zabierał jej ze sobą. 

Wprawdzie twierdził, że spotyka się z kolegami, ale Rai-

ja go przejrzała. Wiedziała swoje! To z powodu Siggi biegał 
jak kot z pęcherzem! 

- Dziwne, że chcesz ze mną rozmawiać, skoro jestem ta­

ki nudny... 

Mikkal pociągnął Raiję za długi, gruby warkocz, opada­

jący jej na plecy. 

- Czy mam duży wybór? - odparła Raija, posyłając mu 

pełne irytacji spojrzenie. - Za rodziną Pawy nie przepadam 
jak niektórzy. 

- Doprawdy, z wiekiem stajesz się coraz bardziej złośliwa 

- drażnił się z nią. - A takim byłaś słodkim dzieckiem... 

Mikkal sięgnął po nóż i kawałek kości, w której rzeźbił. 
Pewnie szykuje jakaś ozdobę, pomyślała Raija, patrząc 

z nieskrywaną niechęcią na pochłoniętego pracą Mikkala. 

- Dla kogo to? - zapytała niezadowolona. - Pewnie dla 

Siggi? 

Mikkal długo przyglądał się Raiji. Była piękna nawet te­

raz, kiedy patrzyła na niego rozczarowana i zła. Przez ostat­
nie lata obserwował, jak dorasta, na jego oczach przemieni­
ła się z kanciastego podlotka w taką Raiję, jaką teraz widzi. 
Mały Kruk... jego młodsza siostra. 

Mikkal odwrócił wzrok i ciężko westchnął. Wszystko 

między nimi dobrze się układało, póki Raija była samotnym, 
bezbronnym dzieckiem, które potrzebowało opieki i troski. 
Teraz ich wzajemne stosunki się skomplikowały. Coraz trud­
niej było mu odgrywać rolę starszego brata. Podobnie jak 
Raija, on także od dawna szukał ucieczki w świecie marzeń. 

Bał się samego siebie, bał się, że nie zdoła zapanować nad 

background image

pragnieniami, które nawiedzały go, gdy siedział samotnie na 
pastwisku i pilnował stada. Wiele rozmyślał, a jego wyobraź­
nia wykazywała niebezpieczną skłonność do błądzenia po 
zakazanych ścieżkach. 

Wiedział, że matka myśli o tym samym, aczkolwiek jej 

marzenia zapewne nie były tak nieskromne. 

- No cóż, myślę, że Sigga ucieszyłaby się z jakiejś ładnej 

ozdoby, nie sądzisz? - zapytał lekko. 

Raija wzruszyła ramionami, udając obojętność, jednak 

ten gest był dość wymuszony. 

- Zdaje się, że ma braci, którzy mogą się o to postarać -

rzuciła niechętnie. 

Mikkal nie wytrzymał dłużej i roześmiał się. Odłożył nóż 

i otoczywszy Raiję ramieniem, powiedział wesoło: 

- A ty, Raija, masz tylko jednego brata. Prawda, że to 

chciałaś powiedzieć? I ten jedyny brat siedzi i rzeźbi ozdo­
by dla Siggi. Uważasz, że postępuję jak głupiec? 

Potargał Raiji grzywkę, a potem zdjął rękę z jej ramienia. 

Jego śniade silne palce pogładziły pieszczotliwie nie dokoń­
czoną jeszcze figurkę. 

Kiedy Raija zobaczyła z bliska ozdobę, w jej zachmurzo­

nych oczach rozbłysła radość. Bez namysłu rzuciła się Mik-
kalowi na szyję i wycałowała, omal nie pozbawiając go tchu. 

- To dla mnie! - krzyknęła mu wprost do ucha. - Czemu 

od razu nie powiedziałeś? Jesteś stallo! 

Ostrożnie uwolnił się z uścisku Raiji i podał jej swoje 

dzieło. Usta rozciągnęły się w uśmiechu, ale w oczach, w je­
go osobliwych miodowych oczach, czaił się ból. 

Malutka rzeźba nie została jeszcze skończona, ale już by­

ło widać, że przedstawia ptaka, kruka w locie. 

- Myślisz, że by mi się chciało robić ozdoby dla Siggi? -

spytał z przekorą. 

Ucieszyło go, że figurka tak się spodobała Raiji. Właściwie 

nie zamierzał pokazywać jej, póki nie skończy, to miała być 
tajemnica. Tak bardzo pragnął zrobić dziewczynce niespo-

background image

dziankę, ofiarować jej coś niezwykłego! Długo się zastana­
wiał, aż wpadł na pomysł, żeby wyrzeźbić kruka, ptaka Rai-
ji. Bo cóż pasowało do niej lepiej niż właśnie kruk? 

Wśród cennych przedmiotów, jakie posiadał, tylko jedna 

rzecz nadawała się dla młodej panny - srebrna broszka. Ale 
tej ozdoby nie mógł ofiarować Raiji. Była to rodzinna pa­
miątka, część należącego do rodziny srebra odziedziczone­
go po babce ze strony ojca, które kiedyś miał podarować 
w prezencie zaręczynowym swej wybrance. Taką broszką 
nie obdarowywało się młodszej siostry, nawet jeśli się ją 
mocno kochało. Poza tym srebro po babce nie byłoby kom­
pletne, gdyby zabrakło broszki. 

Ale ponieważ miał zręczne ręce, pomyślał sobie, że wy­

rzeźbi dla Raiji ptaka. 

- Zdawało mi się, że lubisz Siggę? - rzuciła pytająco dziew­

czynka, opierając się o ramię Mikkala. Objął Raiję, choć lę­
kał się, by nie odkryła targających nim uczuć. W roztargnie­
niu nawijając na palec pukiel czarnych włosów dziewczyny, 
odpowiedział: 

- Właściwie to nawet lubię. 
- Bardzo? - chciała koniecznie wiedzieć. 
- Dosyć - odpowiedział, uśmiechając się lekko. Musiał się 

pilnować, by nie zdradzić swych prawdziwych uczuć. 

Raija, która pomimo swych trzynastu lat czasem nadal 

zachowywała się bardzo dziecinnie, pytała dalej: 

- Bardziej niż mnie? 
- Przecież ty jesteś moją siostrą, Mały Kruku! - odrzekł, 

delikatnie gładząc ją po włosach swą mocną dłonią. 

Raiję zalała fala osobliwych uczuć: coś pięknego, a zara­

zem obcego i niebezpiecznego zawładnęło na moment jej 
ciałem. Uwolniwszy się z uścisku Mikkala, poderwała się na 
równe nogi i prychnęła pogardliwie: 

- Phi, siostra! Nazywam się Raija Alatalo i pochodzę 

z Tornedalen. 

- A mimo to jesteś moją młodszą siostrą! 

background image

Jego miękki głos wywołał uśmiech na twarzy dziewczynki. 

- Tak, masz rację, starszy bracie! - zgodziła się nagle z nie­

zwykłą jak na nią uległością i spuściła oczy. Zaraz jednak 
uśmiechnęła się przekornie i z figlarnymi błyskami 

w oczach nachyliła nad nim i cmoknęła w policzek. - Na­
zywam się Raija Alatalo - powtórzyła i odwróciwszy się na 
pięcie, podbiegła lekko z powrotem do swoich zajęć. 

Mikkal zamarł i jak skamieniały wpatrywał się w nie do­

kończoną figurkę. Siostrzana pieszczota wywołała w jego 
sercu prawdziwy zamęt. Ciągle czul palący dotyk delikat­
nych warg Raiji. Z ciężkim westchnieniem podciągnął wyso­

ko kolana, objął je ramionami i oparł na nich głowę. Nawet 
nie zauważył, że rzeźbiony kruk wypadł mu z rąk w kępy 
porostów i mchu. 

Co się ze mną dzieje? myślał przerażony. Ściągam prze­

cież tylko nieszczęście na siebie i na nią! 

Był tak wzburzony, że nie zorientował się, iż ktoś mu się 

bacznie przygląda. Tymczasem Pehr już od jakiegoś czasu 
z bezpiecznej odległości obserwował syna. Coś mu kazało 
tu przyjść, sprawdzić, jak Mikkal sobie radzi. 

Jakie to szczęście, że posłuchał wewnętrznego głosu! Okaza­

ło się, że syn zajmuje się nie tylko pilnowaniem stada. Pehr za­
klął siarczyście, przyglądając się Mikkalowi, który siedział nie­
ruchomo niczym głaz, sprawiając wrażenie człowieka ciężko 
doświadczonego przez los. Lapończyk, nie przestając pod no­
sem wymyślać swemu niepoprawnemu synowi, ruszył w kie­
runku obozowiska. Zamierzał poważnie rozmówić się z żoną. 

To, co zobaczył, zaniepokoiło go nie na żarty. Obawiał 

się, że może to pokrzyżować wszystkie jego plany. 

Był ślepy! Tak, chyba był ślepy, że wcześniej nic nie za­

uważył. 

Przecież dziewczynka dorastała tuż pod jego bokiem, 

a on jakby wcale tego nie dostrzegał. 

Ale teraz przejrzał wreszcie na oczy i zobaczył zmiany, 

jakie zaszły w jej wyglądzie. Nie była już dzieckiem! 

background image

I to właśnie Mikkal wytrącił go z uśpienia. Przeklęty mło­

kos! Najgorsze jednak, że i on - syn Pehra - przestał być 
dzieckiem i, co było widać wyraźnie, nie cierpiał, jak ojciec, 

na ślepotę. 

Mikkal od razu się zorientował, co siedzi w Raiji, rozmy­

ślał ponuro Pehr. Pewnie zdążył też już bliżej poznać jej 
wdzięki. Ale nic z tego! 

Tym razem nie pozwoli, by uczucia i sentymenty zni­

szczyły jego zamiary. 

Pehr postanowił już dawno, jak pokieruje życiem Mik-

kala. Rozmawiał parę razy na ten temat z Pawą i ułożyli się 
co do szczegółów. W zaplanowanej dla Mikkala przyszłości 
nie było miejsca dla Raiji. 

Ravna z daleka zauważyła Pehra i od razu się domyśliła, 

jak bardzo jest wzburzony. Udając, że niczego nie dostrze­
gła, weszła do jurty. Znała dobrze gwałtowny charakter mę­
ża i nie chciała, by ktoś prócz niej był świadkiem niepoha­
mowanego wybuchu jego złości. 

Pehr pospieszył za nią i zasłonił otwór wejściowy. Nie 

kryjąc wściekłości, zerwał z głowy czapkę i zwracając się do 
siedzącej przy palenisku żony, wycedził: 

- I co powiesz na to, że twój syn obcałowuje na pastwi­

sku tę twoją niby-córkę? 

- Naprawdę? 
- Pewnie uważasz, że nic się nie stało? 
Pehr podszedł bliżej i popatrzył Ravnie prosto w oczy. 

Dumna Laponka nie uciekła spojrzeniem. 

- A może to twoja robota? Coś mi się tak zdaje... Od po­

czątku miałaś dziwną słabość do tego fińskiego bachora! Ale 
ostrzegam cię, Ravno, nie pozwolę na to! 

- Przecież nie są rodzeństwem! 
- Nie są! - wrzasnął Pehr, ale zaraz zaczął mówić spokoj­

niej: - Nie są rodzeństwem, choć razem się wychowali... Ale 
ja i tak nie pozwalam! 

background image

Głos mu drżał. 

- To nie jest twoje życie, Pehr - wtrąciła Ravna. - Pozwól 

młodym zadecydować... 

- A niby dlaczego? - Pehr popatrzył na żonę zaskoczony. 

- Czy my sami postanowiliśmy o naszym ślubie? Nie! Nikt 
nas o nic nie pytał! A jednak czy któreś z nas ucierpiało z te­
go powodu? 

Ravna przyjęła słowa męża milczeniem. Ożyły wspo­

mnienia. Przypomniała sobie, jak bardzo rozpaczała, kiedy 
rodzice postanowili wydać ją za Pehra, choć wówczas był 
nawet dość przystojny i dziarski. Nigdy jednak nie przyzna­
ła mu się do tego. Minęły lata, które oprócz radości przy­
niosły wiele smutku. Czas odcisnął swój ślad na twarzy 
Pehra, znacząc ją zmarszczkami i głębokimi bruzdami, 
a i z nią nie obszedł się zbyt łaskawie. Niewiele pozostało 

w niej z młodej roześmianej panny, pełnej nadziei i ufności. 
Nie, życie u boku Pehra nie było takie, jak sobie niegdyś 
wymarzyła. Przywykła do męża, ale czy go pokochała? 

Ravna przeczuwała, że w życiu można otrzymać znacz­

nie więcej niż to, co los darował jej. 

Pragnęła, by Mikkalowi dane było zaznać szczęścia, i tego 

samego życzyła Raiji, w której odnajdywała siebie samą z mło­
dości. Pehr jednak nigdy się tego od niej nie dowie! A zresztą, 
nawet gdyby mu się zwierzyła, i tak by nie zrozumiał. 

- Chyba wiesz, jakie mam plany wobec Mikkala? - za­

grzmiał Pehr, wytrącony z równowagi milczeniem żony. 

Denerwowało go, że Ravna potrafi przejrzeć go na wylot, 

podczas gdy on sam nigdy tak naprawdę nie zdołał poznać 
i zrozumieć swojej żony. Syn zaś był zatrważająco podobny 
do matki. Pehr zdawał też sobie sprawę, jak wielki wpływ ma 
Ravna na Mikkala, a także na krnąbrną córkę Erkkiego Ala-
talo, i lękał się, że teraz może to wykorzystać. 

- Czy Raiji też zaplanowałeś już przyszłość? - usłyszał 

spokojny głos. 

Pehr spojrzał na żonę zdumiony i nagle go olśniło. Rav-

background image

na niechcący podpowiedziała mu dziecinnie proste rozwią­
zanie. Czemu sam na to nie wpadł? 

Postanowił działać także i w tej sprawie, ale z największą 

ostrożnością, tak by nie wzbudzić niczyich podejrzeń. 

Usiadł obok Ravny w milczeniu, wyraźnie dając jej do 

zrozumienia, że powiedział ostatnie słowo i nie zamierza 
dłużej strzępić języka. 

- Coś bym zjadł, kobieto! - rzekł, z trudem skrywając 

uśmiech triumfu. - Zaraz idę zmienić Mikkala przy reniferach. 

Ravna spełniła prośbę męża. Nie zdołał jednak uśpić jej 

czujności, od razu w jej sercu zrodziła się obawa, że Pehr za­
mierza brutalnie wkroczyć w życie jej ukochanych dzieci. 

Z wieloletniego doświadczenia wiedziała jednak, że nie ma 

sensu zadawać teraz żadnych pytań. Pozostawało jedynie cze­
kać i bacznie obserwować rozwój sytuacji. Miała tylko 

nadzieję, że mąż nie podejmie żadnych drastycznych kroków. 

Tymczasem Mikkal i Raija wracali razem do obozowiska. 

Mikkal podejrzewał, że dziewczyna specjalnie na niego po­
czekała, ale nie rzekł na ten temat ani słowa. Skończył już 
rzeźbić kruka, ale nie miał zamiaru na razie ofiarować go 
dziewczynie. Zresztą Raija nie zapytała o figurkę. Może już 
o niej zapomniała? 

Mikkal niósł turzycę, której nacięła Raija. Dziewczyna co 

prawda mówiła, że da sobie radę sama, ale on i tak wziął od 
niej snopek. Musiał za wszelką cenę zająć ręce, by nie uczy­
nić czegoś, czego mógłby potem żałować. 

-Jestem wykończona! - oznajmiła Raija. - Dość mam tej 

pracy. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo nienawidzę być 
dziewczyną! 

- Nie mów tak! - przerwał jej Mikkal surowo. 
- Naprawdę tak uważam! - rzekła z przekonaniem. Po chwi­

li jednak dodała: -  N o , może niezupełnie. W każdym razie nie 
cierpię tych nudnych prac, które muszą wykonywać kobiety. 

Wy, mężczyźni, macie o wiele ciekawsze zajęcia. 

- Chciałbym cię widzieć, jak łapiesz reny na ubój - zauwa-

background image

żył ironicznie. - Zanim byś się zorientowała, średniej wielko­
ści roczniak pociągnąłby cię do samego fiordu Varanger! 

Raija jednak nie podzielała jego obaw, przekonana, że po­

mimo swej drobnej postury jest dosyć silna. 

- A może podobałoby ci się kastrowanie samców? - kpił 

dalej Mikkal. 

Przekomarzając się, doszli do namiotu. Chłopak rzucił 

snopek turzycy na ziemię. 

Raija zmarszczyła czoło. Czy w tym, co mówi Mikkal, 

jest trochę racji? Być może rzeczywiście nie wszystkie mę­
skie zajęcia są takie ciekawe, jak jej się dotąd wydawało, ale 
większość na pewno jest lepsza od tego, czym muszą się zaj­
mować kobiety. 

Powiedziała to Mikkalowi, a on roześmiał się ciepło i po­

głaskał Raiję po policzku. 

- Wolę, Mały Kruku, że jesteś dziewczyną - odrzekł 

i przytrzymał jej brodę. Dotyk jego gorącej dłoni wywołał 
rumieniec na policzkach Raiji. Stała nieruchomo pod jego 
spojrzeniem, które mówiło więcej, niż trzynastolatka potra­

fiła zrozumieć. - Jesteś piękną młodziutką kobietą, Mały 
Kruku. Nie zapominaj o tym i bądź z tego dumna. 

Drżący głos Mikkala wyrażał bezgraniczną czułość. 
Chłopak cofnął gwałtownie rękę i wszedł do środka, po­

zostawiając Raiję oniemiałą ze zdumienia. 

Ten Mikkal się jakoś dziwnie zachowuje! pomyślała, od­

prowadzając wzrokiem swego przybranego brata, którego 
nagle przestała rozumieć. 

Zaraz jednak podążyła jego śladem. 

Jedli w milczeniu. Mikkal raz po raz zerkał ukradkiem na 

Raiję, co nie uszło uwagi Ravny. Serce krwawiło jej z żalu 
nad synem. Ile czułości kryło się w tych spojrzeniach! 

Czy patrzyłby z takim samym żarem na Lailę, gdyby ży­

ła? Czy tak patrzy brat na siostrę? 

W głowie Ravny roiło się od pytań i wątpliwości. Mik­

kal, choćby nie wiadomo jak się starał, nie potrafił ukryć 

background image

swego uwielbienia dla Raiji. Zachowywał się jak zakochany 
mężczyzna. 

Stało się to, o czym Ravna marzyła. 

Wiedziała, co prawda, że Pehr umyślił sobie na synową 

Siggę. Nigdy nie powiedział żonie tego wprost, ale bez tru­
du wysnuła taki wniosek na podstawie rzucanych przez nie­
go mimochodem słów. 

W gruncie rzeczy Ravna nie miała nic przeciwko urodzi­

wej córce Pawy, zręcznej i skromnej. Doprawdy była to wy­

marzona kandydatka na żonę, a przy tym miała szesnaście 
lat - osiągnęła więc w przeciwieństwie do Raiji wiek odpo­
wiedni do zamążpójścia. 

Ale pomimo wszystkich tych zalet Ravna nie umiała so­

bie wyobrazić Siggi w roli przyszłej synowej. Wiedziała, że 

ta dziewczyna nie nadaje się na żonę dla Mikkala. Ravna tak 
bardzo pragnęła, by jej syn był szczęśliwy i dostał od życia 
to, co najlepsze! Sigga niewątpliwie mogła być wspaniałą żo­

ną, ale dla innego mężczyzny. Nie dla Mikkala. 

Po posiłku syn położył się na posłaniu i przyglądał się 

krzątającym kobietom. 

- Czy dziś się nie wybierasz do synów Pawy? - rzuciła 

niby to obojętnie Raija. 

Ravna, słysząc to, uśmiechnęła się w duchu. 
- Nie - odrzekł stanowczo Mikkal. 
- Mogę z tobą pójść! - mówiła dalej z uśmieszkiem Rai­

ja, bawiąc się warkoczem. - Potrzymam cię za rękę, starszy 
bracie... 

- Wykluczone! - twarz Mikkala stężała. 
- A może sama pójdę? - ciągnęła Raija. 
- Nie wolno ci! - rzucił Mikkal, unosząc się na łokciach. 
- Ha! - prychnęła Raija. - Chyba nie sądzisz, że będę cię 

pytać o pozwolenie? 

- Nie wypada, żebyś sama odwiedzała synów Pawy -

chłodno oświadczył Mikkal. - Bo jak przypuszczam, to do 
nich się wybierasz, za Siggą przecież nie przepadasz! 

background image

- W przeciwieństwie do innych... - odcięła się Raija. 
Mikkal był śmiertelnie poważny. 
- Chyba nie chcesz, żeby chłopcy czynili sobie jakieś 

nadzieje? 

Raija uniosła brwi w udanym zdumieniu. Nie była głu­

pia. Sprowokowała Mikkala, żeby sprawdzić jego reakcję. 

- Może to wcale nie byłoby takie niemądre - rzuciła, lek­

ko wzruszając ramionami. - Ja dostanę któregoś z synów 
Pawy, a ty ożenisz się z Siggą. Może niedługo będziemy 
prawdziwą rodziną, starszy bracie? 

Raija wiedziała, że sprawia przykrość Mikkalowi, ale 

choć w duchu czuła do siebie pogardę, nie mogła się po­
wstrzymać od złośliwości. 

Ile to razy jej było przykro, kiedy Mikkal wymykał się 

w kierunku jurt Pawy! Teraz odpłacała mu pięknym za 
nadobne. 

- W takim razie, siostrzyczko, pewnie ucieszy cię wiado­

mość, że Aslak jest tobą zainteresowany. - Mikkal zacisnął 
pięści, a oczy mu pociemniały. 

Raija już miała na końcu języka ciętą replikę, ale po­

wstrzymała ją Ravna. 

- Zamilcz! - nakazała, a potem zwróciła się do syna: - Te­

go, co właśnie powiedziałeś, nie mów nigdy ojcu. Nigdy! 

Dlaczego mąż nie miał się o tym dowiedzieć, Ravna nie 

wyjaśniła, ale Mikkal zrozumiał. 

W twarzy matki wyczytał bowiem wyraźne ostrzeżenie, 

ale i zrozumienie. Domyślił się, że odkryła jego najskrytszą 

tajemnicę, że wiedziała to, czego on nawet w myślach nie 
śmiał nazwać. Matka wiedziała... 

I nagle poczuł się tak, jakby uszło z niego powietrze. 

Złość, jaką wywołały przycinki Raiji, zniknęła jak poranna 
rosa w promieniach słońca. 

- Dobrze, mamo, nic nie powiem - odezwał się przytłu­

mionym głosem. 

Ravna odetchnęła z ulgą i uspokojona zajęła się pracą. Ra-

background image

ija wyczuła, że coś się wydarzyło pomiędzy matką a synem, 
ale zarówno Ravna, jak i Mikkal dali jej do zrozumienia, że 
nie chcą o tym rozmawiać. 

Mikkal pociągnął dziewczynę lekko za warkocz. 
- To co, Mały Kruku? Zgoda? 
Uśmiechnął się tak rozbrajająco, że Raija bez najmniej­

szego wahania mu wybaczyła. Nie potrafiła gniewać się na 
Mikkala, w każdym razie niezbyt długo. 

- Zgoda - odpowiedziała i odsłoniła w szerokim uśmiechu 

białe zęby. - Szczerze mówiąc, nie przepadam za Aslakiem... 

W oczach Mikkala pojawiły się wesołe błyski. 
Raija cmoknęła go paradnie, a on odwzajemnił się dziew­

czynie żartobliwym klapsem. Normalnie pewnie by ją to roz­
złościło, ale teraz zrobiło się jej wesoło. Nikomu innemu nie 
pozwoliłaby na taką poufałość. Mikkal jednak był wyjątkiem. 

Wiedział, dlaczego traktowała go inaczej. Dla niej był 

starszym bratem. 

Ravna, która mało mówiła, choć tak wiele rozumiała, odga­

dła uczucia syna. Zapragnęła, by jej mąż nie był taki uparty. 

Ale, niestety, Pehr był surowy i nieustępliwy, a przy tym 

jeszcze bardziej oszczędny w słowach niż żona. W milcze­
niu obserwował syna i Raiję przez następne dni i jego nie­
pokój przybierał na sile. Coraz bardziej utwierdzał się 
w przekonaniu, że ma rację, i postanowił pozbyć się kłopot­
liwej wychowanki. 

Mijały tygodnie, życie toczyło się zwykłym rytmem. Każ­

dy zajmował się swoją pracą. 

Raija baczniej niż kiedyś przyglądała się Aslakowi, pewna, 

że nikt tego nie widzi. Nie miała w stosunku do niego żad­
nych specjalnych zamiarów, kierowała nią zwykła ciekawość. 
To Mikkal, wspomniawszy, że Aslak jest nią zainteresowany, 
zdołał zaintrygować budzącą się w niej kobietę. 

Teraz widziała Aslaka w innym świetle, ale z jej strony 

nie mogło być mowy o jakimś głębszym uczuciu. 

background image

Wydawało się, że nic nie zburzy spokojnej codzienności. 

Stało się jednak inaczej. 

Któregoś wieczoru Pehr wybierał się wraz z Pawą pilno­

wać stada. Ci dwaj mężczyźni spędzali ostatnio ze sobą wie­
le czasu. Bez porozumienia z Ravną Pehr rozmówił się 
z Pawą i wspólnie ustalili, jak załatwić wszystko najlepiej 
dla obu stron. 

Pehr przywołał Raiję i bez ogródek oświadczył: 
- Dłużej nie możesz u nas zostać, Raiju. Nie jesteś jedną 

z nas. Przyrzekłem twemu ojcu przeprowadzić cię do Ruiji 
i dotrzymałem słowa. Ale obiecałem mu także, że znajdę dla 
ciebie norweskich opiekunów. Nie daje mi to spokoju, dla­
tego zdecydowałem, że wyjedziesz. 

Raija wpatrywała się w Pehra szeroko otwartymi oczyma. 

Słyszała jego słowa, ale nie pojmowała ich znaczenia. Głos 
mężczyzny dochodził do niej jakby z daleka, ona sama zaś 

miała wrażenie, że unosi się gdzieś wysoko pod chmurami. 
W jednej chwili jakby cofnęła się w czasie o pięć lat. Bo prze­
cież już kiedyś to przeżyła. Dokładnie to samo. 

I tak jak wtedy, w domu w Tornedalen przed pięciu la­

ty, całe jej życie legło w gruzach. 

- Nie mogę u was dłużej zostać? - wyszeptała tylko zbie­

lałymi wargami. Oczy jej płonęły taką rozpaczą, że nawet 
Pehr poczuł się nieswojo. 

- Lepiej ci będzie u swoich - odrzekł, unikając bezpośred­

niej odpowiedzi na pytanie. - Zresztą to już postanowione 
- dodał zapatrzony w horyzont. - Wkrótce  P a w a wyruszy 
na zimowe leże, a ty zabierzesz się z nim. 

To powiedziawszy, odwrócił się i ruszył w stronę pastwi­

ska. 

Raija ocknęła się, pobiegła za Pehrem i chwyciła go za rękę. 
- Dokąd mam jechać? 
Popatrzył na nią obojętnym wzrokiem. Raija puściła go, 

a on poszedł dalej, rzucając przez ramię tylko jedno słowo: 

- Lyngen. 

background image

Łzy cisnęły się Raiji do oczu, nie mogła zebrać myśli. 
Po raz drugi już w jej krótkim życiu otworzyła się przed 

nią otchłań. Dławił ją płacz, ledwie zdołała stłumić szloch. 
Nic nie widząc przez zasłonę łez, rzuciła się przed siebie, 
byle jak najdalej od obozowiska. Nie zastanawiała się, do­
kąd ucieka. Po prostu biegła, biegła... 

Oczy ją piekły, ocierała je, ale nie mogła przestać płakać. 
Co chwila potykała się i upadała. Pokaleczyła ręce i ko­

lana, zabłociła twarz. Ale za każdym razem wstawała i zno­
wu biegła przed siebie. Dalej, coraz dalej... 

Gdy tylko Mikkal wszedł do jurty, wyczuł, że coś się stało. 
Omiótł spojrzeniem niewielką przestrzeń. Matka siedzia­

ła nieruchomo na swoim zwykłym miejscu, ale wyglądała 
na zmartwioną. 

- Gdzie Raija? - zapytał, zatrzymując się w wejściu. 
Matka wzruszyła ramionami. 
- Nie wiem. Widziałam, jak rozmawiała z ojcem. Nie 

przyszła razem z nim? 

Mikkal pokręcił przecząco głową. 
Niechętnie usiadł do posiłku, ale nic mu nie smakowało. 

Nie potrafił wyjaśnić, skąd się w nim bierze ten dziwny nie­
pokój. Co prawda wiedział, że Raija bywa czasem lekkomy­
ślna, jednak nie miała zwyczaju znikać bez uprzedzenia. 

- Chyba nie poszła do Pawy? - zapytał zdjęty nagłym 

strachem. Przypomniał sobie, że ostatnio Raija wyraźnie za­
interesowała się Aslakiem. 

Ravna zaprzeczyła. 
Mikkal wstał i wyjrzał na zewnątrz. Czy ojciec nie wy­

glądał jakoś dziwnie? zastanowił się nagle. Nie, chyba nie. 
Nie ma co wpadać w panikę! Może Raija po prostu chciała 
pobyć trochę sama? 

W jurcie zapanowała przygnębiająca cisza. 
- Ojciec coś knuje - odezwała się nagle Ravna, nie pod­

nosząc wzroku znad roboty i nie przerywając ani na chwi-

background image

lę szycia kumagów. W tej pracy nie miała sobie równych. 
Członkowie rodziny szybko zdzierali obuwie, więc Ravna 
szyła kolejne pary. Raija starała się pomagać, ale brakowa­

ło jej cierpliwości. Zazwyczaj więc Ravna poprawiała i sa­
ma kończyła jej szycie. Właściwie szybciej poradziłaby so­
bie z tą pracą bez pomocy przybranej córki. 

- Nic mi nie powiedział - ciągnęła Ravna. - Ale ja czuję, 

że coś knuje. 

Odłożyła na bok but i opuściła dłonie. Popatrzyła z po­

wagą na Mikkala, a potem rzekła głosem przepełnionym 
smutkiem i miłością: 

- Nie powinieneś tak otwarcie okazywać swoich uczuć, 

synu. 

Mikkal oblał się gwałtownym rumieńcem i zacisnął usta, 

nozdrza mu drgały. 

Ravna uśmiechała się z matczyną czułością, pełna zrozu­

mienia. Mikkal chciał coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu 

w gardle. Odwrócił się i oparł czołem o ścianę jurty. 

- Ja także tego chciałam. - W głosie Ravny wyczuwało się 

drżenie. - Przez cały czas o tym marzyłam. Tak bardzo ją 
pokochałam, nie chcę jej stracić. Ale nie przewidziałam, że 

to przyjdzie tak wcześnie. Gdybyś trochę poczekał, Mikka-
lu! Raija jest jeszcze taka młoda... 

Młodzieniec wyprostował się, z jego przymrużonych 

oczu wyzierała rozpacz, twarz miał ściągniętą bólem. 

- Myślisz, mamo, że o tym nie wiem? 
Ravna nie odpowiedziała. Zajęła się ponownie pracą. 
Mikkal patrzył przed siebie. Wszystko to, co skrywał 

w sobie, jak mu się zdawało przez całą wieczność, wypłynę­
ło teraz na powierzchnię niczym śmietana na mleku, którą 
można łatwo zebrać. 

- Nie chciałem tego - rzekł ze smutkiem. - Naprawdę nie 

chciałem. Ale nic na to nie poradzę. Nie dało się tego uniknąć... 

Wpatrywał się w milczeniu w niebo, w pustkę. Potem 

odetchnął ciężko i zapytał już niemal zwykłym głosem: 

background image

- Gdzie ona się podziewa? 

Ravna wyszła za nim z jurty i razem przeszukali obozo­

wisko. 

Raiji nigdzie nie było. Żeby tak zniknąć bez uprzedzenia? 

To zupełnie do niej niepodobne. Matka i syn popatrzyli po 

sobie. 

Coś się musiało stać, coś, o czym żadne z nich nie wie­

działo. Obojgu niemal równocześnie przyszło na myśl, że 
ostatnią osobą, z którą rozmawiała Raija, był Pehr. 

Mikkal wsunął kciuki za pas. Zmrużył oczy i zacisnął usta. 
- Pójdę z nim pomówić - oznajmił po chwili głosem nie 

zdradzającym żadnych uczuć. - Z pewnością maczał w tym 
palce! Sam mi powie o wszystkim. 

Ravna stała nieruchomo, odprowadzając wzrokiem odda­

lającego się pośpiesznie syna. Wieczorne słońce rzucało zło­
ciste promienie i barwiło krajobraz na czerwono. 

Przemknęło jej przez myśl, że nie chciałaby teraz znaleźć 

się w skórze męża. Mikkal był w takim nastroju, że byle co 
mogło go rozwścieczyć. 

Ravna liczyła, że mąż wykaże rozsądek. 
Nagle przestała się obawiać o Raiję. Wiedziała, że Mik­

kal ją odnajdzie. 

background image

Mikkal ani myślał bawić się w grzeczności. Stanął przed 

ojcem w szerokim rozkroku i popatrzył mu prosto w oczy 
- nie jak zbuntowany wyrostek, ale jak dorosły mężczyzna. 

Pawa zrozumiał, że coś musiało się stać, i bez słowa od­

szedł na bok. Nie chciał być świadkiem sprzeczki między 
Pehrem a jego synem. 

- Gdzie Raija? - rzucił krótko Mikkal. 
Pehr był zaskoczony pytaniem syna, ale nie dał tego po 

sobie poznać. 

- Pytałem cię o coś! - Mikkal nie podniósł głosu, ale nie 

ulegało najmniejszej wątpliwości, że jest zdesperowany. 

Patrząc na swego dorodnego jedynaka, przez ułamek se­

kundy Pehr poczuł ojcowską dumę. Szybko jednak przypo­
mniał sobie, że chłopak może ściągnąć wstyd na całą rodzi­
nę. Doprawdy, nie zasługuje na to, by się nim szczycić! 

- Raija? - Pehr rozłożył ręce. - Tutaj jej nie ma. Zapytaj 

matkę! Nie pałam taką jak ona miłością do tego dzieciaka. 

- Raiji nie ma w obozowisku - wyjaśnił Mikkal już nie 

panując nad niepokojem. 

- Ach, nie? - Pehr uśmiechnął się lekko. 
- Co jej powiedziałeś? 
- Siadaj! 
Mikkal zawahał się przez moment, ale został wychowany 

w posłuszeństwie wobec ojca. Kucnął więc i zmrużywszy 
oczy, popatrzył wyczekująco. Pehr postanowił być szczery. 

- Nie podoba mi się twój stosunek do Raiji - rzekł twardo. 
Z zastygłej twarzy Mikkala trudno było wyczytać targa-

background image

jące nim uczucia. Jego oblicze przypominało maskę. Tylko 
oczy żyły, błyszczały żółto z wściekłości. 

Ale Pehr nie przeląkł się złości syna. 
Powie mu wszystko. Mikkal musi go wysłuchać! 

Nie dopuszczał myśli, że mogłoby stać się inaczej. 

- Raija nas opuści, po części sam jesteś temu winien -

oznajmił stanowczo. 

Z twarzy Mikkała opadła maska, tak szczelnie dotąd 

skrywająca jego uczucia. 

- Powiedziałeś jej to? - spytał z niedowierzaniem, uno­

sząc brwi. 

- Musiałem - odparł ze spokojem ojciec. 
- Aslak? - wychrypiał z trudem Mikkal. 
- A więc wiesz o tym? - Na twarzy Pehra nie drgnął ani 

jeden mięsień. - Nie, nie Aslak. 

Chłopak odetchnął z ulgą. 
- Postanowiłem, że odeślę Raiję do Lyngen, do norwe­

skiej rodziny, tak jak mnie prosił Erkki Alatalo. 

- Nie możesz tego uczynić! - przerwał ojcu wzburzony 

Mikkal. - Miejsce Raiji jest tutaj. U nas! - Omal nie powie­
dział „u mnie", ale opamiętał się w ostatniej chwili. 

- Mogę! - Pehr wstał. - Mogę, Mikkalu, i właśnie to uczy­

nię! Nikt mi w tym nie przeszkodzi! Zapamiętaj to sobie! 
Nikt! - Odetchnął głęboko i dodał: - I radzę ci, skończ z ty­
mi głupstwami. Im szybciej, tym lepiej! 

Mikkal spuścił głowę i w milczeniu patrzył na swe dłonie. 
- Skończ z tymi głupstwami - powtórzył ojciec. - Mam 

wobec ciebie pewne plany. Chodzi o Siggę. 

- Czy to także już zostało postanowione? - W głosie Mik­

kała zabrzmiało szyderstwo, ale ojciec nie zwrócił na to uwagi. 

- T a k . 
- A jeśli nie zechcę? 

Pehr popatrzył na syna zdumiony. Sama myśl o tym, że 

Mikkal mógłby się przeciwstawić jego woli, była dla niego 

wstrząsem. 

background image

- To postanowione - wysyczał przez zęby. - Pawa i ja 

zdecydowaliśmy o tym już dawno. 

- A Raija? 
Pehr usiadł i popatrzył na syna. Na jego twarzy nie do­

strzegł najmniejszych oznak synowskiego oddania. 

- Raija, Mikkalu, nie powinna cię w ogóle obchodzić -

rzekł z naciskiem. - Trafi do swoich. 

- Raija jest u swoich - z uporem odparł Mikkal. 
Pehr pokręcił głową. 
- Mylisz się, Raija nie jest jedną z nas, nigdy nie była. To 

dziewczyna nie dla ciebie. Sigga bardziej nadaje się na twoją 
żonę. Pochodzicie z tego samego ludu, pamiętaj o tym! 

Mikkal westchnął. 

- Ojcze - zaczął niepewnie - kochałeś mamę, czy zosta­

liście przymuszeni do zawarcia małżeństwa? 

Twarz Pehra drgnęła. 
- To nie ma nic do rzeczy - odpowiedział i zamilkł. A po 

chwili dodał: - Kochałem twoją matkę, ale pobierając się, 
wypełniliśmy wolę naszych rodziców. 

Pehr najwyraźniej chciał przez to podkreślić, że niezależ­

nie od swych uczuć podporządkowałby się woli rodziców. 

- Nie możesz odesłać Raiji do Lyngen! - Głos Mikkala 

przybrał błagalny ton. - Obiecuję, że skończę z tymi, jak po­

wiadasz, głupstwami. Tylko pozwól jej zostać. Zrobię wszy­
stko, co zechcesz - ciągnął, nie patrząc na ojca. - Ożenię się 
z Siggą. Tylko pozwól Raiji zostać z nami. 

Pehr spoważniał. 

- Nic nie wytargujesz, Mikkalu! Martwi mnie tylko, że 

tak przejmujesz się tym, bo zdania nie zmienię. Raija poje­
dzie do Lyngen. A jeśli nawet by została, to dla Aslaka, nie 
dla ciebie. Nie czyń sobie żadnych nadziei! 

Mikkal zacisnął zęby. Poczuł się tak, jakby dostał 

w twarz. Słowa ojca odbijały się w jego głowie złowieszczym 
echem. Minęła cała wieczność, nim odzyskał mowę. 

- Rozumiem, Raija pojedzie do Lyngen. Porozmawiam 

background image

z nią - rzekł bezbarwnie, podźwignąwszy się z miejsca. 

Zdawało mu się, że coś w nim umarło. Przegrał walkę, nim 

jeszcze na dobre się zaczęła. Miał dopiero dziewiętnaście lat, 
a czuł się tak, jakby przeżył całe stulecie. Oślepiony bólem 
szedł przez płaskowyż, zadając sobie jedno tylko pytanie: 
Czy na tym polega sens życia, by doświadczać porażki za 
porażką? Czy narodził się tylko po to, by cierpieć? Nigdy 
nie będzie mu dane zaznać szczęścia, które było tak blisko... 

Raiji zabrakło łez. Spuchnięte i zaczerwienione oczy, 

z których wyzierała pustka, wpatrywały się w jakiś odległy 
punkt, nie widząc niczego. 

A było jej tak dobrze! Zaczynało kiełkować w niej jakieś 

nowe, wzniosłe uczucie, obce, ale zarazem niezwykle deli­
katne. Jeszcze nie rozumiała, co to, ale wydawało się jej ta­
kie cudowne. Słodki ból gdzieś głęboko w środku... Może 
tak właśnie się dzieje, gdy człowiek dorasta? 

Na pewno czas odsłoniłby przed nią tę tajemnicę, prze­

czuwała to. Przycisnęła dłonie do piersi. Serce waliło jej jak 
szalone, tłukło się jak u przerażonego pisklęcia wyrzucone­
go z gniazda. 

Czuła tam w środku ciepełko, maleńki słaby płomyk na 

wietrze. Nie rozumiała, kto go w niej rozpalił, ale wiedzia­
ła, że jeśli stąd wyjedzie, płomyk zgaśnie. 

Raija zapatrzyła się na otaczające ją grzęzawiska, gęste 

łozinowe zarośla i kępy północnych wrzosów. Kwitnące 
moroszki porastające mokradła bieliły się, z daleka przypo­
minając błyszczące w słońcu płatki śniegu. Niebo na zacho­
dzie przybrało barwę purpury. Zza wzgórza znajdującego 
się za moroszkowym kobiercem wyglądała słoneczna tarcza. 
Chmury przypominały plamy krwi. Może to jakiś znak? 

Raija oparła się o głaz, przy którym odpoczywała. Pochy­

lony kolos porośnięty mchem, przypominający zgarbione­
go starca, chronił od wiatru i niepogody. 

Raija pomyślała sobie, że przed nią na tym miejscu sie-

background image

działo pewnie wiele ludzi, ale chyba nikomu nie towarzy­
szyły takie ponure myśli. 

Zapragnęła umrzeć. Może umrze, jeśli tu zostanie dość 

długo? Ciekawe, czy by jej szukali? 

Pehr z pewnością nie, raczej by się ucieszył, że zniknęła. 

Może Aslak by się zaniepokoił? Trudno powiedzieć. Ale Ra-

vna na pewno będzie się martwić, i Mikkal... Mikkal będzie 

jej szukać. 

Raija wyobraziła sobie, jak ją znajduje martwą... Nie! To 

okropne! Dziewczynka pośpiesznie otworzyła oczy, by 
uciec od ponurego obrazu, jaki podsuwała jej wyobraźnia. 
Tłumaczyła sobie, że musi pogodzić się z rzeczywistością. 

Otworzyła szeroko oczy i zamrugała gwałtownie powieka­

mi... Co to? Czyżby wzrok spłatał jej figla? Nie, nawet ona, Ra­
ija, nie potrafiła nadawać marzeniom tak realnych kształtów. 

Na tle słonecznej tarczy wychylającej się zza wzgórza do­

strzegła ciemną postać. Na pewno nie był to głaz ani wierz­
bowe zarośla. 

A więc szukali jej! Dziewczyna nie widziała wprawdzie 

z daleka twarzy, ale bez trudu domyśliła się, kim jest nad­
chodzący. Wstała jak lunatyczka i pobiegła mu na spotka­
nie. Kiedy Mikkal chwycił ją w ramiona i uścisnął z całych 
sił, poczuła ulgę, choć bała się, że połamie jej kości. 

W kółko szeptał jej imię i gładząc po włosach, mówił nie­

składnie o swej rozpaczy i lęku. 

- Raiju, maleńka, dlaczego to zrobiłaś? 
Zdumiona zwróciła ku niemu twarz. Czyżby nie wiedział? 

Nie rozumiał? 

Mikkal, dostrzegłszy w oczach dziewczyny nieme oskar­

żenie, wypuścił ją gwałtownie z objęć. Znużony osunął się 
na wrzosy i otarł czoło. Komary, zwabione zapachem potu, 
obsiadły mu twarz, ale on ledwie je zauważał. 

Raija nie usiadła. 
Ze łzami w oczach i na pół rozplecionym warkoczem wy­

glądała jak ucieleśnienie cierpienia. 

background image

- Nie mów, że i ty chcesz mnie stąd odesłać, Mikkalu! 
W milczeniu patrzył na jej ciemną sylwetkę na tle płoną­

cego nieba. Chociaż niewysoka i drobnej budowy, domino­
wała teraz nad nim. Wieczór powoli przechodził w noc, 

ochłodziło się, powietrze stało się klarowniejsze, ale Raija 
zdawała się tego nie zauważać. 

Mikkal odniósł nagle wrażenie, że Raija stoi w samym 

środku płonącego stosu, nie dostrzegając wcale języków 
ognia. Ale to nie był ogień, lecz postrzępiona chmura w ko­
lorze krwi i miłości... 

Wydało mu się, że ta mała zrozpaczona dziewczyna po­

siada w sobie niesamowitą moc. Zdziwił się, ale zarazem ura­
dował, bo nagle zyskał pewność, że Raija nie przelęknie się 
nawet wtedy, kiedy na swej drodze napotka stallo czy inne 
złe moce. 

Poradzi sobie! przemknęła mu nagła myśl. Przeciwstawi 

się wszelkim przeciwnościom losu. Będzie przygotowana, 
nie da się zaskoczyć. Z zasadzek, jakie szykuje jej życie, wyj­
dzie cało, z podniesionym czołem. Czy jednak była to dla 
niego jakaś pociecha? Nie miał do końca pewności. 

- Chcesz, żebym wyjechała? - powtórzyła. 
Powoli pokręcił głową. 
- Dlaczego jestem dziewczyną? - wybuchnęła z rozpaczą 

i zrezygnowana opadła na kolana. - Gdybym była chłopakiem, 
Pehr pozwoliłby mi zostać. Potrzebowałby mnie wówczas. 

- To nie dlatego... 
Mikkal uświadomił sobie, że bierze w obronę swego ojca. 
Raija zwróciła się ku niemu i zawołała z gniewem: 
- Skoro jesteś taki mądry, wytłumacz mi, czemu przesta­

łam być tu mile widziana? Dlaczego mam wyjechać gdzieś, 
gdzie nie znam żywej duszy? 

- Tak będzie najlepiej - wydusił Mikkal przez zaciśnięte 

zęby. 

Mógłby jej oczywiście powiedzieć, skąd ten pośpiech, by 

ją odesłać. Mógłby... ale nie uczyni tego. Wolał zaoszczędzić 

background image

jej bólu. Lepiej nie pozbawiać jej resztki złudzeń. Na zawsze 
pozostanie dla niej kochanym starszym bratem, na którego 
może liczyć. Tak powinno być. Nie chciał zniszczyć tego 

obrazu. Nie powie o roli, jaką odegrał w tym dramacie. 
Ukryje przed Raiją prawdę, by nie skrzywdzić tego dziec­
ka, jakim nadal była. 

- Nie zawiedź mnie, Mikkalu! - W błagalnym geście chwy­

ciła go za łydki. Mocny uścisk małych dłoni parzył jak ogień, 
przenikając przez cholewy aż do nagiej skóry. 

Mikkal zaczerpnął parę haustów chłodnego powietrza, 

by się opanować i żeby jego głos zabrzmiał mocno i zdecy­
dowanie. 

- Twój ojciec życzył sobie, żebyśmy zabrali cię na wy­

brzeże i umieścili w norweskiej rodzinie. 

Raiji wydawało się, że słowa Mikkala docierają do niej 

z bardzo daleka. 

- Mnie jest tutaj dobrze - powiedziała. 
- Wiem, że dobrze się u nas czułaś. Ja... my... bardzo cię 

kochamy. Ale niedługo staniesz się dorosła i musisz pojechać 
tam, dokąd chciał cię wysłać ojciec, tam, gdzie spotkasz swo­
ich rodaków. Wiem, że wielu Finów osiedliło się w Lyngen... 

Raija, wciąż jeszcze bardzo dziecinna, nie dostrzegała żad­

nej logiki w tym, co mówił Mikkal. 

- Dorosła! - prychnęła, zaśmiawszy się krótko. - Mam je­

chać do obcych ludzi, dlatego że niedługo będę dorosła? Nie 
rozumiem! 

Mikkal westchnął i odgarnął z czoła długą czarną grzyw­

kę. Dlaczego ojciec nie zadbał o to, by Raiji wyjaśnić wszy­
stko do końca? Doprawdy, wiele załatwił, ale najgorsze po­
zostawił Mikkalowi... 

Z rezygnacją popatrzył w brązowe oczy dziewczynki. 
- Niedługo staniesz się na tyle dorosła, by wyjść za mąż. 

Kogo tutaj poślubisz? Aslaka? Andersa? Nie, Raiju, ty nie 
jesteś stworzona dla żadnego z nich. Powinnaś sobie zna­
leźć kogoś ze swoich. Tak będzie najlepiej dla wszystkich. 

background image

Raija zagryzła dolną wargę i zarumieniła się. O tym nie 

pomyślała... Rzeczywiście, wkrótce... Sądziła zawsze... Co 

właściwie sądziła? Policzki spłonęły jej jeszcze bardziej, gdy 
to sobie uzmysłowiła. Uznawała za oczywiste, że Mikkal za­
wsze będzie ją chronił i otaczał opieką. Że nie musi wycho­

dzić za mąż, skoro Mikkal zawsze będzie przy niej. 

Jak mogła okazać się aż taka niemądra? Rozgniewała się 

na samą siebie. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że przecież 
Mikkal zechce się ożenić i założyć rodzinę. 

Mikkal nie pozostanie na zawsze jej ukochanym star­

szym bratem, któremu ufa bezgranicznie, jej opiekunem 
i ostoją. Wcześniej czy później będzie należał do innej ko­
biety. Nie jako brat, ale jako... 

Nie będzie mogła dzielić z nim tamtych uczuć, nie bę­

dzie mogła dzielić się nim z tamtą kobietą. Co ona sobie 
w ogóle wyobrażała? Przecież tak naprawdę wcale nie jest 
jego siostrą! Tylko Raiją Alatalo z Tornedalen. 

Nagle uświadomiła sobie, że ta na nowo odkryta prawda 

otwiera przed nią nieznane dotąd perspektywy... 

Mikkal dostrzegł, że jego słowa wywarły pożądany skutek. 
O ile ją znał, dotąd nie pomyślała o tym, że kiedyś bę­

dzie dorosła. 

- Myślisz, że łatwo mi będzie rozstać się z tobą? - zapy­

tał z troską, uścisnąwszy przyjaźnie jej dłoń. - Ale ostatnie, 
czego pragnę, to widzieć cię w roli żony któregoś z synów 
Pawy. Przecież nie po to przybyłaś do Ruiji, Mały Kruku! 
Myślę, że nie po to! 

Sądził, że Raija będzie protestowała, ale ona milczała. Nie 

atakowała go, nie ciskała przekleństwami, jakie nie przystoją 
dziewczynce, w jej oczach nie dostrzegł uporu ani błagania. 

Twarz Raiji była pusta, bez wyrazu. Dziewczynka pod­

dała się. 

- Ach, tak - wyrzekła tylko, cofając rękę. Drobne dłonie 

na kolanach wyglądały żałośnie. Kiedy patrzył na nią, prze­
żywał prawdziwe tortury. 

background image

Słońce zniknęło, ale niebo nadal płonęło wszystkimi od­

cieniami purpury, rozjaśnionej tu i ówdzie złotem i oran­
iem. Było pięknie. 

Mikkal potrafił okiełznać złość Raiji, przywykł do tego, 

ale nie mógł znieść jej cichej rezygnacji. Napawała go lękiem. 
Nadal nie potrafił wyjaśnić Raiji wszystkiego. Prawda była 
zbyt zawikłana, a jego rola w tym dramacie aż nazbyt oczy­
wista. Czy mógł wyznać dziewczynie, że to on ponosi winę 
za wszystko, co ma się stać? 

- Musimy wracać. 
Wstał i nie patrząc na dziewczynę, ruszył wolno przed 

siebie. 

- Poczekaj! - dogonił go cichy, zalękniony głos. 
Fala czułości złagodziła jego surową twarz. W kilku su­

sach znalazł się przy dziewczynie. 

- Jesteś zmęczona - powiedział. 
Raija pokiwała głową. Dopiero teraz zorientowała się, że 

nogi ma jak z waty i że boli ją całe ciało, a przy tym uświa­
domiła sobie, że od śniadania nic nie jadła. Od tej pory upły­
nęło wiele godzin i głód wyraźnie jej dokuczał. Poza tym 
przemokły jej stopy i drżała na całym ciele, zziębnięta. 

Mikkal, widząc, jak dygocze, przytulił ją mocno. Raija za­

rzuciła mu ręce na szyję i chłonęła ciepło, którego jej uży­
czał. W jego silnych ramionach czuła się bezpieczna. 

Mikkal obejmował ją delikatnie. Oczy mu pociemniały, 

skrywając tajemnicę, której Raija nigdy nie miała poznać. 

- W każdym razie nie możemy stać w tym błocie - zade­

cydował i wziął ją na ręce, jakby ważyła tyle co piórko. Ro­
zejrzał się wokół i uznał, że tylko głaz, przy którym odna­
lazł Raiję, może dać im osłonę przed chłodnym wiatrem, 
który nocą na płaskowyżu wiał dość silnie. 

Skierował kroki w stronę kamiennego kolosa, leżącego na 

suchym podłożu tuż obok niewielkiego zagłębienia. 

Nie raz nocował już pod gołym niebem, sam bądź z in­

nymi, bywało, że bez jedzenia. 

background image

Jedzenie... no tak, nie pomyślał, żeby coś zabrać ze sobą! 

Sam był po obiedzie, gorzej z Raiją. Wybiegł z obozowiska 
na łeb, na szyję, pochłonięty jednym tylko pragnieniem - że­
by ją znaleźć. Nie mógł sobie darować takiej bezmyślności. 
Przecież pragnął się o nią troszczyć, chciał jej dobra. Teraz 
jednak niewiele mógł zrobić, by jej pomóc. 

Naciął wierzbowych witek i przygotował legowisko pod 

osłoną głazu. Raija tymczasem nazbierała szczawiu. Jadła teraz 
grube zielone liście i rozgniatała w palcach czerwone kwiaty. 

Mikkal, spojrzawszy na nią, uśmiechnął się sam do sie­

bie. Inna na jej miejscu użalałaby się, uderzyła w płacz, wy­
myślała mu od najgorszych, ale nie Raija. Miał rację, ta 
dziewczyna poradzi sobie w każdej sytuacji. Wiedział, że 
jest głodna, ale zamiast się skarżyć, starała się oszukać pu­
sty żołądek tym, co miała pod ręką. 

Podziwiał ją za to. Jego mała Raija była wyjątkowo dziel­

na. Przypominała mu uparty górski kwiatek, który kolejny 
raz miał zostać wyrwany z ziemi i przesadzony w inne miej­
sce. Była jak obcy ptak, który na swój sposób potrafił się 
przystosować do nowych warunków, niezależnie od prze­
ciwności, jakie by napotykał. 

Raija. Dumna córka Erkkiego Alatalo. Jego przybrana 

siostra. Mały Kruk. Dziewczyna, która nigdy nie będzie na­
leżeć do niego. 

- Mikkal, śpisz? - Głos Raiji wyrwał go z zamyślenia. Po­

trząsnęła nim, a potem ufnie wsunęła mu rękę pod pachę. 
Mikkal nie protestował, bo czuł, że dziewczyna spragniona 
jest bliskości drugiego człowieka. 

- Myślę, że przenocujemy tutaj. Rano będziemy mieć wię­

cej sił. 

- Ale przecież ty o świcie musisz iść pilnować stada - za­

protestowała. 

Mikkal uśmiechnął się tylko i poprowadził ją na przygo­

towane legowisko. Umieścił dziewczynę przy samym ka­
mieniu, gdzie najmniej wiało, a sam ułożył się obok. Ogrze-

background image

wał ją swym ciałem, a równocześnie osłaniał od wiatru. Ra­
ija wyciągnęła się przy nim, wzruszająco ufna. Wierzyła mu 
bez najmniejszych zastrzeżeń. Mikkal wsunął jej pod głowę 
ramię, żeby miała wygodnie. Czy ufałaby mu tak ślepo, gdy­
by potrafiła czytać w jego myślach? Gdyby poznała choć 
małą cząstkę jego marzeń? 

Zacisnął usta i zamknął oczy, nie liczył jednak na to, że 

noc ześle mu sen. Raija, przytuliwszy się mocno do niego, 
zasnęła skulona w kłębek. 

Mikkal słyszał jej spokojny oddech. Rozplecione włosy 

dziewczyny łaskotały go w policzek. Leżał jednak nierucho­
mo, wpatrzony w nocne niebo, tracące z wolna odcień pur­
pury. Zmagał się z myślami, które trudno by nazwać brater­
skimi. Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby Raija by­
ła trochę starsza! 

Brakowało kilku lat, by mógł zadecydować o ich wspól­

nej przyszłości. 

Trwająca zaledwie parę godzin noc zdawała się Mikkalo-

wi długa jak całe życie. Przeżywał tortury. Raija leżała tak 

blisko, a była dlań nieosiągalna jak gwiazda na niebie. 

Tuż przed świtem obudził ją, pociągając lekko za włosy. 

Dziewczynka, choć nadal głodna, nie narzekała, bo zdawa­

ła sobie sprawę, że sama napytała sobie biedy. Najważniej­
sze, że odzyskała siły, a poranne słońce ogrzewało jej ciało. 

Szli ku obozowisku. Mikkal milczał, co trochę dziwiło 

Raiję. Nie należał wszak do osób, które od rana miewają 

kiepski humor. Nie dociekała jednak, co się stało. 

Wystarczyło jej, że idzie kilka kroków za nim. Musiała do­

brze wyciągać nogi, żeby nadążyć, ale nawet nie przeszło jej 
przez myśl prosić go, by zwolnił. Rozumiała, że śpieszy się do 
stada, i dopasowała się do tempa, jakie narzucił. Miała nadzieję, 

że Mikkal zdąży jeszcze coś zjeść, nim pobiegnie na pastwisko. 

Kiedy zmęczeni i głodni dotarli do obozowiska, Ravna 

nie zapytała ich o nic. Mikkal popatrzył na Raiję surowo 
i nakazał, by zmieniła ubranie i trochę się przespała. Sam 

background image

nie musiał się przebierać. Futrzana bluza nakładana na go­
łe ciało włosem do wewnątrz, dork, utrzymywała ciało su­
che i w cieple nawet w razie przemoczenia. 

Potem wyszedł z jurty i sięgnął po kij pasterski, u dołu 

grubszy, u góry zaś ostro zakończony. 

Matce, która za nim wyszła, opowiedział w kilku zda­

niach o zamiarach ojca. 

- Nie możemy na to pozwolić! - wykrzyknęła porywczo 

Ravna. 

Stanęła przed synem, a z jej oczu wyzierała niema prośba 

o pomoc. Chciała, by wspólnie przeciwstawili się Pehrowi. 

Ale Mikkal umknął wzrokiem przed błagalnym spojrze­

niem matki. 

- Tak będzie najlepiej - powiedział bezbarwnie i odszedł, 

ucinając w ten sposób rozmowę. 

- Nie poznaję cię, synu! - zawołała za nim Ravna, ale 

Mikkal nie odwrócił się. 

Raija mimo woli usłyszała rozmowę matki i syna. Ciągle 

jeszcze ubrana w zabłoconą i mokrą sukienkę ze skóry, wy­
szła do Ravny. Choć miała dopiero trzynaście lat, na jej twa­
rzy malowała się powaga jak u dorosłego, doświadczonego 
przez życie człowieka. W milczeniu, ze smutkiem w oczach 

objęła mocno przybraną matkę. Obie były niemal tego sa­
mego wzrostu. Ravna popatrzyła z rozpaczą na dziewczyn­
kę, którą traktowała jak rodzoną córkę. 

- Mikkal ma rację, tak będzie najlepiej - powiedziała Ra­

ija i ze szlochem wtuliła twarz w kaftan Ravny. Przed nią 
nie wstydziła się łez. 

Przybrana matka obejmowała drżącą jak liść na wietrze 

dziewczynkę, ale nawet ona, która w głębi ducha pragnęła te­
go, czemu Pehr wszystkimi sposobami starał się zapobiec, mu­
siała przyznać, że decyzja męża, choć brutalna, jest słuszna... 

Popatrzyła na słońce, jakby szukała rady w jego złotym 

blasku, ale ono jedynie ją oślepiło. 

- Biedne dziecko - szepnęła, ale Raija tego nie słyszała. 

background image

Nie wszystko jednak ułożyło się po myśli Pehra. Lapoń­

czyk najchętniej wyprawiłby Raiję do Lyngen od razu, ale po­
nieważ trwało jeszcze lato, musiał uzbroić się w cierpliwość 
i czekać, aż Pawa ruszy za stadem na zimowe pastwiska. Wy­
glądał tego dnia jak zbawienia, póki co czyniąc wszystko, by 
utrzymać Mikkala i Raiję z dala od siebie. 

Gdy tylko widział ich razem, natychmiast wynajdywał za­

jęcie dla jednego z nich bądź dla obojga. Ale odnosił wraże­
nie, że Ravna skrycie niweczy jego zamiary, bo gdy tylko 
nadarzała się okazja, wysyłała młodych razem. Kiedy jej to 

wypominał, a zdarzało się to często, robiła niewinną minę 
i zaprzeczała wszystkiemu. Zarzekała się przy tym, że nigdy 
by jej nawet nie przyszło do głowy postępować wbrew wo­
li męża. Ale Pehr nie wierzył żonie, więc i ją zaczął uważnie 
obserwować. Co prawda Ravna nie sprzeciwiała się mocno, 
kiedy oznajmił jej, jakie ma plany wobec Raiji, nie umiał jed­
nak odgadnąć, co ukrywała za swym mądrym spojrzeniem. 

Kiedyś kochał ją do szaleństwa i właściwie nadal darzył 

ją uczuciem, tyle że coraz częściej zdawał sobie sprawę, że 
tak naprawdę nie zna kobiety, która od tylu lat była jego 
żoną. Syna, którego mu urodziła, także chyba nie. 

Lato płynęło na pozór normalnie. Liście wierzbiny powo­

li blakły, a tundra gotowała się do zmiany szaty. Soczysta 
zieleń miała rychło ustąpić pola całej gamie czerwieni. Na 
mokradłach dojrzewały moroszki. Ciągle były jeszcze twar­

de, ale Raija wiedziała, że niebawem będzie można zbierać 
soczyste, żółciutkie owoce. Odwiedziła wszystkie sobie tyl­
ko znane miejsca, gdzie rosły te maliny. Wydawało jej się, że 

background image

nie ma na świecie nic pyszniejszego nad owe złociste kulecz­
ki. Smakowały długimi letnimi nocami, podczas których nie 
zapadały ciemności, smakowały słońcem. 

Cieszyła się, powracając do znajomych miejsc, które od­

wiedzała co roku, odkąd przybyła do Ruiji. Pehr zawsze la­
tem wypasał swoje stado w tym rejonie, renifery bowiem 
miały stałe pastwiska i miejsca, gdzie się cieliły. 

Rajia pokochała te strony, a teraz na swój sposób się z ni­

mi żegnała. Nigdy więcej już nie spędzi tu lata! 

Wkrótce stado zostanie zebrane i rodzina Pehra wyruszy 

na wschód, by dotrzeć na jesienne pastwiska, nim u zwie­
rząt zacznie się czas rui. Przygotowania zresztą były już 
w toku. Należało dokładnie przejrzeć odzież, narzędzia 
i sprzęty, które mieli ze sobą zabrać. Trwało wielkie pako­
wanie i wszyscy byli bardzo zajęci. 

Raija wykonywała sumiennie swoje obowiązki, ale praca nie 

sprawiała jej radości. Wiedziała, że nie powędruje na wschód 
wraz z pozostałymi. Tutaj ich drogi miały się rozdzielić. 

Czas płynął nieubłaganie szybko i wnet dojrzały moroszki. 
Raija z Ravną wybrały się na mokradła nazrywać soczy­

stych owoców. Stały w grząskim błocie z przemoczonymi 
nogami i lepkimi palcami, ale warto było podjąć ten trud. 

Raija wkładała do ust maleńkie słoneczne kulki i zanim 

połknęła, długo rozkoszowała się ich smakiem. Zastanawia­
ła się, czy w Lyngen też rosną moroszki, ale nie miała kogo 
o to zapytać. 

Renifery zostały spędzone w jedno miejsce, a potem oddzie­

lono stado Pehra od stada Pawy. Wszyscy brali udział w se­
lekcji renów, także kobiety. Raija pracowała jak szalona i na­

wet Pehr musiał przyznać, że jest zręczna i wytrwała. 

Starszy syn Pawy, siedemnastoletni Aslak, wprost nie 

mógł oderwać oczu od dziewczyny i prawił jej komplemen­
ty. Raija, rozbawiona, raz po raz posyłała mu uśmiechy, któ­
re bynajmniej nie studziły zainteresowania chłopaka. Aslak 

wiele sobie obiecywał w związku z tym, że Raija miała to-

background image

warzyszyć im w drodze do Lyngen. Często puszczał wodze 
fantazji i wyobrażał sobie, co się wtedy zdarzy... 

Ale cierpliwość nie była jego mocną stroną. Wieczorem, 

kiedy rozdzielono już stada, podążył za Raiją, która odeszła 
poza obozowisko, by w samotności pożegnać się z każdą kę­
pą wrzosów, z krajobrazem, z chmurami... 

Aslak nie rozumiał zachowania dziewczyny, ale było mu 

na rękę spotkać się z nią sam na sam z dala od innych. 

Wyłonił się powoli z cienia i chrząknął delikatnie, żeby jej 

nie przestraszyć. Raija nie wyglądała na zaskoczoną. Odwróciła 
się i skinąwszy nieznacznie głową, zapytała, dokąd się wybiera. 

- Tam gdzie ty - odpowiedział Aslak w przypływie odwa­

gi, bo w gruncie rzeczy był dosyć nieśmiały. 

Roześmiała się. 
- Ja nigdzie nie idę. 

- To się dobrze składa - rzekł cicho Aslak i zbliżył się do 

niej jeszcze o krok. Potem, niewiele myśląc, chwycił dziew­
czynę w ramiona i mocno przycisnął do siebie. 

W pierwszej chwili Raija była zbyt zaskoczona, by zare­

agować. 

O co temu Aslakowi chodzi? pomyślała tylko, bo jego za­

chowanie wcale nie wydało jej się zabawne. 

Zaraz jednak wstąpiła w nią złość i zaczęła się szarpać. 
- Puść mnie, ty głupcze! - syknęła, uderzając drobnymi 

piąstkami w jego tors. 

Był tak zaskoczony, że posłuchał. 
Raija stała nieruchomo, a jej oczy ciskały błyskawice. 

Aslak uznał, że przypomina teraz rozzłoszczonego leminga, 
ale to uczyniło ją jeszcze ponętniejszą w jego oczach. Sigga, 
kiedy się denerwowała, wyglądała jak troll, a Raija była po 
prostu słodka. 

- Głupi jesteś, czy co? - grzmiała. - O co ci chodzi? 
Aslak rozłożył ręce, przeczesał palcami włosy, znów roz­

łożył ręce i zrobił krok w jej stronę. 

Dziewczyna odskoczyła. 

background image

- Nie udawaj niewiniątka! Czyżbyś nic nie pojmowała? -

W głosie Aslaka zabrzmiało zniecierpliwienie. - Mało razy się 

do mnie uśmiechałaś? Myślisz, że nie zauważyłem? Zerkałem 
ku tobie, przecież wiesz, a ty nie sprzeciwiałaś się temu... 

- Uśmiechałam się, spoglądałam na ciebie? - powtórzyła 

Raija zdumiona. - Możliwe, ale to nic nie znaczy - roześmia­
ła się. - I nie daje ci żadnych praw, żebyś tak się do mnie 
odnosił. To obrzydliwe! 

Aslak przytrzymał ją, nim zdołała uciec. 
Nieoczekiwanie jego zielonobrązowe oczy znalazły się 

tuż przy twarzy Raiji, jego grzywka dotknęła jej czoła. Po­
czuła nieprzyjemny zapach z ust chłopaka. To było takie 
wstrętne, takie głupie... 

- Obrzydliwe? - wyszeptał Aslak, wykręcając jej ręce 

i mocno ściskając ją w pasie. - Nie, Raiju, to wcale nie jest 
obrzydliwe, to... 

Chciał, by się przekonała sama, jak to jest naprawdę. Wpa­

trzony w usta dziewczyny, pochylił się nad nią, ale nim zdą­
żył ją pocałować, poczuł nagle na ramieniu żelazny uścisk. 
Ktoś oderwał go od Raiji. W oczach dziewczyny dostrzegł 
uwielbienie, a z ruchu jej warg domyślił się, kto stoi za jego 
plecami. Zaraz też usłyszał, jak Mikkal chrapliwym głosem 
prosi Raiję, by odeszła. Dziewczyna posłuchała od razu. 

Jej reakcja zaskoczyła Aslaka bardziej niż to, co się wy­

darzyło później. 

Mikkal odepchnął go od siebie z odrazą jak jakiegoś ga­

da, a potem, nie przebierając w słowach, nakazał mu trzy­
mać łapy z daleka od Raiji. 

- Bo jeśli nie, to gorzko pożałujesz! - zakończył, a ruch rę­

ki w stronę wiszącego u pasa noża był aż nadto wymowny. 

Syn Pawy jednak nie był wcale głupi. W jego skośnych 

oczach pojawił się błysk zrozumienia. 

- Chcesz ją mieć dla siebie! - zawołał. 
Nie powinien był tego mówić. Mikkal, zwykle spokojny 

i opanowany, niełatwo dawał się sprowokować, jednak kie-

background image

dy wpadał w gniew, biada temu, przeciwko komu był on 
skierowany. 

Jeden cios przekonał Aslaka, że powinien trzymać język 

za zębami. Chłopak runął na ziemię jak rażony gromem. Na 
to, by stawić czoło starszemu i silniejszemu koledze, nie 
miał nawet cienia szansy. 

- Nie waż się zrobić czegoś takiego jeszcze raz, Aslak! -

usłyszał. 

Nie widział wyraźnie twarzy stojącego nad nim Mikka-

la, ale ton, jakim ten przemówił, dobitnie wskazywał, że syn 
Pehra nie żartuje. 

- Nie radzę ci nawet o tym myśleć! - wycedził Mikkal 

przez zęby. - Raija jest moją siostrą, trzymaj się od niej z da­
leka! Zapamiętaj: ona jest dla ciebie za dobra! 

Aslak nie odpowiedział, ale obiecał sobie w duchu prze­

myśleć wszystko. Nie miał wcale ochoty narażać się Mikka-
lowi. Aż tak bardzo ta chuda Finka go nie obchodziła! 

Ostatni wieczór nadszedł zbyt prędko. Ravna pomogła 

Raiji spakować jej skromny dobytek w niewielki tobołek. 

Wytłumaczyła dziewczynce, że nie powinna brać ze sobą 
zbyt wielu skórzanych kaftanów i sukni, bo norweska ro­
dzina, do której trafi, wyposaży ją w inną odzież. 

Ravna wyjaśniła także, że niektórzy Norwegowie uważają 

Lapończyków za gorszych od siebie, więc nowa rodzina Raiji 

z pewnością dołoży starań, by dziewczynka porzuciła lapoń-
skie obyczaje: stroje, język i obrzędy - to, do czego przywykła. 
Ravna prosiła jednak, by zachowała ich w pamięci, ale by nie 
przeciwstawiała się jawnie woli nowej rodziny. 

Raija, połykając łzy, zapewniała, że nigdy ich nie zapomni. 

Wieczory stawały się coraz ciemniejsze. Słońce wisiało ni­

sko nad horyzontem niczym czerwona kula i nie wysyłało 
już złotych promieni. W powietrzu czuło się chłód. Natura 
okrywała się rumieńcem przed nadejściem zimy, która ry­
chło miała ogołocić ją z listowia. 

background image

Raija, choć tak wrażliwa na piękno, nie zachwycała się 

otaczającą ją przyrodą. Przechadzając się samotnie pomię­
dzy jurtami, chłonęła zapachy, dźwięki, nastrój. Czyniła tak 
wielokrotnie, lecz teraz to nie było to samo. Pragnęła po 
prostu wszystko zapamiętać i zabrać ze sobą. 

Przy jurcie starej Elle natknęła się na Mikkala. W mroku 

błysnęły białka jego oczu. 

- Chciałam pożegnać się z Elle - powiedziała odruchowo. 
Mikkal odsłonił otwór prowadzący do jurty i Raija mu­

siała wejść do środka, choć tak naprawdę wcale nie zamie­
rzała odwiedzać Elle. Staruszka, o której Pehr mówił, że ma 
nie po kolei w głowie, wzbudzała w niej lęk. 

Teraz jednak odwrotu nie było. Kątem oka dostrzegła, że 

Mikkal wszedł za nią, i odetchnęła z ulgą. 

- Raija przyszła cię pożegnać, Elle - wyjaśnił Mikkal, gdy 

usiedli. 

Stara Laponka ukazała w uśmiechu bezzębne dziąsła i po­

kiwała głową. 

- A więc odchodzisz? - stwierdziła raczej, niż spytała, 

wpatrując się w ogień. - Rozumiem, dobrze to rozumiem, 
nie jesteś jedną z nas. Wiedziałam to, kiedy cię zobaczyłam 
po raz pierwszy. Pomyślałam sobie wówczas: ta tutaj nie zo­
stanie. Jej los splecie się z naszym, ale ona tu nie zostanie. 
Naprawdę tak pomyślałam... 

- Chciałam się pożegnać - wtrąciła Raija, która najchęt­

niej opuściłaby natychmiast jurtę Elle. Nie mogła nic pora­
dzić na to, że ciotka Mikkala budziła w niej dziwny lęk. 

- Chodź tu do mnie - odezwała się Elle w chwili, kiedy 

Raija zamierzała wstać i chyłkiem się wycofać. Dziewczyna 
nie mogła jednak okazać nieposłuszeństwa. Z ociąganiem 
podeszła do kościstej kobiety i przyklękła obok niej. Czuła 
się niepewnie, choć Mikkal był w pobliżu. 

- Pokaż mi swoją dłoń, dziecko! 
Raija znów posłusznie spełniła polecenie Elle, ale mdliło 

ją na samą myśl, że starucha dotknie jej swą żylastą ręką. Opa-

background image

nowała się jednak, bo odgadła, co tamta chce uczynić. Wiele 
słyszała o tym, że Elle potrafi przepowiadać przyszłość. 

Nawet Pehr pomrukiwał, że Elle za dużo wie, i dodawał, 

że od tego pomieszał jej się rozum. 

Raija wiedziała, że Elle nie jest całkiem normalna, i za­

stanawiała się nie raz, czy staruszka w ten sposób chce do­
dać sobie aury tajemniczości, czy może...? 

Nagle ogarnęła ją ciekawość. Lęk, który Raiji przez cały 

czas towarzyszył, ustąpił miejsca przemożnemu pragnieniu, 
by poznać własną przyszłość. Zaintrygowana przysunęła się 
do starej Laponki i utkwiła spojrzenie w jej pomarszczonej 
twarzy, jakby sama chciała z niej coś wyczytać. 

Ale twarz Elle pozbawiona była wyrazu. 
- Co widzisz? - spytała Raija drżącym szeptem. 
Elle nie odrywała oczu od drobnej, noszącej już ślady 

ciężkiej pracy ręki dziewczynki. Bez słowa wodziła kości­
stym palcem po liniach wewnątrz jej dłoni. 

- Co widzę? - mruknęła po chwili. - Wszystko! Tutaj za­

znaczone jest całe twoje życie, dziecko. 

Dziewczynka wzdrygnęła się i pośpieszne zerknęła na 

Mikkala, który siedział po drugiej stronie dopalającego się 
ognia. W jurcie panował mrok, ale Elle najwyraźniej zdoła­
ła dojrzeć to, co najważniejsze. 

- Powiedz mi, co zobaczyłaś - poprosiła Raija. 
Elle uśmiechnęła się szeroko. Zmarszczki na jej wychu­

dzonej twarzy przypominały wyryte w skale bruzdy. 

- Dobrze, dziecko. Powiem ci... 
I zaczęła mówić cicho, ale dobitnie, tak żeby Raija i Mik-

kal zrozumieli każde jej słowo. 

- Jesteś jeszcze dzieckiem, Raiju, ale bardzo szybko sta­

niesz się dorosła. Widzę w twoim życiu wielu mężczyzn. 
Niektórzy są potężni, dzierżą władzę, żaden nie jest mierno­
tą. Będą wśród nich tacy, dla których staniesz się przyczyną 
nieszczęść. Szczęście nie jest ci pisane. Będziesz musiała o nie 
walczyć. Ludzie zwrócą się przeciwko tobie, niektórzy cię 

background image

znienawidzą, odwrócą się do ciebie plecami i dziwić się bę­
dą tym, którzy staną po twojej stronie. Ale nie widzę wiele 
lez. Jesteś dumna, dziecko. Widzę ludzi, którzy cię wspiera­
ją, ale tylko jeden z nich będzie dla ciebie znaczył coś szcze­
gólnego. Ten jeden będzie ci przyjacielem i pozostanie ci 
wierny przez całe życie. Dzieci? Nie będziesz miała dużo 
dzieci. Widzę więcej mężczyzn niż dzieci, ale te, które uro­
dzisz, przysporzą ci tyleż trosk, co radości. Widzę zimne 
światło, Raiju... Widzę, że poświęcasz dziecko... 

Elle przerwała na chwilę, by nabrać powietrza. Napięcie, 

które wyczuwało się w dusznym pomieszczeniu, nieco zelżało. 

- Twoje życie nie zawsze będzie piękne - dodała Elle, pu­

szczając dłoń Raiji. - Ale musisz je przeżyć. Dla wielu ludzi 
staniesz się kimś ważnym. Zapamiętają cię nie tylko z po­

wodu twej urody. 

Elle zamilkła. 

- Nie strasz Raiji! - Głos Mikkala przerwał ciszę, burząc 

nastrój. - Przyznaj się, że zmyśliłaś większą część tej prze­
powiedni! 

- O, nie! - Elle pogroziła mu pięścią, ale w tym geście nie 

było surowości. Elle miała słabość do Mikkala. Dostrzegała 
w nim cechy, które wydawały się jej obiecujące. - Wszyst­
ko, co mówię, jest prawdą - zapewniła przenikliwym, drżą­
cym głosem. 

- Niech i tobie powróży - zaproponowała Raija. - Skoro 

i tak w to nie wierzysz, to co ci szkodzi? 

Ale Mikkal odmówił stanowczo. 
- Niech Raija wierzy sobie w to, co usłyszała, ale co do 

mnie, możesz sobie darować wymyślanie dramatycznej i po­
nurej przyszłości, pełnej tajemniczych kobiet i dzieci, które 
nie spełniają pokładanych w nich nadziei - powiedział, wsta­
jąc z miejsca. 

Raija poderwała się w tej samej chwili i rzuciła na od­

chodnym: 

- Żegnaj, Elle! 

background image

Twarz staruszki znów stała się nieprzenikniona. 
- Zadziwiające - mruknęła do samej siebie. - Doprawdy 

zadziwiające... 

Mikkal skierował kroki poza obozowisko, tam gdzie nie 

dochodził blask płomieni z ognisk, a głosy tłumił tajemni­
czy szept wiatru. Raija pospieszyła za nim, ale chłopak za­
chowywał się tak, jakby jej w ogóle nie widział. 

Dopiero gdy się zatrzymał i przykucnął, rzekł, z trudem 

wymawiając słowa: 

- Chcę się już teraz z tobą pożegnać, Raiju. Jutro, kiedy 

wyruszysz w drogę, mnie tutaj nie będzie. 

- Chyba nie mówisz tego poważnie! - Raija opadła na ko­

lana, daremnie usiłując uchwycić w ciemności spojrzenie 
chłopaka. 

Mikkal pochylił głowę. Nie był w stanie opisać targają­

cych nim uczuć. Być może po raz ostatni rozmawia z Rai­
ja, ostatni raz ją widzi... 

Opanował się ogromnym wysiłkiem woli. Wsunął rękę 

za kaftan, po czym chwycił Raiję za rękę i nic nie mówiąc, 
włożył coś do jej drobnej dłoni. 

Raija poczuła na skórze metal. Nie był jednak chłodny, bo 

Mikkal ogrzał go własną piersią. Nim jeszcze otworzyła dłoń 
i zobaczyła błyszczący w mroku przedmiot, domyśliła się, że 
to srebrna broszka. Tyle razy się nią zachwycała! Stanowiła 

część srebra odziedziczonego po babce Mikkala ze strony oj­
ca. Srebra, którym Mikkal miał kiedyś obdarować narzeczoną. 

- Nie mogę jej przyjąć - wyszeptała Raija, wpatrując się 

jak zaczarowana w srebrną ozdobę. 

Mikkal próbował zmusić się do uśmiechu, ale jego twarz 

wykrzywiła się tylko w żałosnym grymasie. 

- Jest dla ciebie, Raiju - odezwał się zmienionym głosem. 

- Jedynie tobie chcę ją ofiarować. 

- Ale przecież ta broszka stanowi nieodłączną część ro­

dzinnego srebra - protestowała nadal Raija. 

- Mimo to chcę ci ją dać - odparł stanowczo Mikkal i że-

background image

by uciąć dalszą dyskusję, chwycił drobną dłoń dziewczyny 
i zacisnął ją wokół broszki. - Chcę, by ta broszka stała się 
dla ciebie pamiątką. Obiecaj mi, że nigdy się jej nie pozbę­
dziesz, a kiedy ją będziesz przypinała, bo mam nadzieję, że 
czasem się w nią ustroisz, pomyślisz o mnie. 

Na gęstych, ciemnych rzęsach Raiji zalśniły łzy. 
- Dziękuję! - wyszeptała uroczyście. - Dziękuję, Mikka-

lu! Nigdy cię nie zapomnę! Zawsze będę o tobie pamiętać, 
nie tylko wtedy, gdy przypnę broszkę... I nigdy się z nią nie 
rozstanę, nigdy... 

- Tylko nie pokazuj jej mojemu ojcu - ostrzegł Mikkal. 
Raija zrozumiała i przypięła broszkę na piersi od spodu 

koszuli, tak, by czuć przez cały czas jej dotyk. Policzki mia­
ła mokre od łez, jej duże, głębokie oczy wyrażały na prze­
mian radość i smutek. Dziewczyna ściskała mocno dłonie 
Mikkala. W ciemności, do której oboje zdążyli już przywyk­
nąć, widzieli swoje zmienione twarze. 

- Co mogłabym ci ofiarować, Mikkalu, żeby odwdzię­

czyć się za taki podarek? Nie posiadam niczego równie 
pięknego... 

Mikkal zmusił się do uśmiechu. 
- Owszem, Raiju - odezwał się miękko. - Masz coś o wie­

le piękniejszego, co po tysiąckroć przewyższa wartość tej 
broszki... 

Popatrzyła na swego przybranego brata, nie rozumiejąc 

jego słów. O czym on mówi? Chyba sobie z niej żartuje? 

- Twoje włosy, Raiju - wyszeptał uroczyście i zanurzył 

dłonie w czarnej gęstwinie, opadającej kaskadą na szczupłe 
ramiona dziewczyny. 

Zaskoczona Raija pomyślała, że Mikkal chyba stracił rozum. 
- Nigdy nie widziałem piękniejszych włosów niż twoje, 

Mały Kruku! Daj mi pukiel, na pamiątkę po mej uko... ma­
łej siostrze... 

Popatrzyła na niego uważnie. Czyżby sobie z niej kpił? 

To do niego niepodobne. Patrzył jednak śmiertelnie poważ-

background image

nie. Policzki mu pobladły, brwi się ściągnęły, a nozdrza 
drgały niczym u spłoszonego zwierzęcia. Ani w oczach, ani 
w kącikach ust nie dostrzegła cienia uśmiechu. 

Raija wzruszyła ramionami i roześmiała się lekko. Unie­

siona jej dłońmi czarna grzywka zatańczyła przed twarzą 

Mikkala. 

- Proszę bardzo - zawołała wesoło. - Dużo chcesz? Mam 

nadzieję, że zostawisz mi trochę, bo wiesz... nie chciałabym 
wyglądać tak jak Elle. 

Mikkal uśmiechnął się. Stara ciotka Elle miała takie liche 

włosy, że ledwie przykrywały jej czaszkę, i by to ukryć, nie 
zdejmowała czapki nawet w nocy. Widać zachowała jeszcze 
resztki kobiecej próżności. 

- Nie, Mały Kruku, nie będziesz wyglądać jak Elle! 

Smukłymi palcami pogładził jej jedwabistą grzywkę i de­

likatnie obciął pukiel czarnych włosów. Nawet sposób, w ja­
ki to uczynił, zdradzał jego troskę i czułość. 

- Zachowam go na zawsze! - zapewnił, a w jego zachryp­

niętym głosie słychać było wzruszenie. 

Raija, do głębi poruszona tym, co się stało, zapragnęła 

powstrzymać napór niezrozumiałych uczuć i zmusiła się, by 
myśleć praktycznie. 

-Jeśli chcesz zachować na zawsze moje włosy, nie możesz 

ich tak trzymać luzem - stwierdziła, po czym zdjęła z szyi 
skórzany mieszek, w którym ukrywała różne swoje skarby: 
ładne kamyki, zasuszone kwiatki, grzebyk z kości, kilka igieł. 

Wysypała wszystko na dłoń. Kiedyś i tak musiałaby się po­
zbyć tych śmieci, bo przecież tak naprawdę nie były to skar­
by. Akurat nadarzała się po temu okazja. 

- Schowaj tutaj! - poleciła, zawieszając Mikkalowi mie­

szek na szyi. 

background image

Młody mężczyzna i dziewczynka, która zaczynała prze­

obrażać się w kobietę. 

- Postaraj się mnie odwiedzić, Mikkalu - wyszeptała Raija 

z desperacją w głosie. - Umrę, jeśli cię już nigdy nie zobaczę... 

- Odwiedzę cię - odpowiedział, nie do końca pewien, czy 

nie karmi jej kłamstwem. - Odwiedzę cię, nie zapomnij mnie! 

Oślepiona łzami, pokręciła głową. Jej wargi ułożyły się 

w słowo „nigdy", ale głos nie wydobył się z gardła. 

Mikkal pocałował ją szybko w policzek. 
- Idź już spać, Raiju! Żegnaj, Mały Kruku! 
- Zegnaj! 
Uścisnęła go mocno raz jeszcze i, nie oglądając się za sie­

bie, pobiegła w stronę jurty. Mikkal widział, jak wchodzi do 
środka. To było pożegnanie, być może na zawsze. Punkt 
zwrotny w życiu Raiji, a także w jego życiu. 

background image

- Musicie przechodzić tam, gdzie jest najgłębiej? Daję gło­

wę, że robicie to tylko po to, żeby mnie zdenerwować! 

- Bzdura! - zaprzeczył stanowczo siedemnastoletni Reijo, 

zatrzymując się na środku rzeki, gdzie nurt był wartki i wo­
da sięgała mu za kolana. Chłopak był raczej niewysoki i krę­
py, miał szerokie barki i trochę krzywe nogi. Wyglądał doj­
rzale jak na swój wiek. 

- Oj, te dziewczyny! - westchnął ciężko, wymieniając po­

rozumiewawcze spojrzenie ze szczupłym chłopcem, który 
stał na drugim brzegu. Tamten tylko wzruszył ramionami 
i uśmiechnął się nieznacznie, a potem wyciągnął na trawie 
i rozejrzał się wokół pozornie obojętnym wzrokiem. 

- Mam tutaj tak stać? Nie ma co, wspaniali z was przy­

jaciele! 

- Dobrze, już dobrze - ugodowo odezwał się Reijo i za­

wrócił, brodząc w wodzie. - Chodź! - rzucił i wziąwszy Ra-
iję na ręce, ostrzegł: - Tylko pamiętaj, nie kręć się, bo się 
skąpiesz. 

Raija roześmiała się głośno i objęła masywny kark chło­

paka, przykryty gęstymi płowymi włosami. Potarmosiła go 
przekornie za czuprynę, na co zareagował wściekłym spoj­
rzeniem i zaciśnięciem ust. 

I tak mnie nie oszukasz, pomyślała Raija, uśmiechając się 

w duchu. Dobrze wiedziała, że nie była mu całkiem obojęt­

na, choć Reijo usilnie starał się dowieść, że nic dla niego nie 

znaczy. 

- Przeklęte kobiety - prychnął, wypuszczając dziewczynę 

z rąk metr od brzegu. Raija nie zdążyła unieść w porę spód-

background image

nicy i zamoczyła ją do pół łydki. Udawała jednak, że nic się 
nie stało. Wystudiowanym gestem objęła młodzieńca i przy­
tuliła się do niego. Kątem oka zerkała na Karla, który, przy­
gryzając źdźbło trawy, z największym zainteresowaniem ob­
serwował szczyt po drugiej stronie rzeki. Ale Rai ja wiedziała, 
że przez cały czas ma ich w zasięgu wzroku. 

- Dziękuję ci, Reijo! - odezwała się ciepło. - Wiedziałam, 

że nie zostawisz mnie tam samej. 

- Hmm... - chrząknął chłopak i wyswobodził się z jej ra­

mion. Czy musiała to robić? Przecież w ten sposób tylko 
prowokuje awanturę! Czyżby nie zdawała sobie z tego spra­

wy? - Puść! - powiedział z niechęcią i położył się na trawie 

obok przyjaciela. 

- Raija! - usłyszeli dochodzące zza drzew głośne wołanie. 

- Raija! 

Młodzieńcy wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się lekko, 

ale pilnowali się, by Raija tego nie zauważyła. 

- O, nie, znowu! - syknęła dziewczyna przez zaciśnięte 

zęby i zniecierpliwiona przewróciła oczami. - O co znów 
chodzi? 

Nie zwracając uwagi na przyjaciół, pobiegła w stronę 

ścieżki i po chwili zniknęła w brzozowych zaroślach, kieru­
jąc się w stronę zabudowań, skąd dochodziło wołanie. 

Kristina stała przy chacie surowa, wyprostowana jak stru­

na, z trudem skrywając złość. Ta Raija z dnia na dzień stawa­
ła się coraz bardziej nieznośna! Znikała przy każdej nadarza­
jącej się okazji. Chyba powinna wiedzieć, ile zostało jeszcze 
do zrobienia! Przecież były tylko we dwie i mogły liczyć je­
dynie na siebie. 

Szare oczy prześliznęły się badawczo po okolicy. Kolo 

ich poletka, które zdążyły już skosić, płynęła leniwie rzeka. 
Pachniało jesienią. Wysuszone siano trafiło już do stodoły. 
Zbocza powoli traciły świeżą zieloną barwę, a liście na drze­
wach gdzieniegdzie pożółkły. 

Kristina zauważyła, że nad brzegiem rzeki coś się poruszy-

background image

ło. Niewiele dało się ukryć przed jej bystrym wzrokiem. Już 
z daleka dostrzegła rękę, niebieską spódnicę i kruczoczarną 
czuprynę. Zwróciła też uwagę na mokry brzeg spódnicy. 

Ledwie Raija znalazła się w zasięgu ręki Kristiny, poczu­

ła mocne szarpnięcie za włosy. Dziewczyna zacisnęła zęby 
i bez mrugnięcia wytrzymała spojrzenie opiekunki. 

- Mówiłam ci, żebyś nie latała nad rzekę z tymi chłopa-

czyskami! To nie przystoi pannie w twoim wieku! I chyba 
pamiętasz, że masz swoją robotę, prawda? 

Raija skinęła lekko głową i zacisnęła usta. Z doświadcze­

nia wiedziała, że jeśli się odezwie, będzie jeszcze gorzej. 

Kristina z rękami na biodrach prawiła dalej swoje kaza­

nie, a jej podniesiony głos niósł się daleko. 

- Wstydu nie masz, Raiju! Kto to widział, żeby tak ciąg­

le włóczyć się po okolicy? Poza tym ile razy ci powtarza­
łam, żebyś trzymała się z dala od syna tego zarośniętego 
Kwena z przylądka. Słyszysz? Nie wolno ci się zadawać ani 
z Kwenami, ani z Lapończykami! 

Dziewczyna uśmiechnęła się pogardliwie. Kristina najwy­

raźniej zapomniała, że Raija sama pochodzi z Finlandii, 
a więc także jest Kwenką, wychowywała się zaś wśród La­
pończyków. 

- Karl powinien mieć na tyle rozumu w głowie, żeby nie 

przyprowadzać pod drzwi uczciwych ludzi tego wyrzutka -
mruknęła Kristina. 

Karla, syna sąsiadów, Kristina uważała za porządnego 

chłopaka. Był Norwegiem z krwi i kości. Do jego rodziny 
nie przyplątał się żaden Kwen, jak nazywano tutaj przyby­
szów z Finlandii, ani Lapończyk, a takich rodzin nie dało 
się naliczyć wiele wzdłuż fiordu Lyngen! 

Te tereny nie były gęsto zaludnione, a znaczną większość 

ich mieszkańców stanowili Lapończycy. Z biegiem lat przez 
góry dotarli tu także Finowie - głównie w następstwie wiel­
kiej wojny na północy - i osiedlili się nad brzegami obfitują­
cego w ryby fiordu. Norweskich rodzin nie żyło nad fiordem 

background image

Lyngen wiele. Raczej wątpliwe, by Kristina wywodziła się 
z rodziny, która nie miała żadnych związków z Lapończyka­
mi, ale za żadne skarby by się do tego nie przyznała. Jej ro­
dzice przypłynęli w głąb fiordu z wysp na początku osiem­
nastego wieku, kiedy na wybrzeżu nastały gorsze czasy. 

Połowy były w tym czasie mało obfite, mało też ryb do­

starczano do nadmorskich okręgów. Po Hanzeatach handel 
suszonymi rybami przejęli kupcy, którzy zamiast zbożem 
woleli płacić innymi towarami. A tymczasem właśnie na 
zboże było na wybrzeżu północnej Norwegii największe za­
potrzebowanie. 

W wielu osadach zapanowała bieda, ludzie umierali. Inni 

zaś, tak jak rodzice Kristiny, przenieśli się w głąb fiordu, gdzie 
prócz rybołówstwa można się było jeszcze zająć uprawą roli. 

I tak tu już osiedli na dobre. Póki nie pomarli, pracowa­

li na wydzierżawionym kawałku ziemi. Potem Kristina po­
znała Pedera, pobrali się i wspólnie uprawiali nadal ten sam 
kawałek pola. Dwa razy do roku Peder wypływał na połów: 
zimą na Lofoty, a do Finnmarku latem. Łudzili się, że uro­
dzą im się dzieci, mimo że już nie byli pierwszej młodości, 
gdy los ich ze sobą połączył. Ale lata mijały, a w ich chacie 
nie słychać było ani dziecięcego płaczu, ani śmiechu. Zesta­
rzeli się bez potomstwa... 

- Karl nie powinien się zadawać z tym włóczęgą - mam­

rotała Kristina, wyraźnie adresując swoje słowa do Raiji, 
która jednak tylko wzruszyła ramionami. - Nie ufam ani oj­
cu, ani synowi - dodała, mając na myśli Reijo i jego ojca, 

Anttiego Kesaniemi. 

Nie lubiła tego rybaka z Finlandii, który pobudował cha­

tę na przylądku. Nie żadną tam ziemiankę, ale drewnianą cha­
tę! Za kogo on się w ogóle uważa? Mieszka tylko z synem, 
bo podobno żona mu umarła. Kristina i inne baby ze wsi 
podejrzewały nawet, że pomógł biedaczce opuścić ten świat. 
Nie ufały ani trochę osiłkowi z gęstą jasną brodą, choć moż­
na było przypuszczać, że skore do wydawania surowych opi-

background image

nii kobiety tak naprawdę czuły nie tylko pogardę do tego sa­
motnego mężczyzny z przylądka... 

- To podstępny człowiek - mówiła dalej Kristina, wzdry-

gając się na samą myśl o rosłym Kwenie. 

Nawet nie zauważyła, że Raija znów wykorzystała jej 

nieuwagę. Kiedy opiekunka z gniewem i pogardą rozmyśla­

ła o Kwenie, który przywlókł się do osady i sprowadził nad 
fiord zarazę, dziewczyna znów się wymknęła nad rzekę. Kri­
stina nie zauważyła jej zniknięcia nawet wówczas, gdy Rai­
ja dotarła do zagajnika i zbiegła w dół. Wkrótce była już 
u ujścia rzeki, skąd niespiesznie powędrowała wzdłuż brze­
gu zaznaczonego mokrą linią przez fale przypływu. 

Dziewczyna bardzo lubiła spacerować boso, zdjęła więc 

kumagi i zawiesiła je na drzewie. To prawda, że zimno jej 
było w nogi, poza tym musiała uważać na ostre kamienie, 
ale ponieważ stąpała lekko, nie kaleczyła stóp. 

Wiedziała, że fiord to nie otwarte morze, ale i tak ją fa­

scynował. Fiord Lyngen wyglądał dokładnie tak, jak Ruija 
z dziecięcych marzeń dziewczynki: Strome góry tonęły 

w wodzie, a ich pokryte śniegiem szczyty przypominały si­
we głowy potężnych starców. Tutejszy krajobraz w niczym 
nie przypominał bezkresnych przestrzeni w ojczystej Fin­
landii. Tutaj wszystko zdawało się takie majestatyczne, takie 
przytłaczające! 

Od fiordu wzdłuż obu brzegów rzeki ciągnęła się niezbyt 

szerokim pasmem płaska, zielona równina, a tuż za nią wy­
rastał mieszany las, który wyglądał tak, jakby schodził po 
zboczu góry. Raija kochała to miejsce, ale zarazem go nie­
nawidziła. 

Spędziła tu już dwa lata. To długi czas. 

- Kristina mnie nie lubi - powiedziała Raija na głos. - Kri­

stina mnie nie cierpi. 

Cisza. Ten, do którego zwracała swe słowa, nie mógł od­

powiedzieć. Dziewczyna nie rozmawiała bowiem z morzem, 
kamieniami czy cyplem, mówiła do kogoś, kogo wprawdzie 

background image

nie było przy niej, lecz kto przez minione dwa lata towa­
rzyszył jej nieustannie. Jedyny, z którym mogła być zupeł­
nie szczera, jedyny, któremu ufała. 

Tego przyjaciela wcale by nie zaskoczyły kolejne słowa 

Raiji. 

- Nienawidzę Kristiny! Szkoda, że nie zostałam dłużej 

u Elle, że jej nie wysłuchałam... 

Miała na myśli starą ciotkę Pehra, która wróżyła jej ostat­

niego wieczoru przed wyjazdem. Jak dotąd niewiele z jej 
przepowiedni się spełniło. Właściwie tylko to, że Raija szyb­
ko dorosła. Ale dziewczynka wierzyła gorąco, że Elle potra­
fiła nie tylko wróżyć z ręki. Im dłużej rozmyślała o staru­
szce, tym większej nabierała pewności, że Elle umie także 
rzucać czary. 

- Chciałabym umieć czarować! - zawołała Raija, zwraca­

jąc się w stronę fiordu, skąd wiała lekka bryza. - Chciała­
bym umieć czarować! - krzyknęła najgłośniej, jak mogła, ku 

falom, które obmywały jej kostki. Brzeg spódnicy, który 

zdążył już prawie wyschnąć, znów się zamoczył i zabrudził. 
Ale Raija się tym specjalnie nie przejęła. Zaśmiała się, wy­
stawiając twarz pod wiatr. 

- Chcesz czarować? 
Okropny rechot, niczym ostre smagnięcie, rozległ się tuż 

przy policzku Raiji. 

Dziewczyna odwróciła się błyskawicznie. Odór potu, ty­

toniu i wódki osaczył ją jak mur. 

Instynktownie cofnęła się i w odruchu obronnym zasło­

niła rękoma pierś. Ale nie była dość szybka. 

Brutalna dłoń przytrzymała jej nadgarstki, druga zaś ob­

macywała szczupłą talię. 

- Zdaje się, że trafił ci się niezły kąsek, Isak! - rozległ si^ 

obleśny śmiech z niewielkiego pagórka tuż za naniesionymi 
przez przypływ kamieniami. 

- Może się podzielimy? - dorzucił trzeci mężczyzna rów­

nie bezceremonialnie. 

background image

- Może - mruknął Isak, uśmiechając się i lubieżnie obli­

zując wargi. 

Isak miał koło dwudziestu pięciu lat i przez całe życie mie­

szkał nad fiordem. Był średni spośród jedenaściorga rodzeń­
stwa, ale do pracy się nie rwał i do niczego nie doszedł. O ni­

czym także nie marzył. Łowił ryby, trochę polował, włóczył 
się ze znajomymi i upijał do nieprzytomności mocną gorzał­
ką, kupioną od wędrownych handlarzy. 

Właśnie siedzieli, opróżniając butelkę, Isak, jego młodszy 

brat Sigurd, a także Svend, kompan od pijatyk, kiedy nie­
świadoma niczego Raija pojawiła się na brzegu. 

Teraz dziewczyna starała się go odepchnąć, ale jej opór na 

niewiele się zdał. Isak z łatwością przyciągnął ją do siebie, by­
ła wszak szczupłą i niepozorną dziewczyną, a on za plecami 
miał dwóch kompanów gotowych mu przyjść z pomocą. 

- Pewnie nauczyłaś się tego i owego u Lapończyków... -

mruknął Isak, a w jego oczach pojawił się groźny błysk. 

- Wiadomo - zaśmiał się Svend i otworzył kolejną flaszkę. 

- Trzeba to uczcić, taka ptaszyna trafiła się nam w sobotnie 
popołudnie! - Przystawił szyjkę butelki do ust i pociągnął 
łapczywie, nie spuszczając wzroku z Isaka i dziewczyny. 

Sigurd także wpatrywał się w nich nieruchomo, ciężko 

dysząc. 

- Daj sobie na wstrzymanie! - rzucił Sigurdowi Svend, 

starszy od niego o trzy lata, i podał mu butelkę. - Obowią­
zuje kolejka! 

Demonstracyjnie położył się na trawie z rękami pod gło­

wą. Sigurd niechętnie wyciągnął się obok, ale cały czas bacz­
nie obserwował, co dzieje się na brzegu. 

- Puść mnie! - warknęła wojowniczo Raija, próbując się 

wyrwać. Ale jej opór tylko dodatkowo podniecił Isaka. 

- Taka ładna dziewczyna jak ty... - ciągnął, przyciskając 

ją mocno do siebie. 

Gdy pochylił się i jego nabrzmiała czerwona gęba znala­

zła się przy twarzy Raiji, dziewczynie zrobiło się niedobrze. 

background image

- Ty wściekła suczko! - szeptał dalej. - Wychowana u La­

pończyków. Jasne, że umiesz to i owo... 

Wypuścił z dłoni nadgarstki dziewczyny i zaczął obma­

cywać jej piersi. Dyszał coraz gwałtowniej, podobnie jak Si-
gurd, który nawet na moment nie spuszczał wzroku z bra­
ta i pięknej dziewczyny. Svend tymczasem nasunął czapkę 
na oczy i udawał, że śpi. 

Raiji zdawało się, że zaraz zwymiotuje. Nagle poczuła, 

że ma wolne ręce, i na nowo wstąpiła w nią nadzieja. Znie­
ruchomiała na moment, a wtedy na pełnych wargach Isaka 
pojawił się obleśny uśmiech. Ścisnął ją jeszcze mocniej, usi­
łując równocześnie podciągnąć jej spódnicę. 

- Jesteś gorętsza, niż udajesz, Laponeczko - zaśmiał się 

chrapliwie. - Postaraj się trochę współdziałać. Zobaczysz, że 
ci się to spodoba... 

Raija odpowiedziała mu na to tak, jak zasłużył. Kopnęła 

go w łydkę, a równocześnie wbiła paznokcie w jego twarz, 
drapiąc oba policzki. 

Była boso, więc kopnięcie okazało się mało bolesne, ale 

jej ostre pazurki dały się Isakowi we znaki. 

W jednej chwili niemal wytrzeźwiał, a w jego oczach bły­

snął gniew. 

- Ty diabelska dziewko! - zaklął, ogarnięty furią, i z ca­

łej siły wykręcił jej ręce. Już nie namawiał dziewczyny do 
współdziałania, tylko brutalnie cisnął ją na trawę za nanie­
sionymi przez przypływ kamieniami. 

- Przeklęta kocico! - wysyczał przez zaciśnięte, żółte od 

tytoniu zęby. Zadrapania na policzkach podeszły mu krwią. 

- Drogo mi za to zapłacisz! 

- Daj tej dziwce porządną nauczkę - zachęcał brata pija­

ny Sigurd, wymachując butelką. Trzeci kompan tymczasem 
zasnął. 

Isak rzucił się na Raiję i jednym szarpnięciem rozerwał 

jej bluzkę. Wsunął dłoń za zniszczony materiał, a ustami 

przywarł do szyi dziewczyny. 

background image

Raija krzyknęła. Krzyczała ze wszystkich sił. 
Sigurd rechotał głośno. 

- Zamknij się, lapońska dziwko! - Isak zakrył ręką usta 

Raiji, ale ona go ugryzła. - Do diabła! 

Cofnął gwałtownie dłoń, a dziewczyna znów krzyknęła 

na całe gardło. 

- Ja ci pokażę! - wrzasnął Isak, rozgniewany już nie na 

żarty. Nagle jakby diabeł w niego wstąpił. Zamknął w żela­
znym uścisku uniesione nad głową ręce Raiji, a drugą dło­
nią wymierzył dziewczynie serię policzków. Każdemu ude­
rzeniu towarzyszyło wyzwisko. 

- Ty piekielna Laponko! Dziwko! Lapońska szmato! Wiedź­

mo! Suko! 

Na pierwsze uderzenia Raija zareagowała krzykiem, ale 

potworny ból sprawił, że już po chwili nie była w stanie wy­
dobyć głosu. W głowie jej huczało, świat wokół niej zawi­
rował, a kolejne uderzenia na moment zatrzymywały go i na 
nowo wprawiały w ruch. 

W uszach usłyszała dzwonienie. Niebo, fiord, góry - wszy­

stko zlało się w siną jednolitą masę. Nad sobą widziała już 
tylko Isaka, który wydał się jej groźnym olbrzymem. Było jej 
niedobrze, pociemniało jej w oczach z bólu i ze strachu. 

- Lapońska dziwka! Szmata! - dosłyszała jeszcze docho­

dzący gdzieś z daleka głos napastnika, a potem zapadła 
w czarną otchłań. 

- Co tu się dzieje? 
Isak opuścił rękę i podniósłszy wzrok, zobaczył zbliżają­

cego się Fina. 

- Sigurd! - wrzasnął, wzywając pomocy, ale brat uznał, 

że lepiej będzie zniknąć. Ściskając w garści cenną flaszkę, 
umknął w stronę lasu. 

Svend zaś, obudzony ze snu, także się wycofał. Nie był 

zbyt odważny, a poza tym nie zamierzał oberwać za coś, 
czego nie zrobił. 

Isak został sam. 

background image

Ciężko dysząc, przybrał postawę obronną. Szczypały go 

krwawiące zadrapania na policzkach. 

Antti jednym spojrzeniem ocenił sytuację. Jego zielone 

oczy napełniły się nienawiścią. Szeroko stawiając nogi, pod­
szedł do Isaka. 

- Wynoś się stąd do diabła! - zawołał, mocno uderzając 

go w twarz. Isak, oszołomiony gorzałką, nie zdążył się uchy­
lić. Cofnął się, z trudem utrzymując równowagę. Ale Antti 
nie zamierzał odstąpić. - Spróbuj jeszcze raz tknąć Raiję! -
krzyknął i wymierzył następny cios, żeby podkreślić wagę 
swych słów. -Jeśli jeszcze kiedykolwiek ją ruszysz, będziesz 
żałował do końca życia! 

Kolejne mocne uderzenia powaliły Isaka na ziemię. 
Trudno było uwierzyć, że ten skamlący z bólu podpity 

osiłek jeszcze przed chwilą tak odważnie napastował bez­
bronną dziewczynę. 

Antti, nie zwracając więcej na niego uwagi, ukląkł przy 

nieprzytomnej Raiji. 

Delikatnie poklepał ją po opuchniętych policzkach. Gniew 

całkiem go opuścił, ustępując miejsca bezsilności. Nie chciał 
nawet myśleć o tym, co by się stało, gdyby nie usłyszał krzy­
ków dziewczyny, kiedy zsuwał łódź na wodę. 

Szeptał jej imię i dziękował Stwórcy, że udało mu się ją 

ocalić. 

Mała Raija. Mała Raija, która okazywała mu tyle zaufania. 

Społeczność żyjąca nad fiordem nie przyjęła go z otwartymi ra­
mionami, dlatego Antti uważał za swój obowiązek wspierać 

drobną dziewczynę, która przed dwoma laty przybyła do osa­
dy. Wzięło ją do siebie małżeństwo Norwegów w podeszłym 
wieku. Nowi opiekunowie jednak nie przywykli do dzieci, więc 
nie najlepiej się to wszystko ułożyło. Raija była wyjątkowym 
dzieckiem, ale oni tego nie zauważali. Jej upór tłumaczyli tym, 
że wywodziła się z Finów - z marnych Finów - i postawili so­
bie za cel wychować ją tak, by spełniła ich oczekiwania. 

Ale Raija nie była w stanie się zmienić. Kiedy tylko mog-

background image

ła, biegła na przylądek do Anttiego, jedynego spośród doro­
słych, który starał się ją zrozumieć. 

- Nie... nie... - mamrotała Raija na wpół przytomna. 
Antti w kółko powtarzał jej imię, a jego wielkie, zniszczo­

ne od ciężkiej pracy dłonie wciąż gładziły ją delikatnie po 
policzkach. 

- Gdzie... ty.... co? 
Fin z największą czułością zapewnił dziewczynę, że nic 

jej już nie grozi. 

Pomyślał, że na zawsze zapamięta jej wzrok, wzrok za­

szczutego zwierzęcia. Nikomu nie wolno niszczyć tak deli­
katnej i wrażliwej istoty! 

Okrył Raiję swoim kaftanem, a potem wziął ją na ręce. 

Przeklinał w duchu Isaka i jego kompanów, drani i niero­
bów, którzy poważyli się zaatakować bezbronne dziecko. 

A najgorsze, że rodzina i znajomi i tak staną po ich stro­

nie. Przecież pochodzili z tej wioski, tu uważano ich za swo­
ich. Winą za to, co się stało, zostanie obarczona Raija, bo 
powiedzą, że ich sprowokowała. 

Kiedy Kristina zobaczyła Raiję w ramionach Kwena, wo­

bec którego żywiła jedynie lęk i pogardę, wybiegła mu na­
przeciw. Z pewnością wyrwałaby Raiję z jego ramion, gdy­
by władczym tonem nie nakazał jej zachować spokój. 

Kristina posłuchała, była wszak tylko bezbronną kobie­

tą, ale od razu zobaczyła, że Raija jest bosa i ma na sobie 
kaftan tego brudnego przybłędy. Co to mogło znaczyć, nie 

chciała nawet myśleć. Jednak chyba nie dopuścił się aż ta­
kiej podłości? 

- Co się stało? Co jej zrobiłeś? 
Znów rzuciła się ku Anttiemu, jednak zapomniała unieść 

spódnicę i nadepnęła na nią. Przewróciłaby się niechybnie, 
gdyby jej nie przytrzymał.  G d y tylko odzyskała równowa­
gę, wzdrygnęła się i puściła ramię Fina. 

Opiekunka Raiji zawsze uważała się za coś lepszego, choć 

tak naprawdę nie miała ku temu żadnych powodów. Antti, 

background image

widząc jej zachowanie, uśmiechnął się tylko pogardliwie. 

- Co zrobiłeś Raiji? - zapiszczała Kristina cienkim gło­

sem, zadzierając głowę ku górze. Ale Antti jej nie odpowie­
dział. Bez słowa wszedł do chałupy i położył dziewczynę na 
łóżku. Raija otworzyła oczy, które w mroku wydawały się 
nienaturalnie duże. Antti poczuł, jak ściska go w gardle. 
Szybko odwrócił wzrok i poszukał skóry, którą mógłby 
okryć dziewczynę. 

- Już dobrze, Raiju - odezwał się do niej po fińsku. 
Po drobnej, bladej twarzy dziewczynki przemknął 

uśmiech. 

- Antti, jesteś taki dobry! 
Twardy, surowy mężczyzna poczuł pod powiekami łzy. 

Tymczasem do chaty wbiegła Kristina i nie posiadając się 
z oburzenia, drżącą ręką wskazała mii drzwi. 

- Wynoś się stąd! - zawołała. 
Antti wyprostował się i założył na głowę czapkę. Nie za­

mierzał kłaniać się tej kobiecie z szacunkiem. 

- Ta leniwa dziewka pewnie umyśliła sobie spędzić resztę 

dnia w łóżku? - gderała dalej Kristina. 

Teraz Antti rozgniewał się nie na żarty. Wyciągnął Kri-

stinę za drzwi i powiedział wreszcie to, co od dawna leżało 
mu na sercu. 

- Takim jak ty nie powinno się pozwalać wychowywać 

dzieci! Skoro Bóg nie dal ci urodzić własnych, nie powinien 
też pozwolić, byś niszczyła życie cudzych! 

- Ty byś się pewnie chętnie podjął jej wychowania, co? -

przerwała mu Kristina z szyderczym uśmiechem. - Ty oble­
śny samcze! 

Ale Antti nie zamierzał ustąpić. 
- Raiję napadł syn porządnego Norwega! - Jego oczy po­

ciemniały na samo wspomnienie tego zdarzenia i wygląda­
ły teraz jak morze w czasie sztormu. Nie pomijając żadnych 
szczegółów, Antti opowiedział o wszystkim, co wydarzyło 
się na brzegu. Kristina pobladła, pierś jej falowała, a w jej 

background image

sercu wałczyły sprzeczne uczucia. Nie była pewna, czy po­
winna dawać wiarę słowom Kwena. 

- Myślę, że Raija szła właśnie do mnie - ciągnął Antti. -

Nie powinnaś jej pozwalać chodzić samej. Nigdy nic nie 

wiadomo. Teraz pewnie będą się chcieli zemścić... 

- Spróbuj jej czegoś zabronić... - zaczęła Kristina, ale zaraz 

ugryzła się w język i spuściła oczy. Kiedy Antti ponownie 
uchwycił jej spojrzenie, niemal zrobiło mu się żal tej kobiety. 

To prawda, Raija miała trudny charakter. Zapewne nie­

łatwo było jej matkować. Do tej pory patrzył na wszystko 
oczami Raiji, bo bardzo pokochał to dziecko. 

- Przepraszam - przez zaciśnięte blade wargi wydusiła 

Kristina. Bez wątpienia wiele ją kosztowały te słowa. -

A właściwie, po co ona do ciebie chodzi? Ma przecież robo­
tę w domu. Po śmierci Pedera przybyło mi obowiązków. 
Niełatwo gospodarzyć wdowie, a z tą dziewczyną tylko do­
datkowy kłopot. 

- Uczę Raiję czytać. 
- Czytać? A na co jej to? 
- Sama mówisz, że kobiety mają ciężkie życie - odparł spo­

kojnie Antti. - Umiejętność czytania może się Raiji kiedyś 
przydać. Jest bardzo pojętna. I uczy się chętniej niż Reijo. 

- To twój syn także umie czytać? 
- Oczywiście. 

To przesądzało sprawę. Kristina podjęła decyzję. Wpraw­

dzie nadal nie widziała w tym większego sensu, ale skoro ha­
łaśliwy wyrostek, syn Anttiego z przylądka, potrafił czytać, 

to Raija tym bardziej powinna posiąść tę umiejętność. 

- Przypiluję, żeby nie chodziła sama - obiecała. - Nie 

wiem... jak mam ci dziękować... - dodała bardzo cicho. Sło­
wa podziękowania niemal uwięzły jej w gardle. 

Anttiego rozbawiło to i półżartem powiedział: 
- Być może jeszcze za wcześnie o tym mówić, ale mam prze­

cież syna, który pewnego dnia zechce się ożenić. Raija pochodzi 
z Finlandii, tak jak my. Myślę, ze Reijo nie byłby złym mężem... 

background image

- Masz rację - odrzekła surowo Kristina. - Za wcześnie 

jeszcze o tym mówić. 

Antti uśmiechnął się w duchu. Domyślił się, co miały zna­

czyć te słowa. Ta Norweżka uważa, że Reijo nie jest dość 
dobry dla jej wychowanki. 

- Pomyśl jednak o tym - rzucił na odchodnym. 
Gdyby wzrok mógł zabijać, Antti na miejscu padłby tru­

pem. W Kristinie wszystko się gotowało. Co za bezczelność! 

Jak on śmiał w ogóle wystąpić z taką propozycją? Wydaje 

mu się, że jego syn jest odpowiednim kandydatem na męża 
dla Raiji! Prawda, Antti uratował dziewczynę od hańby, ale 
to nie daje mu żadnych praw, by żądać takiej zapłaty! 

Kristina i Peder snuli kiedyś własne plany, o których wspo­

mnieli nawet Kristianowi i Marcie Elvejordom. Sąsiadom 
przypadły one do gustu, jednak obie strony uznały, że moż­
na z tym poczekać jeszcze kilka lat. 

Kristina chętnie odłożyłaby tę sprawę, ale czas zaczynał 

ją poganiać. Bóle ramienia, zawroty głowy, słabnące siły -
to sygnały, których nie można było lekceważyć. Teraz do­
szło kolejne ostrzeżenie. Raija wprawdzie jest bardzo mło­
da, ale przestała już być dzieckiem. 

Trzeba porozmawiać z Elvejordami i jak najszybciej 

wszystko uzgodnić. Kristina nie miała już sił, by samotnie 
dźwigać ciężar odpowiedzialności za dziewczynę. Kiedy brn-

li ją na wychowanie, nie zdawała sobie sprawy, że będzie to 
takie trudne. Razem z Pederem planowali taką wspaniałą 
przyszłość dla swej podopiecznej, ale ze strony dziewczyn­
ki napotykali niemal wyłącznie upór, rzadko wdzięczność 
za to, że się nią zajęli. 

Raija nigdy nie stała się posłuszną córką, jakiej pragnęli. 

Niełatwo było ją sobie podporządkować. Kristina zauważy­
ła, że w miarę jak dziewczyna dorasta, właśnie ta cecha cha­
rakteru zaczyna w niej dominować. Jeśli silny charakter Ra­
iji objawi się wyraźnie, Elvejordowie mogą wycofać się 
z obietnic i poszukają dla syna bardziej ustępliwej żony. 

background image

Raija zapadła w głęboki sen. Nie mogła nic wiedzieć 

o tym, że po raz kolejny ktoś decydował, w jakim kierun­
ku potoczy się jej życie. Po raz kolejny dziewczyna miała 
się dowiedzieć ostatnia, jaki los jej gotują. Bo nie tylko Kri-
stina myślała o przyszłości Raiji. 

Nad rzeką, kilka kilometrów od zabudowań wioski, sie­

dzieli dwaj młodzieńcy. 

Reijo z obojętnym wyrazem twarzy żuł źdźbło trawy, 

Karl natomiast nie przestawał ciskać kamieniami, jakby 

w ten sposób starał się rozładować targającą nim złość. 

- Co się tak wściekasz? - zagadnął Reijo. Podniósł głowę 

i mrużąc oczy, popatrzył w niebo. - Dziś się przytuliła do mnie, 
jutro przytuli się do ciebie! - Wypluł trawę i unikając wzroku 
przyjaciela, dodał: - To chyba nie powód, żebyś się tak miotał. 

Karl nie przestawał rzucać kamieniami. Na jego twarzy ma­

lowało się cierpienie. Karl miał siedemnaście lat, ale okrągłe 
policzki sprawiały, że wyglądał młodziej niż Reijo, mimo że 
był od niego wyższy. Reijo wydawał się dojrzalszy, silnie za­
rysowany podbródek i pociągła, wyrazista twarz dodawały 
mu powagi. Karl doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Na­
wet krępa sylwetka Reijo wydawała się bardziej męska niż je­
go szczupłe ciało. Karl był pewien, że Raija także to zauwa­
żyła, i gdyby miała wybierać, wolałaby Reijo. 

Zresztą dała tego dowód. Przecież nie rzuciła się Reijo na 

szyję tylko dlatego, że przeniósł ją przez rzekę. Chyba że... 

Karl poczuł w piersi ból. 
-• Posłuchaj, Karl! - Reijo usiłował uspokoić przyjaciela. 

- Dla Raiji to nic nie znaczy. Zrozum, ona jest jeszcze dziec­
kiem. 

- Ale ty nie patrzysz na nią jak na dziecko - głos Karla 

zabrzmiał lodowato. - Nie udawaj, że nie zwróciłeś uwagi 
na to, jak się dziś do ciebie tuliła. Nie oszukuj mnie, Reijo! 
Myślisz że nie zauważyłem, jak na nią patrzysz? 

Reijo zarumienił się lekko. Próbował zbyć przyjaciela 

background image

żartem, ale zrozumiał, że nic nie ukryje przed badawczym 
spojrzeniem Karla. 

-  N o , cóż - westchnął. - Może masz rację. Jest nas więc 

dwóch. Ale ona przecież jest naprawdę jeszcze dzieckiem. 
Żaden z nas nie może sobie rościć do niej praw. 

- Robisz wszystko, żeby wzbudzić jej zainteresowanie -

rzekł Karl. - Gdyby to od ciebie zależało, nie pozwoliłbyś 
mi się w ogóle do niej zbliżyć. 

Reijo popatrzył surowo na Karla. 
- To kłamstwo, dobrze o tym wiesz. Jesteś moim najlep­

szym przyjacielem. Ufam ci. Jeśli kiedyś Raija wybierze cie­
bie, nie ośmielę się wchodzić ci w drogę. Chcę, żebyś o tym 
wiedział. Ale wszystko zależy od niej. 

- Co za szlachetność! 
Karl nie wierzył przyjacielowi, nie był w stanie. Bo wie­

dział, że gdyby dziewczyna wybrała Reijo, starałby się ich 
rozdzielić. Dlatego nie potrafił pojąć, że Reijo mógłby się 
zdobyć na taki gest. Karl gotów był uczynić wszystko, by 
zdobyć Raiję. Nie rozumiał, że miłość Reijo jest inna. 

- Nie wierzysz mi - odezwał się cicho Reijo. 
Karl potrząsnął głową. Twarz mu stężała. Nie zauważył 

nawet, że grzywka opadła mu na oczy. 

- Ja się pierwszy nią zaopiekowałem, kiedy przybyła do 

wioski - mówił, nie patrząc na Reijo. - Byłem jej pierwszym 
przyjacielem. Do mnie przyszła... 

- To jednak wcale nie znaczy, że możesz ją mieć na włas­

ność. Poza tym wcale nie wiadomo, czy cię kiedyś zechce! 

- Nie? - syknął Karl, a jego twarz wykrzywiła wściekłość. 
Reijo naprawdę się zmartwił, nigdy dotąd nie widział 

przyjaciela tak wzburzonego. Karl był zwykle spokojny, 

wręcz flegmatyczny. Rzadko kiedy źle się wyrażał o innych 

i nigdy wcześniej nie okazywał tak gwałtownych uczuć. 

- Raiji chyba wolno ze mną rozmawiać - ciągnął spokojnie 

Reijo. - Nie możesz jej tego zabronić. Mnie zresztą także nie. 

Karl milczał. Reijo miał rację, nie może im przeszkodzić. 

background image

A może jednak...? Tych dwoje tyle łączy... Raija i Reijo... Na­
wet ich imiona brzmią podobnie, jak zaklęcie. Raija żarto­
wała często, powtarzając: „Raija i Reijo przybyli do Ruiji". 
Może to przeznaczenie? 

Oboje mówili po fińsku. Ileż to razy Karl zastawał ich po­

chłoniętych rozmową w języku, z którego on sam rozumiał 
zaledwie parę słów. Kilka razy przyłapał Raiję na tym, że 
rozmawiała na głos sama ze sobą w obcej dla niego mowie. 
Bardzo go bolało, że przyjaciele mają przed nim sekrety, a on 
stoi z boku tylko dlatego, że nie zna fińskiego. 

Czasami Raija droczyła się z nim, mówiąc do niego w swo­

im rodzinnym języku. Co prawda zazwyczaj wyjaśniała nie 
znane mu słowa, ale nie był do końca pewien, czy zawsze tłu­
maczyła je dokładnie. 

Tęsknota, którą dostrzegał w jej oczach, napawała go 

większym lękiem, niż chciał się do tego przyznać. Zaprze­
dałby duszę, byleby się tylko dowiedzieć, o czym myśli, kie­
dy tak wpatruje się w dal. O czym... A może o kim? O Re­
ijo? Nie, Karl nie dopuszczał nawet tej myśli. Raija należa­
ła do niego, w marzeniach była tylko jego, by ją zdobyć, go­
tów był nawet zabić. 

Reijo przeraził się, patrząc na twarz przyjaciela. Spojrze­

nie błękitnych oczu nie należało do Karla, którego znal. Do­

strzegł w nim błysk okrucieństwa. 

- Przestań ją zachęcać tak jak dziś - syknął Karl przez za­

ciśnięte zęby. 

Reijo nie pojmował. Czy on ją rzeczywiście zachęcał? Że­

by jednak uspokoić Karla, gotów był obiecać wszystko. 

- Jak chcesz - rzekł, ale zaraz, jakby za podszeptem dia­

bła, dodał: - Tylko że to dotyczy także ciebie! 

Karl wypuścił z rąk kamień. 
- Co masz na myśli? 
- Nie udawaj niewiniątka, Karl. Kręcisz się koło niej 

i wprost wychodzisz ze skóry, żeby pomóc Kristinie w cięż­
szych pracach, a wszystko po to, by być bliżej Raiji! 

background image

- Skąd wiesz? 
Reijo wzruszył ramionami. 
- Nie muszę daleko pytać, wystarczy, że porozmawiam 

z Rai ją... 

Nie dokończył, bo Karl rzucił się na niego i powalił na 

ziemię. Jego twarz wykrzywiła się z wściekłości. Reijo znów 
dostrzegł ów dziwny błysk w oczach przyjaciela. 

- A więc rozmawiacie o mnie? Nie życzę sobie! - krzy­

czał, uderzając ciałem Reijo o ziemię. 

Reijo otrząsnął się z zaskoczenia i pojął, że to nie żarty. 

Karl był zdecydowany na wszystko. Reijo zrozumiał, że mu­
si się z nim bić. 

Był co prawda niższy od Karla, ale równie zręczny i sil­

ny. Obaj młodzieńcy od dziecka nawykli do ciężkiej pracy, 
wyrobili więc sobie i muskuły, i wytrzymałość. Wiele razy 
się siłowali, ale nigdy nie bili. 

Reijo nie chciał uderzyć przyjaciela, szybko jednak zro­

zumiał, że nie ma wyboru. 

Błękitne oczy Karla błyszczały fanatyczną nienawiścią. 

Chłopak walczył zaciekle. 

Reijo zacisnął zęby. Zrozumiał, że tym razem na nic się 

nie zda odwoływanie do przyjaźni. 

Rozluźnił mięśnie, żeby Karlowi się wydawało, iż zyskał 

nad nim przewagę. Kiedy Karl przydusił go do skalistej zie­
mi, Reijo poczuł, jak ostry kamień wbija mu się w plecy, 
i syknął z bólu. 

- Może jednak powstrzymam cię od rozmów z Raiją... -

głos Karla zabrzmiał nienaturalnie chrapliwie. 

Reijo wycelował cios w twarz Karla, ale ten uchylił się 

i zaraz Karl odwzajemnił się ciosem w brzuch. Reijo jęknął 
z bólu. Karl był górą. 

Reijo poczuł kolejne mocne uderzenie w twarz. Policzki, 

nos, usta zapiekły go niemiłosiernie. W głowie mu łomota­

ło, pulsowały skronie. 

Co my robimy? przemknęła mu myśl. Przecież byliśmy nie-

background image

rozłącznymi przyjaciółmi, a teraz gotowi jesteśmy się pozabi­
jać z powodu dziewczyny? Właściwie dziecka jeszcze... 

Więcej nie zdążył pomyśleć, bo przez czerwoną mgłę zoba­

czył uniesioną do góry rękę Karla i jakiś szary cień. Instynk­
townie obrócił się na bok, a wówczas coś mocno uderzyło 

o ziemię w miejscu, w którym przed chwilą miał głowę. Mgła 
ustąpiła. Reijo dźwignął się na kolana, plując krwią, ale nie 
odrywał oczu od Karla, który stał nieruchomo, mrugając ner­

wowo powiekami, jakby chciał się obudzić z koszmarnego snu. 

Opuścił bezwładnie ręce i wpatrywał się z osłupieniem 

w kamień, którym przed chwilą rzucił. Po długiej chwili, 
która zdawała się trwać wieczność, zwrócił twarz ku Reijo. 

Blady jak trup zdołał jedynie wykrztusić: 

- Chciałem cię zabić... 
Potem osunął się na ziemię. Klęczał, kryjąc twarz w dło­

niach i zanosząc się spazmatycznym płaczem. Ramiona mu 
drżały, kiedy szlochał przejmująco jak dziecko. 

Reijo, choć uczestniczył w bójce, miał wrażenie, że przy­

glądał się temu, co zaszło, jakby z boku. Widział siebie i Kar­
la i był kompletnie porażony tym, co się stało. 

Otarł się o śmierć. Nie miał najmniejszych wątpliwości, 

że gdyby kamień trafił w jego głowę, leżałby teraz martwy, 
zamordowany przez przyjaciela. 

W końcu Karl zdołał stanąć na nogach i chwiejnym kro­

kiem podszedł do Reijo. Drżącą ręką odgarnął z czoła grzyw­
kę. Jego oczy, z których jeszcze przed chwilą biła nienawiść 
i żądza mordu, wyrażały teraz bezgraniczną rozpacz. 

- Dzięki ci za to, że żyjesz - wyszeptał i otarł krew z po­

liczka przyjaciela." 

Reijo usiłował przywołać uśmiech. 
- Nie byłoby warto... Nawet ona nie jest tego godna... -

Karl wyciągnął dłoń, pozdzieraną do krwi na kostkach. 
Nadal nie mógł uspokoić jej drżenia. Reijo popatrzył na 
swoje ręce, zabrudzone ziemią i mocno podrapane. 

Karl nie cofał dłoni. Reijo usłyszał jego słowa: 

background image

- Czy możesz mi wybaczyć? Nie wiem, co we mnie wstą­

piło, ale to się nigdy więcej nie powtórzy. Nigdy! Przyrze­
kam, że nikogo nie uderzę, jeśli nie będę musiał... Tylko wy­
bacz mi, Reijo - dokończył gasnącym szeptem. 

Reijo przełknął ślinę, w ułamku sekundy przypomniał so­

bie lodowaty chłód w oczach Karla, jego nieludzkie spojrze­
nie. Zobaczył nadlatujący w swoim kierunku kamień, po­
czuł pocałunek śmierci... 

Ale ta chwila minęła. Teraz znów stał przed nim Karl, któ­

rego znal, i wyciągał do niego rękę z prośbą o wybaczenie. 

Popatrzyli na siebie w milczeniu. Usta Karla drżały, od­

dychał ciężko. W jego oczach Reijo widział rozpacz i błaga­
nie. Chwycił dłoń przyjaciela i mocno uścisnął. A potem 
padli sobie w ramiona. Karl dygota! na całym ciele. Reijo 
dotknął policzkiem mokrej od łez twarzy przyjaciela, a po­
tem uświadomił sobie, że i on płacze. 

Zakłopotani odsunęli się od siebie. Reijo podszedł na 

brzeg i obmył w rzece ręce i twarz. Karl zrobił to samo. Wo­
da zesłała cudowny chłód, ukoiła ból i ostudziła emocje. 
Młodzieńcy bez słowa wymienili spojrzenia. 

- Może to była próba naszej przyjaźni - powiedział 

w końcu Reijo, zapatrzony w wartki nurt. 

- Nie mogę cię prosić o to, byś pozostał moim przyjacie­

lem po tym, co się stało - rzekł Karl przygnębiony. 

Reijo uśmiechnął się blado. Długo siedział w milczeniu 

ze wzrokiem utkwionym w rzekę. Ktoś, kto obserwowałby 
go z boku, mógłby sądzić, że wypatruje ryb. Karl poczuł się 
żałośnie mały. Szydził z Reijo, wyśmiewał jego szlachetność 
uczuć. A teraz Reijo udowodnił mu, że być szlachetnym to 
coś wielkiego. 

Omal go nie zabił, a on mu prawie natychmiast wyba­

czył. Samo to dowodziło, że Reijo jest od niego lepszy, bar­
dziej niż on godny Raiji... 

- Jesteśmy przyjaciółmi. - Reijo uśmiechnął się szeroko, 

patrząc na Karla. - Oczywiście, że jesteśmy przyjaciółmi! 

background image

Karl w życiu nie słyszał piękniejszych słów. Nie śmiał 

w nie uwierzyć. Przez chwilę zdawało mu się nawet, że mo­
że się pomylił. Ale wyraz twarzy Reijo świadczył o tym, że 
ich przyjaźń ocalała. 

- Ze względu na Raiję, dobrze, że tak się to skończyło. 

Nie zasługuje, żebyśmy z jej powodu stali się wrogami. 

Reijo, dostrzegłszy pustkę w spojrzeniu Karla, dodał po­

śpiesznie: 

- Nie tylko dlatego. Nadal jesteś moim najlepszym przy­

jacielem. Przyjaźnimy się od wielu lat i to się liczy. Ten ko­
szmar trwał zaledwie parę minut. Nie byłeś sobą. A skoro 
udało nam się wyjść cało z takiej próby, myślę, że nasza 
przyjaźń przetrwa cale życie... 

background image

Tak naprawdę wszyscy się jednak mylili co do Raiji: Kri-

stina, która pośpiesznie udała się do sąsiadów, Antti, który, 
patrząc ponuro przed siebie, wiosłował zamaszyście przez 
fiord, Karl, który uciekł w góry, nienawidząc siebie za swe 
grzeszne myśli, wreszcie Reijo, któremu chodziły po głowie 
takie same myśli, a który uważał Raiję za nie rozumiejące 
niczego dziecko. 

Wszyscy byli w błędzie. Raija dawno już przestała być 

dzieckiem. Na długo przed tym, nim Karl i Reijo zdali so­
bie sprawę ze swych uczuć, ona wiedziała. Zauważyła, jak 
prześcigają się w wyświadczaniu jej drobnych przysług, jak 
obaj starają się być blisko niej. Wystarczyło jedno jej słowo, 
a ich twarze rozpromieniały się bądź posępniały. 

Bawiło ją to, a zarazem napełniało lękiem. Oczywiście, 

igrała z ogniem, wykorzystując tę nowo odkrytą władzę nad 
przyjaciółmi. Ale która młoda dziewczyna nie uczyniłaby 
podobnie? 

Kiedy jednak pojęła, jakie namiętności potrafi w nich wy­

wołać, przeraziła się i zaczęła kontrolować swoje zachowa­

nie w ich obecności. Uśmiechnąwszy się do jednego, natych­
miast kierowała uśmiech do drugiego. Jeśli Reijo wzbudził 
jej irytację, krzyczała także na Karla. Raz po raz jednak kor­

ciło ją, by zabawić się trochę ich kosztem. Na przykład 
wówczas nad rzeką... 

Gdyby chciała, przeszłaby sama, ale podkusiło ją, by po­

zwolić płowowłosemu Finowi przenieść się na drugi brzeg. 
Znów sprawdziła, jak ci dwaj znoszą rywalizację. Jeden i dru­
gi chciał zyskać przewagę, ale żadnemu się nie udawało. 

background image

Teraz Raija zrozumiała coś jeszcze. Upokarzający epizod 

z Isakiem otworzył jej oczy. Zrozumiała, co by się mogło 
stać, gdyby przypadkowo nie zjawił się w pobliżu Antti, i na 
samą myśl o tym wszystko się w niej burzyło. 

Raija nie była tak naiwna, by nie wiedzieć, na czym po­

lega związek między kobietą a mężczyzną. Miała oczy i uszy 
i już dawno to zrozumiała. 

Wiedziała, że miłość fizyczna nie musi być wstrętna i brud­

na, tak jak to odczuwała, gdy Isak próbował wziąć ją siłą. 
Wiedziała, że może być piękna, choć do końca nie potrafiła 
sobie tego wyobrazić. Tak daleko nie sięgała wyobraźnią. 

Przywoływała różne obrazy: Reijo gładzi zakamarki jej 

ciała, których wcześniej dotykał Isak, tyle że delikatniej 
i czulej... Nie! 

Raija skuliła się i zakryła cała futrzaną narzutą. Zamru­

gała gwałtownie powiekami, by odpędzić koszmar. Gdy po­
woli spłynął na nią spokój, znów zamknęła oczy. Karl... 
Równie gwałtowna reakcja. Znowu uczucie wstrętu! Jej dło­
nie wędrowały po całym ciele. Kuliła się nawet pod własnym 
dotykiem. Brzydziła się samej siebie. 

Odsunęła na bok okrycie, chwyciła chustę i uciekła z bez­

piecznej chaty. Nogi niosły ją nad rzekę. Nie widziała ani 
nie słyszała, co się dzieje dookoła. Pragnęła tylko jednego: 
jak najprędzej zmyć z siebie brud. 

Zdjęła chustę i rzuciła ją na kamienie przy brzegu, po 

czym weszła do wody. 

Ciało dziewczyny zdrętwiało z zimna, jednak nawet chłód 

wody nie zdołał ostudzić jej rozgorączkowanych myśli. 
Zatrzymała się na środku rzeki, gdzie woda sięgała powyżej 
piersi. Bez wahania przykucnęła, wystawiając tylko głowę 
nad powierzchnię. 

Szczękała zębami z zimna, ale równocześnie doznawała 

wrażenia cudownej świeżości. Tarła pod wodą całe ciało, 
jakby chciała usunąć ślady brutalnych rąk Isaka. 

Spłukiwała gorące policzki chłodną wodą. 

background image

Nogi jej ścierpły. Choć stąpała po ostrych kamieniach, 

nie czuła bólu. Ledwie utrzymywała równowagę, ale na 
szczęście rzeka w tym miejscu była szeroka, a nurt niezbyt 
wartki. Ostatkiem sił dotarła na brzeg i rzuciła się w wyso­
ką trawę. Drżące z zimna ciało okryła chustą. Marzła, ale 
równocześnie było tak, jakby na nowo odżyła. Co prawda 
kiedy zamykała oczy, nadal wydawało jej się, że pożądliwe 
dłonie obmacują jej nagą skórę, jednak lodowata kąpiel spłu­
kała z niej najgorszy brud. 

- Dlaczego dzieją się takie rzeczy? - wyszeptała, nie do 

siebie ani nie do wiatru. Jej słowa były skierowane do przy­
jaciela, którego tylko ona widziała, bo istniał jedynie w jej 
wyobraźni. 

- Dlaczego oni posuwają się do takich postępków? - prze­

mawiała, szlochając, w języku niezrozumiałym dla Karla. -
Ty byś nigdy tak nie postąpił, prawda? Ani wobec mnie, ani 
wobec nikogo innego. 

Niewidzialny przyjaciel Raiji nie odpowiedział. Nie mógł 

ukoić cierpienia piętnastolatki ani zetrzeć śladów, jakie po­
zostawiła w jej duszy brutalna napaść Isaka. Ale Raiji zda­
wało się, że czuje ciepło jego życzliwego spojrzenia. Dzięki 
przyjacielowi nigdy nie była samotna, zawsze miała przy so­
bie kogoś, na kogo mogła liczyć, kto, łagodny i wyrozumia­
ły, potrafił dawać i nie żądał od niej więcej, niż sama była 
gotowa ofiarować. Ten ktoś istniał w wyobraźni Raiji, a jed­
nak był niemal równie rzeczywisty jak otaczający ją ludzie. 

W powszednim życiu Raiji nie pozostawało wiele miej­

sca na marzenia, ale dziewczyna posiadała niezwykłą zdol­
ność przydawania słonecznego blasku nawet całkiem szarej 
codzienności. Dzięki temu łatwiej było jej znosić trudy ży­
cia wśród otaczających ją ludzi, którzy nie byli w stanie 
zrozumieć takiej jak ona marzycielki. Opacznie tłumaczy­
li sobie jej zachowanie - izolowanie się od otoczenia, zamy­
ślone, nieobecne spojrzenie. Sądzili, że w ten sposób dziew­
czyna chce zademonstrować swoją wyższość. Tymczasem 

background image

Raija była po prostu ulepiona z innej gliny. Choć wszyscy 
zdawali sobie z tego sprawę, nie potrafili określić, na czym 
to polega. Raija nigdy nie odnalazła się w nowym środowi­
sku. Miała tylko dwóch przyjaciół: Reijo i Karla. Kristina 
była dla dziewczyny ostoją, a Antti jedynym dorosłym, 

którego darzyła zaufaniem. Od wszystkich innych odgro­
dziła się grubym murem. 

Raija zauważyła, że Kristina w ostatnim czasie podupadła 

na zdrowiu. Co prawda zawsze była szczupła, ale w ostat­
nim roku zostały z niej dosłownie skóra i kości. Rysy twa­
rzy jej się wyostrzyły, a spojrzenie utraciło blask. 

Raija nie kochała Kristiny. Starała się być wobec niej po­

słuszna, ale robiła tylko to, co musiała. Nie okazywała opie­
kunce żadnych uczuć. Właściwie nigdy nie troszczyła się 
o nią. Dostrzegała, że Kristina gorzej wygląda, ale nie przej­
mowała się tym, tak jakby dotyczyło to kogoś obcego. 

Kristina nigdy nie znalazła miejsca w jej sercu. 

- Odprowadzę cię do Anttiego na przylądek. 
Raiji wydawało się, że się przesłyszała. Ciemne oczy 

z niedowierzaniem spoczęły na kobiecie, która kazała się na­
zywać matką. Co prawda w końcu z tego zrezygnowała, bo 

Raija i tak zwracała się do niej po imieniu. 

- Nauczysz się czytać! - rzuciła Kristina, odwrócona ple­

cami do Raiji i wyprostowana jak kij. - Jeśli syn tego za­

wszonego Kwena może, to i ty potrafisz. 

- Idę sama! 
- Nie! - głos Kristiny ciął jak ostrze noża. - Nadal jesteś 

pod moją opieką i nie chcę, żeby ci się coś stało... 

Raija zrozumiała, że nie ma sensu się sprzeciwiać. Wzru­

szyła więc ramionami i zawiązała na piersi brązowo-żółtą 
chustę. Pomaszerowała przed siebie, demonstracyjnie na­
rzucając takie tempo, że Kristina ledwie nadążała. Słysząc, 
jak opiekunka ciężko dyszy, Raija uśmiechnęła się złośliwie. 

background image

Dobrze jej tak! pomyślała. Rozrusza się trochę. Nie prosi­
łam, żeby mi deptała po piętach. 

Wczorajsza napaść Isaka naprawdę przestraszyła Raiję, 

ale dziewczyna nie wierzyła, żeby coś takiego mogło się po­

wtórzyć. Przecież nikt nie jest aż tak na wskroś zły! Mimo­
chodem obejrzała się za siebie, ale nie dostrzegła Kristiny. 

Przystanęła, przez chwilę rozglądała się bezradnie, a potem 

zawróciła ścieżką, którą przyszła. Nagle usłyszała Kristinę, 
która wołała ją zduszonym głosem. Raiję ogarnął strach. 

Co jej się stało? pomyślała w popłochu. 
Bez wahania ruszyła przed siebie. Kiedy zobaczyła leżącą 

na ziemi Kristinę, podbiegła do niej. Starsza kobieta, czepia­
jąc się pnia brzozy, usiłowała się podnieść. Była blada, wręcz 
sina, a na pooranym zmarszczkami czole wystąpiły jej krople 
potu. Raija pośpiesznie chwyciła wychudzoną opiekunkę, 
która, wyczerpana, osunęła się w jej ramiona. Przyciskając do 
piersi spracowane, pomarszczone dłonie, oddychała nierów­
no, a z jej ust wydobywały się urywane jęki. 

- Och... boli... w piersiach... To nic takiego... 
- Czy już cię kiedyś tak bolało? - zapytała tknięta złym 

przeczuciem Raija. 

Kristina skinęła głową bez słowa. Raija przełknęła ciężko 

ślinę. Powinna się domyślić! Widziała, że Kristina pracuje po­
nad siły. Tej myśli towarzyszyła inna: To twoja wina, Raiju, 
twoja wina... Jeśli ona umrze, to będzie twoja wina... Zrobiłaś 
to celowo... To twoja wina... 

- Idź! - jęknęła Kristina. - Zaraz... zaraz mi przejdzie... 
Ale Raija nie odeszła. Bała się zostawić Kristinę bez opie­

ki, dobrze też wiedziała, że sama nie zdoła zanieść jej do 
chałupy. Jedyne, co mogła zrobić, to być przy niej. 

- Idź! - jęknęła znów Kristina. 

Raija pokręciła głową. Po raz pierwszy popatrzyła na 

opiekunkę z odrobiną czułości. Kristina zawsze była silna, 
to ona wydawała polecenia, dyrygowała wszystkim. Teraz 
leżała w ramionach Raiji, nie będąc w stanie nawet usiąść. 

background image

Dziewczyna nagle popatrzyła na Kristinę innym wzro­

kiem. Z oddaniem, to może za wiele powiedziane, ale w każ­

dym razie dostrzegła w niej człowieka. 

- Co się stało? - usłyszała nagle nad głową glos Karla. 
Raija nie słyszała, gdy nadchodził, ale gdy go zobaczyła, 

ulżyło jej na sercu. 

- Jak dobrze, że jesteś! - zawołała. 
Kristina otworzyła oczy, a w jej spojrzeniu, podobnie jak 

u Raiji, odmalowała się ulga. 

- Karl! - westchnęła i znów przymknęła oczy. 
- Musimy przenieść ją do chaty - zadecydowała Raija. 

Wstała ostrożnie, nie wypuszczając staruszki z rąk. - Chcia­
ła mnie odprowadzić do Anttiego - wyjaśniła, odczytując 

nie wypowiedziane pytanie we wzroku Karla. 

- A ty jej uciekałaś? - stwierdził rzeczowo Karl. 
Milczenie Raiji stanowiło wystarczającą odpowiedź. Zau­

ważył w jej twarzy lęk, którego nigdy wcześniej nie widział. 
Raija nie była strachliwa. Najwyraźniej jednak wydarzenia 
poprzedniego dnia pozostawiły w niej trwały ślad. 

O tym, co się stało, Karl dowiedział się po wizycie Kri-

stiny w ich domu. Zresztą nie była to jedyna rewelacja, ja­
ką przekazał mu ojciec... 

Karl pomógł Raiji podnieść Kristinę. Kto by przypu­

szczał, że ta wysuszona staruszka jest taka ciężka? Ukrad­
kiem zerknął na Raiję. Na pewno jeszcze o niczym nie wie. 
Ojciec prosił go, by nie mówił nic dziewczynie, póki się nie 
otrząśnie po tej sprawie z Isakiem. 

Aż się palił, by jej przekazać nowinę, zobaczyć jej reak­

cję, ale dał przecież ojcu słowo! 

Przypadkowo dotknął dłoni Raiji i poczuł, jak oblewa się ru­

mieńcem. A niech to! On, dorosły mężczyzna, rumieni się jak 
jakaś panienka! Miał nadzieję, że Raija tego nie zauważyła. 

- Zaniosę ją! 
Zacisnął zęby i wziął Kristinę na ręce. Nie patrząc na Raiję, 

w milczeniu ruszył ścieżką w stronę chałupy. Kristina ciążyła 

background image

mu jak otów, jej ciaio by\o ca\kiem bezw\ac\ne. Czu\ )eć\naK ou-

dech staruszki, a to znaczyło, że żyje. Nie wolno jej teraz 
umrzeć! Teraz, kiedy wreszcie wszystko zaczęło się układać po 
jego myśli! Jeśli Kristina wyzionie ducha, to, co już zostało 
uzgodnione, trzeba będzie odłożyć na bliżej nieokreślony czas. 
Oby tak się nie stało! Kristina musi żyć! Musi! 

Położyli chorą w łóżku i otulili ją futrzanym okryciem. 

Raija obmyła twarz opiekunki kawałkiem płótna zamoczo­
nym w wodzie. Odetchnęli z ulgą, gdy Kristina mrugnęła 
powiekami. 

- Zawołam matkę! - powiedział Karl. 
- Nie... - odezwała się Kristina z wysiłkiem. W tym jed­

nym słowie zabrzmiało takie błaganie, że Karl zawrócił. 

- N i e ? 
- Zaraz mi przejdzie. 
Na czoło Kristiny znów wystąpiły krople potu. 
Raija wymieniła z Karlem zatroskane spojrzenia. 
- Może jednak lepiej będzie, jeśli Karl sprowadzi Martę - ode­

zwała się niepewnie, ale Kristina ostatkiem sił pokręciła głową. 

- Idźcie do Anttiego! 
- Nie mogę od ciebie teraz odejść! .- Raija była równie 

stanowcza. 

Kristina jednak spojrzała surowo na Raiję. 
- Pójdziesz! Przynieś mi tylko wody, żebym miała pod 

ręką... Idź już! 

Karl wzruszył lekko ramionami, a Raija posłuchała opie­

kunki, nie chcąc jej niepotrzebnie denerwować. Wyjęła misecz­
kę i napełniwszy ją wodą, postawiła przy łóżku Kristiny. 

- Karl pójdzie z tobą. 
Raija uniosła brwi w zdumieniu. Do tej pory Kristina 

wciąż powtarzała, by nigdy nie zostawała sam na sam z któ­

rymś z młodzieńców, tymczasem teraz prosiła ją o coś dokła­
dnie przeciwnego. 

- Wyjdziesz za niego... - wyjaśniła chora. - To już posta­

nowione. 

background image

Karl skinął głową bez słowa, kiedy Raija popatrzyła na 

niego osłupiałym wzrokiem. 

- Ach, tak... - odpowiedziała tylko, zaciskając usta i mru­

żąc oczy. 

Karl miał świadomość, że niezbyt szczęśliwie się stało, 

iż Raija w taki sposób dowiedziała się o planowanym mał­
żeństwie. Dobrze znał jej charakter. Domyślał się, co zna­

czą złowrogie milczenie, zaciśnięte usta i kocie spojrzenie. 
Wychodząc z chaty, Raija nawet nie obejrzała się na nie­
go, odrzuciła w tył szczupłe ramiona i wyprostowała się 
dumnie... 

Karl popatrzył bezradnie na Kristinę. 

- Idź z nią - wyszeptała chora. - I na nią uważaj... 
Karlowi zdawało się, że Kristina wygląda trochę lepiej, 

choć może było to tylko jego pobożne życzenie. Oczy mia­
ła żywsze, a cera nie była już tak woskowo blada... 

- Idź, chłopcze! 
Zabrzmiało to jak rozkaz, choć wychudzona kobiecina 

ledwie mogła się ruszyć. 

- Raija ma się nauczyć czytać! 
Oczy Kristiny zalśniły osobliwym blaskiem. Karl wy­

szedł z chaty uspokojony. Teraz, gdy już wszystko zostało 
ustalone, Raija znajdzie się pod jego opieką. 

Karl ruszył biegiem i dogonił dziewczynę. Popatrzył na 

nią kątem oka i nagle zapragnął, by rozpuściła włosy, sple­
cione teraz w gruby warkocz przerzucony na plecy. Chęt­
nie pogładziłby jej jedwabne pukle. 

Raija należy do mnie, śpiewało mu w duszy. Należy do mnie! 

Ale nawet głupiec by zauważył, że dziewczyna z tego po­

wodu nie szaleje z radości. 

Karl wcisnął ręce do kieszeni spodni, przybierając posta­

wę dorosłego mężczyzny. 

- No i co na to powiesz? - zapytał, udając obojętność. 
- Mogło być gorzej - odparła bezbarwnym głosem. 

background image

- A cóż to za odpowiedź - żachnął się, ale zaraz się opa­

nował i dodał: - Czyżbyś wolała kogoś innego? 

- Innego? - Raija zatrzymała się i popatrzyła na Karla, 

próbując odczytać z jego twarzy, co też miał na myśli. 

Dopiero teraz zauważyła ślady po wczorajszej bijatyce. 

Jej rozszerzone ze zdumienia piękne brązowe oczy nieocze­

kiwanie napełniły się czułością. 

- Co zrobiłeś? - wyszeptała. - Mów, Karl! Co zrobiłeś? 

Chyba nie biłeś się z Isakiem? 

Karl wykrzywił usta w uśmiechu i wykorzystując sytua­

cję, objął dziewczynę. Przyciągnął ją do siebie, a Raija, za­
skoczona, nawet nie próbowała się uwolnić. 

- Rozmawialiśmy z Reijo - odrzekł niedbale. - I doszło 

do kłótni. 

- Biliście się? Ty i Reijo? Przecież jesteście przyjaciółmi! 
- Poróżniliśmy się, przecież mówię... Ale w końcu doszli­

śmy do porozumienia... Skąd ci przyszedł do głowy Isak? 

Raija popatrzyła w bok i mruknęła: 
- Tak tylko pomyślałam. Po tym, co się stało... Sądziłam, 

że wiedziałeś o planach Kristiny i twoich rodziców. Myśla­
łam... Zresztą, nieważne! 

- Myślałaś, że porachowałem się z Isakiem za to, co ci 

zrobił? - Karl uśmiechnął się z goryczą. - Czy takiego męż­
czyznę rada byś poślubić, Raiju? 

- Powiedziałam „nieważne". 
- A może powinienem się z nim rozprawić? - rzekł z na­

mysłem. 

Raija zatrzymała się i popatrzyła mu prosto w oczy. 
- Nie rób tego, Karl! Nigdy nie daj się sprowokować! 
Nie odpowiedział. Raija szła obok niego, była tak blisko, 

że czuł niemal dotyk jej ciała. Gdy wyrwała się z jego ob­
jęć, zrozumiał, że nie życzy sobie jego bliskości. Jeszcze 
nie... Trochę go to zabolało i w głębi serca zadawał sobie 
pytanie: Czy zareagowałaby podobnie, gdyby jej mężem 
miał zostać Reijo? 

background image

- Czy chcesz porozmawiać o tym, co się stało... o Isaku? 

- zapytał w końcu. 

- Nie! 
Westchnął. Chyba posunął się za daleko, ale skąd mógł 

o tym wiedzieć? Nie miał pojęcia, jakimi ścieżkami wędru­

ją myśli dziewcząt, nie nadążał za Raiją, za tokiem jej rozu­

mowania. Nigdy nie nadążał... I nagle napełniło go to lękiem. 
Co prawda Raija będzie należała do niego, to już przesądzo­
ne, ale przestraszył się, że nigdy tak naprawdę nie zdoła po­
siąść jej do końca. 

Szli dalej w milczeniu. Oboje zręcznie unikali się spojrze­

niem. Raija była rozczarowana. Kristina mogła ją chociaż za­
pytać. Raija nie lubiła być do niczego przymuszana. Niewy­
kluczone, że gdyby kazano jej wybierać, uznałaby Karla za 
najlepszego kandydata na męża. To co innego! Ale fakt, że 

nie liczono się z jej zdaniem w sprawie tak dla niej ważnej, 
postawił Karla w mniej korzystnym świetle. 

- A co to za głupstwa z tym czytaniem? Po co ci to? 
- Chcę się nauczyć czytać - odpowiedziała po prostu. -

Może i ty powinieneś się trochę pouczyć? Przyjaźnisz się 
z Reijo od tylu lat i nie znasz ani słowa po fińsku. 

- I co z tego? - Karl przyjął postawę obronną. - Po co 

miałbym się uczyć fińskiego? Kto prosił Kwenów, by tutaj 
przychodzili? Robią to z własnej nieprzymuszonej woli, 
a skoro tak, niech się uczą naszego języka. Przecież ja się nie 
będę uczył tej mowy, która przypomina krakanie! 

Raija uśmiechnęła się cierpko. 
- A może jednak dobrze by było, gdybyś nauczył się tro­

chę tego krakania, Karl. Przyda ci się, skoro mamy się pobrać... 

Karl zaczerwienił się. Znowu palnął głupstwo. Że też nie 

zastanowił się nad tym, co mówi! Całkiem zapomniał, że prze­
cież Raija także jest Kwenką. Ale też o byle co się obraża! Jak­
by jej pochodzenie było jakimś powodem do dumy! Czy ma 
przez całe życie stąpać na palcach, by jej nie urazić? 

- Nie możesz mi zabronić się uczyć! - oznajmiła stanow-

122 

background image

czo Raija. - Jeśli cię to nie interesuje i wolisz pozostać nie­
douczonym głupcem, to twoja sprawa, Karl. Ale mnie nie 
możesz odmówić prawa do nauki! 

Spurpurowiał ze złości. Raija szydziła z niego w żywe 

oczy, najwyraźniej miała go za nic. 

Z zastygłą niczym maska twarzą brutalnie przyciągnął ją 

do siebie. W jego błękitnych oczach pojawił się błysk bez­
względności, który przeraził Raiję. To nie był Karl... 

- Może i ja cię mogę czegoś nauczyć, Raiju - wyszeptał 

gorąco. - O ile okażesz się wystarczająco pojętna... 

Delikatne, trochę dziecinne usta przywarły z całych sił do 

warg Raiji. Dziewczyna opierała się. Ta sytuacja aż nadto 

przypominała jej zdarzenie z poprzedniego dnia. Raija miała 

dość ognisty temperament i nie należała do słabeuszy, jednak 
Karl był o wiele silniejszy niż drobnej budowy dziewczyna. 
Zraniła go chyba bardziej, niż przypuszczała. Karl gotów był 
jej przychylić nieba, a ona z niego szydziła! 

Nie zważał na to, że dziewczyna się broni. Należała 

wszak do niego, była jego i nic już tego nie mogło zmienić! 
Robił to, do czego miał prawo, wnet zresztą otrzyma bło­
gosławieństwo Boga i ludzi. 

Ale Raija nie chciała się poddać. Wprawdzie rozsądek pod­

powiadał jej, że opierając się Karlowi, tylko podsyca jego pożą­
danie, ale Raija rzadko szła za głosem rozsądku. Wiedziała jed­
no: zawsze będzie walczyć z tymi, którzy zechcą narzucać jej 
swą władzę. Silna wola dziewczyny i potrzeba niezależności nie 
przystawała do oczekiwań ludzi, wśród których przyszło jej 
żyć. Raija jednak nie potrafiła odstąpić od tego, co było dla niej 
ważne, nie chciała zadawać gwałtu własnej duszy. 

Brutalne pocałunki Karla stały się bardziej zmysłowe, ale 

jego dłoniom nadal brakowało delikatności. Raija czuła, że 
spragniony jest jej bliskości, czuła, jak narasta w nim podnie­
cenie, słyszała, jak dyszy, nieporadnie gładząc ją po plecach. 
Zdołała wreszcie uwolnić rękę i błyskawicznie, niby bronią­
cy się kociak, wbiła paznokcie w już i tak sine i podrapane 

background image

policzki Karla. Zareagował natychmiast. Wypuścił ją z rąk, 
jakby poparzył się żarem z paleniska. W ułamku sekundy błę­
kitne oczy chłopaka zapłonęły złością, jednak Raija nie od­

wróciła wzroku. Patrzyła na niego wyzywająco, nabrzmiałe 
usta drżały, warkocz rozplótł się, a zwichrzone włosy przy­
słoniły jej twarz. 

Karl spuścił głowę. Zadrapania na policzkach, które po­

zostawiły paznokcie Raiji, piekły niemiłosiernie, ale to nie 
miało większego znaczenia. 

Nawet nie patrząc na nią, czuł na sobie jej oskarżyciel-

ski wzrok. Zawstydzony, oparł się o pobliską brzozę. Kora 
chłodziła jego rozpalone czoło. 

Ależ z niego głupiec! Nie potrafił nad sobą zapanować, 

zupełnie oszalał... ale to żadne wytłumaczenie. Dlaczego tak 
się zachował? Przecież ją kocha... 

- Czy nie powinniśmy pójść do Anttiego? - zapytała nie­

oczekiwanie lekko, jakby nic między nimi nie zaszło. 

Karl przełknął ślinę i odgarnął grzywkę z czoła. Czuł pod 

powiekami łzy, ale walczył z całych sił, by się nie rozpłakać. 
O, nie, Raija nie zobaczy jego łez! 

- Wybacz mi! - wykrztusił. Wiele kosztowało go to wyzna­

nie, dla Raiji jednak gotów był uczynić niemal wszystko. 

- Idziemy - rzekła chłodno dziewczyna, nie wracając na­

wet słowem do tego, co się stało przed chwilą. 

Reijo zaklął, kiedy zobaczył, że nadchodzą. Że też muszą 

zjawiać się właśnie teraz, kiedy ojciec wypłynął na połów. 
Obecność Anttiego znacznie by wszystko ułatwiła. Musiał­
by się skupić na książkach i nauce. Reijo zastanawiał się, co 
czuje Karl. Zapewne słyszał o Isaku... 

Reijo, myśląc o tym, co wydarzyło się wczoraj, mimowol­

nie zacisnął pięści, aż pobielały mu kostki. Napiął mocno 
mięśnie, zaś twarz, na której uwydatniły się kości policzko­

we, zastygła jak maska. Reijo czuł, że mógłby zabić Isaka. 

Kiedy poprzedniego wieczoru ojciec opowiedział mu o tym, 

co zaszło, omal nie rzucił się do drzwi, by odszukać Isaka 

124 

background image

i dać mu nauczkę. Antti z trudem odwiódł go od tego zamia­
ru. Zdołał przemówić synowi do rozsądku i przekonać go, 
że w ten sposób nie pomoże Raiji. Reijo nie był do końca 
przekonany, że ojciec ma rację. Wydawało mu się, że Raija 
byłaby zadowolona, gdyby się dowiedziała, iż porachował się 
z Isakiem. Zwykle nie miała litości dla swych wrogów. 

Kiedy Karl usłyszał, że Antti wypłynął, chciał natych­

miast wracać, ale Raija zadecydowała, że zaczekają. 

- Wiem, że wczoraj się pobiliście, ale chyba możecie wy­

trzymać przez chwilę w swoim towarzystwie! - orzekła. -
Zresztą zdawało mi się, że już się nie gniewacie. 

- Doszliśmy do zgody - skwitował Karl, pośpiesznie zerka­

jąc na Reijo, który posłał Karlowi pytające spojrzenie, jakby 

chciał się zorientować, czy Raija zna całą prawdę o przyczynie 
ich bójki. Odetchnął z ulgą, domyśliwszy się z miny Karla, że 
dziewczyna nie ma pojęcia, co ich poróżniło. 

- Pewnie cię rozbawi nowina, że nie pytając nas o zdanie, 

zadecydowano, że mamy się z Karlem pobrać - odezwała się 
ironicznie Raija, z niewzruszoną miną żując źdźbło trawy. Po 
Karlu natomiast widać było, że cierpi. Reijo dobrze go rozu­
miał, choć sam poczuł się tak, jakby coś w nim umarło. 

- Czy to źle?- zapytał. 
- Tak sobie - odrzekła. 
Reijo omal się na nią nie rozgniewał. Czy nie rozumie, 

że każdym swym słowem rani Karla? W pełni pojmował ból 
w oczach przyjaciela. On nigdy by nie pozwolił Raiji na ta­
kie zachowanie, choć żywił do niej równie gorące uczucia. 

- Nie rozumiem tego pośpiechu - ciągnęła Raija. - Dla­

czego właśnie teraz? 

Karl wbił wzrok w ziemię, z trudem przełykając ślinę. 
Reijo drżącą ręką ujął dziewczynę pod brodę i zmusił, by 

spojrzała mu prosto w oczy. 

- Zdaje się, że między wami są jakieś niedomówienia, ale 

mnie to nic nie obchodzi - rzekł cicho. - Najlepiej porozma­
wiaj z nim szczerze. Wydaje mi się, że lepszego męża nie 

background image

znalazłabyś, Raiju, zresztą sama o tym wiesz. Nie jesteś 
przecież jakąś bogatą panną, tylko zwyczajną Raiją Alatalo. 
Piękną dziewczyną z Finlandii. Pamiętaj o tym, Raiju! Mo­
że Karl jest nawet za dobry dla ciebie... 

Raija nawet nie mrugnęła okiem. 

- Może - rzekła gwałtownie, patrząc daleko w fiord. 
A więc Reijo bierze stronę Karla. Cały świat się sprzy­

siągł przeciwko niej. Czy nikt jej nie rozumie? 

- Ty byś mnie zrozumiał - wyszeptała do siebie, ujrzaw­

szy przed oczami znajomą twarz. - Ty byś zrozumiał. 

Obaj młodzieńcy słyszeli niezrozumiałą mowę, ale nie za­

reagowali. 

- Chyba wyjadę stąd - powiedział Reijo, sam nie pojmu­

jąc, po co to mówi. Nigdy o tym nie myślał, gdy jednak pa­
dły te słowa, zrozumiał, że tak musi się stać. Zapewne ta de­
cyzja dojrzewała głęboko w nim od dawna. 

Teraz, gdy Karl ożeni się z Raiją, osada stanie się za cia­

sna dla nich dwóch. 

Dziewczyna jest dla niego już na zawsze stracona, nie bę­

dzie miał czego szukać blisko niej. A nie należał do osób, 
które zadowalają się okruchami. 

- Dokąd? - zapytała odruchowo Raija, nawet nie odwra­

cając głowy. Karl natomiast wpatrywał się w przyjaciela 
zdumionym wzrokiem. 

Reijo oparł brodę na kolanach i śledził lecącą wysoko me­

wę. Na nowo ożyły dziecinne marzenia, które niegdyś roi­
ły się w jego głowie. 

- Pamiętasz, Raiju, w naszych rodzinnych stronach, w Fin­

landii... Czy słyszałaś opowieści o skarbach ukrytych w Ruiji? 

- Oczywiście, że tak - potwierdziła krótko. 
- Opowiadano, że w Ruiji złoto leży wprost na ziemi 

i każdy, kto chce, może zostać bogaczem - rzekł Reijo z oży­

wieniem. 

Raija uśmiechnęła się ze smutkiem, ale i z wyrozumiało­

ścią, jak dorosły, który właśnie postanowił oznajmić dzie-

background image

ciom, że baśnie nie są prawdziwe. Jak realista, który zamie­
rza rozwiać cudze marzenia. 

- Chyba w to nie wierzysz? Ja także śniłam o złocie i sre­

brze... - Raija mówiła teraz tak, jakby dawno już przestała 
być piętnastolatką. - Ale nie wiem, czy tak naprawdę w to 
wierzyłam... 

Zapatrzyła się gdzieś w przestrzeń, przenosząc się myśla­

mi w całkiem inną rzeczywistość, w której nie było miejsca 
ani dla Karła, ani dla Reijo. 

- Chciałam im tak wiele ofiarować... 
- Twojej rodzinie? - zapytał zaciekawiony Karl. 
- Zamilcz! - zaszlochała Raija, ukrywając twarz w dło­

niach. Ramiona jej drżały, jednak kiedy Karl chciał ją objąć 
i pocieszyć, odsunęła się. 

Reijo posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, jakby chciał po­

wiedzieć: „Zostaw ją!" 

To jeszcze bardziej zasmuciło Karla. Zrozumiał, że Reijo 

zna Raiję lepie;, niż on sam zdoła ją kiedykolwiek poznać. 

Reijo nie zwrócił jednak uwagi na reakcję przyjaciela. 

Sam w pierwszym odruchu chciał przytulić dziewczynę 
i poprosić, by wypłakała mu się na ramieniu, ale dobrze wie­
dział, że na nic się to nie zda... 

Wiedział, gdzie uciekła myślami, przebywała wśród ludzi, 

którzy kiedyś stanowili jej najbliższą rodzinę. Karl swoim 
pytaniem wyrwał ją z tego magicznego stanu i zmusił nieja­
ko, by wróciła do rzeczywistości. 

Cóż, może ta rzeczywistość nie rozpieszczała dziewczy­

ny, jednak właśnie tu i teraz przyszło jej żyć. Choć Reijo 
jak nikt inny potrafił wyczuć nastroje Raiji, zdał sobie jed­
nak sprawę, że nadszedł czas, by wreszcie dorosła. Powinna 
zrozumieć, że nie jest najważniejszą osobą pod słońcem i że 
nie zawsze cały świat musi się kręcić wokół niej. 

- Nie sądzę, że to tylko bajka - rzekł z przekonaniem. - Mo­

że rzeczywiście niektóre opowieści są nieco przesadzone, ale 
nie wszystkie. Myślę, że ci, którzy nam je przedstawiali, dawa-

background image

li się trochę ponieść fantazji, bo też i nietrudno było nas, 
którzyśmy znali jedynie lasy i biedę, zachwycić. Ale na pewno 
tkwi w nich ziarno, a choćby ziarenko, prawdy. Ktoś pewnie 
kiedyś znalazł złoto... - zakończył Reijo, zniżając głos. 

Na jego twarzy odmalowało się napięcie, w oczach za­

płonął żar na samo wspomnienie szlachetnego kruszcu, któ­
rego co prawda nigdy nawet nie widział na oczy, ale o któ­
rym słyszał cuda. 

- Będę bogaty - dodał drżącym głosem, a z całej jego po­

staci biła niezłomna wiara. - Znajdę złoto i będę bogaty! 

- Sam w to nie wierzysz - zauważyła sucho Raija, która 

już wyzbyła się wszelkich iluzji co do Ruiji. Zresztą jej ma­
rzenia błądziły wokół całkiem innych spraw. 

- A może jednak coś w tym jest? - odezwał się Karl, któ­

remu wyraźnie udzielił się zapał przyjaciela. 

Lubił napięcie i przygodę, więc doskonale rozumiał pragnie­

nia Reijo. Bogactwa... złoto... Przecież wszystko jest możliwe! 
Nawet biedaków takich jak oni, harujących w pocie czoła na 
dzierżawionej ziemi czy zmagających się z twardą pracą na mo­
rzu, może spotkać szczęście. Bogactwa... złoto... 

Reijo nie zdawał sobie sprawy, że jego słowa rozpaliły 

w Karlu wielkie marzenie. 

- Oczywiście, że w Ruiji jest złoto! - mówił podniecony 

Reijo. - I znajdę je ja, Reijo Kesaniemi! 

- A gdzie zamierzasz go szukać? - Raija nie skrywała swej 

dezaprobaty dla dziecinnego, jej zdaniem, pomysłu przyjaciela. 

- Na wschodzie - odparł Reijo. 
- Chętnie bym się do ciebie przyłączył - w głosie Karla 

zadźwięczała nuta entuzjazmu. 

Raija podniosła wzrok, a Reijo, który przechwycił jej 

spojrzenie, odniósł wrażenie, że błysnęła w nim nadzieja. 

- Szkoda, że to niemożliwe - dodał po chwili Karl, uświa­

domiwszy sobie, że to nie takie proste. 

- Jeśli trafię na żyłę złota, poślę po ciebie - zażartował 

Reijo, pragnąc rozładować napięcie. 

background image

- Chyba jednak będę się musiał zadowolić srebrem z mo­

rza - uśmiechnął się z żalem Karl. - Chociaż Bóg tylko ra­
czy wiedzieć, czemu ostatnio tak go mało. 

- Raija woli pewnie być żoną rybaka, niż mieć za męża 

awanturnika uganiającego się za złotem! - Reijo po przyja­
cielsku poklepał Karla po ramieniu, unikając spojrzenia 
ciemnych oczu Raiji, które zdawały się protestować prze­
ciwko wszystkiemu, co mówił. 

- Wracam do domu! - Raija poderwała się gwałtownie, jak­

by nagle odeszła jej ochota na czekanie. - Powiedz Anttiemu, 
że byłam! Mam nadzieję, Reijo, że znajdziesz kiedyś złoto. 

Z lekkim uśmiechem na twarzy wyglądała jak anioł. Ale 

Reijo dobrze wiedział, że daleko jej do świętości. Jednak 
w jej słowach nie kryło się szyderstwo. Chociaż nie wierzy­
ła w tę historię o złocie, życzyła mu jak najlepiej. 

- Przecież on jeszcze nie wyjeżdża - prychnął Karl. 
- A co to zmienia? - Raija posłała Reijo olśniewający 

uśmiech i chwyciwszy Karla za ramię, rzekła: - Chodź! 

Karl poszedł za Raiją jak posłuszny pies żebrzący o jej przy­

jaźń. Reijo, choć także kochał się w dziewczynie, patrząc za ni­
mi pomyślał, że chyba nie chciałby być na miejscu Karla. 

Raija mogła ofiarować mężczyźnie raj na ziemi, ale mo­

gła też przemienić jego życie w piekło. 

- Pewnie wolałabyś na męża Reijo, co? - zacietrzewił się 

Karl. 

Aż nadto dała mu do zrozumienia, że nie pała zachwy­

tem z powodu rychłego z nim ślubu. Tylko brakowało, by 
mu to rzuciła prosto w twarz. 

- Nie - odpowiedziała, wprawiając Karla w osłupienie. -

Za nic na świecie nie poślubiłabym Reijo. 

- Ale... - zdumiał się. - Tak dobrze się rozumiecie... Tyle 

was łączy... - zająknął się, bo zabrakło mu słów, które mo­
głyby w pełni wyrazić, co czuje. 

Ale Raija te słowa znalazła: 

background image

- Oczywiście, że wiele nas łączy! Oboje jesteśmy Kwena-

mi, mówimy tym samym językiem, pochodzimy z tego sa­
mego kraju, więc to oczywiste, że się rozumiemy. Reijo jest 
dla mnie jak brat... Mojego rodzonego brata nie dane mi by­
ło obserwować, gdy dorastał... 

- Chcesz porozmawiać o... o twoim bracie? - Karl deli­

katnie ujął dłoń Raiji. Tak bardzo pragnął poznać choć nie­
które jej myśli. 

- Nie - odparła. - Matti jest częścią mojego życia. Nie 

zrozumiesz tego... 

Tymi słowami raz jeszcze obróciła nóż w krwawiącym 

sercu Karla. 

Pozwoliła jednak trzymać się za rękę. Może mimo wszy­

stko nie jest jej całkiem obojętny? 

W miejscu, gdzie ścieżka się rozwidlała, Karl spróbował 

ją objąć, ale Raija nie miała ochoty na pieszczoty i ze śmie­
chem wywinęła się z jego objęć. 

- W ogóle cię nie obchodzę! - wybuchnął rozżalony. 
Pod wpływem jego wyrażającego cierpienie spojrzenia 

Raija złagodniała. Uśmiechnęła się ciepło i gładząc go lekko 
po twarzy, wyszeptała: 

- Ależ tak, głuptasie! Tylko że jesteś zbyt niecierpliwy 

i zbyt dobry... 

Po czym uciekła od niego lekkim krokiem. 
Słowa Raiji obudziły w sercu młodzieńca nadzieję. Nie­

wiele było trzeba, by na nowo zakwitła. 

Raija dochodziła właśnie do chaty, gdy nagle ze środka do­

słyszała jakieś głosy. Zmarszczyła brwi. Czyżby z Kristiną było 
już tak źle, że mówiła do siebie? A może odwiedziła ją Marta? 
Nie, to raczej niemożliwe. Marta nie była już pierwszej młodo­
ści i nie zdążyłaby tak szybko dotrzeć tu ze swej zagrody. 

Dziewczyna podkradła się bliżej i nastawiła uszu. 
Ostry, kąśliwy głos Kristiny wyraźnie przenikał przez 

ścianę, natomiast ten drugi... też kobiecy, wydał się jej dziw­

nie znajomy. Czyżby już go kiedyś słyszała? 

background image

Raija przycisnęła dłonie do piersi i jeszcze mocniej wytę­

żyła słuch. 

Nie, to niemożliwe... niemożliwe... A jednak jakże znajo­

mo brzmi miękki, śpiewny akcent... 

Niski, melodyjny glos. Kaleczone słowa w obcym dla tej 

kobiety języku. 

Łzy popłynęły Raiji z oczu, ale nawet ich nie poczuła. Drżąc 

z napięcia, przygryzała dolną wargę, żeby nie zacząć krzyczeć 
pod wpływem uczucia tak obezwładniającego, że nawet słowo 
„szczęście" nie w pełni oddawało jego intensywność. 

Ona! To nie może być nikt inny! 
Raija odetchnęła głęboko. Długo zamknięte wrota, którymi 

odgrodziła się od przeszłości, otwierały się powoli, wpuszcza­
jąc przesycone zapachem wrzosów wspomnienia szczęśliwych 
dni. Jeśli ona tu była... Przecież nie przyszła sama... 

Policzki zapłonęły, a w oczach dziewczyny pojawiła się 

nadzieja. Przełknęła ślinę. Poczuła, że pocą jej się dłonie, 

więc szybko wytarła je o spódnicę. Przeczesała włosy i wre­
szcie, zebrawszy się na odwagę, wkroczyła do pogrążonej 
w półmroku izby. 

Kristina coś mówiła, ale Raija jej nie słuchała, ślepa i głu­

cha na wszystko, prócz jednej jedynej osoby, która siedzia­
ła przy łóżku opiekunki. W tej krótkiej chwili istniała dla 
niej tylko niewysoka, pulchna kobieta w lapońskiej czapce, 
spod której wystawały siwe włosy, kobieta o krągłych po­
liczkach, na których znać było głębokie bruzdy. 

Raija domyśliła się, że ciemne oczy gościa próbują roz­

różnić w mroku jej postać, więc podeszła bliżej światła. 

Oślepiały ją łzy, wzruszenie odebrało mowę... Zaraz po­

czuła na swej twarzy dotyk szorstkiego policzka, poczuła 
ukochany zapach skór i dymu z tysięcy ognisk. 

- Ravna! Ravna! - rozszlochała się w ramionach kobiety, 

która była jej bliska jak matka. Jedyna, którą Raija kochała 
równie mocno jak rodzoną matkę, mieszkającą gdzieś 

w Finlandii. 

background image

Raija zasypała Ravnę pytaniami, na które nie dość było 

odpowiedzieć tak lub nie. Dziewczyna chciała wiedzieć 
wszystko: Co Ravnę sprowadza do wioski? Jak się tu znala­
zła? Dokąd się udaje? Czy jest sama? Ledwie nadążała za­
czerpnąć tchu pomiędzy jednym a drugim niezmiernie waż­
nym pytaniem. 

Ravna roześmiała się tym swoim dobrym śmiechem, któ­

rego Raija nigdy nie zapomniała, a jedynie ukryła głęboko 
w pamięci, bo wiązał się ze wspomnieniami, które wywoły­

wały ból. 

Laponka na chwilę odsunęła delikatnie Raiję. Jej twarz 

rozpromieniła się miłością i ciepłem. Raija nadal pozostała 

jej córką, zesłaną przez los po śmierci małej Laili. 

- Poczekaj, dziecinko! - poprosiła w języku, w którym 

przez ostatnie dwa lata Raija rozmawiała jedynie ze sobą, 
i, nie wypuszczając z objęć dziewczyny, odwróciła się do 

Kristiny. 

Zdawało jej się, że dostrzegła w oczach obcej kobiety cień 

zazdrości, ale ponieważ trwało to zaledwie moment, do koń­
ca nie była pewna, czy się jej to nie przywidziało. 

- Dziękuję, że mnie przyjęłaś - odezwała się łamaną nor-

weszczyzną. - Nie będę dłużej przeszkadzać. Porozmawiam 
z Rai ją na zewnątrz. 

Raija przytaknęła jej z zapałem. 
- Ale nie zabierzesz jej ze sobą?! - Kristina uniosła się na 

łokciach. 

Na twarzy Ravny odmalowało się zaskoczenie, szybko 

background image

jednak zrozumiała, że w słowach kobiety kryje się lęk przed 
utratą dziecka, które Ravna także kochała. 

- Nie - uśmiechnęła się, pogładziwszy pośpiesznie Raiję 

po włosach. - Tutaj jest jej miejsce - dodała ze smutkiem. 

Kristina opadła na łóżko uspokojona. 
- Porozmawiajcie więc sobie... 
Ravna przepuściła Raiję przodem. Ależ ta dziewczyna 

wypiękniała! Nie była już dzieckiem! Szła wyprostowana, 
głowę trzymała wysoko. Ravna poczuła przypływ dumy i na 

nowo ożyło w niej dawne marzenie, poruszając jakże bole­
sną strunę. Tyle razy wyobrażała sobie, że wszystko jeszcze 
ułoży się po jej myśli, teraz jednak zrozumiała, że jest to 
bardziej niż kiedykolwiek nierealne. 

Raija zatrzymała się dopiero nad rzeką, do której zawsze 

coś ją wabiło. Usiadła nad brzegiem i utkwiwszy uważne 
spojrzenie w twarzy Ravny, poprosiła: 

- Opowiadaj! Wszystko. Muszę wiedzieć wszystko, ro­

zumiesz? - I odetchnąwszy głęboko, dodała cicho: - Ravna, 
mamo. 

Nawet gdyby dwa lata rozłąki osłabiły więź między tymi 

dwoma kobietami, to słowa Raiji przełamały lody. Ravna 
chyba nigdy jeszcze nie czuła takiej radości. Tak bardzo się 
martwiła, że dziewczynka o niej zapomni, że w nowym 
świecie Raiji zabraknie dla niej miejsca. Podczas rozmowy 
z Kristina ten lęk jeszcze bardziej się w niej spotęgował. Dy­
stans, z jakim ją potraktowała nowa opiekunka Raiji, spra­

wił, że Ravna poczuła się jak intruz. Świat Raiji tworzyli te­

raz ludzie o norweskich imionach i Ravna obawiała się, że 
córka Erkkiego Alatalo stała się jedną z nich. 

Teraz zrozumiała, że bała się niepotrzebnie. Powinna 

wiedzieć, że Raija nie zapomina, i jeśli już raz kogoś ob­
darzy swoją miłością, to na zawsze. Była dzieckiem, gdy 
nazwała ją mamą, i tak pozostało. Nadal dla Raiji była 
mamą. 

- Powoli, dziecinko - poprosiła Ravna. - Mów najpierw 

background image

ty! Twoja stara matka chciałaby usłyszeć o tych latach, któ­
rych nie mogła z tobą dzielić. 

- Nie jesteś stara! - Raija pogładziła z miłością pokryty 

bruzdami policzek Ravny. 

- Pawa wspominał, że byłaś... krnąbrna - zaczęła Ravna. 

- Ze nie odzywałaś się do nikogo prócz Siggi, a i do niej nie­
wiele. Że nie jadłaś... 

- O czym miałam rozmawiać z Pawą? - Raija odrzuciła 

w tył głowę. - Z jego synami też nie miałam żadnych wspól­
nych tematów. Miałam może rozprawiać o odgłosach wyda­
wanych przez renifery? 

W pełnych życia oczach Ravny rozpaliły się błyski. 
- Za to Sigga twoim zdaniem zasługiwała na to, żeby za­

mienić z nią parę słów? 

Raija wzruszyła ramionami. 
- Przecież z kimś musiałam rozmawiać, a ona wydawała 

mi się z nich najrozsądniejsza. Poza tym jest dziewczyną. Co 
nie znaczy od razu, że ją szczególnie polubiłam. 

O, nie, pomyślała Ravna. Dobrze wiem, że nie polubiłaś 

Siggi. Głośno zaś dodała: 

- Nic dobrego nie wyjdzie z twojego uporu, Raiju! 
- Pawa sprzedał mnie Pederowi i Kristinie. 
- Sprzedał? 
- Zapłata, jaką otrzymał od Pedera, była bardzo wysoka. 

Nie wydałby na mnie tyle, nawet gdybym więcej jadła. Mo­
że razem z Pehrem podzielili się zarobkiem? - Głos Raiji 
brzmiał teraz bardziej hardo. - Póki Peder żył, nie było mi 
tu aż tak źle... on był dobry. Zaginął zimą na Lofotach. Kri-
stina jest do niczego. 

- Może nie potrafi inaczej, chociaż się stara - tłumaczy­

ła ostrożnie Ravna. Teraz zaczynała pojmować, skąd w Kri­
stinie tyle goryczy, kiedy mówiła o Raiji. Nigdy nie udało 
jej się zdobyć serca dziewczynki. 

- Może. 
- Jaki jest ten chłopak, którego dla ciebie znalazła? 

background image

Ach, więc Kristina zdążyła i o tym powiedzieć? W spoj­

rzeniu Raiji znać było pustkę. 

- Oswojony - rzekła w końcu, uśmiechając się krzywo. 
Chociaż na twarzy Ravny nie drgnął ani jeden mięsień, 

Raija szybko się poprawiła: 

- Jest chyba miły. Nawet bardzo. Przystojny, tak mi się 

wydaje - zamyśliła się. - Tak, jest przystojny, ale to dla mnie 

nie ma specjalnego znaczenia. Oczywiście lepiej, by był uro­
dziwy niż stary i brzydki, ale to wszystko nie jest takie waż­
ne. Ma błękitne oczy i jasne włosy. Niezbyt wysoki. Co je­
szcze? Jest urodziwy i dobry. 

- Za dobry? 
Raija długo patrzyła na Ravnę. W spojrzeniu przybranej 

matki dostrzegła zrozumienie. Oczy, które widziały tak wie­
le, przejrzały ją na wylot. 

- Tak - westchnęła Raija. - Jest za dobry. Ja nie potrafię 

taka być, Ravno. I dlatego czuję, że się nie nadaję. Że jest za 
dobry dla mnie. 

- Nikt nie jest dla ciebie za dobry, Raiju! Pamiętaj o tym, 

córko! Nikt nie jest dla ciebie za dobry. Ale... - Ravna uśmiech­
nęła się. - Myślę, że i ty nie zawsze jesteś aniołem, nie sądzę, 
byś się mogła aż tak zmienić. Postaraj się zapanować nad zło­
ścią i gniewem, postaraj się pokochać więcej osób. Przecież nic 
nie tracisz, obdarzając innych przyjaźnią... 

- Nie mogę zaprzyjaźnić się z kimś, kogo nie lubię! 
- Polubisz większość ludzi, jeśli tylko się trochę posta­

rasz, dziecko. 

Raija nie zaprotestowała, chociaż wcale nie była przeko­

nana, że Ravna ma rację. 

- Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa! 
- Ja także - odparła oschle dziewczyna. - Lubię Karla, 

choć nie sądzę, że potrafię pokochać go ponad wszystko na 
świecie. 

Ravna uśmiechnęła się z wyrozumiałością. 
- Może powinnaś się z tego cieszyć? Wielkie i gwałtów-

background image

ne uczucia łatwo się wypalają, cóż wówczas pozostaje? 
Uwierz mi, Raiju, że lepiej, by uczucie między wami doj­
rzewało powoli. Jesteś jeszcze taka młoda! 

- No właśnie! - weszła jej w słowo Raija. - Nie mam naj­

mniejszej ochoty wychodzić za mąż. Zupełnie nie rozu­
miem, skąd ten pośpiech! 

Ravna uśmiechnęła się ze smutkiem. Wystarczyło rzucić 

okiem na Raiję, by zrozumieć pośpiech Kristiny, która po­
nadto nie wyglądała na zdrową. Ravna ją rozumiała. 

- My także będziemy wyprawiać wesele. 
Raija znieruchomiała. Wiadomość poruszyła ją bardziej, 

niż chciała się do tego przyznać. Poruszyła i napełniła 
smutkiem. 

- Sigga? - zapytała cienkim głosem. 
Ravna skinęła głową. Dostrzegła to, czego Raija nie 

chciała po sobie pokazać. Serce Laponki krwawiło. Jej ma­
rzenia mogły się spełnić, gdyby nie Pehr. A teraz było już 
za późno. 

- Mikkal także nie widział powodu do pośpiechu -

uśmiechnęła się z matczyną miłością. - Zdaje się, że pod tym 
względem jesteście do siebie podobni. Ale Pawa uważa, że 
jego córka osiągnęła już odpowiedni wiek do zamążpójścia 
i że należy wypełnić starą umowę. 

- A więc zaręczyny - zaśmiała się Raija głucho i nerwo­

wo przełknęła ślinę. Łzy paliły ją pod powiekami, ale zdo­
łała powstrzymać się od płaczu. 

- Mikkal chciał się z tobą zobaczyć, ale ja wolałam z to­

bą pomówić pierwsza. 

Ravna nie zdradziła ani słowem, że jej syn wykazywał 

większy zapał, by spotkać się z Raiją niż ze swą przyszłą żo­

ną. Tylko gniew Pehra zdołał go powstrzymać. 

Z obowiązku spędził w jurcie Pawy wieczór, po którym 

Ravna, chcąc nie chcąc, musiała przyznać rację mężowi: 
Mikkal zachowywał się, jakby był na pogrzebie, i zupełnie 
nie przypominał zalotnika, który przybył się oświadczyć. 

background image

Ledwie zaszczycił Siggę kilkoma obojętnymi spojrzeniami, 
a słowa, które zamienili, dałoby się policzyć na palcach jed­
nej ręki. I bynajmniej nie były to miłosne wyznania. Ravna 
udawała, że nie słyszy, o czym mówią, ale w głębi serca zro­
biło jej się żal córki Pawy. 

Uważała co prawda, że jej syn jest wspaniałym i przystoj­

nym młodzieńcem, ale dla Siggi byłoby chyba lepiej, gdyby 
poślubiła kogoś innego. 

Sigga była śliczną dziewczyną, a przy tym pracowitą 

i zręczną. Zasługiwała na miłość. Zasługiwała na kogoś lep­
szego niż mąż, który żył wspomnieniami. Była jednak tak 
zauroczona Mikkalem, że nie domyślała się wcale, iż on jej 
nigdy tak naprawdę nie pokocha. 

Pehr, odsyłając Raiję do Lyngen, zniszczył życie nie tyl­

ko jej. Ravna często nad tym rozmyślała. Teraz zaś miała 
już tylko nadzieję, że Mikkal nie zrobi niczego, co by je­
szcze bardziej pogmatwało los tego dziewczęcia. Nie powi­
nien zawracać jej głowy! Ravna bez trudu dostrzegła, że Ra-
ija nie pali się do małżeństwa z Karlem. Zawsze miała sła­
bość do Mikkala... 

Najlepiej by było, gdyby tych dwoje się teraz ze sobą nie 

spotkało, ale Ravna wiedziała, że nie zdoła im przeszkodzić. 
To tak, jakby próbować zatrzymać przypływ. Mikkal uczyni 
wszystko, co w jego mocy, by zobaczyć się z Raiją. 

- Zwykle jestem w obejściu. - Raija starała się nadać swym 

słowom obojętny ton. 

Ravna jednak bez trudu ją przejrzała. 
- Powiem mu o tym. 
- Czy Sigga jest równie piękna jak kiedyś? 
Ravna wychwyciła w glosie dziewczyny zazdrość prze­

mieszaną z ciekawością i uśmiechnęła się. 

Raija jej nie zwiedzie, tak naprawdę chciałaby się dowie­

dzieć, czy Sigga jest ładniejsza od niej. 

- Jest bardzo piękna. 
Raija, najwyraźniej niezadowolona z takiej odpowiedzi, 

background image

wymownie zacisnęła usta, co bardzo rozbawiło Ravnę. 

- Sigga ciągle ma duże, trochę dziecinne oczy. Nabrała cia­

ła, ale dobrze jej z tym. Trochę zaokrągliła się też na twarzy 
i wygląda bardzo korzystnie. Po prostu promienieje urodą. 

- Ale włosy zawsze miała dość liche - przerwała Raija 

ostrym głosem. Długo musiała sobie przypominać, by zna­
leźć jakąś niedoskonałość w narzeczonej Mikkala. 

- No, cóż - zaśmiała się pogodnie Ravna. Jakże dobrze ro­

zumiała Raiję! A równocześnie niezmiernie bolała nad swą 

przyszłą synową. - Takich włosów jak ty nie ma nikt, Raiju. 

Włosy Siggi pojaśniały w ostatnich latach, ale niesprawiedli­

wością byłoby przyrównywać je do twoich. 

- Czy Mikkal ją kocha? 
- Mikkal? Na to wygląda - rzekła Ravna, starając się ubar­

wić nieco prawdę. 

Ale i Raiji nie dało się tak łatwo oszukać. Ona także po­

trafiła wyłapywać ukryte tony i znaczenie nie wypowiedzia­
nych słów. Domyśliła się, że Ravna nie jest z nią do końca 
szczera. 

- Cieszę się, że zobaczę Mikkala - odezwała się wesoło, 

nagle zmieniając ton rozmowy. - Musi być już stary, odkąd 
pamiętam, zawsze był taki dorosły... 

- Ma dopiero dwadzieścia jeden lat - odpowiedziała Ra-

vna, pewna, że Raija wie to równie dobrze jak ona sama. 

Raija podniosła oczy ku niebu, nadal udając zdziwienie, 

i zawołała: 

- Naprawdę już tyle? A ja mam piętnaście i wydaje mi 

się, że jestem już stara. - Zamilkła na chwilę, a po namyśle 
dodała: - Karl ma siedemnaście, ale według mnie jest prze­
raźliwie młody. 

Ravna westchnęła cicho. Czy potrzebowała więcej dowo­

dów? 

Raija chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z sensu 

swoich słów. 

Ravna poczuła ogarniającą ją bezradność. Wiedziała, że 

background image

w żaden sposób nie może zabronić Mikkalowi odwiedzić 
dziewczyny, gdyby jednak wcześniej wiedziała to, co w tej 

chwili, nie zgodziłaby się nigdy na ich spotkanie. 

Raija zawsze była obcym ptakiem, wcale nie małym kru­

kiem, jak tego pragnął Mikkal. Zawsze była inna, Ravna nie 
znała nikogo podobnego do tej dziewczyny. W ich wspól­
nocie była obca, tutaj najwyraźniej także. Kto wie, może by­
ła obca także wśród swoich? 

Ta ciemnooka dziewczynka, którą Ravna niegdyś przy­

garnęła, kryła w sobie tak wiele tajemnic. Ale Ravna nie 
mogła jej nie pokochać. Tak naprawdę było to dobre dziec­
ko, choć Ravna miała świadomość, że jeśli wezmą w niej 
górę gorsze cechy, może doprowadzić się do zguby. Nie 
raz też zastanawiała się, czy Mikkal naprawdę tak dobrze 
rozumie Raiję. 

- Czy jest przystojny? 
Ravna, pogrążona w rozmyślaniach, nie usłyszała, o co 

pyta ją Raija. 

Dziewczyna powtórzyła pytanie. 
- Matka zawsze uważa, że jej dziecko jest najpiękniejsze 

na świecie. 

Raija uśmiechnęła się, a Laponce zdawało się, że dostrze­

ga w tym uśmiechu odbicie własnych uczuć. 

- Oczywiście, że Mikkal jest przystojny - powiedziała Ra­

ija z uporem. - Zawsze był piękny i dobry. 

- Nie uważasz, że był zbyt dobry? - Ravna nie mogła się 

powstrzymać od drobnej złośliwości. 

Raija wbiła w nią swe duże ciemne oczy i uniosła brwi. 

Wyglądała na zdumioną. 

- Mikkal za dobry? Nie, Mikkal ma taką naturę. Przeby­

wając z nim, po prostu trzeba być dobrym. 

Ravna wreszcie zrozumiała to, czego Raija nie powiedzia­

ła wprost. Karl był za dobry, ponieważ obdarzał swą dobro­
cią głównie Raiję, natomiast Mikkal był dobry z natury, 
a nie specjalnie dla niej. Na tym polegała różnica. To zre-

background image

sztą określało także po trosze, jakim człowiekiem jest Raija. 

Nagle Ravna zapragnęła, by móc cofnąć czas. Gdyby jej 

mąż nie zabrał córki Erkkiego Alatalo do Ruiji i pozostawił 
ją w Tornedalen, oszczędziłoby to cierpienia wielu ludziom. 

- Pehr pewnie jest zadowolony. Wnet będzie miał pięk­

ną Siggę za synową? Postawił na swoim - z niechęcią w gło­
sie stwierdziła dziewczyna. 

- Życzyłabym sobie, byście z Pehrem nie byli tak wrogo 

do siebie usposobieni - westchnęła Ravna, unikając odpo­
wiedzi na pytanie. 

Raija roześmiała się. Spontanicznie objęła Ravnę i uści­

skała ją mocno. Zaraz jednak zawstydziła się i zakłopotana 
odgarnęła grzywkę z czoła. 

- Przykro mi - powiedziała. - Niektórzy ludzie tak na mnie 

działają. Wcale tego nie chcę. Tak po prostu jest... 

- A czy twoja opiekunka także się do nich zalicza? 
- Tak - przyznała Raija, oblewając się rumieńcem. - Cza­

sami nawet myślę, że mogłabym ją polubić, ale potem znów 
coś jest nie tak. Próbuję, ale mi nie wychodzi. 

- Postaraj się bardziej - poprosiła Ravna. - Nie jest takie 

pewne, czy długo jeszcze ją będziesz miała. 

Raija szybko podniosła wzrok. Dokładnie ta sama myśl 

przyszła jej do głowy. Ravna zrozumiała, że Raija dostrze­
ga wiele spraw i rozmyśla nad nimi częściej, niż mogłoby 
się to wydawać otaczającym ją ludziom. 

- Powinnaś do niej wrócić. Sprawdź, jak się czuje, czy ni­

czego jej nie trzeba. 

- A ty? A wy? - przerwała jej bezradnie Raija. - Gdzie je­

steście? Czy was jeszcze zobaczę? 

- Na pewno. Nie zapraszam cię do naszego obozu, ma­

leńka, bo nie wiem, czy pogodzilibyście się z Pehrem. Zre­
sztą wy przecież w ogóle nie chcecie zgody. Ale ja tu jeszcze 
wrócę! Pozwolisz mi? 

- Czy ci pozwolę? Nie żartuj! Przecież jesteś, Ravno, mo­

ją matką. 

background image

Powiedziała to tak szybko, z takim przekonaniem, że Ra-

vna zrozumiała, iż jej słowa płyną z głębi serca. Tak ją to 
wzruszyło, że dodała coś, czego nie powinna była mówić. 

- Nie mogę też Mikkalowi zabronić ciebie odwiedzić... 
Dopiero gdy dostrzegła na twarzy dziewczyny triumfal­

ny uśmiech, zrozumiała, że powiedziała za dużo. Przecież 
nie chciała jej czynić płonnych nadziei, a tymczasem tak się 

właśnie stało. 

Uśmiech Raiji dowodził, że dziewczyna nie jest na tyle 

naiwna, by nie pojąć sensu rzuconych niebacznie słów. Zro­
zumiała je i sprawiły jej radość. Ravna natomiast wpadła 
w popłoch. Pośpiesznie się pożegnała i odeszła, z lękiem roz­
myślając, co przyniosą najbliższe dni. 

Raija wróciła do chaty i zobaczyła, że Kristina śpi. Nie 

miała ochoty spędzać przy łóżku opiekunki więcej czasu, 
aniżeli było to konieczne, Kristina przecież nie potrzebowa­
ła towarzystwa podczas snu. Zresztą wyglądała już znacznie 
lepiej... Raija znalazła resztki ze śniadania - zimną zupę 
z ryb - i postawiła przy łóżku chorej. Może zje, jak się obu­
dzi, choć zapewne nie będzie miała apetytu. 

Raz jeszcze upewniwszy się, że Kristina śpi naprawdę, 

a nie obserwuje jej spod przymkniętych powiek, podkradła 
się do swego łóżka i wsunęła dłoń pod futrzane przykrycie. 
Wyjęła coś ze skrytki, o której istnieniu tylko ona wiedzia­
ła, po czym, nie oglądając się za siebie, wyszła z izby i po 
cichu zamknęła za sobą drzwi. 

W dłoni ściskała skarb, który chowała przed całym świa­

tem. Nie miała żadnych wyrzutów sumienia, że znów się 
wymyka z domu. Wszystko, co zostawiła za sobą, mogło 
poczekać. Chociaż raz nie śledził jej sokoli wzrok Kristi-
ny, czyż więc mogła przepuścić taką okazję? Tym bardziej 
że, jak nieopatrznie zdradziła się Ravna, Mikkalowi bar­
dzo zależało na spotkaniu z nią. 

background image

Raija zatrzymała się dopiero w gęstwinie, gdzie nikt nie 

mógł jej dostrzec. 

Mikkal... Jest gdzieś w dolinie. Oddycha tym samym po­

wietrzem, dobry, miły Mikkal. 

Ostrożnie otworzyła dłoń, w której ściskała swój skarb. 

Nieliczne promienie słoneczne, które zdołały się przedrzeć 

przez liściaste korony drzew, roztańczyły się w srebrze i za­
lśniły magicznie. 

Drżącymi rękoma Raija przypięła ozdobę na piersi. Bro­

szka od Mikkala, ta sama, którą ofiarował jej na pożegna­
nie. Miał podarować srebrne ozdoby dziewczynie, którą 
wybierze na żonę. Raija, zawiązując ciasno chustę, nie mog­
ła powstrzymać się od uczucia triumfu. Sigga nigdy nie do­
stanie tej broszki! Mikkal chciał, by ona, Raija, nosiła to 
cenne cacko! 

Zatopiona w myślach, rozplotła warkocz i rozczesała wło­

sy palcami. Wiedziała, że ładnie jej w rozpuszczonych. Nie 
raz przeglądała się w lustrze wody i była w pełni świadoma, 

że urodą przewyższa większość dziewcząt, jakie zna. 

Czy Mikkal uzna, że jest piękniejsza od Siggi? 
Raija położyła się we wrzosach na niewielkiej polance. 

Do zabudowań było stąd daleko. Polankę ze wszystkich 
stron osłaniały drzewa, tak że można było przejść obok, 

wcale jej nie zauważając, a równocześnie był to znakomity 
punkt obserwacyjny. Raija odkryła to miejsce krótko po 
przybyciu do osady i nikomu o nim nie powiedziała. 

Ani Karl, ani Reijo nie wiedzieli o kryjówce Raiji. To by­

ło jej miejsce. Przychodziła tu, gdy potrzebowała trochę sa­
motności. Tutaj rozpamiętywała wszystko, co się zdarzyło, 
uspokajała skołatane myśli. Tutaj jej marzeniom wyrastały 
skrzydła, nadając szarej codzienności jaśniejsze barwy. 

Był to mały skrawek Ruiji, który miała tylko dla siebie, 

choć nikt nie obdarował jej aktem własności. Pewnie nikt nie 
zrozumiałby jej przywiązania do kawałka ugoru, porośnię­
tego jedynie kępkami północnych wrzosów i niewymagają-

background image

cą karłowatą brzozą. Nikt - z wyjątkiem jednej osoby... 

Raija wiedziała, że on jest gdzieś niedaleko, odgadywała 

jego bliskość. Tych dwoje łączyła tak silna więź, że takie po­
rozumienie było możliwe. On gdzieś tu jest i na pewno ją 
znajdzie. 

Zaszeleściło w leśnym poszyciu, rozległ się trzask łama­

nych gałęzi. Raija wstała i skrzyżowała ręce na piersi, drob­
nymi dłońmi mocno zaciskając rogi chusty. Ciało miała na­
pięte niczym cięciwa łuku. Cała zamieniła się w słuch. Gdy 
usłyszała odgłos kroków, nawet nie przyszło jej do głowy, 
że może to być kto inny niż ten, na którego czekała. 

Policzki jej płonęły, w oczach zalśnił pełen nadziei blask. 

Chwilę później las drgnął. Jakaś dłoń odsunęła na bok gę­
ste gałęzie. Serce Raiji wypełniło nieznane, ale jakże cudow­
ne uczucie. Oczywiście, że to on! Nikt inny nie odnalazł­
by drogi do tej polanki. Wyszedł z zarośli, z cienia, i stanął 
na tle zieleni. 

Raija zobaczyła znajomą śniadą twarz i zgrabne, silne cia­

ło. Może tylko nogi miał nieco bardziej krzywe, niż zapa­
miętała, ale to przecież drobiazg bez znaczenia. 

Czas jakby się zatrzymał. Oboje stali nieruchomo i wpa­

trywali się w siebie. 

Przez dwa lata żyli marzeniami, a teraz ich marzenia się 

ucieleśniły. Jakże blade wydały im się w zderzeniu z rzeczy­
wistością! 

Raija, nie zważając na włosy, które wiatr zwiał jej na czo­

ło, uśmiechnęła się do Mikkala. 

W jego opalonej twarzy błysnęły białe zęby, on także od­

powiedział uśmiechem. 

Raija zauważyła, że w ciągu tych lat wydoroślał i stał się 

prawdziwym mężczyzną. Przez moment zapragnęła wie­
dzieć, czy zrobiła na nim wrażenie, ale w chwilę później już 
o niczym nie myślała. Postąpiła do przodu nieśmiało, a on 
zrobił to samo. 

Łzy płynące strumieniem po policzkach niemal ją oślepi-

background image

ły, ale cóż to znaczyło? Nic już się nie liczyło prócz tego 
jednego: Mikkal był przy niej. 

Płacząc ze szczęścia, powtarzała w kółko jego imię. Jaką 

radość sprawiało jej wymawianie tego imienia! Jej rozmarzo­
ny głos przypłynął do Mikkala niczym rzeka pieszczot. Nikt 

nigdy nie szeptał jego imienia z taką czułością. 

Zatrzymała się o krok od niego. Jej drobna, szorstka od 

pracy dłoń miękko i delikatnie dotknęła policzka Mikkala. 

W ciemnych, głębokich oczach dziewczyny błysnęło odda­
nie. Nigdy nawet nie marzył, że ktoś będzie tak na niego 

patrzył. 

- Mikkalu! - wyszeptała, wtulając twarz w jego szyję. 

Między nimi nic się nie zmieniło. 

background image

- Raija, mój Mały Kruk! - wyszeptał ochrypłym ze wzru­

szenia głosem. Ujął w dłonie twarz dziewczyny, popatrzył 
czule w ciemne oczy. 

Minęły dwa długie lata od chwili, gdy widzieli się po raz 

ostatni, ale on przez cały czas był obecny w jej marzeniach. 
Każdy dzień, w któr/m zdołała przywołać w wyobraźni je­
go obraz i choć przez chwilę porozmawiać z nim w myślach, 
uznawała za wart przeżycia. 

Dla dorastającej dziewczyny przyjaciel z dzieciństwa stał 

się ideałem. Nikt inny mu nie dorównywał, wspomnienie 
dawnych wspólnych chwil pomagało jej godzić się z trudną 
rzeczywistością. 

- Mikkal! - powtarzała cicho, rozjaśniona bezmierną ra­

dością. Potem w spontanicznym odruchu rzuciła mu się na 
szyję i przytuliła się do niego całym ciałem. 

Musiała go poczuć, by się upewnić, że naprawdę jest przy 

niej, że stoi tu prawdziwy, z krwi i kości. 

Mikkal wiedział, że nie powinien tak mocno tulić tej 

drobnej istoty, ale nie był w stanie wypuścić jej z objęć. 

Trzymał w ramionach Raiję! I niczego więcej nie pragnął. 
Wydoroślała ta mała dziewczynka, która była dla niego 

jak młodsza siostra. Nadal co prawda reagowała bardzo ży­
wiołowo, ale dzieckiem być przestała. 

Mikkal przygarnął ją jeszcze mocniej... 
Dziewczyna roześmiała się dźwięcznie i odchyliwszy się 

lekko do tyłu, popatrzyła mu w twarz. Jej brązowe oczy pro­
mieniały. 

background image

- Chyba cieszysz się, że mnie widzisz? 
- Czy się cieszę? - powtórzył Mikkal i nie mogąc oprzeć 

się pokusie, pocałował krągły i miękki policzek dziewczyny, 
dokładnie taki jaki zapamiętał. - Tak, Mały Kruku, cieszę 
się ogromnie! 

Puścił ją w końcu i usiedli wygodnie na wrzosach. Raija 

przysunęła się do niego, tak jakby pragnęła cały czas czuć 
jego bliskość. Uradowało go to bardziej, niż potrafiłby dać 
temu wyraz słowami. Zdawało mu się, że pierś nie pomie­
ści ogromu uczuć, jakie wywołało w nim to spotkanie. Spoj­
rzenie Raiji paliło mu twarz, sam zresztą także pożerał ją 
wzrokiem. Nareszcie mógł sobie na to pozwolić. Przed dwo­
ma laty była jeszcze dzieckiem, jego młodszą siostrą, i wte­
dy nie miał odwagi okazać swoich uczuć. 

Teraz wyglądała tak, jak widział ją w marzeniach przez 

długi czas rozstania. Nie, była piękniejsza niż wszystkie 
obrazy podsuwane mu przez wyobraźnię! Czuł, jak w skro­
niach pulsuje mu krew. 

- Słyszałam, że jesteś bardzo zajęty - rzuciła Raija na po­

zór obojętnie, ale Mikkal natychmiast wyczuł w jej głosie 
jakiś ostry ton i ze zdziwieniem uniósł brwi. - Nie udawaj 
niewiniątka - ciągnęła, patrząc w bok. - Czy Sigga nadal jest 
taka piękna? Twoja matka wspominała... 

Nic nie mogła poradzić na to, że mówienie o tamtej 

dziewczynie sprawia jej ból. Ba, nawet myśleć o niej nie po­
trafiła bez ukłucia w sercu! 

Mikkal w jednej chwili pojął wszystko. Czytał z twarzy 

Raiji jak z otwartej księgi, zresztą tak było od zawsze. 

- Jesteś zazdrosna o Siggę, Mały Kruku - stwierdził 

i odruchowo odgarnął kosmyk opadający dziewczynie na 
czoło. Po chwili powtórzył drżącym głosem: - Jesteś za­
zdrosna. 

- Dlaczego miałabym być zazdrosna o Siggę? - zapytała 

bezradnie, odwracając wzrok. - Mam przecież wszystko, 
czego pragnę. Zresztą ja także wychodzę za mąż. 

background image

Nabrawszy oddechu, popatrzyła Mikkalowi w twarz 

i dodała prowokacyjnie: 

- Karl jest bardzo miły! 
A więc jest już ktoś w jej życiu! pomyślał Mikkal z roz­

paczą. Kiedy uświadomił sobie, że inny mężczyzna będzie 
miał prawo do tego wszystkiego, z czego on sam musiał zre­

zygnować, poczuł się straszliwie bezradny. Ów Karl dosta­

nie to, czego on, Mikkal, pragnął w życiu najgoręcej, choć 
przecież wiedział, że to pragnienie nigdy się nie spełni. 

- Sigga jest bardzo piękna - usłyszał własne słowa jakby 

wypowiedziane przez kogoś obcego. 

Ale gdy napotkał wyzywające spojrzenie Raiji, roześmiał 

się nagle na cały głos. W takiej chwili jak ta nietrudno mu 
było zapomnieć o Karlu, a także o dziewczynie imieniem 

Sigga. 

Ostrożnie położył ręce na ramionach Raiji i popatrzył 

w jej oczy, które przyciągały jak magnes. Nagle poczuł się 

lekki, jakby unosił się nad ziemią. Świat wokół przestał ist­
nieć, prócz nich dwojga nie było już niczego i nikogo. 

- Żadna nie dorównuje tobie, Raiju - wyznał stłumionym 

głosem, bo nagle zrozumiał, że musi jej powiedzieć prawdę. 

Cisza, jaka między nimi zaległa, zdawała się niemal na­

macalna. Dziewczyna długo nie odrywała od Mikkala swych 
ciemnych oczu, a potem odsunęła na bok chustę. Zobaczył 
wtedy srebrną broszkę, którą podarował jej na pożegnanie. 

Wciąż nosiła broszkę od niego, chociaż miała poślubić in­

nego mężczyznę! 

Potem spuściła oczy i wyszeptała ledwie słyszalne słowa, 

tak ciche jak lekki podmuch wiatru: 

- Tak, jestem zazdrosna o Siggę, Mikkalu! 
Gdy Mikkal zrozumiał sens tego wyznania, jego śniada 

twarz rozjaśniła się niepojętą radością. 

- Mały Kruku! - wyszeptał i podniósłszy drżącą dłoń, po­

gładził leciutko policzek dziewczyny, zachwycony delikat­
nością jej skóry. 

background image

Kiedyś była jego małą przybraną siostrą i obdarzała go 

czystą dziecięcą miłością. Teraz mogła mu ofiarować inną 
miłość. Nie mógł jej jednak prosić o to, czego najbardziej 

pragnął, bo popełniłby niegodziwość względem niej i wzglę­
dem nieznajomego mężczyzny o imieniu Karl, którego mia­
ła poślubić. 

- Kochasz Siggę? - wyszeptała Raija ze ściśniętym sercem. 
- Nie, Mały Kruku! - odpowiedział ze smutkiem. Nie po­

trafił skłamać, nie przed Raiją. Potem przełknął kilkakrot­
nie ślinę, ale i tak pytanie ledwo przeszło mu przez gardło. 
- A ty? Czy naprawdę jesteś szczęśliwa, czy tylko przede 
mną udajesz? Kochasz go? 

Raija pogładziła Mikkala po ramieniu i uścisnęła leciut­

ko jego dłoń, muskającą jej szyję. 

Mikkal domyślał się odpowiedzi, ale zapragnął usłyszeć 

ją z ust dziewczyny. 

- Czy mogłabym pokochać innego? - spytała żałośnie, 

a kiedy podniosła ku niemu twarz, dostrzegł, ile jest w niej 
rozpaczliwej tęsknoty. - Nic na to nie poradzę, Mikkalu. 
Nie istnieje mężczyzna podobny do ciebie... 

Nagle Mikkala przestało obchodzić, że być może komuś 

wyrządza krzywdę. Świat znajdował się gdzieś daleko, tu zaś 
byli tylko oni i nic poza tym... 

Wolną ręką objął Raiję. Zdumiał się, jak bardzo jest 

szczupła, niemal tak samo jak wtedy, kiedy była małą roz-
dokazywaną dziewczynką o rumianych policzkach. 

- Myślałaś o mnie, Mały Kruku? - zapytał. 
- Nieustannie. 
Mikkal uśmiechnął się uradowany i zanurzywszy twarz 

w jej włosach, chłonął ich woń. Pachniały lasem, świeżym 
powietrzem, morzem, kobietą. Pachniały Raiją. 

Najdelikatniej jak potrafił pieścił wargami jej krągły po­

liczek. Dotyk jego ust wprawiał Raiję w drżenie. Całował 
jej czoło, włosy, powieki... Był czuły i delikatny, powściągał 
trawiącą go namiętność, by nie zrazić do siebie dziewczyny. 

background image

Teraz pragnął jedynie okazać jej całą miłość, miłość, którą 
gromadził dla niej. 

Powinien był jednak się domyślić, że Raiji to nie wystar­

czy. Dziewczyna czuła bowiem, że jest gotowa ofiarować 
mu nieskończenie więcej niż to, o co on ośmieli się popro­
sić. Wiedziała też, że takie spotkanie może się już nie po­
wtórzyć. 

Podniosła powieki i patrzyła w milczeniu na Mikkala, 

a jej usta drżały. 

- Pocałuj mnie! - poprosiła. - Pokaż, ile naprawdę dla cie­

bie znaczę! 

Miodowe oczy Mikkala rozbłysły i Raija pośpiesznie 

spuściła wzrok, zawstydzona nagle swą śmiałością. Co on 
sobie o mnie pomyśli? przeraziła się w duchu. A jeśli mnie 
źle zrozumie? 

Ale Mikkal zbyt dobrze znał Raiję, by ją niewłaściwie 

zrozumieć, a szczerość jej słów wzruszyła go i uradowała 
zarazem. Kochał Raiję taką, jaka była, i nie chciał, by zacho­
wywała się inaczej. Ujął jej twarz mocnymi dłońmi. Któż 
mógłby przypuszczać, że są tak czułe i delikatne? pomyśla­
ła dziewczyna. 

Przez długą chwilę w milczeniu patrzyli sobie prosto 

w oczy, potem Mikkal pochylił się i zamknął usta ukocha­

nej pocałunkiem, w którym wyraził całą swą tęsknotę 
i nadzieję. Jej wargi były takie miękkie i gorące, kiedy cało­

wał je, zrazu lekko, a potem coraz gwałtowniej. Wiedział, 

że Raija tego pragnie, że do niczego jej nie zmusza. 

- Zawsze kochałem tylko ciebie, Mały Kruku - wyznał 

wzruszony, gdy wreszcie ich usta się rozdzieliły. - Tylko cie­

bie pragnąłem! Ale ty byłaś wtedy jeszcze taka mała... 

- Teraz nie jestem już dzieckiem! - odrzekła drżącym gło­

sem. 

- Nie kuś mnie, bo możesz przebrać miarę! - rzucił 

ostrzegawczo Mikkal. 

- Nie jestem też podlotkiem, nawet jeśli tak myślisz -

background image

uśmiechnęła się lekko, przytulając miękki policzek do jego 
twarzy. 

Mikkal objął ją mocniej. Teraz żadna już siła na tym świe­

cie nie zdołałaby ich rozdzielić. 

- Wiesz, mam przyjaciela, z którym mogę rozmawiać 

o wszystkim - szepnęła Mikkalowi do ucha, łaskocząc go 
swym oddechem. 

Po co ona mu to mówi! On wcale nie chce słuchać o jej 

przyjaciołach! Świadomość, że ma kogoś tak bliskiego, wy­
wołała w nim odruch niechęci. Nie chciał się dzielić swym 
Małym Krukiem z nikim, a już szczególnie w tej niezwy­
kłej chwili. 

- Jest przy mnie zawsze, kiedy pragnę się komuś wyża­

lić, i zawsze mnie rozumie. To prawdziwy przyjaciel. 

- Któż to taki? - spytał, nie panując dłużej nad zazdrością. 
- Ty, Mikkalu! 
- Nie pojmuję! 
Raija delikatnie zakryła mu usta palcem, a jej oczy rozi­

skrzyły się radością. 

- Pamiętasz Elle? 
-Jakże by nie! - uśmiechnął się i leciutko ugryzł ją w pa­

lec. 

- Mówiła o wiernym przyjacielu, pamiętasz? 
Mikkal pokiwał głową. Przypominał sobie tamten poże­

gnalny wieczór w jurcie Elle, nie sądził jednak, że Raija tak 
bardzo przejęła się wróżbą jego starej ciotki. On sam nigdy 
nie przywiązywał zbytniej wagi do jej słów. Nie wierzył 
w ponadnaturalne zdolności Elle. 

- To ty jesteś moim przyjacielem, Mikkalu! - oznajmiła 

Raija uroczyście. - Kiedy potrzebowałam bliskości drugie­
go człowieka, wyobrażałam sobie, że jesteś przy mnie, i po 
prostu rozmawiałam z tobą. 

Z piersi Mikkala wyrwało się westchnienie ulgi. 
Ach, ta Raija i jej fantazje! pomyślał, a na głos rzekł: 
- Naprawdę przestraszyłaś mnie, dziewczyno! 

background image

- Nie musisz się niczego bać, Mikkalu! Nikt nie znaczy 

dla mnie tyle co ty!  N i k t nie zdoła obudzić we mnie 
podobnych uczuć. Jestem tego pewna! Zresztą ty sam tak­
że o tym wiesz. 

- Czy wiem? - wyszeptał tuż przy jej twarzy. 
W odpowiedzi pogładziła Mikkala, a bijące od niego cie­

pło sprawiło, że przez jej ciało przepływały gorące prądy. 
Kiedy dotknęła jego karku, wyczula cienki rzemyk. Na jej 
twarzy odmalowało się zdziwienie. Z niedowierzaniem wy­
jęła ukryty pod koszulą mały skórzany mieszek, ten sam, 
który niegdyś zawiesiła ukochanemu na szyi. 

Mikkal zamknął w swej cieplej dłoni drobną rękę Raiji, 

zaciśniętą na woreczku, i odezwał się miękkim głosem: 

- Odkąd mi go podarowałaś, nie zdjąłem go ani razu. 
- Czy już wtedy tak wiele dla ciebie znaczyłam? - rzuci­

ła spontanicznie i zaraz spuściła wzrok, nie mając odwagi 
spojrzeć na Mikkala. 

Chłopak roześmiał się. 
- Już wówczas byłaś dla mnie wszystkim. Uważasz, że to 

dziwne? 

Nie odpowiedziała, oszołomiona, nie śmiała nawet my­

śleć. Przecież to szaleństwo, szaleństwo! Trudno uwierzyć 
w słowa Mikkala, ale przecież nigdy jej nie okłamał! 

Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego wówczas podarował 

jej srebrną broszkę. Ozdobę przeznaczoną dla narzeczonej... 

To, o czym nawet nie śmiała marzyć, stało się rzeczywi­

stością. Tylko na jak długo? 

Jego silne dłonie, ciepłe i szorstkie, pogładziły ją po szyi, 

potem dotknęły na moment broszki i znieruchomiały na jej 
piersi. Raija słyszała, że Mikkal dyszy ciężko, ręce drżały mu 
z podniecenia. W jego twarzy dostrzegła dziwny grymas, lęk 
zmagał się z pożądaniem. 

- Raiju, nie chcę ci zrobić nic złego! - powiedział, a jego 

miodowe oczy płonęły, błagając ją o to, by go powstrzyma­
ła, by położyła kres temu, w co nieuchronnie brnęli. 

background image

Mikkal się bal. Ale nie chciał też odepchnąć Raiji, pra­

gnął jej i zarazem lękał się, że ją zrani. 

Ten jeden jedyny raz! powtarzał sobie. 

Los zadecydował, że na nic więcej nie mogli mieć nadziei. 

Raiji wydawało się, że płynie w powietrzu. Nogi uginały 

się pod nią, kolana drżały. Nigdy by nie przypuszczała, że 
Mikkal, ten silny i twardy jak stal Mikkal, potrafi być taki 
czuły. Miły, owszem, ale nie taki czuły... 

Raija przestała kierować własną wolą, straciła kontrolę 

nad ciałem. Pożądała tego cudownego mężczyzny, przyja­

ciela z marzeń, brata z przeszłości. Zaraził ją swą tęsknotą, 
swą namiętnością. 

Wiedziała, że Mikkal stara się opanować, że nie chce jej 

do niczego zmuszać. Nie myślał teraz o sobie, przeciwnie, 
wszystko, co czynił, świadczyło o jego bezgranicznej czuło­
ści i oddaniu. 

- Nie możesz mnie skrzywdzić - powiedziała, ale niemal 

w tej samej chwili zarzuciła mu ręce na szyję i pociągnęła 
za sobą na miękkie poszycie, w pełni świadoma tego, co ro­
bi. - Pragnę ciebie, Mikkalu! 

Nagle opuścił go wszelki rozsądek. Jego usta drżały lekko, 

gdy patrzył na tę kruchą dziewczynę, delikatną jak mały gór­

ski kwiat i chyba równie silną i wytrzymałą. 

Och, jak dygotały mu ręce! 
Raija posłała mu pełen wyrozumiałości uśmiech. Od­

pięła broszkę i przyczepiła ją do chusty, żeby się nie za­
wieruszyła. 

Wsunął dłonie pod jej bluzkę. Skóra Raiji płonęła, mięk­

ka i gładka jak jedwab. 

Dziewczyna przymknęła oczy, a na jej twarzy odmalo­

wała się niemal ekstaza. 

Mikkal z trudem przełykał ślinę, w gardle miał zupełnie 

sucho. Pieścił piersi dziewczyny, zadając sobie pytanie, czy 
zostały stworzone właśnie dla jego rąk. Wierzył, że tak by­
ło w istocie. Błądził ustami po jej twarzy, całował policzek, 

background image

a potem delikatnie ugryzł ją w ucho. Raija zmienionym gło­
sem wyszeptała jego imię, a jej zręczne, niecierpliwe dłonie 

wyciągały koszulę ze spodni chłopaka. 

Uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. Raija nie była taka 

nieśmiała, by oddać mu inicjatywę. 

Poczuł, że skóra pali go pod dotykiem jej rąk. 
- Raiju moja! - szepnął dziewczynie wprost do ucha i przy­

warł do niej jeszcze mocniej. - Mały Kruku, kocham cię! 

- Mikkal! - niemal załkała, składając na jego szyi wilgot­

ne pocałunki. - Ja też cię kocham! 

Nigdy dotąd Raija nie była tak świadoma swego ciała 

i nigdy jeszcze tak bardzo jej nie zależało na tym, by się 
komuś podobać. Dla niego, dla Mikkala, chciała być 
wszystkim. 

- Mały Kruku, to szaleństwo! - Starał się zachować reszt­

ki rozsądku, ale dłonie wędrowały nieprzerwanie po szczu­
płych biodrach dziewczyny. 

- Nie! - usłyszał nagle cichy krzyk. 
Niemal z ulgą cofnął ręce, zaraz jednak zobaczył jej oczy 

płonące błagalnie pod gęstymi rzęsami. Potrząsnęła głową 
i pogłaskała go po nagich plecach. Czy ona w ogóle wie, co 
robi? Jak to na niego działa? 

- Tak się musiało stać - rzekła, a gdy on wciąż się wahał, 

rzuciła zdecydowanie: - Mówisz, że mnie kochasz, Mikka-
lu! Niech więc to nie będą tylko słowa! Dowiedź swoich 
uczuć! 

- Sama nie wiesz, o co prosisz - wyszeptał niemal z roz­

paczą, ale i on przestał walczyć ze sobą. Ta dziewczyna przy­
ciągała go z magiczną wprost siłą. Wsunął dłonie pod spód­
nicę Raiji i rozpoczął wędrówkę po jej ciele. Każda linia, 
każda krągłość miała w sobie coś zmysłowego. 

Nie próbował już dłużej panować nad swym pożąda­

niem. Ich usta połączyły się w niecierpliwym pocałunku. 
Mikkal czuł ukochaną każdą najmniejszą cząstką swego cia­
ła. Krew pulsowała mu w żyłach, a serce tłukło mocno. 

background image

Oszołomiony obserwował, jak dziewczyna przemienia się 
w młodą kobietę, gorącą i namiętną. Nie cofnęła się, gdy pie­

szczoty stały się bardziej intymne. 

Pragnęła zbadać każdy zakątek jego ciała z taką samą 

pasją, z jaką on poznawał jej tajemnice. Kiedy niepora­
dnie próbował zdjąć z niej ubranie, odsunęła go na bok 
i z szelmowskim uśmieszkiem na ustach zaczęła się roz­
bierać. Uwolniła się z bluzki i spódnicy i stanęła przed 
nim naga. 

-Jesteś piękna, Mały Kruku! - jęknął zduszonym głosem. 

- Jakaż ty jesteś piękna! 

Potem i on zrzucił z siebie ubranie. Zapewne był pierw­

szym mężczyzną, którego Raija widziała nago. Czul na so­
bie spojrzenie ciemnych oczu ukochanej i nie mogąc tego 
dłużej znieść, przyciągnął ją mocno do siebie. 

- Raiju - wyszeptał po chwili. - Dla ciebie gotów jestem 

umrzeć. 

- Cii! - powstrzymała go i uszczęśliwiona zamknęła mu 

usta pocałunkiem. Drobne dłonie, choć niedoświadczone, 
pieściły jego ciało coraz śmielej, doprowadzając go niemal 
do szaleństwa. Teraz Raija wiedziała tylko jedno: tęsknota, 
którą w niej obudził, musi znaleźć ujście. 

Mikkal studził swe myśli, przywołując obrazy szemrzą­

cych lodowatych strumieni. Chciał jak najdłużej napawać 
się dotykiem gładkiej gorącej skóry, każdym swym nerwem 
odczuwać cudowne ciało ukochanej. 

Obsypywał ją pieszczotami, a ona drażniła jego skórę. 

Wciąż jeszcze starał się opanować, ale oczy Raiji prosiły, by 
ofiarował jej to, o czym do tej pory ledwie ważyła się ma­
rzyć. W tej wyjątkowej chwili, jaką zesłał im los, pragnęła 
zaznać pełni szczęścia. Wszedł w nią delikatnie, był czuły 
i ostrożny, ale i tak twarz Raiji wykrzywiła się w bólu, a do 
oczu napłynęły łzy. 

Mikkal scałował słone krople i pieścił jej ciało, tak by 

i ona mogła rozkoszować się miłosnym zbliżeniem. Nie 

background image

spieszył się, pragnął ją rozpalić, było to dla niego ważniej­
sze niż szybkie zaspokojenie własnej żądzy. 

Raija zrozumiała, czym jest miłość, nareszcie zrozumia­

ła, co znaczy kochać ciałem i duszą. Bo tak właśnie kocha­
ła Mikkala. 

Poddała się rytmowi i otworzyła Mikkalowi drogę do 

gwałtownego spełnienia. 

Kiedy podniósł powieki, wdzięczny i zawstydzony, napo­

tkał spojrzenie ukochanej. Raija wytarła mu spocone czoło, 
a on, pochwyciwszy jej dłoń, złożył w jej wnętrzu gorący 
pocałunek. 

- Przepraszam - wyszeptał. - Płakałaś przeze mnie. 
- To naprawdę nieważne. Już myślałam, że żałujesz tego, 

co się stało. Byłeś taki dobry, Mikkalu! 

Dotknął jej biodra i przesuwał dłoń, jakby starał się za­

pamiętać linie jej ciała. Raija uśmiechała się do niego, teraz 
już śmiało patrzyła mu w oczy. 

- Niewiele o tym wiem, ale słyszałam, że ten pierwszy raz 

bywa trudny. Ale... - wstrzymała oddech - ty uczyniłeś to cu­
downie. I tak bardzo chciałam, żebyś to był właśnie ty! Po 
prostu musiałeś być pierwszym mężczyzną w moim życiu. 

Jej słowa napełniły go niewysłowionym szczęściem. Czuł, 

że właściwie nie żył, póki jej nie spotkał, a już szczególnie 
podczas ostatnich lat rozłąki. Choć fizycznie istniał, tak na­
prawdę był martwy. 

Teraz, kiedy w jego życiu znów pojawiła się Raija, cała 

rzeczywistość jawiła mu się w całkiem nowym świetle. Ra­
ija, która tak naprawdę nigdy go nie opuściła... Obserwował 
ją zmrużonymi oczami, kiedy przez głowę nakładała bluz­
kę i zapinała spódnicę. 

- Masz zamiar tak leżeć i marznąć? Czyżbyś chciał 

umrzeć dla mnie? - zapytała ze śmiechem. 

Dopiero teraz poczuł, że drży z zimna. Chłodny wieczor­

ny wiatr owiał jego spocone ciało, które pokryło się gęsią 
skórką. 

background image

Już ubrany uklęknął przed dziewczyną, która podała mu 

broszkę. 

Mikkalowi wydawało się, że wypełnia jakiś święty 

obrzęd, kiedy przypinał srebrną ozdobę do bluzki Raiji. To 
był dowód uczuć, jakie do siebie wzajemnie żywili. 

Pocałowali się delikatnie, a Mikkal niemal utonął spoj­

rzeniem w głębokich jak czarne stawy oczach Raiji. Chyba 
nigdy w życiu nie zdołam dotrzeć do samego dna tych oczu, 
nigdy nie poznam jej tak naprawdę, pomyślał zasmucony. 
Zaraz jednak uświadomił sobie, że na pewno nie uda się to 
także nikomu innemu... 

Raija oparła się plecami o pień brzozy, a Mikkal położył gło­

wę na ramieniu dziewczyny. Okryli się grubą chustą. Mikkal 
po raz pierwszy w swym życiu poczuł się w pełni szczęśliwy. 

- To chyba niczego nie zmieni, prawda? - usłyszał zdła­

wiony głos Raiji. Właściwie to nie było pytanie, raczej stwier­
dzenie. Raija znała odpowiedź równie dobrze jak Mikkal. -
Wrócisz do Siggi, a ja zostanę żoną Karla. 

Mikkal zacisnął szczęki. Bolało go, że o tym mówi, ale 

równocześnie miał świadomość, że między nimi nic nie mo­
że zostać niedopowiedziane. 

- Tak musi być, Mały Kruku. Wiesz, co do ciebie czuję, 

i tak będzie zawsze. A ja wiem, co ty czujesz do mnie. Ale 
masz rację, to niczego nie zmienia. 

- Nigdy nie będziesz kochał Siggi tak jak mnie - rzekła 

Raija z determinacją. 

Mikkal popatrzył w twarz ukochanej. 
- Wiesz przecież - rzekł łagodnie. - A twój Karl nie do­

stanie takiej Raiji, jaką ja pokochałem. Nigdy nie dotrze do 
twego serca... 

- Elle wywróżyła mi wielu mężczyzn... - mruknęła Raija,

 v 

zasłuchana w wieczorną ciszę. 

- Mówiła, że wielu mężczyzn będzie cię kochać - popra­

wił ją. - To i ja mógłbym ci przepowiedzieć, Mały Kruku, 
choć nie jestem jasnowidzem. 

background image

- A mnie się zdaje, że twoja ciotka mówiła prawdę - prze­

rwała mu gniewnie Raija, ale złagodniała zaraz pod spojrze­
niem Mikkala. On jeden potrafił okiełznać gwałtowność 
dziewczyny, z którą nikt inny nie potrafił sobie poradzić. 

- Na twoim miejscu nie przywiązywałbym do tych słów 

zbytniej wagi. 

Mikkal starał się myśleć trzeźwo, chociaż i on zastana­

wiał się nad przepowiednią, którą Elle ofiarowała Raiji na 

pożegnanie przed dwoma laty. Choć teraz nie chciał się do 
tego przyznać, dobrze zapamięta! każde wypowiedziane 
przez starą kobietę słowo. 

- Elle nie powiedziała, że nigdy nie będę szczęśliwa! -

W głosie Raiji pobrzmiewała nadzieja. Mikkal rozumiał, co 
chce przez to wyrazić. Nazbyt często jego własne myśli wę­
drowały w tym samym kierunku. - Mówiła tylko, że będę 
musiała 'walczyć o szczęście... 

- No cóż, i tak oboje musimy zrobić to, czego od nas 

oczekują! Kto wie, może nasza wzajemna miłość jest zbyt 
silna? Sigga mnie kocha, byłoby lepiej, gdyby tak nie było. 
Jestem pewien, że twój Karl także cię ubóstwia... 

- Ale ja pragnę tylko ciebie, Mikkalu! 
- Myślisz, że ze mną jest inaczej? Sądzisz, że łatwo mi roz­

stać się z tobą, kobietą, którą wielbię ponad wszystko? 

- Nie powinniśmy byli nigdy się spotkać... 
Zesztywniał w jej objęciach, a potem odsunął się gwał­

townie. 

- Chyba tak nie myślisz - rzekł, zaciskając dłonie na jej 

ramionach. - Nie wolno ci, Raiju! Serce mi pęka, gdy po­
myślę o rozstaniu, a jednak wolę to, niż gdybym miał cię 
nigdy nie spotkać. Już samo twoje istnienie nadaje sens mo­
jemu życiu. Być może żadne z nas nie zazna nigdy pełni 
szczęścia, ale przecież możemy uczynić szczęśliwymi dwo­
je innych ludzi. To także jest ważne, najdroższa! 

- Nie jestem taka szlachetna jak ty, Mikkalu. Do diabła 

z innymi! - wybuchnęła. - Ty jesteś moim życiem! 

background image

Mikkal nie mógł się nie uśmiechnąć. 
- Rozumiem cię, Raiju. Los nie obszedł się z tobą zbyt 

łaskawie. A jednak dobrze wiesz, że żadne z nas nie może 
odmienić tego, co nam przeznaczone... 

- Jesteś taki strasznie rozsądny - westchnęła, wtulając 

twarz w jego pierś. - I tego akurat w tobie nie lubię. Ale 
pewnie masz rację... - dodała zrezygnowana. - Zgadzam się 
z tobą, ja także bym żałowała, gdybyśmy się nie spotkali. 
Znasz mnie zbyt dobrze, Mikkalu! Znasz mnie lepiej, niż ja 
znam samą siebie. 

Uśmiechnął się z dumą. Prawdziwej Raiji nie pozna ża­

den inny mężczyzna.  O n a należy do niego. Tylko on wie, 
co tkwi w jej sercu. Wszystko jedno, co im się przydarzy, 
ścieżki ich losu i tak nierozerwalnie się ze sobą splotły. I nikt 
tego nie zmieni. 

- Opowiedz mi o swoim życiu tutaj, Raiju! 
Zaczęła mówić. Wyjawiła wszystkie myśli, które dusiła 

w sobie przez minione dwa lata. Przyniosło jej to wielką 
ulgę. Opowiedziała o ciężkiej pracy, o tym, jak brakowało 

jej zwykłej życzliwości i ludzkiego ciepła. Wyznała, że nie­

wiele ją obchodzą mieszkańcy wioski, i nie kryła, że niechęć 
jest obopólna. Opowiedziała o swych rozczarowaniach 
i upokorzeniach. O tym, jak starała się, by ją zaakceptowa­
no, ale jak bez przerwy, raz za razem, odrzucano ją. Mówi­
ła o ludziach, którzy ją odepchnęli, gdy ofiarowała im swe 
zaufanie. Raija odgrodziła się od nich murem i tak samo jak 
oni jej, tak i ona ich nie dopuszczała do swego świata. 

Zapewniała, że się tym nie przejmuje, ale Mikkal wyczuł, 

że nie mówi wszystkiego, duma nie pozwala jej wyznać 
prawdy. 

Wreszcie beznamiętnym głosem, tak jakby mówiła 

o kimś obcym, Raija opowiedziała, że Isak usiłował ją 
zgwałcić. 

Mikkal zacisnął pięści w bezsilnej wściekłości. 
- I co uczynił twój Karl? 

background image

- Jak to: co uczynił? - zapytała, nie pojmując, o co mu 

chodzi. 

-  N o , rozprawił się z tym Isakiem? 
- Nie. 
- Nie? - Mikkal potrząsnął czarną jak smoła grzywką i po­

patrzył na dziewczynę z niedowierzaniem. - Chyba mi nie 
powiesz, że puścił to płazem? Co z niego za mężczyzna? Ja 
bym zabił tego nędznika gołymi rękami! Zabiję go! 

- Nie, Mikkalu! Nikogo nie będziesz zabijał! Nie rozu­

miesz, że on nie jest tego wart? Nie chcę, żeby twoje ręce 
splamiły się jego krwią. 

Mikkal powoli opanowywał wzburzenie, ale ciągle nie 

mógł dojść do siebie po tym, co usłyszał. 

- Odejdziesz stąd, Mikkalu, do Siggi - rzekła Raija po 

chwili milczenia. - Pobierzecie się i będziecie żyć w tundrze. 
Dochowacie się wielu czarnowłosych dzieci... o miodowych 
oczach. 

- Nic nie mów! 

Raija udawała, że nie słyszy jego słów, i ciągnęła dalej: 

- ... a ja zostanę żoną rybaka. Urodzę Karlowi jasnowło­

sych synów o błękitnych oczach. Będę dobrą żoną. Ale od 
czasu do czasu spojrzę w niebo i pomyślę, że to samo nie­
bo znajduje się nad twoją głową. I być może w zimową noc 
popatrzymy na tę samą gwiazdę. 

- Nie mów o tym, Raiju! - błagał zduszonym głosem. 
- Oboje będziemy zadowoleni, ja z życia z Karlem, a ty 

z Siggą. Może kiedyś się spotkamy, zobaczymy, jak czas się 
z nami obszedł. Policzymy zmarszczki, poszukamy w swych 
oczach śladów cierpienia i pozwolimy sobie na niewinny po­
całunek. Będziesz mówił do mnie „kochana siostrzyczko", 
a ja nazywać cię będę „kochanym starszym bratem". 

- Czy słyszałaś kiedyś baśń o stallo, który zmusił lapońską 

dziewczynę, by poślubiła jego syna? - spytał nieoczekiwanie. 

- Twój ojciec nigdy nie opowiadał mi o sobie - odpowie­

działa ostro. 

background image

Mikkal uśmiechnął się. 
- Może nie wyraziłaś się o nim szczególnie miło, ale chy­

ba sobie na to zasłużył. 

- Co się stało z tą dziewczyną? - zapytała Raija, choć wła­

ściwie nic jej to nie obchodziło. Kiedyś uwielbiała lapońskie 
legendy i często błagała Ravnę, by jej opowiedziała którąś 
z nich. Teraz jednak nie miała czasu na baśnie, w głowie ro­
iło się jej od własnych myśli. 

- Dziewczyna sobie poradziła... 
- Zapewne była taka brzydka, że syn stallo jej nie chciał 

i musiano ją odprawić. 

Mikkal uśmiechnął się lekko. 
- To mało oryginalne zakończenie. Gdzie się podziała two­

ja fantazja, Mały Kruku? Nie, dziewczyna była piękna, czy 
gdyby było inaczej, stallo chciałby ją na synową?  N o , może 
nie była aż tak urodziwa jak ty, ale podobnie jak ty była oso­
bą rozumną. Udawała, że pogodziła się ze swym losem. Syn 
stallo nie był radością dla oczu ani też nie grzeszył rozumem. 

Ale pobrali się i odbywała się uczta weselna. Młoda para mia­

ła przynieść z pieca kociołek z mięsnym wywarem. Wówczas 
Laponka przechytrzyła wszystkich. Podniosła kociołek ze 
swej strony trochę wyżej, niż to uczynił syn stallo, i gorący 
wywar wylał się na niego. Niewiele pozostało z jego męskich 
atrybutów po tej przygodzie... 

- Radzisz mi, bym wylała obiad weselny na kolana Kar­

la? Wątpię, czy to się uda. 

Pociągnął ją za włosy. 
- Chcę tylko powiedzieć, że sobie poradzisz tak samo jak 

ta Laponka. Ty także jesteś bystra i rozsądna. Poradzisz so­
bie, Raiju! 

- A może ty byś wylał wywar z mięsa na kolana Siggi? 
- Nienawidzisz jej? 
Raija nie od razu odpowiedziała, wpatrzona w chmurę 

przypominającą kształtem ptaka. Ale wiatr zaraz porwał 
obłok na strzępy. 

background image

- Nie - odrzekła po długiej chwili, która zdawała się 

trwać wieczność. - Wydaje mi się, że nie. Tylko że ona nie 
wiadomo dlaczego otrzyma to wszystko, czego ja pragnę. 
Sądzę, że zasłużyłam na ciebie, Mikkalu, bardziej niż Sig-
ga.  O n a nawet nie ma dość rozumu, by docenić, kto jej się 
dostanie. 

- Sigga mnie potrzebuje - stwierdził Mikkal z powagą. -

Ty mnie nie potrzebujesz tak bardzo jak ona, bo właściwie 
jesteś bardzo silna, mój ty biedny Mały Kruku. Masz w so­

bie niezwykły hart, a Sigga jest jak trzcina. Ona potrzebuje 
takiego męża jak ja. 

- Za chwilę mi jeszcze wmówisz, że Karl nie może się 

obejść beze mnie? Taki jesteś mądry, na pewno i to wiesz? 

- Ty to powiedziałaś, Raiju, i być może jest to prawda. Je­

stem pewien, że nie jest taki jak ja, bo gdyby ktoś cię skrzyw­
dził, a ja miałbym prawo czuć się za ciebie odpowiedzialny, 
ów nędznik nie pożyłby długo, zapewniam cię! 

Raija niechętnie przyznała mu rację. Karl był łagodny, 

miękki, pokieruje nim, jak tylko sama zechce. Mikkal zaś 
podobny jest do niej - uparty, dumny i silny. 

- Możemy żyć sami, ty i ja, dlatego i tej sytuacji sprosta­

my. Na pociechę mamy świadomość, że tamtych dwoje nas 
kocha, będziemy więc kochani jakby podwójnie. Każde 
z nas będzie miało kochającego małżonka. I choć nie odwza­
jemniamy w pełni ich uczuć, mamy wielką miłość, która nas 
łączy. Może nie zasłużyliśmy nawet na tak wiele miłości. 
Mamy siebie, choć nie będziemy żyć razem. Należymy do 
siebie, mimo że dzielą nas góry i doliny. 

- Cudownie to brzmi - mruknęła Raija z przekąsem. -

Nie jestem jednak pewna, czy równie cudowne okaże się 
i nasze życie. 

- A jak sądzisz? - spytał się z uśmiechem. - Zdawało ci 

się, że życie to zabawa? 

- Akurat takich pytań nie musisz mi zadawać, Mikkalu -

rzekła urażona. 

background image

Mikkal w tej samej sekundzie pożałował swych słów, bo 

nie kto inny, ale właśnie Raija najboleśniej doświadczyła te­
go, czym może być życie. 

- Wybacz mi! - poprosił, całując jej dłoń. 
Dziewczyna pochyliła się i przytuliła policzek do jego 

czarnych włosów. 

- Wszystko jest takie trudne - westchnęła cicho. - Zda­

wało mi się kiedyś, że w Ruiji będzie niczym w baśni... 

- A tymczasem życie różni się od marzeń - dokończył 

za nią. 

Raija wyraziłaby to inaczej, ale nie odezwała się. I tak się 

rozstaną. Nic go nie zatrzyma, obojętnie, co powie czy 
uczyni. Mikkal należy do Siggi. 

Mikkal milczał. Chłonął wszystkimi zmysłami otaczają­

cą ich przyrodę, przekonany, że nawet za sto lat będzie pa­
miętał każdą sekundę tego niezwykłego wieczoru. 

Rozżarzone słońce, które daremnie usiłowało wyjrzeć 

zza szczytów po drugiej stronie fiordu. Chmury przepływa­
jące po niebie, zmieniające co chwila kształty, to rozpada­
jąc się na małe obłoki, to łącząc się w większe. Zapragnął 
popatrzeć na nie oczami Raiji. Pamiętał, jak śledząc pierza­
ste obłoki, umiała w nich dojrzeć obrazy, których on nigdy 
by się nie domyślił. 

Zrudziałe wrzosowisko w tundrze mieniło się różno­

barwnymi owocami: czerwonymi borówkami, czerwono-
granatowymi jagodami, czarną bażyną. Zieleń zaczynała 
z wolna ustępować rudym i czerwonym barwom z jesiennej 
palety. Zbocza już lekko się zapłoniły, ale nie tylko ciężkie 

wieczorne słońce nadawało im ów czerwonozłoty odcień. 
Lato dobiegało końca. 

Jakże współgrało to z jego uczuciami! Do jego serca tak­

że wkradała się jesień, zapowiadając długą, mroźną zimę. 

Jakże go kusiło, by odwlec ten czas! W przyszłości bę­

dzie mógł tylko marzyć o tym, by leżeć w ramionach Ra­
iji tak jak teraz. Przez resztę życia przyjdzie mu się karmić 

background image

wspomnieniem tych kilku zaledwie godzin. Pragnął je więc 
wydłużyć w nieskończoność. Tak bardzo nie chciał się roz­
stawać z Raiją, ale im dłużej zwlekał, tym trudniej było mu 
się z nią pożegnać. Wiedział, co oznacza rozłąka. Już raz 
to przeżył. 

- Mały Kruku! - szepnął, tchnąwszy miłość w każdą gło­

skę. 

- Tak, Mikkalu! - odpowiedziała z lekkim drżeniem. 
A więc rozumiała. Wykradziony czas dobiegał końca. 
- Pora się żegnać. 
Mikkal wstał i podał Raiji rękę, by jej pomóc się pod­

nieść. W naturalnym odruchu objął ją wpół. Raija przytuli­
ła się mocno i z płaczem ukryła twarz w jego koszuli. Mik­
kal czuł na piersiach jej łzy. Cokolwiek by rzekł, nic nie mo­
gło ukoić jej bólu. 

W milczeniu trzymał ją w ramionach. Przypomniał sobie 

Tornedalen i małą dziewczynkę pozostawioną przez ojca 
późną zimą w wietrzny dzień. 

Wtedy potrafił ją pocieszyć, teraz jednak nie mógł ofia­

rować jej nic, co osuszyłoby jej łzy i rozpromieniło twarz 
cudownym uśmiechem. 

Płacz ucichł. Raija podniosła zapuchnięte oczy. 
Mikkal poczuł, jak ściska go w gardle. Widział, że dziew­

czyna stara się przybrać dziarską minę, a nawet usiłuje wy­
krzywić usta w uśmiechu. Ale jej brązowe oczy były głębo­
kie jak studnie bez dna i śmiertelnie poważne. 

- Chyba jestem głupia - chlipnęła, wycierając dłonią nos. 
- Nie, Raiju. Ja także ledwie powstrzymuję się od łez. Nie 

chcę tylko, byś widziała, jak płaczę, Mały Kruku. Moje łzy na­
leżą do mroku nocy. Tobie chcę ofiarować wyłącznie uśmiech. 

- Ale ja pragnęłabym dzielić z tobą nawet łzy. 
Uśmiechnął się ze smutkiem, kładąc dłoń na jej policz­

ku. Gładził palcami jej ucho, zawinął lok miękkich czarnych 
włosów. 

Ale i on nie mógł znieść tego napięcia. Przycisnął Raiję 

background image

mocniej do siebie, zapatrzony szeroko otwartymi oczami 
w niebo. Śniada twarz wyrażała cierpienie tak wielkie, że 
graniczyło z szaleństwem. Ciepło bijące od dziewczyny po­
woli przywróciło mu spokój. Zwolnił uścisk i ze spuszczo­
ną głową chwycił Raiję za ramię. W milczeniu ruszyli 

w stronę ścieżki. 

Doszli do zagajnika w pobliżu chaty Kristiny. Mikkal 

chciał odejść bez pożegnania. I bez tego było mu strasznie 
ciężko. Najchętniej udałby, że... 

- Gdzie rozbiliście obóz? - spytała tylko po to, by odwlec 

moment rozstania. 

Mikkal stał bardzo blisko Raiji, ale jej nie dotykał. Tłu­

maczył cicho, że zatrzymali się kilka kilometrów stąd 
w górę rzeki. Akurat teraz spora odległość nie miała dla nie­
go żadnego znaczenia. Potrzebował czasu, by ochłonąć, by 
uspokoić i zebrać myśli. Na pewno nie pójdzie na skróty. 
Domyślając się, że Raija zaraz zasypie go kolejnymi pyta­

niami, powstrzymał ją, nim zdążyła otworzyć usta. 

- Rajiu - rzekł i sięgnął po gałąź, by nie ulec pokusie i nie 

pochwycić znowu dziewczyny w ramiona. - Nie przeciągaj 

tego dłużej, Mały Kruku! Nie zniosę więcej! Nie mam cza­
su, wiesz o tym równie dobrze jak ja. 

- Nie! - jęknęła, chwytając go wpół. 
Mikkal ścisnął gałąź, ale przecież i on był tylko człowie­

kiem. Przecież to w jego ramionach było miejsce Raiji... 

Nie miał pojęcia, jak długo tak stali, mocno przytuleni. 

Później żadne z nich nie potrafiło przypomnieć sobie, co 

wówczas mówili. Zresztą, jakież to miało znaczenie? Pragnę­
li przecież być jak najbliżej siebie, chcieli jeszcze wykraść 
choćby odrobinę czasu. 

Jak dwoje tonących trzymali się nawzajem kurczowo, 

świadomi, że może dzieje się tak po raz ostatni, z uczu­
ciem bowiem, jakie nosili w sercach, nie wolno im było się 
ujawniać. 

Ich usta znów się złączyły desperacko w ostatnim po-

background image

całunku, w którym zawarli wszystko: czułość, pożądanie, 
miłość. 

Ale ziarenka piasku szybko przesypywały się w klepsy­

drze. 

Duże, szorstkie dłonie ujęły delikatnie twarz dziewczy­

ny. W wieczornym mroku zalśniły miodowe oczy. 

- Mały Kruku, zawsze będę cię kochał. I zawsze będę z to­

bą myślami. Nie opuszczę cię... 

Leciutko, jak muśnięcie letniej bryzy, Raija pogładziła je­

go policzek, naznaczony przez wiatr, słońce i deszcz. 

- Do zobaczenia, Mikkalu, mój ukochany! - wyszeptała, 

po czym odwróciła się na pięcie i uniósłszy spódnicę, pobie­
gła w stronę chaty. Włosy powiewały jej na wietrze. Nie 
obejrzała się ani razu, nawet gdy otworzyła drzwi, nie zerk­
nęła przez ramię za siebie. 

Mikkal podziwiał ją za to. Na zawsze zapamiętał ten 

obraz. Złamał gałązkę brzozy i w roztargnieniu skubał na 
drobne kawałki, oddalając się ciężkim krokiem. Potrzebo­
wał samotności i ciszy, którą mogła mu dać tylko noc. 

Raija zamknęła drzwi i wstrzymała oddech. Długą chwilę 

stała nieruchomo, nasłuchując, czy czasem nie usłyszała jej 
Kristina. Ale zorientowawszy się, że nie, westchnęła z ulgą 
i przekradła się cichutko do swojego łóżka. Równie bezgłoś­
nie się rozebrała i wsunęła pod narzutę z futra. Gdyby Kristi­
na odkryła, że jej podopieczna gdzieś wychodziła, rozpętała­
by się prawdziwa burza. A Raija wolała odłożyć tę kłótnię do 
następnego dnia. Do tej pory zdąży wymyślić jakąś przeko­
nującą historyjkę, usprawiedliwiającą jej nieobecność. A mo­
że Kristina w ogóle nie zauważyła jej zniknięcia? 

Mikkal... 
Kiedy przymknęła powieki, widziała go zupełnie wyraź­

nie, zdawał się taki rzeczywisty. Zdawało jej się nawet, że 
słyszy jego oddech... 

Oddech! 
Raija poczuła, jak lodowata dłoń ściska jej serce. Szczel-

background image

niej okrywszy się futrem, nabrała powietrza w płuca i na­
stawiła uszu. 

Cisza. 
Pełna najgorszych przeczuć z rosnącym lękiem wstała 

z łóżka, pośpiesznie narzuciła na siebie ubranie i boso, ścis­
kając kurczowo rogi chusty, podeszła do łóżka Kristiny. 

Zmusiła się, by stać cicho. Wsłuchała się raz jeszcze. 
Niechętnie dotknęła twarzy opiekunki. Pomarszczona, 

wysuszona skóra była zupełnie zimna. Dla pewności Raija 
przyłożyła dłoń do ust leżącej. 

Nic. 
Raija wybiegła z chaty i zatrzymała się dopiero, gdy dom 

został daleko za nią. 

Ciężko dysząc, oparła się o pień drzewa i przymknęła 

oczy. Nie myliła się. Kristina nie oddychała. Umarła. 

background image

10 

Ravna nie odzywała się, choć dobrze wiedziała, że Pehr 

posądza ją o to, iż w tajemnicy przed nim doprowadziła do 
spotkania syna z Raiją. 

- Gdzie się, do diabła, podziewa ten chłopak? - warknął 

chyba po raz dziesiąty w ciągu ostatniej półgodziny, drapiąc 

się nerwowo po brodzie. - Jesteś pewna, że nie było go tam, 
dokąd poszłaś? 

- Najzupełniej - odrzekła Ravna z naciskiem. 
Pehr zachowywał się jak dziecko, uparcie unikał imie­

nia Raiji, jakby się bał, że kryje w sobie jakąś magiczną for­
mułę i wypowiedzenie go na głos sprowadzi na niego nie­
szczęście. 

- Czy ten chłopak nie ma w sobie za grosz poczucia od­

powiedzialności? - burknął, patrząc posępnie. - Załatwiłem 
mu najlepszy ożenek, lepszej panny nie znajdzie od wybrze­
ża po południowe krańce Laponii. Zamiast mi być wdzięcz­
ny... Ale to wina tej czarnowłosej diablicy! 

- Którą przecież sam zabrałeś z jej rodzinnego domu -

rzuciła Ravna. 

Mężczyzna zmrużył oczy, które teraz przypominały 

dwie szparki w siatce zmarszczek, i pokiwał ze smutkiem 
głową: 

- Wystarczająco często tego żałowałem, Ravno. Córka 

Erkkiego Alatalo nigdy nie powinna była przybyć do Ruiji! 
Ta dziewczyna sprowadza same nieszczęścia! 

- Posłuchaj, ktoś biegnie! - przerwała mu Ravna, słysząc 

pośpieszne kroki. - Masz swojego syna, Pehr! 

background image

Mężczyzna wstał i z zaciśniętymi pięściami skierował się 

do wyjścia. 

- Jeżeli był u tej małej wrony... 
Brzmienie jego głosu nie wróżyło dobrze Mikkalowi. 

Raija, zalana łzami, biegła na oślep. Pędziła boso przed 

siebie, byle dalej od martwej Kristiny. Za nic w świecie nie 
spędzi nocy w jednej izbie z trupem! 

Śmierć opiekunki wywołała w niej lawinę wyrzutów su­

mienia. Może gdyby została w chacie, nie stałoby się najgor­
sze. Ale przecież tak bardzo tęskniła za Mikkalem, tak bar­
dzo pragnęła go zobaczyć... 

A może Kristina umarła, kiedy ona i Mikkal... Nie! Rai­

ja nawet nie chciała o tym myśleć. 

Biegła instynktownie przed siebie, nie zastanawiając się, 

dokąd niosą ją nogi. Nie czuła, że rani stopy i marznie 

w nocnym chłodzie. Jakiś wewnętrzny głos wytyczał jej 

drogę. 

Zdyszana, z walącym sercem i twarzą spuchniętą od łez, 

kierowała się wprost do stojącej samotnie nad brzegiem rze­
ki jurty. 

Z dymnika unosił się dym. Poruszyły się skóry osłaniają­

ce wejście do namiotu i w otworze pojawiła się jakaś postać. 
Nie był to jednak szczupły młodzieniec o szerokim torsie, 
ale niewysoki, przygarbiony mężczyzna o sylwetce zdradza­
jącej słabość do zawiesistych mięsnych zup. 

Raija rzuciła się ku niemu wyczerpana i żeby nie upaść, 

chwyciła go za ramiona. Nigdy wcześniej z własnej woli nie 
szukała u niego wsparcia. 

Pehr, który nie przypuszczał, że jeszcze kiedyś zobaczy 

Raiję Alatalo, przeżył głęboki wstrząs. Dziewczyna uczepi­
ła się go blada, jakby goniło ją jakieś monstrum. 

- A więc niepisane mi było raz na zawsze rozstać się z to­

bą - odezwał się z trudem. 

Raija nie miała nawet dość sił, by mu odpowiedzieć. 

background image

Tymczasem Ravna wstała od paleniska i przecisnęła się 

do nich. Zatroskana objęła Raiję, posyłając mężowi ostrze­
gawcze spojrzenie. Pehr jednak, udając, że tego nie widzi, 
wsunął kciuki za pas i zapytał nieprzyjaźnie: 

- Może mi powiesz, gdzie się podziewa mój syn? 
Dziewczyna na chwilę podniosła wzrok. 
- Mikkal? - zapytała zagubiona. 
- O ile mi wiadomo, nie mam więcej synów - zagrzmiał 

Pehr, teraz już pewien, że młodzi się spotkali. 

Raija milczała, nerwowo przełykając ślinę. 
Pehr odwrócił się do niej plecami i zaklął pod nosem. 

Chyba z diabelską pomocą ta dziewucha wyrosła na taką 
piękność! Postanowił dołożyć wszelkich starań, by w przy­
szłości trzymać syna od niej z daleka. W końcu Mikkal jest 
tylko mężczyzną, a Raija stanowi śmiertelne zagrożenie dla 
każdego osobnika w spodniach. Pehr dostrzegł to od razu. 
Nawet z zapuchniętymi od płaczu oczami i potarganymi 
włosami była piękna. Nie powinien nigdy zabierać jej z Tor-
nedalen, niechby tam nawet zdechła z głodu! 

- Kristina - wyszeptała wreszcie Raija tak cicho, że tylko 

Ravna ją zrozumiała. 

- Co z nią? - zapytała Laponka, przeczuwając najgorsze. 

Zaraz też jej przypuszczenia się potwierdziły. 

- Ona umarła, Ravno. Nie żyła, kiedy wróciłam... 
- Nie byłaś przy niej? - wyrwało się Ravnie. 
Pehr, który bacznie przysłuchiwał się rozmowie, złapał 

Raiję za ramię i potrząsnął nią mocno. 

- Gdzie byłaś, kiedy umierała twoja opiekunka? 
Raija nie odpowiedziała. Płakała, zdając się nie zauważać, 

jak brutalnie traktuje ją Pehr. 

- Gdzie byłaś? - ryknął ponownie Lapończyk. 
Raija starała się mu wyrwać, ale był zbyt silny. Podczas 

szarpaniny zsunęła jej się z ramion chusta i wówczas na 
bluzce błysnęła broszka. Pehr rozpoznał ją od razu. 

Wyciągnął rękę i zerwał ozdobę. Głos drżał mu z gnie-

background image

wu, kiedy przyłożył Raiji broszkę niemal do samych oczu 

i zażądał, by wyjaśniła, skąd ją ma. 

- On nie miał prawa pozwolić ci jej nosić! Podarował ci sre­

bro po mojej matce, które powinno należeć do Siggi! 

Ravna próbowała uspokoić męża, ale bezskutecznie. Pehr 

rzucił się na dziewczynę, która biernie znosiła jego gniew. 

Ani słowem nie zaprotestowała. Jej twarz nie zdradzała żad­

nych uczuć. Płakała tylko, wpatrzona gdzieś w pustkę, jak­
by nie dostrzegała nikogo wokół siebie. 

Ravna bała się, że Pehr uderzy Raiję, jego nagromadzona 

przez lata złość łatwo mogła się przerodzić w agresję. 

I nagle usłyszeli w mroku gniewny, zmieniony przez cier­

pienie głos: 

- Ojcze, nie waż się tknąć Raiji! 
Po chwili Mikkal pojawił się przy dziewczynie. Jakby to 

było najbardziej oczywiste na świecie, objął opiekuńczo jej 
dygoczące ramiona, chroniąc przed furią ojca. Wyrwał mu 
broszkę i wcisnął ją w dłoń dziewczyny. 

- Podarowałem jej tę broszkę i nikt nie ma prawa jej ode­

brać. - A potem znacznie łagodniej przemówił do Raiji: -
Co się stało, Mały Kruku? Dlaczego płaczesz? 

-Jej opiekunka nie żyje! Umarła, kiedy zabawiałeś się z tą 

wroną! 

Pehr splunął w stronę syna. 
W oczach Mikkala zalśniły błyskawice. Zacisnął usta i nic 

nie odpowiedział ojcu. 

- Czy to prawda? - zapytał Raiję. Delikatnie głaskał ją po 

włosach i po plecach. - Czy to prawda, Mały Kruku? 

Raija ukryła twarz na jego piersi i pokiwała głową. 
Mikkal westchnął ciężko i przytulił dziewczynę mocniej, jak­

by pragnął ochronić ją przed zimnym i bezwzględnym światem. 

- Powinienem był pójść z tobą - mruknął, tuląc twarz do 

jej włosów. 

- Ach, tak, więc byłeś razem z nią! - wykrzyknął trium­

falnie Pehr. 

background image

- Tak, spotkałem się z nią. Ale resztę swoich brudnych my­

śli zatrzymaj dla siebie - rzeki lodowatym tonem Mikkal. 

Pehr wymamrotał coś pod nosem, ale nikt nie usłyszał je­

go słów. 

- Nie wrócę tam - szlochała Raija. - Nie wrócę! 
- Oczywiście, że nie. Zostaniesz tutaj! 
Mikkal spojrzał na ojca zdecydowanym wzrokiem. 
- Nie ma mowy! - sprzeciwił się Pehr. - Co powiem 

Pawie? Że mój syn sypia z tym szatańskim pomiotem? 

- Raija jest moją młodszą siostrą! - Głos Mikkala był zim­

ny jak polarna noc. - I nie opowiadaj o uwodzeniu, bo tej 
dziewczynie potrzebny jest teraz ktoś, kto ją rozumie. 

- I to masz być ty? - zapytał z ironią Pehr. - Święta na­

iwności! Nie wiń mnie, jeśli Pawa zerwie wszystkie nasze 
umowy. Przecież ta dziewucha może zwrócić się o pomoc 
do innych. Ma wyjść za mąż! Nie może więc pójść do na­
rzeczonego? 

- Raija zostanie tutaj! - uciął Mikkal i pociągnął dziew­

czynę za sobą do jurty. 

- Już ja was przypilnuję! Bo w twoje braterskie uczucia 

ani trochę nie wierzę! - wrzasnął Pehr i demonstracyjnie 
rozsiadł się obok syna i Raiji. 

Siedział ponury jak chmura gradowa, śledząc każdy ruch 

młodych. Kiedy minęło kilka godzin nocy, a on ciągle nie za­
uważył niczego, co potwierdziłoby jego najgorsze podejrze­
nia, ogarnęły go wątpliwości. Może niesłusznie ich posądzał? 
Może Mikkal wreszcie odzyskał rozsądek i przeszła mu ta 
młodzieńcza namiętność? 

Poza tym Pehrowi zachciało się spać. Był zmęczony. Wy­

prawa do Pawy, oświadczyny niepoprawnego syna, wszyst­
ko to dało mu się mocno we znaki. 

Oczy go rozbolały od wpatrywania się w mrok, bo ogień 

w palenisku już ledwie się tlił. Z ukłuciem zazdrości pomy­
ślał o Ravnie, która już dawno ułożyła się do snu. Co jakiś 
czas słyszał szept syna, ale nie rozumiał dokładnie znaczenia 

background image

słów. Wątpił zresztą, czy to coś ciekawego - pewnie jakieś 
bzdury! Mikkal w kółko powtarzał ów idiotyczny przydo­
mek, jaki nadał tej diablicy zaraz na początku. „Mały Kruk"! 
Też mi coś, pomyślał Pehr z gniewem. Znacznie bardziej pa­
sowałoby: „szatański pomiot". 

Ciche głosy stawały się coraz bardziej odległe, czyżby 

wreszcie umilkli? 

Pehr, strażnik moralności, nic więcej nie słyszał. Zasnął 

wyczerpany. 

- Teraz możesz już mówić - szepnął Mikkal Raiji do ucha. 
Pokręciła głową. 
- Dobrze tak po prostu leżeć. Słowa przeszkadzają, prawda? 
- A ja mógłbym z tobą nieustannie rozmawiać, chciałbym 

przytulać cię zawsze... 

- Przytul mnie, Mikkalu! - Raija oparła głowę na ramie­

niu ukochanego i odetchnęła, wciągając w nozdrza jego za­
pach. Wystarczyło jej, że była blisko niego. Zbyt wiele wy­
darzyło się w ciągu ostatnich dni, w ciągu tego dnia... 

Upokorzenie i największe szczęście szły w parze. Ta noc 

mogłaby być najpiękniejsza w życiu Raiji. Mogłaby zasypiać 

ze świadomością, że Mikkal nigdy nie obdarzy tak gorącym 
uczuciem innej kobiety. 

Ale widocznie szczęście nie jest jej pisane, zaczynała już 

w tym dostrzegać pewną prawidłowość: ilekroć czuła się 
uszczęśliwiona, natychmiast życie boleśnie ją doświadczało. 
Nie, szczęście nie jest dla niej. 

- Nie obwiniaj się, Raiju! 
Mikkal delikatnie pocałował dziewczynę w czoło, kątem 

oka obserwując ojca. Nie warto ryzykować, że Pehr przyła-
pie ich na czymś zabronionym. Ojciec nienawidzi Raiji. Dla 
niego jest nikim - wychudzonym dzieciakiem, któremu kie­
dyś uratował życie. Nie spodziewał się wówczas, że właśnie 
ta przybłęda w przyszłości zagrozi jego misternie obmyśla­
nym planom. 

Już raz niemal obróciła je wniwecz, a teraz, kiedy Pehr 

background image

prawie zdołał przeforsować swoją wolę, znowu się pojawiła. 
Piękniejsza jeszcze niż dawniej, ale równie niepokorna. 

Raija, choć taka drobna i krucha, nie miała w sobie owej 

bezradności, która wzbudza uczucia opiekuńcze u większo­
ści mężczyzn. Zawsze dumnie wyprostowana, wzrok miała 
hardy i zuchwały. To jasne, że Pehr nie lubił takich kobiet, 
wprawiały go w zakłopotanie. 

Mikkal uśmiechnął się do swych myśli. Może był jedy­

nym mężczyzną, który czuł potrzebę chronienia Raiji? 

Bez trudu dostrzegał łagodność ukrytą w tej małej kobiet­

ce. Inni widzieli tylko twardą skorupę i odsuwali się od dziew­
czyny, przekonani, że sama sobie poradzi, pewni, że nie ży­
czy sobie ich towarzystwa. Widzieli jej urodę, ale także siłę. 

Dla Mikkala zaś była ciemnowłosą pięknością o najcu­

downiejszych oczach. Zagadkową, spontaniczną, pełną miło­
ści i nienawiści. Zbyt młodą na doświadczenia, jakie zebrała. 

Ta dziewczyna pojawiła się jak promyk słońca w jego życiu. 
- Spróbuj zasnąć, maleńka! 
- Co się teraz ze mną stanie, Mikkalu? Teraz nie mam ni­

kogo... 

- Masz mnie - zapewnił cicho, zdając sobie sprawę, że to 

nie jest odpowiedź na jej pytanie. 

- Ciebie? - pokręciła głową, a smutek, jaki odmalował się 

na jej twarzy, rozdarł Mikkalowi serce. 

Westchnął. Raija miała rację. Co z tego, że obdarzył ją 

całą swą miłością, skoro i tak nigdy nie będzie należał do 
niej? Była sama. 

- Tutaj przecież nie mogę zostać... 

Raija nie myliła się. Pehr obudził się z takim właśnie prze­

konaniem, a umocnił się w nim jeszcze bardziej, kiedy uj­
rzał dwoje młodych pogrążonych w głębokim śnie, przytu­
lonych jak para kochanków. 

Odwrócił się w stronę Ravny, ale żony nie było w na­

miocie. 

background image

A więc wstała i go nie obudziła. Nie obudziła też syna 

i tej małej diablicy! 

Ravna zawsze miała słabość do tej przeklętej dziewuchy! 

Rozgniewany Pehr zerwał się i szarpnął gwałtownie Mikkala. 

- Wstawaj, chłopcze, w imię przyzwoitości! Nie będzie­

my czekać, aż trup zgnije, podczas gdy ty się oddajesz bra­
terskim uczuciom! 

Karl i Reijo wracali razem znad fiordu. Byli z Kristianem 

na rybach, ale udało im się przybić do brzegu odrobinę 
przed nim. Połów nie okazał się szczególnie obfity. Chłop­

cy wyręczyli Kristiana i nieśli ryby do domu. 

- Zdaje się, że macie gości - odezwał się Reijo, zauważyw­

szy grupę ludzi na podwórku EIvejordów. 

Ojciec Karla, który dogonił młodzieńców, zmrużył oczy 

i zmarszczył brwi. 

- Lapończycy - rzekł wyraźnie zdumiony. - Czego ci lu­

dzie tutaj szukają? Nie zadaję się z takimi... 

Przyspieszył kroku, a Karl i Reijo podążali tuż za nim. 

Niemal równocześnie zauważyli Raiję. Karl już miał się pu­
ścić ku niej biegiem, gdy nagle stanął jak przygwożdżony 
do ziemi. 

Raija w ogóle na niego nie patrzyła. Włosy opadały jej 

niedbale na szczupłe ramiona, grzywka zasłaniała oczy, ale 
z wyrazu jej twarzy od razu odgadł, że coś się musiało stać. 

A kim jest ten obcy, który trzyma ją w ramionach, któ­

ry ją przytula z miną właściciela? Ten, ku któremu Raija tak 
ufnie się przechyliła, oparła mu głowę na piersiach? Ten, 
który, o zgrozo, obejmuje ją w pasie? Kto to jest? 

Karl popatrzył na młodego mężczyznę z wyraźną pogardą. 

Nietrudno się było domyślić, że to Lapończyk. Był niewiele 

wyższy od Reijo, ale mocniej zbudowany. Karl uznał, że 
z pewnością nie udałoby mu się pokonać obcego w pojedyn­
kę. Zamyślony pocierał dłonie o uda. Ten typek chyba sobie 

nie myśli, że tak po prostu zabierze mu Raiję? 

background image

- Cóż to sprowadza do nas takich gości? — zwrócił się 

Kristian do żony stojącej wśród nieznajomych. 

Marta rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie. 
- Kristina nie żyje - odpowiedziała. - A to są dawniejsi 

opiekunowie Raiji - dodała, wskazując na Pehra i Ravnę. 
Pehr podał rękę Kristianowi, wykrzywiając twarz w gryma­
sie mało przypominającym uśmiech. Najwyraźniej czuł się 
nieswojo. 

- Mój syn... - burknął i machnąwszy ręką, wskazał na Mik-

kala. 

Karl od razu się odprężył, to wyjaśniało bowiem wszystko. 
- Raija przybiegła do nas w nocy - tłumaczył Pehr niechęt­

nie. - Powiedziała, że jej opiekunka nie żyje. Bała się z nią zo­
stać sama. Pomyśleliśmy, że dziewczyna powinna trochę się 
przespać, umarłej i tak nic nie przywróciłoby życia. 

- Dlaczego nie przybiegłaś do nas? - zapytał Karl. 
Dopiero na te słowa Raija podniosła wzrok i pokręciła 

głową. Oczy miała zapuchnięte, twarz bladą. 

- E, ci młodzi... - westchnął Pehr. - Z Raiją zawsze są kło­

poty. 

- Kristina nie może tam tak leżeć - przerwał mu Kristian, 

urywając komentarze na temat swej przyszłej synowej. Nie 
miał ochoty o tym dyskutować, szczególnie w obecności ty­
lu świadków. 

- Jest tak ciepło... - odezwała się Marta. 
- Trzeba zbić trumnę. 
Marta z przerażeniem w oczach popatrzyła na męża. 
- Tak nie uchodzi - zaprotestowała. - Co powie na to pa­

stor? 

- Pastor z Karlsoy może sobie gadać, co mu się żywnie 

podoba - stwierdził Kristian, który nigdy nie był szczegól­
nie religijny. - Przyjeżdża tu cztery razy do roku, a my ma­
my może miesiącami przechowywać zwłoki? Jest gorąco, 
Marto, dobrze wiesz, co to znaczy. Lepiej będzie od razu ją 
pochować. 

background image

- Ale... 

- Żadnego ale - uciął mąż. - Mamy złożyć ciało w jakiejś 

jamie do czasu, aż pastorowi przyjdzie ochota odwiedzić te 
strony? Czy nie może równie dobrze poświęcić grobu, za­
miast grzebać rozłożone ciało? 

- W każdym razie trzeba tam pójść - oznajmiła Marta 

niechętnie, wyraźnie niezadowolona z pomysłu męża. 

Pehr natomiast zgadzał się z Kristianem, podobał mu się 

sposób, w jaki ten podszedł do sprawy. Pozostawała jeszcze 
jedna ważna kwestia, o której najwyraźniej nikt nie pomyślał. 

- A co z dziewczyną? - zapytał. - Zdaje się, że ma poślu­

bić waszego syna? 

- Jeszcze nic nie jest przygotowane. 
- My jej nie zabierzemy! - oświadczył zdecydowanie Pehr. 
Reijo stał z boku i obserwował całą scenę z rosnącym za­

interesowaniem. Co ten stary ma przeciwko Raiji? Popatrzył 
uważniej na dziewczynę i syna Lapończyka. Oboje sprawia­
li wrażenie, jakby znajdowali się w innym świecie... 

- Skoro była u was wcześniej... - zaczęła Marta, rozgląda­

jąc się nerwowo. 

Ale jej słowa wywołały tylko wzburzenie Pehra. 
- I o to właśnie chodzi... Była już u nas wcześniej. Jeśli ją 

teraz zabierzemy, wy zapomnicie o umowie, a ja znów bę­
dę ją miał na karku. Nie, nie i jeszcze raz nie! 

- Dosyć, ojcze! Chcesz jej jeszcze dołożyć cierpienia? 
Karl posłał młodzieńcowi, który chyba nie był dużo star­

szy od niego, pełne wdzięczności spojrzenie.  N i k o m u nie 
wolno tak mówić o Raiji! Gdyby starczyło mu odwagi, sam 
by się wtrącił. 

Raija stała nieruchomo, przytulona do swego przybrane­

go brata, i nawet jeden mięsień nie drgnął w jej twarzy. 

Przybrany brat... To tylko przybrany brat, utwierdzał się 

Karl i to określenie jak tarcza chroniło go przed niepokojem. 

- Mikkal ma dziwne upodobanie do tej wrony - zauwa­

żył Pehr, spoglądając znacząco na Kristiana Elvejorda, który 

background image

zaczynał się rozeznawać w sytuacji. - Śpieszę się - mówił da­
lej. - Przybyłem w te strony, żeby wyswatać chłopaka. Mam 
renifery, obowiązki. Nie mogę pozwolić, żeby ta wrona mi 
przeszkadzała. Dość mi już przybyło siwych włosów z jej 
powodu. 

- Nie możemy. Nie są małżeństwem... Co powiedzą lu­

dzie? 

Marta popatrzyła bezradnie na męża. 
Reijo zaczął dostrzegać komizm całej tej sytuacji. Oto 

dwie pary rodziców mają ten sam kłopot i wszystko z po­
wodu Raiji... A tymczasem Karl zdaje się wcale nie rozu­
mieć, co rozgrywa się na jego oczach. 

- W takim razie ją weźmiemy - przerwał Kristian długie 

milczenie. - Przyspieszymy ten ślub... Przecież da się to ja­
koś załatwić... 

- Dobrze! - rozpromienił się Pehr. 
Karl odetchnął z ulgą. Mikkal zacisnął zęby, a Raija wtu­

liła mocniej twarz w jego pierś. Tych dwojga najwyraźniej 
nie ucieszyła decyzja Kristiana... 

Całą gromadą ruszyli do chaty nad rzeką, do domu Raiji. 

Kristina leżała na łóżku, tak jak ją dziewczyna zostawiła. 
Marta i Ravna weszły do izby, żeby zająć się zmarłą. 

- A ty, panienko, dokąd? - warknął Pehr, widząc, jak Ra­

ija wymyka się z chaty. - Nie zamierzasz pomóc? 

- Zostaw Raiję w spokoju! - Mikkal natychmiast znalazł 

się przy dziewczynie i wziął ją w obronę. - Już i tak jest jej 
ciężko. Nie musisz więc jej jeszcze dręczyć! 

Pehr na swych wygiętych w pałąk nogach podszedł do sy­

na. Był niższy i musiał zadzierać głowę, żeby spojrzeć mu 
w oczy. 

- A ty, synu? - wysyczał. - Coś mi się zdaje, że też nie 

masz czystego sumienia. Zastanawiam się, czym się zajmo­
wałeś, kiedy ta kobieta odchodziła z tego świata... 

- To się zastanawiaj - Mikkal wzruszył ramionami, uda­

jąc obojętność. - Ale Raiję zostaw w spokoju! 

background image

Dziewczyna usiadła na porośniętym trawą pagórku obok 

chaty. Podkurczyła kolana i objęła je rękoma. Pehr odwrócił 
się plecami do syna i swej dawnej podopiecznej. Mikkal 
przyglądał się Raiji, która wpatrywała się w jakiś odległy 
punkt. Stracił z nią kontakt. Nigdy wcześniej mu się to nie 
zdarzyło. 

Zasmucony odwrócił się do Kristiana, postanawiając się 

jakoś włączyć do pomocy. Kristian wyglądał na zmartwio­
nego. Jak na schyłek lata było nienormalnie gorąco. Zmarła 
nie powinna leżeć długo. 

- Musimy ją pogrzebać - westchnął, podjąwszy ostateczną 

decyzję. - Nikt inny tego nie zrobi. Po śmierci Pedera na mo­
rzu Kristina została sama z Raiją. A teraz dziewczyna nie ma 

już nikogo. Raczej trudno oczekiwać, że zajmie się wszyst­
kim jak należy. Na pewno przeżyła wstrząs, kiedy znalazła 
Kristinę martwą. Lepiej pozostawić ją samą ze swymi myśla­
mi. Na rozmowę przyjdzie czas później. 

- Trzeba pogrzebać Kristinę w poświęconej przez pastora 

ziemi - odezwała się Marta, która wyrosła jak spod ziemi. 

Kristian westchnął ciężko. Ta jego Marta była mądrą ko­

bietą, ale za bardzo przejmowała się tym, co powiedzą lu­
dzie, zamiast myśleć rozsądnie. 

- Pastorowi i tak wszystko jedno - odrzekł hardo. -

A w ten upal najlepiej zrobić tak, jak powiedziałem. Zro­

zum, matka, dla Kristiny to nie ma już żadnego znaczenia. 
Reijo! - zawołał przechodzącego obok chłopaka. - Czy twój 
ojciec nie ma czasem kilku zbędnych desek? Zdaje się, że 

widziałem je u niego. 

- Zaraz przyniosę - pokiwał głową Reijo. 
- Lepiej niech Karl pójdzie - zdecydował Kristian. - Ty 

masz większą krzepę, więc wykopiesz dół, a on jest szybszy 

w nogach - uśmiechnął się do syna. - Sprowadź Anttiego 

i przynieście deski. Zbijemy trumnę dla Kristiny. 

- Tam? - Reijo wskazał ręką na skraj pola w pobliżu rzeki. 
Kristian pokiwał głową. 

background image

- Poradzisz sobie sam? 
Reijo odsłonił zęby w uśmiechu i podążył we wskazanym 

kierunku. Gdy zaczął kopać, pojawił się przy nim przybra­
ny brat Raiji z łopatą w ręce. 

- We dwóch zrobimy to szybciej - wyjaśnił krótko i za­

czął kopać z drugiej strony. 

Reijo nie sprzeciwiał się, przyznając Mikkalowi rację. 
Zrobili sobie krótką przerwę, kiedy dół był już dość głę­

boki. Usiedli na chwilę na brzegu naprzeciwko siebie, mie­
rząc się wzrokiem. 

Reijo domyślał się, co czuje Lapończyk. Usłyszał przy­

padkiem, co powiedział Pehr do syna, znał bowiem sporo 
lapońskich słów. Może nie miał takiej fantazji jak Raija, ale 
bez trudu potrafił złożyć fragmenty układanki. 

- Czy to dobry chłopak, ten, którego ma poślubić Raija? -

zapytał Mikkal, obserwując ptaka krążącego nad ich głowami. 

Reijo bez trudu usłyszał ból pobrzmiewający w jego głosie. 
- Karl? Tak! - odrzekł Reijo. - Solidny, spokojny i kocha 

ją. Poza tym jest Norwegiem, nie jakieś byle co. Kristina 
chciała go na męża dla Raiji. 

Mikkal podniósł wzrok i dostrzegł w oczach chłopaka 

podobną do własnej tęsknotę. 

- Co z twoją twarzą? - zapytał. 
Reijo roześmiał się gorzko. 
- Karl jest spokojny, ale okazało się, że czasem i jego 

można wyprowadzić z równowagi... 

- Co się stało? 
- Zdaje się, że się domyślasz - uśmiechnął się Reijo. - Ra­

ija jakoś tak działa na mężczyzn... Budzi w nich szaleństwo... 

- On wygrał? 
- Nikt nie wygrał - skwitował Reijo krótko. - Obaj uszli­

śmy z życiem. Zresztą ja i tak nie miałem szans... - Chłopak 
nie potrafił ukryć goryczy. - Jestem Finem, Kwenem, jak tu 
nas nazywają. W oczach Kristiny nie byłem dostatecznie do­
brym kandydatem na męża. 

background image

- Rozumiem - rzekł Mikkal z nieruchomą jak maska twa­

rzą. Tylko oczy, pełne smutku, żyły. - Ale czy on będzie dla 
niej dobry? Nie nazbyt gwałtowny? - Mikkal popatrzył na 
Reijo w napięciu. 

- Gdybym nie był tego pewien, biłbym go tak długo, pó­

ki bym na nim nie wymusił takiej obietnicy. 

Mikkal odetchnął z ulgą i uśmiechnął się blado. 
Reijo zaś, spojrzawszy z ukosa na młodego Lapończyka, 

zadał mu pytanie, które go dręczyło. 

- Widziałeś ją wczoraj? Kiedy umarła Kristina? 
Mikkal skinął ciężko głową, czarna grzywka opadła mu 

na czoło, odbijając słoneczne promienie pogodnego nieba. 

- Nazwałeś to szaleństwem - rzeki z ociąganiem. - Ale to 

coś więcej... - urwał i zerwawszy się na równe nogi, zawo­
łał: - To co, kończymy? 

Reijo poszedł za jego przykładem. Nie spodziewał się 

usłyszeć więcej zwierzeń z ust tego mężczyzny o niezwy­
kłych oczach. Usłyszał jednak dość, by poczuć przyjaźń do 
obcego przybysza. 

Karl wrócił razem z Anttim. Przynieśli deski na trumnę. 

Antti jednym rzutem oka ocenił sytuację. Zobaczył swoje­
go syna i młodego Lapończyka, wspólnie kopiących dół. 

Nad brzegiem rzeki siedział starszy Lapończyk, nie zwraca­
jąc zupełnie uwagi na to, co się dzieje wokół, a z chaty do­
latywały kobiece głosy. Raija przycupnęła bez ruchu na ubo­
czu, a Karl, choć wyraźnie miał ochotę do niej podejść, nie 
potrafił się na to zdobyć. 

Karl jest zbyt delikatny, pomyślał Antti. 
Kiedy Kristian wszedł do chaty po narzędzia stolarskie, Ant­

ti Kesaniemi uczynił to, na co żaden z młodzików się nie odwa­
żył, bo zabrakło im rozumu: poszedł wprost do Raiji. 

Nawet on, który widział w życiu niejedno nieszczęście, 

przeraził się, kiedy popatrzył na jej znieruchomiałą, jakby 
martwą twarz. Raija, zawsze taka pełna życia! 

Nie miał nawet cienia wątpliwości, że to nie śmierć opie-

background image

kunki tak ją załamała. Znał się na ludziach, od razu pojął, 
że nikt by tak nie rozpaczał po stracie Kristiny. 

- Dziecko! - odezwał się przerażony. - Co się stało? 
- Karl nic ci nie powiedział? - spytała bezbarwnym gło­

sem. - Przecież mieliście zbić trumnę... 

Zielone oczy Fina, tak bardzo podobne do oczu Reijo, 

popatrzyły na nią badawczo. 

- Nie o to pytam - rzekł łagodnie po fińsku. - Pytałem, 

co się tobie stało. 

- Aż tak to się rzuca w oczy? 
- Znam cię, dziecko. Chcesz o tym porozmawiać? 
Pokręciła głową. 
- Rozmowa nic tu nie pomoże, Antti. Gdyby mogła mi 

pomóc, byłbyś pierwszą osobą, do której bym się zwróciła. 

Ale to na nic. Na nic... 

- Życie toczy się dalej, Raiju. Obojętnie co się stało, pa­

miętaj, że życie się na tym nie kończy. 

Antti wstał i popatrzył raz jeszcze z namysłem na dziew­

czynę. Rai ja podniosła na niego pozbawione blasku, zaczer­
wienione oczy i martwym głosem rzekła: 

- Tak... 
To było niczym lodowate tchnienie zimy. 
- Nie zrób czasem jakiegoś głupstwa, Raiju! - wyrwało 

się Anttiemu. 

Uśmiechnęła się blado, a w jej oczach dostrzegł tylko cień 

dawnego uporu, który tak dobrze znał. 

- Nie, nie zrobię żadnego głupstwa. Nikomu nie sprawię 

tej przyjemności. 

Reijo i Mikkal dalej kopali grób. Dobrze im się razem 

pracowało. Nawiązała się między nimi cicha sympatia. Obaj 
spoglądali z ukosa na Karla, śmiejąc się pod nosem, że przy­
szło mu pomagać przy zbijaniu trumny. 

Kiedy grób został wykopany, Mikkal skierował się w stro­

nę Raiji. Dwa kroki za nim podążał Reijo. Zdumiony, spo-

background image

strzegł, że Raija przy Mikkalu jest zupełnie inną dziewczyną. 
Nie znali jej takiej. Ten chłopak potrafił wydobyć z niej coś, 
czego nikt inny nie zdołał w niej nawet dostrzec... 

Młody Lapończyk ukucnął przed Raiją. Reijo nie potrze­

bował więcej dowodów na potwierdzenie swych domysłów, 

wystarczyło, że spojrzał na twarz dziewczyny wyrażającą 

bezmierny smutek i rozpaczliwe oddanie. Jej oczy nigdy nie 
płonęły takim żarem, gdy patrzyła na Karla czy na niego. 

- Idź się przebrać, Mały Kruku! Uczesz się i przemyj oczy 

wodą. 

- Po co? 
Mikkal pogłaskał dziewczynę czule po głowie, odgarnia­

jąc jej z oczu niesforny lok. Twarde, jakby wykute w brązie 
rysy zmiękły. Reijo nigdy by się nie spodziewał, że w tym 
człowieku może być tyle czułości. 

- Jesteś piękna, kochana. Bądź piękna dla mnie! 
Zduszony głos Mikkala skrywał uczucia, których nie wol­

no mu było okazać. Oczy mu rozbłysły na chwilę, by zaraz 
znów przygasnąć. Ale dziewczyna bez protestów wstała. Trzy­
mali się za ręce o sekundę za długo. W ich oczach pojawił się 

zachwyt, wyraźnie zauważalny dla kogoś, kto potrafił patrzeć. 

Reijo pozazdrościł Mikkalowi tej niezwykłej harmonii, ja­

ka łączyła go z Raiją, tego rzadko spotykanego zrozumienia. 

Po chwili obaj patrzyli, jak Raija, dumnie wyprostowa­

na, z czystą bluzką i świąteczną spódnicą przewieszoną 
przez ramię, skierowała się nad rzekę. 

Reijo podziwiał Mikkala za to, że potrafił ją do tego na­

kłonić. 

- Masz powód do rozpaczy - powiedział mu. - Tracisz 

więcej, niż ja kiedykolwiek mógłbym sobie wymarzyć. 

Twarz Mikkala drgnęła, cierpienie wypełniło jego osobli­

we miodowe oczy. 

- Rzeczywiście mam - rzekł tylko. 
Reijo patrzył, jak zbijają skrzynię i wieko, ale nie czuł 

szczególnego smutku. Mikkal, dostrzegłszy to, uśmiechnął 

background image

się i położył w trawie, w miejscu gdzie wcześniej siedziała 
Raija. 

- Nie kwapisz się zbytnio do pomocy? 
- Nie, nie lubiłem tej baby za życia, czemu więc miałbym 

udawać, że ją lubię po śmierci? 

- No tak. - Mikkal żuł trawę i obserwował zamieszanie wo­

kół chaty, gdzie długo trwały narady, kto ma wynieść zmarłą. 
Ostatecznie mężczyźni doszli do porozumienia i przybili wie­
ko skleconej z desek trumny. W pewnym momencie chłopak 
zaniepokoił się o Raiję. Spoglądał w stronę rzeki, jednak brzo­
zowy zagajnik zasłaniał mu cały widok. 

- To chyba trwa zdecydowanie za długo - powiedział 

w końcu. 

Reijo przyznał mu rację, choć wiedział, że dziewczęta 

zwykle bardzo długo się stroją. 

- Gdzie Raija? - zapytał Antti, który także zauważył nie­

obecność dziewczyny. 

Reijo zapewnił ojca, że jej poszukają, i spiesznie ruszył 

za Mikkalem, który pobiegł ścieżką. 

Tuż za zakrętem rzeka tworzyła zakole, woda w tym 

miejscu była dość głęboka, a na samym brzegu zamiast 
ostrych kamyków leżał miękki piasek. Dalej wśród kamie­
ni zieleniły się podobne do gwiazdek liście tłustosza pospo­
litego, a jego błękitne kwiatki próbowały przyćmić urodą 
delikatne liliowo-żółte fiołki: barwne plamki wśród smut­
nych kępek trawy, szarobrązowego piasku i równie zwy­
kłych szarych kamieni. 

Jednak ani Mikkal, ani Reijo nie dostrzegali uroku kwit­

nącej roślinności. 

Na brzegu było pusto, jedynie błękitna bluzka, w którą 

Raija zamierzała się przebrać, leżała wśród kwiatów. 

- Co tu się stało? - spytał przerażony Mikkal. 
Równocześnie odkryli ślady. Tam, gdzie rzeka leniwie 

opłukiwała brzeg, dostrzegli odciski stóp, małe i duże. 

Mikkal wszedł do wody, nie zważając na to, że jest 

background image

chłodna. Reijo pośpieszył za nim, czując, jak strach ściska 
mu serce. 

Po drugiej stronie brzeg był kamienisty, gęsto porośnięty 

krzakami. Pokryte mchem kamienie stanowiły wystarczają­
ce podłoże dla rozkrzewiającej się łatwo łoziny. 

Na kamieniach młodzieńcy odkryli więcej mokrych śla­

dów. Wśród wielu dużych odcisków stóp ciągnął się cienki 
mokry pas, zapewne pozostawiony przez zmoczony brzeg 
spódnicy. Raija nie szła dobrowolnie, to pewne, wlekli ją sil­
ni mężczyźni! 

- Łotry! - wydusił Mikkal przez zaciśnięte zęby i mrużąc 

oczy, wpatrywał się w gęstwinę. Wiatr poruszał gałęziami 
drzew i listowiem, a ptaki pewnie nie bez powodu wszczę­
ły głośny jazgot. Nagle usłyszeli ochrypły śmiech i zduszo­
ne krzyki. Mikkal zniknął między krzakami... 

Reijo, który ruszył w ślad za nim, zdążył dotrzeć na miej­

sce w chwili, gdy Mikkal wyrwał Raiję z rąk człowieka, któ­
rego on sam nienawidził najbardziej na świecie. 

- Isak, ty łajdaku! - jęknął z wściekłością. 
- A więc to ty? - usłyszał zatrważająco spokojne pytanie 

Mikkala, który w mocnym uścisku trzymał za kark napast­
nika. 

Reijo szybko stanął pomiędzy Mikkalem a dwoma kom­

panami Isaka, tak by żaden z nich nie mógł zaatakować La­
pończyka. Sigurd ani Svend nigdy nie odważyliby się stanąć 
do walki twarzą w twarz, natomiast nie wahaliby się zadać 

ciosu w plecy. 

Raija stała skulona za swym przybranym bratem i w mil­

czeniu obserwowała zajście. 

- Nie ma się o co tak wściekać. - Isak próbował robić do­

brą minę do złej gry. - Zabawiliśmy się trochę z tą małą... 

Zresztą była dość chętna... Wyraźnie lubi mężczyzn... 

- Nie nazywaj siebie mężczyzną! - warknął Mikkal, wy­

mierzając pięścią cios w sam środek nabrzmiałej gęby na­
pastnika. 

background image

Kiedy Isak się ocknął, jego rozbiegane oczy wyrażały 

ogromne zdumienie. Reijo zobaczył krew i przełknął ciężko 
ślinę. Usłyszawszy, że Svend i Sigurd pośpiesznie salwują się 
ucieczką, błyskawicznie ruszył za nimi. Nie mógł pozwolić, 
by uszło im płazem to, co uczynili Raiji. Dopadłszy ich, bil 
bez litości, wyładowując całą nagromadzoną w sobie złość. 
Na łeb, na szyję rzucili się do rzeki, odgrażając się głośno 
i zapowiadając zemstę. Ale Reijo nie przejął się tym zbytnio. 

- Co tam się, u diabła, dzieje? - zawołał Antti z drugiego 

brzegu, gdzie hałas ściągnął też pozostałych. 

- Kilku drani dostało nauczkę! - wyjaśnił Reijo. 
Przy akompaniamencie głośnych przekleństw z lasu wy­

szedł Mikkal, ciągnąc za sobą Isaka. Jedną ręką przytrzymy­
wał mu głowę, a drugą bił po twarzy. I choć Isak bronił się 
ze wszystkich sił, nie miał żadnych szans. Rozwścieczony 
Mikkal uznał, że Isak ciężko zapłaci za to, że ośmielił się 
tknąć Raiję. 

Kolejne uderzenia zepchnęły go do rzeki. Isak cofał się 

na coraz głębszą wodę, a Mikkal napierał na niego, niby dra­
pieżnik polujący na ofiarę, pewny, że za chwilę wbije w nią 

swe szpony. Śniada, niczym odlana z brązu twarz wyrażała 
głęboką nienawiść. 

Reijo uświadomił sobie, że się uśmiecha. Cieszył się z każ­

dego zadanego Isakowi ciosu, żałując tylko, że nie sam je 
wymierza. 

Z lasu wyszła Raija. Reijo usłyszał okrzyki niedowierza­

nia zebranych na drugim brzegu ludzi. 

Dziewczyna stanęła obok niego. Zimna woda omywała 

jej bose stopy, lecz ona tego nie czuła. Ubranie miała po­
szarpane, zapiaszczone i brudne od błota i trawy. Nie pró­
bowała jednak wcale doprowadzić się do ładu. Wpatrywała 
się nieruchomo w walczącego na samym środku rzeki Mik-
kala, który spychał Isaka coraz głębiej, w rwący nurt. 

Reijo zadrżał, gdy zobaczył w jej ciemnych oczach mściwą 

satysfakcję. To, że on sam z przyjemnością przyglądał się te-

background image

mu groteskowemu przedstawieniu, zdawało mu się zrozumia­
łe, uważał jednak, że Raija nie powinna tak reagować. 

- Powstrzymaj go! Ktoś go musi powstrzymać! - rozległo 

się wołanie Laponki, matki Mikkala. 

Reijo ocknął się, wracając do rzeczywistości. Pozostali 

stali całkowicie porażeni, nie będąc w stanie, a może nie 
chcąc przerwać krwawego widowiska. 

- Raiju! - błagała Ravna. - Powstrzymaj go, nie widzisz, 

co się dzieje? Nie pozwól, by zabił! 

Dziewczyna jednak nawet się nie poruszyła. I wtedy Rei­

jo zrozumiał, że nie może dopuścić, by stało się najgorsze. 
Zauważył, jak dłoń Mikkala sięga po zawieszony przy pasku 
nóż, dostrzegł sztywny uśmiech na ustach chłopaka, a w je­
go oczach zimną nienawiść. Reijo wiedział, że młody Lapoń­
czyk gotów był dla Raiji na wszystko. 

Rzucił się do rzeki w chwili, gdy Mikkal wyjął nóż. 
Ostrze, niczym pieszczotliwy dotyk śmierci, musnęło po­

liczek Isaka. 

Powietrze rozdarł donośny krzyk, który przeszedł w prze­

ciągłe wycie. Mikkal jęknął, kiedy Reijo szarpnął mu rękę do 
tyłu. Isak osunął się do wody z głośnym pluskiem, a wciąż 
zaślepiony wściekłością Mikkal poprzysiągł mu zemstę, 
przemawiając w trzech językach. 

Reijo walczył co sił, by go uspokoić, ale chyba nie uda­

łoby mu się to nigdy, gdyby nie Raija. Podeszła do nich, zła­
pała Mikkala za włosy i zanurzyła jego twarz w lodowatej 
wodzie. 

Ta orzeźwiająca kąpiel pomogła, bo gdy wyszedł z wo­

dy, cały mokry, zachowywał się znacznie spokojniej. A Isak 
był już daleko na drugim brzegu, przeklinając i trzymając 
się za zakrwawiony prawy policzek. Rana ciągnęła się od 
skroni po brodę. 

Mikkal dyszał ciężko, patrząc z rozpaczą na Raiję. Otwo­

rzył ramiona i dziewczyna przytuliła się do jego piersi. Sta­
li tak po pas w wodzie, jakby stopieni w całość. 

background image

- Twoje włosy - wyszeptał Mikkal zmienionym głosem, 

zanurzając dłoń w żałosnych, postrzępionych kosmykach 
na głowie Raiji. Isak i jego kompani obcięli dziewczynie 

włosy. Długie, jedwabiste włosy zniknęły, ścięte w nierów­

ne schodki poniżej uszu. 

Raija połykała łzy, starając się być dzielna. 
- Odrosną - powiedziała. 
Mikkal wziął ją na ręce i wyniósł na brzeg, przyciskając 

gorące wargi do jej czoła. 

Nie zdążyli dotrzeć do brzegu, gdy Pehr, nie panując nad 

złością, wymierzył synowi siarczysty policzek. Chłopak, za­
skoczony, przewrócił się i wpadł tyłem do wody. W tym miej­
scu nie było głęboko, ale Raija od razu rzuciła mu się na po­
moc. Pehr tymczasem obrócił się na pięcie i odszedł. 

Rei jo stanął obok Karla. Gorąco pragnął, by przyjaciel 

nie domyślił się uczuć Raiji, która, klęcząc przy Mikkalu, 
trzymała mu głowę nad powierzchnią wody i gładziła po po­
liczku. Gdyby Karl odgadł prawdę, ani chybi rozpętałaby się 
kolejna awantura. 

- Nic mu nie będzie! - rzuciła na pozór lekko Ravna, spo­

glądając na syna ostrzegawczo. 

- Nie zapomnę - wyszeptała Raija po lapońsku i puściła 

Mikkala. 

- Trzymaj się z dala ode mnie, Mały Kruku! - poprosił, 

choć chętnie błagałby ją o coś przeciwnego. - Pamiętaj, co 
mi obiecałaś. Nasz czas się skończył. - Po chwili dodał z sa­
tysfakcją: - To jednak była prawdziwa przyjemność pora­
chować kości temu nędznikowi! 

Raija uśmiechnęła się słabo i cofnęła o kilka kroków. To, 

czego oboje pragnęli, nie było rozsądne. Zresztą już się po­
żegnali... 

Kristina została pochowana. Jej samej zapewne własny po­

grzeb by się nie spodobał. W kondukcie szła ostrzyżona Rai­
ja w mokrym i poszarpanym ubraniu, niewysoka Laponka 

background image

i jej przemoczony do suchej nitki potomek, Kwen Antti ze 
swym zielonookim synem oraz Marta, Kristian i Karl. 

Kristinie z trudem przyszłoby się pogodzić z tym, że tyl­

ko trzy osoby w żałobnym orszaku były Norwegami. 

Trumna z surowego drewna została opuszczona do dołu 

i zasypana ziemią. Aby nadać ceremonii pogrzebowej bar­
dziej uroczysty charakter, Kristian i Antti odmówili modli­
twy, każdy we własnym języku. To też pewnie nie spodo­

bałoby się Kristinie. Ale Kristian, który sprawował nad 

wszystkim pieczę, uznał, że Bóg nie jest tak małostkowy, by 
nie wysłuchać modlitwy po fińsku. 

Lapońska rodzina zebrała się do pożegnania. Mikkal za­

mierzał podejść do Raiji, ale przeszkodził mu w tym ojciec, 

który nagłe wyrósł jak spod ziemi. 

- Trzymaj się od niej z daleka! - syknął. - Ona nie jest 

dla ciebie! Chyba nie chcesz narobić kłopotów sobie i jej! 

Mikkal zamierzał coś odpowiedzieć, ale Pehr nie dopu­

ścił go do głosu. 

- Skoro tak bardzo zależy ci na jej dobru, zostaw ją 

w spokoju! Jeśli ta wrona nie ma dość rozumu, to ty masz 
już tyle lat, że powinieneś to pojąć. Wracaj do obozowiska 
i zapomnij o tej dziewczynie! 

Raija słyszała wszystko, bo Pehr, przekonany, że nikt nie­

powołany nie rozumie lapońskiej mowy, nie starał się na­
wet zniżyć głosu. 

- Zegnaj, Mikkalu! - odezwała się głośno, jakby nie zau­

ważając Pehra. Uśmiechała się blado, ale z odwagą. - Będę 
zawsze pamiętać! 

- Ja też! - odpowiedział z żarem. 
Przez kilka chwil stali bez ruchu zapatrzeni w siebie. Ale 

zaraz czar prysnął i ich twarze zamieniły się w nieruchome 
maski. 

Mikkal odszedł. Ravna, z oczami pełnymi łez, uściskała 

mocno Raiję. Tyle pragnęła powiedzieć temu dziecku, które 
już wcale nie było dzieckiem, ale brakowało jej słów. Zdła-

background image

wionym głosem zdołała jedynie szepnąć: „Żegnaj!". 

- Jeśli będziesz miała kiedykolwiek jakieś kłopoty, za­

wsze możesz zwrócić się do mnie - dodała przekonana, że 
nigdy nie zapomni tej dziwnej dziewczynki, która przez pe­
wien czas była jej córką. Nie zapomni Raiji - obcego ptaka 
z Tornedalen. 

Już wkrótce wyjdzie za mąż za tego urodziwego chłopca, 

który wyraźnie ją ubóstwia. Ravnie na samą myśl o tym zbie­
rało się na płacz. Z pewnością był to dobry chłopak, ale nie 
nadawał się na męża dla Raiji. Ta dziewczyna całkiem nad 
nim zapanuje! Ona potrzebowała mężczyzny z charakterem, 
a tego błękitnookiemu Karlowi brakowało. 

- Zegnaj, Ravno - szepnęła Raija. - Mamo... 
Ucałowała szybko Ravnę i pośpiesznie odeszła. Ravna 

stała nieruchomo z oczami mokrymi od łez. Kiedy Raija ko­
goś kochała, dawała więcej, niż spodziewała się otrzymać 
w zamian... 

background image

11 

Późną jesienią, gdy mróz pozbawił drzewa resztek listo­

wia i pokrył gałęzie cienką warstwą szronu, do Lyngen przy­
był pastor z Karls0y, żeby odprawić nabożeństwo, jedno 
z czterech, które zwykł odprawiać w roku. 

Do tych północnych dystryktów misjonarze dotarli zale­

dwie dziesięć lat wcześniej. Podjęli się trudnego zadania wy-
krzewienia pogańskich zwyczajów, które w małych, oddalo­
nych od świata osadach nadal były żywe. Kościołowi, któremu 
przewodził Thomas von Westen, udało się wprowadzić przez 
ten czas wiele zmian, jednak ciągle brakowało duchownych 
i do mieszkańców odległych fiordów i wysp słowo Boże do­
cierało nazbyt rzadko. Tam też stare tradycje nadal były moc­
no zakorzenione. 

Ogólnie jednak mieszkańcy północy, przynajmniej na 

pozór, podporządkowywali się kościelnym prawom, tak 
więc podczas duszpasterskiej wizyty pastora Raija córka 
Erkkiego Alatalo poślubiła Karla Kristiansena Elvejorda. 

Podczas uroczystej ceremonii stała dumnie wyprostowa­

na, poważna i piękna. Dźwięcznym głosem wypowiedziała 
sakramentalne „tak". Patrząc na spokojną twarz dziewczyny, 
żaden z uczestników uroczystości nigdy nie domyśliłby się 
jej prawdziwych uczuć. Nikt nie potrafił odgadnąć, co się 
kryje na dnie brązowych oczu oblubienicy. 

Nawet pan młody, który podczas przeprawy łodzią przez 

fiord spoglądał z miłością na swą świeżo poślubioną żonę, 
nie domyślał się tajemnicy jej serca. 

Przybili do brzegu późnym popołudniem. Skromny we­

selny orszak skierował się do chaty rodziców Karla. O wy-

background image

stawnym weselu nie było mowy, ale Marta uparła się, by 
przyjąć gości skromnym poczęstunkiem. Tym bardziej że 
prócz rodziny gości było tylko dwóch, Antti i Reijo. Mieli 
wracać o głodzie ze ślubu jedynego jej syna? 

Zasiedli przy zniszczonym stole i w milczeniu jedli gorą­

cą zupę. Karl nie spuszczał zachwyconych oczu z Raiji. By­
ła dla niego niczym bogini i najchętniej całowałby ziemię, 
po której stąpała. Nie posiadał się ze szczęścia, że Raija wre­
szcie należy do niego... 

Raija w przeciwieństwie do rozmarzonego Karla dobrze 

wiedziała, co je. Sama wkroiła mięso owcze do zupy, a Mar­
ta przygotowała resztę. W każdym razie potrawa była bar­
dzo dobra i Raija jadła powoli, żeby nasycić się jej smakiem. 
Na twarz przywołała wymuszony uśmiech. 

Marta z właściwą sobie wielkodusznością oddała Raiji 

suknię, w której sama brała ślub. Co prawda suknia była 
czarna, ale z bardzo dobrego materiału. Wystarczyło ją ze­
brać trochę w pasie, bo Raija, choć była mniej więcej tego 
samego wzrostu co Marta, miała znacznie szczuplejszą talię. 
Raiji właściwie nie zależało na ładnym wyglądzie, nie przej­
mowała się też, że kołnierzyk ją trochę uciska i rękawy są za 
ciasne w nadgarstkach. Wyglądała jednak prześlicznie w tej 
uszytej przed wielu laty sukni zapinanej po samą szyję, która 
prócz niewielkiego kołnierzyka nie miała innych ozdób. 
Spódnica, która dość frywolnie opinała biodra Marty, na 
znacznie drobniejszej Raiji wydawała się za szeroka. 

Czarne włosy niczym wieniec okalały twarz dziewczyny. 

Po tym jak Isak z kompanami oszpecili Raiję, Marta wyrów­
nała jej obcięte włosy. Z krótszymi włosami dziewczyna wy­
glądała jeszcze młodziej, bardziej jak dziecko niż jak panna 
młoda. Cerę też miała bladą, po letniej opaleniźnie nie pozo­
stało śladu, a czarna suknia jeszcze mocniej to podkreślała. 

Właściwie wydawało się, że tylko jej oczy nie straciły nic ze 

swego blasku. Oczy, które potrafiły oczarować, uwięzić, ale 
nigdy nic nie obiecywały. 

background image

Raija uśmiechnęła się lekko, obserwując Karla. Na siłę 

starał się zachowywać jak dorosły mężczyzna i popijał alko­
hol, który Kristian postawił na stole pomimo pełnego wy­
rzutu spojrzenia swej żony. Raz w życiu człowiek żeni sy­
na! bronił się rybak przed łajaniem Marty. 

Karl był także elegancko ubrany na tę szczególną okazję. 

Spodnie, uszyte przez matkę, opinały mu wąskie biodra i by­
ły bardziej strojne niż grube samodziałowe portki noszone na 
co dzień. Ale chłopak wyglądał w nich jakoś obco. Zresztą po­

zostałe części ubrania podkreślały to pierwsze wrażenie. Ko­
szulę uszyła Raija, co dałoby się zauważyć, gdyby czyjeś 
wprawne oko obejrzało dokładnie szwy. Natomiast kamizel­
ka i kaftan należały do Kristiana w czasach, gdy jeszcze był 
bardzo młody i marzył o lepszym życiu. Tymczasem los ob­
darował go lichą zagrodą na kawałku dzierżawionej ziemi, 
trzema dziecięcymi grobami, a jedyny syn żenił się na łeb, na 
szyję z dziwną dziewczyną z obcego kraju. 

Raija szybko odwróciła wzrok, widząc, że Karl na nią 

spojrzał. Nie chciała go oszukiwać, nie chciała, by sobie wy­
obrażał coś, co nie było prawdą. 

Właściwie to nawet miły chłopak, pomyślała niechętnie. 

Grzywka zaczesana, miękkie i jedwabiste włosy ładnie mu 
się układają, a nie sterczą sztywno na wszystkie strony, 
wiecznie potargane... 

Uważaj! ostrzegł ją wewnętrzny głos. Raija szybko się opa­

nowała i pomyślała o czymś innym. Ręce nawet jej nie zadrża­
ły. Spokojnie maczając kawałki chleba, dokończyła jeść zupę. 

Karl zbudował dla nich dom, porządny dom z prawdzi­

wych bali. Postawił go nad rzeką blisko chałupy Kristiny 
i Pedera. Większość ludzi w okolicy mieszkała w lichych 
chatach, ale Karl pragnął, by ich dom był solidny. Raija, 
której stara chałupa norweskich opiekunów przywoływała 
na myśl niemal wyłącznie przykre wspomnienia, była bar­
dzo wdzięczna swemu mężowi. 

Karl za wszelką cenę pragnął wyglądać dorośle, był wszak 

background image

żonaty. Zdawało mu się, że w ciemnym kaftanie prezentuje 
się jak prawdziwy mężczyzna. Ale dziecinnie zaokrąglone 
policzki nie bardzo pasowały do tego poważnego stroju. Po­
za tym na łokciach rękawy były wyświechtane, czego, jak 
domyślała się Raija, Karl w ogóle nie zauważył. Ale mimo 
wszystko był jakiś inny... Raija poczuła w sercu odrobinę 
czułości dla tego chłopca, który tak bardzo się starał zacho­
wywać jak prawdziwy mężczyzna, choć mu jeszcze tak wie­
le brakowało, by nim się stać naprawdę. 

Chyba dzięki temu spłynął na nią nagle spokój i poczucie 

bezpieczeństwa. Bo przez cały czas obawiała się tego narasta­
jącego oczekiwania, które dawało się odczytać w błękitnych 
oczach Karla. Ten chłopak w dorosłych męskich ubraniach 
był wszak jej mężem i oboje dobrze wiedzieli, co to oznacza. 

Mimo woli przywołała nagle w wyobraźni rozkochane 

miodowe oczy. Zdawało jej się, że słyszy pełne miłości i czu­
łości słowa: „Raiju, teraz bardziej niż kiedykolwiek jesteś 
podobna do kruka. Małego, zalęknionego kruka..." 

Czy to właśnie by jej powiedział Mikkal? Nie wiedziała. 

Nie wiedziała nawet, czy w ogóle jeszcze o niej pamięta. 
Czasem jednak czuła tak intensywnie jego bliskość, że ją to 
wręcz przerażało, ale nie miała pewności, czy dzieje się tak 
dlatego, że to on wysyła ku niej swe myśli, czy też za spra­
wą jej własnej wyobraźni... 

Mały Kruk... Tak, chyba przypominała kruka, czarnego 

zalęknionego ptaka z nastroszonymi piórami, który był cał­
kiem sam. 

Skrępowano ją więzami, przed którymi tak bardzo się 

wzbraniała, bo odbierały jej wolność. Była ptakiem, pragnę­
ła czuć powietrze pod skrzydłami. A tymczasem nie mogła 
ich rozwinąć, nie mogła uciec. Już teraz trawiła ją tęsknota, 
podobna do tej, jaką odczuwają żyjące w klatce ptaki. 

Została usidlona. Nie była już wolnym krukiem. Mały 

Kruk Mikkala nie mógł nigdzie pofrunąć, przestał istnieć 

wraz z utraconą wolnością. 

background image

Raija zorientowała się, że Antti coś do niej mówi. Uśmiech­

nęła się niepewnie, nie mając pojęcia, o co chodzi. 

Dopiero by się wszyscy zdziwili, gdyby wiedzieli, gdzie 

błądziła myślami! 

Marta roześmiała się i pogładziła synową po policzku. 

- Nie co dzień wychodzi się za mąż - rzekła ze zrozumie­

niem. 

Pozostali roześmiali się. Ich wyrozumiałość rozdrażniła 

Raiję, wszystko się w niej zagotowało. 

Karl, lekko już podpity, spoconą ręką ścisnął ukradkiem 

jej dłoń. Wymuszony uśmiech zamarł na jej ustach. 

- Oboje jesteście tacy młodzi - mówił tymczasem Antti, 

skupiając na sobie uwagę zebranych. 

Raija oparła się o ścianę z drewnianych bali. Domyślała 

się, że oto nadeszła pora na rady i upomnienia przemycane 
niby mimochodem przez starszych. 

- W młodości człowiek tak łatwo ulega wrażeniom i da­

je się porwać najróżniejszym prądom. Tak łatwo wówczas 
uwierzyć, że złudne wyobrażenia o życiu są prawdą. Mam 
jednak nadzieję, że nie dacie się zwieść. Postarajcie się do­
strzec to, co najlepsze... w samych sobie także. 

Antti popatrzył wprost na Raiję, która spoważniała na­

gle, domyśliwszy się, że to do niej mówi i jej udziela rad. Aż 
nazbyt dobrze rozumiała sens jego słów. 

Antti nie był zwolennikiem długich przemówień, więc na 

zakończenie rzekł tylko: 

- Zawsze bardzo cię kochałem, Raiju. Byłaś mi niczym 

rodzona córka. Nie mogłaś dostać lepszego męża niż Karl, 
oczywiście jeśli nie brać mnie pod uwagę... - zażartował. 

Wszyscy roześmiali się, a Raija spuściła głowę i zobaczy­

ła znów ukochaną twarz. 

Antti się mylił. 
- A ty, Karl, masz żoneczkę o wielkim sercu. Możliwe, 

że jest trochę gwałtowna, ale taki mężczyzna jak ty z pew­
nością sobie z tym poradzi. Bo tak naprawdę to bardzo 

background image

delikatna istota. Troszcz się o nią, chłopcze! 

- Masz na to moje słowo! - zapewnił Karl i wyprostował 

się, jakby chciał sobie dodać kilka centymetrów. Z miną wła­
ściciela objął swą nowo poślubioną żonę, która skuliła się 
w nagłym odruchu. Natychmiast jednak rozluźniła się, sta­
rając się dobrze odegrać nową rolę, świadoma, że nie zdoła 
od tego uciec. 

- Ty też powinieneś sobie poszukać żony, Reijo! - zwró­

cił się żartobliwie Kristian do przyjaciela syna. 

- Poradzę sobie bez kobiety - mruknął Reijo ochryple, 

wbijając wzrok w blat stołu. Młody Fin nie wylewał za koł­

nierz i był już na lekkim rauszu. - Mężczyzna nie zajdzie 
daleko, jeśli uwiesi mu się na szyi baba... 

Karl uśmiechnął się z wyższością i mocniej przyciągnął do 

siebie Raiję, zastanawiając się w duchu, co się stało z przyja­
cielem, z którym niedawno walczyli o dziewczynę. 

- Tak, tak, my też się tak kiedyś zastrzegaliśmy - mruknął 

Antti, mrugając do Kristiana, który w odpowiedzi parsknął 
śmiechem. 

Żadnemu z nich nie udało się jednak rozładować ponure­

go nastroju, który zapanował przy stole. Doprawdy, trudno 
było uwierzyć, że to przyjęcie weselne. Raija pomyślała cy­
nicznie, że na pogrzebie Kristiny wszyscy mieli lepszy humor. 

- Zanuć coś, Antti! - poprosiła, uśmiechając się sponta­

nicznie do brodatego Fina. - Chętnie zatańczę na własnym 

weselu! A ty masz taki piękny głos! 

Antti zrazu się wzbraniał, ale kiedy inni przyłączyli się do 

prośby Raiji, dał się w końcu namówić. Tymczasem odsunię­
to ławy, by zrobić miejsce pośrodku izby. Pierwszy Kristian 
porwał do tańca swą żonę, a potem Raija pociągnęła za so­
bą opierającego się mocno Karla. Reijo wiedział, że przyja­
ciel nie jest zbyt dobrym tancerzem, i sytuacja wydała mu 
się zabawna. Odezwała się w nim złośliwość, nie czuł się bo­
wiem na tym przyjęciu najlepiej. Antti odchrząknął i zainto­
nował wesołą melodię. Raija tańczyła lekko i żwawo, ale 

background image

Karl, choć ze wszystkich sił starał się dotrzymać jej kroku, 
ciągle się mylił. Zdawało mu się, że wciąż spóźnia się o kil­
ka taktów, i strasznie go to złościło. Uśmiech na twarzy Re-
ijo zdenerwował go jeszcze bardziej. 

Kto to widział, żeby wystawiać się na pośmiewisko na włas­

nym weselu? żachnął się w duchu i nim Antti dokończył śpie­

wać, Karl wyrwał się z objęć żony i wrócił do stołu. 

- Co z tobą? 
Raija oparła ręce na biodrach i marszcząc brwi, popatrzy­

ła na niego badawczo. 

- Czemu się tak naburmuszyłeś? - pytała, starając się zmie­

nić ton, ale i te słowa nie przyniosły żadnego skutku. 

Antti zamilkł, a Marta i Kristian wstrzymali oddech. By­

li oto świadkami pierwszego małżeńskiego nieporozumie­
nia. Reijo, oparty o ścianę, z zainteresowaniem obserwował 
parę przyjaciół. 

Raija zamilkła, jakby się zastanawiała, co robić, ale wi­

dząc ponurą twarz Karla, zrezygnowała. Karl tymczasem 
w milczeniu posyłał jej niechętne spojrzenie, za nic w świe­
cie nie chciał się przyznać, że nie potrafi tańczyć. 

- Przecież to nic takiego, że mylą ci się kroki - odezwa­

ła się nieoczekiwanie łagodnie Raija. - Poprowadzę cię, po 
prostu rób to co ja! 

- Nie! - uciął krótko, acz stanowczo Karl. 
Raija nie grzeszyła nadmiarem cierpliwości. Była młoda 

i nie miała zamiaru rezygnować z przyjemności tylko dlate­
go, że Karl się uparł. Dała mu szansę, ale jej nie wykorzy­
stał. Porzuciwszy więc wszelkie skrupuły, wyprostowała się 
i dumnie podniosła głowę. 

- Nie to nie! - wycedziła zdyszana i odwróciła się do mę­

ża plecami. - Reijo dobrze tańczy! 

Biedny Reijo chciał pozostać lojalnym druhem, lecz jego 

serce wyczyniało tego wieczoru harce, a gorzałka przytępiła 
nieco wrażliwość. Stanął przed niełatwą decyzją. Łatwiej 
jednak przyszło mu umknąć przed wzrokiem przyjaciela, ani-

background image

żeli zrezygnować z zaproszenia Raiji, a kiedy poczuł ją w ra­
mionach, zapomniał o wyrzutach sumienia. 

Dziewczyna uśmiechnęła się z przekorą, niemal prowoka­

cyjnie. W przeciwieństwie do Reijo wcale nie unikała oczu 
Karla, mimo że dostrzegała w nich ból. Nie było jej go ani 
trochę żal, przeciwnie, uważała, że sobie na to zasłużył. Czyż 
nie wyciągnęła do niego pomocnej dłoni? 

- Śpiewaj, Antti! - poprosiła. - Śpiewaj! 
Raija przetańczyłaby chętnie nawet całą noc, nie przej­

mując się specjalnie tym, co myślą ani co czują inni. Tak na­
prawdę niewiele ją to obchodziło. 

Reijo, któremu przez chwilę mignęła przed oczami ścią­

gnięta bólem twarz Karla, ocknął się nagle i uświadomił so­
bie, że musi ją powstrzymać. Może Raiji nie przeszkadzało, 
że rani męża, ale Reijo nie miał zamiaru dla jej przyjemności 
pognębiać przyjaciela. Uśmiechając się szeroko, chwycił Rai-
ję na ręce i zaskoczoną, posadził Karlowi na kolanach. 

- Kto z nią chwilę potańczy, pozdziera sobie zelówki! -

zażartował. - Najlepiej trzymaj się swojego męża, to nikt ci 
nie będzie wyrzucał, że przez ciebie ma dziurawe buty! 

- Niech państwo młodzi dokonają uroczystego otwarcia 

swojego domostwa! - rzucił pośpiesznie Kristian, który naj­
wyraźniej odetchnął z ulgą, gdy taniec dobiegł końca. Serce 
mu się krajało, kiedy patrzył na ponurą twarz syna, choć wie­
dział, że Karl jest sam sobie winien. 

Nie wyglądali wcale jak nowożeńcy, kiedy odsunięci od 

siebie szli powoli w stronę własnej chaty. 

Jeszcze niedawno dobrzy przyjaciele, teraz, jako mąż 

i żona, nie mieli sobie nic do powiedzenia. W milczeniu po­
konali drogę do swego nowego domu. 

A miało to być takie wyjątkowe, wspaniałe! pomyślał 

Karl, wbijając ręce w kieszenie spodni. Nie mógł się pozbyć 

wrażenia, że Raija traktuje go jak powietrze. 

Taki był dumny z tego domu! Budował go wspólnie z Reijo, 

który swą pomoc traktował jako ślubny prezent dla przyjaciół. 

background image

Karl czuł przepełniające go szczęście, kiedy patrzył, jak dom, 

w którym miał zamieszkać wraz z Raiją, rośnie z dnia na dzień. 

Nic jednak nie było tak, jak sobie wymarzył. Zacisnął moc­

niej zęby i pomyślał z goryczą, że marzenia są niebezpieczne. 

Nagle chata wydała mu się mała i brzydka, niemal się jej 

wstydził. Bo tak naprawdę nie byli z przyjacielem najlepszy­
mi cieślami, a już szczególnie on sam. Raija sądziła pewnie, 
że jest całkiem do niczego. Nie potrafił budować, tańczyć, 
nie znał fińskiego i brakowało mu zdolności do składania li­
ter. Od biedy potrafił się podpisać, dalej jednak wkraczał na 
bardzo już niepewny grunt. Reijo natomiast opanował te 
wszystkie umiejętności... 

Karl zerknął ukradkiem na Raiję i od razu przypomniał 

sobie, jak jego żona uśmiechała się w tańcu do przyjaciela. 

Dlaczego do mnie się tak nie uśmiecha? myślał. Nawet 

w tym mu nie dorównuję! 

Nie jestem dla niej kimś wyjątkowym... Ot, po prostu mąż! 
Mąż... Karl poczuł, jak zalewa go fala gorąca, bo nagle 

uświadomił sobie, że słowo to kryje w sobie więcej, niż 
śmiał do tej pory przyznać. 

Mam swoje prawa! 
Niech sobie milczy, skoro jest taka uparta. Nie będę jej 

zmuszał do rozmowy. Ale w małżeństwie wcale nie pogadu-
szki się liczą! Nowożeńcy Zajmują się czym innym! 

Ledwie zamknęli za sobą drzwi, Karl ściągnął kaftan 

i rzucił go na stojącą przy stole lawę, po czym bez zbędnych 
ceregieli zaświecił lampę. Izbę zalała łagodna poświata. By­
ło przyjemnie ciepło, bo Marta przyszła tu wcześniej i roz­
paliła w palenisku. 

Karl zdjął kamizelkę, a potem zrzucił buty, do których 

noszenia nie przywykł. Spociły mu się stopy. Spocone miał 
także dłonie. Spokój Raiji wyraźnie go rozdrażniał. Wyda­

wało mu się, że przyjmuje wszystko z cichą rezygnacją! Za­

stanawiał go wyraz jej twarzy. Sprawiała wrażenie, że ona, 
dziecko jeszcze, wie więcej niż on. 

background image

To ja jestem mężczyzną! powtórzył sobie parę razy, ale 

choć poruszał wargami, żaden dźwięk się nie wydobył z je­
go ust. Wróciło mu jednak nieco pewności siebie. 

Wyciągnął rękę i przygarnął mocno Raiję. Dziewczyna 

chciała mu się wymknąć, ale on na to nie pozwolił. 

Raija poczuła wzbierającą złość, ale nie dala nic po sobie 

poznać. Musiała się z tym pogodzić, to należało do jej no­
wej roli. Karl był teraz w jej życiu najważniejszy. On decy­

dował! 

Musiała porzucić wspomnienia. 

Jego delikatne, niemal kobiece usta drżały lekko, gdy zbli­

żyły się do twarzy Raiji. Zamknęła oczy, by uniknąć wzro­
ku męża. 

Karl całował nieporadnie, bez doświadczenia, ale był ta­

ki przejęty, że przez moment poruszył w niej jakąś czułą 
strunę. Jednak tak naprawdę nie wywołał burzy uczuć. Jeśli 
można powiedzieć o pocałunku, że jest nudny, to takie wy­
dawały jej się pocałunki Karla. Oddawała mu je bez żadne­
go zaangażowania. 

Karl wprawdzie nie należał do mężczyzn, którzy wyczu­

wają nastroje i którym wystarczy jedno spojrzenie, by do­
wiedzieć się wszystkiego o drugim człowieku, ale mimo to 
bierne zachowanie Raiji nie uszło jego uwagi. Ze smutkiem 
odsunął ją lekko i wyszeptał urażony: 

- Jestem aż taki odpychający? 
- Nie - odparła Raija. - Właściwie jesteś bardzo przystojny. 
- Ale - naciskał - czegoś mi brakuje? 
Raija nie odpowiedziała. 
- Jaki powinienem być, żebyś mnie pokochała? Kim mu­

siałbym być? 

- Przecież ja cię bardzo lubię... - Raija nie kłamała. Na­

prawdę lubiła Karla, choć w inny sposób niż Mikkala. 

-Tak? 
- Tylko że wszystko jest takie nowe, takie obce... - wyzna­

ła i wsunęła się w objęcia męża z silnym postanowieniem, że 

background image

będzie się zachowywać, jak przystało na świeżo poślubioną 

małżonkę. A jednak ramiona, które z taką łatwością zarzu­
cała na szyję Mikkalowi, teraz ciążyły jej niby ołów. Bliskość 

Karla doprowadzała ją do udręki. 

Och, Mikkalu! Gdybyś to byl ty! łkało w niej wszystko. 
Udało jej się pobudzić wyobraźnię i nagle odniosła wra­

żenie, że znalazła się w objęciach Mikkala. W tej krótkiej 
chwili tłumione uczucia znalazły ujście i przyjęła Karla jak 
kochająca kobieta. 

2 ust Karla wydobył się jęk. Nastrój prysnął jak bańka my­

dlana. Raija powróciła do rzeczywistości i z bólem uświadomi­
ła sobie, że nie potrafi przywołać ponownie w marzeniach te­
go, którego naprawdę kocha. Mało brakowało, a wymówiłaby 
jego imię. Musi je zdusić w sobie, a najlepiej zapomnieć. 

Karl zauważył zmianę w zachowaniu żony. W jednej se­

kundzie taka delikatna i gorąca, nagle zamieniła się w sopel 
lodu. Wprawdzie nie odepchnęła go od siebie, ale poczuł się 
tak, jakby to zrobiła. Kiedy pocałowała go ponownie bez 
odrobiny namiętności, zdawało mu się, że ktoś wylał na nie­
go kubeł lodowatej wody. Nawet gdyby go uderzyła w twarz, 
nie czułby się bardziej odepchnięty niż w tej właśnie chwili. 

Nie zamierzał jednak wypuścić Raiji z objęć. To co, że 

stoi przy nim sztywna jak kłoda! Przełknął ciężko ślinę 
i nie zważając na to, że ściska ją za mocno, przyciągnął ją 
do siebie. 

Przytulił policzek do jej włosów. Wyglądała tak ślicznie 

w nowej fryzurze! Nigdy jej tego nie powiedział, ale na­
prawdę tak uważał. 

Raija nie protestowała, gdy ją przytulał, choć była sztyw­

na, jakby połknęła kij. Położyła mu ręce na biodrach, ale 
w tym geście nie było ani odrobiny ciepła. Karl zacisnął po­

wieki, by powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Za nic w świe­
cie nie zamierzał się zdradzić, że przez nią płacze. 

- Jak możesz być taka zimna, widząc, że rozpalasz mnie 

do białości? 

background image

- Wiedziałeś, jaka jestem, gdy mnie brałeś - odparła chłod­

no. - Niełatwo mnie zmienić, Karl... 

Zrozumiał, że rozmowa nie ma sensu, Raija i tak nie do­

puści go do siebie, obojętnie jak szczere były jego zamiary. 

Tak bardzo pragnął, by ta chwila pozostała w ich pamię­

ci jako coś wyjątkowego, ale chłód i niechęć Raiji zniszczy­
ły wszystko. No cóż, skoro jej nie zależy, odpłaci pięknym 
za nadobne! 

Ścisnął ją mocniej i pociągnął w stronę łóżka. 
Zrobił je zupełnie sam. Nie zgodził się, by pomagał mu 

w tym Reijo, bo bał się, że mebel ciągle przypominać mu 
będzie o długu wdzięczności wobec przyjaciela. 

- Co robisz? - jęknęła Raija w reakcji na jego nagłą bru­

talność. 

- Sądziłem, że to dla ciebie oczywiste! - odrzekł głosem 

twardym jak skała. 

Równie bezwzględny był jego pocałunek, przy którym 

dziewczyna jęknęła z bólu. 

- Ściągnij suknię! - nakazał stanowczo, zwalniając uścisk. 

Oczy pociemniały mu z pożądania. 

- A jeśli odmówię? 
- To ją z ciebie zedrę - odpowiedział, zachowując lodo­

waty spokój. 

Rozebrała się. Zdjęła suknię, rozpięła ze spokojem lnia­

ną koszulę, ściągnęła halkę i pończochy. Choć kipiała ze zło­

ści, nie dała tego po sobie poznać. 

Zdawała sobie sprawę, że Karl ma do niej prawo, nie mo­

że mu niczego odmówić. Jednak nie chciała, by brał ją gwał­
tem. 

Naga, odwróciła się do niego z twarzą pozbawioną wy­

razu. 

- Zadowolony? - zapytała. 
Karl z trudem przełknął ślinę. Boże, jaka ona jest piękna, 

pomyślał. Ciało, które pod ubraniem wydawało się takie wy­
chudzone, wcale nie było kanciaste, lecz niezwykle harmo-

background image

nijne. Biodra miała wąskie, niemal chłopięce, piersi jędrne, 
a uda i brzuch lekko zaokrąglone, lecz twarde. 

Niebiosa! przemknęło mu przez myśl. Czuł, że w ustach 

całkiem mu zaschło. 

- Podejdź, Raiju - wyszeptał chrapliwie. 
Jego słowa zabrzmiały bardziej jak rozkaz niż jak proś­

ba, ale dziewczyna nie oponowała i posłusznie zbliżyła się 
do męża. 

Tak bardzo jej pragnął, że czuł niemal fizyczne cierpienie. 

Zasypał ją najgorętszymi pocałunkami, a dłonie spragnione 
pieszczot powędrowały po jej jedwabistej skórze. Karl starał 
się być delikatny, ale nie potrafił obchodzić się z kobietą. 

Jego pieszczoty były nieporadne, mało subtelne. Niecier­

pliwe dłonie, zamiast rozpalać Raiję, sprawiały jej ból. 

Czuł, jak krew pulsuje mu w skroniach i szybciej krąży 

w żyłach. Pochłonięty własnym pożądaniem, nie zauważył 
wcale, że ciało Raiji nie odpowiada na jego pieszczoty. 

Drżały mu ręce, gdy na chwilę oddalił się nieco, by zdjąć 

spodnie. Nie zważając wcale, czy jest gotowa go przyjąć, 
rozsunął gwałtownie jej uda i wtargnął w nią. 

Słyszał jęk Raiji, lecz nie zareagował, jakby to wcale go 

nie obchodziło. Do głowy mu nie przyszło, że zadaje jej ból. 
Rozsadzało go pulsujące płomienne pożądanie. Musiał je 
ugasić. Musiał... 

Pchnął mocno kilka razy, po czym runął na nią spocony 

i gorący. 

Powoli spływał na niego spokój. Paliła go skóra. Chciał coś 

powiedzieć, lecz brakowało mu słów. Przełknął ślinę, ale choć 
w ustach nie miał już tak sucho, nie potrafił wyrazić, co czu­
je, ile znaczyła dla niego ta chwila i jaka cudowna była Rai-
ja. W milczeniu pocałował ją w szyję, po czym wsparł się na 
łokciu. Zamarł, kiedy zobaczył spływające po jej policzkach 
łzy. Oczy miała zamknięte i ani jedno słowo skargi nie wy­
dobyło się z jej ust. Karl odsunął się na bok, niczego nie poj­
mując. Włożył ubranie i zakłopotany usiadł na brzegu łóżka. 

background image

Jakiś głos podpowiadał mu, że źle obszedł się ze swoją 

żoną. Widocznie nie tak to trzeba robić... chociaż jemu by­
ło cudownie. 

Skąd miał jednak wiedzieć, co jest słuszne, a co nie? Nikt 

nigdy nie rozmawiał z nim szczerze i rzeczowo o związku 
pomiędzy kobietą i mężczyzną. Jedynym punktem odniesie­
nia były zasłyszane wulgarne opowieści, w których nie by­
ło miejsca na delikatność, która, jak mu się teraz wydawa­
ło, musiała się z tym wiązać. 

Szorstką dłonią pogłaskał żonę po włosach i wyjąkał: 

- Wybacz mi, Raiju! Nie chciałem cię zranić! 
Nie odpowiedziała. Leżała apatyczna z mokrą od łez twa­

rzą, a dolna warga drżała jej lekko. 

Karl wstydził się, patrząc na te łzy, a jeszcze bardziej na 

ślady pozostawione przez swe niecierpliwe dłonie i sprag­
nione usta. 

Dlaczego nikt mu nie mówił, jak się to robi? 
Nie potrafił o tym z nią rozmawiać. Oznaczałoby to 

przyznanie się do porażki, a tego by nie zniósł. 

- Nie bądź na mnie zła, Raiju! - błagał, nie spodziewając 

się bynajmniej odpowiedzi. Pod tym względem znał ją do­
brze, Raija długo chowała urazę. Może musi poczekać do 
jutra? - Przecież ja... zależy mi na tobie! - wydusił z siebie 
zrozpaczony i musnął wargami jej czoło. 

Oprócz łez nie było innej reakcji. 
Karl wstał i otulił żonę okryciem. Sam nie miał ochoty 

spać. Zgarbiony siadł przy stole i przez całą noc, która zda­
wała się nie mieć końca, patrzył nieruchomo przed siebie. 
Oczy go piekły, ale kiedy je zamykał, nie potrafił się uspo­
koić. 

Zupełnie inaczej wyobrażał sobie noc poślubną. Po raz 

kolejny przekonał się, że marzenia są niebezpieczne. Przy­
noszą jedynie rozczarowanie. 

background image

A jednak mimo wszystko Karl zasnął. Jak przez mgłę 

usłyszał odgłos zamykanych drzwi i półprzytomny otwo­
rzył oczy. Ciało miał zdrętwiałe. Za oknem było jasno, a Ra-

ija zniknęła... 

Odeszła od niego? Nie, Raija nie zrobiłaby tego, wiedzia­

ła, co to poczucie obowiązku. Na pewno wzięła się za ro­
botę, chyba karmiła owce. 

Jego wzrok padł na drugi koniec stołu, ten, który nie słu­

żył mu za poduszkę, i w tej samej chwili poczuł jeszcze więk­
szy wstyd. Raija przygotowała dla niego jedzenie. 

Po tym wszystkim, co uczynił w nocy, stać ją było na to, 

by zachować się zupełnie normalnie! Ścisnęło go w gardle 
i trochę potrwało, nim zdołał przełknąć ślinę. 

Powoli rozebrał się i nieporadnie, bo nigdy sam tego nie 

robił, poskładał odświętne ubrania. Z kufra ustawionego przy 
zaścielonym łóżku wyjął codzienny strój. W grubych samo­

działowych portkach i połatanej koszuli poczuł się nareszcie 
swobodnie. W eleganckim ubraniu, które nosił poprzedniego 
dnia, czul się jakoś głupio. Nie pasowało do niego. 

Raija, oczywiście, poradziła sobie doskonale nawet w tej 

niezwykłej sytuacji. Zachowywała się tak, jakby codziennie 
paradowała w odświętnym stroju. Wczoraj był tym speszo­
ny, dziś spojrzał na to inaczej. Poczuł dumę, gdy zrozumiał, 
że Raija zawsze będzie wyglądać jak bogini. Strój nie ma 

w jej przypadku żadnego znaczenia. W zgrzebnej połatanej 
sukni prezentuje się równie pięknie, jak prezentowałaby się 
w sukniach z drogich tkanin sprowadzanych przez bogate 
damy z Bergen. 

Chętnie przychyliłby nieba swej nowo poślubionej żonie. 
Poruszony, zacisnął dłonie. Dojrzało w nim postanowie­

nie, że ta nieudana noc i nędzna parodia miłosnego aktu nig­

dy więcej się nie powtórzy. Będzie inaczej! Nie dopuści do 
tego, by Raija przez niego płakała z bólu. 

Może ona nie darzy go miłością, ale nie będzie z jego po­

wodu wylewać łez. 

204 

background image

Miłość... to słowo przywoływało rumieniec na jego twa­

rzy. Nie potrafił powiedzieć tego na głos, ale wiedział już, 
że kocha Raiję. 

Przyjmowała obojętnie jego pieszczoty, ale to się zmieni. 

Karl wierzył gorąco, że jeśli się postara, Raija obdarzy go 
także uczuciem. Da jej wszystko. Wtedy żona zrozumie, że 
jest jej godny... 

Postanowił pójść do Reijo. Przyjaciel ciągle opowiada o wy­

jeździe z osady, musi więc się pośpieszyć, by zdążyć się z nim 
rozmówić. Musi dowiedzieć się wszystkiego o złocie... 

Pośpiesznie zaczął jeść owsiankę. Z kawałkami ryby sma­

kowała nie najgorzej. 

Posiłki spożywane w tych stronach nie były szczególnie 

urozmaicone. Na śniadanie zwykle jedzono owsiankę z mię­
sem lub rybą, na obiad ryby i zupę lub kaszę na kolację. 

Nie był to przejaw braku pomysłowości ze strony Raiji. 

Tak było we wszystkich domach. Po prostu mieszkańcy 
wioski nie dysponowali innymi produktami, starali się więc 
wykorzystać najlepiej, te, które mieli. 

Był już po śniadaniu, kiedy Raija, zarumieniona na twa­

rzy od mrozu, weszła do izby. Na jej włosach bieliły się płat­
ki śniegu. 

- Nie śpisz - stwierdziła, ani jednym gestem czy słowem 

nie zdradzając swych uczuć. 

Gdyby nie to, że wydarzenia minionej nocy tak mocno 

wryły mu się w pamięć, Karl skłonny byłby uwierzyć, że 
śnił mu się koszmarny sen, bo Raija zachowywała się zwy­
czajnie. Tylko usta miała nabrzmiałe i zaczerwienione, a na 
szyi dostrzegł siniaki. Zrobiło mu się wstyd, bo wiedział, że 

to on pozostawił te znaki. Gdyby tak potrafili o tym ze so­
bą porozmawiać, wyznać, co leży im na sercu! Tak bardzo 
pragnął się dowiedzieć, czego Raija od niego oczekuje, ale 
nie śmiał o to zapytać. 

- Dziękuję za śniadanie! - rzucił tylko zakłopotany, nie 

wiedząc, co zrobić z rękoma. 

background image

Raija zdjęła chustę i rozwiesiła przy palenisku, a sama za­

siadła przy kołowrotku. 

Poprzedniego dnia jej oczy błyszczały. Do czasu, gdy 

o szarym poranku założyła odświętny strój, była rozbawio­
na i wesoła. Ciskała śnieżkami w pnie brzóz i trafiała celnie. 
A teraz siedziała z poważną twarzą, pochłonięta typowo ko­
biecym zajęciem. 

- Czy ojca tu czasem nie było? - zapytał. 
- Dzisiaj miał wypłynąć sam na połów - przypomniała mu. 
Karl pamiętał o tym, ale nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. 

Czuł się bezradny jak dziecko. Nie mógł tu z nią siedzieć. 
Z pewnością wiele od niego oczekiwała, spodziewała się, że coś 
zrobi. Tylko co? Nie zdobył się na to, by ją zapytać. 

Rodzice zawsze nim kierowali, mówili, gdy był potrzebny. 

Raija tymczasem oczekiwała od niego, że będzie mężczyzną. 
Miał wiedzieć wszystko, załatwiać sprawy, podczas gdy ona 
będzie siedziała w chacie i odgrywała rolę jego żony. 

Nie potrafił tak. 
- Idę do Reijo - oznajmił, odwracając się do niej pleca­

mi. - Muszę z nim porozmawiać. 

- Idź! - odpowiedziała bezbarwnym głosem. 
Karl założył wierzchnie okrycie i ruszył do drzwi. Było 

mu przykro, że ją tak zostawia, ale też wychodził z wyra­
źną ulgą. 

Reijo nie spodziewał się takiej wizyty. Gdyby to on się 

ożenił z Raiją, ostatnie, co przyszłoby mu na myśl, to odwie­
dzanie przyjaciół nazajutrz po ślubie. Tak się nie zachowu­
ją nowożeńcy! 

Karl udawał, że nie dostrzega zdziwionego spojrzenia, 

które posłał mu Reijo. Otrzepał się ze śniegu i wszedł do 
niewielkiej izby. 

- Nie wyjechałeś? - zapytał. 
- O, nie, poczekam do wiosny. Ruszę, gdy stopnieją śnie­

gi i puści lód na rzekach... 

background image

- Ale wierzysz w to? 
Karl drążył temat, jakby od tego zależało jego życie. 
Reijo popatrzył na niego zdziwionym wzrokiem. 
- Muszę w to wierzyć, Karl. Jedyne, co mam, to marzenia. 

Chciałbym wierzyć, że można dostać od życia coś więcej niż 
to, co mamy teraz. Jeśli zamierzam zdobyć coś, choćby niewiel­
ką cząstkę tego, o czym marzę, muszę się stąd ruszyć. Nie chcę 
liczyć tylko na to, co wyciągnę z morza czy z ziemi. 

- Uda ci się? 
- Nie wszyscy, którzy marzą o złocie, znajdują je - od­

powiedział Reijo. - Ale wszystkim wolno marzyć, tak samo 
mnie, jak innym. 

- Chciałbym, żebyśmy mogli pojechać razem! 
We wzroku Karla pojawił się dziwny blask, który zdu­

miał Reijo. 

- Czy to mówi chłopak, który właśnie ożenił się z naj­

piękniejszą dziewczyną w Ruiji? 

Ogień w oczach Karla zniknął. 
- A czy mnie nie wolno marzyć? - zapytał i szybko prze­

skoczył na inny temat: - Zresztą, może i tutaj na miejscu 
jest złoto? 

O tym Reijo nigdy nie pomyślał. Z początku przypu­

szczenie rzucone mimochodem przez Karla uznał za całko­
wicie niedorzeczne, ale gdy się dłużej nad tym zastanowił, 
stwierdził, że wcale nie jest to wykluczone. Dlaczego bogac­
two nie miałoby czekać na odkrycie gdzieś blisko? 

Przecież to właśnie w te strony przybywali pierwsi osad­

nicy fińscy. Ten fiord i te trakty znali. Patrzyli na te góry, 
pokonywali tę wąską dolinę, patrzyli na tę rzekę! 

Dlaczego zawsze mu się zdawało, że to, czego szuka, 

znajduje się gdzieś daleko na wschód? 

Czy to jego pragnienie ucieczki sprawiło, że kraina na 

wschodzie wydawała mu się taka kusząca? Trudno powie­
dzieć. Teraz jednak Karl natchnął go myślą, którą postano­
wił urzeczywistnić. 

background image

- No właśnie, dlaczego nie? - Reijo słyszał, że jego za­

chrypnięty glos zabrzmiał jakoś obco i że ze zdenerwowania 

wtrąca fińskie słowa. - I tak nie wyjadę prędzej niż na wio­
snę - ciągnął podekscytowany. - Mamy więc dużo czasu na 

poszukiwania. Może naprawdę znajdziemy złoto tutaj? 

- Zgodzisz się, bym szukał razem z tobą? 
Reijo zwrócił na przyjaciela rozszerzone z emocji oczy. 
- Oczywiście! A kto mi podsunął tę myśl? Może zosta­

niemy bogaci! Bogaci! 

W błękitnych oczach Karla, wpatrzonych z przejęciem 

w przyjaciela, pojawił się fanatyczny blask. Ale teraz Reijo 
się temu nie dziwił. Karla trawił ten sam ogień, wypełniało 

go to samo marzenie. Być bogatym! Być kimś! 

- Tylko nikomu ani słowa! - ostrzegł go Reijo. - Możesz po­

wiedzieć jedynie Raiji, bo ona umie trzymać język za zębami. 

- Nie, Raiji nie! 
Stanowcze słowa Karla zaskoczyły Reijo. 
- Chcę jej zrobić niespodziankę - dodał Karl już spokoj­

niej i trochę się plącząc, mówił dalej: - Nie chcę, żeby wie­
działa. Jeśli nam się uda, jeśli dopisze nam szczęście, wtedy 
ofiaruję jej wszystko, czego zapragnie... 

Karl wierzył gorąco, że przychylność Raiji zdoła kupić 

pięknymi rzeczami. 

Reijo poczuł ukłucie w sercu. Obawiał się, że Karla mo­

że spotkać wielkie rozczarowanie. Raija nie potrzebowała 
złota ani manny z nieba. Karl nie mógł ofiarować jej tego, 
czego naprawdę pragnęła. Reijo także nie. Ale powiedzieć 
prawdę Karlowi byłoby okrucieństwem. 

- Dobrze - zapewnił ochryple. - Nie powiemy Raiji... 
Zbliżała się pora obiadu i Karl nie mógł pozostać dłużej 

z przyjacielem. Był przecież świeżo po ślubie i chociaż dom 
wywoływał w nim mieszane uczucia - wabił go, a zarazem 
odpychał - to tak czy inaczej musiał do niego wrócić. 

Karl zastanawiał się, co też Reijo sobie o nim pomyślał, 

ale szybko porzucił te rozważania. Mniejsza o to, najważ-

background image

niejsze, że nie pytał za wiele i powstrzymał się od komen­

tarzy. Karl zapomniał mu już, że poprzedniego wieczoru ku 
jego zazdrości obtańcowywał jego młodziutką żonę. 

Nad brzegiem fiordu minął paru rybaków, którzy wła­

śnie schodzili na ląd. Łagodne rysy twarzy Karla stężały, gdy 
usłyszał za plecami kąśliwe uwagi. Zacisnął jednak zęby, nie 
zaszczycając złośliwców ani jednym spojrzeniem. Nie usły­
szeli też odpowiedzi na zaczepkę. 

- Jemu ta dziwka też nie dała? - usłyszał. 

Karl domyślał się, do kogo należy ten tubalny głos, po 

którym rozległ się gromki śmiech. 

- Ta kocica, która uważa się za nie wiadomo co, woli pew­

nie Lapończyków! 

Isak bezceremonialnie ubliżał Raiji. Nie zapomniał na­

uczki, którą dał mu Mikkal. Blizna na prawym policzku co­
dziennie mu o tym przypominała. Nie przepuścił więc żad­
nej okazji, by się odegrać na dziewczynie, za każdym razem 
wywołując salwy śmiechu wśród zebranych. 

Wszyscy zgodnie przyznawali, że Raija Alatalo zasłużyła 

sobie, by jej wskazać, gdzie jest jej miejsce. Teraz co prawda 
nazywała się Elvejord, ale najwyższy czas, by ta pyskata dzie­
wucha zapamiętała, kim jest! Rybacy, patrząc za dumnie wy­
prostowanym Karlem, wulgarnie go zaczepiali. Dobrze wie­
dzieli, że ich słyszy, ale szczeniak pewnie bał się podnieść na 
nich ręki. Syn Kristiana Elvejorda nie cieszył się opinią zabi­
jaki. Zawsze miał w sobie coś ze słabeusza. 

I to jemu trafiła się taka żona! 
Mężczyźni zazdrościli mu, ale dworowali sobie z niego. 

Uważali, że chłopak jest za łagodny, by poskromić tę dziką 
kotkę. Choć żaden by się do tego nie przyznał, wielu wo­
dziło tęsknym wzrokiem za ciemnooką szczupłą dziewczy­
ną. Co prawda mało kto chciałby się z nią ożenić, ale nieje­
den chętnie wziąłby ją tak, jak tego próbował Isak. 

Karl wrócił do pustego domu. W stronę rzeki prowadził 

rząd drobnych śladów. 

background image

Raija wpatrywała się ponuro w przerębel, wyrąbany w lo­

dzie dokładnie w tym samym miejscu, gdzie Mikkal na ca­
łe życie naznaczył Isaka. 

Dziewczyna dobrze wiedziała, że rzeka płynęła pod lodem 

ciemna i zimna. Tu było najgłębiej... To byłoby takie proste... 

- Nie myśl o głupstwach, dziewczyno! - powiedziała gło­

śno sama do siebie, zanurzając wiadro w przeręblu. 

Patrzyła, jak wlewa się do niego lodowata woda, a gdy 

już było pełne, wyciągnęła je. Zaraz też zanurzyła drugie. 
Raija była szczupła, ale ręce miała silne. 

Zmarzły jej pałce. Gdzieś odłożyła rękawice i nie mogła 

ich znaleźć. Ale dosłownie dusiła się w izbie i czuła, że mu­

si czym prędzej wyjść na zewnątrz. Zdawało jej się, że cie­
pło i wabiąca przytulność nowego domu wciąga ją jak wir. 
Uciekła więc, by nie dać się pochwycić. 

Nie będzie im dobrze! Nie dopuści do tego, by poczuć się 

szczęśliwa w nowym związku! powtarzała uparcie, a zaraz po­
tem wbrew sobie samej zachwycała się przytulną izbą. 

Nieudana noc poślubna stanowiła swoisty dowód na to, 

że z tego małżeństwa nie wyniknie nic dobrego. Dziwnie ko­
iło to jej ból, a równocześnie miało posmak goryczy. 

Woda drwiła sobie z niej, wabiła, jakby chciała ją wessać 

w swą głębię. 

Raija szarpnęła wiadro, próbowała je wyciągnąć, ale bola­

ły ją ramiona, straciła czucie w palcach. Nagle przeszył ją ostry 
ból w plecach. Zamierzała się cofnąć o krok, ale nogi nie chcia­
ły ruszyć się z miejsca, nie chciały dźwigać jej ciężaru. 

To stało się tak szybko. Z jakiegoś powodu nie puściła 

wiadra, które pociągnęło ją w dół, do przerębla. Usłyszała 

trzask lodu załamującego się wokół otworu, a potem poczu­
ła niesamowicie zimną wodę. Uderzyła głową o ostrą lodo­

wą krawędź, ale jakimś cudem nie straciła przytomności. 
Woda, która tak ją wabiła do siebie, czarna i rwąca, przeni­

kała przez grube warstwy ubrania i kłuła ciało niczym ty­
siące ostrych igieł. Raija zdołała wreszcie puścić wiadro. 

background image

Udało jej się wyprostować zgrabiałe palce i chwycić się skra­
ju lodu. Wpiła się niemal w chropowatą warstwę zmieszaną 
ze śniegiem, ale palce całkiem jej zdrętwiały i nawet nie za­
uważyła, że ostre kryształy lodu do krwi ranią jej dłonie. 

Woda nacierała bezlitośnie, szarpiąc spódnicę dziewczyny 

i wabiąc ją w swój tajemniczy cudowny nurt. Lodowata toń 
sprawiła, że Raija nie czuła już swego ciała, ale krzyczała z ca­
łych sił, bo głos nadal dobywał się jej z gardła. Krzyczała 

w trzech różnych językach, używając słów, których przyzwo­
ita kobieta nawet nie powinna znać. Krzyczała tak głośno, aż 
wreszcie ochrypła. Palce, zsuwając się coraz bliżej krawędzi 
przerębla, zostawiały na lodzie czerwone ślady krwi 

Ale zimna woda nie zdołała pozbawić Raiji woli życia, 

zgasić w niej tego płomienia. Odbierała jej siły, ale dziew­
czyna za wszelką cenę pragnęła się uratować. 

Raija nie przestawała krzyczeć, choć oczy jej się już za­

mykały. Wszystko zlało się w migocącą pustkę. Czyżby 
umarła? Czy tak właśnie wygląda śmierć? 

Nie czuła dotyku rąk, które wyciągnęły ją z przerębla. 

Zdawało jej się tylko, że minął rozdzierający ból zadawany 
jej przez tysiące lodowych igieł. 

- Głupia dziewczyno! - mówił zdenerwowany Karl, wie­

dząc, że Raija i tak go nie słyszy. - Nie mogłaś zaczekać, aż 
wrócę do domu? 

Gniewem usiłował zamaskować strach. 
Ten krzyk... Nikt chyba nigdy nie przeżył tak koszmar­

nych chwil jak on, gdy zaalarmowany gnał nad rzekę, a po­
tem szarpał się, by wyciągnąć Raiję z przerębla. 

- Zawsze byłaś uparta - mamrotał, czując, jak łzy płyną 

mu po policzkach. 

Bogu dzięki, że wrócił do domu! Przecież mógł ją na za­

wsze stracić... 

Chwycił żonę na ręce i przycisnąwszy mocno jej przemo­

czone i przemarznięte ciało, ruszył pędem w stronę chaty. 

Z trudem otworzył drzwi. Ku swej radości zauważył, że 

background image

Raija dygocze. A więc żyje! Tak strasznie się bal, strach go 
niemal paraliżował, gdy leżała całkiem bez ruchu w jego ra­
mionach. 

Zdjął z niej przemoczone ubranie. Brzeg spódnicy był 

sztywny od lodu, a zamarznięte wysokie kumagi stały, nie 
przewracając się. 

Muszę ją szybko wysuszyć! przemknęło mu przez myśl. 
Chwycił, co miał pod ręką, i zacząć wycierać jej rozdy­

gotane ciało. Dopiero po chwili zorientował się, że ściska 
w dłoniach ślubną koszulę. Ale jakież to miało znaczenie? 

Szybko ułożył żonę w łóżku i otulił grubymi okryciami 

ze skór. Zdawało mu się, że na sinobladych policzkach po­
jawił się słaby rumieniec. Pośpiesznie rozpalił w palenisku. 

Jej ciało musi się porządnie rozgrzać! 

Nad rzeką zostało przewrócone wiadro i nosidło. Karl 

wrócił po nie dopiero, kiedy Raija zaczęła dochodzić do sie­

bie. Okazało się, że nosidło przymarzło do oblodzonego brze­
gu, a resztki wody w wiadrze pokryły się warstwą lodu. 

Karl rozbił tę lodową skorupę i skierował się do przerę­

bla, łypiącego nań złym okiem. 

Od teraz będę sam nosił wodę, postanowił. Raija nie mo­

że się tak narażać! 

Miał nadzieję, że zdoła przepędzić chłód z jej ciała - do­

słownie i w przenośni. 

background image

12 

Nadeszła zima, a wraz z nią polarna noc. Słońce zniknę­

ło na długi czas z horyzontu. 

Kolejne dni mijały powoli, jak to zwykle takie ponure 

dni. Przechodziły do przeszłości, nie pozostawiając po so­
bie żadnych godnych zapamiętania śladów. 

Wreszcie nastąpiło przesilenie. Zaczęło przybywać dnia, 

zrazu nieznacznie, później coraz wyraźniej. Nawet najza-
twardzialsze serca topniały, gdy w najwyższych partiach gór 
niby wstydliwy rumieniec pojawiła się pierwsza poświata 
słonecznego blasku. Złote smugi pełzały po zboczach, 
a w połowie lutego ukazała się słoneczna tarcza. Raija, ocię­
żała, wyszła przed chatę i chciwie chłonęła pomarańczowe 
światło, jakby te pierwsze nieśmiałe promienie mogły już te­
raz ofiarować jej życiodajne ciepło. Uśmiechnęła się. Wpraw­
dzie ciągle trwała zima i jeszcze przez kilka miesięcy nie opu­
ści tych stron, a nawet pod koniec maja chłodne śnieżne 
szpony dusić będą osiadłych daleko za kręgiem polarnym 
mieszkańców, jednak słońce było zwiastunem, zwiastunem 
światła, którego wszyscy z utęsknieniem wyczekiwali. 

Słońce rozpraszało pomrokę, która spowijała ich od mie­

sięcy. Niosło obietnicę nagrody za trudy życia w ciemno­
ściach. Wnet rozstąpi się wszechobecny mrok, a potem noc 
i dzień zleją się w jedno. 

Raija objęła rękami rosnący brzuch. Już od dawna jej 

odmienny stan został przez wszystkich dostrzeżony. Jej 
dziecko miało przyjść na świat w porze światła, w porze 
nadziei. A tej zarówno Raija, jak i jej nie narodzone dziecię 
potrzebowało szczególnie. 

background image

Raija weszła z powrotem do chaty, gdzie zawsze było coś 

do zrobienia. Karl wypływał z ojcem na połów ryb i miał 
niewiele wolnego czasu, a i tę odrobinę, jaka mu pozosta­

wała, spędzał najchętniej poza domem. Raija była spokojna, 

bo wiedziała, że mąż przebywa w towarzystwie Reijo. Nie 
miała pojęcia, czym ci dwaj się zajmują. Nigdy Karla o to 
nie pytała, on sam też jej nic nie mówił. 

Karl był szczęśliwy. Z dumą spoglądał na powiększający 

się brzuch Raiji. Kiedy tak obrzucał ją pełnym szacunku 

spojrzeniem, dziewczyna zaczynała się bać. 

A z jaką czułością mówił o ich wspólnym dziecku! Raija 

natomiast nigdy nie używała określenia „nasze", mówiła: 
„moje dziecko". 

Kiedy z zewnątrz doleciało ją skrzypienie śniegu, podnio­

sła szybko wzrok znad robótki. 

Nie, to na pewno nie Karl, pomyślała. Nigdy nie wraca 

tak wcześnie. 

Szelest przy drzwiach obudził w niej niemądre pragnie­

nie, które jednak natychmiast stłumiła, tak niedorzeczne się 
jej wydało. 

Przeraziła ją jednak własna reakcja: przez okamgnienie 

czuła bezgraniczne szczęście... 

Dźwięcznym głosem odpowiedziała na pukanie, zastana­

wiając się, kto składa jej wizytę w środku dnia. Ale 
w drzwiach nie pojawił się wyczekiwany z takim utęsknie­
niem człowiek. Raija nie zdradziła się, że spotkał ją zawód. 
Z niewzruszonym spokojem odłożyła robótkę i wstała, by 
się przywitać. 

Aslak, starszy syn Pawy, uścisnął jej dłoń i ku swemu zado­

woleniu stwierdził, że dziewczyna jest przy nadziei. Uświado­
mił sobie przy tym, że nie potrafi nienawidzić Raiji. 

Poprosiła, by spoczął, i ugościła go, czym chata bogata. 

Kiedy się posilał, rozmawiali o wszystkim i o niczym. Nie 

wspomniał ani słowem o tym, czego Raija była najbardziej 
ciekawa, więc w końcu musiała sama zapytać: 

background image

- Mikkal, zdaje się, poślubił twoją siostrę, Siggę? 
Aslak właśnie z tego powodu zjawił się u Raiji, ale nie 

odpowiedział od razu. Przeżuwał jedzenie dokładniej, niż to 
było konieczne. 

Przyszedł, żeby ją trochę podręczyć. Chciał ją sprowoko­

wać do zadawania pytań, na które miał gotowe odpowiedzi. 
Zamierzał zapewnić Raiję, że jego siostra jest bardzo szczęśli­
wa w małżeństwie. Wydawało mu się, że gdy ujrzy gasnący 
w oczach dziewczyny blask i nadzieję, poczuje radość. Tak... 
Przyszedł tu, by ją złamać. 

A jednak nie wzbudziła w nim nienawiści, mimo że tak te­

go pragnął. Jej mądre oczy przyciągały jego spojrzenie. Wyda­

wały mu się jeszcze bardziej niezwykłe, aniżeli zapamiętał. Nie, 

nie potrafił nią nawet gardzić, a co dopiero nienawidzić! 

Może Raija w niczym nie zawiniła? 
Nie wiedziała, że oczy Siggi całkiem przygasły. 

Aslak przez cały czas starał się jakoś wytłumaczyć zacho­

wanie Mikkala. Usprawiedliwiał go. Dobrze wiedział, kiedy 
Mikkal tak się zmienił, i całą winą za to obciążał Raiję. 

- Tak, Mikkal i Sigga pobrali się - odpowiedział w końcu. 
Popatrzył uważnie na Raiję, ale jej twarz nie wyrażała 

żadnych uczuć. 

- Odbyło się huczne wesele. Zgodnie z tradycją trwało 

trzy dni. Nie wiem, kto był bardziej pijany na samym koń­
cu, Mikkal czy ja. 

Uśmiechnął się lekko, a Raija także przywołała uśmiech. 
- Sigga także spodziewa się dziecka. 
Raija zbladła i przełknęła ciężko ślinę, ale dzielnie przyjęła 

i tę wiadomość. Zdobyła się nawet na uśmiech i gratulacje. 

- Jak miło! Kiedy? 
- Ma rodzić późnym latem, jeśli słuchać tego, co Ravna 

i ona sama mówią. Ale chyba się na tym znają. Sigga odcho­
dzi od zmysłów ze strachu, bo Elle przepowiedziała, że to 
dziecko przysporzy jej ogromnych zmartwień. 

Raija uśmiechnęła się słabo. 

background image

- Mnie też Elle wywróżyła, że wszystkie moje dzieci przy­

sporzą mi trosk. Może ona zawsze tak mówi? - urwała. Po 
chwili zaś oznajmiła: - Ja się spodziewam dziecka na począt­
ku lata. Powiedz Ravnie, na początku lata... 

Odruchowo położyła dłoń na brzuchu. Aslakowi wydała 

się piękniejsza niż zwykle, a za piękność uważał ją zawsze. 

Jej uśmiech skierowany był do maleńkiego życia, które 

w sobie nosiła. Aslak poczuł się zakłopotany. Przybył tu, że­

by rozpalić w niej zazdrość. Zazdrość, która miała ją zni­
szczyć, tak jak zatruła życie Siggi i wypełniła je smutkiem. 

Sigga wiedziała, że nie jest kochana. Aslak pragnął do­

strzec to samo cierpienie w oczach Raiji; nie powinna ufać 
Mikkalowi, który tak okrutnie zawiódł jego siostrę. 

Ale Raija promieniała radością, mówiąc o dziecku, któ­

rego oczekiwała. A chyba nie kocha się dziecka mężczyzny, 
którego nie darzy się uczuciem? Aslak umocniony w prze­
konaniu, że Raija naprawdę odnalazła szczęście u boku po­
ślubionego Norwega, nie chciał już jej ranić. 

Wzbudziła w nim instynkt opiekuńczy, wcale jej nie pożą­

dał. Być może właśnie takim samym uczuciem kieruje się Mik-
kal. Może związek, który ich łączy, jest zupełnie niewinny? 

Aslak przyszedł tu, żeby kłamać, a tymczasem zmienił 

zdanie i postanowił szczerze wyznać prawdę. 

- Mikkal i Sigga nie powinni byli się pobrać. To się mu­

si źle skończyć. Wszystkiemu winni są rodzice. Pehr i mój 
ojciec tak nalegali na to małżeństwo. - Uśmiechnął się ze 
smutkiem. - Moja siostra jest śliczną dziewczyną, Raiju. Po­

winna mieć męża, który by się o nią troszczył, a nie takie­

go, który ledwie raczy ją zauważać. 

- Chyba musiał być z nią blisko, skoro spodziewają się 

dziecka - skomentowała z ironią Raija. 

- Przecież jest mężczyzną - uśmiechnął się krzywo Aslak. 
Raija nie odpowiedziała, ale i ona rozciągnęła usta 

w uśmiechu. 

- Pewnie nie powinno się rozmawiać na te tematy z ko-

background image

bietą, ale ty nie jesteś taka przeczulona, Raiju, prawda? Pa­
miętam, że potrafiłaś kląć równie siarczyście jak my, dora­
stający chłopcy. Nigdy nam w niczym nie ustępowałaś... 

Raija uśmiechnęła się do wspomnień z przeszłości. 
- To było wieki temu - powiedziała. 
- Nic nie rozumiem - ciągnął Aslak, na nowo podejmu­

jąc temat. - Sigga cierpi, a Mikkai zachowuje się tak, jakby 
nie był sobą. 

- Przykro mi - rzekła Raija obojętnie. - Poproś go, żeby 

był dla niej dobry. 

Na nic więcej się nie zdobyła. Mikkai sam wybrał Siggę. 

Raija gotowa była pójść za nim na koniec świata, ale on po­

wtarzał coś o obowiązku i sam zrezygnował z życia, które 

mogli razem rozpocząć. Oczywiście, że zrobiło się jej przy­
kro, gdy usłyszała, że jest nieszczęśliwy. Pewnie powinna nie­
nawidzić Siggi, ona przecież dostała to wszystko, czego Ra­
ija tak gorąco pragnęła. Ale nie potrafiła wzbudzić w sobie 
takich uczuć, po tym jak usłyszała, że i ona cierpi. 

- A ty jak żyjesz? Jest ci dobrze? 
Pytanie spadło na nią zupełnie znienacka. Rozmowa 

o Mikkalu i Sigdze nie była dla niej łatwa, jednak nie doty­
czyła jej bezpośrednio. O sobie nie chciała opowiadać. 

- Ja? - zapytała bezradnie. - Mnie... to znaczy nam... wszyst­

ko się dobrze układa. A co u ciebie, Aslak? - pośpiesznie, mo­
że nazbyt pośpiesznie, zmieniła temat. - Żadnych dziewczyn? 

Aslak podchwycił wątek. Nie miał ochoty przeciągać tej 

trudnej rozmowy na temat cudzego szczęścia i nieszczęścia. 
Wolał mówić o sobie, to było dużo mniej skomplikowane. 

- Mnóstwo, a zarazem żadnej - roześmiał się beztrosko. 
Od tej chwili rozmawiali już tylko o jego burzliwym ży­

ciu. A kiedy zabrakło im tematu, Aslak podniósł się z miej­
sca i pożegnał, zabierając ze sobą pozdrowienia dla wszyst­
kich wspólnych znajomych. 

Najwyraźniej on i Karl natknęli się na siebie, bo Karl 

wszedł do chaty chwilę później. 

background image

- A po co ten tu przyszedł? - chciał się dowiedzieć, z tru­

dem skrywając podejrzliwość. Tak jakby przypuszczał, że 
Raija pomimo odmiennego stanu mogłaby go zdradzić. 

- To szwagier Mikkala - odpowiedziała z uśmiechem, 

choć w środku czuła się martwa. 

Karl nie przestawał patrzeć na nią z niedowierzaniem, sa­

dowiąc się na miejscu, na którym przed chwilą siedział Aslak. 

- Aslak jest moim przyjacielem z dzieciństwa - tłumaczy­

ła dalej. - Przyszedł zobaczyć, jak nam się wiedzie. Opowie­
dział też, co nowego u nich. Sigga i Mikkal pobrali się, ale 
to żadna nowina. Zeszłego roku przecież jej się oświadczył. 

Spodziewają się dziecka u schyłku lata. 

- Co za zbieg okoliczności - rzucił Karl sucho, jakby go 

to w ogóle nie interesowało. 

Raija nie podjęła wątku. Bała się, że Karl może się cze­

goś domyślić. Teraz jeszcze może westchnąć z ulgą, patrzeć 
mu prosto w oczy, choć z każdym dniem przychodzi jej to 
coraz trudniej. Prawda i tak wyjdzie na jaw. Raija nie była 
taka głupia, by nie zdawać sobie z tego sprawy. Ale po co 
martwić się na zapas... 

Karl podrapał się po brodzie. 
- Miejmy nadzieję, że nikt go nie widział! 
- A to dlaczego? - zapytała ostro. - Czy ja nie mogę mieć 

przyjaciół? Nie wtrącam się do tego, z kim ty się spotykasz, 
ani co robisz całymi dniami. Dlaczego mam być inaczej trak­
towana niż ty? 

- Bo jesteś kobietą! Zrozum wreszcie, że nie wypada, że­

by podczas mojej nieobecności kręcili się tu jacyś mężczy­
źni. Co ludzie powiedzą! 

- No właśnie, co ludzie powiedzą? - powtórzyła wyzy­

wająco, ujmując się pod boki. 

- Ze masz dziwną słabość do Lapończyków! 
Zaciśnięte usta pobielały, zaznaczając się na twarzy Raiji 

cienką kreską. Dziewczyna bez słowa podeszła do męża i wy­
mierzyła mu siarczysty policzek. Jej oczy ciskały gromy. 

background image

W miejscu, gdzie uderzyła, pojawił się czerwony ślad. 

Zerwał się jak oparzony i przytrzymał mocno jej ręce, za­

raz jednak ją puścił. 

Ciężko opadł na stołek i zamknął oczy. Kobiety, które 

oczekują dziecka, zachowują się dziwnie. Tak powiedział 
mu ojciec. Prosił, by był wyrozumiały dla Raiji, bo kobiety 
w tym stanie zdolne są do wszystkiego. 

Na stole tuż przed nim opadła z brzękiem miska. W ta­

ki sam sposób Raija cisnęła mu łyżkę. Słyszał za plecami, 
jak szura brzegiem spódnicy o podłogę. Przytrzymał żonę, 
zanim zdążyła usiąść na swoim stołku. 

- Nie miałem nic złego na myśli - wymamrotał skruszo­

ny, pochylając się nad jej brzuchem. - Naprawdę, Raiju. Wy­
bacz mi, jeśli cię uraziłem! 

Przez długą chwilę stała nieporuszona, a potem pogłaska­

ła go po włosach. Nie spodziewał się z jej strony takiego 
czułego gestu. Nieczęsto ofiarowywała mu spontaniczne 
pieszczoty. 

- Nie chciałam uderzyć... 
Ale wątpliwości Karla nie zniknęły wraz z tymi słowami. 

Tkwiły gdzieś głęboko na dnie serca i nawet ta chwila czu­

łości nie zdołała ich rozwiać. 

We wsi ludzie powtarzali jeden drugiemu, że Raija pod 

nieobecność męża przyjmowała gościa. Odwiedził ją jakiś 
nieznany Lapończyk z gór. 

Nie sposób dociec, jak ludzie to zwęszyli. Nad fiordem 

stało niewiele chat, okoliczni mieszkańcy żyli w rozprosze­
niu, a jednak wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. 

Może ktoś widział Lapończyka, a może tylko mu się zda­

wało, że go widział, i wymyślił sobie resztę? 

Fakt, że Raija wychowała się u Lapończyków, był po­

wszechnie znany, wszyscy pamiętali też Lapończyka, który 
na zawsze oszpecił Isaka. 

Niektórzy dodali dwa do dwóch i przez przypadek wy­

szło im cztery. 

background image

W każdym razie po wsi rozeszły się plotki. Ludzie gada­

li, snuli domysły, ktoś coś dopowiedział, żeby ubarwić całą 
historię. Zaczęto gadać, że Raija trochę za wcześnie zaszła 
w ciążę. 

Tak, tak... W tej sprawie nic nie było tak do końca jasne. 

Co do tego ludzie mieli całkowitą pewność. 

Kristina pewnie przewraca się w grobie, gadali. Takie 

nadzieje wiązała z dziewczyną, którą wraz z mężem przy­
garnęli przed laty. Ale - tu dobrzy ludzie znów kiwali zna­
cząco głowami - czegóż się można spodziewać po Kwen-

ce? Nie wiadomo, skąd w ogóle pochodzi, ani czyja jest. 
Twierdziła, że nazywa się Raija Alatalo i jest córką Erk-
kiego. Może to i prawda? Ale nie wyszło jej chyba na do­
bre to, że dorastała wśród Lapończyków. Biedna Kristina! 
Pokój jej duszy! Zrobiła wszystko, co w jej mocy. Peder 
także, póki żył. Pokój jego duszy! Ale na tej dziewczynie 
ciąży chyba jakieś przekleństwo! Teraz syn Kristiana Elve-
jorda ma z nią krzyż pański. Tylko że ten naiwny chłopak 
chyba nie zdaje sobie z tego sprawy. 

Ludzie śmiali się pod nosem i dodawali: „Biedak, pewnie 

wcale nie wie, że jest rogaczem! Ale niech ręka boska broni 
tego, co mu to powie. Prędzej czy później sam się o tym do­
wie! Nikt nie powinien lecieć do niego z jęzorem!" 

Ale znaleźli się tacy, którzy nie mieli skrupułów. Isak był 

jednym z tych, co to aż się palili, by powiadomić o wszyst­
kim Karla. 

Tego lutowego dnia Reijo i Karl ukryli się w darniowej 

chacie, którą zbudowali w pobliżu rodzinnego domu Karla. 
To tutaj marzyli, tu przechowywali narzędzia i planowali, 
gdzie będą szukać złota... 

W to piątkowe popołudnie spędzali czas na rozmowie. 

Reijo wyjął butelkę i poczęstował Karla, wyjaśniając: 

- Własny wyrób! 

A potem, dzieląc się sprawiedliwie, zaczęli opróżniać za-

background image

wartość. Gorzałka szybko uderzyła im do głowy, ponieważ 

żaden z nich nie pił za często. 

Wtedy to w chatce zjawił się Isak, i to bynajmniej nie 

przez przypadek. Nie mógł wybaczyć Raiji i postanowił 
posłużyć się jej mężem, by ją zniszczyć. Nie interesował 
go Reijo Kesaniemi, zastawiał sidła na Karla Elvejorda. 

Od razu zorientował się, że nie jest mile widziany, ale 

rozsiadł się jakby nigdy nic. Czubkiem języka zwilżył war­
gi i uśmiechnął się obleśnie. 

- Słyszałem, że miałeś gościa - zwrócił się do Karla, cał­

kowicie ignorując Reijo, który zakorkował i odstawił na bok 
butelkę. 

Karl wstał i spojrzał uważnie na Isaka, Reijo poszedł je­

go śladem. Napięcie w ich oczach wyraźnie sprawiało Isa-
kowi przyjemność. 

- A właściwie nie ty, ale Raija. - Isak usadowił się wygo­

dnie, mówił poufałym tonem, a z jego twarzy nie znikał 
obleśny uśmieszek. - Zdaje się, że to jej znajomy. 

- Owszem - odparł Karl, odruchowo zaciskając pięści. -

Przyjaciele Raiji są moimi przyjaciółmi. 

Na twarzy Isaka pojawił się jeszcze szerszy uśmiech. Re­

ijo pobladł, ale zachował zimną krew i nie spuszczał wzro­
ku z Karla. Isak nie zdawał sobie sprawy, na co się naraża, 
drażniąc męża Raiji. 

- Nie przeszkadza ci, że żona zabawia się raz po raz z two­

imi przyjaciółmi, hę? - rzucił Isak z pozorną obojętnością. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał Karl lodowa­

tym tonem ze ściągniętą z wściekłości twarzą. 

Reijo odruchowo przysunął się bliżej przyjaciela. Isak 

jednak nie wyczuwał, że atmosfera się zagęszcza, nie do­
strzegał sygnałów ostrzegawczych. Zdołał wytrącić Karla 
z równowagi. Uznał to za połowiczne zwycięstwo, ale nie 
zamierzał na tym poprzestać. 

- Chyba nie wierzysz, że to ty spłodziłeś tego dzieciaka? 

Wszyscy wiedzą... 

background image

Isak nie dokończył, bo oto nagle spokojny syn Kristiana 

Elvejorda znalazł się tuż przy nim i złapał go za gardło. Isak 

zaczął rzęzić, bo uścisk stawał się coraz mocniejszy. W uszach 
mu szumiało, pociemniało w oczach, głowa wprost pękała... 

Te ręce... przemknęła mu myśl. Muszę się wyrwać temu 

szaleńcowi... 

Ale ręce Karla ściskały go jak dyby. 

Nagle uścisk zelżał. Isak, dysząc spazmatycznie, łapczy­

wie połykał powietrze. Cudem zdołał podnieść się na nogi. 
Świat zawirował mu przed oczami. Przełykając z trudem śli­
nę, dopiero po kilku próbach wydobył z siebie głos. 

- Tylko spytaj ją... spytaj tę sukę... o jej Lapończyków... 
- Wynoś się stąd, Isak! - wrzasnął Reijo. - Zabieraj swój 

jadowity jęzor i wynoś się czym prędzej! 

- Tak... ty to masz... chyba powody, żeby... jej bronić... -

nie dawał za wygraną Isak, choć z trudem oddychał. 

- Jeszcze chwila, a nie zdołam go powstrzymać - rzucił 

spokojnie Reijo. - A może nawet zdecyduję się mu pomóc? 

Teraz Isak, choć nadal kręciło mu się w głowie, zrozu­

miał, że lepiej będzie dla niego, jeśli czym prędzej się wyco­
fa. Odwróciwszy się na pięcie, z szyderczym śmiechem ru­
szył przed siebie chwiejnym krokiem. 

Reijo puścił przyjaciela dopiero wtedy, gdy Isaka pochło­

nął mrok. Ledwie mu się udało oderwać Karla od tej kana­

lii. Gdyby Karl nie był podpity, Isak już by nie żył. 

- Zabiję go! - wykrzykiwał Karl. - Przysięgam, że go za­

biję! 

- Nie wierz w jego gadanie! - przerwał mu Reijo, ściska­

jąc przyjaciela za ramię. - Wiesz dobrze, dlaczego nienawi­
dzi Raiji... 

- I tak go zabiję! 
- Opamiętaj się! - Reijo potrząsnął nim mocno. - Isak to 

kawał drania. Pokaż, że nic cię nie obchodzi jego plugawa 
gadanina! Zlekceważ go! 

Karl zacisnął usta. 

background image

- Nie rozumiesz? Jeśli rzucisz się na niego, ludzie uwierzą, 

że to, co rozpowiada o Raiji, jest prawdą. Nie łudź się, że je­
steś jedyną osobą, której gadał te bzdury. Jeśli go tkniesz, wszy­
scy uwierzą w to bioto, jakim obrzuca twoją żonę. 

Karl osunął się na ziemię i zamrugał oczami. Chwycił bu­

telkę i jednym haustem wypił prawie wszystko, co w niej 
zostało. 

Reijo nienawidził samego siebie, a jeszcze bardziej niena­

widził własnych myśli. Mimo że bronił Raiji, do jego duszy 
wkradły się podejrzenia, których nie potrafił się pozbyć. Ale 
o tym Karl nigdy od niego się nie dowie. Mój Boże, żeby 
tylko nie była to prawda! Tak bardzo pragnął się mylić! Mi­
mo to trudno mu było uwierzyć, że Karl jest ojcem dziec­
ka, które Raija nosiła pod sercem. 

- Chyba nie muszę mieć twojego pozwolenia, by go nie­

nawidzić? 

Roześmiali się i choć nie był to serdeczny śmiech, panu­

jące między nimi napięcie zelżało. 

- Dlaczego ludzie nie mogą zaakceptować Raiji? - zasta­

nawiał się Karl. 

Reijo sięgnął po butelkę i pociągnąwszy łyk gorzałki, za­

cisnął usta. Dobre to nie było, paliło w gardło, ale za to po 
ciele rozeszło się przyjemne ciepło. 

- Jest inna niż wszyscy - odpowiedział cicho, zły, że mu­

si tłumaczyć takie sprawy jej mężowi. - Ci, którzy się odróż­
niają od reszty, zawsze są prześladowani. Właśnie tak jak 
Raija... 

- Jest lepsza niż oni wszyscy razem wzięci! - zaperzył się 

Karl, usiłując pokryć z trudem powstrzymywany płacz. -
Jest najlepsza! I pewnie dlatego jej nienawidzą. 

Nieoczekiwanie Karl się uśmiechnął. Z zaokrąglonymi 

policzkami wyglądał nad wyraz młodo. 

- Czasem myślę sobie, że Raija jest jak ptak. - Potrząsnął 

grzywką i dodał: - Jak ptak obcy w tych stronach. Może to 
głupie, ale tak właśnie mi się zdaje. Jest inna niż reszta, nie 

background image

mewa, sroka czy wrona, ale piękny ptak, który znalazł się 

tu tylko przez przypadek. Jej miejsce jest gdzie indziej. Ro­
zumiesz, Reijo? Ptak... 

Być może Karl powiedział coś jeszcze, ale Reijo go już 

nie słuchał. W jego uszach pobrzmiewał inny głos, wypo­
wiadający podobne słowa. Niski głos, który z bezgraniczną 
czułością nazywał Raiję Małym Krukiem. 

Karl nigdy nie opowiedział Raiji o incydencie z Isakiem. 

Obawiał się, że mógłby się zdradzić, jak wielki strach i wątpli­
wości nim targają, a właśnie te uczucia chciał przed nią ukryć. 

Choć pełen goryczy, pragnął myśleć o żonie z taką samą 

niezachwianą wiarą, jak Reijo. Bardzo jednak cierpiał nad 
tym, że Raija przez cały czas ukrywała przed nim jakąś czą­
stkę siebie. 

Tak, Raija była i pozostanie obcym ptakiem, także dla 

niego. 

Karl przeżył szok, kiedy tego samego wieczoru Raija nie 

odwróciła się do niego plecami po chłodnym pocałunku na 
dobranoc. Bez żadnej zachęty przysunęła się do niego tak bli­
sko, jak pozwalało jej na to zniekształcone ciało. 

- Tyle rozmyślam - zwierzyła mu się cicho. 
Raija naprawdę się starała. Zresztą potrzebowała kogoś 

realnego, z kim mogłaby porozmawiać. 

Karl usłyszał w jej głosie uśmiech. 
- Rozmyślam o małym chłopczyku, który leżał w kołys­

ce, kiedy widziałam go po raz ostatni... - W zamyśleniu wtu­
liła policzek w ramię męża. Karl ledwie śmiał oddychać. 
Nigdy jeszcze nie byli ze sobą tak blisko, nigdy wcześniej 
tak z nim nie rozmawiała, nie dzieliła się swymi myślami. 

Boże, spraw, by tak już zostało! modlił się w duchu. 
- To był mój braciszek, Karl... Mój braciszek... - Głos jej 

drżał tak, jakby się za chwilę miała rozpłakać. 

Trochę niezgrabnie pogłaskał ją po włosach, które już 

nieco odrosły. 

background image

Karl zamknął oczy, a wyobraźnia podsunęła mu cudow­

ny obraz: Raija i on żyjący w pełnej harmonii, nie nękani 
upiorami z przeszłości. 

Gotów był jej przychylić nieba i ofiarować się bez reszty. Po 

raz pierwszy zdawało się mu, że otrzymał od żony odrobinę... 
miłości. Pierwszy raz dała mu coś więcej niż nijaką przyjaźń. 

- Ma na imię Matti - szeptała Raija. - Mój braciszek  m a ­

rniał na imię Matti. 

Głos jej zamarł. Po chwili westchnęła, zrezygnowana 

i zmęczona. 

- Może on już nie żyje. Może oni wszyscy pomarli... 
- Na pewno nie! - wyszeptał Karl, całując ją delikatnie 

w czoło. - Na pewno nie, kochana! 

Raija jakby go nie słyszała. Zaczęła chaotycznie opowia­

dać o swym szczęśliwym dzieciństwie wśród świerkowych 
lasów i łanów zbóż. 

Załamującym się raz po raz głosem mówiła mu o domu, 

którego już prawie nie pamiętała. Wspominała matkę imie­
niem Marja, zawsze uśmiechniętą, choć w pieczonym przez 
nią chlebie było więcej kory niż mąki, i ojca, którego przed­
stawiła mniej wyraziście. 

Uczucia, jakie żywiła do niego, były dziwnie poplątane: 

miłość i nienawiść mieszały się ze sobą. Przez to jakoś trud­
no było Karlowi wyobrazić sobie Erkkiego Alatalo. Raija 
nie rozumiała ojca i nie wybaczyła mu. 

Z wielką czułością natomiast opowiadała o Mattim. Jego 

najdokładniej zapamiętała: maleńkie ciałko, oczy o najpięk­
niejszym w całym Tornedalen odcieniu brązu i włosy w ko­
lorze dojrzałego zboża. 

- Matti - rozkoszowała się smakiem tego imienia. Po raz 

pierwszy od bardzo dawna je wymawiała głośno. - Myślę 
o nim jak o niemowlęciu w kołysce, a tymczasem on ma już 
osiem lat! 

Karl wyczuwał, że to odkrycie ją przeraża, choć nie poj­

mował dlaczego. 

background image

- Odnajdziemy ich pewnego dnia - usłyszał swój głos. 

Nawet jeśli mu nie uwierzyła, nie dała tego po sobie po­

znać. 

- Jesteś taki dobry, Karl - powiedziała tylko. 
Wcale się nie czuł dobry. Wiedział, że nigdy nie pojadą 

do Tornedalen. Takiej obietnicy nie mógł dotrzymać. 

- Nie bądź taki dobry, Karl! - wyszeptała Raija ze smut­

kiem. - Byłoby nam ze sobą lepiej, gdybyś nie był taki dobry! 

Nie pojmował jej. 
- Przecież cię kocham, głuptasie. To normalne, że jestem 

dobry, skoro tak mi na tobie zależy. 

- To niech ci zależy na mnie trochę mniej! 

- Teraz opowiadasz bzdury - rzucił Karl wyraźnie urażo­

ny. - Chyba nie myślisz tak naprawdę? 

- Nie - odrzekła w końcu, wbijając wzrok w powałę, ale jej 

głos nie zabrzmiał przekonująco. - Wszystko będzie dobrze! 

Karl wierzył w to gorąco. Raija zamilkła. Słyszał jedynie 

jej równy oddech. Zwinięta w kłębek po raz pierwszy tuli­
ła się do niego, szukając jego bliskości. 

Karl, choć zwykł twardo stąpać po ziemi, zatracał grani­

ce pomiędzy tym, co było fantazją, a co rzeczywistością, kie­
dy myślał o żonie. 

- Nie będziesz się już musiała tak męczyć, Raiju. Dosta­

niesz wszystko, o czym zamarzysz. Ty i dziecko. Dam wam 
wszystko! 

Poczuł na policzku delikatny, niczym muśnięcie ptasiego 

skrzydła, dotyk jej palca. 

- Przecież jest nam dobrze, Karl. Mamy tyle, co inni. Po 

co uganiać się za czymś więcej? 

- Dostaniesz wszystko, Raiju! - powiedział stanowczo, jak­

by sam chciał uwierzyć mocno w to, co mówi. I rzeczywiście 
bardziej chyba przekonał samego siebie niż Raiję. 

- Poczekaj tylko! Jeszcze wszystkim pokażę! Reijo i ja zo­

staniemy naprawdę kimś. Pokażemy im, Raiju! - rzekł taje­
mniczo. 

background image

- Ty i Reijo? - zdziwiła się. - Chyba nie robicie nic złego? 
- O, nie! - zapewnił ją pośpiesznie. - Ale im wszystkim 

pokażemy! Dostaniesz piękne suknie, Raiju. Nie będziesz 
ich szyć ze zgrzebnych tkanin. Ludzie będą ci się kłaniać 
z szacunkiem. Pojęcia nie masz, jaka będziesz piękna, ty 
i dziecko! - powiedział z żarem. 

Karl w swym chłopięcym zapale omal nie zdradził wspól­

nej, jego i Reijo, tajemnicy. Ledwie się powstrzymał, by nie 
powiedzieć żonie o wyprawach nad rzekę, o przeręblach 
w lodzie i o tym, jak po wielu godzinach wypłukiwania le­
dwie utrzymywali sita w zgrabiałych dłoniach. Musiał ugryźć 
się w język, by nie wspomnieć o szaleńczych wspinaczkach 
w góry i o kuciu w skałach, bo przecież tam także można 
znaleźć złoto. 

Nieomal wyjawił jej marzenia, którymi się karmili, po­

szukując kruszcu, mającego im zapewnić szczęście. 

- Nie wiem, co robicie, ale nie mogę cię zmusić, byś mi 

to powiedział, Karl. Pamiętaj jednak, że jest mi dobrze tak, 
jak jest. Więcej nie oczekiwałam od życia. Wiem, że starasz 
się jak możesz. Niczego ponad to od ciebie nie wymagam. 
Nie szata zdobi człowieka. Nie stanę się kimś innym, jeśli 
zgrzebną suknię zamienię na elegancką... 

- Nie pasujesz do tego prymitywnego domu - uciął dal­

szą dyskusję Karl. 

Swoim sceptycyzmem Raija omal wszystkiego nie zepsu­

ła. Pozbawiła jego marzenia blasku. 

- Chcę ci ofiarować wszystko, czego zapragniesz! 
- Jesteś za dobry, Karl... 
Raija nie mogła mu przecież powiedzieć, że nikt nie mo­

że jej dać tego, czego pragnie naprawdę. Wzruszyło ją jed­
nak, że mąż tak się o nią troszczy. Na co dzień jednak draż­
niła ją ta jego dobroć. To dlatego czasem tak się na niego zło­
ściła i bywała okrutna. Potrzebowała prawdziwego mężczy­
zny, a nie wiernego psiaka, który chodzi za nią krok w krok. 

Był dobry, ale w swej dobroci taki naiwny, że aż ją to że-

background image

nowało. W chwilach takich jak ta modliła się o siłę, by mo­
gła go pokochać. Zasługiwał na to. Zasługiwał na odwzaje­
mnienie uczuć. Za całą miłość, jaką ją darzył. 

Raiji było przykro, że nie potrafi się odwdzięczyć Karlo­

wi za jego bezgraniczne oddanie, ale nie mogła podzielić 
swojego serca, które biło tylko dla Mikkala. Nie umiała i nie 
chciała rozmienić na drobne tej wielkiej miłości. 

- Tylko nie straćcie poczucia rzeczywistości - ostrzegła, 

zamykając oczy. 

Z doświadczenia wiedziała, że fantazja często sprowadza 

człowieka na manowce. 

Ale tego samego dnia wcześniej i ona dała się porwać ma­

rzeniom, które na nowo obudziły w niej próżne nadzieje. 

W wyobraźni znów siedziała w pogrążonej w półmroku 

jurcie Elle. Pomarszczone palce staruszki wodziły po liniach 
wyrytych na dłoni dziewczyny i czytały z nich przyszłość. 
Czuła zapach turzycy, ognia i skór. Po przeciwnej stronie 
paleniska mignął jej Mikkal. Z nie ukrywanym sceptycy­
zmem odnosił się do przepowiedni Elle, ale nie pozwolił, by 

powróżyła i jemu. 

Karl zasnął, kręcąc się niespokojnie. Raija ze smutkiem 

pogłaskała go po policzku, który, choć dziecinnie okrągły, 
był szorstki i ogorzały. Chciała być dla niego lepszą żoną, 
ale on często swym zachowaniem rozniecał w niej ogień 
buntu. Właściwie stał jej na drodze. Być może Karl mógł 
być szczęśliwy tylko z nią, ona jednak nie była pewna, czy 
kiedykolwiek dozna przy nim takiego uczucia. 

Wsparta na ramieniu męża, wsłuchiwała się w jego rów­

ny oddech. Zapatrzyła się w mrok. W myślach znów była 

dzieckiem, które w jurcie Elle słuchało chciwie przepowie­
dni dotyczącej jego życia. Rozpamiętywała wróżbę słowo 
po słowie. W uszach Raiji pobrzmiewał zachrypnięty głos 
staruszki. 

Szybko stała się dorosła, w jej życiu był niejeden mężczy­

zna. Ludzie obrócili się przeciwko niej, być może nawet jej 

background image

nienawidzili. Elle uprzedzała ją, że na mężczyzn, którzy się 
z nią zwiążą, sprowadzi nieszczęście. Może i tak. Szczęście 
nie chciało samo wpaść jej w ręce, to prawda. Przepowiednia 
staruszki spełniała się z przerażającą dokładnością. Czy re­
szta tego, co jej powiedziała, także się sprawdzi? 

Raija, niczym tonący brzytwy, uczepiła się myśli, że El­

le nie pozbawiła jej całkiem nadziei na szczęście. Mówiła tyl­
ko, że będzie musiała o nie walczyć. 

Dziewczyna, choć tak drogo zapłaciła za tych kilka ja­

snych chwil, jakimi obdarzyło ją życie, wierzyła, że jeszcze 
i dla niej zaświeci słońce. Nie chciała pogodzić się z losem. 
W jaki sposób nada swemu życiu głębszy sens, jeszcze nie 
wiedziała, ale pragnęła czegoś więcej, pragnęła czegoś innego. 

Nie chciała nikogo zranić, a już szczególnie Karla. 

Jednak czy o tak wiele błagała? Marzyła jej się odrobina 

szczęścia! Czy nie miała do tego prawa? 

A może już tak jest, że małe kruki muszą się zadowolić 

nędznymi resztkami... 

background image

13 

Byli tacy, którzy kwiecień nad fiordem Lyngen nazywa­

li wiosną. Bardziej skrupulatni używali trafniejszego okre­
ślenia „późna zima", natomiast umiarkowani optymiści 
mówili o „wiosennej zimie". 

Ale wszyscy jednakowo grzęźli w śniegowej brei, przy­

znając, że do wiosny jeszcze daleko. Góry wciąż jeszcze wy­
glądały jak lapońskie maty utkane z czarnej i białej wełny, 
poprzetykane różnymi odcieniami szarości, ziemię nadal za­
krywała gruba na pół metra pokrywa śniegu, a brzegi rzeki 
były skute lodem. 

Pomimo to w powietrzu wyczuwało się jakiś nowy, ła­

godniejszy powiew. Słońce powoli, lecz skutecznie topiło 
zatwardziałe zimowe serca. 

Robiło się coraz widniej i cieplej. 
Raija stała się jeszcze bardziej milcząca i spoglądała wokół 

chmurnym wzrokiem. Karl często zastawał ją zapatrzoną nie­
ruchomo w ogień lub rzekę. Za każdym razem odnosił wraże­
nie, że ona widzi coś, czego on nie dostrzega. Co? Tego nie 
wiedział, nie umiał nakłonić jej do zwierzeń. Ilekroć ją o to py­
tał, zbywała go śmiechem, ale jej oczy pozostawały smutne, 
a śmiech brzmiał coraz bardziej głucho. 

Nawet kiedy mówił o dziecku, była obca i nieprzystęp­

na. Karla rozpierała duma, gdy myślał o tym, że wkrótce zo­
stanie ojcem. Raija uśmiechała się tylko krzywo, widząc, jak 
mąż tryska szczęściem. 

- To będzie wspaniały syn! - twierdził z niezachwianą 

pewnością siebie, poklepując Raiję leciutko po brzuchu. 

Wyczuwał to nowe życie, które nosiła pod sercem: dziecko 

background image

poruszało się, kopało... - Mój syn - mówił z przekonaniem, 
nie mogąc się doczekać, żeby udowodnić to tym wszystkim, 
którzy tak źle wyrażali się o Raiji. 

Karlowi udało się w końcu pokonać własną nieufność. 

Raija nigdy nie dała mu powodu do podejrzeń. Starała się, 
jak mogła. Ich małżeństwo było chyba całkiem normalne. 
Karl przypuszczał, że innym wcale nie układa się lepiej. Zdą­
żył się trochę nauczyć i wiedział już, co może się kryć za 
udawaniem i pozorami. 

Wszystko się zmieni, gdy tylko urodzi im się dziecko, 

a Raija znów będzie sobą. Staną się rodziną. 

- Trzeba czekać aż do lata - westchnął, nie spuszczając 

wzroku z brzucha Raiji. - Patrząc na ciebie odnoszę wraże­
nie, że to będzie mocarz. Jesteś taka gruba! Ten chłopak 
pewnie zaraz po urodzeniu wyruszy ze mną na połów. 

Raija nie komentowała jego słów, ale też nie okazywała 

zbytniego zachwytu. 

- A może ona - powiedziała tylko z dziwnym jak na nią 

spokojem. - Nie pomyślałeś, że to może być dziewczynka? 

Na twarzy Karla pojawił się cielęcy uśmiech. 
- Pomyślałem, ale to na pewno będzie chłopak. Jeśli je­

szcze trochę urośnie, to pękniesz! 

- Bez obaw - mruknęła Raija i wróciła do swoich zajęć. 
Żeby jeszcze choć tydzień albo dwa! Zbyt dużo byłoby 

prosić o trzy... ale niechby tak dwa tygodnie dłużej! 

Raija nie była zbyt pobożna, ale tej wiosny naprawdę się 

modliła całym sercem. Błagała Boga, w którego istnienie nig­
dy tak do końca nie wierzyła, by pozwolił jej nosić to dziec­
ko jeszcze przynajmniej czternaście marnych dni, tak by 
urodziło się już w maju. 

Zdradziła Karla, a milcząc, okłamywała go. Może i za­

służyła na karę. Najwidoczniej wszystko na tym świecie by­
ło tak urządzone, że człowiek za piękne chwile musi dro­
go płacić. 

Raija była przygotowana na najgorsze, ale najbardziej 

background image

obawiała się, że kiedy prawda wyjdzie na jaw, nie ona naj­
mocniej ucierpi, lecz Karl. 

Gdyby tak mogła ukryć prawdę, by ochronić Karla! Już 

wystarczająco dotkliwie go zraniła. 

To dla niego modliła się o te parę tygodni. 

Karl tymczasem chodził własnymi drogami. Czul się 

odrzucony. Nieustannie dręczył się tym, że Raija zupełnie 
się przed nim zamknęła. 

Pewnie to już tak jest z kobietami, próbował się pocie­

szać i przekonywał samego siebie, że kiedy urodzi się dziec­
ko, wszystko się jakoś ułoży. 

Lód na rzece zaczął pękać i powoli topił się w słabym 

wiosennym słońcu. 

Reijo i Karl, którzy przez całą zimę żyli marzeniami o bo­

gactwie, mogli w końcu wziąć się do roboty. 

Z niecierpliwością charakterystyczną dla młodych 

chłopców wybijali w lodzie przeręble. Nie chcieli czekać 
z założonymi rękami, aż zrobi to za nich wiosna. Nie mie­
li czasu! 

Do zmroku przesiadywali przy przeręblach i trzęsąc się 

z zimna, obracali w dłoniach sita. Nikt nie nauczył ich sztu­
ki wypłukiwania złota, nie pokazał, jak ani czego szukać. 

Umiejętność przyszła sama z siebie. Pomogły im opowie­

ści zasłyszane przez Reijo, zapewne mocno przesadzone 
i w istotny sposób rozmijające się z prawdą, ale tak napraw­
dę kierowali się intuicją oraz na przemian marzeniami i zdro­
wym rozsądkiem. Nie mieli żadnych wątpliwości, że gdyby 
znaleźli złoto, rozpoznaliby je natychmiast. 

Cierpliwie pochylali się nad brzegiem rzeki, zjednoczeni 

marzeniem biedaków o tym, że kiedyś stać ich będzie na 

wszystko, czego zapragną. 

Będą najadać się do syta, mieć to, co niezbędne, i jeszcze 

więcej. Pozostawią po sobie jakiś ślad. Udowodnią wszyst­
kim, którzy się na nich nie poznali, ile są warci. 

background image

Reijo, podobnie jak Karl, bezgranicznie wierzył, że dzię­

ki bogactwu to wszystko się spełni. 

Obaj byli przekonani, że razem ze złotem zdobędą szczę­

ście. 

Lecz póki co wśród błyszczących w sitach drobin nie zna­

leźli upragnionego kruszcu. W nadrzecznym szlamie trafia­
ła się błyszcząca mika, zwana sroczym srebrem, kryształki 
lodu, ale nie to, czego szukali. 

Młodzieńcy zaciskali zęby i choć blask w ich oczach nie­

co przygasł, nie przestawali marzyć. Trzymając w zgrabia­
łych z zimna palcach sita, zanurzali je w wodę w nadziei, że 
może następnym razem... albo jeszcze następnym... 

W kalendarzu ciągle jeszcze był kwiecień 1726 roku. 
Marta Elvejord obrządziła owce i wracając do chaty, na­

gle zatrzymała się w drzwiach. Jej wzrok powędrował w kie­
runku domostwa syna. Było za daleko, by mogła cokolwiek 
dojrzeć, ale poczuła niezrozumiały niepokój. Marta, która 
miała dość roboty wśród własnych czterech ścian, rzuciła 
wszystko, przeświadczona, że właśnie teraz musi pójść do 
Karla i Raiji. 

- Wychodzisz? Dokąd? - Kristian popatrzył na żonę zdzi­

wiony, bo przecież dopiero co wróciła. 

- Myślę, że powinnam zajrzeć do Raiji - odpowiedziała 

mu, zanim dobrze się nad tym zastanowiła. Ale tak już z nią 
było. Po prostu wiedziała swoje i kierowała się intuicją. Te­
raz zaś miała przeczucie, że jest synowej potrzebna. 

Popatrzyła na męża i powtórzyła stanowczo: 
- Raija potrzebuje pomocy, czuję to wyraźnie. Karla, zda­

je się, nie ma w domu? 

Kristian zrozumiał, co miała na myśli. 
-  N o , ale chyba jeszcze nie pora... - zauważył. 
- Niby nie - odparła ze spokojem Marta. - Ale właśnie 

się zaczęło. Czy kiedyś się pomyliłam? 

Kristian pozwolił jej iść. To prawda, że Marta miała prze-

background image

rażającą zdolność przewidywania ważnych zdarzeń w życiu 
bliskich jej ludzi. Skoro więc twierdziła, że Raija jej potrze­
buje, nie wątpił w jej słowa. 

Kiedy Marta weszła do chaty syna, zastała Raiję w łóżku 

zlaną potem. Wcale jej nie zdziwiło, że i tym razem się nie 
pomyliła. Zaniepokoiło ją natomiast co innego. 

- Dawno się to zaczęło? - zapytała synową, obrzucając ją 

badawczym spojrzeniem. 

- Dawno... - wystękała Raija przez nabrzmiałe wargi, na 

których Marta zauważyła ślady zębów. - Tam jest woda... 

Na ogniu... 

Zaskoczona Marta odwróciła wzrok od drobnej kobiety 

i popatrzyła na palenisko, gdzie w kociołku, największym, 
jaki był w chacie, bulgotała woda. 

Mądra dziewczyna, pomyślała z uznaniem Marta i zaka­

sała rękawy. 

Dziecko zbyt wcześnie przychodzi na świat, przemknęła 

jej przyprawiona lekką goryczą myśl, ale matka Karla nie 
czuła gniewu. O nic nie oskarżała Raiji, na razie... Teraz Ra­
ija potrzebowała jedynie jej pomocy i wsparcia. 

- Gdzie Karl? - zapytała niezamierzenie ostrym tonem. 

Przecież chłopak powinien mieć tyle rozumu, by siedzieć 
w domu, gdy dla żony zbliża się czas rozwiązania. 

- Poszedł do Reijo... 
Raija zacisnęła zęby, żeby powstrzymać ból wywołany 

kolejnym skurczem. Twarz miała mokrą od potu, włosy 
przykleiły się jej do czoła, a oczy wydawały się ciemniejsze 
niż kiedykolwiek. Raija nie krzyczała, z jej ust wydobywa­
ły się jedynie ciche jęki. Marta była z niej dumna. Przygo­
towując wszystko do odebrania porodu, w duchu jednak 
złorzeczyła synowi, że zostawił żonę samą w taką porę. Co 
on sobie w ogóle wyobraża? 

- Krzycz! - nakazała Marta, gdy przy kolejnym skurczu 

Raija zagryzła z bólu dolną wargę. 

Ale ta w odpowiedzi tylko kilka razy pokręciła głową. 

background image

Marta westchnęła, zastanawiając się, czego synowa tak się 

boi. Czyjego imienia nie chciała wymówić? Dla kogo tak 
cierpiała? 

Już po zmierzchu w chacie nad rzeką rozległ się krzyk, ale 

nie był to krzyk Raiji. Jej usta nie wyjawiły żadnych tajemnic. 
To płacz dziecka przeciął ciszę w ten wieczór. 

Marta wprawnymi rękami zawinęła niemowlę w pielu­

szkę i zasmucona wzięła je na ręce. 

Raija leżała blada, a jej spoconą twarz okalały czarne lo­

ki. W jej oczach czaiło się tysiące pytań, ale poranione do 
krwi usta milczały. Jedyne, co dostrzegała, to pomarszczo­
na twarzyczka i czarne jak noc włosy maleństwa. 

Znowu rozejdą się plotki, ale teraz nie skończy się na do­

mysłach. Kiedy plotkarze zobaczą dziecko, nie będą musie­
li dłużej zgadywać, myślała Marta, układając niemowlę w ra­
mionach Raiji. 

- Dziewczynka - oznajmiła. 
Raija, nic nie mówiąc, długo przyglądała się córeczce, 

a potem drżącym palcem ostrożnie pogłaskała maleńką, 
śliczną twarzyczkę. 

- Wygląda na to, że nie powiedziałaś nam wszystkiego -

stwierdziła Marta sucho, lecz nie bez pewnej czułości. 

Matka Karla była wyjątkową kobietą. 
Raija milczała, nawet nie podniosła wzroku. Wciąż nie 

mogła się nasycić widokiem córeczki. Patrzyła i patrzyła, 
choć piekły ją oczy. 

- Dla niej warto było przejść przez to wszystko. 
Marcie cisnęło się na usta tyle pytań, ale słowa Raiji ją 

powstrzymały. Zawstydzona odwróciła się od młodej mat­
ki. Jakież miała prawo ją osądzać? 

Po raz pierwszy wydało jej się, że rozumie tę dziwną 

dziewczynę, z którą ożenił się Karl, i bezwiednie wzięła jej 
stronę. Wiedziała, że synowa będzie pazurami walczyć o tę 
maleńką istotę. 

Westchnęła ciężko. Dobrze wychowała swojego syna. 

background image

Miała nadzieję, że wartości, które przekazywała mu przez 
te wszystkie lata - odpowiedzialność, wyrozumiałość, zdol­
ność wybaczania - nadal w nim tkwią, bo bardzo ich będzie 
teraz potrzebować. 

Pierwszy, jeszcze przed Karlem, pojawił się Kristian. Tak­

że on zobaczył i zrozumiał. Ale podobnie jak żona po­
wstrzymał się od wyrzutów. Spojrzenia, jakie wymienili 
między sobą małżonkowie, były wymowne, ale Raija nie 
usłyszała ani jednego słowa, które by było skierowane prze­
ciwko niej i dziecku. 

Zdążyli zapalić lampy, gdy do środka wpadł Karl, zupeł­

nie nie przygotowany na to, co zastał. Popołudnie jak zwy­
kle spędził wraz z przyjacielem nad rzeką. Pracowali, póki 
nie zapadł zmrok. Ale i tego dnia szukali na próżno. 

Jak skamieniały stanął w wejściu i ojciec musiał sam za­

mknąć za nim drzwi. 

Krokiem lunatyka podszedł do Raiji. Nie odrywał wzro­

ku od niej i dziecka. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. 
Zagryzł mocno wargi, by się nie rozpłakać. Nikt nie zoba­
czy jego łez! Był już mężczyzną, a nie małym chłopcem. Żo­
na i dziecko, które leżało w jej ramionach, stanowiło tego 
najlepszy dowód. Jego rodzina. 

- Co się urodziło? - wyszeptał. 
- Dziewczynka. 
Raija obejmowała dziecko, jakby je chciała obronić przed 

całym światem, jakby je chciała obronić przed Karlem... 

Widział jedynie drobniutką rączkę i kruczoczarne włosy 

sterczące na wszystkie strony. 

Nowa malutka Raija. 
Podszedł bliżej, żeby przyjrzeć się dziecku. Raija czuj­

nym spojrzeniem śledziła każdy jego ruch. Wstrzymując od­
dech, odchyliła kocyk. 

Karl zamarł. 
Córeczka otworzyła oczy i w tej samej chwili cały jego 

background image

świat legł w gruzach. Prysnęło całe jego szczęście. 

Oczy miała ciemnobrązowe jak Raija, ale nawet w sła­

bym świetle Karl dostrzegł miodowy pierścień wokół źre­
nic. Zauważył też co innego: skórę o złocistym odcieniu 
i brwi zupełnie niepodobne do wygiętych w łuk brwi Raiji. 

Ów miodowy pierścień wyjaśniał wszystko. 
- Jak mogłaś? - jęknął Karl i rzucił się do drzwi. 

Nic do niego nie docierało. Jak przez mgłę słyszał nawo­

łujące go głosy, ale nie zwracał na nie uwagi. 

Musiał stamtąd uciec, uciec od tych oczu. Raija go zdra­

dziła! Oczy dziecka stanowiły dowód jej zdrady. 

Zaślepiony rozpaczą gnał przed siebie, daleko, jak najda­

lej. Zatrzymał się dopiero nad fiordem i dysząc ciężko, poły­
kał łzy, które z domu nad rzeką przygnały go aż tutaj. Oparł 
się o szopę, w której rybacy trzymali łodzie, i wystawił mo­
krą twarz, by wiatr wiejący od morza ją wysuszył. 

Właściwie nie uświadamiał sobie w ogóle, że płacze. Miał 

wrażenie, że wszystko w nim umarło. Nie czuł nic poza tym 
piekącym bólem, który szarpnął nim na widok żywego do­
wodu zdrady żony. 

A tak się cieszył, że zostanie ojcem! Sama myśl o tym na­

pawała go radością. Teraz trudno mu było nawet wyobrazić 
sobie, że jeszcze kiedykolwiek się roześmieje. 

To dziecko miało połączyć jego i Raiję. Wierzył gorąco, 

że wszystko się ułoży, gdy tylko przyjdzie na świat. 

A tymczasem stało się inaczej. Dziecko pomogło mu zro­

zumieć, że Raiję i jego dzieli przepaść nie do pokonania. Do­
piero teraz ujrzał to z całą ostrością! 

Na twarzy młodzieńca odmalowała się gorycz. Córka Ra­

iji miała ich jeszcze bardziej oddalić od siebie. Córka Raiji. 
Nie jego. 

Co mu zatem pozostało? Do kogo ma się zwrócić? Nie 

do Raiji, już nie. Ufał jej ślepo, a ona tymczasem przez ca­
ły czas nosiła w sobie nasienie zdrady. Dziecko innego 
mężczyzny. 

background image

Wiedział, którego. Wreszcie to do niego dotarło. Był to 

jedyny człowiek, którego nie uważał za rywala. 

Ależ z niego głupiec! Tak ją kochał i starał się jej przychy­

lić nieba, wierzył jej. A ona odpłaciła mu się czymś takim. 

Jak po tym wszystkim spojrzy ludziom w oczy? Rodzi­

com? Mieszkańcom wioski? Jak mógłby znieść życie u boku 
Raiji? Patrzeć, jak jej córka dorasta? Każdego dnia widzieć ją 
i doszukiwać się w niej rysów tamtego mężczyzny... 

Zacisnął bezradnie pięści. 
Nikt nie może tego żądać od niego. 
Powiódł wzrokiem ku morzu, ku zimnym, mrocznym fa­

lom z białymi spienionymi grzywami. 

W stronę lądu wiał silny wiatr. 
Fiord. 
To byłoby takie proste. Ale zarazem najtrudniejsze. 
- Nie poszedłeś do domu? 
Karl drgnął, słysząc znajomy głos. Upewniwszy się, że to 

Reijo, odetchnął z ulgą. Na jego twarzy pojawił się grymas, 
który w żaden sposób nie przypominał uśmiechu. 

Reijo natychmiast się zorientował, że przyjaciel jest bar­

dzo wzburzony. 

- Co się znowu stało? - zapytał cicho, podchodząc bliżej. 
- Raija urodziła dziecko. 
- O! - uśmiechnął się szeroko. - Syna czy córkę? Zdawa­

ło mi się, że spodziewa się rozwiązania dopiero latem. 

Karl walnął pięścią w ścianę szopy, aż zadudniło. 
- Wszyscy tak myśleliśmy - rzekł ponuro. - Wszyscy z wy­

jątkiem Raiji. 

- Czy nie powinieneś teraz być przy niej? - zapytał Rei­

jo ostrożnie, czując, że coś jest nie tak. 

Gdy Karl oparł się plecami o szopę, Reijo uderzyła myśl, 

że nigdy jeszcze nie widział przyjaciela w takim stanie. 
Twarz miał szarą jak popiół, oczy zaczerwienione, a gorz­
ko wykrzywione usta nie pasowały do twarzy świeżo upie­
czonego ojca. 

background image

- Raija urodziła córkę. - Chrapliwy głos Karla zabrzmiał 

jakoś obco. 

Reijo uśmiechnął się niepewnie. 
- Wiem, że marzyłeś o synu - wszedł mu w słowo. - Ale 

przecież nie ma się co martwić, że to dziewczynka. Dziew­
czynki też są dobre. Następny będzie syn, chłopie! 

Z ust Karla wydobył się ponury śmiech. 
- Cieszyłbym się, gdybym miał córkę. 
- Nie rozumiem... - zaczął Reijo, ale zamilkł, bo nagle 

uświadomił sobie całą prawdę. 

- To nie moje dziecko! Słyszysz, Reijo? Nie moje. Ma żół­

te oczy i czarne jak smoła włosy, a do tego śniadą cerę. Nie 
jestem głupcem. Trzeba być ślepcem, żeby się nie domyślić, 
kto ją spłodził. Ja ślepy nie jestem, rozumiesz, Reijo? Choć 
Bóg mi świadkiem, że zbyt długo byłem. Ale teraz koniec! 

Wzrok Karla stwardniał, rysy stężały pod wpływem do­

znanej goryczy i rozczarowania. Reijo zaniepokoił się, wi­
dząc, co dzieje się z przyjacielem. 

- Nie zachowuj się jak szczeniak! - syknął. 
Karl natychmiast zareagował. 
- Szczeniak? Tak, rzeczywiście, do tej pory zachowywa­

łem się jak szczeniak! Kochałem ją. Ale to koniec! Już jej nie 
kocham. 

Przez długą chwilę panowało milczenie. Reijo w zamy­

śleniu przyglądał się zapatrzonemu w dal Karlowi. 

Co też ta Raija narobiła? Chociaż w pewnym sensie ją 

rozumiał. Tak samo jak rozumiał Karla, a już szczególnie 
mężczyznę o miodowych oczach. 

- Kiedyś biłeś się ze mną, Karl. Pamiętasz? 
- Wtedy sobie wszystko wyjaśniliśmy - odparł sucho Karl. 
- Dla niej gotów byłeś mnie zabić... 
- Zamilcz! - warknął Karl i zduszonym głosem dodał: -

Nie wracajmy do tego! Skończyłem z Raiją. 

- A więc taka jest ta twoja miłość na wieki? - ciągnął Rei­

jo. - Wystarczyło dziecko innego mężczyzny, żeby zabić tę 

background image

płomienną miłość, wielką i nieporównywalną z niczym mi­
łość Karla Elvejorda! - Rei'o świadomie prowokował przyja­
ciela, przychodziło mu to zresztą bez trudu. - Szkoda, że tak 
późno się dowiaduję, ile są warte twoje uczucia, Karl! Pomy­
śleć, że byłeś gotów mnie zabić, żeby tylko ją zdobyć. 

Reijo zaśmiał się ironicznie, ale w jego śmiechu nie sły­

chać było radości. 

Karl wciąż milczał. 
- Zapewniałeś też, że jesteś gotów dla niej umrzeć! Umie­

rać jest łatwo - mówił dalej Reijo. - Podobno to przynosi ho­
nor i sławę! O wiele trudniej jednak stawić czoło urągliwym 

szyderstwom i plotkom. Poddać swą miłość próbie. Kochać 
mogą tylko żywi, Karl. Martwi nie kochają... 

Przerwał na chwilę, a potem podjął na nowo tym samym 

ostrym tonem: 

- Chciałeś jej dać gwiazdkę z nieba, prawda, Karl? Piękne 

suknie i nie wiem co jeszcze. Chciałeś, żeby wszyscy zoba­
czyli, jaki z ciebie wielki pan. Chciałeś pokazać im, jakie 
szczęście spotkało Raiję, że mogła poślubić Karla Elvejorda... 

Tak, Raija miała dostać wszystko, o czym zamarzy... 

Zawiesił głos, a ponieważ Karl nadal nie reagował, chwy­

cił go za ramiona i mocno nim potrząsnął. Oczy zapłonęły 
mu zielonkawym blaskiem. Przebił się przez mrok i spoj­
rzał wprost w błękitne oczy Karla. 

- Na razie ani ty, ani ja nie znaleźliśmy bogactwa. Ty jed­

nak masz teraz szansę ofiarować Raiji coś cenniejszego niż 
całe złoto świata. Ludzie może nie będą patrzeć na ciebie 

z podziwem i zachwycać się, jakim to jesteś mężczyzną, ale 
czy to ważne? Spójrz prawdzie w oczy! Raija nie marzy 
o pięknych sukniach. Jeśli naprawdę ją kochasz, zachowaj się 
jak dorosły mężczyzna i uznaj to dziecko za swoje! Nie od­
trącaj jej, nie zasłużyła na to! Nic nie mogła na to poradzić... 
tak samo jak ty nic nie poradzisz na to, że ją pokochałeś... -
Reijo uśmiechnął się smutno i dodał: - Ja także nic na to nie 
poradzę, że ciągle tyle dla mnie znaczy. 

background image

- Ty oczywiście na moim miejscu tak właśnie byś postą­

pił? - Karl popatrzył wyzywająco na przyjaciela. 

- A żebyś wiedział! - odrzekł Reijo bez namysłu i zaraz 

dodał: - Jeśli ty ją zawiedziesz, Karl, to bądź pewien, że ja 
tego nie uczynię. Powiem wszystkim, którzy zechcą posłu­
chać, że to moje dziecko. 

- Nie zrobisz tego! 
Reijo tylko uśmiechnął się na te słowa, a Karl zrozumiał 

nagle, że dotąd nie miał nawet pojęcia, jak szlachetnym czło­
wiekiem jest jego przyjaciel. 

- Chcesz się przekonać? - zapytał cicho Reijo. - Myślisz, 

że bałbym się narazić na szwank naszą przyjaźń? A może 
kocham Raiję tak bardzo, że dla niej gotów jestem poświę­
cić nawet przyjaźń z tobą? Może to właśnie z miłości do 
niej pozwoliłem, by została twoją żoną, bo wydawało mi się, 
że z nas dwóch ty możesz jej więcej ofiarować? Mogłem 
próbować ją zdobyć, ale nie zrobiłem tego. Nie mów mi, 
Karl, że moja ofiara była daremna! Nie mów, że się tak co 
do ciebie pomyliłem! 

- Nie potrafię - jęknął Karl zgnębiony. - Nie potrafię! Wie­

dzieć, że to jego dziecko... że Raija cały czas myśli o nim... 

Reijo położył mu dłoń na ramieniu i powiedział spokoj­

nie: 

- Przecież wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy, że nie kocha żad­

nego z nas, dlatego z takim zapałem o nią walczyliśmy. Mie­
liśmy równe szanse, Karl... I obaj byliśmy tego świadomi. 

- Teraz to zrozumiałem, ale on... Jak to możliwe, że tyle 

dla niej znaczy... Nie pojmuję... 

- Łączy ich miłość silniejsza niż moja i twoja razem wzię­

te. Czy nie rozumiesz, że inni też potrafią mocno kochać? 
Że ona także jest zdolna do wielkiego uczucia? 

Karl otarł dłonią twarz. Słowa przyjaciela wcale go nie 

pocieszyły. Bronił Raiji z takim przekonaniem. Reijo nadal 
ją kochał, nic się nie zmieniło. Ale to przecież on, Karl, był 
jej mężem! 

background image

- Jaki on jest? - zapytał. - Rozmawiałeś z nim. Jaki jest? 
Reijo ukucnął i oparł się o ścianę szopy. W jaki sposób 

ma powiedzieć najlepszemu przyjacielowi, że mężczyzna, 
który spłodził dziecko z jego żoną, jest wspaniałym człowie­
kiem? myślał z ciężkim sercem. 

- Spodobał mi się. Myśl sobie, co chcesz, ale polubiłem 

go. A jego uczucia do Raiji były piękne i prawdziwe. Kochał 
ją równie mocno jak ty... 

- A więc wiedziałeś o wszystkim? - Karl odwrócił się 

gwałtownie do Reijo, a na jego twarzy malowało się bole­
sne niedowierzanie. - Też mi przyjaciel! Wygląda na to, że 
wszyscy, którym ufałem, oszukali mnie. 

- Posłuchaj, Karl... - Reijo pociągnął przyjaciela, żeby przy­

kucnął obok. - To, co zdarzyło się między Raiją i Mikkalem, 
stało się bez niczyjego błogosławieństwa. Nie wiedziałem 
o tym, co zaszło, ale nie sposób było nie dostrzec, że coś ich 
łączy. Coś więcej niż przyjaźń. Rozstali się, ponieważ uznali, 
że tak będzie najlepiej. I Raija wyszła za ciebie. Od tej pory nie 
uczyniła niczego, co mógłbyś poczytać jej za zdradę. Zacho­

wywała się tak, jak przystało na dobrą żonę... 

- Poza tym, że urodziła dziecko tamtego mężczyzny -

uśmiechnął się pogardliwie Karl. 

- A może miała pozbyć się tego dziecka? Są przecież spo­

soby, no wiesz... 

- Przenigdy! Raija nie jest z tych... - przeraził się Karl. 
- Nie rozumiem cię! - Reijo uśmiechnął się cierpko. -

Uważasz, że nie powinna pozbywać się dziecka, ale równo­
cześnie nie powinna go urodzić. Doprawdy, trudno ci do­
godzić. 

- Wiesz, o co mi chodzi! 
- To zależy, jaki z ciebie mężczyzna! - Reijo podparł bro­

dę. - Czy stać cię na taki gest, na jaki on się zdobył... 

- Nie kręć! Jaki gest? O co ci chodzi? 
Reijo wzruszył ramionami. 
- Pozwolił jej odejść. Musiało go to wiele kosztować. Du-

background image

żo więcej niż ciebie kosztowałoby uznanie tego maleństwa 
za swoje. Wbrew pozorom masz więcej niż on. 

-Tak? 
- Pewnie nigdy nie przyszło ci do głowy - ciągnął Reijo 

- jak wielu marzy, by znaleźć się na twoim miejscu. To ty 
masz wszystko, czego Mikkal i ja pragnęliśmy najbardziej! 
Czego kiedykolwiek moglibyśmy zapragnąć... 

- Wcale nie - wydusił Karl przez zaciśnięte zęby. - Raija 

o nim myśli, urodziła jego dziecko! 

- Jesteś jej mężem. - Słowa Reijo, choć kryło się w nich 

cierpienie, zabrzmiały nad wyraz miękko. - Nie sądzisz, że 
on ci zazdrości? A dziecko jest twoje, nigdy nie pozna inne­
go ojca. Nawet się nie dowie, że ma innego ojca, Karl. Raija 
już cię więcej nie zdradzi. Teraz wszystko zależy od ciebie, 
albo ją odtrącisz, albo zostaniesz najszczęśliwszym mężczy­
zną w całej Ruiji. 

Karl poczuł się żałośnie. W porównaniu z przyjacielem 

wydał się sam sobie niedojrzałym szczeniakiem. Reijo był 

jego rówieśnikiem, a mówił o trudnych sprawach z taką 
pewnością. Jego sytuacja przerosła. Może gdyby chodziło 
o kogoś innego, radziłby to samo. Wybaczyć. Łatwo powie­
dzieć! Karl nie był pewien, czy okaże się na tyle dojrzały, 
by sprostać wyzwaniu. 

- Ty powinieneś zostać jej mężem, Reijo... 
- Prawda - potwierdził przyjaciel, usiłując zdobyć się na 

żartobliwy ton. 

Żaden z nich się jednak nie roześmiał. 
- Strasznie jest być tym drugim i przez cały czas mieć 

świadomość, że się jest porównywanym do kogoś, komu nie 
dorasta się do pięt. 

- Raiji nigdy nie przyszłoby do głowy, by was ze sobą po­

równywać - zaprotestował Reijo. - A ty, Karl, wcale nie 
przestałeś jej kochać. Nie potrafisz kłamać! 

Karl zwiesił głowę i wyglądał, jakby przybyło mu lat. 
- Masz rację - rzekł w końcu. - Nadal ją kocham. 

background image

Kiedy Karl wrócił do chaty, zastał tam jeszcze rodziców. 

Matka, obrzuciwszy go spojrzeniem, którego nie potrafił 
zrozumieć, rzekła: 

- Musisz zachować się jak dorosły mężczyzna, Karl. Sy­

tuacja Raiji i tak już jest dość skomplikowana. 

Karl przełknął ślinę. 
Ojciec milczał, ale chłopak czuł, że i on na swój sposób pro­

si go, by dobrze wszystko przemyślał. Rodzice nie odsunęli się 
od Raiji. Widzieli i zrozumieli, co się stało, ale nie potępili jej. 
To jej dawali swoje wsparcie, a jeśli zaszłaby taka potrzeba, go­
towi byli nawet odwrócić się od własnego syna. 

- Jeśli nie opuścisz głowy, ludzkie gadanie nie będzie mia­

ło żadnego znaczenia - odezwał się w końcu ojciec. 

- Gadanie? - Karl wyprostował się, a gdy popatrzył na 

rodziców, jego błękitne oczy zalśniły radością. Uśmiechając 
się szeroko, powtórzył głośno: - Jakie gadanie? Chyba nikt 
nie będzie miał nam za złe, że pofolgowaliśmy uczuciom, 
nim pastor zdążył nas pobłogosławić? 

- Chłopak jest dorosły! - stwierdził Kristian, wstając 

z miejsca. Wytarł rękę o spodnie i podał ją synowi, mówiąc: 
- Pozwól, że twój stary ojciec pogratuluje ci pięknej córki! 

- Dziękuję! 
Karl zdobył się na uśmiech, kątem oka dostrzegając, że 

matka ociera ukradkiem łzy. 

Gdyby odtrącił Raiję, zraniłby również rodziców. 
Karl pozwolił się wyściskać matce. 

- Teraz jestem z ciebie naprawdę dumna, synu - szepnę­

ła mu do ucha, wzruszona i szczęśliwa. Jej pokryty zmar­
szczkami policzek był mokry od łez. 

- Damy sobie radę! - powiedział Karl i ostrożnie uwolnił 

się z ciepłych objęć matki. - Jesteśmy teraz rodziną. Praw­
dziwą rodziną. 

Odczekał, aż rodzice wyjdą, i dopiero potem ośmielił się 

otworzyć drzwi, które dzieliły go od Raiji. 

Maleństwo leżało w kołysce, którą sam zrobił. Karl powo-

background image

li podszedł do śpiącej dziewczynki, czując na sobie niespokoj­
ny wzrok żony. Nie chciał jej jednak jeszcze nic mówić, nie 
był gotowy. Najpierw musi sprostać próbie. Pochylił się nad 
córeczką Raiji. Jakaż ona była mała i bezradna! 

Jej miękkie, krągłe wargi były wierną kopią zmysłowych 

ust żony. A jaką miała czuprynkę! Zawsze mu się wydawa­
ło, że główkę noworodka przykrywa parę zaledwie kosmy­
ków, tymczasem to dziecko miało długie czarne włosy. 
Ośmielił się dotknąć ich palcem. Były miękkie jak puch. 
Przełknął ślinę. 

Oczywiście, że dostrzegał też obce rysy. Kości policzkowe 

były bardziej wystające niż kości policzkowe Raiji, nos także 
miał inny kształt, a oczy stanowiły przedziwną mieszankę brą­
zowych roziskrzonych oczu Raiji i miodowych oczu Mikkala. 

To dziecko wstrząsnęło całym jego bezpiecznym światem. 

Karl wyprostował się, nie mogąc oderwać wzroku od ma­

leńkiej śpiącej dziewczynki, która poruszyła w nim najczul­
sze struny. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Nie pojmo­
wał, jak mógł przez chwilę nienawidzić tego dziecka. 

- Jest piękna - powiedział łamiącym się ze wzruszenia gło­

sem, nadal nie patrząc w stronę Raiji. - Jak chcesz ją nazwać? 

- Marja - odpowiedziała Raija. - Moja matka tak miała 

na imię. 

Karl poczuł przez moment chłód w sercu, ale usiadł na 

krawędzi łóżka. 

Raija, choć leżała taka drobna i blada, nie była już zagu­

bioną bezradną dziewczynką. Promieniała niespotykaną 
urodą. Zrozumiał nagle, dlaczego inni ją kochają, ale to wca­
le nie pomagało mu pogodzić się z jej zdradą. Była jego żo­
ną, czy nie może jej mieć tylko dla siebie? 

- Nie chcę nic wiedzieć - rzekł szybko. - Nic oprócz jed­

nego: Powiesz mu? 

- Nie - odpowiedziała bez wahania. 
- Czy mogę być jej ojcem? - spytał, wstrzymując oddech. 
- Chcesz nas? 

background image

- Niczego bardziej nie pragnę - zapewnił gorliwie, chwy­

tając ją za ręce. 

- Nie będziesz żałował - wyszeptała Rai ja z powagą. -

Nigdy cię nie zawiodę. 

Tego wieczoru Karl zasnął jako najszczęśliwszy człowiek 

w Ruiji. 

Raija zaś długo leżała, wpatrując się w gęsty mrok. 
- Być może tak właśnie miało się stać - szepnęła bezgłoś­

nie i wydawało jej się, że czuje zapach dymu w jurcie Ełle. 
- Karl nie jest złym człowiekiem. Może to właśnie miałaś na 
myśli, Elle, kiedy mówiłaś o szczęściu? 

Twarz staruszki zniknęła, a w jej miejsce pojawiła się in­

na. Otoczona aureolą czarnych włosów twarz o ostrych ry­
sach. Oczy w kolorze miodu spoglądały na nią ze smutkiem. 

- Przecież mnie nie chciałeś! - Raija układała wargi w sło­

wa, ale żaden dźwięk nie wydobywał się z jej ust. 

Zamknęła oczy, ale obraz nie zniknął. 
- Zostawiłeś mnie, zawiodłeś. Ja też potrzebuję kogoś, przy 

kim będę bezpieczna. Kogoś, kto będzie przy mnie napraw­
dę, a nie dzielił ze mną jedynie marzenia i gwiazdy na niebie... 

- Czy to jest szczęście? - usłyszała głos znikąd. - Czy to 

jest szczęście, o które ma walczyć Raija Alatalo? 

Dziewczyna nie znała odpowiedzi. Miała ją wyjawić 

przyszłość.