background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

POD POLARNĄ ZORZĄ 

 

SAGA CÓRKA MORZA XIII 

 
Rozdział 1 
 
 

Najmłodsze  dziecko  obudziło  się,  gdy  skrzynka  stuknęła  o  podłogę.  Elizabeth 

zauważyła  kątem  oka,  że  matka  usiłuje  uciszyć  płaczące  niemowlę.  Sama  pośpieszyła  do 
łóżka, w którym leżał Christem. Położyła mu chłodną dłoń na czole. 
 

- Boże jedyny, jakiż on rozpalony! – szepnęła, spoglądając na matkę. 

 

Kobieta  nic  nie  odrzekła,  tylko  kołysała  dziecko  i  nuciła  psalm.  Elizabeth  nie  mogła 

odróżnić słów, które zlewały się w jednio. 
 

Lęk  ścisnął  ją  za  serce.  Rozejrzała  się  dyskretnie.  Pozostałe  dzieci  stały  dokoła  i  z 

poważnymi minami wpatrywały się w nią ciekawie. Buzie miały brudne, włosy splątane. Na 
jednej  z  dziewczynek  rozpoznała  dawną  sukienkę  Marii.  Niegdyś  biały  kołnierzyk  teraz  był 
ciemnoszary z brudu. 
 

W  kącie  izby  leżał  gospodarz.  Jego  zdrowe  oko  śledziło  ją  ze złością,  ale  on  też  nie 

powiedział ani słowa. Elizabeth odniosła wrażenie, jakby cała izba wstrzymała oddech. 
 

Wzięła ściereczkę i zanurzyła ją w wiadrze wody stojącym na ławie. Ostrożnie otarła 

czoło Christena i zdjęła z niego wełniany koc. W piersiach chłopca świszczało i gulgotało za 
każdym razem, gdy wciągał powietrze. 
 

Zmoczyła ściereczkę na nowo. 

 

- Zapalenie płuc – szepnęła do siebie i zadrżała. Zapalenie płuc… Każdy wiedział, jak 

bardzo jest niebezpieczne i jak małe są szanse wyzdrowienia, jeśli potrwa dłużej. Zwróciła się 
do najstarszej dziewczynki: 
 

-  Biegnij  do  Dalsrud  i  poproś  Marię,  żeby  poszukała  moich  ziół.  Powiedz  jej,  że  to 

zapalenie płuc. Ona będzie wiedziała, które ci dać. Zapamiętasz? 
 

Dziewczynka skinęła  głową, włożyła płaszcz i wybiegła.  Do izby wtargnął podmuch 

zimnego  powietrza,  a  wraz  z  nim  kłąb  śniegu,  który  osiadł  cienką  warstwą  zaraz  przy 
drzwiach. Płacz niemowlęcia ucichł. Elizabeth zwróciła się do matki: 
 

- Jak to się stało? 

 

-  Christem  wszędzie  biegał  –  odpowiedziała  kobieta  z  rezygnacja.  –  Szukał  pracy  i 

prosił  o  jedzenie.  Mówił,  że  szedł  przez  głęboki  śnieg  i  wpadł  do  rzeki.  Następnego  dnia 
zachorował. 
 

Zamilkła i zapatrzyła się przed siebie pustym wzrokiem. 

 

- Czy Christem niedługo umrze? – odezwał się cienki głosik. 

 

Elizabeth zerknęła na chudą dziewczynkę, która wcześniej otworzyła jej drzwi. Oczy 

w wymizerowanej twarzyczce patrzyły na nią z błaganiem. 
 

-  Zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  żeby  nadal  mógł  być  z  wami  –  odparła. 

Przypomniała sobie o zapasach, które przyniosła. – Zajrzycie do skrzynki i częstujcie się tym, 
co przyniosłam. 
 

Usłyszała  dźwięk  otwieranego  wieka  skrzyni.  Dzieci  nie  wydawały  się  tak 

zainteresowane  darami  jak  ostatnim  razem,  mimo  że  z  pewnością  były  również  głodne. 
Zapewne rozumiały powagę sytuacji. 

background image

 

2

 

Najważniejsze,  żeby  miały  jedzenie  i  ciepłe  ubrania,  pomyślała  Elizabeth.  Spojrzała 

na Christena. Była mocno zaniepokojona. Gorączka nie spadała pomimo często zmienianych 
okładów na czole chłopca.  
 

Czas wlókł się niemiłosiernie. 

 

Nagle dosłyszała, co mruczy pod nosem matka dzieci: 

 

-  …  niech  się  zaopiekuje  naszym  Christenem…  Lepiej  mu  będzie  u  Boga  Ojca  w 

niebie… 
 

Elizabeth nie chciała dalej słuchać. Chociaż wielu ludzi pocieszało się, że ich chorym 

dzieciom  będzie  lepiej  w  Królestwie  Niebieskim,  jej  wydawało  się  to  niesprawiedliwe. 
Dlaczego Bóg nie pozwalał niewinnym istotom żyć razem z rodzicami? Jaki jest sens dawać 
ż

ycie, żeby zaraz je odebrać? 

 

Zimny powiew znów wpadł do izby. Elizabeth wstała. 

 

- Czy te są dobre? – spytała zdyszana najstarsza dziewczynka, wyciągając w jej stronę 

dwa płócienne woreczki. Musiała biec, pomyślała Elizabeth i szybko zerknęła do środka. 
 

- Tak, dziękuje ci. 

 

Uśmiechnęła się przelotnie do dziewczynki i wstawiła wodę na napar. Płacz ściskał jej 

gardło:  czuła,  że  gdyby  dała  mu  ujście,  nie  potrafiłaby  przestać.  A  gdyby  się  teraz  poddała, 
straciłaby wszelką nadzieję, myślała, sypiąc suszone zioła na wodę. Niektóre poszły od razu 
na dno, inne pływały przez jakiś czas na powierzchni, zanim wystarczająco nasiąkły płynem. 
Wymieszała i czekała, aż napar ostygnie. Potrząsnęła lekko chłopce, 
 

- Słyszysz mnie, Christianie? Masz tu lekarstwo. Wypij, to ci szybko pomoże. 

 

Chłopiec  zamrugał  powiekami  i  blady  uśmiech  przebiegł  mu  po  twarzy.  Poruszył 

wargami, jakby chciał coś powiedzieć, ale mu się nie udało. 
 

- Połknij – poprosiła Elizabeth, podsuwając mu łyżkę z naparem. 

 

Posłusznie  wypił  wszystko.  i  nagle  dostał  ostrego  ataku  kaszlu,  który  dobywał  się  z 

głębi jego chudego ciała, niemal je rozrywając. Gdy napad minął, wymęczony Christem opadł 
na posłanie. Elizabeth dostrzegła przybrudzony pled używany na łodzi. Gospodarzowi pewnie 
i  tak  się  teraz  nie  przyda.  Zwinęła  go  w  rulon  i  podłożyła  pod  poduszkę.  Poczuła  na  sobie 
pytające spojrzenie kobiety, więc wyjaśniła: 
 

- Tak będzie łatwiej oddychać i mniej kaszlał. 

 

Kobieta  pokiwała  głową.  odłożyła  niemowlę  i  siedziała  ze  splecionymi  dłońmi. 

Elizabeth  nagle  rozpoznała  psalm,  który  tamta  nuciła.  Był  to  psalm  często  śpiewny  na 
pogrzebach. Przeszedł ją dreszcz. 
 
 

Po upływie godziny lub dwóch Elizabeth westchnęła i odwróciła się do kobiety. 

 

- Gorączka nie spada, przynajmniej ja tego nie czuję. Trzeba sprowadzić lekarza. 

 

Kobieta zaśmiała się ponuro. 

 

- Czyżby tu doktor przyjechał! Chyba wierzy pani w cuda… 

 

Elizabeth wiedziała, że kobieta ma rację, ale postanowiła się nie poddawać. Spojrzała 

na najstarszą dziewczynkę. 
 

- Zmieniaj okłady na czole brata  dawaj mu napar do picia. Ja idę po doktora. 

 

Pośpiesznie włożyła płaszcz u wyszła na zewnątrz. Koń nadstawił uszu i zarżał cicho, 

gdy ją poznał. Wydawało się, że rozumie, czego od niego oczekuje, bo zarzucił niecierpliwie 
głową. 
 

- Biedaku, musisz tak tu stać i marznąc – powiedziała pieszczotliwie. – No, ale teraz 

pokaż, co potrafisz! 
 

Koń  ruszył  szybkim  kłusem  przez  wieś.  Śnieg  nadal  sypał.  Ludzie  schodzili  jej  z 

drogi,  niektórzy  ją  pozdrawiali,  lecz  ona  nie  miała  czasu  odpowiadać.  Oślepiały  ją  łzy.  Nie 
wiedziała, czy wyciska je wiatr i śnieg, czy myśli o Christenie. Otarła je szybko. 

background image

 

3

 

Zaskoczyła  ją  choroba  chłopca.  Nie  zdążyła  powiedzieć  jego  matce,  że  zamierzała 

wziąć go ze sobą do Dalsrud. No cóż, musi z tym poczekać, aż chłopiec wyzdrowieje. 
 

W domu lekarza świeciło się w wielu oknach. Elizabeth zeskoczyła z sań. Zauważyła, 

ż

e  koń  ma  pianę  na  pysku.  Biegł  tak  szybko,  jakby  rozumiał,  że  mały  chłopiec  potrzebuje 

pomocy – pomyślała, idąc w stronę drzwi wejściowych. 
 

Zapukała. Otworzyła jej służąca. 

 

- Doktor w domu? – spytała niecierpliwie. 

 

- Nie, nie ma go. Wyjechał, nie wiedziała pani? 

 

Elizabeth zmartwiła się. 

 

-  Wyjechał?  –  powtórzyła  zdumiona.  –  Dokąd?  Przecież  nie  mógł  tak  po  prostu 

wyjechać.  Ludzie  chorują  i  potrzebują  go!  –  Zamilkła,  a  służąca  chciała  się  wycofać.  – 
Poczekaj! Daleko wyjechał? Kiedy wróci? 
 

-  jest  w  Danii.  –  Dziewczyna  zerknęła  szybko  przez  ramię,  jakby  chciała  sprawdzić, 

czy nikt ich nie podsłuchuje. – Mogę spytać, czy to ktoś z pani bliskich jest chory? 
 

Powietrze uszło z Elizabeth. 

 

-  Nie,  to  jedno  z  dzieci  komorników,  Christem.  –  Elizabeth  czuła  na  sobie  uważne 

spojrzenie służącej. – Kiedy wróci? – spytała ponownie. 
 

- Nie wiem. Mówią, że może nie wróci w ogóle i przyjedzie ktoś nowy. 

 

Elizabeth  nie  wierzyła  własnym  uszom.  Chciała,  żeby  dziewczyna  powtórzyła,  że 

lekarz  naprawdę  wyjechał,  ale  się  powstrzymała.  Podziękowała,  odwróciła  się  i  ciężkimi 
krokami zeszła ze schodów. Doktor wyjechał i pewnie nie wróci. Co ma teraz począć? 
 

Dopiero gdy wsiadła do sań, usłyszała odgłos zamykanych drzwi. Cmoknęła na konia. 

Pozwoliła mu teraz iść stępa, bo już nie miała po co się spieszyć. Okropna prawda, że doktor 
wyjechał,  poraziła  ją.  Był  dla  niej  ostatnią  deską  ratunku.  Liczyła,  że  da  Christenowi 
lekarstwo, które go uzdrowi. 
 

Nagle przypomniała sobie, jak jej matka leżała chora. Jakob zapłacił lekarzowi, ale nic 

się  już  nie  dało  zrobić.  A  więc  bywa  i  tak,  że  trzeba  złożyć  los  w  rękach  Boga.  To  On 
decyduje o życiu i śmierci. I o tym, komu się uda, a kto przegra. 
 

Klasnęła lejcami i koń przeszedł w kłus. Lekarstwo doktora z pewnością było lepsze 

od jej ziół, ale ona się nie podda. Poczuła, że wracają jej siły. Zrobi wszystko, żeby Christem 
wyzdrowiał. Miała zioła i odzyskaną nadzieję. 
 
 

Wróciła  do  chaty,  gdzie  sytuacja  wydawała  się  niewiele  zmieniona.  Najstarsza 

dziewczynka wstała. 
 

- Robiłam tak, jak pani kazała. Chyba jest mu trochę lepiej – powiedziała. 

 

- A więc uczony pan nie chciał przyjechać – stwierdziła matka cierpko. Wiedziała, że 

dziecko  biednych  komorników  nic  nie  znaczy  dla  lekarza,  i  to  było  dla  niej  tylko 
potwierdzeniem. 
 

- Doktor jest w Danii – odparła Elizabeth ostrym tonem. 

 

- Ani doktor, ani pani nic tu nie pomożecie – odparła kobieta z rezygnacją. – To On, 

tam  na  górze,  decyduje  o  życiu  i  śmierci  –  kobieta  niemal  dokładnie  powtórzyła  to,  co 
myślała wcześniej Elizabeth. – Wszystko w rękach Boga. 
 

Elizabeth  nie  miała  sił  na  rozmowę.  Zresztą  cóż  mogłaby  powiedzieć?  Jeśli  Bóg 

zdecyduje się zabrać do siebie dziecko, po prosto to robi. Nie pyta nikogo, a już na pewno nie 
zrozpaczoną matkę. 
 

Z  ociąganiem  podeszła  do  łóżka  Christena  i  dotknęła  jego  czoła  i  policzków. 

Dziewczynka miała rację: gorączka chyba rzeczywiście nieco opadła. Elizabeth odetchnęła z 
ulgą. To mógł być dobry znak. 
 

W  izbie  zapadła  cisza.  Elizabeth  zajmowała  się  Christenem,  matka  mamrotała  swój 

psalm,  a  dzieci  szeptały  ostrożnie  między  sobą.  Wreszcie  Elizabeth  skończyła  i  z  trudem 

background image

 

4

wyprostowała  plecy.  Czuła  ból  w  karku,  jakby  usadowił  się  tam  smutek,  który  wzbudzał  w 
niej widok chorego chłopca. 
 

- Musze jechać do domu – oznajmiła. – Wygląda na to, ze jest lekka poprawa. Dbaj o 

niego tak, jak ci mówiłam, a będzie dobrze – poleciła najstarszej dziewczynce. 
 

Nikt  się  nie  odezwał,  wszyscy  tylko  na  nią  patrzyli.  Uderzyło  ją,  żeby  były  to 

spojrzenia puste, bez nadziei czy wiary. Pewnie uważali, że jej słowa są nieszczere; że to, co 
mówi, to jedynie czcze pocieszenie. Zastanowiła się, co jeszcze mogłaby im powiedzieć, ale 
nic nie przyszło jej do głowy. Owinęła się szalem, włożyła rękawiczki i pożegnała się cicho. 
 

Na zewnątrz było już ciemno. mórz kłuł ją w nos, gdy jechała do domu. Koń nadstawił 

uszu i przyspieszył, gdy w oddali dostrzegł zarysy gospodarstwa. 
 

Na  niebie  pojawiła  się  zorza  polarna  –  świetliste  żółte,  zielone  i  niebieskie  pasma. 

Zupełnie, jakby Bóg malował je szerokimi pociągnięciami pędzla, pomyślała Elizabeth. 
 
Rozdział 2 
 
 

Lampy  naftowe  rzucały  przez  okna  złością  poświatę  na  ciche  podwórze.  Elizabeth 

zerknęła  do  środka.  Helene  śmiała  się  z  czegoś,  co  opowiadał  Lars,  Ane  zaś  siedziała, 
pochylona nad książką.  żadne z nich nie zauważyło jej powrotu.  Zeskoczyła z sań i zaczęła 
wyprzęgać  konia.  Uprząż  była  zmrożona,  więc  musiała  chuchnąć  w  dłonie,  żeby  sobie 
poradzić.  Przez  chwilę miała  ochotę  zawołać  o  pomoc,  ale  zmieniła  zdanie.  Chciała  jeszcze 
przez  chwilę  być  sama.  musiała  zebrać  siły,  żeby  przekazać  im,  co  się  stało,  jak  bardzo  się 
tym martwi, i odpowiedzieć na ich pytania. 
 

Koń zarżał cicho do stojących w oborze zwierząt i pieszczotliwie szturchnął pyskiem 

klacz. Elizabeth zaśmiała się, włożyła mu do żłobu spore naręcze siana, po czym wzięła się 
do  szorowania  go  wiechciem  słomy  i  czyszczenia  kopyt  z  lodu  i  śniegu.  Jej  ruchy  były 
zdecydowane, niemal gwałtowne. Wreszcie zatrzymała się, objęła konia za szyję i przytuliła 
do niego policzek. Jego znajomy zapach działał na nią kojąco. Jak się teraz czuje Christem? 
Czy gorączka nadal opada? Czy kaszle? Czy siostra pamięta, żeby dać mu resztę naparu? 
 

Podmuch zimnego powietrza przebiegł po ziemi i ogier przesunął się nieco. Elizabeth 

podniosła oczy i uśmiechnęła się na widok Kirstiana. 
 

- Zauważyłem, że przyjechałaś. Podniosłem letnią wodę dla konia – powiedział i podał 

jej wiadro. 
 

- Dziękuję. 

 

-  Wiem  od  Marii,  że  było  tu  jedno  z  dzieci  komorników  po  zioła,  bo  zachorował 

Christem. 
 

- Tak, to zapalenie płuc. – Nawinęła na palec pasmo sztywnej, czarnej grzywy konia, 

zanim  znów  spojrzała  na  męża,  który  patrzył  na  nią  wyczekująco.  –  Dałam  mu  napar  na 
obniżanie gorączki. 
 

-  Chodź  do  mnie.  –  Wyciągnął  do  niej  ramiona.  Miał  rozpiętą  kurtkę  i  na  policzku 

poczuła  szorstkość  wełnianego  swetra.  –  To  musiało  być  dla  ciebie  trudne  –  stwierdził, 
obejmując ją mocniej. 
 

Coś ścisnęło ją za gardło. Nie mogła wykrztusić słowa. Wreszcie zebrała się w sobie i 

uwolniła się z objęć. 
 

- Idziemy do domu? Marznę – powiedziała. 

 

Weszli do kuchni, gdy domownicy kończyli właśnie kolacje. Oczy wszystkich zawisły 

na Elizabeth. Pierwsza odezwała się Ane: 
 

- Ale cię długo nie było! Co z Christianem? 

 

- Zapalenie płuc. – Miała już dość powtarzania tego samego, ale wiedziała, że musi to 

zrobić. – Trochę mu było lepiej, gdy odjeżdżałam. 

background image

 

5

 

Opadła ciężko na krzesło i zaczęła rozsznurowywać buty. Lina zaraz zabrała je razem 

z  płaszczem.  Elizabeth  chciała  zaprotestować,  powiedzieć,  że  sama  to  zrobi,  ale  nagle 
opuściły  ją  siły.  Najchętniej  położyłaby  się  i  zasnęła,  żeby  odsunąć  od  siebie  zmartwienie  i 
pamięć brzydkiego kaszlu Christena. Jego odgłos wciąż tkwił w jej głowie. 
 

- No, to niedługo wyzdrowieje – orzekła Ane stanowczo, kiwając głową. 

 

- Miejmy nadzieję – westchnęła Elizabeth. 

 

- A co z doktorem? – spytała Lina od drzwi, gdy zawiesiła już płaszcz w sieni. 

 

- Wyjechał do Danii. 

 

Elizabeth zauważyła, że Lina i Helene wymieniły spojrzenia. 

 

- Czy ja czegoś nie wiem? – zapytała. 

 

- Małe garnki też mają uszy – mruknęła Helene, wyciągając talerz. 

 

-  To  o  mnie  mowa!  –  zirytowała  się  Ane.  –  Nigdy  nie  zdradzacie  mi  żadnych 

tajemnic! 
 

-  Proszę!  –  Helene  postawiła  na  stole  talerz  z  owsianką.  Elizabeth  spojrzała  na 

jedzenie  i  stwierdziła,  że  wcale  nie  jest  głodna.  Mimo  to  wzięła  łyżkę  i  zaczęła  jeść.  W 
połowie posiłku zerknęła na Ane, która niemal zasypiała, z głową na stole. 
 

- Mario, połóż ją, proszę. 

 

Nikt  nie  zadawał  jej  pytań,  póki  jadła,  i  była  im  za  to  wdzięczna.  Po  chwili  Lars 

wyszedł  do  swojej    chaty  parobka.  Elizabeth  spojrzała  za  nim  przez  okno.  Tam  miał  też 
sypiać Christem. Przygotowała mu już nawet baranicę na posłanie i poszewkę, które czekały 
w tkalni.  

 

 

Kristian wstał. 

 

- Chodź, przejdziemy do salonu. 

 

Elizabeth  posłuchała.  W  kominku  płonął  ogień.  Odsunęła  się  na  leżącą  przed  nim 

niedźwiedzią skórę i oparła głowę o poręcz fotela. Słyszała, że Kristian coś przygotowuje za 
jej plecami, ale nie miała siły sprawdzić, co to takiego.  
 

- Proszę – powiedział, podając jej kieliszek czerwonego wina. 

 

- No, nie wiem – mruknęła, ale przyjęła trunek. 

 

- Dobrze ci zrobi – zapewnił mąż zdecydowanie i usiadł obok niej. – Pij. 

 

Wypiła kilka łyków. 

 

- No, na pewno zaśniesz – stwierdził z uśmiechem. 

 

Chwilę siedzieli w milczeniu, wreszcie odezwała się Elizabeth: 

 

-  Powinieneś  tam  pojechać  i  sam  zobaczyć,  jak  oni  żyją.  Matka  chłopca  siedziała 

tylko, kołysała najmłodsze dziecko i mamrotała psalmy. Jedno z rodzeństwa powiedziało, że 
Christem niedługo pójdzie do nieba. Jakby to było coś zupełnie zwyczajnego i oczywistego… 
 

Mąż  przysunął  się  i  otoczył  ją  ramionami.  Elizabeth  oparła  się  o  niego  z 

wdzięcznością.  Dobrze  było  tak  siedzieć,  czując  ciepło  jego  ciała,  ciepło  ognia  i 
rozgrzewające działanie wina. Kristian ponownie napełnił jej kieliszek i wypiła jeszcze kilka 
łyków. 
 

-  Tam  jest  tak  brudno  i…  -  Szukała  właściwych  słów  na  odmalowanie  tego,  co 

widziała, ale to było za trudne. Jakby słowa spiętrzyły się nagle i czekały, żeby je spokojnie 
poukładała. 
 

Pocałował ją we włosy. 

 

- Gdy Christem wyzdrowieje, przyjdzie tu do nas. nie będzie już tak żył. 

 

- A co z pozostałymi dziećmi? 

 

- Nie możemy wziąć wszystkich do siebie. Będziemy im pomagać tam, na miejscu. 

 

Nic  nie  odparła.  Czuła  się  niewypowiedzianie  zmęczona.  Nagle  przypomniała  sobie 

spojrzenia, które wymieniły Lina i Helene. 
 

- Wiesz, dlaczego doktor wyjechał? 

background image

 

6

 

-  Podobno  miał  romans  z  mężatką  –  zaśmiał  się  Kristian.  –  Ale  nie  trzeba  słuchać 

plotek. 
 

- Z kimś wioski? – spytała zaciekawiona. Jej myśli od razu pobiegły innym torem. 

 

-  Tego  nie  wiem.  Mam  nadzieję,  ze  to  tylko  plotki  i  że  on  pozostanie  we  wsi.  Co 

zrobimy bez lekarza? 
 

Elizabeth  ziewnęła  przeciągle  i  tylko  pokręciła  głową.  wstała  powoli.  Zachwiała  się 

lekko, lecz mąż w porę ją podtrzymał. 
 

- Ojej! Może rzeczywiście za dużo wypiłaś – roześmiał się znacząco. 

 

- To twoja wina – zachichotała. Czuła się lekka i rozgrzana. – Chodź na górę. 

 

Odstawiła kieliszek na stół, objęła go w pasie i tak weszli po schodach. 

 

- Chyba dziś zasnę w ubraniu – powiedziała, padając na łóżko. 

 

-  Ja  tak  nie  uważam  –  oznajmił  Kristian,  siadając  obok  niej.  Powoli  zaczął  odpinać 

guziki jej spódnicy. 
 

-  Nie  trzeba,  jestem  zmęczona  –  mruknęła  bez  przekonania,  zamykając  oczy.  –  Nie 

szkodzi, że spódnica, się wygniecie… 
 

Nie odpowiedział, więc zerknęła na niego. Uśmiechał się kącikiem ust i nie przestawał 

rozpinać  spódnicy.  Kiedy  skończył  i  zsunął  ją,  Elizabeth,  nagle  zawstydzona,  chciała  się 
przykryć. Mąż przytrzymał jej dłonie. 

 

 

- Leż spokojnie – nakazał szeptem, ściągając jej pończochy. 

 

Chwilę  później  leżeli  na  podłodze.  Gdy  zsunął  jej  także  halkę,  Elizabeth  poczuła 

iskrzącą słodycz, wypełniającą całe ciało. Sutki ściągnęły się, ale bynajmniej nie z zimna, bo 
Helene zadbała, żeby w sypialni było ciepło. 
 

Domyślała  się,  że  Kristian  się  rozbiera,  nie  przestając  jej  pieścić.  W  końcu  jednak 

musiał  ją  puścić  by  zdjąć  ostatnią  część  odzieży.  Elizabeth,  z  lekko  rozsuniętymi  nogami, 
leżała i patrzyła na swego mężczyznę. Lampa na nocnym stoliku rzucała snop światła na jego 
silne  ciało,  płaski  brzuch,  klatkę  piersiową  pokrytą  ciemnymi,  kręconymi  włosami, 
schodzącymi pasmem w dół brzucha. 
 

- Chodź! – wyszeptała i przyciągnęła go do siebie. 

Czuła  jego  naprężoną  męskość  na  swoim  brzuchu,  lecz  on  tylko  delikatnie  ją  całował  po 
czole, oczach i ustach. 
 

- Moja kochana Elizabeth – szeptał, obejmując jej twarz swoimi dużymi dłońmi. 

 

Zamknęła  oczy,  przyjmując  czułe  słowa  i  pocałunki.  Jego  bliskość  dobrze  jej  robiła. 

Ś

wiadomość, ze zawsze przy niej będzie, że zawsze będzie ją wspierał, pocieszał i pomagał, 

sprawiła, że zarzuciła mu ręce na szyję i mocno się do niego przytuliła.  Gdyby tylko mogła 
odpowiedzieć mu tym samym, pomyślała.  
 

Chwilę później wsunął się w nią powoli. Aż zakręciło jej się w głowie… 

 

Spojrzała mu w oczy. 

 

- Dziękuję, że cię mam, Kristianie – wyszeptała. 

 
Rozdział 3 
 
 

Andreas próbował dotrzymać kroku strażnikom. Zaklął, gdy jeden z nich wykręcił mu 

ramię daleko na plecy. 
 

- Chcesz mi złamać rękę?! – krzyknął. 

 

- Byłoby dobrze – usłyszał bezlitosną odpowiedź. 

 

Nadbiegł jeszcze jeden mężczyzna. 

 

- Dostałem klucz do piwnicy. Mam go tam zamknąć – wydyszał. 

 

Zaciągnęli Andreasa na nadmorską stronę domu. 

background image

 

7

Pod schodkami prowadzącymi do głównego wejścia były małe drzwi. Wepchnęli go przez nie 
do  środka  i  doprowadzili  aż  do  ostatniego  pomieszczenia.  Chyba  kiedyś  składowano  tam 
wódkę, bo w oknie były kraty zabezpieczające przed włamaniem. 
 

Popchnęli go na kamienną podłogę. Andreas upadł i poczuł, że obtarł sobie rękę. 

 

-  Tu  sobie  posiedzisz,  aż  lensman  cię  zabierze  do  Kabelvaag  –  powiedział  jeden  z 

mężczyzn i splunął w jego stronę. Nie trafił, lecz niewiele brakowało. 
 

- Ale ja nic nie zrobiłem! – zawołał Andreas. Jego słowa zabrzmiały głucho w pustym 

pomieszczeniu. Żaden z mężczyzn nie odpowiedział, jedynie któryś prychnął pogardliwie. Po 
chwili wyszli, zatrzaskując za sobą ciężkie drzwi. 
 

Został  sam.  powoli  wstał  i  rozsmarował  obolałe  ramiona.  Z  trudem  dostrzegł,  że  nie 

było  tu  nic,  na  czym  mógłby  usiąść.  W  pomieszczeniu  panowało  przenikliwe  zimno  i  czuć 
było stęchlizną. Andreas zaczął szybko chodzić od ściany do ściany. Wiedział, że musi jednak 
najdłużej zatrzymać ciepło w ciele, choć z pewnością zimno i tak go dopadnie. 
 

Na szczęście jest kara śmierci – powiedział jeden ze strażników. 

 

- Ale ja jestem niewinny – wyszeptał Andreas. Niewinny! Słowo to słabo zabrzmiało 

w  jego  umyśle.  Iluż  niewinnych  straciło  głowę  pod  toporem?  Z  pewnością  więcej,  niż 
przypuszczał. Słyszał o takich przypadkach, ale nigdy nie dawał im wiary. Teraz wiedział już, 
ż

e mogły być prawdziwe. 

 

Narastała  w  nim  rozpacz.  Podszedł  do  okna.  Było  umieszczone  wysoko  w  grubym 

murze.  Dostrzegł  skraj  spódnicy  i  chodaki  przechodzącej  obok  służącej,  mignęły  mu  długie 
buty,  z  drewnianymi  obcasami,  ktoś,  kto  zapewne  szedł  do  gospody  po  tytoń.  Wyciągnął 
szyję i zauważył nawet zarys oficyny dla służby. 
 

Chciał  wołać  o  pomoc,  ale  zrozumiał,  że  nic  to  nie  da.  Nikt  mu  teraz  nie  pomoże.  I 

nikt nie uwierzy, że kowala trafiło końskie kopyto. 
 

Osunął  się  po  ścianie,  podciągnął  kolana  i  ukrył  twarz  w  dłoniach.  Gdzież  jest  ten 

przeklęty  lensman?  Chciał  już  mu  wszystko  opowiedzieć  i  mieć  to  za  sobą.  Może  lensman 
zrozumie, że to był wypadek? Ale rozsądek podpowiadał mu, że rozmowa z władzami mogła 
tylko szybciej doprowadzić go na szafot. 
 

- Ojcze nasz, któryś jest w niebie… 

 

Nie, nie mógł się teraz modlić. Przeciągnął dłonią po brodzie. Wyczuł bliznę, która nie 

chciała zarosnąć włosami. Biegła od skroni do kącika ust. Kiedyś wstydził się jej i uważał, że 
go  szpeci.  Zaśmiał  się  głucho.  Gdyby  wtedy  wiedział,  czym  są  prawdziwe  zmartwienia, 
cieszyłby się życiem i żył tak, jakby każdy dzień miał być jego ostatnim. Teraz może zostało 
mu ich już tylko kilka? Czas uciekał minuta po minucie. 
 

Powoli  tracił  czucie  w  stopach.  Oby  tylko  nie  zachorował!  Zaraz  się  jednak  musiał 

zaśmiać. Jakie to miało znaczenie? Przecież i tak miał umrzeć… Najpierw przetrzymają go w 
areszcie w Kabelvaag, pewnie o chlebie i wodzie, a potem przewiozą na miejsce kaźni i… 
 

Ta myśl go sparaliżowała. Z trudem wstał i znów zaczął szybko chodzić od ściany do 

ś

ciany. Nie pomogło to zbytnio, więc zaczął jeszcze zabijać ręce. 

 

Jak długo już tu siedzi? Dlaczego to tyle trwa? 

Ktoś  chyba  mówił,  że  lensman  jest  z  wizytą  u  właściciela  osady.  Jeżeli  tak,  powinien  już 
dawno  wrócić.  Nagle  uderzyła  go  straszna  myśl:  a  jeśli  o  nim  zapomnieli?  Ile  jeszcze 
przyjdzie mu tu siedzieć, zanim sobie o nim przypomną? Ile dni może przeżyć bez jedzenia i 
picia? A może i tak wcześniej zamarznie? 
 

Opuścił  ramiona.  Oczywiście,  nie  zapomną,  że  mają  mordercę  w  piwnicy.  Będą  go 

trzymać  dopóty,  dopóki  nie  zmięknie  i  nie  przyzna  się  do  wszystkiego  przedstawicielom 
władzy. Słyszał o ludziach, którzy byli byle tylko wyjść z ciemnicy i dostać coś do jedzenia. 
Tak nisko może upaść człowiek, jeśli zostanie wystarczająco udręczony. 
 

Wpatrzył  się  w  sklepie.  Jaki  to  pokój  mógł  być  nad  nim?  Może  lensman  siedzi  tam 

teraz  i  przesłuchuje  ludzi,  którzy  byli  świadkami  zdarzenia?  Może  tego  wysokiego,  co  żuł 

background image

 

8

tytoń? O, ten mógł nałgać, ile wlezie. Andreas kopnął w ścianę. Sama myśl o tym człowieku 
wprawiała go we wściekłość. Odetchnął głęboko i zaklął brzydko. 
 

Nie  powinienem  przeklinać,  bo  może  niedługo  stanę  przed  Stwórcą,  pomyślał  nagle. 

Ale pewnie i tak późno na takie myśli. Za późno, żeby prosić o wybaczenie za całe grzeszne 
ż

ycie. 

 

Całe  życie,  powtórzył  w  myśli.  Gdyby  tylko  mógł  sobie  przypomnieć,  co  przeżył 

przez  te  lata!  Nawet  nie  wiedział,  ile  ma  lat,  skąd  pochodzi  ani  jak  się  nazywa!  Nie  miał 
przeszłości, nie miał dzieciństwa ani młodości. Znał jedynie swoje życie z Laviną i obecne w 
Kabelvaag. 
 

Ale jeśli ujdę stąd z życiem, pomyślał, pozostała mi tylko jedna rzecz do zrobienia. 

 

Od razu poczuł się niezwykle zmęczony, jakby postanowił dokonać czegoś ogromnie 

trudnego  i  ciężkiego.  Najmniej  podjął  decyzję.  Jeśli  wyjdzie  cało,  dochowa  obietnicy,  którą 
złożył samemu sobie. 
 

Nagle nastąpił na coś miękkiego. Pochylił się, żeby zobaczyć, co takiego, i odkrył, że 

są  to  worki.  przeniósł  je  do  kąta,  w  którym  było  najbardziej  sucho.  Położył  się  na  nich  i 
podciągnął  kolana  pod  brodę,  żeby  mu  było  cieplej.  Podjął  postanowienie!  Złożył  dłonie  i 
zaczął modlić się w duchu. … Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i 
na ziemi… Amen. 
 

Poczuł,  że  pogodził  się  z  Bogiem.  Ogarnął  go  spokój.  Wymęczony  i  udręczony, 

zasnął. 
 

Miał sny pełne przedziwnych wizji. Miała rozpuszczone włosy i bose stopy. Było lato, 

zieleniła  się  łąka  i  pachniała  słodko.  Słońce  oświetlało  jasne  włosy  kobiety.  Jej  szczupłe 
ramiona  okrywał  czarny  jedwabny  szal.  Wreszcie  unosiła  go  nad  głową,  a  promienie 
słoneczne prześwietliły tkaninę i sza; zabłysnął czarno i granatowo, zupełnie jak morze… 
 

Drgnął i się obudził. Skrzywił się i wstał. Był przemarznięty do szpiku kości, obolały i 

zesztywniały. Jak długo spał? 
 

P[od  oknem  usłyszał  bawiące  się  dzieci.  Uchwycił  się  krat,  z  trudem  podciągnął, 

zapukał w szybę i zawołał: 
 

- Hej, chodźcie no tu! 

 

Dziewczynka wpatrzyła się w niego szeroko otwartymi, wybuchła płaczem i ucichła. 

pozostałe dzieci pobiegły za nią i zapadła cisza. 
 

Andreas usiadł powoli pod ścianą i westchnął. Dzieci oczywiście nie miały pojęcia, co 

się  tu  dzieje.  Która  mogła  być  godzina?  Burczało  mu  w  brzuchu.  Nie  jadł  od  wielu  godzin. 
Nagle usłyszał głosy pod oknem i zerwał się na równe nogi. Kiedy się podciągnął, zobaczył 
dwóch mężczyzn znikających za rogiem domu. Zabrzęczały klucze. Dobiegł go kobiecy głos, 
któremu odpowiedział męski. Potem usłyszał tupanie i skrzypnięcie jakichś drzwi. 
 

Ciężko  oddychał;  w  uszach  czuł,  jak  wali  mu  puls.  Ktoś  przekręcił  klucz.  Drzwi  się 

otworzyły i do pomieszczenia wszedł lensman. 
 

Andreas miał tysiąc pytań na końcu języka, ale milczał, i tylko patrzył wyczekująco na 

przedstawiciela prawa. zaraz usłyszy wyrok. 
 

Za lensman stał potężnie zbudowany mężczyzna. Pewnie któryś z jego ludzi, pomyślał 

Andreas. Przy drzwiach zobaczył służącą, która pewnie otworzyła im drzwi. 
 

Lensman odchrząknął. 

 

- Przykro mi, że musiał pan tak długo czekać – zaczął. 

 

Andreas  nie  był  pewien,  czy  dobrze  usłyszał.  Czy  lensman  naprawdę  nazywał  go 

panem i przepraszał? 
Czy coś się stało? Nadzieje zakiełkowała w jego sercu.  
 

- Doktor zbadał kowala. Żyje, lecz jest poważnie ranny. 

background image

 

9

 

On żyje, żyje! – zaśpiewało coś w duszy Andreasa. Jego słowa od razu stała się lekka, 

choć  natychmiast  pojawiła  się  kolejna  myśl:  nadal  mógł  być  oskarżony  o  usiłowanie 
morderstwa. Nie powinien cieszyć się za wcześnie. 
 

- To był koń! 

 

Czy  to  on  powiedział?  Jego  głos  zabrzmiał  ochryple,  jakby  nie  używał  go  od  wielu 

dni. 
 

- Wiem. – Lensman pokiwał głową. – Doktor to potwierdził. 

 

Przez chwilę wszystko zwariowało przed oczami Andreasa. Kolana się pod nim ugięły 

i musiał oprzeć się o ścianę. Zaśmiał się, najpierw cicho, potem coraz głośniej. 
 

-  Proszę  pana  lensmana  o  wybaczenie  –  wykrztusił.  –  Ale  tak  się  cieszę!  Zupełnie, 

jakbym dostał Zycie w podarunku. Tak, i ja, i kowal. Wielkie dzięki, dobry Boże! 
 

- Pan Wolff zaprasza na poczęstunek. Wie, że musi pan być przemarznięty i głodny. 

 

-  Proszę  pana  lesnamna  o  podziękowanie  panu  Wolffowi,  ale  chciałbym  pójść  do 

domu. Potrzebuję czasu na przemyślenia. 
 

-  Tak,  oczywiście.  –  Lensman  odkaszlnął  i  zerknął  na  towarzysza.  –  Chyba  nie 

potrzebujemy dodatkowych zeznań? Koń stanął dęba i kopnął kowala głowę, czy tak? 
 

- Tak. Tak właśnie było – potwierdził Andreas stanowczo. – Trzymałem go za uzdę, 

ale on nagle stanął dęba. Był zdenerwowany jeszcze wtedy, gdy przyszli ludzie. 
 

- No właśnie. W takim razie jest pan wolny. 

 

Lensman cofnął się o krok i przepuścił go. 

 

Głowę  Andreasa  przepełniały  przeróżne  skłębione  myśli.  Zupełnie,  jakby  nie  mógł 

wybudzić  się  ze  snu.  Gdy  wyszedł  na  zewnątrz,  wyciągnął  głęboko  zimowe  powietrze  i 
powoli  je  wypuścił.  Śnieg  leżał  niczym  aksamitny  dywan.  Było  pięknie.  Miał  wrażenie,  że 
piękniejszego  widoku  nigdy  wcześniej  nie  widział.  Nad  brzegiem  morza  kroczyła  mewa. 
Zatrzymała się i spojrzała na niego okiem okrągłym jak guzik, po czym rozpostarła skrzydła i 
odleciała na wysepkę. 
 

- Dobrze jest żyć! – powiedział Andreas do służącej, która zamykała za nimi drzwi. 

 

Pokiwała  głową,  uśmiechnęła  się  nieśmiało  i  pospieszyła  do  swoich  spraw.  Andreas 

patrzył za nią chwilę, a następnie zwrócił się do lensmana: 
 

- Czy mogę pana o coś spytać? 

 

- Oczywiście. 

 

- Skąd doktor wiedział, że kowala uderzyło kopyto? 

 

-  Sądzę,  że  rozpoznał  to  po  ranie.  Widywał  już  takie  wcześniej.  Widywał  już  takie 

wcześniej.  Poza  tym  znalazł  nawóz  w  ranie.  Stwierdził,  że  gwoździe  w  podkowie  były 
krzywo wbite i sprawiły koniowi ból. 
 

- Mam nadzieję, że kowal z tego wyjdzie. 

 

- Na pewno. 

 

Pożegnali się i Andreas ruszył w stronę łodzi. Nagle zaczęło mu się spieszyć. Chciał 

wykorzystać  każdą  minutę  dnia.  Pragnął  jak  najszybciej  znaleźć  się  w  domu.  Miał  tyle  do 
przemyślenia. I tyle do zrobienia. 
 
 

Elizabeth zgarnęła trochę śniegu do wiadra i wyprostowała plecy. Chyba wystarczy do 

wyszorowania  podłogi  w  kuchni,  uznała,  mrużąc  oczy  przed  nisko  wiszącym  słońcem.  Fale 
pluskały leniwie w oblodzone kamienie, unosząc pęk wodorostów niczym splatane brązowe 
włosy. 
 

Mewa  zaskrzeczała  nad  jej  głową  i  zaraz  odpowiedziała  jej  inna.  W  fiordzie  stała 

łódka. Chyba ktoś zarzuca sieci, pomyślała, schylając się po wiadro. Boże dzieło jest piękne i 
daje pokój duszy, ale jeśli ma zdążyć z pracą, nie może tak stać i marznąć… 

background image

 

10

 

Bez pośpiechu poszła w stronę domu. Za spiżarnią usłyszała głos Ane. Na pewno bawi 

się z kotem, pomyślała, zastanawiając się, czy ma ją zawołać. Porzuciła jednak tę myśl. Życie 
składa się nie tylko z pracy, zwłaszcza dla dzieci. 
 

Odstawiła wiadro w sieni. Z kuchni dochodził zapach pieczenia i przypraw. Elizabeth 

wciągnęła nosem powietrze i wsadziła palec w wyrobione ciasto. Smaczne! 
 

Helene plasnęła ją po dłoni. 

 

- Teraz wiem, po kim dziecko jest takim łasuchem! – skarciła ją, zabierając misę, ale 

w jej oczach migały wesołe iskierki. 
 

Elizabeth  zaśmiała  się  i  usiadła  przy  stole.  Czasem  Helene  piekła  ciasteczka  na 

niedzielę lub niespodziewane wizyty. Smakowity zapach sprawił, że ślina napłynęła jej do ust 
i postanowiła spróbować ciastek, gdy się upieką. 
 

Do kuchni weszła Maria z naręczem ubrań. 

 

- Część trzeba naprawić, a część tylko uprasować – wyjaśniła. 

 

Elizabeth  przysunęła  sobie  koszyczek  z  przyborami  do  szycia.  Znalazła  koszulę 

Kristiana z naderwanym kołnierzem i zaczęła szyć  drobnym, ledwo zauważalnym ściegiem. 
Nie  powinien  się  wstydzić  swojego  ubrania,  pomyślała,  choć  dobrze  wiedziała,  że  mąż  nie 
zwróci  najmniejszej  uwagi  na  tom  czy  ścieg  będzie  prosty,  czy  krzywy.  Mężczyźni  nie 
dostrzegają  takich  rzeczy,  ale  gdyby  ktoś  krzywo  wbił  gwóźdź,  szybko  by  to  poprawili. 
Dziwne,  że  widzą  jakiś  krzywo  wbity  gwóźdź,  a  nie  zauważają  przestawienia  mebli  czy 
skarpet zacerowanych niewłaściwym kolorem. 
 

Drzwi kuchni ponownie się otworzyły i weszła Ane, uśmiechnięta i zarumieniona. 

 

- Cóż takiego zmajstrowałaś? – spytała Elizabeth, odrywając wzrok od szycia. 

 

- Odgarnęła śnieg! 

 

-  Boże  jedyny,  a  ja  myślałam,  że  się  bawisz.  Nastaw  wodę  na  kawę,  a  potem 

pomożesz mi w szyciu. Bo umiesz przyszywać guziki, prawda? 
 

- Widziałam dziwną panią na dworze – oznajmiła Ane, rozstawiając filiżanki i spodki. 

 

Elizabeth ukłuła się w palec i musiała wyssać krew. 

 

- Jaką panią? – zapytała w końcu. 

 

Ane wzruszyła ramionami i podeszła do czajnika. 

 

- Czego chciała? – dopytywała matka. – Mówiła coś? 

 

- Nie. stała tylko i patrzyła na mnie. 

 

- Jest tam jeszcze? – Elizabeth podniosła się, żeby wyjrzeć przez okno. 

 

-  Nie,  już  dawno  poszła.  –  Ane  zdjęła  czajnik  z  ognia,  więc  Lina  szybko  do  niej 

podbiegła, obawiając się, że dziewczynka może się poparzyć. 
 

- Ma jeszcze przyjść? – spytała służąca. 

 

-  Możliwe.  –  Teraz  musze  iść  na  strych  po  guziki,  skoro  mam  pomagać  –  odparła 

wesoło Ane i uciekła.  
 

Elizabeth siedziała, to otwierając, to zamykając usta, ale nie mogła wykrztusić słowa. 

 

- Nie martw się – powiedziała Lina. – Ona pewnie wymyśliła sobie tę panią. 

 

-  Wymyśliła?  Skądże!  –  Elizabeth  gwałtownym  ruchem  odrzuciła  od  siebie  koszulę. 

Przecież Ane nigdy nie zmyślała. 
 

- To nic złego – dodała Lina. – Moje rodzeństwo tak robiło. I ja też, jak byłam mała. 

Kiedy  pracowałam  sama,  dobrze  było  z  kimś  porozmawiać,  więc  wymyśliłam  sobie 
przyjaciółkę. 
 

Elizabeth napotkała spojrzenie Marii. Siostra uśmiechnęła się i pokiwała głową. 

 

- Tak, ja też stwarzałam sobie w wyobraźni przyjaciół – przyznała. – Byli najlepsi na 

ś

wiecie, bo zawsze tacy, jakich chciałam. 

 

Zaśmiała się i zaczęła nalewać kawę do filiżanek. 

 

Elizabeth nie odezwała się, ale jej ścieg nie był już tak drobny jak wcześniej. 

 

background image

 

11

Rozdział 4 
 
 

Elizabeth  drżała,  myjąc  się  w  zimnej  wodzie.  Zaczęła  wciągać  czarne  wełniane 

pończochy. 
 

- Wcześnie wstajesz – dobiegł ją senny głos Kristiana. 

 

Elizabeth włożyła spódnicę i zaczęła zapinać guziki w pasie. 

 

- Tak. Źle spałam tej nocy. 

 

- Męczyła cię myśl o Christenie? 

 

Pokiwała  głową  i  powoli  rozplotła  warkocz,  który  rozczochrał  się  w  nocy.  Wzięła 

grzebień z toaletki i zaczęła rozczesywać swoje długie włosy, szarpiąc je niecierpliwie. 
 

-  Wszystko  będzie  dobrze,  Elizabeth.  W  każdym  razie  nie  możesz  teraz  nic  zrobić. 

Pozostaje ci tylko czekać. 
 

Przestała  czesać  włosy  i  zapaliła  lampę.  Nie  zrobiła  tego  wcześniej,  żeby  nie  budzić 

Kristiana. Mąż ciężko pracuje, więc musi się wysypiać. 
 

-  Nie  tylko  to  mnie  dręczy  –  westchnęła.  –  Tylu  jest  biednych  ludzi  w  okolicy.  Bez 

ciepłych ubrań i jedzenia łatwo chorują. A nawet umierają z głodu! Matki nie mają pokarmu 
dla niemowląt. – Głos ją zawiódł, odchrząknęła i zamilkła na chwilę. Zaczęła na nowo splatać 
warkocz, chociaż nie rozczesała dokładnie włosów. 
 

- I tak nie uratujesz wszystkich, Elizabeth – powiedział Kristian łagodnym głosem, w 

którym wyczuła Butkę rezygnacji. 
 

Mąż  wiedział,  że  ona  wszystko  bierze  do  siebie.  Czasami  jednak  irytowała  się,  że 

zawsze potrafił ją przejrzeć. Odwróciła się do niego. 
 

- Wiem. I dlatego chcę porozmawiać z kimś, kto może coś dla nich zrobić. 

 

-  Dokąd  jedziesz?  –  zapytał  nieco  ostrzejszym  tonem,  gdy  Elizabeth  doszła  już  do 

drzwi. 
 

- Do lensmanowej! 

 
 

Wieś tego przedpołudnia wydawała się senna. Elizabeth siedziała w saniach i błądziła 

wzrokiem po okolicy. Pozwoliła, by koń szedł własnym tempem, żeby mieć czas na ułożenie 
planu  działania.  Z  doświadczenia  wiedziała,  że  kobiety  takie  jak  żona  lensmana  można 
podejść  sposobem.  Wzięła  ze  sobą  próbki  wełny  ufarbowanej  na  różne  kolory.  Chciała 
pokazać je lensmanowej, a gdyby tamta okazała zainteresowanie, mogłaby zaproponować, że 
coś dla niej ufarbuje, potem zaś skierować rozmowę na temat ubogich. Może razem wymyślą, 
jak im pomóc. 
 

Zmrużyła  oczy.  Coś  poruszyło  się  przed  nią  na  drodze.  W  szarym  świetle 

przedpołudnia widziała niewyraźnie. Czy to jakieś zwierzę? W każdym razie coś brązowego. 
 

Nagle  zesztywniała  i  wyprostowała  plecy.  To  był  Mikkel!  Niektórzy  twierdzili,  że 

pochodzi  z  mieszanej  rodziny  norewsko-fińskiej.  Inni  utrzymywali,  że  to  czystej  krwi 
Lapończyk. Elizabeth było wszystko jedno, kim i skąd jest, byle nie miała z nim do czynienia. 
Spotkała  go  ledwie  kilka  razy  i  za  każdym  razem  jego  małe,  świdrujące  oczy  wiewiórki 
sprawiały,  że  zimny  dreszcz  przechodził  jej  po  plecach.  Było  w  nim  coś  takiego,  czego  nie 
rozumiała. 
 

Mikkel mieszkał w ziemiance w górach. Podobno żył z kłusownictwa na renifery i z 

ż

ebrania  po  wsiach.  Dawno  nie  był  w  ich  okolicy,  lecz  opowieści  o  nim  przybywały  przed 

nim. 
 

Mówiono,  że  rzucał  urok  na  tych,  którzy  mu  się  narazili.  Wielu  ludziom  padały 

zdrowe  zwierzęta,  innych  nagle  zaczynały  boleć  plecy,  a  jeszcze  inni  cierpieli  na  żołądek. 
Elizabeth  nie  mogła  powiedzieć,  żeby  rzucił  urok  na  kogoś  z  Dalsrud,  ale  wolała  uważać. 
Wiedziała, że pomiędzy niebem a ziemią są rzeczy, o których nie mamy pojęcia. Mikkel był 

background image

 

12

kimś, kto widział człowieka na wskroś, i w ten sposób wchodził w posiadanie jego tajemnic. 
Elizabeth zadrżała.  
 

Mikkel  stał  na  skraju  konia  za  wodze.  Zwykle  w  takiej  sytuacji  zwierzę  by  się 

przestraszyło, gdyż nie lubiło obcych, tym razem jednak zarżało cicho, jakby spotkało starego 
znajomego. 
 

- Ona sobie jeździ – odezwał się Mikkel swoim śpiewanym językiem. 

 

Elizabeth objęła wzrokiem niewysokiego mężczyznę. Miał na sobie skórzane spodnie, 

skórzane łapcie kumagi i czarną wełnianą kurtkę. Musiał ją gdzieś wyżebrać, pomyślała. Był 
przepasany  skórzanym  pasem.  Czapka  z  klapkami  na  uszy  ukrywała  większość  sztywnych 
czarnych  włosów.  Jego  twarz  była  poraniona  głębokimi  zmarszczkami,  śladami  życia  w 
ciężkich warunkach. 
 

- Tak, mam parę spraw do załatwienia i dlatego się spieszę – powiedziała sztywno, z 

nadzieję, że Mikkel puści ją bez zbędnego gadania. 
 

Mężczyzna  wpatrywał  się  w  nią,  gładząc  konia  po  grzbiecie.  Elizabeth  z  trudem 

zmusiła  się,  by  nie  uciec  spojrzeniem.  Ten  człowiek  wzbudzał  w  niej  niepokój.  A  jeśli 
naprawdę potrafił odczytywać tajemnice innych ludzi? Poczuła, że serce bije jej szybciej. 
 

- Czy ona się mnie boi? – spytał, jakby rzeczywiście czytał w jej myślach. 

 

- Niby dlaczego? – prychnęła. 

 

Zaśmiał się bezgłośnie. 

 

- Bo rzucam urok. 

 

- A masz jakiś powód, żeby rzucić urok na mnie? – Od razu pożałowała tego pytania, 

ale było już za późno. 
 

Mikkel uśmiechnął się zagadkowo, jakby naprawdę znał jej tajemnice i wiedział, jak 

ich użyć przeciwko niej. 
 

- Ona się boi! – stwierdził stanowczo. 

 

- Dość tego! – rzuciła, wstrząsając lejcami i cmoknęła do konia. 

 

Mikkel  odszedł  na  bok,  lecz  koń  się  nie  ruszył  ani  na  cal.  Elizabeth  ponownie 

strzepnęła lejcami i zawołała do klaczy: 
 

- No, wio! Wiśta! 

 

Ale brązowa klaczka ani drgnęła. 

 

Elizabeth  przeszył  dreszcz.  Zaprzęgła  tę  klacz,  bo  była  posłuszna,  a  ogier  miewał 

swoje narowy. Dlaczego klaczka nie chce iść? Zachowuje się, jakby spała albo jakby Mikkel 
ją znieczulił. 
 

Spojrzała w oczy mężczyzny, 

 

- Czego ode mnie chcesz? – spytała cicho. 

 

- Nie może o nim zapomnieć! 

 

- O kim?  

 

- O Jensie. Jest ciągle w jej myślach, w dzień i w nocy, 

 

Elizabeth poczuła zimy dreszcz na plecach. Włoski na karku stanęły jej dęba. 

 

- Jens nie żyje – odparła sztywno, wpatrując się w punkt ponad jego głową. 

 

- Jest tego pewna? 

 

Nie  odpowiedziała,  znów  strzepnęła  lejcami  i  krzyknęła  na  klacz,  z  takim  samym 

skutkiem jak poprzednio. 
 

Mikkel  podszedł  do  konia  i  szepnął  mu  coś  do  ucha.  Zwierzę  zaraz  ruszyło  kłusem, 

wbijając  śnieżny  pył.  Dopiero  gdy  Elizabeth  była  pewna,  że  jest  poza  zasięgiem  wzroku 
Mikkela,  ściągnęła  lejce  i  pochyliła  się,  oddychając  ciężko.  Czy  to  możliwe,  że  rzucił  na 
zwierzę  urok?  Czy  dlatego  klacz  nie  chciała  ruszyć  z  miejsca?  Pokiwała  głową,  bo  to 
wydawało  się  jedynym  wytłumaczeniem.  Ale  zaraz  uderzyła  ją  nowa  myśl:  skąd  Mikkel 
wiedział, że ona nadal myśli o Jensie? Cóż za bzdury! Wstrzymała oddech i wpatrzyła się w 
brązowe uszy konia. 

background image

 

13

 

Tak,  myślała  o  Jensie.  Związane  z  nim  wspomnienia  wciąż  do  nie  powracały  przez 

wszystkie te lata. Skąd jednak Mikkel mógł o tym wiedzieć? Zgadywał? No tak, przecież to 
naturalne, że myśli się o kimś, kto zaginął na morzu… 
 

Mikkel był złym człowiekiem. Elizabeth słyszała, że dużo pije i że częściej jest pijany 

niż trzeźwy. 
 

- Pijackie brednie – powiedziała głośno, lecz sama nie wierzyła w te słowa. 

 

 

 

Gdy wjechała na podwórze, wyszedł jej na spotkanie parobek, złapał konia za uzdę i 

ukłonił się głęboko. 
 

- Czy pani lensmanowa jest w domu? – spytała. 

 

Kiwnął głową. 

 

- Poczekaj jeszcze z wprowadzeniem konia – poprosiła i zeskoczyła z sań. 

 

-Odeszła do drzwi i zapukała. Otworzyła młoda dziewczyna. 

 

-  Dzień  dobry  –  pozdrowiła  ją  Elizabeth.  –  Chciałabym  porozmawiać  z  panią 

lensmanową. 
 

Służąca skinęła głową i odsunęła się na bok. Elizabeth weszła do wąskiego korytarza. 

Po prawej stronie było dwoje drzwi, po lewej jedne, a w głębi znajdowały się schody wiodące 
na piętro. Sądząc po odgłosach, któreś drzwi prowadziły do kuchni. 
 

Pokojówka zniknęła i za chwile  przyprowadziła gospodynię. 

 

- Dzień dobry, Elizabeth. A więc to pani przyjechała! Rzadki gość. 

 

- Tak, ja… przywiozłam trochę wełny… - Elizabeth czuła się jeszcze niewyraźnie po 

spotkaniu z Mikkelem i nagle zapomniała, co ma powiedzieć. 
 

Lensmanowa uśmiechnęła się szeroko, aż jej podwójny podbródek jeszcze bardziej się 

uwydatnił. 
 

- Proszę nie stać tu w zimnie i wejść do salonu – zaproponowała, po czym zwróciła się 

do służącej: - Powiedz parobkowi, żeby wprowadził konia do stajni, a potem podaj nam kawę 
i ciastka. Tylko nie żadną lurę! To ma być porządna, mocna kawa. No i śmietanka! 
 

Dziewczyna dygnęła kilka razy, jakby niepewna, ile kawy powinna wsypać. 

 

-  Proszę  usiąść.  –  lensmanowa  wskazała  sofę  na  lewo  od  wejścia,  obitą  czerwonym 

aksamitem. Krzesła od kompletu stały po drugiej stronie stołu. 
 

Zanim Elizabeth usiadła, zdjęła płaszcz i chustkę i przełożyła przez poręcz krzesła. W 

białym  okrągłym  piecu  porządnie  napalono.  Spojrzała  przez  pofałdowane  szyby  okna  i 
dostrzegła stojący w ogrodzie pawilon. Zastanawiała się, czy gospodarze go używali, czy też 
postawili jedynie na dowód swojej zamożności. Nie znała nikogo, kto miałby taki pawilon. 
 

- Zamyśliła się pani? 

 

Elizabeth zebrała się w sobie. 

 

-  Nie,  podziwiałabym  tylko  państwa  piękny  pawilon.  –  W  obawie,  że  w  jej  głosie 

można wyczuć kłamstwo, szybko dodała: - Jak mówiłam, wzięłam ze sobą próbki wełny. Już 
wcześniej farbowałam dla pani wełnę, ale teraz uzyskałam nowe kolory 
 

Wyciągnęła małe motki z płóciennego worka i podała gospodyni. 

 

Lensmanowa  obejrzała  je  dokładnie,  ściągając  usta  i  marszcząc  brwi.  Jej  uwagę 

przykuł  zwłaszcza  motek  zielonej  wełny.  Podeszła  z  nim  do  okna,  by  sprawdzić  kolor  w 
ś

wietle dnia. 

 

- Tak, zamówiłabym ten kolor – powiedziała wreszcie. – I może jeszcze ten żółty, no i 

ewentualnie niebieski. 
 

Weszła  służąca  z  dużą  tacą.  Pewnymi  ruchami  postawiła  paterę  z  ciasteczkami, 

filiżankami i spodeczkami z niemal przezroczystej porcelany, srebrną cukiernicę i dzbanuszek 
ze śmietanką. Wyszła, po czym wróciła ze srebrnym dzbankiem kawy. Wszystko odbyło się 
pełnej szacunku cisz. Dygnęła i bezgłośnie i opuściła salon. 
 

- Mają państwo zdolne służące – zauważyła Elizabeth. 

background image

 

14

 

Pani domu kiwnęła głową bez przekonania i nalała kawy. 

 

- Śmietanki? 

 

- Nie, dziękuję. 

 

- Proszę mi teraz opowiedzieć, co słychać w Dalsrud. Dziecko zdrowe, mam nadzieję> 

teraz  w  zimie  tyle  chorób  –  dodała  z  westchnieniem  i  wzięła  ciastko.  –  Niech  się  Opani 
częstuje, Elizabeth. 
 

- Dziękuję. Ale proszę mi mówić po imieniu. Przecież tyle lat się znamy, 

 

Lensmanowa  uśmiechnęła  się,  lecz  jej  uśmiech  nie  dotarł  do  zimnych  niebieskich 

oczu. Elizabeth wzięła ciastko i położyła je na spodeczku. 
 

- Dziękuję, moja rodzina ma się dobrze. ale skoro mówimy o chorobach… - Chciała 

przełamać ciastko na pół, lecz pokruszyło się na drobne kawałeczki. Wzięła jeden do ust, by 
zyskać na czasie. Nagle nie wiedziała, co ma powiedzieć, mimo że ćwiczyła tę przemowę. 
 

- Tak? – Pani domu zerknęła na nią z ciekawością. 

 

- We wsi jest niestety wielu biednych. Ja i Bergette robimy, co w naszej mocy, żeby 

im pomóc, ale to nie wystarcza. 
 

- No tak, to zrozumiałe – oznajmiła gospodyni, biorąc następne ciastko. W kąciku jej 

ust zostało kilka okruchów, lecz zaraz znalazł je czubek różowego języka. 
 

Elizabeth umknęła wzrokiem i odchrząknęła. 

 

-  Rozdajemy  zbędne  ubrania  i  jedzenie.  Nikt  w  Dalsrud  nie  będzie  marzł  czy 

głodował, jeśli podzielimy się z biednymi. Ale to wciąż za mało. Dlatego chciałabym prosić 
panią o pomoc. 
 

Ż

ona lensmana uniosła brwi i spojrzała na nią zdumiona, jakby Elizabeth powiedziała 

coś nieprzyzwoitego. 
 

-  A  jak  ja  niby  miałabym  pomóc?  Mamy  duże  gospodarstwo  z  wieloma  służącymi  i 

parobkami,  którzy  potrzebują  swego.  Uważam,  ze  i  tak  dużo  zrobiłam,  biorąc  ich  pod  swój 
dach. Dostają jedzenie i… Tak, tutaj nikt nie głoduje – powtórzyła. 
 

Elizabeth zrozumiała, że służba nie otrzymuje ti wynagrodzenia, tylko wikt i dach nad 

głową. nie było w tym zresztą nic niezwykłego, wielu tak robiło, ale ona tego nie pochwalała. 
 

- Rozumiem, może jednak choć trochę państwu zostaje? 

 

Spojrzenie niebieskich oczu, otoczonych jasnymi rzęsami, zlodowaciało. 

 

- Chyba jasno się wyraziłam w tej sprawie. 

 

Elizabeth  upiła  łyk  kawy.  Była  mocna,  mocniejsza  nuż  pijali  w  Dalsrud.  Czuła  się 

skarcona niczym dziecko, mimo to podjęła jeszcze jedną próbę. 
 

- Wielu choruje, nie mając ubrań i jedzenia. 

 

-  Każdy  może  zachorować  o  tej  porze  roku,  niezależnie  od  tego,  ile  ma  srebra  w 

kieszeni. 
 

Lensmanowa  zmarszczyła  brwi  i  spojrzała  w  kierunku  drzwi.  Od  strony  kuchni 

dobiegł dziewczęcy śmiech. 
 

- Co one sobie myślą – mruknęła, żując ciastko. Elizabeth wiedziała, ze gdyby nie ona, 

gospodyni ruszyła do kuchni skarcić roześmiane dziewczęta i nakazać ciszę przy pracy. 
 

- Tak, o czym to.. – ciągnęła lensmanowa. – Ach tak, wełna. Mam coś tutaj. – Wstała i 

poczłapała w kierunku dużej skrzyni stojącej w kącie salonu. – Zobaczymy… - Wyjęła kilka 
motków  jasnej  wełny  i  podała  Elizabeth.  –  Możesz  ufarbować  to  na  niebiesko,  żółto  i 
zielono? 
 

Elizabeth pokiwała głową w milczeniu o schowała wełnę do worka. 

 

Następnie  pół  godziny  wlokło  się  w  nieskończoność.  Elizabeth  siedziała  na  brzegu 

sofy,  czekając  na  stosowny  moment  do  wyjścia.  Nic  nie  wskórała.  Lensmanowa  jej  nie 
pomoże, więc wizyta była na próżno. 
 

- Chyba już pójdę – powiedziała wreszcie. 

 

- Tak bardzo się spieszysz? 

background image

 

15

 

- Tak, musze wracać do domu. 

 

- Co się tam dzieje?! – Pani domu przestała przejmować się uprzejmością i ruszyła do 

drzwi. 
 

Zostawiła  je  otwarte,  więc  Elizabeth  dostrzegła  wnętrze  kuchni.  Zesztywniała, 

napotkawszy spojrzenie Mikkela. Jego oczy błyszczały złowrogo. 
 

- Co ty t robisz?! – wrzasnęła lensmanowa na jego widok. – Wynoś się stąd! 

 

Drzwi  się  zamknęły  i  Elizabeth  słyszała  jedynie  głosy.  Pani  domu  krzyczała  na 

służącą, która z płaczem próbowała coś wyjaśnić. 
 

Drżącymi rękami Elizabeth włożyła płaszcz. W drzwiach spotkała gospodynię. 

 

-  No.  Wyrzuciłam  go.  To  jest  wada  kuchennego  wejścia,  że  każdy  włóczęga  może 

tędy wejść. – Założyła ręce na dużym biuście i kręciła głową, aż policzki jej drżały. 
 

Elizabeth  nie  miała  sił  na  komentowanie  zajścia,  pożegnała  się  więc  krótko.  Koń 

powoli szedł do domu, a w jej głowie krążyły smutne myśli. 
 
 

- To już nie zajechałaś do innych gospodarstwie? – spytała Helene następnego dnia. 

 

- Nie, poddałam się. – Elizabeth nie oderwała wzroku od maselnicy, w której ubijała 

masło. – Zresztą Bergette już próbowała bez specjalnego efektu. Ludzie uważają, że wszystko 
jest potrzebne im samym i nie mają nawet odrobiny dla innych. 
 

Helene  prychnęła  i  jeszcze  szybciej  migała  drutami.  Przez  chwilę  milczała,  po  czym 

odezwała się ciszej: 
 

- Taka mnie ogarnia złość, jak myślę o tym! Wiem, co mogłabym im powiedzieć, ale 

wiem też, że pewnie bym się na to nie zdobyła. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się kącikiem ust. 

 

- Ze mną jest tak samo! 

 

Zajrzała  do  maselnicy  i  uznała,  że  praca  się  powiodła.  Masło  było  żółte  i  gładkie. 

Długą kopyścią wyskrobała maselnicę i wprawnymi ruchami przełożyła masło do form. 
 

-  Możemy  tylko  modlić  się  do  Pana  Boga  w  niebie  i  mieć  nadzieję,  ze  jakoś  się 

wszystko ułoży dodała Helene. 
 

Elizabeth  chciała  coś  odpowiedzieć,  ale  jej  wzrok  padł  na  podwórze.  Zobaczyła 

Krystiana  i  Mikkela!  Rozmawiali.  Zadrżała.  Miała  wrażenie,  że  ten  człowiek  ją  śledzi. 
Wciągnęła głęboko powietrze i patrzyła na mężczyzn. 
 

Ledwo  słyszała,  że  Helene  nadal  komentuje  zachowanie  lensmanowej  i  innych 

bogaczy,  którzy  są  zbyt  skąpi,  żeby  pomagać  biednym.  W  gardle  jej  zaschło  i  nie  pomogło 
nawet przełykanie śliny. Co on tu robi? Czego chce od Kristiana? A może to jej szuka? Czy 
naprawdę czyta w jej myślach? 
 

- Na co patrzysz? – Helene zerknęła w okno. – Ech, to ten Mikkel! 

 

-  Tak  –  szepnęła  Elizabeth.  Musiała  odchrząknąć,  zanim  powiedziała:  -  Tak,  to 

Mikkel, i on… Spotkałam go wczoraj. – Zebrała się w sobie i dodała: - Spytał, czy naprawdę 
jestem pewna, że Jens nie żyje. 
 

Helene  opuściła  robótkę  na  kolana.  Nagle  ją  też  ogarnęła  niepewność.  A  może 

faktycznie Mikkel wie coś o Jensie? 
 

- Rozmawiałaś z nim? 

 

- Tak, zatrzymał moją klacz. Nie chciała się ruszyć, dopóki on jej czegoś nie szepnął. 

 

Helene usiłowała się roześmiać, ale jej nie wyszło. Długo patrzyły na sobie. Elizabeth 

zauważyła,  że  przyjaciółka,  która  zwykle  nie  dawała  wiary  sprawom  niewytłumaczalnym, 
teraz wątpiła. 
 

- Nie słuchaj go, Elizabeth – odezwała się w końcu Helene. 

 

- Wiem. Ale ciebie tam nie było. W tym człowieku jest coś, co mnie przeraża. 

 

- Przecież nie tak łatwo cię wystraszyć… 

 

Elizabeth widziała niepewność w oczach Helene o to wzmogło jej niepokój. 

background image

 

16

 

- To prawda, nie jestem strachliwa, ale… 

 

Helene wróciła do robótki, lecz teraz już wolniej poruszała drutami. 

 

-  Z  pewnością  był  pijany.  –  Jej  głos  zyskał  na  pewności.  –  A  każdy  koń  ma  swoje 

narowy.  –  Druty  stukały  znowu  w  zwykłym  tempie.  –  I  to,  co  gadał  o  Jensie…  Phi,  same 
bzdury! Po prostu chciał cię wystraszyć. Ja ci mówię, trzymak się od niego z daleka, kochana. 
 

Elizabeth  pokiwała  głową.  wpatrywała  się  w  Kristiana.  Pożegnał  się  z  Mikkelem  i 

szedł  teraz  w  stronę  domu.  Po  chwili  usłyszały  jego  kroki  w  sieni  i  otworzyły  się  drzwi  do 
kuchni. 
 

- Załatwiłem sobie pomoc do ścinania drzew po Nowym Roku – oznajmił. 

 

- Chyba nie tego Mikkela? A co z Larsem? – Elizabeth nie spodobała się ta nowina. 

 

- On też pójdzie. Musi nas być co najmniej trzech. Ustaliliśmy dzień i zapłatę. 

 

Elizabeth napotkała spojrzenie Helene. Wyczytała w jej oczach to samo.  Najmądrzej 

będzie przemilczeć dziwne spotkanie z Mikkelem. Kristian wyśmiałby ją tylko, a jej obawy 
nazywał zabobonem. 
 

Znów  ujrzała  w  wyobraźni  złowrogie,  ciemne  spojrzenie  Mikkela  i  jego  zagadkowy 

uśmiech. Nie wróżył nic dobrego. 
 
Rozdział 5 
 
 

Elizabeth  nie  mogła  się  zdecydować,  czy  złożyć  ręce  i  pomodlić  się  przed  wejściem 

do  najbiedniejszego  domu  na  Słonecznym  Wzgórzu,  czy  nie.  odchyliła  głowę  i  zmrużyła 
oczy,  patrząc  w  szare  niebo.  zamrugała,  gdy  płatki  śniegu  spadły  na  jej  rzęsy.  Straciła  już 
rachubę, ile razy modliła się za tego chłopca. Jeśli jednak Bóg uważa, że czas Christena na tej 
ziemi się skończył, żadne modlitwy mu nie pomogą. 
 

Nagle  poczuła  przepływ  buntu.  Nie,  nie  może  tak  być!  Bóg  nie  może  być  zły.  I  nie 

może być tak surowy dla niej. 
 

Kilka  lat  temu  sądziła,  że  została  ukarana  za  to,  że  otruła  Leonarda.  Że  za  karę  Bóg 

zabrał jej najbliższych. Ale kiedy dowiedziała się, że Leonard zmarł bo zjadł trujące omułki, 
zrozumiała,  że  wszystko  to  było  dziełem  przypadku.  Pamiętała  wesele  Dorte  i  Jakoba,  gdy 
Kristian  powiedział  jej  o  Leonardzie.  Widział  od  Jakoba,  że  w  butelce,  która  znalazła  na 
parapecie, była tylko woda. A ona sądziła, że to trucizna i że otruła Leonarda po tym, co jej 
zrobił. 
 

Traciła czucie w palcach i nóg. Powinna włożyć większe buty, w których zmieściłyby 

się cieplejsze skarpety, pomyślała, pukając do drzwi. 
 

Christem nadal leżał w łóżku. Elizabeth pochyliła się nad nim. Wydawało się, że jego 

stan się nie zmienił. 
 

- Ciężko oddycha – zauważyła matka chłopca. 

 

- Ale mniej kaszle – stwierdziła jedna z dziewczynek. – To dlatego, że pani zostawiła 

zioła, z których zrobiliśmy napar. 
 

Spojrzała  na  Elizabeth.  Była  tak  podobna  do  brata,  że  Elizabeth  uśmiechnęła  się  do 

niej z sympatia. 
 

-  To  dobrze.  –  Położyła  dłoń  na  czole  chłopca.  Było  ciepłe,  lecz  nie  rozpalone  jak 

wcześniej. Szybko wyjęła z torby nową porcję ziół na świeży napar. 
 

Christem  było  ledwo  przytomny,  gdy  poiła  go  łyżka  po  łyżce,  dopóki  nie  opróżnił 

kubka. Wydawało się, że mu smakuje. Albo pił, bo wiedział, że to dla jego dobra. Bo wierzył, 
ż

e wyzdrowieje. 

 

- Na Wigilie pewnie już będzie zdrowy – powiedziała dziewczynka.  

 

Elizabeth posadziła ją sobie na kolanach i pogładziła delikatnie po policzku. 

 

- Znasz jakieś świąteczne psalmy? 

 

Mała pokręciła główką, patrząc na nią ze zdziwieniem, ale i zaciekawieniem. 

background image

 

17

 

- To cię nauczę. Powtarzaj za mną: Cieszę się każdej Wigilii… 

 

Dziewczynka powtórzyła. 

 

… bo wtedy narodził się Jezus. Gwiazdka świeciła jak słońce… 

 

Powoli  podeszły  do  nich  pozostałe  dzieci.  Dwoje  usiadło  na  łóżku  Christena  i 

zmieniło mu zimne okłady. Wszystkie powtarzały słowa psalmu. 
 

Gdy  Elizabeth  zaśpiewała  w  końcu  cały  utwór,  w  izbie  zapadła  cisza.  Spojrzała  na 

Christena.  Patrzył  na  nią  szeroko  otwartymi  oczami.  Miał  wypieki  na  policzkach,  oczy  mu 
błyszczały gorączką, ale się uśmiechał. 
 

-  To  najpiękniejsza  pieśń,  jaką  słyszałem.  –  Jego  głos  był  ochrypły,  szeptem.  Matka 

zerknęła  znad  niemowlęcia  i  też  się  uśmiechnęła.  Przez  chwilę  na  jej  twarzy  zagościła 
nieśmiała  nadzieje,  lecz  zaraz  znów  utonęła  w  poczuciu  rezygnacji.  Elizabeth  łzy  napłynęły 
do oczu. 
 

- Będę śpiewała ten psalm Christenowi codziennie, to mu się polepszy – postanowiła 

siostrzyczka. 
 

- Wiecie, co kiedyś słyszałam? – Elizabeth otrząsnęła się z ciężkich myśli. – Otóż była 

niegdyś  dziewczynka,  która  nazywała  się  Marie,  i  to  ona  napisała  ten  psalm!  Pewnego  dnia 
siedziała w domu i czekała na tatę, który miał przywieźć gości na Boże Narodzenie. Myślała 
sobie wtedy, że Wigilia jest taka piękna, że musi o tym napisać. 
 

-  Skąd  pani  to  wie?  –  spytał  jeden  ze  starszych  chłopców,  wpatrując  się  w  nią 

niedowierzaniem. 
 

- Nie pamiętam. Tak słyszałam. Kiedy Christem się obudzi, opowiedzcie mu o ty,. – 

Wstała  i  włożyła  płaszcz.  –  Muszę  wracać  do  domu,  ale  zobaczymy  się  w  kościele  w  Boże 
Narodzenie. 
 

- Chyba tak – pokiwała głową matka. – Pewnie pójdą same dzieci. Bo ktoś musi zająć 

się pozostałymi. 
 

Elizabeth  rozumiała  ją.  Miała  chorego  męża,  chorego  syna  i  dziecko  u  piersi.  Nie 

mogła ich zostawić. Kobieta zawsze musi opiekować się innymi, 
 

Zatrzymała  się  przy  drzwiach  i  ogarnęła  ostatnim  spojrzeniem  gromadkę  dzieci  i 

jedzenie,  które  im  przywiozła.  Wydawało  się  go  teraz  tak  mało.  Powinna  była  przywieźć 
więcej… 
 

- Wszystkiego dobrego na święta – rzekła cicho. 

 

Słowa te zabrzmiały niczym szyderstwo i pożałowała, że je wypowiedziała. Odniosła 

jednak wrażenie, że rodzina nie odebrała ich źle. Tak się po prosu mówi. Kobieta uśmiechnęła 
się  do  niej  sztywno  i  Elizabeth  szybko  wyszła.  Dostrzegła,  że  dzieci  machają  do  niej  zza 
zielonkawej pofałdowanej szyby. 
 

- No, to załatwione – oznajmiła Elizabeth dwa dni później. 

 

- Co takiego? – spytała Lina, wycierając kuchenny stół. 

 

Elizabeth  usiadła  na  skrzyni  z  torfem,  ściągnęła  buty,  i  odłożyła  na  brzeg  kuchni 

rękawice do suszenia. 
 

- Twój dodatkowy prezent świąteczny! 

 

-  Dla  mnie?  –  Służąca  odwróciła  się  tak  szybko,  że  jej  jasnorudy  warkocz  plasnął  o 

lewe ramię. 
 

-  Tak.  Jutro  ktoś  płynie  do  Kabelvaag  i  może  cię  wziąć  ze  sobą.  Właśnie  z  nim 

rozmawiałam. 
 

Lina  patrzyła  na  nią  zdezorientowana,  jakby  jeszcze  nie  docierał  do  niej  sens  tych 

słów. 
 

- Czyli że ja… Ale przecież zaraz są święta! 

 

- No właśnie, zaraz są święta. Za trzy dni Wigilia i będziesz mogła spędzić ją razem z 

rodziną i ukochanym. No i co, zamierzasz tak stać? Pakuj się! 

background image

 

18

 

-  Och,  jesteś  najwspanialsza  na  świecie!  –  Lina  złożyła  dłonie  na  piersiach  i  szybko 

mrugała  powiekami,  żeby  rozproszyć  łzy.  –  Dziękuję  bardzo,  Elizabeth!  Dziękuję!  –  Po 
chwili milczenia spytała: - Czy to ci sami ludzie, z którymi płynęłam ostatnio? 
 

Elizabeth  zdjęła  już  wilgotny  płaszcz  i  ogrzewała  plecy  przy  ogniu.  Dobrze  jej  to 

robiło. 
 

- Tak, ci sami. Po Nowym Roku wracają i wtedy możesz się z nimi znów zabrać. 

 

Lina ujęła jej dłoń i ścisnęła, ponownie dziękując lekko ochrypłym głosem. 

 

- Muszę iść się pakować. Albo nie, najpierw powiem Helene. – Zatrzymała się nagle. 

– Ale co powiedzą inni, jeśli ja dostanę tydzień wolnego? 
 

- Onu nie mają dokąd jechać, więc otrzymają trochę dodatkowych pieniędzy. 

 

Lina błysnęła uśmiechem i wybiegła z kuchni. Elizabeth słyszała tupot jej chodaków 

na schodach. 
 

Ogień  zaczął  parzyć  ją  w  plecy,  więc  wstała.  Lina  nie  mogła  pojechać  z  pustymi 

rękami do Kabelvaag. Pójdzie do spiżarni i zobaczy, co może jej dać w prezencie dla rodziny. 
 
 

Nadeszło  Boże  Narodzenie.  W  kuchni  unosił  się  zapach  gotowanego  halibuta, 

ziemniaków i marchwi, a w spiżarni stały pojemniki pełne pysznych świątecznych wypieków. 
 

Dziewczęta i Lars dostali dodatkowe wynagrodzenie z okazji świąt. Dziękowali wiele 

razy, zaskoczeni taką hojnością i możliwościami, które otwierały się przed nimi w sklepiku. 
 

Elizabeth  wyjrzała  przez  okno  na  pokryty  śniegiem  krajobraz.  W  oddali  widziała 

ś

wiatła w oknach chatek komorników. Zrobiła, co w jej mocy, żeby biedni we wsi mieli miłą 

Wigilie, a przynajmniej, żeby się tego wieczora najedli do syta. Ale było  ich zbyt wielu, by 
mogła im pomagać przez dłuższy czas. Jeśli Bóg nie wejrzy na nich łaskawie nie wiadomo, 
co  z  nimi  dalej  będzie.  Bogatsi  gospodarze  nie  poczuwali  się  do  pomocy.  Tyle  tylko 
wiedziała. Nie chcieli się dzielić tym, co mieli. 
 

Do kuchni wszedł Lars, przygładzając swoje niesforne kręcone włosy. Wystroił się w 

niedzielne spodnie i odprasowaną białą koszulę. 
 

- Dlaczego przygładzasz włosy wodą? – spytała Helene, odwracając na chwilę wzrok 

od garnków. 
 

- Nie lubię ich – burknął i usiadł na krześle. 

 

- A ja uważam, że kręcone włosy są ładne – oświadczyła Helene, odwrócona plecami. 

 

Lars nie odpowiedział, tylko poprawił kołnierzyk. 

 

Helene zestawiła garnek z ognia. 

 

- Niedługo wrócę – rzuciła przez ramię i wyszła z kuchni. 

 

-  Ależ  Lars!  –  odezwała  się  wzburzona  Ane.  –  Jeśli  kobieta  mówi  ci,  że  masz  ładne 

włosy, powinieneś powiedzieć jej coś miłego. Nie rozumiesz? 
 

Wpatrzył się w dziewczynkę z głupią miną, drapiąc się po policzku. 

 

- Obraziła się? dlatego wyszła? 

 

- Oczywiście! Zobacz, co narobiłeś. I to w samą Wigilię! 

 

Ane  założyła  ręce  na  piersiach  i  przybrała  surową  minę.  Elizabeth  musiała  się 

odwrócić, żeby się nie roześmiać. 
 

- Ojej, nie chciałem – bąknął Lars, zerkając na dziewczynkę. – Masz ładną sukienkę – 

stwierdził ugodowo. 
 

Ane strzepnęła niewidzialny pyłek ze swojej ciemnoczerwonej sukienki przystrojonej 

białym  kołnierzykiem.  Poprawiła  warkocze,  przewiązane  wstążkami  w  takim  samym 
czerwonym kolorze. 
 

- Dziękuję, ale ja nie jestem Helene. Jak wróci, musisz wszystko naprawić. 

 

Elizabeth wstrzymała oddech, żeby nie wybuchnąć śmiechem. 

 

- Skąd ty to wszystko wiesz? – spytał Lars. 

background image

 

19

 

- Od Liny i Marii. I od starszych dziewcząt w szkole, które na wiosnę przystępują do 

konfirmacji. 
 

Więcej nie zdążyła powiedzieć, bo otworzyły się drzwi i weszła Helene. 

 

-  Jaką  masz  ładną  sukienkę  –  powiedział  od  razu  Lars.  Nieco  za  głośno,  pomyślała 

Elizabeth. 
 

Helene wzdrygnęła się, po czym uśmiechnęła się niepewnie. 

 

- Dziękuję, ale to tylko stara niedzielna sukienka. 

Właściwie… nie jest aż tak stara, dostałam ją na wesele Elizabeth i Kristiana. 
 

Zamilkła, zażenowana potokiem swojej wymowy. 

 

Ane  mrugnęła  do  Larsa,  z  zadowoleniem  kiwając  głową.  Elizabeth  zdusiła  śmiech 

kaszlem. 
 

Larsa najwyraźniej oszołomił sukces, bo dodał: 

 

- I jaką ładną masz fryzurę!  Au! – To był kopniak od Ane. 

 

- Dziękuję. – Helene zarumieniła się i udała zajętą. 

 

- Nie przesadzaj – szepnęła Ane do parobka. 

 

Elizabeth wstała. 

 

-  Ane,  idź  po  Marię.  Poproś,  żeby  pomogła  wnosić  jedzenie.  A  ty,  Lars,  powiedz 

Tristanowi, że zaraz zaczynamy, 
 

- Przyjemny człowiek z tego Larsa – zauważyła Helene, gdy parobek wyszedł. – Nie 

sądzisz? 
 

-  O  tak!  –  odparła  Elizabeth.  –  Ane,  weź  marchewkę  –  dodała  i  przepuściła  córkę 

przed sobą.  
 

Z  okazji  Wigilii  nakryła  stół  jedwabnym  obrusem,  przyozdobiła  go  najładniejszymi 

ś

wiecami  i  ułożyła  odświętnego  serwisu.  Jedli  w  milczeniu,  rozkoszując  się  każdym  kęsem 

pysznej ryby. 
 

Kiedy  skończyli,  Lars  postukał  nożem  o  swój  kieliszek,  po  czym  wstał,  szurając 

krzesłem. 
 

-  To  nie  będzie  przemowa.  Chcę  tylko  podziękować  wam  wszystkim,  a  zwłaszcza 

Elizabeth  i  Kristianowi,  że  mnie  tak  dobrze  przyjęliście.  Czuję  się  niezwykle,  że  mogę 
siedzieć z wami tu, w jadalni, w Wigilię. 
 

Odchrząknął i zaczął manipulować przy kołnierzyku. Elizabeth czuła jego wzruszenie. 

Wiedziała,  że  pochodził  z  biednej  rodziny.  Ojciec  utonął  w  morzu,  gdy  Lars  był  mały,  a 
matka zmarła tuż przed jego przyjściem do Dalsrud. 
 

- Chcę także podziękować Marii i Ane – mówił dalej. – Bardzo dobrze mi się z wami 

przebywa, zupełnie jakbyście byli moimi siostrami. No i Helene. Dobrze się z tobą pracuje, 
zawsze jesteś w dobrym humorze. Gdyby tu była Lina, też bym coś o niej powiedział, ale ona 
jest teraz z pewnością z rodziną i ukochanym w Kabelvaag. Może wypijemy za nią? 
 

- Tak, wypijmy – zgodził się Kristian, unosząc kieliszek z wodą. Słychać było, że jest 

zadowolony. 
 

Elizabeth zauważyła, że Lars czuje się zażenowany, więc gdy usiadł, powiedziała: 

 

- To była ładna przemowa. Dziękuję, Larsie. 

 

Zaczęli  rozmawiać  na  inne  tematy.  Elizabeth  siedziała  i  patrzyła  na  wszystkich 

zebranych wokół stołu, pełna radości i wdzięczności za to, że ma ich przy sobie i że jest im 
tak dobrze. 
 

Ane  nie  mogła  usiedzieć  spokojnie.  Oczywiście,  była  ciekawa,  co  dostanie  w 

prezencie,  i  cieszyła  się  na  świąteczne  ciasteczka,  ale  najbardziej  nie  mogła  się  doczekać, 
ż

eby przedstawić wszystkim swoją niespodziankę. 

 

- czy sama coś zrobiłaś? – dopytywała Maria. 

 

Ane pokręciła energicznie głową. 

 

- Nie, i nigdy nie zgadniesz, co to jest. To nie jest ani zrobione, ani kupione. 

background image

 

20

 

- Ma coś wspólnego ze zwierzętami? 

 

- Nie! możesz się tylko poddać i czekać! 

 
 

-  Kiedy  panie  zmywają,  my  możemy  uraczyć  się  koniakiem  w  salonie  –  powiedział 

Kristian do Larsa po wieczerzy. 
 

- Cóż, jeśli tak uważasz… - Lars nie był pewien, czy to wypada. 

 

- Oczywiście, że tak! Chodź. 

 

-  Ciekawe,  czy  w  Ameryce  mają  halibuta  –  zastanawiała  się  Ane,  pomagając  w 

sprzątaniu ze stołu. 
 

-  Raczej  wątpię  –  odparła  Elizabeth.  –  Ale  na  pewno  mają  inne  gatunki  ryb,  równie 

dobre. 
 

- Biedni są Amanda, Ole i Jonas, że muszą jeść zwykłą rybę na Wigilię! 

 

Helene nalała ciepłej wody do balii. 

 

-  W  Ameryce  wszystko  jest  tak  wspaniałe,  że  z  pewnością  mają  coś  jeszcze 

smaczniejszego od halibuta! – powiedziała. 
 

- Ależ za nimi tęsknię! – przyznała Elizabeth, zsuwając ości do wiadra. – Jak myślisz, 

co teraz robią? Czy to nie dziwne, że możemy się już z nimi więcej nie zobaczyć? 
 

- Nigdy nie wiadomo – odezwała się Maria. – Przecież żyją. Jeśli w tej Ameryce jest 

rzeczywiście tak wspaniale, to zarobią pieniądze i przyjadą tu z wizytą! 
 

- Miejmy nadzieję – odparła Elizabeth bez przekonania. Nie potrafiła wyobrazić sobie, 

ż

e można zarobić tyle pieniędzy, żeby kupić bilety na statek dla całej rodziny i jeszcze mieć 

na  życie.  tak  bogatym  chyba  nie  można  się  stać,  nawet  w  Ameryce!  Zwłaszcza  kiedy 
przyjechało się z pustymi rękami. 
 

Gdy  weszły  do  salonu,  Kristian  i  Lars  siedzieli  z  kieliszkami  w  dłoniach.  Elizabeth 

zauważyła,  że  parobek  niemal  nie  ruszył  trunku.  Kristian,  jakby  odgadując  jej  myśli, 
powiedział: 
 

- Chyba Larsowi nie smakuje koniak. 

 

- Zgadzam się z tobą – Elizabeth skinęła głową w kierunku Larsa. – Mnie też nie. 

 

Lars odstawił swój kieliszek. 

 

- Może po prostu nie jestem przyzwyczajony. Najmocniejsze, co znam, to kawa. 

 

Helene podała mu filiżankę z parującą kawą. 

 

- Proszę! 

 

- Dziękuję! Jesteś aniołem ratującym z opresji. – Uśmiechnął się do Helene, po czym 

szybko odwrócił wzrok. 
 

Kristian zaśmiał się i opróżnił swój kieliszek. 

 

- Dziwni jesteście! 

 

-  Chcecie  poznać  moją  niespodziankę?  –  spytała  Ane,  stojąc  pośrodku  i  patrząc  na 

zebranych wyczekująco. 
 

-  Nie,  jeszcze  nie  –  odparł  Kristian  poważnie,  ale  zaraz  zaśmiał  się  i  dodał:  -  tak, 

możesz już im pokazać. 
 

- Ty wiesz, co to jest? – zdziwiła się Elizabeth. 

 

Pokiwał głową i uśmiechnął się zachęcająco do dziewczynki 

 

- Zaczynaj! 

 

Odwróciła się i podeszła do starego klawikordu. Po chwili w salonie rozległy się tony 

bożonarodzeniowego psalmu. Elizabeth zamknęła oczy, nucąc w duchu jego słowa: 
 

Cieszę się każdej Wigilii, bo wtedy narodził się Jezus. Gwiazda świeciła niczym słońce 

i anioły śpiewały tak słodko… 
 

Dźwięki  płynęły  łagodnie.  Z  pewnością  to  Kristian  nauczył  ją  tego  psalmu.  Maria 

nigdy  nie  miała  ochoty  grać  na  klawikordzie,  zawsze  zajęta  czymś  innym.  Ane  była  inna. 
Chciała  próbować  wszystkiego,  także  gry  na  instrumencie.  Elizabeth  uśmiechnęła  się, 

background image

 

21

przypominając sobie książeczkę dla dzieci, którą siostra dostała od matki przed jej śmiercią. 
Na  samym  początku  ksiązki  zamieszczono  wiersz.  Był  to  ten  psalm,  do  którego  później 
skomponowano melodię.  
 

Nagle  jej  myśli  pomknęły  do  Christena.  Zapomniała  przekazać  mu  prezent:  sweter, 

który sama zrobiła na drutach. Biedny, czy minęła mu gorączka? Ostatnio wydawało się, że 
jest  mu  trochę  lepiej.  Może  teraz  siedzi  i  próbuje  cista,  które  przesłała?  Jutro  w  kościele 
spotka jego rodzeństwo, to przekaże mu sweter. 
 

Wybrzmiały ostatnie tony i Ane odwróciła się ku publiczności. Przez chwile panowała 

cisza. Elizabeth musiała szybko poszukać chusteczki, by otrzeć łzy z oczu. 
 

- To było piękne, moja Ane – powiedziała cicho. 

 

- Chyba będziesz znaną klawikordzistką – zażartował Kristian. 

 

- Głupiś, nie ma kogoś takiego! – zaśmiała się dziewczynka. 

 

Lars zaczął bić brawo o  porwał za sobą pozostałych. Elizabeth spojrzała  na choinkę. 

Ze  świec  trochę  kapało.  Na  gałązkach  wisiały  ozdoby,  zarówno  stare,  które  przywiozła  z 
Dalen, jak i te nowe, z Dalsrud. 
 

Cieszyła się, że może dać Kristianowi prezent: zestaw do golenia, który przysłano jej z 

Bergen.  Podejrzewała,  że  on  kupił  dla  niej  materiał  na  sukienkę,  bo  wspomniała  kiedyś,  że 
potrzebuje. 
 

Jej spojrzenie powędrowało za okno, na ciemne, nocne niebo roziskrzone gwiazdami. 

Jedna  jaśniała  najmocniej.  Elizabeth  uśmiechnęła  się  i  poczuła,  jak  ogarnia  ją  świąteczny 
spokój. 
 
Rozdział 6 
 
 

Elizabeth  położyła  na  ławie  płaszcz  i  szal.  Przez  okno  widziała,  jak  Lars  i  Kristian 

zaprzęgają konia do sań, którymi mieli jechać do kościoła. 
 

-  Jestem  gotowa.  –  Helene  wyłoniła  się  z  pokoiku,  trzymając  w  dłoni  chusteczkę  do 

nosa,  którą  dostała  od  Larsa.  Wszystkie  kobiety  otrzymały  takie  od  niego,  ale  najbardziej 
ucieszyła  się  Helene.  Gładziła  delikatny  materiał  i  nie  wypuszczała  chusteczki  z  dłoni. 
Przypuszczalnie miała ją w nocy pod poduszką, pomyślała Elizabeth z uśmiechem. 
 

- No, to idziemy. Wygląda na to, że wszystko gotowe. 

 

Elizabeth włożyła sweter i okryła ramiona szalem.  

 

Maria i Ane wyszły na korytarz z naręczem baranic o dywaników do wyścielenia sań. 

 

- Lars włożył nowy szalik, który mu dałaś – szepnęła Ane, trącając Helene łokciem. 

 

- To dobrze – odparła służąca i nagle zaczęło jej się niezwykle spieszyć do wyjścia. 

 

Elizabeth  trzymała  paczkę  dla  Christena.  Jego  na  pewno  nie  będzie  w  kościele,  ale 

przekaże  mu  jakoś  prezent.  Zrobiła  ten  sweter  z  niebieskiej  i  białej  wełny,  we  wzory,  z 
ładnymi cynowymi guzikami. Uprasowała go pod parą, żeby był gładki. Christem na pewno 
się  ucieszy.  Widziała  jego  radość  oczyma  wyobraźni,  chłopiec  uśmiecha  się  i  mówi:  guziki 
prawie srebrne! 
 

Nie umiała się powstrzymać i powiedziała domownikom o palnie swoim i Kristiana, 

ż

eby, jak tylko Christem wyzdrowieje, spytać jego rodziców, czy mógłby przyjść do nich, do 

Dalsrud, jako parobek. 
 

- Byle tylko nie wchodził mi w drogę – roześmiał się Lars i szybko dodał: - Cieszę się. 

dobrze będzie go poznać i mieć kogoś do pomocy. 
 

Koń  biegł  energicznym  kłusem,  aż  śnieg  pryskał  spod  kopyt..  do  uprzęży  Lars 

przymocował  dzwonki,  które  dźwięczały  rytmicznie.  Na  głównej  drodze  napotkali  inne 
zaprzęgi i razem utworzyli długi korowód sań. 
 

Z lewej strony drogi nadjeżdżał lesnamn z małżonką, oboje ubrani w futra i futrzane 

czapki. 

background image

 

22

 

Gałęzie drzew uginały się pod ciężarem śniegu. 

Otaczający ich krajobraz miał w sobie coś magicznego. Przy odrobinie wyobraźni można by 
dostrzec, że drzewa to przebrane trolle i czarownice… 
 

 

 

Pozostawili  sanie  razem  z  innymi  zaprzęgami.  Obok  nich  stał  wóz  z  kasztanową 

klaczą.  Wydawało  się,  że  konie  od  razu  się  polubiły:  ich  kary  ogier  trącał  ją  pyskiem,  by 
zwrócić na siebie uwagę. 
 

- Może zostaną parą, gdy będziemy w kościele? – zaśmiała się Ane. 

 

- Ostatnio wciąż tylko gadasz o kochaniu! – prychnęła Maria. 

 

Elizabeth zauważyła, że Ane robi miny za plecami Marii, ale nie chciała jej upominać. 

Z pewnością dziewczęta zaraz się pogodzą. 
 

Lars zanim poszedł za innymi do kościoła, okrył konia derką i dał mu nieco siana. 

 

Elizabeth zobaczyła jedną z sióstr Christena, z którą niedawno rozmawiała. Wydawała 

się  małą  i  zabiedzona  w  czarnym,  za  dużym  ubraniu.  W  czarnej  chustce  na  głowie, 
zawiązanej pod brodą, przypomniała maleńką babcię. Elizabeth chciała do niej podejść, lecz 
w tym momencie ujęła ją pod ramię pani lensmanowa. 
 

-  Wszystkiego  najlepszego  z  okazji,  świąt  Elizabeth.  Dawno  cię  nie  widziałam.  Tak 

jesteś zajęta, że nie masz nawet chwili, by zajrzeć do sąsiadów? 
 

Elizabeth westchnęła w duchu, lecz udało jej się przywołać na twarz słaby uśmiech. 

 

- Dziękuję, wam też życzę wszystkiego najlepszego. No cóż, w dużym gospodarstwie 

zawsze jest coś do roboty i nie ma zbyt wiele czasu na wizyty. 
 

Gruba  kobieta  wydawał  się  jeszcze  potężniejsza  w  obszernym  futrze.  Elizabeth 

domyślała  się,  że  to  futro  niedźwiedzie.  Było  drogie,  ale  tak  musiała  być,  żeby  wszyscy 
odczuwali przewagę ich pozycji społecznej. 
 

- A od czego ma się służące? – zaśmiała się lenamnowa, lecz i tym razem uśmiech nie 

dotarł do jej oczu. 
 

- Żeby pomagały pani domu – odparła Elizabeth z uśmiechem. – Ja sama nie dałabym 

rady wszystkiemu. – Nie powinnam chyba odpowiadać tak ostro, pomyślała, lecz odrzuciła tę 
myśl,  widząc,  że  jej  rozmówczyni  nie  zmieniła  wyrazu  twarzy.  –  A  jak  wełna,  którą 
ufarbowałam? Może być? – spytała szybko. 
Dobrze, że sobie o niej przypomniała. 
 

Kobieta pokiwała głową dostojnie. 

 

- Tak, łanie wszyło. 

 

- To dobrze. a teraz proszę o wybaczenie, muszę iść. Zajadę jakoś po Nowym Roku. 

 

Skinęła głową i odeszła, nie czekając na odpowiedź lensmanowej. 

 

Elizabeth  chodziła  po  dziedzińcu  kościelnym  pozdrawiając  wiele  osób  i  rozglądając 

się za siostrą Christena, ale dziewczynka jakby zapadła się pod ziemię. 
 

- Dzień dobry! – powitała ją stara kobieta. 

 

Elizabeth  rozpoznała  ją  natychmiast.  Kobieta  mieszkała  w  Storvika,  niedaleko 

karczmy. Nieczęsto się spotykały. Gdyby miała zgadywać, dałaby starej ze sto lat. w każdym 
razie  kobieta  tak  wyglądała,  zgarbiona  i  pomarszczona.  Elizabeth  zastanowiła  się,  w  jaki 
sposób dotarła tu z tak daleka. 
 

Starucha, jakby czytając w jej myślach, powiedziała: 

 

- Przyjechała, z sąsiadami. Inaczej by mnie tu nie było. 

 

- To dobrze, bo w kościele jest szczególna atmosfera pierwszego dnia świąt. 

 

- Mój sąsiad sądził, że postradał zmysły – rzuciła nagle kobieta. 

 

- Co też mówicie? – zdziwiła się Elizabeth. – Jak to było? 

 

- Wracał do domu w pewien ciemny i zimowy wieczór i dostrzegł, że ktoś przed nim 

idzie. Przyspieszył i gdy go dogonił, zobaczył, że to jego ojciec. a ten od dawna nie żyje! 
 

Elizabeth zadrżała. 

background image

 

23

 

- Nie trzeba słuchać takich historii, to bujdy. Może on i sądził, że postradał zmysły, ale 

już przedtem musiał być nie całkiem w porządku. 
 

Chciała odejść, ale stara złapała ją za rękaw. 

 

- Pomiędzy niebem a ziemią są rzeczy, o których nie mamy pojęcia – powiedziała. – 

Ty chyba możesz się z tym zgodzić? 
 

Elizabeth cofnęła ostrożnie ramię. 

 

Kobieta zaśmiała się, ukazując bezzębne dziąsła. 

Jej drobne ciało aż się zatrzęsło. 
 

- Poczekaj tylko, a przeżyjesz to i owo, czego nie będziesz umiała wyjaśnić. 

 

Ponownie zaśmiała się, po czym zniknęła w tłumie. 

 

- Wchodzimy? 

 

Elizabeth aż podskoczyła, gdy Kristian wziął ją pod ramię. 

 

- Co z tobą? 

 

- Ech, nic. Spotkałam starą kobietę, która… Nie, to nic takiego. wchodźmy. 

 
 

Kazanie  było  długie.  Pastor  grzmiał  z  ambony,  że  nie  powinno  się  zapominać, 

dlaczego obchodzimy święta. Są to narodziny Jezusa Chrystusa, a tymczasem wydaje się, że 
ludzi bardziej zajmuje jedzenie niż bożonarodzeniowe przesłanie. 
 

Elizabeth poczuła, że robi jej się gorąco z oburzenia. Jak on może coś takiego mówić, 

gdy ludzie w koło  głodują? No i przecież wiedział, że przygotowywane teraz jedzenie musi 
wystarczyć na wiele miesięcy, a i tak większość – gromadzą w skrzynkach – wezmą ze sobą 
mężczyźni na zimowe połowy. 
 

Ale widać tak zamożny człowiek jak pastor może sobie pozwolić, żeby mówić w ten 

sposób. On nigdy nie odczuwał głodu i nie miał pojęcia o prowadzeniu gospodarstwa. Pewnie 
się tylko irytował, że kuchni tyle zamieszania. 
 

Elizabeth  wyszła  z  kościoła  spocona  i  z  wypiekami  na  policzkach.  Stanęła  na 

dziedzińcu  i  wdychała  ostre  zimowe  powietrze,  żeby  się  uspokoić.  Słyszała,  że  niektórzy 
komentują  kazanie  pastora.  Byli  podobnego  zdania  jak  ona.  Inni  rozmawiali  o  zwykłych 
sprawach – o ty, kto spodziewa się dziecka, kto się żeni, a kto wychodzi za mąż. Dziedziniec 
kościelny  był  miejscem,  gdzie  dzielono  się  takimi  nowinami  i  plotkami.  Nie  za  często 
przecież można się było spotkać w większym gronie. 
 

Szukała  wzrokiem  Christena,  żeby  przekazać  jej  prezent,  ale…  Jest!  Szła  za  rękę  ze 

starszym bratem. Wydawało się, że idą w kierunku domu. Elizabeth podbiegła do nich. 
 

-  Wszystkiego  najlepszego  z  okazji  świąt!  Zapomniałam  ostatnio  to  przekazać.  – 

Podała chłopcu owiniętą w papier paczkę. Przyjął zawiniątko, nie patrząc jej w oczy, po czym 
zwilżył popękane wargi i rzekł cicho: 
 

- Christem umarł. 

 

Poczuła, jak lodowaty dreszcz przeszywa jej ciało. 

Ziemia jakby ugięła się pod jej stopami, a ludzie zlali w szarą masę. Otworzyła usta, żeby coś 
powiedzieć,  ale  słowa  utknęły  jej  w  gardle.  Jakby  z  oddali  dotarło  do  niej  pytanie  chłopca, 
czy  dobrze  się  czuje  i  czy  sprowadzić  pomoc.  Nagle  stanął  przy  niej  Kristian  i  objął  ją 
ramieniem. Słyszała, że mówi, by któreś z rodzeństwa wzięło sweter dla siebie. 
 

Niemal osunęła się na męża. Nogi nie miały siły jej utrzymać. Chciała się zamknąć na 

dobiegające ją dziecięce głosy, ale nie mogła. Jak przez mgłę słyszała, że Christem zmarł w 
przeddzień Wigilii i że już nie cierpi. Ich mama powiedziała, że jest teraz u Pana Boga, wśród 
aniołów,  ma  dużo  jedzenia  i  nie  choruje.  A  w  raju  jest  wspaniale,  tak  jak  wiele  razy 
opowiadał pastor. 
 

Ledwo  zauważyła,  że  ruszyli  do  domu.  Siedziała  zesztywniała,  patrząc  przed  siebie 

pustym wzrokiem. Pozostali też nic nie mówili, pewnie ich także poraziła smutna nowina. 

background image

 

24

 

Elizabeth  nie  chciała  z  nikim  rozmawiać.  Gdy  dojechali,  poszła  prosto  do  salonu. 

Rozpaliła  w  kominku,  usiadła  przed  nim  i  zapatrzyła  się  w  płomienie.  Ane  wślizgnęła  się 
cicho po pokoju i położyła dłoń na jej ramieniu. 
 

- Nie smuć się, mamo. Masz przecież mnie. 

 

Elizabeth  objęła  ją  mocno  i  przytuliła.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu,  w  gardle  coś 

ś

cisnęło; musiała wiele razy przełknąć ślinę, zanim mogła odpowiedzieć: 

 

-  Tak,  mam  ciebie,  moja  Ane,  i  jestem  bardzo,  bardzo  szczęśliwa.  Jesteś 

najwspanialsza na świecie. 
 

-  Zgram  ci  coś  –  zaproponowała  córka  i  usiadła  przy  klawikordzie.  Po  chwili 

popłynęły  dźwięki:  Tak  się  cieszę  każdej  Wigilii…  Okryły  je  obie  niczym  ciepła  kołdrą. 
Rozpacz  z  powodu  śmierci  Christena  powoli  przechodziła  w  pogodzenie  się  z  faktem,  że 
choroba jednak go pokonała. 
 

Elizabeth poczuła słone łzy w kąciku ust. Może rodzeństwo Christena miało rację? Ich 

brat przecież już nie cierpi. 
 

Kabelvaag, pierwszy dzień Bożego Narodzenia roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego 

pierwszego. 
 
 

Ś

nieg skrzypiał pod podeszwami butów Andreada. Obok przemknęły sanie. Koń biegł 

szybkim kłusem, jego jasna grzywa biła o rudobrązowy kark, a z pyska  dobywały się kłeby 
pary. 
 

- To szaleństwo pozwalać koniowi na tak szybki bieg – powiedział. 

 

Lina zerknęła na niego. Owinęła głowę dużym szalem, skrzyżowała go na piersiach i 

zawiązała na plecach. Jej mały, piegowaty nosek był czerwony od mrozu. 
 

- Dobrze się znasz na koniach! – stwierdziła. 

 

Andreas  wolał,  żeby  tak  nie  mówiła,  bo  znów  zacznie  się  zastanawiać,  czy  w 

przeszłości miał do czynienia z końmi. W każdym razie był dziwnie pewien, że nie powinno 
się tak gonić konia w zimowy dzień. 
 

-  Przecież  wiadomo,  że  koń  będzie  stał  na  mrozie  podczas  nabożeństwa  –  odparł.  – 

Zaszkodzi mu to, jeśli jest spocony i zgrzany. 
 

-  Na  pewno  ego  właściciel  okryje  go  derkę  –  odparła  i  wsunęła  mu  dłoń  pod  ramię. 

Była drobna, lecz dobrze ją poczuł. – Nie przeszkadza ci, że tak cię trzymam? 
 

- Co? Nie, oczywiście, że nie. 

 

Odciągnął ją na bok, bo drogą przejeżdżał kolejny zaprzęg, tym razem spokojnej. 

 

Wiele  osób  udawało  się  do  kościoła  pierwszego  dnia  świat.  Andreas  uważał,  że 

panowała wtedy szczególnie uroczysta atmosfera. 
 

Minęli przełęcz Oscara i w dole, po lewej stronie, widzieli już kościół. Był zbudowany 

na planie krzyża i miał wieżę w kształcie kopuły. Na lewo od niego widniały liczne nagrobki 
z  czarnymi  krzyżami,  mocno  kontrastującymi  z  białym  śniegiem.  Niektóre  krzyże  miały 
dodatkowe  wzmocnienia  z  kamieni.  Nawet  po  śmierci  istnieją  różnice  między  biednymi  i 
bogatymi, pomyślał Andreas. 
 

- Lino, muszę cię o coś zapytać. 

 

- Tak? 

 

- Pamiętasz, jak ci opowiadałem, co się zdarzyło w Storvaagen? 

 

- Mhm. 

 

-  Kiedy  tam  siedziałem,  obiecałem  sobie,  że  jeśli  wyjdę  stamtąd  żywy,  zapomnę  o 

przeszłości i zacznę wszystko na nowo. 
 

-  Ależ  Andreasie,  nigdy  nie  możesz  się  poddać!  –  Lina  zatrzymała  się  i  patrzyła  na 

niego szeroko otwartymi oczami. Policzki miała zarumienione. – Tak długo próbowałeś, nie 
możesz więc teraz przestać! 

background image

 

25

 

- Tak,  Lino, mam już dosyć.  Zmarnowałem zbyt  wiele lat. teraz chcę się zwrócić ku 

przyszłości. 
 

- Co masz na myśli? – spytała poważnym tonem. 

 

-  Lino, chciałabym… - Słowa, które tak długo ćwiczył, nagle nie chciały przejść mu 

przez gardło. 
 

Patrzyła  na  niego  wyczekująco.  Mijało  ich  wielu  ludzi:  staruszki,  młode  dziewczęta, 

para idąca pod ramię – jak oni jeszcze przed chwilą. 
 

- Czego byś chciał, Andreasie? – Jej głos brzmiał teraz łagodnie, jakby z zachętą. 

 

- Chciałabym cię spytać, czy za mnie wyjdziesz, Lino – dokończył szybko. 

 

Chyba oczekiwał, że dziewczyna rzuci mu się na szyję albo przynajmniej się ucieszy. 

Ona  jednak  milczała,  nadal  z  wyczekującym  wyrazem  twarzy.  Jej  młodszy  brat  powiedział 
mu, że Lina jest gotowa do zamążpójścia, jej matka – sam słyszał – uważała, że byłoby to dla 
niej  duże  szczęście.  Poza  tym  wiedział,  że  dziewczyna  od  dawna  już  coś  do  niego  czuje. 
Dlaczego zatem nic nie mówi? Czyżby nie dosłyszała, o co ją spytał? 
 

Ruszyła w drogę; Andreas musiał podbiec kilka kroków, żeby ą dogonić. 

 

- Dlaczego mi nie odpowiadasz, Lino? 

 

- Zaskoczyłeś mnie – odparła. Szła dalej energicznie, wpatrzona w drogę. 

 

Andreas  oddychał  ciężko.  Poczuł  przenikliwie  mroźne  powietrze  znad  morza,  wiec 

podciągnął wyżej szalik. Nagle Lina zatrzymała się i spojrzała na niego poważnie. 
 

- Muszę się zastanowić, Andreasie. 

 

Nie odpowiedział. Uczucie zawodu piekło go w piersiach. 

 

- Tylko do końca nabożeństwa – dodała. – Wtedy dostaniesz odpowiedź. 

 

Szli  dalej  w  ciszy.  Wszystko  się  raptem  między  nimi  zmieniło.  Zupełnie  jakby  coś 

nowego wślizgnęło się pomiędzy nich. 
 

Andreas  zauważył,  że  rudobrązowego  konia  z  jasną  grzywą  okryto  grubą  derką. 

[przechodząc obok niego, poklepał go po szyi. Koń zarżał cicho, jakby w podzięce. 
 

- Niezły koń, prawda? 

 

Andreas odwrócił się w stronę głosi i drgnął lekko, gdy ujrzał kowala ze Storvaagen. 

 

- A więc już wydobrzałeś? – spytał, udając bardziej pewnego siebie, niż był w istocie. 

 

Słowa Liny nadal odczuwał jako odmowę. Poszukał jej wzrokiem. Podeszła do jakiejś 

dziewczyny  i  wdała  się  z  nią  w  rozmowę.  Ciekawe,  czy  myślała  o  jego  propozycji?  Czy 
rozumiała, jak ważna jest dla niego jej odpowiedź? 
 

-  Złego  diabli  nie  wezmą  –  zaśmiał  się  kowal.  –  Mam  twardy  łeb.  Jeden  taki 

powiedział,  że  tępy,  więc  twardy!  –  Aż  się  zatrząsł  ze  śmiechu.  –  Założyli  kilka  szwów  i 
czasem  jeszcze  boli  mnie  czerp.  Tak,  to  właściwie  mój  pierwszy  dzień  poza  domem  po 
wypadku. Jakoś sobie radzę. 
 

Andreas uśmiechnął się ostrożnie. 

 

- To dobrze, że nie masz do mnie żalu. Bo wiesz, że to był wypadek, prawda? 

 

- Oczywiście, że wypadek. Myślisz, że nie wiem, co się potem działo? Że cię zamknęli 

w  piwnicy  Wolffa?  Okropne.  –  Zniżył  głos,  żeby  nikt  go  nie  usłyszał.  –  Zauważyłeś  może, 
czy nie zostało tam jeszcze trochę wódki? – spytał, po czym klasnął otwartą dłonią w plecy 
Andreasa i zaśmiał się jeszcze głośniej. Zaraz jednak skrzywił się i złapał za głowę. 
 

Andreas  rozejrzał  się  ostrożnie  dokoła,  żeby  sprawdzić,  czy  czasem  ktoś  ich  nie 

podsłuchał. Kilka kobiet zerknęło na nich z przyganą. Najwyraźniej uważały, że nie wypada 
głośno się śmiać przed kościołem. 
 

- Chyba wejdziemy do środka – rzucił Andreas. – Miło cię widzieć w dobrej formie. I 

wszystko dobrego na święta – dodał. 
 

- Nawzajem! 

 

Stał  jeszcze  i  patrzył  w  ślad  za  kowalem,  Az  ten  zniknął  w  tłumie.  Było  w  nim  coś 

znajomego, jakby te czarny włosy i brodę widział u kogoś ze swej przeszłości… 

background image

 

26

 

Podeszła do niego Lina. 

 

- Wchodzimy? Marzną mi nogi. Mama i rodzeństwo już weszli. 

 

Pokiwał  głową.  gdy  przekraczał  próg  kościoła,  zdjął  czapkę,  jak  nakazywał  obyczaj. 

Lina przeszła na stronę dla kobiet, on pozostał w części dla mężczyzn. Trzymał się w tyle, jak 
inni biedacy. 
 

Ludzie  szurali  butami  i  odkasływali,  szukając  miejsc  siedzących.  Powoli  spokój 

ogarniał zgromadzonych, jakby ktoś gładził łagodzącą dłonią ławka po ławce. 
 

Andreas  zerknął  ukradkiem  na  galerię,  gdzie  siedzieli  bogacze.  Napotkał  spojrzenie 

młodego  Wolffa  i  ku  swemu  zdumieniu  dostrzegł,  że  ten  skinął  mu  z  uśmiechem  głową. 
całkiem wyraźnie, tak że wielu mogło to zauważyć. 
 

Andreas upewnił się, że to właśnie jego pozdrawia, i dumny, choć nieco zażenowany, 

odpowiedział skinieniem głowy. 
 

Wszedł pastor  rozpoczął nabożeństwo. 

 

-  Drodzy  parafianie,  witajcie  w  Domu  Bożym  tego  pierwszego  dnia  Bożego 

Narodzenia roku Pańskiego tysiąc osiemset osiemdziesiątego pierwszego – zagaił. 
 

Andreas  rozejrzał  się  za  Liną.  Zdjęła  chustkę  i  jej  jasnorude  włosy  wyróżniły  ją  w 

tłumie. Siedziała wpatrzona w pastora, z zainteresowaniem słuchając jego słów. 
 

Miała Andreasowi dać odpowiedź po nabożeństwie. A dlaczego nie przed? Czyżby go 

nie  chciała?  Może  miała  inne  plany?  Może  znalazła  sobie  kogoś  w  gospodarstwie,  gdzie 
pracowała?  W  takim  razie  powinna  mu  była  o  tym  powiedzieć,  pomyślał  z  urazą.  Szybko 
jednak odsunął tę myśl. Lina jest uczciwa i z pewnością nie ukrywały tego przed nim. 
 

Westchnął głęboko, ściągając na siebie zaciekawione spojrzenie sąsiada. Udał, że tego 

nie  zauważa,  i  zaczął  z  zainteresowaniem  oglądać  wnętrze  kościoła.  Pośrodku  łukowatego 
sklepienia wisiał żyrandol z tyloma świecami, że nawet nie próbował ich liczyć. Belkowane 
ś

ciany były pomalowane na biało. 

 

-  Módlmy  się  –  zwrócił  się  pastor  do  zgromadzonych.  –  Ojcze  nasz,  któryś  jest  w 

niebie… 
 

Andreas  splótł  dłonie,  lecz  nie  powtarzał  słów  modlitwy.  Uważał,  że  nie  należy 

nadużywać  cierpliwości  Boga  zbyt  częstymi  modłami.  Trzeba  je  oszczędzać  na  prawdziwą 
potrzebę. Bóg miał przecież tylu wyznawców, którymi musiał się zajmować. 
 

Jego  spojrzenie  padło  na  obraz  za  ołtarzem.  Składał  się  z  czterech  części.  Na  samej 

górze  umieszczono  trzy  pulchne  aniołki  o  kręconych  złotych  włosach.  Uwagę  Andreasa 
przykuwał  jednak  środkowy,  największy  obraz,  który  przedstawiał  anioła  w  ogrodzie 
Getsemani.  Miał  biało-  czerwoną  suknię,  jasne  włosy  i  duże  skrzydła.  Prawie  czuł,  jak 
miękkie delikatne są pióra tych skrzydeł. 
 

Coś w tym obrazie nie dawało mu spokoju. Odczuwał niepokój za każdym razem, gdy 

wchodził  do  kościoła.  Zupełni  jakby  już  widział  tego  anioła,  w  kobiecej  postaci,  gdzieś  w 
ż

yciu. Ale nie znał nikogo takiego. A przynajmniej nie przypomniał sobie. I to właśnie tak go 

niepokoiło. 
 
 

Po  nabożeństwie  wielu  ludzi  ucinało  sobie  pogawędki.  Andreas  miał  ochotę  już 

wracać,  ale  wydawało  się,  że  Linie  wcale  się  nie  spieszy.  Uśmiechała  się  i  gawędziła  ze 
wszystkimi,  którzy  ją  zatrzymywali.  Zwłaszcza  kobiety  zasypywały  ją  pytaniami  o  życie  w 
Dalsrud. 
 

Kilka  osób  zagadało  także  Andreasa.  Odpowiadał  uprzejmie,  kiwał  głową,  ale  myśli 

miał zajęte  Liną. Czy dobrze zrobił, że ją poprosił o rękę? Czy powinien był założyć sobie tę 
obietnicę, gdy siedział uwięziony w piwnicy? Może jednak ona ma rację? Może nie powinien 
ustawać w poszukiwaniu swojej przeszłości? 
 

-  Pójdziemy?  –  Na  ustach  Liny  błąkał  się  zagadkowy  uśmiech.  Czy  oznaczał,  że  się 

zgadza?  A  może  uśmiechała  się  do  myśli  związanych  z  rozmowami?  Andreas  bez  słowa 

background image

 

27

ruszył  przed  siebie.  Wbił  ręce  w  kieszenie  kurtki,  bo  poczuł,  że  nie  ma  co  z  nimi  zrobić. 
Nagle wydały mu się zbyt duże. 
 

- To było piękne nabożeństw- zagadnęła Lina. 

 

- Tak. – Zawstydzeniem stwierdził w duchu, że nie słyszał kazania ani słowa. Uważał 

tylko przy Ojcze nasz. Jak Lina zdołała skupić się na kazaniu? Może już zapomniała, o co ją 
spytał? 
 

Poczuł, że powinien coś powiedzieć. 

 

-  Wolff  pozdrowił  mnie  z  galerii.  –  Natychmiast  poczuł,  jak  głupio  zabrzmiały  te 

słowa. 
 

-  Jak  miło!  –  odparła  Lina  z  uśmiechem.  –  Słyszałam,  że  on  jest  niezwykle 

sympatyczny. Może mu wstyd, że przetrzymywano cię w jego piwnicy? 
 

- To nie było z jego polecenia. Tak naprawdę nie miał z tym nic wspólnego. 

 

- Ale to i tak wspaniale, że pozdrawiacie się z właścicielem osady. 

 

Minęli przełęcz Oscara i zbliżali się do zakrętu Mathisa. Niedługo będą na miejscu. 

 

- Lino! Czy myślałaś o tym, o co cię spytałem? 

 

- Tak, myślałam. I zaraz dam ci odpowiedź. 

 

Andreas  poczuł,  jak  mocno  bije  mu  serce.  Jej  odpowiedź  miała  zmienić  całą  jego 

przyszłość. 
 
Rozdział 7 
 
 

Elizabeth  oparła  się  o  framugę  drzwi  i  patrzyła,  jak  Maria  naciągała  prześcieradło  i 

poprawia poduszkę. 
 

- ładnie pościeliłaś łóżko – pochwaliła. – Tu będzie spała Indianne? 

 

- Mhm. – Maria ogarnęła wzrokiem pokój, żeby sprawdzić, czy wszystko jest tak, jak 

powinno  być.  –  cieszę  się,  że  przyjeżdżają.  I  że  wreszcie  przenocują.  Zawsze  są  tak  zajęci. 
Dobrze, że Mathilde mogła się zająć ich oborą i zwierzętami. 
 

Elizabeth  pokiwała  głową.  też  się  cieszyła  z  tej  wizyty.  Wiadomość  o  śmierci 

Christena  głęboko  ją  poruszyła.  Starała  się  jednak,  żeby  nikt  nie  zauważył  jej  łez  i  smutku. 
Jak miała im wytłumaczyć, że mały chłopiec z biednej komorniczej rodziny stał się dla niej 
niemal synem? Nie, czegoś takiego nie mogła wyjawić, więc nosiła żałobę w sercu. 
 

Poprawiła porcelanową lalkę, która siedziała na komodzie. Kiedyś należała do marki 

Kristiana. 
 

- Pamiętam, jak pierwszy  raz spałam w tym pokoju – powiedziała bardziej do siebie 

niż do siostry. 
 

Maria spojrzała na nią z zaciekawieniem, a Elizabeth mówiła dalej: 

 

-  Była,  już  wtedy  wdową.  Przyjechałam  z  wizytą  do  Helene.  To  było  jesienią,  ale 

rozpętała  się  taka  burza,  że  musiałam  przenocować.  I  spałam  tutaj.  –  Uśmiechnęła  się  do 
wspomnienia,  że  większą  część  nocy  spędziła  wówczas  w  ramionach  Kristiana  na 
niedźwiedziej skórze w salonie. 
 

- Byłaś wtedy zakochana w Kristianie? 

 

Elizabeth nie umiała odczytać intencji Marii. Jest tylko ciekawa, czy coś się pod tym 

kryje? 
 

-  Nie  –  skłamała,  czując,  że  się  rumieni.  –  Chodźmy  się  przebrać,  Mario.  Niedługo 

powinni tu być. 
 

- Tobie nigdy nie brakowało zalotników – zauważyła siostra. 

 

Elizabeth  zatrzymała  się  w  drzwiach  i  zawróciła.  Ujęła  obie  dłonie  Marii  w  swoje  i 

poprowadziła ją do łóżka. 
 

- Chodź, usiądźmy, Maryjko. Chyba nie jesteś zazdrosna o swoją siostrę? 

 

Maria ze spuszczonymi oczami pokręciła głową. 

background image

 

28

 

-  Nie,  nie  jestem,  ale…  Przepraszam,  Elizabeth,  tak  mi  się  tylko  wypsnęło.  Nie 

miałam nic złego na myśli. 
 

Elizabeth pogładziła ją po policzku. 

 

- Rozumiem. Przykro ci, że Olav tu dziś będzie? 

 

Maria pokiwała pochyloną głową. 

 

- Nie wiem, o czym mam z nim rozmawiać. 

 

Elizabeth objęła siostrę ramieniem. Cieszyła się, że Maria wreszcie wyznała, co czuje. 

 

- Jedyne, co ci mogę poradzić, to żebyś zachowywała się tak jak dawniej. 

 

-  Dawniej  on  był  mój!  –  ucięła  Maria.  –  W  każdym  razie  tak  myślałam.  –  Na  jej 

twarzy znów zagościł zimny wyraz buntu. Wstała. 
 

Elizabeth  zrozumiała,  że  czas  zwierzeń  się  skończył,  i  też  się  podniosła  z 

westchnieniem.  Kiedy  Maria  była  w  takim  nastroju,  rozmowa  z  nią  nie  miała  sensu. 
Wiedziała to z doświadczenia. 
 

- Wybrałaś już sukienkę? – spytała tylko. Maria nie odpowiedziała. 

 

Elizabeth znów westchnęła i podeszła do drzwi. 

 

- Pomożesz mi nakrywać do stołu, gdy będziesz gotowa, dobrze? – rzuciła przez ramię 

i udała się do swojego pokoju. 
 
 

Elizabeth  wybrała  najładniejszy  płócienny  obrus  i  najlepszą  zastawę.  Kieliszki  i 

srebrne  sztućce  błyszczały  po  wielokrotnym  przecieraniu,  a  serwetki  były  nakrochmalone  i 
starannie złożone. 
 

Zrobiła krok do tyłu i spojrzała na całość krytycznym okiem. 

 

- Dobrze to wygląda, Mario? 

 

- Wspaniale. – Maria uśmiechnęła się przelotnie. 

Może  żałowała,  że  tak  ją  zbyła  wcześniej,  pomyślała  Elizabeth.  –  Czuję  zapach  pieczeni  – 
dodała Maria. 
 

Elizabeth wciągnęła aromaty napływające z kuchni. 

 

- A ja czuję, jak mi burczy w brzuchu. 

 

- Jadą! – zawołała Ane z korytarza. – Mamo, Mario, gdzie jesteście? Już jadą, jada! 

 

Maria przygładziła włosy i sprawdziła, czy na białych mankietach nie ma plam. 

 

-  Ślicznie  wyglądasz  –  pochwaliła  Elizabeth.  –  Dobrze,  że  włożyłaś  tę  granatową 

sukienkę, bo bardzo ci w niej ładnie. 
 

- Dziękuję – wyszeptała Maria. – To chodźmy przywitać gości. 

 

Lars minął ich pędem. 

 

- Zajmę się ich koniem – rzucił w przelocie i zniknął, zanim zdążyły odpowiedzieć. 

 

- Miło będzie znów zobaczyć Daniela, co? – spytał Kristian, ciągnąc Ane za warkocz. 

 

- Przestań! – odcięła się mała. – Jeśli powiecie, że jesteśmy para, to… - Uniosła palec 

i zmarszczyła brwi. 
 

- Ależ nie, nic takiego nie powiemy! – zaśmiała się Maria. 

 

Jak dobrze znów słyszeć jej śmiech, pomyślała, Elizabeth, otwierając drzwi. Uśmiech 

zastygł  jej  jednak  na  ustach  o  poszukała  na  oślep  dłoni  Marii,  gdy  sanie  zajeżdżały  na 
podwórze. Siedziała w nich bowiem Elen – przytuloną do Olava – i machała do nich ręką. 
 

- To nie może być prawda! – rzuciła Maria głosem, w którym niedowierzanie mieszało 

się z płaczem. Jej palce zacisnęły się na dłoni siostry. 
 

Elizabeth szybko pociągnęła ją za sobą do siebie i wyszeptała z naciskiem: 

 

- Musisz być silna, Mario! Ja o tym też nic nie wiedziałam. 

 

Maria wpatrywała się przed siebie z apatią, a jej piersi unosił ciężki oddech. 

 

- Słyszysz mnie? – Elizabeth potrząsnęła nią lekko. 

 

Z kuchni dobiegły energiczne komendy Helene. Mimo że wynajęli dodatkowe służące, 

nadal było wiele do zrobienia i Helene dzierżyła ster przygotowań. 

background image

 

29

 

Do sieni wpadło lodowate powietrzem a wraz z nim kłęby śniegu. Elizabeth poczuła, 

ż

e marznie. 

 

- Dlaczego on mi to robi? – spytała Maria głosem zduszonym łkaniem. 

 

Siostra mogła tylko pokręcić w milczeniu głową. 

Czyżby  Olav  naprawdę  nic  nie  rozumiał,  czy  chciał  zranić  Marię?  Nie  mogła  jednak 
uwierzyć, że byłby zdolny do okrucieństwa, znała go przecież od urodzenia… 
 

Zresztą i tak nie będzie czasu na wyjaśnienia czy pocieszanie. Z podwórza dobiegały 

już wesołe odgłosy powitań. Przejechali goście i trzeba ich było przyjąć tak, jak wypadało. 
 

Szybkim ruchem Elizabeth przyciągnęła do siebie Marię i przytuliła ją mocno. 

 

- Dasz temu radę – szepnęła. – Nikt nie jest tak odważny i silny, jak ty. 

 

Helene wyszła z kuchni w chwili, gdy goście wchodzili do środka. Odłożono na bok 

ich  Branice  i  powieszono  płaszcze.  Witano  się  i  rozmawiano.  Rozlegał  się  śmiech,  a  na 
podłodze pojawiły się ślady stopionego śniegu. 
 

Głosy dzieci mieszały się z basem Jakoba: 

 

-  Czy  to  nasz  mała  panienka?  –  zażartował,  Ane  zaś  zaczerwieniła  się  z  irytacji  i 

zażenowania. 
 

Elen  stała  z  noku  i  wyglądała  na  nieco  zagubioną.  Elizabeth  zauważyła  to,  lecz  jej 

stopy były jakby z ołowiu. Najwyraźniej przelała się na nią część niechęci Marii. Elen była tu 
intruzem. Nie zapraszano jej, więc dlaczego przyjechała? 
 

Zaraz jednak poczuła ukłucie wyrzutów sumienia i zebrała się w sobie. 

 

- Witaj, Elen – powiedziała i wyciągnęła do niej rękę. W odpowiedzi poczuła ciepły i 

mocny uścisk dziewczęcej dłoni. – Miło, że mogłaś przyjechać. 
 

Elen uśmiechnęła się z przymusem i powoli rozpinała płaszcz. 

 

- Pewnie to było zbyt odważne z mojej strony, ale nie wiedziałam, że jedziemy tutaj. 

Dowiedziałam się o tym dopiero w Heimly. 
 

- Co ty mówisz! Oczywiście, że jesteś tu mile widziana. 

 

Podeszła do nich Maria. 

 

- Witaj, Elen. Dobrze cię znów widzieć. 

 

Jej głos brzmiał spokojnie, choć nieco sztucznie, jakby długo ćwiczyła te słowa. 

 

- Dziękuję! Dużo o tobie myślałam – odparła Elen z ciepłym uśmiechem/ 

 

Elen  jest  sympatyczna,  pomyślała  Elizabeth.  O  wiele  łatwiej  byłoby,  gdyby  była 

brzydka i nieprzyjemna… 
 

Obiad zjedli wszyscy wspólnie; przy stole siedzieli z nimi zarówno służące, jak i Lars. 

Elizabeth  miała  nadzieję,  ze  nikt  nie  zauważył  napięcia,  które  wytworzyło  się  w  sieni.  Ci, 
którzy nie znali dobrze Marii, z pewnością nie dostrzegli, że ukryła twarz pod maską. 
 

W  pospiechu  dodano  jeszcze  jedno  nakrycie.  Elizabeth  zadbała,  żeby  Elen  i  Maria 

siedziały jak najdalej od siebie. 
 

Mimo  że  panowała  niewymuszona  atmosfera  i  rozmowa  toczyła  się  swobodnie, 

Elizabeth czuła dziwny niepokój. Jej mięso zdążyło wystygnąć, zanim włożyła do ust ostatni 
kęs. 
 

Do steku podawano wodę lub wino. Elizabeth wybrała wino w nadziei, że ją rozluźni. 

 

- Za co wzniesiemy toast? – zapytał Kristian, unosząc swój kieliszek. Jego wzrok padł 

na  Olava  i  Elen,  lecz  zanim  zdążył  cokolwiek  powiedzieć,  Elizabeth  kopnęła  go  w  łydkę  i 
rzuciła szybko: 
 

- Za naszych gości! Dziękujemy Dorte i Jakobowi, że odwiedzili nas razem z rodziną! 

 

Wszyscy unieśli kieliszki, mówiąc: na zdrowie i upijając łyk. Nim ktokolwiek zdołał 

rozwinąć temat Olava i Elen, Elizabeth pospiesznie spytała, co u Mathilde. 
 

Dorte odpowiedziała, że wszystko dobrze, a Jakob wdał się w rozmowę z Kristianem. 

Elizabeth słuchała jednym uchem, gdyż cała jej uwaga była skupiona na siostrze. 
 

background image

 

30

 

Elen aż złożyła dłonie, gdy weszli do salonu. 

 

-  Och,  jakie  to  piękne!  –  Odwróciła  się  do  Marii.  –  Nigdy  jeszcze  nie  widziała, 

prawdziwej choinki, tylko o niej słyszałam. 
 

Podeszła bliżej drzewka i z podziwem oglądała ozdoby. 

 

- Ja piekłam ciasteczka – pochwaliła się Ane. 

 

-  Zdolna  jesteś  –  pochwaliła  ją  Elen,  dotykając  jedno  z  ciasteczek  wiszących  na 

czerwonej wstążce. – Olav, kiedy weźmiemy już ślub, będziemy mieć choinkę, prawda? 
 

Elizabeth  dostrzegła,  że  oczy  Marii  pociemniały,  a  dłonie  zacisnęły  się  na  fałdach 

spódnicy. 
 

-  Mario,  usiądź  tutaj  –  poprosiła  siostrę  i  pociągnęła  ją  na  sofę,  gdzie  już  siedziała 

Indianne. 
 

- Niektórzy  uważają, że  to grzech – odezwała się Dorte. –  Ale może i my  sprawimy 

sobie choinkę w przyszłym roku? jest taka ładna. Co o tym myślisz, Jakobie? U was nie było 
tradycji choinki, prawda? 
 

- Cóż, może była – uśmiechnął się. 

 

- Och, byłabym zapomniała! – Elen okręciła się wokół własnej osi. – mam podarunek 

dla ciebie, Mario! – Wypadła na korytarz i zaraz wróciła. – Proszę. – Wręczyła Marii pakunek 
i stanęła, trzymając ręce za plecami i czekając w napięciu. 
 

Ależ  ona  jest  ładna,  pomyślała  Elizabeth  wbrew  swoje  woli.  Brązowe  włosy 

dziewczyny  kręciły  się  na  skroniach,  a  przewieszony  przez  piersi  warkocz  był  gruby  i 
błyszczący. Poza tym mało kto potrafił okazywać taką dziecięcą wręcz radośc jak ona. 
 

Maria wpatrzyła się sztywno w haftowany obrusik. 

 

- Sama go uszyłam – wyjaśniła Elen z uśmiechem. 

 

Maria próbowała coś powiedzieć, ale dopiero gdy odchrząknęła, udało jej się wydobyć 

głos. 
 

-  Dziękuję,  jest  ładny.  Niestety,  ja  nie  mam  nic  dla  ciebie.  Ja…  nie  wiedziałam 

przecież, że przyjedziesz. Twoja skrzynia z posagiem jest już zapewne pełna? 
 

Elizabeth  rozejrzała  się  szybko  dokoła.  Czy  to  tylko  ona  dosłyszała  w  tych  słowach 

gorzki ton? Chyba tak, bo wszyscy uśmiechali się z sympatia. 
 

- Pełna jeszcze nie jest, ale mam już trochę rzeczy. I nie myśl o podarunku dla mnie. 

Cieszę się, że mnie tu dzisiaj przyjęliście. 
 

Elizabeth obawiała się, że siostra nie zniesie dalszej rozmowy i wstała. 

 

- Mario. Mogłabyś pójść ze mną i zobaczyć, co z kawą? 

 

W korytarzy Elizabeth odciągnęła siostrę od drzwi do salonu i spytała: 

 

- Jak ci idzie? 

 

- Dobrze! Czyż mogłoby być inaczej? 

 

Elizabeth spojrzała na nią przeciągle. Maria znów miała na twarzy zimną maskę i była 

całkowicie niedostępna. 
 
 

Zapadła  ciemność  i  zapalono  wszystkie  lampy  i  świecie.  Dzieci  położyły  się  spać. 

Kristian wyciągnął mocniejsze trunki. 
 

- Koniak dla panów, wino dla pań – obwieścił, nalewając do kieliszków. 

 

- Nie, dziękuję, dla mnie nie tak dużo. – Dorte chciała cofnąć swój kieliszek. 

 

-  Ależ  skąd!  To  lekarstwo,  które  wzmacnia  ciało  –  żartował  Kristian,  napełniając 

kieliszek do pełna. 
 

Maria  chętnie  wypiła  zawartość  swojego  kieliszka;  od  razu  stała  się  rozmowna  i 

chichocząca. 
 

-  Dobrze  tu  nam  z  tobą,  Lars  –  zaśmiała  się,  poklepując  go  po  ramieniu.  –  Wiesz, 

bardzo  się  cieszę,  że  się  do  nas  przeniosłeś.  Lepszego  parobka  ze  świecą  by  szukać.  Na 
zdrowie! 

background image

 

31

 

Przeniosła się na sofę bliżej Larsa. Elizabeth zauważyła spojrzenie, które posyłała im 

Helene,  i  wstydziła  się  za  siostrę.  Jak  ona  mogła  być  tak  bezmyślna?  Nie  czuła,  że  się 
ośmiesza? 
 

- Mario, pomóż mi – poprosiła, pochylając się do niej przez stół. 

 

-  Nie  teraz.  Poproś  kogoś  innego  –  odparła  siostra.  Położyła  dłoń  na  udzie  Larsa  i 

nadal coś do niego mówiła, chichocząc. 
 

- Owszem, teraz! – nakazała Elizabeth tonem nie znoszącym sprzeciwu i wbiła w nią 

surowe spojrzenie. – Weź tę tacę z ciastkami i zanieś do kuchni! – A gdy znalazły się same, 
zasyczała. – Czym możesz usprawiedliwić swoje zachowanie? 
 

- O co ci chodzi? 

 

Współczucie, które miała dla Marii, gdzieś zniknęło. 

 

- Nie widzisz, że ranisz uczucia Helene? I w ogóle, jak to wygląda, że przyklejasz się 

do parobka, jakbyś chciała… Nie, nie znajduję na to słów, Mario. 
 

-  Ciekawe,  że  nagle  stałaś  się  taka  wyniosła.  Nie  mówisz  już  na  niego  Lars,  tylko 

parobek? A ja nie wiedziała, że coś jest między nim a Helene. Ty wiedziałaś? – odparła Maria 
ironicznie. 
 

Elizabeth zaniemówiła. To było niepodobne do Marii. Co ją opętało? 

 

-  Jeśli  nie  masz  nic  więcej  do  powiedzenia,  wrócę  do  gości  –  oznajmiła  Maria  z 

uśmiechem. 
 

- Nie, nie mam – szepnęła Elizabeth bezdźwięcznym tonem. 

 

Po powrocie do salonu Maria usiadła na krześle i miejsce obok Larsa pozostało puste. 

Elizabeth ujęła swój kieliszek i rozejrzała się dyskretnie. Helene siedziała odwrócona plecami 
i rozmawiała z Elen. Nie wiadomo, czy zauważyła zajście między siostrami. 
 

-  Słyszałaś  o  tym  ze  Storvika,  który  dostał  pomieszania  zmysłów?  –  wyrwała  ją  z 

zamyślenia Dorte. 
 

Elizabeth przez chwilę musiała zebrać myśli, zanim przypomniała sobie  rozmowę ze 

staruchą przed kościołem. 
 

-  Tak,  spotkałam  kobietę,  która  mi  o  tym  mówiła.  Ale  pewnie  ten  człowiek  już 

wcześniej miał coś z głową.  
 

Dorte zaprzeczyła z powagą. 

 

- Ja niczego nie zauważyłam. Oj, to niesamowite. 

Pomyśleć tylko, że widział ojca, który nie żyje. 
 

-  Pomiędzy  niebem  a  ziemią  są  rzeczy,  o  których  nie  mamy  pojęcia  –  powiedziała 

Elizabeth cicho, świadoma, że powtarza słowa i Mikkela, i tamtej starej kobiety. 
 

Darte  znów  pokiwała  głową  i  wdała  się  w  rozmowę  z  Elen  i  Helene.  Elizabeth 

siedziała milcząca, uśmiechając się lub kiwając głową, kiedy było potrzeba, a czasem rzucała 
jakąś uwagę. 
 

Dzień nie okazał się taki, jakiego oczekiwała. 

A wszystko przez to, że przyjechała także Elen. 
 

Poczuła  ulgę,  gdy  nadszedł  czas  wieczornego  spoczynku.  Maria  miała  pokazać 

gościom ich pokoje, a ona razem z Helene zbierała kieliszki i filiżanki. 
 

Przyjaciółka zachowywała się sztywno i odpowiadała zdawkowo, gdy Elizabeth o coś 

ją pytała. 
 

Wreszcie Elizabeth powiedziała wprost: 

 

- Helene, muszę cię prosić o wybaczenie z powodu Marii. 

 

- Co masz na myśli? 

 

No nie, pomyślała z rezygnacją Elizabeth. Czy ona też będzie udawać, że nie wie, o co 

chodzi? 

background image

 

32

 

-  Wiele  się  za  tym  kryje  –  odparła  Elizabeth.  –  Maria  sądziła,  że  Olav  ją  kocha. 

Okazało się jednak, że wybrał Elen. Postaraj się ją zrozumieć! Ona żartowała sobie z Larsem 
tylko po to, żeby się zemścić na Olavie. 
 

Helene stała, sztywno wyprostowana, trzymając w dłoniach kieliszki. 

 

- Nieważne. To nie daje jej prawa do igrania z uczuciami innych. 

 

- Nie  wyszeptała Elizabeth. – Nikt nie ma do tego prawa. 

 
Rozdział 8 
 
 

Pierwszy dzień nowego roku dobiegł końca i nastał wieczór. Księżyc w pełni oświetlał 

zaśnieżone  podwórze.  W  błękitnej  kuchni  w  Dalsrud  płomienie  strzelały  w  palenisku. 
Elizabeth cieszyła się, że przeszło już Boże Narodzenie – święta, w czasie których wszyscy 
mają odpoczywać i być zadowoleni. Ona czuła się teraz bardzo zmęczona. 
 

Jej  myśli  wędrowały  ku  mieszkańcom  wybrzeża.  Ilekroć  tylko  miała  coś  na  zbyciu, 

natychmiast  im  to  podrzucała.  Wiedziała,  że  Bergette  też  tak  postępuje.  Ale  to  nie 
wystarczało. Mogła się tylko modlić, żeby ten nowy rok był lepszy od poprzedniego. 
 

Helene  na  szczęście  nie  chowała  urazy  do  Marii  po  tym,  co  zaszło  podczas 

ś

wiątecznej wizyty. Elizabeth domyślała się, że siostra także przeprosiła Helene, ale żadna z 

nich nie wracała do tego tematu. 
 

Właśnie skończyli posiłek i siedzieli wokół stołu, rozmawiając swobodnie. Lars oparł 

łokcie o blat i spytał: 
 

- Czy słyszeliście o zmarłym panu młodym, który wrócił po swoją żonę? 

 

- Nie, opowiedz, opowiedz! – poprosiła podekscytowana Ane. 

 

Lars napotkał spojrzenie Elizabeth, a ta kiwnęła głową. 

 

- Skoro powiedziałeś już tyle, to powiedz i resztę.  

 

Wszyscy  wpatrywali  się  w  Larsa.  Oświetlony  światłem  zwisającym  z  sufitu  lampy 

parafinowej, zaczął swoją opowieść: 
 

- Była sobie kiedyś dziewczyna o imieniu Karen. 

Właśnie wyszła za mąż, ale nagle jej mąż zmarł. Karen kochała go ponad wszystko na świecie 
i strasznie rozpaczała. 
 

- Jak umarł? – spytała szeptem Ane. 

 

-  Tego  niestety  nie  wiem.  Pewnego  księżycowego  wieczoru,  gdy  siedziała  w  swoim 

pokoju  i  płakała,  rozległo  się  pukanie  w  swoim  pokoju  i  płakała,  rozległo  się  pukanie  do 
drzwi. Była całkiem sama w domu i ucieszyła się, ze ktoś ją odwiedza. Zawołała więc: proszę 
wejdź!  –  Lars  zamilkł  i  potoczył  wzrokiem  po  zebranych,  zanim  podjął  wątek:  -  Drzwi  się 
otworzyły i stanął w nich jej mąż. 
 

- Ale przecież on nie żył – wyszeptała Ane, przysuwając się do matki. 

 

Lars pokiwał głową. 

 

-  Spytał,  czy  chce  z  nim  pójść.  Karen  od  razu  się  zgodziła,  bo  niczego  bardziej  nie 

pragnęła.  Wyszli  więc  i  wsiedli  na  jego  karego  konia.  Po  drodze  spytał  ją:  -  Jadę  powoli,  a 
księżyc  świeci  tak  ładnie.  Moja  Karen,  nie  boisz  się?  nie,  odpowiedziała,  i  pojechali  dalej. 
Wreszcie dotarli na cmentarz. Mąż uwiązał konia do krzyża i zaczął rozkopywać swój grób. 
 

Elizabeth  zerknęła  na  Helene.  Ona  też  wpatrywała  się  w  Larsa  szeroko  otwartymi 

oczami. 
 

- Ale wtedy Karen się przestraszyła, bo nagle poczuła, ze jednak chce żyć. Pobiegła do 

kaplicy i zamknęła za sobą drzwi na zasuwę. Maż poszedł za nią i prosił, by otworzyła, lecz 
ona  odmówiła.  Kopał  i  bił  w  drzwi,  mówiąc,  że  przysięga  to  przysięga  i  że  trzeba  jej 
dotrzymywać. Karen modliła się i czyniła znak krzyża, ale to nie pomogło. Płakała i błagała, 
lecz  mąż  nieboszczyk  nie  ustępował.  W  pewnym  momencie  usłyszała,  że  zaczyna  kopać 
łopatą pod drzwiami. Cały czas przy tym nawoływał, prosił i groził. 

background image

 

33

 

Elizabeth poczuła, że Ane mocno do niej przywarła, i spojrzała na Larsa wymownym 

wzrokiem. 
 

-  Ale  nagle  wzeszło  słońce  i  nieboszczyk  musiał  wrócić  do  grobu.  Bo  żaden  umarły 

nie może przebywać w świetle dnia – zakończył szybko Lars. 
 

Ane  zmarszczyła  czoło  i  już  miała  coś  powiedzieć,  gdy  dobiegł  ich  z  kuchni  okrzyk 

przerażenia. 
 

- Co się stało, Helene? – spytała ostrym tonem pobladła Helene. 

 

-  Zobaczyłam jakąś kobietę na podwórzu! Naprawdę, dobrze ją widziałam w świetle 

księżyca! 
 

-  Co  za  bzdury!  –  Elizabeth  wstała  i  podeszła  do  okna.  –  Nie  ma  tu  żywego  ducha. 

Chyba masz przewidzenia. 
 

- Przysięgam, uwierz mi! – Helene była blada, a jej dolna warga drżała. 

 

Elizabeth  potoczyła  wzrokiem  po  zebranych  wokół  stołu.  Najwyraźniej  też  czuli  się 

nieswojo. Helene nie należała do osób, które łatwo było wystraszyć, wszyscy o tym wiedzieli. 
 

- To pewnie było moje odbicie – próbowała wytłumaczyć Maria, lecz Helene spojrzała 

na nią ze złością. 
 

- Nie powinienem był tego opowiadać… - zaczął Lars, lecz przerwało mu trzykrotne 

pukanie do drzwi. Wszyscy się wzdrygnęli, a po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich 
Lina. 
 

- Dlaczego tak patrzycie? Zobaczyliście ducha? – spytała. 

 

Elizabeth odetchnęła z ulgą. 

 

-  Żebyś  wiedziała!  –  odparła  i  przyłożyła  dłonie  do  piersi.  Zauważyła,  że  pozostali 

domownicy  też  oddychają  swobodniej.  –  Wejdź!  Kochana,  zupełnie  zapomniała,  że  miałaś 
dziś  przyjechać.  Jak  się  udała  podróż?  –  I  nie  czekając  na  odpowiedź,  ciągnęła  dalej:  - 
jechałaś w spódnicy? Musisz być przemarznięta do szpiku kości! 
 

- Mam pod spodem spodnie. Mama nie wypuściłaby mnie z domu w męskim ubraniu. 

 

Elizabeth dotknęła dłonią czerwonego policzka służącej. 

 

- Jesteś lodowata, biedactwo. Siadaj do stołu i napij się kawy, to się zagrzejesz. 

 

- Jak było w Kabelvaag? – spytał Lars, gdy Lina zdjęła już wierzchnie okrycie  usiadła 

za stołem. 
 

- Dobrze było znów zobaczyć mamę i wszystkich – odparła, popijając gorący napój. – 

Oj, jak mi dobrze – dodała. 
 

- Tęskniliśmy za tobą! – oznajmiła Ane. – Zwłaszcza w Wigilię. 

 

Lina wpatrzyła się w kubek z kawą, odgarnęła kosmyk włosów i odchrząknęła. 

 

-  Mam  coś  do  powiedzenia.  Mój  ukochany,  Andreas,  oświadczył  mi  się.  i  ja  go 

przyjęłam. 
 

Kristian zakrztusił się kawą tak, że Elizabeth musiała przyjść mu z pomocą. Skoczyła, 

ż

eby  poklepać  go  po  plecach,  a  w  przelocie  dostrzegła  bolesny  grymas  na  twarzy  Marii. 

Jeszcze  jedna  kobieta  otrzymuje  tego,  kogo  che,  a  ona  nadal  nie  ma  nikogo,  pomyślała  ze 
współczuciem. 
 

Helene ocknęła się pierwsza. 

 

- Gratuluję! – powiedziała, wyciągając dłoń. – No, to jesteś drugą ze służących, które 

wychodzą za mąż. 
 

Lars także wyciągnął dłoń. 

 

- Mam nadzieję, że niedługo poznamy twojego narzeczonego – rzekł. 

 

Kristian odzyskał oddech i szybkim ruchem otarł oczy pełne łez. 

 

- Czyli pewnie przeniesiesz się do Kabelvaag? 

 

Elizabeth  rzuciła  mu  ostre  spojrzenie.  Co  to  za  gadanie?  Wydawało  się,  jakby  tego 

oczekiwał. Jakby chciał się pozbyć Liny. 
 

Służąca kręciła kubkiem. 

background image

 

34

 

-  Tego  jeszcze  nie  postanowiliśmy.  Jeśli  znajdziemy  coś  małego  w  pobliżu,  będę 

mogła nadal służyć w Dalsrud. Oczywiście, jeżeli wciąż mnie chcecie – dodała. 
 

Naturalnie, 

ze 

chcemy. 

Prawda, 

Kristianie? 

 

Mąż kiwnął głową i Elizabeth znów zdziwiło jego zachowanie. Zaraz jednak dodał: 

 

- Tak, oczywiście, że chcemy. Kiedy ślub? 

 

-  Jeszcze  nie  ustaliliśmy  daty  –  odparła  Lina,  kreśląc  palcem  niewidzialne  linie  na 

stole. – Najbardziej się cieszę, ze on zostawił za sobą swoją przeszłość – dorzuciła cicho. 
 

Elizabeth już miała spytać, co ma na myśli, gdy wtrąciła się Maria: 

 

- Gratuluję, Lino! Pomogę ci uszyć suknię ślubną. Jeśli chcesz. 

 

-  Dziękuję,  Mario!  –  Drobna,  piegowata  twarzyczka  służącej  rozjaśniła  się  w 

uśmiechu. – To bardzo miło z twojej strony. Wiem, że świetnie szyjesz. 
 

Elizabeth obserwowała siostrę. Tak, to miły gest z jej strony, zwłaszcza że nie było jej 

teraz lekko. 
 

-  A  Lars  nam  właśnie  opowiadał  straszną  historię  o  zmarłym  panu  młodym,  który 

przyszedł po swoją żonę – wyrwało się Ane. 
 

- Cicho! – nakazała Elizabeth. – Nie będziemy już o tym mówić. Powiesz nam lepiej, 

jak ci tam było, Lino. No i częstuj się, pewnie dawno nie jadłaś. 
 

Nastrój  przy  stole  się  ożywił.  Kiedy  już  Lina  skończyła  o  zaczęli  zbierać  naczynia, 

Elizabeth  przypomniały  się  słowa  służącej  o  narzeczonym.  Odwiodła  ją  na  bok  i  spytała 
cicho: 
 

- Powiedziałaś, że Andreas wreszcie zamknął swoją przeszłość. Co miałaś na myśli? 

 

Lina zarumieniła się lekko. 

 

- Nie, nic specjalnego. 
- Chyba ni zrobił nic złego? – Elizabeth położyła dłoń na ramieniu dziewczyny i  

zmusiła ją, żeby na nią spojrzała. – Chyba nie jest za coś poszukiwany, co? 
 

- O, nie! – Lina energicznie pokręciła głową. – Nie, na pewno nie. on jest taki miły i 

dobry, że nie mogłabym znaleźć lepszego męża. 
 

Elizabeth puściła jej ramię. 

 

- To dobrze – powiedziała z uśmiechem. – Ty jesteś taka poczciwa, że zasługujesz na 

mężczyznę, który się tobą dobrze zaopiekuje. 
 
 

Elizabeth,  nucąc  pod  nosem,  siedziała  w  tkalni  na  poddaszu  i  porządkowała  ścinki 

tkanin. Ucieszyła ją nowina, którą Lina przywiozła z Kabelvaag. Pomyśleć tylko, że jej mała 
służąca wyjdzie za mąż! Miała nadzieję, że oboje z mężem osiedlą się w okolicy i Lina nadal 
będzie u nich pracować. Może uda im się poznać tego Andreasa jeszcze przed ślubem? 
 

Kilka dni wcześniej  Lina powiedziała, że jeśli wezmą ślub tutaj, Elizabeth i Kristian 

oczywiście będą zaproszeni na wesele, lecz jeśli ślub odbędzie się w Kabelvaag, podróż może 
być zbyt uciążliwa. 
 

- Nie mów tak – odparła Elizabeth. – Zawsze się znajdzie jakieś rozwiązanie. 

 

Podniosła kilka niebieskich pasków materiału o obejrzała uważnie. Jeśli połączy je z 

szarymi,  będą  ładnie  harmonizowały.  Tak,  ustka  niebiesko  –  szary  dywanik  i  da  go  w 
prezencie ślubnym Linie. 
 

Drgnęła, gdy przy uchu poczuła ciepły oddech i usłyszała szept Kristiana: 

 

- A więc tu się schowałaś! W ogóle nie zauważasz, że muszę być sam. 

 

- Sam! – przedrzeźniła go ze śmiechem i odwróciła się do niego. – Och, jak bardzo mi 

cię żal! 
 

-  Uważam,  że  powinnaś  zostać  ukarana  za  to,  że  jesteś  taka  samolubna  –  oznajmił  i 

pociągnął ją w stronę ściany.  
 

Elizabeth  dostrzegła  iskry  w  jego  spojrzeniu.  Uśmiechał  się  drapieżnie.  Znała  ten 

uśmiech i wiedziała, czego chce. Poczuła, jak serce zaczyna jej mocniej bić. 

background image

 

35

 

- Ktoś może przyjść, Kristianie… 

 

- Zamknąłem drzwi na klucz. 

 

- Nic nie słyszałam. 

 

- Zachowywałem się cicho. 

 

Jedną dłonią chwycił oba jej nadgarstki i przytrzymał nad głową. 

 

- Może pójdziemy do sypialni? – spytała ochrypłym głosem. 

 

Pokręcił powoli głową, wolną ręką rozpinając jej bluzkę. 

 

Stali  tak  blisko  siebie,  że  musiał  się  mocno  pochylić,  żeby  pocałować  ją  w  szyję. 

Elizabeth  poczuła  falę  pożądania,  gdy  skubnął  ją  w  koniuszek  ucha,  pieszczotliwie,  lecz 
stanowczo. Za chwilę tak samo potraktował brodawkę jednej z jej obnażonych piersi. 
Rozpiął  spodnie  i  pozwolił,  by  opadły,  po  czym  zaczął  powoli,  cal  po  calu,  unosić  jej 
spódnicę. Elizabeth zadrżała i wyrwało jej się westchnienie. Nagle usłyszeli odgłos chodaków 
na  schodach.  To  Lina,  pomyślała  Elizabeth,  wstrzymując  oddech.  Kroki  zatrzymały  się  na 
szczycie schodów. 
 

- Elizabeth? 

 

Kroki  dotarły  pod  ich  drzwi.  Elizabeth  poruszyła  się  niespokojnie,  lecz  Kristian 

zamknął jej usta pocałunkiem. Klamka poszła w dół. 
 

- Elizabeth, jesteś tam? 

 

Czuła, jak serce wali jej z pożądania i wstydu. Pomyśleć, że coś takiego przyszło im 

do  głów!  Dwoje  dorosłych  ludzi,  w  środku  dnia!  Było  to  odważne,  a  zarazem  niezwykle 
podniecające… 
 

Kroki ucichły na schodach i Kristian uwolnił jej usta. 

 

- Szybko! – szepnęła, wyswobodziła ręce z jego uścisku i gorączkowo mu pomogła. 

 

Nie dał się długo prosić. Pospiesznie ujął ją za pośladki i natychmiast w  nią wszedł. 

Elizabeth poczuła, że robi jej się słabo. Musiała mocno zagryźć dolną wargę, by nie krzyczeć 
z rozkoszy. 
 

Po wszystkim opadła ciężko na jego pierś, z trudem łapiąc oddech. 

 

- Chyba nie jesteśmy całkiem normalni! – zaśmiała się, nadal drżąca. 

 

Uśmiechnął się o odgarnął jej kosmyk włosów za ucho. 

 

- Ogarnij się nieco, zanim zejdziesz na dół – wyszeptał, mrugając porozumiewawczo. 

 

Pokiwała głową, wymknęła się na korytarz i przeszła do ich sypialni. 

 

- Wstaw wodę, Lino – rzuciła Elizabeth, wchodząc do kuchni. Poczuła, że rumieniec 

wypełza na jej policzki, więc odwróciła się do służącej plecami. 
 

- Byłam przed chwilą na górze i cię szukała, - powiedziała Lina znad paleniska. 

 

- Czego chciałaś? 

 

- Nic ważnego. Helene już mi pomogła. Ale dlaczego zamknęłaś drzwi do tkalni? 

 

- Bo mam tam tajemnicę – odparła Elizabeth, majstrując przy młynku do kawy, 

 

Lina  nie  pytała  więcej.  Elizabeth  odetchnęła  z  ulgą,  odwróciła  się  i  spojrzała  przez 

okno. Wydawało się, że nawet na podwórzu nastał niedzielny spokój. 
 

-  Dawno  nie  byliśmy  w  kościele  –  zauważyła.  –  Po  świętach  tylko  raz.  Poproszę 

Kristiana, żeby po kawie poczytał nam Biblię
 

- Ja byłam w kościele w Kabelvaag – powiedziała Lina, wsypując ziarna do młynka. – 

Jest  coś  szczególnego  w  kościele,  w  którym  się  zostało  ochrzczonym  o  konfirmowanym. 
Jakby trochę był nasz własny.  
 

-  Tak,  masz  rację  –  odparła  Elizabeth  z  uśmiechem.  –  Pójdę  po  Larsa.  Wyciągnij 

trochę cista, dobrze? 
 

Narzuciła  na  ramiona  wełnianą  kurtkę  Kristiana,  włożyła  wysokie  buty  i  wyszła. 

Zanim  doszła  wąską  ścieżką  do  domku  parobka,  dół  spódnicy  był  cały  zaśnieżony.  Stanęła 
przy  drzwiach  i  już  chciała  zapukać,  lecz  powstrzymała  się,  bo  ze  środka  dobiegł  ją  głos 
Marii. 

background image

 

36

 

- Czyżbyś nie był zadowolony z mojej wizyty, Larsie? 

 

- Oczywiście, że jestem – odparł basem parobek – ale uważam, że powinnaś już pójść, 

Mario. To nie wypada. 
 

- Czyżbym robiła coś złego? 

 

- Wiesz, co mam na myśli. Jesteś mądrą dziewczyną i cię szanuję. Ale wiesz, gdyby 

cię ktoś tu zobaczył, samą z parobkiem. Zaczęłyby się plotki! Jesteś zbyt dobra, Mario, żeby 
cię niszczyć złośliwymi plotkami.  
 

- Tu nikt nic nie powie. 

 

-  Może  przyjechać  ktoś  z  wizytą.  Idź.  Rozmawiać  możemy  i  u  was  w  domu.  Mam 

jeszcze coś do zrobienia i zaraz też przyjdę. 
 

Elizabeth wstrzymała oddech i przyłożyła ucho do drzwi. Wstydziła się tego, co robi, 

ale nie mogła się powstrzymać. 
 

- A więc uważasz, że jestem dobra? – Głos Marii był miękki i kuszący. 

 

- Tak, ale nie zrozum mnie źle. 

 

- A jeśli rozepnę guziki bluzki? Co o tym sądzisz? 

 

- Mario, przestań! 

 

- A może ty  nie lubisz kobiet, co? – rzuciła Maria obrażonym tonem. – Słyszałam o 

takich, którzy… 
 

Elizabeth  poczuła,  jak  krew  napływa  jej  do  twarzy  i  ogarnia  ją  fala  gniewu.  Zanim 

zdołała się zastanowić, otworzyła z impetem drzwi. Maria okręciła się, niezdarnie zasłaniając 
swoją rozpiętą bluzkę. 
 

Lars zerwał się z krzesła. 

 

- Przepraszam, ja nie… 

 

Oboje  próbowali  coś  powiedzieć,  lecz  Elizabeth  nie  chciała  słuchać.  Żelaznym 

chwytem złapała siostrę za rękę, wyciągnęła za sobą na podwórze i ciągnęła do domu. 
 

- Całkiem zwariowałaś? – protestowała Maria. – Au! Boli! Puszczaj mnie! 

 

- Na górę! Marsz na górę do pokoju, i to szybko! 

- Elizabeth wskazała drżącym palcem na schody. 
 

Maria nie odważyła się już sprzeciwić siostrze. 

 

Elizabeth  usłyszała,  że  drzwi  do  kuchni  się  otwierają.  Doszedł  ją  brzęk  naczyń 

ustawianych  na  stole  i  głosy  Kristiana  i  Liny.  Pewnie  to  wyjrzała  Helene  lub  Ane,  lecz 
Elizabeth,  nie  zważając  na  nic,  biegła  za  siostrą  po  schodach.  Wpadła  za  nią  do  pokoju  i 
zamknęła drzwi. 
 

- Wytłumacz się! 

 

Napotkała czupurne spojrzenie niebieskich oczu Marii. 

 

-A dlaczego ty mnie zawstydziłaś na oczach Larsa? 

 

-  Sama  się  już  wystarczająco  skompromitowałaś!  –  wyrzuciła  Elizabeth  ze  złościć, 

chodząc po pokoju w tę i z powrotem. Nie przejmowała się, że podeszew okrywają się grudki 
ś

niegu i roztapiają na podłodze. Obcasy stukały energicznie. – Zapnij tę bluzkę! 

 

Maria zacisnęła usta, lecz posłuchała. 

 

- Bluzka rozpięła się przypadkiem – burknęła. 

 

- Bo ja ci zaraz pokażę przypadek! Myślisz, że nic nie słyszałam? Jak ty możesz tak 

się narzucać niczym jakaś… - Zamilkła i starała się opanować. 
 

- No, dokończ, dokończ! Sądziesz, że jestem dziwką? 

 

Elizabeth popatrzyła na nią i wyszeptała: 

 

- Czy naprawdę chcesz uchodzić za dziwkę, Maryjko? 

 

Siostra pokręciła głową w milczeniu. 

 

- No to dlaczego tak się zachowujesz? 

 

Maria usiadła na łóżku i splotła mocno dłonie. 

 

Gdy wciąż milczała, Elizabeth poprosiła: 

background image

 

37

 

-  W  takim  razie  powiedz  mi,  co  się  działo  w  lecie  na  zabawie  u  Edrikke.  Czy  to 

prawda, co ludzie mówili, że uganiałaś się za mężczyznami? 
 

Maria  ciężko  oddychała,  ze  wzrokiem  utkwionym  w  złożonych  dłoniach.  Elizabeth 

stanęła na wprost niej. 
 

- Odpowiedz mi, Mario! 

 

Dziewczyna prawnie niezauważalnie pokręciła głową. 

 

- Może tańczyłam zbyt blisko – powiedziała wreszcie cicho. – I śmiałam się za dużo, 

ale nic poza tym nie zrobiłam. – Uniosła głowę i spojrzała na siostrę. – Przysięgam. 
 

Elizabeth odetchnęła z ulgą. 

 

- A co było na naszej zabawie jesienią? Co się wtedy zdarzyło? 

 

- Nie zrobiłam nic, po czym mogłabym… zajść w ciążę – wykrztusiła Maria i opuściła 

wzrok. – Całowałam się tylko z jednym takim. Nic więcej. 
 

-  Tylko  się  całowałam!  –  prychnęła  Elizabeth,  lecz  nie  drążyła  już  tematu.  Spytała 

tylko: - A jak wytłumaczysz swoje postępowanie z Larsem? Czy on ci się podoba? 
 

- Lubię go, ale nie w ten sposób. Sama nie rozumiem, jak mogłam coś takiego robić. – 

Nagle Maria pochyliła się, chowała twarz w dłonie i zaczęła płakać. 
 

Elizabeth  stała  przestraszona  i  patrzyła.  Po  chwili  usiadła  obok  siostry  i  objęła  ją 

ramieniem. 
 

- No już, już, Maryjko, nie płacz. Wszystko się jakoś ułoży, zobaczysz. 

 

- Tak mi wstyd! Nie rozumiem, jak mogłam coś takiego robić czy mówić! Po prostu 

nie rozumiem! – łkała. 
 

Elizabeth wyciągnęła chusteczkę z kieszeni spódnicy i podała siostrze, Maria chwyciła 

ją,  ale  nawet  nie  otarła  Łazy.  Wstrząsało  nią  gorzkie  łkanie.  Jej  płacz  trwał  tak  długo,  że 
Elizabeth zaczynała się już niepokoić. 
 

-  Maryjko,  już  dobrze  –  próbowała  ostrożnie  ją  pocieszać,  odgarniając  mokre  od  łez 

pasmo włosów z jej czerwonej, spuchniętej twarzy. 
 

Maria zaczerpnęła powietrza i się wyprostowała.  

Wydmuchała nos i wyrównała oddech. Jej oczy były zaczerwienione. 
 

- Tak mi było przykro, że Olav mnie nie chce. Że zamiast mnie wybrał Elen – wyznała 

drżącym głosem tak cicho, że Elizabeth ledwo ją dosłyszała. – Nie wiem, dlaczego zawzięłam 
się na Larsie… i tych innych. Ale jak ktoś mi powiedział, że jestem ładna, robiło mi się lepiej. 
Chciałam, żeby Olav to usłyszał. 
 

Elizabeth przytuliła ją do siebie. 

 

- Ale Olav tego nie słucha. On jest teraz z kimś innym i musisz się z tym pogodzić. A 

jeśli usłyszy, jak ktoś mówi, że jesteś ładna czy dobra, ucieszy się tylko. Bo on myśli o tobie 
w  inny  sposób,  Mario.  Jesteś  jego  najlepszą  przyjaciółką.  I  nikim  więcej  –  dodała 
stanowczym tonem. 
 

Maria zamknęła oczy, żeby powstrzymać znów napływające łzy. 

 

- Z czasem będzie lepiej – pocieszała ją Elizabeth. – Ale nie psuj sobie opinii z żalu po 

Olavie. Obiecaj mi to. Mario! Łatwo jest zepsuć opinię, a trudno ją odzyskać. 
 

- Wiem. – Maria pokiwała głową. 

 

- A teraz umyj buzię i odpocznij chwilę. Ja powiem wszystkim, że źle się poczułaś i 

ż

eby nikt ci nie przeszkadzał. 

 

- Nie uwierzą. A Larsa powinnam przeprosić. 

 

-  niech  sobie  wierzą,  w  co  chcą.  A  Larsa  przyślę  tu  zaraz  do  ciebie.  Chcesz  trochę 

kawy? – spytała, stojąc w drzwiach. 
 

- Nie. chyba się prześpię, jak już z nim porozmawiam. 

 

Elizabeth zeszła na dół i zajrzała do kuchni. Dała parobkowi znak, by wyszedł za nią 

do sieni. 
 

- Idź na górę do Marii – powiedziała. – Musi z tobą pogadać. 

background image

 

38

 

Umknął  spojrzeniem  i  pociągnął  się  za  ucho.  Wreszcie  spojrzał  jej  prosto  w  oczy  i 

zapewnił: 
 

- Ja nic nie zrobiłem, Elizabeth, uwierz mi. Maria jest wspaniałą dziewczyną, ale ja nic 

do niej nie czuję. Poza tym jestem biednym parobkiem, a ona jest twoją siostra… 
 

- Wiem – przerwała mu Elizabeth. – Maria chce cię przeprosić. 

 

Najwyraźniej go to zdumiało. 

 

- Nie, to niepotrzebne. Powiedz jej tylko, że… Nie, nie wiem, co – rzucił, marszcząc 

brwi. 
 

- Po prostu idź na górę i porozmawiaj z nią chwilę. Potem przyjdź na kawę. 

 

Odprowadziła  go  wzrokiem,  gdy  z  ociąganiem  wchodził  po  schodach  na  stryszek. 

Nabrała  głęboko  powietrza  i  weszła  do  kuchni.  Zwróciły  się  ku  niej  spojrzenia  wszystkich 
domowników. 
 

- jak się zapewnie domyślacie, pokłóciłam się z Marią – oznajmiła. – Dlaczego to, co 

sobie  powiedziałyśmy,  zostanie  między  nami.  Niezależnie  od  tego,  co  o  tym  sądzicie, 
zatrzymajcie swoje zdanie dla siebie. 
 

Ane już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale Elizabeth ubiegła ją: 

 

- to dotyczy wszystkich! 

 

W odpowiedzi obecni skinęli głowami. 

 
Rozdział 9 
 
 

Elizabeth ziewnęła przeciągle i rozprostowała plecy, wchodząc do ciepłej kuchni. 

 

- Która godzina? – spytała Helene, która mieszała kaszę na ogniu. 

 

- Niedługo czas do obory – odparła przyjaciółka i też ziewnęła. 

 

Elizabeth przetarła oczy. 

 

- Kristian wstał przede mną. Widziałaś go? 

 

- Chyba wyszedł. Usiądź, dam ci kawy na rozbudzenie. 

 

Elizabeth  usiadła  przy  krótszym  boku  stołu.  Na  zewnątrz  było  jeszcze  ciemno.  gdy 

próbowała wyjrzeć przez okno, napotkała jedynie własne odbicie w szybie. 
 

- Żeby tak już była wiosna albo lato – westchnęła, upijając łyk gorącej kawy. Dobrze 

jej  robiła,  rozjaśniała  myśli  i  budziła  do  życia.  –  Styczeń  to  okropny  miesiąc.  Gdy  mijają 
ś

więta,  wiem,  że  zaraz  mężczyźni  popłyną  na  zimowe  połowy…  -  Otuliła  się  ciaśniej 

swetrem. 
 

-  Nic  na  to  nie  można  poradzić  –  odparła  Helene  i  zdjęła  garnek  z  ognia.  –  A  ja 

uważam, ze dobrze mieć różne pory roku. 
 

Elizabeth prychnęła: 

 

-  Przepraszam,  ale  ja  nie  widzę  nic  dobrego  w  lodowatym  styczniowym  poranku. 

Ciemno, zimno… O, nie. Brr! 
 

- Elizabeth – zagaiła Helene z wahaniem. – Myślisz, że podobam się Larsowi? 

 

- Może. A mówił co to? 

 

Helene pokręciła głową o nabrała głęboko powietrza. 

 

- Czasem wydaje mi się, że mnie bardzo lubi. Jak się uśmiecha czy żeruje, czuje, że 

robi mi się ciepło na sercu. 
 

Elizabeth  chciałaby  móc  powiedzieć  przyjaciółce  coś,  co  by  ją  ucieszyło,  ale  dobrze 

wiedziała, że miłość chadza sobie tylko znanymi drogami, którymi nikt nie może sterować. 
 

- Może jest nieśmiały – zasugerowała. – A ty po prostu bądź sobą i czekaj. 

 

Helene pokiwała głową w zamyśleniu, Elizabeth zaś powróciła do swojej kawy, która 

wystygła już na tyle, że można ją było pić dużymi łykami. Powoli zaczynała planować dzień. 
 

- Lina jeszcze śpi? – spytała. 

 

- Tak, a mam ją obudzić? 

background image

 

39

 

- Nie, nie trzeba. Pewnie zaraz sama się obudzi, teraz jeszcze jest wcześnie. 

 

W sieni rozległy się kroki i za chwilę do kuchni wszedł Kristian. zerwał czapkę i nie 

zważał  nawet  na  to,  że  jego  buty  tworzą  na  podłodze  mokre  plamy  do  topniejącego  śniegu. 
Elizabeth z westchnieniem schyliła się po szmatę. 
 

- Można się naprawdę cholernie wściec na tego człowieka! – zaklął. 

 

Elizabeth  spojrzała  uważnie  na  męża.  Takie  wybuchy  zdarzały  mu  się  nadzwyczaj 

rzadko. 
 

- Co się stało? – spytała, odkładając szmatę. 

 

- To ten przeklęty Mikkel! Sądzisz, że przyszedł zgodnie z umową? Skądże! 

 

Przypomniała sobie, że Kristian umawiał się z nim na wycinkę drzew w lesie. 

 

- Przecież jeszcze jest wcześnie – zauważyła ostrożnie. 

 

- Wcześnie? Ten cholernik miał przyjść wczoraj! 

 

- Proszę. – Helene postawiła przed nim kubek z kawą. 

 

- Dziękuję. 

 

- A musicie akurat dziś jechać do lasu? Nie możecie kiedy indziej? Wtedy może Lars 

będzie mógł pojechać z wami – zasugerowała Elizabeth. 
 

-  Po  pierwsze,  Mikkel  obiecał,  że  przyjdzie.  Po  drugie,  musimy  przywieźć  drewno 

dzisiaj, póki jeszcze jest mróz. Według kalendarza niedługo nadejdzie odwilż i wtedy będzie 
za ciężko. A Lars i tak pojedzie z nami, bo do tego potrzeba trzech osób. 
 

- Może znaleźć kogoś innego do pomocy? 

 

- Kogoś innego?! Tak szybko? – prychnął. 

 

-  Oj  dobrze,  nie  złość  się  przez  to  na  mnie.  –  Elizabeth  utkwiła  spojrzenie  w  oknie, 

starając  się  nie  zważać  na  zrzędzenie  Kristiana.  Rozumiała  jego  irytację,  ale  nic  nie  mogła 
poradzić. 
 

Nadal senna, przymknęła oczy. Głosy docierały do niej jak przez mgłę. Nagle spłynęło 

na nią widzenie. Zobaczyła mężczyznę leżącego na posłaniu z jałowca przykrytym skórami. 
Poczuła obcy zapach jakby suszonego mięsa zmieszanego z ziemią i dymem z ogniska. Wizja 
zdawała  się  rozmywać,  więc  Elizabeth  skupiła  się  na  szczegółach,  by  ją  utrzymać.  Czy  to 
były skóry kozie? Sierść była sztywna, szara i biała… Nie, to skóry renifera! W przebłysku 
ujrzała parę butów stojącą przy ognisku. Łapcie! To musiał być Mikkel! Jego ramię zwisało 
bezwładnie, usta miał otwarte… 
 

Wizja zniknęła, a ona aż szczękała zębami z zimna. 

 

- Co się stało? – spytał zaniepokojony Kristian. – Jesteś blada jak śnieg. Elizabeth, co 

ci? Jesteś chora? 
 

Podeszła do niej Helene. 

 

- Widzisz, co narobiłeś, Kristianie! Musiałeś tak pomstować? Przecież to nie jej wina, 

ż

e tamten nie przyszedł! 

 

Elizabeth machnęła dłonią. 

 

-  Nie,  nie,  to  nie  dlatego.  Ja…  - zamilkła.  Nie  chciała  opowiadać  im  o  widzeniu,  bo 

nie uwierzyliby jej. Już nawet nie pamiętała, ile razy im mówiła, że ma wizje. Przekonywali 
ją, że owszem, wierzą jej, ale na twarzach mieli wymalowaną wątpliwość. 
 

Gdy była młoda, nie chciała zdradzać, że ma taki dar, bo obawiała się, że ją wyśmieją 

i wezmą na języki. Potem, w Dalsrud, zrozumiała, że mieszkańcy nie przejmują się tym, co 
widziała. Już dawno nie miała wizji, lecz nie wątpiła, że to, co ujrzała, było prawdziwe. Już 
nie potrzebowała Liny Laponki, żeby tłumaczyła sens widzeń. Przychodziły nagle, ale zwykle 
rozumiała, co oznaczały. 
 

Odwróciła  się  i  napotkała  spojrzenie  Liny.  Kiedy  wstała?  Nawet  nie  słyszała,  jak 

weszła do kuchni. 
 

- Nic mi nie jest – powiedziała, starając się, żeby zabrzmiało to przekonując. 

 

- Według mnie wyglądasz na chorą  stwierdziła z niepokojem Lina. 

background image

 

40

 

- Trochę tylko zmarzłam. Czy ktoś obudził Marię i Ane? 

 

Lina pokręciła głową. 

 

- To idź do niej. Ane ma dziś szkołę. Helene, nakryj do śniadania, dobrze? 

 

Służące usłuchały, a Elizabeth przesunęła się z krzesłem bliżej Kristiana. 

 

- Musisz zajrzeć do Mikkela – powiedziała z naciskiem. 

 

Spojrzał na nią, unosząc brwi. 

 

- Dlaczego? 

 

Obejrzała  się  przez  ramię.  Helene  była  zajęta  wyjmowaniem  talerzy  z  szafki,  a  Lina 

poszła obudzić dziewczęta. 
 

- Bo tak! Nie pytaj mnie o nic więcej, Kristianie, ale sądzę, ze coś mu się stało. jest 

chory albo nie żyje. 
 

Mąż wpatrywał się w nią osłupiały. 

 

- Skąd to wiesz? Fakt, że nie przyszedł do pracy, nie oznacza, że nie żyje! 

 

- Cicho! Mów ciszej – wyszeptała. – Mikkel przyszedł tu i pytał o jakieś zajęcie. O ile 

wiem,  rzadko  tak  robi.  Zwykle  albo  żebrze,  albo  kradnie.  A  teraz  dostał  u  nas  pracę  i  nie 
przyszedł. Czy to nie dziwne? 
 

-  Nie,  nic  w  tym  dziwnego.  Mikkel  jest  leniem  i  obibokiem  i  nie  można  na  nim 

polegać, ot co. Koniec, kropka. 
 

Elizabeth zacisnęła dłonie i odetchnęła głęboko. Chciała coś powiedzieć, ale przy stole 

usiadła Helene. Zaraz potem nadeszły: Lina, Ane i Maria, a za nimi Lars. 
 

- Widzę, że Mikkel nie przyszedł – rzucił Lars. 

 

- Na to wygląda – odparł Kristian. 

 

Jego krótka odpowiedź nie zachęcała do kontynuowania tematu. Rozmowa zeszła na 

inne tory. Ane powtarzała psalm, którego miała się nauczyć na pamięć. 
 

-  Nie  powinniśmy  się  go  uczyć  na  pamięć,  skoro  możemy  używać  w  kościele 

ś

piewnika – stwierdziła. 

 

Elizabeth  z  roztargnieniem  pokiwała  głową.  jej  myśli  nadal  krążyły  wokół  wizji  i 

Mikkela. W jaki sposób przekonać Kristiana, żeby poszedł do jego ziemianki w górach? 
 

Służące i Lars zjedli wyszli do obory. Ane spakowała swoje rzeczy, ubrała się i poszła 

do szkoły, Maria też gdzieś zniknęła. 
 

-  Kristianie,  posłuchaj  mnie  –  zaczęła  z  naciskiem  Elizabeth,  ujmując  dłoń  męża.  – 

Bądź tak dobry i przejedź się do Mikkela. 
 

- Podaj mi choć jeden dobry powód! 

 

Postanowiła powiedzieć prawdę. 

 

-  Miała  widzenie.  Zobaczyłam  go,  jak  leży  na  posłaniu  i  wygląda  na  chorego  albo 

nawet nieżywego. 
 

Kristian spojrzał na nią badawczo, jakby się zastanawiał, czy z niego nie żartuje. 

 

- Ty naprawdę tak uważasz – stwierdził w końcu. 

 

Podrapał  się  w  głowę,  wyjrzał  przez  pokrytą  lodowymi  kwiatami  szybę  na  jeszcze 

ciemne podwórze. Milczał tak długo, że Elizabeth zaczęła się niepokoić. Wreszcie odwrócił 
się ku niej. 
 

- Nie wiem, gdzie jest jego ziemianka. 

 

- Ale ja wiem. 

 

- Skąd wiesz? 

 

- Zauważyłam ją jesienią, gdy zbierałam moroszki. Mogę z tobą pójść i pokazać drogę 

– mówiła szybko, z ożywieniem. 
 

- To dla ciebie zbyt niebezpieczne i za ciężkie, Elizabeth – zaprotestował Kristian. – 

Lepiej mi opisz, jak mam Uść. 
 

Poczuła, że ogarnia ją złość.   

background image

 

41

 

- Nie mogę tego opisać, bo nie znam nazw każdego kamienia i wzgórza! Poza tym nie 

mów mi, co jest dla mnie niebezpieczne! Ja już swoje przeszłam w życiu. 
 

Zauważyła,  że  mąż  trawi  jej  słowa,  bo  nie  dostrzega  ślady  rozbawienia  czy 

lekceważenia na jego twarzy, milczał jednak długo, zbyt długo jak dla niej. 
 

- Dobrze – odezwał się wreszcie. – Ale włóż jakieś moje spodnie. Nie możesz iść w 

góry w spódnicy – rzucił surowo, po czym wstał i wyszedł. 
 

Elizabeth  się  uśmiechnęła.  Jakie  to  dla  niego  typowe,  pomyślała.  Pewnie  uważał,  że 

traci  twarz,  gdy  ulegał  jej  perswazjom.  Wzruszyła  ramionami  i  poszła  poszukać  ciepłego 
ubrania. 
 
 

Mróz szczypał w twarz, a śnieg skrzypiał pod butami. 

 

Było  jeszcze  ciemno  i  na  niebie  nadal  świeciły  nieliczne  gwiazdy.  Z  kominków 

domostw unosił się dym, a w okienkach obór migotały światełka lamp. 
 

- Nie rozumiem, co mnie do tego skłania – odezwał się nagle Kristian. 

 

-  Chyba  to,  że  mnie  kochasz  –  zaśmiała  się  w  odpowiedzi  Elizabeth  i  wsunęła  dłoń 

pod jego ramię. 
 

- Tak, to na pewno to – odparł, uśmiechając się pod nosem, po czym zamilkł.  

 

Dobrze jest trochę pożartować, pomyślała, choć czuła, że nie mają do tego zbyt wielu 

powodów.  Wizja  nadal  ją  przerażała.  Co  ich  czeka  w  górach?  A  jeśli  Mikkel  naprawdę  nie 
ż

yje? I dlaczego? Zadrżała. 

 

Na skraju lasu zatrzymali się, żeby założyć rakiety śnieżne. 

 

- Powinniśmy mieć narty – zauważyła Elizabeth. 

 

Kristian pokręcił głową. 

 

- Ja nigdy nie używałem nart i wątpię, czy dałabym radę – stwierdził. Zadarł głowę i 

spojrzał na zbocze góry. – No, to pokaż drogę. 
 

Pierwszy  odcinek  drogi  pokonali  w  ciszy.  Elizabeth  musiała  dobrze  ważyć  każdy 

krok, by ocenić, gdzie jest najmniej śniegu i którędy mogą przejść. Może podjęła się zadania 
ponad siły? Śnieg utrudniał rozpoznanie terenu. Zapasy nie pozwalały iść tą samą drogą co w 
lecie.  Za  nic  nie  chciała  przyznać  się  Kristainowi,  że  chwilami  nie  była  pewna  kierunku. 
Wolałaby, żeby to on prowadził, ale skoro już się tego podjęła, musi dać radę. 
 

Zatrzymała  się  i  rozluźniła  ubranie  przy  szyi.  Zimne  powietrze  od  razu  dotarło 

pomiędzy warstwy ubrania. 
 

- Żałuję, że się tak grubo ubrałam – powiedziała. Zaczerpnęła garść śniegu i wzięła go 

do ust. Kristian poszedł za jej przykładem. 
 

-  Lepiej  za  grubo  niż  za  cienko  –  odparł  i  zdjął  czapkę.  Miał  włosy  mokre  od  potu, 

więc zaraz włożył ją z powrotem. 
 

Elizabeth  bolały  uda,  ciężko  oddychała.  Znów  zebrała  garść  śniegu  i  zwilżyła  usta. 

Potem  włożyła  rękawiczki  i  zapatrzyła  się  na  górskie  zbocze,  planując  przejście.  Niedaleko 
było nawis i nie bardzo wiedziała, jak go sforsować. Kristian też go dostrzegł, bo powiedział: 
 

- Nie możemy tamtędy iść. To może wywołać lawinę. 

 

Pokiwała głową. 

 

- Daleko jeszcze? – spytał. – Już się rozwidnia. 

 

Elizabeth pokazała dłonią: 

 

- Tam na górze jest już płasko. Stamtąd to tylko kawałek drogi. 

 

Zaczęła iść na wschód, żeby ominąć niebezpieczny odcinek. 

 

-  Widzę,  że  wymyśliłaś  sposób  na  obejście  tego  nawisu  –  przyznał  Kristian  z 

uznaniem, a to sprawiło, że jej odwaga wzrosła. 
 

- Tak, ale będzie stromo – rzuciła i rozpoczęła wspinaczkę. 

 

Rakiety  śnieżne  nie  pozwalały  im  zapaść  się  w  śnieg,  lecz  mimo  to  posuwali  się  z 

trudem. bolały ich wszystkie mięśnie, ubrania wydawały się za ciężkie i za grube. Elizabeth 

background image

 

42

nie  odważyłaby  się  jednak  zdjąć  czegokolwiek,  bo  jeśli  zwolnią,  szybko  zmarzną.  Bała  się 
zarówno niebezpiecznej wspinaczki o tej porze roku, jak i tego, co ich może czekać na górze.  
 

Daleko  pod  sobą  widziała  gospodarstwa,  a  wśród  nich  Dalsrud.  Zabudowania 

wydawały  się  tak  małe  jak  klocki.  Dom  lensmana  przypominał  domek  dla  lalek.  Chat 
komorników nawet nie mogła dostrzec. Zatrzymała się i głęboko zaczerpnęła powietrza. Jak 
daleko już uszli? Spojrzała w niebo, wisząc tak nieskończenie wysoko nad nimi. 
 

- Mogę pójść teraz pierwszy! – zawołał Kristian. 

 

- Dlaczego? – spytała, obracając się nieznacznie. 

 

- Tak będzie bezpieczniej. 

 

I  wtedy  nagle  Elizabeth  poczuła,  że  żadna  jej  noga  traci  oparcie.  Przeszył  ją  ostry 

strach.  Miała  wrażenie,  jakby  wszystko  działo  się  niezwykle  powoli.  Nie  wiedziała,  czy 
krzyczała. Usłyszała tylko krzyk Kristiana, gdy i druga jej noga osunęła się i zaczęła zjeżdżać. 
Sparaliżowana  strachem,  Elizabeth  ujrzała,  jak  niebo  i  śnieg  zlewają  się  w  jedno  razem  z 
przerażoną twarzą Kristiana. Potem było już tylko powietrze. 
 
Rozdział 10 
 
 

Serce przestało jej bić, oddech się zatrzymał i wszelkie myśli znikły. Przynajmniej tak 

jej  się  wydawało,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  trzyma  się  grubego  konaru  drzewa.  Jak  to  się 
stało?  zerknęła  w  dół.  Jej  nogi  wisiały  w  powietrzu.  Daleko  w  dole  widziała  ostre  skały,  o 
które się roztrzaska, jeśli spadnie. 
 

Oddech powrócił, serze znów zaczęło bić. Żyła! 

 

-  Elizabeth!  –  Okrzyk  Kristiana  wzbudził  echo.  –  trzymaj  się  mocno!  Uratuję  cię. 

Słyszysz? 
 

Pokiwała  głową,  choć  wiedziała,  że  on  tego  nie  zobaczy.  Chciała  krzyczeć,  ale  nie 

była w stanie wydobyć z siebie nic prócz szeptu. Miała wrażenie, jakby jej ramiona odrywały 
się  od  ciała.  Ból  ciął  barki  niczym  nóż.  Zacisnęła  zęby.  Pomóż  mi,  Kristianie,  poprosiła  w 
duchu. Pomóż mi! 
 

- Rzucam ci linę! – zawołał. – Zrobiłem na niej pętlę. Wejdź w nią, to cię wciągnę. 

 

Jak niby miała to zrobić? Przecież nie może się puścić, bo wtedy spadnie. A jak on ją 

wciągnie, żeby samemu nie spaść? 
 

Na policzkach poczuła gorące łzy. 

 

-  Ane.  Ane,  moja  córeczko  –  wyszeptała,  wywołując  obraz  dziewczynki,  jej  jasnych 

warkoczy,  złocistobrązowych  oczu,  uśmiechu  z  krzywym  przednim  zębem.  Ane,  która  tak 
dbała  o  innych.  I  Maryjka,  która  straciła  już  oboje  rodziców.  Czyżby  miała  stracić  także 
siostrę? 
 

Nie!  tak  się  nie  stanie!  Elizabeth  desperackim  ruchem  podrzuciła  ciałem  i  mocniej 

złapała za konar. 
 

- Zarzucam linę! 

 

Na  jej  twarz  posypał  się  śnieżny  pył,  który  zmącił  wzrok.  Zamrugała  powiekami  i 

poczuła  pętlę  uderzającą  o  jej  ramie.  Czy  się  odważy?  Ile  sekund  jej  to  zajmie?  Jeśli  zbyt 
wiele,  to  druga  ręka  zwolni  uchwyt,  a  wtedy  całym  ciałem  runie  w  dół!  A  jeśli  uda  jej  się 
przesunąć pętlę, to czy Kristian ją utrzyma? 
 

Musiała  zaryzykować.  Inaczej  będzie  tak  wisiała,  dopóki,  siły  jej  nie  opuszczą,  i  w 

końcu  spadnie.  Oddychała  nierówno,  planując  ten  decydujący  ruch.  Mogła  dać  sobie  jedną 
jedyną szansę, nie więcej. Konar już był śliski, a jej ramiona niemal bez czucia. 
 

- Elizabeth, nie możesz nas opuścić. Słyszysz? 

 

Policzyła w duchu. Raz… dwa… trzy! Puściła się jedną ręką, przesunęła ją przez pętlę 

i  z  plaśnięciem  ponownie  złapała  za  konar.  W  uszach  słyszała  dudnienie  serca.  Oczy  miała 
zamknięte, drugie ramię przeszywał przenikliwy ból. 

background image

 

43

 

Płacz  zaciskał  jej  gardło.  Już  nie  mogła  dłużej.  Czuła,  jak  rozluźnia  się  uchwyt. 

Ż

egnajcie  wszyscy,  których  kocham.  Dobry  Boże,  dbaj  o  nich  za  mnie  –  pomodliła  się  w 

duchu. I wtedy usłyszała głos Kristiana: 
 

-  Dasz  radę,  Elizabeth.  Jeszcze  tylko  druga  ręka  i  będzie  po  wszystkim.  Będziesz 

bezpieczna. Spotkasz znów Ane i Maryjkę. 
 

Jego  słowa  dodały  jej  sił.  Tym  razem  już  nie  liczyła.  Otworzyła  oczy  i  szybko,    bez 

wahania, oceniła, gdzie ma celować ręką. Więcej czasu nie miała. Zauważyła wszystkie siły. 
Puściła konar. Lina zacisnęła się wokół jej pasa. Elizabeth miała wrażenie, jakby przecinała ją 
na pół. Chciała krzyczeć z bólu i paniki, lecz nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku, bo lina 
wycisnęła z niej powietrze. Chyba lepiej byłoby umrzeć, zdążyła pomyśleć, zanim wszystko 
ogarnęła ciemność. 
 

 

 

- Elizabeth, obudź się! 

 

Słyszała  głos  Kristiana  przy  uchu,  czuła  jego  ciepły  oddech  na  policzku.  Ból  nieco 

złagodniał, pod plecami poczuła stały grunt. Powoli uniosła powieki i zamrugała. 
 

- Tak, słyszę cię. Jestem na górze? 

 

- Tak, jesteś ze mną. 

 

Uniosła się na łokciach i rozejrzała dokoła. 

 

- Niosłeś mnie? – spytała przerażona. 

 

- Przecież nie mogłaś leżeć na krawędzi! – Uśmiechnął się do niej. Błyskając białymi 

zębami. Jego ciemne oczy iskrzyły. – Złego diabli nie biorą, prawda? 
 

Zabolało ją, gdy się zaśmiała. 

 

- Chyba złamałeś mi wszystkie żebra – powiedziała, krzywiąc się, i usiadła. Kristian 

ujął ją ostrożnie pod ręce i pomógł wstać. Potem objął ją, przytulił i pocałował w czoło. 
 

- Bałem się, że cię stracę – wyznał ochrypłym głosem. – Nieczęsto modlę się do Boga, 

ale tym razem to zrobiłem. 
 

- Nazywałeś Marię Maryjką – zauważyła i poczuła, że łzy napływają jej do oczu. 

 

- Przecież nią jesteś. 

 

Chciała  mu  powiedzieć,  że  jego  słowa  dodały  jej  niezwykłej  siły,  ale  zrezygnowała. 

On na pewno to wiedział. Wyszeptała tylko proste: dziękuję. 
 

Nadal trzymał ją w objęciach, aż wreszcie sama się uwolniła. 

 

- Jak zdołałeś utrzymać linę? – spytała. 

 

- Przywiązałem ją do drzewa. 

 

Zrobiła parę kroków, żeby sprawdzić, czy może iść. 

 

- Na szczęście nie zgubiłam rakiet. Były dobrze przymocowane – stwierdziła z ulga. – 

No, to w drogę! – Otrzepała się ze śniegu, wyprostowała i spojrzała na męża wyzywająco. 
 

Kristian patrzył na nią wzrokiem, w którym zdumienie mieszało się z podziwem. 

 

- Nadal chcesz iść do Mikkela? 

 

- Oczywiście, przecież po to wyszliśmy. Poza tym to już niedaleko. Przeniosłeś mnie 

spory kawałek! 
 

Wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem zaczął się głośno śmiać, aż łzy popłynęły 

mu z oczu. Otarł je grubą rękawicą. 
   

Elizabeth  strasznie  piekły  dłonie,  ale  nie  odważyła  się  zdjąć  rękawice,  bo  gdyby 

Kristian zobaczył obtarcia, zabroniłby jej iść dalej. Odczuwała  ból w piersiach, ramionach i 
barkach.  A  zemdlała  pewnie  dlatego,  że  tak  bardzo  temu,  że  Pan  Bóg  ma  plan,  zgodnie  z 
którym umieramy. Elizabeth wątpiła w to, lecz Helene była nieugięta. Wystarczy wziąć pod 
uwagę choćby statki, mówiła. Niektóre toną przy byle burzy, a inne całymi dniami utrzymują 
się na szalejących bałwanach. Może i Helene ma rację, pomyślała teraz Elizabeth, choć nadal 
uważała, ze to bardzo niesprawiedliwe. Dziś sama wymknęła się śmierci, chociaż była od niej 

background image

 

44

o  krok.  Gdyby  się  poddała,  nigdy  już  nie  ujrzałaby  Ane  ani  Marii.  Wciągnęła  powietrze 
głęboko w płuca i posłała Panu Bogu krótka modlitwę dziękczynną. 
 

- Tam jest ziemianka – pokazała dłonią. Wyglądała jak mały pagórek przykryty grubą 

warstwą śniegu. 
Uznała,  że  gdyby  nie  widziała  jej  wcześniej,  nie  znalazłaby  jej  teraz.  Czy  to  też  część 
boskiego panu? 
 

Kristian zmrużył oczy. 

 

- Naprawdę wiedziałaś, gdzie jest – stwierdził. 

 

- Przecież mówiłam. – Pokiwała głową i poszła dalej. Z otworu w stropie nie dobywał 

się dym, co tylko potwierdzało jej wizję. Coś było nie tak, to pewne. 
 

- Ja wejdę pierwszy – postanowił Kristian. 

 

Elizabeth nie protestowała, odsunęła się tylko na bok. Otwór wejściowy był tak niski, 

ż

e  musieli  się  schylić,  by  dostać  się  do  środka.  W  pomieszczeniu  panowała  całkowita 

ciemność. 
 

- Widzisz coś? – spytała Elizabeth. 

 

- Nie. ale poczekaj, chyba znalazłem lampę. 

 

Usłyszała, że czymś szura, po czym słaby płomyk rozświetlił mrok. Kristian podkręcił 

knot i uniósł lampę przed sobą. 
 

Elizabeth  omiotła  spojrzeniem  pomieszczenie  i  zatrzymała  je  na  posłaniu  przy 

palenisku.  Było  dokładnie  tak  jak  w  jej  widzeniu:  mężczyzna  leżał  na  plecach,  jedno  ramię 
miał bezwładnie przerzucone przez pierś, usta otwarte. 
 

Kristian doszedł do niego pierwszy. 

 

- Żyje? – spytała bez tchu. 

 

-  Ledwo  co.  Jest  pijany  w  trupa  –  stwierdził  ponuro.  Wziął  butelkę  leżącą  przy 

Mikkelu, powąchał ją o odrzucił daleko. Potem pochylił się nad leżącym. 
 

Elizabeth stała bezradnie i patrzyła na nich. wiele razy pomagała przy bólach brzucha, 

gorączce,  zapaleniu  płuc  i  nawet  przyjmowała  porady,  ale  nigdy  wcześniej  nie  widziała  tak 
pijanego człowieka. 
 

Kristian przełożył ramię Mikkela przez swoją szyję i zaczął go ciągnąc ku wyjściu. 

 

- Zmuszę go, żeby zwymiotował to świństwo – powiedział i zniknął na zewnątrz. 

 

Elizabeth  zadrżała.  Rozejrzała  się  po  niewielkim  pomieszczeniu.  Pod  jedną  ze  ścian 

dostrzegła zarys skrzyni. Podeszła do niej. Odetchnęła z ulgą, bo było w niej suche drewno i 
kawałki mchu. Szybko rozpaliła ogień. Ciepło zaczęło się rozchodzić i płomienie oświetlały 
pomieszczenie. 
 

Biedak nie posiada zbyt wiele, pomyślała, rozglądając się dokoła. Kilka skór renifera, 

zydel,  wędzone  baranie  udo  wiszące  na  haku.  To  było  w  zasadzie  wszystko,  no  i  jeszcze 
sagan  z  czymś  przypominającym  zupę.  Elizabeth  zmarszczyła  nos.  Jak  on  może  tak  żyć? 
Rozsznurowała  swój  woreczek  i  wyciągnęła  torebkę  ze  zmieloną  kawą.  Czajnik  był  w 
połowie napełniony wodą, więc postawiła go na ogniu. 
 

Chwilę później Kristian wciągnął do środka nieprzytomnego Mikkela. 

 

- Co z nim? – zapytała, wstając. 

 

- Złego diabli nie wezmą, sama wiesz – odparł z uśmiechem i opuścił mężczyznę na 

posłanie. 
 

- Skąd on wziął tyle wódki? – zastanawiała się Elizabeth. 

 

Mąż wzruszył ramionami. 

 

- Albo ukradł, albo jakiś głupek zapłacił mu wódką za pracę. – Pokręcił z rezygnacją 

głową. – Zrobiłaś kawę, dobrze czuję? Spróbujemy trochę w niego wlać. 
 

Elizabeth  usiadła  na  zydlu  przy  palenisku.  Kiedy  Kristian  zajmował  się  Mikkelem, 

ostrożnie zdjęła rękawice. Dłonie nie wyglądały tak źle, jak myślała; były obtarte i czerwone. 
Może  później  wyjdą  inne  kolory,  ale  to  nic  takiego.  po  powrocie  do  domu  posmaruje  je 

background image

 

45

maścią i owinie czystym płótnem. Powinni szybko się zagoić. O ile znała Kristiana, zażąda, 
ż

eby  położyła  się  do  łóżka.  Zapewne  powie:  Będziesz  tu  leżała,  dopóki  całkowicie  nie 

wyzdrowiejesz.  
 

Dobiegło ją ostre przekleństwo. 

 

- Nie będę pił tego świństwa! Daj wódkę. Ona grzeje! 

 

- Nie ma już – odparł Kristian, popychając Mikkela na posłanie. – Wypij resztę kawy. 

 

Mikkel niechętnie przełknął napój. 

 

- Może byś tak spróbował okazać odrobinę wdzięczności, co? Gdyby nie my, już byś 

nie żył! Zamarzłbyś na śmierć. 
 

-  Dobra,  dobra  –  mruknął  Mikkel,  zamykając  oczy.  Za  chwilę  rozległo  się  głośne 

chrapanie. 
 

-  Nie  mamy  tu  nic  więcej  do  roboty  –  uznał  Kristian.  –  On  musi  się  wyspać  i 

wytrzeźwieć. 
 

- Zostawimy go tak? – Elizabeth spojrzała niepewnie na męża. 

 

- Nic mi nie będzie. Dołóż więcej do ognia, a da sobie radę. Pamiętaj, że tak wygląda 

jego Zycie. 
 

Elizabeth  zostawiła  kawę,  chleb  i  masło,  które  miała  ze  sobą  w  worku,  i  niezbyt 

chętnie wyszła za Kristianem. 
 

- Teraz ja wybieram drogę – oznajmił zdecydowanym tonem. Z jego ust dobywał się 

obłok pary. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się łagodnie. 

 

- Pójdę pierwszy i obiecuję, że dojdziemy do domu cali i zdrowi. – Zamilkł i spojrzał 

na nią badawczo. – Jak się czujesz? Dasz radę dojść? 
 

-  Tak  –  odparła  bez  wahania.  –  Po  tym,  co  dzisiaj  przeżyłam  poradzę  sobie  ze 

wszystkim. 
 

- A może pójdziemy obok siebie? – zapytał, ujmując ją za dłoń. 

 

Elizabeth skrzywiła się z bólu. 

 

- Boli cię? 

 

- Trochę. Ale to nic takiego. 

 

-  Pokaż.  –  Odwrócił  jej  dłoń  i  zdjął  rękawicę.  –  Dlaczego  nie  powiedziałaś  mi  od 

razu? 
 

Po jego tonie poznała, że jest zły. Spróbowała uwolnić rękę. 

 

-  Powiedziałam,  ze  to  nic  takiego,  Kristianie.  W  domu  posmaruję  ręce  maścią  i 

wszystko będzie w porządku. 
 

Puścił dłoń żony i popatrzył jej głęboko w oczy. 

 

- Masz jeszcze jakieś obrażenia? Pewnie ta lina wpiła ci się w ciało? 

 

- Nic strasznego. Przejdzie. 

 

Zapadła  cisza.  Niedaleko  usłyszeli  furkot  pardwy.  Nie  zauważyli  jej  wcześniej,  bo 

zmieniła upierzenie na zimowe, białe. 
 

- Kristianie, ja mogłam zginąć. Jakie to ma znaczenie, że mam obtarte dłonie czy ślad 

po linie? 
 

Zanim ją mocno przytulił, zdążyła dostrzec, że jego oczy zwilgotniały. Obolałe żebra 

zabolały, aż jęknęła. Długo tak stali, wreszcie uwolnił ją z objęć. 
 

- Idziemy do domu,  do Ane  Maryjki – powiedział, ocierając oczy rękawicą. 

 

Elizabeth ze wzruszenia nie była w stanie nic powiedzieć. 

 
 
 
 
 

background image

 

46

Rozdział 11 
 
 

-  Wcale  nie  jest  fajnie,  kiedy  szkoła  jest  zamknięta  –  narzekała  Ane  i  niepocieszona 

wyglądała  przez  kuchenne  okno.  –  Nie  mogę  się  już  doczekać,  żeby  wszyscy  wrócili  z 
zimowych połowów i wszystko znów było takie jak zwykle. 
 

Elizabeth sprawdziła, czy żelazko nie jest za gorące, zanim postawiła je na poszewce. 

 

- No tak, ale szkoła nie będzie zamknięta aż do wiosny. Jeszcze tylko tydzień lub dwa 

i  znowu  do  niej  pójdziesz.  A  jeżeli  się  nudzisz,  to  zawsze  jest  tu  coś  do  roboty.  Może 
spróbujesz skończyć tę skarpetę, którą już dawno zaczęłaś? 
 

Z ciężkim westchnieniem Ane wyjęła robótkę. Elizabeth spojrzała na córkę przelotnie. 

Ostatnio Ane coraz lepiej radziła sobie z drutami; jej ruchy były szybsze, a oczka wychodziły 
równe. Dziewczynka w pełnej koncentracji pochyliła się nad skarpetką. 
 

Elizabeth  dyskretnie  rozmasowała  żebra.  Tak  jak  sądziła,  miała  siniaki  w  miejscach, 

gdzie lina wpiła się w jej ciało. Ale czuła się już dobrze. nikomu nie powiedziała o wypadku, 
bo nie chciała domowników niepokoić. Odstawiła żelazko i przeniosła uprasowaną pościel i 
obrusy  na  kuchenny  stół.  Wspaniałe  stosy  świeżo  uprasowanego  płótna,  pomyślała 
zadowolona.  
 

Z  pokoiku  dobiegło  ją  nucenie  Liny.  Poznała,  że  to  piosenka  miłosna  o  dwojgu 

kochanych, którzy nie mogli się pobrać. 
 

- Co robisz?  - spytała, zaglądając ostrożnie. 

 

- Przeglądam moją wyprawę. Nie ma tego wiele, ale… - Wskazała na to, co wyłożyła 

na  łóżko.  Kilka  drewnianych  łyżek,  kilka  obrusów,  poszewka.  Niewiele  czasu  zajmie 
policzenie tego wszystkiego, pomyślała Elizabeth i zastanowiła się szybko. 
 

- Chodź ze mną do bieliźniarki. Zobaczymy, co się tam znajdzie. 

 

Lina patrzyła na nią zdezorientowana. 

 

- To znaczy, że chcesz mi coś dać? 

 

- Właśnie to mam na myśli. Chodź! 

 

- Ja też idę! – zawołała Ane. Wzięła stos uprasowanej pościeli i poszła przodem. 

 

- Popatrzymy… - Elizabeth zmarszczyła brwi i wpatrywała się w zawartość szafy. 

 

Lina przestąpiła z nogi na nogę, trzymając ręce za plecami. 

 

- Przecież to nie uchodzi, żebym przyjmowała coś od was… 

 

-  Nie  ciesz  się  za  wcześnie  –  odparła  Elizabeth  ze  śmiechem.  –  Nie  dam  ci 

najładniejszych rzeczy ani tych, które zrobiła matka Kristiana. 
 

- No nie, tego by tylko brakowało! 

 

Na korytarz wyszła Maria. 

 

- Co robicie? 

 

Zanim Elizabeth zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, ubiegła ją Ane: 

 

- Wybieramy coś dla Liny na posag, bo niedługo wychodzi za mąż! 

 

Maria pokiwała głową i przygryzła wargę. 

 

- To miło. 

 

- Ja jednak uważam, że to nie uchodzi – powtórzyła Lina. – Odkładałam połowę pensji 

i będę mogła coś za to kupić. 
 

- A co robisz z resztą? – spytała Maria. 

 

- Wysłałam mamie. Nie wiedziałaś? 

 

- Nie, nie mówiłaś mi. – Maria, która stała oparta o ścianę, teraz podeszła do nich. – 

Pomogę wam. 
 

Elizabeth posłała jej ciepły uśmiech i odwróciła się do służącej. 

 

-  Masz  tu  Lino:  kilka  poszewek,  poszwę  na  kołdrę  i  obrusy.  Większość  wymaga 

drobnych naprawek, ale dasz radę. Może Maria ci pomoże? 

background image

 

47

 

Dziewczęta  zeszły  po  schodach.  Elizabeth  poczuła  radość.  Może  wreszcie  Maria 

wracała do siebie i będzie taka jak dawniej? 
 

W  kuchni  Lina  i  Maria  uważnie  obejrzały  każdą  sztukę  pościeli,  aż  wreszcie  Lina 

stwierdziła: 
 

- To żaden problem. Ja lubię szyć, a ty, Mario, jesteś wręcz mistrzynią igły. 

 

Elizabeth  nastawiła  czajnik  na  kawę.  Wokół  kuchennego  stołu  zapanował  dobry 

nastrój. 
 

- Jak to było, gdy po raz pierwszy wychodziłaś za mąż? – zapytała Lina, zerkając na 

gospodynię. 
 

Elizabeth odłożyła robótkę, upiła łyk kawy i odpowiedziała: 

 

-  Nie  miałam  wtedy  jeszcze  skończonych  siedemnastu  lat,  a  Jens  był  ledwo  o  rok 

starszy, więc musieliśmy mieć zgodę króla na ślub. Pamiętam, jak się bałam, gdy poszliśmy 
do  pastora,  żeby  z  nim  porozmawiać.  –  Pokręciła  głową  na  to  wspomnienie  i  wzięła  z 
powrotem robótkę. 
 

- Dużo miałaś w skrzyni posagowej? – spytała Lina. 

 

-  Nie,  a  większość  to  były  ubranka  dla  Ane.  Wiesz,  była,  już  wtedy  w  ciąży.  Ale 

przybrani  rodzice  Jensa,  Ragna  i  Jakob,  podarowali  nam  dom.  Kiedyś  była  to  chata 
komorników  i  nawet  stały  tam  jeszcze  jakieś  naczynia.  Trochę  dostaliśmy  w  prezentach 
ś

lubnych, a reszta sama się znalazła.  

 

- Opowiedz, jak się urodziłam! – poprosiła Ane. 

 

Elizabeth zapatrzyła się w światło świecy stojącej na stole i powędrowała myślami w 

przeszłość. 
 

-  Zaczęło  się  w  nocy  –  podjęła  opowieść  w  zamyśleniu.  –  Poczułam  się,  źle,  więc 

zeszłam  na  dół,  nastawiałam  wodę  i  przygotowałam  posłanie  na  ławie  w  kuchni.  A  potem 
obudziłam  Jensa.  Poród  przeszedł  całkiem  gładko.  Taka  byłam  szczęśliwa,  gdy  po  raz 
pierwszy miałam cię w ramionach…- Spojrzała na Ane. – Byłaś taka malutka i śliczna. Jens 
powiedział, że urodziła nam się mała Elizabeth. Trudno było wyobrazić sobie dumniejszego 
ojca niż on. – Umilkła na chwilę. Wspomnienia tej nocy nadal były dla niej żywe. – Potem 
zasnęłam  i  śniłam  o  mamie.  Miała  na  imię  Ane-Margrethe,  więc  gdy  się  obudziła, 
postanowiła, że damy ci na imię. Ane. Chciałam nazwać się Ane-Jenisine, po tacie, ale Jens 
się nie zgodził. Wolał, żebyś była Ane-Elise, po mnie. 
 

-  Musiało  być  wam  dobrze  razem  –  westchnęła  Lina.  –  Mam  nadzieję,  ze  nam  z 

Andreasem też tak będzie.  
 

- Tak, Jens był wspaniały – przyznała Elizabeth i pokiwała głową. – Nie było w nim 

nic złego… 
 

- Opowiedz o waszej choince – zaśmiała się Maria. 

 

Elizabeth też musiała się roześmiać. 

 

-  Zawsze  będziesz  wyśmiewać  się  z  naszej  choinki?  Ale  powiem  ci  coś.  To  była 

najładniejsza choinka, jaką kiedykolwiek zrobił! 
 

- Zrobiona? – zdziwiła się Lina. 

 

Elizabeth pokiwała głową. 

 

- Tak. Jens wziął kołek, wydrążył w nim wiele dziur i powtykał w nie gałązki jałowca. 

Potem  ozdobiliśmy  je  papierem,  ciastkami  i  figurkami  ze  słomy,  które  sama  zrobiłam.    – 
Elizabeth zaśmiała się, widząc ich miny. – Tak, może to brzmi śmiesznie, ale uznaliśmy, że to 
najładniejsza choinka na całym świecie. 
 

- Kiedy ja wyjdę za mąż, też będę miała choinkę w domu. Może nawet taką, jaką wy 

mieliście – stwierdziła Lina. 
 

Elizabeth  nie  umiała  odpowiedzieć.  Nie  mogła  Lina  tego  zabronić,  ale  uważała,  że 

taka  choinka  należała  tylko  do  niej  i  Jensa.  I  ich  rodziny.  Wyłącznie  do  nich.  do  nikogo 
innego. 

background image

 

48

 

- No, to skończyłam poszewkę! – oznajmiła służąca i rozłożyła ją przed sobą. 

 

- Piękna robota – pochwaliła Maria. – Ładnie szyjesz. 

 

Elizabeth w zamyśleniu popatrzyła przez okno i westchnęła. 

 

- Chyba przejdę się do Petry w Storli. 

 

- Co? A cóż to za interes masz do Gygry? – spytała Helene. 

 

Elizabeth spuściła wzrok na swoje dłonie. 

 

- Chcę zobaczyć, jak sobie radzą bez pomocy służby. 

 

-  Bez  pomocy!  –  prychnęła  Helene  pogardliwie.  –  Same  sobie  są  winne!  Poza  tym 

mają  rodzinę,  która  im  pomaga.  Gdybym  to  ja  decydowała,  one  zawsze  musiałaby  sobie 
radzić same! 
 

- Teraz, gdy mężczyźni są na morzu… - rzuciła nieśmiało Elizabeth. 

 

- A ja się zgadzam z Helene – wtrąciła Maria. Czyżbyś zapomniałaś, co Gygra zrobiła 

Amandzie? Dla ciebie też nie jest zbyt miła. 
 

- Nie powinniście być takie mściwe – stwierdziła Elizabeth. – Amanda chyba też by 

tego sobie nie życzyła.  Wszyscy popełniamy błędy, ale trzeba umieć patrzeć w przyszłość i 
być zdolnym do wybaczenia.  
 

Helene zmrużyła oczy. 

 

- Chyba nie wszystko da się wybaczyć. 

 

- Nie, pewnie nie – przyznała Elizabeth pokornie, p[o czym się wyprostowała. – Nie 

mogę usprawiedliwiać tego, co Petra zrobiła Amandzie, ale mimo to muszę się tam wybrać i 
zobaczyć, jak sobie radzą. Inaczej nie da mi to spokoju. 
 

-  ja  cię  popieram,  mamo.  Uważam,  że  powinnaś  tak  zrobić  –  odezwała  się  Ane,  po 

czym zmarszczyła nosek i dodała: - Ale nie musisz ich od nad pozdrawiać. 
 

Niebo było szare, ale na szczęście nie padał śnieg, gdy Elizabeth jechała do Storli. Nie 

było też szczególnie zimno. 
 

Wcześniej zastanawiała się, czy ma wziąć ze sobą trochę kawy czy ciasta, teraz jednak 

cieszyła się, że nie wzięła. Mogły to źle odebrać i uznać za obrazę, a tego nie chciała. 
 

Gdy  zajechała  na  podwórze,  nikt  nie  wyszedł  jej  na  spotkanie,  żadne  też  ciekawskie 

twarze nie pojawiły się  za zasłonkami w kuchni. Ale z komina dobywał  się dym,  więc ktoś 
był  w  domu.  Podeszła  do  domu.  Na  szczycie  schodków  przystanęła  na  chwile  i  podniosła 
rękę,  żeby  zapukać.  W  tym  momencie  drzwi  się  otworzyły  i  pojawiła  się  w  nich  chuda 
nieznajoma kobieta. Elizabeth drgnęła i cofnęła się o krok. 
 

- Co, boisz się? – spytała kobieta, zamykając za sobą drzwi. 

 

Elizabeth nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nikt nigdy jej tak nie powitał. 

 

Kobieta zmierzyła ją krytycznym spojrzeniem 

 

- No, a kto to przyjechał? – zapytała. 

 

- Dzień dobry. Nazywam się Elizabeth Dalsrud, a ty to pewnie… siostra Perty? 

 

-  Dalsrud,  Dalsrud…  -  powtórzyła  tamta,  mrużąc  jedno  oko.  –  Tak,  słyszałam  – 

rzuciła, po czym zacisnęła usta i zamilkła. 
 

Elizabeth popatrzyła na nią zmieszana. To musiała być siostrą Petry, bo podobieństwo 

było uderzające. Była równie chuda i tak samo się czesała. Szyję miała cienką i żylastą, usta 
wąskie, jakby ciągle rozgoryczone. 
 

- Czy Petra jest w domu? – spytała. Chciała jak najszybciej uciec od towarzystwa tej 

kobiety. 
 

Tamta przeciągnęła palcem pod nosem, splunęła i skrzyżowała ręce na piersiach. 

 

- Tak, jest w domu – odparła wreszcie. 

 

Elizabeth  czuła  narastającą  irytację.  Pomyślała,  ze  powinna  się  odwrócić  i  odjechać, 

ale w ten sposób dałaby tamtej poczucie zwycięstwa. A ona na to nie miała ochoty! 
 

- Jest w środku 

 

- Tak, jest. 

background image

 

49

 

-  To  w  takim  razie  przepraszam  –  powiedziała  Elizabeth  i  weszła  do  domu.  W  sieni 

musiała  zebrać  się  w  sobie,  po  czym  zapukała  do  drzwi  kuchennych.  Proszę,  odpowiedział 
kobiecy głos. 
 

- Dzień dobry – pozdrowiła Elizabeth. – Zastałam Petrę? 

 

Przy  ławie  kuchennej  stała  dziewczyna  z  rękami  zanurzonymi  w  cieście  na  chleb. 

Dygnęła i odpowiedziała: 
 

- Tak, jest na poddaszu, ale pewnie zaraz zejdzie.  

 

- Dziękuję, to ja tu poczekam – odparła Elizabeth u usiadła na prześle przy drzwiach. 

 

Dziewczyna wróciła do wyrabiania cista. Elizabeth zerknęła na nią. Nietrudno było się 

domyślić, że jest córką tej niemiłej kobiety, bo podobieństwo nie pozostawiało najmniejszej 
wątpliwości. 
 

Elizabeth odchrząknęła. 

 

- Nazywam się Elizabeth Dalsrud. A ty pewnie jesteś siostrzenicą Petry? 

 

Dziewczyna odwróciła się nieznacznie i kiwnęła głową. 

 

- Dobrze ci tu w Storli? – pytała dalej Elizabeth, żeby przerwać milczenie. 

 

- Cóż, jakoś idzie. Jedno nie jest gorsze od innego. 

 

Elizabeth  nie  wiedziała,  o  czym  jeszcze  może  rozmawiać  z  dziewczyną,  więc 

zamilkła. Spojrzeniem omiotła kuchnię. Była bardzo skromnie urządzona; przy zasłonach nie 
było ani kawałka koronki, na podłodze nie leżał żaden chodniczek. 
 

Rozległy się kroki na schodach i do kuchni weszła Petra. Drgnęła na widok gościa, ale 

szybko się opanowała. 
 

- A więc ludzie jeżdżą po świecie? Co cię tu przygnało? 

 

Elizabeth wstała i się uśmiechnęła.   

 

- Chciałam po prostu zajrzeć do sąsiadów. Teraz, gdy mężczyźni wyjechali na połowy, 

jest spokojniej, a i więcej czasu na odwiedziny. 
 

Słowa, które ćwiczyła w drodze, wydały się nagle sztuczne. Zupełnie, jakby usiłowała 

kłamać. Nie wyglądało też na to, że Petra jej wierzy. 
 

- Siadaj! – Gospodyni skinęła głową. – Zawsze jest coś do roboty, ale możemy zrobić 

sobie  małą  przerwę.  Nie  napaliłam  w  pokoju,  więc  za  zimno,  żeby  tam  siedzieć,  no  ale  nie 
spodziewałam się gości. 
 

Elizabeth udało się wycisnąć uśmiech na ustach. 

 

- Ależ nie róbcie sobie kłopotu z mojego powodu. 

 

Petra nic nie odrzekła, tylko wyszła do pokoju po obrus i filiżanki. 

 

- Poznałaś moją siostrzenicę? – spytała po chwili, rozstawiając spodki. 

 

Elizabeth kiwnęła głową. 

 

W  sieni  rozległy  się  kroki.  Po  chwili  ktoś  skierował  się  na  schody  prowadzące  na 

poddasze. 
 

- Moja siostra – wyjaśniła Petra, wskazując głową na drzwi. – nie jest całkiem zdrowa, 

więc pewnie poszła się położyć. 
 

Elizabeth zebrała się w sobie i spytała: 

 

- Dobrze sobie radzicie? 

 

Petra zatrzymała się i spojrzała na nią uważnie. 

 

- A jak by miało być? Jesteśmy trzy baby i mamy trzech chłopów na morzu. Nie idzie 

nam gorzej niż innym, jak sądzę. 
 

- Nie, oczywiście. Nie to miałam na myśli, ale… 

 

- Jeśli masz na myśli leniwą dziewkę, która u nas pracowała, to z Bożą pomocą się jej 

pozbyłyśmy – powiedziała szybko, unikając spojrzenia Elizabeth. Wyciągnęła rękę po stojące 
na szafce pudełko z ciastkami. 
 

Elizabeth nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc kiwnęła tylko głową. 

background image

 

50

 

Słaba  kawa  została  rozlana  do  filiżanek  i  na  talerzu  pojawiły  się  świąteczne  ciastka. 

Elizabeth czuła, jakby śledzono każdy kęs, który wkładała do ust. Rozmowa szła opornie. 
 

Siostrzenica ułożyła gotowe do pieczenia bochenki chleba i sprzątnęła po sobie. Potem 

usiadła na skrzyni z torfem o wzięła się do cerowania skarpet. 
 

-  Jesteś  zadowolona  ze  swoich  służących?  –  spytała  Petra.  –  Ta  dziewczyna  z 

Kabelvaag jest pracowita? 
 

- Tak, Lina jest bardzo pracowita. Nie mam jej nic do zarzucenia. 

 

-  Tak,  tak  –  rzuciła  Petra  i  wyjęła  robótkę.  To  pewnie  miały  być  szare  skarpety, 

domyśliła  się  Elizabeth. Sama  nie  wzięła  ze sobą  niczego,  więc  siedziała  z  pustymi  rękami, 
lekko  zawstydzona.  Wypiły  resztę  kawy  i  w  kuchni  zapadła  cisza.  Elizabeth  poczuła  się 
jeszcze bardziej nie na miejscu. W końcu odchrząknęła i wstała. 
 

- No, cóż muszę wracać – powiedziała. – Dziękuję za kawę i pyszne ciastka. 

 

Szybko  się  ubrała.  Na  pożegnanie  zaprosiła  je  do  Dalsrud,  ale  w  odpowiedzi  nie 

otrzymała ponownego zaproszenia, z czego była zadowolona. Dopiero gdy usiadła w saniach, 
odetchnęła z ulgą. Nigdy więcej jej noga nie postanie w Storli, postanowiła z mocą. 
 
 

-  Jeszcze  mi  nie  opowiedziałaś,  jak  ci  poszło  w  Storli  –  zauważyła  Helenego 

następnego przedpołudnia. 
 

-  Nie  mam  wiele  do  opowiadania  –  odparła  Elizabeth  wymijająco.  –  Petra 

poczęstowała  mnie  kawą  i  ciastkami.  Poznałam  jej  siostrę  i  siostrzenicę.  Wygląda  na  to,  ze 
nieźle sobie radzą. 
 

- Przecież wiem, że było okropnie! – zaśmiała się Helene. – Po prostu nie chcesz tego 

przyznać. Prawda? 
 

- No, koniec spokoju! – przerwała im  Lina, która ścierała kurz z parapetu. Wskazała 

głową na podwórze z wymowną miną. 
 

Elizabeth spojrzała i poznała Lavinę, która energicznymi krokami zmierzała w stronę 

domu. 
 

- Jakoś damy radę! Poczęstujemy ją kawą u czymś do jedzenia – powiedziała, tłumiąc 

westchnienie. – Nikt nie wyjdzie głodny z Dalsrud – dodała, wyjmując filiżankę dla gościa. 
 

-  Dzień  dobry  o  szczęść  Boże  –  pozdrowiła  je  Lavina,  wchodząc.  –  Nie 

przeszkadzam? 
 

Bez czekania na odpowiedź zsunęła chustkę i usiadła przy stole. 

 

- Nie, nie przeszkadzasz – odparła Elizabeth sztywno i dorzuciła: - Właśnie miałyśmy 

coś  przekąsić,  więc  przyłącz  się  do  nas.  lina  i  Helene,  nakryjcie  do  stołu.  Ane  i  Mario, 
sprzątnijcie tę pościel. 
 

Lavina krytycznym spojrzeniem omiotła kuchnię. Zirytowało to Elizabeth, ale nie dała 

tego  po  sobie  poznać.  Nie  miała  się  czego  wstydzić.  Jeśli  to  zazdrość  kierowała  Laviną,  to 
trudno. 
 

-  Smutno,  kiedy  mężczyźni  są  na  połowach,  co?  –  spytała  Lavina.  W  jej  oczach  coś 

błysnęło, ale Elizabeth nie umiała tego odczytać. 
 

- Tak, bywa smutno. No i ta niepewność, czy wrócą, jest okropna – dodała cicho. – A 

gdzie jest Nils? Nigdy razem nie przychodzicie. 
 

- Przyjechaliśmy razem, jak mnie bolał brzuch – odparła Lavina. 

 

Nie  odpowiedziała  na  pytanie,  zauważyła  Elizabeth,  ale  dała  spokój.  Nie  czuła  się 

swobodnie przy tej dziwniej kobiecie. Jej towarzyszki także; rzucały tylko pojedyncze słowa i 
zerkały ostrożnie na gościa. 
 

- Proszę, częstuj się – zaprosiła Elizabeth, gdy wszystkie usiadły. 

 

- Ty nie będziesz jadła? – spytała Lavina, wskazując głową na robótkę gospodyni.  

background image

 

51

 

- Tak, za chwilę – odparła Elizabeth. A prawda była taka, że drżały jej dłonie i głód 

gdzieś  się  ulotnił.  Zerknęła  na  pozostałe  kobiety.  Czy  one  też  czuły  ten  dziwny,  zimny 
powiew? Zadrżała, otuliła się ciaśniej swetrem i pochyliła nad robótką. 
 

- Tak, no i siedzimy tu wszystkie trzy – rzuciła Lavina i zaczęła się śmiać. 

 

- Co masz na myśli? Jakie: wszystkie trzy? – Elizabeth spojrzała zdumiona. 

 

Lavina śmiała się tak, że musiała otrzeć łzy. 

 

- Nie, nic takiego. chociaż nie, pomyśl: ty, Lina i ja… - znów wybuchnęła śmiechem, 

uderzając dłońmi o uda. 
 

Elizabeth spojrzała na pozostałe kobiety i rezygnacją pokręciła głową. 

 

- Przepraszam – powiedziała Lavina, chichocząc. 

 

Zapadła  cisza.  Nie  jest  łatwo  znaleźć  jakiś  temat  do  rozmowy  po  takim  dziwnym 

zachowaniu gościa, pomyślała z urazą Elizabeth. 
 

- Reperujecie pościel, jak widzę – rzuciła Lavina, patrząc na stos płótna. 

 

-  Wychodzę  za  mąż  –  wyjaśniła  Lina.  –  I  Elizabeth  była  tak  dobra,  że  dała  mi  to 

wszystko na posag. 
 

- Aha – rzuciła Lavina obojętnie. Nalała sobie gorącej kawy do spodeczka i wypiła. 

 

-  Mój  narzeczony  nazywa  się  Andreas  Sandberg  –  mówiła  dalej  Lina.  –  Mieszka  w 

Kabelvaag i… 
 

Lavina  znów  wybuchneła  głośnym  śmiechem.  Śmiała  się  tak,  że  oman  nie  spadła  z 

krzesła. Uderzyła się w uda i usiłowała wykrztusić z siebie jakieś słowa. 
 

Elizabeth upuściła robótkę i zerwała się na równe nogi. 

 

- Możesz mi powiedzieć, o co chodzi, kobieto?! 

- Poczuła, ze nieprzyjemne wrażenie jeszcze się nasila, przede wszystkim jednak była zła na 
Lavinę, której nigdy nie potrafiła zrozumieć. 
 

Lavina znów otarła oczy z łez. Odchrząknęła i mruknęła coś, czego żadna z nich nie 

zrozumiała. Kiedy jednak zerknęła na Linę, ponownie parsknęła śmiechem. 
 

Elizabeth  dostrzegła,  że  oczy  Liny  napełniają  się  łzami.  Maria  też  to  zauważyła  i 

otoczyła dziewczynę ramieniem. 
 

- Dosyć tego, ubieraj się i idź sobie! – Elizabeth podała jej płaszcz i złapała ją mocno 

za ramię. – No, dalej, jazda! 
 

Lavina dała się wyprowadzić, wciąż krztusząc się ze śmiechu. 

 

Zatrzymały się w sieni. Elizabeth dokładnie zamknęła drzwi kuchni, po czym syknęła: 

 

- Możesz mi powiedzieć, co się tak rozśmieszyło? 

Lina jest dobrą dziewczyną i nie masz prawa tak się wobec niej zachowywać. Ja nie toleruję 
takiego zachowania pod moim dachem! 
 

Lavina włożyła płaszcz i zawiązała szal na krzyż przez piersi. Nadciągnęła rękawice i 

spoważniała. Wbiła intensywnie wzrok w Elizabeth i rzuciła: 
 

- Niedługo wrócę i wtedy powiem prawdę! 

 

Ponownie zaczęła się śmiać tak, że ledwo zeszła ze schodów. 

 

Elizabeth  zatrzasnęła  za  nią  drzwi  i  oparła  się  o  framugę  z  dziko  bijącym  sercem. 

Nadal  słyszała  jej  złowieszczy  śmiech.  Drzwi  kuchni  otworzyły  się  ostrożnie  i  wyjrzała 
Maria. 
 

- Poszła? 

 

- Tak, na szczęście. Oby już nigdy nie wróciła! 

 

Do sieni wyszła także Lina. 

 

-  Nie  przejmuj  się  tym,  co  powiedziała  –  próbowała  pocieszyć  ją  Elizabeth.  –  Tak 

kobieta jest niespełna rozumu. 
 

- Tak, wiem. – Lina uśmiechnęła się smutno. 

 

- Sprawiamy sobie jakąś przyjemność i nie będziemy już o niej myśleć. 

background image

 

52

 

Elizabeth objęła ramieniem Linę i tak weszły do kuchni. Nie mogła jednak zapomnieć 

pożegnalnych  słów  Laviny.  Wiedziała,  że  jej  prawda  i  nie  oznacza  nic  dobrego  dla 
mieszkańców Dalsrud. 
 
Rozdział 12 
 
 

Kiedy  mężczyźni  byli  na  zimowych  połowach,  Elizabeth  starała  się  sprawiedliwie 

rozdzielać  obowiązki  domowe  pomiędzy  służące  i  domowników.  Tego  dnia  Maria  i  Ane 
pojechały do sklepu, a Helene i Lina zajęły się obrządkiem w oborze. Ona zaś zabrała się do 
prania w letniej kuchni. Uznała, że nie jest to wielkie pranie i sama da mu radę. Westchnęła, 
wyżymając bluzkę i wkładając ją do wiadra.  Z niechęcią myślała o płukaniu ubrań w rzece. 
Na  szczęście  było  ich  niewiele,  więc  może  paznokcie  nie  zdążą  popękać  od  lodowatej 
wody… Naraz usłyszała, że drzwi się otwierają i ktoś wchodzi do środka. 
 

- Skończyłaś w oborze, Helene? – spytała, nadal odwrócona plecami do wejścia. 

 

Niespodziewanie chrząknięcie sprawiło, że szybko się odwróciła. 

 

- Dzień dobry i szczęść Boże – pozdrowił ją obcy mężczyzna. 

 

- Kim jesteś i czego tu chcesz? – spytała Elizabeth ostrym tonem, bezwiednie robiąc 

krok do tyłu. Letnia kuchnia od razu wydała się jej za ciasna. 
 

- Nie bój się – odezwał się oby spokojnie i zdjął czapkę. 

 

Elizabeth obrzuciła uważnym wzrokiem rosłego mężczyznę. Był zaniedbany i brudny, 

więc  podejrzewała,  że  jest  włóczęga,  chociaż  nie  wydawał  się  niedożywiony.  Przeciwnie, 
sprawiał  wrażenie  silnego  i  najedzonego.  Wielkie  wąsy  królowały  w  jego  przybrudzonej 
twarzy, oczy były niebieskie i uśmiechnięte. 
 

Wyciągnął  dłoń  i  się  przedstawił.  Elizabeth  powiedziała  swoje  nazwisko,  nie 

zwracając  uwagi  na  jego.  Nie  miało  to  zresztą  żadnego  znaczenia,  uznała,  cofając  rękę. 
Wytarła ją niepostrzeżenie o brzeg fartucha. 
 

- Przychodzę spytać o jedzenie i możliwość przenocowania gdzieś na sianie przez noc 

albo dwie – powiedział nieznajomy. – Oczywiście, pracuje to – dodał szybko, mnąc czapkę w 
wielkich dłoniach. 
 

Elizabeth spojrzała na niego spod oka i oparła ręce na biodrach. 

 

- Nie wiem, czy potrzebuję pomocy – rzekła. 

 

-  Ja  wiem,  że  są  zajęcia  ciężkie  dla  kobiet  –  uśmiechnął  się  znacząco.  –  Mogę  na 

przykład nanosić wody do obory i domu albo narąbać drew. 
 

Elizabeth zagryzła wargę. 

 

-  No,  dobrze.  możesz  tu  pracować  do  jutra,  ale  nie  dłużej.  Nie  lubię  mieć  obcych  w 

obejściu. 
 

- Dobrze to rozumiem – odparł, kiwając głową. – Mogę zacząć od razu? 

 

- Nie. oprowadzę cię, gdy tylko skończę z pracą tutaj. 

 

- Mogę usiąść? – spytał, wskazując na mały zydel w kącie. 

 

-  Proszę.  –  Elizabeth  odwróciła  się  do  niego  plecami  i  zabrała  do  prania.  –  Skąd 

jesteś? – spytała, gdy zapadła cisza. 
 

- Znikąd. Chodzę i pracuję za jedzenie. Najlepiej jest latem, wtedy najmuję się ba całe 

sianokosy. 
 

- A zimą? Musi być ciężko. 

 

- Tak, ale nieraz trafiam na statek i jestem uratowany. W tym roku i się nie udało, ale 

nie jest to powód, żeby czarno widzieć przyszłość. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się pod nosem. Zerknęła szybko przez ramię. 

 

- Chciałabym mieć twoją odwagę – rzuciła. 

 

- Tak, wszyscy musimy z czymś walczyć – uśmiechnął się. – Ja lubię takie życie. – Po 

chwili dodał: - Masz ładne gospodarstwo. 

background image

 

53

 

- Dziękuję. Dalsrud od wielu pokoleń należy do rodziny mojego męża i jest jednym z 

większych gospodarstw w okolicy. Ale też wymaga dużo pracy. 
 

Pokiwał głową. 

 

- No właśnie takiego życia nie chciałam. Wybrałem wolność. 

 

Mówił  dalej  o  swoim  życiu  wędrowca.  Elizabeth  spytała,  czy  zna  Niasa  Wędrowca, 

ale on zaprzeczył. Nie słyszał o nikim takim. 
 

Wreszcie Elizabeth mogła odłożyć ostatnią sztukę bielizny do wiadra. Wyprostowała 

plecy i odwinęła rękawy. Pozostało tylko płukanie. Jeśli Helene skończyła już w oborze, mieć 
dać temu przybłędzie coś do jedzenia, zanim zacznie pracę. 
 

Miała się właśnie obrócić, gdy nagle poczuła jego ramię obejmujące ją w pasie. Tak ją 

to zaskoczyło, że nawet nie krzyknęła. 
 

- Co robisz? – spytała z niechęcią. 

 

- A jak myślisz? – wydyszał. Drugą dłoń położył na jej piersi i ścisnął tak mocno, że 

jęknęła  z  bólu.  –  Stoisz  tak  tyłkiem  do  mnie  i  kręcisz  nim  ponętnie,  więc  czego  się 
spodziewasz? Sama się o to prosisz, przyznaj! 
 

Lodowaty strach przeszył Elizabeth. Przed oczami stanęło jej wspomnienie Leonarda: 

słyszała  jego  głos,  czuła  jego  zgniły  oddech;  widziała  jego  żółte  zęby,  tłuste  jasne  włosy, 
natarczywe  dłonie,  twarz  z  obwisła  skórą;  słyszała  jego  słowa…  jego  okropne  oskarżenia. 
Obudziła  się  w  niej  wściekłość  i  dodała  jej  sił.  Pochyliła  się  do  przodu,  po  czym  nagle  się 
wyprostowała  i  uderzyła  napastnika  głową  w  twarz.  W  następnej  chwili  obróciła  się 
błyskawicznie i kopnęła go w piszczel. Dobrze, że miała na sobie chodaki! 
 

Mężczyzna ryknął i złapał się za nos. 

 

- Ty cholerna babo! – wrzasnął i złapał ją drugą dłonią. 

 

Powinna  była  to  przewidzieć,  ale  to  on  ją  zaskoczył  i  nie  zdążyła  odskoczyć.  Całą 

swoją siłą i ciężarem naparł na nią i przycisnął do ławy, gmerając przy jej bluzce, aż pryskały 
guziki. 
 

- Nie niszcz mi bluzki! – wrzasnęła i ugryzła go w rękę. 

 

Krzyknął i cofnął dłoń, ale już po chwili mocno uderzył ją w policzek. 

 

Cios był tak mocny, że na moment ją zamroczyło. To mu wystarczyło, by podciągnąć 

jej spódnicę, obrócić ją tyłem i wykręcić jej rękę na plecy. Elizabeth całą sobą sprzeciwiała 
się temu, co miało nastąpić. Ta gnida chce ją wziąć siła, pomyślała z wściekłością, ale ona nie 
może na to pozwolić! W desperacji próbowała się wyzwolić z jego uchwytu, lecz napastnik 
tylko mocniej wykręcił jej ramię, tak że ból sięgnął kręgosłupa. 
 

Elizabeth zamknęła oczy i zacisnęła zęby. Ojcze nasz, któryś jest w niebie… , zaczęła 

modlić się w duchu.  
 

W tym momencie drzwi się otworzyły i rozległ się przeszywający krzyk. Mężczyzna 

puścił  ją  natychmiast.  Elizabeth  odwróciła  się  i  ujrzała  Helene  z  tarą  w  dłoniach.  Z 
wytrzeszczonymi oczami przyjaciółka uniosła tarę nad głowę i z całej siły walnęła nią obcego 
w  plecy.  Nadbiegła  Lina  z  drewnianym  wiosłem.  Mężczyzna  zawołał  coś  i  wypadł  na 
zewnątrz  w  śnieg,  osłaniając  głowę.  Dziewczęta  biły  na  oślep,  wyrzucając  z  siebie 
przekleństwa, rozwścieczone jak furie. 
 

Elizabeth  zebrała  na  piersiach  podartą  bluzkę  i  roztarła  bolące  ramię.  Otumaniona 

podeszła  do  drzwi  i  zobaczyła,  że  wróciły  Maria  i  Ane.  Siostra  kopnęła  przybłędę,  gdy 
próbował wstać, Ane też wymierzyła mu kilka kopniaków. 
 

Elizabeth oprzytomniała. 

 

- Zostawcie go! – zawołała. – Zatłuczecie go na śmierć. 

 

Helene posłuchała, lecz Lina wymierzyła mu jeszcze jedno uderzenie w zadek, tak że 

znów upadł w śnieg. Dziewczyna była z siebie najwyraźniej zadowolona. 
 

- Już wystarczy – powiedziała Elizabeth spokojnie. 

background image

 

54

 

Dziewczęta  z  wahaniem  się  wycofały.  Mężczyzna  na  czworakach  zbierał  swoją 

czapkę i rękawice ze śniegu. Wreszcie wstał i odbiegł kawałek, zanim odwrócił się i pogroził 
im pięścią. 
 

- Cholerne baby! Chyba służycie samemu diabłu! – krzyknął, ocierając krew z nosa. 

Potem odwrócił się i poczłapał dalej. 
 

Ane pochyliła się, nabrała garść śniegu i posłała twardą kulkę w jego kark. 

 

- A masz! – zawołała i pokazała mu język. 

 

Elizabeth chciała coś powiedzieć, ale nie znalazła właściwych słów. Pozostałe kobiety 

stały  i  patrzyły  na  nią.  Poczuła,  że  zbiera  jej  się  na  śmiech.  Że  też  cztery  rozwścieczone 
kobiety  i  jedna  dziewczynka  zdołały  przegonić  rosłego  mężczyznę  niczym  spłoszonego 
zająca!  Zaczęła  chichotać,  ale  zaraz  ogarnęła  ją  potężna,  wyzwalająca  fala  śmiechu.  Jej 
towarzyszki przyłączyły się i stały tak, płacząc ze śmiechu jak szalone. 
 

Helene  oprzytomniała  pierwsza.  Odwróciła  się  do  Elizabeth  z  poważną  miną  i 

popatrzyła na nią uważnie. 
 

- Co z tobą? – Coś ci zrobił? 

 

Elizabeth potrząsnęła głową, ocierając łzy. 

 

- Masz! – Helene zdjęła swój szal i otuliła nim ramiona przyjaciółki. – Idź do domu, a 

my z Liną dokończymy pranie. 
 

- Dziękuję. – Elizabeth dopiero teraz poczuła, że marznie. Zaczęła szczękać zębami. 

 

- Uderzył cię – zauważyła Maria, gładząc siostrę po policzku. 

 

- To nic takiego. 

 

- Myślisz, że on wróci? – spytała Lina. 

 

- O, nie. jestem całkowicie pewna, że nie – odparła Elizabeth i się zaśmiała. 

 

Ane zmarszczyła czoło. 

 

- Musimy od razu powiedzieć o tym Kristianowi, kiedy wróci – oświadczyła. 

 

- Nie! – Elizabeth położyła dłoń na jej ramieniu. – Nie mów mu, Ane. Zacznie się o 

nas martwić, gdy znów będzie wypływał na morze. Niech to pozostanie naszą tajemnicą. 
 

- Dobrze! Lubię tajemnice! – stwierdziła Ane. – Chodźmy do domu, mamo. Zrobię ci 

kawy, 
 

Energicznie doszła do drzwi i zaczęła otupywać śnieg z butów. 

 

Elizabeth podążyła za nią, lecz po kilku krokach zatrzymała się i spojrzała na krople 

krwi na śniegu. Nie, on nigdy nie wróci, pomyślała. Nie odważy się. 
 
 

Łagodny  wiosenny  wiatr  bawił  się  pasmem  włosów  Elizabeth.  Założyła  niesforny 

kosmyk  za  ucho  i  ciaśniej  otuliła  się  szalem.  Zmrużyła  oczy  przed  promieniami  słońca  i 
napawała się chwilą wolnego, którą sobie ofiarowała. Z polany nad gospodarstwem dobiegło 
kukanie. 
 

- Kukułka kuka w nagim lesie. To nie wróży dobrze – rzuciła Helene. Pochyliła się i 

sprawdziła, czy Elizabeth siedzi na dywaniku. Wiadomo, że niezdrowo jest siadać na zimnych 
kamieniach. 
 

- Zupełnie, jakby słyszała starą Gurine – zaśmiała się Elizabeth. – Ona znała wszystkie 

przysłowia świata i rozgłaszała przesądy wszem i wobec. 
 

- Przesądy, też mi coś! To sama prawda, Elizabeth! Jeśli słyszysz pierwszą kukułkę w 

nagim lesie, wróży to nieurodzaj. Wszyscy to wiedzą. 
 

Elizabeth znów się zaśmiała. 

 

-  Ale  też  wszyscy  wiedzą,  że  wiosna  tu  na  północy  przychodzi  późno  i  że  kukułka 

kuka w nagim lesie co roku! Nieprawdaż Helene? 
 

- Nie śmiej się przedwcześnie. – Helene zapatrzyła się przed siebie. – Mówiłam ci, co 

mi niedawno powiedziała Ane? 
 

Elizabeth pokręciła głową. 

background image

 

55

 

- Podobno wie, jak pomóc biednym we wsi. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się z czułością. 

 

- Aha. No a jak? – spytała. 

 

- Tego nie wiem. Nie chciała mi zdradzić szczegółów.  

 

- O wilku mowa! – rzuciła Elizabeth na widok nadbiegającej córki. 

 

- Statki przypływają! – zawołała podniecona Ane. 

 

Od razu zaczęło im się spieszyć. 

 

- Lino, w kuchni posprzątane? – zapytała Elizabeth. – Nastaw kawę. Albo nie, może 

chcesz iść na brzeg? Tak, chodź z nami. Kawa może poczekać. 
 

Lina  uśmiechnęła  się  z  wdzięcznością.  Kobiety  zebrały  spódnice  i  pobiegły  w  dół 

dróżką, śmiejąc się i żartując. Na dole zatrzymały się i z niecierpliwością wypatrywały łodzi. 
Daleko na morzu dostrzegły łódkę. Tak, to Kristian i Lars wracali do domu! Tej zimy znów 
popłynęli statkiem Jakoba. A teraz pożegnali się z nim i łódką płynęli do Dalsrud. 
 

Powietrze nad samym morzem było zimniejsze i Elizabeth skuliła się w sobie. 

 

- Jak dostrzegłaś łódkę? – spytała córkę. 

 

- Byłam na poddaszu! – Ane zakryła dłonią usta i zachichotała. 

 

- A więc nie poszłaś do swojego pokoju i nie zmieniłaś pościeli, jak kazałam? 

 

- To zrobiłam. 

 

- Ale miałaś potem inne rzeczy do zrobienia! 

 

- A może o nich zapomniałam? 

 

-  A  może  chciałaś  się  wykręcić?  –  W  głosie  Elizabeth  był  śmiech.  Nie  potrafiła  być 

surowa w taki dzień. Mężczyźni wracali do domu po miesiącach ciężkiej pracy i tęsknoty! Za 
każdym razem, gdy śnieżyca szalała za ścianami domu w Dalsrud, Elizabeth z trwogą myślała 
o  Kristianie  i  innych  na  morzy.  Kiedy  z  dziewczętami  siedziała  z  zacisznej  kuchni  i  jadła 
podwieczorek, jej myśli często wędrowały ku mężczyznom. Czy mają jeszcze dość jedzenia? 
Czy  mogą  dosuszyć  ubrania.  Czy  udaje  im  się  czasem  wyspać?  Listy  od  Kristiana 
przychodziły rzadko. Zima była długa i wiele miesięcy spędzali na zimowych połowach. Ale 
teraz czas oczekiwania się skończył i do następnego razu było dużo czasu. 
 

Kristian  i  Lars  byli  zarośnięci  i  dano  się  nie  myli,  to  jednak  zupełnie  nie 

przeszkadzało, pomyślała Elizabeth. Zapach portu, rzemieni i mokrej wełny wydawał jej się 
cudownym  aromatem.  Szybko  objęła  męża,  nie  zważając,  że  obserwują  ich  służące.  Ale 
słowa, które zbierała przez całą zimę, powie mu dopiero wtedy, gdy będą sami. 
 

Chwila była uroczysta i Elizabeth pożałowała, że nie zdążyła się uczesać ani zmienić 

ubrania. Miała na sobie szarą codzienną sukienkę i poplamiony fartuch.  
 

Zarumieniona  Helene  uścisnęła  na  powitanie  dłoń  Larsa.  Z  jej  twarzy  można  jednak 

było  wyczytać  zawód,  gdy  Lars  dokładnie  w  taki  sam  sposób  przywarł  się  z  resztą 
domowników.  Elizabeth  poczuła  ciężar  na  sercu.  Tak  by  chciała,  żeby  przyjaciółka  miała 
ukochanego,  który  zauważyłby  jej  wszystkie  wspaniałe  cechy  i  dostrzegł  jej  urodę.  Nie 
wydaje  się  jednak,  żeby  miał  nim  być  Lars,  na  co  biedaczka  liczyła.  Elizabeth  westchnęła  i 
odegnała smutne myśli. To był czas radości!  
 

- Mario, nakryj do stołu, a my przyniesiemy wody – rzuciła. 

 

Wszystko  miało  się  odbyć  zgodnie  z  odwiecznym  rytuałem:  najpierw  mężczyźni  się 

kąpali, potem wszyscy razem jedli i dopiero potem następowało otwarcie skrzyń podróżnych. 
 

Elizabeth czuła, że aż jej się kręci w głowie z radości, gdy szła za wszystkimi w górę 

dróżki. 
 
 

Ptaki  nie  poszły    jeszcze  spać  i  świergotały  za  oknem  sypialni.  Wiosenna  noc  była 

jasna  i  kusząca.  Rozległ  się  tęskny  głos  kota.  Wkrótce  nadeszła  odpowiedź.  Może  to  Pusia 
udał się w zaloty, pomyślała Elizabeth leniwie i przysunęła się do Kristiana. Jeszcze pachniał 
mydłem po kąpieli. 

background image

 

56

 

Delikatnie przesunęła palcem po jego wydatnym podbródku i zjechała na szyję. 

 

- Jesteś taki ładny – szepnęła. – Tak bardzo ładny.  

 

- I to mówi ta, która przypomina anioła! – odparł, nabierając na nią ciałem. 

 

Wplotła palce w jego włosy. Jego długa grzywka łaskotała ją, gdy obsypywał jej twarz 

szybkimi pocałunkami. 
 

- Mój anioł – wyszeptał, patrząc na nią z uczuciem.  

 

- Pocałuj mnie, Kristianie – porosiła. 

 

Bez wahania spełnił jej prośbę, a po długim pocałunku przesunął usta wzdłuż jej szyi, 

ugryzł delikatnie koniuszek ucha, Az poczuła dreszcz przenikający całe ciało. 
 

- Nie rób tak – mruknęła. 

 

- Dlaczego nie – zaśmiał się w odpowiedzi. 

 

- Bo robi mi się wtedy tak dziwnie! 

 

Wygięła ku niemu ciało, aż jego owłosiona pierś połaskotała jej sutki. 

 

- Mmmm, dobrze – mruknął, znów ją całując. 

 

Elizabeth objęła go za szyję i wślizgnęła się bardziej pod niego. 

 

- Nie opuszczaj mnie więcej – prosiła. – Nigdy, nigdy! 

 

- Długo cię nie opuszczę – odparł ochrypłym głosem, rozdzielając kolanem jej uda, 

 

- Nigdy! – jęknęła, przyjmując go w siebie po długich miesiącach tęsknoty. 

 
 

- O czym myślisz? – spytał Kristian. 

 

- Jak bardzo się cieszę, że znowu jesteś w domu. 

 

- Ja też – odparł cicho. 

 

- I myślałam o tych wspaniałych podarunkach, które przywieźliście! Papier listowy dla 

nas  wszystkich,  ta  piękna  wełna  do  haftowania…  Jak  wpadliście  na  to,  żeby  coś  takiego 
kupić? 
 

- Poprosiłem sprzedawczynię o pomoc. 

 

- I pomyśleć, że Lars kupił koronki dla Helene! Sądzisz, ze jest w niej zakochany? 

 

Mówił coś?  

 

- Nie. nic nie mówił. – Kristian się roześmiał. – Żaden chłop p czymś takim nie mówi! 

 

-  Dziwni  jesteście.  Jeśli  ona  nie  wpadła  mu  jeszcze  w  oko,  to  wielka  szkoda.  Bo  ja 

uważam, że jest miła i słodka, i dba o niego. Czegóż jeszcze można sobie życzyć? 
 

Kristian pokręcił głową i ziewnął. 

 

- Może Helene nie podoba mu się w ten sposób? 

Czy to takie dziwne? 
 

Elizabeth wpatrzyła się w sufit. 

 

- Nie, może i nie, ale tak bym chciała… 

 

Mąż pochylił się nad nią i zaczął ją całować. 

 

- Pewnie też byś chciała, żeby zacałował cię na śmierć? – zaśmiał się cicho. 

 

Nie  odpowiedziała,  odwzajemniając  jej  pocałunki.  Jej  serce  wypełniała  bezgraniczna 

radość. 
 
Rozdział 13 
 
 

Elizabeth poszukała  kieszeni klucza do spiżarni i włożyła go do zamka. 

 

- Dziwne – mruknęła, gdy nie chciał się obrócić. Spróbowała jeszcze raz, bez skutku. 

Nieprzyjemna  myśl  sprawiła,  że  po  prostu  nacisnęła  klamkę.  Ustąpiła.  Elizabeth  poczuła 
gęsią skórkę. Dlaczego było otwarte? Zadrżała na wspomnienie tego, co się wydarzyło zimą. 
Teraz  przynajmniej  jest  więcej  ludzi  w  gospodarstwie,  pomyślała  i  zdecydowanym  ruchem 
otworzyła drzwi. 

background image

 

57

 

Nikogo,  stwierdziła,  gdy  wiosenne  słońce  oświetliło  wnętrze.  Weszła  głębiej  i 

zesztywniała.  Zapasy  nie  zniknęły,  ale  były  poprzestawiane!  Wszystko  zebrano  w  małe 
stosiki.  Worki  z  mąką  stały  ściśnięte  w  jednym  kącie,  wędzone  szynki  złożone  razem. 
Obrzuciła spojrzeniem póki i stwierdziła z całą pewnością, że jedzenie ktoś ruszał, lecz o ile 
mogła  ocenić  –  niczego  nie  brakowało.  Drżącymi  rękami  i  ułożyła  wszystko  na  miejsce, 
złapała  woreczek  z  mąką  i  pospieszyła  na  dwór.  Zamknęła  pieczołowicie  drzwi  na  klucz. 
Stanęła,  ściskając  go  w  dłoniach.  Ja  zawsze  zamykam  spiżarnię  na  klucz,  pomyślała.  I 
sprawdza. Czy mogłam zapomnieć ten jeden raz? 
 

Pokręciła  głową i pospieszyła do obory. Niepokój ściskał ją w dołku,  gdy weszła do 

kur. Nie trzymali ich wiele, lecz wystarczająco, żeby mieć jajka do ciast. 
 

Kury  zatrzepotały  skrzydłami  i  zagdakały  płochliwie,  ale  zaraz  się  uspokoiły  na 

swoich  grzędach.  Zwykle  Elizabeth  zagadywała  do  nich  łagodnie,  lecz  dziś  szybko  zebrała 
tylko jajka i wyszła. 
 

Nieprzyjemne  uczucie,  że  jest  obserwowała,  towarzyszyło  jej  przez  cała  drogę  przed 

podwórze. W kuchni nie było nikogo, odłożyła więc mąkę i jajka i opadła na krzesło. Serce 
biło jej mocno w piersi. Położyła ręce na stole i ukryła twarz w zgięciu łokcia. 
 

Co  tu  się  dzieje?  –  pomyślała  zdenerwowana.  Trochę  za  dużo  tych  dziwnych 

wydarzeń. Czyżby zrobiła coś, czym sprowokowała kogoś do takiego zachowania? Czy kryła 
się za tym zazdrość, czy po prostu złe zamiary? 
 

Gdy otworzyły się drzwi, westchnęła i się wyprostowała. 

 

- Siedzisz tu sobie sama? – spytał Kristian i pogładził ją po plecach. 

 

Wstała szybko. 

 

-  Nie,  chciałam  tylko  chwile  odsapnąć.  Przyniosła,  mąkę  i  jajka  dla  Helene,  bo  ma 

piec ciasto, ale nie ma jej teraz, wiec… 
 

-  Co  cię  trapi?  –  Kristian  przerwał  potok  jej  słów  i  spojrzał  na  nią  uważnie  spod 

zmarszczonych brwi. 
 

- Ktoś był w spiżarni – oznajmiła. 

 

- Zniknęła coś z jedzenia? 

 

- Nie. ale jestem pewna, że zamykałam drzwi na klucz. 

 

- Nikt inny nie ma klucza? 

 

- Nie, tylko ja. 

 

Patrzył na nią przez chwilę, zanim spytał: 

 

- Ale Helene czasem go dostaje? 

 

- Zdarza się. 

 

- W takim razie to ona zapomniała zamknąć – uśmiechnął się Kristian. 

 

- Ale jedzenie było poprzestawiane! Wyglądało dziwnie, tak pozbierane w stosiki i… 

 

W korytarzy rozległy się kroki i Kristian rzucił szybko: 

 

- To pasuje do tych innych dziwnych zdarzeń. Nie mów nic nikomu. Pilnuj tylko, żeby 

nikt nie brał klucza do spiżarni. 
 

Kiwnęła głową i uśmiechnęła się, gdy do kuchni weszła Helene. 

 
 

Elizabeth  pierwsza  dostrzegła  Mikkela,  gdy  podlewała  geranium  w  salonie.  Szybko 

odstawiła konewkę i wpadła do kuchni. 
 

- Idę do krosien – rzuciła do Liny i pobiegła po schodach na górę. 

 

Dziś nie miała ochoty na spotkanie z Mikkelem. Był nieprzyjemny, więc korzystała z 

każdej  okazji,  żeby  uniknąć  z  nim  kontaktu.  Tu  na  górze  będzie  miała  spokój,  pomyślała. 
Wyjęła potrzebne kłębki wełny i rozpoczęła tkanie. Sporo już zrobiła, gdy do pokoju weszła 
Ane. 
 

- Nie masz nic do roboty? – spytała Elizabeth, na chwilę odrywając wzrok od krosien. 

 

- Mam przerwę. 

background image

 

58

 

Ane  usiadła  na  krześle  i  zaczęła  machać  nogami,  stukając  obcasem  o  nogę  krzesła. 

Odgłos  ten  zaczął  w  końcu  irytować  Elizabeth,  wiec  spojrzała  na  córkę  wymownie.  Nogi 
natychmiast się zatrzymały, ale zaraz Ane zaczęła cicho gwizdać. 
 

- Nauczyciel mówi, że brzydko jest gwizdać – oznajmiła. 

 

-  Aha  –  mruknęła  Elizabeth,  szukając  w  koszyku  kłębka  wełny  w  odpowiednim 

odcinku czerwieni. 
 

- Mówi, że ten, kto gwiżdże, przywołuje diabła. 

Czy to prawda, mamo? 
 

- Aha. 

 

- W ogóle mnie nie słuchasz! 

 

Elizabeth podniosła się znad koszyka z wełną. 

 

- Ależ tak, słucham. Mówisz, że nauczyciel gwiżdże i wzywa diabła. 

 

Ane przewróciła oczami i podeszła do okna. Elizabeth spojrzała na jej szczupłe plecy. 

Córka  wkrótce  skończy  jedenaście  lat.  jeszcze  tylko  cztery  lata  i  po  konfirmacji  wkroczy  w 
ś

wiat dorosłych. Zauważyła, że Ane ostatnio się wyciągnęła i że zgęstniały jej włosy. Nie tak 

dawno  temu  odkryła  też,  że  jej  małej  córeczce  rosną  piersi!  Zastanowiła  się,  czy  ona  też 
zaczęła  się  tak  wcześnie  rozwijać?  Nie  pamiętała.  Ane  zachowywała  się  często  jeszcze  tak 
dziecinnie, ale już za kilka lat naprawdę będzie dorosła. 
 

Przypomniała sobie, co Helene powiedziała jej o córce. 

 

- Słyszałam, ze Ane, wymyśliłaś sposób na pomaganie biednym. 

 

Dziewczynka pokiwała głową. 

 

- Jaki? 

 

-  Jeszcze  nie  mogę  powiedzieć.  Dowiesz  się  za  jakiś  czas.  Mikkel  już  poszedł  do 

domu – dodała. 
 

- Aha. 

 

Ane oparła się łokciami i parapet. Spojrzała na matkę, zagryzając wargę. 

 

- Mamo, co to znaczy, ze komuś nóź luźno siedzi? 

 

- Cóż, to chyba znaczy, że ten ktoś szybko go wyciąga i grozi nim innym. Wielu nosi 

przy  sobie  nóż,  zwłaszcza  ci,  którzy  żyją  w  dziczy,  tak  jak  Mikkel.  On  pewnie  często  go 
używa. – Zamilkła nagle, po czym rzuciła: - Ale dlaczego o to pytasz? 
 

- Mikkel powiedział, że nóż luźno siedzi Kristianowi. 

 

- Co ty mówisz?! – Elizabeth ścisnęło mocno kłębek wełny. 

 

- Mówię, że Mikkel… 

 

- Tak, słyszałam. Powiedział coś jeszcze? 

 

Ane ściągnęła usta i wpatrywała się w sufit. 

 

- Tak, powiedział, że rozmawiał z tym ,którego on zranił, i… Nie, nie pamiętam. 

 

Elizabeth zdała sobie sprawę, ze jej dłonie drżą, więc ukryła je w fałdach spódnicy. 

 

- Czy Mikkel powiedział, że rozmawiał z tym… który został zraniony? 

 

- Tak. O co mu chodziło? Czy Kristian zranił kogoś nożem?  

 

- Nie, oczywiście, że nie. ale czy powiedział, kiedy z tym kiś rozmawiał? 

 

Ane pokręciła głową, lecz po chwili się rozjaśniła. 

 

-  Tak,  to  było  jakoś  niedawno.  Ostatniej  albo  przedostatniej  zimy.  I  powiedział,  że 

tamten potrafi więcej niż tylko Ojcze nasz. 
 

Kłębek wełny zwilgotniał w niej spoconej dłoni. Elizabeth upuściła go do koszyka, po 

czym otarła dłoń o spódnicę. 
 

- Trzymaj się z dala od Mikkela – nakazała surowo. – Nie słuchaj tego, co mówi, bo 

on lubi straszyć ludzi, a zwłaszcza dzieci. 
 

- Ale ja się go nie boję. Uważam, ze jest zabawny! 

 

- Możesz sobie tak uważać – mruknęła Elizabeth. 
- Ale nie wolno ci słuchać jego bzdur! I nie sprzeciwiaj mi się! 

background image

 

59

 

Ane wzruszyła ramionami. 

 

- Skoro musze… No to już chyba pójdę pomagać w myciu podłogi. Lina pozwoliła mi 

trochę odpocząć, ale teraz już wrócę. 
 

Elizabeth utkwiła spojrzenie w jakiś punkt przed sobą. Czy ten stary dziad wiedział, że 

Krisian przejechał kiedyś Jensa nożem przez twarz? Chyba wiedział, ale kogo miał na myśli, 
mówiąc,  że  rozmawiał  ze  zranionym,  i  to  nie  tak  dawno?  Ane  powiedziała,  że  tej  albo 
poprzedniej zimy. Zakręciło jej się w głowie. Boże, Jens zaginął na morzu dziewięć lat temu. 
Co znaczyły słowa Mikkela? Czy to możliwe, że Jens jednak żyje? 
 

Ukryła  twarz  w  dłoniach.  Ileż  razy  ta  myśl  przechodziła  jej  do  głowy?  Sto,  może 

tysiąc razy. Nie było to uczciwe ani wobec niej samej, ani wobec Kristiana. Zwłaszcza niego. 
Gdyby  Jens  żył,  Kristian  miałby  powód  do  zazdrości.  ale  rzecz  dotyczyła  nieżyjącego.  No 
właśnie, pomyślała i uniosła głowę. Nieżyjącego. 
 

Przetarła twarz i wstała.  Musze znaleźć nóż, pomyślała. Ten, który Kristian kupił od 

Niasa  Wędrowca.  Sama  nie  wiedziała,  dlaczego  nagle  stało  się  to  dla  niej  tak  ważne.  Może 
musiała uzyskać na coś odpowiedzieć, choć nie bardzo pojmowała, na co. Energicznie wyszła 
na korytarz, ale zaraz stanęła niepewnie wyszła na korytarz, ale zaraz stanęła niepewnie i się 
rozejrzała. Gdzie Kristian mógł go schować? Powiedział, że go zgubił, ale coś jej mówiło, że 
skłamał.  
 

Z  kuchni  dobiegały  odgłosy  rozmów  i  stukania  garnkami.  Poza  tym  panowała  cisza, 

czyli  Kristian  nadal  był  poza  domem.  Wślizgnęła  się  do  ich  sypialni  i  obrzuciła  pokój 
spojrzeniem.  Łóżko?  Nie,  nie  tu.  Jego  szafa?  Zaczęła  szukać.  Sprawdziła  każdą  kieszeń 
ubrania, wyciągnęła każdą szufladę i zbadała jej zawartość. Wreszcie zatrzymała się, zgrzała i 
zrezygnowana.  Przeszukała  już  wszystko.  usiadła  na  łóżku  i  zastanowiła  się  chwilę.  Jakie 
jeszcze  były  możliwości?  Może  gdzieś  pod  luźną  deską  znajdował  się  schowek?  Wstała  i 
niecierpliwie zaczęła opukiwać ściany. Licząc, że może usłyszy gdzieś głuchy odgłos. 
 

- Przepraszam, że przeszkadza – usłyszała za sobą głos Helene i obróciła się na pięcie. 

 

Helene zaczęła się śmiać. 

 

- Możesz mi z łaski swojej powiedzieć, co takiego robisz? – wykrztusiła. 

 

Elizabeth poczuła, że zalewa ją rumieniec. 

 

- Sprzątam w szafie, chyba widzisz? 

 

- Nie, mnie się wydaje, że raczej chcesz ją rozwalić! 

 

-  No  cóż.  –  Elizabeth  odwróciła  się  i  zaczęła  wkładać  rzeczy  na  miejsce.  Miała 

nadzieję, że Helene sobie pójdzie, ta jednak podeszła do niej. 
 

Już całkiem poważnie spytała: 

 

- Nie powiesz, o co chodzi? 

 

Elizabeth odwiesiła kurtkę do szafy i odwróciła się z wahaniem. 

 

- Kristian kupił kiedyś nóż od Niasa. Jestem pewna, że były na nim wyryte inicjały. 

 

- Tak? 

 

- Według mnie były to litery J.R. 

 

- No i? 

 

Elizabeth westchnęła z rezygnacją. 

 

- Nie rozumiesz? Jestem pewna, że to był nóż Jensa.  I jeśli go znajdę… 

 

- To co wtedy? 

 

Elizabeth spuściła wzrok. 

 

-  Kristian  gdzieś  go  schował  i  mówi,  że  nie  było  na  nim  żadnych  liter.  Ale  jeśli  go 

znajdę i pokażę, że mam rację, to… 
 

- Powiesz mu to, a Kristian przyzna, że się mylił.  I co dalej? Możesz udowodnić, że 

inicjały oznaczają Jensa Raska? 
 

Zawstydzona Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Nie, nie mogę. 

background image

 

60

 

- Ja uważam, że powinnaś dać spokój przeszłości – oznajmiła Helene i pogładziła ją 

po policzku. – Nie służą ci takie myśli. 
 

- Pewnie masz rację. Ale… 

 

Helene się uśmiechnęła. 

 

- Pomogę ci posprzątać i zejdziemy razem na dół. 

 

-  Dziękuję  –  szepnęła  Elizabeth.  Ale  słowa,  które  usłyszała  od  Ane,  nie  mogły  jej 

opuścić. 
 
 

-  Widziałam,  że  był  tu  dzisiaj  Mikkel  –  rzuciła  Elizabeth  przy  obiedzie.  –  Czego 

chciał? 
 

Zmusiła się, by patrzeć na Kristiana. 

 

Mąż zerknął na nią znad talerza. 

 

- Pytał, czy pójdziemy po to drewno. 

 

- No, to rychło w czas – zauważył Lars. 

 

- I to właśnie mu powiedziałem. Spytałem, czy był pijany przez całą zimę, odkąd go 

uratowaliśmy. 
 

- Nie musisz być taki złośliwy wobec niego – skomentowała Elizabeth. 

 

-  Sam  jest  sobie  winien  –  rzucił  Kristian,  zeskrobując  z  noża  skórkę  ziemniaka  o 

krawędź talerza. – Zaproponowałem mu pracę w zimie, ale jej nie przyjął. Według ciebie, co 
mam robić? Nawet nie usłyszałem podziękowania za to, że przez niego straciliśmy cały dzień 
w górach. 
 

-  Nie  potrzebujemy  żadnego  podziękowania.  Poza  tym  nawet  nie  wiadomo,  czy  w 

ogóle zauważył. Że u niego byliśmy. 
 

Kristian zaczął się śmiać, jakby nie słyszał jej słów. 

 

- Rzucił na mnie klątwę, stary wariat! 

 

Elizabeth poczuła, że serce zabiło jej mocniej. 

 

- Nie powinieneś się z tego śmiać, Kristianie! 

 

- Chyba w to nie wierzysz? 

 

- Znasz moje zdanie: z tym człowiekiem nie ma żartów. 

 

- A ja uważam, że jest zabawny! I ciekawy – wtrąciła Ane. 

 

- Jedz obiad i siedź cicho! – ucięła surowo Elizabeth. – Pamiętasz, co ci powiedziałam 

o Mikkelu? 
 

Maria odłożyła sztućce i wpatrywała się w siostrę. 

Elizabeth  czuła,  że  winna  jest  wszystkim  jakieś  wyjaśnienie.  Czuła  na  sobie  także 
zaciekawione spojrzenie Liny. 
 

- Mikkel rzucał już klątwy i uroki na ludzi – oznajmiła i mocno zacisnęła usta. 

 

Po obiedzie Kristian podziękował i rzekł: 

 

- Idę do szopy. 

 

Elizabeth  patrzyła  za  nim  przez  kuchenne  okno,  dopóki  nie  zniknął.  Potem  zwróciła 

się do Helene: 
 

- Idę się przejść. Mario, pomóż tutaj. 

 

Gdy wychodziła, czuła na plecach pytające spojrzenia domowników. 

 

Drzwi  szopy  nad  morzem  były  otwarte  na  oścież.  Kristian  siedział  na  skrzynce  i 

naprawiał sieci. 
 

- To ty? – zdziwił się. 

 

Pokiwała głową i obrzuciła spojrzeniem wnętrze szopy. Pod dachem leżało kilka par 

wioseł  i  sporo  desek.  Na  ścianach  wisiały  zielone  szklane  kule  oplecione  siatką  ze  sznurka 
oraz czerwono-brązowe boje do zastawianych sieci. 
 

Elizabeth  nabrała  głęboko  powietrze  i  powoli  je  wypuściła.  Zauważyła  spojrzenie 

Kristiana i uśmiechnęła się, zmieszana. 

background image

 

61

 

- Zawsze lubiłam zapach szopy. I brzegu morza. Zapach smoły, wodorostów i słonej 

wody. 
 

- To dlatego tu przyszłaś? – zaśmiał się cicho. 

 

Jego  palce  bezustannie  pracowały  przy  sieci.  Igła  z  nicią  wyszywał  oczka,  a  małym 

nożem nasadzonym na palec błyskawicznie odcinał nić. 
 

Elizabeth zdobyła się na odwagę. 

 

- Ane usłyszała dziś coś dziwnego. 

 

- Tak? Cóż takiego? – spytał, nie odrywając wzroku od sieci. 

 

-  Podobno  Mikkel  powiedział,  że  rozmawiał  z  tym,  komu  podciąłeś  policzek.  Kogo 

mógł mieć na myśli? 
 

Jego palce zatrzymały się na sekundę, ale może jej się tylko tak zdawało? W każdym 

razie była pewna, że zauważyła drgnięcie na jego twarzy. 
 

- Musiał kiedyś rozmawiać z Jensem – odparł. W tym momencie nóż mu się ześlizgnął 

i zaciął go w palec. Kristian zaklął. – Sądziłem, że zakończyliśmy już tę historię. 
 

Elizabeth milczała. Jego zachowanie ją zaniepokoiło. Czyżby coś przed nią ukrywał? 

Czy Mikkel powiedział coś więcej? 
 

Kristian otarł krew o spodnie. 

 

- Musisz oczyścić ranę! Może się wdać zakażenie – zaprotestowała. 

 

- To tylko małe skaleczenie. Krew je oczyści. 

 

Pokiwała głową. niby to prawda, ale zbyt dobrze pamiętała, co się stało z ojcem, gdy 

zaczepił palcem o haczyk na ryby. 
 

- Uważam, że Jens żyje  – oznajmiła niepewnie,  drżąc na  całym ciele. Czy  naprawdę 

wypowiedziała te słowa? Wydawało się, że wiszą pomiędzy nimi w powietrzu. Zobaczyła, że 
igła z nicią wypadła Kristainowi z dłoni. Mąż wstał, zaciskając pięści. 
 

- Możesz mi powiedzieć, czy ty… - zamilkł. 

 

- Czy nie zwariowałam? – dokończyła. 

 

Milczał,  ale  domyśliła  się,  że  to  właśnie  miał  na  myśli.  Zabolało  ją  to.  Stała, 

otwierając i zamykając usta, lecz nie mogła wydobyć z siebie ani słowa. 
 

-  Jens  nie  żyje  od  lat,  Elizabeth.  Może  powinienem  poprosić  pastora,  żeby  z  tobą  o 

tym porozmawiał? 
 

Jego głos był łagodny, lecz Elizabeth wyczuwała w nim niepokój. 

 

- Nie, dziękuję, Kristianie, z moim umysłem jest wszystko w porządku. – Zebrała się 

w sobie. – Ane mi powtórzyła, że Mikkel rozmawiał z Jensem tej lub poprzedniej zimy. Jak 
można  to  wytłumaczyć?  Sama  nie  wiem,  co  o  tym  sądzić.  Jeśli  żyje,  dlaczego  nie 
skontaktował się ze mną albo z Jakobem? 
 

Kristian utkwił w niej mroczne spojrzenie. 

 

-  Przecież  to  powiedział  zapijaczony  głupek,  a  przekazało  ci  dziecko.  I  dajesz  temu 

wiarę? Naprawdę uważasz, że Jens mógłby przeżyć tyle lat gdzieś na Vestfjorden? 
 

 Musiała spuścić wzrok aż na wydeptaną ziemię. 

 

- Nie. 

 

Odpowiedź  była  słabym  szeptem.  Odwróciła  się  i  odeszła,  nogi  miała  niczym  z 

ołowiu. Czuła się, jakby uszły z niej wszystkie siły. 
 

Kristian  dogonił  ją  niedaleko  za  szopą.  Otoczył  ją  ramionami,  lecz  ona  się  z  nich 

wyrwała. 
 

- Nie, Kristianie. Ja… potrzebuję trochę czasu. 

 

Nie poddał się. złapał ją za ramie i zmusił, by na niego spojrzała. 

 

-  Elizabeth,  posłuchaj  mnie!  Jens  nie  żyje.  Przykro  mi  widzieć,  że  nadal  za  nim  tak 

tęsknisz. Dla mnie to też nie jest łatwe, bo przecież jestem twoim mężem. 
 

Zmusiła się do uśmiechu, ale czuła, że był to raczej grymas. Delikatnie położyła dłoń 

na jego policzku. 

background image

 

62

 

- Wiem o tym, Kristianie. 

 

Odwróciła się i poszła dalej. 

 

 

Rozdział 14 
 
 

Elizabeth  słyszała  mewę  krzyczącą  za  oknem.  Pewnie  już  ranek,  pomyślała,  nie 

otwierając  oczu.  Chciała  powrócić  do  snu,  który  nadal  tak  wyraźnie  pamiętała.  Trzymała  w 
objęciach niemowlę; wciąż czuła jego cudowny zapach i dotyk puchu włosów na policzku. 
 

Powoli sen znowu ją ogarniał. Małe piąstki biły powietrze. Przemawiała łagodnie do 

dziecka i nagle otrzymała w nagrodę jego bezzębny uśmiech. 
 

- To chłopiec czy dziewczynka?? – spytał ktoś za nią. Odwróciła się. 

 

- Jensie! Jak dobrze cię widzieć! – powiedziała, idąc ku niemu. 

 

Objął ją i zerknął na dziecko. 

 

- Musiałem przyjść zobaczyć, jak się macie. Jak się czujesz, Elizabeth? 

 

Pokiwała głową. 

 

- Mam wszystko, czego mogłabym sobie życzyć. 

 

Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Poczuła ciepły oddech na szyi i miękkie usta 

na skórze. Wyrwało się jej westchnienie. 
 

- Moja Elizabeth – wyszeptał. Jego pieszczoty stawały się coraz bardziej natarczywe , 

lecz ona… 
 

To nie był Jens! On nigdy nie mówił do niej: moja Elizabeth. Niechętnie wyrwała się 

ze  snu  i  zrozumiała,  że  leży  w  łóżku  Kołdra  się  z  niej  zsunęła.  Poczuła  jak  marzną  jej 
ramiona. Naciągnęła kołdrę na siebie i usłyszała głos Kristiana: 
 

- Elizabeth, nie śpisz? 

 

Zamknęła oczy, zirytowana, że ją budzi. 

 

- Słyszałem, że inaczej oddychasz – szepnął, delikatnie głaszcząc jej pierś. 

 

- Zostaw! Daj mi jeszcze pospać. 

 

Odepchnęła jego dłoń i przesunęła się na brzeg łóżka. Było tam zimniej i miała ochotę 

wrócić do niego, ale została na miejscu. 
 

Rozległo się ciężkie westchnienie i zapadła cisza. Elizabeth poczuła, że ogarniając ją 

wyrzuty  sumienia.  Śniła  o  Jensie.  Czuła  obejmując  ją  ramię  Jensa  i  z  zadowoleniem 
przyjmowała jego pieszczoty. Czyje to dziecko trzymała? Jej i…? 
 

Czy ten sen coś oznaczał? Nie, to pewnie dlatego, że wciąż myślała o Jensie i wciąż 

nie miała dziecka z Kristianem. 
 

-  Elizabeth,  nie  powinnaś  już  dłużej  spać.  Pamiętaj,  co  to  za  dzień  –  odezwał  się 

ostrożnie Kristian. 
 

-  Tak,  wiem  –  odparła.  –  Dziś  pogrzeb  Christena.  –  Zacisnęła  powieki,  by 

powstrzymać łzy. Postanowiła dziś nie płakać. Poczekała, aż będzie sama. 
 

To Bergette przyniosła wiadomość o terminie pogrzebu. Była u rodziny chłopca, żeby 

sprawdzić, jak dają sobie radę. 
 

- jakoś sobie poradzę teraz, gdy zima minęła – odpowiedziała na pytanie Elizabeth. 

 

Dużo nie rozmawiały. Bergette musiała wracać do domu, do córki, a Elizabeth poszła 

poszukać samotności. Dotarła na swoje ulubione miejsce na skałach, z widokiem na morze, i 
siedziała tam bez ruchem, dopóki nie znalazł jej mąż. Była przemarznięta i mokra od deszczu. 
Pomógł jej wstać i dojść do domu. 
 

Teraz Kristian na nowo próbował się do niej zbliżyć i ponownie odsunęła jego dłoń. 

 

- Źle spałaś? – spytał. 

 

- Nie. 

 

- No to o co chodzi? 

background image

 

63

 

Nie  od  razu  mogła  odpowiedzieć.  Zagryzła  wargi,  by  nie  wybuchnąć  płaczem,  lecz 

mimo to łzy popłynęły. Otarła je skrajem kołdry. Upomniała siebie: obiecałaś, że nie będziesz 
płakać… 
 

-  Tak  się  martwiłam  –  wyszeptała  w  końcu.  –  Tak  się  martwiła,  ze  zobaczę,  jak 

zakopują  małego  Christena  głęboko  w  ziemi.  On  miał  być  teraz  u  nas!  miał…  -  Nie 
wytrzymała i przysunęła się do Kristiana, zanosząc się gorzkim płaczem. Na szczęście mąż o 
nic nie pytał ani nie mówił niczego, co by i tak jej nie pocieszyło. Delikatnie głaskał ją tylko 
po plecach i włosach, Az płacz ucichł. Otarł jej zapłakane policzki i spytał: 
 

- Lepiej? 

 

- Tak. Dziękuję, że jesteś, Kristianie. 

 

Wyglądał  na  zmieszanego.  Może  dlatego,  że  zbyt  rzadko  mówili  sobie  takie  słowa. 

Trudno, trzeba wstawać. Postawiła stopy na podłodze i zadrżała z chłodu. Woda w dzbanku 
była zimna, lecz – ciągle drżąc – umyła nią twarz i szyję. 
 

Podszedł do niej Kristian. włożył nowe spodnie i białą, wyprasowaną koszulę. 

 

- Będzie dobrze, Elizabeth. Będę przy tobie przez cały czas – powiedział, gładząc jej 

policzek. 
 

Uśmiechnęła się do niego, ale serce nadal płakało. 

 

- Idźcie pierwsi, ja zajmę się koniem – rzucił Lars, gdy dojechali do kościoła. 

 

Elizabeth wzięła Kristiana pod ramię, a drugą ręką ujęła dłoń Ane. Maria kroczyła za 

nimi.  Elizabeth  zauważyła,  że  bogatsi  mieszkańcy  wioski  nie  szli  na  cmentarz.  Wielu 
odprowadzało ją spojrzeniem, a ona patrzyła na nich w milczeniu. Gdyby mieli choć odrobinę 
poczucia przyzwoitości, wzięliby udział w pogrzebie, pomyślała z urazą. 
 

- Nie przejmuj się nimi – szepnął Kristian. 

 

Rodziny  ze  Słonecznego  Wzgórza  jeszcze  nie  było,  gdy  dotarli  do  cmentarza. 

Elizabeth  cofnęła  rękę  i  otuliła  się  ciaśniej  szalem.  Z  ołowianego  nieba  padał  drobniutki 
deszcz. 
 

-  Marzniesz?  –  spytała  Ane,  a  dziewczynka  zaprzeczyła  ruchem  głowy.  Była  dziś 

bardzo milcząca. 
 

Spojrzenie  Elizabeth  spoczęło  na  cmentarnym  murze.  Pomyślała  o  tych  wszystkich 

matkach, które upychały skrzyneczki z martwymi płodami pomiędzy kamieniami. Nie było to 
niczym niezwykłym. Robiły to jednak pod osłoną nocy. Niektórzy uważali, ze płody powinno 
się palić, żeby nie straszyły. Elizabeth zadrżała. Nie wiedziała, co o tym sądzić. 
 

- Idą – szepnęła Ane, skubiąc ją za ramię. 

 

Niewielki orszak towarzyszył osobom niosącym małą trumnę. Elizabeth aż się skuliła 

na  jej  widok.  O  czym  ona  ostatnio  myślała?  Dlaczego  nie  zaproponowała,  że  ich 
przywieziecie? 
 

Kristian  ją  objął,  jakby  pomyślał  o  tym  samym,  i  mocno  uścisnął.  Dodało  jej  to  sił 

których tak potrzebowała. 
 

Wyszła na spotkanie matce. Christena. Kobieta uśmiechnęła się blado na jej widok. 

 

- Moje kondolencje – powiedziała Elizabeth cicho, ujmując jej wychudzoną dłoń. 

 

- Dziękuję – usłyszała w odpowiedzi ochrypły szept. 

 

Elizabeth  nie  wiedziała,  co  jeszcze  może  powiedzieć,  żadne  słowa  nie  mogły  teraz 

pocieszyć  matki.  poza  tym  to  nie  słów  potrzebowali  ci  ludzie,  pomyślała,  wchodząc  na 
cmentarz za skromnym orszakiem. Potrzebowali jedzenia, ubrań, pieniędzy i ciepłego domu. 
To biedna odbiera im dzieci; to biedna sprawia, że się poddają, że nadzieja znika z ich serc i 
oczu. 
 

Zatrzymali  się  przy  wykopanym  dole  po  południowej  stronie  kościoła.  Elizabeth 

rzuciła  szybkie  spojrzenie  w  kierunku  północnym.  Tam  spoczywali  mordercy  i  samobójcy. 
Zadrżała  i  wyciągnęła  śpiewnik.  Ane  przytuliła  się  do  niej,  żeby  widzieć  słowa  psalmu.  Jej 
dziecięcy  głosik  zmieszał  się  z  głosami  przybyłych,  biednych  komorników  i  dzierżawców. 

background image

 

64

Najdonośniej  brzmiał  głos  Kristiana.  Wkrótce  dołączył  do  niego  Lars.  Śpiewając,  Elizabeth 
poczuła ogarniające ją ciepło. 
 

Gdy  skończyli,  do  dołu  spuszczono  trumienkę  zbitą  ze  starych  desek.  Dopiero  teraz 

ziemia ostatecznie rozmarzła po zimie. 
 

Ane złapała matkę za rękę i lekko ścisnęła. Pierwsze grudy ziemi spadły na trumnę z 

głuchym łoskotem. Potem posypały się następne. Wreszcie grób zasypano i wszyscy złożyli 
dłonie, by odmówić Ojcze nasz. Elizabeth modliła się w myślach, dodając prośbę, żeby Bóg 
miał  w  swojej  opiece  małego  Christena.  Chłopiec  zasługiwał  na  to  po  swoim  ciężkim, 
krótkim życiu. 
 

- Teraz Christem jest aniołem – szepnęła Ane, patrząc w niebo. 

 

-  Tak,  siedzi  na  kolanach  u  Pana  Boga  i  patrzy  na  nas  –  odparła  Elizabeth,  także 

spoglądając w niebo. 
 

W  tym  momencie  powłoka  chmur  się  rozsunęła  i  wszyło  słońce.  Było  w  tym  coś 

magicznego  i  Elizabeth  radosny  dreszcz  przebiegający  przez  jej  ciało.  Zupełnie  jakby  Bóg 
odsunął chmury, by pokazać im, jak jasno i pięknie jest w Królestwie Niebieskim.  
 

- Zobacz, tęcza! – szepnęła Maria. 

 

- Christem ma piękny pogrzeb – powiedziała Elizabeth. Matka Christena najwyraźniej  

także zauważyła tęczę, bo skinęła głową i uśmiechnęła się przez łzy. 
 

Gdy  wracali  z  cmentarza,  zaczęły  bić  kościelne  dzwony.  Spojrzenie  Elizabeth 

zatrzymało się na wielkim kamieniu nagrobnym. Musi być bardzo stary, pomyślała, bo napis 
był już prawie zatarty. Stanęła, by się niego wczytać, ale udało jej się odcyfrować tylko część: 
 

Ś

wiat  wiele  stracił  wraz  z  jej  śmiercią…  Jej  imię  powinno  być  czczone,  jej  cnoty 

naśladowane… 
 

Elizabeth  wiedziała,  że  na  grobie  Christena  stanie  prosty  drewniany  krzyż  z  jego 

imieniem  i  nazwiskiem.  Może  później  poprosi  Kristiana,  żeby  wystawić  chłopcu  krzyż  z 
ż

elaza,  jeśli  jego  rodzice  się  zgodzą.  Przestała  się  jednak  nad  tym  zastanawiać,  bo  nagle 

spostrzegła Mikkela. Drgnęła, napotkawszy jego spojrzenie. Na jego ustach igrał przebiegły 
uśmieszek.  Na  oślep  poszukała  ramienia  Kristiana,  ale  okazało  się,  że  odszedł  razem  z 
innymi. Przez moment zastanawiała się, czy nie pobiec za nimi, lecz zmieniła zdanie. Spytała 
Mikkela, jaki to urok rzucił na Kristiana. Nie miał prawa tego robić. Gdyby dotrzymał słowa i 
przyszedł w terminie, dostałby pracę! 
 

Stał w miejscu, jakby na nią czekając. Elizabeth zebrała spódnicę i szybko ruszyła w 

jego stronę. W jej głowie i kołatała się uporczywie jeszcze jedna myśl: musi go spytać, co wie 
o Jensie. Musi to od niego wydobyć ! nie zniesie dłużej niepewności. 
 

- Dziękuję, że państwo przybyli pożegnać się z Christenem – usłyszała za sobą głos. 

Była to matka chłopca. Jej wychudzona twarz nosiła jeszcze ślady łez, a dłoń przytrzymywała 
podarty  szal  otulający  szczupłe  ramiona.  Elizabeth  zauważyła,  że  ma  na  sobie  tę  samą  co 
zwykle  sukienkę.  Może  nie  miała  nic  innego  na  zmianę.  Ależ  jestem  bezmyślna,  pomyślała 
zawstydzona. Zanosiła ubrania głownie dla dzieci, a o dorosłych nawet nie pomyślała. 
 

-  To  dla  nas  znaczy  więcej,  niż  może  pani  przypuszczać  –  mówiła  dalej  kobieta.  –  I 

jestem pewna, że Christem też to widział. 
 

Elizabeth  pokiwała  głową,  szukając  właściwych  słów.  Nie  znalazła  ich,  więc  spytała 

tylko: 
 

- Czy będzie stypa? W takim razie mogłabym… 

 

-  Ależ  nie,  droga  pani!  Już  i  tak  wiele  pani  dla  nas  zrobiła.  Proszę  nawet  o  tym  nie 

myśleć.    Zresztą  jak  ja  bym  mogła  zaprosić  kogokolwiek  do  naszego  domu?  –  Matka 
Christena uśmiechnęła się blado, jakby chciała pokazać, że nie czuje goryczy z tego powodu. 
 

- No tak, racja – mruknęła Elizabeth niepewnie. 

 

Kobieta pokiwała głową i wróciła do czekającej na nią gromadki dzieci. Razem poszli 

w kierunku kościoła. 

background image

 

65

 

Tymczasem nadbiegła Maria. 

 

- No, idziesz, Elizabeth? Kristian i Ane są już w środku. 

 

- Tak, idę, tylko… 

 

Mikkel  jednak  gdzieś  zniknął.  Odwróciła  się  i  rozejrzała  dokoła,  lecz  nigdzie  go  nie 

było. 
 

- Kogo szukasz? – spytała Maria. 

 

- Nikogo. 

 

Ujęła siostrę pod rękę i razem poszły do kościoła. 

Zanim  Elizabeth  przekroczyła  jego  próg,  obejrzała  się  jeszcze  i  upewniła,  że  Mikkel 
faktycznie jakby zapadł się pod ziemię. 
 

Jak  zwykle,  jakiś  czas  trwało  zajmowanie  miejsc,  wreszcie  wszyscy  usadowili  się  i 

zapadła cisza. Elizabeth poczuła, ze przemokły jej buty, i z ulgą pomyślała, ze już niedługo 
wrócą do domu i będzie mogła się przebrać. Jakiś wewnętrzny głos powiedział jej: - Nie. to 
nie dlatego. Po prostu chcesz, żeby ten dzień jak najszybciej się skończył. 
 

Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że rodzina Christena zbiła się w gromadkę w 

ostatnim rzędzie ławek. Bardzo im współczuła. Jeśli ona tak cierpi, to cóż dopiero muszą czuć 
oni… 
 
 

Elizabeth  poczuła,  że  Ane  szturcha  ją  w  bok,  i,  zmieszana,  rozejrzała  się  dokoła. 

Czyżby  ktoś  jeszcze  zauważył,  że  siedzi  pogrążona  we  własnych  myślach  i  nie  uważa  na 
słowa pastora? 
 

- Słuchaj – szepnęła Ane, wskazując głową ambonę.  

 

- Jak stoi w Piśmie Świętym – mówił pastor głośno i wyraźnie. 

 

Na  mównicy  Mojżeszowej  zasiedli  uczeni  w  Piśmie  i  faryzeusze[…]  Wiążą  ciężkie 

brzemiona  i  kładą  na  barki  ludzkie,  ale  sami  nawet  palcem  swoim  nie  chcą  ruszyć.  A 
wszystkie  uczynki  swoje  pełni
ą,  bo  chcą,  aby  ich  ludzie  widzieli.  Poszerzają  bowiem  swoje 
rzemyki modlitewne i wydłu
żają frędzle szat swoich. Lubią też pierwsze miejsca na ucztach i 
pierwsze krzesła w synagogach*. 

Elizabeth dostrzegła, że wielu parafian pochyliło głowy pod 

wpływem  grzmiących  słów  padających  z  ambony.  Wielu  z  nich  czuło  się  ważniejszymi  od 
innych.  Właściciele  dużych  majątków  kładli  ciężary  ponad  miarę  na  ramiona  biednych, 
podczas gdy sami zajmowali: pierwsze miejsca przy stole, jak mówił pastor. 
 

- Niedawno odwiedził mnie anioł – ciągnął duchowny. – Może nie anioł z nieba, ale… 

-  Zamilkł  i  spojrzał  na  tych  nielicznych,  którzy  jeszcze  mieli  odwagę  na  niego  patrzeć.  – 
Mówi się, że Bóg wysyła anioły pod postacią ludzi. Tak też i było. Znam jej imię, bo sam ją 
chrzciłem, ale musiałem obiecać na mój honor, że nie zdradzę, kim jest. 

Zebrani wstrzymali oddech. To kazanie było odmienne od innych. 
- Przyszła i zapukała do mych drzwi. Śliczna, ładnie ubrana. A gdy zaproponowałem 

jej ciasto i mleko, uprzejmie odmówiła. – Pastor oparł dłonie o barierkę ambony, odchrząknął 
i kontynuował: - Ten mały aniołek wstawił się za biednymi z naszej wsi. 
 

Elizabeth drgnęła i zerknęła na Ane. Silny rumieniec zalewał policzki jej córki i nagle 

Elizabeth zrozumiała, dlaczego. 
 

- To ty? – szepnęła. 

 

Ane zagryzła wargę i pokiwała niechętnie głową, ze wzrokiem utkwionym w swoich 

splecionych dłoniach. 
 

Elizabeth zaniemówiła. Prędzej podejrzewałaby o to Marię. Ane była raczej nieśmiała. 

A jednak to ona… 
 

-  Usłyszałem  wiele  o  biedzie  u  nas.  o  tym,  że  małe  dzieci  chodzą  głodne  i  cienko 

ubrane, chociaż inni we wsi mają aż zanadto jedzenia i ubrań. Wystarczyłoby tego nie tylko 
dla nich, ale i dla bliźnich. Mogliby się z bliźnimi podzielić bez szkody dla siebie. Ale czy tak 
czynią? Nie! 

background image

 

66

 

Ostatnie  słowo  padło  niczym  wystrzał.  Wiele  osób  aż  podskoczyło  na  twardych 

ławkach. 
 

-  dzieci  i  starsi  ludzie  umierają,  bo  nie  mają  co  jeść  –  grzmiał  pastor.  –  Czy  tak  ma 

być? 
 

Znów  zamilkł,  tym  razem  na  dłużej.  Jego  słowa  wisiały  nad  zebranymi  niczym 

gradowa chmura. 
 

Elizabeth  przebiegła  spojrzeniem  po  kościele  i  zatrzymała  się  przy  lensmanowej. 

Kobieta siedziała zaczerwieniona, usta miała zaciśnięte w wąską kreskę, a wzrok wpatrzony 
przed siebie. Trudno było ocenić, czy była zła, czy zawstydzona. 
 

Elizabeth  spuściła  wzrok  na  książeczkę  z  psalmami.  Pomyśleć,  że  jej  mała  Ane 

odważyła się na coś takiego! pójść do samego pastora i porosić o pomoc dla biednych! Duma 
wypełniła jej serce i poczuła łzy pod powiekami. Zamrugała szybko, żeby je rozproszyć. 
 

Maria,  która  siedziała  w  ławce  przed  nimi,  odwróciła  się  i  spojrzała  na  nie  pytająco. 

Elizabeth pokiwała głową i Maria uśmiechnęła się promienne do siostrzenicy. 
 

- Musisz mi pozwolić, żebym powiedziała to domownikom – szepnęła Elizabeth. 

 

Ane skinęła głową. 

 

- Ale tylko im – zastrzegła. 

 
 

Elizabeth nie mogła się doczekać końca nabożeństwa, by wyjść na dziedziniec przed 

kościołem.  Jak  przypuszczała,  rozmowy  dotyczyły  głównie  kazania.  Kim  też  może  być  ta 
dziewczynka,  która  miała  odwagę  pójść  do  samego  pastora?  –  usłyszała  pytanie  którejś  z 
bogatych  gospodyń.  Nie,  dzisiejsze  wychowanie  dzieci  nie  jest  takie  jak  niegdyś.  Za  mało 
dyscypliny prowadzi do zuchwałości! – stwierdziła kobieta. 
 

Przez tłumek zgromadzonych przeciska się lensmanowa z małżonkiem. Jej mąż chciał 

się zatrzymać na pogawędkę, ale ona go upomniała i ponagliła. Elizabeth patrzyła za nimi, jak 
wsiadali do kariolki i odjechali tak szybko, aż kamienie prysły spod kół. 
 

-  Nie  wszyscy  doceniają  aniołki  –  zauważył  Kristian.  spojrzenie  jego  czarnych  oczu 

iskrzyło. 
 

- Zrozumiałeś, kto to był? – spytała Elizabeth cicho, a on skinął głową. 

 

-  Jest  wykapaną  córką  swojej  matki  –  dodał  cicho.  –  Porozmawiamy  o  tym  po 

powrocie do domu, 
 

Prawie wszyscy biedacy gdzieś zniknęli. Elizabeth ich rozumiała. Mieli swoją dumę. 

 

Na  szczęście  nie  wszyscy  zebrani  podzielali  poglądy  lensmanowej  i  owej  bogatej 

gospodyni. Zauważyła, że niektórzy rozmawiali ze sobą cicho, wyraźnie zawstydzeni. Może 
słowa pastora dotarły przynajmniej do nich, pomyślała. 
 

 

 

Gdy  jechali  do  domu,  deszcz  ustał.  Helene,  Lina  i  Lars  dowiedzieli  się,  że  Ane 

wstawiła się za ubogimi. 
 

- I pomyśleć, że miałaś odwagę pójść do samego pastora! – powiedziała z podziwem 

Lina. – I że odmówiłaś poczęstunku! 
 

-  Nie  byłam  głodna  –  odparła  Ane,  kręcąc  guzikiem  u  swetra.  –  Właśnie  zjadłam 

drugie śniadanie. Zaszłam do pastora po drodze ze szkoły. I powiedziałam, żeby raczej dał to 
ciasto tym, którzy nie mają nic do jedzenia. 
 

- Naprawdę tak powiedziałaś? – Helene aż plasnęła dłońmi. – I nie był zły? 

 

Ane pokręciła energicznie głową, aż zatańczyły jej warkocze. 

 

-  Wcale  nie.  –  Spojrzała  na  wszystkich  z  powagą.  –  Musicie  mi  obiecać,  że  nie 

powiecie nikomu, że to ja!  
 

- Oczywiście, że nie powiemy – uspokoiła ją Elizabeth. – To pozostanie między nami. 

I  wiem,  że  wszyscy  to  uszanują  –  dodała,  spoglądając  na  każdą  z  osobna  dla  podkreślenia 
wagi swoich słów.  

background image

 

67

 

- Mam nadzieję, że ktoś pomoże tym ludziom – dodała cicho Ane. 

 

- Na pewno – uspokoiła ją Elizabeth, choć sama nie do końca była o tym przekonana. 

 

- Ale dla Christena i tak już za późno – zauważyła ze smutkiem dziewczynka. 

 

- Ane, przecież Christem otrzymał pomoc – wtrąciła Helene. – twoja mama dała mu 

jedzenie  i  ubranie.  Wszyscy  mogą  zachorować  i  wszyscy  pewnego  dnia  umrą.  To  Bóg 
zdecydował,  że  czad  Christena  na  tej  ziemi  się  skończył.  Mu  już  nic  więcej  nie  mogliśmy 
zrobić. 
 

Elizabeth posłała jej spojrzenie pełne wdzięczności. Słowa Helene pocieszyły także i 

ją. 
 

- Widziałam Mikkela – rzuciła znienacka Maria. – On jest przerażający. 

 

- Przerażający – powiedziała Lina ze zgrozą. – Czasem przez niego nie mogę spać… 

 

- Ale nie był w kościele – dodała Maria. 

 

- Bo jest poganinem – rzucił Kristian. 

 

Elizabeth nie mieszała się do tej rozmowy, lecz miała na ten temat własne zdanie. nie 

chciała mówić, ze ona też go widziała. Wspomnienie jego spojrzenia i uśmieszku sprawiało, 
ż

e zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Miała nieprzyjemne uczucie, że nie po raz ostatni 

mówią o Mikkelu. 
 
Rozdział 15 
 
 

Gdy  dojechali  do  domu,  Elizabeth  poszła  prosto  do  salonu  i  rozpaliła  w  kominku. 

Powiedziała, że boli ją głowa i poprosiła, żeby jej nie przeszkadzano. 
 

Była pewna, ze gdy wreszcie znajdzie się sama, da upust łzom. Ale kiedy wpatrywała 

się w tańczące płomienie, stwierdziła, że oczy ma suche jak piasek. Może wypłakiwała się już 
rano?  A  może  pocieszała  ją  myśl  o  biednych?  O  tym,  że  zapaliło  się  dla  nich  światełko 
nadziei, że może otrzymają jakąś pomoc. Nie wiedziała.  
 

Christem  nie  odszedł,  powiedziała  jej  któregoś  dnia  Ane.  On  się  tylko  przeniósł  do 

nieba.  I  z  tego  powinni  się  cieszyć,  bo  tu,  na  ziemi,  cierpiał  biedę.  Były  to  mądre  słowa 
jedenastolatki. Mimo to nie pocieszyły jej wtedy, lecz dopiero teraz. 
 

Rozległo się ostrożne pukanie do drzwi. Niechętnie powiedziała: proszę. 

 

- Przepraszam, że przeszkadzam – odezwał się Lars. – Ale… jest tak, że… 

 

Elizabeth zmarszczyła czoło. 

 

- O co chodzi? 

 

- Przepraszam, ale wczoraj przyszedł list, a ja niestety zapomniałem o nim. Oto on. 

 

Elizabeth wstała i wzięła do ręki list. 

 

- To od Amandy! – wykrzyknęła radośnie. Czuła, jak serce zaczyna mocniej bić w jej 

piersi. 
 

Lars pokiwał głową i odwrócił się do drzwi, lecz Elizabeth go zatrzymała. 

 

- Poproś wszystkich, żeby tu przyszli. Przeczytam im ten list, 

 

Nie  otworzyła  koperty,  póki  się  wszyscy  nie  zebrali.  Dłoń  jej  drżała,  gdy  nadszedł 

wreszcie ten moment. 
 

- Jest zdjęcie! – ucieszyła się, wyjmując gruby kartonik. 

 

Wszyscy podeszli, żeby zobaczyć. 

 

-  Pierwszy  raz  widzę  coś  takiego!  –  powiedział  Lars,  pochylając  się  nad  ramieniem 

gospodyni. 
 

Elizabeth  przypatrywała  się  fotografii.  Amanda  siedziała  wyprostowana  na  krześle. 

Miała  dziwną,  nieznaną  jej  fryzurę:  włosy  tworzyły  wokół  głowy  jakby  wałek,  zebrany 
pośrodku w koczek. Była w nowej sukni, ciasno opinającej talię. Obok stał niej Jonas. Miał 
na sobie spodnie do kolan, skórzane buty, białą koszulę i marynarkę. W tym ubraniu wyglądał 
jak mały dorosły. 

background image

 

68

 

- Ależ on wyrósł! – zdziwiła się Ane. 

 

-  Ma  trzy  lata  –  powiedziała  Maria  i  dodała:  -  Zobaczcie,  jaki  przystojny  jest  Ole. 

Zapuścił wąsy! 
 

Ane  zachichotała.  Wszyscy  chcieli  dokładniej  przyjrzeć  się  zdjęciu,  więc  Elizabeth 

podała  je  najbliżej  siedzącej  osobie.  Później  poprosi  Kristiana,  żeby  je  oprawił.  Chciała 
postawić je na widocznym miejscu. 
 

- No, to może wreszcie przeczytasz ten list! – rzucił mąż niecierpliwie. 

 

Elizabeth wyciągnęła z koperty list. Był długi i gęsto zapisany. 

 

Drodzy wszyscy w Dalsrud. – 

zaczęła. Nabrała powietrza i kontynuowała: 

 

Bardzo dziękuję za wszystkie listy. Czytając je, czuliśmy się jak w Wigilię w Dalsrud. 

Czytaliśmy je wiele razy, tak że niewiele z nich zostało. 
 

Bardzo się cieszymy, że macie tak dobrego parobka jak Lars. Dbajcie o niego! Ole i ja 

wiele rozmawialiśmy o tym, ze nie chcecie, byśmy oddawali Wam pożyczone pieniądze. Niech 
Bóg ma Was w swojej opiece przesz wszystkie Wasze dni. Teraz przesyłam co
ś mojej matce i 
ojcu.  Je
śli  będziecie  z  nimi  rozmawiać,  przekażcie,  żeby  nie  myśleli  o  mnie  jak  o 
nieszcz
ęśliwej  córce,  ponieważ  mam  się  bardzo  dobrze.  Mamy  dojść  jedzenia  i  picia,  i  nikt 
tutaj nie musi schodzi
ć przed nikim z drogi, i zdejmować czapki. 
 

Elizabeth  musiała  zaczerpnąć  tchu.  Była  zdecydowanie  przeciwna  wyjazdowi 

Amandy  do  Ameryki.  Sądziła,  że  nawinie  jest  wierzyć,  iż  tam  będzie  im  lepiej  niż  tu.  Ale 
okazuje się, że służąca miała rację. Dostali możliwość, której wielu mogło im pozazdrościć. 
 
 

Ole  jest  dobrym  mężem  i  ojcem.  Z  Jonasem  także  wszystko  dobrze,  jest  zdrowy  i 

sprawny.  Co  dzień  uczy  się  nowego  słowa  w  swoim  nowym  języku.  Może  będzie  w  końcu 
mówił  po  ameryka
ńsku?  Ale  nie  obawiajcie  się:  dbamy  także  o  nasz  język  ojczysty.  Co 
wieczór opowiadamy mu o Was i o naszej ojczy
źnie. 
 
 

Elizabeth popatrzyła na zebranych. Wszyscy się uśmiechali. 

 
 

Ole wciąż ma jakąś pracę i zarabia pieniądze. Kupiliśmy owcę i barana, zapłaciliśmy 

za  nie  sześć  dolarów.  Ja  wkrótce  odpracuję  te  pieniądze,  bo  robię  na  drutach  skarpety  i  je 
sprzedaje. Tutaj dostaj
ę za nie więcej niż tam u nas, w domu. 
 

Otrzymaliśmy  pomoc  z  zaoraniu  większego  kawałka  ziemi.  Tutaj  robi  się  to  parą 

wołów. 
 

Mamy też szczeniaka. Jest prawie biały, tylko łapy ma brązowe. Nazwaliśmy go Elise, 

na cześć Ane, która tak lubi zwierzęta. Gdy wołamy Elise, nasze myśli idą do Was! 
 

Mam szczerą nadziejęże mój list zastanie Was w dobrym zdrowiu. 

 

Tutaj zakończę moją pisaninę. Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie. 

 

Amanda 

 
 

Ole prosi, żeby Was od niego też pozdrowić

 

Bywajcie. 

 
 

Elizabeth opuściła kartki i odczekała chwilę, zanim powiedziała: 

 

- No, to w każdym razie wiemy, że dobrze im się wiedzie. – A po chwili zamyślenia 

dodała:  -  Dzisiejszy  dzień  nie  okazał  się  w  końcu  dostaliśmy  list  od  Amandy,  no  i  Ane 
sprawiła nam dużą radość. 
 

Potem wszyscy rozeszli się do swoich zajęć i Elizabeth została sama. w dłoni trzymała 

zdjęcie. Wpatrywała się w małego Jonasa i delikatnie gładziła palcem jego policzek. 
 

background image

 

69

 

Spokój  nocy  ogarnął  dom.  Elizabeth  siedziała  przed  zdjęciem  i  plikiem  kartek.  Inni 

zdołali  napisać  odpowiedź  do  Amandy  w  ciągu  dnia,  tylko  ona  nie  dokończyła  jeszcze 
swojego  listu.  Zostało  jej    kilka  linijek.  Tyle  chciała  opowiedzieć  Amandzie,  ale  najpierw 
musiała  wszystko  przemyśleć.  Pragnęła,  żeby  Amanda  i  Ole  wiedzieli,  że  za  nimi  tęsknią, 
lecz nie chciała przekazać tego w taki sposób, żeby zrobiło im się przykro. Elizabeth ciężko 
pracowała  nad  tym  listem.  Opowiedziała  w  nim  o  większych  i  mniejszych  wydarzeniach, 
przekazała  zabawne  powiedzonka  Ane,  nowiny  o  ludziach  we  wsi,  tych  bogatych  i  tych 
biednych. Na koniec opisała życie w Dalsrud. Możliwe że postali domownicy także opisali to 
wszystko, ale przecież każdy przekazywał tę samą prawdę na swój sposób. 
 

Gdyby bardzo się postarali, mogliby pojechać do Ameryki w odwiedziny, pomyślała. 

Maria i Ane też mogłyby pojechać. Zapatrzyła się marzycielsko w dal. Lampa stołowa rzucała 
złociste światło na kartki papieru, reszta kuchni była pogrążona w półmroku. 
 

Pomyśleć  tylko  podróż  do  Ameryki!  Ależ  Amanda  by  się  ucieszyła!  A  ile  by 

zwiedzili!  No  i  zobaczyliby  ich  nowe  gospodarstwo,  Ane  pobawiłaby  się  z  psem… 
Westchnęła,  kartkując  arkusiki.  Oczywiście,  że  nie  mogą  tego  zrobić.  Po  pierwsze,  taka 
podróż  zbyt  drogo  kosztuje;  po  drugie,  nie  mogliby  na  tak  długo  pozostawić  gospodarstwa 
pod  opieką  służących.  No  i  te  wszystkie  niebezpieczeństwa,  które  czyhają  po  drodze! 
Przecież  nawet  mogliby  umrzeć!  Elizabeth  zadrżała.  Umoczyła  pióro  w  kałamarzu  i 
przyłożyła do papieru. 
 
 

Tymi  słowami  kończę  mój  list.  Proszę  Was  wszystkich,  byście  dobrze  dbali  o  siebie 

nawzajem. Pomodlę się o Was. Jesteśmy daleko od siebie, ale zawsze będę was nosić w swoim 
sercu. 
 
 

Najlepsze pozdrowienia od Waszej Elizabeth  

 
 

Podmuchała  na  list,  żeby  osuszyć  atrament.  Wyjęła  szpilki  utrzymujące  warkocz 

upięty w węzeł na karku. Najwyższy czas pójść spać. Jutro czeka nowy dzień i dobrze byłoby 
odpocząć. 
 

Atrament  był  już  suchy  i  właśnie  miała  złożyć  kartkę,  gdy  na  policzku  poczuła 

muśniecie. Zupełnie, jakby dotknęła ją Amanda… 
 

Chyba  jestem  przemęczona,  pomyślała.  Wciągnęła  nosem  powietrze.  Róże?  Tak, 

pachniało  różami,  jakby  jej  mydłem.  Rozejrzała  się,  uniosła  zasłonkę,  żeby  sprawdzić,  czy 
mydło  nie  leży  na  parapecie.  A  może  Ane  grzebała  w  jej  rzeczach  i  wzięła  je  ze  sobą? 
Westchnęła. Poszukała go jutro. Ziewnęła, przeciągnęła się, a następnie wzdrygnęła, bo nagle 
przed nią bezszelestnie przemknął cień i w ślad za nim zapach róż. Przytrzymując się krzesła, 
Elizabeth wstała powoli. Czuła, że oblewa ją zimny pot, a serce bije jak oszalałe.  
 

Znów  tu  była,  tym  razem  wyraźniejsza,  w  kącie  przy  skrzyni  z  torfem.  Elizabeth 

wstrzymał oddech i wpatrzyła się w mrok. Wreszcie z mroku wynurzyła się kobieca postać. 
Miała  czarną  suknię,  która  opinała  szczupłą  sylwetkę,  zapewne  z  drogiego  materiału,  z 
koronkami wokół szyi i nadgarstków. Włosy postaci były czarne jak węgiel, skóra zaś blada. 
Najbardziej jednak uwagę Elizabeth przykuły jej oczy. Oczy Kristiana! 
 

- Rebekke – wyszeptała ochryple. 

 

Kobieta nie odpowiedziała, patrzyła tylko na nią smutnym wzrokiem. 

 

- Czego chcesz? 

 

Nadal milczenie. 

 

Elizabeth z trudem przełknęła ślinę i poczuła, że jej dłoń, trzymająca oparcia krzesła, 

zesztywniała.  Ostrożnie  rozluźniła  uchwyt  i  opuściła  rękę.  Już  jej  się  zdarzyło  widywać 
zjawy, ale mimo to odczuwała lęk. 
 

- Musisz… musisz pokazać mi, czego chcesz – wyjąkała. 

background image

 

70

 

Kobieta nadal się w nią wpatrywała. Światło w lampie zamigotało i zjawa przesunęła 

się bezszelestnie nad podłoga. Elizabeth z ociąganiem poszła za nią przez ciemny korytarz, po 
schodach  i  przez  korytarzyk  na  poddaszu.  Czuła,  jak  paznokcie  wbijają  się  w  skórę  jej 
zaciśniętych dłoni. W uszach słyszała bicie pulsu. 
 

Zjawa  zatrzymała  się  w  ich  sypialni.  Stanęła  obok  śpiącego  Kristiana  i  spojrzała  na 

niego. 
 

Oby  się  tylko  nie  obudził,  pomyślała  w  panice  Elizabeth.  Jeśli  otworzy  oczy  i  ujrzy 

swoją matkę, to… 
 

Postać  odwróciła  się,  przepłynęła  w  głąb  pokoju  i  się  zatrzymała.  Elizabeth  z 

wahaniem poszła za nią. Jej spojrzenie padło na skrzynie. Pamiętniki! Przecież w tej skrzyni 
leżą  pamiętniki  Rebekki!  Zerknęła  na  zjawę.  Wydawała  się  teraz  bardzie  niewyraźna  i 
zamglona. 
 

- Rozumiem, o co ci chodzi – szepnęła Elizabeth, przyciskając po chwili pamiętniki do 

piersi.  
 

Ostrożnie  opuściła  sypialnię  i  zeszła  do  kuchni.  Rozdmuchała  żar  w  palenisku, 

położyła  na  nim  jedną  kartkę  wyrwaną  z  pamiętnika  i  znów  dmuchnęła.  Kartka  zajęła  się 
płomieniem.  Elizabeth  włożyła  do  ognia  jeden  z pamiętników.  Wpatrywała  się  w  płomienie 
pożerające kartki jedna po drugiej. Potem wrzuciła w ogień następny pamiętnik. Za sobą cały 
czas  czuła  obecność  Rebekki  i  zapach  jej  różanej  wody,  ale  się  nie  odwracała.  Kiedy  z 
pamiętników pozostał tylko popiół, zapach róż zniknął. 
 

Elizabeth  wstała  powoli,  zdmuchnęła  płomień  lampy  i  cicho  wyszła  z  kuchni.  Przy 

drzwiach zatrzymała się i wyszeptała w ciemność: 
 

-  teraz  możesz  odpocząć,  Rebeko.  Nikt  nie  przeczyta  twoich  pamiętników.  Krystian 

zna już prawdę o swoim ojcu, i to wystarczy. 
 

Nie  była  pewna,  czy  oczekuje  jakiegoś  znaku,  ze  Rebekka  ją  usłyszała,  ale  kuchnia 

pogrążona była w ciszy. 
 

Ostrożnie  zamknęła  drzwi  i  poszła  na  górę.  Kristian  obudził  się,  gdy  wślizgnęła  się 

pod kołdrę. 
 

- Dlaczego jeszcze nie śpisz? – spytał sennym głosem, przyciągając ją do siebie. 

 

Ociągnęła się z odpowiedzią w nadziei, że mąż zaraz zaśnie. Leżała cicho i czekała, aż 

jego oddech się wyrówna, lecz on znów zapytał: 
 

- Co robiłaś tak późno? 

 

Musiała  mu  to  powiedzieć.  Delikatnie  pogładziła  go  po  policzku  i  porosiła,  żeby 

posłuchać. 
 

- Wiem, kto chodzi nocami po domu i obejściu, Kristianie. 

 

Odsunął się, całkiem już rozbudzony, i spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

 

- Co ty mówisz?! Słyszałaś coś teraz? 

 

Położyła mu dłoń na ramieniu uspokajającym gestem. 

 

- To nie człowiek, to… zjawa. 

 

Usłyszała, że się śmieje. 

 

- To jest twoja matka. 

 

Zamilkł. W ciemności słyszała tylko jego oddech. 

 

- Widziałam ją. 

 

-  ja  nie  wierzę  w  duchy  –  odparł.  –  A  już  na  pewno  nie  w  to,  że  mama  jest  zjawą. 

Pewnie miałaś widzenie. 
 

Elizabeth ogarnęła irytacja zmieszana z rezygnacją.  

 

- Musisz mi uwierzyć, Kristianie – rzekła. – Ja wyczuwam takie rzeczy. A Rebekka mi 

się ukazała. Chciała, żeby zniszczyć jej pamiętniki. Bo przez nie mogła zaznać spokoju. 
 

Oddech  Kristiana  był  tak  równy  i  regularny,  że  przez  chwilę,  myślała,  że  zasnął. 

Drgnęła, gdy w ciemności rozległ się jego głos: 

background image

 

71

 

- Opowiedz mi wszystko. 

 

Ostrożnie  dobierała  słowa.  Łatwo  sprawić,  by  zabrzmiały  niewiarygodnie,  nawet  dla 

Kristiana.  Poza  tym  jej  mąż  był  przeczulony  na  punkcie  matki.  skończyła  opowiadać, 
wstrzymała oddech i czekała w napięciu. 
 

- I teraz zazna spokoju? – spytał Kristian. 

 

Jego głos wydawał się obcy. 

 

- Tak, tak sądzę – odparła z nadzieją, że się nie myli. 

 

-  Możemy  to  opowiedzieć  domownikom?  –  zapytał  Kristian.  –  Lars,  Helene  i  Lina 

wiedzą, że ktoś tu buszował. 
 

- Tak, uważam, że najlepiej powiedzieć prawdę. Powiem też Marii i Ane. 

 

- Nie boisz się, że ci nie uwierzą? Może cię wyśmieją. 

 

- Spróbuję. Najważniejsze, że ty mi uwierzyłeś. 

 

Przysunął się bliżej. 

 

- Wiesz, że tak, Elizabeth. 

 

Czuła jego ciepły oddech na czole i włosach.  

Chwilę postem zasnęli. Żadne z nich jednak nie poczuło lekkiego zapachu róż unoszącego się 
w sypialni. 
 
 

Elizabeth  odwlekała  moment,  w  którym  opowie  domownikom  wydarzenia  ostatniej 

nocy, aż do przedpołudniowego posiłku. Cały ranek starała się dobrać właściwe słowa, ale nie 
była  z  siebie  zadowolona.  Każda  próba  wypadła  gorzej.  Wreszcie  postanowiła  po  prostu 
powiedzieć prawdę. Kiedy więc wszyscy zasiedli już przy stole, odchrząknęła i zaczęła: 
 

-  Mam  wam  coś  do  powiedzenia.  –  Zerknęła  na  Kristiana,  a  ten  uśmiechnął  się 

zachęcająco. – Ostatnio zdarzały się u nas rzeczy, których nie potrafiliśmy wyjaśnić. 
 

- Co takiego? – spytała zaintrygowana Ane, upijając łyk mleka. 

 

-  Przez  kilka  nocy  słyszeliśmy,  jak  ktoś  chodzi  po  domu.  Ktoś  poprzestawiał  też 

zapasy w spiżarni, mimo że drzwi były zamknięte na klucz. 
 

Napotkała  spojrzenie  Marii.  Siostra  odsunęła  talerzyk  i  oparła  łokcie  o  stół.  Na  jej 

czole pojawiły się głębokie zmarszczki. 
 

-  Nie  chciałam  niepotrzebnie  was  straszyć  –  mówiła  dalej  Elizabeth  –  ale  teraz  już 

wiem, kto to był, i postanowiłam wam powiedzieć. 
 

Wszystkie  wcześniejsze  próby  wzięły  w  łeb.  Elizabeth  nie  mówiła  tak,  jak 

zaplanowała,  a  słowa  przychodziły  jej  z  trudem.  ponownie  poszukała  wzrokiem  wsparcia 
Kristiana.  Mąż  proponował,  że  sam  to  powie  domownikom,  ale  ona  upierała  się,  że  sobie 
poradzi. 
 

- To była Rebekka, matka Kristiana, która wróciła tu jako duch – wyrzuciła z siebie i 

odetchnęła z ulga. Wreszcie miała to za sobą. 
 

W kuchni zapadła cisza. Wszyscy utkwili w niej spojrzenia, nawet kot wpatrywał się 

w  nią  żółtymi  ślepiami  ze  skrzyni  z  torfem.  Zauważyła,  że  Kristian  nabiera  tchu,  żeby  coś 
dodać, gdy nagle Lars zaczął się śmiać. Kristian spojrzał na niego surowo i parobek udał, że 
kaszle. 
 

-  Rozumiem,  że  cię  to  rozbawiło,  Larsie  –  skomentowała  Elizabeth  tonem 

ostrzejszym, niż zamierzała. 
 

- Przepraszam. – Odkaszlnął jeszcze raz i wbił wzrok w stół. 

 

- Nie radziłabym nikomu się z tego naśmiewać – rzucił Kristian. 

 

Elizabeth machnęła w proteście dłonią. 

 

- Ci, którzy nigdy nie widzieli ducha, z pewnością mi ni uwierzą. Jeśli ktoś widzi coś, 

czego nie rozumie, często odsuwa wyjaśnienie tego na później. Sama taka kiedyś byłam. Ale 
teraz, kiedy już tyle widziałam i przeżyłam, przestałam wątpić. – Odchrząknęła, zerknęła na 

background image

 

72

Larsa  i  mówiła  dalej:  -  Jakiś  czas  temu  znalazłam  pamiętniki  Rebekki.  Schowałam  je  do 
swojej skrzyni, ale ona nie chciała, żeby ktokolwiek je przeczytał. 
 

- Powiedziała ci, to mamo? – spytała Ane z szeroko otartymi oczami. 

 

- Nie, lecz mi je pokazała, a ja spaliłam je w nocy. 

Teraz osiągnie spokój. 
 

- Skąd możesz być tego pewna? – zapytał Lars poważnym tonem. 

 

- Po prostu to wiem. 

 

-  Ale  dlaczego  chodziła  po  gospodarstwie,  skoro  chciała  się  pozbyć  pamiętników?  – 

zdziwiła się Maria. 
 

Elizabeth upiła łyk kawy, stwierdziła, że jest już zimna, więc wstała, poszła po czajnik 

i dolała goręcej. 
 

- Komuś jeszcze? 

 

Wszyscy pokręcili głowami. 

 

- Zdarza się, że zmarli robią coś, czemu my nie umiemy przypisać sensu. Nie zaznają 

ukojenia, więc krążą niespokojnie. 
 

- Zupełnie jak ja, gdy się nudzę – wtrąciła Ane. 

 

Elizabeth musiała się uśmiechnąć. 

 

- Tak, i wtedy, gdy usiłujesz wykręcić się od pracy.  

 

Lina skuliła ramiona. 

 

- Uważam, że to straszne. Czy może się jeszcze powtórzyć? 

 

-  mama  była  dobrym  człowiekiem  –  odezwał  się    Kristian  w  zamyśleniu.  –  Jeśli 

wróciła, to nie w złych zamiarach. 
 

-  On  ma  rację  –  potwierdziła  Elizabeth.  –  Istnieją  złośliwe  duchy,  ale  Rebekka  była 

dobra. Wiem to, bo czytałam jej pamiętniki. 
 

-  Mimo  wszystko  to  straszne  –  mruknęła  Lina,  patrząc  w  kubek,  po  czym  wypiła 

ostatni łyk kawy. 
 

- Byliście do siebie podobni? – spytał Lars, patrząc na Kristiana. 

 

Ten pokiwał głową. 

 

- Na górze w pokoju gościnnym wisi jej portret. 

 

- Teraz już wiem, kim była ta pani! – zachłysnęła się Ane. – Ta, którą widziałam na 

podwórzu  i  która  nie  chciała  mi  powiedzieć,  jak  się  nazywa!  Była  zupełnie  taka  jak  na 
obrazie! 
 

Elizabeth  skuliła  ramiona.  Miała  nadzieję,  że  córka  jednak  nie  odziedziczyła  jej 

zdolności. 
 

- Jesteś pewna? – spytała. 

 

- Najzupełniej, przysięgam! 

 

Elizabeth wymieniła spojrzenie z Kristianem. 

 

- To nie jest nieprawdopodobne – powiedział spokojnie. 

 

- Nie… 

 

Elizabeth obracała swoim kubkiem w zamyśleniu, gdy nagle zauważyła, że Ane ściska 

coś w kieszeni fartuszka. 
 

- Co tam masz, Ane? 

 

- Nic! – Dłoń zniknęła za plecami. – Tylko coś, co znalazłam! 

 

- Pokaż. 

 

Elizabeth wyciągnęła rękę. Ane zacisnęła usta. 

 

- Już!  

 

Dziewczynka  z  westchnieniem  wyciągnęła  rękę  zza  pleców.  Otworzyła  dłoń  i 

pokazała mały flakonik ze złocistym płynem. 
 

- Skąd to masz? 

 

- Znalazłam na strychu. 

background image

 

73

 

Elizabeth wyjęła zatyczkę. Słodki zapach róż połaskotał ją w nozdrza. 

 

Kristian podniósł się z krzesła. 

 

- To było mojej mamy – oznajmił. – Bardzo lubiła różaną wodę, więc przysłano jej z 

Bergen. 
 

Elizabeth chciała dać mu flakonik, ale on pokręcił głową. 

 

- Niech Ane to zatrzyma. Mama by tak chciała. 

 

Ane wzięła flakonik i przycisnęła do piersi. 

 

- Nigdy tego nie użyję! Tylko czasem będę wąchać. 

 

Elizabeth zamknęła oczy i wciągnęła zapach róż. 

Był to ten sam zapach, który czuła ubiegłej nocy. 
 
Rozdział 16 
 
 

Kilka  małych  ptaszków  skakało  po  podwórzu  w  poszukiwaniu  jedzenia.  Elizabeth 

ś

ledziła je wzrokiem. Obserwowała, jak machają ogonkami i świergocą. Jeden zatrzymał się, 

spojrzał na nią czarnymi paciorkami oczu i odleciał. 
 

Czerwcowe słońce przyjemnie grzało. Elizabeth rozpięła u góry bluzkę i wystawiła ku 

niemu twarz. Helene wyszła z wychodziła i podeszła do niej. 
 

- A więc siedzisz tu tak sobie w środku dnia? – zagadnęła z uśmiechem i przycupnęła 

obok na ciepłym kamiennym stopniu. – Jak się ma Kristian? 
 

- Jeszcze leży – odparła Elizabeth z ziewnięciem.  

- Nie spałam przez niego całą noc. Bolał go brzuch – westchnęła. – Ale chyba już mu lepiej. 
 

- Zdaje się, że jakieś choróbsko krąży po ludziach. 

Mam nadzieję, że go nie złapiemy. 
 

Elizabeth zadrżała i zapięła bluzkę. Helene spojrzała na nią uważnie. 

 

- Coś cię jeszcze trapi, Elizabeth? 

 

Gospodyni wzruszyła ramionami, zerknęła na przyjaciółkę i wpatrywała się w ścianę 

obory po drugiej stronie podwórza. 
 

- Tak… - przyznała z osiąganiem. – Zastanawiam się, czy to nie klątwa Mikkela… 

 

Kątem oka dostrzegła, że Helene się uśmiecha. 

 

- Dziękuję, że traktujesz mnie serio – rzuciła i wstała. Helene złapała ją za rękę. 

 

- Przepraszam, Elizabeth. Nie chciałam. 

 

Elizabeth usiadła z powrotem, ale milczała. 

 

- Może ja staram się bagatelizować te dziwne sprawy, bo się boję? – rzuciła Helene po 

chwili. – Wszyscy wiedzą, że  Lapończycy potrafią to i owo.. Ale teraz, kiedy ty w dodatku 
widziałaś tę zjawę, powinnam w to uwierzyć. 
 

-  Przecież  nieraz  się  przekonałaś,  że  mam  zdolność  widzenia,  i  dlatego  wiem,  że 

powinno  się  takie  rzeczy  brać  poważnie.  Tylko  nie  rozumiem,  dlaczego  wszystko  musi  się 
dziać jednocześnie. 
 

Helene pokiwała głową i zaczęła skubać źdźbło trawy. 

 

- Naprawdę sądzisz, że to Mikkel stoi za chorobą Kristian? 

 

- Tak. Z zemsty, że Kristian go wygnał, tamten rzucił na niego klątwę. 

 

- Mam nadzieję, że Kristianowi szybko to minie. 

 

 Z  łąki  dobiegło  beczenie  owiec,  a  jeszcze  z  oddali  dzwonki  krów.  Poza  tym  było 

cicho. Myśli Elizabeth wróciły do tamtego dnia, gdy wlała truciznę do kawy Leonarda. A w 
każdym  razie  wierzyła,  że  to  trucizna  lub  przynajmniej  jakieś  mocne  lekarstwo.  Była 
zrozpaczona i żadna zemsty, opętana chęcią sprawdzenia mu takiego bólu, jaki on jej sprawił. 
Zgwałcił ją, bił i zaszła z nim w ciążę. Desperacko pragnęła, żeby cierpiał.  
 

-  Helene,  pamiętasz,  jak  opowiedziałam  ci  o  truciźnie,  którą  wlałam  do  Kawy 

Leonarda? 

background image

 

74

 

Przyjaciółka pokiwała głową. 

 

-  Tak.  A  Nikoline  podsłuchała  to  i  przekazała  Kristianowi.  Ależ  się  bałyśmy!  –  Po 

chwili milczenia dodała: - No a teraz ona nie żyje, biedna Nikoline. 
 

- Przez wiele lat wierzyła, że jestem morderczynią – powiedziała cicho Elizabeth. – Za 

każdym razem, gdy przydarzyło mi się coś złego, jak śmierć ojca czy Jensa, uważałam, że to 
Bóg mnie karze za zbrodnię. Ilekroć  widziałam lensmana, byłam przekonana, że zaraz mnie 
zaaresztuje. Gdyby mi udowodnili, ucięliby mi głowę. 
 

Skrzypienie drwi sprawiło, że się odwróciła. 

 

- Kristianie! Wstałeś? Chcesz coś jeść? 

 

- Jeszcze nie. może tylko kawę, jeśli jest. 

 

Weszła przed nim do kuchni, nastawiła wodę, wyjęła kubek z miseczkę z brązowym 

cukrem. Na szczęście wydawało się, że Kristian nie usłyszał, o czym rozmawiały. 
 

Postawiła przed nim gorącą kawę i cukier. 

 

- Lepiej się czujesz? 

 

Spojrzeli sobie w oczy. 

 

- Tak, chyba najgorsze już za mną. Pewnie zjadłem coś złego. 

 

- Co takiego? – spytała. 

 

- Nie wiem. – Popatrzył na nią uważnie. – Czy coś cię trapi, Elizabeth? 

 

Pokiwała głową, obawiając się, ze zdradzi ją głos. 

Po chwili jednak stwierdziła, że musi mu to powiedzieć, bo mąż nadal patrzył na nią pytająco. 
 

- Kristianie, ja uważam, że to klątwa Mikkaela. 

 

- Tak sądzisz? – uśmiechnął się kącikiem ust. 

 

Do domu weszła Lina, a zaraz za nią Lars. Ze schodów dobiegła rozmowa idących na 

dół dziewcząt. 
 

Elizabeth spojrzała na męża przeciągle. 

 

- Tak, tak sądzę. – Westchnęła i rzuciła: - Idę pomóc Helene. Mamy trochę prania. 

 

Za Elizabeth podążyły Lina i Ane, Maria zaś miała zająć się czymś w domu. Elizabeth 

zauważyła, że Helene jest jakaś milcząca. Czyżby to w związku z Larsem? Od pewnego już 
czasu przyjaciółka często posyłała Larsowi powłóczyste spojrzenia i rumieniła się za każdym 
razem, gdy powiedział jej coś miłego. 
 

- Ja skończyłam. Idziemy płukać do rzeki? – spytała Ane. 

 

- Tak. Lino, jeśli ty też skończyłaś, pójdź z nią. 

 

Chwilę później została sama z Helene. 

 

- Coś cię martwi? – spytała, 

 

Helene spojrzała na nią. 

 

- Myślałam o tym zatruciu kawy Leonarda. Sądzę, że zrobiłaś to z zemsty, że zgwałcił 

nas obie! 
 

- Tak – szepnęła Elizabeth. Z jej dłoni kapała woda, więc wytarła je o fartuch, a wtedy 

Helene  przyciągnęła  ją  gwałtownie  do  siebie  i  Elizabeth  spostrzegła  ze  zdumienie,  że 
przyjaciółka płacze. 
 

- Byłaś gotowa zrobić z siebie morderczynię tak z mojego powodu! – załkała Helene. 

Po chwili pociągnęła nosem, odsunęła się i otarła twarz. 
 

Elizabeth pogładziła ją po włosach i spojrzała na nią poważnie. 

 

- Nie chciałam, żeby umarł, Helene – zapewniła. – Chciałam, żeby cierpiał. Sądziłam, 

ze bardzo rozboli go brzuch, i tyle. Potem zamierzałam wyjechać z Dalsrud. 
 

Helene uśmiechnęła się, a w końcu roześmiała się głośno. 

 

-  Jesteś  jedyna  w  swoim  rodzaju,  Elizabeth!  Ale  teraz  zostawmy  już  tę  sprawę.  To 

będzie nasza tajemnica. 
 

- Tak, tylko nasza. 

 

background image

 

75

 

Druty  stukały  cicho  i  w  dłoniach  Elizabeth  szybko  przybywało  pończochy.  Słońce 

rzucało  ciepłe  promienie  na  stół  przy  ścianie  domu.  Przez  otwarte  okno  kuchni  dobiegały 
głosy Liny i Marii. Żartowały i śmiały się zaraźliwym śmiechem młodych dziewcząt. 
 

Drogą nadjeżdżał powóz. 

 

- Oczekujesz kogoś? – spytała Helene i wstała. 

 

Elizabeth zerknęła znad robótki. Nie od razu rozpoznała młodą kobietę w kariolce, po 

chwili jednak zawołała w stronę kuchni: 
 

- Mario, jedzie Indianne! 

 

- Pójdę po kubki i jakieś ciasto – rzuciła Helene. 

 

-  Jest  z  kimś  –  zauważyła  Lina,  wychylając  się  z  okna  kuchni.  –  Mamy  nakryć  w 

salonie? 
 

-  Nie  z  kimś  zauważyła  Lina,  wychylając  się  z  okna  kuchni.  –  Mamy  nakryć  w 

salonie? 
 

- Nie, posiedzimy tutaj. Przynieś dwa nakrycia. 

 

Elizabeth wyszła gościom na spotkanie. 

 

- Witam, Indianne. Jak miło, że się do nas wybrałaś. Widzę, że nie jesteś sama. 

 

Młody mężczyzna zeskoczył lekko z kariolki i wyciągnął dłoń. 

 

- Dzień dobry, jestem Benjamin Adamsem. 

 

Elizabeth obrzuciła go szybkim spojrzeniem. Młodzieniec miał szaroniebieskie oczy i 

wywinięte do góry rzęsy. Zupełnie jak u porcelanowej lalki, uznała. Ale jego spojrzenie było 
równie stanowcze jak uścisk dłoni. Włosy miał brązowe i krótko obcięte. Był przystojny, ale 
cóż  w  tym  dziwnego?  Indianne  była  przecież  ładną  młodą  kobietą,  bez  trudu  więc  mogła 
znaleźć sobie kawalera odpowiedniego pod każdym względem. 
 

- Elizabeth Dalsrud – gospodyni podała rękę gościowi. 

 

W tym momencie dołączyły do nich Maria i Ane. 

Młodzi uścisnęli sobie dłonie i Benjamin zapewnił, że Indianne wiele mu o nich opowiadała. 
 

Maria jakby trochę zesztywniała. Przez chwilę Elizabeth sądziła, że to znów przypływ 

zazdrości, lecz Indianne też wydała jej się jakaś niepewna. Zrozumiała, że to sytuacja jest dla 
obu  dziewcząt  nowa.  Jedna  miała  przedstawić  swojego  wybranka,  a  obie  musiały 
zachowywać się jak dorosłe kobiety. Czas chichotów i żartów minął. 
 

- Kristian  właśnie się położył. – Elizabeth wytłumaczyła jego nieobecność. –  Źle się 

czuł w nocy, ale może zejdzie później. 
 

Lars zajął się koniem, tymczasem Elizabeth poprosiła gości, by usiedli. 

 

-  Dziś  jest tak  ciepło,  że  możemy  posiedzieć  na  dworze.  Ale  może  wolicie  wejść  do 

ś

rodka? 

 

- Nie, skądże – odparł  Benjamin i spojrzał na  Indianne. – Chyba że jest  ci zimno? – 

Pokręciła głową. 
 

Gdy  Lina  podała  już  kawę  i  ciastka,  a  wszyscy  zdążyli  się  poczęstować,  Elizabeth 

zapytała: 
 

- Czy wy się przypadkiem nie zaręczyliście? 

 

- No właśnie! – zaśmiała się perliście Indianne, a na jej policzki wystąpiły rumieńce. 

Jej brązowe oczy błyszczały, gdy ujęła dłoń Benjamina i delikatnie ją uścisnęła. – Jeszcze nie 
noszę pierścionka. Zaczekamy, aż skończę dwadzieścia lat. 
 

-  Chcę,  żeby  była  całkiem  pewna  swojej  decyzji  –  wyjaśnił  z  powagą  w  głosie 

Benjamina. – Mam nadzieję, że dwa wystarczą. 
 

- Całkiem rozsądnie – pochwaliła Elizabeth i posłała w obieg półmisek z ciastkami. – 

To może będzie podwójne wesele? – dodała, ale od razu chciała odgryźć sobie język. Kątem 
oka zauważyła bowiem, że Maria zapadła się w sobie. Elizabeth wiedziała, jak bardzo siostra 
przeżyła  nowinę,  że  Olav  ma  się  ożenić  z  Elen.  Była  zła  na  siebie.  Jak  mogła  być  tak 
bezmyślna i niedelikatna? 

background image

 

76

 

- Nie, nie chcemy rozpraszać uwagi  gości – odparła Indianne. 

 

- Skąd pochodzisz, Benjaminie? – spytała Elizabeth, żeby zmienić temat. 

 

Odpowiedział, a ona kiwnęła głową. 

 

- Ja pochodzę z największego gospodarstwa w naszej okolicy – dodał po chwili. 

 

- A który jesteś z rodzeństwa? 

 

Pytanie Marii padło tak niespodziewanie, że Elizabeth spojrzała na nią zdziwiona. 

 

-  Jestem  najstarszy  i  dziedziczę  gospodarstwo  –  odparł,  obejmując  Indianne 

ramieniem. 
 

Elizabeth  odgadła  niechęć  Marii.  Czyżby  siostra  mimo  wszystko  była  zazdrosna  o 

przyjaciółkę? Wpatrzyła się w nią, a ona odwzajemniła się jej pytającym spojrzeniem. Może 
jednak tylko to sobie wmawiała? 
 

- To wspaniale – rzuciła Maria. – Trzymacie wiele zwierząt? 

 

- Tak, trzy konie, a teraz tuczymy dwie świnie na święta, i… - Benjamin zamilkł, gdyż 

w tej chwili dołączył do nich Kristian. 
 

- Dzień dobry. Siedzicie tutaj? Widzę, ze mamy gości! 

 

Elizabeth drgnęła i rozlała kawę na obrus. 

 

- No, jak ty się czujesz? Wyzdrowiałeś? – spytała, kładąc chusteczkę na plamie. 

 

Kristian udał, ze nie słyszał pytania, i przywitał się najpierw z Benjaminem, a potem z 

Indianne. 
 

- Właśnie tak mi się wydawało, że ktoś przyjechał – powiedział z uśmiechem i usiadł. 

W tym momencie Elizabeth wstała. 
 

- Pójdę po kubek dla ciebie – mruknęła pod nosem. 

 

Nadal  odczuwała  irytację,  że  Kristian  lekceważy  jej  obawy,  że  to  Mikkel  rzucił  na 

niego klątwę. Dlaczego nie chciał uznać tego za prawdopodobne? 
 

Zabrała kubek z kuchni i ze sztywnym uśmiechem na ustach wróciła do zebranych. 

 

- Wzięłam też sok – oznajmiła, stawiając tacę. – Kawa szybko stygnie, gdy się siedzi 

na dworze. 
 

- Dziękuję. – Kristian uśmiechnął się i poklepał ją po dłoni. 

 

Elizabeth  nie  potrafiła  dłużej  się  na  niego  gniewać.  Przeszedł  ją  ciepły  prąd  radości, 

gdy napotkała jego czułe spojrzenie. 
 

-  Dziś  w  nocy  źle  się  czułam  –  wyjaśnił  Benjaminowi  i  upił  łyk  soku.  –  Elizabeth 

uważa,  że  to  wskutek  klątwy,  którą  rzucił  na  mnie  pewien  rozgniewany  Lapończyk.  – 
Uśmiechnął  się  i  mrugnął  do  żony.  W  jego  głosie  nie  było  szyderstwa,  tylko  stwierdzenie 
faktu. Elizabeth bała się, że usłyszy śmiech, lecz zapadła cisza.  
 

-  Nie  powinno  się  z  tego  żartować  –  stwierdził  Benjamin.  –  Słyszałem  o  chorym 

Lapończyku, który brał piasek z cmentarza i sypał do jedzenia tym, na których był zły, i w ten 
sposób szerzysz swoją chorobę. 
 

-  Nie  należy  słuchać  wszystkiego,  co  ludzie  gadają  –  rzucił  Kristian.  –  A  więc 

pochodzisz z dużego majątku? 
 

Rozmowa zeszła na prowadzenie gospodarstwa i połowy ryb. Elizabeth wyjęła swoją 

robótkę i przyłączyła się do rozmowy kobiet. Usłyszała nowiny o ludziach z rodzinnej wioski, 
a sama opowiedziała Indianne o drobnych wydarzeniach w Dalsrud. 
 

Czas mijał szybko i wkrótce narzeczeni zaczęli zbierać się do powrotu. 

 

- Pozdrów od nas Dorte i Joba – prosiła Elizabeth chyba po raz trzeci. – I Mathildę, i 

dzieci. 
 

- Dobrze, pozdrowię – obiecała Indianne. 

 

Benjamin  pomógł  jej  wsiąść  do  karolki,  cmoknął  na  konia  i  pomachał  dłonią  na 

pożegnanie. 
 

-  Nie  lubię  go  –  stwierdziła  cicho  Maria,  gdy  powóz  prawie  zniknął  im  z  pola 

widzenia. Elizabeth już miała wejść do domu, ale te słowa ją zatrzymały. 

background image

 

77

 

- Co ty mówisz, Mario? Nie lubisz Benjamina? 

 

- Nie! nie jest odpowiedni dla Indianne. 

 

- Nie obie o tym sądzić. A zresztą jest młody, przystojny, będzie dziecińcem dużego 

gospodarstwa. Czegóż jeszcze chcieć? 
 

- Kogoś, kto nie jest taki jak on – upierała się Maria. 

 

- Nie taki jak on? – powtórzyła zdumiona Elizabeth. 

 

- On nie jest taki, za jakiego chce uchodzić. Sądziłam, że ty potrafisz takie rzeczy! – 

zakończyła Maria i odeszła, 
 

Elizabeth została na podwórzu, patrząc w ślad za powozem, dopóki nie zniknął. 

 
Rozdział 17 
 
 

Utrzymywała  się  ładna  pogoda  i  słońce  przeświecało  przez  świeżo  umyte  szyby. 

Elizabeth  przypomniała  sobie,  jak  kiedyś  opisywała  matce  Dalsrud.  Powiedziała  wtedy:  - 
Szyby są tak jasne jak dzień. Uśmiechnęła się blado na to wspomnienie i skupiła na swetrze, 
który  robiła  na  drutach.  Trzy  prawie,  trzy  lewe.  Wełna  była  cienka  i  roboty  wolno 
przybywało.  Z  westchnieniem  odłożyła  robótkę  i  oparła  policzek  o  szybę.  Czuła  jakiś 
niepokój,  jej  myśli  krążyły  i  wirowały.  Najczęściej  pojawił  się  w  nich  Christem. 
Przypomniała  sobie,  jak  go  kąpała.  Jego  drobne,  czyste  ciałko  zawinięte  w  prześcieradło, 
zapach mydła na włosach… Powiedział: Pachnie kwiatami. Nie znał takiego mydła, nigdy też 
nie słyszał o perfumach. 
 

Elizabeth westchnęła. Dla Christena było już za późno, lecz sytuacja wielu biednych 

we  wsi  nieco  się  poprawiła.  I  to  dzięki  Ane.  Jej  rozmowa  z  pastorem  i  jego  szczególnie 
kazanie sprawiło, że wielu ludziom otworzyły się oczy na nędzę innych. pewnie nie wszyscy 
dzielili się z biedakami ze szczerego serca, ale ważne, że w ogóle to robili. Może obawiali się 
pastora i Boga, pomyślała Elizabeth. 
 

Słyszała,  że  część  komorników  wzbraniała  się  przed  przyjmowaniem  darów. 

Przeszkadzała  im  duma.  Elizabeth  ich  rozumiała.  Sama  była  kiedyś  biedna  i  nigdy  nie 
zapomni, jak to jest, gdy nie ma się w kieszeni nawet jednego ore i gdy się patrzy, jak dzieci 
idą głodne spać. 
 

Większość  biedaków  przyjmowała  jednak  pomoc  z  wdzięcznością.  Ona  i  Kristian 

postanowili  sfinansować  kuty  krzyż  dla  Christena.  Jego  rodzice  podziękowali  ze  łzami  w 
oczach w niedługim czasie krzyż taki faktycznie stał na grobie chłopca. 
 

Elizabeth westchnęła. Tęskniła także za Jonasem. Zastanawiała się, jak mu tam jest po 

tej  drugiej  stronie  oceanu.  Nauczył  się  już  języka?  pomyśleć  tylko,  że  mógłby  zapomnieć 
swojego języka i ojczyzny! 
 

Policzek  jej  zdrętwiał,  więc  się  wyprostowała.  Nagle  podjęła  decyzję.  Poszła  po 

przybory  do  pisania,  wróciła  do  salonu  i  usiadła  przy  stole.  Zanurzyła  pióro  w  kałamarzu  i 
przytaknęła je do papieru. 
 
 

Kochana Amando! 

 

Chciałabym Ci opisać, co się tu dzieje w Dalsrud. 

 
 

Pisała krótkimi, prostymi zdaniami. Najpierw o pogodzie, potem o nowo narodzonych 

dzieciach i o tym, kto przystąpi do konfirmacji.  I oczywiście o  Indianne i Benjaminie. No i 
wtedy  poszło  już  gładko.  Opowiedziała,  jak  Christem  przyszedł  kiedyś  do  letniej  kuchni,  a 
ona umyła go mydłem kwiatowym. Ane dała mu wtedy chleba i ubrania, które przyniosła ze 
strychu. Przyznała, że tęskni za dzieckiem; że chciałaby znów opiekować się taką małą istotą, 
trzymać ją na kolanach i pieścić. Ane była już na to za duża. 

background image

 

78

 

Opisywała sweter który zrobiła dla Christena na Boże Narodzenie. Donosiła, że sama 

ufarbowała wełnę i wymyśliła wzór, a każde oczko dziergała z miłością. Nie ukrywała swojej 
radości, że Kristian zgodził się, by Christem został parobkiem w Dalsrud. I swojej rozpaczy, 
gdy chłopiec zachorował i zmarł. 
 

Nie zauważyła nawet, że zaczęła płakać. Spostrzegła to dopiero wtedy, gdy łza spadła 

na  papier  i  rozmawiała  z  taką  plamą.  Westchnęła  i  pisała  dalej.  Poinformowała,  że  bogaci 
gospodarze we wsi nie chcieli pomagać biednym, i wtedy Ane wzięła sprawę w swoje ręce i 
poszła do samego pastora. 
 

Wreszcie zdrętwiały jej  palce i musiała odłożyć pióro. Kark jej zesztywniał, a głowa 

rozbolała. Twarz miała mokrą od łez, lecz już się tym nie przejmowała. Spojrzała na zapisane 
kartki. Jej pismo stawało się coraz bardziej niedbałe, gdzieniegdzie widniał kleks, a w innych 
miejscach list był upstrzony plami od łez. To nieważne, pomyślała. Wstała i wrzuciła kartkę 
do  ognia.  nie  mogła  wysłać  takiego  listu  do  Amandy,  ale  pomogło  jej  przelanie  na  papier 
wszystkiego, co ją gnębiło. 
 

Może  też  powinna  zacząć  pisać  pamiętnik  jak  matka  Kristiana?  Podeszła  do  sofy  i 

wyciągnęła  się  na  niej.  Zamknęła  piekące  oczy  i  zaczęła  rozważać  ten  pomysł.  Mogłaby 
zamykać  pamiętnik  w  swojej  skrzyni  na  poddaszu.  Ale  kiedy  miałaby  czas  na  pisanie?  W 
gospodarstwie zawsze było coś do roboty i rzadko zdarzały się takie chwile ciszy jak teraz. 
 

Ból  zacisnął  się  wokół  jej  głowy  niczym  pas.  Ułożyła  lepiej  poduszkę  i  znów 

zamknęła  oczy.  Trochę  pomogło  i  wkrótce  zapadła  w  ciężką  drzemkę.  Śniła,  że  idzie  przez 
mokradła. Osiki szeleściły owalnymi listkami i pochylały ku niej gałęzie. Tajemnicza mgiełka 
owijała się wokół niej, snuła się nad mokradłami i wspinała na pnie drzew. Pachniało różami i 
perfumami.  Elizabeth  zachłannie  wciągała  zapachy.  Przez    ową  mgiełkę  dostrzegła  wysoką 
postać, która szła prosto ku niej. Zatrzymała się i z ciekawością czekała, aż się przybliży, 
 

Już wiedziała, kto to jest. 

 

- To ty, Jensie? Tak sobie spacerujesz? – spytała, napawając się jego widokiem. 

 

Miał  na  sobie  rozpiętą  do  połowy  białą  koszulę.  Świeżo  ogolone  policzki  ujawniały 

bliznę.  Jasne  włosy  opadały  na  oczy,  których  rzęsy  nadal  były  ciemne,  a  oczy  tak  samo 
niebieskie jak dawniej. Niebieskie jak morze. 
 

Podszedł  do  niej  blisko  i  pogłaskał  ją  delikatnie  po  włosach.  Uśmiechał  się  tym 

samym łagodnym uśmiechem, ukazując równie białe zęby. Z gorzkim łkaniem przytuliła się 
gwałtownie do niego i objęła go w pasie. 
 

- Tylko Bóg wie, jak ja za tobą tęsknię, Jensie! Tylko ty potrafiłbyś zrozumieć, jak mi 

było okropnie, gdy Amanda wyjechała do Ameryki i gdy umarł Christem. Tak bardzo brakuje 
mi małego dziecka, Jensie. Dlaczego nie mogę mieć dziecka? 
 

Poczuła na głowie jego duże dłonie. Jego głos był głęboki, a zarazem delikatny, 

 

-  Elizabeth,  posłuchaj  mnie,  otrzyj  łzy  i  zbierz  siły,  bo  będziesz  bardzo  ich 

potrzebowała w najbliższych latach. 
 

- Co masz na myśli? Już ktoś mi coś takiego mówił… - Rozluźniła uścisk i spojrzała 

na niego. 
 

- Nie mogę tego powiedzieć. Ale przeżyjesz i wielki smutek, i wielką radość. I dlatego 

musisz być silna. Znajdź tę siłę w sobie, bo wiem, że ją masz. 
 

- Nie wiem, czy zniosę coś więcej, Jensie – westchnęła. 

 

- O tak, zniesiesz. Ty jesteś jak fala, Elizabeth. Nic nie jest silniejsze od nie. a ty jesteś 

córką morza, pamiętaj! 
 

Powoli zaczął się oddalać. 

 

- Jensie, wracaj! Nie odchodź jeszcze. Muszę cię o coś spytać! Proszę, Jensie… 

 

Powiedział coś, czego nie zrozumiała, i rozpłynął się w powietrzu. 

 

- Elizabeth! Elizabeth, słyszysz? 

background image

 

79

 

Zamrugała oczami i już chciała znów zawołać Jensa, lecz zrozumiała, że to był sen. A 

na jawie czyjeś dłonie szarpały ją za ramię i ktoś wypowiadał jej imię. 
 

- Tak! – odparła. W ustach czuła suchość, oczy miała zapuchnięte. 

 

- Elizabeth, lensman przyjechał! – poinformowała Lina. 

 

Elizabeth usiadła powoli i przetarła twarz dłonią. 

 

- Gdzie on jest? 

 

- Właśnie zajechał na podwórze i poucza Larsa, jak ma się zająć jego koniem. 

 

-  Nastaw  kawę  i  przygotuj  ciasteczka  –  poleciła,  drapiąc  się  po  przedramieniu. 

Pogryzły ją komary, bo w ostatnie noce spała bez koszuli. 
 

Sen jeszcze w niej tkwił. Nadal czuła zapach skóry Jensa. Zawsze pachniał świeżym 

wiatrem. Powiedział jej, że ma zebrać siły przed tym, co ma nadejść. Pokręciła powoli głową 
i wstała. Czy to był tylko dziwny sen, czy jednak coś oznaczał? 
 

Nalała do szklanki wody z karafki stojącej na komodzie. Smakowała nie najlepiej, ale 

przynajmniej  zwilżyła  gardło.  Z  podwórza  dobiegł  basowy  śmiech  lensmana,  którego 
rozśmieszyło coś, co powiedział Lars. 
 

Szybko  zwilżyła  wodą  chusteczkę  i  przetarła  twarz.  W  salonie  nie  było  lustra,  ale 

czuła,  że  włosy  ma  ułożone,  jak  trzeba.  Dobrze,  że  bluzka  się  nie  pogniotła.  Zapukano  do 
drzwi i weszła Helene. 
 

- Lensman tu jest, Elizabeth. Chce rozmawiać z tobą i Kristianem. 

 

- Poproś go. A gdzie jest Kristian? 

 

- Nie wiem, ale go poszukam. 

 

- Dzień dobry i szczęść Boże temu domowi – pozdrowił ją lensman, wyciągając swą 

ogromną  dłoń.  Jego  potężne  wąsy  rozeszły  się  na  boki,  gdy  się  uśmiechnął.  –  Może 
przybywam nie w porę? 
 

- Ależ skąd! Proszę wejść i usiąść. 

 

Opadł  na  sofę,  zajmując  prawie  całą  jej  powierzchnię.  Z  kieszeni  wyciągnął 

chusteczkę i przetarł nią czoło. 
 

- Boże jedyny, jaki ciepły dzień – rzucił. – Oby tak dalej, to będą dobre żniwa. Jeszcze 

tylko trochę. 
 

- Tak, jeszcze tylko trochę – zgodziła się Elizabeth. 

Zastanawiała się, kiedy urzędnik powie, po co przyjechał. – Kristiana niestety nie ma, jak pan 
słyszał. Alke pewnie niedługo wróci. Może to z nim lensman chce rozmawiać, a nie ze mną? 
 

-  Uważam,  że  powinienem  porozmawiać  z  wami  obojgiem  –  odparł  urzędnik,  z 

trudem wpychając chusteczkę z powrotem do kieszeni. 
 

Elizabeth czekała na coś więcej, ale cisza się przedłużyła. Zapytała więc: 

 

- Co słychać u pani lensmanowej? 

 

- Dziękuję, wszystko dobrze. jest bardzo zadowolona z tej ufarbowanej wełny. 

 

- Miło mi to słyszeć. A jak altana w ogrodzie? 

 

- Często jej używamy. 

 

Elizabeth zakręciła się niespokojnie na krześle. 

Gdzie jest Helene i kawa? No i co z Kristianem? 
Słońce  przeświecające  przez  szyby  ujawniło  krążący  w  powietrzu  kurz.  Dobrze,  że  to  nie 
kobieta  przybyła  z  niespodziewaną  wizytą,  pomyślała  Elizabeth.  Od  razu  by  coś  takiego 
zauważyła i na pewno, ze źle skrywaną satysfakcją, przekazała dalej. 
 

Zapukano do drzwi i do salonu weszła Helene z tacą. Były na niej filiżanki, talerzyki, 

talerz z ciastkami i srebrny dzbanek, z którego unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy. 
 

- Znaleźliście Kristiana? – spytała Elizabeth niespokojnie. 

 

- Nie, jeszcze nie, ale wszyscy go szukają. 

 

Pewnymi ruchami służąca nakryła do stołu i nalała kawy do filiżanek, nie roniąc ani 

kropli. Potem dygnęła dyskretnie i wszyła. 

background image

 

80

 

-  Proszę  się  częstować  –  powiedziała  Elizabeth  i  podała  lensmanowi  talerz  z 

ciastkami. 
 

- Dziękuję. – Wziął jedno ciasteczko i położył na swoim talerzyku. Ostrożnie upił łyk 

gorącej kawy. 
 

- Może koniak? – zaproponowała i podniosła się z krzesła. 

 

- Nie, nie, skądże. Przyjechałem tu służbowo, więc nie mogę pić nic mocniejszego niż 

kawa. – Uśmiechnął się i upił jeszcze jeden łyk. 
 

Elizabeth nie mogła już wytrzymać niepewności. 

 

- Czy mogę spytac o powód pańskiej wizyty? 

Wiem, że służbowy, ale nie wiem, jaki. 
 

Urzędnik  odstawił  filiżankę  na  spodek.  Jego  dłonie  wydawały  się  za  duże  na  kruchą 

filiżankę i przez chwilę Elizabeth chciała go nawet spytać, czy nie woli kubka, lecz rozsądnie 
się powstrzymała. 
 

- Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli wyłożę sprawę, gdy będziecie oboje. 

 

Powiedział to tak stanowczym głosem, że Elizabeth nie odważyła się sprzeciwić. 

 

- Mieliście służącą i parobka, którzy wyjechali do Ameryki – rzucił znienacka innym 

tonem. 
 

-  Tak,  Amandę  i  Olego.  Dobrze  sobie  poradzili.  Dostaliśmy  właśnie  od  nich  list  i 

zdjęcie – dodała i podała lensmanowi fotografię oprawioną przez Kristiana.  
 

Mężczyzna uśmiechnął się i uważnie obejrzał zdjęcie. 

 

-  To  dobrze.  ci,  którym  się  nie  udaje,  niewiele  piszą.  –  Wziął  ciastko  do  ust  i 

przeżuwał  dokładnie,  patrząc  w  okno.  –  Tak,  mamy  teraz  piękną  pogodę  –  zauważył 
ponownie. 
 

Drzwi się otworzyły i do salonu weszła Ane. Dygnęła i grzecznie uścisnęła podaną jej 

dłoń. 
 

- Czyżby to mała Ane-Elise tak urosła? Ile masz lat, dziecko? 

 

- Jedenaście. 

 

-  No  proszę!  Lata  szybko  lecą  –  powiedział  lensman,  klepiąc  lekko  dziewczynkę  po 

głowie. Elizabeth wiedziała, że traktowani jej jak małe dziecko irytuje Ane, lecz na szczęście 
córka nie zareagowała. 
 

- Tata Kristian niedługo przyjdzie – zwróciła się do matki. – Był na morzu z sieciami. 

 

- Ciekawie go nazywasz – zauważył lensman, 

 

- Możliwe – odparła Ane, wbijając w niego swe jasnobrązowe oczy. 

 

Lensman zaśmiał się tak, że aż trząsł się jego potężny brzuch. 

 

-  Poproś,  żeby  się  pospieszył  –  szepnęła  Elizabeth  córce,  gdy  zmierzała  do  drzwi.  A 

sama spytała: - Więcej kawy? – I nalała, zanim gość odpowiedział. 
 

Wreszcie  nadszedł  Kristian.  zdążył  zmienić  spodnie  i  włożyć  białą  koszulę.  Jego 

włosy były miejscami wilgotne, czyli chyba skropił je nawet wodą, pomyślała Elizabeth. 
 

Poszła do kuchni po filiżankę i spodek dla męża. 

 

- Czech chce lensman? – zapytała szeptem Helene. 

 

- Nie mam pojęcia. Nie chciał nic powiedzieć, dopóki nie przyjdzie Kristian. 

 

Helene spojrzała na nią uważnie. 

 

- Obawiasz się najgorszego – stwierdziła. 

 

Elizabeth pokiwała głową. 

 

- Tak, nie co dzień ten człowiek przyjeżdża w odwiedziny. 

 

Pospiesznie wróciła do salonu i nalała kawy mężowi. 

 

- Trochę wystygła – mruknęła. 

 

- Nie szkodzi – rzucił i zwrócił się do urzędnika: 

- Rozumiem, że lensman przyjechał dziś do nas służbowo? 
 

Urzędnik odchrząknął, wyciągnął chustkę i otarł nią czoło, po czym odpowiedział: 

background image

 

81

 

- Otóż dostałem dziś wiadomość, żeby pójść do Mikkela. 

 

Elizabeth poczuła, jak podnoszą się włoski na jej ramionach. Chwyciła filiżankę, żeby 

mieć coś w dłoniach. 
 

- Spytałem, oczywiście, co się stało, i dowiedziałem się, że został mocno pobity. 

 

Elizabeth,  wbrew  własnej  woli,  spojrzała  na  Kristiana.  Siedział  bez  ruchu,  a  na  jego 

twarzy nie malowało się żadne uczucie. 
 

- Wolałbym nie chodzić teraz w góry, więc wysłałem tam kogoś, by mi powiedział, że 

ma się do mnie zgłosić, jak już będzie w stanie. Jeśli w ogóle będę mógł coś dla niego zrobić. 
Uważam, że jeśli ktoś został pobity, potrzebuje raczej doktora niż lensmana. 
 

Elizabeth  się  niecierpliwiła.  Chciała,  żeby  urzędnik  doszedł  już  do  sedna  sprawy. 

Kristian nic nie mówił, tylko siedział, sztywno wyprostowany, i patrzył na niego. 
 

-  Okazało  się,  że  Mikkel  jest  posiniaczony  i  twierdzi,  że  został  napadnięty  wczoraj 

wieczorem – ciągnął lensman. 
 

- No cóż – odezwał się w końcu Kristian. – A co to ma wspólnego z nami? 

 

- Mikkel był tutaj i pracował dla was, prawda? – spytał przedstawiciel władzy. 

 

Kristian pokręcił głową. 

 

-  Nie.  Pytał  tej  zimy  o  pracę,  ale  pokazał  się  dopiero  wiosną,  kiedy  robota  była  już 

dawno wykonana. 
 

Lensman odchrząknął i spojrzał na niego. 

 

- Nie macie nic więcej do dodania? 

 

Elizabeth  zauważyła  tak  typowe  dla  Kristiana  zmrużenie  oczu,  zapowiadające 

wybuch. 
 

-  Czy  lensman  może  mi  powiedzieć,  o  co  naprawdę  chodzi?  Czy  jestem  o  coś 

podejrzany? – spytał zimnym tonem. 
 

Lensman podniósł dłonie w geście pojednania. 

 

- Ależ skąd! Ja tylko wykonuję swoje obowiązki, a to oznacza, że musze popytać we 

wszystkich  domach. 
 

Nie  wydało  się,  by  jego  słowa  uspokoiły  Kristiana.  Jego  spojrzenie  nadal  iskrzyło 

gniewem, wiec Elizabeth przejęła głos. 
 

- Kiedy Mikkael był tutaj, rzucił klątwę na Kristiana. Nie przejęliśmy się tym, lecz po 

jakimś czasie Kristiana rozbolał brzuch. 
 

Czuła, że musi wspierać męża, ale wiedziała też, że powinna powiedzieć wszystko. 

 

- Brzuch mógł mnie rozboleć tak po prostu – skomentował jej słowa Kristian. 

 

Lensman pokiwał głową. 

 

- Tak, przekleństw i uroków Mikkela ja też nie biorę poważnie.  I od tamtej pory nie 

widzieliście go? 
 

- Nie – zapewniła Elizabeth. – Ale kiedy nie zjawił się umówionego dnia, poszliśmy z 

Kristianem  do  jego  ziemniaki.  Okazało  się,  że  leżał  kompletnie  pijany.  Ocuciliśmy  go, 
rozpaliliśmy ogień i zostawiliśmy trochę jedzenia, a potem wróciliśmy. 
 

Lensman kiwał głową w zamyśleniu. 

 

- Czy lensman podejrzewa, że ktoś chciał go zabić? – musiała spytać Elizabeth. 

 

Pokiwał głową. 

 

- Na tak wprost postawione pytanie, muszę odpowiedzieć twierdząco. Mikkel sam tak 

przypuszcza, więc moim obowiązkiem jest zbadanie sprawy. 
 

- Rozumiem. 

 

Urzędnik wstał z trudem. 

 

- No, to tyle mi wystarczy. Dziękuję za poczęstunek i przepraszam za kłopot. 

 

- Nic nie szkodzi. 

 

Elizabeth  też  się  podniosła  i  uścisnęła  mu  dłoń.  Postała  pytające  spojrzenie 

Kristianowi i mąż poszedł za jej przykładem. 

background image

 

82

 

- Lensman wybaczy, że byłem nieco ostry – powiedział. – To był długi dzień i… 

 

-  Nie  musicie  mi  się  tłumaczyć,  rozumiem.  Między  nami  mówiąc…  -  zniżył  głos  i 

mówił dalej ledwo słyszalnie – między nami mówiąc, najbardziej prawdopodobne wydaje się, 
ż

e Mikkel sam gdzieś się przewrócił po pijaku i wszystko zmyślił. Ale, jak mówiłem: muszę 

wykonywać swoje obowiązki. 
 

- Oczywiście. – Kristian uśmiechnął się i odprowadził urzędnika do wyjścia. 

 

Przy drzwiach lensman odwrócił się i utkwił w nim wzrok. 

 

- Czy mogę tylko na koniec spytać, gdzie byłeś wczoraj po południu między trzecią a 

siódmą? 
 

Elizabeth już miała odpowiedzieć, lecz Kristian ją ubiegł: 

 

- Byłem na morzu i łowiłem ryby. Żona może to potwierdzić. 

 

Elizabeth poczuła, że szumi jej w uszach. Kristian objął ją w talii i ścisnął. Jego kciuk 

wbił się między żebra. 
 

- Tak. Mogę to potwierdzić – rzuciła bez tchu, patrząc lensmanowi w oczy. 

 

Dopiero  gdy  usłyszeli  odgłos  odjeżdżającego  powozu,  Elizabeth  odwróciła  się  do 

męża. 
 

- Co to, u licha, ma znaczyć? – syknęła. – To wczoraj wcale nie łowiłeś ryb. Byłeś na 

polowaniu, przynajmniej tak mówiłeś! 
 

Zacisnął  dłoń  na  jej  nadgarstku  rak  mocno,  że  aż  jęknęła,  i  pociągnął  ją  za  sobą  do 

salonu. 
 

-  Tak,  byłem  na  polowaniu.  I  tak,  Mikkel  rzucił  na  mnie  klątwę  –  oświadczył 

podniesionym tonem. – Ale jeśli powiem to lensmanowi, będę podejrzany. Chcesz tego? 
 

Elizabeth patrzyła na niego, nic nie rozumiejąc. Czyżby jej mąż postradał zmysły? 

 

- Oczywiście, że nic nie zrobiłem, Mikkelowi – zapewnił. – Nawet go nie widziałem. 

 

Gdy nadal milczała, wzmocnił uścisk. 

 

- Chyba mi wierzysz, Elizabeth? 

 

Niechętnie pokiwała głową, niezdolna powiedzieć słowa. 

 

 

Rozdział 18 
 
 

Mleko strzykało do wiadra. Elizabeth oparła czoło o brzuch krowy. Nadeszła jesień i 

mieli już za sobą wiele prac. Wykopano ziemniaki, a owce sprowadzono z górskich pastwisk. 
Na  szczęście  w  tym  roku  żadnej  nie  brakowało.  Bogu  niech  będą  za  to  dzięki,  pomyślała  i 
wstała, żeby przecedzić mleko. 
 

- Mam przelać mleko i umyć wiadro? – spytała Lina. 

 

- Ta, proszę. Mario i Ane, możecie już iść. Ja zaraz przyjdę. 

 

Drzwi  obory  się  zamknęły  i  zapadła  cisza.  Konie  grzebały  kopytami  w  miejscu. 

Elizabeth westchnęła, napawając się spokojem, gdy nagle drzwi znów się otworzyły. 
 

- Idzie Lavina z Wyspy Topielca! – zawołała Ane. 

 

- Poślij ją do Helene i powiedz, żeby dała jej jeść – poleciła Elizabeth. Gdy drzwi się 

zamknęły,  opadła  na  zydel  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Odwlekała  chwilę  spotkania  z  tą 
szaloną  kobietą.  Wspomnienie  jej  dziwnego  zachowania  w  czasie  ostatnich  odwiedzin  w 
Dalsrud nadal przyprawiało Elizabeth o dreszcze. Mimo to nie mogła odesłać kogokolwiek do 
domu bez poczęstunku. Tak nie uchodzi. 
 

Nie mogła zbyt długo zwlekać, więc w końcu z westchnieniem wstała, zdjęła fartuch i 

ruszyła do domu. 
 

W kuchni Helene wyrabiała ciasto na chleb. Elizabeth rozejrzała się dokoła. 

 

- Co to, Lavina już wyszła? 

 

- Nie mam pojęcia – odparła Helene i wzruszyła ramionami. 

 

- Nie wiesz, dokąd poszła, jak zjadła? 

background image

 

83

 

- jej tutaj nie było. 

 

Elizabeth  zadrżała.  Przypomniały  jej  się  złowróżbne  słowa  Laviny,  które  rzuciła 

ostatnim  razem  na  odchodnym:  Wrócę  i  powiem  prawdę  –  powiedziała  wtedy,  a  jej 
złowieszczy śmiech niósł się jeszcze długo. Elizabeth musiała przyznać, że się boi, z plotkami 
i  zazdrością  mogła  sobie  poradzić,  ale  Lavina  nie  była  całkiem  normalna.  A  ona  nie 
wiedziała, jak się obchodzić z takimi osobami. 
 

- Zamyśliłaś się – zauważyła Helene. 

 

Elizabeth zerknęła na przyjaciółkę, która formowała bochenki chleba. 

 

- Zastanawiam się, dlaczego nie zaszła. 

 

-  Może  poszła  dalej,  do  kogoś  innego.  Nieważne,  powinnaś  się  z  tego  cieszyć  – 

stwierdziła stanowczo Helene. – Ta kobieta jest kompletnie szalona. Lina też powiedziała: - 
Obym już nigdy więcej nie widziała jej na oczy. 
 

- Pójdę się przejść – rzuciła Elizabeth nerwowo i szybkim krokiem wyszła z kuchni. 

 

Zimny  wiatr  niósł  ze  sobą  świeży  szybach  i  zrobią  się  szare,  westchnęła  Elizabeth. 

Zerknęła  na  fiord.  Kilka  zacumowanych  łodzi  kołysało  się  na  falach.  Zadrżała  z  zimna  i 
otulała się ciaśniej szalem, zanim podeszła do obory. 
 

Zwierzęta odwróciły łby. Konie zarżały cicho i nadstawiły uszu. 

 

-  Lavina!  –  Elizabeth  zauważyła,  że  jej  głos  zabrzmiał  słabo.  –  Lavina,  jesteś  tu?  – 

spróbowała jeszcze raz, i znów bez odpowiedzi. 
 

Cicho zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała się uważnie. Chata parobka stała ciemna i 

cicha. Spiżarka była zamknięta, a klucz wisiał u jej pasa. 
 

Skierowała  spojrzenie  ku  polanie,  wokół  której  drzewa  wyciągały  ku  niebu  ciemne, 

drapieżne gałęzie. 
Tam  także  nikogo  nie  dostrzegła.  Już  zamierzała  wrócić,  gdy  –  powodowana  ostatnim 
impulsem  –  obeszła  ponownie  podwórze.  Chciała  zajrzeć  za  oborę,  gdy  nagle  stanęła  jak 
wryta, bo usłyszała głos Kristiana. 
 

- Tak nie powinno być, Lavina. 

 

Elizabeth  przycisnęła  plecy  do  ściany  obory  i  przesunęła  się  bliżej.  Wstrzymała 

oddech  i  ostrożnie  wyjrzała.  Dostrzegła,  że  Kristian  wręcza  Lavinie  kilka  srebrnych  monet. 
Kobieta  policzyła  je  i  włożyła  do  skórzanego  woreczka,  który  skrzętnie  ukryła  w  kieszeni 
spódnicy. 
 

-  Skoro  dostałaś  to,  po  co  przyszłaś,  możesz  już  iść  –  rzucił  Kristian  i  popchnął  ją 

lekko. 
 

Lavina uśmiechnęła się przymilnie. 

 

- Wiem, że go widziałeś, ale chcesz to zachować w tajemnicy. 

 

- I co z tego? Mogę po prostu zaprzeczyć. 

 

Do Elizabeth dobiegł ochrypły śmiech Liny. 

Wystraszona, cofnęła się nieco. Czyżby rozmawiali o Mikkelu? 
 

-  Nie  stawiaj  się!  –  rzuciła  hardo  Lavina.  –  Strasznie  się  boisz,  żebym  czegoś  nie 

wypaplała.  Ale  chociaż  ja  nic  nie  wygadam,  prawda  i  tak  kiedyś  wyjdzie  na  jaw.  A  wtedy 
siedzisz w tym po uszy, mój drogi Kristianie Dalsrud! 
 

- Idź do diabła! Niech cię już więcej nie oglądam! 

 

- Dobra, dobra – zaśmiała się Lavina. Niech ci się tak Ne spieszy… 

 

Elizabeth  wycofała  się  szybko  i  pobiegła  do  wychodka.  Przez  szparę  w  drzwiach 

dostrzegła  Lavinę  wychodzącą  zza  stodoły.  Z  szerokim  uśmiechem  na  twarzy  szła  przez 
podwórze.  Nagle  zatrzymała  się,  obejrzała  na  dom  i zaśmiała  perliście.  Po  chwili  ruszyła  w 
stronę wybrzeża. 
 

Zaraz potem wyszedł  Kristian. z rękami w kieszeniach, przez chwilę stał  i patrzył w 

ś

lad za nią, po czym odwrócił się i zabrał do przerzucania torfu. 

background image

 

84

 

Elizabeth wykorzystała okazję, by przebiec do domu. Maria wyszła jej na spotkanie do 

sieni. 
 

- Boże jedyny, co ty robiłaś? Jesteś blada jak ściana! 

 

- Naprawdę? 

 

Tysiące  myśli  przebiegło  przez  jej  głowę.  Co  tu  się  dzieje?  Kristian  coś  przed  nią 

ukrywał.  Coś  o  czym  wiedziała  Lavina.  Musiało  to  być  coś  poważnego,  skoro  płacił  jej  za 
milczenie.  Kogo  to  widział  Kristian  i  co  takiego  zrobił?  Myśli  krążyły  jej  po  głowie  jak 
rozzłoszczone pszczoły. 
 

- Nie słyszysz, o co się pytam? – dotarł do niej zaniepokojony głos Marii. 

 

-  Oczywiście,  że  słyszę.  Nagle  trochę  źle  się  poczułam  –  skłamała  gładko  i  zaraz 

dodała: - Musiałam pójść do wychodka i zwymiotować, ale już jest lepiej. 
 

Maria przyłożyła dłoń do jej czoła. 

 

- Jesteś spocona i zimna. Połóż się na chwilę w salonie, właśnie tam napaliłam. 

 

Elizabeth pokiwała głową i zdjęła chustkę. 

 

- Widziałaś Linę? – spytała Maria, gdy siostra położyła dłoń na klamce. 

 

- Nie, już dawno nie. 

 

- Dziwne. Jakby zapadła się pod ziemię… 

 

Elizabeth chwiejnym krokiem weszła do salonu i opadła na sofę. Pod głowę podłożyła 

haftowaną  poduszkę,  a  kolana  podciągnęła  pod  brodę.  Już  nie  musiałaby  kłamać:  naprawdę 
ź

le  się  czuła.  Myśli  i  głosy  walczyły  o  miejsce  w  jej  głowie.  O  kim  to  mówiła  Lavina? 

Elizabeth  starała  się  otworzyć  rozmowę:  -  Widziałeś  go  –  powiedziała  Lavina.  Prawda 
wyjdzie kiedyś na jaw, a wtedy siedzisz w tym po uszy. 
 

- Jaka prawda? – spytała sobie na  głos, splatając  dłonie. Drżały. Co takiego ukrywał 

Kristian? może go o to spytać? A jeśli spyta, czy on jej odpowie? A przede wszystkim: czy 
powie jej prawdę? Powoli usiadła. Musiała się tego dowiedzieć. Musiała skonfrontować jego 
wyjaśnienia  z  tym,  co  słyszała.  Niezależnie  od  tego,  jaką  otrzyma  odpowiedź,  musi  ją 
uzyskać. Nie może już dłużej czekać. W tym momencie w sienie rozległ się krzyk przerażenia 
i  drzwi  uderzyły  o  ścianę.  Elizabeth  zerwała  się  z  sofy,  wybiegła  i  wpadła  prosto  na  Linę. 
Służąca była czerwona na twarzy, warkocz miała rozluźniony, a jej oczy patrzyły dziko. 
 

- Co się dzieje? – Elizabeth złapała ją za ramiona i potrząsnęła lekko. – Przestań tak 

krzyczeć, Lino, i odpowiedz mi! 
 

Łzy spływały po twarzy dziewczyny. Z trudem łapała powietrze. Helene, Maria i Ane 

wyszły do sieni i patrzyły na obie wielkimi oczami. 
 

- Ona… - zaczęła Lina, łapiąc powietrze. – Ona tylko… 

 

- Uspokój się, Lino – nakazała stanowczo Elizabeth. 

- Oddychaj! Powiedz, co się stało. kim jest ta ona? 
 

- Lavina! 

 

Elizabeth poczuła zimny dreszcz. Teraz to ona musiała się uspokoić. 

 

- Co z Laviną? 

 

 

Lina płakała histerycznie i pocierała policzek. 

 

Elizabeth  przyjrzała  się  jej  twarzy  i  nagle  poczuła,  że  podłoga  się  pod  nią  kołysze. 

Maria poszła za jej spojrzeniem, wydała okrzyk przerażenia i przyciągnęła do siebie Ane, by 
osłonić ją przed tym widokiem. 
 

Policzek Liny pokryła krew. Jej dłoń była cała czerwona!