background image

Autor: GreyVixen 
Tytuł: Indefinite Destines — Mgliste przeznaczenie
Tłumacz: chupa-Chak (sandwich)
Zgoda na tłumaczenie: jest!
Link do oryginału: http://www.fanfiction.net/s/6474568/1/Indefinite_Destinies
Rating: +16
Pairing: Merthur
Beta: ?
Opis: Merlin chciał tylko przez godzinkę poczytać swoją księgę zaklęć. Kompletnie się nie 
spodziewał, że to wszystko zmieni, w tym także przyszłość. Co się wydarzy, gdy przeszłość i 
przyszłość się połączą? Czy on i Arthur zdołają to zmienić, uratować Camelot i siebie? 

Rozdział 1
Ten dzień zaczął się jak każdy inny. Zaspał, dwa razy został zbesztany — przez Gajusza i Artura, 
trzy razy upadł i dostał listę obowiązków długości swojego ramienia. Do tego przez cały czas 
usiłował nie szpiegować Morgany, która coś knuła — jak zwykle ostatnimi dniami. Wzdychając 
ciężko, Merlin rozejrzał się; Artur poszedł na spotkanie w wielkiej sali ze swoim ojcem, a Gajusz 
leczył rycerza ze złamaną ręką i oparzeniami odniesionymi podczas ostatniej próby zamachu na 
życie księcia przez jakiegoś czarnoksiężnika. 
Obwiniał się ogromnie za śmierć innego rycerza. Jego czary zawiodły go w ostatniej sekundzie. 
Gajusz powiedział, że potrzebuje więcej treningu — jego magia jakkolwiek instynktowna powinna 
być ujarzmiana i udoskonalana. To były takie czasy, jakich życzył czarnoksiężnikom. Bardzo chciał 
się uczyć, ale mimo to przez minione dwa tygodnie nawet nie dotknął swojej magicznej księgi. 
Nie mając świadków, szepnął: 
— So mortri fe lagrith. — Ubranie zaczęło się prać, wykręcać i same składać; mikstury się warzyły, 
mieszały i same układały na półkach; zbiornik na pijawki w końcu był dobrze szorowany; a zbroja 
Artura, którą czyścił mozolnie do połysku przez minioną godzinę, nareszcie zaczynała błyszczeć. 
Merlin znów westchnął, tym razem radośnie, przechodząc do swojej niechlujnej sypialni. Z 
błyskiem w jego oczach pokój poszedł w ślady poprzedników. Uśmiechnął się lekko i zadowolony 
z godziny wolnego czasu, zaczął czytać księgę zaklęć. 
Przerzucał strony wreszcie zrelaksowany. Minął miesiąc, odkąd robił więcej niż tylko ją przeglądał. 
Za każdym razem, kiedy próbował się uczyć, Artur wyskakiwał z listą czegoś do zrobienia albo, co 

background image

gorsza, z wyjazdem do lasu. Po tych wszystkich razach, kiedy mógł umrzeć, powinien mieć na tyle 
zdrowego rozsądku, by zostawać w zamku. — Palant — szepnął, ale było to raczej pieszczotliwe 
niż obraźliwe. 
W końcu dotarłszy na interesującą go stronę, zaczął doświadczenia. Najpierw stworzył ogień w 
jednej dłoni i wodę w drugiej. Potem, uśmiechając się, zacisnął palce i kuliste ciała zanikły, 
pozostawiając po sobie tylko uczucie chłodu i gorąca. Używanie magii zawsze dodawało mu 
pewności siebie, a to z kolei podsycało pragnienie bycia jej posłusznym. Za każdym razem, kiedy z 
niej korzystał, czuł się wspaniale, nawet jeśli tylko dla zabawy. 

Krukowi zajęło trochę czasu zbliżenie się wystarczająco blisko okna Merlina, ale potem, po jeszcze 
kilku zaklęciach oraz uprzejmym proszeniu i dziękowaniu, wzleciał ponad Camelot. Młody 
czarodziej nigdy wcześniej nie dzielił umysłu ze zwierzęciem, jednak czuł swój uśmiech, gdy 
zobaczył w dole ludzi zabierających się do swoich zajęć. Czuł, jak jego ciało ustępowało miejsca 
pazurom i skrzydłom. To było takie naturalne i wspaniałe. Wiatr był rześki i znajomy, jego serce 
było lekkie, a ciało ciepłe. 
Merlin szybował z krukiem, obaj zachwyceni, pragnący dzielić się wszystkim. 
Wszystko wyglądało inaczej z perspektywy ptaka — inteligentnej, a zarazem tak niewinnej istoty. 
Nie mogli rozmawiać w swoich umysłach, ale Merlin odbierał uczucia kruka, kiedy pokazywał mu 
cudowne kolory, jakich nawet druidzi nie mogli zobaczyć. Kruk nie spędził zbyt wiele czasu na 
obserwowaniu arsenału broni czy strażników, za to stwierdził, że barwy tkanin, które kobieta 
wieszała na zewnątrz do wyschnięcia, były równie interesujące co odrobina cukierka 
truskawkowego, jaki udało mu się zabrać z wnętrza domu. 

Merlin powoli wrócił do siebie z głupim uśmiechem na twarzy, ale i uczuciem zawodu, zanim 
uświadomił sobie, że boli go policzek. Potem usłyszał znajome: 
— Jesteś idiotą, Merlinie. Gdy przyszedłem, mop sam wykręcał się w powietrzu! Co, gdyby ktoś to 
zobaczył i ciebie śpiącego nad otwartą księgą zaklęć. Co, gdyby ze mną był jakiś szlachcic, hmm? 
Co, gdybym był z Arturem? Czy ty kiedykolwiek myślisz? Masz dwadzieścia trzy lata i nawet 
odrobiny przemyślności, by być ostrożnym. — Otrzymał kolejny cios grubą i ciężką książką, tym 
razem w głowę. 
— Przepraszam, Gajuszu. Chciałem tylko chwilę poczytać. — Merlin spuścił załzawione oczy, 
pocierając głowę trochę oszołomiony. 
Mężczyzna spojrzał na niego srogo, ale potem wydawał się przyznać do porażki. Znał Merlina na 
tyle długo, że wiedział, iż jego perswazje nie miały żadnego sens. Chłopak jednym uchem 
wpuszczał a drugim wypuszczał, jak to się mówi. 
— Masz jeszcze dziesięć minut, potem wracaj do Artura, będzie cię potrzebował dziś po południu. 
Czarodziej kiwnął głową i przewrócił następną stronę, by sprawdzić jeszcze jedno małe i mniej 
czasochłonne zaklęcie. 
_______________________________________________________________________________

Król Artur siedział na nieszczególnie wygodnym krześle przy kominku. Przed nim siedziało kilku 
najbardziej zaufanych rycerzy. Lancelot, Gawain, Galahad, Tristan i Kay patrzyli na władcę z 
wyrazem przerażenia na twarzach, wstrząśnięci widokiem Artura — wyglądał na chorego. Ale 
nawet w depresji i wiedząc, że to wkrótce się skończy, trzymał twarz neutralną i plecy proste. 
Najdzielniejszy król, jakiego kiedykolwiek znano. 
Lancelot przemówił pierwszy, zbyt rozsądny i lojalny, by zwlekać: 
— Arturze… proszę, potrzebujemy go. Cokolwiek się zdarzyło… nie powinieneś spojrzeć ponad to 
w obliczu tak tragicznej sytuacji? 
Gawain parsknął i skrzyżował ramiona, opierając się o ścianę w pozie typowego wojownika. Nawet 
żonaty, mając trzech rozbrykanych synów, wciąż nie stracił swojego ognia. 
— Nie byłeś z nim w tym samym pokoju sześć miesięcy temu. Jest całkiem innym człowiekiem. 
Cokolwiek się zdarzyło, wątpię, żebyśmy się kiedykolwiek o tym dowiedzieli. 

background image

Galahad zawsze ufny powiedział miękko: 
— Merlin jest lojalny wobec Camelotu i również wobec ciebie, Arturze. Gdy będziemy go 
potrzebować, on przyjdzie. 

Gdy rycerze wyszli z komnaty, Artur pozwolił sobie na opuszczenie ramion. Wszyscy przybyli z tak 
daleka, tylko po to, aby nie posunąć się ani o jotę do przodu. Artur podszedł do okna, za którym 
przez ciemność nocy przebijał się księżyc w pełni. W dole spało miasto, ciche i spokojne. Zaś na 
wzgórzach, widział druidów odprawiających rytuał, prawdopodobnie w intencji obfitych plonów. 
— Merlinie — szepnął. W przeciwieństwie do Galahada nie był tak optymistyczny. Czarodziej już 
dawno temu zrezygnował ze swojej lojalności względem niego. Szybko otarł łzy, zanim mogły 
spłynąć. — Och, Merlinie — szepnął ponownie, odwracając się od okna. W jego klatce piersiowej 
panował stały ból, jakby jego serce było gdzieś indziej, oddzielone od ciała. Artur, król Albionu, 
został przeznaczony, aby być wielkim i przez wiele lat był. 
Wielu powiedziałoby, że wciąż jest, ponieważ Camelot promieniał światłem tak ogromnym, że 
oślepiał lojalnością, zaufaniem i honorem. Wszystko, co posiadał król, ginęło w cieniu jego 
własnego zamku. Westchnął, pocierając ramię i ruszył do komnat swojej królowej. Jednak kiedy 
zrobił pierwszy krok, w jego głowie rozbłysło światło, a wzrok się rozmazał. W pierwszej chwili 
pomyślał, że zbyt wiele wypił, a potem zastanawiał się czy został otruty. Ale zanim zdążył zawołać 
swoich strażników, sięgnął do stołu, chybił i upadł na ziemię. 
_______________________________________________________________________________

W tym samym czasie, książę Artur starał się jak mógł najlepiej nie przewracać oczami. Jeśli będzie 
musiał dłużej słuchać takich błahych sporów, to kogoś uderzy. Jasna cholera, pomyślał, gdy 
zobaczył Lorda Richarda, który bez wątpienia znów złoży skargę na owce. Rzuciwszy okiem na 
ojca, zauważył lekki grymas na jego twarzy i ledwo zdławił chichot, kiedy król wstał i ogłosił 
koniec spotkania. 
Młody Pendragon z ulgą wstał i podziękował wszystkim za przybycie. Ludzie rozluźnili się i 
zaczęli między sobą plotkować. Artur napluł sobie mentalnie w brodę, że nie kazał Merlinowi 
przyjść na spotkanie. W końcu jeśli on, książę Camelotu musiał być obecnym na nudnych obradach, 
to Merlin też powinien — mimo wszystko był absolutnie najgorszym służącym w historii. Artur 
przyznał cicho, że byłoby zabawne zobaczyć go tak desperacko szukającego ucieczki. Uśmiechnął 
się z wyższością, zamierzając dać Merlinowi listę dodatkowych obowiązków — na pewno jeszcze 
się nie uporał z tą z dzisiejszego poranka — i zaplanował polowanie na jutro, bo tylko tak mógł 
zobaczyć przerażenie na twarzy Merlina. 
Uśmiechnięty książę odwrócił się do króla Uthera i gdy właśnie miał go przeprosić, poczuł w 
głowie rozdzierający ból. Miał już krzyknąć na kogoś za uderzanie go, ale dostał zawrotów głowy. 
Czując, że grunt usuwa mu się spod nóg, spróbował przytrzymać się kurczowo zmartwionego teraz 
ojca, jednak nie zdołał i upadł na ziemię. 

W tym samym czasie Merlin siedział po turecku, usiłując po raz piąty powiedzieć zaklęcie, które 
niestety było albo zbyt potężne albo po prostu nie działało. Jednak po chwili przyszedł Gajusz i 
ogłosił, że koniec nauki. Szybko włożył księgę pod łóżko i wzruszając ramionami, w końcu się 
poddał. 

background image

Rozdział 2
Artur powoli pokręcił głową, leżąc na plecach na kamiennej podłodze. Jęcząc, pomyślał, że to był 
ostatni raz, kiedy pił z Gawainem. Ten człowiek mógł upić Króla Cedrica w trupa. Powoli otworzył 
oczy. Nagle stał się świadom otaczających go ludzi. O Bogowie, bardzo proszę, nie pozwólcie mi 
zemdleć na bankiecie. Gwen zatrułaby mu głowę, a Gawain nie przestałby się śmiać do czasu, aż 
znów by go pokonał na placu treningowym.
Potarł dłonią twarz i powoli usiadł, by w następnej chwili podskoczyć na dźwięk głosu z 
przeszłości.
— Arturze, wszystko w porządku? — To był sen. Artur śnił. Albo, co bardziej prawdopodobne, 
Merlin znów go torturował. Wolno podniósł twarz, by spotkać się oko w oko ze swoim ojcem. Artur 
był gotowy położyć się z powrotem, gdy Uther go podniósł. Zakręciło mu się w głowie i poczuł 
ucisk z tyłu głowy. — Arturze, jesteś blady. Powinienem wezwać Gajusza?
— Gajusza? 
Uther zmarszczył brwi 
— Lepiej usiądź, synu?
Artur potrząsnął głową, rozglądając się po pomieszczeniu. Wielka Sala — przynajmniej był w 
znanym miejscu. Okrążyło go kilku rycerzy i lordów, ale gdzie byli jego rycerze? Potem powrócił 
spojrzeniem do Uthera, jego wzrok stwardniał i spokojnie — chociaż cały się trząsł w środku — 
powiedział: 
— Czuję się dobrze. Sam po niego pójdę. — I wyszedł z sali. Jak tylko uciekł spod ostrzału 
spojrzeń, pobiegł do komnat starego medyka. Uther żyje, jego rycerzy nie ma w Camelocie — nie 
musiał być wyrocznią, by móc powiedzieć, iż magia była dopiero w planach i że to było sprawką 
Merlina. Będąc blisko komnat czarodzieja, zaczął wołać jego imię. — Merlinie! — krzyknął w 
końcu, ignorując zaskoczonych służących i otworzył szeroko drzwi. To co zobaczył, sprawiło że 
oniemiał.
— Panie! Co się dzieje? 
Merlin — młody, z szeroko otwartymi oczami, z krótką czupryną włosów i w ubraniu służącego — 
podbiegł do niego zaskoczony, ale już mając się na baczności. Minął Artura, spojrzał w obie strony 
korytarza, a następnie obejrzał się na niego zdezorientowany. 
— Arturze, co się stało? — Książę nie mógł nic powiedzieć, ponieważ serce stanęło mu w gardle. 
To było złudzenie, to nie był alternatywny świat. Merlin nie zrobiłby tego, prawda? Powoli, 
oszołomiony podszedł do stołu i usiadł w krześle maga. Merlin zamknął drzwi i rzucił Gajuszowi 
zadziwione spojrzenie, wracając do księcia. — Arturze, powiesz mi, co się stało? Czyżby Morgana 
znów pobiła cię w szachach? — Próbował zażartować i przywdział swój sławny uśmiech, 
szturchając przyjaciela. 
Arthur wstał, przyglądając się mu surowo — chociaż nie aż tak surowo jakby chciał. Minęło kawał 
czasu, odkąd widział czarodzieja wyglądającego tak młodo.
— Z jakiego zaklęcia skorzystałeś?
Merlin zbladł, a Gajusz upuścił fiolkę czegoś, co po zetknięciu z podłogą wybuchło z małym"pop".
— Um… Nie wiem, o co ci cho... — Artur chwycił Merlina za jego chustkę, potem nagle puścił, 
zerkając na swój bark. Odsunął się od chłopaka i zatoczył ramieniem koło. Merlin zmarszczył brwi. 
— Arturze? — wyglądał jak przestraszona łania. 
Książę westchnął.
— Uspokój się, Merlinie. Wiem wszystko o twojej magii, nawet więcej niż ty teraz. — Odwrócił się 
do medyka, który wyglądał na równie wstrząśniętego co Merlin. — Przynieś, Gajuszu, księgę 

background image

zaklęć. Chcę to odwrócić jak najszybciej.
— Arturze, o czym ty mówisz? Skąd wiesz o mojej magii? 
Książę westchnął, tłumiąc gniew — ten zdezorientowany chłopak był tak różny od jego Merlina.
— Merlinie,  nie jestem Księciem Arturem z Camelotu. — Gajusz, który właśnie wrócił do 
komnaty, zatrzymał się nagle. Artur przesunął wzrokiem po obu i dokończył: — Jestem Królem 
Arturem z Albionu. 
Gajusz upuścił księgę. 

____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

Arthur jęknął. Po raz pierwszy leżał twarzą na kamiennej podłodze. Spodziewał się, że zaraz może 
nadejść ból głowy. To takie zawstydzające upaść przed tymi wszystkimi ludźmi. Jednak — 
zmarszczył brwi — w komnacie panowała cisza. Gdy podniósł głowę znalazł się nie w Wielkiej 
Sali, ale przybocznej komnacie. Przypomniał sobie, że był w niej zaledwie dwa tygodnie temu, 
kiedy kazał Merlinowi szukać zabytkowej bransoletki dla Morgany, tylko po to, by móc przyglądać 
się chłopakowi, jak się irytuje, nie mogąc jej znaleźć. Artur zmarszczył brwi, dostrzegając nowo 
utkane gobeliny z herbem Camelotu i innymi godłami, których nie znał. W komnacie dominował 
kamienny kominek i okrągły stół z wyrytymi symbolami, jakich nigdy nie widział. 
— Jakie to dziwne. — Bezwiednie przesunął dłonią wzdłuż blatu. Był bardzo piękny — nigdy 
wcześniej nie widział okrągłego stołu. 
Za oknem właśnie świtało. Zmarszczył brwi, gdy upadł było prawie południe. Rzucając się do 
drzwi, Artur wiedział, że musi znaleźć swojego ojca, albo przynajmniej Merlina, by móc na niego 
nakrzyczeć, bo jeśli był w tej sytuacji, to była to z pewnością wina Merlina. 
Zatrzymał się nagle przy schodach, z powodu ucisku w klatce piersiowej. Uczucie, którego nie 
mógł zrozumieć. Tak, to był ból — przyszedł natychmiast, ale rozszedł się po całym ciele. 
Zmartwiony tym zaczął brać głębokie wdechy. Czy to magia go wywołała?
Potem zatrząsł się. Poczuł coś osobliwego, jakby coś go poszukiwało. Tak, czuł emocje, ale to nie 
były jego emocje. Były jednak znajome, ciepłe i instynktownie sięgnął po nie. Zszokowany 
napotkał ścianę gniewu, głęboki smutek, tęsknotę i uraz.
W następnej chwili pojawiła się przed nim Gwen, ubrana w jedwabie. 
— Arturze,  wszystko w porządku?
Książę nie był w stanie nic odpowiedzieć — Ginewra była starsza od tej, która dzisiejszego ranka z 
niepokojem próbował go zapytać, czemu jest taki blady.
Nagle emocje i ciepłe uczucia odeszły i w Artura uderzyły jego własne odczucia — trwał w smutku, 
bólu i poczuciu winy, choć dlaczego to czuł, nie wiedział. Wiedział natomiast, że nie może zapytać 
o ojca. Jeśli była użyta magia, sam to rozwiąże.
— Gwen, gdzie jest Merlin? I co ty masz na sobie? 
Gwen zmarszczyła brwi równie zdezorientowana.
— Panie, Merlin opuścił Camelot lata temu. 
— Nie! — krzyknął bez namysłu — Merlin! — I zaczął biec.