background image

Darcy Maguire 

Nie taki diabeł straszny... 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Dla takiej kobiety większość mężczyzn poświęciłaby ży­

cie, a przynajmniej fortunę. 

Mark King rzucał na nią ukradkowe spojrzenia, zauwa­

żając, że wszyscy obecni na sali mężczyźni, młodzi i starzy, 
ciągną do niej jak yuppies na Wall Street. Pojęcia nie mieli, 

w co się pakują. 

Jednak Mark zdawał sobie sprawę, że ta kobieta jest nie­

bezpieczna. Na sam jej widok serce załomotało mu w piersi, 
a krew zaczęła krążyć szybciej. 

Stała wśród oblegających ją mężczyzn, równie wysoka 

jak oni, lecz górująca nad nimi urodą. Miękkie, jasne światło 

wydobywało burgundowe refleksy z jej ciemnych włosów 
sięgających karku i wąskimi kosmykami otaczających twarz 
o idealnym owalu. 

Mark zamknął oczy, wyobrażając sobie, jak błądzi ustami 

po jej skórze. 

Wolno sunąc w takt muzyki, prowadził swoją towarzysz­

kę coraz bliżej w stronę nieznajomej. Przez cały ten czas 
nie spuszczał wzroku z długiej, czarnej sukni, opinającej 
kuszące kształty. Na ten widok aż zaświerzbiały go ręce. 

background image

162 

DARCY MAGUIRE 

Rozcięcie spódnicy biegło wzdłuż niemal całej długości nóg. 
Mark w wyobraźni już czuł te nogi owinięte wokół swoich 
bioder. 

Spostrzegł, że jakiś brodaty mężczyzna stoi blisko niej, 

tak blisko, że materiałem garnituru prawie dotyka jej nagich 
ramion. Ścisnęło go w dołku. Przeniósł spojrzenie na jej 
dłonie. Na żadnym z palców nie dostrzegł pierścionka ani 
obrączki. Podświadomie odetchnął z ulgą. Kim też mogła 
być ta kobieta? 

- Mark! - W jego rozmyślania wdarł się głos Sashy. 

- Jeśli nie masz ochoty tańczyć, to mi powiedz. Założyłam 
nowe buty. 

Mark spuścił wzrok i ujrzał ślady, jakie jego buty po­

zostawiły na lśniących, czerwonych szpilkach Sashy. 

Powrócił myślami na parkiet. Bardzo pragnął skupić się 

na czymś innym niż uroda seksownej nieznajomej. 

Jego umysł najczęściej zaprzątała praca. Poszukiwanie 

kolejnych wyzwań, wynajdywanie słabych punktów konku­
rencyjnych firm, likwidacja przedsiębiorstw w taki sposób, 
by każdy wydany dolar przynosił zysk. 

Czym zajmowała się nieznajoma? Czy była modelką? 

Projektantką? Wezbrała w nim nagła chęć, by zatrudnić ją 
w swojej firmie. Mógłby ją wtedy widywać od czasu do 
czasu, może nawet bardzo często... 

- Przepraszam - dał się słyszeć aksamitny głos. 
Dłoń o wypielęgnowanych, nie polakierowanych paz­

nokciach dotknęła ramienia Sashy. 

Spojrzał prosto w ciemnoniebieskie oczy.. Wstrzymał od-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 163 

dech. Erotyczny magnetyzm promieniujący od nieznajomej 
przydawał jej niezwykłej pewności siebie. 

Mark nie mógł oderwać od niej wzroku. Jej twarz za­

kwitła delikatnym rumieńcem. Różane usta były pełne i ku-
szące, a ciemnobłękitne oczy błyszczały jak gwiazdy. Mała 
blizna na łuku brwiowym świadczyła, że nieznajoma jest 
w istocie istotą z krwi i kości, nie zaś doskonałym dziełem 
sztuki. 

Sasha puściła dłoń Marka i obróciła się ku kobiecie. 
- Słucham - powiedziała oschle. 

- Odbijany. Nie ma pan nic przeciwko temu, prawda? 

Mark nie wahał się ani chwili. Otoczył ramieniem jej 

talię. Ujął smukłe palce i poprowadził ją na parkiet. 

Drżał z podniecenia, czując lekki dotyk na swoim ra­

mieniu. Nie rozumiał, co takiego w sobie miała ta kobieta, 
że jego ciało tak mocno reagowało na jej bliskość. Spotkał 
wiele pięknych kobiet; niektóre z nich wręcz padały mu do 
stóp. Jednak ta była inna. Nagle zapragnął dowiedzieć się, 
na czym właściwie polega różnica. 

- Czemu zawdzięczam tę przyjemność? - spytał. 
Clare żałowała, że Mark King nie zauważył jej wielkiego 

wejścia, lecz jego zachowanie dodawało jej odwagi. Złapał 
się na haczyk! 

- Nudziło mi się. - Uniosła jedno ramię, jakby leciutko 

nim wzruszając. Satysfakcja dodawała jej pewności siebie. 
Tak łatwo wzbudzić zainteresowanie mężczyzn! 

- Nudziło? 
- O tak - szepnęła cicho, rozglądając się wokół. 

background image

164 

DARCY MAGUIRE 

Clare nie spodziewała się, że jej strój wzbudzi powszech­

ne zainteresowanie. Tym lepiej, przynajmniej bez trudu za­
pędzi Kinga wprost do pułapki. 

Po tym, co zrobił, miała ochotę obedrzeć go żywcem 

ze skóry, wypchać i powiesić na ścianie, najlepiej przybi­

jając gwoździami. 

Przez głowę Clare przemknęła zwariowana myśl, że wi­

szący na ścianie jej mieszkania King wyglądałby rewela­

cyjnie. 

- Jak to możliwe, by taka piękna kobieta się nudziła? 

Dziwne... 

- A czy miałeś kiedyś wrażenie, że życie nie postawi 

już przed tobą żadnych nowych wyzwań? 

- Dobrze wiem, co chcesz powiedzieć. 
Przelotnie pomyślała, że tworzą dobraną parę, lecz na­

tychmiast skarciła się w duchu. Przecież King był jej wro­
giem. Clare dobrze znała mężczyzn i ich podłe gierki. Już 
dawno należało wyrównać rachunki. 

Odniosła wrażenie, że King uważa się za pana i władcę, 

któremu kobiety powinny dostarczać przyjemności. Trzymał 

ją mocno, a ciepło jego uścisku dodawało jej otuchy i za­

razem piekielnie irytowało. 

Clare nie zamierzała jednak tracić głowy. Choćby pró­

bował usidlić ją nie wiadomo jakimi sztuczkami, pozostanie 
nieczuła. 

Cierpienia, jakich doświadczyła po rozstaniu ze swoim 

ostatnim chłopakiem, Joshem, pozbawiły ją resztki roman­
tycznych złudzeń. Zacisnęła zęby, by stłumić ból towarzy-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

165 

szący wspomnieniom. To wprost nie do wiary, że wierzyła 
w potęgę miłości. 

Jak mogła być taka ślepa? Od pierwszego dnia, gdy Josh 

się do niej wprowadził, zaczął się wymykać prosto w ko­

chające ramiona innej kobiety. 

Gdyby w porę przejrzała na oczy, mogłaby jeszcze coś 

zrobić, zmienić bieg wydarzeń. Teraz Josh był już mężem 
tamtej. 

Zachowała się jak naiwna gąska! Tym razem jednak mia­

ło być inaczej. 

Muzyka przestała grać. Clare musiała przyznać, że wiel­

ka sala balowa hotelu „Excelsior" świetnie nadawała się na 
bal dobroczynny zorganizowany przez Kinga. Wypolerowa­
ne na wysoki połysk parkiety, oryginalne kryształowe ży­
randole i dwudziestoosobowa orkiestra sprzyjały wyłuska­
niu z kieszeni gości jak najwyższych kwot. 

Odwróciła się na pięcie i odeszła, w pełni świadoma, że 

King śledzi ją wzrokiem. Starała się spokojnie i równomier­

nie oddychać. Punkt pierwszy planu miała już za sobą: King 
połknął haczyk. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Mark przeczesywał wzrokiem tłum w poszukiwaniu nie­

dawno poznanej piękności. Ledwo odwrócił się, by odnaleźć 
Sashę w kłębiącym się przy parkiecie tłumie, a nieznajoma 
znikła. Wszędzie pełno było brunetek, lecz żadna nie była 
tak wysoka, nie miała tak śmiało rozciętej sukni ani wyra­
zistych, ciemnoniebieskich oczu. 

- Kim była ta kobieta, do licha? - spytała gniewnie Sa­

sha, zaborczym gestem ujmując go pod ramię. 

- Nie mam pojęcia. 

Oczywiście zamierzał się tego dowiedzieć. Jeśli napra­

wdę była tak fascynującą i tajemniczą osobą, jak mu się 
wydawało, chciał wiedzieć o niej dosłownie wszystko. 

- I ty pozwoliłeś, by mnie skompromitowała na oczach 

tych wszystkich ludzi? - Sasha szeroko rozłożyła ramiona, 

jej policzki płonęły rumieńcem. 

Wyraz bólu w jej oczach ostudził zapał Marka. Miał 

przecież przedstawić Sashę wpływowym ludziom z towa­
rzystwa, a tymczasem wciąż ją ignorował. 

- Przepraszam. Nie pomyślałem. 
- Byłoby miło, gdybyś od czasu do czasu myślał. 

Umawiając się z najlepszą przyjaciółką siostry, uwikłał 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

167 

się w dość niezręczną sytuację, ale tego wieczoru potrze­

bował osoby towarzyszącej. Sasha była idealną kandydatką. 
Wiedział, że spędzony z nią wieczór nie pociągnie za sobą 
żadnych dalszych zobowiązań. Inne układy zupełnie go nie 
interesowały. 

Mignęła mu przed oczami postać nieznajomej. Swoją 

drogą ciekawe, o co jej chodziło. Czy chciała go sprowo­
kować? A jeśli tak, to do czego i w jakim celu? W głowie 
zaroiło mu się od natrętnych myśli - a wszystkie kończyły 
się obrazem nieznajomej leżącej nago w jego łóżku. 

Otrząsnął się. To przecież szaleństwo! Kobieta tego typu 

była ostatnią osobą, jaką zaprosiłby na bal dobroczynny. 

Udał się w pobliże wejścia do sali balowej i gestem 

przywołał do siebie kierownika sali. 

- Trzeba inaczej usadzić gości. Widzisz tę kobietę? -

Posłał spojrzenie ku nieznajomej, zajętej rozmową z jakimś 
dryblasem. - Chcę, żeby siedziała przy moim stoliku. 

Uśmiechnął się i wyprostował. Wszedł do jadalni, roz­

syłając uśmiechy wszystkim gościom. Jeśli ta kobieta myśli, 
że będzie grał według jej zasad, to czeka ją przykra nie­
spodzianka. 

Clare nie okazała zaskoczenia, gdy kelner przeprosił roz­

mawiającego z nią mężczyznę i poprowadził ją ku stolikowi 
Marka Kinga. Byłaby rozczarowana, gdyby stało się inaczej. 
Z posiadanych przez nią informacji wynikało, że King uwa­
żał swoje życie za śmiertelnie nudne i podejmował wszelkie 

wyzwania dla samego dreszczyku towarzyszących im emo­

cji, czyli z nudów. 

background image

168 

DARCY MAGUIRE 

W dokumentach nie było ani słowa o jego dotychcza­

sowych wyczynach, nie było nawet fotografii. Pewnie dla­
tego wygląd Kinga nieco zaskoczył Clare. 

W jadalni rozstawiono ponad pięćdziesiąt okrągłych sto­

łów, wszystkie nakryte białymi obrusami i ozdobione bu­
kietami róż. 

Cóż za doskonałe miejsce do zastawienia pułapki! Na 

tyle publiczne, by czuć się bezpiecznie, a jednocześnie na 
tyle zaciszne, by bez problemów wprowadzić w życie per­
fidny plan. 

Jakby od niechcenia omiotła spojrzeniem gości, przy­

glądając się postawnym panom i ich żonom obwieszonym 
bezcenną biżuterią. I Markowi Kingowi. 

- Serdecznie witam, pani...? - King wstał od stołu i ge­

stem wskazał krzesło po jego lewej stronie. - Jak pani na 
imię? 

Po drugiej stronie siedziała kobieta w czerwieni, którą 

wcześniej porzucił na parkiecie. 

- Dziękuję - rzekła Clare, ignorując jego pytanie. 
Łaskawie pozwoliła mu poprowadzić się na miejsce, 

świadoma, że wszystkie spojrzenia skierowane są w jej stro­
nę. Gdy podsunął jej krzesło, poczuła, jak końcami palców 
muska jej skórę. Dreszcz przeszedł jej po plecach. 

Upiła łyk szampana, rzucając Kingowi wyzywające spoj­

rzenie spod opuszczonych rzęs. 

- Czy nie chcesz podać mi swojego imienia, czy tylko 

udajesz nieśmiałą? - szepnął z lekką irytacją. 

- Zapewniam cię, że nikogo nie udaję. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

169 

- A czym się zajmujesz? 
- Można powiedzieć, że tym samym co i ty. 
- Dlaczego porzuciłaś mnie na parkiecie w taki sposób? 
- W jaki sposób? - spytała niewinnie, dobrze wiedząc, 

że większość siedzących przy stole gości łowi każde wy­
powiedziane przez nich słowo. 

Dziwiła się, że King postanowił stawić jej czoło tak 

otwarcie, na oczach gości, lecz w końcu był najbardziej aro­
ganckim, bezczelnym łotrem, jakiego w życiu spotkała. 

- Na ten wieczór zapraszałem wszystkich osobiście. 

Mogę cię zapewnić, że ciebie wśród zaproszonych nie było. 
Co ty na to? 

- Doprawdy? Jesteś tego pewien? 
Cios był celny. Clare wiedziała, że aby uporać się z na­

wałem roboty, King musiał zatrudnić trzy sekretarki i dwóch 
osobistych asystentów. To potwierdzało fakt, że swoją pracę 
traktował bardzo poważnie. Jego sekretarki były mężatkami 
po czterdziestce. King miał więc gwarancję, że zajmują się 
pracą, a nie biurowymi flirtami. 

- Zaraz się przekonamy! - Odwrócił się i uniósł rękę. 

- John? 

Od sąsiedniego stolika podniósł się mężczyzna. Wy­

soki i szczupły, w smokingu prezentował się wprost 

wspaniale. 

- Słucham? 
- John to mój osobisty asystent. Zajmował się rozsyła­

niem zaproszeń - rzekł King z uśmiechem. - John, czy za­
prosiłeś tę młodą damę? 

background image

170 

DARCY MAGUIRE 

- Postaram się sobie przypomnieć. Jak się pani nazywa? 
- Ona nie poda ci swego imienia, John. Wytęż swoją 

pamięć. 

John spojrzał na Clare dziwnie zmieszanym wzrokiem. 
- Jeśli pan sobie życzy, możemy ją wyprosić. 
- Tak, to by było najlepsze wyjście. Jeśli nie zdradzisz 

mi swojego imienia, zawołam ochronę. 

- Skoro wolisz mnie wyrzucić niż... 
- Niż co? - Jego zniecierpliwienie szybko zamieniło się 

w gniew. 

- ...niż samemu rozwiązać zagadkę, to proszę bardzo. 
Nagle ucichły wszystkie rozmowy. Napięte rysy twarzy 

Kinga nieoczekiwanie złagodził uśmiech, rozjaśniając mu 
oczy i rzeźbiąc dołki w policzkach. 

Ciepło tego uśmiechu wzbudziło w Clare niepożądany 

przypływ podniecenia. Nic na to nie mogła poradzić. Znów 
powędrowała ku niemu spojrzeniem. 

King gestem dłoni odprawił Johna i przeniósł uwagę na 

Clare. 

Pomiędzy nimi przeszedł kelner, niosąc tacę z parują­

cymi talerzami. 

- Co to za zupa? - spytała Clare lekkim tonem. 
Jeśli będzie miała szczęście, może King straci wątek 

i przestanie ją wypytywać. 

Kelner uśmiechnął się i mrugnął porozumiewawczo. 
- Całkowicie wegetariańska. 
- Jesteś wegetarianką? - zaczął się gwałtownie dopyty­

wać King. - To bardzo modne. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  1 7 1 

- Nie zostałam wegetarianką po to, by dopasowywać 

się do jakichś trendów. 

Chwyciła za łyżkę i zanurzyła ją w jasnozielonej zupie 

groszkowej. Za żadne skarby nie zamierzała się tłumaczyć 
Kingowi ze swoich decyzji dotyczących wyboru stylu życia! 
Całą uwagę poświęciła jedzeniu. 

- Ze względów zdrowotnych? - zasugerowała siedząca 

obok kobieta w czerwieni. 

- Tak. 

Clare była do tej pory tak zajęta osobą Kinga, że nie po­

święciła tej ładnej, młodej blondynce nawet jednej przelotnej 
myśli. Odbić jej partnera w tańcu to jedno, lecz ignorować ją 
podczas posiłku, to zupełnie co innego. Ta dziewczyna nie 
mogła mieć więcej niż jakieś dwadzieścia lat. 

- Skąd kelner mógł wiedzieć, że tak ci zależy na we­

getariańskim daniu? - King ponownie przeszył ją wzro­
kiem. - Może kelnerzy wiedzieli, że przyjdziesz? Dzwoniłaś 
do nich, czy rozmawiałaś z nimi osobiście? 

- Tak. 
Clare rozkoszowała się kolejnym łykiem wspaniałej zu­

py, dziełem jej kuzyna Paula. Jadła ją już kilka razy, gdy 
Paul szkolił się na szefa kuchni. Paul był dla niej niczym 
rodzony brat. Clare miała obecnie dwadzieścia siedem lat, 
on był zaledwie o dwa lata starszy od niej. 

- Na które pytanie odpowiedziałaś? 
- To nie ma znaczenia. 
Paul przemycił ją tutaj, w zamian za co Clare obiecała 

towarzyszyć mu podczas kolejnego bankietu. 

background image

172 

DARCY MAGUIRE 

- Jak poznałaś Marka? - spytała dziewczynę w czerwie­

ni, chcąc zmienić temat. 

- Jestem bliską przyjaciółką rodziny - odparła dość usz­

czypliwym tonem. - Nazywam się Sasha Taylor-Jones. 

- Piękne imię. Mark pewnie czułby się niezręcznie, gdy­

by miał przybyć tutaj samotnie. 

- Szczerze mówiąc, to on wyświadcza mi przysługę... 

Czy wiesz, że został nominowany w kategorii Najlepsza 
Partia Roku? 

- Naprawdę? - Clare uśmiechnęła się z rozbawieniem. 

Gdyby organizatorzy konkursu wiedzieli, co King wy­

prawiał z biednymi, niewinnymi dziewczętami, nagrodzili­
by go tytułem Największa Kanalia Roku. Czyżby Sasha mia­
ła być jego kolejną ofiarą? 

- Czy mogłybyście, moje panie, nie rozmawiać o mnie 

tak, jakby mnie tu nie było? 

- Mark, nie gniewaj się na Sashę - upomniała go Clare. 
- I nie mów do mnie Mark. Do licha, przecież nawet 

cię nie znam. 

Wiedziała, że to mu nie daje spokoju. Gdyby poznał jej 

nazwisko, zebranie informacji na jej temat zajęłoby mu za­
ledwie kilka minut, a przecież nie o to jej chodziło. 

Zaplanowała dla niego coś, czego King nigdy nie zapo­

mni. Była tego pewna. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Clare zastanawiała się, jak doszło do tego, że jej młodsza 

siostra wylądowała w łóżku Kinga. Obracali się przecież 
w zupełnie różnych kręgach. Królestwo Kinga było światem 
samym w sobie. Choć firma transportowa Clare odnosiła 
znaczące sukcesy, nie było najmniejszych szans, by choć 
odrobinę, zbliżyć się do tego poziomu, jaki reprezentował 
King. 

Clare z lubością wodziła wzrokiem po jego ciemnych 

włosach, mocnej linii szczęki i kształtnych ustach. O dziwo, 
poza tym, że był zniewalająco przystojny, wyglądał całkiem 
normalnie. Jak na milionera, oczywiście. 

Pomysł, by zostać właścicielką całej firmy, po spotkaniu 

z Kingiem nie wydawał się już marzeniem ściętej głowy. 
Skoro Mark potrafił zajść tak wysoko, to i Clare musiało 
się udać. 

- Może mnie nie znasz, za to ja znam ciebie. - Clare 

odłożyła łyżkę do pustej kokilki i spojrzała w pochmurne 
oczy Kinga. - Wiem, że twoi rodzice rozstali się, gdy miałeś 
dziesięć lat. Przez dalsze osiem lat krążyłeś między ojcem 
a matką, która w poszukiwaniu miłości zmieniała partnerów 

jak rękawiczki. Twój ojciec bankrutował kilka razy. W roku 

background image

174 DARCY MAGUIRE 

siedemdziesiątym dziewiątym i osiemdziesiątym szóstym, 
gdy ty miałeś odpowiednio dziesięć i siedemnaście lat. Stu­
diowałeś ekonomię za granicą, potem powróciłeś, by zain­
westować spadek odziedziczony po dziadkach. Mam mówić 
dalej? 

- Widzę, że odrobiłaś pracę domową. Czy powiesz mi 

wreszcie, o co ci chodzi? 

- Nie. Powiem ci za to coś innego... Mamy wspólnych 

znajomych. 

- Ha, to na pewno jeden z chłopaków, prawda? - roze­

śmiał się, obrzucając spojrzeniem siedzących wokół stołu 
mężczyzn. - Który z was za tym stoi, dowcipnisie? 

Dwóch mężczyzn chrząknęło, trzech wzruszyło obojętnie 

ramionami, a wszyscy jak na komendę zwrócili na Kinga 

zdziwione spojrzenia. 

- Jak długo zamierzasz jeszcze ciągnąć tę grę? - spytał 

z pogróżką w głosie. 

- Co, już ci się znudziła? - Lekko pogładziła go po ręce. 

- W takim razie jest z tobą gorzej, niż myślałam. 

- Jak to? - King spojrzał na dłoń przykrywającą jego 

rękę. 

- Czy wiesz, że ludzie, którzy się nudzą, starzeją się 

przedwcześnie? - rzekła uczonym tonem. - Nuda prowadzi 
do depresji i wszelkiego rodzaju schorzeń umysłowych. 

- Czy to prawda? - spytał wystraszony. 
- Nie mam pojęcia, ale brzmi nieźle. 

Czuła się, jakby wymachiwała cukierkiem przed oczami 

dziecka. Szło jej aż nazbyt łatwo. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

175 

Kelner zaserwował Clare przystawkę: risotto uformowa­

ne w owalny kształt, udekorowane cebulką w karmelu. 

Omal nie podskoczyła, czując dotyk dłoni Kinga na swo­

im kolanie. Nie spodziewała się tego. King lubił grać ostro, 
powinna się tego spodziewać. 

Miał taką ciepłą i silną dłoń! To pewnie jego wdzięk 

sprawił, że młodsza siostra Clare w mgnieniu oka straciła 
dla niego głowę. 

- Mam nadzieję, że nie blefujesz, panno...? - Kciukiem 

sunął coraz wyżej po jej udzie. - Jak mam się do ciebie 
zwracać, u licha? 

- A jak chciałbyś się do mnie zwracać? - spytała spo­

kojnie. 

- Może Scarlet? - podpowiedziała Sasha. 
- To ty jesteś w szkarłatnej sukience, nie ja. 
- Może Czarna Wdowa? - King dotarł już dłonią do 

górnej granicy rozcięcia sukienki i czubkiem palca wodził 
wzdłuż brzegu tkaniny. 

- Lubię czerń, ale nie jestem wdową. 
Wzbierała w niej ochota, by dać mu po łapach. Jak on 

śmie tak ją traktować? 

Przełknęła kilka ziarenek ryżu, pomagając sobie drob­

nymi łykami wina. Miała nadzieję, że uda jej się unikać 
rozmowy na tyle, na ile pozwala dobre wychowanie. Jednak 

gdy na talerzu zabraknie jedzenia, nie będzie już mogła wy­
migiwać się od odpowiedzi. 

- Nigdy nie byłaś zamężna? - King delektował się sma­

kowitą przystawką. 

background image

176 

DARCY MAGUIRE 

Zdawało się, że chciał zjeść wszystko jak najszybciej, 

by nic mu już nie przeszkadzało w prowadzeniu interesu­

jącej konwersacji. 

Clare ponownie upiła łyk mocnego czerwonego wina. 

Nie miała pojęcia, jak uda jej się przetrwać cały wieczór 
w obecności Kinga, zwłaszcza że okazał się niezwykle do­
ciekliwy. 

- Może coś z Szekspira? - zaproponowała Sasha, gro­

miąc Clare wzrokiem. 

Z wyraźną niechęcią ciągnęła rozmowę, której temat nie 

był związany z jej osobą, lecz do Kinga uśmiechała się pro­
miennie, niczym małe dziecko domagające się nagrody. 

- Hmm, przychodzi mi na myśl Lady Makbet - rzekł 

King niskim, aksamitnym głosem. 

Jego dłoń pieściła nagą skórę Clare wolnym, zmysłowym 

ruchem, od którego mąciło jej się w głowie. 

- Będziemy się zatem do ciebie zwracać milady. 

Clare całą siłą woli powstrzymywała się, by nie roz­

kwasić mu nosa, gdy tak gładził ją po nodze. Po tym wszyst­
kim, co zrobił jej siostrze... Ugryzła się w język, choć cis­
nęła się jej na usta tyrada obraźliwych słów. 

Gdy ojciec odszedł, Clare musiała opiekować się swoją 

młodszą siostrą Fioną, gdyż pracująca na trzech etatach mat­
ka nie miała już na nic czasu. 

Kiedy siostra rzuciła szkołę, Clare po znajomości zała­

twiła jej pracę w biurze. Teraz żałowała, że nie zasugerowała 
siostrze, by zamieszkała z matką - uchroniłaby ją przynaj­
mniej przed mężczyznami pokroju Kinga. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

177 

Kelner porozumiewawczo puścił do niej oko, stawiając 

przed nią talerz. 

Główne danie także było dziełem Paula. Lasagne wa­

rzywna z chili i pomidorami, z wierzchu posypana francu­
skim serem. 

Clare z ulgą przyjęła fakt, że do rozprawienia się ze swo­

im stekiem King musi użyć obu rąk. Jeśli ma na dobre po­
grążyć tego łajdaka, musi być bardzo sprytna i niezwykle 
odważna. 

King jadł w niemal zupełnej ciszy, od czasu do czasu 

tylko wtrącając się do prowadzonej przy stole rozmowy i ze 
dwa razy odpowiadając na pytania Sashy. 

- Masz około dwudziestu siedmiu, dwudziestu ośmiu lat 

- oświadczył chłodno King, gdy podawano deser. - W fir­
mie zajmujesz wysoką pozycję, być może sama prowadzisz 
własny biznes. Jesteś zamożna, mieszkasz dość blisko i do 

tej pory nie byłaś w żadnym poważniejszym związku. 

Clare raptownie odwróciła się ku niemu. 
- Skąd wiesz? 
- Twoje zachowanie wskazuje na zdolności przywódcze. 

Na sukienkę musiałaś wydać fortunę. Masz na nogach szpil­
ki, co znaczy, że przyjechałaś taksówką - w tych butach 
nie dałabyś rady prowadzić samochodu. Na żadnym z pal­
ców nie masz obtarcia ani jaśniejszego paska skóry, co zna­

czy, że od bardzo dawna nie nosisz obrączki ani pierścionka. 

Nie lakierujesz paznokci - ciągnął niezwykle pewnym to­
nem -nosisz prostą biżuterię... Domyślam się zatem, że 

jesteś kobietą przekonaną o swojej wartości i nie potrzebu-

background image

178 DARCY MAGUIRE 

jesz żadnych zabiegów upiększających, by dodać sobie pew­

ności siebie. 

Clare zauważyła, że Sasha zdjęła ręce ze stołu i złożyła 

je na kolanach. Ze słów Kinga wynikało bowiem wyraźnie, 

że jej pomalowane na różowo paznokcie świadczą o braku 
pewności siebie. 

Był bystry. Musiała mu to przyznać. Ale nie widziała 

jeszcze powodu, by padać przed nim plackiem. Spojrzała 

na leżący przed nią deser i nabrała łyżką kawałek. Warstwy 
cienkiego jak wafelek ciasta przełożonego kremem udeko­
rowane były orzechami i nasączone cytrynowym syropem 
z cukru i miodu o zapachu kwiatu pomarańczy. Niebiański 
smak nie pomógł jednak Clare w wymyśleniu jakiejś bystrej 
riposty. 

- Mogłam przecież zmienić buty... 
- Czy chcesz, by ktoś odwiózł cię do domu? 
- Na przykład ty? - spytała zaczepnie. 
W sali balowej ponownie zabrzmiała muzyka i ludzie 

zaczęli odchodzić od stołów. Jednak Mark nie zamierzał tak 
łatwo rezygnować ze swego prywatnego śledztwa. 

Zauważył, że Sasha wstaje. 
- Pójdę przypudrować nos. 
Clare także wstała. 
- Pójdziemy razem? - spytała. 
- Tak. 
Na odchodnym posłała mu oszałamiający uśmiech. 
Sprytna bestia, pomyślał Mark. Wiedziała, że gdy zo­

staną sami, będzie bezbronna. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 179 

Nieznajoma szła pewnym krokiem, nie oglądając się za 

siebie. Jednak Sasha obejrzała się kilka razy. Mark nie mógł 

odgadnąć, czy przyjaciółka jego siostry polubiła tę kobietę, 
czy też ma ochotę posiekać ją na drobne kawałeczki. 

Podobała mu się ta gra. Nie zamierzał jednak dotrzy­

mywać żadnych reguł. Gdyby w starciach z innymi kiero­
wał się szlachetnością, nie zaszedłby tak wysoko. Uniósł 
nogę i wyciągnął spod niej telefon komórkowy nieznajomej. 

Tak przyjemnie było odwracać jej uwagę, rozpraszać ją! 

O mały włos sam zapomniałby o przeszukaniu torebki nie­
znajomej, gdy upajał się dotykiem gładkiej kobiecej skóry. 

Wstał i wyszedł z jadalni. Obracał w dłoni małą, czer­

woną komórkę. Miał nadzieję, że kobieta używa jej do roz­
mów osobistych. 

Otworzył klapkę i znalazł przycisk ponownego wybie­

rania ostatniego numeru. Gdyby dodzwonił się do korporacji 
taksówkowej, mógłby uzyskać kilka cennych informacji. 

- Halo? - Drżący głos. Kobieta. - Czy to ty, Clare? 
- Tu hotel „Excelsior", biuro rzeczy znalezionych. Właś­

nie przyniesiono nam ten telefon. Chcielibyśmy jak najszyb­
ciej zwrócić go właścicielowi. Czy mogłaby pani mi pomóc? 
Telefon jest mały i czerwony. Wygląda na własność kobiety. 

- To na pewno telefon Clare. Clare Harrison. Jest wy­

soka, ma brązowe włosy do ramion i niebieskie oczy. 

Bingo! 
- Dziękuję. 
Rozłączył się i uśmiechnął. Clare Harrison. 
- Czy to nie jest telefon jakiejś kobiety? 

background image

180 

DARCY MAGUIRE 

Mark odwrócił się. John był taki młody i naiwny... 

- Owszem. - Mark wcisnął telefon w dłoń Johna. -

Przekaż go kelnerowi. Powiedz, że go znalazłeś. 

- Dobrze. 
- Czy znamy niejaką Clare Harrison? Zdaje mi się, że 

gdzieś słyszałem to nazwisko. 

- Znamy. 
Mark uniósł głowę. Znali ją? Jakim cudem? Przecież 

gdyby wcześniej ją spotkał, nigdy by jej nie zapomniał! 

- Kim ona jest? 
- Jest współwłaścicielką Trans-International. To jedna 

z mniejszych firm transportowych. - John poprawił krawat. 
- Dlaczego pan pyta? 

Mark wyostrzył zmysły. Trans-Inter. Mały i nieszkodli­

wy. Klejnocik, który wart był zachodu. 

- Mam nadzieję, że nikt nie zna naszych zamiarów 

względem Trans-Interu? 

- Raczej nie. W poniedziałek jest pan umówiony na 

spotkanie z drugim współwłaścicielem, który posiada więk­
szościowe udziały. 

- Jestem umówiony, tak? - Mark spojrzał na Johna 

groźnie. - Jakie nazwisko podałeś, umawiając nas na spot­
kanie w tej firmie? 

John pracował od niedawna, lecz Mark jasno dał mu do 

zrozumienia, czego po nim oczekuje. Jeśli choćby część jego 
planów zostałaby przedwcześnie ujawniona, Mark musiałby 
nie tylko walczyć z konkurencją, lecz także zwolnić włas­
nych pracowników i partnera... 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  1 8 1 

- Mark Johns. 
Tak, John to szczwany lis, a do tego dość wierny. Cie­

kawe, co powie panna Harrison, gdy jej kariera stanie pod 
znakiem zapytania? Jakie ma plany względem niego? Umysł 
Marka zaczął pracować na przyspieszonych obrotach. A co 

on sam by zrobił, aby uratować własną firmę? Wszystko! 

Nieważne, co Clare sobie zaplanowała, Mark zamierzał pod­

jąć rękawicę. 

Clare Harrison była nadzwyczajną kobietą. Już teraz był 

pewien, że ta potyczka przypadnie mu do gustu. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Przez chwilę Clare zdawało się, że w tłumie dostrzega 

znajomą twarz, lecz gdy znów spojrzała w to miejsce, ni­
kogo tam nie było. 

Położyła dłoń na piersi. Ostatnią rzeczą, jakiej potrze­

bowała, było pojawienie się kogoś, kto zna jej zamiary 
względem Kinga. Wszystkie plany ległyby w gruzach. 

Fiona wydzwaniała przecież do biura Kinga ponad dzie­

sięć razy dziennie, próbując z nim porozmawiać. Nie od­
powiedział na żaden z jej telefonów. 

Clare szła krok w krok za Sashą, wymijając zręcznie 

stoliki i pozostałych gości. Dziewczyna kołysała biodrami 
odrobinę za mocno, by móc to uznać za naturalne - no, 
chyba że miała jakieś kłopoty z kręgosłupem. W oczywisty 
sposób starała się pokazać Clare i wszystkim obecnym, że 
uważa to terytorium za swoje. 

Clare znała wielu mężczyzn pokroju Kinga. Wszyscy by­

li siebie warci. Każdemu z nich zależało tylko na tym, by 
wykorzystać dziewczynę. Clare poczuła, że krew się w niej 
gotuje. Gdyby zdążyła nauczyć swoją siostrę, jak omijać 
z daleka takich mężczyzn, Fiona nie znalazłaby się teraz 
w tarapatach. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 183 

Clare wiedziała, że za chwilę czeka ją konfrontacja 

z Sashą. 

- On ci się podoba, prawda? - spytała jako pierwsza. 
- Owszem. Wiedz, że mój ojciec jest bardzo bogaty, a ja 

jestem młodsza od ciebie i w dodatku mam jasne włosy. 

Tracisz niepotrzebnie czas. 

- Chyba nie przyjrzałaś się Markowi zbyt uważnie. On 

potrzebuje wyzwań. Poza tym lubi brunetki. To prawdziwy 

światowiec, Sasho. Pragnie kogoś, kto będzie dla niego god­

nym przeciwnikiem. Na pewno temu nie sprostasz. Lepiej 
znajdź sobie miłego chłopca, który będzie wielbił ziemię, 
po której stąpasz. 

- Myślisz, że jakiś młody facet zechce mnie wielbić? 
Clare westchnęła. 
- Wystarczy dobrze poszukać. 
- Nie mówisz mi tego tylko po to, by tym łatwiej pode­

rwać Marka? 

- Możesz to rozumieć, jak chcesz - rzekła Clare, po czym 

pchnęła wielkie wahadłowe drzwi i przeszła do sali balowej. 

Nadszedł czas, by zwabić Kinga do domu. 
Przy stoliku nie było nikogo. Clare rozejrzała się do­

okoła. Kinga nietrudno było znaleźć. 

Pewnym krokiem podeszła prosto w jego stronę. Na jej 

widok uśmiechnął się czarująco. 

Clare nie straciła przytomności umysłu. Wpatrując się 

w zmysłowe usta Kinga, podeszła jeszcze bliżej. Czas 
przejść do rzeczy. Rozmowy nie były już potrzebne. Zro­
biłaby wszystko, by wreszcie być świadkiem jego poniżenia. 

background image

184 

DARCY MAGUIRE 

- Jak ci się...? - nie dokończył. 
Clare wpiła się łapczywie w jego usta, jakby chciała go 

udusić, a razem z nim także narastające podniecenie. 

King potrzebował zaledwie krótkiej chwili, by otrząsnąć 

się z zaskoczenia. 

Tak dobrze było czuć siłę jego twardych ust na swoich 

wargach. Clare przeniknął dreszcz pożądania - potrzeba, 
której tak długo się wypierała. 

Powoli powróciła do rzeczywistości. Przypomniała so­

bie, gdzie jest, kogo całuje i jakie stoi przed nią zadanie. 
Wzięła się w garść. 

Ten pierwszy pocałunek przepełniony był namiętnością, 

drapieżnością, a nawet gniewem. Z pewnością był nieza­
pomniany. Clare wolała całować Kinga, niż myśleć o nim 
i o tym, co uczynił. Nic dziwnego, że Fiona się w nim za­
durzyła. 

Nie mogła się powstrzymać. Ponownie posmakowała je­

go ust, muskając je delikatnie wargami. 

- Dziękuję, John - rzekł nagle King. - Nie będę cię już 

dłużej zatrzymywał. 

Clare miała ochotę zapaść się pod ziemię. Była tak zajęta 

Kingiem, że zapomniała o bożym świecie i nawet nie za­
uważyła, że obok stał jego asystent. 

- Czy mógłbyś mnie odwieźć do domu? 
King podał jej ramię, a potem poprowadził przez fron­

towe drzwi do foyer, a z niego na podjazd. 

Chłodne nocne powietrze pozwoliło jej zebrać myśli. Nie 

mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Teraz 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 185 

będzie potrzebowała dużo szczęścia, by doprowadzić cały 
plan do końca. 

- Rozmyśliłem się. Wezwę taksówkę. Tak będzie bez-

pieczniej. 

- Bezpieczniej dla ciebie czy dla mnie? - wyjąkała. 
Co się stało? King miał przecież pojechać do niej do 

domu i stawić czoło niemiłej niespodziance. 

W głowie poczuła pustkę, jakby jej umysł zastygł 

w paraliżującej panice. 

Udawała spokój. Jeśli nie ściągnie go do domu tej nocy, 

to może jutrzejszej albo następnej. Musi to zrobić dla dobra 

siostry. Przecież King na pewno połknął haczyk. Aby to 
stwierdzić, wystarczyło rzucić na niego okiem. Odetchnęła 
z ulgą. Za chwilę King zapyta ją o numer telefonu... 

Gdy podjechała taksówka, King zamaszystym gestem 

otworzył przed Clare drzwi. 

Spoglądała na niego z rosnącą paniką. Wciąż miała na­

dzieję, że już za sekundę King ją pocałuje lub spróbuje się 
z nią umówić... 

- Jesteś pewien, że nie chcesz ze mną pojechać? Parzę 

fantastyczną kawę. 

Nie mogła mu złożyć bardziej oczywistej propozycji... 
Lecz King odsunął się od samochodu i pomachał jej na 

pożegnanie. Miał nawet czelność uśmiechać się do niej, pra­
wdopodobnie ironicznie. 

Gdzie popełniła błąd? Clare łamała sobie głowę, szukając 

najmniejszego drobiazgu, który mógłby ją zdradzić. Nic nie 
znalazła. Uśmiechnęła się z przymusem, czepiając się roz-

background image

186 DARCY MAGUIRE 

paczliwie nadziei, że to tylko taka zabawa w kotka i mysz­
kę. King na pewno zaraz poprosi ją o numer telefonu... 

On jednak już patrzył w stronę tłoczących się na ulicy 

samochodów. 

Clare opadła ciężko na fotel. Wszystko na nic! Gdy po­

dawała adres kierowcy, King nawet nie raczył słuchać. 

Przegrała. Wszystkie misterne plany wzięły w łeb. 
Przyglądała się bezmyślnie mijanym budynkom. Aby 

skusić Kinga, nie wystarczyło włożyć seksowną suknię. Na­
stępnym razem trzeba będzie użyć całej inteligencji i od­
wagi, jaką uda jej się z siebie wykrzesać. Oby to wystar­
czyło, bo inaczej... 

Clare weszła do mieszkania i wrzuciła klucze do sto­

jącej na stoliku w przedpokoju szklanej misy. Skuliła ra­

miona. Co poszło nie tak? Była pewna, że już go miała 
na haczyku. 

Przeszła do kuchni i włączyła światło. Blask padł na 

meble z tasmańskiej dębiny. Clare mogła bez końca patrzeć 
na polerowane drewno i napawać się świadomością, że to 
wszystko należy do niej. 

Z lubością przejechała dłonią po gładkiej powierzchni. 

Nastawiła czajnik elektryczny i wyciągnęła rękę ku rzędowi 
puszek ustawionych w równym rzędzie wzdłuż pokrytej 
glazurą ściany. Z jednej z nich wyjęła ciastko czekoladowe. 
Odgryzła spory kęs. 

Była w kropce. Nie wiedziała, co ma teraz począć. Re­

sztę ciastka włożyła do ust, a z puszki wyjęła dwa następne. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

187 

King do niej nie zadzwoni, to pewne. Nie znał przecież 
nawet jej imienia. 

- Clare? - odezwał się cichy głos. 

Uniosła głowę, spoglądając przez hol wprost do pokoju 

siostry. 

- Jak ci poszło? - Fiona stała w drzwiach, krzyżując 

ręce na piersi i marszcząc czoło. 

- Jak widzisz, skarbie, niezbyt dobrze. - Clare gestem 

dłoni wskazała pusty pokój. 

Nikt, kto na nie spojrzał, nie mógł mieć wątpliwości, 

że są siostrami. Miały identyczny kolor włosów i owal twa­
rzy, lecz oczy Clare były niebieskie, a Fiony orzechowe. 
Gdyby King zorientował się, kim jest Clare, i połączył ze 

sobą fakty... 

Fiona spięła włosy z tyłu, zrobiła dyskretny makijaż 

i ubrała się w lniany garnitur. Clare westchnęła. No tak, sio­
stra przygotowała się do konfrontacji z Markiem... 

Choć w domu Clare panował taki sam surowy porządek 

jak w jej biurze, nie miała nic przeciwko nasyconym ko­

lorom. W tym roku w mieszkaniu królował styl meksykań­
ski. W ceramicznych doniczkach, porozstawianych na la­
kierowanej posadzce, rosły kaktusy i trawy pustynne, w ho­
lu leżał dywanik w barwach ostrej purpury i żółci, a na nie­
biesko nakrapianej ścianie wisiało wielkie sombrero. 

- Nie... nie spodobałaś mu się? - W głosie Fiony dało 

się słyszeć zarówno nadzieję, jak i zawód. - Może wcale 
nie jest taki zły. Może po prostu nie wie, gdzie mnie szukać. 

Clare objęła siostrę. 

background image

188 

DARCY MAGUIRE 

- Nie odpowiedział na żaden z twoich telefonów. 

A przecież wie, gdzie pracujesz, skarbie. 

Stawiłaby czoło całemu tuzinowi takich łotrów jak King, 

jeśli w ten sposób mogłaby uszczęśliwić siostrę. 

Opiekowała się Fioną troskliwiej niż matka. Ich kuzyn 

Paul uwielbiał je obie, lecz siostry wiedziały, że mogą liczyć 
tylko na siebie. Ciocia Rose, mama Paula, po śmierci męża 
tak się załamała, że zamknęła się we własnym świecie i prze­
stała zauważać istnienie innych. 

Clare mocniej przytuliła siostrę. Wiedziała, że musi coś 

zrobić, by zwabić tu Kinga. Choć od godziny łamała sobie 
głowę, nie mogła pojąć, co w jej zachowaniu go zaniepo­
koiło, czy wręcz ostrzegło. 

- Słuchaj, przecież wcale go nie potrzebujesz. Rób to, 

co dla ciebie najlepsze. 

- Mama też tak mówiła. - Fiona wyswobodziła się 

z objęć Clare i spojrzała jej prosto w oczy, mocno splatając 
ramiona na piersi. - Robiła to, co dla niej najlepsze. I zo­
bacz, dokąd nas to wszystkie doprowadziło. 

- Jak to: dokąd? Gdyby tata nie odszedł, nie miałybyśmy 

tego, co mamy dziś. 

- A cóż to właściwie jest? - parsknęła Fiona. -

Owszem, masz pieniądze, własne mieszkanie, niezależ­
ność. .. ale w życiu chodzi o coś więcej, Clare. Pragnę mieć 
przy sobie kogoś, z kim będę dzielić życie. 

- Fiono... 
- Nie, dość już mam mówienia mi, co powinnam robić. 

Wiem, czego chcę. - Opadła na krzesło i zakryła twarz rę-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

189 

kami. - Może i masz rację. Będę musiała nauczyć się żyć 
bez Marka, ale chciałabym przynajmniej z nim porozma­
wiać. Proszę... 

- W porządku. 
- Spróbujesz jeszcze raz? 
- Jasne, kotku. 

Clare nie miała pojęcia, co robić, by plan się powiódł. 

- A jeśli Mark nie zechce przyjść? 
- Po co się martwić na zapas? 

Mark uścisnął dłoń ostatniemu gościowi. Co za wspa­

niała noc. Jedno z lepszych przyjęć dobroczynnych, jakie 
kiedykolwiek wydał. Wysokość datków była zróżnicowana, 
lecz ogólnie przedsięwzięcie przyniosło niezły dochód. Na 
myśl, że gdzieś kiedyś jakiś biedak skorzysta z plonów dzi­
siejszej nocy, pierś wezbrała mu zadowoleniem. 

Dziś mógł myśleć wyłącznie o Clare Harrison. Dostar­

czyła mu przedniej zabawy. 

Tak jak powiedziała, Mark się nudził. Z chęcią odpo­

wiedział na jej wyzwanie. 

Potarł podbródek. Wciąż nie mógł się zorientować, na 

czym polega jej gra, i bardzo go to denerwowało. Co ona, 
do licha, zamierzała? 

- Zawieź mnie do domu. - Sasha przejechała dłonią po 

jego ramieniu. 

Uśmiechnął się do niej czule. Gdy Clare odjechała, Mark 

wreszcie przedstawił Sashę wpływowym osobom. W końcu 
po to z nim dziś przyszła na przyjęcie. Choć Sasha przedtem 

background image

190 

DARCY MAGUIRE 

robiła wokół tego straszne zamieszanie, nie okazała się tak 
zainteresowana zawieraniem nowych znajomości, jak się 
spodziewał. 

- Poproś kierowcę, by podjechał pod drzwi - rzekł 

Mark. 

Spoglądał w ślad za Sashą, która powolnym krokiem 

wychodziła z sali balowej, kołysząc biodrami. Urocze z niej 
dziecko i dobra przyjaciółka jego siostry. A Jess ponad 
wszystko potrzebowała dobrych przyjaciół. 

Clare dysponowała doskonałymi informacjami. Rozwód 

rodziców był dla Marka i jego siostry ciężkim przeżyciem. 
Jeśli dodać do tego bankructwo ojca i fakt, że Jess o mały 
włos nie uzależniła się od alkoholu i narkotyków, to nic 
dziwnego, że dziewczyna instynktownie szukała oparcia 

w starszym bracie. 

Matkę zbyt pochłaniały poszukiwania kolejnej „miłości 

życia", by choć próbowała pokochać córkę. Kiedyś Jess 
z trudem pojmowała, o co w tym wszystkim chodzi. 
W jednej chwili była pupilką matki, gdy ta przedstawiała 

ją nowemu mężczyźnie swojego życia, a już w następnej 

lądowała na bocznym torze, podczas gdy matka szukała ko­
lejnego mężczyzny. 

Ojciec pracował niczym człowiek opętany ideą szybkie­

go wzbogacenia się. W latach osiemdziesiątych odbudowy­
wał swoją fortunę, póki w osiemdziesiątym szóstym nie 
przyszło załamanie. Wtedy zaczął od początku. Lubił mieć 
zajęcie. Niestety, oznaczało to, że on także nie miał czasu 
dla Jess. Tylko brat nigdy jej nie zawiódł. King przeczesał 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

191 

palcami włosy. Doskonale wiedział, przez co przeszła jego 

siostra i czego jej brakowało. 

Wszedł na parkiet i zamknął oczy, z wysiłkiem próbując 

wyobrazić sobie samego siebie w skórze Clare. W jakim 
celu go prowokowała? Czy dotarły do niej jakieś plotki na 
temat planowanych przez niego przedsięwzięć? 

Westchnął i szybkim krokiem opuścił salę. 
Do limuzyny pierwsza wsiadła Sasha. 
- Chyba nie rozmyślasz o tej kobiecie? - mruknęła. 
- Dlaczego pytasz? 
- Bo ona mi się nie podoba. Nie należy do naszego krę­

gu... - Skrzywiła usta w pogardliwym grymasie. - I o ma­
ły włos nie zniechęciła mnie do ciebie. 

- Naprawdę? Co jej na to odpowiedziałaś? 
- A co powinnam, twoim zdaniem, powiedzieć? - spy­

tała nieśmiało, przysuwając się do niego. 

- Że jesteś tylko moją przyjaciółką. Ma więc wolną rękę 

i może mnie podrywać. 

On sam chętnie poderwałby Clare. Bardzo chętnie. 
- Jestem dla ciebie tylko przyjaciółką? 
- Jesteś najlepszą przyjaciółką mojej siostry. To bardzo 

wiele dla mnie znaczy. - Zobaczył, że oczy jej zabłysły. 
- Ale jesteś o wiele za młoda dla takiego starego pryka jak 

ja, uwierz mi. 

- Przecież masz dopiero trzydzieści trzy lata. A może 

po prostu wolisz brunetki? 

- Słucham? - Mark nie spodziewał się takiego pytania. 

- Dlaczego tak uważasz? 

background image

192 

DARCY MAGUIRE 

- To ona tak powiedziała. - Sasha spoglądała przez ok­

no. - Ta kobieta, z którą gadałeś przez całe przyjęcie. 
Wyraźnie się nią zainteresowałeś. 

- Doprawdy? - spytał nieobecnym tonem. 
Przypomniał sobie, że nieznajoma grzebała nie tylko 

w jego życiu zawodowym, ale także osobistym. Włożyła 
dużo wysiłku, by dowiedzieć się o nim wszystkiego, aż po 
najdrobniejsze szczegóły. 

- Uważam, że jesteś to winien swojej siostrze. 
- Co takiego? - ocknął się. 
- Daj nam szansę. 

- Och, Sasho. 

Ujął dłońmi jej twarz i pocałował w czoło. 
Samochód podjechał do krawężnika przed rodzinną po­

siadłością Sashy. Dziewczyna odsunęła się od Marka i otwo­
rzyła drzwi, po czym wyszła i pospieszyła ścieżką do domu. 

Mark potarł zesztywniałe mięśnie karku. Na jakiś czas 

będzie musiał dać sobie spokój z randkami... dopóki nie 
poskromi Clare Harrison. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Clare leżała na łóżku wśród rozrzuconych papierów, pró­

bując wyrzucić z głowy natrętne wspomnienia z sobotniego 
wieczoru. Po dwóch nieprzespanych nocach czuła się nie­
zbyt dobrze. 

Strzepnęła leżącą po lewej stronie poduszkę. 
Ostatnimi czasy nie myślała o Joshu. To zrozumiałe, 

miała przecież na głowie kłopoty Fiony i konfrontację 
z Kingiem. 

Ponownie spojrzała na leżące przed nią papiery, z całych 

sił próbując skupić się na planach biznesowych. 

Życie ją zahartowało. Z otwierających się przed nią moż­

liwości umiała wybierać te najlepsze. Niechętnie zaangażo­
wała się w aferę z Kingiem, ale skoro obiecała siostrze... 

W wieku szesnastu lat podjęła dramatyczną decyzję, by 

rzucić szkołę. Nie mogła patrzeć, jak matka coraz bardziej 
podupada na zdrowiu. Urabiała ręce po łokcie, pracując na 
trzech etatach. Nawet młoda i niedoświadczona Clare zro­
zumiała, że matka już dłużej w ten sposób nie pociągnie. 

Frank Bolton, właściciel Trans- Interu, zatrudnił ją jako 

młodszą pomoc biurową. Nauczył ją wszystkiego; stawiając 
przed nią coraz trudniejsze zadania. Po kilku latach awan-

background image

194 DARCY MAGUIRE 

sowała na jego osobistą asystentkę. Spełniło się jej najwięk­
sze marzenie, mogła wspierać finansowo najbliższych. 

Frank namówił ją, by studiowała wieczorowo i zdobyła 
umiejętności przydatne w zarządzaniu firmą. 

Był jej szefem przez dobre piętnaście lat, dopóki jego 

żona nie wystąpiła o rozwód. Groziła mu utrata firmy na 
skutek podziału majątku, toteż z radością przyjął ofertę 
Clare, która odkupiła udziały od jego żony za dość wygó­
rowaną sumę. 

Clare zamknęła oczy. Spadek po ojcu matki spadł jej 

dosłownie z nieba, i to w najodpowiedniejszym momencie. 

Gdyby staruszek nie był przywiązany do swojej farmy i nie 

hołdował surowym zasadom, matka nie wiodłaby tak trud­
nego i samotnego życia. Dziadek mógłby umrzeć wśród bli­

skich. A tak... 

Teraz Clare odnosiła sukcesy, konkurowała z większymi 

firmami i bez trudu sprzątała im spod nosa najlepsze kon­
trakty. 

Obecnie Frank powoli szykował się do przejścia na eme­

ryturę, zadowalając się dywidendami, podczas gdy faktycz­
nie firmę prowadziła Clare. 

Westchnęła i oparła się plecami o poduszki. Czy King 

wiedział, kim jest Fiona, gdy mącił jej w głowie? Czy wie­
dział, w jakie tarapaty się pakuje? Uśmiechnęła się. 

Próbowała przeczytać jeszcze jeden dokument, lecz litery 

zlewały się w jedną niewyraźną plamę. Ponownie wróciły 
wspomnienia sobotniej nocy. Tak, King miał jedną zaletę 

- wspaniale całował. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  1 9 5 

Nie zamierzała dłużej o nim myśleć. Nie był tego wart. 

Postanowiła wziąć prysznic. 

Jednak gdy wyszła z łazienki, jej myśli ponownie po­

płynęły ku Kingowi, a serce natychmiast zareagowało szyb­

szym biciem. 

Poprawiwszy lazurowe poduszki, Clare cofnęła się o kil­

ka kroków i przyjrzała wystrojowi pokoju. Jak w koloro­
wym magazynie. 

Zdecydowała już, że w przyszłym roku urządzi miesz­

kanie w stylu tahitańskim. Od kilku miesięcy zbierała oz­
dóbki i meble. Uwielbiała dreszcz towarzyszący poszuki­
waniu niepowtarzalnych przedmiotów. 

Przechodząc obok pokoju Fiony, zatrzymała się. 

Wyraźnie usłyszała dochodzący ze środka rozpaczliwy 

szloch. Znad poduszki spojrzały na nią zaczerwienione, pod­
puchnięte oczy. 

- Dziś go przygwoździmy - powiedziała Clare niepew­

nie, pragnąc pocieszyć siostrę. 

- Mam nadzieję. 

Clare zamknęła cicho drzwi. 

- Ja też - mruknęła. 

Clare spojrzała na zegarek. Była prawie dziesiąta. Nie 

pamiętała, kiedy ostatni raz przyszła tak późno do pracy. 
Ludzie w firmie na pewno już dzwonili do połowy szpitali 
i odchodzili od zmysłów. 

Na widok krzątających się pracowników, ogarnęło ją 

uczucie zadowolenia. Nie mogła się pochwalić sukcesami 

background image

196 

DARCY MAGUIRE 

w życiu osobistym, ale w firmie na szczęście udawało jej 
się zapomnieć o wszystkich kłopotach i rzucić się w wir 
pracy. 

Do tej pory lubiła obserwować, jak miasto budzi się do 

życia. Jego energia pobudzała ją do działania. Lecz tego 
ranka jakiś idiotą zablokował jej samochód. 

- Czy ktoś do mnie dzwonił? 
Tanya, młoda, radosna i entuzjastycznie nastawiona do 

życia recepcjonistka, wręczyła Clare plik wiadomości i te­
lefon komórkowy. 

- Zostawiła go pani w hotelu „Excelsior" w sobotę wie­

czór. To pani, prawda? 

Widać źle zapięła torebkę.,. 
- Szkoda, że pani nie widziała tego przystojniaka, który 

go odniósł. Pan Bolton prosił, żebym pani nic nie wspo­
minała na ten temat, ale na Boga, on był... - wzniosła oczy 
do nieba - ...naprawdę fantastyczny! 

- Pan Bolton? 
Clare spojrzała na drugą stronę korytarza ku gabinetowi 

Franka. 

Ostatnio Frank prawie w ogóle nie pojawiał się w firmie. 

Odkąd kupił łódź, większość czasu spędzał na rybach. 

-

 Czy ten mężczyzna jakoś się przedstawił? 

- Tak, jako Mark Johns. 
To nazwisko nic jej nie mówiło. Może był to sprzedawca 

łodzi, akwizytor lub ktoś całkiem nieistotny. Ale dlaczego 
Tanya miała jej o nim nie wspominać? 

- W jakiej sprawie przyszedł? 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  1 9 7 

- Pojęcia nie mam. Naprawdę nie wiem, o co chodziło. 

Był z nim drugi przystojny facet. Obaj wyglądali na profe­
sjonalistów. 

Clare przygryzła wargę. O czym Frank nie chciał jej in­

formować? Choć pracowali razem od lat, choć to Clare pro­
wadziła teraz firmę, Frank miał denerwujący zwyczaj tra­
ktowania jej w protekcjonalny sposób. 

Zapukała i wkroczyła do jego gabinetu. 
Gdy Frank napotkał jej spojrzenie, zaczerwienił się - od 

kartoflowatego nosa po grubą szyję, ściśniętą kołnierzykiem 
białej koszuli i niebieskim krawatem. Spojrzał Clare w oczy 
dopiero po chwili. 

- No oczywiście. Powinienem był się domyślić, że ta 

kobieta nie utrzyma języka za zębami. 

- Co się tutaj dzieje, Frank? 
Spuścił wzrok i bardzo powoli zaczął zdejmować oku­

lary. Ponownie spojrzał na Clare. 

- Nie wiem, o co ci chodzi. 
- Doprawdy? - Zaczęła krążyć wokół jego biurka ni­

czym pantera, starając się wciąż patrzeć mu w oczy. - Ostat­
nio rzadko cię tu widujemy, a tym bardziej rano, i to w do­
datku na jakimś tajemniczym spotkaniu. I... - wskazała na 

jego strój - ...w garniturze. Najlepszym, z tego, co widzę. 

- Urwała, by wzmocnić efekt swych słów. - Kim oni byli? 

- Clare, musisz zrozumieć moją sytuację. 
- Jaką znowu sytuację? 
- Byłbym głupcem, gdybym odrzucił tę ofertę. 
- Jaką ofertę? 

background image

198 DARCY MAGUIRE 

Zrobiło jej się zimno. Wiedziała, że kiedyś do tego 

dojdzie. Od dnia, gdy podpisali największy kontrakt 

w całym stanie, żyła ze świadomością, że ich firma prę­
dzej czy później wzbudzi zainteresowanie jakiegoś rekina 
finansjery. 

- Nie mów mi, że już coś podpisałeś? 

Patrzyła na jego etui. Wyjął z niego okulary. Czy to zna­

czy, że potrzebował ich, by przeczytać drobne literki na kon­
trakcie? Czy to możliwe, by o niczym jej nie uprzedził, nie 
porozmawiał z nią? Po tym, co zrobiła dla niego i dla fir­
my? Niemożliwe... 

- Nic na to nie poradzisz, Clare. Zamierzałem ci o tym 

powiedzieć. Wiedziałem, że zaczniesz wariować, więc nie 
chciałem przysparzać ci stresów... 

- Do diabła, Frank! 
Zacisnęła pięści. Firma była całym jej życiem, zabez­

pieczeniem dla jej rodziny. Za nic w świecie Clare nie po­
zwoliłaby, aby siostra i matka ponownie popadły w biedę. 

- Włożyłam w tę firmę wszystko i nie dopuszczę, by 

ktoś tak po prostu mi ją zabrał! 

- Jestem ci wdzięczny za to, co zrobiłaś dla firmy, ale... 
- Daj mi tydzień, bym zebrała pieniądze, zanim podpi­

szesz sprzedaż swoich udziałów. 

- Clare... 
Widziała wyraz powątpiewania malujący się na jego twa­

rzy. Jego zdaniem nie miała żadnej szansy. 

- Dobrze, daję ci czterdzieści osiem godzin. 
- Kto chce przejąć firmę? - spytała Clare surowo. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

199 

- Rulex Holdings. 
Wychodząc, Clare z rozmachem otworzyła drzwi i po­

czuła lekką satysfakcję, słysząc trzask, z jakim uderzyły 
o cienką ścianę. Nazwa tej firmy nic jej nie mówiła. 

- Tanya. Do mojego gabinetu. W tej chwili. 

Zegar w biurze wybił dwunastą. Zapomniana kawa zdą­

żyła wystygnąć, podczas gdy Clare namawiała kolejne ban­
ki, by zechciały udzielić jej pożyczki. Po raz nie wiadomo 

który z trzaskiem odłożyła słuchawkę. Zaczynało ją już bo­
leć gardło. O ironio, gdyby tak nie rozwinęła firmy, byłaby 
w stanie spłacić krwawy haracz, jakiego zażądał Frank. 

Skreśliła kolejny bank ze swojej listy. 

Urabiała sobie ręce po łokcie, by kupić matce dom, a so­

bie własne mieszkanie. Tak ciężko pracowała, by zapewnić 
rodzinie stabilność finansową. Teraz, by ocalić firmę, mu­

siałaby większość majątku oddać w zastaw hipoteczny, a to 
oznaczało stąpanie po grząskim gruncie. 

Rozległ się dźwięk brzęczyka. 
- Clare? Fiona na linii drugiej. 
- Dzięki. - Wcisnęła guzik i podniosła słuchawkę. -

Co się stało, skarbie? 

- Głupio się czuję, tak marnując czas. 
- Lekarz zalecił ci odpoczynek. Tanya świetnie sobie 

radzi. 

- Dzwonię, żeby spytać, czy plany na dzisiejszą noc są 

nadal aktualne. Muszę się przygotować. 

- Jakie plany? 

background image

200 DARCY MAGUIRE 

- Przyprowadzisz dziś do domu Marka Kinga? 
Jak mogła zapomnieć o tym człowieku? 
- Oczywiście, kotku. 
- Wiesz, jesteś wspaniała - powiedziała Fiona i rozłą­

czyła się. 

Clare potrząsnęła głową. Wstała i wygładziła spodnie, 

po czym zawahała się. Chyba nie powinna była wczoraj 

jeść tych wszystkich ciastek. Dotknęła podbródka, w myśli 

błagając los, by nie pokarał jej pryszczami. 

Łyknęła wody z kubka i badawczo przyjrzała się swo­

jemu odbiciu w lustrze. Westchnęła z ulgą. Nie ma prysz­

czy... Omal nie zaczęła marzyć, by się pojawiły. Taki drob­
ny defekt kosmetyczny mógłby służyć jako wymówka, by 
nie iść do Kinga. Ponowna konfrontacja z tym łajdakiem 
była ostatnią rzeczą, na jaką miała teraz ochotę. Musiała 
ratować firmę, ale Fiona była ważniejsza. 

Pędząc przez biuro, Clare zasypała Tanyę poleceniami. 

Podczas jej nieobecności dziewczyna miała wyszukać inne 
możliwe źródła dofinansowania. 

Tak jak Clare się spodziewała, biuro Kinga aż kłuło 

w oczy ostentacyjnym przepychem. Budynek był ogromny, 
a po każdej jego stronie w szklanych ścianach odbijały się 
sąsiadujące biurowce. 

Wkroczyła do przytłaczająco wielkiego foyer wyłożo­

nego marmurem, patrząc wprost przed siebie, nie rozgląda­

jąc się i nie przyjmując do wiadomości, jak wielka przepaść 

dzieli jej firmę i tego giganta. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

201 

Przy ścianach po obu stronach wind stało dwóch ochro­

niarzy, nieruchomych niczym warta honorowa. 

Kobieta zza biurka w recepcji uniosła głowę znad kom­

putera i przywołała na twarz uprzejmy uśmiech. 

- W czym mogę pani pomóc? 
- Chciałabym spotkać się z panem Kingiem. 
- Czy była pani umówiona? 
- Nie. 
- Obawiam się zatem, że... 
- Na pewno mnie przyjmie. - Clare zacisnęła kciuki 

i pozornie od niechcenia rozejrzała się po foyer. 

- Pani nazwisko? 
- Lady Makbet. 

Skuliła się. Powinna była tamtej nocy zmusić go, by 

wymyślił dla niej jakieś imię. Coś bardziej normalnego! 

- Najlepiej będzie, jak sobie stąd pójdziesz, moja ko­

chana, naprawdę. 

- Nie jestem „twoją kochaną". Radzę ci, jeśli za godzinę 

chcesz tu jeszcze pracować, powiadom Marka o mojej wi­
zycie. Ja nie żartuję. 

- Jaki jest cel pani wizyty? 
- To sprawy osobiste. Nie mam czasu na wyjaśnienia, 

ale powiem jedno: jeśli jestem intruzem, stracisz najwyżej 
kilka minut swojego bezcennego czasu. Jeśli nie jestem, a ty 
nie zadzwonisz... to zapewniam cię, że wylecisz z pracy. 

Clare w myślach zacisnęła kciuki. Niech się dzieje, co 

chce. Jeśli King nie miał zamiaru się z nią spotkać, będzie 
to oznaczało, że przegrała. 

background image

202 

DARCY MAGUIRE 

Liczyła na łut szczęścia. Ostatni tydzień był dla niej kosz­

marem, a pewna była, że życie miało dla niej w zanadrzu 

jeszcze kilka nieprzyjemnych niespodzianek. Jeśli King od­

mówi, może uda jej się jakoś wedrzeć do jego biura. Windy 
nie wydawały się tak daleko, zdąży do nich dobiec... 

- Może pani wejść. Piętnaste piętro. - Kobieta skrzy­

wiła się, jakby zjadła kilogram cytryn. 

Czy zeszłej nocy King brał pod uwagę taki rozwój wy­

padków? Czy przewidywał, że Clare pojawi się w jego biu­
rze? Odrzucenie jej zaproszenia mogło oznaczać, że nie 
chciał tak szybko kończyć tej gry. A może zamierzał grać, 
lecz według własnych zasad? Ścisnęło ją w dołku. W co 
ona się pakuje? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Clare jechała windą na górę, wygładzając włosy i ubra­

nie, czując, jak serce łomoce jej w piersi, a usta drżą z nie­
pokoju. 

Nie wiedziała, czy wszyscy tak się poświęcają dla ro­

dzeństwa, czy tylko ona jest nadopiekuńcza. Teraz jednak 
te dylematy nie były już ważne: nie mogła zostawić Fiony 
w niepewności. Rozpięła dwa górne guziki bluzki, modląc 
się, by King okazał się dziś bardziej czuły na jej wdzięki. 

Ściany koloru łososiowego obwieszone były olejnymi 

malowidłami, a podłogę przykrywał kremowy, pluszowy 
dywan. Wokół mahoniowego stolika stały wyściełane fotele. 
Na niektórych stolikach i szafkach ustawiono wyjątkowo 
dorodne paprocie. 

Clare odetchnęła głęboko. Biuro Kinga stanowiło dosko­

nały przykład tego, jak w wielkim biznesie marnuje się cen­
ne pieniądze. I po: co to wszystko? Jedynie dla stworzenia 
pozorów? 

Uświadomiła sobie, że King doszedł do tego wszystkie­

go, kradnąc cudze firmy i sprzedając temu, kto ofiarował 
najwyższą cenę. Przeszedł ją dreszcz. 

Sekretarka podniosła wzrok znad biurka i uśmiechnęła 

background image

204 DARCY MAGUIRE 

się. Na stojącym przed nią drewnianym klocku wypisane 

było jej imię i nazwisko. 

- Pan King oczekuje pani... - wskazała na korytarz za 

sobą - ...Lady Makbet. 

Clare chciała, by King cierpiał jak potępieniec za to, 

przez co teraz przechodziła. 

Tym razem musiało jej się udać. 
- Proszę się nie obawiać. Nie jest taki zły, jak o nim 

mówią. 

Kątem oka spojrzała na sekretarkę. Starsza kobieta 

uśmiechała się. Kogo ona chciała nabrać? 

Clare pchnęła drzwi i wkroczyła do gabinetu, prostując 

się odruchowo i wciągając brzuch. 

- Milady. Wiedziałem, że znowu cię zobaczę. 
Zacisnęła zęby i zmusiła się, by podejść bliżej. 
- Nie byłam w stanie trzymać się od ciebie z daleka. 
- Przewidziałem to. Masz ochotę czegoś się napić? 
- Z przyjemnością. 
Clare uśmiechnęła się z przymusem. Biała koszula opi­

nała jego szeroką pierś, uwidaczniając, że King jest tak do­
brze zbudowany, jak sobie wyobrażała. 

- Zaraz za rogiem jest urocza kawiarenka. 
Dłoń Kinga spoczęła na jej karku niby rozżarzona pie­

częć. Gorąco przepalało jej skórę, krew i umysł. 

Zamaszystym gestem otworzył drzwi. 
Sekretarka zamarła, trzymając w wyciągniętej ręce pil­

niczek do paznokci. 

- Wychodzę. Wrócę za godzinę. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 205 

Sekretarka otworzyła usta. Nie wydobył się z nich żaden 

dźwięk. 

Terakotowa podłoga kawiarenki cała była zastawiona 

okrągłymi stolikami, a resztę wolnego miejsca zajmowały 
krzesła, klienci i kelnerki. Zmysły Clare drażnił przyjemnie 
aromat świeżo zmielonych ziaren kawy i smakowitych wy­
pieków. 

- Skąd wiedziałeś, że wrócę? 
- Skoro w sobotę wieczorem zadałaś sobie tyle trudu, 

bardzo bym się zdziwił, gdybyś pozwoliła mi się tak łatwo 
wymknąć. 

- O jakim to trudzie mówisz? 
Jeśli wie, znaczyłoby to, że czeka ją coś więcej niż zwyk­

ła próba sił i że wpadła w pułapkę! 

- O twojej sukni, fryzurze, o tym czarze, którym ema­

nowałaś. 

- A teraz już nie emanuję? 
- Nie, dziś wydajesz się poważniejsza. 
Wzrokiem wędrował od jej wygodnych butów, poprzez 

szare spodnie, aż po białą bluzkę, zatrzymując się dłużej 
na wysokości dekoltu. 

- Naprawdę? Jestem poważna? 
- Tak. - Nachylił się ku niej. - Podobają mi się twoje 

rozpuszczone włosy. 

Clare nawet nie pomyślała, by je przeczesać. Od rana 

tyle razy bezwiednie je przygładzała, że pewnie były okrop­
nie zmierzwione. 

background image

206 

DARCY MAGUIRE 

- Czy powiesz mi wreszcie, jaką grę ze mną prowa­

dzisz? Zżera mnie ciekawość. 

- Nie. 
Jeżeli szczęście będzie jej sprzyjało, King nie zorientuje 

się w jej zamiarach, po prostu gładko wpadnie w sieć. 

- Co podać? - spytała kelnerka. 
Clare uśmiechnęła się i złożyła zamówienie. 
- Czarną kawę z jedną kostką cukru dla pana. Dla mnie 

herbata z mlekiem i dwiema kostkami cukru. 

- To wszystko? 
- Dla mnie jeszcze babeczka z jagodami. 
- A dla pana? Pan też życzy sobie ciastko? 
- Tak. 

King uważnie przyglądał się Clare. Oparła skrzyżowane 

ręce o stół. 

- Zaskakuję cię? 
- Bez przerwy. 
- Trudno mi w to uwierzyć. Skoro zostałeś nominowany 

do tytułu Najlepszej Partii Roku, na pewno kobiety nie dają 
ci żyć. 

- Nic mi o tym nie wiadomo. Chociaż, odkąd to ogło­

sili, otrzymałem mnóstwo telefonów od najrozmaitszych ko­

biet, których nawet nie znam. Moja sekretarka mówiła mi, 
że jedna z nich dzwoniła aż dziesięć razy. Oby nie było 

jeszcze gorzej. W przyszłym tygodniu w gazecie opublikują 

moje zdjęcie... 

Jedna z nich dzwoniła aż dziesięć razy... Jakże łatwo 

pozbył się jej siostry. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 0 7 

- Oddzwoniłeś do którejś z nich? 
- Nie. Sam wybieram swoje kobiety. 
- A jeśli one wybiorą ciebie? 
- Do tanga trzeba dwojga. 
- Przepraszam... - przerwał męski głos. 

Obok nich stał asystent Marka, John, z wyrazem zakło­

potania na twarzy. 

- Pańska komórka jest wyłączona. 
- Nie chcę, żeby mi przeszkadzano - uciął King. 
- Dzwonił mężczyzna z agencji Witherby. Mówi, że nie 

może się dodzwonić pod numer, który pan mu podał. Po­
dobno chodzi o sprawę wielkiej wagi. 

- Zadzwonię do niego, gdy będę miał czas. 
Ton głosu Marka świadczył niezbicie, że to koniec dys­

kusji. 

John odwrócił się powoli. Spuścił oczy i zacisnął usta 

w cienką linię. 

- Przepraszam cię za to - rzekł King. - Ach te interesy. 

Doprawdy... 

Clare wstała. 
- Pójdę się odświeżyć. 
Odeszła powoli, łamiąc sobie głowę, po co King zatrud­

nił agencję detektywistyczną Witherby. Choć wydawało się 
to nieprawdopodobne, miała przeczucie, że ta sprawa jej 
dotyczy. To by wyjaśniało, dlaczego King skarcił tak ostro 
Johna. 

Clare odszukała w notesie odpowiedni numer telefonu 

i po chwili usłyszała; 

background image

208 

DARCY MAGUIRE 

- Biuro Dochodzeniowe Witherby, z kim mam połą-

czyć? Proszę mówić. 

- Mówi Freda Thompson - zatrajkotała piskliwie. -

Dzwonię w imieniu pana Marka Kinga. Pan King poprosił 
mnie, bym sprawdziła, czy już coś macie. 

- Chwileczkę, połączę panią z panem Robertsem. 
Po chwili w słuchawce odezwał się męski głos: 
- Myślałem, że pan King chce to utrzymać w tajemnicy. 

Hmm... 

- Pan King prosił mnie, bym zajmowała się wszystkimi 

delikatnymi sprawami. 

- Rozumiem - rzekł mężczyzna po namyśle. - Infor­

macje o tej Clare Harrison okazały się łatwe do zdobycia. 
Gdy miała dziesięć lat, jej ojciec uciekł z inną kobietą. Chy­
ba na dobre porzucił rodzinę. Clare Harrison to naprawdę 
ambitna kobieta. Za pieniądze ze spadku wykupiła udziały 

w firmie transportowej. Krążą pogłoski, że zrobiła karierę 

przez łóżko. Jeszcze dwa lata temu kręciło się wokół niej 
mnóstwo facetów. Podobno wykorzystuje ich, a potem po­
rzuca. 

- Dziękuję. 

Clare rozłączyła się, próbując opanować nerwy. King 

wiedział, kim ona jest! Nie mogła zrozumieć, dlaczego w ta­
kim razie ciągnął tę grę. 

I w dodatku wynajął detektywów... 
Zakryła dłonią usta. Czyżby nie skojarzył pokrewieństwa 

łączącego ją i jej siostrę? Czy ten łajdak w ogóle pamiętał 

jeszcze imię Fiony? Może była dla niego tylko kolejną bez-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 209 

imienną zdobyczą, którą sześć tygodni temu bez trudu wy­
rzucił z pamięci? 

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Policzki miała za­

rumienione, usta blade. Nie chciała pokazywać się Markowi 

Kingowi w takim stanie. Odetchnęła głęboko i poprawiła 
makijaż. 

Gdy wróciła do stolika, stały już na nim kawa, herbata 

i ciastka. 

- Kłopoty? - King odstawił filiżankę. 
- Skądże znowu. 
Uśmiechnęła się z trudem i usiadła. Podniosła do ust fi­

liżankę z herbatą. 

- Opowiedz mi coś o sobie - poprosił. 
- Po co? - Clare odstawiła filiżankę. - Wynajmujesz 

detektywa, więc pozwól mu uczciwie zapracować na ho­
norarium. 

Z satysfakcją zobaczyła, jak King się krztusi. 

Kawa chlapnęła na stół. 

- Co? 
- Pamiętaj, że ci faceci są skłonni do przesady. Ubar­

wiają fakty, żeby się popisać. 

Wytarł starannie rozlaną kawę. 
- Jak myślisz, co zechcą podkolorować? 
Naprawdę szybko otrząsnął się z szoku, zauważyła Clare. 

Odsunął na bok przemoczoną serwetkę i wyciągnął zza pa­
ska komórkę. 

- Sam zgadnij - rzekła, unosząc kpiąco brwi. 
- Witherby? Mówi Mark King. - Gdy rzucił na nią spoj-

background image

210 DARCY MAGUIRE 

rzenie, uśmiechnęła się słodziutko. - Co dla mnie macie? 
- Nastąpiła cisza. - Przed chwilą? Komu? A jak brzmi ten 
raport? 

Wreszcie King cisnął komórkę na stół i uniósł głowę. 
- Od jak dawna wiesz, kim jestem? - spytała. 
- Telefony komórkowe to przydatne urządzenia. 
- No tak, wyjąłeś mi komórkę z torebki podczas przyjęcia... 
- Co mi o sobie opowiesz? 
- Nie słuchałeś raportu detektywa z Witherby? Pocho­

dzę z rozbitej rodziny, miałam powodzenie u chłopców, a na 
szczyt wspięłam się po trupach. 

- Zawsze wierzysz w to, co ci mówią? 
- Ja? Ależ skąd. 
- Ja też nie. Wszystko przepuszczam przez filtr. 
- A gdzie się mieści ten filtr - w twojej głowie, sercu, 

czy... znacznie niżej? 

- Jesteś szalona - roześmiał się King. 
- To komplement? 
- Możesz to rozumieć, jak chcesz - rzekł lekkim tonem. 

- Pozwól, że zaproszę cię na kolację. 

- Byłbyś skończonym głupcem, gdybyś pozwolił mi się 

teraz wymknąć. 

Podniosła się powoli, wygładzając zmięty materiał spod­

ni długimi, zmysłowymi ruchami. Ten gest zdawał się hip­
notyzować Kinga. 

- Dokąd idziesz? - Jego uśmiech zniknął. 
- Mam dużo pracy. Możesz po mnie przyjechać 

o ósmej. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 1 1 

- Gdzie mieszkasz? 
Clare uśmiechnęła się i odwróciła bez słowa. Niech to 

będzie dla niego kolejnym zadaniem do rozwiązania. King 
przyjedzie po nią do domu, a wtedy ona go dopadnie. Pod 

jakimś błahym pretekstem zaprosi go do środka, potem zaj­

mie się nim Fiona. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Nic z tego nie pojmuję. 
Mark nie zdziwił się, widząc, że John przez cały czas 

czekał na niego przed kawiarnią. Nawet nie przystanął. 
Energicznie zmierzał w stronę biura, a asystent starał się do­

trzymać mu kroku. 

- Czego nie pojmujesz? 
- Dna jest współwłaścicielką Trans-Interu. 
- No i co z tego? 
Umysł Marka Kinga na razie zaprzątały wyłącznie po­

waby Clare. Nie przewidział, że pojawi się w jego biurze 
ubrana tak formalnie. Właściwie nie miało to znaczenia, bo 

jego ciało zareagowało, jakby nosiła tylko koronkową bie­

liznę. Wsunął ręce do kieszeni. Wyobrażanie sobie, co Clare 

skrywa pod bluzką i szarymi spodniami, dostarczało mu 

prawdziwej przyjemności. 

- Wydaje mi się, że miesza pan życie zawodowe z pry­

watnym. 

Mark zawahał się. To prawda, lecz przy okazji świetnie 

się bawił! 

- Sam pan przecież powiedział... 
- Wiem, co powiedziałem. Nie chcę, by ktokolwiek 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

213 

z moich pracowników zaniedbywał firmę, łącząc życie za­
wodowe z prywatnym. - Spojrzał na Johna surowo. - Ta 
zasada nadal obowiązuje. 

Szli w ciszy. Mark niemal wyczuwał, jak John dybie na 

najmniejszy okruch władzy. Tak bardzo przypominał mu je­

go samego sprzed kilku łat. Zupełny brak cierpliwości. Ta 
sama arogancka próżność, z jaką zaczynał Mark. Ta sama 
ślepa wiara, że dojdzie na szczyt, jeśli będzie dostatecznie 
silny i wytrwały. 

King podejrzewał, że pracownicy uważają go za potwo­

ra, lecz wiedział, co się może stać, gdy w firmie zaczną 
kwitnąć romanse. Jego ojciec był najlepszym przykładem, 

jak kończą się takie zabawy. Dwa razy zbankrutował na sku­

tek swoich upodobań do wspaniałych samochodów i jeszcze 
wspanialszych kobiet. A te jego pracownice... Bardziej 
przypominały symbole seksu niż sekretarki! 

Dobrze pamiętał pewne zdarzenie z dzieciństwa. Wpadł 

wtedy bez pukania do gabinetu ojca... Spocona kobieta sie­
dząca na kolanach rodzica z pewnością nie była matką Mar­
ka, a ślady szminki pokrywające usta, podbródek i szyję oj­
ca nie miały nic wspólnego z prowadzeniem interesów. 

Otrzeźwiał, gdy poczuł uderzenie w brzuch. Do tej pory 

słyszał w głowie wyraźny głos ojca, wypominającego mu 
brak dobrych manier, pamiętał silny cios w plecy, po którym 
wyleciał za drzwi... 

- Daj mi znać, gdy będą gotowe dokumenty do naszej 

umowy z Frankiem Boltonem. 

Mark wiedział, że' im prędzej przejmie tę firmę, tym 

background image

214 

DARCY MAGUIRE 

szybciej dopadnie Clare Harrison i dowie się, czego ona 
właściwie chce. 

Podobno karierę robiła przez łóżko. Czy to znaczy, że 

w ten sposób przejęła kontrolę nad firmą? 

Czy naprawdę robiła użytek ze swoich wdzięków, by 

uzyskać władzę? Może tak samo postępowała względem 
niego? Starała się zachować kontrolę nad firmą, oferując 
mu nietypowe usługi? Interesujące... Czy przyjąłby taką 
ofertę? 

Nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu. Był pe­

wien, że Clare przyszła go uwieść. 

A jednak znowu go zaskoczyła. Żadnego dramatyzowa­

nia, histerii, zalotnego trzepotania rzęsami. Tylko te pełne, 
namiętne usta... 

Pełnym godności krokiem podszedł do sekretarki. 
- Pani Thompson? 
- Tak? 
- Czy muszę pani przypominać, że wizerunek naszej fir­

my to rzecz święta? Proszę uprzejmie, by nie piłowała pani 
paznokci, gdy ktoś jest w moim gabinecie lub w foyer. -
Pobieżnie omiótł wzrokiem puste fotele. 

- Tak, proszę pana. - Wyrównała leżące na biurku pa­

piery. - Kiedy pisałam na maszynie, złamałam paznokieć, 
więc musiałam... 

- Czy jasno się wyraziłem? 
Odwrócił się na pięcie i poszedł w kierunku gabinetu. 
- Proszę pana? - Głos pani Thompson zabrzmiał prze­

nikliwie. - Tam... 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

215 

- Koniec dyskusji. 
- Ale... 
Mark pchnął drzwi do gabinetu. 
Przed biurkiem siedziała jego matka i siostra Jessica. 

Obie odwróciły się jak na komendę, niemal w tym samym 
momencie. 

Gdyby matce odjąć dobre dwadzieścia pięć lat, te dwie 

kobiety wyglądałyby jak siostry - platynowe blondynki, zie­
lonookie i wiotkie. Jess nosiła dżinsy biodrówki i top na 
ramiączkach, matka - lniany żakiet w kremowym kolorze, 
uzupełniony sznurem pereł. 

- Kochanie... 
Mark uniósł brwi i przeszedł za biurko. Czy jakiemu­

kolwiek mężczyźnie udało się uwolnić spod wpływu matki? 

- Czemu zawdzięczam tę wizytę? - Rzucił okiem na 

Jess, lecz siostra nawet nie mrugnęła okiem. 

- Przyszłyśmy, by zaprosić cię na kolację. 
Do licha! Nie mogły zadzwonić? No tak, wolały posta­

wić go przed faktem dokonanym. 

- Mam inne plany. 
- Nie mógłbyś ich zmienić? Przecież tu chodzi o naszą 

rodzinę. 

Ileż to już razy słyszał te słowa? 
- Proszę, przyjedź. - Jess spojrzała na niego wielkimi 

oczami koloru mchu. 

Jess dobrze wiedziała, że Mark niczego jej nie odmówi. 

Nie mógł jednak pozwolić, by Clare znowu mu się wy­
mknęła. Już prawie ją miał. 

background image

216 

DARCY MAGUIRE 

- Co ci stoi na przeszkodzie, kochanie? 
- Mam inne plany. 
- Nie możesz się z nich jakoś wykręcić? 
Problem polegał na tym, że Mark robił wszystko, by się 

w nie wkręcić. 

- Czy to jakaś kobieta? - spytała cicho Jess. 
- Wyłącznie sprawy służbowe - skłamał. 
- No, to sprawy służbowe na pewno mogą poczekać, 

kochanie. Potrzebujesz odpoczynku. - Oczy matki zalśniły. 

Najchętniej odpocząłby u boku Clare Harrison. Był pe­

wien, że nawet jego rodzina nie byłaby w stanie temu za­

pobiec. Nagle wpadł mu do głowy wspaniały pomysł 
i uśmiechnął się pod nosem. Rodzinne przyjęcie jest ostatnią 
rzeczą, jakiej spodziewa się Clare. 

- Tym razem muszę go dopaść! - Clare cisnęła na łóżko 

kolejną sukienkę, ściskając drugą ręką słuchawkę telefonu. 
- Ale nie mam co na siebie włożyć! 

- Brak ubrania jest jak najbardziej wskazany. 
Clare zdawało się, że słyszy, jak jej najlepsza przyja­

ciółka śmieje się po drugiej stronie słuchawki. 

- No, wielkie dzięki! Dlaczego wcześniej o tym nie po­

myślałam? 

- Daj spokój, dziewczyno. Podchodzisz do tego zbyt po­

ważnie, wyluzuj się. 

- A jak mam do tego podejść? Pomyśl tylko, co on zro­

bił Fionie. 

- Chodzi mi o to, że za bardzo przejmujesz się tym, co 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 1 7 

masz na siebie włożyć. Nieważne, w co się ubierzesz, bę­
dziesz wyglądać bosko. Facet oszaleje. 

Clare zirytowała się jeszcze bardziej. Uniosła czerwoną 

sukienkę. 

- Dlaczego nie przyjedziesz tutaj, żeby mi pomóc? 
- Bo mój samolot do Europy odlatuje za... - nastąpiła 

krótka przerwa - .. .dwie godziny. Powiedz mi, Clare, dla­
czego ja to robię? 

- Dlatego, że nie umiesz powiedzieć „nie", Haley. 
Jej przyjaciółka zawsze przyjmowała wszystkie zadania, 

jakie przydzielała jej firma, od zakupu indyjskiego jedwabiu 

w Kalkucie, po kupno plemiennych tarcz w Afryce. 

Clare poznała Haley na studiach wieczorowych. Siedzia­

ły obok siebie, wspierając się nawzajem. Od tamtych czasów 
pozostały serdecznymi przyjaciółkami i widywały się tak 
często, na ile pozwalała im intensywna praca. 

- A teraz skoncentruj się. Co w tej chwili trzymasz 

w ręce? 

- Krótką, czerwoną sukienkę. 
- Doskonale. Włóż ją. Gdy ostatnio pożyczałam od cie­

bie spódnicę, widziałam na dnie szafy jakieś czerwone buty 
na wysokich obcasach. 

Pewnie wciąż tam były. 
- Będę w tym wyglądać jak dziwka. 
- Czy nie o to ci chodzi? Niech sobie pomyśli, że chcesz 

mu wiele zaoferować, a wtedy wpadnie w twoją sieć. 

Clare nie znosiła, gdy inni ludzie mieli rację, a ona sama 

gubiła się w wątpliwościach. 

background image

218 DARCY MAGUIRE 

- Do zobaczenia za tydzień. 
Powoli odwiesiła słuchawkę. Nie miała najmniejszej 

ochoty wkładać tej sukienki. 

Zapięła buty, potem przejrzała się w lustrze. Makijaż 

miała subtelny, lecz sukienka nie należała do skromnych. 
Głęboko wycięta z przodu, bardzo obcisła na biodrach, 
kończyła się na dobre pół metra przed kolanami. King 
na pewno nie będzie miał wątpliwości co do zamiarów 
Clare. 

Sama nie mogła uwierzyć, że tak się ubrała. Kupiła ten 

ciuszek ponad trzy lata temu na jakąś imprezę, lecz nigdy 

nie miała śmiałości, by założyć coś tak wyzywającego -
nawet dla Josha. 

Haley pomogła jej przejść przez trudny okres po roz­

staniu z Joshem. Clare żałowała, że przyjaciółka nie może 
teraz być przy niej i wspierać ją. 

Gdy King stanie u drzwi, Clare zaprosi go do środka. 

Nikt nie zobaczy tej sukienki, a już tym bardziej nikt nie 

będzie jej oceniał. Z wyjątkiem Marka Kinga, ale on się 
przecież nie liczy. 

Clare wzięła do ręki kieliszek i wychyliła resztkę brandy. 

Dziwiła się, że po takiej ilości alkoholu jeszcze nie tryska 
pewnością siebie. 

Zaniosła kieliszek do kuchni, czując, jak trunek rozlewa 

się ciepłą falą po żołądku. Sięgnęła do rzędu puszek z ulu­

bionymi ciastkami. 

Rozległ się brzęk dzwonka. 
Zesztywniała. Szybkim krokiem podeszła do drzwi, prze-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

219 

cierając palcem zęby i otrzepując z piersi okruszki ciastka. 
Przełknęła ostatni kęs. 

Wzięła głęboki, uspokajający haust powietrza, a na usta 

przywołała zachęcający uśmiech. Pragnęła, by wszystko się 

już skończyło i by mogła jak najszybciej zdjąć z siebie tę 

wyzywającą sukienkę. 

Na progu stał nieznajomy mężczyzna. 
- Panna Harrison? - Odchrząknął. - Pan King bardzo 

panią przeprasza. Musi dłużej zostać na zebraniu. Poprosił, 
bym zawiózł panią na miejsce. 

Clare otworzyła usta, lecz nie wypowiedziała ani słowa. 

Tego nie było w planie! 

Mężczyźni siedzący wokół stołu dyskutowali, spierając 

się zaciekle. 

King nie mógł uwierzyć, że wciąż tutaj tkwi, gdy tymcza­

sem najbardziej intrygująca kobieta, jaką w życiu spotkał, cze­

ka na niego. Wyjrzał przez zajmujące całą ścianę okno. 

Rozległ się dźwięk brzęczyka. 
- Pakunek, który pan zamówił, właśnie nadjechał. 
- Dziękuję, pani Thompson. Przykro mi, panowie. -

Mark wstał. - Przyjmijcie naszą ostatnią ofertę, bo nie za­
mierzam dłużej negocjować. 

Rozpierał go entuzjazm. Nie mógł się już doczekać ko­

lejnej rundy pojedynku z Clare. 

Ponownie spojrzał na zegarek, potem podniósł leżący 

na biurku pani Thompson pokrowiec z garniturem i popę­
dził do windy. 

background image

220 

DARCY MAGUIRE 

Szofer otworzył przed Markiem drzwi samochodu. 

Mark kiwnął mu głową na powitanie i wślizgnął się na 

tylne siedzenie. 

Krew w nim zawrzała na widok Clare. 

Miała czerwone buty na wysokich obcasach, dłońmi trzy­

mała brzeg czerwonej sukienki, próbując go obciągnąć. 

Wzrokiem powędrował w górę, przyglądając się kształ­

towi jej bioder, talii i pełnych piersi. 

Wreszcie spojrzał w jej niebieskie oczy. 
Usadowił się wygodniej, ciskając pokrowiec z garnitu­

rem na przeciwległe siedzenie. 

- Nie spodziewałem się, że to potrwa tak długo. 
- Ja też się tego nie spodziewałam. 
Rzucił na nią okiem. Tego wieczoru było w niej coś, 

czego nie mógł do końca określić. 

Silnymi palcami zaczął rozwiązywać węzeł krawata, 

wreszcie go poluzował i ściągnął. 

Następnie jego palce przeniosły się na guziki u koszuli. 

Materiał rozchylił się, ukazując pięknie umięśniony, atle­
tyczny tors. 

- Co ty robisz? - szepnęła. 
- Rozbieram się. 
- To widzę. Po co? 
- Nie mamy zbyt wiele czasu. Najlepiej, jak przebiorę 

się podczas jazdy. Nie przeszkadza ci to? - W jego oczach 
zalśniło wyzwanie. 

- Ależ skąd. 
Nie przeszkadza, dopóki będzie trzymał ręce przy sobie. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

221 

King otworzył pokrowiec i wyciągnął z niego śnieżno­

białą koszulę. 

Clare oderwała wzrok od fascynującego tańca, jaki jego 

palce wykonywały na zapięciu spodni. 

Spojrzała za okno, patrząc na rozmyty widok umykają­

cych ulic. 

W uszy wciskał się jej szelest materiału. 
King był już ubrany, lecz koszulę nadal miał rozpiętą. 
- Stchórzyłaś? 
- Słucham? 
- Odwróciłaś wzrok. Nie spodziewałem się po tobie ta­

kiej nieśmiałości, Clare. 

- Jaka znowu nieśmiałość? Byłam po prostu uprzejma. 

- Starała się oddychać spokojnie. 

- Doprawdy? 
- Mówiłeś, że bardzo nas goni czas - przypomniała spo­

kojnie. 

- Nie miałbym nic przeciwko temu. 
- Za to twój szofer mógłby coś mieć. 
- On widział już najróżniejsze rzeczy. 
Clare spojrzała przez okno i zobaczyła, że limuzyna 

zjeżdża z autostrady. 

- Gdzie jesteśmy? 
Zawahał się. 
- A czy to ważne? Najważniejsze, że jesteśmy teraz sami. 
King tylko ją sprawdzał, to wszystko. Pozwoliła, by 

uśmiech wypłynął na jej usta. Ten facet mógłby przynaj­
mniej zapiąć guziki koszuli... 

background image

222 DARCY MAGUIRE 

Zewnętrzną częścią palców dotknął jej ust. 
Kierowca zastukał w szybkę. 
- Jesteśmy na miejscu. 
- Gdzie? 
Z całych sił starała się wymyślić jakąś wymówkę, by 

jak najszybciej stąd odjechać. 

- U mojej matki. 
- U twojej matki? 
Po co on ją tu przywiózł, u licha? Przecież miała być 

dla niego kolejną dziewczyną na jedną noc, a nie kimś, kogo 
przedstawia się mamusi! Spojrzała na swoje oblepione czer­

wonym materiałem piersi i jaskrawoczerwone szpilki. Po­
czuła się niezręcznie, jak striptizerka w operze. W co ona 
się wpakowała? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Mark ujął Clare za rękę i pomógł jej wysiąść z limuzyny. 

Z trudem powstrzymywał cisnący mu się na usta uśmiech. 
Ależ jej sprawił niespodziankę! Clare zdawała się być zu­
pełnie zbita z tropu. 

- Czy coś jest nie tak? 
- Skądże znowu. Doprawdy, pochlebiasz mi. 
Odwróciła się w stronę domu i zamarła. 
Mógł przewidzieć, że ten widok zrobi na niej wrażenie. 

Biała rezydencja miała dwa symetryczne skrzydła, na koń­
cach których mieściły się garaże. Główna, środkowa część 
domu była dwupiętrowa. 

- Podoba ci się ten dom? 
- Niebrzydki. 
Skrzywił się. Matka stawała na głowie, by wygląd domu 

był świadectwem jej statusu i stylu życia. Byłaby wściekła, 
gdyby usłyszała lakoniczną uwagę Clare. 

- Nie rób takiej kwaśnej miny. Dom jak dom. 
Podeszła bliżej i zdjęła mu z ramienia marynarkę. 

Odwrócił się i posłusznie wsunął ręce w mankiety, po 

czym jednym ruchem naciągnął marynarkę na ramiona. 

Położyła mu dłonie na barkach i odwróciła go ku sobie. 

background image

224 DARCY MAGUIRE 

Nawet w miękkim świetle ulicznych latarni widział głę­

boki błękit jej oczu. Spojrzał w dół, na jej palce zapinające 
guziki koszuli. 

- Co robisz? 
- A jak ci się wydaje? Ubieram cię. - Ukradkiem spo­

jrzała w stronę domu. - Wystarczy, że ja muszę wystąpić 

w takim stroju. - Ręką wskazała swoją sukienkę. - Jeśli 
w dodatku i ty będziesz na wpół rozebrany... 

- Boisz się, że mógłbym ci popsuć reputację? 
Nagłym ruchem chwycił ją za obie dłonie i przycisnął 

je do serca. 

W jej żywych, błękitnych oczach żarzyło się coś, co prze­

mawiało wprost do jego najgłębiej skrywanych uczuć - ja­
kaś gwałtowność i nienasycenie. Inne kobiety, które napo­
tykał na swojej życiowej drodze, nawet nie ukrywały nie­
przyzwoitych zamiarów względem jego osoby. Tymczasem 
Clare zachowywała się inaczej i właśnie to wydawało mu 

się niepokojące i niebezpieczne. 

Puścił jej dłonie. 
- Gotowa? 
- Jak najbardziej. 
Clare postanowiła, że nie będzie udawać niewiniątka. Je­

śli King jest typowym przedstawicielem swojej rodziny, to 

czeka ją straszliwy wieczór. Leciutko naciągnęła materiał 
na piersi... i brzeg sukienki podjechał w górę. Nie było ra­
dy. Musiała robić dobrą minę do złej gry. 

Ponownie spojrzała na rezydencję. Choć się do tego nie 

przyznawała, widok ten wywarł na niej piorunujące wraże-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 225 

nie. Dom był o wiele większy i okazalszy, niż najwspanial­

sza posiadłość, jaką Clare mogła sobie wymarzyć. Położony 

był w ładnej okolicy, otulony wspaniałymi ogrodami, nad 
którymi teraz mrugały wesoło pierwsze gwiazdy. 

Drzwi otworzyły się. W progu stanęła krągła kobieta 

w czarnej sukni i białym fartuchu. 

Na widok Kinga rozpromieniła się. 
- Nareszcie pan przyjechał! - Przyjrzała się Clare nie­

ufnie. - Proszę wejść. 

Clare nie czuła lęku, wyłącznie irytację. W swoich pla­

nach nie uwzględniła rodzinnego spotkania w towarzystwie 
mężczyzny, którego nienawidziła. 

Wewnątrz dom prezentował się równie okazale, jak na 

zewnątrz. Na brzoskwiniowych ścianach wisiało mnóstwo 
olejnych obrazów, a z wysokiego sufitu zwieszał się gigan­
tyczny żyrandol. 

- Kochanie, tak się cieszę, że przyjechałeś. 
- Mamo, chciałbym ci przedstawić Clare Harrison - po­

wiedział Mark. 

Aby przyjrzeć się drobnej kobietce, Clare musiała spuś­

cić wzrok. Matka Marka miała na sobie kremową wieczo­
rową suknię oraz perłowe kolczyki, naszyjnik i bransoletkę. 
Zaczesane do góry włosy tworzyły na jej głowie iście kró­
lewską koafiurę, a uniesiony w górę podbródek i zmrużone 
oczy nie pozostawiały absolutnie żadnych wątpliwości, co 
sądzi o Clare ich właścicielka. Chyba trudno byłoby sobie 
wyobrazić bardziej różniące się kobiety. 

Dlaczego King nie przyjechał do niej do domu? Teraz 

background image

226 

DARCY MAGUIRE 

byłoby już po wszystkim. Clare nie sterczałaby jak skoń­
czona idiotka wśród obcych sobie ludzi, w dodatku ubrana 
w nieprzyzwoitą sukienkę. Cholerny King! Zaplanował to 
sobie... 

To wszystko przez niego! Clare zamierzała osobiście do­

pilnować, by tego pożałował. Jeśli chciał się bawić w jakieś 
gierki... 

- Bardzo mi miło panią poznać, pani King - odezwała 

się uprzejmie. 

- Nie jestem już panią King. Od dwudziestu kilku lat 

nie noszę tego nazwiska. - Uniosła wzrok ku sufitowi. -
I dzięki Bogu. Mów mi po prostu Sylvia. 

Clare zirytowała się na dobre, gdy dostrzegła spojrzenie, 

jakim obrzuciła ją matka Kinga. Nie przywykła, by ktoś osądzał 
ją po pozorach. Miała ochotę krzyknąć, że to niesprawiedliwe. 

Pogładziła ramię Kinga, czując ukryte pod ubraniem 

twarde mięśnie. 

- Ma pani wspaniały dom, Sylvio. 

Spojrzała w głąb holu. Kłębił się tam tłum wytwornie 

ubranych ludzi, pod ścianami stały antyki, a odziana w li­

berie służba roznosiła tace z przekąskami i napojami. 

- I równie wspaniałego syna - rzekła, rzucając Kingowi 

promienne spojrzenie. 

Sylvia przestąpiła z nogi na nogę i odwróciła się. 
- Czujcie się jak... - urwała. - Dołączcie do reszty go­

ści. Rozgośćcie się, proszę. 

Clare nie wiedziała, dlaczego ta kobieta tak ją irytuje. 

Nic dla niej przecież nie znaczyła. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

227 

- Teraz jesteś zadowolony? - szepnęła do Marka. 
- Żeby mnie zadowolić, potrzeba czegoś więcej. 
- Czy jesteś zadowolony z siebie? Zdenerwowałeś matkę. 
- Ja? Zachowuję się przecież jak dżentelmen. Za takiego 

mnie zresztą uważa. - Uśmiechnął się do niej czarująco. 
- Nie martw się. Niełatwo ją zdenerwować. Jakoś to prze­
żyje. 

Dla Clare jej własna matka była najdroższą osobą na 

świecie. Jakże byłaby rozczarowana, gdyby dowiedziała się, 

co w tej chwili robi jej córka! 

Clare przeszła wraz z Kingiem do pokoju. Nie mogła 

się teraz wycofać - nie teraz, gdy już tak wiele przeszła. 

- Za co wypijemy? - spytał Mark. 

- Może za sukces? 
- Za jaki sukces? - spytał prowokującym tonem, błą­

dząc spojrzeniem po jej piersiach. 

- W interesach, oczywiście - rzekła przekornie Clare. 
- Czy łączysz czasem pracę z przyjemnościami? 
- Nigdy. A ty? 
Wiedziała, jak będzie brzmieć odpowiedź. Z danych, ja­

kie o nim zebrała, wynikało, że w pracy kierował się naj­
surowszymi zasadami. 

- Przeważnie nie. - King zniżył głos. - Ale chętnie 

uczynię wyjątek. 

- A zatem za sukces we wszystkich naszych przedsię­

wzięciach. 

Jeśli o nią chodziło, marzyła o szybkim sukcesie. Tak, 

dzisiejszy triumf na pewno będzie słodki. 

background image

228 

DARCY MAGUIRE 

King otoczył ją ramieniem i zaprowadził w odległy ko­

niec pokoju. 

- Chciałbym dowiedzieć się czegoś o twojej firmie. 
- No cóż, właściwie nie jest to moja firma. W każdym 

razie nie cała. 

Nie chciała, by King wtykał nos w jej sprawy osobiste 

lub, co gorsza, zawodowe. 

- Ale ty ją prowadzisz? 

Clare była dumna z sukcesu, jaki osiągnęła. Odkąd 

Frank przekazał jej ster, firma wprost kwitła. 

- Jak udało ci się dojść tak wysoko? 

- Potrafiłam wykorzystać wszystkie nadarzające się oka­

zje. To wszystko. 

Napiła się szampana. Frank nigdy nie narzekał na ich 

wzajemny układ. Kto by narzekał? Każdy byłby zachwy­
cony, mogąc odcinać kupony od cudzej pracy. 

- Postąpiłaś bardzo przezornie. 
Clare żałowała, że nie umie czytać w myślach. Miała 

jednak niezgorsze pojęcie o tym, co się dzieje w głowie 

Marka Kinga. Wiedziała, że nie ma to absolutnie nic wspól­
nego z biznesem. 

- Czy miałaś kiedyś problem, jak pogodzić własne za­

sady etyczne z interesem firmy? 

- To chyba dość niedyskretne pytanie. - Clare wzięła 

z tacy grzankę i zanurzyła ją w gorącej, gęstej masie sero­
wej z przyprawami. 

- Odpowiedz, proszę - zażądał cicho Mark. 
- Firmę stawiam na pierwszym miejscu. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

229 

Czyżby starał się wybadać grunt, nim bardziej się zaan­

gażuje? 

- Tak było, jest i będzie. 

Oblizała palce, nie widząc nigdzie kelnera z serwetkami. 

Wiedziała, że traci zainteresowanie Kinga. Chyba była zbyt 

szczera. To oczywiste, że zależy mu na gorącym romansie, 
a nie na kobiecie pochłoniętej robieniem kariery i zawodo­
wymi obowiązkami. 

Odwróciła się do niego. Powoli wodziła językiem po pal­

cach w górę i w dół. 

King stał jak zahipnotyzowany. 
Śledził wzrokiem ruchy jej języka. 
- Synu, chodź na słowo! - Matka chwyciła go za rękę. 
Clare uniosła głowę i odwróciła wzrok. Nie wiedziała, 

czy ma się śmiać, czy płakać. Upiła łyk szampana. Nie za­
mierzała przecież denerwować tej kobiety. Biedaczka była 

już wystarczająco zestresowana, gdy zobaczyła, z kim przy­

szedł dziś jej syn. 

- Dobrze. - King odchrząknął, purpurowy rumieniec 

oblał mu szyję i twarz. - Już, już, oczywiście. 

Clare patrzyła, jak odchodzą. Starała się nie odrywać 

wzroku od nieprzeciętnie wysokiej sylwetki Kinga, który 
w ślad za niziutką matką wyszedł przez białe drzwi. Gdyby 
King był kimś innym, uznałaby tę scenę za rozkoszną. 

- Cześć - rozległ się tuż obok ciepły kobiecy głos. 
Do Clare uśmiechała się młoda blondynka o dziwnie 

znajomej twarzy. 

- Jestem Jess, siostra Marka. Nie przejmuj się moją mat-

background image

230 

DARCY MAGUIRE 

ką. Dostaje świra, jeśli nie może kontrolować wszystkich 
i wszystkiego. - Dziewczyna wzruszyła ramionami. -
Przyszłaś z Markiem? - Spuściła wzrok. 

- Tak - rzekła ostrożnie Clare. 

Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czuła 

się tak niezręcznie. 

- Podoba ci się? Od dawna go znasz? - Jess na chwilę 

wstrzymała oddech. - Wiesz, moja przyjaciółka naprawdę 
go lubi. Pewnie już ją poznałaś. Nazywa się Sasha. 

Clare zaczynała pojmować, do czego ma doprowadzić 

ta rozmowa. 

- Pewnie chcesz, żebym usunęła się jej z drogi? 
Jess spojrzała jej prosto w oczy. 
- Nigdy nie stanęłabym na drodze prawdziwej miłości. 

Co mi na to odpowiesz? 

- Nie zamierzam ustępować. 
- Kochasz go, prawda? - Jess spojrzała w stronę drzwi, 

którymi wyszli jej brat i matka. - Wiedziałam! Dobrze 
zgadłam. Może jestem młoda, ale nie ślepa. Widziałam w te­
lewizji bardzo dużo filmów i umiem rozpoznać to spojrze­
nie, jakim patrzą na siebie zakochani. Wiesz, chciałam ci 
powiedzieć, że cię lubię. 

Clare otworzyła usta. I co ona miała teraz odpowiedzieć 

tej dziewczynie? 

- Matka chciałaby, żeby Mark znalazł sobie kogoś 

z większą klasą... - Jess cofnęła się o krok i taksująco 
przyjrzała się sukience Clare. - Ale ja uważam, że masz 

swój styl i sporo odwagi. Mark potrzebuje takiej kobiety. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

231 

Prawdziwej kobiety. - Uśmiechnęła się, a jej zielone oczy 
rozbłysły. - Takiej jak ty. 

- Dzięki. 
Nigdy jeszcze Clare nie znalazła się w tak dziwacznej 

sytuacji. 

Nagle Jess cofnęła się. 
- Ktoś rozlał wino na nowiutki dywan mamy! 
Clare patrzyła, jak Jess znika w tłumie. Odetchnęła z ul­

gą. Miała nadzieję, że uda jej się trzymać na uboczu. Nie­

stety, jej strój przyciągał zbyt wiele uwagi. 

Zakołysała się na obcasach, spoglądając na drzwi, za któ­

rymi zniknął King. Niepotrzebnie traciła czas. Przyjechali 
do matki Kinga, dopełnili już grzecznościowych obowiąz­
ków. Najwyższa pora, by Mark zawiózł ją do domu i by 
wszystko się wreszcie skończyło. 

Ruszyła w obranym przez Kinga kierunku. Nic ją nie 

obchodziły relacje między nim a jego matką. To nie jej 
zmartwienie. 

Za drzwiami znajdowała się wielka kuchnia, w której 

krzątało się trzech kucharzy i kilkunastu poganianych przez 
nich pomocników. 

- Czego tu? - warknął szef kuchni. 

- Gdzie jest Sylvia? - głośno i wyraźnie spytała Clare, 

starając się przekrzyczeć panujący zgiełk. 

Kucharz wskazał jej wahadłowe drzwi po lewej stronie. 

Clare pchnęła je i weszła do środka. 

Znalazła się w ogromnej jadalni. Wielki mahoniowy stół, 

przy którym mogłoby zasiąść czterdzieści osób, zdobiły nie-

background image

232 

DARCY MAGUIRE 

nagannie ułożone sztućce, wspaniała porcelanowa zastawa 
i kryształowe kieliszki. Kinga nigdzie nie było. 

Do jadalni wiodło jeszcze kilkoro innych drzwi. Clare 

zatrzymywała się przy każdych i nasłuchiwała. Wreszcie do­
tarł do niej głos Sylvii. 

- Wielkie nieba, jak mogłeś przyprowadzić ze sobą ko­

goś takiego? Ona wygląda, jakbyś ją zabrał prosto spod la­
tarni. Synu... 

- Nie powinnaś sądzić po pozorach. 
- Co ty wygadujesz! A może ona jest z tobą w ciąży? 
Mark zakaszlał, jakby Zakrztusił się szampanem. 
- Co takiego? 
- To po co ją tu przyprowadziłeś? A Sasha? 
- Co ma do tego Sasha? 
- Chyba nie jesteś ślepy? Ta dziewczyna jest w tobie 

zakochana. Byłaby dla ciebie o wiele bardziej odpowiednią 
partią niż ta... ta... 

Clare nie chciała usłyszeć następnych słów. Ta kobieta 

nie wiedziała o niej nic, absolutnie nic. 

- Nie kończ, mamo. Nawet o tym nie myśl. 
- Uważaj. Wiesz, na co lecą takie dziewczyny. 
Na policzki Clare wystąpił rumieniec. Jednym pchnię­

ciem otworzyła drzwi, stopy same poniosły ją do środka, 
a w głowie zakłębiło się od tysięcy gniewnych odpo­
wiedzi. 

- Niby na co, Sylvio? - palnęła bez zastanowienia. 

Oburzenie narastało w niej niczym burza. Sylvia nie 

miała pojęcia, przez co Clare przechodziła, co poświęcała 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 233 

dla dobra swojej rodziny. Nie miała prawa wyciągać po­
chopnych wniosków... 

- I do tego jeszcze podsłuchuje! Cóż to za maniery? 
Clare bezgłośnie poruszyła ustami. Co miała odpowie­

dzieć? Jej sytuacja pogarszała się z każdą chwilą. 

- Mogłabyś nas zostawić na chwilę, mamo? 
Sylvia uniosła podbródek i odeszła, szeleszcząc suknią. 
- Nie zasłużyłaś sobie na to - szepnął Mark. 
Clare zdenerwowała się jeszcze bardziej, gdy poczuła, 

że łzy napływają jej do oczu. 

- Nie miała prawa mówić, że jestem latawicą. 

- Czy tak bardzo się przejmujesz tym, co ona myśli? 

- spytał, wpatrując się w jej usta. 

Ujął ją za ramiona. Nagle przycisnął ją do ściany, objął 

i pocałował. 

Odwzajemniła pocałunek, przesuwając dłońmi po ple­

cach Marka. 

Dlaczego miał na sobie tyle warstw ubrania? Chwyciła 

jego koszulę i wyciągnęła ze spodni. 

Przeczesała palcami jego ciemne włosy. Omal nie jęknęła 

z pożądania, lecz dźwięk zamarł jej w gardle, gdy usłyszała 
szczęk klamki. Otworzyła oczy. Co ona wyprawia naj­
lepszego? Tutaj? Teraz? Z nim? 

Wtem ujrzała przed sobą szeroko otwarte, rozżalone 

i smutne oczy. 

- Sasha! 
- Co ty wyprawiasz? - zabrzmiał ostry głos Sashy. -

Myślałam, że... Przecież my... 

background image

234 DARCY MAGUIRE 

- Sasho, źle mnie zrozumiałaś. 

Sasha odwróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju. 

- Muszę za nią iść - rzekł Mark. 
- Co was właściwie łączy? - spytała Clare. 
- Nic nas nie łączy. 
- W takim razie, dlaczego...? 
Mark dotknął jej ramienia, po czym przyciągnął ją do siebie. 
- Może później dokończymy naszą rozmowę? 
Clare zacisnęła pięści i patrzyła, jak King odchodzi. 

Gdyby była mężczyzną, po prostu przycisnęłaby go i za­
kończyła całą sprawę raz na zawsze, a nie zawracała sobie 
głowę jakimiś podchodami. 

Teraz pozostało jej już tylko przetrwać powrotną podróż 

do domu. Mimo wysiłków nie umiała znaleźć odpowiedzi 
na pytanie, dlaczego wszyscy dobrzy kochankowie muszą 
być draniami. 

Mark odnalazł Sashę na dworze. Woda w ogrodowej fon­

tannie łagodnie szemrała, a latarnie miękkim światłem roz­
praszały mrok.Skan i przerobienie pona. 

Zszedł po schodach z dziedzińca. Przeszedł obok kwit­

nącego jaśminu i ruszył plątaniną brukowanych ścieżek wi­

jących się przez cały ogród. W powietrzu unosił się inten­

sywny zapach kwiatów. 

Sasha stała obrócona do niego plecami. W długiej, czar­

nej sukni wieczorowej i z wysoko upiętymi włosami wy­
dawała się nad wiek dojrzała. Lecz Mark nie dał się zwieść 
pozorom. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 235 

- O co ci chodzi, Sasho? Przecież wyjaśniłem już, że 

nie zamierzam... 

Odwróciła się i podniosła na niego wzrok. Jej oczy błysz­

czały od łez, policzki miała zaczerwienione. 

- Sasho, przecież my tylko poszliśmy razem na przy­

jęcie, a ty od razu... 

- Widziałeś, co ona ma na sobie? 
- Widziałem. - Nawet nie krył rozbawienia. Westchnął. 

- Sasho, wyjaśnijmy coś sobie. Między nami do niczego 
nie doszło. 

Sasha wybuchła śmiechem. 

- Oczywiście, że nie. Chociaż bardzo bym chciała, by 

coś nas łączyło. 

- Jesteś dla mnie aż nazbyt miła. 
Za nic nie chciał zranić jej uczuć. Pragnął, by pozostali 

przyjaciółmi. 

Sasha niespokojnie obracała na palcu pierścionek. 

- Za to ona nie jest dla ciebie miła. 
- Nie jest. 
Myślami pomknął ku wdzięcznemu tematowi - odkry­

waniu drobnych, lecz dokuczliwych złośliwości Clare. Krew 
w nim zawrzała. 

- No cóż, przynajmniej winien mi jesteś przysługę. 
- Jaką? 
- Teraz ty dotrzymasz mi towarzystwa na przyjęciu 

u mojej przyjaciółki. Właściwie jest to przyjaciółka mojej 
przyjaciółki, ale będą tam wszyscy moi znajomi. 

Mark w zakłopotaniu potarł podbródek. 

background image

236 

DARCY MAGUIRE 

- Dobrze, ale pod jednym warunkiem: żadnych nume­

rów. Rozumiesz? 

Wiedział, że te ostrzeżenia w niczym nie pomogą. Sasha 

już zastawiła na niego sieci. Nie był przecież ślepy. Jess 

pewnie udzieliła jej swojego błogosławieństwa i kilku przy­

jacielskich rad. 

Będzie musiał uważać na każdy krok. Może w jakiś spo­

sób uda mu się wyplątać z niezręcznej sytuacji. 

Gdy spojrzał w stronę domu, dostrzegł rysującą się 

w oknie sylwetkę Clare. Jej kształty rozpoznałby wszędzie. 

Na samą myśl o Clare przeszedł go dreszcz. Chciał, by 

oszalała na jego punkcie, by zapragnęła go mocno, by za­
częła go błagać o choćby jeden pocałunek czy bodaj naj­
lżejszy dotyk. 

Popędził w stronę domu. Dosyć już miał matczynego 

przyjęcia. Nadszedł czas, by dowiedzieć się, co Clare Har­
rison rozumie przez poświęcenie się dla dobra firmy. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Ty idiotko, wariatko, kretynko. 
Wkładając klucz do zamka, Clare starała się powstrzy­

mać drżenie ręki. Przez całą powrotną drogę ich dłonie i usta 
nie próżnowały. Clare robiła, co mogła, by zapanować nad 
sobą i nie dopuścić, by sytuacja wymknęła się spod kontroli. 
Nie powinna była tak prowokować Marka. Pojęcia nie miała, 
co sobie o niej pomyślał jego szofer... 

Wyjęła klucze i brzęknęła nimi głośno, w duszy błagając 

Boga, by Fiona była gotowa. Póki jej siostrze wystarczało 
odwagi, doskonale wiedziała, co robić. King dostanie dziś 
to, na co zasłużył. 

Już nigdy więcej go nie zobaczy, nie poczuje jego dotyku 

ani pocałunków. Usta ją zamrowiły. Może jeszcze raz go 
pocałuje, by nasycić się nim przed wielkim finałem? 

- Mieszkasz sama? - szepnął jej prosto do ucha. 

Całym ciałem przylgnął do jej pleców. Pocałował ją 

w szyję. 

- A ty? - odparowała Clare, ze wszystkich sił starając 

się zapanować nad swoim ciałem i zmusić je do przyzwoi­

tego zachowania. 

- Mieszkam sam. Z przerwami. 

background image

238 DARCY MAGUIRE 

Gdy Clare otworzyła drzwi, niemal wpadli do środka. 

King znów przywarł ustami do jej warg. 

Nie mogła się powstrzymać, odwzajemniła pocałunek. 

Usprawiedliwiała się w myślach, że przecież przyświeca jej 
szczytny cel. Poza tym nawet w marzeniach nie potrafiłaby 
sobie wyobrazić równie żarliwego i doskonałego pocałunku. 
Przesunęła dłońmi po piersi i ramionach Marka. 

King dotknął suwaka jej sukienki. 
Clare przerwała pocałunek. 

- Jeszcze nie teraz. - Położyła jego dłonie z powrotem 

na swojej talii. 

Zaczęła rozpinać mu koszulę, guzik po guziku, wpatrując 

się w jego przymglone szare oczy. 

Odsunęła się i wzięła głęboki wdech, starając się zwal­

czyć pragnienia przeczące zdrowemu rozsądkowi. Stanow­
czym gestem ujęła Kinga za rękę i poprowadziła do swojego 
pokoju. W tej chwili nie mogła już sobie pozwolić na naj­

mniejsze zawahanie. King był kobieciarzem, ale też i z pew­
nością wspaniałym kochankiem. 

Skosztowała jego ust po raz ostatni, nieomal rozpływając 

się w tym pocałunku. Pragnęła przedłużyć tę chwilę, jednak 
dla dobra Fiony musiała doprowadzić plan do końca. 

King odgarnął włosy z jej twarzy. 
Clare cofnęła się. 

- Dokąd się...? 
- Za chwileczkę wrócę. - Clare skrzywiła usta w pa­

rodii uśmiechu i wymknęła się przez drzwi. 

Fiona już czekała. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 3 9 

- Jest w... - Głos Clare załamał się. Odchrząknęła. -

Jest tam. Możesz mu teraz wygarnąć... 

- Myślisz, że mam u niego jakąś szansę? 
- Nie. 
Mark King na pewno nie zechciałby związać się z jej 

słodką, skromną siostrą. Clare w ogóle nie widziała go 
w stałym związku. Pomyślała sobie, że pewnie jeszcze jako 
osiemdziesięcioletni dziadek będzie się uganiał za spódnicz­

kami. Taki już był. 

Fiona weszła do pokoju. 
Clare wstrzymała oddech, przygryzając dolną wargę. Sta­

ło się. Za kilka sekund będzie po wszystkim. Nigdy już nie 
będzie musiała brać udziału w gierkach Kinga - ani w żad­

nych innych gierkach. 

Nagle drzwi otworzyły się i stanęła w nich Fiona. Oczy 

miała szeroko otwarte, twarz poszarzałą. 

Clare postąpiła krok do przodu. 
- Co się stało? - Nie mogła pojąć, dlaczego Fiona tak 

szybko wypuściła go z rąk. - Nie mogłaś go nawyzywać 
albo coś w tym rodzaju? Zadałam sobie wiele trudu, żeby 
go tutaj zwabić... 

- Wiem, Clare. — Fiona przygryzła dolną wargę. - To 

nie on - szepnęła drżącym głosem. 

- Co takiego? - Clare potrząsnęła głową. - Jak to? 
- Nie mam pojęcia. To nie jest Mark King. - Dotknęła 

brzucha. - To nie jest ojciec mojego dziecka. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Clare stała nieruchomo. Jak to możliwe, że dorwała nie­

właściwego faceta, skoro tak się natrudziła, by go znaleźć? 

Prywatni detektywi namierzyli dla niej Marka Kinga. 

Ustalili datę jego urodzin, imię matki, imię siostry, imię ojca, 
historię jego firmy. Owszem, zabrakło im czasu na dostar­
czenie fotografii, ale to musiał być on! 

- To jest Mark King. 
Clare była na przyjęciu dobroczynnym, w jego biurze, 

w domu jego matki... Przecież obecni tam ludzie nie mogli 
się mylić - nie wszyscy. 

A zatem Fionę skrzywdził ktoś inny. Mężczyzna, który 

z jakiegoś niezrozumiałego powodu podawał się za Kinga. 
Clare trudziła się na próżno. 

Oparła się o krzesło, by nie upaść. Traciła czas, ścigając 

w poszukiwaniu sprawiedliwości zupełnie obcego mężczy­
znę. A przecież powinna teraz walczyć o utrzymanie firmy. 
Zamknęła oczy, próbując się uspokoić. 

Omiotła spojrzeniem pokój. Nie mogła oderwać wzroku 

od marynarki Marka leżącej na podłodze. W dwóch susach 
dopadła do niej, podniosła i zaczęła przeszukiwać kieszenie, 

jedną po drugiej. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 241 

- Co ty robisz? 
Głos Fiony zabrzmiał piskliwie, przebijała z niego pa­

nika. Fiona nigdy nie umiała sobie radzić ze stresem. Zawsze 
wolała schować głowę w piasek, niż stawić czoło niebez­
pieczeństwu. 

Clare musiała przyznać, że i ona nie zachowuje się zbyt 

racjonalnie. Oddychała bardzo szybko i z dużym wysiłkiem, 
ręce jej drżały. Wreszcie namacała w kieszeni gruby kwa­
dratowy portfel i wydobyła go. Powoli obróciła go w dłoni. 
Miękką, doskonałej jakości skórę zdobiły złote inicjały 

„MK". 

Palcem wskazała w stronę pokoju, w pełni świadoma, 

że sekundy umykają w zastraszającym tempie. 

- Chcę się upewnić, że ten facet jest tym, za kogo się 

podaje. 

Rozłożyła portfel. Oniemiała, widząc gruby plik gotów­

ki. W portfelu było przynajmniej tysiąc dolarów i tuzin kart 
kredytowych. 

Fiona nachyliła się nad jej ramieniem. 
- Ma chyba po jednej karcie z każdego banku - wes­

tchnęła. - Jak myślisz, czy on jest bardzo bogaty? 

- Nieprzyzwoicie bogaty. 
Clare przyjrzała się jednej z kart. Widniało na niej wy­

pisane wielkimi drukowanymi literami imię i nazwisko 
Marka Kinga. 

- Karty można sfałszować - szepnęła Fiona. 
Clare wyciągnęła prawo jazdy. Na nim także widniało: 

„Mark King", a z fotografii spoglądała na nią twarz męż-

background image

242 

DARCY MAGUIRE 

czyzny, który wciąż tkwił w jej sypialni. Cała ta sprawa 
robiła się coraz bardziej pogmatwana. 

- To naprawdę on. 
Wsunęła portfel do kieszeni marynarki i spojrzała na 

drzwi sypialni. 

Fiona opadła na krzesło. 
- To kim był mężczyzna, z którym...? - Łzy pociekły 

jej strumieniem po policzkach. - O Boże, Clare. - Próbo­

wała zdusić szloch. - Co ja teraz zrobię? 

Clare lekko dotknęła ramienia siostry, po czym otoczyła 

ją ramionami. 

- Nie jesteś sama. Masz mamę, masz mnie. Niezależnie 

od decyzji, jaką podejmiesz, zawsze możesz liczyć na naszą 
pomoc. 

Fiona pokiwała głową i spojrzała na siostrę. 
- Co teraz zrobisz z tym człowiekiem? 
Przez ciało Clare ponownie przebiegł dreszcz. Nie miała 

pojęcia, co robić. Dotychczas była pewna, że to Mark King 
zaciągnął jej siostrę do łóżka, a potem porzucił. W tej chwili 
właśnie miał stanąć twarzą w twarz z Fioną... Clare wy­
obrażała sobie, jak Mark, strapiony i zmieszany, wychodzi 
pospiesznie z jej mieszkania. Teraz to ona znalazła się w na­
der niezręcznej sytuacji. 

Myślami błądziła daleko stąd. Noc z Markiem Kingiem 

na pewno byłaby niezapomnianym doświadczeniem. Pragnę­
ła znów doświadczyć jego upajających pocałunków. Wie­
działa jednak, że nie powinna tego robić, choć całe jej ciało 
aż wyrywało się do tego mężczyzny. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

243 

- To wszystko moja wina. - Fiona otarła oczy. - On 

teraz myśli, że ty z nim... 

- Wiem. 
Ta myśl zarazem fascynowała ją i przerażała. W głębi 

serca pragnęła odrzucić wszelką ostrożność i przyjąć to, co 

Mark King miał jej do zaoferowania. 

- Już wiem... wyjdź z domu. Pojedź do mamy lub 

gdzieś indziej. Powiem mu, że... - Fiona przygryzła dolną 
wargę. - Coś mu powiem. 

- Co mi powiesz? - spytał Mark, wkraczając do pokoju 

i poprawiając ubranie. - Jeśli obie skończyłyście już roz­
mawiać, chciałbym się dowiedzieć, co się tutaj dzieje. 

- Nic takiego - wyjąkała Clare. 
Zacisnęła zęby, starając się na poczekaniu wymyślić ja­

kieś rozsądne wytłumaczenie. 

Mark zbliżył się. 
- To znaczy? 
- Musimy najpierw rozwiązać ważną sprawę rodzinną. 

Niestety, pora zakończyć nasz wspólny wieczór. 

Clare odetchnęła w duchu. W sumie zupełnie nieźle so­

bie poradziła. 

Nie mogła spojrzeć mu w oczy. Mark niezgorzej znał 

się na ludziach. Mógłby się domyślić, że coś tu nie gra. Na 

pewno zastanawiał się, co właściwie wpłynęło na zmianę 

jej decyzji. Ciekawe, co sobie pomyślał o Fionie, gdy wpad­

ła do pokoju, przez trzydzieści sekund gapiła się na niego 
z otwartymi ustami, a potem nagle zbladła jak ściana 
i szybko wybiegła. 

background image

244 

DARCY MAGUIRE 

- To wyłącznie moja wina - zdradziła Fiona. - Prosiłam 

ją, żeby... 

- ...żebym jej pomogła. - Clare rzuciła Fionie ostrze­

gawcze spojrzenie. - Prosiła mnie, żebym pomogła jej upo­
rać się z pewnym problemem. 

Mark zmierzył ją wzrokiem. 
- Mam zostać? 
Clare zawahała się. Wyrównała leżące na stoliku pisma 

i podniosła pozostawiony tam jakiś czas temu kubek po ka­
wie. Powinna powiedzieć Markowi prawdę. Powinna mu 
wyznać, że śledziła go, tropiła i uwodziła z zemsty. Ogar­
nęła ją fala mdłości. Taka możliwość nie wchodziła w grę. 

Choć bardzo chciała krzyknąć „Tak! Zostań!", nie mogła 

tego zrobić. Nie pozwalały na to okoliczności. Po pierwsze 

King wciąż pozostawał jej wrogiem, mimo że z innego po­
wodu. Po drugie w mieszkaniu była jej siostra. 

- Przykro mi, ale nie - powiedziała Clare w końcu. 
- Nie ma sprawy. - Mark chwycił leżącą na krześle ma­

rynarkę, wyciągnął telefon komórkowy i zadzwonił po ta­
ksówkę. - Takie rzeczy się zdarzają. A jeśli będę mógł 
w czymś pomóc? 

Uwagi Clare nie umknęło, jak mocno zacisnął pięści, 

zanim wsunął je głęboko w kieszenie spodni. Nie miała 
najmniejszej ochoty zastanawiać się, co on sobie o niej 
teraz myśli. Przez cały krótki okres ich znajomości za­
chowywała się przecież niezwykle prowokująco, otwarcie 
go uwodząc! 

- Dzięki. Myślę, że same sobie poradzimy. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

245 

Cicho zamknęła za nim drzwi. Łamała sobie głowę, by 

pojąć, jak mogło dojść do takiej pomyłki. Kto chciałby uda­
wać kogoś, kim nie jest? Dlaczego ze wszystkich ludzi na 
świecie wybrał właśnie Marka Kinga? 

Zabrakło jej tchu. Najważniejsze pytanie brzmiało: czy 

Mark King zechce się z nią jeszcze spotkać? 

Mark wygramolił się z łóżka. Okazało się, że wcale 

nie tak łatwo jest wybić sobie z głowy Clare Harrison. 
Jej widok prześladował go za każdym razem, gdy tylko 
zamykał oczy. 

Wreszcie poddał się i chwycił telefon z nocnego stolika. 

Skoro w żaden sposób nie mógł zapomnieć tej kobiety, nie 
da jej spokoju, póki jej nie rozpracuje. Dowie się dokładnie, 

jakie życie wiedzie Clare i jak należy z nią postępować, 

by ją posiąść. 

Zamarł z dłonią nad telefonem, gdy zorientował się, że 

wykręca numer do Johna. Nie musiał przecież angażować 
w to swojego osobistego asystenta. 

Wielkimi krokami przemierzył apartament. Nowoczesne 

czarne meble dziś dziwnie go drażniły. Umeblowane na czar­
no pokoje pochłaniały całe światło, a śnieżnobiałe ściany 
wydawały się nudne. Nawet abstrakcyjnym malowidłom 
brakowało tego szaleństwa, jakim charakteryzowało się mie­
szkanie Clare. Cóż za kolory, cóż za śmiałość! Ściany po­
malowane na niebiesko i czerwono! 

Pewnie sądziła, że Mark nie może jej pomóc i że nie 

ma sensu wikłać go w jakiekolwiek problemy. Ścisnęło go 

background image

246 DARCY MAGUIRE 

w dołku. Będzie jej musiał pokazać, jakim jest dżentelme­
nem. No i że można mu zaufać. 

Otworzył drzwiczki szafki i wyciągnął z niej książkę 

telefoniczną. Jeśli Clare Harrison miała jakieś sekrety, sam 
zamierzał je odkryć. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Clare brała prysznic, lecz nie mogła z siebie zmyć uczu­

cia zmysłowego napięcia, które King obudził w jej ciele. 
Zlewała się strugami zimnej wody, potem wyskoczyła z ka­
biny i zaczęła wycierać się ręcznikiem tak mocno, że aż 
bolało. Oddawanie się marzeniom o Marku Kingu nie po­
może jej uratować firmy - taka była brutalna prawda. 

Ubrała się w lniany garnitur. Powoli zapinała bluzkę. Po­

trząsnęła głową. Wciąż trudno jej było uwierzyć, że to nie 
King tak okrutnie wykorzystał jej siostrę. 

Spięła włosy z tyłu głowy i przyozdobiła je fantazyjną 

spinką z muszli. 

W takich chwilach zwykła się zastanawiać, jak wyglą­

dałoby „zwykłe życie", życie bez zmartwień i trosk. 
Odpowiedź nasunęła się sama. Takie życie wydawało się 

jej śmiertelnie nudne. Clare uwielbiała wyzwania. Potrząs­

nęła głową i wsunęła na stopy brązowe buty. 

Przystanęła. Po raz kolejny przeszedł ją dreszcz potęż­

nego pożądania. 

Ale czy Mark też jej pragnie? Nie byłaby zdziwiona, 

gdyby po ostatniej nocy poczuł się mocno obrażony. 

Clare wzięła z miski z owocami jabłko, w drugą dłoń 

background image

248 DARCY MAGUIRE 

pochwyciła klucze. Ugryzła soczysty kęs. Na samą myśl, 
że może nigdy już nie zobaczy tego mężczyzny, zabolało 

ją serce. 

- Dzień dobry - odezwała się Fiona, spoglądając na nią 

zza biurka. - Zaczynałam się zastanawiać, czy w ogóle się 
pokażesz. 

- Nie martw się, ze mną wszystko w porządku. -

Uśmiechnęła się. - Dobrze cię znowu widzieć w pracy. 

- Nie mogę już dłużej siedzieć w domu... Nudziłam się 

jak mops. - Fiona podniosła pióro i zaczęła obgryzać koń­

cówkę. - Jesteś zła z powodu tego, co się stało? 

Clare potrząsnęła głową i szybkim krokiem weszła do 

gabinetu. Podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Z ni­
skiego budynku firmy nie roztaczała się zbyt imponująca 
panorama, a widok murów fabrycznych raczej nie sprzyjał 
oderwaniu myśli od niewesołych tematów. 

Fiona weszła za nią. 
- Chcesz się z nim znów zobaczyć? 
Clare przygryzła wargi, lecz nie zdołała powstrzymać 

wypływającego na nie uśmiechu. Dobrze wiedziała, do cze­
go dojdzie, gdy znowu się spotkają. Mark miał najsłodsze 
usta, jakie kiedykolwiek całowała. Zrobiłaby wszystko, by 
poczuć je na całym ciele. 

- Jeśli zechce się ze mną spotkać. 
- T-to dobrze - zająknęła się Fiona. - Przynajmniej coś 

dobrego wynikło z tego całego zamieszania. Myślisz, że jest 

jeszcze jakaś szansa, żebyśmy znalazły tego faceta, który...? 

- urwała. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 249 

Clare odwróciła się, marszcząc czoło. 

- Nie wiem, jak to zrobić. Jeśli nie znamy jego pra­

wdziwego nazwiska... 

Fiona spuściła wzrok i ponownie wpatrzyła się we włas­

ne dłonie. 

Clare miała ochotę wymierzyć sobie cios w szczękę. 

Sprawa Fiony była teraz najważniejsza, nie powinna o tym 
zapominać. 

- Pokręć się w pobliżu miejsca, gdzie go poznałaś - za­

proponowała. - Może często tam zagląda? Spotkaliście się 
w kawiarni, prawda? 

- Tak. 

Fiona rozpromieniła się. Spojrzała na zegarek. 

- Jasne. - Clare dotknęła ramienia siostry. - Czas na 

herbatę. Gdy będziesz wracać, przynieś mi kawę ze śmie­
tanką. 

- Oczywiście. Aha, proszę. - Fiona wręczyła Clare sto­

sik papierów. - To dla ciebie. 

Młodsza siostra przesłała jej pełen nadziei uśmiech i za­

mknęła za sobą drzwi do gabinetu. Clare wzięła głęboki 
oddech. Szkoda, że sama nie mogła wybiec i zobaczyć, 
gdzie jest obecnie Mark. Jednak teraz powinna zająć się 
sprawami firmowymi. Spotkanie z Markiem Kingiem oz­
naczało wpakowanie się w kolejną niezręczną sytuację. Bę­
dzie przecież musiała się przyznać do swojej głupiej intrygi. 

Pobieżnie przejrzała pisma. Wszystkie banki odmówiły 

udzielenia pożyczki z racji niewystarczającego zabezpiecze­
nia kredytowego. Clare wiedziała, że nie ma szans na speł-

background image

250 DARCY MAGUIRE 

nienie wymagań któregokolwiek z nich, jeśli nie zastawi 
domu matki i własnego mieszkania. A tego nie zrobiłaby 
za nic na świecie. 

Zamknęła oczy i oddała się marzeniom. Wyobrażała so­

bie, że jest swoim własnym szefem, że przed nikim nie od­
powiada, że nikt nią nie rządzi. 

Z zadumy wyrwało ją pukanie do drzwi. 
Uniosła wzrok znad biurka. 
- Proszę. 
Drzwi się otworzyły, ukazując stojącego za nimi Marka 

Kinga. Wyglądał oszałamiająco. Ciemnogranatowy garnitur 
pięknie podkreślał jego oliwkową karnację. Biała jedwabna 
koszula i turkusowy krawat dopełniały stroju. Na gładko 
ogolonej twarzy malował się ponury wyraz. Ciemne oczy 
przewiercały Clare na wylot. 

- Panna Harrison. 
- Pan King. 
Clare wstała. Pojęcia nie miała, jak ma się teraz wobec 

niego zachowywać. Nie był to już mężczyzna, który wy­

korzystał jej siostrę. Nie był to też jakiś tam obcy człowiek. 

- Chciałem porozmawiać o tym, co się wydarzyło ze­

szłej nocy. 

- Ja także. - Odchrząknęła. - Posłuchaj, Fiona.., 
Mark uniósł dłoń. 
- Nie musisz niczego wyjaśniać. - Podszedł do niej bli­

żej, nie odrywając od niej spojrzenia ciemnych oczu. 

- Owszem, muszę. Nie chcę, żebyś sobie pomyślał... 

- Clare zabrakło tchu. 

background image

NIE TAKI MABEL STRASZNY... 

251 

Mark podszedł jeszcze bliżej. 
Clare przyciągały jego chmurne oczy, lśniące żarliwą de­

terminacją, tlące się płomieniem, w którym migotały niewy­
powiedziane obietnice. 

- Wiedz, że... - zaczęła. 
Powoli uniósł dłoń i dotknął palcami jej ust. 
- Powiedziałem, że nie musisz niczego wyjaśniać. 
Clare wpatrywała się w jego usta, pragnąc poczuć je na 

swoich. 

Mark pochylił głowę. Jego usta przesuwały się po war­

gach Clare nieomal z czcią, pieszcząc je niezwykle delikat­
nie i czule. 

Nie mogła się już dłużej opierać. Odwzajemniła poca­

łunek. 

- Clare - jęknął Mark. 
Tak dobrze było znów słyszeć, jak wymawia jej imię. 

Wreszcie wolno jej było oddać się emocjom, które w niej 
rozbudził. 

Nagle zadzwonił telefon. 
Clare pogładziła przód koszuli Marka. W duchu klęła, 

na czym świat stoi, że nie wolno jej zignorować tego tele­
fonu - to mógł być bank. 

- Muszę odebrać. Moja sekretarka wyszła. 
Mark ucałował ją w płatek ucha. 
- Zauważyłem. 
Po omacku poszukała słuchawki, drugą ręką wędrując 

wciąż po szyi Marka. 

- Tu Clare Harrison. 

background image

252 DARCY MAGUIRE 

- Cześć, Clare. To ja, Paul. Mam nadzieję, że zeszłej 

nocy wszystko poszło tak, jak sobie zaplanowałaś. 

Clare zamarła. Zakryła dłonią słuchawkę. 
- Sprawy zawodowe. - Wywinęła się z objęć Marka 

i odsunęła się od niego o dobre dwa metry, na pocieszenie 
ofiarowując mu uśmiech. - Tak? 

- Dzwonię, by ci przypomnieć, że teraz ty jesteś mi win­

na przysługę. 

- Wybrałeś nieodpowiednią chwilę. 
Nie miała najmniejszej ochoty marnować wieczoru z ku­

zynem, podczas gdy mogłaby się nacieszyć towarzystwem 
Kinga. Mark przyglądał się jej badawczo, dosłownie roz­
bierając ją wzrokiem. 

- Dziś wieczorem. Nie chcę słyszeć żadnego „ale". To 

poważna sprawa. Musisz przyjść, Clare. Obiecałaś. 

- No dobrze. 
- Przyjadę po ciebie o ósmej. Włóż coś seksownego. 
- Zgoda. 
Ale na pewno nie czerwoną sukienkę - nigdy więcej! 

Odłożyła słuchawkę i przysunęła się bliżej Marka. No, może 
kiedyś dla niego zrobi wyjątek... pod warunkiem, że nie 
będą opuszczać sypialni. 

- Jakieś kłopoty? 
- Nie. - Odchrząknęła. - Nie, wszystko w porządku. 
Przylgnęła do niego całym ciałem i otoczyła go mocno 

ramionami. 

Mark ponownie zaczął ją całować, ale pieszczota nie 

trwała długo. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 253 

- Muszę już iść. Czy mogę później do ciebie zadzwonić? 

- Ustami musnął jej czoło. 

- Oczywiście. Ale dziś wieczorem jestem zajęta. 
- Ja także... - urwał. - Interesy. 

Spoglądał na nią badawczo. Clare pokiwała głową. 
- W moim przypadku także. 
Za nic nie zamierzała zdradzać, że wychodzi z innym 

mężczyzną. Gdyby Mark poznał Paula, jej misterna intryga 
wyszłaby na jaw. Nie, nie wolno jej do tego dopuścić. 

- Do zobaczenia. - Ujął klamkę i posłał Clare zabójczy 

uśmiech. 

Jej serce aż podskoczyło. 
- Tak, do zobaczenia. 
Będzie się często widywać z Markiem Kingiem. Jednak 

najpierw musi uratować firmę. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Mark zamknął za sobą drzwi gabinetu i poprawił krawat. 

W żaden sposób nie mógł pojąć, o co chodziło Clare. No 
nic, i tak się dowie. 

Zdążył już zadzwonić do kilku prywatnych detektywów. 

Wynajął wszystkich. Koszty nie grały roli, liczył się nato­
miast czas. 

- Przepraszam. Nie wiedziałam, że pan tu jest - odezwał 

się kobiecy głos, cichy i słaby. 

Mark odwrócił się. Za biurkiem siedziała siostra Clare. 

Miała bardzo zaczerwienione oczy. 

- A ja nie wiedziałem, że tu pracujesz - odparł, badaw­

czo przyglądając się pomieszczeniu, biurku i jej samej. 

Nic z tego, co zobaczył, nie skłaniało do płaczu. 
- Przepraszam. Wczoraj nie zapamiętałem twojego imie­

nia. Głupio wyszło... 

- Fiona. - Zaszlochała w chusteczkę. - Proszę się mną 

nie przejmować. - Przysunęła plik papierów i wpatrzyła się 
w nie nieobecnym wzrokiem. 

- Masz jakiś problem? 
- Nie - rzekła szybko. - Tak! - Łzy trysnęły jej z oczu. 

- I to wielki. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 255 

Mark nie wahał się ani chwili. Przeszedł za biurko i przy­

kucnął przy niej. Przywykł do łez Jess. Często ją wspierał, 
słuchał cierpliwie, gdy wylewała przed nim swoje żale. 

- Chcesz o tym porozmawiać? Może mam zawołać two­

ją siostrę? 

Potrząsnęła głową. 
- To na nic. Ona już nic nie może zrobić. Nikt nic nie 

poradzi. 

- Może ja? 
Mark czekał cierpliwie. Chciał dowiedzieć się, jaki to 

problem okazał się za trudny nawet dla Clare. 

Fiona lękliwie wpatrywała się w niego, a jej dolna warga 

drżała. 

- Poznałam mężczyznę. - Wydmuchała nos w chusteczkę. 

- I my... i ja... jestem w ciąży. 

Mark podświadomie przeniósł wzrok na jej brzuch, na 

którym trzymała rękę. 

- Niech zgadnę, co było dalej. Ten facet przeżył naj­

większy szok w życiu i zniknął? 

Fiona potrząsnęła głową. 
- To nie tak. Nawet nie możemy go odnaleźć, by mu 

o tym powiedzieć. 

Uśmiechnął się. 
- Trudno mi w to uwierzyć. Mogę dać ci numer telefonu 

do detektywa. 

Zakryła usta chusteczką, tłumiąc jęk. 
- To na nic. 
Mark wstał i przyjrzał się jej z góry. Nie mogła być dużo 

background image

256 DARCY MAGUIRE 

starsza od Jess. Zamknął oczy i poddał się wzbierającej 

w nim fali gniewu. 

- Dlaczego? 
- Ten mężczyzna przedstawił mi się jako ktoś inny, pew­

nie po to, by mi zaimponować. - Jej słowa ledwie się dało 
słyszeć przez łzy. 

Mark nie rozumiał, o co tyle hałasu. Złamane serce i tak 

w końcu się zagoi. A ciąża? Przecież to jej własne ciało. 
Jeśli ten gad nie chciał mieć z nią nic wspólnego, mogła 
sama podjąć decyzję, czy urodzić dziecko. Zacisnął pięści. 

- Podobał ci się ten mężczyzna? 
- Tak - westchnęła. - Naprawdę mi się podobał. Bar­

dzo. Wciąż cierpię, kiedy o nim myślę. 

Mark westchnął. Kobiety zawsze angażowały się duszą 

i ciałem. Chciał jej powiedzieć, żeby żyła dalej jak gdyby 
nigdy nic, lecz blask, który rozpalał się w jej oczach na 
myśl o kochanku, sprawił, że nagle pomyślał o Clare. Dla­
czego ona nigdy tak na niego nie spoglądała? 

- Musiało go coś łączyć z człowiekiem, którego nazwi­

ska użył, chyba że przedstawił się jako gwiazdor filmowy. 
- Mark uśmiechnął się ironicznie. - Co to było za nazwi­
sko? Jakieś znane? 

Podniosła na niego oczy. 
Mark słyszał bicie własnego serca. Patrzył, jak jej usta, 

tak podobne do ust Clare, formują słowa. 

- Pańskie. - Fiona wzięła głęboki oddech. - Mówił, że 

nazywa się Mark King. 

Mark stał jak skamieniały. Płuca odmówiły mu posłu-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

257 

szeństwa. Spoglądał na siedzącą przed nim młodą kobietę 
i czuł, jak zalewa go potężna fala wściekłości. 

- Oczywiście, dowiedziałam się, że to nie pan. Teraz 

nic mi już nie pozostało. Nawet nie znam jego nazwiska. 
Nie wiem, co mam robić. 

- Przedstawił się moim imieniem i nazwiskiem? - spy­

tał zirytowany. 

Ten wieprz użył jego imienia, by zawrócić w głowie bied­

nej, młodej dziewczynie? Mark nie posiadał się z oburzenia. 

- Opisz mi tego faceta. 
- Wysoki, ciemnowłosy i naprawdę przystojny. - Roz­

jarzonym wzrokiem wpatrywała się w przestrzeń gdzieś po­

za Markiem. - Miał takie rozkoszne znamię na pośladku. 

Mark odwrócił się ku drzwiom. Takich szczegółów do­

prawdy mogła mu oszczędzić. 

- W jakim był wieku? 
- Był trochę młodszy od pana. - Odwróciła wzrok. -

Przepraszam, nie chciałam... 

- Nie ma sprawy. - Wsunął ręce do kieszeni. - Kiedy 

się poznaliście? 

- Dokładnie sześć tygodni temu. W pobliskiej kawiarni. 

- Spojrzała na niego wzrokiem pełnym nadziei. - Czy może 
pan mi pomóc? 

Mark zacisnął pięści. Nie potrzebował już więcej szcze­

gółów. Miał pomysł, gdzie szukać winowajcy. Wbił pazno­
kcie w dłonie. 

- Zobaczę, co się da zrobić. 

background image

258 

DARCY MAGUIRE 

Mark dokonywał w głowie przeglądu różnych możliwo­

ści, a nie było ich znowu tak wiele. Najbardziej prawdo­
podobnym kandydatem był ktoś z jego firmy. To by wy­

jaśniało, skąd Clare wiedziała, że Mark szykuje się do prze­
jęcia jej firmy. Jeden z mężczyzn, który zbierał informacje 

na temat Trans-Interu, spał z jej siostrą. 

Zacisnął pięści. Cóż za dureń. Cóż za patentowany dureń. 
Uderzył pięścią w przycisk z numerem piętra. Nie był 

w stanie opanować wściekłości. Jakiś dureń, który dla niego 
pracował, nie tylko podle wykorzystał młodą kobietę, lecz 
także naraził na szwank interes firmy i przedstawiał się jego 
nazwiskiem! Zacisnął zęby. Zamierzał rozerwać winowajcę 
na kawałki, natychmiast gdy tylko dostanie go w swoje ręce. 

Jak ten kretyn mógł myśleć, że wszystko ujdzie mu na su­
cho? Niebywałe... 

Wbił wzrok w wyświetlacz, na którym ukazywały się 

numery kolejnych mijanych pięter. Cokolwiek Clare zamie­
rzała, miała na to mnóstwo czasu. Sześć tygodni! Przez ten 
czas można było wynegocjować nową umowę! Uderzył pię­

ściami o uda. Wszystko dlatego, że jakiś bezmózgi idiota 

nie umiał utrzymać rąk przy sobie. Jeśli Clare udało się 
zainteresować firmą prywatnych inwestorów, Mark mógł się 
teraz obejść smakiem. 

Przynajmniej uzyskał niezbity dowód, że powinien bar­

dziej ufać swojemu instynktowi. Od chwili gdy po raz 
pierwszy jego spojrzenie padło na Clare, przeczuwał jakiś 
podstęp z jej strony. Pewnie chciała odwrócić jego uwagę, 
by zyskać na czasie i uratować firmę. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 259 

Nie wiedziała, że był przygotowany na wszystko i lubił 

wyzwania. Chętnie podejmie tę grę, pokaże, na co go stać, 
Swoją drogą ciekawe, co zaplanowała... 

Pozostaje jeszcze sprawa jej biednej siostry. Mark wie­

dział, że jeśli ktoś w taki sposób zabawiłby się z jego sio­
strą, zrobiłby wszystko, by dopaść drania. Instynktownie na­
piął mięśnie. 

Drzwi windy otworzyły się. 
- Pani Thompson. Proszę natychmiast do mojego gabi­

netu. 

- Tak, proszę pana. 
Wstała z ociąganiem. 
Szybkim krokiem podszedł do drzwi gabinetu i otworzył 

je przed sekretarką. Zobaczył, że wciąż jeszcze zbiera pa­

piery z biurka. 

- To pilne, pani Thompson! 

Kobieta odłożyła wszystkie dokumenty z powrotem na 

blat i pospieszyła do gabinetu. 

Mark zatrzasnął za sobą drzwi, po czym, okrążywszy 

biurko, stanął przed sekretarką. 

- Proszę przejrzeć wszystkie dokumenty dotyczące prze­

jęcia Trans-International. Wszyscy mężczyźni, który praco­

wali przy zbieraniu informacji, mają się stawić w moim ga­
binecie za piętnaście minut. 

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. 
- Ależ, proszę pana, oni mogą być teraz dosłownie 

wszędzie. 

- Za piętnaście minut! 

background image

260 

DARCY MAGUIRE 

- Tak, proszę pana. - Podeszła do drzwi i chwyciła za 

klamkę, po czym odwróciła się. - Czy coś się stało? 

- Dziś poleje się krew, pani Thompson. Gwarantuję to 

pani. 

- O rety! Przecież to tacy mili młodzieńcy. 
Mark przeszył kobietę ostrym spojrzeniem. 
- Błagam, szybciej. 

Krążył nerwowo po gabinecie. Dlaczego Clare traciła 

czas na zabawianie się z nim, zamiast próbować rozwiązać 
problem swojej siostry? Czyżby zrezygnowała z walki? Mo­
że ocalenie firmy było dla niej ważniejsze od kłopotów 
Fiony? 

Potrząsnął głową. Nie mógł jej rozgryźć. 
Rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. 
- Wejść! - huknął. 
Do gabinetu weszło pięciu mężczyzn, jeden po drugim. 

Ustawili się przed biurkiem jakby w oczekiwaniu na salwę 
plutonu egzekucyjnego. Biorąc pod uwagę nastrój Marka, 
nie było to takie dalekie od prawdy. 

Mark przyjrzał im się. Mieli różne kolory włosów. Był 

wśród nich jasny blondyn, rudzielec i brunet. Jeden z męż­
czyzn miał wąsy, drugi długą brodę, a jeszcze inny wypie­
lęgnowaną bródkę. No tak, nie potrzeba wiele czasu, by 
wyhodować taki zarost... 

Wodził po nich wzrokiem od stóp do głów, a złość po­

woli mu mijała. Ustąpiła miejsca irytacji na... siebie same­
go. Na litość boską, dlaczego nie wyciągnął z siostry Clare 
więcej szczegółów? 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 261 

- Ty. - Wskazał na wysokiego mężczyznę na końcu rzę­

du. - To twój naturalny kolor włosów? 

Mężczyzna przestąpił z nogi na nogę. 
- Tak, proszę pana. 
- Wyjdź. 
Mężczyzna zawahał się. 
- Słucham? 
- Wynocha! 

Spiorunował wzrokiem pozostałą czwórkę. Miał nadzie­

ję, że jeden z nich się załamie. Nie miał najmniejszego za­

miaru szukać tego „rozkosznego" znamienia. 

Mężczyzna po prawej był najwyższy, lecz chudy jak ty­

ka, gładko ogolony, o rudych włosach. Następny w rzędzie 
był najniższy z całej grupy, zapuszczał bródkę, a jego obfite 
kształty wskazywały, że lubi dobrze zjeść. Kolejny był bro­
dacz - przeciętnego wzrostu, przeciętnej wagi. Mężczyzna 
po lewej miał wąsy, a budową ciała przypominał nastolatka. 

Mark potarł dolną szczękę. Jego zdaniem żaden z nich 

nie wyglądał na takiego, w którym zakochałaby się siostrzy­
czka Clare. Pewnie każdy z nich miał w sobie coś interesu­

jącego, lecz Mark czuł, że znalazł się w kropce. Może po­

winien poprosić o pomoc panią Thompson? 

Przeszedł za biurko, wciąż rzucając ukradkowe spojrze­

nia na czterech mężczyzn. Zauważył, że dwóch stojących 
po lewej stronie nosi obrączki. Znał życie na tyle, by nie 
wypraszać ich na razie z gabinetu. 

Znów rozległo się pukanie do drzwi. 
- Wejść. 

background image

262 

DARCY MAGUIRE 

Przyglądał się stojącym w rzędzie mężczyznom. Jak jego 

pracownik mógł pozwolić sobie na takie skandaliczne za­
chowanie? 

Wszedł osobisty asystent Marka. 
- O co tu chodzi? - John stanął na końcu rzędu. - Jeśli 

pojawiły się jakieś niejasności w związku z badaniami, po­
winien pan przede wszystkim porozmawiać ze mną. To ja 
kierowałem zespołem. 

- Dobrze, John. To może odpowiesz mi na pytanie, skąd 

Clare Harrison wiedziała, że jestem zainteresowany jej fir­
mą, zanim jeszcze spotkałem się z jej partnerem? 

Cisza. 
Mark skrzyżował ramiona na piersi. 
- Nie? To może jeden z was, wysocy bruneci, będzie 

mi łaskaw wyjaśnić, dlaczego złamaliście zasadę, że nie na­
leży łączyć interesów z przyjemnościami? 

Cisza. 
- Nie? To może któryś z was wie, dlaczego siostra Clare 

Harrison bezskutecznie próbuje znaleźć mężczyznę, z któ­
rym zapomniała się ponad sześć tygodni temu? 

Cisza. 
- Nie? A może wobec tego mi powiecie, dlaczego ten 

mężczyzna przedstawił się moim nazwiskiem, a nie swoim 
własnym? 

Cisza. 
- Nie? - Przyjrzał się z bliska każdemu z nich. - W ta­

kim razie jestem zmuszony poinformować was, że musicie 
ponieść odpowiedzialność za stan, w jakim znajduje się ta 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

263 

młoda kobieta. Macie nie tylko przeprosić ją za wasze ka­
rygodne zachowanie, lecz także jej pomóc. Ona jest w ciąży. 

John zachwiał się i chwycił za krawędź biurka. 
Mark odsunął się od reszty mężczyzn i zaklął pod nosem. 
- Dziękuję, panowie. Chyba wyłoniliśmy zwycięzcę! 
Mark odwrócił się i patrzył, jak wychodzą. Gdy ostatni 

z nich cicho zamknął za sobą drzwi, zwrócił lodowate spoj­
rzenie na swojego osobistego asystenta. 

- Jak mogłeś? Jesteś moją prawą ręką. 
John wpatrywał się w niego, najwyraźniej próbując 

znaleźć odpowiednie słowa. 

- Przepraszam. Ale... to nie jest tak... jak pan myśli. 
Mark odsunął krzesło i usiadł na nim ciężko. 
- Zlekceważyłeś moje polecenia. Naraziłeś na szwank 

powodzenie niezwykle ważnych negocjacji. Mogła nam 
przejść koło nosa lukratywna umowa... 

- Przecież wtedy nie znałem jeszcze pańskiej zasady od­

dzielania życia zawodowego od prywatnego. Fionę spotka­
łem w pobliskiej kawiarni. Nie miałem pojęcia, że jest sio­
strą współwłaścicielki Trans-Interu. 

Oparł się ciężko o blat biurka. 
- Dlaczego przedstawiłeś się moim nazwiskiem? 
- Ja... No cóż, tu nie mam nic na swoją obronę. Byłem 

taki przejęty. Chciałem jej zaimponować. 

- Pochlebstwa nic ci nie pomogą. 
John odetchnął głęboko. 
- To i tak nie miało znaczenia. Nawet nie znała pań­

skiego nazwiska. W ogóle pana nie znała, więc okazało się, 

background image

264 DARCY MAGUIRE 

że niepotrzebnie kłamałem. A gdy już to powiedziałem, mu­
siałem brnąć dalej. W przeciwnym wypadku uznałaby mnie 
za skończonego idiotę. 

- Bo jesteś idiotą. - Mark ponownie wstał i podszedł 

do okna. - Nie ma ceny, która mogłaby wynagrodzić krzyw­
dę, jaką jej wyrządziłeś. Czy masz pojęcie, w jakim ona 

jest stanie? 

- Jest w ciąży! - Wiercił się na krześle. - Nosi moje 

dziecko. - Podskoczył. - Muszę ją zobaczyć! Wszystko jej 
powiedzieć! 

- Powiedz jej, że cię zwolniłem. 
- Za co? Za to, że się zakochałem? 
- Zakochałeś się? Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Dla­

czego później się z nią nie skontaktowałeś? 

John wbił wzrok we własne stopy. 
- No dobrze, sam nie wiem, czy to miłość. Nie miałem 

okazji, by Się przekonać. Nie skontaktowałem się z nią, bo 
pan palnął mi tę gadkę o życiu zawodowym i prywatnym. 
Powiedział mi pan, że jeśli nie będę się trzymał tej zasady, 
to ryzykuję utratę posady. Ale było już za późno. - Bawił 

się krawatem. - Pomyślałem sobie, że poczekam... a potem 

znów się z nią zobaczę. Gdy podpiszemy umowę przejęcia 
Trans-Interu, wrócę do Fiony. 

Mark stłumił gniew. To była wyłącznie jego wina. On 

sam był winien rozpaczy Fiony i rozłące kochanków. 

- Powinieneś był przyjść do mnie i wyjaśnić mi całą 

sprawę. 

- Próbowałem. Ale pan był taki zasadniczy w tej kwe-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

265 

stii. - Spojrzał na Marka surowo. - „Nie ma żadnych wy­

jątków" - przedrzeźniał go. 

Mark odwrócił się. Był tylko jeden wyjątek. Clare Har­

rison. Choć w żaden sposób nie mógł zrezygnować z prze­

jęcia Trans-Interu, przynajmniej pomyślnie rozwiązał prob­

lem jej siostry. 

- Zrozumiałem, do czego pijesz. Ale jeśli przez twoją 

głupotę umowa nie dojdzie do skutku, będę na ciebie bardzo 
zły. - Wyjrzał przez okno. - Jeśli chcesz założyć rodzinę, 
będziesz potrzebował pracy, lecz w żadnym wypadku nie 
mogę zatrzymać cię na stanowisku osobistego asystenta. Inni 
gotowi pomyśleć, że mam zbyt miękkie serce. Przeniesiemy 
cię do innego działu. 

- Dziękuję. Na pewno pan tego nie pożałuje. 
John uśmiechał się. Przez cały czas się kręcił, jakby jego 

stopy nie mogły się już doczekać, kiedy wybiegną za drzwi. 

Mark też chciał się uśmiechnąć, lecz nie mógł. 
- Idź. Pociesz tę dziewczynę. Gdy będziesz wychodził, 

poproś panią Thompson, by przygotowała na jutro rano dla 
Franka Boltona dokumenty do podpisania. 

Jeśli Clare Harrison zamierza przeszkodzić mu w zawar­

ciu tej umowy, to będzie musiała bardziej się postarać. Nie 
zamierzał czekać biernie na rozwój wypadków. Miał w za­
nadrzu jeszcze kilka niespodzianek. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Clare padła na biurko, kryjąc twarz w dłoniach. Czas 

uciekał. Nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się na­
prawdę. Ostatnie pięć czy sześć łat zdawało się snem. Do­
stała firmę praktycznie na własność i przekształciła ją 
w kwitnące przedsiębiorstwo. Nigdy nie spodziewała się, 
że kiedyś przyjdzie jej się obudzić, ani że ten piękny sen 
zmieni się w koszmar. 

Teraz groziła jej utrata firmy, niezależności, wszystkiego, 

na co ciężko zapracowała. Czy po to prowadziła firmę przez 
dziesięć lat, by teraz głowić się, skąd wziąć pieniądze? 

Mocno zacisnęła zęby. Przynajmniej kupiła matce dom, 

sama też miała gdzie mieszkać. Potarła twarz, starając się 

pozbyć nieznośnego kłucia pod powiekami. 

Wiedziała, gdzie powinna szukać oparcia: w rodzinie i 

w Marku Kingu. 

Skoro nie mogła już nic zrobić, by ocalić swoją pozycję 

w firmie, zamierzała jak lwica walczyć o pracowników, 
o to, by Fiona pozostała na swoim stanowisku. 

Potarła prawą brew, potem uderzyła pięścią w biurko. 

Głuchy huk i ostry ból nie ulżyły jej ani nie pomogły zdła­
wić narastającego poczucia bezradności. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 267 

Krążyła po gabinecie jak po klatce. Do licha, co ma teraz 

zrobić? Czy powinna zostać w firmie i pracować dla no­
wego szefa? A może lepiej odsprzedać swoje udziały i za­
cząć wszystko od nowa? Skrzywiła się. Musiałaby nawiązać 
nowe kontakty, a na to chyba w tej chwili nie miała siły. 

Otworzyła drzwi gabinetu. 
- Fiono, czy mogłabyś przynieść mi lunch? Bułkę z sa­

łatką lub... 

Fiona nieprzytomnym wzrokiem patrzyła w stronę głów­

nego wejścia. Twarz miała bladą, policzki zarumienione, 
oczy szeroko otwarte. 

- Nic ci nie jest? 
Clare skoczyła ku niej. Nagle stanęła ja wryta. 
W drzwiach stał osobisty asystent Marka Kinga. Lekko 

zmierzwione włosy i zarumieniona twarz świadczyły o jego 
zdenerwowaniu. 

Clare odetchnęła z ulgą. 
- John, co za niespodzianka! Czym możemy służyć? 
Podeszła do niego, wyciągając rękę na powitanie. Co 

tym razem zaplanował Mark? Może na dole czeka już na 
nią limuzyna, która ma ją porwać w jakiś cichy i roman­
tyczny zakątek? 

John trzymał ręce za plecami, lecz Clare dostrzegła bu­

kiet czerwonych róż. Wstrzymała oddech. Ponownie zwró­
ciła się do siostry: 

- Fiono, mamy gościa. 
Lecz oczy Fiony wciąż szkliły się od łez, a na jej twarzy 

malowało się osłupienie. 

background image

268 

DARCY MAGUIRE 

- John? Nazywasz się John? - Fiona podniosła się 

z krzesła. 

Clare zamarła. Fiona spłoszy chłopaka swoim zachowa­

niem. Clare chciała wreszcie dostać te kwiaty i dowiedzieć 
się, jaką wiadomość przesyłał jej Mark. Miłe ciepło wypeł­
niło jej ciało od stóp do głów. 

- Dlaczego przedstawiłeś mi się innym nazwiskiem? Tak 

długo cię szukałam. - Odwróciła się ku Clare. - Ty go 
znasz? 

Clare pokiwała głową, próbując zrozumieć dziwne za­

chowanie siostry. 

- To osobisty asystent Marka Kinga. 
John podszedł bliżej, omijając Clare, i wyciągnął przed 

siebie skrywany do tej pory za plecami bukiet. Fiona wyszła 
zza biurka i podbiegła do Johna. Radość biła z jej promie­
niejących szczęściem oczu. Clare dawno nie widziała siostry 
w takim nastroju. 

Nagle wszystko zrozumiała i ze zdumienia otworzyła 

szeroko usta. 

To John był tajemniczym kochankiem Fiony! 

- Myślałam, że ci na mnie nie zależy... 
Fiona otarła łzy i rzuciła się w ramiona Johna. Przytulił 

ją mocno. Piękny bukiet wylądował na podłodze. 

- Czekałem na odpowiednią chwilę. 
Clare zakryła usta dłonią. Przepełniała ją radość ze szczęś­

cia siostry. W życiu nie widziała niczego równie romantycz­
nego i poruszającego... Zatęskniła za silnymi i opiekuńczymi 
ramionami Marka. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 6 9 

- A teraz? - Głos Fiony brzmiał jak stłumiony radosny 

szloch. - Teraz jest odpowiedni moment? 

- Tak. - John obsypywał pocałunkami twarz dziewczy­

ny. - Gdyby King nie pozwolił mi złamać tej głupiej zasady, 
przyszedłbym jutro... 

- Co to za zasada? 
Clare nie mogła się powstrzymać, by nie zadać tego py­

tania. Każda informacja na temat charakteru Marka pomog­
łaby jej umocnić ich związek. 

John jakby dopiero teraz ją zauważył. Podniósł głowę 

znad szyi Fiony. 

- Zasada, by nie łączyć życia zawodowego z prywat­

nym. Nigdy. 

- Słyszałam o tym. A więc to twoja... to on? Ale jak...? 
- To zasługa pana Kinga. - John całował czoło Fiony, 

jej powieki, policzki, nos, usta. 

Radość Clare zgasła jak zdmuchnięty płomyk świecy. 
- Kinga? 
- Nie wiem, jak się o nas dowiedział. - John mocniej 

przytulił Fionę. - Ten człowiek jest naprawdę niesamowity. 

- Powiedziałam mu o nas - entuzjazmowała się Fiona. 

- Nie mogłam się powstrzymać. Płakałam, on zaczął mnie 
pocieszać i tak to jakoś wyszło. Nawet okiem nie mrugnął, 

chociaż zachowywałam się chyba jak rozhisteryzowana 
idiotka. Był taki miły... Obiecał mi pomóc. 

Słysząc o trosce, jaką Mark okazał jej siostrze, Clare 

poczuła, że po jej ciele rozlewa się miłe ciepło. Nagle do­
słownie zamarła. 

background image

270 DARCY MAGUIRE 

- Powiedziałaś mu, że ktoś podszył się pod niego?! 

Uniosła oczy do góry. Jej siostra wygadała, że wzięły 

go za kogoś innego! 

- Tak. - Fiona ponownie pocałowała Johna, nieświado­

ma przerażenia, jakie jej słowa budziły w Clare. 

Clare załamała się. Teraz Mark już wszystko wiedział, 

na pewno przejrzał jej grę. Wiedział, że Clare uknuła głu­
pawą intrygę, by pomóc siostrze. Zrobiło jej się zimno. Mog­
ła zapomnieć o jakimkolwiek związku z Markiem, i to raz 
na zawsze! 

W piersi czuła dotkliwy ból. Nigdy już nie posmakuje 

ust Marka. To był ich ostatni pocałunek. 

Clare, elegancko wsparta na ramieniu kuzyna, wkroczyła 

do hotelu, którego fasada olśniewała przesadnym przepy­
chem. Nie była to najodpowiedniejsza pora na towarzyskie 
spotkania, lecz słowo się rzekło... Jeśli Paul chciał, by w ra­
mach wdzięczności Clare poszła z nim na jakieś snobi­

styczne przyjęcie, to niech tak będzie. 

- Tu jest niesamowicie - szepnął Paul. 
Gdy skinął głową portierowi o wyglądzie olbrzyma, ten 

wpuścił ich, nie okazując w żaden sposób zdziwienia. 

Paul ujął kuzynkę za rękę i pociągnął ją za sobą w naj­

większy ścisk. Goszcząc w kuchniach najwykwintniejszych 
restauracji, hoteli i klubów, wszędzie mógł się poszczycić 
znajomościami. Przydawało się to zarówno w życiu prywat­
nym, jak i zawodowym. 

Otoczona ludzką ciżbą Clare starała się zaczerpnąć 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 7 1 

w płuca trochę tlenu. Wiedziała, że w tej chwili powinna 
ślęczeć w domu nad kolumnami cyfr, a nie szaleć na przy­

jęciu, lecz miała wobec Paula dług wdzięczności. Powiedział 

przecież, że kontakty, jakie tu nawiąże, mogą mu dopomóc 
w dalszej karierze. 

Przyjęcie zostało wydane z myślą o wyższych sferach. 

Stroje od najlepszych projektantów i biżuteria świadczyły 
o bogactwie właścicielek, a wynajęcie przepięknej sali 
i dwudziestoosobowej orkiestry też musiało kosztować ma­

jątek. 

Kilka sukni Clare widziała już przedtem w najnowszych 

żurnalach, które Fiona przyniosła do domu. Spoglądając na 
swoją skromną sukienkę, natychmiast postanowiła zainwes­
tować w nową garderobę. 

Paul przyciągnął ją do siebie. 
- Znajdźmy jakiś stolik. 
Pokiwała głową. Cieszyła się, że przynajmniej Paulowi 

może się na coś przydać. Nie była natomiast w stanie pomóc 
samej sobie i wymyślić jakiegoś genialnego planu zdobycia 
potrzebnych funduszy. Nie chciała stać z założonymi rękami 
i poddawać się bez walki. Miała pozwolić, by ktoś przy­
właszczył sobie efekty jej ciężkiej pracy? 

Znaleźli wolny stolik w rogu sali, gdzie na szczęście by­

ło ciut ciszej. Zamówili drinki i w milczeniu przyglądali 
się pozostałym uczestnikom przyjęcia. 

- Co się z tobą dzieje, Clare? - Paul trącił ją łokciem. 

- Myślami jesteś zupełnie gdzie indziej. 

To prawda, Clare ze wszystkich sił starała się myśleć 

background image

272 

DARCY MAGUIRE 

o czym innym. Nie udało jej się wykupić udziałów Franka. 
Zamierzała kilkoma drinkami osłodzić gorycz porażki. Wie­
działa, że gdy wróci do domu, nie skończy się na jednym 

drinku na dobranoc. Gdyby jeszcze mogła przestać rozmy­
ślać o Marku Kingu... 

Aby rozwiązać problem Fiony, Mark postąpił wbrew 

własnym zasadom, ale czy zrobił to dla Clare, czy dla spo­
koju własnego sumienia? Clare sama już nie wiedziała, co 
ma o tym myśleć. Ostatnie wydarzenia i związane z tym 
emocje przytępiły jej umysł i zmysły. Próbowała obwiniać 
o to Marka, ale z miernym skutkiem. 

Chciała go nienawidzić, lecz tęskniła za nim. Tęskniła 

za jego roześmianymi oczami, za jego głosem. Pragnęła go, 
pożądała do szaleństwa. To niesprawiedliwe. Dlaczego życie 

jest takie skomplikowane? 

- Przepraszam. 
- Nie przepraszaj. - Paul znów trącił ją łokciem. -

Uśmiechnij się, pokaż wszystkim, jaka z ciebie dusza to­
warzystwa. 

Clare położyła dłoń na spoczywającej na stole ręce Paula 

i oparła się o jego ramię. 

- Postaram się. 
Nie wiedziała, do czego właściwie była dziś potrzebna 

Paulowi. Przyglądając mu się, stwierdziła, że wyglądałby 
całkiem nieźle, gdyby od czasu do czasu strzygł porządnie 
ciemne włosy i zgolił cienki jak nitka wąsik. Pewnie chciał 
wyglądać jak Francuz, co w jego fachu mogło być bardzo 
przydatne. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 273 

Zamknęła oczy. Pod powiekami widziała tylko obraz 

Marka Kinga. Ten mężczyzna naprawdę mocno zalazł jej 
za skórę. Zdawało jej się, że czuje mocny zapach jego wody 
kolońskiej, słyszy jego głos... 

- Witaj, Clare - zabrzmiał niespodziewanie głos Marka. 
Wyprostowała się gwałtownie. 
- Co? 
Patrzyła wprost w głębokie, ciemne oczy. Mark mocno 

zaciskał usta; kilka guzików u jego białej jedwabnej koszuli 
było rozpiętych, ukazując lekko owłosioną, muskularną 
pierś. Jedną dłoń włożył w kieszeń spodni, jego drugą dłoń 
trzymała w mocnym uścisku młoda kobieta. 

- Jakie to zabawne, że znów się spotykamy! - Wysoki 

głos Sashy przebił się przez muzykę. 

Spoglądała na Clare z góry, mrużąc oczy. 

- Tak, zabawne. 
Clare przyjrzała jej się uważniej. Nie było żadnych wąt­

pliwości co do intencji dziewczyny. Czerwona suknia bez 
pleców opinała szczelnie wszystkie krągłości, a dziesięcio-
centymetrowe obcasy dodawały Sashy wzrostu, wskutek 
czego jej oczy znajdowały się teraz na poziomie podbródka 
Marka. 

Clare błądziła wzrokiem po jego twarzy. 
Marszczył czoło i spoglądał na nią ponuro. 
- Nie wiedziałem, że obracasz się w tych kręgach. 
Wyraźnie usłyszała zaczepkę w jego głosie. 
- To samo mogłabym powiedzieć o tobie. 
Pewnie próbował zaimponować młodej Sashy, pokazać 

background image

274 

DARCY MAGUIRE 

jej, że skoro potrafi wkręcić się na przyjęcie dla młodych 

yuppies, to nie jest jeszcze taki stary. Choć Clare pragnęła 
teraz stworzyć między sobą a Paulem większy dystans, 
oparła się tej chęci. To, że Mark umówił się z Sashą, aż 
nazbyt dobitnie wskazywało, kim jest zainteresowany. 

Jej wzrok padł na dłoń Sashy, trzymającą rękę Marka; 

na ten widok aż zadrżała. Długie palce Sashy ściskały go 
mocno, zaborczo, a on wcale nie protestował. 

- Przyszedłeś tu służbowo? - spytała. 
Mark uniósł brwi. 
- Nie całkiem. A ty? 
Istniało pewne podejrzenie, że Clare i Fiona wcale się 

nie myliły co do jego osoby. Chyba Mark solidnie zapra­
cował na opinię pozbawionego skrupułów kobieciarza. Spo­

jrzała mu w oczy. 

- Oczywiście, że tak. 
- Sashę już znasz - powiedział, po czym taksującym 

wzrokiem przyjrzał się mężczyźnie towarzyszącemu Clare. 
- A kto to jest? 

Clare obróciła się ku Paulowi. 
- Przyjaciel. 
Paul uśmiechnął się najbardziej przymilnym ze swoich 

uśmiechów. 

- Kto to jest? - odwzajemnił pytanie. 
- To jest Mark King. 

Szturchnęła kuzyna pod stołem. Jeśli teraz Paul zrobi 

coś, co by ją skompromitowało, Clare powiesi go na suchej 
gałęzi. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

275 

- Słynny Mark King, tak? We własnej osobie... - Paul 

wstał i uścisnął dłoń Marka. - Dużo o panu słyszałem. 

- Chciałbym o panu powiedzieć to samo, ale... 
- Ale musimy już iść - powiedziała Clare, wstając rap­

townie i zawadzając ręką o kieliszek. 

Wino ciemną plamą rozlało się po obrusie. Clare rzuciła 

Paulowi wymowne spojrzenie. 

Na miłość boską, Mark nie powinien się dowiedzieć, że 

przyszła tu z kuzynem. Tylko w ten sposób uda jej się ura­
tować resztki dumy. Skoro King zamierzał balować z dziew­
czyną, której plany były jasne jak słońce... 

- Rano mam ważne spotkanie - rzekła, trącając Paula 

w ramię. 

Odeszła od stołu i obróciła się ku wyjściu. Podłoga wy­

dała jej się dziwnie wyboista i w dodatku bardzo śliska. 

- Idź do domu, Clare. - Paul pogładził ją po ramieniu. 

- Prześpij się trochę. Mam nadzieję, że dasz sobie radę sama 
i nie muszę cię odwozić? - Tęsknym wzrokiem spojrzał 
w stronę tłumu na parkiecie. 

Clare wiedziała, że nie wolno jej zniszczyć mu reszty 

wieczoru. Pokiwała głową. 

- Jasne. Pojadę taksówką. 
Paul objął ją mocno. 
- Dzięki - szepnął. 
Mark mógł rozumieć ten gest, jak chciał. Wszelkie szan­

se na związek z nim już dawno zostały zaprzepaszczone. 
Teraz, gdy Mark już wiedział, jaką perfidną grę z nim pro­
wadziła, nie zechciałby się z nią spotykać. Odwróciła się. 

background image

276 

DARCY MAGUIRE 

- Miło mi było znów was spotkać - powiedziała na od­

chodnym. 

Przeciskała się przez tłum, byle dalej od Marka, Sashy 

i Paula. 

Przystanęła. Jak mogła tak się zapomnieć? Po co piła 

tego ostatniego drinka? Czy nie mogła wybrać innego dnia 
na topienie smutków w alkoholu? 

Zamknęła oczy i poddała się hipnotyzującym dźwiękom 

muzyki. Mark znowu był z Sashą. Jeśli naprawdę nic ich 
nie łączyło, to dlaczego przyszli tu razem? Zamarła. Co ją 
to właściwie obchodzi? Skoro Mark wiedział już, co zrobiła, 
nie było najmniejszej nadziei na rozwój ich znajomości. 
A nawet gdyby się z nią jeszcze umówił, na pewno nie ze­
chciałby zaangażować się w poważniejszy związek. Prze­
cież odgrywała przed nim rolę cynicznej uwodzicielki, 
a który mężczyzna wybrałby taką kobietę na życiową part­
nerkę? Sasha bardziej pasowała do jego stylu życia. Była 
doskonałą kandydatką na żonę - zarówno dla Marka, jak 
i dla jego matki. 

Ponownie zanurkowała w tłum, modląc się, by udało jej 

się znaleźć wyjście. 

Czyjaś ręka opadła ciężko na jej ramię. 
- Hej! Zwolnij. Po co ten pośpiech? 
Zdziwiona Clare spojrzała wprost w ciemne oczy Marka. 
Jego głos brzmiał twardo. 
- Dopóki się nie pojawiłem, zdawałaś się nieźle bawić. 
Zakręciło jej się w głowie. 

- Doprawdy? 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 7 7 

- Tak. To było bardzo ciekawe. Jaką grę prowadzisz 

z tym nieszczęśnikiem? 

- Grę? 
Omal się nie zachłysnęła ze zdumienia. Co on sobie wbił 

do głowy? Poczuła, jak gorąco oblewa jej policzki. Uniosła 
podbródek. Za tamtym planem nie kryło się nic nędznego 
i płytkiego, a wyłącznie dobre intencje: naprawienie wyrzą­
dzonego Fionie zła. Mark musiał to zrozumieć. 

Przysunął się bliżej. 
- Przecież lubisz gry, prawda? 
- Naprawdę nie wiem, o co ci chodzi. 
Patrzyła na czubki swoich czarnych szpilek. Była coś 

winna Markowi. Przecież pomógł Fionie. Odetchnęła głę­
boko, by się uspokoić. 

- Chcę ci podziękować. Zrobiłeś wspaniałą rzecz. 
Wydawał się zaskoczony jej słowami. 
- Naprawdę? 
Clare poszła za ciosem. 
- Dziękuję ci za to, co zrobiłeś dla Fiony i Johna. 
- Nie ma sprawy. Kim jest ten facet? - Kciukiem wska­

zał kierunek, z którego przyszła. 

Nagle sala zawirowała przed jej oczami. 
Mark chwycił Clare za ramiona i spojrzał na nią badaw­

czo. Zmarszczył brwi. 

- Czy on cię upił? - Mięśnie na jego szczękach, drgnęły, 

gdy zaciskał usta. 

Nie mogła się nie uśmiechnąć. Mark był zazdrosny! Po­

czuła, że robi jej się ciepło na sercu. 

background image

278 

DARCY MAGUIRE 

- Tak się składa, że ten facet to mój kuzyn. 
Mark spojrzał na nią trochę nieprzytomnie. 
- Kuzyn? Jaki znowu kuzyn? 
- Niezwykle uciążliwy. 
Wtuliła się w jego objęcia. Rozkoszna była świadomość, 

że Mark ją podtrzymuje, a skoro całe zamieszanie z Fioną 
i jej dzieckiem doczekało się szczęśliwego zakończenia, 
mogła się w pełni oddać przyjemnym emocjom. 

- Nie powinnaś tyle pić. - Mark rozejrzał się wokół. 

- Odwiozę cię do domu. 

Zamknęła oczy i poddała się ogarniającemu ją zmęcze­

niu. Marzyła, by już znaleźć się w domu. Jej wygodne łóżko 

było tym, czego w tej chwili najbardziej potrzebowała. 

- Co z Sashą? 
- Zamówię dla niej taksówkę. 
- Myślisz, że będzie zadowolona z takiego obrotu rze­

czy? - Clare już sobie wyobrażała, co pomyśli Sasha, gdy 
Mark po raz drugi ją zlekceważy. - Mógłbyś zamówić ta­
ksówkę dla mnie. 

- Sasha zrozumie. Potrzeba ci mocnej kawy i świeżego 

powietrza. Taksówka ci tego nie zapewni. 

Clare odgarnęła włosy z twarzy. 
- Sasha będzie na ciebie bardzo zła. 
Pogładził ją po ramionach i dłoniach. 
- Dlaczego? 
- Podobasz jej się. 
Jego dłonie dokonywały cudów na rozpalonej skórze 

Clare. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 279 

- Wiem o tym. A tobie się podobam? 
- Czy to ma jakieś znaczenie? 

Clare dotknęła jego niezwykle zmysłowych ust, gładziła 

je, na nowo przypominając sobie wszystkie uczucia, jakie 

budził w niej ten mężczyzna. 

Mark chwycił ją za nadgarstek. 
- Dla mnie ma. 
Wpatrywał się przez chwilę w jej usta, po czym nachylił 

się ku niej, jakby właśnie przegrał desperacką walkę, którą 
toczył z samym sobą. 

Tym pocałunkiem wyraził siłę swego pożądania. Do­

słownie miażdżył jej usta, a Clare nie pozostawała obojętna 
na tę pieszczotę. Przylgnęła do niego całym ciałem, wsunęła 
palce w jego włosy. 

Gdy przerwał pocałunek, jej usta płonęły żywym og­

niem, serce biło w przyspieszonym rytmie, domagając się 
więcej, o wiele więcej. 

- Poczekaj tu, zaraz wrócę. Muszę tylko powiedzieć Sa-

shy, co się dzieje. 

Clare oparła się o ścianę. Usta wciąż ją piekły od po­

całunków Marka. 

- Chodźmy - odezwał się chwilę później. - Wynosimy 

się stąd. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Lśniący saab idealnie pasował do swojego właściciela. 

Był czarny, smukły i podobnie jak Mark miał specyficzny, 
łatwo rozpoznawalny zapach. 

Gdy Mark usiadł za kierownicą, Clare przymknęła oczy. 

Gwałtowny przypływ emocji, fakt, że znaleźli się sam na 
sam w ciasnej przestrzeni - to wszystko przyprawiało ją 
o zawrót głowy. Nie wiedziała, czy bać się swoich uczuć 
względem Marka, czy raczej się im z radością poddać. 

Nie chciała zrobić niczego, czego mogłaby później ża­

łować, lecz istniało duże prawdopodobieństwo, że tak właś­
nie się stanie... 

Obudził ją dotyk ciepłej ręki na ramieniu. Uniósłszy po­

wieki, ujrzała zaledwie o kilka centymetrów przed sobą 
ciemne oczy Marka. 

- Jesteśmy na miejscu. 
Clare ujęła wyciągniętą ku niej dłoń i wysunęła nogi 

z samochodu. Gdy się wyprostowała, ujrzała betonowe słu­

py, zaparkowane między nimi samochody, sufit cały w ru­
rach i kablach. 

- Mówiłeś przecież, że zabierasz mnie do domu? 
- To prawda. Tu właśnie jest mój dom. - Uśmiechnął 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 281 

się. - Zrobię ci kawę. - Wziął ją za rękę i poprowadził do 
windy. - Chcesz coś zjeść? 

Jak na zawołanie, jej żołądek upomniał się głośno o swo­

je prawa. 

. - Co proponujesz? 

- Robię świetne spaghetti. - Wcisnął guzik przy 

drzwiach windy i obrócił się do Clare, spoglądając na nią 
rozjarzonymi oczami. 

Clare jakoś nie mogła sobie wyobrazić Marka krzątają­

cego się po kuchni i odzianego w fartuszek. 

- Umiesz gotować? 
- Oczywiście. Dlaczego cię to dziwi? W kuchni radzę 

sobie równie dobrze, jak na gruncie zawodowym. - Drzwi 
windy otworzyły się. - Umiem przyrządzić pyszny maka­
ron. I jeszcze makaron... A poza tym jeszcze makaron. 

Clare roześmiała się. 
- Z chęcią spróbuję twojej specjalności. 
Mark uśmiechnął się i wprowadził ją do windy. Wystukał 

kod i nacisnął ostatni przycisk. Prawdopodobnie jego mie­
szkanie zajmowało całe najwyższe piętro. Nic dziwnego, 
równie dobrze mógłby być właścicielem tego budynku... 

Clare zadygotała. Co ona wyprawia? Dotknęła głowy. 

Przecież teraz powinna obmyślać jakąś genialną strategię, 
lecz za żadne skarby świata nie mogła sobie przypomnieć, 
w jakim celu. 

- Coś się stało? 
Odwróciła się do Marka. 
- Martwię się o swoją cnotę. 

background image

282 

DARCY MAGUIRE 

Uniósł ręce w geście protestu. 
- Nie masz się czego obawiać. Jak mówi moja matka, 

jestem dżentelmenem w każdym calu. 

- Doprawdy? Właśnie teraz sobie o tym przypomniałeś? 

A wtedy, w limuzynie? 

Spoważniał. 

- Clare. - Przytulił ją. - Nie będę cię prosił o nic, czego 

nie zechcesz mi dać z własnej woli. 

Bezgłośnie poruszyła ustami. Nie słyszała takich słów 

od czasów liceum. Przebijająca z nich szczerość sprawiła, 
że zrobiło jej się ciepło na sercu. Uśmiechnęła się i musnęła 

jego usta. 

- Dzięki. 

Drzwi windy otworzyły się. 
Z windy weszli wprost do jego mieszkania. Wnętrze było 

duże i nieco ascetyczne. Nie ulegało wątpliwości, że tu mie­
szka kawaler. Nowoczesne czarne meble na tle białych ścian 
i dywanów. Ciekawe rozwiązanie, choć przydałaby się jakaś 
kolorowa plama. Clare zrzuciła buty i palcami stóp wyczuła, 

jak gładka jest lakierowana podłoga. 

Gdy Mark podszedł do wieży stereo, Clare rozejrzała 

się po pokoju. Wystrój zaprojektował zawodowy dekorator 
wnętrz, tu nie było miejsca na miły dla oka, ożywczy i spon­
taniczny chaos. Wygodne, choć zupełnie bezosobowe 
gniazdko samotnika... 

Przeszła wzdłuż ścian obwieszonych abstrakcyjnymi ob­

razami do okien sięgających od podłogi do sufitu i zajmu­

jących całą ścianę. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

283 

Z głośników popłynęła cicha muzyka. Pod wpływem pie­

szczoty kojących dźwięków Clare rozluźniła się. 

Roztaczający się z okien widok zapierał dech w pier­

siach. Panorama miasta dosłownie naszpikowana tysiącem 
świateł. Niektóre nie były większe od robaczków święto­

jańskich, inne ogromne i jasne. Clare westchnęła głęboko. 

Gdy poczuła mrowienie na plecach, wiedziała już, że 

Mark stanął tuż za nią. Ciepło bijące od jego ciała rozpaliło 

jej krew, lecz Clare nic nie dała po sobie poznać i wciąż 

spoglądała przez okno na światła Melbourne, 

- Podoba ci się ten widok? - spytał szeptem Mark. 
Położył dłonie na jej nagich ramionach. 
- Jak mógłby mi się nie podobać? 
- Boże, jakaś ty piękna. - Podwinął jej włosy i ciepłymi 

ustami dotknął jej szyi. 

Clare pragnęła poczuć na sobie jego ręce, usta, ciało... 

Nie mogła już dłużej czekać... 

Zawahała się i przygryzła dolną wargę. Powinna naj­

pierw ustalić zasady, na jakich będzie opierał się ich zwią­
zek, a nie od razu wpadać mu w ramiona. 

- To brzmi jak oklepany banał, panie King. 
- Nie chciałem, by to tak zabrzmiało. - Ustami wędro­

wał po jej szyi i ramieniu. 

Clare wzięła głęboki oddech. 
- Nie jestem taka jak inne kobiety. 
- Nie musisz mi o tym przypominać! - Odwrócił ją ku 

sobie. - Powiem ci szczerze, że nigdy nie spotkałem takiej 

kobiety jak ty. 

background image

284 

DARCY MAGUIRE 

Gdy przesunął językiem po jej ustach, wszystkie myśli 

uleciały jej z głowy. A co tam! Pragnęła go. Nieważne, czy 
miała to być przygoda na jedną noc, czy też coś poważnego. 

Mark przyciągnął ją do siebie i wziął w ramiona. 
Zarzuciła mu ręce na szyję i złożyła głowę na jego ra­

mieniu. Było to ramię szerokie i muskularne, stworzone do 
tego, by się na nim opierać, wypłakiwać, odpoczywać... 

Wdychała korzenny zapach jego wody kolońskiej i modliła 

się, by ta chwila trwała jak najdłużej. 

Z wolna poruszali się w rytm muzyki, a on ustami prze­

ślizgiwał się po jej włosach coraz niżej, mocno przyciskał 

je do szyi Clare, gorącymi pocałunkami obsypywał zagłę­

bienie, gdzie dawało się wyczuć przyspieszone bicie pulsu. 

Czuła, jak narasta w nim pożądanie, równie potężne, jak 

jej własne. 

To było szaleństwo. Wystarczająco nacierpiała się w ży­

ciu. Spojrzała w ciemne oczy Marka, pełne obietnic, i wie­
działa już, że go nie odepchnie, że nie oprze się zmysłowemu 
kształtowi jego ust, jego smakowi, który tak dobrze zapa­
miętała. Nie mogła już dłużej się opierać. 

Poza tym dlaczego miałaby się obawiać Marka? 
Czas przestał dla niej istnieć. Muzyka umilkła, a Mark 

wciąż wpatrywał się w oczy Clare z hipnotyzującą mocą. 

Pogładził nagą skórę jej ramienia, powoli uniósł jej dłoń 

do ust. Smakował ją językiem, jakby z linii dłoni chciał 
odczytać najskrytsze pragnienia Clare. 

Gdy napotkał jej wzrok, przycisnął ją do piersi, by mogła 

poczuć dzikie bicie jego serca. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

285 

- Napijesz się kawy? - spytał cicho. - A może jednak 

ugotować makaron? 

Clare uśmiechnęła się mimo woli. Mark wskazywał jej 

drogę ucieczki przed namiętnością, którą tak nieroztropnie 
w sobie rozbudzili. 

- Chcę ciebie - szepnęła. 

Stanęła na czubkach palców i delikatnie ucałowała go 

w usta, gładząc jego gorącą pierś, oddzieloną od jej dłoni 
tylko cienką koszulą. 

- Jesteś pewna? 
Usta Marka były natarczywe, choć zarazem delikatne. 

Rękami błądził po jej ciele, jakby ucząc się jej na pamięć. 

- Tak — wymruczała. 

Silne palce przebiegły po jej plecach w górę i w dół, 

rozpinając suwak. Gładził kciukami jej skórę, zsuwając ra­
miączka, aż czarna sukienka opadła na podłogę. 

Cofnął się i pozwolił oczom napawać się widokiem jej 

ciała i okrywających je dwóch pasków czarnej koronki. 

- Clare... 

Głaskał ją po policzku i przyciągał coraz bliżej, wreszcie 

delikatnie, niemal z czcią ucałował jej usta. 

Clare nie mogła dłużej czekać. Jej dłonie niecierpliwie 

zmagały się z guzikami jego koszuli. Chciała poczuć jego 
gorące, twarde ciało, chciała go dotykać, smakować. 

Pocałowała go. Mocno i gorąco. Zapomniała o wszelkiej 

samokontroli. Językiem drażniła jego język, póki nie wślizg­
nął się do jej ust. 

Gdy poczuła, jak jego mięśnie się napinają, odsunęła się. 

background image

286 

DARCY MAGUIRE 

Porwał ją w ramiona, unosząc z podłogi, i zaniósł do 

wielkiej sypialni. Clare miała wrażenie, że nic nie waży, 
że pożądanie unosi ją w powietrzu. 

Zawahała się. Czy przypadkiem nie miała być tylko ko­

lejną zdobyczą na jego liście? Jej stopy dotknęły podłogi, 
a nogi oparły się o przykryte satynową pościelą szerokie 
łoże. Czy ma zaryzykować? 

Mark odsunął się od niej, przyklęknął i zaczął całować 

jej brzuch. Błądził językiem po nagim ciele, dłońmi pieścił 
jej uda, a następnie pośladki. Czułość jego dotyku była nie 

do zniesienia. 

Pocałunkami obsypywał miejsca, które przedtem pieścił 

dłońmi, aż Clare omal nie oszalała z pożądania. Wplótłszy 
palce w jego włosy, pociągnęła go w górę. Z chęcią się jej 
poddał, pieszcząc jej piersi przez czarną koronkę stanika. 
Potem znów wziął w posiadanie jej usta, rozpiął jej stanik 
i rzucił na podłogę. 

Clare ocierała się o niego całym ciałem. Z radością usły­

szała, jak Mark gwałtownie wciąga powietrze. Poluzowała 
mu pasek i powoli wyciągnęła go ze spodni. 

Pod dotykiem jej palców na torsie wyskakiwała mu 

gęsia skórka. Clare triumfowała, widząc, jaką ma nad nim 
władzę. 

Po chwili Mark stanął przed nią zupełnie nagi. 
- Tak bardzo cię pragnę - szepnął. 
Natychmiast zareagowała na to wyznanie. Przytuliła się 

do niego i zaczęła gładzić po szyi. 

Mark sprawiał, że czuła się kimś szczególnym. Nie wie-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 8 7 

działa, czy to dobrze, czy źle. Zagłuszająca wszystko inne 

potrzeba, by odwzajemnić mu się tym samym, ponaglała ją 
do działania. Położyła dłonie na jego piersi i popchnęła go. 

Padł na łóżko, pociągając ją za sobą. 
Pieściła go delikatnie, powoli odkrywała tajemnice jego 

ciała, rozkoszując się tą chwilą intymności. Dotykiem rąk 
mówiła mu, jak jej na nim zależy. Chciała, by wiedział i po­
czuł, że jest dla niej kimś szczególnym. To było zmysłowe. 
To było intymne. To było niewiarygodne. 

- Nigdy w życiu nie spotkałem nikogo takiego jak ty 

- wymruczał Mark. 

Clare uśmiechnęła się. 
- To dobrze. 
Jęknął i przekręcił ją na plecy. Jego dłonie były uwo­

dzicielskie, łagodne, doświadczone, choć niespieszne. Tuż 
za dłońmi podążały jego usta. 

Rozkoszne zniewolenie własnym pożądaniem odebrało 

Clare wzrok i słuch. Zamknęła oczy, unosząc się na fali 
doznań. 

Słyszała tylko dźwięk własnego oddechu, splątanego 

z jego oddechem, z korzennym zapachem jego wody ko­
lońskiej, jej perfumami, z ich wspólną żądzą. 

Wstrzymała oddech. Zamknęła Marka w objęciach. Stru­

mienie gorąca przepłynęły od jej bioder po palce. Wygięła 
ciało w łuk. 

Gdy wreszcie znieruchomieli, Mark przycisnął usta do 

jej szyi, oddychając urywanie. 

Żadne z nich nie odzywało się, lecz w tej ciszy było 

background image

288 

DARCY MAGUIRE 

piękno i spełnienie. Mark odwrócił się na plecy i otoczył 

ją ramionami, przykrywając ich kołdrą. Jeszcze raz poca­

łował ją w szyję, tuż poniżej ucha. 

- Wiedziałem. 
- Co wiedziałeś? - szepnęła. 
- Że nie jesteś kobietą, tylko demonem. 
Clare uśmiechnęła się i wtuliła w jego ciepłe objęcia. 

Nie mogła sobie wyobrazić nic wspanialszego niż leżenie 
w ramionach Marka. Nagle życie wydało jej się nieopisanie 

piękne. 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Poranne słońce oświetlało sypialnię i twarz Marka, od­

prężonego i pogrążonego w lekkim śnie. Był tak doskonały 
pod każdym względem, że Clare nie mogła się oprzeć, by 
nie dotknąć jego podbródka, nie ucałować lekkiego zarostu, 

jego ust i uszu. 

- Dzień dobry - wymruczał. - Możesz mnie budzić 

w ten sposób, kiedy tylko zechcesz. 

Odgarnęła włosy z twarzy i uśmiechnęła się. 
- Czy mam to rozumieć jako zaproszenie do częstych 

odwiedzin? 

W tej chwili nie istniało dla niej nic milszego niż per­

spektywa spędzania nocy z Markiem. 

Uśmiechnął się do niej. 
- Jesteś taka piękna. - Pogładził ją po policzku. - Nie 

rozumiem, dlaczego jeszcze nie wyszłaś za mąż. 

- A ja nie rozumiem, dlaczego ty nie jesteś żonaty. -

Znajome uczucie strachu na chwilę zakłóciło jej szczęście. 
- Czasem ludzie okazują się być inni, niż się wydają. 

Wspomnienie Josha wciąż jej uświadamiało, do jakich 

kłamstw może posunąć się ukochany mężczyzna, ile bólu 
przysporzyć partnerce. 

background image

290 DARCY MAGUIRE 

- Kiedyś będziesz musiała komuś zaufać. - Pogładził 

jej czoło, palcem muskając prawą brew. - Może będę to 
ja? Jak sądzisz? 

Clare spoglądała w jego ciemne oczy. Miał rację. Nigdy 

nikogo nie kochała. Zawsze uważała, że to zbyt ryzykowne. 
Teraz, leżąc w łóżku z Markiem, czując przenikające ją 
ciepło, wiedziała, że jeśli to, co do niego czuła, miałaby 

jakoś nazwać, nazwałaby to miłością. 

Czyżby wreszcie i ona zakochała się we właściwym męż­

czyźnie? Gdy dotknęła jego ust swoimi, cały ból przeszłości 
rozpłynął się. Była tylko teraźniejszość, przyszłość i... mi­
łość do Marka. 

Mogła mu zaufać. Na samą myśl o tym zrobiło jej się 

lżej na sercu. Przytuliła się do jego ciepłego ciała, które 
dawało jej takie poczucie bezpieczeństwa. 

Chciała zostać z nim w łóżku na zawsze. Jednak dziś 

rano czekało ją spotkanie z tym draniem, który próbował 
odebrać jej Trans-Inter. 

- Porozmawiaj ze mną, Clare. 

Wiedziała, że Mark jest najodpowiedniejszym człowie­

kiem, jakiego mogłaby poprosić o radę w sprawie firmy. 
Oczywiście, jeśli naprawdę zależało mu na kontynuowaniu 
ich związku. Jeżeli czuł to samo, co ona, być może czekała 
ich nawet wspólna przyszłość. 

Odetchnęła głęboko. Teraz albo nigdy. 

- Wiesz, że mam firmę. Tak naprawdę nie jestem jej 

właścicielką. Tylko nią zarządzam. Mam też w niej udziały. 

Mark uśmiechnął się. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

291 

- Tak, wiem. 
- Może pomyślisz sobie, że to, co powiem, zabrzmi sen­

tymentalnie, ale włożyłam w nią wszystko, co posiadałam. 
- Bawiła się włosami na jego piersi. - Gdy miałam dziesięć 
lat, ojciec nas porzucił - wyznała. 

- Bardzo mi przykro. 
- Musiałyśmy przeprowadzić się do mojej owdowiałej 

ciotki. Mama nie mogła sama zarobić na utrzymanie. 

Odetchnęła i spojrzała na Marka. Marszczył czoło. 

- Co ci się stało? - Ciepłymi palcami dotknął blizny 

na jej brwi. 

Clare zamknęła oczy. 
- To nic takiego. 
Dłońmi ujął ją pod brodę. 
- Doprawdy? Jakoś nie mogę w to uwierzyć. 
- Zrobił to mój ojciec - wyznała z westchnieniem. 
Poczuła, że Mark się wzdrygnął. Cofnął dłonie z jej twa­

rzy. Nigdy o tym nikomu nie mówiła. Odwróciła się do nie­
go plecami, czując dławiący ból w gardle. 

- Hej! - Mark chwycił ją za ramię i przysunął do siebie. 

- Chcesz o tym porozmawiać? 

Spojrzała w jego głębokie, ciemne oczy. 

- Tata nas opuścił - powiedziała pospiesznie. - Poznał 

jakąś kobietę i zostawił nas dla niej. - Dotknęła blizny. -

Pobiegłam za nim jak głupia. Spieszył się. Odepchnął mnie, 
a ja wpadłam na framugę drzwi. 

- Cholera. - Mark mocno otoczył ją ramionami i po­

całował w czoło. 

background image

292 DARCY MAGUIRE 

- Nic nie rozumiesz... - Głos jej się załamał. - To była 

moja wina. Nie odszedłby, gdyby mnie bardziej kochał. 

Mark szeroko otworzył oczy. Przytulił ją do siebie i trzy­

mał mocno. 

- Clare, wiesz, że to nieprawda. To nie twoja wina. To 

był wyłącznie jego wybór. Nie możesz się o nic oskarżać. 

Wydawało jej się, że czas stanął w miejscu, gdy tak le­

żała w jego ramionach, słuchając bicia jego serca i pozwa­
lając łzom płynąć swobodnie. Gładził ją po plecach i przy­
tulał, póki całe napięcie się nie ulotniło. 

- Mama pracowała na trzech etatach - rzekła wreszcie, 

wycierając załzawione policzki. - Gdy osiągnęłam odpo­
wiedni wiek, rzuciłam szkołę. Musiałam. Mama harowała 

jak wół, a ja przecież nie mogłam jednocześnie pomagać 
jej i chodzić na zajęcia. - Odetchnęła głęboko i odsunęła 

się. - Udało mi się znaleźć świetną pracę u Franka Boltona. 

Zaczęłam jako pomoc biurowa, a potem pięłam się w górę. 

Mark kciukiem pogładził jej ramię. 
- Zapisał mnie na studia wieczorowe i awansował na 

swoją osobistą asystentkę. Mogłam już pomagać mamie 
i Fionie. - Przejechała dłonią po jego muskularnym torsie. 
Czuła się tak odprężona, jak nigdy przedtem. - Kiedy Frank 

rozwiódł się z żoną, zrobiłam użytek z pieniędzy, jakie 

odziedziczyłam, i wykupiłam jej mniejszościowe udziały. 
Firma była w złym stanie. Frank usunął się w cień, a ja 
przejęłam zarządzanie. - Zamilkła i spojrzała mu prosto 
w oczy. - Kocham tę firmę. Zrobiłabym wszystko... 

Mark odetchnął. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 9 3 

- Czy wreszcie zamierzasz mi wyjaśnić, jaką grę ze mną 

prowadziłaś? 

- Grę? - powtórzyła oszołomiona Clare. 
- Oboje wiemy, że dziś wykupuję twoją firmę. Nie ro­

zumiem tylko, po co przez cały tydzień mnie uwodziłaś. 

Clare zamrugała powiekami. 
To niemożliwe. 
Musiała się przesłyszeć. 

Spojrzała na Marka i oprzytomniała. Mężczyzna, który 

spotkał się z Frankiem, niejaki Mark Johns... To ten czło­
wiek, który zamierzał obrabować ją z jej przyszłości. Mark 
Johns? Mark i John. Zrobiło jej się niedobrze. 

To on był jej największym wrogiem! 
King, John, Fiona. W głowie jej wirowało. Oczywiście! 

King od samego początku dybał na jej firmę. Dlaczego, u li­
cha, nie zastanowiła się, w jaki sposób poznali się Fiona 
i John? Po co John kręcił się po jej dzielnicy? 

Przypadek? Mowy nie ma, przestała wierzyć w dziwne 

zbiegi okoliczności. Jakaż była głupia! Gdyby wcześniej do­
strzegła prawdę... 

Wyskoczyła z łóżka i otarła oczy. 
- Och, nie chciałabym ci zepsuć tej gry. Sam zgadnij. 
Zgarnęła bieliznę z podłogi. Jej ubrania były porozrzu­

cane dosłownie wszędzie. Przypominały jej, co stało się dzi­
siejszej nocy. Gdy się ubierała, starała się powstrzymywać 
drżenie rąk, koncentrując się na powolnym i głębokim od­
dychaniu. 

Mark obserwował ją z uśmiechem. 

background image

294 

DARCY MAGUIRE 

- Omal nie oszalałem, próbując zgadywać. Nie mogę 

cię rozpracować. 

Odpowiedziała mu równie szerokim uśmiechem, choć 

znów zbierało jej się na płacz. 

- Szkoda. 
Kuląc się, szybkim krokiem przeszła przez pokój i pod­

niosła sukienkę. Kiedy wreszcie się nauczy, że mężczyznom 
nie wolno ufać? 

- Czy to jakieś sprawy kobiece? - odezwał się. 
Clare odwróciła się. 

King stał oparty o framugę. Clare drażniły jego spokój 

i arogancja. Musiała nagle stanąć oko w oko z faktem, że 
w tym pojedynku to on był górą, i to od samego początku. 
Każdy pocałunek, każdy dotyk przyjmował jako kolejny ele­
ment gry, choć Clare nie wiedziała już, co właściwie znaczy 
to słowo. Wsunęła stopy w szpilki. 

Wzruszyła ramionami. Wolała milczeć. Robiło jej się nie­

dobrze, gdy uświadamiała sobie całą ironię tej sytuacji. Zno­
wu to zrobiła. Znowu zakochała się w niewłaściwym 
mężczyźnie. Rety, tym razem naprawdę wpakowała się 
w niezłą kabałę! Mark King był ostatnim mężczyzną na ca­
łej planecie, na jakiego powinna zwrócić uwagę! 

- Czy nie możemy o tym porozmawiać? - Ton jego gło­

su złagodniał. - Otwarcie i uczciwie? Po tej nocy myślałem, 
że my... 

Clare rzuciła mu spojrzenie pełne pogardy. Ostatnią rze­

czą, jakiej pragnęła, było przypominanie wydarzeń właśnie 
tej ostatniej nocy! 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  2 9 5 

- To oczywiste, że jesteś zdenerwowana... 
- Odkryłeś Amerykę! 
Postąpił krok naprzód. 
- Cokolwiek się stało, bardzo mi przykro. 
Clare wcisnęła guzik przy windzie i obróciła się na pię­

cie. Zacisnęła pięści. 

- Przykro ci? Powiem ci coś, King. Wcale, ale to wcale 

nie jest ci przykro! 

- Nie rozumiem... 
Drzwi otworzyły się. Clare wkroczyła do windy. 
- Nie martw się. Kiedyś zrozumiesz. Ale wtedy już bę­

dzie za późno! 

Drzwi windy zamknęły się tuż przed twarzą Kinga. 

Choćby walił się świat, Clare nie zamierzała pozwolić, by 
ktoś zabrał jej firmę i nie poniósł zasłużonej kary. A już 
na pewno nie Mark King. 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Słysząc odgłos zamykanych drzwi, Mark wzdrygnął się, 

jakby dostał pięścią w brzuch. Potrząsnął głową, próbując 

stłumić złowrogie przeczucie, że oto umknęło mu coś bardzo 
ważnego. 

Wyprostował się. To pewnie tylko kolejny etap w grze 

Clare. Chce go wybić z rytmu, zaniepokoić i oszołomić. 
Szkoda, bo był przekonany, że gry się skończyły i jest szan­
sa na zbudowanie poważnego związku. Najwyraźniej Clare 
miała zupełnie inne zdanie na ten temat. 

Zacisnął pięści. Jeśli sądziła, że będzie miał kłopot z roz­

dzieleniem życia zawodowego od prywatnego tylko z po­
wodu wspólnie spędzonej nocy, to czekała ją przykra nie­
spodzianka. Mark zawsze stawiał interesy na pierwszym 
miejscu. 

Wpatrywał się w drzwi windy. Czy Clare próbowała za 

wszelką cenę trzymać go z dala od swojej firmy? Czy to, 
co robiła, było częścią jej planu? 

Przymknął oczy. Dał się ponieść chwili, zabójczo pięk­

nym ustom Clare, jej ciemnoniebieskim oczom i... wyra­
finowanym pieszczotom. No, ale przecież wylądowali u nie­
go w mieszkaniu, gdzie byli zupełnie bezpieczni, tu nie było 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

297 

podsłuchu... Jeśli Clare nie zamierzała go szantażować, to 
zapewne chodziło jej o coś zupełnie innego... 

Mocno zacisnął powieki i wytężył umysł. Próbował się 

domyślić, jaką grę prowadzi Clare. Irytowała go własna bez­
silność i niewiedza. 

Właściwie był pewien tylko jednego. Clare nie plano­

wała zajść z nim w ciążę. Pomijając kłopoty jej siostry, taka 
sztuczka po prostu nie była w jej stylu i wcale nie urato­
wałaby ukochanej firmy. Zanim Clare upewniłaby się co 
do swojego stanu, jej firma już dawno zostałaby przejęta, 
a być może nawet sprzedana nowemu właścicielowi. 

To przedsiębiorstwo było łakomym kąskiem. Mark nie 

zamierzał odstąpić od korzystnego interesu tylko dlatego, 
że obdarzona zniewalającym uśmiechem Clare Harrison po­
stanowiła mu w tym przeszkodzić. Umowa przejęcia Trans-
-Interu zapewni mu rozgłos, wzrośnie jego pozycja zawo­
dowa i prestiż. 

Przycisnął palce do skroni. Clare wciąż była dla niego 

wielką niewiadomą. Po co, do licha, zwierzała mu się, od­
krywając sekrety z przeszłości? To było szczere, aż do bólu, 
chyba że spał tej nocy z utalentowaną adeptką sztuki aktor­
skiej. Nie, to niemożliwe. 

W jego pamięci ponownie zabrzmiał szloch Clare. 

Uświadomił sobie, jak niewiele może zrobić, by uchronić 

ją przed koszmarami przeszłości. Gdy płakała w jego ra­

mionach, ze wszystkich sił próbował zachować zimną krew. 
Jednak gdyby tak dorwał ojca Clare... 

Podniósł koszulę z podłogi. Potarł zarośnięty podbródek, 

background image

298 

DARCY MAGUIRE 

ponownie patrząc ku drzwiom windy. Gdy powiedział Clare 
o przejęciu jej firmy, udawała zaskoczenie. 

Szybkim krokiem przeszedł do łazienki. To wszystko nie 

miało sensu. Przecież Clare wiedziała, że on ostrzy sobie 
zęby na jej firmę. Wiedziała, ponieważ pewien człowiek 
przedstawił się jego nazwiskiem, by uwieść jej siostrę. Mark 
spojrzał na swoje odbicie w lustrze. 

Nagle serce zabiło mu mocniej. 
Te wysiłki Clare, by sprowadzić go do siebie do domu... 

Fiona wchodząca do sypialni... Zniknięcie Clare... Boże, 
myślały, że to on spał z Fioną! Zacisnął pięści w bezsilnej 
złości.Zeskanowała i przerobiła pona. 

Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w lustro. 

Wreszcie dotarła do niego prawda, zrozumiał, o co w tym 
wszystkim chodzi. Clare próbowała się odegrać na facecie, 
który uwiódł jej siostrę, nie miała natomiast pojęcia o za­
miarach Marka względem jej firmy! 

Skrzywił się. To i tak niczego nie zmienia. Nigdy nie 

mieszał życia zawodowego z prywatnym. Przejęcie firmy 
Clare było po prostu świetnym interesem, niby dlaczego 
miałby z tego rezygnować? Clare to zrozumie. On też by 
zrozumiał. 

Wziął dwa głębokie oddechy i zdzielił pięścią idiotę pa­

trzącego na niego z lustra. Clare opowiedziała mu historię 
swego życia, licząc na jego pomoc, a przynajmniej dobrą 
radę. 

Odwrócił się gwałtownie od pękniętej tafli lustra. Palący 

ból ręki był niemal równie dokuczliwy jak ból serca. Spo-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

299 

jrzał z niesmakiem na krwawiące palce. Clare była przecież 

tylko kobietą. Taką jak inne. 

Mark trzymał dłoń pod kranem, patrząc, jak krew spływa 

do umywalki. Została mu jeszcze Sasha. Miła, cicha, przy­
zwoita Sasha. Doskonała żoneczka. Będzie czekała na niego 
z kapciami i obiadem, nawet jeśli ten obiad przyrządzi ku­
charz. Jego matka ją uwielbiała, tak samo jak Jess. 

Nadszedł wreszcie czas, by się ustatkować. Mocno owi­

nął dłoń ręcznikiem, zadowolony, że ból pozwala mu choć 
na chwilę oderwać myśli od Clare. 

Nie, dość tego, nie pozwoli, by ta kobieta pokrzyżowała 

mu plany. Chwycił za golarkę i zmrużył oczy. Clare lepiej 
niż ktokolwiek inny wiedziała, że biznes to biznes. 

Clare wkroczyła do foyer Trans-Interu w pełni świado­

ma, że zostały jej tylko dwie godziny, by ocalić firmę przed 
najbardziej bezwzględnym biznesmenem w tym mieście. 

King przejmie całe przedsiębiorstwo i podzieli je na części, 
a potem sprzeda każdy kawałek niczym handlarz złomem. 

Doszedłszy do biurka recepcjonistki, zachwiała się. Nie 

mogła oddychać, na jej czole pojawiły się krople potu. Je­
szcze tylko kilka godzin i znów zobaczy tego zakłamanego, 
dwulicowego drania. 

Tanya podniosła wzrok. 
- Dzień dobry, Clare. Fiona dzwoniła, by zawiadomić, 

że nie przyjdzie. 

Clare zacisnęła zęby. No tak, a ona tak liczyła na wspar­

cie siostry... Wyobraziła sobie, jak Fiona leży w ramionach 

background image

300 DARCY MAGUIRE 

kochanka, uśmiechnięta, radosna, szczęśliwa. Otrząsnęła się. 
Nie potrzebowała nikogo. Nigdy nikogo nie potrzebowała 
i tak już pozostanie. Piekący ból w gardle narastał z se­
kundy na sekundę. Clare zaczęła kasłać. 

Fiona miała teraz Johna. I swoje Własne życie. 
- A Paul zostawił tajemniczą wiadomość - dodała Ta-

nya. - Powiedział: „Dzięki, że mnie z nią zapoznałaś. Sasha 

jest wspaniała". 

Nawet jej głupi kuzyn mógł się zakochać, podczas gdy 

jej przytrafiały się same katastrofy. 

Clare wyprostowała się. Niech wszystkich licho porwie! 

Wcale ich nie potrzebowała. 

- Tanya, zawiadom Franka i sprowadź go tutaj szybko. 

I wezwij mojego brokera. 

- Już się robi. - Tanya uśmiechnęła się. - Coś się stało? 

- zaniepokoiła się nagle. 

To pytanie uderzyło ją prosto w pierś, niczym pchnięcie 

sztyletem. Przed oczami stanęła jej irytująco przystojna 
twarz Kinga. 

- Nie. - Odwróciła się na pięcie i poszła do gabinetu. 
Musiało się udać. 
Zakryła dłonią usta, jakby tym gestem chciała poskromić 

swoją nieprawdopodobną głupotę. Zakochała się w tym 
mężczyźnie po uszy, a teraz on zamierzał zniszczyć to 
wszystko, co było jej drogie. 

Wykazała się wielką bezmyślnością, powierzając mu swe 

sekrety. Powiedziała mu o wiele za dużo. Potrząsnęła głową. 

W dodatku omal go nie poprosiła o pomoc w ratowaniu fir-

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

301 

my! Próbowała się roześmiać, lecz śmiech zamarł jej na 
ustach, a oczy zaszkliły się łzami. 

Jak on mógł tak ją wykorzystać? 
Powinna była się wycofać, póki jeszcze była w stanie 

racjonalnie myśleć, póki nie zaangażowała się emocjonalnie. 
Szkoda wielka, że Mark pokazał swe prawdziwe oblicze 
tak późno. Gdyby ujrzała je wcześniej, nie narażałaby na 
szwank biednego serca. 

Odepchnęła krzesło, aż uderzyło oparciem o ścianę. To 

już koniec. Żadnych mężczyzn. Żadnych związków. Nie na­

dawała się do tego. Jeśli zacznie jej doskwierać samotność, 
kupi sobie kota. 

Opadła na krzesło. Czas zaakceptować fakt, że nie wszy­

scy są stworzeni do życia rodzinnego. Po co się dłużej oszu­
kiwać? Ostatnie wydarzenia przepełniły czarę goryczy. 

Potarła oczy. Nie chciała się nad sobą użalać, nie znosiła 

tego. Mogła całą winę zrzucić na alkohol, lecz nie wypiła 
aż tak dużo, by stracić kontrolę nad swymi poczynaniami. 
Właściwie nawet żałowała, że nie upiła się na umór, bo wte­
dy po prostu straciłaby przytomność i nie kochałaby się 
z Markiem namiętnie przez całą noc. 

- Frank już jest - oznajmiła Tanya. 
Clare spojrzała na interkom. Odetchnęła głęboko. 
- Poproś go. 
Zacisnęła kciuki i spojrzała w stronę nieba. Proszę, 

niech się uda. 

Gdy drzwi się otworzyły, wstała i przywołała na twarz 

uśmiech. Chciała, by Frank czuł się swobodnie w jej obec-

background image

302 

DARCY MAGUIRE 

ności i bez zastrzeżeń przyjął plan, który zamierzała mu 
przedstawić. 

Nie chciała przez Kinga stracić firmy. Wystarczy, że stra­

ciła serce i zdrowy rozsądek. 

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 

W pokoju, który zwykle stal pusty, personel firmy od 

czasu do czasu urządzał przyjęcia. Lecz dziś w jego ścianach 
na pewno nie będzie rozbrzmiewał śmiech. 

Clare siedziała u samego szczytu prostokątnego stołu, 

wstawionego tu specjalnie na tę okazję. Plecami zwrócona 
była do ściany, a krzesło, na którym miał zasiąść jej wróg, 
stało dokładnie naprzeciwko niej. 

Frank siedział obok, trzymając ją za rękę. Nic nie mó­

wiąc, śledzili, jak na ściennym zegarze mija minuta za mi­
nutą. Wskazówki przesuwały się niemrawo, w iście żółwim 
tempie. Oboje zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. 

Wreszcie Tanya otworzyła drzwi. 
- Proszę, niech panowie wejdą. Właściciele firmy cze­

kają na panów. 

Clare cofnęła dłoń i wstała, doskonale wiedząc, jak waż­

ne jest pierwsze wrażenie. Za nic na świecie nie chciała, 
by ktokolwiek, a zwłaszcza King, był świadkiem jej słabo­
ści. Musiał wiedzieć, że jest gotowa stawić czoło proble­
mom. Wstrzymała oddech. 

Drzwi otwarły się szeroko. Weszło przez nie kilkuna­

stu mężczyzn w eleganckich garniturach. Każdy z nich 

background image

304 

DARCY MAGUIRE 

obrzucił Clare pobieżnym spojrzeniem, jakby nic nie zna­
czyła. Z ich punktu widzenia było to prawdą. Podeszli do 
rozstawionych wokół stołu krzeseł. W ślad za nimi do po­
koju wszedł King. 

Mark wyróżniał się pomiędzy ubranymi na ciemno męż­

czyznami szarym garniturem, wysoką, muskularną sylwetką, 
ciemnymi włosami, diabelsko przystojną twarzą i przeni­
kliwymi oczami. 

Stanął przy końcu stołu. 
- Panno Harrison, czy nie moglibyśmy porozmawiać na 

osobności, zanim rozpoczniemy negocjacje? 

- Nie, nie ma takiej potrzeby. Dla mnie wszystko jest 

już jasne. 

Usiadła, wpatrując się w rozłożone przed sobą dokumen­

ty. Litery skakały jej przed oczami, zlewały się w ciemną 
plamę. 

- Może jednak dojdziemy do porozumienia. 
Clare spojrzała na niego zimnym wzrokiem. 
- Wolałabym układać się z wściekłym psem. 
Panowie w garniturach byli na tyle dobrze wychowani, 

by pokryć zdumienie nagłym napadem kaszlu. Gdy Mark 
usiadł, oni też zajęli swoje miejsca, ruchem tak doskonale 
zsynchronizowanym, jakby byli świeżo po musztrze. Znając 
Marka, zapewne tak właśnie było... 

Clare czuła na sobie czujne i przenikliwe spojrzenia. 
Eleganccy panowie zaszeleścili papierami. Jeden z nich 

powoli wstał. 

- Zostaliśmy tu dzisiaj zwołani przez pana Kinga w celu 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 

305 

wynegocjowania zakupu udziałów pana Franka Boltona 
w spółce Trans-International. 

Clare spoglądała na Kinga lodowatym wzrokiem. Z jego 

zaczesanych do tyłu włosów nie wymykało się ani jedno 
nieposłuszne pasemko, przenikliwe oczy lśniły, a garnitur 
był tak nieskazitelny, że Clare nie mogła powstrzymać iry­
tacji. W dodatku ten arogancki drań wcale nie wydawał się 
zmieszany. 

Dreszcz przebiegł jej po plecach. 
- Panie Bolton. - Przewodniczący spojrzał na Franka. 

- Czy ma pan całą dokumentację? 

- Tak. 
Frank wstał. Oczy miał podkrążone, nos zaczerwieniony. 

Spuszczając oczy, drżącymi dłońmi przesunął papiery po 
stole w stronę zebranych. 

King nachylił się gwałtownie, wyciągnął rękę i pochwy­

cił je. 

Clare wstrzymała oddech. 
King przeglądał papiery, marszcząc czoło. 

- To się nie zgadza. Gdzie jest reszta? - Powoli uniósł 

wzrok. 

Frank Bolton odwrócił się i spojrzał na Clare. Oczy miał 

szeroko otwarte, a brwi ściągnięte. Najwyraźniej czekał na 

jej ruch. 

Clare wstała. 
- Wydaje mi się, że robił pan sobie zbyt wielkie na­

dzieje. Gdy składał pan ofertę Frankowi, zapomniał pan 
sprecyzować, ile udziałów chce pan przejąć. 

background image

306 

DARCY MAGUIRE 

Mark spojrzał na nią wzrokiem zupełnie wypranym 

z emocji. 

- A pani kupiła ich tyle, by zostać głównym udziałow­

cem firmy. - Jego głos brzmiał oschle, wręcz wrogo. 

- By mieć pakiet kontrolny 

King podszedł do Franka. 

- Myślałem, że zamierza pan przejść na emeryturę... 
- To prawda. - Frank odchrząknął. - Clare zapropono­

wała, że co roku będzie kupować ode mnie po kilka pozo­
stałych udziałów, jeśli pan nie zechce teraz wynegocjować 
ich zakupu. - Mówiąc to, spoglądał na własne dłonie, moc­
no zaciśnięte na blacie stołu. 

Clare wstała raptownie. 
- Czy słusznie się domyślam, że teraz nie jest pan zain­

teresowany udziałami Franka? - Pozbierała leżące przed so­
bą dokumenty. - Drzwi są tam. Proszę z nich zrobić użytek. 

- Wprost przeciwnie... - King uśmiechnął się drapież­

nie i zmrużył oczy. 

Clare przyjrzała się Markowi podejrzliwie. W głowie 

miała mętlik. Co on zrobi z pozostałymi udziałami Franka? 
Bez pakietu kontrolnego nie będzie przecież mógł rozbić 
i sprzedać firmy! Nie przyszło jej do głowy, że sprawy po­
toczą się w ten sposób. Teraz Mark powinien wpaść w furię, 
rzucić kilka niecenzuralnych słów i wybiec z jej gabinetu 

jak niepyszny. Westchnęła i opadła na krzesło. 

Nieobecnym wzrokiem patrzyła, jak zebrani szeleszczą 

papierami i podają sobie pióra, podczas gdy Frank, a potem 
King, podpisują kontrakt. Krew szumiała jej w uszach, 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  3 0 7 

w głowie wirowało. Próbowała pojąć znaczenie sceny, która 
rozgrywała się przed jej oczami. 

- I to by było na tyle. - King klasnął w dłonie. - Pro­

szę, by wszyscy teraz wyszli z pokoju. Panna Harrison i ja 
powinniśmy omówić strategię firmy. 

Clare spoglądała na wychodzących, a jej pewność siebie 

topniała jak wiosenny śnieg. Wychodząc, Frank obejrzał się 
w jej stronę, wzruszając tylko ramionami. 

Gdy drzwi się zamknęły, Clare stanęła twarzą w twarz 

z Markiem. Cokolwiek zaplanował, był bez szans. Ona na 
pewno już nigdy mu nie zaufa, nie nabierze się na żadne 
słodkie słówka. 

- Co ty wyprawiasz? 
- Rozpoczynam nasze pierwsze służbowe spotkanie. 
- Nasze co? - Nagle pokój wydał jej się za ciasny. - Nie 

dopuszczę, byś miał cokolwiek do powiedzenia w sprawie 
tej firmy. 

- Nic z tego. Mam udziały i czy ci się to podoba, czy 

nie, jestem teraz twoim wspólnikiem, najdroższa. 

Otworzyła usta. Nie mogła sobie wyobrazić niczego gor­

szego od ciągłej bliskości Marka. Nie, ona tego nie wy­
trzyma, nie ma mowy. 

- I co z tego? Zajmujesz się wieloma sprawami, nie star­

czy ci czasu. 

- Szczerze mówiąc, myślę o powołaniu zarządu kieru­

jącego całym moim imperium, bym mógł skupić się na pracy 

tam, gdzie jestem najbardziej potrzebny. 

- Tutaj? - Głos jej się załamał. 

background image

308 

DARCY MAGUIRE 

- Tak. Tu, przy twoim boku. Możesz pokazać mi mój 

nowy gabinet? 

Jak sobie da radę, jeśli będzie widywać go codziennie? 

Jej ciało już reagowało na jego obecność. Musi pamiętać, 
że Mark jest jej wrogiem. Na przekór wszystkiemu wiedziała 

jednak, że nie wytrwa w uporze i znów wpadnie w jego 

ramiona. 

- Oczywiście - powiedziała na pozór spokojnym i swo­

bodnym tonem. 

To na pewno była jakaś gra. Po co Mark miałby zaj­

mować gabinet Franka Boltona, skoro miał wspaniałe biuro 
w wieżowcu. Nie chciał chyba użerać się latem z wiecznie 
szwankującą klimatyzacją, a zimą z koszmarnymi rachun­
kami za gaz. Co on knuje? 

Clare powolnym krokiem przeszła do starego gabinetu 

Franka. Była w pełni świadoma, że Mark nie spuszcza z niej 
wzroku. Zatrzymała się przy drzwiach i odetchnęła głęboko, 
by się uspokoić i nie obrzucić go obelgami. Odwróciła się, 
szerokim gestem pokazując mu gabinet. 

- Proszę - wycedziła. 

Uśmiechnął się, wędrując oczami po jej ciele. 
Przestąpiła z nogi na nogę. Nie ubrała się dzisiaj uwo­

dzicielsko, chciała raczej podkreślić swój wizerunek kobiety 
sukcesu. Jeśli wciąż na niego działała, to trudno, jego prob­
lem, dobrze mu tak. 

Ze wszystkich sił starała się zachować spokój i równo­

wagę. Nic ją nie obchodzi, jak King ją postrzega. Nic ją 
nie obchodzi, co wyprawia jej ciało w jego obecności. 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY... 309 

King wkroczył do gabinetu, przeszedł za wysłużone dę­

bowe biurko i zasiadł w skórzanym fotelu Franka. 

- W tym gabinecie kryje się potencjał. - Pokiwał głową 

i rozejrzał się wokół. - Przydałaby się odrobina farby, tę 
ścianę należałoby zburzyć... 

Clare otworzyła usta. 
- Odpowiedz mi na jedno pytanie, Clare. Gdybyś miała 

wybierać, na co byś postawiła? Wolałabyś uratować firmę, 
czy dać szansę miłości? 

Zamknęła usta i spojrzała na niego gniewnie. 
- Nie wierzę w miłość - powiedziała z trudem przez 

ściśnięte gardło. - Jak ty w ogóle śmiesz mówić o miłości? 
Przecież sam nie wiesz, czym ona jest. Zarabiasz na chleb, 
wydzierając ludziom dorobek całego ich życia. Wykorzy­
stujesz innych, a kiedy przestają ci być potrzebni, wyrzucasz 
ich na bruk. 

Spuścił wzrok, wyraźnie posmutniał. 
- Mam rozumieć, że to jest twoja odpowiedź? 
- A żebyś wiedział! 
Od nadmiaru emocji Clare piekły oczy. Patrzyła na włas­

ne buty, licząc uderzenia serca, starając się powstrzymać 
łzy. Nie chciała okazywać słabości, zwłaszcza przed Mar­
kiem. Byle tylko zachować resztki dumy... 

Usłyszała szelest papieru i skrobanie pióra. Nagle King 

przesunął w jej stronę po blacie jakiś dokument. Podniosła 
wzrok. 

- Co to jest? 
- To twoja firma, Clare. - Wstał z fotela i podszedł do 

background image

310 

DARCY MAGUIRE 

drzwi, krzywiąc usta w ponurym grymasie. Spojrzenie miał 
zimne i twarde. - Tego właśnie chcesz. Bądź szczęśliwa. 

Clare wpatrywała się w papier. Mark przepisał na nią 

udziały Franka! Od nadmiaru wrażeń aż zakręciło jej się 
w głowie. Teraz cała firma należała do niej! 

W wyobraźni Clare zdobywała już nowe rynki, kupowała 

więcej pojazdów, zatrudniała nowych pracowników, rozsze­
rzała asortyment usług... Ale wszystko to wydawało się jej 
bez znaczenia. Puste i płytkie. 

Zawahała się. Może nie czuła radości, bo nie zapraco­

wała sobie na to, by zostać właścicielką całej firmy? A może 
dlatego, że Mark podarował jej bezcenny dar, spełnił jej 
marzenia bez żadnego konkretnego powodu? Spojrzała 
w stronę drzwi. Przecież tego zawsze chciała, a on o tym 
dobrze wiedział. Zależało mu na niej. 

Zawahała się. Zamknęła oczy i poczuła, jak łzy ściekają 

jej po policzkach. Czy znów ma cierpieć i wić się z bólu? 

To bez sensu, nie wolno przecież rezygnować z miłości. 

Jednym szarpnięciem otworzyła drzwi i wypadła na ko­

rytarz. Obróciła się w lewo i w prawo, lecz Marka Kinga 

już nie było. 

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY 

- Ochrona? Tu Clare Harrison. Idzie do was mężczyzna 

w bardzo drogim szarym garniturze. Przedstawia się jako 
King. Zatrzymajcie go, dobrze? 

Uśmiechnęła się, odkładając słuchawkę. Wygładziła 

spodnie i drżącymi palcami odpięła górny guzik bluzki. 
Niech Mark przez kilka minut naje się strachu, jak kiedyś 
ona w jego biurze. 

Przeczesała palcami włosy i wyszła, starając się przy­

wołać te resztki pewności siebie, jakie jeszcze zdołała ocalić. 
Podejmie ryzyko. 

Mark stał z rękami na biodrach, a jego donośny głos 

było słychać już z daleka. 

- Nie macie prawa mnie zatrzymywać. Nic złego nie 

zrobiłem. Domagam się... 

Ochroniarz zauważył Clare i kiwnął głową. Mark od­

wrócił się gwałtownie. 

- Co tu się dzieje, Clare? Spieszę się do pracy. - Ton 

jego głosu wyraźnie złagodniał. 

- Dziękuję, Tom. 
Clare odprawiła ochroniarza. Odwróciła się do Kinga 

i spojrzała wprost w jego ciemne oczy. 

background image

312 

DARCY MAGUIRE 

- Chciałam ci podziękować. 

Uniosła papier w górę. Jej dłonie nie drżały. 

- Nie przyjmę twojego daru. 
Podarła papier, strzępki poleciały na podłogę. 
Mark lekko uniósł kąciki ust. 
- Przecież tego chciałaś. 
Potrząsnęła głową. 
- Nie. Przedtem nie wiedziałam, czego chcę. Teraz już 

wiem. 

Podeszła do niego tak blisko, że poczuła na twarzy jego 

ciepły oddech. 

- Chcę ciebie. 

Ledwo musnęła jego usta, natychmiast zapomniała 

o pięknej przemowie, którą planowała wygłosić. 

- Nie potrzebuję firmy - wykrztusiła wreszcie. - Po­

trzebuję partnera. A ty jesteś jedynym odpowiednim kan­
dydatem. 

Mark pochwycił ją w ramiona. 
- Boże, jak ja cię kocham, Clare Harrison. 
- Co powiesz na to, żebyśmy mieli dzieci? 
- Dzieci? - Mark pocałował ją w szyję. - Nie chcesz 

mi chyba powiedzieć, że twój zegar biologiczny zaczął na­
trętnie tykać? 

- Nie, chciałam ci przypomnieć o twoim zegarze. 
- Jestem zwarty, chętny i gotowy. Może jednak powin­

naś to jeszcze przemyśleć? Dasz sobie radę z prowadzeniem 
firmy i wychowywaniem dzieci? 

- A ty? 

background image

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY...  3 1 3 

Uśmiechnęła się szelmowsko. W wyobraźni widziała 

już, jak Mark opiekuje się gromadką małych Kingów. 

- Poradzę sobie z wszystkimi przeszkodami, jakie na­

potkam na naszej wspólnej drodze. 

- Nawet z moją matką? 
Uśmiech Clare przygasł. Zupełnie zapomniała o matce 

Marka i o Sashy. 

- A co z Sashą? 
- Z kim? - Mark uśmiechnął się i uściskał ją. - Z matką 

możesz zacząć wszystko od nowa. Nie jest taka zła, jak się 
wydaje na pierwszy rzut oka. 

- To samo mówili mi o tobie. 
- I co? 
- Mylili się. Jesteś bardzo, bardzo zły. Ale i tak cię kocham. 
Ujął ją za rękę i pogładził jej palce. 
- Dlaczego nie nosisz żadnych pierścionków? 
Clare spuściła wzrok. 
- Pierścionki to symbol związku między dwojgiem lu­

dzi, a ja nigdy nie byłam z nikim związana. 

Mark zanurzył rękę w kieszeń marynarki. 
- Czy nie zechciałabyś związać się ze mną? 
Otworzył wieczko pudełka z czerwonego aksamitu, uka­

zując oczom Clare migający oślepiającymi iskrami pierścio­
nek z brylantem. 

- Wiedziałeś, że do tego dojdzie! 
- Nie - rzekł cicho. - Miałem taką nadzieję. 
Gdy otoczył ją bezpiecznym uściskiem ciepłych ramion 

i pocałował, przeszłość przestała się już dla niej liczyć. 

background image

314 DARCY MAGUIRE 

- Wyjdziesz za mnie? 
Clare naburmuszyła się. 
- Nie wiem. Czy nie nazywa się to „przejęciem przez 

konkurencję"? 

- Chodź ze mną do domu, a pokażę ci dokładniej, na 

co się skazujesz. 

Clare uśmiechnęła się. Nie mogła się już tego doczekać. 

Chciała też jak najszybciej dowiedzieć się, co jeszcze ich 
spotka. Jednak niezależnie od tego, co przyniesie im wspól­
na przyszłość, mieli siebie.