background image

MARGIT SANDEMO

OSTATNIA PODRÓŻ

Ze szwedzkiego przełożyła

ELŻBIETA PTASZYŃSKA - SADOWSKA

POL - NORDICA

Otwock 1998

background image

ROZDZIAŁ I

Simon Dalen jechał do rodzinnego domu, żeby umrzeć.

Miał dwadzieścia dziewięć lat i wyruszył właśnie w swą ostatnią podróż. Stojąc na 

peronie i czekając na nocny pociąg, który zawiezie go w bliskie mu strony, odtwarzał w 

myślach własne życie.

Rozstanie się z nim nie wydawało się wcale trudne.

Jedyne, czego jeszcze pragnął, to ujrzeć po raz ostatni miasto swego dzieciństwa. 

Miasto, które chłopcu Simonowi dało tyle szczęścia, a Simonowi mężczyźnie przyniosło tak 

wiele goryczy.

Ale   choć   sam  się   do   tego   nie   przyznawał,   rzeczywisty  powód   jego   wyprawy  był 

zupełnie inny. Simon zamknął już swoje życie. Na koniec chciał tylko odnaleźć tę kobietę, 

która mu je zniszczyła, i powiedzieć jej wreszcie parę słów prawdy.

Obawiał się jedynie, że w ślepej furii może stracić kontrolę nad sobą.

Owładnięty nienawiścią, czuł niejednokrotnie, że nie będzie w stanie się opanować. 

Nie spodziewał się nawet, że potrafi poddać się tego rodzaju emocjom. On, który należał w 

gruncie rzeczy do ludzi spokojnych i ugodowych.

Oprócz niego na peronie znajdował się jeszcze tylko jakiś mężczyzna, stojący dość 

daleko z teczką w ręce.

Kiedy wreszcie przyjedzie pociąg? Znowu się spóźnia.

Simon sięgnął do kieszeni. W porządku, są, silne tabletki przeciwbólowe, które dostał 

od doktora. Jego lekarz nie owijał w bawełnę, on sam go o to poprosił. Zostały mu jeszcze co 

najwyżej trzy miesiące. Pod koniec silne bóle. Operacja byłaby tylko odwlekaniem tego, co 

nieuchronne.

Ale on nie zamierzał czekać. Kiedy tylko znajdzie się w domu, połknie wszystkie 

tabletki naraz. Lekarz przestrzegał go, żeby nie brał ich za wiele. Nie więcej niż po dwie!

Simon uśmiechnął się gorzko. Będzie ich znacznie, znacznie więcej!

Nie istniało przecież nic, absolutnie nic, co kazałoby mu żyć dalej.

Gdy pociąg skręcał, ze swego miejsca w jego tylnej części widziała lokomotywę i 

wagony na przodzie. To były wagony sypialne: ciemne, długie i ponure. Monotonny stukot 

kół po szynach odbijał się przytłumionym echem w jej głowie.

Ta niezwykła atmosfera nocnego pociągu zawsze bardzo ją pociągała. Nie chciała 

jechać wagonem sypialnym, bo wtedy straciłaby tak wiele. Kiedy człowiekowi przybywa lat, 

wtedy najwygodniejsze wydaje mu się łóżko, zdaje sobie bowiem sprawę z tego, jak zaspaną i 

background image

pomiętą twarz będzie miał nazajutrz, w nieubłaganie ostrym świetle poranka. Ona jednak była 

jeszcze młoda, mogła sobie pozwolić na siedzenie całą noc i towarzyszące temu napięcie i 

zmęczenie.

Poza tym nie stać jej było na bilet w wagonie sypialnym.

Siedziała sama w przedziale. Niewykluczone, że zdrzemnie się z godzinkę lub dłużej, 

ukryta pod płaszczem, ale na razie nie miała jeszcze na to ochoty. Przytłumione światło 

zmroku   rozlewało   się   właśnie   ponad   ziemią,   zacierając   kontury  krajobrazu;   na   tle   nieba 

rysowała się jakaś szopa, wysokie drzewa, a gdzieś dalej chłopska zagroda...

Pociąg   przemknął   jak   błyskawica   przejazd   kolejowy,   zadźwięczał   dzwonek   przy 

szlabanie.

Wagony sunęły przez równinę. Słupy telefoniczne, lasek, kościelna wieża...

Zmieniony   rytm   kół   stukoczących   po   szynach   zapowiadał   zbliżanie   się   do   stacji. 

Ludzie, dworcowe zabudowania, perony - wszystko to mignęło za oknem i pozostało gdzieś 

w tyle.

Zdążyła jeszcze dostrzec nazwę. Było to przedmieście jakiegoś większego miasta, w 

którym pociąg miał się zatrzymać.

Rozległ   się   gwizd   lokomotywy,   przypominający   przenikliwy   głos   skargi.   Pociąg 

zwolnił biegu.

Domy, domy.... stały coraz ciaśniej i bliżej siebie. W chaosie głuchych uderzeń kół nie 

było   teraz   żadnego   rytmu,   pociąg   hamował   na   stacji,   aby   wreszcie   zatrzymać   się   z 

przeciągłym, ostrym piskiem.

Na chwilę zaległa cisza. potem dały się słyszeć pojedyncze nawoływania, trzaskanie 

drzwiami i szuranie wielu stóp na korytarzu.

Drzwi do jej przedziału odsunęły się i do środka wszedł jakiś mężczyzna. Spojrzał na 

swój bilet, a potem na nią.

- Czy tu jest wolne? - spytał, wskazując ręką na drugie miejsce przy oknie.

- Proszę!

- Dziękuję.

Położywszy elegancką walizkę na półce, zdjął równie elegancki płaszcz, po czym 

usiadł naprzeciw niej.

Przyglądała mu się z zainteresowaniem, studiując jego odbicie w okiennej szybie. Był 

to przystojny młody człowiek, w wieku między dwadzieścia pięć a trzydzieści pięć lat, o dość 

ciemnych włosach, przenikliwych oczach i bardzo niezwykłych ustach. Jego twarz od razu 

przyciągnęła   jej   spojrzenie.   Zwłaszcza   te   usta...  W  ich   kącikach   jakby  czaił   się   drwiący 

background image

uśmieszek. Oczy miał wąskie i pełne żaru. Nagle przyszła jej do głowy dziwna myśl, że oto 

za chwilę ten mężczyzna wyjmie fletnię Pana i zacznie na niej grać. A może, jeśliby mu się 

dokładnie przypatrzyła, dostrzegłaby także niewielkie rożki ukryte nad czołem pod włosami? 

Jako mały chłopiec musiał być podobny do elfa. Teraz, przypominał fauna. Silnego, pełnego 

życia fauna.

Więcej   nie   zdążyła   zauważyć,   bo   gdy   spotkała   wzrok   współpasażera   w   okiennej 

szybie, odwróciła się od razu w inną stronę.

Ciekawe,   co  też   jemu   rzuciło   się  przede   wszystkim  w  oczy,  zastanawiała  się.  Na 

pewno piegi i burza jasnorudych włosów, poza tym zielonkawoniebieskie oczy z prostymi 

kreskami brwi, sięgającymi niemal samych skroni. No i ten dziecięcy nosek i usta, które 

sprawiały, że większość ludzi nie oceniała jej na więcej niż piętnaście, szesnaście lat, podczas 

gdy w rzeczywistości skończyła już dwadzieścia.

Pociąg wyjechał z miasta i znowu mknął przez równinę.

- Ojej, popatrz! - wykrzyknęła spontanicznie.

Mężczyzna   spojrzał   automatycznie   przez   okno,   ale   w   jego   zachowaniu   dało   się 

wyczuć rezerwę. Chyba wyrwała go z głębokiego zamyślenia.

Klępa   łosia   z   małymi   długimi   susami   uciekała   przed   hałaśliwym   olbrzymem 

pędzącym po szynach.

Mężczyzna   uśmiechnął   się   nieznacznie,   po   czym   znowu   skierował   wzrok   w   inną 

stronę.

Dziewczyna z właściwą sobie bezpośredniością powiedziała ożywiona:

- Widziałam już lisa, dwa jelenie i co najmniej pięć zajęcy. Zdaje się, że w tej okolicy 

jest dużo zajęcy.

- Tak?

Zdawała się nie zauważać, jak bardzo jest zamknięty i powściągliwy.

- Jazda nocnym pociągiem kryje w sobie tyle emocji - uśmiechnęła się, a jej oczy 

rozpaliły się blaskiem. - Mistyczny, mroczny nastrój. Przytłumione światło w wagonie i ten 

wyjątkowy zapach pociągu. A potem za oknem budzi się dzień, to naprawdę cudowny widok. 

Ale   taka   pora   jak   teraz,   kiedy  zapada   zmrok,   też   jest   ładna.  Trochę   melancholijna.   Nad 

horyzontem widać jeszcze złotoczerwoną poświatę zachodzącego słońca. To jego ostatnia, 

bezsilna próba rozświetlenia ziemi. A tam widać jakiś opuszczony cmentarz! Jaki stary krzyż, 

niech pan spojrzy! Wygląda zupełnie tak samo jak mój stary cmentarz nad morzem. Pan też 

woli siedzieć w zwykłym wagonie niż spać w wagonie sypialnym?

Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby zastanawiał się nad przeniesieniem się do innego 

background image

przedziału, ale uznał to chyba za niewłaściwe.

- Przypuśćmy - odparł krótko. - Kiedy człowiek wsiada do pociągu niemal w środku 

nocy,   nie   ma   sensu   wykosztowywać   się   jeszcze   na   wagon   sypialny.   Chociaż   takie 

wielogodzinne siedzenie jest rzeczywiście męczące.

-   Wcale   nie.   Co   prawda   je   nie   jestem   jeszcze   taka   stara...   to   znaczy,   chciałam 

powiedzieć...

Mężczyzna uśmiechnął się, ale w jego oczach nie było radości. Nawet najmniejszego 

jej śladu. Rzucił na dziewczynę surowe spojrzenie, jakby był zły na nią, że sprowokowała go 

do uśmiechu. Następnie poprawił się na siedzeniu.

Znowu rozległ się pisk kół.

- Co to? Kolejna stacja? - spytała.

Simon otworzył zamknięte oczy z wyrazem udręki na twarzy.

- Nie. To chyba most.

- Jakie to wszystko emocjonujące! To brzmi tak zabawnie, kiedy...

Przejeżdżali przez most, jej głos utonął w stukocie pociągu na żelaznych przęsłach, 

spotęgowanym do ogłuszającego huku.

Zachwycona, roześmiała się głośno.

Mężczyzna o melancholijnym spojrzeniu porzucił myśl o odpoczynku - jak widać, nie 

miał na to wielkich szans.

- To twoja ostatnia wakacyjna wyprawa tego lata? - spytał ojcowskim tonem.

- Nie, skądże! Po kilku latach wracam wreszcie do domu. Dostałam pracę w moim 

rodzinnym mieście. Tak bardzo się cieszę, że zobaczę je znowu. I wszystkich znajomych...

- Naprawdę? - powiedział zdumiony. - Myślałem, że jeszcze chodzisz do szkoły?

- Ach, to przez ten mój dziecięcy wygląd! Mam już prawie dwadzieścia jeden lat.

Popatrzył na nią zmieszany.

- Wobec tego nie powinienem zwracać się per ty...

- Wprost przeciwnie! Teraz wszyscy tak mówią. A ty dokąd jedziesz, na wakacje?

- Nie, ja też jadę... do domu - wyjaśnił z wymuszonym uśmiechem.

Na jego twarzy pojawił się wyraz goryczy; przez chwilę milczał, po czym odezwał się 

znowu:

-   Właściwie   to   powinienem   być   na   kongresie,   ale...   niespodziewane   okoliczności 

sprawiły, że zamiast na kongres jadę do domu, do mojego starego ojca.

- Uważam, że słusznie zrobiłeś. Kongres to nic ciekawego. Ale niewątpliwie może 

imponować.

background image

- W gruncie rzeczy sprowadza się do wygłaszanych w półśnie nudnych referatów i 

ciągnących się bez końca dyskusji.

- I na piciu po nich?

- Czasami się pije.

- Ale ze mnie idiotka! Może ty jesteś zmęczony i chciałbyś się przespać?

- Trochę za późno na to wpadłaś. Nie, dziękuję. Teraz już nie chce mi się spać.

Strapiona dziewczyna westchnęła.

-  Że  też  ja  nigdy nie   zastanowię   się  wcześniej!  Kiedy moja  mama  chce  się  mną 

pochwalić, wtedy mówi, że jestem impulsywna, ale kiedy jest na mnie zła, to wówczas jestem 

nieopanowaną, bezczelną i niewychowaną trzpiotką.

- To zbyt mocna określenia - rzekł życzliwym tonem. - Powiedziałbym raczej, że 

jesteś bezmyślnie bezpośrednia. A jeśli twoja matka nazywa cię niewychowaną, to bije w 

samą siebie.

- Tak, to prawda.

Trochę zawstydzona swoją chorobliwą gadatliwością, zamilkła. Zaczęła wsłuchiwać 

się   w   stukot   kół,   wibrujący   w   jej   ciele.   W   wagonie   panowała   całkowita   cisza, 

prawdopodobnie wszyscy spali. Oczami wyobraźni widziała, jak wyglądają pasażerowie w 

innych przedziałach. Ci, którzy siedzą w rogu, odpoczywają spokojnie, ukryci pod swoimi 

płaszczami; tymczasem pozostali siedzą sztywno, a głowy opadają im we śnie raz do przodu, 

raz do tyłu, w rytm pędzącego pociągu. Cofają gwałtownie nogi, gdy prostując je natrafiają na 

stopy innych pasażerów.

Jak dobrze, że nasz przedział jest taki pusty, pomyślała sobie.

Na składanym krześle na korytarzu przycupnął jakiś mężczyzna. Przez cały czas niby 

wyglądał przez okno, ale gdy przyjrzała mu się dokładnie, zauważyła, że obserwował jej 

odbicie w szybie.

Czyżby jakiś wielbiciel? Jeśli tak, to wolała zrezygnować z jego adoracji. Mężczyzna 

miał jasne włosy - a właściwie to, co pozostało mu po nich; jego skóra o szarobrązowym 

odcieniu wyglądała  tak, jakby nosiła ślady wyblakłej  opalenizny,  w pociągłej  twarzy zaś 

tkwiły pozbawione wyrazu oczy.  Uwagę Mai zwróciły jego duże, owłosione i piegowate 

dłonie. Był w średnim wieku, nie dającym się dokładnie określić.

Dziewczyna nagle drgnęła, wyrwana z zadumy głosem towarzysza podróży.

- Jak masz na imię?

- Maya. Maya przez Y. A ty?

- Simon.

background image

- To ładne imię.

- Tak uważasz? Mnie nigdy się nie podobało.

- Większości ludzi nie podobają się własne imiona. Ja też nie lubiłam swojego, ale 

zaakceptowałam je wreszcie. Tylko zamiast Maja zaczęłam pisać Maya. Wygląda bardziej 

artystycznie.

- Jesteś artystką?

-   Ależ   skąd!   Co   prawda   uwielbiam   rysować,   ale   pociąga   mnie   tylko   rysunek 

techniczny. Drobne detale i proste, czyste linie. Moja mama mówi, że to nie jest artyzm, tylko 

pedanteria.

- Raczej nie wyglądasz na pedantkę.

Jakie on ma sympatyczne spojrzenie, kiedy zapomina o tej swojej rezerwie, pomyślała 

dziewczyna.

Roześmiała się.

- Czyżbym wyglądała na bałaganiarę?

- Nie, nie, wprost przeciwnie! Tylko że pedantka nie ubrałaby się w romantyczną 

ciemną suknię z koronkowym kołnierzykiem i nie zarzuciłaby sobie na ramiona szala w 

szkocką kratę. Nie nosiłaby też długich, swobodnie rozpuszczonych włosów, spadających 

burzą   dzikich   loków   na   plecy.   Masz   swój   własny,   trochę   staromodny   styl,   który  można 

nazwać bardzo kobiecym albo bardzo dziecinnym. Jak kto woli.

Zauważyła, że jej towarzysz podróży nieco się odprężył.

-   Czy   jesteś   żonaty?   Nie   pytam   z   czystej   babskiej   ciekawości,   ale   wyglądasz   na 

żonatego...

- Nie trafiłaś! - odrzekł, a jego twarz od razu spochmurniała. - Byłem żonaty, i to 

wcale nie tak dawno temu, ale moje szczęśliwe małżeństwo zniszczyła pewna bezwzględna 

jędza.

W oczach Mai pojawił się wyraz szczerej sympatii.

- Serdecznie współczuję. Ale to wyjaśnia, skąd wzięły się wokół twoich ust te drobne 

linie, które świadczą o zgorzknieniu i dodają ci lat.

- Trzeba przyznać, że jesteś prawdziwą artystką w obsypywaniu ludzi pokrzepiającymi 

komplementami!

- Nie zrozumiałeś mnie. Dobrze wiem, jak mogłeś się wtedy czuć. Dla takiej właśnie 

dziewczyny opuścił nas mój ojciec.

Simon   skinął   głową;   odnosiło   się   wrażenie,   iż   otwartość   i   szczerość   jego   młodej 

rozmówczyni sprawiły mu nieoczekiwaną przyjemność.

background image

- Naprawdę niełatwo odgadnąć, ile masz lat. Właściwie to wcale nie wyglądasz tak 

staro.   Kiedy   nie   jesteś   spięty,   przypominasz   czarującego   fauna.   Gdy   cię   zobaczyłam, 

pomyślałam sobie od razu, że musisz odznaczać się dużym poczuciem humoru, ale widocznie 

straciłeś je gdzieś w ponurych rozmyślaniach. Powiedz mi, ile masz lat?

- Co znaczy, według ciebie, „tak staro”?

- Hm... ponad trzydzieści pięć lat.

- Dobry Boże - bąknął pod nosem i spojrzał w okno. - Jesteś dla mnie rzeczywiście 

nadzwyczaj łaskawa. Skończyłem dopiero dwadzieścia dziewięć lat.

Wydawało   się,   że   prowadzenie   tej   rozmowy   go   bawi.   Zupełnie   jakby   wszystkie 

kongresowe debaty całego świata doprowadziły go do tego, że już zapomniał, iż istnieje coś 

takiego jak zwykła rozmowa między ludźmi, a teraz odkrywał to na nowo. Albo...? Może co 

innego go męczyło?

- Masz dzieci? - spytała. - To znaczy, czy miałeś dzieci w małżeństwie?

Dlaczego ona zawsze musi tak się plątać, że jej słowa brzmią albo bezczelnie, albo 

dwuznacznie, albo po prostu głupio!

- Nie mam, byliśmy małżeństwem bardzo krótko, zaledwie kilka miesięcy.

Na jego twarzy znowu pojawił się wyraz goryczy.

- Jak ciemno się zrobiło - powiedziała, nieporadnie zmieniając temat. - Światło na 

horyzoncie już zgasło i teraz można zobaczyć w szybie tylko własne odbicie.

Stukot   kół   rozbrzmiewał   głuchym   echem   wewnątrz   wagonu.   Poza   tym   panowała 

cisza.

Maya ziewnęła. To było zaraźliwe. Jej towarzysz podróży też dyskretnie ziewnął.

- Chyba spróbuję się trochę przespać - rzuciła od niechcenia.

- Bardzo rozsądnie - potwierdził. - Możesz wyciągnąć się na siedzeniu. Będę czuwał.

Wstał z miejsca.

- A ty nie chcesz się zdrzemnąć? - spytała zdziwiona.

- Tak, tak, chyba też to zrobię.

Wyszedł na korytarz. Kiedy otworzył drzwi, stukot nasilił się i od razu ucichł znowu 

po   ich   zasunięciu.   Mężczyzna   na   składanym   siedzeniu   podkurczył   nogi,   żeby  przepuścić 

Simona.

Maya zaczęła przygotowywać sobie miejsce do spania - ułożyła w rogu szal zamiast 

poduszki   i   postawiła   na   półce   swój   podręczny   bagaż.   Właśnie   miała   się   położyć,   gdy 

zauważyła, że mężczyzna z korytarza zniknął.

Pewnie stanął przy którymś z okien w końcu wagonu.

background image

Ale jego płaska teczka zniknęła także. Mimowolnie wyjrzała przez szybę w drzwiach. 

Nigdzie go nie dostrzegła.

Prawdopodobnie znalazł sobie wolny przedział, pomyślała.

Simon długo nie wracał. Maya sądziła, że udał się do toalety. A może chciał zapalić 

papierosa? Jeśli tak, to dlaczego nie wybrał przedziału dla palących?

Albo stał sobie po prostu w korytarzu na końcu wagonu? Zostawił ją samą, żeby 

mogła spokojnie spać.

Niepotrzebnie aż tak się troszczył. Wcale nie musiał być tak bardzo uprzejmy. W 

każdym   razie   jego   bagaż   tkwił   nadal   na   półce,   co   znaczyło,   że   Simon   nigdzie   się   nie 

przeniósł.

Po   pewnym   czasie   Mayę   ogarnął   nieokreślony   niepokój.   Prawdopodobnie   jej 

towarzysz podróży stał sobie gdzieś, pogrążony w rozmowie z tym mężczyzną z korytarza, 

mimo to, pod pretekstem, że musi iść do toalety, dziewczyna postanowiła się rozejrzeć. Chyba 

nikogo tym nie zdenerwuje?

Stukot kół toczącego się pociągu był na korytarzu znacznie donośniejszy. Zataczając 

się   Maya   szła   na   koniec   wagonu.   Jak   miło   i   przytulnie   mieli   oboje   w   środku   swojego 

przedziału! Tu, na zewnątrz, wszystko wydawało się zimne i bezosobowe.

Maya poczuła, że naprawdę brakuje jej Simona!

Kiedy otworzyła następne drzwi, hałas jeszcze bardziej się nasilił. Na końcu wagonu 

nikt nie stał. Drzwi do toalety były uchylone, ale na wszelki wypadek dziewczyna zajrzała do 

środka. Pusto. Nie zauważyła też nikogo w przejściu do następnego wagonu.

Dziwne!   Przecież   Simon   skierował   się   właściwie   w   tę   stronę.  W  kierunku   końca 

pociągu. Jeśli dobrze pamięta, to za nimi znajdował się jeszcze tylko jeden wagon oprócz 

małego wagoniku konduktora.

Mając poczucie, że zachowuje się nierozsądnie, przeszła przez cały ostatni wagon. 

Może   Simon   spotkał   jakiegoś   znajomego   i   przysiadł   z   nim   na   chwilę   w   którymś   z 

przedziałów? Ale przecież wszyscy już spali?

Zauważyła, że mężczyzna z korytarza śpi gdzieś w rogu, przykryty swoim płaszczem; 

rozpoznała jego teczkę i wzór materiału na spodniach.

Nigdzie jednak nie dostrzegła Simona.

Nawet na ostatniej platformie. Obie toalety były puste. Zajrzała do jednej, i do drugiej. 

Dalej znajdował się już tylko niewielki wagon konduktora i bagażowy. Tam nie mogło go być 

na pewno.

Zaniepokojona,   ruszyła   z   powrotem.   Wiedziała   z   całą   pewnością,   że   Simon   nie 

background image

przechodził obok ich przedziału i nie poszedł na przód pociągu.

Większość pasażerów spała już mocno, choć ten i ów popatrzył na nią niechętnie, gdy 

mijała drzwi kolejnych przedziałów. Może jej zachowanie było rzeczywiście śmieszne, ale nic 

nie mogła poradzić na to, że czuła się zaniepokojona. Simon sprawiał wrażenie tak bardzo 

przygnębionego, że jego ponury nastrój dawał się wyczuć wręcz fizycznie.

Znowu   znalazła   się   na   końcu   swojego   wagonu.   Właśnie   w   tę   stronę   poszedł   jej 

towarzysz podróży, kiedy widziała go po raz ostatni.

Prawdopodobnie siedzi już sobie w przedziale, pomyślała Maya, otwierając drzwi do 

korytarza, gdy nagle zatrzymała się jak wryta.

Zdawało jej się, że usłyszała czyjś głos. Jakieś odległe wołanie.

Dziewczyna zajrzała ponownie do toalety, ale ta była nadal pusta.

Głos dochodził chyba gdzieś z boku...

Nie zwlekając, wyjrzała przez okno drzwi wejściowych.

Mimo ciemności dostrzegła czyjąś rękę zaciśniętą mocno wokół poręczy.

Bez chwili wahania otworzyła drzwi i wychyliła się na zewnątrz.

Jej wołanie zagłuszył wiatr i stukot pociągu.

- Simon!

Nisko   pod   sobą   widziała   jego   kredowobiałą   twarz   i   od   razu   zrozumiała   bezmiar 

zagrożenia. Simon wisiał tylko na jednej ręce, koncentrując wszystkie swe siły na tym, żeby 

nie zaczepić nogami o ziemię. Zdaje się, że drugą rękę miał niesprawną, ale tego Maya nie 

zdołała stwierdzić w ciemności.

Przerażona,   wychyliła   się   jak   najdalej   mogła,   próbują   mu   pomóc,   szybko   jednak 

zrozumiała, że sama nie zdziała tu nic.

- Poczekaj! - krzyknęła. - Wytrzymaj jeszcze chwilę!

- W porządku - odpowiedział. - Jeszcze nie jestem gotowy, żeby umrzeć. Potrzebuję 

jeszcze paru tygodni.

Co też on wygaduje, pomyślała oszołomiona, przyciągając do siebie drzwi.

background image

ROZDZIAŁ II

Maya   wpadła   znowu   do   korytarza   i   zdecydowanym   ruchem   pociągnęła   za   rączkę 

najbliższego hamulca bezpieczeństwa. Nieraz słyszała, że używanie hamulca bez koniecznej 

potrzeby jest karalne. W sytuacji takiej jak ta miała chyba jednak prawo go uruchomić. Nie 

było czasu, by szukać konduktora, Simon musiał być na pewno bardzo wyczerpany.

Przy   akompaniamencie   przeraźliwego   pisku   kół   pociąg   zatrzymał   się   nagle   z 

gwałtownym   szarpnięciem.   Maya   znalazła   się   szybko   z   powrotem   przy   drzwiach 

wyjściowych.   Omal   się   nie   przewróciła,   ale   na   szczęście   zdołała   utrzymać   się   jakoś   na 

nogach.

Niemal w tej samej chwili nadbiegł konduktor.

- To pani...

W tym momencie dostrzegł Simona, który z twarzą wykrzywioną bólem puścił poręcz 

i upadł na nasyp. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że wisiał na zewnątrz pociągu już dość 

długo.   W   blasku   latarki   widać   było,   że   jest   blady   i   zakurzony,   ma   rozdarte   spodnie   i 

poocieraną skórę.

- Jezus Maria! - wykrzyknął konduktor i zeskoczył na dół. - Proszę się mnie chwycić!

Przy jego pomocy Simon dźwignął się na nogi. W drzwiach stało już wielu gapiów, a 

wzdłuż nasypu biegli pasażerowie z innych wagonów i obsługa pociągu.

- Jak to się stało? - pytano.

- Czy on oszalał? - szepnął ktoś do swego sąsiada.

Simon był zbyt słaby, żeby wspiąć się na stopnie.

- Zostałem wypchnięty - wyszeptał. - Kiedy wyszedłem z toalety, zauważyłem, że 

drzwi   wejściowe   są   otwarte   i   uderzają   o   ścianę   wagonu.   Nie   zastanawiając   się   wiele, 

wychyliłem się, żeby je zamknąć, i wtedy ktoś pchnął mnie mocno w plecy. Było to tak 

niespodziewane, że nie mogłem się obronić.

- Ale zdążyłeś się chwycić? - spytała Maya.

- To czysty odruch. Co prawda jedną rękę od razu sobie zwichnąłem, ale na szczęście 

udało mi się przytrzymać drugą. To, co przeżyłem później, to prawdziwe piekło. Dziękuję, że 

przyszłaś.

- Zaczęłam się już denerwować.

- A kto...? - zaczął konduktor.

- Nie mam pojęcia - odrzekł Simon.

-   Ja   wiem,   jak   on   wygląda   -   odezwała   się   poruszona   Maya,   podczas   gdy   wiele 

background image

życzliwych   dłoni   pomagało   Simonowi   wdrapać   się   na   stopnie.   -   W   każdym   razie 

przypuszczam, że to mógł być on, ale nie mogę twierdzić tego z całą pewnością. Siedział na 

korytarzu...

- Ach, to on - powiedział zdumiony Simon i syknął z bólu, ponieważ ktoś niechcący 

uderzył go w zwichniętą rękę. - Ja też go widziałem.

- Poszedł za Simonem, to chyba trochę podejrzane, prawda? Wdziałam, że teraz jest w 

ostatnim wagonie. Proszę pójść ze mną, to go panu wskażę - zwróciła się do konduktora.

Ruszyli   szybko   w   kierunku   przedziału,   w   którym   Maya   widziała   opisanego 

mężczyznę.

Nie było go tam.

W środku została tylko starsza pani, inni pasażerowie wybiegli na zewnątrz.

- Czy tu siedział taki mężczyzna...?

- Ten pan z rogu wziął swój płaszcz i teczkę i wyszedł razem z innymi od razu, kiedy 

pociąg się zatrzymał. Co to się stało?

- Jakiś mężczyzna wypadł z pociągu. Ale żyje. Czy ten pan siedział tu długo?

- Nie, dopiero co przyszedł.

- No tak, i już na pewno tu nie wróci - bąknął konduktor. - Musiałby być chyba 

niespełna rozumu. Ale tak czy inaczej powinniśmy go poszukać.

W pobliżu znajdowały się jakieś zabudowania; najgłębsze ciemności zaczęły już nieco 

ustępować i tu i ówdzie dało się słyszeć chłopskie zagrody. Przeszukano w szybkim tempie 

cały pociąg, lecz, zgodnie z oczekiwaniami, mężczyzny w nim nie znaleziono.

- Pewnie jest już daleko - powiedział maszynista. - Na pierwszej stacji musimy złożyć 

meldunek policji. Czy możemy już jechać? Nie powinniśmy się za wiele spóźnić.

Konduktor dmuchnął z całej siły w swój gwizdek i ostatni pasażerowie wspięli się z 

mozołem po schodkach do pociągu.

Po chwili lokomotywa ruszyła powoli, by już po kilkudziesięciu metrach znacznie 

przyspieszyć biegu.

Znalazłszy się w przedziale, Maya zajęła się troskliwie Simonem. Kiedy już zdołała 

zmusić go, by się położył, zbadała jego ramię.

- Rzeczywiście jest zwichnięte - stwierdziła. - Trafiłeś na właściwą osobę, umiem je 

nastawić.

- Jesteś lekarzem? Albo pielęgniarką?

- Niezupełnie, ale ta branża nie jest mi obca. Jako dziecko często pomagałam ojcu. Był 

weterynarzem.

background image

Mimo cierpienia Simon nie umiał powstrzymać się od śmiechu.

- No, to jakie zwierzę mam udawać?

- Najlepiej bądź sobą - uśmiechnęła się ciepło Maya. - To trochę zaboli, nie wiem, 

czy...

Wyjrzała   na   korytarz   w   poszukiwaniu   pomocy.   Przed   przedziałem   stała   grupka 

ciekawskich, ale ona, spostrzegłszy nieco dalej konduktora, zwróciła się do niego.

-   Czy   ta   widownia   jest   konieczna?   -   uskarżał   się   Simon.   Wyglądał   na   trochę 

wystraszonego.

Konduktor odsunął wszystkich na bok i opuścił rolety na szybach drzwi, po czym je 

zamknął.

Simon   zagryzł   wargi.   Jego   niebieskie   oczy   odbijały   się   wyraźnie   od   zakurzonej 

twarzy.

-   Nie   masz   przypadkiem   jakiegoś   środka   znieczulającego?   Nie   jestem   wprawdzie 

tchórzem, ale czuję się tak okropnie wyczerpany, że... nie wiem, czy to wytrzymam.

Maya spojrzała na niego ciepło.

- Oczywiście że nie mam! A nawet gdybym miała, to z przeznaczeniem dla koni. I 

krów.

Konduktor robił wszystko, by zachować powagę.

- Mógłby okazać się za silny - dodała Maya z czarującym uśmiechem.

- Dziękuję, rzeczywiście chciałbym jeszcze się obudzić na tym świecie - jęknął Simon. 

- To już wolę okryć się hańbą i trochę sobie pokrzyczę.

- A krzycz sobie ile chcesz - rzekła Maya. - Nikt nie będzie ci miał tego za złe, poza 

tym   pociąg   skutecznie   zagłusza   wszelkie   odgłosy.   Tam,   na   zewnątrz,   prawie   cię   nie 

słyszałam.

Podczas gdy  konduktor  trzymał   mocno  Simona,  Maya   po chwili  namysłu  jednym 

ruchem nastawiła zwichnięte ramię. Zrobiła to siedząc, żeby nie stracić równowagi, gdyby 

pociąg nieoczekiwanie szarpnął. Simon nie krzyknął zbyt głośno.

- Zachowałeś się jak prawdziwy mężczyzna - pochwaliła go, po czym zwróciła się do 

konduktora: - Dziękuję za pomoc, nie chcę już zabierać panu więcej czasu. Ale proszę tu 

zajrzeć potem, jeśli pan taki miły.

Mężczyzna, chcąc dodać Simonowi otuchy, kiwnął w jego stronę głową w przyjaznym 

geście i poszedł.

Maya   wzięła   swój   szal   i,   stosując   się   do   najlepszych   wskazań   własnego   ojca 

dotyczących zwichniętych łap psów i kotów, owinęła nim ramię pacjenta. Następnie zajęła się 

background image

jego pozostałymi obrażeniami. Simon chciał już wprawdzie wstać, ale ona kazała mu jeszcze 

poleżeć przez chwilę. W plastykowym kubku przyniosła trochę wody i obmyła mu twarz i 

ręce.

Widać   było,   że   ramię   bardzo   go   boli,   chociaż   starał   się   tego   nie   okazywać.   Ona 

tymczasem, bezwzględnie przyglądała się jego niezwykłej twarzy fauna, która wydawała się 

jej coraz bardziej sympatyczna. A może to tylko ona zrobiła się taka uczuciowa tej nocy? Ale 

wcale jej to nie przeszkadzało.

Kiedy już umyła i opatrzyła Simona, zadowolona usiadła wreszcie na swoim miejscu.

- A teraz musisz mi jedną rzecz wyjaśnić. Dlaczego ten mężczyzna wypchnął cię z 

wagonu?

- A skąd ja mam to wiedzieć? Chyba był niespełna rozumu.

Maya wyjrzała przez okno, za którym powoli budził się świt. Nierówne kontury lasu 

tworzyły na tle nieba niezwykły wzór.

- To ciekawe - rzuciła w odpowiedzi na jego słowa. - W swej próżności myślałam, że 

bardzo mu się podobam, ponieważ przez cały czas nie spuszczał z nas oczu. Tymczasem 

okazuje się, że to tobie się przyglądał. Masz może jakichś wrogów?

Simon   zastanowił   się.   Mimo   wszystkich   swych   obrażeń   i   zadrapań   wyglądał   tak 

pociągająco, że Mai coraz trudniej było zachowywać się nonszalancko i obojętnie.

- Nic mi o tym nie wiadomo - odrzekł. - Każdy ma zawsze kogoś, kto specjalnie za 

nim nie przepada, ale żeby od razu zabijać... Jedyną osoba, która rzeczywiście chciała mi 

zaszkodzić, była ta dziewczyna sprzed paru lat.

- Ta, która przyczyniła się do rozpadu twojego małżeństwa? Co ona właściwie zrobiła?

Simon wykrzywił twarz.

- To było tak wstrętne, że wolę to przemilczeć. Wprost niepojęte! No więc, mówiąc 

szczerze, nic nie wiem o żadnych wrogach. Nie mam ani jednego.

- Kim jesteś z zawodu?

Simon roześmiał się.

- O, widzisz, może tu da się coś znaleźć. Należę do straży przybrzeżnej.

- Jesteś żołnierzem?

- Nie, to cywilna służba. Współpracuję z celnikami.

- Jesteś bogaty?

Simon nie odpowiedział od razu. Westchnął.

- Osobiście nie. Ale rodzina jest dość zamożna. Mój ojciec jest aptekarzem i dorobił 

się   sporych   pieniędzy   na   fizycznych   dolegliwościach   innych,   być   może   często   tylko 

background image

wmawianych   im   przez   niego.   Był   niedościgniony  w  zachwalaniu   swych   medykamentów. 

Kiedy   odszedł   na   emeryturę,   kupił   sobie   gospodarstwo   poza   miastem   i   bardzo   mądrze 

zainwestował na giełdzie. Chyba udało mu się zarobić całkiem okrągłą sumkę, ale nigdy go 

nie pytałem, ile dokładnie. Hoduje także konie.

- Może masz jakieś niebezpieczne hobby?

- Zbieram słonie. Ale nie z kości słoniowej i z żadnego innego cennego materiału, co 

najwyżej z drzewa sandałowego.

- Rzeczywiście nie widzę motywu, dla którego ktoś zamierzałby cię zamordować. 

Chyba że zapomniałeś o jakimś istotnym szczególe...

- Nie, niczego takiego sobie nie przypominam.

Niebo rozjaśniało się coraz bardziej. Jakiś zaspany zając pokicał przestraszony w dół 

po nasypie.

Simon zamknął oczy. Wyglądał na bardzo zmęczonego i zrezygnowanego.

- Chciałabym cię o coś spytać - odezwała się ostrożnie Maya. - Mam wrażenie, że 

rozwód nie jest chyba twoim jedynym problemem. Nie mylę się, prawda?

- Rzeczywiście, nie jedynym.

Czuł się tak wyczerpany, że na chwilę zapomniał nawet o swoich zmartwieniach.

Roześmiał się krótko i gorzko.

- Czy to nie dziwne? Czy człowiek nie jest osobliwym stworem? Nagle tak desperacko 

walczyłem o życie, jakbym w ciągu jednej sekundy pozbył się wszystkich problemów.

- Nie rozumiem.

- Jadę do domu, żeby umrzeć, Mayu.

Zaniemówiła.

- Co ty wygadujesz?

- Tak,   dobrze   słyszałaś.   Zostało   mi   jeszcze   najwyżej   parę   miesięcy.  Właściwie   to 

nawet ich już nie chciałem, pragnąłem umrzeć szybko i bez cierpienia. Mogłem bez trudu do 

tego   doprowadzić.  Ale   pomyślałem   sobie,   że   najpierw   powinienem   pojechać   do   domu. 

Między innymi po to, żeby zobaczyć się z moim starym ojcem, który ma tak kiepskie serce, 

że może umrzeć w każdej chwili. Chciałem spędzić z nim trochę czasu. Zamierzałem też 

odnaleźć tę bestię, która zrujnowała mi małżeństwo i w ogóle całe moje życie. Pragnąłem się 

na niej jakoś zemścić. Sam nie wiem jak. Ale to wszystko właściwie wcale nie jest takie 

ważne. Najprościej by było, gdybym umarł już teraz. Tylko że nie chciałem!

- No bo dlaczego miałbyś chcieć? - spytała powoli, czując wyraźny uścisk w gardle.

-   Bo   lekarz   mówił,   że   pod   koniec   czeka   mnie   prawdziwe   piekło.   Dlatego 

background image

postanowiłem załatwić to krótko. Ale kiedy już doszło do sytuacji ostatecznej - tak jak przed 

chwilą - wtedy życie wydało mi się cudowne. Nie chciałem się z nim rozstać, szkoda mi było 

tych malowniczych obrazków natury, które opisywałaś dziś w nocy. Poza tym postanowiłem 

zmusić tę piekielną dziewczynę do naprawienia mojego małżeństwa. Zmusić do tego, żeby 

powiedziała mojej żonie, że wszystko, co kiedyś usłyszała, to jedno wielkie kłamstwo!

- Sądzisz, że w ten sposób odzyskasz żonę?

- Oczywiście! Ona jest jak księżniczka z bajki, jedna na stulecie. Zdecydowałem się 

też podjąć walkę przeciw śmierci. Jeśli człowiek ma po co żyć, wtedy może dokonać wprost 

nieprawdopodobnych rzeczy, czyż nie?

- Tak, to prawda.

Maya   przycichła   i   poczuła   się   przygnębiona.   Nie   chciała,   żeby   ten   cudowny 

mężczyzna umarł. Poza tym - co za haniebna myśl - nie podobało jej się to, że pragnie wrócić 

do swojej żony.

Simon był już tak zmęczony, że oczy zamykały mu się same.

- Przykro mi, że narobiłem tyle zamieszania - rzekł matowym głosem.

- Ależ co ty opowiadasz, cieszę się, że wsiadłeś do mojego przedziału - odparła. - 

Dzięki tobie nauczyłam się trochę, jak należy obchodzić się z ludźmi.

- Co masz na myśli?

- Na przykład to, że często plotę coś bez zastanowienia. A takie nieopatrzne słowa 

mogą ranić, choć nie jest to wcale naszym zamiarem.

- Czasami jesteś aż nazbyt szczera, to prawda.

- Moja mama zawsze mówiła to samo, tylko że innymi słowami. A ponieważ ludzie z 

reguły mają wzgląd na bliźnich, dotychczas nikt jeszcze nie powiedział mi tego tak wprost. 

Wychodzę jednak z założenia, że szczerość to podstawa w życiu.

- I oczywiście masz rację. Tyle tylko, że chodzi o inny rodzaj szczerości.

Maya westchnęła.

- Rozumiem. Popatrz, już wzeszło słońce!

- Rzeczywiście - Simon uśmiechnął się nieznacznie. - Dokąd jedziesz?

- Do Mark.

Jej towarzysz podróży uniósł wysoko brwi.

- Do Mark? Ja też.

Maya rozpromieniła się nagle.

- A to dopiero! Wobec tego może jeszcze się spotkamy. Przypadkiem, oczywiście.

- Niewykluczone - uśmiechnął się Simon.

background image

Dziewczyna próbowała jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji.

- Nie mieszkam w samym Mark, tylko poza nim, nad morzem. To moje rodzinne 

strony. Na szczęście udało mi się coś wynająć właśnie tam. A zatem raczej nie będziemy 

spotykać się zbyt często.

- Chyba nie. Ja też rzadko bywam w mieście. Wyglądasz na bardzo zmęczoną. Jeśli 

chcesz odzyskać siły, musisz się trochę przespać.

- Powinnam odpowiedzieć, że jak zwykle masz rację. Czy mogę jeszcze coś dla ciebie 

zrobić?

- Nie, dziękuję, ja też spróbuję się zdrzemnąć. Przed nami jeszcze kilka godzin jazdy. 

Dziękuję ci, że mi pomogłaś, Mayu!

Wyciągnął   ku   niej   lewą   rękę,   ona   zaś   przyjęła   to   podziękowanie   z   pełnym 

zażenowania grymasem. Następnie opuściła ciemne rolety na oknach, odgradzając się od 

słońca, i przykrywszy się płaszczem, zwinęła się w kłębek na swoim siedzeniu.

Lecz nie zasnęła od razu. Leżała rozmyślając o Simonie, który miał już zamknięte 

powieki. Ale też nie spał, widać to było wyraźnie. Wyglądał na bardzo wyczerpanego.

- Simon - odezwała się cicho.

- Hm - mruknął pod nosem.

- Myślę, że ty nie umrzesz.

Simon otworzył oczy i spojrzał na nią.

- Dlaczego nie?

- Nie wiem... po prostu tak czuję. Będziesz żył!

Simon zirytował się nie na żarty.

- Tylko nie opowiadaj mi takich rzeczy! Wiesz, co teraz robisz? Budzisz bezpodstawne 

nadzieje!

- Przecież to chyba dobrze, kiedy można mieć na coś nadzieję.

- Na mnie zapadł już wyrok. Niełatwo mi było znieść ten cios. Czy mam jeszcze raz 

zaczynać wszystko od początku, żeby znowu dostać obuchem w głowę? O, nie, tego już nie 

wytrzymam!

Maya uniosła się nieco na ławce.

- Ale przecież sam powiedziałeś przed chwilą, że chciałeś podjąć walkę ze śmiercią.

Zniecierpliwiony, pokręcił głową.

- To była chwila, sytuacja zupełnie niecodzienna, kiedy byłem zawieszony między 

życiem a śmiercią. Powinienem był puścić. Wtedy wszystko już by się skończyło.

- Myślę, że działałeś wówczas instynktownie i w sposób właściwy. Ja tak czy inaczej 

background image

wierzę, że będziesz żył. Nie chcę, żebyś umarł.

- Dlaczego?

- Bo jesteś zbyt... zbyt wyjątkowy. Chodzi mi o twój wygląd. Poza tym masz piękną 

duszę. Na świecie potrzebni są tacy ludzie jak ty.

-   Natomiast   idealiści   tacy   jak   ty   są   mniej   potrzebni   światu   -   odparł   zjadliwie.   - 

Zapewniam cię, że moja dusza wcale nie jest ładna. Ciąży na niej mroczna plama nienawiści. 

Nienawiści do tej dziewczyny. Koniecznie muszę ją odnaleźć, ale nie ręczę za siebie podczas 

naszego spotkania.

- A co ona takiego zrobiła?

-   Nie   twoja   sprawa   -   burknął   opryskliwie.   -  Wybacz   mi   -   odezwał   się   po   chwili 

nieprzyjemnej ciszy, jaka zapadła po jego słowach. - Nie chciałem być niemiły. Po prostu nie 

mam ochoty o tym mówić. To mnie naprawdę męczy.

- Rozumiem. - Maya zamilkła na krótko, po czym pytała dalej niezmordowanie: - Jak 

się czułeś, kiedy usłyszałeś wyrok śmierci na siebie?

Simon nie odpowiedział od razu.

- Nie wiem, jak ci to wyjaśnić - zaczął powoli. - Przeszedłem przez wiele stadiów. 

Najpierw po prostu nie wierzyłem, że to może być prawda, myślałem, że lekarze nie wiedzą, 

co   mówią.   Potem   przyszedł   szok.   Strach.  Wściekłość,   dzika,   szalona.   I   wreszcie   spokój. 

Rezygnacja. Już pogodziłem się z moim losem. Muszę jeszcze tylko odwiedzić dom i po raz 

ostatni zobaczyć się z ojcem. No i zdemaskować to straszne oszustwo, jakiego dopuściła się 

ta nieznajoma kobieta. Dlatego znalazłem się w tym pociągu. I niechcący dowiedziałem się 

tutaj, że wola życia jeszcze we mnie nie umarła. To naprawdę gorzkie doświadczenie. Pali i 

boli, kiedy leżę tu uratowany. Uratowany! Jak to śmiesznie brzmi w mojej sytuacji!

- A może ty wcale nie miałeś umrzeć?

- Nie rozumiem...

- Może miałeś misję do spełnienia...

- Jeśli teraz zaczniesz bawić się w księdza albo fatalistkę, to mówię ci od razu, że nie 

chcę tego słuchać. Stadium religijne też już przeszedłem.

-   Myślę,   że   coś   w   tym   jest.   Kiedy  wszystko   co   ziemskie   nas   zawodzi,   wówczas 

zwracamy się ku życiu wiecznemu i jego się chwytamy.

- Przepraszam cię, ale nie jestem w nastroju, by roztrząsać teraz pozornie głębokie 

problemy filozoficzne.

- To ja powinnam cię przeprosić. Domyślam się, że masz już dość rozmów o swojej 

ciężkiej sytuacji.

background image

- Nie rozmawiałem o niej prawie w ogóle. Bo najlepiej udawać, że wszystko jest jak 

było, że niczego mi nie brakuje. A smutek i cierpienie ukryć głęboko w sercu.

- Masz na myśli cierpienie psychiczne?

- Tak, ból fizyczny jeszcze się nie zaczął.

Maya   zamilkła,   nadal   jednak   zastanawiała   się   nad   tym,   jak   mogłaby   mu   pomóc. 

Pragnęła przywrócić go życiu. Ale jak miała tego dokonać, skoro nikomu innemu nie udało 

się to do tej pory?

Nagle zapragnęła posiadać cudotwórczą moc. Spojrzała ku oknu, gdzie przez wąską 

szparkę obok rolety widać było jasne poranne niebo.

Usiadła cicho i wyjrzała na zewnątrz.

Rosa   spowijała   srebrnym   płaszczem   na   wpół   przebudzoną   ziemię.   Odgłosy   dnia 

odbijały się dalekim echem, dębowe zagajniki emanowały ciszą i spokojem.

Maya znowu spojrzała ku niebu. Jakby to było wspaniale, gdyby mogła przywołać 

jakieś istoty z innej planety, które przybyłyby na ziemię i uzdrowiły Simona!

- Na co patrzysz? - spytał cicho.

- Na budzący się świat. Szukam... ratunku dla ciebie.

Prychnął zniecierpliwiony. Ona ujęła rękę Simona i ścisnęła ją mocno, chcąc dać mu 

odczuć, że go świetnie rozumie.

Ku jej zdumieniu, nie cofnął dłoni. Trzymała ją, dopóki nie zasnął.

Maya zwinęła się znowu w kłębek na swoim siedzeniu. Rytm toczącego się pociągu 

uśpił wreszcie i ją.

background image

ROZDZIAŁ III

Inaczej wyobrażała sobie swój powrót do Mark. Dwa lata to długi czas, stwierdziła.

Mieszkanie na Kyrkudden, które zapewnił jej pracodawca, było całkiem sympatyczne. 

Starała   się   nadać   mu   bardziej   indywidualny   charakter,   rozmieszczając   w   nim   własne 

drobiazgi: portret matki, wyszukany wazon i własnoręcznie uszyty obrus. Być może nie był 

szczególnie udany, ale jeśli zawinąć rogi... no, bardzo dobrze.

Tylko   gdzie   się   podziali   jej   starzy   znajomi,   dawni   towarzysze   zabaw,   gdzie   są 

koleżanki, z którymi zawsze wracała do domu i włóczyła się po ulicach miasteczka w nadziei, 

że spotkają tego lub tamtego upatrzonego chłopca?

Zdaje się, że wiele z nich wyjechało. Na Kyrkudden nie było już na pewno ani jednej. 

Inne powychodziły za mąż i odsunęły się od przyjaciół z młodzieńczych lat. W każdym razie 

nie odpowiadały na pozdrowienia Mai, kiedy ta wesoło kiwała do nich z przeciwnej strony 

ulicy.

Nie  potrzebowała  dużo   czasu,  by odkryć,  że   w tym  małym  miasteczku  panowało 

nieoczekiwanie wrogie nastawienie wobec niej.

Nie   potrafiła   tego   zrozumieć.   Gorące,   trochę   sentymentalne   sceny   pożegnania   z 

najbliższymi   przyjaciółmi   wtedy,   gdy   wyjeżdżała...   Nie   pozostało   jej   nic   innego,   jak 

pocieszać się myślą, że wszyscy oni chyba się po prostu postarzeli.

Również jej gospodyni była bardzo powściągliwa. Nie zamieniła z nią ani jednego 

zdania ponad to, co konieczne.

W   pracy   układało   się   nieco   lepiej.   Zgodnie   ze   swoimi   zainteresowaniami   Maya 

znalazła posadę w pracowni kartograficznej. Uwielbiała to - siedzieć nad arkuszem papieru i 

nanosić nań kreski, kropki i różne inne drobne detale. Oprócz niej zatrudnieni byli tu jeszcze 

dwaj inni kreślarze: dziewczyna, równie niedoświadczona jak ona, i młody mężczyzna, nie 

pochodzący z Mark. No i oczywiście szef, którego widywała zazwyczaj tylko wtedy, gdy 

spieszył   korytarzem   do   swojego   gabinetu.   Maya   spostrzegła   z   dumą,   że   obok   dwóch 

pozostałych nazwisk na tabliczce na drzwiach pojawiło się także jej własne. Wzmocniło to 

nieco jej zachwianą wiarę w siebie i pomogło nabrać dystansu do demonstrowanej wobec niej 

nieprzychylnej postawy mieszkańców miasteczka.

Po kilku dniach pobytu w Mark spotkała wreszcie na ulicy swą dawną najbliższą 

przyjaciółkę, pchającą wózek z dzieckiem.

- Lill! - zawołała Maya.

Dziewczyna odwróciła się od razu; gdy jednak ujrzała Mayę, sprawiała przez moment 

background image

wrażenie, jakby chciała iść dalej, ale w końcu się zatrzymała.

Maya podbiegła do niej.

- Cześć, Lill. Jak to fajnie spotkać cię znowu. Wyszłaś za mąż?

- Tak - potwierdziła przyjaciółka z niezbyt serdecznym uśmiechem. - Słyszałam, że 

znowu jesteś w mieście. Ty rzeczywiście niczego się nie boisz!

Uśmiech Mai zgasł natychmiast.

- A czego miałabym się bać?

- No, chyba sama wiesz najlepiej. Popatrz, to mój synek...

Maya nie miała czasu, żeby zachwycać się dzieckiem.

- Jaki słodki! Lill, powiedz mi, dlaczego wszyscy są tacy wrodzy wobec mnie? Co ja 

takiego zrobiłam?

Lill pchnęła wózek do przodu i odchodząc rzekła:

- Już ci mówiłam: sama powinnaś najlepiej wiedzieć.

I poszła. Oddalała się z wysoko podniesioną głową nie odwróciwszy się ani razu.

Cała ta tajemnicza pogarda, z jaką Maya spotykała się niemal wszędzie, dręczyła ją 

niesłychanie. Nie mogła spać po nocach, przewracała się z boku na bok, daremnie szukając 

jakiegoś wyjaśnienia.

Do   pracy   przychodziła   często   z   zaczerwienionymi   oczami,   ponieważ   w   puste 

wieczorne godziny, rozpaczliwie opuszczona i samotna, płakała. Jedynie pracownia stanowiła 

dla niej prawdziwą oazę - tu traktowano ją życzliwie i zupełnie normalnie. Z czasem doszło 

do   tego,   że   gdy   wracała   do   domu,   kuliła   się   i   chowała   głowę   w   ramionach,   jakby   w 

oczekiwaniu napaści. Przerwa na obiad, którą spędzała na skwerze przed budynkiem, budziła 

w niej przestrach i przerażenie. Jej koledzy szli na obiad do domów, które mieli w pobliżu. 

Ona zaś, mieszkając poza Mark, musiała zabierać ze sobą kanapki i po prostu jeść je na 

dworze. Na szczęście na razie było jeszcze ciepło.

Oczywiście nie wszyscy ludzie z miasteczka ją znali. Większość przechodziła obok, 

nie patrząc w jej kierunku. Ale ci, których znała wcześniej, odwracali głowy i szybko szli 

dalej.

Ich zachowanie było całkowicie niezrozumiałe i bezgranicznie bolało.

Pewnego dnia, gdy siedziała na swej ławce i usiłowała zjeść na sucho kanapkę, która 

rosła jej w ustach, usłyszała czyjś głos.

- Ojej, czy to przypadkiem nie Maya przez Y?

Podniosła wzrok. Przed nią stał jej towarzysz podróży z pociągu. Starała się szybko 

przełknąć to, co miała w ustach, bo przecież z pełną buzią nie wygląda się specjalnie nęcąco. 

background image

A Maya tak bardzo chciała wyglądać ładnie.

Wreszcie wyczarowała na swej twarzy nieco wymuszony uśmiech.

- Cześć! Jak tam twoja ręka?

- Dobrze, dziękuję. Mogę usiąść?

- Jasne! Chyba nie poczęstuję cię kanapką, bo nie jest zbyt smaczna.

- Masz teraz przerwę na obiad?

- Tak.

- Jak długą?

- Pół godziny.

- To chodź ze mną do restauracji po drugiej stronie ulicy. Całkiem nieźle tam gotują.

- Obawiam się, że mnie na to nie stać. Nim dostanę 

moją   pierwszą   pensję, 

zmuszona jestem się głodzić.

Simon uśmiechnął się trochę bezradnie.

-   Nawet   do   głowy   mi   nie   przyszło,   że   ty   miałabyś   płacić.   Uratowałaś   mi   życie. 

Uważasz, że to nie jest warte zaproszenia na obiad?

- Wobec tego dziękuję za zaproszenie, chętnie pójdę - powiedziała z wdzięcznością.

Czuła się cudownie, idąc u jego boku przez ulicę. Wiedziała, że ją lubi, i to poprawiało 

jej samopoczucie.

Wybrał stolik przy oknie i uprzedził kelnera, że się trochę spieszą. Maya wolała nie 

spóźnić się do pracy.

- Co z twoim ojcem? - spytała, gdy czekali na jedzenie.

- Dziękuję, mówiąc szczerze, niezbyt dobrze, ale ogromnie się ucieszył, kiedy mnie 

zobaczył. Żałuję, że nie odwiedzałem go częściej.

- A gdzie mieści się twoja praca?

-   Niedaleko,   zaledwie   osiem   -   dziewięć   kilometrów   stąd   wzdłuż   wybrzeża. 

Przyjechałem pociągiem tylko dlatego, że wybierałem się na kongres, ale nagle zmieniłem 

zamiar. Nie widziałem sensu w traceniu cennego czasu na gadanie o niczym.

- Innymi słowy: wybrałeś zemstę.

- To nie zabrzmiało sympatycznie. Postanowiłem tu po prostu przyjechać. Ostatni raz.

Maya skuliła się, słysząc to „ostatni raz”.

- Czy twoja... twoja była żona mieszka nadal w Mark?

- Przypuszczam, że tak. Nie wiem.

Wiesz,   wiesz,   pomyślała   Maya.   Chciałeś   się   tu   przecież   znaleźć,   żeby   znowu   ją 

zobaczyć, może nawet wszystko naprawić i zacząć od nowa?

background image

- Jak ona się nazywa? Może ją znam?

- Nie sądzę. Raczej obracamy się w różnych kręgach.

- Zabrzmiało to tak, jakbym należała do jakichś dołów społecznych!

- Co ty wygadujesz - zaprotestował Simon. - Tylko ty jesteś taka na luzie, wyzwolona, 

prawie cyganeria. Gitte reprezentuje zupełnie inny typ.

W jego oczach pojawił się cień czułości. Maya miała ochotę go uderzyć.

- Gitte? - roześmiała się niepewnie. - Wobec tego nie o nią chodzi. Jedyna znana mi 

osoba o takim imieniu była najbardziej niesympatycznym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek 

spotkałam.

- To nie była moja Gitte - powiedział Simon z uśmiechem, a z jego oczu wciąż nie  

znikał ten idiotyczny sentymentalny blask.

Gitte... Na dźwięk tego imienia Maya doznała niemiłego uczucia. Ujrzała przed sobą 

salę gimnastyczną. Kurs tańca jazzowego. Instruktorka, Gitte Svendsen, najpiękniejsza ze 

znanych jej kobiet, upatrzyła sobie Mayę na swego rodzaju kozła ofiarnego. „Ruszasz się jak 

słoń, no, unieś wreszcie tę nogę, przenieś ciężar ciała na drugą, tylko się nie przewróć!”

Przyjaciółka Mai, Lill, nie rozumiała tej krytyki. Maya także nie. Obie miały wtedy po 

piętnaście lat i bardzo romantyczne wyobrażenie o tańcu jazzowym.

„Przecież ty wcale nie ruszasz się jak słoń”, stwierdziła Lill. „Nie znam nikogo, kto 

poruszałby się z większą gracją niż ty. O co jej chodzi?”

Maya   bardzo   szybko   zrezygnowała,   nie   mogła   bowiem   znieść   tej   nieżyczliwej, 

nieuzasadnionej krytyki.

Gitte   Svendsen   była   znacznie   starsza   od   niej.   Niewielkiego   wzrostu,   powabna, 

niezwykle kobieca...

- Dlaczego zamilkłaś? - spytał Simon.

- Słucham? Ach, coś sobie przypomniałam. Masz rację, moja Gitte to na pewno ktoś 

inny. Nie podejrzewam cię o tak zły gust.

Simon uśmiechnął się.

- Dziękuję. No, ale chyba musimy się pospieszyć. Zostało ci niewiele czasu.

- Rzeczywiście! Bierzmy się za jedzenie!

Jedli milcząc, szybko i w skupieniu. Gdy Maya odłożyła nóż i widelec na pusty talerz, 

wyznała:

-   Jeśli   mam   być   szczera,   to   był   mój   pierwszy   porządny   posiłek   od   czasu,   kiedy 

przyjechałam do Mark.

-   Chyba   żartujesz?  Wobec   tego   musimy   znowu   się   umówić.   Może   zjesz   ze   mną 

background image

kolację w poniedziałek? Weekend spędzam u ojca.

Maya, oszołomiona, odparła:

- Tak, chętnie...

- Myślę, że już najwyższa pora, żebyśmy porozmawiali trochę o tobie - powiedział 

Simon niemal ojcowskim tonem. - Do tej pory mówiliśmy wyłącznie o mnie. Chciałbym się 

czegoś dowiedzieć o twoim życiu. Ale dziś nie starczy już nam na to czasu, bo musisz wracać 

do pracy.

Maya poderwała się z krzesła, a zaraz za nią podniósł się także Simon.

-   Czy   odpowiada   ci   w   poniedziałek   godzina   siódma?   Możemy   spotkać   się   przed 

restauracją.

- Dobrze. I dziękuję za dzisiejszy obiad.

Pobiegła szybko przez ulicę, a jej twarz rozpromieniał uśmiech szczęścia.

Ale później, już po południu, przypomniał jej się drobny epizod. Simon nie zwrócił na 

niego uwagi.

Gdy siedzieli w restauracji przy stoliku i jedli obiad, pod oknem przechodziły dwie 

kobiety. Spostrzegłszy ich oboje, zdziwiły się tak bardzo, że niemal oczy wyszły im z orbit, 

zupełnie jakby doznały szoku.

Znowu będą sobie strzępić języki, pomyślała Maya. Czy to taki skandal, że jem obiad 

z mężczyzną? Przecież inne kobiety mogą to robić, kiedy chcą. Ale widocznie nie ja.

Czym ja się naraziłam temu miastu?

Nazajutrz była sobota, Maya miała zatem dzień dla siebie. To pierwsza sobota w jej 

rodzinnych   stronach,   chciała   ją   wykorzystać   na   odwiedzenie   swego   ulubionego   zakątka, 

opuszczonego cmentarza i kościółka nad morzem. Kyrkudden, gdzie mieszkała, było niegdyś 

niewielką osadą rybacką. Teraz wyrosło tu kilka banków, zimny i kanciasty supermarket oraz 

pojawiła się szosa, przecinająca niczym krwawiąca rana całe osiedle.

Na   szczęście   kościółek,   położony   dosyć   daleko   na   cyplu,   stał   nadal   nietknięty, 

oddzielony od ludzkich siedzib pasmem lasu, któremu pozwolono swobodnie rosnąć w tym 

miejscu   co   najmniej   przez   ostatnie   pięćdziesiąt   lat.   Mówiąc   szczerze,   kościół   nie   był 

całkowicie   opuszczony,   bo   romantyczni   młodzi   ludzie   pobierali   się   w   nim   chętnie   przy 

akompaniamencie potężnego szumu morskich fal.

Ale właściwie należało go już uważać za stracony, ponieważ morze wdzierało się 

coraz głębiej w ląd i kościół znalazł się na samym skraju nabrzeża, stary cmentarz zaś wokół 

niego częściowo pochłonęły fale. Patrząc jednak realnie, mieszkańcy Kyrkudden wcale nie 

potrzebowali małego kościółka w tych czasach szalonej motoryzacji. Równie chętnie jeździli 

background image

do pobliskiego Mark, położonego w odległości zaledwie pięciu kilometrów.

Maya   uwielbiała   chodzić   pomiędzy   mogiłami   na   piaszczystym   Kyrkudden. 

Zauważyła,   że   znowu   zniknęła   spora   liczba   kolejnych   nagrobków.   Ale   wiele   jeszcze 

pozostało.

Nazwiska   rybaków...   „Elias  Tonnesen.   1813   -   1838.   Morze   dało   i   morze   zabrało. 

Błogosławione imię Pańskie...” „Severin Baldriansen. 1826 - 1913”. Ten wyraźnie dożył swe 

życie do końca, i to chyba nie najgorzej.

Znajdował się tam też grób dziadka i babci. Maya nie znała ich, ponieważ umarli 

dawno, dawno temu. Oboje w tym samym roku, 1929. Ojciec był wtedy jeszcze dosyć młody. 

Ojciec, który pewnego dnia po prostu zniknął. Przysłał potem obojętny list; pisał w nim, że 

znalazł sobie inną kobietę i że nie wróci. Matka zupełnie się tego nie spodziewała.

Wtedy opuściły Kyrkudden. Bo i po co miałyby tam zostawać? Kyrkudden to miejsce 

urodzenia   ojca,   tu   mieszkali   jego   przyjaciele,   a   matka,   należąca   do   zupełnie   innej   klasy 

społecznej,   zawsze   pozostała   obca   w   tym   środowisku.   Ojciec,   wywodzący   się   z   prostej 

rybackiej   rodziny,   wybił   się   dzięki   swemu   uporowi   i   wytrwałości,   był   nie   tylko 

weterynarzem, lecz także przewodniczącym niezliczonych zarządów i komitetów.

Ale to już przeszłość... Nie słyszały więcej  o ojcu, a matka Mai stała się cicha i 

przygnębiona. Nigdy nie zdołała zrozumieć ani zaakceptować postępku męża. Gdy Maya 

przeczytała ogłoszenie, że w Mark poszukiwana jest kreślarka map i że mogłaby zamieszkać 

na Kyrkudden, nie wahała się ani chwili. W przeciwieństwie do matki, ona nie czuła się 

zgorzkniała. Jest zresztą coś szczególnego w miejscach związanych z naszym dzieciństwem, 

one zawsze jawią się nam opromienione dziwnym blaskiem. Maya od dawna pragnęła wrócić 

na   Kyrkudden.   Starała   się   nie   zauważać   spojrzeń   matki,   pełnych   wyrzutu   i   cierpienia, 

zupełnie jakby zamiary córki oznaczały zdradę.

Nic nie pozostało takie samo. Nic poza kościołem, gdzie szukała zwykle schronienia, 

gdy chciała pomarzyć w spokoju.

Na   cmentarzu   chowano   zmarłych   prawdopodobnie   jeszcze   na   początku   lat 

trzydziestych. Później zaprzestano.

Maya podeszła bliżej kościoła. Była to jasna, kamienna budowla o niewielkiej i prostej 

bryle. Jedną ze ścian przecinała zygzakowata rysa, jednoznacznie świadcząca o niszczącym 

działaniu morza.

Osobliwy podniosły nastrój, wiążący się nierozłącznie z tym miejscem, zauroczył ją 

na nowo. Wciągnęła głęboko w płuca morskie powietrze i dopiero teraz poczuła, jak bardzo 

jej go brakowało. Oto znowu znalazła się w domu.

background image

Okolica była niemal zupełnie odosobniona. Las stanowił tak doskonałą zasłonę, że w 

zasięgu wzroku Maya nie miała ani jednego domu. Na wprost leżało otwarte morze, a linia 

brzegowa była tutaj tak nierówna, że kościół wydawał się odizolowany od całego świata.

Pamiętała, że zazwyczaj go zamykano, niewykluczone jednak, że kłódka w małych 

tylnych drzwiach pozostała nie domknięta.

Maya ruszyła więc wkoło budynku, żeby to sprawdzić.

Nie myliła się, kłódka rzeczywiście dała się z łatwością otworzyć.

Maya   wślizgnęła   się   po   cichu   do   środka;   bywała   tutaj   tak   wiele   razy   i   zawsze, 

niezmiennie, odczuwała ten sam podniosły nastrój.

Z ulgą stwierdziła, że wszystko zachowało się w nienaruszonym stanie. Na szczęście 

kościół nie padł w ciągu tych lat ofiarą młodocianych wandali. Oczywiście w jego wnętrzu 

nie znajdowały się żadne cenne przedmioty; kielich bowiem i wszystko, co jest poza tym 

potrzebne do odprawienia mszy, ksiądz za każdym razem przynosił ze sobą. Tak więc wystrój 

świątyni sprawiał wrażenie niezwykle prostego i spartańskiego, stanowiąc przeciwieństwo 

panującej w niej niezwykłej atmosfery.

Szła,   najciszej   jak   umiała,   głównym   przejściem   w   stronę   ołtarza.   Zauważyła,   że 

położono nowy dywan. Mocny i ostry, aby pozostawał na nim piasek i kurz nanoszony przez 

licznych wiernych. Optymiści, pomyślała rozbawiona. Trzeba jednak przyznać, że na msze 

przychodziło   tu   wiele   osób.   Kościół   stanowił   miły   cel   niedzielnej   rodzinnej   wycieczki, 

ponieważ po nabożeństwie można było zejść na plażę z przyniesionym w koszu prowiantem i 

spotkać się ze znajomymi.

Skromne i mało wyszukane ornamenty wokół ołtarza nie przyciągały raczej uwagi, 

dlatego Maya zawróciła i skierowała się ku schodom wiodącym na chór.

Czy nie powinna zrezygnować? Ta rysa biegnąca po ścianie nie wyglądała najlepiej. A 

jeśli wszystko się zawali? Jeśli ona okaże się tą kroplą, która przepełni kielich?

Ostrożnie,   unikając   gwałtownych   ruchów,   wspięła   się   po   skręconych   w   spiralę 

schodach i bez żadnych niemiłych przygód znalazła się przy organach. Stopnie nawet nie 

zaskrzypiały.

Słońce   wąskimi   smugami   padało   na   ławki   w   dole.   Mayę   ogarnęła   ochota,   by 

zaśpiewać tu, na górze, poddać próbie swój głos. Stała z rękami opartymi na balustradzie i 

ogarniała  wzrokiem wyimaginowaną  publiczność  na dole.  Co miała wybrać?  Może  „Ave 

Maria” Schuberta?

Niestety, nie miała głosu, którym mogłaby się pochwalić. Poza tym z „Ave Maria” 

znała zaledwie dwie pierwsze linijki. Musiała więc zrezygnować.

background image

Organy   też   nie   należały   do   szczególnie   imponujących.   Były   to   zwykłe   organy 

domowe,   podobno   przeniesione   z   dawno   już   zamkniętej   wiejskiej   szkoły   w   Kyrkudden. 

Doskonale pamiętała, że wydawały dość nieprzyjemne, chrypiące dźwięki.

Wiejska   szkoła.   Maya   chodziła   do   niej   tylko   w   pierwszej   klasie.   Potem   bowiem 

przyszła moda na centralizację; nieduże szkoły wiejskie zostały rozwiązane, a uczęszczające 

do nich maluchy dowożono do dużych, lśniących nowością szkół z klasami liczącymi po 

trzydziestu   uczniów,   w   których   szerzyło   się   wśród   dzieci   poczucie   wyobcowania   w   nie 

znanym im, chłodnym otoczeniu. Kiedy przejrzano na oczy, było już za późno. Większość 

niewielkich szkół bowiem zburzono, a wraz z nimi  zniszczono też w dzieciach poczucie 

przynależności do określonego miejsca.

Nagle Maya skamieniała.

Usłyszała jakiś dźwięk.

Szept?

Serce zaczęło bić jej szybciej. Była przekonana, że jest sama w kościele, przecież nie 

widziała nikogo w pobliżu.

Znowu zapadła cisza. Może to był szelest jej sukienki?

Albo odgłos jakiejś wyjątkowo dużej fali uderzającej o brzeg?

Nie, raczej nie.

Maya zrobiła krok w kierunku schodów, lecz zatrzymała się jak wryta.

Znowu to samo!

Zaczęła przysłuchiwać się uważnie.

Usłyszała - co prawda bardzo niewyraźnie - jakieś szepty czy pomrukiwanie gdzieś na 

dole.

Zmarszczyła czoło. Wiedziała, że nikt przecież nie mógł wejść do środka, bo jedne i 

drugie drzwi - główne i tylne - były teraz zamknięte od wewnątrz.

Czyżby to morze?

Nie, to jednak głosy. Przybliżały się i oddalały w różnych tonacjach. Szepty, ciche 

mamrotanie, od czasu do czasu jakiś wyższy dźwięk. W pewnej chwili rozległ się nawet 

przytłumiony śmiech. Odrażający, pusty śmiech.

Niestety, nie zdołała pochwycić ani jednego słowa.

Opuszczony   kościół...   Na   zewnątrz   tyle   grobów.   A   może   także   w   środku?   W 

podziemiu pod posadzką?

Przypomniała sobie różne historie o zmarłych pojawiających się o północy i podobne 

makabryczne opowieści. Przestraszona nie na żarty, ogarnęła wzrokiem kościół u swych stóp.

background image

Nigdzie żywego ducha.

Ducha...?

Szepty   ucichły.   Maya   wolała   nie   czekać,   kiedy   rozlegną   się   znowu,   tylko   jak 

najszybciej i jak najciszej zeszła po stromych schodach.

Przez chwilę stała na dole, nie mogąc się zdecydować: czy ma wyjść czy spróbować 

rozwiązać nieoczekiwaną zagadkę.

Po   dłuższym   wahaniu   postanowiła   zachować   się   po   bohatersku.   Na   palcach 

przemknęła do ołtarza, a za nim trafiła na drzwi do zakrystii. Duża i ozdobna mosiężna 

klamka była zimna jak lód.

Duchy chyba się nie śmieją?

Ale przecież wyraźnie słyszała czyjś złowrogi śmiech...

Tak jak myślała, drzwi były zamknięte. Ze środka nie dochodził żaden dźwięk.

A czego się spodziewała?

Pobiegła z powrotem i przez tylne drzwi wydostała się na zewnątrz.

Gdy nagle oślepiło ją światło dnia, miała wrażenie, że znalazła się w innym świecie.

Rozejrzała się szybko wokół siebie, ale nigdzie nie dostrzegła choćby najmniejszego 

znaku życia. Ani jeden samochód nie jechał drogą prowadzącą na cypel, ani jedna łódź nie 

płynęła po szarej wodzie. Fale obmywały spokojnie zewnętrzną ścianę kościoła; cmentarny 

mur dawno już zniknął w morzu, a piasek przysypał leżące najbliżej  niego groby.  Maya 

zawsze gorąco pragnęła, by kiedyś pochowano ją właśnie tutaj, w ciszy, „z widokiem na 

morze”, jak mówiła jako mała dziewczynka, rozśmieszając tym swoich rodziców.

Ruszyła   szybko   drogą   w   kierunku   domostw   na   Kyrkudden.   Drzewa   zasłaniały   je 

prawie całkowicie. Widać było tylko kilka strzelających w niebo wysokich kominów.

Gdy przeszła przez las, jej oczom ukazała się osada - dwanaście - piętnaście domów 

nad zatoką, kilka wraków kutrów rybackich i uszkodzony pomost. Już dawno zaprzestano tu 

połowów   ryb.   Woda   została   zanieczyszczona   przez   przemysł   rozwijający   się   w   Mark,   a 

rybacy   zatrudnili   się   w   tych   samych   fabrykach,   które   doprowadziły   do   wyginięcia   ryb. 

Mężczyźni wracali teraz po pracy do domu samochodami, każdy swoim, i skarżyli się na 

korki na drogach.

Zajmowane przez nią dwa pokoje z kuchenną wnęką leżały na parterze w jednym z 

dwóch otynkowanych na ciemno nowych budynków.

Maya nie czuła się dobrze w swoim mieszkaniu, o, nie!

Z jego okien widziała swój dawny dom, willę w stylu lat trzydziestych. Mieszkali w 

niej teraz zupełnie obcy ludzie. Dlatego Maya wolała się jej wcale nie przyglądać. Żeby nie 

background image

tęsknić. Gdy ojciec poszedł własną drogą, napisał w tym swoim śmiertelnie obojętnym liście, 

że   matka   może   zatrzymać   dom   i   wszystko,   co   tylko   chce.   On   niczego   nie   żąda   -   poza 

wolnością. Matka jednak nie chciała mieszkać tu nadal, nieustannie narażona na przejawy 

współczucia  lub  radości  z powodu  nieszczęścia,  jakie  ją  spotkało.  Sprzedała  więc  dom i 

kupiła   sobie   mieszkanie   w   Oslo.   Mieszka   tam   do   dzisiaj,   wciąż   nie   mogąc   zapomnieć 

doznanych krzywd.

Maya nie miała jeszcze ochoty wracać do siebie. Poszła więc drogą wiodącą od zatoki 

do głównej drogi, i dalej aż do Mark. Powietrze było czyste i rześkie, od morza wiał chłodny, 

lekki wiatr, który, jak miała nadzieję, filtrował jej płuca, zanieczyszczone wielkomiejskim 

smogiem.

Idąc   zastanawiała   się   nad   tą   zadziwiającą   powściągliwością,   z   jaką   przyjęto   ją   w 

Mark, a także nawet na Kyrkudden. Z jakiego powodu? Nie mogła tego zrozumieć, było jej 

po prostu przykro. Niełatwo jest znieść świadomość, że jest się niechcianym.

Jakie to szczęście, że spotkała Simona! Na myśl o nim zrobiło jej się ciepło na sercu, 

ale na bardzo krótko, bo zaraz ogarnął ją smutek. Simon nie należał do niej, całą swą duszą 

był nadal przy swojej żonie.

Poza tym jego życie dobiegało kresu. Za rok miało go już nie być.

Czując wielki ból w sercu, Maya przymknęła na chwilę oczy.

background image

ROZDZIAŁ IV

Gdy Maya zmierzała do głównej drogi, powoli, jak gdyby w poszukiwaniu kogoś, 

nadjechał   czarny   elegancki   samochód.   Prawdziwa   limuzyna.   Zatrzymał   się,   po   czym 

kierowca   opuścił   szybę   w   drzwiach.   Maya   ujrzała   niezwykle   przystojnego   mężczyznę, 

ciemnowłosego jak Hiszpan, ale o nordyckich niebieskich oczach.

-   Przepraszam,   czy   nie   wie   pani   przypadkiem,   gdzie   tu   mieszka   pewna   młoda 

dziewczyna o imieniu Maya? Maya przez Y - dodał z uśmiechem.

- To ja - odrzekła czerwieniąc się. Ponieważ była jasnej karnacji, rumieńce zdradzały 

często wbrew jej woli zmieszanie i zakłopotanie.

-   Doskonale   -   ucieszył   się   mężczyzna   w   tweedowym   garniturze   i   wysiadł   z 

samochodu.   Był   bardzo   wysoki   i   niezwykle   zadbany.   Nawet   jego   paznokcie   sprawiały 

wrażenie wypielęgnowanych przez manikiurzystkę.

- Nazywam się Sten Modin - przedstawił się. - Policja chciałaby przesłuchać panią w 

związku   z   napaścią,   jakiej   dokonano   w   pociągu   na   mego   przyjaciela   Simona   Dalena. 

Obiecałem mu, że panią odnajdę. Simon nie umiał powiedzieć o pani nic bliższego poza tym, 

że ma pani na imię Maya przez Y i mieszka na Kyrkudden.

Faktycznie,  Simon   nazywał  się   Dalen.  Jasne,  przecież   dawny aptekarz   też   się  tak 

nazywał. Czy to nie były przypadkiem tak zwane lepsze kręgi? Maya nie przypominała sobie 

Dalenów , bo nigdy ich nie poznała; wiedziała tylko tyle, co mówili o nich ludzie.

- Kiedy mam się stawić na policji?

- Jak najszybciej. Najlepiej zaraz, jeśli to możliwe.

Zastanowiła się.

- Dobrze, pojadę od razu. Ale czy mógłby pan chwilę poczekać? Chciałabym się tylko 

przebrać. Mieszkam w następnym domu.

- Oczywiście.

Pobiegła   szybko.   Chociaż   wiedziała,   że   poczta   przychodzi   dopiero   po   południu, 

odruchowo zajrzała do skrzynki na listy.

O dziwo, leżała w niej jakaś koperta. Bez znaczka, adresu, jedynie z jej imieniem. 

Wyjęła ją i weszła do mieszkania.

Rzuciła list na podłogę, po czym, ściągnąwszy z siebie w pośpiechu dres, założyła 

spódnicę  i bluzkę.  Gdy już się uczesała  i upewniła  w lustrze, że  wygląda nie  najgorzej, 

ruszyła w stronę drzwi.

Zawahała się jednak i zawróciła. List...

background image

Rozerwała kopertę. Na liniowanym papierze widniały tylko cztery słowa napisane 

drukowanymi literami:

Po co to zrobiłaś?

Tylko tyle. Żadnego podpisu, żadnego nadawcy, nic poza tym.

Maya, oszołomiona, przez kilka sekund nie mogła ruszyć się z miejsca; wreszcie, 

wcisnąwszy list do torebki, wybiegła z domu.

- Przepraszam - zwróciła się do Stena Modina, który teraz wyglądał jeszcze bardziej 

sympatycznie. - Trochę się to przeciągnęło.

- Nie szkodzi. Ruszajmy.

Przez chwilę jechali w milczeniu, zmierzając główną drogą w stronę Mark, wśród pól 

i łąk, i niewielkich liściastych zagajników. W górze nad nimi krążyły rozkrzyczane mewy.

- Jak się czuje Simon? - spytała. - Widziałam go wczoraj, ale nie chciałam zadawać 

zbyt dużo pytań.

Miała nadzieję, że spotka go w komisariacie, ale nic o tym nie wspomniała.

- Nieźle. Pierwszą dobę musiał spędzić w szpitalu na obserwacji, na szczęście nie 

odniósł żadnych innych obrażeń poza zewnętrznymi. Z ręką też już jest lepiej.

- To dobrze - odrzekła krótko. Nie chciała nic mówić o poważniejszym problemie, o 

jego   nieuleczalnej   chorobie.   Nie   mogła   przecież   mieć   pewności,   czy   zwierzył   się 

przyjacielowi.

Ale   zwierzył   się   jej,   Mai.   Na   samą   myśl   o   jego   nieszczęściu   ogarnął   ją 

niepohamowany smutek.

- Biedny Simon - westchnął Sten Modin. - Nie umie pogodzić się z losem.

Czyżby jednak wiedział?

- Jak to? - spytała ostrożnie.

- Mam na myśli ten skandal sprzed paru lat. Simon nie potrafi zrozumieć, że jego żona 

odeszła od niego na zawsze, nieodwołalnie.

- Myśli pan, że on przyjechał tu po to, by spróbować ją odzyskać?

- Chyba tak.

- Ja nie odniosłam takiego wrażenia - powiedziała po namyśle Maya. - Wydaje mi się, 

że chodzi mu przede wszystkim o to, żeby zobaczyć ojca, zanim nie będzie za późno.

Mogła tak bez obaw powiedzieć, bo przecież ojciec Simona był także poważnie chory.

- Być może, ale...

- Poza tym nie bez znaczenia jest chyba też ta jego nienawiść. Jest nią wprost opętany.

- Tak, ma pani rację, ale to nie jest nienawiść do Gitte, tylko do tej drugiej kobiety.

background image

- A więc pan zna Gitte, jego żonę?

- Znam ich oboje od wielu lat.

Jakiś młody motocyklista niebezpiecznie zajechał drogę samochodowi tuż przed nimi. 

Sten Modin wycedził coś przez zęby, po czym zaczęli rozmawiać o motocyklach i wypadkach 

drogowych, aż wreszcie znaleźli się w Mark.

Rozejrzawszy się po komisariacie, Maya doznała zawodu. Simona nie było. Przecież 

powiedział,   że   spędzi   weekend   razem   z   ojcem,   była   więc   pewna,   że   on   także   zostanie 

wezwany. Tymczasem jedyne osoby, jakie spotkała, to dwaj policjanci, którzy zadawali jej 

mnóstwo pytań dotyczących epizodu w pociągu.

- Czy mogłaby pani dokładnie opisać tego mężczyznę, który, jak pani przypuszcza, 

wypchnął Simona Dalena z wagonu?

- Rzeczywiście, tylko przypuszczam - podkreśliła. - Nie widziałam tego zajścia.

- To prawda, ale wszystko wskazuje na to, że to właśnie on, ponieważ gdy tylko 

pociąg się zatrzymał, od razu z niego wyskoczył.

- No więc, był raczej w średni1)1 wieku...

- Konkretnie?

-   Miał   około   pięćdziesięciu   lat   -   odrzekła,   zacinając   się.   -   Naprawdę   trudno 

powiedzieć. Wyglądał na bardzo zniszczonego. Jego skóra była bladoszara, a twarz nieświeża. 

Mógł w rzeczywistości być młodszy, niż wskazywał jego wygląd. Chyba jednak zbliżał się do 

pięćdziesiątki.

- Czy to mógł być, na przykład, dopiero co zwolniony więzień?

-   Niewykluczone.   Ale   nie   jestem   w   stanie,   oczywiście,   stwierdzić   tego   z   całą 

pewnością.

- Jasne, lecz to bardzo ułatwiłoby nam poszukiwania.

- Rozumiem. Poza tym miał przerzedzone jasne włosy.

- Siwe czy blond?

- Chyba mieszane. A skóra na jego twarzy wyglądała tak, jakby jeszcze niedawno była 

opalona, a teraz zaczęła blednąć i wracać do swego naturalnego, szarego jak popiół koloru. 

Czy to nie jest zbyt zawiłe?

- Ani trochę.

Maya z ożywieniem mówiła dalej:

- Poza tym miał duże, kościste ręce. Owłosione i pokryte piegami. Oczy... jak by je 

określić? Były mdłe.

- To ważny szczegół. Niebieskie?

background image

-   Jasnoniebieskie   albo   szare.   Twarz   pociągła,   zniszczona.   Ale   chyba   już   o   tym 

wspominałam.

- Nie powiedziała pani jeszcze, jak był ubrany.

Maya zamilkła i zaczęła się zastanawiać. Po chwili rzekła:

- Przykro mi, ale zazwyczaj w ogóle nie przywiązuję wagi do tego, jak ludzie są 

ubrani. Z całą pewnością nie był goły, ale co miał na sobie, naprawdę nie pamiętam.

- W porządku, na razie wystarczy nam to, co już usłyszeliśmy. Mówi pani, że patrzył 

na was?

- To znaczy, nie bezpośrednio. W pociągu można przyglądać się komuś, wpatrując się 

w okienną szybę. W nocy jest ona jak doskonałe lustro.

- No tak, ale on siedział przecież na korytarzu. Czyli oddzielały was drzwi.

- To bez znaczenia, bo ja widziałam go tak samo dokładnie w szybie na korytarzu. 

Chociaż   muszę   powiedzieć,   że   dosyć   często   przypatrywał   się   nam   też   bezpośrednio.   Za 

każdym razem jednak, kiedy spotykałam jego wzrok, szybko odwracał głowę.

- Ale wydawał się zainteresowany raczej Simonem Dalenem?

Maya uśmiechnęła się zawstydzona.

- Byłam na tyle próżna, by sądzić, że to mnie się przyglądał. Myliłam się jednak.

- A potem mężczyzna udał się za Dalenem?

- Tak myślę. Simon  skierował się  na koniec  pociągu, a  kiedy po paru  sekundach 

wyjrzałam na korytarz, mężczyzna zniknął.

- Ale przecież mógł pójść w przeciwną stronę.

- Nie. Bo kiedy poszłam szukać Simona, ten mężczyzna siedział w ostatnim wagonie.

-   No,   dobrze.   Myślę,   że   to   na   razie   wystarczy.   Dziękujemy   pani   i   prosimy   o 

pozostawienie nam swojego adresu.

Simon siedział przy oknie w pokoju ojca, spoglądając to na zewnątrz, to znowu na 

staruszka leżącego w łóżku.

- Simon, zdejmij nogi z ławy - powiedział cicho ojciec. - Pani Holm nie lubi śladów 

butów na meblach.

Syn odwrócił się w stronę pokoju.

- Czy ty przypadkiem nie dajesz się tyranizować tej pani Holm? - spytał ciepło.

- Skądże, ale w dzisiejszych czasach dobrej gospodyni nie znajdziesz i ze świecą. 

Dlatego muszę ją szanować. Powiedz mi, synu, czy ty ciągle jeszcze myślisz o Gitte?

- Nie widzę w tym nic dziwnego. Zraniłem ją śmiertelnie.

- Ty? Przecież to nie była twoja wina!

background image

- To prawda. Ale mimo wszystko.

- Czy odnalazłeś... tę dziewczynę?

- Jeszcze nie. Ale możesz być spokojny, odnajdę ją na pewno.

Ojciec westchnął głęboko. Odwróciwszy głowę, leżał nieruchomo, wpatrując się w 

sufit.

- Wciąż nie mogę tego zrozumieć. Jak zupełnie obca dziewczyna mogła twierdzić, że 

spodziewa się twojego dziecka? Musiałeś ją chyba gdzieś spotkać.

-   Nie   spotkałem!   -   wykrzyknął   Simon.   -   Jej   nazwisko   jest   mi   zupełnie   obce.  A 

dziecko...? Na litość boską, tato, przecież musiałbym wiedzieć, co robię! Od kiedy poznałem 

Gitte, nie widywałem się z innymi kobietami!

- Jesteście nadal małżeństwem?

- W  separacji.  Chcę,  żeby  ona była  moją  spadkobierczynią. Wprawdzie  mówi,  że 

niczego nie chce, ale...

-   Co   ty,   chłopcze,   wygadujesz?   Twoją   spadkobierczynią?   To   brzmi   tak,   jakbyś 

zamierzał położyć się i po prostu umrzeć!

Simon lekko drgnął.

- Nie, oczywiście, że nie. Chciałem powiedzieć, że kiedyś... w przyszłości.

- Przecież nie możesz czekać na nią przez całe życie.

- Masz rację. Dlatego chcę spróbować i doprowadzić do zgody między nami. Wtedy 

moglibyśmy znowu być prawdziwym małżeństwem.

Stary ojciec popatrzył badawczo na syna.

- Dzisiaj to zabrzmiało w twoich ustach jakoś mniej entuzjastycznie niż zazwyczaj.

- Co takiego? - spytał Simon, podnosząc głowę. - Być może. Spotkałem w pociągu 

pewną młodą dziewczynę.

- I Bogu niech będą dzięki - wyszeptał ojciec.

- Oczywiście, nie dorównuje Gitte, ale jest sympatyczna. Dość niezwykła. - Dopiero w 

tej chwili dotarł do niego sens słów ojca. - Ty chyba nigdy nie lubiłeś Gitte, prawda?

- Rzeczywiście - przyznał starzec nie bez wahania. - Niby była miła i słodka, ale... Nie 

jestem przekonany, czy to właściwa osoba dla ciebie.

- Jak to?

- Hm, jakby to określić... Gitte jest taka rzeczowa.

- To raczej nic złego.

- Zazwyczaj nie. Ale tobie potrzebny jest ktoś... ktoś bardziej swobodny.

- Swobodny? Chciałeś pewnie powiedzieć: wyzwolony?

background image

- Nie, nie. Udajesz, że mnie nie rozumiesz. Gitte była taka konwencjonalna. Miała 

dosyć ciasne poglądy.

- Jestem innego zdania - odparł krótko Simon. Ojciec zrozumiał, że chyba popełnił 

błąd, mówiąc wreszcie szczerze to, co myśli. Nigdy nie lubił słodkiej Gitte. Ale zazwyczaj 

starał się robić dobrą minę do złej gry... Nie powiedział synowi ani słowa o tym, co należy 

sądzić o żonie, która zrywa wszelkie więzi jedynie na podstawie plotek! Nawet jeśli są one 

ohydne i obciążające.

Simon wyraźnie nie chciał mówić o Gitte.

-   Obszedłem   całe   gospodarstwo.   Muszę   przyznać,   że   utrzymujesz   je   w   idealnym 

stanie.

- Miło mi to słyszeć. Od kiedy leżę, nie wiem o nim zbyt wiele.

- Widziałem dwa nowe konie. Jakie są? Dobre?

- Kupiłem je w Anglii. Najlepszej krwi. Jednego trochę już wypróbowaliśmy. Wiele 

sobie po nim obiecuję.

Simon uśmiechnął się. Kochał wszystkie konie, bez względu na to, czy wygrywają w 

wyścigach czy nie. Ojciec natomiast miał doskonałe wyczucie i zawsze kupował te najlepsze. 

Jego stajnia była znana w całym kraju. Simon martwił się czasami, że nie wiedziałby, co 

zrobić z tym wszystkim, gdyby ojciec umarł jeszcze przed nim. Kiedy go zabraknie, konie 

będą zupełnie bezpańskie. Jakie to smutne.

Przez chwilę rozmawiali o interesach. Ojciec namawiał syna, aby wrócił do domu i 

osiadł tu na stałe, przejmując natychmiast cały majątek. Bo przecież to strzeżenie wybrzeża to 

chyba nie na całe życie, prawda?

Syn odpowiedział na jego obawy niejasno i niejednoznacznie.

Stary   Dalen   westchnął.   Uprzednie   słowa   Simona   o   spadku   po   nim   bardzo   go 

zaniepokoiły. Ten chłopak nie zamierza chyba odebrać sobie życia? Gitte nie była tego warta.

- Mam nadzieję, że utrzymujesz kontakt z tą dziewczyną z pociągu?

- Tak, spotkam się z nią jutro wieczorem.

- To ładnie - uśmiechnął się ojciec.

- Ale jeszcze  wcześniej  muszę wybrać się  do jakiegoś biura kreślarskiego  - rzekł 

Simon. - Obiecałem, że dam do korekty mapę. To nasz ostatni egzemplarz, niedługo nie 

będzie już niczego na nim widać. Trudno nawet odróżnić morze od lądu.

Ojciec   roześmiał   się   głośno.   Mimo   że   Simon   był   zadziwiająco   przygnębiony   i 

zadumany, nie stracił jednak swego poczucia humoru. Może właśnie ono pomoże zapomnieć 

mu całą tę historię z Gitte.

background image

Ojciec bowiem nic nie wiedział o ciężkiej chorobie syna, grożącej jego życiu.

W   poniedziałkowe   przedpołudnie   Simon   wybrał   się   do   Mark,   gdzie   udał   się   do 

pracowni, w której miano dokonać renowacji morskiej mapy. Szybko uzgodnił szczegóły z 

kierownikiem, którego znał jeszcze z dawnych lat. Straż przybrzeżna nie obchodziła się z 

należytą starannością ze swymi mapami.

Idąc już do wyjścia, Simon minął drzwi pracowni kartograficznej. Rzucił okiem na 

tabliczkę z nazwiskami - i zatrzymał się jak wryty. Poczuł się tak, jakby krew odpłynęła mu 

nagle do stóp.

To było to nazwisko!

Wreszcie je znalazł!

Wreszcie ją znalazł!

Maya siedziała, a właściwie stała jak zwykle przy swej desce kreślarskiej. Jej koledzy 

poszli właśnie do magazynu szukać jakiejś starej mapy, została więc sama w pokoju.

Wprawdzie   jednym   uchem   słyszała   głosy   z   gabinetu   szefa,   była   jednak   zbyt 

pochłonięta miłymi myślami o dzisiejszej kolacji z Simonem, by się im przysłuchiwać. Ale 

mimo radości trochę także się bała. Obawiała się, że może nie ubierze się właściwie albo on 

całkiem   się   nią   rozczaruje.   Bywają   przecież   takie   chwile,   że   człowiek   nie   jest   w   stanie 

wydębić z siebie ani słowa albo w ogóle nie ma nastroju do rozmowy. W tym przypadku nie 

mogło tak się stać. Simon znaczył bowiem dla niej zbyt dużo. Maya wiedziała wprawdzie, że 

nie może budować z nim żadnej przyszłości, pragnęła jednak rozświetlić mu jego ostatnie 

tygodnie i sprawić, by zapomniał Gitte.

Za każdym razem, gdy myślała o smutnym losie Simona, o tym, że miał umrzeć w tak 

młodym wieku, czuła wręcz fizyczny ból. Dlaczego właśnie on?

Dlaczego w ogóle, dlaczego? Nigdy nie zdołała zaakceptować brutalnych praw życia.

Nagle usłyszała czyjeś kroki pod drzwiami.

Jakiś głos, drżąc od tłumionego gniewu, spytał:

- Maren Grandseter? Czy pracuje u pana Maren Grandseter?

- Tak - odparł szef. - To jedna z naszych kreślarek. Początkująca, ale bardzo zdolna.

Miło to słyszeć, pomyślała Maya, zaintrygowana obcym głosem.

W tej samej chwili mężczyzna spytał:

- Czy mogę wejść i przywitać się z nią?

- Oczywiście, bardzo proszę.

Kroki szefa oddaliły się w stronę gabinetu.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł Simon.

background image

- Simon! - wykrzyknęła zaskoczona Maya, prostując się przy desce. - Co ty tu robisz?

Od razu rzuciło jej się w oczy, że jej znajomy z pociągu jest biały jak kreda i patrząc 

na nią staje się jeszcze bledszy!

- To ty? - wycedził przez zęby. - Ty jesteś Maren Grandseter?

Uśmiech zgasł na jej twarzy.

- Tak - potwierdziła wystraszona.

- Nic dziwnego, że zmieniłaś sobie imię i nazywasz się teraz Maya!

- Nie rozumiem - bąknęła. Dlaczego Simon stał się nagle taki nieprzyjemny i dziwny?

- Zniknęłaś z Mark. A ja ciebie szukałem i nie mogłem znaleźć. Przez dwa lata.

- Czy byłbyś tak miły i mógł wyjaśnić, dlaczego jesteś na mnie taki zły? - spytała.

- Jeszcze pytasz? - rzucił niskim, przytłumionym głosem, pochylając się ku niej. - Nie 

chcę urządzać tu żadnych scen, bo znam tu wszystkich, to moi dobrzy znajomi. Zapomnij o 

naszej dzisiejszej kolacji! Że też miałaś jeszcze czelność przyjąć moje zaproszenie! Wprost 

nie mogę uwierzyć! Możesz być spokojna: już ja postaram się o to, żeby zajęła się tobą 

policja. Będziesz musiała zadośćuczynić mi za te wszystkie ohydne pomówienia.

- Simon! Co to ma znaczyć? - spytała ze łzami w oczach.

- Na dodatek jeszcze niezła z ciebie aktorka! Ale pora już skończyć tę żałosną zabawę! 

Odwołasz wszystko i publicznie przeprosisz Gitte!

Po tych słowach wyszedł.

Maya   stała   jak   sparaliżowana.   Nie   była   zdolna   się   ruszyć.   O   co   on   ją   obwiniał? 

Odniosła wrażenie, że wziął ją za tę dziewczynę, która...

Nagle ogarnęła ją wściekłość. Nie, z taką niesprawiedliwością nie mogła się zgodzić. 

Gniew wzbierał w jej piersi niczym wulkan, był nie do opanowania. Z wypiekami na twarzy 

Maya wypadła z pokoju, trzasnęła drzwiami i w szaleńczym tempie zbiegła po schodach.

Simon właśnie wsiadał do samochodu. W chwili gdy zamknął za sobą drzwiczki, 

Maya otworzyła gwałtownie drugie i bez chwili wahania rzuciła się na przednie siedzenie.

- Może będziesz tak uprzejmy i wyjaśnisz mi - zażądała stanowczo.

- Wynoś się! Wynoś się z mojego samochodu! - krzyknął.

- Nie wysiądę, dopóki mi nie powiesz, o co chodzi.

Miała policzki mokre od łez, ale nie przejmowała się tym. Nie pozwalając mu dojść do 

głosu, kontynuowała:

- Mam wrażenie, że uważasz mnie za kobietę, która zniszczyła twoje małżeństwo. 

Skąd, u licha, przyszła ci do głowy tak idiotyczna myśl? Przecież ja cię nie znam. Nigdy 

nawet o tobie nie słyszałam.

background image

Simon widział, że Maya nie zamierza się poddać. Ale w nim także nadal wrzało.

- Jeszcze na dodatek kłamiesz mi prosto w twarz. To przecież ty sama rozgłosiłaś po 

całym mieście, że musisz wyjechać z Mark, bo spodziewasz się dziecka. Ze mną.

Maya nie mogła opanować oburzenia.

- Po co? Czy ty masz po kolei w głowie?

Simon uruchomił silnik.

- Ludzie się gapią. Pojedziemy za miasto.

- A moja praca? Przecież nie mogę tak po prostu...

- Guzik mnie to obchodzi. Wreszcie powiem ci to wszystko, co paliło mnie przez tyle 

lat. To nie będą miłe słowa, o, nie.

Simon nigdy dotąd nie jechał tak nieostrożnie i źle jak tym razem.

Samochód   wypadł   zza   rogu,   otarł   się   o   krawężnik,   przeskoczył   skrzyżowanie   na 

czerwonym świetle i wyjechał poza miasto. Kierowca miał szczęście, że nie zauważyła go 

policja, przede wszystkim zaś, że nie doszło do wypadku.

Znalazł jakąś wąską leśną drogę. Skręcił w nią i zatrzymał auto.

- No, Maren Grandseter, teraz wyjaśnisz mi parę rzeczy!

background image

ROZDZIAŁ V

Wszystko nagle stało się takie trudne. Simon był zupełnie obcy i lodowato zimny.

- Zdaje się, że oboje jesteśmy jednakowo zdenerwowani - powiedziała opanowana 

mimo wszystko Maya. - Po prostu nie rozumiem, o czym ty mówisz; przysięgam, że zanim 

spotkałam cię w pociągu, nigdy o tobie nie słyszałam. Wprawdzie kiedy twój przyjaciel Sten 

Modin  wymienił  nazwisko Dalen,  przypomniałam  je  sobie,  ale  tylko  dlatego,  że  byliście 

dobrze znaną i szanowaną rodziną w mieście.

-   Masz   rację,   byliśmy   -   przyznał   zgryźliwie.   -   Dopóki   ty   nie   zaczęłaś   swojej 

oszczerczej kampanii.

- Bardzo cię proszę, przestań - przerwała mu. - Jestem całkowicie niewinna.

- Czyżby? No to czyje dziecko wtedy urodziłaś? Kim był ten mężczyzna, który nie 

chciał przyznać się do ojcostwa? A może myślałaś, że z nazwiskiem Dalen dziecko zajdzie 

znacznie wyżej? Czy też byłaś zazdrosna o Gitte i chciałaś jej zaszkodzić? Jeśli tak, to ci się 

udało.

Maya nie mogła znieść tych zarzutów.

- Nigdy nie urodziłam żadnego dziecka.

- Usunęłaś je?

Odwróciła się gwałtownie w jego stronę, w jej oczach była furia.

- Jeśli chcesz znać prawdę, to jestem jeszcze dziewicą.

- Czyli chciałaś pochwalić się swoim koleżankom, że ty też już spałaś z mężczyzną. 

Ale dlaczego wybrałaś akurat mnie?

- Jesteś tak odrażający i podły, że nie wiem, jak mogłeś wydawać mi się w pociągu 

sympatyczny. - Maya, ku swej rozpaczy, znowu wybuchła płaczem. - Ja po prostu tego nie 

pojmuję.   Czuję   się   tak,   jakbym   dostała   obuchem   w   głowę.   Przyjść   do   mnie   do   pracy   i 

oskarżyć mnie o coś tak ohydnego! Przecież ja cię nie znam. Nawet nie wiedziałam, że ktoś 

taki jak ty istnieje. Jakże bym więc miała...

- Ale wyjechałaś z Mark. Bo spodziewałaś się dziecka, jak mówiłaś.

Maya próbowała się uspokoić.

- Wyjechałam z Mark dlatego, że mój ojciec nas opuścił i matka nie chciała tu dłużej 

mieszkać. Sprzedała dom na Kyrkudden i obie przeniosłyśmy się do Oslo. Nigdy, powtarzam: 

nigdy w swoim życiu nie twierdziłam, że spodziewam się dziecka. W jakim celu mówiłabym 

coś takiego? Żeby popsuć sobie opinię?

-  Widocznie   miałaś   jakieś   powody.   Najpierw   usłyszałem   od   kolegów   z   pracy,   że 

background image

zrobiłem podobno jakiś mały „skok w bok”. Myślałem, że po prostu żartują sobie ze mnie. 

Ale   niedługo   to   samo   zaczęto   opowiadać   w   mieście,   a   ja   spotykałem   się   z   wyraźnymi 

przejawami pogardy, aż wreszcie odsądzono mnie od czci i wiary. No i wreszcie wyjaśniło 

się,   skąd   to   wszystko.   Oto   dziewczyna   o   nazwisku   Maren   Grandseter   wyznała   swym 

przyjaciółkom,   że   musi   wyjechać   z   miasta,   ponieważ...   sama   wiesz   najlepiej,   z   jakiego 

powodu. Winny byłem podobno ja. Tymczasem od mojego ślubu minęły wtedy zaledwie dwa 

miesiące, dokonywałem więc nadludzkich wysiłków, żeby te plotki nie dotarły do Gitte. Ale 

nie udało się. Żona dowiedziała się wszystkiego od życzliwej  przyjaciółki. Biedna Gitte, 

zaufała mi całkowicie. Wcześniej przeżyła trudny okres i dlatego była bardzo wrażliwa na 

wszelką   krytykę   i   przejawy  nieżyczliwości.   Nie   miała   zbyt   mocnych   nerwów,   ale   dzięki 

małżeństwu ze mną zaczynała powoli dochodzić do siebie i niedługo stanęłaby mocno na 

nogach. I wtedy spotkał ją taki cios. Powiedziała, że mi wierzy, lecz po jej oczach poznałem, 

że czuje się śmiertelnie zraniona. No i pewnego dnia po prostu zniknęła. Zabrała wszystkie 

swoje rzeczy i zostawiła mi krótki list. Był wzruszający. Pisała w nim o koszmarnych nocach, 

kiedy ogarniało ją zwątpienie, na które nic nie mogła poradzić. Przyznała, że nie ma już dla 

mnie tych samych uczuć co przedtem. Gdy bowiem brałem ją w ramiona, wówczas ona 

widziała przed sobą obraz tej obcej dziewczyny i nie była w stanie okazać mi niczego poza 

chłodem. A tak bardzo tego nie chciała. Dlatego lepiej, żebyśmy się rozstali, zanim zranimy 

się nawzajem jeszcze dotkliwiej, pisała. Tego dnia zgasło moje życie.

- I postanowiłeś się zemścić? Na mnie - szepnęła Maya.

- Tak. Po jakimś czasie. Najpierw chciałem jedynie cię odnaleźć i postawić przed 

sądem. Później, kiedy zrozumiałem, że Gitte i tak już do mnie nie wróci, choćbym nie wiem 

jak gorąco ją błagał i przekonywał, moja żądza zemsty osłabła. Zrobiłem się zgorzkniały. No 

a potem spotkał mnie kolejny cios...

- Choroba - dokończyła Maya.

- Tak, choroba. Cała ta historia z Gitte nie pozostała bez wpływu na moje nerwy, 

myślałem więc, że zakłóceniu uległa też równowaga fizyczna. Gdy wszystko zaczęło mnie 

boleć, byłem przekonany, że to po prostu nerwy i napięcie, ale Sten stwierdził co innego.

- Sten? Sten Modin?

- Tak, to mój lekarz i przyjaciel. Zrobił mi całą masę badań, pobrał mnóstwo próbek i 

posłał  do  analizy  - i  nadeszły wyniki.  Usiłował  mnie  oszczędzić,  nie  chciał  wyjawić  mi 

prawdy, ale wydusiłem ją z niego. Czasami żałuję, że to zrobiłem. Mimo wszystko lepiej, że 

wiem.

Zapadło milczenie. Oboje nie odzywali się dosyć długo. Wreszcie Maya westchnęła 

background image

głęboko i rzekła:

- Czy uwierzysz mi, jeśli powiem, że nie chcę okłamywać kogoś, kto skazany jest na 

śmierć?

- Już sam nie wiem. Dobrze, uwierzę ci, jeśli wyznasz mi całą prawdę. Wszystko!

- Nie mam pojęcia, kto za tym wszystkim się kryje i prześladuje ciebie, Gitte i mnie, 

ale zapewniam cię, że te plotki są wyssane z palca. W pewnym sensie jestem dumna z tego, że 

nie   byłam   jeszcze   z   mężczyzną,   czyli   że   pozostałam,   mówiąc   staromodnie,   dziewicą. 

Prawdopodobnie wynika to z tego, że nigdy dotąd prawdziwie się nie zakochałam. W każdym 

razie nie tak mocno, by zniknęły wszelkie zahamowania. Bo jeśli kogoś się kocha naprawdę, 

wtedy pójście do łóżka jest czymś zupełnie naturalnym. Ale nic takiego dotychczas mi się nie 

zdarzyło. Gdy moje romanse osiągały określony punkt, zawsze mówiłam nie. I wtedy traciłam 

swoich chłopaków. No cóż, trudno. Pozwoliłam sobie na ten długi wywód tylko dlatego, żeby 

ci wyjaśnić, iż osoba o takiej postawie nie umiałaby chodzić po mieście i rozgłaszać wszem i 

wobec, że spodziewa się dziecka. Chyba rozumiesz.

Simon, zacisnąwszy usta, jedynie pokiwał głową.

-   Nic   o   tym   wszystkim   nie   słyszałam,   absolutnie   nic,   ponieważ   razem   z   matką 

wyjechałyśmy z Kyrkudden i Mark. Cała ta historia musiała rozegrać się później.

- Chyba tak. Bo nigdzie nie mogłem cię znaleźć.

- Matka była w tak fatalnym stanie po odejściu ojca, że na pewien czas „zniknęła z 

życia”. Poza tym nasze nazwisko nigdy nie widniało w żadnej książce telefonicznej.

- Wiem o tym. Wolę nazywać cię Mayą. To drugie imię nie przeszłoby mi chyba przez 

gardło. Powiedz mi, Mayu, czy naprawdę mogę ci wierzyć?

- Naprawdę. Teraz to  ja jestem wściekła i  nie spocznę,  póki nie znajdę  tego, kto 

rozgłasza te plotki. Przecież one zaszkodziły mojej reputacji. Nawet sobie nie wyobrażasz, z 

jaką wrogością spotykam się teraz w mieście.

- Tak, wspominałaś mi o tym.

Maya wyciągnęła z kieszeni list.

- Znalazłam go przedwczoraj w mojej skrzynce.

Simon przeczytał: Po co to zrobiłaś?

Schował kartkę do koperty.

- Widzę, że cię nie oszczędzają. Przekonałaś mnie, wierzę ci, że nic nie wiedziałaś o 

moich kłopotach. Czy możesz mi wybaczyć?

- Doskonale rozumiem, dlaczego byłeś na mnie zły. Przecież dobrze wiesz, że cię 

polubiłam, i dlatego tak bardzo mnie bolało, że stałeś się nieoczekiwanie lodowato zimny. 

background image

Uważałam cię za mego jedynego przyjaciela, jedyną życzliwą mi osobę w tym mieście. Poza 

moimi kolegami z pracy, ale oni nie są z Mark i pewnie nie znają miejscowych plotek.

- Wiesz, dlaczego byłem tak strasznie zły? - odezwał się Simon po dłuższym wahaniu. 

-   Jak   gdyby   podwójnie   zły?   Bo   czułem   się   rozczarowany,   że   to   ty   okazałaś   się   Maren 

Grandseter. Bardzo się teraz tego wstydzę.

Maya położyła swą dłoń na jego ręce.

- Nie mówmy już o tym. Zajmijmy się lepiej odnalezieniem osoby, która rozsiewa te 

plotki. Przecież ktoś musiał je wymyślić!

- Dobrze. Ale czy nie pojechałabyś teraz ze mną do Gitte, żeby jej to na gorąco 

wyjaśnić?

Maya czuła, jak wszystko się w niej buntuje.

- Nie wiem, czy starczyłoby mi odwagi, bo takie spotkanie trochę by mnie kosztowało. 

Poza tym, co powiedziano by u mnie w pracy? Muszę natychmiast wracać! Nie mogę sobie 

na to pozwolić, żeby ją stracić.

- Porozmawiam z twoim szefem i wyjaśnię, że to przeze mnie.

W  drodze   powrotnej   do   miasta   omawiali   różne   sposoby  wytropienia   winnego   lub 

winnych.

- Powinieneś zacząć - doradzała Maya - od pierwszej osoby, od której usłyszałeś tę 

plotkę. Mówiłeś, że najpierw powtórzyli ci ją twoi koledzy z pracy. Wobec tego musisz ich 

spytać, gdzie ją usłyszeli. I w ten sposób dotrzeć aż do samego źródła.

Simon był sceptyczny.

- Obawiam się, że to nie będzie takie proste. Ludzie raczej niechętnie zdradzają, od 

kogo zasłyszeli jakieś plotki, nie chcą bowiem demaskować swego najlepszego przyjaciela 

jako plotkarza. Z jednej strony pragną być lojalni wobec niego, z drugiej zaś nie chcą, żeby 

ich przyjaciel stał się z dnia na dzień ich wrogiem.

- Myślę, że nie masz racji. Ale tak czy inaczej powinieneś chyba spróbować?

-   Spróbuję,   oczywiście.   Pod   warunkiem,   że   uda   mi   się   odszukać   moich   starych 

kolegów z pracy. No a co z dzisiejszą kolacją, wybierzesz się ze mną?

- Myślałam, że powinnam o niej zapomnieć?

- Kiedy to mówiłem, byłem zły i głupi. A teraz pytam poważnie: czy zjesz ze mną 

kolację? Byłoby mi bardzo miło.

-   Tak,   chętnie   -   odparła   Maya   z   uśmiechem.   -   Przyjmuję   zaproszenie   z   trzech 

powodów. Po pierwsze, jak powiedziałam, dopóki nie dostanę pierwszej pensji, nie stać mnie 

na taki luksus jak jedzenie kolacji, po drugie, możemy podczas niej zastanowić się, co robić 

background image

dalej, i po trzecie, z przyjemnością zjem z tobą kolację. Czy takie uzasadnienie wystarczy?

- W zupełności - Simon uśmiechnął się szeroko. - Nawet sobie nie wyobrażasz, jak 

bardzo się cieszę z tego, że to nie ty rozpowiadałaś te okropne plotki o mnie. Poczułem 

naprawdę dużą ulgę. Jak myślisz, czy po kolacji będziesz mogła pójść ze mną do Gitte?

- Zobaczymy - odpowiedziała krótko.

Ponieważ Simon widział wyraźnie, że Maya niezbyt chętnie chciała wyświadczyć mu 

tę przysługę, nie nalegał. Udał się za to razem z nią do biura i usprawiedliwił przed szefem jej 

krótką nieobecność, dzięki czemu Maya nie doznała z tego powodu nawet najmniejszych 

przykrości. Simon miał niewątpliwy urok. A jako jeden z Dalenów także wpływy. Ale o tym 

ona nie wiedziała.

W okolice Mark dawno zawitała już wiosna, ale pogoda nie była najlepsza. Choć 

zrobiło  się już  cieplej,  ziemia  wciąż  jeszcze  nosiła  ślady  ulewnych  deszczów,  powodzi  i 

gwałtownych burz. Wysiadłszy z autobusu na Kyrkudden, Maya musiała iść bardzo ostrożnie, 

omijając głębokie kałuże, jakie powstały po gwałtownej ulewie.

Już dawno mogliby coś zrobić z tą drogą, pomyślała. Nie zamierzała jednak wysyłać 

do gazety listu od czytelnika, podpisanego „Przyjaciel porządku”. Tak wielu było przyjaciół 

porządku wokoło, że to oni powinni się tym zająć.

Idąc dalej, zauważyła samochody jadące w stronę starego kościółka na Kyrkudden. Jej 

kościółka. Były to auta z zarządu dróg. Czyli może coś wreszcie zaczną robić z tą drogą, 

najwyższa pora, uznała Maya.

Zupełnie   nieoczekiwanie   przypomniały   jej   się   głosy,   które   słyszała   wcześniej   w 

kościele. Musi powiedzieć o tym Simonowi.

Jak   to   miło   móc   znowu   z   sympatią   myśleć   o   Simonie!   Ta   jego   niespodziewana 

nienawiść wobec niej była prawdziwym wstrząsem.

Maya nie miała już zbyt wiele czasu, by doprowadzić się do porządku przed kolacją, 

ale chciała wyglądać jak najlepiej. Wolała spytać Simona, jak powinna się ubrać, nie należała 

bowiem - jak przyznała - do bywalców restauracji. Gdy zadała mu to pytanie, dostrzegła w 

jego oczach ciepły blask, a po chwili usłyszała kilka życzliwych wskazówek. Uspokojona, 

doszła do wniosku, że chyba znajdzie coś odpowiedniego w szafie.

Gdy już była gotowa, spojrzała w lustro i poczuła się zadowolona z rezultatu. Maya 

lubiła ubierać się nieco staroświecko, ale kobieco; stosowała niezwykle delikatny makijaż, 

który właściwie ograniczał się jedynie do podkreślenia oczu. Jej karnacja była bowiem tak 

eterycznie delikatna, że kłóciła się z wszelkimi mocniejszymi akcentami.

Simon   obiecał   przyjechać   po   nią.   Umówili   się   przy   drodze   głównej,   ponieważ 

background image

gęstwina bocznych uliczek na Kyrkudden dla osoby nie znającej tej okolicy stanowiła labirynt 

nie do przebycia. Przepełniona entuzjazmem i oczekiwaniem, Maya znalazła się przy szosie 

nadspodziewanie   szybko.   Stała   już   w   umówionym   miejscu   i   czuła,   że   jej   twarz   jest 

płomiennie czerwona.

Uważaj, uważaj, ostrzegała samą siebie. Tylko przypadkiem się nie zakochaj! Simon 

Dalen   to   nie   jest   mężczyzna   dla   ciebie.   Jeśli   się   zaangażujesz,   przyniesie   ci   to   same 

przykrości i kłopoty. Nie zapominaj, że gdzieś tam istnieje słodka i bezradna Gitte, którą on 

uwielbia.

Niech piekło pochłonie wszystkie Gitte na świecie! Ta, którą spotkała we wczesnej 

młodości,   stanowiła   wręcz   monstrualne   uosobienie   perfekcyjności   i   uczuciowego   chłodu. 

Gitte Simona z pewnością była lepsza, Maya nie chciała jednak mieć rywalki przewyższającej 

ją   we   wszystkim.   On   wyraźnie   wolał   kobiety   kruche   i   bezbronne.  A  Maya,   mimo   swej 

niekwestionowanej kobiecości, była mocna i dzielna, przyzwyczajona do radzenia sobie w 

życiu bez niczyjej pomocy.

Wyznając mu wszakże, że nie stać ją na porządne jedzenie, poruszyła na pewno jego 

męski instynkt opiekuńczy. Stąd to zaproszenie na kolację.

Spojrzenie Simona wyrażało pełną akceptację tego, co zobaczył.

- Wyglądasz czarująco - oświadczył krótko. - Jedziemy.

- Czy udało ci się coś znaleźć? - spytała, siedząc już w samochodzie.

- Tak, udało mi się - odparł. - Dotarłem do jednego z moich dawnych kolegów z pracy. 

Najpierw w ogóle nie wiedział, o czym mówię, ale pod koniec przypomniał sobie wreszcie 

całą tę aferę. Po dłuższym namyśle doszedł do wniosku, że to jego żona opowiedziała mu o 

moim tak zwanym skoku w bok. Obiecał mi, że spyta ją, gdzie ona usłyszała tę szaloną 

nowinę. Udało mi się nawet przekonać go, że to wszystko było zwykłym kłamstwem. Tym 

razem mi uwierzył. Ponieważ zna Gitte, ma się u niej za mną wstawić.

- To wspaniale - rzekła Maya ponurym głosem.

- A ty? Wytropiłaś coś? Na przykład kto napisał ten list?

-  Nie,  to  mógłby być  właściwie  niemal   każdy.  Nie  zapominaj,  że   w tym  mieście 

prowadzona jest kampania przeciwko mnie. Wystarczy, że ludzie znajdą sobie kogoś, kto 

wydaje im się gorszy od nich samych, by uczynili z niego ofiarę i zdeptali go.

-   Nie   musisz   mnie   o   tym   przekonywać,   doskonale   to   znam.  Ale   kobietom   chyba 

trudniej to znieść niż mężczyznom. No, jesteśmy na miejscu. Byłaś już tu kiedyś?

- Dawno temu, jeszcze jako mała dziewczynka, razem z mamą i tatą. Za starych, 

dobrych   dni.  Ale   nie   pamiętam   niczego   poza   tym,   że   jadłam   jakąś   ohydną   zupę,   którą 

background image

pochlapałam obrus i sukienkę. Chyba szparagową. Później bardzo ją polubiłam.

- To się zmienia. Ja, na przykład, nie znosiłem kalafiora. Dziś jadam go z wielkim 

apetytem.

Już niedługo, pomyślała Maya zasmucona. Że też nie mogła ani na chwilę zapomnieć 

o tym, że wkrótce już go nie będzie. Tej twarzy fauna, na której widok kręciło jej się w 

głowie. Tego uśmiechu, który zapierał dech w piersi...

Co   za   dziwny   człowiek   z   tej   Gitte,   że   bardziej   wierzyła   plotkom   niż   własnemu 

mężowi?

Identyczne pytanie zadał Simonowi jego ojciec. Lecz on sam wydawał się ślepy na 

wszystko. Maya, chcąc zmienić temat, zaczęła mówić o opuszczonym kościele.

Kolacja   okazała   się   bardzo   udana.   Dziewczyna   wręcz   oniemiała   na   widok 

wyszukanych potraw, jakie im serwowano, a Simon z wyraźnym zadowoleniem przyjął jej 

zachwyt. Chciał, by najadła się do syta. I tak się stało. Przy deserze, który był tak smaczny i  

przepysznie   udekorowany,   jak   tylko   Maya   mogła   sobie   wymarzyć,   poprosił   ją,   by 

opowiedziała mu trochę o sobie. Dodał, że od dawna już na to czeka.

- Naprawdę nie ma o czym - broniła się, ociągając.

-   Jestem   już   serdecznie   zmęczony   ciągłym   przeżuwaniem   swoich   własnych 

problemów. Dlatego chciałbym teraz poznać kłopoty innych.

- Ale ja nie mam żadnych kłopotów.

- No to posłucham opowieści o twoim szczęśliwym 

życiu! To też może dobrze 

mi zrobić.

Maya roześmiała się głośno.

- Skoro tak nalegasz... Od czego by tu zacząć... No więc, moje dzieciństwo tu, na 

Kyrkudden, przebiegało szczęśliwie. Byłam trochę odludkiem i lubiłam chodzić własnymi 

drogami, ale miałam też przyjaciół. Ojciec, zawsze taki dobry dla mnie, zabierał mnie często 

ze  sobą  do swoich  pacjentów, ponieważ  chciał,  żebym  została  tak  jak  on weterynarzem. 

Jednak nie zostałam...

- Dlaczego?

- Nie miałam odpowiedniego stosunku do zwierząt. Kiedy widziałam jakieś chore 

stworzenie, nie mogłam potem dojść do siebie przez parę dni, bo cierpiałam razem z nim.

- Rozumiem. Ktoś taki chyba rzeczywiście nie powinien zostawać weterynarzem. A 

twoja mama?

- Mama to zupełnie co innego... Co mam o niej powiedzieć? Zajmowała się mną we 

wzorowy sposób, lubiła się mną chwalić i żyła wyłącznie dla naszej niewielkiej rodziny. I 

background image

wtedy nadszedł ten dzień...

- Kiedy twój ojciec was opuścił? To musiał być szok dla was obu. Chyba szczególnie 

dla ciebie?

- Tak, to prawda. Ale mama też już nigdy nie doszła do siebie. A może ona przez cały 

czas jest sobą? Ona jest... Wybacz, nie chciałabym o niej mówić źle, ale muszę przyznać, że 

życie z nią wcale nie jest łatwe.

- Rozumiem. Jak to się stało, że pozwoliła ci wyjechać?

-   Po   prostu...   nie   mogłam   już   dłużej   wytrzymać.   Groziła   mi,   że   umrze,   jeśli   ją 

zostawię, ale  ja musiałam wyzwolić się  od niej, bo w przeciwnym razie zdusiłaby moją 

osobowość.  Nie wolno  mi  się  było nigdzie ruszyć, wyobrażasz  to sobie?  „Wychodzisz?” 

„Gdzie ty się podziewałaś, tak bardzo się o ciebie bałam”. „Kiedy spóźniasz się choćby 

dziesięć minut, cały obiad, nad którym się tak napracowałam, jest do wyrzucenia”. Jeśli w 

odpowiedzi   wyjaśniłam,   że   nie   zdążyłam   na   autobus,   ona   musiała   oczywiście   wiedzieć 

dlaczego. Uff! To paskudne, co teraz robię. Siedzę tu i wymyślam na osobę w gruncie rzeczy 

bardzo kochaną i na dodatek tak nieszczęśliwą.

Simon powiedział z wahaniem:

-   Czy  była   taka   już   wcześniej?   Może   to   nie   tylko   ojciec   ponosi   winę   za   rozpad 

małżeństwa?

- Sama nie wiem - odparła Maya. - Naprawdę nie wiem. Trudno jest patrzeć na swych 

rodziców zupełnie obiektywnie, rozumiesz, co mam na myśli?

- Oczywiście. A ty? Opowiedz mi jeszcze coś o sobie!

Maya zamilkła, zastanawiając się, co mogłaby dodać.

Simon odkrył zaskoczony, że nie potrafi zapomnieć o czymś, co Maya wyjawiła mu 

wcześniej. Nie mógł wprost uwierzyć, że ona jest dziewicą. Wiedział, że zostało mu niewiele 

życia. Ale gdy tak siedział naprzeciw niej, pragnął, by to właśnie on, przed swą śmiercią, był 

tym mężczyzną, który uczyni z niej kobietę.

To przerażające! Na wskroś egoistyczne! Jak mógł w ogóle myśleć o tym, by postąpić 

w ten sposób, on, który i tak nigdy się z nią nie ożeni, który nawet jej nie kocha, tylko dobrze 

się czuje w jej towarzystwie. Ale jeśli nie zdoła odzyskać Gitte...

Simon poczuł się paskudnie. Oto Maya siedzi naprzeciwko niego pełna ufności, nie 

przeczuwając nawet, że jest zdolny do takich myśli. Tak, Maya jest dziewicą. Cóż to za 

staromodne słowo! Ale ona rzeczywiście nawet wygląda trochę staromodnie, wierna swemu 

zupełnie nienowoczesnemu stylowi. Mimo to sprawia wrażenie osoby energicznej i zaradnej 

życiowo. Chociaż nie ma delikatnej i finezyjnej urody Gitte, wydaje się bardziej niewinna. 

background image

Prawdopodobnie to przez ten jej dziecinny wygląd.

W skrócie przedstawiła mu swój życiorys:

- Co by ci tu jeszcze powiedzieć? Chodziłam do szkoły kreślarskiej, potem uczyłam 

się rysować mapy i w gruncie rzeczy tylko tyle udało mi się zdziałać po zakończeniu szkoły. 

Ze   względu   na   mamę   nigdzie   nie   wyjeżdżałam.   Ona   jest   do   wszystkiego   nastawiona 

negatywnie i nie ma na nic ochoty. Mówiąc krótko: po prostu brak jej radości życia. Nigdy 

nie chciała wybrać się ze mną na południe, dlatego nie byłam dalej niż w Danii.

- A nie mogłaś podróżować sama?

- Bez niej? Skąd! Przecież dostałaby ataku serca albo jeszcze co innego. Absolutnie 

zabroniła mi opuszczania Oslo. Mój wyjazd oznaczałby jej śmierć.

Simon zagryzł wargi.

- Toteż teraz gnębią mnie wyrzuty sumienia - zakończyła Maya.

- Czy rozmawiałaś już z nią po twoim przyjeździe tutaj?

-   Tak,   zadzwoniłam   do   niej.   Chciałam   ją   uspokoić,   że   zajechałam   na   miejsce 

szczęśliwie. Ale niezbyt ją to interesowało, ponieważ akurat martwiła się tym, że nie może 

pójść do zakładu energetycznego i uzyskać obniżki za prąd.

- Czy ona nie może chodzić?

- Może, oczywiście, że może, ale boi się pokazać między ludźmi, ponieważ uważa, że 

wszyscy wiedzą o jej hańbie, to znaczy o tym, że odszedł od niej mąż.

Simon wyciągnął rękę ponad stołem.

- Biedaczko, widzę, że nie miałaś łatwego życia - powiedział ciepło.

Nagle Mayę znowu ogarnęły wyrzuty sumienia.

- Nie powinnam narzekać na moją mamę. Jest przecież taka dobra i kochana.

- Wyobrażam sobie - bąknął Simon.

Nagle zamarł w bezruchu, a jego twarz poczerwieniała.

- Do licha - szepnął. - A to ci pech!

- Co się stało?

- Gitte.

Mayę ogarnęła wściekłość.

- Czy mam sobie pójść?

- Nie, nie, najmocniej cię przepraszam, źle mnie zrozumiałaś.

Nie chciała być niedyskretna, ale nie mogła się powstrzymać i odwróciła głowę. Do 

sali weszła grupa osób. Więcej nie zdołała dostrzec.

- To jej ojciec i jeszcze paru znajomych - bąknął Simon.

background image

Maya nie wiedziała, co ma ze sobą począć.

- Doskonale rozumiem, że ta sytuacja jest dla ciebie bardzo niezręczna, ale niestety nie 

potrafię zapaść się pod ziemię, choćbym nie wiem jak tego chciała ze względu na ciebie.

- Będzie co ma być. Tylko jak teraz przekonam ją o tym, że może wierzyć w moje 

słowa?

- Uważam, że nie jesteś jej nic winien - powiedziała Maya trochę szorstko.

Simon spojrzał na nią nieco urażony. Maya, ogarnięta bezsilną wściekłością, myślała, 

że zaraz wybuchnie.

- Zobaczyła nas - wymamrotał Simon. - Zatrzymała się, chce wyjść, biedna. Ale ojciec 

obejmuje ją ramieniem i patrzy na nas z surowym wyrazem twarzy.

Maya, chcąc się uspokoić, wciągnęła głęboko powietrze.

- Co teraz robią?

- Idą w naszą stronę. Ojciec i ona.

- Tylko spokojnie, Simonie, spokojnie. Mamy czyste sumienie.

W tym momencie usłyszała kroki za swoimi plecami.

background image

ROZDZIAŁ VI

Simon podniósł się z krzesła. Maya odwróciła powoli głowę.

Stali   przed   nimi   ojciec   i   córka.   On,   dojrzały   mężczyzna,   wyglądający   na 

zadowolonego z siebie, miał czerwoną twarz z irytacji lub od nadmiernego picia - tego Maya 

nie   potrafiła   rozstrzygnąć.   Ona   była   jasnowłosą   pięknością   o   nieco   ostrych   rysach   (coś 

takiego potrafiły dostrzec tylko inne kobiety). Miała niebieskie oczy, pociągłą, subtelną twarz 

o zgrabnym nosie i niewielkich ustach.

Głos zabrał ojciec:

- Czyli to jednak prawda. Mimo twych zapewnień wiedzieliśmy przez cały czas, że to 

nie kłamstwo. Ale żeby pokazywać się tutaj razem... To już naprawdę szczyt bezczelności!

Po czym odwrócił się na pięcie i, mocno chwyciwszy córkę za rękę, odszedł.

Maya kipiała. Zerwała się z krzesła, lecz Simon zatrzymał ją w miejscu.

- Nie tutaj - poprosił cicho. - Nie publicznie, po co nam to.

Opadła znowu na krzesło. Wydawało się, że siedzący wokół goście nie zwrócili uwagi 

na niemiły epizod, ponieważ wszyscy nadal pogrążeni byli w rozmowie. Ojciec Gitte i reszta 

towarzystwa przeszli do następnej sali.

Deser nie smakował już ani Mai, ani Simonowi.

Po dłuższym milczeniu Simon spytał z czułością w głosie:

- Teraz pewnie rozumiesz, dlaczego tak bardzo nie chcę jej stracić?

Wściekłość ciągle jeszcze nie opuściła Mai.

- Nie, nie rozumiem - rzuciła rozgorączkowana. - Ponieważ twoja Gitte i ta, którą 

znałam, to jedna i ta sama osoba. Nieznośna, nadęta ropucha z językiem ostrym jak liść 

kaktusa!

Maya zdawała sobie sprawę, że być  może jej  uraza spowodowana tym,  iż kiedyś 

nazwano ją ociężałą niezdarą, jest śmieszna, ale awersja odczuwana przez nią w stosunku do 

Gitte była  czymś  więcej  niż  tylko  reakcją na zranioną dumę.  Nie znosiła  jej  od samego 

początku, ledwie ją zobaczyła, a Gitte Svendsen prawdopodobnie natychmiast to wyczuła i 

przeszkodziła jej w zostaniu tancerką. Ich niechęć była chyba zatem wzajemna.

Simon wyglądał na głęboko urażonego.

- Nie znasz jej. Jest krucha i wrażliwa jak kotka. Nie powinnaś...

- No właśnie! To doskonałe określenie. Ona tak jak kotka ma pazury zawsze gotowe 

do ataku.

- Jesteś teraz niesprawiedliwa. - Na twarzy Simona malowały się złość i napięcie. - 

background image

Przecież to ona odeszła jako pierwsza właśnie dlatego, żebyśmy nie ranili się nawzajem.

- Tyle tylko, że ja nie widzę powodu do odejścia. Uważam, że to tchórzostwo i czysty 

egoizm dawać posłuch plotkom i pomówieniom i przejmować się tym, co pomyślą sąsiedzi, 

zamiast okazać lojalność własnemu mężowi.

- Myślę, że znam swoją żonę lepiej niż ty - odparł Simon lodowatym głosem.

Maya   zorientowała   się,   że   posunęła   się   za   daleko.   Lecz   jej   nieposkromiony 

temperament nierzadko płatał jej takie właśnie figle. Westchnęła zrezygnowana.

- W porządku, przepraszam. Pomogę ci w odnalezieniu tych wstrętnych plotkarzy i w 

oczyszczeniu się w jej oczach. Ty odzyskasz żonę, a ona będzie mogła się pochwalić wolnym 

od zarzutów, zrehabilitowanym mężusiem, który wielbi jedynie swoją żoneczkę i nigdy nie 

zwraca  uwagi na inne kobiety.  Tylko nie  zrzucaj  potem winy na mnie, jeśli kiedyś  tego 

będziesz żałować!

- Raczej nie starczy mi już na to czasu - powiedział Simon zgaszonym głosem.

Maya natychmiast spoważniała.

- Czy ona wie? - spytała, zawierając w tych słowach całe swe współczucie.

- Oszalałaś! Prosiłem na wszystko Stena, żeby nic jej nie mówił.

- Czy oni dobrze się znają?

- Tak, naturalnie! Sten i ja jesteśmy przyjaciółmi od wielu lat. On był świadkiem na 

naszym ślubie.

- To może ja powinnam jej powiedzieć o twojej chorobie?

- Jeśli to zrobisz, zabiję cię! Nie chcę, żeby wróciła do mnie z litości!

- Rozumiem. Ale przecież... Ojej, jak późno, a ja jutro rano muszę być w pracy...

- Odwiozę cię do domu.

Simon   nawet   nie   zerknął   w   stronę   sali,   do   której   weszła   Gitte   i   pozostali.   Maya 

doskonale rozumiała, ile musiało kosztować go to, że tutaj, w Mark, zobaczono go z Maren 

Grandseter. Teraz będzie im obojgu jeszcze trudniej przekonać tę ubóstwianą przez niego i 

zadzierającą nosa laleczkę.

Maya wielkim wysiłkiem woli stłumiła znowu w sobie wściekłość, jaka ogarniała ją 

na samą myśl o Gitte Svendsen.

W   samochodzie   Simon   był   dość   milczący.   Ale   gdy   dojechali   do   Kyrkudden, 

uśmiechnął się przyjaźnie do Mai.

- Dziękuję ci za miły wieczór!

- Miły? - powtórzyła ze zdziwieniem.

- Oczywiście, jeśli pominąć pewien krótki epizod. Czy to jest droga do opuszczonego 

background image

kościoła?

- Tak, właśnie wzięli się wreszcie za jej naprawianie.

-   Szkoda,   miałem   ochotę   go   obejrzeć.   Myślałem   o   tych   szeptach,   o   których   mi 

mówiłaś. Można by sprawdzić, co to było.

Czemu nie? Wyprawa razem z Simonem nie wydawała się już taka straszna.

- Teraz?

- Jasne. Północ to chyba najlepsza pora na podsłuchiwanie duchów.

- To może być ciekawe - powiedziała Maya.

-   Podjedziemy   samochodem   tak   daleko,   jak   się   da,   a   pozostały   odcinek   drogi 

przejdziemy   na   piechotę.   Ojej,   zupełnie   zapomniałem,   przecież   ty   jutro   rano   idziesz   do 

pracy... wracajmy...

- Co tam praca! - wykrzyknęła z entuzjazmem. - Za nic w świecie nie przepuszczę 

takiej okazji.

Podłużna, szara bryła kościoła rysowała się niewyraźnie na tle nieba w zmierzchu 

letniego dnia. Gdyby Maya była sama, nigdy nie odważyłaby się na taką eskapadę. Ale razem 

z Simonem...

Zupełnie bezwiednie chwyciła go za rękę, a on lekko ją uścisnął. Uśmiechnął się 

nieznacznie, niewątpliwie dobrze czuł się w roli opiekuna i obrońcy. Było to z pewnością 

miłe doznanie dla kogoś takiego jak on, kto właściwie rozstawał się już z życiem.

- Wiem, jak można wejść do środka - szepnęła Maya.

- Chyba nikt tu nas nie słyszy - rzekł Simon, spokojny i opanowany.

- Masz rację, wcale nie musimy szeptać, przepraszam.

- Nie przepraszaj ciągle za wszystko, co robisz. To zaczyna już brzmieć zabawnie.

- Rzeczywiście. Przepraszam.

Oboje wybuchnęli śmiechem.

Maya poprowadziła Simona do tylnych drzwi wejściowych, przez które wślizgnęli się 

do środka.

Atmosfera panująca w kościele była teraz, nocą, jeszcze bardziej niesamowita. Ciemne 

wnętrze tchnęło grozą i tajemnicą. Maya wyobraziła sobie, że w ławkach od dawien dawna 

siedzą duchy zmarłych i że to właśnie ich głosy słyszała podczas swej ostatniej wizyty tutaj.

- Gdzie wtedy stałaś, kiedy usłyszałaś te szepty? - spytał Simon przytłumionym i 

pełnym powagi głosem.

- Na chórze.

- To chodźmy tam.

background image

- A jeśli zawali się pod nami? Ten kościół cały się sypie.

- Wytrzyma, bez obaw.

Nie puszczając nadal ręki Simona, Maya ostrożnie stąpała za nim po schodach. Gdy 

już znaleźli się na górze, deski podłogi zaskrzypiały złowróżbnie pod ich stopami, wywołując 

echo w całym kościele. Zatrzymali się przy balustradzie, nasłuchując i czekając.

Wszędzie jednak panowała cisza. Śmiertelna cisza.

- Powinny już straszyć - bąknął Simon. - Minęła dwunasta.

Maya   instynktownie   przysunęła   się  bliżej  niego.  W  kościele   było  nadal  cicho   jak 

makiem zasiał. Nie udało im się przywołać choćby najmniejszego ducha.

Światło samochodowych reflektorów rozświetliło na chwilę niebo za lasem i po chwili 

zgasło. Ktoś wjeżdżał pod górę na małe wzniesienie u stóp Kyrkudden. Jeszcze jeden nocny 

marek wracał do domu...

- A skąd dochodziły wtedy te odgłosy? - spytał Simon szeptem.

- Żebym to ja wiedziała! Odniosłam wrażenie, jakby gdzieś z dołu, z podziemi.

- Z podziemi? Przecież tu nie ma podziemi.

- Wiem, ale tak mi się zdawało. Potem słychać je było także z zakrystii, pamiętam, że 

poszłam w tamtą stronę, ale drzwi okazały się zamknięte.

- Od strony kościoła?

Maya zawahała się.

- T... tak, chyba tak. - Po chwili zastanowienia powiedziała zdecydowanie: Tak, od tej 

strony.

- Wobec tego zejdźmy i sprawdźmy!

Tym razem on sam wziął ją za rękę i sprowadził na dół. Jego dłoń była ciepła i żywa. 

A czego się spodziewała? Że naznaczona jest śmiercią tak bardzo, że da się to odczuć wręcz 

przez dotyk?

Och, Simon, ty nie możesz umrzeć! Nie ty!

Klucz tkwił w drzwiach do zakrystii od wewnętrznej strony. Simon jednak wpadł na 

inny pomysł.

- Zakrystia ma zawsze dodatkowe drzwi wyjściowe...

- W tym kościele nie ma.

- Na pewno są. Szukałaś?

- Tak...

Maya zamilkła. Czy ona właściwie była w tej części kościoła? W tej, która wychodziła 

na morze? Nie, nie była, ponieważ wiedziała, że od tej strony kościelne mury bardzo się 

background image

zapadają.

- Mówiąc szczerze, nie jestem pewna - przyznała, wyjaśniając jednocześnie powód.

- Szkoda, że nie mamy latarki - rzekł Simon. - Ale musimy dać sobie radę i bez niej. 

Chodź, wyjdziemy na zewnątrz i sprawdzimy!

Maya ruszyła za nim, posłuszna mu i trochę rozbawiona. Lubiła takie przygody. Ale 

oczywiście pod warunkiem, że towarzyszył jej silny, odważny mężczyzna...

Kiedy ostrożnie stąpając przez cmentarz wyszli zza rogu kościoła od strony morza, 

przerazili się.

- Boże drogi! - westchnął Simon. - Przecież te ściany się walą! A my byliśmy w 

środku!

Rzeczywiście wyglądało to nie najlepiej. Cmentarz osuwał się ku morzu, krzyże na 

jego obrzeżach przekrzywiły się, a woda w niektórych miejscach wyżłobiła głębokie nisze. 

Sięgała niemal samego kościoła, gdzieniegdzie była już nawet pod nim.

- To musiało się stać ubiegłej wiosny - powiedziała Maya.

- Popatrz, tam, po drugiej stronie są drzwi - wskazał Simon. - Widzisz je?

- Tak. Powinno się nam udać do nich dojść. Musimy tylko obejść kościół dookoła.

- No, to chodźmy.

Ruszyli z miejsca, przemieszczając się niezbyt pewnym krokiem wzdłuż ściany do 

niewielkich drzwi. W każdej chwili ziemia mogła usunąć się spod ich stóp. Ale na szczęście 

nic takiego się nie stało i Simon, jedną ręką trzymając mocno Mayę, aby nie upadła, drugą 

lekko pchnął drzwi.

Były otwarte.

- Przydałaby nam się jednak latarka - szepnęła Maya, gdy ostrożnie wchodzili do 

przepełnionego zapachem stęchlizny pomieszczenia wyłożonego drewnem. Czy była to sień, 

czy sama zakrystia, tego, niestety, rozpoznać nie mogli.

- Mam zapałki - powiedział Simon. - Chyba powinna się tu znaleźć jakaś świeca.

Po chwili rozbłysł słaby płomyk zapałki. Simon otworzył jeszcze jedne drzwi i, jak się 

okazało, dopiero wtedy znaleźli się w zakrystii. Tak jak przypuszczał, stały tam wspaniałe 

drewniane świeczniki. Po chwili ciepłe światło zalało małe pomieszczenie.

- No tak - stwierdził lakonicznie Simon, wskazując na podłogę w rogu zakrystii. - 

Masz te swoje głosy!

Maya zaniemówiła na chwilę.

- No nie! To niesłychane! Do czego ludzie są zdolni! Żeby w zakrystii...

Nie było najmniejszych wątpliwości, w jakim celu wykorzystywano to pomieszczenie: 

background image

jako miejsce miłosnych schadzek.

- Można by to nazwać świętokradztwem - rzekł Simon.

- Wyjdźmy stąd, to odrażające.

- Poczekaj, musimy spróbować ustalić, kto tu bywa.

- Po co? To czyjeś prywatne życie, nie chcę w nim węszyć.

Ale on już zaczął przyglądać się rzeczom na podłodze w rogu.

- Przypuszczam, że spotyka się tu nie byle kto - powiedział. - Bielizna pościelowa jest 

bardzo elegancka.

- Ja nazwałabym tych ludzi raczej byle kim - odparła Maya, zdegustowana widokiem, 

jaki tam zastała.

Simon schylił się i podniósł coś z podłogi.

- Co znalazłeś?

- Długopis. Chyba wypadł komuś z kieszeni. Dobrej jakości, na pewno kosztował 

więcej niż dwie korony. Chodź, idziemy stąd. Ja też źle się tu czuję.

Otoczywszy ją ramieniem, wyszedł razem z nią na zewnątrz.

- Zagadka została rozwiązana - westchnęła z ulgą Maya. - Gdyby z równą łatwością 

udało się nam rozwiązać też tę drugą, to...

Gdzieś z gęstwiny lasu dobiegło nagle pohukiwanie sowy. Maya, przestraszywszy się, 

mimo woli sięgnęła znowu po rękę Simona.

Simon przyciągnął ją do siebie.

- Piękna z ciebie dziewczyna - powiedział ciepło. - Szkoda, że nie spotkałem cię 

wcześniej.

- Jeszcze przed Gitte? - nie zdołała się powstrzymać.

- Tak. Ale zastanawiam się, jak wtedy potoczyłoby się nasze życie. Gdybym spotkał 

Gitte po tobie. Byłby wtedy problem.

Maya nic nie mogła na to poradzić, ale słysząc imię tej kobiety, traciła panowanie nad 

sobą.

- Hipotetyczne teorie mnie nie bawią - prychnęła urażona. - Doskonale wiem, że nie 

jestem godna zawiązać jej nawet sznurowadeł, ale to nie znaczy, że nic nie czuję. Owszem, 

czuję, a ty wykorzystujesz to, żeby mnie poniżyć.

Simon zatrzymał się nagle. Popatrzył na nią zdziwiony.

- Ależ Mayu - szepnął. - Za bardzo bierzesz to sobie do serca.

Dziewczyna westchnęła rozgoryczona.

-  Myślałam,   że   uda  mi   się  tak   zwyczajnie,   po   przyjacielsku,   sprawić,   żeby  twoje 

background image

ostatnie tygodnie były miłe i ciepłe i żebyś zapomniał o wszystkim, ale ty nie robisz nic 

innego, tylko ciągle paplesz o tej zimnej plastykowej lalce. Doprowadziłeś wreszcie do tego, 

że się zdemaskowałam. Także przed samą sobą, bo nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak 

dużo dla mnie znaczy to, co ty...

Łzy nie pozwoliły jej dopowiedzieć wszystkiego do końca. Rzuciła się do ucieczki.

Simon dogonił ją natychmiast i zamknął w swych ramionach, mimo że ona zażarcie 

się przed nim broniła.

- Proszę cię, uspokój się! - wycedził przez zęby. - Nie przyszło ci do głowy, że może ja 

ciebie też lubię?

- Też, no właśnie! Sam to mówisz. Mnie też lubisz. Oprócz Gitte.

- Przecież nie to miałem na myśli i ty dobrze o tym wiesz. Czy chcesz poznać prawdę?

Maya poczuła nieodpartą ciekawość. Wszystko to działo się w cudownej scenerii - 

niedaleko na pustym cyplu stał opuszczony kościółek, a przed nimi rozciągało się bezkresne 

morze. Znajdowali się w świecie jedynym i niepowtarzalnym. Ludzie byli dopiero za lasem, 

lecz niewiele ich obchodzili.

- Czy mogę zatem usłyszeć tę prawdę?

- Kiedy wyznałaś mi, że jesteś dziewicą, zapragnąłem, bym to ja... Ale oczywiście od 

razu   odrzuciłem   to   niedorzeczne   pragnienie.   Człowiek   nie   powinien   być   tak   okrutny   i 

samolubny.

Maya doskonale rozumiała, co miał na myśli. Nie potrafiła mu jednak odpowiedzieć. 

Wprost oniemiała na samo wyobrażenie ich dwojga razem.

- Najlepiej będzie, jeśli pójdziemy już do domu - pisnęła, ponieważ głos odmówił jej 

nagle posłuszeństwa.

Simon jednak nadal mocno ją trzymał. Po chwili pocałował ją lekko w czoło. Tylko w 

czoło.

- Masz takie czyste i piękne czoło - szepnął nie bez wzruszenia. - Bardzo bym chciał 

być z tobą przez te ostatnie tygodnie. Po przyjacielsku. Ale jeśli stanę się dla ciebie ciężarem, 

wtedy skończymy naszą znajomość. Zgadzasz się?

- Nie. Po pierwsze, nie będziesz dla mnie żadnym ciężarem, a po drugie, ty mnie 

potrzebujesz.

Simon  pomyślał  o  tabletkach,  które  zawsze  nosił  przy  sobie.  O  tych,  które  miały 

skończyć wszystko, szybko i bezboleśnie.

- Wiesz co, Mayu? Za każdym razem, kiedy się spotykamy, podobasz mi się coraz 

bardziej. Już w pociągu podobałaś mi się szalenie.

background image

A więc możesz zapomnieć o Gitte? pomyślała Maya. Miała się jednak na baczności, 

by nie wspomnieć o niej głośno.

Mocno objęci szli przez las z powrotem do samochodu.

- Powiedz mi, czy ty nigdy się nie załamujesz?

- Owszem - odrzekł powoli. - Kiedy jestem sam, popadam w przygnębienie. Ale nie 

obawiaj się. Nie będę cię zamęczać swoimi zgryzotami.

- Nie obawiam się. Chciałabym, żebyś był po prostu sobą, kiedy będziesz razem ze 

mną. Na dobre i na złe.

Simon nic nie odpowiedział. Idąc dalej pomyślał, że Gitte jest zupełnie inna. Zawsze 

domagała   się,   by   zachowywać   się   właściwie.   Podziwiał   ją   za   jej   pewność   siebie   i 

opanowanie. Potrafiła sprostać każdej sytuacji w życiu, choć jednocześnie była wzruszająco 

bezradna   w   sprawach   praktycznych.   Czuł   się   dumny   z   siebie,   gdy   mógł   pomóc   jej   w 

przestawieniu regału, w usunięciu popiołu z kominka, w noszeniu ciężkich bagaży. Ona zaś 

podziwiała go za to.

Maya tymczasem wydawała się bardziej naturalna w swej nieświadomej kobiecości i 

dziecinności zarazem.

Była sobą, nie zdając sobie sprawy z tego, jak się zachowuje. Gitte zaś była świadomie 

bezbronna. Świadomie zraniona, kiedy dosięgły ją plotki. Nieoczekiwanie narzuciła sobie rolę 

skrzywdzonej,   biednej   żony,   która   zrobiła,   co   mogła,   by   uratować   chociaż   resztki. 

Postanowiła,   że   powinni   się   rozstać,   zanim   zanadto   siebie   zranią.   Postąpiła   właściwie   i 

odważnie.

Co za dziwne myśli o Gitte przychodziły mu teraz do głowy. A była przecież taka 

ładna.  Nikt na  świecie  nie  miał  takiej  żony.  Ich  małżeństwo  rozpadło  się  przez  jakiegoś 

nieznanego potwora, który nieźle się bawił, obserwując ich tragedię. Biedna Gitte...

Zupełnie mimo woli cofnął rękę z ramienia Mai.

Doszli już do samochodu. Stał zaparkowany na szczycie wzgórza pod samym lasem. 

U   ich   stóp   leżał   port   w   Kyrkudden,   wymarły   port   z   wrakami   łodzi   rybackich   i 

pozostałościami   pomostu.   Domy  stały  rozsiane   po   całym   zboczu   wzgórza,   dlatego   droga 

biegła najpierw stromo w dół ku muldzie przy porcie, a następnie znowu w górę ku głównej 

szosie prowadzącej do Mark.

- Siadaj - powiedział nieuzasadnienie oschle, zły na siebie samego.

Maya usiadła posłusznie, nie mówiąc ani słowa. Zauważyła, że Simon stał się nagle 

zupełnie inny, przypuszczała jednak, że zmienił się pod wpływem myśli o chorobie. Biedny 

Simon, ubolewała w duchu, mechanicznie napinając pasy.

background image

Uruchomił silnik, nadal nie odzywając się ani słowem. Samochód ruszył z miejsca. 

Jechał coraz szybciej. Simon nacisnął na hamulce.

- Nie działają hamulce!

- Co ty mówisz?!

Próbował zaciągnąć hamulec ręczny. Niestety, on też nie stawiał oporu.

- Jezus Maryja, Mayu!

- Pędzimy prosto w dół! Czy mam odpiąć pasy? - krzyknęła.

- Nie, trzymaj się mocno, spróbuję zatrzymać się przy tartaku.

Samochód pędził jak szalony po pochyłym zboczu. Maya siedziała wyprostowana i 

sztywna, mocno przyciskając plecy do oparcia fotela i opierając ręce na desce rozdzielczej. 

Panie Boże, ja nie chcę wpaść do wody. Spraw, żeby się tak nie stało. To jedyna rzecz, której 

zawsze się bałam.

Byli już na dole przy wjeździe do tartaku. Simon gwałtownie skręcił kierownicę w 

lewo. Przez ułamek sekundy obojgu przebiegła przez głowy przerażająca myśl, że być może 

nie działa także ona. Na szczęście mylili się.

Samochód skręcił tak raptownie, że przez chwilę sądzili, iż się wywróci. Nie zdołali 

jednak wjechać na drogę prowadzącą do bramy, lecz pędzili prosto przed siebie, wymijając 

pnie drzew, dziury w ziemi i rozmaite rupiecie porozrzucane wokoło.

Maya krzyknęła głośno, widząc, że nie uda im się uniknąć wjechania prosto w szopę.

Nagle zrobiło jej się czarno przed oczami. Nie wiadomo, czy zdążyła jeszcze poczuć 

ból czy nie. Tego nie wiedziała nawet ona sama.

background image

ROZDZIAŁ VII

Na   szczęście   straciła   przytomność   nie   na   długo.   Może   zaledwie   na   kilka   sekund. 

Ocknęła się, słysząc pytanie Simona:

- Mayu, Mayu, czy nic ci się nie stało?

W jego głosie  dał  się wyczuć  prawdziwy  strach.  Przez  chwilę  miała  ochotę  udać 

nieprzytomną tylko po to, aby usłyszeć jeszcze więcej. Mimo to szybko otworzyła oczy.

- Jak się czujesz? - powtórzył pytanie.

- Nie wiem. Wszystko zrobiło się nagle czarne.

- Uderzyliśmy całkiem nieźle. Myślisz, że nic ci się nie stało?

- Tak mi się wydaje. Ale nie jestem pewna, okaże się potem. Dlaczego zemdlałam?

- Chyba uderzyłaś głową o przednią szybę.

- A ty? Czy wszystko w porządku?

- Tak, jakoś dałem sobie radę. Trochę tylko boli mnie kolano.

- Jakie to szczęście, że udało ci się tak ładnie z tego wybrnąć!

- Ładnie? - prychnął Simon. - Przecież samochód do połowy tkwi w środku szopy.

- Wolę już to niż leżeć na dnie morza.

- Niewątpliwie masz rację. Co teraz zrobimy? - spytał nie bez goryczy.

Maya zastanawiała się głośno:

- Mógłbyś oczywiście przenocować u mnie, ale to chyba nie jest najlepszy pomysł. Z 

wielu powodów.

- Myślę, że powinniśmy unikać takich sytuacji. Może mogłabyś zadzwonić po jakiś 

samochód?

-   Sama   nie   wiem...   Musiałabym   obudzić   gospodynię.   A   ona   nie   jest   dla   mnie 

specjalnie miła. Zna plotki na nasz temat. Lecz jeśli chcesz, oczywiście to zrobię.

- Nie, nie zawracaj sobie głowy, dość już znosiłaś nieprzyjemności z mojego powodu.

- Tylko w ostatnim czasie - bąknęła Maya. - Ale to nic, jestem odporna.

Z okolicznych domów biegło kilku niekompletnie ubranych ludzi.

- Co się stało? - krzyczeli.

Simon wysiadł z samochodu.

- Hamulce zawiodły - powiedział krótko. - Czy macie telefon?

- Tak.

- Czy mógłby pan zadzwonić po policję? I po taksówkę? Albo nie, wolę sam poczekać 

na policję.

background image

- A pani nic się nie stało? Może wezwać pogotowie?

Maya wygramoliła się nie bez wysiłku z auta.

- Nie trzeba, dziękuję, uderzyłam o szybę, ale niezbyt mocno. Mieszkam tu niedaleko, 

zaraz pójdę do domu i położę się do łóżka. To mi najlepiej zrobi.

- Rzeczywiście, teraz panią poznaję. - Mężczyzna zawahał się. - Jeśli nikt nie jest 

ranny, to policja chyba nie przyjedzie.

-   Istotnie,   nikt   nie   odniósł   poważniejszych   obrażeń,   ale   to   była   próba   zabójstwa. 

Wszystkie przewody hamulcowe są poprzecinane - oznajmił chłodnym głosem Simon.

- O Boże! Już biegnę!

Mężczyzna zniknął, jego żona zaś zajęła się Mayą. Trochę kręciło jej się w głowie. 

Tak bardzo chciałaby zostać z Simonem, jednakże on był nieubłaganie surowy.

- Nie należy lekceważyć wstrząsu mózgu. Nie chcę cię mieć na sumieniu. Jutro po 

południu przyjadę po ciebie do biura.

Uczynna kobieta wyprowadziła swój samochód z garażu i odwiozła poszkodowaną.

Gdy   Maya   zamierzała   się   położyć,   ujrzała   światła   policyjnych   radiowozów. 

Przypomniała   sobie   wtedy   blask   reflektorów,   który   widzieli   z   opuszczonego   kościółka. 

Sądzili, że to ktoś wracał tak późno do domu na Kyrkudden. Mylili się. Ten samochód jechał 

z powrotem. Samochód sprawcy?

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie pobiec do tartaku i nie powiedzieć policji o 

swym odkryciu, była jednak zbyt zmęczona, by to uczynić. Poza tym znajdowała się w szoku, 

wywołanym raczej nie bezpośrednio uderzeniem, lecz przerażeniem, że ktoś chciał wyrządzić 

im krzywdę.

A właściwie Simonowi. Zsunęła na bok firanki, by lepiej widzieć. W oddali, przy 

porcie, dostrzegała ludzi ruszających się w jaskrawym świetle samochodowych reflektorów. 

Wśród   nich   był   też   Simon.   Może   powinna   go   poprosić,   by   zamieścił   w   gazecie   anons 

obwieszczający, że zostało mu jeszcze tylko parę tygodni życia, i w ten sposób udaremnił 

ewentualne kolejne zamachy?

To chyba nie był dobry pomysł.

Czas mijał zbyt szybko. Jego życie dobiegało kresu, a ona nie zdążyła mu jeszcze 

okazać, jak bardzo jej  na nim zależy. Lecz takie demonstrowanie uczuć prawdopodobnie 

tylko dotknęłoby go boleśnie. A może powinna się poświęcić, pójść do Gitte i powiedzieć jej: 

„Postaraj się być trochę milsza dla Simona, bo on właśnie umiera”?

Nie, tak szlachetna niestety nie jestem, pomyślała wzburzona.

Simon zadzwonił do niej do pracowni. Zarumieniona aż po uszy, zarówno z powodu 

background image

miłego zaskoczenia, a także z zakłopotania i obawy, co szef powie na prywatną rozmowę w 

czasie pracy, wydyszała w słuchawkę nieśmiałe „cześć”.

- Jak się czujesz? - spytał miłym i niezwykle ciepłym głosem.

- Dobrze, nie zauważyłam niczego niepokojącego. Chyba po prostu zostałam trochę 

oszołomiona.   To   wszystko   stało   się   tak   szybko   i   nieoczekiwanie...   A   jak   policja?   Co 

powiedzieli?  Wprost   umierałam   wczoraj   z   ciekawości,   miałam   ochotę   nawet   wrócić,   ale 

dałam spokój. Długo to trwało?

- Wygląda  na to, że  ktoś chyba  rzeczywiście  poprzecinał przewody hamulcowe,  i 

jedne, i drugie. Prawdopodobnie liczył na to, że wylądujemy w wodzie.

- Przecież wcześniej czy później wyszłoby na jaw, że ktoś coś majstrował przy twoim 

samochodzie.

- Oczywiście. Ale temu komuś zależało przede wszystkim na tym, żeby skończyć z 

nami. A właściwie ze mną. Posłuchaj, czy jesteś w stanie zrobić dla mnie coś trudnego?

- Dla ciebie mogę zrobić wszystko.

- Ale to jest naprawdę trudne. Powiedz, czy jeśli wstąpię po ciebie po pracy, zechcesz 

pojechać ze mną do Gitte? Ja muszę, po prostu muszę oczyścić atmosferę i wszystko wreszcie 

wyjaśnić.

Było   to   trudne,   zgadzała   się   z   nim   w   zupełności.   Trudniejsze   nawet,   niż   sobie 

wyobrażał.

Gdy jej milczenie przedłużało się, dodał pospiesznie:

-   Jesteś   mi   tam   potrzebna.   Bardzo   bym   cię   prosił,   żebyś   opowiedziała   o   dwóch 

ostatnich latach twego życia. Ja już z tysiąc razy stawałem przed nią i zapewniałem o swojej 

niewinności. Twoje słowa będą miały może większą siłę przekonywania.

- Czy na pewno? Jeśli przyjdziemy razem?

- Przecież nie pojedziesz tam sama, bo to mogłoby się okazać dla ciebie zbyt przykre. 

Gitte odwróciłaby się na pięcie i w ogóle by cię nie wysłuchała.

- A czy to nie o niej mówiłeś przypadkiem, że to taka wrażliwa i subtelna osoba? - 

spytała Maya dosyć chłodnym tonem.

- Tak, ale nie można wymagać od niej zbyt wiele.

A ode mnie można? pomyślała Maya. Nie, przecież Simon powiedział, że nie powinna 

jechać tam sama.

- Dobrze - odparła krótko. - Pojadę. Tylko może powinnam się przebrać.

- Ty zawsze ładnie wyglądasz, niezależnie od tego, w co jesteś ubrana. Poza tym jakie 

znaczenie ma strój?

background image

- Przypuszczam, że dla Gitte Svendsen dosyć duże.

- Ona nie nazywa się Svendsen, tylko Dalen.

- Wszystko mi jedno. Pojadę z tobą, jesteśmy umówieni - Maya skończyła rozmowę i 

rzuciła słuchawkę.

Kiedy ona wreszcie nauczy się panować nad emocjami? Czyż ta baśniowa Gitte nie 

była wzorem samoopanowania? I to właśnie z nią Maya miała się spotkać. A na dodatek 

odpowiadać na jej pytania! Zdawać relację z ostatnich dwóch lat swego życia. Co one mogły 

obchodzić tę przeklętą damulkę?

Maya cisnęła ze złością linijkę na stół, aż koledzy podskoczyli na krzesłach.

Simon zjawił się o umówionej godzinie, ubrany staranniej niż zawsze do tej pory, i 

razem wyjechali z miasta, w kierunku przeciwnym do Kyrkudden. Specjalnie na ten dzień 

wynajął eleganckie volvo.

- Gdzie oni mieszkają? - spytała Maya.

-   Nie   wiesz,   gdzie   mieszkają   Svendsenowie?   -   odparł   zdumiony.   -   Myślałem,   że 

wszyscy ludzie znają ich ogromną stadninę.

- Nie obracam się w tych kręgach - powiedziała bardziej oschle, niż zamierzała. - 

Czyli oni też zajmują się końmi? Jak twój ojciec.

-   Właśnie   dzięki   nim   Gitte   i   ja   się   spotkaliśmy.   Ojciec   i   Svendsen,   jako   starzy 

koniarze, znali się już od dawna. A ja poznałem Gitte...

- Oszczędź mi tych detali - rzekła Maya.

Nie dodał już ani słowa. Może wreszcie zrozumiał.

Zbliżali   się   do   domu   przypominającego   arystokratyczną   posiadłość,   ogromnego   i 

jasnego, położonego na wzgórzu.

- A więc to tutaj oni mieszkają - odezwała się Maya. - Tak, znam ten dom bardzo 

dobrze, byłam tu jako dziecko, razem z ojcem. Tutaj zawsze było pełno koni, to prawda. Ale 

nie miałam pojęcia, że to dom Svendsenów. Nic mi jeszcze nie powiedziałeś, co ustaliła 

policja?

Simon skręcił w drogę prowadzącą ku posiadłości. Bardzo wprawnie, jakby robił to 

wiele razy przedtem.

Trzymaj się, żadnego ubolewania nad sobą, mobilizowała się Maya.

- Właściwie to nic szczególnego. Uznaliśmy zgodnie, że nie należy informować o tym 

prasy. Nie chciałbym, żeby mój teść wyczytał w gazetach jakieś kolejne sensacje dotyczące 

mojej osoby.

- O Boże - bąknęła Maya zrezygnowana.

background image

Jakiś młody chłopak poinformował ich, że Gitte znajduje się na jednym z wybiegów i 

trenuje młodą klacz.

- Świetnie - powiedział Simon, kierując się od razu w tamtą stronę. - Dzięki temu 

unikniemy spotkania z jej  ojcem, który nigdy nie daje jej  dojść do głosu, kiedy próbuję 

rozmawiać z nią o wszystkich tych nieporozumieniach. To tylko jego wina, że między mną a 

Gitte nie ułożyło się na nowo. Ona nie ma nawet możliwości, by mnie wysłuchać.

Oczywiście, pomyślała Maya nie bez ironii. A czy to przypadkiem nie ona wyniosła 

się   z   domu?   Żebyście   nie   zaczęli   zadawać   sobie   nawzajem   bólu?   Jakie   to   słodkie! 

Rozczulająco słodkie!

Simon ściskał nerwowo kierownicę. Serce waliło mu jak młotem. Czy Gitte zechce 

wreszcie go wysłuchać? Teraz, kiedy przywiózł ze sobą Mayę? Ona powie wszystko bez 

ogródek, wyjaśni, jak było. Skoro Gitte nie wierzy jemu, to teraz musi uwierzyć Mai. To 

niemożliwe, by ktoś, kto mówi z takim przekonaniem, mógł kłamać.

Nawiasem   mówiąc,   Maya   zachowywała   się   dziwnie.   Siedziała   cicho   na   swoim 

miejscu, wciśnięta w róg, jakby chciała odsunąć się od niego. Sprawiała wrażenie dotkniętej. 

Cóż, to nie było zbyt miłe z jego strony, że postanowił zabrać ją na tę nieprzyjemną rozprawę, 

ale naprawdę jej potrzebował i potrafił docenić, że mu nie odmówiła. Doskonale wiedział, że 

Maya życzy mu jak najlepiej, nawet jeśli czasami jest dla niego trochę opryskliwa. Wybaczał 

jej to jednak, bo przecież ona nigdy jeszcze nie kochała nikogo tak, jak on kochał Gitte, i 

dlatego nie mogła zrozumieć, co znaczy dla niego odzyskanie żony, zwłaszcza teraz, kiedy 

zostało mu tak niewiele czasu. Gitte dostanie wszystko po nim, odziedziczy jego skromny 

majątek.

Uświadomiwszy sobie, jak bardzo Maya pragnie umilić mu jego ostatnie chwile, od 

razu pomyślał o niej ciepło. W tej dziewczynie tkwiło tyle dobrego, Simon cieszył się, że 

zdążył ją jeszcze poznać.

Jest! Simon dostrzegł Gitte. Siedziała wyprostowana na końskim grzbiecie i jeździła 

wkoło po ujeżdżalni. Zrobiło mu się ciepło na sercu na jej widok.

Chociaż... Po chwili z trudem powstrzymał się od śmiechu. Czyż nie wyglądała trochę 

zabawnie, kiedy tak podskakiwała to w górę, to w dół, odbijając się od siodła? Oczywiście nie 

wynikało to z jej błędu czy nieumiejętności, tylko z nierównego kłusa konia.

Simon zaczerwienił się. Nie chciał, by Maya oglądała Gitte w takiej sytuacji.

Ale   Maya   wydawała   się   w   ogóle   niezainteresowana   jeźdźcem.   Była   zatopiona   w 

świecie własnych myśli, jej oczy błądziły gdzieś, rozmarzone.

Simon  zatrzymał  samochód  i  oboje wysiedli.  Gitte,  spostrzegłszy  ich,  przeszła  do 

background image

stępa. Po dłuższej chwili wahania ruszyła w ich stronę, poruszając się nadal w tym zabawnym 

rytmie. Co za przeklęty koń, że też akurat dzisiaj musiała wybrać sobie właśnie takiego.

Uśmiechnęła się do nich uprzejmie.

- Simon, to ty? - powiedziała, nie zwracając uwagi na Mayę.

- Przyjechaliśmy, żeby z tobą porozmawiać, jeśli oczywiście masz czas.

Że też mój głos musi brzmieć tak poddańczo, pomyślał Simon, podczas gdy Gitte 

zeskoczyła z konia i oddała go młodej dziewczynie. Praca w stajni była dla wielu nastolatek 

spełnieniem marzeń. Zazwyczaj wynikało to z ogromnej miłości do koni, typowej dla tego 

wieku, ale niejedna z nich pragnęła też znaleźć się w ten sposób w męskim świecie, w którym 

miałaby sposobność spotkać młodych chłopców. Nierzadko jednak nastolatki te doświadczały 

ogromnego rozczarowania: spotykały bowiem nie chłopców, tylko znowu dziewczyny.

Simon ściągnął brwi. Ta mała bezbarwna narośl, jaką Gitte miała obok nosa, zawsze 

bardzo go rozczulała, uważał ją za czarujący dowód na to, że nawet najdoskonalsza piękność 

może mieć swoje niedostatki. Ale teraz ten defekt jej urody drażnił go, ponieważ patrzył na 

Gitte oczami Mai.

- A o czym chcecie rozmawiać? - spytała nieśmiało, zdejmując z głowy - też śmieszny 

- jeździecki toczek, spod którego rozsypały się wspaniałe włosy.

Simon nabrał głęboko powietrza.

- Niedawno spotkałem przez przypadek w pociągu Maren Grandseter. Nie znaliśmy 

się, ale ponieważ siedzieliśmy w jednym przedziale, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, nadal nic 

nie wiedząc o sobie, nie mając pojęcia o tym, kto jest kto...

Gitte wyglądała na dość sceptyczną, w wyniku czego Simon stracił rezon.

Na szczęście Maya przyszła mu z pomocą.

- To prawda - potwierdziła z powagą. - Zanim tu przyjechałam, nigdy przedtem nie 

słyszałam o tych przedziwnych plotkach dotyczących Simona Dalena i mnie. Ktoś musi wam 

bardzo źle życzyć - albo tylko jednemu z was - ja zaś mogę zapewnić, że nigdy nie urodziłam 

żadnego dziecka.

- Może je usunęłaś - rzekła Gitte, wyraźnie bezbronna i przygnębiona.

Simona ogarnęła wściekłość. Dokładnie to samo powiedział wcześniej, lecz gdy teraz 

usłyszał te słowa w ustach innej osoby, zrozumiał, jak bardzo musiały boleć.

- To nieprawda - odparł. - Maya w ogóle nigdy dotąd nie utrzymywała bliższych 

znajomości z mężczyznami.

Gitte wykrzywiła usta w ledwie zauważalnym ironicznym uśmiechu. Simon czuł, że 

traci panowanie nad sobą. Po co on tu właściwie przyjechał, przecież nie po to, żeby bronić 

background image

Mayę! I to przed Gitte! Wszystko było zupełnie na opak. Nie miał pojęcia, jak w tej sytuacji 

mógł dojść do jakiegokolwiek porozumienia ze swoją żoną.

Gdy Maya otworzyła usta, on cały dygotał, ponieważ nie była to odpowiednia chwila 

na jej wyznania.

- Simon poprosił mnie, abym tu z nim przyjechała - zaczęła opanowanym głosem, lecz 

on wyraźnie słyszał, że ów spokój dużo ją kosztował. - Ma nadzieję bowiem, że po usłyszeniu 

tego,   co   ja   mam   do   powiedzenia   w   całej   tej   sprawie,   zrozumie   pani,   że   wszystkie   te 

niedorzeczności, o jakie go pomawiano, są wyssane z palca.

Ładne i zatroskane oczy przyglądały jej się uważnie. Ale Maya od razu dostrzegła w 

nich lodowato zimny błysk.

- Proszę mi przypomnieć, czy my już gdzieś się nie spotkałyśmy? Czy to nie pani 

próbowała kiedyś kształcić się w sztuce tańca jazzowego, nie rozumiejąc, że nie spełnia pani 

podstawowych warunków zarówno pod względem wagi, jak i muzykalności?

- Tak, to ja. Nie uważam jednak, aby nauczycielka na kursie dla amatorów miała 

prawo odbierać jego uczestnikom radość z tańca. Nawiasem mówiąc, później uczęszczałam 

jeszcze na inny kurs tańca, na którym instruktor był zupełnie innego zdania niż pani. Ale 

chyba nie o tym miałyśmy mówić. Wydaje mi się, że pani chyba nie wie, co to jest lojalność 

małżeńska?

-   Nie   mam   najmniejszej   ochoty   prowadzić   z   panią   dyskusji   na   temat   mojego 

małżeństwa.

- Byliście zaledwie dwa miesiące po ślubie, a pani z powodu zwykłych plotek po 

prostu odeszła. W ogóle nie słuchając, co w tej sprawie ma pani do powiedzenia mąż, nie 

zadając sobie trudu, żeby się przekonać...

- Wystarczy - przerwał jej Simon. - Posłuchaj, Gitte, nie chciałem, aby ta rozmowa 

przebiegała w ten sposób, ale nie wziąłem pod uwagę tego, że Maya bywa czasami mało 

dyplomatyczna.

- Co takiego? - wydyszała Maya. - Wobec tego radź sobie sam, ja mam dosyć. Wracam 

do domu. Na pewno jeździ tu jakiś autobus.

I odeszła, ani razu nie .odwracając się za siebie.

- Maya, poczekaj! - zawołał Simon. - Gitte, ja... Jeszcze to na dodatek!

Nigdy dotąd nie czuł się tak upokorzony. Co za żałosną figurę zrobił z siebie! Splótł 

ręce,   wstrzymał   na   chwilę   oddech,   jakby  chciał   się   skupić,   i   wreszcie   rzucił   zduszonym 

głosem:

- Zobaczymy się później, Gitte. Nie mogę zostawić Mai samej na pustej drodze.

background image

Po czym wsiadł do samochodu i odjechał.

Dogonił ją bardzo szybko i otworzył drzwi.

- Wsiadaj! - rzucił krótko.

Odwróciwszy od niego twarz, pokręciła głową.

- Nie upieraj się i wsiadaj! Do miasta jest stąd daleko. A jeszcze dalej do Kyrkudden.

Z wyraźnym ociąganiem wsiadła wreszcie, nadal odwracając się od niego, i ruszyli 

dalej.

Zapanowała przygniatająca cisza.

Nie zdążyli ujechać wiele, gdy zobaczyli zbliżający się z przeciwka samochód. Simon 

nagle zahamował i to samo zrobił kierowca drugiego auta. Zatrzymali się tuż obok siebie.

- A co ty tu robisz, Sten? - powiedział zaskoczony Simon.

Przystojny lekarz uśmiechnął się.

- Jadę do Svendsena, ma znowu kłopoty z ciśnieniem.

- Nic nowego.

- A ty, co ty tu robisz? Jak widzę, towarzyszy ci Maya przez Y?

Zdziwienie Stena Modina było rzeczywiście uzasadnione.

- Wybraliśmy się tutaj, żeby porozmawiać z Gitte, ale nie udało się. Dam ci dobrą radę 

na przyszłość: unikaj za wszelką cenę znalezienia się między dwiema kobietami!

Lekarz Simona uśmiechnął się serdecznie, pełen zrozumienia dla przyjaciela.

- Domyślam się, że to może nie być zbyt przyjemne! No, ale muszę się pospieszyć, 

Jego Wysokość czeka.

Pożegnali się. Simon ruszył dalej w kierunku bramy.

- Ojej! - powiedział nieoczekiwanie.

Ponieważ Maya nie odezwała się, dodał sam, nie proszony:

- Kim jest ten mężczyzna? Gdzieś go już widziałem.

Gdy   nie   usłyszał   żadnej   odpowiedzi   z   rogu   samochodu,   wzruszył   ramionami. 

Mężczyzny już nie było. Wszedł do stajni.

Przez całą drogę do Mark Maya nie odezwała się ani słowem. Jednakże kącikiem oczu 

Simon dostrzegł, że wyjęła z torby chusteczkę i bezustannie wycierała nos.

O Boże, ta dziewczyna płacze, czy to możliwe?

Muszę kupić jej coś ładnego, pomyślał, przecież zrobiła, co mogła.

Czuł się fatalnie. Nie tylko z powodu tego, co się wydarzyło, ale tak w ogóle, jakby 

gnębiło go coś więcej.

Maya wspomniała o braku lojalności w małżeństwie. Dopiero teraz zaczął się nad tym 

background image

zastanawiać.

Nie przypominał sobie, aby Gitte była tak drapieżna i surowa. Z drugiej strony, trudno 

jej się dziwić, musiała się wiele nacierpieć, biedna dziewczyna.

Gitte, jego małe kociątko!

Kociątko z pazurkami...

Nic dziwnego, że Maya  wyprowadziła ją z równowagi, nawet anioł by chyba nie 

wytrzymał, musiała więc odpłacić tą samą monetą!

Ale czy to przypadkiem nie Gitte zaczynała mówić agresywnie za każdym razem? 

Maya była na samym początku spokojna. Czy też nie, Simon nie pamiętał.

Nie   udało   mu   się   powiedzieć   niczego   z   tego,   co   zamierzał.  Ani   o   tym,   że   Gitte 

dostanie po nim wszystko, ani że tak desperacko pragnął być razem z nią przez te tygodnie - 

nie wyjawiając jednak, dlaczego.

Wszystko na nic. Biedna Gitte, jakie to spotkanie musiało być dla niej okropne! Ale 

nawet przez ułamek sekundy nie dała po sobie poznać, że jest wzburzona. Gitte była zawsze 

opanowana.

Nie pamiętał jednak, aby oczy jego żony były do tego stopnia pozbawione wyrazu. 

Aby miała tak... bezosobowy wygląd. W niej w ogóle nie ma życia, pomyślał.

Nie, jest niesprawiedliwy. Po prostu sparaliżowało ją ich nagłe pojawienie się. Sam 

musi   przyznać,   że   zachował   się   nieodpowiedzialnie,   zabierając   ze   sobą   Mayę.   Gitte   z 

pewnością stoczyła ze sobą twardą walkę, by zachować twarz.

Byli już w centrum miasta. Simon zatrzymał się przed perfumerią.

- Poczekaj na mnie, zaraz wracam - powiedział.

Zawsze obdarowywał perfumami Gitte, dlatego sądził, że wszystkie kobiety lubią ten 

rodzaj upominków. Instynktownie rozumiał jednak, że perfumy Gitte nie będą odpowiednie 

dla Mai, ale nie znał żadnej innej marki.

Wybrał wreszcie jedne z najdroższych i pospiesznie opuścił sklep.

Samochód był pusty. Ale do drzwi przypięty był list.

Simon usiadł i zaczął czytać:

Do Simona.

Teraz mam już Cię naprawdę dość. Ze wszystkich głupich stworzeń chodzących po tej 

ziemi Ty jesteś najgłupszy. Nie mogę znieść, kiedy tak przystojny i silny mężczyzna płaszczy 

się i poniża przed taką kobietą. I na dodatek poniża jeszcze mnie. Nigdy dotąd nie poczułam 

się tak upokorzona, i to nie tylko przez nią! Weź sobie tę swoją plastykową małżonkę i żyj z  

nią w spokoju. Myślałam, że zdołam Ci umilić ten czas, i robiłam to, dopóki byłam w stanie, 

background image

nie potrafię jednak walczyć przeciwko takiemu monstrum jak ona ani przeciwko komuś tak 

naiwnemu jak Ty. W twoim życiu nie ma dla mnie miejsca, jestem Ci potrzebna jedynie do 

tego, żebyś mógł ją odzyskać. Wracam do mojego więzienia w Oslo, tu nie mam już nic do 

roboty.

Maya

PS. Życzę Ci wszystkiego dobrego. Abyś pokonał chorobę i był szczęśliwy. Wybacz 

wszystko zbyt porywczej wielbicielce!

Simon złożył list i uruchomiwszy samochód, popędził jak szalony ku Kyrkudden.

Aby uciec do domu, a właściwie aby uciec przed Simonem, Maya zdecydowała się 

wziąć taksówkę, na którą tak naprawdę nie było jej wcale stać.

Gdy   znalazła   się   na   Kyrkudden,   zobaczyła,   że   przed   jej   domem   stoi   policyjny 

samochód, co nie zdziwiło jej specjalnie, ponieważ sądziła, że chciano usłyszeć od niej więcej 

informacji na temat wypadku z samochodem.

Jak się jednak okazało, chodziło nie o wypadek samochodowy, lecz o coś znacznie, 

znacznie gorszego.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Przed domem stało także kilku sąsiadów. Drżeli i wyglądali na przemarzniętych, mimo 

że na dworze wcale nie było tak zimno. A może coś ich przeraziło? Może przeżyli szok?

Należy przypuszczać, że gdy tylko zobaczyli wóz policyjny, od razu zaczęli węszyć 

coś podejrzanego.

Kiedy Maya, wydając swe ostatnie pieniądze, płaciła za taksówkę, z góry nadjechał 

jak szalony Simon. Uważaj, powiedziała do niego w duchu. Czy nie widzisz, że powinieneś 

jechać zgodnie z przepisami, jeśli zależy ci na zachowaniu prawa jazdy?

Ale on przecież ją ścigał! Maya nie wiedziała, czy był szczęśliwy czy zrezygnowany. 

Prawdopodobnie i jedno, i drugie.

Zatrzymał się tuż obok akurat w tym momencie, gdy jeden z policjantów zwrócił się 

do niej.

- Czy Maren Grandseter?

- Tak.

Ten obcy mężczyzna nie miał zbyt pewnej miny.

- Proszę, żeby pani udała się z nami...

Maya przeraziła się nie na żarty.

- Na komisariat?

- Nie, musimy panią prosić o pomoc w dosyć nieprzyjemnej sprawie. Pojedziemy do 

opuszczonego kościoła.

Nie rozumiejąc, o co chodzi, skinęła tylko głową.

- Jadę z tobą - zaproponował Simon.

- Dobrze - bąknęła. Tak bardzo potrzebowała teraz jego obecności, że nie obchodziła 

ją ani Gitte, ani wszystko inne.

Wsiedli do policyjnego radiowozu i ruszyli pod górę w stronę lasu nad morzem. Kilku 

z sąsiadów próbowało podążyć za nimi, lecz, jak się przekonali, teren został zamknięty dla 

osób nieupoważnionych.

- Czy mógłby pan wyjaśnić, o co chodzi? - spytała Maya wylęknionym głosem.

-   Jak   wiecie,   zaczęto   właśnie   naprawiać   drogę   po   wiosennej   powodzi   -   odparł 

policjant. - Dzisiaj robotnicy doszli już do kościoła, ale wstrzymali prace, ponieważ ziemia 

osuwa się coraz bardziej....

- Tak, widzieliśmy to sami - potwierdził Simon.

-   No   właśnie.   Ponieważ   morze   regularnie   co   roku   wdziera   się   na   cmentarz, 

background image

przystąpiono do systematycznego przenoszenia grobów na nowy cmentarz w Mark. Ale w 

tym roku było gorzej niż kiedykolwiek. Cały kwartał grobów osunął się, zanim zdążono je 

zlikwidować. Pracujący tam robotnicy dokonali dziwnego odkrycia...

- To brzmi dosyć ponuro - powiedział Simon. Maya siedziała cały czas milcząc.

- Ma pan rację. Jak z pewnością wiecie, przy kościele nie chowano już nikogo od 

kilkudziesięciu lat. Groby, które osunęły się ostatnio, pochodziły jeszcze z dziewiętnastego 

wieku. Raczej trudno byłoby znaleźć dzisiaj krewnych pogrzebanych w nich osób...

Gdy dojechali już do kościoła, policjant pomógł Mai wysiąść z samochodu. Nadal nie 

rozumiała, o co chodzi w tym wszystkim.

Nieco   dalej,   na   cmentarzu,   stała   grupka   mężczyzn   pogrążonych   w   milczeniu. 

Wyraźnie czekali właśnie na nią. Byli wśród nich policjanci i robotnicy drogowi, a także 

grabarze.

Gdy   Maya   zbliżyła   się   do   nich,   dostrzegła   na   ich   twarzach   przygnębienie   i 

współczucie. Tymczasem policjant mówił dalej:

- Wiadomo, że jeśli chowa się zmarłych blisko brzegu morza, to ich szczątki po tylu 

długich latach  prawie nie  istnieją. Przenoszenie grobów to praca  wymagająca  niezwykłej 

staranności,   zwłaszcza   w   przypadku   grobów   zniszczonych   przez   siły   natury.   Jak 

wspomniałem, robotnicy dokonali właśnie osobliwego odkrycia...

Maya nadal nie mogła zrozumieć, co ona ma wspólnego z tym wszystkim. Mocno 

ściskała rękę Simona, czując, że te ponure twarze milczących mężczyzn nie wróżą niczego 

dobrego. Raz po raz zerkali w stronę plaży.

Policjant zaczerpnął głęboko powietrza.

- Mówiąc konkretnie, natrafili na... zwłoki, które nie wiadomo skąd znalazły się wśród 

tych prastarych grobów.

- Nie rozumiem...

Zaczęli schodzić ku plaży, gdzie pewnie prowadzono prace minionego dnia.

- Nie leżał nawet w trumnie, znaleziono go w jednym ze starych grobów, jedna ręka 

wystawała ponad wodą, która zalała grób.

Zatrzymali się w pewnej odległości od płachty kryjącej pod sobą coś przerażającego.

- Ale co Maya... Maren Grandseter może mieć z tym wspólnego? - spytał Simon, 

wyjmując jej te słowa z ust.

- Chcielibyśmy prosić panią o zidentyfikowanie zwłok.

- Mnie? - zdziwiła się Maya.

Jest pani jedyną osobą, która może to zrobić. Pani matka nie mieszka tutaj, prawda?

background image

Maya poczuła ból w żołądku.

- Nie, mieszka w Oslo - odrzekła bezbarwnym głosem.

-   Uprzedzam,   że   widok   nie   jest   przyjemny   -   kontynuował   policjant.   -   Zwłoki 

znajdowały się w ziemi przez dwa lata, tyle że piasek dosyć dobrze konserwuje. Dało się 

jeszcze   odczytać   albo   chociaż   odróżnić   litery   na   prawie   jazdy   i   karcie   kredytowej.   Nie 

najgorzej zachowało się też ubranie i włosy...

- Nie, ja nie chcę - szepnęła Maya, kryjąc twarz na piersi Simona. Wiedziała jednak, że 

musi to zrobić.

Już po wszystkim Simon zaprowadził ją do samochodu. Po chwili przyszedł policjant i 

usiadł razem z nimi.

- To on - potwierdziła, drżąc na całym ciele. - To mój ojciec, nie ma najmniejszych 

wątpliwości.

- Czy mogłaby pani opowiedzieć, jak to było, kiedy on zniknął?  - poprosił cicho 

policjant.

- Nie p... pamiętam w... wiele - próbowała mówić Maya.

- Kiedy to się stało?

- Mogę podać nawet dokładną datę, bo moja matka wciąż ma w pamięci ten dzień - 

oznajmiła, starając się opanować. Wyprostowała się na siedzeniu i rzekła zdecydowanym 

głosem: - To było dokładnie dwa lata temu. Piątego lipca matka znalazła na stole list.

- Pamięta go pani?

- Mama zaraz go wyrzuciła. Ojciec napisał w nim podobno, że znalazł sobie inną 

kobietę i razem z nią wyjeżdża, a do nas nigdy nie wróci. I że mama może sobie wszystko 

zatrzymać. Jemu zależy tylko na wolności.

- A co się stało z jego samochodem?

- Zabrał go ze sobą. To znaczy... musiał gdzieś zniknąć. Nie widziałyśmy go już nigdy 

więcej.

- Samochodu nietrudno się pozbyć. Czy pani ojciec miał jakichś wrogów?

- Nie - odparła z ociąganiem. - Pamiętam go jako człowieka przyjaznego ludziom, 

rodzinnego i cudownego ojca. Przeżyłam prawdziwy szok, kiedy się dowiedziałam, że tak po 

prostu chce nas opuścić. A mama była wstrząśnięta.

Zamyśliła się przez chwilę.

- Choć może to zabrzmi dziwnie... ale kiedy mama dowie się, że ojciec nie żyje, że 

został przez kogoś zamordowany, to chyba się... ucieszy. Nie, to złe słowo. Uspokoi się, tak... 

uspokoi.

background image

- Można to zrozumieć - odparł policjant, a Simon pokiwał głową. - A ten list? - spytał 

policjant. - Czy był pisany ręcznie?

- Nie, na maszynie.

- Hm. Czyli mógł być spreparowany przez kogokolwiek. A czy znała pani tę młodą 

kobietę, z którą pani ojciec rzekomo uciekł?

- Nigdy nie słyszałyśmy o kimś takim, nigdy nie padło nawet niczyje imię.

- Proszę opowiedzieć, jak znalazłyście list. Mówiła pani, że wróciłyście do domu i...?

- Tak. Pojechałyśmy na kilka dni do babci, która mieszkała trochę dalej nad morzem. 

Po powrocie zastałyśmy pusty dom...

- Czy to był weekend?

- Nie, chyba... wtorek. Tak, bo zostałyśmy u babci dłużej, niż zamierzałyśmy. Tak, to 

na pewno był wtorek.

- Czyli dla pani ojca zwykły dzień pracy. Nie wie pani, czy nie został gdzieś wezwany 

na wieś do chorych zwierząt?

-   Nic   mi   o   tym   nie   wiadomo.   Przecież   nawet   nie   wiemy,   którego   dnia   został 

zamordowany. Wyjechałyśmy z mamą w sobotę, a wróciłyśmy we wtorek.

- Ma pani rację, to mogło zdarzyć się każdego dnia. Musimy przesłuchać sąsiadów.

-  To   nie   będzie   takie   łatwe   -   odparła   Maya   zamyślona.   -   Dom,   w   którym   wtedy 

mieszkaliśmy, leży trochę z boku, droga od szosy wiedzie tylko do niego.

- A czy ojciec nie prowadził jakiegoś rejestru swoich wizyt? - spytał Simon.

- Dobre pytanie - bąknął policjant.

- Chyba prowadził. Ale trzeba spytać o to mamę.

- Miejmy nadzieję, że go zachowała.

Gdy   zatrzymali   się   przed   domem,   w   którym   Maya   wynajmowała   pokój,   był   już 

wieczór. Policjant, Simon i ona pozostali jeszcze przez chwilę w samochodzie, obserwując, 

jak   gospodyni   przemyka   od   okna   do   okna   na   parterze.   Prawdopodobnie   kobieta   niemal 

umierała z ciekawości, a poza tym pewnie nie mogła się doczekać, żeby powiedzieć Mai coś 

do słuchu z powodu policji przed jej szanowanym domem.

- Zastanawiam się nad tymi dwoma napadami, tym w pociągu i tym drugim, wczoraj 

wieczorem. A może w obu chodziło o Maren Grandseter?

- Na pewno nie w pociągu - odparła szybko Maya. - To prawda, że w dzisiejszych 

czasach niekiedy trudno jest odróżnić chłopca od dziewczyny, nie sądzę jednak, żebyśmy 

oboje z Simonem byli tak podobni do siebie, aby nie dało się nas rozpoznać.

- Słusznie. Ale tak czy inaczej mam wątpliwości. Uważam, że nie powinna być pani 

background image

sama w nocy.

- Przecież w domu są oprócz mnie gospodarze - powiedziała nie bez wahania. - Tyle 

że jutro wyjeżdżają. Na Wyspy Kanaryjskie.

- Postaramy się rozwiązać ten problem wcześniej - obiecał mężczyzna przy wyraźnej 

aprobacie Simona.

Maya oświadczyła niechętnie:

-   Muszę   jak   najszybciej   zadzwonić   do   mamy.  Ale   nie   chciałabym   robić   tego   w 

obecności gospodyni.

- Pójdziemy z panią - zaproponował policjant. On i Simon ciekawi byli informacji o 

dzienniku wizyt i innych detali.

Gospodyni przyjęła  ich z  oczami  rozpalonymi  ciekawością.  Maya  wyjaśniła  jej  w 

kilku słowach, o co chodzi, i spytała, czy nie mogłaby skorzystać z telefonu.

Zanim   usłyszała   głos   matki   w   słuchawce,   minęło   kilka   dobrych   chwil,   ponieważ 

musiała poczekać, aż sąsiad ją przyprowadzi. Nie mając własnego telefonu, zmuszone były 

korzystać z jego grzeczności.

- Maren, to ty? - usłyszała wylękniony głos matki. - Dlaczego dzwonisz dopiero teraz, 

ja tu siedzę sama, bez najmniejszego znaku życia od ciebie, nie wyobrażasz sobie nawet, jak 

to   jest,   kiedy   człowiek   nie   ma   się   do   kogo   zwrócić   w   kłopotach,   bo   właśnie   przyszedł 

rachunek za światło, skąd ja mam wziąć tyle pieniędzy, te opłaty tylko ciągle rosną i rosną...

Matka   bezustannie   narzekała.   Wszystkim   wiodło   się   lepiej   od   niej,   wszyscy   byli 

bogaci i mieli mnóstwo przyjaciół, podczas gdy ona nie miała nikogo. Nigdy jednak nie 

zadała sobie pytania, jak w tym wszystkim czuje się jej córka, Maya.

- Mamo, posłuchaj mnie przez chwilę, chcę ci coś ważnego powiedzieć!

- Nie, nie, tylko żadnych więcej kłopotów, wystarczą mi te, które mam. Ten rachunek 

za światło...

- Mamo, przestań, musisz mnie koniecznie wysłuchać, bo inaczej przyjedzie do ciebie 

policja.

- Policja? Maren, coś ty zrobiła?

- Nic. Spróbuj się skupić, to jest wiadomość i dobra, i zła.

- Mów wreszcie, o co chodzi! - krzyknęła matka histerycznym głosem.

- Tata od nas nie uciekł. On nie żyje.

W słuchawce zaległa wreszcie cisza.

- Znaleźli go na Kyrkudden. Nie żyje od dwóch lat. Od dnia, w którym zniknął.

A... a ten straszny list? A gdzie się podziała ta druga, ta młoda ladacznica?

background image

- W życiu ojca nigdy nie było żadnej drugiej, ojciec był niewinny.

W obliczu tego cudownego faktu dla matki nie liczyły się tak istotne kwestie jak ta, 

kto napisał list i jak doszło do śmierci męża. Maya, nie zwlekając, zapytała ją o dziennik 

wizyt domowych.

- Przecież chyba pamiętasz, Maren, ojciec zabrał ze sobą dokładnie wszystko z biurka, 

do najdrobniejszego papierka. Nie mam pojęcia, co on z tym zrobił.

Maya nie chciała nic jej mówić o tym, że ktoś pozacierał wszelkie ślady. Wolała, by 

matka pozostała w tym stanie szczęśliwego i smutnego zarazem upojenia, w jaki ją wprawiła, 

i odłożyła słuchawkę.

Wszyscy troje zeszli na dół do pokoju Mai.

- Czy nie widzicie tu wyraźnych paraleli? - odezwał się Simon. - Twoja matka dostaje 

list informujący o tym, że twój ojciec ją zdradził i odchodzi z inną. W tym samym czasie 

moja żona zasypywana jest plotkami, że ty i ja spłodziliśmy dziecko. A przecież nawet się nie 

znaliśmy!

- W tym samym czasie? - powtórzyli razem, jak na komendę, Maya i policjant.

- No tak. Plotki zaczęły krążyć pod koniec lata tego samego roku.

- Wtedy nie było nas już w Mark - rzekła Maya po namyśle. - Przeniosłyśmy się z 

mamą do Oslo...

Zamilkła. Obaj mężczyźni patrzyli na nią z wyczekiwaniem, ponieważ nie ulegało 

wątpliwości, że coś nie daje jej spokoju.

- Usunęli wszystkie papiery z pokoju ojca - powiedziała powoli. - Ale istnieje jeszcze 

jedna szansa.

- O czym pani myśli? - spytał z ożywieniem policjant.

- Kalendarz. Mieliśmy w domu taki kalendarz na biurko z oddzielną kartką na każdy 

dzień i zapisywaliśmy w nim każdego, kto do nas dzwonił. Na szczęście nie leżał w pokoju 

ojca, tylko w przedpokoju, w szufladzie szafki, na której stał telefon. Zawsze kiedy mama 

albo ja przyjmowałyśmy jakąś wiadomość dla niego, musiałyśmy zapisać ją w kalendarzu.

- Ale przecież wtedy nie było was w domu.

- Tak, to prawda. Ale jeśli ojciec odbierał telefon w przedpokoju, też odnotowywał 

rozmowę.

- Czy ten kalendarz jeszcze istnieje?

- Taak - rzekła Maya niepewnie. - Niedawno temu, kiedy szukałam czegoś w domu, w 

jednej z szuflad znalazłam wszystkie biurkowe kalendarze z ostatnich kilku lat, starannie 

powiązane.

background image

- Świetnie! Należy tylko mieć nadzieję, że w kalendarzu są wszystkie strony.

- Czy mam zadzwonić jeszcze raz do domu? - spytała Maya, niezbyt zachwycona taką 

perspektywą.

- Nie, nie, proszę tylko nam podać adres pani mamy, policja z Oslo zajmie się dalszym 

dochodzeniem.

- Ale proszę uprzedzić swoich kolegów, żeby odnosili się do niej delikatnie - poprosiła 

Maya. - Bardzo łatwo ją wystraszyć.

- Będę pamiętał. A propos wystraszyć... Czy nie powinniśmy zostawić tu kogoś na noc 

na straży?

- Gospodyni dostałaby chyba zawału.

- Przecież to także w jej interesie. Poza tym policjant wcale nie będzie rzucać się w 

oczy. Ukryje się w ogrodzie i nikt go tam nie zobaczy.

Propozycja została przyjęta. Simon, nim się pożegnał, zdążył jeszcze powiedzieć Mai 

kilka słów.

- Kupiłem ci drobny upominek - rzekł, wręczając jej zawiniątko. - W podziękowaniu 

za twoją lojalność. Przyznaję ci całkowitą rację: przez ostatnie lata zabrakło w moim życiu 

lojalności. Teraz moja kolej, by powiedzieć „przepraszam”.

- Za co?

-   U   Svendsenów   zachowałem   się   jak   tchórz.   Mówiąc   szczerze,   poczułem   się 

całkowicie bezradny i nie miałem pojęcia, jak mam zapanować nad sytuacją, kiedy ty i Gitte 

zaczęłyście się pojedynkować. Stwierdziłem, że wina nie leży po twojej stronie. W każdym 

razie nie cała wina.

Maya uśmiechnęła się trochę zawstydzona.

- Może byłam nieco zbyt ostra, ale przyznaję, że sprawiało mi to przyjemność. Nigdy 

nie wybaczyłam Gitte tego kopniaka, jakiego dała mi w szkole baletowej przed wielu, wielu 

laty. Wreszcie mogłam się zemścić. Ależ jestem okropna!

- Dobranoc, Mayu - powiedział ciepło Simon. - I uważaj na siebie! Zobaczymy się 

jutro. Po pracy. Oczywiście jeśli chcesz. Jeśli nie jesteś już na mnie zła.

- Nie jestem, nie jestem! Taka powierzchowna złość szybko mija.

Simon dotknął delikatnie jej ramienia.

- Zbyt wielu tu widzów, ale gdybyśmy byli sami, to...

- To co?

- Nic, nic, zapomnij o tym, nie mam prawa mówić z tobą w ten sposób. No więc jak? 

Czy mogę przyjechać po ciebie jutro do pracy?

background image

- Tak!

Maya patrzyła za nim, jak się oddala. Ciekawe, co takiego chciał jej powiedzieć?

Następnego dnia, nim Simon zdążył pojechać po Mayę, nastąpiły dwa zdarzenia.

Przed południem wałęsał się bez celu po ojca gospodarstwie, przyglądając się koniom, 

które wypuścił na wybieg. Ojciec zawsze miał nosa do dobrych koni. Należały rzeczywiście 

do najlepszych w całej Norwegii i zdobyły niezliczone nagrody, jednakże Simon jakoś nigdy 

nie   zdołał   wzbudzić   w   sobie   zainteresowania   dla   takiego   sposobu   bogacenia   się.   Konie, 

owszem - ale jako zwierzęta i przyjaciele człowieka, nie zaś jako lokata kapitału.

Stary lekarz domowy ojca, równie sędziwy jak jego pacjent, wygramolił się z trudem z 

samochodu. Zapytany przez Simona o stan zdrowia ojca, wyjaśnił, że nic się nie zmieniło - 

nie jest ani gorzej, ani lepiej. Stary aptekarz musi nadal leżeć w łóżku i nic poza tym nie da 

się już zrobić.

Simon uważał, że zalecenia doktora były nieco staroświeckie, ojciec jednak nie chciał 

nawet słyszeć o żadnych nowoczesnych środkach. Jego lekarz był zawsze najlepszy, a poza 

rym nie wolno przecież ranić starego przyjaciela, odprawiając go nieoczekiwanie.

Gdy Simon stał na podwórzu zajęty rozmową z doktorem, wezwano go do telefonu.

Dzwonił jeden z jego dawnych kolegów z pracy.

- Prosiłeś mnie, żebym spytał żonę, od kogo usłyszała tamte plotki o tobie i tej Maren 

Grandseter.

- No, tak.

- Po długim namyśle żona doszła do wniosku, że opowiedziała jej o tym przyjaciółka.

- Przyjaciółka? A pamięta która?

- Pamięta. Od razu kazałem jej do niej zadzwonić.

- No i co?

- To było co prawda dawno temu, ale wiesz, jak to jest: taką osobę, która nic nie robi, 

tylko rozpowiada plotki, dobrze się pamięta.

- Tak, masz rację.

-   No   więc   ta   przyjaciółka   przypomniała   sobie,   że   usłyszała   tamtą   rewelację   od 

sprzedawczyni z cukierni.

- Aha! Łańcuszek się wydłuża!

- Ale na tym koniec - oznajmił kolega z pracy. - Na tej kobiecie ślad się urywa, tyle 

tylko, że nie wiadomo, jak ona się nazywała.

- A która to była cukiernia?

- Niebieski Ptak.

background image

- Dziękuję ci bardzo, dalszym dochodzeniem zajmę się już sam. Wyświadczyłeś mi 

ogromną przysługę. Ty i twoja żona macie u mnie drinka.

- Możesz być pewien, że nie odrzucimy zaproszenia. Cieszę się, że mogłem ci pomóc.

Jednakże nim Simon zdążył wyruszyć na poszukiwania sprzedawczyni z cukierni, do 

drzwi zapukał niespodziewany gość.

Jego żona Gitte.

Ubrana   w   ulubionym   kolorze   Simona,   niebieskim,   w   którym   było   jej   bardzo   do 

twarzy, nie sprawiała bynajmniej wrażenia zakłopotanej, chociaż jej głos wydawał się miękki, 

niemal błagalny.

Stali naprzeciw siebie w hallu, Simon bowiem był tak osłupiały, że nie poprosił jej 

nawet, by weszła dalej.

- ...Kiedy usłyszałam, że znowu jesteś w mieście, miałam zamiar spotkać się z tobą, 

ponieważ chciałam o tylu rzeczach porozmawiać. Dlatego gdy zobaczyłam cię w restauracji 

razem z tą kobietą, która zniszczyła nasze małżeństwo, przeżyłam prawdziwy szok.

- Ale to przecież nie ona...

Gitte uniosła swą drobną, wypielęgnowaną dłoń.

- Teraz już wiem. Ale wasz widok razem, wtedy, w restauracji, sprawił mi okropny 

ból. Poza tym... nie powinieneś był zabierać jej ze sobą wczoraj. Poczułam się tak bardzo 

poniżona, a przecież zupełnie sobie na to nie zasłużyłam.

- Do tej pory ani razu nie chciałaś mnie wysłuchać, dlatego...

- Tak, tak, mówiłeś to wczoraj. Ale gdybyś przyjechał sam! Przez te dwa lata miałam 

dużo  czasu na myślenie. Wiem,  że wyrządziłam ci ogromną  krzywdę. Plotki  to jedno, a 

prawda to drugie...

Simon stał w miejscu i tylko się jej przyglądał. Jakaż ona ładna - ale już po raz drugi 

patrzył z niedowierzaniem na jej ostre rysy, których dotychczas w ogóle nie zauważał, nigdy! 

Lecz przecież Gitte nie zmieniła się podczas jego nieobecności, wprost przeciwnie, była nadal 

dokładnie taka sama. Widocznie teraz Simon widział ją innymi oczami.

- Słyszałam też, że miałeś pewne kłopoty...

- Tak? - spytał ostro. - Jakie?

Gitte   wzruszyła   ramionami.   Ten   typowy   dla   niej   gest   Simon   uważał   zawsze   za 

wzruszająco słodki. Teraz wydał mu się zdecydowanie banalny.

- Podobno miałeś wypadek w pociągu. A potem niewiele brakowało, a wylądowałbyś 

razem z samochodem na dnie morza.

Odetchnął. Czy to wszystko, co słyszała? Ani słowa o jego chorobie? To dobrze, bo 

background image

nie chciał, aby jej wizyta spowodowana była współczuciem.

- Zgadza się - odparł od niechcenia. - Rzeczywiście doszło do dwóch tajemniczych 

ataków na mnie i na Mayę.

- Na Mayę - powtórzyła Gitte ze źle skrywaną pogardą. - Czy tak nazywa się Maren?

Simon uśmiechnął się mimo woli.

- Maya przez Y. Ona nie przepada za swoim prawdziwym imieniem.

- Nie dziwię się jej - rzuciła Gitte zgryźliwie. - Zbyt wiele na nim ciąży.

-   Czy   jeszcze   nie   dotarło   do   ciebie,   że   Maya   jest   całkowicie   niewinna   i   nie   ma 

żadnego udziału w tych plotkach? - Simon był bardziej zirytowany, niż myślał.

Gitte natychmiast zmieniła ton. Jej głos znowu brzmiał miękko.

-   Nie   przyszłam   tu   po   to,   żeby   rozmawiać   o   niej.   Posłuchaj,   Simon,   tak   bardzo 

chciałabym   być   teraz   u   twojego   boku.   Właśnie   teraz,   kiedy   ktoś   próbuje   wyrządzić   ci 

krzywdę. Myślę, że powodem tych zamachów na ciebie jest twoja znajomość właśnie z tą 

Maren Grandseter. Potrzebny jest ci ktoś, na kim mógłbyś polegać. Może spróbowalibyśmy 

na nowo? - Jej uśmiech był czarująco słodki i zachęcający.

Simon   wpatrywał   się   w   nią   osłupiały.   Zanim   zdążył   pomyśleć,   odpowiedział 

automatycznie:

- Zastanowię się.

Gitte, nie kryjąc zdumienia, otworzyła szeroko oczy, by zaraz przymrużyć je znowu.

- To zastanawiaj się szybko - rzekła oschle. - Moja  propozycja   nie   będzie   aktualna 

wiecznie.

Po czym odwróciła się na pięcie i wyszła.

Simon dziwił się sam sobie, ale nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, żeby za nią 

zawołać.

background image

ROZDZIAŁ IX

Dwa lata śnił o Gitte. Przez ostatnie tygodnie bez przerwy marzył o tym, żeby ją 

odzyskać, zanim ona zdąży doprowadzić do rozwodu, ponieważ chciał, aby to ona właśnie 

była jego spadkobierczynią.

I oto teraz Gitte sama przyszła do niego, a on oznajmił jej, że „się zastanowi”!

Co właściwie w niego wstąpiło?

Trudno się dziwić, że poczuła się urażona.

Gdy spotkał się z Mayą przed biurem, był zupełnie rozkojarzony.

- Cześć, Simon - przywitała go, a jej szeroki, szczery uśmiech sprawił, że od razu 

zrobiło mu się lepiej. Dogodzić kobietom to prawdziwa sztuka, pomyślał. Jakkolwiek by 

zrobił, zawsze musiał zranić którąś z nich. A przecież lubił i jedną, i drugą!

- Co u ciebie? - spytała Maya. - Bardzo się o ciebie niepokoiłam.

- O mnie?

- Tak, czy to takie dziwne? - odparła, biorąc go pod ramię. - Nigdy nie wiadomo, czy 

za rogiem ulicy jakiś typ właśnie nie czyha na ciebie.

Dopiero teraz Simon zdał sobie sprawę, że zupełnie zapomniał o ostatnich zamachach 

na jego życie.

- Wszystko w porządku - uspokoił ją. - Ale pozwolisz, że najpierw pojedziemy nie do 

ciebie do domu, tylko do cukierni Niebieski Ptak.

Po chwili namysłu Maya powiedziała:

-   Myślę,   że   po   całym   dniu   pracy   należy   mi   się   chyba   porządny   obiad   albo 

przynajmniej jakaś kanapka.

- Nie martw się, nie będziemy tam jeść - uśmiechnął się. - Może uda się nam wytropić 

tego, kto rozsiewał te nikczemne plotki.

- Ach, o to chodzi! Czyżbyś posunął się naprzód w swych poszukiwaniach?

- Co nieco. Ale o tym później. A co u ciebie?

- Wyspałam się porządnie, bo czułam się całkowicie bezpieczna, gdy w zaroślach 

przed domem czuwał nad moim snem potężny i silny policjant.

- Ale dzisiejszej nocy będziesz już sama w domu?

- Tak...

Ogarnęła ją niepewność.

Simon, położywszy dłoń na jej ramieniu, poprowadził ją do samochodu.

- Kiedy wczoraj wieczorem rozmawiałem z komisarzem, usłyszałem od niego, że to ja 

background image

mógłbym zadbać o twoje bezpieczeństwo dziś w nocy.

- Ty?

- Przyznaję, na początku miałem wątpliwości, ale zdecydowałem się. Uprzedzam cię 

jednak, że nie mam zamiaru ukrywać się w zaroślach.

- Nie spodziewam się tego po tobie - roześmiała się Maya trochę zakłopotana. - Wobec 

tego powinnam kupić coś do jedzenia...

-   Już   o   tym   pomyślałem.   Postarałem   się   o   coś   prostego   do   przyrządzenia   i   nie 

zapomniałem też o winie, żeby łatwiej cię uwieść.

Słysząc te słowa, Maya zrobiła niepewną minę.

- No, nie! - roześmiał się Simon. - Chyba nie wzięłaś tego na serio? Rzeczywiście 

kupiłem wino, ale przecież nie z takim zamiarem. Uważam, że jako dziewczyna nie znająca 

jeszcze  miłości  cielesnej  jesteś taką  rzadkością,  iż zaszczytu  pozbawienia  cię  dziewictwa 

powinien dostąpić tylko ten, którego kiedyś  spotkasz i z którym będziesz chciała dzielić 

życie.   Ja   zaś   nie   jestem,   po   pierwsze,   wolny,   a   po   drugie,   nie   mam   przed   sobą   żadnej 

przyszłości. Możesz więc być całkowicie spokojna.

Maya odetchnęła z ulgą. Ale bynajmniej nie z tego powodu, że się go obawiała. Po 

prostu bała się, aby jej aż nazbyt gorące uczucie nie zostało odkryte.

Kiedy znaleźli się przed cukiernią Niebieski Ptak, Simon powiedział:

- Poczekaj w samochodzie. Jeśli osoba, której szukam, już tu nie pracuje, postaram się 

zdobyć chociaż jej adres.

Maya skinęła głową.

Patrzyła za nim, podziwiając jego wyprostowaną, sprężystą sylwetkę. Simon poruszał 

się tak lekko, jak gdyby rzeczywiście był elfem. Gdy jego postać zniknęła w drzwiach lokalu, 

Maya pogrążyła się w myślach o tych wszystkich osobliwych wydarzeniach, jakie spotkały ją 

od chwili, gdy poznała Simona.

Nagle z zadumy wyrwał ją czyjś głos.

- Kogo ja widzę! Maya przez Y! Co słychać?

W oknie ukazała się wyjątkowo pociągająca twarz Stena Modina.

Ponieważ Maya uważała, że to nieuprzejmie z jej strony siedzieć w wozie i zmuszać 

rozmówcę do niewygodnego pochylania się, wysiadła więc i stanęła obok niego.

- Dzień dobry - przywitała lekarza nieco zmieszana.

- Chyba pani przeszkodziłem? Wyglądała pani na bardzo zamyśloną.

- Czekam na Simona.

- Ale to nie jego wóz.

background image

- Tak, ten jest pożyczony. Jego stoi w warsztacie.

-   Racja,   słyszałem   o   tej   sprawie   z   hamulcami.   Muszę   przyznać,   że   takie 

prześladowanie poważnie chorego człowieka jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe.

- Proszę mi  powiedzieć, doktorze, jaka jest właściwie sytuacja Simona... z czysto 

medycznego punktu widzenia?

- Gorsza niż on sądzi.

- Ale on wygląda na zupełnie zdrowego?

- To pozory. Ataki bólów jeszcze się nie zaczęły. Ale mogą nastąpić każdego dnia. A 

wtedy wszystko potoczy się bardzo, naprawdę bardzo szybko.

- I nic nie można już zrobić?

- Simon przyszedł do lekarza o wiele miesięcy za późno. Podejmowanie terapii teraz 

byłoby  bezcelowe   i  oznaczałoby  tylko  dodatkowe  cierpienie.   Poza  tym   on  sam  odmówił 

leczenia w tym stadium choroby. Cieszę się, że znalazł panią. Proszę pozostać przy nim!

- Nie zamierzam go opuścić - zapewniła poważnie.

- Simon zawsze miał szczęście do kobiet - westchnął. - Zwykle udaje mu się wyszukać 

te najładniejsze. A może to one jego znajdują, nie wiem.

Jego słowa w pewien sposób niemiło ją dotknęły.

Sten Modin był naprawdę fantastycznym mężczyzną. Gdyby nie spotkała wcześniej 

Simona, na pewno straciłaby głowę dla kogoś tak przystojnego i sympatycznego jak on. 

Simon miał jednak w sobie coś niezwykłe go, coś wyjątkowo sugestywnego, co wywarło na 

niej tak silne wrażenie, że nie pozwalało jej oderwać się od niego.

Była ciekawa, czy Sten Modin jest żonaty czy też nadal przebiera w kandydatkach.

Nieoczekiwanie szybko otrzymała zaskakującą odpowiedź na swe wątpliwości.

- Cześć, Sten! - powiedział Simon, który właśnie wyszedł z cukierni. - Widzę, że 

gawędzisz sobie z Mayą. Ostrzegam cię, trzymaj się od niej z daleka, to chodząca niewinność.

Doktor Modin uśmiechnął się tylko krzywo. Oni dwaj byli naprawdę bardzo dobrymi 

przyjaciółmi.

- Jak dobrze, że cię spotykam - zwrócił się Sten do Simona. - Mam akurat przy sobie 

jeden z dokumentów, którego zapomniałeś podpisać, kiedy byłeś u mnie ostatnio. Chodzi o 

twoje oświadczenie, że bierzesz na siebie całą odpowiedzialność za niepoddanie się leczeniu.

- Oczywiście.

Sten Modin rozłożył papier na dachu samochodu i sięgnął do kieszeni po długopis, ale 

Simon go uprzedził.

-   Niemożliwe,   widzę,   że   masz   mój   długopis,   którego   przez   tyle   dni   wszędzie 

background image

szukałem! - rozpromienił się lekarz. - Gdzie go znalazłeś?

Simon wyciągnął do niego rękę z długopisem.

- W zakrystii opuszczonego kościółka - wyjaśnił sucho.

Biedny doktor zrobił się purpurowy na twarzy.

Również   Maya   nie   potrafiła   ukryć   zdziwienia.   Rzeczy,   które   widzieli   razem   z 

Simonem w zakrystii, były rzeczywiście najlepszej jakości, ale żeby lekarz...? Przecież mógł 

chyba skorzystać z własnego mieszkania albo gabinetu czy czegokolwiek innego, zamiast 

urządzać sobie groteskowe miejsce schadzek w kościele!

Sten Modin czuł wyraźnie, że powinien przedstawić jakieś wyjaśnienie.

- Ona nie należy do kobiet, z którymi należałoby się pokazywać - wymamrotał pod 

nosem niczym zawstydzony, ale jednocześnie rozbawiony uczniak.

Maya przypomniała sobie swoją pierwszą wizytę w kościele, podczas której słyszała 

jakieś szepty i głosy. Zaraz potem Sten Modin wyrósł przed nią na drodze, szukając jej domu.

No jasne, przecież mógł ukryć samochód od północnej strony, w lesie tuż przy plaży, a 

potem pójść dłuższą drogą naokoło. Co prawda była to bardzo kiepska, nierówna droga, 

wyłożona pniami drzew, ale czego nie robi się dla miłości?

Czyżby w grę wchodziła jakaś dziewczyna z Kyrkudden?

Mieszkała   tam   jedna   taka,   niebrzydka   i   nietrudna   do   zdobycia.  Ale   żeby   doktor 

Modin...? No cóż, każdy ma swoje upodobania.

Schowawszy   długopis   do   kieszeni,   lekarz,   wyraźnie   zmieszany,   pożegnał   się 

pospiesznie.

Maya podzieliła się z Simonem swymi myślami.

- Sten nigdy nie wyróżniał się wyszukanym gustem, jeśli chodzi o kobiety - wyjaśnił 

rozbawiony. - Nie przywiązuje też szczególnej wagi do religii, mimo to uważam, że tym 

razem trochę już przesadził.

Maya cieszyła się, że znowu może być sama z Simonem. Czuła, jak bardzo zbliżyli się 

do siebie w ostatnim czasie.

Dopóki nie rozmawiali o Gitte.

Kiedy tylko zaczynała o niej myśleć, od razu popadała w przygnębienie. Czyżby była 

zazdrosna? Chyba tak. Ale w tym przypadku chodziło też o ogólną niechęć, jaką budziła w 

niej ta kobieta. Przecież Maya nigdy jej nie lubiła.

- No i co, zdobyłeś adres? - spytała, podczas gdy Simon skierował swe kroki ku 

drzwiom kierowcy.

- Owszem, ale dziś nie zdążymy już tam pojechać. Zrobimy to jutro. O Boże, idzie 

background image

Ulla, najbliższa przyjaciółka Gitte. To prawdziwa żmija! Szybko do samochodu, słyszysz!

Ale już było za późno.

- Simon! Kopę lat! A czy to nie jest przypadkiem Maren Grandseter? Muszę przyznać, 

że nie brak ci tupetu, Simon! Czy to nie wy macie ze sobą małego dzidziusia? Gdzie go 

ukryliście, co?

Simon aż pobladł z wściekłości.

- To wszystko ktoś wyssał sobie z palca. Ale żałuję, że to nie była prawda!

Po   czym   oboje   wsiedli   do   auta,   a   Simon,   zatrzasnąwszy   drzwi,   ruszył   z   furią, 

zostawiając na chodniku osłupiałą Ullę.

Maya   czuła   się   nie   mniej   oszołomiona.   Siedziała   cicho   przez   całą   drogę   aż   do 

Kyrkudden. Simon też się nie odzywał. Prowadził nerwowo i nieuważnie.

Wreszcie Maya odważyła się spytać:

- Mówiłeś poważnie?

- Co takiego?

- Ze żałujesz, że to nieprawda?

- Że ty i ja nie mamy dziecka? Ten pomysł nie jest chyba tak całkiem niedorzeczny, 

co?

Maya dodała:

- Taki mały berbeć, podobny do ciebie? Miałby już prawie dwa lata.

- Hm.

- Wiesz, zrobiło mi się tak jakoś ciepło na sercu...

- Hm.

Maya nie powiedziała nic więcej.

Za to Simon stwierdził:

- Ten, kto rozpoczął tę oszczerczą kampanię,  niechcący wywołał  akurat  odwrotny 

skutek.

- Chyba tak - odparła Maya nieśmiało.

Simon ścisnął ją za rękę i popatrzył na nią. Samochód skręcił w stronę rowu.

- Uważaj, gdzie jedziesz! - - zawołała Maya.

-   Nie   mogę   uważać,   gdzie   jadę,   i   jednocześnie   patrzeć   na   ciebie,   głuptasie   - 

usprawiedliwiał się Simon z uśmiechem. - Wiesz, co najbardziej mi się w tobie podoba?

- Powiedz! Jestem łasa na komplementy jak kot na śmietankę.

Simon roześmiał się głośno.

- To, że jesteś taka naturalna. Kiedy rozmawiasz z ludźmi, jesteś miła i jednocześnie 

background image

wzbudzasz zaufanie. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak to kojąco działa.

- Nie powiedziałabym, że jestem miła dla wszystkich.

- Zgadza się, miałem okazję to zauważyć. No, ale dla mnie - a to jest najważniejsze - 

jesteś miła.

- Musisz wiedzieć, że bardzo łatwo jest być dla ciebie miłą. Próbuję ci się po prostu 

przypodobać, nie widzisz tego?

- O, to jest jeszcze jedna rzecz, która mi się w tobie tak podoba: twoja autoironia. 

Umieć śmiać się z samego siebie to cecha o nieocenionej wartości.

Maya w pełni się z nim zgodziła.

Simon zamilkł na chwilę, po czym rzekł:

- Mayu...

- Przyznaj się, masz wyrzuty sumienia, widać to z daleka.

-   Może   nie   wyrzuty  sumienia,   ale   boję   się,   że   nie   będzie   ci   się   podobało   to,   co 

powiem.

- Chodzi znów o Gitte?

Simon skinął głową.

- Przyszła dzisiaj do mnie do domu. Chciała, żebyśmy spróbowali od nowa.

Maya wcisnęła się głębiej w oparcie fotela i zdołała wydobyć z siebie jedynie ciche: 

„Ach, tak”.

Simon znowu, nie zważając na bezpieczeństwo jazdy, spojrzał na nią.

- A ja, jak ostatni głupiec, odpowiedziałem spokojnie: „Zastanowię się”.

Maya spytała przytłumionym głosem:

- Naprawdę?

- Tak. Czułem się tak, jakby wszystko we mnie w środku zamarło. Nic innego nie 

przyszło mi do głowy.

- A co ona na to?

- Obawiam się, że bardzo mocno ją uraziłem. Odwróciła się i wyszła.

Maya chętnie zatarłaby ręce albo krzyknęła głośno „hurra”, mogła jednak cieszyć się 

jedynie w duchu.

Tego   wieczoru,   który   spędzali   razem   w   jej   pokoju   w   pustym   domu,   świadomi 

ewentualnych niebezpieczeństw czyhających za oknem, Simon przestał ukrywać przed Mayą 

swój strach przed śmiercią. Przyjęła to jako dowód okazanego jej zaufania.

Wieczór   zaczął   się   bardzo   miło.   Mieli   mnóstwo   jedzenia,   które   Simon   częściowo 

kupił, a częściowo przyniósł z domu. Odgrzali je razem na jej małej kuchence. Rozmawiali i 

background image

żartowali, popijając białe wino. Maya poczuła, że kręci jej się w głowie.

Może  to  właśnie  ono  sprawiło,  a może  porażająca  muzyka  Sibeliusa  o surowych, 

przepełnionych melancholią dźwiękach, tak typowych dla jednego z okresów twórczości tego 

kompozytora... A może temat ich rozmowy, czyli smutek Mai z powodu losu jej ojca, który, 

choć był tak dobrym mężem i ojcem, musiał umrzeć prawdopodobnie jako ofiara jakiegoś 

łotra...

Gdy zatem siedzieli tak obok siebie na kanapie Mai, obejmując rękami podciągnięte 

pod brodę kolana, Simon zaczął mówić o sobie.

-   Pamiętasz,   jak   opisywałem   ci   kolejne   stadia,   jakie   przechodzi   człowiek,   który 

dowiaduje się, że zostało mu już niewiele czasu na tym świecie?

- Tak, chyba pamiętam je wszystkie. Najpierw się nie wierzy, potem doznaje szoku i 

boi. Później się walczy, protestuje i wreszcie rezygnuje. Czy tak to wygląda?

- Mniej więcej. Zapomniałem jeszcze o jednym stadium. To znaczy, wcześniej go nie 

znałem.

- Co to za stadium? Na czym ono polega?

- Właśnie  to, które  nadeszło teraz, ostatnie.  Polega na szczęściu. Moje całe  życie 

przepełnione jest teraz szczęściem. Zamierzam wypełniać każdy dzień najcudowniejszymi 

doznaniami, chcę zabrać ze sobą wszystko! Wszystko, czemu poświęciłbym całe długie życie. 

Dni, jakie mi jeszcze pozostały, są ze złota!

- Rozumiem - rzekła Maya, myśląc jednocześnie ze smutkiem o tym, że ktoś próbował 

przeszkodzić mu w zaznaniu szczęścia pod koniec życia.

Ale Simon też o tym nie zapominał.

- I nie pozwolę nikomu, żeby zniszczył ten odzyskany na nowo spokój, moją radość. 

Czy chcesz mi pomóc, Mayu, w jej podtrzymaniu?

Chwyciła jego dłoń i ścisnęła ją mocno, chcąc zapewnić go w ten sposób o swej 

lojalności.

- Przecież dobrze wiesz - powiedziała głosem drżącym ze wzruszenia.

- Jest tylko jedna rzecz, której mi żal - rzekł w zamyśleniu.

- Co to takiego?

- Chyba każdy człowiek chce być w jakiejś mierze nieśmiertelny.

Maya domyśliła się, co Simon chciał jej wyznać.

- To oczywiste. Nie chcemy tak po prostu odejść i popaść w zapomnienie. Pozostać 

jedynie nazwiskiem w kościelnych księgach, do których i tak nikt nie zagląda.

- Właśnie z tego powodu tak wielu ludzi dąży do sławy. Ci, którzy nie mają dzieci, 

background image

pragną stworzyć coś dla przyszłych pokoleń. Ci, co mają potomstwo, są zabezpieczeni, żyją 

dalej w swych dzieciach. A Simon Dalen po prostu zniknie.

Maya nie była w stanie nic mu odpowiedzieć. Rozumiała go doskonale.

Ponieważ Simon nie odzywał się przez dłuższą chwilę, rzekła:

- Czyli żal ci, że nie masz dzieci?

- Bardziej, niż mógłbym przypuszczać.

- A Gitte?

- Ona zdecydowanie nie chciała mieć dzieci.

Simon zapatrzył się gdzieś przed siebie. Maya spoglądała na jego profil, z trudem 

powstrzymując się od okazania mu, jak bardzo go lubi.

- Ona naraziła nasze... - zaczął Simon. - Nie, nie powinienem być nielojalny.

- Wobec  niej?  Myślę,  że to  naprawdę zbędne  skrupuły.  Chcesz mówić o waszym 

pożyciu małżeńskim?

- Tak - potwierdził z wyraźnym wysiłkiem.

- Czyli trwało to trochę, zanim pojąłeś...

- Trwało? - przerwał jej. - To nigdy nie nastąpiło, my nigdy ze sobą nie spaliśmy.

- Co takiego?

Simon zaczął mówić otwarcie:

- Najpierw Gitte chciała być  „czystą panną młodą”. Iść do ołtarza jako dziewica. 

Uważałem, że to takie cudowne. Ale w dniu ślubu zdarzyło się coś...

- Co?

- Tak naprawdę nie wiem, co to było. Wieczorem Gitte dostała migreny, tyle że ja 

widziałem niejeden atak migreny, moja matka cierpiała na nią przez całe życie, i muszę 

przyznać, że cierpienie Gitte nie miało nic wspólnego z prawdziwą migreną. Później wyznała, 

że bardzo się bała męża gwałciciela, który jednak nie zdążył jej nic zrobić, i musiałem dać jej 

trochę   czasu.   -   Simon   z   trudem   wyrzucał   z   siebie   poszczególne   słowa,   jakby   było   mu 

ogromnie   ciężko   wyjawiać   to,   co   przez   tak   długi,   długi   czas   tkwiło   w   nim   głęboko.   - 

Uważałem, że to takie piękne i wzruszające, pilnowałem się, żeby niczym jej nie zrazić. A ona 

wciąż mówiła o ogniu, jaki płonie w jej piersi, o żądzy, jaka się w niej budzi na samą myśl o 

tym, że jesteśmy razem, i w ten sposób podtrzymywała we mnie namiętność i tęsknotę...

- W jej piersi? - wybuchła Maya, nie mogąc się już powstrzymać. - Jeśli pragnie się iść 

z kimś do łóżka, to przecież, do licha....

Simon spojrzał na nią z boku.

Jednakże Maya nie zamierzała przestać.

background image

- I ona powtarzała ci to wszystko przez całe dwa lata? A ty chodziłeś jak pijany i 

myślałeś o tym, co nigdy nie miało się spełnić! Przecież to najlepszy sposób na podtrzymanie 

całkiem powierzchownego stanu zakochania. Osoba, której nigdy nie możemy zdobyć, staje 

się zazwyczaj postacią z marzeń, nie spełniona miłość staje się najpiękniejsza. Czy ty wiesz, 

że kochałeś własne złudzenia? - niemal wykrzykiwała rozgorączkowana Maya.

Simon spojrzał na nią zmieszany.

- Chyba odeszliśmy od tematu.

- Oczywiście, wybacz mi!

-   Słyszę,   że   nadal   przepraszasz   w   ten   sam   sposób.   Właściwie   to   ja   zacząłem   tę 

dygresję. Ale wracając do tematu, chcę powiedzieć, że bardzo byłbym szczęśliwy, gdybym 

mógł żyć dalej w swoim własnym dziecku. Wtedy wiedziałbym, że nie żyłem na próżno.

Maya siedziała nic nie mówiąc, oszołomiona własnymi myślami. Próbowała stłumić w 

sobie uczucie triumfu wywołanego tym, że Simon i Gitte nigdy ze sobą nie spali. Właściwie 

to nie był triumf, tylko najczystsza radość, mimo że zdawała sobie sprawę, iż tego rodzaju 

myśli są zupełnie nie na miejscu, skoro Simon mówił o tak poważnych sprawach.

- Przecież nigdy nie zobaczyłbyś tego dziecka - powiedziała cicho.

- To prawda. Lecz wystarczyłaby mi świadomość, że któregoś dnia, kiedy mnie już nie 

będzie, urodzi się mój potomek.

- Ale Gitte nie chce.

- Gitte? Nie myślałem o niej. Nie chcę mieć z nią dziecka.

Maya wręcz nie mogła oddychać. Za oknem przejeżdżały samochody, mieszkańcy 

Kyrkudden wracali z Mark do domu. Oni zaś siedzieli we dwoje w ciemnościach. Nikt nie 

mógł ich zobaczyć, nawet oni sami z trudem widzieli siebie nawzajem w poświacie lampy 

palącej się na zewnątrz nad drzwiami wejściowymi. Kiedy usiedli na kanapie, było jeszcze 

widno. Teraz, gdy zapadł już zmrok, nie chcieli psuć nastroju i dlatego nie zapalili światła ani 

nie zaciągnęli zasłon.

Lecz   drzwi   były   zamknięte,   Simon   bardzo   na   to   nalegał.   Zbyt   wiele   niemiłych 

przygód spotkało ich ostatnio.

Przestał wreszcie snuć fantazje o własnym potomku.

- Ale to są tylko moje marzenia, Mayu. Okazałbym się przerażającym egoistą, gdybym 

zupełnie świadomie zostawił jakąś kobietę całkiem samą z dzieckiem. O, płyta się skończyła. 

Może masz jeszcze coś podobnego?

- Zastanawiam się, czy ten rodzaj muzyki nie jest dla nas zbyt wyczerpujący.

- Być może. Ale dobrze jest dać czasami upust własnym uczuciom?

background image

Mimo to nie włączyli już kolejnej płyty.

- Co chcesz teraz zrobić? - spytała Maya. - Pojedziesz do domu?

- Nie - odparł Simon. - Chcę zostać u ciebie. Potrzebujesz mnie.

Potrzebujesz mnie... Jego słowa dziwnie zabrzmiały w tej sytuacji, bo przecież to on 

był chory, a nie ona. Ale prawdopodobnie zależało mu na tym, aby wciąż jeszcze czuć się 

potrzebnym.

-  Tak,   rzeczywiście   cię   potrzebuję   -   wyznała   cicho.   -   Boję   się.   Przeraża   mnie   to 

wszystko, co dzieje się wokół nas, a poza tym jestem zmęczona ciągłą samotnością. Ty jesteś 

moją ostoją.

- Posłuchaj mnie, Mayu - odezwał się Simon z nie skrywanym bólem w głosie. - Tak 

bardzo chciałbym móc dalej być dla ciebie oparciem. Móc zostać przy tobie, żyć razem z 

tobą, rok za rokiem. Ja nie chcę, rozumiesz, nie chcę... umierać.

Nagle jego samodyscyplina i opanowanie gdzieś zniknęły. Simon drżał na całym ciele.

- Dostałem tabletki przeciwbólowe - wyrzucał z siebie pojedyncze słowa, dzwoniąc 

zębami. - Mam je brać w razie ataków bólu, które pewnie już niedługo się zaczną. Myślałem, 

żeby pewnego dnia połknąć je wszystkie naraz. Ale teraz zmieniłem zdanie. O Boże, jak ja 

chcę żyć!

Maya uklękła na kanapie i przytuliła jego głowę do swej piersi.

- Simon, kochany! Nie wolno ci brać tych tabletek, nie wolno, słyszysz! Daj sobie 

samemu szansę, może zdarzy się jakiś cud?

Jaki cud? Wiedziała przecież, że cuda zdarzały się tylko w Biblii. Maya nie mogła 

powstrzymać   łez,   Simon   drżał   niczym   liść   osiki.   Ukrywszy   twarz   na   ramieniu   Mai, 

rozgorączkowanymi dłońmi zaczął dotykać jej ciała, jakby chciał zasmakować wszystkiego, 

zanim będzie za późno. Pieścił ramiona dziewczyny, gładził włosy, a potem, uniósłszy głowę, 

powiódł opuszkami palców po jej twarzy, rysując linię za linią.

- Możesz mi dać te tabletki - poprosiła Maya. - Będę wydzielała ci dokładnie tyle, ile 

będziesz potrzebował, żeby wytrzymać atak, ani jednej więcej. Teraz będę przy tobie przez 

cały czas, jeśli oczywiście zgodzisz się na to.

- Czy się zgodzę? - Simon roześmiał się głośno. - Niczego bardziej nie pragnę. Zostań 

ze mną, Mayu, przeżyjmy razem każdą sekundę, jaka mi pozostała, pozwól mi wypalić się u 

twego boku!

Maya czuła, dokąd to prowadzi, mimo to nie bała się. Wiedziała, że jest to coś, czego 

pragnęła z całego serca. Simon, podobnie jak ona, ukląkł na kanapie i spojrzał na nią z góry, 

po czym bardzo ostrożnie ujął jej twarz w swoje dłonie i pocałował ją. Łagodnie i spokojnie, 

background image

ale z wewnętrznym żarem, który przeniknął ich oboje. Maya nawet nie zauważyła, że zaczął 

rozpinać guziki jej bluzki. Wszystko to było tak naturalne i proste, jakby pragnęła tylko tego i 

niczego więcej.

Simon zaś całkowicie zapomniał o tym, że jeszcze przed chwilą takie zachowanie 

wobec Mai uważał za nieodpowiedzialne, prawdopodobnie zapomniał nawet i o tym, gdzie 

się znajduje i że za oknem jest jakiś świat. Czuł jedynie bliskość Mai i żył chwilą, tylko i 

wyłącznie dla niej.

A gdy leżeli potem mocno przytuleni do siebie i nie oddzieleni nawet najcieńszym 

prześcieradłem, Mai płynęły z oczu łzy szczęścia, a Simon nie myślał o swej chorobie i 

smutnym losie, przepełniony oszałamiającą radością.

- Jak ja mogłem myśleć, że kogoś kocham, zanim spotkałem ciebie? - wyszeptał.

background image

ROZDZIAŁ X

Maya poczuła się dziwnie, widząc wczesnym rankiem mężczyznę wychodzącego z jej 

niewielkiej łazienki z ręcznikiem kąpielowym przewiązanym wokół bioder. Ten powszedni 

dla innych kobiet widok dla niej oznaczał zupełnie nowy rozdział życia.

Przygotowywała   właśnie   skromne   śniadanie   z   resztek   jedzenia   z   poprzedniego 

wieczoru.   To   osobliwe,   ale   wcale   nie   czuła   się   speszona.   Zawsze   się   obawiała,   że   gdy 

nadejdzie   kiedyś   ten   dzień   -   a   właściwie   noc   -   i   jakiś   mężczyzna   się   z   nią   prześpi,   to 

następnego ranka atmosfera będzie ciężka i niezręczna.

Stało się  inaczej. Oboje z Simonem doskonale się  rozumieli i  respektowali  swoje 

potrzeby.

On nigdy nie należał fizycznie do Gitte. Cóż za słodka myśl!

Simon był naprawdę wspaniałym mężczyzną. Maya patrzyła na niego z nie skrywaną 

przyjemnością.

- Nigdy nie masz bólów? - spytała.

- Nigdy. To znaczy nigdy od tamtego czasu, kiedy nagle poczułem ból w całym ciele. 

Przypisywałem go napięciu nerwowemu.

- Ale miewasz już jakieś symptomy?

Simon wyglądał na nieco zakłopotanego.

- Żadnych, żadnych, które bym zauważył. Pewnie czasami tak bywa: najpierw jest 

spokój, a potem nagle wszystko się zaczyna.

Gdy Simon się ubrał, usiedli oboje przy niskim stoliku przed kanapą. Maya bardzo 

żałowała w tym momencie, że nie ma choćby niewielkiego stołu o normalnej wysokości, 

ponieważ  jedzenie  czegokolwiek  z kolanami  wystającymi  powyżej  blatu  było  wyjątkowo 

niewygodne. Ale musieli jakoś dawać sobie radę.

- Wiesz, co sobie pomyślałam? - odezwała się Maya. - Uważam, że między tobą a mną 

musi istnieć jakiś niedostrzegalny związek. Bo przecież od razu, gdy się tylko spotkaliśmy, 

wtedy, w pociągu, zaczęło dziać się mnóstwo różnych rzeczy. Ty przeżyłeś zamach na twoje 

życie, a...

Simon przerwał jej ruchem ręki.

- Mylisz się, Mayu. To nie był wcale pierwszy zamach na mnie.

Maya wlepiła w niego wzrok.

- Nie pierwszy? Dlaczego nic o tym nie powiedziałeś?

- Dlatego, że do tej pory nie zdawałem sobie z tego sprawy. Jak się okazuje, to zaczęło 

background image

się już parę lat temu. Dzisiejszej nocy, kiedy leżąc sobie obok ciebie i przyglądając się, jak 

śpisz,   poczułem,   że   ogromnie   cię   kocham,   zacząłem   jednocześnie   zastanawiać   się   nad 

ostatnimi dwoma latami mego życia i doszedłem do mnóstwa zdumiewających wniosków.

- Na przykład?

-   Kiedyś   eksplodowała   moja   łódź   patrolowa.   Na   szczęście   ja   i   mój   partner 

zapomnieliśmy czegoś zabrać i wróciliśmy na ląd. I właśnie wtedy nastąpił wybuch. Nikomu 

nic się nie stało.

- Uff - odetchnęła Maya. - Coś jeszcze?

- Innym razem w moim mieszkaniu ktoś wzniecił pożar, ale bez trudu go ugasiłem. 

Niewiele też brakowało, a zostałbym przejechany przez samochód.

- Simon, zaczynam się bać! - wykrzyknęła ze źle skrywanym lękiem w oczach.

- A ty? Czy tobie przydarzyło się coś przerażającego i niewyjaśnionego?

Maya nie spieszyła się z odpowiedzią.

-   Nie   -   odparła   wreszcie   po   dłuższym   namyśle.   -   Mogę   stwierdzić   z   całym 

przekonaniem, że nic takiego się nie stało. Czyli to dotyczy tylko ciebie.

- Już nie - odrzekł Simon w zadumie. - Teraz to dotyczy nas obojga.

-   Nie   jestem   pewna.   Jedynie   przypadek   sprawił,   że   byłam   razem   z   tobą   w 

samochodzie, kiedy odmówiły hamulce.

- Tak, masz rację. Może to rzeczywiście chodzi tylko o mnie. Ale jak ty to wyraziłaś? 

Jedynie przypadek sprawił...? Nigdy bardziej nie byłem świadom tego, co robię, niż tamtego 

dnia!

Jakże miło było to usłyszeć. Maya przytuliła się mocno do niego, upajając się jego 

ciepłem.

- Uważaj na moją kanapkę! - roześmiał się.

Simon zawiózł ją do Mark. Chcąc nie chcąc, musieli przypomnieć sobie, że istnieje 

jeszcze coś takiego jak dzień powszedni i praca. Maya niemal o tym zapomniała, znalazła się 

bowiem w innym świecie.

Była w beztroskim nastroju, życie wydawało jej się jednym wielkim świętem. Nie 

chciała myśleć o przyszłości. Liczyła się tylko chwila obecna, a ona należała wyłącznie do 

nich!

- Co będziesz dziś robić? - spytała Simona.

- Wszystko mam dokładnie zaplanowane! Odwiedzę tę damę z cukierni i postaram się 

dotrzeć do źródła plotek. A co najważniejsze, zamierzam pojechać do Gitte i poprosić ją o 

natychmiastowy rozwód. To będzie raczej proste, jesteśmy przecież w separacji i przez dwa 

background image

lata żyliśmy zupełnie osobno.

- Nie zapominaj, że ona wczoraj wróciła, by wszystko naprawić między wami.

-   Nie   zapominam.  Ale   ja   jej   nie   chcę.   Za   żadne   skarby  i   za   nic   na   świecie.   Bo 

znalazłem coś, co jest tysiąc razy cenniejsze od niej: ciebie i naszą miłość. Jakie to wszystko 

piękne! Tak cudownej nocy nigdy jeszcze nie przeżyłem. I te nasze długie rozmowy! To dla 

mnie zupełnie nowe doświadczenie, nie wiedziałem, że można rozmawiać z kobietą w ten 

sposób, bez obawy, że to, co powiem, może zostać wykorzystane przeciwko mnie... Boże, jak 

ja mogłem myśleć, że jestem zakochany w Gitte? Przecież ona to zajęty wyłącznie sobą sopel 

lodu. Tak, to właściwe porównanie, sopel lodu bowiem topi się i nic z niego nie zostaje. Dla 

mnie Gitte znaczy teraz właśnie tyle: zero.

Maya przygryzła wargi.

- Czy wiesz na pewno, po co chcesz dojść do źródła tych niegodnych plotek o tobie i o 

mnie?

-   Tak,   wiem.   Chciałem   zmusić   tę   osobę   do   odwołania   wszystkiego   wobec   Gitte. 

Chciałem być oczyszczony do końca w jej oczach. Ale teraz to nie ma już żadnego znaczenia. 

Pragnę to zrobić ze względu na ciebie i na mnie. Dowiedzieć się, kim jest ta bestia i dlaczego 

wymyśliła to wszystko.

Maya pokiwała głową.

- Ciągle mam takie poczucie, że te plotki muszą mieć coś wspólnego z napadami na 

ciebie i na nas. Tylko nie rozumiem, co dokładnie.

- Ja też nie rozumiem.

- Bądź ostrożny, Simonie. Dobrze wiesz, że twój wróg jest niebezpieczny. Właśnie 

dlatego, że jest niewidzialny.

- Wiem, wiem. Ale jednej rzeczy nie mogę pojąć w żaden sposób: jak to wszystko się 

wiąże z zabójstwem twojego ojca?

- Tak, to jest prawdziwa zagadka. Ale ono nie ma nic wspólnego z nami.

-   Kyrkudden   to   zbyt   mała   miejscowość,   by   mogło   tu   wchodzić   w   rachubę   kilka 

różnych zbrodni. Możesz być pewna, że to wszystko się łączy! Tylko jak?

- Posłuchaj, pojutrze przyjeżdża moja mama na pogrzeb ojca. Przyjdziesz?

- Naturalnie! Odnoszę wrażenie, że boisz się swojej mamy?

- Nie, to nie to. Tylko że z nią jest tak trudno się dogadać. Ciągle wymaga zbyt wiele.

- Na pewno trochę się uspokoiła, kiedy usłyszała, że mąż nigdy jej nie oszukiwał.

- Mam nadzieję.

Simon zamyślił się na chwilę, po czym powiedział odważnie jednym tchem:

background image

- Kiedy pozbędę się już tego ciężaru, to znaczy Gitte, wówczas będziemy musieli...

Musiał zaczerpnąć oddechu.

- Wrócimy do tego później - wpadła mu w słowo Maya.

- Dobrze.

Uważał, że nie ma prawa rozmawiać o przyszłości, dopóki jest związany z Gitte. Snuł 

jednak tak wielkie plany. Jakie to szczęście, że nie zdążył zapisać wszystkiego w testamencie 

Gitte! Nie posiadał wprawdzie wiele, ale to, co miał, powinno przecież przypaść w udziale 

Mai. Niczego w swoim życiu nie był tak pewien jak właśnie tego. Musi żyć jeszcze tak długo, 

by zdążyć się z nią ożenić i w ten sposób zagwarantować jej materialny dostatek, a także dać 

nazwisko   swojemu   ewentualnemu   potomkowi.   Minionej   nocy   bardzo   dużo   rozmawiali 

właśnie o dziecku. Nie zrobili nic, by się zabezpieczyć, ponieważ żadne z nich tego sobie nie 

życzyło.   Maya   nawet   poprosiła   Simona,   aby   nie   zachowywał   środków   ostrożności.   W 

pierwszej chwili nie chciał się na to zgodzić, ponieważ to przecież ona dźwigałaby cały ciężar 

wychowania dziecka w przyszłości. Maya jednak nie ustąpiła.

Musi więc żyć jeszcze tak długo, by dać Gitte po nosie i ożenić się z Mayą! To było 

jego jedyne pragnienie.

Musi trzymać się życia ze wszystkich sił, przynajmniej jeszcze przez kilka miesięcy.

Simon był zupełnie roztrzęsiony, kiedy wjechał na obszerny i zadbany dziedziniec 

posiadłości Svendsenów. Miał nadzieję, że uniknie spotkania z seniorem rodu, ale, niestety, 

nie udało się.

Spodziewał   się,   że   nie   ominą   go   wymówki.   Tymczasem   ten   wysoki   mężczyzna 

zmierzał w jego stronę z wyciągniętymi ramionami.

- Kogo ja widzę! To ty, Simonie? Witaj, drogi zięciu! Słyszałem, że między tobą a 

Gitte znowu jest dobrze. Bardzo mnie to cieszy, mój chłopcze. Tak bardzo się martwiłem, że 

między   wami   się   nie   układa.  Wiedziałem,   że   to   ta   bezwstydnica   Maren   Grandseter   tyle 

napsuła swoimi fantazjami. Jakaś sfrustrowana dziewucha, pewnie nie mogła zdobyć żadnego 

chłopaka, to go sobie wymyśliła. Prawdopodobnie kochała się w tobie. Ale proszę, wejdź do 

środka, Gitte na pewno się ucieszy.

Mówił jak nakręcony. Simon nie miał szansy, by wtrącić choćby jedno słowo protestu.

Zresztą   to   i   tak   nic   by   nie   dało.   Poza   tym   Simon   nie   miał   najmniejszej   ochoty 

roztrząsać swoich spraw uczuciowych ze Svendsenem.

- Jak czuje się twój ojciec? - spytał teść, gdy obaj znaleźli się w hallu domu.

- Dziękuję, raczej bez zmian. Ostatnio jest bardzo ożywiony, ponieważ dwa z jego 

koni znowu wygrały bieg.

background image

- Sindbad i Alladyn, wiem, wiem. Byłem tam oczywiście. Szkoda, że ojciec nie może 

już przychodzić na trybuny, bardzo mi go brak. Zawsze długo dyskutowaliśmy o koniach. Ale 

właśnie idzie Gitte. Spójrz no, kochanie, kto nas odwiedził!

Chłodna blondynka w jasnej, eleganckiej sukience zbliżała się do nich przez hall. 

Niewątpliwie jest ładna, ładniejsza od Mai. Ale jak mało w niej życia. Simon uważał, że 

Maya mimo wszystko jest sto razy bardziej pociągająca.

Zdawało   mu   się,   że   dostrzegł   w   niebieskich   oczach   żony  błysk   zwycięstwa.   Nie, 

chyba był uprzedzony, widział tylko to, co chciał widzieć. Czyżby znajdował się aż pod tak 

silnym wpływem Mai?

To nieprawda. Maya starała się przecież - co prawda nie zawsze ze skutkiem - tłumić 

swą niechęć do Gitte. Próbowała być lojalna.

Boże drogi, jak on mógł ożenić się z kimś tak sztucznym?

Gdy  po   przywitaniu   się   Simon   szedł   za   Gitte   do   jej   pokoju,   zastanawiał   się   nad 

okolicznościami, które doprowadziły do ich małżeństwa.

Gdzie on ją spotkał pierwszy raz?

Ach, tak, to było wtedy, gdy na prośbę ojca towarzyszył mu do Ovrevoll. Ponieważ 

choroba dawała się już staruszkowi we znaki, nie miał odwagi podróżować sam. Simon, 

przeciwny hodowaniu zwierząt dla pieniędzy, spełnił jego życzenie bez entuzjazmu.

To   właśnie   tam,   na   torze   wyścigowym,   natknęli   się   na   starego   przyjaciela   ojca, 

Svendsena, i jego córkę. Gdy zjedli wszyscy razem obiad w restauracji, Simon poczuł się 

oczarowany  smukłą,   delikatną   i   wielce   ponętną   Gitte.   Ojcowie   bez   trudu   to   zauważyli   i 

dopomogli rodzącemu się romansowi. Ona zaś nie była mu nieprzychylna, wprost przeciwnie. 

Młodzi zaczęli się zatem spotykać i już po miesiącu Simon się oświadczył.

Czy   rzeczywiście   on   to   zrobił?   W   tych   nowoczesnych   czasach   nie   ma   przecież 

znaczenia, kto pierwszy wychodzi z taką propozycją. Teraz jednak, kiedy się tak nad tym 

zastanawiał,   poczuł   się   nieswojo   na   myśl,   że   wtedy   w   restauracji   wyraźnie   został 

przechytrzony.   Niewątpliwie   to   on   wypowiedział   potem   słowa,   które   w   rezultacie 

doprowadziły do małżeństwa, lecz dopiero w tej chwili zrozumiał, że włożono mu je w usta.

Również teraz oczy Gitte żarzyły się ciepłym i wielce obiecującym blaskiem, lecz 

Simon nie zamierzał dać się oszukać jeszcze raz. Możliwe, że go kocha, niewykluczone też, 

że dojrzała od tamtego czasu, gdy nie pozwalała mu zbliżyć się do siebie, ale co z tego? Im 

szybciej się z nią rozstanie, tym lepiej. A później będzie trzymać się od niej jak najdalej. Gitte 

budziła w nim bowiem jedynie niechęć - i obojętność.

- Zastanowiłeś się? - spytała z uśmiechem.

background image

- Nie miałem nad czym się zastanawiać - odparł krótko. Twarz Gitte pojaśniała jeszcze 

bardziej. Simonowi wydawało się, że słyszy jej fanfary zwycięstwa.

Pospieszył więc, by sprowadzić ją na ziemię.

- Chcę rozwodu.

Gitte zaczęły drżeć usta. W oczach pojawiły się łzy, co spowodowało, że przez ułamek 

sekundy   Simon   poczuł   wyrzuty   sumienia.   Może   jednak   nie   jest   sprawiedliwy?   Może   to 

gwałtowna   Maya   jest   osobą,   którą   należałoby  pozostawić   własnemu   losowi,   a   nie   Gitte, 

skrzywdzoną niewinność? Zasłonił twarz rękami i dręczące myśli zniknęły. Dopiero teraz 

pojął, jak nieprawdopodobna była jej zdolność tworzenia iluzji. Ona nigdy niczego mu nie 

dała, zawsze jedynie brała. Dlatego któregoś razu powiedział o niej, że skąpi mu siebie.

- To moja wina - westchnęła, przyzwyczajona do tego, że zawsze ulegał jej łzom. - 

Zachowałam się podle wobec ciebie. Lecz wierzyłam, że moglibyśmy zacząć wszystko od 

początku. Byłam gotowa się zmienić pod względem, no... wiesz.

- Pod jakim? - spytał Simon. - O ile pamiętam, wiele wymagało zmian.

Podniosła na niego oczy błyszczące od łez.

- No, wiesz... Chyba nie byłam taką prawdziwą żoną. Odmawiałam ci... twoich praw. 

Musisz wziąć jednak pod uwagę to, że byłam wtedy taka młoda i niedojrzała. Dziecinna i 

wystraszona.

Simon nie odpowiedział. Pomyślał tylko, że Gitte wcale nie jest już taka młoda, ma o 

siedem lat więcej od Mai.

Maya... już samo jej imię sprawiało, że robiło mu się cieplej na sercu.

- A plotki? - spytał obojętnym głosem.

- Byłam taka głupia! Nie rozumiem, jak mogłam w coś takiego uwierzyć? Przecież 

kochałeś mnie tak gorąco!

Te pełne emfazy słowa napełniły go odrazą.

- To nie było tak - rzekł powoli. - To, że się mną interesowałaś, pochlebiało mi i 

całkowicie mnie zaślepiło. Sądziłem, że jestem w tobie zakochany. Teraz wiem lepiej. Pragnę 

być wolny. Natychmiast.

Gitte wykrzyknęła nieco za szybko:

-  Ale   ja   tak   bardzo   bym   chciała   być   przy   tobie   do   końca!   Umilić   ci   te   ostatnie 

miesiące.

- To ty wiesz? - zawołał gwałtownie Simon.

Gitte znowu zadrżały wargi.

- Dowiedziałam się od doktora Modina, kiedy był tu u nas przedwczoraj.

background image

Simon był wstrząśnięty.

- Sten naprawdę...?

-   To   była   nieostrożność   z   jego   strony   -   bez   wahania   wyjaśniła   Gitte,   nieco 

przestraszona. - Myślał, że sam mi powiedziałeś. Bardzo żałował, że się wygadał.

Simon nieco złagodniał.

- To dlatego odwiedziłaś mnie wczoraj?

- Już dawno zamierzałam to zrobić, ale brakowało mi odwagi. Ale kiedy usłyszałam o 

tej twojej okropnej chorobie, od razu wiedziałam, że moje miejsce jest przy tobie.

Była naprawdę wzruszająca i słodka, gdy tak przed nim stała i prosiła. Wydawało się 

nawet,   że   przez   chwilę   zastanawiała   się,   czy   nie   podejść   do   niego   i   nie   pogłaskać   go 

pieszczotliwie po włosach. Jednakże na Simonie wszystko to nie robiło już wrażenia. W 

każdym jej geście bowiem, nawet w tych najbardziej „spontanicznych”, było coś sztucznego i 

doskonale wykalkulowanego.

- Już za późno, Gitte. W większym czy mniejszym stopniu ten nieznany plotkarz sam 

pchnął mnie w ramiona Mai, czyli Maren Grandseter. Bardzo mi na niej zależy, a jej na mnie. 

Chcemy   się   pobrać   i   być   razem   aż   do   końca.   Dlatego   właśnie   proszę   o   zwrócenie   mi 

wolności.

Gitte znowu ukryła twarz w dłoniach. Zanosząc się płaczem, wybiegła na korytarz. 

Simon, pozostawiony sam w jej pokoju, poszedł za nią i znalazł ją w hallu w ramionach ojca.

- Simon chce się rozwieść, tato. Żeby ożenić się z tą... no, wiesz...

Svendsen,   którego   twarz   przez   ułamek   sekundy   przypominała   chmurę   gradową, 

uspokoił się i rzekł:

- Simon, zastanów się, proszę! Gitte postąpiła głupio, przyznaję, ale to biedne dziecko 

nie   miało   łatwo   w   życiu,   w   młodych   latach   stała   się   ofiarą   gwałtu.   Jako   jej   mąż   masz 

obowiązek się nią opiekować.

Sytuacja była wyjątkowo przykra. Simon nie wiedział, co powiedzieć.

Słysząc odgłosy jakiegoś zamieszania na dziedzińcu, spojrzał w okno. Od strony stajni 

nadchodził jakiś mężczyzna.

- Ten człowiek... Gdzie ja go widziałem wcześniej?

- Andersen? - odpowiedziała Gitte, nieoczekiwanie rozpłomieniona. - Oczywiście, że 

go widziałeś! Był przecież z nami w Ovrevoll, kiedy ty i ja spotkaliśmy się po raz pierwszy.

Być   może.   Simonowi   jednak   zdawało   się,   że   widział   go   całkiem   niedawno. 

Naturalnie,   spotkał   go   podczas   ostatniej   swojej   wizyty   u   Svendsenów,   ale   jeszcze 

wcześniej...?

background image

Teść wyrwał go z zadumy.

- Simon, przemyśl to sobie jeszcze raz. Dobrze wiesz, że Gitte nie jest złą partią.

- Wiem. Ale kiedy miłość umiera, niewiele da się już zrobić.

Svendsen   stał   przy   drzwiach   do   salonu,   Gitte   zaś   przy   oknie.   Oboje,   niemal 

niezauważalnie, wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Simon znowu poczuł, 

że   między   ojcem   i   córką   istnieje   niesłychane   wprost   porozumienie.  Wiedział,   że   podjęli 

decyzję.

Gitte kiwnęła głową. Zapłakana i zraniona, odrzekła jednak z godnością:

-   Jak   sobie   życzysz,   Simonie.   Nie   chcę   cię   zatrzymywać   wbrew   twojej   woli. 

Dostaniesz rozwód.

Simon odetchnął z ulgą.

- Kiedy?

- Kiedy chcesz.

Dzisiaj, zamierzał powiedzieć, lecz byłoby to chyba zbyt pośpieszne.

- Jutro?

Gitte zmarszczyła swe wypielęgnowane brwi.

- Jutro jestem w Oslo. Potem mamy weekend. Powiedzmy: w poniedziałek? Spotkamy 

się w Mark i pójdziemy razem na szafot. Myślę, że to nie potrwa długo. Możesz przecież 

powołać się na nieskonsumowanie małżeństwa.

Ostatnie słowa wypowiedziała nieco histerycznie.

Simon jednak był nieczuły na jej aluzje.

- Akurat za to mogę ci być teraz tylko wdzięczny - oświadczył szorstko. - Pod uwagę 

należy wziąć przede wszystkim brak lojalności z twojej strony. Moim zdaniem, to bardzo 

ważne.

Po czym odwrócił się i wyszedł.

Następnie udał się do domu sprzedawczyni z cukierni.

Była   to   aż   do   przesady   zadbana   willa,   w   której   pachniało   pastą   do   podłogi   i 

salmiakiem.   Przez   chwilę   Simon   zastanawiał   się   nawet,   czy   nie   powinien   zdjąć   butów. 

Jednakże gospodyni rozwiązała problem, zatrzymując gościa w sieni.

Kobieta, która, sądząc po stroju, była właśnie całkowicie pochłonięta sprzątaniem, nie 

mogła w ogóle pojąć, co mają znaczyć jego dziwne pytania. Naciągnęła mocniej chustkę na 

czoło, aby ukryć pod nią wałki, i spojrzała nieco agresywnie na Simona.

- Nie zajmuję się plotkami.

- Oczywiście, nie wątpię w to - odparł Simon, przyozdabiając twarz jednym ze swych 

background image

najbardziej czarujących uśmiechów. Obawiał się, że wygląda z nim odrażająco. - Nie o to 

pytam. Chcę tylko wiedzieć, gdzie pani usłyszała tę wiadomość. Kto naopowiadał pani tych 

plotek?

- No, wie pan, jak się pracuje w cukierni, to człowiek słyszy to i owo.

Wreszcie zdecydowała się wyłączyć odkurzacz, który cały czas pracował, i dlatego 

ostatnie słowa zabrzmiały tak głośno jak w pustym kościele.

- Doskonale panią rozumiem - wyznał Simon. - Ale jeśli pani powie mi teraz, kto pani 

naplótł tych rzeczy o mnie, wtedy policja nie będzie już przychodzić do pani, tylko skupi się 

bezpośrednio na tym, co najważniejsze.

Kobieta spojrzała na niego przerażona.

- Nie chcę tu żadnej policji, jasne? Pod żadnym warunkiem. Nie dostarczę sąsiadom 

tej satysfakcji, o, nie!

Simon czekał cierpliwie. Kobieta nie uczyniła nawet najmniejszego gestu, by zaprosić 

go do środka, ale był jej tylko za to wdzięczny.

- Dzień w dzień człowiekowi tyle różnych nowin wpada do ucha - powtórzyła. - 

Zaraz, zaraz, muszę pomyśleć! To był rzeczywiście wyjątkowy kąsek.....

Zajęta myślami, nawet nie zauważyła, że wypowiedzianymi słowami mogła sprawić 

mu przykrość.

- Dwa lata temu... to szmat czasu. Powiada pan, że nie urodziła tego dziecka? Dziwne! 

Byłam pewna, że Lill jest dobrze poinformowana...

- Lill?

Kobieta ocknęła się.

- Tak, oczywiście, to była Lill! Teraz sobie przypominam.

Simon stał jak odurzony. Lill... Najbliższa przyjaciółka Mai?

background image

ROZDZIAŁ XI

Na wszelki wypadek Simon nawiązał kontakt z jeszcze jednym dawnym kolegą z 

pracy,   który także  słyszał   te  plotki.  Dlatego  popołudnie  spędził  głównie   w samochodzie. 

Jeździł po okolicy, próbując wykryć źródło oszczerstw. Nie było to bynajmniej proste: ludzie 

nie chcieli zdradzać swoich przyjaciół, ale wreszcie udało mu się dotrzeć do prawdy.

Nie poczuł się bynajmniej zaskoczony, gdy znowu natrafił na ślad Lill, przyjaciółki 

Mai.

Aż wreszcie nadeszła pora, by pojechać po Mayę do pracy.

Miał jej tyle do opowiedzenia, że gdy ją zobaczył, pomachał ku niej energicznie.

Na jej widok zrobiło mu się ciepło na sercu. Ubrana w prostą, wzorzystą sukienkę, 

wyglądała nadzwyczaj świeżo i trochę dziecinnie. Ale on przecież wiedział najlepiej, że stała 

się już młodą kobietą - za jego sprawą, minionej nocy. Oboje mieli więc wreszcie swoją 

wspólną tajemnicę...

- Cześć - powiedziała zadyszana, czerwieniąc się. - Jak ci minął dzień?

Simon rozpromieniał jak słońce.

-   Gitte   zgadza   się   na   rozwód   -   odparł   z   triumfem,   siadając   do   samochodu.   -  W 

poniedziałek złożę pozew. A potem, Mayu, nie będziesz musiała się niczego wstydzić.

- Przecież wcale się nie wstydzę. Jestem i tak szczęśliwa, bez urzędowego pozwolenia 

na bycie razem z tobą.

- Proszę cię, nie sprzeciwiaj mi się. Myślę, że mogłabyś mi wyświadczyć tę ostatnią 

przysługę. Chcę zabezpieczyć twoją przyszłość. A gdyby się okazało, że urodzi się nam mały 

chłopiec albo dziewczynka, chciałbym, żeby dziecko nazywało się Dalen. To będzie moje 

dziecko. Mój potomek.

Maya nie była w stanie wykrztusić ani słowa. U ścisnęła tylko Simona mocno za rękę.

On zaś był w znakomitym nastroju.

- Będziemy mieli wspaniały ślub. Panna młoda w bieli, pan młody na czarno. Mój 

ojciec będzie wreszcie szczęśliwy.

- Dlaczego?

- Nie znosił Gitte. Jeszcze nim się pobraliśmy. A kiedy potem widział, jak bardzo 

jestem przez nią nieszczęśliwy, i jeszcze później, gdy po prostu zostawiła mnie samego, dając 

posłuch plotkom, nie chciał o niej w ogóle słyszeć. Musisz pojechać ze mną do niego i poznać 

go.

- Dziś wieczorem?

background image

- Nie, dzisiaj mamy co innego do roboty. Wytropiłem coś i musimy się tym zająć.

- Czyżbyś dowiedział się, kto rozsiewał plotki? Bardzo jestem ciekawa.

- Chyba nie będziesz zadowolona.

- Nie rozumiem.

- To twoja przyjaciółka, Lill.

- Niemożliwe - zareagowała spontanicznie Maya.

-   Znalazłem   dwa   tropy   i   oba   prowadzą   do   niej.   Nie   mamy   wyboru,   musimy   ją 

odwiedzić.

- Lill? Nie mogę wprost uwierzyć!

Lecz   kiedy przypomniała  sobie  swoje  spotkanie  z  koleżankami  po  przyjeździe  do 

Mark... Lill rzeczywiście nie okazywała wielkiego entuzjazmu, wprost przeciwnie.

- Uff - westchnęła Maya. - Miałeś rację, nie ma się z czego cieszyć. Ale trudno, 

jedziemy.

Lill nie przyjęła niespodziewanych gości z otwartymi ramionami, wpuściła ich jednak 

do środka i poprosiła nawet, by usiedli. Mieszkanie pachniało niemowlęciem, a jego wygląd 

świadczył o niezbyt dobrej sytuacji finansowej właścicieli, ciasnocie i ogólnym zmęczeniu 

pani domu.

Z płaczącym dzieckiem na ręku gospodyni zrobiła nie pozbawiony sarkazmu gest, 

przepraszając gości za to, co zastali.

- Małe dziecko to nie tylko radość - westchnęła podnosząc z podłogi smoczek. Niezbyt 

starannie go oczyściwszy, wetknęła go niemowlęciu z powrotem do buzi. Zapanowała cisza. - 

Po co przyszliście? - spytała.

Na tak proste i rzeczowe pytanie mogli udzielić tylko równie rzeczowej odpowiedzi:

- Staraliśmy się dotrzeć do źródła plotek o nas obojgu - odparł Simon. - I okazało się, 

że jest nim przyjaciółka z dzieciństwa Mai, niejaka Lill.

Lill zrobiła się czerwona jak burak.

- Ja? Ja miałabym rozsiewać takie plotki? Za wiele sobie pozwalacie! To przecież 

sama   Maya   zaczęła   to   rozgłaszać!  To   ona   mówiła,   że   musi   wyjechać,   bo   spodziewa   się 

dziecka. Z Simonem Dalenem.

- To nieprawda! - zaprotestowała Maya. - Na pewno nie usłyszałaś tego ode mnie.

- Oczywiście, że nie. Ale wszyscy...

-   Skończmy   to   wreszcie   -   powiedział   ostro   Simon.   -   Najłatwiej   jest   zrzucać   na 

„wszystkich”. Skoro więc to nie ty wymyśliłaś tę plotkę, to od kogo ją usłyszałaś?

-  Nie  zależy mi  na  tym,   żeby wymyślać   tego   rodzaju  historie  o  innych   ludziach. 

background image

Usłyszałam tę nowinę z pewnego źródła i dlatego nigdy nie wątpiłam w jej prawdziwość.

- Od kogo?

- Od jednej z moich znajomych. To chyba wystarczy.

- Nie, nie wystarczy - nie ustępował Simon. - Kto to był? Jej nazwisko?

- Chodziłam z nią na taniec jazzowy. Maya zrezygnowała, a ja dotrwałam do końca 

kursu. Szkoda, Mayu, że nie zostałaś, byłaś naprawdę utalentowana.

Zaskoczona   nagłą   serdecznością   dawnej   koleżanki,   Maya   bąknęła   nieporadne 

„dziękuję”.

- Kto to był? - Simon nie dawał za wygraną.

Lill wbiła w niego wzrok.

- Ty powinieneś najlepiej wiedzieć. Ona nazywa się Gitte Dalen.

Popatrzyli na siebie bez słowa, po czym Simon westchnął ciężko.

- No tak! Czyli to było już po tym, jak Gitte dowiedziała się o wszystkim. Zatem nic 

nowego. Nie pozostaje nam nic innego, jak cię przeprosić, Lill. Pomyliliśmy się.

Lill przyjęła łaskawie przeprosiny i odprowadziła gości do drzwi.

Kiedy już znaleźli się w samochodzie, Maya stwierdziła:

- No i wróciliśmy do punktu wyjścia. Spójrz, czy to 

nie Sten Modin nadjeżdża z 

taką fantazją?

- Tak, to on. Widać, że się bardzo spieszy!

Doktor Modin zahamował tuż obok nich i wyjrzał przez okno samochodu.

- Dowiedziałem się, że jesteś tutaj. Twój ojciec miał atak serca. Powinieneś do niego 

natychmiast jechać.

- Już pędzę - powiedział zdenerwowany Simon. - Skąd wiedziałeś...?

- Mój kolega, lekarz twojego ojca, zadzwonił do mnie i poprosił, żebym spróbował cię 

znaleźć.  Zostawiłeś  przecież  wiadomość,  że  wybierasz  się na  poszukiwania  niejakiej  Lill 

Johansen. Ponieważ wiem, że teraz, po mężu, ona nazywa się Strand, pomyślałem sobie, że 

pewnie jesteś tutaj.

- No, dobrze, ale...

- Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu; mogę panią odwieźć do domu.

- To miło z twojej strony - rzekł Simon. - Bardzo bym chciał, Mayu, żebyś poznała 

mego ojca, ale to chyba nie jest najodpowiedniejsza chwila.

- Oczywiście.

- Przyjadę do ciebie od razu, jak będę mógł - obiecał. - Pozamykaj dobrze wszystkie 

drzwi, zaciągnij zasłony i nikogo nie wpuszczaj!

background image

- Możesz być spokojny. Mam nadzieję, że twojemu ojcu nic nie grozi.

- Ja też mam taką nadzieję. Co prawda ostatnimi czasy oddaliliśmy się od siebie, ale 

przecież był dla mnie dobrym ojcem... bardzo by mi go brakowało, gdyby odszedł.

Zamilkli. Oboje pomyśleli jednocześnie o tym samym: nie jest przecież pewne, że to 

ojciec odejdzie jako pierwszy...

Pożegnali się, po czym Sten Modin skierował swój samochód w stronę Kyrkudden.

Rozmowa   zupełnie   się   nie   kleiła.   Maya   martwiła   się   o   Simona,   którego   w   tym 

tragicznym   położeniu   spotkał   jeszcze   taki   cios,   a   doktor   Modin   wydawał   się   wyjątkowo 

przygnębiony.

- Zabieram panu czas - rzuciła z poczuciem winy.

- Bynajmniej, i tak miałem jechać w tym kierunku. A może uda się pani wyrwać mnie 

z ponurych myśli.

- Ponurych?

Na jego twarzy pojawił się grymas.

- Ostatnio ciągle dzieje się coś nieprzyjemnego. Nieszczęście Simona... Te wstrętne 

plotki... A teraz na do datek jeszcze i mnie nie ominęło...

- Co się stało?

- Złożono na mnie doniesienie. Umarł jeden z moich pacjentów. Ja uznałem go za 

całkowicie zdrowego! To prawdziwy cios dla lekarza.

- Przecież lekarz ma chyba prawo się pomylić?

- Ale nie w takim stopniu. Okazało się, że ten człowiek był śmiertelnie chory. A ja tego 

nie zauważyłem. To poważna plama na dobrym imieniu lekarza.

Nagle w Mai zrodziła się dzika nadzieja. Sten Modin, widząc jej reakcję, domyślił się 

natychmiast, o co ona chce go spytać.

- Nie, nie! Aż tak złym diagnostą nie jestem na pewno. Dla Simona nie ma ratunku. 

Wiem, że zależy wam na sobie, i życzę wam wszystkiego dobrego, ale jego życie dobiega 

kresu.

Maya westchnęła ciężko.

-   To   był   najcięższy   dzień   w   moim   życiu,   kiedy   musiałem   powiedzieć   Simonowi 

prawdę - wyznał powoli Sten. - Tyle długich lat się przyjaźniliśmy.

- Dlaczego musi tak być? Dlaczego ślepy los wybrał akurat jego?

Znowu zapadło milczenie.

Na   szczęście   dom   Mai   znajdował   się   niedaleko.  Ale   zanim   dotarli   na   miejsce,   w 

samochodzie odezwał się telefon.

background image

Doktor odebrał. Pilnie wzywano go do chorego.

- Czy mógłbym od pani zadzwonić? - spytał, przygryzając wargi.

- Nie mam telefonu. A mieszkanie gospodarzy jest zamknięte.

- Szkoda! Z tego aparatu nie mogę dzwonić prywatnie. Miałem się z kimś spotkać... a 

teraz jest już za późno, żeby wszystko odwołać...

- Może jednak mogłabym jakoś pomóc?

Sten,   wyraźnie   nieobecny   myślami,   zastanawiał   się   nad   czymś.   Ocknąwszy   się, 

odpowiedział:

- Nie, nie, dziękuję. Jakoś sobie poradzę.

Zatrzymał   się   przed   domem   Mai   i,   nie   mówiąc   nawet   do   widzenia,   natychmiast 

odjechał.

Ona, zamyślona, podeszła do skrzynki na listy i znalazła w niej przesyłkę od policji. 

Nic poza tym.

Przez cały czas coś nie dawało jej spokoju. Miała wrażenie, że oboje z Simonem 

popełnili gdzieś błąd...

Stanęła z nie otwartym listem w ręce przy stole. Coś w tym wszystkim się nie zgadza. 

Tylko co?

Wreszcie rozerwała kopertę. Nadawcą był, jak się okazało, znany już jej komisarz 

policji.

Uprzejmie proszę o pilne skontaktowanie się ze mną. Policja z Oslo znalazła kalendarz 

Pani ojca i potrzebuje pomocy w rozszyfrowaniu kilku niezrozumiałych znaków.

Brzmiało to interesująco, ale jak miała skontaktować się teraz z policją, skoro obiecała 

czekać w domu do powrotu Simona?

Znowu zaczęły męczyć ją te dziwne myśli. Czyżby coś przegapili?

Nie, chyba nie poradzi sobie sama z tym problemem. Zaraz jednak przyszło jej do 

głowy co innego:

Sten   Modin   został   wezwany   do   pacjenta,   ale   wcześniej   z   kimś   się   umówił. 

Prawdopodobnie nie zdołał już odwołać spotkania.

Załóżmy więc, że rzeczywiście nie zdążył zawiadomić tej kobiety, z którą miewał 

miłosne schadzki w opuszczonym kościele, dedukowała Maya. I nie zdążył poinformować jej 

także o tym, że został zdemaskowany, ponieważ zgubił tam długopis. Może więc kochanka, 

niczego nieświadoma, zmierzała właśnie na potajemne spotkanie...

Maya nie mogła pohamować ciekawości. Zdawała sobie sprawę, że to nieładnie, ale 

bardzo chętnie dowiedziałaby się, z kim pan doktor umawiał się w kościele nad morzem. 

background image

Nazwał ją „kobietą, z którą nie należy się pokazywać publicznie”. Czyżby chodziło o tę 

młodą i niezbyt stałą w uczuciach dziewczynę z Kyrkudden? Jeśli Maya ją by tam zobaczyła, 

roześmiałaby się w głos, drwiąc z niewybrednego gustu doktora Modina.

Zegar wybił ósmą. Jeśli mieli spotkać się o ósmej, kochanka powinna już czekać na 

miejscu.

Maya doskonale wiedziała, że nie powinna tam iść. Pod żadnym pozorem. Jednakże 

pokusa   była   zbyt   silna.   Sten   Modin   tak   bardzo   zmartwił   się   tym,   że   nie   mógł   odwołać 

spotkania,   iż   Maya   postanowiła   go   wyręczyć   i,   nie   zastanawiając   się   dłużej,   ruszyła   do 

kościoła.

Powoli   zaczynało   już   zmierzchać.  W  porcie   nic   się   nie   działo,   ludzie   siedzieli   w 

swoich domach lub pojechali do Mark.

Im bliżej była lasu nad morzem, tym bardziej czuła się nieswojo. Przypomniał jej się 

wypadek samochodowy, z którego oboje wyszli cało jedynie dzięki przytomności umysłu 

Simona i szczęściu. Pomyślała także o swym ojcu, którego znaleziono na cmentarzu przy 

kościele. Nagle przestała mieć ochotę na tę wyprawę.

Gdy tak stała na skraju lasu, przez głowę przemknęły jej znowu te same myśli, jakie 

nie dawały jej spokoju w domu: w ich spekulacjach musiał gdzieś tkwić błąd.

Mimo woli zaczęła znowu iść w górę zbocza, ku morzu.

Lill... Coś tu się chyba nie zgadza. Lill usłyszała plotkę od Gitte i przekazała ją dalej 

innym. W ten sposób sensacyjna nowina dotarła do kolegów z pracy Simona, którzy mu ją 

powtórzyli.

Ale to stało się przecież na długo przedtem, nim plotki dotarły do jego żony, czyli do 

Gitte.

Maya zatrzymała się znowu, tym razem na skraju lasu blisko kościoła.

To   wszystko   mogło   znaczyć   tylko   jedno:   Gitte   wiedziała   o   plotkach   od   samego 

początku, a potem tylko udawała, że to dla niej nowość.

To zaś prowadziło do nieuchronnego wniosku: plotkę stworzyła sama Gitte! To ona 

wymyśliła, że jakaś inna kobieta spodziewa się dziecka z jej mężem.

Ale, na Boga Ojca, po co?

Maya nie wyobrażała sobie, jak można zrobić coś takiego! Narazić się dobrowolnie na 

takie poniżenie!

I dlaczego Gitte wybrała akurat ją? Przecież prawie się nie znały.

Nagle   Maya   zorientowała   się,   że   stoi   na   cmentarzu,   a   nad   nią   góruje   sylwetka 

kościoła. Nie mogła zrozumieć, jak się tu znalazła. Zatopiona w myślach, nie zauważyła 

background image

widocznie, że ciągle posuwa się naprzód.

Skoro więc doszła aż tutaj, równie dobrze mogła już wejść do samego kościoła. Byle 

tylko nie tą okropną drogą od strony morza. Powinna przejść do głównego wejścia i dostać się 

do zakrystii od ołtarza. Ale tak naprawdę po co jej to? Co ją obchodzą historie miłosne Stena 

Modina, co ona sobie wyobraża? To zupełnie niepodobne do niej. Zrobiło jej się wstyd. To, co 

jeszcze   w   domu   wydawało   jej   się   zabawnym   żartem,   teraz   uważała   za   nie   smaczne 

szpiegowanie. Nie miała przecież dziesięciu lat, żeby bawić się w podglądanie dorosłych.

Przekazać wiadomość, że doktor Modin nie może przyjechać? Wykluczone!

Poza   tym   nagle   odczuła   z   całą   wyrazistością   grozę   tego   miejsca.   Przecież   tu 

znaleziono jej ojca, tutaj zmuszono ją do identyfikacji - był to najstraszniejszy moment w jej 

życiu. Jej dobry, kochany ojciec i jego przerażające ciało pod samochodową plandeką... To 

niewypowiedzianie ciężka chwila; gdyby nie miała Simona u swego boku, mogłoby się to 

skończyć dla niej źle, załamaniem nerwowym lub obłędem.

Maya uzmysłowiła sobie, że wyparła z pamięci wspomnienie tej przerażającej chwili. 

Teraz wszystko ożyło na nowo. Zawróciła więc w panice, chcąc uciec stamtąd jak najdalej.

W  tej   samej   sekundzie   spostrzegła   jednak   czyjąś   sylwetkę   pod   lasem.   Ktoś   szedł 

wzdłuż brzegu.

Maya instynktownie ukryła się za kamieniem nagrobnym. Od strony lasu nadchodziła 

jakaś kobieta, niewątpliwie kochanka Stena Modina.

Będzie musiała przejść tuż obok Mai.

Żeby jej tylko nie zobaczyła! Biedna dziewczyna, młoda i głupia, dawała się wodzić 

za nos cynicznemu doktorkowi.

Znajdowała się już tak blisko, że dawało się rozpoznać rysy twarzy.

Ale... okazało się, że to nie jest dziewczyna. To dorosła, świadoma kobieta.

Maya   zapomniała   o   wszelkiej   ostrożności,   o   swym   kompromitującym   położeniu, 

zapomniała po prostu o wszystkim i nagle wyprostowała się za kamieniem.

- Co, u diabła, ty tu robisz? - wybuchła.

Gitte  zatrzymała  się  jak  wryta   i spojrzała  na  Mayę  w  osłupieniu. Widać  było,  że 

gorączkowo szuka odpowiednich słów.

Wreszcie je znalazła.

- To chyba ja powinnam raczej spytać, co robisz za tym kamieniem?

- To jest grób mojego ojca, właśnie wyrywałam chwasty - skłamała Maya, jakby nie 

zauważając późnej pory. - Niedługo odbędzie się jego pogrzeb. Poza tym szłam właśnie z 

wiadomością od twojego ukochanego, Stena Modina, który nie może dziś przyjść. Wezwano 

background image

go do chorego.

Gitte podeszła tak blisko, że Maya mogła dostrzec jej oczach błysk nienawiści.

-   Kto   jak   kto,   ale   ty   na   pewno   nie   dostałabyś   nigdy   takiego   zlecenia   od   niego. 

Kłamiesz! Od początku do końca. Na tym cmentarzu już od dawna nikogo się nie chowa.

- Może i nie, ale prawdą jest, że pan doktor został wezwany do chorego, kiedy odwoził 

mnie do domu.

- Ale to nieprawda, że przysłał cię tutaj.

- I tak, i nie. Był bardzo zmartwiony tym, że nie możecie się spotkać, pomyślałam 

więc sobie, że powinnam zawiadomić partnerkę jego tajemnych schadzek w zakrystii. Muszę 

przyznać, że kochanie się w takim miejscu świadczy o wyrafinowanym smaku. Ale że to ty 

jesteś jego kochanką ja i Simon nigdy byśmy na to nie wpadli.

Gitte, widząc, że jej położenie z minuty na minutę staje się coraz bardziej żałosne, nie 

odważyła się spytać, jak im obojgu udało się odkryć tę kryjówkę.

- Czyli już wiesz. A czy to coś złego, mieć do kogoś słabość? A teraz, skoro już 

przekazałaś mi wiadomość, możesz wracać do domu.

Maya czuła się nieswojo. Cisnęło jej się na usta całe mnóstwo pytań do Gitte. Ale nie 

zamierzała zadawać ich w tym miejscu. Tu, pod jej stopami, spoczywali prawi rybacy o 

czystych sercach, nie chciała więc zakłócać ich spokoju żałosną sprzeczką.

- Tak, zaraz sobie pójdę. Ale musisz wiedzieć, że to jeszcze nie koniec, Gitte. W całej 

tej historii zrobiłaś zbyt wiele dziwnych rzeczy, żebyśmy mogli ci dać spokój.

-  Ty  też   musisz   wiedzieć,   że   to   nie   koniec,   ty   naiwna   Maren!   -   krzyknęła   Gitte 

piskliwym głosem. - Czeka cię jeszcze kilka drobnych niespodzianek.

Po czym odwróciła się i szybkim krokiem poszła wzdłuż brzegu, oddalając się od 

kościoła.

Maya nie zdążyła jeszcze dobiec do lasu, gdy nagle uzmysłowiła sobie, dlaczego Gitte 

wykrzyknęła ostatnie słowa tak głośno.

Ktoś był razem z nią. Ktoś, kto teraz znajdował się w lesie. Maya bardziej to wyczuła 

intuicyjnie, niż stwierdziła na podstawie konkretnych oznak.

Kto to mógł być? Na pewno nie doktor Modin, nie zdążyłby wrócić. Może Lill? Nie, 

dlaczego ona?

Co ma być, to będzie, ale Maya nie zamierzała dać się złapać w pułapkę.

Co robić? Wrócić do kościoła? Zerknęła kątem oka za siebie.

Za nic w świecie!

Puścić się pędem przez las i mieć nadzieję, że się uda?

background image

Ten, kto ukrywał się tam, między drzewami, na pewno odetnie jej drogę.

Zrobiło się już prawie zupełnie ciemno, na nieco jaśniejszym tle ledwie dawało się 

odróżnić drzewa. Daleko na plaży widać było jeszcze Gitte. Po chwili jej postać zniknęła 

gdzieś przy lesie. Prawdopodobnie wsiadła do ukrytego wśród drzew samochodu.

Strzegąca   swej   cnoty   małżonka   Simona!   Odbywała   miłosne   schadzki   z   jego 

najlepszym przyjacielem. Od jak dawna mogło to trwać?

„Podczas ślubu coś się zdarzyło. Potem Gitte broniła mi do siebie dostępu”. „Sten 

Modin to mój najlepszy przyjaciel”.

Może już wtedy zakochali się w sobie nawzajem?

Maya   przestała   zastanawiać   się   nad   tym,   teraz   musiała   się   skupić   na 

niebezpieczeństwie czyhającym w lesie.

Przykucnęła   automatycznie   w   jakimś   dołku   wśród   niewysokich   drzew   i   kamieni. 

Wiedziała jednak, że nie może w nim zostać długo, stanowiłaby bowiem zbyt łatwą zdobycz.

W lesie panowała cisza. Czy na pewno...? Czy to nie odgłos łamanych gałęzi dał się 

słyszeć w oddali?

Nie była pewna, ale tak czy inaczej musiała iść przed siebie, w żadnym razie nie 

mogła się zatrzymywać. Powinna jak najszybciej znaleźć się blisko ludzi, żeby móc zawołać 

o pomoc.

Niezwykle ostrożnie wygramoliła się z dołka i krok po kroku skradała się przez las 

wzdłuż drogi.

Bała   się,   temu   nie   mogła   zaprzeczyć.   Zawisła   bowiem   nad   nimi   dwojgiem   jakaś 

śmiertelna groźba. Śmierć jej ojca... Zamachy na Simona, wyraźnie noszące znamiona próby 

morderstwa...

Ręce jej drżały, a serce biło tak mocno, że słyszała jego echo w głowie.

Ku swemu ogromnemu zdziwieniu i nieopisanej uldze nieoczekiwanie znalazła się po 

drugiej stronie lasu i nic się nie stało. Czyżby sobie to wszystko tylko wmówiła?

Może i tak. Gitte mogła wołać tak głośno po prostu w złości. Poza tym Maya nikogo 

przecież nie zobaczyła i właściwie nawet nie usłyszała. Poza paroma trzaskami, ale to pewnie 

było jakieś zwierzę.

Wyprostowała się i uspokojona zaczęła iść w stronę domu, nie odwracając się za 

siebie, mimo że bardzo ją korciło, by to zrobić.

Zrezygnowała także z wołania o pomoc. No bo co mogło się teraz przydarzyć?

I  rzeczywiście,  cała  i   zdrowa  dotarła  do  domu.  Dziwiła  się  sama   sobie,  dlaczego 

właściwie wpadła w taką panikę.

background image

Zatrzymała się trochę dłużej przy wejściu, ponieważ klucz nie chciał przekręcić się w 

zamku. Wreszcie drzwi dały się otworzyć, Maya weszła do środka i zamknęła je za sobą. 

Teraz była naprawdę bezpieczna.

Ledwie zdążyła zdjąć buty i rzucić się na kanapę, by 

wreszcie   odpocząć,   gdy 

usłyszała ten odgłos.

Ktoś oddychał w pokoju.

Ktoś, kto przed chwilą musiał biec bardzo szybko i nie mógł teraz zapanować nad 

przyspieszonym oddechem.

Sapanie dochodziło z szafy w przedpokoju.

Maya czuła, jak krew odpływa jej do nóg. Fala przemożnego strachu obezwładniła ją 

zupełnie.

Zrozumiała, że zamknęła się w domu z obcym człowiekiem o wrogich zamiarach.

background image

ROZDZIAŁ XII

Simon siedział przy łóżku ojca. Kryzys co prawda minął, ale po każdym ataku chory 

staruszek robił się coraz słabszy.

Jadąc   samochodem   do   domu,   Simon   Dalen   zastanawiał   się   nad   wydarzeniami 

ostatnich dni i doszedł do takiego samego wniosku jak Maya: to Gitte musiała puścić w obieg 

tę nieszczęsną plotkę. Lecz również on nie umiał zrozumieć dlaczego. W jakim celu szerzyła 

świadomie i z pełną premedytacją oszczercze informacje o swoim własnym mężu? Można by 

pomyśleć, że jest chora psychicznie. Simon doskonale jednak wiedział, że to nieprawda. Za to 

coraz częściej skłaniał się ku przypuszczeniu, że Gitte jest tak samo zimna i wyrachowana jak 

jej ojciec, Wielki Svendsen.

Stary Dalen próbował coś powiedzieć. Syn przysunął się bliżej.

- Simon, chłopcze...

- Nie powinieneś mówić za dużo, tato, to cię męczy!

- Czuję się już lepiej. Jest tyle rzeczy, które muszę jeszcze z tobą omówić. Jak się mają 

sprawy między tobą a Gitte?

-   Skończyłem   z   nią.   Gitte   zgodziła   się   na   rozwód,   a   kiedy   go   tylko   uzyskam, 

natychmiast ożenię się z Mayą. Jak już wydobrzejesz, od razu ci ją przedstawię. Na pewno ją 

polubisz. Maya to absolutne przeciwieństwo Gitte. Jest otwarta, bezpośrednia i ciepła. - To 

dobrze! Naprawdę się cieszę. A teraz posłuchaj mnie. Do tej pory nigdy nie rozmawialiśmy ze 

sobą o interesach, uważam, że już najwyższa pora, żebyśmy to zrobili, dlatego bądź tak miły i 

wysłuchaj, co mam ci do powiedzenia.

- Tak, ojcze.

- I ty, i ja doskonale wiemy, że lada dzień może mnie zabraknąć...

- Proszę cię, nie mów tak!

- To przecież normalna kolej rzeczy! Nigdy do tej pory nie interesowałeś się moimi 

sprawami ani interesami, dlatego teraz siedź cicho i słuchaj mnie uważnie.

- Dobrze, ojcze - odpowiedział posłusznie Simon.

- Chodzi o konie.

- Boże, znowu one!

- Tak, znowu one. Czy wiesz, ile one są warte?

- Wiem, że każdy z nich kosztował cię masę pieniędzy.

- Zapewniam cię, że to nie były wyrzucone pieniądze. Sam Sindbad przyniósł mi 

około miliona dochodu.

background image

- Co ty mówisz! Koń?

- Tak, koń! Jak wiesz, on nie jest jedyny. Na koncie w banku mam około czterech 

milionów, moje dziecko. Poza tym jest jeszcze kilka skrytek bankowych, do których nikt 

niepowołany nie ma dostępu...

- Nie mogę wprost uwierzyć...

-   Bądź   cicho!   Gdybym   więc   zszedł   z   tego   świata...   nie   zostaniesz   na   nim 

niezabezpieczony.

- Domyślam się - rzekł syn bezbarwnym głosem. - Ile...

- Sądzę, że w sumie mam około jedenastu milionów.

Simon zaniemówił.

- Widzę, że cię zaskoczyłem. Nie spodziewałeś się aż takiej fortuny? - spytał ojciec.

- Wiedziałem, że nie jesteś biedny, ale myślałem, że masz na koncie co najwyżej 

paręset tysięcy.

Staruszek roześmiał się głośno.

- Ty  nigdy nie  miałeś  głowy  do interesów. A ja wiedziałem,  co  robię.  I inni  też. 

Svendsen, na przykład, przez cały czas nie dawał mi spokoju. Chciał odkupić ode mnie parę 

koni po skandalicznie niskiej cenie.

- - Svendsen?

Na twarzy Dalena seniora pojawił się pogardliwy grymas.

-  On  nie   ma   pojęcia   o  koniach.   Chciał   być   pierwszy  w   kraju,   ale   ciągle   ze   mną 

przegrywał. Wreszcie stał się chory z zazdrości i próbował na wszelkie sposoby zdobyć moje 

konie. Miał nadzieję, że będzie tak samo bogaty jak ja. Ale przecież konie to nie wszystko, 

ważna jeszcze jest opieka nad nimi, dżokeje, cały zespół i wiele, wiele innych rzeczy. On po 

prostu jest głupi, ten Svendsen.

- Głupi to może nie najlepsze słowo - wtrącił Simon zupełnie osłupiały. - Rzekłbym 

raczej: niebezpieczny.

- Też tak uważam. Dlatego nigdy nie umiałem się cieszyć twoim małżeństwem z jego 

córką. Cała ta rodzinka to szczwane lisy.

- I ty mi mówisz to wszystko dopiero teraz? - wybuchł Simon. - Ojcze, przecież 

gdybyś powiedział mi o tym wcześniej, nie doszłoby do wielu strasznych rzeczy.

Teraz wszystko - lub prawie wszystko - stało się dla niego jasne. Gitte...

Do łóżka zbliżył się stary lekarz ojca.

- Powinieneś już skończyć. Ojciec musi odpocząć.

- Oczywiście - zgodził się Simon i wstał, patrząc na zmęczoną twarz ojca. - Wracaj 

background image

szybko do zdrowia, bo bardzo chciałbym przedstawić ci Mayę.

Ojciec jedynie skinął głową. Rozmowa wyraźnie go wyczerpała.

Do pokoju weszła gospodyni.

- Simon, telefon do ciebie.

Odebrał go w ojcowskim biurze. W słuchawce usłyszał głos komisarza policji.

- Czy wie pan, gdzie może znajdować się Maren Grandseter? - spytał policjant. - W 

skrzynce na listy przed jej domem zostawiliśmy kartkę, żeby skontaktowała się z nami pilnie i 

do tej pory się nie odezwała.

Simona ogarnął niepokój.

- Miała wracać prosto do domu. Dosyć dawno temu. Niech pan na mnie nie czeka, 

tylko natychmiast pojedzie do niej i sprawdzi! Też zaraz tam będę.

Dobry   Boże,   co   stało   się   z   Mayą,   gdzie   ona   się   podziewa,   myślał   gorączkowo, 

odkładając słuchawkę. Nawet nie zdążył spytać, co chciała od niej policja.

Bez chwili wahania ruszył jak szalony w kierunku Mark. Niestety, nie można było o 

nim   powiedzieć,   że   jest   dobrym   kierowcą.   Szczególnie   źle   prowadził   wtedy,   gdy   się 

denerwował.

A ostatnio zdarzało mu się to dosyć często.

Na   wszelki   wypadek   zatrzymał   się   przed   komisariatem,   chcąc   się   upewnić,   czy 

komisarz jeszcze nie wyjechał. Okazało się, że jest już w drodze do Kyrkudden.

Simon zamierzał właśnie ruszyć dalej, gdy na schodach przed wejściem spotkał Lill.

- O, ty tutaj? - zdziwiła się.

- Jak widzisz. A co ty tu robisz?

- Chciałam porozmawiać z komisarzem o Mai i Gitte.

- Komisarza nie ma, właśnie jedzie do Kyrkudden. Ja też się tam wybieram. Wsiadaj 

do mojego samochodu.

- Nie, nie ma potrzeby. Sam możesz mu to powtórzyć ode mnie, to naprawdę drobiazg.

- Tak? - Simon spieszył się i przestępował nerwowo z nogi na nogę.

- Chciałam powiedzieć tylko to, że Gitte była zawsze złośliwa w stosunku do Mai.

- Tyle to my wiemy. A wiesz może dlaczego?

- Właśnie   o  tym   zamierzałam   porozmawiać   z  komisarzem.   Chyba   wiem,   z   czego 

wynikała ta  jej  niechęć.  Pewnego razu na  naszym kursie tańca jazzowego odwiedził  nas 

pewien bardzo znany pedagog i tancerz. Gitte, prowadząc zajęcia w jego obecności, dwoiła 

się   i   troiła,   by   pokazać   się   od   najlepszej   strony   jako   nauczycielka.   Przez   przypadek 

usłyszałam   potem,   jak   ów   gość   mówił   do   Gitte,   która   przecież   zawsze   starała   się   być 

background image

najlepsza we wszystkim: „Świetnie tańczy ta mała z rudawymi włosami. To prawdziwy talent. 

Niech pani się nią zajmie”. Po czym roześmiał się i dodał: „Jest nawet lepsza, od swojej, 

nauczycielki”. Od tego dnia Gitte zaczęła niemiłosiernie gnębić Mayę. Nazywała ją ociężałą i 

niezdarną,   i   wymyślała   Bóg   wie   co   jeszcze,   aż   wreszcie   Maya   nie   wytrzymała   i 

zrezygnowała.

- Dlaczego nigdy nie powtórzyłaś tego Mai?

- Najpierw zapomniałam, a potem Gitte została moją przyjaciółką i nie chciałam...

- Poczekaj, poczekaj! Ktoś, zdaje się jej ojciec, powiedział kiedyś, że Gitte miała 

trudny czas przed małżeństwem. Wiesz może coś na ten temat? Czy chodziło mu o ten gwałt?

-   Gitte   nigdy   nie   padła   ofiarą   żadnego   gwałtu,   wymyśliła   to   sobie,   żeby   zyskać 

sympatię i współczucie. Miała parę romansów, które źle się skończyły. Mężczyźni zostawiali 

ją, ponieważ była zbyt wyrachowana. Bardziej ją interesowały ich pieniądze niż oni sami. 

Fakt, że to oni zostawiali ją, a nie odwrotnie, gnębił ją tak bardzo, że w rezultacie zrobiła się, 

okropnie cyniczna.

- Wiesz to od niej?

- Skąd! Od jej chłopców. Ale teraz Gitte znalazła wreszcie swoją wielką miłość. Sama 

mi o tym powiedziała. Chyba tak jest naprawdę.

- Kto to? Nie sądzę bowiem, żeby miała mnie na myśli.

- Nie mam pojęcia. Nie wymieniła jego imienia. Opowiadam to wszystko, ponieważ 

czuję, że zachowałam się źle wobec Mai. Wreszcie przejrzałam na oczy i zrozumiałam, jak 

podłym człowiekiem jest Gitte.

- Ja też zrozumiałem. Dziękuję ci, bardzo nam pomogłaś. Twoje informacje wiele 

wyjaśniają.

- Pozdrów Mayę i poproś ją, żeby mi wybaczyła. Byłam strasznie naiwna.

Simon skinął głową.

- Na pewno się ucieszy, że odzyskała przyjaciółkę. Mówiła mi wiele dobrego o tobie.

- O Boże, tak mi głupio!

-   To   zdrowy   objaw   -   zażartował   Simon.   -   Dziękuję   jeszcze   raz,   ale   muszę   się 

pospieszyć. Maya gdzieś zniknęła.

-   Ona   też?   Dzwoniłam   niedawno   do   Gitte   do   domu,   nikt   nie   odpowiadał.   Potem 

zadzwoniłam do doktora Modina, ale on jest z wizytą u chorego. Przyszłam więc tutaj. Cześć!

Simon wsiadł do samochodu i ruszył w drogę. A więc to taki był powód nienawiści 

Gitte do Mai! Po prostu fakt, że tamta okazała się zdolniejszą tancerką od niej. Tak, coś 

takiego musiało bardzo dotknąć Gitte. Gdy więc szukała kozła ofiarnego do swych plotek - po 

background image

co je rozsiewała, Simon nadal nie rozumiał - nie znalazła nikogo, kto nadawałby się lepiej niż 

Maya. Która na dodatek już wyniosła się z miasta, co prawda z powodu zniknięcia ojca, ale 

przecież tego nikt nie musiał wiedzieć.

A co z pozostałymi zagadkami?

Skoro zdołali dojść tak daleko, z pewnością rozwiążą także pozostałe.

Żeby tylko nic złego nie stało się Mai!

Simona ogarnął niepokój i lęk. Przycisnął mocniej pedał gazu, naruszając ograniczenie 

prędkości.

Serce podeszło Mai do gardła, waliło jak młotem. Nie miała najmniejszej możliwości, 

by dobiec z powrotem do drzwi wejściowych i je otworzyć. Intruz znajdujący się w szafie od 

razu by się na nią rzucił. Nie mogła też go w niej zamknąć, ponieważ w zamku nie było 

klucza.

Okno?

Dawało się w nim uchylić jedynie niewielki lufcik.

A może powinna jednak spróbować przemknąć bezszelestnie do drzwi wejściowych...

Wykluczone. Widziała, że drzwi szafy są na milimetr uchylone, co oznacza, że ją 

obserwowano. Widziano wszystko, co robiła.

A komoda w przedpokoju? Gdyby tak ją przesunąć i zabarykadować nią szafę?

To jedyna szansa. Mogłaby wtedy zyskać na czasie i otworzyć drzwi wejściowe.

Tak czy inaczej nie miała zamiaru stać bezradnie jak owieczka i czekać, aż druga 

strona przejmie inicjatywę.

Obmyśliła cały manewr. Trzy szybkie kroki i będzie przy komodzie. Ale musi ruszyć 

ją jednym zdecydowanym ruchem, co znaczy, że powinna wykazać się niesłychaną siłą...

Czy powinna się odważyć? Nie ma wyboru.

Maya zamknęła oczy i zaczerpnęła głęboko powietrza. Następnie uniosła powieki, nie 

tracąc czasu na wahania rzuciła się do niewielkiego przedpokoju i pociągnęła komodę po 

podłodze, zostawiając na niej brzydkie rysy.

Drzwi szafy otworzyły się natychmiast, lecz komoda przytrzasnęła je swym ciężarem. 

Maya usiadła na niej, by zwiększyć obciążenie.

Z przerażeniem patrzyła, że drzwi uchylają się znowu. Nie była w stanie nic zrobić. Z 

nie domkniętych drzwi szafy wysunęła się ręka o ogromnej, piegowatej i owłosionej dłoni.

Maya krzyknęła.

W tej samej chwili dom oblało światło samochodowych reflektorów i przed wejściem 

zatrzymało się jakieś auto.

background image

Nie   zastanawiając   się,   Maya   wrzasnęła   jeszcze   głośniej.   Bała   się   otworzyć   drzwi 

wejściowe, dopóki nikt nie znajdzie się po ich zewnętrznej stronie, ponieważ intruz z szafy 

mógłby wykorzystać moment i natychmiast się z niej wydostać.

Jedyne, co mogła zrobić, to starać się uniemożliwić mu wyjście z kryjówki.

W tej chwili rozpoznała dłoń intruza. To była dłoń mężczyzny z pociągu.

Ktoś walił do drzwi.

- Zaraz otworzę. Uważajcie! - krzyczała, biegnąc w stronę wejścia. Gdy przekręciła 

klucz w zamku, za jej plecami rozległ się trzask, ręka mężczyzny ścisnęła ją za szyję, a druga 

próbowała dosięgnąć klucza.

Jednakże   Maya   i   komisarz   byli   szybsi.  W  tej   samej   sekundzie   bowiem,   gdy  ona 

przekręciła   klucz,   drzwi   wejściowe   otworzyły   się   gwałtownie.   Do   środka   wpadli   trzej 

policjanci i sprawnie obezwładnili napastnika.

- Kogo my tu mamy?  - spytał komisarz, pochylając się nad leżącym na podłodze 

związanym mężczyzną.

- Nie wiem, kto to jest - odpowiedziała Maya, która także miała swój udział w jego 

schwytaniu. - Ale to właśnie on wypchnął Simona z pociągu.

Więcej nie zdążyli wyjaśnić, albowiem przed domem z piskiem opon zatrzymał się 

jakiś samochód. Tuż potem do środka wpadł Simon i domyśliwszy się od razu, co działo się 

tu jeszcze przed chwilą, otoczył Mayę ramieniem.

- A co ten tutaj robi? - spytał, wskazując na mężczyznę na podłodze.

- Znasz go? - zdziwiła się Maya.

- Nie znam, ale ostatnio widziałem go kilka razy u Svendsenów. Nazywa się Andersen, 

na pewno spotkałem go gdzieś jeszcze wcześniej, tylko nie mogę sobie przypomnieć gdzie.

- W pociągu - rzekła sucho Maya.

- Niemożliwe - zdziwił się Simon. - To on siedział na korytarzu, naprzeciwko naszego 

przedziału?

- Tak.

- Chyba masz rację! Czekaj, czekaj! Widziałem go jeszcze w jednym miejscu. Na 

pomoście w pobliżu posterunku straży przybrzeżnej. Wtedy, kiedy eksplodowała moja łódź 

patrolowa.

- To ciekawe - odezwał się komisarz. - Powoli wszystko zaczyna nam się układać w 

spójną   całość.   I   widzę,   że   wszystkie   nici   prowadzą   do   Svendsenów.   Zaraz   do   nich 

pojedziemy. Wszyscy razem. Ale najpierw chciałbym panią prosić o odszyfrowanie kilku 

hieroglifów w notatniku ojca.

background image

Pozostali dwaj policjanci zabrali schwytanego mężczyznę i ruszyli na komisariat.

Natomiast Simon, Maya i komisarz usiedli na niewygodnej kanapie.

- To jest notatka z dnia, w którym prawdopodobnie umarł - powiedział komisarz, 

otwierając notatnik. - Później bowiem nie pojawia się już jego charakter pisma. Czy może 

pani mi odczytać te przedziwne znaczki?

Maya ciągle jeszcze nie mogła dojść do siebie po przeżyciach ostatnich minut.

- Te tutaj? To oznacza inseminację.

- Nie rozumiem.

- Prawdopodobnie ojciec miał gdzieś pojechać i zapłodnić jakąś krowę.

- To brzmi całkiem niewinnie.

- A dzień wcześniej? - spytał Simon.

- Nie ma żadnych notatek sporządzonych jego ręką. - Komisarz odwrócił jeszcze jedną 

kartkę do tyłu.

- Dlaczego przypisuje pan takie znaczenie jego pracy zawodowej? - dziwił się Simon.

- Na razie niczego nie twierdzę, po prostu sprawdzamy wszystko. Ale fakt, że jego 

biuro zostało wyczyszczone z wszystkich dokumentów, budzi pewne podejrzenia.

- To prawda. Znalazł pan coś poza tym?

Komisarz cofnął się jeszcze o kilka kolejnych dni.

-   O,   tu   jest   ta   notatka,   z   którą   zupełnie   nie   mogliśmy   dać   sobie   rady.   Co   to   za 

nazwisko? Nie udało się nam go znaleźć w żadnym spisie ludności Mark i okolicy.

- Mogę zobaczyć? - poprosiła Maya. - Przyznaję, ojciec okropnie bazgrał. Ach, to jest 

jego znajomy, patolog. Mieszka w Oslo.

- Patolog? - komisarz wyraźnie się zainteresował. - Czy zna pani jego numer telefonu?

- Nie, ale wystarczy zadzwonić do Instytutu Weterynarii.

- Zadzwonimy później z komisariatu.

Przewracali jeszcze kartkę za kartką, nie znaleźli jednak niczego ciekawego.

W kilka minut później byli już w Mark.

- Jestem tak głodna, że wprost nie potrafię myśleć - szepnęła Maya w samochodzie do 

Simona.

Komisarz usłyszał jej słowa.

- Zaraz każę przynieść coś do jedzenia z kawiarni na rogu. Chodźmy.

Weszli   do   komisariatu   i   skierowali   się   od   razu   do   gabinetu   komisarza,   który 

natychmiast sięgnął po książkę telefoniczną Oslo.

Po wielu nieudanych próbach zastali wreszcie patologa w domu.

background image

Podczas gdy policjant wyjaśniał przez telefon, w jakiej sprawie dzwoni, Maya i Simon 

siedzieli cicho i przysłuchiwali się rozmowie.

- Dwa lata temu, pierwszego lipca, zadzwonił do pana weterynarz z Mark o nazwisku 

Grandseter...

Wszyscy   troje   czekali   niecierpliwie,   lekarz   zaś   szukał   prawdopodobnie   w   swoim 

archiwum lub kartotece. Po chwili po skoncentrowanej twarzy komisarza można było poznać, 

że znowu przysłuchuje się swojemu rozmówcy.

- Tak. Zgadza się. Przypomina pan sobie? Czy Grandseter wspomniał może, kogo to 

dotyczyło? Chodziło o dużą stadninę w okolicy Mark.... stadninę Svendsena? Dziękuję. Teraz 

mamy   już   jasność.   Nie,   nie   miał   możliwości,   by   to   gdziekolwiek   zgłosić.   Został 

zamordowany. Tak, niestety. Dziękuję panu za pomoc. Okazała się bezcenna.

Odłożył słuchawkę i odwrócił się do Mai i Simona, siedzących na fotelach dla gości.

- Doping - powiedział krótko. Svendsenowie podawali swoim koniom przed każdą 

gonitwą   środki   dopingujące,   a   weterynarz   Grandseter   to   odkrył.   Naiwny,   poinformował 

Svendsena o próbkach, które wysłał do patologa. I w ten sposób wydał na siebie wyrok.

- Znowu Svendsen - westchnął ciężko Simon. - Wszystkie drogi prowadzą do niego.

- Jedziemy tam - zdecydował komisarz. - Zwołam tylko ludzi.

- Czy ja mogłabym... zostać? - spytała Maya przytłumionym głosem. - Na dziś mam 

już dość widoku Gitte.

Simon zawahał się przez chwilę.

- Ale gdzie się podziejesz? Chyba nie zamierzasz jechać z powrotem na Kyrkudden?

- Na pewno nie. Czy nie mogłabym poczekać tutaj? Trudno o bezpieczniejsze miejsce.

Simon   i   komisarz   nie   chcieli   sprzeciwiać   się   jej   woli,   ponieważ   wyglądała 

rzeczywiście   na   bardzo   wyczerpaną.   Odetchnęła   z   ulgą.   Czuła   się   słaba   i   zupełnie 

roztrzęsiona po przeżyciach ostatnich godzin. Wskazano jej miejsce w paskudnej policyjnej 

stołówce. O tej porze dnia było w niej oczywiście pusto.

Usiadła   ciężko   przy  stole   i   spojrzała   na   swe   dłonie,   które   drżały  jak   u   staruszki. 

Niezdolna   myśleć   o   niczym,   po   prostu   poddała   się   zmęczeniu.   Oparła   ręce   na   blacie   i 

położyła na nich głowę.

Było jej tak dobrze. Niewysłowienie dobrze. Ostatnia noc nie przyniosła jej wiele snu. 

Mając   Simona   obok   siebie,   Maya   najzwyczajniej   w   świecie   nie   potrafiła   zasnąć.   W 

poprzednie noce zaś też nie wypoczęła, nękana koszmarami po niepojętych wydarzeniach 

minionych dni.

Teraz   organizm   Mai   odmówił   wreszcie   posłuszeństwa,   pozwalając   jej   zapaść   w 

background image

głęboki sen.

Tak zastali ją komisarz i Simon po powrocie z posiadłości Svendsena.

Na ich widok Maya natychmiast oprzytomniała. Po chwili do jej uszu dobiegł mocny 

męski głos, wykrzykujący z oburzeniem:

- Zabieraj te swoje brudne łapy, ty świnio! Nie dam się wsadzić do więzienia, ani siłą, 

ani podstępem. Chcę rozmawiać z moim adwokatem.

Tuż potem rozległ się histeryczny głos Gitte:

- Chyba oszaleliście! Pojmijcie wreszcie, że nas nie można aresztować!

I znowu krzyk Svendsena:

- Mam wpływowych przyjaciół, jeszcze mnie popamiętacie!

Oba głosy oddalały się coraz bardziej w długim korytarzu.

Simon stał obok Mai, głaszcząc ją po twarzy.

- Przespałaś się trochę? To dobrze. Już wszystko za nami - powiedział łagodnie. - 

Wyciągnęliśmy z nich coś w rodzaju zeznania.

Komisarz wszedł do środka, niosąc trzy kubki ohydnej kawy, na wpół zimnej i na 

dodatek szatańsko mocnej. Wyglądał na bardzo zadowolonego.

- Może mi pan wyjaśnić...? - bąknęła Maya, poprawiając sobie włosy. Marzyła o tym, 

żeby się umyć czy choćby opłukać twarz zimną wodą, nie chciała jednak sprawiać kłopotu.

- To był rzeczywiście niezły galimatias - stwierdził komisarz. - Od czego zaczniemy?

- Od początku - odparł Simon. - Zamordowanie twojego ojca, Mayu, i zamach na mnie 

właściwie nie mają ze sobą nic wspólnego poza tym, że sprawcą był ten sam mężczyzna.

Maya spojrzała na nich pytającym wzrokiem.

Simon oddał głos komisarzowi, który odchrząknąwszy powiedział:

- Zacznijmy może od nadużyć  finansowych Svendsena, który jest bezwzględny w 

interesach,   ale   nie   zawsze   rozsądny.   Nietrafione   inwestycje   i   temu   podobne.   Od   dawien 

dawna zazdrościł ojcu Simona sukcesów jego koni na torach wyścigowych i w ogóle zmysłu 

do interesów. Możecie mi wierzyć: Svendsen doskonale się orientował, że stary Dalen to 

prawdziwy bogacz! Wiele razy starał się zdobyć jego konie, koniecznie chciał je mieć, ale nie 

udało mu się. Gitte była ulepiona dokładnie z tej samej gliny co jej tata. Gdy więc Simon i 

ona się spotkali, ojciec i córka natychmiast dostrzegli szansę dla siebie. Stary Dalen był, jak 

wiadomo, bardzo chory, czyli w każdej chwili mógł umrzeć. Gitte zagięła parol na Simona. 

Miłość nie miała dla niej większego znaczenia, jedyne, co się liczyło, to fakt, że Simon siedzi 

na   górze   złota.   Poza   tym   nie   jest   przecież   odrażający,   powiedziałbym   nawet,   że   wprost 

przeciwnie.

background image

Maya ścisnęła Simona za rękę mocno i żarliwie.

- W tym czasie Svendsen - podjął komisarz - znalazłszy się w poważnych tarapatach 

finansowych,   posunął   się   do   zastosowania   dopingu   i   tym   razem   jego   koń   rzeczywiście 

zwyciężył, jednakże weterynarz Grandseter, ojciec Mai, oczywiście to odkrył, co było zresztą 

do przewidzenia. Próbowano wprawdzie odwrócić jego uwagę, ale Grandseter zrobił to, co do 

niego należało.

Svendsen nie mógł oczywiście dopuścić do tego, by jego dobre imię zostało splamione 

stwierdzeniem oszustwa, i wysłał za weterynarzem swojego stajennego Andersena - dosyć 

często trafiającego za kratki - który zabił Grandsetera i pogrzebał go na cmentarzu przy 

opuszczonym kościele. Nie muszę chyba dodawać, że Svendsen sowicie go wynagrodził za tę 

usługę. Napisany na maszynie list od pani ojca, Mayu, to dzieło Gitte, która przyniosła go do 

waszego domu, gdy pani wyjechała razem z matką.

Maya pokiwała w milczeniu głową.

- Simon i  Gitte pobrali się.  Tymczasem na ślubie  panna młoda,  której  mężczyźni 

dotychczas w ogóle nie interesowali, poznała przyjaciela swego nowo poślubionego męża, 

doktora Stena Modina. Była to miłość od pierwszego wejrzenia, także z jego strony, tyle że on 

okazał się bardziej lojalny i nie chciał romansować z Gitte za plecami przyjaciela.

Gitte była zdesperowana. Wiedziała, że Sten Modin musi, po prostu musi być jej, lecz 

równocześnie   nie   mogła   żądać   rozwodu,   ponieważ   straciłaby  wtedy  wielki   majątek,   jaki 

Simon miał odziedziczyć po ojcu w niezbyt odległym czasie. Stary Dalen nie padł ich ofiarą 

tylko dlatego, że leżał w łóżku, niemal przez cały czas uważnie pilnowany przez swego 

starego lekarza. Simon zaś... - twarz komisarza spochmurniała.

- Gdyby Simon umarł, Gitte dostałaby w spadku cały majątek i nie musiałaby dzielić 

się nim zupełnie z nikim. Myślała jednak o pozbyciu się swego uciążliwego małżonka przede 

wszystkim dlatego, że spotkawszy Stena Modina nie wyobrażała sobie, by mogła pójść do 

łóżka z Simonem. Doktor z kolei nie chciał być z nią, dopóki była żoną jego przyjaciela. W 

tej niełatwej sytuacji Gitte wymyśliła zatem ohydną plotkę i sama zaczęła rozgłaszać ją po 

mieście.   Maya,   od   wielu   lat   przedmiot   jej   nienawiści   z   powodu   tych   bolesnych   słów 

instruktora   tańca,   wprost   idealnie   nadawała   się   do   roli   kozła   ofiarnego,   zwłaszcza   że   w 

pośpiechu   opuściła   właśnie   miasto   i   Kyrkudden.   Plotka   rozeszła   się   lotem   błyskawicy, 

skrzywdzona   żona   mogła   niebawem   z   pełnym   uzasadnieniem   wystawić   wiarołomnemu 

mężowi walizkę przed drzwi, jednakże stary Dalen wciąż nie umierał, uporczywie trzymał się 

życia.   Gitte   nawiązała   romans   ze   Stenem   Modinem,   kochankowie   spotykali   się   jednak 

ukradkiem i w tajemnicy przed całym światem. To ona wybrała na miejsce schadzek stary 

background image

kościół, do którego dziś nikt już nie zagląda. Doktor Modin uległ jej urokowi i zgodził się na 

to, by czekać, aż umrze stary Dalen. Jedenaście milionów to przecież nie bagatelka także dla 

niego. A dopóki Gitte jest żoną Simona, należy jej się jako spadkobierczyni niemała część 

tych ogromnych pieniędzy.

Tymczasem trio składające się z Gitte, Svendsena i Andersena desperacko poszukuje 

jakiegoś sposobu na pozbycie się Simona, który, jak przekonywali się raz za razem, był chyba 

w   czepku   urodzony.   Nic   bowiem   nie   przyniosło   zamierzonego   rezultatu:   ani   eksplozja 

motorówki, ani pożar, ani wypadek samochodowy. Gitte zaś nie zamierzała zadowolić się 

jedynie częścią majątku. Chciała wszystkiego. Wreszcie pojawiła się iskierka nadziei. Sten 

Modin - nie wtajemniczony oczywiście w jej zbrodnicze plany - odkrył u Simona objawy 

śmiertelnej choroby. Svendsen jednak nie chciał czekać. Jego sytuacja finansowa stała się tak 

rozpaczliwa, że katastrofa mogła nastąpić każdego dnia. I znowu posłużono się Andersenem. 

Tym razem niebezpieczeństwo wykrycia zbrodni wydawało się znikome, ponieważ Simon 

mógł przecież sam rzucić się z pociągu, chcąc skończyć ze sobą i uciec przed zapowiadanym 

nieznośnym cierpieniem. Wówczas, niestety, pojawiła się Maya. Uratowała go i popsuła szyki 

dzielnej trójce. Na dodatek zaczynała się wielu rzeczy domyślać. Toteż spiskowcy stawali się 

coraz bardziej zdesperowani i nieostrożni. Przecięli przewody hamulcowe w samochodzie 

Simona, ale znowu bezskutecznie. Potem Andersen wdarł się do pokoju Mai, ponieważ także 

ona zaczęła stanowić dla nich realną groźbę: Simon chciał przecież rozwieść się z jej powodu. 

Musieli więc uderzyć szybko i celnie. Ale zabawa się skończyła... Wszyscy są już u nas.

Simon i Maya zostali jeszcze chwilę u komisarza, wyjaśniając ten czy inny szczegół, 

po czym pożegnali się z nim i wyszli, by bezzwłocznie odwiedzić ojca Simona.

Maya przystała na to tym chętniej, że, jak usłyszała, Dalen senior bardzo chciał ją 

poznać.

Siedzieli   w   samochodzie   w   całkowitym   milczeniu.   W   ich   głowach   kłębiło   się 

mnóstwo ponurych myśli.

Powinni przecież cieszyć się teraz, promienni, pełni planów i nadziei. Tak jednak się 

nie stało. Ich przyszłość nadal przesłaniał cień, i to ten najmroczniejszy.

W połowie drogi minął ich samochód, którego kierowca nagle zahamował i zaczął 

trąbić.   Dopiero   gdy  auto   zaczęło   się   cofać,   dostrzegli,   że   to   Sten   Modin.  Wszyscy  troje 

wysiedli.

- Ale się was naszukałem! - wołał doktor z daleka. - Jeżdżę za wami cały wieczór! 

Byłem nawet w twoim domu. Mam dla ciebie ważną wiadomość, Simon, tylko nie umiem ci 

tego powiedzieć.

background image

- Chodzi ci o tę nowinę o tobie i Gitte? - spytał spokojnie Simon.

- Nie, nie, już wiem, co się dziś wydarzyło, i wiem też, że ona i jej ojciec zostali  

aresztowani i z jakiego powodu. Właśnie to otworzyło mi oczy...

W brzozowej alei, w której się zatrzymali, wiał chłodny nocny wiatr. Na ulicy było już 

pusto, toteż spokojnie mogli stać dalej na jej środku.

- To o co chodzi? - spytał ostrożnie Simon.

- Jak wiesz, ze Związku Lekarzy przysłano mi ostrą naganę. Nie mogłem zrozumieć, 

jak mogło do tego dojść, bo ja naprawdę nie popełniam takich błędów.

Zamilkł, wyraźnie zirytowany, Simon i Maya zaś czekali.

-  Jeszcze   raz   bardzo   dokładnie   przeanalizowałem  przypadek   tego   mężczyzny.   No, 

tego, który umarł. I przypomniałem sobie też dzień, kiedy dostałem wyrok śmierci na ciebie, 

czyli   otrzymałem   wyniki   analiz   z   laboratorium.   Tego   samego   dnia   odwiedziła   mnie   w 

gabinecie   Gitte,   robiła   to   zresztą   dosyć   często.   Dziś   wieczorem   popędziłem   do   mojego 

gabinetu i sprawdziłem to w kalendarzu, kartotece i wielu innych dokumentach: twoje wyniki 

i   wyniki   tego   mężczyzny   przyszły   jednocześnie.   A   kiedy   jeszcze   raz   przyjrzałem   się 

pisemnym   diagnozom,   wystawionym   przez   lekarzy   z   laboratorium...   nie   mogłem   wprost 

uwierzyć! Ktoś użył środka do wywabiania atramentu i zamienił na nich wasze nazwiska. To 

ty,  a nie  ów drugi  mężczyzna, zostałeś uznany za całkowicie  zdrowego! Tamten  zaś był 

śmiertelnie chory.

Liście brzóz szumiały cicho, poruszane lekkim wiatrem. Poza tym dookoła panowała 

idealna cisza. Wreszcie Simon zapytał z niedowierzaniem:

- Gitte?

- To musiała być ona. Dosyć długo badałem pacjenta w pokoju przyjęć, a ona siedziała 

w tym czasie w moim gabinecie.

- Wiesz co, Sten? Powinienem dać ci niezłą nauczkę za to piekło, jakim przez ciebie 

były   dla   mnie   ostatnie   miesiące.   Ale   wybaczam   ci,   bo   jestem   szczęśliwy,   po   prostu 

szczęśliwy, rozumiesz?

- Możesz mnie nawet pobić. Zasłużyłem na to.

- Mylisz się, wpadłeś w tę samą pułapkę co ja, uległeś bezbronnemu spojrzeniu Gitte. 

Obaj okazaliśmy się naiwnymi głupcami.

- Masz absolutną rację!

- Zaraz, zaraz - wtrąciła Maya. - Czy ja dobrze rozumiem? Czy to znaczy, że życie 

przed tobą?

- Tak, przeczuwam, że dożyję pięćdziesiątki, a może i sześćdziesiątki.

background image

Maya wydała z siebie okrzyk, którym obudziła chyba wszystkich w okolicy. Simon 

wziął ją w ramiona i zaczął się z nią kręcić w kółko.

Niedługo potem siedzieli znowu w samochodzie, śmiejąc się i płacząc na przemian.

- Popatrz, słońce już wschodzi! Dzisiaj przyjeżdża moja mama!

Simon tylko się uśmiechnął.

- Może chcesz oddzielny pokój? Żebyś mogła się trochę przespać?

- Zwariowałeś? Na co mi oddzielny pokój?

- Rzeczywiście. Sen? Po co nam sen? Przecież mamy przed sobą mnóstwo czasu, 

Mayu. Całą wieczność! Jestem szczęśliwy aż do bólu, chyba tego nie wytrzymam!

- Wytrzymasz, wytrzymasz - powiedziała z przekonaniem Maya.


Document Outline