background image

              Alan Loy McGinnis 

         Sztuka Przyjaźni

 

        

Jak zbliżyć się do ludzi

  

na których Ci zależy

 

DEDYKACJA 

Człowiek uczy się zarówno odnosząc powodzenia, jak i niepowodzenia w bliskich kontaktach z innymi 
ludźmi.  Osobiście  nauczyłem  się  wiele  w  obu  tych  przypadkach.  Książkę  tę  dedykuję  ludziom,  którzy 
pomogli  mi  odnieść  sukces,  tym,  którzy  byli  moimi  nauczycielami,  doktorowi  Taz  Kinney'owi  oraz 
Markusowi  Svenssonowi.  Nie  tylko  dlatego  spędzamy  wspólnie  całe  dnie,  że  czujemy  potrzebę 
dyskutowania o różnych sprawach, ale potrzebujemy rozmawiać ze sobą o nas samych. Opowiadam im 
o moich małych zwycięstwach i olbrzymich porażkach. Mogę tak postępować, ponieważ oni postępują 
podobnie  w  stosunku  do  mnie.  Dedykuję  tę  pracę  także  Dagny  Svensson,  Katrinie  Grant,  Monice 
Baaska,  ColleonAcord.  Każda  z  nich  jest  dla  mnie  kimś  innym,  każda  też  jest  kimś  więcej  niż  tylko 
sekretarką. 
Kontakty międzyludzkie mają charakter wielopokoleniowy. Spoglądając wstecz widzę, że wszystko, co 
wiem  o  miłości  zawdzięczam  moim  rodzicom,  Alanowi  UnezMcGinnis.  Patrząc  zaś  w  drugą  stronę 
dochodzę  do  wniosku,  że  moje  dzieci  -  Sharon,  Alan,  Scott  i  Donna  -  są  dawcami  miłości  innego 
pokolenia. Uczę się jej także od nich. 
Ale przede wszystkim książkę tę dedykuję Dianie, która twierdzi, że jestem jej najlepszym przyjacielem, 
a która jednocześnie jest nim z pewnością dla mnie. To, że jesteśmy małżeństwem jest jednym z najws-
panialszych prezentów odżycia. 

OD AUTORA 

Na  wstępie  składam  podziękowanie  za  przeczytanie  tej  książki  i  cenne,  na  jej  temat  uwagi 
następującym  osobom:  Jeffowi  Hansenowi,  Don  fnezowiMcGinnis,  dr.  Walterowi  Rayowi,  Bobowi  i 
SuzanRitchie, Edowi Spanglerowi, dr. Bruce'owi Thieleman, dr. Johnowi Todo iKaren Todd. 
Pierwszym człowiekiem, który powiedział: "to się nadaje do druku!" był David Leek, natomiast Mikę 

background image

Somdal interesował się tą pracą od samego początku. 
Wyrażam  wdzięczność  wydawnictwu  Simon  i  Schuster  za  pozwolenie  cytowania  książki  pt.  "Jak 
zdobywać przyjaciół i wpływać na ludzi" (How to Win Friends and Influence People) Dale'a Carnegie 
oraz  wydawnictwu  Word  Books  za  pozwolenie  cytowania  książki  pt.  "Już  nie  obcy"  (No  Longer 
Strangers) Bruce'a Larsona. 
Kolejność  opisów  różnych  przypadków  z  mojej  praktyki  w  poradni  została  zmieniona,  a  nazwiska, 
miejsca i szczegóły są odpowiednio inne, ze względu na konieczność zachowania dyskrecji. Jednakże 
problemy opisywanych tu ludzi są całkowicie prawdziwe. 
 
 
                                                                                          "Życie należy umacniać wieloma przyjaźniami. 

Kochać i być kochanym to największe 

szczęście istnienia." 

Sydney Smith 

Wspaniałe nagrody przyjaźni 

Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, jak to się dzieje, że pewni ludzie są w stanie przyciągać 
do siebie innych oraz zdobywać podziw i uczucia swoich przyjaciół? Niektórzy, czasami niepozornie 
wyglądający  przyciągają  do  siebie  innych  jak  magnes  przyciąga  opiłki  żelaza.  Ludzie  zajmujący 
kierownicze stanowiska, którym brakuje sukcesów mają często wielu lojalnych przyjaciół. 
Tacy ludzie mogą być bogaci lub biedni, bardzo inteligentni lub nie, lecz gdzieś w ich osobowościach 
znajduje się element, który powoduje, że są oni szanowani i podziwiani. Tym elementem jest przyjaźń. 
Moja  praca  psychologa  umożliwia  mi  obserwowanie  wszelkich  współzależności  międzyludzkich. 
Rozmawiałem z tysiącami ludzi o ich najbardziej intymnych sprawach, a obserwując to, co czynili ci, 
którzy odnieśli sukces w miłości, poznałem niektóre z ich sekretów. Celem tej książki jest przekazanie 
tych obserwacji. 

Jak  poznanie  warunków  przyjaźni  może  uczynić  Cię  ekspertem  bliskich  stosunków 
międzyludzkich 
Podczas badań w naszej klinice odkryliśmy, że przyjaźń jest podstawą każdej miłości. Przyjaźń ma też 
wpływ na inne ważne relacje w życiu. U ludzi, którzy nie mają przyjaciół obserwuje się zmniejszoną 
zdolność do przeżywania jakiejkolwiek miłości. Mają oni tendencję do zawierania licznych małżeństw, 
zrażania  do  siebie  członków  rodziny,  często  też  borykają  się  z  kłopotami  w  pracy  zawodowej.  Z 
drugiej  strony  ci,  którzy  nauczyli  się  kochać  swoich  przyjaciół,  przeżywają  długie  i  przepełnione 
szczęściem  małżeństwa,  dobrze  współżyją  ze  współpracownikami  i  potrafią  cieszyć  się  swoimi 
dziećmi. 
Wkrótce po śmierci znanego w USA komika, Jacka Benny'ego, w telewizji przeprowadzono wywiad z 
George  Burns.  "Przeżyliśmy  wspaniałą  przyjaźń  przez  te  55  lat  -  powiedziała.  -  Jack  nigdy  nie 
wychodził  z  pokoju,  gdy  ja  śpiewałam,  a  ja  nigdy  nie  wychodziłam,  gdy  on  grał  na  skrzypcach. 
Śmialiśmy się razem, bawiliśmy się razem, pracowaliśmy i jedliśmy wspólnie. Sądzę, że przez te lata 
rozmawialiśmy ze sobą każdego wieczora." 
Gdybyśmy nie wiedzieli nic więcej o tej parze, można byłoby założyć, że nie mieli konfliktów także w 
innych  sytuacjach  życiowych.  Dlaczego?  Ponieważ  przyjaźń  jest  modelem  wszystkich  bliskich 
spotkań.  Podstawowymi  elementami  dobrego  małżeństwa,  wg  socjologa  Andrew  Gree-ley'a,  są 
przyjaźń i seks. 
A  jak  przedstawia  się  sprawa,  jeżeli  chodzi  o  stosunki  z  naszymi  rodzicami  i  dziećmi?  Henry  Luce, 
założyciel  Time  Life  Inc.,  miał  prawdopodobnie  większy  wpływ  na  literaturę  i  opinię  światową  niż 
jakikolwiek  inny  wydawca.  Jego  czasopisma  czyta  ponad  13  milionów  ludzi,  a  ich  międzynarodowe 

background image

wydania  docierają  do  200  krajów.  Zbudował  on  nie  tylko  imperium  finansowe,  ale  także 
zrewolucjonizował współczesne dziennikarstwo. 
Luce  był  synem  misjonarza  w  Shantung  w  Chinach  i  często  wspominał  swoje  chłopięce  lata. 
Wieczorami  chadzali  na  długie  spacery,  a  ojciec  rozmawiał  z  nim  jak  z  dorosłym  człowiekiem. 
Problemy  zarządzania  szkołą  i  pytania  filozoficzne  zajmujące  ojca  były  głównymi  tematami  ich 
dyskusji.  "Traktował  mnie  jak  równego  sobie"  -  mówił  Luce.  Ich  więź  była  silna,  ponieważ  byli 
przyjaciółmi i zarówno ojciec, jak i syn "żywili się" tym związkiem. 

Dlaczego kobiety mają więcej przyjaciół 

"Czy masz kogoś bliskiego? - spytałem. - Czy istnieje ktoś, komu możesz powiedzieć wszystko?" Ona 
była nową pacjentką, załamaną 
rozwodem, a ja próbowałem określić, czy można ją poddać psychoterapii. "Ależ tak - odpowiedziała 
żywo. - Bez niej nigdy nie przebrnęłabym przez to wszystko. Jest co prawda o 26 lat starsza ode mnie, 
ale opowiadamy sobie o naszych największych tajemnicach. Jesteśmy prawdziwymi przyjaciółkami." 
Ta kobieta jest szczęśliwą kobietą. Po godzinie stwierdziliśmy wspólnie, że dopóki ma powiernicę, nie 
potrzebuje się martwić. Dlaczego tego typu przyjaźnie są tak rzadkie wśród mężczyzn? Oczywiście z 
powodu  różnych  uwarunkowań.  W  naszym  społeczeństwie  mężczyznom  nie  wolno  dotykać  się,  z 
wyjątkiem podawania ręki przy powitaniu. Dick i Paula McDonald, współcześni pisarze amerykańscy, 
wyjaśniają ten fenomen następująco: 
"Większość  mężczyzn  nie  ma  pojęcia  o  sztuce  intymności,  ani  wzorów  do  naśladowania.  Małe 
dziewczynki  mogą  iść  do  szkoły  trzymając  się  za  ręce,  podtrzymywać  się  podczas  jazdy  na  łyżwach, 
brać się w objęcia i płacząc mówić: Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Potrzebuję cię. Kocham cię. 
Mali chłopcy nie ośmieliliby się tak postępować. Olbrzymia czarna chmura homoseksualizmu zawsze 
wisi nad ich głowami, a jej niszczycielska siła działa od najmłodszych lat. Pedzio - jest słowem, którego 
tak  bardzo  boją  się  mali  chłopcy  i  to  właśnie  wpływa  na  ich  zachowanie  w  stosunku  do  innych 
mężczyzn, którzy mogliby zostać ich przyjaciółmi." 
Ostatecznie ma to, oczywiście, wpływ na zachowanie mężczyzny w stosunku do kobiet, które spotyka 
w życiu. 
Zapytano  kiedyś  kilku  spośród  najwybitniejszych  psychologów  i  terapeutów  amerykańskich,  ilu 
mężczyzn  ma  prawdziwych  przyjaciół.  Ponure  odpowiedzi  brzmiały:  "Zbyt  mało".  Zazwyczaj 
oceniano  tę  liczbę  na  10%.  Richard  Farson,  profesor  z  Instytutu  Psychologii  Humanistycznej  w  San 
Francisco, powiedział: "Miliony ludzi w Ameryce nie ma w swoim całym życiu nawet jednej chwili, w 
której mogliby się wewnętrznie obnażyć i podzielić z kimś innym swoimi głębszymi uczuciami." 
Ponieważ  bardzo  niewielu  mężczyzn  może  sobie  pozwolić  na  luksus  otwartości  i  słabości,  nie  zdają 
więc sobie nawet sprawy z pustki w ich życiu emocjonalnym. ICrótko mówiąc, nie wiedzą ile tracą. 
Na  podstawie  niedawnych  badań  brytyjski  socjolog,  Marion  Crawford  stwierdził,  że  kobiety  i 
mężczyźni w średnim wieku definiują przyjaźń za pomocą znacznie różniących się determinantów. W 
przeważającej  większości  przypadków  kobiety  mówią  tu  o  zaufaniu  i  powiernictwie,  podczas  gdy 
mężczyźni  określają  przyjaciela  (przyjaciółkę)  jako  kogoś,  z  kim  "chodzą"  lub  "osobę,  której 
towarzystwo  lubią".  Na  ogół  przyjaźnie  mężczyzn  dotyczą  działalności  zawodowej,  natomiast 
przyjaźnie kobiet 
dzielenia się z drugą osobą problemami i sprawami dnia powszedniego. Mężczyzna mówi "mój bardzo 
dobry przyjaciel" o osobie, z którą od czasu do czasu gra w tenisa, lub którą dopiero co poznał. Ale czy 
są oni naprawdę przyjaciółmi? Raczej nie. 
Jak wyjaśnia Paula McDonald, młode kobiety biorą sobie to wszystko bardzo do serca i są wybredne. 
"Sądzę, że większość kobiet szuka dziś czułych mężczyzn - mówi Lynn Sherman - i naprawdę nie ma 
różnicy, czy potrafi on podnieść tapczan jedną ręką czy dwiema. Uważam, że większość kobiet pragnie 
znaleźć raczej mężczyznę - przyjaciela." 

Introwertyzm nie jest złą cechą 

background image

Kiedy  zachęcam  kogoś  do  poświęcenia  się  przyjaźni,  nie  twierdzę,  że  należy  być  ekstrawertykiem. 
Niektórzy ludzie sądzą, że ich głównym problemem jest nieśmiałość. 
Pewnego wieczora stałem z pewnym neurochirurgiem przy oknie i patrzyliśmy, jak zapalają się światła 
miasta. Nie było mu łatwo zacząć rozmowę. W końcu wziął głęboki oddech, jak człowiek zamierzający 
wskoczyć  do  basenu  z  zimną  wodą,  i  powiedział:  "Sądzę,  że  jestem  tutaj  dlatego,  ponieważ  nie 
układają mi się stosunki z innymi ludźmi. Przez wszystkie te lata walczyłem o to, by stać się wybitnym 
w swoim zawodzie, myśląc, że kiedy to osiągnę, ludzie będą mnie szanować i będą chcieli być blisko 
mnie. Lecz tak się - niestety - nie stało." 
Zgniótł w dłoni styropianowy kubek do kawy, jakby chciał podkreślić swoją determinację. "Uważam, 
że  wzbudzam  szacunek  tam,  w  szpitalu  -  kontynuował  -  lecz  w  rzeczywistości  nie  mam  nikogo 
bliskiego. Nie mam nikogo, w kim mógłbym  znaleźć oparcie. Nie wiem,  czy pan może mi pomóc  - 
całe  życie  byłem  nieśmiały  i  pełen  rezerwy.  Wszystko,  czego  potrzebuję,  to  gruntowne  przebadanie 
mojej osobowości." 
Gdybym  spotkał  tego  człowieka,  gdy  rozpoczynałem  pracę  po  studiach,  dwadzieścia  lat  temu, 
prawdopodobnie spróbowałbym takiego gruntownego przebadania, jakiego oczekiwał. Lecz im dłużej 
pracowałem z ludźmi, tym  więcej czci  miałem dla nieskończonej  osobowości ludzkiej i  tym  bardziej 
niechętnie próbowałem zmieniać kogokolwiek. 
Jednym  z  niebezpieczeństw  bycia  psychologiem  -  reformatorem  jest  możliwość  ulegania  pokusie 
podejmowania prób zmieniania pacjentów wg własnych wyobrażeń i wzorców. A przecież Bóg uczynił 
każdego z nas niepowtarzalnym, a duszę ludzką otacza tajemniczość i piękno! Dobry psychoterapeuta 
jest czasem podobny do astronoma. Poświęca swoje życie na studiowanie gwiazd i na podejmowanie 
prób określenia, dlaczego pewne systemy gwiezdne zachowują się tak czy inaczej. Wyjaśnia istnienie 
tak zwanych czarnych dziur, a w końcu wspaniałość tego wszystkiego przyprawia go o grozę. 
Mimo  że  nigdy  w  pełni  nie  zrozumiałem  moich  pacjentów,  moim  celem  jest  być  przy  nich  blisko, 
kiedy  próbują  odnaleźć  siebie.  Wspólnie  obserwujemy  powstawanie  i  zmiany  danej  osobowości  -  a 
wszystko  to  w  celu  lepszego  jej  zrozumienia.  Zamiar  jej  dogłębnego  poznania  byłby  z  mojej  strony 
równie  arogancki,  jak  ze  strony  astronoma  zamiar  przebudowania  systemu  słonecznego.  Natomiast, 
jeżeli będę w stanie pomóc pacjentowi zrozumieć, kim Bóg go stworzył, a potem pomóc mu być tym 
kimś, będzie to dla mnie wystarczającą nagrodą. 
Wobec  tego  powiedziałem  mojemu  nieśmiałemu  znajomemu,  że  nie  mam  ochoty  zmieniać  go  w 
gadatliwego  i  towarzyskiego  poklepywacza  po  plecach.  Poza  tym,  to  nie  tyle  jego  cicha  osobowość 
wpędzała go w kłopoty, co raczej jego wzory postępowania w stosunku do innych ludzi. Kiedy miejsce 
tych złych zwyczajów zajęła umiejętność dobrego współżycia, całe jego życie też się zmieniło. Odkrył 
nagle,  że  swobodniej  rozmawia  ze  swoimi  pacjentami,  a  inni  lekarze  także  zaczynają  się  przed  nim 
otwierać. Nadal jest on introwertykiem, ale zaprzyjaźnił się już mocno z trzema czy czterema osobami. 
Kiedy go widziałem po raz ostatni, spostrzegłem, że coś się już w jego życiu zmieniło. 
Fakt zostania lub nie duszą towarzystwa nie ma wpływu na naukę sztuki kochania i bycia kochanym. 
W  rzeczywistości  człowiek,  który  nie  pełni  takiej  roli,  może  lepiej  współżyć  z  innymi  niż  ten,  kto 
rozwesela i zabawia całe towarzystwo. 
W  moim  rodzinnym  mieście  zmarł  ostatnio  pewien  skromny  hodowca  drzew.  Nazywał  się  Hubert 
Bales i był najbardziej nieśmiałym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałem. Kiedy mówił, płonął 
ze  wstydu,  mrugał  nerwowo  oczami  i  nerwowo  się  uśmiechał.  Nigdy  nie  bywał  w  kołach 
wpływowych. Hodował swoje krzewy i drzewa, obrabiając własnymi rękami pozostawiony przez ojca 
kawałek ziemi. Był typowym introwertykiem, lecz kiedy zmarł, jego pogrzeb był największym pogrze-
bem w historii miasta. Było na nim tylu ludzi, że zajęty był nawet balkon w kościele. 
Dlaczego nieśmiały człowiek zdobył sobie serca tak wielu ludzi? Po prostu dlatego, że z powodu swej 
nieśmiałości wiedział, jak zdobywać przyjaciół. Opanował tę umiejętność do perfekcji i przez ponad 60 
lat ludzie byli u niego zawsze na pierwszym miejscu. Być może spostrzegli oni, że hojność jego ducha 
była czymś niezwykłym. Dlatego tak bardzo go kochali. 

Przyjaźń: rzecz cenna 

background image

Jezus  przywiązywał  wielką  wagę  do  kontaktów  międzyludzkich.  Większość  jednak  czasu  spędzał 
raczej na pogłębianiu swego związku z kilkoma wybranymi osobami niż na zwracaniu się do tłumów. 
Co więcej, 
Jego nauki pełne były praktycznych rad dotyczących zdobywania sobie przyjaciół oraz odnoszenia się 
do  bliźnich.  Przykazanie  dotyczące  tych  spraw  było  tak  ważne,  że  Chrystus  zawarł  je  w  słowach: 
"Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i 
wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym  wszyscy poznają, żeście uczniami  moimi,  jeśli będziecie się 
wzajemnie miłowali." (J 13,34-35) 
Te słowa zostały wypowiedziane 2000 lat temu, lecz ich aktualność potwierdzana jest również przez 
współczesne badania. Dr James J. Lynch, angielski nauczyciel i autor, w swojej książce pt. "Złamane 
serce" (The Broken Heart), wskazuje, że osoby samotne żyją wyraźnie krócej. Lynch, będąc specjalistą 
chorób  psychosomatycznych,  cytuje  wiele  danych  statystycznych  dla  zademonstrowania  ujemnego 
wpływu samotności oraz magicznej wręcz siły kontaktów międzyludzkich. 
Nawet  z  punktu  widzenia  spraw  finansowych,  nasze  przyjaźnie  są  najcenniejsze.  Studia 
przeprowadzone  przez  Carnegie  Institute  of  Technology  wykazały,  że  na  polu  inżynierii  sukces 
finansowy  w  15  proc.  zależy  od  posiadanej  wiedzy  technicznej,  natomiast  aż  w  85  proc.  jest  on 
uzależniony  od  umiejętności,  które  można  nazwać  "inżynierią  ludzką",  czyli  od  osobowości  i 
umiejętności  kierowania  ludźmi.  Dr  William  Menninger,  znany  amerykański  psychiatra  i 
psychoanalityk, stwierdził, że gdyby uwolnić ludzi od ich pracy w przemyśle i wówczas przeprowadzić 
badania  dotyczące  podziału  kompetencji  oraz  ich  związku  z  niepowodzeniami,  to  okazałoby  się,  że 
niekompetencja  społeczna  jest  powodem  aż  60-80%  niepowodzeń.  Jedynie  20-40%  niepowodzeń 
powodowanych jest przez niekompetencję techniczną. 

Można uniknąć powtarzania dawnych niepowodzeń 
"Próbowałem wiele razy - powiedział pewien muzyk, który opuścił zespół. - Chyba już to zaakceptuję - 
nie  potrafię  współdziałać  z  innymi.  Z  pewnością  będę  samotny  już  do  końca  życia."  Przyszedł  do 
naszej  poradni  z  zamiarem  poddania  się  leczeniu  antydepresyjnemu.  Nie  otrzymał  żadnych  leków, 
jedynie  pomoc  dotyczącą  współżycia  z  innymi.  Depresja  znikła.  Ja  i  moi  koledzy  pomogliśmy  mu 
zapomnieć o dawnych przeżyciach i skoncentrować się na nauce sztuki przyjaźni. Podczas terapii mógł 
on analizować swoje niepowodzenia. Kiedy był odrzucany, nauczył się analizować i wyciągać wnioski 
ze swoich błędów. Nie przychodziło to łatwo, ale z czasem wszystko zaczęło się dobrze układać. 
Podczas  niedawnego  ślubu  owego  muzyka  zadowolenie  w  oczach  panny  młodej  potwierdziło,  że 
nauczył się on bardzo dobrze sztuki kochania. 
Lincoln uważał się w swej młodości za ponurego niedołęgę, jeśli chodzi o stosunki z innymi ludźmi. 
Oświadczając  się  Mary  Owens  w  roku  1837  dodał  posępnie:  "Według  mnie,  lepiej  żebyś  tego  nie 
zrobiła."  Po  tym,  jak  panna  Owens  odrzuciła  jego  propozycję,  Lincoln  napisał  do  jednego  ze  swych 
dobrych  przyjaciół:  "Doszedłem  teraz  do  wniosku,  że  przestanę  już  myśleć  o  małżeństwie  -  a  to 
dlatego, że nigdy nie usatysfakcjonowałaby mnie kobieta, która byłaby na tyle głupia, żeby wziąć mnie 
za męża." 
Lecz  mimo  to  ów  człowiek  kontynuował  naukę  współżycia  z  ludźmi,  a kiedy  zmarł,  minister  wojny 
Scanton - niegdyś wróg Lincolna - powiedział: "Teraz należy on już do wieczności." 
Kolejnym  przykładem  na  to,  że  można  nauczyć  się  kochać  i  być  kochanym,  jest  życie  Benjamina 
Franklina.  Będąc  ambasadorem  we  Francji  był  najbardziej  rozchwytywaną  osobą.  Lecz  czy  Franklin 
zawsze był tak popularny? Raczej nie. W swojej autobiografii przedstawia on siebie jako zbłąkanego, 
nieokrzesanego,  mało  interesującego  młodego  człowieka.  Pewnego  dnia  w  Filadelfii  jeden  z  dobrze 
znanych mu kwak-rów wziął go na stronę i smagnął następującymi słowami: "Ben, jesteś niemożliwy. 
Twoje opinie są policzkiem dla każdego, kto choć trochę różni się od ciebie. Twoi znajomi czują się w 
towarzystwie lepiej, kiedy ciebie tam nie ma." 
Jedną z najwspanialszych cech charakteru Franklina był sposób przyjęcia tak ciętego upomnienia. Był 
on  na  tyle  mądrym  człowiekiem,  że  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  iż  najwyraźniej  zmierza  ku 
niepowodzeniu i katastrofie towarzyskiej; dzięki zasadom przyjaźni, do których się zastosował, zmienił 

background image

swoje postępowanie i siebie samego w radykalny sposób. 

Nikt nie musi być samotny 
Można nauczyć się zasad odnoszenia się do bliźnich tak dobrze, jak uczynili to Lincoln i Franklin. W 
każdym z następnych rozdziałów podana będzie prosta reguła, której zastosowanie ułatwia współżycie 
z  innymi  ludźmi.  Reguły  te  nie  zostały  stworzone  przeze  mnie.  Są  one  ekstraktem  doświadczeń 
pacjentów, którzy zostali moimi przyjaciółmi. Zasady te mają również swe źródło w pracach filozofów 
i  psychologów,  od  Sokratesa  do  dr.  Joyce  Brothersa.  Ponadto  przeczytałem  wiele  książek 
historycznych  i  setki  biografii,  aby  określić,  co  spowodowało,  że  mieliśmy  w  historii  tyle  wielkich 
przyjaźni i miłości. 
Sztuki  współżycia  z  innymi  można  nauczyć  się  tak,  j  ak  gry  na  pianinie,  czy  programowania 
komputera.  Nie  chcę  bynajmniej  powiedzieć,  że  jest  to  łatwe  -  ten  problem  jest  oczywiście  bardzo 
złożony.  Tego  rodzaju  umiejętności  można  się  jednak  nauczyć,  a  przeistoczenie  się  w  eksperta 
przyjaźni będzie jedną z najcenniejszych rzeczy w życiu. 

PIĘĆ SPOSOBÓW POGŁĘBIANIA KONTAKTÓW 

TOWARZYSKICH 

Część pierwsza 

"Miłości trzeba się uczyć i jeszcze raz uczyć; 

ten proces nie ma końca. 

Nienawiść nie potrzebuje instrukcji; 

wystarczy ją tylko sprowokować." 

Katherine Annę Porter 

Dlaczego niektórym ludziom nigdy nie brakuje przyjaciół 

Człowiek, o którym tutaj mowa, był otoczony absolutną tajemnicą -był tak skryty i enigmatyczny, że 
przez ponad 15 lat nikt nie mógł z pewnością stwierdzić, czy rzeczywiście żyje; nie mówiąc już o jego 
wyglądzie i sposobie zachowania. 
Howard  Hughes był  jednym  z najbogatszych ludzi  świata, mającym  wpływ na tysiące ludzi,  a może 
nawet na rządy i mimo to jego życie pozbawione było słońca i radości. W późniejszych latach swego 
życia miał zwyczaj latać samolotem z jednego kurortu do drugiego - Las Vegas, Nikaragua, Acapulco - 
a  jego  wygląd  zewnętrzny  stawał  się  coraz  bardziej  dziwaczny.  Rzadka  broda  zwisała  mu  do  pasa; 
włosy sięgały do połowy pleców. Jego paznokcie u rąk miały po 5 cm długości, a u nóg poskręcały się 
na kształt korkociągu. 
Przez 13 lat Hughes był mężem Jean Peters, jednej z najpiękniejszych kobiet świata. Ale ani razu przez 
ten  okres  nie  widziano  tej  pary  razem,  nie  było  wiadomo  też  o  istnieniu  choćby  jednej  wspólnej 
fotografii.  Przez  jakiś  czas  zajmowali  dwa  oddzielne  domki  w  Beverley  Hills  Hotel  (płacili  po  175 
dolarów za dobę za każdy z nich); później ona mieszkała we wspaniałym i dobrze strzeżonym domu 
French Regency na szczycie wzgórza Bel Air. Z czasem zaczęła coraz rzadziej odwiedzać swego męża 
w Las Vegas. W końcu, w 1970 roku rozwiedli się. 
"O ile wiem - wyznał później jeden z powierników Hughesa - on nigdy nie kochał żadnej kobiety. Po 
prostu  nic  dla  niego  nie  znaczyły."  Sam  Hughes  często  mawiał:  "Każdy  człowiek  ma  swoją  cenę, 
inaczej tacy jak ja nie mogliby istnieć." Mimo to, nie było takiej sumy, która dałaby mu uczucie, że 
ludzie są z nim związani. Większość jego pracowników twierdziła, że czuli do niego odrazę. 
Dlaczego Hughes był tak samotnym człowiekiem? Dlaczego, mimo posiadania nieograniczonej ilości 

background image

pieniędzy, setek pomocników i tylu pięknych kobiet, nikt go nie kochał? 
Proste - taki był jego własny wybór. 
Od  dawna  wiadomo,  że  Bóg  dał  nam  w  posiadanie  rzeczy  po  to,  by  ich  używać  i  cieszyć  się  nimi. 
Hughes nigdy nie potrafił cieszyć się otaczającymi go ludźmi. Zbyt zajęty był manipulowaniem nimi. 
Interesowały  go  maszyny,  przyrządy,  technologie,  samoloty  i  pieniądze.  Były  to  zainteresowania  tak 
dla niego zajmujące, że nie było w jego życiu miejsca dla ludzi. 

Pierwsze miłości 

Podczas  obserwacji  ludzi  bardzo  kochanych  przez  innych  stwierdziłem,  że  wierzą  oni,  iż  ludzie  są 
podstawowym źródłem szczęścia. Dla takich osób ich bliscy są czymś bardzo ważnym. Bez względu 
na to, jak bardzo byli zajęci, tak układali sobie życie, aby mieć zawsze czas na utrzymywanie dobrych 
kontaktów towarzyskich. 
Z  drugiej  zaś  strony,  rozmawiając  z  osobami  samotnymi,  często  mogłem  zauważyć,  że  mimo 
narzekania  na  brak  bliskich  znajomych,  właściwie  nie  robią  nic,  żeby  mieć  przyjaciół.  Ludzie  ci, 
podobnie jak Howard Hughes, są tak zajęci zarabianiem pieniędzy, osiąganiem stopni naukowych albo 
powiększaniem swoich kolekcji znaczków pocztowych, że po prostu nie mają czasu na uczucia. 
Emerson  zauważył  kiedyś,  że:  "troszczymy  się  o  swoje  zdrowie,  odkładamy  pieniądze,  urządzamy 
mieszkania; lecz kto może powiedzieć 
z całą pewnością, że nie jest prawdą, iż najbardziej potrzeba nam przyjaciół?" 
Wobec tego pierwszą zasadą, która pogłębi waszą przyjaźń jest: 

DAJ PIERWSZEŃSTWO KONTAKTOM TOWARZYSKIM 

Miłość i strata 
Czasami ktoś zadaje mi pytanie: "Doktorze McGinnis, czy sądzi pan, że miłość jest rzeczywiście tego 
warta?"  Często  pytający  jest  osobą  rozwiedzioną  i  obawia  się,  że  kolejna  miłość  może  oznaczać 
kolejne rany. 
Tacy ludzie prawdopodobnie nigdy nie zaznali prawdziwej miłości, bo jeżeli ktoś doświadczył choć raz 
intymności i poświęcił jej swoje myśli, ten zgodzi się z poetami, którzy od wieków głoszą, że miłość 
JEST  tego  warta.  Po  śmierci  A.  H.  Hallama,  angielskiego  eseisty,  Tennyson  -najbardziej  wpływowy 
poeta epoki wiktoriańskiej - powiedział: "Lepiej jest kochać i stracić osobę kochaną, niż nie kochać w 
ogóle." 
Ja  też  miałem  znajomości,  które  się  skończyły.  W  kilku  przypadkach  niepowodzenia  były  dość 
spektakularne  i  pozostawiły  po  sobie  ból  emocjonalny.  Ale  bez  względu  na  to,  jak  krótko  trwało 
uczucie i jak bolesne było rozstanie, patrzę na nie z wdzięcznością za doświadczenia, których nabyłem 
dzięki  innym  ludziom.  Jeżeli  rozstanie  spowodowane  było  tylko  przeprowadzeniem  się  przyjaciela, 
miło jest mieć świadomość, że na drugim krańcu kraju jest ktoś, komu na nas zależy. 
Moi rodzice mieszkają w Teksasie, ja w Kalifornii i nasze ścieżki rzadko się spotykają. W sumie byłem 
poza  domem  dłużej  niż  tam  mieszkałem.  Mimo  to  wątpię,  żebym  przeżył  choć  jeden  dzień  i  nie 
pomyślał  o  rodzicach.  Kiedy  byłem  dzieckiem  otaczali  mnie  miłością,  a  i  teraz  okazują  duże 
zainteresowanie tym, co robię i co czuję. Kiedy więc moje myśli biegną do nich, przynosi mi to spokój 
i ciepło - po prostu dlatego, że się kochamy. 
Helen  Keller  powiedziała  kiedyś:  "Razem  ze  śmiercią  kogoś,  kogo  kocham...umiera  cząstka  mnie 
samej...lecz wkład takich ludzi do mojego szczęścia, siły i rozumienia daje mi nowe bodźce do życia na 
tym świecie." 

Za mato czy zbyt wielu przyjaciół? 
Dr Stephen Johnson sugeruje, aby zadać sobie następujące pytania dotyczące kontaktów towarzyskich: 
 

1.Czy masz chociaż jedną osobę, do której możesz pójść w chwilach załamania? 

 

2.Czy masz choć kilku takich znajomych, którym możesz złożyć niespodziewaną wizytę   bez 

potrzeby usprawiedliwiania się? 

background image

 

3.Czy masz takich znajomych, z którymi spędzasz czas na rekreacji? 

 

4.Czy  masz  takich  znajomych,  którzy  pożyczą  ci  pieniędzy,  kiedy  ich  potrzebujesz,  lub  takich, 

którzy pomogą ci w sposób praktyczny, kiedy liczysz na taką pomoc? 
Jeżeli  twoje  odpowiedzi  są  generalnie  negatywne,  to  znaczy,  że  twoje  życie  towarzyskie  hamuje 
rozwój  twoich  przyjaźni.  Niektórzy  ludzie  bywają  tak  zaabsorbowani  licznymi  przyjęciami  i  innymi 
wydarzeniami towarzyskimi, że po prostu nie mają okazji związać się z kimś bliżej. Wynika to stąd, że 
nie sposób jest mieć więcej niż kilku naprawdę bliskich przyjaciół. Czas na to nie pozwala. Prawdziwa 
przyjaźń  potrzebuje  pielęgnacji  -  wspólnych  wieczorów  przy  kominku,  długich  spacerów,  a  przede 
wszystkim  mnóstwa  czasu  na  rozmowy.  Wymaga  to,  na  przykład,  wyłączenia  telewizora,  aby  nie 
przeszkadzał. Jeśli twój kalendarz towarzyski jest zbytnio zapełniony, aby umożliwić tak bliskie zwią-
zanie się z kimś, należy go po prostu odpowiednio "okroić". "Prawdziwe szczęście - powiedział Ben 
Jonson,  angielski dramaturg i  poeta  -  nie polega  na posiadaniu  niezliczonej  liczby przyjaciół, lecz na 
odpowiednim ich wyborze". 
Są ludzie, którzy dzięki przebywaniu w dużych grupach mają silnie rozwinięte poczucie wspólnoty i w 
takim  przypadku  nie  jestem  oczywiście  ani  "za",  ani  "przeciw"  bogatemu  życiu  towarzyskiemu. 
Apeluję  jednak  bardzo  o  odpowiednie  ustalenie  "priorytetów"  towarzyskich.  Zacieśnienie  więzów 
przyjaźni  z  kilkoma  tylko  osobami  jest  czymś  o  wiele  ważniejszym,  niż  zdobycie  aż  takiej 
popularności, żeby otrzymywać 400 pocztówek z życzeniami świątecznymi. 

Miłość drogą do szczęścia 

George  Bernard  Shaw  powiedział:  "Najszybszym  sposobem  unieszczęśliwienia  się  jest  mieć  tyle 
wolnego  czasu,  aby  móc  zastanawiać  się,  czy  jest  się  szczęśliwym,  czy  też  nie."  Zazwyczaj  nie 
znajdujemy szczęścia, szukając  go. Jest  ono najczęściej produktem ubocznym,  który otrzymujemy w 
procesie  dawania  siebie  innym.  Jezus  wiele  razy  i  wieloma  sposobami mówił,  że znajdujemy  siebie, 
tracąc siebie. 
Pewna  młoda  kobieta  tak  wyjaśniała  sobie  znaczenie  intymności:  "Dla  przyjaciół  trzeba  wiele 
poświęcenia, a wtedy przełamuje się ową barierę. To jest wspaniałe: idę do domu, kładę się i nie śpię, 
ponieważ tak wiele otwarło się w moim umyśle i w mojej duszy. Kiedy tak się dzieje, zapominam o 
wszystkim.  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  fizycznym  aspektem  życia.  Mogę  siedzieć  godzinami  ze 
szklanką wody - nie potrzebuję papierosów, wina, seksu, ani jedzenia. To jest uczucie odkrycia, że coś 
,  tutaj  w  tobie  rośnie,  otwiera  się  i  rozprzestrzenia.  A  potem,  następnego  dnia  jestem  bardziej 
energiczna i  optymistycznie nastawiona. Dzielić się z innymi, angażować się  -  to  się naprawdę liczy. 
To daje siłę i energię." 
Dlaczego tak rzadko potrafimy mocno się z kimś związać? Dlaczego tak nam brak przyjaźni? Istnieje 
jeden  prosty  powód:  zbyt  słabo  sami  się  angażujemy.  Jeżeli  nasze  kontakty  towarzyskie  mają  być 
czymś najcenniejszym w naszym życiu, to każdy z nas we wszystkich okolicznościach powinien dawać 
pierwszeństwo przyjaźni. Niestety, wielu z nas nie posiada jej nawet na liście swoich celów życiowych. 
Ludzie, którzy tak postępują, najwyraźniej zakładają, że miłość "po prostu się zdarzy". 
Wiadomo  jednak,  że  niewiele  rzeczy  naprawdę  cennych  w  życiu  człowieka  "po  prostu  się  zdarza". 
Natomiast  kiedy  już  się  zdarzają,  to  są  wynikiem  tego,  że  zdajemy  sobie  sprawę,  jak  bardzo  są  one 
ważne, oraz tego, że się im poświęcamy. Można mieć wszystko, czego naprawdę mocno się pragnie. 
Można  zarobić  milion  dolarów,  jeśli  się  bardzo  tego  chce.  Można  przebiec  Maraton  Bostoński,  jeśli 
bardzo  się  tego  zapragnie.  Jeżeli  chce  się  więc  bardzo  miłości,  można  mieć  ją  również.  Zależy  to 
jedynie od tego, czemu nada się pierwszeństwo. Cenne i znaczące kontakty towarzyskie mają ci, którzy 
uważają je za coś ważnego i potrafią je odpowiednio pielęgnować. 
Dlatego pierwszą naszą zasadą będzie: 

Daj pierwszeństwo kontaktom towarzyskim 

background image

"Miłość to dwie samotności, 

które spotykają się i wspierają ". 

Reiner Maria Rilke 

Sztuka otwierania się przed innymi 

Ludzie posiadający głębokie i trwałe przyjaźnie mogą być introwertykami, ekstrawertykami, mogą być 
młodzi,  starzy, brzydcy,  inteligentni, przystojni; ale jedyną ich wspólną  cechą jest otwartość.  Takich 
ludzi cechuje swego rodzaju przejrzystość, pozwalająca innym dostrzec to, co jest w ich sercach. 
Drugą zasadą pogłębiania kontaktów towarzyskich jest więc: 
KULTYWUJ PRZEJRZYSTOŚĆ SWOJEJ OSOBOWOŚCI 
Gdy Betty Ford stała się pierwszą damą Ameryki, wkrótce zwrócono na nią większą uwagę - dzięki jej 
szczerości. Pytana przez wścibskich reporterów o wiele spraw odpowiadała im wprost. Pewnego razu 
jeden z reporterów posunął się na tyle daleko, że spytał, jak często pani Ford "sypia" ze swoim mężem. 
Odpowiedź  była  zaskakująca:  "Tak  często,  jak  tylko  mogę."  Nie  próbowała  też  ukrywać  swego 
załamania nerwowego, ani walki z alkoholem i narkotykami. 
Wszyscy  ci,  którzy  potrafią być tak otwarci,  jak pani  Ford, zawsze są w stanie mieć dobre kontakty 
towarzyskie. Nie twierdzę oczywiście, że taka otwartość zawsze prowadzi do popularności; pani Ford 
doznała  wielu  przykrości  od  tych,  którzy  nie  zgadzali  się  z  jej  sposobem  bycia.  Lecz  gdy  będziemy 
otwartymi, znajdą się ludzie, którzy nie będą wręcz w stanic powstrzymać się od tego, by nas kochać. 
Papież Jan XXIII, gdziekolwiek był, spotykał się z ciepłymi uczuciami ze strony ludzi; z pewnością po 
części  dzięki  jego  bezpretensjonalności.  Będąc  przez  całe  życie  osobą  otyłą,  dzieckiem  biednej 
rodziny,  nigdy  nie  próbował  być  kimś  więcej,  niż  był.  Kiedy  zaś  wybrano  go  papieżem,  pierwszą 
rzeczą,  jaką  wykonał  "z  urzędu",  była  wizyta  w  Regina  Coeli,  olbrzymim  więzieniu  w  Rzymie. 
Błogosławiąc  więźniów,  nadmieniał,  że  ostatnio  był  w  więzieniu  podczas  odwiedzin  u  swojego 
kuzyna! 
Oto  człowiek,  uważany  przez  miliony  za  prawdziwego  sługę  Chrystusa  na  ziemi.  Mimo  to  (a  może 
właśnie dzięki temu) wiedział, jak dzielić smutki  i  radości innych, Conrad Barrs określił  Jana XXIII 
jako człowieka "bez maski". 
Psycholog  Sidney  Jourard,  w  swojej  książce  "Przejrzysta  osobowość"  (The  Transparent  Self), 
relacjonuje  badania  rzucające  światło  na  problem  otwartości.  Jego  głównym  odkryciem  było 
stwierdzenie,  że  osobowość  ludzka  posiada  "wbudowaną",  naturalną  tendencję  do  "wewnętrznego 
obnażania  się".  Kiedy  ta  tendencja  zostanie  zablokowana  i  zamykamy  się  w  sobie  przed  innymi, 
prowadzi to do problemów i trudności emocjonalnych. 
Dr Jourard wysunął tę koncepcję po przeanalizowaniu częstotliwości, z jaką jego pacjenci mówili do 
niego: "Jest pan pierwszą osobą, z którą byłem całkowicie szczery." 
"Byłem ciekaw - pisał Jourard - czy istniał związek pomiędzy niechęcią tych ludzi do ujawniania ich 
osobowości  przed  współmałżonkiem,  rodziną  i  przyjaciółmi,  a  ich  potrzebą  skonsultowania  się  z 
zawodowym  terapeutą".  Doprowadziło  go  to  do  wniosku,  że  stałe  odcinanie  się  i  wycofywanie  z 
towarzystwa prowadzi do dezintegracji osobowości; z drugiej strony, do konkluzji, że szczerość może 
być  sposobem  zabezpieczenia  zdrowia,  chroniącym  zarówno  przed  chorobami  umysłowymi,  jak  i 
przed pewnymi dolegliwościami fizycznymi. 
Bez  względu  na  to,  na  ile  prawdziwa  jest  teoria  dra  Jourarda,  nie  ma  wątpliwości,  że  szczerość 
wspaniale pomaga przyjaźni. Po prostu lubimy ludzi, którzy otwierają się przed nami. 

Maski 

Dlaczego więc tak często chowamy twarz za maską? Oscylujemy pomiędzy impulsami do otwarcia się 
przed innymi, a chęcią zasłonięcia 
się kurtyną prywatności. Pragniemy być zarówno znani, jak i pozostać w ukryciu. 

background image

Wznosimy mur wokół siebie z wielu powodów. Nasza kultura zdaje się podziwiać takich "zimnych" 
bohaterów,  jak  James  Bond  -  silnych,  polegających  tylko  na  sobie,  oderwanych  od  wszelkich 
kontaktów osobistych. 
Często zdaje się nam, że będziemy bardziej lubiani, jeśli staniemy się takimi indywidualistami, którzy 
nikogo nie dopuszczają do swego wnętrza. Owszem, pewna liczba ludzi będzie podziwiać takie cechy. 
Jednak podziw niekoniecznie przecież prowadzi do zażyłości. 
Najpoważniejszym powodem "zakładania" przez nas masek jest obawa przed odrzuceniem. Otwarcie 
się, i wskutek tego utrata przyjaciela, może okazać się niszczące. Zatem wielu z nas wzniosło wokół 
siebie fasady złudy, uważając, że gdyby inni zobaczyli to, co my sami w sobie widzimy, odeszliby. 
Mimo  to,  podczas  moich  obserwacji  pacjentów  w  najróżniejszych  sytuacjach  interpersonalnych, 
stwierdziłem,  że  ujawnienie  swojej  osobowości  daje  całkowicie  przeciwne  wyniki.  Kiedy  ludzie 
zdejmują maski, inni po prostu do nich lgną. 
Niektórzy  z  nas  próbują  za  wszelką  cenę  ukryć  swoje  pochodzenie,  podczas  gdy  jego  ujawnienie 
"rozbroiłoby" ludzi dokoła i przyciągnęłoby ich do nas. 
Soi  Hurok,  impresario  koncertowy,  nie  twierdził,  że  Marian  Anderson,  pierwsza  Murzynka 
występująca w Metropolitan Opera w  Nowym  Jorku, stała się wielką osobistością, ot  tak, po prostu; 
mawiał on, że stało się to dzięki jej prostocie. Mówił więc: 
"Parę  lat  temu  pewien  reporter  przeprowadził  wywiad  z  Marian  i  poprosił  ją,  aby  wymieniła 
najwspanialsze  chwile  swojego  życia.  Ja  byłem  akurat  w  jej  garderobie  i  przypadkiem  słyszałem  jej 
odpowiedź.  Wiedziałem,  że  było  w  czym  wybierać.  Pewnej  nocy  Toscanini  powiedział  jej,  że  ma 
najwspanialszy głos  stulecia.  Kiedyś grała prywatny koncert  w Białym  Domu dla  państwa Roosevelt 
oraz dla angielskiej rodziny królewskiej. Otrzymała Nagrodę Boka w wysokości 10 000 dolarów jako 
osoba,  która  zrobiła  najwięcej  dla  swego  rodzinnego  miasta,  Filadelfii.  Wreszcie,  pewnego  roku  w 
Waszyngtonie,  podczas  Świąt  Wielkiej  Nocy,  stała  u  stóp  statuy  Lincolna  i  śpiewała  dla 
siedemdziesięciopięciotysiecznego  tłumu,  w  tym  dla  członków  Gabinetu  Sądu  Najwyższego  oraz  dla 
większości członków Kongresu." 
Które  z  tych  wielkich  wydarzeń  wybrała?  -  "Żadnego  z  nich  -  powiedział  Hurok  -  Panna  Anderson 
odpowiedziała dziennikarzowi, że największym i najwspanialszym momentem w jej życiu był dzień, w 
którym 
poszła do domu i powiedziała swojej matce, że ta nie będzie już musiała brać prania do domu". 
Budując więcej okien, a mniej ścian, zdobędziemy sobie więcej przyjaciół. 

O odkrywaniu swoich myśli o seksie 
Jedną z ostatnich barier, które należy przełamać, kiedy dwoje ludzi zaczynają łączyć coraz to bliższe 
więzy,  jest  owa  tajemniczość  otaczająca  własne  odczucia  seksualne.  Jednym  z  najbardziej 
zdumiewających  odkryć  w  mojej  praktyce  był  fakt,  że  większość  małżeństw  nigdy  nie  dyskutuje  ze 
sobą o sprawach seksu! Robią to przez 25 lat, lecz nigdy o tym nie mówią. Często zdarza się, że nie 
znają nawet słownictwa potrzebnego do takich rozmów. Ona mówi o jego penisie "to", a oboje często 
nie  wiedzą  co  to  znaczy  "clitoris"  (łechtaczka).  Nigdy  wręcz  nie  wypowiadają  pewnych  słów  w 
obecności współmałżonka. 
Lecz gdy zedrzemy z siebie maskę i pozwolimy się w pełni poznać, nasze doznania seksualne mogą 
niepomiernie wzrosnąć. Ważne jest, aby dać się poznać od strony seksu; wtedy partner zrobi to samo. 
Seks powinien przecież być wyrazem radości życia, dzieleniem się z partnerem tym, co w życiu dobre. 
Seks  przynoszący  zadowolenie  jest  chętnie  dawany  i  chętnie  przyjmowany,  przynosi  głębokie  i 
wstrząsające  duszę  uniesienia,  powoduje  wreszcie,  że  małżonkowie  czasem  spojrzą  na  siebie  z 
uśmiechem, mrugną okiem... Miło jest wspominać przeżyte radośnie chwile i myśleć o tych, które nam 
jeszcze przyjdzie przeżyć. 
W kontaktach towarzyskich pozbawionych seksu miarą bliskości może być właśnie to, czy obie osoby 
potrafią swobodnie mówić o seksie. Rozmawiamy o tym na ogół z najbliższymi. Są, oczywiście, pewne 
grupy  ludzi  ogarnięte  wręcz  obsesją  tego  tematu,  natomiast  zwykłe  rozmowy  o  seksie  są  zazwyczaj 

background image

sztywne i  napuszone. Ja zaś mówię tu o takiej przyjaźni, która jest na tyle głęboka, aby można było 
mówić nie tylko o swoich doznaniach seksualnych, ale także o lękach i niepewnościach. 
Również w układzie rodzice - dzieci należy w końcu dołączyć ten problem do repertuaru rozmów, a im 
wcześniej przełamie się tutaj tę barierę, tym lepsze będą stosunki rodziców z dziećmi. 
Pewien  34-letni  adwokat  rozmawiał  ze  mną  przez  prawie  rok  o  swoich  kłopotach  w  stosunkach  z 
rodzicami, którzy nie mieszkali razem z nim. Chciał on jednak przełamać wszystkie bariery, zwłaszcza 
te, które dzieliły go od matki. Udał się więc do domu, żeby poinformować rodziców o zbliżającym się 
nieuchronnie rozwodzie. "Nie miałem pojęcia, co na to powiedzą - opowiadał - W mojej rodzinie nie 
było  rozwodów,  sądziłem  więc,  że  nie  przejdzie  mi  to  gładko.  A  jednak!  Były  oczywiście  łzy,  ale, 
ogólnie mówiąc, starali się podtrzymać mnie na duchu i wyrażali współczucie. 
Jednak najważniejsze wydarzyło się wtedy, gdy po śniadaniu siedzieliśmy z matką przy stole w kuchni. 
Żeby  docenić  znaczenie  faktu,  trzeba  wiedzieć,  że  matka  nigdy  nie  wymawiała  w  domu  słowa  seks. 
Dowiadywałem się o sprawach z nim związanych z książek, od przyjaciół, a zwłaszcza od dziewcząt. I 
tak  oto  siedzieliśmy,  ja  -  dorosły  mężczyzna  -i  moja  matka,  gdy  w  pewnej  chwili  powiedziała: 
»Przykro mi, że nie układa ci się z Shirley. Szkoda, że nie łączy was to, co łączy mnie z twoim ojcem. 
Nigdy  nie  przypuszczałam,  że  seks  może  przynieść  tyle  radości  ludziom  starym.«  Nieśmiały  błysk 
pojawił  się  w  jej  oczach  i  dodała:  »To  wszystko,  oczywiście,  dzięki  twojemu  ojcu.  Ciągle  czyta  te 
książki i obmyśla różne nowości, których trzeba by popróbować. 
Nie  potrafię  tego  wyjaśnić,  ale  coś  we  mnie  wtedy  przy  stole  pękło.  Nie  wiem,  czy  dlatego,  że 
rozmawialiśmy o wręcz elementarnych sprawach dotyczących nas obojga, czy też dlatego, że dobrze 
było  dowiedzieć  się,  że  moi  »staruszkowie«  tak  miło  spędzają  czas  w  łóżku.  Co  by  to  nie  było,  od 
tamtej pory patrzyłem na swoją matkę z zupełnie innej perspektywy." 
James Joyce stwierdził, że czasem w takich chwilach na całą naszą egzystencję spada jakaś światłość. 
Doświadczenie tego człowieka nazwałby Joyce "oświeceniem". 

"Nie ma mnie już w jego życiu " 
"Musi istnieć coś więcej, dla czego można by żyć - powiedziała. Jesteśmy małżeństwem od ponad 23 
lat, ale jeżeli nic lepszego nie pojawi się przede mną w moim małżeństwie, jestem gotowa odejść". Jej 
mąż  był  spokojnym  człowiekiem,  czasami  nawet  dumnym  z  tego,  że  potrafił  zachować  spokój  we 
wszystkich  sytuacjach.  Dla  jego  żony  nie  było  to  jednak  zaletą.  "Nigdy  nie  wiem,  co  on  myśli  - 
narzekała -1 zdaje mi się, że nie ma mnie już w jego życiu." 
Bardzo  często  zdarza  się,  że  terapeuta  zna  takiego  męża  tylko  dzięki  relacjom  małżonki;  ktoś  taki z 
natury  obawia  się  wypróbowania  terapii  i  z  daleka  omija  poradnię.  Jednak  w  tym  przypadku  cała 
historia miała swój happy  end. Joel  chciał spróbować terapii małżeńskiej  i  okazało  się, jak to  często 
bywa,  że  za  jego  "murem"  krył  się  strach,  fobie  i  poczucie  niepewności.  Obawiał  się  mówić  o  tych 
elementach  swojej  osobowości,  sądząc,  że  żona  będzie  patrzeć  na  niego  z  góry,  gdy  dowie  się,  jak 
słabym człowiekiem jest jej mąż. Jednak całe nieporozumienie - o ironio! - 
polegało  na tym,  że ona była już na granicy opuszczenia go właśnie z powodu "muru", jaki wzniósł 
wokół siebie. Ale gdy zaczął ujawniać swoje niepewności, ona poczuła, że jest mu potrzebna i znowu 
obdarzyła go czułością. 

Ty i twoje wnętrze 
Carl Jung, psychiatra szwajcarski, polecał swym pacjentom zapoznawać się z, jak to nazywał, "ciemną 
stroną",  albo  "niższymi  partiami"  osobowości.  Rzeczywiście,  istnieje  pewna  ukryta  sfera  w  umyśle 
człowieka, składająca się ze wspomnień przeszłości, które przyprawiają nas 
0    strach,  nie  mówiąc  już  o  owych  niższych  instynktach,  których  się  wstydzimy  i  które  staramy  się 
usprawiedliwiać na tysiące najróżniejszych sposobów. 
Jesteśmy bardzo przeciwni ujawnianiu tej strony nas samych przed innymi ludźmi tak długo, jak długo 
się tego boimy. Naturalnym przypuszczeniem jest, że jeśli pozwolimy innym ujrzeć tę ciemną stronę 
naszej osobowości, będą nas oni nienawidzieć. Na ogół inni bywają dla nas bardziej tolerancyjni, niż 
my  jesteśmy  sami  dla  siebie.  Tutaj  rozpoczyna  się  swoista  reakcja  chemiczna:  ponieważ  odkryliśmy 

background image

przed kimś nasze sekrety, zaczynamy samych siebie lepiej rozumieć. 
Sądzę,  iż  mogę  nawet  powiedzieć,  że  nie  możemy  nigdy  w  pełni  poznać  samego  siebie,  dopóki  nie 
otworzymy  się  przed  drugą  osobą.  W  procesie  tym  człowiek  dowiaduje  się,  jak  pogłębić  kontakty  z 
inną  osobą  oraz  jak  kierować  na  tej  podstawie  swoim  losem.  Jedna  z  mądrości  delfickich  powiada 
"poznaj siebie", a my możemy ją jeszcze rozszerzyć 
1 radzić: "daj się poznać innym, a wtedy poznasz siebie." 
To  poznanie  jest  źródłem  olbrzymiej  satysfakcji  i  energii,  którą  uzyskujemy  dzięki  przyjaźni.  Jeżeli 
ukochana  przez  nas  osoba  akceptuje  nas  razem  z  ciemnymi  stronami  naszej  osobowości,  to  ów  fakt 
wiary pozwala nam lepiej akceptować samych siebie. 
Chrześcijańska praktyka spowiedzi świętej uznawana była zawsze ze względu na swoje terapeutyczne 
działanie. Biblia mówi: "Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, 
byście  odzyskali  zdrowie.  Wielką  moc  posiada  wytrwała  modlitwa  sprawiedliwego."  (Jk  5,16).  Nie 
przypadkiem mówił św. Jakub, że jeżeli poznamy nawzajem ciemne strony siebie samych, to dopiero 
wtedy będziemy jasnością. W sposób, którego w pełni nie rozumiemy, samootwarcie się pomaga nam 
lepiej  widzieć,  czuć,  wyobrażać  sobie,  mieć  nadzieję  na  rzeczy,  o  których  wcześniej  nawet  nie 
pomyślelibyśmy. Zatem zachęta do przejrzystości jest w rzeczywistości zachętą do autentyczności. 

Dlaczego skłaniamy się ku ludziom przejrzystym 
Bruce Larson, wieloletni prezydent Faith at Work ("Czynna wiara") utrzymuje, że mamy przynajmniej 
jedną  taką  osobę,  której  możemy  wszystko  powiedzieć.  Zdziwiłem  się,  czytając  tę  myśl,  ponieważ 
nigdy w pełni nikomu się nie zwierzałem. Próbowałem oczywiście odkrywać przed innymi to i owo, 
czasem  nawet  rzeczy  bardzo  intymne,  ale  totalne  otwarcie  się  przed  jedną  osobą  było  zbyt  wielką 
próbą. 
Jednakże kilka lat później dokonałem tego, a raczej mój przyjaciel dokonał tego wobec mnie, co z kolei 
skłoniło  mnie  do  podobnego  zachowania  się.  Od  tamtej  pory  znam  to  poczucie  ulgi  wynikające  z 
posiadania  "brata",  który  mnie  całkowicie  akceptuje.  Mark  Svensson  i  ja  różnimy  się  od  siebie  pod 
wieloma  względami.  On  jest  15  lat  starszy  ode  mnie.  Jest  niski  i  ma  czarną  brodę;  ja  jestem  niskim 
blondynem.  Jest  zdolnym  pracownikiem  przemysłu,  chociaż  niezbyt  długo  poddawał  się  edukacji 
formalnej;  ja  spędziłem  połowę  swego  dotychczasowego  życia  w  akademii.  On  jest  imigrantem 
szwedzkim,  ja  rodowitym  Amerykaninem.  Mimo  tych  różnic  mogę  być  SOBĄ  w  obecności  Marka. 
Akceptuje mnie bez względu na to, jak kapryśne miewam nastroje, a ja postępuję tak samo w stosunku 
do  niego.  Oczywiście,  on  nie  zawsze  aprobuje  moje  zachowanie  czy  moje  sądy,  ale  wiem,  że  bez 
względu na to, na ile się nie zgadzamy, nie będzie mnie krytykował. I chociaż bywamy czasami źli na 
siebie, nasza przyjaźń nie zostanie naruszona. 
Marian Evans (George Eliot), angielska nowelistka, musiała zaznać takiej przyjaźni, skoro napisała: 
"Cóż to za nieopisana ulga, mieć poczucie bezpieczeństwa przy innej osobie; nie musieć ważyć myśli, 
ani mierzyć słów, lecz wylewać je wszystkie z siebie wiedząc, że wierna dłoń przyjmie je i zachowa...". 

Najlepszy sposób przyciągania do siebie ludzi 

Pewien  znany  psychiatra  prowadził  kiedyś  sympozjum  na  temat  skłaniania  pacjentów  do  otwartości. 
Psychiatra  ów  rzucił  w  pewnej  chwili  wyzwanie  swoim  kolegom,  chwaląc  się:  "Założę  się,  że  moja 
metoda pozwoli mi skłonić pacjenta do ujawnienia najskrytszych jego spraw podczas pierwszego z nim 
spotkania, bez konieczności zadawania pytań z mojej strony." Na czym polegała ta metoda? Oto ona: 
Rozpoczął spotkanie z pacjentem od ujawnienia czegoś bardzo osobistego, co mogłoby zniszczyć jego 
karierę,  gdyby  zostało  ujawnione.  Pomimo  wątpliwości,  nasuwających  się  w  związku  z  tą  metodą, 
osiągnięty został pożądany efekt: Pacjent odkrył swoje wnętrze. 
Ta  sama  reguła  odnosi  się  do  wszystkich  stosunków  międzyludzkich.  Jeżeli  ośmielisz  się  otworzyć 
swoje wnętrze, druga osoba najprawdopodobniej wyjawi swoje sekrety tobie. 
Moim  mentorem,  któremu  jakże  chciałem  dorównać,  jest  człowiek,  którego  nigdy  nie  spotkałem. 
Mimo to znam go bardzo dobrze. Znam też jego prace, dzięki licznym publikacjom. Będąc prostym i 
bezpretensjonalnym człowiekiem, dr Paul Tournier posiada z pewnością wspaniały dar leczenia. 

background image

Jaki jest jego sekret? Otóż, wskazuje on na pewien znaczący punkt zwrotny w jego karierze. Podczas 
praktyki  internistycznej  w  Genewie  wziął  udział  w  spotkaniu,  podczas  którego  ludzie  byli  po  prostu 
sobą,  dzielili  się  swoimi  troskami,  radościami,  grzechami.  Chociaż  był  człowiekiem  religijnym, 
Tournier  stwierdził,  że  w  takim  klimacie  doznał  transformacji  duchowej.  Gdy  powrócił  do  swojej 
praktyki,  spostrzegł,  że  ludzie  otwierają  się  przed  nim.  Zamiast  mówić  jedynie  o  swoich  doleg-
liwościach fizycznych, pacjenci zaczynali opowiadać mu o swoich przeżyciach. 
Ale  dlaczego  zaczęli  to  robić?  Ponieważ  on  sam  stał  się  osobą  otwartą,  a  przecież  otwartość  rodzi 
otwartość. 
Jednym  z  najbardziej  charakterystycznych  aspektów  życia  Jezusa  Chrystusa  była  przejrzystość  Jego 
postaci.  W  przeciwieństwie  do  większości  guru,  którzy  pozostają  niejako  ponad  swoimi  uczniami, 
Jezus przeżył swe życie razem z nimi. Łamiąc się z nimi chlebem, modląc się i płacząc z nimi, godząc 
ich  kłótnie,  Chrystus  był  głęboko  zaangażowany  w  ich  wspólne  życie.  Raz  po  raz  otwierał  się  przed 
uczniami,  a  kiedy  nie  rozumieli  Go  -  cierpiał.  Aby  upewnić  się,  czy  uczniowie  rozumieją  Jego 
samootwarcie,  mówił:  "Już  was  nie  nazywam  sługami,  bo  sługa  nie  wie,  co  czyni  pan  jego,  ale 
nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wara wszystko, co usłyszałem od Ojca mego." (J 
15,15). 
Kiedy  napotkamy  na  swej  drodze  kogoś  tak  otwartego,  od  razu  jesteśmy  "rozbrojeni".  Samarytanka, 
którą  Jezus  spotkał  w  Sychar,  najpierw  spierała  się  z  Nim,  zachowując  ostrożność,  ponieważ  był 
obcym. Lecz wkrótce otwarła się przed nim z uczuciem ulgi. 
W rzeczywistości nikt nie lubi przywdziewać maski. Być poznanym i zaakceptowanym przez Boga jest 
wyzwalającym  i  uzdrawiającym  doświadczeniem  i  jest  zarazem  najlepszym  modelem  stosunków 
międzyludzkich. 

Czy totalna szczerość? 
Czas teraz dodać kilka wyjaśnień w celu określenia, czego NIE rozumiem pod pojęciem przejrzystości. 
Najpierw  chciałbym  wyjaśnić,  że  nie  popieram  kontrowersyjności.  Ludzie  próbujący  być  absolutnie 
szczerymi, wyrażają swoją opinię na każdy poruszony temat. Jeśli zaryzykujesz twierdzenie, z którym 
taki  człowiek  się  nie  zgadza,  jego  "otwartość"  powoduje,  że  z  miejsca  wyraża  on  swoje  przeciwne 
zdanie. 
Powyższy sposób  jest  ryzykownym  sposobem życia. Czasami sprawą rozumu  jest zachowanie opinii 
dla  siebie  samego.  Dean  Martin,  popularny  piosenkarz  i  aktor  amerykański,  powiedział  kiedyś: 
"Pokażcie mi chłopca, który nie wie, co to strach, a pokażę wam chłopca, którego często biją." 
Po drugie, nie uważam, że należy całkowicie się "obnażać". Często sądzi się, że "nagość psychiczna" 
jest zaletą. Jednak takie osoby mogą pozostawać bardziej poza kontrolą, niż zdają sobie z tego sprawę. 
Przecież jednym z objawów ciężkiej psychozy jest niezdolność pohamowania się w wyrażaniu emocji. 
Większość z nas ucieka przed ludźmi, którzy opowiadają swe szczegółowe życiorysy już w pierwszej 
godzinie znajomości. Nie ma więc sensu otwieranie się w pełni przed każdym. Mamy prawo do ciszy i 
każdy z nas musi sam decydować, jaką część swojej osobowości może ujawnić w danej sytuacji. 
Ostatnia  uwaga:  oczywiście,  będziemy  unikać  ujawniania  uczuć  i  faktów,  które  mogłyby  przynieść 
szkodę innym lub zranić słuchającego. Mam tutaj na myśli wyjawianie niewierności seksualnej swemu 
partnerowi.  Wielu  psychologów,  zafascynowanych  ideą  szczerości  totalnej,  poleca  małżeństwom 
wyjawić  wszystkie  dawne  złe  występki,  bez  względu  na  ich  druzgocące  następstwa.  Są  jednak 
przypadki, kiedy partner, próbując ulżyć swojemu poczuciu winy, nieświadomie przerzuca ów ciężar 
na ramiona ukochanej osoby. 
Wiem,  że  w  niektórych  małżeństwach  katharsis  wspólnej  spowiedzi  przynosi  korzyści,  oraz  że  takie 
oczyszczenie może bardziej zbliżyć partnerów. Jednak "spowiedź" nie zawsze przynosi takie efekty i 
dlatego twierdzę, że należy posługiwać się nią bardzo ostrożnie. 
Nasza  naczelna  zasada  pozostaje  mimo  to  niezmienna.  Jeśli  chcesz  pogłębić  swoje  kontakty,  zasadą 
drugą będzie: 

Kultywuj przejrzystość swojej osobowości 

background image

"Nasza opinia o innych ludziach zależy mniej od tego, 

 co my widzimy w nich, a bardziej od tego, 

 co dzięki nim widzimy w sobie samych." 

Sara Grand 

Jak okazywać uczucia 

Kiedy Gale Sayers i Brian Piccolo, Murzyn i biały, obaj będący w drużynie futbolowej Chicago Bears, 
zamieszkali razem w 1967 roku, okazało się to pierwszym tego typu zdarzeniem między zawodowymi 
piłkarzami. Także dla każdego z nich było to pierwsze takie przeżycie. Sayers nigdy przedtem nie miał 
białego  przyjaciela,  może  z  wyjątkiem  George'a  Halasa,  a  Piccolo  nigdy  NAPRAWDĘ  nie  znał 
czarnego człowieka. 
Jednym z sekretów ich wzrastającej przyjaźni było podobne poczucie humoru. Na przykład, przed grą 
pokazową w Waszyngtonie w 1969 roku pewien poważny reporter wszedł do ich pokoju hotelowego w 
celu przeprowadzenia wywiadu. 
- "Jak się wam razem mieszka? - spytał dziennikarz. 
- W porządku, dopóki on nie korzysta z łazienki - odrzekł Piccolo. 
- A o czym rozmawiacie? - dziennikarz pytał dalej, ignorując śmiech swoich rozmówców. 
- Głównie o sprawach rasowych - odrzekł Gale. 
- Po prostu o rasizmie - dodał Piccolo. 
- Gdybyście mieli wybierać - kontynuował reporter - kogo wybralibyście na współlokatora? 
-  Jeżeli  pyta  pan,  jakiego  białego  włoskiego  obrońcę  z  Wake  Forest,  powiedziałbym,  że  Picka  - 
odpowiedział Gale." 
Ale pod przykrywką śmiechu i żartów ukryta była głęboka lojalność jednego względem drugiego, a w 
filmie  "Brian's  Songs"  (Pieśni  Briana)  wyraźnie  pokazano,  że  przyjaźń  Sayersa  i  Piccolo  była 
największą w historii sportu. 
Potem, w sezonie 1969 roku, okazało się, że Piccolo jest chory na raka. Starał się jeszcze grać, chociaż 
jeden sezon, ale w końcu więcej przebywał w szpitalu, niż na boisku. Gale Sayers starał się być razem 
ze swoim przyjacielem tak często, jak tylko mógł. 
Wcześniej planowali spędzić wspólnie razem z żonami obiad podczas Professional Writers (corocznej 
imprezy  pod  nazwą  Zawodowi  Reporterzy  Futbolu)  w  Nowym  Jorku,  gdzie  Sayers  miał  otrzymać 
nagrodę  S.  Halasa,  przyznawaną  najlepszemu  zawodnikowi  futbolu.  Niestety,  choroba  przykuła 
Piccolo do łóżka. A kiedy Sayers stał w oczekiwaniu na nagrodę, łzy pojawiły się w jego oczach. Na 
ogół lakoniczny czarny atleta miał powiedzieć, przyjmując nagrodę: 
"Wyrażacie uczucie dla mnie, dając mi tę nagrodę, ale oświadczam wam, że przyjmuję ją dla Briana 
Piccolo.  To  on  jest  tym  człowiekiem,  który  powinien  otrzymać  tę  nagrodę.  Kocham  Briana  Piccolo  i 
chciałbym, żebyście i wy go kochali. Gdy uklękniecie wieczorem do modlitwy, proszę pomódlcie się też 
za niego." 

"Kocham Briana Piccolo". Jak często można usłyszeć mężczyznę wypowiadającego takie słowa? O ile 
bogatsze mogłoby być nasze życie, gdybyśmy ośmielali się okazywać nasze uczucia tak, jak to zrobił 
Sayers tamtego wieczoru w Nowym Jorku. 
Zatem trzecią zasadą polepszenia stosunków interpersonalnych jest: 
OŚMIELAJ SIĘ MÓWIĆ O SWOICH UCZUCIACH 
Z obawy przed okazaniem  się sentymentalnymi, wielu  z nas powstrzymuje się od wyrażania uczuć i 
dlatego tak wiele traci z bogactwa przyjaźni. Mówimy "dziękuję", gdy mamy na myśli "niech Bóg cię 
błogosławi";  mówimy  "do  zobaczenia",  mając  na  myśli  "będzie  mi  ciebie  bardzo  brak".  G.  K. 
Chesterton,  angielski  pisarz,  powiedział  kiedyś,  że  najmniej  uzasadniony  jest  strach  przed 
sentymentalizmem.  A  przecież  tak  wiele  mogłoby  to  dać,  gdybyśmy  czuli  się  bardziej  wolni  w 

background image

wyrażaniu swoich uczuć. Jezus miał swoją metodę robienia tego. Na sto sposobów mówił uczniom, że 
ich kocha, przez co w żaden sposób nie mogli mieć co do tego wątpliwości. 
Dlaczego tak bardzo jesteśmy przeciwni otwartemu mówieniu, że nam na kimś zależy? Powodów jest 
kilka.  Jednym  z  nich  jest  obawa,  że  nasze  uczucia  nie  będą  odwzajemnione,  oraz  że  zostaniemy 
odrzuceni.  A  co  gorsza,  zwłaszcza  między  mężczyznami,  boimy  się  wyśmiania  nas  przez  innych  z 
powodu  naszej  sentymentalności.  Istnieje  niewiele  bardziej  przerażających  uczuć,  niż  poczucie 
zmieszania  i  zakłopotania.  Dlatego  staramy  się  z  całych  sił  nie  dopuścić  nawet  do  możliwości  ich 
powstania. 
Jednak ludzie, których inni kochają, to tacy, którzy odrzucają obawy i deklarują otwarcie swoją miłość. 
Na przykład Thomas Jefferson był prawdziwym mężczyzną, a mimo to był chyba najbardziej uczulony 
na odrzucenie. W pewnym momencie jego kariery, kiedy był przybity po przegranej z Hamiltonem w 
Waszyngtonie,  wysłał  swoje  książki  i  meble  do  domu  w  Monticello,  odwołał  prenumeraty  gazet, 
zerwał swoje kontakty polityczne i przez następne 37 miesięcy praktycznie nie wytknął nosa z domu. 
Jak widać, Jefferson był wręcz przesadnie czułym człowiekiem. 
Ale  czy  powstrzymało  go  to  od  wyrażania  miłości,  gdy  ta  nadeszła?  M.  Brodie,  biograf  Jeffersona, 
mówi:  "Listy  Jeffersona  do  jego  dwóch  dorosłych  już  córek  ,  Marty  i  Marii,  są  tak  przepełnione 
uczuciem i tak niewinnie uwodzicielskie, że stały się dla niego oknem na świat." A pisząc w roku 1819 
do swojego przyjaciela, Johna Adamsa, Jefferson wypowiada tak "sentymentalne" zdanie, jak: "Uważaj 
na siebie i bądź pewien, że jesteś mi ciągle miły." 
Mimo  obfitej  korespondencji,  Jefferson  i  Lafayette  nie  widzieli  się  już  od  35  lat,  kiedy  prezydent 
Monroe  zaprosił  w  1824  roku  wielkiego  generała  francuskiego  do  odwiedzenia  Ameryki.  Lafayette 
miał wtedy 67 lat, a Jefferson 81. Po przyjeździe do USA Lafayette pozostał w Quincy i Massachusetts 
tylko jeden dzień, a potem pospieszył na południe zobaczyć się z Jeffersonem. 
Tego  listopadowego  ranka,  gdy  powóz  Lafayette'a  dotarł  do  Monticello,  oczekiwał  go  tam  już  cały 
tłum.  John  Randolf,  który  pomagał  w  urządzaniu  całej  uroczystości,  opowiadał,  jak  jego  dziadek 
schodził  po  schodach  z  tarasu,  kiedy  Lafayette  wysiadł  z  powozu.  "Jefferson  -  powiedział  -  ruszył 
starczym galopem, aż wreszcie padli sobie w objęcia ze łzami w oczach." 
W pracy z ludźmi rozwiedzionymi, bardzo często chciałbym dać im lekcję tego, co tak wspaniale robili 
Gale  Sayers,  Thomas  Jefferson  i  Jezus  -  śmiałości  w  pokazywaniu  uczuć.  Wiele  kobiet  sądzi,  że 
powinny  okazywać  wręcz  oziębłość,  bo  inaczej  stracą  mężczyznę.  Chociaż  są  nim  oczarowane, 
zachowują swe uczucia dla siebie. Ale przecież takie zachowywanie dystansu niszczy ich cel. Nie ma 
nic tak przyciągającego mężczyznę, jak świadomość, że kobiecie na nim zależy. 
Przykro jest, gdy spotyka się dwoje ludzi, którzy się polubią, ale z powodu nieśmiałości nie deklarują 
swoich  uczuć.  Uczucie  wtedy  umiera.  Tragedią  jest,  jeżeli  miłość  nie  wraca,  ponieważ  jest 
niezadeklarowana. 
 
 

Kobieta, którą trudno zdobyć 
Jeżeli to, co powiedziałem wcześniej jest prawdą, to co mamy począć z trwającym wieki uczuciem do 
kobiety zimnej i trzymającej wszystkich na dystans? Według powszechnej opinii kobieta, którą trudno 
zdobyć jest bardziej pożądaną, niż kobieta ogólnie chętna do zawierania bliskich znajomości. Sokrates, 
Owidiusz,  Kamasutra,  Dear  Abby,  wszyscy  oni  zgadzają  się,  że  osoba,  której  uczucia  łatwo  jest 
pozyskać, prawdopodobnie nic wzbudzi wielkich uczuć u innych. 
Jednakże  dr  Elaine  Walster  wraz  z  innymi  badaczami  ujawnili  na  łamach  czasopisma  "Psychology 
Today" (Psychologia dzisiaj) wyniki eksperymentu przeprowadzonego z udziałem setek studentów, w 
celu określenia ich reakcji na różne typy kobiet. Podczas wstępnego wywiadu okazało się, że wolą oni 
kobiety  "trudne",  ponieważ  mogą  one  być  wybredne  tylko  wtedy,  gdy  są  popularne.  Twierdzili,  że 
takie  kobiety  są  zazwyczaj  atrakcyjne,  ładne,  seksowne  -  posiadają  więc  cechy,  którym  trudno  się 
oprzeć.  Ale  owa  niedostępność  bardzo  studentów  intrygowała.  Z  drugiej  wszakże  strony,  studenci 
twierdzili, że kobiety "łatwe" sprawiały niejakie  kłopoty.  Zazwyczaj  bardzo chętnie umawiały się na 

background image

randki,  ale  gdy  już  znalazły  "swego"  mężczyznę,  stawały  się  zbyt  poważne,  zbyt  zależne  i  zbyt 
wymagające.  Krótko  mówiąc,  prawie  wszyscy  mężczyźni  potwierdzają  wyjściową  hipotezę,  że 
korzystne dla kobiety jest być zimną. 
Dane te jednak nie potwierdziły się zupełnie podczas wywiadu z mężczyznami na temat  pierwszych 
randek,  zaaranżowanych  przez  komputer,  z  kobietami  biorącymi  udział  w  tworzeniu  eksperymentu. 
Poinstruowano  je,  aby  w  stosunku  do  połowy  mężczyzn  były  oziębłe,  a  w  stosunku  zaś  do  drugiej 
połowy były przyjazne, chętne do bliższego poznania prawie natychmiast. Twórcy testu zakładali, że 
najbardziej poszukiwanymi do drugiej randki będą kobiety wybredne. 
Ale  okazało  się  coś  zupełnie  przeciwnego.  Im  bardziej  romantyczne  zainteresowania  wykazywała 
dziewczyna, studenci oceniali ją jako bardziej pożądaną. Jasne jest, że wszyscy kochają kochanków. 
Wróćmy  zatem  do  tablicy.  Psycholodzy  byli  tak  poruszeni  wynikami  testu,  że  porzucili  swoje 
wcześniejsze hipotezy i powrócili do przeprowadzenia wywiadów ze studentami. Tym razem pytania 
były  bardziej  szczegółowe.  Poproszono  studentów,  aby  opowiedzieli  o  korzyściach  i  problemach  w 
przypadku kobiet "łatwych" i tych, które zdobyć jest trudno. Stwierdzono, że obydwa rodzaje kobiet są 
równie  pożądane,  jak  i  zniechęcające.  Chociaż  kobieta  wymagająca  może  być  interesującym 
materiałem  na  randki,  przysparza  ona  także  problemów.  Ponieważ  kobieta  taka  nie  wykazuje 
szczególnego entuzjazmu zainteresowanym mężczyzną, może go pogrążyć i ośmieszyć w oczach jego 
znajomych.  Możliwe  jest  też,  że  taka  kobieta  będzie  niesympatyczna,  zimna,  uparta:  słowem  może 
posiadać cechy, których  młody mężczyzna  raczej nie oczekuje od  swojej partnerki. Natomiast nawet 
jeżeli  kobieta  jest  "łatwa",  może  potraktować  sprawę  poważnie,  tak  że  trudno  jej  się  będzie  pozbyć; 
mimo  to  wzmocni  "ego"  mężczyzny  i  uczyni  spotkania  przyjemnymi.  Prowadzący  test  zaczęli  więc 
dochodzić do wniosku, że korzyści i strony ujemne obu typów kobiet równoważą się. 
Zapoznajmy się teraz z wnioskami. Twórcy eksperymentu stwierdzili, że jeżeli kobieta uważana jest za 
trudną  do  zdobycia,  uważa  się  ją  za  godną  zainteresowania.  Taka  kobieta  jest  dynamitem  dla 
mężczyzny,  ponieważ  ma  opinię  kobiety  bardzo  wybrednej;  lecz  kiedy  napotka  mężczyznę,  którego 
polubi,  nie  wstrzymuje  się  od  ujawniania  swych  uczuć.  Stąd  spotkania  z  nią  są  dla  mężczyzny 
przyjemne i  dają mu  satysfakcję.  Dlatego badacze polecają: zachowuj się wybiórczo. Jeśli posiadasz 
cechy  kobiety  popularnej  i  pożądanej,  a  zachowasz  się  przyjaźnie  w  stosunku  do  mężczyzny,  na 
którym ci zależy - będziesz zwyciężczynią. 

Jak wytwarzać pole emocjonalne 
Czy  zaakceptowalibyście  sposób,  dzięki  któremu  drugiej  osobie  zaczęłoby  na  was  zależeć,  a  który 
działałby w 90%? To jest tak proste, że wręcz nie wiem, jak to wyrazić. Znam przecież tak wielu ludzi, 
którzy marzą o tym,  żeby  być kochanymi,  a którzy nie korzystają w życiu z tej prawie niezawodnej 
zasady. Przytoczę ją tutaj, chociaż nie ja ją stworzyłem. Seneka wyraził ją zwięźle 2000 lat temu: "Jeśli 
chcesz  być  kochanym,  kochaj."  Ci,  którzy  puszczą  wodze  swego  serca  i  otwarcie  wyrażą  swój  dla 
kogoś podziw i uczucia, najprawdopodobniej nie zostaną odrzuceni. 
W książce pt. "Miłość i wola" (Love and Will) Rollo May'a znajduje się następujący fragment, który 
chciałbym tutaj przytoczyć: 
"Istnieje taki dziwny fenomen w psychoterapii, że kiedy pacjent coś odczuwa - erotyzm, złość, alienację 
lub  nienawiść  -  terapeuta  zwykle  odkrywa  po  chwili,  że  zaczyna  mieć  te  same  uczucia.  Bierze  się  to 
stąd, że jeżeli ich stosunek do siebie jest szczery, to powstaje wspólne pole emocjonalne. Prowadzi to 
do tego, że w życiu codziennym zakochujemy się w tych, którzy nas kochają.  W tym też odnajdujemy 
znaczenie słów »zalecać się« i »zdobywać«. Owa niepohamowana chęć kochania danej osoby wynika 
dokładnie z jej lub jego uczucia do ciebie. Wielkie uczucia wywołują wielkie uczucia." 
O ile wiem, to właśnie Rollo May opisuje po raz pierwszy tego typu "pola  emocjonalne", a przecież 
każdy z nas doświadczył kiedyś tego magnetycznego przyciągania do innej osoby. Gdy komuś na nas 
zależy i okazuje to oczami, swoją uwagą i wyrażeniem swoich uczuć, stwierdzamy, że i w nas powstają 
takie uczucia. Jak zacytowałem wcześniej, "owa niepohamowana chęć kochania danej  osoby wynika 
dokładnie z jej lub jego uczucia do ciebie." 

background image

Marlena Dietrich, zapytana kiedyś jak być kochaną przez mężczyznę? odpowiedziała niezwykle prosto 
i jakże adekwatnie: "Kochać go". 

W obronie miłości 
Czy odczuwasz onieśmielenie, gdy masz powiedzieć komuś, że ci na nim zależy? Przyjrzyjmy się kilku 
przykładom wielkich uczuć wyrażonych przez ekspertów miłości. 
"Najdroższa,  jakże  marzę  o  tym,  żebyś  była  tutaj."  Tak  pisał  Woodrow  Wilson  do  swej  narzeczonej 
Ellen Axon w 1884 roku. Dalej wyraża to, co można by nazwać zbyt sentymentalnym: "Tak wspaniale 
i tak przyjemnie byłoby siedzieć razem w takich chwilach; mówić o przyszłości, o tym j ak wspólnie 
będziemy wspierać naszą miłość, jak będziemy razem pracować, żeby stworzyć wokół nas jaśniejsze 
miejsce na świecie." Sentymentalne? Może. Jednak to  wielkie uczucie podbiło serce kobiety, tak  jak 
dzieje  się  to  od  wieków.  Oczywiście  sentymentalizm  może  osiągnąć  swe  ekstrema.  Pewna, 
najprawdopodobniej nieautentyczna historia, dotycząca dramatopisarza z okresu Restauracji, Tomasza 
Otway'a, była jakże faworyzowana przez romantyków. Mówi się, że Otway głodował przez trzy dni, 
mając  nadzieję,  że  w  ten  sposób  "zmiękczy"  serce  aktorki  Elizabeth  Barry,  a  potem  tak  łapczywie 
zaczął jeść chleb, że zadławił się na śmierć. 
Jeśli  ktokolwiek  był  ekspertem  miłości,  był  nim  na  pewno  Teodor  Roosevelt.  Będąc  studentem 
Harvardu, spotkał Alice Hathaway, kuzynkę jednego ze swych najlepszych przyjaciół. Zakochał się w 
niej od pierwszego wejrzenia, co zresztą potwierdzają wyraźnie jego listy. Co więcej, prywatne notatki 
w jego diariuszu wskazują, że jego uczucie nie było tylko na pokaz. Zapis przy dacie 25 stycznia 1880 
roku brzmi: 

"Podczas  Święta  Dziękczynienia  w  zeszłym  roku  powiedziałem  sobie,  że  jeśli  będzie  to  możliwe, 
zdobędę  ją.  A  teraz,  gdy  tak  już  się  stało,  celem  całego  mojego  życia  będzie  uczynić  ją  szczęśliwą  i 
chronić ją przed wszystkim, co złe. O, jak będę wielbił moją księżniczkę! Jak ona, będąc tak czystą i 
piękną, może myśleć o poślubieniu mnie - nie wiem. Ale dziękuję Bogu, że tak jest." 
Na  koniec  jeszcze  jeden  przykład:  Marian  Evans,  której  pseudonim  pisarski  brzmiał  George  Eliot, 
napisała w 1875 roku do panny Burns -Jones: 
"Lubię nie tylko być kochaną, ale lubię też, gdy mówi się o tym, że się mnie kocha. Nie jestem pewna, 
czy podzielasz moje zdanie. Wystarczająco dużo ciszy znajdziemy w grobie. Ten zaś świat jest światem 
literatury i mowy, wobec tego pozwolę sobie wyrazić, jak bardzo jesteś mi droga." 
Któż mógłby być nieczuły w stosunku do autora takiego listu? 

W słowach "kocham cię " kryją się też pułapki 
W deklarowaniu miłości należy unikać pułapek, które są w niej ukryte. Osoby przesadnie wylewne, to 
ludzie,  którzy  wyrzucają  z  siebie  zdania  pełne  uczuć  przy  każdym  otwarciu  ust.  Jeśli  ktoś  ciągle 
wyraża  niewłaściwe  lub  sztuczne  uczucia,  inni  ludzie  wkrótce  przestaną  wierzyć  wszystkiemu,  co 
mówi.  Nie  mów  więc  o  niczym,  czego  nie  czujesz,  ale  wyrażaj  wszystkie  dobre  uczucia,  które 
rzeczywiście żywisz w stosunku do innych. 
Wymusza to osoba, która mówi "kocham cię" po to, aby skłonić drugą osobę do wypowiedzenia tych 
właśnie  słów  w  stosunku  do  niej  samej.  Nie  oczekuj  zatem  komplementów  w  zamian  za  ujawnienie 
swoich  uczuć,  ani  też  zobowiązań  od  drugiej  osoby.  Pozwól,  żeby  to,  co  mówisz,  było  po  prostu 
wyrazem tego, co tkwi w tobie samym. 
Ostatnia  grupa  ludzi  to  osoby  "uparte".  W  rzeczywistości  są  to  ludzie,  którzy  dużo  mówią  o  swoich 
uczuciach,  lecz  nie  potrafią  rozpoznawać  właściwie  reakcji  innych.  Dr  Stephen  Johnson  uważa,  że 
proces zbliżania się do drugiej osoby opiera się na zasadzie trzech kroków: pierwszy -wyciągnij rękę; 
drugi  -  zwróć  uwagę  na  reakcję  drugiej  osoby;  trzeci  -kontynuuj  to,  co  zacząłeś,  zatrzymaj  się  albo 
wycofaj, w zależności od napotkanej reakcji. 

Tragedią jest czekać aż będzie za późno 

background image

Hugh  był  młodym  komiwojażerem  o  kędzierzawych  włosach  i  mocnym  uścisku  dłoni.  Przyszedł  do 
mojej poradni, ponieważ dręczyła go niepewność co do jego kariery zawodowej. Poprosiłem go, żeby 
opowiedział mi o swoim dzieciństwie. Szczególnie chciałem wiedzieć, czy było ono szczęśliwe? 
"Hm, nie całkiem - odpowiedział. Mój ojciec był wymagający i zawsze bardzo krytyczny. Kiedy byłem 
mały, bardzo starałem się zadowolić go, ale najwyraźniej trudno mu było powiedzieć cokolwiek dobre-
go  o  mnie.  Kilka  lat  po  śmierci  ojca  rozmawiałem  z  kilkoma  spośród  jego  najlepszych  znajomych, 
którzy  opowiedzieli  mi  o  tym,  jak  dobre  zdanie  miał  o  mnie  mój  ojciec  tam,  w  fabryce. 
Nieprawdopodobnie mnie to zaskoczyło. Nie miałem przecież pojęcia, że tak był ze mnie dumny." 
Takich  tragedii  można  uniknąć,  jeśli  ludzie  ośmielą  się  mówić  od  razu  o  swoich  uczuciach. 
Stwierdzenie  "kocham  cię"  zawiera  pewien  magiczny  wydźwięk.  Twoje  dzieci  odpowiedzą  na  nie, 
rodzice będą głęboko poruszeni, a przyjaciele będą cię kochać za to, że mówisz to do nich. 
Być  może  mężczyznom  trudniej  jest  między  sobą  wymawiać  słowa  "kocham  cię",  ale  jest  przecież 
jeszcze tyle innych sposobów wyrażania swoich uczuć. Mężczyzna może przecież powiedzieć swemu 
przyjacielowi,  jak  bardzo  cieszy  się  ze  spotkania  z  nim,  oraz  że  wspólne  zjedzenie  posiłku  wiele 
znaczy dla niego. Może też powiedzieć, że jego przyjaźń jest dla niego najcenniejsza. 
Czasem możemy zwielokrotnić efekt komplementu, mówiąc go trzeciej osobie. Na przykład, mówiąc 
żonie znajomego, jak bardzo go cenisz, sprawisz przyjemność obojgu. Jej, dlatego że ona lubi, gdy inni 
szanują jej męża; jemu, ponieważ - możesz być tego pewien - ona o tym opowie, jak tylko wróci do 
domu! 
To,  co  próbowałem  powiedzieć  w  tym  rozdziale  Benjamin  Franklin  zawarł  w  jednym  zdaniu:  "Nie 
mów źle o nikim, ale mów wszystko, co najlepsze o każdym." 
Niech więc trzecią naszą zasadą będzie: 
Ośmielaj się mówić o swoich uczuciach 

"Najlepsza część życia ludzkiego, 

to małe, bezimienne i zapomniane 

akty dobroci i miłości." 

William Wordsworth 

Miłość jest czymś, co się tworzy 

Frederick Speakman napisał kiedyś książkę zatytułowaną "Miłość jest czymś, co się tworzy". Tytuł jest 
bardzo  adekwatny  do  podjętego  przez  nas  tematu,  ponieważ  myśląc  o  miłości,  myślimy  o 
spektakularnych uczuciach i bohaterskich czynach względem ukochanej osoby. A przecież tak niewiele 
ludzkiego życia przebiega z równą im intensywnością. 
Najlepsze  stosunki  międzyludzkie  powstają  jednak  poprzez  kumulowanie  wielu  drobnych  aktów 
dobroci.  Gdy  w  roku  1936  umarła  żona  Alberta  Einsteina,  jego  siostra  Maja  przeprowadziła  się  do 
niego, aby pomóc wielkiemu geniuszowi w sprawach domowych. W roku 1950 doznała ona pewnego 
ataku,  w  wyniku  którego  straciła  przytomność  do  końca  życia.  W  związku  z  tym  Einstein  spędzał 
każdego popołudnia dwie  godziny przy jej  łóżku, czytając  głośno Platona. Chociaż Maja nie dawała 
żadnego  znaku  zrozumienia,  intuicja  Einsteina  mówiła  mu,  że  część  jej  mózgu  ciągle  żyje,  oraz  że 
wiele miłości można przekazać w ten właśnie sposób. 
Wobec tego czwartą zasadą dla poprawienia naszych stosunków z innymi ludźmi będzie: 
NAUCZ SIĘ GESTÓW MIŁOŚCI 
Podczas  mojej  pracy  w  charakterze  doradcy  małżeńskiego  często  dziwiła  mnie  naiwność  par 
małżeńskich, które doznały rozczarowania, gdy przeminęły już pierwsze romantyczne uczucia. Często 
z  olbrzymim  poczuciem  winy  kobieta  mówi:  "Doktorze,  wydaje  mi  się,  że  nie  kocham  już  mojego 
męża.  Coś  chyba  jest  ze  mną  nic  tak."  Oczywiście,  nic  złego  się  z  taką  kobietą  nie  dzieje.  Może  z 

background image

wyjątkiem tego, że zbyt dużo czasu poświęca na analizę swoich uczuć. Eksperci od spraw związanych 
z miłością zdają sobie sprawę z faktu, że emocje przemijają i dlatego poszukują gestów miłości nawet 
wtedy,  gdy  uczucia  małżonków  już  prawie  znikły.  Co  więcej,  takich  ludzi  nigdy  nie  zadowala 
mówienie  osobom  drugim,  że  im  na  nich  zależy  -  starają  się  to  po  prostu  okazać  odpowiednim 
zachowaniem.  Mark  Twain  powiedział  kiedyś:  "Miłość  jest  szybka,  ale  mimo  to  charakteryzuje  ją 
najpowolniejszy ze wszystkich wzrost". 
Małżonek  w  czasie  przerwy  na  lunch  jedzie  samochodem  20  mil  do  domu,  żeby  zabrać  żonę  do 
ulubionej  restauracji.  Mężczyzna  widzi  na  wystawie  interesującą  książkę,  więc  kupuje  ją  i  wysyła 
pocztą  do  przyjaciółki  z  krótkim  listem.  Kobieta  słyszy,  że  jej  znajoma  mogłaby  codziennie  jeść  do 
obiadu  chińską  sałatę;  wobec  tego  zawsze,  gdy  zaprasza  ją  na  obiad,  w  domu  jest  chińska  sałata, 
choćby  tylko  dla  znajomej.  To  wszystko  są  gesty,  które  wiążą  ludzi  i  zapobiegają  tarciom,  gdy  ich 
wzajemne stosunki są zagrożone. 
Rozmawiałem pewnego razu z mężczyzną, w którego małżeństwie po 18 latach zaczęło się źle dziać. 
"Skąd pan wiedział, że to już po wszystkim?" - spytałem. "Kiedy przestała nakładać co rano pastę na 
moją  szczoteczkę  do  zębów  -  odpowiedział.  Kiedy  się  pobraliśmy,  którekolwiek  z  nas  wstawało 
pierwsze, wyciskało pastę na szczoteczkę drugiego i zostawiało na umywalce. W pewnym momencie 
przestaliśmy  to  robić  i  od  tamtej  pory  wszystko  poleciało  jak  z  górki."  Powyższy  przykład  jest, 
oczywiście,  przesadnym  uproszczeniem,  ale  tak  drobne  przysługi  naprawdę  się  liczą.  Nawet  nie 
zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo. 
Von Herder, niemiecki krytyk, historyk i teolog luterański, napisał: "Najgłębsza nawet miłość umiera, 
gdy nie jest dobrze pielęgnowana." Natomiast Edna St.  Vincent  Millay lamentowała: "To nie miłość 
rani moje dni, lecz to, że jest ona tak słaba." 
To właśnie te najmniejsze akty dobroci mają tak wielką siłę, ponieważ to one naprawdę pokazują, że 
komuś  zależy  na  drugiej  osobie.  Trzeba  więc  czasami  zastanowić  się,  co  może  przywołać  te  chwile 
szczęścia. Galett Burgess, amerykański humorysta i ilustrator, wysłał swojej znajomej książkę, której 
otrzymanie  potwierdziła  listownie.  A  po  dwóch  miesiącach  napisała  drugi  list,  w  którym  wyraziła 
swoje zdanie na temat tej książki, co potwierdziło, że ją przeczytała. Burgess napisał potem: "Jej serce 
wie, w czym rzecz. Dzięki takim osobom wdzięczność staje się podobna do długu, który spłaca się na 
raty." 

Znaczenie rytuałów 
Robert Brian, antropolog badający przyjaźń w kilku różniących się od siebie kulturach, mówi, że rytuał 
jest  jednym  z  najbardziej  uniwersalnych  elementów  dobrych  kontaktów  międzyludzkich.  Przecież 
mężowie  i  żony  cementują  swoją  miłość  takimi  zachowaniami,  jak  pocałunki  na  dobranoc,  wspólne 
obchodzenie różnych rocznic,  przynoszenie drugiej osobie śniadania do łóżka, wspólne wychodzenie 
na wieczorne spacery. 
Osoba  pragnąca  pogłębić  swe  kontakty  z  innymi  będzie  zawsze  wypatrywać  u  nich  podobnych 
rytuałów.  Wspólny  lunch  co  tydzień,  stałe  spotkania  na  polu  golfowym,  albo  coroczne  kilkudniowe 
wycieczki na ryby - to wszystko są bardzo ważne wydarzenia. Uściski dłoni, żarty i przekomarzania  - 
to gesty umacniające miłość i pozwalające z optymizmem patrzeć w przyszłość. 
Kiedy mój syn był w szkole średniej, odwoziłem go codziennie samochodem na lekcje, a jedzenie po 
drodze śniadania stało się naszym zwyczajem. Wypróbowaliśmy kilka barów, aż wreszcie znaleźliśmy 
Vern's Coffee Shop, w którym podawali najlepiej na świecie wypieczone angielskie bułeczki "muffins" 
z  jajkiem.  Bywało,  że  jedząc  w  ogóle  nie  rozmawialiśmy.  Ale  bywało  też  i  tak,  że  dzieliliśmy  się 
wówczas naszymi najskrytszymi tajemnicami, których nie odkrylibyśmy przed nikim innym. Ów rytuał 
wspólnego śniadania był nam pomocą także w późniejszych latach. Już jako dorosły mężczyzna, mój 
syn mieszka w innym  mieście, ale gdy przyjeżdża czasem  do domu  rodzinnego, wszyscy  wiedzą, że 
przynajmniej raz podczas jego pobytu musimy "zaliczyć" śniadanie u Verna. 
Jednym z najlepszych sposobów pogłębiania kontaktów z innymi jest wspólne spożywanie posiłków. 
Nie przypadkiem tak wiele istotnych wydarzeń między Jezusem a Jego uczniami miało miejsce wtedy, 
gdy  siadali  razem  do  stołu.  W  łamaniu  się  chlebem  jest  coś  z  sakramentu.  Czy  zauważyłeś 

background image

kiedykolwiek,  jak  trudno  jest  spożywać  obiad  z  kimś,  kto  jest  twoim  wrogiem  i  jednocześnie 
pozostawać wrogami? 
Jeśli więc chcesz uczynić wroga swoim przyjacielem, spróbuj zaprosić go do domu i przedyskutować 
istotę waszej  wrogości, trzymając nogi  pod jednym stołem.  A jeśli  chcesz polepszyć swe kontakty z 
większą  liczbą  ludzi,  zapraszaj  na  lunch  każdego  tygodnia  innych  lub  oferuj  wspólne  wypicie  kawy 
przed pracą. 
Inną metodą skumulowania dobrych wspomnień jest pomaganie przyjacielowi w wykonaniu jakiegoś 
zadania. Praca ramię w ramię zbliża ludzi, nawet  wtedy, gdy się w czasie jej wykonywania niewiele 
rozmawia.  Rozejrzyj  się,  czy  ktoś  z  twoich  znajomych  nie  ma  jakiejś  niewdzięcznej  roboty  do 
wykonania  i  zaproponuj,  że  pomożesz  mu  to  zrobić.  Będziesz  z  pewnością  zaskoczony  ciepłem,  z 
jakim spotkasz się ze strony tej osoby w przyszłości. 
Małżonkowie  także  byliby  z  siebie  bardziej  zadowoleni,  gdyby  mogli  więcej  wspólnie  pracować. 
Nasze  bezsensowne  "podziały  obowiązków"  często  powodują,  że  żona  pozostaje  w  domu,  aby 
pozmywać  naczynia,  podczas  gdy  mąż  wychodzi  umyć  samochód.  A  może  by  tak  wspólnie 
wykonywać te zadania i cieszyć się w tym czasie swym towarzystwem? 
Część  bogactwa  w  najlepszych  kontaktach  to  rezultat  zbierania  całymi  latami  wielu  dobrych 
wspomnień.  Wspomnienia  spełnionych  przysług,  pożyczonych  narzędzi,  wspólnych  wycieczek, 
pożyczonych książek - to te tysiące drobnych aktów miłości. 

O sztuce dawania prezentów 
Jednym z najstarszych gestów miłości jest dawanie prezentów. Drogi prezent niekoniecznie musi być 
wyrazem wielkiej miłości. Ważniejsza jest myśl towarzysząca prezentowi. 
Moja  żona  znakomicie  potrafi  wyczuwać  upodobania  innych,  i  to  czyni  ją  najlepszym  dawcą 
prezentów. Pióro, którym piszę kosztuje mniej niż dolara, a mimo to jest jednym z jej niezliczonych 
małych prezentów, z których tak bardzo jestem zadowolony. Słyszała, jak mówiłem, że podoba mi się 
tego  typu  pióro,  ale  że  nie  mogę  nigdzie  takiego  znaleźć.  Rozpoczęła  więc  poszukiwania.  Kilka  dni 
później znalazłem na biurku dowód tego, jak bardzo moja żona myśli o mnie. 
Wymiana  prezentów  jest  także  rzeczą  ważną  wśród  zwierząt.  Na  przykład  Empidae  -  rodzaj  małych 
muszek, które chmarami unoszą się w ciężkim letnim  powietrzu  - mają bardzo rozbudowany sposób 
zalecania  się.  Gdy  samiec  poszukuje  samicy,  wyszukuje  on  kilka  przysmaków,  "opakowuje"  je  w 
błyszczące kokoniki i "wręcza" swojej wybrance. 
Pingwiny  Adeli,  żyjące  na  Antarktydzie,  nie  mają  zbyt  dużego  wyboru  prezentów  w  ich  surowej 
krainie.  Zatem  samiec  dotąd  szuka  wśród  skał,  aż  znajdzie  wyjątkowo  gładki  kamień  i  ten  właśnie 
składa, jako cenny skarb, u stóp swojej wybranki. 
Dr  Lars  Granberg,  obecnie  psycholog  i  szef  college'u,  gdy  był  studentem  w  Chicago,  miał  bardzo 
ciężkie życie, gdyż były to jednocześnie pierwsze lata jego małżeństwa. Jego żona ciężko pracowała na 
utrzymanie ich obojga. Granberg powiedział później: 
"Głupio mi było, że jestem tak ubogi, a moja żona musi pracować, abym ja mógł skończyć studia. Ale 
wykonałem pewną inwestycję, dzięki której mogłem poczuć się lepiej. Na jednej ze stacji kolejki, którą 
wracałem co wieczór do domu, pewien Włoch miał kwiaciarenkę. Wysiadałem z pociągu i kupowałem 
u niego jedną różę za  ćwierć dolara. Ten starszy  człowiek wypatrywał  mnie potem i  zawsze miał  w 
pogotowiu  jedną  różę,  żebym  mógł  wy  skoczyć  z  pociągu,  kupić  jąi  jechać  tym  samym  pociągiem 
dalej.  Gdy  stawałem  wieczorem  w  drzwiach  z  teczką  w  jednej,  a  różą  w  drugiej  ręce,  moja  żona 
zarzucała mi ręce na szyję i mówiła, że ta jedna róża znaczy dla niej więcej, niż gdyby ich było trzy 
tuziny." 
Merle Simpson opowiada, że gdy była w szpitalu, w odwiedziny przyszedł jej przyjaciel z pięcioletnim 
synkiem. Gdy tylko weszli do pokoju, chłopiec położył na stoliku trzy prezenty. Były to trzy samocho-
dziki, z których farba zdarta była przez godziny zabawy. 
"Próbowałam  odmówić  -  mówi  Simpson.  -  Ale  spostrzegłam  w  oczach  chłopca  taki  smutek,  że 
odmowa z pewnością zraniłaby go. Były to przecież jego skarby, które mówiły o jego uczuciu do mnie. 
Było  to  wiele  lat  temu,  a  chłopiec  ów  ma  już  swoje  dzieci.  Ja  jednak  ciągle  trzymam  tamte  jego 

background image

zabawki." 

Dobroć rozchodzi się jak fala 
Akty  dobroci  przenoszą  się  często  daleko  poza  ich  miejsce  występowania.  Norman  L.  Lobsenz 
zastanawiał się - gdy jego żona poważnie zachorowała - jak da sobie radę z fizycznym i emocjonalnym 
obciążeniem towarzyszącym opiece nad chorą żoną. Pewnego wieczoru przypomniał sobie dawno już 
zapomniane zdarzenie: 
"Miałem wtedy dziesięć lat i  moja matka była bardzo chora. Pewnego razu wstałem w środku nocy, 
żeby się czegoś napić. Kiedy przechodziłem obok sypialni rodziców, spostrzegłem światło. Zajrzałem 
do  środka.  Mój  ojciec  siedział  w  szlafroku  przy  jej  łóżku  i  nic  nie  robił.  Matka  spała.  Wpadłem  do 
pokoju i krzyknąłem: - Co się stało? Dlaczego ty nie śpisz? - Ojciec uspokoił mnie i powiedział: -Nic 
się nie stało. Po prostu jestem przy niej." 
Sam  nie  wiedząc  skąd,  Lobsenz  znalazł  siłę  do  podołania  swoim  kłopotom,  gdy  przypomniał  sobie 
tamto dawne zdarzenie. 
"To światło i ciepło z pokoju moich rodziców miało niesamowitą siłę, a słowa mojego ojca: »Po prostu 
jestem  przy niej« tchnęły  coś we mnie. Rola, jaką miałem teraz spełnić, nie wydawała mi się aż tak 
ciężka. To tak, jakby odezwało się coś z przeszłości albo z mojego wnętrza." 

Uprzejmość wchodzi w nawyk 
Ktoś kiedyś powiedział, że miarą ludzi  wielkich jest ich stosunek do ludzi  małych, oraz że gdy  ktoś 
potrafi  rozwinąć  w  sobie  zwyczaj  poszukiwania  gestów,  które  tworzą  dobrą  wolę,  dobroć  jest  jego 
drugą naturą. 
Birch  Foracker  był  jednym  z  zarządzających  firmą  "New  York  Bell  Company".  Miał  reputację 
człowieka, który wychodząc zimnym wieczorem z teatru zostawiał-swoje towarzystwo na chodniku, a 
sam  wchodził  do  włazu  kanalizacyjnego  na  środku  ulicy,  żeby  upewnić  się,  czy  z  ludźmi  tam 
pracującymi wszystko jest w porządku, oraz by im powiedzieć, jak bardzo docenia ich pracę. Taki akt 
nie trwa dłużej niż minutę, ale czyni jego sprawcę osobą bardzo kochaną. 
"Zbyt mało uwagi poświęca się temu, na ile ludzkie życie składa się z takich małych zdarzeń" - napisał 
Samuel Johnson w jednym ze swych wspaniałych esejów. Życie ludzkie jest kształtowane i kierowane 
zbiorem wielu drobnych zdarzeń, zatem naszą zasadą będzie: 

Naucz się gestów miłości 

"Miłość nie dopuszcza się bezwstydu, 

nie szuka swego." 

1 Kor 13,5 

Zignoruj "to", a zobaczysz jak przyjaciele cię opuszczają 

Istnieje  taka  cecha  osobowości,  która  jest  w  stanie  zniszczyć  więcej  niż  każda  inna.  Do  pewnego 
stopnia  tkwi  ona  w  każdym  z  nas,  lecz  gdy  wymknie  się  z  rąk,  zawsze  działa  niszcząco  i  zawsze 
odpycha  nas  od  ludzi. Mówię  tutaj  o tendencji  do  sprawowania  kontroli  nad  innymi.  Owa  tendencja 
często przebiera się w strój miłości. Przesadnie opiekuńcza matka mówi: "Kochanie, ja przecież robię 
to tylko dla twojego dobra", a mężczyzna stale poprawiający swego przyjaciela myśli, że "to wszystko 
dla jego korzyści". W rezultacie takie postępowanie jest dążeniem do kontrolowania kogoś i naprawdę 
nie znam takiej osoby, która nie próbowałaby uciec od manipulatorów. Przypomnij sobie swoje własne 
odrzucone przyjaźnie. Czy ludzie, których nie zaakceptowałeś, przypadkiem nie próbowali ci doradzać, 
dominować nad tobą, kontrolować i osądzać cię? 
"W sercu miłości - jak powiedział pewien mędrzec - jest pewien sekret: Kochankowie pozwalają sobie 

background image

nawzajem być wolnymi." Ci  ludzie, którzy zaznali prawdziwej  przyjaźni, zawsze zostawiają osobom 
kochanym "wolną przestrzeń". Nie "posiadają" oni swoich przyjaciół, ale raczej pomagają im rozwijać 
się i stawać się wolnymi. 
Wobec tego naszą piątą zasadą będzie: 
STWARZAJ PRZESTRZENIE WOLNOŚCI 
W SWOICH KONTAKTACH TOWARZYSKICH 

Wiosną  1887  roku  do  miejscowości  Tuscumbia  w  Alabamie  przyjechała  pewna  dwudziestoletnia 
dziewczyna  z  zamiarem  zaopiekowania  się  osobą  głuchą  i  niewidomą.  Była  to  Annę  Sullivan,  a  jej 
podopieczną  miała  być  Helen  Keller.  Jak  się  później  okazało,  miała  połączyć  je  -najbardziej 
podziwiana w tamtym stuleciu - przyjaźń. W wieku siedmiu lat głuchoniema i niewidoma Helen Keller 
była  właściwie  dzikim  zwierzęciem,  wydającym  z  siebie  niezrozumiałe  dźwięki.  W  szale  potrafiła 
zrzucać ze stołu talerze i padać razem z nimi na podłogę. Niejedna osoba mówiła wtedy pani Keller, że 
jej dziecko jest idiotą. 
Całymi  dniami  Annę  przemawiała  do  małej  dłoni  Helen,  lecz  jakoś  nie  mogła  przebić  się  do  jej 
świadomości.  Nagle,  piątego  kwietnia  tegoż  roku  stało  się  coś  cudownego.  Oto  wspomnienia  Helen 
Keller spisane ponad 60 lat później: 
"Stało się to przy studni, kiedy ja trzymałam naczynie, a Annie pompowała wodę. Gdy woda przelała 
się i  zaczęła płynąć po  mojej  ręce, Annie wzięła moją drugą dłoń  i  powoli  przeliterowała w-o-d-a.  I 
nagle zrozumiałam. Po raz pierwszy od czasu mojej choroby, szczęśliwa, wyciągnęłam rękę po zawsze 
gotową do pomocy dłoń Annie, prosząc o podawanie coraz to nowych słów określających wszystko, 
czego tylko dotykałam. Z dłoni na dłoń przeskakiwały iskierki znaczeń, aż zrodziła się przyjaźń. Od 
studni odeszły dwa zachwycone stworzenia, mówiące do siebie: »Helen« i »nauczycielka«." 
Annę  Sullivan  poświęciła  Helen  Keller  większość  swojego  życia.  Kiedy  j  ej  sławna  pupilka 
postanowiła pój ść do college' u, Annę siadywała przy niej na każdych zajęciach w szkole w Redcliff. 
Przekładała wyrazy na język jej dłoni i przemęczała swoje oczy nad książkami, które nie były pisane 
Braillem. 
Annę  Sullivan  zorientowała  się,  że  Helen  jest  wyjątkowo  utalentowana  i  że  ma  nieograniczone 
możliwości  myślenia  i  odczuwania.  Nie  było  wątpliwości,  która  z  nich  ma  wyższy  współczynnik 
inteligencji.  Przed  ukończeniem  dziesiątego  roku  życia  Helen  pisywała  listy  do  różnych  znanych 
osobistości w Europie w języku francuskim. Szybko opanowała pięć języków i wykazywała talent, o 
jakim jej nauczycielka nawet nie marzyła. 
Lecz  czy  to  wszystko  zmieniło  Annę  Sullivan?  Nie.  Doznała  wiele  satysfakcji,  będąc  towarzyszką 
Helen i pozwalając jej zachować własną osobowość. Jednym słowem, dała jej przestrzeń do rozwoju. 

Tęsknota za wolnością 
Pisząc  książkę  "Małżeństwo  bez  granic"  (Open  Marriage),  George  i  Nena  O'Neill  przeprowadzili 
wywiady z setkami osób, pozostających w najróżniejszych stosunkach z innymi ludźmi. Rozmawiali z 
ludźmi  rozwiedzionymi,  z  parami  żyjącymi  bez  ślubu,  z  parami  "spalonymi"  małżeństwem  oraz  z 
małżeństwami, które przeżyły zgodnie dziesiątki lat. 
Z zebranych danych najbardziej rzucały się w oczy dwie sprawy. Pierwsza  - tęsknota za związaniem 
się z kimś. Druga - potrzeba wolności. W najlepszych przyjaźniach i małżeństwach jest miejsce dla obu 
tych potrzeb. Wszyscy przecież potrzebujemy powietrza do życia. A kiedy obiecująco rozwijająca się 
przyjaźń  nagle  rozpada  się,  jest  to  najczęściej  wynikiem  tego,  że  jeden  z  partnerów  manipulował 
drugim. 
Na  nieszczęście,  tendencja  do  kontrolowania  i  manipulowania  osobą  ukochaną  -  przez  nas  zresztą 
odrzucana  -  rozpowszechniana  jest  przez  niektórych  współczesnych  psychologów.  Tacy  psycholodzy 
zachęcają  do  agresji  i  zastraszania.  Tragicznym  jednak  wydaje  się  takie  podejście  do  kontaktów 
międzyludzkich,  gdyż  prowadzi  ono  do  samotności.  Zdobywanie  przyjaciół  przez  zastraszanie  może 
przysporzyć pieniędzy, ale nigdy przyjaciół. 
Jeżeli traktujesz wszystkie swoje kontakty z ludźmi jako walkę i jeżeli twoim celem jest dominacja nad 

background image

innymi, powinieneś prześledzić niżej zamieszczoną biografię człowieka, który kiedyś taki właśnie cel 
przed sobą wytyczył. Alan Bullock napisał o nim: 
"Wszystko  dookoła  niego  urządzone  było  dla  spełnienia  jego  chęci  sprawowania  władzy  i 
dominowania". 
Tym człowiekiem był Adolf Hitler. 
Albert  Speer,  którego  wessała  hipnotyczna  siła  Hitlera,  a  który  za  tę  pomyłkę  zapłacił  20-letnim 
pobytem w więzieniu w Spandau, wspominał potem: 
"Nigdy nie spotkałem później w życiu nikogo takiego, przy kim odczuwałbym ów brak czegoś. Jedynie 
wtedy, gdy razem z Hitlerem zagłębialiśmy się w planach architektonicznych, albo przeprowadzaliśmy 
inspekcję  makiet  »Berlina  przyszłości",  widziałem  go  w  stanie  ożywienia,  przyjemności  i 
spontaniczności. Nie wierzę, żeby Hitler był w stanie w ogóle kochać. No, może raz mu się to zdarzyło, 
kiedy  połączyły  go  kazirodcze  stosunki  z  jego  siostrzenicą  Geli  Raubal,  którą  zresztą  doprowadził 
potem do samobójstwa." 

Czy jesteś manipulatorem? 
Zdarza  się  często  tak,  że  kontrolujemy  osoby  ukochane,  nie  zdając  sobie  sprawy  z  faktu,  że 
odmawiamy im tym samym wolności. Oto trzy główne typy manipulatorów, którzy potrafią wycisnąć 
ostatnie soki ze swoich bliskich: 
• Typ opiekuńczo-manipulacyjny - osoba, która MUSI być silniejsza i bardziej rozgarnięta niż ty, żeby 
być  z  tobą  szczęśliwa.  Dla  sprawdzenia,  czy  należysz  do  tej  kategorii  ludzi,  przeprowadź  na  sobie 
poniższy test: 
a.  Czy zazwyczaj chodzimy do restauracji lub na film, który ja wolę? 
b.  Czy lubię w rozmowie poprawiać błędy innych? 
c.  Czy używam swego poczucia humoru dla upokorzenia przyjaciół? 
d.  Czy muszę wiedzieć więcej niż inni na temat danej sprawy, żeby być zadowolonym z dyskusji na jej 
temat? 
Jeżeli  twoje  odpowiedzi  są  ogólnie  pozytywne,  to  prawdopodobnie  jesteś  w  niebezpieczeństwie. 
Przyjaźń nie potrzebuje kontroli ze strony któregokolwiek z partnerów. Istnieje w niej równość, dzięki 
której  każdy  z  nich  może  pozwolić  sobie  czasem  na  chwile  słabości  bez  obawy,  że  jego  towarzysz 
"zdobędzie punkt". 
C. S. Lewis, studiując w Oksfordzie, zaprzyjaźnił się na całe życie z kilkoma osobami, między innymi 
z  Nevillem  Coghillem  i  Owenem  Barfieldem.  Niektórzy  z  nich  zostali  pisarzami  i  mieli  zwyczaj 
spotykać się i czytać sobie nawzajem swoje prace. Wkrótce sława Lewisa przyćmiła ich wszystkich, a 
on sam pisał popularne książki w niezwykłym tempie. Mimo to, bardziej niż kiedykolwiek cenił sobie 
swych starych przyjaciół. Owen Barfield powiedział potem: "Nie przypominam sobie ani jednej uwagi, 
ani  jednego  słowa,  ani  spojrzenia...,  które  mogłoby  sugerować,  że  jego  opinie  należałoby  bardziej 
szanować niż nasze... Ciekaw jestem, ilu jest sławnych ludzi, o których można by powiedzieć to samo." 
Jeżeli  czujesz  się  bezpieczny,  nigdy  nie  próbujesz  sprawdzać,  kontrolować  ani  wywyższać  się  nad 
innych. Sarah Teasdale powiedziała kiedyś, że "nie można nigdy posiadać osoby godnej posiadania". 
•  Typ  "biedny-ja"  to  przeciwieństwo  typu  opiekuńczo-manipulacyjnego.  Taka  osoba  dostosowuje  do 
siebie innych poprzez ukazywanie siebie jako osoby słabej. 
Pewna  nieco  otyła  kobieta  siedzi  w  mojej  poradni,  prezentując  grupę  symptomów,  które  określa 
"atakami  lęku".  Jej  kłopoty  fizyczne  przechodzą  ciągłe  mutacje.  Była  już  wiele  razy  w  szpitalu, 
dręczyło ją wiele chorób, zawsze znajdowała się w kłopotach, zawsze w nieładzie emocjonalnym. 
Mimo to jest kobietą bardzo inteligentną i wydaje się mieć wiele sił wewnętrznych. Skąd więc cały ten 
łańcuch nieszczęść? Dlaczego nigdy nie może skorzystać z życia? 
Nagle zaczyna to do mnie docierać. Dlaczego też nie wpadłem na to wcześniej? Największą tragedię 
swojego  życia  przeżyła  w  domu,  kiedy  jej  ojciec  opuścił  rodzinę  dla  innej  kobiety.  Jej  matka  była 
przedsiębiorcza,  zdołała  dobrze  wychować  dzieci,  a  w  końcu  ponownie  wyszła  za  mąż.  Jednak  po 
latach  okazuje  się,  że  stosunki  społeczne  następnego  pokolenia  obciążone  są  ciągle  tamtym  faktem 
rozbicia rodziny. 

background image

Pamiętając,  co  przydarzyło  się  matce,  moja  pacjentka  za  wszelką  cenę  starała  się  ukryć  swoją  siłę  i 
niezależność. Wygląda na to, że robi to z powodzeniem. Gdy ona dostaje "ataku lęku", jej mąż bardzo 
się nią opiekuje i jest bardzo troskliwy. 
Tym sposobem kobieta ta wpędza się w cierpienie, będąc przekonaną, że dopóki ma kłopoty, jej mąż 
przy niej zostanie. 
Nie  chcę  tutaj  oczywiście  oskarżać  mojej  pacjentki  o  świadome  udawanie  chorej,  ponieważ  jest 
naprawdę  chora  i  doznaje  wiele  bólu.  Cały  ten  mechanizm  działa  nieświadomie,  ale  mimo  to  jest 
potężnym środkiem manipulowania. 
W  końcu,  przecież  takiego  typu  uzależnianie  od  innych  zacznie  przynosić  zupełnie  inne  od 
oczekiwanych  efekty. Stephanie i  Linda były od dzieciństwa bliskimi  przyjaciółkami.  "Wpadamy  do 
siebie kilkanaście razy w roku - mówi Stephanie. - Właściwie mamy wiele wspólnych zainteresowań, a 
można  powiedzieć,  że  Linda  jest  osobą  samotną.  Ona  jednak  tak  się  do  mnie  »przykleja«,  że  od 
momentu powitania przez trzy godziny opowiada mi o swoich kłopotach, tak że po prostu nie mogę już 
tego znieść. Unikam więc jej tak, jak mogę." 
• Typ, który potrzebuje  być potrzebnym.  Nie należy sobie  gratulować, jeśli się nie jest typem  osoby 
"przyklejonej". 
Trzeba najpierw sprawdzić, czy nie jest się jej przeciwieństwem. 
Pozwólcie, że poprę to przykładem. Oto matka dwóch zamężnych córek Nie pracuje i jest zazwyczaj 
znudzona.  Wszelkie  roboty  domowe  wykonuje  do  10  rano.  Jednym  z  niewielu  momentów, 
przerywających  jej  nudę  jest  telefon  od  jednej  z  córek.  Gdy  córka  informuje,  że  ma  jakieś  kłopoty, 
wówczas  wewnętrzny  mechanizm  matki  zaczyna  działać,  a  adrenalina  rozprzestrzenia  się  po  jej 
organizmie jak błyskawica. Czuje 
się potrzebna! Pędzi więc do domu córki, opiekuje się nią i wszystko jest znowu dobrze. 
Ale jest to niebezpieczne. Matka może rozwinąć chorobliwą zależność i znowu traktować swoje córki 
jak małe dziewczynki. 

Jak pewna znana para połączyła intymność z wolnością 
Zamiast obezwładniać się nawzajem uzależnianiem, dobre kontakty z drugą osobą mogą nas wyzwolić. 
Moi  małżonkowie  są  ludźmi  zdolnymi  i  agresywnymi,  cechy  te  zapewniają  wzajemne  pozytywne 
oddziaływanie. Partnerzy nie przejmują się tym, kto jest silniejszy. Oto przykład: 
Czasopismo "The Readers Digest" wydawane jest w i3 językach w 170 krajach, w łącznym nakładzie 
30  milionów  egzemplarzy  miesięcznie.  Dochód  firmy  ocenia  się  na  500  milionów  dolarów  rocznie. 
Historia  powstania  takiego  imperium  finansowego  (zaczynającego  z  kapitałem  1800  dolarów)  jest 
przykładem  najwspanialszego  sukcesu  w  amerykańskich  annałach  finansowych.  Jest  to  również 
historia sukcesu w stosunkach mąż-żona. 
Kiedy Dewitt Wallace leczył swe rany od szrapnela w szpitalu wojskowym w Aix-les-Bains w 1918 
roku, czytał każde czasopismo,  które wpadło  mu w ręce. W trakcie czytania doszedł  do wniosku, że 
artykuły  są  zbyt  długie,  więc  zaczął  eksperymentować  i  skracać  je,  pozostawiając  niejako  samą  ich 
esencję.  Po  wyjściu  ze  szpitala,  Wallace  wybrał  kilka  tych  skondensowanych  artykułów,  nazwał  je 
"The Reader's  Digest" i  rozesłał  próbki  do różnych wydawców  w kraju.  Zaoferował  jednocześnie, że 
przekaże swe "skróty" temu wydawcy, który zgodzi się, żeby Wallace był edytorem. 
Jednak specjaliści nie okazali zainteresowania. Spośród tych, którzy zadali sobie trud odpisania, tylko 
William  Randolf  Hearst  uznał,  że  ten  pomysł  może  chwycić.  Przewidywał  jednak,  że  nakład  nie 
przekroczy  30  tysięcy  egzemplarzy.  A  to  było  dla  niego  zbyt  mało.  Wallace  niestety  załamał  się. 
Odrzucenie  artykułów  nie  zdawało  się  być  dobrym  początkiem  fortuny.  Później  w  Minneapolis 
Wallace znalazł pomocnika. Lila Bell Acheson przyjechała odwiedzić swego brata i wtedy poznali się. 
Podobnie jak Dewitt, Lila wychowała się w rodzinie prezbiteriańskiej i tak jak on nie miała pieniędzy. 
Ale przed wyjazdem z Minneapolis zakochała się w Dewitcie i dała się wciągnąć w sprawę "Digest". 
W ciągu następnych kilku miesięcy, podczas gdy Lila była w Seattlc, Dewitt spędzał czas na wysyłaniu 
listów  do  potencjalnych  subskryben-tów,  dołączając  do  każdego  z  nich  ręcznie  wykonaną  stronę 
tytułową.  W  tym  też  czasie  zebrał  cały  kufer  katalogów  szkół  wyższych  i  rozsyłał  prowizoryczne 

background image

abonamenty do wymienionych w katalogach pracowni- 
ków naukowych. Apelował do stowarzyszeń kobiecych i grup zawodowych, rozdzielając prenumeraty 
nie istniejącego ciągle "The Reader's Digest". Gdy przeprowadzał się do Nowego Jorku, zabrał kufer ze 
sobą i kontynuował wysyłanie szalonej ilości ofert. 
Piętnastego października 1921 roku Lila i Dewitt pobrali się, a przed wyjazdem w podróż poślubną do 
Poconos, Dewitt rozesłał ostatnią porcję listów. 
Po  powrocie  czekała  na  nich  sterta  listów.  Przekazy  pieniężne  opiewały  na  prawie  5000  dolarów. 
Pożyczyli więc jeszcze 1300 dolarów i złożyli zamówienie na 5000 egzemplarzy w jednej z drukarni w 
Pittsbur-gu. Numer 1, Tom 1 ukazał się w lutym 1922 roku, Dewitt Wallace i Lila Bell Acheson byli 
współzałożycielami, współwydawcami i współwłaścicielami. 
Lecz  jak  podołali  finansowo  wydawaniu  pierwszych  numerów?  Mieszkanie  w  Greenwich  Village 
opłacała Lila, która była pracownikiem socjalnym (pracowała 8 godzin w ciągu dnia, a czasopismem 
zajmowała  się  w  nocy).  Jeden  pokój  wynajęli  pewnemu  małżeństwu,  wspólnie  z  nim  korzystając  z 
kuchni i łazienki. Ponieważ nie było ich stać na prenumeratę czasopism, z których czerpali artykuły, 
Dewitt  pracował  w  Nowojorskiej  Bibliotece  Publicznej,  pisząc  pracowicie  na  kawałkach  żółtego 
papieru. Pracował dopóki oczy nie zachodziły mu mgłą i nie bolały ramiona. Wtedy wymykał się na 
lunch i szybko wracał do pracy. 
Wkrótce nakład czasopisma przewyższył najśmielsze oczekiwania ich obojga - 50 000 egzemplarzy w 
1926 roku, a 228 000 egzemplarzy w roku 1929. Małżeństwo Wallace znalazło się w czołówce świata 
wydawniczego Stanów Zjednoczonych. Ostatnio pewien wydawca powiedział o nich: 
"Oni  oboje  wspierali  się  wspólnie  w  nieprawdopodobny  sposób.  On  potrzebował  kobiety,  która 
uwierzy w to, co on robi; sądzę, że nie było wieczoru w ich życiu małżeńskim, żeby nie rozmawiali o 
rękopisach.  Ona  pracowała  nad  szatą  graficzną  czasopisma  i  możecie  wierzyć,  że  chociaż  oboje 
przekroczyli już osiemdziesiąty rok życia, nadal wybiera okładki do kolejnych numerów." 
Natomiast sam Wallace powiedział: "Uważam, że to właśnie Lila przyczyniła się do powstania naszego 
czasopisma." Przyjaźń może więc być wyzwalająca, a nie hamująca, jeżeli oboje partnerzy od początku 
zaczną stosować pewne reguły wolności. 
Oto sześć sugestii co do tworzenia "wolnej przestrzeni". 
1. Ostrożnie  z krytycyzmem  -Niektórzy ludzie  czerpią zadowolenie i  poczucie wyższości  z krytyki 
swoich przyjaciół. Jeżeli jesteś dotknięty 
tą  "chorobą",  pozbądź  się  tej  infekcji  jak  najszybciej.  Alice  Miller  proponuje  bardzo  pożyteczną 
zasadę: "Jeśli krytykowanie przyjaciół sprawia ci ból, wszystko jest w porządku. Jeżeli zaś znajdujesz 
w tym choćby najmniejszą przyjemność, powinieneś trzymać język za zębami." 
Istniało  coś,  co  odróżniało Jezusa  od  wielu  reformatorów,  którzy  poświęcili  się  wskazywaniu  innym 
jak  powinni  się  zmienić  i  kształtować.  To  faryzeusze  byli  samozwańczymi  krytykami  Chrystusa. 
Posiadając cechę, którą Mark Twain nazwałby "kwaśną pobożnością" denerwowali innych. Natomiast 
zwykłych  ludzi  przyciągało  do  Jezusa  to,  że  Jego  łagodność  pozwalała  Mu  rozumieć  powody 
popełniania  przez  nich  błędów.  Jezus  był  pewien,  że  ludzie  dobrze  wiedzą,  iż  są  grzesznikami;  nie 
trzeba  więc  było  im  o  tym  przypominać.  Wszystko,  czego  potrzebowali,  to  nie  większego  poczucia 
winy, lecz zbawienia. 
Szarzy ludzie zawsze patrzyli "spod oka" na reformatorów, lecz instynktownie kochali świętych. Robili 
to,  ponieważ reformator  jest pochłonięty  grzechami innych ludzi,  a święty  zajmuje się swoimi  włas-
nymi grzechami. 
D.  L.  Moody  był  jednym  z  największych  duszpasterzy  chrześcijańskich,  jacy  kiedykolwiek  żyli. 
Potrafił  on  "trzymać  tłum  w  jednej  dłoni",  zdobył  tysiące  wiernych  i  był  założycielem  kilkunastu 
instytucji  religijnych.  Jednak  nigdy  nie  tworzył  wokół  swej  osoby  atmosfery  ważności,  jak  to  czyni 
wielu  w  naszych  czasach.  Był  on  człowiekiem  tolerancyjnym,  wyrozumiałym  i  rzadko  krytykował 
innych. Jednym z jego powiedzeń było: "Mam obecnie zbyt dużo kłopotów z niejakim D. L. Moody, 
abym mógł znaleźć czas na szukanie wad u innych." Biorąc pod uwagę tylko ten jeden cytat, zawsze 
życzyłem  sobie  mieć  D.  L.  Moody'ego  za  przyjaciela.  Przebywanie  w  jego  towarzystwie  zapewne 
przynosiłoby  mi  ulgę,  ponieważ  potrafiłby  on  zrozumieć,  że  sam  staram  się  pracować  nad  moimi 

background image

wadami. Przez tego rodzaju akceptację pomógłby mi rozwijać się. "Ludzie jakimś sposobem starają się 
być  tym,  do  czego  się  ich  zachęca  -nie  tym,  do  czego  się  ich  nakłania".  Właśnie  D.  L.  Moody  był 
jednym z tak zachęcających ludzi. 
Kiedy  zaś  wszystko  będzie  już  powiedziane  i  zrobione,  duża  część  powodzenia  w  miłości  zależeć 
będzie  od  naszych  zdolności  akceptowania  natury  ludzkiej  taką,  jaka  ona  jest.  Człowiek,  który  lubi 
osądzać  innych  nigdy  nie  zdobędzie  sobie  wielu  przyjaciół.  Innymi  słowy,  musimy  starać  się  tak 
rozumieć innych, jak robimy to w stosunku do siebie samych. Indianie z plemienia Siuksów mieli taką 
dewizę:  "Nie  będę  sądził  swego  brata,  dopóki  nie  przechodzę  dwa  tygodnie  w  jego  mokasynach". 
Eksperci w sprawach dotyczących miłości zawsze próbują postawić siebie samych w położeniu swoich 
ukochanych bliskich. Krótko mówiąc, są tolerancyjni. 
Spośród  wszystkich  Amerykanów  posiadających  tę  cechę,  Abraham  Lincoln  jest  najlepszym 
przykładem. Pełen cichej otwartości, wysłuchiwał opinii całych zastępów krytyków, doradców i innych 
łudzi,  którzy  uważali  się  za  lepszych  od  prezydenta.  Tym  sposobem  wykazywał  on  dużą  dozę 
łaskawości.  Jednym  z  ulubionych  cytatów  Lincolna  było  zdanie:  "Nie  sądź,  abyś  sam  nie  był 
sądzonym." Kiedy podczas wojny Północy z Południem pani Lincoln w ostrych słowach wyrażała się o 
ludziach  z  Południa,  Lincoln  odpowiedział:  "Nie  krytykuj  ich,  Mary;  będąc  na  ich  miejscu 
postępowalibyśmy tak samo." 
John F. Kennedy wypowiedział prawie identyczne zdanie w dniu  wyborów w 1960 roku. Kennedy i 
jego  doradcy  to  cieszyli  się,  to  znów  popadali  w  rozpacz,  czytając  kolejne  doniesienia  wyborcze. 
Najpierw wyprzedzali Nixona znaczną liczbą głosów, ale gdy nadszedł  wieczór, ów margines zaczął 
się  niebezpiecznie  zmniejszać.  Na  krótko  przed  północą  sekretarz  prezydenta  Eisenhowera,  Jim 
Hagerty,  zatelefonował  i  powiedział, że  Nixon  podda  się  i  że  telegram  z  gratulacjami  od  prezydenta 
jest  już  w  drodze.  W  końcu,  o  czwartej  rano  zmęczony  Nixon  wystąpił  w  telewizji.  Powiedział  on: 
"Jeżeli obecna tendencja wyborcza utrzyma się, wybrany zostanie Kennedy".  Owa wypowiedź miała 
miejsce na krótko przed całkowitym poddaniem się. 
Ludzie  zebrani  wokół  telewizora  w  domu  Kennedy'ego  ledwo  wytrzymali  nerwowo,  natomiast  sam 
kandydat  był  bardzo  spokojny.  Spokojnie  wyłączył  telewizor  i  powiedział:  "Gdybym  był  na  jego 
miejscu, zrobiłbym to samo", po czym poszedł spać. 
Jeżeli  więc  potrafimy  nauczyć  się  stawiać  siebie  samych  w  sytuacji  innych  ludzi,  tak  jak  to  robili 
Lincoln  i  Kennedy,  łatwiej  będzie  nam  być  tolerancyjnym.  Beethoven  powiedział:  "Wszyscy 
popełniamy  błędy,  choć  każdy  z  nas  inne",  a  Goethe:  "Wystarczy  się  trochę  zestarzeć,  aby  stać  się 
bardziej  tolerancyjnym.  Nie  widzę  takiego  błędu,  którego  sam  nie  mógłbym  popełnić".  Natomiast 
Samuel  Jonson  postawił  kropkę  nad  "i",  mówiąc:  "Sam  Bóg  nie  sądzi  człowieka,  dopóki  ten  żyje. 
Dlaczego miałbym to robić ja lub ty?" 
Nie  należy  tu  oczywiście  sądzić,  że  zalecam  absolutny  brak  stanowczości  lub  też,  że  propaguję 
zgadzanie się z każdym i niemożność wyrażania swojej opini. Nie, nie odstępujcie od swojego zdania! 
Wyrażajcie  swą  indywidualność  tak  głośno,  jak  potrzeba.  Ale  zawsze  dawajcie  ten  sam  przywilej 
swym  przyjaciołom.  Stanowczość  jest  dobrą  cechą,  dopóki  nie  prowadzi  do  posiadania,  ingerencji, 
bądź nadmiernych wymagań. 
2.  Stosuj  język  akceptacji  -  Wiele  można  się  dowiedzieć  o  przyjaźni,  obserwując  jak  pracują 
utalentowani  psycholodzy.  A  to  dlatego,  iż  wielu  pacjentów  twierdzi,  że  ich  kontakt  z  terapeutą  był 
najlepszym spośród 
wszelkich  kontaktów  międzyludzkich,  jakie  kiedykolwiek  mieli.  Dr  Paul  Tournier,  mieszkający  w 
Genewie,  stał  się  tak  sławny,  że  wielu  młodych  lekarzy  jeździ  do  Europy  uczyć  się  jego  techniki 
terapeutycznej.  Tournier w typowy dla siebie sposób mówił o tym  ostatnio.  "To czasem  żenujące dla 
studentów  przyjeżdżać  tutaj  w  celu  poznania  moich  »technik«,  bo  zawsze  odjeżdżają  stąd 
rozczarowani.  A  przecież  wszystko,  co  robię,  to  akceptacja  ludzi."  Właśnie  to  jest  prawdopodobnie 
najważniejsze, co można powiedzieć o sztuce psychoterapii. 
Jeżeli potrafimy nauczyć się akceptować integralność osobowości  ludzi  obok nas, znacznie wzrośnie 
wartość naszych stosunków z nimi. Nie znaczy to, że należy ze wszystkim się zgadzać. Akceptacja jest 
czymś zupełnie innym. Większość tego, co słyszę podczas pracy stoi w sprzeczności z moim własnym 

background image

kodeksem  moralnym:  opowiadanie  o  stosunkach  pozamałżeńskich,  o  niemądrych  planach  na 
przyszłość,  o  wszelkiego  rodzaju  przestępstwach.  Gdybym  czuł  się  zobowiązany  wydawać  opinie  o 
wszystkich typach spraw i protestować, kiedy pacjent robi coś złego, sam stawiałbym się na miejscu 
Boga. Jednocześnie sam "przygotowałbym się" do załamania nerwowego. 
Podczas  mojej  praktyki  stwierdziłem,  że  mogę  okazać  akceptację  w  stosunku  do  pacjentów  bez 
zgadzania lub też nie zgadzania się z nimi. Robię to, po prostu słuchając ich. A już najbardziej staram 
się  przysłuchiwać  opowiadaniom  o  uczuciach  ludzi.  Najczęściej  podczas  terapii  zajmujemy  się 
emocjami. Pewien mąż opowiada, jaki chciałby przeżyć stosunek płciowy z pewną młodą dziewczyną. 
Nastolatek  marzy  o  porzuceniu  domu  rodzinnego.  Matka  żałuje,  że  ma  dzieci,  a  po  chwili  czuje  się 
winna, że ma takie myśli. Oto materiały na sesje terapeutyczne. Wobec tego robię wszystko, co mogę, 
aby ludzie ci mogli zdać sobie sprawę z tego, że mają prawo do swoich uczuć, że ich uczucia nie są ani 
złe, ani dobre, oraz że zdrowo jest się tak wygadać. 
Dr  Thomas  Gordon  w  swej  wspaniałej  książce  "Nauka  efektywnego  rodzicielstwa"  (Parent 
Effectiveness Training) sugeruje stosowanie "kluczy", gdy chce się spowodować, aby dzieci więcej o 
sobie mówiły. Ale mają to być takie "klucze", które jednocześnie zapewniają dzieci, że wysłucha się 
ich bez osądzania. Oto one: "Naprawdę?" "Aha, tak to zrobiłeś." "To ciekawe." 
"Powiedz coś więcej o tym." "Ciekawa jestem twojego zdania na ten temat." "Zdaje mi się, że jest to 
dla ciebie ważne." 
3.  Zachęcaj  swych  bliskich  do  odrębności  -  Trzecia  rada,  pomagająca  uczynić  kontakty 
międzyludzkie mniej  napiętymi, dotyczy  różnych dziwactw twoich przyjaciół, ich ekscentryczności  i 
osobliwych marzeń. Zamiast nakładać na swoich bliskich obowiązek dostosowywania do tak zwanych 
"norm ogólnych", powinno się ich raczej zachęcać do odrębności. Każdy ma marzenia, właściwe tylko 
sobie, a ty możesz być kochany właśnie za zachęcanie do realizacji tych marzeń. 
24 maja 1965 roku dziwny stateczek cicho wymknął się z portu Falmouth w Massachusetts i skierował 
swój  dziób  na  otwarty  ocean.  Jedyną  osobą  na  pokładzie  był  Robert  Manry,  wydawca  pisma  "Plain 
Dealer" w Cleveland. Po dziesięciu latach spędzonych przy biurku, Manry doszedł do wniosku, że ma 
już  dosyć  i  postanowił  zrobić  coś  niezwykłego.  Zakupił  więc  sekstans  oraz  tablice  logarytmiczne  i 
zaczął układać plan rejsu do Anglii. Mająca 13,5 stopy długości "Tinkerbellc" miała być najmniejszą 
łodzią, na której chciano pokonać ten dystans. 
Z  obawy  przed  tym,  że  jego  przyjaciele  będą  się  starali  wyperswadować  mu  tę  podróż.  Manry  po 
prostu  wziął  urlop.  Poinformował  tylko  kilkoro  swoich  znajomych,  a  jego  siostra  odpisała  mu: 
"Wspaniale jest spotkać  kogoś, kto chce zrealizować swoje marzenia. Tak niewielu z nas próbuje to 
robić." 
Ale najbardziej poparła ten pomysł żona Manry'ego, Virginia. "Nikt na świecie nie ma tak cudownej 
żony jak ja - powiedział później Manry. - Mogła przecież nalegać, abym zachowywał się jak wszyscy 
racjonalnie myślący ludzie i zaniechał tej »szalonej podróży«. Wiedziała jednak, że maszeruję w takt 
innego rytmu i dała mi olbrzymi bodziec do samorealizacji, pozwalając dalej kroczyć w rytm muzyki, 
którą słyszałem." 
Podróż oczywiście nie była idyllą. Manry spędził wiele bezsennych nocy, próbując przekraczać trasy 
przepływu wielkich frachtowców tak, aby któryś nie zmiażdżył jego łódki. Po tygodniach spędzonych 
na morzu jedzenie przestało mieć smak, samotność powodowała halucynacje, ster złamał się trzy razy, 
a flauta uniemożliwiała kontynuowanie rejsu. Sztormy wyrzucały go za burtę i tylko dzięki linie, którą 
był opasany, udawało mu się wrócić na pokład. Ostatecznie po 78 dniach rejsu Manry wpłynął do portu 
Falmouth w Anglii. 
Podczas samotnych nocy spędzonych z rumplem w dłoni, Manry często zastanawiał się, co zrobi, kiedy 
wyjdzie  na  ląd.  Myślał  o  tym,  żeby  wynająć  pokój  w  hotelu,  zjeść  samotnie  dobry  obiad  w  jakiejś 
restauracji, a potem pójść do biura agencji Associated Press, żeby zobaczyć czy zainteresuje ich jego 
przygoda. Ale wieść o jego zbliżaniu się do brzegów Anglii rozeszła się szeroko. Manry był absolutnie 
nieprzygotowany na to, co go czekało. Trzysta jednostek pływających eskortowało go przy wejściu do 
portu, dając sygnał syrenami. Na nabrzeżu wiwatowało 40000 ludzi, w tym tłum reporterów. Nagle stał 
się bohaterem, a o jego wyczynie mówiono na całym świecie. 

background image

Jednak największym bohaterem spośród ludzi stojących na nabrzeżu była jego żona, Virginia. To ona 
miała odwagę dać mężowi tę wolność do spełnienia marzeń. 
Naturalnie, nie każda żona zgodzi się, aby jej mąż ryzykował życie. Ważne jest jednak, aby zauważyć 
owe odrębne pomysły ukochanych osób. Bo jeżeli się kogoś kocha, kocha się również jego projekty 
życiowe.  Należałoby  tutaj  zapytać,  kiedy  taka  ekscentryczność  staje  się  przesadna.  Oto  znakomita 
zasada  Williama  Jamesa:  "Najlepiej  jest,  gdy  nie  przeszkadzamy  innym  w  ich  sposobie  bycia 
szczęśliwym, pod warunkiem, że ich metody w zasadniczy sposób nie przeszkadzają naszym." 
Podobnie jak przesadnie pielęgnowane zalety, także wolność może stać się wadą. Nadużywanie zasady 
"ty rób swoje, a ja swoje" może doprowadzić do rozpadu najlepszych nawet układów. Podobnie może 
zadziałać przesadne zaangażowanie się w sprawy bliskich. Przecież tak jak różni są ludzie, tak różnej 
skali niezależności i współzależności potrzebują. 
4. Respektuj prawo do samotności - Dojrzałą przyjaźń cechuje szacunek dla instytucji prywatności. 
Istnieje  coś  takiego,  jak  nadmiar  bliskości.  We  wszystkich  rodzajach  kontaktów  ludzie  poruszają  się 
razem  i  oddzielnie.  Oznaką  dojrzałych  relacji  międzyludzkich  jest  fakt,  że  możesz  odpocząć,  kiedy 
bliska ci osoba na krótko oddali się. 
Dr  Lawrence  Hattere,  profesor  psychiatrii  w  Cornell  Medical  School,  mówi:  "Mam  kilku  przyjaciół 
artystów,  którzy  są  na  ogół  bardzo  zaabsorbowani  swoją  pracą.  Rzadko  się  z'nimi  widuję.  Ale  to 
właśnie z nimi mogę rozmawiać bardziej otwarcie niż z ludźmi, z którymi spotykam się na co dzień." 
Szczególnie dzieci potrzebują tego zacisza, aby móc pomarzyć, aby móc zbadać własną dziką naturę i 
wyobraźnię. Niektórzy rodzice o tym wiedzą. Pięcioletni Bili jest w swoim pokoju. W tym czasie do 
jego  matki  przychodzi  przyjaciółka  na  pogawędkę.  Minęła  godzina  i  owa  cicha  nieobecność  Billa 
wydała  się  gościowi  złowieszczą.  "Co  on  tam  robi?"  -spytała.  Matka  chłopca  uśmiechnęła  się 
pogodnie. "Kto wie? Czasami, gdy jest cicho Bili jest Indianinem podchodzącym do niedźwiedzia albo 
kosmonautą. On tworzy swój własny świat, do którego nigdy nie wchodzę, jeśli mnie nie zaprosi." Ta 
kobieta  rozumie,  że  dając  dzieciom  tę  odrobinę  intymności,  umacniamy  ich  wiarę  w  siebie,  której 
przecież tak bardzo potrzebują. 
To samo odnosi się do małżeństwa. Zdarza się, że jest się tak blisko siebie, iż nieomal można się od 
tego nawzajem podusić. Oto komentarz niemieckiego poety, Reinera Marii Rilke: 
"Dobre  małżeństwo  to  takie,  w  którym  każde  z  małżonków  staje  się  strażnikiem  wolności  drugiego.   
Jeżeli  zaakceptuje  się  fakt,      że  nawet  pomiędzy  najbliższymi  sobie  istotami  istnieje  nieskończona 
przestrzeń, życie obok siebie będzie cudowne. Pod warunkiem że małżonkowie pokochają ten dzielący 
ich dystans, który przecież pozwala doskonale widzieć na tle nieba całą postać ukochanej osoby." 
5.  Dobrze  jest  mieć  wielu  przyjaciół  -Zazdrość  jest,  jak  określił  to  Szekspir,  "zielonookim 
potworem",  który  niszczy  wiele  wspaniałych  przyjaźni.  Jeżeli  wpadasz  w  złość,  gdy  twój  najlepszy 
przyjaciel  spędza  miło  czas  z  innymi  ludźmi,  albo  kiedy  zaprzyjaźniona  para  "wyłącza"  cię  z 
niektórych jej poczynań towarzyskich, powinieneś wystrzegać się niszczycielskiej siły zazdrości. Nikt 
nie  posiada  wyłącznych  praw  do  nikogo,  więc  spodziewając  się,  że  jesteś  jedyną  liczącą  się  osobą, 
"wiążesz" ręce swemu przyjacielowi. 
Zachowanie  się  typu  "mocny  chwyt"  nadchodzi  wraz  z  "przemęczeniem"  naszych  kontaktów. 
Antidotum dla zazdrości jest rozszerzanie zainteresowań i przyjaźnienie się z ludźmi z różnych grup. 
Nie  ma  wyłącznie  jednej  osoby,  która  mogłaby  cię  "uszczęśliwić".  Twoje  życie  powinno  zawierać 
wiele zainteresowań, pasji i przyjaźni, jeżeli chcesz uniknąć owego "tłoku" wokół ukochanej osoby. 
Na  przykład  wielu  ludziom  brakuje  głębokiej  miłości  tylko  dlatego,  że  usłyszeli  kiedyś  plotkę,  iż 
szczęśliwe  małżeństwa  nie  potrzebują  przyjaciół.  "Mój  mąż  jest  jedynym  przyjacielem,  jakiego 
potrzebuję" -powiedziała pewna młoda kobieta. Takie podejście do sprawy wywiera olbrzymią presję 
na  małżeństwo.  Bez  względu  na  to,  jak  cudowne  jest  to  małżeństwo,  nie  ma  takiej  osoby,  która 
mogłaby  spełnić  wszystkie  twoje  potrzeby.  Wobec  tego,  dobrze  zrobisz,  nawiązując  wiele  relacji 
pozaseksualnych. Małżeństwo powinno być twoją najwspanialszą przyjaźnią, ale nie jedyną. Zubożysz 
siebie, jeżeli nie będą cię łączyć bliskie kontakty z wieloma ludźmi. 
Ludzie często wpadają w pułapkę sądząc, że po ślubie powinni zaniechać przyjaźni z lat kawalerskich i 
panieńskich, a poszukać innych par małżeńskich, z którymi mogliby miło spędzać razem czas. Przecież 

background image

mało prawdopodobne jest, aby czwórka ludzi mogła się tak samo wzajemnie lubić. 
Dobrze jest, gdy mąż i  żona znajdą inną parę, która da się lubić. A jeżeli nie, co przecież często się 
zdarza,  należy  bez  wahania  zawiązywać  przyjaźnie  osobiste,  w  których  współmałżonek  może  nie 
uczestniczyć. 
Marge  i  Dianę  były  w  tym  samym  żeńskim  kole  studenckim  w  college'u  i  były  na  swoich  ślubach. 
Najpierw, mając małe dzieci w domu, niezbyt często rozmawiały ze sobą i zdawało się, że oddalają się 
od  siebie.  Lecz  teraz  są  bliżej  i  często  jadają  razem  lunch  w  restauracji.  Ich  mężowie  raczej  nie 
znajdują wspólnego języka, a wszelkie próby robienia czegokolwiek we czwórkę spełzły na niczym. 
"Kiedy ja i Marge zdałyśmy sobie sprawę z faktu, że nasi mężowie wolą, gdy spotykamy się same  - 
powiedziała  Dianę  -  i  kiedy  przestałyśmy  czuć  się  winne,  że  razem  jemy  lunch,  kiedy  nam  się  to 
podoba,  nasza  przyjaźń  doznała  swoistego  uwolnienia.  Obie  mamy  bzika  na  punkcie  muzyki  Bacha, 
czego  nie  znoszą  Alan  i  Mark,  więc  czasami  chodzimy  razem  na  koncerty  organowe.  Teraz,  gdy 
wracam do domu, przytulam się w łóżku do Alana i jestem mu bardzo wdzięczna za to, iż nie oczekuje 
ode mnie, że WSZYSTKIM będziemy się razem dzielić. A poza tym, dobrze się czuję, gdy mogę mu 
opowiedzieć o czymś nowym. Połowę przyjemności, jaką sprawiały mi koncerty, był fakt, że mogłam 
opowiedzieć Alanowi, jak ta muzyka na mnie działa." Zatem, dzięki przyjaźniom, małżeństwa Marge i 
Dianę są wzbogacone, a nie zubożone. 
6. Bądź przy gotowany do zmian swoich relacji -Weźmy pod uwagę taki przykład: Twoja młodsza 
siostra wszędzie z tobą chodziła, gdy ty dorastałeś i oczywiście byłeś osobą dominującą. Jeżeli w życiu 
dorosłym  mają  was  łączyć  zdrowe  stosunki,  musisz  dać  swej  siostrze  więcej  swobody,  musisz 
pozwolić  jej  być  dorosłą,  musisz  uczynić  ją  równą  sobie  samemu.  Jest  to  trudne,  ponieważ  lata 
uwarunkowań  stworzyły  zwichrowany  układ.  Jednak  musi  się  to  zmienić  i  oczywiście  może,  o  ile 
jesteś gotów zmienić swój stosunek do innych. 
Podobna  modulacja  jest  niezbędna  także  w  "uwalnianiu"  kilkunastoletnich  dzieci.  Wydaje  się,  że  to 
było  tak  niedawno,  kiedy  zawiązywaliśmy  naszym  dzieciom  sznurowadła  i  braliśmy  je  za  rękę, 
przechodząc  przez  jezdnię.  Teraz  należy  oduczyć  się  tych  zwyczajów,  ponieważ  to  nie  są  już  małe 
dzieci i nie są już od nas tak zależne. 
Pewna mądra matka powiedziała mi ostatnio: "Są dwie rzeczy, które chciałabym dać swoim dzieciom. 
Jedna to korzenie, druga to skrzydła, to pierwsze jest jednak dużo łatwiejsze." 
Henri Nouwen mówiąc o tym używa metafory gościnności. 
"Dziwnym może się wydawać dyskutowanie o stosunkach między rodzicami i dziećmi w kategoriach 
gościnności.  Ale  przecież  jedna  z  głównych  cech  chrześcijaństwa  mówi,  że  dzieci  nie  są  czymś,  co 
można posiadać, ani czym można rządzić, lecz są one Darem, którym należy się opiekować i dbać o 
niego. Nasze dzieci są naszymi najważniejszymi gośćmi, którzy wchodzą do naszych domów, proszą o 
naszą opiekę, pozostają w nim trochę, a potem odchodzą swoimi własnymi drogami. " 
Życzyłbym  sobie,  aby  każdy  rodzic,  przychodzący  do  mnie  po  radę  w  sprawie  problemów 
emocjonalnych  swoich  dzieci,  wieszał  sobie  to  hasło  na  lustrze  w  łazience  i  czytał  je  pięć  razy 
dziennie. A to  dlatego, że coraz częściej  widzę tę  "rzeź", której  dokonują rodzice, zastępując miłość 
manipulacją. 
Jeżeli  chciałbyś  przeczytać  wspaniałą  książkę  o  rodzicielstwie  w  ogóle  i  o  tym,  ile  wolności  dawać 
dzieciom, polecam "Obietnice dla Piotra" (Promises to Peter) Charliego Shedda. Razem z żoną staramy 
się czytać ją co roku. Dr Shedd opisuje w niej szczegółowo opracowany przez siebie plan "rosnącego 
samorządu" dla dzieci. Oczywiście może się zdarzyć, że ktoś nie zechce dawać swoim dzieciom tyle 
swobody,  co  rodzina  Sheddów,  ale  jakiś  plan  stopniowej  emancypacji  trzeba  stosować,  bo  inaczej 
nasze dzieci przestaną być naszymi przyjaciółmi. 
Antropolog  Gregory  Bateson  był  pierwszym  człowiekiem,  który  dokonał  rozróżnienia  między 
stosunkami komplementarnymi i symetrycznymi. Według niego stosunek komplementarny ma miejsce 
w  przypadku  zachowań  niejednakowych,  charakteryzujących  się  zależnością  i  opiekuńczością, 
poczuciem  wyższości  i  kompleksem  niższości.  Zaś  stosunek  symetryczny  ma  miejsce  w  przypadku 
osób  równych  sobie.  Używając  więc  tego  języka,  stosunki  między  rodzicami  i  dziećmi  powinny 
zmieniać się od komplementarnych do symetrycznych. 

background image

Należy  jednak  pamiętać,  że  taka  zmiana  jest  równie  trudna  dla  dzieci,  jak  i  rodziców  i  żeby  pojąć 
zażenowanie, jakiego doznaje dziecko, trzeba przyjrzeć się stosunkowi do własnych rodziców. Można 
mieć własne dzieci i wnuki, a mimo to w obecności własnych rodziców zachowywać się właśnie tak, 
jak dzieci. 
Pewna  światowej  sławy  aktorka  skandynawska,  mająca  własną  córkę  zapytana  została  kiedyś,  czy 
potrafiłaby odnosić się do swojej matki jak dorosły do dorosłego. "Bardzo bym chciała - powiedziała. - 
To moje wielkie marzenia. Niestety, moja matka ciągle chce być matką, a ja mam być córką. Ona robi 
to nieświadomie, ponieważ twierdzi, że tak nie jest. Tak już zostanie na zawsze. Być może i ja jestem 
tu winna, ponieważ ciągle, choć mimowolnie, zachowuję się jak córka. Bardzo chciałabym wiedzieć, 
kim moja matka jest naprawdę, poznać jej myśli, jej rozczarowania i nadzieje. Chciałabym ją poznać 
jako kobietę." 
Podobne  zmiany  mają,  a  przynajmniej  powinny  mieć  miejsce  w  małżeństwie.  Wiele  rozwodów 
spowodowane  jest  tym,  że  silniejszy  partner  nie  jest  w  stanie  przystosować  się  do  wzrastającej 
niezależności drugiego. Ma to zazwyczaj miejsce, gdy żona jest osobą pasywną i znajduje się jakby na 
uboczu.  Jest  zaabsorbowana  wychowywaniem  dzieci  przez  kilkanaście  lat  i  nagle  "gniazdko" 
pustoszeje. Kobieta przygląda się wtedy sobie samej i dochodzi do wniosku, że musi zacząć domagać 
się należnego jej szacunku, aby przetrwać. 
Mąż,  który  zawsze  narzekał,  że  jego  żona  jest  nieśmiała  i  usuwa  się  w  cień,  teraz  jest  zaskoczony  i 
przerażony wzrostem jej pewności siebie. 
Ten  mechanizm  może  oczywiście  zadziałać  odwrotnie.  Mężczyzna  po  czterdziestce,  który  był 
człowiekiem  agresywnym  i  przesadnie  męskim,  może  zacząć  bardziej  interesować  się  domem  oraz 
delikatnymi  i  duchowymi  aspektami  życia.  Kobieta  zaś  może  mieć  w  tym  momencie  kłopoty  z 
odnalezieniem się, w tak innej sytuacji domowej. 
Nie  są  to  sprawy  łatwe,  ale  nasze  uzależnienia  wymagają  zmian,  a  zdrowe  stosunki  wymagają 
elastyczności w reagowaniu na potrzeby takich zmian. 
Gail Sheehy przeprowadziła kiedyś  wywiad z mężczyzną w średnim wieku  - wziętym projektantem - 
na temat jego małżeństwa i tego, czym w średnim wieku powinna być miłość. Powiedział on: "Sądzę, 
że miłość wymaga uznania własnych uzależnień. Dopiero potem można by zająć się czymś, co nie ma 
z  nimi  nic  wspólnego.  Na  przykład,  kiedy  oboje  partnerzy  chcą  widzieć  drugiego  jak  dojrzewa,  bez 
względu na to, czy przyniesie im to jakiekolwiek korzyści." 
"Myśli pan o znajdowaniu przyjemności w swobodnym przyglądaniu się wspólnemu życiu?" - spytała 
Sheedy. 
"Tak. To jest to, co o wiele częściej zdarza się w głębokich przyjaźniach, niż w małżeństwie." 
Zasadą numer pięć jest więc: 

Stwarzaj przestrzenie wolności w swoich kontaktach towarzyskich 

PIĘĆ WSKAZÓWEK WZMOCNIENIA ZAŻYŁOŚCI 

Część druga 

"Istnieje jedna świątynia we wszechświecie - ciało ludzkie. 

Dotykamy nieba, dotykając ciała ludzkiego" 

Thomas Carlyle 

Dotknij mnie, proszę 

Kilka lat temu grupa studentów medycyny odbywała praktykę na oddziale dziecięcym pewnego dużego 

background image

szpitala.  Wydawało  się,  że  dzieci  darzą  szczególną  sympatią  jednego  studenta,  zawsze  witały  go  z 
radością.  Inni  studenci  nie  mogli  tego  pojąć.  W  końcu  postanowili  podpatrzyć  w  czym  rzecz.  Nie 
zauważono niczego szczególnego do wieczora. Kiedy młody medyk wykonywał swój ostatni obchód, 
poznano tajemnicę. Ów student całował każde dziecko na dobranoc. 
Pierwszą więc wskazówką pogłębienia zażyłości jest: 
UŻYWAJ SWEGO CIAŁA DLA OKAZYWANIA CIEPŁA 

Najsilniejszy organ twego ciała 
Nasze ciało może stać się najlepszym narzędziem pomocnym w osiągnięciu autentycznej intymności w 
stosunku  do  ludzi  znajdujących  się  wokół  nas.  Gdyby  przyjrzeć  się  tym,  którzy  mają  doskonałe 
stosunki z innymi, można by zauważyć, że - z pominięciem niewielkiej liczby tych, którzy zawzięcie 
ściskają każdego, kto jest w zasięgu ręki - większość z nich "ustawia" delikatnie zmysł dotyku i używa 
go we wszystkich kontaktach z ludźmi. Tacy ludzie słuchają oczami, stają blisko rozmówcy i  często 
używają dotyku jako środka komunikowania na poziomie tego właśnie ciepła. 
Ashley Montagu napisał długą naukową książkę o sztuce dotykania. Demonstruje on w niej, że skóra 
ludzka,  niegdyś  uważana  za  zwykłe  "okrycie"  ciała  ludzkiego,  jest  w  rzeczywistości  naszym 
najsilniejszym  organem.  Ponad  pół  miliona  receptorów  czuciowych  połączonych  jest  poprzez  rdzeń 
kręgowy  z  mózgiem.  Człowiek  może  funkcjonować  będąc  pozbawionym  wzroku,  słuchu,  węchu  i 
smaku,  ale  niemożliwe  jest  przetrwanie  bez  funkcji  pełnionych  przez  skórę.  Kiedyś  uważano,  że 
zwierzęta  liżą  swoje  małe  tylko  dla  utrzymania  ich  w  czystości.  Montagu  wykazał  jednak,  że  mycie 
służy  o  wiele  głębszemu  celowi.  Odpowiednia  stymulacja  skóry  jest  sprawą  zasadniczą  dla  rozwoju 
organicznego i zachowawczego. 

Powszechna potrzeba bycia dotykanym 

Młode  wszystkich  ssaków  przytulają  się  i  ocierają  o  ciało  swojej  matki  i  rodzeństwa.  Prawie  każde 
zwierzę lubi jak się je głaszcze lub w jakikolwiek inny sposób miło pobudza jego skórę. Psy zdają się 
mieć  nienasycone  apetyty  na  pieszczoty,  koty  objawiają  zadowolenie  z  pieszczot  mruczeniem,  a 
delfiny również lubią być delikatnie dotykane. 
W dziewiętnastym wieku ponad połowa dzieci umierała w pierwszym roku życia z powodu marazmu 
(greckie  słowo  "marasmus"  znaczy  "uwiąd").  Według  Montagu  jeszcze  w  latach  dwudziestych 
dwudziestego  wieku  procent  umieralności  dzieci  w  pierwszym  roku  życia  w  różnych  sierocińcach 
amerykańskich  dochodził  do  100!  Fascynującą  lekturą  o  tym  alarmującym  zjawisku  jest  praca 
badawcza  dra  Henry'ego  Chapina.  Dr  Chapin,  znany  psychiatra  nowojorski,  zwrócił  uwagę,  że 
niemowlęta  trzymano  w  czystych  i  zadbanych  pomieszczeniach,  ale  że  rzadko  były  brane  na  ręce. 
Chapin  zatrudniał więc kobiety, których zadaniem  było  branie tych niemowląt  na ręce,  gaworzenie i 
głaskanie ich. Procent umieralności znacznie się zmniejszył. 
Kto ponosi odpowiedzialność za niepotrzebną śmierć tych wszystkich dzieci? Kierownicy sierocińców 
nie, ponieważ działali na podstawie "najlepszych" osiągalnych dla nich informacji. Winnym tego jest 
Emmet Holt Sr., profesor pediatrii w Columbia University. Holt był  autorem broszury zatytułowanej 
"Opieka nad dziećmi i karmienie ich" wydanej 
po raz pierwszy w 1894 roku (w roku 1935 wyszło jej piętnaste wydanie). Przez długie lata Holt był 
największym  autorytetem,  doktorem  Spockiem swoich czasów. To właśnie w tamtej książeczce Holt 
nalegał, aby matki zaniechały kołysania i nie brały dzieci na ręce, gdy płaczą - żeby ich nie rozpieścić 
przesadną opieką. Czuła opieka uważana była za nienaukową. 
Wiadomo  obecnie,  że  małe  dzieci  denerwują  się  i  stają  się  wyjątkowo  aktywne,  gdy  pozbawione  są 
kontaktu cielesnego. W wielu eksperymentach z dziećmi normalnymi i nienormalnymi te, które miały 
więcej kontaktu fizycznego z rodzicami lub innymi osobami zajmującymi się nimi, wcześniej uczyły 
się chodzić i mówić oraz miały wyższy współczynnik inteligencji. 
Dzieci  bardzo  pragną  tego  kontaktu  z  rodzicami.  Howard  Maxwell  j  est  człowiekiem  nowoczesnym, 
więc kiedy jego czteroletnia córka "oszalała" na  punkcie opowiadania o trzech świnkach i  zażyczyła 

background image

sobie, aby czytać jej to opowiadanie co wieczór, pan Maxwell - zadowolony z siebie - nagrał bajkę na 
taśmę magnetofonową. Gdy Melinda prosiła o bajkę, on po prostu włączał magnetofon. Funkcjonowało 
to dobrze przez kilka wieczorów, ale pewnego dnia Melinda przyszła do ojca i wetknęła mu książeczkę 
w ręce. 
-  "Ależ  kochanie  -  powiedział  ojciec  -  przecież  wiesz,  jak  włączyć  magnetofon.  -  Tak  -  odrzekła 
Melinda - ale nie mogę mu usiąść na kolanach." 
Wielu rodziców przestaje dotykać swoje dzieci, gdy mają pięć lub sześć lat. Wkrótce dzieci przestają 
się  dotykać  nawzajem,  naginając  się  w  ten  sposób  do  niesamowitej  presji  społecznej  naszej  kultury, 
która rezygnację z dotykania się uważa za cechę dorosłości. Podczas gdy Włosi i Francuzi dotykają się 
w trakcie rozmowy około stu razy w ciągu godziny, Amerykanie robią to mniej niż trzy razy. Gordon 
Inkeles, który był instruktorem masażu na uniwersytetach w całych Stanach Zjednoczonych, mówi, że 
skóra  większości  dorosłych  Amerykanów  jest  "za-morzona".  "Fakt,  że  skóra  »głodowała«  przez 
większą  część  życia  staje  się  widoczny  już  po  dwóch  godzinach  masażu  -  pisze  Inkeles.  -  W  tych 
chwilach  ciszy,  kiedy  odbywa  się  masaż,  można  często  zauważyć  taki  wyraz  twarzy  masowanego, 
który zarezerwowany jest zazwyczaj dla świętych i dla bożków hinduskich." 
Istnieją  tylko  dwie  sytuacje,  w  których  większość  z  nas  pozwala  innemu  dorosłemu  dotykać  się. 
Mianowicie,  podczas  stosunków  płciowych  oraz  w  czasie  zabiegów  przeprowadzanych  przez  osoby 
"upoważnione"  do  dotykania  -  krawców,  fryzjerów,  terapeutów  i  masażystów.  Ci  z  kolei  starają  się 
zazwyczaj  być  chłodnymi,  chyba  że  dotykanie  ma  tutaj  być  wstępem  do  seksu.  Jednak  pomiędzy 
seksem, a chłodem terapii istnieje cała gama doznań dotykowych. 
Przyglądając  się  kontaktom  Jezusa  z  Palestyńczykami,  obserwuje  się,  jak  Jezus  ciągle  dotyka  ich. 
"Wyciągnął  rękę,  dotknął  go  i  rzekł:  »chcę,  bądź  oczyszczony*.  I  natychmiast  został  oczyszczony  z 
trądu" (Mt 8, 3). Kiedy teściowa Piotra była chora, Jezus "ujął ją za rękę, a gorączka ją opuściła (...)" 
(Mt  8,  15)  Kiedy  zaś  matki  przyniosły  do  Jezusa  swoje  chore  dzieci,  Jezus"(...)  biorąc  je  w  objęcia, 
kładł na nie ręce i błogosławił je" (Mk 10, 16). 

Jak komunikować serdeczność bez jednego słowa 

Autobiografia aktorki Meliny Mercouri - "Urodziłam się Greczynką" - zaczyna się tak: 
"Pierwszym człowiekiem, którego pokochałam, był Spiros. Był on nadzwyczaj przystojny i niezwykle 
uwodzicielski. Jego usta miały zapach słodszy niż usta innych mężczyzn, których znałam. Kochałam 
jego objęcia, objęcia pachnące różą i  bazylią. Był  silny i  wysoki. Uwielbiał  mnie. To uczyniło moje 
dzieciństwo szczęśliwym. Spiros był moim dziadkiem." 
Jeżeli  chcesz  zbliżyć  się  do  ludzi,  którzy  są  wokół  ciebie,  musisz  zdać  sobie  sprawę  z  siły 
komunikowania, którą masz w swoich rękach. Podczas mojej pracy czasami nie wiem, co powiedzieć 
w obliczu złożonych problemów moich pacjentów. Wtedy odruchowo wstaję z fotela i kładę dłoń na 
ramieniu pacjenta, chcąc przekazać, co czuję. 
Pewnego  dnia  przyszła  do  mej  poradni  zdenerwowana  i  załamana  dziewczyna.  Przez  prawie  całe 
spotkanie  płakała.  Tydzień  później  zamierzałem  dyskutować  z  nią  o  jej  sprawie,  lecz  ku  mojemu 
zdziwieniu, dziewczyna nie wiedziała o czym poprzednio mówiliśmy! Jedno, co zapamiętała, to fakt, 
że objąłem ją, gdy wychodziła. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety zwierzają się często, że najbardziej 
tęsknią za możliwością podejścia do ich partnerów i przytulenia się na chwilę. 
Wylewność fizyczna jest równie odpychająca, jak wylewność werbalna. Ale gdy jest ona autentycznym 
wyrazem uczuć, dotyk może zbliżyć nas do drugiej osoby bardziej niż tysiące słów. Mężczyźni także 
mogą znaleźć męskie sposoby wyrażania swych uczuć w stosunku do siebie samych. Już zbliżenie się 
na odległość wyciągniętej ręki jest nośnikiem komunikacji. Klepnięcie po plecach, żartobliwy cios w 
brzuch  albo  ręka  położona  w  trakcie  rozmowy  na  ramieniu  rozmówcy  -  to  wszystko  powinno 
znajdować się w słowniku twoich gestów. 
W naszych kontaktach z przedstawicielami płci przeciwnej dotykanie nie musi być związane z seksem. 
Za pomocą demonstracji fizycznych oferujemy ulgę, dajemy zachętę lub wyrażamy czułość. 
Kiedy alkoholizm Marka trzymał go mocno w swych szponach, poniedziałki były dla niego najgorsze. 
Po pijaństwie w czasie weekendu wlókł się jakoś do pracy, ale praca była ośmiogodzinnymi torturami. 

background image

"Gdy wracałem wieczorem do domu - mówił Mark - zerkałem na skrzynkę na listy i szedłem prosto do 
sypialni. Nie chciałem z nikim rozmawiać. Ale często zdarzało się, że gdy leżałem na łóżku, czytając 
gazetę, moja córka Katrina wchodziła, żeby powiedzieć mi »cześć«. Widziała, że okropnie się czuję i 
jakby wiedziała, jak bardzo potrzebuję wsparcia, chociaż nie proszę o nie. Kładła się więc obok mnie, 
dotykając mej ręki. Bez słów czułem, że dzięki jej obecności trucizna opuszcza me ciało." 

 

Dotyk zmysłowy 
Najbliższa intymność dwóch osób może, oczywiście, być zwielokrotniona dzięki stymulacji zmysłowej 
oraz  dzięki  samemu  seksowi.  W  uniesieniu  miłosnym  wielu  z  nas  potrafi  zakomunikować  głębię 
miłości  lepiej,  niż  potrafią  dokonać  tego  słowa.  Jednakże  błędem  jest  ograniczanie  kontaktów 
cielesnych do samego tylko  stosunku płciowego. Żyjemy w dobie wyzwolenia seksualnego i  łamania 
wszelkich  tabu,  a  jednak  istnieje  wiele  par,  które  zdają  się  ignorować  większą  część  ciała  partnera. 
Wolni seksualnie kochankowie wiedzą wszystko o tak zwanych miejscach erogennych, ale wielu z nich 
ignoruje pozostałe 95% ciała partnera. 
W  naszej  pracy  z  parami,  mającymi  różne  problemy  seksualne  -najczęściej  kobiety  nie  doznają 
orgazmu,  a  mężczyźni  są  impotentami  -prawie  zawsze  dochodzimy  do  wniosku,  że  mąż  i  żona 
dosłownie nie dotykają się. To znaczy, że to, co znajdowało się w centrum ich związku - pieszczoty, 
objęcia,  pocałunki  -  stopniowo  zaczęło  znikać.  Nic  więc  dziwnego,  że  zaistniały  takie  kłopoty 
seksualne. 
Kuracja wszelkich problemów seksualnych jest właściwie jedna: wszystkich nakłaniamy do dotykania 
się.  Masters  i  Johnson  opracowali  specjalne  ćwiczenia  dla  pobudzania  zakończeń  nerwowych,  które 
przyniosą  ćwiczącemu  olbrzymią  przyjemność.  Oczywiście,  nie  potrzeba  chodzić  do  poradni 
seksuologicznej,  aby  tam  dokonywać  tych  ćwiczeń.  Jest  to  bardzo  prosta  gra,  w  którą  można 
znakomicie  "grać"  w  domu.  Gdyby  każda  para,  łącznie  z  tymi,  których  pożycie  seksualne  jest  w 
porządku, wykonywały te pobudzające ćwiczenia co jakiś czas, okazałoby się, że ich związek bardzo 
na tym korzysta. 
Wybierzcie taki czas, kiedy będziecie mogli zamknąć się w sypialni bez obawy przeszkadzania wam ze 
strony innych. Nie powinno się tego robić późno wieczorem - wówczas oboje jesteście już zmęczeni. 
Teraz kładziecie się nago na łóżku. Przez pierwsze 20 minut jedna osoba jest dawcą, druga - biorcą. 
Jedynym zadaniem biorcy jest leżeć spokojnie i 
pozwolić  partnerowi  działać.  Nie  należy  się  odwzajemniać,  oglądać  ani  rozmawiać;  chyba,  żeby 
powiedzieć  partnerowi,  kiedy  dotyk  sprawia  przyjemność,  gdzie  powinien  dotykać  delikatnie,  gdzie 
mocniej.  Podczas  gdy  partner  delikatnie  pociera  twą  skórę  (dobrze  jest  stosować  jakiś  płyn, 
zmniejszający  tarcie),  należy  zwracać  baczną  uwagę  na  różnorodność  odczuwanych  przez  skórę 
bodźców.  To,  oczywiście,  nie  ma  być  preludium  do  stosunku  płciowego  i  dlatego  w  czasie  kilku 
pierwszych sesji nie zalecamy dotykania piersi i genitaliów. 
Oczywiście,  żadnego  seksu  potem!  Dlaczego?  Ponieważ  nie  myśląc  o  tam,  co  nadejdzie,  można 
poświęcić  100  proc.  swojej  uwagi  na  doznania  przenoszone  przez  skórę.  Po  20  minutach  partnerzy 
zamieniają się rolami. 
Wiele  par  przychodzi  do  naszego  biura  po  takich  ćwiczeniach  i  opowiada,  że  równie  dużo 
przyjemności  przyniosło  im  dawanie,  jak  i  przyjmowanie  pieszczot.  Niektórzy  ludzie  po  20  czy  30 
latach  małżeństwa,  przychodzą,  mówiąc:  "Wie  pan,  nigdy  przedtem  nie  znałam  tak  ciała  swojego 
partnera jak teraz i to mi się podoba!" Nie muszę pytać, żeby wiedzieć, iż druga strona też to polubiła. 
Doszliśmy  też  do  wniosku,  że  mąż  i  żona,  którzy  różnią  się  pod  względem  zapotrzebowania  na 
stosunki  płciowe,  będą  spędzać  więcej  czasu  na  wspólnych  pieszczotach,  a  ich  potrzeby  seksualne 
niejako  wyrównają  się.  Partner  narzekający  wcześniej  na  niewystarczającą  ilość  seksu  (zazwyczaj 
mąż), zadowala się rzadszymi stosunkami, dzięki przyjemności osiąganej podczas tego intensywnego 
dotykania. Zaś partner, który wcześniej był "wyłączony" przez większość czasu, teraz staje się bardziej 
pobudzony, dzięki tym nowym doświadczeniom i częściej pragnie stosunków płciowych. 

background image

Zatem wskazówką pierwszą dla kultywowania intymności z ukochaną osobą jest: 

Używaj swego ciała dla okazywania ciepła 

"Potrafię przeżyć dwa miesiące dzięki jednemu tylko 

dobremu komplementowi''. 

Mark Twain 

O sztuce afirmacji 

Swego  czasu  wykonano  fascynującą  pracę  badawczą  z  uczniami  drugiej  klasy  szkoły  podstawowej. 
Nauczycielka narzekała, że coraz trudniej jest jej sprawować kontrolę nad uczniami. Wstawali, chodzili 
po klasie, rozmawiali - zamiast zajmować się pracą. 
Dwóch  psychologów  spędziło  kilka  dni,  siedząc  z  tyłu  klasy  ze  stoperami  w  rękach.  Uważnie 
obserwowali zachowanie zarówno dzieci, jak i nauczycielki. Co 10 sekund notowali liczbę dzieci, nie 
będących  na  swoich  miejscach.  Okazało  się,  że  w  każdym  dwudziestominutowym  okresie  dzieci 
wstawały 360 razy, a nauczycielka 7 razy mówiła "siadaj!". 
Psycholodzy zasugerowali, żeby nauczycielka świadomie częściej wypowiadała polecenie "siadaj". W 
ciągu następnych kilku dni nauczycielka wołała "siadaj" średnio 27,5 razy w ciągu każdych 20 minut. 
Czy zmieniło to zachowanie dzieci?  Niestety, nie. Wstawały ze swych miejsc 540 razy w ciągu tego 
czasu,  a  więc  o  50  proc.  częściej.  Dla  sprawdzenia  danych  badacze  poprosili  nauczycielkę,  aby 
powróciła do swej poprzedniej częstotliwości upominania uczniów i okazało się, że w ciągu dwóch dni 
ilość "wyjść" z ławek powróciła dokładnie do poprzedniego poziomu. Wobec tego przez dwa następne 
dni ilość poleceń "siadaj" zwiększono i oczywiście dzieci częściej wstawały z miejsc. 
Oto  rewelacja:  w  ostatnim  tygodniu  pracy  psychologowie  poprosili  nauczycielkę,  aby  całkowicie 
powstrzymała  się  od  upominania  dzieci,  a  zamiast  tego,  żeby  spokojnie  chwaliła  te  dzieci,  które 
pozostawały  na  miejscach  i  wykonywały  swą  pracę.  Rezultat  był  zaskakujący:  ilość  wyjść  z  ławek 
zmalała o 33 proc; był to więc najlepszy wynik w całym eksperymencie. 
Wniosek jest oczywisty: dzieci będą wzmacniać każde zachowanie, które zwróci na nie uwagę, nawet 
jeśli będzie to uwaga w negatywnym sensie tego słowa. W niebezpieczeństwie są więc rodzice, którzy 
surowo karzą "szalejące" dzieci, a nie zwracają uwagi, kiedy ich pociechy bawią się ładnie i grzecznie. 
Trzeba  jednak  powiedzieć,  że  te  pryncypia  nie  zostały  sformułowane  w  ostatnich  latach.  Już  dawno 
temu Lincoln powiedział: "Kropla miodu przyciągnie więcej much niż beczka żółci." 
Jeżeli  zatem  szukasz  sposobu  powiększenia  sukcesu  w  stosunkach  z  innymi  ludźmi  -  ćwicz  sztukę 
afirmacji. To, co sprawdziło się w przypadku dzieci w szkole, z pewnością przyniesie dobre rezultaty w 
stosunkach z twoimi pracownikami. W afirmacji jest coś z magii. 
Drugą wskazówką będzie więc po prostu: 
BĄDŹ HOJNY W POCHWAŁACH 
W roku 1936 pewien nieznany instruktor YMCA (Związek Młodzieży Chrześcijańskiej) opublikował 
niepokaźną  książeczkę.  Zrezygnował  on  z  dobrze  płatnej  pracy  handlowca  i  opuścił  Warrensburg  w 
stanie  Missouri  z  zamiarem  nauczenia  zasad  kontaktów  międzyludzkich,  których  nauczył  się  jako 
handlowiec.  Dyrektorzy  YMCA  przy  23  Ulicy  w  Nowym  Jorku  nie  chcieli  płacić  dwóch  dolarów  za 
lekcję  nieznanemu  instruktorowi.  Ale  kiedy  nalegał  i  zaproponował  zorganizowanie  i  prowadzenie 
kursu na zasadach komisyjnych, postanowili dać mu szansę. 
W  ciągu  dwóch  lat  mężczyzna  ten  stał  się  niezwykle  popularny.  Zarabiał  trzydzieści  dolarów  za 
wieczór,  a  nie  dwa.  Pewien  wydawca  zapisał  się  na  jego  kurs  w  Larchmont  w  stanie  Nowy  Jork. 
Wywarł na nim takie wrażenie, że zachęcił on instruktora do zebrania swojej wiedzy w książkę. Ten 
młody  człowiek  nazywał  się  Dale  Carncgie,  a  jego  książka  "Jak  zdobywać  przyjaciół  i  wpływać  na 
ludzi" przez 10 lat pozostawała na "liście przebojów" gazety "The New York Times". Jeszcze nigdy nie 
notowano takiego rekordu. W sumie sprzedano ponad 10 milionów egzemplarzy, a mimo to książka ta 

background image

nadal sprzedaje się w nakładzie 200 tys. egzemplarzy rocznie. 
Na czym polega wiedza pana Carnegie? Zawarta jest w rozdziale pt. "Wielka tajemnica postępowania z 
ludźmi". Oczywiście Carnegie nie stworzył wszystkiego tego, o czym pisze w swojej książce. Każdy 
dobry kochanek, każdy pierwszorzędny kierownik, każdy dobry rodzic stosuje tę technikę codziennie. 
Ty  też  używałeś  jej  w  czasach,  gdy  najlepiej  układały  ci  się  stosunki  z  innymi.  Właściwie  całą  tę 
technikę Carnegie zawarł w jednym zdaniu: "Bądź serdeczny w aprobowaniu i hojny w pochwałach". 
Charles Schwab, przyszły rekin amerykańskiego przemysłu stalowego, był chyba jednym z pierwszych 
ludzi zarabiających milion dolarów rocznie. Dlaczego Andrew Carnegie, gdy został przemysłowcem, 
płacił Schwabowi ponad 3000 dolarów dziennie? Czy dlatego, że wiedział o produkcji stali więcej niż 
inni?  Nie.  Schwab  zawsze  mawiał,  że  dla  Carnegie'a  pracuje  wielu  ludzi,  których  wiedza  techniczna 
znacznie przerasta jego wiedzę. 
Płacono mu tyle pieniędzy przede wszystkim za to, że wiedział jak należy postępować z ludźmi. Oto 
jego sekret, opisany jego własnymi słowami: 
"Swoją umiejętność wzbudzania entuzjazmu u innych uważam za coś najbardziej wartościowego. To, 
co najlepsze w człowieku, można rozwinąć najlepiej poprzez zachęcanie i wyrażanie uznania. Nie ma 
nic bardziej zabójczego dla ambicji człowieka, jak krytycyzm ze strony przełożonych. Ja nigdy nikogo 
nie  krytykuję.  Wierzę  w  istnienie  podniet  do  pracy.  Więc  chętnie  chwalę  ludzi,  ale  wystrzegam  się 
wyszukiwania u nich błędów. Jeżeli coś mi się podoba, jestem serdeczny w wyrażaniu aprobaty i hojny 
w pochwałach." 

Niektórzy  znani  krytycy  atakowali  tę  technikę  jako  nieszczerą  i  manipulacyjną.  Książka  Dale'a 
Carnegie była wiele razy parodiowana i traktowana jako literatura naiwna. Cóż jednak nieszczerego i 
manipulacyjnego  znajduje  się  w  wypowiadaniu  tego,  że  coś  nam  się  w  innych  ludziach  podoba? 
Afirmacja  okazywana  tylko  dla  uczynienia  kogoś  szczęśliwym  jest  przecież  jedną  z 
najprzyjemniejszych  czynności  dnia  codziennego.  Pozwólcie,  że  zilustruję  powyższe  rozważania 
pewnym incydentem z życia Carnegie, opisanym przez niego w książce: 
"Pewnego razu stałem w kolejce na poczcie na rogu 33 Ulicy i 8 Alei w Nowym Jorku, bo chciałem 
nadać list polecony. Zauważyłem, że urzędnik był strasznie znudzony swoją pracą - ważeniem kopert, 
wydawaniem  znaczków,  wypisywaniem  potwierdzeń  przyjęcia  -  monotonną  dłubaniną  przez  okrągły 
rok.  Powiedziałem  więc  do  siebie:  »Spróbuję  uczynić  tego  człowieka  takim,  jakim  ja  jestem.« 
Oczywiście, żeby mogło mi się to udać, muszę mu powiedzieć coś miłego. Nie o sobie, ale o nim samym. 
Zadałem sobie wobec tego pytanie: »Co w nim jest takiego, co mógłbym szczerze pochwalić ?« 
To czasem trudno określić, zwłaszcza w przypadku obcych. W tym wypadku jednak sprawa była prosta. 
Spostrzegłem nagle coś, co niezwykle mi się spodobało. 
W czasie, gdy ważył moją kopertę, powiedziałem z entuzjazmem: »Chciałbym bardzo mieć takie włosy, 
jak Pan.« 
Spojrzał na mnie zaskoczony i uśmiech zabłysnął na jego twarzy. »No, nie są już takie, jak kiedyś«  - 
powiedział skromnie. Zapewniłem go, że choć może straciły już co nieco ze swej wspaniałości, to mimo 
to  godne  są  pozazdroszczenia.  Zdawał  się  być  niezwykle  zadowolony.  Porozmawialiśmy  sobie  miło 
przez chwilę, a na koniec on powiedział:» Wielu ludzi podziwiało już moje włosy.« 
Opowiedziałem tę historię kiedyś w towarzystwie i pewien mężczyzna zapytał mnie: 
»Co chciał pan tym sposobem od niego uzyskać?« 
Co ja próbowałem uzyskać od niego ?!! 
Jeżeli będziemy tak niegodnie samolubni, to nigdy nie wyrazimy szczęścia i nie przekażemy odrobiny 
uznania bez chęci wydębienia czegoś w zamian... spotka nas porażka, na którą tak bardzo zasługujemy. 
Owszem,  zyskałem  wiele  od  tamtego  człowieka;  coś  bezcennego.  Zyskałem  uczucie,  że  zrobiłem  dla 
niego coś, za co on w żaden sposób nie mógł mi się »zrewanżować«. Zyskałem uczucie, które płonie i 
śpiewa w naszej pamięci jeszcze długi czas po zaistnieniu takiego wydarzenia." 
Jeśli  nauczysz  się  wyszukiwać  pozytywne  cechy  u  innych  ludzi,  będziesz  zaskoczony,  jak  wiele 
dobrego  można  u  nich  zaobserwować.  Ralph  Waldo  Emerson,  amerykański  poeta  i  wykładowca, 

background image

powiedział: "Każdy człowiek, którego spotykam, jest w jakiś sposób ode mnie lepszy." Jeżeli ktoś taki, 
jak  Emerson  mógł  wypowiedzieć  takie  zdanie,  dlaczego  my,  prości  ludzie,  nie  mielibyśmy  potrafić 
odkrywać w naszych bliźnich różnych wyróżniających ich cech. 
Sztuka afirmacji nabędzie większej wartości, kiedy nauczymy się wyrażać pochwały, wtedy gdy nikt 
się  ich  nie  spodziewa.  Są,  oczywiście,  okazje,  na  przykład  po  smacznym  posiłku  lub  interesującej 
przemowie.  Mówienie  komplementów  jest  swego  rodzaju  zwyczajem.  Sir  Henry  Taylor  w  swej 
dziewiętnastowiecznej książce pt. "Mąż stanu" (The Statesman) twierdzi wręcz, że lepiej jest odczekać 
i przypomnieć sobie szczegóły zdarzenia później: 
"Wyraź  podziw  dla  przemowy,  kiedy  mówca  usiądzie,  a  weźmie  twój  komplement  za  zwykły  okaz 
uprzejmości. Ale poczekaj trochę i potem powiedz, jak duże wrażenie wywarła na tobie ta przemowa, a 
mówca będzie pamiętał twoją aprobatę dłużej niż ty jego wypowiedź." 

Jak rozwijać umiejętność samooceny 
Kiedy nabędziesz już tego wspaniałego zwyczaju wyrażania aprobaty w stosunku do ludzi, z którymi 
się  spotykasz,  spostrzeżesz  pewien  znakomity  efekt  kumulacyjny.  Dr  Paul  Roberts,  psycholog 
dziecięcy,  mówi,  że  regularne  wyrażanie  akceptacji  i  miłości  są  bardzo  ważnymi  czynnikami  w 
tworzeniu u dziecka obrazu samego siebie. Ta akumulacja powoduje, że dziecko dochodzi do wniosku: 
"Wiem,  że  mnie  akceptują",  a  nie  do  konkluzji:  "Może  mnie  akceptują,  a  może  nie.  Zobaczę,  jak 
zareagują następnym razem." 
Czy rodzice mogą cokolwiek zrobić w celu wytworzenia się w dziecku poczucia zaufania do siebie? 
"Tak,  mogą",  mówi  Ruth  Stafford  Peale,  współczesna  działaczka  religijna,  żona  znanego  w  USA 
pastora: 

"Rzecz  polega  na  tym,  aby  obserwować,  gdzie  znajdują  się  wrodzone  zdolności  dziecka,  potem 
delikatnie  (nie  spodziewając  się  szybko  wielkiego  efektu)  pokieruj  je  we  właściwą  stronę.  Trudnym 
może okazać się dla ojca sportowca zrozumienie i pomoc synowi, który wolałby grać w szachy niż w 
piłkę nożną. Ale to  właśnie szachy są tym, czego potrzebuje chłopak, aby mogła rozwinąć się w nim 
pewność siebie. Jeżeli tę jedną rzecz będzie robił dobrze, wkrótce uwierzy, że także z innymi sprawami 
może sobie poradzić, a co ważniejsze, nie będzie bał się próbować." 
Wyrażając afirmację albo powstrzymując się od tego możemy wywierać olbrzymi wpływ na zdolność 
samooceny  innych  ludzi.  Podczas  jednej  z  naszych  terapii  grupowych  dyskutowaliśmy  o  problemie 
dotyczącym  wyobrażenia  o  własnej  powierzchowności.  Różni  ludzie  opowiadali,  jak  sami  siebie 
widzą. Wysoka i szczupła kobieta o pięknych długich włosach powiedziała: 
- Widzę się grubą i pryszczatą. 
- Czy to znaczy, że była pani kiedyś gruba i miała krosty? - zapytał ktoś. 
- Nie, ja widzę siebie taką w tej chwili. 
Jeśli już można było coś o niej powiedzieć, to była ona chuda, ale cerę miała jasną i ładną. Skąd więc 
ten  wypaczony  obraz  własnej  osoby?  Bez  wątpienia  można  stwierdzić,  że  w  pewnym  stadium  jej 
rozwoju  osobowego,  prawdopodobnie  we  wczesnej  dojrzałości,  kobieta  ta  nie  była  atrakcyjna.  Ten 
obraz utkwił w jej pamięci, a nie znalazł się nikt, kto by go zmienił. Był to przykład pięknej kobiety, 
która nie wiedziała, że jest piękna, bo nikt jej o tym nie powiedział. 

O sile pobudzania dobra 

Ktoś kiedyś powiedział: "Aprobata to bodziec dla światłych umysłów." Wszyscy mamy więc dostęp do 
tej olbrzymiej siły - możliwości 
pobudzania innych za pomocą pochwały. Komplement nic przecież nie kosztuje, a mimo to są wśród 
nas  tacy,  którzy  zrobiliby  cokolwiek  lub  wszystko,  żeby  tylko  ich  pochwalić.  Przodujący  psycholog 
amerykański,  William  James,  mówi:  "Najgłębszym  pragnieniem  natury  ludzkiej  jest  chęć  bycia 
docenianym." 
Oto,  co  Dale  Carnegie  mówi  o  pragnieniu  pochwał:  "Niewielu  jest  ludzi,  którzy  szczerze  potrafią 
nasycić  ten  głód  serca  i  dzięki  temu  »mieć  w  ręce  innych«.  Gdy  taki  człowiek  umrze,  nawet 

background image

właścicielowi zakładu pogrzebowego jest przykro." 
Gandhi  inspirował  miliony  ludzi  do  łamania  przestarzałych  "norm"  i  dokonywania  bohaterskich 
czynów.  Louis  Fischer,  jeden  z  najwierniejszych  biografów  Gandhiego,  tak  mówi  o  sposobie 
inspirowania ludzi, stosowanym przez geniusza Hindusów: "Gandhi nie szukał złych cech w ludziach. 
Często zmieniał on ludzi, uważając ich nie za tych, którymi są, lecz za tych, którymi chcieliby być oraz 
traktował ich tak, jakby dobro istniejące w nich było nimi samymi". 
Większość z nas  miała we wczesnych latach życia szczęście posiadania kogoś  -  nauczyciela, dziadka 
czy  przyjaciela,  kto  się  nami  bardziej  interesował,  puszczał  płazem  niemądre  błędy,  a  wyciągał  na 
światło  dzienne  te  ważne  aspekty  nas  samych,  których  inni  nie  próbowali  nawet  szukać.  Jeśli  w  ten 
sposób będziesz postępował w stosunku do innych ludzi, staniesz się ich dożywotnim wierzycielem i 
będą cię oni pamiętać jeszcze długo po twoim odejściu. 
Kiedy  Annę  Morrow  i  Charles  Lindbergh  spotkali  się,  on  był  już  narodowym  bohaterem.  Charles 
otrzymał  nagrodę  40  000  dolarów  za  pokonanie  Atlantyku.  Latał  od  miasta  do  miasta,  lansując 
lotnictwo.  Ojciec  Annę  był  ambasadorem  w  Meksyku.  Podczas  wizyty  Lindbergha  w  tym  państwie 
rozkwitła  między  nimi  miłość,  która  miała  połączyć  tę  parę  na  47  lat.  Annę  była  nieśmiała,  lecz 
pomimo  tego  że  była  żoną  człowieka  będącego  zawsze  w  świetle  reflektorów,  została  jedną  z  naj-
popularniejszych pisarek Ameryki. 
Opisując  swoje  małżeństwo,  mówi  o  tym,  w  jaki  sposób  osiągnęła  sukces.  Jej  mąż  wierzył  w  nią  w 
niewiarygodnym stopniu: 

 

"Być bardzo zakochaną, znaczy posiadać siłę do osiągnięcia wolności ... W idealnym układzie oboje 

małżonkowie  dają  sobie  nawzajem  wolność  do  poznania  nowych  i  różnych  światów.  Nie  byłam 
wyjątkiem od tej reguły. Odkrycie, że jestem kochaną było niewiarygodne i całkiem zmieniło mój świat, 
moje odczucia o życiu i o mnie samej. Otrzymałam pewność, siłę i prawie nowy charakter. Mężczyzna, 
którego  miałam  poślubić,  wierzył  we  mnie  i  w  to,  co  robię,  aż  w  końcu  i  ja  uwierzyłam,  że  potrafię 
zrobić więcej niż przedtem sądziłam". 
Pozwólcie,  że  zilustruję  silę  afirmacji,  odnosząc  się  do  zdarzenia,  które  przytrafiło  się  mojemu 
przyjacielowi Bruce'owi Larsenowi. Oto jego własny opis tej sprawy: 
"Pewnego dnia wcześnie rano musiałem zdążyć na połączenie lotnicze zNewark w stanie New.Jersey 
do  Syracuse  w  stanie  Nowy  Jork.  Poprzedniej  nocy  wróciłem  późno  z  pewnej  konferencji,  a  teraz 
śpieszyłem się na następną. 
Byłem  zmęczony.  Nie  zaplanowałem  sobie  dobrze  rozkładu  zajęć  i  okazało  się,  że  byłem  zupełnie 
nieprzygotowany do wypełnienia napiętego programu moich przyszłych działań. Wstałem wcześnie, w 
pośpiechu  zjadłem  śniadanie  i  ruszyłem  na  lotnisko  z  poczuciem,  którego  nie  można  było  nazwać 
pozytywnym. Było mi żal samego siebie. 
Siedząc w samolocie, z notatnikiem na kolanach, modliłem się: »O Boże, pomóż mi. Spraw, bym mógł 
napisać coś, co przyda się twemu ludowi w Syracuse«. 
Nic mi jednak nie przychodziło do głowy. Zanotowałem coś niecoś wyrywkowo i czułem się podle, z 
minuty  na  minutę  coraz  bardziej  winny.  Taką  sytuację  można  by  porównać  do  swego  rodzaju 
pomieszania  zmysłów.  Zaprzecza  to  wszystkiemu,  co  wiemy  o  Bogu  i  o  jego  zdolności  wybawiania 
ludzi z opresji. Mniej więcej w połowie tego krótkiego lotu pojawiła się stewardessa, roznosząc kawę. 
Pasażerami w tym rejsie byli sami mężczyźni, ponieważ kobiety mają zbyt dużo rozsądku, żeby wybie-
rać  się  w  podróż  samolotem  o  tej  porze  dnia.  Stewardessa,  zbliżając  się  powoli  do  mnie,  nagle 
wykrzyknęła:  Hej,  ktoś  tutaj  używa  wody  po  goleniu  »English  Leather«.  Nie  potrafię  oprzeć  się 
mężczyźnie używającemu tej wody. Kto to jest? 
Szybko podniosłem rękę i powiedziałem, że to ja. 
Stewardessa natychmiast do mnie podeszła i powąchała mój policzek, a ja rozkoszowałem się tą uwagą 
i wyrazem uznania w oczach innych pasażerów. 
Przez  resztę  lotu,  gdy  tylko  stewardessa  przechodziła  obok  mnie,  żartowaliśmy  wesoło.  Ona  coś 
komentowała, a ja odpowiadałem z humorem. Dwadzieścia minut później, kiedy samolot podchodził 
do lądowania, zdałem sobie sprawę z tego, że moje »szaleństwo« minęło. Pomimo faktu, że nic mi się 

background image

nie  udawało  -  rozplanowanie  dnia,  przygotowanie  do  konferencji,  moja  własna  postawa  -  wszystko 
nagle  się  zmieniło.  Ponownie  wiedziałem,  że  kocham  Boga,  i  że  On  mnie  kocha,  pomimo  moich 
niepowodzeń. 
Co więcej, czułem, że kocham siebie i ludzi wokoło, i tych, którzy czekali na mnie w Syracuse. Byłem 
jak ów szaleniec z Gerazim po tym, jak Jezus położył na nim swoje dłonie: odziany, przy zdrowych 
zmysłach 
i siedzący u stóp Jezusa. Spojrzałem na notatnik i ujrzałem stronę pełną myśli, które będą użyteczne 
podczas tego weekendu. 
»Boże - zadumałem się - jak to się stało ?« 
Wtedy właśnie doszedłem do wniosku, że ktoś wszedł w moje życie i przekręcił klucz. Był to całkiem 
malutki  kluczyk,  przekręcony  przez  zupełnie  nieoczekiwaną  osobę.  Lecz  ten  prosty  akt  afirmacji,  ta 
nieoczekiwana i niezasłużona uwaga ze strony innych, przywróciły mi jasność umysłu ". 
Sztuka  afirmacji  to  cudowny  klucz.  Pablo  Casalas  powiedział:  "Dopóki  ktoś  potrafi  podziwiać  i 
kochać,  pozostaje  na  zawsze  młodym".  Wobec  tego  drugą  wskazówką  do  pogłębiania  intymności 
będzie: 

Bądź hojny w pochwałach 

"Odkryliśmy znakomite czteroliterowe słowo 

dla psychoterapii: mowa ". 

Penni i Richard Crenna 

Koncepcja małżeństwa przy filiżance kawy 

"Droga Anno, 
Mój mąż nie rozmawia ze mną. On zwyczajnie siada przed telewizorem lub czyta gazetę. Gdy zapytam 
go o coś, odpowiada: "aha" lub "no". Czasem nawet i  tego nie zrobi.  Wszystko, czego potrzebuje to 
gospodyni i kogoś, z kim by się przespał, kiedy ma na to ochotę. Są takie chwile, kiedy zastanawiam się, 
dlaczego on w ogóle się ożenił". 
Tego typu narzekania nie są rzadkością. Z powodów, które są zupełnie jasne, wielu z nas ma tendencję 
do  tego,  by  przestać  rozmawiać  z  najważniejszymi  ludźmi  w  naszym  życiu.  Niedawno  pewien 
psycholog  przeprowadził  eksperyment,  mający  na  celu  określenie  ilości  czasu  poświęcanego  na 
rozmowę  pomiędzy  przeciętnym  mężem  i  żoną  w  ciągu  jednego  tygodnia.  Aby  pomiar  mógł  być 
dokładny,  nasz  badacz  zaopatrzył  każdego  z  partnerów  w  przenośny  mikrofon  i  liczył  w  ten  sposób 
każde wypowiedziane słowo: rozmowy o niczym w drodze do sklepu, 
prośby o podanie chleba podczas posiłku - dosłownie wszystko. W tygodniu jest 168 godzin, czyli 10 
080  minut.  Jak  sądzicie,  ile  czasu  przeciętne  małżeństwo  poświęca  z  tego  na  rozmowę?  Nie,  nie  10 
godzin,  nie  godzinę,  ani  nawet  nie  pół  godziny.  Średnio  rozmowy  zajęły  17  (siedemnaście)  minut! 
Germaine  Greer,  współczesna  pisarka  amerykańska,  mówi:  "Samotność  jest  najokrutniejsza  wtedy, 
kiedy odczuwa się ją w towarzystwie bliskiej osoby, która zaprzestała komunikowania się". 

Przyczyna pewnego romansu 

Mówi  się,  że  rozmowa  niewiele  kosztuje,  ale  jest  ona  zasadniczym  elementem  dobrych  kontaktów 
międzyludzkich.  Już  od  wielu  lat  do  mojej  przychodni  przychodzi  kobieta  zamężna,  która  ostatnio 
nawiązała  "romans"  z  jakimś  mężczyzną.  Sądziłem,  że  większość  energii  podczas  ich  potajemnych 
spotkań tracą na seks. "Nie - powiedziała - szczerze mówiąc, spałam z nim tylko dwa czy trzy razy i 
nie okazało się to wcale takie wspaniałe. Powodem, dla którego tak bardzo go kocham i dla którego 
chcę  być  przy  nim  jest  to,  że  możemy  ze  sobą  rozmawiać.  Dyskutujemy  o  różnych  rzeczach  całymi 
godzinami. Boże! Jakie to wspaniałe rozmawiać z kimś takim jak on, opowiadać mu o tym, co się czuje 
i otrzymywać w zamian to samo. Dlaczego ja i mój mąż nie potrafiliśmy nigdy się tak porozumieć?" 
Prawdopodobnie jest wiele powodów, dla których to małżeństwo nie mogło się porozumieć. Jednym z 

background image

nich może być fakt, że małżonek nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ważnym czynnikiem jest rozmowa. 
Eric Hoffer był dokerem w San Francisco. Spędzał całe wieczory na pisaniu książek o filozofii. Sławę 
przyniosły  mu:  "Naprawdę  wierny"  (TheTrueBeliever),  "Próbazmiany"  (The  OrdealofChange), 
"Żarliwość umysłu" (The Passionate State of Mind). Dzieciństwo Hoffera nie było łatwe. Matka zmarła 
mu, kiedy miał siedem lat, a w tym samym roku sam Hoffer nagle i z niewyjaśnionych przyczyn stracił 
wzrok. Aż do momentu odzyskania wzroku, w wieku 15 lat, opiekowała się nim wieśniaczka bawarska. 
To ona nauczyła go, jak ważną rzeczą jest rozmawiać. Napisał o niej: 
"Ta  kobieta  z  pewnością  mnie  kochała,  ponieważ  te  osiem  lat  ślepoty  uważam  za  szczęśliwe. 
Pamiętam, że dużo rozmawialiśmy ze sobą i śmialiśmy się. Musiałem dużo mówić, bo Martha ciągle 
powtarzała: Pamiętam, jak mówiłeś... Ona rzeczywiście pamiętała wszystko, co powiedziałem i dlatego 
przez  całe  życie  mam  wrażenie,  że  wszystko,  o  czym  myślę  i  wszystko,  co  mówię  warte  jest 
wysłuchania i zapamiętania. To ona dała mi to poczucie". 
Oczywiście,  rozmowa  niekoniecznie  prowadzi  do  zbliżenia.  Istnieją  przecież  różne  rodzaje  rozmów, 
zwykła wymiana słów między ludźmi nie gwarantuje zażyłości. Niemniej jednak, zażyłość nie jest w 
ogóle możliwa bez rozmawiania. Aby poznać i kochać, należy przez długie lata regularnie rozmawiać. 
Wydaje  się  to  oczywiste,  ale  przecież  tak  wiele  kontaktów  towarzyskich  psuje  się  z  powodu 
zaniechania rozmów. Wobec tego zasadą numer trzy będzie: 

REZERWUJ SOBIE CZAS NA ROZMOWY 

Od ponad 10 lat w każdy  czwartek Stan i  Richard grywali w golfa. Są oni  zupełnie różnymi typami 
ludzi.  Stan  ma  mały  warsztat  naprawy  telewizorów,  a  Richard  jest  aktorem  reklamowym.  Ale 
popołudnia  na  polu  golfowym  są  dla  nich  obu  ważnym  rytuałem  i  żaden  z  nich,  o  ile  gdzieś  nie 
wyjeżdża, nie próbuje nawet w najmniejszym stopniu podważać tego zwyczaju. 
"Robimy to dla zachowania sprawności fizycznej i jednocześnie traktujemy jako okazję do wyjścia z 
domu - mówi Stan. Jednak najważniejszym powodem, o którym obaj wiemy, jest to, że mamy wtedy 
okazję porozmawiać. Po prostu potrzebujemy spotykać się raz w tygodniu". 

Plan rozmowy 

Charlie  Shedd  napisał  więcej  i  mądrzej  na  temat  małżeństwa,  niż  ktokolwiek  inny.  On  ma  prawo 
mówić na ten temat. Wychował pięcioro dzieci, a razem z Martą stworzyli jedno z najwspanialszych 
małżeństw  w  Ameryce.  W  jednej  ze  swych  książek  Shedd  mówi  o  tym,  że  zawarł  z  żoną  dwa 
porozumienia, dzięki którym ich stosunek wzajemny miał szansę dobrze się układać: raz w tygodniu 
wspólny samotny posiłek i 15 minut codziennego wnikania w głąb siebie. 
Pierwsze dotyczy posiłku spędzonego tylko we dwoje, bez gości, bez rozrywek. "To może być lunch - 
wyjaśnia Charlie - ale gdziekolwiek i kiedykolwiek byśmy byli, opieramy łokcie na stole i spoglądamy 
sobie głęboko w oczy. Zaglądamy do wnętrza naszych dusz". 
Drugie  porozumienie  -  codzienne  piętnastominutowe  wnikanie  w  głąb  nie  jest  przeznaczone  na 
dyskutowanie  o  rachunkach  albo  o  problemach  dzieci  lub  na  planowanie  pikniku.  Tematem  tej 
rozmowy jest: "Co się dzieje tam, wewnątrz Marty i Charliego?" 
Inna  para,  którą  znam,  opowiada  o  ich  "koncepcji  małżeństwa  przy  filiżance  kawy".  Kiedy  zjedzą 
obiad,  a  naczynia  znajdą  się  w  zlewozmywaku,  nalewają  sobie  jeszcze  po  jednej  filiżance  kawy  i 
opowiadają sobie o swoim dniu. Rąbka tajemnicy owej filiżanki kawy uchyla mąż: "Sądzę, że gdybym 
kiedyś do końca zrozumiał moj ą żonę, nasze życie stałoby się mniej interesujące. Ona jednak nigdy 
nie straciła dla mnie swego rodzaju  tajemniczości i  dlatego zawsze niecierpliwie wyczekuję naszych 
wieczornych rozmów, ponieważ wiem, że za każdym razem dowiem się o niej czegoś nowego". 
Kolejna para małżeńska utrzymuje, że muszą chodzić do pobliskiej kawiarenki, aby tam porozmawiać 
o poważnych sprawach. W domu łatwo jest opuścić ręce i zająć się bielizną albo oglądaniem zawsze 
obecnego telewizora w czasie, gdy partner do ciebie mówi. Spróbuj zaprosić małżonka na kawę, usiąść 
naprzeciw  niego,  wziąć  go  za  ręce,  a  zobaczysz,  co  to  znaczy  niczym  nie  zajęta  uwaga  podczas 
rozmowy. 
Faktem jest, że dobra i bogata konwersacja jest możliwa wtedy, kiedy jej naprawdę chcemy. 

background image

Jak rozmawiać z dziećmi 
Również w przypadku dzieci, ważne jest, by znaleźć czas na rozmowę. W książce pt.: "Obietnice dla 
Piotra" Charlie Shedd pisze o innym sekrecie, którego treść może pomóc Ci w domu. Kiedy jego dzieci 
dorastały, miał zwyczaj każde z osobna zabierać raz w miesiącu na obiad do miasta. Zazwyczaj dzieci 
wybierały  restaurację.  A  po  rozmowie  wchodzili  do  pewnego  sklepu  i  kupowali  coś  taniego  za  50 
centów.  Shedd  mówi,  że  nawet  wtedy,  gdy  dzieci  osiągają  swój  "wiek  jaskiniowy"  (okres  wczesnej 
dorosłości,  w  którym  przestają  rozmawiać  z  rodzicami,  mieszkają  w  czymś,  co  ledwie  przypomina 
pokój, eta), mimo wszystko znajdują zadowolenie w takich jak ich, rozmowach. "Czasami, dla żartu, 
mówiłem  do  jednego  z  mieszkańców  jaskini:  Dzisiaj  wychodzimy!  Wolałbyś  raczej  nie  iść?  Nie 
uwierzycie, ale nigdy nie spotkałem się z odmową". 

Mówienie to wysiłek 
Jednym z powodów, dla których unikamy regularnych rozmów jest fakt, że poważna rozmowa z bliską 
osobą  wymaga  czasem  wiele  wysiłku.  Pewna  matka  opowiedziała  mi  o  tym,  jak  co  wieczór  przed 
położeniem  dzieci  do  łóżek  przez  jakieś  pół  godziny  planują  różne  przyszłe  zadania  lub  dyskutują  o 
tym,  co  się  danego  dnia  wydarzyło  albo  też  matka  daje  dzieciom  reprymendę,  co  zresztą  jest 
najtrudniejsze. "Zupełnie dobrze daję sobie radę z moimi dziećmi, z opowiadaniem bajek, zabawami, 
przygotowywaniem posiłków. Ale siedzenie z nimi i rozmawianie przychodzi mi naprawdę ciężko". 
To  rzeczywiście  może  być  dla  niej  trudne,  ale  dzieci  tej  kobiety  są  szczęśliwe,  że  mają  taką  matkę. 
Jeżeli  więc  jesteśmy  tak  bardzo  zajęci  różnymi  codziennymi  czynnościami,  że  nie  mamy  czasu  na 
rozmowę z dziećmi, to znaczy, że naprawdę jesteśmy ZBYT zajęci. 
Pewnego dnia, Franciszek Ksawery zmęczony swą ciężką pracą misjonarską poszedł do swego pokoju, 
wydając  przedtem  kategoryczne  polecenie,  aby  mu  pod  żadnym  pozorem  nie  przeszkadzano.  Ale 
ledwo drzwi się zamknęły, zaraz znów się otworzyły i Ksawery dodał: "Obudźcie mnie jednak, gdyby 
przyszło któreś dziecko". 
Trzecią zasadą będzie więc: 

Rezerwuj sobie czas na rozmowy 

"Naczelnym obowiązkiem miłości jest słuchać". 

PaulTillich 

O polepszaniu umiejętności prowadzenia rozmowy 

Znałem  kiedyś  kobietę,  która  nienawidziła  przyjęć.  Opowiadała  mi  o  tym  tak:  "Zanim  poszłam  na 
jakieś  spotkanie,  mówiłam  sobie:  postaraj  się  teraz.  Bądź  wesoła.  Wyrażaj  się  błyskotliwie. 
Rozmawiaj. Ale żeby móc podołać temu zadaniu, musiałam sporo pić i w rezultacie wracałam do domu 
załamana. Ja po prostu nie nadawałam się do tego". 
"Ale teraz, zanim pójdę na party - mówi ta sama kobieta - mówię sobie, że mam słuchać z podziwem 
każdego, kto mówi do mnie, że mam starać się poznać mówcę bez stosowania presji mojego własnego 
intelektu;  bez  sprzeciwiania  się,  bez  zmieniania  tematu.  Moją  dewizą  jest  po  prostu:  powiedz  mi 
więcej.  Wtedy  taka  osoba  pokazuje  mi  swoją  duszę.  Początkowo  są  to  bardzo  proste  i  skromne 
rozmowy, jednak wkrótce twój rozmówca zacznie się przed tobą otwierać, pokaże swoje prawdziwe Ja. 
Właśnie wtedy stanie się on, lub ona, wspaniale ożywiony". 
Nie trzeba być psychologiem, żeby o tym wiedzieć. Dzięki takiej postawie kobieta ta jest poszukiwana 
w  towarzystwie  przez  wiele  osób.  Ona  po  prostu  poznała  sztukę  przyciągania  do  siebie  innych  w 
trakcie rozmowy. Czwartą zasadą kultywowania zażyłości jest więc: 
NAUCZ SIĘ SŁUCHAĆ 

background image

Wielu ludzi uważa się za zbyt cichych lub zbyt nerwowych w licznym towarzystwie i w związku z tym 
są pełni obaw, związanych z tym, że nie mają nic ciekawego do powiedzenia. W rzeczywistości jednak 
nie  trzeba  być  dowcipnym  i  gadatliwym,  aby  być  dobrym  rozmówcą.  Zasadniczą  sprawą  jest  tu 
umiejętność słuchania. 
Opiszę teraz prostą zasadę, dzięki której staniecie się interesującymi rozmówcami. Pamiętam jeszcze 
ten  dzień,  kiedy  poszedłem  odwiedzić  Billa  Carrutha,  który  przybył  do  naszego  małego  miasteczka 
teksańskiego,  aby  nauczać  historii.  Człowiek  ten  wspaniale  się  ubierał  i  był  najdowcipniejszym  i 
najbardziej  światowym  człowiekiem,  jakiego  znałem.  Dziwnym  jednak  trafem  zainteresował  się 
cichym i zakłopotanym chłopakiem. 
"Panie Carruth - powiedziałem - chciałbym, aby nauczył mnie pan rozmawiać z innymi ludźmi, tak jak 
pan to robi. Zawsze jest mi trudno wymyśleć coś ciekawego do powiedzenia. Słuchaj - odpowiedział -
sekret bycia interesującym polega na byciu zainteresowanym". 
Ta  prosta  zasada  dobrze  funkcjonuje  już  przez  25  lat  mojego  zajmowania  się  ludźmi  i  mogę  bez 
przesady  dodać,  że  w  moim  przypadku  chodzi  przecież  o  tysiące  ludzi.  Należy  zadawać  pytania,  na 
które rozmówcy będą z chęcią odpowiadać. Należy też zachęcać ludzi do opowiadania o sobie. 

0 terapii słuchania 
Pacjenci  przychodzą  do  przychodni  psychiatrycznych,  bo  wiedzą,  że  tak  niewielu  łudzi  potrafi 
naprawdę słuchać innych. 
Kiedy  pewna  kobieta  opowiadała  znajomym,  że  była  na  seansie  psychiatrycznym,  któraś  z  jej 
uczęszczających do kościoła koleżanek, upomniała ją: "Masz przecież przyjaciół chrześcijan. Dlaczego 
nie  porozmawiasz  z  nimi,  kiedy  masz  kłopoty?  No  właśnie  -  odpowiedziała  -  to  prawdopodobnie 
byłoby  to,  o  co  mi  chodzi,  gdyby  tylko  oni  słuchali  mnie  naprawdę.  Ale  czy  wiesz,  jak  szybko  ci 
znajomi wytrącają mnie z rytmu i zaczynają opowiadać o sobie samych? Trochę mnie krępuje płacenie 
za  to,  ale  gdy  ktoś  poświęca  mi  50  minut  i  autentycznie  uważnie  mnie  słucha  przez  ten  czas,  to  dla 
mnie jest prawdziwym lekarstwem". 

Dlaczego słuchający jest zawsze lubiany 
Ponieważ  tak  niewielu  ludzi  potrafi  uważnie  słuchać  innych,  ci,  którzy  się  tego  nauczą  mają 
zagwarantowane wszystkie przyjaźnie i mogą być pewni zdecydowanego polepszenia swych obecnych 
kontaktów towarzyskich. "Drogą do serca jest ucho" - powiedział kiedyś Wolter. 
Dr Carl Rogers, jeden z najlepszych psychologów amerykańskich mówi, że czasami podczas rozmowy 
z  pacjentem  zauważa  nagle,  że  wokół  oczu  mówiącego  pojawia  się  coś  wilgotnego,  co  zdaje  się 
mówić: "Dzięki Bogu! Nareszcie ktoś mnie słucha!" 
A jak rozmawiał sam Chrystus? Mówi się często, że był On wielkim Nauczycielem i Uzdrowicielem, 
ale przecież Jego doświadczenia z ludźmi wykazują także to, że był On również uważnym Słuchaczem. 
Zadawał  pytania  trędowatym,  rzymskim  oficerom,  ślepcom,  rabinom,  prostytutkom,  rybakom, 
politykom, matkom, zagorzalcom religijnym, inwalidom i prawnikom. 
Ta  Jego  cecha  była  czymś  niezwykłym.  Wielu  tzw.  geniuszów  ma  tylko  wyjściowe  obiegi 
komunikacji; tacy bez przerwy mówią. Jezus pokazał jak należy uruchamiać swego rodzaju "kanały" 
wejściowe. On najpierw słuchał innych. 
Skoro więc jest to tak istotne, pomocne może okazać się zapoznanie się z cechami dobrych słuchaczy. 
1. Dobrzy słuchacze słuchają oczami - Specjaliści od komunikowania się twierdzą, że nawet wtedy, 
kiedy mamy usta zamknięte, możemy mówić. Gdy ktoś do ciebie mówi, odbiera wiele informacji na 
temat  tego,  jak  jesteś  zainteresowany  tym,  co  mówi.  Pamiętaj  więc:  najlepszym  sposobem  na  to,  by 
zostać  interesującym  jest  bycie  zainteresowanym,  a  stopień  twojego  zainteresowania  mierzony  jest 
sposobem "mowy" całego ciała. 
Jednym z najlepszych wskaźników jest kontakt wzrokowy. Jeżeli gapisz się na ściany albo na innych 
ludzi, mówiący do ciebie od razu rozumie, jak mało obchodzi cię to, o czym on mówi. Z drugiej zaś 
strony, jeżeli będziesz patrzył swemu rozmówcy prosto w oczy, zdziwi cię na pewno to, w jak szybkim 
tempie "odbierze" on ten komplement. 

background image

Po  wizycie  Gordona  Gosby,  duchownego  z  Kościoła  Zbawiciela  w  Waszyngtonie,  ktoś  powiedział: 
"Niesamowite jak ten człowiek potrafi słuchać. Gdy do niego mówisz, patrzy ci prosto w oczy. Wydaje 
się,  że  o  niczym  innym  nie  myśli  i  chwyta  każde  wypowiedziane  słowo.  To  schlebia,  gdy  ktoś 
poświęca ci tyle uwagi." 
Wzrok jest jak silny magnes w porozumiewaniu się z innymi. Dr Julius Fast, autor książki pt: "Język 
ciała"  (Body  Language),  badał  gesty  zalotów  i  stwierdził,  że  najlepszym  z  nich  jest  dłuższy  kontakt 
wzrokowy. 
"Jeżeli ktoś pochwyci twoje spojrzenie - mówi dr Fast - dłuższe, niż powiedzmy 2 sekundy, stanie się 
jasne dla niego, że jesteś nim zainteresowany". 
2.  Dobry  słuchacz  oszczędnie  szafuje  radami  -  W  czasie  ciemnych  dni  wojny,  Lincoln  napisał  do 
starego  przyjaciela  i  kolegi,  prawnika,  Lepnarda  Swetta  w  Springfield,  prosząc  go  o  przyjazd  do 
Waszyngtonu. Napisałmu, że ma jakieś kłopoty, o których chciałby z nim porozmawiać. 
Swett  pospieszył  do  Białego  Domu  i  Lincoln  mógł  rozmawiać  ze  swym  przyjacielem  przez  kilka 
godzin  na  temat  proponowanej  proklamacji  zniesienia  niewolnictwa.  Przedyskutował  wszystkie 
argumenty za i przeciw, a potem przeczytał listy i artykuły z prasy, w których jedni potępiali go za to, 
że jeszcze nie uwolnił niewolników, a inni robili to  samo  z obawy, że on tych niewolników uwolni. 
Prowadził  rozmowę  aż  do  późnego  wieczora,  potem  uścisnął  dłoń  swego  przyjaciela  i  odesłał  go  z 
powrotem do Illinois, nie zadając ani jednego pytania w tym względzie. Lincoln cały czas mówił sam. 
Zdawało  się,  że  rozjaśnia  mu  to  umysł.  "Wydawało  mi  się,  że  po  tej  wielogodzinnej  przemowie 
Lincoln  poczuł  się  jakby  lżej"  -  powiedział  potem  Sweet.  On  nie  oczekiwał  porad.  On  po  prostu 
potrzebował przyjacielskiego i uważnego słuchacza, przy którym mógłby zrzucić ciężar z serca. 
Eksperci  w  sprawach  dotyczących  miłości  są  bardzo  ostrożni  w  udzielaniu  porad.  Kiedy  ludzie 
przychodzą do ciebie ze swoimi problemami, może zdawać się, że poszukują rady. Ale często zdarza 
się, że podziękują ci  już za uważne wysłuchanie ich. Dzięki tobie bowiem  wyrzucają z siebie swoje 
problemy na stół między wami i sprawy stają się na tyle jasne, że sami potrafią podjąć własne decyzje. 
W  przypadku  ludzi  młodych  należy  bardzo  uważać  na  to,  by  poprzez  oferowanie  nadmiernej  ilości 
porad nie przerwać rozmowy w ogóle. Philip Wylie, pisarz amerykański, analizując problem konfliktu 
pokoleń mówi: 
"Podstawowe  narzekania  młodych  Amerykanów...  nie  dotyczą  hipokryzji,  kłamstw,  błędów  i 
problemów,  które  odziedziczyli.  Ich  problemem  jest  natomiast  to,  że  nie  mogą,  czy  też  nie  potrafią 
rozmawiać  z  dorosłymi  ...  Dochodzę  do  wniosku,  że  olbrzymia  większość  naszych  dzieci  nigdy  nie 
doznała prawdziwej przyjaźni ze strony choćby jednej dorosłej osoby. Dlaczego? Na to pytanie mamy 
tylko jedną odpowiedź: ich wysiłki zmierzające do dogadania się z nami, niezmiennie i zawsze spełzają 
na niczym". 

3.  Dobry  słuchacz  zawsze  zachowuje  tajemnicę  -  Jedną  z  oznak  pogłębiającej  się  przyjaźni  jest 
powierzanie  Ci  przez  innych  swoich  sekretów.  Krok  po  kroku  odbierasz  cząstki  informacji,  które, 
gdybyś je ujawnił, 
mogłyby  zaszkodzić  twojemu  partnerowi.  Wobec  tego  czeka  on  i  sprawdza,  jak  postępujesz  z  jego 
tajemnicą. Jeżeli "obchodzisz się" właściwie z powierzonym sekretem, oddycha z ulgą i mówi więcej o 
sobie. 
Wobec  tego  naczelną  zasadą  dla  każdego,  kto  pragnie  głębokiej  przyjaźni  jest:  trzymać  język  za 
zębami. Nie ma takiej rzeczy, która by szybciej odpychała innych od nas, jak odkrycie, że ujawniliśmy 
ich sekrety, które nam powierzyli. 
Jeżeli jesteś jak przedziurawiona dętka, inni wkrótce się o tym dowiedzą. Opowiadając innym rzeczy 
powiedziane  tylko  tobie,  od  razu  przyrównujesz  się  do  ludzi  określanych  mianem  konfidentów.  Nie 
trzeba  być  bardzo  inteligentnym,  żeby  dojść  do  wniosku,  że  jeżeli  powtarzasz  swojemu  rozmówcy 
tajemnice innych, to wkrótce i jego sekrety spotka ten sam los. 
Żeby  więc  móc  stać  się  powiernikiem  danej  osoby,  nie  należy  nikomu  mówić,  że  jest  się  już  kimś 
takim  dla  kogoś  innego.  Niektórym  z  nas  przychodzi  to  niełatwo,  ponieważ  nasza  potrzeba  bycia 
aprobowanym popycha nas do pokazania innym, że są ludzie, którzy nam wierzą. Trzeba tutaj jednak 

background image

uważać: szybko może się okazać, że nikt nam nie ufa. 
Pewien mężczyzna wychodził pijany z baru i omal nie przewrócił napotkanego przypadkowo pastora. 
"O, pastorze, przykro mi, że widzi mnie pan w takim stanie. - Hm, nie wiem, dlaczego miałoby być ci 
przykro, że JA widzę cię takiego. W końcu teraz przecież Pan Bóg patrzy na ciebie, nieprawdaż? - Tak, 
odpowiedział pijany - ale On nie jest takim plotkarzem, jak pan, pastorze". 
4.  Dobry  słuchacz  zamyka  pętlę  -  W  książce  pt.:  "Miraże  małżeństwa"  (Mirrages  of  Marriage), 
Lederer  i  Jackson  proponują  ćwiczenie,  dzięki  któremu  zdobędziesz  przyjaciół  i  polepszysz  swoje 
isniejące już relacje z innymi. Ma ono na celu pomóc ludziom uzupełniać pętlę porozumienia. 
Oto przykład nie zamkniętej pętli: małżonkowie jadą samochodem wzdłuż plaży. Ona mówi: 
"Jaki piękny zachód słońca". Odpowiedź męża? Cisza. Absolutna cisza. Co to może dla niej oznaczać? 
Cisza  w  takim  przypadku  może  zadziałać  jak  negatywne  sprzężenie  zwrotne.  Tak  jak  uszkodzona 
aparatura pokładowa rakiety kosmicznej, która mówi ci, że coś nie jest w porządku, ale w żaden sposób 
nie określi dokładnie co. 
Trzeba więc posiąść zwyczaj uzupełniania pętli. Lederer i Jackson nakreślają trzy podstawowe stopnie 
tego ćwiczenia: 
1. Osoba A wypowiada coś. 
2. Osoba B odbiera wiadomość. 
3. Osoba A potwierdza odbiór informacji. 
Na przykład: 
- Mary: Czy odebrałeś rzeczy z pralni? 
- Dick: Nie, nie odebrałem. Nie miałem gdzie zaparkować. 
- Mary: Być może ja będę mogła zrobić to jutro. 
Albo inny przykład: 
- Joan: Wpadłam dzisiaj do Boba Bartleta. 
- Gail: Co u niego słychać? 
- Joan: Zdaje się, że wszystko w porządku. 
Uważne  słuchanie  kogoś  jest  najlepszym  komplementem.  Pokazujesz  wtedy,  że  cenisz  to,  co  myśli 
twój rozmówca. 
Pewna  młoda  kobieta  została  zaproszona  na  kolację  przez  Williama  E.  Gladstone'a,  znanego 
angielskiego  męża  stanu,  a  następnego  wieczora  przez  Benjamina  Disraeli,  równie  znanego 
przeciwnika  Gladstone'a.  Zapytana  później,  jakie  wrażenie  wywarli  na  niej  ci  dwaj  panowie, 
odpowiedziała z rozmysłem: "Po kolacji u pana Gladstone'a sądziłam, że jest on najinteligentniejszym 
człowiekiem  w  Anglii.  Lecz  po  kolacji  z  panem  Disraeli,  doszłam  do  wniosku,  że  to  ja  jestem 
najinteligentniejszą kobietą w tym kraju". 
5. Dobry słuchacz okazuje wdzięczność, gdy ktoś  mu się zwierza  - Prawie zawsze,  gdy ludzie się 
zwierzają,  mają  obawy,  czy  nie  powiedzieli  zbyt  wiele.  Obserwują  rozmówcę,  aby  spostrzec,  czy 
partner nie unosi brwi lub czy nie przestaje wierzyć. 
Ważne,  wobec  tego,  jest  rozwianie  tych  wątpliwości.  Obserwując  ludzi,  którzy  się  przede  mną 
otwierają,  czuję  się  bliższy  dla  nich  i  zadowolony,  że  mi  zaufali  i  powierzyli  swoje  najskrytsze 
tajemnice. Zawsze staram się wtedy dziękować im. Mówię, że miło mi, iż to, co mówią nie pomniejsza 
mojej opinii o nich. 
Jest  wielkim  zaszczytem  posiadać  informacje,  które  mogą  -  gdyby  je  ujawnić  -  zaszkodzić  danej 
osobie.  Jest  to  zaszczytem  dlatego,  że  twój  rozmówca  wziął  pod  uwagę  ryzyko  jeszcze  przed 
wyjawieniem  swoich  sekretów.  Gdy  zatem  okażesz  otwarcie  wdzięczność,  otworzysz  tym  samym 
drzwi do większej intymności. 
Zapamiętaj czwartą zasadę: 

Naucz się słuchać 

"Zawsze żal mi było ludzi, którzy obawiają się uczuć, 

sentymentalności, którzy nie potrafią płakać z całego serca. 

background image

Ci, którzy nie wiedzą jak płakać, 

nie wiedzą też jak się śmiać". 

Golda Meir 

Gdy łzy są darem Boga... 

Pewien  zrzędliwy  przedsiębiorca  budowlany  opowiadał  mi:  "Wszędzie  słyszę,  że  porozumienie  jest 
sekretem  dobrego  małżeństwa,  ale  kiedy  przyjdzie  co  do  czego,  to  nie  wiem  o  czym  rozmawiać  z 
kobietą,  z  którą  przeżyłem  29  lat?  Wiem,  o  czym  ona  myśli  i  znam  jej  zdanie  prawie  o  wszystkim. 
Znamy  swoje  poglądy  polityczne,  słyszała  moje  opowieści  już  setki  razy.  Kiedy  więc  wracam 
wieczorem do domu zastanawiamy się wspólnie, co zjeść na kolację i na tym koniec". 
Jeżeli w małżeństwie ograniczycie rozmowy do takich faktów, jakie opisałem powyżej, to rzeczywiście 
będzie źle. Ale kiedy spróbujecie rozmawiać o uczuciach, zawsze znajdzie się temat, ponieważ każdy z 
nas  ma  setki  różnych  odczuć  w  ciągu  dnia.  Świat  uczuć  jest  czymś  zmiennym,  ma  różne  oblicza, 
prawdziwa zażyłość jest właśnie spotkaniem dla poruszenia tematu uczuć. 
Rozmowy  można  ogólnie  podzielić  na  trzy  kategorie:  mogą  dotyczyć  faktów,  opinii  i  uczuć. 
Oczywiście każda rozmowa zawiera w sobie wszystkie te trzy elementy. Można jednak "zmierzyć", jak 
bliscy są sobie ludzie, obserwując jak temat rozmowy przenosi się stopniowo z faktów poprzez opinie 
do uczuć. Ludzie, którzy dopiero co poznali się ze sobą, najczęściej ograniczają rozmowę do faktów. 
Potem,  gdy  zaczynają  już  sobie  ufać,  przechodzą  do  opinii.  W  końcu  stają  się  przyjaciółmi  i  na 
pierwszy plan wychodzą uczucia. 
Oto jak trzema sposobami można opowiedzieć koledze z biura o obiedzie: 
a) same fakty: "Jedliśmy dziś z Tomem kanapki Reuben". 
b)  włączając  opinie:  "Rozmawialiśmy  dzisiaj  z  Tomem  podczas  obiadu.  Nie  uważam,  żeby  jego 
pomysł z komputerem był dobry". 
c) włączając uczucia: "Załamałem się po dzisiejszym wspólnym obiedzie z Tomem. Nie podoba mi się 
to, że Tom jest w dobrych stosunkach z szefem, a ja nie". 
Badania wykazują, co nie jest zaskakujące, że młode małżeństwa rozmawiają ponad dwa razy więcej, 
niż małżeństwa wieloletnie. Poza tym treść ich rozmów jest o wiele ważniejsza. Na początku więc są to 
rozmowy,  które  lubiane  są  szczególnie  przez  bliskich  przyjaciół:  "badanie"  i  odkrywanie  przekonań 
oraz uczuć, opowiadanie o tym, co się lubi, a co nie, porównywanie opinii na temat seksu, problemów 
estetycznych i planów na przyszłość. Potem tematy rozmów przenoszą się z wolna na sprawy bardziej 
przyziemne:  decyzje  dotyczące  pieniędzy,  sprawy  związane  z  gospodarstwem  domowym,  problemy 
dotyczące dzieci. Pewna mężatka, która zakochała się w innym mężczyźnie zamyśliła się nad tym, o 
czym rozmawiała ze swoimi dwoma mężczyznami. "W przypadku męża rozmawia się tylko o biurze, o 
dzieciach,  o  kryzysach  w  domu.  Rzadko  mówiłam  wierzę  lub  czuję.  Teraz  uczucia  i  przekonania 
wzrastają  i  mnożą  się.  Jeśli  chodzi  o  tego  drugiego  mężczyznę,  przymusem  wręcz  jest  ujawnianie 
tajemnic, uzewnętrznianie się, mówienie o zwykłych prawdach, które gdzieś tam tkwią we mnie". 
Gdyby małżeństwa zadawały sobie trud niegmatwania i ujawniania uczuć, wspólne wieczory byłyby o 
wiele bardziej ekscytujące. 
Wskazówką numer pięć będzie więc: 
MÓW OTWARCIE O SWYCH UCZUCIACH 

Syndrom "zawsze muszę być silny " 

Dlaczego  tak  rzadko  ujawniamy  nasze  głębokie  i  prawdziwe  uczucia,  nawet  przed  przyjaciółmi? 
Prawdopodobnie istnieje wiele powodów;  jednym  z nich jest z pewnością fakt  zasłyszenia przez nas 
gdzieś kiedyś, że jeżeli ujawnimy nasze potrzeby lub będziemy uczuciowi, ludzie przestaną nas lubić. 
Prawdą  jest  jednak  coś  zupełnie  przeciwnego.  Ludzie  czują  się  bliżsi  tym,  którzy  opowiadają  im  o 
swoich potrzebach. 

background image

Kobieta,  która  niedawno  się  rozwiodła,  mówi,  że  jej  przyjaźnie  jakby  pogłębiły  się  od  momentu 
rozwodu. "Zawsze słyszałam o kłopotach innych ludzi, ale nigdy nie mówiłam o swoich. Teraz mogę 
to  wszystko  z  siebie  wyrzucić.  Pewnego  dnia  któraś  z  przyjaciółek  powiedziała  mi:  Zawsze 
podziwiałam twój charakter superkobiety. Teraz zaś wydajesz się być bardziej otwarta, cieplejsza." 
Czasami  rozwijamy  w  sobie  zwyczaj  noszenia  maski  emocjonalnej,  który  jest  wynikiem 
wcześniejszych  złych  doświadczeń.  Oto,  na  przykład,  piękna  młoda  kobieta,  która  nie  jest  w  stanie 
pokochać mężczyzny. Zachowuje się z rezerwą i jest jakby oderwana od rzeczywistości. W rezultacie 
wszyscy  mężczyźni  zniechęcają  się  i  odchodzą. Podczas  naszych  spotkań  staramy  się  wydobyć  z  jej 
pamięci coś, co było źródłem tej swoistej "polityki" emocjonalnej. Wreszcie jest! Gdy była dziewczyn-
ką, miała bardzo dużo włosów na całym ciele. Pewnego dnia, gdy kilkoro dzieci z sąsiedztwa przyszło 
popływać, wraz z jej siostrami nazwały ją "wiecha". 
"Zaczęłam  płakać  -  opowiadała  -  i  bardzo  się  tego  płaczu  wstydziłam.  Pobiegłam  więc  do  garażu  i 
zamknęłam za sobą drzwi. Pochlipywałam pewnie z pół godziny i tam właśnie postanowiłam, że już 
nigdy nikomu nie pozwolę się tak zranić". 
Jej tragedia polega na tym, że biorąc sobie tak bardzo do serca tamte słowa, nie tylko nie pozwalała się 
ponownie zranić w podobny sposób, ale też nie pozwalała się kochać. 
Przemawiając  na  konferencji  w  Beverly  Wilshire  Hotel,  dr  Roy  Menninger,  prezes  Fundacji 
Menningera  w  Topeka  w  stanie  Kansas,  wyjaśnił,  że  mężczyźni  są  bardziej  skłonni  niż  kobiety  do 
"zdobywania", jak to nazwał, syndromu: "zawsze muszę być silny". "Mężczyzna - mówił Menninger - 
widzi siebie jako swoistą, bardzo silną maszynę, a nie jako system ludzkich potrzeb". 
Wiara  w  siebie  jest  cenną  cechą  charakteru  i  jest  zarazem  głęboko  wpleciona  w  zjawisko  nazywane 
"amerykańskim snem" (American dream). Lecz można ją doprowadzić do takiego stopnia, że człowiek 
nie tylko staje się silny, ale i twardy. Ta cecha może się zmienić w stoicyzm i spowodować, że ludzie 
staną się odizolowani,  aroganccy, że zaczną uciekać od przyjaznych stosunków z innymi, jakby  byli 
dziećmi słabości i zależności. 
Większość z nas uczono w dzieciństwie, że nie należy nosić naszych uczuć na ramieniu oraz że należy 
zawsze  trzymać  głowę  wysoko  uniesioną.  Pewnego  razu  miałem  do  czynienia  z  pacjentem,  który 
nauczył się tej lekcji zbyt dobrze i doprowadziło go to do samobójstwa. Był w mojej poradni tylko dwa 
razy i wiele razy plułem sobie potem w brodę, że nie wyczułem, jak bardzo cierpi. Właściwie niewiele 
mogło na to wskazywać. Miał wkrótce skończyć "cum laude" pewien elitarny college, był mężczyzną 
wysokim, przystojnym, wesołym. Rodzina hojnie łożyła na jego edukację. Miał też kilka propozycji z 
innych uczelni. 
Dylemat, który go męczył, jest dobrym komentarzem dotyczącym współczesnego podejścia do seksu, 
jak  również  do  problemu  tak  zwanej  siły  charakteru.  Kobieta,  z  którą  sypiał  przez  kilka  miesięcy, 
zainteresowała się jego najlepszym  przyjacielem i  utrzymywała stosunki  płciowe także z nim.  Z jego 
relacji  wynikało,  że  problem  nie  polegał  na  "menage  atrois".  W  jego  odczuciu  dojrzały  i  wytworny 
mężczyzna  powinien  sobie  dobrze  poradzić  z  taką  sytuacją.  Dziwił  się  więc  sobie,  dlaczego  jest 
zazdrosny i zdenerwowany. 
Wewnątrz skręcał się z bólu i wściekłości, a mimo to czuł się zobowiązany zachować twarz i pozostać 
wesołym  w  stosunku  do  swoich  przyjaciół  oraz  do  owej  młodej  kobiety;  to  znaczy  powinien 
zachowywać  się  tak,  jakby  się  nic  nie  działo.  To  było  jednak  zbyt  wiele  dla  jego  duszy.  Pewnego 
wieczoru pożyczył od znajomego samochód, pojechał na parking, włożył sobie lufę pistoletu w usta i 
wypalił. Chociaż miało to miejsce już wiele lat temu, często wspominam tamtego młodego człowieka. 
Jego przyjaciółka razem z kilkoma znajomymi zatelefonowali do mnie w dniu samobójstwa i kilka razy 
umawialiśmy się na spotkania. Oprócz wielu innych rzeczy, mówili niemal ze złością: "Gdyby tylko 
powiedział nam, co czuje!" 
Czy jest sens cierpieć w samotności? Nie. Jeżeli Jezus otwarcie płakał, a Abraham Lincoln często miał 
łzy  w  oczach,  dlaczego  my  mielibyśmy  zachowywać  nasze  emocje  tylko  i  wyłącznie  dla  siebie 
samych?  Nie  okazując  innym  swego  bólu  wcale  nie  jest  się  w  stosunku  do  nich  miłosiernym.  W 
powieści  pt.:  "Oliver  Twist"  Charles  Dickens  umieścił  postać  pana  Bumble,  który  mówi:  "Płacz 
otwiera płuca, obmywa oblicze, ćwiczy oczy i zmiękcza usposobienie więc płaczcie!" 

background image

Teraz W. Kinney, psychiatra kalifornijski, twierdzi, że mężczyzn alkoholików jest trzy razy więcej niż 
kobiet, a to dlatego, iż nie potrafią tak spontanicznie płakać. Gdy są małymi chłopcami mówi się im, 
żeby otarli łzy i zachowywali się jak mali mężczyźni. W konsekwencji szukają wsparcia w alkoholu. 
Kilka głębszych pozwala im na tyle "rozluźnić się", że mogą wtedy wyrazić swoją złość lub smutek. 
Łzy  są  wielkim  darem  Boga,  zaworem  bezpieczeństwa  dla  naszego  organizmu  i  nie  ma  powodu 
wstydzić się płaczu. 

Łzy drogą do zbliżenia 
Płacz  nie  musi  wcale  być  oznaką  słabości,  ani  też  sposobem  narzucania  czegokolwiek  świadkowi 
tegoż. Przeciwnie płacz jest swego rodzaju uhonorowaniem osoby, która go widzi. Łzy mogą popłynąć 
w chwilach radości lub nagłej ulgi. Ponadto mogą one być drogą do zbliżenia z kimś. Agnes Turnball 
opowiada o swym podnieceniu, gdy wręczano jej honorowy stopień naukowy: "Kiedy stałam, czekając 
na tę chwilę, łzy popłynęły po policzkach mego męża. Nigdy nie pomyślałam nawet, że może to dla 
niego  znaczyć  tak  wiele,  żeby  aż  płakał!"  Dzięki  temu  otwartemu  wyrażeniu  emocji,  ich  związek 
zyskał więcej niż dzięki jakiejkolwiek kombinacji słów. 
Poeta  Robert  Herrick  nazywa  łzy  "szlachetnym  językiem  oczu".  Skoro  eksperci  twierdzą,  że  w 
większości porozumiewamy się bez słów, to łzy, jeżeli płyną szczerze, mogą być sposobem zbliżenia. 
Moja  żona,  która  posiada  nieprzeciętny  zakres  różnych  uczuć,  zawsze  płacze,  kiedy  słyszy  jakieś 
wstrząsające,  ale  dobre  wiadomości.  Kiedy,  na  przykład,  wchodząc  w  drzwi  mówię,  że  jakieś 
czasopismo  zamówiło u mnie artykuł,  ona zarzuca mi ręce na szyję i  płacze. Albo kiedy pochylamy 
głowy  w  modlitwie,  a  nasza  dziewięcioletnia  córeczka  dziękuje  Bogu  za  swojego  braciszka,  mamę, 
tatusia,  ukochanego  psa  i  hamburgery,  wiem,  że  moja  żona  uniesie  głowę,  a  w  oczach  jej  pojawi  się 
błysk  łez.  Czy  ta  skłonność  do  łez  oznacza  jej  słabość?  Zupełnie  przeciwnie!  Ona  jest  najsilniejszą 
kobietą spośród wszystkich, jakie znam. Płacząc, pozwala mi głębiej zajrzeć w swoje serce. 

Dwa magiczne słowa: "Potrzebuję cię " 
Naczelną  zasadą  wobec  tego  jest:  nie  ukrywaj,  że  jesteś  w  potrzebie.  Trudno  jest  oprzeć  się  osobie, 
która  pokazuje  nam  swe  słabe  strony  i  mówi:  "potrzebuję  cię".  "Czy  wie  pan,  kiedy  poczułam  się 
najbliżej  mojego męża? -  spytała mnie pewna  czarnooka i  pewna siebie  kobieta  -To było  wtedy,  gdy 
odkryłam, że mój mąż boi się niedźwiedzi!" Jej mąż jest pilotem, człowiekiem silnym i pewnym siebie, 
a ona do tamtej pory nie wiedziała, że może on się czegokolwiek bać. Gdy jednak ukazał swoje słabe 
punkty, jeszcze bardziej go pokochała. 
Myśląc o mojej głębokiej przyjaźni z Markiem Svenssonem, zdaję sobie sprawę z tego, że wielka siła 
tej  przyjaźni  powstała  dzięki  cierpieniom  przeżywanym  przez  każdego  z  nas  w  obecności  drugiego. 
Często telefonowaliśmy do siebie, mówiąc: "Czy mógłbym wpaść do ciebie i porozmawiać? Stało się 
coś, co zupełnie wytrąciło mnie z równowagi i potrzebuję cię". 
"Potrzebuję cię". To wspaniałe słowa. Wszyscy przecież pragniemy, żeby ktoś nas potrzebował. Kiedy 
więc nauczysz się wypowiadać je w chwilach potrzeby, drzwi mocno zamknięte przed innymi, przed 
tobą  szeroko  się  otworzą.  Widziałem  wielu  mężczyzn,  którzy  przyciągali  do  siebie  kobiety  właśnie 
dzięki  temu.  Kobiety,  oczywiście,  nie  poszukują  mężczyzn  o  słabym  charakterze,  ale  chcą  takich, 
którzy będą ich potrzebować. 
Dyskutujemy tutaj na temat bardzo starej zasady dotyczącej kontaktów międzyludzkich: "Jeżeli chcesz, 
żeby obca ci osoba stała się twoim przyjacielem, zwróć się do niej z jakąś prośbą". Kiedy apelujemy do 
naturalnej  ludzkiej  uprzejmości,  przyciągamy  ludzi  do  siebie.  Być  może  jest  tak  dlatego,  iż  więcej 
satysfakcji znajdujemy w tym, że możemy być pomocni niż w tym, że ktoś może nam pomóc. 

Wspólne cierpienie 
Jesienią 1974 roku lekarze w National Naval Medical Center w Bethesada w stanie Maryland wykryli, 
że  Betty  Ford  ma  raka  piersi.  Przez  cały  dzień  wypełniała  normalnie  obowiązki  pierwszej  damy  w 
kraju, a o godzinie 17.55 samochód zajechał pod szpital w Bethesada. Ówczesny prezydent Ford mówi, 
że nigdy nie czuł się tak samotny, jak tamtego wieczoru, kiedy wracał sam do mieszkania w Białym 

background image

Domu.  "Był  bardziej  zdenerwowany  niż  ja  -  powiedziała  potem  Betty  Ford.  -  Wydaje  mi  się,  że  ja 
podeszłam do sprawy bardziej na zasadzie stało się. Uważałam, że jest to jeden z wielu oczekujących 
mnie jeszcze kryzysów i byłam pewna, że on także minie". 
Pięć dni po operacji pani Ford przeżyła opóźnioną reakcję - ataki płaczu. Lekarz zapewniał ją, że jest to 
normalna  reakcja  pooperacyjna  i  zachęcał,  aby  płakała,  ile  tylko  chce.  Jej  umysł  był  jednak 
zaprzątnięty  pytaniem,  kiedy  będzie  mogła  wrócić  do  męża  i  kiedy  będzie  mogła  znowu  zacząć 
normalnie funkcjonować. Pierwszego dnia była w stanie unieść prawą ręką filiżankę kawy i była tym 
wręcz  zachwycona.  Po  tygodniu  od  momentu  operacji  czuła  się  na  tyle  silna,  że  wyszła  do  windy 
spotkać się z mężem. Cztery dni po powrocie do domu oboje uroczyście obchodzili dwudziestą szóstą 
rocznicę ślubu. Oto, co pani Ford o tym napisała: 
"To była wspaniała rocznica. Cudownie było być znów zdrową i w domu. Nie odniosłam żadnych ran 
psychicznych ani nie czułam się beznadziejnie okaleczona. W końcu Jerry i ja jesteśmy małżeństwem 
od wielu lat, a nasza miłość jest wypróbowana. Nie miałam powodu, aby wątpić w męża. Gdyby on 
stracił nogę, również nie pozostawiłabym go. Byłam też pewna, że i on mnie nie opuści tylko dlatego, 
że miałam to nieszczęście być dotkniętą mastektomią". 
Pani Ford otrzymała kilkanaście listów od kobiet, które pisały, że nie mogły na siebie patrzeć po takiej 
operacji;  ona  jednak  była  ciekawa  efektu  już  w  momencie,  gdy  lekarz  zaczął  zmieniać  jej  ubranie. 
Przejmowała  się  tylko  tym,  czy  będzie  mogła  zakładać  tak,  jak  dawniej  swoją  nocną  bieliznę.  "Jerry 
powiedział, że jestem głupia. - Jeżeli nie możesz mieć dekoltu z przodu, noś koszule z dekoltem z tyłu 
- powiedział". 
Ich  wspólne  cierpienie,  oczywiście,  zbliżyło  ich  jeszcze  bardziej.  Szwedzi  mają  takie  powiedzenie: 
"Dzielić się radością, to dwa razy tyle radości, dzielić się smutkiem, to połowa smutku". 

Czytanie w myślach innych ludzi jest niemożliwe 
Znałem pewnego mężczyznę, którego małżeństwo miało kłopoty. Przychodząc co tydzień na spotkania 
grupy terapeutycznej, opowiadał nam, czego oczekuje od życia, mówił o wojnie, jaka panowała w jego 
domu. Członkowie grupy zauważyli od razu, że nam mówił o swoich potrzebach, ale nigdy nie mówił 
o nich swojej żonie. Pewnego razu zmarł jego najbliższy przyjaciel. "Stanąłem przy trumnie ostatni  - 
mówił  -Ostatni  rzuciłem  garść  ziemi  na  trumnę  i  ostatni  wyszedłem  z  cmentarza.  On  był  dla  mnie 
bardzo ważny. Wyobraźcie sobie jednak, że moja żona nawet nie wyraziła chęci, aby pójść ze mną na 
pogrzeb. Potrzebowałem jej wtedy, ale nie było jej ze mną". 
Wszyscy  członkowie  grupy  jednym  głosem  zadali  oczywiste  pytanie:  "Czy  powiedziałeś  żonie,  że 
chciałbyś, aby ona poszła z tobą? - Oczywiście, że nie - odpowiedział. Powinna przecież wiedzieć, że 
będę jej tam potrzebował. Po tylu latach małżeństwa nie muszę jej chyba prosić o takie rzeczy". 
Chcielibyśmy,  żeby  nasi  bliscy  byli  tak  z  nami  "zestrojeni",  by  instynktownie  wyczuwali  takie 
potrzeby . To jednak rzadko się zdarza. Tylko dlatego, że jest się małżeństwem od wielu lat, nie należy 
spodziewać się, że partner potrafi czytać w naszych myślach. W przypadku tego mężczyzny tragedia 
polega na tym, że jego żona nigdy nie będzie w stanie spełniać jego potrzeb, dopóki ich nie pozna. Być 
może z biegiem lat w jakiś sposób już się od siebie oddalili. Kiedyś prawdopodobnie poprosił o pomoc, 
a ona mu odmówiła. Dlatego przestał prosić. Otwarcie mówiąc o swoich potrzebach człowiek naraża 
się oczywiście na pewne ryzyko.  Od czasu do czasu druga osoba nie odpowiada,  ale jest to  smutne, 
kiedy  przestaje  się  wyrażać  swoje  potrzeby  tylko  dlatego,  że  czasem  bywa  się  rozczarowanym  i 
przybiera się postawę rozczarowania na zawsze. 
Zapamiętaj więc zasadę numer pięć: 

Mów otwarcie o swoich uczuciach 

JAK PRZECIWDZIAŁAĆ NEGATYWNYM EMOCJOM 

Część trzecia 

background image

"Gniewajcie się, a nie grzeszcie; 

niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!" 

Ef4,26 

„Miły facet” postawa, która prowadzi donikąd 

Istnieje taki typ człowieka, którym często zajmujemy się w klinikach psychiatrycznych. Na pewno go 
znasz, ponieważ jest on wszędzie. Może nawet być członkiem twojej rodziny. Mam na myśli "miłego 
faceta".  Dużo  się  uśmiecha,  jest  wesoły  w  stosunku  do  każdego,  nigdy  się  nie  złości  ani  nie  kłóci, 
wszystkim  wydaje  się,  że  jest  powszechnie  lubiany  i  można  by  myśleć,  że  ma  przynajmniej  kilkoro 
prawdziwych przyjaciół. Jednak w rzeczywistości  tego typu osoby są skłonne do rozwijania w sobie 
mnóstwa  problemów  natury  psychologicznej.  Co  więcej,  mają  one  tendencje  do  gmatwania  swoich 
kontaktów towarzyskich. 
Może  się  to  wydawać  dziwne,  ponieważ  taki  człowiek  nie  ma  zwykle  wrogów.  Popularność  nie  jest 
jednak równoznaczna z zażyłością, a człowiek sztucznie lubiany przez każdego, rzadko jest kochany 
przez  kogokolwiek.  Na  taki  stan  rzeczy  składa  się  kilka  elementów:  Nigdy  nie  odbiera  się  go  jako 
otwartego. Ludzie zawsze, chronicznie 
wręcz weseli, są "podejrzani". 
 

Taki  człowiek  jest  nieciekawy.  Miło  jest,  gdy  ma  się  go  obok  siebie  raz  czy  dwa,  ale  na  dłuższą 

metę  wolimy  zazwyczaj  ludzi  z  pasjami.  Mogą  oni  nas  czasem  zdenerwować,  ale  nigdy  nie  będą 
nudzili. 
 

Jeżeli  nie  potrafi  okazać  złości,  nie  potrafi  też  okazać  miłości,  nie  pozwala  mu  na  to  jego  ścisła 

kontrola własnych emocji. 
 

Bezwiednie zatruwa swoje stosunki z innymi bierną wrogością. Psychologowie na ogół nie zgadzają 

się ze sobą w wielu kwestiach, ale wskazują nieprawdopodobną zbieżność poglądów, co do tego, że nie 
istnieje ktoś taki, kto nigdy się nie denerwuje; są tylko tacy, którzy tłumią złość. A ukrywanie złości 
"pod  powierzchnią"  może  przecież  prowadzić  do  poważnych  problemów  natury  psychosomatycznej, 
takich  jak:  wrzody,  migreny,  nadwrażliwość,  nadciśnienie;  jak  również  do  kłopotów  czysto 
towarzyskich. 

"Nigdy nie jestem wściekły, jestem tylko zraniony " 
Bierna  wrogość  jest  niebezpiecznym  wężem  w  trawie  przyjaźni.  Oto  przykład.  Janet  i  Monica 
otworzyły boutique. Są przyjaciółkami od lat, a teraz są partnerkami i muszą razem pracować każdego 
dnia.  Sklep  otwierany  jest  o  10  rano,  a  w  tym  tygodniu  Janet  spóźniła  się  już  dwa  razy.  Monica  jest 
podenerwowana, ale nie okazuje tego. Dzisiaj Janet wpada jeszcze później, kiedy Monica zrobiła już 
wszystko  co  trzeba  po  otwarciu  sklepu.  Janet  nie  tłumaczy  się  i  nie  przeprasza,  a  Monica  czuje  się 
urażona. Przez cały ranek pozostaje w magazynie, pracując w ciszy. Robi kwaśną minę i odpowiada na 
pytania Janet półsłówkami i ze zdenerwowaniem. W końcu Janet pyta: "Jesteś wściekła, czy jak? - Kto, 
ja? - Oczywiście, że nie" - odpowiada Monica. 
To  nie  jest  uczciwy  sposób  walki.  Biernie  wrodzy  sobie  ludzie  są  trudniejsi  w  "pożyciu",  niż  tacy, 
którzy  wybuchają  szczerą  i  bezpośrednią  złością.  Dzieje  się  tak  dlatego,  ponieważ  ich  zachowanie 
pokazuje w różny sposób, że czują się zranieni, a jednocześnie zaprzeczają aby cokolwiek było  "nie 
tak". W rezultacie kwas skumulowanej złości zżera przyjaźń. Wiele osób biernie wrogich nie kłamie, 
kiedy mówią, że nie są źli, faktycznie mogą nie odczuwać złości. Ich system kontroli emocji jest tak 
dobrze rozwinięty, że złość jest upychana gdzieś na samym dnie i mogą oni sobie nawet nie zdawać 
sprawy z tego jak bardzo są wściekli. 

Zasada czajnika z gwizdkiem 

Innym destruktywnie działającym rezultatem ukrywania złości jest to, że czasami wybuchamy. Różni 
się  to  jednak  znacznie  od  spontanicznego  wyrażania  złości,  kiedy  ta  się  pojawi.  Gdy  tracimy 

background image

cierpliwość,  jest  to  zazwyczaj  wynikiem  kumulowania  się  złości  przez  długi  czas,  a  to  powolne 
"gotowanie się" wytwarza tak wielkie ciśnienie pary, że kapturek z gwizdkiem spada z czajnika. Kiedy 
tak zwany miły facet wybucha jak wulkan, nikt nie może zrozumieć, co się właściwie stało. W końcu 
jego  złość  opada,  a  on  sam  zaczyna  czuć  się  winnym,  bardzo  wszystkich  przeprasza  i...  wraca  do 
swoich metod postępowania. 

Nadmierna złość uniemożliwia porozumienie 
Gdy  człowiek  biernie  wrogi  wybucha,  jego  złość  jest  niewspółmierna  do  jej  powodu,  ponieważ  w 
rzeczywistości  ów  wybuch  dotyczy  wszystkich  skumulowanych  wcześniej  krzywd.  W  rezultacie 
uniemożliwia on porozumienie się z nim. Keith Miller, współczesny pisarz amerykański, opowiada o 
tym,  jak  pewnego  wieczoru  odezwał  się  uwodzicielskim  głosem  do  żony:  "Kochanie,  czy  jesteś  już 
gotowa iść do łóżka? - Nie - odpowiada. - Chciałabym jeszcze skończyć artykuł, ale ty już idź". 
Wobec  tego,  z  urażoną  dumą,  Keith  poszedł  do  sypialni  i  położył  się  przy  samym  brzegu  łóżka  po 
swojej stronie. Następnego ranka zszedł na dół w kiepskim humorze, a tutaj, jak na złość, tosty były 
przypalone. Nagle coś w nim pękło. Rzucił tostem o ścianę kuchni. 
Żona powiedziała, że jak na przypalone tosty, to ta reakcja nie była na miejscu. Keith odpowiedział: 
"Ależ rzecz nie w przypalonych tostach. Chodzi mi o seks!". 
Innym  niebezpieczeństwem  "połykania"  złości  jest  to.  że  kiedy  wybuchamy,  nasza  złość  jest  często 
kierowana  pod  innym  adresem.  Klasycznym  przykładem  jest  mąż,  który  po  nieudanym  dniu,  będąc 
sfrustrowany  i  poirytowany  sprawami  zawodowymi,  wyładowuje  się  na  rodzinie.  Inni  członkowie 
rodziny  otrzymują  tym  sposobem  "przesyłki"  adresowane  do  kogoś  zupełnie  innego.  Wtedy  cała 
budowla, jaką jest rodzina zaczyna się chwiać. 

Zdrowa złość 
Ponieważ  agresja,  frustracja  i  złość  są  tak  powszechnymi  emocjami,  najlepsze  kontakty  towarzyskie 
mają niejako wbudowaną tolerancję dla tych negatywnych uczuć. Nie znam takich, najbliższych nawet 
kontaktów międzyludzkich bez względu na długość ich trwania, które nie zawierałyby w sobie irytacji i 
wrogości,  oczywiście  od  czasu  do  czasu.  Jeżeli  dwoje  ludzi  wystarczająco  wcześnie  zaakceptuje  w 
przyjaźni uczucia negatywne, będzie to dla nich nieopisaną pomocą. 
W  rzeczywistości  złość  może  być  siłą  pozytywną.  Channing  Pollock  powiedział  kiedyś:  "Ludzie  i 
samochody posuwają się naprzód, dzięki następującym po sobie wybuchom". 
Złość powoduje przedostawanie się adrenaliny do krwiobiegu, a glikogenu do sfatygowanych mięśni 
ożywiając je. Zdarzało się, że oczy Chrystusa błyszczały gniewem. Dr Neil Warren, dziekan Wydziału 
Psychologii  w  Seminarium  Teologicznym  Fullera,  opowiada  o  tym,  jak  wyglądała  jego  młodzieńcza 
edukacja  religijna.  Mówiono  mu,  jak  zresztą  nam  wszystkim,  że  gniew  jest  grzechem.  Jezusa 
przedstawiano  mu  jako  osobę  spokojną,  nie  doznającą  naszych,  ludzkich  emocji.  Lecz  późniejsza 
lektura  Biblii  ujawniła,  że  Jezus  wpadał  czasami  w  gniew,  a  i  sam  Bóg  nie  powstrzymuje  się  przed 
gniewem. Warren zauważa, że w Starym Testamencie słowo "gniew" użyte jest ponad 450 razy (słowo 
"miłość" około 350 razy), a w 375 przypadkach dotyczy ono gniewu Boga. 
Mahatma Gandhi zawsze będzie słynny, dzięki swemu poświęceniu się pacyfizmowi. Zapytany kiedyś 
o  najbardziej  inspirujący  go  moment,  opowiedział  o  pewnym  burzliwym  epizodzie  w  Mritzburgu  w 
Afryce Południowej. 
"Było  to  w  1893  roku,  kiedy  będąc  wojowniczym  młodym  prawnikiem,  podróżowałem  do  Pretorii, 
nieświadom  niepisanego  zakazu  podróżowania  pierv,'szą  klasą  przez  ludzi  kolorowych.  Strażnik 
pociągu  poprosił  mnie,  abym  opuścił  przedział  i  zajął  miejsce  w  wagonie  bagażowym.  Kiedy 
zaprotestowałem,  konstabl  policji  wyrzucił  mój  bagaż  na  peron  i  pociąg  odjechał.  Ruszyłem  więc  w 
stronę  poczekalni,  gdzie  było  mroczno  i  panował  miły  chłód.  Nie  mając  płaszcza,  spędziłem  noc 
skulony w kącie, drżąc ze złości na myśl o zniewadze. Nadszedł ranek i postanowiłem, że będę bronił 
praw swojej rasy, bez względu na ryzyko z tym związane". 

Czytając biografię prezydenta Jeffersona, natknąłem się na słowa, które zdawały się być niewłaściwą 

background image

generalizacją:  "Jefferson,  jak  wszyscy  wielcy  ludzie,  potrafił  bardzo  nienawidzić".  Wojowniczość 
nigdy nie była cechą mojego charakteru, ale im dłużej rozmyślam nad oburzeniem dręczącym takich 
ludzi jak Jefferson i Gandhi, tym więcej mądrości widzę w powyższym stwierdzeniu. Złość może być 
czynnikiem inspirującym. 

Jeżeli sam to robisz, musisz to tez akceptować 
Oczywiście  jest  i  druga  strona  medalu.  Zdrowe  stosunki  pozostają  takimi  nie  tylko  dlatego,  że 
wyrzucamy z siebie uczucia negatywne, wtedy, gdy one nadchodzą, lecz także dlatego, że pozwalamy 
swoim  bliskim  robić  to  samo.  Nasi  przyjaciele  mają  szczęście,  skoro  nie  zawsze  muszą  być 
przyjemnymi  w  towarzystwie  to  znaczy,  że  czasami  mogą  być  nieznośni,  wiedząc,  że  nie  odrzucimy 
ich z tego powodu. 
Łatwiej będzie ci być takim przyjacielem, jeżeli zdasz sobie sprawę z tego, że wybuchy złości twoich 
bliskich  niekoniecznie  muszą  dotyczyć  twojej  osoby.  Mogą  oni  być  po  prostu  w  podłym  nastroju  i 
potrzebować wyrzucić z siebie tę truciznę z twoją pomocą. Sztuka polega jednak na tym, żeby potrafić 
słuchać i nie komentować emocji przyjaciela. 

Jak nie zgadzać się, a jednocześnie rozumieć 
Jednym z najpewniejszych sposobów popsucia kontaktów z drugą osobą  jest używanie zwrotu:  "Nie 
denerwuj się, proszę", który tak często pada w rozmowach. 
Jest  to  chyba  najgorsze,  co  można  powiedzieć  przyjacielowi,  który  ma  kłopoty  emocjonalne.  Zwróć 
uwagę, co się stanie, gdy dokonamy porównania: 
Żona wraca do domu zła jak osa, ponieważ jakiś sprzedawca grubiańsko potraktował ją w sklepie. 
"Nigdy więcej nie pójdę do tamtego sklepu" - mówi, a złość tryska z każdego milimetra jej ciała. 
"Kochanie, nie denerwuj się tak -mówi uspokajająco mąż. - Pamiętaj, że tacy ludzie mało zarabiają, i 
być może ów sprzedawca był zmęczony przy końcu dnia pracy". 
Jaki był rezultat takiego uspokajania żony? Stała się jeszcze bardziej poirytowana, ponieważ wydawało 
jej się, że małżonek trzyma stronę sprzedawcy. 
Mąż  miał  dobre  chęci,  chciał  uspokoić  żonę.  Prawdopodobnie  czuł  też,  że  żona  trochę  przesadzała, 
złoszcząc się w takim stopniu. Ale nie potrafił sobie zdać sprawy z tego, że nie potrzebował się z nią 
zgadzać lub nie. Jej prawdopodobnie nie chodziło o to; ona po prostu  chciała być wysłuchana. Mąż, 
wyrażając opinię o jej uczuciach, jeszcze bardziej ją rozzłościł. Co więcej, nagle stanęła między nimi 
ściana,  ponieważ  ona  poczuła,  że  nie  jest  rozumiana  przez  męża,  co  jest  jednym  z  najbardziej 
bolesnych uczuć. 
Wiadome  jest,  że  ludzie  mają  prawo  być  czasami  w  złym  nastroju.  Jeżeli  więc  kogoś  kochamy,  nie 
powinniśmy nierozważnie skłaniać go do zaniechania swoich negatywnych uczuć. Należy zwyczajnie 
dać mu wolność odczuwania. 
Dr  Edith  Munger,  jedna  z  moich  ulubionych  psychologów,  wie  dużo  o  poradnictwie  małżeńskim  i 
mówi: 
"Problem  leży  częściowo  w  tym,  że  zdaje  nam  się,  iż  musimy  mieć  gotową  odpowiedź  na  każdą 
sprawę poruszoną przez małżonka. W rzeczywistości taki związek nie ma za zadanie rozwiązywania 
problemów 
czy odpowiedzi napytania. Celem najważniejszym powinno być wzajemne zrozumienie, zbliżenie się, 
wspólne doświadczenia. Aby móc porozumiewać się z mężem, nie trzeba mieć gotowych odpowiedzi 
na wszystko. Wystarczy być świadomą jego obecności, czuć go". 

Pozwolić się trochę nienawidzić to też sztuka 
Mówiliśmy do tej pory o cnocie akceptowania uczuć negatywnych naszych bliskich, przejdziemy teraz 
do sprawy o wiele poważniejszej. Co się dzieje, gdy czyjaś złość skierowana jest do ciebie? 
Nie  znam  osoby,  która  lubiłaby  być  celem  czyjejś  złości.  Ale  od  czasu  do  czasu  tak  się  zdarza  i  z 
pewnością  stosunkom  między  dwojgiem  ludzi  wyjdzie  na  dobre  stosować  się  do  pewnych  zasad 
przyjmowania czyjegoś gniewu. Oto kilka sugestii: 

background image

a)  Nie wpadaj w panikę. Niektórzy myślą, że jeżeli znajdują się w centrum czyjegoś gniewu, dobre 
stosunki  muszą  się  skończyć.  Oczywiście,  niekoniecznie  tak  musi  być.  Burze  zdarzają  się  w  każdej 
przyjaźni i jeżeli ma się tego świadomość, nie będzie to takie przerażające. 
b) Nie tłum w sobie własnego gniewu. Nie musisz siedzieć spokojnie, gdy twoja ukochana osoba daje 
upust swej złości. Nie należy ukrywać swoich uczuć. Walter Kerr, krytyk teatralny, często wywoływał 
gniew u swych przyjaciół autorów, którym dawał złe recenzje. "Pozwalałem wściekać się im na mnie 
przez jakiś czas  - mówił.  - Dawałem im pół  roku na wyżycie się, ale  gdy  później jeszcze się dąsali, 
uznawałem, że teraz ja mam prawo być na nich zły". 
c) Me nadawaj swym emocjom cech trwałości. Błędem jest zakładać, że skoro twój przyjaciel dzisiaj 
się  na  ciebie  złości,  także  jutro  będzie  robił  to  samo.  W  rzeczywistości  większość  takich  uczuć  jest 
krótkotrwała. Kobieta mówiąca "Nigdy nie zapomnę, co on mi powiedział" rani tylko samą siebie, bo 
gdy już miną emocje, wypowiadający raniące słowa prawdopodobnie nie będzie już o tym pamiętał. 
d)  Pamiętaj,  że  można  jednocześnie  kochać  i  być  na  kogoś  złym.  Większość  z  nas  doznaje  uczucia 
swego  rodzaju  mieszaniny  miłości  i  gniewu  we  wszystkich  bliskich  kontaktach.  Jeżeli  więc 
przypomnisz sobie o tym, gdy twój partner wpada w gniew, z pewnością będzie ci to pomocne. Jeden z 
popularnych w Stanach autorów, Charlie Shedd przypomina sobie, jak po jednej ze sprzeczek ze swój ą 
żoną zauważył w kuchni kartkę ze słowami: 

"Drogi Charlie, nienawidzę cię. 
Twoja na zawsze Martha". 

Alternatywne metody rozładowania gniewu 
Niektórzy ludzie krzyczą na wszystkich ponieważ słyszeli, że jakiś psycholog powiedział, że wyrażanie 
gniewu jest zdrowe. Nie polecam tego. Wybranie właściwego miejsca dla wyrażenia niezadowolenia 
jest i ostrożnością, i miłosierdziem. Zrezygnowanie w gniewie z przezorności może spowodować, że 
stracimy pracę, albo nawet nastąpi coś gorszego. 
Niektóre  przypadkowe  znajomości  po  prostu  nie  są  warte  wysiłku  utarczki.  Odejdź.  Innym  razem 
możesz rozważyć czas, miejsce i szkody, jakie możesz wyrządzić wyrzuceniem z siebie gniewu. Jeśli 
samoocena  Twojego  przyjaciela  jest  nadwerężona  w  danym  momencie,  albo  jeśli  Twoja  ukochana 
osoba polega teraz przede wszystkim na Tobie w ocenie swojej wartości, musisz się poruszać z wielką 
ostrożnością. 
Jedna z dróg wyjścia: rozładuj gniew z przyjacielem, a nie z tą osobą, która Cię drażni. Jeśli jesteś zły 
jak osa na swojego przełożonego, wybuchnięcie na niego nie jest mądre, ale miejmy nadzieję, że masz 
siostrę, przyjaciela albo małżonka, który pozwoli Ci pozłościć się trochę na szefa. 
Alternatywa numer dwa: daj upust swojej agresji w formie fizycznej. Niektórzy ludzie po prostu mają 
w  sobie  więcej  wrogości  i  agresji  niż  inni  i  ważne  jest,  aby  takie  osoby  miały  więcej  energicznych 
ćwiczeń  -tym  lepszych,  im  więcej  w  nich  rywalizacji.  Tenis,  odbijanie  piłki  rakietką,  strzelanie  z 
torebki, bieganie pomoże Ci poradzić sobie z tym. 
Stary  dowcip.  Zapytano  małżeństwo  z  pięćdziesięcioletnim  stażem  o  tajemnicę  ich  małżeńskiego 
szczęścia. "Żona - wycedził staruszek - i ja zaraz po ślubie zawarliśmy porozumienie. Umowa polegała 
na tym, że kiedy żonę coś dręczy, to ona zbeszta mnie i wyrzuci wszystko z siebie. Jeśli ja jestem na 
nią  o  coś  zły,  to  idę  na  spacer.  Myślę,  że  nasz  sukces  małżeński  można  przypisać  faktowi,  że  dużą 
część życia spędziłem na świeżym powietrzu." 

Niech gniew polepsza wzajemne kontakty 

Jeżeli żadne z partnerów nie wpada w panikę, gdy drugie wybucha złością i jeżeli stosują się do zasad 
czystej  walki,  opisanych  w  niniejszym  rozdziale,  możliwe,  że  ich  przyjaźń  pogłębi  się  po  catharsis 
"wymiany" gniewu. Istnieje poczucie czystości uczuć po takim wyżaleniu się. Często też uczucia stają 
się głębsze i cieplejsze niż przedtem. 
W kilku przypadkach prawdziwa przyjaźń zaczęła się dla mnie właśnie po poważnej konfrontacji. W 
końcu  "obnażaliśmy  się  wewnętrznie"  przed  sobą  do  końca,  przeżywaliśmy  autentyczne  wspólne 
doświadczenia. Kiedy wreszcie problem został rozwiązany, czuliśmy się naprawdę bliscy. 

background image

Kiedy James Thurber pracował dla pisma "New Yorker", na początku obawiał się tego dziwacznego 
wydawcy i założyciela, jakim był Harold Ross. W pierwszym roku Ross dał Thurberowi dwa tygodnie 
urlopu. Thurber spóźnił się do pracy dwa dni, ponieważ szukał zaginionego psa. Oto co powiedział o 
swym pracodawcy: 
Ross unikał mnie przez cały dzień. Był w jednym z tych nastrojów, kiedy żal mu było samego siebie. 
Wreszcie około siódmej wezwał mnie do swojego biura. W jego oczach widać było błyskawice, a w 
głosie dawał się słyszeć grzmot. 
"Rozumiem, że przedłużył pan sobie urlop z powodu zaginięcia psa - mruknął- Wydaje mi się jednak, 
że coś tu nie gra". 
Scena,  która  wówczas  nastąpiła,  była  krótka,  głośna  i  trudna  do  zrozumienia.  Powiedziałem  mu,  co 
może zrobić ze swoim pismem, i że już u niego nie pracuję. Zaproponowałem, że będę z nim walczył 
tam  i  wtedy,  powiedziałem  mu,  że  ma  serce  z  kamienia  i  zasugerowałem,  żeby  lepiej  zawołał  sobie 
kogoś  do  pomocy.  Ross  nienawidził  scen,  przemocy  fizycznej  i  grożenia  nią,  złego  zachowania  i 
nieposłuszeństwa. 
"Kogo  proponuje  mi  pan  wezwać?  -  spytał,  a  grzmot  zniknął  z  jego  głosu.  -Alexandra  Woolcotta!"  -
wrzasnąłem, a on zaczął się śmiać. (A. Woolcott - pisarz amerykański, przyp. tłum.) 
Jego  śmiech  był  wspaniały  i  wypełnił  całe  biuro.  Takim  właśnie  było  moje  pierwsze  z  nim 
doświadczenie. Jego śmiech ostudził powietrze, jak letni deszcz. Godzinę później jedliśmy razem obiad 
u  Tony'ego...,  a  tego  samego  wieczora  miała  swój  początek  nasza  wzajemna  znajomość  pozbawiona 
biurowego makijażu. Był to zarazem początek naszej trwałej i głębokiej przyjaźni. 

"Mądry sercem przyjmie nakazy; upadnie, 

kto wargi ma nierozsądne" 

Przysł 10,8 

Pięć technik złoszczenia się 

Czy możliwa jest czysta walka? Nie tylko możliwa, ale i konieczna w prawdziwej przyjaźni. Oto pięć 
technik czystej walki. 
1. Mów o swoich uczuciach, a nie błędach przyjaciela. - Scott i Gene mieszkają w jednym pokoju w 
akademiku  i  na  ogół  żyje  im  się  zgodnie.  Postanowili  razem  mieszkać,  ponieważ  są  najlepszymi 
przyjaciółmi  i  lubią  swoje  towarzystwo.  Kiedy  jednak  zbliżają  się  egzaminy,  ciśnienie  emocjonalne 
rośnie.  Obaj  stają  się  podatni  na  zdenerwowanie,  a  ich  przyjaźń  wkracza  w  stadium  kłopotów, 
zwłaszcza, gdy ma miejsce taka na przykład rozmowa: 
Gene: Czy ty "musisz budzić cały akademik, kiedy zabierasz się do roboty ? 
Scott: A czy ty myślisz, że ja lubię wstawać o piątej rano, żeby iść pracować w tej śmierdzącej kuchni? 
Szkoda,  że  mój  ojciec  nie  pomaga  mi  przez  cały  rok.  Ty  za  to  jesteś  największym  leniem,  jakiego 
znam. 
Gene:  O,  daj  spokój.  A  kto  uczył  się  do  drugiej  rano?  Zresztą,  czy  ja  o  tym  mówię  ?  Chcę  tylko 
wiedzieć, czy nie potrafisz trochę pomyśleć, kiedy wcześnie wstajesz. 
Scott wolał raczej zamilknąć, niż powiedzieć, co naprawdę czuje; uczynił tak, jak większość z nas, gdy 
się zdenerwujemy. Gdy ktoś nas atakuje, milczenie jest odruchem instynktownym. 
Okazanie  poirytowania,  za  które  uważamy  się  odpowiedzialni,  nie  zapewnia  zabezpieczenia  przed 
gniewem ze strony partnera, ale jest to o wiele lepsze niż milczenie. Gdyby Gene zaczął rozmowę tak: 
"Muszę  ci  powiedzieć,  że  jestem  zły.  Być  może  jestem  w  ogóle  podekscytowany  egzaminami,  ale 
wiedz, że uczyłem się do drugiej nad ranem. Więc kiedy mnie obudziłeś wstając o piątej, wpadłem w 
szewską pasję. Zawsze mnie to denerwuje, gdy sprawiasz wrażenie, jakbyś nie myślał co robisz" 
byłaby to czysta walka. 
Scott mógł się w takiej sytuacji bronić, ale z pewnością nie zrobiłby tego, ponieważ: a) Gene mówił o 

background image

swoich  odczuciach,  a  nie  o  tym,  co  zrobił  Scott  i  b)  próbował  wyjaśnić  stan  swojego  wnętrza, 
dopuszczając możliwość, że w ogóle jest przewrażliwiony. 
Oto jeszcze jedna ilustracja: Jeżeli żona powie do męża: "Zupełnie nie zwracasz na mnie uwagi", to z 
pewnością zadziała to na niego, jak czerwona płachta na byka. Odpowie mniej więcej tak: 
"Co  masz  na  myśli  mówiąc,  że  nie  zwracam  już  na  ciebie  uwagi?  A  co  z  sobotnim  wieczorem? 
Pamiętasz? Czyżby dla ciebie nic nie znaczyło, że wychodzę wcześniej z pracy, żeby zabrać cię na ten, 
hm,  balet,  podczas  gdy  w  robocie  wszystko  wali  mi  się  na  głowę  ?Naprawdę,  Helen,  nie  wiem  już 
czym można cię zadowolić. Czego bym nie zrobił, psioczysz". 
Dlaczego zachowuje się tak brutalnie? Ponieważ został zaatakowany. Wszyscy tak reagujemy, gdy ktoś 
powie: "Ty nigdy..." albo "Ty zawsze...". 
A  jak  żona  mogła  lepiej  powiedzieć  to,  co  chciała?  Mogła  po  prostu  opisać  swoje  uczucia.  Na 
przykład:  "Wiesz,  czuję  się  jakaś  samotna  i  opuszczona  w  ostatnich  dniach".  To  zdanie  mówi 
dokładnie  to  samo,  co:  "Już  nie zwracasz  na  mnie  uwagi".  Ale  uchwyćcie  różnicę:  ona  go  o  nic  nie 
oskarża. Po prostu mówi to, co czuje. 
Można uchronić się przed brutalnością, dopóki uchylamy się przed powiedzeniem: "Denerwujesz mnie, 
gdy ...". Spróbuj  więc wyrażać swe najsilniejsze emocje, ale mów tylko  o nich, a nie o tym, co ktoś 
zrobił: 
"Tom,  jestem  na  ciebie  tak  zła,  że  nie  wiem!  Powiedziałam  ci,  że  potrzebuję  samochód  na  siódmą 
trzydzieści, a już jest prawie ósma. Chłopcze, czy wiesz, co to dla mnie znaczy? Im dłużej cię nie było, 
tym bardziej gotowało się we mnie!" 
Jednocześnie  odrobina  nieszczerości  też  nie  zaszkodzi.  Kobieta  mówiąca  do  męża:  "Postępujesz 
nieładnie,  wstając  od  stołu  po  obiedzie  i  maszerując  prosto  do  telewizora"  z  pewnością  nie  poprawi 
swoich stosunków z mężem.  Tę samą myśl  mogłaby  przecież wyrazić tak:  "Brakuje mi ciebie, kiedy 
robię po obiedzie porządek na stole. Bardzo chciałabym, abyś towarzyszył mi aż skończę". Niewielu 
jest mężów, którzy na taką prośbę odpowiedzą "nie". 
2.  Mów  tylko  na  jeden  temat-  Szybko  nauczymy  się,  jak  rozwiązywać  konflikty  interpersonalne 
stosując  zasadę  obowiązującą  w  sądownictwie:  zajmujmy  się  w  każdej  sprawie  tylko  jednym 
przestępstwem. Jeżeli już zwracasz się z jakimiś uwagami do przyjaciela, sprawa powinna być zawarta 
w jednym zdaniu, na przykład: "Przeszkadza mi, że kiedy skończymy obiad siadasz tam i dłubiesz w 
zębach". 
Trudno jest załatwić jakiś problem za jednym zamachem bez przypominania starych urazów. Dlatego 
należy rozwiązywać konflikty wtedy, gdy powstają i nie przechowywać w sobie starej złości. 
3. Pozwól przyjacielowi odpowiadać- Jeden z moich pacjentów opowiadał mi, z widoczną zazdrością, 
o kłótni, którą widział w domu swoich przyjaciół. Natrafił akurat na poważny konflikt pomiędzy matką 
a  jej  kilkunastoletnią  córką.  Obie  krzyczały  na  siebie  tak  głośno,  że  gość  wszedł  i  wyszedł  nie 
zauważony. 
Wpadł  później,  żeby  zobaczyć,  czy  już  jest  po  wszystkim.  "Wspaniale  walczyłyście  -  powiedział.  - 
Żałuję, że moja matka tak ze mną nie walczy. Zamiast tego wpada do mojego pokoju, krzyczy na mnie 
i wypada z pokoju trzaskając drzwiami, zanim ja zdążę cokolwiek powiedzieć". 
Ludzie, którzy wychodzą w czasie kłótni nie grają fair. Jeżeli jesteś zły na swojego przyjaciela, masz 
prawo  to  wyrazić,  ale  masz  też  obowiązek  pozwolić  jemu  zabrać  głos.  Wtedy  istnieje  możliwość 
pozytywnego załatwienia sprawy lub kompromisu. Ale nigdy nie mów zbyt długo, żeby twój przyjaciel 
też mógł zacząć i nie używaj takich znaków przestankowych, jak trzaskanie drzwiami. 
4.  Pamiętaj,  aby  dążyć  do  rozładowania  się,  nie  do  walki  -  Można  uniknąć  wielu  dni  dąsów  po 
stoczonej  walce,  ale  pod  warunkiem,  że  nie  wyraża  się  swojego  gniewu  dla  odniesienia  zwycięstwa 
lecz  dla  wyrzucenia  go  z  siebie.  Wielu  ludzi,  mając  jeszcze  resztki  starych  urazów,  mówi  często: 
"Dlaczego miałbym mówić memu ojcu o mojej złości? On i tak się nie zmieni i nic na to nie można 
poradzić". 
Rzecz  jednak  w  tym,  żeby  pokazywać  swoje  negatywne  uczucia  bliskim  osobom  nie  po  to,  żeby  się 
poddali lecz po to, żeby się ich pozbyć. Zbyt wiele par małżeńskich uważa, że jeżeli między nimi ma 
miejsce kłótnia, to zawsze ktoś musi przepraszać. Przeprosiny są czasami na miejscu, a czasami nie. W 

background image

większości  przypadków  kłótnia  jest  wentylem  bezpieczeństwa  dla  emocji  i  małżeństwo  dalej  żyje 
zgodnie. Nikt nie musi zwyciężać! 
5. Należy równoważyć krytycyzm uczuciem - Kilka lat temu mój przyjaciel Mark Svensson rzucił mi 
w twarz jakąś ostrą uwagę. Uważał, że popełniam wielki błąd postępując tak głupio i że załamuję tym 
faktem jego i jeszcze kilka innych osób. Wpadłem do samochodu ... ale byłem wkurzony! Tym razem 
całkowicie  się  mylił,  bo  nie  wiedział,  dlaczego  podjąłem  taką  decyzję  i  okazał  się  przez  to  marnym 
przyjacielem z powodu swego nietaktownego krytycyzmu. 
Pojechałem  wściekły  do  domu,  a  i  następnego  dnia  też  byłem  bardzo  zły.  Odwołałem  nasz  wspólny 
wtorkowy  lunch,  też  z  powodu  mojej  złości.  W  środę  Mark  zatelefonował,  żeby  zobaczyć,  w  jakim 
jestem stanie. Odpowiadałem chłodno i zdawkowo. Rany nadal mnie bolały. 
Mark wiedział, że mnie  zranił, mimo  to  nie czuł, że musi mnie przepraszać. To,  co zrobił tego  dnia 
przez telefon, zrobił osobiście następnego wieczora i konsekwentnie kontynuował to przez kilka nas-
tępnych dni. W specyficzny sposób wyrażał dla mnie swój podziw. Był oburzony moim zachowaniem. 
Powiedział mi, co miał  do powiedzenia i  był z tego zadowolony. Mimo  to,  zdawał  sobie sprawę, że 
uraził mnie, ale zrozumiał też mój zły humor. Nie trwało długo, jak zapomniałem całkowicie o całej 
sprawie, dzięki jego umiejętnemu okazywaniu swych ciepłych uczuć dla mnie. 
Nauczyłem  się  wtedy  od  Marka  jednej  cennej  rzeczy:  można  wyrazić  bardzo  dużo  gniewu,  jeśli 
zrównoważy się to mnóstwem miłości. 

CO SIĘ DZIEJE, GDY TWOJE KONTAKTY Z LUDŹMI 

ZACZYNAJĄ SIĘ PSUĆ 

Część czwarta 

"Nikt nie może cię poniżyć bez twojej zgody". 

Eleonora Roosevelt 

Jak ocalić słabnącą przyjaźń 

Wszystkie przyjaźnie przechodzą swoje okresy prób i przeżywają różne nieporozumienia. Faktem jest, 
że jednym z sekretów dobrych kontaktów z innymi jest akceptacja tego typu burz. Wiadomo, że każda 
długotrwała  znajomość  będzie  przechodzić  swoje  ciężkie  czasy  i  nie  jest  się  zachwyconym,  gdy 
przyjaźń zbacza z właściwego toru i upada. 
Na szczęście, jeżeli spodziewasz się burz, będziesz przygotowany do odnowienia upadającej przyjaźni 
dzięki niżej opisanym technikom. Oto pięć propozycji: 
1.Zlokalizować  defekt  -  Przeprowadziłem  ostatnio  zdumiewającą  rozmowę  z  pewnym  mężczyzną, 
który był bardzo załamany. 
Zadałem standardowe pytanie: "Czy ma pan bliskich przyjaciół? 
- Nie. Rozmawiamy z sąsiadami, ale nikt nigdy do nas nie przychodzi. 
- Dlaczego? - Dziesięć lat temu mieliśmy zaprzyjaźnioną parę. Często grywaliśmy razem w karty. Raz 
nawet  wyjechaliśmy  wspólnie  na  urlop.  Pewnego  dnia  nie  przyszli  do  nas.  Moja  żona  rozmawiała  z 
tamtą  kobietą  i  ona  powiedziała,  że  to  z  powodu  czegoś,  co  powiedziałem  w  żartach.  Wtedy 
widzieliśmy ich po raz ostatni". 
Jego opowiadanie zrobiło mi mętlik w głowie. "Ale co było powodem tego, że się obrazili? - spytałem. 
- Nie mam pojęcia". 
Nie dowierzałem. "Czy to znaczy, że nigdy nie zapytaliście, w czym rzecz?  - Nie, pozostawiliśmy to 
tak jak było. Doszliśmy do wniosku, że jeżeli oni mają się na nas tak obrażać, to rozmowa na ten temat 
nie ma sensu". 

background image

Dla  mnie  ta  historia  jest  bardzo  smutna.  Oto  było  czworo  ludzi,  którzy  wiele  dla  siebie  znaczyli, 
których łączyła przyjaźń, którzy wreszcie zainwestowali wiele lat w zbieranie dobrych wspomnień. A 
teraz  z  powodu  jakiegoś  nieporozumienia,  przyjaźń  umarła.  A  ludzie  ci  nie  spróbowali  nawet 
dowiedzieć się, o co chodziło. 
Gdy  twój  samochód  się  zepsuje,  zazwyczaj  dajesz  go  do  naprawy.  Nie  wyrzucasz  go  na  złom, 
ponieważ  wiele  za  niego  zapłaciłeś.  Kiedy  więc  zainwestowało  się  w  przyjaźń  czy  małżeństwo,  nie 
należy  takiego  związku  zaraz  "wyrzucać  na  złom".  Najprawdopodobniej  można  je  jeszcze  naprawić. 
Naturą  kontaktów  interpersonalnych  jest  rodzenie  czasowych  nieporozumień,  więc  trzeba  szukać 
przyczyn tych zjawisk. 
Sposobem  diagnozy  jest  spojrzenie  za  siebie  i  spróbowanie  określenia,  co  złego  się  działo.  Gdzie 
zaczęło się nieporozumienie? Jak doszło do tych pełnych złości zdarzeń? 
Czasami też mądrym będzie dokonanie prewencyjnego "odstrzału" kłopotów w naszych przyjaźniach. 
Laura  Huxley,  w  swej  książce  pt:  "Między  niebem  a  ziemią"  (Between  Heaven  and  Earth),  daje 
następującą radę: 
"Przyjrzyjmy  się  związkowi,  który  według  twych  odczuć  mógłby  być  zadowalającym,  a  jednak 
pozostawia wiele do życzenia. Weźmy więc byka za rogi. Spytajmy partnera: Czego ja nie zauważam 
w  naszych  kontaktach,  a  co  dla  ciebie  jest  oczywiste?  Następnie  należy  uważnie  wysłuchać 
odpowiedzi, nawet jeśli się z nią nie zgadzamy. Nad sprawą należy się przecież bardziej zastanowić". 
2. Przepraszaj, gdy nie masz racji - Może funkcjonowało to u Ali Mac-Graw i Ryana O'Neala, ale w 
życiu codziennym? Nie zdarzyło mi się, by to potwierdzić. W ich filmie "Love Story" konkluzja jest 
następująca: miłość oznacza, że można nigdy nie mówić przepraszam. Jasne, dobrze byłoby mieć takie 
kontakty  z  innymi  ludźmi,  żeby  nie  musieć  nigdy  przepraszać.  Jednak  widziałem  wiele  par 
małżeńskich  i  wielu  ludzi  połączonych  przyjaźnią,  którzy  nigdy  nie  mówili  "przepraszam"  i  ich 
związki kończyły się w mojej poradni. W wielu przypadkach wyrządzono tyle szkód, że moja pomoc 
na  nic  nie  mogła  się  przydać.  Wielu  problemów  rodzinnych  można  by  uniknąć  używając  trzech 
prostych słów: "chyba masz rację". 
My  wszyscy  mylimy  się  wiele  razy.  Bez  sensu  jest  więc  powstrzymywać  się  z  powodu  dumy  lub 
niepewności  od  wypowiadania  tych  słów,  a  jednocześnie  narażać  na  niepowtarzalne  straty  swój 
związek z inną osobą. 
Norman  Vincent  Peale  pisze:  "Prawdziwe  przeprosiny  to  coś  więcej,  niż  zwykłe  przyznanie  się  do 
popełnienia błędu. Autentyczne przeprosiny to rozpoznanie, że było powiedziane lub zrobione coś, co 
nadwątliło  związek.  Jest  to  jednocześnie  wyraz  troski  o  to,  aby  związek  ten  został  jak  najszybciej 
naprawiony". 
W  1775  roku,  podczas  kampanii  wyborczej  do  zgromadzenia  w  stanie  Virginia  dwudziestotrzyletni 
pułkownik  George  Waszyngton  powiedział  coś  obraźliwego  do  pewnego  porywczego,  choć 
niewielkiego  wzrostem  Payne'  a,  który  natychmiast  powalił  pułkownika  uderzeniem  kij  a.  Żołnierze 
pobiegli na pomoc młodemu pułkownikowi, ale ten zdążył podnieść się i powiedzieć, że da sobie radę 
sam i że dziękuje. 
Następnego  dnia  napisał  do  PayneTa  list  z  prośbą  o  spotkanie  w  tawernie.  Kiedy  Payne  przybył  na 
umówione miejsce, oczywiście spodziewał się żądania przeprosin i wyzwania na pojedynek. Zamiast 
tego,  Waszyngton  przeprosił  Payne'a  za  obraźliwe  słowa,  które  spowodowały  taką  jego  reakcję. 
Wyraził też nadzieję, że Payne jest usatysfakcjonowany i wielkodusznie podał mu rękę. 
Ludzie, którzy przyznają się do swoich błędów i  przepraszają za nie, nie są wcale słabi. Trzeba  być 
silnym  wewnętrznie,  by  przyznać  się  do  błędu.  Ponieważ  kontakty  interpersonalne  są  najtrudniejszą 
rzeczą, jakiej podejmujemy się w życiu, wiadomo, że będziemy popełniać błędy. Ale gdy tak już się 
stanie, przepraszając możemy zaoszczędzić sobie wielu utrapień. 
3.  Sprawdź,  czy  twoje  nerwice  nie  niszczą  twoich  przyjaźni  -  Jeżeli  większość  twoich  przyjaźni 
napełnia cię goryczą, dobrze zrobisz sprawdzając czy twoje nerwy i wzorce odnoszenia się do innych 
nie są powodem takiego stanu rzeczy. Oto kilka elementów niszczących. Może niektóre z nich pasują 
do ciebie? 
Czasami  patrzymy  na  innych  przez  pryzmat  swoich  wcześniejszych  doświadczeń.  Dana  osoba 

background image

przypomina  nam  kogoś,  kogo  przedtem  znaliśmy,  albo  kojarzy  nam  się  ona  z  konkretnymi 
niepowodzeniami. 
Przez kilka miesięcy obserwowałem pewną trzydziestojednoletnią wdowę. Była kobietą drobną, miała 
błyszczące niebieskie oczy, ale przy każdym ruchu drżała. Była dowcipna i odrzucała głowę do tyłu, 
śmiejąc  się.  Miała  odpowiedzialną  pracę  i  bardzo  dobre  zarobki.  Jej  inteligencja  była  wyższa  ponad 
przeciętną. 
Ale dokąd zaprowadziły ją te wszystkie atrybuty w stosunkach z mężczyznami? Nigdzie. Oczywiście, 
była bardzo atrakcyjna i bardzo 
chciała ponownie wyjść za mąż. Niestety bez przerwy mówiła i robiła takie rzeczy, które odstraszały 
mężczyzn. Oni ją opuszczali, a ona znów przez jakiś czas lamentowała. 
Próbowaliśmy znaleźć ten element, który powodował, że miała tyle kłopotów. W tym czasie zaczęła 
przypominać sobie i opowiadać okropne zdarzenia towarzyszące przypadkowej śmierci jej męża. Cały 
ten materiał był tak niemiły i tragiczny, że odrzuciła go ze swej pamięci. Kiedy udało mi się odkryć jej 
przeszłość  - najdelikatniej  jak mogłem  - raz nad tym  wszystkim  płakała, to znowu wpadała w złość. 
Jednak w trakcie przyglądania się tej plątaninie emocji, zauważyła tę wojnę, która w niej się toczyła. 
Zdała  sobie  też  sprawę  z  tego,  jakiego  spustoszenia  dokonały  te  wspomnienia  w  jej  stosunkach  z 
mężczyznami. Z jednej strony chciała ponownie wyjść za mąż, z drugiej obawiała się, że może znowu 
stracić drogą jej osobę. Odpychał ją nawet widok ciała mężczyzny. 
Przeszłość wpływała więc znacząco na teraźniejszość. Kiedy jednak zauważyła, co jej podświadomość 
z  nią  "wyprawia",  zaczęła  postępować  tak,  aby  nie  dopuścić  do  skażenia  teraźniejszości  dawnymi 
zdarzeniami. Wkrótce jej kontakty z mężczyznami zaczęły wyglądać normalnie. Teraz od kilku lat jest 
szczęśliwą mężatką. 
Mam  jeszcze  jedną  pacjentkę,  która  ma  problemy  we  współżyciu  z  innymi,  również  z  powodu 
przeszłych  doświadczeń.  W  tym  przypadku  kobieta  nie  ufa  kobietom.  Nie  była  potrzebna  jakaś 
wyjątkowa  psychoanaliza,  żeby  stwierdzić  gdzie  ten  brak  wiary  ma  początek.  Jej  matka  była 
alkoholiczką,  nieosiągalną  dla  swej  córki  przez  większość  czasu.  Kiedy  była  trzeźwa,  krytykowała 
dziewczynkę i karała ją najsurowszymi karami. Dziewczynka była szczupła i miała słaby apetyt. Kiedy 
nie  jadła  tyle,  ile  uważała  za  stosowne  jej  matka,  rozstawiano  dokoła  niej  swego  rodzaju  metalowy 
ekran, aby nie rozpraszała się, patrząc na rodzeństwo przy stole. Jeżeli wtedy także nie jadła, kazano jej 
siedzieć nad zimnym jedzeniem, czasem tak długo, aż inni szli już spać. 
Moja  pacjentka  nie  była  dobrą  uczennicą,  a  jej  rodzice  intelektualiści  wymyślali  jej  za  jej  głupotę. 
Prowadzili  ją  do  psychiatrów  (którzy  orzekli,  że  dziewczynka  nie  jest  umysłowo  chora,  lecz  ma  po 
prostu  średni  współczynnik  inteligencji), aż stargali jej  poczucie pewności  siebie do tego stopnia, że 
jest ona teraz pełna lęków i błagalnie prosi mnie co tydzień o dodanie otuchy. Przywiera do pożywienia 
emocjonalnego, jakie jej daję, jakby była głodującym dzieckiem w Kalkucie. 
Ona nawet nie śmie mieć nadziei na miłość ze strony kobiet. Przeszłość jest wciąż od niej silniejsza. 
Leczenie tej kobiety z pewnością będzie długie i uciążliwe. Będę jej jednak pomagał, bez względu na 
to, jak długo to potrwa. 
4.  Sprawdź,  czy  nie  stosujesz  przestarzałych  metod  współżycia  z  innymi  -  Każdy  z  nas  posiada 
jakieś potrzeby emocjonalne i z czasem każdy z nas wypracował sobie swoje metody ich zaspokajania. 
Niestety  można  nauczyć  się  metod,  które  zamiast  pomagać,  będą  przysparzać  nam  coraz  to  nowych 
kłopotów. 
Pewien znajomy mi mężczyzna wzrastał w domu wystarczająco ustabilizowanym, w którym jednak nie 
było  dość  miejsca  na  wyrażanie  uczuć  ani  słownie,  ani  fizycznie  -  chyba,  że  zachorował.  W  takim 
przypadku jego matka stawała się dość czuła, opiekowała się nim, wstawała w nocy, żeby go otulić i 
poświęcała mu wiele uwagi. 
Dziecko potrzebuje okazywania miłości, będzie więc chwytać się wszelkich metod jej osiągnięcia. W 
tym przypadku metoda była prosta: chorować jak najwięcej. Nie, chłopak nie udawał, że jest chory. On 
łatwo  zapadał  na  przeziębienia,  zawsze,  gdy  czuł  się  zagrożony  lub  znalazł  się  pod  presją,  albo 
potrzebował  nieco więcej  miłości. Była to  neurotyczna metoda otrzymywania potrzebnych bodźców, 
ale przecież działała. 

background image

Potem chłopak ożenił się. Oczywiście większość swoich starych modeli współżycia z ludźmi przeniósł 
do małżeństwa, włącznie ze sztuczką "zachoruj, kiedy potrzebujesz miłości". 
Rzecz  jednak  polegała  na  tym,  że  jego  żona  nic  chciała  mieć  nic  wspólnego  z  chorobami  i  chorymi 
ludźmi.  Sama  nigdy  nie  chorowała.  Kiedy  więc  on  okazywał  swoje  stare  syndromy  chorobowe,  ona 
zwracała na niego mniej uwagi zamiast więcej.  Mimo to biedak wykorzystując prawie nieświadomie 
stare metody dalej prosił o miłość, zapadając na przeziębienia. Oczywiście bez skutku. 
Po latach niepowodzeń małżeńskich mężczyzna ten odkrył, w jaki sposób problemy psychosomatyczne 
wpędzały  go  w  kłopoty,  dlaczego  rozwinął  w  sobie  to  zjawisko  i  jak  maje  zmienić  na  bardziej 
bezpośrednie i przynoszące sukces w ubieganiu się o miłość żony. 
Być może, że twoje metody są inne, ale przyjrzyj się twoim kontaktom z innymi i sprawdź, czy któraś 
z dotychczas stosowanych przez ciebie metod nie działa przeciwnie do twoich planów. 
5.  Sprawdź,  czy  nie  masz  zbyt  wygórowanych  potrzeb  -  Jednym  ze  zjawisk,  z  jakimi  my 
psychoterapeuci spotykamy się na co dzień, jest to, że im większe mniemanie posiada ktoś o sobie, tym 
lepszych przyjaciół będzie prawdopodobnie wybierał; dlatego, im lepsze stosunki interpersonalne, tym 
bardziej  wzmacniane  jest  poczucie  swojej  wartości.  Natomiast  im  gorsze  ktoś  posiada  o  sobie 
mniemanie,  tym  gorszych  wybiera  sobie  przyjaciół.  Stąd  też  jego  stosunki  prawdopodobnie  będą 
marne, a samoocena będzie się obniżać. 
Jak przerwać to błędne koło? Istnieją dwa podstawowe sposoby. Pierwszym jest próba zainicjowania 
dobrych stosunków w poradni. Nie jest wykluczone, że będą one najlepsze z tych, które dany pacjent 
posiada. Może nawet będzie to jedyny dobry kontakt. 
To jednak nie wszystko, ponieważ ludzie, którzy uzależnieni są od ich aprobowania przez innych mogą 
być rozczarowani; co więcej, ich silna potrzeba aprobaty może zniszczyć relację przez jej przeciążenie. 
Psycholog  M.  Esther  Harding  dobrze  przeanalizowała  to  powszechne  zjawisko  i  dlatego  mogła 
napisać: 
"Kiedy ktoś nie jest pewny siebie, zawsze potrzebuje aprobaty innych lub ich pomocy i jest załamany 
krytycyzmem z ich strony.  Znaczy to, że nie posiada wewnętrznego kryterium oceny samego siebie. 
Jeżeli takiego człowieka nie akceptują, załamuje się; jeżeli go nie zauważają, przestaje, egzystować, ale 
jeżeli go chwalą, znajduje się w siódmym niebie. Ma on słabe poczucie własnej wartości, chociaż może 
wydawać się osobą ego-tyczną, ponieważ zawsze poluje na pochwały. Mruczy z zadowolenia i pyszni 
się, kiedy je otrzymuje, rozkoszując się atmosferą aprobaty. Jednocześnie, zazwyczaj, ukrywa siebie i 
swoje  urazy,  jeśli  ona  nie  nadchodzi.  Jego  środek  ciężkości  nie  znajduje  się  w  nim  samym,  lecz  w 
ludziach, którzy znajdują się dokoła niego". 
Nauka  płynąca  z  tego  jest  oczywista:  nie  można  być  zależnym  od  innych  jeśli  chodzi  o  poczucie 
własnej wartości. Musi ono wypływać z naszego wnętrza. 

"Przyjaźń jest jak pieniądze; łatwiej ją zdobyć, 

niż zatrzymać przy sobie". 

Samuel Butler 

Sztuka twórczego przebaczania 

Z tego, co do tej pory powiedziałem jasno wynika, że wierzę, iż można uratować upadające przyjaźnie. 
Zdarza się, że współżycie z daną osobą zupełnie się nie układa, wtedy taki  kontakt jest przerywany. 
Najczęściej jednak nadwątlone stosunki interpersonalne pozostają takimi z powodu braku cierpliwości, 
która pozwoliłaby partnerowi na wspomniane wcześniej uczucia negatywne, na czasowe zawieszenie 
kontaktów, a w końcu na przebaczenie. 
Czasem  w  samej  naturze  kontaktów  międzyludzkich  leży  tworzenie  konfliktów.  Gdy  porównamy, 
trwającą  prawie  przez  całe  życie,  korespondencję  Tomasza  Jeffersona  z  Jamesem  Madisonem,  która 
była  z  zasady  bardzo  formalna  i  chłodna  (obaj  nigdy  się  nie  kłócili)  z  błyskotliwymi  i  czasem 

background image

swarliwymi listami tego pierwszego do Johna Adamsa, widać wyraźnie, że Jefferson o wiele bardziej 
kochał  Adamsa  niż  Madi-sona.  Mimo  to  ta  znana  przyjaźń  została  przerwana  przez  jedenastoletnią 
złowrogą  ciszę.  Obaj  czuli  się  nieszczęśliwi  z  powodu  urazy,  odwilż  okazała  się  jednak  bardzo 
powolna.  Benjamin  Rush,  lekarz  i  polityk,  zwany  ojcem  psychiatrii,  znał  dobrze  obu  mężczyzn  i 
wiedział, że obaj tęsknią za pojednaniem. Wobec tego przenosił informacje od jednego do drugiego, aż 
ci dwaj zdecydowali się w końcu na podjęcie korespondencji. W ciągu następnych 14 lat, dopóki obaj 
nie  umarli  w  1826  roku,  wymienili  wiele  ciepłych  listów,  z  których  kilka  było  najwspanialszymi 
listami Jeffersona w ogóle. 

Wybaczanie jako siła pozytywna 

Osoba przebaczająca jest czasami pojmowana jako osoba słaba, ale przecież prawda jest zupełnie inna. 
Trzeba mieć wiele sił, żeby wybaczać, ponieważ wybaczanie zawiera w sobie ogromną moc. Zmienia 
ono zarówno ciebie, jak i osobę tobie najbliższą. 
Nienawiść  zaś  wyrządza  wiele  złego  nienawidzącemu.  Rozmawiałem  kiedyś  z  pewną  młodą  matką, 
najeżoną  zawziętością.  Rodzice  jej  męża  powiedzieli  jej  coś  niemiłego,  miała  miejsce  nieprzyjemna 
scena  i  kobieta  ta  powiedziała:  "Nigdy  już  nie  będę  miała  tego  samego  uczucia  do  teściów.  On, 
przepraszali mnie, ale nie mogę zapomnieć, co powiedzieli". 
Zrobiło  mi  się  jej  żal,  ponieważ  to  ona  bardziej  cierpiała  z  powodu  nienawiści,  niż  jej teściowie.  W 
rzeczywistości  niebezpieczeństwo  zawziętości,  oszczerstw,  gniewu  i  złości  polega  na  tym,  że  takie 
postawy zżerają nas samych jak kwas (porównaj Ef 4,31-32). Nasza zawziętość nie tylko przelewa się 
na ludzi dokoła nas, ale pożera także nasze własne dusze. 
Przyjaciółka Clary Barton, założycielki Amerykańskiego Czerwonego Krzyża, przypomniała jej kiedyś 
o pewnej brutalności, którą kiedyś jej wyrządzono. Zdawało się jednak, że Panna Barton nie pamięta 
tego faktu. 
- "Nie pamiętasz tego? - spytała przyjaciółka. - Nie - padła odpowiedź 
- ale dobrze pamiętam, jak o tym zapomniałam". 
Nie  można  być  wolnym  i  szczęśliwym,  przechowując  w  pamięci  stare  żale,  pozbądź  się  ich  więc. 
Zbieraj  znaczki  pocztowe,  monety,  cokolwiek,  ale  nie  zbieraj  urazów.  Tak  jak  nasza  zawziętość 
wyzwala  to  samo  uczucie  u  innych,  tak  miłość  fodzi  miłość.  Bogu  dzięki  za  tych  wszystkich 
dynamicznych  i  twórczych  ludzi,  którzy  mimo  skrzywdzenia  nie  pozwalają  na  skumulowanie  się  na 
świecie tak wielkiej ilości nienawiści. Tacy ludzie zamiast oddawać cios, przebaczają. 
Kiedy  byłem  studentem,  mieszkaliśmy  w  takiej  dzielnicy  Los  Angeles,  w  której  było  bardzo  dużo 
dzieci,  w  tym  wiele  z  biednych  rodzin.  Jedynym  miejscem  do  zabawy  była  dla  nich  ulica  i  często 
zatrzymywałem  się,  aby  porozmawiać  z  chłopcami  i  dziewczynkami.  Pewnego  dnia  jakiś  miły  głos 
powiedział za mną: "Dzień dobry panie McGinnis". 
Odwróciłem  się  i  ujrzałem  małąpieguskę  w  wieku  siedmiu  lub  ośmiu  lat.  Jechała,  chwiejąc  się,  na 
rowerze brata. Miała na sobie kostium kąpielowy i lizała lizaka. Jej oczy były niebieskie, jak zatoka w 
Santa  Monica.  Opuściła  jedną  nogę,  żeby  się  zatrzymać,  a  ja  powiedziałem:  "Cześć  mała,  nie 
widziałem cię już tutaj od paru dni. 
- Byłam na wycieczce. 
- Gdzie? 
- Pojechałam na dwa tygodnie do mamy, do Santa Barbara. Widzi pan, ona się wyprowadziła i więcej 
już z nią nie mieszkam". 
Skrzywiłem  się  i  zacząłem  się  zastanawiać,  jak  matka  mogła  zostawić  tak  wspaniałą  dziewczynkę. 
Oczywiście nie wiem dlaczego życie jej matki tak się ułożyło, być może okoliczności były dla niej nie 
do  przezwyciężenia.  Jednak,  czy  nie  zdaje  sobie  sprawy,  jak  zawzięta  kobieta  wyrośnie  z  jej  córki? 
Wówczas  zatrzymałem  się,  żeby  popatrzeć  jak  dziewuszka  odjeżdża  na  rowerze,  szczęśliwie  liżąc 
lizaka. Zdałem sobie sprawę z tego, że ona wcale nie jest zawzięta. Otrzymała cios, o który nie prosiła, 
i  na  który  nie  zasługiwała.  Nie  oddaje  go  jednak  dalej.  Dla  niej  ważniejsze  jest  słońce  i  szczęście. 
Zatrzymała  się,  by  powiedzieć  mi  "Dzień  dobry,  panie  McGinnis"  i  żeby  opowiedzieć  mi  o  swojej 
podróży.  Jeżeli  więc  dalej  będzie  szła  przez  życie  nie  "kolekcjonując"  żali,  a  uśmiechając  się  w 

background image

odpowiedzi na cios, z pewnością wyrośnie z niej piękna i czarująca kobieta. 

Bądź pierwszym, który zakopie topór wojenny 
Jeżeli przebaczamy pozytywnie, przejmujemy inicjatywę. W tym miejscu mam wielką trudność. Gdy 
ktoś przeprasza, zazwyczaj ma chęć zakopać topór, ale gorzej jest, gdy zostałem urażony (albo sądzę, 
że tak było), a przeciwnik nie zdaje sobie nawet sprawy ze swego błędu. 
Co  począć  z  osobą,  która  jest  na  tyle  nieznośna,  że  nigdy  nie  mówi  "przepraszam"?  W  tym  miejscu 
wiele zrozumiemy, przyglądając się jak Chrystus nam przebacza. Wstrząsającą dla nas rzeczą jest, że 
Bóg nie czekał aż Go przeprosimy, zanim przysłał nam swojego Syna. "Bóg zaś okazuje nam swoją 
miłość przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami." (Rz 5,8) To znaczy nie 
czekał  na  naszą  skruchę,  na  zmianę  naszego  sposobu  życia.  Gdyby  czekał,  oczywiście  nie 
okazalibyśmy skruchy. Lecz On okazał  nam  swą Miłość przez to, że wybaczył  nam,  kiedy na to  nie 
zasługiwaliśmy, ani nawet o to nie prosiliśmy. 
Kiedy ktoś tak cię pokocha, chcesz się zmienić. Pomyśl przez chwilę o ludziach, którzy mieli na ciebie 
dobry  wpływ,  którzy  wyłuskali  z  ciebie  to,  co  w  tobie  najlepsze.  Czy  nie  są  to  ludzie,  którzy  mieli 
inicjatywę  w  stosunku  do  ciebie,  którzy  w  ciebie  wierzyli,  i  którzy  przebaczali  ci  twoje  błędy? 
Zmieniłeś się, ponieważ zaakceptowali cię takim, jakim byłeś. 
W  powieści  Jamesa  Hiltona  pt:  "Do  widzenia,  panie  Chips",  bohater  jest  nieśmiałym,  głupkowatym 
nauczycielem,  niezdarnym  i  nieatrakcyjnym  na  tuzin  różnych  sposobów.  Spotyka  kobietę,  zakochują 
się w sobie i pobierają się. Właśnie przez nią staje się miłym, łaskawym i przyjacielskim człowiekiem 
na  tyle,  że  w  końcu  staje  się  najbardziej  kochanym  nauczycielem  w  szkole.  W  miłości  zawarta  jest 
potencjalna pozytywna siła. 
Co miał na myśli św. Paweł pisząc w swym hymnie do miłości, że "Miłość (...) nie pamięta złego (...)"? 
(1  Kor  13,5)  Sądzę,  że  miał  na  myśli  to,  że  aby  kochać  trzeba  wierzyć,  że  charakter  człowieka  się 
zmienia,  że  zmiany  w  ogóle  istnieją,  że  ludzie  okazują  skruchę  i  że  czasami  się  zmieniają.  Innymi 
słowy  twierdził,  że  kiedy  łączą  nas  z  kimś  stałe  kontakty,  należy  żyć  teraźniejszością,  a  nie 
przeszłością, ponieważ wcześniej czy później, w każdej relacji międzyludzkiej, ktoś zostanie urażony. 
W  chwili  słabości  ukochana  osoba  zostawi  nas,  skrytykuje  bardzo,  onieśmieli,  albo  w  ogóle  od  nas 
odejdzie. Jeżeli zatrzymamy w pamięci te złe postępki, nasz kontakt będzie stracony. Prowadzenie zaś 
szczegółowych "wykazów" czyichś postępków prowadzi nas do oskarżania bliskich, ponieważ mamy 
zazwyczaj krótką pamięć, jeśli chodzi o nasze własne błędy. 
Gdy  więc  chcemy  autentycznie  przebaczać,  musimy  tolerować  postępowanie  innych  tak  samo,  jak 
tolerujemy  siebie  samych.  Zwróćmy  uwagę  na  to,  jak  wyrozumiali  potrafimy  być  w  stosunku  do 
własnych  "faux  pas"  interpersonalnych:  nie  zamierzaliśmy  popełniać  błędu,  albo  nastąpił  on  w 
momencie stresu, albo nie byliśmy tamtego dnia w nastroju, albo następnym razem będzie już lepiej. 
Nie  widzimy  siebie  takimi,  jakimi  naprawdę  jesteśmy,  ale  takimi,  jakimi  chcielibyśmy  być,  podczas 
gdy innych widzimy dokładnie takimi, jakimi są. Jezus w takich kontaktach jak ze św. Pawłem,  czy 
kobietą  przy  studni,  widział  ich  takimi,  jakimi  próbowali  być  i  takimi,  jakimi  mogli  się  stać. 
Rozszerzmy ten sposób rozumowania na wszystkich naszych bliskich, może on pomóc w budowaniu 
prawdziwych głębokich przyjaźni. 

Wybaczać proporcjonalnie 
Pomocne  będzie  przypomnienie  sobie,  jak  wielkodusznie  wybaczył  nam  Bóg.  Generał  Oglethorpe 
powiedział  kiedyś  do  Johna  Wesley'a,  angielskiego  ewangelisty  i  teologa:  "Nigdy  nie  przebaczam  i 
nigdy nie zapominam". Wesley odpowiedział na to: "Wobec tego, sir, mam nadzieję, że nigdy pan nie 
grzeszy". Bardzo trafnie, bo kiedy przypominamy 
sobie, iłe nam Bóg przebaczył, nasze własne żale do innych okażą się wręcz mikroskopijne. 
Modlenie się "Ojcze, odpuść nam nasze winy, tak jak i my odpuszczamy naszym winowajcom" może 
nas zmienić. Pewien makler, którego nazwę Jerry, poróżnił się z innym maklerem z tego samego biura. 
Pokłócili się z powodu pewnego klienta i od tego czasu, chociaż codziennie przechodzili obok siebie, 
nie rozmawiali ze sobą. Pewnego dnia, kiedy Jerry modlił się w kościele modlitwą Pańską, doszedł do 

background image

fragmentu  o  przebaczeniu.  "Nie  miałem  wątpliwości  -  powiedział  -  kto  nie  miał  racji.  Sam  nie  miał 
racji, zabierając mi klienta. Ale to, że nie rozmawialiśmy ze sobą też nie było słuszne i musiałem coś z 
tym  zrobić.  Kiedy  inni  powtarzali  dalszą  część  modlitwy,  ja  prosiłem  Boga  o  pomoc  w  relacji  z 
Samem.  W  poniedziałek  rano,  kiedy  giełda  została  zamknięta  i  kończyłem  pracę,  jeszcze  raz  się 
pomodliłem,  podszedłem do biurka Sama i  powiedziałem: "Sam,  mówiłeś mi kiedyś, że Twoja żona 
cierpi na artretyzm. Jestem ciekaw, jak sobie z tym daje radę". 
Na  początku  Sam  wydawał  się  zaskoczony,  ale  później  zaczęły  się  sypać  słowa  -  jak  to  w  ciągu 
ostatniego  roku  byli  u  trzech  specjalistów  i  że  ona  czuje  się  teraz  trochę  lepiej.  W  trakcie  rozmowy 
powiedział o spacerze, jaki odbyli poprzedniego wieczora na odcinku dwóch bloków i że to się udało. 
Wśród innych rzeczy powiedział, że jest zbyt szybki w mowie i że często robi rzeczy, których potem 
żałuje. Chociaż nie powiedział tego wprost, wiedziałem, że w taki sposób mnie przeprasza. 
Następnego  ranka  Sam  przechodząc  koło  mojego  biurka  powiedział  tak  jak  dawniej  "Dzień  dobry, 
Jerry". Ja odpowiedziałem "Dzień dobry, Sam". 

 

Przebaczanie z modlitwą 
Jeszcze jedna rzecz. W ostatecznej analizie potrzebujemy Boskiej mocy, aby móc zapomnieć. Chociaż 
próbujemy być podobni do Chrystusa i cierpliwi, chociaż z wysiłkiem staramy się kontrolować nasze 
uczucia, jednak zgorzknienie i chęć zemsty czasem w nas wybucha i wylewa się wrząca lawa naszej 
wściekłości. Potrzebujemy pomocy od Boga. Z pewnością nie przez przypadek Chrystus namawia nas 
do modlitwy za tych, którzy nas prześladują. Kiedy modlimy się za naszych nieprzyjaciół, zdarzają się 
zdumiewające rzeczy. 
Rozmawiałem  z  młodym  mężczyzną,  który  niedawno  zdecydował  się  uwierzyć  i  oddał  Bogu 
kierownictwo nad swoim życiem. Wcześnie został sierotą, miał ograniczone możliwości startu w życiu. 
"Nigdy  nie  byłem  w  stanie  żyć  w  zgodzie  z  moimi  zwierzchnikami  -  powiedział  -  a  szczególnie 
pogardzałem moim majstrem. Wyglądało na to, że on mnie 
nie  znosi,  a  ja  nie  mogłem  się  doczekać  okazji  do  zemsty.  Skoro  jednak  teraz  próbuję  być 
chrześcijaninem, to zdecydowałem się modlić codziennie. Modliłem się za moją rodzinę, za sąsiadów, 
a  potem  zaciskałem  zęby  i  modliłem  się  za  mojego  majstra.  Wyobraź  sobie,  od  kiedy  zacząłem  to 
robić,  coś  się  z  tym  facetem  zaczęło  dziać.  Minęło  tylko  kilka  tygodni,  ale  on  bardzo  się  zmienił  i 
jesteśmy teraz najlepszymi przyjaciółmi. 
Oczywiście - uśmiechnął się - to chyba ja zmieniłem się najbardziej". 
Bóg  może  Cię  zmienić,  jeśli  Go  o  to  poprosisz.  Jeśli  system  pamięci  w  Twoim  umyśle  gromadził 
zgorzknienie, chęć zemsty i złośliwość, Chrystus chce tam wejść i skasować to wszystko, a w zamian 
dać Ci miłość. 
Chrystus jest kimś w rodzaju eksperta od przebaczania. To On powiedział "Ojcze, przebacz im, bo nie 
wiedzą, co czynią". 

"Spojrzenia ponad koktajlem, 

Które zdawały się tak słodkie, 

Nie są tak pełne miłości, 

Nad ściętą pszenicą." 

Benny Fields 

Eros: jego siła i jego problemy 

Przez  całą  tę  książkę  starałem  się  wykazać,  że  najlepsze  przyjaźnie  i  najlepsze  małżeństwa  mają 
wolność  niejako  w  nie  wbudowaną.  Co  więcej,  powiedziałem,  że  powinniśmy  zawierać  bliskie 

background image

przyjaźnie z przedstawicielami płci przeciwnej, także poza małżeństwami. 
Co jednak stanie się wtedy, gdy Eros uniesie swą głowę i zaangażujemy się seksualnie z jedną z tych 
bliskich znajomych osób? Co wtedy, gdy ta druga osoba zacznie być dla ciebie czymś więcej niż twój 
małżonek?  Wcześniej  czy  później  tak  się  stanie,  jeśli  będziesz  propagatorem  bliskości  i  będziesz 
otwarcie wyrażał swoje ciepłe uczucia do innych. 
Zanim  zaczniesz  czytać  dalej,  powinieneś  wiedzieć  dokąd  zmierzam.  Bo  może  się  zdarzyć,  że  nie 
będziesz  chciał  tego  czytać.  Jestem  prawowiernym  chrześcijaninem,  który  mocno  wierzy  w 
zobowiązania  małżeńskie  i  rodzinne.  Jako  psychoterapeuta,  rozmawiam  z  ludźmi  połączonymi 
wszystkimi  z  możliwych  stosunków  seksualnych  i  im  więcej  dowodów  klinicznych  zbieram,  tym 
bardziej jestem przekonany, że zakaz cudzołóstwa był dany nie po to, żeby nas pognębić, ale po to, aby 
nas uchronić. Jeżeli więc spodziewasz się znaleźć w tym rozdziale jakieś usprawiedliwienie dla swych 
pozamałżeńskich  poczynań  seksualnych,  zawiedziesz  się.  Jeżeli  jednak  dokuczają  Ci  twoje  ciągoty 
seksualne i często czujesz się winny, przyda Ci się przeczytać ten rozdział. 

 

Seksualizm trzeba akceptować 

Pan Bóg stworzył nas istotami płciowymi i,  co jasno widać, nie uczynił  nas zainteresowanymi tylko 
jedną  osobą.  Należy  to  stwierdzić  na  samym  początku.  Faktycznie  powiedziałbym  nawet,  że  pewna 
ilość napięcia seksualnego wisi w powietrzu zawsze, kiedy mężczyzna i kobieta są razem. Zazwyczaj 
nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale tak jest. 
Czy to źle? Zdecydowanie nie. Jest to jedna z rzeczy, które "napędzają" świat. 
Ostatnio jadłem obiad z pewną 85-letnią kobietą, pobożną chrześcijanką, ale jakby jednocześnie trochę 
kokietką.  Jedliśmy  w  romantycznej  restauracyjce  i  nie  było  wątpliwości,  seks  wisiał  w  powietrzu. 
Sądzę, że podobało jej się to i wiem, że mnie również! 
Jednym  z  problemów  ludzi  mających  taki  zawód  jak  mój,  jest  to,  że  terapeuta  mężczyzna  ma  stale 
kontakt  z  atrakcyjnymi  kobietami,  które  odczuwają  głód  emocjonalny.  Według  pewnych  danych, 
przynajmniej  10  proc.  psychiatrów  i  psychologów  dopuszcza  istnienie  stosunków  płciowych  z 
pacjentkami.  Osobiście  wyrażam  nad  tym  ubolewanie.  Takie  postępowanie  zawiera  w  sobie 
wszelkiego rodzaju szkodliwe psychologicznie rezultaty, nie mówiąc o aspekcie moralnym i etycznym. 
Ja jestem więc uczciwy w stosunku do kobiet, które przychodzą do mnie po poradę. Czy to jednak ma 
znaczyć, że nigdy moje pacjentki nie pociągają mnie? Nie. W rzeczywistości byłbym zdziwiony, gdyby 
od czasu do czasu jakaś kobieta nie powiedziała mi, że odczuwa do mnie pociąg seksualny. 
W pewnych kołach religijnych tak wiele mówi się o kontrolowaniu instynktów, że ogromna większość 
energii psychicznej zużywana jest na hamowanie fantazji seksualnej, żeby mieć "czyste myśli". 
Istnieją  dwa  rezultaty  takiego  postępowania.  Pierwszym  jest  niepokój.  Nasz  popęd  seksualny  jest 
ogromną siłą i próbowanie "wycofania go do podświadomości" podobne jest do próby "zakorkowania" 
wulkanu;  eksplozja  jest  bardziej  niż  tylko  prawdopodobna.  Często  widzę  to  w  mojej  poradni.  Osoby 
religijne mówią:" Nie wiem co we mnie wlazło. Zawsze byłam świętoszką i nie interesował mnie nikt 
poza moim mężem, aż nagle, ni stąd, ni zowąd, okazało się, że mam romans". 
Drugim wynikiem takiego hamowania popędu jest stałe poczucie winy z powodu jej czy jego pociągu 
seksualnego, ponieważ "wycofanie" nigdy nie jest w pełni osiągalne. 
Chciałbym  teraz  zaproponować  inne  podejście  do  sprawy  odczuć  seksualnych:  akceptuj  je  takimi, 
jakimi są. Jak powiedzieliśmy wcześniej twoje odczucia nie są złe, problem zaczyna się, gdy zaczynasz 
według nich postępować i wkraczasz w świat moralności. Pozwól więc sobie na to, by czuć wszystko. 
Nie obawiaj się swojej podświadomości. 
Wielu z moich religijnych pacjentów odczuwa ulgę,  gdy dowiaduje się,  że ludzie fantazjują podczas 
stosunków płciowych i myślą wtedy o zupełnie innych osobach. Wydawało im się, że to tylko oni tak 
postępują. 
Kiedy  Jezus  powiedział,  że  pożądając  kobietę  już  dopuszcza  się  z  nią  cudzołóstwa,  nie  mówił,  że 
popełnia  się  grzech  za  każdym  razem,  kiedy  ma  się  "seksualne"  myśli.  Gdyby  tak  było,  wszyscy 

background image

grzęźlibyśmy  w  błocie  codziennego  grzechu.  Przez  pożądanie  rozumiał  on  świadome  dążenie  do 
uwiedzenia,  pozwalając  sobie  na  obsesję  pożądania  seksualnego.  Wtedy  właśnie  nadchodzi 
niebezpieczeństwo, dzieje się tak jak powiedziano. Wcześniej czy później, na skutek obsesji,  nastąpi 
czyn.  Istnieje  przecież  różnica  między  przemijającym  zainteresowaniem,  co  jest  normalne,  a 
konkretnym zamiarem uwiedzenia. 

Czy przestałem kochać? 
To pytanie często słyszę i naprawdę zawsze biorę je sobie głęboko do serca, ponieważ osoba zadająca 
je boi się tego robić. Czuje się winna posiadania takich wątpliwości i prawie zawsze mówi: "A może ja 
nigdy nie kochałam". 
Ci,  którzy  mówią  o  zakochaniu  się,  jak  o  czymś,  co  niejako  zdarza  się  wbrew  ich  woli,  jak 
przypadkowe wpadnięcie do wody, zazwyczaj odkochują się równie łatwo. Miłością nazywają to, co 
miało  miejsce  pomiędzy  Omarem  Sharifem  i  Julie  Christie,  albo  pomiędzy  Clarkiem  Gable  i  Carole 
Lombard  -  nieprzezwyciężona  pasja  i  chęć  pozostania  z  osobą  ukochaną  do  końca  życia,  nieodparte 
uczucie, że On jest jedynym mężczyzną na świecie i że każda chwila spędzona bez Niego  jest tortu-
rami. Wszystko to puste słowa. Idea istnienia na świecie tylko jednego mężczyzny albo tylko tej jednej 
kobiety  jest  nonsensem.  Można  z  pewnością  kochać  więcej  niż  jedną  osobę  jednocześnie.  W 
rzeczywistości byłbyś szczęśliwy, poślubiając jedną z wielu tysięcy osób. 
Niektórym  kobietom  wydaje  się  niezrozumiałe  to,  że  mogłaby  kochać  jednocześnie  męża  i  jakiegoś 
innego  mężczyznę.  Kiedy  więc  pojawia  się  jakiś  inny,  sądzą,  że  stara  miłość  już  umiera.  Kochać 
można  jednak  więcej  niż  jedną  osobę.  Mężczyzna  kocha  matkę,  żonę,  córkę  na  różne  sposoby,  ale 
kocha przecież wszystkie trzy. Kiedy zaś będzie miał kontakt z wieloma kobietami, będzie okazywał 
im zainteresowanie w najróżniejszym stopniu, włącznie z pociągiem seksualnym. 
Kiedy  więc  kobieta  mówi:  "Proszę  mi  pomóc,  nie  wiem  czy  jeszcze  kocham  swego  męża" 
odpowiadam, że prośba ta nie ma sensu. Ona oczywiście kocha go, inaczej nie zależałoby jej w ogóle 
na poruszaniu  tej sprawy. Jej  miłość będzie podlegać  wielu  zmianom  i  jeżeli nie wpadnie w panikę, 
może od przyszłości oczekiwać tylko  dobrego. Sensownym  pytaniem będzie natomiast:  "Czy pragnę 
kontynuowania  kontaktów  z  moim  partnerem?"  Kiedy  miłość  zniknęła,  znaczy  to  prawdopodobnie 
tyle,  że  to,  co  może  się  popsuć  w  stosunkach  międzyludzkich,  popsuło  się,  a  zazwyczaj  można  to 
naprawić.  Fakt,  że  mężczyzna  chciałby  mieć  czasem  jedną  z  sex-bomb  zamiast  swojej  żony,  w 
rzeczywistości  ma  niewielki  związek  z  przyszłością  małżeństwa.  We  wszystkich  trwałych 
małżeństwach  jakie  znam,  każdy  z  partnerów  w  jakimś  czasie  interesował  się  osobą  trzecią.  Kiedy 
kobieta  zauważy,  że  może  rozmawiać  ze  swoim  szefem  o  poezji  i  odkrywa,  że  szef  jest  także 
zafascynowany  Baudelairem,  wytwarza  się  owo  napięcie,  a  żadne  małżeństwo  nie  jest  w  stanie 
dostarczać regularnie takiego bodźca. 
Stara plotka mówi, że ludzie nigdy nie szukają nikogo poza małżeństwem, jeśli w domu nie zacznie się 
coś psuć, ale jest to, oczywiście, nieprawdą. Nie ma sposobu, aby długoletnie małżeństwo, bez względu 
na to jak dobre, mogło uniknąć czasowych perturbacji. 
Rzecz w tym, że nowe związki w końcu stają się starymi, a nuda od której się ucieka pojawia się na 
nowo. Niektórzy ludzie raz po razie zmieniają partnerów, ale takie "seriale" pozostawiają za sobą rany i 
w końcu prowadzi to do cynizmu w sprawach miłości. 

Słabnąca miłość romantyczna 
Centralnym  problemem  jest  tutaj  efemeryczna,  mijająca  ekstaza,  nazywana  miłością  romantyczną, 
która pojawia się i znika jak światło świecy na wietrze. Większość z nas przeżyła coś takiego i wiemy, 
że  kiedy  jesteśmy  w  to  zaangażowani  jest  wspaniale.  Oczywiście  nie  neguję  jej,  ponieważ  jest  ona 
jedną  z  najwspanialszych  rzeczy  w  życiu  człowieka.  Po  wielu  latach  małżeństwa  większość  z  nas 
przeżywa  czasem  jej  powrót.  Szaleństwem  jednak  jest  spodziewać  się,  że  będzie  ona  nas 
podtrzymywać przez całe małżeństwo. 
Denis de Rougemont jest ekspertem w sprawach dotyczących romansu i napisał już wiele książek na 
ten temat. Mówi on: 

background image

"W  ciągu  7000  lat  historii,  kiedy  jedna  cywilizacja  następowała  po  drugiej,  nikt  nie  nadał  miłości 
znanej  pod nazwą romansu  tyle rozgłosu,  co kino, druk i  reklamy ...  Żadna inna cywilizacja nie  była 
tak przeładowana zapewnieniem, że małżeństwo niebezpiecznie gryzie się z miłością tak pojętą, oraz 
że należy małżeństwo uzależnić od miłości romantycznej". 
James  Thuber,  reporter  "Chicago  Tribune"  i  "New  York  Times'a"  nie  jest  takim  erudytą  jak 
Rougemont, ale okazuje się równie dobrym analitykiem, skoro pisze: 
"Moją  antypatią  jest  ten  czysty  głos  przeciętnego  amerykańskiego  piosenkarza,  mężczyzny,  czy 
kobiety, wyjącego lub zawodzącego w kiepskich piosenkach o miłości. Amerykanie wychowani są tak, 
że nie potrafią odróżnić miłości od seksu. Uważamy, że jest rozwiązanie typu nacisnąć guzik, albo, że 
jest  to  stała  kuracja  niezadowolenia  i  najpewniejsza  droga  do  szczęścia.  Nasza  ignorancja 
sentymentalna powoduje, że traktujemy małżeństwo jako swego rodzaju  środek uspokajający. Pewna 
czterdziestosiedmioletnia  kobieta,  mająca  za  sobą  dwadzieścia  siedem  lat  małżeństwa  i  sześcioro 
dzieci,  i  która  naprawdę  wie  co  to  jest  miłość,  opisała  mi  ją  kiedyś  tak:  Miłość  jest  wtedy,  gdy  już 
nikogo nie potrzebujemy"'. 

Korzenie impulsów błądzenia seksualnego 
Przyjaźnie prowadzą czasami do cudzołóstwa, ponieważ gdzieś głęboko w umyśle każdego z nas tkwi 
owa  prowokująca  idea.  Taka  tęsknota  za  czymś  więcej,  chęć  wpadnięcia  w  pułapkę  "wspaniałych" 
przeżyć seksualnych młodości, nie może być lekko traktowana. Najczęściej jest to oznaką nudy. Często 
zauważam, że mężczyzna jest nie więcej znużony żoną niż sobą samym. Dla niektórych życie jest po 
prostu czasami nudne i nie ma od tego ucieczki. We wszystkim tkwi monotonność, stąd poszukiwanie 
nowych przygód. Nie można za to winić mężczyzny czy kobiety, że chcą mieć osobę, która będzie za 
nimi "szaleć", podziwiać ich i tęsknić za nimi. Kiedy jednak przyjrzeć się zjawisku bliżej, wiemy, że 
pogoń za ciałem drugiej osoby nie zniweluje zupełnie poczucia nudy. Do tego należy dojść samemu. 
Życie może być przygodą, jeżeli sami je takim uczynimy. Żadna osoba nie wyleczy nas ze znudzenia. 
Często  ludzie nudzą się, ponieważ nie starają się uczynić swego małżeństwa ekscytującym.  Czasami 
mówię  osobie  rozmyślającej  nad  niewiernością:  "Czy  sądzi  pan  (pani),  że  gdyby  włożyć  tyle  samo 
wysiłku  w  uszczęśliwienie  swojego  partnera,  co  w  nowy  związek,  to  czy  małżeństwo  zyskałoby  na 
tym?"  Taka  osoba  często  przyznaje,  że  małżeństwo  stało  się  monotonne  nie  z  powodu  wyboru 
niewłaściwej osoby na partnera, ale dlatego, że spodziewała się, iż małżeństwo może być ekscytujące 
bez podejmowania starań w tym kierunku. 
Wcale nie kwestionuję, że w przypadku nowego partnera występuje pewna ilość dodatkowego niejako 
zainteresowania, ale jak powiedział 
pewien  mężczyzna,  który  wiele  w  swym  życiu  błądził:  "Kiedy  wszystko  jest  już  powiedziane  i 
zrobione, najlepszy na świecie seks przeżywa się ze swoją własną żoną w swojej własnej sypialni. Jest 
się wolnym, należy się do siebie, a wiara i zaangażowanie pomiędzy małżonkami czyni ten fizyczny 
akt wyjątkowo satysfakcjonującym". 

O zdrowym rozsądku w przyjaźniach kobiet z mężczyznami 
Oto  sześć  sugestii  przydatnych  w  kontrolowaniu  swoich  odczuć  seksualnych  dla  podtrzymania 
przyjaźni: 
1.  Nie ufaj zbytnio samemu sobie. Wiedz, że pożądanie seksualne zanika z czasem. Większość z nas 
różni się pod względem ilości odczuć seksualnych i czasami ich siła może na nas spaść w najbardziej 
niespodziewanej  chwili.  Gdy  twe  uczucia  seksualne  znajdą  się  w  stadium  "przypływu"  uważaj  na 
siebie. 
2.    Wybieraj  sobie  towarzyszy,  których  małżeństwa  są  mocnymi  związkami.  Gdy  partner  poszukuje 
miłości, trudno będzie utrzymać się w ryzach. 
3.  Bierz  pod  uwagę,  gdzie  i  kiedy  planujesz  spotkania.  Jedne  bardziej  pobudzają  seksualnie,  inne 
mniej.  Lunch,  na  przykład,  z  pewnością  nie  będzie  prowadził  do  kłopotów,  może  natomiast  kolacja 
spędzona w restauracji, gdzie kochankowie spożywają wspólnie posiłki przy świetle świec. 
4. Rozmawiaj o przyjaźniach. Sygnałem ostrzegawczym jest też fakt, że spotkania stają się potajemne. 

background image

Albo więc opowiedz o tej przyjaźni małżonkowi, albo uciekaj od niej. 
5. Zakreśl sobie granice kontaktu fizycznego. Znajdź taką ilość afektacji fizycznej, która jest wygodna i 
bezpieczna, ponieważ trudno jest kontrolować, gdy dotyk i pocałunki przekroczą pewne granice. 
6. Uwalniaj się z sideł, gdy potrzeba. Czasem przyjaźń z przedstawicielem płci odmiennej wymyka się 
nam  z  rąk  i  wiemy  od  razu  do  czego  to  doprowadzi.  Jeśli  więc  zależy  ci  na  małżeństwie,  nie  ma 
wątpliwości, trzeba się wycofać, niezależnie od tego ile bólu będzie to kosztować. 

Ufność cenniejsza od ekstazy 
Nie zamierzam tu mówić, że dochowanie wierności małżeńskiej jest rzeczą łatwą. Od kilku tysiącleci 
mężczyźni i kobiety walczą z faktem, że społeczeństwo domaga się monogamii, podczas gdy jesteśmy 
jakby stworzeni do kochania większej liczby osób jednocześnie. Jest w nas równocześnie chęć bycia 
wiernym jednej osobie, oraz dążenie do wielokrotnego kochania. 
Zasadniczym  pytaniem  jest  jednak,  czy  chcielibyśmy,  aby  nasz  małżonek  zaangażowany  był  w 
podobne  do  omawianych  flirty.  Mężowie  często  mówią  mi,  że  mogą  mieć  niewielkie  przygody  "na 
boku" bez narażania na szwank swego małżeństwa. Lecz kiedy pytam, czy przyznaliby swoim żonom 
prawo do takich tymczasowych stosunków bledną ze zdziwienia. Bertrand Russel, angielski filozof i 
matematyk,  laureat  Nagrody  Nobla,  był  wielkim  propagatorem  wolnej  miłości,  nie  lubił  jednak,  gdy 
ktoś kręcił się koło jego żony. 
Na dłuższą metę istnieje jednak coś bardziej cennego niż uniesienie pochodzące z nowego seksualnego 
skoku w bok. Tym czymś jest ZAUFANIE. Mam szczęście być mężem kobiety bardzo atrakcyjnej. Co 
więcej ma ona cudowny uśmiech i zawsze wielu facetów wokół siebie, gdy jesteśmy w towarzystwie. 
Ponieważ  podoba  mi  się  to,  że  moją  żoną  zachwycają  się  inni  mężczyźni,  i  ponieważ  nie  mogę  jej 
przecież  trzymać  w  zamknięciu,  cieszę  się,  że  zdołaliśmy  w  naszym  małżeństwie  wypracować  sobie 
wzajemne zaufanie. 
Oboje  mogliśmy  przecież  wybrać  seksualną  wolność,  gdybyśmy  chcieli  pozostać  w  życiu  sami,  ale 
zamiast tego chcieliśmy związku charakteryzującego się głębokim zaangażowaniem. Pozwala nam to 
na  całkowicie  wolne  przyjazne  kontakty  z  przedstawicielami  płci  odmiennej.  Kiedy  zasiadamy 
wieczorem razem do kolacji, żeby opowiedzieć sobie zdarzenia minionego dnia, nie potrzebujemy się 
pytać wzajemnie o szczerość. 
Czasami  zdaje  mi  się,  że  jestem  facetem  "sexy",  ale  nawet  w  chwilach  wyjątkowych  złudzeń  nie 
spodziewam  się,  żeby  moja  osobowość  seksualna  absolutnie  wykluczała  możliwość  zainteresowania 
mojej  żony  innymi  mężczyznami.  W  rzeczywistości  jestem  pewien,  że  czasami  jakiś  mężczyzna 
wydaje się jej bardziej atrakcyjny ode mnie. Jest to jednak w porządku, ponieważ nasz związek cechuje 
coś mocnego: wspólne wzajemne zaangażowanie. 

"Przyjaciel to ktoś, kto przychodzi, gdy inni wychodzą ". 

Walter Winchell 

Ważny składnik: wierność 

Jeżdżę czasami do Valyermo, gdzie klasztor benedyktyński stoi u stóp Gór Gabriel. Jedzenie jest tam 
dobre,  w  pokojach  nie  ma  telefonów  i  jest  tam  możliwość  robienia  długich  spacerów  pomiędzy 
drzewami Jozuego. 
A i podczas posiłków rozmowy są interesujące. Bracia są dobrze wykształceni, szczycą się doktoratami 
z takich uniwersytetów jak Harvard, Louvain, czy Sorbona. 
Pewnego  dnia  siedziałem  naprzeciw  Ojca  Eleuteriusza.  Jest  on  wysokim,  ascetycznym  mężczyzną, 
który  raz  w  tygodniu  jeździ  setki  mil  do  Claremont  Graduate  School  wygłaszać  wykłady  dla 
studentów. Znany jest ze swych uczonych prac filozoficznych. Tamtego dnia jego umysł zaprzątnięty 
był  czym  innym  i  niewiele  mówił  podczas  posiłku,  dopóki  nie  dowiedział  się,  że  piszę  książkę  o 

background image

przyjaźni. Jego oczy ożywiły się i powiedział: "Aha, o przyjaźni" 
Potem zamilkł na chwilę, dumając. Jego twarz spochmurniała i rzekł: "To smutne, że w Ameryce tak 
mało  uwagi  przykłada  się  do  przyjaźni.  Moich  prawdziwych  przyjaciół  tutaj  nie  ma.  Jeden  jest  w 
Indiach, drugi w Belgii. Rozumiem przez to, że cechuje nas swoista wierność. Ja jestem przywiązany 
do nich, a oni do mnie". 
Wierność. Przywiązanie. To zapomniane słowa przeszłości, które jakby zniknęły z naszego słownika. 

Piękno długotrwałych związków 
Ci,  których  łączy  z  innymi  wiele  związków,  wydają  się  wierzyć  w  związki  trwające  całe  życie.  To 
ludzie, którzy pozostają ze swymi partnerami na dobre i na złe, którzy nawadniają wysychające źródła 
uczuć. 
Mój ojciec miał 68 lat, gdy umarł jego najlepszy przyjaciel. Żal ojca po śmierci Huberta upewnił mnie, 
że ich przyjaźń znaczyła dla nich więcej niż te 60 lat wspólnie przeżytych. Jako chłopcy wzrastali w 
tym  samym  miasteczku,  razem  chodzili  na  ryby  i  razem  polowali.  Przypominając  sobie  ich 
podobieństwa, ojciec powiedział: "Tak, Hubert i ja mieliśmy wiele wspólnego. Margaret i twoja matka 
były jedynymi kobietami, z którymi którykolwiek z nas wychodził i pozostaliśmy małżeństwami przez 
ponad  40  lat".  Czasem  ci  dwaj  mężczyźni  rzadko  się  widywali  z  powodu  mnogości  najróżniejszych 
zajęć.  Istniała  jednak  między  nimi  ukryta  siła  wierności.  Hubert  zawsze  przysyłał  nam  pomarańcze, 
gdy jego sady owocowały jesienią, a ojciec często wpadał do ogrodu Huberta, gdzie rozmawiali długo 
spacerując  między  szpalerami  krzewów.  Przez  prawie  ćwierć  wieku  chodzili  do  tej  samej  grupy  w 
szkółce niedzielnej. 

Stałość 
Są ludzie, którym nigdy nie udaje się połączyć z kimś innym jakimś stałym związkiem, i którzy są stale 
w  "ruchu",  przeskakują  z  jednej  przyjaźni  do  innej,  sądząc,  że  dzieje  się  tak  właśnie  z  powodu 
przyjaciół.  Tacy  ludzie  spodziewają  się  znaleźć  gdzieś  na  świecie  kogoś,  z  kim  będzie  im  wreszcie 
naprawdę  dobrze.  Będąc  często  skłóconymi  z  rodziną,  prowadzą  ciągłe  wojny  z  sąsiadami  i  często 
"przenoszą się" z jednego małżeństwa na drugie. 
Weźmy jednak pod uwagę następujący fakt: wcześniej czy później trzeba się będzie zatrzymać, żeby 
dawać, nawet jeżeli otrzymuje się niewiele. 
Dzisiejsze prawo małżeńskie umożliwia łatwe zrywanie małżeństw, ale czy ktokolwiek uważa, że dziś 
ludzie  są  ogólnie  bardziej  szczęśliwi  żeniąc  się  w  życiu  wiele  razy,  niż  sto  lat  temu,  gdy  mimo 
nieporozumień  zostawali  małżeństwem.  Z  moich  doświadczeń  wynika,  że  większość  ludzi 
niezadowolonych  ze  swoich  obecnych  partnerów,  będzie  tak  samo  niezadowolona  z  nowych 
partnerów. 
Nie  osądzam  tutaj,  ani  nie  krytykuję  tych,  którzy  decydują  się  przerwać  niszczące  związki.  Czasami 
jest to konieczne, aby przetrwać. Generalnie uważam jednak, że nie ma powodów do przeciwstawiania 
się  stanowczemu  poleceniu  biblijnemu,  które  dotyczy  trwałości  małżeństwa  i  rozwodu,  jako 
manifestacji naszej grzeszności. 
W większości trwałych przyjaźni, spoiwem, które trzyma ludzi razem, jest zaangażowanie. Pozwólcie, 
że  poprę  to  przykładem.  Co  dwa  tygodnie  spotykam  się  z  grupą  mężczyzn,  którzy  mówią  o  swoich 
przemyśleniach  oraz  uczuciach  i  modlą  się  za  siebie.  Wszyscy  oni  w  jakiś  sposób  kierują  innymi 
ludźmi, są księżmi w dużych kościołach albo zuchwałymi lekarzami. Gdy tacy ludzie spotykają się co 
miesiąc,  nie  da  się  uniknąć  współzawodnictwa  i  czasami  depczemy  sobie  po  odciskach.  Jeden  z 
członków  grupy  jest  naukowcem  i,  jak  do  tej  pory,  to  on  właśnie  wydaje  mi  się  mieć  najsilniejszy 
intelekt. Łatwo jest mu opanować rozmowę i zboczyć na tematy, które go interesują, nie oglądając się 
na innych. 
Ponieważ  celem  naszych  spotkań  nie  jest  dyskutowanie  o  problemach  intelektualnych,  ów  człowiek 
najczęściej  wpada  w  pułapkę,  kiedy  po  pięciu  minutach  monologu  nikt  nie  zachęca  go  do  dalszych 
wywodów. Czasem, gdy jesteśmy dla niego tak bezwzględni, przy końcu spotkania bywa mi go często 
żal i zastanawiam się, czy jeszcze kiedykolwiek przyjdzie. 

background image

Ale  oto  ujawnia  się  rzecz  wspaniała,  nigdy  nie  brakuje  go  z  powodu  naszej  krytyki.  Bez  wątpienia 
znalazłby sobie inne zajęcia na ten czas, ale jest on człowiekiem szanującym zobowiązania. Zawarł z 
nami  pakt,  że  połączymy  dłonie  i  będziemy  się  wzajemnie  wspierać,  jak  bracia  chrześcijanie  i  choć 
czasami coś w naszych stosunkach "zgrzyta", on nie ucieka. Rezultat? Mężczyzna ten jest prawdziwym 
przyjacielem  dla każdego z nas i jest naprawdę  niewiele rzeczy, których nie zrobilibyśmy dla niego. 
Mówi on teraz, że nigdy nie miał tak dobrych towarzyszy, jak ta siódemka, z którą co dwa tygodnie się 
spotyka.  Twierdzi,  że  jesteśmy  najlepszymi  jego  przyjaciółmi.  Ma  rację.  Bardzo  go  kochamy  i  być 
może jesteśmy względem niego lojalni właśnie dlatego, że znosił dzielnie nasze traktowanie go, słuchał 
naszych uwag i był współtwórcą naszego związku. 
O zbyt łatwym poddawaniu się 
W  trwałych  związkach  zdarzają  się  okresy,  w  których  przyjaciel  nie  "funkcjonuje"  najlepiej.  Próba 
polega na tym, czy potrafimy zostać i przetrwać. 
Każdy z nas przeżywa okresy przejściowej niemożności. Nasz system umysłowy oddzielany jest przez 
swego rodzaju pas graniczny od świata 
nierzeczywistości i każdy z nas od czasu do czasu przekracza tę zieloną granicę. Najczęściej stan taki 
trwa  krótko,  prawdopodobnie  krócej  niż  jeden  dzień,  a  dobry  sen  w  nocy  jest  tutaj  najlepszym 
lekarstwem.  Są  jednak  tacy,  którzy  w  takich  chwilach  potrzebują  wsparcia  i  pomocy  ze  strony  tych, 
którzy ich kochają. 
Od  czasu,  gdy  sam  tego  doświadczyłem,  stałem  się  bardziej  wyrozumiały  dla  takich  "ataków" 
irracjonalizmu  u moich pacjentów. Kilka lat temu po bezsennej  nocy stwierdziłem,  że wymykam  się 
sam sobie spod kontroli. Kilka następnych miesięcy było dla mnie piekłem na ziemi. Prawdopodobnie 
nigdy  nie  pojmę  wszystkich  powodów  tamtego  załamania.  Nie  mogłem  sobie  sam  z  tym  poradzić  i 
zawsze  będę  wdzięczny  tej  garstce  ludzi,  głównie  członkom  mojego  Kościoła,  za  to,  że  pomogli  mi 
przetrwać. Po kilku miesiącach odzyskałem równowagę i wróciłem do "normalności". 
Oto klucz do sprawy: prawie zawsze udaje się ludziom przejść przez taki okres niestabilności. Utrata 
kontroli  nad  sobą  jest  czasowa.  Dzięki  odrobinie  spokoju,  umysł  wkrótce  powróci  do  normalnego 
stanu. 
Harry Emerson Fosdick, który później stał się szeroko znanym pastorem Riverside Church w Nowym 
Jorku, przeżył w seminarium poważne załamanie nerwowe. Po kilku dniach i nocach wykańczającego 
napięcia,  poleciał  samolotem  do  rodziny  w  Buffalo  i  nie  był  w  stanie  wrócić  do  szkoły,  aż  do 
następnego roku. 
Jak Fosdick odzyskał równowagę? Głównie dzięki upływowi czasu. No i dzięki wyrozumiałej pomocy 
jego narzeczonej i rodziny. W końcu najgorszy okres minął, ale jeszcze przez kilka miesięcy rozpaczał, 
że  nigdy  już  nie  powróci  do  dawnego  stanu  swego  umysłu  i  był  na  krawędzi  samobójstwa.  Pisząc 
prawie 50 lat później o swojej podróży w ciemność, Fosdick powiedział, że nauczył się wtedy o Bogu 
więcej niż potrafi nauczyć jakiekolwiek seminarium. Nauczył się modlić i poznał siłę tej garstki ludzi, 
którzy nie opuszczają cię, gdy jesteś w kłopotach. 
Otrzeźwiająco działa przypuszczenie, co by się zdarzyło, gdyby rodzina Fosdicka doszła do wniosku, 
że  jest  on  całkowitym  szaleńcem  i  zostawiła  go  swemu  losowi.  Kościół  straciłby  jednego  ze  swoich 
najwspanialszych liderów. 
To,  do  czego  namawiam,  to  wytrwałość  w  kontaktach  międzyludzkich,  która  pomoże  przetrwać 
najgorsze. 
Wymaganie  absolutnej  wzajemności  przez  cały  czas  może  zniszczyć  przyjaźń.  Glenn  i  Harry  byli 
blisko, odkąd zostali księgowymi w tej samej firmie 10 lat temu. Razem zmieniali pracę i nadal mają 
ze  sobą  wiele  wspólnego.  Jednak  Glenn  dostał  ostatnio  awans  na  kierownicze  stanowisko,  pełne 
stresów i pieniędzy, został też członkiem klubu, w którym zamierza bywać. Harry mówi sobie, że nie 
zazdrości  Glennowi  i  że  nie  chciałby  jego  pracy  nawet  na  minutę.  Uważa  jednak,  że  nowy  prestiż 
uderzył Glennowi do głowy i czuje się urażony brakiem czasu ze strony Glenna na wspólne wycieczki 
na ryby. 
Zapewne  jest  prawdą,  że  nowa  praca  całkowicie  zaprzątnęła  uwagę  Glenna  przez  kilka  pierwszych 

background image

miesięcy. Gdyby Harry mógł zmierzyć jakoś to, co daje i to co dostaje w tej przyjaźni, okazałoby się, 
że  daje  więcej,  niż  otrzymuje  od  Glenna.  Na  szczęście  Harry  jest  człowiekiem  zrównoważonym  i 
bardzo cierpliwym. Tak długo są przyjaciółmi, że nie obawia się, iż Glenn chce się go pozbyć, ale że 
po prostu zajęty jest innymi sprawami. Ich wzajemny stosunek z pewnością wkrótce się polepszy, a na 
razie Harry akceptuje tę mniejszą wzajemność w przyjaźni. Harry jest człowiekiem mądrym, ponieważ 
we wszelkich kontaktach międzyludzkich istnieje stały ruch raz w kierunku bardziej bliskiej zażyłości, 
to znowu w kierunku jakby wycofania się i dystansu. Czujący się bezpiecznie przyjaciel nie wpada w 
panikę w momentach takiego wycofania się partnera. 

Czy szukać numeru pierwszego? 

Współczesna,  tak  zwana  pop-psychologia  spowodowała  powstanie  całej  fali  poradników  i  książek, 
które zalecają stanowczość, dbałość o swoje sprawy, wykorzystywanie innych zanim oni wykorzystają 
ciebie i polecanie ludziom, którzy nie dają tego, czego się po nich spodziewać, żeby po prostu zniknęli. 
W rzeczywistości tendencja ta nie jest niczym nowym. Arogancja jest obecna wśród nas od dłuższego 
już czasu. 
Filozofii tej towarzyszy jednak patos. Jest nim mianowicie zamiar uszczęśliwienia ludzi w jakiś sposób 
pogrążonych.  Powiedziano  im, że  ignorowanie  potrzeb  ludzi,  którzy  ich  otaczają  i  przebijanie  się  za 
pomocą  łokci  naprzód,  uczyni  ich  szczęśliwymi.  Jednak  moje  doświadczenia  wyraźnie  wskazują,  że 
osoby,  które  odpychają  innych,  zastraszają  swoich  konkurentów  i  gardzą  ludźmi  od  nich  zależnymi, 
dochodzą do szczytu i stwierdzają, że nie ma tam nikogo, kto byłby im pomocny. Jezus negował taki 
styl życia mówiąc, że ci, którzy uratują swoje życie skończą tracąc je. Chrystus powiedział też,  że ci 
którzy  stracą  swe  życie  dla  Niego,  będą  uratowani,  a  Biblia  pełna  jest  fragmentów  opisujących 
poświęcenie siebie, które w dalszej perspektywie prowadzi do szczęścia. Innymi słowy, szczęście nie 
przychodzi  zazwyczaj  do  tych,  którzy  go  intensywnie  poszukują.  Szczęście  jest  przecież  produktem 
ubocznym. 
Zauważyłem, że ludzie szczęśliwi nie przepychają się, nie zastraszają innych. Sąpewni swej wartości, 
której część pochodzi z czynienia innych szczęśliwymi. Istnieje też nagroda za takie czyny, ponieważ 
przyjaciel chętny do poświęcenia dla drugiego nigdy nie będzie zapomniany. 
Oto kobieta, której mąż stracił pracę i pewność siebie. Życie z nim jest dla niej udręką, a on stał się z 
tego powodu impotentem. W domu brakuje pieniędzy. Kobieta zapobiegawcza szybko znajdzie swój 
"numer  jeden".  Natomiast  kobieta  cierpiąca,  która  wierzy  w  wartości  długotrwałego  zaangażowania 
się,  rozpoznaje,  że  małżonek  potrzebuje  jej  teraz  bardziej,  niż  kiedykolwiek,  oraz  że  istnieją  takie 
okresy w kontaktach międzyludzkich, że jedna strona daje z siebie wszystko. 
Jest jakaś wrodzona dobroć w jej miłości, dzięki której inni ludzie bardzo ją kochają. Kto wie, może 
kiedyś w przyszłości ona będzie potrzebować pomocy i  po prostu  będzie potrzebowała mieć coś lub 
kogoś w zanadrzu. 
A co powiedzieć o matkach, które przez całe swoje życie zajmują się swoimi kalekimi dziećmi? Czy 
niepotrzebnie zadają sobie tyle trudu? Czy nie powinny poszukać swojego "numeru pierwszego"? 
Rozmawiam  z  czterdziestoletnią  kobietą,  która  opiekuje  się  swoimi,  starszymi  już  rodzicami  i 
zastanawiam się, czy nie jest zbytnio do nich przywiązana. 
- "O, nie sądzę - odpowiada. 
- "Ale czy naprawdę sprawia pani przyjemność chodzenie z nimi do lekarza itd?" - mówię z naciskiem. 
Podejrzewam  u  niej  słabe  "ego"  i  staram  się  wypróbować  poprzez  rozmowę,  czy  nie  znajduje 
przyjemności  w  karaniu  samej  siebie.  Jej  odpowiedź  jest  tak  przepełniona  zdrowym  rozsądkiem  i 
wspaniałomyślnością, że zapominam o zamierzonej próbie i jestem onieśmielony zabawą w detektywa. 
-    "Czy  to  lubię?  Nie,  jeżeli  ma  pan  na  myśli  przyjemność  w  całym  tego  słowa  znaczeniu.  Kto  lubi 
przesiadywać całymi godzinami w poczekalniach tylko po to, żeby dowiedzieć się od lekarza, że ból w 
plecach matki to tylko artretyzm, że ona po prostu starzeje się i że powinniśmy być przygotowani na 
takie rzeczy? 
Ale jeśli pod tym słowem rozumie pan satysfakcję - owszem, mam z tego bardzo dużo stysfakcji. Moi 
rodzice przez tyle lat poświęcali się dla mnie, że i dziś nie wiem, czy należycie im się odpłacam. Nie 

background image

myśli się o tym, kiedy jest się młodym. 
Teraz  więc,  kiedy  mogę  coś  dla  nich  zrobić,  cieszę  się.  Oczywiście,  wolałabym  rozmawiać 
popołudniami z kimś innym, historyjki ojca słyszałam już setki razy, a on dodatkowo tak się podnieca 
rozmowami o polityce. Czasami wybucham, kiedy nie mogę już wytrzymać. 
Ale  oni  kochali  mnie  przez  40  lat  i  wiem,  że  nic  mi  nie  ubędzie,  kiedy  będę  się  nimi  opiekować. 
Zresztą bardzo, bardzo ich kocham". 
Ta  kobieta  zalicza  się  do  grupy  ludzi,  którzy  zdają  się  mieć  mało  czasu  na  przejmowanie  się 
samooceną, samospełnieniem i innymi doświadczeniami. Ludzie tacy znajdują zadowolenie w dawaniu 
siebie innym. 
Motywacja  do  takiej  wspaniałomyślności  istnieje  już  2000  lat  i  pochodzi  od  pewnego  Człowieka  z 
Nazaretu, który, jak mówił pewien naoczny świadek, powiedział: "Idźcie i czyńcie dobro". On sam nie 
tylko nauczał miłości, On także był ucieleśnieniem takiej miłości. 
Po raz pierwszy widzimy Go w wieku 12 lat, kiedy otoczony jest ludźmi, z którymi wiele Go łączy. 
Otwiera się przed bliskimi i coraz częściej widzimy  Go, jak przejmuje inicjatywę miłowania innych, 
wyrządzając  przysługi  obcym,  broniąc  potrzebujących,  ryzykując  siebie  za  innych,  podczas  gdy  nie 
istnieje możliwość uzyskania tego samego w zamian. 
Jezus  oczywiście  miał  właściwy  obraz  samego  siebie.  Dlatego  nie  musiał  "wypróbowywać  się"  w 
jakiejkolwiek potyczce słownej,  czy w walce o  władzę. Zamiast  tego Chrystus wyrażał  delikatność i 
wspaniałomyślność. Jego Miłość przemieniła piaszczystą prowincję Imperium Rzymskiego w Ziemię 
Świętą. On po niej chodził. 
To  wszystko  mówi  nam,  że  Chrystus  nie  był  słaby.  Brak  agresywności  nie  oznacza  bierności.  I  dziś 
ludzie pełni miłości też nie są słabymi. Są mocni. Oni budują. Są twórcami. Nie dziedziczą nienawiści, 
lecz zbierają miłosierdzie. 

background image

„Ja po prostu idę naprzód i nie poddaję się” 

Babę Ruth 

Nie można zdobyć wszystkiego 

Na  imię  miała  Cassandra.  Jej  uroda  zaczęła  już  znikać,  ale  oczy  jeszcze  żywo  błyszczały  i  jej 
zachowanie  było  ciągle  eleganckie.  Gdy  poznaliśmy  się,  jej  pewność  siebie  zdawała  się  ginąć  w 
oczach, a ona sama coraz bardziej upodabniała się do wystraszonego ptaka. Małżeństwo, które zawarła 
skończyło się rozwodem 10 lat temu. Jej stosunki z ludźmi w supermarkecie, na stacji benzynowej, ze 
sprzątaczkami były przyjacielskie, ale wieczory spędzała przed telewizorem. Nie miała prawdziwych 
przyjaciół. W końcu znalazła się w mojej poradni; nikt przecież nie zniesie takiego odizolowania się. 
Cassandra ma wielu braci i sióstr syjamskich - ludzi, którym brak miłości - ponieważ wybrali izolację, 
samotność. Zranieni niepowodzeniem w pewnym momencie życia, doszli do wniosku, że nie mogą, lub 
nie powinni próbować związać się ponownie. 

Rozwód i jego następstwa 
Jeżeli cokolwiek może w naszym dorosłym życiu zniechęcić nas do nawiązywania kontaktów z innymi 
ludźmi, to tym czymś jest właśnie rozwód. Co roku, ponad półtora miliona Amerykanów rozwodzi się i 
kiedy dokładniej przyjrzeć się tej statystyce, co dziewiąty uległ poważnemu urazowi. 
Obserwator z zewnątrz mógłby podejrzewać, że ludzie rozwiedzeni będą za to winić swoich partnerów, 
bez względu na naturę ludzką. Prawda jest jednak inna. Większość znanych mi rozwiedzionych ludzi 
wini siebie za niepowodzenie małżeństwa. Niewykluczone, że ludzie, których spotykam mają mniejsze 
mniemanie o sobie  -  szukają przecież porady.  Zajmowałem się jednak wielokrotnie zarówno mężem, 
jak i żoną rozbitego małżeństwa i okazywało się, że oboje oskarżali siebie samych, zresztą dość mało 
przekonująco. Nikt z nich nie potrafił unieść bagażu miłości małżonka i zobowiązań wynikających z 
nowych związków. 
Oczywiście  arogancją  byłoby  lekko  traktować  kogoś,  kto  w  ogóle  nie  poczuwa  się  do 
odpowiedzialności  za  rozwód.  Z  drugiej  jednak  strony,  tragiczne  jest,  gdy  ktoś  wyczołguje  się  z 
nieudanego małżeństwa, będąc przekonanym, że nie powiedzie mu się już żaden przyszły związek. Za 
żadną cenę nie wolno wycofywać się z życia, z powodu nieudanego małżeństwa. To właśnie w czasie 
stresu  potrzebujesz  przyjaciół  i  rodziny  i  jeśli  pozwolisz  im  zaopiekować  się  tobą  choć  trochę, 
stwierdzisz, że zdolność kochania powoli wraca. 
Jedną z przyjemności w mojej pracy jest właśnie obserwowanie takiego zjawiska. Pewien mężczyzna 
wchodzi  na  pierwszą  wizytę,  pozbawiony  zupełnie  energii,  entuzjazmu,  wiary  w  siebie,  z  udręką  na 
twarzy. Jego żona poinformowała go, że sypia z innym i że żąda rozwodu. 
Ten znękany człowiek zaczyna się jednak niejako przegrupowywać. Żywotność i ożywienie powracają. 
Zaczyna się śmiać. A potem pewnego dnia mówi mi o kobiecie, którą poznał. 
Dodatkową nagrodą mojego zawodu jest fakt, że bywam na wielu szczęśliwych ślubach. 

Błądzić - rzecz ludzka 
Aby  mieć  dobre,  bliskie  kontakty  z  ludźmi,  trzeba  umieć  popełniać  błędy.  Większość  ludzi,  którzy 
zaznali wspaniałych przyjaźni wie, że od czasu do czasu to się zdarza. Starają się jak mogą podtrzymać 
swoje przyjaźnie i związki rodzinne, lecz gdy czasami coś zaczyna się psuć, nie zakładają od razu, że 
to  z  nimi  dzieje  się  coś  niedobrego.  Przyjaźń,  jak  roślina,  może  czasem  umrzeć  śmiercią  naturalną. 
Ludzie odchodzą od swoich bliskich w interesach lub dla zaspokojenia swoich potrzeb. Wszędzie może 
przecież  wystąpić  swoiste  tarcie.  Przyjaźń  na  całe  życie  może  być  cudowna,  ale  zdarza  się  bardzo 
rzadko.  Przeżywszy  przyjaźń  kilkumiesięczną  lub  kilkuletnią,  powinniśmy  cieszyć  się,  a  nie 
lamentować, że nie trwała ona całe wieki. 

Oznaka sukcesu: zdolność właściwego traktowania odrzucenia 

background image

Rozmawiałem  kiedyś  z  pewnym  dyrektorem  do  spraw  handlowych,  który  wykształcił  kilku  spośród 
najlepszych i najlepiej płatnych urzędników handlowych. "Czy wie pan co jest najlepszą wskazówką, 
informującą o tym, że ktoś będzie dobrym handlowcem?" - spytał. 
Zgadywałem: "Inteligencja? Ambicja? Wygląd zewnętrzny? 
-  To  zdolność  właściwego  traktowania  odrzucenia  -  powiedział.  Jeżeli  przeraża  go  niepowodzenie  z 
kilkoma  klientami,  nigdy  do  niczego  nie  dojdzie.  Gdy  jednak  przetrzyma  i  będzie  dalej  próbował, 
będąc pewnym, że w końcu znajdzie klienta - nie ma siły aby zatrzymać takiego człowieka". 
Identyczna zasada funkcjonuje w kontaktach międzyludzkich. Umiejętność odkrywania miłości zależy 
po  części  od  naszych  zdolności  do  dawania  sobie  rady  z  odrzuceniem  przez  innych.  Zdarzyć  się 
przecież może, że czasami ktoś, z kim próbujemy zaprzyjaźnić się, odrzuci nas. Takie zdarzenie będzie 
ranić  do  głębi.  Wiadome  jest  przecież,  że  nie  każdy  cię  polubi.  Kiedy  tak  się  dzieje,  nie  musi  to 
oznaczać twojej winy. Po prostu wspomniana już wcześniej reakcja chemiczna nie przebiega tak, jak 
należy. 
Nawet  Jezus  nie  był  lubiany  powszechnie.  W  rzeczywistości  też  miał  wrogów.  Ciebie  też  to  czeka, 
nawet  jeśli  będziesz  starał  się  prowadzić  swe  życie  najlepszymi  drogami.  Rollo  May,  amerykański 
psychoanalityk i psycholog, mówi w jednej ze swych książek, że jedną z korzyści mieszkania w małej 
miejscowości  jest  to,  że  uczysz  się  tam  współżyć  z  własnymi  wrogami.  Rzeczywiście  jest  to  lekcja 
godna  uwagi,  dzięki  której  możesz  dojść  do  wniosku,  że  mimo  iż  pewna  liczba  ludzi  nie  będzie  cię 
lubić,  będziesz  mógł  mieć  więcej  przyjaciół,  niż  czasu  i  możliwości  do  podołania  wszystkim 
potencjalnym przyjaźniom. 

Radość z nowych przyjaciół 
Nawet Samuel Johnson, ten najbardziej towarzyski człowiek, zauważył, że jego przyjaźnie podlegają 
ciągłym  zmianom.  Stąd  jego  celna  uwaga:  "Człowiek  musi  ciągle  ulepszać  swoje  przyjaźnie.  Nie 
poszukując nowych znajomości z upływem czasu, wkrótce można zostać samotnym". 
Pisarz i myśliciel Paul Tournier powiedział w wieku 75 lat, że jedną z radości przejścia na emeryturę 
jest fakt, że ma się zazwyczaj przyjaciół młodszych od siebie. Oto jego słowa: 
"Czasami  słyszy  się,  że  nie  jest  łatwo  nawiązywać  nowe  przyjaźnie  kiedy  nie  jest  się  już  młodym. 
Gdyby tak rzeczywiście było, okazałoby się, że mam wyjątkowe szczęście. Moi najbliżsi przyjaciele z 
lat  dzieciństwa  i  młodości  już  prawie  wszyscy  nie  żyją.  Moja  żona  także  straciła  już  wielu  swoich 
przyjaciół.  Mamy  jednak  mnóstwo  nowych  przyjaźni,  przyjaźni  wspaniałych  z  mężczyznami  i 
kobietami,  którzy  w  większości  są  od  nas  młodsi  i  którzy  mają  swój  udział  w  tym,  że  mamy  ciągle 
młode dusze i serca. Niektórych naszych przyjaciół znamy dopiero od kilku lat". 

Ażeby mieć wielu przyjaciół, należy ciągle próbować 
W  przyjaźni,  jak  we  wszystkim  innym,  odnosi  się  sukces,  jeśli  nie  zniechęca  się  niepowodzeniami  i 
rozczarowaniami,  a  ciągle  się  próbuje.  Rzadko  kto  zauważył,  że  jeden  z  najlepszych  zawodników 
baseballu  w  Stanach,  Babę  Ruth,  zdobywając  rekord  trafnych  uderzeń  nie  notowany  od  40  lat, 
jednocześnie  ustanowił  rekord  bezskuteczności.  W  rzeczywistości  nie  trafiał  dwa  razy  częściej.  Ale 
jedno, co ludzie pamiętają, to fakt, że zdobył 714 punktów wspaniałymi strzałami. Ktoś spytał Rutha o 
sekret jego sukcesu. "Ja po prostu idę naprzód i nie poddaję się" - powiedział. 

„Miłość nigdy nie ustaje (...)” 

1 Kor 13,8 

I ciebie ktoś pokocha 

Henry Drummond napisał kiedyś wspaniały esej o miłości, który zatytułował "Najwspanialsza rzecz na 
świecie"  (The  Greatest  Thing  in  the  World).  Nigdy  nie  spotkałem  człowieka,  który  by  zaprzeczał, 

background image

jakoby miłość nie była najwspanialszą rzeczą na świecie, ale często spotykam ludzi, którzy nie mają 
nawet nadziei na jej znalezienie.  Ludzie ci przekonani są, że nie da się ich kochać i  rzeczywiście ich 
przeszłość zdaje się to potwierdzać. 
Jednak w ciągu tych wszystkich lat udzielania porad nie spotkałem takiej osoby, której absolutnie nie 
dałoby  się  pokochać.  Być  może,  że  ktoś  rozwinął  w  sobie  tendencje  do  komplikowania  sobie 
kontaktów z innymi ludźmi, ale w zasadzie każdy zdolny jest kochać i być kochanym. 
Mam  zwyczaj  jadać  sobotni  lunch  z  jednym  z  moich  dawnych  pacjentów.  Wracam  zazwyczaj 
zadowolony z tego, że jestem psychologiem, ponieważ wielu z moich pacjentów, będących w chwili 
rozpoczynania terapii załamanymi swoimi kryzysami, jest teraz bardziej szczęśliwymi i lepiej dającymi 
sobie radę z otaczającym ich światem. 
Często jestem mile zaskoczony tym jak moi starzy przyjaciele dają sobie znakomicie radę w życiu beze 
mnie. Czasem przecież dawałem im niewłaściwe dla nich rady, a teraz oni znakomicie funkcjonują i są 
już bardzo daleko od punktu wyjścia. Dlaczego? Zawsze dlatego, że połączyli się z jedną lub kilkoma 
osobami, które pokochali i które ich pokochały. Odkryli po prostu fenomen przyjaźni. 
Oto  pewien  młody  człowiek,  który  przez  całe  swe  życie  był  nieśmiały  i  trzymał  się  na  uboczu, 
przyszedł  do  nas.  Jego  depresja  zdawała  się  go  już  pokonywać  i  obawiał  się,  że  coś  już  niedługo 
pęknie. Ostatnie spotkanie miał z nami trzy lata temu i wtedy zdawałem sobie sprawę, że może dojść 
do nawrotu i że będzie musiał przyjść do nas ponownie. Ale oto siedzi naprzeciw mnie i opowiada mi o 
klubie narciarskim, w którym jest skarbnikiem! Pytam więc, gdzie znalazł tyle sił i odwagi, aby podjąć 
się tak odpowiedzialnego zajęcia. 
"Podejrzewam,  że  po  prostu  odpowiednio  się  zmieniłem  -  odpowiada.  Nie  dlatego,  że  jestem  typem 
człowieka  towarzyskiego  nie,  nic  z  tych  rzeczy.  Ja  już  po  prostu  nie  boję  się  ludzi  i  to  z  pewnością 
dzięki kilku przyjaźniom nawiązanym w biurze. Zacząłem poszukiwać innych nieśmiałych, z którymi 
mógłbym  znaleźć  wspólny  język  i  pewnego  dnia  trafiłem  na  jednego  starszego  faceta.  On  też  jest 
narciarzem  i  wiele  rzeczy  robimy  wspólnie,  ale  najwspanialsze  jest  to,  że  mam  z  kim  porozmawiać. 
Mam tu na myśli rozmowy z prawdziwego zdarzenia. Mogę powiedzieć mu wszystko, nie obawiając 
się,  że  będzie  mnie  pouczał.  A  i  on  mi  się  zwierza.  Nie,  nie  ma  w  naszej  przyjaźni  nic  z 
homoseksualizmu  -  dodał  z  uśmiechem.  Z  pewnością  zainteresuje  pana  to,  że  mam  teraz  także 
dziewczynę. Przez dłuższy już czas nie umawiałem się z nią i chwilami zaczynam mieć o nią obawy, 
ale to dzięki Harv'owi odważyłem się związać z kobietą". 
To działa zawsze. 
Każdy,  kto  próbuje  zasad  miłości  i  kto  zastosuje  je  w  nowych  przyjaźniach,  zaczyna  nabierać  siły  i 
pewności siebie. Ta nowa pewność siebie pozwala na podejmowanie nowych kontaktów z ludźmi. 
Założeniem tej książki było przekonanie, że życie może być przepełnione miłością. Bez względu na to, 
na ile brakuje ci zacięcia towarzyskiego, albo jak słabo oceniasz swoje predyspozycje do nawiązywania 
przyjaźni, możesz być osobą dającą się kochać. Dopóki nie zamkniesz się w osamotnionym domku na 
Jukonie, z pewnością będziesz mógł zawiązać długotrwałe i głębokie przyjaźnie. 
Miłość nie przychodzi od tych, którzy po prostu są przystojni lub utalentowani - piękno i talent nie są 
podstawą  kontaktów  międzyludzkich.  Miłość  jest  czymś,  co  się  CZYNI,  jeśli  więc  zastosujesz 
podstawowe prawa opisane w tej książce, z pewnością przeżyjesz wiele wspaniałych przyjaźni. 

Siła miłości 
W roku 1925 założono w Topeka w stanie Kansas mały szpital dla umysłowo chorych. W czasach, gdy 
"kuracja wypoczynkowa" była modna w psychiatrii, grupa lekarzy  - ojciec i dwóch synów po szkole 
medycznej  -  postanowiła  stworzyć  rodzinną  atmosferę  wśród  pacjentów.  Pielęgniarkom  wydano 
dokładne instrukcje jak mają zachowywać się w stosunku do określonych pacjentów: "Niech pani da 
mu  poznać,  że  pani  go  lubi  i  ceni".  "Niech  pani  będzie  uprzejma,  ale  stanowcza  w  stosunku  do  tej 
kobiety". 
Tymi lekarzami byli Karl i Will Menninger, a klinika Menningera, stosując tak "rewolucyjne" metody, 
stała się znana na całym świecie. 
Podsumowując, Karl Menninger powiedział: "Miłość jest lekarstwem na choroby ludzkie. Można żyć 

background image

jeśli ma się miłość". 
Podobna konkluzja pochodzi od innego psychiatry obecnie również bardzo znanego który doszedł do 
tego  wniosku w innym  miejscu. Viktor Franki,  Żyd wiedeński, więziony  przez Niemców ponad trzy 
lata.  Przenoszono  go  z  jednego  obozu  koncentracyjnego  do  drugiego.  Kilka  miesięcy  spędził  też  w 
Oświęcimiu.  Dr  Franki  powiedział,  że  dość  wcześnie  poznał  jedyny  sposób  przeżycia  -  codzienne 
golenie się rano, nawet  gdyby brzytwą miał  być kawałek szkła, bez względu na samopoczucie. A to 
dlatego,  że  stając  do  porannego  apelu,  chorzy  więźniowie,  którzy  nie  mieli  siły  pracować,  wysyłani 
byli  do  gazu.  Gdy  zaś  ktoś  był  ogolony,  a  jego  twarz  bardziej  różowa,  szansę  na  uniknięcie  śmierci 
tego dnia zwiększały się. 
Musieli  przeżyć,  żywiąc  się  300  gramami  chleba  i  połową  litra  wodnistej  zupy.  Sypiali  na  gołych 
deskach, po dziewięciu w rzędzie i mieli po dwa koce na każdych dziewięciu więźniów. Trzy piskliwe 
gwizdki budziły ich o trzeciej rano do pracy. 
Pewnego  ranka,  gdy  wychodzili  układać  tory  kolejowe  na  zamarzniętej  ziemi  wiele  kilometrów  od 
obozu,  towarzyszący  im  strażnicy  wrzeszczeli  na  nich  i  popędzali  ich  kolbami  swoich  karabinów. 
Każdy, kto miał poranione stopy, wspierał się na ramieniu towarzysza. Sąsiad Frankla, chowając usta 
za podniesionym kołnierzem, wyszeptał: 
"Żeby tak nasze żony nas teraz zobaczyły! Mam nadzieję, że lepiej im się dzieje w ich obozach i że nie 
wiedzą co dzieje się z nami". 
Franki pisze: 

"To  przypominało  mi  o  mojej  żonie.  Wlokąc  się  tak  kilometrami,  ślizgając  się  na  zamarzniętych 
kałużach, podtrzymując  się i  pomagając sobie iść, żaden z nas nic nie mówił.  Ale obaj  myśleliśmy o 
naszych  żonach.  Od  czasu  do  czasu  spoglądałem  w  niebo,  na  którym  gwiazdy  już  bledły,  a  różowe 
światło poranka zaczynało rozchodzić się za ciężkimi 
chmurami. Moje myśli przy lgnęły jednak do obrazu mojej żony. Słyszałem jak mi odpowiada, uśmiecha 
się i spogląda na mnie swym dodającym odwagi wzrokiem. 
Przeszyła  mnie  pewna  myśl:  po  raz  pierwszy  wżyciu  ujrzałem  prawdę,  jaką  opisują  poeci  w  swych 
pieśniach,  którą  obwieszczają  najwięksi  mędrcy.  Prawdę,  która  mówi,  że  miłość  jest  podstawowym  i 
najwyższym  celem  ludzkich  dążeń.  Potem  uchwyciłem  znaczenie  tego  największego  z  sekretów, 
przekazywanego przez ludzką poezję, ludzką myśl i ludzką wiarę: zbawienie nadchodzi przez miłość i w 
miłości". 

background image

Spis treści 

Wspaniałe nagrody przyjaźni  3 
 
Część 1: Pięć sposobów pogłębiania kontaktów towarzyskich 7 
Dlaczego niektórym ludziom nigdy nie brakuje przyjaciół 7 
Sztuka otwierania się przed innymi 10 
Jak okazywać uczucia 16 
Miłość jest czymś, co się tworzy 21 
Zignoruj "to", a zobaczysz jak przyjaciele cię opuszczają 24 
 
Część 2: Pięć wskazówek wzmocnienia zażyłości 34 
Dotknij mnie, proszę 34 
O sztuce afirmacji 38 
Koncepcja małżeństwa przy filiżance kawy 42 
0 polepszaniu umiejętności prowadzenia rozmowy 45 
Gdy łzy są darem Boga 49 
 
Część 3: Jak przeciwdziałać negatywnym emocjom 53 
"Miły facet" - postawa, która prowadzi donikąd 53 
Pięć technik złoszczenia się 58 
 
Część 4: Co się dzieje, gdy twoje kontakty z ludźmi zaczynają się psuć 60 
Jak ocalić słabnącą przyjaźń 60 
Sztuka twórczego przebaczania 64 
Eros: jego siła i jego problemy 67 
Ważny składnik: wierność 71 
Nie można zdobyć wszystkiego 76 
I ciebie ktoś pokocha 78