background image

Lilian Darcy

Jak się rodzi miłość

background image

Rozdział 1

Świeży  śnieg  otulił  Columbus.  Zdaniem  znużonych  zimnem  mieszkańców 

środkowego Ohio było to doprawdy nie w porządku: zima przyszła w tym roku tak 
wcześnie,  że  teraz,  w  środku  marca,  mogłaby  mieć  dość  przyzwoitości,  żeby  się 
wreszcie wycofać.

A  przecież  był  w  Columbus  ktoś,  komu  biel  na  dworze  sprawiła  prawdziwą 

przyjemność.  Nicole  Martin,  która  z  piątku  na  sobotę  przyleciała  z  Australii  i 
jeszcze nie całkiem przyszła do siebie, z trudem zmusiła się, by usłuchać rozkazu 
nastawionego na wpół do siódmej rano budzika. Lecz gdy już zdołała wstać...

–  Och,  Astro!  –  zawołała  do  kota  Barbary  Zelinsky,  wyglądając  na  uśpiony 

ogród.  –  Spójrz  tylko!  Leży  nawet  na  drutach  telefonicznych!  A  ta  zaśnieżona 
jodełka  wygląda  zupełnie  jak  świąteczna  choinka!  Pada  i  pada,  jak  z  rozprutej 
pierzyny!

Astro zignorował jej zachwyty. Śnieg nie był dla niego żadną atrakcją.
Dla  Nicole  zaś  –  wprost przeciwnie.  Pochodziła  z  Sydney,  gdzie  nawet  lekki 

mróz  był  nie  lada  wydarzeniem,  i  dotychczas  jej  doświadczenia  ze  śniegiem 
ograniczały się do jednego wiosennego weekendu w górach parę ładnych lat temu, 
kiedy  to  wraz  z  przyjaciółmi  obrzucali  się  śnieżkami  i  z  piskiem  zjeżdżali  na 
prowizorycznych sankach po rozmiękłych, półnagich wzgórzach. Bawiła się wtedy 
świetnie. Ale to tutaj – cudo!

Nie  mogła  sobie  jednak  pozwolić  na  dalsze  zachwyty.  Nie  były  one 

przewidziane  w  rozkładzie  jej  porannych  zajęć:  wkrótce  zaczyna  pracę.  Musi 
jeszcze wziąć prysznic, ubrać się, zjeść śniadanie, nakarmić Astra i – nagle to sobie 
uprzytomniła  –  oczyścić  samochód  Barb  z  tego  przepięknego,  białego  puchu.  A 
potem trzeba dojechać oblodzonymi bez wątpienia drogami do rzeki i dalej, aż do 
szpitala Reverbank.

Jak na raz wcale niemało.
Ona  i  Barbara  zamieniły  się  na  rok  pracą  w  ramach  programu  wymiany 

pielęgniarek,  skutkiem  czego  Nicole  mieszkała  obecnie  w  ładnym  i  obszernym 
(trzy  sypialnie)  domu  Barbary  położonym  nieopodal  szpitala,  tyle  że  na  drugim 
brzegu rzeki, Barbara zaś skazana była na znacznie mniejsze mieszkanko Nicole na 
przedmieściach  Sydney.  Barbarze  jednak  ta  nierówność  standardu  zdawała  się 
zupełnie nie przeszkadzać.

–  Ach,  ten  twój  balkon  i  to  słońce!  –  zachwycała  się,  gdy  spotkały  się  w 

background image

Sydney. – Te plaże! Nie mam najmniejszego zamiaru siedzieć w domu.

Nie mniej entuzjastycznie odniosła się do samej pracy  – u boku  samodzielnie 

praktykującego  doktora  Gary’ego  Hilla,  współpracującego  z  Royal  Prince  Alfred 
Hospital.

– Niezły okaz! – powiedziała z uznaniem. – Mm, żonaty?
– Rozwiedziony – odparła Nicole, a ciemne oczy Barb znacząco zabłysły.
Barbara niedawno przekroczyła czterdziestkę i także była rozwiedziona.
–  Jasne,  że  chciałabym  wyjść  znowu  za  mąż  –  odpowiedziała  na  ostrożne 

pytanie Nicole. – Miedzy innymi dlatego zgłosiłam się do tej wymiany. To okazja, 
żeby zawrzeć nowe znajomości.

Nicole też miała ochotę zawrzeć nowe znajomości, ale z pewnością nie z myślą 

o małżeństwie.

– Ja jeszcze długo nie zamierzam się w to bawić – oświadczyła.
– Pewnie, jak się ma tylko... Ile ty masz lat?
– Dwadzieścia sześć.
– No właśnie, musiałabyś mieć źle w głowie, żeby w tym wieku wiązać się na 

stałe.

Prawdę  mówiąc,  nie  chodziło  tylko  o  wiek,  ale  w  ciągu  zaledwie  dwóch  dni 

znajomości Nicole nie zdążyła zbliżyć się z Barbarą na tyle, by poinformować ją o 
przyczynach, dla których nie chciała się wiązać.

Przez  większość  czasu  pomagała  Barb  się  rozgościć,  aż  nadeszła  chwila 

wyjazdu. Uzbrojona w obszerną  wiedzę na temat upodobań  Astra  oraz sposobów 
wyszukiwania  odpowiednich  kanałów  telewizyjnych,  Nicole  dopiero  w  trakcie 
długiego lotu uprzytomniła  sobie, że właściwie nie ma pojęcia o swojej przyszłej 
pracy. Znała tylko podstawowe fakty.

Miała  to  być  duża  przychodnia  ginekologiczno-położnicza  mieszcząca  się  w 

bezpośrednim sąsiedztwie szpitala Riverbank. Przyjmowało w niej pięciu lekarzy. 
Nicole  miała  pracować  głównie  z  kierownikiem  zespołu,  doktorem  Richardem 
Gilbertem. Pielęgniarek było siedem.

Jedna z nich, Daria Hogan, oczekiwała Nicole na lotnisku w piątek wieczorem i 

przywiozła ją do domu Barb. Była tu zresztą już wcześniej – włączyła ogrzewanie i 
wyposażyła lodówkę w najpotrzebniejsze wiktuały. W sobotę Nicole była u niej na 
kolacji;  poznała  jej  męża  i  troje  dorastających  dzieci.  Było  bardzo  miło.  Na 
niedzielę  Daria  miała  już  inne  zobowiązania,  ale  zadzwoniła  sprawdzić,  czy 
wszystko  w  porządku,  i  zaofiarowała  się  podwieźć  Nicole  następnego  dnia  do 
pracy. I tu,  być może, Nicole nieco przesadziła z pewnością siebie, oświadczając 

background image

optymistycznie, że świetnie poradzi sobie sama.

Starając się nie panikować – bo śnieg wciąż padał i padał, jeszcze gęstszy niż 

przed chwilą, choć niebo z jednej strony horyzontu nieco się przejaśniło – Nicole 
pośpiesznie  uporała  się  z  porannymi  obowiązkami.  Potem  włożyła  na  szpitalny 
mundurek nowy płaszcz w kolorze śliwki, na bujne, rude niczym marchewka włosy 
wcisnęła  wełniany  śliwkowy  kapelusz,  na  dłonie  naciągnęła  nowe  rękawiczki  z 
czarnej skóry i pomaszerowała do samochodu.

Boże,  ile  tego  śniegu!  Czy  da  się  przez  to  po  prostu  przejechać?  Czy  to  jest 

śliskie jak lód, czy też oblepia koła jak błoto? Nie, na pewno nie – na to ten puch 
jest zbyt sypki i ulotny.

Podniosła głowę  i  wystawiła  twarz na  śnieg.  Powietrze było  tak  zimne,  że  aż 

szczypało.  Zamknęła  oczy.  Płatki  osiadały  jej  na  rzęsach,  ostre  promienie  słońca 
muskały powieki.

Znów  otworzyła oczy  i  ujrzała  czarodziejski  widok. Poranne  słońce przedarło 

się  przez  chmury  i  rozświetliło  padający  śnieg,  tak  że  stała  teraz  jakby  w 
padającym  deszczu  drobniutkich,  lekkich  jak  puch  diamentów.  Zapomniawszy  o 
pracy,  zaśmiała  się  głośno.  Chwyciła  garść  białych  kryształków,  wyrzuciła  je  w 
powietrze,  zerwała  kapelusz  i  potrząsnęła  głową,  nie  przestając  się  śmiać,  gdy 
śnieg osiadał na jej odkrytych włosach.

I tak właśnie Richard Gilbert zobaczył ją po raz pierwszy. Bardzo powoli jechał 

oblodzoną  drogą.  Spokojne  uliczki  Northmoor  nie  były  oczkiem  w  głowie  służb 
drogowych zajmujących się odśnieżaniem i soleniem jezdni, a ruch był jeszcze za 
mały, by zmienić śnieg w burą mai, toteż jego samochód zahamował przed domem 
Barb niemal bezszelestnie.

Ta dziewczyna – Nicole Martin – najwyraźniej nie usłyszała go albo uznała za 

sąsiada. A może po prostu była tak pochłonięta czarownym, migotliwym światem, 
który wokół siebie tworzyła, że nic innego do niej nie docierało? Nieważne. Ważne 
było to, że gdy wysiadł z samochodu i ruszył na podjazd, gdzie ona wciąż jeszcze 
stała,  nieświadoma  jego  obecności,  miał  dość  czasu,  by  jej  się  przyjrzeć  i  ku 
swemu  najwyższemu  zdumieniu  stwierdzić,  że  jest  niewiarygodnie  podobna  do 
Lindy!

Zatrzymał się, tak samo oszołomiony jak ona, odnotowując podobieństwa. .. i 

różnice.  Takie  same  włosy,  lśniące,  złociste,  o  czerwonawym  odcieniu.  Linda  je 
farbowała, robiła trwałą i upinała elegancki koczek, podczas gdy u Nicole Martin 
splątane  pasma  swobodnie  spływały  na  ramiona.  Zapewne  od  dobrego  roku  nie 
widziały fryzjera.

background image

I taka sama figura, choć... Nicole była chyba wyższa i bardziej wysportowana 

niż  Linda,  która  chętnie  przybierała  wystudiowane  pozy  modelki.  Ta  sama 
brzoskwiniowa  cera,  tyle  że  Linda  była  jego  rówieśnicą,  a  więc  miała  już 
trzydzieści sześć lat, i gdy widzieli się ostatnio – rok temu – zawdzięczała ten efekt 
już  raczej  makijażowi  niż  naturze.  Siostra  Martin  jest  bez  wątpienia  znacznie 
młodsza.

A  przecież  –  zauważył  to,  gdy  podszedł  bliżej  –  nie  była  to  twarz  zupełnie 

gładka.  Dwie  równoległe,  delikatne  zmarszczki  przecinały  czoło,  jeszcze 
delikatniejsze  biegły  od  ust.  Widać  te  ładnie  wykrojone  wargi  zaciskały  się  już 
kiedyś pod wpływem bólu. To spostrzeżenie na chwilę go zastanowiło.

Naraz jednak sytuację zmąciły mroczniejsze uczucia. Nieoczekiwany skurcz w 

okolicach  lędźwi  wzbudził  w  nim  gwałtowną  irytację.  Tylko  nie  to,  pomyślał  ze 
złością.  Co  za  idiotyczna  zbieżność  reakcji.  Co  takiego  mają  w  sobie  te  rude 
kobiety?

Ale teraz był już tak blisko niej, że musiał przemówić.
– Przepraszam... – zaczął tonem, który zabrzmiał niemal jak warknięcie.
– Och! – Spłoszona w pierwszej chwili Nicole szybko się opanowała. – Dzień 

dobry.

Instynktownie  cofnęła  się  o  krok.  Ludzie  w  tej  części  świata  są  podobno 

przyjacielscy,  ale  ten  na  takiego  nie  wygląda.  Sama  czuła  się  dość  głupio, 
przyłapana  na  zachwytach  nad  śniegiem,  a  sądząc  z  wyrazu  jego  twarzy,  i  jemu 
takie  zachowanie  nie  wydało  się  szczególnie  mądre.  Jak  długo  mógł  ją 
obserwować? Patrzył na nią tak, jakby już ją znał – i darzył niechęcią.

Szybko podsumowała swoje pierwsze wrażenia. Ciemne włosy, bardzo ciemne 

oczy,  czarny  płaszcz,  wysoki  –  wyższy  od  niej,  ale  nie  przytłaczająco  wielki. 
Wyglądał na inteligentnego i na tyle dojrzałego, by wzbudzać zainteresowanie, ale 
też najwyraźniej wstał dziś z łóżka lewą nogą.

– W czym mogę... – zaczęła.
–  Nazywam  się  Richard  Gilbert  –  przerwał  głosem,  który  byłby  pewnie 

sympatyczny,  gdyby  nie  brzmiące  w  nim  rozdrażnienie.  –  Pani  ma  być  moją 
pielęgniarką.  Przypuszczam,  że  Barb  pani  wszystko  wytłumaczyła.  Bo  pani  jest 
Nicole Martin, prawda?

–  Tak  –  potwierdziła  szybko,  zdając  sobie  sprawę,  że  jej  zdumiona  mina  go 

irytuje. Teraz zauważyła, że spod czarnego płaszcza wygląda szpitalny strój. – Tak, 
oczywiście,  to  ja.  Przepraszam,  czuję  się  trochę...  niezręcznie,  że  mnie  pan 
przyłapał na tej zabawie ze śniegiem.

background image

Ale  jeśli  sądziła,  że  jej  szczerość  rozwieje  atmosferę  ledwo  wyczuwalnej 

wrogości, to chyba się pomyliła.

– Ja panią przyłapałem? – spytał.
Małostkowy, uznała, ale postanowiła ustąpić.
– No cóż, pewnie w takim śniegu raczej nie da się hałasować. To moja wina; 

zagapiłam  się  po  prostu.  Wyszłam  z  domu  gotowa  walczyć  z  zaspami  na  moim 
samochodzie, to znaczy samochodzie Barb, ale było tak pięknie, że zapomniałam o 
bożym świecie. – Nagle chwyciła się za głowę i zawołała przerażona: – Spóźniłam 
się, prawda? Dlatego pan przyjechał? Nic dziwnego, że...

– Spokojnie! Nie spóźniła się pani, choć – zerknął na zegarek – musimy ruszać, 

bo spóźnimy się oboje. Postanowiłem tu zajrzeć, bo podejrzewam, że nie ma pani 
doświadczenia z ośnieżonymi jezdniami.

– Słusznie pan podejrzewał!
– No i uznałem, że będzie się pani czuła bezpieczniej i spokojniej, jeśli panią 

podwiozę.

– Dziękuję. To bardzo miło z pana strony, że się pan fatygował.
–  Żadna  fatyga.  Mieszkam  parę  przecznic  stąd.  –  Machnął  ręką  w  bliżej  nie 

sprecyzowanym  kierunku.  Nicole  zauważyła  przy  okazji,  że  dłoń  miał  ładną  i 
wypielęgnowaną. Zauważyła też, że znowu w jego głosie i zachowaniu pojawiła się 
szorstkość.  –  Zresztą  zobaczy  pani  moje  mieszkanie,  bo  chyba  powinienem  jak 
najszybciej zaprosić panią na kolację.

–  Ależ  proszę  się  do  niczego  nie  zmuszać  –  powiedziała  z  jawną 

uszczypliwością.

–  Nie  będę  –  odparł,  jakby  myśląc  o  czymś  innym.  Szli  już  w  stronę 

samochodu. – Niespecjalnie umiem gotować.

– Więc po co pan mnie w ogóle zaprasza?
– Bo nikogo pani tu nie zna. Obiecałem to Barb.
–  Cóż,  panie  doktorze,  w  takim  razie  z  przyjemnością  zwolnię  pana  z  tej 

obietnicy. Jestem w miarę zaradna i sądzę, że zorganizuję sobie tu życie nawet bez 
kolacji u pana.

– Jeśli woli pani kolację w lokalu, chętnie panią zaproszę.
Wciąż  miała  uczucie,  że  jego  myśli  błądzą  gdzie  indziej,  i  wzbierała  w  niej 

złość. Z jednej strony był miły, że się o nią zatroszczył w taką pogodę, z drugiej –
traktował ją jak dzieciaka, którego musi niańczyć wbrew swojej woli. Obudziła się 
w niej chęć, by go sprowokować.

–  Tak,  zdecydowanie  wolę.  Chciałabym  pójść  do  najlepszej  restauracji  w 

background image

Columbus. Niech się panu nie wydaje, że wykpi się pan kiepską domową kuchnią.

Dotarli  właśnie  do  samochodu.  Jego  ręka  z  kluczykami,  już  wyciągnięta  w 

stronę drzwi, zamarła w pół gestu. Odwrócił się, by jej się przyjrzeć. Wyglądał na 
tak zdumionego, że trudno było poznać, czy jest także wściekły. Wiedząc, że tym 
razem spaliła za sobą mosty, uśmiechnęła się rozbrajająco.

– Proszę się nie przejmować. Żartowałam. Widzę przecież, że nie ma pan wcale 

ochoty na tę kolację, więc darujmy ją sobie. Nie będę tego panu miała za złe.

Nadal nie spuszczał z  niej  wzroku, a jej  chwilowa  odwaga topniała jak płatki 

śniegu  na  rękawiczkach.  Teraz  chyba  naprawdę  go  rozwścieczyłam,  pomyślała  z 
mocno  bijącym  sercem.  Nie  powinnam  była  go  prowokować.  Muszę  przecież 
pracować z nim przez okrągły rok. Barb powinna była mnie ostrzec...

–  Przepraszam,  to  zmęczenie.  W  ten  weekend  odebrałem  dziewięć  porodów, 

wróciłem do domu dopiero na śniadanie – odezwał się w końcu.

– Nic nie szkodzi, rozumiem – zapewniła szybko. – Dziewięć? Nieźle!
– Zastępowałem wszystkich kolegów.
Było to całkiem wiarygodne wyjaśnienie, lecz Nicole nie uwierzyła w ani jedno 

słowo.  Nie umiałaby  jednak powiedzieć dlaczego.  Wiedziała tylko,  że zmęczenie 
wszystkiego nie tłumaczy.

– I przepraszam, że musiałem wysłać Darię, żeby panią odebrała i pomogła się 

rozgościć – dodał i stłumił ziewnięcie. – Ale już ruszajmy!

Po chwili  siedziała obok niego w samochodzie.  Pomyślała,  że kwestia kolacji 

pozostała nie rozstrzygnięta. Miała nadzieję, że nie będzie nalegał, choć wiedziała, 
że doktor Hill z pewnością zaprosi Barb. Cóż, jeśli temat znów wypłynie, będzie 
musiała  przyjąć  propozycję,  by  nie  okazać  się  nieuprzejma  –  i  niemądra.  No  i 
przecież ma się tu dobrze bawić.

Fotel  w  samochodzie  doktora  Gilberta,  aczkolwiek  wygodny,  nie  dawał  jej 

plecom  idealnego  oparcia,  toteż  nagły  ból  w  newralgicznym  miejscu,  gdy  ostro 
wzięli zakręt, przypomniał jej, dlaczego tak jej zależało na tej wymianie i dlaczego 
postanowiła w życiu towarzyskim naśladować motyla Wypadek. Colin.

Na  samo  wspomnienie  tego  wydarzenia  wzdrygnęła  się  i  na  nowo  odczuła 

gwałtowne pragnienie wolności oraz lęk przed uwikłaniem w następny związek.

Teraz chciała brać życie lekko. Chciała zabawy, radości, słodyczy. Chciała móc 

spędzać  czas  z  przystojnym,  interesującym  mężczyzną,  przy  którym  mogłaby  się 
śmiać i czuć, że żyje, który na koniec odprowadziłby ją do domu i zostawił samą, 
nie żądając szczegółowych sprawozdań z chwil, w których nie byli razem. Tak, ma 
być koniecznie lekko, bez zobowiązań, które ciągnęłyby ją w dół. Wzdrygnęła się 

background image

ponownie i poruszyła, by zmniejszyć dręczący ból w plecach.

Richard  zauważył  to  poruszenie,  ale  przypisał  je  niskiej  temperaturze.  Nicole 

Martin nie przywykła do takiej pogody. Jeszcze jedna cecha wspólna z Lindą, która 
nienawidziła długich zim w Columbus. Teraz mieszka w Los Angeles.

Jak  mógł  kiedykolwiek  się  łudzić,  że  ich  związek  wytrzyma  próbę  czasu? 

Dlaczego  nie  postarał  się  wcześniej  określić  reguł?  Zresztą,  próżne  żale.  Nie 
zamierzał się nimi zadręczać. Już od dawna o tym nie myślał, tylko teraz jak grom 
z  jasnego  nieba  musiała  zjawić  się  ta  Nicole  Martin,  taka  podobna  do  Lindy!  Z 
właściwą mu żelazną determinacją postanowił, że upora się z tym nieprzyjemnym 
uczuciem, i to szybko. Pytanie tylko jak.

Rozmyślając nad strategią, zajechał przed wejście do Riverbank North Tower.
–  Tutaj  muszę  panią  wysadzić  –  rzekł,  hamując  ostro,  nagle  wyrwany  z 

rozmyślań. Nicole syknęła z bólu i wstrzymała oddech. Zaniepokojony zwrócił się 
w jej stronę. – Co się stało?

– To tylko moje plecy. Przepraszam – To ja przepraszam. Zamyśliłem się i za 

ostro zahamowałem. Ma pani problemy z kręgosłupem?

–  Tak.  Dwa  lata  temu  miałam  wypadek  samochodowy.  Doznałam  między 

innymi urazu kręgosłupa. Trzy miesiące spędziłam w szpitalu na wyciągu.

– Niezbyt zabawne – skomentował lakonicznie.
– Niezbyt. Teraz czuję się nieźle, ale muszę uważać. Nie mogę dźwigać ani za 

dużo  się  schylać.  Dlatego  musiałam  przerzucić  się  na  pielęgniarstwo.  Przedtem 
byłam  położną.  Dwadzieścia  cztery  godziny  w  samolocie  też  nie  zrobiło  mi 
najlepiej, więc jestem trochę przewrażliwiona. To naprawdę nie jest pańska wina.

– Zbyt łatwo mnie pani rozgrzesza – odparł z uśmiechem.
– Jedna szansa należy się każdemu – stwierdziła lekko.
– I to właśnie była ta moja szansa?
– Obawiam się, że tak – rzekła, uśmiechając się.
Wytłumaczył  jej  jasno,  jak  ma  trafić  do  przychodni,  po  czym  odjechał  na 

parking  dla  lekarzy.  Stąpając  ostrożnie  po  śliskim  chodniku,  czuła  się  dziwnie 
szczęśliwa,  mimo  niezbyt  udanego  początku  znajomości  z  tym  mężczyzną.  Cóż, 
rozumowała  rozsądnie,  śnieg,  nowa  praca,  setki  ciekawych  wrażeń;  no  i  jej 
stosunki ze skomplikowanym doktorem Gilbertem w końcu nie zapowiadają się aż 
tak tragicznie. Więc owszem, jest szczęśliwa.

Rezygnując  z  drobiazgowej  analizy  własnych  nastrojów,  ruszyła  do  drzwi. 

Automat wpuścił ją do środka dokładnie o wpół do dziewiątej.

background image

Rozdział 2

– To miło z jego strony – skomentowała Daria Hogan, usłyszawszy od Nicole, 

że  doktor  Gilbert  podrzucił  ją  do  pracy.  Były  w  dyżurce  pielęgniarek;  Daria 
właśnie zaczęła pokazywać Nicole, gdzie co jest.

–  Tak,  rzeczywiście.  Ale  czy  on  zawsze  jest  taki...  –  Już  miała  zapytać  o  tę 

ukrytą irytację, którą w nim wyczuwała, czy zawsze się tak zachowuje, kiedy jest 
zmęczony, ale w ostatniej chwili zmieniła zamiar i dokończyła: – Taki troskliwy?

–  Jeśli  tylko  nie  straci  głowy  w  pośpiechu,  jak  ja  dzisiaj,  kiedy  musiałam 

wyprawić dzieciaki do szkoły. Inaczej sama bym się domyśliła, że będziesz miała 
kłopot ze śniegiem.

– Mogło być nieciekawie – przyznała Nicole.
– Ale powiedz mi, czy doktor Gilbert powiedział coś szczególnego, kiedy... To 

znaczy, czy sprawiał wrażenie, że... – Daria najwyraźniej miała świadomość, że nie 
wyraża się zbyt jasno. Zdziwione spojrzenie Nicole musiało ją w tym utwierdzić. 
Chwilę wahała się, po czym rzekła otwarcie: – Bo widzisz, jesteś bardzo podobna 
do Lindy.

– Lindy?
–  To  znaczy,  że  nic  ci  nie  powiedział.  No  tak,  to  do  niego  podobne.  Ja 

zauważyłam od  razu,  kiedy  tylko cię  zobaczyłam.  Rudawa blondynka,  niebieskie 
oczy,  jasna  cera,  delikatne  rysy,  szczupła  sylwetka.  Nawet  przez  moment 
myślałam...  Ale  potem  uprzytomniłam  sobie,  że  przez  rok  nie  urosłyby  jej  takie 
długie włosy.

– Nadal nie...
– Jego była dziewczyna – wyjaśniła wreszcie Daria.
– Masz ci los – zmartwiła się Nicole. – Może powinnam ufarbować włosy.
– Och nie, nie sądzę, żeby to stanowiło jakiś problem – pośpiesznie zapewniła 

Daria. – Wszyscy mieliśmy wrażenie, że nie byli ze sobą szczególnie blisko.

Nicole zaczęła uważnie słuchać.
– Byli ze sobą nawet dość długo, ale nigdy razem nie mieszkali. Nawet nieraz 

zastanawialiśmy się, czy w ogóle robią coś razem, to znaczy, nie licząc kolacji w 
lokalu  i  paru  oczywistych  rzeczy.  Kiedy  się  rozstali,  on  spotykał  się  z  różnymi 
kobietami. Wszyscy mamy nadzieję, że wreszcie spotka kogoś, z kim ułoży sobie 
życie.

– No proszę, zdaje się, że to coś w sam raz dla mnie! – wyrwało się Nicole. –

background image

To znaczy – dodała szybko, podchwyciwszy nieco zaskoczone spojrzenie Darli – z 
nieszczęśliwie zakochanym kiepsko się pracuje, prawda?

– Fakt.
– Mm... Mam rozpakować te testy ciążowe? – Nicole uznała, że najlepiej będzie 

zmienić temat.

Rzeczywiście, koncepcja kolacji w lokalu i paru oczywistych rzeczy wydawała 

jej się na tym etapie życia całkiem pociągająca. Ale czy z Richardem Gilbertem? 
Jej  serce  zaprotestowało  ze  zdumiewającą  siłą.  Na  pierwszy  rzut  oka  zdawał  się 
spełniać jej kryteria, a jednak absolutnie nie kojarzył się z niczym lekkim".

– Tak – odpowiedziała Daria na jej pytanie – jeśli poprzednie są zużyte. Aha, i 

przygotuj w każdym gabinecie wzierniki w kilku rozmiarach. Są tu, w autoklawie. 
Rano, jak tylko wejdziesz, nie zapomnij włączyć ogrzewania...

Tak  zaczął  się  pierwszy  dzień  pracy.  Nicole  orientowała  się  w  panujących  tu 

obyczajach bardzo pobieżnie, ale uznała, że w interesie Barb lepiej nie mówić, iż w 
ciągu  dwóch  wspólnych  dni  w  Sydney  koleżanka  opowiadała  jej  więcej  o  swym 
rozwodzie niż o przychodni dla kobiet Riverbank.

Tymczasem wszyscy najwyraźniej uważali, że wie o wiele więcej, niż wiedziała 

naprawdę. Ponieważ jednak  sama  praca  nie była  jej  obca, Nicole czerpała pewną 
przewrotną przyjemność z balansowania na granicy małej katastrofy.

Raz  zresztą  zdarzyło  jej  się  przekroczyć  tę  granicę.  I  to  naturalnie  Richard 

Gilbert  musiał  zauważyć,  jak  uprzejmie  przepuszcza  przed  sobą  pacjentkę  w 
zaawansowanej ciąży, otwierając drzwi do schowka zamiast do gabinetu usg.

Zakrywszy dłonią słuchawkę telefoniczną, zasugerował z wyraźnie ironicznym 

uśmiechem:

– Radziłbym spróbować następne drzwi. Tutaj są tylko czyste fartuchy, których 

ta pani dziś nie będzie potrzebowała. – Po czym wrócił do przerwanej rozmowy: –
Tak, proszę koniecznie przyjść.

I  chyba  jednak  należało  uznać  za  omen  to,  że  pierwszy  dzień  jej  pracy  miał 

przejść  do  historii  przychodni  jako  „dzień,  w  którym  pani  Miller  urodziła  w 
gabinecie", choć w pamięci Nicole akurat nie ten element zostawił najgłębszy ślad.

O wpół do drugiej wszystko zdawało się przebiegać normalnie. Doktor Kramer 

była  w  szpitalu  i  odbierała  poród,  doktor  Mason  i  doktor  Turabian  przyjmowali 
pacjentki,  a  doktor  Smith  miał  dzień  wolny.  W  poczekalni  było  kilka  osób 
czekających na doktor Kramer, która miała wrócić lada moment.

Pani  Miller  przyszła  na  rutynowe  badanie  w  trzydziestym  ósmym  tygodniu 

ciąży  i  zażądała  asysty  pielęgniarki.  Miała  do  tego  prawo,  o  czym  informowały 

background image

wywieszki na drzwiach każdego gabinetu, Nicole podejrzewała jednak, że chodzi 
jej  nie  tyle  o  zabezpieczenie  przed  ewentualnym  niewłaściwym  zachowaniem  ze 
strony lekarza, co o opiekunkę dla swych dwóch bardzo żywych córeczek.

Dziewczynki,  jedna  cztero-,  druga  dwuletnia,  blondyneczki  o  niebieskich 

oczach, wyglądały rozkosznie, ale potrafiły nieźle dać się we znaki.

– Dlaczego mamusia się rozbiera? Po co mamusię przykrywają papierem?
– Ja ciem citać! Mama, to moje!
–  Pan  doktor  musi  zbadać  dzidziusia,  Ashley.  Brittany,  pani  pielęgniarka  ci 

poczyta.  Ashley,  zostaw  ten  magazyn!  Brittany  wzięła  go  pierwsza.  Papierowy 
ręcznik jest po to, żebym nie zmarzła.

Gdy zjawił się doktor Gilbert, Nicole zaczęła czytać dziewczynkom magazyn, 

stawiając  tamę  potokowi  pytań  i  żądań,  dzięki  czemu  pani  Miller  miała  okazję 
przypomnieć:

– Panie doktorze, obiecał pan w tym tygodniu troszkę przyśpieszyć poród.
– Obiecałem i dotrzymam słowa – odparł pogodnie Richard Gilbert, wciągając 

czyste rękawiczki. – No dobrze, tydzień temu miała pani prawie pięć centymetrów 
rozwarcia,  prawda?  A  według  usg  dziecko  ważyło  trzy  kilo  czterysta.  To  teraz 
miałby już ponad trzy i pół.

–  Powiedział pan  „miałby"? –  Pani Miller uniosła głowę,  by  obrzucić lekarza

podejrzliwym spojrzeniem.

–  Powiedziałem „miałby",  w  domyśle  „dzieciak"  –  odparł  spokojnie,  mierząc 

jej brzuch.

– Och, wiec to może być dziewczynka...
–  Może  być,  a  może  nie  być  –  przytaknął,  uśmiechając  się  żartobliwie.  –

Mówiła pani, że nie chce pani wiedzieć wcześniej.

– Ale pan wie?
–  Niestety.  –  Doktor  Gilbert  urwał  i  przez  chwilę  wszyscy  słuchali  silnego, 

rytmicznego  bicia  serca  płodu.  –  Nie  mogłem  nie  zauważyć  na  usg,  ale  pani 
przecież powiedziała...

– Powiedziałam i podtrzymuję, ale kiedy pan się ze mną w ten sposób drażni, to 

trudno się pohamować.

–  Przepraszam.  To  jest  silniejsze  ode  mnie.  I  tak  wkrótce  się  pani  dowie. 

Spójrzmy, co tu mamy... Dobre pięć centymetrów rozwarcia. Prawie sześć.

– Od kilku dni mam sporadyczne skurcze. Aj!
Nicole przez cały czas pokazywała dziewczynkom co ciekawsze ilustracje, ale 

ich uwagę niełatwo było skupić.

background image

– Mamusiu, dlaczego powiedziałaś „aj"?
– Bo to boli. Panie doktorze...
–  Wiem.  –  Pokiwał  głową.  –  Masuję  teraz  na  wpół  rozwartą  szyjkę  macicy 

napiętą  na  główce  dziecka,  która  jest  już  bardzo  ładnie  przyparta.  To  moja  stara 
sztuczka  –  oznajmił  z  dumą.  –  Prawie  zawsze  działa.  Dzięki  temu  zabiegowi 
uwalnia  się  hormon  stymulujący  czynność  porodową.  Skutek  powinien  być  za 
dzień, dwa.

–  Skoro  tak,  to  jakoś  wytrzymam.  Tak  bym  chciała,  żeby  ten  poród  był 

lżejszy...  aj!...  niż  z  Brittany.  A  jeśli  pochodzę  jeszcze  dwa  tygodnie,  to  dziecko 
będzie miało ze cztery kilo, prawda?

– O dwóch tygodniach nawet nie ma mowy – odparł i ściągnął rękawiczki. – To 

wszystko. Kiedy poród się zacznie, proszę zadzwonić i od razu jechać do szpitala, 
bo tym razem pójdzie szybko.

Wyszedł  uśmiechnięty,  a  Nicole  w  duchu  przyznała,  że  przy  pacjentkach  jest 

znacznie  sympatyczniejszy,  niż  się  spodziewała,  sądząc  po  ich  pierwszym 
spotkaniu.

– Dziękuję – zwróciła się do niej pani Miller, niezdarnie zsuwając się z fotela. –

Moja mama nie mogła dziś zająć się dziewczynkami, a mąż jest na zebraniu. Myśli 
pani, że doktor naprawdę powiedział „on", mając na myśli „dzieciaka"?

Nie  mam  pojęcia.  Bardzo  możliwe.  Sama  była  ciekawa.  Energicznym 

dziewczynkom  dobrze  by  zrobiło  towarzystwo  braciszka,  na  którego  mogłyby 
przelać część swojej nadmiernie wylewnej czułości.

– Jakie mama ma śmieszne, wielkie majtki – zauważyła Ashley, gdy pani Miller 

zaczęła się ubierać.

Nicole wyszła, nie chcąc krępować biednej kobiety, jeszcze obolałej po zabiegu 

doktora Gilberta. Parę minut później, gdy ważyła następną pacjentkę i brała od niej 
mocz do badania, usłyszała, jak pani Miller mówi do dziewczynek:

– Pobawcie się chwilkę w poczekalni. Muszę jeszcze troszkę posiedzieć.
Piętnaście  minut  później,  gdy  Nicole  wyszła,  by  poprosić  kolejną  umówioną 

osobę,  Lorraine  Miller  nadal  siedziała.  Nicole  szybko  zważyła  nową  pacjentkę, 
wręczyła jej naczynie na mocz i wróciła do pani Miller.

– Chyba nie najlepiej się pani czuje?
–  Boli  mnie  w  dole  brzucha.  Mam  wrażenie,  jakby  dziecko  miało  wypaść. 

Chociaż to nie jest tak jak przy porodzie... – Podniosła się, a jej twarz wykrzywił 
skurcz. – A właściwie może i tak jak przy porodzie...

I  wtedy  nagle  popłynęły  wody  płodowe.  Ciepła  powódź  zalała  krzesło  i 

background image

popłynęła po wykładzinie.

– O Boże, przepraszam! Tak, teraz to już zupełnie jak przy porodzie.
– Bo to jest poród – stwierdziła Nicole. – Proszę się nie martwić tą kałużą, to 

przecież tylko woda. Jak możemy się skontaktować z pani mężem? Trish, pozwól 
na chwilę – przywołała rejestratorkę.

Kobiety  w  poczekalni  z  trudem  hamowały  ciekawość,  a  dwóch  przyszłych 

ojców towarzyszących żonom, by dodawać im ducha w pierwszej ciąży, starało się 
nie okazać przerażenia.

– Trish, czy mogłabyś zaprowadzić panią do sali porodowej?
– Mam iść? – W głosie pani Miller lęk walczył o lepsze z niedowierzaniem.
–  Łącznikiem.  To  zwykły  korytarz  z  taką  jak  tu  wykładziną,  a  na  miejscu  są 

windy.

– Obawiam się, że... aach... nie zdążę...
– Na pewno pani zdąży – zaczęła Nicole. Wiadomo, rodzące często myślą, czy 

raczej mają nadzieję, że to dzieje się szybciej niż naprawdę.

Tym razem jednak...
–  Naprawdę  nie  zdążę  –  powiedziała Lorraine.  –  Muszę...  – Urwała  i  zaczęła 

gorączkowo dyszeć.

Wieść  o  tym,  co  się  dzieje,  w  jakiś  sposób  dotarła  do  Richarda  Gilberta. 

Wkroczył do poczekalni i zwrócił się do obecnych:

–  Nie  ma  powodu  do  niepokoju.  Jesteśmy  do  tego  przyzwyczajeni:  to  już 

czwarty raz w ciągu tygodnia.

Ponieważ nikt nie był pewien, czy lekarz żartuje, na wszelki wypadek wszyscy 

umilkli.

– Trish – ciągnął. – Weź stąd dziewczynki i zadzwoń do... – rzucił pani Miller 

pytające spojrzenie.

– Pięćset pięćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt  dwa, trzynaście. Mój mąż. Muszą go 

wywołać z zebrania.

– Najpierw jednak zadzwoń na położnictwo po inkubator, i to już. Nicole?
Oboje wprowadzili panią Miller do gabinetu, który tak niedawno opuściła. Po 

drodze  miała  dwa  silne  skurcze.  Trzeci  chwycił  ją  już  na  fotelu,  gdy  Nicole 
gorączkowo  miotała się,  chwytając nożyczki  do  przecięcia pępowiny,  gruszkę do 
odsysania  i  serwety,  naczynie  na  łożysko  i  papierowe  ręczniki  do  choćby 
częściowego osłonięcia wykładziny, no i oczywiście pacjentki.

–  Dobrze,  główka  się  wstawia  –  powiedział  doktor  Gilbert.  –  Tym  razem 

ciemne włoski, Lorraine.

background image

– Mogę przeć?
– Tak, spróbuj. Nie sądzę, żeby to długo miało trwać. Głęboki wdech. Broda do 

piersi.

Nicole  ledwo  zdążyła  przemyć  pacjentkę  środkiem  antyseptycznym.  Doktor 

Gilbert włożył rękawiczki, ale nie tracił czasu na czysty fartuch.

– Czuję... czuję...
– Tak jest, Lorraine. Główka już prawie wyszła. Dobra, jeszcze jeden wdech i 

przyj.

Główka  była  już  cała  widoczna:  maleńka,  z  zamkniętymi  oczkami  i  dziwnie 

nieruchoma. Kogoś, kto nigdy nie widział porodu, widok ten mógłby przestraszyć, 
ale Nicole wiedziała, że wszystko jest w porządku. Szybko odessała wydzielinę z 
buzi i noska maleństwa, aby nic nie zakłóciło pierwszego oddechu.

–  Nie  przyj  teraz,  Lorraine.  –  Pępowina  była  okręcona  wokół  szyjki.  Doktor 

Gilbert uwolnił ją sprawnym ruchem. Tuż przed następnym skurczem pokazał się 
maleńki bark, a przy kolejnym – całe ciałko. Noworodek zapłakał niemal od razu: 
szeroko otworzył usta i na znak protestu zacisnął oczka.

– No i co pani na to? – spytał z uśmiechem doktor Gilbert.
– Piękny chłopak, Lorraine.
Położył jej dziecko na brzuchu. Przytuliła je, śmiejąc się i płacząc na przemian.
– Chłopak! To dlatego pan tak dziwnie mówił... Jak łatwo poszło!
– Jak będzie miał na imię?
–  Brian.  Cześć,  Brian.  Cześć.  Och,  że  też  Dona  tu  nie  ma!  Czy  dziewczynki 

mogą wejść?

Ale było jeszcze to i owo do zrobienia. Trzeba było założyć klamrę i przeciąć 

pępowinę. Nicole policzyła punkty w skali Apgara po pierwszej minucie i czekała, 
by  powtórzyć  ocenę  po  pięciu.  W  międzyczasie  salowy  przywiózł  zamówiony 
inkubator. Ułożono w nim dziecko, gdy Lorraine już bez wysiłku rodziła łożysko, 
które okazało się całe.

Położnica nadal  nie posiadała  się ze  szczęścia. Doktor  Gilbert  też  promieniał. 

Jego  oczy  miały  zaskakująco  czuły  wyraz.  Kto  by  przypuszczał,  że  od  piątku 
odebrał już dziesięcioro dzieci?

Tymczasem Nicole ogarnął smutek. To niespodzianka powitalna na moją cześć, 

pomyślała.  Co  za  niespodzianka!  Już  zapomniałam,  jak  uwielbiałam  odbierać  te 
szczęśliwe, upragnione dzieci i jak angażowałam się w to za każdym razem – przed 
wypadkiem. Ale nie wolno mi tego okazać. Nie wolno mi popsuć tej chwili. Poza 
tym zobaczę dziś jeszcze tyle szczęśliwych przyszłych matek, a może i dzieci, jeśli 

background image

jakaś pacjentka przyjdzie na kontrolę popołogową.

Pani  Miller była  gotowa na  spotkanie z  dziewczynkami.  Gdy już  nacieszą się 

maleńkim  braciszkiem,  Brian  z  matką  przeniosą  się  na  oddział  położniczy. 
Krwawienie  było  niewielkie,  a  macica,  jak  stwierdził  właśnie  doktor  Gilbert, 
zaczęła już się obkurczać.

Nikt nie zauważył, uznała Nicole. Dzięki Bogu.
Myliła się.
–  Zawsze  pierwszego  dnia  odgrywamy  taki  mały  spektakl,  żeby  wypróbować 

nowy personel – powiedział jej Richard Gilbert dwie godziny później, gdy ostatnia 
pacjentka  wyszła,  a  pan  Miller  zabrał  córeczki.  –  Lorraine  Miller  wcale  nie  jest 
pacjentką,  tylko  bardzo  utalentowaną  aktorką.  Pracowała  dla  nas  już  kilka  razy. 
Myślę też, że i Brian ma przed sobą przyszłość w Hollywood, a pani?

Roześmiała  się.  Początek  ich  znajomości  był  tak  niefortunny,  że  nie 

spodziewała się po Richardzie poczucia humoru. Odparła więc równie poważnie:

–  Czy  ja  wiem?  Muszę  powiedzieć,  że  ten  pierwszy  krzyk  nie  wydał  mi  się 

przekonujący.  Zbyt  melodramatyczny,  żeby  istotnie  ujawnić  całą  złożoność 
przeżycia, jakim jest przyjście na świat.

– Proszę, co za wymagająca publiczność. Ale poważnie...
– Proszę mi powiedzieć, że to się nie zdarza co tydzień!
– Prawdę mówiąc – rzekł nagle bardzo serio – odniosłem wrażenie, że pani by 

odpowiadało, gdyby istotnie tak było. Chyba pani tego bardzo brakuje.

–  Odbierania  szczęśliwych  porodów?  O,  tak!  Przepraszam,  nie  chciałam  tego 

okazywać.

–  Nie  okazywała  pani.  Ja...  po  prostu  cały  czas  panią  obserwowałem.  –  Po 

krótkiej  przerwie  dodał  uprzejmie:  –  A  czy  teraz  mógłbym  panią  podwieźć  do 
domu, żeby mogła się pani przebrać? Mamy rezerwację na szóstą trzydzieści.

– Rezerwację... ?
– Tak. W Refectory. Podobno najlepszy lokal w Columbus. Czy nie o to pani 

chodziło?

– Och, doktorze, ja tylko żartowałam.
– Wiem, ale do rzeczy. Jeśli nie przedstawi mi pani niezbitych dowodów, że ma 

pani na dziś inne zobowiązania, oczekuję wdzięczności za to, że udało mi się tak 
szybko załatwić rezerwację.

W jego oczach błyszczała bez wątpienia iskierka złośliwości. Wyraźnie czekał, 

jak  Nicole  odpowie  na  kolejną  prowokację.  Uniosła  głowę.  Czuła  się  na  siłach 
sprostać  jego  wyzwaniu, szczególnie że nagle  poczuła,  iż  powietrze  między  nimi 

background image

naładowane  jest  elektrycznością.  Nie  rozumiała,  skąd  to uczucie,  ale  było bardzo 
silne.

–  Wdzięczność?  Oczywiście  ma  ją  pan,  choć  szósta  trzydzieści  nie  jest 

najodpowiedniejszą porą na kolację.

–  Istotnie,  ale  zważywszy,  że  dziś  spałem  tylko  godzinę,  czułem  się 

upoważniony do wyboru pory.

– Skoro jest pan taki zmęczony, nie śmiem pana ciągnąć do restauracji.
– Siedzę w tej robocie ponad dziesięć lat, nie licząc studiów. Gdybym nie był 

zdolny wznieść się ponad banalne zmęczenie, to bym tego nie przeżył.

– W takim razie będzie mi bardzo miło zjeść dziś z panem kolację.
– Cała przyjemność po mojej stronie – mruknął.
W  tych  słowach  wyczuła  ukrytą  groźbę,  że  jeśli  nie  spełni  jego  oczekiwali, 

niezwłocznie się o tym dowie. Zaintrygowana i podniecona uprzytomniła sobie, że 
igra z ogniem. A jeśli okaże się, że jej się to podoba?

Dziesięć  minut  później  podwiózł  ją  do  domu.  Sam  też  musiał  się  przebrać; 

wciąż jeszcze miał na sobie zabiegowy strój.

– Piętnaście po szóstej – rzucił. – To niedaleko.
– Mam nadzieję, że zdążę. Z pewnością nie chciałby pan, żebym wystąpiła w 

nieodpowiednim stroju.

–  Trudno  mi  uwierzyć,  że  mogłaby pani  w jakiejkolwiek  sytuacji  wystąpić  w 

nieodpowiednim stroju, siostro Martin.

Zanim  zastanowiła  się,  jak  należy  rozumieć  tę  uwagę,  zniknął  we  wnętrzu 

samochodu.

W domu najpierw zwiększyła trochę ogrzewanie, bo poranny śnieg nadal leżał 

na ziemi. W dzień  słońce trochę go nadtopiło, ale wieczorem znów ścisnął mróz. 
Potem zaczęła zastanawiać się nad strojem.

Przywiozła  z  sobą tylko dwie  sukienki.  Jedna  była zdecydowanie letnia,  więc 

została czarna. Szybko wzięła prysznic, włożyła suknię, wygładziła ją na biodrach, 
ale  nie  była zadowolona. Z  dodatkiem  złotej  biżuterii suknia sprawiała  wrażenie, 
jakby jej właścicielka traktowała ten wieczór stanowczo zbyt poważnie.

I wtedy zauważyła chiński jedwabny szal, który ozdabiał ścianę sypialni Barb, 

bajecznie  kolorowy,  haftowany  w  kwiaty  o  jaskrawych  barwach,  wykończony 
długimi, jedwabnymi frędzlami.

–  Używaj  śmiało  wszystkiego,  co  tylko  znajdziesz  –  powiedziała  jej  Barb.  –

Gdybym nie chciała, żebyś coś ruszała, tobym to schowała.

– Czy miała także na myśli dekoracje ścienne? – zwróciła się do Astra, ale ryży 

background image

zwierz  zlekceważył  jej  pytanie,  zeskoczył  z  łóżka  i  cicho  wyszedł  z  pokoju.  –
Uznajmy  to  za  odpowiedź  twierdzącą  –  postanowiła,  zdejmując  szal  ze  ściany  i 
drapując go na nagich ramionach.

Wyszczotkowała  włosy,  potem  rozrzuciła  je  na  nowo,  wpięła  w  nie  ozdobne 

grzebienie,  umalowała  rzęsy,  pociągnęła  usta  szkarłatną  szminką  i  uznała,  że 
starczy.  Powinna  powitać  Richarda  chłodno,  trzymając  kolorowy  magazyn  w 
ręku...  Magazyn  udało  jej  się  znaleźć  trzydzieści  sekund  przed  tym,  jak  Richard 
zapukał do drzwi. Zdążyła tylko otworzyć go na chybił trafił i palcem zaznaczyć, 
gdzie rzekomo czyta.

Gdy otworzyła drzwi, usłyszała następujące powitanie:
– Czy to już wszystko?
Zapomniała o magazynie. I tak go zresztą nie zauważył.
– Przecież nie wyobraża pan  sobie, żebym  mogła nieodpowiednio się ubrać –

rzekła z prawdziwym oburzeniem.

– Miałem na myśli płaszcz – wyjaśnił cierpliwie. – Jest zimno.
Cholera. Śliwkowy płaszcz i szal z przewagą szkarłatu. Fatalnie.
–  Och...  chyba  nie  będę  sobie nim  zawracać  głowy  –  odparła  lekceważąco. –

Nie jest mi zimno.

Teraz  oczywiście nie  mogła  trząść się  w chłodnym jeszcze  samochodzie.  Oto 

nagroda za nonszalancję. Jeśli jednak Richard coś zauważył, nie skomentował tego. 
Dzięki temu miała okazję dyskretnie mu się przyjrzeć.

Ciemne spodnie, stonowana oliwkowobrązowa koszula, jedwabny krawat tego 

samego  koloru,  tak  idealnie  dobrany,  że  można  by  posądzić  jego  właściciela  o 
pobieranie  lekcji  u  kameleona.  W  miękkiej  skórzanej  kurtce  wyglądał  dość 
wytwornie, a pachniał. ..

Gwałtownie zmusiła się, by myśleć o czymś innym. Jestem głodna. Zaraz zjem 

kolację. Wtedy nie będę zwracała uwagi na zapachy. To nie randka. Nie wolno mi 
rozmyślać o tym, jaki jest wspaniały czy coś w tym rodzaju. To byłaby katastrofa!

Zaniepokojona  uporczywą  niestosownością  swych  myśli,  co  chwila  zmieniała 

pozycję  na  siedzeniu,  poprawiała  szal,  który  zsunął  jej  się  z  ramion,  aż  wreszcie 
usłyszała cierpkie pytanie:

– Czy coś się stało?
– Nie... Dlaczego?
– Wierci się pani jak dziecko. Nie mogę się skupić na prowadzeniu, a droga jest 

śliska. Jeśli jest pani zimno, proszę po prostu powiedzieć, a zwiększę ogrzewanie. 
Niechże pani zostawi ten szal.

background image

– Przepraszam.
– Proszę. – Wyciągnął rękę i po chwili gorące powietrze owiało jej kolana.
Po paru minutach powiedziała ciepło:
– Tak jest dużo lepiej. Dzięki. Rzeczywiście było mi zimno.
– Nie znoszę milczącego cierpiętnictwa, kiedy można coś załatwić zwyczajnie.
– Będę pamiętać.
– Mam nadzieję. A przy okazji, to samo odnosi się do pracy. Barb miała swoje 

metody, ale gdyby chciała pani coś zmienić...

– Cóż, jest jedna rzecz...
–  Tak?  –  Ta  pytająca  monosylaba  nie  zachęcała  do  występowania  z 

radykalnymi propozycjami, ale jej pomysł nie był przecież radykalny...

–  Czy  mogłabym  w  jakiś  sposób  podpowiadać  panu,  w  jakiej  kolejności 

powinien  pan  przyjmować  pacjentki?  Dziś  na  przykład  zbadał  pan  panią  Drakę 
przed panią Green, a ona czekała dłużej. Z doktorem Hillem rozwiązaliśmy to tak, 
że  kartę  pacjentki,  która  powinna  być  następna,  stawiałam  na  półce  pionowo,  a 
pozostałe kładłam.

– Czy nie jest to dla pani dodatkowa fatyga?
– Wolę to, niż patrzeć spokojnie, jak pan kogoś pomija, albo zawracać pana od 

progu.

– Chce mnie pani rozpuścić.
– Po prostu nie znoszę nieporządku.
–  W  takim  razie  nie  wiem,  jak  pani  może  znieść  ten  szal.  Jest  wyjątkowo 

nieporządny,  znowu  się  zsunął  –  mruknął,  a  ona  szybko  poprawiła  tę  niesforną 
część garderoby. – A co do kart... Doskonale! Spróbujmy.

Wjechali na parking przy restauracji.
–  Uwaga,  ślisko  –  ostrzegł  ją,  gdy  szli  do  budynku,  w  którym  niegdyś  był 

kościół.

Nicole  zauważyła  lód  na  ścieżce,  błyszczący  w  zmierzchającym  już  świetle 

dnia,  i  czekała,  aż  jej  towarzysz  zaofiaruje  jej  ramię.  Szpilki,  które  miała  na 
nogach, nie nadawały się do pokonywania tras wymagających zręczności fizycznej. 
Ale Richard jakoś nie kwapił się z pomocą i już miała ruszać, gdy niespodziewanie 
podał jej ramię: sztywno, ostentacyjnie, oficjalnie. Nawet skłonił się lekko.

Robił to z  wyraźną niechęcią. Nicole widziała to, czuła w jego napiętych pod 

kurtką mięśniach. Podziękowała mu więc chłodno.

–  W  tych  butach  ma  pani  ze  dwa  metry  wzrostu  –  powiedział,  gdy  znów 

bezpiecznie stanęli na asfalcie.

background image

– Możliwe – odparła z satysfakcją. – Dzięki temu większość mężczyzn dobrze 

się  zastanowi,  zanim  zaproponuje  mi spotkanie. Szkoda, że i  pan tego  nie zrobił, 
skoro jest pan zbyt zmęczony, żeby trzymać nerwy na wodzy!

Chwilę  przyglądali  się  sobie.  Nicole  czuła,  że  przeholowała,  i  czekała  na 

wybuch. W powietrzu aż wibrowało. Mięśnie twarzy napięły mu się groźnie, brwi 
ściągnęły w czarną krechę... i nagle się roześmiał.

– Słusznie – przyznał. – Ma pani rację, siostro Martin.
– A może Nicole?
– Nicole. Oczywiście. Bardzo... ładnie.
Czekała na propozycję, by także ona mówiła mu po imieniu, ale on spytał tylko:
– Czy mówią na panią Nicky?
– Tylko ci, których nie lubię.
Znowu się roześmiał.
– W takim razie, gdybym odczuwał nieodpartą chęć zdrabniania...
– To najlepiej zwracać się do mnie Nico. W przeciwnym razie proszę nie mieć 

do mnie pretensji.

W  restauracji  było  ciepło,  panował  półmrok,  a  w  powietrzu  unosiły  się 

smakowite  aromaty.  Jedzenie  też  było  pyszne  i  prawie  tak  wyszukane  jak  w 
wylewnych opisach kelnera.

– Pewnie płacą mu od słowa – mruknął Richard, gdy już złożyli zamówienie.
–  Tego  nie  wiem,  ale  my  na  pewno  płacimy  od  kęsa.  –  Gdy zobaczyła  ceny, 

zaschło jej w ustach.

– My?
– No dobrze, pan – skapitulowała. – Ale to pan się uparł, żeby potraktować mój 

żart serio. Należy się panu nauczka.

– Na razie nie żałuję.
– Wyczuwam w tych słowach zawoalowaną groźbę.
– Nie. – Odetchnął, ale bynajmniej nie swobodnie. – Naprawdę nic takiego się 

za tym nie kryje, Nicole.

A jednak coś w nich było...
Zjedli  trzy  dania,  podano  im  kawę,  a  ona  ciągle  nie  mogła  zrozumieć,  co  się 

dzieje.  Przez  pewien  czas  rozmowa  toczyła  się  wartko  i  błyskotliwie.  Rozgrzana 
winem  Nicole  pozwalała  sobie  na  śmiałe  uwagi,  Richard  wyglądał  na  szczerze 
rozbawionego,  a  potem  nagle  umilkł,  zmarszczył  brwi  i  odchylił  się  na  oparcie 
krzesła, bawiąc się nóżką kieliszka z tą poirytowaną miną, którą widziała u niego 
już rano.

background image

– No dobrze, o co chodzi? – spytała wreszcie.
Tego pytania nie mógł mieć jej za złe. Wieczór w ogóle nie przebiegał zgodnie 

z  jego  oczekiwaniami,  choć  przez  większość  czasu  bawił  się  tak  dobrze,  że 
zapominał, czego właściwie oczekiwał. Z pewnością był wykończony i chociaż pił 
bardzo  mało,  choć  wino  było  wspaniałe,  żar  z  pobliskiego  kominka  niemal  go 
usypiał.  Ale  nie  w  tym  rzecz.  Rzecz  w  tym,  że  podobieństwo  Nicole  do  Lindy 
okazało  się  tylko powierzchowne.  W  gruncie rzeczy  były to  dwie  zupełnie  różne 
kobiety.  To  dobrze  czy  źle?  Nagle  jakoś  się  w  tym  pogubił,  przestał  rozumieć 
własne uczucia.

– To tylko zmęczenie – wykręcił się.
– Więc chodźmy. Przecież pan jutro pracuje.
Wysączyła  resztkę  kawy  i  wstała.  Podobała  mu  się  ta  jej  pewność  siebie  i 

zdecydowanie. Linda też miała te cechy, ale była w tym o wiele bardziej obcesowa, 
samolubna.

Stop! Jest zdecydowanie za wcześnie, by wyrabiać sobie jakiekolwiek sądy na 

temat Nicole Martin. Wstał również.

– Chodźmy. To był uroczy wieczór.
Nie  wypadało tego  nie powiedzieć,  ale  nie był  zadowolony,  że w jego  ustach 

zabrzmiało to niebezpiecznie szczerze, dodał więc cierpko:

– I mam nadzieję, że pouczający.
Z przyjemnością czekał na złośliwą odpowiedź i nie zawiódł się.
–  Pouczający?  Dla  mnie?  Czy  chodzi  o  to,  że  zachowując  się  odpowiednio 

bezczelnie, jestem w stanie zmusić kogoś, kogo ledwie znam, żeby zaprosił mnie 
do naprawdę drogiej restauracji? Tak, to chyba istotnie pouczające. Jeśli uda mi się 
powtórzyć to z kimś jeszcze, nie omieszkam się pochwalić.

– Koniecznie.
– No i podzielę się łupem. Odpalę panu resztki ze stołu.
Roześmiał się, ubawiony jej bezceremonialnością.
Nicole wzięła szal. Ponieważ najwyraźniej drażnił doktora  Gilberta, odwiesiła 

go  w  czasie  kolacji  na  poręcz  krzesła  i  prawie  o  nim  zapomniała.  Teraz  jednak 
przyjemnie było poczuć chłodny jedwab na nagich ramionach. Otulona w lśniącą, 
wielobarwną  mgiełkę,  świadoma  swego  ciała  i  jego  wdzięku,  czuła  się  jak 
tancerka; idąc ku drzwiom, uśmiechała się mimo woli.

Doktor Gilbert znowu zamknął się w sobie. Wyszli z restauracji pogrążeni we 

własnych myślach, nie pamiętając o zdradzieckim lodzie na parkingu.

Było  już  ciemno i  żadne  światło nie  odbijało  się  od  gładkiej,  czarnej,  śliskiej 

background image

tafli. Zaledwie Nicole postawiła na niej stopę, uprzytomniła  sobie, czym to grozi, 
ale  było  już  za  późno.  Noga  odjechała  jej  w  przód  i  gdyby  doktor  Gilbert  nie 
chwycił jej w pasie, byłaby się przewróciła.

Ale  i  on  stał  na  lodzie,  i  choć  w  bezpieczniejszym  obuwiu,  to  przecież 

niezupełnie pewnie. Przez chwilę trwali w bezruchu, po czym zrobił duży krok, by 
zejść  z  oblodzonego  miejsca,  pociągając  Nicole  za  sobą.  Jednak  ona,  nie 
przygotowana  na  tę  nagłą  zmianę  kierunku,  pod  wpływem  siły  bezwładności 
wygięła się do tyłu; jej plecy przeszył ostry ból.

Zauważył  od  razu,  że  ją  to  zabolało,  i  gdy  tylko  znalazł  się  w  bezpiecznym 

miejscu,  przyciągnął  ją  do  siebie.  A  że  w  tych  swoich  wieczorowych  pantoflach 
była prawie jego wzrostu, jej nos zderzył się z jego ustami, wargi z podbródkiem, a 
piersi...

Oboje zamarli. To było... cudowne uczucie.
Powoli pochylił głowę i poszukał jej ust. Nie wahała się ani chwili. Złączyli się 

w  pocałunku  zarazem  namiętnym  i  delikatnym,  niebezpiecznie  podniecającym  i 
rozkosznie opanowanym.

Jedną ręką wciąż podtrzymywał ją z tyłu, a drugą głaskał po nagim ramieniu. 

Dotknął  jej  szyi  i  poczuł,  jak  krew  tętni  pod  jego  palcami.  Całował  ją  coraz 
mocniej  i  zachłanniej.  Jej  podniecenie  rosło  z  każdą  sekundą.  Z  początku 
odruchowo  zamknęła  oczy,  ale  teraz  zmusiła  się,  by  je  otworzyć  i  spojrzeć  w 
czarną otchłań  jego rozszerzonych źrenic,  nim ukryły  je  powieki. Jego  zmęczona 
twarz wydawała się bardzo samotna.

Serce  ścisnęło  się  jej  boleśnie.  Nigdy  jeszcze  nie  doznała  tak  silnego  uczucia 

zniewolenia. Nie przeczuwała też wcześniej, że to napięcie między nimi, wisząca w 
powietrzu  wrogość, ich  starcia –  to  jest właśnie  to. Teraz jednak,  gdy  już coś  do 
niej  dotarło,  nadal  nie  miała  pojęcia,  co  z  tym  zrobić.  Jej  związek  z  Colinem 
Cotterillem,  o  tak  skomplikowanym  początku  i  niemiłym  zakończeniu,  nie 
przyniósł żadnych doświadczeń, które mogłyby jej się teraz przydać.

Oderwała  usta  od  jego  warg  i  całe  swoje  oszołomienie  przelała  w  jeden 

niedorzecznie egzaltowany wykrzyknik:

– Och, panie doktorze!

background image

Rozdział 3

Tego  dnia  Richardowi  asystowało  trzech  studentów  medycyny,  włączył  wiec 

monitor,  by  mogli  śledzić  cały  zabieg.  Zabieg  był  rutynowy  –  obustronne 
przecięcie jajowodów u trzydziestopięcioletniej kobiety, która miała już troje dzieci 
i nie chciała więcej rodzić.

Wszystko  szło  świetnie.  Pielęgniarka  anestezjologiczna  uśpiła  pacjentkę, 

instrumentariuszka  była  jak  zwykle  wesoła  i  kompetentna,  a  on,  wpuściwszy  do 
jamy  brzusznej  cztery  litry  dwutlenku  węgla,  zapewnił  sobie  idealny  dostęp  do 
jajowodów.  Trzymał  już  w  ręku  narzędzie  do  elektrokoagulacji,  gdy  nagle  to  się 
stało.

Patrzył na kolorowy, wierny w każdym szczególe obraz na monitorze, i przez 

jedną straszną chwilę niczego nie widział, bo nagle ni stąd, ni zowąd uderzyła go 
pewna myśl. Powiedziała do mnie: „Panie doktorze". Całowaliśmy się jak szaleni i 
to było upajające – a przecież wcale tego nie chciałem – aż tu nagle ona mówi do 
mnie „panie doktorze", jakbyśmy się ledwo znali. No i właściwie słusznie. Ledwo 
się znamy. Prawdę mówiąc, wcale się nie znamy. Zamrugał powiekami, walcząc ze 
zmęczeniem po trudnym weekendzie, i jeszcze raz spojrzał w monitor. Co to jest? 
Cóż  to  może  być,  u  licha?  Ta  różowa  jama  z  żółtymi  wyrostkami  na  pierwszym 
planie i ta kopulasta, lśniąca... Macica. Wszystkie fragmenty układanki wskoczyły 
na  swoje  miejsce,  a  serce  po  kilku  przerażonych  szarpnięciach  powróciło  do 
normalnego rytmu. Zerknął na  pielęgniarki i  studentów. Co  za ulga; nikt niczego 
nie zauważył. Opanowany jak zwykle, usunął z drogi żółte przeszkody.

– Tłuszcz – wyjaśnił pod adresem studentów. – A to oczywiście jelito. Macica. 

Jajniki. Tutaj mamy jajowód.

Uniesiony jajowód wymknął mu się na moment: był śliski i sprężysty, związany 

z błoną. Pochwycił go na nowo i włączył koagulację. Jajowód zbielał, a po chwili 
zbrązowiał.

Richard  miał  teraz  czas  pomyśleć:  Wczorajszy  wieczór  był  kompletną  klapą, 

kompromitacją wszystkich jego założeń.

Potem  ostrożnie  uchwycił  drugi  jajowód  i  skoagulował  go  także.  Martwa 

tkanka  z  czasem  zaniknie,  pozostawiając  po  sobie  puste  miejsce.  Gdyby  kobieta 
później zmieniła zdanie, kikuty jajowodów można na nowo połączyć. Udaje się to 
w siedemdziesięciu procentach. Jest to już jednak skomplikowana, czasochłonna i 
kosztowna operacja, toteż Richard zawsze starał się, jak mógł, odwodzić pacjentki 

background image

od traktowania przecięcia jajowodów jako zabiegu odwracalnego. Ale istota ludzka 
jest  z  natury  zmienna,  toteż  w  samym  tylko  ubiegłym  roku  skierował  z  tego 
powodu do chirurga dwie kobiety – i jedna z nich była już w ciąży.

Cóż,  wobec  jego  wczorajszego  ekscentrycznego,  a  prawdę  mówiąc,  całkiem 

pozbawionego  logiki  zachowania,  jakie  ma  teraz  prawo  krytykować  swoje 
pacjentki za niestałość?

Umówię się z nią jeszcze raz. To jedyne wyjście, pomyślał rozdrażniony. I tym 

razem...

–  Nie  miałyśmy  wczoraj  czasu porozmawiać  –  powiedziała  Elaine  Bridgman, 

gdy  Nicole  pchała  jej  wózek  w  kierunku  małego  pomieszczenia  do  ważenia 
pacjentek – ale wiem, że Barb bardzo się cieszyła z tej wymiany, i mam nadzieję, 
że i ty będziesz się z nami dobrze czuła. Wszyscy tu lubimy doktora Gilberta. Fakt, 
że jest bardzo wymagający.

– Ja też – odparła Nicole, zła, że się rumieni na wspomnienie wieczoru, który ze

wszystkich sił starała się wymazać z pamięci.

Richard przecież będzie tu za chwilę.
Elaine  pracowała  w  księgowości  przychodni,  ale  dziś  była  tu  w  charakterze 

pacjentki doktora Gilberta, na badaniu kontrolnym w połowie ciąży. Pięć lat temu 
miała  wypadek  i  uraz  kręgosłupa  na  poziomie  szóstego  z  dwunastu  kręgów 
piersiowych.

To  była  jej  pierwsza  ciąża  i  dotychczas  przebiegała  bez  problemów.  Było  jej 

trudniej zakładać sobie cewnik, przemieszczać się, zginać i manewrować wózkiem, 
ale  radziła  sobie  jakoś  z  tymi  kłopotami,  zachowując  pogodny  nastrój,  i  była 
szczęśliwa, że półmetek już za nią.

Wkrótce pojawił  się jej  mąż  –  wysoki, dość  kościsty  mężczyzna  w okrągłych 

okularach, o pełnym uroku uśmiechu.

– Cześć, Paul – przywitała go Elaine. – Nicole ma mnie teraz zważyć, więc czy 

mógłbyś...

– Ależ oczywiście! – odparł wesoło, wchodząc na wagę.
Nicole zmarszczyła brwi.
– Czy to znaczy, że będę musiała liczyć?
– Ja pomogę – uspokoił ją Paul Bridgman. – Jestem inżynierem.
Ustawił podziałkę  na  osiemdziesięciu  siedmiu  kilogramach, po  czym zszedł  z 

wagi,  pewnym  ruchem  wziął  żonę  w  ramiona  i  podźwignął.  Jej  długie,  ciemne 
włosy spłynęły mu przez ramię. Zaśmiała się i pocałowała go w szyję.

background image

– Szczęście, że masz takie silne mięśnie.
Tym razem Nicole ustawiła podziałkę na stu czterdziestu czterech kilogramach 

i rozpaczliwie usiłowała odświeżyć swoje zardzewiałe umiejętności arytmetyczne, 
gdy Paul przyszedł jej na ratunek.

– Pięćdziesiąt siedem – oznajmił, sadzając Elaine z powrotem w fotelu.
Nicole zapisała wynik. Do tej pory Elaine przybyło pięć kilogramów. Całkiem 

nieźle jak na ten etap ciąży.

– Teraz mocz? – spytała Elaine.
– Tak. Pomóc? Mamy jeszcze kilka minut.
– Chyba będzie szybciej, jeśli zrobię to sama.
Wjechała wózkiem do toalety. Paul zamknął za nią drzwi, po czym odwrócił się 

do Nicole. Beztroski wyraz znikł z jego twarzy.

–  Chyba  dobrze  idzie,  jak  pani  sądzi?  –  spytał  ściszonym  głosem.  –  Tak 

piekielnie  się  boję...  Po  prostu  nie  mogę  się  pozbyć  złych  przeczuć.  A  ona  tak 
bardzo pragnie tego dziecka. Ciężko pracuje i robi wszystko, żeby jej kalectwo nic 
w naszym życiu nie zmieniło. Jeśli coś się stanie... Jakoś udało nam się przetrwać 
ten  wypadek: nie oddalił nas od  siebie, choć samochód  prowadził mój ojciec. To 
była jego wina i sam zginął, ale gdyby teraz nie udało się z dzieckiem...

Nicole ogarnęło współczucie. Dobrze wiedziała, o czym Paul  mówi:  jak  takie 

wypadki potrafią ludzi związać lub rozdzielić. Czasem zdarza się jedno, i drugie, 
jak w przypadku jej i Colina. Gdyby nie to, że byli wtedy razem...

Wzdrygnęła się.
Ale  Elaine  i  Paul  przetrwali.  Mając  w  pamięci  wyniki  z  karty  Elaine  –

wszystkie  prawidłowe,  także  wyniki  przeprowadzonych  w  ubiegłym  tygodniu 
badań genetycznych – powiedziała z całą szczerością:

–  Nie  ma  żadnych  podstaw,  by  przypuszczać,  że  Elaine  może  mieć  większe 

problemy niż jakakolwiek kobieta, która nie doznała urazu kręgosłupa. Czy doktor 
Gilbert nie mówił państwu o tym?

–  Mówi  przy  każdej  wizycie  –  zaśmiał  się  Paul  ze  skruchą.  –  Przepraszam. 

Wiem, że proszę o rzecz niemożliwą. Chciałbym mieć sto procent pewności.

W tej chwili dobiegł ich szum wody ze spłuczki w łazience. Paul znów przybrał 

spokojny wyraz twarzy. Zdążył tylko mruknąć:

– Pozostaje mi zatem czekać, prawda?
W  tej  samej  chwili  zjawiła  się  jego  żona;  próbka  moczu  powędrowała  do 

laboratorium. Nicole zbadała ją od razu.

Cukru  nie  było,  zaledwie  ślad  białka.  Krótko  mówiąc,  mocz  był  całkiem 

background image

prawidłowy,  podobnie  jak  zmierzone  po  chwili  ciśnienie:  sto  szesnaście  na 
sześćdziesiąt osiem.

Jeśli  nawet  Elaine  żywiła  takie  same  obawy  jak  jej  mąż,  nie  dawała  tego  po 

sobie poznać. Uśmiechnięta zwróciła się do Nicole:

–  Doktor  Gilbert  chce  zrobić  usg  w  dwudziestym  ósmym  tygodniu  i  prosi, 

żebym  od  tej  pory  przychodziła  co  tydzień,  tak  na  wszelki  wypadek.  Jeszcze  nie 
postanowiliśmy, czy chcemy znać płeć dziecka, prawda, Paul?

– Ty decydujesz, kotku – odparł Paul, wsuwając palce w gęste, lśniące włosy 

żony.

–  Kiedy  codziennie  widzę  doktora  Gilberta  i  wiem,  że  on  wie...  A  z  drugiej 

strony chciałabym też mieć niespodziankę.

– Zdecydujże się, kobieto – mruknął Paul.
– Mam na to jeszcze sześć tygodni.
– To mnie właśnie przeraża, że przez następne sześć tygodni będziesz co pięć 

minut zmieniać decyzję.

Elaine po prostu się roześmiała.
–  Proszę  teraz  do  gabinetu  trzeciego  –  powiedziała  Nicole.  –  Doktor  Gilbert 

zbada  cię,  jak  tylko  przyjdzie.  Nie  musisz  się  rozbierać,  to  tylko  zewnętrzne 
badanie brzucha. Gdyby było jakieś opóźnienie, dam znać.

W  nagłym  odruchu  poklepała  Paula  po  ramieniu  i  zamknęła  za  nimi  drzwi, 

myśląc:  „Musi  im  się  udać!".  Razem  wydają  się  tacy  silni.  Nie  potrafię  sobie 
wyobrazić,  że  ludzie  mogą  być  tak  blisko  związani,  a  przecież  nie  dusić  się,  nie 
męczyć i nie okazywać zaborczości. Ja bym chyba tego nie zniosła. Nie sądzę też, 
żebym  w  przewidywalnej  przyszłości  mogła  czegoś  takiego  chcieć.  Więc  pewnie 
zło tkwiło we mnie, nie w Colinie...

Lecz w głębi serca czuła, że to nieprawda.
Idąc do poczekalni, by zająć się następną pacjentką, niemal wpadła na Richarda 

Gilberta, który wynurzył się zza rogu kremowo-zielonego korytarza.

–  Uwaga!  –  Jego  głos  był  lekko  schrypnięty.  Delikatnie  przytrzymał  ją  za 

ramiona; poczuła na włosach lekkie muśnięcie jego oddechu.

Skurczyła się  w sobie  na  wspomnienie  poprzedniego wieczoru, a  serce zabiło 

jej szybciej. Podniosła oczy i uśmiechnęła się do niego.

– O, dzień dobry! – zdołała wykrztusić.
Jeśli  jednak  spodziewała  się  ujrzeć  w  jego  twarzy  coś  szczególnego,  to  się 

zawiodła.  Pochmurny  wyraz  powrócił,  jeszcze  silniejszy  niż  przedtem.  Richard 
miał zmarszczone czoło, a jego oczy rzucały niebezpieczne błyski. Nicole zacisnęła 

background image

usta tak samo jak on.

– Gabinet trzeci? – spytał tylko.
– Tak, Elaine. Z mojej strony wszystko w porządku.
–  Świetnie.  I  widzę,  że  wdrażamy  nowy  sposób  sygnalizowania  kolejności 

pacjentek.

– Jeśli można.
– Ależ tak, jestem pewien, że to doskonałe rozwiązanie.
Przemknął obok niej i zniknął w gabinecie.
Nicole,  zaczerwieniona  i  świadoma  tego,  poprosiła  następną  pacjentkę. 

Wiedziała, że musi trochę ochłonąć, by zobaczyć sprawy w innej perspektywie. A 
więc on najwyraźniej uznał ten pocałunek – jak i pewnie cały wieczór – za zwykłą 
pomyłkę.  W  porządku.  Biorąc  pod  uwagę  jej  ostatnie  doświadczenia,  robienie  z 
tego  problemu,  wdzieranie  się  tam,  gdzie  jej  nie  chcą,  prześladowanie  go  –
absolutnie mu z jej strony nie grozi. Tylko po co te demonstracyjne humory?

Przez  resztę  tygodnia  starała  się  dać  mu  to  do  zrozumienia.  Starannie 

wystrzegała  się  jakiegokolwiek  kontaktu  fizycznego  i  nie  pozwalała  sobie  na 
najmniejszą  zaczepkę  słowną  w  stylu  tych,  które  w  ów  feralny  poniedziałek 
napytały jej tyle kłopotu.

I właśnie gdy zaczęła odnosić miłe wrażenie,  że problem został  rozwiązany –

doktor  Gilbert  od  jakichś  dwóch  dni  wydawał  się  mniej  rozdrażniony  –  on 
zaskoczył ją całkowicie, występując z nową propozycją. Tym razem zapraszał ją do 
domu, i to jeszcze tego samego wieczoru.

Miała ochotę wybuchnąć i w niewybrednych słowach powiedzieć mu, co może 

zrobić ze swoją domową kolacyjką. Miała także ochotę obrazić się, że zaprosił ją w 
ostatniej chwili. Wreszcie miała ochotę odmówić z powodu jakichś wcześniejszych 
zobowiązań. Jedna  z  pielęgniarek, Gretchen, rzeczywiście napomykała  kiedyś, że 
mogłyby się wybrać do kina i na hamburgera, ale potem nie wróciła do tego tematu 
i w końcu nie umówiły się. A Nicole nie chciała zostać przyłapana na kłamstwie.

Robię to dla ciebie, Barb, powiedziała sobie wreszcie, żeby mój rok współpracy 

z doktorem Gilbertem nie okazał się kompletnym niewypałem i żeby nie odgrywał 
się na tobie za tę całą wymianę.

Czekał  na  odpowiedź z  właściwą  sobie  niecierpliwością. Nicole  wiedziała,  że 

śpieszy  się  do  porodu,  i  podejrzewała,  że  pacjentka  też  może  się  odrobinę 
niecierpliwić,  ponieważ  była  na  położnictwie  od  poprzedniego  popołudnia,  toteż 
powiedziała krótko:

background image

– Owszem, mam czas. O której mam się stawić?
– Co za sformułowanie! – mruknął. – No dobrze, skoro tak pani to ujmuje, to 

proszę się stawić o siódmej. Jeśli to pani odpowiada.

– Odpowiada.
– Świetnie.
Pomknął na oddział, ale po kilku minutach wrócił i zamknięty jak niedźwiedź w 

swoim gabinecie, zjadł lunch złożony wyłącznie z pizzy. Następnie jego pacjentka 
bardzo uprzejmie urodziła dziecko o szesnastej dziesięć, tuż po ostatnim tego dnia 
przyjęciu  ambulatoryjnym.  Żadna  inna  z  jego  pacjentek  nie  miała  rodzić  i  nie 
wyznaczono mu na ten weekend dyżuru.

Jeśli  to  wszystko  nie  wprawi  go  w  dobry  humor,  to  nie  potrafię  sobie 

wyobrazić, co mogłoby wywołać ten cud, pomyślała Nicole.

Tak  czy  owak,  miała  zamiar  zachowywać  się  podczas  tej  kolacji  bardzo 

ostrożnie.

Po poniedziałkowej śnieżycy i kilku następnych mroźnych dniach temperatura 

skoczyła nagle do  dwudziestu dwóch stopni. Dziwaczne zjawisko, uznała Nicole, 
choć Daria Hogan mówiła jej, że w Columbus to normalne.

– My tu mówimy tak: jeśli pogoda w naszym mieście ci się nie podoba, to po 

prostu zaczekaj, za pięć minut się zmieni. Prawdę mówiąc, zwykle na gorsze, ale
dziś...

– Jest wspaniale – przytaknęła Nicole.
Znaczyło to, że może włożyć swoją drugą sukienkę, tę letnią w kwiatki. Miała 

mnóstwo  czasu  i  była  spragniona  słońca,  powędrowała  więc  pieszo,  najpierw  na 
High  Street,  żeby  kupić  wino,  potem  przeszła  się  spokojnymi  uliczkami 
Northmoor. Dotarła do domu doktora Gilberta, gdy jeszcze było jasno i ciepło.

On  miał  na  sobie  obcisłe  sprane  dżinsy,  niebieską  koszulę  z  zawiniętymi  do 

łokcia rękawami i drogie sportowe buty, w których poruszał się sprężyście i cicho. 
Piekł kawałki kurczaka na grillu.

–  To  jedyna dziedzina sztuki kulinarnej, w  której  mogę się  czymś  wykazać  –

oświadczył,  lecz  Nicole,  widząc,  jak  operuje  długimi  widelcami  i 
przypominającym rapier szpikulcem, zaczęła podejrzewać, że wybrał menu właśnie 
ze względu na możliwość uzbrojenia się.

Niepotrzebnie.  Nie  czuła  najmniejszej  ochoty,  by  naruszać  granice  jego 

prywatnego terytorium. Usiadła kilka metrów od niego, piła schłodzone białe wino 
i cieszyła oczy zachodzącym nad zimowym ogrodem słońcem.

Richard  posunął  w  jej  stronę  talerz  chipsów  kukurydzianych  i  salaterkę  z 

background image

meksykańskim sosem.

– Jest bardzo ostry – ostrzegł szorstko. – Niestety, nie mam nic łagodniejszego.
– Ja uwielbiam ostre sosy, choć od tego rzeczywiście usta trochę drętwieją.

– Nie przejmuj się, nie mam zamiaru cię całować.

– I ja też nie mam zamiaru dawać się całować, a więc sprawa załatwiona.
– Bez wątpienia.
Docinali  tak  sobie  przez  cały  wieczór.  Gdy  po  kolacji  przeszli  do  domu  na 

kawę, Nicole pomyślała, że teraz Richard z pewnością spróbuje ją pocałować. Nie 
miała zamiaru na to pozwolić. Po tym, co jej powiedział? Należy mu się kara za...

Za  co?  Za  kolejny  najprzyjemniejszy  wieczór,  jaki  miała  okazję  przeżyć  od 

długiego czasu? Nawet może ciekawszy od poniedziałkowego. Była oszołomiona, 
lecz w miły sposób, i musiała w końcu przyznać, że sarkastyczne uwagi i złośliwe 
repliki są równie podniecające jak fizyczne pieszczoty, i zastanawiała się, dlaczego 
oboje najwyraźniej tego potrzebują.

Pocałuje  ją.  Teraz  była  tego  pewna.  I  sama  tego  chciała,  ale  bardzo  jej 

odpowiadało  odgrywanie  tradycyjnej  roli  kobiety:  czekać  i  patrzeć,  jak  on  to 
rozegra.  Wiedziała  tylko,  że  w  jego  wykonaniu  nie  będzie  to  ani  niezręczne,  ani 
niesmaczne.

Gdy  więc  w  końcu  jej  nie  pocałował,  była  autentycznie  zła.  Miał  mnóstwo 

okazji,  nawet  wtedy,  gdy  podwiózł  ją  do  domu.  Lecz  gdy  zahamował  pod  jej 
drzwiami,  nie  wyłączył  silnika.  Trudno  o  bardziej  czytelną  aluzję.  W  dodatku 
siedział  za kierownicą sztywny jakby kij  połknął.  Cóż, normalnie taki napuszony 
facet nawet by ją rozśmieszył, tylko że... w Richardzie Gilbercie po prostu nie było 
nic napuszonego. W żadnej z ról – lekarza, mistrza grilla czy... kochanka?

Nagle w jej myślach pojawił się obraz Richarda bez ubrania. Odpychając go tak 

szybko,  jak  szybko  się  zrodził,  uznała,  że  pomyliła  się,  pomyliła  i  jeszcze  raz 
pomyliła  co  do  tego  napięcia,  które  między  nimi  istniało,  i  wyskoczyła  z 
samochodu jak oparzona. W ostatniej chwili przypomniała sobie o tym, że należy 
mu podziękować.

– Cała przyjemność po mojej stronie – rzekł nonszalancko, nie próbując nawet 

przybrać tonu szczerości.

Przez  weekend  Nicole  miotała  się  między  złością  a  chęcią  zlekceważenia 

całego  incydentu.  W  sobotę  utrzymała  się  ładna  pogoda  i  Daria  zaprosiła  ją  na 
rodzinny  piknik.  W  niedzielę  ni  stąd,  ni  zowąd  wróciła  zima,  a  Gretchen 
przypomniała  sobie  o  kinie  i  hamburgerach.  W  międzyczasie  Nicole  zwiedzała 
okolicę,  robiła  zakupy,  napisała  długi  list  do  rodziców,  tak  więc  nie  można 

background image

powiedzieć,  by  siedziała  bezczynnie,  zadręczając  się  myślami  o  przeklętym 
Richardzie...

– Bo chyba już mogę tak go nazywać! – powiedziała sobie na głos.
A jednak ten człowiek zajmował w jej myślach o wiele więcej miejsca, niżby 

sobie życzyła.

Gdy w poniedziałek rano przyszła do pracy, Richarda nie było. Z samego rana 

został  wezwany  do  porodu  bliźniaków.  Nicole  zastąpiła  więc  Gretchen  –  która  z 
powodu  kłopotów  z  samochodem  nie  dojechała  jeszcze  do  przychodni  –  w 
zbieraniu wstępnego wywiadu położniczego.

Pacjentka,  dwudziestojednoletnia  Samantha  Clay,  była  szczęśliwa  z  powodu 

ciąży. Jednak po kilku minutach wypełnionych szczegółowymi pytaniami stało się 
jasne,  że  owa  ciąża  wcale  nie  jest  taka  pewna.  Od  terminu  miesiączki  minęły 
wprawdzie trzy tygodnie, ale pacjentka i w przeszłości miewała nieregularne cykle. 
Gdy Nicole spytała ją, jak się czuje, odparła:

–  Wspaniale!  Czy  tak  powinny  się  czuć ciężarne  kobiety?  Jak  to  powiedzieć: 

kiełkująca nowym życiem. Tryskająca energią.

–  W  pierwszych  trzech  miesiącach  to  nieczęste.  Na  ogół  kobiety  czują  się 

bardzo zmęczone.

– Cóż, chyba rzeczywiście więcej śpię. Nie mam zbyt dużo zajęć. Mąż dobrze 

zarabia, więc uznaliśmy, że czas na dziecko.

– Ale test ciążowy był dodatni?
– Prawdę mówiąc, nie robiłam testu. No bo cóż to może być innego? Miesiąc 

temu przestaliśmy się zabezpieczać, no i proszę.

– Zrobimy więc test teraz – powiedziała Nicole.
Samantha  była  pacjentką  doktor  Kramer,  osoby  bardzo  zajętej,  która  z 

pewnością  nie  byłaby  zadowolona,  gdyby  przyszło  jej  zbadać  tę  młodą  kobietę  i 
założyć jej kartę ciążową, a potem przekonać się, że pacjentka bynajmniej nie jest 
w ciąży.

Otrzymawszy  próbkę  moczu,  Nicole  przystąpiła  do  badania.  Wyszła  z 

laboratorium tylko na chwilę, by odebrać telefon od Richarda.

–  Nicole?  Bliźniaki  urodziły  się  bez  problemów.  Dwie  dziewczynki.  Będę  za 

kwadrans.

– Dobrze, przygotuję pacjentki.
W laboratorium zastała Darię, ze zmarszczonym czołem pochyloną nad testem 

ciążowym.

– Czy to Samanthy Clay?

background image

Daria podniosła głowę i zrobiła figlarną minę.
– Nie, to mój!
– Och! Czy ty... – zaczęła z przejęciem Nicole.
Daria podniosła papierek, którego końcówka była biała.
– Nie, nie jestem. Dzięki Bogu! – Pomachała papierkiem i wyrzuciła całość do 

śmieci.  –  Mam troje pięknych  dzieci i  starczy, ale  w tej  pracy strach przed ciążą 
stanowi  chyba  swego  rodzaju  chorobę  zawodową.  Znam  wszystkie  objawy  na 
pamięć i zawsze wydaje mi się, że mam przynajmniej jeden z nich. Napada mnie to 
mniej więcej raz na kwartał!

–  Gretchen  mówiła  mi,  że  ona  cierpi  na  innego  rodzaju  chorobę  zawodową 

pielęgniarek z położnictwa: obsesyjnie pragnie dziecka.

– Tak, trzeba przyznać, że to niebezpieczna praca!
– Ja na razie jestem wolna od obu tych schorzeń – oznajmiła beztrosko Nicole. 

– A przy okazji, gdzie jest test pani Clay?

– A, ten? Dodatni. Bardzo dodatni. Aż fioletowy.
– Co za ulga. No to mogę kontynuować.
Zaledwie skończyła wywiad i poprosiła do gabinetu pierwszą pacjentkę doktora 

Gilberta,  on  zjawił  się  we  własnej  osobie.  W  swym  niebieskim  stroju  wyglądał 
znacznie atrakcyjniej, niż powinien. Ten widok przywołał w pamięci Nicole zwrot, 
którego  użyła  Daria:  choroba  zawodowa.  W  każdej  pracy  jest  się  narażonym  na 
jakieś  ryzyko.  Tu  –  była  o  tym  coraz  mocniej  przekonana  –  ryzyko  stanowi 
przebywanie z nim.

Richard  przesuwał  końcówkę  sondy  ultrasonograficznej  po  bladym, 

wysmarowanym  żelem  brzuchu  pacjentki,  starając  się  odszukać  pierwszy  płód. 
Bliźnięta. Dzień zaczął się od bliźniąt i na bliźniętach miał się skończyć. Ale...

Pani Benjamin mówiła właśnie:
– Szkoda, że Scott nie przyszedł ze mną. Jego ojciec też miał brata bliźniaka, 

ale nigdy nie przypuszczałam...

Richard nie słuchał. Poruszał sondą tam i z powrotem nad jednym płodem, to 

nad drugim – były trochę za małe jak na siedmiotygodniową, może nawet dłuższą 
ciążę  –  i  jeszcze  łudził  się,  że  zobaczy  na  szarym  ekranie  to,  czego  szukał: 
pulsowanie maleńkich serduszek.

Mijały kolejne sekundy i nie znajdował ani jednego, ani drugiego.
Jeszcze  raz  obliczył  daty.  Tak,  dzieci  powinny  już  mieć  osiem  tygodni  i  pięć 

dni,  ale  nie  wyglądały  na  to.  Zmierzył  je  i  teraz  nie  miał  już  wątpliwości:  ich 

background image

serduszka  nigdy  nie  zaczęły  bić.  Płody  obumarły  jakieś  dziesięć  dni  temu.  Pani 
Benjamin jeszcze nawet nie zauważyła, że coś jest nie tak...

Owszem,  chyba  właśnie  zauważyła,  bo  przestała  mówić,  uniosła  głowę  z 

kozetki  i  wpatrywała  się  w  niego.  Może  zadała  jakieś  pytanie,  na  które  nie 
odpowiedział, i milczenie ją zaniepokoiło.

– Czy... wszystko w porządku? – spytała nagle, napięta jak struna.
Czuł się strasznie.
–  Niestety,  nie  –  rzekł  z  trudem.  –  Powinienem  już  zarejestrować  czynność 

serca, a tu nic nie ma. Przykro mi, ale ciąża obumarła.

Nie  od  razu to  do  niej  dotarło.  Jakże  żałował,  że  nie  ma przy  niej  męża.  Ale 

była  inteligentną  kobietą  i  zrozumiała  wszystko,  co  jej  tłumaczył  na  temat  dat, 
wymiarów i czynności serca.

To była jej pierwsza ciąża. Miał ochotę powiedzieć jej, żeby nie rozpaczała, że 

wkrótce  ponownie  zajdzie  w  ciążę  i  wszystko  będzie  dobrze.  Nie  ma  żadnych 
powodów, by stało się inaczej. Wiedział jednak, że w tej chwili to jej nie pomoże. 
Matka musi najpierw opłakać swą stratę.

I  wtedy,  oczywiście,  odezwał  się  pager.  Wiedział,  o  co  chodzi.  U  Alison 

Gorman  zaczął  się  drugi  etap  porodu,  a  że  to  było  jej  drugie  dziecko,  pewnie 
pójdzie szybko.

–  Zapiszę  panią  na  łyżeczkowanie  macicy  –  zwrócił  się  do  pani  Benjamin.  –

Tak  będzie  lepiej:  na  samoistne  wydalenie  moglibyśmy  czekać  tygodniami,  poza 
tym krwawienie i ból mogłyby być bardzo silne. To przecież była ciąża bliźniacza.

Skinęła  głową,  dzielnie  walcząc  ze  łzami.  Richard  otworzył  drzwi  pracowni 

ultrasonograficznej.

– Nicole! – zawołał.
Zjawiła się od razu.
– Musisz iść do porodu?
–  Tak,  ale  posłuchaj, czy  mogłabyś  się  zająć  panią  Benjamin?  –  Wyjaśnił  jej 

całą  sytuację  i  zobaczył  w  jej  oczach  troskę.  –  Umów  ją  na  wyłyżeczkowanie, 
dobrze?  Zobacz,  czy  znajdzie  się  w  tym  tygodniu  jakieś  okienko.  Jeśli  nie,  to 
umów ją w czasie przerwy na lunch. Nie można pozwolić kobiecie w takiej sytuacji 
czekać.

– Dobrze. Pewnie umówię ją na jutro.
– Jeśli możesz.
Pager  odezwał  się  znowu.  Richard  musiał  iść,  lecz  czuł,  że  może  mieć  pełne 

zaufanie do Nicole. Wiedział, że zajmie się panią Benjamin serdecznie i delikatnie. 

background image

Obcesowość  Nicole  w  stosunku  do  niego  nie  wpływała  na  ocenę  jej  pracy. 
Wiedział  przecież,  że  co  najmniej  połowa  winy  leży  po  jego  stronie.  To  pewnie 
jeszcze ciągle to nieszczęsne podobieństwo do Lindy.

Poród  przebiegł  rutynowo,  choć  nie  dla  Gormanów,  rzecz  jasna.  Ale  nie 

potrzebowali go teraz, pochłonięci bez reszty nowo narodzonym synkiem.

Wkrótce  Richard  znalazł  się  znowu  w  biurze.  Nie  było  już  wprawdzie 

pacjentek, lecz czekała na niego cała masa papierkowej roboty, nie mówiąc już o 
poczcie, której nawet jeszcze nie otworzył.

Wziął korespondencję, zamknął się w pokoju i właśnie zaczął przeglądać kartki 

z podziękowaniami od uszczęśliwionych rodziców, wciąż jeszcze sprawiające mu 
radość,  gdy  zadzwonił  telefon.  Co  za  zaskoczenie!  Ni  stąd,  ni  zowąd,  po  ponad 
sześciu miesiącach milczenia – Linda.

–  Tak  mi  nagle  przyszło  do  głowy,  żeby do  ciebie  zadzwonić  –  wyjaśniła od 

niechcenia.  –  Mój  terapeuta  uważa,  że  powinnam  teraz  postępować  bardziej 
spontanicznie.

–  A  czy  twój  terapeuta  uważa  też,  że  ja  muszę  ci  –  pomagać  w  tym 

przedsięwzięciu? – odparł z lekką irytacją i nagle jakby mgła rozwiała mu się przed 
oczami: zobaczył, że ona już go nie obchodzi.

Niezrażona, mówiła dalej – gdyby chciał być niemiły, powiedziałby, że Linda 

paple,  ale  nie  obchodziła  go  już  nawet  na  tyle.  Była  atrakcyjną,  inteligentną, 
wykształconą kobietą, lecz niezbyt odpowiednią dla niego. Przez tyle lat próbował 
ukształtować ją na swoją partnerkę... Nie udało się, a wina leżała chyba nie tylko 
po jej stronie.

Oczekiwał  od  niej  czegoś,  czego  ona  po  prostu  nie  chciała  mu  dać.  Zajęty 

budowaniem swej  pozycji  zawodowej, długo  tego  nie  dostrzegał.  Oszukiwał sam 
siebie  przez  wszystkie  te  lata  oddzielnego  mieszkania,  oddzielnych  finansów, 
oddzielnych  zainteresowań,  życia  towarzyskiego...  Dzieliło  ich  tyle,  że  gdy  w 
końcu kancelaria prawnicza w Los Angeles ściągnęła ją z małej firmy w Columbus, 
ledwo odczuł zmianę w rozkładzie zajęć. A jednak brakowało mu jej...

Teraz dopiero uprzytomnił  sobie, że wcale nie jej mu brakowało, lecz nadziei 

na szczęśliwe małżeństwo, wspólne sprawy, dzieci. Czy to nie absurd, że właśnie 
on  nie  ma  jeszcze  żony,  nie  jest  ojcem?  To  niemal  obowiązek  zawodowy. 
Ginekolog położnik powinien być w stanie pocieszającym tonem opowiadać swoim 
pacjentkom:  –  Kiedy  moja  żona  rodziła  nasze  pierwsze  dziecko...  Dopiero  teraz, 
gdy  przejrzał  na  oczy,  zastanawiał  się,  jakim  cudem  mógł  choć  przez  chwilę 
wyobrażać  sobie  Lindę  w  tej  roli.  Gdy  po  paru  minutach  skończyła  rozmowę, 

background image

roześmiał się w głos. Mam nadzieję, że jej terapeuta będzie zadowolony, pomyślał.

Opadł  na  krzesło  i  nagle  poczuł  się  absolutnie  wolny.  Wolny  od  Lindy,  od 

przeszłości...  Wolny,  ależ  tak,  od  problemów,  jakie  miał  z  Nicole  Martin.  I  co  z 
tego, że jest podobna do Lindy? Nic. Pociąga go niezależnie od tego. Teraz stało 
się  dla niego jasne, że może  iść  za tym impulsem z  najlepszych i  najzdrowszych 
powodów, a nie po to, by odzyskać Lindę lub od Lindy uciec. Linda jest po prostu 
nieważna.

A  ponieważ  był  przekonany,  że  w  wojowniczości  Nicole  kryje  się  spora 

domieszka zainteresowania jego osobą...

Zaśmiał  się  znowu.  Od  tej  czarodziejskiej  chwili,  gdy  zobaczył  ją  po  raz 

pierwszy w migotliwej zasłonie padającego śniegu, minęło już kilkanaście dni, i on 
ten  czas  kompletnie  zmarnował  –  mimo  dwóch  wspólnych  kolacji.  Od  tej  chwili 
nie pozwoli sobie więcej na takie marnotrawstwo.

background image

Rozdział 4

–  Czy  chciałaby  pani,  żeby  zadzwonić  do  męża?  –  spytała  Nicole,  głęboko 

poruszona  stanem  psychicznym  tej  eleganckiej  kobiety,  która  stanowiła  dla 
wszystkich uosobienie sukcesu.

– Tak, bardzo. – Pani Benjamin zerknęła na skromny złoty zegarek na ręce. –

On jest jeszcze w biurze, ale trudno. Prawdę mówiąc, powinien był przyjść tu ze 
mną, ale uparłam się, że będę samodzielna. Nawet zamierzałam po tej wizycie iść 
do pracy. Musiałam chyba zwariować.

Przyłożyła wilgotną chusteczkę do oczu, a potem drżącą dłonią podniosła do ust 

kubek z kawą.

Nicole zadzwoniła do męża pacjentki; czekały potem na niego piętnaście minut. 

Wszyscy  skończyli  już  pracę;  przychodnia  pustoszała.  Doktor  Kramer  wybierała 
się  z  własnymi  dziećmi  do  dentysty,  Gretchen  kończyła  sprzątać  pomieszczenia 
biurowe,  tylko  Nicole  miała  nadal  co  robić.  Nie  włożyła  jeszcze  narzędzi  do 
autoklawu ani nie odniosła kart na miejsce. Ale pani Benjamin trochę się uspokoiła 
i chciała pobyć sama, tak że Nicole mogła zająć się tymi zaległościami.

Gdy  przyjechał  pan  Benjamin,  pacjentka  znowu  się  rozpłakała,  ale  wreszcie 

oboje  wyszli.  Wcześniej  Nicole  umówiła  panią  Benjamin  na  następny  dzień  na 
zabieg, który przynajmniej przyśpieszy odzyskanie równowagi hormonalnej.

–  Wciąż  jeszcze  czuję  się  tak,  jakbym  była  w  ciąży  –  szlochała  znów  pani 

Benjamin. – Mam mdłości, wszystko tak dziwnie pachnie, a przecież wiem dobrze, 
że naprawdę tej ciąży nie ma.

Po  wyjściu  małżonków  Nicole  kładła  świeży  papier  na  kozetce  w  drugim 

gabinecie,  gdy  usłyszała,  że  Richard  wrócił  z  położnictwa.  Zamknął  się 
natychmiast w swoim pokoju i sądziła, że już go tego dnia nie zobaczy. Gdy jednak 
gasiła  światło  w  pomieszczeniu,  w  którym  mierzyła  ciśnienie  i  rozmawiała  z 
pacjentkami – stanął w drzwiach.

Poruszał się cicho, a na jego twarzy malował się wyraz ożywienia – dopóki jej 

nie zauważył. Znieruchomiał z dłonią na klamce.

– O! – Poruszył się wreszcie i starannie zamknął za sobą drzwi. – Myślałem, że 

już cię nie ma.

– Pani Benjamin była bardzo przybita i czekałam z nią na męża. Zapisałam ją 

na zabieg na jutro w porze lunchu, no i...

Stał w milczeniu, nie spuszczając z niej wzroku.

background image

– Jak poród?
– Bez problemów. Duży chłopak. Słuchaj, chodź do mnie, pójdziemy na spacer, 

zjemy coś chińskiego i pogadamy o czymś innym niż położnictwo.

Roześmiała się, nie wiedząc, czy Richard mówi  serio, nie wierząc, że mógłby 

się zmienić – a jednak, przyjrzawszy mu się uważniej, stwierdziła, że chyba tak jest 
rzeczywiście. Zaskoczyło ją to i oszołomiło na tyle, że spytała bez namysłu:

– Dlaczego?
– A dlaczego nie?
Zdenerwowała się.
–  To  nie  jest  odpowiedź.  W  piątek  najwyraźniej  pan  żałował,  że  musiał  się 

męczyć w moim towarzystwem, a teraz znowu chce pan to zrobić. Naprawdę nie 
trzeba.  Sama  poradzę sobie z  organizacją swojego życia towarzyskiego, tak jak z 
pewnością Barb w Sydney. Ona nie musi czekać, żeby doktor Hill...

–  Nicole,  ani  Barb,  ani  poczucie  obowiązku  nie  mają  z  tym  nic  wspólnego  –

rzekł, zbliżając się do niej.

– Więc co? – spytała cicho.
Nachylił się nad nią. Powietrze znów wypełniło się elektrycznością. Uśmiechał 

się ironicznie, lecz w jego oczach płonął żar.

– Przecież wiesz – mruknął. – Prawda, że wiesz?
–  Chyba...  tak  mi  się  zdawało  –  przyznała  zmieszana,  zdolna  w  tej  chwili 

jedynie do szczerości. – Ale w piątek...

– Słuchaj, jesteś niesamowicie podobna do mojej byłej dziewczyny, rozumiesz? 

– przerwał jej obcesowo. – W pierwszej chwili wydało mi się to dość niefortunnym 
zbiegiem okoliczności i usposobiło mnie do ciebie agresywnie, ale teraz widzę, że 
to zupełnie nieistotne. Linda i ja... Nasz związek był... – Urwał. Widziała, że szuka 
stosownego określenia.

Przypomniała  sobie,  co  Daria  mówiła  jej  o  związku  Richarda  z  Lindą:  że 

mieszkali  osobno,  że  nie  byli  głęboko  zaangażowani.  Wiedząc  o  tym,  wtrąciła  z 
odwagą, która ją samą zaskoczyła:

– Jeśli obawiasz się, że mogę stać się zaborcza albo natrętna, to absolutnie nie 

musisz.

– Nie?
–  Nie!  Klaustrofobiczny  związek  to  ostatnia  rzecz,  jakiej  mogłabym  sobie 

życzyć.  Nie  zamierzam  się  angażować.  W  żadnym  razie.  Chcę  ciepła,  spokoju  i 
dobrej zabawy. Przede wszystkim tego ostatniego. Będę tu tylko rok. To niedługo. 
Nie mam najmniejszego zamiaru tracić tego czasu na poważne afery sercowe.

background image

Nastąpiła długa cisza.
– A dlaczego myślisz... ? To znaczy – starannie dobierał słowa – skąd wiesz, że 

ja nie chcę się angażować?

– Darła powiedziała mi o Lindzie, i że wasz związek był... no, dość luźny. I, jak 

już mówiłam, mnie też to odpowiada.

Nastąpiła kolejna pauza, po czym Richard przemówił zmienionym głosem:
– Nieczęsto spotyka się kobietę, która tak dobrze wie, czego chce.
– Przepraszam... – Zagryzła wargi. – Chyba trochę się zagalopowałam.
– Nie przepraszaj. Wyłożyłaś karty na stół, otwarcie. Doceniam to.
– I mam nadzieję, że rozwiałam twoje obawy – powiedziała nieco skrępowana, 

bo Richard reagował jakoś inaczej, niż się spodziewała.

– O, tak... – Zbliżył się jeszcze bardziej i przyciągnął do siebie.
– No, teraz lepiej. – Zatrzymał jednak usta o centymetr od jej warg.
– Większość kobiet nie byłaby zdolna przyznać, że nie oczekuje od związku z 

mężczyzną  niczego  poza  seksem.  Według  mnie  taka  uczciwość  jest  bardzo... 
podniecająca.  Nie  mogę  się  wprost  doczekać,  żeby  nasza  znajomość  nabrała 
takiego charakteru.

Nicole zesztywniała. Zupełnie nie o to jej chodziło. Czy fakt, że ona nie chce 

się  wiązać,  oznacza  automatycznie  seks  i  nic  więcej?  Niezbyt  to  romantyczne. 
Chociaż  może  przymiotnik  „romantyczny"  nie  ma  w  tej  sytuacji  żadnego 
zastosowania.  Sposępniała i  spuściła wzrok,  zbyt pochłonięta własnymi  myślami, 
by zdawać sobie sprawę, że Richard bacznie ją obserwuje.

– Tak... – odrzekła niepewnie. – To świetnie... Świetnie, że możemy być wobec 

siebie szczerzy i otwarci.

Podniosła głowę i zobaczyła w jego oczach dziwne iskierki satysfakcji.
– A więc tak to ma być. Seks, seks i tylko seks.
– No więc...
–  To  znaczy gdyby  się przypadkiem  okazało,  że  odpowiadają nam także  inne 

formy spędzania wolnego czasu...

–  O  tak,  naturalnie  –  wtrąciła  z  ulgą.  –  Nigdzie  nie  jest  powiedziane,  że  nie 

możemy  rozmawiać  albo...  Ja  na  przykład  pływam,  to  dobrze  robi  mojemu 
kręgosłupowi, i lubię jeździć na rowerze.

–  No  właśnie  –  przytaknął.  –  Szczęśliwie  znalazły  się  już  wspólne 

zainteresowania.  Zobaczymy,  być  może  więź  fizyczna  okaże  się  całkowicie 
satysfakcjonująca.

–  Tak...  –  Satysfakcjonująca?  W  tej  chwili  wydawała  się  ona  Nicole  tak 

background image

potężna, że określenie to zabrzmiało jakoś blado.

Richard nadal ją obejmował. Cynthia sprzątała w drugim końcu przychodni, a 

doktor Turabian siedział zamknięty w swoim gabinecie za laboratorium. Byli więc 
właściwie  sami  i  w  świetle  tego,  co  sobie  przed  chwilą  powiedzieli,  czyż  nie 
byłoby rzeczą najnaturalniejszą pod słońcem, gdyby ją teraz pocałował?

A  jednak  nie  zrobił  tego,  chyba  że  Uczyć  przelotne,  ledwo  odczuwalne 

muśnięcie wargami jej ust. Potem puścił ją i powiedział rzeczowym tonem:

– No to co, idziemy?
– Idziemy?
Coś w jego zachowaniu nadal zbijało ją z tropu.
–  Tak,  przecież  uzgodniliśmy  to.  Do  mnie,  na  spacer,  na  chińskie  jedzenie  i 

rozmowę na tematy niezawodowe. A na deser...

Nie  skończył,  ale  było  oczywiste,  co  miał  na  myśli.  Pod  Nicole  ugięły  się 

kolana,  oblała  się  zimnym  potem.  Z  jednej  strony  szaleńczo  tego  chciała,  a  z 
drugiej  ogarnęła  ją  panika.  To  się  dzieje  za  szybko,  stanowczo  za  szybko.  Nie 
miała w zwyczaju wskakiwać do łóżka mężczyzny, którego zna od tygodnia. Cóż, 
sama wpakowała się w tę sytuację. Jeśli teraz zacznie stosować jakieś wybiegi...

–  Rzeczywiście.  –  Usiłowała  mówić  tonem  tak  rzeczowym  jak  jego  ton.  –

Przecież właśnie to proponowałeś. Tylko że ja mam tu samochód i chciałabym się 
przebrać.

– No tak, rozumiem.
Zerknął na swój strój lekarski, dość sfatygowany po całym dniu pracy. Nicole 

nie mogła się powstrzymać, by nie zażartować:

–  Czy  może  być  coś  bardziej  seksownego  od  mężczyzny,  który  codziennie 

przychodzi do pracy w piżamie?

– Podobam ci się w tym stroju? – uśmiechnął się. – Zmieniam tylko kolory dla 

urozmaicenia. Kiedyś nosiłem w pracy normalne ubranie, ale tyle czasu zajmowało 
mi przebieranie się przed zabiegami i po nich, że zacząłem się czuć jak superman. 
Jestem lekarzem, nie dyrektorem banku, więc ubieram się  jak lekarz. Dotychczas 
nikt nie miał nic przeciwko temu.

– Ja z pewnością nie mam.
Mówiła  szczerze.  Po  raz  pierwszy  myśl  o  tym,  że  być  może  wkrótce  będzie 

spała z tym mężczyzną, napełniła ją żarem. Było jej słabo, lekko drżała, lecz już się 
nie bała. Rozstali się przy wyjściu z windy, by udać się do swoich samochodów.

– No to do zobaczenia.
Starała się mówić swobodnie, ale serce biło jej jak oszalałe.

background image

– Ciekaw jestem...
– Czego, Richardzie?
Po  raz  pierwszy  zwróciła  się  do  niego,  wypowiadając  jego  imię.  Uznała,  że 

ładnie  zabrzmiało.  On  też  to  zauważył,  bo  przechylił  głowę  i  spojrzał  na  nią  z 
uśmiechem.

– Lubisz tak do mnie mówić?
– Chyba tak. Czy mam poćwiczyć?
– Oczywiście.
– Richard! Richard? O, Richard! – Gniewnie, pytająco, dramatycznie.
Spacerowali  po  parku,  w  którym  poza  nimi  nie  było  prawie  nikogo;  czasem 

minął ich jakiś biegacz lub spacerowicz z psem na smyczy. Mogła śpiewać i wołać 
do woli. Richard się śmiał.

– Spróbuj je wyszeptać.
– Spróbuję... Richard...
– Nie, nie tak, Nico. Tak, jakbyśmy dopiero skończyli się kochać.
– Och.
– Nie?
– Chyba nie jestem aż tak dobrą aktorką. Musisz zaczekać, aż słowo stanie się 

ciałem. – Zabrzmiało to bardziej prowokacyjnie, niż chciała, więc szybko zmieniła 
temat. – Ale chciałeś mnie o coś zapytać?

–  Tak. Tak  się  tylko zastanawiałem...  Ciekaw jestem po  prostu,  czy jest  jakiś 

szczególny  powód,  dla  którego  kobieta  tak  młoda  jak  ty,  w  wieku,  w  którym 
zwykle patrzy się na świat bardzo idealistycznie, postanawia nie angażować się w 
poważne związki.

–  Och, to  nie  jest żadna  zasada.  To  sprawa  czysto osobista  –  odparła szybko. 

Zbyt  późno  zdała  sobie  sprawę,  że  ta  odpowiedź  zdemaskowała  ją  bardziej,  niż 
chciała. Richard natychmiast to podchwycił.

– A więc w ogóle nie masz nic przeciwko zaangażowaniu, tyle że u innych.
– Tak.
Nic więcej nie zdołała powiedzieć.
– Dlaczego, Nicole?
No  i  masz.  Spytał o  to,  o  czym  nie  chciała  mówić,  a  nawet myśleć.  O  to,  co 

budziło w niej takie przerażenie, że postanowiła uciec na koniec świata.

– To nic dramatycznego – skłamała. – Po prostu byłam kiedyś zaręczona i nie 

było to zbyt przyjemne.

background image

–  Nie  było  zbyt  przyjemne  –  powtórzył  z  namysłem.  –  Do  tego  stopnia,  że 

przysięgłaś  sobie  nigdy  nie  dać  się  wciągnąć  w  nic,  co  stwarzałoby  ryzyko 
powtórzenia tamtej historii?

– Nie, niczego sobie nie przysięgałam – odparła. Jego żartobliwy ton jakoś jej 

się nie udzielił. – Po prostu potrzebuję swobody.

Oczekiwała,  że  będzie  drążył  dalej,  ale,  o  dziwo,  nie  zrobił  tego.  Szli  w 

milczeniu w stronę grupy karłowatych, rajskich jabłonek, a potem przecięli boisko i 
skierowali się nad strumień pod drzewami.

Miała więc czas na rozmyślania i chcąc nie chcąc, na nowo przeżywała dawną 

historię, drżąc na samą myśl o tym, że mogła się skończyć znacznie gorzej.

To  wszystko  zaczęło  się  dwa  lata  temu,  gdy  późną  nocą  wracała  z  kina  z 

Colinem i wjechał na nich pijany kierowca.

–  Czuję  się  tak  strasznie  winny  –  powtarzał  potem  Colin  w  nieskończoność, 

choć nie było w tym jego winy.

Tłumaczyła mu to nieustannie, ale on wciąż mówił swoje. Po pewnym czasie –

a miała go dużo, bo po wypadku spędziła cztery miesiące w szpitalu – zrozumiała, 
że Colin czuł się winny, ponieważ wyszedł z wypadku bez szwanku, ona zaś mogła 
mówić  o  szczęściu,  że  w  ogóle  jest  w  stanie  chodzić.  Gdyby  pewien  odłamek
kostny  wbił  się  o  dwa  centymetry  głębiej,  nastąpiłoby  przerwanie  rdzenia 
kręgowego na poziomie trzeciego kręgu krzyżowego i nie mogłaby chodzić.

Z początku myślała, że to poczucie winy każe Colinowi codziennie odwiedzać 

ją w szpitalu. W końcu to feralne kino było tylko ich drugim, zupełnie banalnym 
spotkaniem i nawet miała zamiar na tym tę znajomość delikatnie zakończyć.

Ale  czas  płynął,  a  ona  znudzona,  przykuta  do  łóżka,  często  zbolała,  zaczęła 

coraz bardziej czekać na jego wizyty. Ceniła  sobie każdy podarunek, cieszyła się 
jak dziecko, gdy Colin wkraczał na oddział. Siedział u niej godzinami, rozmawiał z 
nią, czytał jej, grali w różne gry i rozwiązywali zagadki.

Uważała,  że  to  bardzo  ładnie  z  jego  strony.  Długi  pobyt  w  szpitalu  poddał 

trudnej próbie wiele jej przyjaźni. Nikt inny nie poświęcał jej tyle uwagi. Rodzice 
mieszkali  daleko  i  nie  mieli  ani  czasu,  ani  pieniędzy,  by  często  przyjeżdżać  do 
Sydney. Tak więc stopniowo i nieuchronnie Colin stał się najjaśniejszym punktem 
jej życia. Zaczęła się zastanawiać, jak da sobie radę bez niego.

Potem przekonała się, że może nie będzie miała tego problemu. W dniu wypisu 

powiedział jej z udawaną swobodą:

– Zauważyłaś, że nasze imiona są prawie anagramami? Nicole i Colin. Przyszło 

mi  to  do  głowy,  jak  tylko  cię  poznałem.  Wyjdziesz  za  mnie?  Nicole  i  Colin 

background image

Cotterill, do końca życia razem. Czyż to nie byłoby cudowne?

Zgodziła  się  na  to  z  wielu  przyczyn,  z  których  nie  do  końca  zdawała  sobie 

sprawę.  Była  wśród  nich  i  potrzeba  opieki  po  wypadku,  i  wdzięczność  za  jego 
oddanie. Całkiem niesłusznie uważała to za miłość.

Początki  wyglądały  rzeczywiście  cudownie.  Colin  odwiódł  ją  od  pomysłu 

wyjazdu na rekonwalescencję do rodziców i namówił na zamieszkanie z nim.

–  U  rodziców  nie  będziesz  miała  dostępu  do  porządnej  fizjoterapii  –

argumentował.  –  Zresztą  jazda  do  Canberry  to  zbyt  duże  obciążenie  dla  twojego 
kręgosłupa! Musisz zostać ze mną!

Opiekował się nią tak jak prawdziwa pielęgniarka. Opuszczał ją tylko na czas 

pracy lub gdy musiał zrobić zakupy. Zmienił zresztą swoje godziny pracy w banku, 
tak  by  mocją  zabierać  na  fizjoterapię.  Zresztą,  w  ogóle  nigdzie  nie  puszczał  jej 
samej,  nawet  wtedy,  gdy  stan  jej  kręgosłupa  poprawił  się  na  tyle,  że  mogła  się 
poruszać bez bólu.

Nigdzie nie puszczał jej samej... Nigdzie nie puszczał jej samej...
Dobrze  pamiętała  dzień,  w  którym  zorientowała  się,  że  Colin  zamyka  ją  na 

klucz.

–  Nie  rób  tego  –  poprosiła,  starając  się  zachować  spokój  i  opanowanie.  –

Najpierw  musisz  dorobić  klucz  dla  mnie.  Zrób  to  jutro.  Nie  mogę  siedzieć  tu 
zamknięta. To bardzo nieprzyjemne.

On  równie  spokojnie  odpowiedział, że  chodzi  mu tylko o  jej  bezpieczeństwo, 

ale  w  jego  oczach  dostrzegła  dziwne,  jakby  spłoszone  błyski,  a  gest,  jakim  ją 
obejmował,  wydał  jej  się  zaborczy  i  nagle  pomyślała:  „Zaraz,  zaraz.  Co  to  ma 
znaczyć?".

Wkrótce sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. Dał jej wprawdzie klucz, 

ale zaczął dzwonić do niej z pracy po pięć i dziesięć razy dziennie – żeby spytać, 
co robi albo jakie ma plany. A jeśli nie odbierała telefonu, bo była na przykład na 
spacerze,  dzwonek  witał  ją  natychmiast  po  powrocie  do  mieszkania.  Potem  była 
jego zimna, choć starannie powściągana złość i długie przesłuchanie.

„Gdzie  byłaś,  Nicky?  He  wydałaś?  Z  kim  się  widziałaś?  O  czym 

rozmawialiście? Dlaczego nie zaczekałaś, aż wrócę do domu? Przecież poszedłbym 
z tobą. Chcę, żebyśmy byli naprawdę razem, Nicky".

Potem pewnego dnia klucz zniknął. Rzekomo zginął. Nicole wiedziała jednak, 

co  ma o  tym myśleć.  Ale nawet teraz,  gdy  znów siedziała zamknięta,  telefon nie 
przestawał dzwonić. Gdyby go nie odebrała albo gdyby, uchowaj Boże, linia była 
zajęta, spytałby tonem inkwizytora: „Z kim rozmawiałaś, Nicky?".

background image

Narastało w niej przerażenie, lecz pilnie wystrzegała się, by tego nie okazać. W 

najbliższy weekend Colin obiecał zawieźć ją do rodziców. Trzęsła się ze strachu, 
żeby w ostatniej chwili nie zmienił planów, ale na szczęście nie przyszło mu to do 
głowy. Był zbyt pochłonięty zazdrością o nie istniejących rywali, zresztą nie tylko 
o mężczyzn. Chorobliwie zazdrosny o wszystko, co mogłoby ją zainteresować, a w 
czym nie mógłby uczestniczyć, był do tego stopnia pochłonięty swą obsesją, że nie 
zauważył nawet jej strachu.

Toteż  dopiero  gdy  znalazła  się  w  domu  rodziców,  poczuła  się  bezpieczna  i 

zwróciła  mu  pierścionek.  W  efekcie  przez  dwie  godziny  męczył  ją  awanturą  –
wygłaszał pełne wściekłości tyrady, pełne zazdrości oskarżenia, potem ze łzami w 
oczach  błagał  ją,  by  zmieniła  zdanie,  powołując  się  na  symboliczne  znaczenie 
podobieństwa  ich  imion.  Zniosła  to  wszystko,  bo  miała  świadomość,  że  na 
werandzie  spokojnie  czeka  ojciec  z  nabitą  fuzją.  Później  sama  uznała  to  za 
przesadę. Colin nigdy nie bywał agresywny i nie groził jej.

Gdy wreszcie opuścił dom rodziców i wrócił do Sydney, wszystkie jej osobiste 

rzeczy, które zostały w jego mieszkaniu, wyrzucił do śmieci. Dowiedziała się o tym 
od jednej z nielicznych przyjaciółek, jakie jej pozostały. Przez ponad dwa miesiące 
odpoczywała w cieple rodzicielskiego domu. Nigdy jednak nie była typem kobiety 
skłonnej  do  pokuty,  jeśli  nie  zrobiła  nic  złego,  toteż  zebrała  się  na  odwagę,  by 
wrócić do Sydney. Wkrótce znalazła przyjemne mieszkanie, pracę u doktora Hilla i 
– odkryła w sobie silne pragnienie wolności.

Kilka  miesięcy  później  przez  znajomą  w  banku  zebrała  ostrożny  wywiad  o 

dalszych  losach  Colina  i  dowiedziała  się,  że  jest  zaręczony  z  inną  kobietą,  która 
widocznie na razie akceptuje jego koncepcję bycia „razem".

Co do niej, łaknęła świeżego powietrza – dosłownie i w przenośni.
– Biegnijmy, pędźmy! – zwróciła się niespodziewanie do Richarda. – Czuję się 

jak źrebak. To przez ten wiatr.

Nie  czekając  na  odpowiedź,  chwyciła  go  za  rękę  i  ruszyła  przed  siebie, 

poganiana  jego  śmiechem.  Zatrzymali  się  dopiero  na  mostku,  gdzie  zabrakło  jej 
tchu, no i rozbolał ją kręgosłup. Szalone biegi to nie dla niej.

Przechyleni przez poręcz patrzyli na spienioną wodę. Nicole dyskretnie sięgnęła 

do tyłu i potarła obolałe plecy, nie przypuszczając, że Richard to zauważy. Toteż 
zdziwiła się, gdy poczuła w bolącym miejscu jego dłonie. Stał za nią, tak blisko, że 
czuła  jego  oddech,  i  umiejętnie  rozmasowywał  jej  mięśnie.  Nawet  przez  ubranie 
dobrze wiedział, którego miejsca dotknąć i jak.

– Lepiej? – spytał po chwili.

background image

I rzeczywiście było lepiej.
Teraz wziął ją w ramiona i obrócił do siebie, przytulając twarz do jej policzka. 

Nicole  pachniała  chłodną  świeżością  zmierzchu.  Jego  skóra  była  lodowata,  ale 
uścisk ciepły i mocny.

–  Podobno  jedzenie  smakuje  lepiej  na  dworze  –  mruknął,  odrywając  się  na 

moment od jej warg. – Nie wiedziałem, że pocałunki też.

– O, na pewno – szepnęła Nicole i znowu zaczęli się całować.
Może  miał  rację.  Może  „czysty  seks"  okaże  się  jej  najcudowniejszym 

doświadczeniem. Cały rok, jeśli tylko to zauroczenie przetrwa, a potem pożegnanie 
bez bólu...

Nagle pod  wpływem tej  myśli odsunęła  się i przyglądając się jego ściągniętej 

wiatrem i namiętnością twarzy, spytała:

– A ty, Richardzie? Dlaczego nie chcesz się wiązać? Przecież to bajka, że żaden 

mężczyzna  tego  nie  chce,  tylko  prędzej  czy  później  wpada  w  sidła  przebiegłej 
kobiety. Wielu mężczyzn bardzo poważnie traktuje małżeństwo i wszystko, co się z 
tym wiąże. Dlaczego ty nie chcesz?

–  Wielkie  nieba,  ona  chce  teraz  o  tym  dyskutować!  –  zwrócił  się  Richard  ze 

skargą do wysokiego drzewa tuż za mostkiem.

– A czemużby nie? – odparła. – Sam parę minut temu poruszyłeś ten temat, i to, 

że się całowaliśmy...

–  No  właśnie!  Całowaliśmy  się.  Muszę  powiedzieć,  że  dotykać  ciebie,  czuć 

cię...  Jest  to  dla  mnie  tak  duże  przeżycie,  że  jeśli  domagasz  się  w  tej  chwili 
poważnej rozmowy...

– Ależ nie w tej chwili – zaprotestowała. – Przecież przestaliśmy... hm...
– Istotnie. Szkoda! Ale rozumiem, że ta rozmowa pomoże nam przygasić ogień, 

dopóki nie zapewnimy sobie większej prywatności. – Umilkł na chwilę, po czym 
ważąc słowa, podjął: – Uważam, że poszanowanie granic jest bardzo ważne, Nico. 
W każdym związku.

– I co dalej?
– Czy to nie wystarczy?
– Trochę lakoniczne, nie sądzisz?
– Powiedziałbym raczej, że proste. To jest wyznanie wiary, a wyznanie wiary 

powinno  być  proste.  Uważam,  że  poszanowanie  granic  jest  ważne  w  każdym 
związku.

– Na tym zamykamy temat?
– Tak.

background image

– W porządku – ustąpiła.
Do  domu  Richarda  poszli  pieszo,  ale  inną  drogą.  Maszerowali  najpierw 

kawałek  ścieżką rowerową,  która  biegła  obok  biblioteki,  a  potem  małą,  spokojną 
uliczką. Dotarli na miejsce, gdy ostatnie promienie słońca znikały powoli z bladego 
nieba.

Oboje umierali z głodu. Chwilę spierali się, co zamówić spośród licznych dań 

proponowanych  przez  chińską  restaurację  dostarczającą  jedzenie  do  domu,  aż 
wreszcie ustalili jakąś zupełnie niemożliwą liczbę potraw.

– Resztkami się podzielimy – obiecał wspaniałomyślnie.
– Jeśli coś zostanie. Jestem głodna jak wilk.
–  Zostanie,  przekonasz  się.  Nie  będziemy  chyba  czekać  na  dostawę.  Szybciej 

będzie, jeśli sam do nich podskoczę – powiedział Richard. – Chcesz tu zostać, czy 
jedziesz ze mną?

– Zostanę – odparła – jeśli nie masz nic przeciwko temu.
–  Ależ  nie,  tylko  nie czytaj  mojego  pamiętnika. To  taka  różowa książeczka  z 

kłódeczką w kształcie serca, którą się otwiera wsuwką do włosów.

Roześmiała się.
– Co mężczyzna może wiedzieć o dziewczęcych pamiętnikach? Nie mówiąc już 

o wsuwkach do włosów.

– Dałem coś takiego na urodziny mojej ośmioletniej siostrzenicy. Bardzo jej się 

spodobało.

– Siostrzenicy...
– Mieszka w Cincinnati, jak cała moja rodzina. Nie martw się, ja cię nie będę 

przesłuchiwał.

– Nawet mi to przez myśl nie przeszło.
Gdy  została  sama,  zaczęła  oglądać  dom,  chcąc  wyrobić  sobie  o  nim  jakąś 

opinię.  W  piątek  była  zbyt  zdenerwowana.  Książki  na  różne  tematy  były 
najwyraźniej po wielekroć czytane; nie dostrzegła na półkach literatury medycznej. 
Obrazy  dostrzegła  dwa:  oryginalne,  dramatyczne  w  wyrazie,  kontrastujące  z 
przytulnością pokoju. Sprzęt muzyczny był niezbyt wyszukany, ale dobrej jakości, 
na setkach płyt kompaktowych rock i klasyka, trochę jazzu i muzyki folk, a nawet 
country.

Wnętrze sprawiało wrażenie wygodnego, ciepłego i dobrze wyposażonego. Coś 

w niej zadrżało, gdy zastanowiła się przelotnie, jak też może być na górze...

Po  kwadransie  Richard  wrócił  i  oboje  łapczywie  rzucili  się  na  jedzenie. 

Pochłaniali potrawy przy niezbyt szczęśliwie dobranym akompaniamencie muzyki 

background image

Bacha. Nie rozmawiali wiele. Byli zbyt głodni.

Wkrótce  jednak  oboje  zaspokoili  głód,  a  co  najmniej  połowa  każdego  dania 

stała wciąż nietknięta.

– A nie mówiłem? – spytał prowokacyjnie.
– Tu dają większe porcje niż u nas – usprawiedliwiła się Nicole.
– Nie mogłam tego przewidzieć.
–  Nie  przejmuj  się.  Jutro  mam  dyżur,  mogę  to  sobie  podgrzać  i  będę  miał 

znowu  ucztę.  A  ty  możesz  sobie  wziąć  na  przykład  ryż  z  krewetkami  i  resztę 
zakąsek.

– Dobrze. To znaczy, że... wracam do domu?
Patrzyli  na  siebie  nad  stołem  zawalonym  górą  pojemników,  ciasteczek, 

serwetek.  Nicole  od  razu  pożałowała tego  pytania.  Zabrzmiało zbyt  wyzywająco, 
zbyt bezceremonialnie. Czy mam teraz iść do domu, czy zostać i spać z tobą?

Usta mu drgnęły.
–  Nie  wiem.  Jak  uważasz.  Byłoby  mi  ogromnie  miło,  gdybyś  została,  jeśli 

jednak wolisz wrócić, to też będzie dobrze.

Wcale  nie  sprawiał  wrażenia  człowieka,  którego  by  jej  decyzja  szczególnie 

obchodziła. Nicole była zdezorientowana.

– Myślałam, że to już ustalone, że spędzamy razem noc. Sam powiedziałeś, że 

tak ma być.

Ależ  to  okropnie  zabrzmiało!  Bezczelnie,  niegrzecznie,  jakby  dzieciak 

dopominał się o obiecane ciastko.

Lecz Richard śmiał się, bynajmniej nie urażony.
–  A  tymczasem  zmarnowaliśmy  tyle  czasu  na  spacer  i  jedzenie.  Przepraszam 

cię za to rozczarowanie.

– Nie o to mi chodziło!
Była  czerwona  jak  piwonia  i  straszliwie  zażenowana.  Nie  pojmowała,  jakim 

cudem on może zachowywać się tak swobodnie albo – jak mógłby pragnąć takiej 
idiotki.

Tymczasem  Richard  wstał  i  wyciągnął  do  niej  ręce.  Podała  mu  dłonie,  a  on 

odciągnął ją od zabałaganionego stołu i przytulił do siebie.

– Moja droga Nicole, właśnie za chwilę miałem zamiar powiedzieć ci: „Proszę, 

zostań i bądź najcudowniejszą ozdobą mojego łoża". I tak zrobię, jeśli mi powiesz, 
że bierzesz tabletkę.

Nastąpiła krótka pauza.
– Bierzesz?

background image

Nadal ją obejmował, lecz poczuła, że mięśnie jego rąk odrobinę się napięły.
– Prawdę mówiąc, nie. Bardzo mi przykro.
Spojrzała  na  niego  z  lękiem,  spodziewając  się,  że  zobaczy na  jego  wyrazistej 

twarzy  typowo  męskie  zniecierpliwienie  i  złość.  Ale  niczego  takiego  na  niej  nie 
dostrzegła, nawet gdy mówił:

– Jestem niezmiernie rozczarowany.
Nie  był  jednak,  i  zupełnie  się  pogubiła.  Nie  mogła  go  zrozumieć.  Przecież 

powinien być rozczarowany, bo mężczyźni zawsze są zawiedzeni, gdy spodziewają 
się seksu i nie mogą osiągnąć celu.

– Przykro mi – powtórzyła, ale ledwo zdążyła to powiedzieć, pocałował ją tak 

gorąco, że żadne słowa nie wchodziły już w grę.

Powiódł  dłońmi  po  śliskim  jedwabiu  jej  bluzki,  a  ona  odniosła  wrażenie,  że 

dotknął nagiego ciała. Dopiero gdy po chwili jego dłoń wśliznęła się pod bluzkę, 
poczuła różnicę. Doznanie było tak silne, że wygięła się w łuk, zarzuciła mu ręce 
na  szyję  i  z  westchnieniem  rozchyliła  wargi.  Zamknęła  oczy,  w  głowie  jej 
wirowało.

– Jutro musimy cię jakoś zaopatrzyć.
Znów ujął jej ręce i przycisnął do nich czoło.
– Jak to zaopatrzyć?
– Antykoncepcja. Czy nie o tym przed chwilą mówiliśmy?
– A, tak. – Była jeszcze oszołomiona pocałunkiem. – No dobrze, pomyślmy...
– Czyżbyś nie pamiętała, że jestem lekarzem? Mam dostęp do takich rzeczy i 

całkiem sporą wiedzę na takie tematy jak skuteczność i efekty niepożądane.

– Nie wątpię.
Czuła się trochę nieswojo, a zarazem jakoś dziwnie niemoralnie, rozmawiając z 

nim  w  ten  sposób  –  choć  z  pewnością  byłoby  bardziej  niemoralnie  i  zupełnie 
nieodpowiedzialnie, gdyby z nim o tym nie rozmawiała.

Z Colinem jakoś nigdy do tego nie doszło. On chciał zaczekać do ślubu, a ona 

nigdy nie zrobiła żadnego kroku w kierunku ewentualnej zmiany jego nastawienia. 
Fakt,  że nigdy  nie  spała z  Colinem, ułatwił  jej  wyrwanie się  z  tego  niezdrowego 
związku, ale też była przez to znacznie mniej doświadczona, niż Richard zapewne 
przypuszczał.

Spała  z  jednym  tylko  mężczyzną,  dokładnie  cztery  razy.  Cóż,  lepsze  to,  niż 

gdyby spała z czterema po jednym razie. Miała wtedy dziewiętnaście lat i nie była 
pewna  swoich  uczuć,  on  miał  dwadzieścia  cztery  lata  i  wykorzystał  chwilę  jej 
słabości. Nic z tego nie wyszło, a jeśli chodzi o antykoncepcję, polegali raczej na 

background image

szczęściu niż na wiedzy.

Ale teraz miała lat dwadzieścia sześć i widziała, z pewnością tak jak i Richard, 

zbyt dużo nie chcianych dzieci, by ryzykować.

– Tak, to bardzo ważne. Zróbmy to.
– Zajmiemy się tym jutro w pracy, w jakiejś spokojniejszej chwili.
– Dobrze.
– Lubię cię, Nico.
–  Ja  też  cię  lubię  –  odparła,  choć  odniosła  wrażenie,  że  akurat  w  momencie 

rodzącego się romansu nie jest to najbardziej odpowiednia wymiana serdeczności.

background image

Rozdział 5

Nicole chichotała jak uczennica, a Richard czynił rozpaczliwe wysiłki, by jego 

mina nie wyglądała na głupkowaty uśmiech. Była piąta po południu. Gdyby ktoś z 
lecznicy  zobaczył,  co  się  dzieje  w  tym  gabinecie,  mógłby  podać  w  wątpliwość 
przydatność zawodową doktora Gilberta.

– Nie, naprawdę, pianka i gąbki chyba nie są dla mnie.
Nicole starała się, by to brzmiało jak profesjonalna opinia, ale nie była w tym 

zbyt przekonująca. Przed chwilą, próbując nałożyć piankę do aplikatora, spryskała 
nią całe biurko Richarda.

– Teraz już powinno być dla ciebie jasne – skomentował Richard – że każde z 

tych urządzeń to w zasadzie broń.

– Tak, wiem. Gdyby tylko dziesięcioletni chłopcy znali potencjalną siłę rażenia 

tej...

– Właśnie. No i naturalnie pewne rodzaje broni są bardziej dotkliwe od innych. 

Wybór jest kwestią osobistych preferencji.

– Też tak sądzę.
– No cóż, teraz twój serw, Nico. – Nagle zrobił się bardzo poważny. – Nigdy 

nie zalecam spirali kobietom, które jeszcze nie rodziły, nie widzę też powodu, żeby 
proponować  ci  implanty  lub  zastrzyki  o  przedłużonym  działaniu.  Ale  poza  tym 
wchodzi  w  grę  każda  opcja,  która  ci  odpowiada,  w  tym  również  przerzucenie 
odpowiedzialności na mnie.

– Nie, nie, w porządku.
– Namyślaj się spokojnie, mamy czas.
– Już chyba zdecydowałam. Sądzę, że w mojej sytuacji krążek będzie najlepszy. 

W naszej sytuacji... – poprawiła się nieśmiało, niepewna, czy wolno jej użyć liczby 
mnogiej.  –  Bo  gdybym  zaczęła  brać  pigułki,  musielibyśmy  jeszcze  dosyć  długo 
czekać, prawda?

–  Twoja  nieprzyzwoita  niecierpliwość  jest  bardzo  obiecująca  –  oznajmił.  –  I 

podniecająca.

– Och! Nie miałam zamiaru... – Jej twarz chyba jednak zdradziła nagły popłoch, 

lecz  Richard,  bardzo  zajęty  układaniem  jakichś  ulotek  i  sprzątaniem  próbek, 
zapewne tego nie zauważył.

–  Żebyśmy  jednak  oboje  nie  czuli  się  niezręcznie  –  podjął  –  proponuję,  że 

umówię cię z mężem naszej doktor Kramer, który przyjmuje w St Bart, dobrze?

background image

– Tak chyba będzie najlepiej.
– To niestety znaczy, że jednak trzeba będzie trochę poczekać. Nie sądzę, żeby 

Martin Kramer mógł cię przyjąć wcześniej niż w piątek, chyba że powiem mu, że 
to  bardzo pilne.  Ale taka  interwencja mogłaby zwracać uwagę, a tego  byśmy  nie 
chcieli, prawda?

Znowu „my".
– No tak. Skoro to tylko...
– Przygoda? – podsunął usłużnie. – Romans?
– Właśnie. Gdyby to było coś poważnego...
– To wszyscy mogliby wiedzieć, ale tak...
– Otóż to. Lepiej niech nikt się nie domyśla.
– W takim razie umówię cię zwyczajnie, a na razie...
– Tak? – Jakoś zbyt gorliwie to zabrzmiało.
–  Normalnie  zaproponowałbym  kino.  Ale  czy  to  ma  sens?  –  dokończył, 

uśmiechając się wyczekująco.

– Nie ma – przytaknęła zdecydowanie.
Tylko skąd ten nagły dreszcz i zawrót głowy?

Przez  resztę  tygodnia  starannie  unikali  jakiegokolwiek  kontaktu,  nie  licząc 

niezbędnej wymiany zdań w sprawach pacjentek.

W  piątek  rano  Nicole  odwiedziła  doktora  Kramera  i  wyszła  z  jego  gabinetu, 

będąc pod silnym wrażeniem jego profesjonalizmu, no i z receptą na krążek. Jeśli 
Martina  choćby  w  najmniejszym  stopniu  zaciekawiło,  dlaczego  Richard  Gilbert 
osobiście  skierował  do  niego  jedną  ze  swych  pielęgniarek,  to  nie  dał  jej  tego 
odczuć.

Tymczasem  w  przychodni  Riverbank  na  doktora  Gilberta  czekało  trzydzieści 

osiem  pacjentek,  nie  licząc  wciśniętej  na  rano  operacji  usunięcia  macicy.  Gdy 
odrobinę spóźniona Nicole dotarła do pracy, pierwsza z pacjentek, Katie Emerick, 
już czekała.

Zachmurzona  i  mocno  ociężała,  najpierw  poszła  się  zważyć.  Asystowała  jej 

matka.

– Od ostatniej wizyty na pewno przybyło jej  ze dwa i  pół kilo  – oceniła pani 

Emerick. – Ale ona je same śmieci. Mówiłam jej, że dla dziecka...

– Nieprawda, mamo – przerwała jej Katie, z trudem wchodząc na wagę.
– Przybyło dwa siedemset – obliczyła Nicole.
– A nie mówiłam? – rzuciła oskarżycielsko pani Emerick.

background image

– Dobrze, mamo, ale jakie to ma znaczenie? Mam cztery tygodnie do porodu.
–  Dzieci  nie  zawsze  rodzą  się  w  terminie.  Możesz  czekać  jeszcze  i  sześć 

tygodni, a jeśli będziesz dalej tak jadła, przybędzie ci przez ten czas dziesięć kilo.

Gdy  siedemnastoletnia  Katie  poszła  przygotować  mocz  na  badanie,  Nicole 

zaproponowała  pani  Emerick,  by  zaczekała  w  recepcji.  Ta  jednak  nie  dała  za 
wygraną.

–  Katie  nigdy  nie  wie,  o  co  zapytać.  Cała  ta  nieszczęsna  sprawa  to  koszmar! 

Siedemnaście lat,  a  gdzie  jest ojciec?  Jeśli już  musiała  się łajdaczyć, to  dlaczego 
nie mogła się jakoś zabezpieczyć? A szkoła? Zrujnowała sobie przyszłość!

W tej chwili pojawiła się Katie.
– Dam sobie radę, mamo – rzekła chłodno. – Bądź łaskawa wyjść z poczekalni.
– Nie.
– Tak!
Chwilę  mierzyły  się  wzrokiem.  Była  to  bolesna  walka,  w  której  zwyciężyła 

Katie. I tak powinno być, pomyślała Nicole, gdy pani Emerick, rozgoryczona i zła, 
opuściła pokój zabiegowy.

Nicole  poprosiła  dziewczynę,  by  usiadła,  i  zmierzyła  jej  ciśnienie.  Potem 

łagodnie zagadnęła, czy Katie ma jakieś pytania.

–  Czy  mama  może  nie  być  przy  porodzie?  –  spytała  Katie  bez  wahania.  –

Doprowadza mnie do szału. Ciągle mi wmawia, że sama sobie nie radzę, a nigdy 
nawet nie miała okazji się przekonać, bo na nic mi nie pozwala. To moje dziecko i 
będę dla niego dobrą matką! Nie życzę sobie, żeby ona w środku porodu robiła mi 
wykłady!

– Masz prawo się sprzeciwić. Zapisać to w karcie?
– Bardzo proszę.
Nicole  zapisała:  „Silny  konflikt  między  pacjentką  a  jej  matką.  Pacjentka  nie 

życzy sobie obecności matki przy porodzie". Potem wprowadziła Katie do gabinetu 
lekarskiego i poprosiła następną osobę.

Po  kilku  minutach  usłyszała,  jak  Richard  mówi:  „Do  zobaczenia  za  tydzień". 

Widać nic nie wskazywało na to, żeby poród miał nastąpić lada moment.

– Przez całe cztery tygodnie będę chodzić do szkoły i ze szkoły pieszo, tak jak 

pan  mówił  – obiecała  Katie  z  uśmiechem.  Ładna  z  niej  była  dziewczyna.  Na 
owalnej  twarzyczce,  okolonej  jasnobrązowymi  włosami,  malowała  się  także 
stanowczość.

A  więc  do  ostatniej  chwili  będzie  chodzić  do  szkoły,  pomyślała  Nicole.  Ma 

charakter,  bo  przecież  na  pewno  jest  to  dla  niej  krępujące.  Matka  chyba  jej  nie 

background image

docenia...

Jeszcze trzydzieści sześć pacjentek. Każda wizyta niby rutynowa, a jednak na 

swój sposób wyjątkowa.

Na  przykład  czterdziestopięcioletnia  Leslie  Dalton,  tak  bardzo  zdenerwowana 

czekającym ją wycięciem macicy i opłakująca definitywny koniec płodności.

– Czy to nie głupie? Moje najmłodsze dziecko ma już piętnaście lat!
Albo  czterdziestoczteroletnia  Sharon  Gregg:  przyszła  na  kolposkopię,  przy 

której  Nicole  asystowała.  W  wyniku  badania  Richard  zalecił  konizację  szyjki 
macicy – oszczędzający zabieg chirurgiczny – na co pacjentka chętnie przystała.

Albo  czterdziestotrzyletnia  Jane  Morris,  promienna  i  kwitnąca  przy  drugim 

mężu  i  w  drugim  trymestrze  ciąży.  Po  roku  od  podwiązania  jajowodów,  będąc 
matką  dwójki  prawie  dorosłych  dzieci,  owdowiała.  Rok  temu  znowu  wyszła  za 
mąż. Chirurgowi udało się odwrócić skutki zabiegu sterylizacji.

–  Człowiek  nigdy  nie  wie,  co  go  w  życiu  czeka  –  zwierzyła  się  Nicole 

pacjentka.  –  Gdyby  pięć  lat  temu  ktoś  mi  powiedział,  że  mając  czterdzieści  trzy 
lata, będę tu przychodzić w ciąży, popukałabym się w głowę.

W pewnej chwili po południu Richardowi udało się zagadnąć Nicole:
– Nie rozmawialiśmy o weekendzie.
– Myślałam, że...
– Ja też. I ciągle myślę, tylko że dzisiaj doktor Kramer wcisnęła mi dyżur. Czy 

mogę zarezerwować sobie ciebie na sobotę?

– Tak.
– Zadzwonię.
W  tej  chwili  zjawiła  się  Gretchen  z  prośbą  o  pożyczenie  mankietu  do 

ciśnieniomierza, gdyż jej był za wąski, i Richard błyskawicznie zniknął.

Nie  mogąc  liczyć  na  jego  towarzystwo,  Nicole  spędziła  wieczór  w  klubie 

sportowym  Mili  Run,  który  polecała  jej  Barb.  Po  dwóch  tygodniach  wyraźnie 
brakowało  jej  pływania.  Było  ono  dla  niej  bardzo  ważne,  ponieważ  pomagało 
utrzymać elastyczność i siłę mięśni grzbietu. Przepłynęła więc trzydzieści dwa razy 
kryty  basen  Mili  Run  o  długości  dwudziestu  pięciu  metrów,  zjadła  lekką,  ale 
wykwintną  kolację  w  klubowej  kafeterii,  dała  sobie  czas  na  odpoczynek,  znowu 
przepłynęła trzydzieści dwa baseny, wymoczyła się w wannie, wygrzała w saunie, 
a zakończyła prysznicem i ułożeniem fryzury.

Po tym wszystkim spała jak zabita i pewnie dlatego następnego ranka pukanie 

do  drzwi  dotarło  do  niej  z  opóźnieniem,  właściwie  w  ostatniej  chwili.  Gdy 
podbiegła  do  okna,  zobaczyła,  jak  Richard  zmierza  do  samochodu.  Natychmiast 

background image

zbiegła ze schodów, otworzyła drzwi i zawołała go. Dopiero gdy zawrócił i szedł w 
jej stronę, uświadomiła sobie, że ma na sobie jedynie białą koszulę nocną, tak starą 
i spraną, że już niemal przezroczystą.

– Spałam – tłumaczyła się schrypniętym głosem.
–  I  chyba jeszcze  śpisz,  chociaż pewnie  nie  można  tego powiedzieć  o  twoich 

sąsiadach, jeśli tylko zauważyli, jak... nie jesteś ubrana.

– Och...
Próbowała zebrać koszulę w fałdy, żeby się lepiej osłonić, ale udało jej się tylko 

prowokacyjnie  zmarszczyć  tkaninę  na  piersiach.  Już  się  rozbudziła,  w  każdym 
razie na tyle, by zauważyć, gdzie Richard utkwił wzrok.

– Biedna Nicole – powiedział czule, lekko  muskając  palcami nabrzmiewające 

piersi.  –  Widzę,  że  marzniesz  i  jeszcze  jesteś  śpiąca.  Czy  mam  cię  zanieść  do 
łóżka?

– Uhm – zamruczała bezwiednie.
Jego  usta  były  tuż  przy  jej  wargach.  Zakręciło  jej  się  w  głowie  z  powodu 

długiego  czekania  i  zdenerwowania,  które  tylko  pogłębiały  wrażliwość  każdego 
nerwu.

Richard chwycił ją w ramiona i ruszył na górę.
Żadnego zaangażowania. To nie jest związek, to przygoda.
Z  pewnością  w  następnych  tygodniach  nie  miała  powodu  obawiać  się 

nadmiernej  zaborczości  ze  strony  Richarda.  Granice,  jakie  zakreślił  w  ich 
wzajemnych stosunkach, były bardzo wyraźne. Przestrzegał ich ze skrupulatnością, 
która nie pozostawiała miejsca na wątpliwości.

Zdecydowanie największą część wspólnego czasu spędzali w łóżku, ale Nicole 

nigdy nie zostawała u niego na noc ani on nie nocował u niej.

–  Pomyśl,  ile  niepotrzebnych  ceregieli  robi  się  o  gaszenie  albo  niegaszenie 

światła  –  powiedział  Richard  sennie  któregoś  ciepłego,  sobotniego  popołudnia  w 
kwietniu. – Gdyby ludzie częściej kochali się w dzień, nie byłoby problemu. Kiedy 
patrzę na twoje ciało, takie rozjaśnione i rozgrzane słońcem, mam ochotę ugniatać 
cię jak ciasto. Tu, tu i jeszcze tu.

Przymknęła oczy. Cudowna była ta świadomość, że on zna jej ciało tak dobrze, 

jak  ona  jego.  Od  samego  początku  wszystkie  ich  przeżycia  były  piękne  i 
intensywne.  Nie  było  między  nimi  żadnej  niezręczności,  której  się  tak  obawiała. 
Richard jakby z góry wiedział, jak jej dotykać, jak poprowadzić...

Słońce  wciąż  otulało  ich  jak  ciepła  kołdra.  Leniwie  wodząc  palcem  po 

owłosionej skórze na jego przedramieniu, Nicole zauważyła:

background image

–  Zawsze  mi  się  wydawało,  że  będę  wolała  mężczyzn  o  gładkiej  skórze,  a  o 

tobie przecież nie da się tego powiedzieć.

– Przykro mi, że cię zawiodłem! Ale nie zamierzam się golić.
– Ja myślę! Ani mi się waż! Chodziło mi o to, że...
– Wiem, o co ci chodziło, moja śliczna.
–  Nie,  pozwól  mi  to  powiedzieć  –  poprosiła  czule.  –  Uwielbiam  to  twoje 

futerko. Jest takie męskie. Wiesz, że czasem prześwituje ci przez stroje lekarskie? 
Te niebieskie. Powinieneś je wyrzucić. Są już strasznie stare i kompletnie wytarte.

– Czy jest to opinia zawodowa, czy osobista, siostro Martin?
– Zawodowa, oczywiście.
– W takim razie bądź łaskawa zachować ją dla siebie. Do poniedziałku.
Umilkła,  nie  wiedząc, czy  Richard  mówi to  serio,  nie  śmiejąc  jednak  ciągnąć 

tematu. To była jedna z zasad, których bezwzględnie przestrzegał – ścisły rozdział 
między  życiem  prywatnym  a  zawodowym.  A  ona  naturalnie  i  temu  się 
podporządkowała.

Ale  teraz  przecież  tylko  żartowała.  To  był  niewinny  żart,  mający  więcej 

wspólnego  z  seksem niż  z  pracą.  Czy on tego  nie  rozumie? I czemu ona  jest  tak 
niemądra,  że  się  tym  martwi?  Jakie  znaczenie  ma  w  ich  sytuacji  drobne 
nieporozumienie?

Czekała  jeszcze  chwilę  z  zamkniętymi  oczami,  jakby  drzemiąc,  aż  cale 

zdarzenie  się  rozmyje  i  odejdzie  w  niepamięć.  Gdy  jednak  otworzyła  oczy, 
stwierdziła,  że  Richard  przygląda  jej  się  z  wyrazem,  jaki  już  u  niego  widziała: 
czujnym, jakby wyczekującym. A może się myli, może ten wzrok nic specjalnego 
nie  znaczy?  Zawsze,  gdy  jej  się  wydawało,  że  go  na  tym  złapała,  występował  z 
jakimś bardzo przyziemnym pytaniem.

Jak teraz.
– Co robisz w weekend?
To  była  jeszcze  jedna  ich  niepisana  zasada:  nigdy  nie  spędzali  razem  całego 

weekendu, a jeśli Richard miał dyżur pod telefonem, nie widzieli się wcale.

–  Wierz  mi,  nie  ma  nic  bardziej  frustrującego  niż  dźwięk  pagera  w 

nieodpowiednim momencie. Z pewnością nie chciałabyś tego doświadczyć.

Nie spierała się, a teraz powiedziała:
–  Cóż,  wszystko  rośnie  jak  szalone,  więc  muszę  przystrzyc  trawnik.  Pójdę 

pływać, żeby całkiem nie zesztywnieć. Co jeszcze? Zrobię pranie. Nic z tego by cię 
nie interesowało.

–  Istotnie  –  zgodził  się  od  razu.  –  Szczegóły  cudzego  życia  domowego  są 

background image

niezwykle nudne, nie uważasz?

– Czyja wiem, nie zawsze...
–  A  jak  tak  uważam.  Więc  oszczędź  mi,  proszę,  opowieści  o  kosiarce  Barb. 

Porozmawiajmy lepiej o pływaniu. Gdzie chodzisz na basen?

–  Do  Mili  Run.  Tam  jest  najbliżej  i  najbardziej  komfortowo.  Niestety,  drogo 

też.

–  Zauważyłem,  kiedy  się  tam  zapisywałem  w  zeszłym  tygodniu.  Powinienem 

był cię spytać, gdzie pływasz, zanim się zapisałem.

–  Jeśli  sobie  życzysz,  możemy  się  informować  o  swoim  rozkładzie  zajęć, 

żebyśmy na siebie nie wpadali – zaproponowała odrobinę cierpko.

Czy  naprawdę  musiał  robić  z  tego  taki  problem?  I  co  by  się  stało,  gdyby  tak 

przypadkiem  od  czasu  do  czasu  znaleźli  się  w  jednym  miejscu?  Na  przykład 
przemierzali ten sam basen? Zresztą w okularach do pływania i tak by jej pewnie 
nie rozpoznał.

– No, to już by była przesada, nie sądzisz? – wycedził.
Tym razem rozzłościł ją naprawdę.
– Przecież to ty uznałeś to za niedogodność – odparła i nie czuła się bynajmniej 

zawiedziona, gdy wkrótce wyszedł, nie proponując jej kolacji.

Była tak zła, że łomotała kosiarką Barb po całym trawniku, a potem pojechała 

do  Mili Run popływać. Miała zmarnowaną niedzielę, ale postanowiła się tym nie 
przejmować.

Richard też był zły.
Nie potrafił jednak przeanalizować uczciwie, na kogo naprawdę się wścieka. W 

niedzielę  spędził  dwie  specjalnie  wybrane  godziny  w  Mili  Run,  ale  nie  spotkał 
Nicole. Chcąc nie chcąc, myślał o jej kręgosłupie i kosiarce Barb.

Poprzedniego  dnia  miał  na  końcu  języka  propozycję,  że  skosi trawnik  za  nią, 

ale powstrzymał się od jej wypowiedzenia. Koszenie trawnika na skali intymności 
zajmuje miejsce niebezpiecznie bliskie dziesiątki.

A co do  spotkania na basenie, widać nie było  im pisane  dzisiaj, ale  z czasem 

jest to nieuniknione. Myśląc o tym, uśmiechnął się mimo woli. Nicole w kostiumie 
kąpielowym  z  pewnością  wygląda  wspaniale.  Entuzjazm  dla  tego  widoku  jest 
najzupełniej dopuszczalny.

Wiele jednak rzeczy jest zupełnie niedopuszczalnych,  czego dowiodło choćby 

to, co się zdarzyło w środę.

Tego  dnia  Nicole  pojechała  do  Mili  Run  prosto  z  pracy.  Przepłynęła  prawie 

background image

półtora  kilometra,  po  czym,  rozluźniona  i  swobodna,  ubrana  w  czarne  legginsy  i 
czarną  bluzę  wyszła,  czy  raczej  już  miała  wyjść,  z  klubu,  gdy  spostrzegła,  że  w 
sklepiku ulokowanym sprytnie tuż przy drzwiach jest wyprzedaż. Przydałby jej się 
drugi kostium. Właśnie zastanawiała się nad tradycyjnie skrojonym zielonym, gdy 
wyrosła za nią jakaś postać i męski głos przemówił:

– Ten absolutnie nie. A co powiesz na ten?
Richard.
Wyciągnął  spośród  innych  granatowo-biały  kostium  z  głębokim  dekoltem  i 

spojrzał na metkę.

– Jaki rozmiar?
– Według numeracji amerykańskiej chyba sześć.
– Bierz!
– Nie. – Automatycznie pokręciła głową, wytrącona z równowagi po pierwsze 

samym  spotkaniem,  a  po  drugie  natychmiastową  reakcją  swojego  odprężonego  i 
uwrażliwionego chłodną wodą ciała.

– Czy chociaż się nad nim zastanawiałaś?
– Nie, ja... Zobacz, ile to kosztuje nawet po obniżce!
–  Wobec  tego  potraktuj  go  jako  prezent  –  zaproponował  bez  wahania.  –  Od 

kogoś, kto bardzo chciałby cię w nim zobaczyć.

– Nie, Richard.
On  jednak  nie  słuchał.  Zdjął  kostium  z  wieszaka  i  ruszył  z  nim  do  kasy, 

wyjmując z kieszeni kartę kredytową. Nicole gwałtownie przyśpieszyło tętno. Nie
chciała urządzać sceny. Czemu to musiało się stać?

Po  chwili  było  po  wszystkim.  Richard  z  szerokim  uśmiechem  podał  jej 

plastykową torbę.

–  Nie  mogę  się  wprost  doczekać,  aż  zobaczę  cię  w  tym  kostiumie.  Jestem 

przekonany,  że  mam  znakomity  gust,  a  wyobraźnię...  Będziesz  w  nim  wyglądać 
oszałamiająco, daję słowo.

W tym momencie straciła panowanie nad sobą.
–  To  nie  ma  nic  do  rzeczy,  Richard  –  zaczęła  drżącym  głosem,  kurczowo 

zaciskając  palce  na  torbie  z  kostiumem.  –  Nie  życzę  sobie,  żeby  jakikolwiek 
mężczyzna  dyktował  mi,  jak  mam  się  ubierać,  czy  wręcz kupował  mi  coś,  kiedy 
wyraźnie  odmawiam.  Na  jakiej  podstawie  sądzisz,  że  masz  do  tego  prawo?  Czy 
znasz  mnie  wystarczająco  dobrze,  żeby...  narzucać  mi  swoją  wolę?  Nie  jestem 
twoją lalką, żebyś mnie ubierał.

Zaczynała podnosić głos. Uprzytomniła sobie, że za chwilę wszyscy będą się na 

background image

nich  gapić.  Richard  szeroko  otworzył  oczy,  próbując  pojąć,  co  jej  się  stało. 
Ogarnęła ją panika.

– Muszę iść – wykrztusiła i pobiegła do drzwi, bezwiednie ściskając w dłoniach 

niepożądany  podarunek.  Nie  oglądała  się;  nie  chciała  nawet  wiedzieć,  czy 
próbował ją gonić.

Na parkingu wsiadła szybko do samochodu i odjechała z piskiem opon. Dopiero 

w  domu  zaczęła  się  uspokajać.  Zachowałam  się  jak  idiotka,  powtarzała  sobie. 
Zareagowałam,  jakbym  miała  do  czynienia  z  Colinem,  a  przecież  Richard  to  nie 
Colin. Nie ma w nim niczego, co choćby przypominało Colina. Cholera!

Szybko  ugotowała  paczkę  makaronu  i  polała  sosem  pesto.  Czuła  głód, 

zaostrzony  długim  pływaniem,  ale  nie  miała  prawdziwego  apetytu.  Nie  mogła 
dokończyć jedzenia. W końcu, miotana sprzecznymi uczuciami, poszła do łazienki 
i przymierzyła kostium przed dużym lustrem.

Wyglądał  świetnie.  Rzeźbił  jej  sylwetkę  czystymi  liniami.  Granat  pięknie 

kontrastował  z  jej  jasnymi  włosami,  a  biel  podkreślała  kremową  karnację.  Był 
dostatecznie  solidny,  by  móc  w  nim  ostro  pływać,  a  zarazem  odsłaniał  tyle,  że 
dodawał jej wdzięku.

I  to  naprawdę  był  tylko  podarunek, nie  próba  zawładnięcia jej osobą.  Prawdę 

mówiąc, sama niechcący sprowokowała Richarda do tego zakupu swoją uwagą na 
temat ceny. Zareagowała histerycznie i sprawiła mu przykrość, mylnie dopatrując 
się w jego spontanicznej hojności mrocznych motywów.

A niech to wszyscy diabli.
Pewnie jest teraz w domu. Kierując się odruchem, szybko, żeby nie stchórzyć, 

Nicole otuliła się wiosennym płaszczem z ciemnozielonej skóry, włożyła sportowe 
buty  na  gołe  nogi,  wsiadła  do  samochodu  i  po  dwóch  minutach  znalazła  się  u 
Richarda.

–  O,  cześć  –  powitał  ją  ostrożnie.  Gdy  przeszła  przez  próg,  dorzucił:  –

Posłuchaj, to był po prostu spontaniczny prezent, rozumiesz? Nie żadne narzucanie 
ci  mojej  woli, do  diabła!  Czy  to  naprawdę  takie  straszne  przestępstwo,  jeden  raz 
odstąpić od zasad? Na miłość boską, Nicole!

– To wszystko moja wina, Richard – wyznała przybita. – Całkowicie moja. Tak 

mi przykro. Przyjechałam, żeby cię przeprosić i żeby ci pokazać...

Zrzuciła  płaszcz  i  stanęła przed  nim,  niepewna,  czy  sportowe buty  na  bosych 

stopach nie popsują efektu. Lecz w jego oczach wyczytała zachwyt.

– A więc przyznajesz, że mam dobry gust?
– Jeśli mi tylko przebaczysz, że nie uwierzyłam w to od razu, jak i w czystość 

background image

twoich motywów.

Nie  fatygował  się  z  odpowiedzią,  po  prostu  podszedł,  zsunął  elastyczne 

ramiączka z jej ramion, pocałował delikatnie wgłębienia nad obojczykami i powoli 
zsunął z niej kostium...

Impulsywne  zachowanie  Nicole  zrodziło  pewien  problem,  mianowicie  nie 

miała  z  sobą  żadnego  innego  ubrania.  Kolację  zjadła  w  lekarskich  spodniach 
Richarda  i  jego  białej koszulce.  I  widocznie wyglądała w  tym  ładniej,  niż  mogła 
przypuścić, bo po posiłku – a było już dość późno – znowu zaniósł ją do sypialni.

Tym razem została na noc – raczej z rozpędu niż wskutek wspólnej decyzji.
Była zmęczona i szczęśliwa i tak dobrze się czuła w jego ramionach, że ciężko 

jej  było nawet pomyśleć  o tym, by  się podnieść, włożyć kostium,  buty, płaszcz i 
jechać do domu. Za chwilę, za chwileczkę...

Ale gdy chwileczka minęła, oboje już spali. Nicole zbudziła się dopiero, słysząc 

grzmiące  dźwięki  muzyki  symfonicznej  z  radia,  które  włączyło  się  następnego 
ranka punktualnie o wpół do siódmej.

Richard najwyraźniej nie spał już od pewnego czasu, bo odezwał się od razu:
– No, no! Kobieta w moim łóżku, i to naga!
– Chyba że to nam się tylko śni – odparła schrypniętym głosem.
– Myślisz?
– Może lepiej przyjąć takie założenie.
– Lepiej, niż przyznać, że złamaliśmy zasady?
– Przypomnij mi, proszę, kiedy to ustaliliśmy tę konkretną zasadę?
– Nie sądzę, żebyśmy to jakoś specjalnie ustalali – odrzekł powoli. – To się po 

prostu wydawało... oczywiste. Ale może już nie jest.

Obserwował  ją.  Nie  wiedziała,  czego  on  właściwie  oczekuje.  Stanowczego 

zaprzeczenia?

– Myślę, że... wczoraj po prostu wygodniej było, żebym została. Chyba nie ma 

sensu robić z tego problemu.

– Nie?
–  Ja  się  tylko  głośno  zastanawiam.  Jak  uważasz.  Oboje  wiemy,  że  nie  mamy 

zamiaru się wiązać, a skoro jesteśmy co do tego zgodni...

– W każdym razie wszystko na to wskazuje – wtrącił jakoś bardzo sucho.
– To po co stwarzać niepotrzebne napięcia? Jeśli obawiasz się, że w zamian za 

płacenie moich  rachunków zacznę ci prać piżamy, to zapewniam cię, że to ci nie 
grozi.

–  Akurat  to  nie  przyszło  mi  do  głowy,  choć  być  może  teraz,  skoro  o  tym 

background image

wspomniałaś, zacznę  miewać  nocne koszmary, w których będziesz mnie goniła z 
koszem na brudy i wybielaczem. A co do zostawania na noc, nie jest to problem, 
skoro  zasady  naszego  układu  są  jasne  i  akceptowane  przez  obie  zainteresowane 
strony.

– No to w porządku – skinęła głową.
Zdawać by się mogło, że powinna uznać tę rozmowę za swój sukces, a przecież 

nie  takie  wrażenie  jej  pozostało.  Kwadrans  później  w  milczeniu  jedli  proste 
śniadanie.

– Wody odeszły – oznajmiła Katie Emerick.
O  wpół  do  ósmej  rano  stała  na  korytarzu  pod  zamkniętymi  drzwiami 

przychodni, trzymając w ręku szkolny plecak. Było w niej mnóstwo wzruszających 
sprzeczności,  na  przykład  strój  ciążowy  i  młodzieżowa  moda,  nerwowe 
oczekiwanie pod maską buntowniczki.

– Kiedy? – spytał Richard.
– Godzinę temu. W łazience.
– Czyste?
– Ja... no...
– Czy płyn był przejrzysty?
– O, tak!
– Nie zadzwoniłaś do nas, Katie – wytknął jej Richard łagodnie.
– Bo mama by usłyszała. A tak udałam, że idę do szkoły. Co teraz będzie?
– Masz skurcze?
– Nie. To znaczy... coś takiego jak bóle miesiączkowe. Ale to chyba nie może 

być poród? Myślałam, że będę wyła.

– Naoglądałaś się za dużo kiepskich filmów. Nicole?
Choć" rozstali się zaraz po śniadaniu, do pracy przyjechali jednocześnie.
– Zaprowadzę ją do sali porodowej – uprzedziła jego prośbę.
– To znaczy, że to rzeczywiście już? – spytała Katie. – Myślałam, że może pan 

mnie znowu odeśle do domu.

– Tak, to już, Katie.
Po  drodze  na  oddział  położniczy  Katie  miała  dwa  skurcze,  które  już  nie 

wydawały  jej  się  podobne  do  bólów  miesiączkowych.  Ta  inteligentna  i 
zdecydowana 

dziewczyna 

swoim 

osamotnieniu 

sprawiała 

dziś 

niewypowiedzianie smutne wrażenie. Gdy znalazły się w dużej, przyjemnej sali z 
widokiem  na  parking  i  zieleniące  się  szybko  drzewa,  Nicole  zaczęła  pośpiesznie 

background image

przypominać sobie, co ma dziś do zrobienia i czy może jeszcze trochę tu zostać. Co 
prawda,  Katie  miała  już  przydzieloną  położną,  sympatyczną  na  oko, 
czterdziestokilkuletnią Susie, więc właściwie nie było potrzeby.

Mimo to Nicole postanowiła jeszcze zostać.
Katie wyszła z toalety, po czym przebrała się w szpitalną koszulę, napinając się 

i pojękując przy silnym skurczu.

– Chodziłaś do szkoły rodzenia? – spytała ją Nicole.
Dziewczyna potrząsnęła głową.
–  Miałam  dość  szkoły  i  bez  tego.  Poza  tym  to  kosztuje.  Nie  chciałam  prosić 

mamy o pieniądze.

Wdrapała się na wysokie łóżko porodowe. Susie przyszła ją zbadać.
–  Cztery  centymetry  rozwarcia,  Katie,  wspaniale.  Na  razie  podłączę  cię  na 

chwilę do monitora, ale zaraz potem będziesz mogła pospacerować.

– Wolę zostać tutaj.
– Spróbuj – włączyła się Nicole. – Wtedy mniej się czuje skurcze.
– Nie, wolę poleżeć.
Niewidoczna  dla  Katie,  Susie  wzruszyła  ramionami.  Na  monitorze  tętno 

dziecka było dobre, a skurcze postępowały prawidłowo.

– Przejdź się chociaż raz, do sali noworodków – namawiała Susie.
– Pójdę z tobą – zaproponowała szybko Nicole i tym razem Katie się zgodziła.
Szły powoli, mijając po drodze inną rodzącą, znacznie starszą od Katie kobietę, 

w  towarzystwie  najwyraźniej  zmęczonego  męża.  Gdy  Katie  złapał  kolejny  silny 
skurcz,  przystanęła  przed  szybą  sali  noworodków  i  w  milczeniu  przyglądała  się 
dziesięciorgu maleństwom. Z jej twarzy trudno było wyczytać, jakie uczucia budzi 
w niej świadomość, że wkrótce jednym z lokatorów tej sali będzie jej dziecko.

– Chcę już wrócić – powiedziała, gdy skurcz ustąpił.
Akurat gdy wróciły, zjawił się Richard.
–  Ciągle  około  czterech,  może  odrobinę  więcej.  Dobrze,  Katie.  Świetnie  ci 

idzie.

– Teraz za każdym razem bardziej boli.
–  Susie  pokaże  ci,  jak  oddychać,  żeby  mniej  to  czuć.  A  może  chcesz 

znieczulenie zewnątrzoponowe?

Przy ostatniej wizycie informował  Katie i jej  matkę o  różnych możliwościach 

łagodzenia bólu, ale żadnych decyzji nie podjęto.

– Ile to kosztuje? – spytała dziewczyna.
– Och, Katie! – wyrwało się Nicole.

background image

Ale Richard odpowiedział poważnie:
– Koszty twojego porodu są pokrywane z ubezpieczenia matki, prawda?
– Tak, ale ona na pewno coś powie. Nie, dziękuję, jakoś wytrzymam.
–  Jakie  to  smutne  –  rzekła  Nicole  do  Richarda,  gdy  wracali  razem  do 

przychodni. – Nie chce znieczulenia, bo matka będzie niezadowolona, że musi za 
to zapłacić.

– Moim zdaniem ich stosunki wcale nie są takie złe, jak to się czasem wydaje –

odpowiedział.  –  Pani  Emerick  po  prostu  bardzo  się  martwi  o  przyszłość  Katie,  a 
abstrakcyjne lęki są zawsze gorsze od rzeczywistości. Kiedy już dziecko przyjdzie 
na świat...

Ale sytuacja zaczęła się poprawiać nawet wcześniej. Wkrótce Richard odebrał 

telefon z położnictwa i powiedział do Nicole:

– Katie ma osiem centymetrów rozwarcia, i jest przy niej matka. Jakąś godzinę 

temu  Katie  poprosiła  Susie,  żeby  do  niej  zadzwoniła,  i  podobno  odkąd  matka 
dodaje  jej  otuchy,  o  wiele  lepiej  znosi  skurcze.  Postarajmy  się  załatwić  ostatnie 
pacjentki jak najszybciej. Co tam mamy?

– Trzy ciąże, jedno badanie profilaktyczne.
–  Powinniśmy  dać  sobie  radę.  Jeśli  będziemy  mieć  szczęście,  Katie  urodzi 

przed lunchem i nie wywróci planu po góry nogami.

Nie poszło jednak tak gładko, jak się spodziewali.
Jedną  z  pacjentek  w  ciąży  była  Kathy  Solway,  rówieśnica  Nicole,  pogodna  i 

bardzo  przejęta,  najwyraźniej  świeżo  upieczona  mężatka.  Nicole  zmierzyła  jej 
ciśnienie i tętno.

– Czy ma pani jakieś pytania albo problemy, które mogłabym wyjaśnić, zanim 

poproszę doktora Gilberta?

– Bo ja wiem, raczej nie. Chociaż... – Kathy zawahała się. – Wczoraj i dzisiaj 

miałam dosyć dużo skurczów Braxtona-Hicksa. Czy na tym etapie to normalne?

Nicole starała się nie okazać zaniepokojenia.
–  Możliwe  –  odparła  ostrożnie.  –  Proszę  mi  powiedzieć  coś  więcej.  Czy  to 

bolesne skurcze?

– Troszkę. Jak przy miesiączce. Trwają jakieś pół minuty.
– Regularne czy nie?
– Dość regularne. Przychodzą mniej więcej co dziesięć minut, trwają chwilkę i 

mijają. – Teraz zauważyła zatroskany wyraz twarzy Nicole. – Ale pani chyba nie 
myśli... To nie poród, prawda?

–  Nie,  chyba  nie  –  odrzekła  Nicole,  wiedząc,  że  nie  mówi  całej  prawdy. 

background image

Niebieskie oczy Kathy rozszerzył lęk. Oddychała coraz szybciej. – Ale powiem o 
tym  doktorowi  Gilbertowi.  Może  będzie  chciał  przeprowadzić  badanie 
wewnętrzne. Niech pani się postara opisać te skurcze jak najdokładniej i zastanowi 
się, czy były jakieś inne objawy.

– Inne objawy... Była jeszcze taka wydzielina, nie krew, ale raczej... Nie! To za 

wcześnie! Dopiero dwadzieścia dwa tygodnie! Dziecko nie przeżyje!

–  Proszę  się  nie  martwić  –  uspokajała  ją  Nicole.  –  Nawet  jeśli  rzeczywiście 

grozi  pani  przedwczesny  poród,  jest  jeszcze  mnóstwo  czasu  i  doktor  Gilbert 
najprawdopodobniej będzie w stanie go powstrzymać. Proszę przejść do gabinetu i 
rozebrać się. Zaraz się dowiemy.

–  Mike  mówił,  że  powinnam  zadzwonić  do  przychodni,  ale  ja  byłam  taka 

pewna, że to skurcze Braxtona-Hicksa i nie ma się czym martwić. Tak się starałam 
wszystko robić dobrze!

– To nie pani wina – powiedziała z naciskiem Nicole.
Kilka minut później Richard wyszedł z gabinetu.
– Tak jest, szyjka zaczęła się skracać i jest rozwarcie około centymetra. Przez 

godzinę  nie  było  skurczów,  ale  po  badaniu  jeden  był.  Poślę  ją  do  domu  i  każę 
leżeć. Zobaczymy. Ale najpierw musimy zrobić usg.

Badanie  ultrasonograficzne  wypadło  prawidłowo.  Po  wystraszoną  Kathy 

przyjechał mąż. Richard był raczej spokojny.

– To pacjentka, która poważnie traktuje zalecenia, co bardzo ułatwia mi pracę. 

Na pewno będzie leżeć.

Ale cały rozkład zajęć legł w gruzach. Ostatnie dwie pacjentki zmieściły się tuż 

przed  lunchem,  a  zanim  Richard  zdążył  umknąć  do  bufetu,  z  położnictwa 
zadzwoniono z wiadomością, że Katie Emerick rodzi.

– Dzięki temu przynajmniej nie zrujnuje popołudnia. Ucierpi tylko mój żołądek.
Wszystko  poszło  dobrze.  Pochłaniając  pośpiesznie  zamówioną  pizzę,  Richard 

relacjonował:

– Dziewczynka. Alicja Catherine. Duża. Na końcu Katie trochę puściły nerwy, 

ale teraz promienieje i jej matka też. Najgorsze jest to... – jego twarz spochmurniała 
–  że  jej  ubezpieczenie  zapewnia  opiekę  szpitalną  tylko  przez  dwadzieścia  cztery 
godziny. Takie rzeczy później się mszczą. Powikłania okołoporodowe przechodzą 
nie zauważone i dowiadujemy się o nich, kiedy jest już naprawdę źle. Mniej matek 
karmi piersią, a butelka to naprawdę nie to samo. Dzieci karmione butelką mają o 
wiele więcej problemów zdrowotnych najróżniejszego rodzaju.

– Na przykład zapalenia uszu?

background image

–  Nawet  ryzyko  cukrzycy  jest  większe.  Poza  tym  uważam,  że  to  nieludzkie 

posyłać kobietę do domu po dwóch dobach albo i mniej, na przykład po cesarskim 
cięciu.  Jestem  przekonany,  że  na  dalszą  metę  taka  polityka  kosztuje  firmy 
ubezpieczeniowe więcej.

Parsknął z irytacją.
–  Trudno,  wyślemy  Stephanie  albo  Missy,  żeby  odwiedziła  ją  jutro  i  w 

poniedziałek. Możemy zrobić żałośnie mało, ale taki jest system. I tak dobrze, że 
jesteśmy w stanie zapewnić jej chociaż tyle.

Ponury  niczym  chmura  gradowa  zamknął  się  w  swoim  gabinecie,  a  Nicole 

zaczęła  się  zastanawiać,  jak  by  tu  poprawić  mu  nastrój,  nie  naruszając  przy  tym 
ustalonego charakteru ich stosunków. Po dziesięciu minutach, odrzuciwszy pomysł 
wysłania  mu  kwiatów  z  romantycznym  liścikiem,  konspiracyjnego  pocałunku  w 
pracowni ultrasonografii i z dziesięć innych możliwości, uznała, że nie może zrobić 
nic. Nic, co nie naraziłoby jej na sarkastyczną uwagę o łamaniu zasad.

Pomyślała,  że  teraz  jest  w  takiej  sytuacji  jak  Katie,  która  ze  strachu  przed 

reakcją  matki  nie  chciała  ulżyć  sobie  w  bólu.  I  jak  wtedy,  zrobiło  jej  się  trochę 
smutno.

background image

Rozdział 6

Nadszedł maj, a z nim w miarę dobra pogoda. Drzewa i krzewy okryły się bujną 

zielenią.  Z  dnia  na  dzień  ludzi  ogarnęła  gorączka ogrodowa.  Wszyscy  biegali  po 
sadzonki  niecierpków,  petunii  i  nagietków  i  na  wyścigi  obsadzali  grządki. 
Northmoor w swej wiosennej krasie okazało się bardzo pięknym miejscem.

Nicole  czuła  się w  obowiązku podporządkować miejscowemu obyczajowi, by 

nie  obniżać  wartości  posesji  Barb,  a  także  dlatego,  że  sprawiało  jej  przyjemność 
tworzenie  barwnych  kwiatowych  kompozycji.  Ponieważ  jednak  nie  mogła 
przeciążać  kręgosłupa,  szło  jej  wolno,  toteż  majowe  weekendy  miała  dość 
pracowite.

Richard nie oferował swej pomocy. Zresztą po co miałby to robić? Nicole i tak 

by jej nie przyjęła. On zaś tyle razy wypowiadał się o sprawach domowych z takim 
lekceważeniem,  że  trudno  było  mieć  jakiekolwiek  wątpliwości  co  do  jego 
nastawienia. Jeśli przeszkadzało mu to, że prace ogrodowe, pływanie, bez którego 
nie mogła się obejść, i spotkania z Gretchen czy inną koleżanką nie zostawiają jej 
zbyt wiele czasu dla niego, to sam się musiał z tym uporać.

No  i  oczywiście  w  każdy  czwarty  weekend  miesiąca  miał  dyżur,  a  przecież 

stanowczo dał jej do zrozumienia, że w te dni ma się trzymać od niego z daleka. No 
i bardzo dobrze!

Potem  przyszedł  czerwiec  i  nastało  prawdziwe  lato.  Ogród  był  już  na  tyle 

uporządkowany,  że  Nicole  mogła  pomyśleć  o  innych  rzeczach,  na  przykład  o 
zwiedzaniu okolic Columbus. Doprawdy wstyd, że do tej pory lepiej poznała ciało 
Richarda  Gilberta  niż  parki  i  lasy  środkowego  Ohio.  Jej  piesze  wycieczki 
ograniczały się do przejścia trzech przecznic do domu Richarda lub, w ładny dzień, 
spaceru przez park nad rzekę.

Już  jakiś  czas  przedtem  zauważyła,  że  konieczność  wystrzegania  się,  by  w 

korespondencji do rodziców nie wspominać o Richardzie w kontekście innym niż 
praca,  niezwykle  utrudnia  jej  pisanie  przyzwoitej  objętości  listów.  Potrzebowała 
bezpiecznych tematów.

Popełniła  jednak  błąd,  zwierzając  się  Richardowi,  że  chciałaby  lepiej  poznać 

okolicę.  Uznał  to  widocznie  za  zawoalowaną  propozycję,  bo  zaplanował  kilka 
wycieczek.

Toteż teraz, o wpół do jedenastej w słoneczną czerwcową niedzielę, jechali jego 

background image

samochodem na wschód od Columbus do arboretum Dawesa.

Droga  była  ładna,  ale  prosta  i  równinna.  Tuż  za  New  Albany  Richard, 

najwyraźniej zmęczony prowadzeniem, powiedział:

–  Zabaw  mnie,  Nico.  Nudzi  mnie  towarzystwo  własnych  myśli.  Brakuje  mi 

twoich.

Roześmiała  się.  Miał  czasem  taki  ładny  sposób  wyrażania  się  –  lekki  i 

wytworny. Powiedziała mu to; on też się zaśmiał.

– Przed dobrą publicznością zawsze wypadam lepiej.
– Obawiam się, że moje myśli nie zafascynują cię zbytnio.
– Czy ja cię prosiłem, żebyś mnie fascynowała?
– Prosiłeś, żebym cię zabawiła.
–  Tak,  ale  przecież  rzecz  nie  w  przedmiocie,  tylko  w  sposobie  jego 

przedstawienia. Weź na przykład martwą naturę. To może być przecież tylko misa 
z owocami i kubek, ale pod pędzlem artysty...

–  A  więc nie zdziwisz się, kiedy ci  powiem, że gdy  się odezwałeś,  myślałam 

akurat o tym, jak inaczej wyglądają tutejsze owce...

– Pod jakim względem?
–  Są  większe,  mają  dłuższe  nogi  i  mniej  wełny.  Mnie  kojarzą  się  raczej  z 

jakimiś dziwnej rasy psami. W każdym razie to na pewno nie merynosy.

– No widzisz, to ciekawe. Skąd masz taką wiedzę na temat owczych ras?
– Moi rodzice hodują owce. Nie mówiłam ci?
–  My  w  ogóle  za  dużo  nie  rozmawialiśmy,  Nico  –  zauważył  łagodnie.  –

Spędzaliśmy większość czasu na... hm...

– No tak. Chyba tak.
Tego  dnia  jednak  rozmawiali  –  przez  resztę  drogi  –  o  życiu  w  Australii,  co 

skończyło się łzami w oczach Nicole i wyznaniem, że nagle zatęskniła za domem. 
Lecz podczas lunchu w arboretum rozmawiali już tylko o tym, jak będą zwiedzać 
to piękne miejsce.

Każde  z  nich  przygotowało  coś  na  piknik.  Nicole  zrobiła  kanapki  z  szynką  i 

sałatą, a on kupił sok i wodę mineralną, sałatkę owocową, ciasteczka czekoladowe, 
wziął też herbatę w termosie.

–  Widziałem  w  pracy,  w  jakim  jesteś  stanie,  kiedy  nie  wypijesz  swojej 

południowej herbaty – wyjaśnił.

Po lunchu wyruszyli wcześniej ustaloną trasą. Prowadziła ona przez pachnący 

sosnowy  lasek  do  japońskiego  ogrodu  z  pięknymi  żwirowymi  ścieżkami,  gdzie 
uwagę zwracała obrośnięta mchem altana i duży staw z ozdobnymi mostkami.

background image

Za  japońskim  ogrodem  rozciągało  się  nasłonecznione  zbocze,  porosłe 

rozmaitymi odmianami ostrokrzewu, a u jego stóp leżał cmentarz tak stary, że nie 
przywodził już nawet myśli o śmierci, jedynie o pięknie, czasie i przemijaniu.

Jakiś czas spacerowali po nim, wskazując sobie nawzajem proste stare nagrobki 

i  z  lakonicznych,  wyrytych  na  nich  informacji  układając  historie:  o  krótkim  i 
długim  życiu,  sukcesach  i  klęskach,  małżeństwie,  dzieciach,  szczęściu  i 
samotności.

– Chciałbym cię o coś zapytać, Nico, tak z czystej ciekawości...
– Tak?
– Nie boisz się samotności?
– W jakim sensie?
Stali  przy  jednym  z  najstarszych  nagrobków,  popołudniowe  słońce  oświetlało 

ich twarze. Byli sami. Richard patrzył na nią w skupieniu, choć w kącikach jego ust 
czaił się lekki uśmiech.

– W perspektywicznym. Chodzi mi o to... – Zastanawiał się nad doborem słów. 

–  Wielu  ludzi  powiedziałoby,  że  właśnie  do  tego  zmierzasz...  zmierzamy... 
odrzucając  możliwość  dozgonnego  związku  z  drugim  człowiekiem,  jakim  jest 
małżeństwo.

– Nigdy nie twierdziłam, że odrzucam tę możliwość.
– Doprawdy? Przepraszam, sądziłem, że nasz układ opiera się właśnie na tym 

założeniu.

– Zgadza się – odparła. – Nasz układ.
– Niekoniecznie następny?
–  Nie  próbuj  mnie  przypierać  do  muru!  –  zawołała,  zdenerwowana  jego 

pytaniami. –  Po  co to  wszystko psujesz? Ja...  nie  wybiegam  myślami  tak  daleko, 
możesz  to  zrozumieć?  Może  kiedyś,  ale  na  razie  nie  każ  mi  zgadywać,  co  będę 
czuła za pięć lat!

– Za pięć lat?
– Nie wiem! Wiem tylko, czego chcę teraz, a skoro ty chcesz tego samego, co 

oznajmiasz mi jasno raz za razem, to nie szukaj dziury w całym. A czy ty boisz się 
samotności?

Powinna była wiedzieć, że odwracanie jego pytania na nic się nie zda.
–  Pozwól,  że  zacytuję  ciebie,  Nico  –  odparł  bez  chwili  wahania.  –  Nie 

wybiegam myślami tak daleko.

Z  drażniącym,  nieodgadnionym  uśmiechem  powędrował  do  następnego 

nagrobka,  najwyraźniej  całkiem  zadowolony  z  przebiegu  rozmowy.  Nicole  nie 

background image

dzieliła jednak jego radości. To przez niego! Wypytuje ją, a sam nie chce ujawnić 
niczego. Zawsze odnosiła wrażenie, że on czerpie z jej słów więcej informacji, niż 
ona świadomie w nich zawiera.

– Doprowadzasz mnie do szału, Richard! – oświadczyła.
A on, ten nieznośny, okropny typ, po prostu się roześmiał.
Opuścili  cmentarz  i  poszli  do  starego  drewnianego  domu  nad  strumieniem, 

potem wspięli się na wzgórze i zobaczyli przed sobą teren pikniku i parking.

–  Masz  ci  los  –  powiedział  Richard.  –  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  tak 

szybko stracimy naszą osłonę.

– Co... ?
Ale  on  już  pociągnął  ją  z  powrotem  między  drzewa,  zerknął  na  ścieżkę, 

sprawdzając, czy jest pusta, i wziął Nicole w ramiona.

– Cały dzień cię nie całowałem – mruknął. – To ponad moje siły.
Jego  pocałunek  był  zaborczy  i  cudowny,  ale  jakiś  inny.  Zapomniawszy  o 

rozdrażnieniu,  Nicole  zastanawiała  się,  skąd  się  w  niej  bierze  to  wrażenie. 
Pośpiech?  Nie.  Zawsze  im  się  do  siebie  śpieszyło,  chyba  że  byli  zaspokojeni  i 
pogrążali  się w lenistwie. Natarczywość? Też nie. Nie musiał niczego się od niej 
domagać. Dawała mu wszystko z własnej woli.

Wreszcie zorientowała się, w czym rzecz: Richard jest szczęśliwy. Całując ją, 

uśmiechał się, a gdy dźwignął ją z ziemi, zdawało się, że nie stanowi to dla niego 
żadnego wysiłku.

Jakie to piękne! Ona jednak nie dzieliła tego nastroju i nie pojmowała, skąd się 

wziął. Stanąwszy z powrotem na ziemi, oderwała usta od jego warg i uważnie mu 
się przyjrzała.

– Czy to piękno natury? – spytała.
– Co?
– Wywołało ten przypływ radości życia. Cały promieniejesz, Richardzie.
Wzruszył ramionami.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Nie bądź nieznośny.
–  No  dobrze  –  ustąpił.  –  To  ty,  Nico.  Dzięki  tobie...  jest  mi  ostatnio  dobrze. 

Miło. Lekko. Jestem szczęśliwy. Podoba mi się to.

– Nawet kiedy się na ciebie wściekam?
– Przecież naprawdę wcale się nie wściekasz.
– Jeszcze jak! Za to, że mącisz mi w głowie!
–  Ja  mącę  ci  w  głowie?  Ależ  skąd!  W  jaki  sposób?  –  Uśmiechnął  się  jakoś 

background image

bezradnie i przepraszająco.

– Sama nie wiem. Mówisz na przykład coś, a mnie się wydaje, że myślisz co 

innego. Często mam wrażenie, że się mną bawisz.

– Nigdy, Nico – odparł, poważniejąc. – Bawię się z tobą, owszem, w najmilszy 

sposób, jaki znam. Ale tobą się nie bawię! Nigdy! Wierz mi, proszę.

– To ty tak twierdzisz.
– Ufaj mi.
– W tym sęk, że ci nie ufam. Ani trochę!
On jednak nie przestraszył się jej groźnego tonu i wziął ją za rękę.
– Chodźmy. Obejrzyjmy resztę.
Przez chwilę miała  pokusę, by kontynuować ten temat, ale uścisk jego dłoni i 

wspólny rytm ich kroków był tak miły... Nie miała siły, by upierać się przy swoim. 
I  tak  zrezygnowała  ze  sposobności,  by  lepiej  zrozumieć  Richarda,  wybierając 
cudowną, ale przecież ulotną fizyczną przyjemność. Na razie nie chciała przyjąć do 
wiadomości, że może tego kiedyś żałować.

Opuścili  arboretum  dopiero  o  piątej.  W  drodze  do  domu  zatrzymali  się  na 

kolację  w  dużej  restauracji  meksykańskiej.  Richard  wypił  piwo,  ona  margaritę. 
Zjedli  ostrą zupę krem z  chili  z  chrupkami  kukurydzianymi, a  potem wołowinę  i 
kurczaka  z  guacamolą,  sosem,  odsmażaną  fasolą,  tartym  serem  i  sałatą.  Pikantne 
przyprawy wzmogły pragnienie Nicole i wypiła jeszcze jedną margaritę.

To był błąd. Koktajl był mocniejszy, niż się wydawało, i poczuła, że szumi jej 

w głowie. Richard nie zamówił drugiego piwa.

– Nie chcesz pić?
– Od dziewiątej mam dyżur pod telefonem – przypomniał.
– Rzeczywiście, zapomniałam. – Poczuła nagłe, dojmujące rozczarowanie. To, 

co następnie powiedziała, było z pewnością spowodowane alkoholem. – Więc nie 
mogę zostać u ciebie na noc. A niech to!

– Jest dopiero siódma. Możemy jeszcze...
–  Wiem,  ale...  –  To  nadal  ten  koktajl.  –  Lubię  u  ciebie  spać.  Przytulać  cię. 

Słuchać, jak chrapiesz.

–  Nigdy  w  życiu  nie  chrapałem  –  przerwał  oburzony,  a  ona  mimo  nieco 

ograniczonej świadomości od razu dostrzegła okazję, by się z nim podroczyć.

– Nie  chrapiesz, jeśli leżysz na  boku – oznajmiła poważnie. – Czasem muszę 

cię przewrócić i wtedy rzeczywiście przestajesz.

– Naprawdę mnie przewracasz?
–  Ależ tak.  Ty  śpisz jak  suseł. I  jesteś ciężki,  ale  za  to  ciepły i  kochany. Nie 

background image

przeszkadza mi, że muszę cię przewracać, bo wtedy mogę cię obejmować od tyłu. 
– To podszeptywała na pewno margarita. – To takie przyjemne. I już nie chrapiesz.

– Prawdę mówiąc, nadal nie wierzę, żebym w ogóle chrapał.
– Jeśli ci z tym lepiej, to sobie nie wierz – zgodziła się wspaniałomyślnie. – Ale 

ja to i tak uwielbiam. Szkoda, że dzisiaj...

– Więc zostań. Proszę, zostań!
– Przecież mówiłeś...
–  Czasem  trzeba  zrobić  wyjątek.  Na  przykład  wtedy,  kiedy  jako  lekarz 

stwierdzam, że jesteś zbyt wstawiona, żebyś mogła zostać sama w domu.

– Och!
– Żartuję. Proszę, zostań...
– Dobrze...
Pojechali  więc  do  niego  i  Nicole  spędziła  u  niego  noc.  Po  swoich  dwóch 

margaritach  spała  tak  twardo,  że  nawet  nie  drgnęła,  gdy  Richard  w  środku  nocy 
wyłączał pager, dzwonił do szpitala, ubierał się i wychodził z domu, żeby odebrać 
dziecko Jane Morris. Poród postępował podobno bardzo szybko.

Jane, matka dwojga dzieci z pierwszego małżeństwa, odznaczała się pewnością 

siebie  typową  dla  weteranek,  a  odległe  już  wspomnienia  poprzednich  porodów 
były,  jak  to  często  bywa,  trochę  wyidealizowane.  Zgłosiła  się  do  szpitala  w 
ostatniej chwili, a że do terminu brakowało jeszcze trzech tygodni, dziecko było na 
tyle małe, że bez trudu przeciskało się przez kanał rodny. Ledwo Richard zjawił się 
w sali porodowej, zaczęły się bóle parte. W ciągu pięciu minut Jane Morris wydała 
na świat pięknego chłopczyka.

Czterdziestotrzyletni  Dan  Morris,  który  został  ojcem  po  raz  pierwszy,  nie 

posiadał  się  ze  szczęścia.  Widząc  jego  zachwyt,  Richard  poczuł  wręcz  zazdrość. 
Nagle  jednak  wszystko  zeszło  na  drugi  plan,  gdyż  Jane  zaczęła  obficie  krwawić. 
Dopiero po godzinie intensywnych zabiegów sytuacja wróciła do normy.

– To samo było z Colleen i Coreyem – przyznała Jane już po wszystkim, drżąca

i szczęśliwa, nie w pełni świadoma powagi sytuacji – Może tylko krwawienie było 
mniejsze...

– Ale pani nam o tym nie powiedziała – wytknął jej Richard łagodnie.
–  Zapomniałam.  To  było  tak  dawno  temu.  Myślałam,  że  wszystko  jest  w 

porządku. Poza tym chyba trochę popisywałam się przed tobą, Dan, bo dla ciebie to 
pierwszy  raz,  a  dla  mnie  nie.  Okropność!  Już  nie  będę  się  tak  wygłupiać.  Od  tej 
chwili wszystko ma być tak, jakby dla nas obojga to był pierwszy raz.

– Bo jest – oświadczyła stanowczo Jennie, pielęgniarka. – Każdy dzieciak jest 

background image

inny już od pierwszej sekundy i niebezpiecznie jest o tym zapominać.

Mając  sześcioro  własnych  dzieci  i  szesnaście  lat  pracy  na  położnictwie, 

niewątpliwie wiedziała, co mówi.

Richard dokończył szycie krocza i wyszedł. Jeszcze raz wszystko skończyło się 

dobrze. Przypomniał sobie, jak Jane powtarzała podczas wizyt kontrolnych: „Pięć 
lat temu nawet by mi przez myśl nie przeszło, że mając czterdzieści trzy lata znajdę 
się w takiej sytuacji".

Nicole  też  mówiła  o  pięciu  latach.  Życie  się  zmienia.  Ludzie  się  zmieniają. 

Bardziej, niż są w stanie przewidzieć. Uśmiechnął się, myśląc o  tym, że za kilka 
minut znów będzie leżał obok Nicole.

Cicho  wszedł  po  schodach,  przemknął  do  łazienki.  Wziął  szybki  prysznic, 

wytarł  się  i  wszedł  do  sypialni,  myśląc  już  tylko  o  tym,  jak  ona  zareaguje,  gdy 
obudzi ją pieszczotami. Ale Nicole najwyraźniej śnił się jakiś koszmar, bo rzucała 
się na łóżku. Dobiegły go także jakieś niezrozumiałe strzępy zdań.

– Nie,  Colin! – Dźwięk męskiego imienia był dla Richarda szokiem. – Colin, 

dziecko... Listonosz już idzie... Wypuść mnie!

Obudził  ją  własny  krzyk.  Dyszała  ciężko,  oczy  miała  szeroko  otwarte  z 

przerażenia.  Splątane  włosy  leżały  rozrzucone  na  poduszce.  Richard  położył  się 
przy niej.

– Wszystko dobrze, Nico. Wszystko w porządku...
W pierwszej chwili odepchnęła go. Jeszcze nie wyplątała się z pajęczyny złego 

snu.  Śniło  jej  się,  że  jest  zamknięta  w  mieszkaniu  Colina,  a  listonosz  miał  lada 
moment  przynieść  dziecko.  Ona  miała  mu  pomóc.  Jeśli  nie,  listonosz  po  prostu 
zostawi nagiego noworodka na podłodze obok skrzynki na listy, jak paczkę, bo do 
skrzynki się nie zmieści. Colin musi ją wypuścić, ale nie chce.

Twierdzi, że przecież to dziecko nic ją nie obchodzi, a ona wciąż powtarza mu, 

że to nieprawda. Ale on nie słucha, nie wierzy jej, a potem jest za późno. Listonosz 
zostawił dziecko i...

– Nicole...
Czyj to kojący głos?
– Och, Richard! – zawołała z ulgą.
– To był tylko sen, Nic.
– Wiem, wiem.
– Chcesz mi o tym opowiedzieć?
– Chyba nie. Już ledwo go pamiętam. Wiesz, sny są na ogół bez sensu.
– Wołałaś kogoś. – Odchrząknął. – Jakiegoś Colina.

background image

– Ach, tak. To z nim byłam zaręczona. Śniło mi się, że zamknął mnie w domu i 

nie mogłam wyjść. – Zaśmiała się gorzko. – Co za głupi sen. Musiałam wyjść, żeby 
odebrać dziecko. Ty też wychodziłeś w tej sprawie?

– Tak.
– I co?
–  Jane  Morris  urodziła  chłopaka,  ale  już  śpij.  O  tej  porze  nie  musisz  się 

dowiadywać szczegółów.

Przytulił  się  do  niej,  naciągnął  na  nich  prześcieradło.  Noc  była  tak  ciepła,  że 

niczego więcej nie potrzebowali. Wspomnienie strasznego snu bladło i ustępowało 
miejsca szczęśliwej rzeczywistości...

Następnego  dnia  rano  przyszła  na  badanie  Elaine  Bridgman.  Była  już  w 

trzydziestym  piątym  tygodniu  ciąży,  ale  nadal  pracowała,  choć  nie  na  pełnym 
etacie. Stale zresztą przesiadywała w pracy dłużej, niż wymagały jej obowiązki.

–  Po  prostu  czuję  się  bezpieczniej,  mając  w  zasięgu  głosu  położników  i 

pielęgniarki  –  wyjaśniła.  –  Doktor  Gilbert  nie  jest  pewien,  czy  będę  umiała 
rozpoznać początek porodu.

– Mógłbym cię położyć do szpitala – powiedział kilka tygodni temu – ale chyba 

nie ma potrzeby, jeśli tylko będziesz uważać. Chciałbym, żebyś zwracała uwagę na 
wszelkie objawy, które mogłyby oznaczać poród.

– Na przykład odejście wód?
– No, to dość oczywiste, ale zdarza się zwykle w późnym etapie porodu. Zwróć 

uwagę  na  inne  rzeczy.  Wczesnym  objawem  bywa  wydalenie  czopa  śluzowego. 
Przykładając rękę do brzucha, możesz wyczuć zwiększone napięcie mięśni.

Paul Bridgman jak zwykle towarzyszył żonie. Gdy tylko widział, że nie może 

go słyszeć, zdradzał ogromny niepokój.

– Co tydzień powtarzam sobie, jak to dobrze, że dotychczas nam się szczęściło, 

ale teraz bardzo się martwię.

– Doktor Gilbert jest przekonany, że wszystko pójdzie świetnie.
– Wiem.
– Czy po porodzie będzie pan mógł wziąć urlop?
–  Tylko  tydzień,  ale  mamy  wszystko  przygotowane.  Siostra  Elaine  ma 

dziesięciomiesięczne  dziecko,  więc  zorganizujemy  opiekę  nad  dwójką  u  nas. 
Marybeth  zajmie  się  wszystkim,  co  wymaga  sprawnego  poruszania  się,  a  Elaine 
różnymi innymi rzeczami.

Jak przy poprzednich kontrolach ciśnienie, waga, poziom cukru i białka były w 

normie. Po badaniu wewnętrznym Richard także był zadowolony.

background image

–  Na razie nic.  Szyjka macicy twarda i  zamknięta. Trzeba się  jednak  liczyć z 

tym,  że  przy  uszkodzeniu  rdzenia  na  tym  poziomie  na  początku  akcji  porodowej 
Elaine może mieć skok ciśnienia. Mówiłem jej o tym.

– A miewa takie skoki? – spytała Nicole.
Wiedziała,  że  część  chorych  z  uszkodzeniami  rdzenia  kręgowego  reaguje 

gwałtownym wzrostem ciśnienia krwi na bodźce o niewielkim nawet natężeniu, jak 
na przykład przepełniony pęcherz. Jednak po wyłączeniu bodźca ciśnienie szybko 
wracało do normy.

– Czasami. Poznaje je po nagłej potliwości. Sama nigdy się tym specjalnie nie 

przejmowała,  ale  przy  porodzie  może  być  niezbędne  znieczulenie 
zewnątrzoponowe. Poza tym jestem dobrej myśli. Następna pacjentka gotowa?

–  Tak.  –  Nicole  z  wysiłkiem  skupiła  uwagę  na  czymś  innym.  –  I  wiesz  co? 

Wydaje mi się, że ona rodzi. Nic nie mówi, ale wygląda nieszczególnie, a termin 
minął w czwartek.

– Spójrzmy, kto to jest. Robyn Adams. Pierworódka. Zaczekaj, Elaine jeszcze 

tu jest, prawda? I Paul. Zawołaj ich. Robyn jest fajna, na pewno się zgodzi. Jeśli to 
rzeczywiście skurcze porodowe, chciałbym, żeby Elaine i Paul mogli wyczuć, jak 
to wygląda.

Nicole zbiegła do poczekalni, gdzie Paul Bridgman właśnie mówił do żony:
– Tak, zapiekanka się rozmraża. To co, przyjeżdżam po ciebie o piątej?
Gdy  wyjaśniła,  co  Richard  chciałby  im  pokazać,  byli  bardzo  zadowoleni. 

Zgodnie z jego przewidywaniami Robyn Adams także nie oponowała.

– Tylko że ciągle nie mogę uwierzyć, że to już poród.
– A myślała pani, że co to jest? – przekomarzał się z nią Richard.
– No wie pan, doktorze, myślałam, że to jakaś wyjątkowo długa seria skurczów 

przepowiadających. Przecież sam pan mi mówił, że z początku bóle przychodzą co 
pół godziny albo rzadziej. I we wszystkich książkach o tym piszą!

– Ale zarówno książki, jak i ja uprzedzamy, że każda kobieta jest inna – odparł.
–  A  ja  myślałam,  że  z  porodem  będzie  tak,  jak  ze  wszystkim  w  tej  ciąży. 

Podręcznikowo. Ojej, znowu...

Wypukły  brzuch  napiął  się  i  stwardniał  jak  skała.  Robyn  zaczęła  gwałtownie 

dyszeć.

– O Boże, to naprawdę widać! – wymamrotał Paul.
– Przy następnym skurczu spróbujcie to wyczuć – zaproponował Richard.
– Jeśli tylko pani Adams...
–  Jasne,  śmiało!  –  Robyn  znów  uśmiechała  się  pogodnie.  –  Podejrzewam,  że 

background image

zanim  słońce  zajdzie,  przynajmniej  pół  tuzina  pielęgniarek  będzie  ze  mną  robiło 
znacznie gorsze rzeczy.

Gdy nadszedł następny  skurcz, Elaine delikatnie położyła rozprostowaną  dłoń 

na brzuchu Robyn.

– Tak. Czuję to bardzo wyraźnie. Zobacz, Paul.
Co  też  uczynił,  zwracając  się  do  ładnie  opalonego  brzucha  z  kolejnymi 

przeprosinami. Potem skinął głową.

–  Czasem  podobne  wrażenie  sprawiają  ruchy  dziecka,  ale  nie  ma  wtedy  tego 

stopniowego  narastania  i  zanikania  –  wyjaśnił  Richard.  –  Dziękujemy,  Robyn. 
Przyjechała tu pani samochodem?

– Tak – wyznała z komicznie pokorną miną. – Czy byłam bardzo niegrzeczna?
–  Bardzo. Nicole zadzwoni do  pani męża i  zaprowadzi panią na  położnictwo. 

Chyba że woli pani jeszcze pobyć w domu?

– W domu? – jęknęła. – Myślałam, że za dwie godziny będzie po wszystkim.
– Sądzę, że to może potrwać dłużej. Oczywiście nie musi pani wracać do domu. 

Ale wiem, że do szpitala ma pani bardzo blisko.

– Jednak wolę zostać w szpitalu. Na wszelki wypadek – dodała energicznie –

gdyby miało pójść bardzo szybko.

Jej  optymizm  nie  był  jednak  uzasadniony.  Tuż  przed  lunchem  Richard  po 

badaniu relacjonował:

–  Cztery  centymetry  rozwarcia.  Jest  z  nią  mąż.  Będzie  miała  znieczulenie 

zewnątrzoponowe,  bo  bardzo  cierpi,  a  dziecku  ani  się  śni  wychodzić.  Pewnie 
urodzi dopiero w nocy, na dyżurze Masona.

Tego  popołudnia  na  rutynową  kontrolę  popołogową  przyszła  Katie  Emerick. 

Nicole na chwilę osłupiała. A więc minęło już sześć tygodni od dnia, gdy spotkali 
ją w ciszy poranka na korytarzu zamkniętej przychodni? Tak, nawet trochę więcej.

A więc to także sześć tygodni od pierwszej nocy, którą ona spędziła u Richarda. 

Jak  szybko  mija  czas!  Ta  myśl  jakoś  ją  zaniepokoiła,  ale  nie  miała  teraz  czasu 
zastanawiać się dlaczego.

Katie  była  zmęczona,  lecz  promieniowała  młodością  i  szczęściem,  a  maleńka 

Alicja kwitła. Ale największą niespodziankę zrobiła wszystkim pani Emerick.

–  Alicja  już  się  uśmiecha.  Jest  taka  słodka,  prawda?  Katie  świetnie  zdała 

egzaminy. W jesieni idzie do college’u. A ja wcale nie wierzyłam, że to się ułoży. 
Nie,  Katie,  idź  sama.  Ja  tu  posiedzę  z  małą,  jeśli  tylko  nie  będę  przeszkadzać 
siostrze Nicole.

– Ani trochę – odparła zagadnięta.

background image

Nicole zważyła następną pacjentkę, zmierzyła jej  ciśnienie i  pobrała krew, po 

czym wprowadziła ją do drugiego gabinetu i przysiadła na chwilę, by pogawędzić z 
Carol Emerick. Alicja naprawdę była rozkoszna. Nicole powiedziała to babci.

– A co Katie zamierza studiować?
–  Przygotowuje  się  na  medycynę.  Wprost  trudno  uwierzyć!  Katie  będzie 

lekarzem!  Ma  taką  silną  wolę!  Przez  całe lato  będzie  pracować  w  moim  sklepie. 
Sama tak postanowiła. Mieszka ze mną, ale wcale nie dlatego, żeby mieć, jak się 
obawiałam,  bezpłatną  niańkę,  tylko  żeby,  jak  mówi,  „zapracować  na  opiekę  nad 
dzieckiem".  A  kiedy  zaczną  się  zajęcia,  Alicja  będzie  zostawać  ze  mną. 
Przebrniemy  przez  pierwszy  rok,  a  potem  zobaczymy.  Koło  mojego  sklepu  jest 
żłobek.  Z  chęcią  pomagam  Katie,  kiedy  widzę,  jak  się  stara,  żeby  pomóc  sobie 
sama.

– Wszystko w porządku – oznajmiła Katie, wychodząc z gabinetu, i szepnęła do 

Alicji: – Jak myślisz, co to może znaczyć?

–  Za  rok  przyślemy  ci  przypomnienie  o  okresowej  cytologii  –  powiedziała 

Nicole.

– I to już wszystko?
– Wszystko. Gratulacje, mała jest przepiękna.
– Och... – zarumieniła się Katie. – Cudowna, prawda?
Żegnając  Katie,  Alicję  i  rozkochaną  we  wnuczce  babcię,  Nicole  musiała 

stwierdzić, że choroba zawodowa pielęgniarek pracujących na położnictwie nasila 
się wprost proporcjonalnie do czasu ekspozycji na bodziec.

Analizując  swe  obecne  przeżycia  –  przypływ  czułości,  odurzenie  zapachem 

dziecięcej główki i głębokie zadowolenie z faktu, że jest kobietą – mogła postawić 
sobie tylko jedną diagnozę.

•  Chcę  mieć  dziecko,  pomyślała.  Ciekawe,  czy  jest  na  to  jakieś  lekarstwo.  A 

jeśli tak, to czy zgodziłabym sieje przyjmować?

background image

Rozdział 7

– Może na weekend?
Jeszcze  nie  skończyła,  a  już  była  zaskoczona  tym,  co  powiedziała.  Richard 

najwyraźniej też.

– Jeśli dobrze rozumiem, masz na myśli wyjazd – uściślił. – Na cały weekend. 

Razem. Z noclegiem. W zajeździe czy czymś takim...

– Tak, ale dajmy temu spokój. To tylko... Po prostu przelotna myśl, nic więcej.
– Czyżby?
– Tak. Wyrwało mi się to właściwie bezwiednie, więc jeśli dla ciebie jest nie do 

przyjęcia...

– Zaraz, zaraz, poczekaj – zaoponował. – Nie chciałbym wyjść na człowieka z 

góry  przekreślającego  możliwości,  których  dobrze  nie  zna.  Rozważmy  wszystkie 
za i przeciw.

– Och, nie, Richard, proszę! – jęknęła.
–  Myślę,  że  powinniśmy  to  zrobić  –  upierał  się.  –  Czy  twoim  zdaniem  nie 

zachodzi obawa, że nasz układ wymknie się spod kontroli?

– Jakim cudem, kiedy ty się upierasz, żeby zawierać odrębną umowę za każdym 

razem,  gdy  zdarzy  się  coś,  co  nie  pasuje  do  twoich  wyobrażeń  o  romansie  bez 
zobowiązań?

– Chcesz przez to powiedzieć, że romans bez zobowiązań już ci nie odpowiada? 

– Jego głos był zarazem miękki i twardy, a przecież coś jej mówiło, że ani jedno, 
ani drugie nie odzwierciedla jego prawdziwych uczuć.

– Ależ odpowiada! – odparła szorstko.
Tę noc spędziła w łóżku Barb. Znów miała sen o Colinie i obudziła się zlana 

potem.  Takie  sny  zdarzały  jej  się  teraz  coraz  częściej.  Zastanawiała  się,  czy  to 
przypadkiem nie podświadomość podpowiada jej, że powinna uważać, by znów nie 
wpaść w pułapkę. Jednak gdy była z Richardem, to ostrzeżenie jakoś traciło sens. Z 
nim  nigdy  nie  czuła  się,  jakby  była  w  pułapce.  Ale  to  nie  znaczy,  że  nigdy  nie 
bywała na niego zła!

– Natomiast nie odpowiada mi – dokończyła – to nieustanne dzielenie włosa na 

czworo. Chciałabym po prostu... popłynąć z prądem.

– A ten prąd znosi nas w kierunku wspólnego weekendu?
–  Tak.  Nie...  Poczekaj!  Po  prostu  przyszło  mi  na  myśl,  że  skoro  do  Hocking 

Hills  jest  tak  daleko  i  jest  tam  tyle  do  zobaczenia,  to  zamiast  jechać  na  piknik, 

background image

moglibyśmy... Och, dajmy temu spokój!

Siedzieli w kawiarni klubu sportowego. Był wtorek. Spotkali się przypadkiem 

na  basenie.  I  Richard  znów  doprowadził  ją  do  szału,  rozważając,  czy  wspólny 
posiłek nie pogwałci owych słynnych zasad, w których, jak widać, był od niej dużo 
bieglejszy.

Może  praktykował  je  już  od  kilkunastu  lat,  z  rudowłosą  Lindą  i  innymi 

olśniewającymi kobietami w jego życiu? Doprawdy, okropność. Jak można być tak 
zimnym? Przecież romans powinien być gorący!

–  Dajmy  temu  spokój,  Richard!  –  powtórzyła,  zdając  sobie  sprawę,  że  jest 

czerwona ze złości.

Ale ku jej zaskoczeniu – sama już nie wiedziała, czy się cieszyć, czy płakać –

on nagle zdecydował:

– W porządku, niech będzie. Właściwie to świetny pomysł. Możemy wyjechać 

w  piątek  zaraz  po  pracy.  Dyżur  będę  miał  dopiero  w  niedzielę  od  dziewiątej. 
Spróbuję coś zarezerwować, jak tylko wrócę do domu.

Podniósł  leżące  na  stole  kluczyki  od  samochodu,  podrzucił  je  i  złapał  w 

powietrzu,  jakby  akcentując  swe  postanowienie,  po  czym  wziął  torbę,  wstał  i 
odszedł, zostawiając ją w stanie lekkiego szoku.

– Richard...
Zanim  zdążyła  wydobyć  głos,  był  już  dość  daleko.  Zatrzymał  się  jednak, 

odwrócił powoli i zobaczyła, że się uśmiecha.

– To twój pomysł, Nico – przypomniał jej żartobliwie. – Zadzwonię i powiem 

ci, czy udało mi się zarezerwować jakiś nocleg.

Tym razem zniknął naprawdę. Nie pocałował jej. Nie całował jej, jak obliczyła, 

od trzech dni.

W piątek od samego rana było mnóstwo pracy.
Nicole wciąż jednak miała nadzieję, że wymknie się do domu o wpół do piątej. 

Od piątej doktor Kramer miała dyżur pod telefonem. Zaraz po piątej Richard miał
zabrać  Nicole  z  domu  –  pod  warunkiem,  że  nie  wezwą  go  w  ostatniej  chwili  do 
szpitala.

Ostatnia  pacjentka  przyszła  z  ostrego  dyżuru  w  celu  weryfikacji  diagnozy: 

podejrzewano bowiem,  że poroniła. Był to jeden z tych przypadków, gdy  coś, co 
zapowiadało się normalnie, naraz wszystkich zaskoczyło.

Najpierw dotarł  do  Nicole naglący głos  Richarda  z pierwszego gabinetu. Gdy 

wpadła do  środka, zobaczyła, że Richard próbuje zatamować silny krwotok. Rzut 

background image

oka  na  twarz  pacjentki  wystarczył,  by  zrozumiała,  że  ciśnienie  spadło  jej 
dramatycznie.

–  Ciąża  pozamaciczna  –  wyjaśnił  szybko,  gdy  wspólnie  starali  się  opanować 

sytuację. – Bardzo rzadka lokalizacja: w szyjce macicy. Zaczęła krwawić, jak tylko 
zacząłem badanie.

– Niedobrze, prawda? – spytała słabo Tina Palfrey, z trudem podnosząc głowę.
– Nie najlepiej – odparł szczerze Richard – ale krwawienie już  się zmniejsza. 

Nicole zostanie z panią do chwili, gdy poczuje się pani lepiej. Damy pani herbatę i 
coś do zjedzenia. Co pani powiedziano na ostrym dyżurze?

– Powiedzieli, że widocznie poroniłam, bo usg nie wykazało ciąży. Tylko że ja 

właściwie nie krwawiłam i moja siostra uznała, że coś tu się nie zgadza. Ona sama 
jest  pacjentką doktor Kramer; poradziła mi, żebym tu  przyszła,  no  i udało mi  się 
dostać do pana.

– Całe szczęście. Nie byłoby dobrze, gdyby coś takiego zdarzyło się w domu. 

Czy ktoś z panią jest?

– Dzięki Bogu, jest siostra. Nie sądzę, żebym teraz mogła prowadzić...
Pani  Palfrey  wypiła  herbatę,  drżącym  głosem  zadała  jeszcze  kilka  pytań,  a 

potem trzeba było tylko zaczekać, aż będzie miała siłę iść.

Za dziesięć piąta.
–  Jesteś  spakowana?  –  spytał  Richard,  gdy  Nicole  wkładała  instrumenty  do 

autoklawu.

– Nie całkiem.
– Nie szkodzi. Mamy tylko maleńki poślizg. Zostało mi jeszcze parę rzeczy do 

zrobienia, ale powinniśmy wyjść stąd jakieś piętnaście po piątej.

– Ja już praktycznie skończyłam.
– Grunt, że nie dzwonią z...
Nie zdążył dokończyć; przerwał mu pager.
– Hm! – mruknęła posępnie Nicole, patrząc, jak Richard zmierza do telefonu i 

dzwoni  na  położnictwo.  Bridget  Cleary?  Torie  Harris?  Lashawn  Brown?  –
zgadywała.

Wzdrygnęła  się  bezwiednie  na  widok  jego  twarzy.  Myślami  był  przy  ciężko 

chorej  pacjentce  i  na  pewno  nie  miał  czasu  zajmować  się  weekendowym 
wyjazdem. Przypomniał sobie o Nicole dopiero gdy zobaczył, że stoi przy nim.

– To nie jest zwykły poród? – spytała.
– Nawet w przybliżeniu. Muszę iść.
– Wiem.

background image

– Słuchaj, może chcesz iść ze mną? Tak czy owak możesz być potrzebna... jeśli 

matka będzie żyła.

Wstrząsnął nią dreszcz.
W  drodze  do  szpitala  wyjaśnił  jej,  że  od  siedmiu  godzin  chirurdzy  walczą  o 

życie ciężarnej kobiety, rannej w wypadku drogowym. Problem polega na tym, że 
płód ma dopiero około pięciu i pół miesiąca.

– Około? To niezbyt precyzyjne określenie.
– Po to przede wszystkim jestem potrzebny, żebym spróbował określić ten czas 

precyzyjniej.  Musimy  wiedzieć,  czy  jeśli  dziecko  urodzi  się  teraz,  będzie  miało 
szansę przeżycia.

Nic  więcej  nie  powiedział  aż  do  chwili,  gdy  oboje  znaleźli  się  na  oddziale 

intensywnej  opieki  medycznej,  gdzie  dostali  aseptyczne  fartuchy  i  czepki. 
Nietrudno było się domyślić, gdzie leży pacjentka, do której przyszli. W jednym z 
boksów  zgromadziła  się  grupa  lekarzy.  Rozstąpili  się,  by  przepuścić  Nicole  i 
Richarda.

Nicole  dyskretnie  przyjrzała  się  nazwiskom  na  identyfikatorach.  Znała  tylko 

doktora  Williama  Hartmana,  jednego  z  najlepszych  neonatologow  w  Riverbank. 
Nigdy  dotychczas  się  nie  spotkali,  ale  dwa  razy  miała  okazję  rozmawiać  z  nim 
przez telefon na temat wcześniaków odebranych przez Richarda. Zatem pozostali 
trzej są chirurgami. Dwóch właśnie dyskutowało:

– Krwawienie śródmózgowe...
– Jest opanowane.
– Ale było bardzo intensywne.
– W tej chwili to nieistotne – wtrącił trzeci. – Teraz chodzi przecież o to...
– O tym już mówiliśmy – przerwał pierwszy.
W tym momencie odezwał się doktor Hartman:
– Czy któryś z panów uważa, że tę kobietę można uratować?
Nastąpiła cisza, a potem odezwał się chór niechętnych odpowiedzi przeczących.
– Wobec tego – kontynuował doktor Hartman – problem sprowadza się do tego, 

czy  dziecko  jest  zdolne  do  życia.  Jeśli  doktor  Gilbert  i  ja  ustalimy,  że  ma  jakąś 
szansę,  czy  możliwe  jest  utrzymanie  przy  życiu  matki  jeszcze  przez  jakiś  czas, 
żeby tę szansę zwiększyć?

– Agresywnym leczeniem możemy wam pewnie kupić parę dni, ale nie sądzę, 

żeby udało się więcej – odparł za wszystkich trzech doktor Bradley Teague.

Nicole  odebrała  tę  rozmowę  jako  straszną  i  zimną,  ale  może  musi  tak  być. 

Chirurdzy  urazowi  często  widzą  swoich  pacjentów  po  raz  pierwszy,  gdy  ci 

background image

przypominają raczej ofiarę lwa niż istoty ludzkie. Może więc nie należy się dziwić, 
że podchodzą do sprawy tak beznamiętnie i technicznie.

– Czy mamy tu ultrasonograf? – spytał Richard.
– Jedzie – odparł zwięźle doktor Teague.
– A dlaczego my? To coś, czego nie dowiedziałem się przez telefon. Dlaczego 

wezwaliście Willa i mnie?

–  Na  prośbę  siostry. Jedzie  tu  z  Bostonu.  Prosiła  o  najlepszego neonatologa  i 

najlepszego położnika. Pomyśleliśmy o was.

Richard i doktor Hartman wymienili wymowne uśmiechy.
– Jestem zaszczycony – mruknął Richard.
– Ta siostra jest lekarką.
Wszyscy odruchowo zwrócili się w stronę łóżka, na którym drobna, okaleczona 

postać niemal zniknęła wśród podtrzymującej życie aparatury. Nicole wiedziała, o 
czym  pewnie  pomyśleli.  Jej  też  od  razu  przyszło  do  głowy,  że  ta  kobieta  nie 
wygląda na kogoś, kto ma siostrę lekarkę.

Była blada i chuda, jak zwykle ludzie, którzy przez lata o siebie nie dbali, a na 

jej  wychudzonych  kończynach  widniały  sinoczarne,  prymitywne,  amatorskie 
tatuaże.  Nicole  udało  się  zidentyfikować  niekształtną  różę,  dwa  różne  męskie 
imiona oraz nieprzyzwoity napis, cokolwiek zamaskowany liśćmi winorośli.

Obgryzione  paznokcie  nieruchomej  lewej  dłoni  z  podłączoną  kroplówką  i 

pulsoksymetrem  zdobił  czarny  lakier.  Tlenione  włosy  miały  blisko 
pięciocentymetrowe  ciemne  odrosty,  jakby  kobieta  przestała  się  farbować, 
dowiedziawszy się o ciąży.

Cóż, trochę to dziwne.
–  Czy  są  jakieś  dane  na  temat  obecności  w  organizmie  alkoholu  lub 

narkotyków? – spytała Nicole odruchowo.

Oj,  chyba  niepotrzebnie  się  odzywała.  Nie  znalazła  się  przecież  w  tym 

dostojnym  gronie  w  roli  oficjalnie  zaproszonej.  Ale  Richard  szybko  odwrócił  od 
niej uwagę zebranych.

– No właśnie, miałem o to spytać. Czy coś takiego stwierdzono, Brad?
– O dziwo, nie – odparł chirurg. – Pod tym względem ta pani odrobinę odbiega 

od  stereotypu.  Ale  w  przeszłości  na  pewno  miała  do  czynienia  i  z  jednym,  i  z 
drugim. Szkoda, że nie widziałeś, jak była ubrana, kiedy ją przywieziono.

– To nieważne – przerwał Will Hartman. – Jeśli nie ma dowodów, że była pod 

wpływem  substancji  toksycznych,  dziecko  ma  większe  szanse  przeżycia,  i  to 
wszystko, co jest nam w tej chwili potrzebne.

background image

– Jest już ultrasonograf – oznajmiła pielęgniarka oddziałowa.
Gdy  przygotowywano  aparat,  Richard  wziął  centymetr  i  przyłożył  go  w  linii 

pionowej do brzucha umierającej kobiety.

–  Wysokość  dna  macicy  mniej  więcej  się  zgadza.  To  może  być  pięć  i  pół 

miesiąca. Może trochę mniej. Ale i ona jest nieduża. A w ogóle skąd pochodzą te 
informacje?

– Od siostry – odrzekł doktor Grey – ale wcale nie wiadomo, czy są prawdziwe 

i na ile dokładne. Widziały się dwa miesiące temu i wtedy pacjentka powiedziała 
siostrze: „No to trzy i pół miesiąca już za mną".

–  Czy  te  osoby  mają  jakieś  nazwiska?  –  spytał  nagle  Will  Hartman 

zniecierpliwionym tonem. – Ciągle tylko słyszę „siostra" i „pacjentka".

–  Wiesz  coś  o  tym,  Chattie?  –  zwrócił  się  doktor  Teague  do  pielęgniarki 

obserwującej monitor.

– Ona nazywa się Heather Powell. Siostra ma na imię Jennifer – odparła Chattie 

Macarthur.

– No to uroczo! – burknął doktor Teague. – Heather i Jennifer zostały oficjalnie 

przedstawione jak na balu. Teraz jesteśmy przyjaciółmi.

Jeśli nawet doktor Hartman odczuł, że kolega kpi sobie z niego, nie dał tego po 

sobie poznać. Osobiście Nicole była po jego stronie. Takie rzeczy są ważne.

Richard  nie  brał  udziału  w  wymianie  zdań.  Skupił  się  na  swoim  obecnym 

zadaniu.  Posmarował  odsłonięty  brzuch  Heather  Powell  przezroczystym  żelem  i 
spytał:

–  Czy  możemy  wpuścić  przez  cewnik  trochę  płynu?  Z  pełnym  pęcherzem 

miałbym znacznie lepszy obraz.

Pielęgniarka  oddziałowa,  June  Ames,  przewidziała  tę  sytuację  i  miała  w 

pogotowiu  sól  fizjologiczną.  Po  wypełnieniu  pęcherza  Richard  zaczął  wodzić 
sondą  po  brzuchu.  Doktor  Hartman  pilnie  obserwował  obraz,  inni  lekarze  także 
skupili uwagę na monitorze. Nicole z tyłu widziała jedynie szary ekran z ciemnym 
zarysem główki i kręgosłupa.

Badanie  zajęło  dobre  parę  minut.  Trzeba  było  zmierzyć  drobne  części  ciałka 

dziecka  oraz ocenić stopień dojrzałości narządów. Wreszcie Richard odwrócił się 
do pozostałych:

– Powiedziałbym, że płód ma około dwudziestu czterech tygodni. Jak sądzisz, 

Will?

– W najlepszym razie plus jeszcze kilka dni – zgodził się neonatolog.
– A w najgorszym minus kilka dni.

background image

– Tak czy owak, nie więcej niż dwadzieścia pięć tygodni. Nawiasem mówiąc, 

to chyba dziewczynka, ale nie dałbym za to głowy.

– Wobec tego jest szansa – podsumował Bradley Teague. – A gdybyśmy mogli 

jeszcze zyskać kilka dni...

– To mogłoby przesądzić o tym, czy dziecko będzie się rozwijać normalnie, czy 

będzie przez resztę życia obciążone – rzekł Will Hartman.

– Albo umrze.
– Tak.
– Nie ma oznak urazu wewnątrzmacicznego?
–  O  dziwo,  nic  oczywistego  –  odparł  Richard.  –  Czynność  serca  jest  dobra, 

ruchy, jak sami widzieliście, też w normie.

– W takim razie będziemy grać na zwłokę, jak długo się da.
– W ten weekend dyżur ma Beth Kramer. Znasz ją, Will.
– Jest bardzo dobra.
– To  prawda.  Przekażę jej,  jaka  jest sytuacja, na  wypadek, gdyby trzeba było 

działać przed niedzielą wieczorem. Wtedy już ja będę na dyżurze.

– Miejmy nadzieję, że zdołamy ją do tego czasu utrzymać.
–  Przyjechała  siostra  –  oznajmiła  June  Ames  i  zerknąwszy  niespokojnie  na 

Willa  Hartmana,  poprawiła  się:  –  To  znaczy,  doktor  Powell.  Kto  z  nią 
porozmawia?

– Ja – zgłosił się doktor Hartman ku zdumieniu obecnych.
Nicole także wiedziała, że ma on opinię wybitnego neonatologa, lecz przy tym 

człowieka,  który  nie  rozumie,  co  to  jest  życie  prywatne.  Gdy  musiał,  potrafił 
rozmawiać w sposób delikatny z przerażonymi lub zrozpaczonymi rodzicami, lecz 
nie było to zajęcie, do którego by się specjalnie palił. Prawdę mówiąc, chyba nikt 
tego nie lubił. Jest to jedno z najtrudniejszych zadań lekarza.

Dlatego  wszyscy  odwrócili  głowy  i  spojrzeli  na  doktora  Hartmana,  który 

spokojnym krokiem opuścił salę.

–  Widać,  imię  Jennifer  naprawdę  mu  się  spodobało  –  skomentował 

sarkastycznie Brad Teague.

Nicole zauważyła, że Chattie Macarthur wznosi oczy ku górze. Uśmiechnęły się 

do siebie smutno.

Uprzytomniła sobie, że nigdy więcej nie zobaczy tej kobiety. Heather... Dowie 

się o jej śmierci, o losach dziecka... Ciekawa była, jaka jest jej siostra...

Richard  wypełnił  już  swoją  funkcję.  Podniósł  dłonie  w  gumowych 

rękawiczkach i powiedział:

background image

– Pozbędę się tego i umyję ręce. Poczekaj na mnie na zewnątrz, dobrze?
Czekając,  zobaczyła  za  szybą  doktora  Hartmana,  który  rozmawiał  z  Jennifer 

Powell.

Dla  kogoś,  kto  wiedział,  o  czym  rozmawiają,  widok  ten  musiał  być  głęboko 

poruszający.  Doktor  Hartman  był  wysoki,  ona  raczej  drobna,  tak  że  nachylał  się 
nad nią, nie dotykając jej, choć może by i chciał, gdyż coś w jej sztywnej postawie 
zdradzało uczucia, które starała się ukryć, i niemal prosiło o pocieszającą dłoń na 
ramieniu.

Gdy  Richard  wyszedł  z  oddziału  intensywnej  terapii,  razem  opuścili  szpital. 

Doktor Hartman i siostra Heather Powell zniknęli im z oczu.

–  Niepotrzebnie  tam  ze  mną  szłaś  –  rzekł  Richard,  obrzucając  ją  bystrym 

spojrzeniem. – Przepraszam, powinienem był cię odesłać do domu.

–  Nie,  cieszę  się,  że  tam  byłam.  Teraz,  gdy  ona  będzie  już  bliska  śmierci,  a 

ciebie wezwą do dziecka, będę wiedziała, co się dzieje i będę mogła, boja wiem... 
przesłać modlitwę...

–  Zostawmy  to  na  razie.  Roztkliwianie  się  nikomu  w  niczym  nie  pomoże. 

Przyjadę po ciebie, jak tylko będę gotów, dobrze?

Ale zanim udało im się naprawdę przestać myśleć o szpitalu, przejechali niemal 

całą drogę do Fallsview Inn.

Wśród wzgórz było tylko odrobinę chłodniej i nieco mniej wilgotno.
–  Całe  szczęście,  że  mamy  klimatyzację  –  stwierdził  Richard  w  sobotę  rano, 

gdy wyszli z pokoju i przekonali się, że już jest gorąco.

Poprzedni wieczór był bardzo przyjemny. Nie śpieszyli się; jedynym ich celem 

było  zrzucić  z  siebie  napięcie  i  zmęczenie  całego  tygodnia  pracy.  Zasiedli  do 
kolacji  o  ósmej  wieczorem  i  wcześnie  poszli  do  łóżka.  Zasnęli  jednak  znacznie 
później...

Ale wcześnie wstali, mimo mocnego postanowienia, że się wyśpią. Oboje byli 

zanadto  przyzwyczajeni  do  dźwięku  budzika  o  wpół  do  siódmej.  Nicole  zjadła 
tylko  lekkie  śniadanie,  ale  Richard,  przejawiając  nader  lekkomyślny  stosunek  do 
cholesterolu,  zdecydował  się  na  pełny  amerykański  zestaw,  złożony  z  jajecznicy, 
bekonu, kiełbasek, frytek, biskwitów i mięsnego sosu, a na koniec wafli w syropie i 
maśle.

– Nie robię tego zbyt często, ale, u diabła, w końcu mam wakacje.
– Cieszę się – odparła Nicole słabym głosem.
– Że to wakacje?
–  Nie,  że  nie  robisz  tego  zbyt  często,  to  znaczy,  nie  jesz  takich  śniadań.  Od 

background image

samego widoku robi mi się niedobrze, zwłaszcza tego sosu.

–  Tak,  muszę  przyznać,  że  sos  wydaje  się  lepszy  w  marzeniach  niż  w 

rzeczywistości. Chyba mam go dosyć na dobre pięć lat. A teraz co do dzisiejszego 
planu...

Żartobliwa  dyskusja  nad  rozmaitymi  możliwościami  skończyła  się  ustaleniem 

dość  ambitnego  programu  zwiedzania.  Może  nawet  zbyt  ambitnego.  Gdy  o 
szesnastej wrócili do wodospadu – ich punktu wyjścia – Nicole była autentycznie 
wyczerpana  i  bardzo  zadowolona,  że  może  posiedzieć  spokojnie  w  cieniu  wśród 
drobinek rozpryskującej się wody.

Było bardzo gorąco. Nawet tu, na wzgórzach, gdzie klimat był mniej wilgotny, 

ciężko  jej  było  oddychać.  Miała  wrażenie,  że  między  drzewami  dostrzega  w 
powietrzu bladą mgiełkę pary.

– Jestem wykończona – poskarżyła się.
– Może masz ochotę na lody? Moglibyśmy pojechać do jaskini, tam jest kiosk.
– Wolałabym zwykły lód. Zamrożoną wodę.
Przyjrzał jej się bacznie.
– Dobrze się czujesz, Nico?
– Dobrze. Trochę tylko dokucza mi kręgosłup.
– Boli?
– Uhm...
– Weź coś.
– Ach, nie warto.
– Ból jest męczący – obstawał przy swoim. – Mało kto się nad tym zastanawia, 

ale walka z bólem naprawdę wyczerpuje. Mam tabletki w samochodzie.

– No dobrze – ustąpiła.
Poszedł  do  auta  i  po  wodę  do  picia,  a  ona  została,  rozkoszując  się  miłym

uczuciem,  że  ktoś  się  o  nią  troszczy  –  dopóki  nie  uprzytomniła  sobie,  że  ją  to 
rozczula.  Wówczas  w  odruchu  buntu  natychmiast  zerwała  się  na  równe  nogi  i 
ruszyła szybkim krokiem, by spotkać się z Richardem przy źródle.

Ponieważ miała do źródła bliżej niż on do samochodu, dotarła tam przed nim. 

Przy źródle zastała kobietę w zaawansowanej ciąży z czteroletnią dziewczynką.

– Chodź, Heather, podniosę cię – mówiła kobieta do małej.
Heather.  Jak  ta  nieszczęśnica,  która  leży  teraz  w  szpitalu  Riverbank, 

utrzymywana przy życiu przez maszyny, jak ta ciężarna matka, jak te dziesiątki 
matek, które co tydzień ogląda w przychodni.

– Nie uciekniesz – mruknęła posępnie.

background image

Kobieta spojrzała na nią zdziwiona.
– Od upału – dokończyła Nicole z uśmiechem.
–  Niechby  pani  spróbowała  przejść  choć  kilometr  w  moim  stanie  –  odparła 

tamta gderliwie i zwróciła się do córki: – Heather, na miłość boską, nie kop mnie!

Tabletki Richarda pomogły, a pewnie i kolacja, obfita i, prawdę mówiąc, dość 

ciężko  strawna.  Chyba  właśnie  przez  to  jedzenie  Nicole  przez  całą  noc  coś  się 
śniło. Były to tajemnicze, barwne, realistyczne, natrętne sny, i zdawały się nie mieć 
końca.

Gdy  jednak  rano  obudziły  ją  pieszczoty  Richarda,  nocne  wizje  zniknęły  jak 

fatamorgana. Została po nich tylko niejasna świadomość, że ją dręczyły, że miały 
ją w swej mocy... ale nie mogła sobie przypomnieć ich treści.

Na ten dzień zaplanowali coś lżejszego – po prostu piknik i spacer pod skałami. 

Upał i wilgoć jeszcze się wzmogły, toteż przyjemnie było schronić się w cieniu.

Nicole  uległa  pokusie,  by  na  późne  śniadanie  zjeść  jajka  na  bekonie,  i  to  był 

chyba  błąd.  Teraz  podczas  spaceru  miała  wrażenie,  że  ciążą  jej  w  żołądku  jak 
kamienie.

Potem na ścieżce spotkali tę samą kobietę w ciąży, którą Nicole poprzedniego 

dnia widziała przy źródle, i nagle uprzytomniła sobie, co jej się śniło. Otóż we śnie 
widziała  siebie  samą;  była  gruba,  ociężała,  spocona,  oszołomiona,  rozedrgana  i 
niespokojna, a jednocześnie nabrzmiała dojrzałością i bezgranicznie szczęśliwa. 

I nagle pojęła sens tego wszystkiego: jej snów, zmęczenia i oczywistych teraz 

mdłości.

Jestem w ciąży...

background image

Rozdział 8

– Wszystko w porządku, Nico?
– O, tak. Najzupełniej. Tylko jest mi gorąco – skłamała bez zająknienia.
– Mnie też – zgodził się Richard. – Chyba zbiera się na burzę...
Zamilkł, najwyraźniej usatysfakcjonowany jej odpowiedzią, i wszedł na skałę, 

by  przyjrzeć  się  bliżej  jakiemuś dziwacznemu grzybowi.  Została  sama,  zmagając 
się z rozpaczliwą, gorączkową plątaniną myśli.

Ciąża.
Nie! To po prostu niemożliwe. Tak sumiennie stosowała środki zapobiegawcze. 

Ale  faktem  jest,  że  stuprocentowej  pewności  nie  dają,  a  okazji,  przy  których 
mogliby mieć pecha, było aż nadto. A może za wcześnie na panikowanie? W końcu 
miesiączka  spóźnia  się  zaledwie  parę  dni.  Lecz  te  sny...  jakby  jej  własne  ciało 
próbowało powiedzieć jej o czymś, o czym ona nie wiedziała, a ono wiedziało. I to 
zmęczenie, przelotne mdłości, tkliwość piersi...

Jestem w ciąży. Nie ma się co oszukiwać.
Richard będzie wściekły.
Starała się trzeźwo ocenić sytuację. Kiedy wypada termin porodu? Czy Richard 

będzie  chciał,  żeby  przerwała  ciążę?  To  nie  wchodzi  w  grę!  Termin...  ?  Zaczęła 
liczyć,  stosując  powszechnie  przyjętą  regułę.  Pierwszy  dzień  ostatniej  miesiączki 
plus siedem dni plus dziewięć miesięcy. W połowie marca. Wtedy też kończy się 
jej wymiana z Barb i należałoby wrócić do domu.

Nic z tego. Richard nie zgodzi się, żeby pracowała tu aż do marca, podczas gdy 

brzuch będzie jej rósł, a wszyscy wokół popatrywać będą na nią z ciekawością i, co 
gorsza,  zgadywać,  kto  ją  tak  urządził.  Musi  wyjechać  jak  najszybciej;  to  jedyne 
rozwiązanie.

Richard będzie wściekły, nie ma wątpliwości...
Całkiem jasno dawał jej do zrozumienia, że nie ma ochoty łączyć swojego życia 

z jej życiem nawet w takim stopniu, jak to się dzieje w bardzo luźnych związkach, 
a  cóż  dopiero  mówić  o  tej  najsilniejszej,  najbardziej  skomplikowanej  i 
nierozerwalnej  więzi.  Czy  pomyśli,  że  zwodziła  go  swą  potrzebą  niezależności, 
mówiąc to, co chciał usłyszeć, a skrycie zastawiając na niego pułapkę? Cóż to by 
była za straszliwa, absurdalna ironia losu!

Podniosła  głowę  i  zobaczyła  go,  jak  stał  na  skale  i  czemuś  się  przyglądał. 

Jeszcze nie wie...

background image

Będzie wściekły!
Ani razu nie przyszło jej na myśl, by ukryć przed nim ciążę. Po prostu nie była 

do tego zdolna. Nie potrafiła ukryć niepokoju przez pięć minut, a co dopiero przez 
kilka  tygodni,  których  potrzebuje,  by  załatwić  swoje  sprawy  i  wyjechać  z 
Columbus.

Już  zaczęła  układać  szczegółowy  plan,  gdy  Richard  nagle  stracił 

zainteresowanie  dla  grzybów  i  roślin,  zszedł  ze  skały  i  podszedł  do  niej  ze 
zmarszczonym czołem.

– Co ci jest, Nico? – spytał serdecznie.
Położył jej dłonie na ramionach i nachylił się nad nią, szukając jej ust. Starała 

się  odwzajemnić  pocałunek,  ale  nie  znalazła  w  sobie  dość  sił.  Była  zbyt 
roztrzęsiona.

–  Jesteś  gdzieś  daleko  –  szepnął.  –  Wcale  nie  tu,  ze  mną.  I  źle  wyglądasz. 

Powiedz mi wszystko. Na pewno potrafię ci pomóc.

W  tym  momencie  przestała panować  nad  sobą;  nawet nie  starała  się dobierać 

słów, by przekazać mu tę wiadomość oględnie.

– Przykro mi, Richard – szepnęła, czując, jak zasychają jej usta. – To okropne. 

Będziesz żałował, że mnie poznałeś. Dziś rano uprzytomniłam sobie... że jestem w 
ciąży.

Dłuższą  chwilę  milczał  i  tylko  jego  ręce  na  jej  barkach  jakoś  zesztywniały. 

Potem puścił ją i odstąpił o krok do tyłu.

– Czemu tak sądzisz? – spytał drewnianym głosem.
Opisała mu swoje objawy, starając się zachować rzeczowy ton, jakby mówili o 

jakiejś pacjentce. W końcu skinął głową.

– To całkiem możliwe – powiedział.
– Możliwe, możliwe. Ja... właściwie jestem pewna! Przepraszam. – Na moment 

odważyła  się  spojrzeć  mu  w  oczy  i  zaraz  spuściła  wzrok.  Nerwowo  wykręcała 
wilgotne palce. – Ja... nie zrobiłam tego celowo. Dla mnie to jest tak samo straszne 
jak dla ciebie.

– Czyżby? – Jego głos był dziwnie pozbawiony wyrazu.
–  Tak!  Och,  tylko  nie  myśl,  że  zrobiłam  to  celowo!  To  ostatnia  rzecz,  jakiej 

mogłabym sobie życzyć, biorąc pod uwagę nasz układ.

Poczuła,  że  w  zagłębieniach  nad  obojczykami  zbiera  jej  się  pot  i  spływa  w 

rozpaloną skórę między piersiami. Powietrze było tak straszliwie ciężkie. Z trudem 
oddychała, a zaciśnięte gardło wcale jej tego nie ułatwiało.

–  Zdarzenia  takie  jak  to  czasem  zmieniają  układ  między  ludźmi  –  zauważył 

background image

sucho.

– Nie! – powtórzyła z pasją. – Wiedziałam, że tak pomyślisz. Ja cię o nic nie 

proszę,  Richard.  Oczywiście  będę  musiała  wyjechać.  Wrócę  do  Australii  i  tam 
urodzę.

–  Nie  chcesz,  żebym  ci  zorganizował  zabieg?  –  Na  miłość  boską,  czy  on  tak 

mówi do pacjentek? – Wiesz, że u nas się tego nie robi, ale możemy cię skierować 
do...

– Nie! – Wzdrygnęła się. – Przepraszam, ale tego już za wiele! Boże, Richard, 

żeby tak na zimno proponować mi coś takiego!

– Ależ ja chcę ci pomóc. Chcę się dowiedzieć, czego ty chcesz.
– Ciągle mówił tym martwym, drewnianym głosem, a jego  twarz była niemal

nieruchoma. – Jestem bardzo... ciekaw, czego chcesz, Nico.

– Chcę urodzić to dziecko i, naturalnie, zatrzymać je...
– Wszystko przemyślałaś, prawda?
–  Nie  –  zaprzeczyła  nieszczęśliwym  głosem.  –  Nie,  naprawdę,  ja  tylko.... 

próbuję zrobić to, co mi się wydaje słuszne. Chcesz powiedzieć...

Po  raz  pierwszy  od  początku  tej  rozmowy  odważyła  się  zatrzymać  na  nim 

wzrok, i to, co zobaczyła, przeraziło ją. Twarz miał zbielałą, usta zacisnęły się w 
dwie cienkie kreski, a oczy płonęły. Widać było, że panuje nad sobą resztkami sił. 
Nie  śmiała  mówić  dalej,  a  zresztą  i  tak  już  zapomniała,  co  miała  zamiar 
powiedzieć.

– To jest nie do zniesienia – wyrzucił z siebie w końcu. – Może przestańmy się 

na  razie  torturować  i  po  prostu  zróbmy  próbę  ciążową.  –  Teraz  już  wyraźnie 
słyszała gorycz w jego głosie. – W końcu to dopiero kilka dni. I tak powinniśmy 
już  wracać.  Idzie burza.  Zjemy coś  w samochodzie, pojedziemy  prosto  do  pracy, 
zrobimy próbę i zobaczymy.

– Dobrze, ale nie w pracy – odparła szybko. – Zgodziliśmy się, żeby nie łączyć 

spraw prywatnych z pracą. Zresztą dyżur ma doktor Kramer, a przecież wiesz, że 
ona często między  jednym porodem a drugim nie  wraca do domu,  tylko siedzi w 
przychodni.

– W porządku. Wobec tego kupimy test w supermarkecie.
Po  drodze  zjedli  smakołyki,  które  im  pozostały  z  pikniku,  lecz  byli  w  takim 

nastroju, że równie dobrze mogliby jeść tłuste, zimne frytki.

Burza była coraz bliżej. Nad zachodnim horyzontem zawisły ołowiane chmury. 

Nicole i Richard milczeli; wyrastał między nimi coraz grubszy mur. Dopiero teraz, 
gdy wszystko, zdawało się, przepadło, Nicole zdała sobie sprawę, jak silna była ich 

background image

więź.

Gdyby  ktoś  ją  wcześniej  o  to  spytał,  powiedziałaby,  że  łączy  ich  tylko  seks, 

teraz  jednak  uprzytomniła  sobie,  że  na  tym  się  nie  kończyło.  Uczciwość,  na 
początku  wręcz  niebezpieczna,  radość,  przyjacielskie  sprzeczki  na  temat 
wspólnych planów. Gdy tego zabrakło, pozostała przepaść.

Odważyła  się  zerknąć  na  Richarda.  Był  posępny  jak  ta  wisząca  burzowa 

chmura, niewiarygodnie daleki. Nie miała pojęcia, o czym myśli ani co czuje. Nie 
zniosę tego dłużej, pomyślała. Jak mogłam być na tyle głupia, żeby przypuszczać, 
że  coś  takiego...  niezobowiązującego...  będzie  lepsze  niż  klaustrofobia,  w  którą 
wpędził mnie Colin. To jest sto razy gorsze!

Gdy  wjechali  na  parking  najbliższego  supermarketu,  zaczynało  grzmieć. 

Richard sięgnął do drzwi; zatrzymała go.

– Ja pójdę.
– Nie bądź śmieszna, Nico.
Ale ona już wzięła torebkę, nie słuchając go.
– Richard, ja to kupię, rozumiesz?
Wkrótce  dotarli  do  jej  domu  i  nadal  milcząc,  wysiedli  z  samochodu.  – –

Zaczekam na werandzie – zaproponował Richard.

Skinęła głową, rzuciła torbę podróżną na podłogę pokoju dziennego i poszła na 

górę do łazienki.

Przeprowadzenie testu nie zajęło jej dużo czasu. Robiła to niezliczoną ilość razy 

w  pracy.  Czas  czekania  na  wynik  wynosił  tylko  minutę.  Zduszonym  szeptem 
odliczała sekundy, by nie dać się ponieść panice, po czym wolno otworzyła oczy.

Ujemny.
Ujemny!  Pasek  testowy  jest  w  dalszym  ciągu  jednoznacznie,  niepodważalnie 

biały!

Powoli odzyskiwała siły, serce zaczynało bić spokojniej, ale trzęsła się jeszcze 

bardziej  niż  przedtem.  W  jej  głowie  była  tylko  jedna  myśl:  teraz  ten  straszny, 
desperacki i gniewny wyraz zniknie z twarzy Richarda. Jakąż niewiarygodną ulgę 
odczuje!  Wszystko  będzie  jak  dawniej:  wróci  ciepło,  namiętność,  będzie  tak,  jak 
być powinno...

Zbiegła do niego bez tchu. Siedział na huśtawce, odpychając się leniwie jedną 

nogą,  i  bujał  się  lekko  w  tył  i  w  przód,  ale  gdy  zobaczył  Nicole  uśmiechniętą, 
zatrzymał się, zerwał na równe nogi i podszedł, by wziąć ją w ramiona.

– Nico! Wyglądasz... Czy to znaczy, że... ?
–  Tak!  –  Skinęła  głową  z  westchnieniem,  ale  po  chwili  się  uśmiechnęła.  –

background image

Ujemny! O mało się nie rozpłakałam. Co za ulga! I pomyśleć, że naraziłam cię na 
to wszystko całkiem bez powodu! Mogliśmy zostać w Hocking Hills. Przepraszam 
cię, Richard!

On  tymczasem  zesztywniał  i  odsunął  się od  niej.  Wpatrzone w  nią  oczy  były 

chłodne.

–  Mój  Boże  –  powiedział.  –  Zdaje  się,  że  rzucam  grochem  o  ścianę,  co?  Już 

zaczynałem myśleć, że cię rozumiem, i to lepiej, niż ty sama rozumiesz siebie, ale, 
do diabła, widzę, że się pomyliłem. Jeśli nawet to wydarzenie niczego w tobie nie 
zmieniło... Gratulacje! Wiesz, przerażasz mnie. Tak dobrze wiesz, czego chcesz, że 
nic nie jest w stanie wpłynąć na twoje uczucia. Szczerze mówiąc, przyprawia mnie 
to o dreszcze!

Myślała,  że  to  przenośnia,  gdy  zobaczyła,  że  Richard  naprawdę  drży.  Jego 

przedramiona pokryła gęsia skórka. Może to przez burzę? Gnany wiatrem deszcz 
wpadał na werandę, okrywając oboje drobnymi kroplami.

Nicole  zdrętwiała.  Najwyraźniej  cały  czas  złe  go  rozumiała  i  dlatego  teraz 

zupełnie  nie  wiedziała,  o  co  mu  chodzi.  On  jednak  nie  zamierzał  w  niczym  jej 
pomagać; po prostu odwrócił się i zbiegł z werandy.

– Richard, zaczekaj!
Odwrócił się.
– Na co?
– Porozmawiajmy. Ja...
–  Nie  ma  o  czym  rozmawiać.  Oboje  traciliśmy  czas.  To  zapewne  moja  wina. 

Miałem odwagę sądzić, że lepiej od ciebie wiem, czego potrzebujesz.

– I uznałeś, że potrzebuję dziecka? Ja... nie rozumiem cię! – zawołała żałośnie, 

lecz jej nie słuchał.

Nie  patrząc  na  nią,  wsiadł  do  samochodu, zapalił  silnik  i  odjechał.  Nicole  po 

prostu  nie  mogła  ruszyć  się  z  miejsca.  Stała  nieruchomo  na  werandzie,  dopóki 
burza  nie  minęła,  mając  nadzieję,  że  przyjdzie  trąba  powietrzna  i  zmiecie  ją  z 
powierzchni  ziemi.  Gdy  wreszcie  poszła  na  górę,  by  zdjąć  mokre  ubranie, 
stwierdziła, że zaczęła się miesiączka.

To  tylko  opóźnienie!  Gdyby  to  się  stało  poprzedniego  dnia,  nie  wpadłaby  w 

taką  panikę.  Dlaczego  zapomniała,  co  Daria  Hogan  mówiła  o  ich  chorobie 
zawodowej? Gdyby nie ta panika, nie zraziłaby do siebie Richarda.

Jestem w nim zakochana...
Było  to  tak  oczywiste,  że  łkając,  rzuciła  się  na  kanapę.  Dlaczego  tego 

dotychczas nie dostrzegła? Dlaczego nie dotarło do niej, że można to wyczytać z 

background image

każdej jej reakcji?

Odpowiedź  była  w  gruncie  rzeczy  prosta:  ponieważ  od  samego  początku 

zaakceptowała  związek  polegający  na  „braku  zobowiązań",  nigdy  nie  musiała 
zadawać  sobie  pytania,  co  czuje.  Po  prostu  cieszyła  się  tym,  co  ma,  a  miłość 
pojawiła  się  nie  zauważona,  gdyż  po  doświadczeniach  z  Colinem  pozostało  jej 
przekonanie,  że  miłość  musi  się  jakoś  wiązać  z  ograniczeniem,  zniewoleniem, 
posiadaniem.

Gdyby Richard próbował zbliżyć się do niej w sposób bardziej zaborczy, gdyby 

chciał  związać  ich  ze  sobą  więzami  zależności,  życia  domowego,  uciekłaby 
przerażona  i  nigdy  do  niczego  by  między  nimi  nie  doszło.  On  jednak  tak  głośno 
deklarował niechęć do wszelkich więzów, że czuła się bezpieczna – i dlatego tak 
się to potoczyło.

Ależ by się uśmiał, gdyby o tym wiedział!
A może wie? Może widział miłość w jej twarzy, zanim jeszcze sama ją sobie 

uprzytomniła, na przykład wtedy, kiedy zeszła na werandę? A może dostrzegł coś 
rano, kiedy zobaczył, jak reaguje na myśl o ciąży?

„Oboje  traciliśmy  czas",  powiedział.  Ale  jak  to  się  ma  do  ujemnego  wyniku 

testu? Czyż mógłby być aż tak podły, by żałować, że odchodząc, nie zostawia jej z 
pamiątką?  A  może  zraził  go  –  jako  lekarza  –  jej  jawny  niedostatek  instynktu 
macierzyńskiego?

– To dla ciebie, ty łajdaku, chciałam, żeby ciąży nie było – szepnęła. – Bo dla 

siebie...

Rozpaczając  nad  własną  stratą,  objęła  rękami  swe  szczupłe  ciało,  a  przed 

oczami jak żywe stanęły jej obrazy ze snu: poczucie nabrzmiałego wyczekiwaniem 
szczęścia.  Świadomość,  że  przez  pół  dnia  wierzyła,  iż  nosi  pod  sercem  dziecko 
Richarda, i nie zdawała sobie sprawy, jakie byłoby to szczęście, napełniała ją takim 
smutkiem i goryczą, że nie mogła już tego znieść.

– Halo?
– Richard?
– Tak – odparł znużonym głosem. Nagle uprzytomnił sobie, że to przecież Will 

Hartman, i usiadł prosto. – Słucham, Will.

–  Z  nią  jest  coraz  gorzej.  I  czynność  serca  dziecka  zaczęła  się  zwalniać. 

Przyjeżdżaj.

– Zaraz będę.
– Szykujemy ją do cesarskiego. Co za cholerny weekend...

background image

Istotnie, pomyślał Richard. Dla niego też, choć nawet nie zbliżył się do szpitala. 

Teraz  jednak  nieunikniony  kres  tragedii  Heather  Powell  przyniósł  mu  swego 
rodzaju  ulgę.  Nie  będzie  musiał  siedzieć  tu  sam  i  w  kółko  myśleć  o  Nicole,  nie 
dochodząc do żadnych wniosków.

Światła  sali  operacyjnej  wydały  mu  się  jaskrawsze  niż  zwykle,  za  to  twarze 

obecnych  były  szare  ze  zmęczenia.  Will  Hartman  czekał  na  niego  z  całym 
zespołem  intensywnej  opieki  medycznej  noworodków.  Inkubator  był 
przygotowany, by w pierwszych minutach po narodzinach powieźć małą istotkę na 
oddział, jeśli tylko ta istotka jeszcze żyje...

A  kim  jest  ta  drobna,  ciemnowłosa  kobieta  o  wielkich  oczach,  pod  którymi 

widnieją sine cienie zmęczenia? Wydała mu się dziwnie znajoma...

–  To  doktor  Powell  –  odparł  szeptem  Will  Hartman  na  nie  wypowiedziane 

pytanie Richarda. – Siostra pacjentki. Chciała być przy zabiegu, ale powiedziałem 
jej, że to zależy od ciebie. Przez cały weekend ani razu nie wyszła ze szpitala.

– Nie widzę przeszkód, jeśli uważasz, że ona zdoła to znieść.
– Myślę, że tylko w ten sposób zdoła to znieść – odrzekł Will.
Obaj  spojrzeli  w  stronę  kobiety.  Podeszła  do  bezwładnego  kształtu  na  stole 

operacyjnym i cicho coś mówiła. Czy to było pożegnanie? Nie słyszeli, ale coś w 
jej wyglądzie, postawie nasuwało myśl o składaniu przysięgi.

– Przez całe życie była czarną owcą – powiedział Will Hartman. – To znaczy 

Heather,  jej  siostra.  Doktor  Powell  mi  o  niej  opowiadała.  Narkotyki,  prostytucja, 
kradzieże. Gdy zaszła w ciążę, jakby trochę się opamiętała, ale Jennifer wcale nie 
jest przekonana, czy ta poprawa byłaby trwała. Chyba... odnajduje jakiś spokój w 
świadomości, że los być może zaoszczędził jej siostrze jeszcze gorszego końca.

– A przecież to nie koniec. Zostanie dziecko – zauważył Richard.
– No tak – mruknął Will. Obaj mieli świadomość, że myślą o tym samym.
Richard  nie  tracił  więcej  czasu.  W  tej  sytuacji  zabieg  był  procedurą  czysto 

techniczną.  Jego  rola  polegała  na  tym,  by  wydobyć  dziecko  z  macicy  jak 
najszybciej i jak najostrożniej. Na granicy życia i  śmierci każdy ucisk na główkę 
może  spowodować  groźne  krwawienie  śródczaszkowe,  a  niezręczny  chwyt 
poważny uraz drobnych kończyn.

W  chwili,  gdy  dziecko  pojawiło  się  już  na  świecie  –  była  to  rzeczywiście 

dziewczynka  –  do  akcji  wkroczył  zespół  noworodkowy.  Sprawdzono  czynność 
serca,  przewentylowano  płuca,  przy  czym,  gdy  rozległ  się  zaskakująco  mocny 
krzyk noworodka, podłączono tlen.

Tymczasem Richard starannie zszył ranę operacyjną. Nawet w obliczu śmierci 

background image

ta kobieta ma prawo do godnego potraktowania.

Zanim skończył, dziecko zabrano na oddział intensywnej opieki noworodków. 

Zjawił  się  natomiast  doktor  Teague,  by  podjąć  oficjalną  decyzję  o  zaprzestaniu 
sztucznego podtrzymywania życia Heather Powell.

Zdejmując rękawiczki, Richard zauważył, że Jennifer Powell jest nadal w sali 

operacyjnej. Wyczerpanie i  stres  odbiły się  na niej  silnym piętnem,  ale  panowała 
nad sobą. Gdy zmierzał do wyjścia, podeszła do niego.

– Dziękuję.
– Nie mogłem zrobić nic więcej poza...
–  Za  to,  że  odniósł  się  pan  do  niej  z  szacunkiem  –  dokończyła  spokojnie 

Jennifer Powell. Wyraźnie bardzo jej zależało na tym, żeby to powiedzieć. – Za to, 
jak  pan  ją  zszył.  Moja  siostra  i  ja  byłyśmy  dziećmi  adoptowanymi,  z  różnych 
matek. Heather miała zły start w życiu i nigdy nie udało jej się tego przeskoczyć. 
Zawsze będę pamiętać, że dzięki panu mogła na koniec zachować godność. Cieszę 
się,  że  to  pan  odebrał  dziecko.  Teresa  Mary  zaczęła  życie  w  okolicznościach 
najlepszych z możliwych i zrobię wszystko, żeby tak było dalej.

– Proszę mnie informować ojej losie.
– Dobrze.
–  Mówię  poważnie  –  podkreślił  ze  wzruszeniem,  przed  jakim  w  takich 

sytuacjach zwykle się bronił.

Co  mu  jest?  Czy  to  przez  ten  straszny  dzień  z  Nicole  stał  się  nagle  taki 

przewrażliwiony?

– Ja też – odparła Jennifer Powell. – Teresa będzie potrzebowała mleka.
– Są specjalne mieszanki dla wcześ...
– Kobiecego mleka – przerwała stanowczo drobna brunetka. – I to najlepiej od 

matki,  która  także  urodziła  przed  terminem.  Gdyby  wśród  pańskich  pacjentek 
znalazła się osoba spełniająca warunki i zgodziła się...

– Poszukam.
– Dzięki. To  nic pilnego. Przypuszczam,  że Teresa  jeszcze dość długo  będzie 

odżywiana dożylnie.

Jej  słowom  towarzyszył  blady  uśmiech,  nie  było  w  nim  jednak  cienia 

niepewności.  Jennifer  nawet  przez  myśl  nie  przeszło,  że  jej  maleńka  siostrzenica 
mogłaby  nie  przeżyć.  Odwróciła  się  i  podeszła  do  swej  przybranej  siostry,  by 
pożegnać ją po raz ostatni.

Richard wyszedł. Tak oto skończyło się jedno życie, a zaczęło następne. Jego 

zawód  sam  w  sobie  bywał  czasem  wyjątkowo  trudny,  ale  podobny  dramat  jako 

background image

ukoronowanie katastrofalnego weekendu...

Będzie pewno  musiał  iść  w ślady  Willa Hartmana i  poślubić swoją  pracę. To 

chyba  jedyne  małżeństwo,  jakie  jest  mu  pisane.  Skwitował  tę  myśl  zmęczonym, 
cynicznym uśmiechem.

Pływanie  miało  pewne  działanie  znieczulające.  Nicole  była  na  basenie  po  raz 

trzeci w tym tygodniu i pokonywała już trzeci kilometr, kiedy zazwyczaj kończyła 
po  półtora.  Dziś jednak  zmęczenie było  wyjątkowo przyjemne. Dzięki niemu  nie 
myślała.

Przewróciła się na plecy i przez kilka minut unosiła się na wodzie, spoglądając 

w  lekko  zamglone,  błękitne,  wieczorne  niebo.  Nagle  zauważyła,  że  do  jej  toru 
zbliża  się  inny  amator  pływania,  któremu  blokuje  drogę.  Podpłynęła  do 
aluminiowej drabinki i wyszła z wody... wprost na Richarda.

– Witaj, Nicole.
– Cześć. Właśnie skończyłam.
Nagle  poczuła  się  skrępowana  własnym  ciałem  okrytym  granatowo-białym 

kostiumem,  który  dostała  od  Richarda,  ociekającym  wodą  i  opinającym  ją  jak 
druga skóra.

– Widzę. – Obrzucił ją przelotnym spojrzeniem i dodał: – Byłem w siłowni.
Rzucił  ręcznik  na  jeden  z  leżaków,  przeszedł  obok  niej,  skoczył  do  wody  i 

popłynął przed siebie szybkim crawlem.

Wyprzedził  dwóch  innych  pływaków,  ale  na  drugim  końcu  basenu  zatrzymał 

się  i  przystanął  tyłem  do  niej,  niby  po  to,  by  odgarnąć  włosy  z  twarzy,  ale 
naprawdę po to, by nabrać tchu. Nie był przygotowany na ten nagły wyczyn.

Uciekał przed nią.
Od czasu burzliwego rozstania w niedzielę przez trzy dni spotykali się w pracy, 

lecz unikał jej, jak tylko mógł. W przychodni nie mogła nic na to poradzić, bo nie 
chciała  zwracać  na  nich  uwagi  personelu  i  pacjentów,  ale  na  pływalni  –  to  co 
innego. Zrozumiała, że muszą porozmawiać.

Richard  płynął  z  powrotem.  Pewnie  uznał,  że  dał  jej  dość  czasu,  by  się 

przebrała  i  wyszła.  Toteż  gdy  zobaczył  ją  nachyloną  nad  basenem,  z  dłońmi 
wciśniętymi między kolana, jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

– Richard? – Niezbyt pewnie to zabrzmiało.
– Słucham.
– Musimy porozmawiać.
– Czyżby?

background image

– Dobrze, ja muszę z tobą porozmawiać.
– I pewnie teraz.
– No to może w pracy? – zaproponowała słodko. – Może ktoś odwoła wizytę i 

będę mogła wejść do gabinetu między pacjentkami.

– W porządku, zrozumiałem.
Podciągnął się na rękach i wyskoczył na brzeg basenu, po czym stanął przed nią 

i zmarszczył czoło.

– Trzęsiesz się z zimna. Powinnaś się wytrzeć.
Wzruszyła ramionami i bezradnie rozejrzała się wokół w poszukiwaniu swych 

rzeczy.

– Dobrze – powiedział. – W basenie do masażu nikogo nie ma. Chodźmy, tam 

się rozgrzejesz.

– Tam?!
– A co? Czy to niewłaściwe miejsce? Wolałabyś może pójść w tym kostiumie 

na drinka do baru? Bo ja mam ochotę jeszcze trochę popływać.

– Ogromnie mi przykro, że sprawiam ci tyle kłopotu.
Patrzył  na  nią  chwilę,  jakby  miał  ochotę  powiedzieć  jej  coś  złośliwego,  ale 

widocznie zmienił zdanie, bo mruknął tylko:

– Chodźmy.
Było to niemal zabawne: odbywać taką rozmowę w tak ekskluzywnym basenie. 

Był schowany za starannie przyciętymi krzewami; gdy weszli, Richard uruchomił 
bicze wodne. Nicole przysiadła po jednej stronie, Richard naprzeciwko niej. Jego 
ciało, tak dobrze jej znane, zakrywała spieniona, wirująca woda.

– A więc? – spytał po chwili. – Co chcesz mi powiedzieć?
–  Och,  przestań,  Richard!  –  W  jej  głosie brzmiał  ból  zmieszany  ze  złością. –

Nie możesz mnie tak... odrzucić bez słowa wyjaśnienia, nie dając nam najmniejszej 
szansy. To niesprawiedliwe.

Czuła,  że  za  chwilę  przestanie  panować  nad  uczuciami,  i  urwała,  by  trochę 

ochłonąć. Nie chciała odgrywać roli wzgardzonej kochanki, a tak właśnie się czuła 
i świadomość ta była dla niej straszna.

– Nie możesz! – powtórzyła z rozpaczą.
– Ależ tu właśnie się mylisz, Nico – odparł bez zająknienia. – Rzecz w tym, że 

mogę. Na tym polega cały urok naszego układu. Żadnych zobowiązań, pamiętasz? 
Żadnego  zaangażowania.  Co  oznacza,  że  gdy  jedna  ze  stron  ma  ochotę  z 
jakichkolwiek przyczyn zakończyć sprawę, może to  zrobić ot, tak!  – Pstryknął w 
powietrzu  palcami.  –  Bez  tych  wszystkich  szczerych,  poważnych  rozmów, 

background image

negocjacji,  kompromisów,  przebaczania  i  obowiązku  wierności,  przez  które 
większość związków jest tak... tak... – Wreszcie elokwencja go zawiodła.

– Męcząca? – podsunęła chłodno. – Nudna?
– Dzięki.  Właśnie.  Widzisz,  że  świetnie  znasz  zasady.  Sama  od  początku  je 

akceptowałaś, więc nie próbuj ich teraz naginać do swoich nowych potrzeb, Nico.

– Nie nazywaj mnie tak!
– Myślałem, że to lubisz.
– Lubiłam, kiedy... Nieważne. Dobrze. Ja... Masz rację – przyznała, czując się 

żałośnie jak nigdy dotąd. – Na tym właśnie polega brak zobowiązań.

Na początku wydawało się to takie łatwe. Ale na początku nie miała zamiaru... 

a może nie była zdolna... zakochać się.

– To było bardzo miłe – szepnęła bez przekonania.
– Miłe, prawda? – podchwycił cynicznie. – Ale wszystko ma swój koniec.
– Tylko że jeśli było ci z tym dobrze, to nie rozumiem...
Urwała. Przy basenie pojawił się jakiś mężczyzna, nieco przesadnie opalony i, 

jak  zauważyła  z  niesmakiem  Nicole,  w  zbyt  skąpych  kąpielówkach.  Wahał  się 
chwilę, ale uznawszy milczenie między Richardem a Nicole za dowód, że są sobie 
obcy, wszedł do wody i od razu usiadł obok niej.

– Ładny wieczór.
Trudno było zaprzeczyć.
– Chyba jeszcze tu pani nie widziałem.
– Zazwyczaj nie korzystam z tego basenu.
– Cóż za strata dla basenu!
Richard wstał i skierował się do wyjścia.
– No to chyba zostawię cię z tym panem – mruknął, nie patrząc na nią.
–  Och  nie,  proszę  –  zaczęła,  ale  jego  cyniczna  odpowiedź  absolutnie  ją 

zmroziła.

– Znasz to powiedzenie: piąte koło u wozu.
– Podoba mi się ten facet – zaśmiał się mężczyzna i przysunął się bliżej Nicole.
Ona jednak nie miała najmniejszej ochoty na jego towarzystwo. Odczekawszy 

zaledwie chwilkę dla przyzwoitości, przeprosiła, wyszła, odszukała swoje ręczniki 
i schroniła się w damskiej szatni. Z trudem zmusiła się do tego, by po drodze nie 
wypatrywać w błękitnej wodzie basenu sylwetki Richarda.

background image

Rozdział 9

A więc tak to się skończyło, jeszcze szybciej i bardziej nieoczekiwanie, niż się 

zaczęło.  Pozostawiło  w  życiu  Nicole  tak  bolesny  ślad,  że  na  pewno  z 
niedostatecznym  entuzjazmem  gratulowała  Barbarze,  gdy  ta  późnym  wieczorem 
tego samego dnia oznajmiła jej przez telefon, zdyszana i uszczęśliwiona:

– Gary i ja bierzemy ślub. Czy to ci się mieści w głowie?
Nicole mieściło się to w głowie bez trudu. Znała doktora Hilla dość dobrze, by 

mieć pewność, że tym razem Barb będzie w małżeństwie bardzo szczęśliwa. Oboje 
byli tuż po czterdziestce, oboje mieli za sobą rozwód i ani ona, ani on nie kryli, że 
chcieliby  spróbować  jeszcze  raz.  A  więc  nie  była  to  niespodzianka,  ale  i  tak 
wspaniała  nowina.  Uznała  więc  za  egoizm  ze  swej  strony,  gdy  usłyszawszy 
następne słowa Barbary, poczuła się przybita:

–  Jeśli  nie  możesz  teraz  zmienić  swoich  planów,  to  trudno.  Najwyżej 

zaczekamy...

Kazać Barb właśnie w takiej chwili czekać byłoby zwykłym okrucieństwem.
– Ale widzisz – ciągnęła Barb – byłoby idealnie, gdybym mogła przylecieć w 

miarę  szybko,  znaleźć  kogoś,  kto  wziąłby  do  siebie  Astra,  i  wystawić  dom  na 
sprzedaż. Wrzesień to świetna pora. Potem robi się już za zimno i do marca handel 
zamiera. A nie mogę sobie pozwolić na długą zwłokę.

– Więc chciałabyś, żebym...
– Zrób tak, jak będzie najlepiej dla ciebie. Jeśli chcesz, możesz zostać cały rok. 

Na  pewno  bez  trudu  znajdziesz  mieszkanie,  a  jeśli  stracisz  na  tym  finansowo,  to 
Gary  i  ja  chętnie  ci  to  wyrównamy.  A  jeśli  wolisz,  zostań  do  września  lub 
października i dopiero potem wracaj do nas. Doktor Gilbert będzie miał i tak dość 
czasu, żeby znaleźć nową pielęgniarkę. Tu możesz wrócić do swojej dawnej pracy. 
Ja  zostanę  panią  domu.  Zastanawiamy  się  z  Garym,  czy  to  byłoby  zupełne 
szaleństwo, gdyby w moim wieku pomyśleć o dziecku.

–  Tak,  pewnie  mogłabym  znaleźć  mieszkanie  –  odparła  Nicole,  wciąż  nieco 

oszołomiona.  –  Musiałabym je  jakoś  urządzić.  Oczywiście  dotychczas  używałam 
twoich rzeczy...

–  Tak  też  sobie  myśleliśmy,  że  pewnie  jednak  będziesz  chciała  wrócić 

wcześniej  –  wtrąciła  Barb,  jakby  to  już  było  postanowione.  –  Miałabyś  za  sobą 
pełne sześć miesięcy, i to najlepsze sześć miesięcy, zważywszy pogodę. Teraz, gdy 
miałam  okazję  zobaczyć  to,  co  w  Sydney  żartobliwie  nazywa  się  zimą, 

background image

przypuszczam,  że  byłoby  ci  dość  trudno  przetrwać  tę  porę  roku  w  środkowym 
Ohio.  Ale  oczywiście,  jeśli  zechcesz  zostać,  nie  będę  oponować.  Mogę  nawet 
wstrzymać  się  do  marca  ze  sprzedażą  domu,  tylko  że  chyba  jednak  spróbujemy 
postarać się o dziecko, no i gdybym do tego czasu zaszła w ciążę...

–  Muszę  to  przemyśleć.  Zawiadomię  cię,  kiedy  dojdę  do  jakichś  wniosków. 

Mam nadzieję, że dasz mi kilka dni na zastanowienie?

– Oczywiście, ile tylko chcesz. Nawet tydzień, jeśli będziesz potrzebowała.
Barb najwidoczniej uważa, że jest niezwykle wspaniałomyślna, i być może ma 

rację. Dla zakochanych cierpliwość jest zapewne cnotą nieosiągalną.

– To wspaniała nowina, Barb.
– Wspaniała, prawda?
Naturalną  rzeczą  byłoby  pewnie  rozgłosić  ją  od  razu  w  przychodni.  Wszyscy 

przecież  znali  Barb  i  wszyscy  chętnie  wysłaliby  jej  kartkę  z  życzeniami  czy 
prezent.  A  jednak  Nicole  zwlekała  z  przekazaniem  tej  wieści,  uciszając  wyrzuty 
sumienia  wymówką,  że  przecież  Barb  jej  o  to  nie  prosiła,  więc  może  wcale  nie 
chce, żeby wszyscy się dowiedzieli o jej szczęściu.

Bzdura!
Musiała spojrzeć prawdzie w oczy, gdy w czwartek po południu Daria spytała 

mimochodem,  czy  miała  jakieś  wiadomości  od  Barb,  a  ona  odpowiedziała: 
„Ostatnio nie", co było jawnym kłamstwem. Poczucie winy kazało jej dodać: „Ale 
myślę, że jest bardzo szczęśliwa". To było wręcz żałosne.

Po co te tajemnice? Oczywiście po to, aby odwlec ujawnienie przykrych faktów 

dotyczących  jej  własnego  życia  –  gdyż  zgodnie  z  życzeniem  Barb  powinna 
wyjechać z Ohio we wrześniu i nigdy więcej nie zobaczyć Richarda Gilberta.

Dojmująca i bolesna była świadomość, że straciła to, co ich łączyło, że straciła 

Richarda.  Wprawdzie  widywała  go  codziennie,  ale  sprawiało  jej  to  więcej 
cierpienia niż radości. Gdy spotykała go w pracy, wydawał jej się bliższy niż przez 
te wszystkie tygodnie, kiedy z sobą sypiali. Gdy pojawiał się przy niej, czuła ból 
niespełnienia.  Mięśnie  miała  napięte  jak  struna,  bolało  ją  serce.  Co  chwila  była 
bliska  łez.  Jak  to  się  dzieje,  że  mężczyzna,  traktujący  ją  tak  chłodno  i  obojętnie, 
rozpala w niej takie namiętności?

Ona jednak nie wywołuje w nim podobnych uczuć...
– Mała Powell nadal żyje – poinformował ją w piątek rano. – Rozmawiałem z 

Willem  Hartmanem.  Chyba  jeszcze  ci  nie  mówiłem,  że  Jennifer  Powell  pytała 
mnie, czy któraś z naszych pacjentek nie urodziła ostatnio dziecka przed czasem i 
nie  zechciałaby  oddawać  części  mleka  małej  Teresie.  Zdaje  mi  się,  że  nikogo 

background image

takiego nie mamy, ale sprawdź to. Może o kimś zapomniałem.

– Denise Bliss? – podsunęła, gorączkowo i niemądrze, pragnąc od razu znaleźć 

rozwiązanie. Ale Richard potrząsnął głową.

– Po kilku dniach przeszła na  butelkę. Ściąganie pokarmu bardzo ją  męczyło. 

Zresztą od porodu minęło już siedem tygodni; jej mleko i tak już zmieniło skład i 
nie byłoby odpowiednie dla wcześniaka. Nie, to musi być ktoś, kto urodził bardzo 
niedawno.

–  No  to  Mary  Ellen  Meer.  Urodziła  dwa  tygodnie  temu  na  dziewięć  tygodni 

przed terminem.

–  Ona  karmi  piersią?  Sam  nie  wiem,  czemu  o  niej  nie  pomyślałem.  Mam 

wrażenie...

– Sprawdzę jej kartę i zadzwonię do niej.
– Tak, zrób to – odparł bez uśmiechu i zamknął się w swoim gabinecie.
Nicole zerknęła na zegarek i stwierdziła, że teraz właśnie ma wolną chwilę. Te 

wolne  chwile,  w  których  tęsknota  za  Richardem  natychmiast  stawała  się 
dojmująca,  mnożyły  się  ostatnio  nieznośnie.  Wyjęła  kartę  Mary  Ellen  Meer. 
Potwierdzała ona, że pani Meer urodziła właśnie drugie dziecko, pierwsze karmiła 
piersią i tym razem też miała taki zamiar.

Ale  gdy  zadzwoniła  do  niej  chwilę  później  i  ostrożnie  sformułowała 

niecodzienne i raczej delikatne pytanie, spotkała się z oburzeniem.

– Mój Boże, jak pani to sobie wyobraża? Pani chyba nie ma pojęcia, ile mnie to 

kosztuje, żeby wykarmić własne dziecko! I żeby prosić mnie o coś takiego właśnie 
teraz, kiedy tak się martwię o Joline! To bardzo nietaktownie z pani strony. Słowo 
daję, że wy, pielęgniarki, które nie macie własnych dzieci, nic nie rozumiecie!

Nicole  przekazała  tę  odpowiedź  –  może  tylko  nieco  ocenzurowaną  –

Richardowi, i znów poczuła się zaatakowana, gdy skomentował:

– To się zgadza. Dlatego właśnie nie pomyślałem o niej. Wiedziałem, że musiał 

być jakiś powód. Ona jest... – urwał na chwilę i dokończył: – powiedzmy, że nie 
jest  moją  ulubioną  pacjentką.  Bądź  uprzejma  zadzwonić  do  Jennifer  Powell  i 
powiedzieć jej, że na razie nikogo nie mamy. Tu masz jej numer. Mieszka chyba w 
motelu.

–  To  dosyć  niezwykła  sytuacja,  prawda?  –  spytała  Nicole.  Chciała  jakoś 

przełamać  wrogą  obojętność  Richarda.  –  Przychodnia  ginekologiczno-położnicza 
zwykle nie organizuje takiej pomocy.

– Twoim zdaniem to strata czasu?
– Skądże znowu. Ja tylko...

background image

–  Możesz to  uznać  za  przejaw zawodowej solidarności –  przerwał chłodno. –

Doktor Powell jest zdecydowana zrobić wszystko, co możliwe, żeby dziecko żyło. 
A ja chciałbym jej pomóc.

–  Nie  musisz  się  przede  mną  tłumaczyć,  Richard  –  odparła  nienaturalnie 

wysokim głosem. Była rozgoryczona, że nawet na taki temat nie mogą rozmawiać 
bez agresji.

–  Nie  ma  obawy,  nie  zamierzam  tłumaczyć  się  przed  tobą  ani  z  tego,  ani  z 

niczego innego – mruknął.

Nie pozostało jej więc nic innego, jak odwrócić się i odejść.
Później  zadzwoniła  do  motelu,  w  którym  zatrzymała  się  Jennifer  Powell,  ale 

nikt się nie zgłaszał, zostawiła więc wiadomość w recepcji. Jednak do końca dnia 
doktor Powell nie oddzwoniła.

Zaczął się weekend.
Okropnie  się  wlókł.  Do  tej  pory  mogła  się  oszukiwać,  że  ma  tu  jakieś  życie 

towarzyskie,  a  naprawdę  nie  miała  nic.  Kilka  razy  umawiała  się  z  Gretchen,  ale 
teraz  Gretchen  spotykała  się  z  jakimś  mężczyzną  i  nie  interesowało  ją  spędzanie 
czasu z koleżankami.

Daria też od dłuższego czasu jej nie zapraszała, lecz Nicole bynajmniej jej do 

tego  nie  zachęciła.  Raz  tylko  odwzajemniła  się  Hoganom,  goszcząc  ich  u  siebie. 
Pozwoliła  wszystkim  myśleć,  że  świetnie  sobie  radzi,  i  rzeczywiście  tak  było, 
dopóki jej dni i noce wypełniał Richard. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jej 
życie skoncentrowało się wokół niego.

W sobotę wieczorem zadzwoniła do Barb i powiedziała, że we wrześniu wraca 

do Australii.

–  Miałaś  rację  –  podsumowała,  skrywając  prawdziwe  uczucia  pod  maską 

udawanej  wesołości.  –  Myślę,  że  wszystko,  co  najlepsze,  mam  tu  już  za  sobą. 
Rzeczywiście było wspaniale...

Oba stwierdzenia były prawdziwsze, niż Barb mogła przypuścić...

W  poniedziałek  Richarda  nie  było  w  przychodni.  Miał  seminarium  na 

uniwersytecie  stanowym  Ohio,  toteż  Nicole  przydzielono  nowe  dla  niej  zadanie: 
informację telefoniczną.

Większość  dzwoniących  zadawała  pytania  z  dziedziny  ginekologii.  Pytano  o 

zabiegi  operacyjne,  zaburzenia  hormonalne  i  tym  podobne,  ale  telefonowały  też 
kobiety  w  ciąży.  Nie  do  wiary,  jakie  problemy  potrafiły  mieć  nawet  te  najlepiej 
wykształcone  i  świadome  –  nawiasem  mówiąc,  one  właśnie  panikowały 

background image

najbardziej!  Czy  w  pierwszym  trymestrze  ciąży  można  malować  paznokcie?  Czy 
można dotykać zwierząt? Czy pływanie może sprowokować poród?

Za  tymi  pytaniami  kryła  się,  rzecz  jasna,  troska  o  zdrowie  nie  narodzonych 

jeszcze dzieci, co należy docenić, nawet jeśli niektóre obawy wydawały się nieco 
przesadzone.

Wreszcie  kwadrans  po  dziesiątej  zdarzyło  się  coś  poważniejszego.  Nicole 

poznała  to  natychmiast  po  spiętym  głosie  i  przyśpieszonym  oddechu  swej 
rozmówczyni, zanim jeszcze dowiedziała się, kim ona jest.

– Dzień dobry. Mówi Kathy Solway. Czy to...
–  O,  dzień  dobry  pani.  Nicole  Martin  przy  telefonie.  –  Była  w  pełni 

skoncentrowana. Przed blisko dziesięcioma tygodniami Kathy dobrze zareagowała 
na  wypoczynek  w  łóżku.  Przedwczesnemu  porodowi  udało  się  zapobiec.  Teraz 
minęły  już  trzydzieści  dwa  tygodnie  ciąży,  ale  na  poród  wciąż  jeszcze  było 
stanowczo za wcześnie. – Co się dzieje?

Wiedziała, że tym razem nie chodzi o lakier do paznokci ani pływanie.
– Znowu mam skurcze. Jestem taka głupia! Dziś przyjeżdżają rodzice Mike’a i 

nie chciałam, żeby zobaczyli dom w takim stanie. Ależ jestem głupia!

– Niech pani o tym nie myśli. Proszę mi coś powiedzieć o tych skurczach. Czy 

są takie jak poprzednio?

–  Nie,  są  silniejsze  –  zabrzmiała  zrezygnowana  odpowiedź.  –  Znacznie 

silniejsze. Naprawdę bolesne, a ostatnie trzy były dokładnie co cztery minuty. Och, 
czemu zignorowałam ten pierwszy! Przecież nawet nie robiłam niczego naprawdę 
ciężkiego...

– Powinna pani do nas przyjechać. Czy mąż jest z panią?
– Nie, jest w pracy, ale już do niego dzwoniłam. Będzie za kilka minut.
– Proszę przyjeżdżać, jak tylko się zjawi.
– Do przychodni?
–  Nie,  chyba  lepiej  do  szpitala.  Myślę,  że  tym  razem  będzie  pani  musiała 

zostać.

– O, nie!
– To jeszcze przecież nie znaczy, że dziś pani urodzi! – przekonywała Nicole. 

W  słuchawce  słyszała,  że  pani  Solway  płacze.  –  Są  różne  możliwości.  Leżenie, 
leki...

Ale  objawy  opisane  przez  Kathy  nie  wróżyły  dobrze,  a  w  dodatku  czekał  ją 

jeszcze jeden cios.

– Doktor Gilbert jest dziś nieobecny.

background image

– Ojej!
– Dyżuruje doktor Turabian. Czy pani go zna?
– Nie.
– Jest bardzo dobry.
To jasne, inaczej by tu nie pracował, ale dla Kathy był osobą obcą, co jeszcze 

pogłębiło jej zdenerwowanie. Nicole ponownie spróbowała ją pocieszyć, po czym 
pożegnała  się i  zadzwoniła na położnictwo, aby ich uprzedzić o przybyciu nowej 
pacjentki, i odszukała Berja Turabiana.

Sprawy zaszły już tak daleko, że nic i nikt nie mógł powstrzymać ich biegu. O 

dwunastej piętnaście Kathy Solway urodziła synka, Andrew, którego  natychmiast 
zabrano na oddział intensywnej opieki noworodków.

–  Jak  to  się  czasem  komplikuje,  prawda?  –  powiedziała  do  Nicole  Elaine 

Bridgman, gdy wieści te dotarły do przychodni.

– Tak, ale o wiele częściej wszystko idzie dobrze – odrzekła stanowczo Nicole. 

– Mam nadzieję, że ty się niczym nie martwisz, Elaine. Chyba nic cię nie niepokoi?

– Zdaje się, że jestem po prostu trochę spięta – przyznała Elaine. – To już tak 

blisko. Minęło trzydzieści osiem tygodni. Caitlin urodzi się lada moment. – To imię 
wybrali  z  Paulem,  dowiedziawszy  się  od  Richarda,  że  według  sonogramu  będą 
mieli dziewczynkę. – Ale nie przyjechałam tu narzekać. W każdym razie nie tylko 
po  to.  Czy  jesteś  w  stanie  rozszyfrować  ten  podpis  albo  zorientować  się  z  treści 
listu, kto to może być? Mnie już głowa pęka.

Podała  Nicole  odręcznie  zapisany  świstek  pełen  protestów  przeciwko  jakoby 

nieuzasadnionym  rachunkom,  jednak  bez  podania  żadnych  faktów,  które 
umożliwiłyby  identyfikację  osoby.  A  nazwisko  nabazgrane  pod  spodem 
rzeczywiście trudno było odczytać.

– Maddon? – zaryzykowała Nicole. – Malley? Malden?
– Mówi ci to coś?
–  Nie,  ale za krótko tu  pracuję, żebym  mogła znać  wszystkich.  Pisze,  że „nie 

miała żadnych odchyleń od normy", co już nie brzmi zbyt prawdopodobnie.

–  Gdyby  chociaż  załączyła  wydruk  albo  numer  rachunku,  mogłybyśmy 

odszukać  ją  w  komputerze.  Trudno.  –  Elaine  opadła  na  oparcie  wózka  i 
przeciągnęła się. Jej cienka bawełniana bluzka lekko opinała brzuch. – Odłożę ten 
list  do  spraw  nie  załatwionych,  a  może  ona  napisze  jeszcze  raz,  kiedy  dostanie 
następny rachunek.

Westchnęła ciężko, można  by  rzec  –  ciężarnie.  Mimo  działającej klimatyzacji 

skórę miała gorącą i spoconą.

background image

– Tylko że ja tak nie cierpię nie załatwionych spraw.
Westchnęła jeszcze raz. Bluzka opinała ją naprawdę bardzo ciasno. Brzuch pod 

nią  wyglądał  jak  piłka  do  koszykówki,  a  raczej  jak  piłka  do  rugby,  bo  teraz 
wypiętrzył się jeszcze bardziej i przybrał kształt elipsoidalny.

– Hm, Elaine...
Elaine zaczęła się trząść, oblała się potem i ścisnęła rękami głowę.
– Coś się dzieje – wykrztusiła drżącym głosem. – Ciśnienie mi rośnie.
–  Ty  rodzisz,  Elaine.  Doktor  Gilbert  naprawdę  wybrał  nie  najlepszy  dzień  na 

seminarium.

– W takim razie muszę zadzwonić do Paula. Och, moja głowa! Z każdą chwilę 

gorzej. Czy mam zaczekać, aż Paul przyjedzie?

– Spytam doktora Turabiana, ale najpierw zmierzymy ciśnienie.
Jak  słusznie  podejrzewały,  okazało  się  zdecydowanie  za  wysokie  i  doktor 

Turabian nie pozwolił Elaine czekać na męża.

–  Wieź  ją  do  szpitala  –  polecił  Nicole.  –  Ja  zadzwonię  na  oddział  i  powiem, 

żeby się przygotowali do znieczulenia zewnątrzoponowego.

Naturalnie, Elaine nie potrzebowała tego zabiegu w celu wyeliminowania bólu, 

ponieważ od szóstego kręgu piersiowego w dół nie czuła niczego. W jej przypadku 
chodziło o blokadę impulsów nerwowych z dolnej części kręgosłupa.

– Musimy jak najszybciej obniżyć jej ciśnienie – podkreślił doktor Turabian. –

O dziecko będziemy się martwić później.

Nicole pchała wózek jak  mogła najszybciej. Na oddziale  czekała już położna, 

anestezjolog  i  pielęgniarka  anestezjologiczna.  Mogła  więc  spokojnie  zostawić  im 
pacjentkę, choć nie mogła uwolnić się od niepokoju. Naprawdę przywiązała się do 
Elaine.

–  Wszystko  będzie  dobrze  –  zapewniła  ją  teraz.  –  Jutro  o  tej  porze  wszyscy 

będziemy odwiedzać cię i podziwiać przez szybę maleńką Caitlin.

Ale Elaine wpadła w panikę i nie była w stanie reagować racjonalnie. Walczyła 

ze  łzami,  nie  rozumiała  pytań  ani  wskazówek  personelu.  Paul  ze  wszystkich  sił 
starał  się  jej  pomóc,  lecz  bezskutecznie;  Elaine  była  coraz  bardziej  zagubiona. 
Nicole wiedziała, że musi wyjść, aby nie pogłębiać zamieszania.

Na korytarzu drogę do windy zagrodziło jej łóżko. Przewożona na nim kobieta 

była zakryta kołdrą, tak że dopiero przeciskając się obok, Nicole rozpoznała Kathy 
Solway. Jechała właśnie z sali porodowej do swojego pokoju.

– Słyszałam, że ma pani syna.
– Tak. Ja... jeszcze nie mogę w to uwierzyć. Nie pozwolili mi go zobaczyć... Od 

background image

razu  go  zabrali.  Poród  był...  Tak  bardzo  się  bałam.  Mike  poszedł  na  oddział. 
Podobno on... Andrew wygląda dobrze, ale...

Zniecierpliwiony sanitariusz nie  czekał,  aż pacjentka  skończy. Muszę  do  nich 

zajrzeć  pod  koniec  dnia,  pomyślała  Nicole.  Do  Elaine  i  Kathy.  Obie  potrzebują 
wsparcia.

Na  szczęście  popołudnie  minęło  spokojnie.  Cała  przychodnia  wiedziała,  że 

Elaine  rodzi,  i  czekała  na  rezultat,  ale  szło  to  najwyraźniej  powoli.  Znieczulenie 
zewnątrzoponowe  spełniło  zadanie,  normalizując  ciśnienie,  jednak  miało 
niekorzystny wpływ na tempo rozwierania się szyjki. W dodatku Ellen rodziła po 
raz pierwszy, no i nie bez znaczenia pozostawał fakt, że była niepełnosprawna.

– Jedyna z tego korzyść, że doktor Gilbert odbierze poród – powiedziała Daria 

Hogan o wpół do piątej, gdy wszyscy zaczęli się już zbierać do domu.

– Doktor Turabian też by sobie świetnie poradził – odparła Ellen Glover.
– Nie  chodzi mi teraz  o Elaine, tylko o doktora Gilberta – wyjaśniła Daria. –

Wiem, że bardzo chciałby doprowadzić ją do końca. Tyle przecież zrobił, żeby ją 
namówić na dziecko, i tak długo dodawał im otuchy.

–  Naprawdę?  –  szepnęła  Nicole,  nie  potrafiąc  ukryć  zainteresowania 

wszystkim, co się wiązało z Richardem. – Nie wiedziałam.

–  O,  tak.  I  Paul,  i  Elaine  byli  z  początku  nastawieni  bardzo  sceptycznie  do 

ciąży, ale doktor Gilbert przekonał ich, że to całkiem możliwe i że to tylko pogłębi 
więź między nimi.

Więź.
Jaka szkoda, że sam nie potrzebuje tego, co tak ceni u innych. Na myśl o tym 

Nicole przeszył ostry ból, powiedziała więc szybko:

– Czy ktoś jeszcze wybiera się ze mną do Elaine?
– Chętnie bym poszła – odparła Daria – ale muszę odebrać dzieciaki ze szkoły.
– Ja też – dorzuciły chórem Ellen i Stephanie.
– Po mnie o piątej przyjeżdża Brian – powiedziała Gretchen. – Nie zdążę.
– Na pewno też Elaine nie życzyłaby sobie tłumów – wtrąciła Sarah Turner.
– Na pewno – przytaknęła Daria. – Ale dobrze, że ty idziesz, Nicole. To chyba 

jeszcze długo potrwa.

Nicole  zastała  Elaine  zupełnie  odmienioną.  Odprężona,  patrzyła  z  Paulem  na 

monitor,  komentując  wesoło  zapis  skurczów  i  czynności  serca  dziecka  na 
monitorze.

Był  to  doprawdy  poród  dwudziestego  pierwszego  wieku.  Cewnik  do 

znieczulenia zewnątrzoponowego, dren do kroplówki, monitor... Ale Elaine z góry 

background image

wiedziała, czego się ma spodziewać, i nie odczuwała z tego powodu frustracji.

– Właściwie jest mi fantastycznie – zwierzyła się Nicole. – Paul i ja cały czas 

się śmiejemy. Zobacz, jaki kapitalny program. Nie mam żadnych bólów, a dziecko 
cierpliwie  czeka  na  odpowiedni  moment,  żeby  wyjść  na  świat.  Zdaje  się,  że 
przedtem trochę histeryzowałam, ale teraz...

– To wspaniale, Elaine.
– A skoro to idzie tak powoli, może doktor Gilbert będzie jednak mógł odebrać 

poród. Miejmy tylko nadzieję, że to nie będzie nad ranem.

– Miejmy nadzieję...
Jakie  to  straszne,  że  tak  trudno  jej  mówić  o  nim,  nawet  w  najbardziej 

niewinnym kontekście. I jak bardzo tęskniła za słodkim, tajemnym dreszczykiem, 
który  jeszcze  do  poprzedniego  weekendu  przeszywał  ją  za  każdym  razem,  gdy 
miała okazję o nim wspomnieć!

Posiedziała jeszcze chwilę, po czym poszła poszukać Kathy Solway. Jej pokój 

znalazła bez trudu, ale lokatorki w nim nie  było. Nicole domyśliła się, że jest  na 
oddziale intensywnej opieki noworodków, przy synku.

Miała rację. Kathy stała przy boksie z tęsknym i bezradnym wyrazem twarzy, 

patrząc, jak pielęgniarka wpisuje coś do karty chłopca.

– Pierwsze dwie doby są krytyczne – zaczęła od razu. Najwyraźniej powtarzała 

to,  co  usłyszała  od  lekarzy.  I  dodała:  –  On  jest  jednym  z  największych  i 
najzdrowszych dzieci na oddziale.

– Rzeczywiście – potwierdziła Nicole.
Co  prawda  komuś,  kto  nie  widział  jeszcze  wcześniaka,  trudno  byłoby  w  to 

uwierzyć.  Andrew  nadal  miał  czerwoną,  cienką,  niemal  przezroczystą  skórę, 
cieniutkie, nieokreślonej barwy włoski i typową dla tych dzieci żabią figurkę. Ale 
był  ruchliwy  i  żwawy  i  dobrze  oddychał,  wspomagany  tylko  częściowo  przez 
respirator.

– Przyszłam zapytać, czy nie potrzebuje pani jakiejś pomocy – podjęła Nicole, 

lecz  Kathy  była  wciąż  zbyt  przejęta,  by  móc  się  skupić  na  własnych potrzebach. 
Milczała,  wpatrzona  w  synka;  tymczasem  w  głowie  Nicole  zakiełkowała  nowa 
myśl. Może Kathy zgodziłaby się ofiarować pokarm maleńkiej Teresie Powell?

Teresy  należało  szukać  gdzie  indziej.  Oddział  był  podzielony  na  trzy  części. 

Najmniejsze  i  najsłabsze  dzieci  znajdowały  się  na  końcu,  a  te,  które  musiały  po 
prostu troszkę podrosnąć, najbliżej wyjścia. Andrew Solway, kwalifikujący się do 
kategorii  pośredniej,  leżał  w  części  środkowej  i  miał  perspektywę  szybkiego 
awansu do najzdrowszej grupy. Teresa, naturalnie, była w gorszej sytuacji.

background image

Nicole  przeprosiła  na  chwilę  –  choć  Kathy ledwo  to  zauważyła –  i  poszła  na 

koniec  korytarza.  Jennifer  Powell  siedziała  na  krześle  obok  boksu  siostrzenicy, 
pochylając głowę nad podręcznikiem medycznym.

– Dzień dobry, pani doktor. Nie miałyśmy jeszcze okazji się poznać...
Drobna,  szczupła  kobieta,  o  wyglądzie  zbyt  młodzieńczym  jak  na  lekarkę,

podniosła na nią wzrok i uśmiechnęła się wyczekująco.

– Tak? Mam wrażenie, że już panią widziałam, ale...
– Jestem pielęgniarką doktora Gilberta. Zostawiłam pani doktor wiadomość w 

motelu.

– Ach, oczywiście! – Znużone oczy kobiety zabłysły. – Dzwoniłam do państwa 

późnym popołudniem w piątek, ale zgłaszała się tylko automatyczna sekretarka, a 
potem byłam tak zajęta... I tak jeszcze za wcześnie na żywienie przez sondę. A czy 
pani może kogoś znalazła?

– Sama nie wiem – odparła szczerze Nicole. – Akurat teraz jest tu ktoś, z kim 

chciałabym panią poznać.

Poprowadziła  doktor  Powell  do  miejsca,  gdzie  wciąż  jeszcze  stała  Kathy  –

prawdę  mówiąc,  powinna  więcej  leżeć  –  przedstawiła  je  sobie,  a  gdy  zaczęły 
rozmawiać, wycofała się na dalszy plan.

Jennifer  Powell,  pochłonięta  jedną  myślą,  nie  krążyła  zbyt  długo  wokół 

właściwego tematu.

–  Poszukuję  osoby,  która  zgodziłaby  się  oddawać  pokarm  mojej  siostrzenicy. 

To dlatego Nicole chciała, żebyśmy się poznały i żeby pani usłyszała historię mojej 
siostry.  Przepraszam,  wiem,  że  to  pani  w  najmniejszym  stopniu  nie  dotyczy,  ale 
Teresa  musi  żyć!  Rozumie  mnie  pani?  Proszę,  niech  się  pani  zastanowi,  czy 
mogłaby pani to dla niej zrobić!

Kathy dłuższą chwilę milczała.
–  Nie  mam  pojęcia  –  rzekła  w  końcu.  –  Chciałabym  pani  pomóc,  ale  to 

wszystko spadło na mnie tak nagle... Nie wiem, czy będę umiała ściągać pokarm.

– Może chciałaby ją pani zobaczyć? – zaproponowała żarliwie Jennifer. – Jest 

taka maleńka. Pani chłopak wygląda przy niej jak piłkarz. Ale ona ma wolę życia! 
Gdybym mogła zaproponować jakieś... zadośćuczynienie finansowe...

– Nie – odparła Kathy stanowczo.
– Mówię poważnie.
–  Ja  też.  Przede  wszystkim  wątpię,  żeby  ktoś  umiał  wycenić  wolnorynkową 

cenę mleka kobiecego.

Po raz pierwszy roześmiały się wszystkie trzy.

background image

– A wracając do Teresy – podjęła Kathy – chętnie ją poznam.
Nie  trzeba  było  niczego  więcej,  by  przekonać  Kathy,  żeby  zdobyła  się  na  tę 

ofiarę  dla  cudzego  dziecka.  Nicole  wzięła  na  siebie  załatwienie  jej  badań  –
wykluczających  nieświadome  nosicielstwo  ewentualnych  chorób  –  oraz  naczyń  i 
elektrycznej ściągaczki. Na koniec nalegała gorąco, by Kathy wróciła do pokoju i 
położyła się, ale ona nie chciała jeszcze opuścić synka.

– Położę się, jak tylko Mike przyjdzie – obiecała.
Nicole podchwyciła spojrzenie pielęgniarki z oddziału. Nie martw się, już ja się 

tym zajmę, mówiło. Pożegnała się więc z Kathy i Jennifer Powell i wyszła.

W drodze powrotnej do przychodni uprzytomniła sobie z pewnym zdziwieniem, 

że już po szóstej. Faktem jest, że nie miała się specjalnie do czego śpieszyć. Czuła 
się  kompletnie  wyczerpana  troską  o  Elaine,  Kathy,  a  nawet  o  Jennifer,  choć  tak 
mało ją znała.

Zazwyczaj aż tak się nie angażuję, pomyślała. Co mnie teraz napadło?
Oczywiście wiedziała. To utrata Richarda i tego, co ich łączyło, podkopały jej 

emocjonalną równowagę, która zwykle pozwalała jej utrzymywać zdrowy dystans 
do spraw pacjentek, nawet tak bliskich sercu jak Elaine.

Westchnęła i otworzyła drzwi dla personelu w połowie drogi między windą a 

rejestracją.  O  tej  porze  w  przychodni  nie  powinno  już  być  nikogo.  Nicole 
zapragnęła  posiedzieć  tu  trochę  sama:  uporządkować  biurko,  przygotować  karty 
pacjentek na następny dzień, wypić herbatę. Do domu jej nie ciągnęło.

W  domu  czeka  upał,  pustki  w  lodówce,  chyba  że  wstąpi  po  drodze  do 

supermarketu, i samotność, skoro Richard nie zadzwoni ani nie wpadnie. Barbara 
już  planuje  przyjazd,  remont  i  przygotowanie  domu  do  sprzedaży.  Przez  to 
wszystko Nicole zaczęła się czuć jak ktoś, kim była naprawdę: jak przelotny i już 
nie tak mile jak dawniej widziany gość.

Poszła  do  pomieszczenia,  w  którym  pracownicy  przychodni  jadali  posiłki,  i 

zrobiła sobie herbatę. Potem z kubkiem w ręku skierowała się do swego pokoiku, 
żeby go trochę uporządkować. Na ścianie nad telefonem wciąż jeszcze wisiał stary 
grafik  dyżurów.  Pociągnąwszy  łyk  pozbawionej  smaku  herbaty,  zerwała  grafik, 
zmięła i wyrzuciła do kosza na śmieci. Odwróciła się i nagle aż drgnęła na widok 
wychodzącego ze swego gabinetu Richarda.

Gorąca  herbata  chlusnęła  jej  na  dłoń.  Piekący  ból  błyskawicznie  dotarł  do 

mózgu,  a  upuszczony  kubek  stuknął  o  podłogę.  Jeśli  Richard  zauważył,  że  się 
oparzyła,  nie  zamierzał  tracić  czasu  na  współczucie.  W  jego  głosie  brzmiało 
znużenie i rozdrażnienie.

background image

– Na miłość boską, co ty tu jeszcze robisz? Chyba nie jesteś aż tak obciążona 

pracą, żebyś nie mogła jej wykonać w czasie, za który ci płacą?

Zabrzmiało  to  jak  zarzut,  kwestionowanie  jej  umiejętności  organizacyjnych. 

Uklękła  i  niezdarnie  próbowała  zebrać  rozlany  płyn  chusteczką  do  nosa.  Jedna 
chusteczka  na  cały  kubek  herbaty,  ale  pomysł!  Richard  prychnął  zirytowany, 
zawrócił  do  pokoju,  chwycił  papierowy  ręcznik  i  w  kilka  chwil  poradził  sobie  z 
kałużą.

Przyglądała  mu  się  w  milczeniu,  nie  zwracając  uwagi  na  ból.  Dopiero  po 

długiej chwili zdołała odpowiedzieć na jego pytanie.

– Ja... nie byłam tu przez cały czas. Właśnie wróciłam z położnictwa. Byłam u 

Elaine i u Kathy Solway.

–  Ach,  robiłaś  obchód?  –  rzucił  sarkastycznie.  Oczywiście  doktor  Turabian 

przekazał mu informacje o obu pacjentkach. – Nie wiedziałem, że to także należy 
do twoich obowiązków.

Jeśli nawet chciał tylko zażartować, to jego przyjazne intencje były tak głęboko 

ukryte, że trudno było je wyczuć. Nie cierpiała tego obcego tonu, tym bardziej że w 
ciągu ich kilkumiesięcznej znajomości była przekonana, że poznała wszystkie jego 
nastroje i pokochała je, zwłaszcza poczucie humoru.

–  To  nie  był  obchód  –  próbowała  się  bronić,  zupełnie  pozbawiona  swego 

zwykłego  refleksu  i  pewności  siebie.  –  Elaine  jest  mi  bliska.  A  co  do  Kathy 
Solway, to też miała ciężki dzień. Ale mimo to zgodziła się karmić małą Powell. 
Czy to nie dobra nowina?

– Świetna – odparł odruchowo. – A teraz, skoro herbatę i tak rozlałaś, może byś 

poszła do domu.

Było to równie bezlitosne jak uderzenie w twarz, i tak też Nicole się poczuła. 

Policzki ją paliły, ręka zaczęła piec i pulsować.

Musi  znaleźć  jakąś  odpowiedź,  coś  inteligentnego  i  ciętego,  coś,  co  go 

naprawdę zrani. Tylko że nic nie przychodziło jej do głowy. Zanim się pogodziła 
ze  swą  porażką,  po  prostu  na  niego  patrzyła  z  dumnie  podniesioną  głową,  co, 
niestety, uwidaczniało jej drżącą brodę, ceglaste wypieki i wilgotne oczy.

Już  miała  się  odwrócić  i  wyjść,  gdy  on  mruknął  pod  nosem  coś 

nieparlamentarnego i szorstko przyciągnął ją do siebie.

– O Boże, Nico! Jak ja cię nienawidzę!

background image

Rozdział 10

Te słowa do niej nie dotarły. A jeśli nawet dotarły, od razu straciły znaczenie.
Chciał ją ukarać, to było jasne jak słońce. Trzymał ją w żelaznym uścisku, jego 

usta brutalnie wpijały się w jej wargi. Stała bez ruchu, starając się zebrać siły, by 
go  odepchnąć; tymczasem jej  ciało, od tylu dni pozbawione jego dotyku, zaczęło 
już reagować.

Nie wolno! Musi z nim walczyć. On nie może pomyśleć, że ona tego pragnie. 

Ale jak trudno się na to zdobyć! Jęknęła cicho, rozchyliła usta i to widocznie coś w 
nim odmieniło.

Przestał  być  brutalny.  Nie  ściskał  jej,  lecz  tulił,  a  potem  ujął  jej  twarz  i 

pocałował oczy.

– Płaczesz, Nico? Przeze mnie? To dobrze! – powiedział szorstko.
–  Tak,  to  cię  cieszy,  prawda?  –  Głos  jej  się  łamał.  –  Lubisz  wywoływać  u 

innych uczucia, do których sam nie jesteś zdolny.

– Ja nie jestem zdolny do uczuć? – Zaśmiał się złym śmiechem. – Nienawidzę 

cię, Nico, bezgranicznie. I bezgranicznie cię pożądam. To chyba świadczy o tym, 
że jednak coś czuję.

– To nie tak! – odparła ostro. Narastający gniew podsycił jej siłę i odwagę. –

Pożądanie to nie uczucie. – Boże przebacz, sama pożąda go w tej chwili aż do bólu. 
–  To  fizjologia.  Więc  nie  mów  mi o  swoich  „uczuciach",  Richard.  Ty  nawet  nie 
wiesz, co to znaczy!

– Przyganiał kocioł garnkowi!
–  Nieprawda!  Ja...  –  Urwała.  Przecież  nie  może  mu  teraz  powiedzieć,  że  go 

kocha. Wszystko tylko nie to. – Ja tobą gardzę.

– Zgodnie z twoim tokiem rozumowania, to też nie jest uczucie – wytknął jej.
– Nie jest? No to nie! A teraz puść mnie i raz na zawsze daj mi spokój. To ty 

chciałeś  zerwać,  to  ty  ustanawiałeś  zasady,  mówiłeś  o  zasadach,  pilnowałeś  ich 
przestrzegania. Więc, do cholery, sam się do nich stosuj!

Nie  spodziewała  się,  że  jej  usłucha,  a  jednak  zrobił  to:  opuścił  ręce,  dziwnie 

bezradnie  zwiesił  wzdłuż  tułowia,  po  czym wyciągnął  je  znowu,  ujął  jej  dłonie  i 
podniósł na wysokość serca.

–  Masz  rację  –  rzekł  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Przepraszam.  Jestem  zły  i 

odgrywam się na tobie. Ale od tego ani mnie, ani tobie nie jest lżej, prawda?

– Właśnie.

background image

Jego  szczerość  rozbroiła  ją  zupełnie.  Jak  uczciwość  może  w  tak  dziwaczny 

sposób współistnieć z okrucieństwem?

– W przyszłości postaram się panować nad sobą – dodał.
– Byłabym wielce zobowiązana. – I dodała impulsywnie: – Na pewno ucieszy 

cię  wiadomość,  że  nie  będziesz  się  musiał  długo  starać.  Jeszcze  nikomu  nie 
mówiłam,  ale  Barb  wychodzi  za  mąż  za  mojego  szefa  z  Sydney,  doktora  Hilla. 
Chce we wrześniu sprzedać dom i obie uznałyśmy, że najlepiej będzie, jeśli wrócę 
do domu i dawnej pracy, nie kończąc już tej wymiany. Możesz więc zacząć szukać 
sobie nowej pielęgniarki.

–  We  wrześniu?  –  rzekł  zaskoczony.  –  To  dwa  miesiące,  a  właściwie  sześć 

tygodni.

– Niedługo.
– Niedługo – powtórzył jak echo. – Od jak dawna o tym wiesz? Czy wiedziałaś, 

kiedy... Czy Barb powiedziała ci o tym dziesięć dni temu?

–  Nie,  dzwoniła  w  środę.  Nie  mówiłam  o  tym  od  razu,  bo  chciałam  się 

zastanowić, czego właściwie chcę.

– To znaczy, że rozważałaś inne możliwości?
– Tak. Barb zgadza się, żebym została do końca, jeśli zechcę.
– Ale nie chcesz...
– Nie chcę – potwierdziła.
Miała  tego  absolutnie  dość;  rozmowa  z  nim  przynosiła  jej  tylko  cierpienie. 

Wysunęła  dłonie  z  jego  uścisku  i  skrzywiła  się.  Czerwona  skóra  piekła  ją  teraz 
niemiłosiernie.  Richard  spojrzał  na  jej  rękę  i  po  raz  pierwszy  zwrócił  uwagę  na 
oparzenie.

– To od tej herbaty?
– Tak.
– No wiesz! Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Dlaczego to sprzątałaś? Trzeba 

było podstawić rękę pod zimną wodę i trzymać przynajmniej dziesięć minut.

– Wiem – odparła. – Jestem pielęgniarką. To nic poważnego.
–  Ale  boli.  Zaprzepaściłaś  okazję,  żeby  zastosować  najskuteczniejszą  metodę 

pierwszej pomocy.

–  Jeszcze  raz  ci  mówię,  że  wiem  o  tym.  Jak  być  może  pamiętasz,  nasza 

rozmowa miała wtedy taki przebieg, że nie czułam innego bólu.

Teraz  jednak  ręka  naprawdę  ją  bolała.  Prostując  ją,  mimowolnie  znów  się 

skrzywiła.

–  No  to  zrobimy  to  teraz –  oświadczył i  ignorując  odruch protestu,  ujął  ją  za 

background image

łokieć i pociągnął do umywalki w laboratorium.

Zimna  woda  z  kranu  rzeczywiście  przyniosła  ulgę.  Było  jej  dobrze,  tym 

bardziej że Richard dotykał jej teraz bardzo delikatnie.

–  Paskudnie  to  wygląda  –  mruknął,  ostrożnie  rozdzielając  jej  palce.  –  Masz 

aktualne szczepienie przeciwtężcowe?

– Tak. Doszczepiałam się tuż przed przyjazdem tutaj.
– To dobrze, bo już ci się robią pęcherze, a one łatwo ulegają zakażeniu. Masz

w domu jakąś maść przeciw oparzeniom?

– Nie, nie mam.
–  Kup  sobie  po  drodze  silvaden.  Nie,  czekaj!  Nie  możesz  prowadzić  z  taką 

ręką!

– Nie wygłupiaj się. Oczywiście, że mogę prowadzić.
Jeszcze raz delikatnie zbadał jej rękę.
– Nie. Masz oparzone przestrzenie międzypalcowe, a tam skóra jest niezwykle 

wrażliwa.

Ile to razy całował ją w te wrażliwe miejsca! Czuła, że Richard myśli teraz o 

tym samym, ale się do tego nie przyznaje.

– Nie będziesz w stanie pewnie trzymać kierownicy, więc jak zapanujesz nad 

samochodem?

– To zadzwonię po taksówkę. – Wzruszyła ramionami. – Żaden problem.
Z  pewnością  był  to  mniejszy  problem  niż  jego  bliskość,  lekki  ucisk  jego 

ramienia, oddech...

– Nie bądź idiotką, Nico. Odwiozę cię.
– Doprawdy? Mógłbyś mi chyba zrobić tę uprzejmość, żeby ująć to w formie 

propozycji, a nie rozkazu.

– W porządku – rzekł zniecierpliwiony. – Zatem proponuję, że odwiozę cię do 

domu, a po drodze kupimy ci silvaden.

Dalsze protesty nie mają chyba sensu. Chociaż...
– Przecież masz dzisiaj dyżur, prawda?
– Oczywiście, wezmę pager. Na razie nic się nie dzieje. I tak miałem pojechać 

do domu. To seminarium było dosyć męczące.

– A co z Elaine?
–  Jeszcze  wiele  godzin  minie,  zanim  coś  się  wydarzy.  Dziś  mogłem  jedynie 

podłączyć jej oksytocynę. Słuchaj, dlaczego my właściwie o tym rozmawiamy?

– Nie wiem. Neutralny temat?
– Kiedy nie wiem, o czym mówić, wolę milczeć.

background image

–  W  porządku  –  zgodziła  się,  choć  wcale  nie  było  jej  lekko.  –  Wobec  tego 

milczmy.

Oboje  wytrwali  jakiś  czas  w  tym  postanowieniu.  Bez  słowa  zamknęli 

przychodnię i poszli do samochodu. W tej ciszy nic nie zakłócało Nicole myśli o 
wszystkich  chwilach,  które  spędzili  razem  w  jego  samochodzie.  Przypomniała 
sobie  pierwszy  dzień,  kiedy  Richard  przyszedł  jej  z  pomocą  podczas  śnieżycy, 
potem wszystkie wspólne wyprawy do restauracji, do kina... I wreszcie ostatni raz, 
gdy  osiem  dni  temu  wracali  z  Hocking  Hills  i  tak  jak  teraz  zatrzymali  się  przy 
supermarkecie.

Tym  razem  to  on  wszedł  do  środka.  Gdy  wrócił,  rzucił  jej  na  kolana  małą 

papierową torebkę.

– Nie musisz nosić opatrunku. Wystarczy delikatnie zmywać i trzy, cztery razy 

dziennie  smarować  tą  maścią.  Ale  gdyby  ci  to  przeszkadzało  w  pracy,  to 
oczywiście owiń rękę. Jutro sprawdzę, jak się goi.

– Nie trzeba. Będę uważać. Nie jestem głupia.
– Wiem, że nie – mruknął, podjeżdżając pod dom Barb.

–  Kto  coś  wie  o  Elaine?  Nicole,  ty  nie?  Cynthia?  Gretchen?  –  pytała  Daria, 

wchodząc następnego ranka do laboratorium. – O której urodziła się nasza Caitlin?

– Jeszcze się nie urodziła – odparła Cynthia. – Byłam tam o siódmej rano i nic.
– Och, biedactwo! – jęknęła Daria.
– Caitlin?
– Elaine! Chociaż ona pewnie po prostu spała, nie czuje przecież bólu.
–  Była  już  trochę  podminowana, kiedy  do  niej  zajrzałam  –  dodała  Cynthia. –

Teraz pewnie jest u niej doktor Gilbert.

Po kilku minutach Richard zjawił się w przychodni.
–  Na  razie  nie  chce  oksytocyny,  a  ja  nie  nalegam.  Z  dzieckiem  nic  się  nie 

dzieje, marne cztery centymetry rozwarcia. Jeśli wkrótce coś się nie zmieni...

Wszyscy mieli zatroskane miny i wymieniali pełne niepokoju komentarze, lecz 

Richard widział i słyszał tylko Nicole. Zauważył, że mimo wczorajszych protestów 
założyła  opatrunek.  Byłoby  rzeczą  naturalną  spytać,  co  się  stało.  Nie  wiedział 
jednak,  co  Nicole  powiedziała  innym.  Że  oparzyła  się  przez  niego?  Sam  tak 
uważał.  A  jeśli  nie  wspomniała  nikomu  o  jego  roli,  to  powinien  udawać,  że  o 
niczym nie wie, i jednak spytać...

Niech to diabli! Nie cierpiał takich sytuacji! Pomyśleć, że w czasie trwania ich 

związku ta tajemniczość wydawała mu się rozkoszna. Czasem aż w nim wrzało na 

background image

widok  tej  postaci  w  białym  mundurku,  który  tak  podkreślał  jej  figurę  i  wdzięk, 
jasną cerę i te wspaniałe, pełne ognia włosy. A teraz...

– Będę u siebie, Nicole.
Tyle  tylko  zdołał  powiedzieć  i  oddalił  się,  wiedząc  doskonale,  że  za  jego 

plecami część personelu wymienia znaczące spojrzenia. Zatrzasnął za sobą drzwi.

Cały dzień był jakiś męczący. Kathy Solway została wypisana ze szpitala zaraz 

po  lunchu.  Gdy  tylko  zjawiła  się  w  domu,  natychmiast  zadzwoniła,  płacząc,  i 
koniecznie  chciała  rozmawiać  z  Richardem.  Odebrał  ten  telefon  w  zaciszu 
gabinetu; czuł, że Kathy naprawdę go potrzebuje.

– Nie wiem, co robić, panie doktorze – szlochała. – Szew mi spuchł i okropnie 

boli.  –  Jak  to  zwykle bywa  przy przedwczesnych porodach, krocze  miała  nacięte 
nieco  szerzej,  niż  gdyby  rodziła  w  terminie.  Robi  się  tak,  by  ułatwić  drogę 
delikatnej główce wcześniaka. – Tak bardzo chciałam być z dzieckiem, ale wczoraj 
chyba przesadziłam. Dzisiaj ledwo chodzę. I pęcherz mi dokucza, i chyba za dużo 
krwawię. Próbuję ściągać pokarm, ale nic nie idzie...

Nie  mógł  jej  teraz  dać  żadnej  dobrej  rady.  Jedynym  lekarstwem  był  w  tym 

wypadku  czas  i  odpoczynek.  Przez  chwilę  żałował,  że  nie  wymyślił  jakiegoś 
powikłania  poporodowego,  które  umożliwiłoby  jej  pozostanie  dzień  dłużej  w 
szpitalu.  Znał  jednak  z  wcześniejszych  doświadczeń  jej  towarzystwo 
ubezpieczeniowe i wiedział, że nie uniknąłby telefonu od podejrzliwego urzędasa, 
kwestionującego  zasadność  jego  decyzji  i  szukającego  powodu,  by  nie  pokryć 
rachunku. Powiedział więc tylko:

– Czy mąż mógłby panią przywieźć do nas? Rano wszystko wyglądało dobrze. 

Dostała pani w szpitalu ulotkę na temat karmienia piersią i pielęgnacji szwu?

–  Tak  –  padła  jeszcze  bardziej  żałosna  odpowiedź.  –  Ale  jak  można  się  tego 

nauczyć z paru kartek?

–  Wiem,  to  beznadziejne.  Proszę  po  prostu  przyjechać,  kiedy  pani  będzie 

mogła. Nicole poświęci pani tyle czasu, ile pani będzie potrzebowała. Ona jest nie 
tylko pielęgniarką, ale i wykwalifikowaną położną, i bardzo dużo wie o karmieniu 
piersią.  Obejrzymy  też  miejsce  nacięcia,  ale  mam  wrażenie,  że  pani  ma  rację. 
Chyba pani wczoraj troszkę przesadziła.

–  Jak  mogłam  nie  przesadzić!  –  Szloch  nie  pozwolił  jej  mówić  dalej.  –

Przepraszam, panie doktorze.

Odłożyła słuchawkę, sądząc po dźwięku, niezdarnie.
Richard westchnął i ukrył twarz w dłoniach, szybko jednak się wyprostował, bo 

odezwał  się pager.  Oczywiście, położnictwo.  Gdy zadzwonił, usłyszał  zwodniczo 

background image

pogodny głos pielęgniarki Elaine:

–  Chyba  powinien  pan  przyjść,  panie  doktorze.  Czynność  serca  dziecka 

wyraźnie się zwalnia przy każdym skurczu.

– Cholera! Już idę, Susie.
Z  rozmachem  otworzył  drzwi  i  wypadł  na  korytarz,  prawie  zderzając  się  z 

Nicole, która właśnie wprowadzała pacjentkę do drugiego gabinetu. Zawołał tylko: 
„Elaine!", i chciał ją wyminąć.

– Gotowa do porodu? – spytała. – Wspaniale, zaraz wszystkim ogłoszę.
–  Nie,  nie  gotowa.  To  znaczy,  właściwie  gotowa,  ale  do  cesarskiego  cięcia. 

Wystąpiły wahania tętna.

– O, nie!
Przygryzła słodkie, pełne usta, które tak lubił całować. Cóż było mówić? Chciał 

odejść, gdy przypomniał sobie coś jeszcze.

– Niedługo przyjedzie Kathy Solway. Zajmij się nią starannie. Ona tego bardzo 

potrzebuje.

Wyszedł, nie czekając na odpowiedź. Co za straszny dzień, pomyślała Nicole. 

Pozostało jej poinformować czekające pacjentki, że doktor Gilbert został wezwany 
do operacji i nie wiadomo, kiedy wróci.

Kathy Solway zjawiła się w przychodni, zanim dotarły tu jakiekolwiek wieści o 

Elaine.  Męża  natychmiast  posłała  do  synka.  Pod  nieobecność  Richarda  Nicole 
sama obejrzała bolesny, spuchnięty szew po nacięciu.

– Zakażenia nie ma – zawyrokowała. – Nie może pani teraz zrobić nic więcej, 

jak tylko leżeć w łóżku.

– W końcu cóż innego robiłam przez ostatnie dziesięć tygodni, prawda?
–  Wiem,  że  to przykre,  ale niech  pani  to zrobi  dla  małego.  Wczoraj  za długo 

pani  chodziła.  Rozumiem,  że  chciała  pani  być  z  nim,  ale  trzeba  trochę  się 
oszczędzać,  póki  pani  sama  nie  będzie  w  lepszej  formie.  Proszę  często  myć  to 
miejsce  letnią  wodą  i  pamiętać,  że  jeśli  pani  odpocznie  i  odpręży  się,  to  będzie 
łatwiej ściągać mleko.

– Nienawidzę tej ściągaczki!
Tym  też  trzeba  było  się  zająć.  Nicole  cierpliwie  tłumaczyła,  jak  ważna  jest 

odpowiednia pozycja i wypoczynek. Potem delikatnie zbadała piersi Kathy.

–  Na  razie  mleko  jeszcze  nie  zaczęło  napływać.  Najpierw  pierś  zaczyna 

produkować  siarę,  i  tylko  tego  może  się  pani  spodziewać.  Pozna  ją  pani  z 
łatwością, bo jest wyraźnie żółta.

– Chwilami myślę, że musiałam być niespełna rozumu, obiecując doktor Powell 

background image

mleko  dla  jej  siostrzenicy.  Skoro  tyle  wysiłku  trzeba  włożyć  w  wykarmienie 
jednego dziecka...

– Niech  pani  nie  traktuje  niczego,  co  pani  dziś  czuje,  zbyt  zasadniczo  –

doradziła  Nicole. –  Trzeba  to  po  prostu przetrwać.  Jeśli nie  będzie  pani  w  stanie 
wykarmić dwojga dzieci, doktor Powell będzie musiała znaleźć inne rozwiązanie, i 
to  wszystko.  A  teraz  proszę  sobie  tu  spokojnie  posiedzieć  i  spróbować  coś 
ściągnąć. Za chwilę do pani zajrzę i zobaczymy, jak poszło.

– Nadal nic nie wiadomo o Elaine.
Te  słowa  powitały  Nicole  w  laboratorium,  dokąd  się  dyskretnie  wycofała. 

Najwyraźniej w całej przychodni nie mówiono o niczym innym. Doktor Mason co 
chwila  pojawiał  się  w  drzwiach  całkiem  bez  powodu,  z  pytającym  wyrazem 
twarzy.  Doktor  Smith,  który  był  nieobecny,  już  dwa  razy  dzwonił  z  telefonu 
komórkowego. Doktor Kramer wciąż próbowała liczyć godziny i minuty.

– Powiedzmy, że zaczęli ją przygotowywać do cięcia, zanim Richard dotarł na 

miejsce. Potem znieczulenie, szycie... Już powinniśmy coś wiedzieć!

Była prawie trzecia po południu. Z gabinetu drugiego wyjrzała Kathy Solway. 

Uśmiechnięta  i  absurdalnie,  ale  i  uroczo  dumna,  zaprezentowała  warstewkę 
żółtawej cieczy na dnie dwóch naczynek. Rozpromieniła się jeszcze bardziej, gdy 
Nicole zaproponowała, że znajdzie jej wózek, by mogła pojechać do synka. Kryzys 
minął.

–  A  co  z  Elaine?  Przecież on  musi  w końcu  zadzwonić!  –  szepnęła do  siebie 

Nicole.

Richard  nie  zadzwonił,  po  prostu  wszedł  wejściem  dla  personelu  i  stanął  w 

progu laboratorium. Nicole dostrzegła go pierwsza.

– I co?
Cały  personel  zebrał  się  w  oka  mgnieniu.  Wszyscy  wlepili  w  Richarda 

wyczekujące spojrzenie.

Sprawiał  wrażenie  krańcowo  zmęczonego,  jakby  ten  dzień,  a  może  tydzień, 

kompletnie pozbawił go sił.

– Popełniłem straszny błąd – zaczął, a wszyscy wstrzymali oddech. Było jednak 

coś w jego minie, co obudziło w Nicole pewne podejrzenia. – Na szczęście teraz 
już wszystko w porządku.

– Wielkie nieba, Richard, co się stało! – spytała bez tchu doktor Kramer. – Co z 

Elaine? Musiałeś ciąć? Czy dziecko jest na intensywnej terapii?

– Tak, to było cesarskie cięcie – powiedział z poważną miną. – Trwało to trochę 

dłużej  niż  zwykle  z  powodu  starych  zrostów  po  wypadku.  Skoro  już  otwierałem 

background image

brzuch, uporządkowałem to i owo. Ale dziecka nie ma na intensywnej terapii. Mały 
jest zdrowy jak rydz i pewnie leży teraz w objęciach mamy.

–  Mały?  –  jęknęła  Daria.  –  Przecież  to  miała  być  dziewczynka!  Kupiłam  już 

sukienkę!

Dopiero teraz Richard uśmiechnął się szeroko.
–  Powiedziałem  przecież,  że  popełniłem  straszliwy  błąd.  Wprawdzie  kiedy 

robiłem usg dziesięć tygodni temu, dziecko nie było w idealnej pozycji, ale byłbym 
przysiągł, że to, co widziałem na monitorze, nie może należeć do faceta. Myliłem 
się! Na szczęście Paul i Elaine nie zainwestowali fortuny w różowe sukieneczki...

– Będę musiała ją zwrócić... Mam nadzieję, że nie wyrzuciłam paragonu. Och, 

doktorze!

– Kiedy Elaine nieco oprzytomnieje, spodziewam  się pewnych kontrowersji z 

powodu imienia Paul mówił coś o ochrzczeniu małego łobuza na cześć dziadka po 
mieczu, który niestety miał na imię Cyrus.

W  głośnym  śmiechu  zabrzmiało  tyleż  rozbawienia,  co  ulgi.  Beth  Kramer 

powiedziała złowieszczo:

– Przeżyliśmy przez ciebie chwilę grozy, Richard!
–  Naprawdę  myślisz,  że  gdyby  stało  się  coś  złego,  powiedziałbym  to  w  taki 

sposób?

– Pewnie nie – przyznała. – Ale skoro wiedzieliśmy, że wzywano cię pilnie...
–  Mały  miał  zaburzenia  tętna,  a  w  płynie  owodniowym  znaleźliśmy  ślady 

smółki,  ale  wszystko  zostało  odessane,  zanim  zdążył  się  zachłysnąć.  Po  pięciu 
minutach  miał  równo  dziesięć  punktów,  co  kiedyś  można  było  przyznać  także 
mnie: za trafne określanie płci na podstawie sonogramu.

–  Myślę,  że  nie  zostaniesz  za  to  pozwany  do  sądu,  Richard  –  pocieszyła  go 

doktor Kramer.

– A teraz, Nicole, ile pacjentek na mnie czeka?
–  Równo  dziesięć  –  powtórzyła  jego  słowa.  –  Przy  czym  dwie  następne 

powinny się zjawić lada moment.

– No to do roboty.
Zanim  skończyli,  było  już  po  piątej.  Z  powodu  obolałej  ręki  Nicole  sprzątała 

dłużej  niż  zwykle,  toteż  dopiero  zbierała  się  do  domu,  gdy  Richard  wyszedł  z 
gabinetu, by pójść do szpitala na szybki, wieczorny obchód.

Spojrzeli  sobie  w  oczy,  starając  się  ocenić  odległość  do  drzwi.  Nicole  była 

bliżej.  On  cofnął  się  o  krok,  by  zwiększyć  dystans,  a  ona  nie  mogła  się 
powstrzymać, by nie rzucić mu złego spojrzenia.

background image

– Masz randkę? – spytała z niewinną złośliwością, gdy szli do windy.
– Nie. A ty?
– Ja tak. Z tym wspaniałym facetem, którego poznaliśmy w Mili Run. Ma mi 

pokazać swoją kolekcję wycieraczek samochodowych, a potem będę go karmić hot 
dogami i piwem, gdy on będzie zasypiał przed telewizorem.

Co za głupie gadanie. Ją samą bolało bardziej, niż mogłoby dotknąć jego.
– Cieszę się, że znalazłaś pokrewną duszę – skomentował.
– Żartowałam, Richard.
– Ja też. – Wsiedli do windy. – Ale to nie było bardzo śmieszne, prawda?
– Ani trochę. Do jutra.
– Do jutra.
Na tym się rozstali. Po drodze do domu Nicole zatrzymała się w supermarkecie, 

aby  uzupełnić  zapasy,  toteż  gdy  dotarła  na  miejsce,  taszczyła  ze  sobą  dwie 
ogromne torby. I wtedy usłyszała skrzypienie huśtawki na werandzie.

To był Richard. Huśtał się od niechcenia, ledwo się wychylając. Na jej widok 

wstał, a ona omal nie upuściła torby.

– Nie śpieszyłaś się – zauważył.
– Widzisz dlaczego.
Odstawiła zakupy, aby otworzyć drzwi. Po co przyszedł? Sięgnął po torby, aby 

jej pomóc, lecz zaoponowała:

– Nie fatyguj się.
– To żadna fatyga.
Stanęła w progu, by  zagrodzić mu  drogę, i  odwróciła się do  niego z  mocnym 

postanowieniem, by tym razem okazać chociaż odrobinę dumy i charakteru.

–  Nie  uważasz, że  to  nie  ma  sensu?  Żebyś  tu  przyjeżdżał? Ja nie  mam  ci  nic 

więcej do powiedzenia. Między nami skończone, przecież ustaliliśmy. Dziwię się, 
po co w ogóle traciłeś czas...

Ale nie dane jej było dokończyć. Zabrakło jej tchu, gdy chwycił ją za ramiona.
–  To  nie  jest  koniec!  Chciałbym,  żebyśmy  odtąd  byli  razem  na  moich 

warunkach,  a  nie  twoich,  ale  wiem,  że  jeśli  postawię  ci  ultimatum,  uciekniesz,  a 
właściwie  odlecisz  jumbo  jetem  na  drugi  koniec  świata.  Wobec  tego  przyjmuję 
twoje warunki.

Przez  chwilę  naprawdę  ją  przeraził  tą  demonstracją  siły.  Serce  jej  łomotało, 

oddychała  płytko  i  szybko,  ale  strach  już  przemijał,  ustępując  miejsca  tak 
bolesnemu pożądaniu, że zaczęła drżeć na całym ciele.

Najwyraźniej  to  wyczuł,  bo  oprócz  złości  na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz 

background image

triumfu.

– Widzę, że fundament naszego związku jest nietknięty. Nadal tego ode mnie 

chcesz. Dziesięć dni temu uznałem, że nie mogę  się z tym pogodzić, że wolę nie 
mieć  nic  niż  niecałą  połowę  tego,  czego  naprawdę  pragnę.  Ale  myliłem  się. 
Przyjmij  moją  kapitulację,  Nicole.  Jeśli  nie  mogę  mieć  twojej  miłości,  jeśli  nie 
masz jej w sobie – totalnej, wszechogarniającej, na całe życie – zadowolę się tym, 
co jest w tobie silne. Twoją namiętnością i zmysłowym żarem.

Pocałował ją tak gwałtownie, że znów zabrakło jej tchu, a sens jego słów ledwo 

do niej dotarł.

W końcu jednak go zrozumiała.
– Miłość? – jęknęła oszołomiona. – Dlaczego teraz nagle mówisz o miłości?
– Bo kocham cię i nie będę dłużej udawał, że tak nie jest. Nie przyjmuję twojej 

filozofii  „nieangażowania  się".  Gardzę  nią  i  nienawidzę za  to, co  zrobiła z  nami. 
Powinienem był wykorzenić ją z naszego związku już na samym początku, zamiast 
się zgadzać na twoje zasady i czekać, aż sama zechcesz je odrzucić.

–  Moje  zasady?  –  spytała  zaskoczona.  –  Przecież  to  ty  ciągle  mówiłeś  o 

zasadach,  aż  robiło  się od  tego  niedobrze.  To  przecież  ty...  zerwałeś  ze  mną,  nie 
chciałeś  nawet  rozmawiać,  bo  „zgodnie z  zasadami"  nie  miałam  prawa  do  słowa 
wyjaśnienia.  A  teraz...  Jak  śmiesz  mówić,  że  mnie  kochasz?  Jakbyś  od  początku 
wszystko wiedział i tylko udawał...

–  Bo  tak  jest,  Nico  –  odparł  spokojnie.  –  Może  nie  tyle  udawałem,  co 

zachowywałem  dyscyplinę.  Ale  dłużej  już  nie  potrafię.  Proszę  –  złożył  dłonie, 
jakby  trzymał  w  nich  mały  pakunek  –  oto  moje  serce.  Weź  je  i  zrób  z  nim,  co 
chcesz. Należy do ciebie. Daję ci najczystszy diament i nie obchodzi mnie, jeśli w 
zamian nie możesz mi dać nic więcej niż piętnastokaratowy cyrkon. Biorę. Jesteś 
zadowolona?

Uśmiechnął się lekko, ale w głębi jego oczu czaił się smutek. Nagle zrozumiała, 

że tak naprawdę Richard nic nie wie. Nie wie, że jeśli jego miłość jest diamentem, 
to jej – całą kopalnią diamentów.

Pod  powiekami  zapiekły  ją  łzy,  opuściła  wzrok  i  poczuła  ciepły  uścisk  jego 

ramion.

– Nico? Co ci jest?
Musnął ustami jej włosy i pociągnął ją do domu. Torby z zakupami zostały na 

werandzie.  Ukryła  twarz  na  jego  piersi,  lecz  gdy  szukał  jej  warg,  położyła  mu 
stanowczo palec na ustach. Najpierw musiała mu coś wyznać.

Nie upiększając niczego ani nie pomagając  sobie  żarcikami,  opowiedziała mu 

background image

całą prawdę o Colinie.

–  Dlatego,  chociaż  już  zaczęłam  cię  kochać,  nie  od  razu  to  zrozumiałam, 

Richardzie – zakończyła.

– A kiedy zrozumiałaś?
–  Dziesięć  dni  temu,  kiedy  przekonałam  się,  że  nie  jestem  w  ciąży  i  że  w 

gruncie rzeczy bardzo chciałam dziecka.

– Chciałaś? Byłaś wściekła!
– Bo myślałam,  że ty będziesz wściekły. Och, te  straszne podejrzenia! Byłam 

przerażona,  że  stracę  to,  co  nas  łączy,  choć  wtedy  jeszcze  nie  rozumiałam,  że  to 
miłość.  Byłam  pewna,  że  nie  zechcesz  mieć  do  czynienia  ani  ze  mną,  ani  z 
dzieckiem. Przecież ciąża byłaby największym pogwałceniem zasad, prawda?

–  A  ja  miałem  taką  rozpaczliwą  nadzieję,  że  jednak  jesteś  w  ciąży  i 

uzmysłowisz sobie, że czujesz do mnie to samo, co ja do ciebie.

– Dlaczego ukrywałeś to wszystko?
– Nie opowiadałaś mi o Colinie, ale nietrudno było się domyślić, że musiałaś 

się kiedyś sparzyć. Byłaś jak pełen temperamentu źrebak, który miał złego trenera. 
Widziałem  w  tobie  obietnicę:  żywotność  i  piękno.  Pokochałem  je  niemal  od 
pierwszej  chwili,  ale  widziałem  także,  jak  bardzo  jesteś  nieufna.  Gdybym  wtedy 
zaczaj mówić o małżeństwie...

– Czyżbyś teraz mówił o małżeństwie?
– Tylko spróbuj zaproponować coś innego, a zobaczysz!
– No cóż, zawsze jeszcze jest...
– Małżeństwo – przerwał twardo. – I dzieci, żebyś nie  miała  już wątpliwości. 

Proszę cię pokornie, żebyś jak najszybciej pomogła mi zetrzeć tę plamę na  mojej 
opinii zawodowej, jaką jest brak dziecka.

– Nigdy jakoś nie wyobrażałam sobie siebie w ciąży...
– Nie?
–  Aż  do  tego  dnia  w  Hocking  Hill.  A  wtedy,  kiedy  nie  ulegałam  panice, 

wydawało mi się to...

– Tak?
– Słuszne i dobre, Richard, że złączyliśmy się, aby dać życie dziecku, i że będę

je  nosić  przez  dziewięć  miesięcy.  Tak,  z  radością  wyjdę  za  ciebie  i  pomogę  ci 
zetrzeć tę plamę, kochany.

Z rozkoszą smakowała to słowo i miała ochotę powtórzyć je ponownie, ale nie 

miała  okazji,  bo  Richard  zaczął  ją  całować.  Wkrótce  przestało im  to  wystarczać. 
Zapragnęli odkryć na nowo to, za czym tak bardzo tęsknili przez ostatnie dziesięć 

background image

dni.

Jej  łóżko  nie  było  posłane.  Na  widok  bałaganu,  jaki  w  nim  panował,  Nicole 

jęknęła zawstydzona.

– Widzę, że po ślubie będę musiał zatrzymać sprzątaczkę – mruknął Richard.
– Czy przychodzi w weekendy?
– Nie.
– To dobrze. W takim razie zatrzymaj ją!
– A dlaczego nie w weekendy?
– Bo myślę, że często będziemy późno wstawać. Przepraszam za to łóżko.
– Mnie się podoba. Nasuwa mi pewne pomysły...
– Sądzę, że i bez niego jesteś dosyć pomysłowy.
– Nie słyszałaś jeszcze nawet o połowie moich pomysłów.
– Naprawdę? Na przykład?
– Na przykład... Nie! Po co aż tyle gadać?
Więc  zademonstrował  jej,  co  miał  na  myśli,  a  że  było  to  naprawdę 

wyczerpujące,  oboje  zasnęli.  Po  jakimś  czasie  Nicole  przewróciła  go  na  bok  i 
szepnęła do ucha:

–  Przestań  chrapać!  Wstańmy  i  zjedzmy  coś.  Chcę  zadzwonić  do  Barb  i 

powiedzieć jej, że może sprzedawać dom, kiedy jej się żywnie podoba.

– I powiedz temu swojemu doktorowi Hillowi, żeby sobie szukał pielęgniarki. 

Świetnie się składa, prawda?

– Świetnie. Kiedy weźmiemy ślub?
– Jeśli chcesz, sprawdzę grafik na przyszły tydzień.
– A może damy moim rodzicom szansę, żeby zdążyli?
–  Dajmy  im  wybór.  Może  będą  woleli  poczekać  i  przyjechać  na  narodziny 

wnuka.

–  Może...  –  mruknęła,  zastanawiając  się,  czy  kolacja  i  telefon  do  Barb  nie 

mogłyby jeszcze trochę poczekać.

Richardowi  chyba  przyszło  do  głowy  to  samo,  bo  nagle  zrobił  się  dziwnie 

milczący i skupiony. Poczuła dreszcz rozkosznej satysfakcji na myśl, że każdy ruch 
jej ciała pochłania go bez reszty.

– Czy mogę cię o coś spytać, Nico?
– Oczywiście – odparła, pogrążona w miłym wyczekiwaniu.
– Ja nie chrapię, prawda? Tylko tak się ze mną drażnisz?
–  Richard,  chcesz  powiedzieć,  że  właśnie  o  tym  przed  chwilą  myślałeś?  –

spytała oburzona.

background image

– No, tak...
Tak rozwiały się jej fantazje na temat jego zmysłowego zauroczenia jej ciałem. 

Czy  on  chrapie,  no  coś  podobnego!  Należy  mu  się  surowa  kara.  Bardzo  surowa. 
Uśmiechnęła się słodko i powiedziała tonem dobrodusznej łaskawości:

–  Czy  chrapiesz?  Czy  ja  się  z  tobą  drażnię?  Cóż,  obawiam  się,  kochanie,  że 

tego nigdy nie będziesz wiedział na pewno.