background image

BLISKO CIEBIE

background image

Rozdział Pierwszy

Chess nigdy wcześniej nie widziała cmentarzyska samochodów. Ludzkie 

cmentarze widywała częściej niżby chciała; jej praca tego wymagała, gdy było 
naprawdę kiepsko wizyta na cmentarzu oznaczała potwierdzony przypadek 
nawiedzenia, w jakimkolwiek domu w jakim prowadziła aktualnie śledztwo z 
ramienia Kościoła. Musiała wtedy zabrać ziemie cmentarną z grobu osoby 
powracającej jako duch, tak by mogła odesłać ją z powrotem do Miasta Wieczności, 
pod ziemie.

Cmentarzysko samochodów (tak naprawdę przypominające śmietnisko) było 

inne. Pomijając to co oczywiste, nie było tu wysokich kamiennych ścian, bram i 
zamków, żadnych znaków ostrzegających ludzi przed autorytetem Kościoła Prawdy, 
głoszących ,że nieupoważnionym wstęp surowo wzbroniony. 

No i nie była tu sama.

Zardzewiałe wraki aut tworzyły zdradliwie wyglądającą ścianę. Ostre 

fragmenty mogły z łatwością przeciąć skórę i ubranie; dziwne kształty tworzyły 
doskonałe kryjówki. Chess przyśpieszyła nieomal do biegu. Gdzie on był? 

Słuchanie własnych kroków też nie pomagało. On był zbyt cicho a tu było 

zdecydowanie za głośno. Zimny wiatr świszczał przemykając między metalowymi 
odłamkami, poruszając nimi tak ,że wszystko trzeszczało i skrzypiało. 

Nie wspominając o muzyce, słaby i bardzo przerażający dźwięk piosenki  

'Blisko Ciebie' zespołu Carpenters roznosił się po całym terenie. Chicła zazgrzytać 
zębami. Dźwięk był tak metaliczny i odległy ,że przez chwile miała wrażenie ,że to 
jakaś dziwaczna halucynacja. Jak wspomnienie piosenki a nie sama piosenka. 

Chociaż była cholernie pewna ,że piosenka leciała naprawdę no bo dlaczego 

miałaby nagle zacząć o niej myśleć? No i dlaczego odgrywałaby ją w głowie bez 
końca? 

Nie zrobiłaby tego. Więc nie, zdecydowanie na pewno słyszała tą głupią 

piosenkę naprawdę. To i tak nie pomogło jej pokonać motyli które kłębiły się w jej 
brzuchu. Wiedziała ,że wyskoczy nagle znikąd i ją złapie. Oczekiwanie sprawiało ,że 
pociły jej się dłonie.

background image

Spojrzała za siebie. Nic. Skręciła zaglądając do alejki złożonej z wraków. Nic. 

Wszystko co widziała to martwe samochody, śmieci, pozostałości czegoś co już 
dłużej nie istniało. Starożytni Grecy i Rzymianie pozostawiali po sobie posągi i 
sztukę. Świat przed Prawdą pozostawiał po sobie śmieci.   

Nie było to w porządku, wiedziała o tym, ale była zbyt zajęta szukaniem 

jakiegoś miejsca w którym mogłaby się ukryć, by poczuła się z tego powodu źle. 

Był blisko. Czuła to; wiedziała o tym. Jej stopy poruszały się szybciej, nieomal 

tak szybko jak biło jej serce. Jeśli udałoby się jej wsiąść do samochodu, jeśli tylko 
udałoby się jej wsiąść zanim on.....

Za późno. Twarde ramiona oplotły ją w pasie, szarpnięciem przyciągając do 

swojego równie twardego ciała. Jej stopy oderwały się od ziemi. Jej podszyty 
sapnięciem krzyk zginął gdzieś porwany wiatrem zanim nie zaczęła chichotać a usta 
Terrible’a odnalazły jej szyje.

— Wygrałeś. — powiedziała. 

— Tak. — obrócił nią wokoło. Jego lewa dłoń wśliznęła się w jej włosy, 

podczas gdy prawa przyciągnęła bliżej jej biodro; ponownie pocałował ją w szyje, 
tym razem mocniej. — Więc co dostanę?  Jako nagrodę?

— Hmm... — zadrżała. — Nie jestem pewna czy zabawa w chowanego tak 

naprawdę kwalifikuje się do jakiejś nagrody. 

— Cholera. — Chevelle stał zaledwie pięćdziesiąt stóp dalej. Ruszył w jego 

stronę, używając swojego ciała by poprowadzić ją razem ze sobą. Jego zęby skubały 
jej obojczyk. — Szkoda, bo miałem naprawdę niezły pomysł.  

— Och tak? — chciała ,żeby wyszło to obojętnie ale nie udało jej się tego 

osiągnąć. Zwłaszcza nie gdy jego ręka ześliznęła się na jej pośladek po czym 
spoczęła wysoko na udzie. Gdyby przesunęła się tylko o kawałeczek

Zatrzymał się i pocałował ją. 

Mocno. Na tyle mocno by zapomniała o zimnym wietrze i tej głupiej piosence 

w tle. Na tyle mocno ,że praktycznie zapomniała jak się nazywa. Oplotła go 
ramionami unosząc się na palcach, bo bała się ,że jeśli ją puści to ona upadnie. 

Tylko ,że on by tego nie zrobił. Nigdy tego nie robił. To były Fakty i Prawda. A 

ona w to wierzyła, ufała, ufała mu bardziej niż komukolwiek w całym swoim życiu.  

background image

— O tak. — odsunął się tak ,że jego ciemne oczy napotkały jej, a ona mogła 

zobaczyć to coś, to coś czymkolwiek by to nie było a co było tam tylko dla niej. Dla 
nikogo innego tylko dla niej. — Tak sobie myślę ,że teraz zabiorę cię do domu, i 
trochę cię sponiewieram co? Jak to brzmi?

Jak dla niej brzmiało to kurewsko dobrze, jej całe ciało drżało w oczekiwaniu.  

Wiedziała ,że on o tym wiedział. Potem poczuła, kiedy uniósł ją a ona oplotła go w 
pasie nogami, a jego gorącą dłoń wśliznęła się pod jej koszulkę gładząc nagie plecy. 

Tym razem to ona go pocałowała; tym razem to ona wplotła palce w jego 

włosy. 

Chevelle stał bliżej niż myślała i miał jeszcze ciepłą maskę gdy Terrible ją na 

niej posadził, pochylając się tak ,że jego twarde ciało nakryło jej a jego erekcja wbiła 
się między jej nogi. Kolejny głęboki, roztapiający ją od środka pocałunek wchłonął 
niewielki jęk przed którym nie mogła się powstrzymać. Jego język bawił się jej 
językiem, obiecując jeszcze więcej, gdy jego dłonie zmierzały teraz w stronę jej 
piersi.

Owiał ich zimny wiatr ale ledwie to zauważyła. A może miała to po prostu 

gdzieś, zwłaszcza gdy jego usta opuściły jej a jego zwinne palce rozplątywały 
apaszkę tak ,że mógł teraz bez problemu skubać jej gardło, i zsunąć się niżej do 
dekoltu, przyprawiając ją o rozkoszne dreszcze. 

Pieściła jego szerokie ramiona, jego solidne i twarde plecy ukryte pod koszulą. 

Zacisnęła nogi przyciągając go jeszcze bliżej.

— Zabierasz mnie do domu czy nie? — udało jej się wykrztusić. Ciężko było 

złapać oddech. Zmuszenie języka i ust do posłuszeństwa by wykonywały jej żądania 
a nie jego było jeszcze trudniejsze. 

— Tak. — to słowo było na wpół wymamrotane w jej gardło. Ostatni 

pocałunek, ostatnia pieszczota nim się wyprostował. 

Wypomadowane pasma włosów opadły mu na czoło — Ruszajmy. 

Ześliznęła się z maski i obserwowała jak pochyla się i podnosi brudne części 

silnika które najwyraźniej były powodem wizyty na tym starym cmentarzysku 
samochodów w to chłodne, szare, zimowe popołudnie. 

— To tych części potrzebujesz?

background image

Jego uśmiech sprawił ,że jeszcze bardziej chciała się stąd wydostać i 

natychmiast wracać do domu. Niesamowite ,że nadal tak się czuła. Jeszcze bardziej 
niesamowite było to ,że on sam też najwyraźniej nadal to czuł. — Tak, chyba ,że 
masz jakiś lepszy pomysł.  

— Nie, zrób to najpierw po swojemu, ale jakbyś nie mógł dać rady to daj mi 

znać.

Pocałował ją ponownie, zanim podszedł do bagażnika i wrzucił metal do 

środka. — Słyszałeś muzykę?

Pokiwał mimo ,że na nią nie patrzył. — Skąd dochodzi? 

— Nie mam pojęcia. — otworzył dla niej drzwi. — Z tego co wiem to nikt tu 

nie mieszka.

Samochodowe cmentarzysko znajdowało się na samych rogatkach Dolnej 

Dzielnicy, tak daleko na południe ,że szare, zimowe wody zatoki zalewały jego 
prawy brzeg. Tak daleko ,że terytorialna wojna pomiędzy szefem Terrible'a Bumpem 
a jego rywalem Lexem nie miała tu już znaczenia, ponieważ nie mieszkał tu nikt o 
kogo warto byłoby się bić.— Ale chyba ktoś musi tu być. 

Wzruszył ramionami.

— Mam nadzieję ,że za to zapłacicie.

Damski głos nosowy i śpiewny. Nie był to akcent z Dolnej Dzielnicy. 

Obydwoje się obrócili. No dobra, ta kobieta była....co do kurwy nędzy? Pomijając 
Grudniowy chłód miała na sobie tylko cienką sukienkę bez płaszcza. Suknie ślubną 
dla ścisłości. Brudną i poszarpaną, z wysokim, koronkowym kołnierzykiem, 
stanikiem wyszywanym zabrudzonymi perłami  i cekinami oraz poszarpaną tiulową 
spódnicą która kiedyś pewnie składała się z wielu warstw ale teraz już jej nie 
przypominała. Co za kurewskie przebranie.

Już sam jej strój był wystarczająco dziwny, fakt ,że miała co najmniej 

sześćdziesiąt lat czynił to wszystko ekstremalnie popieprzonym. Siwe włosy 
sterczały na wszystkie strony, eksponując staranie wykonany makijaż. Nie żeby 
staranny znaczył to samo co umiejętny. Nie znaczył. 

Wyglądała jak pięciolatka bawiąca się farbkami; jasno zielone cienie wystające 

znacznie ponad linie powiek, jaskrawa czerwona szminka obrysowywała papierową 
skórę wokół ust, całość dopełniały jasno różowe placki na policzkach. 

background image

Nie jesteście złodziejami co? Nie wyglądacie na złodziei. — kobieta 

zmarszczyła się patrząc na Terrible'a, przyglądając się jego ogromnemu ciału, 
czarnym włosom nadal w nieładzie po zanurzonych w nich dłoniach Chess, gęstym 
bokobrodom, ciemnym oczom i wszystkim bliznom. — Cóż, może on wygląda.  

Chess zagryzła wargę by powstrzymać się od śmiechu. Terrible był w tym 

lepszy, potrafił ukrywać wszystko bardzo skrupulatnie, gdy na niego spojrzała nie 
dostrzegła by poruszył się choć o cal. Jednak potrafiła w jego oczach dostrzec 
rozbawienie. Tylko ,że nic z tego nie było zabawne. Było za to podejrzane. Czy przed 
chwilą nie powiedział jej ,że nikt tu nie mieszkał? Kim do cholery była ta kobieta? 

— Nigdy wcześniej tu nie byłem — mruknął po czym odezwał się już głośniej 

do niej. —  Dobra, mów ile chcesz? 

Kobieta przyglądała mu się z góry na dół, po czym zwróciła do Chess. Chess

nie potrafiła stwierdzić czy wdziała na jej twarzy aprobatę czy też nie, ale 
zdecydowanie coś się na niej zmieniło. Odwróciła się i uniosła jedną przypominającą 
pazur rękę w niecierpliwym geście 'chodźcie' ruszając z miejsca. Tiulowa spódnica, 
żółto szara od brudu i starości uniosła się i przesunęła na wietrze.

— Może powinniśmy odjechać. — zaproponowała Chess ale Terrible 

potrząsnął głową. Czego w sumie się spodziewała. 

— Ona też musi coś jeść. Jeśli to jej miejsce, to trzeba jej zapłacić. 

— Jest przerażającą. — niech to szlag. Jej ciało nadal się rozpływało i 

pulsowało, pragnąc wrócić do domu. Chciała zanurzyć się w tym wielkim, szarym 
łóżku, z nim i zostać tam dopóki słońce nie zniknie za rozpadającym się budynkiem 
po drugiej stronie ulicy.

— Tak. — skinął głową w stronę Chevell'a. — Zaczekaj w samochodzie jeśli 

chcesz. To nie potrwa długo.

— I wysłać cię samego z tą panną Havisham? Nie sadzę. A raczej, nie ma 

kurwa mowy. — mimo ,że wiedziała iż poradziłby sobie z nieomal każdym 
zagrożeniem (ludzie nie bali się go przecież bez powodu) nie zrobiłaby tego. Nie 
tylko dlatego ,że był dla niej wszystkim, nie tylko dlatego ,że była też ciekawa, i nie 
tylko dlatego ,że była z nim tutaj, tylko dlatego ,że właśnie skończyła prace jako 
Demaskator, a w ciągu ostatnich kilku tygodni spędzili razem niewiele czasu.  

background image

Nie puści go też samego bo dzwonki ostrzegawcze w jej głowie dzwoniły jak 

szalone. Coś w tym wszystkim nie wydawało się właściwe, a to cmentarzysko 
samochodów był dokładnie takim miejscem w którym mogli spędzać czas 
czarownicy parający się złą magią, a ta kobieta kurewsko wręcz przypominała jedną 
z takich czarownic. Albo kogoś kto znał takie czarownice, a może nawet kogoś kto 
padł ich ofiarą. 

Terrible poradziłby sobie z każdego rodzaju fizycznym atakiem; Chess nie 

wątpiła w to ani przez sekundę, ale z magią? Nie była pewna czy dałby sobie radę.

Uśmiechnął się tak jakby dokładnie wiedział o co jej chodzi; nie czytał tej 

książki ale kiedyś opowiadała mu tą historię. — Myślisz ,że się na mnie rzuci jak 
zostaniemy sami? 

— Hej, jestem ci coś winna, nie chcę tylko byś o tym zapomniał. 

Ucałował ją w czoło, złapał za rękę i ruszył za powiewającą na wietrze 

spódnicą kobiety poprzez alejki ułożone ze śmieci. — O tym nie zapomniałem ani na 
chwilę, Chessie.   

Utrzymanie radosnego nastroju podczas tej podróży wcale nie było łatwe. 

Wisiały nad nimi stosy zakurzonego metalu. Popękane szkoło przesuwało się 
delikatnie na wietrze łapiąc słabe promienie zachodzącego słońca jak mozaikę 
kolorów; grube stare pajęczyny falowały i zrywały się. Czuła się jak w ilustracji z 
horroru. Z każdym krokiem ta ponura piosenka robiła się głośniejsza i coraz bardziej 
wyraźna odbijając się w głowie Chess jak duch, i wzmacniając poczucie ,że coś jest 
nie tak, i to nie tak jakby ktoś miał kłopoty tylko tak jakby miała je ona sama. 

Ścisnęła mocniej dłoń Terrible’a. Odpowiedział uściskiem, z roztargnieniem 

nawet na nią nie patrząc; był zbyt zajęty rozglądaniem się wokoło z uniesionym 
wysoko podbródkiem, kiedy tak wyglądał przypominał drapieżnika którym bez 
wątpienia był, jakby polował. Dotarli do końca prowizorycznego korytarza, i 
podążyli za kobietą, skręcają do miejsca którego Chess wcześniej nie zauważyła. 
Wysypana żwirem ścieżka ciągnęła się jeszcze kawałek, dopóki nie minęła ostatniego 
żałośnie wyglądającego samochodu, i docierała do prowizorycznego ogrodzenia z 
zardzewiałego łańcucha. Kiedyś był to płot, albo coś podobnego. Wszystko co teraz 
pozostało to kilka słupków i fragmenty podartej stalowej siatki falującej na wietrze.

Kawałek dalej, po prawej stronie na polanie stał dom. Był znacznie większy 

niż Chess by się spodziewała, długa zdezelowana konstrukcja, z uginającym się 
dachem i wiszącym z przodu gankiem. W chwili w której go ujrzała zaległa cisza; 
piosenka dobiegła końca, ale nim Chess miała czas by się tym cieszyć, piosenka 
rozległa się od początku. Widocznie miała nastawione na odtwarzanie tego samego w 
kółko.

background image

Myśl o tym by znaleźć urządzenie odtwarzające i roztrzaskać je na kawałki z 

każdą minutą robiła się coraz bardziej kusząca. Ale jak tylko stanęli na martwym 
trawniku przed domem (na którym walały się zardzewiałe kawałki metalu, gałęzie i 
wyblakłe od słońca kawałki plastiku) zapomniała o muzyce.  

Poczuła magię, jak wspina się po jej nogach, i wypełnia powietrze. Nie była 

silna, ale bez wątpienia była to magia. Nieprzyjazna magia, wyczuła to ze sposobu w 
jaki drażniła jej tatuaże. Cholera, zerknęła na Terrible'a. — Nic ci nie jest?  

— W porządku. — wydawało się ,że faktycznie nic mu nie jest więc zalała ją 

fala ulgi. Dlaczego oczekiwała ,że coś mu będzie (dlaczego się o to martwiła?) nie 
miało to sensu biorąc pod uwagę fakt ,że symbol który pomógł jej zaprojektować 
Starszy Griffin, działał całkiem dobrze, mimo to nadal się martwiła. Nic nie mogła na 
to poradzić.

Zwłaszcza ,że to była jej wina, że był teraz taki wrażliwy na czarną magię, jej 

wina ,że wyryła mu na piersi symbol, tej nocy gdy został zastrzelony. To ,że problem 
wydawał się rozwiązany nie wymazywało całej sprawy.  

Kobieta już wkroczyła na szeroki, podziurawiony ganek, teraz stojąc z na wpół 

otwartymi drzwiami i spoglądając na nich. — Szybko, pośpieszcie się nie mamy 
całego dnia. 

W zasadzie to mieli cały dzień ale to nie było istotne. Chess nie chciała spędzić 

go na wysypisku i wiedziała ,że Terrible też by nie chciał. Więc się pospieszyła, i w 
ciągu kilku sekund wspinali się już po rozwalonych schodach na ganek.

Z każdym kolejnym krokiem to wszystko robiło się coraz bardziej 

popieprzone. Z zewnętrznych ścian domu odchodziły ogromne płaty farby koloru 
zgniłych jaj. Martwe rośliny (być może tylko na takie wyglądały, ale Chess jakoś nie 
sądziła by tak było) stały wzdłuż tych obskrobanych ścian, na ich tle malował się 
wyblakły drewniany znak, który głosił The Hudsons

Za drzwiami....za drzwiami widziała coś w rodzaju kuchni, naruszającej 

wszelkie standardy zdrowotne. Na ścianach brudne od zacieków strzępy tapet. Stare 
parkiety pokryte warstwą brudu tak głęboką ,że gdy po niej szli powietrze wypełniały 
głośne plasknięcia. Brudne, srebrne wycięte z kartonu gwiazdki zwisały z sufitu (o co 
tu chodziło?) czerwone wstążki poprzyczepiane na szafkach. Kuchenka zastawiona 
upieczonymi potrawami; zlew wypełniony stertą naczyń. 

background image

I ten zapach. Pleśń i kurz, od razu przyprawiało ją to o atak kichania, niemyte 

ciała, gnijące jedzenie, nieprane ubrania i mdlący zapach tanich różanych perfum. 
Wszystko to sprawiało ,że miała ochotę zwymiotować, w sumie to miała ochotę 
zrobić to już na samą myśl o zarazkach i bakteriach zbierających się teraz na jej 
skórze. Wzdrygnęła się.  

— Vincent będzie dziś z powrotem —  poinformowała ich kobieta, chyba pani 

Hudson? Po czym skręciła do holu który rozciągał się chyba przez całą długość 
domu. — To nasz rocznica. Jesteśmy już pięćdziesiąt lat po ślubie. Nie mogę się 
doczekać by go znowu zobaczyć. 

Chess liczyła na to ,że Vincent nie miał zbyt wysokich wymagań w zakresie 

higieny,  z drugiej  strony jeśli był mężem tej dziwacznej kobiety, musiał wiedzieć w 
jakim stanie był ten dom. W swoim całym życiu Chess bywała już w gównianych 
budynkach, ale to miejsce przebijało wszystko, nawet niektóre z jej 'domów' w 
których mieszkała jako dziecko. Pani Hudson gestem wskazała na kuchenny stół na 
którym piętrzyły się papiery, plastikowe pudełka i brudne ubrania.

— Możecie usiąść tutaj jeśli chcecie. 

Tak, jakby coś takiego miało się kiedykolwiek wydarzyć. Chess raczej nie 

miała ochoty przykleić się do krzesła i zdecydowanie nie chciała zapraszać zarazków 
na swoje ubrania. Zamiast tego odsunęła się kilka kroków dalej od tej kobiety. 

Magia którą czuła wcześniej zrobiła się teraz silniejsza. Nadal nie była jakaś 

bardzo mocna ale tu była, i nadal ją martwiła. Czy pani Hudson parała się magią, czy 
miała jakieś magiczne przedmioty zakopane gdzieś w tej górze śmieci? 

Nie byłoby to nic niezwykłego w końcu sporo osób para się magią, próbując 

swoich siła w tworzeniu zaklęć czy uroków, a Kościół nawet do tego zachęca. Za 
każdym razem gdy jakiś obywatel korzysta z zaklęcia które zadziała, dowodzi to 
Kościelnej Prawdy, że magia jest prawdziwa. Ale magia czyniona przez zwyczajne 
osoby ma inny wydźwięk, nie jest taka kompletna jak to co Chess czuła tu i teraz. 
Magia nowicjusza zazwyczaj była w pewny stopniu nieuformowana. Była słaba. 

Magia którą czuła Chess może i nie była silna, ale nie była też wynikiem 

działania kogoś początkującego. Nie była pewna jaki był to rodzaj magi (może za 
wyjątkiem tego ,że nie była to magia erotyczna z którą w takich przypadkach miała 
do czynienia najczęściej) ale wiedziała ,że tu była no i była już uformowana. Jak 
zaklęcie czekające na to by je ukończyć, jak pułapka czekająca by się nad nią 
zatrzasnąć. Oczekująca i złowieszcza. Pani Hudson wydawała się tak dziwaczna i 
wyciągnięta z innej bajki ,że raczej mało prawdopodobne by jakieś czarownice 
odbywały tu swoje rytuały w każdy weekend.

background image

Była też przekonana ,że raczej nie miało to miejsca w tym domu. Co prawda 

Pani Hudson mogłaby tego nie zauważyć, ale gdzie mieliby to robić? Z kuchni Chess 
doskonale widziała pozostałe trzy pokoje, i wszystkie były kompletnie zagracone, 
wszędzie walały się stare gazety, plastikowe butelki, poniszczone zabawki, meble 
pudła i inne śmieci, całe ich sterty które musiała kolekcjonować od lat. 

Owszem byli na wysypisku ale ci ludzie chyba za bardzo oddali się tej 

koncepcji. 

Terrible też nie był zadowolony. Jego spojrzenie wędrowało z góry na dół, 

sprawdzając drzwi podłogi sufity. Jego prawa dłoń opadła ciężka i ciepła na jej kark; 
wiedziała ,że lewa pewnie leżała teraz na rękojeści noża który miał za plecami, ale 
dlaczego? Dlaczego był poddenerwowany? Dlaczego obydwoje byli? 

Pomijając to lekkie niekomfortowe drgnienie magii, które mogło być 

praktycznie niczym, nic w tej kobiecie nie wydawało się niebezpieczne. Była 
szalona, trochę przerażająca w pewien dziwny sposób i tak chuda ,że Chess była 
zaskoczona iż wiatr jej jeszcze nie przewrócił, ale nie była niebezpieczna.

Owszem Terrible zawsze był ostrożny, zwłaszcza kiedy ona była w pobliżu,  

ale łapanie za nóż w tej chwili wydawało się trochę ekstremalne nawet jak na niego. 
Zgadywała ,że nie mógł pozbyć się uczucia niepokoju, i w sumie ona sama też nie 
mogła. Jego szeroka, silna klatka piersiowa grzała jej plecy, gdy oparła się o niego 
pragnąc znaleźć się bliżej, pragnąc poczuć jej miarowy i spokojny ruch kiedy 
oddychał. Jego podbródek spoczął na chwilę na szczycie jej głowy

Piosenka zaczęła się od nowa. Kontrast między tą miękką rockową balladą a  

otaczającym ich brudnym chaosem tylko wszystko pogarszał. Jakoś nic tu nie 
pasował. Z drugiej strony co ona o tym wiedziała? Sama też nigdzie nie pasował. Nie 
dopóki nie pojawił się w jej życiu Terrible. 

Nigdy nie interesowała się innymi ludźmi. Wiedziała o nich wszystko co 

musiała wiedzieć; byli gówniani. Ta kobieta raczej nie była wyjątkiem, co znaczyło 
,że Chess nie bardzo chciała się w to mieszać. Najlepsze co mogli zrobić to zapłacić 
jej ile chciała i wracać do domu. 

Nadal jednak czuła się skrępowana i poddenerwowana. Telefon pokazał jej ,że 

był kwadrans po jedenastej rano (wstali dzisiaj wcześniej z wielu powodów) co 
znaczyło ,że ostatnie Cepty brała trzy godziny temu. Zdecydowanie za długo. 
Wygrzebała z torby pudełko z pigułkami i wzięła dwie popijając wodą z butelki którą 
zawsze miała przy sobie. Poczuje ich działanie dopiero za kilka minut ale sam rytuał 
już ją uspokoił.  

background image

— Chyba możemy sprzedać to za dwudziestkę — pani Hudson minęła Chess i 

Terrible'a ruszając korytarzem. Śmierdziała jak coś co przeżuł i wyrzucił z pyska 
pies. 

— Co prawda dzisiaj święta i nie spodziewałam się nikogo, ale cóż, praca to 

praca. 

— Święta? 

Pani Hudson posłała jej spojrzenie które mówiło osza kurwa lałaś ale było jej 

wszystko jedno.

background image

Rozdział Drugi

Jasna cholera. Święta 

— To ulubione święta Vincent'a. — pani Hudson ciągnęła dalej skręcając w 

końcu w kierunku jakiś drzwi. — To też jego urodziny wiecie? Dlatego się 
pobraliśmy akurat tego dnia. Wróci do mnie dzisiaj, och tak strasznie za nim tęsknie 
kiedy go nie ma. 

Chess prawie nie słyszała ostatnich jej słów i nie tylko z powodu muzyki 

walącej z głośników. Była zbyt zajęta odpowiadaniem na skonfundowane spojrzenie 
Terrible'a i zastanawianiem się co kurwa teraz zrobić.

Koniec końców okazało się ,że w tym domu jednak było jakieś miejsce w 

którym odprawiano rytuały. Ale nie magiczne rytuały, a przynajmniej nie takie jakie 
znała Chess. To był zupełnie inny rytuał, nielegalny od 1997 roku kiedy Kościół 
Prawdy  pokonał umarłych i w zamian za to przejął kontrolę nad światem. Był to 
rytuał celebrowany przez rodziny i ich przyjaciół i Chess wiedziała ,że na swój 
sposób też był magiczny jednak nie była to magia jaką ona czuła i doświadczała, a 
przynajmniej nie doświadczyła nigdy tego rodzaju magi dopóki Terrible nie pojawił 
się w jej życiu. 

Pochylił się tak ,że jego usta znalazły się blisko jej ucha. — To nielegalne tak? 

— Tak.

Czekała aż zapyta czy doniesie na Hudsonów ale tego nie zrobił. Pewnie 

wiedział ,że nie była do końca pewna co zrobić; zazwyczaj to wiedział. — Może się 
stąd zmyjemy. 

— Tak, to dobry pomysł. — Ale mimo swojej niepewności, Chess nie mogła 

nic poradzić na to ,że była szczerze zafascynowana. Nigdy wcześniej nie widziała 
czegoś takiego jak to pomieszczenie które malowało się teraz przed nią, a 
przynajmniej nie na żywo; Kościelne muzeum miało w swoich zasobach kilka 
przedmiotów powiązanych z tym dniem, no i widziała zdjęcia w książkach, ale to był 
prawdziwy pokój w prawdziwym domu, udekorowany przez ludzi którzy naprawdę 
świętowali.  

background image

Był piękny. Nawet bardziej niż eksponaty w Kościelnym Muzeum, bo był 

prawdziwy; to był prywatny dom udekorowany na ważne święto, osobiście i 
osobistymi przedmiotami. I był naprawdę bez skazy. Zapach sosny wypełniał 
pomieszczenie, płynąc z drzewka stojącego w rogu które sięgało nieomal sufitu.

 

Sznury kolorowych lampek wiły się między ciemnymi gałęziami, uginającymi 

się od ozdób. Pod drzewkiem piętrzyły się prezenty, owinięte w błyszczący papier 
pokryty warstwą kurzu co nie miało większego sensu ale z drugiej strony może Pani 
Hudson  nie miała czystego papieru? w tym domu nie byłoby to zaskakujące.

Powycinane z papieru szczerzące się bałwanki i mikołaje (o jasna cholera) 

pokrywały ściany, razem z wielkim banerem głoszącym Wesołych Świąt wyciętym 
czerowono zielonych literWieniec z choinkowych gałęzi wisiał nad ryczącym 
kominkiem. Chess przeżyła chwilę paniki kiedy myślała ,że to jemioła która mogłaby 
otworzyć drzwi do Miasta Wieczności ale na szczęście nie była. Zegar na ścianie 
stanął wskazując dwunastą piętnaście.

— Nikt już nie obchodzi świąt. — oznajmiła pani Hudson. — Chyba nikogo to 

już nie obchodzi. Zostały zapomniane. Zamiast tego palą te ogniska w Halloween, 
ogniska i bębny, zupełnie tego nie rozumiem.

Chess z pewnością to rozumiała. I owszem z tego miejsca po drugiej stronie 

zatoki pani Hudson miała niezły widok na odprawiane rytuały Nawiedzonego 
Tygodnia, na ogniska i paradę. Ale do cholery jak to możliwe ,że nie wiedziała czym 
były? Przecież przeżyła Nawiedzony Tydzień w 1997. Była tu kiedy świat się 
zmienił, była dorosła mogła przyglądać się temu wszystkiemu w przeciwieństwie do 
Chess, pozbawionego rodziców niemowlaka.

Jak to możliwe ,że żyła w mieście, otoczona ludźmi i nie miała pojęcia co jest 

grane? Z drugiej strony pani Hudson wyglądała tak jakby rzeczywistość opuściła ją 
już dawno temu.

— Nikt już tak naprawdę nie obchodzi świąt. — powiedziała Chess, bardziej 

jako test niż cokolwiek innego. Pani Hudson westchnęła. —  To smutne, to smutny 
świat, świat w którym nie obchodzi się świąt. 

Miała rację co do tego ,że ten świat jest smutny, ale Chess nie sądziła by miało 

to dużo wspólnego ze świętami. Raczej z tym ,że świat składał się z ludzi, a ci 
generalnie byli raczej nieszczęśliwi. 

background image

— Vincent kocha święta, — powtórzyła Pani Hudson, miękkim głosem którym 

mówiła wcześniej. Oczy jej dziwnie błyszczały; wydawała się gapić na kark Chess, 
na którym wcześniej spoczywała ręka Terrible’a. Dziwne. — Nie może się już 
doczekać aż otworzy prezenty. Nie obchodzi mnie co stanie się z duchami. On 
dostanie swoje prezenty na święta.— zakończyła. 

Terrible odchrząknął grzebiąc w portfelu. Tak ona też chciała się stąd zwinąć.  

Pani Hudson jednak zignorowała i dźwięk i gest. — Tak ciężko być z dala od mego 
męża. Nie ma sensu żyć kiedy jego tu nie ma. Kiedy jestem zupełnie sama....tak 
jakby brakowało połowy mego serca. 

Niechętna i niechciana sympatia drgnęła sercem Chess. Znała to uczucie. Było 

to najgorsze na świecie uczucie.

Palce pani Hudson przesuwały się delikatnie po zdjęciach stojących na szafce. 

Zdjęcia, jak wszystko inne w tym pomieszczeniu z wyjątkiem prezentów były 
nieskazitelne, i najwyraźniej należały do niej i Vincenta. Na środku szafki stała 
ślubna fotografia tej pary (chyba to nawet ta sama suknia ślubna?) oraz kilka innych 
mniejszych fotek. Jedno na tle kliniki weterynaryjnej Hudsonów. Coś w tych 
fotografiach nie dawało Chess spokoju, i gdy już miała dojść do tego co to było pani 
Hudson powiedziała — Nigdy nie mieliśmy dzieci. Staraliśmy się przez wiele lat, ale 
nie mogliśmy. Więc jesteśmy sami. Przez tak długi czas, tylko nasz dwójka.

To znajome uczucie jeszcze się pogłębiło. Tylko ich dwoje, żadnych dzieci i 

żadnej perspektywy na dzieci. Dokładnie tak jak ona i Terrible; cóż, on miał córkę, 
ale nie mógł mieć więcej dzieci a i ona też nie mogła. Nie żeby jakoś bardzo ich 
pragnęła, ani sądziła ,że to dobry pomysł. Nawet gdyby nie była uzależniona, praca 
Terrible'a.... i do pewnego stopnia jej własna, raczej nie stawiała ich w pozycji 
wzorcowych rodziców. 

Do cholery jej osobowość nie stawiała jej w takiej pozycji. To była 

odpowiedzialność której nigdy jakoś szczególnie nie chciała. Obowiązek który 
pewnie i tak by spieprzyła gdyby miała taką szansę.

Mimo to gdy usłyszała te słowa, maleńka samotna szpila ukuła ją w serce. 

Nagle całe to miejsce nie wydawało się już przerażające i niepokojące, cóż..może nie 
do końca bo było tu naprawdę kurewsko dziwacznie ale była tu też tragedia. Ta 
kobieta spędzała tak całe dnie, kiedy jej męża nie było. Słuchała w kółko tej 
gównianej muzyki i rozmyślała ,że nie ma już po co żyć, bo jej męża nie było w 
domu. Wszystkie te radosne zdjęcia i przeszłość.....zaraz. To było to. Chodziło o 
zdjęcia. Wszystkie były stare. Na najstarszym pani Hudson miała może czterdzieści 
pięć lat; jej włosy nadal były czarne, a twarz o wiele mniej pomarszczona. 

background image

Chess nigdy nie była jakąś wielką fanką zdjęć, sama miała może ze trzy fotki 

swoje i Terrible'a. Jedna jeszcze zanim zaczęli być razem, a druga ze ślubu Starszego 
Griffina, zrobiona w dodatku bez jej wiedzy, ale Hudsonowie najwyraźniej mieli całą 
fotograficzną dokumentację swego małżeństwa. Hudsonowie w restauracji, w zoo, w 
muzeum, ale nie było tu żadnych świeżych zdjęć.

— Jesteś mężatką od pięćdziesięciu lat? — zapytała Chess.

— Mów mi Eliza. Tak...pięćdziesiąt lat mija dzisiaj.

Chess przyjrzała się zdjęciom. Jasne istniała możliwość ,że ostatnie zdjęcia 

były w jakimś albumie, ale nadal było to dość dziwne nie? A biorąc pod uwagę gadki 
Elzy o Vincencie który nigdy nie opuszcza świąt i o otwieraniu prezentów które 
wyglądają jakby przeleżały kilka dekad w koszu a zwłaszcza wyczuwalną w 
powietrzu magię i coś jeszcze dziwnego i niewłaściwego.....albo Vincent był martwy 
albo opuścił ją lata temu, lecz biorąc pod uwagę uśmiechy i widoczne na zdjęciach 
uczucie łączące tych dwoje obstawiała raczej śmierć.  

Złapała wzrok Terrible'a, wskazując głową w kierunku drzwi, tak dyskretnie 

jak to tylko możliwe. Uniósł brwi a ona pokiwała. Tak, działo się tu naprawdę coś 
niedobrego, a oni muszą stąd wyjść tak ,żeby mogła zadzwonić do Kościoła. To nie 
było coś czym chciała zajmować się na własną rękę a nawet gdyby chciała i tak było 
to poza jej jurysdykcją. Jedynym przestępstwem jakim mógł legalnie zajmować się 
Demaskator, było sfałszowane nawiedzenie, technicznie zwane 'spiskiem w celu 
popełnienia oszustwa i wyłudzenia' i miało na celu wyciągnięcie gotówki z Kościoła. 
I nawet wtedy czasem zmuszona była wezwać wsparcie by dokonać aresztowania, 
nie miała przy sobie ani kajdanek ani broni, a przynajmniej nie tej legalnej.

Technicznie nie powinna mieć przy sobie noża. Zdecydowanie powinna do 

tego miejsca wezwać wsparcie i to szybko. Terrible wyciągnął zmięty banknot. 

— Mówiłaś dwadzieścia tak? Musimy spadać, a Ty możesz wracać do 

swoich....zajęć.

Eliza podeszła i wzięła pieniądze.— Pewnie. Założę się ,że chcecie sobie 

zrobić swoje własne święta. To ulubione święta Vincenta, wiecie? Nigdy nie 
opuszcza Świąt. Dzisiaj tu będzie. To nasza pięćdziesiąta rocznica. Spędzimy je 
razem tylko my dwoje. 

Chess zmusiła się do uśmiechu. Kurwa, naprawdę czas stąd spadać.— To 

świetnie, zostawimy cię teraz żebyś mogła się przygotować. 

background image

— Och, tak, jest tyle do zrobienia....tak wiele, — odparła Eliza. — Muszę 

upiec ciasteczka i skończyć dekorację i zgromadzić wszystko co potrzeba. Mam 
jeszcze tyle pracy, ale mogę to zrobić. Mam w swoim wnętrzu moc miłości a to 
wszystko czego mi trzeba. 

Normalnie Chess by tak nie pomyślała ale kto mógł do cholery wiedzieć co 

jeszcze było w tym domu? Przedmioty osobiste które z powodzeniem mogły stać się 
totemami, śmieci które mogły mieć jakąś magiczną wartość, w końcu nie było to 
miejsce wolne od magicznej energii.  

No i byli też nad wodą, a przychodząca fala i opadająca mgła też będzie 

nabuzowana mocą. Jeśli zaś chodzi o siłę miłości....cóż, nie było to coś czego uczyli 
na zajęciach ale jeśli ktokolwiek wiedział w co można ją przemienić to była to 
właśnie Chess.

Chess czarownica. Chess która miała moc by przywołać umarłego. Chess 

która...jasna cholera, Chess na której tatuaże gapiła się pani Hudson. Tatuaże które 
widziała na zewnątrz zaraz przed tym jak zaprosiła ich do domu. Zwabiła ich do 
domu. Kurwa. Czy pani Hudson wiedziała kim była Chess i czym się zajmowała? 
Wiedziała co oznaczają jej tatuaże? Czy planowała ukraść jej moc?

— Cóż, lepiej się przygotuj. 

Chess powtórzyła łapiąc dłoń Terrible’a i ciągnąc (a raczej pozwalając jemu 

ciągnąć ją, skoro wyraźnie widział co jest grane) z powrotem na korytarz i do 
frontowych drzwi. 

Eliza Hudson szła za nimi. Blisko. — Tak, jestem bardzo zajęta, i czeka mnie 

pracowity wieczór, nie mogę się już doczekać jak zobaczę Vincenta. Spodobają mu 
się jego prezenty. Będziemy tacy szczęśliwi. Nic tego nie powstrzyma.  

Terrible otworzył drzwi i wypchnął przez nie Chess. Skóra ją mrowiła i nie 

zwiastowało to niczego dobrego.

— Uważajcie na schody — zawołała za nimi Eliza. — Ziemia jest tu naprawdę 

nierówna. 

Nie bardziej niż wszędzie, pomyślała Chess i poczuła jak Terrible tężeje tuż za 

nią słysząc strzał, poczuła jak rzuca się do skoku. Kolejny strzał. Terrible leci na nią. 
Za późno. Poczuła ból w szyi, ostry i mocy. Uderzyła w zmarzniętą ziemie z łamiącą 
kości siłą, ale prawie tego nie poczuła. Wzrok miała zamglony.  

background image

— Cholera. — skwitował Terrible. Podniósł się schodząc z niej ale zbyt wolno. 

Miała wrażenie ,że mówi do niej jakby zza szyby. Sięgnęła dotykając karku i 
spodziewając się krwi i poszarpanej skóry. Zamiast tego znalazła strzałkę. Co do 
kurwy nędzy? Terrible też miał jedną wbitą w swój kark. Co się kurwa działo? I 
dlaczego? Miała wrażenie ,że wie, że powinna wiedzieć, ale jakoś nie mogła 
połączyć wszystkich faktów. Tak jakby jej mózg zastąpiła skarpeta pełna budyniu.

Terrible wyszarpnął strzałkę; jego druga ręka zrobiła to samo z jej, próbował 

podnieść ją z ziemi ale dostał kolejną strzałką tuż obok tej którą wyciągnął.

Upadł. Chess musiała na to patrzeć. Jej własne ciało jakby wyparowało. Jakby 

nie miała w ogóle ciała. Była taka zmęczona...jakaś część jej krzyczała i próbowała 
się ruszyć ale nie mogła nic zrobić. Zamglone niebo zamykało się nad nią. 

— Nie pozwolę Wam zrujnować moich Świąt. — warknęła pani Hudson i 

wszystko zrobiło się czarne.

background image

Rozdział Trzeci

Kurwa, szyją ją bolała. Cóż, bolało ją całe ciało, ale szyja wydawała się 

szczególnie opuchnięta, tak jakby ktoś naprawdę ją ugryzł, bardzo, ale to bardzo 
mocno. Mocniej niż kiedykolwiek zrobił to Terrible. 

Terrible. Czy też tu był? Otwarcie oczu wcale jej nie pomogło; było za ciemno. 

Nadgarstki i kostki miała związane co sprawiało ,że trudniej jej było usiąść, w ustach 
czuła taką pustynie ,że kiedy próbowała go zawołać wszystko co się z nich wydobyło 
to świszczący oddech.

Cholera. Gdy odwróciła głowę przed oczami ujrzała gwiazdy i zalała ją fala 

świeżego bólu promieniującego z szyi. Ból mogła znieść ale panika...z paniką nie 
chciała mieć nic do czynienia, a czuła ,że właśnie to jej grozi gdy jej oczy zaczęły 
przyzwyczajać się do ciemności i go nie znalazła. 

— Terrible? — nadal kiepsko brzmiała ale przynajmniej teraz było ją słychać. 

Oblizała usta wysuszonym językiem, przełknęła i spróbowała ponownie.  

— Terrible? Jesteś tu?

Pamiętała ,że został trafiony dwukrotnie. Ta suka Eliza wbiła w jego szyje 

dwie strzałki. Mogła się założyć ,że w środku był jakiś środek uspokajający dla 
zwierząt. Pewnie tego samego użyła do uśpienia tygrysa na jednym ze zdjęć które 
miała w tamtym pokoju. Klinika Weterynaryjna Hudsonów. Skurwiele. 

Przynajmniej strach i złość trochę ją otrzeźwiły. Turlała się po podłodze 

(wyobrażając sobie wszystkie zarazki i bakterie) dopóki nie znalazła się w miejscu z 
którego mogła zobaczyć całe pomieszczenie.

Jakiś ciemny kształt oparty o ścianę. Wielki, ciemny kształt, kształt Terrible'a. 

Pani Hudsona jakoś go tu zaciągnęła. Nie zostawiła go nieprzytomnego na 
lodowatym zimnie. Poczułaby ulgę tylko ,że nadal nie wiedziała czy żył. Zakładała 
,że poczułaby gdyby było inaczej ,że jakoś by wiedziała ale tak naprawdę nie miała 
pojęcia.

Czas ,żeby się upewnić. Turlała się dalej po lepkim, obrzydliwym dywanie 

dopóki nie była na tyle blisko ,że mogła usłyszeć bicie jego serca. Oddychał. — 
Terrible. Terrible, obudź się.

background image

Nic. Cholera. Pewnie mogłaby go obudzić gdyby miała swoją torbę (niektóre 

zioła które tam nosiła były naprawdę mocne) ale nie miała przy sobie torby gdy się 
zbudziła.

Kiedy zgięła nogi wyczuła ,że nie ma też w kieszeni swojego noża. Świetnie. 

Żadnego noża, żadnej torby. Nie tylko była związana, nie tylko nie miała broni oraz 
żadnych magicznych przedmiotów i nie tylko podejrzewała że jakaś starucha będzie 
chciała wykorzystać ja jak baterię, do tego jeśli nie zostanie zabita przez ducha 
Vincenta, skończy w tym zasyfionym pokoju, pełnym brudu i urojeń. 

Odetchnęła głęboko, przyciągnęła swoje związane nogi do siebie i kopnęła 

Terrible'a tak mocno jak tylko mogła. Poruszył się lekko, ale nie podniósł głowy nie 
dał też znać w inny sposób ,że jest przytomny. Kurwa. 

— Przepraszam. — wyszeptała, i kopnęła go ponownie. Siła odrzuciła ją na 

plecy i obtarła swoje dłonie ale co tam. 

Poruszył się nieznacznie. — Au. 

— Terrible, zbudź się. Musisz się zbudzić ok? Musimy się stad wydostać. 

Cisza. — Jestem na podłodze? 

— Tak. I musimy się podnieść, więc musisz być przytomny. 

— Kurwa. — kolejna cisza. — Jak długo mnie nie było? 

— Nie wiem. Ale na zewnątrz jest już ciemno, więc podejrzewam ,że wkrótce 

zacznie robić swoje i jeśli się stąd nie wydostaniemy to my będziemy prezentami 
które rozpakuje Vincent. Masz swój telefon? — poruszył ramionami przesuwając się 
nieznacznie. — Nie, pewnie go zabrała. Tylko...zaczekaj chwile.— ruszał się dalej; 
usiadł, pochylił się do przodu i na wpół uniósł się z podłogi, po czym odchylił 
ponownie. Domyślała się ,że sprawdza czy nadal ma swój mały nóż w bucie, co 
potwierdziło się kiedy się odezwał. — Zabrała duży nóż, ale tego nie znalazła. 
Siedzisz? 

— Tak. — odwróciła się plecami do niego. — Widzisz mnie? 

— Tak. — przesunął się tuż za nią i dotknął ostrzem z zimnej stali wnętrza jej 

nadgarstka. — Ja będę trzymał a ty przetnij line. 

I przy okazji kilka żył, pomyślała ale nie powiedziała tego głośno. I tak nie 

miała wyboru. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to ,że magia pulsowała jej na skórze, a 
fala mdłości przyprawiła ją o dreszcze. —  Cholera, naprawdę już zaczęła. 

background image

— Jaki masz plan?

— Nie wiem. — jej mięśnie krzyczały ale udało jej się jakoś unieść nadgarstki 

i znaleźć ostrze pod takim kątem pod którym miała nadziej ,że nie rozpłata sobie 
skóry. — Spróbuje ją powstrzymać zanim zdąży go wezwać. Nie mam tyle soli ,żeby 
ustanowić krąg wokół całego domu, i wątpię ,żeby sama zrobił krąg więc...

— Nie mamy nic co powstrzyma ducha tak? Może sobie iść dokąd chce. 

— Może, po tym jak ją zabije, co na pewno zrobi. 

I proszę! Lina się poddała; uwolniła z jej resztek nadgarstki i wzięła nóż by 

oswobodzić i jego. O wiele szybciej i bezpieczniej kiedy widziała co robi. — Jeśli jej 
się wydaje ,że będzie miała kurewsko radosne święta to się zdziwi. 

Terrible już zaczął odpowiadać ale cokolwiek chciał powiedzieć zostało 

przerwane przez jej sapnięcie. Oparła swoją głowę na jego plecach na kilka sekund. 
— Czujesz to?  

— Coś czuje, tak. — lina puściła i wyszarpnął ręce. — Już go sprowadziła? 

— Nie. — Chess obserwowała jak uwalnia jej kostki a potem swoje. Stopy ją 

mrowiły kiedy dopłynęła do nich krew. — Ale jest już blisko. 

Promień ciepłego światła omiótł pomieszczenie; Terrible wyciągnął swoją 

latarkę i oczom ich ukazała się sypialnia. Zgadywała ,że była to główna sypialnia; 
drzwi znajdujące się po drugiej stronie pomieszczenia wyglądały jakby prowadziły 
do łazienki. W rogu stał wózek do transportu ciężkich przedmiotów. Jak na przykład 
nieprzytomnych dużych zwierząt. Lub ludzi. Suka. Załadowała ich na to jak kraty 
piwa. 

Terrible wstał i wyciągnął dłoń by pomóc jej zrobić to samo. W świetle latarki 

widziała jego opuszczone niżej niż zwykle powieki, bladą twarz i niepewny krok. W 
końcu został postrzelony środkiem do usypiania zwierząt i to dwukrotnie. Tak jak i 
ona, ale jej ciało przywykło do narkotycznego transu. W końcu brała regularnie, a on 
nie. — Nic ci nie jest?

Pokiwał. — Zmywajmy się stad. 

Zachwiał się na nogach gdy uderzyła w nich kolejna fala magii, zaczęła się 

poważnie martwić. Symbol który wycięła mu na piersi by ocalić mu życie czynił go 
bardziej wrażliwym na magie (zwłaszcza tą czarną) i przez jakiś czas tracił 
przytomność kiedy miał z nią styczność. 

background image

Nie, nie tracił przytomność. Umierał. Umierał za każdym razem kiedy miał z 

nią styczność, umierał na kilka sekund ale umierał. 

Symbol który pomógł jej zaprojektować Starszy Griffin rozwiązywał ten 

problem ale nadal zależał też od jego własnej siły, jeśli był osłabiony, powiedzmy 
przez środek uspokajający dla zwierząt... co to by oznaczało?

Nie chciała tego sprawdzać. Złapała jego ramię by wziąć latarkę. — Raczej nie 

zostawiła mojej torby...o cholera. Ma ją na pewno.  

— Ma ją pod ręką ,żeby użyć tego co miałaś w środku tak?

— Prawdopodobnie. Nie ma jej tutaj 

 Byli w głównej sypialni. Wyblakłe zasłony z wielkim żółtymi stokrotkami 

zakrywały okno po prawej, ten sam wzór był na tapetach. Nie widziała co prawda 
zbyt wiele tapety ponieważ pokrywały ją zdjęcia. Wyszczerzone w uśmiechu twarze 
Vincenta i Elizy spoglądały na nią i Terrible'a  nieomal z każdej powierzchni.

Najbardziej obrzydliwe jednak były plamy po prawej stronie łóżka, i włosy na 

poduszce. Chess nie chciała nawet myśleć o tym co dokładnie leżało w tym miejscu i 
jak długo, i gdzie ten ktoś był teraz. Milczeli dłuższą chwilę wpatrując się w łóżko. 
Terrible przełknął i zrobił krok w tę stronę.

— Spała tu z ciałem nie? 

— Było tu na pewno, ale nie wiem czy z nim spała. — jej żołądek fiknął 

koziołka kiedy na poduszce obok spostrzegła kilka siwych włosów. — Chyba tak, 
zobacz, cholera nadal ma jego ciało. 

— Łatwiej będzie mu wrócić nie? 

— Dokładnie.

Stali tak w milczeniu jeszcze przez kilka sekund. 

— Pewnie dlatego wszystkie zegary tu są zatrzymane nie? Tak jak mówiłaś 

wcześniej, nie?

— Tak. Zgaduje ,że po Nawiedzonym Tygodniu kilka miesięcy trwało zanim 

zapędzili wszystkie duchy do Miasta. Nadal zdarzały się pojedyncze ataki, chyba 
czytałam o takich które miały miejsce pod koniec grudnia tego roku, gdzieś tutaj. 
Może to właśnie go spotkało.  

background image

Bardzo prawdopodobnie ,że to właśnie się z nim stało, co tylko pogarszało 

sprawę. — Jeśli to rocznica jego śmierci, a ona ma jego ciało, bardzo łatwo może go 
sprowadzić z powrotem, i nawet mnie do tego nie potrzebuje. Musimy się pośpieszyć 
i dotrzeć tam zanim go wezwie, bo bez mojej torby jesteśmy udupieni.

Spróbował klamkę. Zamknięte, oczywiście. — Chcesz żebym wyważył drzwi 

czy okno?  

Zawahała się. Snucie się na zewnątrz w taki mróz nie brzmiało zachęcająco, 

ale wiedzieli ,że Elza miała swoją broń na strzałki prawdopodobnie gotową do użycia 
a dźwięk wywarzanych drzwi na pewno zwróciłby jej uwagę i dał czas na 
przygotowanie by ponownie ich zaatakować.

Wydawało się ,że wiedział o czym myślała bo rozsunął zasłony co praktycznie 

wcale nie wpuściło do środka światła i spróbował otworzyć okno. To jednak ani 
drgnęło. — Weź poduszkę z łóżka dobrze?

Zrobiła to a on w tym czasie zdjął kurtkę i osłonił nią pieść i przedramię. 

— Myślisz ,że będzie mniej hałasu niż przy drzwiach — spytała. 

Wzruszył ramionami. — Jeśli usłyszy i przyjdzie to i tak trudniej będzie nas 

dopaść. Gotowa?  

Chess schowała głowę za poduszką. Dźwięk roztrzaskiwanego szkła  

przytłumił na chwilę muzykę; lodowato zimne powietrze owiało skórę Chess. 
Opuściła poduszkę gdy Terrible już strząsał z siebie szklane odłamki i wyskakiwał 
przez okno. Po chwili wsunął swoją dłoń przez otwór wołając. — Chodź i weź 
poduszkę.  

Prawdopodobnie było to niepotrzebne ale i tak położyła poduszkę na 

parapecie. Skaleczenie odłamkiem nie było dla niej perspektywą dobrej zabawy.   
Terrible wyciągnął ją bezpiecznie przez okno biorąc w ramiona w tej samej chwili w 
której przypływ magii z salonu zaparł jej dech w piersiach. A może to nie była magia, 
a przynajmniej nie tego rodzaju magia. Jego ramiona objęły ją w pasie, przyciągając 
do siebie i nim mogła zareagować, jego usta były na jej. Był to jeden z tych 
pocałunków których tak samo nienawidziła jak kochała, zapowiadający 
niebezpieczeństwo z którego mogą nie ujść z życiem; pocałunek który mówił jej jak 
bardzo ją kochał na wypadek gdyby nie przeżył. 

background image

A ona odpowiadała tym samym, mówiła to samo, w taki sam sposób, biorąc 

jego twarz w dłonie i wplatając palce we włosy. Ale to nie był ich koniec. Nie mógł 
być. Nie mógł bo dla nich ten koniec nigdy nie nadejdzie. Wiedziała o tym. To była 
Prawda i wierzyła w to bardziej niż w cokolwiek innego, nawet w Kościół. Jego 
opuszki palców przez moment gładziły jej policzek po czym chwycił ją za rękę i 
ruszył biegiem na tyły domu. Był przypływ. Fale docierały już prawie pod kamienną 
ścianę falochronu, jakieś dwadzieścia stóp od niej. Dźwięk walących fal i gęsta mgła 
sprawiały ,że czuła się tak jakby uczestniczyli w jakimś koszmarze. Ścisnęła dłoń 
Terrible'a jeszcze mocniej. 

Zwolnili gdy dotarli do skraju domu, praktycznie niewidocznego we mgle.  

Żwir i odłamki skał zaśmiecały ziemie, i kto do cholery mógł wiedzieć na jakie 
śmieci mogą tu jeszcze trafić?

Mimo światła dochodzącego tu przez okno z oświetlonego choinkowego 

drzewka, nie było tu wystarczająco jasno by biec najszybciej jak się da. Energia w 
powietrzu, we mgle pochodząca z rytuału Elizy mrowiła skórę Chess i zatapiała się w 
jej duszy. Ciężko było oddychać, nie pomagało też to ,że powietrze dosłownie 
zamrażało jej płuca. 

W końcu dotarli do okna.

I stanęli, gapiąc się przez chwilę której tak naprawdę nie mieli, na scenę 

malującą się za spowitą mgłą szybą. Pani Hudson stała przy choince, jej ciało spowite 
blaskiem kolorowych lampek, z uniesionym w dłoni nożem. Nożem Chess. To suka. 
Terrible dał jej ten nóż. 

Będzie musiała go ponownie poświecić jeśli miała go zamiar jeszcze użyć, do 

cholery dlaczego w ogóle narzeka?  W tej chwili przetrwanie tego świątecznego 
koszmaru było jej większym problemem. Tak jak się domyślała, ciało Vincenta (na 
tym etapie nie przypominało to już za bardzo ciała, raczej szkielet w skrawkach 
ubrań i rzeczy o których Chess wolała nie myśleć) leżało u stóp pani Hudson. 

Poduszka zabezpieczała jego czaszkę. Wokół niej leżały różne przedmioty  

ułożone jak tokeny podczas pogrzebu wikingów. Portfel, para znoszonych butów, coś 
co przypominało karty z bejsbolistami, skarpetki i bielizna. Bardzo osobiste więc i 
bardzo potężne. Jedną z rzeczy był też młotek, co w sumie było kurewsko 
nieprawdopodobne ponieważ tylko tego im brakowało by duch Vincenta miał pod 
ręką jakieś śmiercionośne narzędzie.

background image

Musiała jednak przyznać ,że była pod wrażeniem. Pomijając całkowity brak 

treningu u Pani Hudson, i to ,że nie postawiła kręgu, całkiem dobrze zaplanowała 
swój mały rytuał, uzupełniając go przedmiotami osobistego użytku, datą rytuału 
wypadającą w rocznice śmierci i samy trupem, co w sumie sprawiło ,że mogła zrobić 
wszystko bez użycia mocy Chess. Ale Chess wiedziała ,że praktykowała to pewnie 
od wielu lat; coś mówiło jej ,że Eliza nie robi tego po raz pierwszy. Może to też był 
jej coroczny rytuał jak ubieranie choinki i prezenty.

Jednak nie mogła nigdzie znaleźć swojej torby.

Do cholery, nie tylko miała tam wszystkie magiczne rzeczy łącznie z czarną 

kredą której używała do kreślenia magicznych znaków u siebie i Terrible'a, ale miała 
tam też pigułki i może nie całe swędzenie jakie czuła związane było z magią.  

Naprawdę musiała znaleźć swoje rzeczy i skończyć ten bałagan. Za późno już 

by zadzwonić po wsparcie, bo kiedy ruszyła w stronę okna Eliza właśnie dźgnęła się 
w dłoń wzmacniając wszystko krwią. Krew popłynęła na zbutwiałe zwłoki. Magia 
buchnęła jak piaskowa chmura, zapłonęło niebieskie światło i skóra Chess wybuchła, 
kując, paląc, swędząc, gdy magia połączyła się z jej własną mocą, a runy i symbole 
wytatuowane na jej ciele na nią zareagowały. Sapnęła i potknęła się, nagle osłabiona, 
i zdecydowanie bardziej pesymistyczna w kwestii szans na wyjście z tego cało, gdy 
zobaczyła blask oznaczający ducha w salonie. Przybył Vincent Hudson. 

background image

Rozdział Czwarty

Miał na sobie strój świętego mikołaja. 

 

Pieprzony kostium świętego mikołaja. Duchy zawsze pojawiały się w jasnych, 

lodowato niebieskich ciuchach i przy wtórze takiego też światła, ale Chess widziała 
świętego mikołaja w książkach i na obrazach Kościelnego archiwum i muzeum, i nie 
miała żadnych wątpliwości ,że ten duch był przebrany za mikołaja.  

Swędzenie ramion tylko się pogarszało, i to z powodu jednego ducha co było w 

sumie dziwne, choć jak o tym pomyślała to w domu było pełno śmieci a na zewnątrz 
wcale nie mniej, więc cholera tylko wiedziała co jeszcze mogło przejść przez portal 
który otworzyła Eliza, jeśli wykorzystywała przedmioty osobiste i generatory mocy 
mogła przywołać z połowę Miasta. No i nikt nie wiedział jak duży portal otworzyła. 
Dosłownie wszystko mogło się tam zmaterializować a bez swojej torby Chess nie 
mogła zrobić dosłownie niczego by to powstrzymać. Lub powstrzymać zrobienia z 
Elizy, Terrible'a i jej samej duchów i opuszczeniu domu by pomordować kogoś od tak 
dla zabawy.

Duchy nie przestawały zabijać dopóki ktoś ich nie powstrzymał, lub dopóki nie 

wzeszło słońce, a minęło dopiero kilka dni od najdłuższej nocy w tym roku. Twarz 
Vincenta (ta sama co na zdjęciach, tylko trochę starsza i oczywiście pozbawiona 
kolorów) wyszczerzyła się w szerokim uśmiechu na widok swojej żony.  

Chess nie dała się jednak nabrać.

Eliza za to tak. Rozpostarła ramiona i odrzuciła do tyłu głowę. Jej głos zza 

szyby był zniekształcony i cichy.

— Vincent! Och, Vincent! Zrobiłam to! Tym razem się udało!

— Szybko — Chess zaczęła szukać we mgle czegoś czym mogłaby wybić 

szybę. — Moja torba musi tam gdzieś być, kiedy ją znajdę— 
 

background image

Dłoń Terrible’a opadła twardo na jej ramię, powstrzymując szamotanie. 

Odwróciła się do niego z zamiarem zapytania co do kurwy nędzy robi, ale wyraz jego 
twarzy ją powstrzymał. Był poważny i przepełniony smutkiem, powiedział do niej 
niskim głosem. — Pozwólmy jej na to. 

— On ją zabije, nie możemy tak po prostu mu na to pozwolić.

— Ona tego chce nie? W końcu po to zrobiła to wszystko. 

— Ale —

— Chessie.— skinął głową w kierunku domu. — Zobacz.  

Już otwierała usta do kłótni ale nic z nich nie wyszło. Jego oczy były pełne 

sympatii, odwróciła się do okna i uświadomiła sobie ,że miał rację. Eliza
stała tam z rozłożonymi szeroko ramionami, jej twarz lśniła.

Vincent zrobił krok do przodu, powoli z manierą ducha szykującego się do 

ataku na swoją ofiarę. Wyszczerzył się szeroko w groteskowej parodii radości, i wziął 
nóż (niech to szlag  nadal był to nóż Chess) z dłoni Elizy, podczas gdy ona stała tam 
czekając i obserwując. 

Chess i Terrible też czekali. Terrible oplótł Chess ramieniem i przyciągnął 

bliżej do siebie; wsunęła dłoń pod jego ramie, obejmując go w pasie i przytuliła 
głowę do jego piersi, bardzo blisko symbolu który mu tam wycięła. Ten symbol ocalił 
mu życie, oczy ją piekły i nie potrafiła nawet powiedzieć dlaczego, a może potrafiła 
ale nie chciała o tym myśleć.  

Jasne światło padające z duchowej formy Vincenta i lampek choinkowych, 

sprawiały ,że twarz Elizy lśniła, a może nie chodziło tylko o światła. Może to 
szczęście, kiedy uśmiechnęła się do swojego męża jakby ubyło jej lat. — Kocham 
cię, — powiedziała. — Tęskniłam.

Nóż błysnął na tle jej gardła. Czas który już płynął niesamowicie powoli, teraz 

się zatrzymał. Wydawało się ,że minęła godzina nim krew buchnęła z rany plamiąc 
koronkowy kołnierzyk, kolejna godzina nim zalała zbyt duży gorset, nim 
przesiąknęła na suknie tworząc szerokie plamy, na brudnym tiulu. Usta Elizy 
poruszały się i wyglądało na to ,że mówi. — Dziękuje, — a może — Kocham cię, — 
ale Chess nie potrafiła tego stwierdzić. Ciało Elizy zwaliło się na podłogę.  

Stopy Terrible’a uderzyły w stopnie ganku nim ciało Elizy uderzyło w podłogę. 

Ściągnął coś ze ściany i gotował się do wybicia okna. Vincent nie zwracał uwagi, 
ponieważ duch Elizy właśnie powstawał z jej ciała jak ze skorupy. 

background image

Chess nigdy wcześniej nie widziała romantycznych zapędów duchów. 

Oczywiście takie sytuacje zdarzały się w Mieście, ale na zewnątrz było inaczej. Na 
zewnątrz tak naprawdę nie widziała nigdy ich interakcji, no chyba ,że skrzykiwały się 
do kupy by zabijać ludzi. Ale Eliza i Vincent spoglądali teraz na siebie. Naprawdę na 
siebie patrzyli. Osiągnęli jedność. Piosenka nadal leciała, i była tak głośna ,że wzrok 
Chess zamglił się kompletnie, ledwie widziała teraz tą dwójkę w uścisku, 
zjednoczoną poprzez śmierć. 

Rozdzielili się kiedy usłyszeli trzask wybijanego okna. Identyczne wyrazy 

wściekłości pojawiły się na ich twarzach, wcześniej tak idealnych. Vincent podniósł 
nóż. Terrible rzucił się przez wybita dziurę, w dłoni miał kawał metalowej rury którą 
musiał podnieść z ganku. Chess ruszyła za nim, nie mając żadnego pojęcia co 
mogłaby zrobić ,żeby mu pomóc poza znalezieniem swojej torby, co na tym 
wysypisku śmieci mogło zająć wieczność.

Nie było jej w salonie; rozejrzała się pośpiesznie bo tyle tylko mogła zrobić, 

ponieważ kiedy Terrible oplótł dłonią rękę Vincenta, tą w której trzymał nóż, Eliza 
znalazła już swoją własną broń. Ta kobieta zajmowała się tym świątecznym gównem 
od dwudziestu pięciu lat. Dwadzieścia pięć lat zbierania pocisków którymi mogła 
teraz mierzyć do Chess, i była w tym całkiem niezła. Mikołaj z porcelany odbił się od 
jej ramienia. Jeden z tych ceramicznych, podświetlanych domków, z padającym w 
środku śniegiem uderzył ją klatkę piersiową. Potknęła się; jej stopy przejechały się po 
kawałkach porcelanowego mikołaja i upadła na podłogę.

Ciężkie świąteczne dekoracje nadal na nią leciały kiedy walczyła by stanąć na 

nogi: złote, srebrne, czerwone, bombki, figurki, świeczki. Drewnianym Jezusem 
dostała prosto w twarz. Podniosła go i odrzuciła, wiedząc ,że i tak nic tym nie zdziała 
no może poza wkurzeniem ducha. Jezus przeleciał prosto przez eteryczną formę 
Elizy.

Terrible nadal szarpał się z Vincentem. Próbował odebrać mu nóż (duchy 

mogły umacniać się ale tylko wokół obiektów) jednocześnie kierując Vincenta  
bardziej na środek pomieszczenia, z dala od innych niebezpiecznych obiektów, 
jednocześnie Vincent starał się skierować Terrible'a z powrotem w kierunku ścian i 
półek. Kiedy Chess podniosła się już na nogi, Eliza odwróciła się do Vincenta. 
Wymienili się spojrzeniami. To nie zapowiadało niczego dobrego. 

I nie było. Chess wiedziała co nadchodzi i otworzyła usta do krzyku, ale już 

było za późno, i tak nie miałoby to znaczenia. Vincent upuścił nóż. Jego dłoń 
natychmiast utraciła swą solidność w ręce Terrible'a.

Eliza złapał nóż w locie. Światło błysnęło z ostrza gdy obróciła je gotowa by 

wbić je prosto w plecy Terrible'a. 

background image

Chess już była w ruchu. Rzuciła się do przodu. Poczuła podmuch mroźnego 

powietrza, jeszcze bardziej mroźnego niż dotychczas, gdy przeleciała przez ducha, 
eteryczną postać Elizy. Nie sprawiło to jednak ,że ta upuściła nóż, ale dało Terriblowi 
sekundy których potrzebował by zejść jej z drogi. 

Chess uderzyła w choinkę. Auć, to naprawdę bolało; nie na darmo mówili ,że  

sosnowe igły klują, ból przetoczył się przez całe jej ciało. Drzewko zachwiało się i 
poleciało na ścianę przy którym stało. 

Chess chwyciła jakieś ozdoby i rzuciła w Elzę celując w dłoń w której ta 

trzymała nóż. Vincent atakował teraz Terrible'a rzucając w jego głowę stojącymi na 
półce ramkami. Ramki roztrzaskiwały się na kawałki. Chess wyplątała się w końcu z 
choinki zastanawiając czy próbować powstrzymać Elizę czy szukać torby. 

Nie chciała zostawiać tu Terrible'a z dwoma duchami, ale wiedziała ,że bez 

torby nie wygrają tego starcia. Potrzebowała ziemie cmentarną i asafetydę, żeby 
zamrozić duchy, sól by przywiązać je w kręgu tak ,żeby mogła wezwać posiłki albo  
odesłać je sama, zakładając ,że psychopompa którą miała w torbie nie była 
zniszczona. 

Jeszcze bardziej potrzebowała swoich pigułek. Cała ta nagromadzona w 

powietrzu energia sprawiała ,że czuła się tak jakby skóra z niej złaziła, ale nie była to 
tylko wina magi, i nie tylko magia sprawiała ,że zaczynała czuć się niepewnie. Miała 
zejście. Nie miała co prawda pojęcia która była godzina ale wiedziała ,że była 
przynajmniej ósma albo dziewiąta, co znaczyło ,że minęło już siedem godzin od 
kiedy wzięła ostatnią pigułkę.  

Cepty. To był problem. Chora czarownica to słaba czarownica, a ona nie mogła 

pozwolić sobie na słabość. Owszem, przywołanie przez Elizę ducha wykorzystało już 
część mocy Chess, ale już teraz nie ciągnęło z niej więcej. Ale to nie był jedyny 
rodzaj energii jakiego potrzebowała jeśli miała ujść z tego z życiem.
Więc jej torba musiała być pierwsza. Próbowała wyminąć Elizę, ale nie udało się do 
końca i dostała cios.

Kurwa, auć! Przed oczami zrobiło jej się czarno. Tylko tego jej było trzeba; 

spapranego wzroku. Terrible jakoś uciekł Vincentowi. Widziała jak skanuje podłogę 
szukając broni, ale nie widziała tu niczego użytecznego i on najwyraźniej też nie. A 
przynajmniej niewiele, bo zarzuciło nim trochę kiedy przyjął uderzenie od Vincenta, 
jakąś trzymaną w dłoni statuetką.  

Po chwili dołączyła do nich Eliza i choinka poleciała na plecy Terrible'a. 

Vincent wypuścił z dłoni statuetkę i podniósł cholerną choinkę. Ozdoby spadały i 
roztrzaskiwały się, lampki zrywały mrugając, kiedy wymachiwał nią jak kijem 
bejsbolowym. 

background image

Terrible próbował się bronić. Kolorowe odłamki i sosnowe igły fruwały 

wszędzie. Chess wybiegła z pokoju pędząc korytarzem. Jej torba, gdzie mogła być? 
Nie było jej w salonie, ani w sypialni, nie było jej na zewnątrz, a przynajmniej tak 
myślała, była mgła więc nie mogła mieć pewności. Jeśli Eliza zaciągnęła ją i 
Terrible'a przez frontowe drzwi, może więc zostawiła ją tutaj? 

Kuchnia wyglądała teraz jeszcze gorzej niż wcześniej, pełna mrocznych cieni, 

prawdopodobnie ukrytych w zakamarkach szczurów tylko czekających by wskoczyć 
Chess na głowę. Parła do przodu, kopiąc stosy papierów i puste pudełka po jedzeniu. 
Jakaś sterta ubrań teraz napatoczyła się jej po drodze. Jej torba, gdzie była jej torba?  
Zmusiła się do otwierania szafek i zaglądania w majaczącą tam ciemność. Macała a 
jej dłoń dotykała zakurzonych rzeczy, zdecydowanie zbyt miękkich rzeczy które 
ruszały się pod jej palcami i sprawiały ,że miała ochotę zwymiotować.

Ale nigdzie nie było torby.

Przeszukiwała pomieszczenie za pomieszczeniem. Nic. Kurwa, pieprzyć to. 

Terrible był tam zupełnie sam, w otoczeniu dwóch duchów i potrzebował jej a ona 
nie mogła pomóc mu bez swojej torby, musiała ją znaleźć. Czy ta suka naprawdę 
zostawiła ją na dworze.

Dobra. Wyszła na ganek, zeszła po schodach i potykając się we mgle zaczęła 

szukać torby, praktycznie w tym samym kolorze co ziemia pod jej stopami. Żadnej 
latarki, żadnego światła, nawet zapałki; do orientacji miała tylko przerywany blask 
zza okna salonu i dźwięk piosenki Blisko Ciebie, nie wspominając o dziko walącym 
sercu i strachu kłębiącym się w żołądku.

Jej stopy w coś uderzyły, w coś co zaszeleściło i zaklekotało i od razu 

poznała ,że to jej torba. Kurwa, znalazła ją. Była otwarta i zmroziło ją na samą 
myśl ,że kościste dłonie Elizy grzebały w jej rzeczach ale przynajmniej znalazła 
torbę. Pośpiesznie sprawdziła zawartość i okazało się ,że niczego nie brakuje; dwie 
sekundy zajęło jej odnalezienie woreczka z cmentarną ziemią i napełnienie nią ręki, 
była gotowa. A może nie całkiem, ponieważ naprawdę potrzebowała swoich pigułek. 
Z drugiej strony nie mogła pozwolić by Terrible był tam sam ani sekundę dłużej, 
najpierw ziemia potem pigułki. 

Scena którą zobaczyła przez okno przypominała jakąś chorą świąteczną 

inscenizację. Terrible stał w rogu, walcząc z Vincentem i choinką, podczas gdy Eliza  
nadal rzucała czym popadnie w jego głowę. Głowa Terrible’a. Krew lała się z niej po 
jednej stronie, koszula była porwana. A Blisko Ciebie nadal rozbrzmiewało, 
sprawiając ,że cała ta sytuacja była jeszcze bardziej dziwaczna. 

background image

Pierwsze co zrobi jak tylko upora się z duchami, to rozwali tą cholerną płytę. 

Co zrobiła, pomijając to jak jej ciało wrzeszczało wręcz prosząc o pigułki, kiedy 
wpadła przez okno i rzuciła ziemią cmentarną, jej moc popłynęła razem z nią, a jej 
głos zaintonował czysto — Dallirium espirantia!

Nie było to tak silne jakby było gdyby czuła się lepiej ale zadziałało. Vincent i 

Eliza zamarli w miejscu. Choinka zwaliła się na podłogę. Terrible przeskoczył przez 
nią i przeciągnął usuwając z drogi, podczas gdy ona ustanawiała wokół nich krąg, 
poruszając się tak szybko jak tylko mogła by skończyć nim znowu zaczną się ruszać. 
Czuła ich wściekłe spojrzenia na swoich plecach, kiedy pracowała. 

— Moją krwią wiąże ten krąg. — nożem przeciągnęła po swoim lewym małym 

palcu. Krew popłynęła kapiąc na sól. Krąg wystrzelił. Zrobione. Oddech jej 
przyśpieszył, wygrzebała z torby pudełko z pigułkami i wyjęła trzy Cepty. Pigułki, 
minuta odpoczynku i odeśle ich sama. Było za zimno ,żeby siedzieć tu i czekać na 
wsparcie. I jeśli chciała być ze sobą do końca szczera to chodziło też o to ,że wtedy  
odesłaliby ich prosto do więzienia dla duchów nie? Chess mogła zrobić to samo 
(miała w torbie potrzebne rzeczy) ale...mimo tego co zrobiła jej Eliza, tego co zrobiła 
Terriblowi, nie mogła zmusić się by skazać ją wieczne tortury. Słowa Elizy o tym ,że 
mają tylko siebie, że nie mają dzieci ani nikogo innego odbijały się echem w jej 
głowie. Eliza ostatnie dwadzieścia pięć lat spędziła sama, czekając na niego, próbując 
go przywrócić. Cierpiąc. 

Chess aż za dobrze wiedziała jak to jest popełnić przestępstwo byle tylko być z 

tym kogo się kocha, kogo się potrzebuje. 

Czy jej zbrodnia była naprawdę gorsza od tej którą ona popełniła?

Właśnie kończyła rozgryzać pigułki na gorzką masę i popijała je wodą, kiedy 

usłyszała dźwięk drapanego winylu po czym zaległa cisza. Piękna, wspaniała cisza.  
Terrible podał jej papierosa.

— Cholera. — skwitował, rozglądając się po zniszczonym pokoju — Święta 

zawsze były takie popieprzone? 

Uśmiechnęła się. — Jestem przekonana, że tylko te były takie wyjątkowe.

— Chociaż wiem jak poprawić ten ponury nastrój. — oplótł ją w pasie 

ramieniem. — Jak dla mnie to nadal jesteś mi coś winna, wiesz? Miałem dostać 
nagrodę. 

background image

Zerknęła na duchy, kroczące w kręgu i spoglądające na nich z wściekłością. 

Rozejrzała się po pokoju. Myślała o tym czego chciała Eliza i dlaczego wezwała 
ducha swego męża, i że będą teraz razem w Mieście Wieczności już na zawsze. I o 
tym jak ona i Terrible też. Wtedy spojrzała na jego twarz, zakrwawioną lecz nadal 
uśmiechającą się do niej. — Tak, — powiedziała. — Dokładnie tak jak mówisz.