background image

 

 

 

background image

PATRICK SÜSKIND 

KONTRABASISTA 

Tłumaczyła Anna Gierlińska 

Tytuł oryginału: Der Kontrabaß 

background image

Pokój. Muzyka z płyty, Druga Symfonia Brahmsa. Ktoś nuci do wtóru. Słychać kroki, 

to dalej, to bliżej. Odgłos otwieranej butelki. Ktoś nalewa sobie piwa. 

Chwileczkę...  Już  zaraz...  -  Teraz!  Słyszy  pan?  To!  Teraz!  Czy  pan  to  słyszy? 

Chwileczkę, zaraz ta fraza powróci! Teraz! Teraz pan je słyszy! To znaczy basy, kontrabasy... 

Zdejmuje ramię gramofonu z płyty. Koniec muzyki. 

...  To  ja.  Albo  my.  Moi  koledzy  i  ja.  Orkiestra  państwowa.  Druga  Brahmsa,  to  robi 

wrażenie.  W  tym  wypadku  graliśmy  w  szóstkę.  Średnia  obsada.  Razem  jest  nas  ośmiu. 

Czasami dochodzi jeszcze dwóch z zewnątrz. Zdarzyło nam się też już grać w dwunastu, to 

jest  siła,  mówię  panu,  wielka  siła.  Teoretycznie  rzecz  biorąc,  dwunastu  kontrabasów  nie 

utrzyma w szachu nawet cała orkiestra. Jest to niemożliwe już choćby fizycznie. Nam nic nie 

dorówna. Ale bez nas obejść się nie można. Każdy to panu powie. Każdy muzyk przyzna od 

razu, że orkiestra w każdej chwili obejść się może bez dyrygenta, ale nigdy bez kontrabasu. 

Przez  całe  wieki  orkiestry  obywały  się  bez  dyrygentów.  W  historii  muzyki  dyrygent  jest 

wynalazkiem  najświeższej  daty.  Mogę  pana  zapewnić,  że  nawet  nasza  orkiestra  państwowa 

niekiedy  gra  sama  dla  siebie  i  zupełnie  nie  zważa  na  dyrygenta,  a  on  tego  wcale  nie  widzi. 

Wystarczy temu tam z przodu pozwolić machać tą jego laską i można robić, co się chce. Ten 

numer  nie  przejdzie  tylko  z  Generalnym  Dyrektorem  Muzycznym.  Ale  z  dyrygentem  na 

gościnnych występach nie ma żadnego problemu. To są nasze najskrytsze radości.  Lepiej o 

tym nie mówić. - Ale to na marginesie. 

Z drugiej strony jedno trudno sobie wyobrazić, mianowicie orkiestrę bez kontrabasu. 

Można nawet powiedzieć, że orkiestra z samej definicji zaczyna się tam, gdzie jest kontrabas. 

Są  orkiestry  bez  pierwszych  skrzypiec,  bez  instrumentów  dętych,  bez  kotłów,  bez 

wszystkiego. Ale nie bez kontrabasu. 

Chcę  przez  to  powiedzieć,  że  kontrabas  jest  po  prostu  w  orkiestrze  najważniejszy. 

Choć wcale na to nie wygląda. 

Jest  podstawą  całej  orkiestry,  na  której  dopiero  mogą  się  oprzeć  inne  instrumenty  i 

sam  dyrygent.  Mówiąc  obrazowo,  bas  jest  fundamentem,  na  którym  się  ten  cały  wspaniały 

gmach  wznosi.  A  kiedy  go  zabraknie,  powstaje  czysta  muzyczna  wieża  Babel,  Sodoma  i 

Gomora, i nikt już wtedy nie wie, po co właściwie gra. Niech pan sobie wyobrazi na przykład 

Symfonię h - mol Schuberta bez basów. Nie ma o czym mówić. Cała literatura orkiestrowa od 

A do Z, wszystko, co pan tylko chce: symfonie, opery, koncerty solowe, byłyby do niczego, 

background image

gdyby  nie  było  kontrabasów.  Niech  pan  zapyta  muzyka  z  orkiestry,  kiedy  zaczyna  pływać! 

Niech pan zapyta! Otóż, gdy nie słyszy kontrabasu. Kompletne fiasko. W orkiestrze jazzowej 

widać  to  jeszcze  wyraźniej.  Mówiąc  obrazowo,  orkiestra  jazzowa  rozpada  się  z  wielkim 

hukiem  jak  granat,  kiedy  milknie  kontrabas.  Innym  muzykom  wszystko  wydaje  się  naraz 

pozbawione sensu. Nawiasem mówiąc, ja sam odrzucam jazz, rocka i te rzeczy. Jako artysta 

cenię  klasyczne  piękno,  dobro  i  prawdę,  i  przed  niczym  nie  bronię  się  bardziej  niż  przed 

anarchią wolnej improwizacji. - Ale to na marginesie. 

Chciałem jedynie na wstępie powiedzieć, że kontrabas jest centralnym instrumentem 

orkiestry. W gruncie rzeczy wie o tym każdy. Tylko nikt tego nie powie otwarcie, bo każdy 

muzyk  z  orkiestry  łatwo  popada  w  zazdrość.  No  bo  jak  wyglądałby  nasz  koncertmistrz  ze 

swymi  skrzypcami,  gdyby  musiał  przyznać,  że  bez  kontrabasu  byłby  jak  cesarz  bez  szat  - 

śmieszny symbol własnej nieważności i próżności. Kiepsko by wyglądał, bardzo kiepsko. A 

teraz pociągnę sobie łyczek... 

Pije łyk piwa. 

... Jestem skromnym człowiekiem. Ale jako muzyk wiem, czym jest grunt, na którym 

stoję;  matka  ziemia,  w  której  wszyscy  tkwimy  naszymi  korzeniami;  źródło  siły,  z  którego 

czerpie każda myśl muzyczna; jedynie twórczy biegun, z którego lędźwi - mówiąc obrazowo 

- wytryska nasienie muzyczne...  - to ja! - Mam na myśli bas. Kontrabas.  Wszystko inne jest 

biegunem  przeciwnym.  Wszystko  inne  staje  się  biegunem  dopiero  poprzez  kontrabas.  Na 

przykład sopran. Sopran jako  -  jakby to  powiedzieć... wie pan, mamy teraz w operze młodą 

sopranistkę, mezzosopran, słyszałem już wiele głosów, ale ten jest rzeczywiście wzruszający. 

Ta kobieta wzrusza mnie do głębi, jeszcze właściwie dziewczyna, dwadzieścia kilka lat. Sam 

mam  trzydzieści  pięć.  W  sierpniu  skończę  trzydzieści  sześć.  Zawsze  w  czasie  przerwy 

urlopowej. Wspaniała kobieta. Uskrzydlająca... ale to na marginesie. 

Tak  więc  sopran,  na  przykład,  największe  przeciwieństwo  kontrabasu,  jakie  można 

sobie  w  ogóle  wyobrazić,  w  sensie  ludzkim  i  instrumentalno  -  dźwiękowym,  byłby...  byłby 

ten  sopran...  lub  mezzosopran...  właśnie  tym  przeciwieństwem,  z  którego...  albo  lepiej:  ku 

któremu...  albo,  z  którym  zjednoczony  kontrabas...  w  sposób  nieunikniony  generuje,  że  tak 

powiem muzyczną iskrę, od bieguna do bieguna, od basu do sopranu - lub mezzosopranu, ku 

górze, alegorycznie rzecz ujmując, niby skowronek... boski, tam wysoko, we wszechświecie, 

bliski  wieczności,  kosmiczny,  seksualno  -  erotycznie  i  nieskończenie  zmysłowy...  a  jednak 

spętany  magnetyczną  siłą  przyziemnego  kontrabasu,  siłą  archaiczną;  kontrabas  jest 

background image

archaiczny, jeśli rozumie pan, co mam na myśli... I tak jedynie możliwa jest muzyka. Bo w 

tym magnetycznym polu pomiędzy tu i tam, wysoko i nisko rozgrywa się wszystko to, co w 

muzyce  ma  sens;  tam  rodzi  się  muzyczny  sens  i  życie,  tak,  po  prostu  życie.  Więc  mówię 

panu,  ta  śpiewaczka  -  nawiasem  mówiąc  ma  na  imię  Sara  -  mówię  panu,  zajdzie  kiedyś 

bardzo wysoko. Jeżeli znam się na muzyce, a trochę się na niej znam, to z pewnością zajdzie 

wysoko. A do tego przyczyniamy się my, orkiestra, a szczególnie my, kontrabasiści, a więc 

ja.  To  bardzo  przyjemna  świadomość.  No,  dobrze.  A  więc  teraz  zrekapitulujmy:  kontrabas 

jest  podstawowym  instrumentem  muzycznym  z  powodu  swej  fundamentalnej  głębi.  Jednym 

słowem jest najniższym instrumentem smyczkowym. Dochodzi do E - kontra. Zaraz to panu 

zagram... Chwileczkę... 

Pociąga łyk piwa, wstaje, bierze do ręki instrument, napina smyczek. 

... nawiasem mówiąc, najlepszy w moim kontrabasie jest smyczek. Pfretzschner. Wart 

jest dzisiaj dwa i pół tysiąca, a ja go kupiłem za trzysta pięćdziesiąt. Ceny wzrosły w ostat-

nich dziesięciu latach jak szalone. Co robić... A teraz niech pan posłucha!... 

Gra na najniższej strunie. 

...  Słyszy  pan?  E  -  kontra.  Dokładnie  41,2  Hz,  jeżeli  jest  dobrze  nastrojony.  Są 

kontrabasy, które schodzą jeszcze niżej. Do C - kontra albo nawet H - subkontra. To byłoby 

30,9 Hz. Ale do tego potrzebny jest instrument pięciostrunowy. Mój ma cztery. Pięciu nie wy-

trzymałby,  rozerwałoby  go  na  części.  W  naszej  orkiestrze  jest  kilka  pięciostrunowych, 

potrzebne  są  do  Wagnera,  na  przykład.  Nie  brzmi  to  szczególnie,  30,9  Hz  to  już  nie  jest 

dźwięk, wie pan, bo nawet to... 

Gra powtórnie E - kontra. 

... nie jest już dźwiękiem, raczej odgłosem tarcia, czymś, jakby to powiedzieć, czymś 

wymuszonym,  co  raczej  huczy  niż  dźwięczy.  Moja  skala  dźwięków  wystarczy  mi  więc  w 

zupełności. Jeśli chodzi o wysokie dźwięki, to moje możliwości są nieograniczone, to znaczy 

teoretycznie, bo praktycznie tak. Na przykład przy pełnym wykorzystaniu szyjki mogę dojść 

do c trzykreślnego... 

Gra. 

background image

... tak, c trzykreślnego. I pan powiedziałby teraz, że to już koniec, bo dalej szyjka się 

kończy i nie można już przycisnąć struny. Tak pan myśli?! No, a teraz ... 

Gra flażolet. 

...i teraz?... 

Gra jeszcze wyżej. 

...i teraz?... 

Gra jeszcze wyżej. 

... flażolet. To nazywa się flażolet. Przycisnąć palcem i wyłaskotać wysokie tony. Jak 

to  funkcjonuje fizycznie, nie mogę panu wyjaśnić, to  byłoby już zbyt  wiele, może pan sam 

później poszukać w leksykonie. W każdym razie teoretycznie mogę grać tak wysoko, że nie 

jest to już słyszalne. Chwileczkę... 

Gra dźwięk tak wysoki, że go nie słychać. 

... Słyszy pan? Nie, tego już pan nie słyszy. No, widzi pan! Tyle możliwości tkwi w 

tym  instrumencie,  to  znaczy  teoretycznie  i  fizycznie.  Tylko  nie  można  tego  wydobyć  pra-

ktycznie  i  muzycznie.  Tak  samo  jest  z  instrumentami  dętymi.  I  z  ludźmi  w  ogóle  - 

symbolicznie  rzecz  biorąc.  Znam  ludzi,  w  których  tkwi  cały  kosmos,  niezmierzone 

możliwości.  Ale  się  z  nich  tego  nie  wydobędzie.  Pod  żadnym  pozorem.  To  na  marginesie. 

Cztery struny. E - A – D - G... 

Gra pizzicato. 

... Wszystko chromowana stal. Dawniej jelito. Struna G, ta tutaj u góry, służy głównie 

do gry solowej, jeśli ma się taką możliwość. Kosztuje majątek, jedna struna. Wydaje mi się, 

że  komplet  strun  kosztuje  dzisiaj  sto  sześćdziesiąt  marek.  A  kiedy  zaczynałem,  kosztował 

czterdzieści. Z tymi cenami to zupełny obłęd. No, dobrze. Cztery struny, strój kwartowy E - A 

– D - G, w instrumencie pięciostrunowym dochodzi jeszcze C lub H. To jest dzisiaj standard 

od  Chicago  do  Moskwy.  Wcześniej  były  walki.  Różne  stroje,  różna  liczba  strun,  różne 

wielkości - żaden inny instrument nie miał tylu typów, co kontrabas. Pozwoli pan, że napiję 

się piwa, mój organizm jest strasznie odwodniony. W XVII i XVIII wieku panował całkowity 

background image

chaos:  gamby  basowe,  viole  basowe,  violony,  subtraviolony,  strój  tercjowy,  kwartowy, 

kwintowy,  instrumenty  trój  -  ,  cztero  -  ,  sześcio  -  i  ośmiostrunowe,  otwór  rezonansowy  w 

kształcie litery f, litery c - kompletne szaleństwo. Jeszcze w XIX wieku we Francji i Anglii 

były  instrumenty  trójstrunowe  w  stroju  kwintowym;  w  Hiszpanii  i  we  Włoszech  - 

trójstrunowe  w  stroju  kwartowym;  w  Niemczech  i  Austrii  -  czterostrunowe  w  stroju 

kwartowym.  Zwyciężyliśmy  w  końcu  my,  z  naszymi  czterema  strunami  i  strojem 

kwartowym, bo w tym czasie mieliśmy po prostu lepszych kompozytorów. Chociaż kontrabas 

trójstrunowy  brzmi  lepiej.  Nie  tak  chropowato,  bardziej  melodyjnie,  po  prostu  piękniej.  Ale 

za  to  mieliśmy  Haydna,  Mozarta,  synów  Bacha.  Później  Beethovena  i  wszystkich  romanty-

ków.  Im  było  wszystko  jedno,  jaki  dźwięk  ma  kontrabas.  Dla  nich  bas  był  jedynie  tłem 

dźwiękowym dla ich utworów symfonicznych - praktycznie największych dzieł muzycznych 

po  dzień  dzisiejszy.  I  to  wszystko  spoczywa  bez  żadnej  przesady  na  barkach 

czterostrunowego kontrabasu, od roku 1750 aż po wiek dwudziesty, cała muzyka orkiestrowa 

z dwóch stuleci. I tą muzyką wymietliśmy trójstrunowy kontrabas. 

On  się  oczywiście  jeszcze  bronił,  może  pan  sobie  to  wyobrazić.  W  Paryżu,  w  kon-

serwatorium  i  w  operze,  jeszcze  do  1832  roku  używano  instrumentów  trójstrunowych.  W 

roku 1832 umarł,  jak wiadomo,  Goethe. Porządek z tym zrobił Cherubini.  Luigi  Cherubini. 

Wprawdzie  Włoch  z  pochodzenia,  ale  zwolennik  muzyki  środkowoeuropejskiej  -  wielbiciel 

Glucka,  Haydna  i  Mozarta.  Cherubini  był  w  tym  czasie  w  Paryżu  naczelnym  intendentem 

muzycznym.  No  i  zrobił  z  tym  porządek.  Może  pan  sobie  wyobrazić,  co  się  działo.  Krzyk 

oburzenia  w  szeregach  francuskich  kontrabasistów,  że  oto  Włoch  -  germanofil  zabiera  im 

trójstrunowy kontrabas. Francuzi oburzają się bardzo łatwo. Jeżeli gdziekolwiek pojawiają się 

nastroje rewolucyjne, nie może tam zabraknąć Francuzów. Tak było w XVIII wieku, w XIX, 

tak jest po dziś dzień. Na początku maja byłem w Paryżu, strajkowali śmieciarze, metro, trzy 

razy  dziennie  wyłączali  prąd  i  demonstrowali,  15  000  Francuzów.  Nie  może  pan  sobie 

wyobrazić,  jak  wyglądały  potem  ulice.  Zdemolowane  sklepy,  rozbite  okna  wystawowe, 

zniszczone  samochody;  plakaty,  papier  i  wszystko  inne  rzucali  po  prostu  na  ulicę  i  tak 

zostawiali. Muszę powiedzieć, że to bardzo niepokojące. No, tak. Wtedy w każdym razie, w 

1832  roku,  nic  im  to  nie  pomogło.  Trójstrunowy  kontrabas  zniknął  nieodwracalnie.  Ta 

różnorodność  nie  była  zresztą  wcale  dobra.  Chociaż  to  jednak  szkoda,  bo  tamten  po  prostu 

brzmiał lepiej niż... ten tutaj... 

Dźwięczy strunami swego kontrabasu. 

background image

... Mniejsza skala dźwięków. Ale lepsze brzmienie... 

Pije piwo. 

... Niech pan popatrzy  - to zdarza się często.  Lepsze wymiera, bo nie odpowiada du-

chowi czasu. A ten zmiecie wszystko. W tym wypadku byli to nasi klasycy, którzy bez litości 

wymietli wszystko, co stało im na drodze. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że było 

to  świadome.  Nasi  klasycy  byli  w  gruncie  rzeczy  ludźmi  przyzwoitymi.  Schubert  nie 

skrzywdziłby nawet muchy, a Mozart był wprawdzie czasami trochę grubiański, ale z drugiej 

strony  był  człowiekiem  w  najwyższym  stopniu  wrażliwym  i  pozbawionym  agresji.  Także 

Beethoven. Mimo jego ataków wściekłości. Beethoven rozbił na przykład kilka fortepianów. 

Ale  żadnego  kontrabasu,  to  trzeba  mu  oddać.  Sam  zresztą  nigdy  nie  grał  na  kontrabasie. 

Spośród kompozytorów na basie grywał jedynie Brahms... albo też jego ojciec. Beethoven nie 

grał  w  ogóle  na  żadnym  instrumencie  smyczkowym,  tylko  na  fortepianie,  o  tym  się  dzisiaj 

często zapomina. W przeciwieństwie do Mozarta; ten grał na skrzypcach równie dobrze jak 

na fortepianie. Z tego co wiem, Mozart był w ogóle jedynym wielkim kompozytorem, który 

mógł  sam  wykonywać  zarówno  własne  koncerty  fortepianowe,  jak  i  skrzypcowe.  Może 

jeszcze  Schubert,  od  biedy.  Od  biedy!  Ale  sam  nie  napisał  na  skrzypce  żadnego.  I  nie  był 

żadnym wirtuozem. Nie, wirtuozem nie był Schubert z pewnością. To nie ten typ człowieka, a 

poza tym nie miał możliwości technicznych. Czy może wyobrazić pan sobie Schuberta jako 

wirtuoza?  Bo  ja  nie.  Miał  zupełnie  przyjemny  głos,  mniej  do  solówek,  raczej  do  chóru 

męskiego.  W  niektórych  okresach  Schubert  śpiewał  co  tydzień  w  kwartecie,  nawiasem 

mówiąc razem z Nestroyem. Tego pan przypuszczalnie nie wiedział. Nestroy jako bas baryton 

i  Schubert  jako...  -  ale  to  wszystko  nie  ma  tutaj  nic  do  rzeczy.  To  nie  ma  nic  wspólnego  z 

problemem, który tu panu przedstawiam. To znaczy, jeżeli jest pan zainteresowany tym, jakie 

możliwości  głosowe  posiadał  Schubert,  proszę  bardzo,  może  pan  sobie  o  tym  w  końcu 

przeczytać  w  każdej  biografii.  Nie  muszę  ja  panu  o  tym  opowiadać.  Nie  jestem  przecież 

biurem informacji muzycznych. 

Kontrabas  jest  jedynym  instrumentem  muzycznym,  który  słyszy  się  tym  lepiej,  im 

bardziej  jest  się  od  niego  oddalonym  i  to  stwarza  właśnie  problemy.  Niech  pan  popatrzy, 

wyciszyłem tutaj u siebie wszystko płytami: ściany, sufit, podłogę. Drzwi są podwójne i obite 

wewnątrz.  Podwójne  okna  ze  specjalnego  szkła  z  dodatkowo  uszczelnionymi  ramami. 

Kosztowało  mnie  to  majątek.  Ale  daje  efekt  wyciszenia  ponad  95%.  Czy  słyszy  pan  jakieś 

odgłosy miasta? Mieszkam tutaj w środku miasta. Pan nie wierzy? Chwileczkę!.. 

background image

Podchodzi do okna i je otwiera. Nieludzki hałas: auta, place budów, śmieciarki, młoty 

pneumatyczne itd. 

Wrzeszczy. 

... Słyszy pan? To jest takie głośne jak Te Deum Berlioza. Okrutne. Naprzeciw burzą 

hotel,  a  na  skrzyżowaniu,  tam  z  przodu,  jest  od  dwóch  lat  stacja  metra,  dlatego  cały  ruch 

odbywa się teraz tędy. Poza tym dzisiaj jest środa, wywóz śmieci, te rytmiczne uderzenia... o, 

teraz!  To  trzaskanie,  to  brutalne  walenie,  około  102  decybeli.  Tak.  Kiedyś  to  zmierzyłem. 

Wydaje mi się, że już wystarczy. Mogę już zamknąć... 

Zamyka okno. Cisza. Mówi cicho dalej. 

... Tak. Już nic pan teraz nie powie. Czyż nie jest to izolacja przeciwdźwiękowa? Moż-

na się zastanawiać, jak ludzie żyli dawniej.  Bo chyba pan nie sądzi,  że dawniej  było  mniej 

hałasu niż dzisiaj. Wagner pisze, że w całym Paryżu nie mógł znaleźć sobie mieszkania, bo 

przy każdej ulicy pracował blacharz, a Paryż miał, z tego co wiem, już wtedy ponad milion 

mieszkańców,  nieprawdaż?  Blacharz  to  dla  muzyka  najbardziej  piekielny  rodzaj  hałasu, 

człowiek, który stale uderza młotkiem w kawałek metalu! Ludzie pracowali wtedy od świtu 

do  nocy.  Tak  się  przynajmniej  uważa.  Do  tego  dudnienie  dorożek  po  bruku,  wrzaski 

kramarzy, ciągłe bijatyki i rewolucje, wywoływane, jak wiadomo, przez lud francuski, prosty 

lud, nędzny proletariat z ulicy. Poza tym Paryż miał już u schyłku XIX wieku metro, chyba 

nie sądzi pan, że chodziło wtedy znacznie ciszej niż dzisiaj. Nawiasem mówiąc, mój stosunek 

do Wagnera jest sceptyczny... ale to na marginesie. 

A  teraz  niech  pan  uważa!  Zrobimy  test.  Mój  bas  jest  zupełnie  normalnym  instru-

mentem.  Zbudowany  około  roku  1910,  przypuszczalnie  w  południowym  Tyrolu,  wysokość 

korpusu  metr  dwanaście,  ze  ślimakiem  metr  dziewięćdziesiąt  dwa,  długość  drgającej  struny 

metr dwanaście. To żaden imponujący instrument, powiedzmy: trochę więcej niż przeciętny. 

Mógłbym za niego zażądać dzisiaj osiem i pół tysiąca. Kupiłem go za trzy dwieście. Obłęd. 

Zagram teraz jakiś dźwięk, wszystko jedno jaki, powiedzmy wielkie F... 

Gra cicho. 

... Tak, to było pianissimo. A teraz zagram piano... 

Gra trochę głośniej. 

background image

... Chyba panu nie przeszkadza to tarcie? Tak musi być. Czysty dźwięk, to znaczy sa-

mo  drganie  bez  tarcia,  tego  nie  usłyszy  pan  u  nikogo  na  całym  świecie,  nawet  u  Yehudi 

Menuhina.  Tak.  Teraz  niech  pan  uważa.  Zagram  pomiędzy  mezzoforte  i  forte.  I  jak 

powiadam, pomieszczenie wyizolowane przeciwdźwiękowo... 

Gra trochę głośniej. 

... Tak. Teraz musimy trochę odczekać... Jeszcze chwilę... Zaraz będzie... 

Słychać stukanie w sufit. 

... No, słyszy pan! To pani Niemeyer z góry. Stuka zaraz, jak tylko coś usłyszy, a ja 

wtedy  wiem,  że  przekroczyłem  granicę  mezzoforte.  Poza  tym  bardzo  miła  kobieta.  W  tym 

pomieszczeniu  wcale  nie  odczuwa  się  tego  jako  zbyt  głośne,  raczej  jako  delikatne.  Jeżeli 

zagram teraz na przykład fortissimo... Chwileczkę... 

Gra teraz głośno, ile sił i przekrzykuje grzmiący kontrabas. 

...  to  nie  brzmi  zbyt  głośno,  można  by  powiedzieć,  ale  rozchodzi  się  jeszcze  ponad 

panią Niemeyer, do dołu, aż do dozorcy i w bok do sąsiedniego domu, oni później do mnie 

zadzwonią... 

To jest właśnie to, co ja nazywam siłą przebicia instrumentu. Bierze się z głębokich 

drgań. Flet lub trąba brzmią głośniej - tak się powszechnie uważa. Ale to nieprawda. Brak im 

siły przebicia. Brak im donośności. Brak im body, jak mówią Amerykanie. Ja mam body, to 

znaczy mój instrument ma body. I to jest jedyne, co mi się w nim podoba. Poza tym nie ma w 

sobie nic. Poza tym jest to jedna wielka katastrofa. 

Nastawia płytę z uwerturą do „Walkirii”. 

Uwertura  do  „Walkirii”.  Kulminacja  napięcia.  Kontrabas  i  wiolonczela  unisono.  Z 

partytury gramy pewnie nie więcej niż pięćdziesiąt procent. Tamto... 

Śpiewa figurę basową. 

...to ścieranie, to w rzeczywistości kwintole i sekstole. Sześć oddzielnych dźwięków! 

Przy  tym  obłędnym  tempie!  Absolutnie  niewykonalne.  Wszystko  się  po  prostu  zaciera. 

Trudno powiedzieć, czy Wagner zdawał sobie z tego sprawę. Przypuszczalnie nie. W każdym 

background image

razie i tak było mu wszystko jedno. Zupełnie lekceważył sobie orkiestrę. Stąd też pokrycie w 

Bayreuth.  Rzekomo  ze  względów  akustycznych.  W  rzeczywistości  z  pogardy  dla  orkiestry. 

Głównie chodziło mu o tło dźwiękowe, o muzykę teatralną, rozumie pan, sztuka totalna i tak 

dalej. Pojedynczy dźwięk nie ma dla niego w ogóle żadnego znaczenia. Tak samo jest zresztą 

w  Szóstej  Beethovena  albo  w  ostatnim  akcie  „Rigoletta”.  Kiedy  nadciąga  burza,  to  oni 

wpisują do partytury obłędne ilości nut, których nie jest w stanie wygrać żaden kontrabas na 

całym świecie. A i tak się od nas już dużo wymaga. My i tak musimy się wysilać najbardziej. 

Po każdym koncercie jestem zupełnie mokry, nigdy nie mogę włożyć na siebie drugi raz tej 

samej koszuli. Na jednej operze tracę przeciętnie 2 kilogramy, na koncercie symfonicznym 1 

kilogram.  Mam  kolegów,  którzy  biegają  po  lesie  i  ćwiczą  z  hantlami.  Ja  nie.  Ale  mnie 

pewnego  dnia  w  trakcie  koncertu  w  samym  środku  orkiestry  tak  trzepnie,  że  się  już  chyba 

więcej nie pozbieram. Bo gra na kontrabasie to przede wszystkim sprawa kondycji, muzyka 

jest tu na drugim planie. Dlatego dziecko nie może nigdy w życiu grać na kontrabasie.  Sam 

jak  zaczynałem,  miałem  siedemnaście  lat.  Teraz  mam  trzydzieści  pięć.  Nie  była  to  moja 

decyzja,  raczej  przypadek,  jak  u  panny  z  dzieckiem.  Najpierw  był  flet,  skrzypce,  puzon  i 

Dixieland.  Ale  to  było  bardzo  dawno  temu,  dzisiaj  jestem  przeciwnikiem  jazzu.  Nawiasem 

mówiąc,  żaden  z  moich  kolegów  nie  wybrał  kontrabasu  dobrowolnie.  To  właściwie  jest 

zupełnie  zrozumiałe.  Ten  instrument  nie  jest  poręczny.  Kontrabas  to,  jakby  to  powiedzieć, 

raczej przeszkoda niż instrument. Nie może go pan nosić, musi go pan wlec, a jak upadnie, to 

się  zaraz  rozleci.  Do  samochodu  wejdzie  tylko  wtedy,  kiedy  wyjmie  pan  prawe  przednie 

siedzenie.  A  wtedy  samochód  jest  praktycznie  pełny.  W  mieszkaniu  musi  pan  mu  ciągle 

ustępować.  Stoi  tak...  tak  głupio,  wie  pan,  zupełnie  inaczej  niż  fortepian.  Fortepian  jest 

meblem.  Fortepian  może  pan  zamknąć  i  niech  sobie  stoi.  Ale  jego  nie.  On  stoi  zawsze  na 

widoku  jak...  Miałem  kiedyś  wujka,  który  był  stale  chory  i  ciągle  skarżył  się,  że  nikt  się  o 

niego nie troszczy. Tak samo jest z kontrabasem. Kiedy przyjmuje pan gości, zaraz staje się 

głównym tematem rozmowy. Kiedy jest pan sam na sam z kobietą - stoi i pilnuje. W sytuacji 

intymnej - gapi się. I zawsze ma pan wtedy wrażenie, że się z was wyśmiewa i ośmiesza sam 

akt. A to uczucie przenosi się naturalnie na partnerkę, a wtedy - sam pan wie, jak blisko jest 

od  miłości  fizycznej  do  śmieszności,  a  te  dwie  rzeczy  są  zupełnie  nie  do  pogodzenia!  To 

okropne! To po prostu nie uchodzi. Pan wybaczy... 

Wyłącza muzykę i pije. 

... Ja wiem. To nie ma tutaj nic do rzeczy. Pana to zapewne też nic nie obchodzi. Być może 

background image

nawet  krępuje.  Pan  ma  pewnie  własne  problemy  na  tym  polu.  Ale  ja  mam  prawo  się 

zdenerwować. Chciałbym choć raz powiedzieć o tym zupełnie otwarcie, żeby nikt nie myślał 

sobie, że jako członek orkiestry państwowej od takich problemów jestem zupełnie wolny. Ja 

już od dwóch lat nie miałem kobiety, a winę za to ponosi on! Ostatni raz, w siedemdziesiątym 

ósmym, wepchnąłem go do łazienki, ale to i tak nie zdało się na nic, bo jego duch unosił się 

nad nami niczym fermata... 

Jeżeli kiedykolwiek miałbym jeszcze raz kobietę - to mało prawdopodobne, mam już 

trzydzieści pięć lat; chociaż z drugiej strony znam takich, co wyglądają gorzej niż ja i do tego 

jestem bądź co bądź urzędnikiem, mogę się jeszcze w końcu zakochać! 

Wie pan... ja już się zakochałem. Albo zadurzyłem, sam nie wiem. I ona też jeszcze o 

tym nie wie. To jest... ta, o której panu mówiłem... z opery... ta młoda śpiewaczka, ma na imię 

Sara...  To  zupełnie  nieprawdopodobne,  ale  gdyby...  gdyby  kiedyś  do  tego  doszło,  to  będę 

nalegał, żebyśmy robili to u niej. Albo w hotelu. Albo w plenerze, jeżeli nie będzie padać... 

On  najbardziej  nie  znosi  wilgoci;  kurczy  się  wtedy  lub  rozchodzi,  wybrzusza;  abso-

lutnie tego nie znosi. Tak samo jak zimna. Kiedy jest zimno, po prostu się wykrzywia. Musi 

go pan potem stroić najmniej dwie godziny przed występem. Dawniej, kiedy grałem jeszcze 

w  orkiestrze  kameralnej,  co  drugi  dzień  występowaliśmy  na  prowincji,  w  różnych  pałacach 

albo  kościołach,  na  zimowych  festiwalach  -  nie  ma  pan  pojęcia,  ile  jest  takich  imprez.  Za 

każdym  razem  musiałem  wyjeżdżać  o  dwie  godziny  wcześniej  niż  inni,  sam,  moim 

volkswagenem,  żebym  miał  czas  go  nastroić  -  w  strasznych  zajazdach  albo  w  zakrystiach, 

przy  piecu;  jak  jakiegoś  chorego  starca.  Tak,  to  niewątpliwie  łączy.  To  bardzo  zbliża, 

zapewniam  pana.  Kiedyś,  w  grudniu  siedemdziesiątego  czwartego,  utknęliśmy  w  burzy 

śnieżnej, między Ettal i Oberau. Dwie godziny czekaliśmy na pomoc drogową. Oddałem mu 

swój płaszcz. Ogrzewałem go własnym ciałem. Na koncercie on był dobrze nastrojony, a we 

mnie tkwiła już straszliwa grypa. Pan pozwoli, że się napiję. 

Nie, nikt z pewnością kontrabasistą się nie rodzi. Do kontrabasu dochodzi się okrężną 

drogą,  przez  przypadek  i  rozczarowanie.  U  nas,  w  orkiestrze  państwowej,  jest  ośmiu 

kontrabasistów  i  każdy  z  nas  dostał  od  życia  w  kość,  i  każdy  z  nas  ma  to  jeszcze  dzisiaj 

wypisane  na  twarzy.  Mój  los,  na  przykład,  jest  typowym  losem  kontrabasisty:  dominujący 

ojciec, urzędnik, niemuzykalny; słaba matka, przejęta muzyką, flet; jako dziecko uwielbiałem 

moją  matkę;  matka  kochała  ojca;  ojciec  kochał  moją  młodszą  siostrę;  mnie  -  subiektywnie 

rzecz  biorąc  -  nie  kochał  nikt.  Z  nienawiści  do  ojca  postanowiłem  zostać  artystą,  a  nie 

urzędnikiem.  Aby  się  zemścić  na  matce,  wybrałem  za  to  największy,  najnieporęczniejszy  i 

najbardziej  niesolistyczny  instrument;  żeby  ją  jeszcze  do  tego  śmiertelnie  zranić  i  zarazem 

background image

dać  ojcu  pośmiertnie  kopniaka,  zostałem  w  końcu  jednak  urzędnikiem  -  kontrabasistą  w 

orkiestrze państwowej, trzeci pulpit. Jako basista gwałcę codziennie pod postacią kontrabasu, 

największego żeńskiego - pod względem formy - instrumentu, moją własną matkę i to ciągłe 

symboliczne  kazirodcze  spółkowanie  jest  oczywiście  moralną  katastrofą  i  tę  moralną 

katastrofę każdy z nas, basistów nosi wypisaną na twarzy. Tyle o psychoanalitycznej stronie 

instrumentu. Zrozumienie tego na wiele się jednak nie zda, bo... psychoanaliza się po prostu 

kończy.  Wiemy  o  tym  dzisiaj  zarówno  my,  jak  i  sami  psychoanalitycy.  Po  pierwsze, 

psychoanaliza stwarza więcej  problemów niż rozwiązuje, obrazowo mówiąc, niczym  hydra, 

która  sama  odcina  sobie  głowę;  to  jest  wewnętrzna  i  nierozwiązywalna  sprzeczność 

psychoanalizy, którą ona sama się w końcu udławi. Po drugie, psychoanaliza stała się dzisiaj 

bardzo powszechna. Wie o tym każdy. W orkiestrze jest nas stu dwudziestu sześciu; przeszło 

połowa chodzi do psychoanalityka. Rozumie pan więc, że to, co przed stu laty mogłoby być 

sensacyjnym odkryciem naukowym, dzisiaj jest normalne do tego stopnia, że już nikogo nie 

podnieca.  Chyba  pana  nie  dziwi,  że  dzisiaj  ponad  10%  ludzi  cierpi  na  depresję?  Pana  to 

dziwi? Mnie nie. Widzi pan. I do tego nie jest mi potrzebna żadna psychoanaliza. Znacznie 

lepiej  byłoby  -  jeśli  już  przy  tym  jesteśmy  -  gdybyśmy  psychoanalizę  mieli  jakieś  sto  -  sto 

pięćdziesiąt  lat  temu.  Wtedy  niejedno  zostałoby  nam  oszczędzone,  na  przykład  przez 

Wagnera.  Ten  człowiek  był  typowym  neurotykiem.  Czy  wie  pan,  na  przykład,  dlaczego  w 

ogóle  powstał  „Tristan”,  jego  największe  dzieło?  Tylko  dlatego,  że  uwiódł  żonę  swemu 

przyjacielowi, który go całymi latami utrzymywał. Całymi latami. I ta zdrada, to szubrawstwo 

dręczyło  go  tak  bardzo,  że  musiała  z  tego  od  razu  powstać  rzekomo  największa  tragedia 

miłosna  wszechczasów.  Totalne  wyzwolenie  przez  totalną  sublimację.  Najwyższa  żądza  et 

cetera,  pan  to  zna.  Zdrada  małżeńska  była  przecież  wtedy  czymś  zupełnie  wyjątkowym.  A 

niech pan sobie wyobrazi, że Wagner poszedłby z tym do psychoanalityka! Jedno jest pewne: 

„Tristana” by wtedy nie było. Sama neuroza nie wystarczyłaby do tego na pewno. Nawiasem 

mówiąc,  on  bił  na  dodatek  swoją  żonę,  Wagner.  Pierwszą  oczywiście.  Drugiej  nie.  Jej  z 

pewnością  nie.  Ale  pierwszą  bił.  W  ogóle  nieprzyjemny  człowiek.  Potrafił  być  bardzo 

uprzejmy, strasznie szarmancki. Ale był nieprzyjemny. Wydaje mi się, że sam nie mógł siebie 

znieść. Stale miał przecież jakąś wysypkę na twarzy... na pewno z tego obrzydzenia. No, cóż. 

Ale kobiety go lubiły, bez wyjątku. Bardzo je ten człowiek pociągał. Niepojęte... 

Zastanawia się. 

... Kobieta w muzyce odgrywa rolę podrzędną. Myślę o twórczości muzycznej, o kompozycji. 

background image

A może zna pan jedną słynną kompozytorkę? Jedną jedyną? Widzi pan! Czy kiedyś się pan 

już nad tym zastanawiał? A powinien pan! Nad kobiecością w muzyce, po prostu. Kontrabas 

jest  instrumentem  kobiecym.  Mimo  swego  rodzaju  gramatycznego.  Kobiecym  i  śmiertelnie 

poważnym. Tak jak odczuwana jest śmierć - okrutna, lecz dająca schronienie na swym łonie. 

Dopełnienie  życia,  płodności,  matki  ziemi...  czyż  nie  mam  racji?  I  w  tej  funkcji,  wracając 

znowu do muzyki, kontrabas jako symbol śmierci zwycięża absolutną nicość, która zagraża 

równym  stopniu  życiu  i  muzyce.  My,  kontrabasiści,  jesteśmy  więc,  jak  z  tego  wynika, 

cerberami  w  katakumbach  nicości  albo  też  Syzyfami  dźwigającymi  na  swych  barkach 

brzemię  sensu  całej  muzyki  na  szczyty.  Niech  pan  sobie  to  przedstawi  plastycznie! 

Pogardzani,  opluci  i  z  wydziobaną  wątrobą  -  ach  nie,  to  był  ktoś  inny...  Prometeusz.  A 

propos:  ostatniego  lata  występowaliśmy  z  całą  operą  państwową  w  Orange,  południowa 

Francja.  Festiwal.  Specjalne  przedstawienie  „Zygfryda”.  Niech  pan  sobie  to  wyobrazi:  w 

amfiteatrze,  budowli  liczącej  niemal  dwa  tysiące  lat  -  klasyczne  dzieło  jednej  z  najbardziej 

cywilizowanych epok w dziejach ludzkości - a więc w tej budowli szaleje na oczach cesarza 

Augusta germański lud bogów, sapie smok, Zygfryd panoszy się na scenie: prostacki, tłusty, 

»boche«, jak mówią Francuzi... Dostaliśmy za to po dwieście marek na głowę, ale dla mnie 

całe to widowisko było czymś tak okropnym, że grałem co najwyżej jedną piątą nut. A wie 

pan,  co  zrobiliśmy  potem,  wszyscy,  cała  nasza  orkiestra?  Po  prostu  się  spiliśmy, 

zachowywaliśmy się jak proletariusze, wrzeszczeliśmy do trzeciej w nocy, też »boche«, aż w 

końcu  przyjechała  policja.  Do  tego  stopnia  byliśmy  przygnębieni!  Niestety,  śpiewacy  pili 

wtedy  gdzie  indziej,  oni  nigdy  nie  siedzą  razem  z  nami,  z  orkiestrą.  Sara  -  pan  już  wie,  ta 

młoda śpiewaczka  - też  była  razem  z nimi.  Śpiewała piosenkę o leśnym ptaszku. Śpiewacy 

mieszkali  w  innym  hotelu  niż  my.  Gdyby  nie  to,  może  mielibyśmy  wtedy  okazję,  żeby  się 

poznać... 

Jeden mój znajomy był kiedyś związany ze śpiewaczką, przez półtora roku, ale on był 

wiolonczelistą. Wiolonczela nie jest taka wielka jak kontrabas. Nigdy nie staje do tego stopnia 

pomiędzy  dwojgiem  ludzi,  którzy  się  kochają.  Albo  chcą  pokochać.  Jest  całe  mnóstwo 

solówek  na  wiolonczelę,  prestiżowe  nazwiska:  Czajkowski  -  Koncert  fortepianowy; 

Schumann - Czwarta Symfonia, „Don Carlos” i tak dalej. A mimo to ta śpiewaczka zupełnie 

mojego  znajomego  zgnębiła.  Musiał  się  nauczyć  grać  na  fortepianie,  żeby  móc  jej 

akompaniować.  Po  prostu  tego  od  niego  zażądała,  a  on  z  miłości  w  krótkim  czasie  stał  się 

korepetytorem  kobiety,  którą  kochał.  Bardzo  kiepskim,  nawiasem  mówiąc.  Kiedy 

występowali  razem,  przewyższała  go  o  całe  niebo.  Formalnie  go  upokarzała,  to  jest  druga 

strona księżyca miłości. Przy tym wszystkim on był o wiele lepszym wirtuozem, jeśli idzie o 

background image

wiolonczelę, niż ona śpiewaczką z tym jej mezzosopranem, bez porównania. Ale on musiał 

koniecznie  jej  towarzyszyć,  koniecznie  chciał  występować  razem  z  nią.  A  partii  na 

wiolonczelę  i  mezzosopran  nie  ma  dużo.  Bardzo  mało.  Prawie  tak  mało,  jak  na  sopran  i 

kontrabas... 

Wie pan, często czuję się bardzo samotny. Jak mam wolne, najczęściej siedzę w domu, 

słucham  płyt,  czasem  ćwiczę,  nie  sprawia  mi  to  żadnej  przyjemności,  ciągle  to  samo.  Dziś 

wieczór mamy festiwalową premierę „Złota Renu”; dyryguje gościnnie Carlo Maria Giulini, 

nasz  premier  w  pierwszym  rzędzie.  Sama  śmietanka,  bilety  kosztują  trzysta  pięćdziesiąt 

marek, obłęd. Ale mnie jest wszystko jedno. I tak nie będę ćwiczył. W „Złocie Renu” gramy 

w ośmiu, więc jest zupełnie bez znaczenia, jak gra pojedynczy kontrabasista. Jeżeli pierwszy 

kontrabasista  jakoś  gra,  to  reszta  się  już  dostroi...  Sara  też  śpiewa.  Wellgundę.  Na  samym 

początku. To duża rola, być może przełom w jej karierze. Oczywiście to okropne, przełom za 

sprawą Wagnera. Ale tego człowiek sobie sam nie wybiera. Zwykle mamy próbę od dziesiątej 

do  pierwszej,  a  wieczorem  występ  od  siódmej  do  dziesiątej.  Resztę  czasu  siedzę  w  domu, 

tutaj,  w  tym  wyciszonym  pokoju.  Wypijam  kilka  piw,  żeby  trochę  uzupełnić  ubytek  płynu. 

Czasami stawiam go na tamtym plecionym krześle, mocno opieram, obok kładę smyczek, a 

sam siadam w tym fotelu. Patrzę na niego. I myślę sobie: ty okrutny instrumencie! Niech pan 

na niego popatrzy! Niech pan go sobie dobrze obejrzy! Wygląda jak stara, tłusta baba! Biodra 

o  wiele  za  nisko,  nieszczęśliwie  umiejscowiona  talia:  zbyt  wysoko  i  za  szeroka;  te  wąskie 

rachitycznie  zwisające  ramiona  -  można  zwariować.  Bierze  się  to  stąd,  że  kontrabas  jest 

hermafrodytą; od góry wielkie skrzypce, od dołu wielka gamba. Kontrabas jest najbrzydszym, 

najbardziej  niezgrabnym  i  najmniej  eleganckim  instrumentem,  jaki  kiedykolwiek  wy-

naleziono.  Niekiedy  najchętniej  bym  go  rozbił.  Przepiłował.  Porąbał  na  kawałki.  Potłukł, 

zmełł  i  rozpylił.  Nie,  naprawdę  nie  mogę  powiedzieć,  żebym  go  kochał.  W  grze  też  jest 

obrzydliwy.  Żeby  zagrać  trzy  półtony,  potrzeba  całej  szerokości  dłoni.  Trzy  półtony!  Na 

przykład to... 

Gra trzy półtony. 

... A kiedy na jednej strunie chcę zagrać od dołu do góry... 

Gra. 

...  muszę  zmienić  pozycję  jedenaście  razy.  Trzeba  mieć  kondycję!  Każdą  strunę  musi  pan 

przyciskać  jak  szalony.  Niech  pan  popatrzy  na  moje  palce.  Tutaj!  Zrogowaciałe  opuszki, 

background image

niech  pan  popatrzy,  i  rowki,  zupełnie  twarde.  Tymi  palcami  nie  czuję  już  nic.  Ostatnio 

przypaliłem sobie jeden; niczego nie zauważyłem, poczułem dopiero smród przypalającej się 

skóry mojego własnego palca. Samookaleczenie. Żaden kowal nie ma takich opuszków. Do 

tego wszystkiego ręce mam raczej delikatne. Zupełnie nie do tego instrumentu. Zaczynałem 

przecież  jako  puzonista.  Na  początku  nie  miałem  zbyt  wiele  siły  w  prawej  ręce,  tej  od 

smyczka,  a  jeżeli  się  nie  ma  siły,  to  nie  wydobędzie  się  z  tej  paskudnej  skrzyni  żadnego 

dźwięku, nie mówiąc już o ładnym. To znaczy, ładnego dźwięku i tak pan nie wydobędzie, bo 

go po prostu tam nie ma. To... to nie są przecież dźwięki, to są... nie chcę być ordynarny, ale 

powiem panu, że to jest... najbrzydsze ze wszystkiego, co można usłyszeć. Nikt nie może grać 

na kontrabasie pięknie, jeśli słowo to zachować ma swoje znaczenie. Nikt. Nawet najwięksi 

soliści,  po  prostu  nie  jest  to  możliwe  fizycznie  i  nie  ma  nic  wspólnego  z  umiejętnościami. 

Kontrabas  nie  ma  wysokich  tonów,  po  prostu  ich  nie  ma  i  dlatego  brzmi  zawsze  okropnie, 

zawsze, stąd gra solowa na kontrabasie jest jedną wielką głupotą. To nic, że technika gry na 

kontrabasie  jest  doskonalona  od  stu  pięćdziesięciu  lat,  to  nic,  że  na  kontrabas  napisano 

koncerty,  sonaty  solowe  i  suity.  Nawet  jeśliby  któraś  ze  sław  muzycznych  zagrała  na 

kontrabasie  „Chaconne”  Bacha  lub  „Kaprys”  Paganiniego,  to  i  tak  będzie  to  okropne,  bo 

okropny  jest  dźwięk  kontrabasu.  A  teraz  zagram  panu  standard  kontrabasowy, 

najsubtelniejszy utwór na kontrabas, poniekąd szczytowe osiągnięcie, koncert Karla Dittersa 

von Dittersdorfa, niech pan słucha... 

Nastawia pierwszą część Koncertu E - dur Dittersdorfa. 

... Tak. To byłoby to. Dittersdorf, Koncert E - dur na kontrabas i orkiestrę. Właściwie nazywał 

się  Ditters.  Karl  Ditters.  Żył  od  tysiąc  siedemset  trzydziestego  dziewiątego  do 

dziewięćdziesiątego  dziewiątego.  Poza  tym  był  leśniczym.  Niech  mi  pan  teraz  powie 

szczerze,  czy  to  było  ładne?  Chce  pan  tego  posłuchać  jeszcze  raz?  Podobało  się  panu?  Nie 

pod  względem  kompozycji,  ale  od  strony  czysto  dźwiękowej?  Kadencja?  Chce  pan  jeszcze 

raz posłuchać kadencji? Co to za kadencja, można umrzeć ze śmiechu! A całość brzmi tak, że 

się chce płakać! A to  był  przecież pierwszy solista, nie powiem panu jego nazwiska, bo on 

naprawdę  nic  za  to  nie  może.  Dittersdorf  też  nie  jest  nic  tutaj  winien  -  mój  Boże,  dawniej 

ludzie musieli pisać takie rzeczy, odgórny rozkaz. On napisał strasznie dużo, Mozart to przy 

nim małe piwo. Ponad sto symfonii, trzydzieści oper, mnóstwo sonat fortepianowych i innych 

drobiazgów, trzydzieści pięć koncertów solowych, w tym na kontrabas. Razem w literaturze 

muzycznej  znaleźć można ponad pięćdziesiąt  koncertów na kontrabas i  orkiestrę, wszystkie 

background image

mało  znanych  kompozytorów.  Czy  zna  pan  takie  nazwiska  jak  Johann  Sperger?  Domenico 

Dragonetti? Bottesini? Simandl, Kussewitzki, Hotl, Vanhal, Otto Geier, Hoffmeister, Othmar 

Klose? Zna pan chociaż jednego z nich? To są wielcy kontrabasu. W gruncie rzeczy wszyscy 

tacy  ludzie  jak  ja.  Kontrabasiści,  których  zwątpienie  popchnęło  ku  kompozycji.  I  te  ich 

koncerty o tym świadczą. Bo przyzwoity kompozytor nigdy nie napisze nic na kontrabas, na 

to  ma  zbyt  dobry  smak.  Chyba,  że  dla  żartu.  Mały  menuet  Mozarta  -  Koechel  344  -  można 

umrzeć ze śmiechu! Albo Saint - Saens - „Karnawał zwierząt”, nr 5: „Słoń”, na kontrabas i 

fortepian,  allegretto  pomposo,  trwa  półtorej  minuty  -  można  pęknąć  ze  śmiechu!  Albo 

„Salome”  Ryszarda  Straussa,  pięć  fraz  na  kontrabas,  kiedy  Salome  zagląda  do  lochu:  »O, 

jakże ciemno tam w dole! To okropne być musi, żyć w tej ciemnej jamie. To jest jak grób...«. 

Pięć  kontrabasów.  Efekt  grozy.  Widzowi  stają  włosy  na  głowie.  Muzykowi  też.  Można 

umrzeć ze strachu! 

Za mało jest muzyki kameralnej. To mogłoby być nawet przyjemne. Ale kto przyjmie 

mnie  z  moim  kontrabasem  do  kwintetu?  Po  prostu  się  nie  opłaca.  Kiedy  potrzeba 

kontrabasisty, można go po prostu wynająć. Tak samo w septecie albo oktecie. Ale na pewno 

nie  mnie.  W  Niemczech  jest  dwóch,  trzech  basistów,  którzy  grają  wszystko.  Jeden,  bo  ma 

własną  agencję  koncertową,  drugi,  bo  należy  do  Filharmoników  Berlińskich,  trzeci,  bo  jest 

profesorem  w  Wiedniu.  Tacy  jak  my  nie  mają  żadnych  szans.  A  można  by  zagrać  kwintet 

Dworzaka. Albo Janaczka. Albo oktet Beethovena. Albo nawet  Schuberta, kwintet „Pstrąg”. 

To jest marzenie każdego kontrabasisty. Ukoronowanie całej kariery. Schubert... ale to nie dla 

mnie,  ja  nie  jestem  solistą.  Jestem  turystą,  to  znaczy,  siedzę  przy  trzecim  pulpicie.  Przy 

pierwszym  pulpicie  siedzi  nasz  solista,  obok  drugi  solista;  przy  drugim  pulpicie  -  kontrabas 

prowadzący i drugi kontrabas prowadzący; za nimi siedzą tutyści. To nie ma nic wspólnego z 

kwalifikacjami,  to  są  po  prostu  etaty.  Bo  musi  pan  wiedzieć,  że  orkiestra  jest  i  być  musi 

tworem  ściśle  hierarchicznym  i  jako  taki  stanowi  odbicie  społeczeństwa.  Nie  jakiegoś  kon-

kretnego społeczeństwa, lecz społeczeństwa w ogóle: 

Na  samym  szczycie  stoi  Generalny  Dyrektor  Muzyczny,  niżej  pierwsze  skrzypce, 

potem  pierwsze  drugie  skrzypce,  potem  drugie  pierwsze  skrzypce,  dalej  reszta  pierwszych  i 

drugich skrzypiec, altówki, wiolonczele, flety, oboje, klarnety, fagoty, instrumenty blaszane - 

i  na  samym  końcu  kontrabasy.  Za  nami  są  jeszcze  kotły,  ale  tylko  teoretycznie,  bo  na 

podwyższeniu  i  widoczne  z  daleka.  Poza  tym  są  bardzo  głośne.  Kiedy  się  w  nie  uderzy,  to 

słychać  nawet  w  ostatnim  rzędzie  i  każdy  mówi  sobie  wtedy,  aha,  kotły.  O  mnie  nikt  nie 

powie, aha, kontrabas, bo ja ginę w masie. Chociaż kotły, ściśle biorąc, nie są już właściwie 

instrumentem  muzycznym,  co  to  za  instrument,  wszystkiego  razem  cztery  dźwięki.  Ale  dla 

background image

nich  są  partie  solowe,  na  przykład  Piąty  Koncert  Fortepianowy  Beethovena,  ostatnia  część. 

Wtedy  wszyscy,  którzy  nie  patrzą  na  pianistę,  patrzą  na  kotły;  w  dużej  sali  koncertowej  to 

mniej  więcej  tysiąc dwieście do tysiąca pięciuset osób na jeden raz. Na mnie tylu  ludzi  nie 

patrzy nawet w ciągu całego sezonu. 

Niech pan tylko nie myśli sobie, że jestem zazdrosny. Zazdrość to uczucie zupełnie mi 

obce. Ale ja wiem, ile jestem wart. Mam poczucie  sprawiedliwości, a w uprawianiu muzyki 

jest  wiele  niesprawiedliwości.  Wielkie  brawa  dla  solisty.  Publiczność  czuje  się  po  prostu 

ukarana,  kiedy  nie  wolno  jej  już  klaskać.  Owacje  dla  dyrygenta.  Dyrygent  ściska  dłoń 

pierwszemu  skrzypkowi,  co  najmniej  dwa  razy.  Czasami  cała  orkiestra  powstaje  z  miejsc... 

Jako kontrabasista nie może pan nawet porządnie wstać. Jako kontrabasista jest pan  - proszę 

wybaczyć to wyrażenie - pod każdym względem ostatnim śmieciem! 

I dlatego uważam, że orkiestra jest odbiciem społeczeństwa, bo i tu, i tam tymi, którzy 

i  tak  już  muszą  robić  najgorszą  robotę,  jeszcze  na  dodatek  się  pogardza.  W  orkiestrze  jest 

właściwie jeszcze gorzej, bo w społeczeństwie mógłbym - chociaż teoretycznie - mieć jeszcze 

jakąś  nadzieję,  że  kiedyś  przebiję  się  do  samej  góry  i  ze  szczytu  będę  patrzył  na  cały  ten 

motłoch pode mną... Nadzieję, jak powiadam... 

Ciszej. 

...  Ale  nie  w  orkiestrze,  tu  nie  ma  żadnej  nadziei.  Tu  panuje  bezlitosna  hierarchia 

umiejętności,  straszliwa  hierarchia  podjętej  kiedyś  decyzji,  okropna  hierarchia  zdolności, 

hierarchia  nie  do  obalenia,  ustanowiona  przez  samą  naturę  fizyczna  hierarchia  drgań  i 

tonów... Niech pan nigdy nie wstępuje do orkiestry!... 

Śmieje się gorzko. 

...  Oczywiście  i  tutaj  zdarzały  się  tak  zwane  rewolucyjne  zmiany.  Ostatnio  około  stu 

pięćdziesięciu  lat  temu,  zmiana  układu  miejsc.  Weber  posadził  wtedy  dęte  blaszane  za 

smyczkami. To była prawdziwa rewolucja. Ale nie dla kontrabasów, my jak siedzieliśmy, tak 

siedzimy  w  tyle,  i  wtedy,  i  teraz.  Od  czasu  generałbasa,  mniej  więcej  od  tysiąc  siedemset 

pięćdziesiątego roku siedzimy w tyle. I tak już zostanie. Ja się bynajmniej nie skarżę. Jestem 

realistą  i  umiem  się  dostosować.  Umiem  się  dostosować.  Musiałem  się  tego  nauczyć,  mój 

Boże... 

Wzdycha, pije, zbiera siły. 

background image

...Ja  jestem  za  tym!  Jako  muzyk  orkiestrowy  jestem  człowiekiem  konserwatywnym, 

zwolennikiem  takich  wartości,  jak:  porządek,  dyscyplina,  hierarchia,  führerprinzip...  tylko 

proszę  mnie  teraz  źle  nie  zrozumieć.  My  Niemcy,  kiedy  pada  słowo  führer  natychmiast 

myślimy o Adolfie Hitlerze. A Hitler był co najwyżej zwolennikiem Wagnera, jak pan wie, 

mój stosunek do Wagnera nie jest specjalnie entuzjastyczny. Jeśli idzie o warsztat muzyczny 

Wagnera  powiedziałbym  raczej:  unterprima.  W  jego  partyturach  roi  się  od  rzeczy 

niemożliwych i błędów. Wagner sam nie grał na żadnym instrumencie prócz fortepianu i do 

tego bardzo marnie. Profesjonalny muzyk czuje się tysiąc razy bardziej usatysfakcjonowany 

muzyką Mendelssohna, nie mówiąc już o Schubercie. Mendelssohn był zresztą, co poznać po 

nazwisku,  Żydem.  Tak.  Hitler,  wyłączywszy  Wagnera,  nie  znał  się  zupełnie  na  muzyce. 

Nigdy  nie  chciał  zresztą  sam  być  muzykiem.  Tylko  architektem,  malarzem,  urbanistą  i  tak 

dalej.  Tyle  samokrytycyzmu  jeszcze  miał,  przy  tym  swoim  całym...  niepohamowaniu. 

Muzycy  nie  byli  zresztą  i  tak  zbyt  podatni  na  ideologię  narodowosocjalistyczną.  Prócz 

Furtwänglera  i  Ryszarda  Straussa  i  tak  dalej,  ja  wiem  problematyczne  przypadki,  ale  tym 

ludziom  więcej  się  przypisuje,  niż  było  w  rzeczywistości.  Aktywnymi  nazistami  nie  byli 

nigdy. Muzyka i nazizm po prostu do siebie nie pasują, pod żadnym  względem  - może pan 

sam o tym przeczytać u Furtwänglera. 

Oczywiście, także wtedy uprawiano muzykę. To jasne! Muzyka nie może się tak po 

prostu  skończyć!  Nasz  Karl  Böhm,  na  przykład,  był  wtedy  u  szczytu  swoich  możliwości. 

Albo  Karajan.  Jemu  zgotowali  aplauz  nawet  Francuzi  w  okupowanym  Paryżu;  z  drugiej 

strony nawet więźniowie w obozach koncentracyjnych, o ile wiem, mieli swoje orkiestry. Tak 

samo  później  nasi  jeńcy  wojenni  w  ich  obozach.  Bo  muzyka  jest  czymś  bardzo  ludzkim. 

Niezależnym  od  polityki  i  historii.  Czymś  ludzkim  w  sensie  ogólnym;  powiedziałbym,  że 

muzyka  jest  przyrodzonym  konstytutywnym  elementem  ludzkiej  duszy.  Muzyka  istnieć 

będzie zawsze i wszędzie, na Wschodzie i na Zachodzie, w Południowej Afryce, w Skandyna-

wii,  w  Brazylii,  w  Archipelagu  Gułag.  Bo  muzyka  jest  metafizyczna.  Pan  rozumie, 

metafizyczna, a więc poza czysto fizyczną egzystencją, poza czasem, historią i polityką, poza 

biedą  i  bogactwem,  poza  życiem  i  śmiercią.  Muzyka  jest  -  wieczna.  Goethe  powiedział,  że 

muzyka stoi tak wysoko, że żaden rozum jej nie dosięgnie, a jej siła ogarnia wszystko, choć 

nikt sobie tego nie jest w stanie uświadomić. 

Całkowicie się z tym zgadzam. 

Ostatnie  zdania  wypowiada  bardzo  uroczyście,  wstaje,  podniecony  przechadza  się 

kilka razy po pokoju, zastanawia się, wraca. 

background image

Ja  poszedłbym  nawet  jeszcze  dalej  niż  Goethe.  Powiedziałbym,  że  z  wiekiem  coraz 

bardziej wnikam w istotę muzyki, coraz bardziej rozumiem, że muzyka jest wielką tajemnicą, 

misterium, i im więcej się o niej wie, tym trudniej oddać słowami jej sens. Przy całym swym 

poważaniu, którym cieszy się - i słusznie - po dziś dzień, Goethe nie był, ściśle rzecz biorąc, 

człowiekiem muzykalnym. W pierwszym rzędzie był lirykiem i jako taki znał się na rytmie i 

melodii  języka.  Ale  muzykiem  nie  był  na  pewno.  Inaczej  trudno  byłoby  wyjaśnić  jego 

niekiedy zupełnie groteskowe sądy o muzyce. - Ale był mistykiem. Czy wie pan, że Goethe 

był  panteistą?  Przypuszczalnie.  A  panteizm  jest  ściśle  związany  z  mistyką,  jest  w  pewnym 

sensie konsekwencją światopoglądu mistycznego. Światopogląd mistyczny pojawia się już w 

taoizmie  i  mistyce  indyjskiej,  w  średniowieczu,  renesansie  i  tak  dalej,  a  później  między 

innymi  w  osiemnastowiecznym  ruchu  wolnomularskim.  Wie  pan  zapewne,  że  Mozart  był 

wolnomularzem. Kiedy wstąpił do loży był jeszcze stosunkowo młody, ale był już muzykiem, 

nieprawdaż, i moim zdaniem jest to dowód na poparcie mojej tezy - sam był też tego zresztą 

zapewne świadomy - że dla niego, dla Mozarta, muzyka także stała się w końcu misterium i w 

tym czasie nie widział już po prostu żadnej innej światopoglądowej alternatywy. Nie wiem, 

czy  nie  jest  to  wszystko  dla  pana  zbyt  skomplikowane,  bo  brak  panu  prawdopodobnie 

podstaw. Ale ja zajmowałem się tym całymi latami i mogę pana o jednym zapewnić: Z tego 

punktu widzenia Mozart jest muzykiem zbyt wysoko cenionym. O wiele za wysoko. Ja wiem, 

że  taki  pogląd  nie  jest  dzisiaj  zbyt  popularny.  Ale  jako  człowiek  zajmujący  się  tą  materią 

zawodowo  od  lat  mam  prawo  powiedzieć,  że  Mozart  wcale  nie  był  lepszy  od  wielu  mu 

współczesnych,  o  których  dzisiaj,  całkowicie  niesłusznie,  się  już  zupełnie  nie  pamięta. 

Głównie  właśnie  dlatego,  że  jego  uzdolnienia  ujawniły  się  już  w  dzieciństwie,  że  zaczął 

komponować  jako  ośmiolatek.  Po  prostu  w  krótkim  czasie  jego  zdolności  się  wyczerpały. 

Winę za to ponosi jego ojciec. To jest po prostu wielki skandal. Gdybym miał syna, to nawet 

jeśliby  był  dziesięć  razy  bardziej  zdolny  od  Mozarta...  dziecko  nie  powinno  komponować; 

każde dziecko będzie komponować, jeżeli się je wytresuje jak, nie przymierzając, małpę. To 

nie jest żadne dzieło sztuki, to jest wytwór męki, znęcania się nad dzieckiem, to dzisiaj jest 

zabronione i słusznie, bo każde dziecko ma prawo do wolności. To po pierwsze. Po drugie, za 

czasów Mozarta nie było jeszcze praktycznie prawie niczego. Nie było utworów Beethovena, 

Schuberta,  Schumanna,  Webera,  Chopina,  Wagnera,  Straussa,  Leoncavalla,  Brahmsa, 

Verdiego,  Czajkowskiego,  Bartóka,  Strawińskiego...  -  trudno  tu  wszystkich  wyliczyć;  nie 

było  w  dziewięćdziesięciu  pięciu  procentach  tego,  co  w  naszych  czasach  należy  do 

podstawowego kanonu literatury muzycznej! To wszystko napisano dopiero po Mozarcie! O 

tym wszystkim Mozart nie miał żadnego pojęcia! Był wtedy jedynie Bach, ale w całkowitym 

background image

zapomnieniu,  bo  był  protestantem;  dopiero  my  musieliśmy  go  odkrywać  na  nowo.  Dlatego 

sytuacja Mozarta była nieporównywalnie łatwiejsza. Nie miał żadnych obciążeń. Każdy mógł 

wtedy  po  prostu  przyjść  i  zagrać.  Albo  komponować.  Praktycznie  wszystko,  co  chciał.  I 

ludzie  byli  wtedy  o  wiele  bardziej  wdzięczni.  W  tym  czasie  byłbym  światowej  sławy 

wirtuozem.  Ale Mozart nigdy tego nie przyznał. W przeciwieństwie do Goethego, który był 

jednak bardziej rzetelny. Goethe mawiał, że miał szczęście, bo za jego czasów literatura była 

jeszcze  nie  zapisaną  kartą.  Miał  szczęście.  Szczęście  pisane  dobrą  niemczyzną.  Ale  Mozart 

nie przyznał tego nigdy. Mam mu to bardzo za złe! Mówię bez ogródek, bo bardzo mnie to 

złości. A tak na marginesie, wszystko,  co Mozart  napisał na kontrabas, jest  niewiele warte, 

może oprócz ostatniego  aktu  „Don Giovanniego”. Tyle o Mozarcie. A teraz pociągnę sobie 

jeszcze jeden łyk... 

Wstaje, potyka się o kontrabas, wrzeszczy. 

... Uważaj, ty...! Krzyż pański i męka z tym pudłem! Zawsze mi stoisz na drodze, ty durniu! 

Niech  mi  pan  powie,  dlaczego  trzydziestopięcioletni  mężczyzna,  to  znaczy  ja,  żyje  razem  z 

instrumentem, który mu stale stoi na drodze?! Pod każdym względem: ludzkim, społecznym, 

komunikacyjnym,  seksualnym  i  muzycznym,  zawsze  jest  mu  tylko  zawalidrogą.  Znaczy  go 

piętnem Kainowym?! Może mi pan to wytłumaczyć?! - Pan wybaczy, że krzyczę, ale mogę tu 

krzyczeć, ile chcę. Nikt mnie i tak nie usłyszy, z powodu izolacji przeciwdźwiękowej. Żaden 

człowiek  mnie  nie  słyszy...  Ale  ja  go  jeszcze  kiedyś  rozbiję,  pewnego  dnia  go  po  prostu 

rozbiję... 

Wychodzi po piwo. 

Mozart, uwertura do „Figara”. 

Koniec muzyki. Wraca nalewając sobie piwa. 

... Jeszcze słowo na temat erotyki: ta mała śpiewaczka jest po prostu cudowna. Niewysoka i 

ma zupełnie czarne oczy. Może jest Żydówką. Mnie tam wszystko jedno. W każdym razie ma 

na  imię  Sara.  To  byłaby  kobieta  w  sam  raz  dla  mnie.  Wie  pan,  ja  nigdy  nie  mógłbym  się 

zakochać  ani  w  wiolonczelistce,  ani  w  altystce.  Mimo  że  kontrabas  jako  instrument  w 

górnych tonach doskonale współbrzmi z altówką  - Sinfonia concertante  Dittersdorfa. Puzon 

też  jeszcze  ujdzie.  Albo  wiolonczela.  My  i  tak  najczęściej  gramy  z  wiolonczelą.  Ale  poza 

muzyką wiolonczela nie wchodzi dla mnie zupełnie w rachubę. Jako kontrabasista potrzebuję 

background image

kobiety,  która  stanowiłaby  zupełne  przeciwieństwo  tego,  czym  sam  jestem:  lekkość, 

muzykalność,  piękno,  szczęście,  sława,  no  i  oczywiście  musi  mieć  ładny  biust...  Byłem  w 

bibliotece  muzycznej  i  sprawdzałem,  czy  byłoby  coś  dla  nas  obojga.  Dwie  arie  na  sopran  z 

towarzyszeniem  kontrabasu.  Dwie  arie!  Oczywiście  tego  nikomu  nie  znanego  Johanna 

Spergera, zmarłego w 1812 roku. Do tego jeszcze nonet Bacha, kantata nr 152, no ale nonet, 

to już prawie cała orkiestra. Zostają więc dwa utwory dla nas dwojga. To oczywiście żadna 

podstawa.  Pan  pozwoli,  że  się  napiję.  Czego  potrzebuje  sopranistka?  Nie  ma  się  co  oszu-

kiwać! Sopranistka potrzebuje korepetytora. Przyzwoitego pianisty. Albo lepiej  - dyrygenta. 

Nie  od  rzeczy  byłby  także  reżyser.  Nawet  dyrektor  techniczny  jest  dla  niej  ważniejszy  niż 

kontrabasista. Wydaje mi się, że coś tam było między nią i naszym dyrektorem technicznym. 

A  ten  człowiek  to  prawdziwy  biurokrata.  Typ  funkcjonariusza,  absolutnie  niemuzykalny. 

Tłusty,  lubieżny,  stary  cap.  Poza  tym  pedał.  -  Może  jednak  nic  między  nimi  nie  było. 

Szczerze  mówiąc,  nie  wiem.  I  tak  byłoby  mi  wszystko  jedno.  Z  drugiej  strony,  to  jednak 

byłoby  to  przykre.  Bo  z  kobietą,  która  sypia  z  naszym  dyrektorem  technicznym,  ja  nie 

mógłbym  pójść  do  łóżka.  Nie  mógłbym  jej  tego  wybaczyć.  Ale  tak  daleko  jeszcze  nie 

doszliśmy. I nie wiadomo, czy w ogóle kiedyś dojdziemy, bo ona mnie jeszcze nie zna. Nie 

sądzę, żeby mnie zauważyła. Muzycznie z pewnością nie, no bo jak?! Najwyżej w bufecie. Ja 

wyglądam  lepiej  niż  gram.  Ale  ona  rzadko  przychodzi  do  bufetu.  Często  jest  zapraszana. 

Przez  starszych  śpiewaków.  Przez  gwiazdy  na  gościnnych  występach.  Do  drogich  rybnych 

restauracji.  Kiedyś  ją  śledziłem.  Sola  kosztuje  tam  pięćdziesiąt  dwie  marki.  Uważam,  że  to 

obrzydliwe, kiedy młoda dziewczyna wychodzi z pięćdziesięcioletnim tenorem - ten człowiek 

dostaje trzydzieści sześć tysięcy za dwa wieczory! Wie pan, ile ja zarabiam? Tysiąc osiemset 

netto. Kiedy mamy nagrania płytowe  albo  złapię inną chałturę, zarobię jeszcze ewentualnie 

trochę  dodatkowo.  Ale  normalnie  zarabiam  tysiąc  osiemset.  Tyle  zarabia  dzisiaj  niższy 

urzędnik biurowy albo dorabiający sobie student. A czego oni musieli się uczyć? Niczego. A 

ja studiowałem cztery lata w Wyższej Szkole Muzycznej; u profesora Krautschnicka uczyłem 

się kompozycji, u profesora Riederera - harmonii. Przed południem mam trzy godziny prób, 

wieczorem  cztery  godziny  występu,  a  jeżeli  nawet  mam  wolne,  to  i  tak  może  się  zdarzyć 

zastępstwo;  przed  dwunastą  nie  kładę  się  nigdy,  a  pomiędzy  tym  powinienem  jeszcze 

ćwiczyć, krzyż pański i męka, gdybym nie był taki zdolny i nie umiał grać z nut bez przygoto-

wania, to musiałbym ciężko pracować czternaście godzin na dobę! 

Gdybym  tylko  chciał,  mógłbym  sobie  pójść  do  rybnej  restauracji.  I  gdybym  musiał, 

wydałbym bez wahania pięćdziesiąt dwie marki na solę. Nie mrugnąłbym nawet okiem, od tej 

strony  pan  mnie  nie  zna!  Ale  uważam  to  za  obrzydliwe!  Poza  tym  wszyscy  ci  panowie  są 

background image

oczywiście żonaci. Bardzo proszę, gdyby ona przyszła do mnie - no, ale ona mnie nie zna - i 

powiedziała:  »Kochany, chodźmy na solę!«, to odpowiedziałbym: »Oczywiście, moje serce, 

dlaczego nie; zjedzmy solę, ukochana, i jeżeli nawet będzie kosztować osiemdziesiąt marek, 

to jest mi i tak wszystko jedno«. Bo wobec kobiety, którą kocham potrafię być szarmancki od 

stóp do głów. Ale to obrzydliwe, kiedy ta kobieta wychodzi z innymi mężczyznami. Uważam 

to  za  obrzydliwe!  Kobieta,  którą  ja  kocham!  Chodzi  z  innymi  mężczyznami  do  rybnej 

restauracji! Każdego wieczoru!... Wprawdzie ona mnie nie zna, ale... ale to jest też jej jedyne 

usprawiedliwienie! Kiedy mnie już będzie znała... kiedy się poznamy... to nieprawdopodobne, 

ale... kiedy będziemy się znali, to ona już zobaczy, mogę panu już dzisiaj powiedzieć, mogę 

dać panu na piśmie, bo... bo... 

Zaczyna nagle krzyczeć. 

... nie pozwolę sobie na to, żeby moja żona, tylko dlatego, że jest sopranistką i pewnego dnia 

śpiewać będzie partię Dorabelli, Aidy albo Butterfly, a ja jestem tylko kontrabasistą! - żeby 

ona...  dlatego...  chodziła  do  rybnych  restauracji...  ja  na  to  nie  pozwolę...  pan  wybaczy... 

przepraszam... muszę się trochę... uspokoić... wydaje mi się... uspokoić... - czy sądzi pan, że 

ja... w ogóle... mogę jeszcze myśleć o kobiecie...? 

Podchodzi do gramofonu i nastawia płytą. 

... Aria Dorabelli... z drugiego aktu... „Cosi fan tutte”... 

Wraz Z pierwszymi taktami muzyki zaczyna cicho szlochać. 

Wie pan, kiedy się jej słucha, to trudno w to uwierzyć. Wprawdzie dotychczas śpie-

wała zawsze niewielkie partie, ale kiedy śpiewa, kiedy jej słucham, mówię panu, ściska mi się 

serce,  nie  mogę  tego  inaczej  wyrazić.  A  potem  ta  dziewczyna  idzie  z  pierwszym  lepszym 

gwiazdorem  na  gościnnych  występach  do  rybnej  restauracji!  Je  frutti  di  mare  albo 

bouillabaisse! A mężczyzna, który ją kocha, siedzi w tym czasie w izolowanym dźwiękowo 

pomieszczeniu i myśli tylko o niej. W rękach trzyma jedynie ten nieforemny instrument, na 

którym nie może zagrać nawet jednego jedynego dźwięku, który ona mogłaby zaśpiewać!... 

Wie pan, czego ja potrzebuję? Potrzebuję zawsze kobiety, której zdobyć nie mogę. A 

jeżeli  nie  mogę  jej  zdobyć,  to  innej  nie  potrzebuję  wcale.  Kiedyś  chciałem  zmusić  ją,  żeby 

zwróciła  na  mnie  uwagę.  To  było  na  próbie  „Ariadny”.  Śpiewała  tam  partię  echa,  to  mała 

rola,  zaledwie  kilka  taktów.  Reżyser  posłał  ją  wtedy  jeden  jedyny  raz  na  przód  sceny,  na 

background image

rampę.  Stamtąd  mogła  mnie  była  zobaczyć,  gdyby  popatrzyła  w  moją  stronę  zamiast  na 

Generalnego  Dyrektora  Muzycznego.  Pomyślałem  wtedy,  że  jeżeli  teraz  coś  zrobię,  jeżeli 

przyciągnę  jej  uwagę...  przewrócę  kontrabas...  uderzę  smyczkiem  wiolonczelistę  przede 

mną... albo zagram szczególnie fałszywie - w „Ariadnie” mogłoby to podpaść, bo gramy tylko 

w dwa kontrabasy... 

Ale rozmyśliłem się. Łatwiej mówić niż wykonać. A pan nie zna naszego Generalnego 

Dyrektora  Muzycznego,  on  każdy  fałszywy  ton  uważa  za  osobistą  zniewagę.  Poza  tym 

uznałem  to  za  dziecinadę,  nawiązywanie  z  nią  stosunków  za  pośrednictwem  fałszywych 

dźwięków. A poza tym, wie pan... kiedy gra się w orkiestrze razem z kolegami, to tak nagle 

świadomie, że tak powiem, z pełną premedytacją fałszować... - ja nie mogę. Na to jestem zbyt 

rzetelnym muzykiem. Powiedziałem więc sobie, jeżeli mam fałszować po to, by ona mnie w 

ogóle zauważyła, to już lepiej, żeby nie zauważyła mnie nigdy. Widzi pan, taki już jestem. 

Spróbowałem  więc  zagrać  szczególnie  pięknie,  jak  to  tylko  możliwe  jest  na 

kontrabasie. Pomyślałem sobie przy tym, że jeżeli ona teraz zauważy moją piękną grę, jeżeli 

na mnie popatrzy, to będzie to znak, że jest kobietą mojego życia. Moją Sarą na wieki. Jeżeli 

nie popatrzy, to koniec. Tak, tak, w sprawach miłosnych człowiek jest przesądny. - No więc 

ona  nie  popatrzyła  na  mnie.  Zanim  w  ogóle  zacząłem  moją  piękną  grę,  reżyser  posłał  ją 

znowu na tył sceny. Nikomu nic nie podpadło. Ani Generalnemu Dyrektorowi Muzycznemu, 

ani nawet Haffingerowi przy pierwszym basie, zaraz obok mnie; nawet on nie zauważył, jak 

pięknie  wtedy  zagrałem...  Czy  chodzi  pan  często  do  opery?  Niech  pan  sobie  wyobrazi,  że 

idzie pan do opery, na przykład dzisiaj wieczór, festiwalowa premiera „Złota Renu”. Przeszło 

dwa  tysiące  ludzi  w  strojach  wieczorowych.  Zapach  kosztownych  mydeł,  perfum, 

dezodorantów. Połyskuje czarny jedwab na smokingach, świecą się karki, iskrzą brylanty. W 

pierwszym rzędzie premier wraz z rodziną, członkowie gabinetu, międzynarodowa śmietanka. 

W  loży  intendenta  intendent  ze  swoją  żoną,  swoją  przyjaciółką,  swoją  rodziną  i  swymi 

gośćmi  honorowymi.  W  loży  Generalnego  Dyrektora  Muzycznego  Generalny  Dyrektor 

Muzyczny z żoną i gośćmi honorowymi. Wszyscy oczekują Carla Marii Giuliniego, gwiazdy 

wieczoru. Drzwi zamykają się cicho, żyrandol podnosi się, światła gasną, wszystko pachnie i 

czeka. Pojawia się Giulini. Oklaski. Kłania się. Jego świeżo umyte włosy fruwają. Obraca się 

ku  orkiestrze,  ostatnie  pokasływania,  cisza.  Podnosi  ramiona,  szuka  spojrzenia  pierwszego 

skrzypka,  kiwa  głową,  jeszcze  jedno  spojrzenie,  ostatnie  chrząknięcie...  I  wtedy,  w  tym 

podniosłym momencie, kiedy opera staje się wszechświatem, a chwila momentem stworzenia 

wszechświata,  kiedy  wszystko  zamarło  w  napiętym  oczekiwaniu,  z  zapartym  tchem,  kiedy 

trzy  córy  Renu  stoją  już  za  kurtyną  jak  wrośnięte,  wtedy  z  ostatniego  rzędu  w  orkiestrze, 

background image

gdzie stoją kontrabasy, rozlegnie się krzyk kochającego serca... 

Krzyczy. 

 

... SARA!!! 

 

Kolosalne wrażenie! Następnego dnia piszą o tym wszystkie gazety. Ja wylatuję z orkiestry, 

idę  do  niej  z  bukietem  kwiatów,  ona  otwiera  drzwi,  widzi  mnie  pierwszy  raz,  ja  stoję  tam 

niczym  bohater  i  mówię:  »To  ja  jestem  tym  mężczyzną,  który  Panią  skompromitował,  bo 

Panią  kocham«,  padamy  sobie  w  objęcia,  najwyższe  szczęście,  błogość,  świat  dla  nas  nie 

istnieje. Amen. 

Próbowałem sobie już oczywiście wybić Sarę z głowy. Może ma paskudny charakter, 

zupełne zero, może jest po prostu głupia i mężczyźnie mojego formatu nie dorasta do pięt... 

Ale kiedy na próbie słyszę jej głos, ten boski organ. Wie pan, piękny głos jest sam w 

sobie  już  uduchowiony,  nawet  kiedy  kobieta  jest  zupełnie  głupia.  To  jest  w  muzyce 

najbardziej okrutne. 

A poza tym w grę wchodzi tu jeszcze erotyka. Coś, przed czym żaden człowiek się nie 

obroni. Powiem to panu tak: kiedy Sara śpiewa, to ja czuję ten jej śpiew moją skórą, to prawie 

odczucie  seksualne  -  proszę  mnie  teraz  źle  nie  zrozumieć.  Czasami  budzę  się  w  nocy  z 

krzykiem.  Krzyczę,  bo  śnił  mi  się  jej  śpiew,  mój  Boże!  Bogu  dzięki,  mam  wyciszone 

mieszkanie. Jestem cały zlany potem, zasypiam, znowu się budzę, zasypiam - i znowu budzi 

mnie mój własny krzyk. I tak przez całą noc: ona śpiewa, ja krzyczę, zasypiam, ona śpiewa, ja 

krzyczę, zasypiam i tak dalej... To jest erotyka. 

Ale  czasami  -  jeżeli  już  jesteśmy  przy  tym  temacie  -  widzę  ją  przed  sobą  także  w 

dzień. Oczywiście w wyobraźni. Wyobrażam sobie wtedy... to zabrzmi może komicznie, że 

ona stoi przede mną, bardzo blisko, tak jak teraz kontrabas. A ja nie mogę się powstrzymać, 

muszę  ją  objąć...  o,  tak...  a  drugą  ręką  tak...  niby  smyczkiem...  po  jej  pośladkach...  albo 

inaczej,  jak  przy  kontrabasie,  obejmuję  od  tyłu,  z  lewą  ręką  na  jej  biuście,  jak  w  trzeciej 

pozycji  na  strunie  G...  solo...  trochę  trudno  to  sobie  teraz  wyobrazić  -  a  prawą  ręką 

smyczkiem, tu, na dole, a potem tak... i tak... i tak... 

Dzikimi ruchami rąk dotyka kontrabasu, potem przestaje, siada wyczerpany w swoim 

fotelu, nalewa sobie piwa. 

background image

... 

...  jestem  rzemieślnikiem.  Wewnętrznie  jestem  rzemieślnikiem.  Nie  jestem  żadnym 

muzykiem. Z pewnością nie jestem bardziej muzykalny od pana. Lubię muzykę. Słyszę, kiedy 

struna jest źle nastrojona, odróżniam półton od całego. Ale nie potrafię zagrać ani jednej frazy 

muzycznej.  Nie  potrafię  zagrać  pięknie  żadnego  dźwięku...  a  ona  po  prostu  otwiera  usta  i 

wszystko, co z nich wychodzi, jest piękne. Nawet jeżeli pomyli się tysiąc razy, to to i tak jest 

piękne!  To  nie  jest  kwestia  instrumentu.  Myśli  pan,  Franz  Schubert  otwiera  swoją  Ósmą 

Symfonię  instrumentem,  na  którym  nie  można  grać  pięknie?  Co  sądzi  pan  właściwie  o 

Schubercie? - Ale ja tego nie potrafię. To moja wina. 

Technicznie  zagram  wszystko.  Technikę  opanowałem  znakomicie.  Technicznie,  jeśli 

zechcę, zagram panu każdą suitę Bottesiniego, to Paganini kontrabasu. Niewielu może mi w 

tym  dorównać.  Technicznie,  jeżeli  rzeczywiście  solidnie  bym  ćwiczył,  ale  ja  nie  ćwiczę,  w 

moim  wypadku  nie  ma  to  sensu,  bo  brak  mi  treści,  gdyby  nie  ta  wewnętrzna  muzyczna 

pustka,  rozumie  pan,  wewnętrzna  pustka  -  potrafię  to  sam  ocenić,  bo  na  tyle  starczy  mi 

jeszcze wyczucia - tym odróżniam się pozytywnie od innych - mam jeszcze kontrolę nad sa-

mym  sobą,  wiem  jeszcze,  Bogu  dzięki,  kim  jestem,  a  kim  nie  i  jeżeli  w  wieku  trzydziestu 

pięciu  lat  siedzę  na  stałym  etacie  w  orkiestrze  państwowej,  to  nie  jestem  znowu  taki  głupi, 

żeby  uważać  się  za  geniusza.  Geniusz  na  etacie!  Zapoznany  geniusz  na  etacie,  grający  na 

kontrabasie w państwowej orkiestrze... 

Mogłem nauczyć się grać na skrzypcach albo kompozycji. Ale i tak by z tego nic nie 

wyszło. Mojego geniuszu wystarcza mi akurat do tego, żeby rzępolić na instrumencie, którego 

nie znoszę, żeby inni nie zauważyli, jaki jestem do niczego. Dlaczego to robię? 

Zaczyna nagle krzyczeć. 

...A dlaczego by nie!? Dlaczego miałoby mi się lepiej powodzić niż panu? Tak, panu! 

Księgowemu! Sprzedawcy! Prawnikowi! Laborantowi!... 

W swym wzburzeniu podchodzi do okna i gwałtownie je otwiera. Hałas uliczny wlewa 

się do środka. 

...  A  może  należy  pan  do  klasy  uprzywilejowanej,  która  może  jeszcze  pracować  fizycznie? 

Może jest pan jednym z tych tam, na zewnątrz,  którzy osiem  godzin  dziennie kruszą beton 

młotem  pneumatycznym?  Albo  jednym  z  tych,  co  osiem  godzin  wrzucają  tony  śmieci  na 

background image

śmieciarki,  tak  że  wszystko  wokół  fruwa.  Czy  to  odpowiada  pana  zdolnościom?  Czy 

poczułby się pan urażony faktem, że inny lepiej wrzuca śmieci niż pan? Czy jest pan też tak 

przepełniony idealizmem i poświęca się pan swojej pracy tak jak ja? Przyciskam cztery struny 

palcami  mojej  lewej  ręki,  aż  krew  tryska;  smyczkiem  z  końskiego  włosia  pociągam  tak 

mocno, aż mdleje mi prawa ręka. Wytwarzam w ten sposób potrzebny hałas, hałas. I jedyną 

rzeczą,  która  mnie  od  pana  odróżnia  jest  fakt,  że  przypadkowo  wykonuję  swoją  pracę  we 

fraku... 

Zamyka okno. 

...  Frak  jest  firmowy.  Tylko  koszule  muszę  sobie  sam  kupować.  Teraz  muszę  się  już 

przebierać. 

Pan wybaczy. Uniosłem się trochę. Nie chciałem pana urazić. Każdy ma swoje miej-

sce  i  robi  to,  co  może.  I  nie  naszą  rzeczą  jest  pytać,  jak  on  do  tego  doszedł,  dlaczego  tam 

zostaje... 

Czasami  mam  rzeczywiście  diabelskie  urojenia,  pan  wybaczy.  Przedtem,  kiedy  wy-

obrażałem  sobie,  że  kontrabas  to  Sara...  Ją,  kobietę  mych  snów,  jako  kontrabas.  Ją,  tego 

anioła  stojącego  muzycznie  o  całe  niebo  wyżej  ode  mnie...  unoszącego  się  nade  mną, 

wyobrażałem  sobie  jako  tę  paskudną  skrzynię  kontrabasu,  której  dotykam  swymi 

zrogowaciałymi palcami i głaszczę moim wyleniałym smyczkiem... Fuj, do diabła, szatańskie 

rojenia;  czasami,  kiedy  rozmyślam,  nachodzą  mnie,  oszałamiają,  zmysłowe,  nieodparte.  Z 

natury  nie  jestem  człowiekiem  zmysłowym.  Z  natury  jestem  raczej  powściągliwy.  Tylko 

wtedy, kiedy rozmyślam, staję się zmysłowy. Kiedy rozmyślam, moja fantazja ponosi mnie 

niczym Pegaz i powoduje, że się staczam. 

»Myślenie«,  powiada  jeden  z  moich  przyjaciół  -  od  dwudziestu  dwu  lat  studiuje 

filozofię i teraz robi dyplom - »Myślenie, to zbyt trudna sprawa, żeby każdy dyletant mógł się 

tym  zajmować«. On, ten mój przyjaciel, sam  nigdy nie usiadłby do fortepianu, żeby zagrać 

sonatę. Bo tego nie umie. Ale każdy sądzi, że potrafi myśleć i myśli bez żadnych zahamowań. 

To  jest  największy  błąd  współczesnych  czasów,  powiada  mój  przyjaciel,  stąd  się  biorą  te 

wszystkie  katastrofy,  które  nas  jeszcze  wszystkich  zgubią,  wszystkich,  bez  wyjątku.  A  ja 

uważam, że on ma rację. Nic więcej nie powiem. Muszę się teraz przebrać. 

Oddala się, przynosi ubranie, mówi dalej ubierając się. 

Jestem - pan wybaczy, że mówię nieco głośniej, ale kiedy wypiję trochę piwa, staję się 

background image

głośniejszy  -  jako  członek  orkiestry  państwowej  niejako  urzędnikiem,  a  jako  taki  nie  mogę 

być zwolniony. Pracuję ustaloną liczbę godzin w tygodniu, mam pięć tygodni urlopu w roku, 

ubezpieczenie zdrowotne, co dwa lata automatycznie podwyżka poborów. Później emerytura. 

Jestem totalnie zabezpieczony... 

Wie pan - czasami bierze mnie z tego powodu taki lęk, ja... ja... ja czasami boję się w 

ogóle  wyjść  z  domu,  taki  się  czuję  bezpieczny.  Kiedy  mam  wolne  -  ja  mam  dużo  wolnego 

czasu  -  najchętniej  zostaję  w  domu,  ze  strachu,  jak  by  to  teraz  panu  wytłumaczyć?  To  jest 

niepokój, upiorny ucisk, odczuwam okropny lęk przed tą pewnością, to jest jak klaustrofobia, 

psychoza  uwiązania  -  właśnie  przy  kontrabasie.  Wolnych  basistów  przecież  nie  ma.  No  bo 

jak?  Jako  basista  jest  się  dożywotnio  urzędnikiem.  Nawet  nasz  Generalny  Dyrektor 

Muzyczny nie ma takiej pewności. Nasz Generalny Dyrektor Muzyczny ma kontrakt na pięć 

lat.  Jeżeli  mu  go  nie  przedłużą,  to  wyleci.  Przynajmniej  teoretycznie.  Albo  intendent. 

Intendent  jest  wszechmocny,  ale  też  może  wylecieć.  Na  przykład,  gdyby  wystawił  operę 

Henzego,  to  by  wyleciał.  Pewne  jak  w  banku.  Bo  Henze  jest  komunistą  i  w  operze 

państwowej nie ma nic do szukania. Albo gdyby doszło do jakiejś intrygi politycznej... 

Ale ja nie wylecę na pewno. Mogę grać i robić, co mi się żywnie podoba, a i tak nie 

wylecę.  No,  dobrze:  pan  powie,  że  to  jest  już  moje  ryzyko;  zawsze  tak  było;  muzyk 

orkiestrowy musiał mieć stały etat. Dzisiaj jako urzędnik państwowy, przed dwoma wiekami 

jako urzędnik dworski. Ale wtedy przynajmniej mogło się zdarzyć, że książę umarł i orkiestrę 

dworską  rozwiązano,  przynajmniej  teoretycznie.  Dzisiaj  jest  to  zupełnie  niemożliwe. 

Wykluczone,  wszystko  jedno,  co  by  się  zdarzyło.  Nawet  w  czasie  wojny  -  wiem  to  od 

starszych  kolegów  -  bomby  padały,  miasto  leżało  w  gruzach,  wszystko  zniszczone  -  ale  w 

piwnicy  siedziała  orkiestra  państwowa,  próby  każdego  dnia  o  dziewiątej  rano.  Można 

zwariować. Oczywiście, mogę złożyć wypowiedzenie. Oczywiście. Mogę pójść i powiedzieć: 

zwalniam się. Byłaby to rzecz niezwykła. Niewielu przede mną tak zrobiło. Ale mógłbym to 

zrobić, to byłoby zupełnie legalne. Wtedy byłbym wolny... No, tak i co dalej?! Co bym wtedy 

zrobił? Zostałbym na bruku... 

Naprawdę, można zwariować. I tak źle, i tak niedobrze... 

Przerywa. Uspokaja się. Zaczyna mówić szeptem. 

...  Chyba,  że  jeszcze  dziś  wieczorem  na  przedstawieniu  wszystko  rzucę  i  zawołam  Sarę. 

Byłby  to  akt  godny  Herostratesa.  Przed  samym  premierem.  Na  jego  chwałę  i  moje 

zwolnienie. Czegoś takiego jeszcze nie było! Krzyk kontrabasisty. Może wybuchnie panika. 

background image

Albo  goryle  premiera  zastrzelą  mnie.  Przez  pomyłkę.  Albo  przez  odruch  warunkowy.  Albo 

przez pomyłkę zastrzelą dyrygenta. W każdym razie coś by się działo. Moje życie zmieniłoby 

się zasadniczo. Całkowity przełom. Nawet jeżeli nie zdobędę tym Sary, to ona i tak już mnie 

nigdy nie zapomni. Stanę się anegdotycznym  elementem jej życia, jej życiorysu. To byłoby 

warte tego krzyku. A ja... wyleciałbym, wyleciałbym... jak intendent. 

Siada i pociąga duży łyk piwa. 

Może rzeczywiście to zrobię. Może pójdę teraz tak jak stoję i zawołam... Moi panowie!... Inną 

możliwością jest orkiestra kameralna. Być układnym, pilnym, cierpliwym, ćwiczyć, pierwszy 

basista w drugorzędnej orkiestrze, mały zespół kameralny, oktet, płyty, być godnym zaufania, 

elastycznym, wyrobić sobie w pewnych kręgach nazwisko i z całą skromnością dojrzewać do 

„Pstrąga” Schuberta. 

Kiedy Schubert miał tyle lat co ja, to od dwóch lat już nie żył. 

Muszę  już  iść.  O  wpół  do  ósmej  się  zaczyna.  Nastawię  panu  jeszcze  jedną  płytę. 

Schubert,  kwintet  na  fortepian,  skrzypce,  altówkę,  wiolonczelę  i  kontrabas,  tonacja  A  -  dur, 

napisany  w  1819  roku,  w  wieku  dwudziestu  dwóch  lat,  na  zlecenie  pewnego  dyrektora 

kopalni... 

Nastawia płytę. 

...  Idę.  Idę  teraz  do  opery  i  będę  krzyczał.  Jeżeli  się  odważę.  Może  pan  jutro  poszukać  w 

gazetach! Do widzenia! 

Jego  kroki  się  oddalają.  Opuszcza  pokój,  zamyka  na  klucz  drzwi  wejściowe.  W  tym 

momencie rozbrzmiewa muzyka: Schubert, kwintet „Pstrąg”, część pierwsza. 

KONIEC 

background image