background image

~ 1 ~ 

 

 

 

Rita Clay Estrada   

 

                           

 

 
 
 
 
 
 

MĄŻ ZA MILION 

 

background image

~ 2 ~ 

 

Rozdział 

 
 
Joseph Lombardi nienawidził koni. Nie, poprawił sam siebie, on tylko 

nienawidził się nimi zajmować. Uwielbiał natomiast wyścigi konne. 
Zastanawiał się właśnie, które z tych uczuć jest silniejsze, gdy usłyszał za 
sobą czyjś łagodny głos. 

- Pan Lombardi? Pan Joseph Lombardi? 
- Tak - odparł z niechęcią i nadal przyglądał się kopytu swego czystej 

krwi ogiera. Ahab zdobył już niejedną nagrodę. 

- Jestem Sable LaCroix. Umówiliśmy się na dzisiaj. Powiedziano mi, 

że tu pana znajdę. 

Joe westchnął i poklepał konia po zadzie. Nie miał najmniejszej ochoty 

na to spotkanie. Pani LaCroix stanowiła dodatkowy problem, a i tak mu 
ich nie brakowało. Starał się uniknąć tego spotkania. Żal mu było czasu na 
błahe pogawędki z kobietami światowymi. 

Obejrzał się. Stała w drzwiach stajni. Była wysoka, miała z metr 

siedemdziesiąt pięć wzrostu, a na obcasach nawet więcej. I fantastyczną 
figurę. Pełne piersi, miękko zaokrąglone biodra i długie zgrabne nogi. 
Była piękna. Bardzo piękna. Stała w cieniu, oświetlona od tyłu 
promieniami słońca. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że ma ciemne 
włosy - takie jakie lubił. 

- Teraz sobie przypominam, pani LaCroix. Mój adwokat powiedział 

mi, że chce pani zainwestować pieniądze swego męża, czy tak? 

- Zgadza się. 
- I pomyślała pani o torach wyścigowych w Teksasie. 
- Zgadza się. 
- Proszę więc zwrócić się do mego adwokata. Mike wszystko załatwi. 
- Tego nie może załatwić żaden adwokat - powiedziała melodyjnym 

głosem. - Są sprawy, które może załatwić wyłącznie pan. 

SR

background image

~ 3 ~ 

 

Ubrana w nieskazitelnie biały kostium, sprawiała wrażenie osoby 

chłodnej i wyrafinowanej. Wydawało mu się, że owiewa go delikatna 
południowa bryza. Kapelusz z szerokim rondem rzucał cień na jej oczy i 
nie widział ich kolom. Jego wzrok ponownie powędrował ku długim 
zgrabnym nogom. Do diabła! Musi się wziąć w garść. W końcu tu chodzi 
o interesy. 

- Jakie sprawy? Nie rozumiem, co ja mógłbym załatwić. Nie mam 

czasu na długie rozmowy. A więc o co konkretnie chodzi? 

Zawahała się. 
- Szukam kandydata na męża, z dobrą opinią i pewną pozycją 

zawodową. Pan potrzebuje pieniędzy. Proponuję panu milion dolarów. 
Otrzyma je pan w dniu naszego ślubu. 

Joe patrzył na nią przez chwilę, po czym potrząsnął głową. 

Najwyraźniej się przesłyszał. Pewnie z powodu upału. 

Skinęła głowa. Zauważyła, że jest zdezorientowany. 
- To nie pomyłka, panie Lombardi - powiedziała. - Proszę pana o rękę. 
Nie do wiary. Odrzucił w tył głowę i wybuchnął śmiechem, 

przekonany, że to żart. Kobieta czekała cierpliwie, aż minie mu atak 
śmiechu. Wyglądała na lekko rozbawioną. 

- Pani nie żartuje? - spoważniał nagle. 
- Ależ skąd. 
- Jak to? 
- Potrzebuję męża, a panu brakuje pieniędzy na nowy tor wyścigowy. 
Joe ujął Ahaba za cugle i poprowadził w kierunku najbliższego padoku. 

Pijaków i wariatów najlepiej ignorować, nawet jeśli są olśniewająco 
piękni. Nie był pewien, do której kategorii zaliczyć panią LaCroix, i nie 
zamierzał tego dochodzić. 

Otworzył furtkę na padok i wprowadził konia. Obejrzał się, czy kobieta 

nie idzie za nim. Nadal stała 

drzwiach. Zauważył, że w dłoni trzyma 

biało-czarną torebkę. Czyżby miała tam ów milion dolarów? Po 
propozycji sądząc, jest na tyle szalona, by nosić przy sobie taką sumę. 

- Pani LaCroix, skąd ten pomysł? 
- Już mówiłam: potrzebuję cieszącego się szacunkiem męża i pozorów 

życia rodzinnego. Pan może mi to zapewnić. 

Zaintrygowała go. Zaprosi ją do swego domu na ranczo. Wysłucha 

SR

background image

~ 4 ~ 

 

uprzejmie i cierpliwie, co ma mu do powiedzenia, a potem odprawi. 

Przepuścił ją w drzwiach, by weszła przed nim. Miał okazję podziwiać 

niezwykle apetyczne kształty. 

- Kto panią tutaj przysłał? - spytał, zdecydowany dowiedzieć się czegoś 

więcej. 

- Uwierzy pan, jeśli powiem, że mój mąż? 
- Nie. 
- A jednak. Pamięta pan z Wietnamu Johna LaCroix? Byliście 

towarzyszami broni, walczyliście w tym samym oddziale. Kiedy 
zostaliście ranni, leżeliście w tej samej sali. Często pana wspominał. 
Czytałam nawet listy, które przez pewien czas pisaliście do siebie. John 
mówił, że jest pan najbardziej godnym zaufania człowiekiem, jakiego w 
życiu znał, zawsze gotowym do pomocy. 

Na chwilę Joe pogrążył się we wspomnieniach. On i John LaCroix byli 

pozbawionymi złudzeń osiemnastolatkami wplątanymi w tę absurdalną 
wojnę i najlepszymi przyjaciółmi, dopóki nie wrócili wreszcie do 
zwyczajnego życia i pozbyli się nocnych koszmarów. 

- Pani jest żoną Johna? 
Skinęła głową. W świetle słońca zobaczył, że ma brązowe oczy. Duże, 

okrągłe i brązowe. Łagodne jak u sarny. 

- Byłam, przez trzy lata - odparła. 
- Co się potem stało? 
- Umarł. 
John nie żyje. Nie mógł w to uwierzyć. Przyciągnęła krzesło i usiadła. 

Kapelusz rzuciła na stół, odsłaniając bujne włosy, piękne i lśniące. 

- To smutne, prawda? - zauważyła z goryczą. - Przeżył okrucieństwa 

wojny, a zginął w wypadku lotniczym, wracając do domu na przyjęcie z 
okazji pierwszych urodzin syna. 

Joe nie spuszczał z niej wzroku. Wszystko to wydawało się jakieś 

nierealne. Ona była w żałobie po mężu, on czuł ból z powodu śmierci 
dawnego przyjaciela. 

- Przykro mi - powiedział wreszcie. - Nie wiedziałem. Był porządnym 

facetem. 

Na moment w jej oczach pojawił się gniew, ale tylko na moment. 
- Kimś więcej: wspaniałym, uczuciowym mężczyzną. 

SR

background image

~ 5 ~ 

 

- Kiedy to się stało? 
- Niewiele ponad dwa lata temu. 
I znów powróciły bolesne wspomnienia. Stracił tylu przyjaciół. 

Najgorsze było to, że po latach sam już nie wiedział, co stało się 
naprawdę, a co było tylko koszmarnym snem. W odruchu samoobrony 
zapomniał o przeżyciach, ale nie zapomniał Johna. 

A teraz siedzi przed nim wdowa po Johnie, próbując go namówić, by 

zajął miejsce przyjaciela. Poczuł niesmak. Bliskich nie da się zastąpić 
innymi. 

- A więc szuka pani kogoś na miejsce tego wspaniałego, uczuciowego 

mężczyzny - zakpił, usiłując ukryć prawdziwe uczucia. - Przykro mi, 
droga pani, ale ja się do tego nie nadaję. Nie gustuję w żonach i nie 
przepadam za dziećmi. Zwłaszcza jeśli urodziła pani rasowego... 

- Owszem. 
- Co? 
- Nazwisko i majątek LaCroix są sławne. Cztery pokolenia pracowały 

na pieniądze, za które można kupić cały ten stan. - Odchyliła się w tył, 
przymykając na moment oczy. Widać było, jak bardzo jest zmęczona. - A 
jeśli chodzi o rasowe konie, to jestem właścicielką trzech. Należały do 
mego męża. 

- Pani teściowie muszą być niezwykle wielkoduszni, zgadzając się na 

ślub żony ich zmarłego syna z jego kumplem z wojska. - Joe nie mógł się 
powstrzymać od sarkazmu. Cała ta rozmowa była bez sensu, zwłaszcza 
teraz, gdy miał tyle rzeczy do zrobienia!- Myli się pan - powiedziała 
spokojnie. - Oni chcą mi zabrać syna. 

Wyczuł w jej głosie głęboki smutek, niemal rozpacz, ale nic go to nie 

obchodziło. 

- Po co dwojgu starym ludziom dziecko? Przecież na pewno nie 

umieliby się nim właściwie zająć. 

- Uważają, że należy do rodziny LaCroix, traktują go jak swoją 

własność. Obawiam się, że zrobiliby z niego człowieka słabego i niewiele 
wartego. O mały włos nie zniszczyli Johna swoją miłością. Nie chcę, żeby 
to się stało z moim synem. 

Joe sięgnął do lodówki i wyjął puszkę piwa. 
- A więc czego pani ode mnie oczekuje? Że będę z nimi walczył gołymi 

SR

background image

~ 6 ~ 

 

rękami? 

- Że zostanie pan moim mężem, a moje dziecko będzie się 

wychowywało w kompletnej rodzinie - z matką i ojcem. Wtedy rodzice 
Johna nie będą mogli ciągać mnie po sądach i procesować się o opiekę nad 
wnukiem. 

- Pani żartuje. 
- Panie Lombardi - nie traciła cierpliwości - mój adwokat skontaktował 

się w zeszłym tygodniu z pańskim. Nie wspomniał, dlaczego chcę się z 
panem widzieć? 

- Ani słowem. 
Dlaczego Mike nic mu nie powiedział? Przecież zaledwie wczoraj był 

na ranczu i cały czas mówił o kosztach budowy toru i stajni przed 
sezonem. Tylko napomknął, żeby Joe wpadł do jego biura, będąc w 
mieście, bo może znajdzie jakieś rozwiązanie... 

- Pani jest tym rozwiązaniem - mruknął do siebie, ściskając puszkę w 

dłoni. Piwo przelało się na podłogę. Nie zwrócił na to uwagi. Wpatrywał 
się w kobietę siedzącą przy stole. 

- Ma pan na myśli pańskie problemy finansowe? - dokończyła. - Tak, 

myślę, że tak. Podobnie jak pan może pomóc mi rozwiązać moje. Jeśli 
chce pan na dodatek konie, może je pan wziąć. Ja potrzebuję tylko męża. 

- Proszę posłuchać - zaczął, mając nadzieję, że zabrzmi to rozsądnie. - 

Przykro mi, że nie może się pani porozumieć z teściami, ale jeśli pani z 
nimi porozmawia i wytłumaczy im swój punkt widzenia, z pewnością 
zrozumieją. Dziecko potrzebuje matki. Dziadkowie nie mają już sił i 
zdrowia, by wychowywać małego chłopca. Wykończą się w ciągu 
miesiąca. 

- Jest pan w błędzie. Zrobią wszystko, żeby uzyskać prawo do opieki. - 

Wstała, oparła wypielęgnowane dłonie o stół i pochyliła się ku niemu. - 
Chcą go mieć, ponieważ nosi nazwisko LaCroix. Nie będą go 
wychowywać, lecz karmić frazesami obowiązującymi w ich sferze. 
Znajdą kogoś, kto się nim będzie zajmował przez cały dzień i sprowadzał 
od czasu do czasu z pokoju dziecinnego na dół, by pokazać go ich 
przyjaciołom. W ten sposób wychowywano mego męża. Nienawidził 
tego. Ja też tego nienawidzę. - Spojrzała mu prosto w oczy. - Chcę go 
zatrzymać - to mój syn, moje dziecko. Chcę z nim być, gdy zacznie 

SR

background image

~ 7 ~ 

 

chodzić do szkoły, przemieniać się z chłopca w młodzieńca, dorastać. 
Sięgnęła po kapelusz i torebkę. 

- Jeśli jednak nie chce pan w tym uczestniczyć, to trudno. Nie każdy 

wzbrania się przed wzięciem pieniędzy. Znajdę kogoś innego. 

Obserwował ją, gdy szła przez hol w kierunku drzwi. Co za sylwetka! 
- Kogo? - wyrwało mu się mimo woli. Obrzuciła go przez ramię 

smutnym spojrzeniem przepastnych brązowych oczu. Oczu, którym 
trudno byłoby się oprzeć. 

- Jeszcze nie wiem, panie Lombardi. Znajdę kogoś, kto potrzebuje 

pieniędzy tak bardzo jak ja pomocy. Teraz widzę, że John mylił się co do 
pana. 

Otworzyła drzwi i wyszła, zamykając je cicho za sobą. 
Joe stał jak wrośnięty w ziemię. Wciąż miał przed oczami jej obraz. Po 

chwili usłyszał odgłos zapuszczanego silnika. Samochód odjechał. 

Czy to był sen? Chyba nie. Ale jeśli nawet, to śnił o kimś pięknym. 

Zastanowił się raz jeszcze nad jej niedorzeczną propozycją. Potrząsnął 
głową. Nie, to nie wchodzi w rachubę. Ma się sprzedać? Co z tego, że 
chodzi o żonę przyjaciela, która znalazła się w kłopotach. Pora wrócić do 
zajęć. Czekało go dużo pracy. 

Sabie zjechała na pobocze zakurzonej drogi i zatrzymała samochód. 

Oparła głowę o kierownicę. Chciało jej się płakać. Mimo to starała się 
opanować. 

To tylko jedno z wielu spotkań w interesach, tłumaczyła sobie, jedno z 

tych, które nie przebiegły zgodnie z jej oczekiwaniami. Joe Lombardi był 
zaskoczony. Nie uprzedzono go o propozycji. Czyżby to był jakiś omen? 
Czy w ogóle jakikolwiek mężczyzna potraktuje ją poważnie? 

Odchyliła głowę na oparcie fotela. Chciała trochę odpocząć. Czekała ją 

jeszcze godzina jazdy na lotnisko Hooka w pobliżu Houston, skąd 
prywatnym samolotem poleci do Baton Rouge w Luizjanie. 

Może to i lepiej, że Joe Lombardi nie przyjął oferty. Trzymała się z dala 

od tego typu mężczyzn. Potężnie zbudowany, bardzo męski, typ macho. 
Przystojny, ale nazbyt władczy i szorstki. Przypuszczalnie mógł mieć 
każdą kobietę, której zapragnął. A kiedy już ją miał, zapewne bardzo 
dobrze wiedział, co z nią robić. Wyobraziła go sobie w miękkiej pościeli. 
Serce zabiło jej gwałtownie. 

SR

background image

~ 8 ~ 

 

Otworzyła oczy i wyprostowała się. Joseph Lombardi w niczym nie 

przypominał Johna. Jej mąż był delikatny i czuły, miły i wyrozumiały. 
Liczył się ze zdaniem innych, cieszył się każdą chwilą, nie było w nim 
znużenia życiem tak często demonstrowanego przez mężczyzn. 

Miał wszystko to, czego brakowało mężczyźnie, u którego dopiero co 

była. Jak bardzo potrzebowała mądrych rad Johna, jego spokoju i 
opanowania. Rozmów, jakie prowadzili. 

John nigdy by nie zgniótł puszki i nie wylał piwa na podłogę. 
Rozpłakała się. Po przeszło dwóch latach od jego śmierci dopiero 

zaczynała koić swój ból. Był dla niej serdecznym przyjacielem, oddanym 
mężem i wspaniałym kochankiem. To dla niego będzie walczyć. Jest teraz 
silniejsza, mądrzejsza. 

Wróciła myślami do Joe. Jakie to dziwne, że zaprzyjaźnili się, mając 

tak różne charaktery. Na wojnie wszystko jest możliwe. 

No, dość już o Joe Lombardim! Trzeba opracować plan alternatywny. 

Gdzieś musi być przyzwoity, szanowany mężczyzna, który zgodzi się ją 
poślubić za milion dolarów. Trzeba go tylko znaleźć. 

I to jak najprędzej. Sekretarka adwokata teściów zdradziła jej, że 

wkrótce skierują sprawę do sądu. Po dwóch latach mieli już definitywnie 
dosyć krótkotrwałych spotkań z wnukiem. Sabie zgadzała się, by 
Jonathan przebywał u nich dłużej niż dzień, zamiast kilku tygodni lub 
miesięcy, jak początkowo prosili, a później żądali. 

Nie wiedzieli, że adwokat informował ją o ich planach, a jego 

sekretarka była jej dobrą koleżanką. Sabie brała pod uwagę możliwość 
przegranej. Rodzina LaCroix miała duże wpływy w Luizjanie, również w 
sądownictwie. Nie, nie może pozwolić, by sprawa znalazła się w sądzie. 

Małżeństwo, zwłaszcza z kimś z innego stanu, uratowałoby ją. Po 

śmierci Johna żyła jednak jak w klasztorze. Nie znała żadnego mężczyzny 
nadającego się na męża, który byłby zdolny przeciwstawić się jej teściom. 
Gdyby przed trzema tygodniami nie porządkowała papierów męża, nie 
przypomniałaby sobie o Joe. 

Ma zaledwie tydzień. Musi działać szybko... 
- Do diabła! - zawołała, uderzając pięścią w kierownicę. - Dlaczego się 

nie zgodziłeś, Lombardi? Dlaczego śmiałeś mi się prosto w nos? Gdybyś 
przyjął propozycję, wszystko byłoby proste. 

SR

background image

~ 9 ~ 

 

Proste? Roześmiała się przez łzy. Może tak jest lepiej. Nie miała zbyt 

wielu doświadczeń z mężczyznami. A Lombardi to nie John. 

Kiedy wreszcie zjawił się Mike, Joe wprost kipiał ze złości. 
- Dlaczego, do cholery, nic mi nie powiedziałeś? - napadł na niego. - 

Czułem się jak idiota, słuchając wdowy po Johnie, która tłumaczyła mi, 
dlaczego chce za mnie wyjść! 

- Cóż, nie spodziewałem się, że to nastąpi tak szybko. - Mike spojrzał 

uważnie na Lombardiego. -Podobno jest niczego sobie. 

- Owszem. - Joe umknął wzrokiem w bok. - Mam dość własnych 

problemów. Co, u diabła, cię podkusiło, żeby w ogóle rozważać taką 
ofertę? Jesteś moim adwokatem. Dlaczego nie poradziłeś jej adwokatowi, 
żeby mi dała święty spokój? 

- Uznałem, że powinieneś sam z nią porozmawiać. Pilnie potrzebujesz 

pieniędzy, a bank nie da ci już kredytu. Wyczerpałeś limit. Nawet mając 
koncesję na tor, nie będziesz w stanie wystawić własnych koni. Byłoby 
inaczej, gdyby dało się odwlec sprawę, ale na to się nie zanosi. Jeśli 
komisja stanowa zorientuje się, że jesteś niewypłacalny, koncesja 
przepadnie. 

- Gdybyśmy mieli jeszcze parę tygodni ... - westchnął Joe. 
- Wystarczy ci pieniędzy, jeśli przyjmiesz ofertę Sabie LaCroix - 

przekonywał adwokat. 

- Co ty o niej wiesz? - spytał podejrzliwie Joe. 
- Znałeś jej męża. - Mike wzruszył ramionami. - To powinno coś 

znaczyć. 

- Ale nie znam jej. Co ty wiesz? - powtórzył. 
- Mówi prawdę. Teściowie chcą przejąć opiekę nad jej synkiem i 

ukształtować go na własną modłę. Są wściekli, że przeniosła się do Baton 
Rouge, poza zasięg ich wpływów. Jej mąż był jedynakiem, który nigdy 
nie wyzwolił się całkowicie spod władzy rodziców. 

Dlaczego tego słucha? Nie zamierza się z nikim żenić, a już na pewno 

nie z tą kobietą. 

- A ona? Skąd się wzięła? - powtórzył. 
- Urodziła się w Mobile w Alabamie. Ona i jej siostra dorastały u 

owdowiałej ciotki, która nie miała własnych dzieci. Ciotka zmarła przed 
rokiem. Sabie i John zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Po 

SR

background image

~ 10 ~ 

 

trzech miesiącach pobrali się i zamieszkali z rodzicami. Była drugą żoną 
Johna. Pierwsza zmarła. 

- Przypominam sobie - powiedział wolno Joe. Nie widywał wprawdzie 

przyjaciela, ale od czasu do czasu pisywali do siebie i wymieniali 
okazjonalne kartki z życzeniami. Z czasem i ta nikła więź się urwała. 

Usłyszał wołanie. Obejrzał się. Dwa ogiery starły się ze sobą. Jakiś 

głupiec umieścił je na sąsiednich padokach. 

- Przemyśl to - prosił Mike. - Nie musisz podejmować decyzji 

natychmiast, ale się zastanów. 

- Zwariowałeś? 
- Nie. Staram się po prostu znaleźć jakieś rozwiązanie twoich 

problemów. 

Z padoku ponownie rozległo się wołanie. Zanim Joe zorientował się w 

sytuacji, adwokat odjechał. 

- Ty sukin... - zaklął. Później przejrzy te papiery. Teraz musi pomóc 

stajennym. 

Talia obserwowała, jak jej siostra parkuje wynajęty samochód na 

skraju lotniska, wrzuca kluczyki do schowka na rękawiczki i idzie w 
kierunku samolotu. Po twarzy Sabie trudno było poznać, co się wydarzyło 
między nią a ewentualnym kandydatem na męża. Gdy stanęła w drzwiach 
samolotu, Talia nie wytrzymała: 

- No i co? Zgodził się? - spytała niecierpliwie. Siedziała na podłodze i 

bezmyślnie bawiła się samochodzikiem Jonathana. 

- Mama! Mama! - Chłopczyk rzucił się w ramiona Sabie. 
Talia poczuła ucisk w gardle. Nikt, zwłaszcza ktoś tak słodki i 

delikatny jak jej starsza siostra, nie powinien doświadczać takich 
niepokojów i zmartwień. 

- Nie zgodził się. 
- Do diabła! 
- Nie przeklinaj. 
- Przepraszam. - Talia wstała. - Czy chociaż powiedział dlaczego, czy 

tylko cię wyśmiał? 

- Jedno i drugie. Nie zamierza się żenić, nie przepada za dziećmi i nie 

interesują go moje pieniądze. 

Talia odruchowo składała zabawki porozrzucane na podłodze 

SR

background image

~ 11 ~ 

 

samolotu. 

- Zostaw, ja to zrobię. 
- Daj spokój. Co teraz będzie? 
- Nie mam pojęcia. 
- Powiedziałaś mu o mnie? Czy to przeze mnie? - Talia starała się 

opanować drżenie głosu. 

- Nawet nie zdążyłam o tobie wspomnieć, kochanie. Uciął rozmowę. 
- A więc jego strata - stwierdziła Talia. - Jak mężczyzna może być taki 

głupi? Musi mieć choć trochę rozumu, skoro był przyjacielem Johna. 

- Jakie to ma znaczenie. My też coś straciłyśmy. 
- Startujemy, pani LaCroix? - spytał pilot. 
- Tak. - Sable posadziła syna obok siebie i zapięła pasy. 
- Za półtorej godziny wylądujemy w Baton Rouge - oznajmił pilot. 
- Dziękuję - westchnęła Sabie. Była zmęczona. Talia popatrzyła na 

siostrę z niepokojem. Sable uchodziła za osobę silną i z charakterem, 
ponieważ dawała sobie radę w trudnych sytuacjach życiowych. Tylko ona 
wiedziała, jakim kosztem to się odbywa. Nieraz wydawało jej się, że to 
ona jest o dziewięć lat starsza. 

- Nie martw się, mała - pocieszyła ją Sable. - Nie zamierzam się 

poddać, walka jeszcze się nie skończyła. 

- Pewno! - Zastanawiała się, co może zrobić, by pomóc siostrze, ale nic 

nie przychodziło jej do głowy. 

Małżeństwo Sable ze starszym od niej Johnem dobrze jej zrobiło. 

Wydoroślała i przekonała się o swoich możliwościach. Domatorka z 
natury, okazała się znakomitą panią domu i uroczą bywalczynią przyjęć. 
Ale najszczęśliwsza czuła się w swoich czterech ścianach, z dzieckiem, w 
kuchni. Talia tych zajęć nie znosiła. 

Dlaczego Sable nie może mieć tego, czego pragnie? To 

niesprawiedliwe. 

Zaczęła sobie uświadamiać, jak skomplikowane potrafi być życie. 

Miała nadzieję, że nie zawsze tak jest. Wolała, żeby sprawy okazywały się 
proste i jednoznaczne, chociaż przestała widzieć wszystko wokół w 
biało-czarnych barwach. 

Joe jeszcze raz sprawdził obliczenia. Mike miał rację. Jeśli w ciągu 

tygodnia nie zdobędzie pół miliona dolarów, straci życiową szansę. W 

SR

background image

~ 12 ~ 

 

Teksasie miano zbudować tylko trzy tory wyścigowe. Dwa były 
przedsięwzięciem zespołowym, jeden - prywatnym. Znał przynajmniej 
siedmiu ludzi, którzy natychmiast zajęliby jego miejsce, gdyby komisja 
dowiedziała się, że Joe nie może liczyć na kredyt. 

Milion dolarów oferowanych przez Sable LaCroix mógł go uratować. 

Odsuwał od siebie tę myśl, ale uparcie wracała. 

Ahab, jego ulubiony ogier, nie wygrał jeszcze tylu gonitw, by można 

go było wycenić na milion dolarów, a bank domagał się solidnego 
zabezpieczenia. 

Milion Sable pozwoliłby mu natychmiast ubiegać się o następny kredyt 

i otworzyć tor na czas. Nie miał wyboru. Potrzebował pieniędzy Sable 
LaCroix, ale nie miał ochoty zagłębiać się w jej problemy. 

Cóż mu jednak pozostało? Rachunek zysków i strat prowadził do 

jednego wniosku. 

Zadzwonił do Mike'a. 
- Powiedz Sable LaCroix, że się zgadzam - oznajmił. - W ciągu 

tygodnia pieniądze powinny wpłynąć na moje konto. 

- Kiedy zamierzasz wziąć ślub? 
- Skąd mam wiedzieć? To jej sprawa. Powiedz, żeby wszystko 

załatwiła, ja się dostosuję. I jeszcze jedno. Musi tu zamieszkać. Oczekuję, 
że będzie żoną, a nie bywalczynią salonów. Chciałbym też postawić 
sprawę uczciwie. Gdy nasze małżeństwo się skończy, rozejdziemy się bez 
żadnych zobowiązań finansowych. Jasne? 

- Aż za bardzo - odparł sucho Mike. - Chcesz, żebym od razu 

przygotował dokumenty rozwodowe? 

- Czemu nie? Wątpię, by wytrwała dłużej niż rok, jeśli w ogóle ze mną 

wytrzyma. Ranczo nie jest rajem dla kobiety, nie mówiąc o kobiecie z 
małym dzieckiem. Sklep spożywczy znajduje się ponad czterdzieści 
kilometrów stąd, nie wspominając już o najbliższym butiku. 

- Zadzwonię do niej - obiecał Mike - ale nie mogę zagwarantować, że 

zgodzi się na wszystkie twoje warunki. 

- Zgodzi się. 
Załatwione. Nie zastanawiał się dłużej, dlaczego w końcu przystał na 

małżeństwo. Kłopoty finansowe były wystarczającym 
usprawiedliwieniem. Żadne inne powody nie wchodziły w rachubę. Tak 

SR

background image

~ 13 ~ 

 

przynajmniej sądził. 

Sable odłożyła słuchawkę. Była szczęśliwa. Zgodził się! 
Nie miała nic przeciwko umowie przedślubnej. Musi zabezpieczyć 

przyszłość syna. Nawet gdyby Joe nie wspomniał o intercyzie, sama by jej 
zażądała. 

Z wyjątkiem miliona dolarów, za które kupi sobie męża, pieniądze 

pozostaną przy niej. Zastrzegła sobie oddzielne sypialnie i zdecydowała, 
że zamieszkają razem w domu Joe na co najmniej pięć lat, przy czym 
żadne z nich nie będzie miało kochanków ani przygód miłosnych. Jeśli 
Joe zerwie umowę, będzie musiał zwrócić Sable pieniądze w ciągu 
dziewięćdziesięciu dni. Po upływie terminu zastrzeżonego w kontrakcie 
będą mogli się rozwieść, jeśli Sable uzna, że teściowie nie będą już 
domagać się sprawowania opieki nad jej synem. 

Do niej należało przygotowanie ślubu. 
Spojrzała w kalendarz. Za tydzień będzie mężatką, zamieszka w innym 

stanie. Znajomości i wpływy rodziny LaCroix na pewno nie sięgają 
Teksasu. Niech tylko spróbują jej udowodnić, że nie nadaje się na matkę, 
gdy będzie żoną człowieka, którego nazwisko jest tak samo znane w 
Teksasie, jak ich w Luizjanie. 

- Wszystko w porządku? - Talia zajrzała do pokoju. 
- Lepiej niż w porządku. Myślę, że zgodzisz się być moją druhną?- Kto 

będzie mężem? 

- Joe Lombardi. 
- Naprawdę? - Talia otworzyła szeroko oczy. - Kiedy ślub? 
- W przyszłym tygodniu. 
- Powiedziałaś mu o mnie? 
- Jeszcze nie. Powiem mu w odpowiednim czasie. 
- Nie boisz się, że ja wszystko popsuję? 
- Skądże. Żeni się ze mną, ponieważ potrzebuje pieniędzy. Ja 

wychodzę za niego, by mnie chronił przed zaborczymi dziadkami 
Jonathana. Oboje dostajemy to, czego chcemy. Zwykła transakcja. 

Talia spuściła wzrok, dopiero po chwili spojrzała na siostrę. 
- Czy on wie, dlaczego nie chcesz walczyć w sądzie o prawo do 

wychowywania syna? 

- To, co my kiedyś przeszłyśmy, nie ma z tym nic wspólnego. Nie 

SR

background image

~ 14 ~ 

 

powinno go to obchodzić. 

- Mimo że to tylko o ciebie walczyli nasi rodzice? 
- To nieprawda, i dobrze o tym wiesz. Tata uważał, że ze mną miałby 

mniej kłopotu, to wszystko. 

- Naprawdę tak myślisz? - spytała nieufnie Talia. Sable się 

uśmiechnęła. Uznała, że tak musiała przedstawiać się sytuacja. Nigdy o 
tym nie rozmawiały, chociaż nieraz myślały o przeszłości. Talia przeszła 
piekło. Dzięki miłości, jaką ją otoczono, doszła w końcu do siebie. Nie 
zawdzięczała tego rodzicom. Sable nie pozwoli, by Jonathana spotkało to 
samo. 

- Naprawdę, mała - powiedziała. 
- No dobrze. - Talia odetchnęła z ulgą. - Zostawmy przeszłość. W czym 

pójdziesz do ślubu? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

SR

background image

~ 15 ~ 

 

Rozdział 

 
 
Dobrą godzinę Sable zbierała się, zanim wreszcie wykręciła numer Joe. 

Gdy ostatnio do niego telefonowała, nie był w najlepszym nastroju, 
zdecydowała się więc odłożyć rozmowę na stosowniejszy moment. Przez 
trzy dni zajmowała się nie tylko przygotowaniami do ceremonii ślubnej, 
lecz również organizacją przeprowadzki. Joe Lombardi sam nie 
zadzwonił ani razu. 

Długo czekała, żeby ktoś się zgłosił. Jeśli odłoży słuchawkę, nie zdoła 

się ponownie zmobilizować, a powinna porozmawiać z Joe jak 
najprędzej. Właśnie dowiedziała się, że teściowie zażądali, by wnuk 
zostawał z nimi w Luizjanie, ilekroć ona będzie korzystała z prywatnego 
samolotu. Wciąż jeszcze nie wiedzieli o jej planach małżeńskich, a ona 
zamierzała utrzymać je w tajemnicy do ostatniej chwili. Obawiała się 
jednak, że coś podejrzewają. 

Po jedenastym dzwonku wreszcie ktoś podniósł słuchawkę. 
- Stajnie Teja - usłyszała głos Joe. 
Jeżeli ton odpowiadał nastrojowi jej przyszłego męża, rozmowa 

wymagała niezwykłej ostrożności i taktu. 

- Pan Lombardi? - upewniła się, modląc się w duchu, by to nie był on. 
- Tak, kto mówi? 
O, może być gorzej, niż się spodziewała. 
- Tu Sable LaCroix. Chciałabym wyjaśnić parę spraw. Ma pan trochę 

czasu? 

- Akurat teraz? 
- Tak - odparła ze spokojem, choć nogi się pod nią ugięły. 
Usłyszała pełne zniecierpliwienia westchnienie. 
- Mam dokładnie pięć minut, skarbie. Ahaba właśnie ładują na 

ciężarówkę. Totty wiezie go na gonitwę do Luizjany. Słucham, w czym 

SR

background image

~ 16 ~ 

 

rzecz? 

Skarbie? Co za impertynent! Żałowała, że nie ma czasu, by odliczyć do 

dziesięciu. I kim, na Boga, jest Totty? 

- Czy dom został już przygotowany? - spytała wreszcie. 
Odpowiedzią była cisza. 
- Ile jest sypialni? - dodała. Joe milczał. 
- Ile łazienek? 
Nie raczył odpowiedzieć. 
- Ma pan pralkę i suszarkę? 
Była pełna jak najgorszych przeczuć. 
- Jaki jest garaż? Czy w domu są półki na książki? Czy w piwnicy jest 

dużo miejsca? Czy ma pan zmywarkę do naczyń? 

Przerwała na chwilę, czekając na odpowiedź. Nadaremnie. 
- Panie Lombardi? Jest pan tam? 
- Skarbie - usłyszała zmęczony głos. - Myślę, że powinnaś przyjechać i 

rozejrzeć się sama. Mieszkam tutaj ponad pięć lat i nigdy nie zwróciłem 
uwagi nawet na połowę rzeczy, o które zapytałaś. Nie obchodzi mnie to, 
ale jeśli ciebie interesuje, to przyjedź i sama się przekonaj, jakie jest 
wyposażenie domu. 

- Brak mi czasu, panie Lombardi. - Sable nadal starała się być 

uprzejma. - Mam do załatwienia masę spraw związanych ze ślubem. Musi 
mi pan odpowiedzieć. Nie wiem, co spakować, a co zostawić. 

- Spakuj walizkę swoją i dzieciaka i przyjeżdżaj do Teksasu. Resztę 

możesz załatwić na miejscu. Nie będziesz potrzebowała nic ponadto, co 
się mieści w walizce. 

Stać go było na bardziej błyskotliwą wypowiedź, ale dokuczanie jej 

sprawiało mu jakąś dziwną przyjemność. 

Sable przeszła do porządku nad tym niezbyt udanym żartem. 
- Wracając do ślubu, panie Lombardi – powiedziała - to odbędzie się u 

pana. Mam prawo mieć ze sobą moje rzeczy, tak samo jak pan swoje. 
Staram się tylko znaleźć w miarę możliwości jakieś kompromisowe 
rozwiązanie. 

- Przyjedź i rozejrzyj się, zanim się wprowadzisz. Nie mam czasu 

odpowiadać na te wszystkie pytania, muszę budować tor. 

W Sable wzbierała złość. Co za arogancja! 

SR

background image

~ 17 ~ 

 

- Chciałabym zauważyć, że jeśli nie otrzymam odpowiedzi na moje 

pytania, być może nie wyjdę za pana - oświadczyła chłodno. - Wtedy 
zabraknie panu pieniędzy na dokończenie toru. 

- Zrobisz jak zechcesz, skarbie. Poszukam sobie innego sponsora. A tor 

powstanie i tak. 

Sable była wściekła. Nie wiedziała, ile jest prawdy w jego ostatnich 

słowach, ale nie miała ochoty tego dochodzić. 

- Zgoda, panie Lombardi - powiedziała wreszcie. 
- Będę za dwa dni. 
- Świetnie. Drzwi frontowe są zawsze otwarte. Po prostu wejdź i czuj 

się jak u siebie w domu. 

- Dziękuję - odparła chłodno. - Przyjadę. 
- Wiedziałem - rzucił, zanim odłożył słuchawkę. Sable cisnęły się na 

usta przekleństwa we wszystkich znanych jej językach. 

Przez najbliższe dwa dni powinna potrenować trzymanie nerwów na 

wodzy. Co najmniej parę tysięcy razy. Może wtedy nie pozwoli się 
wyprowadzić z równowagi w ciągu następnej trzyminutowej rozmowy z 
Joe Lombardim! 

Joe wskoczył do dżipa, zapuścił silnik i pełnym gazem ruszył przez 

dziedziniec w kierunku zakurzonej drogi. 

Było mu wstyd, że tak potraktował Sable. Gdy był zmieszany lub 

zakłopotany, stawał się agresywny i szorstki. 

Czy ona niczego nie rozumie? Jego pełnej krwi ogier jest w drodze na 

ważną gonitwę... on właśnie buduje tor i użera się z władzami Teksasu. A 
ona pyta o zmywarkę! 

Trzeba jej uświadomić, co jest naprawdę ważne! 
Czyż nie dostatecznie jej pomaga, biorąc z nią ślub? On potrzebuje 

pieniędzy, ona cieszącego się szacunkiem męża. W porządku, jakoś się z 
tym upora. Na pewno jednak nie będzie tolerował żony, która zechce 
kontrolować każdy jego ruch i zajmować jego cenny czas. Zbyt długo był 
kawalerem, żeby przystać na taki układ. 

Kiedy zapragnął kobiety, miał w czym wybierać. Wielu chodzi o 

wspólne miłe spędzenie czasu i uprzejme traktowanie. Bez wysiłku 
spełniał oba te życzenia, a gdy znajomość zaczynała go nużyć lub 
krępować, bez poczucia winy i żalu kończył ją i rozpoczynał następną. 

SR

background image

~ 18 ~ 

 

Sable LaCroix nie jest tego rodzaju kobietą. Z nią trzeba postępować 
inaczej. Delikatnie, z czułością. Stopniowo wyzwalać ukryte w niej 
namiętności. Rozmawiał z nią trochę bardziej grubiańsko niż zwykle, 
ponieważ to on chciał mieć ostatnie słowo. Jest panem samego siebie i nie 
zamierza zmieniać swego stylu życia. Ot i wszystko. 

Miał nadzieję, że to do niej dotarło. 
Dwa dni później Sabie jechała furgonetką przez Teksas. Uśmiechała 

się z satysfakcją. 

Joe Lombardi zaproponował, żeby sama odpowiedziała sobie na 

pytania, a więc zrobi to. Zamiast jednej walizki wiozła sześć, do tego 
pudło z zabawkami synka i pięć skrzyń książek. Firma przeprowadzkowa 
dostarczy resztę. 

Skręciła w boczną drogę prowadzącą do rancza Joe. Domyślała się, że 

za bardzo ceni sobie kawalerskie życie, by łatwo z niego zrezygnować. 
Zapewne uważa, że obcesowe, a nawet grubiańskie zachowanie w czasie 
ich ostatniej rozmowy nie pozwoli jej mieć złudzeń, kto ma być szefem w 
ich związku. Nie znał jej dobrze. Szczerze mówiąc, nie znał jej wcale. 
Najwidoczniej nikt mu nie powiedział, że to kury rządzą w kurniku, a 
koguty są tam zaledwie tolerowane. 

Kiedy jednak w grę wchodził jej syn, Sable zmieniała się w tygrysicę. 

Zrobiłaby wszystko, żeby zatrzymać chłopca przy sobie. Wszystko, 
łącznie z poślubieniem ostatniego łotra. Adwokat powiedział, że Joe 
zgodził się na jej warunki. Zresztą kogo chciał oszukać, gdy mówił, że 
może sobie znaleźć sponsorów? Gdyby tak było, nie przystałby na to 
małżeństwo. 

Przemyślawszy to wszystko raz jeszcze, doszła do wniosku, że Joe 

Lombardi, podobnie jak ona, nie miał wyboru. Od razu poprawił jej się 
humor. 

Wreszcie dojechała. Joe mieszkał w dużym farmerskim domu, do 

którego każdy kolejny właściciel dobudowywał jakiś fragment, nie 
bacząc na ogólną koncepcję architektoniczną. A jednak całość 
prezentowała się całkiem nieźle. 

Zaparkowała przed gankiem biegnącym wzdłuż całej frontowej i jednej 

z bocznych ścian, i wysiadła. Farba gdzieniegdzie odłaziła. Podłoga na 
ganku też wymagała odnowienia. 

SR

background image

~ 19 ~ 

 

Drzwi frontowe były otwarte, tak jak to zapowiedział Joe. Albo był 

ufny, albo nierozważny, skoro zostawiał niczym nie zabezpieczony dom 
w pobliżu takiej metropolii jak Houston. 

Kiedy jednak szła przez pokoje, stwierdziła, że jedyną szkodą, jaką 

mógłby tu wyrządzić włamywacz, było pomalowanie ścian sprayem, a i to 
niewiele by im zaszkodziło. 

Meble w salonie były w stylu kolonialnym i liczyły co najmniej 

dwadzieścia lat. Sable podniosła z kanapy jedną z poduszek. Poczuła 
kręcenie w nosie. Wokół walały się kapsle od butelek i papierki po 
cukierkach, a także resztki czegoś, co wyglądało na frytki. Mogłaby się 
założyć, że meble nigdy nie były czyszczone. 

W jadami stały meble mahoniowe. Stwierdziła to, gdy zdrapała co 

najmniej dziesięcioletnie pokłady kurzu. W serwantce pyszniły się 
piękne, malowane w kwiaty naczynia, kryształowa karafka i kieliszki do 
wina, a także srebrna zastawa. W każdym razie wydawało jej się, że jest 
srebrna. Zdążyła bowiem całkowicie zaśniedzieć. 

Wszystkie cztery sypialnie wyposażono w proste, solidne sprzęty. Nic 

jednak do siebie nie pasowało. Ani zasłony do kap, ani kapy do mebli. 

Pan Joseph Lombardi był konsekwentny w sprawie swego gustu: po 

prostu go nie miał. 

Najbardziej zaskoczyła ją kuchnia. Brudne naczynia piętrzyły się po 

jednej stronie zlewu, podczas gdy druga była pusta i czysta. Sam zlew był 
wypełniony rondlami i patelniami moczącymi się w pełnej piany wodzie. 
Sabie zajrzała do zmywarki. Była pusta i olśniewająco czysta. 
Najwyraźniej Joe nigdy jej nie używał. 

Szarobłękitny stół lśnił czystością, za to podłoga wyglądała okropnie. 

Nie sposób było nawet powiedzieć, jaki ma kolor. Przy progu, zlewie i 
koło lodówki widniały brudne ślady butów. 

Obok kuchni znajdowało się pomieszczenie gospodarcze, a w nim 

pralka, suszarka, zamrażarka oraz metalowe półki zapełnione bielizną. 
Sable ostrożnie otworzyła lodówkę i zajrzała do środka. Znalazła keczup, 
musztardę, łagodne i pikantne sosy oraz mleko. Był jeszcze otwarty 
pojemnik z mielonką i napoczęta paczka sera. Resztę miejsca zajmowały 
puszki z piwem. Skrzywiła się i zatrzasnęła drzwiczki. 

Wróciła do samochodu, by wypakować rzeczy. Pół godziny później, 

SR

background image

~ 20 ~ 

 

gdy wynosiła ostatnie pudło, zauważyła tuman kurzu na drodze. 
Nadjeżdżał gospodarz tego zaniedbanego domostwa. 

Zanim samochód zatrzymał się przed gankiem, zdołała donieść 

ostatnie pudło do sypialni, którą sobie wybrała. Pozostawało jej już tylko 
poinformować pana domu, że się wprowadziła. Stanęła w progu, uśmie-
chając się chłodno, acz uprzejmie, z mocnym postanowieniem 
wyjaśnienia szczegółów ich wzajemnych stosunków. 

Czuła na sobie jego przenikliwe i pełne aprobaty spojrzenie. Widać 

było, że jest pełen uznania dla jej ciała, co niekoniecznie oznaczało, że 
wita ją chętnie pod swym dachem. 

Był nieprawdopodobnie męski. 
Niebieska koszula z lnu podkreślała złotą opaleniznę i błękit jego oczu. 

Uwydatniała mocny kark i silne ramiona. 

- Witaj, złotko. Nie spodziewałem się, że będziesz mnie oczekiwać na 

progu. - Zatrzymał się o parę centymetrów od niej. - Nie wystarczy mi 
twój zapierający dech widok. Następnym razem czekaj z otwartą puszką 
piwa w ręce. I był irytujący. 

- Przyjrzyj mi się dobrze, kochanie - powiedziała zduszonym głosem. - 

Nigdy więcej nie zobaczysz mnie w takiej sytuacji, nie mówiąc już o 
piwie. 

Zmarszczył brwi, ale na ustach błąkał mu się uśmieszek. Bardzo męski 

uśmieszek. 

- Jesteśmy w złym humorze, słoneczko? 
- Jeśli tak, skarbeńku, to tylko dlatego, że ty lubisz mieszkać w chlewie, 

a ja nie. 

- A więc zrób porządek, złotko. 
- Nie ma mowy, kochanie. To nie ja nabrudziłam, tylko ty. 
- Nieważne kto. Nie bierz mnie pod włos. Bezradne małe kobietki - to 

nie mój typ. Jeśli chcesz, żeby było czysto, posprzątaj sama. 

- Jestem bardzo dobrą gospodynią. Kto wie, czy nie najlepszą, jaką 

kiedykolwiek znałeś. Nie zamierzam jednak czyścić wieloletnich brudów, 
z którymi nie nam nic wspólnego, jak również mieszkać w takim 
bałaganie. 

- Co w takim razie proponujesz, ciemnooka? Uśmiechnęła się i przez 

ułamek sekundy widziała lęk w oczach Joe. 

SR

background image

~ 21 ~ 

 

- Proponuję, żeby zjawiła się tu ekipa, która w ciągu trzech dni 

wysprząta dom od strychu po piwnice. W przeciwnym razie nici z naszej 
umowy. 

Uwierzył, że byłaby do tego zdolna. 
- Tak po prostu? - spytał. 
- Tak po prostu. 
- A jakie jeszcze warunki masz w zanadrzu? 
- Ustalmy, że zajmę się naszym domem po ślubie, ale nie będę sprzątać 

po tobie. 

Widziała, że wszystko się w nim burzy. Wstrzymała oddech, czekając 

na wynik pierwszej potyczki. 

- Zgadzam się - wymamrotał wreszcie. - Nie byłoby w porządku, żebyś 

po mnie sprzątała. Natychmiast wezwę ekipę. 

Odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się. Joe wszedł do domu. Już chciała 

pójść za nim, usatysfakcjonowana odpowiedzią, gdy natychmiast 
wszystko popsuł. 

- Ale pamiętaj - rzucił przez ramię, otwierając lodówkę - oczekuję, że 

potem zajmiesz się domem. W końcu nie będziesz miała nic do roboty 
przez cały dzień. 

- Nic do roboty?! - wykrzyknęła wzburzona. - Tak się składa, że mój 

syn wchodzi w najtrudniejszy wiek, a ponadto od dwóch lat przewodniczę 
kilku organizacjom dobroczynnym, nie mówiąc już o fundacji na rzecz 
głodujących! 

Joe pociągnął duży łyk piwa, po czym ostentacyjnie otarł usta 

rękawem. 

- Droga przyszła pani Lombardi. Twoje organizacje dobroczynne są w 

Luizjanie, a nie tutaj. Moja żona nie będzie się zajmować sprawami nie 
mającymi nic wspólnego z tym stanem.- Co ty powiesz? To może 
powinnam inwestować w dystrybucję piwa? Albo udzielać pomocy 
wdowom po właścicielach koni wyścigowych? 

- Daj spokój, Sable. Ta cała sytuacja i tak jest już dostatecznie 

skomplikowana. 

- Masz rację. - I ona uznała, że czas zmienić ton. - Nie ma sensu się 

kłócić. Zastanowimy się nad wszystkim później. Wspólnie. 

Obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem. W odpowiedzi uśmiechnęła się 

SR

background image

~ 22 ~ 

 

niewinnie i spytała: 

- Czy nie masz nic przeciwko temu, żebym zajęła dużą sypialnię po 

drugiej stronie holu? Odpowiada mi jej wielkość, a poza tym łączy się z 
pokojem, który nadawałby się dla Johnny'ego. 

- Jesteś moim gościem - odparł szarmancko, choć w jego głosie nie 

wyczuwało się przesadnej uprzejmości. 

- Dziękuję. 
- Kiedy chcesz się wprowadzić? 
- Wieczorem pojadę po resztę bagaży. - Rzuciła mu spojrzenie spod 

rzęs. - Nie będzie ci przeszkadzało, że sprowadzę trochę własnych mebli? 
Jonathan musi mieć swoje rzeczy, a i ja chcę się czuć jak u siebie. 

- To wszystko? - spytał sucho. 
Nietrudno było zgadnąć, że nie jest zachwycony, ale trwała przy 

swoim. 

- Och, mam jeszcze parę mebli, które chciałabym dodać do twoich, 

jeśli wszystko dobrze pójdzie. Obiecuję, że to będzie tylko uzupełnienie, 
na pewno nie zagracę pokoi. 

- A teraz posłuchaj uważnie - wycedził. - Nie zamierzam zmieniać 

stylu życia. Lubię moje meble. Lubię wnętrze tego domu. Nie ma tu 
ozdóbek i bibelotów, na których tylko zbiera się kurz. 

- Czyżby? Nie jesteś zbyt wyrafinowany. 
- Owszem. 
- Cóż, ja wolę wystrój nieco bardziej stylowy - powiedziała, starając się 

zachować spokój - a nie wydaje mi się, żeby w tym domu styl miał 
jakiekolwiek znaczenie. 

- W porządku. Ogranicz go zatem do swojej sypialni. 
- Skoro tego chcesz... 
- Chcę. 
Sable odwróciła się bez słowa i ruszyła do swojej sypialni. Trzasnęła 

drzwiami odrobinę za głośno. 

Do diabła z tym facetem! Rozkazuje, jakby był panem tego domu! 
On jest panem tego domu, uzmysłowiła sobie natychmiast. 
Powoli się uspokoiła. Uśmiech czaił się w kącikach jej warg. Po chwili 

zachichotała, wreszcie roześmiała się w głos. 

Joe stał w kuchni, patrząc nie widzącym wzrokiem przez okno. Krew 

SR

background image

~ 23 ~ 

 

pulsowała mu w skroniach. Nie wiedział, czy z gniewu, czy z 
podniecenia. Sable działała na niego, drażniła jego zmysły. W końcu sam 
już nie wiedział, co mówi. Nienaganna figura, długie nogi, kwiatowy 
zapach perfum sprawiały, że w głowie mu się kręciło i zachowywał się jak 
uczniak. Miał ją wciąż przed oczami szczupła sylwetka w eleganckich 
spodniach i swetrze, który prawdopodobnie kosztował fortunę. 

Nie ruszał się z miejsca. Spierali się i ona miała powód, by zostawić go 

w pół słowa i pójść do siebie. A on chciał, żeby wróciła do kuchni. Do 
jego kuchni! Cały dom jest jego! 

O co jej chodzi? Czyż nie uległ i nie zgodził się na ekipę, która 

posprząta dom? Czy za dużo żądał, prosząc, by po ślubie sama dbała o 
dom? A może w ogóle nie zauważyła, że na dobrą sprawę pozostawił jej 
swobodę ruchów? 

Nie, to nie tak. Mówiąc szczerze, oboje wiedzieli, że nie był wobec niej 

zbyt uprzejmy. Celowo używał szorstkich słów i zachowywał się 
obcesowo, aby zachować dystans. Najwyraźniej bez skutku. 

Przyznał, w każdym razie sam przed sobą, że nie wie zbyt dużo o 

kobietach. Nigdy nie miał czasu ani ochoty, by się tym zainteresować. 
Stwierdzał tylko, że albo są miłe, albo nie. To wszystko, co chciał 
wiedzieć, przynajmniej dotychczas tak mu się zdawało. Teraz okazało się, 
że chciałby zgłębić wszelkie niuanse kobiecej duszy. Był zgubiony. 

Westchnął, zły i zaniepokojony. Nie boi się Sable LaCroix. Obawia się 

raczej o siebie, o to, żeby nie dał się zawojować. Przecież połączyły ich 
wyłącznie interesy. Ona od początku jasno postawiła sprawę. Jedyne, co 
może zrobić, to pamiętać o tym. 

Z góry dobiegł go jakiś dźwięk. Chwilę nasłuchiwał. To Sable się 

śmiała. Śmiała się! On się zamartwia, a ona się zaśmiewa. Nawet nie 
wiedział, jak dopadł jej drzwi. Nacisnął klamkę, zanim jeszcze 
uświadomił sobie, co robi. 

- Coś się stało? - spytał, patrząc prosto w jej brązowe, błyszczące oczy. 
- Tak. - Sable wciąż się śmiała. - Śmiałam się z siebie. Byłam na ciebie 

taka wściekła, że zachowujesz się, jakbyś był właścicielem tego domu. A 
później uzmysłowiłam sobie, że nim jesteś. Przecież to twój dom. 

- I to takie zabawne? 
- Anie? 

SR

background image

~ 24 ~ 

 

- Owszem - zgodził się bez przekonania. - Chyba masz rację. 
- Jestem zaskoczona, że nie kazałam ci się wynosić z własnego domu - 

zachichotała. - Masz pojęcie? 

Teraz i on się roześmiał. 
Sable zaczerpnęła tchu. Był pewien, że nie uświadamia sobie, co robi, 

gdy dotknęła smukłą dłonią jego torsu. 

- Przepraszam - powiedziała - ale to takie zabawne.- Sable LaCroix, 

jesteś niezwykła. - Joe zbliżył się do niej tak, że prawie dotykał jej piersi. 

Spojrzała mu w oczy. Nagle spoważniała. Miał nadzieję, że nie ogarnął 

jej znów wojowniczy nastrój, ponieważ zamierzał ją pocałować. 

- Naprawdę? - zdziwiła się. 
- Naprawdę - mruknął i dotknął ustami jej ust. Były miękkie, a jej 

oddech ciepły jak letni dzień. Rozchyliła wargi i zarzuciła mu ręce na 
szyję, a on przycisnął ją mocno do siebie. Całowali się długo, spleceni w 
uścisku. Wprost nie mogli się od siebie oderwać. Joe nigdy jeszcze nie 
doświadczał czegoś tak cudownego. Jak mógł przeżyć tyle lat, nie znając 
tego wspaniałego uczucia? 

Gdzieś z oddali dobiegł klakson samochodu, który przywrócił ich 

rzeczywistości. 

  Oderwali się od siebie. 
- Dobrze się czujesz? 
- O, tak, świetnie. 
Sable skarciła się w duchu. Co za głupie stwierdzenie! Wcale nie czuje 

się świetnie. Pocałunek wytrącił ją z równowagi, pobudził zmysły i na 
chwilę pozbawił zdolności racjonalnego myślenia. 

- Nie powinniśmy tego robić - powiedział Joe. 
- To ty nie powinieneś. - Potrząsnęła głową. - Zapomniałeś, że łączą 

nas tylko interesy. Nic więcej. - Wciąż jeszcze drżała na myśl o jego 
dotyku. To był pocałunek! - myślała zdumiona. 

- Z drugiej strony - ciągnął Joe - może to i dobrze, że już to mamy z 

głowy. W przeciwnym razie zastanawialibyśmy się bez przerwy, jak by to 
było, gdybyśmy się pocałowali. Teraz już wiemy. 

- Teraz co wiemy? - spytała z uśmieszkiem. 
- Teraz wiemy, jak to jest, kiedy się całujemy. Nasza ciekawość została 

zaspokojona. 

SR

background image

~ 25 ~ 

 

- Masz rację. 
- I możemy się spokojnie zająć interesami, bez obawy, że przeszkodzą 

nam w tym jakieś, hm, osobiste zachcianki. 

- To twoja ciekawość została zaspokojona - podsumowała Sable. - Ja w 

ogóle nie byłam niczego ciekawa. 

- Ależ kłamczucha z ciebie, Sable - zaśmiał się Joe. - Jeśli ma ci to 

poprawić nastrój... 

- Nie kłamię, to prawda. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, by 

wyobrażać sobie, że się z tobą całuję. Pocałunek był przyjemny, ale się nie 
obawiaj. Nie zażądam bisu. To był po prostu jeden z wielu pocałunków i 
tyle. 

- W porządku - uciął Joe. Uśmiech zniknął mu z twarzy. - A teraz 

powiedz mi, co to za pudła. 

- Są w nich książki i zabawki Jonathana. Skoro już miałam tu 

przyjechać, to przy okazji je zabrałam. 

- Znalazłaś odpowiedzi na swoje pytania? 
- Tak. 
- To dobrze. Nie opowiadaj mi tylko wszystkiego. Nie obchodzi mnie 

to. Zajmij się swoimi sprawami, a ja wrócę do swoich, zanim stracę cały 
dzień na głupstwa. 

- Jeśli go tracisz, jak mówisz, to nie moja wina. Sama znalazłam 

odpowiedzi na swoje pytania, sama wypakowałam swoje rzeczy, a teraz 
wyjeżdżam. Sama. 

- Zatem wszystko w porządku? - spytał podniesionym głosem. 
- Absolutnie - odparła uprzejmie. 
Joe wyszedł. Słyszała jego kroki w holu i trzask zamykanych drzwi. 

Ukryła twarz w dłoniach i starała się uspokoić. Będzie trudniej, niż 
przypuszczała. Ludzie to nie marionetki, które pociąga się za sznurki. Joe 
Lombardi z pewnością nie da się wodzić za nos. 

Joe wskoczył za kierownicę i ruszył pełnym gazem. 
Wszystko w porządku, powiedział sobie. Kogo on chce oszukać? 

Gdyby chodziło o dwa centy, odwołałby całą tę imprezę, ale za milion 
dolarów musi dać z siebie wszystko. Powinien tylko pamiętać, że Sable 
LaCroix może mu przysporzyć niejednego problemu, i trzymać się od niej 
z daleka. 

SR

background image

~ 26 ~ 

 

Łatwo powiedzieć! W końcu jest tylko mężczyzną, i nie może pozostać 

obojętny wobec pięknej kobiety. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

SR

background image

~ 27 ~ 

 

Rozdział 

 
 
Generalne porządki trwały trzy dni. Nie ominęły najmniejszych 

zakamarków i miejsc, do których Joe nigdy nie zaglądał. 

Musiał przyznać, że Sable miała rację. Dom dotychczas sprzątano 

tylko powierzchownie, wszystko było pokryte zastarzałym brudem i 
kurzem. Gdy wyczyszczono wykładziny, przekonał się, że mają kolor 
rdzawy, a nie burobrązowy. 

Najbardziej go irytowało, że to Sable zwróciła mu uwagę na bałagan w 

domu. Do diabła, był zbyt zajęty, żeby tracić czas na bawienie się w 
gosposię! Zresztą w domu bywał tylko na śniadaniu, na kolacji i żeby się 
przespać. Prawie cały wolny czas spędzał z pracownikami w baraku, 
gdzie omawiali plany na następny dzień albo oglądali sport w telewizji. 

Teraz jego życie ułoży się inaczej. Sable zamieszka tutaj i wiele rzeczy 

się zmieni, choćby bardzo tego nie chciał. W jego świat wtargnie kobieta. 
A że tą kobietą jest Sable. 

Joe zapłacił ekipie sprzątaczy. Z uznaniem popatrzył na ich dzieło. 

Wreszcie w domu zapanuje spokój, przestaną się kręcić obcy, zamilkną 
odkurzacze. Sięgnął do lodówki po piwo. Nie ma sensu wracać na tor. 
Mężczyźni prawdopodobnie kończą już pracę. Usiadł w fotelu i popatrzył 
przez okno. Wysokie sosny rosnące przed domem zasłaniały drogę, 
stwarzając wrażenie całkowitego odludzia. To był jego azyl od cieka-
wskich oczu cywilizowanego świata. 

Tutaj czuł się u siebie. 
Od kiedy zakończył służbę wojskową i przeniósł się do Conroe, gdzie 

pracował w stadzie ogierów, harował jak wół i oszczędzał każdy grosz, 
żeby spełnić swoje marzenia. Obiecał sobie, że pewnego dnia będzie miał 
własne ranczo, i sześć lat temu dopiął celu. Był szczęśliwy, gdy podpisał 
akt własności tego domu. 

SR

background image

~ 28 ~ 

 

Od czasu do czasu zjawiała się tu jakaś kobieta, pokrzątała się, 

okazując, jak bardzo mu jest potrzebna, ale w końcu wyjeżdżała i Joe 
mógł spokojnie robić swoje. Było to, zanim jeszcze jego konie wygrały 
kilka ważnych gonitw, a on sam przekonał się, jak bardzo w świecie 
finansów liczy się dobra opinia. Nic teraz nie było dla niego ważniejsze 
niż kariera. 

Dzięki Ahabowi stał się właścicielem trzech wspaniałych koni, które 

uczyniły go bogatym. Kolejne marzenie stało się rzeczywistością. Gdy 
osiągnął jeden cel, zaczął się rozglądać za następnym. 

W minionym roku władze stanowe Teksasu uznały wyścigi konne za 

legalne przedsięwzięcie. Kto tylko mógł, ubiegał się o licencję. Spośród 
trzystu kandydatów wymagania spełniło czterech, w tym Joe. Trzech 
hodowców koni i Mike, jego adwokat, utworzyli cichą spółkę. Wtedy 
zaczął się długi proces kompletowania dokumentów potrzebnych do 
uzyskania licencji. 

Specjalna komisja prześwietliła Joe na wylot. Szczęście mu sprzyjało. 

Przyjaciele udzielili mu rekomendacji. Jego tor wyścigowy miał być 
jedynym na czternaście hrabstw. 

Milion od Sable umożliwi mu zdobycie następnych dwóch milionów. 

Rozpaczliwie potrzebował pożyczki. Pozostali inwestorzy też już nie 
dysponowali gotówką. Wszystko, co miał, włożył w to przedsięwzięcie. 
Sama zieleń pochłonęła pół miliona. Nie szczędził wydatków. Planował 
zbudowanie dużych trybun, sal klubowych i foyer, a także eleganckich 
boksów dla koni i pomieszczeń dla dżokejów. Pewnego dnia na jego torze 
wyścigowym odbędzie się gonitwa narodowa taka jak Preakness Stakes 
czy Kentucky Derby. 

Joe odchylił głowę i zamknął oczy. Może po ślubie wszystko się jakoś 

ułoży. Nie byłoby to wcale takie złe. W końcu ona ma dziecko i dom, 
którym się zajmie, podczas gdy on poświęci się całkowicie uruchamianiu 
toru. Przypomniał sobie ich pocałunek. Był jedyny w swoim rodzaju, 
niepowtarzalny. Irytowało go to, ale nawet teraz czuł, że krew szybciej 
płynie mu w żyłach, a serce bije mocniej niż zwykle. Chciałby, żeby tu 
była, żeby mógł powtórzyć ten pocałunek. Choćby po to, by przekonać 
się, czy będzie tak samo cudowny. 

Kogo chcesz oszukać, Lombardi? Pocałowałeś ją, ponieważ bardzo 

SR

background image

~ 29 ~ 

 

tego pragnąłeś. Nie przypuszczałeś jednak, że nie będziesz mógł się od 
niej oderwać. Zrobiłeś to w końcu ze strachu, że wpadniesz na dobre. A 
przecież nie możesz pozwolić, by jakakolwiek kobieta oddaliła cię od 
twego celu. 

Instynkt podpowiadał mu, by uciekać od Sable tak szybko i daleko, jak 

to tylko możliwe. Nie miał jednak wyboru. W każdym razie, jeśli chciał 
urzeczywistnić swoje marzenia. 

Przecież to właśnie tor był przyczyną całego tego zamętu. Tor był jego 

pierwszą miłością i jedyną, która się liczyła. Ta myśl utwierdziła go w 
decyzji. Tak, to jedyne wyjście z sytuacji - i dla niego, i dla Sable. Od tej 
chwili będzie dla niej miły i uprzejmy, i nic więcej. Żadnych pocałunków, 
żadnych zbliżeń, jedynie realizacja planu, według którego pozostawali 
partnerami. Ona potrzebowała męża, przynajmniej na papierze, on jej 
pieniędzy. 

Sable była kobietą, a on mężczyzną. Dwoje zwykłych ludzi. To 

wszystko. Nie musieli wcale odgrywać Adama i Ewy. Do diabła. Widział 
w życiu dziesiątki pięknych kobiet. 

Westchnął. Weź się w garść, Lombardi. I skończ całą tę papierkową 

robotę, która na ciebie czeka. 

Sable rozejrzała się po swoim gabinecie. Nie był duży, za to bardzo 

przytulny. Będzie go jej brakowało. Stało tutaj antyczne biureczko, dwa 
krzesła, serwantka. Na ścianach wisiały obrazy, które latami zbierała. 
Wnętrze było utrzymane w jasnych kolorach - rozbielonym 
brzoskwiniowym i zielonym. Tuż obok znajdował się pokój Jonathana, 
również utrzymany w pastelowych barwach. 

Była podekscytowana, ale i smutna zarazem. Za tydzień o tej porze 

będzie już panią Josephową Lombardi. Jeden etap życia się skończy, 
zacznie się następny. 

Mężatka. Przypomniała sobie, jak opuszczała dom ciotki, wychodząc 

za mąż za Johna. Była młoda i wrażliwa, przestraszona i niewiarygodnie 
podniecona, mimo że ciotka wciąż ją strofowała, wylewała kubły zimnej 
wody na głowę, ilekroć czymś za bardzo się entuzjazmowała. 

Sięgając myślą wstecz, Sable nieraz się zastanawiała, czy wychodziła 

za Johna tylko z miłości, czy też by wyrwać się spod wpływów 
despotycznej starszej pani. Odpędzała od siebie te przypuszczenia, bo 

SR

background image

~ 30 ~ 

 

wydawały jej się zdradą wobec Johna. Poznała Johna i zakochała się w 
nim, gdy miała dziewiętnaście lat. W dzień po dwudziestych urodzinach 
wyszła za niego za mąż. Podziwiała go i szanowała - był od niej o 
jedenaście lat starszy, często traktował ją jak małą dziewczynkę. Jednak 
powoli sytuacja się zmieniała. Sable dorosła do roli żony, pani domu, a 
także matki. Trudno jej było teraz ocenić, jak wyglądałoby jej małżeństwo 
w późniejszych latach. 

Po śmierci Johna nie myślała o powtórnym zamążpójściu. Zostawił ją z 

ukochanym dzieckiem i majątkiem, który zapewniał jej dostatek do końca 
życia. Ilekroć sprawdzała swoje konto, była oszołomiona jego 
wysokością. Jak na ironię, to za pieniądze Johna kupiła sobie nowego 
narzeczonego. 

Uważała, że nigdy nie wyjdzie ponownie za mąż, ponieważ miała 

swoją własną wizję niezależności: czyż to nie dla pieniędzy i miłości 
kobiety wychodziły za mąż? Czyż to nie chęć zapewnienia sobie stabiliza-
cji materialnej była powodem większości powtórnych małżeństw? 

Jeszcze przed trzema laty była zadowolona z życia, troszczyła się o 

syna i siostrę, żyła z najczulszym i najbardziej uprzejmym mężczyzną, 
jakiego kiedykolwiek znała. Los zmusił ją do tego, żeby teraz płaciła 
mężczyźnie za to, że formalnie zostanie jej mężem. Nigdy by nie 
przypuszczała, że do tego dojdzie. 

Drzwi otworzyły się cicho. Weszła Talia. 
- Narzeczona zdenerwowana? - spytała.- Raczej nie - odparła Sable. 

Nie zamierzała nikomu zwierzać się ze swych myśli, nawet Talii. 

- To dlaczego masz taką zasępioną minę? 
- Jeszcze tyle do zrobienia, a zostało już bardzo mało czasu - 

westchnęła. 

- Mogę ci w czymś pomóc? 
- Na razie nie, ale zwrócę się do ciebie w razie potrzeby - odparła z 

uśmiechem. 

- Dobrze. - Talia doskonale wiedziała, że siostra nie powierzyłaby jej 

załatwienia żadnej poważniejszej sprawy. - Powiedziałaś swojemu 
przyszłemu mężowi o mnie? 

- Jeszcze nie. 
- Dlaczego? 

SR

background image

~ 31 ~ 

 

- Na razie jakoś nie było okazji. 
- Kłamczucha. Zachowujesz się jak dziecko - zauważyła Talia. - Boisz 

się, że zerwie umowę, gdy się o mnie dowie, czy tak? 

- Niezupełnie. Po prostu pomyślałam sobie, że lepiej będzie postawić 

go przed faktem dokonanym. 

- Jak to? 
- Kiedy już będzie po wszystkim. 
- Czyli po ślubie? 
Sable skinęła głową, mając nadzieję, że siostra nie weźmie jej za złe, iż 

przez parę dni jej istnienie musi pozostać tajemnicą. 

- Naprawdę uważasz, że to rozsądne? - zdziwiła się Talia.- Mam teraz 

tyle innych spraw na głowie. Nie wiem, dlaczego nie mogłabym mu tego 
powiedzieć potem. Nie widzę w tym nic złego. 

Talia wyglądała na zmartwioną. Przez chwilę zastanawiała się nad tym, 

co usłyszała od siostry. 

- Cóż - powiedziała wreszcie - może to i niezły pomysł. Dzięki temu 

nie będzie mógł wycofać się z umowy. 

- No właśnie - ucięła Sable. 
- Przyznaj - ciągnęła siostra - nie myślisz chyba o wysłaniu mnie do 

internatu, prawda? Chcę być z wami. 

- Nikt cię nigdzie nie wyśle. Będziesz ze mną, tak jak to sobie 

ułożyłyśmy - potwierdziła Sable. 

- Pytam, bo może chciałabyś mieć czas, żeby przyzwyczaić się do tych, 

hm, nowych okoliczności. 

- Do niczego nie zamierzam się przyzwyczajać, kochanie. To 

małżeństwo z wyrachowania czy raczej z konieczności. Nic więcej - 
oświadczyła spokojnie Sable. 

- W porządku. - Talia wzruszyła ramionami, ale widać było, że 

oddycha z ulgą. - Co teraz? 

- Jutro firma zacznie pakować nasze rzeczy. W piątek wyruszamy do 

Teksasu. Wszyscy. 

- Powiadomiłaś swoich szanownych teściów? 
- Jeszcze nie. Zrobię to w piątek rano. 
Niedziela była pięknym dniem, wprost wymarzonym na ślub. Było 

słonecznie, choć niezbyt gorąco. Wiał lekki wietrzyk. 

SR

background image

~ 32 ~ 

 

Sable patrzyła na swoje odbicie w lustrze i zastanawiała się, dlaczego 

jest podenerwowana. Wyglądała na spokojną i opanowaną, ale czuła 
dziwny ucisk w żołądku. Miała na sobie suknię ślubną z krótkim dołem i 
górą zapinaną na rząd perłowych guziczków, do tego idealnie dobrane 
pantofle. Prezentowała się elegancko i stylowo. 

- Świetnie wyglądasz - stwierdziła Talia. Ujęła siostrę za rękę, jakby 

chciała dodać jej otuchy. 

- Dzięki. Dobrze, że tu jesteś. 
- Nie rozumiem, czym się niepokoisz. Jesteś piękna, a twój narzeczony 

niezwykle przystojny. Tworzycie wspaniałą parę. 

- Widziałaś go? - zdziwiła się Sable. 
- Tak. Jest wysoki, przystojny i fascynujący. A w ślubnym ubraniu 

wygląda jak bohater romansu. 

Romanse były słabością Sabie. Czytała je pasjami i Talia o tym 

wiedziała. 

- To chyba dobrze? 
- Pewnie, że dobrze. I tak samo podenerwowany jak ty. 
- Nie jestem... - Sable przerwała. - Już ktoś jest? 
- Jasne. Pełno tu ludzi. 
- Znasz kogoś? 
- Wydaje mi się, że zjawili się wszyscy zaproszeni goście, łącznie z 

twoim adwokatem i jego sekretarką, a także dwiema paniami z zarządu 
fundacji - relacjonowała Talia. - Reszta to przyjaciele i współpracownicy 
Joe, a wśród nich parę oryginałów. - Talia zachichotała. - Na przykład 
łysy facet o nogach jak pałąki i twarzy troglodyty. Joe nazywa go Totty. 
To imię dobre dla przyjaciela Barbie albo dla jakiegoś szykownego 
modela. 

Sable skinęła głową. Nie zapraszała nikogo więcej. 
- Czy dostawcy nie mieli żadnych problemów? Nie mogli się 

zdecydować, gdzie rozstawić namioty. 

- Nie - potrząsnęła głową Talia. - Ustawili je od frontu. A 

prowizoryczna kuchnia jest wprost niesamowita. 

- Przez ostatnią godzinę nikt nic ode mnie nie chciał - zaniepokoiła się 

nagle Sable. - Jesteś pewna, że wszystko w porządku? 

- Ręczę. 

SR

background image

~ 33 ~ 

 

Rozległo się pukanie. 
- Pani LaCroix? Pastor mówi, że czas zaczynać. - W drzwiach stała 

jedna z pokojówek wynajętych na tę okazję. - Pięknie pani wygląda - 
stwierdziła z uznaniem. 

- Dziękuję - uśmiechnęła się Sable. - Zaraz będę. To twoja siostra 

zajmuje się Jonathanem, prawda? - spytała jeszcze. 

Dziewczyna skinęła głową. 
- Mały teraz śpi, ale jak tylko się zbudzi, pobawi się z nim chwilę, a 

potem przyprowadzi go na uroczystość.- Podziękuj jej w moim imieniu. 

- Oczywiście - obiecała dziewczyna. - I proszę się nie martwić. Ma 

troje własnych dzieci. Wie, jak z nimi postępować. 

- Jesteś gotowa, siostrzyczko? - spytała Sable, gdy pokojówka wyszła. 
- Tak. - Talia wygładziła sukienkę w jasnobrzoskwiniowym kolorze. 
Sable stwierdziła nagle, że siostra wygląda na więcej niż na swoje 

siedemnaście lat. Szczęśliwie jednak wciąż jeszcze traktowała spotkania z 
chłopcami jak zabawę. Nie patrzyła na nich jak na zdobycz. Sable miała 
nadzieję, że jeszcze przez pewien czas tak pozostanie. Siostra tak szybko 
dojrzała pod innymi względami, dobrze, że chociaż chłopców wciąż nie 
traktowała poważnie. 

- Idziemy! - zdecydowała Sabie. Modliła się w duchu, żeby jej decyzja 

okazała się słuszna. Ogarniało ją bowiem coraz więcej wątpliwości, a 
wszystkie dotyczyły przyszłego męża. 

Zwróciła wzrok w stronę Joe. Stał obok kominka z surową miną belfra. 

Nagie puścił do niej oko. Sable uśmiechnęła się z westchnieniem ulgi i 
podała mu dłoń. Podeszli do pastora, by złożyć przysięgę. 

Wszystkie wątpliwości, jakie żywił na temat małżeństwa, ogarnęły go 

ze zdwojoną siłą, gdy odwrócił się i ujrzał w drzwiach salonu Sable. Była 
olśniewająco piękna. Każdy mężczyzna marzyłby o takiej narzeczonej, a 
on nie mógł jej dotykać, nie mógł jej pieścić; dał jej tylko swoje nazwisko. 
Podpisał nawet odpowiednią umowę. 

Jak ona sobie poradzi w całkiem nowym środowisku? To nie jest 

metropolia, ba, nawet nie przedmieście czy prowincjonalne miasteczko. 
To wiejski dom na ranczu. A ona nie wygląda na osobę, która potrafiłaby 
poprowadzić gospodarstwo czy czekać, dzień po dniu, na powrót z pracy 
zmęczonego męża. 

SR

background image

~ 34 ~ 

 

To małżeństwo dla pieniędzy - upominał się w duchu. Na próżno. Był 

bardzo przejęty. Przeszedł przez pokój i ujął Sable za rękę tak delikatnie, 
jakby się bał, że ją zrani. 

Takie kobiety jak ona żyją w dużych miastach. Każda kobieta, którą 

poznał, prędzej czy później próbowała nakłonić go do przeniesienia się do 
Houston. Sable nie będzie inna. 

Później mówiono mu, że znakomicie wypowiedział słowa przysięgi 

małżeńskiej. Ale on niczego nie słyszał, nikogo nie widział z wyjątkiem 
Sable. Dałby wszystko, żeby ta ceremonia jak najprędzej dobiegła końca. 
Czekał, aż będzie mógł pocałować pannę młodą. 

Wreszcie nadeszła ta chwila. Pochylił się i spojrzał w oczy ufne jak u 

dziecka, a zarazem zmysłowe jak u dojrzałej kobiety. Zbliżył wargi do jej 
ust. Przyrzekł sobie, że to będzie krótki pocałunek przypieczętowujący 
ich transakcję. Sam siebie oszukiwał. Gdy ich usta się spotkały, poczuł, że 
napina się każdy mięsień jego ciała. Zapomniał o gościach, o pastorze. 
Objął ją w tali i przyciągnął do siebie. Oparła dłonie o jego pierś. Dopiero 
po paru sekundach zorientował się, że próbuje go odepchnąć. Popatrzył na 
nią ze zdziwieniem. 

- Joe - szepnęła. - Wszyscy czekają. Rozejrzał się po salonie i odstąpił o 

krok. 

- Przyjaciele, pragnę przedstawić moją żonę, Sable LaCroix Lombardi. 
Rozległy się oklaski. 
Wciąż trzymając Sable za rękę, Joe podziękował pastorowi. Mike był 

drużbą, a Talia druhną. Nagle poczuł zadowolenie, że przyjaciel jest tuż 
obok. Jeśli ma zachować trzeźwość umysłu, musi oddalić się od Sable. 

Przede wszystkim musi się napić. 
Goście otoczyli go, składając gratulacje i najlepsze życzenia, 

uśmiechali się, całowali i ściskali dłoń. Było to miłe uczucie, tym bardziej 
że jednocześnie oddzielali go od Sable. A on musiał zachować dystans, 
jeśli chciał zapanować nad swoim ciałem. 

Gdy wreszcie trochę się rozluźnił i uspokoił, wróciła mu przytomność 

umysłu. Pragnienie, by posiąść swą nowo poślubioną żonę, wciąż było 
silne, ale potrafił je poskromić. Uśmiechając się do zebranych, Joe 
podszedł do barku i poprosił kelnera o piwo. Obserwował ludzi 
otaczających pannę młodą. Widać było, że została wychowana na 

SR

background image

~ 35 ~ 

 

wzorową panią domu. Najwyraźniej oczarowała zebranych, tak jak 
przedtem oczarowała jego. 

Rozluźnił kołnierzyk koszuli. Chciałby już się przebrać w swoje 

ulubione dżinsy i podkoszulek. Co by dał za to, żeby teraz znaleźć się przy 
koniach. Nigdy nie miał większej ochoty na sprzątanie stajni. 

- Gratuluję, Joe. Sable to wspaniała kobieta - usłyszał tuż obok głos 

Mike'a. 

- Nie mówiąc już o jej milionie - odparł, siląc się na cynizm. 
- Chcesz mi powiedzieć, że ożeniłeś się z nią tylko dla pieniędzy? - W 

głosie Mike'a brzmiało niedowierzanie. 

- Oczywiście. Powinieneś o tym wiedzieć. Przecież ty to wszystko 

zaaranżowałeś. 

- Gadaj zdrów, ja wiem swoje. Nikt by cię nie zmusił do małżeństwa, 

gdybyś sam tego nie chciał. A ten wasz pocałunek trudno uznać za czystą 
formalność. Temperatura w pokoju podniosła się co najmniej o dziesięć 
stopni. 

- No i co? Jest piękną kobietą. - Joe wzruszył ramionami. - A ja jestem 

normalnym facetem. Ot i wszystko. 

- To początek romansu - mruknął Mike, odwracając głowę w kierunku 

grupki stojącej na środku pokoju.   

Joe podążył za jego wzrokiem. Napotkał spojrzenie cudownych 

brązowych oczu Sable. Ich wyraz był zagadkowy, ale coś mu mówiło, że 
świeżo upieczona mężatka jest tak samo przestraszona jak on. 

Nie był w stanie się odwrócić; nie był w stanie skierować spojrzenia 

gdzie indziej. Zatopił się w jej oczach. 

Pocałowałeś mnie tak, jak chciałeś, zdawała się mówić. 
Jesteś piękna. To dzień naszego ślubu, odpowiedział. 
Ale to transakcja, a nie romans! 
Podobało ci się? - spytał. 
Za bardzo. 
Mnie też. 
Nie powinniśmy. 
Udawajmy, że jesteśmy naprawdę mężem i żoną. Tylko dzisiaj. 

Bądźmy tak zadowoleni, jak są nasi przyjaciele. 

A kiedy oni pójdą? 

SR

background image

~ 36 ~ 

 

Wtedy ten dzień się skończy. 
I skończy się zabawa w udawanie? 
Tak. 
Joe wyciągnął rękę w niemym zaproszeniu, a Sabie bez słowa podeszła 

i podała mu dłoń. Jej uśmiech skruszyłby najtwardsze serce, a był to 
uśmiech przeznaczony dla niego. Goście podchodzili do nich z kolejnymi 
gratulacjami, a oni dalej odgrywali swoje role. Stali obok siebie, trzymali 
się za ręce i mieli nadzieję, że wyglądają na szczęśliwych. 

Talia przypatrywała się drużbie. Stała wraz z nim obok pastora, pełniąc 

honory druhny. Nie miało znaczenia, że on nic o niej nie wie. Będzie 
wiedział. Już ona się o to postara. Zresztą zawsze dostawała to, czego 
chciała. A teraz zagięła parol na Mike'a. 

Trzymając Joe za rękę, Sable gawędziła z gośćmi. Myślami była 

jednak gdzie indziej. Wspominała to, co zaszło między nią a Joe. 

Czuła dziwny spokój, gdy patrzyła na niego, i widziała jego pełne 

zachwytu spojrzenie. Mimo to po raz kolejny zadała sobie w duchu 
pytanie: czy ja dobrze robię? 

Dobrze, zdawało się odpowiadać jego spojrzenie. Jestem dumny z 

ciebie, że tak świetnie się spisałaś. 

I choć się nie kochali i nie zamierzali spędzić razem reszty życia, teraz 

nie miało to znaczenia. Po raz pierwszy od czasu gdy przypadkowo 
usłyszała rozmowę adwokata i swoich byłych teściów na temat opieki nad 
Jonathanem, przestała się bać. 

Wiedziała, że wszystko się ułoży. 
Talia podeszła do Mike'a, który stał z boku i przyglądał się gościom. 
- Sympatyczni ludzie. Znasz kogoś? - spytała. 
- Talia, prawda? - odparł pytaniem Mike. 
- Od urodzenia - skinęła głową. 
- To na pewno nie było zbyt dawno. - Specjalnie podkreślił różnicę 

wieku między nimi. 

- Mam szczęście, prawda? - odparowała. - Najlepsze lata jeszcze 

przede mną. 

- To prawda, ale nie chciałbym jeszcze raz przechodzić przez ten okres. 

Dręczyło mnie zbyt wiele wątpliwości i miałem za dużo problemów, nie 
mówiąc już o trądziku. 

SR

background image

~ 37 ~ 

 

Talia uśmiechnęła się szeroko. 
- Zgoda co do wątpliwości i problemów - powiedziała. - Z czasem 

jednak uporam się z nimi. A na trądziku się nie znam. Nigdy go nie 
miałam. 

- Czy twoja siostra wie, że jesteś przedwcześnie rozwinięta? 
- Niestety tak. Wie także, że zawsze muszę mieć to, czego chcę. 
Mike zrozumiał aluzję. Odstąpił o krok. 
- Mam nadzieję, że jesteś dostatecznie dorosła, by pragnąć tylko rzeczy 

pewnych. 

- Oczywiście. Im jestem starsza, tym robię się coraz bardziej krytyczna. 
- To dobrze. 
- A jednak mądrość nie zawsze idzie w parze z wiekiem. 
- Ale i tak zapytałbym o radę kogoś starszego. Twoja siostra na pewno 

będzie miała trzeźwy sąd w sprawie.- W jakiej? - spytała niewinnie Talia. 

- W każdej - odparował, najwyraźniej zbity z tropu jej słowami, 

niepewny, czy właściwie je rozumiał. 

- Och - westchnęła i posłała mu wdzięczny uśmiech. - Miło się z tobą 

rozmawiało, Mike. Myślę, że będziemy się często widywać. 

- Często? - powtórzył zdziwiony. 
- Tak, nie wiedziałeś? Ja też będę tutaj mieszkać. Mike miał 

dwadzieścia osiem lat, niewiele jak na mężczyznę z jego pozycją. 
Problemem był jej wiek. Ale jedenaście lat różnicy to w końcu nie jest 
przeszkoda nie do pokonania. Potrzeba tylko czasu i wytrwałości. Prędzej 
czy później zdobędzie Mike'a. 

Wszyscy już wyszli. Jonathan spał, Talia poszła do swego pokoju. 

Dom opustoszał. Zrobiło się cicho i spokojnie. 

Mike, myśląc, że przyjaciel o wszystkim wie, wspomniał o jeszcze 

jednym domowniku, a ściślej domowniczce. Sable nie powiedziała ani 
słowa o swojej siostrze i Joe poczuł się oszukany. 

Była teraz w kuchni. Nadszedł czas, by porozmawiać. 
- Sable! - zawołał, stając w drzwiach. 
- Ciszej - upomniała go, wkładając szklankę do szafki. - Jonathan 

zasnął. 

Tego się nie spodziewał. Wzięli ślub zaledwie sześć godzin temu, a 

zachowują się jak stare małżeństwo. Teraz i on jest odpowiedzialny za jej 

SR

background image

~ 38 ~ 

 

dziecko. 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że Talia zamieszka z nami? - spytał, z 

trudem hamując wściekłość. 

- Przepraszam. - Sable spuściła wzrok. - Powinnam to zrobić, ale bałam 

się, że zrezygnujesz z transakcji. 

- A więc musiałem się tego dowiedzieć od Mike'a? 
- Chciałam ci wszystko wyjaśnić - wyznała ze skruchą - ale Mike mnie 

uprzedził. 

Joe oparł się o ścianę, powtarzając sobie, że nie da się zwieść urokowi 

Sable. W przeciwnym razie bowiem znowu wziąłby ją w ramiona i nie 
wiadomo, jak by to się skończyło teraz, gdy zostali sami. Cała złość nagle 
go opuściła. 

- No i co będzie? - spytał. 
- Talia jest moją siostrą. 
- A więc? 
- Wychowywałam ją i zamierzam robić to nadal. John mnie rozumiał, 

mam nadzieję, że i ty zrozumiesz. 

- Przede wszystkim - zaczął Joe - niczego z góry nie zakładaj. Nie 

jestem Johnem. Wyszłaś za niego w zupełnie innych okolicznościach. 
Zawarliśmy ugodę, a nie prawdziwe małżeństwo. Powinnaś postępować 
ze mną uczciwie. - Przeciągnął ręką po włosach, znowu poczuł gniew. - 
Posłuchaj - ciągnął - jestem w stanie pojąć, że chcesz mieć siostrę przy 
sobie. Chciałem tylko wiedzieć o tym pierwszy. Jeszcze raz ci powtarzam, 
nie jestem Johnem. Od tej chwili - dodał - uprzedzaj mnie o tym, co się 
zdarzy, a nie stawiaj przed faktami dokonanymi. 

- Masz rację. Nie można zawierać umowy, nie znając wszystkich jej 

warunków. Przepraszam cię. 

- Czy jest jeszcze coś, o czym zapomniałaś mi powiedzieć? - spytał. 
- Na przykład? 
- Goście, jacyś krewni, którzy chcieliby się tu wprowadzić? - spytał pół 

żartem, pół serio. 

- Nie, skądże - zaprzeczyła Sabie z zakłopotaną miną. 
Chciał ją pocieszyć, pocałować, objąć i mocno przytulić. Chciał, by 

należała do niego. Ale skinął tylko głową. 

- Dobranoc. 

SR

background image

~ 39 ~ 

 

- Dobranoc - odpowiedziała. 
Szybkim krokiem przemierzył hol. Zamknął za sobą drzwi, rzucił się 

na łóżko i ukrył twarz w dłoniach. 

Oto jego noc poślubna. Dość specyficzna, trzeba przyznać. Nie 

przypuszczał, że po ślubie będzie się czuł samotny i w dodatku zazdrosny 
o mężczyznę, który kiedyś był jego najlepszym przyjacielem. 

Sable odetchnęła z ulgą. Dowiedział się o Talii. Wprawdzie nie od niej, 

ale nie zmienia to istoty rzeczy. Chociaż trochę się stawiał, ale w końcu 
się zgodził. 

Cofnęła się myślami do ślubu. Parę osób, które zaprosiła, wróci do 

Luizjany i zda szczegółową relację jej byłym teściom. Joe im się podobał. 
Kiedy mały Jonathan zszedł do salonu, przekomarzał się z nim i 
opowiadał mu jakieś zabawne historyjki. W tym momencie uznała, że 
podjęła słuszną decyzję. 

Miała poważne wątpliwości, czy rodzina LaCroix zrezygnuje z walki o 

chłopca. Jej adwokat w Luizjanie będzie miał tak czy inaczej oczy i uszy 
otwarte i w razie czego przystąpi do działania. Teraz, kiedy wraz z 
synkiem mieszka w Teksasie, teściowie będą mieli znacznie mniejsze 
szanse. Musieliby wnieść sprawę do miejscowego sądu, a tutaj ich 
wpływy nie sięgają. 

Adwokat poinformował ją również, że zgodnie z prawem 

obowiązującym w Teksasie dziadkowie mogą widywać wnuki niezależnie 
od zgody rodziców. Odpowiadało jej to. Zawsze zgadzała się, by rodzice 
Johna odwiedzali Jonathana, nie chciała tylko, żeby go wychowywali. 

Z lekkim sercem zgasiła światło w kuchni i poszła do swego pokoju. 

Od razu położyła się do łóżka. Na myśl, że to jej noc poślubna, poczuła 
żal. Dziwnie jest być samą w takiej chwili. Uśmiechnęła się jednak, 
uświadomiwszy sobie, że udało jej się znaleźć wyjście z tak trudnej 
sytuacji życiowej. Sięgnęła na stoliczek i wzięła jeden z najnowszych 
romansów, które właśnie kupiła. Ułożyła się wygodnie na poduszkach i 
zaczęła czytać. 

Wszystko skończyło się tak jak powinno - szczęśliwie. 
 
 
 

SR

background image

~ 40 ~ 

 

Rozdział 

 
 
Promienie słońca, wpadające przez okno, obudziły Sable. Ziewnęła i 

naciągnęła poduszkę na głowę. Nie mogła już jednak zasnąć. Z pokoju 
obok dochodziły głosy i śmiech Jonathana i Talii. Na pewno toczyli bitwę 
na poduszki. 

Otworzyła jedno oko i spojrzała na zegarek. Była jedenasta! W 

sekundę wyskoczyła z łóżka, pospiesznie się ubrała i pobiegła do pokoju, 
skąd dobiegał hałas. O dziwo, była we wspaniałym nastroju. 

- Dzień dobry, dzieciaki! - zawołała od progu. Oboje byli dziećmi, tyle 

że różnej płci i w różnym wieku. Jonathan nagle spoważniał i bacznie 
przyjrzał się matce, starając się wybadać, w jakim jest nastroju. Uśmiech 
Sable powiedział mu, że nie musi się niczego obawiać. 

- Myślałam, że śpisz - powiedziała Talia. 
- Spałam, ale mnie obudziliście.- Bardzo hałasowaliśmy? Joe też się 

obudził? - zaniepokoiła się dziewczyna. 

- Nie wiem - odparła Sable, uświadamiając sobie, że zupełnie 

zapomniała o świeżo poślubionym mężu. - Zaraz sprawdzę. A wy się 
ubierzcie. Przygotuję śniadanie. 

- Jajka sadzone - zawołała Talia. 
- Omlet - zażyczył sobie mały. 
- I sok śliwkowy - dodała Talia, wiedząc, że to jedyny napój, którego 

Jonathan nie znosi. 

Sable zatrzymała się przed drzwiami sypialni Joe, ale nie miała odwagi 

wejść i sprawdzić, czy jeszcze śpi. Poszła do kuchni w nadziei, że go tam 
zastanie. 

Na stole leżała kartka napisana energicznym męskim charakterem 

pisma. 

Codziennie wyjeżdżam na tor około siódmej rano. 

SR

background image

~ 41 ~ 

 

Na śniadanie jem grzanki i piję kawę. Wracam do domu koło południa, 

z wyjątkiem dzisiejszego dnia, ponieważ jestem umówiony na lunch. 

Wrócę o szóstej lub wpół do siódmej wieczór na gorącą kolację. Lubię 

mięso i ziemniaki. Posiłek powinien być wcześnie, żebym wieczorem 
mógł jeszcze popracować. Dziś wieczorem ustalimy wysokość budżetu 
domowego i rodzaj posiłków, jakie będziesz przygotowywać. 
Dzisiejszego ranka pozwalam ci dłużej pospać, ale mam nadzieję, że w 
przyszłości będziesz wstawać razem ze mną. 

Joe   
Sable przeczytała kartkę jeszcze raz. Ogarnęła ją furia. Co za tupet! 

Zgniotła ją i rzuciła o ścianę. 

- Ustalimy budżet, mój drogi mężu. A jakże! Ale nie wtedy, kiedy ty 

zechcesz - wycedziła przez zęby. - Dopiero gdy nauczysz się dobrych 
manier, na przykład jak należy prosić, a nie żądać. 

Reszta dnia upłynęła jej na urządzaniu się w nowym domu. Firma 

przeprowadzkowa przywiozła wszystko, co zamówiła. Nie wypakowane 
pudła wciąż jeszcze stały w garażu. 

Sable zrobiła spis rzeczy, które musiała kupić sama. O trzeciej po 

południu zabrała Talię i Jonathana do Huntsville, bo tam był duży sklep 
spożywczy. 

Liczyła, że zanim kupi wszystko to, co zaplanowała, minie godzina 

„szósta lub wpół do siódmej". Joe wróci do domu i na stole obok 
zawiniętej w folię kanapki z rozbefem, puszki z zupą ziemniaczaną i klu-
cza do konserw znajdzie liścik od niej. 

Chciał mięso i ziemniaki? Będzie je miał! I to na co najmniej dwa 

tygodnie! 

Joe przemierzał kuchnię tam i z powrotem. W zaciśniętej pięści 

trzymał kartkę od Sable. Jedzenie pozostawił nietknięte. 

Wiadomość była krótka, ale wymowna. 
Zabrałam Talię i Jonathana na zakupy do Huntsville. Jako sumienna 

żona będę ci przygotowywać posiłki, ale do tego potrzebne są różne 
produkty. W kuchni nie znalazłam żadnych. 

Nie mogę się doczekać powrotu, byśmy mogli wszystko „ustalić". 
PS. Sól i pieprz to nie jedyne przyprawy, jakich używam. 
Bez trudu znalazł swoją kartkę. Leżała zgnieciona na lodówce. Rzucała 

SR

background image

~ 42 ~ 

 

się w oczy. 

W porządku, odpłaciła mu pięknym za nadobne. Zdawał sobie sprawę, 

że jego liścik był utrzymany w nazbyt apodyktycznym tonie. Czego 
jednak się spodziewała? 

Przed świtem obudził go telefon od Totty'ego. Ahab zwyciężył. Joe 

pisał kartkę do Sable w ogromnym pośpiechu. 

Poza tym na co dzień miał do czynienia z mężczyznami, jest więc 

przyzwyczajony do bardzo bezpośredniego sposobu wyrażania się. Dzięki 
temu unikał nieporozumień. Oczywiście wie, co to dobre maniery, w 
dodatku ta kobieta jest jego żoną. Czy będzie musiał już zawsze ich 
przestrzegać? 

Znał odpowiedź na to pytanie. Przynajmniej powinien spróbować. Jego 

przybrana matka zwykła mawiać, że dobre maniery to, to samo co 
grzeczność, a grzeczność to tyle co szacunek. Oczywiście szanował Sable 
i cenił jej stosunek do brzdąca i tej zadziornej nastolatki. I powie jej to, 
gdy tylko będzie mógł. 

Dlaczego jeszcze nie wróciła? Już dawno minęła pora kolacji. Był 

zaniepokojony nie na żarty. Wyobraźnia pracowała. Samochód mógł się 
zepsuć. Mogła mieć wypadek. Nie wiedział, czy ma przy sobie jego 
numer telefonu. Czy w ogóle ma zapisany adres? Gdyby cokolwiek się 
stało, kto będzie wiedział, że właśnie jego należy zawiadomić? We 
wszystkich jej dokumentach jest prawdopodobnie wciąż jeszcze stary 
adres. 

Już miał dzwonić na policję, gdy na podjeździe błysnęły światła 

samochodu Sable. 

Gdy weszła do domu, szykował się właśnie, by przemówić jej do 

rozumu. Powstrzymał go tylko widok Jonathana śpiącego w jej 
ramionach. Talia szła obok obładowana zakupami. 

Sable rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie i zaniosła chłopca do pokoju. 

Nie miał innego wyjścia, jak towarzyszyć Talii do kuchni. 

- Co się stało? - spytał. - Samochód się zepsuł? 
- Zabłądziłyśmy - odpowiedziała dziewczyna, rozkładając na stole 

liczne zakupy. - Wydawało nam się, że krążymy w kółko. 

Nie przyszła mu do głowy taka możliwość. 
- Od której błądzicie? - złagodniał nieco. 

SR

background image

~ 43 ~ 

 

Talia wyglądała, jakby za chwilę miała się rozpłakać. 
- Mniej więcej od szóstej. Dojechałyśmy do skrzyżowania i źle 

skręciłyśmy. Kiedy się zorientowałyśmy, było już ciemno. 
Zatrzymałyśmy się, ale nikt nie potrafił wskazać nam właściwego 
kierunku. 

- Tutaj nie jest łatwo zabłądzić. Wkrótce poznacie okolicę. 
- To nie Luizjana. Byłyśmy zmęczone, a żadna z tych bocznych dróg 

nie jest oznakowana. Od czasu do czasu jest jakiś drogowskaz, ale trzeba 
wysiąść z samochodu, żeby cokolwiek przeczytać, tak jest ciemno. W 
domu nigdy bym się nie zgubiła. 

Joe myślał dotychczas tylko o tym, co zmieni się teraz w jego życiu. A 

przecież w życiu trzech innych osób też miały nastąpić poważne zmiany. 

Obserwował Talię. Była na granicy płaczu. Podszedł do niej i 

delikatnie ją objął. W chwilę później już się uśmiechała. 

- Dzięki - powiedziała. Wspięła się na palce i pocałowała go w 

policzek. 

- Nie ma za co. - Nie bardzo wiedział, jak zareagować. - Czy macie 

jeszcze coś w samochodzie? - spytał. 

- Całą masę rzeczy. Nic z tego nie rozumiem. Kobieta, która je tylko 

ryby i frytki, kupiła górę mięsa i ziemniaków. 

Joe roześmiał się. Może Sabie i była zła, ale w końcu wzięła pod uwagę 

jego prośbę. 

- Przyniosę torby - zaproponował. 
Gdy wrócił obładowany zakupami, w kuchni była już Sable. Ledwo 

trzymała się na nogach.- Cześć - powiedział. Miał ochotę ją podtrzymać, 
wziąć w ramiona, ale nie był pewien, czy to się jej spodoba. 

- Cześć - odparła cichym głosem. 
- Wszystko w porządku? 
- Zabłądziłyśmy. 
- Wiem. To ostatnia rzecz, jaka by mi przyszła do głowy. 
- Szczerze mówiąc mnie też, ale o zmierzchu wszystko wygląda 

inaczej. Wąska droga wydawała się jeszcze węższa. 

- Jak się w końcu wydostałyście? 
- Wróciłyśmy do miasta i starałam się odtworzyć w pamięci drogę, 

którą jechałyśmy. Nie rozglądałam się wokół, patrzyłam tylko na lewo i 

SR

background image

~ 44 ~ 

 

na prawo. 

- Dam ci mapę okolicy. Poza tym powinnaś mieć przy sobie wszystkie 

potrzebne numery telefonów. W każdej chwili będziesz mogła do mnie 
zadzwonić na telefon w samochodzie albo na pager. 

- Nie miałam przy sobie żadnego numeru, nawet do domu. Zostawiłam 

notes. Skąd mogłam wiedzieć, że masz telefon w samochodzie? 

- To prawda - przyznał. 
- Martwiłeś się? - spytała. - A może byłeś zły? 
- I jedno, i drugie. 
- Przepraszam. Nie spodziewałam się, że coś takiego może mi się 

przytrafić. 

- Już się nie zdarzy. Powinienem ci wcześniej wszystko objaśnić. Jutro 

wypiszę ci potrzebne informacje i włożę kartkę do przegródki w 
samochodzie. Już nie zabłądzicie. 

- Dziękuję - uśmiechnęła się. 
- Dlaczego nie idziesz spać? My tu z Talią zrobimy porządek. 
- Już zrobiony - oświadczyła Talia. Właśnie wstawiła do komórki 

ostatnią torbę. 

- Dziękuję - powiedziała Sable. - Idę do siebie. Przez krótką chwilę 

patrzyli sobie w oczy. Milczeli. 

- Dobranoc - odezwał się wreszcie Joe. 
- Dobranoc. 
- Aha, Sable - zawołał, gdy była już w holu. - Mówiąc o mięsie, nie 

miałem na myśli wyłącznie wołowiny. Mogą być od czasu do czasu 
kurczaki, a nawet ryba. 

- Wezmę to pod uwagę - odparła, znikając w holu. Joe poczuł, że krew 

szybciej płynie mu w żyłach. 

Wolał zostać sam. Wyjął puszkę piwa. Zbyt obcesowo traktował Sable. 

Musi okazać jej trochę więcej serca. Jak dużo? Czy ma jej zaproponować 
wspólne noce i małżeńskie łoże? Przywołał się do porządku. Podpisał 
kontrakt dla pieniędzy i dostanie je. Wystarczająco dużo, by skończyć 
swój tor wyścigowy. 

- Dobranoc - przerwał mu rozmyślania głos Talii. 
- Dobranoc - odparł. 
Później się nad tym wszystkim zastanowi. Na razie jest głodny i nie ma 

SR

background image

~ 45 ~ 

 

nikogo, kto by mu coś ugotował. Rozwinął kanapkę, którą zostawiła 
Sable, i łapczywie odgryzł kęs. 

Niezła. Całkiem niezła. 
Następnego dnia zawieszenie broni się skończyło. 
- Ja utrzymuję rodzinę - oznajmił Joe tonem nie znoszącym sprzeciwu. 

- Tak zazwyczaj jest w rodzinie i tak będzie również w tym małżeństwie. 

- Joe, a gdybym pracowała, czy mogłabym uczestniczyć w wydatkach? 

- spytała Sable. - Kupować różne rzeczy do domu? 

- Owszem, ale nie pracujesz. I wyszłaś za mnie. A to znaczy, że ja się 

będę o ciebie troszczył. 

- Nie - zaprotestowała. - To znaczy tylko tyle, że za ciebie wyszłam. I 

koniec. Mogę nadal wydawać swoje pieniądze, jak chcę. Właśnie po to 
zawarliśmy umowę przedślubną - każde z nas ma swój majątek i może 
nim dysponować według własnego uznania. Nie masz prawa mi 
dyktować, co mam robić ze swoimi pieniędzmi. 

- To mój dom, a ty jesteś moją żoną. Będę cię utrzymywał - powtórzył z 

naciskiem. - Będę płacił rachunki i finansował zakupy. Reszta może 
należeć do ciebie. 

- Ale nie ma już żadnej „reszty". 
- Otóż to. A skoro, rozmawiamy na temat nowych obowiązków, to 

chciałbym jeszcze coś wyjaśnić - dodał. 

- Co mianowicie? 
- Kto będzie się zajmował twoimi trzema końmi? 
- A kto powinien? 
- Ty. Moi ludzie i bez tego mają dość pracy. 
- Nie przepadam za końmi. Trzymałam je, bo zakładałam, że klacze 

mogą urodzić jakiegoś championa. A źrebak jest przeznaczony dla 
Jonathana. 

- Mimo to będziesz się nimi zajmować. Stajenni będą je tylko karmić i 

wyprowadzać. 

- Jeszcze coś? - spytała kwaśno. 
- To wszystko - uśmiechnął się zadowolony z siebie. 
Wiedziała, że spodziewa się protestu, ale nie zamierzała dać mu tej 

satysfakcji. Zachowała spokój. Uśmiechnęła się słodko. 

- Ja też chcę cię o czymś powiadomić. Po pierwsze, dasz mi rozkład 

SR

background image

~ 46 ~ 

 

posiłków, którego będziesz się trzymać. Chyba że zadzwonisz i powiesz, 
że nie wrócisz. 

Joe zesztywniał, ale skinął głową. 
- Po drugie, pozwól, bym ci przypomniała, że to jest nasz dom, a nie 

barak. Nie ma mowy o trzymaniu nóg na stole i rzucaniu na krzesło 
przepoconych kapeluszy. Dotyczy to również twoich pracowników. 

- Dlaczego myślisz, że to robimy? 
- Żaden stół nie byłby tak zniszczony, gdyby nie opierały się o niego 

dziesiątki par butów. 

Joe znowu skinął głową i lekko poczerwieniał. 
- I po trzecie, żadnych mocnych trunków. 
Chciał zaprotestować, ale się powstrzymał. Po chwili powiedział: 
- Przyjmuję do wiadomości. Ale nie będę pilnował, co się dzieje w 

baraku. Żaden z moich ludzi nie jest alkoholikiem, mogą pić, co chcą i 
kiedy chcą, byle nie w czasie pracy. Jestem ich szefem, nie ojcem. 

- W porządku. 
Rzucił okiem na zegarek. 
- Czas na mnie. Czy może chciałabyś coś jeszcze wyjaśnić? - spytał 

ironicznym tonem. 

Co za arogant! Co za zarozumialec! Najchętniej wymierzyłaby mu 

policzek. 

- Co jeszcze należy do moich obowiązków? 
- To, co zwykle robią żony i panie domu. Oczywiście zgodnie z naszą 

umową nie oczekuję cię w swojej sypialni. 

Prawdę mówiąc, zaczynała żałować, że postawiła ten warunek. 
- I bardzo dobrze. 
- Początkowo ten pomysł wydawał się dobry. Rzeczywistość temu 

przeczy - rzekł Joe. - Jest coś nienaturalnego w tym, że małżeństwo 
mieszka w tym samym domu i nic go nie łączy. 

- A co w tym nienaturalnego? - spytała rozdrażnionym tonem. - Ja mam 

swój pokój, a ty swój. W ten sposób nie jesteśmy narażeni na pokusy. 

- W porządku - wzruszył ramionami. - Nie będę się spierał. Oboje 

przystaliśmy na taki układ. Mówię tylko, że niełatwo zachowywać się jak 
małżeństwo, skoro właściwie wcale się nim nie jest. 

Oczywistość tego stwierdzenia ugodziła ją boleśnie. Najgorsze było to, 

SR

background image

~ 47 ~ 

 

że w duchu przyznawała mu rację. Nie powiedziała tego głośno. 

- Będziesz płacił rachunki i dawał mi pieniądze na zakupy. Ja 

pokrywam resztę - podsumowała, jakby nie poruszyli innego tematu. - A 
teraz czekają mnie obowiązki. Wybacz. 

- Wybaczam - mruknął. - Do diabła, ależ ty jesteś uparta. Jak kozioł - 

dodał, gdy Sable była już za drzwiami. 

Sable oglądała pralnię, gdy usłyszała, że Joe uruchamia ciężarówkę. 

Jak to dobrze, że pojechał. Rozmowa zmierzała w niebezpiecznym 
kierunku - Sable obawiała się, że pod wpływem impulsu powie lub zrobi 
coś, czego by później żałowała. 

Czy on naprawdę nie zdawał sobie sprawy, jakie to poniżające 

kupować sobie męża? Paru mężczyzn, których znała w Luizjanie, 
należało do kręgu znajomych jej teściów. Traktowali ją, jakby nie można 
jej było tknąć. 

Na początku nawet jej to odpowiadało. Żyła wspomnieniami o Johnie, 

zajmowała się dzieckiem, opiekowała Talią. Wbrew temu, co o niej 
sądzono, zawsze najlepiej czuła się w domu. Lubiła spokój, codzienną 
domową krzątaninę. To John nalegał, by brała udział w przyjęciach i 
imprezach dobroczynnych. Potem robiła to, by wypełnić pustkę, jaka 
nastała po śmierci męża. 

Czuła się jednak bardzo samotna. Teściowie nie byli ludźmi, którzy 

pomogliby jej uporać się z samotnością. Nie miała z kim omówić swoich 
problemów, podzielić się kłopotami, podyskutować, pożartować. Bardzo 
brakowało jej Johna, który potrafił ją pocieszyć, ukoić, stworzyć poczucie 
bezpieczeństwa. Chroniła się w jego ramionach - to był jej azyl. 

Tego brakowało jej najbardziej. 
Z Joe było całkiem inaczej. Nie uspokajał jej, lecz podniecał. Miała 

ochotę go dotykać, czuć jego ciało przy swoim. Chciała się z nim kochać. 
I to ją przerażało. Nigdy przedtem nie doświadczała takich uczuć i nie 
chciała ich doświadczać teraz. Zdawała sobie sprawę, że w grę wchodzi 
silny pociąg fizyczny. Jego spojrzenie, słowa, nawet głos elektryzowały 
ją, pobudzały zmysły, wywoływały wewnętrzne napięcie. 

Kiedy leżała już w łóżku, sama, w ciszy uśpionego domu, puszczała 

wodze wyobraźni tłumionej w ciągu dnia. Wydawało jej się, że czuje na 
swoim ciele jego ręce, że przytula się do niego i opowiada mu, co się 

SR

background image

~ 48 ~ 

 

wydarzyło, a on gładzi jej plecy i piersi, całuje, pieści, tuli... 

Z całą pewnością naczytała się za dużo romansów. Odetchnęła głęboko 

i wyprostowała się. Takie rozmyślania do niczego nie prowadzą. Musi być 
bez przerwy czymś zajęta. To najlepsze lekarstwo. 

- Joe już poszedł? - Talia i Jonathan wrócili właśnie ze spaceru. 
- Tak. 
- Ustaliliście coś? 
- Owszem. 
- I kto był górą? Joe? 
Sable nawet nie odpowiedziała. 
- Remis? - dopytywała się Talia. 
- Mniej więcej. 
Jonathan pobiegł do swego pokoju. 
- Lubię go - powiedziała Talia. 
Sable nadal krzątała się w pralni, choć na dobrą sprawę nie bardzo 

wiedziała, co się wokół niej dzieje. 

- To dobrze. Przypuszczalnie będzie twoim jedynym siostrzeńcem. 
- Nie mówię o Jonathanie, miałam na myśli Joe.   
Sable znieruchomiała. 
- Naprawdę? 
- Ależ tak! - zawołała z entuzjazmem dziewczyna. - On jest bardzo 

miły, uprzejmy i zabawny. 

- Skąd możesz to wiedzieć po trzech dniach znajomości? 
- Wiem jeszcze więcej. Wczoraj wieczór omal nie rozpłakałam się ze 

zmęczenia i zdenerwowania, a on mnie objął. Zupełnie jak tatuś... - urwała 
i spojrzała w okno. - Sable, dlaczego nie mielibyście stać się prawdziwym 
małżeństwem? Moglibyście być szczęśliwi, mieć dzieci. Skończyłyby się 
te wasze kłótnie. 

- Nie powinnaś się tym interesować. A poza tym nie doszło do kłótni. 
- To dlaczego kazałaś mi zabrać Jonathana z domu dziś rano, kiedy 

zaczęliście na siebie krzyczeć? 

- Przestraszył się? - zmartwiła się Sable. Nie chciała denerwować 

chłopca. Nie było rzeczy, która byłaby tego warta. Powinna to wiedzieć. 
Sama niejednego doświadczyła w przeszłości. 

- Tak, i to ty pierwsza podniosłaś głos. Nie Joe. 

SR

background image

~ 49 ~ 

 

- Za dużo sobie pozwalasz, mała. 
- Ty też - odparowała dziewczyna. 
- Tylko dlatego, że ten facet jest tak strasznie uparty. - Sable przeszła 

do kuchni, nalała sobie szklankę wody i wypiła duszkiem. 

- Ty też. - Nie dawała za wygraną Talia. - Ale to nie znaczy, że wasze 

małżeństwo nie może być prawdziwe. Jonathan mógłby mieć rodzeństwo, 
on potrzebuje rodziny. Tak jak my jej potrzebowałyśmy. Co by się ze mną 
stało, gdyby nie ty? 

- On ma rodzinę. Ciebie i mnie - zniecierpliwiła się Sabie. - Zrobiłabym 

dla was wszystko, wiesz o tym. Zawarłam umowę z Joe, aby nie 
rozdzielono mnie z dzieckiem. 

- Sable, wiem przecież, że to było okropne, kiedy mama i tatuś kłócili 

się o nas w sądzie, ale taka sytuacja już się w naszej rodzinie nie 
powtórzy. Dzięki Joe. 

LaCroix musieliby postradać zmysły, żeby występować o prawo do 

opieki. Czy nie uważasz, że powinniśmy stać się prawdziwą rodziną? Że 
to by było dobre dla nas wszystkich? 

- Pomyślę o tym - odparła Sable. 
Talia chciała jeszcze coś dodać, ale powstrzymała się na widok wyrazu 

twarzy siostry. 

- Zajrzę do Jonathana - powiedziała. 
Duży zegar na ścianie wskazywał dopiero wpół do jedenastej rano, a 

Sable miała już za sobą dwie denerwujące rozmowy. Marzyła, żeby ten 
dzień się skończył. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

SR

background image

~ 50 ~ 

 

Rozdział 

 
 
Zanim jeszcze otworzyła list, domyśliła się, że są w nim złe 

wiadomości. Na kopercie widziała pieczęć LaCroix. List sprawiał 
wrażenie oficjalnego. 

Dziadkowie zażyczyli sobie, żeby chłopiec zamieszkał z nimi. Mogliby 

mu wtedy zapewnić wychowanie i wykształcenie godne spadkobiercy 
fortuny i nazwiska LaCroix. List był utrzymany w ultymatywnym tonie, a 
między wierszami można było wyczytać groźbę, że jeśli nie odda 
Jonathana dobrowolnie, znajdą się metody, by ją do tego zmusić. 
Ogarnięta furią, już chwytała za słuchawkę, by im powiedzieć, co mogą 
zrobić ze swoimi żądaniami, gdy nagle uświadomiła sobie swoją sytuację. 

Przecież kupiła sobie bezpieczeństwo. 
LaCroix mogą straszyć, ale nie wygrają z nią, przynajmniej dopóki jest 

mężatką. Zignoruje ich list. Doprowadzi ich tym do szału. 

Sable rzuciła się w wir zajęć. Mnóstwo energii włożyła w uczynienie z 

zaniedbanego wiejskiego domostwa prawdziwego domu. 

Cieszyło ją to tym bardziej, że wbrew poprzednim ostrzeżeniom Joe 

pozostawił jej wolną rękę, z czego Sable korzystała rozsądnie, honorując 
przyzwyczajenia gospodarza. 

Postanowiła nic mu nie mówić o liście od teściów. Znała go już na tyle, 

że była pewna, iż miałby inny pogląd na tę sprawę. Tymczasem Jonathan 
jest jej dzieckiem i tylko ona wie, co dla niego najlepsze. 

Odniosła wrażenie, że Joe, podobnie jak ona, chce uniknąć następnego 

konfliktu. Starali się więc schodzić sobie z drogi, co nie oznaczało, że się 
unikali. Spotykali się kilka razy dziennie i rozmawiali, ale trzymali 
temperamenty na wodzy. Udało im się dzięki temu przetrwać w zgodzie 
do końca tygodnia. 

Sable obserwowała Joe i zauważała każdy dotyczący go drobiazg. 

SR

background image

~ 51 ~ 

 

Dzięki temu poznawała go coraz lepiej. 

Podobał jej się, na przykład, stosunek Joe do Jonathana. Chłopiec 

szybko zaczął go traktować jak kogoś bliskiego. Bez przerwy o nim 
mówił, wszędzie za nim chodził. Joe był bardzo cierpliwy. Sable 
wydawało się nawet, że cieszy go ta nowa rola. Z Talią bez przerwy sobie 
dokuczali. Ich wzajemne stosunki były dla każdego oczywiste. Po prostu, 
kto się czubi... jak mówi przysłowie. Talia nie ustawała w wychwalaniu 
Joe, aż Sable musiała hamować jej entuzjazm. 

Nie mogła kupić lepszego ojca. 
Ale na męża... Joe się nie nadawał. 
Klął jak szewc. Nie miał zwyczaju pytać jej o zdanie. Nie szeptał jej na 

ucho słodkich słówek, mało tego, na ogół zwracał się do niej dość 
opryskliwie lub wręcz ją ignorował. Na pewno nie przypominał żadnego z 
bohaterów jej powieści. A więc dlaczego zawładnął jej wyobraźnią? 

Chodził po domu w brudnych butach. Kapelusz rzucał gdzie popadnie. 

Gazetę ciskał po przeczytaniu na podłogę. Brudne ubranie zostawiał w 
łazience na podłodze, zamiast włożyć je do specjalnego pojemnika. 
Często późnym wieczorem łakomił się na lody, a pojemnik zostawiał w 
zlewie zamiast w zmywarce. 

Nie potrafiła uwolnić się od myśli o Joe. Był przystojny i męski, na 

pewno zbyt szorstki w obejściu i obcesowy, ale przekonała się, że ma 
dobre serce. 

Po raz pierwszy odczuwała tak silny pociąg fizyczny do mężczyzny. 

Ilekroć widziała jego gołe ramiona, serce zaczynało jej bić szybciej. 
Wyobrażała sobie, że te ramiona obejmują ją mocno, że czuje każdy 
mięsień muskularnego ciała. Każdym poruszeniem zwracał na siebie jej 
uwagę. Zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna przekroczyć progu jego 
sypialni. 

Rzecz w tym, że była zbyt dumna. Żadna kobieta nie zniosłaby myśli, 

że mężczyzna interesuje się nią tylko dlatego, że mu zapłaciła. I to dużo. 
Niezależnie od tego, jak bardzo starała się o tym zapomnieć, fakt 
pozostawał faktem. 

Kupiła sobie męża. Nie bardzo wierzyła, by był w równej mierze 

zainteresowany nią co jej pieniędzmi. 

Dwa w gruncie rzeczy przypadkowe pocałunki o niczym nie świadczą, 

SR

background image

~ 52 ~ 

 

chociaż musiała uczciwie przyznać, że oboje się w nich zatracili. 

Joe stał w drzwiach stajni i patrzył na dom. Sable zdziałała cuda. 

Zawiesiła firanki, poprzestawiała meble, przyozdobiła ściany obrazami. 
Pokoje zmieniły wygląd. Nawet duży brzydki zegar kuchenny po prze-
wieszeniu w odpowiedniejsze miejsce przestał razić. 

Musiał, acz niechętnie, przyznać, że jest zadowolony z tych zmian. 

Dom podobał mu się teraz znacznie bardziej. 

Nie w tym jednak tkwił problem. Problem był znacznie poważniejszy. 

Pożądał Sable. Dzień i noc. Na przeszkodzie w spełnieniu tych pragnień 
stała ich idiotyczna umowa. 

Był zafascynowany Sable od pierwszego spotkania. Gdy złożyła mu tę 

niecodzienną propozycję, w pierwszej chwili poczuł się urażony. Ubodło 
to jego ambicję. Potem, gdy uległ namowom Mike'a i przyjął ofertę Sable, 
zauroczenie jej osobą się spotęgowało. W miarę jak poznawali się bliżej, 
był gotów przysiąc, że pociąga ją w równej mierze jak ona jego. Potwier-
dzały to iskierki, które pojawiały się w jej oczach, gdy na niego patrzyła, 
nie wspominając już o pasji, z jaką oddawała pocałunki. 

To prawda, potrzebował jej pieniędzy, pieniędzy, które, jak przyrzekł 

sobie solennie, kiedyś jej odda. Jedynie presja banku, partnerów i samej 
Sable skłoniła go do tego małżeństwa. 

Czyżby? Nie była to jednak cała prawda. 
Mógł kłamać wobec innych, ale nie powinien oszukiwać siebie. W 

gruncie rzeczy chciał tego małżeństwa, i to nie tylko dlatego, że było 
wyjściem z niedogodnej sytuacji. Inaczej nawet końmi nie zaciągnięto by 
go do ołtarza. 

Te same pieniądze, które umożliwiły mu ukończenie toru, trzymały go 

z dala od sypialni Sable. Wiedział, że ona traktuje ich kontrakt jako 
korzystny dla obu stron, ale fakt, że był zmuszony przyjąć od niej 
pieniądze, kładł się plamą na jego męskim honorze. Gdy tylko pomyślał o 
Sable, natychmiast przypominał mu się ten nieszczęsny milion. 

Zwrócił się myślami ku Jonathanowi i Talii, swojej nowej rodzinie. 

Owszem, na początku był zły, że Sable nie wspomniała mu o młodszej 
siostrze. Nie wiedział, jak się ułoży ich wspólne życie. Tymczasem Talia 
okazała się miłą, dowcipną nastolatką, poważną jak na swój wiek. Miała 
ostry języczek i własne zdanie na każdy temat. Podobało mu się to. A 

SR

background image

~ 53 ~ 

 

Jonathan... cóż, czy mógł nie polubić trzyletniego chłopaczka, który 
patrzył w niego jak w obraz? 

To była jego rodzina. W krótkim czasie zaakceptowali go, a on ich 

polubił. Gdyby Sable zechciała pójść w ich ślady... 

Westchnął i przymknął oczy. Przez cały tydzień miał jedno spotkanie 

za drugim, do późnych godzin nocnych. 

Zarządca robót rezygnował z powodów zdrowotnych, więc musiał 

znaleźć następcę. Zgłaszający się kandydaci nie bardzo mu odpowiadali. 
Jeden z przyjaciół polecił mu szefa torów, który zamierzał wrócić do 
Teksasu. Joe zadzwonił do niego. Umówili się na lotnisku w Houston. 

Piętrzyły się przed nim problemy i sprawy do załatwienia, a on nie 

mógł myśleć o niczym innym tylko o tej kobiecie o lśniących, ciemnych 
włosach. O kobiecie, która nagle i w niecodzienny sposób wkroczyła w 
jego życie, wnosząc doń zmiany miłe jego sercu. 

Może zrobić tylko jedno. Zapomnieć o pieniądzach do czasu, aż będzie 

je mógł zwrócić. A zrobi to na pewno - to postanowione. Potraktuje ten 
milion jak konieczną pożyczkę. Gdy odda jej pieniądze, wszystko się 
zmieni. Musi ją uwieść. Będzie zalecać się do niej, jak gdyby była 
kobietą, którą właśnie poznał i... którą się zachwycił. Nie pozwoli sobie na 
żadne ostrzejsze słowo czy obcesowe zachowanie. Jeśli ma zaznać 
spokoju w dzień, a snu w nocy, powinien ją do siebie przekonać. Zacznie 
od razu. 

Dowie się, co sprawiłoby jej przyjemność, co wywołałoby uśmiech na 

jej twarzy, a jedyny sposób to spędzać z nią jak najwięcej czasu. 

Uśmiechnął się. Oto ma przed sobą nowe wyzwanie. A wyzwania to 

jego specjalność. 

Sable zasiadła przy stole w kuchni, oparła łokcie o blat i westchnęła. Po 

całym tygodniu była naprawdę zmęczona. Nie tyle jednak pracami 
domowymi czy obowiązkami matczynymi, ile ustawiczną walką z Joe. A 
także zmaganiem się z samą sobą. 

Kiedy poznała Johna, pracowała jako kelnerka w jednej z najlepszych 

restauracji w Mobile. Usiadł przy stoliku, który obsługiwała, i od tego 
dnia przychodził coraz częściej. Wiedziała, że pochodzi z innej sfery i jest 
bogaty. 

Po ślubie miała w domu zastępy służby. Należała teraz do wielkiego 

SR

background image

~ 54 ~ 

 

świata, ale najbardziej odpowiadała jej rola żony i matki. Nie miała 
wysokich aspiracji, nie zżerała jej ambicja czy chęć posiadania, ale taka 
była jej natura. Przystosowała się jednak do życia, jakie prowadził John, 
choć nudziło ją. Jak na ironię, to drugie małżeństwo zawarte z koniecz-
ności i rozsądku wydawało się bliższe jej wyobrażeniom o związku 
kobiety i mężczyzny żyjących pod wspólnym dachem. 

Rozmyślania przerwał jej odgłos kroków na ganku. Zastygła w 

oczekiwaniu. Joe wszedł z szerokim uśmiechem a jej zabiło mocno serce. 

- Witaj - zdołała wykrztusić. 
- Wyglądasz na zmęczoną. 
- Bo jestem - przyznała. 
Rozejrzał się po lśniącej czystością kuchni przyozdobionej kwiatami i 

owocami. 

- Gdzie Talia? - spytał. 
- Czyta, u siebie w pokoju. 
- A Jonathan? 
- Śpi. Powinien się zbudzić za parę minut. 
Joe uśmiechnął się z zadowoleniem. Przysunął sobie krzesło i usiadł 

obok Sable. Wziął ją za rękę. Delikatnie pieścił kciukiem jej dłoń. 

- Muszę pojechać na lotnisko w Houston. Mam tam spotkanie: 
- Z kandydatem do pracy? 
- Tak. Odszedł szef robót. Może ten się nada. 
Skinęła głową zdumiona, że rozmawia z nią o swojej pracy. Do tej pory 

nie wtajemniczał jej w te sprawy. Nieraz dawał do zrozumienia, że nic jej 
do tego. 

- Jedź ze mną - poprosił. 
- Teraz? 
Skinął głową. 
- Po co? - zdziwiła się. 
- Od ślubu nie miałaś chwili wytchnienia - uśmiechnął się. - A poza 

tym to długa podróż i nie chcę jechać sam. Chętnie wypiję z tobą drinka, 
czekając na tego faceta. Dobrze nam zrobi taka chwila oddechu. 

- A dzieci? 
- Przecież Talia jest już prawie dorosła. Przypilnuje Jonathana. A w 

razie czego zadzwoni do baraku i natychmiast dwunastu mężczyzn 

SR

background image

~ 55 ~ 

 

przyjdzie jej z pomocą. 

- A co z kolacją? 
- Zjemy po drodze. Dzieci mogą raz zjeść kanapki. 
- Daj mi pół godziny. 
- Piętnaście minut. 
- Dwadzieścia. 
- Już zostało czternaście. - Wstał i podniósł ją z krzesła. Zanim zdążyła 

się zorientować, pocałował ją w czubek nosa. - Niech będzie dwadzieścia 
- szepnął. 

- Za dwadzieścia minut jestem - obiecała i pomknęła do pokoju jak na 

skrzydłach. 

Jeszcze nigdy tak szybko się nie ubierała. Włożyła spodnie i lekki 

bawełniany sweterek, przez ramię przerzuciła jedwabną chustę. 
Wyglądała skromnie, ale elegancko. Na nogi wsunęła pantofle na płaskim 
obcasie. Włosy spięła w koński ogon, w uszach zawiesiła klipsy w 
kształcie koła. Dokładnie dwadzieścia minut później zajrzała do pokoju 
Talii. Joe właśnie informował ją o wyjeździe. 

- Dobrej zabawy! - zawołała za nimi dziewczyna. 
Wsiedli do samochodu. Sable czuła się jak wypuszczona z więzienia. 

Wiedziała, że nie jest w porządku wobec Joe, bo przecież sama 
zdecydowała się przez cały miniony tydzień tkwić w domu. Teraz była 
zadowolona, bo... Joe poprosił... bo pragnął jej towarzystwa. To było nie 
lada przeżycie. 

- Wyglądasz cudownie - stwierdził. - Wciąż jesteś zmęczona? - 

Dotknął lekko jej ręki. 

- Nie, czuję się świetnie. - Roześmiała się. - Tylko trochę mi dziwnie, 

że będę jadła coś, czego sama nie ugotowałam. 

- Za dużo pracowałaś. 
- Nie więcej niż ty. 
- To co innego. Tor wyścigowy jest moim długoletnim marzeniem. 
- A moim marzeniem był własny dom i rodzina - odparła. - Dom jest 

dla mnie wszystkim. 

- To wzruszające - mruknął, puścił jej dłoń i skręcił na szosę 

prowadzącą ku autostradzie. 

Sable usadowiła się wygodnie i zaczęła obserwować przesuwający się 

SR

background image

~ 56 ~ 

 

za oknem krajobraz. 

Przejechali przez Conroe, a następnie przez Spring, kolejne niewielkie 

miasteczko. Wreszcie skręcili w stronę lotniska pod Houston. 

- O czym myślisz? - przerwał milczenie Joe.- O tym, jaka byłam 

zdziwiona, kiedy przyleciałam do ciebie pierwszy raz i zobaczyłam tak 
dużo drzew. Zawsze wydawało mi się, że Houston leży w samym środku 
prerii. 

- Houston leży na południe od Big Thicket, największego obszaru 

leśnego w kraju. Ukrywali się tam kiedyś Komancze, zbiegli niewolnicy, 
a nawet paru dobrze znanych bandytów. 

- Wiem, te lasy rozciągają się aż po Luizjanę. 
Joe skręcił w spiralny podjazd i zjechał do podziemnych garaży przy 

lotnisku. Pomógł Sable wysiąść z samochodu i ruszyli do windy. Wjechali 
na górę. Joe wziął ją pod rękę i poprowadził do przytulnego baru. Usiedli 
przy stoliku pod ścianą. Zamówił coś do picia, jak gdyby robił to od lat. 

Oto, pomyślała, wyglądamy jak stare małżeństwo. 
Było tak, dopóki na nią nie popatrzył. Jego spojrzenie paliło, budziło w 

niej emocje, jakich już od dawna nie doświadczała. Czuła, że na policzki 
wypływa jej rumieniec. Położył rękę na jej dłoni. 

- Jesteś piękna - powiedział. - Wiesz o tym. 
- Bardzo mi miło - odparła z uśmiechem. 
- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem. 
Poczuła suchość w ustach. Nieraz już słyszała podobne słowa, ale 

nigdy nie miały one dla niej takiego znaczenia jak w tej chwili. 

Nie była w stanie znieść spojrzenia jego niebieskich oczu. Spuściła 

wzrok. Patrzyła na jego palce delikatnie pieszczące jej dłoń. 

- Co ty ze mną robisz? - wyrwało jej się. 
- A ty? Nie wiem, co się ze mną dzieje. 
- Naprawdę? 
- O, tak, ale lubię to uczucie - przyznał. - Wątpię, by moi pracownicy 

byli z tego zadowoleni. Zamiast myśleć o pracy, myślę o tobie. 

Nie wiedziała, co powiedzieć. Wysunęła tylko dłoń z jego dłoni i 

chwyciła szklankę. Chciała pokryć zmieszanie. 

- Tor będzie niebawem gotowy - postanowiła zmienić temat. 
- Tak, wkrótce. 

SR

background image

~ 57 ~ 

 

- Wtedy będziesz mógł trochę odpocząć. 
- Trochę. 
Popatrzyli sobie w oczy. Uśmiechnęła się. 
- Joe! - rozległ się nagle męski głos. Czar chwili prysł. 
Joe przedstawił Sable nieznajomego i zaczął omawiać z nim szczegóły 

zatrudnienia. Przysłuchiwała się z zainteresowaniem. Kiedy prace zostaną 
ukończone, na torach znajdzie zajęcie wielu ludzi. To ważne dla 
mieszkańców regionu nie posiadającego własnego przemysłu. 

Obserwowała bar i poczekalnię. Wszystko tu było dla niej nowe. Nigdy 

dużo nie podróżowała, a jeśli już, to prywatnym samolotem Johna, który 
nie zatrzymywał się w drodze z Luizjany do miejsca przeznaczenia. 

Joe wstał i wymienił uścisk dłoni z przyszłym pracownikiem. 

Mężczyzna wyciągnął rękę do Sable. 

- Miło było panią poznać, pani Lombardi - powiedział. 
- Mnie również, panie Tramore - odpowiedziała lekko zmieszana. Po 

raz pierwszy poczuła się naprawdę żoną Joe. 

- Szczęśliwej podróży - dodał jeszcze, uchylając kapelusza. 

Uśmiechnął się najuprzejmiej, jak potrafił. 

Sable zauważyła, że obaj mężczyźni są nieśmiali wobec kobiet, tyle że 

Joe pokrywał to szorstkością i arogancją, a pan Tramore dobrymi 
manierami. 

- Co cię tak rozbawiło? - zaciekawił się Joe, gdy się roześmiała. 
- Mężczyźni w ogóle. 
- A ja w szczególności, co? - Wziął ją pod rękę i poprowadził do 

wyjścia. 

- Tak - szepnęła, kiedy zamknęły się za nimi drzwi windy. Byli sami. 
- Jestem taki zabawny? - Jego wargi miała tuż przy swoich. 
- Nie. - Nie cofnęła się, przeciwnie, wyszła mu naprzeciw. Czuł jej 

oddech na twarzy. 

- Igrasz ze mną, Sable - ostrzegł. Jego usta musnęły lekko jej wargi. 

Ujął ją za biodra i przyciągnął do siebie. Poczuła, jak bardzo jej pragnie. 
Zmieszała się, ale i ona pragnęła tego samego. 

Drzwi windy nagle się otworzyły. Odsunął ją od siebie i uśmiechnął się 

do grupki osób czekającej na zewnątrz. 

- Jestem pewien, droga pani, że jest pani absolutnie warta tych dwustu 

SR

background image

~ 58 ~ 

 

dolarów, ale mam tylko dziesięć - powiedział na tyle głośno, by inni mogli 
go słyszeć. 

- A więc zapomnijmy o tym - odparła, wychodząc z windy. - Jadę do 

domu swoim cadillakiem. Dobranoc panu. 

Poczuła rękę Joe na ramieniu. Zwróciła ku niemu głowę. 
- Nigdy więcej tego nie rób - wycedziła przez zęby. 
- Nie, pani, nie będę - obiecał. - To był tylko żart. 
- Nie chcę być przedmiotem żadnych męskich żartów, nawet twoich. 
- Dobrze, proszę pani. Przyrzekam, że to się więcej nie powtórzy. 
- W porządku. A teraz może byśmy coś zjedli? Umieram z głodu. 
Wsiedli do samochodu. Dopiero tam popatrzyli na siebie. Joe 

zachichotał. 

- Dlaczego przyszłaś za mną? - kontynuował żartobliwy dialog. 
- Musiałam. Nie mogę pozwolić, byś miał ostatnie słowo. - Roześmieli 

się oboje jak na komendę.- Pani, jesteś pełna tajemnic. Sądziłem, że 
zabraknie ci słów. Tymczasem potrafisz mnie przegadać. 

- Myślałeś, że tylko ty masz język w gębie? - odcięła się. 
- Owszem, ale teraz już wiem, że byłem w błędzie. - Joe zapuścił silnik. 
- Czy wreszcie mnie czymś nakarmisz? - zniecierpliwiła się. 
- Przecież jedziemy na kolację. - Uniósł jej dłoń i pocałował. 
Sable gwałtownie cofnęła rękę i ukryła ją za plecami jak uczennica w 

szkole. 

- Coś się stało? - zaniepokoił się. 
- Nie, nic. 
- Myślałem, że już się na mnie nie gniewasz. 
- Nie, skądże! 
Zapadła cisza. W pełnym napięcia milczeniu dojechali do restauracji. 
Była pełna ludzi. Sable poczuła się bezpieczna. Nie dlatego, by nie 

ufała Joe. Nie ufała sobie. 

Podeszli do baru, by przy drinku poczekać na wolny stolik. Tak dobrze 

się czuła w towarzystwie Joe. Wydawało się, że jemu też dopisuje humor. 
Nigdy by nie pomyślała, że potrafi być tak bezpośredni i otwarty. 

- A później, w dojrzałym wieku dwudziestu czterech lat, odkryłem 

konie. Przeczytałem mnóstwo książek na ten temat. Wypróbowałem 
ponad dwieście koni, zanim wybrałem Arubę.- Arubę? - zdziwiła się 

SR

background image

~ 59 ~ 

 

Sable. Myślała, że zna imiona wszystkich koni w stajni, ale to wydawało 
jej się obce. 

- To źrebna klacz, którą pokochałem od pierwszego wejrzenia. Dwa z 

moich koni pochodzą od niej, klacz i ogier. Zmarła w zeszłym roku na 
serce. Od niej wszystko się zaczęło. 

- Na ogół zaczyna się od kobiety - zauważyła Sable. 
- I na nich kończy. 
- Co takiego? 
- Wiek młodzieńczy. Dopóki chłopak nie spotka swej pierwszej 

kobiety, jest dzieckiem. 

Sable zaczerwieniła się. 
- Przepraszam - dodał - nic na to nie poradzę, ale lubię się z tobą 

drażnić. 

- Lubisz wprawiać mnie w zakłopotanie. 
- Skądże, po prostu lubię patrzeć, jak się rumienisz - uśmiechnął się 

łagodnie. - Nie jestem skończonym dżentelmenem, zdarza mi się 
zapominać o dobrych manierach. To dlatego, że przez całe życie 
obracałem się głównie wśród mężczyzn. Nie miałem dobrej i ciepłej 
mamy, która uczyłaby mnie subtelności. 

- Każdy ma matkę. 
- Jestem pewien, że i ja jakąś miałem. Ale zamiast dbać o mnie i 

wychowywać, poszła swoją drogą. Dorastałem w niezbyt zamożnym 
domu, ale zastępczy rodzice nie wzięli mnie do siebie dlatego, że mnie 
pokochali. Harold i Gladys opiekowali się pięciorgiem dzieci, a ja 
oznaczałem po prostu trochę dodatkowych pieniędzy. 

- Przykro mi. - Sable położyła dłoń na jego ręce. 
- Niepotrzebnie. Nie należę do ludzi, którzy narzekają na los. Może 

gdybym nie był wychowywany właśnie tak, nie byłbym teraz tym, kim 
jestem. 

- Trafiłeś w sedno, ale żadne dziecko nie powinno być pozbawione 

matki. Nie miałeś zamiaru jej poszukać? 

- Kiedy byłem mały, często o tym myślałem. Wyobrażałem sobie, że 

ona mnie odnajdzie i będzie żałować tego, co zrobiła. Że będzie płakać i 
błagać o przebaczenie. A ja zachowam się jak dżentelmen i wybaczę jej 
wszystko. Gdy dorosłem, przyszło mi do głowy, że ona była 

SR

background image

~ 60 ~ 

 

prawdopodobnie młodą przerażoną studentką, która nie miała pojęcia, co 
zrobić. W Austin jest więcej studentów niż w jakimkolwiek innym mie-
ście w Teksasie. Żaden z nich nie wydaje się przygotowany do życia, do 
samodzielności. Wyobrażam sobie, że ponad trzydzieści lat temu musiało 
być jeszcze trudniej, zwłaszcza dziewczynie. 

Sable zrobiło się przykro na myśl, że Joe nie miał rodziny, nikogo, kto 

go kochał. 

- Widujesz czasem ludzi, którzy cię wychowywali? 
- Nie. Byłem tylko jednym z dzieci oddanych im na wychowanie przez 

opiekę społeczną. Myślę, że odetchnęli, kiedy ich opuściłem.- Ile lat u 
nich byłeś? 

- Do szesnastego roku życia. Wystarczyło. W rok później wstąpiłem do 

wojska i poznałem świat - stwierdził z sarkazmem. 

Zamknęła oczy, wyobrażając sobie, że jest w podobnej sytuacji. 

Poczuła łzy pod powiekami. 

- Tak mi przykro. Nikt nie zasługuje na takie dzieciństwo. 
- Nie opowiedziałem ci tego, by wzbudzić w tobie współczucie. 
- Wiem. 
Spuściła oczy. Pochylił się i lekko pocałował jej powieki. 
- Dziękuję - powiedział. Uśmiechnęła się przez łzy. 
Było po jedenastej, gdy wreszcie dotarli do domu. W restauracji żadne 

z nich nie chciało zakończenia tak miłego wieczoru. Sable wypiła trzy 
lampki wina. 

- W sam raz. Ani za dużo, ani za mało - orzekła, opierając głowę o 

ramię Joe, gdy ten zatrzymał samochód na tyłach domu. 

- Czego? - szepnął. 
- Wina. 
Joe pochylił się i zaczął ją całować. Namiętnie, łapczywie, jakby chciał 

nasycić się smakiem jej ust. Przylgnęła do niego całym ciałem, napierając 
piersiami na jego tors. Ogarnęło go niezwykłe podniecenie. Z trudem nad 
sobą panował. 

- Pragnę cię - powiedział schrypniętym głosem, odrywając się na 

chwilę od jej warg. - Pragnę cię tak bardzo, że nie możesz mnie teraz 
zostawić. 

- Nie zrobię tego. Ja też cię pragnę. 

SR

background image

~ 61 ~ 

 

- Wejdziemy do środka czy może wolisz zostać tutaj? 
Chciała, żeby to się stało tu i teraz. Byli sami. Samochód wydawał jej 

się azylem oddalonym od domu, koni i całego świata. 

- Tutaj. 
- Dobrze, kochanie - zaśmiał się. - Będziemy musieli być bardzo 

ostrożni. Czuję właśnie, jak kierownica ugniata mi żebra. 

- Przepraszam. - Odsunęła się. - Chodźmy do domu. 
- Nie. Będzie, jak sobie życzysz. 
Pochylił oparcie na tyle, na ile to było możliwe. Uśmiechnęła się, 

patrząc mu prosto w oczy. 

- Ładnie pachniesz - szepnęła w przerwie pomiędzy pocałunkami. 
- Ty też. - Wodził rękami po jej ciele. Poddawała się jego delikatnemu 

dotykowi. Rozpiął guziki jej sweterka i wsunął rękę pod chłodną bawełnę. 
Ujął w dłonie piersi. Stwardniałe sutki czekały na pieszczotę. Joe pochylił 
głowę i pocałował każdą z osobna, nim powędrował ustami do szyi, by po 
chwili znowu zawładnąć jej ustami.- Jesteś cudowna - szeptał między 
pocałunkami. 

- Ty też. 
Zapominając o całym świecie, poddawała się jego pieszczotom, jego 

cudownemu dotykowi, jego namiętnym pocałunkom. Dotknął jej łona. 
Nigdy jeszcze nie przeżywała czegoś podobnego. 

Tak bardzo go pragnęła! Uświadomiła sobie nagle, że nie mają 

żadnych środków ochronnych. Szybko policzyła w myśli dni. Powinna 
być bezpieczna. 

Chciała odpowiedzieć mu podobnymi pieszczotami, wysunęła rękę. 
- Spokojnie, najmilsza, chwileczkę - szepnął. - Jeszcze nie teraz. 
Gdy wreszcie nastąpiło to, na co oboje czekali, zdawało im się, że są 

sobie przeznaczeni od zawsze. Sable ogarnęło niewypowiedziane 
szczęście, rozkosz, której nigdy by się nie spodziewała, otworzyło się nad 
nią niebo, usunęła się ziemia. Była bezpieczna w ramionach Joe. 

Westchnęła głośno i roześmiała się ze szczęścia, gdy poczuła nagły 

skurcz jego ciała. Przeżywał takie samo uniesienie jak ona. Jęknął z 
rozkoszy i osunął się obok niej. 

 
 

SR

background image

~ 62 ~ 

 

Rozdział 

 
 
Dopiero nad ranem Sable i Joe wkradli się tylnymi drzwiami do domu. 

Księżyc oświetlał im drogę, uśmiechając się do nich, jakby dawał im 
swoje błogosławieństwo. 

Przed sypialnią Joe odwrócił ją ku sobie i lekko pocałował w usta. 

Jeszcze raz przytulił ją do siebie. W jego ramionach Sable czuła się 
pewnie i bezpiecznie. Chciała, by ten moment trwał wiecznie. 

- Dobranoc - szepnęła w końcu. 
- Nie zostaniesz ze mną? - spytał. Potrząsnęła głową. 
- Dlaczego? - zdziwił się. 
- Daj mi trochę czasu - poprosiła. 
Trudno było mu się oprzeć. Pragnęła być z nim, ale równocześnie 

chciała uporządkować jakoś swoje uczucia. Czuła się szczęśliwa, a 
zarazem zaniepokojona. Nie była w stanie jasno myśleć ani podjąć 
decyzji. 

Jakiejkolwiek decyzji. Poza tym uważała, że jej bliscy nie powinni 

wiedzieć, co wydarzyło się tej nocy. Jeszcze nie. Najpierw musi sama 
uporać się z tym wszystkim. 

- To stało się tak szybko - powiedziała. 
- To nie ma sensu - zaprotestował. - Nie możemy przejść nad tym do 

porządku. 

- Proszę cię, nie nalegaj. 
Joe westchnął. Wpatrywał się w jej twarz. Zauważył sińce pod oczami - 

była zmęczona i na pewno trochę zakłopotana. 

- Będzie, jak chcesz - zgodził się - ale tylko dziś. 
- Dziękuję. - Pocałowała czubek jego brody. 
- Śpij dobrze. 
- Spróbuję. 

SR

background image

~ 63 ~ 

 

Rozbierając się w swoim pokoju, Sable usiłowała przewidzieć, jakie 

konsekwencje będzie miało ich zbliżenie. Oto stali się prawdziwym 
małżeństwem - nie dotrzymali warunków umowy. Nie mogła jednak 
zebrać myśli. To wszystko było jeszcze zbyt świeże, zbyt oszałamiające. 

Wślizgnęła się w chłodną pościel. Niemal natychmiast zapadła w 

głęboki sen. 

Joe zrzucił spodnie i koszulę i padł na łóżko. Był przyjemnie 

zmęczony, rozluźniony, a mimo to nie mógł zasnąć. Łóżko wydawało mu 
się puste i zimne - brakowało w nim Sable. Kręcił się, tłumacząc sobie, że 
czeka go ciężki dzień i powinien choć trochę odpocząć. Na próżno. 

Godzinę później wyskoczył z łóżka i owinął się ręcznikiem. Otworzył 

drzwi, nasłuchiwał przez chwilę, czy dzieci śpią, a potem przeszedł pod 
drzwi jej sypialni i cicho nacisnął klamkę. 

Stanął w nogach łóżka. Spała zwinięta w kłębek. Poduszka leżała za 

plecami, tam, gdzie powinien być on. Wyglądała na zadowoloną i... była 
taka piękna. 

Sam był zaskoczony czułością, jaka go ogarnęła. 
Nie mógł dłużej z sobą walczyć. Wsunął się do łóżka i położył obok 

Sable. Odrzucił poduszkę i przywarł ciałem do jej pleców. Objął ją w 
pasie. Westchnął z ulgą i zamknął oczy. Wreszcie mógł zasnąć. 

W ciszy uśpionego domu rozległ się nagle głos Talii. 
- Sable, zaspaliśmy! - zawołała, otwierając drzwi do pokoju siostry. - 

Już po dziewiątej, a ja miałam być w szkole... 

Sable przez chwilę nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. W łóżku 

było tak przytulnie. Poczuła obok znajome ciepło. Może, gdy nie otworzy 
oczu, Talia zniknie. 

Usłyszała oddech tuż przy swoim uchu, poznała ciało, w które była 

wtulona. Joe poruszył się. Wyciągnęła nogę po to tylko, by poczuć pod 
palcami jego łydkę. Chichot Talii upewnił ją, że się nie myli. Joe był w jej 
łóżku. 

Najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Kompletnie zdezorientowana, 

usiadła na brzegu łóżka, owijając się prześcieradłem. Nie zwracając 
uwagi na siostrę, odwróciła się do Joe. 

- Co ty tu robisz? - spytała. Talia znów zachichotała. 
- Śpię - odparł, jak gdyby nigdy nic. 

SR

background image

~ 64 ~ 

 

- Miałeś spać u siebie, w swoim łóżku! - oburzyła się Sable. 
- Dziś już będę - zgodził się. - Wstaję i idę do pracy. Zaspaliśmy, jak 

nas uprzejmie poinformowała twoja siostra. 

- Talia, wyjdź proszę - zwróciła się Sable do siostry. - Chciałam 

powiedzieć, że nie powinno cię tu być - dodała, patrząc na Joe. 

- Dlaczego? Przecież jestem twoim mężem - odparł ze zdziwieniem. 
- Wiem! Ale.... 
Nie dokończyła. Za Talią stanął Jonathan. Wodził wzrokiem od Joe do 

Sable i z powrotem. 

- Mama lubi Joe? - spytał. 
Nie mogła odpowiedzieć na to pytanie. W każdym razie nie teraz. 
- Talia, zabierz Jonathana i wyjdź - powtórzyła z irytacją. Nie była 

przygotowana na to, że zostanie zaskoczona w łóżku z mężczyzną, 
którego poślubiła tylko formalnie. I nie była przygotowana na pytania, 
jakie będzie zadawał Jonathan. 

Talia wyglądała na rozczarowaną. Wzięła chłopca za rękę i ruszyła ku 

drzwiom. W progu obejrzała się jeszcze raz. 

- Talia, co ja mówiłam - ponagliła ją Sable. 
Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, całą swą złość wyładowała na 

leżącym obok mężczyźnie. 

- Co ty, do cholery, robisz w moim łóżku? 
- Śpię. 
- Miałeś spać w swoim pokoju. Zgodziłeś się. 
- Owszem, ale zmieniłem zamiar. Czy w tej twojej głowie dzieje się 

coś, o czym nie wiem? 

- Nie odwracaj kota ogonem - wycedziła Sable. 
- Więc wyjdź, i to już. 
- Uważasz, że nadaję się do uprawiania miłości w samochodzie, ale nie 

w łóżku? - zniecierpliwił się. 

- Czym ja jestem? Psem podwórzowym, z którym można się pobawić 

na zewnątrz, ale któremu nie wolno przekroczyć progu domu? 

- No wiesz! Co ty mówisz?! - oburzyła się. - Obiecałeś dać mi czas na 

przemyślenie sytuacji. Nieproszony kładziesz się do mego łóżka i 
oznajmiasz mojej rodzinie, że śpimy ze sobą, nie zastanawiając się nad 
tym, jak ja się będę czuła. 

SR

background image

~ 65 ~ 

 

- Jesteśmy małżeństwem. 
- Wiem. - Wstała, owijając się szczelnie prześcieradłem. - Ale mój syn 

nie powinien widzieć cię tutaj. Najpierw powinnam mu wszystko 
wytłumaczyć.- Dlaczego? Nie jesteśmy sobie obcy. 

- Nie zaczynaj, Joe Lombardi! - ostrzegła. - Miałeś spać u siebie, we 

własnym pokoju, we własnym łóżku, dopóki jakoś tego nie załatwimy. 
Nasz kontrakt wyraźnie określa, że korzystamy z oddzielnych sypialni. 
Mam zamiar dotrzymywać umowy. - Odstąpiła o parę kroków i 
popatrzyła na niego bacznie. Był zupełnie spokojny. 

- Chwileczkę. To ty postawiłaś ten warunek. Ja oczekuję od naszego 

związku czego innego. 

- Na przykład czego? - spytała z sarkazmem.   
- Seksu? 
- Tak - odparł ku jej zdziwieniu - ale nie tylko. Pragnę również trochę 

ciepła, uczuć, które może dać żona. 

Wyczuła urazę w jego głosie i wiedziała, że sprawiła mu przykrość. 

Ale nie zamierzała się wycofać. 

- Chcesz po prostu seksu, i już. 
- Nie przeczę, ale, jak powiedziałem, to nie wszystko. 
- Wyjdź! - Sable nie była w stanie kontynuować rozmowy. Była 

zażenowana i zła. - Tylko najpierw włóż coś na siebie - dorzuciła. - 
Pamiętaj, że nie mieszkamy sami. 

Joe postąpił ku niej, ale nagle się zatrzymał. 
- Zapomnijmy o tym, co się stało - powiedział. - Sama nie wiesz, czego 

chcesz, moja pani. Racja, nie powinienem tu przychodzić. Sądziłem, że 
jesteś dorosła, ale najwyraźniej się pomyliłem. Właśnie dowiodłaś, że nie 
dojrzałaś do pewnych decyzji, a w każdym razie nie potrafisz być 
konsekwentna. - Stanął na progu. - Zawołaj mnie, kiedy dojdziesz do 
jakichś wniosków. Może zastanowię się nad przeprosinami - dodał i 
trochę za głośno trzasnął drzwiami. 

I proszę bardzo. Miłość skończyła się wojną. Jak on śmiał powiedzieć, 

że nie jest dostatecznie dorosła! Kto jak kto, ale ona! Przecież właśnie 
poczucie odpowiedzialności za syna i siostrę kazało jej zaaranżować to 
małżeństwo. Chciała sama wychowywać Jonathana i uchronić go przed 
zaborczością dziadków. Pragnęła też stworzyć dom siostrze, która nadal 

SR

background image

~ 66 ~ 

 

wymagała opieki. Nie pomyślała jednak o tym, że Joe musiał zmienić styl 
życia, przystać na ściśle określone warunki. 

Przez najbliższe pięć lat nie wolno mu pokazywać się z żadną inną 

kobietą. 

Nie może nawet pomyśleć o przygodzie z kobietą. 
Na skutek ich małżeństwa prawdopodobnie nigdy nie będzie miał 

własnych dzieci. Gdy się rozwiodą, będzie już po czterdziestce i uzna, że 
nie czas na ojcostwo. 

Stracił wolność i spokój we własnym domu. 
Ale dostał za to milion dolarów! 
Oboje wykazali się brakiem wyobraźni. 
Wizyta w kancelarii adwokata i podpisanie dokumentów nie było 

niczym trudnym. Dopiero po ślubie przekonali się, że niełatwo dotrzymać 
umowy. Stres pogłębiał się z każdym dniem. Aż do ostatniej nocy. 

Joe był dla niej tak miły przez cały wieczór. Gdy ją całował, 

zignorowała głos rozsądku, który nakazywał jej zachować ostrożność. 

Powinna przewidzieć, jak to się skończy, i nie dać się ponieść 

zmysłom. Ale wszystko było dla niej takie oszałamiające, takie 
niewiarygodne. Straciła głowę. 

Tylko i wyłącznie ona ponosi winę za wszystko, co się stało. 

Powiedziała Talii, że z tym mężczyzną nie będzie jej łączyło nic w sensie 
fizycznym. Była więc zażenowana, gdy siostra zastała ich razem w łóżku. 
Porozumiewawcze spojrzenie Talii zamieniło zakłopotanie w gniew, 
który wyładowała na Joe zamiast na prawdziwym winowajcy - na sobie. 

Joe klął pod nosem. Zastanawiał się raz jeszcze nad wydarzeniami 

minionej nocy. Ułożył taki misterny plan zalotów. Chciał udowodnić 
Sable, że potrafi być dżentelmenem. A tymczasem pokazał jej, jaki z 
niego prostak. Nie wiedział, jak wyglądały intymne stosunki Sable z 
Johnem i nie chciał wiedzieć. Przekonał się jednak, że jak na mężatkę była 
bardzo niedoświadczona. Powinno mu to dać do myślenia. Tymczasem on 
wkradł się do jej łóżka, niszcząc to wszystko, co się między nimi zaczęło. 
Chciał ją zmusić, by ujawniła wszystko rodzinie, chociaż ona sama nie 
była jeszcze gotowa do zaakceptowania tej zmiany. 

Ponaglając ją, wszystko spartaczył. 
Najgorsze jednak było to, że nie wiedział, jak teraz postąpić. Tego 

SR

background image

~ 67 ~ 

 

ranka nie potrafił się opanować i w gniewie wyrzucił z siebie słowa, które 
nie powinny w ogóle paść. Czuł się jednak urażony w swej męskiej 
ambicji. Zareagował instynktownie, zamiast spokojnie wszystko 
rozważyć. 

Powinien ją przeprosić. Coś jednak mu mówiło, że teraz większą 

przyjemność sprawiłby jej widok jego zaciętej, ponurej miny. To by ją 
upewniło, że miała rację. 

Wyszedł spod prysznica, ubrał się. 
Był w dżungli wietnamskiej. Przeszedł niejedno i życie go nie 

oszczędzało. Teraz najchętniej uciekłby gdzie pieprz rośnie od tej kobiety 
i wszystkich problemów z nią związanych. 

Rzucił okiem w lustro. Odwagi, powiedział sam do siebie. 
Sable obmyśliła już sobie, w jaki sposób przeprosi Joe, ale 

najwyraźniej jej unikał. Codziennie wychodził z domu przed siódmą, a 
wracał po północy. 

- Nie widzę nic złego w tej sytuacji - powiedziała pewnego dnia Talia. 
- Jakiej sytuacji? - udawała, że nie rozumie. 
- Przecież wiesz, chodzi o ciebie i Joe. 
- To nie twoja sprawa - powtórzyła Sable po raz kolejny w tym 

tygodniu. 

- Cóż, mimo wszystko nie widzę w tym nic złego.- Nie chcę więcej 

słyszeć ani słowa na ten temat, Talio. Uważam sprawę za zamkniętą. 

- No nie, tego za wiele. Powtarzasz mi, że mam być silna, 

zdecydowana, nie popełniać twoich błędów i tak dalej. A może byś sama 
posłuchała swoich rad? 

Sable puściła słowa siostry mimo uszu. Wyszła z pokoju. Uznała, że w 

kuchni trzeba zrobić generalne porządki. To jedyny sposób, by oderwać 
myśli od Joe. 

Rzuciła okiem na kartkę na stole. Znała na pamięć jej treść. Przez cały 

tydzień tak się porozumiewali. Ona zostawiała mu karteczki przed 
pójściem spać, on jej rano, zanim wyszedł do pracy. 

Pochyliła się nad zlewem. Westchnęła. Cała ta sytuacja byłaby 

śmieszna, gdyby nie zakochała się w Joe. Nie przewidywała takiego 
obrotu rzeczy, gdy brała z nim ślub. Podobał się jej od początku, to 
prawda. Miała jednak zamiar trzymać się umowy. 

SR

background image

~ 68 ~ 

 

A tymczasem zakochała się, zakochała tak bardzo, że bała się, by jej 

nie odrzucił. I zamiast zbliżyć się do niego, być dla niego prawdziwą 
żoną, kazała mu trzymać się z daleka od swojej sypialni. Unikała go, a on 
unikał jej. 

Łzy napłynęły jej do oczu. Ilekroć przypominała sobie wspólne 

przeżycia, zaczynała pragnąć, by to się powtórzyło. Czuła, że przydarzyło 
się im coś wyjątkowego. 

Chciała, by Joe odczuwał to samo. Chciała, by wziął ją w ramiona i 

całował. Czy to aż tak dużo? 

Musi coś zrobić! 
Da mu szansę na pierwszy ruch, a jeśli do końca przyszłego tygodnia 

nic się nie zdarzy, ona przejmie inicjatywę. Podejdzie do Joe, pocałuje go 
i przeprosi. 

Może jednak on uczyni to pierwszy. Zresztą wszystko jedno. Już 

podjęła decyzję. I będzie się jej trzymać. 

Minął tydzień, a Joe nadal jej unikał. 
W dniu, który sobie wyznaczyła jako ostateczną granicę, zabrała 

Jonathana do stajni, żeby oporządzić konie. 

- Skończone - powiedziała wreszcie. - Macie czysto i nie muszę się 

wami zajmować aż do przyszłego tygodnia. - Wytarła ręce o dżinsy. 

Jonathan się roześmiał. 
- Co w tym śmiesznego? - spytała. 
- Konie nie mówią, mamo. 
- Niektóre mówią. Kiedy tylko stąd wyjdziemy, zaczną nas obgadywać. 
- Nie. - Mały potrząsnął głową i wybiegł w podskokach na dwór. 
Po chwili usłyszała odgłos kroków. Obejrzała się i zobaczyła Joe. Miał 

potargane włosy. Koszula opinała się, uwydatniając szerokie ramiona i 
muskularną pierś. Oczy utkwił w Sable. 

Serce zabiło jej gwałtownie. 
- Cześć - zdołała wykrztusić.- Cześć, moja piękna. - Wyciągnął ku niej 

ramiona, chwycił ją i przyciągnął do siebie. Poczuła jego wargi na swoich 
ustach. Odwzajemniła pocałunek. Objęła go i przywarła do niego całym 
ciałem. 

- Przepraszam - szepnął. - Nie chciałem ci sprawić przykrości. 
- Ja też cię przepraszam - westchnęła z ulgą. Joe ją przeprosił! 

SR

background image

~ 69 ~ 

 

Wszystkie zmartwienia nagle się ulotniły. 

- Mamy gości - zauważył po chwili. 
- Tutaj? 
Skinął głową i odsunął się. 
Sable zmartwiała. W drzwiach stajni stali jej byli teściowie. Joe objął ją 

w pasie i podprowadził ku nim. Przywitała ich chłodno. 

Jak mieli czelność tu przyjechać, skoro parę tygodni temu napisali list 

pełen gróźb? Jak Joe może być tak gościnny, tak miły wobec ludzi, którzy 
chcieli rozdzielić ją z synem? Szkoda, że nie powiedziała mu o liście. Po 
raz kolejny pożałowała, że nie zwróciła się z tym do niego. 

Jonathan jednak nie miał żadnych oporów. Stał przytulony do dziadka. 

Mocno ściskał jego rękę. 

- Chcieliśmy tylko zobaczyć małego - odezwała się wreszcie pani 

LaCroix. 

Sable popatrzyła jej prosto w oczy. Starsza pani umknęła wzrokiem i 

Sable wiedziała już, że zwyciężyła. Nigdy by tutaj nie przyjechali, gdyby 
nie powiedziano im, że nie wygrają sprawy o Jonathana. 

Przez moment Sable nawet było żal tej wytwornej damy. Żadne 

pieniądze na świecie nie wrócą jej przedwcześnie zmarłego syna. Nie 
mogła za nie również kupić nawet praw do wnuka. 

- Cieszymy się, że przyjechaliście - powiedziała. - To mój mąż, Joe 

Lombardi. Był przyjacielem Johna. 

Joe skłonił się pani LaCroix i wyciągnął rękę do jej męża. 
- Gdzie pan poznał mego syna? - spytał pan LaCroix. 
- W Wietnamie. Walczyliśmy razem. 
- Wejdźmy do domu - zaproponowała Sable. -Mrożona herbata dobrze 

nam zrobi. 

Usiedli w salonie. 
- Ależ on wyrósł - zauważył André LaCroix, patrząc z dumą na wnuka. 
- Prawda? - Sabie wiedziała, że Jonathan jest trochę podobny do ojca. 

André LaCroix widział w nim godnego spadkobiercę i następcę. 

Przez głowę przeszła jej myśl, że może wyolbrzymiła całą sprawę z 

teściami. Nie, chyba nie. Nikt, kto chce zabrać dziecko matce, nie jest 
godny zaufania. 

- Gdzie twoja siostra? - spytała pani LaCroix. - Myślałam, że mieszka z 

SR

background image

~ 70 ~ 

 

tobą. 

- Wyszła na chwilę. 
- Wciąż się nią zajmujesz. 
- Wciąż ze mną mieszka - poprawiła Sable. 
- Mamo, poproszę coś do picia. - Jonathan wspiął się na jej kolana. 

Pocałowała go w policzek, zadowolona, że przy dziadkach pamiętał o 
należytym zachowaniu. 

- Świetnie wyglądasz - zauważyła pani LaCroix. 
- Dziękuję. Jestem szczęśliwa. 
- To widać. Jonathan również. 
- Jonathan zawsze jest szczęśliwy, gdy może robić, co mu się żywnie 

podoba - skinęła głową Sable. 

- Wiem coś na ten temat! Jego ojciec był taki sam. Uśmiechnięty, 

dopóki dostawał to, czego chciał... - umilkła nagle, uświadomiwszy sobie, 
że mówi o pierwszym mężu Sable w obecności drugiego. - Przepraszam. 
Nie chciałam... 

- Nic się nie stało - uspokoił ją Joe. - John był moim przyjacielem. 

Chcę, żeby Jonathan wiedział wszystko o swoim ojcu. 

Sable zauważyła ulgę na twarzy teściów. Chętnie ucałowałaby Joe. 
Dalsza część wizyty przebiegała spokojnie, bez tego napięcia, jakie 

zwykle towarzyszyło jej spotkaniom z państwem LaCroix. Z 
zaskoczeniem stwierdziła, że było całkiem miło. 

Odprowadzili gości do samochodu. 
- Chcemy tylko widywać naszego wnuka - powtórzył André LaCroix. 
- Nie mam nic przeciwko temu - uśmiechnęła się z przymusem Sable. - 

Nie mogę tylko pozwolić, żebyście go za bardzo rozpuścili. Dzieci 
potrzebują dużo miłości, ale i silnej ręki.- Możemy go znowu odwiedzić? 
- spytał, wyciągając rękę do Joe. 

- W każdej chwili - odparł Joe, zanim Sable zdążyła otworzyć usta. 
Gdy odjeżdżali, Joe jedną ręką trzymał Jonathana, drugą obejmował 

Sable. Starsi państwo pomachali im jeszcze i po chwili samochód zniknął 
w oddali. Weszli do domu. Chłopczyk od razu pobiegł do swojego 
pokoju. 

- Dziękuję - zwróciła się Sable do Joe. 
- Nie ma za co - mruknął, najwyraźniej nagle zakłopotany. 

SR

background image

~ 71 ~ 

 

- Owszem, jest. Dziękuję, że mi pomogłeś. 
- Sable, dlaczego za mnie wyszłaś? - spytał, bacznie jej się 

przyglądając. 

- Wiesz przecież. Dzięki temu mogłam zatrzymać Jonathana. 
- Nie, to nie może być rzeczywista przyczyna. Powiedz prawdę. Czy 

chciałaś być mężatką? A może pragnęłaś mieć własny dom? 

- Dziadkowie Jonathana grozili, że wystąpią do sądu o odebranie mi 

praw rodzicielskich. Uznali, że jako ich wnuk należy do rodziny i oni 
powinni go wychować, nadać kierunek jego kształceniu. - Sable upierała 
się przy swoim. 

- To tylko wymówka. Ci ludzie mogliby myśleć o zabraniu chłopca 

tylko wtedy, gdyby ich prawa dziadków były zagrożone. Dopóki 
pozwalałaś im go widywać, nie uczyniliby niczego przeciwko tobie. 

No i stało się - wziął ich zachowanie za dobrą monetę. A ona mimo 

woli przyczyniła się do tego, nie wspominając mu o liście. 

- Mylisz się - próbowała go przekonać. - Znam ich. Słyszałam, że ich 

adwokat usiłował ich od tego odwieść, ale byli zdecydowani na wszystko. 

Joe chciał coś wtrącić, ale nie dopuściła go do głosu. 
- Zaledwie dwa tygodnie temu - ciągnęła - przysłali mi kolejny list, w 

którym oznajmili, że chcą wychowywać mego syna i posłać go do dobrej 
szkoły. Tacy ludzie nie zrezygnują, jeśli już raz coś postanowią. 

- Może. - Joe wciąż nie był przekonany. - Sądzę, że chcieli tylko mieć 

prawo widywania wnuka i bali się, że ich tego pozbawisz. To wszystko. 

- Nie znasz ich. - Sable cała się trzęsła. - Nie było cię tam. Ja byłam. 
- I wpadłaś w panikę. Zaproponowałaś mi milion dolarów za 

małżeństwo, którego nie potrzebujesz i najwyraźniej nie chcesz, tylko 
dlatego, żeby się zabezpieczyć, gdyby dziadkowie wystąpili na drogę są-
dową. 

- A ty się zgodziłeś. 
- Zgodziłem się ciebie poślubić. Nie wierzę, że próbowali odebrać ci 

dziecko. 

- Co ty możesz wiedzieć? Nie ty odpowiadasz za chłopca. Nigdy nie 

czuwałeś przy nim w nocy, nie widziałeś, jak wyrzyna mu się pierwszy 
ząbek, nie słyszałeś, jak płacze.- Gdybyś tylko mogła, trzymałabyś go 
również z dala ode mnie. Wolisz mieć go wyłącznie dla siebie, nie chcesz, 

SR

background image

~ 72 ~ 

 

by przywiązał się do kogoś innego. To nie jest dobre ani dla ciebie, ani dla 
niego. - Joe sprawiał wrażenie zmęczonego. Miał już dość tej rozmowy. - 
Chociaż nie musiałaś za mnie wychodzić - dodał jeszcze - zrobiłaś to. 
Teraz trzeba tę sytuację wykorzystać jak najlepiej. To wszystko, co 
mamy. 

- A ty? Dlaczego ty się ze mną ożeniłeś? 
- Jedynym powodem były pieniądze - uciął i odwrócił się do drzwi. - 

Będę na torze - rzucił przez ramię. 

- Zaczekaj! - Sable wybiegła za nim, ale samochód już ruszył. - Jeszcze 

nie skończyliśmy, Joe Lombardi - mruknęła. - Jeszcze długo nie. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

SR

background image

~ 73 ~ 

 

Rozdział 

 
 
Zaczął się rok szkolny. Talia musiała zaadaptować się w nowym 

środowisku, nawiązać znajomości i przyjaźnie. Nie miała z tym trudności. 
Była komunikatywna i potrafiła osiągnąć to, czego chciała. To Sable 
pomogła siostrze nabrać pewności siebie i uwierzyć we własne 
możliwości. Jej samej zawsze brakowało siły przebicia. 

Nawet teraz wątpiła, czy uda jej się przekonać Joe, że potrafi być czułą 

żoną i mądrą matką. Najłatwiej byłoby zrezygnować. Wewnętrzny głos 
podpowiadał, jej jednak, by trwała przy swoim i starała się nadal. 

W ostatnich dniach rzadko widywała Joe, a gdy się spotykali, on 

zachowywał daleko posuniętą powściągliwość. Poza tym był bardzo 
zajęty pracami przy torze. 

Po raz pierwszy w tym stuleciu zakłady na wyścigach miały zostać 

zalegalizowane, więc cała organizacja przebiegała pod ścisłym nadzorem 
władz stanowych. A to oznaczało więcej papierkowej roboty. 

Sable przygotowywała regularnie posiłki, ale Joe nie jadał w domu. 

Doprowadzona do ostateczności, niezdolna dłużej czekać na wyjaśnienie 
sytuacji, postanowiła pierwsza wyciągnąć rękę do zgody. 

Ubrała się niezwykle starannie. Rozpuściła włosy, zrobiła nienaganny 

makijaż. Wydawała się chłodna i opanowana, ale w środku wszystko się 
w niej gotowało. 

Zapakowała do pojemnika jedzenie. Wreszcie zje to, co 

przygotowałam, pomyślała. 

Zostawiwszy Jonathana pod opieką Talii, udała się na plac budowy. 

Jeszcze nigdy tu nie była. W miarę jak się zbliżała, czuła się coraz bardziej 
winna. W końcu jest żoną Joe już ponad miesiąc. Powinna wykazać 
więcej zainteresowania pracą męża. 

Teraz miała okazję. Niosła przed sobą plastykowy pojemnik niczym 

SR

background image

~ 74 ~ 

 

talizman i zastanawiała się, co teraz zrobić. W pierwszym odruchu chciała 
cofnąć się do samochodu i wrócić. Domowe jedzenie wydawało się zbyt 
błahym pretekstem, by przerywać pracę. Właśnie zamierzała się wycofać, 
gdy usłyszała czyjeś wołanie. 

- Hej, szefie, ma pan gościa! 
Spojrzała w górę. Na dachu stał robotnik z młotkiem w ręku. Dobrą 

chwilę trwało, zanim sobie uprzytomniła, że to jej mąż. 

Pomachała do niego. Joe nie odwzajemnił pozdrowienia. Odwrócił się i 

zniknął po drugiej stronie dachu. 

Co ma teraz zrobić? Czekać? Odejść? Udawać, że nie zauważyła 

lekceważenia? Nagle zobaczyła, że Joe schodzi na dół. Po chwili był już 
na schodach budynku. 

- Wszystko w porządku? - zawołał. 
- Tak - skinęła głową. - Przyniosłam ci coś do jedzenia. 
- No to chodź tutaj. - W jego głosie nie było złości, raczej zdziwienie. 
- Piękny budynek! - stwierdziła. 
- Owszem - przytaknął, bacznie się jej przypatrując. 
- Czemu tak mi się przyglądasz? Czyżby makijaż mi się rozmazał? 
- Wyglądasz cudownie. - Wprowadził ją do środka. - Chodźmy do 

biura. Zobaczymy, co tam masz. 

Nie spuszczał wzroku z Sable, w kącikach ust czaił mu się tajemniczy 

uśmieszek. Zaczęła się denerwować. 

- Kiedy zakończysz prace? - spytała, pragnąc skierować rozmowę na 

neutralne tory. 

- Jeśli ja wygram, to od jutra za miesiąc. Jeśli komisja wyścigów, to za 

dwa tygodnie. 

- A jakie są szanse na wygraną komisji? 
- Pół na pół. 
Wysiedli z windy. Spojrzała w dół. Rozciągał się przed nią piękny 

widok. Szeroki tor otaczał zieloną murawę. W oddali widać było 
niewielkie jeziorko z łabędziami i dzikimi kaczkami. 

- Tor już gotowy! - wykrzyknęła zaskoczona. 
- Tak. Również stajnie, pomieszczenie dla dżokejów i większa część 

biur. Trzeba jeszcze wykończyć parkingi, no i sam budynek. Agencja z 
Conroe już szuka pracowników. 

SR

background image

~ 75 ~ 

 

- Tak? Ilu potrzebujesz? 
- Około tysiąca. 
Weszli do dużego pomieszczenia biurowego, skąd widać było trybuny. 
- Tysiąc? - zdumiała się. 
- Tak. Tysiąc - powtórzył. 
- Co tu będzie robić taka masa ludzi? 
- Część będzie przyjmować zakłady, inni będą dbać o cały teren, 

jeszcze inni pracować w stajniach, restauracjach, barach, no i w biurze. 

Joe wziął od Sable plastykowy pojemnik i postawił go na biurku 
- Co tu jest? 
- Przysmak szwajcarski - odparła, myślami będąc gdzie indziej. 
Jak on może być taki spokojny, wiedząc, że w ciągu niecałego miesiąca 

musi zatrudnić tysiąc osób? Ze musi mieć pieniądze na wypłaty? 

- Co to jest przysmak szwajcarski? - dopytywał się Joe.- To zapiekanka 

z mięsa, ziemniaków, marchwi, cebuli i pomidorów ze specjalnymi 
przyprawami. 

- Wygląda wspaniale. Przyniosłaś widelec? 
- Och, tak. - Szybko wyjęła z torby sztućce. Jak mogła nie wiedzieć, że 

to tak potężne przedsięwzięcie? - Zdołasz zgromadzić pieniądze na 
wypłatę? 

Joe skinął głową. 
- Chyba nie będzie z tym większych problemów. Zarobimy na 

pierwszej gonitwie. 

- Kiedy? 
- Na otwarcie. 
- Ale przecież nie jesteś nawet pewien, kiedy to będzie. 
- Pierwsza gonitwa odbędzie się za miesiąc i dlatego nie chcę wcześniej 

uruchamiać toru. Wielkie otwarcie urządzimy na dwa dni przed 
wyścigami. Wynająłem firmę z Dallas, która wszystkim się zajmie. Jeśli 
komisja będzie nalegać, mogę dokonać otwarcia za dwa tygodnie, ale 
Wolę mieć czas, by skompletować zespół obsługujący komputery - 
wyjaśnił Joe szczęśliwy, że Sable interesuje się jego pracą. 

- No dobrze, ale skoro pierwsze wyścigi mają się odbyć za miesiąc, 

dlaczego komisja chce, żebyś otworzył tor wcześniej? 

- Nie bardzo wiedzą, na czym ma polegać ich działalność, potrzebują 

SR

background image

~ 76 ~ 

 

więc czasu, by wdrożyć swoich pracowników do nowych obowiązków. 
Chcą, by przedstawiciele władz stanowych ulokowali się tutaj przed 
rozpoczęciem gonitw. 

- Kto to ma być? 
- Dwóch reprezentantów komisji i jeden władz stanowych. Poza tym 

będą tu ludzie z urzędu skarbowego na wypadek, gdyby ktoś wygrał za 
dużo. Wuj Sam nad wszystkim czuwa. 

- Nie wiedziałam. - Sable potrząsnęła głową. - Czy ty w ogóle będziesz 

miał coś do powiedzenia? 

- Jeśli Mike jest sprytnym adwokatem, a myślę, że jest, to odpowiedź 

brzmi tak. 

Sable westchnęła. Trudno jej się było zorientować w sprawach 

organizacji gonitw. Była na wyścigach konnych tylko raz, w pierwszym 
roku swego małżeństwa z Johnem. Teraz z satysfakcją patrzyła, jak Joe ze 
smakiem zajada. 

- Pyszne! - zachwycał się. - I pikantne. 
- Zawsze dodaję dużo przypraw. 
- Widać, że nie masz wrzodów. 
- A ty masz? 
- Uhm - skinął głową. 
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? 
- Bo byłaś na mnie wściekła. Bałem się, że możesz mi dodać jeszcze 

ostrzejszych przypraw - przyznał szczerze. 

- Jestem uparta, ale nie mściwa. Możesz być spokojny. 
- Teraz już wiem. Chodź do mnie. 
Serce podeszło jej do gardła. Po raz pierwszy od paru tygodni Joe był w 

tak dobrym humorze. Pragnęła go. Miała ochotę zrobić to, o co prosił, ale 
nie od razu. 

- Przyszłam tu z misją dobroczynną, a nie na pieszczoty. 
- To też będzie akt dobroczynności. Chodź do mnie. Proszę - nalegał. 
Nie zwlekała dłużej. Usiadła na kolanach Joe, ręce oparła mu na 

ramionach. 

- Teraz lepiej - stwierdził, kładąc głowę na jej piersi. 
Sable wstrzymała oddech, czekając, co będzie dalej. 
- Tak ładnie pachniesz. - Dotknął wargami jej sutek. 

SR

background image

~ 77 ~ 

 

- Ty też. 
- Lubię cię dotykać - dodał, obejmując ją w pasie i przyciągając do 

siebie. 

- Ja też - westchnęła, wichrząc mu włosy. Zaczynała tracić poczucie 

rzeczywistości. 

- Sable? – usłyszała jego głos. 
- Tak? 
- Chcę więcej. 
- Więcej czego? 
- Więcej z naszego małżeństwa. Odepchnęła go od siebie. 
- Więcej pieniędzy? Chcesz połączyć nasze majątki? 
- Co ty mówisz! - oburzył się. - Naprawdę tak myślisz? 
Potrząsnęła głową. Kiedy była przy nim, nie wierzyła, że chodzi mu 

tylko o pieniądze. Wątpliwości zaczynały ją ogarniać, gdy była sama. 

- Cóż, powiedziałeś mi o tych wypłatach i że czekasz do pierwszej 

gonitwy. 

- A ty pomyślałaś, że to aluzja do twoich pieniędzy? 
- Sama nie wiem. Po prostu pytam. 
Joe pomógł jej się podnieść i sam wstał. Wyraz jego twarzy nagle się 

zmienił. Odwrócił się i włożył sztućce do pojemnika. 

- Dziękuję za lunch. Był smaczny. Do widzenia. Już go nie było. 
- Joe! - zawołała. - Zaczekaj! 
- Nie mogę! Mam robotę! - odkrzyknął zza drzwi. - Do widzenia. 
Została sama. Znowu. Nagle poczuła gniew. 
- A więc dobrze, Lombardi! - krzyknęła, nie dbając o to, kto ją może 

usłyszeć. - Uciekaj! To jedyne, co robisz od czasu naszego ślubu. 

Odpowiedzią był szum zjeżdżającej windy. 
Kiedy zapadła cisza, dotarła do niej cała absurdalność jej 

przypuszczeń. Gdyby chciał więcej pieniędzy, nie nalegałby na zawarcie 
umowy przedślubnej. Nie odgrywałby roli ojca wobec Jonathana ani 
starszego brata w stosunku to Talii. Sable nie rozumiała, jak to się dzieje, 
ale przy Joe stawała się inną kobietą. Czynił ją szczęśliwszą, niż była 
kiedykolwiek w swoim dotychczasowym życiu, ale potrafił ją również 
doprowadzić do furii, o jaką nigdy by się nie podejrzewała. Zachowywała 
się jak idiotka, obrażając go zupełnie bez powodu i nie panując nad 

SR

background image

~ 78 ~ 

 

językiem. Skutki były opłakane - osiągała cel przeciwny do 
zamierzonego. 

Uśmiechnęła się pod nosem. Biedny Joe! Nie był jedynym, który 

uciekał. 

Nadszedł czas, by oboje uświadomili sobie parę przykrych prawd. 
Joe wrócił na tyły budynku. 
- Hej, szefie! - zawołał jeden z pracowników. - A gdzie twoja urocza 

pani? 

- Pojechała do domu. Możecie wrócić do pracy. Rozejrzał się dokoła. 

Myślami był jednak gdzie indziej. Wciąż widział niepokój na jej twarzy, 
gdy pytała, czy potrzebuje więcej pieniędzy. Więcej jej pieniędzy! To 
boli. Czy naprawdę myślała, że zależy mu tylko na jej pieniądzach? 

Tak bardzo starał się jej pokazać, że zależy mu na niej, ale wszystko 

obracało się przeciwko niemu. Czy prośba, by kochała go tak, jak kobieta 
kocha mężczyznę, była wygórowana? 

Chciał być jej kochankiem. 
Pragnął stać się jej bohaterem. Nie wiedział tylko, jak to zrobić. 
Potrafił być tylko kochankiem. W innych dziedzinach brakowało mu 

doświadczenia. 

Do diabła, aby nie pogorszyć sprawy, postanowił nawet, że nie będzie 

się z nią kłócił! Zamiast się ucieszyć, wydawała się jeszcze bardziej zła. 
Trudno jej dogodzić. 

To nie była prawda, ale on sam już nie wiedział, co jest prawdą. Był 

zupełnie zbity z tropu. A jedyną osobą, którą oprócz siebie mógł winić, 
była Sable. 

Będzie trzymał się od niej z daleka, dopóki nie obmyśli innego planu 

działania. Prędzej czy później przekona Sable. Staną się prawdziwym 
małżeństwem, a on zyska jej zaufanie. 

Sable sprzątała kuchnię. Czekała na Joe. O dziewiątej wieczór 

wiedziała już, że znowu wróci, kiedy ona będzie już spała. Zmęczona 
nieustającą huśtawką nastrojów i atmosferą napięcia, ukryła twarz w dło-
niach. 

- Co się stało? - Talia usiadła naprzeciw siostry i rozłożyła przybory do 

manicure. 

- Nic. 

SR

background image

~ 79 ~ 

 

- Akurat. 
- Joe nie wrócił na kolację. 
- Zauważyłam. Może załatwia termin otwarcia toru. 
- Wiesz o tym? - zdziwiła się Sable.- Oczywiście. A ty nie? 
- Też. Ale jak się dowiedziałaś? 
- Sam mi powiedział. 
- Kiedy? 
- Tydzień temu, a może dwa. - Talia wzruszyła ramionami. 
Sable milczała. 
- Nie mogłam zasnąć, więc zeszłam do kuchni zrobić sobie kakao - 

opowiadała dziewczyna. - Zaraz potem przyszedł Joe i rozmawialiśmy o 
torze. Mówił, że ma kłopoty. 

- Ach, tak. 
Jak mógł opowiadać o wszystkim Talii, a nie jej? Ona jest jego żoną! 

Powinien przede wszystkim rozmawiać z nią! Cóż, sama jest sobie winna. 

Stworzyła między nimi bariery, których Joe nie mógł przekroczyć. Nie 

mówiła mu wszystkiego, uważając, że nie zrozumie. Myślała, że on tak 
woli. Czyżby się myliła? A jeśli tak, to w ilu jeszcze sprawach? Bała się o 
tym myśleć. 

- Sable - przerwała milczenie Talia - widziałaś się dzisiaj z Joe? 
- Owszem. I z początku było bardzo miło, ale skończyło się małą 

awanturą. Mówiąc szczerze, to ja krzyczałam. On po prostu odszedł, jak 
zwykle. 

- Naprawdę? A o co wam poszło? Może rozmawialiście o tym, że nasz 

ojciec był pijakiem? I że dlatego w domu nie ma alkoholu?- To nasza 
sprawa. Nasza stara sprawa. Nikt nie musi o tym wiedzieć - obruszyła się 
Sable. 

- Ach, tak. A wspomniałaś mu o liście od teściów? 
- Wspomniałam. 
- Co powiedział? 
- Nic specjalnego. 
- Jak na faceta, który lubi mówić, rzeczywiście zachowuje się wobec 

ciebie dziwnie. - Talia rzuciła siostrze niewinne spojrzenie. - 
Zastanawiam się dlaczego. 

- Nie wiem. 

SR

background image

~ 80 ~ 

 

- A z Jonathanem rozmawia bez przerwy - dodała bezlitośnie Talia. 
- Wiem. - Sable sposępniała. 
- A nie rozmawia z jedyną kobietą, z którą chce rozmawiać - nie miała 

litości. 

- O co chodzi, Talio? 
- O nic. - Dziewczyna przyjrzała się swoim paznokciom. - Po prostu 

uważam, że to dziwna sytuacja. Zdaje się, że źle ulokował swoje uczucie. 

Sable cała się zjeżyła. Uczucie? To nonsens. Z całą pewnością 

odebrałaby jakieś sygnały. Joe jej pragnął, i tyle. Tylko tyle. 

- Jesteś szalona, Talio - zwróciła się do siostry. - Mówisz jak typowa 

nastolatka. Sprowadzasz wszystko do problemów sercowych. W świecie 
dorosłych sprawy mają się nieco inaczej. 

- Gadanie - roześmiała się Talia. - Wiem coś na temat kłopotów 

finansowych i zdrowotnych. Znam szczenięcą miłość i problemy 
nastolatków. Widzę tu nawet duże podobieństwa. Ale skoro mówisz, że to 
co innego, to pewnie masz rację. Nie znam się na sztuczkach dorosłych. 

- Cóż, zanim pomyślisz o miłości, dobrze się zastanów. 
- A gdybym ci wyznała, że byłam zakochana? - spytała Talia. 
- Powiedziałabym, że jesteś na to za młoda. I choć objawy mogą być 

podobne, w twoim przypadku musiała to być szczenięca miłość. 

- Naprawdę? A niby dlaczego moje uczucia mają być inne niż twoje? 
- Bo ja jestem starsza. 
- A więc przyznajesz, że kochasz Joe? 
- Tego nie powiedziałam. 
- Rzeczywiście, ale przyznałaś. Nie zapominaj, że byłaś prawie 

dzieckiem, kiedy poznałaś Johna. 

- I za młoda, żeby zrozumieć, na czym naprawdę polega małżeństwo. 

Byłam po prostu szczęśliwa, że John dbał o mnie, pozwolił mi dojrzeć i 
popełniać błędy. 

Talia zamyśliła się na chwilę. 
- A teraz jesteś dorosła i zakochałaś się w sposób dojrzały. 
- Nie drażnij się ze mną, Talio - powiedziała Sable, choć musiała 

przyznać, że słowa siostry nie są pozbawione logiki. - Jestem za bardzo 
zmęczona. Idę spać. 

- A więc dobrej nocy. 

SR

background image

~ 81 ~ 

 

Wprost padała z nóg. Czego mogłaby chcieć więcej niż przykryć się z 

głową i zapaść w sen? 

Sięgnęła jednak po nową powieść i usiłowała się skoncentrować. Nie 

było to łatwe. W końcu zrezygnowała. Minęło jeszcze dobre pół godziny, 
zanim zasnęła. Ilekroć zamknęła oczy, wyobraźnia podsuwała jej obraz 
Joe opierającego głowę o jej piersi, obejmującego ją ramionami. Jego 
miękkie włosy muskały jej policzek. Było tak cudownie... 

Joe wszedł do domu tylnymi drzwiami. Był w podłym nastroju. W 

kuchni zastał Talię. Obserwowała go, gdy wyciągał z lodówki puszkę 
piwa. 

- Też chciałam powiedzieć: dobry wieczór - mruknęła. 
- A ty co tu jeszcze robisz, smarkulo? 
- Czekam, aż mi wyschną paznokcie. 
- Sable poszła spać? 
- Powiedziała, że jest wykończona. Chciała z tobą porozmawiać, ale 

oczy same jej się zamykały. 

- A cóż ona ma mi do powiedzenia? - Joe sięgnął ponownie do lodówki 

i wyjął pieczonego kurczaka. 

- Skąd mogę wiedzieć. Chyba coś o przeprosinach, ale nie jestem 

pewna. Nie była w najlepszym humorze.- Nie? 

Talia potrząsnęła głową. 
Joe uśmiechnął się. Zawsze to miło usłyszeć, że nie tylko on ma 

problemy ze zrozumieniem tego skomplikowanego układu małżeńskiego. 

- O mnie nie wspomniała? - dopytywał się. 
- Skądże. Sable zawsze była bardzo tajemnicza. Taka już jej natura. 

Kiedy była bardzo młoda, nie miała przyjaciółki, żeby się wygadać. 
Wszystko dusiła w sobie. Inaczej niż ja. Ja miałam ją. Mogłam jej 
powiedzieć wszystko. Pomagała mi rozwiązywać problemy i uczyła, jak 
nabrać pewności siebie. 

Talia nie wspomniała o matce. Joe domyślił się, że to Sable ją 

zastępowała. 

- Nie miała żadnych przyjaciół? - Nie bardzo mógł w to uwierzyć. 
- Żadnych. Nasza ciotka nie akceptowała nikogo, kto przychodził do 

Sable. A więc w końcu dała sobie spokój. Myślę, że dlatego jest taka 
nieśmiała. 

SR

background image

~ 82 ~ 

 

Joe ugryzł kawałek kurczaka, ale nagle stracił apetyt. 
- Skąd Sable przyszło do głowy, że państwo LaCroix chcą jej zabrać 

Jonathana? - spytał. 

- Prawdę mówiąc, sama już nie wiem, czy teraz by się do tego posunęli, 

ale wolałyśmy nie ryzykować. Może w końcu zrozumieli, że nie mają 
racji. To dobrze. Nie chciałybyśmy narażać Jonathana na to, co same 
przeżyłyśmy.- Co masz na myśli? 

- Nie wiesz? - Talia była równie zdziwiona jak Joe. - Miałam trzy lata, 

kiedy rodzice się rozwiedli, tak że pamiętam dopiero ostatni etap awantur. 

Joe słuchał w milczeniu. 
- Rodzice ponad dwa lata walczyli o nas w sądzie. Matka oskarżała 

ojca, że spał z każdą kobietą w mieście i okolicy. Ojciec obwiniał ją o 
jeszcze gorsze rzeczy. 

- Mili ludzie. 
- Myśmy ich nic nie obchodziły. Toczyli ze sobą istną wojnę - liczyło 

się, kto zwycięży, kto kogo zrani. 

- I co się stało? 
- Cóż, jak na ironię matka zmarła dwa lata po wywalczeniu prawa 

opieki nad nami - ciągnęła dalej Talia. - A ojciec zniknął. 

- To znaczy, że potem nigdy już go nie widziałyście? Nigdy was nie 

odwiedził? - zdziwił się Joe. 

- Nie. Gdy tylko proces się skończył, wszelki ślad po nim zaginął. Po 

śmierci mamy sąd odnalazł go w Atlancie, ale on nie chciał mieć z nami 
nic wspólnego. Powiedział sędziemu, że nie wiedziałby, co robić z 
dziećmi, których prawie nie zna, ale ten i tak wysłał nas do niego. 

- I co dalej? 
- Po paru okropnych tygodniach spędzonych z nim, jego nową żoną i 

synem zostawił nas u swojej owdowiałej siostry w Mobile. 

- Coś podobnego! 
W oczach Talii pojawiły się łzy. 
- Ciotka nie była niczemu winna. Po prostu nie wiedziała, co robić z 

dwiema dziewczynkami. Starała się jak mogła. Nie miała jednak żadnych 
doświadczeń w wychowywaniu dzieci. 

- A wasz ojciec? 
- Ojciec uważał, że będziemy mu zawadzały. Może nie chciał, żebyśmy 

SR

background image

~ 83 ~ 

 

widziały, jak wódka niszczy jego nową rodzinę. 

- Spotykałyście go jeszcze? 
- Wkrótce po śmierci Johna dostałyśmy wiadomość, że umarł. Rozbił 

się samochodem po pijanemu. Wszystko, co miał, zostawił synowi. - Talia 
nie patrzyła na Joe. - Myślę, że dobrze zrobił. W końcu to nasz przyrodni 
brat. Musiał przez lata żyć obok tego nędznika. My miałyśmy zamiast 
niego ciotkę Diedrę. 

- Nic dziwnego, że jesteś bardzo dorosła jak na swój wiek - powiedział 

Joe. Uświadomił sobie, że Talia i Sable doświadczyły bólu, jakiego on 
nigdy nie zaznał. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł zalety swego 
sieroctwa. Patrzył na Talię. Potrafiła równie dobrze jak jej starsza siostra 
ukrywać uczucia. 

- A teraz pora spać - stwierdził, wstając od stołu. 
- Jutro nie ma szkoły. 
- Nie, ale musisz się wyspać. Sen dobrze wpływa na urodę. Chyba że 

chcesz się szybko zestarzeć.- Nie, dzięki. Kiedyś pewien mężczyzna 
będzie wdzięczny, że wyglądam młodo i świeżo. 

- Ktoś, kogo znam? 
- Owszem. Ale nie pytaj, bo i tak ci nie powiem. 
- Możesz być spokojna. Mam dość własnych problemów - uśmiechnął 

się niewesoło. 

Talia wspięła się na palce i szybko pocałowała go w policzek. 
- Dobranoc. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś. 
- Dobranoc. Śpij dobrze. 
Zatrzymał się przed pokojem Sable. A więc miała powody, by lękać się 

o swe prawa do Jonathana. Była o dziewięć lat starsza od Talii i w pełni 
świadoma tego, co się wtedy działo. Nie dość, że była świadkiem awantur 
między rodzicami, to jeszcze wiedziała, że naprawdę wcale im nie 
zależało na córkach. 

Teraz wszystko stało się dla niego jasne. Sable odnosiła się chłodno i z 

rezerwą do każdego z wyjątkiem Jonathana i Talii. Wobec nich była 
opiekuńcza, gotowa stanąć w ich obronie jak lwica. A on insynuował, że 
wyszła za niego z innych powodów. 

Mylił się. Bardzo się mylił. 
Nigdy nie chciała go dla niego samego. Chciała dokładnie tego, o czym 

SR

background image

~ 84 ~ 

 

mówiła na początku: małżeństwa, które gwarantowałoby jej prawo do 
opieki nad synem. Tylko jemu wydawało się, że pragnęła czegoś więcej. 

Jaki był głupi. Krążył tam i z powrotem po korytarzu. Wreszcie 

nacisnął klamkę. Wszedł do pokoju Sabie. Zbliżył się do łóżka. Spała 
zwinięta w kłębek, twarzą do okna. Patrzył na jej delikatną skórę i czuł 
nieodpartą chęć, by ją pogłaskać, przytulić się do niej. Przypomniał sobie 
przeżycia ich wspólnej nocy. Zapragnął jej bardziej niż kiedykolwiek 
przedtem. Chciał położyć się obok niej, wziąć ją w ramiona, pieścić. 

Nie. Musi natychmiast wyjść. Podszedł do drzwi. 
Nie miał wyboru. Albo miłość, albo zwycięstwo. I coś mówiło mu, że 

pokonanie Sabie w łóżku wcale nie oznaczałoby zwycięstwa. Musi 
przezwyciężyć jej opory, wątpliwości, lęki i obawy wyniesione z prze-
szłości, by móc żyć z nią szczęśliwie przez wiele lat, do wspólnej starości. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

SR

background image

~ 85 ~ 

 

Rozdział 

 
Przy budowie toru wciąż pojawiały się trudności: a to trzeba było 

wymienić pompy, a to część z nowo zasadzonych drzew się nie przyjęła, a 
to system chłodzenia w barze nagłe przestał działać. 

Joe wychodził z domu o świcie i wracał po północy. Teraz, kiedy chciał 

być w domu, nie mógł. Brakowało mu zabaw z Jonathanem, pogawędek z 
Talią. 

Ale najbardziej tęsknił za towarzystwem Sable, którą widywał tylko w 

porze lunchu. Weszło już w zwyczaj, że przywoziła mu jedzenie. 

Otwarcie było przewidziane za niecałe trzy tygodnie, tymczasem 

dwudniowa ulewa sparaliżowała prace. Wreszcie wyszło słońce - po to 
tylko, by po chwili niebo znów zasnuło się chmurami. Joe bał się, że straci 
kolejny dzień. 

Wszedł do gabinetu. Na biurku stały pojemniki z jedzeniem, widomy 

znak obecności Sable. Obok termos z gorącą kawą i drugi z mrożoną 
herbatą. Piwa Sable nie uznawała. Otworzył jeden z pojemników. Po 
gabinecie rozszedł się smakowity zapach i Joe natychmiast poczuł głód. 

- Hej, szefie... - W progu stanął Sandy, prawa ręka Joe. - No, no - 

cmoknął na widok dań przyrządzonych przez Sabie - musimy zadowolić 
się jakimiś okropnymi hamburgerami, podczas gdy szef ucztuje. 

- Daj spokój. Żona to ugotowała i przywiozła. 
- A nie mogłaby ugotować dla dwóch? 
- Wybij to sobie z głowy. Masz własną żonę. Niech ona ci gotuje. 
- Nie ma mowy. Wolę szybkie dania z baru niż jej kuchnię. 
- Jest aż tak zła? - roześmiał się Joe. 
- Nie. Tylko że ja nie lubię takiego jedzenia. Te jej kanapki z masłem 

orzechowym są dobre dla dzieci. A wieczorem podaje makaron z serem i 
sałatą i uważa, że to wystarczy. 

- Jak skończymy robotę, podjesz sobie. Ostatniego dnia zapraszam całą 

SR

background image

~ 86 ~ 

 

załogę na barbecue. 

- Naprawdę? - Sandy był zachwycony. - Będziemy mogli 

przyprowadzić żony? Niech zobaczą nasze dzieło. 

Joe miał inne plany, ale ten pomysł wydał mu się dobry. Po 

wyczerpującej pracy w ciągu ostatniego miesiąca ludzie potrzebowali 
trochę oddechu. 

- Czemu nie? Zapraszam was z rodzinami - odparł. 
- Powiem chłopakom. Ucieszą się. 
- Ustalę godzinę i dam wam znać. 
- Wiesz, szefie - dodał Sandy. - Małżeństwo musi ci służyć. W każdym 

razie nie jesteś już taki nerwowy jak kiedyś. 

- Dlaczego myślisz, że to zasługa małżeństwa? - zdziwił się Joe. 
- A jakżeby inaczej? Nikt tak się nie zatroszczy o mężczyznę jak dobra 

żona. 

- A co ona z tego ma? - chciał wiedzieć Joe. Nigdy przedtem nie 

rozmawiał z nikim o małżeństwie. Nie wiedział nawet, co to znaczy dobre 
małżeństwo. Może uwagi Sandy'ego mu coś wyjaśnią. 

- Och, wiesz, jakie są kobiety. Lubią czuć się potrzebne. - Sandy 

skierował się do drzwi. - A poza tym lubią mieć cię obok. Powinieneś 
znaleźć trochę czasu dla domu. 

- Zrobię to. Jak tylko skończymy tor. 
- Słyszałeś kiedyś o pełnomocnictwach? Często używałeś tego słowa, 

kiedy zaczynaliśmy. W ostatnim czasie zachowujesz się tak, jakbyś 
postanowił wszystko zrobić sam. 

- Może tak, może nie - skwitował Joe, ale w duchu przyznał mu rację. 
Ostatnio trochę przesadził. Może należałoby przyhamować i scedować 

część obowiązków na podwładnych. Sandy podzielił się z nim ważnym 
spostrzeżeniem: kobiety lubią czuć się potrzebne. Warto się przekonać, 
czy naprawdę tak jest. Podniósł słuchawkę i wykręcił domowy numer. 
Odebrała Sable. 

- Czy mogłabyś znaleźć jakąś dobrą firmę, która by dostarczyła napoje 

na barbecue? Potrzebujemy kilka beczek piwa, trochę wina dla pań i colę 
dla dzieci. 

- Kiedy i gdzie? Na ile osób? - spytała rzeczowo. 
- Chcę zaprosić moich ludzi, kiedy prace dobiegną końca. Od piątku za 

SR

background image

~ 87 ~ 

 

dwa tygodnie, będzie... - policzył w myśli - około trzystu osób. Stu ludzi 
załogi z żonami i dziećmi. 

- Rzeczywiście chcesz, żebym się zajęła organizacją? - spytała z 

nadzieją w głosie. 

- Jeśli możesz. 
- Oczywiście. Zaraz zacznę, a potem wszystko jeszcze dokładnie 

omówimy. 

Sprawiała wrażenie ożywionej i zadowolonej. Może częściej powinien 

do niej dzwonić. Przez telefon jakoś łatwiej im się porozumieć. 

- Joe? - usłyszał jej głos w słuchawce. 
- Tak, jestem. 
- Możesz mi powiedzieć coś więcej o tej imprezie? 
- Jak tylko sam będę wiedział. A tak na marginesie, lunch był świetny. 

Dziękuję. 

Przez resztę dnia uśmiech nie schodził z twarzy Joe. 
Do wieczora Sable porozumiała się z dwiema firmami organizującymi 

przyjęcia. Dysponowała już wstępnym kosztorysem i kilkoma 
propozycjami menu. Musiała się porozumieć z Joe. 

Była podekscytowana i czekała na niego z niecierpliwością. Joe jednak 

nie wrócił na kolację. Minęła dziewiąta, a jego wciąż nie było. O północy 
położyła się do łóżka i sięgnęła po książkę. Wmawiała sobie, że wszystko 
jest w porządku, ale czuła się fatalnie. 

Po południu przez krótką chwilę wierzyła, że wojna między nimi 

definitywnie się zakończyła. Myślała, że wreszcie zaczną ze sobą 
rozmawiać, a nie tylko porozumiewać się z konieczności. Może szansa na 
to, by stali się prawdziwym małżeństwem, jeszcze istnieje; może Joe 
znów zawita do jej sypialni. 

Gdy wreszcie zasnęła, bohater z jej snów przybrał postać Joe. 
Obudził ją szum wody. Zegar wskazywał piątą rano. 
Włożyła szlafrok i wyszła na korytarz. Drzwi do pokoju Joe były 

otwarte. Drzwi do jego łazienki również. Za przezroczystą zasłoną 
rysowała się męska sylwetka. Stał pod prysznicem. Serce zabiło jej nie-
spokojnie. 

- Joe? Wszystko w porządku? - spytała. 
- Jak zwykle. Czemu nie śpisz? 

SR

background image

~ 88 ~ 

 

- Mogę cię spytać o to samo. 
- Dopiero przyjechałem. Klimatyzacja znowu nawaliła, musieliśmy 

naprawić uszkodzenie. Te awarie chyba nigdy się nie skończą! 

- Potrzebujesz snu. Inaczej nie dotrwasz do dnia otwarcia toru. 
- Nie martw się - dam radę. Już nie takie rzeczy się robiło. Chętnie 

dałbym się zaprosić do twojej sypialni, ale wydaje mi się, że to 
niemożliwe. - Zakręcił wodę. - A więc przestań mnie kusić swoją 
obecnością, żebym mógł się choć trochę zdrzemnąć. 

Sable milczała. Nie była w stanie odejść, targana sprzecznymi 

uczuciami. 

- Jeszcze tu jesteś? - spytał, odsuwając zasłonę. Przeszedł obok niej do 

lustra i przyczesał włosy. 

- Dobranoc, Sable. Zamknij drzwi, jak będziesz wychodzić - 

powiedział. 

Nastawił budzik, zrzucił na ziemię ręcznik i wskoczył do łóżka. Sable 

nie poruszyła się. Patrzyła na jego opalone, muskularne ciało. Joe zgasił 
światło. 

- Dobranoc, Sable - powtórzył. 
- Dobranoc. 
Zamknęła drzwi sypialni i podeszła do łóżka. Odsunęła koc i położyła 

się obok Joe. Co teraz? Nie planowała tego. Szczerze mówiąc, niczego nie 
planowała. 

Leżała obok niego, bojąc się poruszyć, niepewna i trochę zażenowana. 
A jeśli po raz kolejny zrobiła z siebie idiotkę? 
- Wygodnie ci? - spytał. 
- Tak - skłamała.- Cóż, mnie nie - przyznał szczerze. Przekręcił się na 

bok i przygarnął ją do siebie, po czym westchnął i natychmiast zapadł w 
głęboki sen. Sable, chcąc nie chcąc, poszła w jego ślady. 

Spała prawie do południa. Obudziły ją dopiero promienie słońca 

padające na łóżko. Przeciągnęła się, spojrzała w sufit. Uśmiechnęła się na 
wspomnienie nocy spędzonej w ramionach Joe. Wprawdzie się nie 
kochali, ale spali wtuleni w siebie. 

Po lekcjach zabrała Jonathana i Talię do Conroe po zakupy. W 

miasteczku było parę butików z odzieżą dla nastolatków, a siostra 
powinna uzupełnić garderobę. 

SR

background image

~ 89 ~ 

 

Czekając, aż Talia wyjdzie z przymierzami, zadumała się, jak szybko 

płynie czas. Za rok o tej porze jej siostra rozpocznie naukę w college'u i 
wyjedzie. Tyle lat się nią zajmowała, że nie wyobrażała sobie, co zrobi, 
kiedy wyfrunie w świat. 

- Wiesz, nagle sobie uprzytomniłam, że za rok o tej porze będziesz już 

w college'u - powiedziała, gdy Talia wyszła z przymierzalni. 

- Wiem. - Oczy dziewczyny błyszczały z podniecenia. - 

Zdecydowałam się na Vassar, a jeśli nie uda mi się tam dostać, spróbuję 
na Harvardzie. 

- Tak daleko? - przeraziła się Sable. - Zdaje mi się, że planowałyśmy 

Tulane. - Ten uniwersytet znajdował się w sąsiednim stanie. 

- Owszem, ale stawiam go dopiero na trzecim miejscu. Z moimi 

ocenami i opinią powinnam się zakwalifikować do którejś z najlepszych 
uczelni. Właśnie wypełniam potrzebne dokumenty. 

- Ach, tak - westchnęła Sable. 
Jej dobry nastrój prysł. Wiedziała już, że musi się pogodzić z utratą 

siostry i nic na to nie poradzi. 

- Płaczesz, mamusiu? - zaniepokoił się Jonathan. 
- Nie, kochanie, mamusia dobrze się czuje. 
- Talia płacze? 
- Nie, słonko, ona też dobrze się czuje. Jonathan uśmiechnął się 

uradowany. Dopóki wszyscy jego bliscy byli zadowoleni, on też był 
szczęśliwy. Sable życzyłaby sobie, by i jej uczucia były tak nieskompliko-
wane. 

W drodze do domu wróciły do tematu. 
- Sable, wiesz, że niezależnie od tego, jaki college wybiorę, i tak będę 

mieszkać w akademiku. 

- Oczywiście. Nie przyszło mi tylko do głowy, że to może być tak 

daleko - uśmiechnęła się Sable, usiłując ukryć smutek. 

Kiedy Talia wyjedzie, będzie jeszcze bardziej samotna. Nie ma 

przyjaciół, nawet nie może porozmawiać z mężem. Nie ma nikogo, z kim 
mogłaby się podzielić swymi myślami, problemami. 

- Między innymi dlatego tak się cieszę, że masz Joe - powiedziała 

Talia. - Nie mogłabyś trafić na nikogo bardziej odpowiedniego. Zawsze 
chciałaś być żoną i panią domu. Możesz postarać się o jeszcze jedno 

SR

background image

~ 90 ~ 

 

dziecko czy nawet dzieci. Jonathanowi przydałoby się rodzeństwo, a 
zawsze marzyłaś o licznej rodzinie. Nie muszę się już o ciebie martwić. 

- Ty się o mnie martwiłaś? - zdumiała się Sable. 
- A co? Wyobrażasz sobie, że tylko ty myślisz o innych? Czasem jesteś 

bardzo niekonsekwentna. Boję się, że będziesz zbyt uległa wobec innych. 
Ale Joe nie zechce nad tobą dominować. Dlatego właśnie go lubię. 

- Nie znasz go - zaprotestowała Sable. 
- Znam go lepiej niż ty. Rozmawiamy wieczorami. Macie ze sobą wiele 

wspólnego. 

- Tak. - Sable usiłowała zachować spokój. - Mamy pod swoim dachem 

krnąbrną nastolatkę. 

- Znowu zaczynasz? 
- Co masz na myśli? 
- Ile razy chcę coś powiedzieć, wytykasz mi mój wiek. Jakbyś nie 

chciała przyznać mi racji! - wybuchnęła Talia. - Tak bardzo boisz się 
prawdy? 

- Nie boję się niczego. A ty ciągle wtykasz nos w nie swoje sprawy. 

Sami rozwiążemy nasze problemy. Nie potrzebujemy twego 
pośrednictwa. 

- Akurat! Ktoś was powinien do tego zmusić, bo macie zwyczaj albo 

unikać problemów, albo pomijać je milczeniem - mruknęła Talia. 

- Nigdy niczego nie unikam! - żachnęła się Sable. - A w zachowywaniu 

spokoju nie ma nic złego. Gdybym tego nie robiła, kiedy dorastałaś, twoje 
życie byłoby jeszcze trudniejsze.- To nieprawda. Niewykluczone, że 
nasza ciotka zmieniłaby zdanie w paru sprawach, gdybyśmy się trochę 
postawiły. Tymczasem my robiłyśmy wszystko, czego chciała, a ona 
nawet nie wiedziała, jak bardzo nas rani. Cioteczka dokładnie wyliczała, 
ile jesteśmy jej winne za nasz pokój, utrzymanie i kłopoty, jakie z nami 
miała. A ty zawsze się z nią zgadzałaś - przynajmniej głośno. 

Sable nie mogła zaprzeczyć. To była prawda. Niekiedy brała ją ochota 

powiedzieć, co czuje, ale brakowało jej odwagi. 

- Jeśli ktoś tu robi uniki, to Joe - stwierdziła. 
- Wspaniale. A więc mamy dwoje ludzi, którzy lubią chować głowę w 

piasek. A ty miałaś jakoś utrzymać w całości ten dom. 

- Wystarczy - ucięła Sable. - Od tej chwili zatrzymaj dla siebie swoje 

SR

background image

~ 91 ~ 

 

opinie. Dam sobie radę z Joe. Jestem jego żoną. 

- Hura! Wreszcie to zauważyłaś - stwierdziła Talia z sarkazmem. 

Wyskoczyła z samochodu i pobiegła do tylnych drzwi. 

- Talia! - zawołała Sable. Odpowiedziało jej milczenie. 
Była zła, ale jedyne, co mogła zrobić, to wnieść do domu torby z 

zakupami. Talia znów jej przygadała, a ona nie potrafiła odeprzeć 
zarzutów, ponieważ w duchu przyznawała siostrze rację. Talia cały 
wieczór przesiedziała w swoim pokoju. Sable była jej za to wdzięczna. 
Nie miała ochoty na kolejną dyskusję z zadziorną nastolatką. 

Leżąc już w łóżku, zastanawiała się nad zarzutami Talii. Sama 

oskarżała Joe, że jej unikał, by nie stwarzać dodatkowych problemów, 
choć te stare pozostawały nie rozwiązane. Czyż nie zachowywała się 
podobnie? Czy dla świętego spokoju, niepewna samej siebie, nie wolała 
pozostawić spraw swojemu biegowi? 

Odpowiedź brzmiała: tak. 
Ostatniej nocy miała cichą nadzieję, że jeśli zostanie z Joe, okaże, że jej 

na nim zależy, wszystkie dotychczasowe argumenty zbledną. Marzyła o 
tym, choć zdawała sobie sprawę, że nie jest to najrozsądniejsze życzenie. 

Nie mogła zasnąć. Wreszcie poszła do pokoju Joe. I znów, tak jak 

poprzedniej nocy, zasnęła w jego silnych ramionach. 

Joe nadal cały czas poświęcał budowie. Tor musiał zostać oficjalnie 

odebrany przez komisję stanową. Joe był już na ostatnich nogach, ale 
wciąż bał się wracać do domu zbyt wcześnie, by Sabie nie obarczyła go 
dodatkowymi problemami - problemami, którym nie byłby w stanie 
sprostać. W pracy się wyżywał i potrafił uporać się z każdą przeszkodą, w 
domu - wręcz przeciwnie. 

Ilekroć przypomniał sobie Sabie wślizgującą się do jego łóżka, 

ogarniało go pożądanie. Była najsłodszą, najbardziej podniecającą, a 
zarazem najbardziej upartą kobietą, jaką w życiu spotkał. I pragnął jej. Jak 
żadnej innej. 

To naprawdę zabawne, myślał. Spotkali się dzięki jej pieniądzom. A 

teraz te pieniądze ich dzieliły. Musi otworzyć tor na czas, by jak 
najszybciej spłacić dług, bo tak właśnie traktował ów milion. W ten 
sposób pozbędzie się przynajmniej jednej przeszkody, ale pozostaną 
jeszcze dziesiątki innych. 

SR

background image

~ 92 ~ 

 

Postanowił, że gdy tylko skończy budowę toru, postara się więcej 

czasu poświęcić żonie, by lepiej ją poznać i zrozumieć. Tymczasem 
wpadał do domu tylko, żeby się przespać u jej boku. To była jedyna rzecz, 
na którą przyzwalała. I chociaż wstrzemięźliwość nie była 
najprzyjemniejszym uczuciem na świecie, to i tak był zadowolony, że 
Sabie szukała kontaktu z nim, choć czyniła to pod osłoną nocy. 

Upłynęło trochę czasu, zanim dotarła do niego prawda. Zakochał się, 

mimo że miały ich połączyć jedynie interesy, i to na ściśle określony czas. 
Pokochał Sable; chciał dzielić z nią życie, mieć ją obok siebie w chwilach 
radości i smutku. 

Pragnął, by Sable też go pokochała. 
Zajmij się tym, co realne, Lombardi, upominał sam siebie. Nie chciej 

tego, co niemożliwe. 

Przypomniał sobie, że wydawała się zadowolona, gdy poprosił ją o 

zorganizowanie przyjęcia. Może byłoby inaczej, gdyby wciągnął ją do 
życia na ranczu. Do tej pory zajmowała się tylko domem. Sięgnął po słu-
chawkę i wystukał odpowiedni numer. 

Gdy usłyszał w słuchawce jej głos, jego puls momentalnie 

przyspieszył. Zawsze działała na niego w ten sposób. 

- Czy mogłabyś wyświadczyć mi przysługę, gdy będziesz w mieście? - 

spytała. 

- Oczywiście. O co chodzi? 
- Wpadnij do Smitty'ego i odbierz cztery skrzynki piwa dla chłopaków. 

Dobrze? 

- Cztery skrzynki piwa? 
- Tak. Zawsze mam piwo pod ręką. Chłopcy mogą się dzięki temu 

zrelaksować, nie wyjeżdżając z rancza. Nie muszę się martwić, że 
narozrabiają. 

- Czy to nie za dużo? Upiją się. 
- To dorośli chłopcy. Dadzą sobie radę - odparł Joe z rozbawieniem. 
Sable patrzyła przez okno, zastanawiając się, ile z tych piw Joe mógłby 

wypić, gdyby nie był zajęty przy torze. Musiała przyznać, że nigdy nie 
widziała go pijanego. Jego „chłopcy" też zawsze byli trzeźwi. Nie 
znaczyło to jednak, że nie mogą się upić. 

Pojedzie do miasta rano. Tymczasem zastanowi się nad inną rozrywką 

SR

background image

~ 93 ~ 

 

dla zatrudnionych na ranczu mężczyzn. 

Tego wieczoru wśliznęła się do łóżka Joe i czytała do północy. Kiedy 

zgasiła światło, nie mogła zasnąć. Uspokoiła się dopiero, gdy wziął ją w 
ramiona. 

Jak zwykle wstał, zanim się obudziła. Został tylko ślad jego głowy na 

poduszce. 

Wczesnym popołudniem Sable wróciła z Conroe. Wstawiła butelki do 

lodówki w baraku pracowników i poszła do domu. Niedługo zjawił się 
Joe. Wyglądało na to, że jest w znakomitym humorze. 

- O co chodzi? - spytała. 
- Przejedziemy się konno. - Chwycił ją za rękę. - Klimatyzacja działa 

już bez zarzutu, a ja postanowiłem trochę powagarować. 

- Czekaj, niech się ubiorę - zawołała, ucieszona jego dobrym 

nastrojem. - Ale czy nie powinieneś się zdrzemnąć? 

- Chcę pojeździć, nie potrzebuję snu. 
- Tylko włożę buty. 
Gdy wróciła do kuchni, Joe rozmawiał z Talią. Wziął Sable za rękę i 

poprowadził do stajni. Zapewne wcześniej to wszystko zaplanował, bo 
konie były już osiodłane. Wybrał drogę prowadzącą nad rzeką przez pola. 
Wiał lekki wiatr, grzało popołudniowe słońce. Sable roześmiała się 
radośnie. Obejrzała się przez ramię i ruszyła galopem. Joe był tak 
zaskoczony, że został w tyle. Pierwsza dotarła do brzegu rzeki. Dopiero 
tam zaczekała, aż Joe do niej dołączy. 

Zeskoczył z konia. Chwycił ją w talii i ściągnął na ziemię, a potem 

wziął w ramiona. 

- Nareszcie sami - westchnął. - Ani Jonathana, ani Talii, ani 

robotników. Nikogo w zasięgu wzroku. 

- Nikogo. 
- Jesteś piękna. 
- Skoro tak mówisz. 
Przytulił ją do siebie. Nie miała wątpliwości, czego pragnął. Czuła jego 

naprężone ciało. Ujęła jego twarz w dłonie i przycisnęła wargi do jego ust. 
Odwzajemnił pocałunek i niecierpliwie sięgnął do jej piersi. 

- Nie będziesz zła? - spytał. 
- Nie. - Pieściła delikatnie jego twarz. - Nie uważasz, że to byłoby 

SR

background image

~ 94 ~ 

 

idiotyczne? 

Przesuwała dłonie po jego ramionach, karku, piersi, brzuchu. 
- Sable - ostrzegł. 
- Poczekaj. 
- Nie mogę. Pragnę cię. Teraz. 
- Jeszcze nie. - Wspięła się na palce i pocałowała go mocno w usta. 
- Nie mogę dłużej czekać! 
Pociągnął ją na ziemię. Czuła na sobie jego ręce, spragnione, 

zachłanne. Czuła jego usta na swoim ciele. 

- Joe, proszę - wyszeptała. 
- Jeszcze nie - odpowiedział, jakby chciał się z nią droczyć. 
Wydawało jej się, że dłużej tego nie wytrzyma. Gdy wreszcie ich ciała 

zespoliły się, krzyknęła z rozkoszy. 

Joe starał się być czuły i delikatny. Ale ona nie tego potrzebowała. 

Pragnęła czuć jego męską siłę. Zrozumiał to i kochał ją tak, że zdawało się 
to wręcz nierzeczywiste. Traciła świadomość, by za chwilę znów 
przeżywać najwyższą rozkosz. Na chwilę stali się jednym ciałem. Sable 
pragnęła, by ta chwila trwała wiecznie. 

- To dopiero była przejażdżka - zażartował, gdy wyczerpani miłosnym 

uniesieniem leżeli już obok siebie. 

- Mówisz do mnie czy do konia? 
- Mówię do konia. Nie ma takich słów, które mogłyby oddać to, co 

przeżyliśmy. 

- A jednak spróbuj je znaleźć - poprosiła. 
- Nie mogę - westchnął i pocałował jej usta. -Wiem, co chcesz usłyszeć, 

i chciałbym wyrazić to, co czuję, ale nie mogę. 

- Dlaczego? 
- Może kiedyś, kochanie... 
Z trudem ukryła rozczarowanie, chociaż i ona nie odważyła się mu 

wyznać, że go kocha. Jeszcze nie... 

Przyrzekłszy sobie, że wkrótce to się zmieni, wstała i zaczęła się 

ubierać. Joe obserwował każdy jej ruch. Jego zachwycone i czułe 
spojrzenie mówiło jej to, co chciała usłyszeć. To jej wystarczyło. 
Wkrótce, pomyślała, to nastąpi już wkrótce. 

 

SR

background image

~ 95 ~ 

 

Rozdział 

 
 
Wracali do domu stępa, ciesząc się każdą chwilą spędzoną sam na sam. 

Opuściło ich całe napięcie. Od czasu do czasu Joe delikatnie ściskał dłoń 
Sable, a ją ogarniało uczucie niewymownego szczęścia. 

Od chwili gdy zobaczyła go po raz pierwszy, wiedziała, że to 

interesujący mężczyzna o silnej osobowości. Po jakimś czasie przekonała 
się, że mocno na nią oddziałuje. Potem doszła do wniosku, że się 
zadurzyła, a tego popołudnia zyskała pewność, że go kocha, że pragnie 
spędzić z nim całe życie, a nie tylko pięć lat zawarowanych umową 
przedślubną. Dopóki jednak nie usłyszy tego samego od niego, nie będzie 
naprawdę szczęśliwa. 

Raz czy dwa Joe zbliżył się do niej, przechylił w siodle i pocałował. 

Serce zabiło jej mocniej. Jego wargi były miękkie, delikatne. Na pewno 
mu na niej zależy. W przeciwnym razie nie byłby taki uważający, taki 
czuły. 

Miała wrażenie, że dotychczas patrzyła na świat przez ciemne okulary, 

że bała się przyszłości. I nagle zjawił się Joe i świat wydał jej się pogod-
niejszy, jaśniejszy. Po raz pierwszy w życiu była zakochana - w sposób 
całkowicie świadomy. Joe nie był bohaterem z dziewczęcych marzeń ani 
namiastką ojca. 

Od tej chwili wszystko będzie inaczej, powtarzała w duchu. Potrafi 

uporać się z drobnymi problemami. Napięcie, w jakim żyła przez ostatnie 
tygodnie, opuściło ją. Znów mogła się uśmiechać. I tak już będzie zawsze. 

W drzwiach stajni czekał na nich Totty. Joe zeskoczył z konia i pomógł 

zsiąść Sable. Pochylił się, jakby chciał szepnąć jej coś na ucho, i 
delikatnie musnął je wargami. Poczerwieniała z radości. 

- O co chodzi, Totty? Ktoś nadepnął ci na odcisk? - spytał Joe, widząc 

ponurą minę pracownika. 

SR

background image

~ 96 ~ 

 

- Coś w tym rodzaju - mruknął Totty. - Co z tym piwem dla nas? 
Sable zmartwiała. Tylko nie teraz, pomyślała, tylko nie teraz. 
- Zostało dostarczone, prawda? - Joe spojrzał bacznie na Sable. 
- O, tak - odparł Totty. - Tylko że to nie jest piwo. 
To jakaś ciecz bez alkoholu o smaku podobnym do piwa. 
- To prawda? - zwrócił się Joe do Sable. 
- To prawda - potwierdził Torty. 
Dlaczego Totty nie mógł wystąpić z tym później? Bez słowa weszła do 

stajni i zajęła się koniem. Czuła na sobie wzrok Totty'ego i domyśliła się, 
że nie ma pojęcia, kto kupił to „piwo". Mała pociecha. I tak się dowie. Nie 
będzie jej za to lubił. 

Słyszała mimo woli rozmowę. Czuła potęgujący się z każdym słowem 

ucisk w żołądku. 

- Pokaż mi, o czym mówisz - powiedział Joe. 
- Chodźmy. 
Mężczyźni poszli w kierunku baraku. 
Nie wiedziała, jak zareaguje Joe. Liczyła na to, że okaże się 

wyrozumiały. Nie znosiła wszelkich napięć i kłótni. A poza tym, co 
takiego zrobiła? Ludzie nie powinni się upijać. Ma inne rzeczy na głowie 
niż przywożenie piwa robotnikom. 

- Co, u licha, cię podkusiło, żeby zrobić coś tak idiotycznego? - 

usłyszała nagle za sobą głos Joe. 

Był najwyraźniej wściekły. 
- Nikt nie powinien zachęcać do picia - wydusiła wreszcie. 
- Ależ ty się szarogęsisz - wycedził. - Zabierasz im piwo i dajesz jakąś 

namiastkę? Kto cię do tego upoważnił?! Chyba prosząc cię o załatwienie 
tej sprawy, wyrażałem się jasno?- Nie chciałam tylko, żeby się upili na 
umór. 

- Nigdy nie upijają się na umór! 
- Skąd wiesz? Nie ma cię tutaj całymi dniami! Wracasz późną nocą. 
- Z ciebie naprawdę jest numer, wiesz? - Joe nie panował nad sobą. - 

Zrobiłaś co mogłaś, żeby mi pokazać, że nie cierpisz tego miejsca. 
Nienawidzisz mojego stylu życia. Nienawidzisz mnie. A ja byłem za 
głupi, żeby to zrozumieć. Miałem nadzieję, że jeśli będę dla ciebie miły i 
uprzejmy, dostrzeżesz w końcu jakieś moje zalety i uda nam się skończyć 

SR

background image

~ 97 ~ 

 

z tą małżeńską farsą. 

Zbliżył się do niej. Sable cofnęła się o krok. 
- Ale się myliłem - ciągnął. - Nigdy się nie zmienisz. Kobiety mogą 

siedzieć i cały dzień nic nie robić, sączyć sobie winko i gadać o niczym. 
Za to mężczyźnie, który cały dzień harował w pocie czoła, nie wolno 
wieczorem siąść przed telewizorem z butelką piwa. Uważasz, że masz 
prawo oceniać i sądzić ludzi, których nie znasz i nawet nie chcesz poznać. 
To hipokryzja, Sable. Sam nie wiem, czemu spodziewałem się po tobie 
czegoś więcej. 

Sięgnął po kapelusz. 
- To nieprawda! - krzyknęła, chcąc go zatrzymać. - Piorę i prasuję 

twoje koszule, chociaż mogę oddawać je do pralni. Gotuję ci takie obiady, 
jakich nigdy nie jadłeś, i sprzątam w twoim domu, mimo że stać mnie na 
służbę. Dałam ci wszystko z moimi pieniędzmi włącznie, ale do ciebie nic 
nie dociera. Ja też mam swoje potrzeby i pragnienia! Nic o nich nie wiesz 
i nawet nie starasz się ich poznać, bo nigdy cię nie ma w domu! 

Joe rzucił jej niechętne spojrzenie i ruszył do wyjścia. 
- To, że nie zarabiam, nie znaczy jeszcze, że nie pracuję tak ciężko jak 

ty i twoi ludzie! - Sable nie dawała za wygraną. 

Łzy napłynęły jej do oczu. Do diabła z nim! Co on sobie myśli? Że kim 

jest, żeby tak ją traktować? Tylko dlatego, że kupiła piwo bezalkoholowe? 
Jak on ją może tak poniżać? 

Joe nie przyszedł do domu. Zostawił Sable kartkę, że wyjeżdża do 

Austin w sprawach służbowych, ale nie była przekonana, czy istotnie tam 
się udał. 

Wrócił po tygodniu. Tymczasem Sable przeprosiła Totty'ego za 

incydent z piwem. Był wyraźnie zakłopotany. Ucieszyła się, że mimo 
wszystko traktuje ją przyjaźnie. 

Czasami, gdy czyściła boksy, Jonathan biegł do mężczyzn z baraku. 

Lubił z nimi przesiadywać, a oni odnosili się do niego ciepło i serdecznie. 

Okres samotności nauczył Sable trzech rzeczy: utwierdziła się w 

przekonaniu, że kocha Joe całym sercem; Talia i Jonathan tęsknili za nim 
tak samo jak ona; pragnęła, by ich związek stał się wreszcie prawdziwym 
małżeństwem. Po powrocie Joe nadal jej unikał, choć zbliżał się termin 
barbecue. Wszystko sobie obmyśliła, ale on nigdy nie miał czasu, by 

SR

background image

~ 98 ~ 

 

omówić z nią szczegóły. Uznała, że teraz jest ku temu dobra okazja. 
Postanowiła do niego zadzwonić. Miała nadzieję, że uda im się 
porozmawiać bez wszczynania kłótni. Może wreszcie nastąpi zawieszenie 
broni. Nie zastała go jednak. Dzwoniła do biura co godzina, ale telefon nie 
odpowiadał. 

Gdy Talia wróciła ze szkoły, zastała Sable krążącą nerwowo po kuchni. 
- Przypilnujesz Jonathana? - spytała Sable, widząc siostrę w drzwiach. 

- Muszę porozmawiać z Joe. 

- Oczywiście. Pozdrów go ode mnie i powiedz, że za nim tęsknię. 
- Dobrze. - Sable wybiegła z kuchni. 
Droga na tor wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Gdy wreszcie 

wysiadła z samochodu, od razu spojrzała na dach. Ale Joe tam nie było. 

Zdumiała się, widząc, jak wiele się tu zmieniło od ostatniego razu. 

Trybuny były już gotowe. Wjechała windą na górę. Pomieszczenia 
biurowe też były już urządzone. Z dużych okien rozciągał się widok na tor 
i trawniki. 

Gdy stanęła pod drzwiami gabinetu, usłyszała głos Joe. Serce 

podskoczyło jej do gardła. Nagle zobaczyła go przed sobą. Otworzył 
szeroko oczy na jej widok. 

- Coś się stało? - spytał.- Nie, ale potrzebuję paru informacji. 

Pomyślałam sobie, że wpadnę, skoro przez cały dzień nie odbierałeś 
telefonu. 

- Nie było mnie. 
- Domyśliłam się, ale czemu nie włączyłeś automatycznej sekretarki? 
- Zapomniałem. 
Joe usiadł przy biurku. Sable stanęła obok. 
- Czego chciałaś się dowiedzieć? - przybrał oficjalny ton. Na jego 

twarzy nie zagościł nawet cień uśmiechu. 

Miał zmęczoną twarz, podkrążone oczy. Na pewno bardzo ciężko 

pracował. Na widok koca na fotelu domyśliła się, że sypiał w biurze. 

- Jesteś wykończony - zauważyła. 
- Nic nowego. Mów, o co chodzi. Nie mam czasu ani ochoty na dłuższe 

dyskusje. 

Najwyraźniej miał dość jej i jej problemów. Nie mogła tego znieść. Na 

myśl, że może ją czekać życie bez niego, wpadła niemal w panikę. 

SR

background image

~ 99 ~ 

 

- Właśnie się zastanawiałam, co się jeszcze zdarzy - powiedziała 

wbrew sobie. - Śpisz w biurze, jeździsz, gdzie chcesz, nawet nie starasz 
się grać roli ojca, co przewidywał nasz kontrakt. 

Marzyła, by wziął ją w ramiona i wyznał, że ją kocha. Wiedziała 

jednak, że tego nie zrobi. 

- Czego chcesz, Sable? Rozwodu? 
To pytanie było jak kubeł zimnej wody. Nie spodziewała się czegoś 

podobnego. Spojrzała na niego zdumiona. 

- Ty tego chcesz? - odpowiedziała pytaniem. 
- Nie odwracaj kota ogonem. Masz zwyczaj dawać wykrętne 

odpowiedzi na ważne pytania. 

- Chcę... - umilkła. Nie była w stanie dobrać słów. 
- Posłuchaj, zorganizuj barbecue i pomóż mi w otwarciu toru. Później 

możemy się rozwieść. Muszę uruchomić wyścigi, żeby ci oddać 
pieniądze, które... tak wspaniałomyślnie mi pożyczyłaś. 

Wzdrygnęła się na samą wzmiankę o pieniądzach. Nie był to jednak ich 

jedyny problem. Myślała o wszystkich błędach, jakie popełniła od dnia 
ślubu. Czuła się winna. 

- Przepraszam - powiedziała. - Za wszystko. 
- Ja też, Sable. Ja też. - Dotknął lekko jej policzka. 
- Przygotuję to przyjęcie. 
- Wiem. 
- Wszystko zrobię jak należy. 
- Wiem - uśmiechnął się. 
- A potem zobaczymy. 
- Okay. 
- Wrócisz dziś do domu? - spytała ostrożnie. 
- Jeszcze nie wiem. Nic na siłę. Żebyśmy potem nie żałowali. 
- W porządku - zgodziła się. 
Pochylił się ku niej i musnął wargami jej usta. 
- Dziękuję. Sable wyszła. Obserwował ją. Czuł się tak, jakby ktoś 

wyrywał mu serce z piersi. Patrzył, jak stała w korytarzu i czekała na 
windę. Gdy zniknęła, ból, który go ogarnął, stał się nie do zniesienia. 

Ona chce rozwodu. Ta myśl nie dawała mu spokoju. Ona chce 

rozwodu. Miał nadzieję, że zaprzeczy. Tymczasem nie zrobiła tego. 

SR

background image

~ 100 ~ 

 

Kocha ją. 
Kocha jej rodzinę. 
Chce być częścią tej rodziny. Pragnie tego. 
Przy Sable czuje się innym człowiekiem. 
Jak, u diabła, ma jej powiedzieć o swojej miłości, skoro dzielą ich te 

nieszczęsne pieniądze? 

Łzy napłynęły mu do oczu. Modlił się w duchu, by nie zastał go tak 

żaden z jego pracowników. Trudno by mu było wytłumaczyć, że nie 
płacze, że tylko rozczula się nad sobą. 

Wewnętrzny głos mówił mu: płaczesz. I co gorsza, tak w istocie było. 
Przyjęcie udało się nadspodziewanie dobrze. Joe wygłosił krótkie 

przemówienie, w którym podziękował pracownikom za ofiarność i trud. 
Otwarcie toru miało się odbyć za tydzień, obsługa natomiast zaczynała 
pracę już od poniedziałku, by zawczasu wdrożyć się do swoich 
obowiązków. Zebrani zgotowali szefowi gorącą owację. 

Sable obrzuciła bacznym spojrzeniem stoły zastawione befsztykami, 

wieprzowiną, kurczakami i kiełbaskami. Były też zimne zakąski i sałatki, 
marynowana cebula, pikle, oliwki. 

Gościom przygrywał do tańca pięcioosobowy zespół. Nie wszyscy 

tańczyli. Część osób rozmawiała w małych grupkach, inni obserwowali 
bawiące się dzieci. 

Joe podszedł do Sable i objął ją ramieniem. Była pewna, że robi to 

tylko na pokaz, ale i tak czuła się cudownie. 

- Wszystko w porządku? - spytał. 
- Na razie tak. 
- To twoja zasługa. Dziękuję ci. 
- Nie ma za co - uśmiechnęła się Sable. 
- Tańczysz? - spytał po chwili. 
- Czasami, ale niezbyt dobrze. 
Miała piękny uśmiech. I wyglądała niezwykle seksownie. 
- Nie powiesz mi chyba, że jako dziewczyna nigdy nie chodziłaś na 

tańce? 

- Ale nie tańczyłam. Nikt mnie nie prosił. 
- Ci chłopcy z Mobile musieli być niezwykle nieśmiali. 
- Skąd możesz wiedzieć? 

SR

background image

~ 101 ~ 

 

- Bo niektórzy chłopcy z Houston też nie byli w tym wieku zbyt 

odważni. 

- I ja nie - przyznała Sable. - Może powinnam ich była poprosić. Ale nie 

potrafiłam. To Talia jest pewna siebie. Jej nie trzeba dodawać odwagi. 

Joe obejrzał się przez ramię. 
- Chyba masz rację - roześmiał się. - Jeśli się nie mylę, właśnie 

wyciągnęła do tańca Mike'a. Że też jej się udało! 

Sable popatrzyła na tańczących. Mike był wyraźnie oczarowany Talią, 

ona wpatrywała się w niego zafascynowana. Sable jednak szybko 
zapomniała o siostrze, gdy znalazła się w objęciach Joe. 

Oparł ręce na jej biodrach. Ona trzymała go za ramiona. Przy każdym 

ruchu czuła jego napięte mięśnie i przypominała sobie chwile, które 
powinna zapomnieć. Pragnęła tulić się do niego, leżeć z głową opartą o 
jego pierś i powiedzieć mu, że go pragnie, że chce z nim zostać na zawsze. 
Do diabła z tym rozwodem. Do diabła ze wszystkim. Tylko ich dwoje się 
liczy. 

- Dolara za twoje myśli - usłyszała szept Joe. 
- Teraz są warte pięć. Inflacja, sam rozumiesz. 
- Sięgnij do mojej kieszeni i weź. 
Na samą myśl o tym, że mogłaby to zrobić, poczuła przypływ 

podniecenia. 

- Po co, mam do ciebie zaufanie. 
- A nie powinnaś - napomniał ją łagodnie. - Kowbojom nie można ufać. 

Jesteśmy nieśmiali, ale wiemy, czego chcemy, i konsekwentnie do tego 
dążymy. 

- A ty czego chcesz? 
Popatrzył jej w oczy, a potem powoli przesunął wzrok niżej, w 

kierunku wycięcia bluzki. 

- Nieważne. I tak nie zjawi się tu żadna dobra wróżka i nie spełni moich 

marzeń. 

- Jeśli nie poprosisz, to na pewno tak się nie stanie. 
- A jeśli poproszę... Nie wiem, czy jestem gotowy usłyszeć jej 

odpowiedź. 

- No, no, jesteś dość bojaźliwy jak na kowboja, który wie, czego chce. 
- Sable... 

SR

background image

~ 102 ~ 

 

- Szefie! - W otwartych drzwiach windy stała sekretarka Joe. - 

Dzwonią z komisji! Chcą z panem rozmawiać! 

Sable została sama. Kiedy Joe wróci, przypuszczalnie znów będzie 

całkowicie pochłonięty swoimi sprawami. Nie będzie już nawet pamiętał, 
co starała mu się powiedzieć. Kocham cię - te słowa miały moc afrody-
zjaku, pod warunkiem, że ktoś chciał je usłyszeć. 

Skąd może wiedzieć, co zamierza Joe? A może wszystko obróci w 

żart? Musi się przekonać. 

Dziś wieczór, obiecała sobie. Dziś wieczór mu powie. Najwyżej będzie 

musiała jak niepyszna uciekać z powrotem do Luizjany. 

Po pewnym czasie Joe wrócił. 
- Muszę natychmiast jechać do Austin na spotkanie z członkami 

komisji - oznajmił. - Podobno jeden z senatorów, który miał podpisać 
licencję, dostał zawału serca. Musimy opracować końcowy dokument bez 
niego, bo inaczej nie zdążymy do otwarcia. Mike jedzie ze mną.- Nie jedź. 
Nie teraz - błagała. 

- Za parę dni będę z powrotem - obiecał. - Zrób coś dla mnie, dobrze? 

Tęsknij za mną. 

To było żądanie, nie prośba, ale Sable było wszystko jedno. Chwyciła 

go za pasek, nie chcąc go puścić. Przywarła do niego całym ciałem. Joe 
niecierpliwie wysunął się z jej objęć i podszedł do Mike'a, który 
rozmawiał z Talią. Szybko odeszli. Żaden z nich się nie obejrzał. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

SR

background image

~ 103 ~ 

 

Rozdział 

10 

 
 
Kiedy Joe zadzwonił w sobotę wieczorem, by podać Sable numer 

swego telefonu w hotelu, wydawał się odległy duchem i pochłonięty 
własnymi sprawami. Sable zamknęła się w sobie. Myślała, że Joe znów 
się odezwie, ale się rozczarowała. Każdego dnia na próżno czekała na 
telefon. 

Gdy w poniedziałek rano zjawiła się nieznana kobieta, oświadczając, 

że Joe wynajął ją do sprzątania, Sable przeraziła się nie na żarty. 
Najwyraźniej zamierza się jej pozbyć. 

We wtorek telefon nadal milczał. Sable była już kłębkiem nerwów. 

Postanowiła jednak wziąć się w garść i spokojnie zastanowić nad całą 
sytuacją. Straciła już w życiu tylu bliskich ludzi. Wspomnienie 
przeżytego bólu tkwiło w niej i rzutowało na nowe znajomości, nowe 
związki. Bała się, że się zaangażuje i ponownie utraci osobę, na której 
zaczęło jej zależeć. 

Tak też się stało z Joe. Zakochała się w nim i obawiała się, że jeśli 

wyzna mu miłość, on się od niej odwróci. 

Teraz, gdy w pełni uświadomiła sobie, w czym tkwi przyczyna jej 

wahań i wątpliwości, postanowiła, że nie pozwoli, by jej życie legło w 
gruzach. Podniosła słuchawkę i wykręciła numer, który podał jej Joe. 

- Halo - usłyszała jego głos z oddali. 
- Witaj - powiedziała radośnie, choć jej serce przepełniała niepewność. 
- Sable? To ty? Coś się stało? 
- Nie - zaśmiała się nerwowo. - Po prostu chciałam wiedzieć, kiedy 

wrócisz. Nie odzywałeś się ostatnio. 

- Jeśli to aluzja do moich umiejętności porozumiewania się, to należy 

dodać kolejną pozycję do długiej listy moich wad - zauważył cierpko. 

Do diabła! Nie zamierzała prawić mu złośliwości. 

SR

background image

~ 104 ~ 

 

- Nie to miałam na myśli - broniła się. - Po prostu chciałam się 

upewnić, czy... wszystko w porządku. 

- W porządku, Sable. - Głos mu złagodniał. - Musimy tylko zdobyć 

jeszcze parę różnych zezwoleń, i to teraz, choć wielu ważnych ludzi nie 
ma w mieście. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, za dzień lub dwa będę w 
domu. W sobotę uroczyście otwieramy tor.- To świetnie - ucieszyła się 
Sable. - Tak ciężko pracowałeś, zasługujesz na to. 

- Sądzę, że nie tylko na to, Sable, ale na razie to tylko pobożne 

życzenia. 

- Skąd wiesz? Nie ma cię tutaj. 
- O, dobrze wiem - odparł z goryczą w głosie. -Przepraszam cię na 

chwilę - dodał. 

Odszedł od telefonu. Gdy wrócił, był znowu całkowicie 

zaabsorbowany swoimi sprawami. 

- Muszę kończyć. Porozmawiamy po moim powrocie. Dobranoc. 
Sable przycisnęła słuchawkę do piersi jak najcenniejszy skarb. Nic się 

nie zmieniło, tyle tylko, że wiedziała już, kiedy Joe wróci: wkrótce. 

Późno w nocy Joe stał w ciemnym pokoju hotelowym i patrzył przez 

okno na światła miasta. Znajdował się w jednym z największych 
ośrodków nocnego życia w Teksasie i wcale z tego nie korzystał. Gdyby 
nie Sable, nie siedziałby teraz samotnie w hotelu, lecz włączyłby się w 
tłum turystów i amatorów wieczornych rozrywek. 

Wreszcie rzucił się na łóżko. Po całym dniu rozmów był śmiertelnie 

zmęczony, ale sen nie przychodził. Wpatrywał się w księżyc za oknem i 
usiłował sobie przypomnieć różne zaklęcia. Trzeba wypowiedzieć jakieś 
życzenie. Tylko jak? Obracając się przez lewe ramię? Patrząc na księżyc 
czy może na wschodzącą gwiazdę? Postanowił spróbować. Przecież nikt 
go nie widzi. 

- Chcę, abyśmy z Sable rozwiązali nasze problemy - powiedział. 
Nie to jednak było jego prawdziwym życzeniem. Pragnął, by Sable go 

pokochała - mocną, szczerą, niewzruszoną miłością. 

Sable. Powinien wiedzieć, że w dniu, w którym spotkali się po raz 

pierwszy, zaczną się dla niego kłopoty. Właściwie wiedział to od 
początku. Po prostu postanowił ignorować wszelkie sygnały 
ostrzegawcze, ponieważ Sable zrobiła na nim ogromne wrażenie, pragnął 

SR

background image

~ 105 ~ 

 

jej jak żadnej innej kobiety, a potem się w niej zakochał. Musi jej 
powiedzieć, co czuje. Jest najwspanialszą, najcudowniejszą, najsłodszą 
kobietą, jaką kiedykolwiek znał. W jej obecności staje się innym 
człowiekiem, a świat jawi mu się w radosnych barwach. 

Przekona ją do siebie, choćby miało go to nie wiadomo ile kosztować. 

Uśmiechnął się. Obmyślił plan, który musi się udać. 

Kiedy następnego ranka zjawił się Mike, Joe był już ubrany i gotowy 

do wyjazdu. 

- Wyglądasz nie najlepiej - stwierdził z troską Mike. 
- To przejdzie. Powiedz mi lepiej, co zaszło między tobą a Talią 

podczas barbecue? 

- Nic, przysięgam. Talia jest po prostu miłym dzieckiem, które poczuło 

do mnie sympatię.- Niedawno skończyła siedemnaście lat - zauważył Joe. 

- Myślisz, że nie wiem? Mam siostry. Po prostu staram się nie ranić jej 

uczuć. To wszystko. 

Joe westchnął. Wiedział, jak wrażliwa jest Talia. Z drugiej strony była 

najbardziej rezolutną siedemnastolatką, jaką znał. 

- Nietrudno przekroczyć tę subtelną granicę między przyjaźnią a 

romantycznym uczuciem. Lepiej zranić ją teraz niż pozostawiać jej 
złudzenia. 

- Próbowałem jej to wytłumaczyć, ale twierdzi, że możemy być 

przyjaciółmi do czasu, aż stanie się dostatecznie dorosła, byśmy mogli 
być dla siebie kimś innym. - Mike nerwowo krążył po pokoju. 

- Uspokój się. - Joe chwycił przyjaciela za ramię. 
- To bystra dziewczyna. 
- Tak jak jej siostra. 
- Wiesz, powiedziała mi, że jej osiemnaste urodziny wypadają w lipcu, 

że jej ulubione kwiaty to irysy, a restauracja - ,,U Vargo" nad jeziorem. 

- No, no, nieźle sobie poczyna. - Joe pokiwał głową. - A więc co 

zamierzasz? 

- Poślę jej bukiet irysów i rezerwację stolika na dwie osoby w 

restauracji z listem, by zaprosiła najprzystojniejszego kolegę ze szkoły. 

- Bardzo sprytne. I bardzo kosztowne. 
- Tę dziewczynę czeka nie lada przyszłość. Z jej uporem może zostać 

prezesem dużej korporacji. Mam nadzieję, że zatrudni mnie jako radcę 

SR

background image

~ 106 ~ 

 

prawnego. 

- Dobrze pomyślane - stwierdził z uznaniem Joe. - A teraz chodźmy na 

spotkanie i zakończmy już definitywnie nasze sprawy. Chcę wrócić do 
żony i szwagierki. 

- Świetnie. Może tobie uda się utrzymać w ryzach tę małą spryciarę. 
- Wątpię, ale spróbuję - obiecał Joe. 
Tego ranka Sable zebrała się na odwagę i przeprowadziła test, który 

potwierdził jej przypuszczenia. 

Nosi pod sercem dziecko Joe. 
Była szczęśliwa i przerażona równocześnie, ponieważ nie wiedziała, 

jak zareaguje Joe. 

Czy się ucieszy, czy ją znienawidzi? A może uzna, że w ten sposób 

chciała go ze sobą związać? 

Ubrała się starannie, zebrała włosy w węzeł i spojrzała w lustro. Urodzi 

to dziecko, postanowiła. Braciszka lub siostrzyczkę dla Jonathana. 

Pragnęła tylko miłości Joe. Niezależnie od tego jednak, czy będzie 

zadowolony, czy zły, ona zrobi wszystko, by stać się najbardziej oddaną, 
wyrozumiałą i cierpliwą żoną na świecie. Może wtedy ją pokocha. 

Odwiozła synka do przedszkola, a sama wróciła na ranczo, by czekać 

na Joe. Właśnie kończyła smażyć befsztyki, gdy usłyszała samochód. Joe 
wrócił! Była zdenerwowana. Mówiła sobie, że to naturalne, bo czekała ją 
ważna rozmowa. W myśli przygotowywała sobie odpowiednie słowa. 
Gdy jednak Joe stanął w progu, zapomniała, co chciała powiedzieć. Miał 
na sobie granatowy garnitur i białą koszulę podkreślającą opaleniznę. 
Krawat trzymał w ręce. 

- Cześć. 
- Witaj. 
- Pomalowałaś dom - zauważył. 
- I ganek. Podoba ci się? 
- Ten sam kolor.   
- Nie spodziewałam się, że od razu zauważysz. 
- A jednak. Jak widzisz, nie jest mi to całkiem obojętne. 
- Wynająłeś sprzątaczkę. 
- Będzie przychodzić tylko raz w tygodniu. -Wzruszył ramionami. - 

Wydawało mi się, że potrzebna ci pomoc. 

SR

background image

~ 107 ~ 

 

- Jak tam wyjazd? - zmieniła temat Sable. 
- Spotkanie za spotkaniem. 
- Załatwiłeś wszystko po swojej myśli? Skinął głową. Wpatrywał się w 

nią badawczo. 

- Dostałeś to, czego chciałeś? 
- Prawie. 
- Co się stało? - Sable nie kryła zaniepokojenia. Joe podszedł do niej i 

przyjrzał się uważnie jej twarzy. Spostrzegł bladość i cienie pod oczami. 

- A co się stało tutaj? - spytał.- Nic takiego. 
- To dlaczego wyglądasz tak, jakbyś nie spała od tygodni? - Popatrzył 

na jej dłonie. Łagodnie przejechał po nich palcem. - Miałaś 
najdelikatniejsze dłonie, jakie kiedykolwiek widziałem. 

Cofnęła rękę. 
- A teraz raz w tygodniu sprzątam stajnię i prowadzę dom na cztery 

osoby. 

- Za ciężko pracujesz - powiedział z wyrzutem. - Schudłaś. 
- Może byś już skończył z tą wyliczanką moich wad. Chyba że mam ci 

pomóc - zniecierpliwiła się. Chciało jej się płakać. 

- Proszę. Jakie one są? 
- Jestem nieuprzejma, obojętna, a teraz trochę zwariowana. 
- Zgadzam się. 
- Jak mógłbyś się nie zgodzić? Jestem pewna, że jeśli bacznie się 

przyjrzysz, znajdziesz coś jeszcze. 

- Daj spokój. Chciałem tylko powiedzieć, że potrzebujesz więcej snu i 

pomocy w pracach domowych. Nie wiedziałem, że aż tak cię to poruszy. - 
Uśmiechał się ciepło. 

Jej nastrój nagle się zmienił. 
- Wiem. Nie jestem pewna, czy zawsze sama siebie rozumiem. 
- To prawda. - Joe wyjął z kieszeni grubą białą kopertę. - Muszę z tobą 

natychmiast o czymś porozmawiać.- Zgoda. Chodźmy do pokoju. Ja też 
chcę z tobą pomówić. 

- Pozwól, że ja zacznę. - Joe zaniepokoił się trochę. 
- Nie, chcę cię przeprosić i muszę to zrobić natychmiast. 
- Przeprosić? Za co? - zdziwił się. 
Sable wzięła go za rękę i spojrzała mu prosto w oczy. 

SR

background image

~ 108 ~ 

 

- Za całe to zamieszanie związane z naszym kontraktowym 

małżeństwem. Dopuściłam do wielu nieporozumień, naraziłam cię na 
kłótnie, a sama wpadłam w panikę. 

- Wiem. - Pogłaskał jej policzek. 
- Przepraszam cię. Kiedy byłyśmy jeszcze dziećmi, Talia i ja, zdarzyło 

się coś, co zaważyło na całym moim życiu - ciągnęła Sable. 

- Talia mi mówiła. To musiało być dla was straszne. 
- Wiesz wszystko? - Była zaskoczona. Joe skinął głową. 
- To mi wiele wyjaśniło, ale i uraziło moją ambicję - dodał. 
- Dlaczego? 
- Miałem cichą nadzieję, że kierowały tobą również inne względy. Że 

może ci się spodobałem. 

- Chciałeś, żeby tak było? 
- Tak.- Co tak? - nalegała, pragnąc, by powiedział, że jej potrzebuje, że 

ją kocha. 

- Tak, chciałem, żeby tak było - powtórzył. - Bardziej, niż 

przypuszczasz. 

- Dlaczego? - naciskała dalej, mimo że rozczarowała ją ta odpowiedź. 
- Zanim ci odpowiem, weź to. - Wręczył jej kopertę. 
Sable otworzyła ją ostrożnie. Spojrzała na zawartość, po czym 

przeniosła wzrok na Joe i znów popatrzyła na kopertę. 

- Przecież to dokumenty Ahaba. Joe skinął głową. 
- Wystawione na moje nazwisko. Przytaknął. 
- Nie rozumiem. 
- Ahab jest teraz wart milion. Zwracam ci pieniądze zainwestowane w 

tor. 

- Ależ ja niczego nie inwestowałam. Dałam ci pieniądze w zamian za 

akt ślubu. 

- A teraz ja ci je zwracam - oświadczył spokojnie. - Spłacam dług. 

Jesteśmy kwita. 

- A małżeństwo? 
- Wciąż nim jesteśmy. Jeśli zechcesz jeszcze raz spróbować, jestem 

gotów. Nie chcę tylko, żeby między nami stały pieniądze. 

- Nie wiedziałam, że tak to było. 
- Nie kłam, skarbie. Oboje wiemy, że mam rację.   

SR

background image

~ 109 ~ 

 

Pieniądze stworzyły między nami mur. Teraz ten mur nie istnieje, a my 

możemy zająć się sobą. 

- Kochasz tego konia. 
- Owszem. Będzie należał do ciebie, ale to nie znaczy, że nie będę go 

widywał czy sekundował mu na wyścigach. Ale to ty otrzymasz wygraną. 
I ty będziesz się o niego troszczyć - dodał z uśmieszkiem. 

- A co dalej, Joe? 
- Twoja kolej. Ja powiem ci później to, co mam do powiedzenia. 
- Chcę to usłyszeć teraz. 
- Przecież miałaś mówić pierwsza. 
- Dobrze - roześmiała się. - Przykro mi z powodu tego epizodu z 

piwem. 

- Przyjmuję przeprosiny w imieniu moich ludzi. 
- Przepraszam, że krzyczałam na ciebie rano, kiedy... 
.. .kiedy wszedłem do twego łóżka i Talia nas przyłapała? - dokończył. 

Sable skinęła głową. 

- Nie mogłam się przyzwyczaić do zmian w moim życiu, więc o 

wszystko obwiniałam ciebie. 

- Powinienem to zrozumieć. Ale tak bardzo cię pragnąłem, że nie 

byłem w stanie trzeźwo myśleć. Gdybym cię tak nie ponaglał, 
moglibyśmy nadal spędzać noce razem. 

- Kocham cię - oznajmiła Sable. Zapadła cisza. Joe mocno ścisnął jej 

dłoń.- Powiedz to jeszcze raz - poprosił. 

- Kocham cię - powtórzyła. 
Przypomniała sobie o dziecku, o ich dziecku. Niezależnie od 

wszystkiego musi opiekować się tymi, których kocha. Dzieci są jej. Joe 
sam będzie musiał zdecydować, czy chce być częścią ich życia. 

- Kocham cię - powiedziała po raz trzeci. 
- Od kiedy? Od dnia, w którym wyrzuciłaś mnie z łóżka? A może od 

dnia, w którym krzyczałaś na mnie w biurze? Gdy zaczęłaś mi dogadywać 
w moim własnym domu? Od kiedy? 

- Sama nie wiem. Nie spodziewałam się tego. Nie chciałam cię kochać. 

Ale cię kocham. 

- Wiedziałem! - zaśmiał się triumfująco. Pochylił się i pocałował ją w 

usta, a potem objął i przyciągnął do siebie. Przywarła do niego całym 

SR

background image

~ 110 ~ 

 

ciałem, odwzajemniając pocałunek. Uświadomiła sobie, że są w swoim 
domu, ale gdy trzymał ją w ramionach, wydawało jej się, że jest w niebie. 

- Powinniśmy unieważnić ten przeklęty kontrakt i podpisać nowy. Ty 

zatrzymasz swoje pieniądze, a ja swoje. Cała reszta będzie wspólna. 
Żadnego pięcioletniego terminu. Żadnych innych warunków. 

Sable odsunęła się i popatrzyła na niego. Teraz jej kolej stawiać 

żądania. 

- Powiedz to! 
- Kocham cię - wyszeptał. 
- Jeszcze raz.- Kocham cię. Bez pamięci. Na zawsze. Kocham cię, 

Sable LaCroix Lombardi. 

Tym razem ona uśmiechnęła się triumfująco. 
- Jesteś całym moim światem, Sable - dodał. - Aż sam się tego boję. 
- Ja też. 
- Zostaniesz ze mną. 
- Tak. 
- Joe? -zagadnęła po chwili.   
- Kiedy mnie pokochałeś? 
- Gdy stanęłaś w drzwiach stajni i zaproponowałaś mi małżeństwo. 
- Ależ to było w dniu, w którym się poznaliśmy. 
- Wiem. 
- Kiedy zrozumiałeś, że to prawdziwa miłość? 
- Gdy w biurze krzyczałaś na mnie, że robię uniki. Wtedy sobie 

uświadomiłem, że wcześniej nigdy tak nie postępowałem. Przestraszyłem 
się miłości. 

- Nie wierzyłeś w nią? 
- Przeciwnie. Całe życie szukałem miłości, ale bałem się, że jej nigdy 

nie odwzajemnisz. 

- Uwierz w tę miłość - szepnęła. - Uwierz w nią, kochanie. 
- Przez całą drogę do domu zastanawiałem się, czy cię tu zastanę. 
- A gdzie miałabym być? 
- Bałem się, że mnie opuścisz. Sama myśl o tym była przerażająca. 

Wolałem wierzyć, że będziesz, nawet gdyby to nie miała być prawda.- 
Kochany - westchnęła Sable. 

Już wiedziała, że Joe z radością powita nowinę o dziecku. 

SR

background image

~ 111 ~ 

 

Uwagę Joe przyciągnął warkot samolotu. Wyszli przed dom. 
- Popatrz - powiedział. - To miała być moja niespodzianka. Myślałem, 

że jeśli obwieszczę całemu światu, jak bardzo cię kocham, zlitujesz się 
nade mną. 

Sable spojrzała w górę. Samolot kreślił na niebie napis: „Kocham cię, 

Sable". 

- Nie do wiary! - zawołała. - Joe Lombardi ma romantyczną duszę! - 

Chciało jej się śmiać i płakać na przemian, bo ten mężczyzna obwieszczał 
światu, a w każdym razie miasteczku Conroe w Teksasie, że ją kocha. Ten 
mężczyzna, który z początku wydawał jej się tak szorstki i pozbawiony 
wrażliwości. 

- Zacznijmy od początku - zaproponował. - Jakbyśmy spotkali się po 

raz pierwszy. 

- Dobrze - uśmiechnęła się - ale muszę ci coś powiedzieć, kochany. 
- Nie, teraz moja kolej — zaoponował. - Poprosiłem dziadków 

Jonathana, żeby się nim zaopiekowali, gdy wyjedziemy na miodowy 
miesiąc. 

- Co? LaCroix? - Sable zbladła. 
- Tak. Potrzebujemy trochę czasu dla siebie, a więc poprosiłem, żeby 

zajęli się nim i Talią. Zgodzili się pod paroma warunkami. 

- Jakimi? - Sable zmartwiała. 
- Nie bój się. Przyjadą tutaj, ale wezmą ze sobą pokojówkę i kucharkę. 
- Oczywiście! - zachichotała. - Cóż jeszcze zrobią? 
- Chcieli też niańkę, ale im to wyperswadowałem. 
- Jak? 
- Powiedziałem im, że musieliby kupić dla dwóch kobiet przyczepę 

kempingową, żeby miały gdzie mieszkać, i że jeśli zatrudnią niańkę, 
stracą szansę lepszego poznania Jonathana. 

- A kiedy wyjedziemy? I dokąd? 
- Do Ixtapa w Meksyku. Jeden z moich przyjaciół ma tam bardzo 

przytulną willę. Niestety, możemy pojechać tylko na parę dni, a nie na 
miesiąc. Muszę być na otwarciu toru. 

- Czy to daleko od oceanu? 
- Tak. Około czterystu kilometrów w linii prostej. 
- Nieważne. Twoja pani potrzebuje tylko ciebie. Nikogo i niczego 

SR

background image

~ 112 ~ 

 

więcej. 

- Pozwól mi więc powiedzieć, czego potrzebuje twój mąż. Chciałby 

trochę postudiować anatomię. 

- Mamy przecież udawać, że dopiero się poznaliśmy - zauważyła. - Na 

pierwszej randce nie idzie się do łóżka. Za kogo mnie masz? 

- Jesteś moją żoną, to moja gra i ja ustalam reguły. 
- Dobrze, ale liczę, że i mnie się to opłaci. 
- A jak myślisz? - roześmiał się, rozpinając guziki jej bluzki. - A kiedy 

skończę z anatomią, zacznę dawać ci lekcje picia piwa. 

- Lepiej mnie pocałuj, ty wariacie. 
- Z rozkoszą, kochanie. Z rozkoszą. 
Było jeszcze tyle rzeczy, które chciała mu powiedzieć. Ale mają na to 

przecież całe życie... 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

SR

background image

~ 113 ~ 

 

Rozdział 

11 

 
 
Joe delikatnie pocałował Sable w szyję. Stali na balkonie przyglądając 

się zabawie. Orkiestra na chwilę przestała grać. W niebo wystrzeliły 
kolorowe fajerwerki. Wśród tłumu krążyli kelnerzy z kieliszkami 
szampana na srebrnych tacach. 

Następnego dnia miała się odbyć gonitwa na torze Bluebonnet. 
- Talia była dziś taka podniecona - powiedział Joe. 
- Nie wiem, czy dlatego, że dostała list z Uniwersytetu Vassar, czy 

dlatego, że przyszła tutaj z Mike'em. 

- Mike na pewno będzie się zachowywał jak dżentelmen. Chyba się nie 

niepokoisz? 

- Nie. Ona jest jeszcze za młoda na to, by się z kimś wiązać. Zwłaszcza 

teraz, gdy ma zacząć studia.- Jesteś szczęśliwa? - spytał Joe, przytulając ją 
do siebie. Oparła głowę o jego ramię i wpatrywała się w ciemne niebo. 

- Bardziej, niż mogłabym to wyrazić. 
- Wychodzimy, gdy tylko wypuszczą baloniki - obiecał. 
Baloniki to był pomysł Sable. Miało ich być pięćset. 
- Swój musisz rozerwać - powiedziała. 
- Myślałem, że to pamiątka. 
- Nie, ten jest szczególny. Wyjawi ci twoją przyszłość. 
Joe uśmiechnął się, rozerwał balonik i chwycił wypadającą z niego 

kartkę papieru. 

Twoja żona oczekuje dziecka, które urodzi się na wiosnę. 
- Czy to żart? - spytał. 
Potrząsnęła głową. Czyżby przestraszył się myśli, że zostanie ojcem? 

A może czuł się oszukany? - Jesteś pewna? Sable przytaknęła. 

Uśmiech Joe rozjaśnił otaczającą ich ciemność. 
- Dziecko. Nasze dziecko - powtarzał, tuląc ją do siebie. 

SR

background image

~ 114 ~ 

 

- Tak, nasze dziecko. 
- Jesteś zadowolona? - spytał, patrząc w jej oczy.- O, tak. Zawsze tego 

pragnęłam. 

- A więc będziemy mieć ich tuzin. 
- Czy to aby nie za dużo? 
- A więc sześcioro. Z Talią i Jonathanem to będzie ósemka. 
- I będziemy żyli długo i szczęśliwie? 
- Kochanie, na pewno. Obiecuję ci. 
- Los nam sprzyja - dodała. 
- Naprawdę? 
- Oczywiście. W końcu to los sprawił, że chciałam cię kupić na męża. 

Chyba teraz, kiedy mam prawdziwego, nie zawiedzie mnie. 

Joe zaśmiał się. Gdy spłacił dług, pieniądze wydawały mu się mało 

ważne. A jednak to dzięki nim otrzymali to, czego pragnęli - siebie. 

Usłyszeli z dołu okrzyki zachwytu. Otwarto sześć sieci wypełnionych 

balonikami. Wzbiły się w powietrze, lśniąc wszystkimi kolorami tęczy. 

Joe i Sable stali przytuleni w zacienionym rogu balkonu. 
- Cudownie się czuję - powiedziała. 
- I będziesz się czuła cudownie dziś w nocy. Jedziemy do domu. Chcę 

się z tobą kochać. Oczywiście nie możemy jechać zbyt szybko. Muszę na 
ciebie podwójnie uważać. 

- A więc jedźmy. Chcę być tylko z tobą. 
- Na zawsze. 
Nagle odnalazły ich światła reflektorów. Nie dbał o to, że ktoś może 

ich zobaczyć. Trzymał w ramionach własną żonę, która w dodatku 
spodziewała się ich dziecka. Konflikty i nieporozumienia odeszły w 
zapomnienie. Kochali się, chcieli stworzyć szczęśliwą rodzinę - los musi 
im sprzyjać. 

SR