background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 1  

NORA ROBERTS

ZRODZONA ZE 

WSTYDU

SAGA RODU CONCANNONÓW

TOM 3

Przekład Sylwia Gil

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 2  

„Rozpoznaję moją miłość słysząc odgłos kroków

By rozpoznać moją miłość wystarczy dźwięk głosu”

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 3  

PROLOG

Amanda miała koszmarny sen. Śnił się jej Colin. Widziała jego słodką, 

kochaną twarz, na której malował się smutek.

-  Mandy  -  powiedział.  Nigdy  nie  nazywał jej  inaczej.  Moja Mandy, 

kochana Mandy. Ale w jego głosie nie było radości, w oczach nie pojawiły się 
iskierki śmiechu. - Mandy, nie możemy tego zataić. Bardzo bym chciał, ale nie 
możemy. Mandy, moja Mandy, tak mi ciebie brakuje. Nigdy nie sądziłem, że 
przybędziesz   tu   wkrótce   po   mnie.   Jakże   teraz   ciężko   naszej   małej 
dziewczynce. A będzie jeszcze ciężej. Musisz jej powiedzieć, wiesz!

Uśmiechnął się, ale pozostał smutny. Jego ciało, twarz wydawały się tak 

realne, że próbowała go dotknąć we śnie, ale zaczął znikać i gasnąć.

- Musisz jej powiedzieć - powtórzył. - Przecież zawsze uważaliśmy, że 

tak   trzeba.   Powinna   wiedzieć,   skąd   pochodzi.   Kim   jest.   Ale   powiedz   jej, 
Mandy, powiedz jej, żeby zawsze pamiętała, że ją kochałem. Bardzo kochałem 
naszą małą dziewczynkę.

- Och, nie odchodź, Colinic! - Amanda jęknęła przez sen, pragnąc go 

zatrzymać. - Kocham cię, Colinie, mój słodki, za wszystko, czym dla mnie się 
stałeś. - Ale nie zdołała przywieść go z powrotem. Sen pierzchnął.

Jak cudownie widzieć znów Irlandię, pomyślała, unosząc się jak mgła 

nad zielonymi wzgórzami, które tak dobrze pamiętała. Jak cudownie widzieć 
błyszczącą rzekę, podobną srebrnej wstędze opasującej bezcenny podarunek.

Zobaczyła też Tommy'ego, kochany Tommy czekał na nią. Uśmiechał 

się do niej i zapraszał ją. Dlaczego to wszystko wydawało się takie smutne, 
kiedy znalazła się tu z powrotem. Przecież czuła się tak młodo, miała w sobie 
tyle życia, była zakochana.

- Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę. - Nie posiadała się z radości, a 

w jej głosie dźwięczał śmiech. - Tommy, wróciłam do ciebie.

Wydawało się, że patrzy na nią, ale mimo wysiłku nie udało się jej 

przybliżyć do niego bardziej niż na wyciągnięcie ramienia. Słyszała jego głos, 
jasny i słodki jak zawsze.

- Kocham cię, Amando, zawsze cię kochałem. Nie było dnia, bym o 

tobie nie myślał i nie wspominał tego, co tu znaleźliśmy. - Odwrócił się, by 
spojrzeć ponad rzekę o łagodnych i zielonych brzegach i spokojnej wodzie. - 
Nazwałaś   nasze   dziecko   imieniem   tej   rzeki,   aby   pamiętać   dni,   które   tutaj 
spędziliśmy.

- Jest taka piękna, Tommy, taka mądra i silna. Byłbyś dumny.
- Jestem dumny i chciałbym... Ale to niemożliwe. Wiemy o tym. I ty to 

wiesz. - Westchnął i odwrócił się. - Dużo dla niej zrobiłaś, Amando. Nigdy o 
tym   nie   zapomnij.   Ale   opuszczasz   ją   w   tej   chwili.   Cierpienie   związane   z 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 4  

odejściem, a także to, co kryłaś w sobie przez długie lata, czynią wszystko 
takie ciężkie. Musisz jej powiedzieć, kim jest. I spróbuj jej wytłumaczyć w 
jakiś sposób, że ją kochałem. I gdybym tylko mógł, okazałbym jej to.

Nie mogę tego zrobić sama, pomyślała Amanda, zmagając się ze snem, 

gdy obraz Tomma zniknął. - Och, dobry Boże, nie każ mi tego robić samej!

- Mamo! - Shannon pogłaskała drżącymi rękami spoconą twarz matki. - 

Mamo, obudź się! To sen, zły sen...

Wiedziała, jak sny bywają męczące. Wiedziała, że czasami można bać 

się przebudzenia. Sama zrywała się każdego ranka w obawie, że matka już 
odeszła. W jej głosie brzmiała desperacja. Nie teraz, modliła się, jeszcze nie 
teraz. Musisz się obudzić.

- Shannon, odeszli. Obaj. Zabrano mi ich.
- Ciii... Nie płacz. Proszę, nie płacz. Otwórz teraz oczy i spójrz na mnie.
Amandzie drżały powieki. Oczy przepełniał smutek. - Przykro mi, tak 

bardzo mi przykro. Zrobiłam tylko to, co uważałam za najlepsze dla ciebie.

-   Wiem,   oczywiście.   -   Shannon   zastanawiała   się,   czy   te   majaki 

oznaczają, że rak dostał się do mózgu. Czy nie dość, iż zaatakował już szpik 
kostny.   Przeklinała   nienasyconą   chorobę,   przeklinała   Boga,   ale   jej   głos 
pobrzmiewał ciepłymi nutami, gdy zwróciła się do matki: - Już dobrze, jestem 
z tobą, jestem tutaj.

Amanda z wysiłkiem starała się miarowo oddychać. Przypomniała sobie 

sen - Colin, Tommy, kochana mała dziewczynka. Jak bardzo udręczone były 
oczy   Shannon,   jak   bardzo   stroskane,   kiedy   po   raz   pierwszy   wróciła   do 
Columbus.

-   Już   wszystko   w   porządku.   -   Amanda   zrobiłaby   wszystko,   aby 

zniszczyć strach w oczach córki. - Jesteś tutaj. Tak się cieszę, że jesteś. I tak mi 
przykro, kochanie, że muszę cię opuścić. Przestraszyłam cię, nie chciałam cię 
przestraszyć.

To prawda. Strach tkwił jak metalowe ostrze w gardle Shannon, ale 

potrząsnęła głową, żeby temu zaprzeczyć. Przywykła niemal do strachu, nie 
opuszczał   jej   nigdy,   doświadczała   go   zwłaszcza   wtedy,   gdy   podnosiła 
słuchawkę telefonu w swym biurze w Nowym Jorku. Bała się, że usłyszy o 
śmierci matki. - Boli cię?

-   Nie,   nie   martw   się.   -   Amanda   znów   westchnęła.   Choć   czuła   ból, 

piekielny ból, była silniejsza. Stała się mocniejsza, albowiem przyszło jej się 
zmierzyć ze sobą. W ciągu tych kilku krótkich tygodni, odkąd przebywała z 
nią Shannon, palił ją sekret, który ukrywała przed córką przez całe życie. Ale 
teraz chciała go odkryć. Nie miała wiele czasu.

- Czy możesz mi dać wody, kochanie?

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 5  

-   Oczywiście.   -   Shannon   podniosła   dzbanek,   stojący   przy   łóżku, 

napełniła   plastikowy   kubek   i   podała   matce   słomkę.   Ostrożnie   uniosła 
wezgłowie łóżka szpitalnego, aby ułożyć ją wygodniej.

Salon w ukochanym domu obu kobiet w Columbus przystosowano do 

opieki nad chorą. Shannon chciała, aby matka ostatnie swe dni spędziła w 
domu. Cicho rozbrzmiewała muzyka z magnetofonu. Książka, którą Shannon 
przyniosła, aby poczytać matce, leżała tam, gdzie ją upuściła w przestrachu. 
Odłożyła ją na miejsce.

Kiedy tylko znalazła się sama, mówiła sobie, że następuje poprawa, że 

widzi   ją  z  każdym   dniem.   Ale   wystarczyło,   by   spojrzała   na   matkę,   na   jej 
szarzejącą skórę, na zmarszczki bólu, na wycieńczone ciało, aby zdać sobie 
sprawę z prawdy. Nie mogła już nic zrobić, tylko ułożyć matkę wygodnie, 
podać z goryczą dawkę morfiny, aby załagodzić ból, który nigdy nie dał się 
całkowicie uśmierzyć.

Shannon  była   świadoma,   że  ogarnia   ją  panika.   Potrzebowała  minuty 

samotności, żeby dodać sobie odwagi.

- Zrobię ci chłodny okład...
- Dziękuję. - To da mi dość czasu, pomyślała Amanda, gdy Shannon 

pospiesznie wyszła. To pozwoli mi dobrać odpowiednie słowa... Pomóż mi, 
Boże.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 6  

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Amanda przygotowywała się na tę chwilę latami, wiedząc, że nadejdzie, 

a jednocześnie pragnąc, aby nie nastąpiła nigdy. Jakkolwiek patrzeć na sprawę, 
wszystko,  co było  szlachetne i  prawe w stosunku do  jednego  z  mężczyzn, 
których kochała, wydawało się niesprawiedliwe w stosunku do drugiego. Ale 
w tej chwili to nie na nich musiała się skupić. Nie zrobiła też nic, czego sama 
by się wstydziła. Teraz liczyła się tylko Shannon, którą musi zranić.

W   tej   chwili   liczyła   się   tylko   jej   piękna,   olśniewająca   córka,   która 

zawsze   ją   uszczęśliwiała.   Amandę   przeniknął   ból,   ale   zacisnęła   zęby.   Za 
chwilę Shannon będzie musiała cierpieć za to, co się wydarzyło tyle lat temu w 
Irlandii.   Całym   sercem   Amanda   próbowała   znaleźć   sposób   na   złagodzenie 
cierpienia córki.

Obserwowała   powracającą   Shannon.   Jej   szybkie,   wdzięczne   i   pełne 

energii ruchy. Porusza się jak jej ojciec, pomyślała. Nie Colin. Drogi, słodki 
Colin, niezdarny niczym dorastające szczenię.

Shannon ma ruchy Tommy'ego. Ma także jego oczy. Żywe, zielone jak 

mech, jasne jak jezioro skąpane w słońcu. Gęste kasztanowe włosy, spływające 
jedwabiście   na   twarz,   to   spadek   po   irlandzkich   przodkach.   Kształt   twarzy, 
kremowa   skóra   i   miękkie,   pełne   usta   to   podarunek   ode   mnie,   pomyślała 
Amanda.

Ale to Colin nauczył Shannon wytrwałości, ambicji i poczucia własnej 

wartości.

Uśmiechnęła się, gdy Shannon przemywała jej lepką od potu twarz.
- Nie mówiłam ci, jak bardzo jestem z ciebie dumna, Shannon.
- Ależ mówiłaś.
- Nie. Czułam się rozczarowana, że nie pozostałaś przy malarstwie. To 

egoistyczne z mojej strony. Wiem teraz o wiele lepiej, że kobieta powinna 
sama wybierać sobie drogę.

-   Nigdy   nie   próbowałaś   mnie   powstrzymać   od   wyjazdu   do   Nowego 

Jorku   i   zajęcia   się   reklamą   handlową.   A   poza   tym   nadal   maluję   -   dodała 
pocieszającym uśmiechem. - Prawie skończyłam obraz, tę martwą naturę. Na 
pewno ci się spodoba.

Czemu nie przywiozła ze sobą płótna? A niech to! Dlaczego nie myślała 

o spakowaniu kilku obrazów czy szkiców? Mogłaby usiąść matką i pokazać jej 
swoje prace. Sprawiłoby jej to tyle przyjemności.

- To jeden z moich ulubionych. - Amanda wskazała portret, wiszący ha 

ścianie salonu. - Portret twojego ojca śpiącego w bryczce w ogrodzie.

- Zamierzał skosić trawnik - zachichotała Shannon. Odłożyła kompres 

na   bok   i   zajęła   miejsce   przy   łóżku.   -   Za   każdym   razem,   gdy   pytałyśmy, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 7  

dlaczego   nie   wynajmie   chłopca   do   koszenia,   twierdził,   że   jest   to   dobre 
ćwiczenie, po czym wychodził i gdzieś przysypiał.

-   Zawsze   umiał   mnie   rozbawić,   brakuje   mi   go...   -   Amanda   ujęła 

Shannon za rękę. - Wiem, że tobie też go brakuje.

- Ciągle mi się wydaje, że krząta się przy frontowych drzwiach j mówi: 

„Mandy, Shannon, ubierajcie najlepsze sukienki. Udało mi się zarobić dziesięć 
tysięcy, wychodzimy na kolację!”

- Lubił zarabiać pieniądze. - Amanda zamyśliła się. Bawił się przy tym 

dobrze. Nie myślał o dolarach ani centach, nie był zachłanny ani egoistyczny. 
Traktował całą sprawę jak dobrą rozrywkę. Tak samo te ciągłe przeprowadzki 
z miejsca na miejsce co kilka lat. „Opuszczamy to miasto, Mandy, co powiesz 
na Kolorado? A może Memphis?” - Amanda potrząsnęła z uśmiechem głową. 
To było takie zabawne poudawać przez chwilę, że rozmawiają tak jak dawniej. 
- Ostatecznie, kiedy wprowadziliśmy się tutaj, powiedziałam, że dość mam już 
cygańskiego życia. Mieliśmy dom. Ojciec także tu osiadł, jak gdyby czekał na 
odpowiednie miejsce i czas.

- Kochał ten dom - wyszeptała Shannon.
- Ja też. Nigdy nie miałam nic przeciw tym przeprowadzkom. Zawsze 

.traktował je jak przygodę. Ale pamiętam, tydzień po wprowadzeniu się tutaj, 
usiadłam w swoim pokoju i pomyślałam, że tym razem chciałabym , tu zostać.

Shannon uśmiechnęła się do matki. - Myślę, że wszyscy czuliśmy to 

samo.

-   Przenosiłby   dla   ciebie   góry,   zabijałby   tygrysy.   -   Głos   Amandy 

Zadrżał, gdy to mówiła. - Czy wiesz, Shannon, czy naprawdę zdajesz sobie 
sprawę z tego, jak bardzo Colin cię kochał?

- Tak. - Podniosła rękę matki i przyłożyła do swego policzka. - Wiem 

dobrze.

- Pamiętaj o tym!
- Zawsze pamiętam.
-   Muszę,   niestety,   coś   ci   powiedzieć.   Coś,   co   cię   zrani,   rozzłości   i 

wprawi w zakłopotanie. Przepraszam.

Wzięła   głęboki   oddech.   Wiedziała,   że   jej   sen   to   nie   tylko   smutek   i 

miłość. To ponaglenie. Zrozumiała, że nie ma nawet tych trzech tygodni życia, 
które obiecywał jej doktor.

- Mamo, rozumiem, ale wciąż jest nadzieja. Zawsze jest nadzieja.
- Nie o to chodzi - powiedziała, unosząc rękę. - Chodzi o przeszłość, 

kochanie.   O   czas,   kiedy   wybrałam   się   z   przyjaciółką   zwiedzać   Irlandię. 
Zatrzymałyśmy się w hrabstwie Clare.

-   Nigdy   nie   mówiłaś,   że   byłaś   w   Irlandii.   -   Wiadomość   zaskoczyła 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 8  

Shannon   i   wydała   jej   się   dziwna.   -   Tyle   podróżowaliśmy.   Zawsze 
zastanawiałam się, dlaczego nigdy tam nie pojechaliśmy, z tobą i tatą, przecież 
oboje pochodziliście z Irlandii. Czułam jakiś związek z tym krajem, coś mnie 
do niego ciągnęło.

- Naprawdę? - zapytała miękko Amanda.
- Trudno to wyjaśnić - zamruczała Shannon, czując się nieswojo. Nie 

należała   do   kobiet,   które   lubiły   mówić   o   marzeniach.   Uśmiechnęła   się.   - 
Zawsze sobie obiecywałam, że gdy tylko trafią mi się długie wakacje, tam 
właśnie pojadę. Ale w związku z promocją i nowymi obowiązkami nic z tego 
nie wyszło. - Wzruszyła ramionami z pobłażaniem. - Poza tym, pamiętam, że 
kiedykolwiek   poddałam   pomysł   podróży   do   Irlandii,   patrzyliście   na   mnie 
kręcąc głowami i mówiliście, że jest wiele innych miejsc do zobaczenia.

- Nie mogłam tam wrócić i twój ojciec to rozumiał. - Amanda zacisnęła 

wargi, przyglądając się twarzy córki. - Czy zostaniesz przy mnie i wysłuchasz 
mnie? Proszę, spróbuj zrozumieć!

Shannon poczuła nowy przypływ strachu. Co może być gorszego od 

śmierci? zastanawiała się. Dlaczego miałabym się bać czegoś wysłuchać? - 
Jesteś zaniepokojona, mamo - zaczęła. - Czy wiesz, jak ważny jest dla ciebie 
spokój?

- I pozytywne myślenie - powiedziała Amanda z cieniem uśmiechu.
- To pomaga. Pamiętaj o tym. Tyle o tym czytałam.
- Wiem. - Resztki uśmiechu zniknęły z twarzy Amandy. - Kiedy byłam 

kilka   lat   od   ciebie   starsza,   wybrałam   się   w   podróż   z   Kathleen   Reilly. 
Pojechałyśmy do Irlandii, by zaznać wielkiej przygody. Byłyśmy dojrzałymi 
kobietami,   ale  obie  wywodziłyśmy   się  z  rodzin  o  surowych  zasadach.   Tak 
surowych, że miałam już ponad trzydziestkę, zanim zdobyłam się na odwagę, 
by   wyjechać.   -   Amanda   odwróciła   głowę,   by   widzieć   twarz   Shannon,   gdy 
mówiła. - Nie zrozumiesz tego. Zawsze byłaś pewna siebie i odważna. Ale 
kiedy ja doszłam do twojego wieku, nawet nie zaczęłam jeszcze walczyć ze 
swoim tchórzostwem.

- Nigdy nie byłaś tchórzem.
- Ależ byłam - powiedziała cicho Amanda. - Byłam. Moi rodzice to 

typowi Irlandczycy, cnotliwi i prawi, bardziej papiescy od papieża. Czuli się 
niezwykle rozczarowani, gdyż - w grę wchodziły raczej względy prestiżowe 
niż jakieś racje religijne - żadne z ich dzieci nie miało powołania...

- Ależ jesteś jedynaczką - przerwała Shannon.
-   Prawda   jest   inna.   Powiedziałam   ci,   że   nie   mam   rodziny,   a   ty 

zrozumiałaś, że nie mam rodzeństwa. Miałam dwóch braci i siostrę, ale od 
kiedy się urodziłaś, nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 9  

- Ale dlaczego? Przepraszam, mów dalej.
- Zawsze umiałaś słuchać, ojciec cię tego nauczył. - Amanda przerwała 

na chwilę, myśląc o Colinie. Miała nadzieję, że to, co robi, jest dobre dla nich 
wszystkich.   -   Nie   byliśmy   zżytą   rodziną,   Shannon.   W   domu   panowała 
oziębłość   i   surowe   zwyczaje,   obowiązywała   etykieta.   Stanowczo   się 
sprzeciwiano mojej podróży do Irlandii z Kate. Ale pojechałyśmy. Podniecone 
jak   uczennice,   jadące   na   piknik.   Najpierw   do   Dublina.   Później   dalej, 
korzystając z map i własnego wyczucia. Po raz pierwszy w życiu poczułam się 
wolna.

Jak łatwo sobie to wszystko przypomnieć, zdumiała się Amanda. Nawet 

po   tych   wszystkich   latach   tłumienia   wspomnień,   przeszłość   wypłynęła   tak 
czysta   i   jasna,   jak   woda.   Chichot   Kate,   pokasływania   małego   samochodu, 
który wynajęły, zakręty, które pokonywały we właściwym albo niewłaściwym 
kierunku.   I  to  pierwsze  lękliwe  spojrzenie  na  rozciągające  się  wzgórza,   na 
strome   zachodnie   klify.   Miała   wrażenie,   że   powróciła   do   domu.   Nie 
oczekiwała takiego uczucia, nigdy też więcej go nie zaznała.

- Chciałyśmy zobaczyć wszystko, co tylko możliwe, i kiedy dotarłyśmy 

do zachodnich krańców wyspy, znalazłyśmy uroczą gospodę z widokiem na 
rzekę Shannon. Zostałyśmy tam. Była to nasza baza wypadowa. Jeździłyśmy 
to tu, to tam na jednodniowe wycieczki. Odwiedziłyśmy klify Mohr, Galway, 
plaże Ballybunnion i wszystkie te fascynujące miejsca, które znajdowałyśmy 
po drodze, zupełnie ich nie oczekując. - Spojrzała na córkę. Oczy miała jasne, 
wzrok przenikliwy. - Chciałabym, żebyś tam pojechała, poczuła magię tego 
miejsca. Zobaczyła morze opadające z hukiem piorunów u podnóża klifów, 
zieleń pól. Odetchnęła głęboko podczas łagodnego deszczu, zachłysnęła się 
wiatrem   znad   Atlantyku.   Przesiąkła   światłem,   które   kojarzy   się   z   perłą 
nakrapianą złotem.

To   miłość,   pomyślała   zaintrygowana   Shannon.   I   tęsknota.   Nie 

podejrzewała o to matki. - Czy nigdy tam nie wróciłaś?

- Nie - powiedziała Amanda. - Nie wróciłam. Czy zastanawiałaś się 

kiedykolwiek, kochanie, jak to jest, gdy ktoś układa swoje plany tak ostrożnie i 
dokładnie, iż wie, jak będzie wyglądał następny dzień, i jeszcze następny, aż tu 
nagle wydarzy się coś, coś na pozór nic nie znaczącego, coś, co zmieni cały ten 
plan. I nigdy już nie będzie tak samo, jak było.

Ponieważ   to   nie   było   pytanie,   lecz   stwierdzenie,   Shannon   po   prostu 

czekała, zastanawiając się, co też mogło zmienić plany matki.

Ból znowu powrócił. Amanda zamknęła oczy na moment, koncentrując 

się na zwalczeniu go. Powstrzyma ból, obiecała sobie, dopóki nie skończy 
tego, co zaczęła.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 10

   

- Pewnego ranka, a było to już późne lato i deszcz kaprysił, to padał, to 

nie   padał,   Kate   poczuła   się   słabo.   Zdecydowała   się   zostać   w   gospodzie   i 
przeleżeć cały dzień w łóżku, poczytać i odpocząć. Nie mogłam usiedzieć w 
miejscu.   Czułam,   że   są   rzeczy,   które   muszę   jeszcze   zobaczyć.   Wzięłam 
samochód i pojechałam przed siebie, nic nie planując. Znalazłam się na Loop 
Hcad. Wysiadając z samochodu, słyszałam rozpryskujące się fale. Niespiesznie 
ruszyłam w kierunku klifów. Wiał wiatr, szemrząc w trawach. Czułam zapach 
oceanu i deszczu.  Jakaś  siła przenikała wszystko,  fale miarowo uderzały o 
brzeg. Zobaczyłam mężczyznę. - Amanda mówiła teraz powoli. - Stał tam, 
gdzie ląd gubił się w morzu. Spoglądał na wodę poprzez deszcz, patrzył na 
zachód, w kierunku Ameryki. Oprócz niego nie było nikogo. Stał zgarbiony, w 
mokrej kurtce, kapało mu z czapki, nasuniętej nisko na czoło. Odwrócił się, 
jakby właśnie na mnie czekał, i uśmiechnął się.

Nagle Shannon chciała wstać, powiedzieć matce, że czas już skończyć, 

czas   odpocząć,   czas   przerwać   tę   rozmowę.   Jej   ręce   zacisnęły   się   zupełnie 
nieświadomie w pięści. Serce zaczęło bić szybciej.

- Nie był młody - powiedziała cicho Amanda. - Ale był przystojny. W 

jego oczach wyczytałam coś smutnego, jakieś zagubienie. Uśmiechnął się i 
powiedział: „Dzień dobry”. Dodał, że dzień jest wspaniały, bo deszcz uderza w 
głowy,   a   wiatr   smaga   twarze.   Zaśmiałam   się,   ponieważ   dzień   należał   do 
udanych. Przywykłam do śpiewnego akcentu zachodniej Irlandii. Głos tego 
człowieka   był   tak   czarujący,   że   mogłam   go   słuchać   godzinami. 
Rozmawialiśmy b moich podróżach, o Ameryce. Powiedział, że jest farmerem, 
kiepskim farmerem. Czuł się źle z tego powodu, ponieważ musiał utrzymywać 
dwie córeczki. Ale smutek nie pojawił się na jego twarzy, gdy je wspominał. 
Nazywał je Maggie Mae i Brie. O swojej żonie mówił niewiele. Nagle poczęło 
wychodzić   słońce   -   powiedziała   Amanda   z   westchnieniem.   -   Wychodziło 
powoli   i   pięknie,   kiedy   tam   tak  staliśmy.   Wydawało   się,   że  przez  chmury 
przepływają strumyki złota. Spacerowaliśmy wąskimi ścieżkami rozmawiając, 
jakbyśmy znali się całe życie. I tam, na tych wysokich, cudownych wzgórzach, 
zakochałam się w nim. Powinno mnie to przestraszyć. - Zerknęła na Shannon, 
próbując dosięgnąć jej ręki. - Naprawdę się wstydziłam. Miał żonę i dzieci. 
Ale   pomyślałam,   że   przecież   tylko   ja   żywię   to   uczucie.   Ileż   może   być 
grzesznych   myśli   w   duszy   starej   panny,   zauroczonej   pewnego   ranka   przez 
przystojnego mężczyznę?

Amanda z ulgą poczuła uścisk dłoni córki. - Ale nie tylko ja tak czułam. 

Widywaliśmy się później zupełnie niezobowiązująco. W pubie, na klifach, raz 
wziął mnie i Kate na mały jarmark niedaleko Ennis. Trudno, abym pozostała 
niewinna.   Nie   byliśmy   dziećmi,   żadne   z   nas,   a   to,   co   czuliśmy   do   siebie, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 11

   

okazało się wielkie, ważne i uczciwe... Musisz mi wierzyć. Marzyliśmy, ale 
nie robiliśmy sobie obietnic. Był przywiązany do swojej żony, która go nie 
kochała, i do dzieci, które uwielbiał.

Amanda zwilżyła suche wargi, łykając wodę przez słomkę, z podanej , 

bez słowa przez Shannon szklanki. Przerwała znowu na chwilę. To, co teraz 
zamierzała powiedzieć, nie było lekkie.

-   Wiedziałam,   co   robię,   Shannon.   Mówiąc   szczerze,   to   z   mojej 

inicjatywy   zostaliśmy   kochankami.   Był   pierwszym   mężczyzną,   który   mnie 
dotykał,   a   robił   to   z   taką   delikatnością,   troskliwością   i   miłością,   że   oboje 
mieliśmy   łzy   w   oczach.   Wiedzieliśmy,   że   nasze   spotkanie   nastąpiło   zbyt 
późno! I to wydawało się takie beznadziejne.

Ciągle snuliśmy jednak głupie marzenia. Chciał znaleźć jakiś sposób na 

opuszczenie żony i przywiezienie swych córeczek do mnie, do Ameryki, gdzie 
stworzylibyśmy   rodzinę.   Ten   mężczyzna   desperacko   pragnął   rodziny.   Ja 
również.   Rozmawialiśmy   ze   sobą   w   pokoju   wychodzącym   na   rzekę   i 
udawaliśmy, że nigdy nic się nie zmieni. Spędziliśmy razem trzy tygodnie, a 
każdy następny dzień zdawał się piękniejszy od poprzedniego i jednocześnie 
bardziej bolesny. Musiałam go opuścić. Mówił, że będzie przychodził na Loop 
Hcad, gdzie się spotkaliśmy, i patrzył w morze, w kierunku Nowego Jorku, w 
moją   stronę.   Nazywał   się   Thomas   Concannon.   Prowadził   farmę   i   pragnął 
zostać poetą.

- Czy... - Głos Shannon był matowy i drżący. - Czy spotkałaś go jeszcze 

kiedyś?

- Nie, pisałam do niego czasami, a on odpowiadał. - Zacisnąwszy usta 

Amanda patrzyła córce w oczy. - Wkrótce potem wróciłam do Nowego Jorku i 
zorientowałam się, że jestem w ciąży.

Shannon potrząsnęła szybko głową, instynktownie zaprzeczając temu, 

co   usłyszała.   Poczuła   ogromny   strach.   -   W   ciąży?   -   Serce   zaczęło   jej   bić 
szybko. Znowu potrząsnęła głową i spróbowała uwolnić rękę. Zrozumiała. Nic 
więcej   Amanda   nie   musiała   dodawać.   Ale   nie   chciała   przyjąć   tego   do 
wiadomości. - Nie!

-   Wpadłam   w   przerażenie.   -   Amanda   wzmocniła   uścisk   ręki,   choć 

kosztowało ją to dużo wysiłku. - Domyśliłam się tego od razu, ale wpadłam w 
przerażenie. Nigdy nie sądziłam, że będę miała dziecko, że znajdę kogoś, kto 
pokocha   mnie   na   tyle,   aby   mi   je   podarować.   Pragnęłam   tego   dziecka. 
Kochałam   je,   dziękowałam   za   nie   Bogu.   Jakże   bolesna   i   smutna   była 
świadomość, że nigdy nie będę dzielić tej radości z Tom - mym. Tego piękna, 
owocu naszej miłości. Gdy zawiadomiłam go o tym, otrzymałam list wręcz 
szalony.   Bardzo   martwił   się   o   mnie,   o   to,   z  czym   przyjdzie   mi   się   samej 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 12

   

zmierzyć. Chciał opuścić dom i przyjechać. Wiedziałam, że potrafiłby tego 
dokonać, i to mnie kusiło. Ale cóż to miałoby wspólnego z dobrem, Shannon. 
Choć   miłość   do   niego   stanowiła   dobro.   Napisałam   do   niego   ostatni   raz, 
kłamiąc po raz pierwszy, że się nie martwię, nie jestem sama i wyjeżdżam.

-   Jesteś   zmęczona.   -   Shannon   desperacko   próbowała   powstrzymać 

słowa,   które   ją   dogłębnie   raniły.   -   Mówiłaś   za   długo.   Musisz   wziąć   teraz 
lekarstwo.

- Kochałby ciebie - rzekła gwałtownie Amanda. - Gdyby tylko miał 

szansę. Jestem przekonana, że kochał ciebie, chociaż nigdy cię nie widział.

- Przestań! - Shannon uniosła się. Nie mogła już dłużej tego słuchać. 

Poczuła narastające osłabienie, a jej twarz stała się blada i chłodna. – Nie chcę 
tego słuchać! Nie muszę tego słuchać!

- Wiem. Przykro mi, że sprawiło ci to tyle bólu, ale wydaje mi się, że 

powinnaś wiedzieć wszystko. Ja umieram... - powiedziała szybko Amanda i 
kontynuowała. - Moja rodzina wpadła w panikę, kiedy powiedziałam o ciąży. 
Chcieli, żebym dokonała aborcji. Spokojnie, dyskretnie, tak, aby nie doszło do 
żadnego skandalu, aby nie musieli się wstydzić. Umarłabym, gdybym miała to 
zrobić.   Dziecko   było   moje   i   Tommy'ego.   W   domu   padały   okropne   słowa, 
słyszałam pogróżki, stawiano mi warunki. Wyparto się mnie, a mój ojciec, 
zdolny   biznesmen,   zablokował   moje   konto   bankowe.   Nie   miałam   prawa 
ubiegać się o pieniądze pozostawione mi w spadku przez babkę. Pieniądze to 
nie zabawa. Rozumiesz! Pieniądze to potęga.

Opuściłam dom bez cienia żalu z tym, co mi zostało jeszcze w portfelu, 

i jedną walizką.

Shannon   miała   wrażenie,   że   znalazła   się   pod   wodą   i   walczy   o   łyk 

powietrza.   Z   wolna   jednak   zaczęła   wyobrażać   sobie   swoją   matkę,   młodą, 
prawie   bez   grosza,   niosącą   jedną   walizkę.   -   Czy   nie   znalazł   się   nikt,   kto 
mógłby ci pomóc?

- Kate na pewno by to zrobiła. Wiem, że bardzo wszystko przeżyła. Ale 

to była moja sprawa. Cały wstyd i cała radość należały do mnie. Wsiadłam do 
pociągu,   zmierzającego   na   północ,   i   znalazłam   pracę   kelnerki   w   pewnym 
uzdrowisku   w   górach   Catskills.   Tam   spotkałam   Colina   Bodine.   -   Amanda 
przerwała, kiedy Shannon odwróciła się i podeszła do gasnącego kominka.

W   pokoju   panowała   cisza.   Przerywał   ją   tylko   syk   żarzących   się 

węgielków i lekkie drżenie okien, spowodowane silnym wiatrem. Mimo tej 
ciszy   Amanda   wyczuwała   burzę   w   duszy   swojego   dziecka,   które   kochała 
ponad wszystko. Cierpiała, ponieważ wiedziała, że nawałnica może uderzyć w 
nie obie.

- Przyjechał na wakacje ze swoimi rodzicami. Nie zwracałam na niego 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 13

   

szczególnej uwagi. Należał po prostu do tych bogatych i uprzywilejowanych 
ludzi, których obsługiwałam. Żartował od czasu do czasu, a ja uśmiechałam 
się, bo tak wypadało. Skupiłam się na pracy, zarobkach i dziecku, co we mnie 
wzrastało.

Pewnego   popołudnia   rozszalała   się   burza   i   większość   gości 

zdecydowała  się  zostać  w  hotelu.   Lunch  rozniesiono   im   do   pokojów.   Gdy 
niosłam jedną z tac spiesząc się, by posiłek nie wystygł i goście nie mieli 
powodów do narzekań, pojawił się Colin. Wytoczył się zza rogu, przemoczony 
do suchej nitki, i wpadł prosto na mnie. Mój Boże, był tak niezdarny!

Z   oczu   Shannon   popłynęły   łzy,   gdy   wpatrywała   się   w   błyszczące 

węgielki.   -   Przewrócił   cię   na   ziemię.   Tak   zaczęła   się   wasza   znajomość. 
Wspominał o tym...

- Tak było. Zawsze mówiliśmy ci prawdę. Leżałam jak długa w błocie, 

jedzenie rozsypało się wokół. Zaczął mnie przepraszać i próbował mi pomóc, 
ale ja widziałam tylko zmarnowany posiłek. Bolały mnie plecy od dźwigania 
ciężkich tac, a nogi miałam tak napuchnięte, że się w końcu rozpłakałam.

Siedziałam w tym błocie i zanosiłam się płaczem, nie mogąc przestać. 

Nawet kiedy mnie podniósł i zaniósł do swojego pokoju, nie potrafiłam się 
uspokoić. Posadził mnie na krześle i choć kapało ze mnie błoto, otulił mnie 
kocem i gładził, dopóki łzy mi nie obeschły. Czułam się zawstydzona jego 
zachowaniem.   Wydawał   się  taki   miły.   Nie  pozwolił   mi  odejść,   dopóki   nie 
obiecałam mu, że wybiorę się z nim na kolację.

To mogło być romantyczne i urocze, myślała Shannon. Jej oddech stał 

się krótki, urywany. Ale nie było, przeciwnie - wydawało się ohydne.

- Zapewne nie wiedział, że jesteś w ciąży!
Amanda   wykrzywiła   twarz   zarówno   pod   wpływem   padającego 

oskarżenia,  jak i nowego  ataku bólu.  - To nie całkiem tak.  Faktycznie  nie 
obnosiłam   się   z   tym.   Musiałam   starannie   wszystko   ukrywać,   inaczej 
straciłabym pracę. To były inne czasy i niezamężna, ciężarna kelnerka nigdy 
by się nie utrzymała w ośrodku dla bogaczy.

- Pozwoliłaś, by się w tobie zakochał, gdy nosiłaś dziecko innego. - 

Głos Shannon stał się zimny jak lód. - A tym dzieckiem byłam ja, okropne.

- Miałam już swoje lata - powiedziała Amanda ostrożnie, przyglądając 

się córce. Wyraz twarzy Shannon spowodował, że o mało się nie rozpłakała. - 
A   tak   naprawdę   nikt   mnie   nie   kochał.   Romans   z   Tommym   był   szybki   i 
oszałamiający   jak   błyskawica.   Wciąż   czułam   się   nim   oślepiona,   kiedy 
spotkałam   Colina.   Wciąż   cierpiałam   z   tego   powodu,   rozpamiętywałam. 
Wszystko, co czułam do Tommy'ego, przelałam na dziecko. Mówiłam ci, iż 
wydawało mi się, że Colin jest dla mnie miły. Ale wkrótce przekonałam się, że 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 14

   

jest to coś więcej.

- I pozwoliłaś mu!
- Prawdopodobnie mogłam go powstrzymać - powiedziała Amanda z 

długim westchnieniem. - Nie wiem. Przez następny tydzień przysyłał mi do 
pokoju   kwiaty   i   śliczne,   drobne   upominki.   Uwielbiał   dawać.   Znajdował 
sposoby, żeby się ze mną spotykać. Zjawiał się, gdy tylko miałam przerwę w 
pracy, choćby dziesięciominutową. Potrzebowałam czasu, aby zorientować się, 
że się mną interesuje.

Przeraziłam   się.   Był   uroczym   mężczyzną,   tak   dla   mnie   dobrym. 

Musiałam mu powiedzieć, że jestem w ciąży. Myślałam, że cała sprawa na tym 
się skończy, i szczerze żałowałam, bo został pierwszym moim przyjacielem od 
czasu, gdy opuściłam Kate i Nowy Jork.

Słuchał   mnie   nie   przerywając,   bez   pytań.   Nie   potępiał.   A   kiedy 

skończyłam   i   rozpłakałam   się,   ujął   mnie   za   rękę   i   powiedział:   -   Najlepiej 
zrobisz, jeśli mnie poślubisz. Zaopiekuję się tobą i dzieckiem.

Po policzkach Shannon spływały łzy, odwróciła głowę. Amanda płakała 

także,  ale nie pozwoliła  emocjom zapanować nad sobą,  choć wiedziała,  że 
nastąpiła katastrofa.

- Tak po prostu? Jakżeż to możliwe?
-   Kochał   mnie,   ale   jego   propozycja   wydawała   mi   się   upokarzająca. 

Odmówiłam mu oczywiście. Cóż innego mogłam zrobić. Myślałam, że czuje 
się  zobowiązany  albo  całkiem  zwariował.   Zaczął  nalegać.   Nawet  kiedy  się 
zdenerwowałam   i   powiedziałam,   żeby   zostawił   mnie   w   spokoju,   nie 
zrezygnował. - Na ustach Amandy pojawił się uśmiech, kiedy to wspominała. - 
To tak, jakbym była skałą, a on falą, która cierpliwie, stopniowo niszczy cały 
opór.

Przyniósł   mi   rzeczy   dla   dziecka.   Czy   możesz   sobie   wyobrazić 

mężczyznę,   który   chce   się   przypodobać   kobiecie,   przynosząc   prezenty   dla 
dziecka, które jeszcze się nie narodziło?

Pewnego   dnia   wszedł   do   mojego   pokoju   i   zakomunikował,   że   mam 

odebrać pensję i zwolnić się z pracy. Tak zrobiłam. Dwa dni później zostałam 
jego żoną.

Amanda spojrzała nagle na córkę i odgadła malujące się na jej twarzy 

pytanie, zanim zostało zadane.

- Któż by nie pokochał takiego mężczyzny! Nie kłamię, naprawdę go 

kochałam. I byłam mu wdzięczna. Jego rodzice oczywiście nie wydawali się 
zachwyceni,   ale   mówił,   że   ich   przekona.   Z   pewnością   dokonałby   tego, 
niestety, zginęli w wypadku samochodowym w drodze do domu. Zostaliśmy 
więc sami. Obiecałam sobie, że stanę się dobrą żoną, stworzę mu rodzinę, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 15

   

zaakceptuję go w łóżku. Przyrzekłam sobie nie myśleć więcej o Tommym, ale 
było   to   niemożliwe.   Minęły   lata,   zanim   zrozumiałam,   że   nie   ma   nic 
wstydliwego w tym, iż pamiętam pierwszego mężczyznę, którego kochałam. 
Nie miało to nic wspólnego z brakiem lojalności wobec męża.

- Nie był moim ojcem - powiedziała Shannon przez zaciśnięte zęby. - 

Był twoim mężem, ale nie moim ojcem.

- Oczywiście, że był twoim ojcem! - Po raz pierwszy w głosie Amandy 

pojawił się gniew. - Nigdy tak nie mów!

- Przecież właśnie oznajmiłaś mi coś wręcz przeciwnego!
- Kochał cię, gdy znajdowałaś się jeszcze w moim łonie. Przyjął nas 

obie bez wahania, nie z próżnej ambicji. - Amanda mówiła tak szybko, jak 
tylko pozwalał jej na to ból. - Mówiłam ci, że czułam się zawstydzona. Wciąż 
myślałam   o   mężczyźnie,   z   którym   nigdy   nie   mogłabym   być,   mając 
jednocześnie najwspanialszego człowieka przy sobie.

W   dzień   twoich   narodzin,   kiedy   zobaczyłam   go,   jak   trzyma   cię   w 

swoich  niezgrabnych,   wielkich  dłoniach,   z  zachwytem  i   dumą  na   twarzy   i 
miłością w oczach, kołysząc cię przy tym tak delikatnie, jakby zrobiono cię ze 
szkła, zakochałam się w nim. Kochałam go od tego dnia tak mocno, jak tylko 
kobieta jest w stanie kochać mężczyznę. I kocham go nadal.

Był twoim ojcem. Tommy również byłby nim, gdyby tylko mógł.
Jedyna rzecz,  jakiej  żałowaliśmy   z  Colinem,  to  to,  że  nie mogliśmy 

mieć więcej dzieci, aby dać im to szczęście, jakie dzieliliśmy z tobą.

- Chcesz, żebym wszystko zaakceptowała. - W zdaniu tym było więcej 

gniewu   niż   smutku.   Shannon   spojrzała   na   matkę.   Kobieta,   która   leżała   w 
łóżku, stała się jej obca. Sama także czulą się nieswojo. - Mów dalej, to i tak 
niczego nie zmieni!

- Przestań, chcę dać ci czas na pogodzenie się z tym, co usłyszałaś. 

Musisz to zrozumieć. I pragnę, żebyś uwierzyła, kochaliśmy cię, każde z nas.

Świat   Shannon   leżał   rozbity   u   jej   stóp.   Wszystkie   wspomnienia, 

wszystko, w co wierzyła, zamieniło się w garść skorup.

- Pogodzić się? Z tym, że przespałaś się z żonatym mężczyzną, zaszłaś 

w ciążę, a potem poślubiłaś pierwszego człowieka, który cię o to poprosił, aby 
się ratować! Zaakceptować wszystkie kłamstwa, którymi karmiłaś mnie całe 
życie! Przecież to jedno wielkie oszustwo!

-   Masz   prawo   do  gniewu.   -   Amanda   walczyła   z  bólem  fizycznym  i 

emocjonalnym.

- Gniew? Czy sądzisz, że to, co czuję, to wyłącznie gniew? Boże, jak 

możesz to robić! - Shannon zachwiała się. Opanowało ją przerażenie. - Jak 
mogłaś kryć to przede mną przez te wszystkie lata! Pozwolić mi wierzyć, że 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 16

   

jestem kimś, kim wcale nie jestem.

- Przecież jesteś nadal tą samą osobą - powiedziała z rozpaczą Amanda. 

-   Colin   i   ja   uważaliśmy,   że   tak   jest   najlepiej   dla   ciebie.   Nigdy   nie 
wiedzieliśmy, kiedy i w jaki sposób ci to powiedzieć. My...

- Rozmawialiście o tym! - Zaślepiona wściekłością Shannon odwróciła 

się do słabej kobiety, spoczywającej w łóżku. Poczuła okropną chęć potrząsnąć 
tym  wychudłym ciałem.  -  Może  to dziś powiemy  Shannon,  że jest drobną 
pomyłką,   pamiątką   z   zachodniego   wybrzeża   Irlandii?   A   może   zrobimy   to 
jutro?

-   Nie   pomyłką,   żadną   pomyłką,   jesteś   cudem.   Przestań,   Shannon!   - 

Amanda przerwała, ciężko oddychając. - Przeszył ją taki ból, jakby rozrywały 
ją kleszcze. Obraz poszarzał jej przed oczami.

Poczuła rękę, unoszącą jej głowę, słomkę wsuwaną w usta i usłyszała 

głos córki, już spokojny. - Łyknij wody, jeszcze trochę. Dobrze. Połóż się teraz 
i zamknij oczy.

- Shannon! - Amanda wyciągnęła rękę.
- Jestem tutaj. Ból zaraz przejdzie, spróbuj zasnąć.
Ból powoli zanikał, zmęczenie spowijało ją niby mgła. Za mało czasu, 

myślała Amanda. Dlaczego zawsze jest za mało czasu?

- Proszę nie miej mi za złe - mruczała półprzytomnie. - Nie możesz 

mnie nienawidzić.

Shannon usiadła przytłoczona smutkiem. Siedziała tak jeszcze długo, 

gdy matka zasnęła.

Amanda już się nie obudziła.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 17

   

ROZDZIAŁ DRUGI

Gdy jedna z córek Toma Concannona przeżywała ból po stracie matki, 

dwie inne cieszyły się z okazji narodzin dziecka. Brianna Concannon Thane 
kołysała w ramionach córeczkę, uważnie patrząc w jej wielkie niebieskie oczy, 
okolone   bardzo   długimi   rzęsami.   Niedowierzająco   spoglądała   na   malutkie 
paluszki z miniaturowymi paznokietkami, na śliczne jak pączek róży usteczka. 
Wydawało się jej, że dziecko się uśmiecha.

Nic minęło pół godziny, jak zdążyła zapomnieć o bólu, długotrwałym 

wysiłku i zmęczeniu porodem. Pierzchły nawet gdzieś nachodzące ją lęki.

Miała dziecko.
-   Dziewczynka   naprawdę   istnieje   -   powiedział   Grayson   Thane   z 

namaszczeniem, delikatnie, nadzwyczaj ostrożnie muskając policzek dziecka 
opuszkami   palców.   Jest   nasza,   pomyślał.   Nasza   córka,   Kayla!   Dziecko 
wydawało się tak małe, kruche i bezradne. - Czy sądzisz, że mnie polubi?

- Lubimy cię, jesteś raczej sympatyczny, więc względy dziecka chyba 

zyskasz - powiedziała szwagierka, chichocząc i zaglądając mu przez ramię.

- Wiesz co, Brie - odezwała się po chwili. - Dziewczynka na pewno 

odziedziczyła twój kolor włosów; teraz są bardziej brunatne, ale później zrobią 
się miedzianozłote.

Brianna zadowolona z tego sądu rozpromieniła się i pogłaskała miękki 

puszek na głowie córeczki. - Tak sądzisz?

-   Może   będzie   miała   mój   podbródek   -   wtrącił   Gray   głosem   pełnym 

nadziei.

- Oto typowy mężczyzna - podsumowała Maggie, zerkając na swego 

męża, który uśmiechnął się do niej szeroko zza szpitalnego łóżka. - Kobieta 
przechodzi   przez   ciążę   -   kontynuowała   Maggie   -   wraz   ze   wszystkimi   jej 
niedogodnościami.   Te   opuchnięte   łydki,   mdłości...   Chodzi   miesiącami, 
kołysząc się jak krowa, a później cierpi podczas porodu...

- Nie przypominaj mi o tym. - Gray nie próbował nawet ukryć drżenia 

na wspomnienie jeszcze tak świeżego przeżycia.

Briannie   udało   się   już   zapomnieć   o   porodzie,   ale   nie   Grayowi. 

Wydarzenie to wycisnęło na nim piętno. Wszystko będzie żyło w jego snach 
latami, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Bardzo to przeżył, toteż o 
zmianach, jakie w nim zaszły, myślał ze strachem. Jako pisarz, wspominał 
przebieg całego wydarzenia scena po scenie. Nigdy już nie zdoła myśleć o 
życiu w dawny sposób.

Nic mogąc się oprzeć, Maggie rozpuściła język. Bardzo lubiła Graya, 

ale   nigdy   nie   omieszkała   zażartować   z   niego,   gdy   tylko   nadarzyła   się 
sposobność.   -   Ile   to   trwało   godzin?   Osiemnaście?   Osiemnaście   godzin 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 18

   

bolesnego wysiłku, prawda Brie?

Brianna   nie   potrafiła   ukryć   uśmiechu,   kiedy   Gray   zaczął   blednąc.   - 

Mniej więcej, ale początkowo poród wydawał mi się dłuższy. Wszyscy kazali 
mi oddychać, a biedny Gray, niemal całkiem pozbawiony tchu, pokazywał mi, 
jak powinnam to robić.

Maggie odrzuciła do tyłu kosmyk włosów i powiedziała: - Mężczyźni 

nie mają powodów do jęków, siedząc osiem godzin za biurkiem. A zauważ, że 
ciągle nalegają, by zwać nas „słabą płcią”.

- Ode mnie tego nie usłyszałaś. - Rogan Sweeney uśmiechnął się do 

małżonki.   Uczestniczenie   w   narodzinach   Kayli   przypomniało   mu,   jak   to 
Maggie zmagała się dzielnie, niczym żołnierz w bitwie, z przyjściem na świat 
ich   syna,   Liama.   -   Na   dobrą   sprawę   nikt   nie   bierze   pod   uwagę   tego,   jak 
przechodzi przez to mężczyzna - dodał i zwrócił się do Graysona. - Co z twoją 
ręką?

Gray,   ściągając   brwi,   zgiął   palce,   na   które   żona   nałożyła   mocny 

opatrunek. - Nie sądzę, aby była złamana.

- Pamiętam, jak dziarsko powstrzymywałeś wycie, mimo to twoje oczy 

zaszły mgłą, gdy Brie mocno ścisnęła ci rękę - zaśmiała się Maggie.

- Masz szczęście, że ci nie złorzeczy. - Rogan uniósł ciemne, ładnie 

zarysowane   brwi,   spoglądając   na   żonę.   -   Epitety,   jakimi   obrzucała   mnie 
Margaret   Mary   po   narodzinach   Liama,   wydałyby   ci   się   z   pewnością 
oryginalne, lepiej ich nie powtarzać.

- Spróbuj zrzucić osiem funtów w tak krótkim czasie, a zobaczysz, jakie 

słowa przyjdą ci na myśl. Wiecie, co on powiedział, gdy spojrzał na Liama po 
raz pierwszy? „O, chłopiec ma mój nos.” To wszystko.

- Bo ma.
- Czy dobrze się już czujesz? - Zaniepokojony Gray zwrócił się nagle do 

żony. Wciąż była trochę blada, ale jej oczy nabrały znów blasku. Zniknęło 
gdzieś   to   budzące   dreszcz   spojrzenie   pełne   drżenia.   -   Czy   wszystko   w 
porządku?

- Tak, czuję się świetnie. - Aby zapewnić o tym męża, Brie uniosła rękę 

i dotknęła jego twarzy. Twarzy, którą kochała. Darzyła miłością również jego 
usta i cudowne, błyszczące oczy ze złotymi plamkami. - I nigdy nie zgodzę się 
z obietnicą, że mnie już nigdy nie dotkniesz, jaką złożyłeś mi w chwili porodu. 
- Ze śmiechem przytuliła dziecko. - Czy słyszałaś, Maggie, Graya krzyczącego 
na lekarza: „Zmieniliśmy decyzję, nie chcemy dziecka, proszę zejść mi z drogi, 
zabieram żonę do domu!”

- Dobrze ci mówić. - Gray znów pogładził dziecko po twarzy. - Nie 

musiałaś tego wszystkiego oglądać. W zasadzie całe zamieszanie związane z 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 19

   

narodzinami dziecka spada na głowę faceta.

-   Masz   rację   -   powiedział   Rogan.   -   A   w   tej   jakże   ciężkiej   dla   nas 

sytuacji w ogóle się nas nie zauważa. Chodźmy, Maggie, mieliśmy zadzwonić.

Maggie wstała chichocząc. - Chodźmy, za chwilę do was wrócimy.
Kiedy zostali sami, Brianna spojrzała rozpromieniona na męża. - Mamy 

rodzinę, Graysonie.

Godzinę później, gdy pielęgniarka przyszła zabrać dziecko, Grayson stał 

się niespokojny i podejrzliwy. - Chyba powinienem mieć na nią oko. Nie mam 
zaufania, ta kobieta ma dziwny wzrok.

- Nie zadręczaj się i nie przesadzaj, Gray, dobrze!
-   Dobrze.   -   Roześmiał   się   i   wrócił   do   żony.   -   Mam   nadzieję,   że   ta 

kobieta zna się na tym, jak sądzisz?

- Och, jestem tego pewna. - Rozbawiona Brianna objęła dłońmi męża, a 

on pochylił się, by ją pocałować.

- Nasza Kayla jest piękna jak słońce.
-   Kayla   Thane   -   powtarzał,   a   potem   wybuchnął   śmiechem.   -   Kayla 

Margaret   Thane,   pierwsza   kobieta   prezydent   Stanów   Zjednoczonych.   W 
Irlandii   mieliśmy   już   kobietę   prezydenta.   Zresztą,   sama   wybierze.   Pięknie 
wyglądasz, Brianno. - Pocałował ją znowu.

To,   co   powiedział,   było   absolutną   prawdą.   Oczy   Brianny   lśniły,   a 

miedzianozłote włosy wiły się wokół jeszcze trochę bladej twarzy. Wiedział 
jednak, że oboje zaczynają budzić się do życia.

- Musisz być wyczerpana. Powinienem pozwolić ci się zdrzemnąć.
- Spać? - Spojrzała na niego zalotnie i pociągnęła go lekko w swoją 

stronę, aby otrzymać pocałunek. - Chyba żartujesz? Mam teraz tyle energii! A 
poza   tym   jestem   śmiertelnie   głodna.   Dałabym   wszystko   za   olbrzymiego 
hamburgera i górę frytek!

- Chcesz jeść? - Zerknął na nią zaskoczony. - Co za kobieta! Może 

później staniesz za pługiem!

-   Wierzę,   że   poradziłabym   sobie   -   odpowiedziała   nieco   obrażonym 

tonem Brianna. - Nie miałam ani kęsa w ustach od ponad dwudziestu czterech 
godzin. Zechciałbyś zapytać, czy mogą mi coś przynieść?

-   Szpitalne   jedzenie?   W   żadnym   wypadku!   Nie   dla   matki   mojego 

dziecka.

Gray zdał sobie natychmiast sprawę z nietaktu. Rzadko używał zwrotu 

„moja żona”, a teraz powiedział „moje dziecko”.

-   Idę   poszukać   hamburgera   dla   ciebie.   Najlepszego,   jakiego   można 

znaleźć na zachodnim wybrzeżu Irlandii.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 20

   

Brianna wygodnie ułożyła się na łóżku, zanosząc się śmiechem, kiedy 

Gray wyszedł pospiesznie z sali. Co to był za rok, myślała. Minęło trochę 
więcej niż rok od chwili, gdy go pokochała, a teraz są już rodziną...

Mimo zarzekania się, że nie jest śpiąca, powieki jej stały się ciężkie, i 

szybko zapadła w sen.

Gdy   się   obudziła,   wynurzając   się   z   mglistych   marzeń   sennych, 

zobaczyła, że Gray siedzi na skraju łóżka i uważnie się jej przygląda.

- Dziecko też spało - zaczął i uniósł rękę żony do ust. - Tak długo 

nalegałem,   aż   pozwolili   mi   ją   znowu   potrzymać.   Wiesz,   Kayla   na   mnie 
spojrzała.   Naprawdę,   Brie.   Prosto   na   mnie.   Myślę,   że   wie,   kim   jestem... 
Zacisnęła paluszki, te cudowne miękkie paluszki wokół mojego kciuka i tak 
trzymała.   -   Przerwał   nagle,   przestraszony,   a   radość   promieniująca   z   jego 
twarzy zniknęła. Nie ukrywał lęku.

- Ty płaczesz? Dlaczego płaczesz? Czy coś cię boli? Zawołam lekarza. 

Idę po kogoś.

- Nie! - Brianna szlochając chciała przytulić się do ramienia męża. - Nic 

mnie nie boli. To dlatego, że tak bardzo cię kocham. Tak mnie wzruszyłeś, 
Graysonie. Patrzyłam na twoją twarz, kiedy o niej mówiłeś, i biło z niej takie 
szczęście...

- Nie wiedziałem, że aż tak... - zamruczał, gładząc jej włosy, a ona 

usiadła na łóżku i wtuliła się w niego.

-   Wiesz,   nigdy   nie   sądziłem,   że   jest   to   tak   wielkie   przeżycie.   Tak 

niewiarygodnie   wielkie.   Będę   dobrym   ojcem   -   zapewniał   z   zapałem 
naznaczonym jednocześnie cieniem lęku, że aż ją to rozbawiło.

-   Wiem,   wiem.   -   Jak   mógłby   nie   być,   skoro   wierzyła   mu   tak 

bezgranicznie.

- Przyniosłem ci hamburgera i jeszcze kilka drobiazgów.
- Dziękuję. - Ułożyła się z powrotem i znów zaszlochała. Wycierała 

usilnie oczy, ale zapełniały się łzami za każdym razem, gdy tylko na niego 
spojrzała. - Och, Graysonie, jaki z ciebie cudowny wariat.

Popatrzyła na pokój przepełniony kwiatami w koszach, w wazonach. Na 

kolorowe balony o zabawnych kształtach. Zerknęła na wielkiego pluszowego 
psa, który strzegł jej łóżka.

- To pies Kayli - rzekł Grayson, zdejmując opakowanie z hamburgera i 

wręczając go Briannie. - Nie myśl o niczym. Oto hamburger, z pewnością 
zimny.   Niestety   zjadłem   trochę   frytek,   ale   mam   jeszcze   kawałek 
czekoladowego ciasta dla ciebie. Jeśli masz ochotę, oczywiście.

Brianna otarła świeże łzy. - Chcę najpierw ciasta.
- Proszę bardzo.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 21

   

-   Cóż   to,   już   ucztujesz?   -   zapytała   Maggie,   wchodząc   do   pokoju   z 

bukietem żonkili w dłoniach.

Za nią podążał mąż, ukrywając twarz za pluszowym niedźwiedziem. - 

Witaj, mamusiu! - Rogan Sweeney pochylił się nad łóżkiem szwagierki, by ją 
uściskać. Następnie spojrzał na Graya. - Co słychać, tatuśku?

- Zgłodniała - odparł Gray, szeroko się uśmiechając.
-   Jestem   zbyt   głodna,   aby   dzielić   się   z   kimś   ciastem!   -   Brianna 

nadgryzła kawałek.

- Przyszliśmy znów na ciebie popatrzeć. - Maggie ciężko usiadła na 

krześle.   -   Widzieliśmy   małą   i   mogę   powiedzieć,   bez   przesady,   że   jest 
najpiękniejszym dzieckiem wśród noworodków. Naprawdę ma twoje włosy, 
Brie, i śliczne usteczka Graya.

-   Murphy   cię   pozdrawia   i   życzy   wszystkiego   najlepszego   -   wtrącił 

Rogan, umieszczając niedźwiedzia przy łóżku obok psa. - Zadzwoniliśmy do 
niego przed chwilą i przekazaliśmy nowinę. Świętuje razem z Liamem, jedząc 
ciasta, które piekłaś na krótko przed pójściem do szpitala.

- To miłe z jego strony, że zajmuje się Liamem, gdy wy jesteście tutaj.
-   Och,   bynajmniej   nie   jest   to   dla   niego   kłopotliwe.   Najchętniej 

siedziałby z chłopcem od rana do wieczora, gdybym mu tylko na to pozwoliła. 
Na   pewno   świetnie   się   bawią   -   stwierdziła   Maggie.   -   O,   jeszcze   zanim 
zapytasz,   w   pubie   u   O'Mallcyów   wszystko   jest   przygotowane.   Czekają   na 
twoich gości. Zastanawiam się tylko, dlaczego przyjęłaś rezerwację wiedząc, 
że lada chwila możesz spodziewać się dziecka?

- Prawdopodobnie z tych samych powodów, z jakich ty pracowałaś przy 

swoim   szkle   do   chwili,   aż   nie   zawieziono   cię   do   szpitala,   żebyś   urodziła 
Liama. - W głosie Brianny brzmiała ironia. - Tak mi się wydaje. To jest po 
prostu moje życie. Czy mama i Lottie poszły już do domu?

- Tak, przed chwilą. - Przez wzgląd na Briannę Maggie powstrzymała 

uśmiech. Jak zawsze matka narzekała bez przerwy, tym razem obawiała się, że 
w szpitalu nabawi się jakiejś choroby. Nic nowego. Nigdy już się nie zmieni. - 
Zajrzały tu, ale widząc, że śpisz, Lottie zaproponowała mamie, iż odwiezie ją 
do   domu.   Przyjadą   zobaczyć   Kaylę   jutro.   -   Maggie   przerwała   i   znacząco 
spojrzała na Rogana.

Jego   niedostrzegalne   kiwnięcie   głową   oznaczało,   że   do   niej   należy 

decyzja, czy podzielić się z Brie pozostałymi nowinami. Ponieważ Maggie 
dobrze   rozumiała   Briannę   i   jej   potrzeby,   przysiadła   z   drugiej   strony   łóżka 
siostry, naprzeciwko Graya, i ujęła jej rękę.

Gray wydawał się zaniepokojony.
-   Nie   patrz   tak   na   mnie   -   rzekła   do   szwagra.   -   Nic   jej   nie   zrobię! 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 22

   

Chciałam   tylko   powiedzieć,   że   detektyw   Rogana   uważa,   że   tym   razem 
odnalazł Amandę. Poczekaj, nic nie mów, to znowu może być płonna nadzieja. 
Ile razy już przez to przechodziłyśmy!

-   Ale   teraz   może   się   udało!   -   Brianna   przymknęła   na   chwilę   oczy. 

Przeszło rok temu znalazła listy pisane przez Amandę Dougherty do ojca. Listy 
miłosne, które ją bardzo zaszokowały i przeraziły. Dowiedziała się z nich, że 
kobieta   ta   ma   z   jej   ojcem   dziecko.   To   rozpoczęło   długą   serię   poszukiwań 
osoby, którą kochał jej ojciec, i dziecka, którego nigdy nie poznał.

-   To   jest   możliwe   -   ostrożnie   odezwał   się   Gray,   nie   chcąc   widzieć 

rozczarowania na twarzy żony. - Brie, wiesz przecież, ile razy gubiliśmy ślad 
od momentu odnalezienia aktu urodzenia tej kobiety?

- Przecież wiemy całkiem dużo. Wiemy, że mamy siostrę - powtarzała 

uparcie Brianna. - Znamy jej imię. Wiemy, że Amanda wyszła za mąż, że 
często przeprowadzała się z miejsca na miejsce. To te przeprowadzki sprawiają 
nam teraz kłopot. Ale prędzej czy później odnajdziemy je! Mam wrażenie, że 
teraz się uda.

- Zobaczymy. - Maggie właściwie nie wierzyła już w taką możliwość. 

Poza  tym  nie  była  całkowicie  przekonana  co  do  tego,   czy   faktycznie  chce 
odnaleźć kobietę, która jest jej przyrodnią siostrą. - Detektyw wyruszył w tej 
chwili w drogę do Columbus w stanie Ohio. Tak czy inaczej wkrótce czegoś 
się dowiemy.

- Ojciec chciałby, żebyśmy to zrobiły - powiedziała spokojnie Brianna. - 

Czułby się szczęśliwy, wiedząc, że przynajmniej próbujemy je odnaleźć.

Maggie   wstała,   wzruszając   ramionami.   -   Skoro   już   zaczęliśmy,   nie 

zaprzestaniemy poszukiwań. - Miała tylko nadzieję, że wszyscy z tej historii 
wyjdą bez szwanku i nikt nie zostanie zraniony. - Wydaje mi się jednak, że 
powinnaś w tej chwili cieszyć się z powiększenia rodziny, a nie martwić się o 
kogoś, kogo możemy wcale nie odnaleźć.

-   Powiesz   mi   o   wszystkim,   jak   tylko   się   czegoś   dowiesz   -   nalegała 

Brianna.

-   Oczywiście,   ale   naprawdę   nie   powinnaś   teraz   zawracać   sobie   tym 

głowy.

Maggie   rozejrzała   się   po   pokoju.   -   Czy   chcesz,   żebyśmy   zabrali   te 

wszystkie kwiaty do domu? Będą tam stały, kiedy przyjedziecie z dzieckiem.

-   Świetnie,   to   dobry   pomysł.   -   Brianna   powstrzymała   resztę   pytań 

kłębiących   się   w   jej   głowie.   Na   razie   i   tak   nikt   nie   potrafił   na   nie 
odpowiedzieć.

- Czy jeszcze czegoś potrzebujesz, Brianno? - Rogan był w pogodnym 

nastroju. Z uśmiechem przyjął naręcze kwiatów, które zebrała żona. - Może 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 23

   

więcej ciasta?

Brianna   spojrzała   nań   zarumieniona.   -   Zjadłam   całe,   prawda?   Nie, 

niczego już nie potrzebuję, dziękuję. Idźcie lepiej do domu i wyśpijcie się jak 
należy.

- Tak zrobimy. Zadzwonię do ciebie - obiecała Maggie.
Gdy   tylko   wyszła   z   Roganem,   w   jej   oczach   pojawił   się   smutek.   - 

Chciałabym, żeby Brianna nie wierzyła tak bardzo w to, że ta nasza zaginiona 
siostra zechce od razu rzucić się jej w ramiona.

- Wiem, ale taka właśnie jest Brianna.
- Święta Brianna - westchnęła Maggie. - Nie zniosę, jeśli wyjdzie z tego 

zraniona, Roganie. Wystarczy na nią spojrzeć, a widać, jak zaprząta sobie tym 
głowę. Jak bardzo tkwi to w jej sercu. Nieważne. Może się mylę, ale byłoby 
lepiej, gdyby tych listów nigdy nie znalazła.

- Nie denerwuj się tym. Wystarczy, że już to robi Brianna. - Rogan 

nacisnął ramieniem przycisk windy.

- Wcale się nie denerwuję - zaprzeczyła Maggie. - Tylko Brianna nie 

powinna   teraz   o   tym   myśleć.   Ma   dziecko,   którym   musi   się   zająć,   a   Gray 
prawdopodobnie  wyjedzie  na  kilka   miesięcy   w   związku   z  promocją  nowej 
książki.

-   Myślę,   że   to   odłoży.   -   Rogan   poprawił   kwiaty   tak,   aby   ich   nie 

połamać. - Z tego, co wiem, Gray chce to odłożyć, ale Brianna zadręcza go, 
żeby jechał. Według niej nic nie powinno stać na przeszkodzie jego pracy.

Zirytowana Maggie rzuciła spojrzenie w kierunku windy. - Tak, a ona 

może niańczyć dziecko, zajmować się pensjonatem, tymi cholernymi gośćmi... 
Wszystko naraz! To jest właśnie cała Brianna!

-   Wiemy   dobrze,   że   Brianna   jest   dość   silna,   aby   zmierzyć   się   ze 

wszystkim, cokolwiek się stanie. Jest przecież taka, jak ty.

Gotowa   do   kłótni,   Maggie   spojrzała   na   męża,   ale   widok   jego 

rozbawionej   twarzy   załagodził   jej   złość.   -   Może   i   masz   rację.   -   Mrugnęła 
łobuzersko. - Tylko ten jeden raz - dodała.

Już   trochę   spokojniejsza,   wzięła   od  niego  część  kwiatów.   -   To   zbyt 

piękny   dzień,   aby   przejmować   się   czymś,   co   nigdy   może   się   nie   zdarzyć. 
Mamy śliczną siostrzenicę, Sweeneyu, prawda?

- Tak. Właśnie myślę, że odziedziczyła twój podbródek, Margaret Mary.
- Ja też tak sądzę.
Weszli razem do windy.
Jakie to proste, zadumała się Maggie, wystarczy zapomnieć o rzeczach 

przyziemnych i myśleć tylko o szczęściu.

- Wiesz, skoro Liam chodzi już o własnych siłach, może zaczniemy 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 24

   

myśleć o jakiejś siostrzyczce czy braciszku dla niego?

Rogan   zaśmiał   się   i   ucałował   żonę,   wychylając   twarz   zza   bukietu 

żonkili. - Ja też o tym myślałem.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 25

   

ROZDZIAŁ TRZECI

Jestem Światłem i Zmartwychwstaniem.
Shannon znała te słowa. Znała wszystkie słowa księdza, które miały ją 

uspokoić,   wyciszyć,   może   zainspirować...   Słuchała   ich   tego   pięknego 
wiosennego dnia przy grobie matki. Rozbrzmiewały w zatłoczonym, skąpanym 
w   słońcu   kościele   podczas   mszy   za   zmarłą.   Pamiętała   je   bardzo   dobrze   z 
dzieciństwa.

Klękała, wstawała i siadała zupełnie machinalnie, jakby jakaś część jej 

mózgu powodowała nią podczas ceremonii.

Nie czuła się jednak ani uspokojona, ani wyciszona, ani zainspirowana.
Obraz ten nie przypominał jej snu, był zbyt realny.
Ubrany na czarno ksiądz obdarzony wspaniałym barytonem, dziesiątki 

opłakujących   zmarłą,   złoty   strumień   światła,   odbijający   się   od   mosiężnych 
okuć trumny pokrytej kwiatami. Szlochy i ćwierkanie ptaków.

Shannon żegnała swoją matkę.
Obok   świeżego   grobu   znajdował   się   kopczyk   drugiego,   czysto 

utrzymany, a w jego głowach tkwił świeży nagrobek mężczyzny, którego całe 
życie uważała za swojego ojca.

Powinna była płakać, ale łzy już jej wyschły. Powinna była się modlić, 

ale modlitwy nie przychodziły.

Głos   księdza   dźwięczał   w   czystym   wiosennym   powietrzu.   Shannon 

stała przy grobach, ale myślami przeniosła się do chwili, gdy spacerowała tam 
i z powrotem po salonie. Jej gniew jeszcze nie wygasł. Wydawało jej się, że 
matka śpi. Postanowiła ją obudzić, ponieważ w jej głowie roiło się od pytań i 
próśb. Nie mogła dłużej czekać.

Delikatnie poruszyła jej ramię. Dzięki Bogu, że przynajmniej zrobiła to 

delikatnie. Matka jednak się nie obudziła. Shannon nie dostrzegła ani cienia 
ruchu.

Wpadła w panikę. Nie była już tak ostrożna, zaczęła potrząsać matką, 

krzyczeć,   błagać.   Po   kilku   minutach   zaślepienia,   na   szczęście   krótkich, 
zrozumiała, że to się na nic nie zda. W oszołomieniu zadzwoniła po ambulans. 
Później nie kończąca się, przerażająca jazda do szpitala i oczekiwanie, ciągłe 
oczekiwanie w napięciu.

Teraz   wszystko   już   się   skończyło.   Amanda   zapadła   w   śpiączkę   i   w 

takim stanie zabrała ją śmierć. I jak mówił ksiądz: „Odeszła w wieczność”.

W   szpitalu   zarówno   doktor,   jak   i   niezwykle   uprzejme   pielęgniarki 

mówili   jej,   że   na   matkę   spłynęło   błogosławieństwo.   Przyjaciele   i   sąsiedzi, 
których   zawiadomiła,   także   uznali   to   za   błogosławieństwo.   Przez   ostatnie 
czterdzieści osiem godzin nie czuła bólu ani cierpienia. Po prostu spała, kiedy 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 26

   

jej ciało i mózg obumierały.

Tylko żyjący cierpią, pomyślała Shannon. Tylko oni, obarczeni winą i 

żalem, dręczącymi pytaniami, na które nie ma odpowiedzi.

- Jest teraz z Colinem! - Usłyszała szept.
Shannon otrząsnęła się z zamyślenia i zobaczyła, że wszyscy się ku niej 

zwrócili.   Nie  pozostało  jej  nic  innego,   jak  przyjąć  kondolencje,   wsparcie  i 
zapewnienia o smutku.

Rozejrzała się wokół siebie. Wiele z tych osób wróci oczywiście z nią 

do domu, przygotowała się do tego.

Jakkolwiek patrzeć, myślała, odpowiadając jednocześnie podchodzącym 

do niej ludziom, najlepiej radzę sobie z detalami.

Przygotowała   pogrzeb   starannie   i   bez   zaniedbań.   Matka   na   pewno 

pragnęłaby prostego pogrzebu, toteż Shannon zrobiła wszystko, aby zadowolić 
Amandę   w   swej   ostatniej   wobec   niej   powinności.   Prosta   trumna,   kwiaty   i 
muzyka, uroczysta katolicka ceremonia.

I   stypa  oczywiście.   Wydawało  jej   się  to   okropne,   że   musi   zająć  się 

przygotowaniem jedzenia dla przyjaciół i sąsiadów, którzy przyjdą do domu 
prosto z cmentarza, kiedy nie ma na to ani czasu, ani energii.

W końcu została sama. Przez chwilę nie mogła zebrać myśli. Czego 

właściwie chce?

Łzy i modlitwy wciąż nie przychodziły. Spróbowała położyć rękę na 

trumnie, ale czuła tylko rozgrzane słońcem drewno i powietrze wypełnione 
zapachem róż.

- Przepraszam - wyszeptała. - To nie powinno się tak skończyć, ale nie 

wiem, jak to rozwiązać, jak zmienić. I nie potrafię powiedzieć „żegnaj” do 
żadnego z was. - Spojrzała na nagrobek obok.

„Colin Alan Bodine. Ukochany mąż i ojciec.”
Nawet te ostatnie słowa, pomyślała żałośnie, wyrzeźbione w granicie, są 

kłamstwem. Jej jedynym życzeniem, kiedy tak stała nad grobami dwojga ludzi, 
których   kochała   całe   życie,   było   nigdy   nie   poznać   prawdy.   I   to   uparte, 
egoistyczne życzenie sprawiło, że poczuła się winna. Wiedziała, że musi jakoś 
z tym żyć.

Odwróciła się i odeszła samotnie do czekającego na nią samochodu.
Wydawało   jej   się,   że   minęły   wieki   od   czasu,   kiedy   tłum   zaczął   się 

rozchodzić i w domu zapadła cisza.

Amanda była bardzo lubiana i ci, którzy ją lubili, zebrali się w jej domu. 

Shannon wysłuchała ostatnich podziękowań, słów współczucia, pożegnań i w 
końcu zamknęła drzwi. Została sama.

Poczuła zmęczenie, kiedy weszła do biura ojca.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 27

   

Amanda   zmieniła   tu   trochę   w   ciągu   tych   jedenastu   miesięcy,   które 

dzieliły ją od nagłej śmierci męża. Na wielkim starym biurku nie panował już 
rozgardiasz. Shannon musiała zastanowić się, co zrobić z komputerem, faxem i 
innym wyposażeniem, którego Colin używał jako makler i doradca finansowy. 
Moje zabawki, tak to nazywał. Nawet Amanda je zatrzymała, choć nie miała 
nic   przeciwko   temu,   by   oddać   jego   garnitury,   buty   i   zwariowane   krawaty. 
Wszystkie   księgi   pozostały   na   półkach,   księgi   majątkowe,   rachunkowe   i 
podatkowe.

Zmęczona Shannon usiadła na skórzanym fotelu, który podarowała mu 

z   okazji   Dnia   Ojca   pięć   lat   temu.   Bardzo   mu   się   podobał,   wspominała, 
przesuwając rękę po miękkiej skórze koloru burgunda.

-   Dość   duży,   żeby   w   nim   posadzić   konia   -   powiedział   wtedy   i   ze 

śmiechem ją uściskał.

Chciała   poczuć   ów   uścisk,   ale   nie   mogła.   Nie   czuła   nic.   I   to   jej 

powiedziało   więcej   niż   msza   pogrzebowa,   więcej   niż   cmentarz.   Została 
zupełnie sama. Naprawdę sama.

Miałam   tak   mało   czasu,   myślała   tępo   Shannon.   Gdyby   wiedziała 

wcześniej... Nie była pewna, co ma na myśli. Chorobę matki czy jej kłamstwo.

Gdyby wiedziała wcześniej, mogłaby spróbować z niekonwencjonalną 

medycyną. Koncentraty witamin, leki homeopatyczne, o których tyle czytała. 
Zebrała   na   ten   temat   całą   kolekcję   książek.   Miała   za   mało   czasu,   żeby 
skorzystać z tej szansy.

Tragedia rozegrała się w ciągu kilku tygodni. Matka ukrywała przed nią 

chorobę, jak również inne sprawy. Nie chciała się nimi dzielić nawet z własną 
córką, pomyślała Shannon gorzko, walcząc z gniewem.

Dlatego też ostatnie słowa, jakie wypowiedziała do matki, były gniewne 

i obraźliwe. Wiedziała, że nigdy już ich nie odwoła.

Zacisnęła   pięści   przeciwko   niewidzialnemu   wrogowi,   a   twarz   jej 

zapłonęła. Odwróciła się od biurka. Potrzebowała czasu. Boże, potrzebowała 
czasu, żeby wszystko pojąć albo żeby chociaż nauczyć się z tym żyć.

Z jej oczu trysnęły łzy gorące i rzewne. Ponieważ wiedziała w głębi 

serca,   iż   życzyła   sobie,   by   matka   umarła   przed   zdradzeniem   sekretu, 
nienawidziła siebie za to.

Kiedy   łzy   obeschły,   stwierdziła,   że   musi   się   położyć.   Machinalnie 

weszła po schodach. Obmyła gorące policzki chłodną wodą i położyła się w 
ubraniu na łóżku.

Muszę sprzedać dom, myślała, i meble. Trzeba przejrzeć dokumenty. 

Nie powiedziała matce, że ją kochała. Zupełnie wyczerpana zapadła z ciężkim 
sercem w sen.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 28

   

Popołudniowe   drzemki   zawsze   sprawiały,   że   Shannon   czuła   się 

półprzytomna.   Zresztą   sypiała   popołudniami   tylko   wtedy,   gdy   się 
rozchorowała, a chorowała rzadko.

W domu panowała cisza, kiedy wygrzebała się z łóżka. Spojrzała na 

zegar. Spała mniej niż godzinę, ale czuła się ociężała i miała zamęt w głowie. 
Pomyślała,   że   zrobi   sobie   kawę   i   usiądzie,   aby   zaplanować,   co   zrobić   z 
rzeczami matki i domem, który tak kochała.

Nagle zadzwonił dzwonek, jeszcze zanim zdążyła zejść schodami na 

dół. Prosiła tylko w myślach, by nie był to żaden dobroduszny sąsiad, który 
zaproponowałby jej pomoc lub swoje towarzystwo. Nie chciała widzieć w tej 
chwili nikogo.

Przed   drzwiami   stał   nieznajomy   mężczyzna   średniego   wzrostu   w 

czarnym garniturze. W ręku trzymał niewielką torbę. Włosy miał przyprószone 
siwizną. Oczy rzucały przenikliwe spojrzenia, tak że poczuła się dziwnie, gdy 
jego wzrok spoczął na jej twarzy.

- Szukam Amandy Doughcrty Bodine.
- To jest rezydencja Bodinów - odrzekła Shannon, próbując zgadnąć, 

kim jest ten człowiek. Handlarz? Raczej nie. - Jestem jej córką, czego pan 
sobie życzy?

Twarz mężczyzny się nie zmieniła, ale Shannon wyczuła, że jego uwaga 

znacznie wzrosła.

- Chciałbym pomówić z panią Bodine, jeśli to możliwe. Nazywam się 

John Hobbs.

- Przykro mi, panie Hobbs, ale jest to niemożliwe. Pochowałam matkę 

dziś rano, proszę mi wybaczyć...

-   To   okropne.   -   Mężczyzna   ręką   przytrzymał   drzwi,   kiedy   Shannon 

chciała je zamknąć. - Właśnie przybyłem tu z Nowego Jorku. Nie słyszałem o 
śmierci pani matki.

Hobbs szybko wszystko przemyślał. Za blisko dotarł, aby teraz tak po 

prostu odejść.

- Czy pani jest Shannon Bodine?
- Tak, to ja. O co więc panu chodzi, panie Hobbs?
-   Czy   może   pani   poświęcić   mi   kilka   minut?   -   powiedział   dość 

przyjaźnie. - Oczywiście, kiedy pani zechce. Chciałbym się z panią umówić w 
ciągu najbliższych kilku dni.

Shannon odrzuciła włosy do tyłu. Były całe w nieładzie po drzemce.
-   Muszę   wrócić   do   Nowego   Jorku   za   kilka   dni.   Możemy   się   tam 

spotkać. Byłbym bardzo wdzięczny.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 29

   

Oczy   Shannon   zwęziły   się.   Czuła   się   zupełnie   zdezorientowana,   a 

przecież jeszcze nie doszła całkiem do siebie. - Czy moja matka pana znała, 
panie Hobbs?

- Nie, nie znała, pani Bodine.
- A więc nie mamy o czym rozmawiać, a teraz pan wybaczy...
-   Mam   wiadomości   do   przekazania.   Upoważnili   mnie   do   tego   moi 

klienci. Wiadomości dla pani Bodine.

Hobbs trzymał rękę na drzwiach na wypadek, gdyby Shannon chciała je 

zamknąć.

- Klienci! - Wbrew sobie Shannon poczuła, że jest zaintrygowana. - Czy 

dotyczy to mego ojca?

Choć wahanie Hobbsa nie trwało długo, Shannon zdołała je uchwycić. 

Serce zaczęło jej walić.

- To dotyczy pani rodziny, to prawda. Gdybyśmy mogli się spotkać... 

Poinformuję klientów o śmierci pani Bodine.

- Kim są pańscy klienci, panie Hobbs? Nie, proszę mi nie mówić, że to 

sprawa   poufna   -   mówiła   szybko.   -   Przyszedł   pan   do   tego   domu   w   dzień 
pogrzebu mojej matki, szukając jej, aby coś z nią przedyskutować. Coś, co 
dotyczy mojej rodziny. Teraz ja jestem „moją rodziną”, toteż, panie Hobbs, 
pańskie informacje z pewnością dotyczą i mnie. Kim są pańscy klienci?

-   Muszę   zadzwonić   ze   swojego   samochodu.   Poczeka   pani   na   mnie 

chwilkę?

- Dobrze - zgodziła się impulsywnie Shannon. W jej głosie brak było 

cierpliwości. - Poczekam.

Zamknęła jednak drzwi, kiedy Hobbs odszedł w kierunku samochodu, 

zaparkowanego z brzegu chodnika. Czuła, że koniecznie musi napić się kawy. 
Nie powinno zająć jej to dużo czasu. Dzwonek u drzwi zadźwięczał, gdy tylko 
zaczęła pić. Wzięła ze sobą kubek i poszła otworzyć.

-   Pani   Bodine,   mój   klient   upoważnił   mnie   do   swobodnego 

dysponowania informacjami.

Włożywszy rękę do kieszeni, wyjął z niej wizytówkę i podał Shannon.
Biuro   Detektywistyczne   „Doubleday”,   przeczytała.   Nowy   Jork. 

Shannon uniosła brwi.

- Znalazł się pan daleko od domu, panie Hobbs.
- Mój zawód zawsze trzyma mnie w drodze. Ten szczególny przypadek 

zawiódł mnie tutaj. Czy mógłbym wejść, pani Bodine? Oczywiście, jeśli pani 
woli, możemy się spotkać gdzie indziej.

Miała ochotę zamknąć mu drzwi przed nosem. Nie dlatego że obawiała 

się go fizycznie. Jej tchórzostwo wywodziło się z czegoś innego i tkwiło w niej 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 30

   

głęboko. Ponieważ jednak je rozpoznała, postanowiła je zignorować. - Proszę, 
właśnie zrobiłam kawę.

- Zauważyłem.
Jak miał w zwyczaju, uważnie rozglądał się wokół siebie, podążając za 

Shannon.   Dom   urządzono   z   przepychem,   w   bardzo   dobrym   guście. 
Wyposażenie wnętrza odzwierciedlało w jakiś sposób to wszystko, o czym 
Hobbs dowiedział się w ciągu ostatnich miesięcy o Bodinach. Tworzyli miłą, 
bezpretensjonalną, blisko ze sobą związaną, dobrze sytuowaną rodzinę.

-   To   trudny   okres   dla   pani,   pani   Bodine   -   zaczął   Hobbs,   gdy   zajął 

miejsce   przy   stole,   które   wskazała   mu   Shannon.   -   Mam   nadzieję,   że   nie 
pogorszę jeszcze sytuacji.

- Moja matka umarła dwa dni temu, panie Hobbs. Nie sądzę, by mógł 

pan coś pogorszyć. I tak już jest wystarczająco trudno. Śmietanki, cukru?

- Dziękuję, czarną proszę. - Przyglądał się jej, kiedy przygotowywała 

mu kawę. Jest opanowana, myślał, to ułatwi mi sprawę.

- Czy pani matka była chora, pani Bodine?
- Tak, na raka - odparła Shannon.
Nie potrzebuje współczucia i nie należy jej go okazywać, zadecydował.
-   Reprezentuję   Rogana   Swecneya   -   zaczął   Hobbs.   -   Jego   żonę   i   jej 

rodzinę.

- Rogan Sweeney? - Shannon ostrożnie przysiadła się do stołu. - Znam 

to   nazwisko   oczywiście.   Galeria   „Worldwide”   ma   filię   w   Nowym   Jorku. 
Zarząd  główny   mieści   się   w...   -   Urwała  i  postawiła  kubek,   zanim   poczuła 
drżenie rąk. W Irlandii, pomyślała. - W Irlandii.

- Wie pani zatem. - Hobbs wyczytał z jej oczu, że wie. W ten sposób 

było mu łatwiej prowadzić sprawę.

- Moi klienci myśleli, że może pani o niczym nie wiedzieć.
Shannon postanowiła, że nie da nic po sobie poznać, podniosła znów 

kubek. - Co takiego Rogan Sweeney może mieć ze mną wspólnego?

-   Pan   Sweeney   jest   małżonkiem   pani   Margarct   Mary   Concannon, 

starszej córki nieżyjącego Thomasa Concannona z hrabstwa Clare w Irlandii.

-   Concannon!   -   Shannon   zamknęła   oczy,   przeszedł   ją   dreszcz.   - 

Rozumiem.

Kiedy otworzyła znów oczy, pojawiły się w nich ironiczne iskierki. - 

Domyślam się, że to oni wynajęli pana, by mnie pan odszukał. Wydaje mi się 
to dziwne, cóż może wyniknąć z tego po tylu latach.

-   Początkowo  wynajęto  mnie   po  to,   bym   odszukał  pani   matkę,   pani 

Bodine. Mogę pani powiedzieć, że o niej jak i o pani istnieniu moi klienci 
dowiedzieli   się   dopiero   w   zeszłym   roku.   Wtedy   to   rozpoczęły   się 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 31

   

poszukiwania.   Niestety,   trudno   było   odnaleźć   miejsce   pobytu   Amandy 
Dougherty. Wie pani,  że opuściła dom rodzinny w Nowym Jorku zupełnie 
nagle, nie dając później żadnych znaków życia.

- Myślę, że jest to usprawiedliwione, skoro wyrzucono ją z domu tylko 

dlatego,   iż zaszła  w ciążę.  -  Shannon odepchnęła  kubek  z  kawą  na  bok.   - 
Czego chcą pańscy klienci?

- Pierwotnie chodziło o odnalezienie pańskiej matki i przekazanie jej, 

dzieci Toma Concannona po jego śmierci natrafiły na listy, które pisała Po 
niego pani matka. Za jej pozwoleniem chciały się skontaktować z panią. [i - A 
więc on nie żyje. - Shannon podniosła rękę do skroni - Tak, mówił mi pan już 
o tym. - Wszyscy odeszli... pomyślała.

- Dobrze, znalazł mnie pan, panie Hobbs, zadanie wykonane. Proszę 

przekazać swoim klientom, że rozmawiał pan ze mną i że nie życzę sobie i 
żadnych kontaktów w przyszłości.

- Pani siostry...
Oczy Shannon stały się chłodne. - Nie uważam tych kobiet za swoje 

siostry!

Hobbs lekko przechylił głowę. - Pani Sweeney i pani Thane chciałyby 

skontaktować się z panią osobiście.

- I nie zdołam ich powstrzymać, prawda? Czy pan nie może zrozumieć, 

że nie interesuje mnie spotkanie z kobietami, których zupełnie nie , znam. To, 
co zaszło między ich ojcem a moją matką dwadzieścia osiem lat temu, nie 
zmienia tego faktu. Nie chcę ich poznać! - wybuchnęła, ale zaraz się uspokoiła. 
- A więc Mary Margaret Concannon, mówił pan. Artystka?

- Tak, znana jest ze swojej ceramiki.
- To nie zmienia faktu, że nie chcę się z nią widzieć - burknęła Shannon. 

Widziała   jedną   z   wystaw   państwa   Sweeneyów   w   „Worldwide”   w   Nowym 
Jorku, myślała nawet o zakupie jakichś prac. W tej chwili wydało jej się to 
nawet zabawne.

- Zabawne, prawda? Proszę powiedzieć Margaret Mary Concannon » i 

jej siostrze...

- Brianna. Brianna Concannon Thane. Prowadzi zajazd w Clare. Może 

słyszała pani o jej mężu. Jest popularnym pisarzem.

- Grayson Thane?
Hobbs   przytaknął.  Shannon   niemal   wybuchnęła   śmiechem.   -   Obie 

dobrze wyszły za mąż. Mają szczęście. Proszę im powiedzieć, że zrobiły to, co 
i ja zamierzam zrobić ze swoim życiem. - Zaczerwieniła się. - Czy coś jeszcze, 
panie Hobbs?

- Chciałem zapytać, czy chce pani otrzymać listy swojej matki, a jeśli 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 32

   

tak, czy ma pani coś przeciw temu, żeby moi klienci zatrzymali kopie dla 
siebie.

- Nie chcę tych listów! Nic nie chcę! - Jakby pod wpływem jakiejś 

trucizny, Shannon posłała Hobbsowi jadowite spojrzenie. - To, co się stało, nie 
jest ani moim, ani ich błędem. Nie wiem, co o tym sądzą, panie Hobbs, i 
zupełnie mnie to nie obchodzi. Jeśli to ciekawość, poczucie winy albo rodzaj 
rodzinnych zobowiązań, proszę powiedzieć, żeby dały sobie spokój.

Hobbs również się zaczerwienił. - Biorąc pod uwagę czas, wysiłki oraz 

pieniądze,   jakie   wydano,   aby   panią   odnaleźć,   powiedziałbym,   że   to 
kombinacja tych trzech rzeczy, które pani wymieniła. Ale osobiście wydaje mi 
się, iż to coś znacznie więcej. Oczywiście przekażę wszystko.

Podał jej rękę, zaskoczona odwzajemniła uścisk.
- Gdyby pani zmieniła zdanie albo chciała się o coś zapytać, proszę 

zadzwonić pod numer na wizytówce. Odlatuję dzisiaj wieczorem do Nowego 
Jorku.

Ton   głosu   Hobbsa   stał   się   uszczypliwy.   Shannon   nie   wiedziała 

dlaczego.

- Przecież mam chyba prawo do prywatności!
- Oczywiście! - Skinął głową. - Zegnam panią, pani Bodine. Dziękuję za 

kawę i czas, jaki mi pani poświęciła.

Pal go diabli! Tyle tylko przyszło jej na myśl, gdy wychodził z kuchni. 

Niech   go   cholera   weźmie   za   ten   jego   obiektywizm   i   rozsądek!   Miała   ich 
wszystkich   dość.   Nie   wyłączając   córek   Thomasa   Concannona,   które   ją 
poszukiwały,   aby   zaspokoić   swą   ciekawość.   Nie   chciała   ich   znać.   Nie 
potrzebowała ich. Niech zostaną w Irlandii z tym swoim wygodnym życiem, 
wspaniałymi mężami i sukcesami. Miała własne życie i jak najszybciej musiała 
je poukładać. Ocierała łzy, nie zdając sobie sprawy z tego, że płacze. Weszła 
na   górę   i   schwyciła   książkę   telefoniczną.   Przeciągając   szybko   palcem   po 
stronie, wybrała jeden z numerów i wykręciła.

- Halo, chciałabym sprzedać dom. Jak najszybciej.

Tydzień później Shannon znalazła się już w Nowym Jorku.
Wyceniła dom i miała nadzieję, że szybko go sprzeda. Pieniądze nie 

były   dla   niej   sprawą   istotną.   Odkryła,   że   jest   bogatą   kobietą.   Śmierć   ojca 
przyniosła jej około pół miliona dolarów z inwestycji, jakie podejmował. Do 
tego spadek. Szkoda tylko, że musiała zostać sierotą, aby tak dobrze ułożyły 
się sprawy finansowe.

Wychował   ją   Colin   Bodine,   toteż   wiedziała,   że   sprzedaż   domu   to 

słuszna   decyzja.   Nie   miała   jednak   serca   pozbywać   się   niektórych   mebli. 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 33

   

Wstawi je do piwnicy. Z pewnością znajdzie jeszcze czas, by się zastanowić, 
co zrobić z każdą lampą czy wazonem.

Shannon spakowała tylko kilka ulubionych  przedmiotów,  do  których 

miała sentyment. Zabrała je do Nowego Jorku. Znalazły się wśród nich obrazy, 
które namalowała dla swoich rodziców wiele lat temu. Nie mogła się z nimi 
rozstać.

Choć szef dał jej wolne do końca tygodnia, wróciła do pracy na drugi 

dzień   po   powrocie   z   Columbus.   Wiedziała,   że   praca   pomoże   jej   dojść   do 
siebie. Zajmowała nowe stanowisko. Dopiero zaczęła na nim pracować, gdy 
wezwała ją choroba matki.

W   zasadzie   miała   dopiero   dwa   tygodnie   na   przyzwyczajenie   się   do 

nowego miejsca, pozycji i zakresu obowiązków. Większość swego dorosłego 
życia spędziła na  działaniach zmierzających  do  osiągnięcia właśnie takiego 
stanowiska i takich obowiązków. Wspinała się po szczeblach kariery. Dość 
szybko udało jej się zdobyć stałą posadę i zapewnić sobie spokój, do jakiego 
dążyła.

Miała   swoje   biuro,   a   tygodniowy   plan   zajęć   wypełniały   spotkania   i 

prezentacje. Miała już także pewną renomę. Jej pracę szanowano i wiedziała, 
że może osiągnąć o wicie więcej. To wszystko, o czym zawsze marzyła, czego 
potrzebowała i do czego dążyła, straciło teraz dla niej znaczenie. Nie liczyło 
się   ani   biuro,   ani   stół   i   przybory   kreślarskie.   Nawet   to,   że   na   skutek 
codziennych   telefonów   z   Columbus   i   konieczności   wyjazdu,   główne 
przedsięwzięcie musiała przekazać współpracownikowi. Nic nie miało teraz 
znaczenia.   Promocja,   którą   przerwała,   wydawała   jej   się   czymś   bardzo 
odległym. Tak samo, jak i całe życie, które wiodła do tej pory, z tym jego 
porządkiem i rozsądnym planowaniem. Teraz wydawało jej się, że to wszystko 
należy do kogoś innego.

Siedziała   wpatrując   się   w   obraz   przedstawiający   ojca   śpiącego   w 

ogrodzie. Nie zdążyła go jeszcze powiesić. Stał oparty o ścianę. Nie wiedziała 
dlaczego. Może po prostu nie chciała, by wisiał w biurze?

- Shannon! - Kobieta, która wychyliła głowę spoza drzwi wydawała się 

atrakcyjna i nieskazitelnie ubrana. To była Lily, jej asystentka. Przyjaciółka od 
przypadku do przypadku. Shannon zdała sobie sprawę, że w jej życiu roiło się 
od   takich   właśnie   przyjaźni.   -   Myślałam,   że   może   chciałabyś   zrobić   sobie 
przerwę?

- Nie ruszyłam palcem, nie mam od czego odpoczywać.
- Hej! - Lily weszła do gabinetu, obeszła biurko i stanęła za plecami 

Shannon. - Zrób sobie jednak przerwę. Jesteś tu dopiero od kilku dni.

- Nie powinnam tyle o tym myśleć! - Zirytowana Shannon oderwała się 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 34

   

od biurka. - Nic w tej chwili nie robię.

- Kroczysz teraz wyboistą drogą.
- Tak, to prawda.
- Dlaczego nie odwołasz spotkań popołudniowych?
- Przecież muszę kiedyś wrócić do pracy. - Zapatrzyła się w okno. W 

dole   rozciągał   się   widok   Nowego   Jorku.   Marzyła   kiedyś   o   tym   mieście.   - 
Wiesz, odwołaj obiad z Todem. Nie mam nastroju na to spotkanie.

Lily zmarszczyła czoło. - Czyżby kłopoty w raju?
- Powiedzmy. Doszłam do wniosku, że ten związek nie ma sensu, a 

poza tym nie mam czasu na tego typu randki.

- Sama zadzwoń.
- Zgoda. - Shannon odwróciła się. - Nie podziękowałam ci nawet za to, 

że tyle pomogłaś mi w pracy, kiedy mnie tu nie było. Przejrzałam kilka rzeczy 
i muszę stwierdzić, że zrobiłaś niezły kawał roboty.

- Za to mi płacą. - Lily stuknęła palcem w kartkę notatnika. - Trzeba 

ukończyć   pracę   dla   „Mincko”,   nic,   jak   dotąd,   nie   usatysfakcjonowało 
„Rightwaya”. Tilghmanton uważa, że powinnaś się tym zająć. Przekazał tę 
wiadomość   dziś   rano.   Prosi   o   przejrzenie   rysunków   i   dostarczenie   czegoś 
nowego pod koniec tygodnia.

-   Dobrze   -   zgodziła   się   Shannon   i   pochyliła   nad   .biurkiem.   -   Takie 

wyzwanie to coś, czego mi trzeba. - Najpierw przyjrzę się „Rightwayowi”, 
Lily. A później wezmę się za „Mincko”.

- Świetnie! - Lily skierowała się ku drzwiom. - Och, miałam ci coś 

jeszcze   powiedzieć.   „Rightway”   chce   coś   tradycyjnego   i   nowoczesnego. 
Subtelnego, a zarazem śmiałego. Seksownego i skromnego.

- Oczywiście. Dostaną, co zechcą, wyciągnę tylko magiczną różdżkę z 

torebki.

- Jak dobrze, że wróciłaś, Shannon!
Kiedy drzwi się zamknęły, Shannon odetchnęła głęboko. Świetnie, że 

jest już z powrotem. Wszystko jakoś się ułoży.

Ulice były mokre od deszczu. Po ciężkim, dziesięciogodzinnym dniu 

pracy, zakończonym spotkaniem z mężczyzną, co do którego bezskutecznie 
próbowała wmówić sobie miłość, Shannon wracała do domu. Spoglądała na 
mokre ulice z okna taksówki. Nie powinnam chyba brać się tak szybko za 
pracę, myślała. Wprawdzie rutyna, zamówienia i koncentracja pomogły ugasić 
ból, ale tylko na razie. Potrzebowała napiętego planu pracy, takiego, jak ten, 
który   przyniósł   jej   pozycję   u   „Ry   -   Tilghmantona”.   Praca,   kariera,   którą 
osiągnęła własnymi siłami, wypełniała ją całkowicie.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 35

   

Nie łudziła się co do tego, że w jej życiu może zaistnieć jakiś udany 

związek. Miała jednak rację, że zerwała z Todem. Każde z nich stanowiło dla 
swego partnera jedynie atrakcyjną namiastkę tego, czego pragnęło naprawdę. 
Życie jest za krótkie na to, stwierdziła Shannon, by nieodpowiednio wybierać.

Zapłaciła   taksówkarzowi,   który   przystanął   na   rogu   ulicy,   i   pobiegła 

szybko w stronę swojego budynku. Uśmiechnęła się do stojącego w drzwiach 
odźwiernego. Zabrała korespondencję i zaczęła przeglądać koperty, czekając, 
aż winda zjedzie na parter. Nagle zobaczyła, że jeden z listów pochodzi z 
Irlandii. Zaklęła cicho i odłożyła go na spód.

Za chwilę stała już przed drzwiami własnego mieszkania. Weszła do 

środka, położyła korespondencję na stole i chociaż jej serce głucho waliło, 
zajęła się zwykłymi czynnościami. Powiesiła płaszcz, zdjęła buty, nalała sobie 
kieliszek wina, po czym usiadła przy małym stoliku, stojącym przy oknie.

Widok z okna rozciągał się na Madison Avenue. Wzięła do ręki listy. 

Szybko rozdarła kopertę listu z Irlandii.  Pisała do niej Brianna Concannon 
Thane.

Droga Shannon!
Niezmiernie mi przykro z powodu śmierci Twej matki. Wiem, jak bardzo  
jest to bolesne, i nie wierzę, ze istnieją słowa, które mogłyby przynieść  
ulgę Twemu sercu. Z listów, które Twoja matka pisała do mego ojca,  
wynika, że była kochającą i wspaniałą kobietą. Bardzo żałuję, że nie  
miałam nigdy okazji jej spotkać.
Rozmawiałaś   z   detektywem.   Z   jego   relacji   wynika,   że   wiedziałaś   o  
związku, jaki łączył Twoją matkę i mojego ojca. Rozumiem, że mogło  
Cię to zranić, i bardzo mi z tego powodu przykro. Myślę też, iż pewnie  
wcale   nie   chcesz   mnie   znać,   ale   postanowiłam,   że  muszę   do   Ciebie  
napisać, przynajmniej raz.
Twój   ojciec,   mąż   Twojej   matki,   na   pewno   bardzo   Cię   kochał.   Nie  
pomyśl, że chcę mieszać się w Twoje uczucia, ranić wspomnienia, które  
z   pewnością   są   dla   Ciebie   cenne.   Pragnę   jednak   dać   Ci   możliwość  
poznania drugiej części Twojej rodziny i Twego dziedzictwa. Mój ojciec  
był prostym człowiekiem, ale bardzo dobrym. Nigdy nie zapomniał o  
Twej matce.
Znalazłam   jej   listy   długo   po   jego   śmierci,   wciąż   owinięte   wstążką.  
Wstążką, którą sam zawiązał. Chciałabym się nimi z Tobą podzielić, ale  
jeśli nie życzysz sobie tego, może miałabyś ochotę zobaczyć Irlandię.  
Stąd przecież bierzesz swój początek.
Jeżeli podoba Ci się moja propozycja, proszę, przyjedź i zostań z nami  

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 36

   

przez jakiś czas. Okolice tutaj są tak piękne, że z pewnością pomogą Ci  
ukoić smutek.
Nie jesteś mi nic winna, Shannon, i prawdopodobnie uważasz, że ja  
Tobie również. Ale jeśli kochałaś swoją matkę tak, jak ja mojego ojca,  
to wiesz, co powinnyśmy dla nich zrobić.
Może   zostaniemy   przyjaciółkami,   może   siostrami.   Musimy   zwrócić  
naszym rodzicom coś, czego się dla nas wyrzekli. Możesz przyjechać,  
kiedy chcesz, zawsze będziesz mile widziana.

Brianna

Shannon przeczytała list dwa razy. Odrzuciła go i za chwilę przeczytała 

raz   jeszcze.   Czy   ta   kobieta   jest   naprawdę   tak   prosta,   bezinteresowna   i   tak 
bardzo pragnie otworzyć swój dom i serce?

Shannon powtarzała sobie, że nie chce ani jej serca, ani jej domu. Ale 

czy aby na pewno? Podróż do Irlandii, spojrzenie w przeszłość. Bawiła ją ta 
myśl.   Mogłaby   tam  pojechać  bez  kontaktowania  się  z  Concannonami.   Czy 
może się ich boi? - zastanawiała się. Tak, możliwe, że właśnie się ich boi. Nie 
chciała żadnych nacisków, pytań i próśb. Kobieta, która pisała list, obiecywała 
jednak, że nic takiego jej nie spotka, i proponowała o wiele więcej.

Może się zgodzę, myślała Shannon. A może lepiej nie?

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 37

   

ROZDZIAŁ CZWARTY

-   Nie   wiem   naprawdę,   po   co   robisz   tyle   zamieszania   -   narzekała 

Maggie. - Zupełnie, jakbyś podejmowała królową.

-   Chcę,   żeby   się   dobrze   czuła.   -   Brianna   umieściła   wazon   pełen 

tulipanów na kredensie, po czym zmieniła zdanie i postawiła go na rzeźbionym 
stole w pobliżu okna. - Jedzie taki szmat drogi, aby się z nami zobaczyć. Chcę, 
żeby czuła się jak w domu.

-   O   ile   dobrze   widzę,   wysprzątałaś   to   miejsce   od   piwnicy   po   dach 

dwukrotnie. Przyniosłaś tyle kwiatów, że starczyłoby ich na pięć ślubów, i 
upiekłaś tyle ciastek i placków, jak dla całej armii. I jak mówiłam - Maggie 
podeszła do okna i odsłoniła koronkową firankę, zapatrzyła się na wzgórza - 
przygotowujesz się na rozczarowanie.

- A ty zadecydowałaś już, że jej przyjazd będzie dla ciebie niemiłym 

wydarzeniem.

-   Czyżby   list,   w   którym   przyjęła   twoje   zaproszenie,   wprawił 

kogokolwiek w zachwyt i podniecenie?

Brianna przestała wygładzać poduszki i patrzyła uważnie w kierunku 

odwróconej tyłem siostry. - Jest sama Maggie. My zawsze byłyśmy razem, i 
nadal będziemy, gdy ona odjedzie. Weź też pod uwagę, że jej matka umarła 
miesiąc   temu.   Nie   oczekiwałam   żadnej   kwiecistej   odpowiedzi.   Jestem 
wystarczająco szczęśliwa, że zdecydowała się tu w ogóle przyjechać.

- Powiedziała Hobbsowi, że nie chce mieć z nami nic wspólnego.
-   A   może   ty   nigdy   w   swoim   życiu   nie   powiedziałaś   czegoś,   czego 

później byś żałowała?

Maggie   uśmiechnęła   się.   -   Nie   przypominam   sobie   w   tej   chwili   nic 

takiego. - Odwróciła się, ale uśmiech pozostał na jej twarzy. - Ile mamy czasu 
na odebranie jej z lotniska?

- Niewiele. Muszę nakarmić Kaylę i przebrać się. Nie mogę pokazać się 

pierwszy raz nowej siostrze w fartuchu i brudnych rajstopach.

- Ja się nie przebieram. - Maggie wzruszyła ramionami. Miała na sobie 

obszerną bawełnianą koszulkę i stare dżinsy.

- Jak wolisz - powiedziała cicho Brianna, wychodząc z pokoju. - Ale 

może przyczesałabyś to ptasie gniazdo na głowie.

Maggie   pogardliwie   skrzywiła   usta   i   spojrzała   w   lustro.   Trafne 

określenie,   pomyślała,   widząc,   że   jej   jasnoczerwone   loki   są   całkiem 
zmierzwione.

-   Pracowałam   -   odpowiedziała   i   przyśpieszyła   kroku,   aby   dogonić 

siostrę u podnóża schodów. - Moje narzędzia nie zwracają uwagi na to, czy 
mam włosy ułożone, czy nie. Nie muszę się widywać z ludźmi dzień i noc, jak 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 38

   

ty.

- To ci dopiero szczęściarze. Weź sobie może jakąś kanapkę, czy co tam 

chcesz - powiedziała Brianna. - Chyba przytyłaś Margaret Mary... - dodała i 
weszła do kuchni.

- Możliwe - zamruczała Maggie, kierując się do szafki z chlebem. - Nic 

dziwnego, przecież jestem w ciąży.

- Co? Och, Maggie!
- I to twoja wina - odparła Maggie, groźnie ściągając brwi. Kroiła chleb.
Brianna roześmiała się i obróciła, by uściskać siostrę.
- To bardzo intrygujące, co powiedziałaś. Jestem pewna, że specjaliści 

w dziedzinie medycyny z pewnością zainteresowaliby się takim przypadkiem...

Maggie potrząsnęła głową i odezwała się żartobliwie. - A kto właśnie 

urodził dziecko? I kto dał mi potrzymać taką śliczną dziewczynkę w kilka 
minut po narodzinach? Zwariowałam na jej punkcie.

- Czy naprawdę nie jesteś zaniepokojona tym, że będziesz miała jeszcze 

jedno dziecko? - Brianna cofnęła się, jej twarz wyrażała troskę. - Czy Rogan 
jest zadowolony?

-   Jeszcze   mu   o   tym   nie   powiedziałam.   Poza   tym   nie   jestem   tego 

stuprocentowo   pewna,   ale   tak   mi   się   wydaje.   -   Maggie   instynktownie 
przycisnęła dłoń do brzucha. - Nie martwię się, a raczej mam szczerą nadzieję. 
- Szybko pogłaskała Briannę po policzku i wróciła do szykowania kanapek. - 
Miałam mdłości dziś rano.

- Och! - Oczy Brianny zaszły łzami. - To cudownie.
Maggie chrząknęła, podchodząc do lodówki. - Jestem na tyle szalona, 

żeby się z tobą zgodzić. Nic nie mów nikomu, nawet Grayowi, dopóki się nie 
upewnię.

- Nie powiem, ale usiądź, zjedz tę kanapkę i popij herbatą.
- Niezły pomysł. A ty idź, nakarm małą i zmień ubranie, bo inaczej 

spóźnimy się na lotnisko.

Brianna przytaknęła, odetchnęła głęboko i wybiegła przez drzwi łączące 

pokoje z kuchnią.

Te pokoje zagospodarowała rok temu, już po ślubie. Pierwsze piętro i 

odnowiony strych przeznaczyła dla gości, którzy zaglądali do Blackthorn. Ale 
te obok kuchni należały do rodziny.

Mały   salonik   i   sypialnia   wystarczały   jej,   gdy   była   sama.   Teraz 

dobudowała   drugą   sypialnię   z   szerokimi,   podwójnymi   oknami,   z   których 
rozciągał się widok na wzgórza i przed którymi kwitł młody migdał. Murphy 
posadził go dla niej w dniu urodzin Kayli.

Nad dziecięcym łóżeczkiem wisiała cała menażeria ruchomych figurek 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 39

   

ze szkła, które zrobiła Maggie. Jednorożce, pegazy i syreny tańczyły mieniąc 
się w promieniach słońca.

Dziecko przebudziwszy się patrzyło, jak figurki poruszają się i migoczą.
- Tu jest moje kochanie - pieszczotliwie powiedziała Brianna.
Wciąż   się   wzruszała,   przenikał   ją   strumień   emocji   i   ciekawości.   Jej 

dziecko.   Jej   własne   dziecko.   -   Patrzysz   na   światełka,   kochanie?   Są   takie 
śliczne, a ciocia Maggie jest taka zdolna.

Brianna podniosła Kaylę do góry. Czuła zapach dziecka i instynktownie 

chciała wiedzieć, jak się czuje. - Dzisiaj poznasz nową ciocię. Ciocię Shannon 
z Ameryki. Czy to nie cudownie?

Wzięła dziecko na ramię, odpięła guzik bluzki i przysiadła na krawędzi 

łóżka. Spojrzała na sufit i uśmiechnęła się. Wiedziała, że Gray jest na górze w 
swoim   gabinecie.   Na   pewno   pisze,   pomyślała,   o   jakimś   morderstwie   lub 
innych krwawych występkach.

- Tutaj - wyszeptała, patrząc z rozczuleniem, jak Kayla szuka ustami 

sutka  i   po  chwili   zaczyna  ssać  pierś.   -   A  kiedy   już   się  najesz,   zmienię   ci 
pieluszkę.   Poczekasz   grzecznie,   a   ja  na   chwilkę   wyjadę.   Ale   wyrosłaś.   To 
dopiero miesiąc, wiesz. Dzisiaj mija miesiąc.

Gray   stanął   w   drzwiach,   przyglądając   się   matce   i   dziecku   z   sercem 

przepełnionym   pokorą   i   miłością.   Nikt   nie   zdołałby   mu   opowiedzieć   ani 
wytłumaczyć, jak to jest, gdy widzi się własną żonę z własnym dzieckiem, 
dopóki sam tego nie doświadczył. Piąstka Kayli leżała na piersi Brianny, obie 
jakby z kości słoniowej. Włosy lśniły im w słońcu, niemal nie różniąc się 
odcieniem. Spoglądały na siebie, połączone niewidzialną więzią, którą tylko 
mógł sobie wyobrazić.

Brianna dojrzała go i posłała mu uśmiech. - Myślałam, że pracujesz.
- Usłyszałem cię w intercomie. - Wskazał na mały aparat. Nalegał, żeby 

rozmieścić je w całym domu. Podszedł do żony i przykucnął przy łóżku. - 
Moje panie są takie piękne.

Brianna z lekkim uśmiechem pochyliła się do przodu. - Pocałuj mnie, 

Graysonie.

Gray całował ją długo, po czym przeniósł wargi na główkę Kayli.
- Mała jest głodna.
- Odziedziczyła apetyt po ojcu. - Brianna zaczęła myśleć o sprawach 

praktycznych i bardziej przyziemnych. - Zostawiłam ci zimne mięso i świeży 
chleb. Upiekłam go dziś rano. Jeśli zdążę, spróbuję ci coś jeszcze przygotować 
przed wyjściem.

- Tym się nie przejmuj. Gdyby zjawili się jacyś goście, powracający z 

wycieczki, podam im biszkopty i zrobię herbatę.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 40

   

- Stajesz się niezłym hotelarzem, Graysonie, ale nie chciałabym, abyś 

przerywał pracę.

- Praca idzie mi świetnie..
- Tak, domyślam się. Nie rzucasz gniewnych spojrzeń i nie chodzisz 

tam i z powrotem na górze całymi dniami.

-   Piszę   o   samobójstwie   -   powiedział,   mrugnąwszy   okiem.   - 

Przynajmniej taki mam zamiar. To mi dodaje siły. - Powoli przejechał palcem 
po   piersiach   Brianny   tuż   ponad   głową   córki.   W   oczach   żony   dojrzał   cień 
przyjemności. - Kiedy będę się z tobą znowu kochał, Brianno, będę cię kochał 
tak samo, jak za pierwszym razem.

Brianna szybko odetchnęła. - To nie w porządku uwodzić mnie, kiedy 

karmię dziecko.

-   Mogę   cię   uwodzić   w   każdej   chwili.   -   Podniósł   rękę,   a   promienie 

słońca odbiły się na ślubnej obrączce. - Jesteśmy małżeństwem.

- Powstrzymaj swoje emocje, Graysonie Thane - zawołała Maggie z 

pokoju obok. - Mamy mniej niż dwadzieścia minut do odjazdu na lotnisko.

- Ta zawsze psuje zabawę - zamruczał z rozbawieniem. - Przypuszczam, 

że od dziś dwie szwagierki zaczną mnie śledzić na każdym kroku.

Shannon   siedziała   w   samolocie.   Z   okna   widziała   Irlandię.   Maleńkie 

pola, czerń klifów. Widok był piękny. Wzbudzał w niej przerażenie i wydawał 
się dziwnie znajomy. Pragnęła w tej chwili nigdy tu się nie zjawić. Żałowała 
podjętej   decyzji.   Tylko   się   teraz   nie   wyłamuj,   rozkazała   sobie.   To   bzdura 
nawet   o   tym   myśleć.   Możliwe,   że   zdecydowała   się   na   tę   wyprawę   pod 
wpływem impulsu. Możliwe, że skłoniły ją do tego dręczące poczucie winy i 
smutek.   Możliwe,   że   ujęła   ją   prostota   listu   Brianny.   Cokolwiek   to   było, 
pociągnęło   za   sobą   daleko   idące   skutki.   Wzięła   przecież   urlop,   zamknęła 
mieszkanie i przebyła samolotem trzy tysiące mil. Podróż miała się zakończyć 
za trzy minuty.

Przestała   zadawać   sobie   pytania,   czego   właściwie   szuka   oraz   co 

zamierza osiągnąć. Nie znała odpowiedzi. Wiedziała po prostu, że musiała tu 
przyjechać. Zobaczyć to, co kiedyś widziała jej matka.

Dręczyły ją wątpliwości, martwiła się, że może w ten sposób przestanie 

być lojalna w stosunku do człowieka, którego uznawała za swego ojca. Bała 
się, że nagle otoczy ją rodzina, której wcale nie chciałaby poznać.

Otrząsnęła   się   i   wyciągnęła   z   torebki   puderniczkę.   Spróbowała 

poprawić   makijaż.   Miała   nadzieję,   że   jej   odpowiedź   na   list   Brianny   była 
całkiem jasna. Trzy razy pisała ten list i trzy razy go zmieniała. W końcu 
poczuła   się   zadowolona.   Wysłała   Briannie   grzeczną,   ale   nieco   chłodną 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 41

   

odpowiedź.

I tak też według niej należało postąpić.
Próbowała nie skrzywić się, gdy koła samolotu dotknęły powierzchni 

lotniska. Jeszcze jest trochę czasu, pocieszała się. Czasu, by się opanować.

Lata podróży  z  rodzicami  sprawiły,  że cały  ten proces,  urząd  celny, 

paszporty, odbieranie bagażu, nie był niczym więcej jak rutyną. Przeszła przez 
to automatycznie i nawet zdołała uspokoić swój umysł. Teraz już z pełnym 
zaufaniem, jakby znalazła się z boku tego, co miało się wydarzyć, przyłączyła 
się do tłumu, posuwającego się w kierunku głównego wyjścia.

Nie   podejrzewała,   że   rozpozna   osoby,   do   których   przybywa.   Była 

wstrząśnięta, gdy zdała sobie sprawę ze swej absolutnej pewności co do tego, 
że to te dwie kobiety, a nie inne, czekające wśród całej gromady ludzi należały 
do rodziny Concannonów. Wmawiała sobie, że to pewnie ten sam kremowy 
odcień skóry, zielone oczy i rude włosy.

Kobiety   były   do   siebie   podobne.   Wyższa   z   nich   wydawała   się 

delikatniejsza, jej włosy połyskiwały złociście. Włosy niższej płonęły żywym 
ogniem. Ale to nie te nie znane Shannon kobiety, czy podobieństwo rodzinne, 
sprawiły, że wyłapała je wzrokiem z tłumu i tylko im się przyglądała, choć 
dookoła   stało   wiele   osób,   śmiejąc   się,   płacząc   i   śpiesząc   na   powitanie 
przybyłych. Świadomość, że to one, tkwiła gdzieś głęboko wewnątrz i była 
bolesna.

Miała   tylko   chwilę,   żeby   im   się   przyjrzeć.   Wyższa   -   schludna   i 

elegancka, założyła prostą niebieską sukienkę. Niższa ubrała się niestarannie, 
w rozciągnięty bawełniany podkoszulek i wytarte dżinsy. Shannon zrozumiała, 
że kobiety także ją poznały. Jedna patrzyła na nią z promiennym uśmiechem, 
druga przyglądała jej się zimnym, badawczym spojrzeniem.

- Shannon, Shannon Bodine! - Brianna podbiegła szybko, bez wahania i 

zastanowienia.   Delikatnie   pocałowała   Shannon   w   policzek.   -   Witamy   w 
Irlandii. Jestem Brianna.

- Dzień dobry. - Shannon była wdzięczna, że jej ręce zaciskały się w tej 

chwili na uchwycie walizki.

Brianna jednak już odsuwała Shannon, biorąc bagaż w swoje ręce. - To 

Maggie. - Wskazała siostrę. - Tak się cieszymy, że tu jesteś.

- Pewnie chcesz wydostać się z tego tłumu? - Maggie przyglądała się z 

rezerwą kobiecie w drogich spodniach i kurtce. - Miałaś długą podróż przez 
ocean.

- Przywykłam do podróży.
- To chyba zawsze jest ekscytujące, prawda? - Chociaż dawały znać o 

sobie   nerwy,   Brianna   mówiła   spokojnie,   popychając   walizkę   na   kółkach.   - 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 42

   

Maggie podróżowała o wiele więcej niż ja. Za każdym razem, gdy wsiadam do 
samolotu, wydaje mi się, że jestem kimś innym. Miałaś przyjemną podróż?

- Spokojną.
Brianna   nieco   zdesperowana,   że   nie   uda   jej   się   nigdy   wyciągnąć   z 

Shannon więcej niż jedno krótkie stwierdzenie, zaczęła mówić o pogodzie, o 
tym, że Shannon jest ładna, o odległości do wsi - na szczęście niewielkiej.

Natomiast Shannon i Maggie popatrywały na siebie nieufnie.
-   Jedzenia   jest   w   bród   -   kontynuowała   Brianna,   umieszczając   bagaż 

Shannon w samochodzie. - Oczywiście, jeśli wolisz, możesz najpierw trochę 
odpocząć, na pewno jesteś zmęczona.

- Nie chcę nikomu sprawiać kłopotów! - Shannon powiedziała to tak 

stanowczo, że Maggie parsknęła.

- Brianna uwielbia kłopoty. Usiądź z przodu, jesteś gościem - dodała po 

chwili.

Idiotka, pomyślała Shannon, zajmując miejsce. Skrzywiła usta, zupełnie 

tak, jak to robiła Maggie, gdy się zdenerwowała.

Brianna   zacisnęła   zęby.   Przywykła   aż   za   dobrze   do   rodzinnych 

nieporozumień,   ale   wciąż   raniły   ją   boleśnie.   -   Nigdy   jeszcze   nie   byłaś   w 
Irlandii, prawda, Shannon?

- Nie. - Ponieważ znowu odezwała się szorstko, poczuła się taką samą 

idiotką,   za   jaką  przed   chwilą   uważała   Maggie.   Rozluźniła  się  i   już  miłym 
głosem   powiedziała:   -   To,   co   widziałam   z   okna   samolotu,   wydało   mi   się 
prześliczne.

- Mój mąż zjeździł chyba cały świat, ale twierdzi, że nigdy nie widział 

piękniejszego miejsca... - Brianna rzuciła Shannon rozpogodzone spojrzenie, 
gdy ta podziwiała widoki w drodze z lotniska. - Teraz ma tu swój dom i z 
pewnością jest stronniczy.

- Wyszłaś za Graysona Thane?
-   Tak.   Pod   koniec   czerwca   minął   rok,   jak   jesteśmy   małżeństwem. 

Przyjechał   do   Irlandii,   do   Clare,   szukając   tematu   do   książki.   Niedługo   się 
ukaże. Teraz oczywiście pracuje nad nową i świetnie się bawi, mordując ludzi 
to tu, to tam.

- Lubię jego książki. - Bezpieczny temat, pomyślała Shannon. - Mój 

ojciec należał do jego wielbicieli - dodała.

Na chwilę zaległa gęsta, nieprzenikniona cisza.
-   Jest   ci   ciężko   -   odezwała   się   ostrożnie   Brianna.   -   Straciłaś   oboje 

rodziców, tak bliskie osoby. Mam nadzieję, że pobyt tutaj pomoże ci trochę 
ukoić cierpienie.

-   Dziękuję.   -   Shannon   odwróciła   głowę   i   dalej   przyglądała   się 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 43

   

krajobrazom. Były piękne. Nie dało się zaprzeczyć, że coś nadzwyczajnego 
tkwiło w sposobie, w jaki słońce przenikało przez chmury i złociło niebo.

- Mężczyzna, którego wynajął Rogan, mówił, że pracujesz w reklamie - 

zaczęła Maggie raczej z ciekawości niż ze względu na dobre maniery.

- To prawda.
-   Czy  to   oznacza,   że  sprzedajesz   rzeczy,   wprowadzasz  je  na   rynek? 

Shannon uniosła brwi.  Wydało jej się, że słyszy lekceważenie, nieważne, że 
ledwie znaczne. Powoli odwróciła się do Maggie, podniosła wzrok i spojrzała 
jej w oczy. - To ty sprzedajesz rzeczy. Wprowadzasz je na rynek...

- Nie. - Maggie uśmiechnęła się ironicznie. - Ja je tworzę. Sprzedażą 

zajmuje się ktoś inny.

- To ciekawe, nie sądzisz? - Brianna wtrąciła szybko. - Obie jesteście 

artystkami.

- Trochę to dziwne - zamruczała Maggie i wzruszyła ramionami, gdy 

Brianna posłała jej ostrzegawcze spojrzenie poprzez przednie lusterko.

Shannon   założyła   ręce   na   piersiach.   Przynajmniej   Briannę   nauczono 

kultury.   -   Jak   daleko   jest   twój   dom   od   wsi,   Brianno?   Myślę,   że   wynajmę 
samochód.

- Mieszkamy spory kawałek od wioski. Nie znajdziesz tu samochodu do 

wynajęcia, ale możesz korzystać z tego, kiedy tylko zechcesz.

- Nie chcę brać twojego samochodu.
- Częściej stoi, niż jest w ruchu, a poza tym Gray ma swój. Na pewno 

zechcesz trochę pozwiedzać. Ktoś z nas chętnie ci posłuży za przewodnika... 
Chociaż czasami ludzie wolą oglądać wszystko sami. A oto i nasza wieś - 
dodała.

Czyżby   to  wszystko,   pomyślała  Shannon.   Malutka  osada  z  wąskimi, 

spadzistymi uliczkami, na których gnieżdżą się sklepy i domki. Czarujące to i 
osobliwe, ale brak teatrów, galerii, barów, gdzie można by coś szybko zjeść. 
Nie ma tłumów.

Jakiś   mężczyzna   powstał   na   dźwięk   samochodu,   uśmiechając   się 

szeroko. Cygaro przylepiło mu się do górnej wargi. Podniósł rękę i machając 
zbliżał się do nich. Brianna machnęła na powitanie krzycząc przez otwarte 
okno: - Dzień dobry, Matthew Fceneyu!

- Nie zatrzymuj się, na litość boską, Brie! - zarządziła Maggie, machając 

do mężczyzny. - Jeśli pozwolisz mu na pogawędkę, nie skończy się wcześniej 
niż w przyszłym tygodniu.

- Nie mam zamiaru się zatrzymywać. Shannon musi wypocząć, nie ma 

teraz czasu na miejscowe plotki. Ale jestem ciekawa, czy jego siostra, Coleen, 
ma zamiar poślubić tego angielskiego sprzedawcę.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 44

   

- Sądząc z tego, co usłyszałam, lepiej, żeby trwała przy swoim zamiarze 

- powiedziała Maggie, kładąc ręce na przednim siedzeniu. - Za to, co zdążył jej 
sprzedać do tej pory, będzie musiała płacić następne dziewięć miesięcy.

- A więc Coleen jest w ciąży?!
- Tak, zaszła w ciążę z tym Anglikiem. A teraz jej ojciec jedną ręką 

trzyma go za gardło, a w drugiej ściska pieniądze na zapowiedzi. Słyszałam to 
wszystko od Murphy'ego dwa dni temu w pubie.

Wbrew  sobie  Shannon poczuła,  że wzrasta w  niej  ciekawość.  -  Czy 

chcecie przez to powiedzieć, że zmuszają tego mężczyznę do małżeństwa z tą 
dziewczyną?

-   Och,   „zmusić”   to   za   mocne   słowo   -   powiedziała   Maggie, 

wykrzywiając   usta.   -   „Zachęcić”   brzmi   o   wiele   lepiej.   Ma   wybór   między 
ślubnym kobiercem a obitą twarzą.

-   To   chyba   typowe   rozwiązanie   takiej   sytuacji   w   tym   kraju.   Nie 

sądzicie,   że   kobieta   ma   w   tej   kwestii   tyle   samo   do   powiedzenia,   ile 
mężczyzna?

- Przywiąże się do niego, a on do niej. To najlepszy układ, jaki mogą 

zawrzeć.

- Aż do chwili, gdy dorobią się już sześciorga dzieci i zechcą się rozstać 

- podsumowała krótko Shannon.

- Wszyscy ryzykujemy w tych sprawach, czyż nie? - Maggie ułożyła się 

wygodnie na siedzeniu. - A my, Irlandczycy, szczycimy się tym, że bierzemy 
na siebie więcej, podejmując większe ryzyko.

Chyba tak właśnie jest, pomyślała Shannon i znów zmarszczyła brwi. 

To   cali   oni   z   tym   swoim   IRA,   alkoholizmem,   brakiem   kontroli   urodzin   i 
niemożnością rozwodów. Całe szczęście, że jestem tylko turystką. Nagle serce 
zaczęło jej bić szybciej, gdy droga zaczęła się zwężać. Jechały teraz tunelem z 
gęstych żywopłotów, wijących się jak wstęga i rosnących tak blisko drogi, że 
samochód   raz   po   raz   dotykał   krzewów.   Miejscami   w   tej   zielonej   ścianie 
pojawiał się otwór, przez który można było zobaczyć mały domek lub szopę.

Shannon wolała nie myśleć, co mogłoby się zdarzyć, gdyby nadjeżdżał 

teraz tą samą drogą z przeciwnej strony inny samochód.

Brianna skręciła i oczom Shannon ukazał się tak niecodzienny widok, 

że na jej twarzy nieświadomie pojawił się zachwyt.

Dolina była piękna, jak z obrazka. W żadnym wypadku nie mogła być 

prawdziwa. Przed Shannon rozciągała się falująca zieleń pól, poprzecinana tu i 
tam   kamiennymi   ogrodzeniami.   Gdzieniegdzie   widniały   bruzdy   brązowej, 
świeżej ziemi. Łąki mieniły się od dzikich kwiatów. Domki i stodoły, podobne 
do   zabawek,   rozmieszczono  w   idealnych  miejscach.   Tu   i  ówdzie  pasło   się 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 45

   

bydło, a ubrania wiszące na sznurach powiewały na wietrze.

Ruiny   zamku,   porozrzucane   głazy   i   stroma,   wysoka   skalna   ściana 

wyrastająca z ziemi. Miejsce to wyglądało tak, jakby zamarło przed wiekami. 
Słońce   oświetlało   wszystko   złociście,   a   jego   blask   odbijał   się   od   małej, 
srebrnej   rzeczki.   A   co   najpiękniejsze,   każde   źdźbło   trawy,   drżąc   lekko   od 
wiatru, przeglądało się w nieskończonym błękicie nieba.

Po raz pierwszy od wielu dni Shannon zapomniała o smutku, poczuciu 

winy   i   zmartwieniach.   Patrzyła   przed   siebie   z   uśmiechem,   mając   dziwne 
uczucie, że skądś już to wszystko zna, nawet to, co zobaczy za chwilę.

-   Pięknie,   prawda?   -   wyszeptała   Brianna   i   zwolniła,   by   pozwolić 

Shannon zaczerpnąć jeszcze trochę tego szczęścia.

- Tak, nigdy nie widziałam czegoś równie pięknego. Teraz już wiem, 

dlaczego moja matka tak bardzo to kochała.

Powiedziawszy   to   Shannon   posmutniała,   odwracając   wzrok   od 

krajobrazu,   ale   nowy   widok   nie   był   już   tak   uroczy.   Wioska   Blackthorn 
zdawała się zapraszać. Okna lśniły, a kamienne mury domów, pokryte miką, 
rzucały skry. Ponad żywopłotami wznosiły się drzewa owocowe, które już za 
chwilę miały obsypać się kwieciem.

Pies   zaszczekał   na   powitanie,   gdy   tylko   Brianna   zaparkowała 

samochód.

-   To   Concobor,   mój   pies   -   wyjaśniła   i   zaśmiała   się,   kiedy   Shannon 

wytrzeszczyła oczy na widok zwierzęcia wybiegającego zza domu. - Con jest 
duży, ale nikomu nie wyrządzi krzywdy. Nie boisz się psów, prawda?

- Zazwyczaj nie.
-   Siad!   -   rozkazała   psu   Brianna,   gdy   wyszła   z   samochodu.   -   Bądź 

grzeczny.

Pies instynktownie posłuchał. Porośniętym gęstą, szarą sierścią ogonem 

uderzał o ziemię, okazując radość i opanowanie. Przyjrzał się Shannon, kiedy 
ta ostrożnie wysiadła, a potem podał jej łapę.

- W porządku. - Shannon odetchnęła głęboko i przyjęła psie powitanie. 

Już z większym zaufaniem pogłaskała psa po łebku. Rozejrzała się wokół i 
zobaczyła, że Maggie i Brianna zajmują się wypakowywaniem bagażu.

- Wezmę to.
- Zostaw, zostaw. - Ze zdumiewającą łatwością, jak dla tak szczupłej 

kobiety,   Brianna  niosła   już  walizki  w   stronę   domu.   -   Witaj   w  Blackthorn, 
Shannon. Mam nadzieję, że będzie ci tu wygodnie.

Otworzyła frontowe drzwi i zastała w domu dziwne zamieszanie.
- Wracaj tu, ty mały diable! Mam ciebie na myśli, Liamie. Twoja matka 

mnie za to oskalpuje.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 46

   

Shannon zobaczyła czarnowłosego szkraba, biegnącego korytarzem na 

krótkich, ale zadziwiająco szybkich nóżkach, i rozrzucającego okruchy ciastek, 
trzymanych w garści. Szczery śmiech dziecka odbijał się wkoło echem. W 
pobliżu stał wyraźnie zaniepokojony mężczyzna z płaczącym maleństwem na 
ramieniu.   Chłopiec   uśmiechał   się,   ukazując   anielską   twarz,   usmarowaną 
ciastkami. Uniósł tłuściutkie ręce.

- Mamo!
-   Mamo,   doprawdy.   -   Maggie   z   rozmachem   chwyciła   chłopca   w 

ramiona. - Popatrz na siebie, Liamie Swecneyu. Nie można znaleźć na tobie 
ani jednego czystego miejsca. Do tego jesz biszkopty przed podwieczorkiem.

Chłopiec śmiał się, a jego niebieskie oczy spoglądały figlarnie. - Buzi!
- Jesteś taki, jak twój ojciec. Pocałunek wszystko usprawiedliwia. - Ale 

pocałowała dziecko i posłała zabójcze spojrzenie Grayowi. - A ty co masz na 
swoje usprawiedliwienie, Graysonic Thanc?

- Błagam o wybaczenie. - Mężczyzna przełożył maleństwo na drugie 

ramię.   Głaszcząc   je   i   uspokajając,   jednocześnie   próbował   odrzucić   włosy, 
które spadły mu na oczy. - To nie moja wina. Rogan pojechał do galerii, a 
Murphy   wyszedł   w   pole.   Toteż   mnie   przypadło   w   udziale   zająć   się   tym 
dwudziestofuntowym   potworem.   -   Dziecko   zaczęło   płakać,   a   Liam 
spałaszował resztę ciastek. - Ach, kuchnia, Brie, lepiej tam nie wchodź.

- Co to ma znaczyć?
- Uwierz mi, że nie ma po co. I w salonie też jest rodzaj... No, dobrze, 

bawiliśmy się trochę. Kupię ci nowy wazon.

Oczy Brianny zwęziły się niebezpiecznie. - Czy masz na myśli mojego 

waterforda?!

- Ach! - Mężczyzna szukając pomocy, gdzie to tylko możliwe, zwrócił 

się do Shannon. - Cześć, przepraszam za to zamieszanie. Jestem Gray.

- Miło cię poznać.
Zachwiała się trochę, bo potrącił ją Con, wykorzystując sposobność, by 

zlizać okruchy rozrzucone po podłodze. Za chwilę ponownie się zachwiała, 
tym razem Liam wykręcił się na rękach matki, łapiąc ją za włosy.

- Buzi! - rozkazał.
- Och! - Serce Shannon zadrżało. Z uśmiechem pocałowała chłopca w 

usmarowane   czekoladą,   przygotowane   do   pocałunku   usta.   -   Czekoladowy 
biszkopcik!

- Wczoraj je upiekłam. - Litując się nad mężem Brianna wzięła od niego 

Kaylę. - Ale jak widzę, zostały tylko okruchy.

- Próbowałem uspokoić dziecko - powiedział Gray na swoją obronę. - 

Musiałem przewinąć Kaylę, telefon dzwonił. Boże, Brie, czy to możliwe, że z 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 47

   

dwójką dzieci jest aż tyle kłopotów?

- Trudno temu zaprzeczyć. Jeśli chcesz wyjść z tego z twarzą, zabierz 

bagaż Shannon do jej pokoju, dobrze?

- Nie ma sprawy. Tak naprawdę ten dom to spokojne miejsce - zapewnił 

ją.   -   Zazwyczaj   spokojne.   Ach,   Brie,   wyjaśnię   ci   później,   skąd   wzięła   się 
plama na chodniku w salonie.

Brianna zmarszczyła groźnie brwi i zrobiła kilka kroków do przodu. W 

pokoju   panował   koszmarny   bałagan,   a   przecież   zostawiła   go   w   idealnym 
porządku.   -   Bądź   pewien,   że   będziesz   musiał   to   wyjaśnić.   Przepraszam, 
Shannon.

- Nic nie szkodzi.
Tak naprawdę to hałaśliwe powitanie podobało jej się o wiele bardziej, 

niż jakiekolwiek oficjalne przyjęcie.

- Czy to twoje dziecko?
- Tak, to nasza córka Kayla. - Brianna zrobiła krok do tyłu, aby Shannon 

mogła lepiej przyjrzeć się dziecku. - Dzisiaj kończy miesiąc.

- Jest śliczna. - I już trochę chłodniej zwróciła się do Maggie. - A to 

twój syn?

- Oto on. Liam, przywitaj się z... - Maggie ociągała się - z panną Bodine 

- zadecydowała.

-   Shannon   -   zaprotestowała   Shannon,   nie   dając   się   wprowadzić   w 

zakłopotanie, i uśmiechnęła się do chłopca. - Dzień dobry, Liamie.

Dziecko odpowiedziało coś bełkotliwie, co wymagałoby interpretacji, 

ale jego uśmiech nie potrzebował tłumaczeń.

- Idę go umyć, Brie. Daj mi Kaylę. Zajmę się nimi, a ty pokaż Shannon 

jej pokój.

- Dziękuję. - Brianna przekazała dziecko, a Maggie udała się z nimi do 

kuchni.

- Czekolady! - prosił Liam, patrząc błagalnie na matkę.
- Za nic w świecie, mój chłopcze - brzmiała odpowiedź.
- Dobrze. - Brianna podniosła ręce, by poprawić wymykające się spod 

spinek włosy. - Chodźmy zobaczyć twój pokój. Jest na poddaszu, na drugim 
piętrze, ale tam będziesz swobodna.

Spojrzała na schody, po których zaczęły się wspinać.
- Jeśli przeszkadzają ci schody, mogę przenieść cię na dół.
- Nie przejmuj się tym. - Shannon znowu poczuła się niezręcznie.
Dziwne, pomyślała. O ileż łatwiej zmagać się z szorstką prowokacją 

Maggie niż ze szczerym zaproszeniem Brianny.

-   Ten   pokój   urządziliśmy   dopiero   kilka   miesięcy   temu.   Odnowiłam 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 48

   

strych, widzisz, prawda?

- To piękny dom.
- Dziękuję. Niektóre zmiany wprowadziłam po śmierci ojca. Zostawił 

mi ten dom w spadku. Wtedy zaczęłam zajmować się hotelarstwem, ale kiedy 
wyszłam za Graysona, potrzebowaliśmy więcej pokoi. Na gabinet, na pokój 
dziecinny. Nasze pokoje są na parterze obok kuchni.

-   Gdzie   jest   Kayla?   -   zapytał   Gray,   spotykając   je  na   schodach,   gdy 

schodził na dół.

- Maggie ją wzięła - odpowiedziała Brie.
Shannon   zauważyła,   że   Brianna   ruchem   bardzo   naturalnym, 

wynikającym   z   przyzwyczajenia,   uniosła   rękę   i   pogładziła   Graysona   po 
policzku.

- Powinieneś iść na spacer, Gray. Przewietrz się trochę.
- Chyba tak zrobię. Jest mi bardzo miło, że przyjechałaś tu, Shannon.
- Dziękuję! - Uniosła brwi widząc, jak Gray całuje żonę. Cóż to miało 

wspólnego ze zwykłym pocałunkiem, jakim mąż obdarza żonę przed wyjściem 
na spacer.

- Wrócę na herbatę! - obiecał i odszedł.
Brianna poprowadziła  Shannon  na następne  piętro.  Drzwi od pokoju 

stały otworem, jakby w zapraszającym geście.

Pokój   przedstawiał   znacznie   więcej,   niż   Shannon   oczekiwała.   Był 

przestronny, miał urocze, łukowate okna oraz jedną ściętą ścianę. Pod drugą ze 
ścian   stało   mosiężne   łóżko.   Okna   wpuszczały   do   wnętrza   słońce   i   świeże 
powietrze. Kremowe koronkowe firanki delikatnie falowały. Świeże kwiaty w 
wazonach czekały tylko na to, żeby je powąchać. Wszystko lśniło.

Uśmiechnęła się tak jak wtedy, gdy ujrzała dolinę podczas jazdy do tego 

domu. - To cudowne, naprawdę cudowne, Brianno.

- Przygotowywałam ten pokój z myślą o tym, że musi być wyjątkowy. Z 

tych okien widać farmę Murphy'ego.

- Murphy?
-   Ach,   to   nasz   przyjaciel   i   sąsiad.   Murphy   Muldoon.   Jego   ziemia 

zaczyna się za moim ogrodem. Spotkasz go na pewno, zwykle jest gdzieś w 
pobliżu domu. - Mówiąc Brianna chodziła po pokoju i poprawiała to abażur, to 
przykrycie na łóżku. - Ten pokój jest najintymniejszy ze wszystkich, jest także 
trochę większy od innych. Tu jest łazienka. Grayson przeczytał kilka książek 
na ten temat i na podstawie tej lektury zaprojektował ją razem z Murphym.

- Myślałam, że Murphy jest farmerem.
- To prawda, ale zna się chyba na wszystkim.
- Och! - Shannon uśmiechnęła się szeroko na widok małego, lśniącego 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 49

   

pomieszczenia. Szczególnie zachwyciła ją wanna na mosiężnych nóżkach. Na 
jej brzegach umocowano wieszaki, na których wisiały małe, zabawne ręczniki. 
- Jak domek dla lalek.

- Tak - przytaknęła Brianna, nerwowa, jak nigdy dotąd, jak przy żadnym 

z gości. Założyła ręce na piersiach. - Czy mam ci pomóc w rozpakowaniu 
rzeczy, czy wolisz najpierw odetchnąć?

- Nie potrzebuję pomocy, dziękuję. Może skorzystam z wanny.
- Czuj się, jak u siebie w domu. W tej małej szafce są jeszcze inne 

ręczniki.   Mam   nadzieję,   że   znajdziesz   tu   wszystko,   czego   potrzebujesz.   - 
Zawahała się znowu. - Czy przynieść ci coś na podwieczorek?

Lepiej się chyba zgodzić, pomyślała Shannon. Chciała się znaleźć sama 

w zaciszu pokoju i zapomnieć o wszystkim, ale w ostatniej chwili zmieniła 
jednak zdanie. - Nie, zejdę na dół.

- Rób, co chcesz - powiedziała Brianna i położyła rękę na ramieniu 

Shannon.   Miało   to   oznaczać,   że   myślała   nie   tylko   o   podwieczorku.   - 
Znajdziesz mnie na dole, jeśli ci czegoś zabraknie.

- Dziękuję bardzo.
Kiedy drzwi się zamknęły za Brianna, Shannon usiadła na brzegu łóżka. 

W samotności mogła sobie pozwolić na opuszczenie ramion i przymknięcie 
oczu. Znalazła się w Irlandii i nie miała pojęcia, co robić dalej.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 50

   

ROZDZIAŁ PIĄTY

- Opowiadaj, jaka jest ta wasza siostra jankeska?
Murphy   Muldoon   czuł   się   w   tej   kuchni,   jak   u   siebie.   Właśnie 

poczęstował się jednym z kremowych ciastek, które Brianna położyła na tacy. 
Był wysokim, szczupłym mężczyzną. Kiedy wszedł do kuchni, zdjął grzecznie 
kapelusz, tak jak zawsze uczyła go matka. Włosy miał potargane. Przejechał 
po nich palcami, aby je wygładzić.

- Trzymaj ręce z dala od ciastek - rozkazała Brianna. - Poczekaj, aż je 

podam.

- Wtedy mogę nie dostać tych, na które mam ochotę. - Uśmiechnął się 

do  niej,  a  w jego niebieskich  oczach  malowało  się  rozbawienie.   Po  chwili 
szybko wpakował sobie ciastko w usta. - Czy jest taka ładna, jak ty, Brie?

- Nie uda ci się komplementami wyłudzić jeszcze jedno ciastko przed 

podwieczorkiem - zaśmiała się Brianna. - Ładna to nie jest odpowiednie słowo 
na określenie jej urody. Jest piękna. Jej włosy mają spokojniejszy odcień niż 
włosy Maggie. Są kasztanowe, jak grzywa klaczy, którą tak lubisz. Oczy ma 
takie, jak tato, ale prawdopodobnie nie chciałaby tego usłyszeć. Najczystsza 
zieleń. Jest mniej więcej twojego wzrostu, szczupła i... lśniąca. Przypuszczam, 
że tak byś ją określił. Nawet ta długa podróż nie wpłynęła wcale na jej wygląd.

- Maggie mówi, że zachowuje się chłodno.
Brianna ochraniała ciastka, jak kwoka jedyne kurczę, gdy tymczasem 

Murphy zasiadł do herbaty. - Zachowuje się z rezerwą - poprawiła. - Właśnie 
dlatego Maggie nie chce jej polubić. Myślę, że tym chłodem próbuje zasłonić 
swój smutek. - Takie zachowanie Brianna rozumiała doskonale. - Ale cieszyła 
się   naprawdę   i   uśmiechała,   kiedy   jechałyśmy   drogą,   z   której   rozciąga   się 
widok na dolinę.

- Tak, to rzeczywiście cudowny widok - przytaknął Murphy i nalał sobie 

herbaty. Trochę bolały go plecy. Zawdzięczał to solidnej pracy. - Nie zobaczy 
nic podobnego w Nowym Jorku.

-  Zawsze  mówisz  o tym  mieście tak,  jakby  znajdowało  się  na  innej 

planecie, a przecież dzieli nas tylko ocean.

- Dla mnie to równie daleko, jak na Księżyc, i równie interesujące...
Brianna chichocząc zerknęła przez ramię. Teraz wydawał się o wiele 

przystojniejszy   niż   kiedykolwiek   przedtem.   Pamiętała,   że  kiedy   był  małym 
chłopcem, kobiety we wsi opowiadały sobie o jego anielskiej twarzy. W tej 
chwili przybrała ona wyraz diabelski, co przy żywych niebieskich oczach i 
figlarnym uśmiechu naprawdę urzekało.

Życie,   jakie   wiódł,   służyło   mu.   Z   latami   twarz   mu   wysubtelniała, 

zdawała   się   posągowo   rzeźbiona,   co   przyciągało   wzrok   kobiet,   na   które 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 51

   

Murphy, prawdę mówiąc, nie zwracał zupełnie uwagi.

Jego   niesforne,   falujące   czarne   włosy   odmawiały   posłuszeństwa 

grzebieniowi.   Ciało   miał   silne,   ramiona   szerokie   i   muskularne,   a   biodra 
wąskie. Brianna wiedziała, że jest równie silny, jak jego ulubiony koń, ale o 
wiele łagodniejszy. Pomimo siły i szorstkości było w nim coś poetyckiego. Te 
rozmarzone oczy, myślała, patrząc na niego z sympatią.

- Na co się tak patrzysz? - Przetarł ręką po policzku. - Czy mam krem na 

twarzy?

- Nie, myślałam tylko o tym, jak to możliwe, że do tej pory nie znalazła 

się kobieta, z którą chciałbyś dzielić swoje życie.

Uśmiechnął się szeroko i odparł z zakłopotaniem. - Dlaczego zawsze, 

kiedy kobieta stanie na ślubnym kobiercu, uważa, że każdy powinien zrobić to 
samo.

-   Ponieważ   jest   szczęśliwa.   -   Brianna   spojrzała   w   dół,   tam,   gdzie 

siedziała w dziecięcym foteliku zadowolona Kayla. - Czy nie wydaje ci się, że 
mała jest bardziej podobna do Graysona?

- Ależ to jest twoje odbicie. Nieprawdaż, Kayla, kochanie? A jak macie 

zamiar rozwiązać sprawę z waszą matką, Brie?

- Na razie nic jeszcze nie postanowiłyśmy. Wolałybyśmy, żeby o tym 

nie wiedziała. - Rozłożyła ręce. - Ale oczywiście powiemy jej o tym. Shannon 
musi wypocząć, zanim wzniecimy burzę.

- Rozpęta się prawdziwa burza z piorunami. Czy jesteś pewna, że ona 

nic o tym wszystkim nie wie? Nic nie wie o innej kobiecie w życiu swego 
męża i ich dziecku?

- Jestem tego tak pewna, jak swego imienia - potwierdziła Brie i ruszyła 

przygotować   herbatę   dla   wszystkich.   -   Wiesz   dobrze,   jak   się   między   nimi 
układało. Gdyby matka wiedziała, zaszczułaby go na śmierć.

- Tak, to prawda - mówiąc to Murphy pogładził ją po policzku, aby 

dodać jej otuchy. - Nie bierz tego wszystkiego na siebie, nie jesteś przecież 
sama.

- Wiem, ale to bardzo przykre. Moje stosunki z matką są wciąż napięte, 

a   konflikt   z   Maggie   nigdy   nie   ulegnie   załagodzeniu.   Nie   wiem   na   ile 
wiadomość o Shannon pogorszy sprawę, ale nic innego nie możemy zrobić. 
Ojciec pragnąłby, żeby przyjechała i poznała swoją rodzinę.

- Zapomnij o tym chociaż przez chwilę. - Trzymając filiżankę w jednym 

ręku objął ją drugim i pochylił się, by ucałować ją w policzek.

Nagle   świat   zawirował.   Obraz,   jaki   zobaczył,   przerastał   jego 

najśmielsze wyobrażenia. Shannon stała w drzwiach spoglądając chłodnymi, 
cudownie zielonymi oczyma. Jej skóra przypominała alabaster, świeże mleko. 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 52

   

Lśniące   włosy   spływały   wzdłuż   linii   twarzy,   układając   się   wokół   wysoko 
uniesionego  podbródka.   Wygląda  jak  królewna  z  bajki,   pomyślał  i  stał  jak 
zaczarowany.

-   Och,   Shannon!   -   Brianna   zaczerwieniła   się.   Przecież   dopiero   co 

rozmawiała  o  swojej   przyrodniej   siostrze.   Zastanawiała  się,   jak  wiele  z  tej 
rozmowy usłyszała i jak to przyjęła. - Herbata jest prawie gotowa. Myślę, że 
możemy ją wypić tutaj. Gości obsłużę w salonie.

- Oczywiście, wypijmy ją tutaj.
Kilka zdań dotarło do uszu Shannon i potrzebowała chwili, aby się do 

nich ustosunkować. Ale jej uwagę zwrócił mężczyzna, który gapił się na nią 
tak, jakby nigdy do tej pory nie widział kobiety.

-   Shannon   Bodine,   a  to   jest   nasz   dobry   przyjaciel   i   sąsiad,   Murphy 

Muldoon.

- Dzień dobry.
Jej zrównoważenie bardzo go zaskoczyło, zdołał tylko kiwnąć głową, 

jednocześnie zmieszał się, zdając sobie sprawę, że musi swym zachowaniem 
przypominać osobę mało rozgarniętą.

- Murphy, idź i powiedz innym, że herbata jest gotowa, dobrze?
Kiedy Brianna nie otrzymała odpowiedzi, przyjrzała mu się dokładnie. - 

Murphy!

-   Przepraszam,   co   mówiłaś?   -   Ocknął   się   i   odparł   zachrypniętym 

głosem.   -   A,   tak,   już   idę   powiedzieć.   -   Oderwał   wzrok   od   nieziemskiego 
zjawiska   i   patrząc   niewidzącymi   oczami   na   Brie,   zapytał   znowu.   - 
Przepraszam, komu i co mam powiedzieć?

Brianna rozbawiona popchnęła go w kierunku drzwi. - Nie powinieneś 

spać   na   stojąco,   jak   twoje   konie.   Idź   i   powiedz   Graysonowi,   Maggie   i 
Liamowi, żeby przyszli na herbatę.

Jeszcze jedno pchnięcie i już znalazł się na zewnątrz. Brie zamknęła za 

nim drzwi. - Pracował od wschodu słońca na polu, mogę się założyć. Zwykle 
jest bardziej rozgarnięty niż dziś.

Shannon wątpiła. - Czy jest farmerem?
- Świetnym farmerem, zajmuje się też hodowlą koni. Jest jak nasz brat, 

mój i Maggie. Mówię z nim o wszystkim i uwierz mi, że można mieć do niego 
całkowite zaufanie.

- Rozumiem - Shannon stała tam, gdzie poprzednio, tylko jedną nogę 

wystawiła za próg. - Wydaje ci się więc, że mogłaś opowiedzieć mu o tym 
wszystkim!

Z lekkim westchnieniem Brianna przyniosła imbryk z herbatą do stołu. - 

Nie   znasz,   Shannon,   ani   mnie,   ani   Murphy'ego.   Nikogo   z   nas.   Nie   mogę 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 53

   

przecież wymagać od ciebie zaufania do osób, które dopiero co poznałaś. Nie 
mam też zamiaru cię do tego zmuszać. Usiądź i nalej sobie herbaty.

Zaintrygowana   Shannon   schyliła   głowę.   -   Widzę,   że   potrafisz   być 

stanowcza i chłodna.

- Za to Maggie jest z ognia.
- Ona mnie nie lubi.
- Faktycznie, jeszcze nie.
Shannon miała dziwną ochotę głośno się roześmiać. - To świetnie, ja jej 

także nie darzę sympatią. Co jest na podwieczorek?

- Kanapki, ser, trochę pasztetu, biszkopty, ciastka z kremem, herbatniki 

i szarlotka.

- Czy przygotowałaś to wszystko dziś po południu? - zapytała Shannon 

po wysłuchaniu tej wyliczanki.

-   Lubię   gotować!   -   Brianna,   znowu   się   uśmiechając,   wytarła   ręce   o 

fartuch. - A poza tym chciałam uczcić twój pierwszy dzień z nami.

- Jesteś uparta, prawda?
- Och, to chyba cecha całej rodziny. Maggie, przypilnuj, żeby chłopcy 

umyli ręce. Muszę nakryć dla gości w salonie - rzekła do wchodzącej siostry.

- Gdzie schowałaś ciastka z kremem? - głośno zapytał Gray.
- Nie będziesz jadł ich tymi brudnymi rękoma - spokojnie powiedziała 

Brie, biorąc tacę z herbatą. - Częstuj się, Shannon, zaraz wrócę, tylko obsłużę 
gości.

- Siadaj. - Maggie podeszła do stołu, niosąc dopiero co umytego pod 

kranem   Liama.   Usadziła   go   na   wysokim   krześle   i   podała   mu   kanapkę   do 
schrupania. - Czy słodzisz herbatę?

- Nie, piję gorzką. - Shannon była równie sztywna, jak Maggie.
- Poczęstuj się - zaprosił Gray, napełniając swój talerz. - W Nowym 

Jorku na pewno są najlepsze restauracje świata, ale mogę się założyć, że nigdy 
nie   jadłaś   czegoś  równie  dobrego,   jak  wyroby   Brianny.   Pracujesz   u   „Ry   - 
Tilghmantona”? - zapytał, zabierając się do nakładania ciastek na jej talerz.

- Tak, ale niezbyt długo. Zaczynałam tam około pięciu lat temu.
- Mają dobrą reputację. Najwyższe notowania. - Uszczęśliwiony wbił 

zęby w kanapkę. - Gdzie studiowałaś?

- W Carnegie Mellon.
- O, nie można lepiej. Tam, w Pittsburghu, może z pół mili od college'u, 

jest   cukiernia.   Prowadzi   ją   młode   żydowskie   małżeństwo.   Robią   świetne 
ciastka rumowe.

-   Znam   to   miejsce.   -   Shannon   uśmiechnęła   się   na   to   wspomnienie, 

dziwiąc   się,   jak   łatwo   rozmawia   się   z   Amerykaninem.   -   Odwiedzałam   tę 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 54

   

cukiernię w każdą niedzielę rano przez cztery lata.

Ponieważ Maggie zajmowała się Liamem, a Murphy wpatrywał się w 

nią   niemo,   Shannon   nie   czuła   żadnych   wyrzutów,   że   rozmawia   tylko   z 
Grayem. - Brianna mówiła mi, że przyjechałeś tu pisać książkę. Czy to znaczy, 
że następną wydasz już tutaj?

- Tak. Wyjdzie w ciągu kilku najbliższych miesięcy.
- Będę na nią czekać. Bardzo lubię twoją twórczość.
- Postaram się, żebyś dostała kopię wcześniej.
Dziecko się poruszyło i zaczęło kwilić. Kiedy Gray wziął Kaylę na ręce, 

dziewczynka poczuła się bezpiecznie i szybko zamilkła.

Shannon   jadła   powoli   kanapkę,   która   naprawdę   jej   smakowała, 

zapełniając wygłodniały żołądek. Gdy tak jadła, apetyt jej wzrastał i po chwili 
wydało   jej   się,   że   doznaje   jednej   z   najbardziej   grzesznych   i   zakazanych 
przyjemności. Gray uśmiechnął się porozumiewawczo, a Shannon z rozkoszą 
przymknęła oczy.

- Niebo w gębie, prawda? - zapytał.
- Nie przeszkadzaj - zamruczała. - Właśnie przeżywam uniesienie.
- Tak, w wypiekach Brianny jest coś religijnego. - To mówiąc Gray 

zaserwował sobie jeszcze jedną porcję.

-   Wstrętny   obżartuch!   -   Maggie   zmarszczyła   brwi,   zwracając   się   do 

niego. - Zostaw coś dla mnie, chciałabym zanieść coś Roganowi do domu.

- Czemu sama nie nauczysz się tego robić?
-   A   muszę?   Po   co?   -   Maggie   oblizała   krem   z   palców.   -   Przecież 

wystarczy, że przejdę przez ulicę i już mam twoje.

- To ty mieszkasz w pobliżu! - Shannon poczuła, że jej przyjemność 

niknie w obliczu tego faktu.

- Tak, kawałek w dół ulicą. - Niewyraźny uśmiech Maggie wskazywał, 

że rozumie idealnie uczucia Shannon.

- Czasami Rogan ją stąd zabiera - wtrącił Gray. - Do Dublina albo do 

jednej   z   galerii.   Wtedy   robi   się   nieco   spokojniej.   -   Podsunął   ciasteczko 
Liamowi.

-   Na   szczęście   jestem   tu   wystarczająco   często,   aby   wszystkiego 

dopilnować i skontrolować, czy Brianna nie ugina się pod ciężarem pracy.

-   Brianna   sama   potrafi   o   siebie   zadbać   -   powiedziała   główna 

zainteresowana, wchodząc do kuchni. - Gray, zostaw trochę ciastek Roganowi.

- A widzisz? - Gray spojrzał szyderczo na Maggie i pociągnął żonę na 

krzesło stojące w pobliżu.

- Czy nie jesteś głodny, Murphy?
Shannon   zdenerwowało   natarczywe   spojrzenie   Murphy'ego, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 55

   

nieświadomie zaczęła bębnić palcami po stole. - Pan Muldoon przyglądał mi 
się przez cały podwieczorek, nie miał więc czasu na jedzenie.

- Nieźle - szepnęła Maggie i szturchnęła Murphy'ego łokciem.
- Proszę mi wybaczyć. - Murphy szybko podniósł filiżankę i pochylił 

nad nią głowę. - Jestem po prostu roztargniony, to wszystko.

Muszę wracać, myślał. Może, jeśli znajdę się szybko u siebie, wróci mi 

rozsądek.

- Dziękuję, Brie, za herbatę. Życzę miłego pobytu w Irlandii, panno 

Bodine. - Schwycił kapelusz, wsadził go na głowę i wyszedł pospiesznie.

-   No   proszę,   nigdy   nie   sądziłam,   że   doczekam   dnia,   kiedy   Murphy 

Muldoon pozostawi pełny talerz i wyjdzie zmieszany - skomentowała Maggie. 
- Wezmę te ciastka dla Rogana.

- Rzeczywiście. - Brianna poczuła się nieswojo. - Czy myślisz, że coś 

mu się stało, wyglądał dziwnie.

Shannon pomyślała, że wyglądał całkiem dobrze, wzruszyła ramionami 

i szybko zapomniała o panu Muldoonie, dopijając herbatę.

Później, kiedy niebo dopiero co straciło swą niebieską barwę i zaczęło 

szarzeć, Shannon wyszła na spacer do ogrodu Brianny, który znajdował się za 
domem. Jej dobrodziejka stanowczo zażyczyła sobie, żeby opuściła kuchnię po 
wieczornym posiłku. A ponieważ Shannon nie przepadała za myciem naczyń, 
zgodziła się z tą sugestią i poszła pospacerować w wieczornej ciszy.

To jest miejsce, w którym człowiek ma niewiele do roboty, myślała 

Shannon,   okrążając   cieplarnię.   Chociaż   wygląda   na   to,   że   Brianna   rzadko 
kiedy może sobie poleniuchować. Czego ta kobieta nie robi? zastanawiała się. 
Gotuje, prowadzi coś w rodzaju małego ekskluzywnego pensjonatu, zajmuje 
się dzieckiem, dba o ogród. Poza tym uwodzi bardzo atrakcyjnego mężczyznę, 
a wygląda jak fotomodelka z irlandzkich czasopism.

Po obejściu cieplarni Shannon zauważyła malownicze miejsce na skraju 

kobierca pierwiosnków i fiołków. Usiadła na drewnianym fotelu, który okazał 
się tak wygodny, jak na to wyglądał. Postanowiła, że nie będzie myślała o 
Briannie, Maggie ani o domu, którego stała się tymczasową cząstką. Chociaż 
przez krótką chwilę nie będzie myślała o niczym.

Wiał delikatny wietrzyk, przesycony zapachem kwiatów. Na drzewie, w 

pobliżu   okna,   wisiały   dzwoneczki,   które   ślicznie   pobrzękiwały.   Shannon 
wydało się, że z daleka dobiega ryk krów - dźwięk równie dziwny dla jej 
świata,   jak   krzyk   legendarnych   skrzatów   czy   duchów   zwiastujących 
nieszczęście.

To chyba odgłosy z farmy Murphy'ego, myślała. Miała nadzieję, że był 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 56

   

stanowczo lepszym farmerem niż rozmówcą.

Przepłynęła przez nią fala zmęczenia.
Płomień,   który   dotąd   palił   jej   nerwy,   zniknął   na   kilka   godzin. 

Potrzebowała teraz wytchnienia, ogarnął ją sen, otulając ciasnym kokonem. 
Wszystkie kłopoty gdzieś się rozpłynęły.

Śniła   o   mężczyźnie   na   białym   koniu.   Miał   długie   czarne   włosy, 

powiewające   podczas   jazdy.   Na   jego   rozpostartym   na   wietrze   ciemnym 
płaszczu lśniły krople deszczu, które z furią spadały ze stalowego nieba. Nagle 
noc rozdarła błyskawica ostra jak miecz. Jej blask oświetlił jego twarz. Twarz 
o surowych celtyckich rysach i kobaltowych oczach. Ciemnowłosy Irlandczyk 
był rycerzem. Miedziana brosza spinała jego płaszcz. Skomplikowane sploty 
otaczały, wycięty w metalu, majestatycznie uniesiony łeb rumaka.

Wierzchowiec   pędził   z   lubością,   raz   po   raz   uderzając   kopytami   o 

torfowisko. Jeździec i koń zbliżali się do niej. Obaj tak samo niebezpieczni, jak 
jednocześnie cudowni. Ujrzała błysk miecza, matowy połysk zbroi, na której 
widniały ślady błota. Jej serce wtórowało burzy. Zimny deszcz ciął z całej siły 
jej policzki. Nie czuła lęku. Stała z dumnie podniesioną twarzą, spoglądając 
uparcie ku nadciągającym, a jej oczy, zmrużone od deszczu, lśniły przenikliwą 
zielenią.

Mokry koń biegł rozbryzgując błoto. Znalazł się już w odległości nie 

większej niż dwa metry. Mężczyzna siedział pewnie w siodle wpatrując się w 
nią, a na jego twarzy malował się wyraz tryumfu i pożądania.

- A więc wróciłeś! - Usłyszała głos, który przypominał jej własny, a 

jednak brzmiał nieco odmiennie.

Shannon   przebudziwszy   się   zerwała   się   drżąca   i   zmieszana   tym 

dziwnym snem, który był tak wyraźny, jak jawa. Wydawało się jej, że wcale 
nie spała. Odrzuciła włosy do tyłu. Tak, to raczej jakieś wspomnienie, a nie 
sen,   pomyślała.   Nie   zdążyła  się   jednak   nad  tym   dobrze   zastanowić,   bo   jej 
uwaga skupiła się na chwili obecnej. W odległości kilku kroków stał przed nią, 
obserwując ją, jakiś mężczyzna.

- Bardzo przepraszam. - Murphy ruszył ku niej, wychodząc z cienia. - 

Nie chciałem pani przestraszyć, myślałem, że pani drzemie.

Trochę zaskoczona, wyprostowała się w fotelu. - Przyszedł więc pan 

znowu na mnie popatrzeć, panie Muldoon?

- Nie, to znaczy ja... - Odetchnął bardzo zmieszany. Czyż nie skarcił 

siebie za tamto zachowanie. Cholera, nie może przecież drugi raz w obecności 
tej kobiety zapomnieć języka w gębie i stracić zupełnie głowę.

- Nie chciałem pani przeszkadzać. Myślałem, że może pani przebudzi 

się i zechce ze mną porozmawiać, ale widzę, że nic z tego. - Próbował się 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 57

   

uśmiechnąć. Wiedział, że jego uśmiech czasami potrafi oczarować kobietę. - 
Prawda   jest   taka,   pani   Bodine,   że   wróciłem,   aby   panią   przeprosić   za 
natarczywe spojrzenia podczas podwieczorku. To było niegrzeczne.

- W porządku, proszę się nie przejmować. - I idź sobie stąd, dodała w 

myślach.

- Myślę, że to przez te pani oczy. - Wiedział jednak, że to nie tylko to. 

Spotkał po prostu kobietę, na którą zawsze czekał.

Oddech Shannon stał się przyspieszony. - Moje oczy?
- Ma pani czarodziejskie oczy. Czyste jak woda, zielone jak mech, pełne 

urzekającej magii...

Nie wyglądał teraz na mało rozgarniętego, Shannon zdała sobie sprawę. 

Jego głos dźwięczał jak muzyka, która sprawia, że kobieta zapomina o całym 
świecie. - To ciekawe, co pan mówi, panie Muldoon.

- Murphy, jeśli nie sprawi to pani różnicy. Mamy przecież to szczęście, 

że jesteśmy sąsiadami.

- Nie wiem, czy to takie szczęście, ale faktycznie „Murphy” bardziej mi 

się podoba. A teraz, jeśli wybaczysz...

Zamiast wstać tak, jak zamierzała, nagle opadła znowu na fotel i wydała 

z siebie stłumiony pisk. Coś kudłatego wyłaniało się z cienia, groźnie warcząc.

- Con! - spokojnie powiedział Murphy, a pies zatrzymał się i zaczął 

merdać   ogonem.   Murphy   położył   rękę   na   łebku   psa.   -   Nie   skrzywdzi   cię. 
Wybrał   się   na   wieczorny   spacer.   Czasami,   kiedy   przebiega   obok   mnie, 
zatrzymuje   się,   aby   trochę   się   pobawić.   Tak   naprawdę   więcej   mówi,   niż 
warczy.

- Mówi? - Shannon zamknęła oczy i czekała, aż jej serce przestanie tak 

szybko bić. Gadające psy, tego właśnie jej teraz do szczęścia potrzeba.

Nagle Con podszedł do niej, położył jej łeb na kolanach i popatrzył 

łagodnie   prosto   w   oczy.   Nawet   góra   lodowa   stopniałaby   pod   takim 
spojrzeniem.

- Widzę, że teraz ty mnie przepraszasz. O mały włos nie wyzionęłam 

ducha na twój widok. - Shannon zwróciła się do Murphy'ego. - Świetna z was 
para.

-   Przypuszczam,   że   obaj   bywamy   czasami   niezgrabni.   -   Murphy, 

mówiąc to, zręcznym ruchem wyciągnął zza pleców bukiet polnych kwiatów. - 
Jeszcze   raz   witam   w   hrabstwie   Clare,   Shannon   Bodine.   Niech   twój   pobyt 
będzie równie słodki i kolorowy, jak ta wiązanka, ale niech trwa dłużej niż 
ona.

Zdumiona   i   oczarowana   Shannon   wzięła   kwiaty.   -   Jesteś   bardzo 

dziwnym mężczyzną, Murphy - wyszeptała. - Chyba mam rację. - Jej usta 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 58

   

rozchyliły się w uśmiechu, gdy wstawała. - Dziękuję ci.

- Teraz to już coś. Będę czekał na ciebie, na twój uśmiech - powiedział 

jej na odchodne. - Warto na niego czekać. Dobranoc, Shannon, śpij dobrze.

Odszedł, znikając w cieniu. Pies pobiegł za nim, ale Murphy szepnął coś 

do   niego   i   Con   wrócił   sadowiąc   się   przy   boku   Shannon.   Zapach   kwiatów 
podrażnił jej zmysły.

- Tak wiele wrażeń naraz - rzekła do psa i pogłaskała go. - Myślę, że 

czas wracać. Na pewno jestem o wiele bardziej zmęczona niż mi się wydaje.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 59

   

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Burze   i   białe   konie.   Niebezpieczni   przystojni   mężczyźni   i   kamienne 

kręgi,   które   Shannon   widziała   w   snach,   sprawiły,   że   noc   nie   należała   do 
spokojnych. Obudziła się zmarznięta.

Dziwne,   myślała,   przecież   węgle   na   kominku,   znajdującym   się   po 

przeciwnej stronie pokoju, jeszcze się żarzą, a ją samą od stóp do głów okrywa 
gruby, ciepły koc. Skóra jej jednak była lodowata. Zadrżała. Bardziej jeszcze 
zaskoczył ją fakt, że nie tylko przemarzła do szpiku kości, ale miała, mogła 
przysiąc, mokrą twarz, jakby zaskoczyła ją ulewa.

Usiadła na łóżku, przeciągając rękoma po włosach. Nigdy przedtem nie 

doświadczyła snów tak wyraźnych, nie była jednak przekonana co do tego, czy 
chciałaby, aby stały się zupełnie zwyczajnym zjawiskiem.

Wiedziała, że już nie zaśnie, nawet jeśli wtuli się teraz w poduszkę.
W   Nowym   Jorku   nie   byłoby   to   tak   frustrujące.   Zawsze   miała   tuzin 

rzeczy do zrobienia i często budziła się o świcie, aby z radością wkroczyć w 
nowy dzień.  Czekały  na  nią rachunki,  papierkowa  robota  i  proste domowe 
prace, które wykonywała przed pójściem do biura. Kiedy już wszystko miała z 
głowy, sprawdzała na swoim planie zajęć, jakie obowiązki i spotkania czekały 
ją w ciągu dnia, a jakie rozrywki wieczorem.

Z porannych wiadomości telewizyjnych dowiadywała się, jaka będzie 

pogoda   i   jakie   są   najnowsze   wieści   ze   świata.   Następnie   brała   torebkę   i 
wychodziła żwawo, pozwalając sobie na spacer w drodze do biura.

Pełne zadowolenia, zorganizowane życic młodej profesjonalistki, pnącej 

się  dość  szybko   po   stopniach   kariery.   Tak  działo   się  codziennie   od   ponad 
pięciu lat. A tutaj... Z westchnieniem spojrzała w kierunku okna, niebo wciąż 
spowijały ciemności.

Żadnych terminów, spotkań, prezentacji, nic do zrobienia. Złamała w 

ten   sposób   pewną   strukturę,   w   której   tkwiła,   tak   dobrze   sobie   znaną   i 
jednocześnie wygodną.

Co robi człowiek w Irlandii o świcie?
Wygramoliła się z łóżka i dołożyła węgla do kominka, po czym usiadła 

skuliwszy się przy oknie.

Spoglądała   na   pola,   cienie   kamiennych   ogrodzeń,   kontury   domów   i 

przybudówek.   Niebo   stopniowo   się   rozjaśniło.   Indygo   zastąpił   jaśniejszy 
błękit.   Z   pewnym   rozbawieniem   przysłuchiwała   się   pianiu   koguta.   Może 
poprosi Briannę, korzystając z jej propozycji, o samochód. Mogłaby gdzieś 
pojechać,   gdziekolwiek.   Ta   część   Irlandii   słynęła   przecież   z   pięknych 
krajobrazów. Mogłaby teraz to wszystko zobaczyć. A może wykorzystać urlop 
na malowanie. Oczywiście, jeśli pozwoli jej na to nastrój.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 60

   

W   łazience   weszła   do   wanny,   z   radością   stwierdziła,   że   woda   jest 

gorąca, i nie żałowała jej sobie.

Wybrała ze swej garderoby czarną bluzkę i dżinsy. Za chwilę chwyciła 

torebkę, ale zdała sobie sprawę, że będzie jej potrzebna dopiero wtedy, gdy 
umówi się z Brianną co do samochodu. Zdecydowała się więc, że skorzysta z 
prośby Brianny, by czuła się tu jak u siebie w domu, i zbiegła po schodach 
zaparzyć sobie w kuchni kawę.

W   domu   panowała   absolutna   cisza,   niemal   uwierzyła,   że   jest   sama. 

Wiedziała o pobycie jakichś gości na pierwszym piętrze, ale ciszę mąciło tylko 
skrzypienie schodów pod stopami.

Zatrzymał ją nowy widok.
Z okna wychodzącego na wschód zobaczyła cudowny wschód słońca. 

Gęste   kłęby   chmur   na   horyzoncie   przenikała   czerwień.   Zuchwały   kolor 
rozprzestrzeniał się po niebie, ogarniając spokojny błękit i pastelowy róż swym 
płomieniem. Patrzyła zauroczona, a chmury poruszały się, żeglując na niebie 
niczym gorejące statki. Powoli robiło się jasno.

Po   raz   pierwszy   od   miesięcy   poczuła,   że   chce   malować.   Bardziej 

powodowana   nawykiem   niż   potrzebą,   zabrała   ze   sobą   część   przyborów   do 
malowania.   Teraz   była   sobie   za   to   wdzięczna.   Zastanawiała   się   tylko,   jak 
daleko   musi   jechać,   żeby   dokupić'   inne   potrzebne   rzeczy.   Zachwycona 
pomysłem i nowymi planami co do szczerej i zbawiennej pracy udała się do 
kuchni.   Zastała   tam   Briannę   przygotowującą   ciasto   na   chleb,   co   bardzo   ją 
zaskoczyło.

- Myślałam, że będę pierwsza.
-   Dzień  dobry.   Jesteś  rannym   ptaszkiem.   -  Brianna  uśmiechnęła  się, 

ugniatając ciasto. - Tak jak Kayla. Obudziła się i chce jeść. Tutaj masz kawę i 
herbatę, jeśli sobie życzysz. Właśnie zaparzyłam dla Graysona.

- To on też już wstał! - Ładny mi samotny poranek, pomyślała Shannon.
-   Och,   wstał   już   kilka   godzin   temu   i   pracuje.   Czasami   tak   wstaje, 

szczególnie,   kiedy   historia,   którą   pisze,   sprawia   mu   kłopoty.   Przygotuję  ci 
śniadanie, jak tylko odstawię chleb do wyrośnięcia.

- Nie, dziękuję, kawa wystarczy. - Nalała sobie filiżankę i stała, nie 

mogąc się zdecydować, co robić dalej. - Sama pieczesz chleb?

- Tak, to uspokajające zajęcie. Weź przynajmniej tosta, została jeszcze 

kromka od wczoraj. Jest w tamtej szufladzie.

- Trochę później. Myślałam, że mogłabym przejechać się i zobaczyć 

klify.

- Och, oczywiście, koniecznie musisz obejrzeć okolicę. - Brianna ulepiła 

starannie kulę z chleba i włożyła ją do dużego naczynia. - Kluczyki wiszą tam 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 61

   

na haku. Możesz je brać, kiedy tylko będziesz miała ochotę na przejażdżkę. 
Dobrze ci się spało?

-   Tak   naprawdę   to...   -   przerwała   zdziwiona,   że   o   mały   włos   nie 

opowiedziała Briannie o męczących ją snach. - Tak, dobrze spałam. Pokój jest 
bardzo wygodny. - Łyknęła kawy, znów poczuła się niespokojna. - Czy jest tu 
gdzieś w pobliżu jakaś salka gimnastyczna?

Brianna przykryła ciasto lnianą szmatką i podeszła do kranu umyć ręce. 

- Co takiego?

Shannon otworzyła usta w zdziwieniu i wybuchnęła śmiechem. - Salka 

gimnastyczna.   Zaglądam   do   niej   zwykle   trzy   czy   cztery   razy   w   tygodniu. 
Wiesz, o co mi chodzi? Ruchoma bieżnia, hantle, steppery...

- Och! - Brianna postawiła na kuchni żeliwną patelnię i zamyśliła się. - 

Nie, nie ma tu nic takiego. Ruchoma bieżnia! Czy po tym się chodzi?

- Tak.
- Od tego są pola. Równie dobrze możesz się po nich przespacerować. 

Świeże   powietrze   jak   najbardziej   sprzyja   ćwiczeniom.   Mamy   dziś   bardzo 
ładny   ranek.   Dobrze   spędzić   go   na   zewnątrz.   Niestety,   po   południu 
zapowiedziano deszcz. Potrzebna ci jest kurtka - kontynuowała, odwracając 
wzrok w kierunku drelichowej kurtki, wiszącej na wieszaku z tyłu drzwi.

- Kurtka?
-   Tak,   jest   trochę   chłodno.   -   Brianna   wrzuciła   bekon   na   patelnię.   - 

Ćwiczenia   na   pewno   pobudzą   twój   apetyt.   Śniadanie   będzie   gotowe,   jak 
wrócisz.

Shannon z wyrazem dezaprobaty przyglądała się odwróconej Briannie. 

Wyszło na to, że wybierała się na spacer. Z lekka ogłupiała, odstawiła filiżankę 
i zdjęła kurtkę z wieszaka. - Nie przejmuj się mną - powiedziała. - Nie wrócę 
tak prędko.

- Baw się dobrze - odrzekła ciepło Brianna.
Shannon nigdy nie uważała się za kogoś, kto lubi długo przebywać na 

dworze. Nie należała do zwolenników pieszych wycieczek czy autostopu. O 
wiele lepiej czuła się w cywilizowanych warunkach. Dobrze wyposażona sala 
gimnastyczna,   woda   w   butelkach   i   urządzenia,   umożliwiające   kontrolę 
postępów.

Ćwiczyła minimum po pięćdziesiąt minut trzy razy w tygodniu i była 

zadowolona, gdyż mogła o sobie powiedzieć, że jest silna i zdrowa. Nigdy nie 
rozumiała   jednak   ludzi   nakładających   ciężkie   obuwie,   wyposażonych   w 
plecaki i liny, wspinających się na górskie szczyty.

Miała   tak   zakorzenioną   samodyscyplinę,   że   dawała   sobie   radę   z 

najróżniejszymi formami ćwiczeń. Jeden dzień w Blackthorn ukazał jednak, że 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 62

   

kuchnia, jaką prowadziła Brianna, może przysporzyć jej kłopotów.

Postanowiła, że pospaceruje. Wbiła ręce w kieszenie pożyczonej kurtki. 

Powietrze było chłodne. Minęła ogród, na pierwiosnkach leżała jeszcze rosa, 
minęła  cieplarnię.  Skusiło  ją,  żeby zajrzeć  do  środka.  Przywarła  twarzą  do 
szyby. To, co zobaczyła, wprawiło ją w zdumienie. Oglądała kiedyś z matką 
profesjonalne   cieplarnie,   na   pewno   nie   były   aż   tak   zadbane   i   świetnie 
rozplanowane.

W   podziwie   odwróciła   się   i   znieruchomiała.   Wszystko   tu   jest   tak 

wielkie, myślała, patrząc na rozciągającą się przed nią krainę. Takie puste. 
Nieświadomie przygarbiła się nieco.

Pokonując w Nowym Jorku ulice, nie myślała o czymś szczególnym, 

mijając przechodniów, strzegących swoich własnych przestrzeni. Hałas tłumu, 
odgłosy klaksonów były jej bliskie, nie tak jak ta przejmująca cisza. - To nie 
jogging   w   Central   Parku   -   wymamrotała,   dodając   sobie   otuchy   własnym 
głosem. Zaczęła iść naprzód, wydało jej się to lepsze niż powrót do kuchni.

Słyszała przeróżne dźwięki. Świergot ptaków, warkot jakiejś maszyny 

gdzieś   w   dali,   szczekanie   psa.   Wciąż   jednak   czuła   się   osamotniona.   Nie 
zamierzała się nad sobą roztkliwiać i przyspieszyła kroku.

Gdy  dotarła do  pierwszego kamiennego  ogrodzenia,  zastanawiała  się 

nad wyborem drogi. Mogła iść wzdłuż muru albo przeskoczyć na sąsiednie 
pole. Wzruszyła ramionami i przeskoczyła.

Rozpoznała   pszenicę,   już   dość   wysoką,   tak   że   poruszał   nią   wiatr. 

Pośrodku   pola  stało  samotne   drzewo.   Chociaż   wydało   jej  się   bardzo   stare, 
miało   młode   zielone   listki.   Wysoko   na   sękatej   gałęzi   usadowił   się   ptak, 
śpiewając pieśń płynącą prosto z serca.

Zatrzymała   się,   żeby   mu   się   przypatrzeć,   i   zaczęła   żałować,   że   nie 

wzięła szkicownika. Powróci tu, obiecała sobie. Tyle czasu minęło od kiedy 
ostatni raz miała okazję malować prawdziwy krajobraz.

Dziwne,   myślała,   kiedy   ruszyła   dalej.   Każdego   człowieka,   nawet   z 

niewielkimi zdolnościami, paliłyby ręce do malowania tutaj wszystkiego. Te 
kolory, kształty, wspaniałe światło. Obróciła się dookoła i zrobiła kilka kroków 
do   tyłu,   żeby   przez   chwilę   przyjrzeć   się   dokładnie   kształtowi   drzewa. 
Najlepszy  byłby do tego  wczesny świt,  zadecydowała i  przeskoczyła  przez 
następny mur, chociaż jej uwagę wciąż przyciągał widok, który zostawiła za 
sobą. Miała szczęście, o mało nie zderzyła się z krową.

- Jezus, Maria! - Cofnęła się do tyłu i przywarła do muru.
Krowa   spojrzała   na   intruza   beznamiętnie,   machając   ogonem.   -   Jaka 

duża. - Shannon wspięła się na mur i usiadła, szybko oddychając. - Nie miałam 
pojęcia, że krowy są tak duże. - Ostrożnie podniosła wzrok i zobaczyła, że nie 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 63

   

była to jedyna krowa. Na pastwisku pasło się całe stado bydła. Rozłożyste, w 
biało   -   czarne   łaty   krowy   o   łagodnym   spojrzeniu   nie   interesowały   się   nią 
wcale.

- Moja wycieczka dobiegła końca. Tylko nie rycz ani nie próbuj mi coś 

zrobić!

Najbliżej   stojąca   krowa   spojrzała   na   nią   leniwie   i   zajęła   się   trawą. 

Rozbawiona Shannon, już spokojna, zaczęła rozglądać się bardziej uważnie 
dookoła. Rozczulił ją nowy widok.

-   O,   dzieci!   -   Ze   śmiechem   ruszyła   przyjrzeć   się   kręcącym   się 

niespokojnie wśród powolniejszych, starszych okazów cielętom. Ale obawa 
zmusiła ją, by najpierw zajrzeć w oczy najbliżej stojącego zwierzęcia. Nie była 
do końca przekonana, czy krowa nie zrobi jej krzywdy.

- Tylko na nie popatrzę, tu, z tego miejsca.
Za chwilę ciekawość wzięła górę. Zapragnęła dotknąć krowy. Pochyliła 

się, ale nadal trzymała się muru. Jeśli krowa się nie poruszy, dotknie jej, a jeśli 
tak, zawsze zdąży przeskoczyć na drugą stronę. Każda kobieta, ćwicząca trzy 
razy w tygodniu, jest w stanic uciec przed krową.

Pogłaskała zwierzę, czując pod ręką ostrą i twardą sierść. Krowie to 

wyraźnie nie przeszkadzało. Już z większym zaufaniem Shannon pogłaskała 
bok zwierzęcia.

-   Ta   tutaj   nie   ma   nic   przeciwko   pieszczotom   -   powiedział   Murphy, 

pojawiając się ni stąd, ni zowąd za plecami Shannon.

Krzyk   Shannon   przestraszył   kilka   krów.   Rozbiegły   się,   ale   szybko 

przystanęły.

Murphy   śmiał   się,   powstrzymując   Shannon   od   upadku.   -   Spokojnie, 

jesteś bardzo nerwowa...

- Myślałam,  że  jestem  sama.  -  Nie mogła się zdecydować,  co  sobie 

wyrzucać,   czy   ten  rozdzierający   krzyk,   czy   przyłapanie   na   pieszczotach  ze 
zwierzętami gospodarskimi.

-   Wracałem   z   pastwiska   dla   koni   i   zobaczyłem   ciebie.   -   Zgrabnym 

ruchem   usadowił   się   obok   niej   na   murze   i   przyglądając   się   jej,   zapalił 
papierosa. - Piękny poranek.

Shannon chrząknęła. Nie pomyślała o tym, że to jego pola, i znowu dała 

się zaskoczyć. - Sam się zajmujesz tym wszystkim?

- Och, trochę mi pomagają inni, kiedy trzeba. Pogłaszcz ją, jeśli chcesz, 

ona to lubi. „

- Nie głaskałam jej - upierała się, choć było już trochę za późno na 

przywrócenie sobie godności. - To tylko ciekawość.

- Nigdy nie dotykałaś krowy! - Wydało mu się to bardzo zabawne. - Z 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 64

   

tego, co wiem, krowy są i w Ameryce.

- Oczywiście, że są, ale nie spacerują zbyt często Piątą Aleją. - Zerknęła 

na niego z ukosa.

Murphy, nadal się uśmiechając, odwrócił się w kierunku drzewa, od 

którego rozpoczęła się cała ta przygoda.

- Dlaczego go nie ściąłeś? To drzewo stoi pośrodku twojej pszenicy.
- Nie przeszkadza mi. Orzę i sieję wokół niego - powiedział spokojnie. - 

A poza tym jest tu o wiele dłużej ode mnie. - W tej chwili bardziej intrygowała 
go   Shannon.   Pachniała   uwodzicielsko.   Zadziwiający   zapach   kobiety,   który 
zawsze zastanawia mężczyznę. Czy to nie wspaniałe, że myślał o niej cały 
poranek, a ona zabawiała się tutaj, zupełnie jakby na niego czekała.

-   Twój   pierwszy   piękny   poranek   w   Clare,   ale   po   południu   zacznie 

padać.

-   Brianna   mówiła   to   samo   -   przypomniała   sobie   Shannon   i   uniosła 

wzrok, wpatrując się w czyste błękitne niebo. - Skąd wiesz?

- Nie widziałaś wschodu słońca!
Gdy   zastanawiała   się   nad   tym,   co   jedno   ma   wspólnego   z   drugim, 

Murphy ujął ją za podbródek i odwrócił jej twarz ku zachodowi. - Tam zbierają 
się ciemne chmury znad morza. Wiatr gna je z południa. To one przynoszą 
nam deszcz, lecz nie burzę. Burzy w powietrzu nie czuć.

Ręka spoczywająca na jej twarzy była twarda jak skała, a jednocześnie 

delikatna   jak   jedwab.   Shannon   odkryła,   że   Murphy   przesiąkł   całkowicie 
zapachem farmy. Konie, ziemia, trawa. Wolała się jednak skupić na oglądaniu 
nieba.

- Przypuszczam, że farmerzy muszą uczyć się przewidywania pogody.
- Nie można tego nazwać nauką. Po prostu to się wie.
Z upodobaniem dotknął jej włosów, zanim odłożył rękę na kolana. Ten 

gest, ta przypadkowa intymność sprawiły, że odwróciła twarz w jego stronę. 
Poczuła, że nie tylko stykają się ich biodra, ale i spojrzenia. Jego oczy miały 
kolor   szkła,   które   zbierała   jej   matka.   Tego   samego,   które   tak   ostrożnie 
pakowała, by zabrać je do Nowego Jorku. Kolor kobaltu.

Nie   znalazła   w   nich   żadnej   nieśmiałości,   żadnego   zmieszania,   które 

wyczytała poprzedniego dnia. Te oczy należą do pewnego siebie mężczyzny, 
stwierdziła  i  sama  się  trochę  zawstydziła.   Mężczyzny,   który   kryje  w  sobie 
niebezpieczne myśli.

Kusiło go, żeby ją pocałować. Nachylić się i dotknąć jej warg. Tylko 

raz, spokojnie. Zrobiłby to, gdyby siedziała przy nim inna kobieta. Wiedział, 
że jej jednak nie może pocałować, bo opuściłaby go natychmiast. Zupełnie 
niepotrzebnie.   -   Masz   taką   twarz,   Shannon,   która   raz   zapadłszy   w   pamięć 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 65

   

mężczyzny, rozkwita.

Ukryta w tym głosie irlandzka melodia, pomyślała Shannon, sprawia, że 

nawet tak głupie zdanie brzmi jak poezja. Musiała odeprzeć tę myśl, odwróciła 
się w kierunku pasących się krów. - Widzę, że używasz terminów rolniczych.

- To prawda. Wiesz, chciałbym ci coś pokazać. Chodź ze mną.
- Powinnam wracać.
Ale on już wstawał, wziął ją za rękę, jakby miał to w nawyku. - To 

niedaleko.

Pochylił się i zerwał wystający ze szczeliny muru niebieski kwiat, po 

czym wsadził go jej za ucho. Zdumiała się. Spodziewała się, że jej go wręczy. 
Wydało się jej to tak zabawnie czarujące, że bez namysłu podążyła za nim.

- Nie masz nic do roboty! Myślałam, że farmerzy bez przerwy pracują.
- Mam chwilę odpoczynku. Patrz, Con biegnie! - Murphy wskazał psa. - 

Poluje na króliki.

Widok   biegnącego   szarego   psa   za   czymś,   co   później   okazałoby   się 

królikiem,   wzbudził   śmiech   Shannon.   Za   chwilę   jednak   zacisnęła   palce   na 
dłoni Murphy'ego. - Zabije go!

- Tak, jeśli go złapie. Ale szanse są małe.
Myśliwy i ofiara zginęli z pola widzenia w wąskim paśmie drzew nad 

małym strumykiem, w którym słońce odbijało swe promienie.

-   Teraz   go   zgubi,   jak   zawsze.   Ale   nie   przestanie   go   ścigać,   dopóki 

ucieczka królika nie stanie się faktem.

- Przybiegnie tu, jeśli go zawołasz - powiedziała Shannon poważnie. - I 

zostawi królika w spokoju.

Pragnąc ją uspokoić, Murphy zagwizdał na Cona, a pies w jednej chwili 

zawrócił i gnał z powrotem przez pole z wyciągniętym językiem.

- Dziękuję.
Murphy   ruszył   dalej.   Nie   było   sensu   tłumaczyć,   że   gdy   tylko   Con 

dostrzeże następnego królika, pobiegnie za nim od razu.

- Czy zawsze mieszkałaś w mieście?
-   Tak,   albo   w   mieście,   albo   w   jego   pobliżu.   Często   się 

przeprowadzaliśmy,   ale   zawsze   mieszkaliśmy   w   pobliżu   dużego   skupiska 
ludzi. - Spojrzała na niego. Wydał jej się wyższy, gdy tak szedł obok niej. A 
może po prostu inaczej się poruszał na polu.

- A czy ty zawsze tutaj mieszkałeś?
- Tak. Część tej ziemi należała do Concannonów, ale Tom nigdy nie 

interesował się rolnictwem. Przez lata wyprzedawał ją mojemu ojcu, później 
mnie. Teraz moja ziemia sięga aż do ogrodu Brianny.

Shannon   uniosła   brwi,   spoglądając   ponad   wzgórzami.   Nie   potrafiła 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 66

   

określić wielkości tej ziemi czy choćby kształtu jej granic. To musiała być 
ogromna posiadłość.

- Jesteśmy na miejscu. - Podszedł do muru, szybko go przeskoczył, a 

następnie   schwycił   Shannon   w   pasie   i   z   łatwością   przeniósł   ją   ponad 
ogrodzeniem, jakby nic nie ważyła. - To tu chciałem ci coś pokazać.

Pozostawała wciąż pod wrażeniem jego siły, gdy nagle, rozglądając się, 

ujrzała   kamienny   krąg.   Jej   pierwszą   reakcją   nie   było   ani   zaskoczenie,   ani 
groza,   ani   radość.   Jej   pierwszą   reakcją   była   prosta   akceptacja.   Później   . 
przyszło   jej   na   myśl,   że   nie   wpadła   w   zdumienie,   ponieważ   gdzieś   w 
podświadomości   wiedziała,   że   Murphy   pokaże   jej   właśnie   te   kamienie. 
Widziała już ten krąg w snach.

- Jakie to piękne! - Nachyliła się, by spojrzeć nań pod odpowiednim 

kątem, jak artystka, która bada kształt, budowę i kolor.

Krąg   nie   był   duży,   a   kilka   kamieni,   które   niegdyś   go   wieńczyły, 

obsunęło się z czasem na ziemię. Stał w całym swym majestacie i rozsiewał 
magiczną moc na cichym zielonym polu. W oddali pasły się konie.

- Nigdy czegoś takiego nie widziałam, tylko na obrazkach.
Nieświadoma, że splata swe palce z palcami Murphy'ego i ciągnie go za 

sobą, szybko podeszła bliżej. - Jest tyle legend i teorii na temat tych głazów. 
Statki kosmiczne, druidzi, skamieniałe olbrzymy i tańczące wróżki. Czy są 
bardzo stare?

- Równie stare, jak opowieści o wróżkach - powiedział Murphy.
To ją rozśmieszyło. - Czy są to miejsca kultu, czy składano tu ofiary? - 

Na  myśl  o  tym  przebiegł  ją  dreszcz,   z  przyjemnością  wyciągnęła  rękę,   by 
dotknąć kamienia. Gdy tylko zdołała go musnąć palcami, szybko ją cofnęła. 
Kamień był gorący. Zbyt gorący, jak na taki chłodny poranek.

- To dziwne, prawda, czujesz to? - powiedział, nie odrywając od niej 

wzroku.

-   Wiesz,   przez   chwilę   czułam   się   tak,   jakbym   dotykała   czegoś,   co 

oddycha.

Wydało jej się to głupie, przyłożyła rękę jeszcze raz. Przeżyła wstrząs, 

nie mogła temu zaprzeczyć, ale wmawiała sobie, że spowodował go kryzys 
nerwowy, który przechodzi.

- Jest tu jakaś potęga. Nie wiem, czy w kamieniach, czy w miejscach, w 

których je ustawiono.

- Nie wierzę w takie rzeczy.
- Masz zbyt wiele z Irlandki, by temu zaprzeczać. - Delikatnie wciągnął 

ją przez kamienny łuk na środek kręgu.

Zdecydowana   zachować   zimną   krew,   założyła   ręce   na   piersiach   i 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 67

   

odsunęła się od niego. - Chciałabym to namalować, jeśli mi pozwolisz.

- To nie należy do mnie. Ziemia dookoła jest moja, ale krąg nie należy 

do nikogo. Możesz malować, jeśli sprawi ci to przyjemność.

-   Będę   ci   bardzo   wdzięczna.   -   Shannon,   rozluźniwszy   się   znowu, 

przechadzała się wewnątrz kręgu. - Znam ludzi, którzy dużo zapłaciliby za to, 
aby   się   tu   znaleźć.   To   ci,   którzy   jeżdżą   do   Sedonna   w   poszukiwaniu 
pozytywnych fluidów albo martwią się o swoje czakramy.

Murphy zaśmiał się, pocierając podbródek. - Czytałem o tym, to bardzo 

ciekawe. Nie sądzisz jednak, że niektóre miejsca i rzeczy zachowały w swej 
pamięci przeszłe wydarzenia i cała ich potęga stąd właśnie się bierze.

Shannon   ledwo   mogła   ustać   w   miejscu.   -   Nigdy   nie   uwierzę,   że 

wieszając na szyi jakiś kamyk poprawię sobie życic seksualne. - Rozbawiona 
odwróciła   się   do   niego.   -   I   nigdy   nie   uwierzę,   że   traktujesz   coś   takiego 
poważnie...

-   Zgoda.   Nic   nie   wiem   o   nakładaniu   naszyjnika   po   to,   aby   sprawy 

łóżkowe stały się bardziej interesujące, raczej w takich wypadkach polegam na 
sobie...

- Nie wątpię - szepnęła Shannon i podeszła do jednego z kamieni. - Są 

takie stare i stoją tu dłużej, niż można to sobie wyobrazić. Oto ich cała magia. 
Zastanawiam się... - przerwała, wstrzymując oddech i uważnie nasłuchując. - 
Słyszałeś?

Stał   tylko   o   krok   od   niej,   czekał   i   patrzył.   -   Co   takiego   słyszałaś, 

Shannon?

- To pewnie ptak, ale wydawało mi się przez chwilę, że słyszę kobiecy 

płacz.

Murphy pogładził ją delikatnie po włosach. - Słyszałem ją. Słyszeli ją 

też i inni. Słyszały ją twoje siostry. Nie denerwuj się - powiedział cicho i ujął 
jej   twarz   w   dłonie.   -   Krew   zawsze   pozostanie   krwią   i   nie   można   o   tym 
zapomnieć. Płacze, bo zginął jej kochanek. Tak mówi legenda.

- To pewnie ptak - uparcie twierdziła Shannon.
- Byli sobie przeznaczeni - kontynuował opowieść. - Biedny rolnik i 

córka bogacza. Spotykali się tutaj, kochali i spłodzili dziecko. Tak powiada 
legenda.

Shannon   zrobiło   się   zimno,   wstrząsnęły   nią   dreszcze.   -   To   tylko 

legenda, Murphy - powiedziała słabym głosem. - Myślę, że takich miejsc jest 
tu wiele.

- Tak, to prawda. To miejsce wiąże się ze smutną legendą. Kazał jej 

czekać na siebie, mieli razem uciec, ale złapano go i zabito. Następnego dnia 
ojciec   dziewczyny   znalazł   ciało   córki.   Popełniła   samobójstwo.   Na   jej 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 68

   

policzkach nie obeschły jeszcze ślady łez.

- A teraz oczywiście dziewczyna tu straszy!
Uśmiechnął się, ale jej cynizm nie zbił go z tropu. - Kochała go. Nie 

mogła żyć sama. - Murphy ujął ją za ręce, chciał je ogrzać.

-   Gray   myślał   o   umieszczeniu   któregoś   ze   swoich   morderstw   w   tej 

scenerii, ale zmienił zdanie. Powiedział mi, że nie jest to miejsce odpowiednie 
na krew. Toteż znajdzie się ono na twoich płótnach, a nie w jego książkach. To 
już lepsze wyjście.

- Jeśli mi się uda.
Powinna   wyrwać   ręce,   ale   czuła   się   tak   dobrze,   gdy   je   ogrzewał.   - 

Potrzebuję kilku rzeczy, jeśli mam poważnie zająć się malowaniem podczas 
swego   pobytu   tutaj.   Muszę   wracać.   Odrywam   cię   od   pracy,   a   Brianna   na 
pewno czeka ze śniadaniem.

Murphy patrzył na Shannon, ciesząc się, że nie wyrywa rąk, że rześkie 

powietrze dodaje koloru jej policzkom. Podobał mu się też szybki puls, który 
wyczuwał w jej nadgarstkach, i nagłe zmieszanie, które dostrzegł w jej oczach.

- Tak się cieszę, że znalazłem cię siedzącą na moim murze, Shannon 

Bodine. To nadało sens mojemu życiu.

Zdenerwowana,   z   roztrzęsionymi   kolanami,   próbowała   się   uspokoić. 

Uniosła głowę. - Murphy, czy ty ze mną flirtujesz?

- Chyba tak.
- To pochlebstwo, ale nie mam na to czasu. Poza tym ciągle trzymasz 

mnie za ręce.

- To prawda - przytaknął, zaglądając jej w oczy, i oswobodził uścisk. 

Ucałował   jej   dłonie,   a   uśmiech,   który   posłał   na   pożegnanie,   był   zupełnie 
rozbrajający. - Przyjdź znów ze mną pospacerować, Shannon.

Przystanęła na chwilę, po czym odwróciła się i wyszła z kręgu. Nie 

mogła się powstrzymać, żeby nie popatrzeć, jak idzie przez pola, gwiżdżąc na 
psa.

Nie można go nie cenić, pomyślała i patrzyła tak długo, aż zniknął z 

pola widzenia. Nieświadomie przytuliła rozgrzane dłonie do policzków.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 69

   

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Shannon nie wiedziała, jak się zachować podczas swej pierwszej wizyty 

w   irlandzkim   pubie.   Nie   dlatego   że   nie   myślała   o   tym   wcześniej.   Zawsze 
cieszyła się z nowych rzeczy, miejsc i ludzi. Nawet gdyby się opierała, radość 
Brianny z wieczoru, który miały spędzić poza domem, z pewnością zmusiłaby 
ją do wyjścia. Wciąż jednak nie mogła pogodzić się z myślą, że mają zabrać ze 
sobą dziecko.

- O, jesteś już gotowa - powiedziała Brianna, widząc ją schodzącą ze 

schodów. - Przepraszam, że się spóźniam, ale dziecko trzeba jeszcze przebrać i 
nakarmić - ciągnęła, kołysząc Kaylę na jednym ręku, a w drugim trzymając 
tacę z dwoma filiżankami herbaty. - Siostry narzekały na ból gardła i prosiły o 
coś ciepłego.

- Siostry?
- Panie  Freemonts z niebieskiego  pokoju.  Mogłaś ich nie  zauważyć, 

dopiero co przyjechały. Chyba się przeziębiły na deszczu i mają dreszcze. Są 
stałymi bywalczyniami, dlatego staram się nie zwracać uwagi na zamieszanie, 
jakie wywołują wokół siebie. Spędzają tu co roku trzy dni, więc mogą sobie na 
to pozwolić. Gray mówi, że są takie uciążliwe, ponieważ całe życie spędziły 
razem i nigdy nie miały do czynienia z mężczyznami.

Brianna   zaczerwieniła   się   i   uśmiechnęła   lekko   widząc,   że   Shannon 

bardzo to rozbawiło. - Nie powinnam tak mówić o gościach, ale to właśnie 
przez nie jestem spóźniona. Czy nie masz nic przeciwko temu, że poczekasz 
trochę?

- Oczywiście, że nie. Czy mogę...?
- O, jeszcze telefon! Cholera, niech sobie dzwoni.
- Gdzie jest Gray?
- Och, na pewno prowadzi śledztwo w sprawie zbrodni albo właśnie, 

kogoś morduje. Burknął coś, gdy zajrzałam do jego gabinetu, więc żaden z 
niego teraz pożytek.

- Rozumiem, mogę ci w czymś pomóc?
- Będę wdzięczna, jeśli zajmiesz się przez chwilę dzieckiem. Ja zaniosę 

tę   tacę   na   górę   i   spróbuję   udobruchać   siostry.   -   Oczy   Brianny   świeciły   z 
radości. - To nie potrwa długo, poczęstuję je whisky.

-   Oczywiście,   daj   mi   Kaylę.   -   Shannon   ostrożnie   ujęła   dziecko   w 

ramiona. Było takie malutkie i kruche. - Nie miałam z tym wiele do czynienia. 
Większość kobiet, które znam, koncentruje się na własnej karierze i nie ma 
czasu na dzieci.

-  Szkoda,   prawda?  Niestety,   mężczyznom  wciąż  jest  o  wiele  łatwiej 

realizować  się  na  tych   dwóch   płaszczyznach.   Pospaceruj   z  nią  trochę.   Jest 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 70

   

niespokojna, ja zresztą też, kiedy myślę o tym wieczornym wyjściu.

Z godną pozazdroszczenia gracją Brianna wspinała się po schodach z 

tacą i zbawienną herbatą.

- Kayla jest niespokojna... - Shannon mówiła pieszczotliwie do dziecka, 

idąc korytarzem do salonu. - Znam to uczucie.

Oczarowana musnęła dziewczynkę palcem po policzku i poczuła nagłą 

przyjemność,   gdy   ta   zacisnęła   na   nim   swoją   piąstkę.   -   Ale   jesteś   silna. 
Będziesz miała charakter swojej mamy.

Dziecko pochłonęło ją całkowicie. Zachwycona pocałowała Kaylę raz, 

potem drugi. Wydawało jej się, że dziewczynka się uśmiecha.

- Cudowna, prawda?
Shannon   wciąż   wpatrywała   się   w   maleństwo   z   rozkoszą,   gdy   Gray 

pojawił się w pokoju. - Jest po prostu piękna. Dopiero trzymając dziecko w 
ramionach można zdać sobie sprawę z jego delikatności - powiedziała.

-   Znacznie   urosła   -   stwierdził   Gray,   nachylając   się   nad   córeczką   i 

posyłając   jej   słodki   uśmiech.   -   Gdy   się   urodziła,   wyglądała   jak   oburzona 
wróżka. Nigdy tego nie zapomnę.

-   Teraz   jest   już   podobna   do   matki.   A   co   do   matki,   poszła   na   górę 

uspokajać siostry Freemont.

- Rozumiem. - Gray nie wydawał się zaskoczony i kiwał głową. - Mam 

nadzieję, że jakoś da sobie z nimi radę, inaczej będą zawracać jej głowę przez 
całe trzy dni.

- Jestem pewna, że jej się to uda.
- To jest  cała  Brie.  Chcesz  może  coś wypić,  zanim  wyjdziemy,  czy 

wolisz poczekać na drinka w pubie?

-   Dziękuję,   poczekam.   Idziesz   z  nami?   Myślałam,   że   właśnie   kogoś 

mordujesz.

- Nie dzisiejszej nocy. Zresztą ci, co mieli nie żyć, już nie żyją.
Gray zastanawiał się, czy nie napić się whisky, ale zrezygnował. Wolał 

jednak piwo u O'Malleyów.

- Brie mówiła, że masz zamiar malować.
- Tak mi się wydaje. Przywiozłam ze sobą trochę przyborów, wystarczy, 

żeby zacząć. - Instynktownie naśladowała ruchy Brianny, kołysząc dziecko. - 
Brianna mówiła, że mogę skorzystać z samochodu i pojechać do Ennis po 
resztę potrzebnych mi rzeczy.

-   Chyba   lepiej   pojechać   do   Galway,   ale   w   Ennis   również   powinnaś 

znaleźć wszystko, co trzeba.

- Nie chciałabym brać jej samochodu - wygadała się Shannon.
- Boisz się prowadzić lewą stroną!

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 71

   

- To też, ale po prostu nie czułabym się w porządku, pożyczając go.
Gray zastanowił się i usiadł na oparciu kanapy. - Chcesz dobrej rady od 

jankesa?

- Może.
-   Ludzie   żyjący   tutaj   mają   swój   własny   świat.   Chcą   ci   coś   dać, 

pożyczyć,   wszystkim   się   podzielić   -   to   tkwi   w   ich   naturze.   Jeśli   Brianna 
wręcza ci kluczyki do samochodu, z pewnością nie myśli o tym, czy jesteś 
ubezpieczona, czy dobrze prowadzisz, tylko o tym, że go potrzebujesz. To 
wszystko.

- Nie jest to takie proste z mojego punktu widzenia. Nie przyjechałam 

tu, by stać się częścią dużej, wspaniałomyślnej rodziny.

- Po co więc przyjechałaś?
- Bo nie wiem, kim jestem. - Zdjęła ją wściekłość. Znowu wyszło na 

jaw, że ciągle o tym myśli. Oddała dziecko Grayowi. - Nie znoszę kłopotów ze 
swoją tożsamością.

- Nie możesz się za to obwiniać - powiedział spokojnie Gray. - Tak mi 

się   wydaje.   Daj   sobie   z   tym   spokój   na   razie.   Ciesz   się   tymi   pięknymi 
widokami, przytyj kilka funtów dzięki kuchni Brianny. Z doświadczenia wiem, 
że   odpowiedzi   na   niektóre   pytania   przychodzą   w   najmniej   oczekiwanym 
momencie.

- Mówisz to jako pisarz, czy znasz to z doświadczenia?
Wstał, pogłaskał ją przyjaźnie po policzku. - I jedno, i drugie. - Słysząc 

głos żony, cierpliwy i kojący, krzyknął: - Brie, idziemy, czy nie?

- Zaraz, tylko wezmę torebkę. - Weszła pospiesznie, poprawiając włosy. 

- Och, Gray, więc idziesz z nami!

- Czy sądziłaś, że mógłbym stracić jeden wieczór z tobą? - Wolnym 

ramieniem   objął   ją   w   pasie   i   porwał   do   szybkiego   walca.   Twarz   Brianny 
promieniała ze szczęścia. - Myślałam, że masz zamiar pracować.

- Zawsze mogę pracować. - Nachylił się i czule ją całował.
Shannon odczekała chwilę, potem jeszcze jedną, i chrząknęła głośno. - 

To ja może poczekam na zewnątrz w samochodzie. I zamknę oczy.

- Przestań, Graysonie. Zawstydzasz Shannon.
- Wcale nie. Jest po prostu zazdrosna. - Mrugnął do kobiety, którą już 

dawno uznał za swoją szwagierkę. - Chodź, dziewczyno, znajdziemy dla ciebie 
faceta.

- Nie, nie, dziękuję. Dopiero co uciekłam od jednego.
- Naprawdę? - Gray, nie potrafiąc ukryć ciekawości, wręczył dziecko 

żonie, aby objąć Shannon. - Opowiedz nam o tym. Wszyscy tutaj uwielbiamy 
plotki.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 72

   

- Zostaw ją w spokoju - zirytowała się Brianna. - Nic mu nie mów, jeśli 

nie chcesz znaleźć tego w jego następnej książce.

- A któż wziąłby ją do ręki - powiedziała z przekonaniem Shannon i 

ruszyła do wyjścia.

Na zewnątrz, w powietrzu, czuło się wilgoć. Było mokro i wciąż jeszcze 

padało, tak jak zapowiadano.

-   Umiem   zrobić   tak,   aby   wszystko   stało   się   interesujące.   -   Gray 

otworzył   szarmancko   drzwi   samochodu   obu   paniom.   -   Mów,   dlaczego   go 
rzuciłaś - dopytywał się z uśmiechem na ustach.

-   Nie   rzuciłam   go.   -   Cała   sytuacja   przedstawiała   się   wystarczająco 

absurdalnie, by poprawić Shannon humor. Wślizgnęła się na tylne siedzenie i 
odrzuciła włosy do tyłu. - Rozstaliśmy się w całkiem przyjaznych stosunkach.

- Tak, tak, rzuciła go! - Gray zabębnił palcami o siedzenie, spokojnie 

prowadząc   samochód   pustą   ulicą.   -   Kobiety   zawsze   używają   przyzwoitych 
słów, gdy łamią serce mężczyzny.

- Dobrze, postaram się poprawić. - Shannon posłała Grayowi uśmiech 

poprzez lusterko. - Padł przede mną na kolana, błagał o litość, wydaje mi się, 
że   nawet   szlochał.   Pozostałam   jednak   niewzruszona   i   rozgniotłam   jego 
krwawiące serce obcasami. Ogolił głowę, porzucił dobra doczesne i jest teraz 
gorliwym wyznawcą jakiejś sekty w Mozambiku.

- Całkiem niebanalne.
- Więcej w tym fantazji niż prawdy. Tak szczerze, nie łączyło nas nic 

więcej oprócz wspólnej konsumpcji potraw tajlandzkich i przestrzeni w biurze. 
Ale możesz wykorzystać tę pierwszą wersję w swojej książce.

- Bez niego, widać, czujesz się lepiej - rzekła Brianna. - I to jest chyba 

najważniejsze.

Zaskoczona tym, z jaką łatwością mówiła o swoim nieudanym związku, 

Shannon   przytaknęła:   -   To   prawda.   -   Nie   przypuszczała,   że   będzie   mogła 
siedzieć sobie najzwyczajniej tu, z tyłu, i cieszyć się wieczorem.

Pub u O'Malleyów przywiódł Shannon na myśl stary, czarno - biały film 

z Patem O'Brienem w roli głównej. W powietrzu unosiły się wolno smugi 
dymu   z   papierosów.   Mroczne   kolory   zdominowały   wnętrze,   mężczyźni 
siedzieli przy barze nad kuflami ciemnego piwa, słychać było śmiech kobiet i 
szmer  głosów,  gdzieś  w  głębi rozbrzmiewała jakaś melodia.  Za  barem stał 
telewizor. Właśnie leciały migawki z jakichś zawodów.

Opasany białym fartuchem mężczyzna uśmiechnął się szeroko na widok 

nowo przybyłych gości, nie przestając nalewać piwa. - Widzę, że w końcu 
przynieśliście   maleństwo.   -   Odstawił   kufel,   czekając,   aż   opadnie   piana.   - 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 73

   

Przynieś ją tu, Brie, daj nam na nią popatrzeć.

Brianna grzecznie położyła Kaylę w nosidełku na barze. - Ubrałam ją w 

czapeczkę od twojej żony, Tim.

- Słodka. - Połaskotał dziecko w szyję grubym palcem. - Jest taka do 

ciebie podobna.

- Ja też mam w tym swój udział - odezwał się Gray.
Ludzie zaczęli tłoczyć się dookoła dziecka.
- Jasne, że masz - zgodził się Tim. - Na szczęście Bóg w swej mądrości 

otoczył ją opieką i dał jej anielską twarz matki. Chcesz coś do picia, Gray?

- Oczywiście. A ty co chcesz, Shannon?
Popatrzyła   na   kufel,   który   Tim   O'Malley   kończył   nalewać.   -   Coś 

mniejszego niż to.

- Jedno duże piwo, jedno małe - zamówił Gray - i łagodnego drinka dla 

młodej matki.

-   Shannon,   to  jest  Tim   O'Malley   -   przedstawiła   Brie.   -  Tim,   to   jest 

moja... przyjaciółka, Shannon Bodine z Nowego Jorku.

- Nowy Jork. - Tim, nie odrywając rąk od pracy, którą wykonywał z 

łatwością, niemal automatycznie, co wynikało z długoletniego doświadczenia, 
spoglądał   w   twarz   Shannon.   -   Mam   dwóch   dalekich   kuzynów   w   Nowym 
Jorku. Znasz może przypadkiem Francisa O'Malleya, rzeźnika?

- Nie, bardzo mi przykro.
- Bodine - zastanawiał się mężczyzna, siedzący za plecami Shannon. 

Głęboko zaciągnął się papierosem, wypuścił dym i w zamyśleniu powiedział. - 
Poznałem Katherinę Bodine z Kilkelly kilka lat temu. Piękna jak marzenie. 
Może to twoja rodzina?

Shannon niepewnie się uśmiechnęła. - Nic mi o tym nie wiadomo.
- To jej pierwsza wizyta w Irlandii - wyjaśniła Brianna.
Dookoła rozległy się pełne uznania głosy.
- Znam Bodinów z Dublina - odezwał się głosem drżącym ze starości 

mężczyzna   siedzący   na   końcu   baru.   -   Czterech   braci,   zawsze   chętnych   do 
bójki.   „Szaleni   Bodinowie”,   tak   ich   nazywaliśmy.   Wszyscy   ich   synowie 
działali w IR A. To było około trzydziestego siódmego roku.

- Trzydziestego piątego - poprawiła starsza kobieta, siedząca u boku 

mężczyzny, i zwróciła twarz w kierunku Shannon. - Wybrałam się kiedyś na 
spacer z Paddym Bodinem, a Johnny był z tego bardzo niezadowolony.

-   Mężczyzna   musi   walczyć   o   to,   co   do   niego   należy.   -   Stary   John 

Conroy wziął żonę za rękę i mocno ją uścisnął.. - Nie znalazłbyś w całym 
Dublinie ładniejszej dziewczyny niż Neli O'Brian! A teraz jest moja.

Shannon śmiała się nad piwem, które podał jej Gray. Ci ludzie mieli # 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 74

   

około dziewięćdziesiątki, nie miała co do tego żadnych wątpliwości, a trzymali 
się za ręce i flirtowali ze sobą, jakby byli co najmniej nowożeńcami.

-  Daj  mi małą,   zajmę  się nią.  -  Z  pokoju za barem wyszła  kobieta, 

wycierając   ręce   o   fartuch.   -   Zajmijcie   miejsca   -   powiedziała,   wskazując 
Briannie jeden ze stojących na uboczu stolików. - Przyniosę ją z powrotem za 
godzinę, a teraz trochę ją popieszczę.

Wiedząc,   że   jakikolwiek   protest   nie   odniósłby   skutku,   Brianna 

przedstawiła   Shannon   żonie   Tima   i   spoglądając   na   wychodzącą   z   Kaylą 
kobietę,  powiedziała: - Możemy usiąść.  Nie odda  mi dziecka  aż do chwili 
naszego wyjścia.

Shannon podążyła za Brianna i zobaczyła Murphy'ego. Siedział blisko 

kominka,   na   którym   płonął   ogień.   Przyglądał   się   jej,   a   z   jego   akordeonu 
wydobywały się dźwięki spokojnej melodii. Upajał się jej widokiem, czuł, że 
znów   traci   głowę.   Na   szczęście,   miał   jeszcze   moment   na   opanowanie   się, 
zanim Gray wraz z kobietami podejdzie do stolika, przy którym siedział.

- Czy zechcesz nas zabawić dzisiejszego wieczoru, Murphy? - zapytała 

Brianna i usiadła.

-   Powinienem   zacząć   od   siebie.   -   Był   wdzięczny,   że   palce   nie 

odmawiają mu posłuszeństwa, jak to czynił rozum. Widział w tej chwili tylko 
oczy Shannon, takie jasne i mądre. - Cześć, Shannon!

-   Cześć,   Murphy!   -   Shannon   nie   udało   się   uniknąć   miejsca,   które 

wskazał jej Gray. Siedziała ramię w ramię z Murphym. Poczuła się głupio, że 
w ogóle o tym myśli. - Gdzie nauczyłeś się grać?

- Ach, trochę tu, trochę tam.
- Murphy ma wrodzony talent do muzyki - rzekła z dumą Brianna. - 

Potrafi zagrać na wszystkim, co mu wręczysz.

- Naprawdę?
Długie   palce   mężczyzny   faktycznie   wydawały   się   dość   zręczne. 

Przebierał nimi po skomplikowanych klawiszach małego instrumentu. Musi 
bardzo dobrze znać tę piosenkę, myślała, skoro ani razu nie spojrzał w dół na 
to, co robi.

Rzeczywiście, patrzył tylko na nią.
- Muzykalny farmer - zamruczała.
- Lubisz muzykę? - zapytał.
- Oczywiście. Kto nie lubi muzyki?
Przestał grać na chwilę i pociągnął łyk ze swojego kufla. Pomyślał, że 

chyba zawsze będzie mu schło w gardle, jeśli tylko w pobliżu znajdzie się 
Shannon.

- Czy jest jakaś piosenka, której chciałabyś wysłuchać.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 75

   

Opuściła ramiona, zrobiło się jej smutno, że przestał grać. - Niewiele 

wiem o irlandzkiej muzyce.

Gray   wychylił   się   do   przodu.   -   Tylko   nie   proś   o   Danny   Boy   - 

przestrzegał szeptem.

Murphy uśmiechnął się do niego. - Wielka mi Amerykanka - powiedział 

cicho i poczuł się spokojniej. - Mając takie nazwisko, nie znasz irlandzkiej 
muzyki!

- Częściej słuchałam Percy Sledge i Arethy Franklin.
Murphy   utkwił   w   Shannon   oczy,   w   kącikach   jego   ust   pojawił   się 

uśmieszek. Zaczął grać nową melodię. Był szczęśliwy, gdy udało mu sieją 
rozbawić.

-   Pierwszy   raz   słyszę   Kiedy   mężczyzna   kocha   kobietę   na   małym 

akordeonie.

-   To   koncertina.   -   Mrugnął   do   niej   i   zaśpiewał  Ach,   to   jest   mój 

mężczyzna.

Liam Sweeney przetoczył się przez salę i wspiął na kolana Murphy'ego. 

Spojrzał na niego błagalnym wzrokiem. - Cukierka!

- Chcesz, żeby twoja mama zdarła ze mnie skórę? - Murphy odwrócił 

się i zobaczył, że Maggie zatrzymała się przy barze. Sięgnął do kieszeni i 
wyciągnął cytrynowego dropsa. - Jedz szybko, zanim nas zobaczy!

Z   pewnością  był  to  ich  stary   zwyczaj.   Shannon   przyglądała  się,   jak 

Liam przytulił się do Murphy'ego i wysunąwszy język, zajął się rozwijaniem 
papierka.

- Widzę, że mamy rodzinny wieczór. - Maggie podeszła, kładąc ręce na 

oparciu krzesła Brianny. - Gdzie masz dziecko?

- Diedre je porwała.. - Brianna szybkim ruchem przesunęła się tak, żeby 

Maggie mogła dostawić sobie krzesło.

- Cześć, Shannon! - Powitanie było grzeczne, ale chłodne i formalne. 

Maggie spojrzała na syna. - Co ty tam masz, Liam?

- Nic. - Uśmiechnął się ssąc dropsa.
-  Rzeczywiście nic.  Murphy,  zapłacisz  za wyleczenie jego  pierwszej 

dziury w zębie.

Wtem uwagę Shannon przykuł wysoki czarnowłosy mężczyzna. Szedł 

w kierunku stolika, niosąc w jednej ręce dwie filiżanki, w drugiej kufel piwa.

- Shannon Bodine, mój mąż, Rogan Sweeney.
- Miło mi. - Rogan postawił naczynia na stole i uścisnął rękę Shannon z 

wielką gracją. Dobrze maskował swoją ciekawość. - Jak ci się tutaj podoba?

-   Bardzo.   -   Shannon   skinęła   głową.   -   Przypuszczam,   że   to   tobie 

powinnam za to dziękować.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 76

   

- Poniekąd. - Rogan przystawił sobie krzesło, w wyniku czego Shannon 

musiała jeszcze bliżej przysunąć się do Murphy'ego.

- Hobbs  mówił,  że  pracujesz dla  „Ry -  Tilghmantona”.  W Ameryce 

zawsze korzystamy z usług agencji „Pryce”.

- Jesteśmy lepsi - powiedziała z przekonaniem.
Rogan uśmiechnął się. - Wezmę to pod uwagę.
-   To   nie   jest   spotkanie   w   sprawach   biznesu   -   z   niezadowoleniem 

wtrąciła Maggie. - Nie mógłbyś zagrać czegoś szybszego, Murphy?

Murphy   zaczął   wydobywać   z   instrumentu   żywe   dźwięki.   Rozmowa 

ucichła. Melodię przerywał tylko śmiech i klaskanie, a pewien mężczyzna w 
kapeluszu ruszył w stronę baru szybkimi tanecznymi krokami.

- Tańczysz? - Usta Murphy'ego znalazły się tak blisko jej ucha, że czuła 

jego oddech na skórze.

- Tak nie umiem. - Cofnęła się i uniosła szklankę, odgradzając się od 

niego. - Jestem za to pewna, że ty potrafisz. To chyba część tego wszystkiego.

- Czego? Masz na myśli bycie Irlandczykiem? - Nachylił głowę równie 

rozbawiony, jak i zaciekawiony.

-   Tak,   świetnie   umiecie   tańczyć...   -   Wykonywała   szybkie,   nerwowe 

ruchy szklanką. - Pić, kłócić się, pisać melancholijną poezję i kreować się na 
męczenników oraz rebeliantów o twardych pięściach.

Zastanowił się chwilę, odmierzając takt melodii stopą. - Tak, jesteśmy 

rebeliantami, dużo wycierpieliśmy. Wydaje się, że zagubiłaś związek z nami.

-   Nigdy   go   nie   miałam.   Mój   ojciec   był   Irlandczykiem   trzeciej   czy 

czwartej generacji, a o rodzinie matki nic nie wiem.

W oczach Shannon pojawiła się złość i chociaż Murphy'emu zrobiło się 

przykro z tego powodu, nie miał zamiaru przestać. - A jednak wydaje ci się, że 
znasz Irlandię i Irlandczyków?

Ktoś jeszcze ruszył do tańca. Murphy zaczął grać nową melodię, żeby 

ludzie mogli się bawić.

- Oglądałaś na pewno filmy Jimmy'ego Cagneya w nocnych programach 

telewizyjnych   albo   słuchałaś   wylewnego   Pata   O'Briena.   -  Kiedy   na   twarzy 
Shannon wzbierała złość, uśmiechnął się łagodnie. - O, i na pewno na świętego 
Patryka szedł Piątą Aleją pochód.

- I co z tego?
- To, że nie ci to nie dało. Jeśli chcesz poznać Irlandczyków, słuchaj 

muzyki, Shannon. Melodii i słów. A kiedy już się w to wsłuchasz, tak szczerze, 
zaczniesz rozumieć, kim jesteśmy. Muzyka jest duszą wszystkich ludzi, każdej 
kultury, ponieważ wypływa prosto z serca.

Zaintrygowana,   wbrew   sobie,   popatrzyła   na   szybko   poruszające   się 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 77

   

palce Murphy'ego. - I tak myślę, że Irlandczycy nie są rozsądni, działają bez 
zastanowienia.

- Och, piosenka nie opowie ci całej naszej historii.
Dziecko drzemało mu na kolanach, a on grał dalej. Melodia była już nie 

tylko znacznie smutniejsza, ale i łagodniejsza. Coś pękło w sercu Shannon, gdy 
Brianna zaczęła cicho śpiewać poezję. Inni dołączyli. Rozbrzmiała opowieść o 
odważnym żołnierzu - skazańcu, który oddał życic za swój kraj. Nazywał się 
James Connolly.

Kiedy   Murphy   skończył,   Rogan   wziął   śpiącego   chłopca,   a   muzyk 

sięgnął po piwo.

- To nie MacNamara Band, prawda - zauważył Murphy. Shannon czuła 

się głęboko wzruszona, lecz nie była pewna, czy tego chce. - Dziwni z was 
ludzie. Piszecie takie piękne pieśni o egzekucji.

-   Nie   zapominamy   o   naszych   bohaterach   -   powiedziała   Maggie, 

urywającym   się   głosem.   -   Czy   to   prawda,   że   w   twoim   kraju   na   polach 
bitewnych   buduje   się   ośrodki   rozrywkowe   dla   turystów,   na   przykład   w 
Gettysburgu?

Shannon obrzuciła Maggie chłodnym spojrzeniem. Poczuła się urażona.
- I większość z nas uwielbia udawać, że walczyłaby na rzecz Południa - 

dodał Gray.

-   W  imię  niewolnictwa  -   szyderczo  rzekła  Maggie.   -   Wiemy   o   tym 

więcej, niż możesz sobie wyobrazić.

-   Wcale   nie   w   imię   niewolnictwa   -   wtrącił   Gray,   zadowolony   z 

niespodziewanego obrotu rozmowy. - W imię pewnego sposobu na życic.

- Nareszcie znaleźli się w swoim żywiole... - cicho powiedział Rogan, 

kiedy jego żona i szwagier wszczęli kłótnię. - Czy chciałabyś podczas pobytu 
tutaj robić czy też zwiedzić coś szczególnego, Shannon? Chętnie ci w tym 
pomożemy.

Rogan miał inny akcent, zauważyła Shannon, bardziej miękki, wydawał 

jej   się  wyuczony.   -  Myślę,   że  powinnam  zobaczyć  to,   co   zwykle  oglądają 
turyści. Nie mogę wrócić nie obejrzawszy przynajmniej jednej ruiny.

- Gray umieścił jedną z nich w swojej najnowszej książce - zauważył 

Murphy.

-   A,   rzeczywiście.   -   Brianna   oglądała   się   za   siebie,   próbując   ukryć 

zdenerwowanie. Nadchodził czas, kiedy Diedre powinna przynieść dziecko. - 
Zaraz  wrócę  -   powiedziała.   -  Zobaczę  tylko,   jak  się  miewa  Kayla.   Chcesz 
jeszcze piwa, Murphy?

- Czemu nie.
- A ty Shannon?

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 78

   

Z pewnym zdziwieniem Shannon zauważyła, że jej szklanka była pusta. 

- Tak, proszę.

- Pójdę po drinki - powiedział Rogan i przekazał Liama żonie. Wstał i 

pogłaskał Briannę po policzku. - A ty idź i zobacz, co z dzieckiem.

- Znasz to? - zapytał Murphy i znowu zaczął grać.
Zajęło jej to tylko kilka sekund. Scarborough Fair. Przypomniała sobie 

Simona i Garfunkela z dawnych programów radiowych.

- Umiesz śpiewać, Shannon?
- Tyle, ile każdy właściciel radia i prysznica. - Zafascynowana pochyliła 

się ku grajkowi. - Jak to robisz, że wiesz, który klawisz nacisnąć?

- Najpierw trzeba się zdecydować, jaką piosenkę chce się zagrać. Patrz, 

tutaj...

- Nie, ja przecież...
Ale Murphy otoczył już Shannon ramieniem, ujął jej dłonie i zaczął 

uczyć. - Spróbuj się wczuć... - Nabrawszy powietrza w miechy instrumentu, 
prowadził  jej  palce  po  klawiszach,   przyciskając  je  delikatnie.   Akord,   który 
zabrzmiał, był długi i czysty. Shannon rozbawiła się. - To na początek... Jeśli 
już tyle opanowałaś, możesz przystąpić do czegoś trudniejszego... - Aby to 
udowodnić, wziął kolejny akord. - Po prostu trzeba chcieć i ćwiczyć.

Na próbę przycisnęła kilka klawiszy i skrzywiła się, słysząc dźwięki, 

jakie wydał instrument. - Obawiam się, że talent jest niezbędny. - Roześmiała 
się  znowu,   gdy   zaczął   grać,   trzymając   jej   palce   pod   swoimi,   przywracając 
instrument do życia. - Takie szybkie ręce. Skąd wiesz, który klawisz nacisnąć, 
skoro nie patrzysz na instrument? - Shannon odrzuciła włosy i spojrzała na 
Murphy'ego z rozbawieniem w oczach. Serce jej biło w takt szybkiej melodii. 
Wpadła w przyjemny nastrój.

- Dużo zależy od tego, co się czuje. - Gdy palce Shannon poczęły mu się 

wymykać,   oplótł   je   mocniej,   zmieniając   charakter   melodii.   Rozbrzmiała 
romantyczna, pełna tęsknoty pieśń. - Co teraz czujesz?

- Wydaje mi się, że gra we mnie muzyka. - Oczy Shannon zwęziły się, 

gdy patrzyła na Murphy'ego. Nadal obejmował ją ramieniem, a jego twarde i 
zwinne ręce bezwzględnie panowały nad jej dłońmi. - Masz bardzo zręczne 
ruchy, Murphy.

- Coś mi się zdaje, że to nie jest komplement?
- Nie, to tylko luźna uwaga. - Zdumiała się tym, że tętno wali jej z 

całych sił. Murphy wpatrywał się w jej usta. Siedział tak blisko, że czuła jego 
ciepło i odgadła jego zamiar. - Nie - powiedziała cicho, lecz stanowczo.

- Jak chcesz. - Utkwił wzrok w jej oczach. Wyczuwał w nich jakąś 

subtelność i siłę. - Pocałuję cię po raz pierwszy w bardziej intymnym miejscu. 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 79

   

Mogę z tym poczekać.

Pomyślała,   że   spróbuje   to   zrobić,   że   poczeka.   Nie   był   wcale   takim 

powolnym  i nierozgarniętym mężczyzną,   za jakiego go  miała  na początku. 
Miała też wrażenie, że jest bardzo cierpliwy.

- Na tym chyba koniec lekcji. - Shannon odsunęła się na bezpieczną 

odległość i wyrwała ręce spod dłoni Murphy'ego.

-   Następna   kiedy   zechcesz.   -   Oswobodził   ją   z   uścisku,   odłożył 

koncertinę, dopijając resztę piwa. - Masz w sobie muzykę, Shannon, ale brak ci 
jeszcze odwagi, żeby grać...

- Lepiej będzie, gdy posłucham radia. - Bardziej poruszona, niż mogła 

sobie  na   to   pozwolić,   wstała.   -   Przepraszam  -   powiedziała  i   odeszła,   żeby 
rozejrzeć się po sali i mieć czas na uspokojenie.

Murphy   uśmiechał   się   do   siebie,   kiedy   stawiał   pusty   kufel.   Uniósł 

wzrok i złapał rozgniewane spojrzenie Maggie.

- Co ty wyprawiasz, Murphy? - zapytała.
- Nic. Na razie mam zamiar wypić jeszcze jedno piwo. Rogan zaraz mi 

je przyniesie.

- Nie igraj ze mną, mój chłopcze!
Nie wiedziała,  czy to złość,  czy to lęk  nią  teraz  powodował,  ale na 

pewno nie było to przyjemne uczucie. - Wiem, że lubisz kątem oka przyglądać 
się kobietom, ale nigdy jeszcze nie widziałam, żebyś robił to w ten sposób.

- Nie widziałaś?
- Przestań go strofować, Maggie - rzekł Gray, odchylając się na oparcie 

krzesła. - Murphy ma prawo napić się wody z tego źródła. Ależ ta Maggie jest 
spostrzegawcza, co!

- Zamknij gębę, Graysonie! A ty nie masz prawa czerpać z tego źródła, 

Murphy Muldoonie.

Murphy spojrzał na Maggie. A kiedy Rogan postawił przed nim piwo na 

stole,   podziękował   mu   i   zapytał:   -   Czy   masz   coś   przeciw   temu,   żebym 
zaznajomił się z twoją siostrą, Maggie Mac?

Spojrzenie   Maggie   było   ostre,   pochyliła   się   w   stronę   Murphy'ego.   - 

Mam   obiekcje   tylko   co   do   ciebie.   Widzę,   jak   zbliżasz   się   do   krawędzi 
stromego klifu, z którego niewątpliwie spadniesz. Ta kobieta nie jest jedną z 
nas i nie zainteresuje się farmerem z zachodniego wybrzeża. Nieważne, jak 
bardzo przystojnym.

Murphy milczał chwilę, patrząc jak Maggie z trudem opanowuje gniew. 

Wyjął papierosa, zapalił go i zaciągnął się. - Taki twój charakter, Maggie. 
Martwisz się o mnie, ale to ja wybrałem ten klif i to ja z niego spadnę.

- Jeżeli sądzisz, że będę bezczynnie siedziała, kiedy ty, robiąc z siebie 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 80

   

osła, dasz sobie rozbić serce w kawałki, to się grubo mylisz.

- To nie twoja sprawa, Margarct Mary - rzekł Rogan zyskując tyle, że 

oburzenie Maggie skupiło się na nim.

-   Nie   moja   sprawa?   Ciekawe,   czy   nie   moja!   Znam   tego   kretyna   o 

miękkim sercu całe życie. Kocham go i Bóg raczy wiedzieć za co! A poza tym 
ta jankeska nie znalazłaby się tutaj, gdyby nie ja i Brianna.

- Ta jankeska jest twoją siostrą - skomentował Gray. - A to oznacza 

prawdopodobnie, że jest równie drapieżna i uparta, jak ty.

Zanim Maggie zdążyła zareagować, odezwał się Murphy. - Ma rację. 

Zgoda,   to   także   twoja   sprawa,   Maggie.   Jestem   twoim   przyjacielem,   a   ta 
dziewczyna  jest  twoją  siostrą.   Decyzja  jednak  należy   do  mnie.   -  W  głosie 
Murphy'ego   kryła   się   taka   stanowczość,   że   Maggie   musiała   się   poddać 
pomimo gniewu i rozpaczy.

- Murphy, przecież ona wkrótce wróci tam, skąd przyjechała.
- Nie zrobi tego, jeśli ją zdołam przekonać.
Schwyciła go za rękę, jakby to mogło coś zmienić w jego uczuciach. - 

Przecież ty nawet jej nie znasz!

- Są rzeczy, które się czuje intuicyjnie, zanim się je dokładnie pozna. - 

Wziął ją za rękę, albowiem od dawna wiązały ich silne więzi. - Będę na , nią 
czekał, Maggie, gdziekolwiek się znajdzie. Tak postanowiłem.

Wiedziała, że mówi prawdę. Przymknęła oczy. - Straciłeś głowę, nie 

mogę ci pomóc.

- Nie możesz nawet ty.
Westchnęła. - No dobrze, kiedy zostaniesz już całkowicie zdruzgotany, 

przybędę, by otoczyć opieką twoje zranione serce. Powinnam zabrać Liama do 
domu,   Sweeney.   -   Wstała,   trzymając   śpiącego   chłopca   w   objęciach.   -   Nie 
odważę się prosić cię o to, żebyś przemówił mu do rozsądku - zwróciła się do 
Graya. - Mężczyźni nic nie widzą poza piękną twarzą.

Gdy   się   odwróciła,   zobaczyła,   że   Shannon   zagadywali   państwo 

Conroyowie. Posłała jej ciężkie spojrzenie, w zamian otrzymała identyczne, po 
czym wyszła szybko z pubu.

- Mają więcej ze sobą wspólnego, niż im się wydaje... - Gray przyglądał 

się Shannon, która, obserwując wychodzącą Maggie, dalej rozmawiała z parą 
staruszków.   -  Są  niemal   identyczne   -   dodał.   -  Zwariowałeś   dla  tej   pięknej 
twarzy, Murphy?

Bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby Murphy zaczął grać. - To nie 

tylko to. Będę czekał cierpliwie, żeby znowu zobaczyć tę twarz.

Nie pozwolę Maggie na takie zachowanie, obiecywała sobie Shannon, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 81

   

gdy ścieliła łóżko po powrocie z pubu. Najpierw wysyła detektywa, żeby mnie 
odnalazł, a kiedy zdobywam się na odwagę, by się z nią i z całą jej rodziną 
spotkać, traktuje mnie jak intruza. Zostanę tu tak długo, jak będę miała na to 
ochotę. Kilka tygodni, może trzy. A może pojadę gdzieś indziej. Nikt jednak 
mnie stąd nie wyrzuci. Te zimne spojrzenia, drwiące komentarze. Margarct 
Mary Concannon dowie się, że Ameryka wydała twardy orzech do zgryzienia.

Farmer też mnie nie przestraszy. Wdzięk i przystojny wygląd to nie 

broń,   którą   można   mnie   zwyciężyć.   Znam   przecież   wielu   czarujących   i 
przystojnych mężczyzn. To prawda, że nigdy nie spotkałam kogoś w tym stylu. 
Ten przenikający, dziwny spokój... Ale Shannon nie obchodziło to zupełnie.

Wskoczyła do łóżka i naciągnęła kołdrę pod brodę. Deszcz sprawił, że 

powietrze było chłodne i nie tak przyjemne, jak poprzedniej nocy. Czuła się 
bezpiecznie, szczęśliwa jak dziecko, leżąc owinięta kołdrą w łóżku. Słuchała 
kapiących kropli deszczu i patrzyła na parującą filiżankę herbaty, którą wzięła 
pod wpływem nalegań Brianny.

Jutro rozpocznie zwiedzanie. Przełknie swą dumę i pożyczy samochód 

od   Brianny.   Zrobi   potrzebne   zakupy,   może   obejrzy   ruiny,   wstąpi   do   kilku 
sklepów.   Podróżowała   wiele   z   rodzicami,   nie   ma   powodu   do   lęku   przed 
samotną wędrówką po obcym kraju.

Będzie robiła to, na co ma ochotę, przez cały dzień, i nikt nie będzie 

śledził jej ruchów lub próbował na nie wpłynąć.

Szczelniej przykrywszy się kołdrą, zaczęła myśleć o ludziach, z którymi 

się związała.

Brianna - pani domu. Młoda żona i matka, kobieta pracująca, myślała 

Shannon, utalentowana i samowystarczalna. Ma szczere serce, ale w jej oczach 
tkwi jakiś smutek.

Gray   -   jak   i   ja   -   jankes.   Z   wyglądu   niefrasobliwy,   przyjazny   i 

błyskotliwy. Zwariowany na punkcie żony i córki. Musi być szczęśliwy, skoro 
zrezygnował   z   życia   na   wysokiej   stopie,   jakie   mógłby   wieść   w   wielkim 
mieście, będąc tak sławnym pisarzem.

Maggie.   Na   samo   wspomnienie   Shannon   się   nachmurzyła.   Z   natury 

podejrzliwa, w gorącej wodzie kąpana, szczera aż do granic przyzwoitości. 
Shannon pomyślała, że nie powinna patrzeć tylko na te aspekty charakteru 
Maggie. Przecież niewątpliwie była ona kochającą żoną i matką. A poza tym, 
nie podlegało to dyskusji - miała wielki talent. Wydawało jej się jeszcze, że 
Maggie   pragnęła   wszystkich   ochraniać,   zachowując   przy   tym   bezgraniczną 
lojalność.

Rogan   -   kulturalny,   zrównoważony,   o   nienagannych   manierach. 

Zorganizowany i przenikliwie bystry, wykształcony i dość odpowiedzialny, by 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 82

   

prowadzić galerie znane na całym świecie. Musi mieć poczucie humoru oraz 
cierpliwość Hioba, żeby żyć z Maggie, pomyślała złośliwie.

Murphy   -  dobry   przyjaciel   i   sąsiad.   Farmer   z  talentem  do  muzyki   i 

flirtów. Niebezpiecznie przystojny i bezpretensjonalny, ale nie tak prosty, jak 
wydawał   jej   się   na   pierwszy   rzut   oka.   Chyba   nigdy   dotąd   nie   spotkała 
mężczyzny tak zgodnego z samym sobą.

Chciał mnie pocałować, przypomniała sobie, a jej powieki stawały się 

coraz cięższe. „Bardziej intymne miejsce...” Ciekawe, gdzie je znajdzie? To 
może okazać się interesujące.

Mężczyzna bez widocznego wysiłku trzymał w ryzach niecierpliwego 

konia. Nadal padał deszcz, a nawet grad. Lodowe kulki uderzając o ziemię 
dźwięczały niczym kamyki. Biały koń chrapał wypuszczając z pyska kłęby 
gęstej pary. Mężczyzna i kobieta patrzyli na siebie.

- Czekałaś.
Czuła głuchy łomot serca, a jej pragnienie było równie wielkie, jak jej 

duma. - Przechadzka po własnym polu nie ma nic wspólnego z czekaniem.

Zaśmiał   się   w   głos.   Jego   śmiech   odbił   się   echem   od   wzgórz.   Na 

szczycie jednego z nich stał kamienny krąg.

- Czekałaś. - Niemal tanecznym ruchem pochylił się i poderwał ją z 

ziemi, sadowiąc w siodle przed sobą. - Pocałuj mnie - poprosił, zanurzając 
zimne   palce   w   jej   włosy.   Przyciągnął   ją   bliżej   do   piersi,   którą   okrywała 
podróżna zbroja. Usta kochanków były spragnione, rozpaczliwie nienasycone. 
- Przysięgam... - Mówiąc to otulił ją płaszczem. - Przysięgam na Boga, że 
warto przebyć w zimnie i błocie mile, aby poczuć smak twych ust.

-   Więc   zostań,   błagam   -   rzekła,   przyciągając   go   jeszcze   bliżej,   i 

przycisnęła swe głodne usta do jego ust. - Zostań!

Shannon jęczała przez sen uwięziona między rozkoszą a rozpaczą. Ale 

nawet we śnie wiedziała, że mężczyzna nie zostanie.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 83

   

ROZDZIAŁ ÓSMY

Shannon sama zorganizowała sobie dzień.
Poranek   był   wilgotny   i   pochmurny,   ale   w   miarę,   jak   jechała, 

przejaśniało   się,   a   krajobraz,   który   ją   otaczał,   zachwycał   nadzwyczajnym 
pięknem. Wzdłuż szosy rosły janowce obsypane żółtym kwieciem, a fuksje 
wyglądały tak, jakby ktoś pokropił je krwią. W mokrych ogrodach kolorowe 
kwiaty zwracały swe kielichy ku jasnym promieniom słońca. Łagodnie lśniła 
zieleń wzgórz.

Shannon   zrobiła   kilka   zdjęć,   bawiąc   się   myślą,   że   najlepsze   z   nich 

posłużą jako podstawa do szkiców czy obrazów.

Prawdą  było,  że  poruszanie się  po  irlandzkich drogach  sprawiało jej 

kłopoty, szczególnie lewostronny ruch uliczny, ale nie miała zamiaru się do 
tego przyznawać.

Przechadzała   się   wzdłuż   wąskich   uliczek   Ennis   w   poszukiwaniu 

pocztówek   i   bibelotów   dla   przyjaciół.   Przyjaciele!   pomyślała   z   goryczą. 
Wszyscy   uważają,   że   wyjechała   na   długie,   odkładane   od   dawna   wakacje. 
Przygnębiło   ją   to,   że   nie   miała   w   Ameryce   nikogo,   komu   mogłaby   się 
zwierzyć. Nikogo, komu odważyłaby się wyjawić związki z Irlandią.

Zawsze na pierwszym miejscu stawiała pracę. W niej pokładała całe 

swoje  ambicje, co,  jak zauważyła,  na  dłuższą metę  nie  zdawało  egzaminu. 
Praca   stanowiła   olbrzymią   część   tego,   za   co   się   uważała,   co   sobą 
reprezentowała. Teraz od tego się odcinała, zupełnie świadomie, toteż czuła się 
jak samotny rozbitek, żeglujący po oceanie zwątpienia.

Jeśli nie była Bodine z urodzenia i zapaloną artystką z wyboru, kim 

właściwie była?

Nieślubnym   dzieckiem   Irlandczyka   bez   twarzy,   który   przespał   się   z 

samotną kobietą, stając się tym samym przyczyną jej własnej, osobistej klęski. 
Ta bolesna myśl nawiedzała ją raz po raz, wprowadzając zamęt w umyśle. 
Sama nie mogła uwierzyć w swą słabość, w to, że sprawa narodzin mogła mieć 
dla niej jakiekolwiek znaczenie. Była przecież już dojrzałą kobietą.

Niestety, miała znaczenie.
Stała   samotnie   na   opustoszałej   plaży,   wiatr   smagał   Jej   twarz,   nie 

opuszczały   jej   okropne   myśli.   Gdyby   tylko   powiedziano   jej   wszystko   w 
dzieciństwie... Gdyby szła przez życie ze świadomością, te Colin Bodine jest 
ojcem, który ją wybrał, nie spłodził... Wydawało jej się że wtedy nie czułaby 
się tak zraniona, jak teraz. Nie mogła jednak już nic zmienić - ani faktów, ani 
sposobu,   w   jaki   je   poznała.   Pozostało   jej   jedynie   pogodzić   się   z   tym 
wszystkim. Spojrzeć prawdzie w oczy, a to oznaczało zmagania...

- Morze jest dziś wzburzone.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 84

   

Shannon rozejrzała się dookoła, przestraszona dźwiękiem głosu. Tuż za 

nią stała stara kobieta. Nie słyszała, żeby ktoś się zbliżał. Fale z trzaskiem 
rozbijały się o brzeg, a ona wybiegła myślami tak daleko.

- Tak, to prawda - przytaknęła. - Na jej ustach pojawił się grzeczny, 

choć   powściągliwy   uśmiech,   którym   zawsze   obdarzała   nieznajomych.   -   To 
piękne miejsce nawet w taką pogodę.

-   Jedni   wolą   zmagania.   -   Kobieta   opatuliła   się   szczelnie   płaszczem, 

patrząc w morze. Na tle mocno już pomarszczonej twarzy jej oczy wydawały 
się zaskakująco jasne. - A inni lubią spokój. Na szczęście na tym świecie jest 
wystarczająco   dużo   możliwości,   by   zadowolić   każdego   zgodnie   z   jego 
upodobaniami.

Kobieta   spojrzała   na   Shannon   uważnie,   bez   cienia   uśmiechu. 

Zdezorientowana   Shannon   wbiła   ręce   w   kieszenie.   Nie   przywykła   do 
wdawania się w filozoficzne dyskusje z przechodniami.

- Wydaje mi się, że większość ludzi lubi i to, i to, zależnie od nastroju. 

Jak nazywa się to miejsce? Czy ma w ogóle jakąś nazwę?

- Niektórzy nazywają je Plażą Morii. Kobieta ta rzuciła się w morze po 

stracie męża i trzech młodych synów podczas pożaru. Nie mogła się z tym 
pogodzić. Nie wiedziała, że ani szczęście, ani rozpacz nie trwają wiecznie.

- To smutna nazwa dla tak pięknego zakątka.
- To prawda. Ale to także dobre miejsce, aby się zatrzymać, popatrzeć i 

zastanowić nad tym, co naprawdę jest trwałe w życiu - powiedziała kobieta, 
odwracając się znów w kierunku Shannon i uśmiechając z wielką dobrocią. - 
Im jesteśmy starsi, tym więcej powinniśmy nad tym myśleć.

- Dzisiaj naprawdę długo myślałam. - Shannon odwzajemniła uśmiech. - 

Muszę jednak już wracać.

-   Całe   życie   to   podróż.   Zawsze   dojdziesz,'   moja   droga,   tam,   dokąd 

zmierzasz, ale nie zapominaj o tych miejscach, które poznałaś już wcześniej.

Dziwna  kobieta,   pomyślała  Shannon  i  zaczęła  iść  w  kierunku   drogi. 

Zdawało jej się, że całe to wydarzenie ujawniło kolejną cechę Irlandczyków. 
Któż inny potrafił mówić o czymś tak prostym, jak piękny widok, w sposób 
tak tajemny.

Gdy dotarła do samochodu, uprzytomniła sobie, że kobieta była stara i 

samotna.   Może   mogłaby   ją  gdzieś   podwieźć.   Zawróciła   z  myślą,   że   jej  to 
zaproponuje, na plaży jednak nie znalazła już nikogo.

Zadrżała. Ale chwilę później wzruszyła ramionami. Kobieta poszła po 

prostu w swoją stronę, to wszystko. A poza tym nadszedł już czas, aby wrócić 
do domu i oddać samochód właścicielce.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 85

   

Shannon zastała Briannę w kuchni. Siedziała sama, sącząc herbatę z 

filiżanki.

- O, jesteś z powrotem - rzekła Brianna, uśmiechając się z wysiłkiem. 

Wstała, aby nalać Shannon herbaty. - Czy wycieczka była przyjemna?

-   Tak,   dziękuję.   -   Shannon   powiesiła   kluczyki   od   samochodu   na 

właściwym   haku.   -   Udało   mi   się   kupić   kilka   niezbędnych   do   malowania 
rzeczy. Jutro zacznę szkice. Zauważyłam nowy samochód na zewnątrz.

- Goście. Przyjechali dziś po południu z Niemiec.
- Twój pensjonat to regularnie uczęszczany hotel wysokiej klasy. - Brak 

odpowiedzi zaskoczył Shannon. Zapewne nie znała jeszcze dobrze tej kobiety, 
ale wydało jej się, że takie zachowanie świadczy jedynie o jakimś dręczącym 
ją zmartwieniu. - Czy coś się stało? - zapytała.

Brianna splotła ręce charakterystycznym dla siebie gestem, by w końcu 

je   opuścić.   -   Czy   możesz   usiąść   na   chwilę,   Shannon?   Myślałam,   że 
porozmawiamy o tym za kilka dni, ale... znalazłam się w kropce.

- W porządku! - Shannon usiadła. - O co chodzi?
- Chcesz może coś do herbaty? Mam biszkopty i...
- Nie zwlekaj, Brianno.
Brianna westchnęła i usiadła. - Jestem tchórzem od urodzenia. Muszę 

pomówić z tobą o matce.

Shannon  nie  poruszyła  się,   ale  przyjęła  postawę  obronną.   Zrobiła  to 

instynktownie. Zawsze się tak zachowywała, gdy spodziewała się ataku. Jej 
głos zdradzał, że czuła się winna. - No dobrze. Obie wiemy, że nie muszę o 
tym wiedzieć. Co takiego chcesz mi powiedzieć?

-   Jesteś   zdenerwowana   i   nie   mogę   na   to   nic   poradzić.   Za   chwilę 

zdenerwujesz się jeszcze bardziej. - Brianna wpatrywała się przez moment w 
swoją filiżankę herbaty. - Przykre uczucia... Tego obawiam się najbardziej, ale 
nic nie da się już przełożyć. Moja matka ma się tu zjawić. Nie mogę kłamać 
ani udawać, że jesteś tylko zwykłym gościem, Shannon.

- Dlaczego miałabyś ją oszukiwać?
- Ona nic nie wie o tej sprawie. - Zmartwiona znów uniosła głowę. - Ani 

o moim ojcu i twojej matce, ani o tobie.

Uśmiech Shannon był chłodny i mało przekonujący. - Czy ty naprawdę 

w to wierzysz? Z tego, co wiem, żony zwykle kierują się instynktem, jeśli 
chodzi o miłostki swoich mężów.

-  To,   co  zdarzyło  się  między   naszymi  rodzicami,   nie  było  miłostką. 

Jestem   tego   absolutnie   pewna.   Gdyby   moja   matka   o   tym   wiedziała, 
wykorzystałaby   to   jako   broń   przeciwko   ojcu.   -   Brianna   mówiła   z   trudem. 
Czuła się zawstydzona, ale wiedziała, że nie ma wyboru. - Nigdy przez całe 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 86

   

swoje   życie   nie   widziałam   nawet   cienia   miłości   między   rodzicami.   Tylko 
obowiązki, chłód, wzajemne żale i urazy.

Shannon   nie   miała   ochoty   tego   słuchać   ani   się   tym   przejmować. 

Podniosła filiżankę i zapytała: - Dlaczego zatem pozostali w tym związku?

- To skomplikowana sprawa. - Brianna zamyśliła się. - Kościół, dzieci, 

może przyzwyczajenie. Pretensje mojej matki w stosunku do ojca były wielkie 
i żeby być szczerą, poniekąd uzasadnione. Pieniądze nigdy się go nie trzymały, 
nie potrafił nawet ich zarabiać. Dla niej zaś pieniądze i to, co za nie można by 
dostać, były bardzo ważne. Gdy go spotkała, zaczynała karierę śpiewaczki, 
miała ambicje. Nigdy nie zamierzała osiąść w domu i zajmować się uprawą 
ziemi. Ale mieli romans, którego owocem jest Maggie.

-   Rozumiem.   -   Okazało   się,   pomyślała   Shannon,   że   mam   z  Maggie 

więcej wspólnego, niż można by przypuszczać. - Widzę, że brak rozsądku w 
sprawach seksu leżał w jego zwyczaju.

Wzrok   Brianny   stał   się   ostry   i   gorący,   Shannon   nigdy   jej  takiej   nie 

widziała, i przyglądała się jej ze zdumieniem.

- Nie masz prawa tak mówić. Nawet ty nie masz prawa, a to dlatego, że 

go  nie  znałaś.   Był  człowiekiem  o  złotym  sercu.   Na  ponad  dwadzieścia  lat 
odłożył swoje własne marzenia, aby zająć się wychowywaniem dzieci. Kochał 
Maggie tak, jak tylko ojciec może kochać dziecko. A moja matka winiła ich za 
życie, które przypadło jej w udziale. Sypiała z nim tylko z obowiązku wobec 
Kościoła. W ten sposób ja się zrodziłam. Chyba nie istnieje zimniejsze łoże dla 
mężczyzny.

-   Skąd   możesz   wiedzieć,   co   się   działo   między   nimi   przed   twoim 

urodzeniem? - przerwała Shannon.

-   Wiem   bardzo   dobrze.   Sama   mi   to   powiedziała.   Za   moją   sprawą 

odpokutowała   swój   grzech.   Stanowię   jej   zadośćuczynienie.   Kiedy 
zorientowała się, że jest w ciąży, więcej nie przekroczyła już drzwi sypialni. 
Nie czuła takiej potrzeby...

Shannon potrząsnęła głową. Mówienie o takich sprawach musiało być 

upokarzające dla Brianny. Nie wyglądała jednak wcale na upokorzoną, raczej 
na wściekłą. - Przepraszam, ale nie mogę zrozumieć, dlaczego dwoje ludzi 
pozostaje razem w takich warunkach?

- To nie Ameryka. To Irlandia i to Irlandia sprzed przeszło dwudziestu 

lat. Mówię ci to, abyś zrozumiała, jak cierpiano w tym domu. Część winy 
wziął na siebie ojciec, nie mogę temu zaprzeczyć. Matkę zaś zatruła gorycz, 
tkwiło   w   niej   również   coś,   co   nie   pozwalało   jej   od   tego   uciec.   Gdyby 
wiedziała,   choćby   podejrzewała,   że   znalazł   miłość   i   szczęście   z   inną, 
zmusiłaby go do pozostania. Nie mogłaby się powstrzymać, nawet jeśli nie 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 87

   

widziała żadnych powodów, dla których chciałaby utrzymać to małżeństwo.

- A teraz się dowie.
-   Musi   się   dowiedzieć   -   potwierdziła   Brianna.   -   Będzie   to   dla   niej 

policzek. Pewnie spróbuje cię zranić.

- Nie może mnie zranić. Może wyda ci się to brakiem wrażliwości z 

mojej strony, ale jej uczucia i sposób, w jaki je okazuje, zupełnie mnie nie 
obchodzą.

-   Może   to   prawda.   -   Brianna   odetchnęła   głęboko.   -   Teraz   czuje   się 

szczęśliwsza, jest bardziej zadowolona. Ma własny dom niedaleko Ennis. Tak 
jest dla niej lepiej. Znalazłyśmy wspaniałą kobietę, która z nią zamieszkała. 
Lottie to emerytowana pielęgniarka, co jest nam bardzo na rękę, bo matce 
często wydaje się, że cierpi na wszystkie rodzaje chorób. Wnuki też zrobiły 
swoje - trochę bardziej zmiękła. Chociaż nie lubi tego okazywać.

- Boisz się, że wszystko może wrócić do poprzedniego stanu.
- Nie tyle się obawiam, ile wiem, że tak będzie. Gdybym mogła obronić 

cię przed jej złością i ostrymi słowami, na pewno bym to uczyniła, Shannon.

- Sama dam sobie radę.
Twarz   Brianny   rozpogodziła   się   w   uśmiechu.   -   Poproszę   cię   o 

przysługę. Nie pozwól, żeby cokolwiek z tego, co powie moja matka, zmusiło 
cię do wyjazdu. Jesteśmy ze sobą tak krótko, chciałabym, by trwało to dłużej.

-   Planowałam,   że   zostanę   tu   dwa   lub   trzy   tygodnie   -   powiedziała 

spokojnie Shannon. - Nie widzę powodu, by cokolwiek zmieniać.

- Jestem ci wdzięczna. A teraz, jeśli... - przerwała zrozpaczona, gdy 

usłyszała dźwięk otwierających się frontowych drzwi i głosy kobiet. - Och, są 
już tutaj.

- Chciałabyś najpierw sama z nią porozmawiać?
- Tak, jeśli nie masz nic przeciwko.
-   Dobrze,   nie   wezmę   udziału   w   pierwszym   akcie.   -   Udając   spokój, 

którego już wcale nie odczuwała, Shannon wstała. - Wyjdę na zewnątrz.

Mówiła   sobie,   że   to   śmieszne,   ale   czuła   się   tak,   jakby   uciekała   z 

tonącego   statku.   To   matka   Brianny,   myślała   Shannon,   idąc   wzdłuż   ścieżki 
ogrodowej. I problem Brianny. Rozpętało się tam teraz piekło. Scena godna 
Irlandczyków, eksplozja emocji, gniew i rozpacz. Całe szczęście, że nie musi 
w   tym   uczestniczyć.   Dzięki   Bogu,   wyrosła   w   Stanach,   wychowana   przez 
dwoje   spokojnych,   rozsądnych   ludzi,   którzy   nigdy   nie   pozwalali   sobie   na 
rozpaczliwe huśtawki nastrojów.

Wziąwszy   głęboki   oddech,   zrobiła   rundę   dookoła   domu   i   zobaczyła 

Murphy'ego, jak idzie polem.

Szedł wyraźnie w kierunku domu Brianny. Jego chód nie był wyniosły, 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 88

   

nie było w nim też nic buńczucznego. Szedł równym krokiem, z godnością. 
Musiała przyznać, że sprawia jej przyjemność patrzenie na niego. Te zwarte 
męskie ruchy. Wygląda jak żywy obraz, myślała. Tak, właśnie tak.

Długie muskularne ręce, rękawy męskiej koszuli podwinięte do łokci, 

wytarte dżinsy i buty, w których przebył zawrotną liczbę mil. Nawet cień nisko 
naciągniętego na czoło kapelusza nie mógł przesłonić żywych, zadziwiająco 
niebieskich   oczu.   Twarz   niemal   klasycznie   piękna.   Mężczyzna   przez   duże 
„m”,   stwierdziła.   Nawet   nad   eleganckim   dyrektorem   przedsiębiorstwa   nie 
unosiłaby się taka aura sukcesu, gdyby z wypielęgnowanymi dłońmi kroczył 
Aleją Madison w garniturze za tysiąc dolarów. Nad Murphym Muldoonem 
unosiło się coś faktycznie, gdy tak szedł po swoim polu, w znoszonych butach, 
z bukietem polnych kwiatów w dłoni.

- To bardzo przyjemne iść w kierunku kobiety, która się uśmiecha.
-   Myślałam   właśnie,   że   wyglądasz   jak   z   obrazka.   Irlandzki   farmer 

dumnie kroczący po swojej ziemi.

Zmieszał się. - Moja ziemia kończy się na tym murze.
-   Mniejsza   o   to.   -   Shannon   rozbawiona   jego   reakcją,   spojrzała   na 

kwiaty, które trzymał w ręku.

- To z moich łąk. Myślałem o tobie, gdy je zrywałem.
- Są śliczne, dziękuję. - Zanurzyła w nich twarz, jak zrobiłaby każda 

kobieta  w  takiej   chwili.   -  Czy   to   twój   dom   widać  z  mojego   okna?   Ten  z 
kamienia, z kilkoma kominami.

- Tak.
-   Duży   dom   jak   dla   jednego   mężczyzny.   I   te   wszystkie   inne 

zabudowania.

- Na farmie potrzebna jest stodoła i inne pomieszczenia. Jeśli będziesz 

tamtędy kiedyś przechodziła, wstąp, to cię oprowadzę.

- Może. - Shannon odwróciła się w kierunku domu. Dochodziły zeń 

krzyki. Nie miała wątpliwości, że usłyszy jeszcze niejeden.

- Maeve przyjechała - powiedział cicho Murphy. - Pani Concannon.
- Tak, jest tutaj. - Nagła myśl spowodowała, że Shannon przyjrzała się 

Murphy'emu badawczym wzrokiem. - A ty, czy tylko tu się przechadzasz?

- Nie określiłbym tak tego. Maggie wezwała mnie, mówiąc, że w domu 

szykuje się burza.

Shannon   poczuła   nagłe,   zupełnie   nieoczekiwane   wyrzuty   sumienia. 

Powinna tam być, a nie zostawiać cały ten bałagan na głowie Brianny.

- Czy to właśnie ona krzyczy?
Gestem pełnym opiekuńczości i prostoty Murphy wziął Shannon za rękę 

i odciągnął ją dalej od domu. - Maggie i jej matka będą ujadać na siebie jak 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 89

   

dwa teriery. Maggie zrobi wszystko, co w jej mocy, aby powstrzymać Maeve 
od ataku na Briannę.

- Dlaczego te kobiety muszą się kłócić? - zapytała Shannon. - Przecież 

nie mają z tym nic wspólnego.

Murphy   przez   chwilę   nic   nie   mówił,   odwrócił   się,   spoglądając   na 

kwitnącą tarninę. - Czy twoi rodzice się kochali, Shannon?

- Tak.
- I nigdy nie miałaś żadnego powodu, aby w to wątpić? Nie widziałaś w 

tej miłości żadnych wad?

Shannon stała się niecierpliwa, gdyż w domu zapadła złowieszcza cisza. 

- Nie, kochaliśmy się wzajemnie.

- Mogę powiedzieć to samo o swojej rodzinie.
Jakby nie mieli nic innego do roboty, pociągnął ją na trawę i ułożył się 

na łokciach. - Nie myślałaś o szczęściu, ponieważ po prostu byłaś szczęśliwa. 
Każdy szturchaniec i pieszczota, jakimi obsypywała mnie matka, przepajała 
miłość.

Leniwie wziął dłoń Shannon i zaczął bawić się jej palcami. - Nie wiem, 

czy w ogóle się wtedy nad tym zastanawiałem, ale obok mieszkały Maggie i 
Brianna, wiedziałem, że u nich wyglądało to inaczej. Nie chodzi mi o Toma. - 
Zamyślił się głęboko, zatopił we wspomnieniach. - Maeve nie umiała dawać. I 
mam wrażenie, że im więcej kochała te dziewczyny, tym bardziej nie chciała 
dopuścić do siebie tej myśli. Tylko po to, żeby wszystkich ukarać, siebie też.

- Mówisz tak, jakby była okropną kobietą.
- Jest po prostu nieszczęśliwa.
Murphy uniósł rękę Shannon i musnął jej palce ustami w geście, który 

mógłby   wskazywać   na   długą   zażyłość.   -   I   ty   doświadczyłaś   nieszczęścia, 
Shannon, ale jesteś dość silna i sprytna, żeby swój smutek przenieść już do 
przeszłości.

- Nie wiem.
- Jestem pewien. - Wstał, wyciągając do niej rękę. - Pójdę z tobą. Ta 

cisza trwa już zbyt długo, trzeba tam iść.

Pozwoliła mu na tę szczerą rozmowę, ale na więcej nie pozwoli. - To 

nie jest moja sprawa, Murphy. Myślę, że wyjdzie to wszystkim na dobre, jeśli 
nie będę się do tego mieszać.

Wzrok   Murphy'ego   zatrzymał   się   na   twarzy   Shannon.   Posępny, 

stanowczy i uparty. - Powinnaś przebywać ze swoimi siostrami, Shannon. Nie 
zawiedź mnie i siebie.

Cholera,   to   nieruchome   spojrzenie   sprawiło,   że   poczuła   się   słaba   i 

zawstydzona. - Dobrze, pójdę tam. Ale ciebie nie potrzebuję.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 90

   

- Ależ to, czy z tobą pójdę, czy nie, nie ma żadnego znaczenia. - Wziął 

ją za rękę i poprowadził w stronę domu.

Nie powinnam się tego bać, to głupie, mówiła sobie. Ta kobieta nie 

może mi nic zrobić ani powiedzieć. Nic, co mogłoby mieć dla mnie znaczenie. 
Gdy wchodziła do kuchni czuła się jednak cała spięta, a plecy jej zesztywniały.

Za nią wszedł Murphy. W pierwszej chwili przyszło jej na myśl, że 

kobieta siedząca za stołem nie wygląda na czyjąś ofiarę.

Wzrok miała gorący, a na twarzy rysował się wyraz zaciętości, jakby 

właśnie wydała wyrok, od którego nie ma odwołania. Ręce pozbawione ozdób 
położyła na stole w geście niemal modlitewnym, mocno zaciskając palce.

Druga   kobieta,   siedząca   obok,   była   bardziej   krągła,   wzrok   miała 

łagodny, chociaż wyglądała na zmartwioną.

Shannon   zauważyła,   że   siostry   Concannon   stoją   ramię   w   ramię   z 

mężami po bokach, tworząc jakby zwarty mur.

Maeve   obrzuciła   Shannon   wzrokiem   pełnym   wściekłości,   a   jej   usta 

wygięły się w nieprzyjemnym grymasie. - Przyprowadzasz ją do tego domu 
teraz, gdy ja tu jestem!

-   Dom   jest   mój   -   powiedziała   Brianna.   -   A   Shannon   jest   tu   mile 

widziana. Tak jak i ty, mamo.

- Jak i ja! Stawiasz mi ją przed oczyma. Ten owoc cudzołóstwa twego 

ojca! Oto jak okazujesz respekt i lojalność wobec kobiety, która dała ci życie.

- By wypominać później każdy oddech! - wybuchnęła Maggie.
-   Tego   właśnie   mogłam   od   ciebie   oczekiwać.   -   Wściekłość   Maeve 

zwróciła się teraz w kierunku starszej córki. - Niczym się od niej nie różnisz. 
Jesteś tak jak ona poczęta w grzechu!

- Och, porzuć tę Biblię! - Maggie próbowała powstrzymać wściekłość. - 

Nie kochałaś go, więc nie potrzebujesz współczucia.

- Ale przysięgałam mu i przysięgi dotrzymałam.
- Dotrzymałaś słowa, a nie uczucia - wyszeptała Brianna. - Co się stało, 

to się nie odstanie, mamo.

- Maeve! - Lottie wyciągnęła rękę. - Nie można winić tej dziewczyny.
- Nie mów mi nic o winie. Jaka kobieta wchodzi do łóżka żonatemu 

mężczyźnie?!

- Wydaje mi się, że ta, która kocha. - Shannon zrobiła krok do przodu, 

nieświadomie zbliżając się do zwartego muru, jaki tworzyły jej siostry.

- Od kiedy miłość usprawiedliwia grzech? Brukanie Kościoła? - Maeve 

chciała wstać, ale nogi jej drżały, a serce waliło niespokojnie. - Nic innego nie 
można od ciebie oczekiwać. Jankeska spłodzona w cudzołóstwie!

-   Proszę   tak   nie   mówić   o   mojej   matce   -   przestrzegła   Shannon 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 91

   

niebezpiecznym głosem. - Proszę sobie wyobrazić, że moja matka miała więcej 
odwagi i współczucia, a nawet zwykłej dobroci, niż jest to pani w stanic objąć 
swoim ograniczonym umysłem. Może pani przeklinać fakt mojego istnienia, 
ale nie ma pani prawa wypowiadać się w ten sposób o mojej - matce.

- Pokonałaś taki szmat drogi, żeby mnie strofować we własnym domu?!
-   Przyjechałam,   bo   zostałam   zaproszona!   -   Gniew   Shannon   był   tak 

oślepiający,   że   nie   czuła   nawet   ręki   Murphy'ego   na   swoim   ramieniu,   nie 
wiedziała, że podtrzymuje ją Gray. - Tego życzyła sobie również moja matka 
przed śmiercią. Jeżeli pani jest to nie na rękę, nic nie mogę na to poradzić.

Maeve   powoli   wstała.   Dziewczyna   ma   jego   spojrzenie,   tylko   tyle 

zdołała pomyśleć. Za jakie grzechy musi patrzeć w tę twarz i widzieć oczy 
Toma Concannona?

-   Jest   w   tobie   ziarno   grzechu.   I   to   jedyny   spadek   po   Tomie 

Concannonie, dziewczyno.

Jej   wzrok   smagał   teraz   niczym   bicz   Murphy'ego.   -   A   ty,   Murphy 

Muldoonie, stojąc tu z nią przynosisz wstyd swojej rodzinie. Jesteś równie 
słaby, jak słaby z natury jest każdy mężczyzna. Czy myślisz, że będzie równie 
swobodna w zachowaniu, jak jej matka, skoro powstała w grzechu?

Ręka Murphy'ego zwarła się w mocnym uścisku na ramieniu Shannon, 

zanim wystąpił, by odeprzeć atak. - Proszę uważać, pani Concannon! - Głos 
miał   łagodny,   ale   Shannon,   sądząc   po   uścisku,   wiedziała,   że   ledwo   tłumi 
gniew. - Proszę uważać, kiedy mówi pani w ten sposób o mojej i Shannon 
rodzinie. Może pani tego później żałować, a nawet się wstydzić.

Oczy kobiety zwęziły się tak, że nikt nie mógł zobaczyć łez, które się w 

nich kryły. - A więc wszyscy jesteście przeciw mnie? Każde z was?

-   Jesteśmy   co   do   tego   jednomyślni,   Maeve.   -   Rogan   delikatnie 

podtrzymywał żonę. - Porozmawiamy, kiedy pani się uspokoi.

-   Nie   ma   o   czym   rozmawiać.   -   Szybkim   ruchem   zabrała   ze   stołu 

torebkę. - Wybraliście.

-   Pani   również   ma   wybór   -   spokojnie   powiedział   Gray.   -   Tkwić   w 

przeszłości albo zaakceptować teraźniejszość. Nikt z nas nie chce pani zranić.

- Nie oczekuję niczego z wyjątkiem szacunku, a nawet tego nie mogę 

otrzymać od swojej rodziny. Moja noga nie stanie w tym domu, dopóki ta 
dziewczyna jest pod tym dachem. - Odwróciła się i wyszła wyprostowana.

- Bardzo mi przykro - powiedziała Lottie, zabierając własną torebkę. - 

Macve potrzebuje czasu i spokojnej rozmowy. - Spojrzała przepraszająco na 
Shannon i pospieszyła do wyjścia.

Po   długim   milczeniu   Gray   odetchnął   głęboko.   -   To   była   zabawa!   - 

Mówił wesołym tonem, obejmując żonę i gładząc ją po ramieniu. - Co powiesz 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 92

   

na to, Shannon, jeżeli znajdę teraz jakiś ostry kij i wydłubię ci oczy?

-   Muszę   się   czegoś   napić   -   powiedziała   Shannon,   po   czym   utkwiła 

wzrok   w   twarzy   Brianny.   -   Tylko  nie   waż  się  mnie  przepraszać!   -   dodała 
drżącym głosem.

-   Nie   będzie   -   odparła   Maggie,   starając   się   powstrzymać   przed 

przeprosinami,   które   już   miała   na   końcu   języka.   Trąciła   siostrę   łokciem, 
wskazując   stół.   -   Siadać   wszyscy!   Napijemy   się   whisky.   Murphy,   wstaw 
czajnik.

Murphy wciąż trzymał rękę na ramieniu Shannon. - Po co? Myślałem, 

że pijemy whisky?

- Wy pijecie. Ja napiję się herbaty.
To chyba dobry czas na tę nowinę, stwierdziła w myślach Maggie i 

spojrzała   na   Rogana   z   diabelskim   uśmiechem.   -   Nierozsądnie   byłoby   pić 
alkohol, kiedy się jest w ciąży.

Rogan   zamrugał   oczami,   uśmiechnął   się   niedowierzająco,   po   czym 

rozpromienił się całkowicie. - Jesteś w ciąży?!

-   Tak   powiedział   dziś   rano   lekarz.   -   Maggie   wzięła   się   pod   boki   i 

kiwnęła głową. - Czy masz zamiar tak tu stać i spoglądać jak głupiec?

- Nie! - Wybuchnął śmiechem, chwycił ją wpół i zaczął z nią wirować 

dookoła kuchni. - Na Boga,  Margaret Mary, kocham cię! Nalewaj whisky, 
Gray, musimy to uczcić!

- Już się robi. - Zatrzymał się jednak na chwilę, by ucałować Maggie.
- Maggie to dla was zrobiła - wyszeptał Murphy, gdy Shannon stała 

przy nim, patrząc na tę nagłą poprawę humorów.

- Co takiego?
- To, że powiedziała to tutaj nam wszystkim. - Odmierzał herbatę, gdy 

mówił. - To prezent dla sióstr, żeby także poczuły się szczęśliwe.

- Dla Brianny - zaczęła Shannon, ale Murphy przerwał jej spojrzeniem.
- Nie możesz pozbawiać się podarunku, kiedy ktoś ci go ofiarowuje. 

Gdy Maggie mówiła, uśmiechnęłaś się, a o to właśnie jej chodziło.

Shannon   schowała   ręce   w   kieszeniach.   -   Wiesz,   co   zrobić,   abym 

poczuła się niewiele warta.

Dotknął   jej   policzka.   -   Może   pomogę   ci   spojrzeć   na   pewne   sprawy 

głębiej.

- Chyba dobrze mi na mieliźnie. - Odwróciła się i podeszła do Maggie. - 

Gratuluję. - Wzięła szklankę od Graya i stanęła niepewnie. - Nie znam żadnego 
irlandzkiego toastu.

-   Spróbuj:  slainté  o   dhia   dhuit,   co   znaczy:   twoje   zdrowie!   - 

zaproponowała Maggie.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 93

   

Shannon otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła, wybuchając śmiechem. - 

Chyba nie potrafię.

-   Wystarczy  slainté  -   powiedział   Murphy,   gdy   przyniósł   imbryk   z 

herbatą do stołu. - Ona się nad tobą znęca.

-  Slainté  -   Shannon   podniosła   szklankę,   przypominając   sobie   coś   z 

dzieciństwa. - Obyś miała setkę dzieci, Maggie.

- Toast i przekleństwo - parsknął Gray. - Dobrze to ujęłaś.
- To prawda. - Maggie uśmiechnęła się. - Shannon jest naprawdę niezła.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 94

   

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Czas, jaki Murphy spędzał z końmi, należał do najprzyjemniejszych. Od 

zawsze wykonywał prace polowe i miał nadzieję, że pozostanie wierny temu 
zajęciu. Jednocześnie czerpał z niego wielką radość i zmartwienie. Dumę i 
rozczarowanie.

Cieszyła   go   ziemia   w   dłoniach,   ziemia   pod   stopami   i   zapach 

rozwijających   się   roślin.   Pogoda   była   mu   zarówno   przyjacielem,   jak   i 
wrogiem. Znał humory nieba często lepiej niż swoje własne. Spędził życie 
orząc ziemię, siejąc i zbierając plony. Miał to we krwi, ale nie tylko na tym się 
znał.

Piękna   wiosna   oznaczała   ciężką   i   długą   pracę,   ale   nie   musiał   się 

martwić,   że  korzenie  zbóż  zgniją  w  podmokłej   ziemi,   że  zboże  ucierpi  od 
mrozu bądź też jakiejś innej plagi. Siał z namysłem, wykorzystując sposoby 
ojca i dziada, a także nowe, często eksperymentalne techniki, które znalazł w 
książkach. Bez względu na to, czy jechał traktorem w kierunku brązowego 
pola   z   ziemniakami,   czy   szedł   o   świcie   do   obory,   by   rozpocząć   dojenie, 
wiedział, że jego praca jest wartościowa. Koniom jednak zaprzedał duszę.

Zagwizdał na jednorocznego, dobrze zbudowanego źrebaka, patrząc, jak 

leniwie   macha   ogonem.   Znali   się   bardzo   dobrze,   jak   znali   tę   zabawę, 
polegającą na długim czekaniu. Murphy odznaczał się cierpliwością, cieszyła 
go rutyna tej gry.

Lśniąca kobyła stała nieco dalej w polu, pasąc się spokojnie na trawie, a 

najmłodsze źrebiątko piło mleko. Klacz była również matką jednorocznego - 
dumy   Murphy'ego.   Kasztanowy   źrebak   zastrzygłszy   uszami   przyglądał   się 
mężczyźnie. Murphy poklepał się po kieszeni, a źrebak z końską dumą skinął 
łbem i zbliżył się do niego.

-  Ale  jesteś  czysty,  prawda?  Dobry  chłopiec!  -  Murphy  zaśmiał  się, 

poklepując źrebię po boku. Koń zaglądał mu do kieszeni, a inne przechadzały 
się w pobliżu, każdy w swoją stronę.

- Trochę przekupstwa, masz tu. - Wziął ćwiartkę jabłka i pozwolił, by 

źrebak jadł mu z dłoni. - Coś mi się wydaje, że czeka cię dziś nowa przygoda. 
Będzie mi ciebie brakowało.

Zaczął ze znawstwem oglądać pęciny konia. - Niech mnie diabli, jeśli 

nie   będę   za   tobą   tęsknił,   ale   nie   możesz   całymi   dniami   leniuchować   na 
pastwisku. Nie po to się urodziłeś. Każdy z nas powinien robić to, do czego 
jest stworzony.

Witał się z innymi końmi, dając im kawałki jabłek, po czym, trzymając 

rękę na szyi źrebaka, rozejrzał się po okolicy.

Wokół dziko rosły dzwonki, a przy najbliższym ogrodzeniu zaczynały 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 95

   

rozkwitać żółte kwiaty. Widział stąd stajnię, stodołę i inne zabudowania, a za 
nimi dom - wszystko to na tle nieba, pokrytego chmurkami, wyglądało jak 
obraz.

Minęło południe, pomyślał i stwierdził, że czas iść wypić herbatę przed 

spotkaniem, jakie na dziś zaplanował. Spojrzał jeszcze raz na zachód, w stronę 
tańczącego   kręgu   kamieni.   Za   murem,   który   oddzielał   pastwisko   od   pól 
uprawnych,   stała   Shannon.   Serce   zabiło   mu   mocniej.   Zastanawiał   się,   czy 
zawsze   tak   będzie   reagował   na   widok   tej   dziewczyny.   Wydawało   się   to 
dziwne, jak na mężczyznę, który miał już przeszło trzydzieści lat i nigdy nie 
doświadczył niczego więcej ponad przemijające zainteresowanie dla kobiety. 
A tę wystarczyło, że zobaczył tylko raz, by bez wątpienia stwierdzić, że jest 
mu przeznaczona.

Pragnął  jej.  Tkwiło   to   w  nim   bardzo   głęboko.   Tęsknił   za   dotykiem, 

smakiem i zbliżeniem. Wiedział, że stanie się to możliwe, jeśli spokojnie i 
cierpliwie poczeka. Nie był jej obojętny. Czuł przecież, jak na jego widok jej 
puls przyspiesza, widział, jak w oczach błyszczy nieśmiałe pożądanie. Jego 
miłość to coś więcej niż pożądanie. Shannon była mu obca, a jemu wydawało 
się, że zna ją od zawsze. Nie wystarczyłoby mu jej dotknąć, zasmakować i 
posiąść, to byłby dopiero początek.

-   Nie   da   się   uniknąć   przeznaczenia,   prawda?   -   Murphy   ostatni   raz 

pogładził źrebaka i ruszył przez pastwisko.

Shannon  widziała,  kiedy się  pojawił.  To ją trochę  rozproszyło,  toteż 

oderwała się od pracy, obserwując go, jak porusza się wśród koni. Wygląda to 
tak, jakby się bawili, pomyślała, mężczyzna i źrebak, oboje niepowtarzalni, 
spędzający   kilka   chwil   razem   na   zielonym   polu.   Wyłapała   też   moment,   w 
którym ją zauważył. Dzięki odległości nie czuła na sobie potęgi jego wzroku. - 
Czego on ode mnie chce - pytała siebie, kiedy wróciła do swego płótna. - 
Czego ja chcę od niego?

-   Cześć,   Murphy!   -   Nie   oderwała   się   od   pracy,   gdy   podszedł   do 

dzielącego ich muru. - Brianna mówiła, że nie będziesz miał nic przeciwko 
temu, jeśli popracuję tu chwilę.

-   Jesteś   miłe   widziana.   Możesz   pozostać   tu   tak   długo,   jak   tylko 

zechcesz. Czy malujesz ten tańczący krąg?

-   Tak.   Zobacz,   jeśli   chcesz.   -   Zmieniła   pędzel,   trzymając   drugi   w 

zębach.

Murphy przeskoczył przez mur.
Udało jej się uchwycić tajemnicę tych kamieni, myślał, przyglądając się 

płótnu na sztalugach. Zrobiła to z godną podziwu zdolnością, stwierdził trochę 
zazdrośnie.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 96

   

Tło   i   przedni   plan   nie   były   jeszcze   wypełnione   barwami.   Właśnie 

zaczęła nadawać kolor i strukturę głazom na płótnie.

- To jest świetne, Shannon.
Pochwała sprawiła jej przyjemność, ale potrząsnęła przecząco głową. - 

Jeszcze długa droga do tego, aby stało się to świetne. Za chwilę skończy się 
odpowiednie do malowania światło.

Wiedziała jednak, że mogłaby malować te kamienie w każdym świetle i 

pod każdym kątem. - Chyba widziałam cię wcześniej na traktorze.

- Możliwe - odparł. Podobał mu się jej zapach, gdy malowała - farby 

zmieszane z perfumami. - Długo tu jesteś?

-   Niezbyt   długo.   -   Marszcząc   z   niezadowoleniem   twarz,   zanurzyła 

pędzel w farbie i rozsmarowała ją na palecie. - Powinnam zacząć o świcie, 
żeby uzyskać odpowiednie cienie.

- Jutro wstanie nowy świt. - Przysiadł na murze, uderzając palcem w 

szkicownik. - Co oznacza duże CM na koszulce, którą masz na sobie?

Odłożyła   pędzel   i   cofnęła   się,   by   spojrzeć   na   obraz.   Wytarła   palce 

pokryte   farbą   o   koszulkę.   -   Carnegie   Mellon.   To   college,   do   którego 
chodziłam.

- Studiowałaś tam malarstwo?
- Tak. - Kamienie jeszcze nie ożyły, pomyślała, a tak chciała widzieć je 

pełne życia. - Ostatecznie skupiłam się na reklamie handlowej.

- Oznacza to, że malujesz obrazy do reklam?
- Mniej więcej.
Zastanowił się, wziął szkicownik i zaczął go przeglądać. - Dlaczego 

chcesz malować butelki piwa, buty i tym podobne, jeśli potrafisz robić to, co 
właśnie robisz?

Schwyciła szmatkę, nasączając ją terpentyną, którą miała w słoiczku. - 

Lubię zarabiać na życie, i to dobrze. - Wydawało jej się w tej chwili konieczne 
usunąć smugę  szarej farby  z dłoni.  - Awansowałam  przed wyjazdem tutaj, 
zanim wzięłam urlop. Prawdopodobnie dostanę promocję.

- To świetnie. - Odwrócił następną stronę, uśmiechając się na widok 

szkicu, przedstawiającego Briannę pracującą w ogrodzie. - Jaka to promocja?

- Woda butelkowana - powiedziała cicho, ponieważ wydało jej się, że 

brzmi to głupio wśród tych szerokich pól i przesyconego zapachami kwiatów 
powietrza.

- Woda?
Zrobił   dokładnie   to,   czego   oczekiwała.   Roześmiał   się.   -   Taka   z 

bąbelkami?   Dlaczego   sądzisz,   że   ludzie   zechcą   pić   butelkowaną   wodę   z 
bąbelkami?

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 97

   

- Ponieważ jest czysta. Nie każdy ma w obejściu studnię czy źródło, 

cokolwiek, do diabła, to jest. Reklama wody to ogromne przedsięwzięcie w 
czasach,   kiedy   mamy   do   czynienia   z   zanieczyszczeniem   środowiska   i 
rozwojem urbanizacji.

- Nie chciałem cię rozzłościć tym pytaniem. Byłem po prostu ciekaw. - 

Odwrócił szkicownik w jej stronę. - To mi się podoba.

Odłożyła szmatkę na bok i wzruszyła ramionami. Portret przedstawiał 

Murphy'ego w pubie. Trzymał w rękach koncertinę, siedząc przy nie dopitym 
piwie.

- Musi ci się podobać. Z pewnością ci schlebia.
- Tak. To miłe z twojej strony. - Odłożył szkicownik na bok. - Mam 

gościa, który przyjdzie obejrzeć źrebię, nie mogę cię teraz zabrać do siebie. W 
zamian zapraszam cię dziś wieczorem na kolację.

- Na kolację? - Wstała, musiała się zastanowić.
- Możesz przyjść wcześniej. Wpół do siódmej, wtedy oprowadzę cię po 

gospodarstwie.

Nowe   światło   zabłysło   w   oczach   Murphy'ego,   jedno   z   tych 

niebezpiecznych. Wyglądał na rozbawionego, gdy cofnęła się o krok. Złapał ją 
za rękę.

- Dlaczego się cofasz?
-   Nieprawda.   -   Wydało   się   jej,   że   nad   nią   zapanował.   -   Myślę,   że 

Brianna ma jakieś plany.

- Briannę można ułagodzić.
Lekkie szarpnięcie ręki przywiodło Shannon krok bliżej.
- Przyjdź, spędzimy razem wieczór... Czy obawiasz się, że zostaniemy 

tylko we dwoje?

-   Oczywiście,   że   nie.   To   śmieszne.   Nie   wiem   tylko,   czy   umiesz 

gotować.

- Jak przyjdziesz, to się dowiesz!
To przecież tylko kolacja, tłumaczyła sobie. Wyłącznie kolacja. A poza 

tym paliła ją ciekawość, jak żyje. - W porządku, przyjdę.

- Jak dobrze. - Wciąż trzymając ją za rękę, ujął ją od tyłu za głowę, 

próbując przybliżyć do siebie.

Zdenerwowała się, gdy zdała sobie sprawę, że powinna zaprotestować i 

odepchnąć go od siebie. - Murphy...

- Mam zamiar cię pocałować - wyszeptał.
Nie było żadnego ale. Oczy miał szeroko otwarte. Uważnie się w nią 

wpatrywał. Zbliżył usta. Ostatnią rzeczą, jaką widziała, były jego oczy. Ich 
żywy, zaskakujący błękit. Chwilę później stała się głucha, niema i ślepa.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 98

   

Na początku poczuła jedynie muśnięcie, delikatny dotyk ust. Trzymał ją 

tak,  jakby w każdej chwili mieli ruszyć do tańca.  Wydawało  się jej,  że  ją 
kołysze, tak miękkie i słodkie było pierwsze spotkanie ich warg. Za chwilę 
nadspodziewanie wolno przesunął ustami po jej twarzy. Spokojnie badał jej 
policzki,   skronie,   powieki.   Kolana   się   pod   nią   ugięły,   zaczęły   się   trząść. 
Brakowało jej tchu, gdy jego usta dotknęły jej ust po raz wtóry. Zachłanniej, 
jakkolwiek powoli.

Nie pozostała bezczynnie. Poczuła, jak narasta w niej pragnienie. Objęła 

go z całych sił, ale szybko rozluźniła uścisk. Odurzył ją zapach koni, trawy, 
miała   wrażenie,   że   niebo   przeszyła   błyskawica.   Wrócił,   zdołała   tylko 
pomyśleć, zanim umysł jej rozpłynął się w marzeniach.

Uosabiała wszystko, czego pragnął. Marzył o tym, żeby trzymać ją tak 

jak   teraz,   czuć,   jak   drży,   powodowana   pragnieniami,   jakie   i   w   nim   się 
obudziły. Miał się cudownie. Jej usta idealnie pasowały kształtem do jego ust, 
a ich smak był tajemniczy, mroczny, dojrzały.

To wystarczyło, musiało teraz wystarczyć. Powinien przestać, powinien 

oderwać od niej niecierpliwe usta. Wiedział, czuł, do czego by doszło, gdyby 
legł z nią na ciepłej zielonej trawie, przyciskając ją do ziemi swym ciałem. 
Leżeliby tak, a ona poruszałaby się uległa, rozpalona pragnieniem, wilgotna. I 
w końcu spłonąłby wewnątrz niej. Ale teraz musiały wystarczyć jej usta.

Jeszcze się ociągał, smakował ją, łagodnie się odsuwając i obiecując 

sobie więcej. Ręce mu drżały, uspokoił je i musnął nimi jej twarz, delikatnie 
zanurzył dłonie w jej włosach. Na policzkach Shannon pojawił się rumieniec. 
Patrzył jej w oczy, myśląc, ile piękna i prawdy się w nich kryje. Ile wdzięku 
jest w jej ciele smukłym niczym wierzba.

Zatrzymał rękę w jej włosach, zmarszczył brwi, wpatrując się w nią jak 

w obraz.

- Miałeś wtedy dłuższe włosy i policzki mokre od deszczu. - Wirowało 

jej w głowie, nie wiedziała, co się z nią dzieje. Wydawało jej się do tej pory, że 
sen,   który   ją   nachodził,   to   śmieszny   banał.   Ale   teraz,   gdy   trochę 
oprzytomniała,   musiała   przyłożyć   ręce   do   skroni,   żeby   się   uspokoić.   -   Co 
powiedziałam?

- Że już się kiedyś spotkaliśmy. - Uśmiechnął się.
Z łatwością wierzył w tego typu wizje i poddawał się magii sytuacji. 

Wydało   mu   się   całkiem   naturalne,   że   czuł   się   zagubiony   przed   tym 
pocałunkiem. - Czekałem tak długo.

- Znamy się przecież od niedawna.
- To nieprawda. Czy mam powtórzyć, coś powiedziała?
- Nie, lepiej nie. - Nieważne, jak głupio się czuła, uniosła rękę, aby go 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 99

   

powstrzymać. - To przeżycie wydało mi się o wiele bardziej przekonywające, 
niż oczekiwałam, i myślę, że lepiej zrobimy, jeśli... się opamiętamy.

- Na jak długo? Dopóty, dopóki nie znajdziemy się tu ponownie!
Opadły   jej   ręce.   Gdyby   tylko   mogła   się   upewnić,   że   nie   będzie   jej 

popędzał, wprawiał w zakłopotanie, czynił niepotrzebnych ruchów. Przecież 
dopiero co go poznała, nie miała czasu o nim myśleć, ani zastanawiać się nad 
sobą.

- Nie jestem tego pewna.
- Wystarczy, że ja jestem. Muszę iść na to spotkanie. - Pogładził ją 

znów po policzku, tak bardzo chciał zabrać ze sobą ów dotyk. - Czekam na 
ciebie wieczorem.

Zanim zniknął za murem, zdążył uchwycić wzrokiem wyraz jej twarzy.
- Chyba nie jesteś tak słaba, żeby odmówić mi wizyty tylko dlatego, że 

spodobał ci się mój pocałunek - rzucił.

Niewiele brakowało, a Shannon udałaby zagniewaną. Odwróciła się, by 

spakować   swoje   rzeczy,   i   powiedziała:   -   Nie   jestem   słaba.   A   poza   tym 
całowałam   się   już   przedtem   z   mężczyznami   i   także   sprawiało   mi   to 
przyjemność.

-   Z   pewnością,   Shannon   Bodine,   ale   nigdy   nie   całowałaś   nikogo 

takiego, jak ja.

Odszedł  pogwizdując.   Upewniła  się,   że  jest   już  dość   daleko,   by   nie 

słyszeć, i roześmiała się głośno.

Któż mógłby dopatrzyć się czegoś osobliwego w tym, że kobieta, która 

skończyła niedawno dwadzieścia osiem lat i doświadczyła wszystkiego w grze 
namiętności, wybierała się na spotkanie z mężczyzną.

Może   właśnie   dlatego   Brianna   robiła   tyle   zamieszania,   krzątając   się 

dookoła,   jak  nerwowa  matka  w   dzień   studniówki   córki.   Shannon  tylko   się 
uśmiechała, patrząc na to wszystko.

Brianna   ofiarowała   się   najpierw   wyprasować   jej   sukienkę,   później 

chciała jej pożyczyć jedną z własnych. Dwa razy wchodziła na górę sugerując 
dodatki, wybierając buty.

Shannon przypuszczała, że ją rozczaruje, gdy pojawiła się na dole w 

letnich spodniach i bluzce z czystego jedwabiu. Nie powstrzymało to jednak 
Brianny od stwierdzenia, że wygląda prześlicznie. Życzyła jej dobrej zabawy i 
oznajmiła, że może wrócić, kiedy tylko ma ochotę.

Gdyby   nie   Gray,   który   zszedł   z   góry   i   wyciągnął   żonę   z   korytarza, 

Shannon nie wyszłaby z domu. Podejrzewała, że Brianna okazała jej siostrzane 
zainteresowanie,   które,   o   dziwo,   wcale   nie   sprawiło   jej   przykrości.   Była 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 100

   

wdzięczna Briannie i Grayowi, że nalegali, by wzięła samochód. Nie miała 
daleko, ale po zachodzie słońca już się ściemniało i na dodatek zanosiło się na 
deszcz.

Kilka minut później Shannon zjechała z głównej drogi w węższą, ciasno 

otoczoną   z   obu   stron   żywopłotem   z   fuksji,   która   zaczynała   kwitnąć 
krwawoczerwono. Widziała już dom Murphy'ego ze swego okna, ale teraz, z 
bliska, wydał jej się większy i niewątpliwie bardziej imponujący.

Trzy piętra z drewna i z kamienia wyglądały równie staro, jak i ziemia, 

na   której   się   wznosiły.   Wydawały   się   tak   samo   dobrze   utrzymane.   Przed 
domem,   na   schludnej   grządce,   rosły   różne   gatunki   kwiatów.   Czyste 
kwadratowe   okna   pierwszego   piętra   zdobiły   kamienne   łuki.   Zerknęła   na 
boczną  werandę,   myśląc,  że  muszą do  niej  prowadzić  dodatkowe  drzwi.   Z 
dwóch kominów unosił się dym, leniwe kłęby sunęły prosto w błękitne niebo.

Naprzeciw   niej   stała   mała   ciężarówka.   Za   nią,   na   podjeździe,   stary, 

niewielki samochód osobowy. Nie wiedziała zbyt wiele o samochodach, ale 
ten wydał jej się bardzo wiekowy.

Okiennice i ganek od frontu świeżo wymalowano na aksamitny błękit, 

który ładnie wyglądał na szarym tle kamienia. Na ganku nie znajdowało się nic 
z wyjątkiem dwóch foteli na biegunach, które tylko czekały, by na nich usiąść. 
Otwarte drzwi zapraszały do środka.

Zastukała o framugę i zawołała: - Murphy!
- Wchodź, zapraszam. - Jego głos dochodził gdzieś z góry, ze schodów, 

które wiodły z głównego korytarza. - Za chwilę zejdę, kąpię się.

Weszła do środka i zamknęła drzwi za sobą. Aby zaspokoić ciekawość, 

ruszyła dalej korytarzem i zajrzała do pierwszego pokoju. Obite listewkami 
drzwi   zapraszająco   rozwarto   na   oścież.   To   z   pewnością   salon,   pomyślała. 
Równie   czysty   i   schludny,   jak   salon   Brianny,   choć   brak   mu 
charakterystycznych śladów kobiecej ręki.

Stare,   solidne   meble   „stały   na   wypolerowanej   podłodze   z   szerokich 

desek.   Na   kamiennym   kominku   płonął   spokojnie   torf.   Jego   tajemniczy, 
budzący dreszcz zapach roznosił się po pokoju.

Po   obu   stronach   obramowanego   grubym   drewnem   kominka 

umieszczono   lichtarze.   Śmiałe,   kręte   szmaragdowe   sploty.   To   z   pewnością 
dzieło Maggie. Shannon weszła do pokoju, żeby się im przyjrzeć. Lichtarze 
wyglądały   tak,   jakby   miały   się   zaraz   rozpłynąć.   Dotknęła   zimnego   szkła. 
Wewnątrz   połyskiwał   rubin.   Wydawało   jej   się,   że   to   zaklęty   ogień,   który 
czeka, by wybuchnąć płomieniem.

- Masz nadzieję dobrać mu się do serca? - zapytał Murphy, stając w 

drzwiach.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 101

   

Shannon   skinęła   głową,   musnąwszy   skręty   lichtarza   raz   jeszcze,   po 

czym się odwróciła. - Maggie jest świetna, chociaż wolałabym, żebyś jej nie 
mówił, że tak uważam.

Uniosła brwi, przyglądając się Murphy'emu. Nie różnił się zbytnio od 

mężczyzny, który doglądał pól czy grał w pubie. Gęste, falujące włosy były 
trochę wilgotne po kąpieli. Założył miękki szary sweter i o ton ciemniejsze 
spodnie. Wydało jej się to dziwne, ale mogłaby umieścić jego portret zarówno 
na okładce kolorowego,   ekskluzywnego czasopisma,  jak i  miesięcznika  dla 
rolników.

- Ładnie wyglądasz po kąpieli.
Uśmiechnął się, pewny siebie. - Masz zwyczaj przyglądać się ludziom i 

rzeczom jak artystka, chociaż są one zupełnie zwyczajne. Nie chciałem, żebyś 
na mnie czekała.

- Nic nie szkodzi.  Przyglądam się,  jak żyjesz. - Spojrzenie Shannon 

przeniosło   się   na   ścianę   z   półkami   pełnymi   książek.   -   Zupełnie   jak   w 
bibliotece.

- To tylko część.
Wyminęła go i podeszła do książek. Joyce, Yeats, Shaw. Tego należało 

oczekiwać, pomyślała. O'Neill, Swift i Grayson Thane, oczywiście. Znalazła 
tam   też   i   inne   skarby.  Poe,   Steinbeck,   Dickens,   Byron.  Poezja   Keatsa, 
Dickinson   i   Browninga.   Tomy   Szekspira   i   równie   grube   dzieła   Kinga, 
McAffreya i McMurtreya.

- Eklektyczny zbiór - powiedziała cicho.
-   Mam   ich   więcej.   Trzymam   je   w   całym   domu.   Kiedy   wpadam   w 

odpowiedni nastrój, nie muszę daleko szukać. Książki powinny być zawsze 
pod ręką.

- Ojciec nie czytał wiele, tylko pozycje wiążące się z jego pracą, ale 

matka i ja uwielbiałyśmy czytać. Pod koniec życia, gdy była bardzo chora, 
czytałam jej na głos.

- Miała z ciebie pociechę, stanowiłaś jej wielką radość.
- Nie wiem. - Zadrżała, ale spróbowała jasno się uśmiechnąć.
- Dziecko wie, kiedy jest kochane - spokojnie rzekł Murphy, biorąc ją za 

rękę. - A teraz cię oprowadzę. Najpierw obejrzymy wszystko na zewnątrz, 
zanim zacznie padać.

Gdy zbierali się do wyjścia, Shannon zatrzymywała go co krok, pytając 

o   krokwie   na   suficie,   o   mały   pokój   po   prawej   stronie,   w   którym,   jak   się 
okazało, matka Murphy'ego wciąż lubi szyć podczas swoich wizyt u syna.

Kuchnia była wielka jak stodoła. Shannon chyba nigdy nie widziała tak 

czystego   pomieszczenia.   Z   zaskoczeniem   patrzyła   na   kolorowe   słoiczki   z 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 102

   

ziołami i przyprawami poustawiane na szafce, nad którą wisiały błyszczące 
mosiężne naczynia.

- Nie wiem, co tam masz w piekarniku, ale pięknie pachnie.
- To kurczak, jeszcze nie jest gotowy. Przymierz to. - Podał jej parę 

kaloszy.

Shannon spojrzała z dezaprobatą. - Czy to konieczne?
- Raczej tak. - Przykucnął, żeby włożyć jej kalosz na nogę. - Jeśli ma się 

do czynienia ze zwierzętami, ma się do czynienia również i z gnojem. W tym 
poczujesz się bezpieczniej.

- Myślałam, że trzymasz krowy na pastwisku.
Zaśmiał się rozbawiony. - Ale nie doję krów na pastwisku, moja droga, 

tylko w oborze. Uporałem się już z tym dzisiaj. - Wyprowadził ją tylnymi 
drzwiami, z łatwością stąpając w kaloszach. - Musiałaś na mnie czekać, bo 
rozchorowała się jedna z krów.

- Czy to coś poważnego?
- Mam nadzieję, że nie, ale sama nie wyzdrowieje.
- Leczysz, czy wzywasz weterynarza?
- Tylko w szczególnych przypadkach.
Rozejrzała się wokół. Nowy widok sprawił jej radość. Jeszcze jeden 

temat na obraz, pomyślała.

Kamienne budynki zgrabnie rozmieszczono wśród wybiegów dla koni. 

Owce o gęstej wełnie tłoczyły się za przegrodą. Jakaś wielka, zębata maszyna 
tkwiła obok przybudówki. Zewsząd dochodziło beczenie i gęganie zwierząt 
jeszcze   nie   przygotowanych   na   pożegnanie   wieczoru.   Przy   najbliższym 
wybiegu siedział Con, uderzając ogonem o ziemię.

- Brie go wysłała - zażartował Murphy - żeby sprawdził, jak cię traktuję.
-   Nie   sądzę.   Wydaje   mi   się,   że   to   wasz   wspólny   pies.   -   Shannon 

przyglądała się, jak Murphy się schyla, aby przywitać psa. - Myślałam, że 
farmer ma co najmniej jednego psa.

- Miałem jednego, ale tej zimy minie siedem lat, jak zdechł. - Murphy 

przyjaźnie targał Cona za uszy. - Myślę czasami o nowym psie, ale nie mam 
czasu na szukanie.

- Masz tu chyba wszystko. Nie wiedziałam, że hodujesz owce.
- Tylko kilka. Mój ojciec znał się na hodowli owiec. - Wyprostował się, 

wziął ją za rękę i poprowadził dalej. - Ja jednak wolę krowy.

- Brianna mówiła, że najbardziej lubisz konie.
- Konie hoduję dla przyjemności. Może w przyszłym roku, a może za 

dwa   lata   ta   hodowla   się   .zwróci.   Dzisiaj   sprzedałem   źrebaka,   naprawdę 
pięknego. Tak go lubiłem, że sprzedaż wydała mi się równa stracie.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 103

   

Murphy otwierał drzwi obory.
- Nie sądziłam, że farmerzy przywiązują się do zwierząt.
- Koń to nie owca, którą zarzyna się na niedzielny obiad.
Myśl   o   tym   przyprawiła   Shannon   o   mdłości,   wolała   nie   ciągnąć   tej 

rozmowy. - Tutaj doisz krowy?

-   Tak.   -  Prowadził   ją  przez   wyszorowaną  mleczarnię  zaopatrzoną   w 

połyskujące maszyny. Mdły zapach krów i mleka unosił się w powietrzu.

- To nie jest tak romantyczne, jak dojenie ręczne. Robiłem to jako mały 

chłopiec, ale tak jest szybciej, czyściej i wydajniej.

- Codziennie? - Wyrwało się Shannon.
- Dwa razy dziennie.
- To dużo pracy, jak dla jednego mężczyzny.
- Pomaga mi chłopak z sąsiedniej farmy. Umówiliśmy się.
Kiedy oprowadził ją po całym obejściu, pokazał stodołę, spichlerz i inne 

zabudowania,   pomyślała,   że   pomoc   jednego   chłopaka   nie   jest   wielkim 
odciążeniem przy takim nawale pracy.

Murphy z miejsca zapomniał o wysiłku mięśni, pracy w pocie czoła o 

każdej godzinie, kiedy wprowadził Shannon do stajni, żeby pokazać jej konie.

-   Z   bliska   wyglądają   jeszcze   piękniej.   -   Zapominając   o   ostrożności, 

oczarowana, wyciągnęła rękę, by dotknąć łba kasztanowej klaczy.

- To Jenny. Mam ją dopiero dwa lata, ale nigdy jej nie sprzedam. Tu jest 

moja dziewczyna!

Wystarczył   tylko   dźwięk   głosu,   a   klacz   zwróciła   się   w   kierunku 

Murphy'ego. Gdyby Shannon wierzyła w takie rzeczy, przysięgłaby, że klacz 
go   kokietuje.   Czemu   nie?   zastanawiała  się.   Jakież   stworzenie   płci  żeńskiej 
oparłoby się tym dużym dłoniom, tak niekiedy pieszczotliwym? Albo temu 
miękkiemu głosowi, mruczącemu głupie, czułe słówka.

- Umiesz jeździć konno, Shannon?
- Hm. Nigdy nie próbowałam - powiedziała ze ściśniętym gardłem. - 

Pierwszy raz jestem tak blisko konia.

-   Nie   boisz   się   jednak.   Łatwiej   będzie   ci   się   nauczyć,   jeśli   tylko 

zechcesz.

Oprowadził ją po stajni, pozwalając gładzić i pieścić zwierzęta, bawić 

się   z   dopiero   co   urodzonymi   źrebiętami.   Widział,   jak   się   śmieje   z 
rozbrykanego źrebaka, który skubał ją w ramię, aż musiał go odepchnąć.

- Wyrastałeś w cudownym otoczeniu - odezwała się, gdy wracali do 

domu. - To wszystkie budynki, zwierzęta...

Zaśmiała   się,   gdy   zatrzymali   się   przy   tylnych   drzwiach   i   ściągali 

kalosze. - A co do pracy. Bardzo ją musisz kochać, skoro tutaj zostałeś.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 104

   

- Stanowi esencję mojego życia. Wejdź i siadaj. Mam wino, jeśli masz 

ochotę.

Umyli ręce przy kuchennym kranie.
- Czy nikt z twojej rodziny nie chciał pracować na farmie?
-   Jestem   najstarszym   synem.   Gdy   mój   ojciec   umarł,   zostawił   mi 

wszystko.   Najstarsza   siostra   wyszła   za   mąż   i   wyprowadziła   się   stąd.   Ma 
własną rodzinę. - Wyciągnął z lodówki butelkę i korkociąg z szuflady. - Matka 
wyszła powtórnie za mąż, a młodsza siostra, Kate,  również znalazła męża. 
Mam też młodszego brata, ale on chciał iść do szkoły i uczyć się elektryki.

Shannon otworzyła szeroko oczy, gdy Murphy nalewał wino. - Ile was 

jest?

- Tylko czworo. Było pięcioro, ale jedno dziecko zmarło, kiedy matka 

jeszcze je karmiła. Mój ojciec umarł, gdy miałem dwanaście lat. Matka nie 
wyszła za mąż, dopóki nie skończyłem dwudziestu lat.

- Tylko czworo... - chrząknęła Shannon, potrząsając głową, i już miała 

podnieść kieliszek, ale powstrzymała się w ostatniej chwili.

- Może powiesz coś miłego w ten chłodny wieczór z księżycem w pełni 

na czarnym niebie.

Slainté - powiedziała i wychyliła kieliszek, uśmiechając się do niego. - 

Podoba mi się twoja farma, Murphy.

- Bardzo się cieszę, Shannon.
Zdziwiła się, gdy się pochylił i przysunął usta do jej czoła.
Zaczął padać deszcz. Murphy wstał i otworzył drzwiczki piekarnika. 

Zapach, który się rozniósł, sprawił, że Shannon poczuła się bardzo głodna.

- Dlaczego zawsze wydawało mi się, że kuchnia irlandzka jest mdła?
Wyciągnął  mięso  i  postawił   je  na  kuchence.   -  To   prawda,   jest  dość 

łagodna. Jako chłopak nigdy tego nie zauważałem. Dopiero kiedy Brie zaczęła 
eksperymentować, dając mi do spróbowania wszystkie potrawy, zrozumiałem, 
że moja kochana matka ma pewne braki w tej sztuce.

Zerknął   na   nią   przez   ramię.   -   Oczywiście   będę   wypierał   się   tego 

oszczerstwa aż do śmierci, jeśli jej to powtórzysz.

- Nigdy tego ode mnie nie usłyszy.
Wstała zaintrygowana, żeby przyjrzeć się potrawie z bliska. Lśniącego 

tłuszczem,   nakrapianego   przyprawami   kurczaka   o   złocistej   barwie   otaczały 
upieczone ziemniaki i marchewka.

- Wygląda świetnie.
-   To   zasługa   Brie.   Kilka   lat   temu   założyła   mi   grządkę   z   ziołami   i 

męczyła tak długo, aż zacząłem się nią zajmować.

Shannon oparła się o szafkę, spoglądając na Murphy'ego. - Czy byłeś 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 105

   

trochę zły, gdy pojawił się Gray i popsuł ci szyki?

Murphy   przez   chwilę   wydawał   się  bardzo  zaskoczony,   zaśmiał   się   i 

przerzucił kurczaka z brytfanny na półmisek.

- Nie jesteśmy dla siebie stworzeni. Ani ja dla niej, ani ona dla mnie. 

Zbyt długo żyliśmy jak rodzina. Tom zastępował mi ojca, gdy mój umarł, a 
Brie i Maggie zostały moimi siostrami.

Odkroił niewielki kawałek piersi kurczęcia.
-   W   stosunku   do   ciebie   jednak,   Shannon,   nie   żywię   braterskiego 

uczucia. Zbyt długo na ciebie czekałem.

Zatrwożona   przesunęła   się   do   tyłu,   ale   on   spokojnie   przywiódł   ją   z 

powrotem na miejsce i jakby nic nie zaszło, włożył jej kawałek kurczaka do 
ust. Musnął kciukiem jej dolną wargę w podzięce za przyjęcie poczęstunku.

- To naprawdę dobre - powiedziała.
Czuła   jednak   ciężar   w   piersiach,   a   jej   strach   wzrósł,   gdy   Murphy 

pogładził ją po włosach. Prostując mrowiące plecy, napotkała jego wzrok.

- Co ty wyprawiasz, Murphy?
-   W   porządku,   Shannon   -   odpowiedział   i   delikatnie   ją   pocałował.   - 

Staram się o ciebie.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 106

   

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Starasz się o mnie? - Zdumiona Shannon gapiła się na Murphy'ego. 

Słowa te wydały się jej śmieszne, głupie. Nie miały nic wspólnego ani z nią, 
ani   z   jej   stylem   życia.   A   jednak   z   ust   Murphy'ego   wyszły   tak   naturalnie. 
Musiała sprawić, by szybko przełknął porażkę. - To szaleństwo, to absurd!

Dotknął rękami jej twarzy, przesunął opuszki palców wzdłuż linii jej 

ust. - Dlaczego?

- Dlatego... - odwróciła się w postawie obronnej, wymachując ręką, w 

której trzymała kieliszek - że słabo mnie znasz.

-   Ależ   znam   cię   wystarczająco   dobrze.   -   Bardziej   rozbawiony   niż 

przestraszony   odwrócił   się,   aby   pokroić   kurczaka.   -   Znałem   cię   już   w   tej 
chwili, w której zobaczyłem cię po raz pierwszy.

- Tylko nie zaczynaj z tym celtyckim mistycyzmem, to nie ze mną, 

Murphy!   -   Podeszła   do   stołu   i   wypiła   jednym   haustem   wino.   -   Jestem 
Amerykanką, weź to pod uwagę. Ludzie w Nowym Jorku nie starają się o 
siebie.

Przyniósł półmisek z kurczakiem do stołu. - Siadaj, Shannon, i jedz, 

póki gorące.

-   Jedz   -   powtórzyła,   wywracając   oczy.   Wydawało   jej   się   to 

nieprawdopodobne. - Teraz mam jeść!

-   Przyszłaś   na   kolację.   -   Spełnił   obowiązek   gospodarza   i   napełnił 

talerze, po czym zapalił świece. - Nie jesteś głodna?

- Jestem głodna. - Opadła bezsilnie na krzesło. Położyła na kolanach 

serwetkę i wzięła sztućce. Jedząc zastanawiała się, co ma powiedzieć. - Będę z 
tobą szczera, Murphy.

-   W   porządku   -   odrzekł,   krojąc   kurczaka   na   talerzu   i   próbując   z 

zadowoleniem swego dzieła. - Bądź więc szczera.

-  Po  pierwsze,   czy  rozumiesz,   że  zatrzymam  się  tutaj  tylko  tydzień, 

najwyżej dwa?

- Zostaniesz dłużej - rzekł spokojnie, nie odrywając się od jedzenia. - 

Nie   rozpoczęłaś   nawet   rozwiązywać   problemów,   które   cię   tu   sprowadziły. 
Masz jeszcze mieszane uczucia. Ani razu nie zapytałaś o Toma Concannona.

Oczy Shannon stały się zimne. - Nic nie wiesz o moich uczuciach.
- Myślę, że wiem, ale może nie mówmy teraz o tym, jeśli sprawia ci to 

przykrość.   Zostaniesz   tu   jednak,   Shannon,   bo  są  pewne   sprawy,   z   którymi 
musisz się zmierzyć, i ludzie, którym musisz wybaczyć. Nie jesteś tchórzem. 
Jesteś silna i masz dobre serce.

Nie mogła znieść tego, że Murphy widzi w niej to, do czego nie chciała 

się przyznać sama przed sobą. Odłamała kawałek biszkopta, który podał do 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 107

   

stołu. Biszkopt był jeszcze ciepły.

- To, czy zostanę tutaj tydzień czy rok, nie ma żadnego związku z tą 

historią.

- Oczywiście, że ma - powiedział cicho. - Czy posiłek ci smakuje?
- Jest fantastyczny.
- Czy malowałaś jeszcze, kiedy odszedłem?
- Tak. - Przełknęła kęs i wycelowała swój widelec prosto w niego. - 

Zmieniasz temat.

- Jaki temat?
- Dobrze wiesz, jaki, oboje wyrażamy się dość jasno. Nie chcę, aby 

ktokolwiek się o mnie starał. Nie wiem, jak się rzeczy mają tutaj, ale tam, skąd 
przybywam, kobiety są niezależne i mają równe prawa.

-   Dużo   o   tym   myślałem.   -   Niespiesznie   wziął   kieliszek   i   pił, 

zastanawiając   się   nad   jej   słowami.   -   Wiadomo,   że   dla   Irlandczyków 
traktowanie kobiet jako równych sobie jest ciężką sprawą. Jednak teraz zaszły 
pewne   zmiany.   Już   w   poprzedniej   generacji   rozpoczął   się   proces 
wyrównywania różnic, lecz jest on powolny. - Odstawił wino na bok i wrócił 
do jedzenia. - Mam wielu znajomych, którzy się ze mną nie zgodzą, ale z 
mojego   punktu   widzenia   kobieta   ma   takie   sama   prawa,   jak   i   mężczyzna, 
zarówno w kwestii własności, jak i zajęcia. Dużo na ten temat czytałem.

- To ci się chwali - powiedziała cicho Shannon.
Murphy tylko się uśmiechnął. - Musisz jednak przyznać, że jest to krok 

naprzód dla kogoś, kto się wychował w takich warunkach. A teraz do rzeczy. 
Naprawdę trudno mi powiedzieć, jakbym się zachowywał, gdybyś to ty się o 
mnie starała.

- Nie umiem.
- A właśnie. - Uniósł rękę, wciąż się śmiejąc, jakby trafił w sedno. - To, 

że się o ciebie staram, nie ma nic wspólnego z prawami czy równością. To cię 
nie umniejsza ani mnie nie wywyższa. Krótko mówiąc, chodzi o to, że to ja 
podjąłem   inicjatywę.   Jesteś   najpiękniejszą   istotą,   jaką   spotkałem   w   swoim 
życiu, a muszę przyznać, że miałem szczęście widzieć wiele piękna.

Zrobiło   jej  się  bardzo   przyjemnie.   Spojrzała   na  talerz.   Musi  znaleźć 

sposób, żeby sobie z tym poradzić, rozprawić się z nim. Była tego pewna, nie 
wiedziała tylko jeszcze, jak to zrobi. - Murphy, schlebiasz mi.

- Sądzę, że każdy by się tak czuł na twoim miejscu, a zrobi ci się jeszcze 

milej, jeśli cię pocałuję. Oboje wiemy o tym, Shannon, co musi się stać.

Odkroiła kawałek kurczaka. - Dobrze, Murphy. Zgoda, pociągasz mnie, 

jesteś atrakcyjnym mężczyzną i zachowujesz się czarująco. Nie mam jednak 
zamiaru wybiegać poza to stwierdzenie, nie teraz.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 108

   

- Nie masz zamiaru? - O Boże, jak dobrze się z nią rozmawia, pomyślał. 

- Dlaczego tak twierdzisz, skoro pragniesz mnie równie mocno, jak ja ciebie?

Shannon musiała wytrzeć spocone dłonie w serwetkę. - Ponieważ jest to 

oczywisty   błąd.   Patrzymy   na   to   z   różnych   punktów   widzenia   i   nigdy   nie 
znajdziemy   wspólnej   płaszczyzny   porozumienia.   Lubię   ciebie.   Jesteś 
interesujący, ale ja nie szukam stałego związku. Cholera, dopiero co wyrwałam 
się z jednego tydzień temu. Omal nie zaręczyłam się.

Chyba podziałało, pomyślała, i ciągnęła dalej. - Sypiałam z nim.
Murphy zmarszczył czoło. - Sypiałaś? To chyba klucz do całej sprawy. 

Musiało ci na nim zależeć.

- Oczywiście, że mi na nim zależało. Nie wskakuję do łóżka każdemu 

napotkanemu mężczyźnie. - Słysząc samą siebie, westchnęła.

- Jak widzę, to już przeszłość. Mnie także podobała się jedna czy druga 

kobieta. Na tyle, żeby się z nimi przespać, ale nigdy przed tobą żadnej nie 
kochałem.

Shannon przestraszyła się, na jej twarzy pojawiły się wypieki. - Nie 

jesteś we mnie zakochany!

- Ależ tak, zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia.
Powiedział to tak spokojnie i przekonywająco, że przez chwilę wierzyła 

mu całkowicie.

- A przedtem czekałem na ciebie. W jakiś sposób czekałem. I oto jesteś.
- Takie rzeczy się nie zdarzają - powiedziała, drżąc na całym ciele, i 

wstała od stołu. - A teraz posłuchaj, zapomnij o tym szaleństwie. Nic z tego nie 
wyjdzie.   Ta   sytuacja   wydaje   ci   się   zbyt   romantyczna.   To   halucynacje. 
Wszystko, co możesz przez to osiągnąć, to wprawić nas w zakłopotanie.

Zmrużył   oczy,   ale   była   zbyt   gniewna,   aby   zauważyć   tę   zmianę   i 

wynikające z niej niebezpieczeństwo.

- To, że cię kocham, jest dla ciebie kłopotliwe?
- Nie przekręcaj moich słów! - wybuchnęła. - I nie rób ze mnie idiotki 

tylko dlatego, że nie interesują mnie twoje zaloty, staranie się o mnie. Boże, 
„starać się o kogoś”! Nawet to wyrażenie jest śmieszne.

- Wolisz to ująć inaczej?
- Nie, wcale nie chcę o tym mówić. Chciałabym, żebyś przestał. Tylko 

tego oczekuję.

Siedział przez chwilę, zmagając się z wolno narastającym gniewem. - 

Czy nic do mnie nie czujesz?

- To prawda. - Skłamała, co dało się słyszeć w jej głosie. - Masz jakieś 

urojone pragnienia i sądzisz, że ja potulnie zgodzę się na twoje absurdalne 
plany?   Wyjść   za   ciebie,   żyć   tutaj!   Żona   farmera,   na   litość   boską!   Czy   ja 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 109

   

wyglądam na żonę farmera? Robię karierę, mam swoje życie.

Podszedł  do  niej   tak  szybko,   że  zdołała  tylko  zaczerpnąć  powietrza. 

Zacisnął ręce na jej ramionach, wbijając w nie mocno palce. Twarz mieniła mu 
się z wściekłości. - Moje życie jest więc mniej warte niż twoje? - pytał. - 
Wszystko, co posiadam, na co pracowałem, a nawet to, kim jestem, to coś 
gorszego, tak? Coś godnego pogardy?

Struchlała. Zdołała tylko potrząsnąć głową. Nigdy by nie przypuszczała, 

że jest taki nerwowy.

- Mogę zrozumieć, że jeszcze nie wiesz o tym, że mnie kochasz. Nie 

zamierzam otwierać ci teraz oczu na to, że jesteśmy dla siebie stworzeni, ale 
nie pozwalam ci mówić lekceważąco o tym, kim jestem. Odrzucać z pogardą 
to, o co ja i moja rodzina przez wieki walczyliśmy.

- Nie to miałam na myśli...
- Czy wydaje ci się, że ziemia po prostu sobie leży, śliczna jak obrazek, 

i czeka na to, by ją malować? - Blask świec rzucał cienie na jego twarz, dzięki 
temu wyglądał równie fascynująco, jak i niebezpiecznie. - Przelano za nią tyle 
krwi   i   potu,   że   trudno   sobie   wyobrazić.   Niełatwo   jest   ją   utrzymać,   a   i 
utrzymanie  nie  wystarcza.   Jeżeli  jesteś  zbyt  dumna  na  to,   żeby  ją  przyjąć, 
powinnaś się wstydzić!

Oddychała szybko, musiała się uspokoić. - Ranisz mnie, Murphy.
Zdjął ręce z jej ramion, jakby jej ciało nagle zaczęło go palić. Cofnął 

się, ruchy miał gwałtowne po raz pierwszy, odkąd go poznała.

-   Przepraszam.   -   Zawstydził   się.   Wiedział,   że   ma   duże   i   silne   ręce. 

Pomyślał, że pewnie zostawił ślady na jej ciele, gdy tak ją złapał w tym ataku 
ślepej furii. Tylko uczucie niesmaku w stosunku do samej siebie powstrzymało 
Shannon od rozmasowania bolących ramion. Murphy wiedział, że chociaż go 
nie rozumiała, czuła instynktownie, iż ma spokojną naturę i przemoc wobec 
kobiety uważa za podłość.

-   Nie   chciałam   cię   obrazić   -   powiedziała   powoli.   -   Byłam   zła   i 

zdenerwowana.   Próbowałam   wyjaśnić,   że   jesteśmy   zupełnie   inni   i   czego 
innego pragniemy.

Włożył ręce do kieszeni. - Czego ty pragniesz?
Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła przestraszona, że nie znajdzie 

odpowiedzi. - W ciągu ostatnich kilku miesięcy przeżyłam wiele radykalnych 
zmian. Wciąż się zastanawiam. Nie myślę w tej chwili o trwałym związku.

- Boisz się mnie? - zapytał, starannie modulując głos. - Nie chciałem 

sprawić ci bólu.

-  Nie,  nie boję  się  ciebie.   - Nie  mogła  się  powstrzymać.   Podeszła i 

położyła mu rękę na policzku. - Oboje mamy żywy temperament, Murphy. 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 110

   

Łatwiej się nam zrozumieć.

Niemal pewna, że kryzys minął, uśmiechnęła się. - Zapomnijmy o tym 

wszystkim i zostańmy przyjaciółmi.

Wstrzymała   jednak   oddech,   gdyż   ujął   jej   rękę   i   przesunął   po   niej 

delikatnie ustami.

Bo moja miłość równie jest głęboka
Jak morze, równie jak ono bez końca;
Im więcej ci jej udzielam, tym więcej
Czuję jej w sercu.

(„Romeo i Julia”,

przełożył Józef Paszkowski)

To chyba Szekspir, pomyślała. Potrafi recytować Szekspira tym swoim 

wspaniałym głosem.

- Nie mów takich rzeczy, Murphy. To nie jest fair.
- Skończyliśmy już tę grę, Shannon. Żadne z nas nie jest dzieckiem ani 

głupcem. Nie chciałem ci sprawić przykrości. - Głos miał spokojny, jak gdyby 
przemawiał do konia.

Spłoszyła się, bo chwycił ją w objęcia.
- Powiedz mi, co czułaś, kiedy pocałowałem cię po raz pierwszy?
Pytanie nie było trudne. - Czułam, że mnie uwodzisz.
Uśmiechnął się, całując ją w czoło. - To nie wszystko. Czy czułaś coś 

jeszcze? Wydawało mi się, że coś ci się roi!

Nie potrafiła, mimo nakazów rozsądku, pozostać sztywna, niewrażliwa 

na pieszczoty, uparcie jednak twierdziła. - Nie wierzę w takie rzeczy.

- Nie pytam cię, w co wierzysz, a w co nie... - Mówiąc błądził ustami po 

jej twarzy, aż zatrzymał się na wargach. - Pytam, co czułaś?

Przez cienki jedwab wyczuwał ciepło jej skóry. Tylko wariat, myślał, 

nie chciałby pokonać tej jedwabnej przeszkody. Tak pragnął jej dotykać. - Nie 
przeżywamy tego pierwszy raz.

- Ależ to nonsens! - Głos Shannon zabrzmiał tak, jakby do niej nie 

należał. - Przecież to czyste szaleństwo. - Chociaż trzymała się uparcie tej 
myśli,   zanurzyła   palce   w   jego   włosach,   przyciągając   go   bliżej   i   bliżej,   aż 
przyjemność   przesłoniła   zdrowy   rozsądek.   -   Nie   możemy   tego   robić!   -   W 
ustach rósł smak rozkoszy. - Przecież to tylko chemia.

- Niech Bóg błogosławi naukę. - Murphy oddychał równie szybko, jak 

Shannon. A kiedy pociągnął ją na ziemię, obiecywał sobie, torturując się tą 
myślą, że to tylko na chwilę. Dotknął jej ciała.

W   Shannon   wybuchały   eksplozje   jedna   po   drugiej.   Pokonała   ją   gra 

świateł i kolorów. Przepłynął przez nią strumień pożądania. Wbiła się w niego 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 111

   

cała, jakby walcząc o więcej. Dotykaj mnie, niech cię cholera, pomyślała i 
straciła nad sobą kontrolę.

Ale Murphy nie zrobił nic więcej. Trzymał ją tylko w objęciach, gdy 

tymczasem Shannon umierała z pragnienia. Chciała, by ją posiadł. Znała dotyk 
jego   dłoni.   Znała.   Świadomość   tego   była   bolesna   aż   do   łez.   Mocne   ręce, 
delikatny dotyk, palący niczym pochodnia. Powodowana dzikim instynktem, o 
który   nigdy   się   nie   podejrzewała,   wbiła   zęby   w   jego   wargi,   nęcąc   go, 
zachęcając.

Mógłby przysiąc, że gdy odchyliła głowę do tyłu, zobaczył na jej twarzy 

tryumfalny uśmiech.

Po chwili zaczęła stopniowo blednąc. Te jego oczy. Oczy rycerza ze 

snu. Przepastne, zgubne, przerażająco dobrze znane.

- O Boże! - wybuchnęła. Zrobiło jej się słabo. Walcząc o powietrze, o 

równowagę,   przycisnęła   ręce   do   piersi.   -   Przestań!   O   Boże,   musimy   się 
powstrzymać!

Murphy, znalazłszy się u kresu sił, ledwo panując nad sobą, zacisnął 

pięści. - Tak bardzo cię pragnę, bardziej niż życia. To mnie zabija, Shannon, 
rani śmiertelnie.

-   Popełniłam   błąd.   To   naprawdę   jest   pomyłka.   Przepraszam.   Nie 

pozwolę, aby to się rozwijało. - Czuła, że coś ją ku niemu ciągnie, jakby byli 
dwoma kawałkami magnesu. Siła ku sile. - Nie zbliżaj się do mnie, Murphy!

- Nie mogę. Wiesz dobrze, że nie mogę.
-   Mamy   poważny   problem.   -   Zdecydowana   na   podjęcie   stosownych 

działań podeszła do stołu chwiejnym krokiem i wzięła kieliszek z winem. - 
Możemy go rozwiązać - powiedziała i upiła łyk.

- Zawsze znajdzie się sposób na rozwiązanie problemu.
- Nic nie mów - rozkazała, podnosząc rękę. - Daj mi pomyśleć.
Najdziwniejsze   w   tym   zdarzeniu   było   to,   że   nigdy   dotąd   nie 

podejrzewała siebie o taką zmysłowość. Przeżyła kilka przyjemnych chwil z 
mężczyznami, których lubiła czy szanowała. W porównaniu do tego, co w niej 
wybuchło,   kiedy   znalazła   się   z   Murphym,   tamte   doznania   wydały   jej   się 
śmiesznie mdłe.

To tylko seks, próbowała się przekonać. Sprawa dozwolona. Mieli doń 

prawo.   Oboje   osiągnęli   już   wiek   dojrzały,   nikomu   nie   składali   żadnych 
zobowiązań. Lubiła go, co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Szanowała, 
a  nawet  podziwiała   z  wielu  względów.   Czy   będzie  w   tym  coś   złego,   jeśli 
pozwoli sobie na małe szaleństwo, zanim zdecyduje, co zrobić z resztą życia? 
Nie - zdecydowała. Tylko co zrobić z tym idiotycznym staraniem się o mnie. 
Przełknęła znów trochę wina i odstawiła kieliszek. Musieli pozbyć się tych 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 112

   

przeszkód.

- Chcemy spać ze sobą - zaczęła.
- Cóż, spanie z tobą jest z pewnością przyjemne, ale wolałbym najpierw 

kochać się z tobą do utraty tchu. Później możemy spać.

- Nie baw się ze mną w słowne gierki, Murphy. - Uśmiechnęła się, 

rozluźniwszy się nieco, w jej oczach pojawiła się znów radość. - Wydaje mi 
się, że możemy rozwiązać ten problem w rozsądny, atrakcyjny dla nas sposób.

- Czasami potrafisz pięknie mówić. - W jego głosie pojawił się podziw 

zmieszany z zachwytem. - Nawet gdy to, co mówisz, jest bzdurą, wygłaszasz 
to z powagą, dostojeństwem. Wiesz, o co mi chodzi... z klasą.

- Zamknij się, Murphy. A teraz, jeśli się ze mną zgodzisz, że pomysł co 

do długoterminowych zobowiązań jest nierealny...

Murphy   nadal   się   uśmiechał.   Wciągnęła   głęboko   powietrze   i 

zakończyła:   -   Możemy   zawrzeć   układ.   Stawiam   sprawę   prosto.   Tylko   bez 
planów na przyszłość i jakiegokolwiek starania się o mnie.

- Wiem, kochanie, co masz na myśli. Uwielbiam cię słuchać. Nie będę 

miał problemów z realizacją własnych planów co do życia z tobą przez resztę 
mych dni. A poza tym dopiero zacząłem się o ciebie starać. Nawet z tobą 
jeszcze nie tańczyłem.

Nie wiedziała, co począć, przetarła twarz rękoma. - Czy ty naprawdę 

jesteś taki tępy?

- Moja matka - zawsze mawiała: „Murphy, jeśli podejmiesz już jakąś 

decyzję, nikt nie zdoła ci jej wybić z głowy”. - Uśmiechnął się. - Polubisz moją 
matkę.

- Nie mam zamiaru spotkać się z twoją matką.
- Och, spotkasz się. Dopilnuję tego. Co mówiłaś?
- Co mówiłam? - powtórzyła. - Jak mogę pamiętać o tym, co mówiłam, 

kiedy ciągle zbijasz mnie z tropu. Robisz to celowo, tylko po to żeby gmatwać 
rzeczy, które są całkiem proste.

- Kocham cię, Shannon - powiedział, nie dając jej dojść do głosu. - I to 

jest właśnie proste. Chcę się z tobą ożenić, założyć rodzinę, ale do tego jeszcze 
daleko.

- Rzeczywiście. Staram się mówić tak jasno, jak potrafię. Nie kocham 

cię, Murphy, i nie chcę za ciebie wychodzić za mąż. - Jej oczy rozbłysły. - I 
jeżeli będziesz nadal się ze mnie śmiał, spiorę cię na kwaśne jabłko.

- Możesz się na mnie rzucić. Trochę powalczymy i prawdopodobnie 

rozwiążemy pierwszą część tego problemu tutaj, na kuchennej podłodze.

Podszedł bliżej, zachwycony, a Shannon uniosła głowę. - Obiecuję ci, 

kochanie, że jeśli moje dłonie znów znajdą się na twoim ciele, nie zabiorę ich, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 113

   

póki nie skończę.

- Rozumiem i postaram się być rozważna. Dziękuję za kolację. To było 

bardzo interesujące spotkanie.

- Powinnaś założyć kurtkę przeciwdeszczową.
- Nie muszę.
-   Nie   bądź   głupia.   -   Zdjął   własną   z  wieszaka.   -   Zmoczysz   sobie   tę 

piękną bluzkę i przeziębisz się.

Wyrwała mu kurtkę, zanim zdążył jej pomóc. - Oddam ci ją jutro.
-   Jeśli   nie   zapomnisz,   weź   ją   ze   sobą,   gdy   przyjdziesz   malować. 

Zamierzam tam pracować.

-   Może   wcale   tam   nie   przyjdę.   -   Wepchnęła   ręce   w   miękki,   ciepły 

drelich. Rękawy były nieco za długie. - Dobranoc.

- Odprowadzę cię do samochodu.
Zaczęła się wzbraniać, ale wziął ją pod ramię, wyprowadził z kuchni i 

na   korytarz.   -   Zmokniesz.   -   Próbowała   go   powstrzymać,   kiedy   dotarli   do 
frontowych drzwi.

- Nie boję się deszczu.
W   chwilę   potem   stali   już   przy   samochodzie.   Przyglądając   się,   jak 

Shannon otwiera drzwi, Murphy powstrzymywał śmiech. - To nie ta strona, 
kochanie! Może chcesz, abym cię odwiózł do domu.

Rzuciła gniewne spojrzenie i podeszła z drugiej strony do samochodu. 

Zapomniała o kierownicy z lewej strony.

Zbadawszy jej nastrój, pomyślał, że bezpieczniej pocałować ją w rękę, 

niż pozwolić sobie na pocałunek w usta. Otworzył drzwi samochodu.

- Śnij o mnie - wyszeptał. - Poe pięknie o tym pisał. Będziesz śniła o 

mnie tej nocy, Shannon, a ja o tobie.

-   Nie,   nie   będę   -   powiedziała   oschle,   kiedy   zatrzaskiwała   drzwi. 

Podwinęła  rękawy  kurtki,   zawróciła samochód  i  ruszyła mokrą  od deszczu 
drogą.

Z   tym   facetem   jest   zdecydowanie   coś   nie   w   porządku,   pomyślała. 

Musiała sobie wyjaśnić jego zachowanie. Postanowiła, że nigdy więcej go nie 
ośmieli, nie pozwoli mu na nic. Żadnych okazji, obiadów w kuchni, muzyki, 
śmiechu w pubie. Żadnych rozmów i oszałamiających pocałunków na polach. 
Cholera, będzie mi tego brakowało, uzmysłowiła sobie, wszystkiego. Wjechała 
w drogę prowadzącą do domu Brianny i zakręciła.

Zjawił się tak nagle i poruszył wszystkie uczucia i pragnienia, o których 

istnieniu nawet nie wiedziała. A potem ją zostawił, nie pozwalając ich zdławić. 
Kompletny   idiota,   zaklęła,   trzasnąwszy   drzwiami   samochodu,   i   ruszyła   w 
kierunku domu. Próbowała rozjaśnić twarz, kiedy otwierała drzwi.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 114

   

Briannę zastała w korytarzu, witającą ją promiennym uśmiechem.
- Och, jak dobrze, że pożyczył ci kurtkę. Pomyślałam o tym dopiero po 

twoim wyjściu. Dobrze się bawiłaś?

Shannon   poczuła   się   zaskoczona,   gdy   nie   użyła   żadnego 

stereotypowego zwrotu. - Ten mężczyzna jest obłąkany. Brianna zdziwiła się. - 
Murphy?

- A któż inny. Mówię ci przecież. Pomieszało mu się w głowie. Brak mu 

zdrowego rozsądku.

Gestem zupełnie naturalnym, jak każdy jej gest, Brianna ujęła Shannon 

za rękę i poprowadziła w kierunku kuchni. - Pokłóciliście się?

-   Pokłóciliśmy?   Tego   bym   nie   powiedziała.   Nie   można   się   kłócić   z 

obłąkanym.

- Cześć, Shannon! - przywitał ją Gray, gdy stanęły w drzwiach kuchni. 

Spojrzał badawczo. Trzymał w ręku kawałek ciasta, który właśnie sobie ukroił. 
- Jak kolacja? Masz może jeszcze miejsce na ciasto? Brianna robi najlepsze w 
świecie.

-   Coś   zaszło   między   nimi   -   poinformowała   go   Brianna,   sadzając 

Shannon na krześle. Poszła po imbryk z herbatą.

-   Nie   bujaj.   -   Zaintrygowany   Gray   odłożył   ciasto   i   ukroił   następny 

kawałek. - Co się stało?

- Nic takiego. Po prostu chce się ze mną ożenić i mieć dzieci.
Brianna   omal   nie   zrzuciła   na   podłogę   imbryka,   ale   udało   jej  się   go 

ocalić. - Żartujesz - powiedziała i prawie wybuchnęła śmiechem.

- Gdyby to był żart, to cieszyłabym się, ale wcale to tak nie wygląda. - 

Shannon bezmyślnie dzieliła ciasto, które podał jej Gray. - Powiedział, że stara 
się   o   mnie.   -   Chrząknęła   i   przełknęła   kawałek   ciasta.   -   Możesz   to   sobie 
wyobrazić? - zwróciła się do Graya.

- Ach... - Gray oblizał się. - Nie!
Brianna z otwartymi szeroko ze zdumienia oczami powoli zajmowała 

miejsce przy stole. - Powiedział, że chce się o ciebie starać?

-   Powiedział,   że  już   to   robi   -   poprawiła   Shannon   i   wzięła   następny 

kawałek. - Mówi, że zakochał się od pierwszego wejrzenia, że jesteśmy sobie 
przeznaczeni, i inne śmieszne rzeczy. Coś o tym, że znamy się już od dawna, i 
tym podobne głupstwa - powiedziała cicho i nalała sobie herbaty.

- Murphy o nikogo się nie starał. Nigdy nie chciał.
Shannon   odwróciła   się   do   Brianny,   marszcząc   gniewnie   czoło.   - 

Chciałabym, żebyście przestali używać tego staroświeckiego zwrotu. Bardzo 
mnie ono denerwuje.

- Zwrot? - wtrącił Gray. - Czy to, co się pod nim kryje?

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 115

   

- I to, i to. - Shannon oparła się na łokciach. - Tak jakby wszystko nie 

dość się skomplikowało.

- Czy jest ci obojętny? - zapytała Brianna.
- Nie jest mi obojętny - odparła Shannon ze złością. - Właśnie o to 

chodzi.

-   Wątek   zaczyna   robić   się   ciekawy.   -   Gray   uśmiechnął   się,   widząc 

wściekłe spojrzenie Shannon. - Musisz zrozumieć, że Irlandczycy to uparty 
naród, a już w szczególności Irlandczycy z zachodu. Jeśli Murphy ma cię na 
oku, to nie da za wygraną.

- Nic już nie mów, Gray. - Brianna z sympatią położyła rękę na dłoni 

Shannon. - Jest rozgniewana, a poza tym to sprawa uczuć.

- Nie jestem zła - odparła Shannon stanowczo. - Co innego iść do łóżka 

z mężczyzną, a co innego spędzić z nim resztę życia... To dwie całkiem różne 
rzeczy.   A   on...   on   jest   po   prostu   zbyt   romantyczny.   -   Zmarszczyła   brwi   i 
skupiła się na ostatnim kawałku ciasta. - I ta bzdura, ten pomysł, że dziwne sny 
mówią o przeznaczeniu.

- Murphy ma dziwne sny?
Zbita z tropu Shannon spojrzała na Briannę. - Nie wiem, nie pytałam.
- Ty masz. - Gray wpadł w zachwyt. Nachylił się ku niej. - Opowiadaj, 

w szczególności wątki erotyczne.

- Przestań, Graysonie.
Shannon   rozbawiła   się   jednak.   Dziwne,   myślała,   mógłby   być   moim 

starszym bratem. Zawsze o nim marzyłam. - Ociekają erotyką... - powiedziała, 
oblizując usta.

- Naprawdę? - Pochylił się jeszcze niżej. - Zaczynaj i nie waż się nic 

pomijać. Każdy szczegół jest ważny.

- Nie zwracaj na niego uwagi, Shannon.
-   W   porządku.   -   Zapełniwszy   brzuch   po   brzegi,   Shannon   odsunęła 

paterę z ciastem na bok. - Może wam się to wydać ciekawe. Nigdy dotąd nie 
miałam powtarzających się snów. Są to raczej przypadkowe sceny, tak mi się 
przynajmniej wydaje.

-  Doprowadzasz mnie  do szaleństwa  - powiedział  Gray.  -  Zdradź w 

końcu, o czym śnisz!

- Dobrze.
Rzecz dzieje się na polu, tam, gdzie stoi kamienny krąg. Zabawne, ale 

przyśnił mi się, zanim go zobaczyłam. Ale to przecież niemożliwe! - Ciągnęła 
jednak dalej. - Jest zimno, nawet mroźno. Pada. Kiedy idę przez pole, szron 
trzeszczy pod moimi stopami. Nie, to nie ja - poprawiła z urwanym śmiechem. 
- Kobieta ze snu. Jest tam też mężczyzna. Czarne włosy, ciemny płaszcz, siedzi 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 116

   

na   białym   koniu.   Widać,   jak   unosi   się   nad   nimi   obłok   pary,   a   wokół 
rozpryskuje błoto, które pokrywa mu buty i zbroję. Jedzie w moim kierunku, to 
znaczy w jej kierunku. Bardzo szybko. Kobieta stoi, włosy rozwiewa jej wiatr 
i...   -   Przerwała.   Zdążyła   zauważyć   szybkie,   pełne   strachu   spojrzenia,   jakie 
wymienili między sobą Brianna i Gray. - O co chodzi? - zapytała.

-   To   brzmi   jak   opowieść   o   rycerzu   i   czarownicy.   -   Wzrok   Graya 

przygasł i skupił się na twarzy Shannon. - Co się dzieje dalej?

Shannon schowała ręce pod stół i złożyła je razem. - Wy mi powiedzcie.
- Dobrze. - Gray spojrzał na Briannę, która gestem wyraziła zgodę na to, 

aby on opowiedział tę historię.

-   Legenda   mówi,   że   mieszkała   na   tej   ziemi   pewna   mądra   kobieta, 

czarownica. Miała dar przewidywania, który przynosił jej tyle szkody, co i 
błogosławieństwa.   Mieszkała   sama,   z  dala  od  ludzi.   Pewnego  ranka,   kiedy 
udała się pod kamienny krąg, by tańczyć i obcować z bogami, znalazła tam 
rannego wojownika. W pobliżu stał koń. Miała dar leczenia. Zabrała go do 
siebie   i   pielęgnowała,   dopóki   rany   nie   zagoiły   się   i   nie   powrócił   do   sił. 
Zakochali   się   w   sobie,   zostali   kochankami...   -   Gray   przerwał,   nalał   sobie 
herbaty do filiżanki i podniósł ją do ust. - Opuścił ją oczywiście, ponieważ 
musiał wziąć udział w bitwach, do których zobowiązał się pod słowem honoru. 
Przysięgał, że wróci. Dała mu broszę do spinania płaszcza, która miała mu ją 
przypominać.

- Czy... - Shannon łamał się głos. - Czy wrócił?
-   Mówią,   że   tak.   Jechał   do   niej   przez   pola   podczas   burzy,   która 

wstrząsała niebem. Chciał ją poślubić, ale nie mógł odłożyć na bok miecza i 
tarczy. Gorzko przez to cierpieli. I choć ich miłość była wielka, nic nie mogli 
na to poradzić. Gdy opuszczał ją znowu, oddał jej broszę, aby myślała o nim, 
dopóki   nie   wróci.   Nigdy   go   już   jednak   nie   zobaczyła.   Zginął   podobno   w 
bitwie.   Mając   dar   widzenia,   odgadła   moment   jego   śmierci.   Tyle   powiada 
legenda.

Gray i Brianna nagle posmutnieli.
Shannon wzięła filiżankę. - Nie wierzę w takie rzeczy i nie wmówicie 

mi, że wy w nie wierzycie.

Gray wzruszył ramionami. - Ja wierzę. Czemu miałbym nie wierzyć, że 

tych dwoje kiedyś istniało, że wytworzyła się między nimi więź tak silna, że 
przetrwała   do   tej   pory.   Ciekawi   mnie   tylko,   dlaczego   tobie   właśnie   się 
przyśnili.

- Miałam już kilka snów o człowieku na białym koniu. Jestem pewna, że 

dobry psychiatra nie znalazłby w tym nic nadzwyczajnego. Jestem zmęczona - 
dodała wstając. - Idę do łóżka.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 117

   

- Weź herbatę - łagodnie powiedziała Brianna.
- Dziękuję.
Gdy Shannon wyszła, Brianna położyła rękę na ramieniu Graya. - Nie 

żartuj sobie z niej za wiele, Graysonic, jest taka przygnębiona.

-   Poczuje   się   znacznie   lepiej,   jeśli   przestanie   tak   wszystko   w   sobie 

dusić. - Z półuśmiechem odwrócił głowę i przycisnął usta do dłoni Brianny. - 
Spróbuję pamiętać.

- Potrzebuje czasu, tak jak i ty potrzebowałeś. - Westchnęła głęboko. - 

Murphy! Kto by to pomyślał...

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 118

   

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Shannon nie zjawiła się następnego poranka przy kamiennym kręgu.
Nie dlatego, że zaczęła unikać Murphy'ego, po prostu zaspała.
To, że znowu śniłam, wcale nie jest zaskakujące, myślała przy późnym 

śniadaniu,   pijąc   kawę   i   pogryzając   bułeczki.   Ciasto   przed   snem   i   legenda 
opowiedziana   przez   króla   gawędziarzy   tłumaczą   męczącą   noc.   Martwiła   ją 
jednak jasność wizji. Roiła sny na jawie. Nie były to zwykłe majaki. Czuła 
szorstki materiał na plecach, ostre, zmarznięte źdźbła trawy. Ciepło i ciężar 
męskiego ciała na sobie. I w sobie.

Odetchnęła   głęboko,   przyciskając   rękę   do   serca.   Wspomnienie   snu 

obudziło   w   niej   tęsknotę.   Śniła   o   kochaniu   się   z   mężczyzną   o   twarzy 
Murphy'ego, lecz nie z Murphym. Znajdowali się w kręgu z kamieni, nad nimi 
świeciły gwiazdy i jasny jak latarnia morska księżyc. Słyszała pohukiwania 
sowy, czuła ciepły oddech na swoich policzkach. Dotykała jego muskułów, 
napiętych i twardych. Wiedziała też, nawet w chwili największej rozkoszy, że 
jest z nim po raz ostatni.

Ciężka to była myśl, bardzo ją to bolało. Ją, wytrąconą już ze snu i w 

pełni świadomą. Czuła, że gorące łzy wciąż kryją się pod jej powiekami.

Uniosła   filiżankę   z   kawą.   Muszę   się   w   końcu   wyspać   bez   tych 

dręczących   snów,   ostrzegła   samą   siebie.   W   przeciwnym   bowiem   razie   nie 
pozostanie   mi   nic   innego,   jak   przyłączyć   się   do   tych   znajomych,   którzy 
wydzwaniają do gabinetów terapeutycznych.

Zamieszanie za drzwiami spowodowało, że twarz jej się rozpogodziła. 

Ktokolwiek to był, Shannon była mu wdzięczna za wizytę. Za chwilę jednak 
zmieniła zdanie, widząc wchodzącą Maggie.

- Wpuszczę cię, wpuszczę - mówiła Maggie do Cona. - Nie musisz się 

wpychać.

Pies   wbiegł   przez   otwarte   drzwi   i   znikł   pod   stołem.   Tam   przysiadł, 

ciężko dysząc.

- Jestem pewna, że jesteś tu mile widziany.
Dobrotliwy   uśmiech   Maggie   ochłodził   się   o   kilka   stopni,   kiedy 

spostrzegła Shannon samą w kuchni. - Dzień dobry. Przyniosłam trochę jagód 
dla Brie.

-   Brie   poszła   załatwić   jakieś   sprawunki,   a   Gray   pracuje   na   górze, 

Maggie.

-   Postawię   to   tam.   -   Zupełnie   jakby   znalazła   się   u   siebie   w   domu, 

Maggie podeszła do lodówki i włożyła do niej torbę. - Jak się udała kolacja z 
Murphym?

- Wieści szybko się roznoszą! - Shannon nie mogła powstrzymać złości. 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 119

   

- Dziwne, że nie wiesz, co takiego podał do stołu?

Z   uśmiechem   odzwierciedlającym   nastrój,   w   jakim   się   znajdowała, 

Maggie odwróciła się do Shannon. - Och, z pewnością był to kurczak. Murphy 
dobrze piecze, ale nieczęsto przyjmuje kobiety. - Zdjęła czapkę i wetknęła ją 
do kieszeni. - Jest tobą zainteresowany, prawda?

- Wydaje mi się, że to jego i moja sprawa.
- Źle ci się wydaje. Ostrzegam cię, uważaj na swoje kroki...
- Nie interesują mnie ani twoje ostrzeżenia, ani twoje wrogie do mnie 

nastawienie.

Maggie  pochyliła   głowę   w  geście  pogardy.   -   A   co  ciebie   właściwie 

interesuje,   Shannon   Bodine?   Doskonale   się   bawisz,   kiedy   mężczyzna   ci 
nadskakuje,   wiedząc,   że   nic   z   tego   nie   wyniknie.   Nic   dziwnego,   jesteś 
dzieckiem zabawy!

Czerwona mgła wściekłości oślepiła Shannon. Poderwała się na równe 

nogi, zacisnęła pięści, jakby szykowała się do walki. - Niech cię szlag trafi! 
Nie masz prawa obrzucać oszczerstwami mojej matki!

- Masz rację, całkowitą rację. - Gdyby tylko Maggie w porę ugryzła się 

w   język,   powstrzymałaby   te   niesprawiedliwe   słowa.   -   Przepraszam   cię   - 
powiedziała.

- Po co? Mówisz zupełnie jak twoja matka - odgryzła się Shannon.
Maggie tylko się skrzywiła. - Lepiej nie mogłaś trafić. Rzeczywiście, 

powiedziałam to tak, jak ona, i moje słowa są równie niesprawiedliwe, jak jej. 
Przepraszam   cię   za   to   jeszcze   raz,   ale   tylko   za   to.   -   Maggie   podeszła   do 
kuchenki i nastawiła czajnik, żeby się uspokoić. - Chciałam cię jednak zapytać, 
spróbuj być szczera, przecież jesteśmy tu tylko we dwie, czy nie myślałaś tego 
samego o moim ojcu? Tego, co przed chwilą powiedziałam o twojej matce.

Celność pytania zmusiła Shannon do obrony. - Jeśli nawet myślałam, to 

byłam na tyle grzeczna, aby tego nie mówić.

- Jak widać grzeczność i hipokryzja często idą w parze. - Shannon ze 

świstem wypuściła powietrze z płuc. Usatysfakcjonowana Maggie poszła po 
pudełko z herbatą. - Wiesz, może powinnyśmy się jakoś zgodzić. Wskutek 
zbiegu   okoliczności   łączą   nas   związki   krwi,   z   czego   żadna   z   nas   nie   jest 
zadowolona.   Sądzę,   że   nie   należysz   do   wrażliwych   kobiet.   Ja   też   nie,   ale 
Brianna tak.

- Masz zatem zamiar ochraniać ją przede mną?
- Jeśli zajdzie taka potrzeba. Jeżeli zranisz kogoś z moich bliskich, nie 

daruję ci tego! - Mówiąc to Maggie odwróciła się, a jej twarz była poważna. - 
Zrozum mnie. To chyba jasne, że Brianna otworzyła przed tobą serce, i jeśli 
Murphy nie zrobił tego do tej pory, to z pewnością to uczyni.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 120

   

- Ty zaś zdążyłaś już je zamknąć...
- A ty nie? - Maggie podeszła do stołu i oparła na nim ręce. - Czy nie 

przyjechałaś tu już z konkretnym nastawieniem? Nic cię nie obchodzi, co czuł 
ojciec. Myślisz tylko o sobie. Nie ma dla ciebie najmniejszego znaczenia to, że 
nie miał żadnej szansy na lepsze rozwiązanie. Nigdy. - Przerwała, bo oczy 
zaszły jej mgłą. Zbladła, pochyliła się nad stołem, próbując złapać równowagę.

Widząc ją w takim stanie, Shannon złapała ją za ramiona. - Siadaj, na 

miłość boską.

- Nic mi nie jest.
- Jasne.
Maggie zbladła jak śmierć, oczy zaszły jej mgłą.
- Skończymy innym razem.
Maggie   osunęła   się   bez   czucia   na   krzesło,   nie   próbując   nawet 

protestować, kiedy Shannon wepchnęła jej głowę między kolana. - Oddychaj, 
do   jasnej   cholery,   oddychaj!   -   Uderzyła   niezręcznie   Maggie   w   plecy, 
zastanawiając się, co powinna zrobić. - Pobiegnę po Graya, wezwiemy lekarza.

- Nie potrzebuję lekarza. - Walcząc z zawrotami głowy, Maggie szukała 

po omacku ręki Shannon. - Nie przeszkadzaj mu. Jestem w ciąży, to wszystko. 
Przez kilka pierwszych tygodni, kiedy nosiłam Liama, czułam się tak samo. - 
Zawstydzona  swą  słabością,   Maggie  drżąc  oparła  się  wygodnie  na  krześle. 
Wiedziała,   co   musi   robić.   Zamknęła   oczy   i   równomiernie   oddychała.   Ze 
zdziwieniem otworzyła je, gdy poczuła na czole chłodny ręcznik. - Dziękuję.

- Napij się wody. - Mając nadzieję, że podjęła właściwe kroki, Shannon 

szybko podała Maggie szklankę. - Wciąż jesteś okropnie blada.

- To przejdzie. W ten sposób natura przypomina mi, że za dziewięć 

miesięcy czeka mnie coś znacznie gorszego.

- Przyjemne myśli. - Shannon usiadła, wbijając w nią wzrok. - Dlaczego 

chcesz mieć jeszcze jedno dziecko?

-   Lubię   wyzwania.   To,   że   chcę   więcej   dzieci,   okazało   się   wielką 

niespodzianką.   Wcześniej   nie   sądziłam,   że   kiedykolwiek   zdecyduję   się   na 
pierwsze. To wielka przygoda, naprawdę. Trochę zawrotów głowy, poranne 
mdłości, nadmierne tycie.

- Wezmę twoje słowa pod uwagę. Chyba wraca ci kolor.
- Możesz zatem przestać się na mnie gapić, jakby co najmniej wyrosły 

mi skrzydła. - Zdjęła ręcznik z czoła i położyła go na stole. - Dziękuję.

Shannon   odetchnęła   z   ulgą   i   już   spokojna   odchyliła   się   na   oparcie 

krzesła. - Nie ma za co.

-   Zanieś   to   na   górę.   -   Maggie   wskazała   mokry   ręcznik.   -   Będę 

wdzięczna, jeśli nie wspomnisz o tym ani słowa Brie ani nikomu innemu. Brie 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 121

   

zacznie się denerwować, a Rogan zamęczy mnie pytaniami.

- Nie lubisz, żeby się tobą zajmowano, wolisz opiekować się innymi.
- Można tak to ująć.
Shannon   zamyśliła   się,   palcami   wystukując   rytm.   Chyba 

przekroczyłyśmy jakąś barierę, myślała, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. 
Może powinnyśmy podjąć jeszcze jeden poważny krok.

- Chcesz, żebym milczała?
- Tak.
- Jaką to ma wartość dla ciebie?
Mając się na baczności, Maggie zamrugała oczami. - Jaką wartość? - 

spytała zdziwiona.

- Możemy wyświadczyć sobie przysługę.
Maggie zmarszczyła brwi i przytaknęła. - Czemu nie. O jakąż przysługę 

chodzi?

- Chcę zobaczyć, gdzie pracujesz!
- Moją pracownię! - W głosie Maggie brzmiała podejrzliwość. - Mój 

szklany dom?

Słodycz zemsty, pomyślała Shannon.
-   Słyszałam,   że   nienawidzisz,   kiedy   ludzie   przychodzą   do   twojej 

pracowni, zadają pytania, wtykają wszędzie nos. A ja właśnie chcę to robić. - 
Wstała, aby odnieść filiżankę do zlewu. - Jeśli się nie zgodzisz, wcześniej czy 
później wymknie mi się, że niemal straciłaś przytomność w kuchni.

- Nie straciłam przytomności - wydusiła z siebie Maggie. - Nie można 

pozwolić sobie nawet na chwilę słabości - ciągnęła, wstając od stołu. - Ludzie 
nie są tolerancyjni względem ciężarnych kobiet. Chodźmy zatem. - Wyraźnie 
niezadowolona wyjęła czapkę z kieszeni i wciągnęła na głowę.

- Myślałam, że pojedziemy samochodem.
-   Typowa   Amerykanka   -   skomentowała   Maggie   z   niesmakiem.   - 

Pójdziemy pieszo.

- Świetnie. - Shannon zdjęła z wieszaka kurtkę Murphy'ego i wyszła w 

ślad za Maggie. - Gdzie jest Liam? - spytała, gdy szły przez trawnik z tyłu 
domu.

-   Jest   z   ojcem.   Rogan   uważał,   że   powinnam   wypocząć   dziś   rano,   i 

zabrał go do galerii na kilka godzin.

- Chciałabym zobaczyć tę galerię. Widziałam „Worldwide” w Nowym 

Jorku.

- Ta nie jest zbyt efektowna. Od początku Rogan nosił się z zamiarem 

stworzenia domu sztuki, a nie wielkiej galerii. Wystawiamy tam tylko prace 
irlandzkich   artystów   i   rzemieślników.   Minął   dopiero   rok   od   otwarcia,   ale 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 122

   

przedsięwzięcie się udało. Zresztą jemu zawsze wszystko się udaje. - Maggie 
przeskoczyła przez pierwszy mur.

- Od jak dawna jesteście małżeństwem?
-   Niedługo   miną   dwa   lata.   To   także   jedno   z   jego   przedsięwzięć.   - 

Wspomnienie   wywołało   uśmiech   na   twarzy   Maggie.   Stawiała   mu   przecież 
przeszkody na każdym kroku. - A ty? Nie myślisz o małżeństwie? Nikt tam nie 
czeka na twój powrót?

- Nie. - Jakby na zawołanie Shannon usłyszała terkot traktora daleko w 

polu i zobaczyła Murphy'ego. - Koncentruję się na karierze.

- Wiem, jak to jest. - Maggie wskazała Murphy'ego ręką. - Jedzie teraz 

na bagna po torf. Ma dzisiaj odpowiednią pogodę na tę pracę. Murphy woli 
palić torfem niż drewnem lub węglem.

Torf   do   kominka   i   bagno,   pomyślała   Shannon.   A   jednak   czyż   nie 

wygląda wspaniale, jadąc przez pola, kiedy słońce świeci mu nad głową!

- Sam to wszystko robi?
-   Nie,   weźmie   kogoś   do   pomocy.   Samemu   trudno   dać   sobie   radę   z 

torfem. Poza tym niewiele osób teraz tym się zajmuje. To bardzo czasochłonna 
praca i wymaga dużo wysiłku. Murphy jednak zawsze stara się wykorzystać to, 
co   ma.   -   Maggie   zamilkła   na   chwilę   i   rozejrzała   się   dookoła.   -   Zbiory 
zapowiadają się dobrze tego roku. Po śmierci ojca poświęcił się całkowicie 
„gospodarstwu. Udało mu się doprowadzić je do perfekcji. Jego ojciec również 
był dobrym gospodarzem, czego nie mogę powiedzieć o swoim.

Ruszyły   dalej.   Maggie   wskazała   na   pola,   które   mijały.   -   Ta   ziemia 

należała niegdyś do Concannonów.

- Murphy wspominał, że odkupił ją od was.
Przebyły następny mur. Znalazły się już blisko farmy. Shannon widziała 

kurczaki grzebiące w ziemi na podwórku.

- Czy to był wasz dom?
- Tak, ale ja tego nie pamiętam. Wyrosłyśmy w Blackthorn. Jeśli cofnąć 

się o kilka pokoleń wstecz, okaże się, że Muldoonowie i Concannonowie są 
spokrewnieni. Ludzie powiadają, że odziedziczyli kiedyś tę ziemię dwaj bracia 
i podzielili ją między siebie. Jeden siał i zbierał plony, jakie dawała ziemia, 
drugi   zaś   hodował   na   swym   polu   kamienie.   Podobno   więcej   pił,   niż   orał. 
Zazdrościli sobie i nie żyli w zgodzie. Ich żony, gdy przyszło im się spotkać, 
nigdy ze sobą nie rozmawiały.

-   A   to   ciekawe   -   skomentowała   Shannon,   zbyt   zaintrygowana,   by 

pamiętać o tym, że ma zostawić kurtkę na werandzie z tyłu domu.

- Pewnego dnia drugi brat, ten, który wolał piwo od nawożenia, zniknął 

i nigdy więcej już nie wrócił. Zgodnie z prawem dziedziczenia, pierwszy brat 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 123

   

stał   się   teraz   właścicielem   całej   posiadłości.   Pozwolił   swojej   bratowej 
zamieszkać w domu w wiosce.  Teraz ja go zajmuję. Ludzie powiadają, że 
zrobił to z poczucia winy. Podejrzewano, że to za jego przyczyną zaginął drugi 
brat.

- Zabił go? - zapytała zdziwiona Shannon, rozglądając się wokół. - Czy 

to historia o Kainie i Ablu?

- Trochę podobna,  jak mi się wydaje. Wprawdzie brat morderca nie 

zosta!   wygnany   z   raju...   Stał   się   jego   właścicielem.   Bracia   nazywali   się 
Conceinonowie. Po jakimś czasie jedna z córek zaginionego brata wyszła za 
Muldoona. Dostali kawałek ziemi od wuja i dobrze ją uprawiali. Po latach 
wszystko   się   zmieniło.   Teraz   jest   to   ziemia   Muldoonów,   a   Concannonom 
pozostał żywopłot.

- Nie jest ci przykro z tego powodu?
- A dlaczego miałoby mi być przykro? Sprawiedliwości stało się zadość. 

Nawet jeśli ta historia nie jest prawdziwa, jeśli ten brat wpadł po pijanemu w 
trzęsawisko, ziemia należy się Murphy'emu. On kocha tę ziemię. Mój ojciec 
nie miał do niej serca ani ręki. Jesteśmy na miejscu. To jest mój dom.

- Piękny...
To   była   prawda.   Shannon   przyglądała   się   budynkowi.   Znacznie   się 

różnił od innych domów. Ściany zbudowane z charakterystycznego dla tych 
okolic kamienia wznosiły się na wysokość dwóch pięter. Miał bardzo ciekawą 
przybudówkę. Domyśliła się, że postawiono ją całkiem niedawno. Widać tu 
rękę artysty,  pomyślała,  patrząc  na  zdobiący  dom  ornament w  szkarłatnym 
kolorze.

- Dobudowaliśmy ten fragment, żeby Rogan mógł urządzić tam biuro i 

pokój dla Liama. - Maggie potrząsnęła głową, przypominając sobie budowę. - 
Oczywiście  uparł   się,   żeby   dodać   jeszcze  jeden   czy   dwa   pokoje  w   trakcie 
robót.   Już   wtedy   planował   dużą   rodzinę,   kiedy   mnie   to   jeszcze   wcale   nie 
powstało w głowie.

- Widzę, że zdołał cię przekonać.
- Och, jest taki szczęśliwy, że ma rodzinę. Rogan był jedynakiem. To 

prawdopodobnie   dlatego.   Dopiero   niedawno   odkryłam,   że   myślę   podobnie. 
Jestem dobrą matką i czerpię z tego dumę. Dziwne, jak wiele może zmienić 
jedna osoba.

-   Nie   sądziłam,   że   miłość   może   cię   zmienić   -   cicho   powiedziała 

Shannon. - Wydajesz się taką indywidualistką.

-   Co   ma   jedno   do   drugiego?   -   Maggie   odetchnęła   głęboko,   robiąc 

niezadowoloną minę. Spoglądała w kierunku kamiennego budynku. To była jej 
samotnia, jej sanktuarium. Jej warsztat pracy. - Przystąpmy więc do sprawy. 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 124

   

Ale w układzie nie ma nic o dotykaniu wszystkich rzeczy po kolei.

- A cóż na to słynna irlandzka gościnność, Maggie.
- Niech cię diabli - odpowiedziała z uśmiechem i weszła przez otwarte 

drzwi.

W środku było okropnie gorąco.  W rozpalonym  piecu huczał ogień. 

Shannon   uświadomiła   sobie,   że   huk   ten   słyszała   już   w   drodze   do   domu 
Maggie. Teraz zdała sobie sprawę, że odrywa ją od pracy, i poczuła się winna. 
- Przepraszam, nie wiedziałam, że ci przerywam.

- Nie spieszy mi się.
Zaciekawienie wzięło jednak górę nad poczuciem winy. Ławki, półki 

zapełniały   narzędzia,   podarte   kartki   papieru,   rozpoczęte   prace.   W 
pomieszczeniu stało duże drewniane krzesło z szerokim oparciem i żłobieniami 
po bokach. Wiadra pełne wody i piasku. W jednym z kątów tkwiły, niczym 
włócznie, długie metalowe drążki.

- Czy służą do dmuchania szkła?
- Nie, na nich topi się szkło w piecu. Do dmuchania służą te tutaj. - 

Maggie wzięła piszczel do ręki.

Szklane   bańki,   myślała   Shannon,   patrząc   z   zaabsorbowaniem   na 

różnokształtne,   tajemniczo   powyginane   przedmioty   stojące   na   półkach:   -   I 
umiesz z tego zrobić cokolwiek zechcesz?

- Robię tylko to, co czuję. Nadawanie kształtu to ostatnia faza całej 

pracy. Zanim nadam ostateczny kształt jakiejś rzeczy, zanim ją schłodzę, dużo 
pracuję siedząc w fotelu. To zajmuje mnóstwo czasu, dopiero potem korzystam 
z pieca. Narzędzia są cały czas w ruchu. Ta praca to walka. - Maggie pokręciła 
głową. - Chcesz spróbować?

Shannon czuła się oczarowana. Nie zaskoczyła jej jednak ta propozycja. 

Uśmiechnęła się. - Idę o zakład, że dam radę.

- Coś łatwego - wymamrotała Maggie, rozpoczynając przygotowania. - 

Może kulę? Spłaszczoną u spodu, jak przycisk do papieru.

Za chwilę Shannon miała na rękach ciężkie rękawice. Maggie podała jej 

jeden   z   tych   długich   drążków,   które   przyciągnęły   jej   uwagę   na   początku. 
Stosując się do instrukcji, zanurzyła drążek w płynnym szkle i obróciła go 
dookoła. Już za chwilę przystąpiła do dmuchania bańki.

-   Nie   bądź   taka   szybka   -   wyrwało   się   Maggie.   -   Trzeba   wiele 

cierpliwości. Pracuj powoli.

Ależ to wysiłek, pomyślała Shannon. Nie jest to praca dla cherlaków. Po 

plecach   spływał   jej   pot,   ale   nie   czuła   tego.   Nagle   zobaczyła,   że   na   końcu 
piszczeli pojawiła się bańka. - Udało mi się!

- Nic ci się nie udało. - Maggie prowadziła jej ręce pokazując, co robić i 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 125

   

jak obtoczyć przedmiot w glince. Wyjaśniała każde posunięcie. Żadna z nich 
nie uświadomiła sobie tego, że pracują razem i że sprawia im to przyjemność.

-   Ach,   to   cudowne!   -   Podniecona   jak   dziecko   Shannon   patrzyła 

rozpromieniona na szklaną kulę. - Popatrz, jak wirują w niej kolory.

-   Nie   ma   sensu   robienie   czegoś   brzydkiego.   Tym   musisz   ją   teraz 

spłaszczyć   -   powiedziała   Maggie,   podając   Shannon   płaskie   narzędzie.   - 
Ostrożnie!   O,   teraz   dobrze.   Masz   zręczne   dłonie.   -   Okręciła   piszczel, 
pokazując, jak umocować doń drążek. - Teraz mocno uderz.

Shannon nie zdążyła mrugnąć, a jej kula przywarła do drążka.
-   Włóż   to   z   powrotem   do   pieca!'   -   poleciła   niecierpliwie   Maggie.   - 

Trzeba rozgrzać krawędź. Dobrze, tylko nie za bardzo. Teraz poczekamy aż 
ostygnie, chodzi o to, żeby stwardniało. Weź to i uderz znowu...

Kiedy   kula   wylądowała   na   grubej   azbestowej   podkładce,   Maggie 

zamknęła spokojnie piec i nastawiła czasomierz. - Cudownie. Zrobiłaś to dość 
sprawnie. - W chwilę potem wyciągnęła z małej lodówki dwa zimne napoje. - 
Nie mogę powiedzieć, żebyś była głupia albo miała dwie lewe ręce.

- Dziękuję - odpowiedziała sucho Shannon i długo piła ze swej szklanki. 

- Myślę, że ta lekcja, jaką zmuszona byłaś mi dać, przerosła moje oczekiwania.

Maggie uśmiechnęła się.  - Zaciągnęłaś dług wobec mnie,  czy tak to 

mam rozumieć?

- Oczywiście. - Shannon od niechcenia oglądała szkice porozrzucane po 

warsztacie.   -   Są   świetne.   Widziałam   kilka   twoich   szkiców   i   obrazów   w 
Nowym Jorku.

- Nie jestem malarką, ale Rogan nie przepuści żadnej okazji. To on 

wybiera prace, które mu się podobają, i je wystawia.

- Muszę przyznać, że twoja ceramika jest lepsza od rysunków.
Maggie krztusząc się przełknęła napój. - Tak sądzisz?
- Tak, ale jestem pewna, że Rogan ma dobre oko i wybiera najlepsze z 

twych prac.

- O, z całą pewnością. Ty jesteś za to malarką. Nie wątpię, że trzeba 

ogromnego talentu do projektowania reklam.

Sprowokowana Shannon odstawiła szklankę. - Chyba nie sądzisz, że 

jesteś w tym lepsza ode mnie?

- Nigdy nie widziałam żadnej z twoich prac. Przypadkiem natknęłam się 

na jedną, gdy przeglądałam jakieś czasopismo, siedząc w kolejce u dentysty.

Shannon poderwała się i schwyciła kawałek węgla. Więcej trudności 

miała  ze  znalezieniem   podkładki  i  czystej  kartki.   Kiedy  Maggie  przysiadła 
bezczynnie na ławie, Shannon pochyliła się nad pracą. Rzuciła na papier kilka 
szybkich   kresek,   popędzał   ją   gniew,   ale   za   chwilę   doznała   przyjemności. 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 126

   

Pragnęła, by rysunek był piękny.

- O, przecież to Liam! - Głos Maggie stał się miękki, gdy patrzyła, jak 

zarysowuje się sylwetka jej syna.

Shannon   zdążyła   narysować   dopiero   głowę   i   ramiona,   starając   się 

uchwycić figlarność, która nieustannie tańczyła w oczach i na ustach dziecka. 
Czarne włosy miał w nieładzie, na wargach błąkał się uśmieszek. - Zawsze 
wygląda   tak,   jakby   miał   kłopoty   albo   ich   szukał   -   zamruczała   Shannon, 
cieniując portret.

-   To   prawda...   Mój   Liam   jest   kochany.   Udało   ci   się   go   uchwycić, 

Shannon.

Zaniepokojona barwą jej głosu, Shannon spojrzała na Maggie. - Chyba 

nie zaczniesz płakać? Bardzo proszę.

- To hormony. - Maggie potrząsnęła przecząco głową i westchnęła. - A 

teraz z pewnością chcesz, żebym przyznała, że lepiej ode mnie rysujesz?

- Wystarczy, że o tym wiesz. - W rogu kartki umieściła swoje inicjały, 

ale za chwilę je oddarła. - W zamian za przycisk do papieru - powiedziała, 
wręczając rysunek Maggie.

- W żadnym przypadku. Teraz ja mam wobec ciebie dług.
Shannon   podniosła   szmatkę,   żeby   wytrzeć   przybrudzone   węglem 

dłonie. Popatrzyła na palce. - Powiedz mi coś o Tomie Concannonie. - Nie 
wiedziała, dlaczego poczuła nagle taką potrzebę, była tym pytaniem nie mniej 
zaskoczona niż Maggie.

Pytanie brzęczało w powietrzu przez kilka długich sekund.
- Chodźmy do domu. - Ton Maggie stał się dziwnie łagodny, jak i ręka, 

którą położyła na ramieniu Shannon. - Zrobię herbaty i porozmawiamy.

Tam   właśnie   znalazła   je   Brianna,   wchodząc   do   kuchni,   z   Kaylą   i 

koszyczkiem sodowego chleba. - Och, Shannon, nie wiedziałam, że tu jesteś. - 
Nie przyszłoby jej nigdy do głowy, że Shannon może siedzieć w kuchni z 
Maggie, gdy ta właśnie parzy herbatę. - Przyniosłam ci trochę chleba, Maggie.

- Dziękuję. Może go od razu pokroimy. Umieram z głodu.
- Nie miałam zamiaru pozostać tu dłużej.
- Myślę, że musisz. - Maggie spojrzała prosto w oczy Brianny. - Kayla 

właśnie zasnęła w nosidełku, Brie. Postaw ją gdzieś, niech się zdrzemnie.

- Dobrze.
Każda z kobiet czuła napięcie, jakie wytworzyło się w kuchni. Brianna 

odstawiła chleb i wyniosła dziecko do pokoju.

- Boi się, że zaraz zaczniemy pluć na siebie - oznajmiła Maggie. - Brie 

nie nadaje się do kłótni.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 127

   

- Jest bardzo wrażliwa i spokojna.
- To prawda, ale tylko dotąd, dokąd ktoś nie nadepnie jej na odcisk. 

Wtedy   potrafi   być   gwałtowna.   Co   ciekawe,   wydaje   się   wówczas   o   wiele 
bardziej dzika, niż jest w rzeczywistości. Prawdopodobnie dlatego, że nikt nie 
spodziewa się po niej takiej reakcji. To ona znalazła listy twojej matki. Ojciec 
trzymał je na strychu, wyobraź sobie. W pudełku, do którego wkładał cenne 
dla siebie przedmioty. Nie przeglądałyśmy żadnych jego rzeczy długo po jego 
śmierci. - Maggie przyniosła imbryk i usiadła. - Wydawało to się nam bardzo 
trudne. Poza tym moja matka mieszkała razem z Brie przez wiele lat. Brie nie 
rozmawiała wiele o ojcu, żeby utrzymać względny spokój.

- Czy stosunki między twoimi rodzicami były naprawdę aż tak złe?
- Gorzej niż złe. Poznali się dość późno. Nagły impuls, namiętność. 

Ojciec mówił, że na początku się kochali.

- Maggie? - Brianna stała w drzwiach pełna wahania.
- Chodź i siadaj. Shannon chce rozmawiać o ojcu.
Brianna weszła. Zanim usiadła, objęła Shannon, może z wdzięczności, a 

może chciała jej ulżyć. - Wiem, że jest ci ciężko, Shannon.

- Ale muszę w końcu przez to przejść. Do tej pory starałam się unikać 

tej   rozmowy.   -   Popatrzyła   uważnie   w   twarze   sióstr.   -   Chciałabym   jednak, 
żebyście zrozumiały, że miałam ojca.

-   Myślę,   że   szczęśliwa   z   ciebie   kobieta.   Miałaś   dwóch   -   wtrąciła 

Maggie. - I obaj cię kochali.

Shannon skinęła głową, a Maggie kontynuowała.
- Darzył wszystkich miłością, był szczodry, czasami nawet rozrzutny. 

Miły,  cierpliwy  i zawsze  chętny  do  zabawy  jako  ojciec.  Nie  wyróżniał  się 
mądrością,   nie   odnosił   też   sukcesów.   Poza   tym   miał   zwyczaj   zostawiać 
rozpoczętą pracę w połowie.

- Zawsze znajdował się w pobliżu, gdy trzeba nam było dodać otuchy - 

odezwała się Brianna. - Miał tyle marzeń, często zadziwiających, i zupełnie 
nierealne, a nawet głupie plany. Ciągle zarabiał pieniądze, ale zmarł mając 
więcej przyjaciół niż oszczędności. Czy pamiętasz, Maggie, jak miał zamiar 
hodować króliki na futerka? Zbudował dla nich klatki i kupił parkę królików o 
białej sierści. Matka dostała szału z powodu kosztów i całego tego pomysłu.

Maggie parsknęła. - Króliki na podwórzu.
Brianna zaśmiała się i nalała herbaty. - Wkrótce zaczęło ich przybywać. 

Po pierwsze, kiedy dorastały, nie miał serca, żeby je sprzedać na futra. A po 
drugie, Maggie i ja zawodziłyśmy na samą myśl o zabiciu małych króliczków.

-   Toteż   pewnej   nocy   -   powiedziała   Maggie,   podchwytując   wątek   - 

wyszliśmy we trójkę, my i ojciec, i zakradając się jak złodzieje, wypuściliśmy 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 128

   

je - matki, ojców i dzieci. Śmialiśmy się jak wariaci, gdy rozbiegły się po 
polach. - Westchnęła i podniosła do ust filiżankę. - Nie miał ani głowy, ani 
serca do interesów. Pragnął pisać poezję - przypomniała sobie.

- Coś okropnego, biały wiersz. Zawsze czuł się bardzo rozczarowany i 

zmartwiony, kiedy znalezienie właściwych słów nie szło mu łatwo. - Brianna 
zacisnęła usta. - Nie był szczęśliwy, lecz wciąż próbował. Pracował ciężko i 
starał się, jak tylko mógł, żeby nam niczego nie brakowało. W domu królowała 
złość. Później odkryłyśmy, że dręczący go smutek zapadł weń głęboko. Na 
szczęście miał powód do dumy. Tak się cieszył z twoich sukcesów, Maggie.

- Był dumny z nas obu. Stoczył potężną walkę z matką, żebym mogła 

studiować   w   Venice.   Nie   poddał   się,   a   to,   co   przeforsował,   słono   go 
kosztowało. I Briannę.

- Nieprawda...
- Ależ tak... - Maggie przerwała Briannie. - Dobrze o tym wiemy. Kiedy 

ja wyjechałam, wszystko skrupiło się na tobie. Musiałaś zajmować się domem, 
nią. Wszystkim.

- Ale ja nie miałam nic przeciwko temu.
- Gdyby mógł, podarowałby ci słońce. - Maggie położyła rękę na dłoni 

Brianny. - Nazywał cię różą, tak mówił o tobie w chwili śmierci.

-   W  jaki   sposób   umarł?   -   zapytała   Shannon.   -   Nie   potrafiła   jeszcze 

poradzić   sobie   z   ułożeniem   jakiegoś   obrazu,   ale   już   zaczynała   widzieć 
mężczyznę z krwi i kości, pełnego cnót i wad. - Czy chorował?

- Tak, ale nikt z nas o tym nie wiedział. - Powracające co jakiś czas 

wspomnienie   wciąż   sprawiało   ogromny   ból   Maggie.   -   Tamtego   dnia 
pojechałam go poszukać u O'Mallcyów. Właśnie sprzedałam swój pierwszy 
wyrób ceramiczny w Ennis. Uczciliśmy to tam. Mieliśmy wielki dzień. Padał 
deszcz,   było   zimno,   ale   poprosił   mnie,   żebym   wybrała   się   z   nim   na 
przejażdżkę. Udaliśmy się na Loop Head, często tam jeździł.

Loop Head! Serce Shannon zadrżało i niemal zastygło w bezruchu.
- Bardzo lubił to miejsce - ciągnęła Maggie. - Stał często na tym krańcu 

Irlandii, patrząc w kierunku Ameryki.

Nie, tu nie chodzi o miejsce, lecz o osobę, pomyślała Shannon. - Moja 

matka mówiła mi, że właśnie tam się spotkali, na Loop Head.

- Och! - Brianna westchnęła, zakładając ręce na piersiach i spoglądając 

na siostry. - Biedny ojciec, myślał o niej za każdym razem.

- To jej imię wymówił w ostatniej chwili swego życia... - Maggie nie 

zwracała uwagi na łzy, które spływały jej z oczu.

- Wiatr tchnął przenikliwym zimnem, zaczął padać deszcz. Pytałam go 

dlaczego... dlaczego tyle lat godził się na nieszczęśliwe życie. Próbował mi 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 129

   

wytłumaczyć, że to od dwojga ludzi zależy, czy małżeństwo jest dobre czy złe. 
Nie chciałam tego słuchać. Prosiłam go, by mi powiedział, czy był w jego 
życiu   ktoś   jeszcze.   Odparł,   że   kochał   kogoś,   że   całe   życie   pielęgnował   to 
uczucie w sercu. Nie miał jednak prawa do tej kobiety. - Odetchnąwszy z 
trudem, Maggie ciągnęła. - Twarz mu poszarzała, szedł chwiejnym krokiem. 
Nagle ból powalił go na kolana. Wpadłam w popłoch. Krzyczałam, żeby wstał, 
szarpałam go. Prosił o księdza, ale wokół panowała pustka. Mówił, że muszę 
być silna, że nie wolno mi rezygnować z realizacji marzeń. Zmókł, nie miałam 
czym   go   osłonić.   Wymawiał   moje   imię,   później   zawołał:   Amando!   Tylko: 
Amando! I umarł. - Maggie nagle poderwała się z krzesła i wyszła z kuchni.

- To wspomnienie jest dla niej bardzo bolesne - wyszeptała Brianna. - 

Nie znalazł się nikt,  kto mógłby jej pomóc. Musiała sama włożyć ojca do 
ciężarówki i wieźć go do domu. Muszę do niej iść.

-   Nie,   pozwól   mi   to   zrobić,   proszę.   -   Nie   czekając   na   pozwolenie 

Shannon wstała i poszła do pokoju. Maggie stała przy oknie.

- Towarzyszyłam matce, gdy ta zapadła w śpiączkę, z której nigdy się 

nie obudziła. - Wiedziona sercem, Shannon podeszła do Maggie i czule ją 
objęła.   -   Otaczały   nas   znajome   sprzęty,   na   dworze   świeciło   słońce.   Jej 
organizm wciąż funkcjonował, ale wiedziałam, że ją straciłam. Nikt nie mógł 
mi pomóc.

Maggie, nic nie mówiąc, odwzajemniła uścisk.
- Zanim usnęła, opowiedziała mi... o mnie. Byłam wściekła i czułam się 

zraniona. Powiedziałam jej tyle niemiłych rzeczy i nigdy już nie mogłam ich 
cofnąć. Wiem, że kochała ojca. Kochała Colina Bodine. Wiem również, że w 
chwili śmierci myślała o Tommym.

- Czy naprawdę ich obwiniamy? - cicho zapytała Maggie.
- Nie wiem. Nie mogę dać sobie rady. Wciąż czuję się skrzywdzona. 

Najgorsze, że nie wiem, kim naprawdę jestem. Myślałam, że mam charakter 
mojego ojca, ale tylko mi się tak wydawało. - Głos jej się załamał, mimo to 
mówiła dalej. - Mężczyzna, o którym ty i Brie opowiadałyście, jest mi obcy. 
Nie sądzę, aby stał się dla mnie kimś ważnym.

- Wiem, co to złość. Znam to uczucie, rozumiem też, z zupełnie innych 

powodów, jak to jest, kiedy człowiek próbuje ustalić, kim właściwie jest, co 
tak naprawdę tkwi w jego wnętrzu.

- Nigdy nie poprosiłby cię o więcej, niż mogłabyś ofiarować, Shannon. - 

Brianna stanęła w drzwiach pokoju. - Nigdy nikogo o to nie prosił. - Podeszła i 
objęła Shannon. Stojąc razem wszystkie trzy wyglądały przez okno. - Łączą 
nas więzy krwi, ale tylko od nas zależy, czy połączy nas miłość.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 130

   

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Shannon miała tyle spraw do przemyślenia, że potrzebowała na to sporo 

czasu. Wiedziała, że rozmowa w kuchni Maggie stanowiła przełom. Odnalazła 
siostry.   Nie   mogła   już   dłużej   zaprzeczać   pokrewieństwu,   powstrzymywać 
wybuchu uczuć. Raptem te dwie kobiety stały się dla niej ważne - one, ich 
rodziny i ich życie. Wyobrażała sobie, że gdy powróci do Nowego Jorku, nie 
przerwie kontaktu, od czasu do czasu coś napisze, zatelefonuje, a nawet złoży 
im wizytę. Czuła, że zawsze może wrócić do Blackthorn Cottage na tydzień 
lub dwa każdego roku.

Miała   już   także   obrazy.   Niedawno   ukończyła   pierwsze   studium 

tańczących   kamieni.   Kiedy   cofnęła   się   od   gotowego   płótna,   aby   dokładnie 
przyjrzeć   się   dziełu,   zdumiała   się   jego   siłą   i   celnością.   Włożyła   w   obraz 
wszystkie swoje myśli i całe serce. Nigdy dotąd nie malowała tak chętnie, 
nigdy nie czuła tak gwałtownego emocjonalnego przywiązania do jakiejś ze 
swych prac. Pragnęła przystąpić już do następnej, choć farba pierwszej jeszcze 
nie   wyschła.   Szkic   przedstawiający   Briannę   w   ogrodzie,   zamienił   się   w 
delikatną   akwarelę   w   romantycznych   kolorach.   Niewiele   pozostało   do 
ukończenia.

Tyle pomysłów, tak wiele różnych tematów. Jak mogłaby się oprzeć 

grze światła, całej gamie zieleni.

Patrzyła na starego mężczyznę z grubym jesionowym kijem w ręku, 

który   prowadził   krowy   wzdłuż   krętej   drogi.   Wszystko   dookoła,   wszystko, 
każda twarz domagała się wręcz, by ją malować. Nie widziała nic złego w 
planach, żeby zostać tu jeszcze jakiś czas. Wakacje człowieka interesu - lubiła 
tak myśleć. Gdzież mogłaby wykorzystać swoje artystyczne zdolności, które 
ignorowała   przez   wzgląd   na   karierę?   Na   finanse   nie   narzekała,   wspaniałe 
usprawiedliwienie dla przedłużenia pobytu w Irlandii. Jeśli jej telefon do „Ry - 
Tilghmantona”   nie   wystarczy   do   przedłużenia   urlopu,   może   znaleźć   sobie 
przecież inną, lepszą pracę po przyjeździe do Nowego Jorku.

Szła   właśnie   ulicą   z   kurtką   Murphy'ego   przewieszoną   przez   ramię. 

Powinna   oddać   ją  wcześniej,   ale  pracowała   w  ciągu   ostatnich   kilku  dni   w 
pobliżu   domu   i   nie   miała  okazji.   Mogła  oczywiście   poprosić  Briannę   albo 
Graya o tę przysługę, wyglądałoby to jednak jak tchórzostwo z jej strony.

W   każdym   razie   zmierzała   już   w   kierunku   frontowego   wejścia. 

Wyobrażała sobie, że Murphy jest na polach albo w stajni, zostawi więc kurtkę 
na ganku i przypnie małą karteczkę z podziękowaniem. Wszystko wydawało 
się proste. Niestety, Murphy nie pracował ani na polu, ani w stajni. Powinna 
była   wiedzieć,   że   jeśli   chodzi   o   jej   zamiary   względem   niego,   zawsze   jest 
odwrotnie niżby tego sobie życzyła.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 131

   

Kiedy   minęła   bramę   wjazdową,   od   razu   dostrzegła   zniszczone   buty 

Murphy'ego wystające spod małego, budzącego litość samochodu.

- Cholera jasna!
Otworzyła   oczy   ze   zdumienia   i   uśmiechnęła   się,   słysząc   wiązankę 

wymyślnych przekleństw, która wypłynęła spod pojazdu.

- Pieprzony gruchot! Przykleiło się jak pies do suki!
Rozległ się zgrzyt metalu o metal, stuk spadającego narzędzia.
-   Największa   kupa   świńskiego   gówna!   -   Murphy   wynurzył   się   spod 

samochodu. Twarz miał pobrudzoną smarem i czerwoną ze zdenerwowania. 
Po   chwili   konsternacji,   która   przeszła   w   zażenowanie,   uśmiechnął   się 
głupkowato.   -   Nie   wiedziałem,   że   tu  jesteś.   -   Przetarł   wierzchem   dłoni  po 
policzku, rozmazując smar i krew z zadrapań. - Muszę bardziej uważać na 
swój język.

- Słynę z tego, że używam podobnych słów - powiedziała spokojnie 

Shannon. - Może nie z takim przyjemnym dla ucha akcentem. Masz jakieś 
kłopoty?

-   Mogło   być   gorzej.   -   Siedział   przez   chwilę   w   miejscu,   po   czym 

rozjaśnił się i wstał z gracją baletnicy. - Obiecałem siostrzeńcowi, Patrykowi, 
że doprowadzę samochód do stanu używalności, ale to zajmie nieco więcej 
czasu, niż myślałem.

Shannon przyjrzała się jeszcze raz pojazdowi. - Jeśli to zacznie jeździć, 

dokonasz cudu.

-   Chodzi   o   napęd.   Powinienem   go   naprawić.   -   Spojrzał   ostatni   raz 

groźnie na samochód. - Dzięki Bogu, nie muszę go upiększać.

- Nie chciałabym cię zatrzymywać, ja tylko... Ależ ty krwawisz! - W 

jednej   chwili   znalazła   się   przy   nim,   unosząc   jego   rękę   w   zdenerwowaniu. 
Zobaczyła jednak tylko powierzchowną ranę na kciuku, z której sączyła się 
krew.

- Musiałem go rozciąć. To przez jedną ze śrub.
- Czy to przez tę, która przykleiła się jak...?
- Właśnie przez tę.
Rozbawiło ją to, że się zaczerwienił. - Lepiej idź się umyć. - Powinna 

też   się   zawstydzić.   Tak   szybko   przyskoczyła   przecież   do   niego,   ale 
postanowiła nie zwracać na to uwagi.

- Zaraz to zrobię. - Patrząc na nią, wyciągnął chustkę z kieszeni, aby 

zatamować krew. - Ciekaw byłem, kiedy przyjdziesz. Unikałaś mnie.

- Nie, pracowałam. Naprawdę chciałam ci to zwrócić wcześniej.
Wziął kurtkę, którą mu wręczyła, i rzucił ją na maskę pojazdu. - Nic nie 

szkodzi,   mam   jeszcze   inną.   -   Z   uśmiechem   oparł   się   o   samochód   i   wyjął 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 132

   

papierosa. - Pięknie dziś wyglądasz, Shannon Bodine. Czuj się bezpiecznie, 
jestem zbyt brudny, żeby cię dręczyć.

- Nie zaczynaj znowu, Murphy.
-   To   ty   zaczęłaś.   -   Zapalił   zapałkę,   osłaniając   płomień   ręką,   gdy 

przypalał papierosa. - Śniłaś mi się taka, jaka jesteś teraz i jaka byłaś niegdyś. 
Przyniosłoby mi wielką ulgę, gdybyś znalazła się przy mnie w łóżku.

- Niestety, pozostaniesz niezaspokojony, to się nigdy nie wydarzy.
Roześmiawszy   się   oparł   się   o   samochód.   -   Widziałem   cię   kilka   dni 

temu, gdy szłaś z Maggie przez pola. Zachowywałaś się bardzo swobodnie.

- Szłyśmy do pracowni. Chciałam ją zobaczyć.
Uniósł brwi ze zdziwienia. - I pokazała ci?
- Oczywiście. Zrobiłyśmy przycisk do papierów.
- Zrobiłyście? - Otworzył usta. - Dotykałaś jej narzędzi i nie połamałaś 

sobie   palców!   Domyślam   się,   jak   było.   Najpierw   ją   pobiłaś,   a   później 
związałaś, tak?

Zadowolona z siebie, Shannon roześmiała się w głos. - Nie musiałam 

używać przemocy.

- W takim razie zdziałały to twoje czarodziejskie oczy. - Przyjrzał im się 

z ukosa. - Nie ma w nich już tyle smutku. Wracasz do siebie.

- Myślę o niej codziennie. O swojej matce. Oddaliłam się od niej i od 

ojca w ciągu ostatnich kilku lat.

- Taka jest kolej rzeczy, Shannon. Dzieci dorastają i przenoszą się na 

swoje.

- Ciągle wydaje mi się, że powinnam dzwonić częściej, częściej do nich 

przyjeżdżać. A szczególnie po śmierci ojca. Wiedziałam, że matka długo nie 
pożyje, ale wciąż nie mogłam znaleźć czasu. - Odwróciła się, aby popatrzeć na 
kwiaty, które bujnie kwitły w wiosennym cieple. - Straciłam oboje w ciągu 
roku. Myślałam, że nigdy nie uda mi się otrząsnąć z przygnębienia. Ale chyba 
tak się stało. Ból wygasł, chociaż wcale tego nie pragnęłam.

- Żadne z nich by nie chciało, żebyś opłakiwała ich zbyt długo. Ci, 

którzy nas kochają, wolą byśmy ich wspominali z radością.

Shannon spojrzała na Murphy'ego przez ramię. - Dlaczego rozmawiam 

o tym z tobą z taką łatwością? Nie powinnam. - Odwróciła się do niego twarzą. 
- Chciałam podrzucić tę kurtkę, myśląc, że jesteś teraz z dala od domu. Miałam 
zamiar cię unikać.

Rzucił   papierosa   na   ziemię   i   przydeptał.   -   Przyszedłbym   po   ciebie, 

gdybym tylko wiedział, że chcesz tu zamieszkać.

- To niemożliwe. Trochę tego żałuję, ponieważ zaczynam myśleć, że 

jesteś jedyny w swoim rodzaju. Ale to się nie uda.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 133

   

-   Czemu   nie   podejdziesz   tutaj   i   nie   pocałujesz   mnie,   Shannon?   - 

Zaproszenie było jasne, przyjacielskie i śmiałe. - A później powtórzysz mi tę 
bzdurę jeszcze raz - dodał.

- Nie - powiedziała stanowczo i za chwilę się roześmiała. - Ten rodzaj 

zarozumiałości rozwścieczyłby nawet diabła. - Odrzuciła włosy do tyłu. - Idę.

- Wejdź do środka. Zrobię ci herbaty i pójdę się wykąpać. - Postąpił 

krok do przodu, ale uważał, żeby jej nie dotknąć. - A później cię pocałuję.

Wtem rozległ się okrzyk pełen radości. Murphy rozejrzał się i dostrzegł 

Liama toczącego się drogą. Z wysiłkiem powstrzymał pożądanie. - O, widzę, 
że ktoś przyszedł mnie odwiedzić. - Murphy przykucnął i otrzymał głośny 
pocałunek. - Jak leci, Liam? Wziąłbym cię na ręce, chłopcze - powiedział - ale 
twoja matka wygarbowałaby mi za to skórę.

- Może ja cię wezmę?
Liam zmienił obiekt zainteresowania i szczęśliwy wskoczył w ramiona 

Shannon. Posadziła go sobie na biodrach. Za zakrętem pojawił się Rogan.

- Leci jak kula z pistoletu, gdy tylko znajdzie się w odległości dziesięciu 

jardów od tego miejsca.

Rogan zmarszczył czoło i badawczo przyglądał się wehikułowi. - Jak ci 

z tym idzie?

- Gorzej niż źle. Shannon właśnie wpadła na herbatę. Napijesz się?
- Nie mieliśmy takiego zamiaru, prawda Liamie?
- Herbaty - odpowiedział Liam uśmiechając się i pocałował Shannon 

mocno w usta.

- Jest taki czuły, bo ma nadzieję, że dostanie jakieś ciastko - powiedział 

Rogan z westchnieniem. - Chciałem cię zobaczyć, Shannon, oszczędziłaś mi 
długiego spaceru.

- Och! - Nie mam teraz wyjścia, pomyślała i zaniosła Liama do domu.
- Idźcie do kuchni - powiedział Murphy. - Muszę się umyć.
Liam coś z przejęciem mamrotał. Shannon z Roganem weszli do środka. 

Shannon zdumiała się, widząc, jak Rogan napełnia czajnik wodą i odmierza 
herbatę. Uważała, że nie powinien tego robić... ale szło mu gładko. Był ubrany 
zwyczajnie, ale i tak wszystko świadczyło o pieniądzach, wysokiej klasie i 
potędze. - Czy mogę zadać ci pytanie? - rzekła Shannon prędko, żeby się nie 
rozmyślić.

- Oczywiście.
- Co taki mężczyzna, jak ty, tutaj robi?
Uśmiechnął się tak szybko i uroczo, że musiała walczyć ze sobą, żeby 

nie   otworzyć   ust   ze   zdziwienia.   Ten   uśmiech   z   pewnością   stanowi   jego 
największą broń, pomyślała.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 134

   

- Nie buduję kina - zaczął - ani teatru, ani francuskiej restauracji, jak 

widać.

- Właśnie. Rozumiem, że jest to piękne miejsce. Czasami boję się, że 

oglądam film, że w każdej chwili ktoś może przerwać emisję i ekran stanic się 
biały.

Rogan otworzył puszkę i wyjął biszkopt, żeby zająć czymś dziecko. - 

Moje pierwsze wrażenie co do tej części świata nie było aż tak romantyczne. 
Kiedy tutaj przyjechałem, przeklinałem każdą błotnistą milę tej ziemi. Boże, 
wydawało mi się, że nigdy nie przestanie padać, a długa droga z Dublina na 
zachód ciągnęła się bez końca. Daj mi go, zasypie cię okruchami.

- Nie szkodzi. - Umieściła Liama wygodniej. - A jednak zamieszkałeś 

tutaj - podsunęła Roganowi.

- Mamy dom tutaj i w Dublinie. Planowałem założyć nową galerię... 

Pracowałem nad tym pomysłem, zanim spotkałem Maggie. Podpisałem z nią 
kontrakt, później się w niej zakochałem. Zadręczałem ją, by za mnie wyszła. 
Udało mi się zrealizować plan - mam na myśli galerię „Worldwide” w Clarc.

- Chcesz powiedzieć, że skłoniły cię do tego interesy?
-   Nie,   to   sprawa   drugoplanowa.   Maggie   zapuściła   tutaj   korzenie. 

Gdybym ją stąd wyrwał, złamałbym jej serce. Mieszkamy więc w Clarc i w 
Dublinie, jesteśmy z tego zadowoleni. - Wstał, podszedł do czajnika, z którego 
wydobywała się para, i zaparzył herbatę. - Maggie pokazała mi portret Liama 
wykonany przez ciebie. Jesteś uzdolniona, dużo osiągnęłaś za pomocą jedynie 
kilku linii i cieni.

- Rysowanie węglem jest proste, to moje hobby.
- Ach, hobby. - Nie zdradzając się z niczym, Rogan odwrócił się do 

nadchodzącego Murphy'ego. - Czy muzyka to twoje hobby, Murphy?

- To jądro mojej duszy. - Murphy zatrzymał się przy stole i zwichrzył 

Liamowi   włosy.   -   Ktoś   ukradł   biszkopta.   Zapłacisz   mi   za   to.   -   Poderwał 
chłopca do góry i połaskotał go pod żebrami, wzbudzając tym samym salwy 
śmiechu.

- Ciężarówka! - poprosił Liam.
- Przecież wiesz, gdzie jest. Idź i weź ją. - Murphy postawił chłopca na 

podłodze i dał mu klapsa. - Usiądź na podłodze i pobaw się. Jeśli tylko usłyszę 
jakiś hałas, zaraz przyjdę.

Kiedy   Liam   podreptał   w   swoją   stronę,   Murphy   otworzył   szafkę   z 

filiżankami.

- Mały uwielbia pewną starą drewnianą ciężarówkę, którą bawiłem się 

jako chłopiec - wyjaśnił. - Tak bardzo, że jest w stanie bawić się nią spokojnie 
i nie sprawiać kłopotów przez dziesięć czy piętnaście minut. Siadaj, Rogan. 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 135

   

Zajmę się resztą.

Rogan usiadł obok Shannon przy stole i znów się do niej uśmiechnął. - 

Obejrzałem  obraz,  który  właśnie  skończyłaś,  ten z tańczącymi  kamieniami. 
Mam nadzieję, że nie masz nic przeciw?

- Nie, ale... - Shannon uniosła głowę.
- Na pewno nic? Brie nie była zachwycona, gdy nalegałem, żeby mi go 

pokazała.   Powiedziała,   że   sam   mam   ci   oznajmić   o   naruszeniu   twojej 
prywatności i przeprosić cię za to.

- Naprawdę, nic nie szkodzi. - Shannon przyglądała się, jak Murphy 

napełnia filiżanki. - Dziękuję.

- Chciałbym go kupić od ciebie za tysiąc funtów.
Całe szczęście, że nie piła jeszcze herbaty. Z pewnością zakrztusiłaby 

się. - Nie mówisz poważnie!

- Zawsze mówię poważnie o sztuce. Jeśli masz coś jeszcze albo nad 

czymś   właśnie   pracujesz,   chciałbym   mieć   pierwszeństwo,   chciałbym   to 
widzieć przed innymi...

Shannon   znalazła   się   w   trudnym   położeniu.   -   Nie   sprzedaję   swoich 

obrazów.

Rogan   skinął   głową,   pijąc   z   zadowoleniem   herbatę.   -   To   świetnie. 

Sprzedam   je   za   ciebie.   „Worldwide”   będzie   zaszczycona   mogąc   cię 
reprezentować.

Nie wierzyła własnym uszom. Musiała odczekać, bo zakręciło jej się w 

głowie. Wiedziała, że ma talent. Gdyby tak nie było, nigdy nie wybiłaby się u 
„Ry - Tilghmantona”. Malarstwo pozostawiła sobie jednak na sobotnie ranki i 
wakacje.

-   Marzymy   o   tym   -   ciągnął   Rogan,   dokładnie   wiedząc,   jak   i   kiedy 

zyskać przewagę - aby wystawić twoją pracę w galerii w Clare.

-   Nie   jestem   Irlandką   -   powiedziała   słabym   głosem   Shannon. 

Zmarszczyła brwi i spróbowała raz jeszcze. - Maggie uważa, że wystawiacie 
tam tylko irlandzkich artystów, a ja nie jestem Irlandką.

To zdanie spotkało się z pełną szacunku ciszą.
- Jestem Amerykanką - dodała trochę rozgoryczona.
Maggie mówiła mężowi, że Shannon zareaguje właśnie w ten sposób. 

Rogan, tak jak to sobie zaplanował, znalazł się już dwa kroki od zwycięstwa. - 
Jeśli się zgodzisz, przedstawimy cię jako amerykańską artystkę irlandzkiego 
pochodzenia.   Stać   mnie   na   to,   by   z   miejsca   kupić   twoje   prace,   sztuka   po 
sztuce, ale wierzę, że dla naszego wspólnego dobra i korzyści powinniśmy 
podpisać formalną zgodę, precyzując warunki.

-   W   ten   właśnie   sposób   zdobył   Maggie   -   powiedział   Murphy   do 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 136

   

Shannon śmiejąc się.  - Proszę  cię,  żebyś  nie sprzedawała mu  tego obrazu, 
dopóki go nie obejrzę. Może uda mi się go przelicytować.

- Nie sądzę, żebym w ogóle chciała go sprzedać. Nie wiem. Nigdy nie 

musiałam o tym myśleć. - Zmieszana poprawiła sobie włosy. - Rogan, jestem 
projektantką reklam.

-   Jesteś   artystką   -   poprawił.   -   To   głupie,   że   nakładasz   sobie 

ograniczenia. Jeśli wolisz myśleć o tańczących kamieniach...

- To jest Taniec - powiedziała cicho. - Zatytułowałam to Taniec.
Z tonu jej głosu i spojrzenia Rogan wnosił, że wygrał, ale nie dał nic po 

sobie   poznać.   -   Zechciej   pomyśleć   o   tym...   -   kontynuował   tym   samym 
uprzejmym i poważnym tonem. - Czułbym się też szczęśliwy, gdybyś mi go 
wypożyczyła na wystawę do galerii.

- Ja? Dobrze. - Głupio i niewdzięcznie było się opierać. - Oczywiście. 

Jeśli tylko chcesz, nie ma sprawy.

- Bardzo ci dziękuję. - Rogan wstał. Spełnił połowę swej misji. - Muszę 

zabrać Liama do domu na drzemkę. Ułożyliśmy z Maggie plan na dziś. Ona 
pracuje rano, a ja po południu. Jadąc do galerii, mógłbym wstąpić do ciebie po 
drodze i wziąć obraz.

- Tak, w porządku. Nie jest oprawiony.
- Zajmiemy się tym. Sporządzę wstępny kontrakt dla ciebie, przejrzysz 

go.

Zaskoczona Shannon wpatrywała się w Rogana. - Kontrakt? Ależ...
-   Przeczytasz   go   uważnie,   zastanowisz   się.   Oczywiście   omówimy 

wszelkie   zmiany,   jakie   zechcesz   wprowadzić,   nie   musisz   się   spieszyć. 
Dziękuję za herbatę, Murphy. Do zobaczenia na przyjęciu...

Murphy   tylko   się   uśmiechnął   T   przeniósł   wzrok   na   Shannon.   -   Jest 

bardzo sprytny, prawda?

Shannon   patrzyła   przed   siebie,   przypominając   sobie   rozmowę,   która 

odbyła się przed chwilą. - Na co się właściwie zgodziłam?

- Zależy, jak na to spojrzeć. Na wszystko albo na nic. Rogan jest bardzo 

ostrożny. Z zainteresowaniem śledziłem przebieg tej rozmowy, ale do tej pory 
nie wiem, kiedy cię usidlił, wiem tylko tyle, że cię usidlił.

- Zastanawiam się, co o tym myśleć - odezwała się cicho.
- Wydaje mi się, że gdybym był artystą, a człowiek, który wyrobił sobie 

reputację w tej dziedzinie, który kocha i rozumie sztukę, uznał moją pracę za 
wartościową, czułbym się dumny.

- Ale ja nie jestem malarką.
Murphy spokojnie oparł ramiona na stole. - Dlaczego, Shannon, wciąż 

głosisz, kim to nie jesteś. Nie jesteś Irlandką, nie jesteś siostrą Maggie i Brie, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 137

   

nie jesteś malarką. Nie jesteś we mnie zakochana.

- Ponieważ o wiele łatwiej poznać, kim się nie jest, niż kim się jest 

naprawdę.

To mu się spodobało. - Nareszcie powiedziałaś coś rozsądnego. Czy 

zawsze wszystko sobie ułatwiasz?

- Nie, nie przywykłam tak myśleć o sobie. Jestem zadowolona, kiedy 

widzę przed sobą wyzwania.  - Zmieszana i trochę przestraszona,  zamknęła 
oczy. - Zbyt wielkie zmiany zachodzą. Nie mogę znaleźć punktu oparcia. Za 
każdym   razem,   gdy   wydaje   mi   się,   że   już   go   mam,   wszystko   znowu   się 
zmienia.

- Trudno się zmieniać w bezruchu. - Wstał i przytulił ją do siebie. - Nie 

martw się.

Głos miał spokojny, ale Shannon zesztywniała.
-   Nic   ci   nie   zrobię,   tylko   przytrzymam   cię   chwilę   w   ramionach. 

Zapomnij   o  tym  wszystkim  choć   na  minutę,   kochanie.   Samo  się   wszystko 
ułoży.

- Moja matka byłaby przerażona.
- Skąd możesz o tym wiedzieć. - Delikatnie pogładził ją po włosach, 

mając nadzieję, że przyjmie pieszczotę tak, jak zamierzał. Z czystej przyjaźni. - 
Czy wiesz, że moja matka chciała kiedyś, żebym wyjechał do miasta i zajął się 
muzyką?

- Naprawdę? - Ułożyła głowę wygodnie na jego ramieniu. - Myślałam, 

że cała twoja rodzina oczekiwała od ciebie jednego, pragnęła, abyś zajął się 
farmą.

- Matka pokładała we mnie wielkie nadzieje, gdy Objawiły się moje 

zdolności muzyczne i łatwość gry na instrumentach. Zawsze pragnęła, żeby 
dzieci wybiły się ponad to, co sama znała. Mnie kochała bardziej niż farmę.

- Czy czuła się rozczarowana?
- Być może, trochę, dopóki nie zrozumiała, że farma jest tym, czego 

chcę. - Uśmiechnął się. - Może później było jej też trochę przykro. Powiedz 
mi, Shannon, jesteś szczęśliwa w pracy?

- Oczywiście. Jestem dobra, mam szansę awansować. Za kilka lat stanę 

przed wyborem, czy przyjąć kierownictwo u „Ry - Tilghmantona”, czy zacząć 
własny interes.

- Hm... To wygląda na ambicje, a nie na szczęście.
- Czy jest jakaś różnica?
- Zastanawiam się. - Odepchnął ją lekko, ponieważ znów zapragnął ją 

pocałować, a ona tego z pewnością nie potrzebowała w tej chwili. - Może 
powinnaś   zadać   sama   sobie   to   pytanie,   przemyśleć   to.   Praca   powinna   cię 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 138

   

przyciągać   tak,   jak   człowiek,   którego   kochasz.   -   Pocałował   ją   w   końcu 
delikatnie,   ale   tylko   w   czoło.   -   Teraz   jednak   powinnaś   się   cieszyć,   a   nie 
smucić. Rogan do swoich galerii bierze rzeczy najlepsze. Nie byłaś jeszcze w 
Ennistymon, prawda?

- Nie, jeszcze nie. - Zrobiło się jej trochę przykro, że odsunął ją od 

siebie. - Gdzie to jest?

-   Niedaleko.   Zabiorę   cię   tam,   jeśli   chcesz.   Dzisiaj   nie   mogę   - 

powiedział,   spoglądając   na   ścienny   zegar.   -   Mam   dużo   pracy   w   obejściu. 
Obiecałem poza tym, że wpadnę do Feeneya i pożyczę mu traktor.

- Nie szkodzi. Odrywam cię już dość długo od pracy.
- Możesz to robić zawsze tak długo, jak zechcesz. - Wziął ją za rękę, 

gładząc   ją   pieszczotliwie   palcami.   -   Może   przyszłabyś   do   pubu   dziś 
wieczorem? Postawię ci coś do picia, trzeba to uczcić.

-   Nie   jestem   pewna,   co   takiego   mam   uczcić,   ale   czemu   nie.   - 

Podziękowała mu, lecz zanim wyszła, cofnęła się. - Murphy, nie przyszłam tu 
po to, aby z tobą znowu walczyć w kuchni.

- Nic takiego nie powiedziałem.
- Ale masz to samo spojrzenie w oczach - powiedziała cicho. - I dlatego 

muszę natychmiast wyjść.

-   Umyłem   ręce,   więc   nie   pobrudziłbym   cię,   gdybym   zechciał   cię 

pocałować.

- Nie martwię się tym, czy mnie pobrudzisz, czy nie. Bardziej boję się, 

że... mniejsza o to. Trzymaj lepiej ręce przy sobie. Ostrzegam.

Na znak zgody podniósł ręce do góry i poczuł nagle, że zakręciło mu się 

w głowie, gdy Shannon stanęła na palcach i pocałowała go w policzek.

- Dziękuję za herbatę i za opiekuńcze ramiona.
- Zawsze jesteś mile w nich widziana.
Westchnęła i  już miała wyjść,  ale znowu  się odwróciła.  -  Wszystko 

utrudniasz przez nadawanie temu tak wielkiego znaczenia.

- Jeśli masz teraz ochotę na odrobinę szaleństwa bez znaczenia, Feeney 

może poczekać.

Musiała   się   roześmiać.   Żaden   mężczyzna   nigdy   nie   zapraszał   jej   do 

łóżka w taki sposób. - Wracaj do pracy, Murphy. Chyba mam teraz nastrój do 
malowania. - Wyszła z tyłu domu. Znała już drogę przez pola.

- Shannon Bodine!
- Tak? - Śmiejąc, odwróciła się i podeszła kilka kroków, patrząc, jak 

Murphy wychodzi kuchennymi drzwiami.

- Czy namalujesz coś dla mnie? Coś, co będzie mi cię przypominać?
- Spróbuję. - Pomachała mu ręką, odwróciła się na pięcie i pospieszyła 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 139

   

w kierunku Blackthorn.

W   ogrodzie   za   domem   drzemała   Kayla   w   składanym   łóżeczku,   nie 

opodal   migdałowca,   który   posadził   dla   niej   Murphy.   Matka   pieliła   obok 
grządkę, a ojciec robił, co w jego mocy, by ją od tego oderwać.

- Dom jest pusty.  -  Gray  gładził palcami  ramię Brianny.  -  Wszyscy 

pojechali na wycieczkę. Dziecko śpi.' - Począł pieścić jej szyję, zachęcony 
gwałtownym dreszczem, który przeszył jej ciało. - Chodź, Brianno, do łóżka.

- Pracuję.
- Kwiaty nigdzie nie uciekną.
- Zielsko też nie. - Zadrżała mocniej, gdy musnął końcem języka jej 

skórę. - Ach, popatrz, o mały włos nie wyrwałam astra. Odejdź teraz i...

- Kocham cię, Brianno! - Złapał jej ręce całując każdą po kolei. Ciało i 

serce   w   niej   miękło.   -   Och,   Graysonie!   -   Zamrugała   oczami,   kiedy   zaczął 
przekonywać ją pocałunkami. - Nie możemy, bo nie wiadomo, kiedy wróci 
Shannon.

- Ach! Czy sądzisz, że nie wie, skąd się wzięła Kayla?
- Nie o to chodzi. - Objęła go mocno rękami za szyję.
Wyjął jej pierwszą spinkę z włosów. - A więc o co?
Wiedziała, że może powiedzieć tylko jedno. Coś prostego i ważnego 

zarazem. - Kocham cię, Graysonie!

Shannon właśnie nadeszła. Rozbawił ją i zmieszał ten widok. Wpadła 

prosto na tak intymną scenę. Za chwilę, gdy zakłopotanie odeszło, poczuła 
ciekawość. To taki piękny, romantyczny obraz, myślała. Dziecko śpiące pod 
jasnoróżowym kocykiem, kwitnące kwiaty, a w tle - ubrania suszące się na 
sznurze, kołysane wiatrem. Mężczyzna i kobieta, klęczący na trawie, wtuleni w 
siebie. Szkoda, że nie mam szkicownika, westchnęła.

Brianna musiała usłyszeć - jakiś dźwięk, bo oderwała się od męża i 

zobaczywszy Shannon zmieszała się nieco.

- Przepraszam. Już sobie idę, na razie.
-   Shannon!   -   Gdy   ta   odwróciła   się,   Brianna   wyrywała   się   z   ramion 

męża. - Nie bądź głupi!

- Idź, idź! - mówił Gray, gdy Shannon wahała się, czy wrócić. - Uciekaj 

stąd!

Przerażona   Brianna   uwolniła   ręce   z   jego   uścisku   i   wstała.   -   My... 

właśnie usuwamy chwasty.

Shannon   rozbawiona   niezręczną   sytuacją   odrzekła.   -   Widzę,   widzę. 

Pójdę się przejść.

- Przecież dopiero co wróciłaś ze spaceru.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 140

   

- Jeśli ma ochotę, niech pójdzie na drugi. - Gray podniósł się, objął 

Briannę w pasie i posłał Shannon znaczące spojrzenie. - Idź na bardzo długi 
spacer. - Nie zwracając uwagi na protesty żony, wyciągnął jej drugą spinkę z 
włosów. - Wiesz co, weź lepiej mój samochód. - Jęknął, gdy usłyszał kwilenie 
dziecka.

- Muszę zmienić pieluchę. - Brianna podeszła do łóżeczka rozbawiona i 

zadowolona, że Gray tak bardzo jej pragnie. Śmiała się do męża, przewijając 
dziecko.   -   Mógłbyś   włożyć   trochę   energii   w   pielenie   grządki,   Graysonie. 
Muszę jeszcze upiec szarlotkę.

-   Zgoda.   -  Gray   z  nie  ukrywanym   rozczarowaniem   patrzył   na  żonę. 

Nadzieje na intymną godzinę przeszły mu właśnie koło nosa. - Masz rację, 
trzeba upiec szarlotkę.

- Przykro mi. - Shannon uniosła ręce w przepraszającym geście. - Niech 

mnie diabli, przeszkodziłam.

- Właśnie. - Gray złapał ją za szyję. - Za karę pomożesz mi pielić.
- Tyle mogę zrobić. - Pełna przyjaznego uczucia usiadła razem z nim na 

trawie. - Rozumiem, że nie ma w pobliżu nikogo z gości.

-   Rozjechali   się   w   różnych   celach.   Słyszeliśmy   o   twoim   sukcesie. 

Gratuluję.

- Dziękuję, chyba jest czego, ale ja wciąż czuję się nieco zaszokowana. 

Rogan ma swoje sposoby. Tak długo będzie rozważał wszystkie wątpliwości, 
dopóki człowiek nie skinie głową i nie zgodzi się z tym, co powie.

-   To  prawda.   -   Zaintrygowany   Gray   przyglądał   się  profilowi   twarzy 

Shannon. - Masz jakieś wątpliwości co do współpracy z „Worldwide”?

- Nie, nie wiem. - Wzruszyła bezsilnie ramionami. - Spadł z tym prosto 

z nieba. Lubię być przygotowana na niespodzianki. Poza tym mam już zajęcie.

Z przerażeniem zdała sobie jednak sprawę, że nie pomyślała o swej 

pracy ani razu przez cały ten czas.

- Przywykłam do terminów, szybkiego działania, zamieszania typowego 

dla ruchliwej instytucji. Malarstwo to praca w samotności. Liczy się nastrój, 
nie interes.

- Jeśli przyzwyczaiłaś się do takiego stylu życia, to nie znaczy, że nie 

możesz go zmienić, o ile nagroda wystarczająco cię satysfakcjonuje. - Zerknął 
w kierunku kuchennych okien. - Wszystko zależy od tego, czego chcesz i jak 
mocno chcesz.

- Jeszcze nie podjęłam decyzji. Grzęznę w tym wszystkim, Gray. Nie 

jestem do tego przyzwyczajona. Zawsze wiedziałam, jakie podjąć kroki, byłam 
pewna tego, co robię, może nawet aż za bardzo. Pewna tego, co osiągnęłam. - 
Zamyśliwszy się, przesunęła palcami po płatkach bratka. - Być może, dlatego 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 141

   

że jestem jedynaczką - tylko ja i moi rodzice. Żadnej innej rodziny. Zawsze 
czułam się pewnie, mogłam na sobie polegać i robić tylko to, na co miałam 
ochotę.

Nigdy się do niczego nie przywiązałam. Przeżyłam tyle przeprowadzek 

jako dziecko. Łatwo nawiązywałam kontakt z obcymi i dobrze czułam się w 
nowych miejscach, sytuacjach. Tak naprawdę jednak nigdy nie utworzyłam 
prawdziwego związku z kimkolwiek z wyjątkiem rodziców. Do czasu kiedy 
osiedliliśmy się w Columbus. Postawiłam sobie wtedy nowe cele i skupiłam 
się na ich osiąganiu. Krok za krokiem, uważnie. A teraz w ciągu roku straciłam 
oboje   rodziców   i   zrozumiałam,   że   moje   życie   nie   przedstawia   się   tak,   jak 
myślałam.

Nagle   znalazłam   się   w   rodzinie,   której   istnienia   nawet   nie 

podejrzewałam. Nie wiem, co o tym myśleć. Ani o rodzinie, ani o sobie. - 
Spojrzała do góry i spróbowała się lekko uśmiechnąć. - Och! To dużo, jak na 
jeden raz, prawda?

-   Mówienie   o   własnych   uczuciach   zwykle   pomaga.   -   Pociągnął   ją 

delikatnie za włosy. - Myślę, że jeżeli ktoś potrafi realizować coś krok po 
kroku,   jest   w   stanie   pracować   w   ten   sam   sposób   niezależnie   od   zmian. 
Człowiek powinien być sam tylko wtedy, kiedy chce być sam. Dużo czasu 
zajęło mi, zanim się tego nauczyłem. - Pocałował ją, co wywołało jej uśmiech. 
- Shannon, kochana, zrelaksuj się, wybierz się wreszcie na tę przejażdżkę.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 142

   

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Rankiem   Shannon   zdecydowała   się,   że   pozostanie   w   ogrodzie. 

Ostatnimi pociągnięciami pędzla kończyła akwarelę przedstawiającą Briannę.

Z   domu   dochodziły   odgłosy   krzątaniny.   Rodzina   z   hrabstwa   Mayo 

zbierała się w drogę na południc kraju.

Shannon czuła zapach słodkich bułeczek z rodzynkami, które Brianna 

upiekła   na   śniadanie.   Wokół   unosiła   się   także   woń   kwitnących   róż, 
posadzonych na wysokich klombach.

Całkowicie   pochłonięta   pracą   Shannon   cofnęła   się,   by   dokładnie 

przyjrzeć się ukończonej akwareli.

- To jest naprawdę śliczne. - Maggie szła przez trawnik, za nią dreptał 

Liam.  - Brianna to wdzięczny temat dla malarza! - Maggie pochyliła się i 
ucałowała Liama w nos. - Ciocia Brianna ma dla ciebie bułeczki, kochanie. 
Biegnij po nie!

Gdy dziecko pomknęło, trzaskając za sobą drzwiami kuchni, Maggie ze 

zmarszczonym   czołem   przyglądała   się   obrazowi.   -   Rogan   ma   rację   - 
skomentowała. - Rzadko kiedy nie ma. Nie jest to dla mnie łatwe. Zabrał twój 
obraz z kamieniami do galerii, zanim zdążyłam go obejrzeć.

- Chciałaś go najpierw ocenić sama?
- Twój szkic przedstawiający Liama jest więcej niż dobry - stwierdziła 

Maggie. - Ale jeden szkic węglem to za mało, by wydać ogólny sąd. Już teraz 
wiem, że tę akwarelę również zechce kupić i będzie tak długo cię dręczył, aż 
się zgodzisz.

- Rogan nie dręczy, bierze fortelem.
Maggie zaśmiała się szybko i dźwięcznie. - O tak, to prawda. Spryciarz. 

Masz coś jeszcze? - Bez pytania o zgodę schwyciła szkicownik Shannon i 
zaczęła go przeglądać.

- Możesz obejrzeć - chłodno powiedziała Shannon.
Maggie   wydobywała   z   siebie   głosy   aprobaty   i   zaciekawienia.   Nagle 

wybuchnęła śmiechem. - Musisz to namalować! Mężczyzna i konie. Cholera! 
Szkoda, że sama nie potrafię malować takich portretów.

-   Widywałam   go   tam   czasami,   kiedy   malowałam   krąg.   -   Shannon 

schyliła głowę i przyjrzała się rysunkowi. - Nie mogłam się oprzeć.

-   Kiedy   już   skończysz,   chętnie   kupię   to   dla   jego   matki.   O   ile   nie 

podpiszesz na to umowy ze Sweeneyem. Zedrze ze mnie skórę, jeśli będzie 
miał   coś   w   tej   sprawie   do   powiedzenia.   Ten  człowiek  domaga   się  zawsze 
najwyższej ceny.

-   Nie   sądzę,   żeby   ci   to   przeszkadzało.   -   Shannon   z   uwagą   zdjęła 

akwarelę ze sztalug i położyła na stole. - Kiedy zwiedzałam twoją wystawę w 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 143

   

Nowym Jorku kilka lat temu, bardzo mi się podobała jedna z prac. Cos” jakby 
wybuch   słoneczny.   Eksplozja   intensywnych   kolorów   z   centralnego   punktu. 
Zwykle nie lubię takich rzeczy, ale... O Boże, tak tego zapragnęłam.

Rozpalone sny - szepnęła Maggie głęboko wzruszona.
- Tak, to właśnie o tym mówię. Musiałam wziąć pod uwagę, że moje 

pragnienie   kosztowałoby   mnie   cały   roczny   czynsz   za   mieszkanie   -   po 
nowojorskich stawkach. A potrzebowałam dachu nad głową.

- Rogan sprzedał tę pracę. Gdybym ją jeszcze miała, byłaby twoja. - Na 

zdziwione spojrzenie Shannon, Maggie wzruszyła ramionami. - Oczywiście po 
rodzinnych stawkach.

Poruszona   Shannon   nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   Umieściła   nowy 

arkusz   kartonu   na   sztalugach.   -   Możesz   być   szczęśliwa,   mając   takiego 
menedżera. Dobrze zajmuje się twoimi sprawami.

Maggie, równie zmieszana, jak Shannon, wsunęła ręce do kieszeni. - 

Zawsze mi to powtarza. Ma zresztą zamiar robić to samo dla ciebie.

- Kiedy wrócę do Nowego Jorku, nie będę miała zbyt wiele czasu na 

malowanie.   -   Shannon   wzięła   ołówek   i   zaczęła   delikatnie   szkicować   na 
kartonie.

Maggie   tylko   zmarszczyła   brwi.   -   Każda   kobieta,   która   urodziła   się 

artystką, potrafi rozpoznać inną, podobną sobie. Rogan już przygotował dla 
ciebie kontrakt.

- Szybko działa.
- Szybciej, niż potrafisz splunąć. Chce pięćdziesiąt procent - dodała, 

złośliwie się uśmiechając. - Ale możesz wytargować czterdzieści, używając 
jako argumentu związków rodzinnych.

Shannon poczuła, że zaschło jej nagle w gardle. - Na nic się jeszcze nie 

zgodziłam.

- Ale się zgodzisz. Zagada cię, oczaruje. Wyda ci się rozsądny i solidny. 

Powiesz „nie”, „dziękuję bardzo”, a on znowu swoje. Jeśli nie zadziała zdrowy 
rozsądek, wykorzysta jakieś twoje słabości albo osobiste pragnienia. Zanim 
zdasz sobie z tego sprawę, podpiszesz kontrakt. Zawsze tak trzymasz ołówek?

Gniewna z powodu tych przewidywań Shannon spojrzała na swoją rękę. 

- Tak, mam luźny nadgarstek.

- Ja trzymam go mocniej, ale mogę tak spróbować. Muszę ci coś dać, 

zanim zaczniesz mieszać farby. - Wyjęła z kieszeni kłąb papieru.

Kiedy Shannon wzięła go do ręki, od razu zgadła, co to jest. - Och, to 

wspaniale. - Rozwinęła papier i podniosła kulę do światła.

- Zrobiłaś to w zasadzie sama, powinnaś ją zatrzymać.
Shannon   obracała   kulę,   a   ciemnoniebieskie   cętki   wewnątrz   niej 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 144

   

zmieniały kształt i odcień. - To piękne, dziękuję ci.

- Proszę bardzo. - Maggie odwróciła się w kierunku sztalug. Widać było 

już   zarys   postaci   mężczyzny,   sylwetkę   konia.   -   Jak   długo   zajmie   ci 
wykończenie?   To   głupie   pytanie.   Pytam   tylko,   bo   bardzo   chciałabym   to 
podarować pani Brennan, matce Murphy'ego, kiedy przyjedzie tu na ceili.

- Jeśli chwyci, zajmie mi to dzień lub dwa. - Shannon odstawiła kulę i 

wzięła ołówek. - Kiedy jest ceili i co to takiego?

-   W   przyszłą   sobotę.  Ceili  to   rodzaj   przyjęcia   z   muzyką,   tańcami   i 

posiłkiem.   -   Maggie   rozejrzała   się.   Brianna   wychodziła   właśnie   z   domu.   - 
Wyobraź  sobie,   że  tłumaczę  tej  biednej,  ciemnej   jankesce,   co  to  jest  ceili
Gdzie jest mój niesforny syn?

- We wsi z Graysonem. Gray mówił, że to męska sprawa. - Brianna 

zatrzymała   się   i   rozpromieniła   na   widok   akwareli   leżącej   na   stole.   -   Och, 
bardzo mi schlebiasz, twoja praca jest piękna, Shannon. - Zerknęła ostrożnie na 
świeży karton. Doświadczenie z Maggie nauczyło ją, że artyści mają zmienne 
nastroje, jak migoczące światło. - To Murphy, prawda?

- To będzie Murphy - poprawiła Shannon, mrużąc oczy i nieprzerwanie 

szkicując. - Nie wiedziałam, że urządzacie przyjęcie, Brie.

- Przyjęcie? Ach,  ceili. Nie, to Murphy urządza. Zaskoczył nas, jego 

rodzina dopiero co tu była na chrzcie Kayli, ale wiele osób przyjedzie znowu. 
W ten sposób spotkają się z tobą.

Shannon upuściła ołówek. Schyliła się powoli, by go podnieść. - Co 

takiego, przepraszam?

- Bardzo chcą ciebie poznać - ciągnęła Brianna zbyt pochłonięta, aby 

zauważyć, że Maggie przewraca oczami i stroi dziwne miny. - To cudowne, że 
matka Murphy'ego ze swoim mężem może tu znowu tak szybko przyjechać z 
Cork.

Shannon odwróciła się. - Dlaczego chcą się ze mną spotkać?
- Ponieważ... - O chwilę za późno Brianna zdała sobie sprawę z tego, co 

mówi. Speszona zaczęła otrzepywać fartuch. - No tak, to tylko dlatego, że... 
Maggie?

- Nie patrz tak na mnie, skoro już tyle wypaplałaś. To proste pytanie, 

Brianno.

Shannon   czekała,   dopóki   Brianna   znowu   na   nią   nie   spojrzała.   - 

Dlaczego matka Murphy'ego i jego rodzina wracają tu, żeby mnie zobaczyć?

- Niech ci będzie. Kiedy powiedział, że się o ciebie stara...
- Co robi? - Shannon rzuciła ołówek. Musiała wyładować złość. - Czy 

on zwariował, czy jest chory umysłowo! Ile razy będę zmuszona powtarzać, że 
nie jestem tym zainteresowana, zanim dojdzie to do jego zakutego łba.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 145

   

-   Założę   się,   że   jeszcze   przynajmniej   kilka   razy   -   rzekła   Maggie   z 

uśmiechem. - W wiosce robią zakłady o to, czy uda mu się wyprawić ślub w 
czerwcu.

- Maggie! - ostatnim tchem wykrzyknęła Brianna.
- Ślub? - Shannon wydała z siebie dźwięk, który był czymś pośrednim 

między   jękiem   rozpaczy   a   przekleństwem.   -   To   już   szczyt!   Organizuje 
przyjazd swojej matki, żeby mnie obejrzała, zmusza ludzi do zakładów...

-   Prawda   jest   taka,   że   to   Tim   O'Mallcy   zaczął   zakłady   -   wtrąciła 

Maggie.

- Musi je odwołać!
- Och, Tima nic nie powstrzyma, skoro już raz zrobił zakład.
Shannon   nie   potrafiła   zdobyć   się   w   tej   chwili   na   śmiech.   Rzuciła 

gniewne,   płonące   spojrzenie   w   kierunku   Maggie.   -   Myślisz,   że   to   jest 
zabawne? Ludzie, których nawet nie znam, stawiają na mnie w zakładach! 
Maggie nie musiała nad tym myśleć. - Tak. - Po czym ze śmiechem chwyciła 
Shannon za ramiona i potrząsnęła nią. - Ależ uspokój się. Nikt nie może cię 
zmusić do czegoś, czego nie chcesz.

- Murphy Muldoon jest już martwy!
Z   większym   rozbawieniem   niż   sympatią   Maggie   poklepała   ją   po 

policzku. - Wydaje mi się, że nie wpadłabyś w taką gorączkę, gdyby twoje 
zainteresowanie   było   równie   niewielkie,   jak   twierdzisz...   Co   sądzisz   o   tej 
sprawie, Brie?

- Myślę, że za dużo powiedziałam. - Ale serce kazało jej jeszcze dodać. 

-   Murphy   kocha  cię,   Shannon.   Ja  nie   mogę   mu  pomóc,   ale  jestem   z  nim. 
Wiem, jak to jest, gdy człowiek się zakocha i nie widzi odwrotu. Choć stawia 
to cię w głupiej sytuacji, nie bądź dla niego zbyt sroga.

Złość Shannon zgasła równie szybko, jak wybuchła. - To do niczego nie 

prowadzi. Nie powinien wszystkiego komplikować.

Maggie podniosła szkicownik i znalazła stronę, na której widniał portret 

Murphy'ego. - Naprawdę do niczego nie prowadzi? - Gdy Shannon nic nie 
powiedziała, Maggie odłożyła szkicownik. - Do  ceili  jest jeszcze więcej niż 
tydzień. Masz czas na rozwiązanie tej sprawy.

- Zaczynam od zaraz. - Shannon zabrała akwarelę i zaniosła ją do domu.
W drodze do swojego pokoju wyobrażała sobie dokładnie, co powie 

Murphy'emu, gdy tylko chwyci go w swoje ręce. To straszne, musi zerwać tę 
przyjaźń w chwili, gdy zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, jak wiele ona dla 
niej oznacza.  Wątpliwe jednak, czy Murphy potrafi przyjąć coś innego niż 
całkowite zerwanie. Sam to sobie zawdzięcza, idiota.

Z   trudem   próbowała   się   uspokoić,   stawiając   akwarele   przy   ścianie. 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 146

   

Podszedłszy do okna, przyglądała się ciągnącej się w dal zieleni pól. Po chwili 
usłyszała jakiś ruch z drugiej strony domu. Świetnie. Stawi czoło bestii w jej 
kryjówce. Ruszyła na oślep w dół schodami i wyszła z domu. Znalazła się już 
w   połowie   drogi   do   bramy,   gdy   spostrzegła   samochód   zaparkowany   przy 
drodze, a po obu jego stronach Briannę i Maggie.

Nie musiała nawet patrzeć w tamtą stronę, wiedziała, że kłótnia toczy 

się   na   całego.   Słyszała   tylko   ostry,   niecierpliwy   głos   Maggie.   Z   łatwością 
mogła minąć te kobiety i iść w swoją stronę, ale zobaczyła twarz Brianny. Była 
blada, spięta. I te oczy. Nawet z odległości dwóch jardów Shannon dojrzała w 
nich   troskę   i   ból.   Zacisnęła   zęby.   Wydawało   jej   się,   że   w   tym   dniu   musi 
zmierzyć się ze wszystkimi najtrudniejszymi sprawami. I niech to cholera, ale 
znalazła się w idealnym do tego nastroju.

Gdy   podeszła   do   samochodu,   spojrzała   na   Maeve.   Nagle   ucichły 

wściekłe słowa, które do tej pory padały.

- Shannon! - Brianna zacisnęła dłonie. - Jeszcze cię nie przedstawiłam 

Lottie. Lottie Sullivan - Shannon Bodine.

Kobieta z okrągłą twarzą, na której malował się wyraz przygnębienia, 

próbowała wydostać się z samochodu. - Miło mi panią poznać - powiedziała 
szybko z przepraszającym uśmiechem.

-   Wracaj   do   samochodu   -   warknęła  Maeve.   -  Nie  zatrzymujemy   się 

tutaj.

- Odjeżdżaj sama w takim razie - odparowała Maggie. - Lottie jest w 

tym domu mile widziana.

- A ja nie?
- Ty dokonałaś wyboru. - Maggie założyła ręce na piersiach. - Rób z 

siebie męczennicę, jeśli wola, ale z Brianny jej nie zrobisz!

- Pani Concannon. - Shannon odtrąciła Maggie na bok. - Chcę z panią 

pomówić.

- Nie mam ci nic do powiedzenia.
- Świetnie, może więc pani posłuchać. - Kątem oka Shannon złapała 

wyraz aprobaty na twarzy Lottie, i miała zamiar na nią zasłużyć. - Jest coś, co 
nas łączy, czy sobie tego życzymy, czy nie. Łączą nas pani córki. A ja nie chcę 
stać się przyczyną kłótni między wami.

- Nikt poza nią tych kłótni nie prowokuje - powiedziała zacietrzewiona 

Maggie.

- Cicho bądź, Maggie. - Shannon zignorowała wybuch złości siostry i 

ciągnęła: - Ma pani prawo być zła, pani Concannon. Jest pani zraniona. Nie 
wiem, czy tak każe pani duma czy serce, nieważne. Prawda jest jednak taka, że 
ani ja, ani pani nie możemy zmienić tego, co się stało...

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 147

   

Chociaż Maeve nic nie  mówiła,   patrząc z zawziętością przed  siebie, 

Shannon zdecydowała się zakończyć to, co zaczęła.

- Mój udział w całej tej historii jest raczej przypadkowy. Stanowię, jeśli 

można tak powiedzieć, jej rezultat, nie przyczynę. To, czy pani ma coś z tym 
wspólnego, czy nie ma, jest nieważne.

Słowa te zmusiły Maeve do zwrócenia twarzy w kierunku Shannon. - 

Ośmielasz   się   mówić,   że   to   ja   zmusiłam   twoją   matkę   do   cudzołóstwa...   - 
wybuchnęła jadowicie.

- Nie. Mnie tam nie było. Moja matka zaś nikogo nie obwinia, a już z 

pewnością nie panią, za swoje czyny. Chcę tylko powiedzieć, że nie jest ważne 
to, jaką rolę pani tu odegrała. Są tacy, co uważają, że skoro nie kochała pani 
męża, nie powinno to pani obchodzić, że znalazł sobie inną. Nie zgadzam się z 
tym. Ma pani pełne prawo do tego, by czuć się skrzywdzona. To, co się stało, 
jest błędem.

Zimne spojrzenie Shannon stłumiło następny protest Maggie.
- Jest błędem - powtórzyła raz jeszcze, zadowolona, że nikt jej już nie 

przerywa. - Jakkolwiek na to patrzeć! Czy z punktu widzenia religijności czy 
intelektu.   Choć   nie   byliście   państwo   zadowoleni   ze   swojego   związku, 
powinniście go respektować. Szanować. Zgodzę się, że nawet po tylu latach 
nie można zapomnieć o zdradzie i powstrzymać gniewu na myśl o niej.

Shannon   odetchnęła   spokojnie,   świadoma,   że   Maeve   słucha   jej   w 

skupieniu.   -   Nie   mogę   odwrócić   biegu   spraw,   urodziłam   się   i   żyję,   pani 
Concannon, żadna z nas nie może z tym nic zrobić. Łączy nas coś, musimy 
więc z tym żyć - przerwała na chwilę.

Maeve przyglądała się jej z zaciekawieniem, marszcząc brwi.
Shannon   zaczęła   mówić   dalej.   -   Moja   matka   umarła,   słysząc   na 

pożegnanie niemiłe słowa z mych ust. Tego też nie zmienię, choć niezmiernie 
mi   żal,   że   tak   się   stało.   Będę   cierpiała   całe   życic.   Nie   wolno   rujnować 
wszystkiego, co się ma, tylko przez wzgląd na fakt, że wynikło coś, czego nie 
da   się   zmienić.   Niedługo   wyjadę,   Maggie,   Brie   i   pani   wnuki   pozostaną.   - 
Zadowolona, że zrobiła wszystko, co w jej mocy, Shannon cofnęła się. - A 
teraz proszę mi wybaczyć. Muszę iść zamordować pewnego mężczyznę.

Ruszyła   drogą,   ale   nie   uszła   więcej   niż   pięć   kroków,   gdy   usłyszała 

otwierające się drzwi samochodu.

- Poczekaj, dziewczyno!
Shannon zatrzymała się, odwróciła i napotkała wzrok Maeve. - Tak?
-   Mówisz   do   rzeczy.   -   Maeve   kosztowało   to   wiele   wysiłku,   ale 

rozgoryczona kontynuowała: - Masz o wiele więcej rozsądku, niż mężczyzna, 
którego krew płynie w twoich żyłach.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 148

   

Shannon kiwnęła na te słowa głową. - Dziękuję.

Kiedy ruszyła w swoją stronę, pozostałe osoby patrzyły na Maeve w 

niemym zdumieniu, jakby jej nie poznawały. - Czy macie zamiar stać tutaj cały 
dzień? Ruszaj się Lottie. Chcę zobaczyć wnuczkę.

Nieźle, pomyślała Shannon i przyspieszyła kroku. Jeśli będę miała choć 

tyle szczęścia rozprawiając się z Murphym, uznam dzień za udany.

Kiedy   dotarła   do   farmy   i   znalazła   się   na   tyłach   domu,   zobaczyła 

Murphy'ego niedaleko wybiegu dla owiec. Stał w towarzystwie niewysokiego, 
krzywonogiego mężczyzny, gryzącego w zębach fajkę. Nie rozmawiali, ale 
przysięgłaby, że jakieś fluidy przepływają między nimi.

Nagle starszy mężczyzna pokiwał głową. - W porządku, Murphy. Dwie 

świnie.

- Będę bardzo wdzięczny, jeśli mi je pan dostarczy, panie McNee, za 

dzień lub dwa.

- Dobrze. - Mężczyzna wciągnął fajkę głębiej w usta i ruszył w kierunku 

wybiegu. Wtem dostrzegł Shannon. - Masz towarzystwo, chłopcze.

Murphy spojrzał i szeroko się uśmiechnął. - Shannon, tak się cieszę, że 

cię widzę.

-   Tylko   znowu   ze   mną   nie   zaczynaj,   ty   pawianie.   -   Podeszła   i 

wymierzyła oskarżycielsko palec w jego pierś. - Zaraz mi wszystko wyjaśnisz.

McNee nadstawił uszu. - To ta, Murphy?
Zakłopotany Murphy przetarł sobie twarz. - To właśnie ta.
- Dużo czasu zajął ci wybór, ale wybrałeś niezłą.
W Shannon złość się zagotowała, zwróciła się do McNee. - Jeśli pan 

postawił na tego kretyna, może się pan pożegnać ze swymi pieniędzmi!

- O, to są jakieś zakłady? Czemu nikt mi o tym nie powiedział? - zapytał 

urażony McNee.

Kiedy   Shannon   upajała   się   tym,   że   udało   jej   się   zaskoczyć   obu 

mężczyzn, Murphy pogłaskał ją po ramieniu. - Czy mogę cię przeprosić na 
minutę,   kochanie?   Potrzebuje   pan   pomocy,   panie   McNee?   Pomogę   panu 
złapać jagnię, które się panu podoba.

- Nie, dam sobie radę. Coś mi się wydaje, że masz teraz zbyt dużo na 

głowie.  -  Z zadziwiającą zręcznością  stary  człowiek  wskoczył  na wybieg  i 
rozpędził beczące owce.

- Wejdźmy do środka, proszę.
-   Zostaniemy   tutaj   -   odparła   Shannon,   przeklinając   w   duchu,   kiedy 

Murphy mocno objął ją ramieniem.

- Wejdźmy - powtórzył. - Wolę, żebyś krzyczała na mnie bez świadków.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 149

   

Wszedł   ostrożnie   na   stopień,   ściągnął   zabłocone   kalosze,   po   czym 

otworzył drzwi. Czekał, jak kulturalny mężczyzna, żeby przepuścić ją przed 
sobą. - Usiądziesz?

- Nie, cholera jasna, nie usiądę.
Wzruszył ramionami i oparł się o szafki. - Stójmy. Widzę, że coś ci 

dolega.

Łagodny ton tylko podsycił ogień jej gniewu. - Jak śmiesz! Jak śmiesz 

zapraszać swoją rodzinę, by oglądała mnie, niczym konia wystawianego na 
aukcji!?

Odprężył się na twarzy. - Mylisz się, jeśli o to chodzi. Poprosiłem ich, 

żeby przyjechali cię poznać, a to całkiem co innego.

- Nie ma w tym żadnej różnicy. Poza tym zaprosiłeś ich pod fałszywym 

pretekstem. Powiedziałeś, że starasz się o mnie.

- Ależ przecież staram się o ciebie, Shannon!
- Już o tym rozmawialiśmy i nie zamierzam przechodzić przez to raz 

jeszcze!

- To świetnie, zrobić ci herbaty?
Zdziwiła   się,   że   nie   wypadł   jej   żaden   z   zębów   -   tak   mocno   je 

przygryzła. - Nie, nie chcę żadnej herbaty!

- Mam tu za to coś innego dla ciebie. - Sięgnął po pudełeczko leżące na 

blacie. - Jakiś czas temu byłem w Ennis i kupiłem to dla ciebie. Zapomniałem 
ci to dać wczoraj.

Schowała   ręce   za   plecy.   Gest   ten   wydał   się   jej  dziecinny.   -   Nie,   w 

żadnym wypadku nie przyjmę od ciebie upominku. To wcale nie jest zabawne, 
Murphy!

Własnoręcznie   otworzył   pudełeczko.   -   Lubisz   ładne   rzeczy.   Te   mi 

wpadły w oko.

Wbrew   swoim   intencjom   Shannon   zerknęła   na   otwarte   pudełeczko. 

Ujrzała piękne, zadziwiająco piękne kolczyki, takie, jakie z pewnością sama by 
sobie wybrała. Serduszka cyrkonii i ametystów błyszczały jedne przy drugich.

- Murphy, są bardzo drogie. Zabierz je.
- Nie jestem biedakiem, Shannon, gdybyś troszczyła się w tej chwili o 

mój portfel.

- To tylko stwierdzenie niegodne uwagi. - Zmusiła się, by nie patrzeć na 

drogie kamienie. - Nie mam zamiaru przyjmować od ciebie prezentów, to tylko 
cię ośmieli. - Podszedł do niej, poczuła, jak przyparł ją do drzwi lodówki. - Nie 
waż się.

-   Nie   założyłaś   dziś   żadnych   kolczyków.   Przymierz   te.   Spokojnie, 

kochanie, nie wiem, czy dobrze wybrałem.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 150

   

Próbowała   odepchnąć   jego   ręce,   gdy   zaczął   wkładać   kolczyk,   i 

krzyknęła, gdy ten zawisł w jej uchu.

-   Sama   się   o   to   prosiłaś   -   zamruczał,   pochłonięty   całkowicie   swoją 

robotą.

- Zaraz cię uderzę - powiedziała przez zęby.
- Poczekaj, aż skończę. To niezręczne zadanie dla mężczyzny. Dlaczego 

zapięcia do kolczyków są tak cholernie małe? Skończone.

Jak   człowiek,   któremu   udało   się   wykonać   trudne   zadanie,   Murphy 

cofnął się, aby zobaczyć efekt swej pracy. - Pasują ci.

Nikt nie dojdzie do ładu z kimś, komu brakuje rozsądku, pomyślała 

Shannon. - Murphy, chcę, żebyś zadzwonił i odwołał przyjazd swojej rodziny.

- Nie mogę tego zrobić. Czekają na  ceili  i spotkanie z tobą. Zacisnęła 

ręce   w   pięści.   -   W   porządku.   Zadzwoń   i   powiedz   w   takim   razie,   że   się 
pomyliłeś, zmieniłeś zamiar, cokolwiek. Że ty i ja nie jesteśmy dla siebie.

Uniósł brwi. - Chcesz, żebym im powiedział, że nie mam zamiaru się z 

tobą ożenić.

- Właśnie to! Poklepała go ze współczuciem po ramieniu. - W końcu 

pojąłeś, o co mi chodzi.

- Nie znoszę ci odmawiać. Ale nie mogę też okłamywać swojej rodziny.
Był dość szybki, żeby odskoczyć i uniknąć najpierw pierwszego, potem 

drugiego ciosu. Trzeci niemal go dosięgnął, co wzbudziło jego gromki śmiech. 
Udało mu się schwycić ją w pasie, zaczął więc obracać się z nią dookoła z 
szybkością   przyprawiającą   o   zawrót   głowy.   -   O   Boże,   jesteś   dla   mnie, 
Shannon. Zakochałem się w tobie do szaleństwa.

- Wariat! - zaczęła, ale zamknął jej usta pocałunkiem.
Ukradł jej oddech, nie mogła go odzyskać. Kiedy mocno chwyciła go za 

ramiona,   zaczął   znów   się   z   nią   obracać,   tak   że   wszystko   stało   się   jeszcze 
bardziej oszałamiające.

Usta miał gorące. Nawet gdy zatrzymał się, pokój nadal wirował, a wraz 

z nim jej serce. Poprzez mgłę pożądania przemknęła szybka, ogłuszająca myśl. 
Nie   ma   innego   wyboru,   jak   tylko   go   kochać.   Nie,   zapewniła   siebie,   nie 
pozwolę, aby do tego doszło.

Odsunęła   się   w   nagłym   strachu,   czując   jednocześnie   przypływ   siły. 

Włosy miała splątane, oczy szeroko rozwarte, w głowie jej się jeszcze kręciło.

Widział, jak bije jej puls u nasady szyi, jak pod wpływem pocałunku 

policzki pokrył rumieniec.

-   Chodź   ze   mną   do   łóżka,   Shannon.   -   Głos   miał   rozkazujący   i 

stanowczy.   -   Jezu   Chryste,   pragnę   ciebie!   Za   każdym   razem,   kiedy   tędy 
przechodzisz,   czuję   ból   i   okropny   strach,   że   nie   wrócisz.   -   Zdesperowany 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 151

   

przyciągnął ją do siebie bliżej i zanurzył twarz w jej włosach. - Nie mogę 
patrzeć, jak stąd wychodzisz, nie będąc moja.

- Nie rób tego. - Zmrużyła oczy, tocząc ze sobą przerażającą bitwę. - 

Nie pozwól, żeby to ograniczyło się do czegoś tak prostego, jak pójście do 
łóżka. A ja nie pozwolę, żeby miało się to przerodzić w coś więcej.

- To już jest czymś więcej. Jest wszystkim. - Szarpnął ją ku sobie, ale 

zabrał ręce, żeby jej nie posiniaczyć. - Czy to dlatego, że wariuję na twój 
widok? Czasami zachowuję się niezręcznie i nie zawsze potrafię jasno myśleć, 
gdy jestem przy tobie.

- Nie, to nie twoja wina, Murphy. To ja. To ja i twoje plany względem 

nas. Rozgrywam całą rzecz o wiele gorzej od ciebie.

Próbowała   odetchnąć   głęboko,   ale   czuła,   że   jej   pierś   jest   boleśnie 

ściśnięta. - Zamierzam to naprawić. Nie zobaczymy się już więcej. - Z trudem 
zniosła jego spojrzenie, ale nie odwróciła wzroku. - Tak będzie łatwiej dla nas 
obojga. Zacznę przygotowywać się do powrotu do Nowego Jorku.

- To ucieczka - powiedział spokojnie. - Czy jesteś pewna, że uciekając 

ode mnie nie uciekasz od siebie samej?

- Tam jest moje życie. Muszę do niego wrócić.
Wściekłość,  która nim owładnęła, nie pozostawiła miejsca na strach. 

Oczy mu płonęły, kiedy na nią patrzył. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął jakiś 
przedmiot i rzucił na stół.

Zamarła,   zanim   nawet   zdążyła   spojrzeć.   Miedziana   brosza   z 

wytłoczonym   rumakiem.   Wiedziała,   że   z   tyłu   jest   zapinka.   Dość   mocna   i 
twarda, by spiąć płaszcz jadącego konno mężczyzny. Murphy patrzył na nią, 
gdy zbladła jak ściana. Sięgnęła po przedmiot. Cofnęła jednak rękę szybkim 
ruchem, przyjmując postawę obronną. - Co to jest?

- Wiesz dobrze, co to jest - krzyknął z zamierzoną gwałtownością, kiedy 

potrząsała przecząco głową. - Nie oszukuj siebie, bo to naprawdę jest bardzo 
żałosne.

Widziała tę broszę przypiętą do ciemnego wełnianego płaszcza. Skrzyły 

się na nich krople deszczu.

- Skąd ją masz?
-  Znalazłem  ją  w  kamiennym  kręgu,   kiedy   byłem  małym  chłopcem. 

Zasnąłem, ściskając ją w ręku, właśnie tam. I pierwszy raz o tobie śniłem.

Nie mogła oderwać od niej oczu, nawet gdy wzrok zaszedł jej mgłą.
- To niemożliwe!
- Wszystko zdarzy to się tak, jak powiedziałem.
Wziął broszę i wyciągnął rękę w jej stronę.
- Nie chcę jej! - W głosie Shannon pojawiła się panika.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 152

   

- Trzymałem ją dla ciebie przez pół życia. - Już spokojniejszy włożył ją 

z powrotem do kieszeni. - Mogę jeszcze potrzymać. Nie musisz wyjeżdżać 
szybciej, jeśli planowałaś spędzić jeszcze jakiś czas ze swoimi siostrami. Nie 
dotknę cię już więcej w ten sposób, nie będę zmuszał, żebyś dała mi to, czego 
nie chcesz dać. Masz moje słowo.

Dotrzyma   obietnicy,   pomyślała.   Znała   go   już  na   tyle   dobrze,   że  nie 

miała co do tego wątpliwości. Jak mogłaby go obwiniać za to, co jej przyrzekł. 
Poczuła się żałośnie.

-   Zależy   mi   na   tobie,   Murphy.   Nie   chcę   cię   jednak   zranić.   -   Nie 

wiedziała, co może innego powiedzieć w tej chwili.

Jego głos zabrzmiał obojętnie. - Jestem dojrzałym mężczyzną, Shannon. 

Potrafię się sobą zająć.

Wiedziała,   że   może   teraz   odejść.   Nagle   zrozumiała,   że   nie   tylko 

chciałaby trzymać go w ramionach, ale chciałaby, aby i on wziął ją w ramiona. 
Chciała, żeby ją objął. - Boję się stracić twoją przyjaźń, Murphy. Stała się dla 
mnie bardzo ważna w tak krótkim czasie.

- Nie stracisz jej. - Uśmiechnął się, ale trzymał ręce przy sobie, choć 

miał ochotę wyciągnąć je w jej stronę. - O to nie musisz się martwić.

Kiedy wyszła, próbowała nie myśleć zbyt głęboko o tym, dlaczego tak 

bardzo ma ochotę płakać.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 153

   

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Murphy zajął się czyszczeniem stajni. Praca fizyczna stanowiła część 

jego życia. Wiedział, że wysiłek i pot uciszą umysł. Ale nic nie pomagało.

Wbił szpadel w brudną, słomianą wyściółkę i rzucił ładunek na taczkę.
- Zawsze miałeś celne oko. Naprawdę, Murphy. - Maggie zaszła go od 

tyłu. Uśmiechała się, szukając oczami jakichś znaków na jego twarzy. To, co 
znalazła, ugodziło ją prosto w serce.

- Dlaczego nie pracujesz - spytał, nie odwracając się i nie przerywając 

zajęcia. - Słyszałem twój pice.

-   Zaraz   do   niego   wrócę.   -   Maggie   podeszła   bliżej   i   oparła   się   na 

drzwiczkach stajennej przegrody. - Nie wpadłam wczoraj, bo myślałam, że 
może chcesz odetchnąć. Czekałam do dzisiejszego ranka. Shannon wyglądała 
kiepsko, gdy wróciła wczoraj od ciebie.

- Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby ją uspokoić - powiedział 

ostro, zanim przeszedł ze szpadlem do następnej przegrody.

- A co z twoim spokojem, Murphy? - Maggie położyła mu rękę na karku 

i przytrzymała, mimo że chciał ją strącić ze złością. - Rozumiem, co czujesz do 
Shannon, i nie mogę znieść, że dałeś się wyprowadzić z równowagi.

-   Dlatego   lepiej   zrobisz,   jeśli   stąd   wyjdziesz,   bo   nastrój   mi   się   nie 

zmieni. Odsuń się do cholery, jeśli nie chcesz mieć gnoju na twarzy!

Maggie złapała ze złością za trzonek szpadla, usiłując go wyrwać z rąk 

Murphy'ego.

-   Świetnie.   -   Puściła   trzonek   i   założyła   ręce   na   piersiach.   -   Możesz 

zbierać gówno i rozmawiać ze mną!

- Nie mam nastroju na towarzystwo.
- A cóż ja mam wspólnego z towarzystwem?
-   Do   diabła,   Maggie!   Wynoś   się!   -   krzyknął.   Złość   płonęła   mu   w 

oczach. - Nie chcę litości ani współczucia, ani żadnych dobrych rad.

Zacisnęła pięści, podparła się pod boki i zmierzyła się z nim, patrząc mu 

prosto   w   twarz.   -   Jeśli   myślisz,   że   wyrzucisz   mnie   stąd   za   pomocą   tych 
wstrętnych słów i jeszcze większej złości, to się mylisz, chłopcze.

Wiedział, że nie mógłby tego zrobić. To tylko pogorszyłoby sprawę. 

Zrobił zatem, co w jego mocy, aby powstrzymać furię. - Przepraszam, Maggie 
Mae. Nie powinienem wyżywać się na tobie. Muszę zostać na jakiś czas sam.

- Murphy!
Poczuł, że za chwilę się załamie, jeśli nie uda mu się szybko odesłać jej 

stąd.

- To nie dlatego, że nie jestem ci wdzięczny za wizytę i chęć pomocy. 

Nie   jestem   na   to   przygotowany.   Sam   muszę   wyleczyć   swoje   rany.   Bądź 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 154

   

przyjaciółką i zostaw mnie, kochanie.

Zrozpaczona Maggie przycisnęła twarz do jego policzka. - Przyjdziesz 

ze mną porozmawiać, gdy będziesz już mógł.

- Oczywiście, że przyjdę, ale teraz idź. Odejdź! Mam dużo pracy dzisiaj.
Kiedy Maggie wyszła, Murphy wbił szpadel w słomę i przeklinał cicho i 

zjadliwie, dopóki nie wyczerpał swoich możliwości.

Pracował jak opętany do zachodu słońca, następnego dnia tak samo.
Nawet jego dobrze rozwinięte muskuły zmęczyły się po jakimś czasie. 

Usiadł   z   zimną   kanapką   i   butelką   piwa.   Myślał   już   o   położeniu   się   spać, 
chociaż zbliżała się dopiero ósma. Nagle tylne drzwi domu otworzyły się z 
hałasem. Weszli Rogan i Gray, za nimi podążał beztrosko Con.

-   Przychodzimy   z   misją,   Murphy!   -   Gray   klepnął   go   po   plecach   i 

odwrócił się w kierunku szafek.

- Z misją? - Murphy podrapał psa za uszami, gdy ten położył mu łeb na 

kolanach. - Jakiego rodzaju?

- Przykazano nam zlikwidować twój czarny humor. - Rogan postawił 

butelkę na stole i odkorkował ją. - Żaden z nas nie ma prawa powrotu do 
domu, zanim tego nie osiągniemy.

- Brie i Maggie myślą od dwóch dni tylko o tobie - wtrącił Gray.
- Nie ma potrzeby. Właśnie miałem iść spać.
- Nie możesz, jesteś Irlandczykiem, więc nie odwracaj się od dwóch 

facetów i butelki Jamisona. - Gray postawił trzy szklanki na stole, jedną przy 
drugiej.

- Upijemy się! - Murphy zerknął na butelkę. O tym nie pomyślał.
- Kobiety nie byłyby w stanie utrzymać się na fali. - Rogan nalał trzy 

solidne   drinki.   -   Stwierdziły   zatem,   że   to   męska   sprawa.   -   Usadowił   się 
wygodnie na stole i uniósł szklankę. - Slainte!

Murphy   podrapał   się   po   brodzie   i   odetchnął   głęboko.   -   Psiakrew!   - 

Wychylił pierwszą szklankę i odstawił ją, oczekując dolewki. - Przyniosłeś 
tylko jedną butelkę?

Gray roześmiał się i polał następną kolejkę.
Kiedy opróżnili butelkę do połowy, Murphy poczuł się przyjemnie. To 

chwilowe - wiedział - i głupie. Ale w istocie czuł się bardzo głupio.

- Mam zamiar ci powiedzieć, że... - rzekł Gray lekko już wstawiony, 

opadając na oparcie krzesła i zaciągając się jednym z cygar, które przyniósł 
Rogan - nie mogę się upić.

- Oczywiście, że możesz. - Rogan patrzył na koniuszek swego cygara. - 

Widziałem cię pijanego.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 155

   

-  Niczego nie widziałeś.  Byłeś  wstawiony.  -  Grayowi  wydało się  to 

bardzo zabawne, pochylił się znowu do przodu i omal nie wstał. - Miałem na 
myśli to, że jeśli się upiję, nie będę mógł się kochać z żoną dzisiejszej nocy.

- Dzięki. - Porwał szklankę, którą napełnił mu Murphy, i trzymając ją w 

ręku, gestykulował. - Muszę nadrobić stracony czas. - Śmiertelnie poważny 
oparł się łokciem na stole. - Wiesz, ile czasu nie można, kiedy kobieta jest w 
ciąży?

- Wiem - przytaknął ze zrozumieniem Rogan. - Chciałem powiedzieć, 

że wiem to doskonale.

- A to im wcale nie przeszkadza. One... - Gray gestykulował szeroko. - 

One wysiadują. Muszę to nadrobić i nie mogę się dziś upić.

- Za późno - mruknął Murphy i ze smutkiem spojrzał na swoją szklankę.
- Czy myślisz, że nie wiemy, co się z tobą dzieje? - Gray przyjaźnie 

klepnął Murphy'ego po plecach. - Potrzebujesz kobiety.

Murphy parsknął śmiechem i wychylił następną szklankę. - Gdyby to 

było takie proste...

- Tak. - Gray z głębokim westchnieniem zajął się cygarem. - Kiedy cię 

któraś złapie, jesteś ugotowany. Prawda, Sweeney?

- Święta prawda. Maluje burzę, wiesz?
Murphy popatrzył na Rogana ze smutkiem. - Moja zguba, twój zysk.
Rogan tylko się uśmiechnął. - Jesienią zrobimy jej pierwszą wystawę. 

Nic jeszcze o tym nie wie, ale pracujemy nad tym. Wiesz, że stanęła oko w oko 
z Maeve Concannon.

-   Co   masz   na   myśli?   -   Murphy   zapalił   papierosa.   Bardziej   mu 

smakowały niż cygara Rogana. - Kłóciły się?

- Nie, Shannon po prostu podeszła do kobiety i powiedziała jej kilka 

słów. Kiedy skończyła, Maeve uznała, że Shannon jest wrażliwą dziewczyną, 
po czym weszła do domu zobaczyć Kaylę i Liama.

- Czy to prawda? - Przeniknął go podziw i miłość, wychynął następnego 

drinka.  - Boże,  ta dziewczyna  jest kimś,  nie?  Shannon  Bodine ma głęboki 
umysł   i   miękkie   serce.   Może   powinienem   natychmiast   iść   do   niej   i   jej   to 
powiedzieć. - Podniósł się. Nie zachwiał się dzięki mocnej budowie. - Może po 
prostu tam pójdę i przywiodę ją tu, gdzie jej miejsce.

- Czy mógłbym się temu przypatrywać? - Chciał wiedzieć Gray.
-   Nie.   -   Murphy   westchnął   i   opadł   z   powrotem   na   krzesło.   -   Nie, 

obiecałem jej, że nie zrobię tego, cholera.

Podniósł   butelkę,   napełnił   raz   jeszcze   swą   szklankę,   aż   whisky 

dosięgnęła brzegów. - Jutro rano będzie bolała mnie głowa, taka jest prawda. 
Ale   warto.   -   Wypił   niemal   do   dna.   -   Dzielę   swój   smutek   z   najlepszymi 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 156

   

przyjaciółmi, jakich Bóg może dać człowiekowi.

- To prawda, cholera. Wypij za to, Rogan!
-   Myślę   teraz,   że   może   mądrze   jest   nadrobić   czas,   o   którym   przed 

chwilą mówiłeś. Wiesz, że niedługo stracę tę przyjemność na siedem miesięcy.

Gray nachylił się konspiracyjnie do Murphy'ego. - Ależ ten facet jest 

bystry, to przeraża.

- Będę wdzięczny, jeśli przestaniecie ględzić o ciąganiu kobiet do łóżka. 

Cierpię, jak widać.

- To nietaktowne z naszej strony - zgodził się Rogan. - Nie musimy 

wcale rozmawiać o kobietach. Słyszałem, że podobno twoja klacz się niedługo 
oźrebi?

- Hej! - Gray podniósł rękę. - Klacz, kobieta - rodzaj żeński.
- A niech to, chyba masz rację - uznał Rogan i zaczął szukać innego 

tematu. - Dzisiaj dostaliśmy piękną rzeźbę pewnego artysty z hrabstwa Mayo. 
To rzeźba z marmuru, piękna praca. Akt.

- Gówno, Rogan, znowu zaczynasz.
Słysząc   irytację   i   niesmak   w   głosie   Graysona,   Murphy   ryknął 

śmiechem.

Obaj mężczyźni, będąc dobrymi przyjaciółmi, położyli Murphy'ego do 

łóżka   po   wykończeniu   butelki,   po   czym   odeszli,   zadowoleni,   że   misja   się 
powiodła.

Trzymanie się z dala od Shannon nastręczało Murphy'emu trudności. 

Nawet obowiązki na farmie wydawały mu się ciężkie, kiedy dniem i nocą nie 
opuszczała go świadomość, że dziewczyna jest tak blisko. Wystarczyło przejść 
przez pole. Choć znajdowała się tak blisko, pozostawała poza jego zasięgiem. 
Pomagała mu myśl, że robi to dla niej.

Nic tak nie uspokajało duszy, jak męczeństwo. Przyjaciele, choć pełni 

dobrych chęci, nie mogli mu pomóc.

Tydzień później zobaczył ją w ogrodzie Brianny, za domem, jak stała 

przy   sztalugach.   Miała   na   sobie   koszulkę   z   college'u,   poplamioną   i 
usmarowaną farbami i luźne dżinsy rozdarte na kolanie. Pomyślał, że wygląda 
jak anioł.

Z przymrużonymi oczyma, przygryzając koniec pędzla, przyglądała się 

swojej pracy. Zorientował się, że go wyczuła, w tym momencie zmienił się 
wyraz jej oczu. Uważnym ruchem wyjęła pędzel z ust i odwróciła głowę.

Nie   powiedział   nic.   Wiedział,   że   język   mu   się   zapłacze.   Po   chwili 

zakłopotania zbliżył się i ciężko spojrzał na obraz.

Zobaczył dom, jego tyły, zbudowany z kamieni. Otwarte okna, dookoła 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 157

   

ogród pełen kolorów i kształtów. Drzwi kuchni stały otworem, zapraszając do 
środka.

Shannon żałowała, że odłożyła pędzel. Podniosła szmatkę po to, aby 

zająć czymś ręce. Nie martwiły jej plamy od farby. - Co o tym sądzisz?

- Bardzo ładny. - Żadne słowa nie przychodziły mu na myśl. - Wygląda 

na skończony.

- Tak, właśnie skończyłam.
- Bardzo ładny. - Przesunął kartonowe pudełko z jajkami, które właśnie 

niósł.

Shannon odwróciła się, grzebiąc bezmyślnie w tubkach farb i pędzlach, 

leżących na małym stoliku, w który zaopatrzył ją Gray. - Domyślam się, że 
jesteś zajęty.

- To prawda.
Spojrzała mu uważnie w twarz. Wyglądał na zagubionego.
Zajęty, pomyślał z wściekłością, gapiąc się w pudełko. - Jajka - rzekł 

cicho. - Brianna prosiła mnie o jajka, są jej potrzebne.

- Rozumiem.
Brianna, siedząc przy oknie w kącie kuchni, wyostrzyła wzrok, kiedy 

dostrzegła Murphy'ego.

- Popatrz na nich oboje. Zachowują się jak głupiutkie dzieci.
Ponieważ   wydali   jej   się   bardzo   smutni,   postanowiła   zmienić   swoje 

zamiary. Nie zostawi ich samych. Szybko pospieszyła do drzwi. - O, jesteś, 
Murphy. Przyniosłeś jajka. Wchodź i spróbuj, właśnie upiekłam placek.

- Muszę...
Ale Brianna weszła już z powrotem do kuchni, a Murphy patrzył na 

drzwi niezdecydowany. Przesunął pudełko raz jeszcze i spojrzał na Shannon.

- Ja właśnie... - Niech cholera weźmie to moje otępienie, pomyślał. - 

Zanieś wreszcie te jajka, będziesz miał święty spokój.

- Murphy.
Trzeba z tym skończyć, powiedziała sobie Shannon, sprawdzając jego 

reakcję przez położenie mu ręki na ramieniu. Zdrętwiał, nie mogła go za to 
winić.

- Nie zajrzałeś tu od tygodnia, a wiem, że często wpadałeś do Brianny i 

Graya, kiedy tylko miałeś ochotę.

Popatrzył   na   jej   rękę,   potem   na   twarz.   -   Myślałem,   że   to   najlepsze 

wyjście z sytuacji...

- Przepraszam. Nie chciałam, żebyś tak myślał. Wydawało mi się, że 

wciąż jesteśmy przyjaciółmi.

Zatrzymał na niej wzrok. - Ty także więcej nie pojawiłaś się na polach.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 158

   

-   To   prawda.   Też   myślałam,   że   tak   jest   najlepiej.   Za   to   również 

przepraszam. - Chciała mu powiedzieć, jak bardzo go jej brakowało, ale bała 
się. - Gniewasz się na mnie?

- Bardziej na siebie.
Próbował się uspokoić. Te jej oczy, myślał, to zrównoważone wyznanie 

i usprawiedliwienie zniewoliłoby każdego mężczyznę.

- Chcesz placka? - Rozjaśniła się powoli.
- Tak, proszę.
Kiedy weszli do środka, Brianna, wstrzymując oddech, powiedziała: - 

Dziękuję za jajka, Murphy. - I zaczęła się krzątać. Wzięła od niego pudełko i 
zaniosła je do lodówki.

- Potrzebuję ich do dania, które przygotowuję na ceili. Widziałeś obraz 

Shannon. Świetny, prawda?

- Tak. - Zdjął czapkę i powiesił na wieszaku.
- Ten placek zrobiłam zgodnie z przepisem pewnej Niemki. Zostawiła 

mi   go   w   zeszłym   tygodniu.   Pamiętasz,   Shannon?   Pani   Metz,   ta   z   tym 
donośnym głosem.

- „Szturmowiec” - rzekła Shannon z uśmiechem. - Ustawiała co dzień 

rano swoje dzieci w szeregu i robiła im inspekcję. Jej mąż także.

- Każde lśniło czystością. Powiecie mi, czy placek jest tak dobry, jak 

mnie o tym zapewniała.

Brianna   nakładała   ciasto   na   talerzyki,   gdy   nagle   zadzwonił   telefon. 

Shannon podeszła do aparatu. - Odbiorę. Blackthorn Cottage, słucham.

Chwilę się wahała. Minę miała ogromnie zdziwioną.
- Tod? Tak, to ja. - Zaśmiała się. - Nie mówię jeszcze jak Irlandka.
Murphy   nie   mógł   powstrzymać   wyrazu   zaciętości   na   twarzy.   Usiadł 

przy stole. - Tod - wymamrotał, kiedy Brianna postawiła przed nim placek. - 
To brzmi jak nazwa owada, a nie imię.

- Cicho - rozkazała Brianna i trzepnęła go po ramieniu.
- Tu jest pięknie - ciągnęła Shannon. - Podobnie jak w Local Heroe, 

pamiętasz,   z   Burtem   Luncasterem.   -   Zachichotała   znowu.   -   Dobrze.   Dużo 
spaceruję, jem i maluję.

- To Rudzi, prawda. - Głos miał rozbawiony, pełen sympatii.
- Nie. - Zmarszczyła czoło. - Wcale nie.
- Nie wygląda to na poważne zajęcie. Mniejsza o to, kiedy wracasz?
Zaczęła   skręcać   w   palcach   sznur   telefonu.   -   Nie   jestem   pewna, 

prawdopodobnie za kilka tygodni.

- O Boże, Shannon! Jesteś tam już prawie miesiąc.
Skręcała sznur jeszcze bardziej gwałtownie. Dziwne, nie sądziła, że to 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 159

   

już tak długo.

- Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych trzech tygodni.
Usłyszała  w  swoim   głosie  tony  obronne,   co  jej  się  nie  spodobało.   - 

Wszystko zależy ode mnie. Co słychać w pracy?

-   Wiesz,   jak   jest.   Dom   wariatów,   od   kiedy   zakończyliśmy   sprawę 

Gulfstreama.   Jesteś   tutaj   bardzo  potrzebna.   Czekają   na  ciebie  Gulfstream   i 
Titus.

Zupełnie   zapomniała   o   Titusie   i   zadrżała   na   myśl   o   swojej   nowej 

koncepcji, która powinna ułatwić sprzedaż opon.

- Gulfstream jest twój.
-   Teraz   tak,   to   pewne,   ale   wszyscy   wiedzą,   komu   zawdzięczamy 

dochody. Hej, tylko nie myśl, że ciągnę profity z twojej pracy.

- Wcale tak nie myślę.
- Chociaż faceci na górze są zadowoleni, nasz dział zaczyna odczuwać 

nacisk w związku z nadchodzącą świąteczną kampanią. Naprawdę czekamy na 
twój powrót.

Poczuła,   jak   krew   uderza   jej   do   skroni.   Napięcie   spowodowało   ból 

głowy.

- Muszę rozwiązać swoje sprawy, Tod. Sprawy osobiste.
- Wiem, że masz teraz drogę krzyżową. Znam cię, Shannon, wrócisz 

szybko do siebie. Tęsknię za tobą. Wiem, że nasze stosunki nie układały się 
najlepiej, kiedy wyjeżdżałaś, i że nie okazałem ci należnego zrozumienia. Nie 
byłem zbyt wrażliwy, jeśli chodzi o twoje uczucia. Myślę, że możemy o tym 
porozmawiać. Mam nadzieję, iż wkrótce znów cię usłyszę.

- Widziałeś Oprah?
- Przyjeżdżaj, Shan. Zostań tam jeszcze kilka dni, a potem zadzwoń i 

podaj   mi   numer   lotu.   Odbiorę   cię   z   lotniska.   Uczcimy   to   butelką   wina   i 
porozmawiamy.

- Wrócę, Tod. Dziękuję za telefon.
- Nie odwlekaj, pieniądze same się nie robią.
- Zapamiętam, cześć! - Odwiesiła słuchawkę. Zobaczyła, że bezwiednie 

owinęła sobie sznurem palce. Z uwagą zaczęła go rozplątywać. - To Nowy 
Jork - powiedziała nie odwracając się. - Mój przyjaciel z pracy.

Zanim zdecydowała się odwrócić, upewniła się, że ma na twarzy jasny 

uśmiech. - Jak ciasto?

-   Spróbuj   sama   -   rzekła   Brianna,   nalewając   Shannon   herbaty.   W 

pierwszym odruchu chciała ją pocieszyć, ale powstrzymała się, wiedząc, że 
Murphy   sobie   z   tym   poradzi.   -   Chyba   słyszałam   dziecko   -   powiedziała   i 
szybko wyszła.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 160

   

Shannon zniknął apetyt. Gapiła się apatycznie na placek, odstawiła go i 

wzięła herbatę. - Moje biuro jest zawalone robotą.

- Chce, żebyś wróciła - powiedział Murphy. Gdy Shannon spojrzała mu 

prosto w twarz, pochylił głowę. - Ten Tod chce, żebyś wróciła.

- Przejął część moich obowiązków, kiedy wyjechałam.
- Chce, żebyś wróciła - nie ustępował Murphy.
Shannon   zaczęła   wbijać   widelczyk   w   swój   placek.   -   Owszem, 

napomknął o tym, ale w sposób niezobowiązujący. Odbyliśmy ostrą rozmowę 
przed moim wyjazdem.

-   Rozmowę   -   powtórzył   Murphy.   -   Ostrą   rozmowę.   Masz   na   myśli 

bójkę.

-   Nie.   -   Uśmiechnęła   się   lekko.   -   Tod   nie   walczy,   Tod   negocjuje   - 

powiedziała cicho. - Jest bardzo kulturalny.

-  Czy  teraz  też  to  robił   w  kulturalny   sposób?   Dlaczego  tak  się  cała 

trzęsiesz?

- Namawiał mnie do powrotu do biura, a poza tym wcale się nie trzęsę.
Murphy położył swoje ręce na dłoniach Shannon, uciszając ich drżenie, 

i trzymał je tam dopóty, dopóki nie podniosła oczu.

- Chciałaś, żebym został twoim przyjacielem. Właśnie próbuję.
- Uwikłałam się w tyle spraw - mówiła powoli. - Zwykle nie tracę zbyt 

wiele czasu na ustalenie swojego celu i środków do jego zdobycia. Umiem 
analizować. Nauczył mnie tego ojciec. - Niecierpliwie wyrwała dłonie z rąk 
Murphy'ego.

- Co zaplanowałam, to realizowałam. Wysoka pozycja w dobrej firmie, 

mieszkanie   na   przedmieściu,   garderoba   w   dobrym   gatunku   i   mała,   ale 
gustowna kolekcja sztuki. Klub sportowy i mężczyzna odnoszący sukcesy, z 
którym dzieliłam zainteresowania. A teraz to wszystko zniknęło i tak mnie 
męczy myśl o powrocie do tego, o poukładaniu swoich spraw na nowo.

- Czy to właśnie chcesz robić? Musisz robić?
- Nie mogę tak stale tego odkładać. Ta rozmowa uzmysłowiła mi, że 

pozwoliłam sobie odsunąć się od wszystkiego. Muszę mieć solidne podstawy, 
inaczej nie funkcjonuję.

Kiedy jej głos się załamał, Murphy przycisnął jej rękę do ust.
-  To wciąż  takie  bolesne,   wciąż mnie  rani myśl  o moich rodzicach. 

Nigdy więcej już ich nie zobaczę. Nigdy się z nimi nawet nie pożegnam, z 
żadnym z nich.

Nic nie powiedział, tylko wstał, podszedł do niej, podniósł i ukołysał w 

ramionach.

W jego milczeniu kryło się zrozumienie tak doskonałe, tak przyjazne, że 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 161

   

aż   obezwładniające.   Shannon   płakała,   wiedząc,   że   Murphy   nie   wzruszy 
ramionami na łzy, które płynęły jej z oczu.

- Kiedy wydaje mi się, że już przez to przebrnęłam, wszystko znowu 

wraca i chwyta mnie za serce.

- Nie wolno powstrzymywać łez. Płacz, kochanie. Poczujesz się lepiej!
Każdy jej szloch odbierał niczym cios, ale wiedział, że wszystko, co 

może teraz zrobić, to być przy niej.

- Chcę, by wrócili.
- Wiem kochanie. Wiem, że tego chcesz.
- Dlaczego, Murphy, ludzie muszą odchodzić? Dlaczego ci, których tak 

bardzo kochamy i potrzebujemy, muszą odejść?

- Nie odchodzą całkiem. Żyją w nas, a stamtąd nikt ani też nic ich nie 

wygna. Pewnie słyszysz, jak zwraca się do ciebie czasami twoja matka. A 
może ojciec przypomina ci niekiedy o czymś, co robiliście razem.

Zmęczona i obolała od płaczu Shannon odwróciła głowę i przytuliła się 

do Murphy'ego. To było głupie, pomyślała. Jak głupio było powstrzymywać 
łzy, zamiast dać im spokojnie popłynąć.

- Tak. - Na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech. - Czasami widzę, 

jak   robimy   razem   różne   rzeczy.   Nawet   takie   najprostsze,   typu   jedzenie 
śniadania.

- Nie opuścili ciebie całkiem, widzisz?
Zamknęła oczy. Spokojne bicie serca Murphy'ego, które dochodziło do 

jej uszu, działało na nią uspokajająco.

- Przed mszą żałobną... Mszą żałobną w intencji mojej matki rozmawiał 

ze   mną   ksiądz.   Bardzo   miły,   pełen   współczucia.   Tylko   kilka   miesięcy 
wcześniej   pochował   mego   ojca.   Mówił   to,   co   zawsze.   O   życiu   wiecznym, 
miłosierdziu,   nagrodzie,   którą   moi   rodzice   otrzymają,   ponieważ   byli 
praktykującymi katolikami i dobrymi, pełnymi troski ludźmi.

Przytuliła się do niego ostatni raz, po czym się odsunęła.
-   Wtedy   się   uspokoiłam   trochę.   Ale   to,   co   usłyszałam   od   ciebie, 

pomogło mi znacznie więcej.

-   Wiara   to   rodzaj   pamięci,   Shannon.   Powinnaś   cenić   swoje 

wspomnienia,   zamiast   pozwalać   im   się   ranić.   -   Otarł   jej   łzę   z   policzka 
kciukiem. - Czy dobrze się teraz czujesz? Zostanę z tobą, jeśli chcesz, albo 
zawołam Brie.

- Nie, wszystko w porządku. Dziękuję.
Uniósł jej głowę, ujmując za podbródek, i pocałował ją w czoło. - Siadaj 

więc i napij się herbaty. I nie zawracaj sobie głowy Nowym Jorkiem, dopóki 
nie poczujesz się do tego przygotowana.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 162

   

- To dobra rada.
Kiedy pociągnęła nosem, wyjął z kieszeni chusteczkę. - Wytrzyj nos.
Zaśmiała się i posłuchała go. - Cieszę się, że wpadłeś, Murphy. Nie 

chowaj się już na uboczu.

- Będę w pobliżu. - Wiedział, że Shannon potrzebuje teraz czasu dla 

siebie.  Wziął czapkę  z wieszaka.  - Pojawisz  się wkrótce  na polach? Lubię 
patrzeć, jak malujesz w świetle słońca.

- Tak, przyjdę na pola. Murphy... - wydusiła z siebie, nie będąc pewna, 

jak o to zapytać albo dlaczego wydało jej się to nagle tak ważne. - Mniejsza o 
to.

Zatrzymał się w drodze do drzwi. - Zawsze lepiej jest powiedzieć to, co 

ma się na myśli, niż pozwolić, żeby krążyło to człowiekowi po głowie.

Dobrze to ujął, pomyślała, myśli krążą mi...
-   Zastanawiałam   się,   czy   gdybyśmy   byli...   przyjaciółmi,   kiedy   moja 

matka chorowała, kiedy musiałam wyjechać, by się nią zająć. Być z nią. Albo 
kiedy   zostałam   sama   po   jej   śmierci.   Czy   gdybym   ci   w   tych   chwilach 
powiedziała, że sama muszę się z tym zmierzyć, uszanowałbyś to, pozostał z 
dala.

Stał z boku. - Nie, oczywiście, że nie. - Zakłopotany włożył czapkę na 

głowę. - Przyjaciel nie zostawia przyjaciela w cierpieniu.

-   Tak   właśnie   myślałam   -   wyszeptała,   patrząc   na   niego   długo. 

Wystarczająco długo, by zdążył musnąć ją ręką po twarzy i strzepnąć okruchy 
placka z ust.

- Co?
- Nic. - Podniosła filiżankę i zaśmiała się. - Rozmarzyłam się...
Poczuł się zaskoczony jak nigdy. Odwzajemnił uśmiech. - Zatem do 

zobaczenia. Mam nadzieję, że przyjdziesz na ceili.

- Oczywiście, nie mogę przepuścić takiej okazji.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 163

   

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Muzyka wylewała się z domu, gdy Shannon wraz z Brianną i jej rodziną 

wjechała na farmę. Wzięli samochód, bo Brianna przygotowała tyle jedzenia, 
że nie mogli we trójkę sobie z nim poradzić. Poza tym mieli dziecko. Nie 
uszliby daleko.

Pierwszą   niespodzianką   wieczoru   był   dla   Shannon   widok   wielu 

pojazdów   zaparkowanych   wzdłuż   drogi.   Przednie   koła   samochodów 
znajdowały się na trawniku, oddzielała je wąska przestrzeń. Tylko sprytny i 
odważny kierowca mógłby się na jakieś wolne miejsce wcisnąć.

- Sądząc po samochodach,  dom  musi  być przepełniony  - stwierdziła 

Shannon, gdy zaczęła wyładowywać talerze i półmiski Brianny.

-   Och,   samochody   i   ciężarówki   należą   do   tych,   co   mieszkają   zbyt 

daleko, żeby przyjść pieszo. Większość gości dotarła tu na piechotę. Gray, nie 
przechylaj tego garnka, wylejesz bulion.

- Nie przechylałbym, gdybym miał trzy ręce.
- Jest w złym nastroju - powiedziała Brianna - ponieważ jego wydawca 

dodał jeszcze jedno miasto do tournee. - Nie potrafiła powstrzymać całkiem 
przekory w głosie. - A był czas, kiedy nie mógł doczekać się wędrówki...

- Czasy się zmieniają, jeśli pojedziesz ze mną...
- Wiesz, że nie mogę opuścić pensjonatu na trzy tygodnie w środku lata. 

Nie bądź śmieszny.

Pomimo ciężarów, jakie oboje trzymali, Brianna zbliżyła się do Graya, 

by go pocałować. - Nie martw się o to dziś wieczorem. Ach, popatrz, to Kate.

Pospieszyła naprzód. Jej powitalne okrzyki rozbrzmiewały w powietrzu.
- Przecież zawsze możesz odwołać ten wyjazd - powiedziała Shannon 

bez tchu, idąc z tyłu z Grayem.

- Powiedz to jej. „Nie wolno ci zaniedbywać obowiązków wobec pracy 

ze   względu   na   mnie,   Graysonic   Thane.   Znajdziesz   mnie   w   tym   samym 
miejscu, w którym mnie zostawiłeś, gdy powrócisz.”

- Jasne. - Shannon poklepałaby go po policzku, gdyby miała wolne ręce. 

-   Poczeka!   Głowa   do   góry,   Gray.   Nie   znam   chyba   mężczyzny,   który 
posiadałby taki skarb.

- To prawda. - Nastrój trochę mu się poprawił. - Ale bardzo mi ciężko, 

gdy pomyślę sobie, że będę spał sam w Cleveland w lipcu przyszłego roku.

- Pocierpisz w hotelach i na salach kinowych pośród wielbiących fanów.
- Zamknij się, Bodine. - Trącił ją łokciem, by przeszła przez drzwi.
Nie miała pojęcia, że aż tyle ludzi mieszka w tych okolicach. Dom był 

przepełniony, ożywiony głosami, pełen ruchu. Zanim zdążyła zrobić dziesięć 
kroków korytarzem, przedstawiono jej około dwunastu osób, a pozdrowiło ją 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 164

   

znacznie więcej wcześniej poznanych.

Z salonu dochodziła muzyka na flet i skrzypce. Niektórzy już tańczyli. 

Talerze z potrawami trzymano wysoko, kołysano na kolanach, gdy tymczasem 
stopy   entuzjastycznie   odmierzały   rytm.   Wznoszono   kieliszki   albo   je 
podawano.

W kuchni tłoczyło się coraz więcej ludzi. Tace i miski, ściśnięte jedna 

obok drugiej, ustawiono wzdłuż barku i stołu.

Wśród tego tłumu znajdowała się Brianna. Dziecko właśnie podawano 

sobie z rąk do rąk, szczebiocząc doń radośnie.

-   Ach,   jesteś,   Shannon!   -   Brianna   rozpromieniła   się   i   zaczęła 

rozładowywać naczynia, które przydźwigała Shannon.

-   Shannon   nigdy   przedtem   nie   uczestniczyła   w  ceili  -   wyjaśniła 

gościom. A potem dodała: - Zgodnie z tradycją muzykanci powinni grać w 
kuchni, ale nie mamy na to miejsca. Możemy jej za to tu posłuchać, to prawie 
to samo. Znasz Diedre O'Malley?

- Tak, dobry wieczór.
- Weź sobie talerz, dziewczyno - rozkazała Diedre. - Jak ta horda stąd 

wyjdzie, nie zostanie nic oprócz okruchów. Weź te talerze, Graysonie.

- Poproszę o piwo.
- Mogę to dla ciebie zrobić. - Zaśmiała się, gdy brała tacę. - Mnóstwo 

jest tam na werandzie.

- Shannon?
-   Również   proszę.   -   Uśmiechnęła   się,   gdy   Gray   wyszedł   za   drzwi 

poszukać butelek. - Wydaje mi się, że nie uda się ubić interesu w pubie dzisiaj, 
pani O'Malley.

- Rzeczywiście. Zamknęliśmy go. Cała wieś opustoszała ze względu na 

ceili u Murphy'ego. Ach, Alice, właśnie mówiłam o twoim chłopcu.

Z butelką piwa, którą podał jej Gray, uniesioną niemal do ust, Shannon 

odwróciła   się   i   ujrzała   szczupłą   kobietę   o   miękko   falujących   brązowych 
włosach,   wchodzącą   właśnie   do   kuchni.   Miała   oczy   Murphy'ego   i   jego 
uśmiech.

- Dali mu skrzypce do ręki, nie będzie mógł więc wyjść przez jakiś czas 

z salonu.

Miała aksamitny głos, gdzieś na jego skraju igrał śmiech.
- Pomyślałam, że przygotuję mu coś do zjedzenia, Dee. Oczywiście, 

jeśli znajdzie chwilę na posiłek. - Sięgnęła po talerz. Nagle uśmiech jej się 
rozjaśnił. - Brie, jeszcze cię tutaj nie widziałam. Gdzie twój anioł?

- Tutaj jestem, pani Brennan. - Gray podszedł z filuternym uśmiechem 

na ustach, by ją pocałować na przywitanie.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 165

   

-   Nie   o   ciebie   mi   chodzi.   Bardziej   przypominasz   diabła.   Gdzie   jest 

dziecko?

-   Nancy   Feeney   i   Mary   Kate   zbiegły   gdzieś   z   małą   -   powiedziała 

Diedre, odkrywając potrawy, które przyniosła Brianna. - Najpierw musisz je 
odszukać, a później stoczyć z nimi bitwę.

- Tak też zrobię. Ach, słuchajcie, jak gra ten chłopak. - W jej oczach 

zajaśniała duma. - Bóg obdarzył jego dłonie talentem.

- Tak się cieszę, że przyjechała pani z Cork, pani Brennan - zaczęła 

Brianna. - Nie zna pani jeszcze Shannon. Moja... przyjaciółka z Ameryki.

- Ach, rzeczywiście. - Duma gdzieś zniknęła, a pojawiła się ciekawość i 

uwaga. Głos, choć nie był chłodny, przybrał ton formalny. - Miło mi panią 
poznać, Shannon Bodine. - Podała jej rękę.

Shannon zorientowała się, że musi wytrzeć najpierw spoconą dłoń o 

spodnie, zanim odwzajemni uścisk.

- Cieszę się, że pani tu jest, pani Brennan. Murphy panią uwielbia.
-   Dziękuję.   To   z   pewnością   zdolny   i   przystojny   chłopak.   A   więc 

mieszka pani w Nowym Jorku i utrzymuje się pani z rysowania?

- Tak. - Shannon poczuła się bardzo zakłopotana i wychyliła łyk piwa.
Nagle  tylnymi  drzwiami  wpadła  Maggie,   czyniąc  wiele  zamieszania. 

Shannon mogłaby w tej chwili całować jej stopy z wdzięczności.

-   Spóźniliśmy   się   -   zawiadomiła   wszystkich   Maggie.   -   A   Rogan 

twierdzi,   że  to  moja  wina.   Wolę  się  do  tego  przyznać  otwarcie.   Musiałam 
skończyć   pewną   pracę.   -   Energicznie   położyła   miskę   na   stole   i   postawiła 
Liama na podłodze, żeby mógł sobie pobiegać. - Jestem głodna jak wilk. - 
Porwała jedną z nadziewanych pieczarek Brianny i połknęła. - Pani Brennan, 
jest pani kobietą, której właśnie szukam.

Twarz   Alice   rozjaśniła   się,   przebiegła   wokół   stołu   i   mocno   złapała 

Maggie w objęcia.

- O, Boże, jesteś taka sama, jak wtedy gdy byłaś dzieckiem. Głośna 

niczym sześć bębnów.

- Usprawiedliwi mnie pani, gdy dam pani prezent. Chodź tu, Rogan.
- Mężczyzna ma prawo do chwili odpoczynku i butelki piwa.
Rogan, trzymając w jednym ręku piwo, w drugim paczkę, wszedł do 

kuchni. Jego wejście wywołało nową falę powitań i okrzyków. Uznawszy ten 
czas   za   idealny   moment   do   ucieczki,   Shannon   zaczęła   wycofywać   się   w 
kierunku korytarza.

- Nigdzie nie wyjdziesz, tchórzu. - Rozbawiony Gray zatarasował jej 

przejście. Objął ją mocno ramieniem w przyjacielskim geście.

- Przepuść mnie, Gray.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 166

   

- Nie ma mowy.
Zesztywniawszy   całkiem,   Shannon   patrzyła,   jak   Alice   uważnie 

zdejmuje szary papier z obrazu. Stłoczeni dookoła ludzie wydawali z siebie 
głosy zaskoczenia i podziwu.

-   Och,   to   on.   Jak   żywy   -   powiedziała   Alice.   -   Przecież   tak   właśnie 

przechyla głowę, widzisz? Tak samo stoi. Nigdy nie otrzymałam piękniejszego 
prezentu,   Maggie,   to   prawda.   Nie   jestem   w   stanie   wyrazić   ci   mojej 
wdzięczności, że zechciałaś namalować ten portret z myślą o mnie.

-   Może   pani   podziękować   mi   za   podarunek,   ale   portret   namalowała 

Shannon.

Wszystkie głowy w pokoju zwróciły się w kierunku Shannon.
- Masz wielki talent - powiedziała Alice po chwili, a z jej głosu biła 

radość.   -   Zdolność   do   jasnego   widzenia   przedmiotu   pracy.   Jestem   bardzo 
dumna, że to dostałam.

Zanim   Shannon   zdołała   pomyśleć   o   odpowiedzi,   niewysoka 

czarnowłosa kobieta wpadła do kuchni z korytarza.

-   Mamo,   nigdy   nie   zgadniesz,   kto...   Co   to   jest?   -   Przyglądając   się 

badawczo   obrazowi,   torowała   sobie   drogę   łokciami   przez   tłum.   -   Ależ   to 
Murphy ze swoimi końmi!

- Namalowała go Shannon Bodine - wyjaśniła jej Alice.
-   Och!   -   W   oczach   kobiety   zabłysła   ciekawość.   Odwróciła   się   i 

rozejrzała po kuchni. Wystarczyło kilka sekund, a wyłapała Shannon. - Jestem 
Kate, jego siostra. Miło mi cię poznać. Jesteś pierwszą kobietą, o którą się 
stara...

Shannon zawisła na podtrzymującym ją ramieniu Graya. - Nie, Murphy 

przesadzał - wydusiła z siebie, gdy kilka par oczu przyglądało jej się z uwagą. - 
Jesteśmy przyjaciółmi.

-   Dobrze   jest   się   zaprzyjaźnić,   kiedy   człowiek   się   o   kogoś   stara   - 

zgodziła się Kate. - Czy sądzisz, że mogłabyś namalować kiedyś moje dzieci. 
Maggie nie umie.

-   Jestem   ceramikiem   -   przypomniała   jej   Maggie,   napełniając   sobie 

talerz. - A poza tym najpierw zapytaj Rogana. Jest jej menedżerem.

-   Jeszcze   nie   podpisałam   kontraktu   -   szybko   wtrąciła   Shannon.   -   A 

nawet...

- Może zrobisz to, zanim go podpiszesz - przerwała Kate. - Mogę je 

przywieźć, kiedy tylko zechcesz.

- Przestań dręczyć tę kobietę - powiedziała łagodnie Alice. - Miałaś mi 

coś ważnego do powiedzenia, gdy tu wpadłaś.

- Do powiedzenia? - Kate wyglądała przez chwilę na zaskoczoną. - Ach, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 167

   

tak, nie zgadniesz, kto tu właśnie przyszedł. Macve Concannon - powiedziała, 
zanim ktokolwiek zdążył się odezwać. - Wielka Maeve.

- Niemożliwe, Maeve nie była na ceili od dwudziestu lat! - wykrzyknęła 

Diedre. - Myślę, że nawet dłużej!

- Ale w końcu przyszła! Jest z nią Lottie.
Brianna i Maggie spojrzały na siebie i nic nie mówiąc, skierowały się do 

wyjścia.

- Spytajmy się, czy chce coś zjeść - powiedziała Brianna.
-   Lepiej   zrobimy   patrząc,   czy  nie  wywoła   trzęsienia  w  tym   domu   - 

zdecydowała Maggie. - Czemu nie idziesz z nami, Shannon? Doszłaś z nią 
ostatnio do porozumienia.

- To prawda, ale nie sądzę...
Maggie   jednak   już   schwyciła   ją   za   ramię   i   wyciągnęła   z   kuchni.   - 

Muzyka   gra   cały   czas   -   rzekła   nerwowo.   -   Dziwne,   że   jeszcze   z   tym   nie 
skończyła.

- To nie moja sprawa - protestowała Shannon. - To wasza matka.
- Przypomnę ci twoje własne zdanie o związkach międzyludzkich.
- Cholera, Maggie. - Shannon nie miała wyboru. Zacisnęła tylko zęby, 

gdy Maggie wepchnęła ją do salonu.

- Słodki Boże - zdołała jedynie wyszeptać Brianna.
Maeve siedziała z Liamem na kolanach, uderzając stopą w takt melodii. 

Twarz miała jasną, na ustach uśmiech. Całkowicie pochłonęła ją muzyka.

- Jest zadowolona. - Maggie otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Doprawdy, na litość boską. - Shannon uwolniła się z uchwytu Maggie. 

- Dlaczego niby nie może?

- Nigdy nie pojawiła się tam, gdzie grała muzyka - wyszeptała Brianna. 

- Nigdy, jak sięgam pamięcią. - Właśnie minęła ją Lottie, tańcząc w objęciach 
jednego z sąsiadów. Brianna tylko potrząsnęła głową. - Jak Lottie udało się ją 
do tego namówić?

Shannon szybko zapomniała o Macve. Po przeciwległej stronie pokoju 

stał   Murphy.   Wysunął   nogę.   W   rękach   trzymał   skrzypce.   Oczy   miał 
półprzymknięte. Pomyślała, że zatopił się w muzyce, która wypływała spod 
jego szybkich palców. Nagle uśmiechnął się i mrugnął do niej. - Co oni grają? 
- zapytała Shannon.

Obok skrzypka stał kobziarz i akordeonista.
- To taniec świętego Stefana. - Brianna uśmiechnęła się i poczuła, że jej 

własne nogi rwą się do tego tańca. - Patrz, jak oni tańczą!

- Czas, żeby przejść do czynów. - Gray złapał ją z tyłu i zaczął z nią 

wirować.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 168

   

- Jak pięknie tańczy - powiedziała po chwili Shannon.
- Nasza Brianna zostałaby tancerką, gdyby inaczej potoczyły się kiedyś 

sprawy. - Maggie, marszcząc czoło, przeniosła spojrzenie z siostry na matkę. - 
Może byłoby inaczej, gdyby wtedy wyglądało tak, jak teraz.

Maggie   wzięła   głęboki   oddech   i   ruszyła   w   głąb   salonu.   Po   chwili 

wahania torowała sobie drogę wśród tańczących, aby usiąść przy matce.

- Myślałam, że nigdy tego nie dożyję. - Alice podeszła do Shannon. - 

Maeve Concannon siedząca ze swoją córką i wnukiem na cciii i wystukująca 
rytm stopą. A do tego bardzo bliska śmiechu. Myślałam, że nigdy tego nie 
dożyję.

- Pani musi ją znać od dawna.
- Od dzieciństwa. Uczyniła koszmar nie tylko ze swojego życia, ale i z 

życia Toma. Te dziewczyny ogromnie z tego powodu cierpiały. Bardzo trudno 
jest walczyć o miłość. Wydaje mi się jednak, że znalazła w końcu radość w 
swym życiu, cieszą ją wnuki. Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu. - Alice 
popatrzyła na Shannon z pewnym rozbawieniem. - Przepraszam za zachowanie 
mojej córki w kuchni. Zawracała ci głowę. Zawsze należała do osób, które 
najpierw mówią, a potem myślą.

- Nic nie szkodzi. Ona była... źle ją poinformowano.
Alice ściągnęła usta na te słowa. - A więc wszystko w porządku, nie 

sprawiła  ci żadnej przykrości.  A to jest  moja  córka Eileen i jej mąż Jack. 
Chciałabyś ich poznać?

- Oczywiście.
Shannon   poznała   całą   rodzinę   Murphy'ego,   wszystkie   siostry,   brata, 

siostrzeńców i kuzynów. W głowie kręciło jej się od imion, a jej serce drżało 
na widok szczerej akceptacji, jaką otrzymywała z każdym uściskiem dłoni. 
Dostała pełny  talerz jedzenia,  nowe piwo i usiadła  przy muzyce,  słuchając 
paplaniny Kate.

Czas mijał, było ciepło, grała muzyka. Dzieci biegały albo raczkowały, 

niektóre spały w bezpiecznych ramionach rodziców.

Shannon przyglądała się mężczyznom i kobietom flirtującym w tańcu. 

Ci, którzy czuli się za starzy do tańca, także dobrze się bawili. Jak mogłaby to 
namalować,   zastanawiała   się.   W   żywych   i   błyszczących   kolorach   albo 
miękkich i wilgotnych barwach. Każdy wybór byłby dobry. Czuło się wszędzie 
podniecenie, energię, spokojne zadowolenie i niezachwianą tradycję.

Wszystko słychać w muzyce, pomyślała. Murphy miał rację co do tego. 

Każda   nuta,   każdy   słodki   dźwięk   piosenki   świadczył   o   korzeniach   tak 
głębokich, że nie dałoby się ich wyrwać.

Oczarował ją widok starej pani Conroy, która śpiewała wysokim głosem 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 169

   

balladę o nie odwzajemnionej miłości. Śmiała się wraz z innymi z biesiadnych 
przyśpiewek,   które   wykrzykiwano   donośnie.   Z   prawdziwym   zdumieniem 
patrzyła,   jak   Brianna   i   Kate   wykonują   skomplikowany,   wdzięczny   taniec, 
który ściągnął jeszcze większy tłum do salonu.

Biła   brawo,   kiedy   muzyka   ucichła.   Rozejrzała   się   i   zobaczyła,   że 

Murphy odłożył skrzypce.

- Dobrze się bawisz? - zapytał.
- Kocham każdą minutę tego wieczoru. - Podała mu swój talerz, żeby 

się z nim podzielić. - Nie miałeś jeszcze okazji, by coś zjeść. Zrób to szybko. - 
Uśmiechnęła się. - Nie chcę, żebyś przerywał granie.

- Zawsze ktoś może mnie zastąpić. - Wziął od niej pół kanapki z szynką.
- Na czym jeszcze potrafisz grać oprócz skrzypiec i koncertiny?
- Trochę na tym i owym. Widziałem, że poznałaś moją rodzinę.
-   Tak,   jest   taka  liczna.   I  wszyscy  uważają,   że   świat   zaczyna  się  od 

ciebie. - Zachichotała, gdy się skrzywił.

- Myślę, że powinniśmy zatańczyć!
Potrząsnęła przecząco głową, kiedy wziął ją za rękę. - Już wyjaśniałam 

kilku uroczym dżentelmenom, że jestem szczęśliwa tylko na to patrząc. Nie, 
Murphy. - Zaśmiała się, gdy postawił ją na nogi. - Nie znam tego, ani gigi, ani 
innych irlandzkich tańców.

- Ależ znasz. - Z uporem ciągnął ją na parkiet. - Zagrają walca, jeśli ich 

o to poproszę. Tak, pierwszym naszym tańcem powinien być walc.

Jego głos czynił ją bezwolną, jakaś właściwa mu tylko miękkość otulała 

słowa. - Nigdy w życiu nie tańczyłam walca.

Zaczął   się   śmiać,   ale   za   chwilę   oczy   zrobiły   mu   się   okrągłe   ze 

zdziwienia. - Żartujesz?

- Nie. Nie jest to popularny taniec w klubach, do których chodzę. Lepiej 

zrobię, jak usiądę.

- Pokażę ci. - Objął ją ramieniem w talii i ujął jedną dłoń. - Połóż mi 

drugą rękę na ramieniu.

- Znam pozycję, ale nie znam kroków. - Noc była tak cudowna, że nie 

mogłaby mu odmówić. Spojrzała w dół na jego stopy.

- Chyba umiesz liczyć? - Uśmiechnął się. - To leci tak: raz, szybko dwa 

i trzy. I jeśli przesuniesz nieco tylną stopę na trzy, wszystko okaże się jasne. O, 
właśnie tak.

Kiedy   ją   okręcił,   podniosła   głowę,   zanosząc   się   od   śmiechu.   -   Nie 

wpadaj w zachwyt! Uczę się szybko, ale potrzebuję dużo praktyki.

- Będziesz jej miała tyle, ile zechcesz. Trzymanie cię w ramionach nie 

sprawia mi trudu.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 170

   

Coś w niej drgnęło. - Nie patrz tak na mnie, Murphy.
- Muszę, kiedy tańczę walca. - Okręcił ją płynnie trzykrotnie. - Na tym 

polega cały urok walca. Człowiek musi patrzeć prosto w oczy partnerki. W ten 
sposób nie pomyli się, gdy robi obrót.

Idea ta wydawała się rozsądna, ale nie Shannon, jeśli punktem, w który 

miałaby się wpatrywać, były te ciemnoniebieskie oczy.

- Masz dłuższe rzęsy niż twoje siostry - wyszeptała.
- To zawsze stanowiło kość niezgody między nami.
- Takie piękne oczy. - Wirowała w tańcu, aż zakręciło jej się w głowie. 

Zawisła między jawą a snem. - Widziałam je we śnie. Nie mogę przestać o 
nich myśleć.

Mięśnie Murphy'ego stały się twarde jak żelazo. - Kochanie, próbuję 

robić, co w mojej mocy, żeby dotrzymać obietnicy.

- Wiem.
Wszystko kołysało się w rytm jej ruchów. Kolory i głosy przygasły, 

rozpłynęły się w tle. Zostali tylko oni i muzyka.

- Nigdy nie łamiesz obietnic, nawet jeśli dużo cię to kosztuje?
-  Nigdy  przedtem  tego  nie  robiłem.   -  Głos  miał  napięty,  jak  i  ręce, 

którymi ją obejmował. - Ale teraz mnie uwodzisz. Czy chcesz mnie prosić, 
żebym złamał obietnicę?

- Nie wiem. Dlaczego, Murphy, wciąż o tobie myślę? - Zamknęła oczy i 

pozwoliła, by jej głowa opadła na jego ramię. - Nie wiem, co robię, nie wiem, 
co   czuję.   Muszę   usiąść   i   zastanowić   się.   Nie   mogę   myśleć,   kiedy   mnie 
dotykasz.

-   Wystawiasz   moją   cierpliwość   na   wielką   próbę,   Shannon.   -   Z 

wysiłkiem   powstrzymywał   ręce,   kiedy   prowadził   ją  do   krzesła.   Przykucnął 
przed nią. - Popatrz na mnie. - Jego spokojny głos brzmiał ciszej niż muzyka i 
śmiechy. - Więcej już cię nie poproszę, przysięgam. I to nie duma powstrzyma 
mnie od tego i każe ci powiedzieć, iż następny krok, bez względu na to, jaki 
będzie, należy do ciebie.

Nie, pomyślała Shannon. Tu chodzi o honor - równie bezużyteczne dziś 

pojęcie, jak i staranie się o kobietę.

- Przestań flirtować z dziewczynami - powiedział Tim przechodząc i 

mocno klepnął Murphy'ego po plecach. - Zaśpiewaj nam coś, Murphy.

- Jestem teraz zajęty, Tim.
- Nie! - Shannon z wolna opadła na oparcie krzesła i uśmiechnęła się. - 

Idź, zaśpiewaj coś. Nigdy cię nie słyszałam.

Walcząc ze sobą, Murphy patrzył na swoje ręce, które spoczywały na 

kolanach Shannon. - Co chciałabyś usłyszeć?

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 171

   

- To, co lubisz najbardziej. - W przepraszającym geście położyła dłonie 

na jego rękach. - Piosenkę, która znaczy dla ciebie najwięcej.

- Dobrze. Porozmawiasz ze mną później?
- Później. - Uśmiechnęła się do niego, gdy wstał, pewna, że za jakiś czas 

znów dojdzie do siebie.

-   Jak   ci   się   podoba   twoje   pierwsze  ceili?  -   Brianna   przysiadła   przy 

siostrze.

- Co? Och, jest świetne. Wszystko!
- Takiego wielkiego przyjęcia nie było od czasu mojego ślubu z Grayem 

w zeszłym roku. I jeszcze bacachs, który urządziliśmy po powrocie z podróży 
poślubnej.

- Co takiego?
-   Och,  bacachs,   to   tradycyjne   przyjęcie.   Ludzie   przebierają   się   i 

przychodzą do domu po zmroku... Patrz, Murphy będzie śpiewał. - Brianna 
ścisnęła Shannon za rękę. - Ciekawe, co zaśpiewa.

- Swoją ulubioną piosenkę.
Cztery zielone pola - powiedziała Brianna i poczuła, że oczy zachodzą 

jej łzami, zanim jeszcze rozległa się pierwsza nuta.

Wystarczył jeden dźwięk, głosy ucichły, salon zamarł. Murphy zaczął 

śpiewać z akompaniamentem akordeonu.

Shannon nie wiedziała, że potrafi to tak doskonale robić.
Czystym tenorem, prosto z serca, śpiewał pieśń o smutku i nadziei, o 

stracie i powrocie. Przez cały czas w domu było cicho jak w kościele. Murphy 
śpiewał, utkwiwszy oczy w Shannon, pieśń o miłości, o miłości do Irlandii, do 
ziemi i rodziny.

Słuchając go poczuła, że coś w niej poruszył,  tak jak poprzednio w 

tańcu, ale teraz mocniej, głębiej i żywiej.

Krew zawrzała jej pod skórą, nie tyle z namiętności, ile z przyzwolenia. 

Z   niecierpliwości.   Wszystkie   bariery,   które   wzniosła   pękły,   rozpadły   się 
bezdźwięcznie   przygniecione   prostym   pięknem   tej   pieśni.   Pokonał   ją   głos 
Murphy'ego.

Na policzku Shannon pojawiły się łzy, a uwolniła je pieśń, słowa, które 

przemawiały do serca. Nikt nie bił brawa, gdy Murphy skończył. Cisza była 
wyrazem dziękczynienia dla wielkości i piękna pieśni.

Murphy patrzył na Shannon, jednocześnie szepcząc coś do kobziarza. 

Ten skinął głową i zagrał szybką, dźwięczną melodię. Znów zaczęły się tańce.

Wiedziała,   że   zrozumiał,   zanim   skierował   ku   niej   pierwszy   krok. 

Uśmiechnął się. Wstała i wzięła go za rękę, którą jej podał.

Nie udało im się wyjść szybko. Zbyt wiele osób zatrzymywało go, by 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 172

   

zamienić z nim kilka słów. Ale gdy w końcu wydostali się na zewnątrz, czuł, 
jak drżała.

Odwrócił się do niej. - Czy jesteś pewna?
-   Tak,   jestem   pewna.   Ale   to   nie   robi   różnicy,   Murphy.   Musisz 

zrozumieć.

Całował ją powoli, miękko, żarliwie, tak że słowa ugrzęzły jej w gardle. 

Trzymając ją za rękę obszedł dom dookoła i skręcił do stajni.

- Tutaj? - Oczy Shannon stały się okrągłe, skonsternowana walczyła z 

rozkoszą. - Nie możemy. Ci wszyscy ludzie...

Zaśmiał się. - Wytarzamy się w słomie innym razem, kochanie. Wezmę 

tylko koce.

- Och. - Poczuła się głupio i była chyba trochę rozczarowana. - Koce? - 

powtórzyła, gdy zdjął je ze sznura, na którym wisiały.

- Gdzie w takim razie idziemy?
Zwinął je i zarzucił sobie na ramię, po czym znów wziął ją za rękę. - 

Tani, gdzie zaczęliśmy.

- Tańczący krąg. - Serce Shannon zaczęło walić. - Nie możesz tak po 

prostu wyjść teraz. Przecież jest tyle ludzi w domu.

- Nie sądzę, żeby im nas brakowało. - Zamilkł i spoglądał na nią. - 

Chcesz wrócić?

- Nie. - Potrząsnęła szybko głową. - Nie chcę...
Weszli na pola oświetlone blaskiem księżyca.
- Czy lubisz liczyć gwiazdy? - zapytał.
-   Nie   wiem.   -   Podniosła   głowę   do   góry   i   spojrzała   w   niebo   usiane 

jasnymi plamkami. - Nigdy nie próbowałam.

- Nie uda ci się ich policzyć. - Uniósł jej rękę do ust. - Nieważne, ile ich 

jest, ważne, że są. Liczy się cud istnienia. Tak właśnie myślę, kiedy patrzę na 
ciebie. Czy to nie cudowne?

Podniósł   ją   ze   śmiechem,   a   kiedy   znów   ją   całował,   rozsadzała   go 

radość. - Udawaj choć przez chwilę, że niosę cię krętymi schodami w kierunku 
dużego,   miękkiego   łóżka   wysłanego   atłasowymi   poduchami   z   różowymi 
kokardkami!

- Niczego nie muszę udawać. - Przycisnęła doń twarz, a wzruszenie 

przenikało ją na wskroś. - Dziś pragnę tylko ciebie, a ty tu jesteś...

- Tak. - Całował ją w czoło, dopóki nie przechyliła głowy, by na niego 

spojrzeć. - Jestem tutaj. - Szedł szybko przez pole. - Jesteśmy tutaj.

Kamienny krąg czekał, zatopiony w jasnych promieniach księżyca.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 173

   

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Murphy wniósł Shannon do kamiennego kręgu. Gwiazdy błyszczały, a 

księżyc świecił jasno jak latarnia morska.

Shannon   słyszała   pohukiwania   sowy,   przeciągły   krzyk   płynący   w 

powietrzu i niknący w bezkresnej ciszy. Murphy postawił ją na ziemi i rozłożył 
pierwszy koc. Przyklęknął na drugim u jej stóp.

- Co robisz? - Dlaczego się zdenerwowała? Przecież do tej pory się nie 

denerwowała.

- Zdejmuję ci buty.
Taka prosta, zwyczajna rzecz. Mimo to coś podniecającego kryło się w 

jego gestach. Zdjął swoje buty i postawił obok. Wstając przeciągnął dłońmi 
wzdłuż jej ciała, od kostek aż po ramiona.

- Trzęsiesz się. Czy jest ci zimno?
-   Nie...   -   Pomyślała,   że  nigdy   już  nie  odczuje  zimna,   płonął   w  niej 

pulsując ciepłem ogień. - Murphy, nie chcę, żebyś wyobrażał sobie, iż jest to 
coś więcej, niż jest w rzeczywistości. Nie byłoby w porządku, gdybyś...

Uśmiechnął się, ujął delikatnie dłońmi jej twarz i pocałował. - Wiem, co 

to znaczy. Piękno istnieje dla własnych racji. - Miękkie i czułe usta muskały jej 
policzki.

- To Emerson. - Cóż to za mężczyzna, myślała, czytuje poezję i uprawia 

ziemię.

- Shannon, jesteś piękna. I to jest piękne. - Był tego pewien, ofiarowując 

jej swoje serce i ciało i nie mniej oczekując w zamian.

Toteż   dotykał   jej   ramion,   pleców   i   włosów   delikatnie,   łagodnie, 

cierpliwie, przekonując ją pocałunkami, by dając mu więcej, więcej też brała. 
Choć trochę więcej.

Shannon wciąż drżała, choć wtuliła się w niego ufnie, wzdychając na 

myśl   o   czekającej   ją   rozkoszy.   Murphy   odetchnął   z   upojeniem.   Delikatny 
wietrzyk tańczył w trawach, wirując wokół nich jak muzyka.

Murphy   cofnął   się,   wpatrując   się   w   oczy   Shannon,   i   ściągnął   z   jej 

ramion   marynarkę,   którą   nałożyła   przed   wyjściem.   Odrzucił   ją   na   bok.   Z 
gardła Shannon wydobył się pomruk zdziwienia i tęsknoty. Gdy całował ją, 
czuła na swojej twarzy jego ręce, błądzące palce. Myślała, że rozumie zasady 
uwodzenia,   ruchy   i   kontrruchy,   kiedy   mężczyzna   i   kobieta   zmierzają   ku 
rozkoszy.   Ale   to   było   coś   nowego.   Ten   cichy,   cierpliwy   taniec.   Owo 
rozkoszowanie się każdym niewinnym drgnieniem. Tak jak w walcu, którego 
ją nauczył, nie musiała czynić nic więcej, tylko radując się, dotrzymywać mu 
kroku. Wstrzymała oddech drżąc cała, gdy jego palce rozpinały ostatni guzik 
jej bluzki.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 174

   

Och, jaka szkoda, że nie założyła nic jedwabnego, czegoś zwiewnego, 

kobiecego, ozdobionego fantazyjnie koronką, która mogłaby go zachwycić.

Murphy z wolna rozchylił bluzkę i położył dłoń tam, gdzie biło serce 

Shannon.

Dreszcz przeszył ją jak pocisk.
- Marzyłem o tym, by cię dotykać. - Ujął jej rękę, którą zaciskała na 

jego ramieniu, i podniósł do ust. - Zastanawiałem się, jaki smak i zapach ma 
twoja skóra. Jak bardzo jest wrażliwa? - Patrząc na nią, zsunął bluzkę z jej 
ramion. - Mam szorstkie ręce.

- Nie. - Nie zdołała zrobić nic więcej, jak potrząsnąć przecząco głową. - 

Nie.   -   Patrzyła   nań   poważnie,   gdy   przesuwał   koniuszki   palców   wzdłuż 
wycięcia jej stanika, najpierw w dół, potem w górę.

Wiedział,   że   jest   wrażliwa.   Ale   sposób,   w   jaki   drżało   jej   ciało   pod 

najlżejszym nawet dotykiem, gest, w jakim opadała jej głowa pod wpływem 
oszołomienia, tylko dodawał, słodyczy jego pragnieniu. Jeszcze nie, myślał, 
choć już przeczuwał, jak będzie smakował dłońmi jej małe, jędrne piersi. I 
pochylił głowę, by ją pocałować. Jej niewiarygodnie szczodre usta rozchyliły 
się   w   zaproszeniu.   Czuł   ich   niepokojącą   i   obezwładniającą   siłę   w  każdym 
swoim nerwie. Ich moc wzmagała się, nabierając intymniejszego posmaku.

- Pragnę cię... - Jej ręce drżały, gdy chwyciła go za koszulę. Uspokajała 

się, zaglądając mu w oczy. - Tak bardzo cię pragnę, bardziej, niż mogłam to 
sobie wyobrazić. - Patrząc na jego twarz, rozpinała mu koszulę. Kiedy udało 
się jej zdjąć ją z jego ramion, opuściła wzrok.

- Och.
Westchnęła z rozkoszy i podziwu. Jego ciało hartowały praca i pot, a nie 

urządzenia w klubie sportowym.

Musnęła rękami jego tors. Pod delikatną skórą kryła się prawdziwa siła. 

Serce biło mu głośno. Nagle jej własne serce zamarło w piersiach, gdy rozpiął 
jej spodnie.

Zahipnotyzowana poczuła, jak bierze ją za rękę, pomagając jej złapać 

równowagę,   gdy   zsuwała   spodnie.   A   kiedy   wyciągnęła   ku   niemu   dłonie, 
potrząsnął tylko głową, albowiem cierpliwość w miłości ma swoje granice.

- Kochaj się ze mną - szeptał. - Chodź i kochaj się ze mną.
Z wolna ułożył ją na kocu, zamykając usta pocałunkiem. Dotykał jej z 

wielką   czułością.   Pieścił   jej   piersi,   nie   zdejmując   stanika.   Czuł   olbrzymią 
przyjemność   zmieszaną   z   bólem.   Wślizgiwał   się  pod  stanik,   by   badać   ją  i 
smakować.   Jej   zapach   go   kusił.   Prześlizgiwał   się   językiem   po   jej   szyi   i 
ramionach. Kiedy sięgnął palcami brodawek, wygięła się w łuk.

- Teraz! - Westchnęła ze szlochem. - Na litość boską!

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 175

   

Ale   Murphy   odpiął   tylko   zapięcie   stanika,   które   znajdowało   się   z 

przodu, i przywarł delikatnie ustami do jej piersi.

Była to dla niej tortura i radość zarazem. Przyciągnęła go bliżej.
Jej ciało szalało bezwstydne. A on rozpalał ją jeszcze bardziej językiem, 

zębami i wargami, powodując, że błagała go jękliwie słowami.

Strumień   podniecenia   był   tak   szybki,   tak   gorący,   aż   uniosła   się 

chwytając   w   obronie   koce.   Silny,   oszałamiający   orgazm   spowodował,   że 
zaczęła się trząść, zanim opadła w bezsilności.

Niemożliwe,   pomyślała.   Walcząc   o   oddech,   uniosła   ciężką   rękę,   by 

odgarnąć włosy. To niemożliwe. Nikt do tej pory nie wywołał w niej takiego 
podniecenia.

W jęku rozkoszy Murphy przesuwał wargami po jej ciele. Jego ręce 

błądziły teraz poniżej talii i bioder. - Shannon, kocham cię. Nad życic.

- Nie mogę już... - Słaba położyła mu rękę na plecach. Są wilgotne, 

pomyślała jak przez mgłę, i naprężone.

- Powstrzymaj się choć chwilę. - Ale jego usta już całowały jej piersi. - 

O, Boże, co ty ze mną robisz!

- Daję ci rozkosz. - Zamierzał dać jej jeszcze więcej, musiał jej dać 

jeszcze   więcej.   Żądza   nasilała   się   w   nim   boleśnie.   Rozpalona   krew   i 
gwałtowne pragnienie, które więził w sobie tak długo.

Ściągnął jej kuse figi z bioder i odrzucił.
- Dajesz mi rozkosz... - Jej ciało przedstawiało skarbiec nieprzebranych 

rozkoszy, z których zamierzał czerpać. Czas na zabawę już minął. Sycił się jej 
szalonymi, pełnymi rozkoszy ruchami, jękiem i uściskami. Chciał jej właśnie 
takiej, bezradnie wbijającej się weń, kiedy bezlitośnie sprowadzał na nią jedną 
falę ognia za drugą. I kiedy wiła się już wilgotna w szaleństwie, jeszcze nie 
było mu dość.

Ściągał dżinsy, wędrując ustami przez jej ciało, od napęczniałych piersi 

po drżące wargi.

Wygięła się w łuk pod nim. Ugięła nogi i mocno go nimi objęła.
Potrząsnął  głową.   Nie  aby   jej  odmówić,   ale  aby   rozjaśnić  zamglony 

wzrok. Chciał ją widzieć i chciał, aby ona na niego patrzyła. - Patrz na mnie - 
prosił, wymawiając z trudnością słowa,  jakby ponad bijącym mu ciężko w 
gardle sercem. - Cholera, patrz na mnie teraz.

Otworzyła oczy. Początkowo obraz falował, ale w końcu wyostrzył się 

tak, że widziała jego twarz.

- Kocham cię - powiedział gwałtownie, utkwiwszy wzrok w jej oczach. 

- Słyszysz mnie?

- Tak. - Zacisnęła ręce na jego włosach. - Tak.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 176

   

Po chwili, kiedy wszedł w nią mocno i głęboko, krzyknęła triumfalnie. 

Orgazm przepływał przez nią jak strumień lawy, przyprawiając ją o drżenie, 
rozogniając ją. Gdy zamknęła znów oczy, wpił się w jej usta, zanurzając się w 
niej niestrudzenie.

Nieświadomie   dotrzymywała   mu   tempa,   skoczywszy   w   burzę,   która 

rozgorzała   między   nimi.   Pomyślała,   że   słyszy   odgłos   grzmotu   i   widzi 
błyskawice rozcinające niebo. Jej ciało eksplodowało w nagłym wstrząsie i 
rozżarzone   legło   bezwładnie.   Ręce   zsunęły   się   bezsilnie   z   jego   pleców. 
Słyszała, jak wymawia jej imię, czuła, jak się wije i drży. W chwilę potem 
przygniótł ją ciężarem swego ciała.

Zanurzył   twarz   w   jej   włosach   wibrując   całym   ciałem.   Shannon   na 

przemian   drżała   i   nieruchomiała.   Owe   wybuchy   drżenia   świadczyły,   jak 
wiedział, o sile przeżycia. Uspokoiłby ją, gdyby sam mógł się poruszyć.

- Za chwilę zsunę się z ciebie - wyszeptał.
- Nie waż się!
Uśmiechnął się i znów zanurzył twarz w jej włosach. - W ten sposób 

przynajmniej cię ogrzeję.

- Nie sądzę, abym kiedykolwiek poczuła chłód. - Mrucząc z rozkoszy 

objęła   go   ramionami.   -   Z   pewnością   staniesz   się   zarozumiały,   jeśli   ci   to 
powiem, ale nie dbam o to. Nikt do tej pory nie sprawił mi takiej rozkoszy.

Nie czuł dumy, ale radość. - Przed tobą nikogo nie było.
Przytuliła się do niego i zaśmiała. - Jesteś stanowczo za dobry, aby to 

miała być prawda, Murphy. Miałeś na pewno wiele kobiet.

- Praktykowałem - przerwał i zrobił wysiłek, by unieść się na łokciach. 

Chciał na nią patrzeć. Rozbawił go jej uśmiech. - Nie mogę zaprzeczyć, że raz 
czy dwa sprawiło mi to przyjemność.

- Przypomnij mi, żebym cię ukarała później. - Śmiała się, gdy przeturlał 

się z nią kilkakrotnie, aż znalazła się na nim. - Mam zamiar cię namalować - 
powiedziała cicho, przesuwając palce z bicepsów na pierś. Nie malowałam 
aktów od ukończenia szkoły, ale...

- Kochanie, kiedy stanę przed tobą nago, skąd wezmę dość cierpliwości 

dla twoich pędzli.

Uśmiechnęła się. - Masz rację. - Sięgnęła jego ust i zapomniała się na 

moment w długim pocałunku. Z westchnieniem złożyła mu głowę na piersi. - 
Nigdy wcześniej nie kochałam się pod gołym niebem.

- Żartujesz?
Uniosła głowę i spojrzała rozbawiona. - To wydawałoby się dziwne w 

moim otoczeniu.

Ponieważ miała gęsią skórkę, sięgnął po drugi koc. - A więc to noc, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 177

   

podczas której wiele rzeczy wydarzyło się po raz pierwszy. Pierwsze  ceili. - 
Owinął   ją   kocem,   mocując   się   z   nim,   dopóki   nie   miał   pewności,   że   jest 
przykryta. - Twój pierwszy walc.

- To właśnie ten walc to wszystko sprawił. Nie, nieprawda. - Potrząsnęła 

głową i ujęła jego twarz rękoma. - Walc mnie oczarował. Ale uwiodła mnie 
twoja   pieśń.   Kiedy   jej   słuchałam,   nie   potrafiłam   zrozumieć,   czemu   ci   się 
opieram.

- Muszę pamiętać, że mam śpiewać dla ciebie często. - Objął ją ręką za 

szyję.   -   Piękna   zielonooka   Shannon,   miłości   wszystkich   moich   wcieleń. 
Pocałuj mnie.

Obudził ją z lekkiej drzemki, kiedy niebo na wschodzie zajaśniało. Było 

mu  trochę  przykro,   bo  czuł  przyjemność  patrząc,   jak  śpi,   jak  piękne  rzęsy 
spoczywają na zaróżowionych policzkach. Zapragnął kochać się z nią jeszcze 
raz przed wschodem słońca, ale czekała go praca i rodzina.

- Shannon. - Całując ją dotknął lekko jej policzka. - Kochanie, świta. 

Gwiazdy już znikły.

Poruszyła się jęknąwszy i kurczowo złapała go za rękę. - Dlaczego nie 

zostaniesz? Dlaczego? Wróciłeś tylko po to, by mnie opuścić.

- Cicho. - Przyciągnął ją bliżej i pocałował w skroń. - Jestem tutaj. To 

tylko sen.

- Jeśli mnie dość kochasz, nie odejdziesz znowu.
- Naprawdę cię kocham. Otwórz oczy. To ci się śni.
Podążając   za   dźwiękiem   głosu,   Shannon   otworzyła   oczy.   Na   chwilę 

zagubiła   się   między   dwoma   światami,   ale   wydawały   jej   się   znajome   i 
prawdziwe.

Właśnie   przed   świtem,   pomyślała.   I   ten   zapach   wiosny.   Stojące 

kamienie, szare i zimne w zanikających ciemnościach. Świadomość, że leży w 
objęciach   kochanka.   -   Twój   koń.   -   Rozejrzała   się   dookoła   nieprzytomnie. 
Słyszała dźwięk uprzęży i niecierpliwe stąpania kopyt gotowych do biegu.

- Są jeszcze w stajni. - Murphy zwrócił jej twarz ku sobie. - Gdzie ty 

jesteś?

- Ja... - Zamrugała i powróciła do rzeczywistości. - Murphy? Wpatrywał 

się w jej twarz. Zdawał się lekko zaniepokojony. - Pamiętasz zatem, co się 
stało? Cóż takiego zrobiłem, by cię stracić?

Potrząsnęła głową. Desperacja i lęk zniknęły. - Śniłam, to wszystko.
- Opowiedz mi, co ja robiłem w twoim śnie.
Ale ona przycisnęła twarz do jego barku i poczuła ulgę, gdy okazało się, 

że jest prawdziwy i ciepły. - To tylko sen - twierdziła uporczywie. - Czy już 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 178

   

nastał ranek?

Począł się spierać, ale zaprzestał. - Muszę odprowadzić cię do domu.
- Czas biegnie tak szybko.
- Powstrzymałbym słońce, gdybym tylko mógł. - Uścisnął ją raz jeszcze 

i wstał, by pozbierać ubrania.

Owinięta w koc Shannon, przyglądając się Murphy'emu, znowu poczuła 

pożądanie. Usiadła. Koc opadł jej na biodra. - Murphy? - Kiedy się odwrócił, 
spostrzegła,   że   jego   oczy   pociemniały,   stały   się   chmurne.   Sprawiło   jej   to 
radość. - Kochaj się ze mną.

- Niczego więcej nie pragnę, ale rodzina jest w domu i nie wiadomo, 

kiedy ktoś... - przerwał, gdy wstała naga. Ubrania wypadły mu z rąk, kiedy 
szła do niego.

- Kochaj się ze mną - powiedziała i zarzuciła mu ręce na szyję szybko, 

w przerażeniu, jakby to miał być ostatni raz.

Miała coś z czarownicy. Zrozumiał to, gdy pierwszy raz zajrzał w jej 

oczy. Jakaś kryjąca się w niej moc rzuciła im śmiałe wyzwanie. I chociaż 
szybko   oddychała,   kiedy   złapał   ją   za   włosy   i   odchylił   głowę   do   tyłu,   nie 
odwróciła wzroku.

- A więc dobrze. Jak wtedy... - Jego głos stał się chropawy. Zawlókł ją 

do dużego kamienia, przyparł doń i uniósł, trzymając za biodra. Przywarła do 
niego szczelnie, rozpalona i pożądliwa.

Kiedy wbił się w nią, nastąpiła eksplozja, uderzając w nich z ogromną 

siłą, tak jak tego pragnęła. Przez cały czas, przy każdym gwałtownym ruchu, 
który pozbawiał ich oddechu, patrzyli sobie w oczy.

Wbiła   paznokcie   w   jego   plecy,   na   jej   ustach   pojawił   się   triumfalny 

uśmiech. Ich ciałami wstrząsały spazmy. Murphy ledwo trzymał się na nogach, 
ręce mu osłabły. Bał się, że może ją upuścić. Słyszał swój szybki oddech. - 
Jezu! - Zamrugał oczami, które zalewał pot. - Słodki Jezu!

Zwolniła   uścisk   i   zaczęła   się   śmiać.   Zalała   ją   radość,   ogarnęła 

fascynacja.

Murphy   usiłował   przywrócić   miarowość   oddechowi   i   zachować 

równowagę, kiedy Shannon wyrzuciła ramiona w górę.

- Och, jakbym się na nowo narodziła!
Zaśmiał się, kiedy usiłował utrzymać równowagę. Omal nie upadli. - O 

tak, narodziłaś się na nowo, ale mało brakowało, abyś mnie zabiła. - Mocno ją 
pocałował i delikatnie postawił na ziemię. - Ubieraj się, kobieto, zanim mnie 
wykończysz.

- Chciałabym, kochanie, abyśmy pobiegali nago po polach.
Odetchnął i schylił się, żeby podnieść stanik. - Och, moja święta matka 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 179

   

wpadłaby w zachwyt, gdyby przypadkiem wybrała się na tylne podwórze i nas 
zobaczyła.

Rozbawiona Shannon założyła stanik i podniosła z trawy figi. - Mogę 

się założyć, że twoja święta matka dobrze wie, czym się zajmowałeś, skoro nie 
wróciłeś na noc do domu.

- Wiedzieć, a zobaczyć na własne oczy to dwie różne sprawy. - Dał jej 

lekkiego   klapsa   w   pośladek,   kiedy   nachyliła   się,   by   podnieść   koszulę.   - 
Wyglądasz   seksownie   w   męskich   ubraniach.   Zapomniałem   ci   o   tym 
powiedzieć.

- Wyglądam męsko - sprostowała, zapinając obszerną koszulę.
- Jaka to różnica? - Usiadł na trawie i nakładał buty. - Wyjdziesz ze mną 

dziś wieczorem, Shannon, jeśli po ciebie przyjadę?

Zmieszana i rozbawiona spojrzała nań z góry. To, że pytał ją o to teraz, 

kiedy  przed  chwilą  kochali   się  jak  zwierzęta,   oczarowało  ją.  -  Czemu  nie, 
Murphy   Muldoonie   -   powiedziała,   próbując   naśladować   zachodnioirlandzki 
akcent.

Widziała radość w jego oczach, gdy rzucił jej jeden z butów. - Ciągle 

mówisz jak jankeska, ale to mi się podoba, zabawny akcent.

Parsknęła. - Ja mam zabawny akcent! Dobre sobie!
Pochyliła się, żeby wziąć koc, ale złapał ją za rękę. - Zostaw je, jeśli 

zamierzasz wrócić.

Uśmiechając się odwróciła rękę tak, aż ich palce się splotły. - Wrócę.
- Odprowadzę cię do domu.
- Nie musisz.
- Właśnie, że muszę. - Przeprowadził ją przez kamienny łuk. Wyszli na 

pola. Światło właśnie zaczynało się mienić w kroplach rosy, okrywających 
trawę. - I oczywiście chcę.

Szczęśliwa oparła głowę o jego ramię.
Na   wschodzie   łagodnie   budził   się   poranek   w   złotych   i   różowych 

kolorach.   Zupełnie jakby  rodził się obraz o  pastelowych  barwach.   Słyszała 
pianie koguta i czarującą piosenkę skowronka.

Kiedy   Murphy   zatrzymał   się,   by   zerwać   polny   kwiatek   o 

kremowobiałych płatkach, odwróciła się, lekko uśmiechnięta, aby wsunął go 
jej we włosy. - Patrz, sroka. - Wskazała ręką, gdy ptak przeleciał nisko nad 
polem. - Mam rację? Brianna mi ją pokazywała.

-   Tak,   rzeczywiście.   Ale   patrz   tutaj,   szybko.   Jeszcze   dwie.   - 

Zadowolony, albowiem ptaki te zwiastują szczęście, otoczył ją ramieniem. - 
Jedna przynosi smutek - powiedział - ale dwie to radość. Trzy to ślub, a cztery 
- narodziny.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 180

   

Śledziła lot ptaków. Chrząknęła i odrzekła. - Murphy, wiem, że twoje 

uczucia są silne i...

Podniósł   ją   do   góry   i   podsadził   na   następny   mur.   -   Jestem   w   tobie 

zakochany - powiedział z prostotą. - Chyba to chciałaś powiedzieć.

- Tak, właśnie to. - Musiała być teraz rozważna. Zdała sobie jednak 

sprawę, że jej własne uczucia zaszły o wiele dalej, niż zamierzała. - I myślę, że 
rozumiem twoje nadzieje, biorąc pod uwagę twą osobowość, kulturę i religię.

-   Masz   zadziwiającą   zdolność   owijania   wszystkiego   w   bawełnę.   To, 

czego chcę, to ożenić się z tobą.

- Och, Murphy.
- W tej chwili cię o to nie proszę. Na razie po prostu z tobą spaceruję, 

poza tym oczekuję, że spotkamy się znów wieczorem.

Spojrzała na niego. Uważnie przyglądał się jej twarzy. - W takim razie 

spróbujmy utrzymać to tak, jak jest - poprosiła.

- Nie ma nic prostszego. A teraz pocałuj mnie, zanim znajdziesz się w 

ogrodzie Brianny. - Wziął ją w ramiona, pochylając głowę. Serce jej zmiękło. - 
Wpadnę po ciebie. - Z niechęcią wypuścił ją z objęć. - Zabiorę cię na kolację, 
ale...

- Masz rodzinę - dokończyła. - Rozumiem.
- Jutro wyjeżdżają. Jeśli nie będzie ci niezręcznie w stosunku do Brie, 

chciałbym, żebyś spędziła ze mną noc. W moim łóżku.

- Nie, nie będzie mi niezręcznie.
- Zatem do zobaczenia. - Ucałował koniuszki jej palców i zostawił ją na 

skraju ogrodu. Na różach wciąż błyszczała rosa.

Uśmiechając się do  siebie,   Shannon przeszła przez trawnik  i stanęła 

przed drzwiami. W kuchni krzątała się Brianna. Właśnie nastawiła kawę.

- Och, cześć. - Nieświadoma tego, że się głupio uśmiecha, Shannon 

wbiła ręce w kieszenie spodni. - Wcześnie wstałaś.

Brianna tylko uniosła brwi. Była na nogach już pół godziny, niemal całe 

swoje życie wstawała o tak wczesnej porze. - Kayla czeka na śniadanie.

Shannon popatrzyła ze zdziwieniem na zegar. - Wydawało mi się, że 

jest trochę później. Nie nocowałam... w domu.

- Tak przypuszczałam. Dlaczego Murphy nie wstąpił na kawę?
- Nie... - przerwała i odetchnęła. - Widzę, że nie zachowywaliśmy się 

dość dyskretnie.

-   Nie   dziwi   mnie   to,   że   przychodzisz   dopiero   teraz.   Widziałam,   jak 

wyglądaliście,   kiedy   wychodziliście   razem   w   nocy.   -   Kawa   się   zaparzyła. 
Brianna odstawiła ją i przyjrzała się Shannon. - Wyglądasz na szczęśliwą.

- Naprawdę. - Shannon zaśmiała się, po czym pod wpływem impulsu 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 181

   

rzuciła   się   Briannie   na   szyję.   -   Jestem   nieziemsko   szczęśliwa.   Właśnie 
spędziłam   noc   z   mężczyzną   na   pastwisku   dla   koni.   Ja!   Na   pastwisku!   To 
niewiarygodne!

- Bardzo się cieszę. - Brianna wzruszyła się, widząc ten szczery odruch. 

- Murphy jest wyjątkowym mężczyzną. Zawsze miałam nadzieję, że znajdzie 
kogoś równego sobie.

Shannon zamilkła na chwilę. - Brianno, to nie całkiem tak. Zależy mi na 

nim.  Zależy  mi  na nim  bardzo.   Nie  mogłabym z nim  pozostać ani chwili, 
gdyby to nie było prawdą.

- Wiem. Rozumiem dobrze.
- Ale ja nie jestem taka, jak ty. - Shannon cofnęła się. Wierzyła, że uda 

się wytłumaczyć Briannie to, co próbowała wytłumaczyć sama sobie. - Nie 
jestem taka, jak ty czy Maggie. Nie chcę tu zamieszkać, wychodzić za mąż, 
zakładać rodzinę. Mam inne ambicje.

W oczach Brianny pojawił się smutek. Spuściła wzrok. - Murphy tak 

bardzo cię kocha.

- Wiem. I nie jestem pewna, czy ja również go kocham. - Odwróciła się 

myśląc, że musi zachować umiar w swym postępowaniu. - Miłość nie zawsze 
wystarcza do ułożenia sobie życia. Wiemy to nazbyt dobrze, biorąc pod uwagę 
naszych rodziców. Próbuję wytłumaczyć to Murphy'emu, ale mam niewielką 
nadzieję, że mi się uda. Bardzo nie chciałabym go zranić.

-   A   nie   sądzisz,   że   bardziej   zranisz   siebie,   kiedy   postąpisz   wbrew 

swojemu sercu?

- O tym jeszcze muszę pomyśleć.
Brianna podeszła do szafki i wyjęła filiżanki i spodeczki. - To prawda. 

Każdy z nas sam musi zadecydować, co jest dla niego najważniejsze. Bardzo 
ciężko jest, gdy człowiek zmaga się z przeciwieństwami.

- Widzę, że rozumiesz. - Shannon poczuła wdzięczność. Położyła rękę 

na ramieniu Brianny. - Naprawdę.

-   Oczywiście.   Dla   Murphy'ego   to   proste,   nie   ma   wątpliwości   co   do 

swoich myśli, uczuć i potrzeb. Pragnie cię. Dla ciebie nic jest to takie łatwe. 
Dlatego powinnaś pławić się w szczęściu i nie wątpić w nie.

- To właśnie próbuję robić. Nie chodzi mi tylko o Murphy'ego. Jestem 

szczęśliwa, Brianno - powiedziała łagodnie - z tobą.

- To dla mnie znaczy więcej, niż myślisz. - Briannę ogarnęło uczucie 

miłości, uśmiechnęła się. - Jak miło to słyszeć, Shannon. To cudowny poranek.

- Tak, to wielki poranek. - Shannon uścisnęła Briannie ręce. - Najlepszy 

ze wszystkich. Pójdę się przebrać.

- Weź ze sobą kawę. - Briannie łzy szczęścia napłynęły do oczu, gdy 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 182

   

napełniała filiżankę. - Przygotuję ci śniadanie przed wyjściem do kościoła.

-   Nie,   wezmę   tylko   kawę   -   powiedziała   Shannon.   -   Zaraz   przyjdę   i 

pomogę ci przygotować śniadanie.

- Ach.
- Nie jestem tu już żadnym gościem.
W tym momencie Brianna nie mogła powstrzymać łez. - Nie. Nie jesteś. 

Pośpiesz się zatem - rozkazała, szybko nalewając sobie herbaty. - Prawdziwi 
goście zaraz wstaną.

Gray czekał, aż Shannon opuści kuchnię, zanim wszedł. Zbliżył się do 

żony i wziął ją w ramiona. Brianna płakała. Trzymaj się, kochanie - powiedział 
i poklepał ją delikatnie po plecach. - O mały włos nie doprowadziłyście mnie 
do płaczu.

- Graysonie. - Przytuliła się do niego i szlochała, szczęśliwa w jego 

ramionach. - Shannon jest moją siostrą.

- To prawda.  - Pocałował ją w czubek głowy. - Shannon jest twoją 

siostrą.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 183

   

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

W Nowym Jorku Shannon nie chodziła często na niedzielną mszę. Jej 

rodzice byli praktykującymi katolikami, skończyła katolickie szkoły i przyjęła 
wszystkie   sakramenty.   Uważała   się   za   katoliczkę,   nowoczesną   katoliczkę   - 
kobietę,   której   nie   odpowiadało   wiele   twierdzeń   doktryny   katolickiej   czy 
przepisów prawa kanonicznego.

Od kiedy zamieszkała w Nowym Jorku, gdy ułożyła tam sobie życie, 

odzwyczaiła się od niedzielnej mszy. Ale ludzie z tak niewielkiego hrabstwa 
jak Clare nie chodzili na mszę jedynie z przyzwyczajenia. Praktyki religijne 
stanowiły fundament ich życia.

Przyznać   musiała,   że   podobał   jej   się   mały   kościółek,   zapach 

migoczących   świec   wotywnych,   wypolerowane   ławki.   Obudziły   się   w   niej 
wzruszające wspomnienia z dzieciństwa.

Figury Marii i Józefa, obrazy ilustrujące Drogę Krzyżową, haftowane 

szaty liturgiczne - symbole, które można znaleźć na całym świecie. Wiejski 
kościółek   zdobiły   witraże,   przez   które   wnikało   kolorowe   światło.   Ławki 
zniszczały   z   latami,   wytarły   się   klęczniki,   a   stara   podłoga   skrzypiała   pod 
każdym   stąpnięciem.   Chociaż   wystrój   kościoła   był   skromny,   obrządki 
odprawiano z  zadziwiającą  pompą.   Wyczuwało  się  w nich wielkość,  jakby 
odbywały się co najmniej we wzniosłej katedrze na Piątej Alei.

Czuła   się   silna   i   pewna   siebie,   siedząc   przy   Briannie   i   słuchając 

uroczystego   tonu   księdza,   chóralnych   odpowiedzi   parafian.   Raz   po   raz 
rozlegało się kwilenie bądź płacz dziecka.

Rodzina Murphy'ego siedziała po przeciwnej stronie, w wąskiej nawie, 

zajmując dwie ławki. Jej rodzina - Shannon poczęła traktować tych ludzi, jak 
swoją rodzinę - mieściła się w jednej. Kiedy czekano na błogosławieństwo 
końcowe, Liam wspiął się na ławkę i wyciągnął do niej ręce. Posadziła go na 
kolanach i uśmiechnęła się, gdy ściągnął poważnie usta. - Ładne - powiedział 
teatralnym szeptem, gdy go pocałowała.

Jego tłuściutkie paluszki powędrowały do cyrkonii i ametystów, które 

Shannon dziś nałożyła.

- Moje!
- Nic z tego. Moje. - Zabrała go ze sobą, gdy wierni zaczęli opuszczać 

kościół i rozchodzić się w słońcu późnego poranka.

-   Ładne   -   powtórzył   głosem   tak   błagalnym,   że   zaczęła   przetrząsać 

torebkę, żeby znaleźć coś na pocieszenie.

- Jasne, że ładna, mój chłopcze. - Murphy porwał Liama i uniósł go 

wysoko. Chłopiec rozbawił się. - Ładna jak majowy poranek.

Shannon poczuła lekki dreszcz, który przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 184

   

Tylko parę godzin temu, nadzy, spoceni, trwali w miłosnym uścisku. Teraz 
porządnie   ubrani   stali   otoczeni   ludźmi.   Mimo   to   ogarnęła   ją   fala   nagłego 
pożądania. Żołądek się ścisnął. Wyciągnęła z torebki małe lusterko i pokazała 
Liamowi. - Tam jest ktoś ładny.

Liam z rozkoszą spoglądał na siebie, strojąc miny.
- Popatrz, mamo. - Kate stała obok, kołysząc w ramionach najmłodsze 

dziecko. - Wyglądają jak rodzina. Czy pomyślałabyś kiedykolwiek, że Murphy 
zacznie wzdychać do jankeski? I do tego takiej fantastycznej.

- Nie. - Alice przyglądała się im. Miała mieszane uczucia. - Nie, nigdy 

nie   myślałam.   Ciekawiło   mnie,   czy   zwiąże   się   z   którąś   z   córek   Toma 
Concannona. Ale tego nigdy nie oczekiwałam.

Kate spojrzała w dół. Jej trzyletnie dziecko z zadowoleniem wyrywało 

trawę, sprawdzając, jaki ma smak.

- Nie masz nic przeciwko?
- Jeszcze nie wiem. - Strząsając z siebie zły nastrój, Alice schyliła się i 

podniosła wnuka. - Kevin, trawę jedzą tylko krowy. Dołączmy do reszty, Kate. 
Musimy przygotować niedzielny obiad.

Słysząc, że wołają go po imieniu, Murphy uniósł rękę. - Muszę już iść. 

Wpadnę po ciebie później. - Przekazał jej Liama.

- Czy pozwolisz mi pocałować się tutaj?
- Buzi - zgodził się Liam i zmarszczył czoło.
- Nie ty, chłopcze. - Ale Murphy i tak go pocałował, zanim delikatnie 

musnął usta Shannon. - Na razie.

-   Tak.   -   Shannon   próbowała   nie   wzdychać   jak   pensjonarka,   kiedy 

odchodził. - Na razie.

-   Pewnie   chcesz   pozbyć   się   tego   balastu,   ciociu   Shannon!   -   Rogan, 

widząc, że droga jest wolna, podszedł do Shannon.

- Nie, potrzymam go. Udało mi się go zdobyć.
- Wygląda na to, że to on ciebie zdobył. - Los uśmiechnął się do mnie, 

pomyślał   Rogan,   chłopiec   przełamał   pierwsze   lody.   -   Chciałem   z   tobą 
zamienić   słowo.   Pójdziesz   ze   mną   i   Maggie   do   domu?   Miło   nam   będzie 
ugościć cię herbatą. Liamowi też.

-   Herbata.   -   Liam   przestał   interesować   się   lusterkiem   i   podskakiwał 

Shannon na biodrach. - Ciasto.

- Oto sedno sprawy - powiedział Rogan chrząkając. - Zupełnie jak jego 

matka. - Nie czekając na odpowiedź, ujął Shannon za łokieć i poprowadził ją w 
kierunku swojego samochodu.

- Muszę powiedzieć, Brie.
- Już jej powiedziałem. Maggie! - wykrzyknął. - Twój chłopiec chce 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 185

   

ciasta i herbaty.

- Który chłopiec? - Maggie podeszła do nich w chwili, gdy Shannon 

dotarła do drzwi samochodu. - Wieziesz nas, Shannon?

-   Cholera,   robię   to   za   każdym   razem.   Nie   przyzwyczaję   się,   że 

kierownica jest z drugiej strony.  - Obeszła samochód i posadziła Liama w 
krzesełku.

- Prawdziwa jankeska - skomentowała Maggie i usadowiła się w środku.
Shannon tylko zmarszczyła nos. W drodze zabawiała Liama. Po krótkim 

czasie znaleźli się w kuchni. Rogan, jak zauważyła Shannon, przygotowywał 
herbatę.

- Jak ci się podobało ceili? - zapytał.
- Bardzo.
- Szybko wyszłaś. - Z frywolnym błyskiem w oku Maggie podała małe 

kawałki mrożonego ciasta.

Shannon tylko uniosła brwi i spróbowała ciasta. - To recepta Brianny - 

powiedziała po skosztowaniu.

- To ciasto Brie. Na szczęście.
- Wielkie szczęście - wtrącił Rogan. - Brianna jest zbyt ludzka, żeby 

pozwolić Maggie nas otruć.

- Jestem artystką, a nie kucharką.
- Brianna jest kimś więcej niż tylko kucharką. - Shannon najeżyła się. - 

Jest również artystką, widać to w każdym pokoju jej pensjonatu.

- Zgoda, zgoda - rzekła rozbawiona i zadowolona Maggie. - Szybko 

stajesz w jej obronie, nieprawdaż?

- Zupełnie, jak ty - powiedział łagodnie Rogan, stawiając imbryk na 

stole.   -   Trzeba   oddać   sprawiedliwość   Briannie.   Pensjonat   jest   świetnie 
prowadzony, prawda? - Zmienił nastrój tym stwierdzeniem. - Zatrzymałem się 
tam,   kiedy   przybyłem   tu   pierwszy   raz   szturmować   drzwi   Margarct   Mary. 
Pogoda była okropna, jak i temperament Maggie - przypomniał sobie. - A 
pensjonat   Brie   okazał   się   małą   wysepką   spokoju   i   wdzięku   pośród   tego 
wszystkiego.

-   Ależ   to   twój   temperament   był   okropny   -   poprawiła   Maggie.   - 

Zadręczał   mnie   bezlitośnie.   -   Zwróciła   się   do   Shannon.   -   Przybył   tu   bez 
zaproszenia, zupełnie nie chciany. I jak widzisz, dotąd nie udało mi się od 
niego uwolnić.

- Wytrwałość przynosi owoce. - Rogan starym nawykiem pogłaskał rękę 

Maggie. - A nasz najważniejszy owoc zaraz zaśnie nad herbatą - zauważył.

Maggie spojrzała na Liama. Usta miał otwarte, oczy przymknięte, głowę 

pochyloną,   dłoń   zaciśniętą   na   ciastku.   –   To   nasz   owoc,   w   porządku!   - 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 186

   

Chrząknęła i wstała, żeby podnieść go z krzesła. Kiedy jęknął, klepnęła go w 
pośladek. - Należy ci się krótka drzemka. Zobaczymy, czy twój niedźwiadek 
czeka na ciebie. Chyba tak, czeka, kiedy Liam do niego przyjdzie.

-   Maggie   jest   wspaniałą   matką   -   powiedziała   Shannon   bez 

zastanowienia.

- To cię dziwi?
- Tak. - Trochę za późno zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała, i 

zmieszała się. - Nie miałam na myśli...

- Nieważne. Ją też to zaskoczyło. Bardzo sprzeciwiała się zakładaniu 

rodziny. Przyczyna leżała w trudnym dzieciństwie, ale czas goi rany. Nawet te 
najstarsze i najbardziej krwawiące. Nie wiem, czy kiedykolwiek zbliży się z 
matką, ale nawiązały już nić porozumienia. Odległość się zmniejsza. - Postawił 
filiżankę i uśmiechnął się do Shannon. - Zastanawiam się, czy nie chciałabyś 
zajść na chwilę do mojego biura.

- Do twojego biura?
- To tutaj, w następnym pokoju. - Wstał, wiedząc, że nie pozostawił jej 

żadnego   wyboru,   musi   z   nim   iść.   Zamierzał   wprowadzić   ją   na   swoje 
terytorium. Tkwił dość długo w biznesie i znał korzyści płynące z działań na 
polu  domowym.   Atmosferze  biznesu  nic  nie  sprzyja  lepiej  niż  nieformalne 
spotkania poprzedzone posiłkiem.

Zdecydował już wcześniej, że z Shannon winien postępować tak, by nie 

mieszać interesów z rodziną, z wyjątkiem sytuacji, kiedy związki te okazałyby 
się dla niego użyteczne.

Zaintrygowana   Shannon   ruszyła   za   nim   do   następnego   pokoju. 

Zatrzymała się na progu, rozglądając się ze zdziwieniem i podziwem. Cóż z 
tego, że dom stał w samym środku wsi, nie dalej niż na rzut kamieniem od 
pasących się krów i gdaczących kurcząt. To pomieszczenie przygotowano do 
profesjonalnej pracy tak, jakby znajdowało się w wielkim mieście. Urządzono 
je ze smakiem i elegancją, poczynając od dywanów od Bokkara, a kończąc na 
lampach od Tiffany'ego. Stare mahoniowe biurko zdumiewało połyskiem. W 
pokoju   ustawiono   prace   Maggie   -   zaskakująca   fontanna   szafirowego   szkła 
wznosiła się w pół drogi do kasetonowego sufitu; delikatny splot kształtów i 
kolorów wił się samotnie na marmurowej kolumnie i przypominał Shannon 
ogród Brianny.

Obranego   stylu   nie   psuły   nawet   narzędzia   pracy   właściciela.   Fax, 

komputer, drukarka, modem. Wszystko nowoczesne, na wysokim poziomie.

- O, Boże! - Chodząc po pokoju, Shannon uśmiechała się coraz szerzej. 

Dotknęła monitora najwyższej klasy. - Nigdy bym nie przypuszczała, że to 
może być tutaj.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 187

   

-   Maggie   tak   chciała.   Ja   również.   -   Rogan   wskazał   jej   krzesło.   - 

Mieszkam tu prawie przez cały rok. Chcąc jednak, żeby dom pozostał domem, 
muszę pracować.

- Myślałam, że masz biuro w galerii.
-   Mam.   -   By   nadać   odpowiedni   ton   tej   rozmowie,   Rogan   usiadł   za 

biurkiem.   -   Oboje   mamy   wymagający   zawód,   a   poza   tym   dziecko.   Jeśli 
harmonogram   na   to   pozwala,   pracuję   tutaj   rankami   trzy   dni   w   tygodniu, 
opiekując się jednocześnie Liamem. W tym czasie Maggie przebywa w swoim 
szklanym domu.

- Pewnie nie jest wam łatwo. Macie tyle na głowie.
- Dobrze jest mieć możliwość manewru. Kompromis to jedyna droga, 

jaką  znam,   żeby   móc  posiadać   wszystko.   Chciałem  z  tobą   porozmawiać   o 
obrazach, które namalowałaś.

- Och! - Zmarszczyła czoło. - Mam kilka akwareli i jeden obraz olejny...
-  Widziałem  tę przedstawiającą Briannę -  przerwał spokojnie.   - Czy 

skończyłaś tę z pensjonatem - widok z tyłu ogrodu?

- Tak. Zawędrowałam ostatnio na klify i zrobiłam obraz marynistyczny. 

Wydaje mi się, że jest typowy.

- Wątpię. - Uśmiechnął się i szybko zapisał coś w notesie. - Wszystko 

obejrzymy. Na pewno masz ich więcej w Nowym Jorku!

- Mam kilka w mieszkaniu, i te, które przywiozłam z Columbus.
- Dobrze. Zorganizujemy ci wystawę.
- Ale...
-   Mój   menedżer   z   nowojorskiej   galerii   zajmie   się   szczegółami. 

Pakowanie i tak dalej. Musisz dać mi tylko ich spis.

Próbowała   coś   powiedzieć,   ale   Rogan,   nie   pozwalając   jej   dojść   do 

słowa, ciągnął dalej: - W hrabstwie Clare wystawiliśmy na razie tylko jeden 
twój   obraz.   Obecnie   to   najlepsze   wyjście.   Musimy   opracować   konkretną 
strategię. Mam nadzieję, że już wkrótce to nastąpi. - Otworzył górną szufladę i 
wyciągnął plik urzędowych papierów. - Powinnaś przejrzeć ten kontrakt.

- Rogan, nigdy nie podpisywałam kontraktów.
- Wiem, że nie. - Uśmiechnął się szczerze. Jego głos brzmiał rozsądnie. 

- Nie czytałaś go jeszcze. Czułbym się szczęśliwy, gdybym mógł omówić z 
tobą szczegóły. A może polecę ci prawnika. Jestem pewien, że masz własnego, 
ale będzie ci potrzebny lokalny.

Ni stąd, ni zowąd kopia kontraktu znalazła się w rękach Shannon. - Ależ 

ja mam pracę.

- Nie powinna ona jednak powstrzymać cię od malowania. Chciałbym, 

żeby   moja   sekretarka   skontaktowała   się   z   tobą   w   przyszłym   tygodniu   i 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 188

   

omówiła   podstawowe   sprawy.   Potrzebujemy   szczegółowych   informacji 
biograficznych, a także pozwolenia na publikację w prasie.

- Publikacja w prasie? - Shannon złapała się za głowę.
- Znajdziesz w kontrakcie punkt, który mówi, że „Worldwide” bierze na 

siebie   kontakty   z   prasą.   Zależnie   od   tego,   co   tam   masz   w   Ameryce, 
powinniśmy być gotowi z wystawą w październiku lub nawet we wrześniu.

- Wystawa! - Shannon opuściwszy ręce wpatrywała się w Rogana. - 

Chcesz zorganizować mi wystawę? - powtórzyła cała zdrętwiała.

-   W   galerii   „Worldwide”.   Zamierzałem   najpierw   zorganizować   tę 

wystawę w Dublinie, tak jak w przypadku Maggie. Ale myślę, że lepiej byłoby 
tutaj, w Clare, ze względu na twe związki z tym miejscem. - Wciąż uśmiechał 
się grzecznie, przechylając głowę. - Co o tym myślisz?

-   Wcale   nie   myślę   -   wyjąkała.   -   Nie   mogę   myśleć,   Rogan,   byłam 

przecież na pokazach w „Worldwide”. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że 
jeden z nich może należeć do mnie.

- Mogę cię zapewnić, że na tym nie poprzestaniesz. Popatrz mi w oczy i 

powiedz, czy wątpisz w swój talent?

Otworzyła usta. Sposób, w jaki to powiedział, w jaki na nią patrzył, gdy 

czekał   na   odpowiedź,   sprawiły,   że   się   uspokoiła.   -   Po   prostu   nigdy   nie 
myślałam o swoim malarstwie w praktyczny sposób.

- I nie powinnaś! To moja sprawa.  Ty  tylko maluj, Shannon. Tylko 

maluj. Ja zajmę się resztą. Ach, a co do detali. - Oparł się wygodnie, świętując 
zwycięstwo.   -   Potrzebujemy   twoich   zdjęć.   Mam   od   tego   wspaniałego 
człowieka w Dublinie. Muszę tam jechać w przyszłym tygodniu. Jedź ze mną, 
zajmiemy się tym.

Shannon   zamknęła   oczy   i   próbowała   wrócić   myślą   do   początków 

rozmowy, znaleźć punkt, w którym straciła kontrolę nad jej przebiegiem, ale 
nie była w stanic tego uczynić. - Chcesz, żebym pojechała do Dublina?

-   Na   dzień   lub   dwa.   Chyba   że   zdecydujesz   się   zostać   tam   dłużej. 

Zapraszam,   oczywiście.   Możesz   zamieszkać   w   naszym   domu,   jak   długo 
zechcesz.   Dopilnuję,   żebyś   spotkała   się   z   prawnikiem,   kiedy   tam   się 
znajdziesz. Przejrzy kontrakt i może ci coś doradzi.

- Znam się na rzeczy, uczyłam się o tym w college'u - wymamrotała 

Shannon.

- Sama to przeczytam.
- Jak wolisz. - Chociaż nie widział takiej potrzeby, przejrzał terminarz. - 

Czy wtorek ci pasuje?

- Wtorek?
- Mam na myśli podróż. Sesję fotograficzną zorganizujemy w środę.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 189

   

- Twój fotograf może być zajęty.
-   Jestem   pewien,   że   nas   przyjmie.   -   Nie   miał   co   do   tego   żadnych 

wątpliwości, bo umówił się z nim na spotkanie wcześniej. - Zatem wtorek?

Shannon odetchnęła, potrząsnęła głową i złożyła ręce. - Jasne, czemu 

nie.

Kiedy   wracała   do   domu,   wciąż   zadawała   sobie   te   same   pytania. 

Dlaczego? Dlaczego to robi? Dlaczego Rogan namawia ją do tego? Tak, miała 
talent. Świadczyły o tym jej prace. Powtarzali jej to latami nauczyciele. Ale 
sztuka to nie interesy. A interesy stały ponad wszystkim.

Zgoda  na   propozycję  Rogana   zmieniała  coś,   do  czego   stosowała   się 

przez  całe   swoje  życie   -   wbrew   sobie   pozwoliła,   aby   sztuka   wzięła   palmę 
pierwszeństwa, pozwoliła, aby ktoś inny zajął się jej interesami. Czuła coś 
więcej niż tylko lekką obawę czy swego rodzaju niedogodność. Ale zgodziłam 
się, a z pewnością nie odmówiłam bezpośrednio. A przecież mogłam, myślała 
Shannon. Rozpoznała dobrze taktykę Rogana. Używał jej z wielką zdolnością. 
Trudno byłoby go od tego odwieść, ale przecież dałaby mu radę.

Lecz   nawet   nie   spróbowała.   To   głupie,   myślała   teraz.   Ogromna 

komplikacja. Jak mogła zgodzić się na wystawę w Irlandii jesienią, skoro sama 
będzie trzy tysiące mil stąd przy swoim biurku w pracy. Czy tego właśnie 
chcesz?   Słyszała   jakiś   cichy   głos   szepczący   jej   do   ucha.   Rozważając   to 
wszystko w drodze do domu, przygarbiła się i spochmurniała.

- Wyglądasz tak,  jakby coś  cię dręczyło -  powiedziała na jej  widok 

Alice. Trzymała rękę na furtce i uśmiechała się.

Shannon gwałtownie uniosła głowę. - Och, właśnie... - Z wysiłkiem się 

uśmiechnęła.   -   Właśnie   odbyłam   rozmowę   i   zastanawiam   się,   dlaczego 
straciłam panowanie nad jej przebiegiem.

- Zawsze znajdzie się jakiś sposób na odwet.  - Alice puknęła się w 

głowę   i   otworzyła   furtkę.   -   Może   wstąpisz?   -   Otworzyła   furtkę   szerzej. 
Shannon się zawahała. - Moja rodzina rozeszła się, potrzebuję towarzystwa.

- Pani mnie zadziwia. - Shannon weszła i zamknęła za sobą furtkę. - 

Myślałam, że marzy pani o kilku minutach spokoju i ciszy.

- Moja matka mawiała zawsze, że będę miała tego pod dostatkiem w 

grobie. Oglądałam ogród Murphy'ego, ten z przodu domu, bardzo dba o niego.

- Murphy dba o wszystko. - Niepewna ani swych zamiarów, ani pozycji, 

Shannon szła za Alice. Weszły na ganek i usiadły w fotelach.

-   To   prawda.   Murphy   robi   wszystko   dokładnie.   Czasami,   kiedy   był 

chłopcem, wydawało mi się, że nad każdą drobną robotą, którą mu dawałam, 
ślęczy   zbyt   długo.   Kiedy   z   niego   kpiłam   lub   narzekałam,   tylko   patrzył, 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 190

   

uśmiechał się i mówił, że stara się robić najlepiej, jak potrafi. To wszystko.

- To całkiem do niego podobne. Gdzie on jest?
- Poszedł z mężem oglądać jakieś maszyny. Colin uwielbia udawać, że 

zna się na farmie i jej wyposażeniu, a Murphy uwielbia udawać, że tak jest 
faktycznie.

Shannon uśmiechała się lekko. - Mój ojciec też miał na imię Colin.
- Naprawdę? Jak dawno go straciłaś?
- Latem, zeszłego roku. A matkę tej wiosny.
Alice   instynktownie   wzięła   Shannon   za   rękę.   -   Trudno   się   z   tym 

pogodzić. - Zaczęła kołysać się w fotelu. Shannon kołysała się również, tak że 
w ciszy rozlegało się tylko skrzypienie i nawoływania ptaków.

- Podobało ci się ceili?
Tym razem pytanie wywołało rumieniec na policzkach Shannon. - Tak, 

nigdy nie brałam udziału w podobnej uroczystości.

-   Brakuje   mi   tego,   odkąd   mieszkamy   w   Cork.   Miasto   nie   jest 

odpowiednim miejscem na ceili.

- Czy pani mąż jest lekarzem?
-   Tak.   Jest   świetnym   lekarzem.   Ale   powiem   ci   prawdę,   kiedy 

przeprowadziłam się  z nim do Cork,  myślałam,  że umrę i pójdę  do  nieba. 
Skończyło się ranne wstawanie do krów, obawa o plony, lęk o to, czy zapali 
traktor. - Uśmiechała się patrząc na ogród i dolinę. - W jakiś sposób nadal za 
tym tęsknię, a nawet brakuje mi tego wiecznego zmartwienia.

- Może wróci tu pani, kiedy mąż przejdzie na emeryturę.
- Nie, mąż przywykł do życia w mieście. Znasz zalety miasta, jesteś 

przecież z Nowego Jorku.

- Tak. - Shannon patrzyła na dolinę, na zielone wzgórza, na życie, które 

tam kwitło. - Lubię tłum, pośpiech, hałas. Długo musiałam się przyzwyczajać 
do tutejszej ciszy i przestrzeni.

- Murphy uwielbia przestrzeń, uwielbia stąpać po własnej ziemi.
Shannon zerkając na Alice zauważyła, że ta uważnie jej się przygląda. - 

Nie sądzę, żebym spotkała kiedykolwiek człowieka równie przywiązanego do 
miejsca, tak jak on.

- A ty?
-   Dobrze   mi   w   Nowym   Jorku   -   powiedziała   ostrożnie.   -   Często   się 

przeprowadzaliśmy,   gdy   byłam   dzieckiem,   a   więc   nigdzie   nie   zapuściłam 
korzeni, jak można by podejrzewać.

Alice   skinęła   głową.   -   Matka   boi   się   o   swoje   dzieci,   nieważne   jak 

wysoko wyrosły. Widzę, że Murphy jest w tobie zakochany, Shannon.

- Pani Brennan! - Shannon uniosła ręce, ale zaraz ułożyła je z powrotem 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 191

   

na kolanach. Cóż mogła powiedzieć?

- Myślisz sobie teraz, czego ta kobieta chce od ciebie. Czy oczekuje, że 

odpowiem   na   coś,   co   nawet   nie   przybrało   formy   pytania.   -   Na   jej   twarzy 
pojawił się cień uśmiechu. - Znasz mnie w takim stopniu, jak ja ciebie, dlatego 
nie zorientuję się, co czujesz do mojego syna, zaglądając ci w oczy. Nie wiem 
też, jak traktujesz jego uczucia. On ciebie kocha, to pewne. Znam Murphy'ego. 
Nie   jesteś   kobietą,   którą   bym   dla   niego   wybrała,   ale   decyzja   należy   do 
mężczyzny. - Spojrzała na Shannon i roześmiała się. - Teraz ja cię uraziłam.

- Nie - powiedziała przygaszona i lekko obrażona Shannon. - Ma pani 

prawo mówić to, co myśli.

- Tak. - Alice, wciąż się śmiejąc, zaczęła bujać się w fotelu. - Nieważne, 

czy mam takie prawo, czy nie, i tak powiem. Przez krótki okres myślałam, że 
odpowiednią   kobietą   dla   niego   jest   Maggie.   Tak   bardzo,   jak   kochałam   tę 
dziewczynę, bałam się tego związku. Pozabijaliby się w ciągu roku.

Pomimo   zdrowego   rozsądku   Shannon   poczuła   ukłucie   zazdrości.   - 

Murphy i Maggie?

- Och, nic takiego między nimi nie zaszło. Podobali się sobie, ale to 

szybko minęło. Później pomyślałam o Briannie. Tak, to jest żona dla niego, 
mówiłam sobie. Ona stworzy mu dom.

- Murphy i Brie? - Shannon wycedziła przez zęby. - Zgaduję, że miał 

wiele romansów?

- Och, domyślam się, że miał ich kilka. Ale na pewno nie z Brie. Kochał 

ją tak samo, jak Maggie. Identyczną miłością, jak swoje siostry. To tylko ja 
układałam plany w swej głowie, chcąc go uszczęśliwić. Martwiłam się, wiesz, 
miał   dwadzieścia   pięć   lat   i   wciąż   nie   okazywał   zainteresowania   żadnej   z 
tutejszych   dziewcząt.   Pracował   na   farmie,   czytał   książki   i   grał   na 
instrumentach. Ale przecież mężczyzna potrzebuje rodziny, mówiłam sobie, 
kobiety u boku i dzieci na kolanach.

Shannon wzruszyła ramionami, wciąż lekko dotknięta obrazami, jakie 

wyczarowała jej w głowie Alice. - Dwadzieścia pięć lat to dość młody wiek jak 
na ślub dla mężczyzny w obecnych czasach.

- Tak - zgodziła się Alice. - W Irlandii mężczyźni często czekają z tym 

o wiele dłużej. Wiedzą, że raz złożony ślub nie ulega odwołaniu. Rozwód to 
nie rozwiązanie. Prawo nie rozwiąże przysięgi złożonej przed Bogiem. Ale 
matka pragnie, aby jej syn się zrealizował. Wzięłam go na bok, wtedy, gdy 
miał dwadzieścia pięć lat, posadziłam i zwróciłam się doń słowami płynącymi 
prosto z serca. Mówiłam, że mężczyzna nie powinien żyć sam, pracować tak 
ciężko i nie mieć nikogo, kto czekałby na niego wieczorem. Wspomniałam, że 
podoba się córce O'Mallcyów, i spytałam, jak się na to zapatruje. - Uśmiech 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 192

   

Alice zniknął, kiedy odwróciła się, by znów spojrzeć na Shannon. - Przyznał, 
że jest piękna, ale kiedy zaczęłam namawiać go, żeby zastanowił się nad tym 
głębiej, pomyślał o przyszłości, o żonie, ujął moje ręce i popatrzył na mnie w 
ten swój charakterystyczny sposób. „Mamo, oznajmił, Neli O'Mallcy nie jest 
dla   mnie.   Wiem,   kto   jest   właściwą   osobą.   Widziałem   ją.”   -   Oczy   Alice 
pociemniały z emocji, której Shannon nie mogła pojąć. - Kiedy go zapytałam, 
kim jest ta kobieta, odpowiedział, że jeszcze jej nie spotkał w postaci cielesnej, 
ale zna ją dobrze ze snów, które ma od dzieciństwa. Czeka tylko na jej powrót.

Shannon przełknęła ślinę i starała się nadać głosowi spokojny ton. - 

Murphy jest bardzo romantyczny.

- Tak, wiem. Ale potrafię rozróżnić, kiedy mój chłopiec fantazjuje, a 

kiedy   mówi   prawdę.   Gdy   ostatnio   do   mnie   zadzwonił   i   powiedział,   że   ta 
dziewczyna właśnie przybyła, mówił prawdę.

- To wcale nie tak. To nie jest możliwe.
- Trudno sądzić o tym, co jest możliwe, a co nie. W sercu! Pamiętaj o 

tym,   Shannon   Bodine.   Proszę   cię   tylko,   abyś   uważała   na   niego.   Jeśli 
stwierdzisz, że nie chcesz tego związku albo go nie dotrzymasz, rozwiąż tę 
sprawę łagodnie.

- Nie chcę go zranić.
- Och, dziecko. Wiem o tym. Nigdy nie wybrałby kobiety, która nie dba 

o uczucia innych. Przykro mi, że tak cię to zmartwiło.

Shannon   potrząsnęła   głową.   -   Musiała   pani   mi   to   powiedzieć,   a   ja 

musiałam wysłuchać. Spróbuję wyjaśnić mu pewne rzeczy.

-  Kochanie.   - Alice omal  nie  zachichotała,  nachyliła  się  w kierunku 

Shannon   i   wzięła   ją   za   rękę.   -   Możesz   spróbować,   ale   on   i   tak   wszystko 
powikła. Nie myśl tylko, że przez tę rozmowę chcę złożyć cały ciężar na twoje 
barki. Dzielicie go równo oboje. To, co się między wami wydarzy - radość czy 
smutek   -   wypracujecie   wspólnie.   Gdyby   była   tu   twoja   matka,   na   pewno 
poprosiłaby Murphy'ego, aby obchodził się z tobą ostrożnie.

- Całkiem możliwe. - Napięcie w palcach Shannon zelżało. - Murphy 

jest szczęściarzem, że ma taką matkę, jak pani, pani Brennan.

- Przypominam mu o tym często. Chodźmy teraz zobaczyć, czy moje 

córki skończyły już piec baraninę na obiad.

- Powinnam wracać.
Alice wstała, ciągnąc Shannon za sobą. - Ależ koniecznie zjedz z nami 

niedzielny   obiad.   Murphy   na   pewno   tego   sobie   życzy.   Ja   zresztą   też.   - 
Otworzyła frontowe drzwi i zaprosiła Shannon do środka.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 193

   

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Murphy z radością patrzył na Shannon siedzącą pośród swojej rodziny, 

kołyszącą na kolanach jedną z siostrzenic, słuchającą wyjaśnień bratanka na 
temat gaźnika i śmiejącą się z czegoś, co właśnie powiedziała Kate.

Wolałby   jednak   być   z   nią   sam.   Wyglądało   na   to,   że   rodzina,   którą 

kochał,   sprzysięgła   się,   żeby   mu   uniemożliwić   spełnienie   tak   prostego   i 
ważnego   pragnienia.   Wspomniał   mimochodem,   że   wieczór   jest   piękny, 
odpowiedni na przejażdżkę i że Shannon na pewno by się to spodobało. Nie 
zdołał   jednak   dosłyszeć   odpowiedzi,   bo   siostry   zupełnie   go   zagłuszyły 
rozmowami o modzie.

Cierpliwie odczekał jakiś czas i spróbował znowu, sugerując wyjście do 

pubu. Pewien był, że uda mu się wyciągnąć ją tam na chwilę samotności. Ale 
niemal w tym samym momencie ojczym poprosił go na bok i zaczął rozmowę 
o pracy nowego kombajnu. Gdy zaszło słońce i pojawił się księżyc, dzieci 
zmusiły go do zabawy w ciuciubabkę.

W drugim końcu pokoju Shannon z zainteresowaniem dyskutowała z 

nastoletnim bratankiem o amerykańskiej muzyce. Murphy poczuł się lepiej, 
kiedy dzieci zabrano do łóżek. Natychmiast podszedł do Shannon i chwycił ją 
za  rękę.   -  Chodźmy   nastawić   czajnik  na  herbatę.   -   Idąc   szybkim   krokiem, 
pociągnął ją w stronę kuchni, ale nie zatrzymał się tam, tylko wyszedł tylnymi 
drzwiami na podwórze.

- A czajnik?
- Do diabła z czajnikiem - zaklął i wziął ją w ramiona. - Przed klatką, w 

której gdakały kury, pocałował ją tak, jakby od tego zależało całe jego życie. - 
Nigdy dotąd nie zwracałem uwagi na to, ile jest osób w mojej rodzinie.

-   Dwadzieścia   trzy   -   powiedziała,   poddając   się   następnemu 

pocałunkowi. - Z tobą dwadzieścia cztery. Policzyłam.

- I za chwilę któraś z nich wyjrzy przez okno w kuchni. Chodź, zejdźmy 

im z oczu. - Pociągnął ją przez wybieg dla koni i zagrodę dla kur na pierwsze 
wzniesienie.

Shannon śmiała się, nie mogąc złapać tchu. – Murphy, zwolnij. Nikt za 

nami nie wysłał psów gończych.

- Gdyby mieli psy, na pewno by to zrobili, - Ale zwolnił kroku. - Chcę 

być z tobą sam. Czy masz coś przeciw?

- Nie, ja też czekałam na okazję, żeby z tobą pomówić.
- Porozmawiamy - obiecał - ale najpierw pokażę ci, o czym myślałem 

przez cały dzień i pół wieczoru.

Shannon zrobiło się bardzo gorąco. - Najpierw musimy porozmawiać. 

Nie   ustaliliśmy   jeszcze   pewnych   zasad.   To   ważne,   żebyśmy   oboje   dobrze 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 194

   

rozumieli, gdzie się znajdujemy, zanim zabrniemy dalej.

- Zasady. - Rozbawił się. - Myślę, że świetnie sobie bez nich radzę.
- Nie mówię teraz o fizycznym aspekcie naszej znajomości. - Shannon 

przypomniała sobie nagle rozmowę z panią Brennan. Jej głos stał się chłodny i 
niedbały. - Nie miałeś nigdy tego rodzaju romansu z Maggie, prawda?

W   pierwszej   chwili   wybuchnął   śmiechem,   ale   skłonność   do   żartów 

sprawiła,   że   chrząknął   z   rozwagą.   -   Dobrze,   skoro   już   o   tym   mówisz...   - 
Wypowiadając to zdanie wciągnął ją do kamiennego kręgu.

Shannon zachowywała się bardzo chłodno. Broniła się, gdy ściągał z 

niej marynarkę. - Tak, właśnie o tym mówię - powtórzyła lodowatym głosem.

- Tak, zaszło coś między nami, to prawda - powiedział, ignorując to, że 

go odpychała, gdy rozpinał guziki jej bluzki. - Pocałowałem ją raz i nie wątpię, 
że nazwałabyś to czymś więcej niż braterskim pocałunkiem. - Uśmiechnął się, 
patrząc   jej   w   oczy.   -   Doświadczenie   okazało   się   zdumiewająco   słodkie. 
Miałem wtedy piętnaście lat, o ile dobrze pamiętam.

- Och! - Shannon poczuła się głupio.
- Udało mi się także namówić do tego Briannę, ale wszystko skończyło 

się   śmiechem,   zanim   zdążyliśmy   rozchylić   usta.   Nie   wydało   mi   się   to 
romantyczne.

- Och! - Wyrwało jej się znowu i wydęła wargi. - I to wszystko?
- Nie musisz się przejmować. Nigdy... Nigdy nie przekroczyłem owej t 

granicy   z   żadną   z   twoich   sióstr.   A   więc...   -   Zaschło   mu   w   gardle,   gdy   ', 
odrzucił bluzkę.

Tego   wieczoru   Shannon   miała   jedwabną   bieliznę.   Czarny, 

niebezpieczny jedwab opadał prowokacyjnie na piersi i znikał poniżej talii. - 
Muszę zobaczyć resztę - postanowił Murphy i rozpiął suwak spódnicy.

Wietrzyk   muskał   Shannon   włosy,   gdy   tak   stała   w   jasnym   świetle 

księżyca. Założyła to dla niego, wybrała ze swej szuflady dzisiejszego ranka, 
mając przed oczami jego twarz. Wyobrażała sobie, jak na nią patrzy. Pragnęła 
wydać się uwodzicielska w tym jedwabiu ozdobionym koronką.

Podniecony,   przesunął   ręką   po   jej   udach   i   poczuł,   jak   pończocha   ', 

ustępuje miejsca rozpalonemu ciału. Zwilżył wargi językiem. - Dzięki i Bogu, 
nie wiedziałem, co masz pod halką. - Głos miał stłumiony, załamujący się. - 
Nie wytrzymałbym na mszy.

Chciała z nim rozmawiać. Musiała, ale zdrowy rozsądek nie obronił jej 

przed strumieniem pożądania, jaki przez nią przepłynął. Zaczęła ściągać mu 
sweter. - Za to ja wiedziałam, co masz pod swetrem, i tylko o tym myślałam w 
kościele.

Zaśmiał się słabo. - Odpokutujemy wszystko, ale mamy jeszcze trochę 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 195

   

czasu. - Zsunął jej ramiączka jedno po drugim. Góra halki lekko opadła. - 
Bogini strzegąca świętej ziemi - szeptał. - Przemieniająca się w czarownicę.

Na te słowa zadrżała, czując jednocześnie strach i podniecenie. - Jestem 

kobietą,   Murphy.   Kobietą,   która   stoi   przed   tobą   i   bardzo   cię   pragnie.   - 
Rozgorączkowana wpadła mu w ramiona. - Pokaż mi! Pokaż, co chciałeś ze 
mną robić, gdy o mnie myślałeś w kościele. - Przywarła do niego ustami żądna 
pocałunków. - A później przejdź samego siebie!

Murphy mógłby pożreć ją żywą kawałek po kawałku, a potem wyć do 

księżyca niczym rozwścieczony wilk.

Pokazał jej to, o co go prosiła. Gryząc jej usta, wędrował niespokojnie 

rękoma po jej ciele. Jęki, które z siebie wydawała, nasilały się, stawały się 
dziksze. Czuł, jak jej zęby szarpią mu wargi. Miał ochotę zakosztować smaku 
atłasowej skóry na jej szyi.

Była   już  mokra,   gdy   bezlitośnie   na  nią  natarł.   Jęk   przemienił   się   w 

krzyk.   Murphy   zapędził   się   zbyt   daleko,   by   zdołał   się   powstrzymać.   Pod 
Shannon ugięły się nogi. Opadła nań niczym na poduszkę, a za chwilę miała 
go na sobie.

Leżała pod nim. Jego ręce zręcznie przemieszczały się po sekretnych 

zakamarkach jej ciała, a usta docierały niemal wszędzie. Pośpiech opanował 
także jej ręce. Pragnęła wyciągnąć zeń tyle przyjemności, ile tylko by się dało. 
Szarpała guziki jego spodni, szepcząc obietnice i prośby, gdy zmagali się na 
kocu.

Wreszcie   pozbawiona   tchu   siadła   na   nim   ruchem   tak   szybkim,   jak 

błyskawica. Murphy wpadł w oszołomienie. Zaskakująca gwałtowność tego 
czynu obezwładniła go całkowicie. Shannon odchyliła się do tyłu. Jej jasne 
ciało wiło się, jedwabne włosy niczym jedwab spływały strumieniem, a na 
twarzy malował się tryumf i prawdziwa rozkosz.

Urzeczony, wyciągnął ręce i zacisnął je na jej piersiach. Czuł ich ciężar, 

czuł ciepło brodawek, czuł, jak biło jej serce. Jest moja, myślał jak przez mgłę, 
drżąc w niepohamowanym pragnieniu. Teraz i na wieki wieków moja.

Zaczęła poruszać się na nim jakby w tańcu, najpierw powoli, później 

coraz szybciej. Nad nimi przepływały chmury, raz po raz zasłaniając księżyc, 
tak że widział jej twarz to ocienioną, to w pełnym blasku. Wydawało mu się, 
że śni. Krew zaczęła szaleć w jego członkach, w jego głowie. Był pewien, że 
zaraz eksploduje i nie pozostanie z niego nie więcej, jak kawałki kości.

Widział   jej   uniesione   ku   niebu   ramiona.   Wyglądała,   jak   wiedźma 

pochłonięta tajemnym rytuałem. Jej coraz szybsze ruchy sprawiły, że zaczął do 
niej szeptać rozpaczliwie galijskie słowa. Wydawało mu się, że odpowiada mu 
z tą samą gwałtownością, w tym samym języku.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 196

   

Nagle   jego   umysł   zaszedł   mgłą,   a   ciało   wybuchło,   wypełniając   ją 

życiodajnym nasieniem. Z przeciągłym, drżącym jękiem zsunęła się z niego, a 
wizje tańczące w jej głowie wyblakły i zgasły.

Musiała przysnąć, bo obudziła się z sercem bijącym wolno i ciężko, a 

jej   skóra   już   nieco   ostygła.   Gdy   ujął   znów   jej   piersi,   rozchyliła   wargi   w 
zapraszającym uśmiechu. Dotykał jej delikatnie, niemal nabożnie. Westchnęła 
i pozwoliła, by pobudzał ją łagodnie. Otworzyła się dla niego, czuła, jak ją 
wypełnił.   Zachwycona   dwiema   stronami   jego   natury,   dotrzymywała   mu 
spokojnie kroku, aż wypełnił się żar pragnienia. Chwilę później leżała przy 
nim okryta ciepłym kocem.

- Kochanie. - Dotknął jej włosów. - Nie możemy tutaj spać dzisiejszej 

nocy.

Czuła jego twarde mięśnie, kiedy pieściła go ręką po brzuchu. - Nie l 

musimy spać.

- Chciałem powiedzieć, że nie możemy tutaj zostać. - Odwrócił głowę i 

zanurzył usta w jej włosach. Sprawiło mu to ogromną przyjemność. - Zbiera 
się na deszcz.

- Tak? - Otworzyła jedno oko i spojrzała w niebo. - Gdzie się skryły 

gwiazdy?

- Za chmurami. Zaraz zacznie padać.
- Hm. Która jest godzina?
- Straciłem poczucie czasu.
- A gdzie mój zegarek?
- Nie miałaś go ze sobą.
- Nie? - Odruchowo spojrzała na dłoń. - Poczuła się dziwnie, nigdy i 

przecież nie zrobiła kroku bez zegarka.

-   Nie   potrzebujemy   zegarka,   gdy   jesteśmy   razem.   -   Ze   smutkiem 

odrzucił koc. - Jeśli zaprosisz mnie na herbatę, będę miał jeszcze chwilę, aby 
na ciebie popatrzeć.

Wciągnęła   halkę   przez   głowę.   -   Możemy   wypić   herbatę   w   moim 

pokoju.

-   Nie   czułbym   się   dobrze,   zapraszając   cię   do   siebie,   gdy   jest   moja 

rodzina. - Patrzył na nią, gdy wciągała pończochy. - Ubierzesz jeszcze kiedyś 
coś takiego?

Odrzuciła   włosy   do   tyłu,   zapinając   bluzkę.   -   Domyślam   się,   że   nie 

mówisz o kostiumie.

- Nie kochanie, mam na myśli to, co masz pod nim.
- Nie mam wielu rzeczy w tym stylu, ale zobaczę, co da się zrobić... - 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 197

   

Wstała, aby wciągnąć spódnicę. - Może kupię coś ciekawego w Dublinie.

- Dublin? Jedziesz do Dublina?
-   We   wtorek.   -   Wzruszyła   ramionami,   gdy   wziął   ją   za   rękę.   -   Tak 

wyszło i sama nie wiem, jak to się stało. Jadę z Roganem.

- Podpisałaś więc kontrakt.
- Nić przeczytałam nawet kontraktu, ale mam umówione spotkanie z 

fotografem. Zrobi mi zdjęcia do prasy. Muszę dostarczyć Roganowi listę prac, 
które są w Nowym Jorku. Wkrótce zorganizuje mi wystawę.

- To świetnie! - Zachwycony, przyciągnął ją do siebie i pocałował. - 

Dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej? Moglibyśmy to uczcić.

- Jeśli będziemy tak dalej świętować, to nie sądzę, żebyśmy znaleźli siły 

na rozmowę o czymkolwiek. - Kiedy się zaśmiał, objęła go. Sprawiło mu to 
ogromną przyjemność. I chociaż Shannon nie wiedziała, co myśleć o swoich 
uczuciach, wzruszyła się bardzo. - W każdym razie nie jestem pewna, czy jest 
co świętować. Niczego nie podpisałam. Sposób, w jaki mówi o tym Rogan, 
wskazuje, że klamka zapadła.

- Możesz mu wierzyć, jeżeli cię to niepokoi.
-   Nie,   wcale   nie.   „Worldwide”   ma   świetną   reputację.   A   poza   tym 

całkowicie   ufam   Roganowi.   To   dla   mnie   bardzo   ważna   decyzja,   a   nawet 
decyzje małej wagi podejmuję po uważnym rozpatrzeniu.

- Ale jedziesz do Dublina - zauważył.
-   W   tym   przypadku   nie   ja   zadecydowałam.   W   pierwszej   chwili 

rozmawialiśmy o Maggie i Liamie, a w następnej miałam już kontrakt w ręku. 
Do mych uszu docierały wiadomości o wystawie i reklamie dla prasy.

- Rogan jest bardzo zdolnym facetem - powiedział Murphy z podziwem. 

- Będzie mi ciebie brakowało. Na długo wyjeżdżasz?

- Z tego, co mówił, wrócę w czwartek lub piątek. - Dotarli już niemal na 

tyły pensjonatu, gdy spadły pierwsze krople deszczu. - Muszę z tobą poważnie 
porozmawiać, Murphy.

- Wspomniałaś już o zasadach, czyż nie?
- Tak.
- Ustalimy je. - Kiwnął głową w kierunku okna. - Brie jest w kuchni. 

Chciałbym wejść, ale nie będziemy sami, a ja nie mogę zostać długo.

- Ustalimy - zgodziła się.

We   wtorek   rano   Shannon   spakowała   bagaże,   przygotowując   się   do 

podróży. Ciekawiło ją, w co się pcha. Uzmysłowiła sobie, że zastanawiała się 
już nad tym jakiś czas, właściwie od momentu, kiedy przybyła do Irlandii. 
Okazało   się,   że   każdy   ruch,   który   uczyniła   lub   chciała   uczynić   wymagał 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 198

   

następnych decyzji. Myśl o wyjeździe na kilka dni do Dublina nie była jej 
niemiła.   Już   od   tygodni   nie   widziała   niczego,   co   w   najmniejszym   stopniu 
przypominało miasto.

- Masz parasol? - zapytała Brianna, krążąc w pobliżu torby Shannon, 

stojącej przy frontowych drzwiach. - I dodatkową kurtkę, gdyby padało?

- Tak, mamusiu.
Brianna trochę zaczerwieniona, wzięła dziecko w ramiona. - Maggie 

zawsze się wścieka, kiedy pomagam się jej pakować. Grayson poddaje się i 
pozwala mi robić to za niego.

- Uwierz mi, że jestem w tym dobra. A poza tym wyjeżdżam tylko na 

kilka dni. O, właśnie słychać samochód Rogana.

-   Baw   się   dobrze.   -   Brianna   z   pewnością   wzięłaby   bagaż   Shannon, 

gdyby ta jej nie powstrzymała. - Dom w Dublinie jest śliczny, zobaczysz. A 
kucharz Rogana to czarodziej.

- Powiada to samo o tobie - zauważył Rogan, wchodząc, aby zabrać 

bagaż Shannon. Zanim to zrobił, pocałował Briannę i Kaylę.

- Nie zapomnij o zażywaniu witamin - powiedziała Brianna do Maggie i 

zajrzała do samochodu, aby pożegnać się z Liamem.

- Nie wiedziałam, że jedziesz, Maggie. - Shannon poczuła się nieswojo.
Maggie szybko uścisnęła Briannę i pocałowała Kaylę w czubek nosa.
- Szczęśliwego lotu! - Brianna, kołysząc dziecko, patrzyła na samochód, 

aż zniknął z pola widzenia.

Droga na lotnisko była krótka. Z sinego nieba sączył się kapuśniaczek.
Shannon  wróciła  myślą  do  dnia,   kiedy   wylądowała  na  tym  lotnisku. 

Nosiło ono jej imię. Roznosiły ją wówczas nerwy i rozpierał gniew. Z gniewu 
już ochłonęła. Ale ciągle żyła nerwami, a kiedy pomyślała, co ta krótka podróż 
może zmienić w jej życiu, drętwiała z przejęcia.

Z chwilą przybycia na lotnisko powstało małe zamieszanie. Shannon 

uznała,   że   Rogan  jest   człowiekiem,   który   nie  toleruje   niczego,   co  miałoby 
przeszkodzić mu w interesach. Po krótkiej rozmowie, usadzono ich w jego 
prywatnym   samolocie.   Liam   podskakiwał   przy   oknie,   pokazując   każdą 
ciężarówkę, każdy samochód bagażowy, który pojawił się w polu widzenia.

-   Liam   jest   prawdziwym   podróżnikiem.   -   Maggie   usiadła,   mając 

nadzieję, że zaraz wystartują. Marzyła o tym, aby napić się herbaty, wyjątkowo 
silnie bowiem odczuwała mdłości związane z ciążą. Starała się nie zwracać na 
to uwagi.

- To świetnie, że może już zdobywać doświadczenia - skomentowała 

Shannon. - Zawsze uważałam, że to ważne.

- Czy dużo podróżowałaś ze swoimi rodzicami? - Rogan wziął Maggie 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 199

   

za rękę, pragnąc równie mocno, jak ona, żeby jej poranne mdłości zniknęły.

- To ulubione hobby mego ojca. Jednym z najwcześniejszych moich 

wspomnień   jest   lądowanie   na   lotnisku   w   Rzymie.   Pośpiech,   głosy,   kolory. 
Miałam wtedy około pięciu lat.

Samolot   zaczął   kołować,   a   Liam   wydawał   z   siebie   dźwięki 

zadowolenia.

- To lubi najbardziej. - Maggie uśmiechała się z przymusem, albowiem 

wszystko przewracało się jej w żołądku. Niech to cholera, pomyślała. Miała 
nadzieję, że nie zacznie teraz wymiotować.

- Ja także. - Shannon pochyliła się i przycisnęła policzek do twarzy 

Liama, żeby mogli razem delektować; się startem. - Patrz Liam, jesteśmy już 
wysoko, jak ptaszki.

- Ptaszki! Pa! Pa!
Shannon westchnęła lekko. Murphy pozostał na dole. Nie spędzili całej 

nocy razem, jak mieli nadzieję. Deszcz, koń ze zranioną nogą, to wszystko 
spowodowało, że mieli dla siebie ledwo godzinę. A czas mijał. Musiała o tym 
pomyśleć. Nowy Jork nie będzie czekał na nią wiecznie.

- Cholera jasna!
Zaskoczona   Shannon   odwróciła   się.   Maggie   uwolniła   się   z   pasa, 

pobiegła do toalety i zatrzasnęła za sobą drzwi.

- Cholera jasna - powtórzył Liam z niemal perfekcyjnym akcentem.
- Czy to choroba powietrzna? - Shannon sięgnęła do pasa, zastanawiając 

się, czy może w czymś pomóc.

- Nudności. - Rogan spojrzał zmartwiony na zamknięte drzwi toalety. - 

To się jej bardzo często zdarza ostatnimi czasy.

- Może pójdę zobaczyć, co się z nią dzieje?
-   To   tylko   ją   rozwścieczy   jeszcze   bardziej.   -   Rogan,   czując   się 

bezradnie, wzruszył ramionami. - Podczas pierwszej ciąży trwało to tylko kilka 
dni. Jest zła, że tym razem nie wybrnie z tego tak szybko.

- Przypuszczam, że każdą ciążę znosi się inaczej.
-   Tak   też   i   stwierdziliśmy.   Z   przyjemnością   napije   się   herbaty   - 

powiedział i zaczął wstawać.

- Ja ją zrobię, proszę. - Shannon podniosła się szybko i dotknęła ręką 

ramienia Rogana. - Nie przejmuj się.

- Lubi potwornie mocną.
- Wiem.
Weszła   do   wąskiej   kuchni.   Samolot   przedstawia   się   tak,   jak   i   jego 

właściciel,   stwierdziła   Shannon.   Jest   lśniący,   sprawny,   elegancki   i   dobrze 
wyposażony. Znalazła kilka gatunków herbaty. Biorąc pod uwagę stan Maggie, 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 200

   

wybrała rumianek. Za chwilę poszła sprawdzić, co się z nią dzieje. Wtedy 
drzwi toalety otworzyły się. - Lepiej?

- Tak. - Maggie miała poważny głos. Czuła się jak rycerz, który właśnie 

ocalał w krwawej bitwie. - Mam nadzieję, że to wszystko na dzisiaj.

- Idź i usiądź - rozkazała Shannon. - Wciąż jesteś bardzo blada.
-   To   lepiej,   niż   miałabym   być   zielona.   -   Maggie   wciągnęła   zapach 

nosem. - Parzysz jakieś zioła?

-   Dobrze   ci   to   zrobi,   trzymaj.   -   Shannon   wręczyła   Maggie   paczkę 

krakersów, którą znalazła w kuchni. - Siadaj Margaret Mary i jedz.

Zbyt słaba, żeby się kłócić, Maggie wróciła na siedzenie.
- Przykro mi - szepnął Rogan, czule ją obejmując.
- Nie oczekuj, iż przyznam, że to nie twoja wina. - Ale oparła głowę na 

jego   ramieniu   i   uśmiechnęła   się   do   Liama,   który   zastanawiał   się,   czy 
narysować coś kredką, którą dał mu ojciec, czy może ją zjeść. - Wiesz, o czym 
myślę, Rogan?

- O czym, Margaret Mary?
- Myślę, że kiedy nosiłam tego małego diabła pod sercem, przeżyłam 

najłatwiejszą   ciążę   na   świecie.   -   Popatrzyła   surowo,   gdy   Liam   próbował 
wpakować sobie kredkę do ust. Chłopiec roześmiał się i zaatakował książeczkę 
do   malowania.   -   Ta   jest   cięższa,   ponieważ   dziecko   będzie   miało   łagodny 
charakter, wrodzone posłuszeństwo i nie będzie skore do psot.

- Hm. - Rogan spojrzał na syna i zabrał mu kredkę, zanim ten zdążył 

narysować coś na ścianie samolotu.

Chłopiec ostro zaprotestował i zrzucił książeczkę na podłogę.
- Tego właśnie byś chciała?
Maggie śmiała się, kiedy wrzask Liama rozległ się w całej kabinie. - Za 

nic w świecie.

Brianna mówiła prawdę. Dom w Dublinie okazał się uroczy. Otaczał go 

piękny ogród. Drzewa zaglądały w okna.

Meble   były   stare,   eleganckie,   i   z   pewnością   kosztowały   majątek. 

Wszędzie wisiały ozdobne żyrandole, podłogi błyszczały, a służba poruszała 
się szybko i sprawnie. Shannon dostała pokój z łożem o czterech kolumienkach 
i   innym  drogim  umeblowaniem.   Nie   pozostawało   jej  nic  innego,   jak  tylko 
odświeżyć   się   w   kąpieli,   kiedy   służąca   rozpakowała   jej   bagaż   i   ustawiła 
kosmetyki na toaletce  w stylu  chippendale.  Maggie  czekała  na  Shannon w 
głównym holu na dole.

-   Zaraz   nam   przyniosą   jakiś   posiłek.   Jestem   śmiertelnie   głodna   po 

rannym ataku.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 201

   

- Cieszę się, że czujesz się lepiej. - Shannon wytrzeszczyła oczy, widząc 

rzeźbę, zajmującą jedną stronę pokoju. Oczarowana, zbliżyła się do niej. Nie 
mogła się oprzeć, żeby jej nie dotknąć. Było to coś cudownego, emanowało 
erotyzmem,   miało   duszę.   Splątane   członki   i   rozmyte   twarze.   Niemal 
rozpoznawała   kształt   mężczyzny   i   kobiety,   połączonych   w   absolutnym 
spełnieniu.

- Podoba ci się? - spytała Maggie niby od niechcenia, ale nie mogła 

zaprzeczyć przyjemności, jaką sprawiła jej reakcja Shannon.

- To niewiarygodne.
- Nazwałam to Oddanie.
-   Tak,   to   dobra   nazwa.   -   Shannon   westchnęła   w   zachwycie.   -   Coś 

podobnego, taka piękna rzecz tu, w tym niewielkim pomieszczeniu, z dala od 
ludzi.

- Czemu nie? Prawdziwy artysta nie potrzebuje wielkich wystaw. Ach, 

jest  jedzenie.  Chwała ci,  Noreen.  -  Maggie  połknęła już  niemal kanapkę z 
kurczakiem, kiedy Shannon podeszła do stołu.

- Gdzie jest Liam?
-   Och,   któraś   z   dziewcząt   ma   na   niego   oko.   Porwała   go   do   pokoju 

dziecinnego, zrobiła mu czekoladę i teraz go rozpieszcza. Lepiej weź kanapkę, 
zanim zjem wszystkie.

Biorąc ją za słowo, Shannon wybrała jedną z kanapek. - To przepiękny 

dom.

-   Tak,   jest   śliczny,   ale   bądź   pewna,   że   nigdy   nie   stoi   pustkami.   Ci 

wszyscy służący dookoła czasami mnie denerwują. - Wzdrygnęła się. - Nie 
mam co do tego wątpliwości, że przy drugim dziecku nie obejdzie się bez 
pomocy. Aby zachować jakąkolwiek prywatność, będę musiała zamykać się w 
szklanym domu.

-   Większość   ludzi   czułaby   się   wniebowzięta   mogąc   utrzymywać 

służących i kucharzy.

- Nie należę do nich. - Maggie odgryzła kawałek kurczaka. - Ale uczę 

się z tym żyć. Rogan teraz dzwoni - dodała. - Ma świra na punkcie telefonów. 
Musi coś załatwić w filii w Paryżu, powinien zjawić się tam osobiście, ale nie 
wyjedzie ze względu na moje kiepskie samopoczucie dzisiejszego ranka. Nie 
pomogą   nawet   krzyki.   Gdy   mężczyzna   się   uprze,   nikt   nie   zmusi   go   do 
odwrotu. - Zajęła się makaronem i mrugnęła do Shannon. - Teraz zaparł się na 
ciebie.

- Tak, ale ja nie jestem co do tego całkowicie przekonana.
- Po pierwsze powiem ci, że kiedy ktoś za mną chodzi, nie ulegam mu. 

W   żadnym   wypadku.   Ale   Rogan   ma   swoje   sposoby,   przejrzy   człowieka, 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 202

   

znajdzie jego słabości i zalety, wyśledzi sekrety, które ten trzyma tylko dla 
siebie.   A   potem   to   wykorzysta.   Z   wdziękiem,   łagodnością,   logiką.   Tak 
wszystko zaplanuje, że zawsze znajdzie się o krok do przodu.

- Zauważyłam. Przywiózł mnie tutaj, a zamierzałam mu podziękować.
- Z nim to nie przejdzie. Gdyby to było możliwe, o wiele łatwiej byłoby 

mu się oprzeć. Ale on bardzo kocha sztukę i artystów. A to, co zrobił w Clare... 
- Duma pojawiła się w głosie i oczach Maggie. - Zrobił tam coś ważnego dla 
sztuki, dla Irlandii, ponieważ całym sercem jest do nich przywiązany.

- Jest wyjątkowym mężczyzną - na niwie prywatnej i w interesach. Nie 

musiałam długo go obserwować, żeby to zauważyć.

-   Faktycznie.   A   po   drugie...   -   Maggie   wycierała   palce   serwetką.   - 

Chciałabym wiedzieć, co, do jasnej cholery, się z tobą dzieje?

Shannon zmarszczyła brwi. - Proszę?
-  Dlaczego  koniecznie chcesz  wszystko zniszczyć?  Człowiek  daje  ci 

gwiazdkę z nieba. Każdy artysta marzy o takiej szansie. A gdy tobie wkłada się 
ją prosto w ręce, zastanawiasz się, jak ją zaprzepaścić.

-   Jeszcze   tego   nie   zrobiłam   -   zauważyła   Shannon.   -   Rozważam 

wszystko...

- Co tu rozważać! Malujesz i będziesz malowała dalej.
- Nie wiem, czy będę dalej malować.
Maggie westchnęła i  nałożyła na  widelec więcej  makaronu.  -  Co za 

bzdura! Siedzisz tutaj i mówisz  mi,  że  zamierzasz  przestać.  Tak  po  prostu 
odłożysz pędzle na bok i zostawisz czyste płótna!

-   Kiedy   wrócę   do   Nowego   Jorku,   nie   będę   miała   aż   tyle   czasu   na 

rozrywkę jak tutaj.

- Rozrywka? - Maggie z dźwiękiem odłożyła widelec i pochyliła się do 

przodu.   -   Kto   ci   zakodował   w   głowie   taki   idiotyzm!   Malarstwo   to   nie 
rozrywka.

- Moja pozycja u „Ry - Tilghmantona”...
- Och, chrzań to!
-   Dla   mnie   to   ważne   -   powiedziała   Shannon   przez   zęby.   -   Moje 

obowiązki tam pozostawiają mi mało czasu na malowanie dla przyjemności. O 
wiele za mało dla kogoś, kto jest wymagającym menedżerem.

- A twoje obowiązki względem siebie?! A twój talent? Czy sądzisz, że 

to w porządku odrzucać coś, co jest ci dane? - Myśl o tym wzbudziła wstręt w 
sercu   i   umyśle   Maggie.   -   Widziałam   tylko   kilka   twoich   obrazów 
namalowanych w Irlandii, ale wyraźnie widać, że masz coś więcej niż dobry 
wzrok i sprawną rękę. Masz serce, które czuje i rozumie. Nie masz prawa 
odrzucać tego! Nie „możesz rysować butelek z wodą!

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 203

   

- Czy odrabiasz pracę domową? - zapytała Shannon. - Mam prawo robić 

to, co mi odpowiada i daje satysfakcję. A to jest właśnie to, co robię. Jeśli to 
Rogan kazał ci ze mną rozmawiać...

-   Nie  wiń  go  za   to,   bo  mówię   to,   co  sama  myślę.   -  Wstały   razem, 

niczym bokserzy, którzy spotkali się na środku ringu. - Prosił mnie tylko, bym 
pojechała z wami, chciał, żebyś miała towarzystwo, gdy będzie zajęty.

-   Jestem   pewna,   że   wziął   to   pod   uwagę   w   swych   planach.   A   teraz 

powiem ci jedno. Ta transakcja, bez względu na to, jak się rozwiąże, ciebie nie 
dotyczy. To sprawa między mną a Roganem.

- Transakcja - powtórzyła Maggie z niesmakiem i usiadła z powrotem 

na krześle. - Mówisz jak człowiek interesu, a nie jak artystka.

Shannon uniosła podbródek i spojrzała z góry na Maggie. - Nie udało ci 

się mnie obrazić. A teraz przepraszam. Pójdę zaczerpnąć powietrza.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 204

   

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Shannon nie zamierzała pozwolić, żeby ta rozmowa wpłynęła na nią J w 

jakikolwiek   sposób.   Obiecywała   sobie,   że   ani   słowa,   ani   wroga   postawa 
Maggie nie zmuszą jej do zmiany stanowiska i nie zepsują wizyty w Dublinie.

Przynajmniej   wieczór   spędzili   przyjemnie.   Shannon   uważała,   że   to 

głównie   dzięki   nieskazitelnym   manierom   i   gościnności   Rogana.   Ani   razu 
podczas   kolacji   i   całego   wieczoru   nie   poruszył   sprawy   kontraktu,   nie 
wspomniał o planach, które właśnie realizował.

Dzięki   takiej   jego   postawie   Shannon   zupełnie   nie   miała   się   na 

baczności, kiedy następnego ranka, po spokojnym śniadaniu, zaprowadził ją do 
biblioteki.   Kiedy   usiedli,   powiedział   prosto   z   mostu.   -   O   jedenastej   jesteś 
umówiona z fotografem. Zadbaj o swoje włosy i makijaż, żebyś nie musiała się 
później martwić. Myślę, że mogłabyś ubrać coś eleganckiego, ale nie całkiem 
formalnego. Jack jest fotografem, który będzie wiedział, co z tobą zrobić.

- Tak, ale...
-   Maggie  wyleguje  się   jeszcze,   ale   chciałaby   pojechać  z  tobą.   Liam 

zostanie   tutaj,   więc   znajdziecie   trochę   czasu   na   zakupy   albo   zwiedzanie 
Dublina.

- To byłoby miłe. - Shannon odetchnęła. - Ale Maggie nie musi iść ze 

mną, jeśli nie chce.

-   Mam   nadzieję,   że   wstąpisz   do   galerii.   Mówiłaś,   że   widziałaś 

nowojorską.

- Tak i...
-   Z   pewnością   zauważysz,   że   w   każdej   staramy   się   stworzyć   inny 

nastrój. Próbujemy odzwierciedlić atmosferę miasta. Ja będę zajęty cały dzień. 
- Spojrzał szybko na zegarek. - Zaraz zaczynani, ale postaram się przyjąć cię w 
biurze. Maggie przywiezie cię tam około trzeciej. Możemy wtedy zastanowić 
się nad zmianami, jakie zechcesz wprowadzić do kontraktu.

- Przestań! - Podniosła obie ręce niepewna, czy krzyczeć, czy się śmiać. 

- Znowu to robisz!

- Przepraszam. Co takiego?
- Och, nie przepraszaj i nie patrz tak głupio, jakbyś nie wiedział, o co 

chodzi. Dobrze wiesz, co robisz. Jesteś najbardziej wdzięcznym spryciarzem, 
jaki kiedykolwiek próbował mnie omamić!

Rogan uśmiechnął się tak, że Shannon pokręciła tylko głową. - To ten 

twój   niedbały,   czarujący   uśmiech   obezwładnia   ludzi.   Rozumiem   teraz,   że 
nawet ktoś tak uparty, jak Maggie, może zmięknąć.

- Maggie nie dała się na to wziąć. Musiałem walczyć z nią jak lew. A ty 

jesteś zupełnie jak ona. Zwróciłem na to uwagę. - Znów się uśmiechnął. Oczy 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 205

   

Shannon zapłonęły. - Tak, zupełnie jak ona - powtórzył.

- Nie pokonasz mnie obrazą.
- Pozwól mi więc coś powiedzieć. - Rogan położył ręce na biurku. - 

Mówię to jako twój szwagier i jako człowiek, który zamierza popchnąć twoją 
karierę   do   przodu.   Nie   ściągnąłem   cię   tutaj,   żeby   cię   osaczyć,   Shannon. 
Pewnie to tak wygląda, ale mam zamiar zrobić również coś dla ciebie. Chcę 
zaszczepić w tobie pewien pomysł.

- W porządku. To, o czym myślisz, stanowiło moje marzenie kilka lat 

temu. Odrzuciłam je jako niepraktyczne. A ty teraz próbujesz przekonać mnie, 
że tak wcale nie jest.

Zaintrygowany Rogan rozsiadł się wygodnie na krześle i przyglądał się 

Shannon. - Chodzi o pieniądze?

-   Mam   pieniądze.   Mam   ich   więcej,   niż   potrzebuję.   Mój   ojciec 

wykazywał wielkie zdolności, jeśli chodzi o zarabianie. - Potrząsnęła głową. - 
Nie, nie mam na myśli pieniędzy. Chociaż przykładam wagę do tego, żeby 
móc na siebie zarobić. Czerpię z tego satysfakcję. Potrzebuję bezpieczeństwa, 
stabilności   i   wyzwań   przed   sobą.   Myślę,   że   jest   to   sprzeczne   z   twoją 
propozycją.

- Nie, wcale nie.
Wiedziała jednak, że ją zrozumiał, i kontynuowała: - Malowałam dla 

siebie jakby z przyzwyczajenia czy ze względu na pewien rodzaj zobowiązania 
nawet   -   to   było   coś,   co   znalazło   się   w   moich   planach,   powiedzmy,   jak 
umówione spotkanie z samą sobą.

- I wahasz się, jaki obrać cel?
-   Tak.   Tutaj   zrobiłam   najlepsze   rzeczy,   jakie   udało   mi   się   zrobić 

kiedykolwiek.   Popycha  mnie to  w kierunku,  o  którym  nigdy  poważnie  nie 
myślałam. - Kiedy to powiedziała, poczuła się bardzo zmieszana. - Ale co się 
stanie, gdy wrócę do Nowego Jorku, Rogan? Do życia, które tam prowadzę? 
Jeśli podpiszę kontrakt, dam ci swoje słowo. Jak mogę to zrobić, jeżeli nie 
jestem pewna, czy go dotrzymam!

- Twoja uczciwość jest sprzeczna z twoją spontanicznością - powiedział. 

- A to trudna sprawa. Dlaczego nie wziąć pod uwagę obu tych rzeczy?

- A jakie masz propozycje?
-   Twój   kontrakt   z   „Worldwide”   obejmie   prace,   które   wykonałaś   w 

Irlandii,   i   to,   co   zrobiłaś   do   tej   pory   w   Nowym   Jorku.   Z   zastrzeżeniem   - 
ciągnął, bawiąc się długopisem - że mam prawo pierwszeństwa w ocenie tego, 
co stworzysz w ciągu następnych dwóch lat. Bez względu na to, czy będzie to 
jedna praca, czy tuzin.

- Doskonały kompromis - szepnęła. - Ale chcesz robić wystawę. Nie 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 206

   

wiem, czy mam wystarczającą liczbę obrazów, nie wiem, czy je zaakceptujesz.

- Jestem dość giętki, jeśli chodzi o wielkość wystawy. Wskażę ci prace, 

które mi nie odpowiadają.

Spotkali się oczami.
- Stawiam na to!

Później, kiedy Rogan wyszedł, Shannon udała się na górę. Dał jej dużo 

do   myślenia.   Udało   mu   się   otworzyć   pewne   drzwi   bez   zmuszania   jej   do 
zamykania innych. Mogła przyjąć jego warunki i wrócić do swego życia, nic 
nie tracąc. Wydało jej się to nieprawdopodobne i jeszcze bardziej zagmatwane 
niż   przedtem.   Myślała   przecież,   że   tak   przyciśnie   ją   do   muru,   iż   będzie 
zmuszona wybierać między jednym a drugim. Ale nie miała czasu, by się w to 
zagłębiać,   jeśli   chciała   zobaczyć   miasto   przed   sesją   zdjęciową.   Sesja 
zdjęciowa, myślała chichocząc sama do siebie. Trudno to sobie wyobrazić. Ale 
uśmiech z jej twarzy zniknął szybko, gdy tylko zapukała do pokoju Maggie.

-   Maggie?   Rogan   kazał   mi   cię   obudzić.   -   Nie   słysząc   odpowiedzi, 

Shannon   znów   zapukała.   -   Jest   już   po   dziewiątej,   Margaret   Mary.   Nawet 
kobieta ciężarna powinna czasami wychodzić z łóżka. - Shannon niecierpliwie 
nacisnęła   klamkę.   Drzwi   się   otworzyły.   Zobaczyła,   że   łóżko   jest   puste, 
pomyślała więc, że Maggie się ubiera, udając, że jej nie słyszy. Otworzyła 
jednak drzwi szerzej. Zaczęła znowu ją wołać. Z łazienki obok dobiegły ją 
odgłosy   wymiotów.   Nie   zawahała   się   wejść.   Zastała   Maggie   schyloną   nad 
muszlą.

-   Wynoś   się,   do   cholery!   -   Maggie   machnęła   słabo   ręką.   Nastąpił 

kolejny   atak   nudności.   -   Czyż   nie   można   już   nawet   wymiotować   w 
samotności!

„Shannon podeszła do zlewu i zmoczyła ręcznik zimną wodą. Maggie 

była zbyt słaba, żeby się opierać, gdy Shannon odchyliła jej głowę i przyłożyła 
mokry ręcznik do lepkiego czoła. - Biedne dziecko - powiedziała Shannon, 
kiedy   Maggie   osunęła   się   na   podłogę.   -   Okropnie   rozpoczęty   poranek. 
Odpocznij chwilę i wyrównaj oddech.

- Wszystko w porządku. Odejdź stąd. Czuję się dobrze.
-   Tak,   oczywiście.   Chcesz   wody?   -   Nie   czekając   na   odpowiedź, 

Shannon   poszła   napełnić   szklankę   i   przykucnąwszy   przytknęła   ją   do   ust 
skulonej   Maggie.   -   Pij   niewielkimi   rykami.   Prawdopodobnie   smakuje   jak 
pomyje.

- To dziecko będzie święte. - Maggie oparła się o ramię Shannon.
- Czy widziałaś się z lekarzem? - Aby ją ukoić, Shannon otarła jej twarz 

ręcznikiem. - Nie ma na to żadnego lekarstwa?

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 207

   

- Widziałam się. Podła świnia. Powiedział, że jeszcze kilka tygodni - i 

po wszystkim. Jeszcze kilka tygodni - powtórzyła zamykając oczy. - Niemal 
nie zamordowałam go na miejscu.

- Nie ma sprawiedliwości dla kobiet na tym świecie. Zapewniam cię. 

Chodź, wstawaj. Uważaj, podłoga jest zimna.

Zbyt słaba, żeby się spierać, Maggie pozwoliła Shannon doprowadzić 

się do łóżka. - Tylko nie do łóżka! Nie chcę! Posiedzę chwilę.

- W porządku. - Shannon posadziła ją na krześle. - Chcesz herbaty?
- Och! - Maggie, poczuwszy ulgę, oparła głowę na oparciu krzesła i 

zamknęła   oczy.   -   Tak,   wypiję.   Zadzwoń   na   dół   do   kuchni   i   poproś,   żeby 
przynieśli tu herbatę i jakieś suche grzanki. Będę ci wdzięczna. - Siedziała 
spokojnie, organizm wracał do siebie. Dreszcze zniknęły, twarz nabrała barwy.

- No tak - powiedziała, kiedy Shannon odłożyła słuchawkę. - Nieźle się 

zabawiłyśmy.

- Chyba bawiłaś się lepiej - zauważyła Shannon, niepewna, czy może 

już opuścić Maggie. Przysiadła na brzegu łóżka.

- Miło, że mi pomogłaś, doceniam to.
-   Jakoś   nie   przyszło   mi   to   do   głowy,   gdy   obrzucałaś   mnie 

przekleństwami.

Na   twarzy   Maggie   pojawił   się   lekki   uśmiech.   -   Przepraszam. 

Nienawidzę, kiedy... - Zamachała rękami. - Nie panuję nad sobą.

- Ja również. Wyobraź sobie, że upiłam się tylko raz w życiu.
- Raz! - Uśmiech Maggie stal się lekko szyderczy. - Ty, Irlandka z krwi 

i kości?

-   Mniejsza   o   to.   Alkohol   nie   tylko   rozluźnia,   ale   i   osłabia.   Wtedy 

całkiem straciłam panowanie nad sobą. W dodatku w drodze powrotnej do 
domu   miałam   przyjemność   wymiotować   na   skraju   chodnika,   a   po 
przebudzeniu   cudowny   ranek...   Stwierdziłam,   że   lepiej   nie   przekraczać 
pewnych granic.

- Jeden kieliszek otwiera duszę, dwa mącą rozum - mawiał mój ojciec.
- Widzę, że czasami bywał praktyczny.
-   Rzadko.   Masz   jego   oczy.   -   Maggie   patrzyła,   jak   Shannon, 

odwróciwszy   wzrok,   walczy   z   uczuciem   zagubienia   i   zniecierpliwienia.   - 
Przepraszam, pewnie nie chciałaś tego słyszeć.

I tak rzeczywiście było, jak odkryła Shannon. - Oboje rodzice mieli 

niebieskie   oczy.   Pamiętam,   że   kiedyś   zapytałam   matkę,   dlaczego   ja   mam 
zielone. Spojrzała tak smutno, a potem uśmiechnęła się i powiedziała, że dał 
mi je anioł.

- Podobałoby mu się to. Cieszę się, że znalazła takiego mężczyznę, jak 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 208

   

twój ojciec... Kochał was obie. - Odwróciła się, bo wniesiono herbatę. - Są 
dwie filiżanki - powiedziała, kiedy Shannon zbierała się do wyjścia. - Może 
wypijesz ze mną?

- Dobrze.
- Możesz mi opowiedzieć, jak spotkali się twoi rodzice?
- Zgoda. - Shannon usiadła. Nie widziała ku temu żadnych przeszkód. 

Zarumieniła   się,   kiedy   Maggie   wybuchnęła   śmiechem,   słysząc,   jak   Colin 
zderzył się z Amandą, a ta wpadła w błoto. W końcu roześmiała się również.

- Szkoda, że ich nigdy nie spotkałam - powiedziała szczerze Maggie.
-   Myślę,   że   polubiliby   cię.   -   Trochę   przygaszona   wspomnieniami, 

Shannon wstała. - Słuchaj, jeśli nie chce ci się jechać i wolisz zostać w domu, 
wezmę taksówkę do fotografa.

-   Już   mi   lepiej,   pojadę   z   tobą   i   popatrzę,   jak   Jack   cię   torturuje. 

Ciekawam, czy w ten sam sposób, jak mnie, kiedy Rogan kazał mi przez to 
przechodzić.

- Dziękuję.
- Cała przyjemność po mojej stronie i... - Maggie odstawiła tacę na bok. 

- Miło mi będzie spędzić z tobą trochę czasu.

- Mnie również. - Shannon uśmiechnęła się. - Poczekam na ciebie na 

dole.

Dublin bardzo jej się podobał. Kanały, mosty, budynki, tłum. I przede 

wszystkim sklepy. Chociaż chciała ruszać się i oglądać więcej, powstrzymała 
się i uległa Maggie. Poszły na niewiarygodnie obfity obiad.

W przeciwieństwie do swojej kapryśnej siostry, Shannon uważała, że 

spotkanie   z   fotografem   było   interesującym   i   przyjemnym   doświadczeniem. 
Wspomniała o tym Maggie, ale ta tylko wzruszyła ramionami.

Kiedy   opuściły   restaurację,   Shannon   doszła   do   wniosku,   że   pobiły 

rekord przebywania we własnym towarzystwie bez ostrych słów czy niemiłych 
docinków. Wkrótce zauważyła, że przynajmniej pod jednym względem zgadza 
się z Maggie. Ta kobieta była mistrzynią zakupów. Latała od sklepu do sklepu 
i   kupowała   bez   wahania   czy   niezdecydowania,   które   zawsze   denerwowało 
Shannon u wielu jej przyjaciół.

-   Nie.   -   Maggie  potrząsnęła   głową,   kiedy   Shannon  trzymała  w  ręku 

sweter koloru biszkoptu. - Potrzebujesz żywych barw, nie mdłych.

- Ale ten mi się podoba. - Shannon trochę obrażona odwróciła się do 

lustra i przyłożyła sweter do siebie patrząc, czy pasuje. - Jest w doskonałym 
gatunku.

- To prawda, ale kolor cię postarza.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 209

   

- Cholera! - Shannon parsknęła, odkładając sweter. - Masz rację.
- Potrzebujesz czegoś takiego. - Maggie wręczyła jej sweter w kolorze 

mchu.   Podeszła   do   Shannon,   mrużąc   oczy   od   światła.   -   Ten   ci   stanowczo 
pasuje.

-   Faktycznie.   Nienawidzę,   kiedy   masz   rację.   -   Shannon   przerzuciła 

sweter przez ramię i wskazała na bluzkę, którą trzymała Maggie. - Kupujesz 
to?

- Czemu pytasz?
- Bo jeśli nie, to ja biorę.
- Nic z tego. - Maggie zadowolona z siebie zabrała rzeczy i poszła za 

nie zapłacić.

- Na pewno odłożyłabyś tę bluzkę, gdybym nie powiedziała, że mi się 

podoba - narzekała Shannon, gdy wyszły ze sklepu.

- Nie, ale ten fakt z pewnością zwiększa moją satysfakcję z zakupu. Tu 

obok jest świetny sklep spożywczy. Muszę kupić kilka rzeczy dla Brie.

- Świetnie. - Wciąż nadąsana z powodu bluzki Shannon szła za Maggie. 

- Co to jest?

- Sklep muzyczny - sucho odparła Maggie, kiedy Shannon zatrzymała 

się, żeby popatrzeć na wystawę.

- Wiem, ale co to jest?
- Cymbały.
- To wygląda raczej jak dzieło sztuki niż jak instrument.
- Masz rację. Są bardzo ładne. Kilka lat temu Murphy zrobił podobne. 

Miały   piękny   ton,   ale   tak   się   spodobały   jego   siostrze   Maureen,   że   je   jej 
podarował.

- To do niego podobne. Myślisz, że z tych byłby zadowolony, chociaż 

zrobił je kto inny?

Maggie uniosła brwi. - Możesz mu dać nadmuchaną papierową torebkę, 

a i tak to doceni.

Ale   Shannon   już   podjęła   decyzję   i   weszła   do   sklepu.   Zachwycona 

patrzyła,   jak   sprzedawca   zdejmuje   cymbały   z   wystawy   i   umiejętnie 
demonstruje   grę   na   nich.   -   Nietrudno   sobie   wyobrazić,   jak   na   tym   gra   - 
powiedziała Shannon. - Z tym półuśmiechem na twarzy.

- Rzeczywiście. - Maggie poczekała, aż szczęśliwy sprzedawca poszedł 

na   zaplecze   w   poszukiwaniu   odpowiedniego   pudełka   do   zapakowania.   - 
Widzę, że jesteś w nim zakochana.

Zbita z tropu Shannon sięgnęła do torebki po portfel. - Kobieta może 

kupić mężczyźnie upominek, nie będąc w nim zakochana.

- Z takim wyrazem oczu nie może. Co masz zamiar z tym zrobić?

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 210

   

- Nic nie mogę zrobić. - Shannon przyłapała się na tym, że zadrżała. 

Wybrała kartę kredytową. - Mam zamiar to zakończyć.

- Murphy nie jest zbyt kochliwy i nie igra z miłością.
Prawdziwość   tych   słów   wystraszyła   Shannon.   -   Nie   prowokuj   mnie, 

Maggie! - Zdanie to miało zabrzmieć ozięble, ale w głosie Shannon dało się 
wyczuć usprawiedliwienie. - To skomplikowane i staram się postępować, jak 
najlepiej potrafię.

Oczy Shannon otworzyły się ze zdumienia, kiedy Maggie poklepała ją 

po   policzku.   -   Tak,   trudno   jest   zapuścić   korzenie   tam,   gdzie   się   nigdy 
wcześniej nie było i nawet się nie myślało, że się będzie...

- Tak. To okropnie trudne.
Ręka Maggie ześlizgnęła się na ramię Shannon. - Zgoda - powiedziała 

już łagodniejszym tonem. - Murphy zwariuje, kiedy mu to powiesz. Gdzie ten 
cholerny sprzedawca? Rogan mnie udusi, jeśli nie przywiozę cię punktualnie o 
trzeciej.

- Ooo! Wygląda, jakbyś go się bała.
-   Czasami   pozwalam   mu   tak   myśleć.   To   dobrze   robi   na   jego   ego, 

mówiąc szczerze.

Shannon   zabawiała   się   oglądaniem   harmonijek   na   ladzie.   -   Nie 

zapytałaś, czy podpiszę kontrakt.

- Ktoś mi powiedział, że to nie moja sprawa.
Shannon uśmiechnęła się do sprzedawcy i podała mu kartę kredytową. - 

Czy chcesz podbudować moje ego, Margaret Mary?

- Ciesz się, że to nie kopniak w dupę.
-   Podpisuję   -   wyrzuciła   z   siebie   Shannon.   -   Nie   wiem,   czy 

zadecydowałam o tym teraz, czy wtedy, kiedy mnie o to prosił, ale podpisuję... 
- Ciężko przełykając ślinę, przyłożyła rękę do żołądka. - A teraz czuję mdłości.

- Podobnie ja zareagowałam w twojej sytuacji. Właśnie włożyłaś swoją 

kierownicę w czyjeś ręce. - Z sympatią objęła Shannon w pasie. - Będzie miał 
z tobą dobrze.

- To wiem, ale czy mnie będzie z nim dobrze? Problem podobny do 

tego,   jaki   jeszcze   niedawno   temu   miałam   z   mężczyzną,   z   którym   się 
związałam.

- Powiem ci, jak go rozwiązać, Shannon. Idziemy zaraz do dobrego, 

świetnie prowadzonego biura Rogana i postaramy się zakończyć sprawy jak 
najszybciej. To jest najgorsze, mówię ci.

- W porządku. - Shannon wzięła długopis, który podał jej sprzedawca, i 

rutynowo podpisała się na rachunku.

- Wrócimy później do domu i strzelimy butelkę najlepszego szampana 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 211

   

Sweeneya.

- Nie możesz pić. Jesteś w ciąży.
-   Ale   ty   się   napijesz.   Cała   butelka   francuskich   bąbelków   tylko   dla 

ciebie. Wydaje mi się, moja droga, że upijesz się po raz drugi w życiu.

Shannon westchnęła, aż rozwiało jej grzywkę. - Chyba masz rację.

Maggie   rzeczywiście   miała   rację.   Kilka   godzin   później   Shannon 

wydawało się, że wszystkie wątpliwości, zmartwienia i pytania zniknęły wraz 
z   zawartością   butelki   doma   perignnona.   Maggie   dzielnie   towarzyszyła 
świętującej Shannon. Słuchała, jak mówi od rzeczy, wzdychała współczująco, 
kiedy narzekała, i śmiała się nawet z najgłupszych żartów.

Kiedy   Rogan   zjawił   się   w   domu,   Shannon   siedziała   w   salonie   nad 

ostatnim   kieliszkiem,   który   udało   jej   się   wycisnąć   z   butelki.   Miała   senne, 
przymknięte oczy.

- Co jej zrobiłaś, Margaret Mary?
-   Jest   nieźle   wstawiona.   -   Zadowolona   Maggie   wyciągnęła   usta   do 

pocałunku.

Rogan spojrzał na pustą butelkę. - Nic dziwnego.
-   Musiała   się   zrelaksować   -   powiedziała   beztrosko   Maggie.   -   I 

oczywiście uczcić kontrakt, ale tego jej nie wytłumaczysz. Dobrze się czujesz, 
Shannon?

-   Świetnie!   -   Shannon   rozpromieniła   się.   -   Cześć,   Rogan.   Kiedy   tu 

przyszedłeś?  Wiesz,  przestrzegano mnie  przed  tobą  -  dodała,  zanim  zdążył 
odpowiedzieć.

- Naprawdę?
-   Jasne.   Rogan   Sweeney   jest   przebiegłym   dżentelmenem.   -   Wzięła 

kieliszek i szybko przełknęła szampana.

-   Potraktuj   to   jak   komplement,   kochanie   -   powiedziała   Maggie.   - 

Shannon tak to zamyśliła.

- Tak jest - zgodziła się Shannon. - Nie ma rekina w Nowym Jorku, 

który mógłby się z tobą zmierzyć. A w dodatku jesteś przystojny. - Podniosła 
się chichocząc, głowa jej się chwiała. Kiedy Rogan chciał ją przytrzymać za 
ramię, obróciła głowę i dała mu głośnego całusa. - Mam takich miłych braci, 
prawda Maggie? Mili jak cholera.

-   Kochani   mężczyźni.   -   Maggie   uśmiechała   się   szeroko,   figlarnie.   - 

Obaj. Chcesz się zdrzemnąć teraz, Shannon?

- Nie! - Szczęśliwa Shannon chwyciła kieliszek. - Patrz, jeszcze coś jest. 

Zaraz   to   wypiję,   tylko   zadzwonię.   Muszę   zadzwonić.   Rozmowa   prywatna, 
jeżeli nie masz nic przeciwko temu.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 212

   

- A do kogo chcesz dzwonić? - spytała Maggie.
-   Mam   zamiar   zadzwonić   do   pana   Murphy'ego   Muldoona,   hrabstwo 

Clare, Irlandia.

- Zaraz to załatwię - zaproponowała Maggie. - Wykręcę ci numer.
-   Jestem   w   stanie   zrobić   to   sama.   Mam   jego   numer   w   podręcznym 

elektronicznym  notesie.   Nigdzie  się   bez   niego   nie  ruszam.   -   Z   kieliszkiem 
niebezpiecznie przechylonym w ręku, rozglądała się po pokoju. - Gdzież on 
jest?   Żaden   profesjonalista   na   poziomie   nie   może   funkcjonować   bez 
elektronicznego notesu!

-   Jestem   pewna,   że   jest   gdzieś   w   pobliżu.   -   Maggie   mrugnęła   do 

Rogana, wzięła Shannon pod rękę i wyprowadziła ją z salonu. - Tak się składa, 
że ja mam ten numer w głowie.

-   Jesteś   taka   bystra,   Maggie.   Zauważyłam   to   już   dawno,   chociaż 

czasami miałam ochotę cię pobić.

-   To   miłe.   Możesz   usiąść   tutaj,   w   fotelu   Rogana,   i   powiedzieć 

Murphy'emu wszystko, co zechcesz.

- Ma niewiarygodne ciało. Mam na myśli Murphy'ego. - Chichocząc 

opadła na fotel w bibliotece Rogana. - Chociaż jestem pewna, że Rogan też jest 
niczego sobie.

- Mogę cię o tym zapewnić. Tutaj, z tej strony się mówi, a z tamtej 

słucha.

- Wiem, jak używać telefonu. Jestem profesjonalistką. Murphy?
- Jeszcze nie skończyłam wybierać numeru. Jestem amatorką.
- To prawda. Teraz jest sygnał. O, Murphy. Cześć, Murphy. - Kołysała 

słuchawkę jak kochanka i nie zauważyła nawet, kiedy Maggie się wymknęła.

- Shannon? Cieszę się, że dzwonisz. Myślałem o tobie.
- Ja myślę o tobie cały czas i to mnie wkurza najbardziej.
- To brzmi trochę dziwnie. Czy wszystko z tobą w porządku?
- Czuję się cudownie. Kocham cię, Murphy.
- Co? - Głos Murphy'ego podniósł się o pół oktawy. - Co mówiłaś?
- Kręci mi się w głowie.
- Co ci jest?
Shannon cofnęła się o dwa kroki i zaczęła znowu. - Ostatni raz tak się 

czułam, kiedy zostałam studentką pierwszego roku i poszłam na inauguracyjne 
przyjęcie. Podano tyle wina... Ocean. Okropnie się wtedy rozchorowałam, ale 
teraz   jest   mi   dobrze,   czuję   się...   -   Popchnęła   fotel   i   omal   nie   udusiła   się, 
zaplatając się w kabel telefonu. - Czuję, że żyję.

- Chryste! Co ci zrobiła Maggie? - krzyknął. - Jesteś pijana?
- Tak mi się wydaje. To nawet całkiem pewne. Szkoda, że cię tu nie ma, 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 213

   

Murphy, właśnie tu. Mogłabym przysiąść na twoich kolanach i gryźć cię, gdzie 
popadnie.

Nastąpił moment bolesnej ciszy.
-  Z  pewnością  byłoby  to  godne  zapamiętania  -  powiedział  napiętym 

głosem. - Shannon, powiedziałaś, że mnie kochasz.

- Wiesz, że tak jest. To wszystko ma coś wspólnego z białymi końmi, 

miedzianymi   broszami,   burzą,   aktem   miłosnym   w   tańczącym   kręgu   i 
zaklęciami   podczas   pełni.   -   Głowa   jej   opadła   na   fotel,   przed   oczami 
przepływały wirując wspomniane obrazy. - Wypowiadałam zaklęcia - mówiła - 
prosiłam o zwycięstwo w bitwie. Nie wiem, co robić. Nie mogę o tym myśleć.

- Porozmawiamy o tym, kiedy wrócisz. Shannon, dzwonisz do mnie 

pijana z drugiego końca kraju. Czym się upiłaś?

- Szampanem. Najlepszym francuskim szampanem Rogana.
-   Znakomicie.   Upiłaś   się   szampanem   -   powtórzył   -   żeby   mi   po   raz 

pierwszy powiedzieć, że mnie kochasz?

- To chyba był dobry pomysł? Masz cudowny głos. - Zamknęła ciężkie 

powieki. - Mogę go słuchać bez przerwy. Kupiłam ci prezent.

- To miłe. Powiedz mi to jeszcze raz.
- Kupiłam ci prezent.
Na niecierpliwe burknięcie otworzyła oczy i roześmiała się.
-   Rozumiem,   nie   jestem   głupia.  Summa   cum   laude.  Kocham   cię, 

Murphy! To naprawdę wszystko komplikuje, ale cię kocham. Dobranoc.

- Shannon...
Ale   Shannon   przymknąwszy   jedno   oko   już   szukała   aparatu.   Miała 

szczęście, bo udało jej się odwiesić słuchawkę na miejsce. Za chwilę oparła się 
wygodnie, ziewnęła raz i zasnęła.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 214

   

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Następnego ranka ani się nie zachwiała, ani nie mrugnęła okiem. - Pijąc 

herbatę   w   kuchni   Brianny,   Maggie   spojrzała   na   Shannon   z   podziwem.   - 
Czułam się bardzo dumna.

- Masz bardzo dziwny powód do dumy - powiedziała Shannon. Ale 

sama miała nie mniej zaskakujące odczucie. Dzięki litości boskiej uniknęła 
kary w postaci kaca po degustacji doma perignnona.

Dwadzieścia cztery godziny później znalazła się już bezpieczna w Clare 

i cieszyła z wątpliwej zalety, jaką jest mocna głowa.

- Dlaczego pozwoliłaś jej przesadzić z alkoholem? - Brianna zaczęła 

ozdabiać ciasto gęstą, gładką polewą marcepanową.

- Jest dojrzałą kobietą - broniła się Maggie.
- Ale jest młodsza.
- Och, doprawdy. - Shannon spojrzała na odwróconą tyłem Briannę. - 

Nie  róbmy  z  igły  wideł.  Poza tym urodziłyśmy  się w tym samym  roku,  a 
więc...   -   Ucichła,   bo   uderzyło   ją   to,   co   powiedziała.   Zmarszczyła   czoło 
wpatrując się w spodek stojący na stole. No dobrze, pomyślała, wypadło to 
niezręcznie.

- Ojciec miał pracowity rok - rzekła Maggie po długiej ciszy.
Oniemiała Shannon spojrzała na Maggie i napotkała jej łagodne oczy. 

Dźwięk   stłumionego   parsknięcia   zdziwił   ją   niemal   tak   samo,   jak   wybuch 
śmiechu Maggie. Brianna lukrowała dalej ciasto.

-   Całą   butelkę,   Maggie?   -   Brianna   powróciła   do   tematu   spokojnym, 

niemal mentorskim tonem. - Powinnaś bardziej się nią opiekować.

- Ależ opiekowałam się nią! Kiedy wyszła z biblioteki...
- Nigdzie nie wychodziłam - wtrąciła Shannon, składając usta w ciup. - 

Odpoczywałam.

- Nieświadoma niczego. - Maggie wzięła dziecko, gdy Kayla zaczęła 

Hałasować w nosidełku. - Biedny Murphy oddzwonił natychmiast, jakby go 
coś opętało. A myślisz, że kto wybił mu z głowy jazdę ciężarówką do Dublina? 
Oczywiście, że ja! - Maggie mówiła do Kayli. - Kto zabrał ją na górę i zadbał o 
to, by zjadła miskę zupy, zanim zapadła w sen na dobre. - Podniosła głowę. - 
Liam się obudził. - Przekazała dziecko Shannon i poszła do sypialni Brianny, 
gdzie wcześniej ułożyła go na drzemkę.

Brianna cofnęła się, by ocenić wygląd ciasta i za chwilę się odwróciła. - 

Pomijając ostatni wieczór, czy Dublin ci się podobał?

- Tak, to piękne miasto. A tamtejsza galeria... to przeżycie religijne.
-   Odniosłam  takie  samo  wrażenie.   Powinnaś  zobaczyć  i   tę   w  Clare. 

Mam nadzieję, że wybierzemy się tam wszyscy już niedługo.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 215

   

- Bardzo dobry pomysł, Brianno... - Shannon nie była pewna, czy już 

jest   gotowa,   by   o   to   prosić.   Jeszcze   mniej   pewna   tego,   jak   zniesie 
konsekwencje tej wizyty.

- Martwi cię coś?
- Myślę, że chciałabym zobaczyć listy pisane przez moją matkę.
- Oczywiście. - Brianna położyła opiekuńczą dłoń na ramieniu Shannon. 

- Idź może do salonu i tam je przeczytaj. Trzymam je w kredensie.

Zanim   Shannon   zdążyła   wstać,   w   korytarzu   wybuchło   zamieszanie. 

Głosy dźwięczały, mieszały się. Brianna zacisnęła mocniej rękę na ramieniu 
Shannon. - To matka - wyszeptała - i Lottie.

- W porządku. - Shannon nie wiedziała, czy się martwić, czy cieszyć. 

Pogładziła dłoń Brianny. - Obejrzę je później. - Chciała ją pokrzepić w obliczu 
nowej konfrontacji.

Pierwsza weszła Maeve, argumentując zajadle. - Mówię ci, żebyś nie 

pytała. Chyba że nie masz za grosz honoru. Jeśli tak, nie jestem w stanic cię 
powstrzymać. - Spostrzegła nagle Shannon z dzieckiem w objęciach. Uniosła 
głowę. - Widzę, że czujesz się, jak u siebie w domu?

- Tak, to prawda. To zasługa Brianny... Nie można tu czuć się inaczej. 

Witam panią, pani Sullivan.

- Och, nazywaj mnie Lottie, kochanie. Tak jak wszyscy. A jak się czuje 

dzisiaj mój aniołek? - Pochyliła się, szepcząc zdrobniałe słowa nad Kaylą. - 
Popatrz, Maeve, ona się śmieje!

-   Dlaczego   miałaby   się   nie   śmiać,   skoro   wszyscy   naokoło   ją 

rozpieszczają.

- Brianna jest niewiarygodnie kochającą matką - wtrąciła Shannon.
Maeve   nie   zwróciła   na   to   prawie   uwagi.   -   Wystarczy,   że   dziecko 

zakwili, a już ktoś je bierze na ręce.

- Z tobą na czele! - dodała Lottie. - Och, Brie, jakie wspaniałe ciasto! 

Brianna pomyślała z rezygnacją, że nie pozostanie jej nic innego, jak upiec 
nowe dla gości, i wzięła nóż. - Siadajcie i częstujcie się.

Z   pokoju   obok   wyskoczył   Liam.   Biegł   pięć   kroków   przed   matką.   - 

Ciasto! - krzyknął.

- Ten chłopiec ma radar.
Liam rozpromienił się, wyczuwając sojusznika, i podniósł ręce. - Buzi!
- Chodź, siadaj mi na kolanach - rozkazała Maeve. - Dostaniesz i ciasto, 

i buziaka. Jest trochę rozgrzany, Margaret Mary.

- Dopiero co się obudził. Kroisz ciasto, Brie?
- Powinnaś bardziej uważać na to, co jesz teraz, kiedy jesteś znowu w 

ciąży - powiedziała Maeve. - Doktor mówił, że masz ciągle mdłości.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 216

   

Trudno  powiedzieć,   kto  był  bardziej  zaskoczony   tym  stwierdzeniem. 

Maeve   czy   Maggie.   Maeve   żałując,   że   je   wypowiedziała,   zaczęła   karmić 
wnuka kawałkami ciasta.

- Nic mi nie jest.
- Rzyga jak kot każdego ranka - powiedziała Shannon, patrząc prosto na 

Maggie.

- Maggie! Mówiłaś, że już ci przeszło. - W głosie Brianny słychać było 

zarówno naganę, jak i zaniepokojenie.

Wściekła i zmieszana Maggie rzuciła piorunujące spojrzenie Shannon. - 

Nic mi nie jest - powtórzyła.

- Bardzo trudno jest znieść swoją słabość.
Zjadliwy   komentarz  Maeve   wzniecił  gniew  Maggie   jeszcze  bardziej. 

Zanim  jednak  zdążyła  się odciąć,  Shannon  skinęła  potakująco.  -  Ujada  jak 
terier,   kiedy   ktoś   próbuje   jej   pomóc.   Nie   sądzi   pani,   pani   Concannon,   że 
silnym kobietom ciężko znieść myśl o tym, że potrzebują pomocy. A dla kogoś 
takiego, jak Maggie, która wie, jak zajmować się rodziną i robić jednocześnie 
karierę,   dolegliwości   żołądkowe   i   brak   nad   nimi   kontroli   są   czymś... 
upokarzającym.

- Chorowałam dzień w dzień ponad trzy miesiące, kiedy ją nosiłam - 

powiedziała   szorstko   Maeve.   -   Kobieta   uczy   się   przechodzić   takie   rzeczy, 
jakich nigdy nie zniósłby mężczyzna.

- Nie, mężczyźni w takim przypadku potrafią tylko stękać.
- Żadna z moich córek nigdy się nad sobą nie użalała - rzekła Maeve i 

spojrzała   zachmurzona   na   Briannę.   -   Czy   masz   zamiar   stać   tak   z   tym 
imbrykiem herbaty cały dzień, czy może nam go podasz?

- Och. - Próbując ukryć zaskoczenie, Brianna postawiła imbryk na stole. 

- Przepraszam.

-   Dziękuję,   kochanie.   -   Zachwycona   rozwojem   sytuacji   Lottie 

rozpromieniła się.

Od   przeszło   dwóch   lat   próbowała   skłonić   Maeve,   żeby   ta   stworzyła 

choćby chwiejny most porozumienia z córkami. Teraz wyglądało na to,  że 
przepaść się zmniejszała. - Wiesz Maggie, niedawno przeglądałyśmy z Maeve 
zdjęcia z naszej podróży do twojego domu we Francji.

- Nie masz więcej dumy od żebraczki - zamruczała Maeve, ale Lottie 

tylko się uśmiechnęła.

- Przypomniał nam się nasz miły pobyt tam. To na południu Francji - 

wyjaśniła Lottie Shannon. - Dom wygląda jak pałac i stoi nad samym morzem.

- W dodatku nikt tam nie mieszka całymi miesiącami - gderała ♦Maeve. 

- Pusty, tylko służba.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 217

   

Maggie już chciała coś odburknąć, ale złapała spojrzenie Brianny. Dużo 

ją  to  kosztowało,   zaniechała  jednak  ostrych  słów  i  zdobyła  się  na  całkiem 
łagodne. - Niedawno rozmawialiśmy o tym z Roganem. Mamy zamiar tam 
jechać na kilka tygodni latem, ale teraz oboje jesteśmy zajęci. - Odetchnęła 
myśląc, że wygrywa w dobroci z aniołami. - Trochę się martwię, że nie ma tam 
nikogo, kto mógłby się zająć domem. Zobaczyć, czy służba dobrze wywiązuje 
się ze swych obowiązków. - Było to jawne, wielkie kłamstwo, ale Maggie 
miała nadzieję, że poczyta się je za dobry uczynek. - A może znalazłybyście 
trochę czasu i pojechały tam obie. Byłabym wam bardzo wdzięczna.

Lottie   musiała   się   powstrzymać,   żeby   nie   wstać   i   nie   zatańczyć   z 

radości.   Popatrzyła   na   Maeve   i   zadarła   głowę.   -   Jak   myślisz,   Maeve, 
znajdziemy trochę czasu?

Wspomnienie słonecznej willi, usłużnej służby i wielkiego przepychu 

zawirowało w głowie Maeve. Wzruszyła ramionami i podniosła filiżankę do 
ust Liama.

- Podróże źle wpływają na trawienie. Przypuszczam jednak, że zniosę te 

niewygody.

Tym razem ostrzegawcze spojrzenie Shannon powstrzymało parsknięcie 

Maggie. - To świetnie - powiedziała, zaciskając zęby. - Poproszę Rogana, żeby 
zajął się zorganizowaniem przelotu w najdogodniejszym dla was czasie.

Dwadzieścia minut później Brianna patrzyła, jak zatrzaskują się drzwi 

za matką i Lottie, po czym poszła do kuchni i rzuciła się Maggie na szyję. - 
Dobrze poszło, Maggie.

- Czuję się tak, jakbym połknęła ropuchę. Niech cholera weźmie jej 

trawienie.

Brianna tylko się śmiała. - Nie psuj wszystkiego.
- A ty? - Maggie odwróciła się i oskarżycielsko wbiła palec w pierś 

Shannon.

- Co ja?
-   Tak   jakbym   nie   widziała   trybów   obracających   się   w   twej   głowie. 

„Rzyga jak kot, pani Concannon.” „Ujada jak terier.”

- A może nie zadziałało?
Maggie  otworzyła usta  i  zamknęła  je zaraz,  śmiejąc  się beztrosko.  - 

Zadziałało, to prawda, ale moja duma jest okrutnie zraniona. - Wyłapała nagle 
jakiś ruch za oknem, zbliżyła się i wyjrzała. - Patrzcie, co Con wygrzebał w 
krzakach.   Drogą   idą   trzej   mężczyźni.   Brianno,   musisz   nastawić   czajnik.   - 
Wyglądała jeszcze przez chwilę i uśmiechnęła się szeroko. - Jezu Chryste, jacy 
są przystojni. Biorę tego eleganta. Wy możecie zająć się pozostałymi.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 218

   

Kiedy   Shannon   próbowała   uspokoić   rozdygotane   niespodziewanie 

nerwy,   Maggie   otworzyła   drzwi.   Pierwszy   wpadł   jak   burza   Con   i   zaczął 
zlizywać   okruchy   ciasta   pod   stołem,   które   Liam   uprzejmie   raczył   mu 
rozrzucić.

- Ciasto! - Gray węszył niczym pies gończy. Poczuł je, gdy tylko wszedł 

na ganek. - Z marcepanem. Chłopaki, wpadliśmy w samą porę.

- Tatuś! - Liam podskoczył na krześle i wyciągnął lepkie ręce.
Rogan był na tyle przytomny, żeby zmoczyć pod kranem ściereczkę, 

zanim podszedł do syna. Murphy stał w miejscu z kapeluszem w dłoniach i 
oczyma utkwionymi w Shannon.

- Wróciłaś!
- Kilka godzin temu - zaczęła. Patrzyła, jak się do niej zbliża. Poderwał 

ją do góry i pocałował tak, jak rozsądny mężczyzna całuje kobietę tylko na 
osobności.

- Witam.
Zabrakło   jej   tchu.   Wciągnęła   powietrze,   nim   odpowiedziała.   Chciała 

dać ulgę swoim drżącym nogom i usiąść, ale trzymał ją mocno w ramionach.

- Chodź ze mną.
- Dobrze, ja... - Rozejrzała się po kuchni. Wszyscy nagle pilnie się zajęli 

swoimi sprawami.

-   Poczekaj,   Murphy   -   cicho   powiedziała   Maggie,   wyjmując   czyste 

talerze. - Shannon ma dla ciebie prezent i chciała ci go wręczyć.

- Tak. To prawda. Ja... - wydusiła z siebie.
- Przyniosę to pudełko - zaproponował Rogan.
- Chcesz herbaty, Murphy? - zapytała Brianna.
-   Nie,   dziękuję.   -   Nie   zdejmował   wzroku   z   twarzy   Shannon.   -   Nie 

zostaniemy tutaj. Shannon zje dziś ze mną kolację.

- I śniadanie - zaszeptał Gray Briannie do ucha.
-   Dziękuję.   -   Shannon   wzięła   prezent,   który   przyniósł   Rogan,   i 

zastanawiała się, co dalej robić.

- Co to jest? - Chciał wiedzieć Gray. - Otwórz to. Aaa - jęknął, gdy 

Brianna wbiła mu łokieć pod żebro.

- Otworzy w domu - powiedziała. - Weźcie ze sobą trochę ciasta. - 

Przygotowała już kawałek i podała Murphy'emu owinięty talerz.

- Dziękuję. Chodź ze mną - powtórzył. I wziąwszy Shannon za ramię 

wyprowadził ją z domu.

- Całe szczęście, że dałaś mu talerz - skomentowała Maggie. - Inaczej 

rzuciłby się na nią, zanim opuściliby ogród.

Pewnie by do tego i doszło. Musiał się opanowywać. Pociągnąłby ją 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 219

   

przez pola do domu, ale skoncentrował się na swoim kroku, żeby tylko jej nie 
wyprzedzać. - Mogłem wziąć ciężarówkę.

- To niedaleko - powiedziała, choć już brakowało jej tchu.
- Stąd jeszcze kawałek. Ciężkie to jest? Daj, wezmę.
- Nie. - Przełożyła pudełko tak, żeby znalazło się poza jego zasięgiem.
- Mógłbyś zgadnąć, co to jest.
- Nie musiałaś mi nic kupować. Twój przyjazd to już wystarczający 

prezent. - Objął ją w pasie i przeniósł z łatwością przez mur. - Nie wiem, czy 
znam mężczyznę, który tak, jak ja, myśli o kobiecie tyle razy dziennie. - Wziął 
trzy uspokajające oddechy. - Rogan mówił, że podpisałaś kontrakt. Cieszysz 
się?

- Jestem szczęśliwa i przerażona.
-   Strach   skłania   do   wytężonej   pracy.   Będziesz   sławna,   Shannon,   i 

bogata.

- Już jestem bogata.
- Naprawdę? - Zgubił krok.
- Względnie.
- Och! - Przemyślę to, zadecydował. Rozważę. Ale w tej chwili umysł 

zajęty miał wyobrażeniami, jak to będzie, kiedy zdejmie z niej ten piękny, 
szyty na miarę żakiet.

Gdy dotarli do domu, otworzył drzwi kuchni. Postawił talerz na blacie 

stołu i złapałby ją od razu, gdyby go nie przejrzała i nie podeszła z drugiej 
strony. - Chciałabym, żebyś otworzył prezent. - Położyła go na stole.

- A ja chcę ciebie na górze, na schodach i tu, na podłodze.
Krew w niej zawrzała pod skórą. - Nastrój podpowiada mi, że możesz 

mnie mieć na górze, na schodach i tu, na podłodze. - Uniosła rękę, a jego oczy 
zapłonęły. - Ale najpierw chciałabym, żebyś zobaczył to, co zdobyłam dla 
ciebie w Dublinie.

Nie   miał   pewności,   czy   nie   przywiozła   mu   przypadkiem   wideł   z 

solidnego  złota  bądź  wysadzanego   drogimi   kamieniami   lemiesza.   Spokojna 
prośba   powstrzymała   go   przed   przeskoczeniem   stołu.   Otworzył   pudełko   i 
sięgnął do środka. Wyczuła moment, w którym zorientował się, co się tam 
kryje. Na jego twarzy pojawiła się wielka radość. Wyglądał jak zachwycone 
dziecko,   które   odnalazło   wymarzony   prezent   pod   świąteczną   choinką.   Z 
nabożną czcią wyciągnął cymbały i przeciągnął palcami po drewnie. - Nigdy 
nie widziałem czegoś równie pięknego.

- Maggie mówiła, że zrobiłeś kiedyś podobne i oddałeś w prezencie.
Oczarowany potrząsnął głową. - Nie, nie były takie piękne. - Podniósł 

wzrok pełen zaciekawienia i wdzięczności. - Co cię skłoniło do kupna takiej 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 220

   

rzeczy dla mnie?

- Zobaczyłam je na wystawie i wyobraziłam sobie, jak na nich grasz. 

Zagrasz coś dla mnie?

- Dawno nie grałem na cymbałach. - Rozpakował jednak młoteczki i 

uderzył nimi w struny. - Znam jedną melodię.

Kiedy grał, wiedziała, że prezent się udał. Miał ten swój półuśmiech na 

twarzy, był nieobecny wzrokiem.

Stara   melodia   wydała   jej   się   słodka   jak   wino   wylane   z   karafki. 

Wypełniała kuchnię. Rozpaliła jej wzrok i natchnęła serce.

- Najcudowniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałem - powiedział, 

odkładając młoteczki. - Będę się z nim obchodził z należną czcią.

Niecierpliwa bestia, która w nim siedziała, nieco się uciszyła. Przeszedł 

dookoła stołu i wziął ją za ręce. - Kocham cię, Shannon.

- Wiem. - Przyłożyła splecione dłonie do swego policzka. - Wiem, że 

mnie kochasz.

- Powiedziałaś mi to wczoraj przez telefon. Czy powtórzysz to dzisiaj?
- Nie powinnam była dzwonić w takim stanie - mówiła szybko, palce 

drżały jej z nerwów. - Nie myślałam wtedy jasno i... - Pocałował te drżące 
palce, patrząc na nią cierpliwie. - Naprawdę cię kocham, Murphy, ale...

Zamknął jej usta pocałunkiem, nie chciał słuchać dalej. - Kiedy mi to 

powiedziałaś,  poczułem ból z tęsknoty  za  tobą.  Pójdziesz ze  mną na  górę, 
Shannon?

- Tak. - Przysunęła się bliżej, oddzielały ich tylko złączone dłonie. - 

Pójdę z tobą na górę. - Uśmiechnęła się, dając się porwać romantycznemu 
nastrojowi i męskim ramionom.

Urocze   światło   przenikało   przez   okna,   rozpraszało   się   na   schodach, 

kiedy wnosił ją na górę. Jaśniało blade na łóżku, gdy ją na nim ułożył. Z 
łatwością zatopiła się w tym świetle, w łagodnej mocy jego ramion, w ciepłej 
obietnicy jego ust. Uświadomiła sobie, że pierwszy raz kochają się, mając dach 
nad głową, a pod sobą łóżko. Gdyby nie cała słodycz, jaką obdarzył ją w tym 
miejscu, żal byłoby jej gwiazd i zapachu trawy.

Murphy przyniósł zawczasu do pokoju kwiaty. Kiedy wyobrażał sobie 

Shannon w tym miejscu, wiedział, że musi przystroić je kwiatami. Wyłapał ich 
delikatną woń, gdy pochylił głowę, aby znaczyć ślady ust na jej szyi.

Umieścił   tam   również   świece,   które   miały   zastąpić   światło   gwiazd. 

Wełniane koce i trawę zamienił na miękkie lniane prześcieradła. Rozrzucił jej 
włosy na poduszce wiedząc, że zachowa ich zapach.

Shannon   uśmiechała   się,   kiedy   zaczął   ją   rozbierać.   Kupiła   kilka 

ciekawych  rzeczy   w  Dublinie.   Wiedziała,   że   wybrała   dobrze,   kiedy   odkrył 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 221

   

pierwszy błysk różowego jedwabiu.

Ze   spokojnym   skupieniem   odrzucił   na   bok   żakiet,   bluzkę,   spodnie   i 

dotknął koronek barwy kości słoniowej, które kokieteryjnie zdobiły jej piersi. - 
Dlaczego takie rzeczy obezwładniają mężczyznę? - zastanawiał się głośno.

Shannon   uśmiechnęła   się   szeroko.   -   Zobaczyłam   to   na   wystawie   i 

wyobraziłam sobie, jak mnie dotykasz.

Patrzył jej w oczy. Bardzo wolno przesunął palec w dół. Najpierw dotarł 

do rowka między piersiami, później musnął brodawkę.

- W ten sposób?
- Tak. - Przymknięte powieki Shannon drżały. - Właśnie tak.
Delikatnie przesunął rękę w dół, tam, gdzie jedwab kończył się taką 

samą   koronką.   Tuż   ponad   biodrami.   Poniżej   dostrzegł   spłachetek   takiego 
samego jedwabiu. Położył na nim rękę. Shannon wygięła się w łuk. Kiedy 
zastąpił   rękę  ustami,   zaczęła  się   wić  z  rozkoszy.   Bawił   się,   wykorzystując 
każdy   centymetr   tkaniny,   zanim   sięgnął   po   ciało,   kryjące   się   pod   spodem. 
Wiedział, że Shannon omdleje, zanim skończy. Nawet gdy miotała się pod nim 
w gorączce, nie spieszył się. Chciał jeszcze jednego podarunku.

- Powiedz mi teraz, Shannon... - Z trudnością łapał oddech, dłonie mu 

pobladły. - Powiedz mi teraz, że mnie kochasz. Kochasz mnie, kiedy dla mnie 
płoniesz, kiedy tak szaleńczo pragniesz, abym cię wypełnił.

Walcząc o powietrze, nieskończenie pragnęła, żeby ją wziął. - Kocham 

cię! - Łzy napłynęły jej do oczu, kiedy emocje przerodziły się w pragnienie. - 
Kocham cię, Murphy! - Wszedł w nią tak, aż jęknęli. Każdy ruch był zarówno 
prośbą, jak cudem.

- Powiedz mi to jeszcze raz.
- Kocham cię. - Niemal płacząc, wtuliła twarz w jego szyję i pozwoliła 

mu na wszystko.

Później, kiedy zapalił już świece, zaprowadził ją do łazienki. Bawili się 

jak   dzieci   w   zbyt   gorącej   wodzie   i   zbyt   wypełnionej   wannie.   Na   kolację 
opychali się ciastem Brianny, zapijając je piwem, co w innej sytuacji Shannon 
uznałaby za okropny zestaw. Teraz jednak smakowało jej to jak ambrozja. 
Kiedy oblizywali palce, Shannon dostrzegła błysk w oczach Murphy'ego. W 
jednej   chwili   rzucili   się   na   siebie   i   kochali   jak   zwierzęta   na   kuchennej 
podłodze. Shannon omal nie zasnęła, wyczerpana, ale Murphy postawił ją na 
nogi. Chwiejnym krokiem, jakby się upili, szli korytarzem. Niespodziewanie 
Murphy pociągnął ją za sobą do salonu i tam kochali się na dywanie.

Kiedy udało jej się usiąść, oczy jej lśniły, włosy miała splątane, a całe 

ciało obolałe. - Ile pokoi jest w tym domu? - zapytała.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 222

   

Roześmiał się i uszczypnął ją w ramię. - Przekonasz się.
- Murphy, długo nie pożyjemy! - Ale on tylko wyciągnął rękę i już 

skradał się po drabince żeber, aby schwycić jej pierś.

Wydała z siebie jękliwe westchnienie. - Zaryzykuję, jeśli chcesz.
- To jest dziewczyna!

Naliczyłam piętnaście pokoi, myślała Shannon, gdy opadła na splątane 

prześcieradła już o świcie. Piętnaście pokoi w domu z kamienia. I nie przez 
brak pożądania nie udało się im ochrzcić wszystkich. W pewnym momencie 
zawiodły   ich   ciała.   Opadli   na   łóżko,   myśląc   tylko   o   śnie.   Gdy   zasypiała, 
przygnieciona   ciężarem   Murphy'ego,   uświadomiła  sobie,   że  wkrótce   muszą 
poważnie   porozmawiać.   Musi   mu   coś   wyjaśnić.   Powinien   wiedzieć,   że 
przyszłość nie przedstawia się tak prosto, jak teraźniejszość. Próbując sobie 
ułożyć zdania w myślach, odpłynęła w sen.

Zobaczyła   w   nim   rycerza,   swojego   kochanka,   na   białym   koniu. 

Widziała blask zbroi, słyszała łopot płaszcza na wietrze. Ale tym razem nie 
jechał przez pola w jej kierunku. Tym razem ją opuszczał.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 223

   

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Choć   Murphy   spał   ledwie   godzinę,   rozpierała   go   energia.   Uznał,   że 

sprawiła to miłość. 

Wydoił   krowy,   nakarmił   zwierzęta,   wyprowadził   je   na   pastwisko,   a 

wszystko to robił z piosenką na ustach, poruszając się sprężyście. Wywołało to 
śmiech u młodego Feeneya. Zwykle mieli tysiąc problemów, zanim uporali się 
ze wszystkim przed śniadaniem.

Zadowolony, że to na sąsiada przypadła kolej odtransportowania mleka, 

Murphy zebrał jajka, wstąpił do pewnej starszej pani, która wkrótce wybierała 
się na rynek, i zawrócił do domu. Zmienił wcześniejsze zamiary. Planował 
wypić herbatę, zjeść biszkopty i udać się na bagno po torf. Zdecydował, że nie 
pozwoli Shannon spać. Zaniesie jej herbatę i biszkopty na górę i zacznie się z 
nią kochać, póki jest jeszcze rozgrzana i łagodna. Nie podejrzewał, że zastanie 
ją  w  kuchni,   nad  kuchenką,   w wizytowym  fartuchu  matki,   zawiązanym  na 
biodrach. - Myślałem, że jeszcze śpisz.

Odwróciła się i uśmiechnęła, patrząc, w jaki sposób wiesza kapelusz. - 

Słyszałam cię na zewnątrz, jak śmiałeś się z chłopcem, który pomaga ci przy 
dojeniu.

- Nie chciałem cię obudzić. - W kuchni pachniało tak cudownie, jak za 

czasów jego dzieciństwa. - Co tam robisz?

- Znalazłam trochę bekonu i parówki. - Sprawdziła, czy parówka jest już 

gotowa.   -   Takie  jedzenie   zawiera   dużo  cholesterolu,   ale  po  ostatniej   nocy, 
myślę, dobrze ci zrobi.

Na twarzy Murphy'ego pojawił się głupkowaty uśmiech. - Robisz mi 

śniadanie?

- Pomyślałam, że niezależnie od tego, co byś robił o świcie, poczujesz 

się głodny, więc... Murphy! - wrzasnęła, wypuszczając z ręki widelec, kiedy 
chwycił ją i obrócił. - Patrz, co robisz!

Postawił ją i uśmiechnął się, gdy złościła się na niego, myjąc widelec. - 

Nigdy nie przypuszczałem, że potrafisz gotować.

- Oczywiście, że umiem. Na pewno nie jestem taką artystką, jak Brie, 

ale   robię   to   wystarczająco   dobrze.   Co   to   jest?   -   Zajrzała   do   wiadra,   które 
postawił wszedłszy do kuchni. - Przecież tutaj jest chyba ze trzydzieści jajek! 
Co z nimi zrobisz?

-   Zużywam   tyle,   ile   mi   trzeba,   a   pozostałe   wysyłam   na   rynek   albo 

odsprzedaję.

Zmarszczyła nos. - Dlaczego są takie brudne?
Wpatrywał   się   w   nią   przez   chwilę   i   zawył   ze   śmiechu.   -   Jesteś 

niesamowita, Shannon Bodine.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 224

   

- Rozumiem, że zadałam głupie pytanie. Umyj je. Ja ich nie dotknę.
Kiedy wstawił wiadro do zlewu, Shannon nagle olśniło. Wiedziała już, 

skąd się biorą jajka. - Och! - Skrzywiła się i przerzuciła bekon. - Wystarczy ich 
na omlety. Skąd wiesz, że z tych jajek nie wylęgną się pisklęta?

Zerknął na nią, żeby się upewnić, czy nie żartuje.  Przygryzł język i 

umył następną skorupkę. - Skoro nie popiskują, możesz być spokojna.

- Bardzo zabawne. - Pomyślała, że może lepiej to zignorować. Wolała 

myśleć   o   jajkach,   jako   o   czymś,   co   się   wyjmuje   z   ładnych   kartonów 
sprzedawanych w sklepie. - Jak zatem mam ci je przyrządzić?

- Jak chcesz. Nie jestem wybredny. O, zrobiłaś herbatę. - Zapragnął 

klęknąć u jej stóp.

- Nie znalazłam nigdzie kawy.
- Przywiozę, jak tylko pojadę do wsi. To pięknie pachnie, Shannon.
Stół był już nakryty dla dwojga. Nalał herbaty. Żałował, że nie zerwał 

trochę dzikich kwiatów, które rosły w pobliżu stodoły. Usiadł, gdy Shannon 
niosła tacę do stołu.

- Dziękuję.
Shannon   dosłyszała   w   głosie   Murphy'ego   pokorę,   co   sprawiło,   że 

poczuła się  winna i usatysfakcjonowana jednocześnie.  - Częstuj  się.  Ja nie 
jadam parówek - powiedziała, zajmując miejsce. - Ale te wyglądają apetycznie.

- Muszą. Pani Feeney robiła je kilka dni temu.
- Robiła?
- A tak. - Podał jej półmisek. - Zabili wieprza, którego tuczyli. - Uniósł 

brwi ze zdziwienia, gdy zbladła. - Coś się stało?

- Nie. - Szybkim ruchem odsunęła od siebie półmisek. - Są po prostu 

rzeczy, których nie mam ochoty sobie wyobrażać.

- Ach. - Uśmiechnął się przepraszająco. - Nie pomyślałem.
- Powinnam do tego przywyknąć. Któregoś dnia słyszałam rozmowę 

Brie z jakimś facetem o wiosennych jagniętach. - Zadrżała na myśl o tym, co 
się dzieje z małymi owieczkami wiosną.

- Wydaje ci się to straszne, rozumiem. Ale to zwykła kolej rzeczy. Tora 

również miał z tym problemy.

Shannon   uznała,   że   tosta,   którego   sobie   zrobiła,   może   zjeść   ze 

spokojem. - Tak?

- Nie mógł znieść myśli, że to, co wyhoduje, znajdzie się na czyimś 

stole.   Kiedy   miał   kury,   zbierał   tylko   jajka,   i   kury   zdychały   najczęściej   ze 
starości.

-   To   był   bardzo   wrażliwy   człowiek.   Kiedyś   wypuścił   króliki   - 

powiedziała cicho Shannon.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 225

   

-   Ach,   słyszałaś   o   królikach.   -   Murphy   uśmiechnął   się   na   to 

wspomnienie. - Miał zamiar zbić na nich fortunę, i nawet dobrze mu szło, 
dopóki nie dotarł do sedna sprawy. Stale robił jakieś pieniądze.

- Ty go naprawdę kochałeś.
- Tak. Nie starał się zastępować mi ojca ani nie próbował nim być. Nie 

należał do tego typu mężczyzn, z którymi chłopcy chętnie się identyfikują. 
Kiedy ukończyłem piętnaście lat, stał się dla mnie jednak takim ojcem, jakim 
byłby mężczyzna, który mnie spłodził. Zawsze mogłem na niego liczyć. Kiedy 
opadał mnie smutek, podnosił mnie na duchu, zabierał na przejażdżkę na klify 
albo   na   wyprawę   do   Galway   z   dziewczętami.   Tłumaczył   mi,   że   nie 
powinienem pić, kiedy rozchorowałem się po raz pierwszy po whisky. A kiedy 
zdobyłem pierwszą kobietę... - Urwał nagle i zajął się jedzeniem.

Shannon uniosła brwi. - Och,  nie przerywaj teraz. Co się stało,  gdy 

zdobyłeś pierwszą kobietę?

-   To,   co   zwykle   bywa,   jak   przypuszczam.   Bardzo   dobre   śniadanie, 

Shannon.

- Nie zmieniaj tematu. Ile miałeś lat?
Spojrzał   na   nią   speszony.   -   Nie   powinno   się   rozmawiać   o   takich 

sprawach z kobietą, z którą właśnie je się śniadanie.

- Tchórz.
- Tak - zgodził się szczerze i napełnił usta jajkami.
-   Nie   bój   się,   Murphy.   -   Śmiech   Shannon   ucichł.   -   Naprawdę   chcę 

wiedzieć, co ci wtedy powiedział.

Zrozumiał, że jest to dla niej ważne, toteż starał się przebrnąć przez 

swoje zakłopotanie. - Miałem... Miałem...

- Tego mi nie musisz mówić. - Uśmiechnęła się, żeby go uspokoić. - Nie 

teraz w każdym razie.

- Później. -  Odetchnął  z ulgą,  że  może pominąć  pierwsze  pytanie.  - 

Czułem się dumny i dzielny, można powiedzieć. I tak zmieszany jak sztubak. 
Również winny i przerażony, że dziewczyna zajdzie w ciążę tylko dlatego, że 
okazałem się zbyt gorący. Zbyt młody i głupi - poprawił - żeby pomyśleć o 
tym   wcześniej.   Siedziałem   na   murze,   zastanawiając   się,   kiedy   uda   mi   się 
powtórzyć   całą   rzecz   i   czekając,   kiedy   Bóg   razi   mnie   za   ten   występek 
piorunem. Albo kiedy matka dowie się o wszystkim i ukarze mnie jeszcze 
szybciej i bezlitośniej niż Bóg.

- Murphy. - Shannon zapomniała się i zjadła kawałek bekonu. - Jesteś 

taki kochany.

-   To  chyba  równie   ważny   dzień  w   życiu   mężczyzny,   jak  i   w  życiu 

kobiety. W każdym razie siedziałem sam. Możesz sobie wyobrazić, jak się 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 226

   

czułem, i właśnie przechodził tamtędy Tom. Usiadł przy mnie i nic nie mówił 
przez chwilę. Po prostu siedział i patrzył na pola. Pewnie miałem wszystko 
wyryte na twarzy. Objął mnie ramieniem. „Stałeś się mężczyzną, powiedział, i 
jesteś   z   tego   dumny.   Ale   żeby   zostać   mężczyzną,   nie   wystarczy   znaleźć 
dziewczynę.   Trzeba   jeszcze   umieć   wziąć   na   siebie   odpowiedzialność.”   - 
Murphy potrząsnął głową i podniósł filiżankę z herbatą. - Na samą myśl o tym, 
że   musiałbym   się   z   nią   ożenić,   robi   mi   się   niedobrze.   Miałem   zaledwie 
siedemnaście lat i nie kochałem się w niej ani ona we mnie. Co tu mówić! Tom 
tylko kiwał głową, nie pouczał, nie krzyczał. Powiedział, że jeśli Bóg i los 
spojrzą na mnie pobłażliwie, czego jest pewien, wyciągnę z tej przygody naukę 
i   następnym   razem   zachowam   się   bardziej   rozważnie.   „Będzie   bowiem 
następny   raz,   dodał,   ponieważ   mężczyzna,   wstąpiwszy   na   tę   drogę,   nie 
przestaje nią iść. Kobieta zaś jest cudowną istotą, wartą tego, aby przy niej 
trwać.   Odpowiednia   kobieta,   kiedy   ją   już   znajdziesz,   jest   wspanialsza   od 
słońca.   Szukaj   jej,   Murphy,   a   kiedy   zaczniesz   wąchać   te   słodkie   kwiaty, 
obchodź się z nimi uważnie i troskliwie. Nie niszcz ich płatków. Jeśli okażesz 
się im życzliwy, choćby nawet twoje uczucia były niestałe, zasłużysz na tę, 
która jest ci przeznaczona.”

Minęła dobra chwila, zanim Shannon odzyskała głos. - Wszyscy mówią, 

że chciał być poetą, ale nie znajdował słów. - Zacisnęła usta. - Wydaje mi się 
jednak, że nim był.

- Potrafił znaleźć słowa, kiedy musiał - powiedział spokojnie Murphy. - 

Często brakowało mu ich dla siebie. Miał smutek w oczach, który odkrywało 
się tylko wtedy, gdy nie wiedział, że ktoś na niego patrzy.

Shannon oglądała swoje ręce. Były to ręce jej matki. Wąskie, z długimi 

palcami. Ale oczy miała Toma Concannona. Co jeszcze? zastanawiała się. Co 
jeszcze mi dali? - Zrobiłbyś coś dla mnie, Murphy?

- Dla ciebie zrobię wszystko.
Wiedziała o tym, ale teraz nie chciała o tym myśleć. - Zabierzesz mnie 

na Loop Head?

Wstał  i  zaczął   zbierać   talerze.   -   Musisz  wziąć  kurtkę,   kochanie.   Od 

morza idzie silny wiatr.

Shannon zastanawiała się, jak często Tom Concannon jeździł tą długą, 

wąską drogą, wijącą się pośród wzgórz. Z okien samochodu widziała małe 
kamienne szopy bez dachów. Spostrzegła uwiązanego kozła pasącego się na 
dzikiej łące. Na ścianie białego budynku zobaczyła napis oznajmiający, że to 
ostatnia   okazja,   aby   napić   się   piwa   przed   Nowym   Jorkiem.   Niemal   się 
rozbawiła.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 227

   

Kiedy Murphy zaparkował ciężarówkę, Shannon stwierdziła z ulgą, że 

nikt więcej tego ranka nie przybył na brzeg morza i klify. Byli sami, zawodził 
wiatr.  Postrzępione skały  stały  niewzruszone,  morze  falowało  niespokojnie. 
Szeptały duchy.

Szła z nim błotnistą ścieżką, wijącą się w wysokiej trawie, na koniuszek 

Irlandii. Uderzał w nią wiatr. Potężny podmuch rozbijał się o ciemną wodę i 
wysoko wznosił fale. Odgłosy zmagających się żywiołów wydawały się jej 
cudowne. Zwróciwszy się na północ, sięgnęła wzrokiem klifów Mohr i brzegu 
wciąż zamglonej wyspy Aran.

- Tu się spotkali. - Shannon splotła swoje palce z palcami Murphy'ego, 

gdy ten wziął ją za rękę. - Matka, zanim zapadła w śpiączkę, opowiedziała mi, 
jak się spotkali. Padało wówczas i było zimno. Stał sam. Zakochała się w nim 
tutaj. Wiedziała, że jest żonaty, że ma dzieci. Wiedziała, że popełnili błąd. Bo 
popełnili błąd, Murphy. Nie mogę inaczej o tym myśleć.

- Nie sądzisz, że opłacili to słono.
- Tak, to prawda. Płacili cały czas. Ale to... - Przerwała, by się uspokoić. 

- Łatwiej mi było, gdy nie wierzyłam, że ją kochał. Kiedy nie myślałam o nim 
jako   o   dobrym   człowieku.   O   ojcu,   który   kochałby   mnie,   gdyby   wszystko 
ułożyło   się   inaczej.   Miałam   przecież   kochającego   ojca   -   powiedziała 
gwałtownie. - I nigdy o tym nie zapomnę.

- Nikt nie chce, abyś kochała go mniej, gdyby udało ci się otworzyć 

choć trochę serce dla Toma.

- To sprawia, że czuję się nielojalna. - Potrząsnęła głową. - Nieważne, 

że wydaje ci się to nielogiczne. Tak wygląda prawda. Nie chcę oczu Toma 
Concannona, nie chcę jego krwi. Nie chcę... - Murphy przycisnął do ust rękę 
Shannon. Łzy popłynęły jej z oczu. - Straciłam coś w dniu, w którym się o tym 
dowiedziałam. Straciłam wyobrażenie, iluzję, owo gładkie, jasne zwierciadło, 
w którym przeglądała się moja rodzina. Wszystko się rozprysło. A teraz te 
kawałki, te kłamstwa i ich otoczkę, trzeba poskładać.

- A ty, jak siebie w tym teraz widzisz?
- Masz na myśli porozrzucane kawałki i związki, od których nie mogę 

się uwolnić. Boję się, że nigdy nie odzyskam tego, co miałam. - Odwróciła ku 
niemu stroskany wzrok. - Moja matka straciła przeze mnie rodzinę i wyszła za 
mężczyznę,   którego   nie   kochała.   -   Shannon   otarła   łzy   wierzchem   dłoni.   - 
Wiem, że pokochała go z czasem. Dziecko wie takie rzeczy o rodzicach. To się 
czuje w ten sam sposób, w jaki czuje się kłótnię, którą dorośli próbują ukryć. 
Ale nigdy też nie zapomniała Toma Concannona. Nigdy nie wyrzuciła go ze 
swojego serca. Nie zapomniała, co czuła, kiedy przybyła na te klify w deszczu 
i go spotkała.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 228

   

- A ty chciałabyś, żeby tak było?
- Tak. Chciałam, żeby zapomniała. I nienawidzę się za to. Zdaję sobie 

sprawę, że żywiąc takie pragnienia nie myślę ani o niej, ani o ojcu. Myślę o 
sobie.

- Tak ci ciężko, Shannon. To dla mnie bardzo bolesne.
- Nie masz pojęcia, jak błogie życie wiodłam. - Spojrzała na morze, 

odgarnęła włosy z twarzy. - Rodzice gotowi byli dać mi wszystko. Wierzyli 
mi, szanowali mnie w takim samym stopniu, w jakim mnie kochali. Chcieli, 
żebym miała wszystko to, co najlepsze, i doglądali tego. Piękne domy, dobrzy 
sąsiedzi,   najlepsze   szkoły.   Nigdy   niczego   mi   nie   brakowało   ani   w   sensie 
materialnym,   ani   w   sensie   emocjonalnym.   Dali   mi   solidne   podstawy   i 
pozwolili   wybierać.   Teraz   jestem   zła,   bo   tkwił   w   tym   błąd.   A   moja  złość 
obraca się przeciwko wszystkiemu, co dla mnie zrobili.

- To nonsens i czas z tym skończyć. - Złapał ją za ramiona. - Czy to 

złość kazała ci przyjechać tu, gdzie wszystko się zaczęło, choć wiedziałaś, ile 
cię to będzie kosztowało? Wiesz, że Tom tu umarł, tu, na Loop Head, teraz i to 
musisz wziąć pod uwagę.

- Tak, to rani.
-   Wiem,   kochanie.   -   Przyciągnął   ją   bliżej.   -   Wiem,   że   tak   jest.   Ale 

musisz znaleźć w swoim sercu miejsce i dla niego.

-   Muszę   wszystko   zrozumieć.   -   Shannon  ułożyła  głowę  na   ramieniu 

Murphy'ego.   Choć   łzy   jej   nie   popłynęły,   ból   w   sercu   nieco   złagodniał.   - 
Łatwiej będzie mi się z tym pogodzić, kiedy zrozumiem, dlaczego dokonali 
takiego, a nie innego wyboru.

- Myślę, że rozumiesz więcej, niż chcesz. - Odwrócił się tak, że znów 

patrzyli w morze, przysłuchując się nie kończącej się symfonii rozbijających 
się o skały fal. - Pięknie tu, na tym krańcu świata. - Pocałował ją we włosy. - 
Pewnego dnia przyniesiesz tu farby i namalujesz to, co widzisz i czujesz.

- Nie wiem, czy dałabym radę. Błąka się tu tyle duchów.
-   Namalujesz   skały.   Faktycznie,   nie   brak   tu   duchów,   ale   są   one   ci 

bliskie, tak jak to, co widać wokół.

Czuła,   że   jest   to   dzień,   w   którym   musi   zdobyć   się   jeszcze   raz   na 

odwagę, musi zadać mu pytanie. Cofnęła się. - Mężczyzna na białym koniu i 
kobieta czekająca na polach. Czy ty ich widziałeś?

-   Widziałem.   Jak   za   mgłą,   kiedy   byłem   chłopcem.   Wyraźniej,   gdy 

znalazłem   broszę.   I   jeszcze   wyraźniej,   kiedy   weszłaś   do   kuchni   Brianny   i 
spojrzałaś na mnie oczami, które już znałem.

- To oczy Toma Concannona.
-   Wiesz,   co   mam   na   myśli,   Shannon.   Chłód.   Takie   widziałem   je 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 229

   

wcześniej.   Znałem   je   także   gorące   od   gniewu   i   pożądania.   Widziałem   je 
zapłakane i radosne. A nawet zatopione w wizjach.

- Myślę - powiedziała ostrożnie - że ludzie ulegają atmosferze miejsca. 

Nauka powiada - przerwała, gdy jego błyszczące oczy zwróciły się ku niej. - 
W   porządku,   zapomnijmy   na   chwilę   o   logice.   Czułam,   czuję...   coś   w 
tańczącym   kręgu.   Coś   dziwnego   i   znajomego.   A   śnię...   od   pierwszej   nocy 
spędzonej w Irlandii.

- To cię przeraża. Przez jakiś czas i mnie to przerażało.
- Tak, to mnie przeraża.
- Szaleje burza - podsunął, starając się jej nie pośpieszać.
-   Czasami.   Błyskawica,   niczym   lodowa   włócznia,   przebija   niebo. 

Ziemia zamarzła tak, że słychać galop konia, zanim pojawi się jeździec.

- Wiatr rozwiewa jej włosy, kiedy czeka na niego. Widzi ją, serce bije 

mu tak mocno, jak mocno kopyta konia walą o ziemię.

Shannon   założyła   ręce   na   piersiach   i   odwróciła   się   tak,   aby   mogła 

patrzeć w morze. - W małym pomieszczeniu pali się ogień. Obmywa mu twarz 
szmatką. Mężczyzna majaczy. Pali go gorączka, wywołana przez rany.

- Wie, że umiera - cicho powiedział Murphy. - Przy życiu trzymają go 

tylko jej ręce i jej zapach. Jej kojący głos.

-   Ale   mężczyzna   nie   umarł.   -   Shannon   wzięła   głęboki   oddech.   - 

Widziałam, jak się kochali przy ogniu w kamiennym kręgu. Za każdym razem 
czuję   się   tak,   jakbym   śniąc   nie   tylko   oglądała   to   wszystko,   ale   i   w   tym 
uczestniczyła. Budzę się zawsze rozpalona i drżąca, umierająca z tęsknoty za 
tobą. - Odwróciła się ku niemu, a on zobaczył w jej oczach spojrzenie, które 
już znał. Tliła się w nich złość. - Nie przystaję na to!

- Powiedz, co zrobiłem, że zwróciłaś swoje serce przeciwko mnie?
- To nie przeciwko fobie.
Ale złapał ją za ramiona i nalegał. - Powiedz, co zrobiłem?
- Nie wiem! - wykrzyknęła, po czym owładnięta goryczą przytuliła się 

do niego. - Nie wiem nawet, czy się do tego jakoś nie przyczyniłam. To nie jest 
mój świat, Murphy. To nie jest dla mnie rzeczywistość.

- Ale się trzęsiesz.
- Nie mogę o tym mówić. Nie chcę o tym myśleć. Wszystko staje się 

jeszcze bardziej szalone niż to, co się dzieje teraz.

- Shannon...
- Nie. - Pocałowała go rozpaczliwie, jakby prosiła o pomoc.
- To nie wystarczy, żeby uciszyć nas oboje.
- W tej chwili wystarczy. Zabierz mnie z powrotem, Murphy. Zabierz 

mnie stąd. Niech się to skończy.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 230

   

Wiedział, że nie wskóra niczego prośbami. W każdym razie nie teraz, 

kiedy znów opadły ją lęki. Nie miał wyjścia, wziął ją pod ramię i zaprowadził 
do ciężarówki.

Gray   zobaczył   nadjeżdżający   samochód,   gdy   wracał   do   domu. 

Zatrzymał go.

W  chwili   gdy   zbliżył   się   do   Shannon,   wyczuł   napięcie.   Widział,   że 

próbuje robić, co w jej mocy, aby ukryć płacz. Posłał Murphy'emu znaczące 
spojrzenie. Takie, jakie posyła brat temu, kto przyczynił się do smutku siostry.

- Właśnie od ciebie wracam. Nie odbierałeś telefonu i Brianna zaczęła 

się martwić.

- Wybraliśmy się na przejażdżkę - powiedziała Shannon. - Poprosiłam 

Murphy'ego, żeby zabrał mnie na Loop Head.

- Och. To wyjaśnia wszystko. Brie miała nadzieję, że pójdziemy razem 

do galerii.

- Bardzo bym chciała. - Shannon pomyślała, że ta wycieczka rozproszy 

przygnębienie. - Czy możesz pojechać? - zapytała Murphy'ego.

-   Mam   kilka   spraw   do   załatwienia.   -   Wiedział,   że   jeśli   zacznie   się 

usprawiedliwiać i wymawiać, rozczaruje ją, choć mu tego nie powie. - Nie 
moglibyście odłożyć tego na godzinę lub dwie?

- Czemu nie. Zabierzemy ze sobą Margaret i jej małego potwora. Rogan 

już tam jest. Przyjedź, jak się wyrobisz.

-   Muszę   się   przebrać   -   szybko   powiedziała   Shannon.   Otworzywszy 

drzwi samochodu, odwróciła się do Murphy'ego. - Poczekam na ciebie tutaj, 
dobrze?

- Świetnie. Nie dłużej niż dwie godziny. - Murphy skinął Grayowi i 

odjechał.

- Jak minął ranek?
- Trudno powiedzieć. Chyba nigdy mu nie powiem o tym, co będzie, ani 

o tym, co już było - dodała.

- A co ma się stać?
- Muszę wracać, Gray. Miałam wyjechać tydzień temu. - Przysunęła się 

do niego, a on objął ją ramieniem i spojrzał na dolinę. - Czeka na mnie robota.

-   Ciężki   orzech   do   zgryzienia.   Nieraz   znalazłem   się   w   podobnej 

sytuacji. Nigdy nie obyło się bez siniaków. - Minąwszy bramę poprowadził ją 
na tyły domu.

- Jeśli cię zapytam, czego najbardziej pragniesz, czy odpowiesz?
- Nie przyjdzie mi to tak łatwo, jak miesiąc temu. - Usiadła razem z 

nim, przyglądając się naparstnicy i powojom. - Wierzysz w wizje, Gray?

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 231

   

- To dziwne pytanie.
- Domyślam się. I w dodatku jest to pytanie, którego nigdy nikomu nie 

zadałam. - Odwróciła się, bacznie mu się przyglądając. - Pytam cię, ponieważ 
jesteś   Amerykaninem.   -   Kiedy   się   uśmiechnął,   również   się   uśmiechnęła.   - 
Wiem, jak to brzmi, ale wysłuchaj mnie. Założyłeś tu rodzinę, zamieszkałeś, a 
jednak wciąż jesteś jankesem. Zarabiasz na życie pisząc powieści, ale używasz 
do tego nowoczesnego sprzętu. Masz w biurze fax.

- Czy to ma znaczenie?
-   Tak.   To   oznacza,   że   jesteś   człowiekiem   dwudziestego   wieku, 

patrzącym w przyszłość, który zna się na współczesnej technologii i potrafi z 
niej korzystać.

-   Murphy   ma  najnowszy   model   dojarki  -   zauważył  Gray.   -   A  także 

traktor, który jest przykładem zastosowania najnowocześniejszej technologii.

- I używa go do wydobywania torfu - zakończyła Shannon. - A w żyłach 

płynie mu celtycka mistyka. Nie wmówisz mi, że nie wierzy w duchy i wróżki.

- Zgoda. Przyznam, że Murphy to fascynujące połączenie starej i nowej 

Irlandii. A wracając do twojego pytania - wierzę w wizje. - Pomyślał chwilę. - 
Całkowicie.

- Och, Graysonie. - Zawiedziona, wstała i przeszła dwa kroki ścieżką. 

Odwróciła się i zbliżyła z powrotem. - Jak możesz, siedząc tutaj w adidasach 
firmy „Nike”, z zegarkiem marki „Rolex” na ręku, mówić mi, że wierzysz w 
wizje?

Popatrzył na buty. - Lubię te buty, a zegarek jest bardzo punktualny.
-   Wiem   bardzo   dobrze,   co   chcesz   powiedzieć.   Nie   masz   zamiaru 

przejmować   się   nadchodzącym   dwudziestym   pierwszym   wiekiem   i   wolisz, 
siedząc tutaj, twierdzić, że wierzysz w piętnastowieczne brednie.

-   Nie   uważam   tego   za   brednie   i   nie   jest   to   związane   z   piętnastym 

wiekiem. Wydaje mi się, że bierze początek znacznie wcześniej i nie zniknie 
jeszcze przez kilka tysiącleci.

-   I   z   pewnością   wierzysz   także   w   duchy,   reinkarnację   i   ropuchy 

przemieniające się w pięknych królewiczów.

- Ha! - zaśmiał się i pociągnął ją za rękę, żeby usiadła. - Nie powinnaś 

zadawać pytań, jeśli odpowiedź cię nie interesuje. - Kiedy obraziła się, zaczął 
bawić się jej palcami. - Wiesz, że kiedy przybyłem do tej części Irlandii, nie 
miałem zamiaru tu zostać. Może z sześć miesięcy, napisać książkę, a potem 
spakować manatki. Z tą myślą żyłem i pracowałem. Niezaprzeczalnie Brianna 
jest głównym powodem tego, że zmieniłem swój zamysł. Ale jest coś więcej. 
Rozpoznałem to miejsce.

- Och, Gray!

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 232

   

- Pewnego ranka szedłem przez pole i zobaczyłem stojące kamienie. 

Zafascynowały   mnie.   Poczułem   uderzenie   jakiejś   siły,   co   mnie   wcale   nie 
zdziwiło.

Ręka Shannon zesztywniała. - Czy to właśnie masz na myśli?
- Tak. Z przyjemnością spacerowałem tą drogą, jechałem na klify, do 

wsi, zwiedzałem ruiny i cmentarze. Czułem się z tym jakoś związany. Nigdy z 
niczym nie czułem się tak związany. Nie miewałem wizji, ale wiedziałem, że 
bawiłem już niegdyś w tych stronach i moim przeznaczeniem jest wrócić.

- I nie cierpła ci skóra na myśl o tym?
- Pokonałem lęk - powiedział wesoło. - Pomogła mi w tym miłość do 

Brianny. A czego ty się boisz, dziewczyno?

- Nie wiem. Mam sny.
- Mówiłaś już. Opowiesz mi o nich teraz?
- Muszę komuś opowiedzieć - powiedziała cicho. - Gdy zaczynam o 

nich   mówić   z   Murphym...   wpadam   w   panikę.   Mam   wrażenie,   jakby   coś 
usiłowało mnie powstrzymać. Nie jestem histeryczką, Gray, ani dziwaczką. 
Ale nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego.

Zaczęła   mu   powoli   opowiadać   pierwszy   sen.   Szczegółowo,   ze 

wszystkimi   emocjami.   Słowa   przychodziły   jej   z   łatwością,   nie   miała 
ściśniętego gardła tak, jak to się działo za każdym razem, gdy próbowała o tym 
mówić z Murphym. Gnębiła ją świadomość, że istnieje coś więcej ponad to, 
jakiś element, którego nawet przed sobą nie chciała wyjawić.

- Murphy ma broszę - zakończyła. - Murphy ma broszę, którą widziałam 

w snach. Znalazł ją w kamiennym kręgu, będąc chłopcem, i jak twierdzi, od 
tamtego czasu miewa takie same sny.

Zafascynowany   opowieścią   Gray   układał   na   zimno   w   jakiś   ciąg 

poszczególne   fakty   i   obrazy.   W   końcu  gwizdnął   z  podziwem.   -   To   ciężka 
sprawa!

- Co o tym sądzisz? Ja czuję się tak, jakby wisiał mi nad szyją stukilowy 

topór.

Zmrużył oczy. - Powiedziałem, że sprawa jest ciężka, ale nie straszna. 

Na pewno nie jest straszna.

- Tak, ale ja się boję. Nie podoba mi się to, że podświadomość działa 

bez mojej zgody. I to okropne uczucie, że kiedy próbuję ustalić, co się ze mną 
dzieje, nie jestem w stanie tego zrobić. Nie mam na to wpływu. Gray, kiedy 
widzę, jak magik znika w chmurach dymu, wiem, że to sztuczka. Podoba mi 
się to i dobrze się bawię, jeśli robi to umiejętnie. Ale jestem w pełni świadoma, 
że kryje się w tym jakiś podstęp, że mnie zwodzi.

- Znowu stąpasz po ziemi, dziewczyno. Jak się ma logika do tego, czego 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 233

   

logicznie nie da się wytłumaczyć. Cóż zdziała rozum przeciw emocjom? Czy 
próbowałaś swobodnie zastanowić się nad tym, która strona bierze górę?

-   Tak,   zastanawiałam   się   i   doszłam   do   wniosku,   że   znajdę   sobie 

psychoanalityka   -   powiedziała   półgłosem.   -   Wmawiam   sobie,   że   te   sny 
skończą się raz na zawsze, kiedy wrócę do Nowego Jorku, do dobrze znanej mi 
rutyny.

- Ale lękasz się, że może być inaczej?
- Tak. Tego się obawiam. I boję się, że Murphy nie zrozumie, dlaczego 

muszę wyjechać.

- A ty rozumiesz? - zapytał Gray spokojnie.
- Logicznie rozumując. Tylko logicznie mogę tłumaczyć swoje związki 

z tym miejscem. Z Murphym, z wami wszystkimi. Wiem, że muszę wyjechać i 
że nie chcę zrywać tych więzów. Wiem także, iż moje życie nigdy już nie 
będzie   tak   spokojne,   jak   przedtem.   Ale   nie   mogę   pozwolić,   żeby   sny   się 
ziściły, Gray. Nie mogę zostać i pozwolić, by życie wymknęło mi się spod 
kontroli. Nawet dla Murphy'ego.

- Chcesz rady?
Uniosła ręce, ale zaraz je opuściła. - Do diabła! Chcę tylko tego, co jest 

realne!

- Pomyśl do czego wracasz i co zostawiasz za sobą. Zrób sobie listę, 

jeśli ci to może pomóc. Ujmij wszystko z logicznego punktu widzenia, a potem 
porównaj jedno z drugim i zobacz, na którą stronę przechyla się szala.

- Dobra standardowa rada. - Zadumała się. - Ale nie jest zła. Dziękuję.
- Wręczę ci rachunek....
Roześmiała   się   i   położyła   mu   głowę   na   ramieniu.   -   Naprawdę   cię 

kocham...

Poruszony i zadowolony, pocałował ją w czoło. - Ja również.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 234

   

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

Shannon   zachwyciła   się   galerią   „Worldwide”   w   hrabstwie   Clare. 

Mieściła   się   ona   w   budynku   w   dworskim   stylu.   Biło   z   niego   jakieś 
dostojeństwo.   Murphy   wyjaśnił   Shannon,   gdy   wysiadła   z   ciężarówki,   że 
ogrody projektowała Brianna. Shannon była pełna podziwu.

- Brianna niczego nie sadziła - mówił - nie miała czasu przez wzgląd na 

swe   codzienne   obowiązki   w   kuchni   i   w   ogrodzie,   ale   wyrysowała   plany, 
wskazała rozmieszczenie każdej dalii i każdego krzaka róży.

- Kolejne przedsięwzięcie rodzinne.
-   Tak,   rzeczywiście.   Rogan   i   Maggie   pracowali   z   architektem   nad 

wyglądem budynku. Doglądali każdego maźnięcia pędzlem. Oczywiście żywo 
się kłócili - przypomniał sobie, biorąc Shannon za rękę. Nie opodal kręcił się 
Gray. - Wszyscy pracowali z wielkim oddaniem.

Shannon   przyglądała   się   samochodom,   które   zaparkowały   przy 

wyjeździe. - Wydaje się, że galeria prosperuje dobrze.

- Złożył tu wizytę prezydent Irlandii. - W głosie Murphy'ego brzmiał 

podziw i duma. - Przyjechał tu dwa razy i kupił jedną z prac Maggie, inni 
także. To wielka rzecz ziścić sny, dać im solidne podstawy.

-   Tak.   -   Shannon   zrozumiała,   co   się   kryło   pod   tymi   słowami,   toteż 

ucieszyła się, kiedy Brianna wraz z resztą towarzystwa przyłączyła się do nich.

- Trzymaj ręce w kieszeniach, Liamie Sweeneyu - ostrzegała Maggie. - 

Inaczej zakuję cię w kajdanki. - Ale nie wierząc, że pogróżki na coś się zdadzą, 
wzięła go na ręce. - Jak ci się podoba, Shannon?

- Myślę, że jest piękna i w każdym stopniu tak samo imponująca, jak te 

w Dublinie i Nowym Jorku.

- Jest jak dom - stwierdziła Maggie i zaniosła Liama do wejścia.
Shannon   wchłaniała   zapachy.   Pachniały   róże,   rozpływała   się   woń 

peonii, niósł się zapach przystrzyżonego, gęstego niczym aksamit trawnika. 
Kiedy   weszła   do   środka,   stwierdziła,   że   jest   to   dom   w   rzeczywistości. 
Starannie umeblowany, z wielkim poczuciem smaku.

W   głównym   holu   wisiały   na   ścianach   obrazy.   Pomysłowe   portrety 

rysowane ołówkiem odzwierciedlające nastroje Irlandczyków. W głównej sali 
znajdowały   się   senne   akwarele,   pasujące   idealnie   do   fantazyjnej   kanapy   i 
spokojnych   barw   pomieszczenia.   Stały   tam   także   rzeźby,   niezrównana 
ceramika Maggie i popiersie młodej kobiety cięte w marmurze. Na lśniącym 
drewnie  ktoś   wymalował  małe,   wyglądające   jak  żywe,   elfy.   Ręcznie  tkany 
dywan w soczystych błękitach uświetniał podłogę, a sofę udrapowano gęsto 
tkaną, miękką narzutą.

W połyskujących wazonach i wypalanych glinianych naczyniach stały 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 235

   

kwiaty świeżo zerwane dzisiejszego ranka.

Mile zaskoczył Shannon widok własnego obrazu na ścianie. Podeszła 

bliżej, zdumiona, patrząc na akwarelę przedstawiającą Briannę.

- Jestem taka dumna, że to tutaj wisi - rzekła Brianna, stając za jej 

plecami. - Maggie powiedziała mi, że Rogan wystawił trzy twoje prace, ale nie 
wiedziałam, że ta jest wśród nich.

-   Trzy?   -   Shannon   ogarnęło   dziwne   uczucie.   Serce   zaczęło   bić   jej 

szybciej.

Podeszła Maggie, uspokajając kręcącego się Liama. - Najpierw chciał 

wystawić   tylko   jeden   -   Taniec,   ale   zadecydował,   że   na   kilka   dni   powiesi 
również   i   te   dwa.   Pragnie   zaciekawić   klientów.   Dać   im   posmak   tego,   co 
zobaczą na twojej wystawie. Chce zrobić w ten sposób wrzawę wokół ciebie. 
Już dostał propozycję kupna Tańca.

- Ktoś chce to kupić? - Na tę wiadomość Shannon ścisnęło się gardło. - 

Naprawdę? - wydusiła z siebie.

- O ile pamiętam, osoba ta dawała dwa tysiące funtów. A może trzy. - 

Maggie wzruszyła ramionami, gdy Shannon bezmyślnie się na nią gapiła. - 
Oczywiście Rogan chce dwa razy tyle.

- Jak to dwa razy tyle? - Zaszokowana Shannon była pewna, że Maggie 

sobie żartuje. - Potrząsnęła głową. - Nie kpisz?

- Nie. To Rogan jest taki zachłanny - powiedziała Maggie z uśmiechem. 

- Zawsze mu mówię, że żąda horrendalnych cen, ale on uwielbia za każdym 
razem udowadniać mi brak racji. Faktycznie tyle mu płacą. Jeśli teraz chce za 
to sześć tysięcy funtów, dostanie je. Możesz być pewna.

Shannon z wrodzoną sobie logiką zaczęła przeliczać tę sumę na dolary, 

a potem umieściła ją w banku. Jako artystka jednakże, czuła się podniecona i 
przestraszona zarazem.

- W porządku, chłopcze - powiedziała Maggie do niespokojnego Liama. 

-   Teraz   twój   ojciec   zajmie   się   tobą,   jego   kolej.   -   Wyszła   z   dzieckiem, 
zostawiając Shannon z oczami utkwionymi w obraz.

- Kiedy sprzedawałem jednoroczne źrebię - zaczął Murphy spokojnym 

głosem - serce mi się krajało. - Uśmiechnął się lekko, gdy Shannon zwróciła 
ku niemu twarz. - Sam go odbierałem, kiedy klacz się źrebiła, i zostałem tam 
tak długo, aż go nakarmiła po raz pierwszy. Ćwiczyłem go na postronku i 
bardzo się martwiłem, kiedy nadwerężył nogę. Musiałem go jednak sprzedać, 
dobrze o tym wiedziałem. Nie można zajmować się hodowlą koni, nie robiąc 
na nich interesów. Wciąż jednak trudno mi się z tym pogodzić.

-   Nigdy   dotychczas   nie   sprzedałam   żadnego   ze   swoich   obrazów, 

dawałam je tylko w prezencie, a to nie to samo. - Shannon wzięła głęboki 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 236

   

oddech. - Nie wiedziałam, że to takie uczucie. Jestem podniecona, zakłopotana 
i niewiarygodnie smutna.

- Może łatwiej będzie ci to przyjąć, gdy dowiesz się, że Gray zagroził 

Roganowi,   że   go   oskalpuje,   jeśli   ten   odważy   się   sprzedać   Brianną   komuś 
innemu...

- Powinnam im to dać.
Murphy nachylił się i szepnął jej do ucha: - . Mów takie rzeczy po 

cichu, Rogan ma dobry słuch.

Shannon rozbawiła się, podała rękę Murphy'emu i razem przeszli do 

następnej sali.

Minęła   przeszło   godzina,   zanim   Shannon   zdecydowała   się   wejść   na 

piętro. Tyle rzeczy ją zachwyciło. Tak wiele rzeczy zapragnęła mieć. Pierwszą 
pracą, która przyciągnęła jej wzrok w salonie na górze, był długi, wijący się 
strumień zastygłego szkła w kształcie smoka. Niemal widziała, jak rozkłada 
skrzydła mieniące się barwami tęczy. Wygina szyję, gwałtownie odwracając 
głowę, i zamiata ogonem.

-   Muszę   to   mieć!   -   Zachłannie   przebiegała   palcami   wzdłuż 

serpentynowatego ciała potwora. To było dzieło Maggie. Shannon nie musiała 
szukać inicjałów M.M., wyrytych w podstawie ogona, żeby się tego domyślić.

- Czy mogę to dla ciebie kupić?
- Nie - odparła stanowczo. - Marzyłam o pewnej pracy Maggie przez 

ponad rok i wiem dokładnie, ile żąda Rogan. Mogę sobie na to teraz pozwolić. 
Zaznaczam, że też z ledwością, Murphy.

- Przecież przyjęłaś kolczyki. - To, że wciąż je nosiła, sprawiało mu 

wielką przyjemność.

- Tak, to uroczy podarunek. Ważne jest dla mnie jednak to, żeby samej 

kupić coś, co zrobiła moja siostra.

Oczy Murphy'ego straciły uparty wyraz. - Ach, to dlatego. Cieszę się.
- Ja także bardzo się cieszę. - Rozchyliła usta, kiedy się nad nią pochylił.
- Bardzo przepraszam - powiedział Rogan, stając w wejściu. - Chyba 

przeszkodziłem.

-  Nie.  -  Shannon podeszła  do niego z  wyciągniętymi rękoma.  -  Nie 

potrafię ci powiedzieć, jak się czuję, widząc tutaj swoje obrazy. Nigdy o tym 
nie marzyłam, ale moja matka tego pragnęła. Dziękuję ci. - Wzięła go za ręce i 
mocno ucałowała. - Dziękuję ci. Sprawiłeś, że jej sny stały się prawdą.

- To bardzo miłe. Ufam, że będziemy kontynuować współpracę owocną 

dla   nas   obojga   w   przyszłości.   -   Dostrzegł   jej   wahanie   i   chcąc   się   mu 
przeciwstawić,   dorzucił:   -   Brianna   poszła   do   kuchni.   Nie   zostawiajcie   jej 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 237

   

samej. Przyjdźcie na herbatę.

- Dopiero zaczęłam oglądać to piętro i właśnie chciałam cię prosić o 

minutę rozmowy.

-   O,   tu   jesteś   Rogan.   -   Maggie   z   filuternym   uśmiechem   weszła   do 

salonu. - Oddałam Liama Grayowi. Powiedziałam, że dobrze zrobi, jeśli za 
nim pobiega, Kayla niebawem zacznie chodzić. - Wzięła Rogana pod ramię. - 
Brianna przygotowała herbatę. Była też tak wspaniałomyślna, że przyniosła z 
domu pudełko herbatników z cukrem.

- Zaraz zejdę na dół. - Rogan pogładził niedostrzegalnie rękę Maggie. - 

Pójdziemy do biura, Shannon?

-   Niekoniecznie.   Chciałam   pomówić   o   tym   smoku.   -   Nie   musiała 

wskazywać rzeźby.

-   Ach,  Oddech   Ognia  -   powiedział,   kiwając   głową.   -   Praca   jest 

wyjątkowa.

-   Ma   rację   -   wtórowała   Maggie.   -   Harowałam   nad   tym   okropnie. 

Zaczynałam trzy razy, zanim się udało.

- Bardzo bym chciała ją kupić. - Shannon umiała świetnie się targować. 

Nieraz musiała się zmierzyć z niezwykle zdolnymi sprzedawcami w małych 
galeriach Soho. W tym przypadku jednak te umiejętności nie miały znaczenia, 
gdyż   opanowała   ją   bezgraniczna   żądza   posiadania.   -   Chciałabym   załatwić 
sprawę kupna i poprosić cię o przesłanie rzeźby do Nowego Jorku.

Nikt inny oprócz Maggie nie zauważył, że Murphy nagle całkowicie 

zamarł.

- Rozumiem - powiedział Rogan, wpatrując się w twarz Shannon. - To 

jedna z bardziej wyjątkowych prac.

- Bezsprzecznie. Wypiszę czek.
Maggie odwróciła twarz od Murphy'ego i zacisnęła pięści do walki. - 

Rogan, nie pozwolę ci!

Shannon   z   rozbawieniem   patrzyła,   jak   Maggie   zamilkła,   gdy   Rogan 

uciszył   ją   gestem   dłoni.   -   Artystom   trudno   uwolnić   się   od   emocjonalnego 
przywiązania do swoich dzieł - powiedział spokojnie, choć żona wpatrywała 
się w niego piorunującym wzrokiem. - Dlatego potrzebują partnerów z głową 
na karku.

-   Bałwan!   -   wycedziła   przez   zęby   Maggie.   -   Krwiopijca.   Cholerne 

kontrakty. Zmusza mnie do ich podpisywania, jakby nie dość było tego, że 
urodziłam mu dziecko i noszę właśnie drugie.

Rzucił jej przelotne spojrzenie. - Skończyłaś? - zapytał i ciągnął dalej, 

zanim zdążyła go przekląć. - Jako partner Maggie mówię także w jej imieniu. 
Chcielibyśmy, żebyś przyjęła to od nas w podarunku.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 238

   

Shannon zaczęła protestować, a Maggie bełkotała zdumiona: - Roganie 

Sweeneyu, nigdy w życiu nie sądziłam, że usłyszę coś takiego z twoich ust. - 
Wybuchnęła radosnym śmiechem, ujęła twarz męża w dłonie i całowała go 
mocno   i   długo.   -   Kocham   cię!   -   Wciąż   rozpromieniona   zwróciła   się   do 
Shannon: - Nie waż się sprzeczać! To nadzwyczajna chwila. Jestem zdumiona 
zachowaniem mężczyzny, którego poślubiłam. Lepiej uściśnijcie sobie dłonie, 
zanim Rogan zamieni się znów w skąpca.

Zniewolona życzliwością, Shannon zrobiła, co jej kazano. - Jesteście 

tacy   wspaniałomyślni.   Dziękuję.   Chyba   napiję   się   teraz   herbaty,   a   później 
napatrzę na to cudo i skończę zwiedzanie.

- Zaprowadzę cię na dół. A co z wami, Maggie, Murphy?
- Zaraz przyjdziemy. - Maggie posłała Murphy'emu porozumiewawcze 

spojrzenie. Czekali, aż ucichły kroki na schodach. Pomyślała, że najlepiej nic 
nie   mówić   przez   chwilę,   i   serdecznie   objęła   Murphy'ego.   -   Shannon   nie 
wiedziała, co mówi - zaczęła Maggie - o tym powrocie do Nowego Jorku.

Cóż może  stać  się  gorszego,  pomyślał,  przymykając  oczy.  Tłumił w 

sobie głuchy, przenikliwy ból. - To dla niej takie naturalne, ten wyjazd.

- Jeśli chcesz, żeby została, musisz walczyć.
Objął Maggie mocno. Mógłby walczyć, gdyby nieprzyjaciel był z krwi i 

kości.   Ale   przyszło   mu   zmagać   się   z   czymś   nieuchwytnym   i   ulotnym   jak 
zjawa. Nie potrafił wyobrazić sobie ani życia, jakie tam wiodła, ani miejsc, w 
których przebywała. Nie wiedział, jakie nawiedzają ją wspomnienia.

- Nie poddałem się jeszcze - powiedział stanowczo, co rozbudziło w 

Maggie nadzieję. - I na Boga, to nie może być ostateczna decyzja.

Murphy nie pytał, czy Shannon chce wrócić na farmę, lecz po prostu ją 

tam zawiózł. Kiedy wysiedli z ciężarówki, nie zaprowadził jej do domu. Szedł 
dalej.

- Czy musisz coś zrobić przy zwierzętach? - Popatrzyła na jego obuwie. 

Nie ubrał kaloszy, miał wciąż na nogach buty, które nakładał do kościoła i do 
miasta.

- Później.
Był   wściekły.   Wyczuwała   to   całą   drogę   powrotną   z   Ennistymon. 

Martwiła się, że wciąż rozmyśla o tym, co powiedzieli sobie na Loop Head. Za 
jego powierzchowną łagodnością krył się wielki upór i szalona pasja. Ogarnęła 
ją nagła panika, że zechce nalegać, aby porozmawiali znowu o snach.

- Murphy, widzę, że jesteś zły. Czy nie możemy odłożyć tej rozmowy?
- Już i tak za długo ją odkładaliśmy. - Patrzył na pasące się konie. Miał 

już kupca na gniade źrebię, które stało dumnie nie opodal. Wiedział, że musi je 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 239

   

sprzedać.

Jest jednak coś, czego mężczyzna za żadną cenę nie może oddać. Czuł, 

jak   ręka   Shannon   drży   nerwowo.   Napięcie   wzrosło   jeszcze   bardziej,   gdy 
wciągnął  ją  do  kamiennego  kręgu.   Puścił  i   zwrócił  się  do  niej  twarzą,   nie 
dotykając jej.

- To musi stać się tutaj. Wiesz o tym.
Chociaż serce jej zadrżało, patrzyła odważnie mu w oczy. - Nie wiem, o 

czym mówisz.

Nie miał pierścionka, ale wiedział, jaki chciałby jej podarować - złoty z 

sercem i z koroną. Teraz mógł jej jednak ofiarować tylko siebie.

-   Kocham   cię,   Shannon.   Tak   bardzo,   jak   tylko   mężczyzna   potrafi 

kochać kobietę. Mówię ci to tutaj, na tej świętej ziemi, gdy słońce oświetla 
swym blaskiem krąg.

Dudniące   nerwowo   serce   Shannon   zalała   fala   gorącego   uczucia. 

Widziała zdecydowanie w oczach Murphy'ego. Potrząsnęła głową, ale jego nic 
już nie mogło powstrzymać.

- Proszę, żebyś wyszła za mnie za mąż. Pozwoliła mi dzielić z tobą 

życie. Proszę cię o to tutaj, na tej świętej ziemi, gdy słońce oświetla swym 
blaskiem krąg.

Wybuchły   w   niej   szalone   emocje,   ale   nie   pozwoliła   im   nad   sobą 

zapanować.

- Nie proś mnie, Murphy.
- Już cię poprosiłem, ale ty nie dałaś odpowiedzi.
- Nie mogę. Nie mogę zrobić tego, o co prosisz.
Oczy mu zapłonęły, pojawiły się w nich, niczym bliźniacze słońca, ból i 

gniew.   -   Będzie,   jak   postanowisz.   Powiedz,   że  nie   chcesz,   ale   powiedz   to 
szczerze.

- Nie chcę i starałam się być uczciwa już od początku.
- Tak samo w stosunku do mnie, jak i do siebie - uciął krótko. Krwawił 

ze stu ran i nic nie mógł na to poradzić.

- Próbowałam być szczera. - Odpowiadała gniewem na gniew, raną za 

ranę. - Mówiłam ci cały czas, że nie chcę wiązać się z tobą. Nigdy nawet nie 
udawałam,  że jest  inaczej.  Sypiałam  z  tobą -  powiedziała podniesionym  w 
przestrachu głosem. - Sypiałam, ponieważ cię pragnęłam. Ale to nie oznacza, 
że zmienię dla ciebie wszystko.

- Mówiłaś, że mnie kochasz...
- Kocham cię - powiedziała z furią. - Nigdy nikogo nie kochałam tak, 

jak ciebie. To jednak nie wystarczy.

- Dla mnie to wystarczająco dużo.

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 240

   

-   Dla   mnie   nie.   Nie   jestem   tobą,   Murphy.   Nie   jestem   Brianną   ani 

Maggie. - Zawirowało jej w głowie, musiała wesprzeć się o kamień. - Jeśli 
cokolwiek straciłam, kiedy moja matka powiedziała mi, kim jestem, już to 
odzyskałam. Złapałam równowagę. Murphy, mam swoje życie. - Zwróciła ku 
niemu oczy przesłonięte gniewem. - Czy sądzisz, że nie wiem, czego chcesz? 
Widziałam twoją twarz, kiedy wróciłeś rano, a ja przygotowywałam śniadanie. 
Tego właśnie chcesz, Murphy! Kobiety, która zajmie się twoim domem, będzie 
czekała   na   ciebie   w   łóżku,   urodzi   ci   dzieci,   kobiety,   której   do   szczęścia 
wystarczy ogród, widok na dolinę i płonący torf na kominku.

Dotknęła sedna jego istoty.
- Czy dla ciebie te wszystkie rzeczy nie mają znaczenia?
-   Po   prostu   nie   są   dla   mnie   -   odparła.   -   Zajmę   się   swoją   karierą. 

Marzyłam o niej dość długo. Mam swój kraj, miasto i dom, do których chcę 
wrócić.

- Tutaj jest twój dom.
- Tutaj mam rodzinę - powiedziała ostrożnie. - Są tu ludzie, którzy wiele 

dla mnie znaczą. Ale nie mam tu domu.

- Co cię powstrzyma? Co powstrzyma? - pytał. - Myślisz, że chcę ciebie 

po   to,   żebyś   gotowała   mi   posiłki   i   prała   moje   koszule.   Przez   długie   lata 
robiłem to sam i dalej mogę to robić! Mogę ci obiecać, że nie kiwniesz w 
domu palcem, do cholery! Mogę zatrudnić kogoś, jeśli już o to chodzi! Nie 
jestem   biedakiem.   Chcesz   robić   karierę?   Kto   cię   prosi,   żebyś   ją   rzuciła? 
Możesz malować od świtu do zmierzchu, a ja tylko będę z ciebie dumny.

- Nie rozumiesz mnie.
- Nie, nie rozumiem. Nie rozumiem, jak to możliwe, że rezygnujesz z 

miłości, uciekasz od niej. Uciekasz ode mnie. Na jaki pójdziesz kompromis? 
Możesz prosić, o co zechcesz.

- Kompromis? - krzyknęła, ponieważ siła jego uczucia ścisnęła ją za 

serce.   -   Jaki   znów   kompromis,   Murphy!   Nie   rozmawiamy   o   żadnych 
zmianach.   To   nie   jest   kwestia   przeprowadzenia   się   do   nowego   domu   albo 
miasta. Urodziliśmy się na dwóch różnych kontynentach, w dwóch różnych 
światach. Dzieli nas przepaść! Nie zastanawiamy się, jak rozłożyć obowiązki 
między siebie. Chcesz, żebym rzuciła coś, dla czegoś diametralnie różnego. 
Dla ciebie nic się nie zmieni, dla mnie zmieni się wszystko. Prosisz o zbyt 
wiele.

- Przecież to nasze przeznaczenie! Jesteś zaślepiona.
- Niech cholera weźmie twoje sny, Murphy, te wiecznie błąkające się 

duchy. Jestem z krwi i kości, tu i teraz - powiedziała, desperacko starając się 
przekonać  i  siebie,   i  jego.   -  Dałam  ci  tyle,   ile  mogłam  dać.   Kiedy  jednak 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 241

   

prosisz o więcej, nie mam wyboru, muszę cię zranić.

- Nie chcesz uwierzyć, że masz wybór - odpowiedział. Jego oczy stały 

się   chłodne,   pod   lodowatym   błękitem   kryla   się   rozpacz.   -   Mówisz,   że 
odjedziesz, wiedząc o tym, co tutaj odkryliśmy! Wiedząc, co do mnie czujesz! 
Mówisz, że wrócisz do Nowego Jorku i spróbujesz tam żyć szczęśliwie.

- Będę żyć tak, jak muszę żyć. Tak jak potrafię.
- Odrzucasz moje serce. To okrutne z twojej strony.
- Ja jestem okrutna? A czy ty sądzisz, że nie ranisz mnie, stawiając tutaj 

i prosząc, żebym wybierała między przeciwieństwami. - Nagle zrobiło jej się 
chłodno, splotła ciasno ręce na piersiach. - Och, jakie to proste dla ciebie, 
Murphy! Jakie to proste! Nic nie ryzykujesz, nic nie tracisz. Niech cię diabli! - 
Zalała ją gorycz. - Nie będziemy mogli już żyć normalnie... - Z tymi słowami 
na ustach odwróciła się i pobiegła. Poganiał ją gniew. Zranione uczucia i ból w 
sercu. Wydawało jej się, że wraz z nią biegnie ktoś jeszcze, wewnątrz niej. 
Równie nieszczęśliwy, jak ona. W równie beznadziejnej sytuacji.

Biegła przez pola nie zatrzymując się, przemknęła przez ogród Brianny 

i nie przystanęła, gdy drzemiący pies zerwał się, by ją powitać. Wpadła do 
domu. Minęła zaskoczoną Briannę, która zdążyła tylko zawołać ją po imieniu. 
Dobiegła do drzwi pokoju i zatrzasnęła je za sobą. Nie miała już gdzie uciekać.

Brianna czekała godzinę, zanim zapukała cicho do drzwi. Myślała, że 

Shannon   płacze   albo   usnęła   we   łzach.   Brianna,   rzuciwszy   okiem   na   twarz 
Shannon, kiedy ta mijała ją w biegu, nie miała żadnych wątpliwości. Shannon 
była nieszczęśliwa i zdenerwowana.

Kiedy otworzyła drzwi, nie zastała jednak Shannon płaczącej.
Shannon malowała:
- Zaraz zabraknie mi światła. - Shannon nawet na nią nie spojrzała. 

Malowała  gwałtownymi   ruchami   w  podnieceniu.   -  Potrzebuję   lamp,   muszę 
mieć światło.

- Zaraz ci przyniosę. - Brianna postąpiła krok do przodu.
Shannon nie była smutna. Zachowywała się, jak rażona obłędem.
- Nie mogę teraz rozmawiać. Muszę to skończyć. Muszę to z siebie 

wydobyć raz na zawsze. Więcej światła, Brie, proszę.

- Dobrze, zaraz się tym zajmę. - Brianna ostrożnie zamknęła za sobą 

drzwi.

Shannon   pracowała   całą   noc.   Nigdy   wcześniej   tego   nie   robiła.   Nie 

odczuwała,   jak   dotąd,   takiej   potrzeby.   Nie   zależało   jej   na   tak   szybkim 
ukończeniu pracy. Teraz stało się inaczej. Ranek rozpoczął się już na dobre, 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 242

   

kiedy skończyła. Miała zdrętwiałe ręce, płonące oczy i była półprzytomna. Nie 
tknęła tacy, którą Brianna przyniosła wieczorem. Teraz także nie chciało jej się 
jeść.

Nie patrząc na ukończone płótno, wrzuciła pędzle do słoika z terpentyną 

i rąbnęła się w ubraniu na łóżko.

Obudziła się pod wieczór obolała i drżąca. Nic jej się nie śniło albo 

niczego nie pamiętała. Spała głęboko, zapomniawszy o uczuciach i trosce.

Szybko   zrzuciła   ubranie,   wykąpała   się   i   przebrała.   Ani   razu   nie 

spojrzała na obraz, który rozpoczęła i zakończyła w ciągu jednej beznadziejnej 
nocy.   Chwyciła   nie   tkniętą   tacę   i  zniosła   ją  na  dół.   Zobaczyła   Briannę   na 
korytarzu, żegnającą się z gośćmi. Minęła całą grupkę w milczeniu i weszła do 
kuchni. Postawiła tacę i nalała sobie kawy, którą zaparzyła dla niej Brianna 
kilka godzin temu.

- Zrobię ci świeżej - zaofiarowała się Brianna, gdy weszła do kuchni.
- Nie, ta wystarczy. - Próbując się uśmiechnąć, podniosła filiżankę do 

ust. - Przepraszam bardzo, zmarnowałam posiłek.

- Nieważne. Chciałam zauważyć, że nie jadłaś nic od wczoraj i jesteś 

blada.

- Nie wydaje mi się, żebym była głodna. - Pozbawiona całkiem energii, 

Shannon usiadła przy stole.

- Pokłóciłaś się z Murphym?
- I tak, i nie. Nie chcę o tym teraz mówić.
Brianna postawiła gulasz na kuchence i podeszła do lodówki. - Nie będę 

zatem nalegać. Skończyłaś malować?

- Tak. - Shannon zamknęła oczy. Musiała jeszcze coś zakończyć. - Brie, 

chciałabym zobaczyć teraz listy. Muszę je przejrzeć.

- Jak zjesz - powiedziała Brianna, krojąc chleb. - Zadzwonię do Maggie, 

jeśli nie masz nic przeciwko temu. Powinnyśmy zrobić to razem.

-   Zadzwoń.   -   Shannon   odstawiła   filiżankę.   -   Powinnyśmy   to   zrobić 

razem.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 243

   

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

Ciężko było patrzeć na trzy cienkie listy, związane wyblakłą czerwoną 

wstążeczką.   Mężczyzna,   do   którego   należały,   musiał   być   sentymentalny, 
myślała   Shannon.   Przewiązał   zaledwie   trzy   listy   wstążeczką,   której   czas 
odebrał później kolor.

Shannon nie prosiła o brandy, ale poczuła wdzięczność, gdy Brianna 

postawiła karafkę w zasięgu jej ręki. Siedziały w rodzinnym salonie, wszystkie 
trzy. Dzieckiem zajął się Gray, który zabrał je od Maggie.

W domu zaległa cisza.
W  świetle  lampy,   bo  słońce  już  zachodziło,   Shannon  zebrała  się   na 

odwagę   i   otworzyła   pierwszą   kopertę.   Pismo   jej   matki   nie   zmieniło   się, 
poznała je od razu. Było staranne i w jakiś sposób oszczędne.

„Mój Najdroższy Tommy.”
Tommy,   pomyślała   Shannon,   patrząc   na   nagłówek.   Nazywała   go   w 

listach   Tommy.   Użyła   tego   samego   zdrobnienia,   gdy   rozmawiała   o   nim   z 
Shannon po raz pierwszy i ostatni. Dla Shannon pozostał on jednak Tomem. 
Tomem Concannonem, po którym odziedziczyła zielone oczy i kasztanowe 
włosy. Tomem Concannonem, który nie był dobrym farmerem, ale za to był 
dobrym ojcem. Mężczyzną, który złamał przysięgę małżeńską, pokochał inną 
kobietę i pozwolił jej odejść. Człowiekiem, który chciał zostać poetą i dorobić 
się fortuny, ale nie osiągnął niczego.

Czytała dalej i słyszała głos swojej matki, a w nim miłość i dobroć. Ani 

śladu żalu. Shannon nie znalazła słowa skargi w liście, który mówił o miłości, 
obowiązkach i złożonej naturze wyboru. O pamięci i tęsknocie.

„Na   zawsze   Twoja”,   brzmiała   końcówka   listu.   „Na   zawsze   Twoja   - 

Amanda.”

Bardzo ostrożnie Shannon schowała pierwszy list do koperty.
- Mówiła mi, że jej odpisywał. Nie znalazłam jednak żadnego listu.
-   Nie   zachowała   ich   -   szepnęła   Brianna   -   z   szacunku   do   męża.   Z 

lojalności i miłości do niego.

- Tak. - Shannon pragnęła w to wierzyć. Przecież ten mężczyzna dawał 

jej   wszystko   z   siebie   dłużej   niż   dwadzieścia   pięć   lat.   Z   pewnością   na   to 
zasługiwał.

Otworzyła   drugi   list.   Zaczynał   się   tak   samo   jak   pierwszy.   Między 

wierszami   można   było   odczytać   coś   więcej   niż   wspomnienie   krótkiej, 
zakazanej miłości.

-  Wiedziała  już,   że  jest  w  ciąży   -  powiedziała  Shannon  z  trudem.   - 

Kiedy   pisała   ten   list,   wiedziała   już.   Była   przestraszona,   a   może   nawet 
załamana. Nie dziwię się. Pisała jednak spokojnie, nie chciała, by wiedział, czy 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 244

   

nawet się domyślał.

Maggie  wzięła  list,   gdy   Shannon   go   odłożyła.   -   Może   potrzebowała 

czasu na podjęcie decyzji, co ma robić, co może zrobić. Jej rodzina - co odkrył 
detektyw Rogana - nie chciała jej pomóc.

- Wiem. Kiedy im powiedziała, nalegali, żeby wyjechała i usunęła ciążę, 

aby uniknąć skandalu. Ale nie chciała.

- Pragnęła ciebie - powiedziała Brianna.
- Tak, chciała, żebym się urodziła. - Shannon otworzyła ostatni list. List 

okazał się wzruszający.

Jak   mogła   się   cieszyć?   zastanawiała   się   Shannon.   Strach   i   niepokój 

zdominowała nie ukrywana radość. Co więcej, Amanda odrzucała wstyd - a 
tego   oczekiwano   od   niezamężnej   kobiety,   która   nosiła   dziecko   żonatego 
mężczyzny. Nie pozostawało żadnych wątpliwości co do tego, że kiedy pisała 
ten list, dokonała już wyboru. Rodzina pozbawiła ją prawa dziedziczenia, ale 
to   nie   miało   dla   niej   znaczenia.   Podjęła   wielkie   ryzyko.   Myślała   tylko   o 
dziecku, które miało przyjść na świat.

- Napisała mu, że nie jest sama. - Głos Shannon zadrżał. - Kłamała. 

Pozostała zupełnie sama. Musiała wyjechać na północ, bo rodzina urwała z nią 
kontakt i odebrała pieniądze. Nie miała nic.

- Miała ciebie - sprostowała Brie. - Tego właśnie chciała. To właśnie 

wybrała.

- Nigdy nie poprosiła go, żeby do niej przyjechał albo żeby pozwolił jej 

wrócić. Nie dała mu takiej szansy. Tylko poinformowała go, że jest w ciąży. 
Napisała, że go kocha, i odeszła.

-   Pozwoliła   mu   być   ojcem   dzieci,   które   już   miał.   Powiedziała,   że 

narodzi się jeszcze jedno, o które zadba i które otoczy miłością. Może podjęła 
taką decyzję bez jego zgody, żeby nie rozbijać mu życia. Myślę, że zrobiła to 
dla niego, dla ciebie i być może, dla siebie samej.

- Nigdy nie przestała go kochać - zauważyła Shannon, odkładając trzeci 

list. - Choć bardzo kochała mego ojca, nigdy nie przestała go kochać. To o nim 
myślała w chwili śmierci, tak samo jak on myślał o niej. Oboje stracili to, 
czego inni ludzie często nie znajdują przez całe życie.

- Nie wiemy, co mogłoby się przydarzyć. - Brianna delikatnie związała 

listy wstążeczką. - Nie możemy im zwrócić tego, co stracili albo odnaleźli. Ale 
czy nie sądzisz, Shannon, że zrobiłyśmy dla nich wszystko, co w naszej mocy. 
Zebrałyśmy się tu razem, tworzymy rodzinę, i jesteśmy siostrami, a nie tylko 
ich córkami.

-   Chciałabym,   żeby   wiedziała,   że   nie   czuję   już   gniewu.   Zaczynam 

rozumieć. - Shannon powiedziała to spokojnie, z prawdziwym przekonaniem. - 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 245

   

Gdyby Tom jeszcze żył, myślę, że próbowałabym go pokochać.

- Czy jesteś tego pewna. - Maggie uścisnęła jej ramię.
- Jestem - uświadomiła sobie Shannon. - W tej chwili to niemal jedyna 

rzecz, jakiej jestem pewna. - Poczuła się znowu zmęczona, gdy wstała.

Brianna   podniosła   się   razem   z   nią   i   wręczyła   jej   listy.   -   Są   twoje. 

Wydaje mi się, że twoja matka chciałaby, żebyś je miała.

- Dziękuję. - Papier wydał się jej cieniutki i delikatny. I taki cenny. - 

Zatrzymam je, ale należą do nas, są wspólne. Muszę teraz pomyśleć.

- Weź brandy. - Brianna podała jej kieliszek. - I koniecznie weź gorącą 

kąpiel, odświeża umysł, ciało i ducha.

Shannon   pomyślała,   że   jest   to   dobra   rada.   Miała   nadzieję   z   niej 

skorzystać. Kiedy jednak znalazła się w pokoju, odstawiła kieliszek. Jej uwagę 
przyciągnął obraz. Włączyła lampy, zanim się do niego zbliżyła. Przyglądała 
się uważnie mężczyźnie na białym koniu i kobiecie. Blaskowi broszy i miecza. 
Rozwianym   połom   płaszcza   i   falującym   na   wietrze   kasztanowym   włosom 
dziewczyny. Znalazła tam jednak coś więcej, znacznie więcej. Coś, co kazało 
jej siedzieć nieruchomo na skraju łóżka, ze wzrokiem utkwionym w płótno. 
Wiedziała,   że   wszystko   odsłania   jej   wnętrze,   każde   pociągnięcie   pędzla. 
Wydało   jej   się   niemożliwe,   że   namalowała   ten   obraz.   Zamieniła   wizję   w 
rzeczywistość. Przez cały pobyt tutaj miała świadomość, że musi to uczynić.

Oddychając  nierówno,   zamknęła  oczy   i   czekała,   aż  upewniła   się,   że 

widzi   wewnątrz   siebie   tak   wyraźnie,   jak   wyraźnie   widzi   ludzi,   których 
przywróciła do życia za pomocą farby i pędzla. To jest takie łatwe, pomyślała. 
Zupełnie   nieskomplikowane.   To   tylko   logika   wszystko   komplikuje.   W   tej 
chwili, jakby na przekór logice, wszystko jest takie proste.

Muszę   jeszcze   zadzwonić,   pomyślała.   Podniosła   słuchawkę   telefonu, 

żeby zakończyć to, co zaczęła w chwili, gdy znalazła się w Irlandii.

Czekała   aż   do   rana,   żeby   zobaczyć   się   z   Murphym.   Rycerz   opuścił 

czarownicę rankiem, była to więc odpowiednia pora, żeby zamknąć koło tej 
historii.

Nie wątpiła, że znajdzie go w tym miejscu, w którym spodziewała się 

go znaleźć. Stał w kamiennym kręgu z broszą w ręku. Mgła unosiła się nad 
trawą, niby oddech duchów. Podniósł głowę, gdy ją usłyszał. Zanim zdążył 
opuścić powieki, spostrzegła w jego oczach zaskoczenie i tęsknotę.

- Miałem nadzieję, że przyjdziesz tutaj. - Shannon nie czuła chłodu w 

głosie Murphy'ego. - Zamierzałem zestawić ci to w tym miejscu, ale skoro 
jesteś, dam ci to i poproszę, żebyś mnie wysłuchała.

Wzięła broszę. Nie czuła już zawrotów głowy ani niepokoju, widząc, 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 246

   

jak brosza zdaje się wibrować w jej dłoni. - Ja także ci coś przyniosłam. - 
Podała mu płótno owinięte w gruby, szary papier, ale nie ruszył się, żeby je 
wziąć.   -  Prosiłeś,   żebym  namalowała  coś,   co  będzie  ci  mnie  przypominać. 
Namalowałam to dla ciebie.

- To prezent pożegnalny. - Wziął płótno, odszedł dwa kroki dalej i oparł 

je nie rozpakowując o głaz. - Nie o to chodzi, Shannon.

- Chociaż spójrz na to.
- Znajdę na to czas. Najpierw powiem ci to, co mi chodzi po głowie.
- Wciąż się gniewasz, Murphy. Chciałabym...
- Cholera! Jestem zły, to prawda, na nas oboje, na dwoje kompletnych 

kretynów. Nie mów nic przez chwilę - rozkazał - pozwól mi powiedzieć, co 
sobie umyśliłem... Miałaś rację w pewnych sprawach, a ja byłem w błędzie. 
Nie   myliłem   się   jednak   co   do   tego,   że   się   kochamy   i   że   jesteśmy   sobie 
przeznaczeni. Myślałem o tym przez dwie ostatnie noce i wiem, że prosiłem 
cię o zbyt wiele. Nie miałem do tego prawa. Jest jeszcze jedna możliwość, 
której nie wziąłem pod uwagę, ponieważ oślepiło mnie całkowicie. Było mi 
tak o wiele łatwiej...

- Ja również myślałam. - Shannon wyciągnęła rękę, ale Murphy cofnął 

się gwałtownie.

- Czy nie możesz, do jasnej cholery, poczekać minutę, aż skończę? Jadę 

z tobą!

- Co?
- Jadę z tobą do Nowego Jorku. Jeśli chcesz, żebym dłużej się o ciebie 

starał,   czy   jak,   do   diabła,   to   zwiesz   -   proszę   bardzo.   Poślubisz   mnie,   nie 
popełniwszy błędu. Nie odejdę od tego postanowienia.

-   Zdobyłeś   się   na   kompromis!   -   Zdumiona   przeciągnęła   ręką   po 

włosach. - A więc zdobyłeś się na kompromis!

- Ty nie możesz zostać, więc ja wyjadę.
- A farma...
- Niech jasna cholera weźmie tę pieprzoną farmę. Czy sądzisz, że wolę 

ją od ciebie? Nie jestem leniwy, mam dwie ręce, znajdę pracę wszędzie.

- To nie jest kwestia pracy.
- Nie chcę rozminąć się z kobietą, która jest mi przeznaczona. - Murphy 

wykrzyczał te słowa, prowokując Shannon do kłótni. - Możesz mnie nazwać 
seksistą, głupcem, kim zechcesz, ale nic nie zmieni mojego stanowiska. Nie 
obchodzi  mnie  to,   czy   masz   górę   pieniędzy,   czy   nie   masz   ich  wcale.   Czy 
chcesz je wydać na luksusowy dom i drogie samochody, czy gromadzić w 
banku. Możesz je nawet przegrać jednym rzutem kostki. Najważniejsze dla 
mnie jest utrzymać cię przy sobie.

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 247

   

Shannon   nic   przez   chwilę   nie   mówiła,   próbując   się   uspokoić.   -   Nie 

można nazwać nikogo głupcem, gdy mówi rozsądnie. Nazwę cię jednak tak, bo 
odważyłeś się pomyśleć o porzuceniu farmy.

- Nie o porzuceniu, lecz o sprzedaży. Nie jestem idiotą! Nikt z mojej 

rodziny   nie   interesuje   się   gospodarką,   porozmawiam   więc   z   McNee,   z 
Focneyem i z innymi. To dobra ziemia. - Spojrzenie Murphy'ego prześliznęło 
się ponad Shannon i zatopiło boleśnie we wzgórzach.  - To dobra ziemia - 
powtórzył. - A oni potrafią ją docenić.

-   O   tak.   Świetnie!   -   Przemawiała   przez   nią   wściekłość.   -   Nic 

łatwiejszego, jak odrzuć swoje dziedzictwo, swoje gniazdo rodzinne. Dlaczego 
nie wyrwiesz sobie serca, skoro już do tego doszło?

- Nie mogę żyć bez ciebie - powiedział z prostotą. - I nie chcę. To tylko 

ziemia i trochę kamieni.

- Nie każ mi tego słuchać! - Zaczerwieniła się z gniewu. - Przecież to 

wszystko,   co   masz   najdroższego.   O,   wiesz,   co   zrobić,   abym   poczuła   się 
egoistką.   Nie   przystaję   na   to!   -   Odwróciła   się,   zaciskając   ręce   w   pięści,   i 
ruszyła wzdłuż kamieni. W końcu oparła się ciężko o któryś z nich i uderzyła 
weń pięścią na znak, że ma być właśnie tak. Od samego początku wszystko 
zmierzało jak po spirali ku takiemu rozwiązaniu.

Uspokoiła   się,   odwróciła   i   spojrzała   w   twarz   Murphy'ego.   Dziwne, 

pomyślała, jestem taka spokojna i pewna siebie. - Chcesz porzucić to dla mnie! 
To,   co   czyni   cię   tym,   kim   jesteś!   -   Potrząsnęła   głową,   zanim   zdążył 
odpowiedzieć. - To śmieszne, naprawdę śmieszne! Dzisiejszej i wczorajszej 
nocy   obnażyłam   przed   sobą   swą   duszę.   Wszystkie   przeżycia   przelałam   na 
płótno. A gdy w końcu napatrzyłam się na obraz do syta, zrozumiałam, że 
nigdzie nie wyjadę. - Murphy'emu rozbłysły oczy, zanim zdołał przywołać się 
do porządku. - Mówisz, że możesz żyć bez tego, co robiłeś całe życie. Czy 
myślisz, że dobrze bym się czuła, widząc, że jesteś nieszczęśliwy?

Ja tracę wiele. Rzeczywiście, to prawdziwe poświęcenie z mojej strony! 

-   Na   pół   śmiejąc   się   przeczesała   włosy   palcami.   -   W   końcu   to   sobie 
uprzytomniłam.   Opuszczam   Nowy   Jork.   Tam   nie   czuć   zapachu   trawy,   nie 
widać pasących się koni. Nie ma słońca, które tak błyszczy nad polami, że 
gardło zaciska się z bólu. Hałas uliczny wymieniam na skrzek srok i śpiew 
skowronka. Naprawdę, trudno będzie mi z tym żyć. - Włożyła ręce do kieszeni 
i zaczęła się przechadzać w taki sposób, jakby chciała go ostrzec, że nie może 
jej teraz dotknąć. - Moi przyjaciele, raczej znajomi, wspomną mnie od czasu 
do czasu z rozbawieniem, potrząsając głowami. Może niektórzy z nich nawet 
przyjadą,   żeby   zobaczyć,   co   takiego   jest   dla   mnie   ważniejsze   niż   kariera. 
Stawiam na rodzinę, na ludzi, którzy stali się bardziej bliscy niż ktokolwiek 

background image

                                                      Nora Roberts                                                       

 

 248

   

inny w moim dotychczasowym życiu. Wydaje mi się, że to w porządku. - 
Zamilkła patrząc, jak ciepłe słońce rozprasza mgłę. - Tam zostaje moja kariera. 
Rezygnuję ze wspinaczki po jej szczeblach. Jeszcze pięć lat i znalazłabym się, 
bez  dwóch zdań,  wśród  kadry  kierowniczej. Zdobyłabym  ów metaforyczny 
klucz do władzy.

Shannon Bodine ma polot, talent, jest ambitna. Nie mrugnęłam nawet 

okiem na sześćdziesięciogodzinny tydzień pracy. Dawałam z siebie wszystko 
dzień po dniu, Murphy. Lecz stało się dla mnie jasne, że nigdy nie przeżyłam 
tyle   radości   czy   czystej   satysfakcji,   odkąd   po   raz   pierwszy   chwyciłam   za 
pędzel tu, w Irlandii. Dlatego wątpię, czy naprawdę będzie mi ciężko zamienić 
żakiet od Armaniego na roboczy fartuch.

Odwróciła   się   tyłem.   -   Pominęłam   jeszcze   jedną   rzecz   w   tych 

przemyśleniach. Wracam do Nowego Jorku, zbieram siły, by wspiąć się na 
następny szczebel, i jestem sama, a mężczyzna, który mnie kocha, przebywa 
trzy tysiące mil dalej. - Uniosła ręce do góry. - O czym tu mówić! Nie mam nic 
do stracenia, ponieważ nigdy nic nie miałam. Oto skrót moich przemyśleń z 
ostatniej nocy. Nie ma tam nic, czego bym chciała, potrzebowała, nic, co bym 
kochała. Wszystko jest tutaj, tutaj z tobą.

- Ty to dobrze wiedziałeś, prawda? - Odsunęła się, kiedy chciał się do 

niej zbliżyć. - Teraz nigdy nie będę mogła rzucić ci w twarz w czasie kłótni, co 
dla   ciebie   zrobiłam.   Ponieważ   nie   zrobiłam   nic.   To   ty   dla   mnie   robisz 
wszystko.

Nie był pewien, czy jest w stanic się odezwać, a kiedy się zdecydował, 

powiedział tylko drżącym głosem: - Zostajesz więc ze mną!

Shannon   ruszyła   po   obwodzie   kręgu   do   miejsca,   w   którym   Murphy 

postawił obraz. Szybkimi ruchami zdarła papier, który go spowijał. - Popatrz 
na to i powiedz mi, co widzisz?

Ujrzał kobietę i mężczyznę na białym koniu. Twarze postaci wydały mu 

się tak znajome, jak jego własna. Całą grupę oblewało jasne światło. Kamienny 
krąg widniał w tle. Dwa poprzeczne kamienie, które z czasem osunęły się na 
ziemię, znajdowały się wciąż na swoich miejscach. Miedziana brosza zdobiła 
płaszcz mężczyzny, rozwiewany przez wiatr. Najbardziej jednak jego uwagę 
przykuło   to,   że   mężczyzna   powstrzymując   jedną   ręką   konia   drugą   otaczał 
mocno kobietę. Ona również mocno go obejmowała.

- Są razem.
- Nie zamierzałam ich tak namalować. Mężczyzna miał odjeżdżać, tak 

jak to był uczynił, opuścić kobietę. Ona miała go błagać, by został, odrzucając 
całą   swoją   dumę.   Płakać   rozpaczliwie.   -   Shannon   spokojnie   odetchnęła, 
kończąc   opowieść   o   tym,   co   widziała   w   swym   sercu,   kiedy   malowała.   - 

background image

                                                     Zrodzona ze wstydu                                              

 

 249

   

Opuścił   ponieważ   był   rycerzem,   a   jego   powinnością   -   bitwy.   Wyobrażam 
sobie,   że   wojna   wymagała   takiego   samego   zachodu,   jak   ziemia.   Chciał   ją 
poślubić,   ale   nie   mógł   zostać.   Ona   tymczasem   pragnęła   tylko,   żeby   z   nią 
został, a nie ją poślubił, choć nosiła jego dziecko.

Murphy wbił wzrok w Shannon. - Jego dziecko?
- Nigdy mu o tym nie powiedziała. Może, gdyby to zrobiła, wszystko 

ułożyłoby się inaczej. Ale nie powiedziała mu. Chciała, żeby odrzucił miecz i 
został z nią dla niej samej, chciała, by okazał, że kocha ją bardziej niż swoje 
zajęcie. Nie chciał się zgodzić, kłócili się tutaj. Właśnie tutaj. Mówili sobie 
przykre rzeczy, bo każde z nich czuło się zranione. Oddał jej broszę w gniewie, 
a nie, jak mówi legenda, ku pamięci, i odjechał. Wierzył jednak przez cały 
czas, że będzie na niego czekać. Przeklęła go, gdy ją opuszczał, i krzyknęła, że 
nigdy nie zazna spokoju, dopóki nie pokocha ponad wszystko.

Shannon wcisnęła Murphy'emu broszę w rękę, nie usuwając dłoni. - 

Widziała w ogniu, jak padł w bitwie, jak krwawił i jak zmarł. Sama odebrała 
poród. Czekała nieskończenie długo, żeby ją pokochał bardziej nit siebie.

- Wielokrotnie usiłowałem to zobaczyć, ale nigdy mi się nie udało.
- Gdybyś znał odpowiedź, prysłaby magia. - Shannon odstawiła obraz 

na bok, aby ich nie oddzielał. - Teraz są razem. Chcę zostać, Murphy. Nie 
przez wzgląd na nią czy matkę. Dokonałam wyboru. Chcę ułożyć sobie życie z 
tobą tutaj. Przysięgam, że kocham cię wystarczająco.

Wziął jej rękę i gwałtownie przysunął do ust. - Czy mogę się o ciebie 

starać, Shannon?

- Nie. - Rozległ się śmiech. - Możesz za to ożenić się ze mną, Murphy.
-   Zajmę   się   tym.   -   Przyciągnął   ją   do   siebie   i   zanurzył   twarz   w   jej 

włosach. - Jesteś moja, Shannon. Jesteś moją jedyną miłością.

- Wiem. - Przymykając oczy, położyła głowę na jego piersi. Serce biło 

mu   mocno   i   równomiernie.   Miłość,   pomyślała,   rozwiązuje   wszystko.   - 
Chodźmy do domu, Murphy - powiedziała cicho. - Przygotuję ci śniadanie.


Document Outline