background image

KASEY MICHAELS 

Dom Radości 

background image

SAN FRANCISCO GAZETTE 

Opowieść o dwóch żonach, czyli dziesięcioletni 

koszmar byłego senatora Josepha Coltona 

Prosperino, małe senne miasteczko w Kalifornii, 

przeżyło dziś rano prawdziwy szok, okazało się bo­

wiem, że jeden z jego powszechnie szanowanych mie­

szkańców, były senator Joseph Colton, padł ofiarą 

trwającego dziesięć lat oszustwa, które niemal znisz­

czyło jego rodzinę. 

W ostatnim czasie Colton dwukrotnie trafiał na ła­

my prasy ogólnokrajowej: dwa razy do niego strzelano. 

Jego niedoszły zabójca, a zarazem dawny współpra­

cownik, Emmett Fallon, czeka obecnie na proces. 

Szczegóły nowych rewelacji są na razie mgliste, 

jednakże detektyw Thaddeus Law z policji w Prospe­

rino potwierdził, że skazana przed laty za morderstwo 

Patricia Portman zajęła w domu Coltonów miejsce 

swej siostry bliźniaczki Meredith i przez dziesięć lat 

z powodzeniein grała jej rolę. Tożsamość Patricii wy­

szła na jaw wczoraj, po powrocie do domu prawdziwej 

Meredith. Miejsce, w którym Meredith przebywała, nie 

zostało ujawnione, wiadomo jedynie, że od dziesięciu 

lat żona senatora cierpiała na amnezję. 

background image

KASEY MICHAELS 

W czasie nieobecności siostry podszywająca się pod 

nią Patsy Portman urodziła senatorowi syna Teddy'ego; 

chłopiec ma dziś osiem lat. Ponieważ siostry są 

bliźniaczkami jednojajowymi i nie różnią się wyglą­

dem, policja uważa, iż senator działał w dobrej wierze, 

nie będąc świadomym oszustwa, i dlatego nie zamierza 

wnosić przeciwko niemu oskarżenia. 

Na Patricii Portman ciąży wiele oskarżeń, między 

innymi o próbę zabójstwa. Zdaje się, że ceniąca spokój 

rodzina Coltonów jeszcze długo spokoju nie zazna. 

Wanda Harris 

(Zdjęcia oraz inne informacje i artykuły na temat 

Coltonów znajdziesz w Dodatku B, str. BI). 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Joe Colton z obrzydzeniem cisnął gazetę na podłogę 

i wbił wzrok w najstarszego syna. 

- Do jasnej cholery, kim jest Wanda Harris i który 

z pracowników Lawa z nią rozmawiał? Psiakrew, 

Rand, to się w głowie nie mieści! Minęły zaledwie 

dwadzieścia cztery godziny! Wkrótce dziennikarze zle-

cą się jak sępy! Będą czyhać przed bramą, śledzić każ-

dy nasz ruch. Wozy transmisyjne, reflektory, wielkie 

anteny satelitarne! Musimy coś zrobić. Nie możemy 

narażać Meredith na ten cyrk. 

Rand podniósł gazetę i położył ją na biurku ojca 

- Wiem, tato. Ale jako prawnik wiem również, że 

nic nie możemy zrobić. Istnieje w tym kraju coś ta-

kiego jak wolność prasy. 

Joe nie słuchał. Z rękami zaciśniętymi w pięści 

przemierzał gabinet. 

- I jeszcze Teddy! - perorował. - Głupia baba! 

Musiała wspominać o Teddym? I co to znaczy, że po-
licja nie zamierza wnosić przeciwko mnie oskarżenia? 

A niby o co miałbym być oskarżony? Że współdzia-

łałem z Patsy? Chyba nikt przy zdrowych zmysłach 

w to nie wierzy! Poza tą kretynką dziennikarką, która 

wypytywała o to policję! Szlag by to trafił! Wredne 

background image

KASEY MICHAELS 

babsko robi z cudzego nieszczęścia wielką prasową 

sensację. 

Rand podrapał się po nosie. 

- Niestety, tato. Pismaki z brukowców będą miały 

używanie. Najpierw sprawa Emmetta, teraz Patsy. Nie­

często zdarzają się takie historie. Były senator, obecnie 

wielki potentat finansowy, od dziesięciu lat żyje pod 

jednym dachem ze swoją szwagierką, która podszywa 

się pod jego żonę, ma z nią dziecko... 

- To nie... Boże! - Joe usiadł w dużym skórzanym 

fotelu. - Posłuchaj, Rand. Teddy nie jest moim dziec­

kiem. Już wtedy powinienem był przejrzeć na oczy, 

kiedy Patsy przybiegła do mnie podniecona i oświad­

czyła, że jest w ciąży. Przecież wiedziałem, że... Je­

stem bezpłodny, odkąd przed wieloma laty zachoro­

wałem na świnkę. Przekonaliśmy się o tym z twoją 

matką, kiedy po śmierci Michaela bezskutecznie sta­

raliśmy się o kolejne dziecko. Patsy o tym nie wie­

działa. Dlaczego wtedy nic mnie nie tknęło? Teddy 

ma osiem lat. Cała ta farsa powinna się była zakończyć 

przed jego narodzeniem. A ja... pomyślałem, że Me-

redith, to znaczy Patsy zdradziła mnie, bo ją zanie­

dbywałem. Cholera, media nie dadzą nam spokoju! 

Przez chwilę Rand milczał, pogrążony we własnych 

myślach. 

- Tato? Kim jest ojciec Teddy'ego? - spytał 

w końcu. 

- Nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć. 
- Ale może kiedyś Teddy będzie chciał wiedzieć 

- rzekł, unikając wzroku ojca. 

background image

DOM RADOŚCI 

Joe odsunął fotel od biurka i wstał. 

- Proszę cię, Rand. Nie chcę się nad tym teraz za­

stanawiać. Ani nad podobieństwem między Teddym 

a Joe Juniorem, na które z miejsca zwróciła uwagę 

twoja mama. Bo gdyby się miało okazać... Nie, po 

prostu nie. Na wszystko przyjdzie czas. A na razie mu­

simy chronić Meredith. Musimy wszyscy otoczyć ją 

opieką, zapewnić jej spokój... 

- To oczywiste, tato. - Rand podszedł do okna 

i wyjrzał na zewnątrz. Dwaj najmłodsi Coltonowie 

grali w piłkę nożną. - Joe Junior był niemowlęciem, 

kiedy znaleźliście go na wycieraczce. Wkrótce potem 

zdarzył się tamten wypadek samochodowy i Patsy za­

jęła miejsce mamy. Wiemy, jak bardzo Patsy szalała 

na punkcie obu chłopców. Resztę dzieci ignorowała lub 

darzyła niechęcią; liczyli się tylko Joe Junior i Teddy. 

Może więc... może więc to ona zostawiła Joego na 

wycieraczce, wiedząc, że ty i mama się nim zajmiecie, 

a potem wpadła na szatański pomysł, żeby pozbyć się 

siostry i sama opiekować się własnym dzieckiem. 

Rand odwrócił się od okna. W pokoju panowała cisza. 
- Musimy przeprowadzić badania DNA, tato. My­

ślę, że to nieuniknione. Dla dobra Joego. A także dla 

dobra Teddy'ego. Starczy tych zagadek i tajemnic. 

Joe wolno pokiwał głową. 

- Porozmawiam z waszą mamą i zobaczę, co ona 

na ten temat sądzi. Ale jeszcze nie teraz, Rand. Dajmy 

jej czas ochłonąć, przyzwyczaić się do nowego oto­

czenia. I tak bardzo martwi się stanem Emily... 

- Wszyscy martwimy się stanem Emily. Wiesz, ta-

background image

10 

KASEY MICHAELS 

to, obserwowałem Em, kiedy byłem z nią w Missisipi. 

Cały czas towarzyszyła nam lekarka mamy, doktor 

Martha Wilkes. Kobieta mądra, o wielkim sercu, której 

mama bezgranicznie ufała. Przyszło mi do głowy, że 

moglibyśmy ją zaprosić na ranczo. Mamie na pewno 

przyda się jej pomoc, przynajmniej dopóki media się 

od nas nie odczepią, a przy okazji może i Emily na 

tym skorzysta? 

- To niezły pomysł - przyznał Joe. - Od czegoś 

w końcu trzeba zacząć. W porządku, Rand. Zadzwoń 

do doktor Wilkes i dowiedz się, czy miałaby czas nas 

odwiedzić. Oczywiście byłaby naszym gościem, a ja 

bym pokrył wszystkie wydatki związane z podróżą. 

Potem dowiedz się, czy możemy odwiedzić Patsy 

w więzieniu. Chciałbym z nią porozmawiać. 

Dawno, dawno temu była sobie mała dziewczynka, 

która po śmierci rodziców trafiła do domu dziecka. 

Pewnego dnia do dziewczynki przyszła piękna królew­

na z wysokim, przystojnym królewiczem; zabrali 

dziewczynkę do wspaniałego pałacu i wychowywali 

jak własną córkę. Dali dziewczynce swoje nazwisko, 

nie zabierając nazwiska, jakie nosiła wcześniej, i sy­

stematycznie wozili ją na wizyty do babci, która cze­

kała na nią z utęsknieniem. 

Dawno, dawno temu ta mała dziewczynka, Emily 

Blair Colton, wiodła radosne życie. Mieszkała w cu­

downym, zaczarowanym pałacu wśród przybranych 

oraz adoptowanych braci i sióstr, otoczona miłością 

swoich nowych rodziców. 

background image

DOM RADOŚCI 

Potem, kiedy dziewczynka miała jedenaście lat, nie­

dobra czarownica zburzyła jej szczęśliwy świat. 

Dziewczynka jechała z nową mamą, Meredith Col-

ton, do miasta w odwiedziny do babci, kiedy zdarzył 

się wypadek - jeśli wypadkiem można nazwać czyjeś 

świadome działanie. Samochód Meredith wpadł do 

rowu. 

Obie, matka i córka, straciły przytomność. Kiedy 

Emily otworzyła oczy, ku swojemu zdumieniu zoba­

czyła dwie mamusie: dobrą i złą. Złą mamusią była 

paskudna czarownica. Przerażona dziewczynka zemd­

lała. Kiedy obudziła się w szpitalu, u jej boku była 

już tylko jedna mamusia. 

Ale która? 
Szybko zorientowała się, że ta nieprawdziwa. Pra­

wdziwa mama uśmiechałaby się do niej, tuliłaby ją do 

siebie, nazywałaby ją Wróbelkiem, czytałaby jej bajki 

na dobranoc. Na pewno nie patrzyłaby tak oskarży-

cielskim wzrokiem, nie krzyczałaby na nią, nie mó­

wiłaby „ty głupia smarkulo". 

Przed dziesięć długich lat paskudna czarownica 

mieszkała w pałacu, udając dobrą mamusię. Przez 

dziesięć lat prawdziwej mamusi nie było. 

Nikt nie słuchał dziewczynki, nikt jej nie wierzył. 

Poza jedną osobą, która w końcu uwierzyła i za karę 

postanowiła ją zabić. Tak, postanowiła na zawsze uci­

szyć dziecko, które choć wyrosło z wieku dziecięcego, 

wciąż powtarzało, że dobrą mamusię przegoniła z do­

mu zła czarownica. 

Z powodu tej osoby Emily o mało nie zginęła. Nie 

background image

12 KASEY MICHAELS 

zginęła, zginął za to człowiek, który ją kochał i który 

starał się ją chronić. 

- To moja wina - szepnęła sama do siebie, nie 

zwracając uwagi na jaskrawe listopadowe słońce, które 

wpadało przez okno do sypialni. - Toby nie żyje, 

a wszystko przeze mnie. 

Przesłuchanie wznowiono po przerwie na lunch. Po­

stawiwszy filiżankę świeżej kawy na porysowanym drew­

nianym stole, detektyw Law odczekał, aż Patsy Portiman 

podniesie ją do ust i wypije łyk, po czym włączył stojącą 

w rogu kamerę wideo. Podał imię i nazwisko osoby za­

trzymanej, datę, miejsce i czas przesłuchania, następnie 

odczytał Patsy jej prawa. Podobnie jak przed południem 

Patsy stwierdziła, że nie chce obrońcy. 

Mogli zaczynać. Detektyw zerknął w lewo, w stro-

nę lustra, i skinął głową do mężczyzn obserwujących 

go z drugiego pokoju. 

Patsy Portman miała na sobie więzienny strój: nie­

bieską koszulkę i niebieskie spodnie, mimo to siedziała 

z wysoko uniesioną głową, a jej nienaganna fryzura, 

starannie pomalowane paznokcie i piękna, choć pozba­

wiona makijażu twarz, nie pasowały ani do stroju, ani 

do otoczenia. 

Jedynie oczy ją zdradzały - w jednej chwili po­

sępne, niemal martwe, w następnej pełne dzikiej furii. 

Skrywały wiele tajemnic, wiele smutku, widać w nich 

jednak było błysk szaleństwa. Dwa razy prosiła Lawa 

o lekarstwa, ale nie chciała wyjawić, gdzie je trzyma, 

bez proszków zaś szybko traciła równowagę. 

background image

DOM RADOŚCI 

13 

Drzwi do pokoju przesłuchań otworzyły się i w pro­

gu stanął sierżant Kade Lummus. 

- Przyszedł obrońca pani Portman. - Ruchem gło­

wy wskazał za siebie. - Mam go wprowadzić? 

- Nie potrzebuję obrońcy! - warknęła Patsy. Lewa 

powieka zaczęła jej drgać. - Nie zrobiłam nic złego. 

Jestem ofiarą, a nie przestępcą! 

Siedziała sztywno wyprostowana, z całej siły zaci­

skając dłonie. Jeszcze nad sobą panowała, ale Law wie­

dział, że wkrótce albo się załamie, albo popadnie w ob­

łęd, a wtedy już żadne argumenty nie będą do niej do­

cierać. 

Czyli teraz albo nigdy, pomyślał. Nie miał zbyt 

wielkiego wyboru. 

- Tak, Kade, wprowadź, i sam również do nas do­

łącz. - Oparłszy łokcie na stole, popatrzył na Patsy. 

- Powtarza pani, że nie potrzebuje obrońcy, ale nawet 

osobom niewinnym doradza się, aby skorzystały z fa­

chowej pomocy. Mecenas Roberts jest jednym z naj­

lepszych prawników w całym stanie. 

- Nie wątpię! A kto płaci za jego usługi? Joe? 

Chryste, ten facet zwariował! Oszalał! Chce, żebyście 

mnie zamknęli, rzucili lwom na pożarcie! Na miłość 

boską, Thad. Jestem Meredith. Meredith Colton. Byłam 

gościem na twoim ślubie, pamiętasz? Podarowałam ci 

w prezencie kryształową wazę. Nie daj się ogłupić... 

- Kade! - zawołał Thad, kiedy drzwi ponownie się 

otworzyły i do pokoju wszedł mecenas Jim Roberts 

z teczką od Gucciego w dłoni. - Poproś jeszcze o trzy 

kawy! 

background image

14 

KASEY MICHAELS 

Roberts przedstawił się swej klientce. 

- Proszę - dodał - aby pani nic więcej nie mówiła, 

dopóki nie porozmawiamy na osobności. Chciałbym 

również, aby zbadał panią lekarz psychiatra. 

- Dlaczego? Bo Joe twierdzi, że mam nie po kolei 

w głowie? Oczywiście, to by mu bardzo odpowiadało! 

Wszystkim wam by odpowiadało. - Wbiła w prawnika 

wściekłe spojrzenie. - Nic z tego! Żadnych lekarzy. Jak 

mi pan tu jakiegoś sprowadzi, każę gliniarzom was obu 

wyrzucić. A mogę to zrobić! Ja też mam jakieś prawa. 

- Owszem, Patsy, ma pani prawa. Zapomnijmy na 

razie o lekarzu. Detektywie... - Skierował wzrok na 

Thada. - Chciałbym chwilę porozmawiać z moją 

klientką bez świadków. 

- Nie jestem pańską klientką! - zezłościła się Patsy. 

- Nie pozwolę, aby Joe Colton wybierał mi obrońców. 
- Wybuchnęła śmiechem, w którym zabrzmiała nuta sza­

leństwa. - Musiałabym zwariować, żeby się na coś ta­

kiego zgodzić. - Zamknęła oczy; po jej twarzy przebiegł 

dziwny grymas. - A zresztą, co mi zależy? Thaddeus, 

zostaw nas samych. Zobaczymy, czym Joe chce mnie 

przekupić. Bo pewnie chce, no nie? Zawsze się tak dzieje. 

Zawsze. Cholera jasna, Thad, na co czekasz? Na autobus? 

Taksówkę? No, wynocha stąd! 

Roberts dał głową znak, aby Law wyszedł. Dete­

ktyw wstał, wyłączył kamerę, po czym przeszedł do 

pokoju obok, w którym czekali Joe z Randem. Tam 

z kolei wyłączył mikrofon, tak by prawnik mógł swo­

bodnie rozmawiać z klientką. 

- Oby udało mu się namówić ją do złożenia zeznań, 

background image

DOM RADOŚCI 

15 

zanim całkiem zwariuje - zauważył. - Ona trzyma się 

resztkami sił. 

- Myślę, że się uda. - Rand położył rękę na ramieniu 

ojca. - Otrzymałem z Keyhole wiadomość, że Silas Pike 

zaczął śpiewać. Zidentyfikował Patsy jako osobę, która 

zleciła mu zabójstwo Emily. Facet zdaje sobie sprawę, 

że w stanie Wyoming za zabicie policjanta grozi surowa 

kara, więc robi, co może, żeby zasłużyć na łagodniejszy 

wyrok. Gotów byłby sprzedać własną matkę. 

Detektyw pokiwał głową. 
- To prawda. Nawet przyznał się, że to on spowo­

dował w zeszłym roku wypadek, w którym zginęła 

Nora Hickman. Twierdzi, że ta sama osoba, która zle­

ciła mu zamordowanie Emily, wcześniej wynajęła go, 

aby pozbył się Nory. Podobno Nora coś wiedziała, 

a Patsy chciała ją uciszyć. Oczywiście wytoczymy mu 

sprawę o zabójstwo, ale policja w stanie Wyoming ma 

pierwszeństwo. 

- Biedna Nora - szepnął Joe. - Pracowała u nas 

od lat, była niemal członkiem rodziny. Co takiego mog­

ła wiedzieć, czego reszta z nas nie wiedziała? 

- Dowiemy się, tato - oznajmił Rand. - Wszyst­

kiego się dowiemy, jeżeli tylko Jim przekona Patsy, 

aby zgodziła się na leczenie psychiatryczne. Jeżeli 

przyzna się do winy, zarówno prokurator, jak i sędzia 

mogą odstąpić od wymierzenia kary ze względu na 

niepoczytalność oskarżonej. Oczywiście jako osoba 

niepoczytalna nie może zeznawać przeciwko Pike'owi, 

ale nikomu na tym szczególnie nie zależy; wystarczą 

zeznania samego Pike'a. W każdym razie propozycja, 

background image

16 

KASEY MICHAELS 

jaką Jim przedstawi Patsy, brzmi następująco: albo zgo­

dzisz się na pobyt w szpitalu i twoi synowie nadal po­

zostaną na ranczu, albo trafisz za kratki, a wtedy Joe 

Junior i Teddy wylądują w domu dziecka. 

- Przecież wiadomo, że nie wylądują - oburzył się 

Joe. - Nigdy bym na to nie pozwolił. - Popatrzył na 

syna. - W pierwszej chwili ten pomysł wydał mi się 

świetny, ale, z ręką na sercu, wolałbym nie uciekać 

się do szantażu. 

- Rozumiem cię, tato, ale jeśli chcemy poznać całą 

prawdę, trzeba zmusić Patsy do mówienia. 

Nagle rozległo się pukanie. Po drugiej stronie lustra 

Jim Roberts skinął głową, dając Thadowi znak, by wró­

cił do pokoju przesłuchań. Thad włączył dźwięk, aby 

Joe z Randem mogli śledzić przebieg rozmowy, po 

czym przeszedł do sąsiedniego pokoju i ponownie uru­

chomił kamerę. 

- Udało się - szepnął prawnik, unosząc kciuk, pod­

czas gdy detektyw ponownie nagrywał imię i nazwisko 

osoby przesłuchiwanej oraz miejsce i czas przesłucha­

nia. - Całe szczęście, bo ta kobieta naprawdę nie jest 

normalna. Sam bym nalegał o uznanie jej za niepo­

czytalną. - Po chwili, spoglądając na Thada, konty­

nuował głośno: - Moja klientka gotowa jest złożyć 

pełne zeznania i zgadza się na leczenie w zakładzie 

psychiatrycznym w zamian za odstąpienie od procesu. 

Czy może pan wezwać stenografa? 

- Zwyciężyła miłość matki - mruknął po drugiej 

stronie lustra Joe. - Tego uczucia nic nie pokona, żad­

na choroba, żaden obłęd. 

background image

DOM RADOŚCI 

17 

- Tato... Musisz się nastawić na to, że parę arty­

kułów pojawi się w prasie, ale dziennikarze szybko da­

dzą nam spokój. Jim postara się, aby wszystko odbyło 

się za zamkniętymi drzwiami. Pike trafi za kratki, a Pa-

tsy do zakładu dla psychicznie chorych, w którym 

przypuszczalnie spędzi resztę życia. 

- A my wreszcie poznamy prawdę. Całą prawdę. 

- Joe westchnął głęboko. - Szkoda, że wszystko mu­

siało się tak skończyć. 

Josh Atkins poprawił się nieco w siodle i zmruży­

wszy oczy, popatrzył hen przed siebie, na widoczne 
w oddali budynki gospodarcze oraz czerwony dach re­
zydencji Coltonów. 

Miło mieszkać w takim miejscu, pomyślał. Luksus, 

przepych, pieniądze... 

Pieniądze, które dają poczucie bezpieczeństwa. Pie­

niądze, za które można kupić milczenie. Pieniądze, które 

pozwalają zamieść wszystkie brudy pod piękny miękki 

dywan i dalej cieszyć się życiem. Śmiać się, tańczyć, 

śpiewać, smacznie jeść, spać w ciepłym łóżku. 

Podczas gdy Toby leży w grobie, samotny i zapo­

mniany. 

Słońce powoli zachodziło na niebie. Josh zsunął 

z czoła kapelusz, odsłaniając ciemne kręcone włosy 

oraz niebieskie oczy. Bruzdy na policzkach i w kąci­

kach ust pogłębiły się, odkąd dowiedział się o śmierci 

brata. 

Josh Atkins, który większość czasu spędzał ujeż­

dżając konie i byki na rodeo, miał szczupłe, doskonale 

background image

18 

KASEY MICHAELS 

umięśnione ciało. Był wyższy od Toby'ego, cztery lata 

od niego starszy i zdecydowanie mniej przystojny. 

Wpatrywał się w Haciendę de Alegria - Dom Ra­

dości - z nienawiścią w oczach. Z nienawiścią, która 

narastała za każdym razem, gdy czytał artykuły 

o wspaniałych Coltonach i gdy patrzył na zdjęcia bra­

ta. Wesoły, szlachetny Toby zginął, ponieważ zakochał 

się w Emily Colton, która go okłamała. 

Nikt nie wmówi Joshowi, że było inaczej. Miał listy 

brata. W listach Toby rozpisywał się o cudownej Em­

mie Logan; kochał ją, podziwiał, ubóstwiał. 

Emma Logan. Emily Colton. Jedna i ta sama osoba. 

Dziewczyna, która przybyła do Keyhole, ukrywając 

swoją prawdziwą tożsamość i powody, dla których 

opuściła dom. 

Z początku Toby zainteresował się Emmą, ponie­

waż odpowiadała rysopisowi kobiety poszukiwanej 

w związku z kradzieżami samochodów. W drugim li­

ście do brata Toby czynił sobie wyrzuty. Niesłusznie 

podejrzewał piękną Emmę; biedna dziewczyna przy­

jechała do Keyhole, chcąc zapomnieć o narzeczonym, 

który zginął w wypadku, i rozpocząć tu nowe życie. 

Toby postanowił jej w tym pomóc. Josh śmiał się 

do rozpuku, czytając o tym, jak brat kilka razy dziennie 

zagląda do kawiarni, w której Emma pracuje, i wypija 

tam hektolitry kawy. Czytał o promiennym uśmiechu 

Emmy, o jej długich, gęstych włosach w kolorze ka­

sztanowym, o wdzięku, z jakim się porusza, o dużych, 

niebieskich oczach. 

Nie ulega wątpliwości, że Toby był zakochany po 

background image

DOM RADOŚCI 19 

uszy. A przez ten cały czas Emma Logan, czy raczej 

Emily Colton, go okłamywała. Wykorzystywała. Dzię­

ki niemu czuła się bezpieczna. Bo wcale nie przyje­

chała do Keyhole, aby rozpocząć nowe życie, tylko 

po to, by uciec od człowieka, który chciał ją zabić. 

Ale tego wszystkiego Josh dowiedział się od kolegów 

brata, kiedy zjawił się w Keyhole na jego pogrzebie. 

Gdyby Toby znał prawdę, gdyby wiedział, że Em­

mie coś grozi, może byłby ostrożniejszy. I może by 

nie zginął. 

Ale ona mu nie powiedziała, a on umarł wierząc, 

że może któregoś dnia Emma go pokocha. Umarł na 

zimnej podłodze w pustym pokoju hotelowym. Emma 

nie zaczekała na pomoc. Zostawiła go, aby wykrwawił 

się na śmierć, a sama znów dała nogę. Uciekła do swo­

jego poprzedniego życia, do luksusu i pieniędzy. 

Suka. Wredna, bezduszna, przebiegła suka. 

Szarpnąwszy lekko za wodze, Josh zawrócił w stro­

nę sąsiedniego rancza, na którym zatrudnił się, żeby 

być blisko Haciendy de Alegria. Żeby któregoś dnia 

spotkać Emily i wygarnąć jej, co o niej myśli. 

Miał nadzieję, że może wtedy będzie mu lżej. Że 

przestaną go dręczyć wyrzuty sumienia. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Meredith Colton zadrżała. Stała okryta ciepłą weł­

nianą peleryną, którą wciąż przesycał korzenny zapach 

perfum Patsy. Ślady Patsy, która przez dziesięć lat mie­

szkała w jej domu, nosiła jej ubrania, udawała, że jest 

matką jej dzieci i żoną jej męża, były widoczne na 

każdym kroku. 

Z Missisipi Meredith przywiozła z sobą jedną nie­

dużą walizeczkę; liczyła na to, że za dzień czy dwa 

pojedzie do miasta, pochodzi po sklepach, kupi kilka 

najbardziej potrzebnych rzeczy. Ale zamieszanie spo­

wodowane jej powrotem do domu i perfidią Patsy je­

szcze nie opadło, ona zaś nie czuła się na tyle silna, 

by stawić czoło światu. 

Z wdzięcznością przyjęła od Sophie dżinsy i kilka 

swetrów, poza tym jednak uznała, że śmiało może nosić 

własne stare ubrania, z których od dziesięciu lat ko­

rzystała Patsy. Po prostu nie będzie myślała o tym, co 

ma na sobie, skupi się na ważniejszych sprawach, na 

zmianach, jakie zaszły podczas jej długiej nieobecności 

w domu. 

Ma wnuki. Czy to nie zdumiewające? Została bab­

cią, a Joe dziadkiem! W ciągu tych dziesięciu lat było 

w rodzinie kilka pogrzebów, ale były też narodziny 

background image

DOM RADOŚCI 

21 

i śluby. Wszystkie jej dzieci, zarówno własne, jak 

i adoptowane oraz przybrane, wyrosły na mądrych, 

prawych ludzi. 

Joe... Najdroższy, ukochany Joe. Mężczyzna z jej 

snów, którego twarzy nie widziała, lecz który stale do 

niej powracał, nie dając o sobie zapomnieć. 

Jego miłość, jego bliskość i dotyk były warte każdej 

ceny, każdego poświęcenia. Uczucie, jakim ją darzył, 

miało moc kojącą, pozwalało znów cieszyć się życiem. 

Jej radość mącił jednak niepokój o stan psychiczny 

Emily. To właśnie ona, Wróbelek, zapłaciła najwyższą 

cenę za machinacje Patsy: po pierwsze, całymi latami 

czuła się odtrącona przez matkę, a po drugie, lękała 

się o własne bezpieczeństwo. Teraz, gdy było już po 

wszystkim i wreszcie powinna móc odetchnąć z ulgą, 

zadręczała się myślą, iż z jej powodu zginął dobry, po­

rządny człowiek. 

Joe uważał, iż lepiej ukryć przed Emily to, co Patsy 

zeznała na policji, mianowicie, że zleciła zabójstwo 

Nory Hickman, kiedy usłyszała, jak Nora rozmawia 

z Emily o „dwóch mamusiach". Po prostu wystraszyła 

się, że Emily znalazła w Norze sprzymierzeńca. 

Zeznania Patsy zostały utajnione, więc jeśli nikt 

z rodziny nie powie Emily o zbrodniczych knowa­

niach jej ciotki, dziewczyna nie pozna żadnych nowych 

szczegółów. Meredith przyznała mężowi rację: po co 

Emily ma się czuć współwinna śmierci Nory. 

Tak, zeznania Patsy utajniono, a ją samą przewie­

ziono do pilnie strzeżonego zakładu dla psychicznie 

chorych przestępców, takiego jak ten, w którym leczy-

background image

22 KASEY MICHAELS 

ła się po zamordowaniu ojca swojego pierworodnego 

dziecka. 

Z pierwszego zakładu uciekła i przez dziesięć lat 

podszywała się pod swoją siostrę bliźniaczkę, usiłując 

zniszczyć jej rodzinę. Czy tym razem będzie lepiej 

strzeżona? Czy nie zdoła się znów wymknąć? Te py­

tania nie dawały Meredith spokoju, kiedy w chłodny, 

deszczowy dzień, lekko drżąc z zimna, wędrowała po 

zaniedbanym, pozbawionym kwiatów ogrodzie. 

W zamian za jej pełne zeznania Joe przyrzekł Patsy, 

że nikomu nie odda jej synów; nadal będą mogli mie­

szkać na ranczu, a on będzie się nimi opiekował jak włas­

nymi dziećmi. Z zeznań wiedzieli, że Joe Junior jest ro­

dzonym synem Patsy. Wyszło także na jaw, że Patsy 

wciąż poszukuje córki, którą zabrano jej tuż po porodzie. 

Wyglądało na to, że miała bzika na punkcie dwóch 

spraw. Pierwsza, to zemsta na siostrze: uparła się zająć 

jej miejsce i zniszczyć jej życie. Druga, to miłość do 

dzieci, które kochała ponad wszystko. I właśnie z tro­

ski o synów zgodziła się na współpracę z policją. 

Meredith westchnęła ciężko. Wróciła na łono ro­

dziny, Patsy znajduje się w zamknięciu, a zatem czas 

najwyższy zapomnieć o przeszłości i skoncentrować 

się na sprawach bieżących. 

Czy czuła się bezpieczna? Nie całkiem. Brakowało 

jej pewności siebie, wciąż miała luki w pamięci, nie 

potrafiła poradzić sobie z nadmiarem wrażeń. Rodzina, 

która ją otaczała, była ta sama co dawniej, a jednak 

inna. Dzieci nie były już dziećmi; miały mężów, żony, 

własne potomstwo, własne życie. 

background image

DOM RADOŚCI 

23 

A Joe... czas nie obszedł się z nim łaskawie, choć 

była to bardziej wina Patsy niż czasu. Meredith wiele 

by dała, by napięcie znikło z jego spojrzenia; by 

uśmiechał się tak jak dawniej, radośnie i beztrosko; 

i by w nocy spał spokojnie u jej boku, zamiast drę­

czony koszmarami ciskać się po łóżku. 

Czas. Tego im potrzeba. Przypomniała sobie słowa 

doktor Marthy Wilkes: że potrzeba czasu, aby wydo-

brzeć i przebaczyć. 

Spośród tych, których Patsy skrzywdziła, najbar­

dziej było Meredith żal Joego Juniora i Teddy'ego. 

Wiele można Patsy zarzucić, ale nie to, że była złą 

matką. Chłopcy bardzo za nią tęsknili. Nie rozumieli, 

dlaczego miejsce ich mamusi zajęła nowa mamusia, 

która wygląda identycznie jak poprzednia, lecz nią nie 

jest; byli zaś za młodzi, aby im cokolwiek tłumaczyć. 

Kiedy Joe powiedział jej prawdę o chłopcach, Me­

redith długo płakała; częściowo z ich powodu, częścio­

wo z powodu męża. Jak bardzo musiał biedak cierpieć, 

kiedy Patsy oświadczyła mu, że jest w ciąży, a on wie­

dział, że nie może być ojcem. Jednakże kochał „Me­

redith" na tyle, że wybaczył jej zdradę, a Teddy'ego 

uznał za własne dziecko. 

Joe Junior, którego znaleźli na wycieraczce, też był 

synem Patsy. Sama się do tego przyznała. Zaszła w cią­

żę w trakcie krótkiego romansu z człowiekiem, które­

go już nawet nie pamiętała. Po urodzeniu dziecka zo­

stawiła je pod drzwiami Coltonów, wiedząc, że się nim 

zaopiekują. Zresztą za kilka tygodni zamierzała do nie­

go dołączyć. 

background image

24 

KASEY MICHAELS 

W zamian za obietnicę, że Coltonowie będą wy­

chowywali jej synów i postarają się odszukać skradzio­

ną jej przed laty córeczkę Jewel, Patsy przez wiele dni 

składała na policji zeznania. Z dumą w głosie, która 

dobitnie świadczyła o jej szaleństwie, mówiła o zapla­

nowanym przez siebie wielkim oszustwie, udzielała 

szczegółowych odpowiedzi na pytania, wyjaśniała, jaki 

miał być dalszy ciąg historii. 

Usiłowała otruć Joego w dniu jego sześćdziesiątych 

urodzin, napomknęła też, że nie była to jedyna próba, 

jaką podjęła, aby pozbawić go życia. Ze śmiechem wy­

znała, że przeżyła szok, kiedy okazało się, że nie tylko 
ona pragnie śmierci Joego, ale również Emmett Fallon. 

Największą radość sprawiło jej ujawnienie informa­

cji, że rodzony brat Joego, Graham Colton, jest ojcem 
Teddy'ego. Przyznała się nawet do tego, że szantażo­

wała Grahama: kazała sobie płacić za milczenie. 

Biedny Joe. Biedny, okłamany i zdradzony. Nie za­

mierzał mówić Meredith o Grahamie, ale którejś nocy, 
kiedy śniły mu się jakieś koszmary, a ona wzięła go 

w ramiona, prosząc, by się uspokoił, wtedy nie wy­
trzymał. Wyznał jej, czyim synem jest Teddy. Poza 
Randem, i teraz nią, nikt inny nie znał prawdy. Me­

redith nalegała, aby ze względu na Teddy'ego nikornu 
więcej o tym nie mówić, przynajmniej na razie. Nie 
była pewna, czy postępuje słusznie i jak na jej decyzję 

zapatrywałby się Graham oraz jego dorosłe dzieci: Ja­
ckson i Liza. Uznała jednak, że skoro obu chłopców 
urodziła Patsy, ona, Meredith, wychowa ich jak własne 
dzieci. 

background image

DOM RADOŚCI 

25 

Doszła do fontanny, tej samej, która nawiedzała ją 

w snach. Pochyliwszy się, zanurzyła rękę w chłodnej 

wodzie i przez moment stała tak, wsłuchując się w jej 

cichy szum. 

- Jest sporo większa od fontanny w Missisipi -

oznajmił za jej plecami wesoły kobiecy głos. - Witaj, 

Meredith. Twój mąż uznał, że powinnam złożyć ci wi­

zytę. Cieszysz się? 

- Martha! - zawołała Meredith, nie kryjąc zaskocze­

nia na widok uśmiechniętej od ucha do ucha lekaiki, która 

ubrana w cienki płaszczyk, nieprzystosowany do listo­

padowych chłodów, stała na patio, dygocząc z zimna. 

Joe zaprosił Marthę na ranczo? Ależ z niego cu­

downy człowiek! Martha Wilkes jest właśnie tą osobą, 

której potrzebowała, która wszystko zrozumie i nie bę­

dzie zadawała żadnych pytań, z którą mogła swobod­

nie rozmawiać, nie bojąc się, że niechcący kogoś urazi, 

która może zdoła pomóc Emily. Meredith poczuła, jak 

serce nabrzmiewa jej nadzieją. 

- Oj, kochana. - Lekarka pokręciła głową. - Prze­

byłam kawał drogi. A ty tylko tyle masz mi do po­

wiedzenia? „Martha"? 

Meredith rzuciła się w ramiona przyjaciółki. 
- O Boże! Martha! 

Emily wiedziała więcej, niż się wydawało jej ro­

dzicom. Kiedy usłyszała, że Patsy złożyła zeznania, 

udała się do Randa i tak długo go męczyła, aż jej wszy­

stko wyśpiewał, również i to, że rozmowa, jaką odbyła 

z Norą Hickman, doprowadziła do śmierci Nory. 

background image

26 

KASEY MICHAELS 

Nieprawda, Rand wcale jej tego nie powiedział; sa­

mi sobie złożyła wszystko do kupy. I oczywiście za­

częła się obwiniać o kolejną śmierć. Dowiedziała się 

tei, że Silas Pike ruszył za nią w pogoń od razu po 

jej ucieczce z domu. Odnalazł ją w Keyhole dzięki 

opisowi, jaki mu Patsy dostarczyła - głównie opisowi 

jej długich, rudych włosów. 

Włosów, które tak bardzo podobały się Toby'emu. 

Wosów, które były jej radością i dumą, dlatego ich 

nie obcięła, nie ufarbowała, nie schowała pod peruką. 

Cholera, zgubiła ją pewność siebie! Sądziła, że jest 

bezpieczna. Powinna była zmienić swój wygląd, 

a ona... 

Czuła straszliwe wyrzuty sumienia. Dręczyły ją nie-

ustannie, we dnie i w nocy. Podziwiała postawę matki, 

jej odwagę, optymizm, umiejętność cieszenia się ro­

dziną, której na skutek okrucieństwa Patsy nie widziała 

od dziesięciu lat. Patrzyła ze zdumieniem, jak matka 

w sposób naturalny, bez wysiłku, wchodzi w swoją 

dawną rolę żony, matki, opiekunki. Chociaż czasem 

w jej oczach gościł smutek., na ogół uśmiech rozjaśniał 

jej oblicze. 

Emily zazdrościła matce odwagi, sama bowiem była 

jej pozbawiona. Kiedyś też była odważna, ale już nawet 

nie pamiętała kiedy. Wciąż męczyły ją okropne sny. 

Wystarczyło zacisnąć powieki, a widziała Silasa Pike'a 

z bronią w ręku, który zbliża się do niej, lekko kuś­

tykając. Ma zimne, drapieżne spojrzenie, szparę między 

zębami i długie wąsy, które nie skrywają uśmiechu za­

dowolenia na jego twarzy. Dzieli ich coraz mniejsza 

background image

DOM RADOŚCI 

27 

odległość. „No, proszę! Kogo to ja widzę? Toż to mała 

Emily Blair! A może wolisz, żebym nazywał się Emmą 

Logan?" 

Zdarł z niej maskę, odgadł jej tajemnicę. Czuła się 

naga i bezbronna. I śmiertelnie przerażona. Prawdę 

mówiąc, strach towarzyszył jej od pierwszej nocy, 

kiedy za zasłoną w sypialni ujrzała zarys męskiej syl­

wetki. 

Jednakże strach był niczym w porównaniu z wy­

rzutami sumienia, które nią targały. Toby kochał ją, 

a ona nie potrafiła zaufać mu na tyle, by porozmawiać 

z nim od serca. Gdyby wyjawiła mu prawdę, byłby 

przygotowany. Wiedziałby, kim jest wróg, i może cho­

ciaż odbezpieczyłby broń. 

Zginął przez nią! Bo mu nie powiedziała. Bo go 

nie kochała. Wsparta o ogrodzenie, czubkiem buta roz-

grzebywała ziemię. Och, gdyby tylko umiała oczyścić 

umysł z wszelkich myśli, wymazać i głowy obrazy, 

które nawiedzały ją w dzień i w nocy, zatrzymać tę 

cholerną taśmę! 

Dziś po południu miała porozmawiać z doktor Wil-

kes, obiecała to matce, wiedziała jednak, że rozmowa 

nic nie da. Albowiem nikt nie zdoła skasować taśmy, 

która w kółko obraca się jej przed oczami. Nikt. Wy­

rzuty będą ją prześladować do końca życia. 

Cieszyła się, że doktor Wilkes jest w stanie pomóc 

matce, ale mama jest w tym wszystkim niewinną ofia­

rą. Ona, Emily, przeciwnie; nie tylko nie jest ofiarą, 

ale zawsze brała sprawy w swoje ręce, wychodziła za­

grożeniu naprzeciw i sama staczała własne bitwy. 

background image

28 

KASEY MICHAELS 

Aż do tej ostatniej, najważniejszej, kiedy do akcji 

wkroczył Toby i zginął, ratując jej życie. 

Zamierzała udać się na przejażdżkę konną, ale zro­

biło się za późno. Szkoda, pomyślała. Odwróciła się 

gwałtownie od ogrodzenia i wpadła na coś - na czyjeś 

szczupłe, twarde ciało, które zagradzało jej drogę. 

- Emily Colton? - spytał obcy, kiedy podniosła 

wzrok. 

Miała wrażenie, że patrzy w niebieskie oczy To-

by'ego Atkinsa. Zamrugała nerwowo, po czym prze­

łknąwszy ślinę, cofnęła się o krok. 

- Kim... kim pan jest? 
- Atkins - przedstawił się, mrużąc oczy. - Josh At-

kins. Coś to pani mówi? 

Cofnęła się jeszcze jeden krok. Dalej nie mogła; 

poczuła za plecami ogrodzenie. Chciała ukryć się, 

uciec, ale nie miała dokąd. 

- Josh Atkins? Brat Tobiego? 

Poza identycznymi oczami bracia wszystkim się 

różnili. Jeden nosił mundur policjanta, drugi kapelusz 

z podwiniętym z obu stron rondem, zakurzone buty 

kowbojskie, opinające biodra spłowiałe dżinsy, jasno­

niebieską koszulę oraz skórzaną kamizelkę. Wyglądał 

jak kowboj z miasteczka na Dzikim Zachodzie, który 

szykuje się do pojedynku ze znienawidzonym wro­

giem. Brakowało mu tylko kabury na biodrach, w któ­

rej tkwiłaby bron. 

Twarz miał pociągłą, ogorzałą od słońca, nos prosty, 

policzki poznaczone bruzdami, usta szerokie, nie 

uśmiechnięte, zęby równe i białe. Owszem, był przy-

background image

DOM RADOŚCI 

29 

stojny, ale patrząc na jego twarz, widziało się człowieka 

zaciętego, surowego, nieskorego do wybaczania. 

Człowieka, który ją, Emily, najchętniej udusiłby 

własnymi rękami. 

- Skąd... skąd się pan tu wziął? - wydukała po 

chwili cichym, piskliwym głosem. - Główna brama 

jest strzeżona. Ochroniarze nie wpuszczają obcych. 

- Dostarczyłem klacz do rozpłodu - odparł, zsu­

wając z czoła kapelusz. - Pracuję na ranczu Rollinsa. 

- Aha. - Emily przełknęła ślinę. - Nie... nie wie­

działam. Toby mówił, że jego brat jeździ na rodeo. 

- To prawda, ale po sezonie zatrudniam się u ran-

czerów. Pewnie o tym Toby też pani wspomniał? 

Skinęła głową, po czym odwróciła wzrok. 
- Tak. Ale mówił, że u ranczerów w Wyoming. 

- Po śmierci Toby'ego nic mnie już tam nie trzyma. 

Nic a nic. 

- Boże... - Przycisnąwszy dłonie do policzków, 

westchnęła głęboko. Po chwili opuściła ręce. - Powin­

nam była się z panem skontaktować, prawda? W koń­

cu ma pan prawo wiedzieć, co zaszło tamtego wie­

czoru. Toby... Toby uratował mi życie. 

- Słyszałem. A pani, w nagrodę za jego poświęcenie, 

zostawiła go na podłodze, żeby wykrwawił się na śmierć, 

a sama uciekła. Muszę przyznać, panno Colton, że ma 

pani dziwny sposób okazywania wdzięczności. No cóż, 

czas na mnie. Ale na pewno się jeszcze spotkamy, i to 

nieraz. Będę pani przypominał jej niecne zachowanie. 

Emily dosłownie zamurowało. Josh odwrócił się na 

pięcie. Wsiadał do ciężarówki, której drzwi zdobił na-

background image

30 

KASEY MICHAELS 

pis „Ranczo Rollinsa", kiedy - wyrwawszy się z odrę­

twienia - zawołała: 

- Nie! To nie tak było! Ja wcale nie... O Boże! 

- urwała, opierając się bezsilnie o ogrodzenie. 

Patrzyła na ciężarówkę, która wzbijając tumany ku­

rzu, pędziła w stronę bramy. 

- To nie tak... wcale nie tak - szepnęła Emily. 

Łzy płynęły jej po twarzy. 

Półtora kilometra za posiadłością Coltonów Josh 

zjechał na pobocze, zgasił silnik i walnął pięścią 

w kierownicę. 

- Cholera jasna! - warknął raz, potem drugi i trze­

ci. - Cholera, cholera, cholera! 

Ale się popisał! Prawdziwy z niego bohater! Powi­

nien teraz złapać królika i wytargać go za uszy, ode­

rwać skrzydełka ze trzem motylom, a w końcu poje­

chać do miasta i jakiemuś brzdącowi ukraść lizaka. 

Nigdy nie widział tak zbolałego spojrzenia. Zanim 

jeszcze otworzył usta, mógł się domyślić, co dziew­

czyna przeżywa. Ociężałe ruchy, przygarbiona sylwet­

ka, posępna twarz - świadczyły o jednym: że dźwiga 

ciężar, z którym nie potrafi się uporać. Wielokrotnie 

widział ranne zwierzęta; wydzielały specyficzny za­

pach. Z Emily było podobnie. Pachniała strachem 

i rozpaczą, zanim jeszcze zaczął czynić jej wyrzuty. 

Kopnął ją. Czy wolno kopać kogoś, kto już leży? 

Z drugiej strony, czy ona nie zasługuje na potępienie? 

- Chryste! - jęknął, łapiąc się za czoło. - Chyba 

całkiem mi odbiło! 

background image

DOM RADOŚCI 31 

Oparł się o zagłówek i zacisnął powieki. Natych­

miast ujrzał przed oczami Emily. Była dokładnie taka, 

jak ją Toby opisywał: szczupła, średniego wzrostu, 

o długich nogach, które świetnie wyglądały w dżin­

sach. Ale największe wrażenie wywarła na nim jej 

twarz - przepojone smutkiem, duże niebieskie oczy, 

gładka skóra, blade policzki - oraz lekko zgarbione 

plecy, zupełnie jakby szykowała się na kolejny cios. 

Kolejny, bo kilka już otrzymała. 

No i te włosy. Toby do znudzenia się nimi zachwycał. 

Lśniące, gęste, długie, o pięknej kasztanowej barwie. 

Kiedyś Toby miał klacz o kasztanowej grzywie. Cieka­

we, czy... nie, pewnie nie skojarzył. Zresztą trudno po­

równywać taką dziewczynę jak Emily do starej szkapy, 

którą kupił bratu na piętnaste urodziny. Niestety, na młod­

szego, bardziej urodziwego konia nie było go stać. 

W porządku, jest ładna. Nawet piękna. Tak piękna, 

jak twierdził w listach Toby. A z jej oczu wyziera 

smutek. Czyżby cierpiała z powodu śmierci Toby'ego? 

- Nieważne, do jasnej cholery! To ona go zabiła. 

- Wyciągnął rękę w stronę klucza, który wciąż tkwił 

w stacyjce. - Jest tak samo winna, jakby własnoręcz­

nie wpakowała mu kulę w pierś. Nie będę się nad nią 

użalał. I nie pozwolę jej zapomnieć o tym, co zrobiła. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Meggie James odziedziczyła po mamie złociste wło­

sy i brzoskwiniową cerę, po ojcu zaś upór i stanow­

czość. Właśnie upór dawał o sobie znać, kiedy pulch­

nymi rączkami usiłowała sięgnąć po stojącą na stoliku 

filiżankę herbaty. 

- Nic z tego, pączuszku - powiedziała Sophie Col-

ton James, usiłując zainteresować córkę gryzakiem, 

który wykonała z cienkich skórzanych rzemyków bab­

ka Rivera, rodowita Indianka. - Ona to uwielbia - do­

dała, zwracając się do Emily, która filiżankę trzymała 

w górze, poza zasięgiem dziecięcych rączek. - Zagro­

ziłam, że jak tak dalej pójdzie, zacznę ją nazywać Bur­

kiem, ale River tylko się śmieje. Twierdzi, że jego bab­

cia wychowała tabuny dzieci, więc wie, co robi. 

Obie popatrzyły na Meggie, która przytrzymując się 

nogi stolika, klapnęła na podłogę, po czym gaworząc 

wesoło, wetknęła gryzaka do buzi. 

- Mała ząbkuje? - Emily uśmiechnęła się do swo­

jej siostrzenicy. - Córeczka Mai i Drake'a również. 

Mama mówiła, że kiedy parę dni temu podrzucili Ma-

rissę na ranczo, ta prawie chciała wygryźć jej dziurę 

w ramieniu. Oczywiście, mama była tym zachwycona. 

background image

DOM RADOŚCI 

33 

- Boże, jak cudownie mieć ją znów w domu! Udziela 

cennych rad, rozdaje uśmiechy, obdziela wszystkich mi­

łością. Zupełnie jakby... jakby tamtych dziesięciu lat nie 

było. - Sophie podniosła do ust filiżankę z herbatą. -

Nawet nie wiesz, Em, jaka jestem szczęśliwa, że Meggie 

wreszcie nauczyła się siadać. W zeszłym tygodniu spa­

liśmy z Riverem może z pięć minut w ciągu nocy. Co 

przykładaliśmy głowę do poduszki, musieliśmy wstawać, 

bo nasze dzieciątko podciągało się do pozycji stojącej, 

a potem beczało, bo nie umiało się położyć. Kiedy po­

skarżyłam się mamie, poradziła mi, byśmy zakryli głowy 

poduszkami i nie reagowali na płacz. Że w końcu Meg­

gie sama wykombinuje, co ma zrobić. 

- I co? Pozwoliliście jej płakać? - spytała Emily, 

częstując się ciastkami, które rano upiekła Inez. 

- Ale nie pierwszej nocy - przyznała Sophie. -

Nie mieliśmy serca. Wydawało mi się, że jeżeli do niej 

nie pójdę, Meggie upadnie, uderzy się w główkę. Wy­

obrażałam sobie różne straszne rzeczy. Kolejnej nocy 

River kazał mi odczekać dziesięć minut i dopiero wte­

dy do niej pójść. No, chyba żebym wcześniej usłyszała 

jakiś łoskot; - Wzruszyła ramionami. - Po siedmiu mi­

nutach w domu nastała cisza jak makiem zasiał. Riv 

odczekał jeszcze kilka minut, po czym przeszedł na 

palcach do pokoju córuni. Okazało się, że nasze ma­

leństwo śpi smacznie na brzuszku, z pupą wypiętą do 

góry. Od tej pory nie mamy z nią problemów. 

Emily westchnęła. 

- Mamy i babcie... Potrafią udzielać świetnych 

rad. Chociaż czasem się mylą. 

background image

34 KASEY MICHAELS 

- To brzmi groźnie - zauważyła Sophie, podnosząc 

z podłogi córkę, która zaczęła trzeć oczy. - Położę ją 

i zaraz wrócę. Bo coś mi się zdaje, że dostarczenie ciastek 

od Inez to nie jedyny powód twojej dzisiejszej wizyty. 

Emily odprowadziła siostrę wzrokiem do schodów 

na górę, po czym rozejrzała się po salonie, podziwiając 

sposób urządzenie wnętrza. Meble współczesne pięknie 

współgrały z antykami, a styl westernowy - widoczny 

zwłaszcza w obrazach i grafikach na ścianie - z ele­

mentami orientalnymi. 

Chciałaby mieć własny dom, a przynajmniej własne 

mieszkanie, ale nie wiedziała, jak to wytłumaczyć ro­

dzicom. Hacienda de Alegria była tak duża, że nikt 

by jej nie uwierzył, gdyby oznajmiła, że czuje się przy­

tłoczona. Zwłaszcza teraz, zaledwie dwa tygodnie po 

powrocie mamy, nie bardzo jej wypada urządzać prze­

prowadzkę. Ale przedtem też nie wypadało, kiedy oj­

ciec całymi dniami chodził pogrążony w smutku. 

Zdawała sobie sprawę, że rodzice ją kochają, ale 

ich miłość zaczynała ją przygniatać. Prawie nie spu­

szczali z niej oczu, zupełnie jakby była kruchym szkla­

nym naczyniem stojącym na krawędzi półki, które lada 

moment może osunąć się, spaść i rozbić na miliony 

drobnych kawałków. W dodatku teraz do rodziców do­

łączyła doktor Martha Wilkes; mieszkała z nimi na ran-

czu, jadła z nimi przy stole, była ciepła, serdeczna 

i równie troskliwa, jak oni. 

Emily nie miała lekarce nic do zarzucenia. Kłopot 

w tym, że czuła się nieustannie śledzona i to ją mę-

czyło. Ani na moment nie mogła opuścić gardy. Cały 

background image

DOM RADOŚCI 

35 

czas uśmiechała się, pomagała w różnych pracach do­

mowych, skrywała głęboko swoją rozpacz i ból; na 

płacz pozwalała sobie jedynie w łazience, gdy szum 

wody zagłuszał jej cichy szloch. Ostatnio kilka razy 

dziennie brała prysznic. 

Wróciwszy do salonu, Sophie usiadła na kanapie 

i westchnęła. 

- No dobrze. Dałam Meggie czystą pieluchę, prze­

brałam ją w piżamę i położyłam do łóżeczka. Jak do­

brze pójdzie, mamy dwie godziny spokoju. Potem za­

bawa z tatusiem, kąpiel, kolacja, a po kolacji zazwy­

czaj druga kąpiel, bo nasza dziecinka uwielbia wyplu­

wać z buzi jedzenie. Największą frajdę sprawiają jej 

gotowane buraczki. Do snu układa ją tatuś; lubi śpie­

wać jej na dobranoc, ale to oczywiście tajemnica. Gdy­

byś go o to spytała, pewnie by zaprzeczył. 

Emily przyjrzała się uważnie siostrze, jej uśmiech­

niętej twarzy, którą znaczyła blizna - pamiątka po 

spotkaniu z bandytą. To dziwne, pomyślała. Kiedy po 

ataku Sophie ukryła się na ranczu, wszyscy byli prze­

konani, że gdy tylko lekarz zezwoli, natychmiast zrobi 

sobie operację plastyczną. Ale wtedy, gdy już mogła 

poddać się operacji, zaszła w ciążę, potem większość 

czasu pochłaniała jej opieka nad dzieckiem, a teraz... 

teraz zdawała się nie pamiętać o bliźnie. Była zbyt za­

jęta, ciesząc: się życiem, by myśleć o jakichś zabiegach 

upiększających. 

- Jesteś szczęśliwa, prawda, Sophie? - spytała 

Emily. Niepotrzebnie, bo z góry znała odpowiedź. -

cała aż promieniejesz. 

background image

36 

KASEY MICHAELS 

- Ojej... - Sophie wyprostowała się. - To widać? 

Chcieliśmy poczekać do świąt Bożego Narodzenia, za­

nim ogłosimy wiadomość, ale skoro się domyśliłaś, ro­

dzice pewnie też się domyśla. 

- Domyśliłam? Czego? 

- Że znów jestem w ciąży - odparła Sophie, przy­

kładając ręce do płaskiego brzucha. - Nie planowali­

śmy drugiego dziecka tak szybko, ale... Właściwie 

podoba mi się pomysł, że Meggie będzie miała braci­

szka lub siostrzyczkę. River zastanawia się nad roz­

budową domu... 

- Tak zaczynali rodzice. Na początku Hacienda de 

Alegria była całkiem mała, potem stopniowo zaczęła 

się rozrastać. - Emily uśmiechnęła się. - Gratuluję, 

Soph. Cieszę się razem z wami. 

I naprawdę się cieszyła, choć w tej sytuacji zrezyg­

nowała z zapytania siostry, czy mogłaby u niej zamie­

szkać w pokoju gościnnym, przynajmniej dopóki do­

ktor Wilkes nie wróci do Missisipi. 

- Nie zamierzamy iść w ślady rodziców - odparła 

ze śmiechem Sophie. - Wystarczy nam mała gromad­

ka. No dobra, a teraz powiedz mi, co cię gryzie. I nie 

mów, że nic, bo ci nie uwierzę. 

- Aż tak po mnie wszystko widać? Psiakość, tego 

się właśnie obawiałam. Dlatego chciałam się do was 

wprowadzić na jakiś czas - przyznała Emily, po czym 

ugryzła się w język. Ale było już za późno. 

- Chcesz wymknąć się z domu? Dlaczego? 

Emily przeczesała ręką włosy, odgarniając je za 

uszy. 

background image

DOM RADOŚCI 

37 

- Z paru powodów, ale najważniejszy to doktor 

Wilkes. Mama usiłuje ją na mnie napuścić, a ja... Po 

prostu nie mogę. Mam wrażenie, że ona czyta w moich 

myślach, że potrafi przeniknąć mnie na wylot. 

- A potrafi? - spytała Sophie, sama skutecznie 

przenikając siostrę na wylot. 

- Tak. To przerażające. 
Emily uniosła włosy, jakby chciała je zebrać w kok, 

po czym cofnęła ręce i potrząsnęła głową. Burza ka­

sztanowych loków opadła jej na ramiona, zasłaniając 

niemal całą twarz. Przypuszczalnie Emily nawet nie 

była świadoma tego, co czyni, ale siostra pogroziła jej 

palcem. 

- Aha! Twoja stara sztuczka. Schowam się za kur­

tyną włosów. Robisz to od dziecka, zawsze wtedy, kie­

dy spodziewasz się kłopotów. 

- Serio? E tam, zmyślasz. 
- Mogę ci odświeżyć pamięć. Pamiętasz ten dzień, 

gdy mama weszła do salonu, pytając, kto stłukł piłką 

szybę w bibliotece? Albo kiedy tata szukał ochotników 

do posprzątania stajni, bo wszyscy stajenni się pocho­

rowali? Albo kiedy twoja nauczycielka zadzwoniła do 

domu, żeby porozmawiać z mamą? 

- Panna Hatcher. Brrr, co za wstrętne babsko. Po­

skarżyła się na mnie, że zjadłam plastelinę. A ja tylko 

poczęstowałam się małym kawałeczkiem. 

- Czyli coś jednak pamiętasz. No więc zawsze wte­

dy, kiedy czujesz się choć trochę zagrożona, zachowu­

jesz się jak struś, który chowa głowę w piasek. Tyle 

że ty zakrywasz włosami twarz. To cię zdradza, wiesz? 

background image

38 KASEY MICHAELS 

Równie dobrze mogłabyś głośno krzyknąć: Nie pod­

chodźcie, bo się boję! 

Policzki Emily pokrył rumieniec. Odruchowo pod­

niosła rękę do włosów, po czym przyłapawszy się na 

tym, czym prędzej opuściła ją na kolana. 

- Nienawidzę tych kudłów - powiedziała cicho, 

lecz w jej głosie brzmiała pasja. - Powinnam ogolić 

się na łyso. 

- Ani się waż! - zaprotestowała ostro siostra. -

Pięknych dziewczyn jest na pęczki, ale żadna nie ma 

tak wspaniałej czupryny. Po tych włosach byłabym 

w stanie odnaleźć cię w wielotysięcznym tłumie. Mo­

głabyś nimi obdzielić pięć kobiet i wszystkie miałyby 

bujne loki. I jeszcze ten kolor! Farbowaniem nigdy ta­

kiego się nie uzyska. Wiem, co mówię, bo spróbowa­

łam raz na studiach i wyglądałam jak klown. 

- Nie tylko ty umiałabyś mnie odnaleźć w tłumie. 

- Emily z trudem przełknęła łzy. - Cholera jasna, co 

ja mam zrobić, Sophie? Przeze mnie zginął Toby, a je­

go zabójca powiedział policji, że wytropił mnie właśnie 

dzięki moim włosom. Ludzie je zapamiętują, a potem 

przychodzi taki Silas Pike, pyta, czy nikt nie widział 

dziewczyny o długich kasztanowych włosach i otrzy­

muje wskazówki, gdzie mnie szukać. Toby nie żyje 

dlatego, że Pike mnie odnalazł. 

Przez kilka sekund Sophie siedziała bez słowa. 

- Uff! - wypuściła z płuc powietrze. - Winisz się 

za śmierć Toby'ego? Uważasz, że zginął przez twoje 

włosy? 

Emily pociągnęła nosem. 

background image

DOM RADOŚCI 39 

- No, nie do końca. Ale powinnam była coś zrobić, 

Sophie. Zmienić wygląd, ściąć włosy, jakoś je ukryć. 

A ja o tym nie pomyślałam. I dlatego mam do siebie 

pretensję, za własną dumę, arogancję, zbytnią pewność 

siebie. Wydawało mi się, że tak dobrze zatarłam za 

sobą ślady. A najgorsze, że ukryłam przed Tobym pra­

wdę. Był szeryfem, Soph. Gdybym mu zaufała, gdym 

przyznała się, dlaczego uciekłam z domu, byłby lepiej 

przygotowany. 

- Powiedziałaś to wszystko doktor Wilkes? - So­

phie pochyliła się, zaniepokojona milczeniem siostry. 

- Emily? Powiedziałaś czy nie? 

Emily pokręciła przecząco głową. 

- Nie musiałam. Ona sama wie, że to była moja 

wina. Wszyscy to wiedzą - dodała, przypomniawszy 

sobie oskarżycielskie spojrzenie Josha Atkinsa. 

Wzdrygnęła się. Zdawała sobie sprawę, że nigdy się 

od niego nie uwolni; że Josh będzie ją nawiedzał 

w snach, prześladował na jawie. - Po to tu przyjecha­

ła. Żeby pomóc mi uporać się z wyrzutami sumienia. 

Nie mam pojęcia, jak ona sobie to wyobraża. Przecież 

Toby nie odżyje. Nic nie zmieni tego, co się stało. 

Sophie obeszła stolik, po czym usiadła na oparciu 

fotela i objęła siostrę ramieniem. 

- Głuptasie mój. Dlaczego z góry zakładasz, że do­

ktor Wilkes wini cię ża śmierć Toby'ego? Wątpię, aby 

tak surowo cię oceniała. Podejrzewam, że ty jesteś swo-

im najsurowszym sędzią. Najsurowszym i najbardziej 

niesprawiedliwym. - Na moment zamilkła. - Ja to wi-

widzę zupełnie inaczej! Widzę śmiertelnie przerażoną 

background image

40 KASEY MICHAELS 

młodą dziewczynę, która ucieka przed mordercą, a za­

razem próbuje zachować dawną tożsamość. Młodą 

dziewczynę, która wie, że Toby się w niej zakochał, 

a która nie chce go oszukiwać, udawać, że też go ko­

cha, a tym samym narażać go na niebezpieczeństwo. 

Em, tamtego wieczoru ty też o mało nie zginęłaś. Toby 

uratował ci życie. Jest bohaterem. Nie umniejszaj jego 

poświęcenia, nie czyń z niego ofiary. On zasługuje na 

coś więcej. Na szacunek. 

Emily popatrzyła siostrze w oczy, po czym wtuli­

wszy twarz w jej pierś, zaczęła głośno szlochać. 

Josh Atkins czuł się jak psychopata. Może dlatego, 

że zachowywał się jak świr, każdą wolną chwilę po 

święcał na szpiegowanie Emily. Wiązał konia do drze­

wa, a sam kucał za jakimś krzakiem i uważnie obser­

wował ranczo Coltonów. Patrzył, kto wchodzi do do-

mu, kto wychodzi, czekał, aż Emily opuści swój bez­

pieczny świat. Aż uda się gdzieś, gdzie znów mógłby 

do niej podejść, zaczepić ją, przypomnieć jej o swojej 

obecności. 

Klacz Rollinsa odebrał dwa dni temu. Kręcił się po 

ranczu Coltonów dość długo, licząc na to, że Emily 

pojawi się w stajni. Nie pojawiła się. Od tamtej pory 

nie miał powodu bywać na terenie ich posiadłości. 

Któregoś dnia spędził pół dnia w miasteczku. Cze­

kał na głównej ulicy, oparty o latarnię. Niczego nie 

osiągnął - Emily nie przyjechała ani po zakupy, ani 

do fryzjera, ani na lunch z przyjaciółką. Prawdę mó­

wiąc, nikt z Coltonów nie miał żadnych interesów do 

background image

DOM RADOŚCI 41 

załatwienia w miasteczku. Na pewno by ich rozpoznał. 

Artykuły o Patsy Portman ilustrowane były zdjęciami 

członków jej rodziny. Josh wszystkie powycinał i sta­

rał się zapamiętać twarze. 

Potem odkrył wzgórze, z którego teraz prowadził 

obserwację. Widok stąd miał doskonały, a sam pozo­

stawał w ukryciu. Bał się tylko, czy nie zwariuje, jeśli 

to długo jeszcze potrwa. 

Nie udało mu się ponownie spotkać Emily, za to 

wiele się dowiedział o Coltonach, zarówno na podsta­

wie bieżących wiadomości w gazetach, jak i informa­

cji zdobytych w bibliotece publicznej. Wprawdzie był 

zwykłym kowbojem, ale szkołę średnią skończył, po­

trafił korzystać z archiwum mikrofilmowego, docierać 

do starych gazet, odnajdować wzmianki na interesujące 

go tematy. 

Niemal wbrew sobie musiał przyznać, że Coltono-

wie to porządni, uczciwi ludzie, począwszy od Josepha 

Coltona, a skończywszy na najmłodszych członkach 

rodziny. 

Dzięki pomocy oraz zaangażowaniu Josepha i jego 

żony Meredith na terenie ogromnego rancza powstał 

Hopechest, wspaniały ośrodek dla dzieci pokrzywdzo­

nych przez los i takich, które weszły w konflikt z pra­

wem. Pobyt w ośrodku pozwalał im wyjść na prostą, 

zdobyć wykształcenie i zawód. Do dziś zresztą cała 

rodzina wspierała ośrodek finansowo, a parę osób pra­

cowało w nim na stałe. 

Coltonowie mieli pięcioro własnych dzieci, troje 

adoptowanych, między innymi Emily, oraz sześcioro 

background image

42 

KASEY MICHAELS 

przybranych. Wielu bogatych ludzi dawało pieniądze 

na cele charytatywne, ale łatwiej dawać pieniądze, niż 

samemu czynić dobro. 

Joseph Colton wybrał drogę trudniejszą, ale bardziej 

satysfakcjonującą. W dodatku wcale nie urodził się 

w zamożnej rodzinie. Był zwykłym człowiekiem, słu­

żył w wojsku, a do majątku doszedł pracą i wytrwa­

łością. Później przez jedną kadencję pełnił funkcję se­

natora. Jeden z jego synów zginął potrącony przez sa­

mochód. Jedna z córek o mało nie straciła życia w San 

Francisco, kiedy zaatakował ją bandyta. Sam Joe też 

ledwo uniknął śmierci, kiedy zwolniony przez niego 

pracownik postanowił się na nim zemścić. 

Jakby tych nieszczęść było mało, Coltonowie padli 

ofiarą strasznego oszustwa: przez dziesięć lat Patsy 

Portman, niezrównoważona psychicznie siostra bliź­

niaczka Meredith Colton, udawała swoją siostrę, czyli 

żonę Joego i matkę jego dzieci. 

Może więc Emily wcale nie żyła w cudownym, baj­

kowym świecie, otoczona miłością i pozbawiona trosk? 

Ale czy to ją usprawiedliwia? Czy umniejsza jej 

winę? Zdaniem Josha, absolutnie nie. Mogła ukryć się 

gdziekolwiek, mogła prosić o pomoc swoich braci albo 

ojca, który wynająłby dla niej kilku uzbrojonych ochro­

niarzy. 

Zamiast tego ona uciekła z domu - prosto do Key-

hole, prosto do Toby'ego. Ten zaś, niczym rycerz 

w lśniącej zbroi, uznał, że musi przywrócić uśmiech 

na licu pięknej księżniczki, ochronić ją przed złym 

smokiem. 

background image

DOM RADOŚCI 

43 

- Powinienem był się domyślić - mruknął pod no­

sem Josh, patrząc, jak w rezydencji Coltonów zapalają 

się światła. - Powinienem był dokładniej czytać jego 

listy. Przecież mogłem zrezygnować z zawodów, przy­

jechać do Keyhole, poznać Emmę Logan, przekonać 

się, co to za jedna. 

Mógłby, ale tego nie zrobił. Występował na rodeo 

w różnych miastach Oklahomy, Teksasu, Nowego Me­

ksyku; chciał spełnić swoje największe marzenie i zo­

stać mistrzem wszech czasów. Psiakrew, jest dorosłym 

facetem, a zachowuje się jak dzieciak, podczas gdy 

dzieciak w mundurze policjanta narażał się na niebez­

pieczeństwo i w końcu zginął. 

Który z nich był młodszy? Według metryki - Toby, 

ale Josh wiedział, że metryka nie mówi prawdy, bo 

młodszy był on, starszy z braci. Po śmierci rodziców 

sam wychował Toby'ego, jako dziecko przyjął na swo­

je barki ogromny ciężar. I dopiero gdy Toby się usa­

modzielnił, uznał, że wreszcie ma prawo do życia, na 

jakie nie mógł sobie pozwolić jako nastolatek - bez­

troskiego, wolnego od odpowiedzialności. 

Tak się tłumaczył, kiedy spoglądał na nagrody zdo­

byte podczas zawodów. Wydawał pieniądze niemal tak 

szybko, jak je zarabiał. Obiecywał sobie, że wkrótce 

zacznie oszczędzać; że za kilka lat ustatkuje się, kupi 

nieduże ranczo, na którym będzie hodował konie, ujeż­

dżał mustangi, wypasał bydło. I kupiłby to ranczo. Na 

pewno. Toby zaś rzuciłby pracę szeryfa w Keyhole, 

i zamieszkaliby razem. Wszystko miał zaplanowane. 

Oczywiście były to plany dość mgliste i odległe, 

background image

44 

KASEY MICHAELS 

ale jemu wydawały się konkretne i rzeczowe, zupełnie 

jakby upatrzył już ziemię i za kilka miesięcy miał 

wszystko sfinalizować. Jakby kilka miesięcy dzieliło 

braci od wspólnego życia z dala od zgiełku dużych 

miast. 

Zdjąwszy kapelusz, przeczesał ręką włosy. I tak by 

było - zamieszkaliby razem, gdyby w życiu Toby'ego 

nie pojawiła się Emily. Razem pracowaliby na ranczu, 

opiekowaliby się zwierzętami... 

Wierzył w to. Musiał w to wierzyć. Nie miał wy­

boru. Inaczej wina leżałaby po jego stronie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Martha Wilkes siedziała na patio, z rękami na ko­

lanach, i spoglądała na szemrzącą cicho fontannę. Było 

tu tak pięknie, tak spokojnie i sielsko. Potrząsnęła gło­

wą. Aż trudno uwierzyć, że w tak pięknym i spokoj­

nym miejscu przez dziesięć lat rozgrywał się koszmar 

jak z najgorszego snu. 

Parę minut temu skończyła kolejną sesję z Mere-

dith, choć żadna z nich już od dawna nie nazywała 

ich spotkań sesjami. Rozmawiały o domu, który za pa­

nowania Patsy stracił ciepły, przytulny charakter. 

Meredith starała się przywrócić mu jego dawny kli­

mat. Meble, które kiedyś stały w sypialni małżeńskiej, 

a potem zostały przeniesione do jednego z budynków 

gospodarczych, wróciły na dawne miejsce. Podobnie 

jak Joe, który od lat sypiał z dala od Patsy, w innej 

części domu. Meredith tatkiem nieświadomie dokony­

wała egzorcyzmów: ze wszystkich pomieszczeń usu­

wała ślady siostry. 

- Przeszkadza ci świadomość, że na początku Joe 

dzielił sypialnię z Patsy? - spytała Martha, popijając 

Melona herbatę. 

- On nie wiedział - odparła cicho Meredith, po 

czym popatrzyła lekarce w oczy. - Oczywiście w głę-

background image

46 

KASEY MICHAELS 

bi duszy uważam, że powinien był coś wyczuć. Łóż­

ko... to takie intymne miejsce. Każdy chciałby wie­

rzyć, że jest wyjątkowy i niepowtarzalny, zwłaszcza 

w sytuacji... no wiesz. Dlatego trochę mi się wydaje 

dziwne, że nie zauważył różnicy. 

- Pewnie zauważył i pewnie złożył ją na karb wy­

padku. Przecież doznałaś wstrząsu mózgu, a przynaj­

mniej on tak sądził. A potem, kiedy Teddy się urodził, 

Joe przeniósł się do własnej sypialni. Przestał sypiać 

z Patsy; przed rozwodem powstrzymywała go jedynie 

pamięć o tym, jak bardzo się kiedyś kochaliście. Po­

stanowił zacisnąć zęby i liczyć na cud. 

- No tak. - Meredith westchnęła. - Przysięgał być 

ze mną w zdrowiu i chorobie, tyle że ta choroba trwała 

dziesięć lat. 

- Pamiętaj, że ty też podtrzymywałaś go na duchu, 

kiedy po śmierci waszego syna popadł w depresję, 

a potem kiedy okazało się, że jest bezpłodny i nie mo­

żecie mieć więcej dzieci. Gdyby nie ty, całkiem by się 

załamał. Dlatego nie mógł cię zostawić. Mąż cię kocha, 

Meredith. Tolerował obecność Patsy w swoim łóżku, 

ale kochał ciebie. Kobietę, jaką byłaś przed wypad­

kiem, a nie tę zimną jędzę, w jaką się przemieniłaś. 

Martha zamknęła oczy. Tak, udało jej się przekonać 

Meredith, przemówić jej do serca i rozumu. A Mere­

dith szukała pomocy, pragnęła, aby ktoś wyciągnął do 

niej dłoń, wskazał jej właściwą drogę. I gotowa była 

zastosować się do otrzymanych rad. Przez dziesięć lat 

wierzyła, że jest morderczynią, kobietą bez rodziny, 

nie znającą miłości i nie mogącą liczyć na nic dobrego. 

background image

DOM RADOŚCI 

47 

Nic dziwnego, że kiedy odzyskała pamięć, znów chcia­

ła kochać i być kochana. 

Martha cieszyła się jej nowo odnalezionym szczę­

ściem. Nie, nie czuła zazdrości. To by było śmieszne, 

zazdrościć komuś, kto przeszedł takie piekło. Jednakże 

czasem, kiedy przestawała być psychologiem i tera-

peutką, a stawała się zwykłą kobietą, wtedy myślała, 

że któregoś dnia też by chciała się obudzić otoczona 

rodziną, miłością, marzeniami. 

Sama nie wiedziała, w którym momencie swojego ży­

cia przeistoczyła się z radosnej, pełnej optymizmu dziew­

czyny w sprawnie działający automat nastawiony wy­

łącznie na karierę. Nie miała bliskich, prawie nie miała 

przyjaciół. W wieku pięćdziesięciu lat nagle się ocknęła 

i zaczęła zastanawiać, gdzie się podziały jej dziewczęce 

plany i nadzieje. Jest już za stara na dzieci; pewnie rów­

nież za stara, aby wyjść za mąż. Chociaż o zamążpójściu 

nawet jako młoda dziewczyna nigdy nie marzyła. Zawsze 

na pierwszym miejscu stawiała pracę. 

Tak, na mężu niespecjalnie jej zależało, ale dzieci... 

Nie zdawała sobie sprawy, że w wieku pięćdziesięciu 

lat będzie czuła tak wielką pustkę w sercu z powodu 

decyzji, jaką podjęła w wieku lat dwudziestu. 

- Przepraszam... 

Z zadumy wyrwał ją czyjś łagodny głos. Podniósł­

szy głowę, Martha ujrzała stojącą obok młodą kobietę 

o znajomej twarzy. Odkąd przyjechała do Kalifornii, 

Poznała chyba wszystkie dzieci Meredith i Joego - ro­

dzone, adoptowane i przybrane - ale nie potrafiła je-

szcze dopasować twarzy do imion. 

background image

48 

KASEY MICHAELS 

- Rebeka? - spytała niepewnie. - Rebeka 

McGrath? Zgadłam? 

Uśmiechając się przyjaźnie, Rebeka usiadła na krze­

śle, które kilka minut wcześniej zwolniła jej matka. 

Mimo zaokrąglonego brzucha, ruchy miała płynne, peł­

ne gracji. 

- Tak, zgadła pani. - Na moment zamilkła. - Czy 

mogłabym zająć pani kilka minut? W sprawach zawo­

dowych? 

- Zawodowych? Chodzi o Meredith? - Martha na­

tychmiast stała się czujna. Jeżeli Rebeka przyszła spy­

tać o matkę, to niewiele się od niej dowie. Bądź co 

bądź, każdego lekarza obowiązuje tajemnica. - Pocze­

kaj, kochanie, muszę sobie wszystko w głowie upo­

rządkować. Jesteś jednym z przybranych dzieci Joego 

i Meredith, prawda? I pracujesz w Hopechest, poma­

gając dzieciom, które mają problemy z nauką? 

- Ma pani świetną pamięć - pochwaliła ją Rebeka. 

- Zwłaszcza że tamtego pierwszego wieczoru poznała 

pani przynajmniej ze trzy tuziny Coltonów. Ale nie, 

nie przyszłam w sprawie mamy. Choć przy okazji 

chciałabym pani bardzo podziękować za opiekę nad 

nią. Gdyby nie pani pomoc, jej losy mogłyby się po­

toczyć całkiem inaczej. 

- Twoja mama jest niezwykle silną kobietą. Ko­

bietą, która łatwo się nie poddaje. A teraz słucham 

cię... 

Rebeka odrzuciła na plecy zaplecione w warkocz 

włosy i utkwiła wzrok w twarzy lekarki. 

- No więc chyba powinnam zacząć od tego, że by-

background image

DOM RADOŚCI 49 

łaby to praca społeczna. Prawie wszyscy, którzy po­

magają w Hopechest, robią to bez wynagrodzenia. 

- Ja też często pracuję w charakterze wolontariu-

szki. Jeśli tylko będę mogła, z przyjemnością pomogę. 

Chodzi o któregoś z mieszkańców ośrodka? 

- Tak. - Rebeka skinęła głową. - O Tatanię. 

Dziewczynka ma siedem lat i jest naprawdę urocza. 

Ojciec nieznany, matka zmarła trzy miesiące temu. 

Z raportów pracownicy społecznej, przydzielonej do 

Tatanii zaraz po jej urodzeniu, wynika, że za życia mat­

ki dziewczynka też nie miała lekko. 

- Dlaczego? Matka brała narkotyki? Uprawiała 

prostytucję? 

- Nie, po prostu zaniedbywała córkę. Zdarza się. 

A potem spalił się ich dom; matka zginęła w płomie­

niach. Dziewczynka doznała poparzeń, na szczęście 

niegroźnych. Trafiła do nas dwa tygodnie temu. Jeden 

z naszych psychologów przysłał ją do mnie, myśląc, 

że cierpi na dysleksję. Okazało się, że nie. Tatania jest 

zbyt nieśmiała i zbyt przerażona, aby uczestniczyć 

w czymkolwiek: w lekcjach, w zabawie, w rozmowie. 

Milczy. Przy mnie wypowiedziała może dziesięć słów, 

na pewno nie więcej. 

- To może być trauma spowodowana pożarem. Al­

bo utratą matki. Dzieci kochają nawet takich rodziców, 

którzy je biją lub nimi pomiatają. Siła ich uczuć jest 

czasem wprost niewyobrażalna. Niekiedy przyjmują na 

siebie rolę dorosłych, troszczą się o pijanego ojca... 

- Wiem, pani doktor. - Rebeka wzruszyła ramio-

nami.- Problem w tym, że nie wiem, jak pomóc tej 

background image

50 KASEY MICHAELS 

małej. Oczywiście mamy kilku psychologów w ośrod­

ku, ale po pierwsze, są potwornie obciążeni pracą. A po 

drugie... Mała Tatania jest Murzynką, więc pomyśla­

łam sobie, że... 

- Że łatwiej jej będzie otworzyć się przed kimś, 

kto też ma czarną skórę? - dokończyła z uśmiechem 

Martha. - Nie czerwień się, Rebeko. Bo masz rację. 

Może rzeczywiście Tatania będzie mniej skrępowana 

w moim towarzystwie. Kiedy mogłabym się z nią 

spotkać? 

Rebeka odetchnęła z ulgą. 

- Na przykład teraz? 

Martha rozpromieniła się. 

- Doskonały pomysł. Wezmę tylko płaszcz. 

Emily cofnęła się szybko od drzwi balkonowych, 

żeby nikt jej nie przyłapał na podsłuchiwaniu cudzej 

rozmowy, po czym odetchnęła z ulgą - czuła się jak 

skazaniec, któremu w ostatniej chwili dano jeszcze pa­

rę dni życia. 

Doktor Wilkes wybiera się do Hopechest, a zatem 

Emily nie może z nią dziś porozmawiać, tak jak to 

obiecała Sophie. Po raz pierwszy od wielu miesięcy 

szczęście się do niej uśmiechnęło. 

Kiedyś porozmawiają. Może jutro, może pojutrze. 

Zawsze dotrzymywała słowa. Ale kilka dni zwłoki... 

Co to komu szkodzi? Cofnęła się'jeszcze kilka kroków, 

po czym odwróciła się i wpadła prosto na Joego. 

- Ojej! Cześć, tatku. Co za miłe spotkanie. 

- Bardzo miłe. - Ojciec przyjrzał się jej uważnie-

background image

DOM RADOŚCI 51 

- Emily? Mam nadzieję, że nie ukrywasz się przed do­

ktor Wilkes, co? 

- Kto? Ja? - Wysunęła włosy zza uszu, tak by 

opadły jej na twarz. - Ależ nie! Skądże. Właśnie szłam 

do kuchni, żeby powiedzieć Inez, jak bardzo Sophie 

smakowały upieczone przez nią ciasteczka. 

- No dobrze. - Starszy pan ujął córkę za łokieć. 

- Chodź, Em. Musimy porozmawiać. 

Przygryzła wargę i chociaż miała ochotę mocno za­

przeć się nogami o ziemię, ruszyła posłusznie za ojcem 

do gabinetu. Joe podprowadził ją do fotela, sam zaś 

usiadł przy biurku. 

Oj, niedobrze, pomyślała. Mogliby przecież poroz­

mawiać w salonie

1

, a jeśli już w gabinecie - to siedząc 

koło siebie na dużej, skórzanej kanapie. Natomiast ten 

układ - ojciec przy biurku, ona na wprost niego -

zwiastuje kazanie, a nie rozmowę. Joe Colton nigdy 

na nikogo nie podnosił ręki, potrafił jednak przema­

wiać w taki sposób, że człowiek miał ochotę zapaść 

się pod ziemię. Winowajca czuł się tak zawstydzony 

swoim postępowaniem, że gotów był do końca życia 

odprawiać pokute. 

- Jak się czujesz, kochanie? - spytał starszy pan, 

świdrując córkę sto razy bardziej przenikliwym wzro­

kiem niż doktor Wilkes. - Tylko nie kłam. 

- Do... dobrze - wyjąkała Emily; w gardle jej za­

schło. - Naprawdę, tatusiu. Dobrze się czuję. 

Nie spuszczając oczu z jej twarzy, oparł łokcie na 

biurku. 

- Aha. A czy byłaś w miasteczku po zakupy? Albo 

background image

52 KASEY M1CHAELS 

w kinie z przyjaciółmi? Czy w ogóle z kimkolwiek 

rozmawiasz? Na przykład z Lizą? 

Emily odwróciła głowę. 

- Liza jest dość zajęta, tato. Ma męża, dziecko... 

Ale rozmawiamy, wysyłamy sobie maile... 

- Ona twierdzi, że na żaden swój nie dostała od­

powiedzi, a ilekroć dzwoni, to ciebie albo nie ma, albo 

nie możesz podejść do telefonu. Nie rób jej tego, Em. 

Liza mieszka daleko i potwornie się o ciebie martwi. 

Emily zaczęła odprawiać w duchu pokutę. 
- Przepraszam, tato. Po prostu bywam czasem w kie­

pskim nastroju i nie chcę, żeby Liza to wyczuła. Jeszcze 

by wsiadła w pierwszy lepszy samolot i tu przyleciała. 

Ale napiszę do niej dziś po południu. Obiecuję. 

- W porządku. 

Ton ojca wyraźnie sugerował, że to nie wszystko. 
- Coś jeszcze, tato? - spytała. 

- Owszem, kochanie. Doktor Wilkes przyznała mi 

się, że jeszcze nie rozmawiałyście. Nie chciała się skar­

żyć, sam z niej to wyciągnąłem. Ale widząc cię przed 

chwilą w salonie, jak się chyłkiem wycofujesz, i tak 

bym się wszystkiego domyślił. Na miłość boską, Em, 

daj sobie pomóc. 

- Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają. 

- Eimily uśmiechnęła się smutno. 

- Czasem jednak należy poprosić o pomoc. - Joe 

pochylił się do przodu. - Musisz z kimś porozmawiać. 

Nie możesz dłużej obarczać się winą, bo zwariujesz. 

Czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo mama się o cie­

bie niepokoi? 

background image

DOM RADOŚCI 53 

Marzyła o tym, by schować się za włosami, mimo 

to obiema rękami odgarnęła je za uszy. Wchodząc do 

gabinetu, wiedziała, że nie zwycięży. Joe Colton nie 

przegrywał; tym razem też wystarczyło, że napomknął 

o mamie. Nie pozostało nic innego, jak pogodzić się 

z porażką. 

- Dobrze, tato. Porozmawiam z doktor Wilkes. 

Przyrzekam. 

- Kiedy? Dziś? 

- Mama twierdzi, że bywasz jak buldog: chapiesz 

i nie puszczasz. I wiesz co, tatku? Ma rację. A wra­

cając do twojego pytania, dziś chyba odpada. Doktor 

Wilkes pojechała z Rebeką do Hopechest. Ale niedłu­

go. Przyrzekam. Jak tylko... jak tylko wrócę. 

Joe uniósł pytająco brwi. 
- Jak tylko wrócisz? A dokąd się wybierasz? 

- Dokąd? - Emily wykonała nieokreślony ruch rę­

ką, po czym popatrzyła na ojca i uśmiechnęła się sze­

roko. - Przed siebie. Wiesz, jak lubię konne wyprawy 

i nocowanie pod gołym niebem. Tylko ja, koń, namiot, 

suchy prowiant, a w górze gwiazdy. Nic mnie nie roz­

prasza; mam czas wszystko przemyśleć, ułożyć sobie 

w głowie. 

- Jest listopad, Em. W listopadzie nie ma gwiazd, 

bywa za to wietrznie i deszczowo. To chyba niezbyt 

dobry pomysł, ta twoja wycieczka. 

Faktycznie, spanie na powietrzu jest dobre latem, 

nie późną jesienią. Ale nie zamierzała ojca słuchać. 

- Może masz rację, tato - przyznała z ociąganiem, 

bo coraz bardziej kusiło ją, aby spędzić kilka dni poza 

background image

54 KASEY MICHAELS 

domem. Z dala od telefonu, od zatroskanych spojrzeń, 

gdzieś, gdzie nie docierałyby maile, gdzie co krok nie 

natykałaby się na doktor Wilkes i patrzącego z wyrzu­

tem Josha Atkinsa. - Zastanowię się. 

Joe odepchnął fotel od biurka i wstał. 

- Tylko tak mówisz, prawda? A i tak zamierzasz 

zrobić swoje? Niepotrzebnie wtykam nos w nie swoje 

sprawy. Meredith ostrzegała mnie, żebym się nie wtrą­

cał i pozwolił ci dojrzeć do rozmowy z Marthą, ale 

nie posłuchałem. Coś mi się zdaje, że tracę wpływ na 

moje dzieci. 

Emily pocałowała ojca w policzek. 
- Nie tracisz, tatku. Kocham cię. 
- Ja ciebie też, skarbie. Pamiętaj o tym, kiedy bę­

dziesz leżeć pod gwiazdami. - Przytulił córkę. - Aha, 

weź z sobą komórkę. Możesz ją wyłączyć, żeby nie 

odbierać telefonów, ale na wszelki wypadek miej ją 

przy sobie. 

Eimily zamrugała, usiłując powstrzymać łzy, po 

czym skinęła głową. 

- Dobrze, tatku. I wiesz co? Jesteś najwspanial­

szym ojcem na świecie. 

- Tylko na świecie, a nie we wszechświecie? - za­

żartował. - W porządku, a teraz słuchaj. Rusz w drogę 

z samego rana, zanim mama się obudzi. Po prostu zo­

staw nam karteczkę, tak jak to zawsze robisz, i wspo­

mnij, że bierzesz komórkę, żeby w razie czego móc 

się z nami skontaktować. Mama nie wybaczyłaby mi, 

gdyby wiedziała, że się zgodziłem na twoją wyprawę, 

więc udajemy, że tej rozmowy nie było. Aha, jeszcze 

background image

DOM RADOŚCI 55 

jedno. Jeśli nie wrócisz za trzy dni, wysyłam ekipę 

ratunkową. Jasne? 

- Tak jest, panie generale. - Zasalutowawszy, Emi-

ly wybiegła w podskokach. Po raz pierwszy od dawna 

czuła się wolna i radosna. 

Josh Atkins opuścił budynek poczty. Zamierzał skręcić 

w stronę ciężarówki należącej do Rollinsa, kiedy nagle 

kątem oka ujrzał wspaniałą kasztanową czuprynę; stanął 

jak wryty, nie dowierzając własnemu szczęściu. 

Ukryty za jaskrawo pomalowaną karoserią, zdjął ka­

pelusz, by Emily go nie rozpoznała, gdyby przypad­

kiem zerknęła w prawo. Nie zerknęła; weszła do skle­

pu z artykułami sportowymi. 

Postanowił też tam wejść. Może w sklepie z damską 

bielizną czułby się niezręcznie, ale w sklepie sportowym? 

Wrzucił odebraną z poczty korespondencję na prze­

dnie siedzenie - były tam trzy zawiadomienia o rodeo, 

list od kobiety, której imię i nazwisko brzmiało zna­

jomo, ale której twarzy nie potrafił skojarzyć, oraz czek 

na całkiem pokaźną sumę z firmy, której siodła rekla­

mował. Następnie, biorąc głęboki oddech, zatrzasnął 

drzwi i ruszył przez ulicę. Odruchowo nasunął kape­

lusz nieco głębiej na czoło. 

Sklep był duży. Josh minął sprzęt do gry w baseball, 

minął piłki do futbolu, obszedł stoisko ż kulami do 

kręgli i skierował się w głąb sklepu, gdzie stały gab­

loty z bronią myśliwską. Nie, jakoś mu strzelba nie 

Pasowała do Emily. Skręcił więc w lewo i po paru me-

trach dotarł do części ze sprzętem biwakowym. Tani, 

background image

56 

KASEY MICHAELS 

schowawszy się za regałem z kuchenkami turystycz-

nymi, zaczął przysłuchiwać się rozmowie, jaką Emily 

odbywała z młodą sprzedawczynią. 

- Wyobraź sobie, Janice, że zwinęłam mokry śpi 

wór, a potem o nim zapomniałam. Nigdy wcześniej mi 

się to nie zdarzyło. 

Uśmiechając się szeroko, Janice wskazała na półkę 

pełną śpiworów. 

- Cały spleśniał! Ale może to i dobrze. Miałam go 

z dziesięć lat, a teraz pewnie są lżejsze i cieplejsze. 

Sprzedawczyni powiedziała coś, czego Josh nie do­

słyszał. 

- Dwa lub trzy dni - odparła Emily. - Wiem, że 

może padać, ale zaryzykuję. Słucham? Jutro o świcie, 

jeśli znajdziesz dla mnie odpowiedni śpiwór. Taki, któ­

ry mogłabym przyczepić Molly do siodła. O Jezu! Ten 

jest super! Rzepy i suwaki? Biorę! Janice, jesteś ge­

nialna! A więc jutro wieczorem będziemy same pod 

rozgwieżdżonym niebem, ja i Molly. A raczej ja, Mol­

ly i kurczak z rożna, którego lnez obiecała mi przy­

gotować na drogę. 

Josh przeszedł do następnej półki i z wielkim zain­

teresowaniem zaczął oglądać ciepłe skarpety. 

Hm, a zatem Emily wybiera się na wycieczkę w gó­

ry? Ona i Molly? Świetnie. Przyłączy się do nich. 

Czasem los mu sprzyja. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Kiedy obudziła się rano, na niebie gromadziły się 

chmury, ale przynajmniej było ciepło. Potraktowała to 

jako dobry znak, na wszelki wypadek włączyła jednak 

radio. Nad Pacyfikiem szalała burza, lecz - jak oznaj­

mił spiker - przejdzie ona dołem, nie zahaczając 

o okolice Prosperino. 

To jej wystarczyło. 
Kiedy weszła do kuchni, ze śpiworem pod pachą 

i przewieszonym przez ramię plecakiem, Inez szoro­

wała rondel. 

- Trzymaj. - Podała Emily brezentowy worek. -

Masz tu jedzenia na dwa dni, chyba że dopadnie cię 

wilczy głód i zjesz wszystko naraz. Tak idziesz? 

A gdzie kurtka? 

- W stajni. Tam, gdzie mi ją kazałaś wieszać, bo, 

cytuję: „cuchnie jak koń". 

- A płaszcz od deszczu? - spytała gospodyni. 

Wyraźnie chciała znaleźć coś, o czym Emily zapo­

mniała. Wtedy mogłaby powiedzieć: „No widzisz? Co 

wy byście beze mnie zrobili?". 

- Wisi koło kurtki. 

- Mata pod śpiwór? 

- Mam. Mam też latarkę ze świeżymi bateriami, ap-

background image

58 KASEY M1CHAELS 

teczkę, trzy pary skarpet, ciepłe buty, książkę do czy­

tania i automatyczną zapalarkę do ognia. 

- A telefon komórkowy? Twój ojciec prosił, abym 

ci o nim przypomniała. 

- O cholera, Inez! Co ja bym bez ciebie zrobiła? 

Oczywiście nie zapomniała, chciała po prostu spra­

wić Inez satysfakcję. Gospodyni jednak domyśliła się 

prawdy. 

- Jest naładowany? 

O tym Emily nie pomyślała. Postawiwszy plecak 

na podłodze, otworzyła jedną z bocznych kieszonek 

i wyjęła aparat. Sprawdziła stan baterii. Oj, niedobrze. 

- Naładuję po drodze. 

- Tak? A gdzie, jeśli wolno spytać? Podłączysz do 

Molly? Wątpię, żeby jej się to podobało. - Wzdychając 

głośno, Inez wydobyła z kieszeni drugą komórkę. -

Masz. Ojciec kazał ci to dać. A teraz ruszaj. Wiesz, 

że matka budzi się wcześnie; chyba nie chcesz, żeby 

z rozłożonymi ramionami stanęła w drzwiach i zagro­

dziła ci wyjście? 

- Oj, nie. 

- No właśnie. Sama ledwo się powstrzymuję, żeby 

tego nie zrobić. Tym bardziej, że zanosi się na deszcz. 

- Pogodowy Willie twierdzi, że burza przejdzie do­

łem. - Cmoknęła Inez w policzek, po czym znów za­

rzuciła plecak na ramię. - Muszę pobyć sama, Inez. 

Potrzebuję tego. 

- Wiem, malutka. - Gospodyni odwróciła twarz, 

tak by dziewczyna nie widziała łez w jej oczach. -

Jedź. Porozmawiaj z wiatrem i niebem, pozbądź się 

background image

DOM RADOŚCI 

59 

niepokojów, które cię dręczą, a potem wróć do nas, 

radosna i uśmiechnięta. Tęsknimy za twoim wesołym 

szczebiotem, dziecinko. 

Emily pokiwała głową, tłumiąc łzy. Po chwili wło­

żyła swój stary, wysłużony kapelusz i ruszyła do stajni, 

Josh popatrzył na ciemne chmury nadciągające 

znad oceanu. Ciekaw był, czy Emily chociaż raz obej­

rzała się za siebie, zastanowiła nad słusznością swej 

decyzji. 

Pewnie nie. Od dwóch godzin jechała w wolnym 

tempie, kierując się na wschód; w pewnym momencie 

skręciła lekko na północ, w stronę majaczących w od­

dali szczytów. Nie przyśpieszała, nie zwalniała, po pro­

stu jechała. Jak w transie. 

Niedobrze. Niemądrze. Samotny jeździec zawsze 

powinien mieć się na baczności. Powinien rozglądać 

się, być nieustająco czujny. Jedno musiał przyznać: 

umiała siedzieć na koniu. Swobodna i wyprostowana, 

poruszała się rytmicznie, jakby urodziła się w siodle. 

Nie widać było po niej zmęczenia. Przypuszczalnie jak 

prawdziwy kowboj, potrafiła wędrować tak godzinami 

bez wytchnienia. 

A więc nie jest amatorką. Dzięki Bogu, pomyślał; 

bo nie chciałby pędzić na ratunek damulce, która, wy­

kazując się kompletnym brakiem wyobraźni, znalazła­

by się w poważnych tarapatach. 

Plany miał jeszcze mało sprecyzowane. Na razie 

wiedział, że nie może się Emily pokazać na oczy. Są 

za blisko rancza Coltonów. Gdyby się zdenerwowała, 

background image

60 KASEY M1CHAELS 

mogłaby zawrócić. Niczego by tym sposobem nie 

osiągnął. 

Zamierzał poczekać, aż się ściemni i dziewczyna 

rozbije na noc biwak. W listopadzie zmierzch zapadał 

wcześnie. Tak, wtedy on wyłoni się zza drzew. Wątpił, 

by Emily, nie chcąc z nim rozmawiać, dosiadła konia 

i w ciemną bezksiężycową noc pogalopowała z po­

wrotem na ranczo. 

A może wcale nie będzie rozbijała biwaku? Może 

jedzie w odwiedziny do przyjaciół, którzy mieszkają 

gdzieś na odludziu? Nie. Mało prawdopodobne. Prze­

cież kupiła śpiwór. 

No dobrze, więc będzie wędrował za nią, ostrożnie, 

aby go nie spostrzegła, potem podjedzie bliżej, zsiądzie 

z konia i zacznie domagać się wyjaśnień. Wyjaśnień 

i przyznania się, że to przez nią zginął Toby. 

Wiedział, że taka okazja się nie powtórzy, że musi ją 

wykorzystać. Tylko dlaczego czuł się jak ostatni drań? 

Joe Colton odłożył słuchawkę na widełki i zacisnął 

ręce na skroniach. Czy to się nigdy nie skończy? 

- Joe? 

W drzwiach gabinetu ujrzał Meredith. Poderwawszy 

się z fotela, podszedł do żony i przytulił ją do siebie. 

Nie mógł się nią nacieszyć; chciał ją ciągle obejmować, 

głaskać. 

- Cześć, słoneczko. - Pocałował ją w czubek gło­

wy. - To co? Masz ochotę na lunch? Inez ugotowała 

pyszny rosół. 

Meredith delikatnie oswobodziła się z objęć męża. 

background image

DOM RADOŚCI 61 

- Joe, znalazłam liścik od Emily. Wyruszyła rano 

na jedną z tych swoich samotnych wypraw. Pisze, że 

nie będzie jej co najmniej trzy dni. - Przechyliwszy 

w bok głowę, popatrzyła na męża. - Wiedziałeś. 

Biorąc żonę za rękę, podprowadził ją do kanapy. 

- Tak, wiedziałem - przyznał. - Próbowałem wy­

bić jej ten pomysł z głowy, ale uparła się. Czuje się 

przytłoczona przez nas, przez Marthę. Zbyt wiele par 

oczu ją obserwuje. Te góry zawsze były jej schronie­

niem, tam odzyskiwała siłę, spokój. Dlatego w końcu 

pozwoliłem jej jechać. 

- Wspomniała, że wzięła telefon komórkowy. 

Właśnie po tym domyśliłam się, że jesteś wtajemni­

czony w jej plany. W naszej rodzinie tylko ty bywasz 

tak przezorny. 

Uśmiechnął się zawstydzony. 

- Czasem przeraża mnie twoja pamięć, kochanie. 

Odwzajemniła uśmiech. 
- No wiesz, mało kto, wybierając się w podroż po­

ślubną, pakuje dodatkową szczoteczkę do zębów i ap­

teczkę pierwszej pomocy. 

- Ojej, to było nieporozumienie. Te rzeczy leżały 

w walizce od poprzedniego wyjazdu. Po prostu zapo­

mniałem je wyjąć. 

- Oczywiście. Tak samo jak trzy piżamy z metkami. 

Otoczył żonę ramieniem. 
- Tak, te metki wróciły z nami do domu, bo ani 

razu nie użyłem piżam. O, i takie wspomnienia lubię. 

Po co jednak mamy wspominać, skoro możemy zrobić 

sobie powtórkę... 

background image

62 KASEY MICHAELS 

Pochyliwszy głowę, przywarł ustami do warg Me-

redith. Zamknęła oczy i zaczęła go gładzić po policz­

ku. Po chwili jednak przerwała pocałunek i spojrzała 

mężowi w oczy. 

- Z tą powtórką trzymam cię za słowo, kochanie, 

ale wróćmy na moment do spraw bieżących. Kiedy 

weszłam do gabinetu, odniosłam wrażenie, że czymś 

się niepokoisz. Kilka minut wcześniej dzwonił telefon. 

Czy coś się stało? 

Zacisnął ręce na jej dłoniach. 
- Tak. Zamierzałem ci powiedzieć, ale dopiero po 

otrzymaniu świeżych informacji. Patsy próbowała po­

pełnić dziś samobójstwo. 

- O Boże. - Meredith zacisnęła powieki. - Próbo­

wała... Jak się czuje? Co mówi lekarz? 

- Dotarli do niej w samą porę - wyjaśnił Joe. -

Nikt nie wie, skąd wzięła nóż, ale lekarz twierdzi, że 

ciągle znajdują różne ostre przedmioty wykonane włas­

noręcznie przez... pensjonariuszy. Przecięła sobie żyły, 

niezbyt głęboko, ale straciła sporo krwi. Groziła nożem 

sanitariuszom, którzy przybiegli jej na ratunek. Lekarz 

uważa, że to nie była prawdziwa próba, raczej wołanie 

o pomoc. 

- Wołanie o pomoc? Jaką pomoc? Muszę się z nią 

zobaczyć. - Meredith ściągnęła z namysłem brwi. -

Załatw mi to, Joe. Proszę cię. Porusz niebo i ziemię, 

zadzwoń do dyrektora zakładu, do komendanta policji, 

do sędziego, wszystko jedno. Po prostu załatw to. Chcę 

zobaczyć się z moją siostrą. Dzisiaj. 

background image

DOM RADOŚCI 

63 

Dochodziła druga po południu, kiedy Emily wre­

szcie zaczął doskwierać głód. Wcześniej, kiedy stanęła, 

żeby napoić Molly, zjadła tylko batonik czekoladowy. 

Nie miała czasu myśleć o jedzeniu. Wędrując przed 

siebie, rozpamiętywała przeszłość. Ileż to razy odby­

wała tę podróż - podróż w głąb siebie, jak mawiał jej 

ojciec. Lubiła przebywać w samotności, na łonie przy­

rody, i oddawać się marzeniom. Całymi latami marzyła 

o tym, by Meredith wróciła do domu. Podświadomie 

bowiem czuła, że zimna, okrutna kobieta, która z nimi 

mieszka i podaje się za ich matkę, nie może nią być. 

Teraz postanowiła zrobić dłuższy postój. Zatrzyma­

wszy się w jednym ze swych ulubionych miejsc, przy 

niedużym wartkim strumyku, zawiesiła wodze na ga­

łęzi, po czym zdjęła z siodła brezentowy worek. Zo­

stawiła Molly, by skubała trawę, a sama usiadła na 

sterczącym nad wodą głazie. 

Kurczak z rożna. Tak, na to ma ochotę. Wydobyła 

z torby mały przezroczysty pojemnik z udkami oraz 

owinięte w folię marchewki i seler. Zamierzała posilić 

się, napełnić manierkę wodą ze strumyka, a potem ru­

szyć w dalszą drogę. Wiedziała, że do groty powinna 

dotrzeć przed zmierzchem. 

Zerknęła na niebo i nagle skrzywiła się, widząc gro­

madzące się tuż nad wybrzeżem gęste czarne chmury. 

Cholera. Dlaczego wcześniej ich nie zauważyła? Po­

godowy Willie zupełnie się nie spisał. Burza wisi w po­

wietrzu. Wygląda na to, że wcale nie przejdzie bokiem, 

we ominie okolic Prosperino. 

Emily ogarnęła złość. Dlaczego ani razu nie obej-

background image

64 KASEY MICHAELS 

rzała się za siebie? Miałaby czas zawrócić... Zawrócić? 

Właśnie dlatego się nie obejrzała. Gdyby zobaczyła, 

że zbiera się na burzę, musiałaby zrezygnować z wy­

prawy w góry. 

Popatrzyła z żalem na kawałki kurczaka, po czym, 

wbiwszy zęby w chrupiące udko, napełniła pośpiesznie 

manierkę, następnie włożyła wszystko z powrotem do 

torby, odwiązała Molly i zgrabnym ruchem świadczą­

cym o wieloletniej wprawie wskoczyła na siodło. 

Ponownie spojrzała za siebie na zasnute chmurami 

niebo, a potem przed siebie na widoczne w oddali gó­

ry. Czy zdąży do nich dojechać? Wciągnęła w nozdrza 

powietrze, nagle świadoma wzmożonej siły wiatru znad 

oceanu. 

Jeżeli zawróci w stronę rancza, wjedzie prosto 

w burzę. Jeżeli skieruje się w stronę groty, w której 

od kilku lat trzymała suche drewno na opał, piecyk 

oraz inne potrzebne przybory, może zdoła do niej do-

trzeć, zanim lunie deszcz. 

Tak, grota wydaje się o wiele lepszym pomysłem 

Poza wszystkim innym Emily nie miała ochoty na po-

wrót do domu. Może jutro czy pojutrze, ale nie teraz 

Szarpnęła lekko wodzami. Molly ruszyła, posłuszna 

poleceniom swej pani. 

Emily już więcej nie patrzyła za siebie; wiedziała, 

że to niczego nie zmieni. Burza nieuchronnie się zbli­

żała. Gdyby zerknęła przez ramię, może zobaczyłaby 

Josha Atkinsa, który pośpiesznie dosiadał konia. Nie 

zamierzał spuszczać Emily z oczu. 

background image

DOM RADOŚCI 65 

- Na pewno chcecie tam iść? - spytała Martha, pa­

trząc, jak Joe podaje żonie płaszcz od deszczu. - Patsy 

jest niezrównoważona i nienawidzi was oboje. Spot­

kanie może mieć bardzo nieprzyjemny przebieg. Może 

lepiej wstrzymać się kilka dni, porozmawiać znów z le­

karzem? 

- Nie, Martho. Lekarz powiedział Joemu, że ta pró­

ba samobójcza to wołanie o pomoc. Może Patsy mnie 

nienawidzi, ale jestem jej jedyną krewną. To wołanie 

nie mogło być skierowane do nikogo innego. 

- Więc pozwól, żebym poszła z tobą. - Martha 

zdjęła z wieszaka płaszcz. - Może ciebie Patsy potrze­

buje, nie sądzę jednak, aby chciała widzieć Joego. Wy­

bacz, Joe, ale sam twój widok może ją rozjątrzyć. Zo­

stań w domu, a ja przekonam lekarzy, żeby wpuścili 

do Patsy mnie z Meredith. 

Joe popatrzył pytająco na żonę; ta skinęła głową. 

Wszyscy troje wsiedli do samochodu i ruszyli w dro­

gę. Wycieraczki nie nadążały z usuwaniem deszczu 

z szyb. Czterdzieści minut później dojechali do bramy 

St. James Clinic, stanowego zakładu dla psychicznie 

chorych przestępców. 

Z tylnego siedzenia Martha uważnie obserwowała 

swą przyjaciółkę. Właśnie tu, po spowodowanym przez 

siebie wypadku samochodowym, Patsy przywiozła nie­

przytomną i cierpiącą na amnezję siostrę. Zostawiła ją 

za bramą, wiedząc, że personel zaopiekuje się leżącą 

na trawie kobietą. 

Amnezja, czy też „rozszczepienie osobowości" jak 

to zdiagnozowali lekarze w St. James, było Patsy bar-

background image

66 

KASEY M1CHAELS 

dzo na rękę. Wychodziła z założenia, że tak długo, jak 

siostra będzie się upierać, iż zaszła pomyłka i wcale 

nie nazywa się Patsy Portman, tak długo będzie żyła 

w zakładzie zamkniętym. 

- Jak się czujesz? - spytała Martha, kiedy wraz 

z Meredith stały przed solidnymi drewnianymi drzwia­

mi prowadzącymi do ciemnego murowanego budynku. 

- Dobrze - odparła Meredith, ściskając dłoń męża. 

- Wolałbym jednak przypiąć ci plakietkę z nazwi­

skiem - rzekł Joe. - Żeby nikomu tam w środku nie 

pomyliło się, kto jest kim. 

- W czasie, jaki tu spędziłam przed wyjazdem do 

Missisipi, wszyscy byli dla mnie bardzo mili - rzekła 

cicho Meredith. - Mam nadzieję, że równie troskliwie 

opiekują się Patsy. 

Niepotrzebnie się martwiła. Ledwo weszły do holu 

na dole, natychmiast podbiegł do nich młody lekarz. 

- Na ogół nie zezwalamy na wizyty, ale w tym wy-

badku postanowiliśmy zrobić wyjątek - oznajmił, pro­

wadząc obie kobiety na górę, do sali, w której leżała 

Patsy. - Doktor Wilkes, prawda? Cieszę się, że mogę 

panią poznać. Z artykułów prasowych, które śledziłem 

z dużą uwagą, wynika, że to głównie dzięki pani fa­

chowej opiece pani Colton odzyskała pamięć i wróciła 

do domu. 

Martha Wilkes uśmiechnęła się skromnie. Cały czas 

bacznie rozglądała się wkoło. Może klinika St. James 

nie jest typowym więzieniem z celami, niemniej pa­

nuje tu równie ponury nastrój, jak w normalnych za­

kładach karnych. 

background image

DOM RADOŚCI 67 

- Zdaje się, że macie takie same problemy co szpi­

tale w Missisipi: brak środków na remont. 

Młody umięśniony sanitariusz otworzył im kolejne, 

trzecie już drzwi prowadzące do części szpitalnej. 

- Cięcia budżetowe są tu na porządku dziennym 

- przyznał lekarz z lekkim wzruszeniem ramion. -

Cóż, musimy sobie radzić z tym, co mamy. - Na mo­

ment przystanął. - Niestety, nie mogę zostawić pań sa­

mych. I ja, i Dave musimy paniom towarzyszyć. Takie 

są przepisy. 

Meredith bez słowa weszła do długiej, wąskiej sali. 

Wzdłuż obu ścian stały łóżka; wszystkie poza ostatnim 

były puste. Właśnie w tym ostatnim, zwrócona tyłem 

do drzwi, leżała Patsy. Ręce i nogi miała przywiązane 

do łóżka bawełnianymi pasami, lewy nadgarstek owi­

nięty bandażem. 

- Idź powoli - rzekła Martha, ujmując przyjaciółkę 

za łokieć. - Podejdź, przywitaj się i zaczekaj na reakcję. 

Sama przystanęła mniej więcej dwa metry od łóżka. 

Patsy odwróciła się. Patrząc w jej twarz, niegdyś pięk­

ną, teraz ohydnie wykrzywioną na skutek obłędu, Mar­

tha poczuła na plecach lodowaty dreszcz. 

- No, no! Kogo to ja widzę - mruknęła chora, 

szczerząc zęby w drwiącym uśmiechu. 

Z kącika ust ciekła jej ślina. Objaw uboczny leków 

psychotropowych, uznała Martha. Często mają takie 

działanie: powodują nadmierne wydzielanie śliny, ner­

wowe tiki, niekontrolowane grymasy, a czasem od­

wrotnie - pacjent wygląda tak, jakby miał na twarzy 

maskę. 

background image

68 

KASEY MICHAELS 

- Patsy... - Meredith wyciągnęła rękę, po czym, 

zreflektowawszy się, szybko ją opuściła. - Jak się czu­

jesz? 

- Ja? Świetnie. Dziś po południu odbywa się przy­

jęcie nad basenem, wczoraj wieczorem zaproszono nas 

na premierę nowego filmu, a jutro wpada do nas z wi­

zytą królowa Elżbieta. Jak się czuję?! Chryste, Mere­

dith! Zawsze byłaś idiotką! 

Lekarz postąpił krok naprzód, ale Martha ruchem 

głowy nakazała mu, aby nie przeszkadzał. 

- A ty, Patsy, zawsze byłaś mądrzejsza z nas dwóch 

- rzekła Meredith tonem, który zaskoczył Marthę, bo 

sama używała podobnego w rozmowie z pacjentami. 

Ale trudno, by Meredith przez pięć lat uczęszczała na 

terapię i nie podłapała paru zawodowych sztuczek. -

I ładniejsza. Wszyscy to mówili. 

Uśmiech na twarzy Patsy uległ przeobrażeniu; 

z drwiącego stał się szeroki i powabny. Wyglądała nie­

mal jak kotka, która pręży się i mruczy z zadowolenia. 

- Mieli rację - oznajmiła, po czym mrugnęła za­

łomie do sanitariusza Dave'a. 

Nagle jej dobry nastrój prysł. Dolna warga zaczęła 

drżeć, w oczach zabłysły łzy. 

- Meny. musisz mi pomóc. Tylko ty możesz mi 

pomóc. 

- Po to tu jestem. Powiedziano mi, że potrzebujesz 

mojej pomocy. - Meredith spojrzała na Marthę, która 

skinąwszy głową, podeszła bliżej łóżka. - Opiekujemy 

się Joem Juniorem i Teddym. Zawsze będziemy się ni­

mi opiekować. 

background image

DOM RADOŚCI 69 

- Wiem. Mogłabym cię bardziej nienawidzić, gdybyś 

nie była tak cholernie dobra. Ale opieka nad chłopcami 

to za mało. Nigdy stąd nie wyjdę, Merry. Już mnie nie 

wypuszczą. Dlatego musisz mi pomóc. Zanim do końca 

zwariuję. Zanim te przeklęte leki, które tu dostaję, od­

biorą mi pamięć i rozum. Znajdź moją małą Jewel. 

- Twoje małe co, Patsy? 

- Jewel. Nie co, tylko kogo. Moją córkę, Merry. 

Tę, którą mi odebrał ten sukinsyn Ellis Mayfair. To 

był mój jedyny błąd, wiesz? - Zmrużyła oczy. Jej spoj­

rzenie stało się przebiegłe. - Nie powinnam była go 

zabijać, dopóki mi nie zdradzi, komu ją oddał. Boże, 

Merry, tyle lat jej szukam. Wydałam majątek na de­

tektywów. 

- Patsy... - Meredith wsunęła rękę w dłoń siostry. 

- To było tak dawno temu. Jeśli ci, których zatrudniłaś, 

nie byli w stanie jej odnaleźć... 

Patsy zacisnęła dłoń tak mocno, że kłykcie jej zbie­

lały. Na wszelki wypadek Dave przysunął się bliżej. 

- Bo to idioci! Zatrudniałam idiotów, rozumiesz? 

Ty i Joe macie więcej pieniędzy. Wam się na pewno 

uda. Musi się udać. Daję ci miesiąc, Merry. Po miesiącu 

ciachnę się mocniej. Głębiej. Nie żartuję, Merry. - Wy­

szczerzyła zęby. - Zrobię cięcie wzdłuż ręki, wzdłuż 

żyły, a nie w poprzek nadgarstka. Ci kretyni tu nie 

zdołają mnie powstrzymać. 

Z pomocą Dave'a Meredith oswobodziła dłoń. 

Przez chwilę stała bez ruchu, całkiem oszołomiona, do­

póki Martha nie ujęła jej za ramiona i nie wyprowa­

dziła na korytarz. 

background image

70 

KASEY MICHAELS 

- Martho, czy ona naprawdę to zrobi? - spytała 

Meredith, kiedy jechały windą na dół. - Wierzysz, że 

się naprawdę zabije? 

- Nieważne, w co ja wierzę, kochanie - odparła 

cicho lekarka. - Ważne, w co ty wierzysz. I czy po­

trafisz z tym żyć. 

- Znajdziemy ją, Martho. Znajdziemy Jewel. Nie 

wiem jak, ale ręczę ci, że ją znajdziemy. Po prostu 

musimy. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Kiedy tylko wzmógł się wiatr, Emily wydobyła 

z plecaka stary, wysłużony płaszcz przeciwdeszczowy, 

a kiedy wiatr jeszcze bardziej przybrał na sile, naciąg­

nęła kaptur na kapelusz. Molly raz po raz strzygła ner­

wowo uszami; bardzo się jej nie podobał dziwny od­

głos trzepoczącego na wietrze cienkiego plastiku. 

Wiatr wiał z tyłu, pchając konia i jeźdźca naprzód. 

Jakiś czas temu niebo przybrało odcień stalowoszary, 

choć do zmierzchu brakowało kilku godzin. Gałęzie 

drzew kołysały się na wszystkie strony. Uschnięta gałązka 

przeleciała w powietrzu, uderzając Emily w ramię. 

A potem lunął deszcz. Ostry, zacinający, paskudnie 

zimny. Błyskawice rozdzierały niebo, świat drżał od 

huku grzmotów, a wiadra wody lały się na głowę 

i spływały po twarzy. Emily prawie nic nie widziała; 

liczyła na to, że Molly, kierując się pamięcią, sama 

dowiezie ją do celu. 

Ostatnie sto lub sto pięćdziesiąt metrów przed grotą 

Emily zsiadła z konia i kamienistą ścieżką wijącą się 

pośród krzewów zaczęła prowadzić Molly pod górę. 

Jeszcze kawałek, powtarzała w myślach, jeszcze ka­

wałek. Grota jest ciemna, sucha i na tyle duża, by obie 

mogły się w niej swobodnie pomieścić. 

background image

72 KASEY MICHAELS 

Odczepiwszy od plecaka latarkę, skierowała wiązkę 

światła przed siebie. W rzęsistym deszczu trudno było 

cokolwiek zobaczyć. Ale wreszcie dojrzała wylot groty. 

Tam. Na wprost! Wejście zasłaniały kępy wysokiej 

trawy oraz zerwany przez wichurę konar. 

- Psiakość! - mruknęła Emily, zastanawiając się, 

jak namówić Molly, aby przeszła nad konarem i skryła 

się w grocie. 

Położyła latarkę na niedużym głazie, tak by światło 

padało na wejście. 

- Przydałby się dźwig... 

Zdjęła przymocowaną do siodła linę; jeden koniec 

zamierzała zawiązać wokół konara, drugi do siodła. 

Wiedziała, że sama przeszkody nie usunie, ale z po­

mocą Molly... 

Choć przez całą drogę jechała w skórzanych ręka­

wicach, palce miała zdrętwiałe z zimna. Owinęła linę 

wokół konara i w tym momencie niebo rozdarła bły­

skawica, a wzgórze zatrzęsło się. 

- Molly, nie! 

Emily puściła linę i rzuciła się pędem do wystra­

szonego konia. Zanim dobiegła, niebo znów pojaśniało, 

a huk znów wstrząsnął powietrzem. Rżąc głośno, Mol­

ly stanęła dęba, po czym pognała w dół ścieżką. 

Emily tupnęła bezradnie nogą. Klacz uciekła, za­

bierając z sobą śpiwór, wodę, jedzenie, plecak. Wierz­

gając zaś, zgniotła kopytem latarkę. Emily westchnęła 

ciężko. Nie ma nic. Wszystko, co wzięta z domu, 

uniósł wystraszony burzą koń. Jest sama na pustkowiu, 

przemoczona do suchej nitki. 

background image

DOM RADOŚCI 73 

Deszcz, który lał jak z cebra, nagle zaczął lać jak 

z dziesięciu cebrów. Podobno gdyby stojąca w takim 

deszczu owca zadarła do góry łeb, to by utonęła. Wy­

chodząc z założenia, że nie jest owcą i nie grozi jej 

topiel, Emily zerknęła na czarne niebo, po czym szybko 

opuściła głowę. 

Niewiele się namyślając, wspięła się na powalony 

konar i po chwili zwaliła na ziemię. Było ciemno, ale 

przynajmniej nic jej nie padało na plecy i ramiona. Po­

suwała się na czworakach, po omacku; wreszcie wy­

czuła palcami plastikowy pojemnik, w którym trzyma­

ła kuchenkę. Automatyczna zapalarka do ognia została 

w plecaku, ale gdzieś tu musi być paczka zapałek. Na 

pewno. Boże, spraw, abym ją znalazła. 

Nie zwracając uwagi na dzwoniące zęby, sztywnymi 

palcami uniosła pokrywkę pojemnika. Trwało kilka mi­

nut - choć miała wrażenie, że mijają godziny - zanim 

wydobyła kuchenkę, a potem, z samego dna, wygrze­

bała paczkę zapałek. Zamierzała najpierw zapalić pło­

myk w kuchence, a następnie korzystając ze światła, 

przygotować prawdziwe ognisko. 

Może będzie głodna, może będzie musiała spędzić 

tu dzień lub dwa, czekając aż burza ucichnie, może 

będzie musiała wracać do domu na piechotę, ale przy­

najmniej wysuszy sobie ubranie i nie zmarznie. 

Jechał w ślad za nią, aż nagle mu znikła. Po prostu 

w tej nocy za dnia, w tej potężnej ulewie, która ograni­

czała widoczność do kilku metrów, stracił Emily z oczu. 

Powinien był przyśpieszyć, zmniejszyć między nimi 

background image

74 

KASEY MICHAELS 

odległość, zanim skręciła w gęstą kępę drzew u pod­

nóża góry. Jednakże nie przyśpieszył, a ona znikła, 

rozpłynęła się w powietrzu. Siedział na koniu, w stru­

gach deszczu, zastanawiając się, co robić i dokąd je­

chać. I wtem coś usłyszał. Chrzęst. Łoskot. A potem 

żałosne rżenie. 

Skręcił w prawo, skąd dochodził dźwięk. Ciarki 

przebiegły mu po plecach. Jego własny koń potrząsnął 

gwałtownie łbem, jakby bał się tego, co zaraz ukaże 

się jego oczom. 

Josh zeskoczył na ziemię, przywiązał konia do gru­

bej gałęzi i ruszył na piechotę. Parę metrów dalej zo­

baczył niewyraźny kształt: osiodłaną klacz wierzgającą 

w powietrzu nogami. A jeździec? Gdzie jeździec? 

Gdzie Emily? 

Oby tylko nie leżała przygnieciona zwierzęciem! 

Okrążył klacz, po czym sięgnął po wodze. Cały czas 

przemawiał cicho, starając się uspokoić tę spanikowaną 

masę skóry, kości, mięśni i kopyt, a jednocześnie roz­

glądał się dookoła, ale nigdzie Emily nie widział. 

Skoncentrował się na klaczy. Wierzgała wszystkimi 

czterema nogami, czyli żadna nie jest złamana. Dzięki 

Bogu. Prawdę rzekłszy, zwierzę bardziej wyglądało na 

przerażone niż ranne. Było jak żółw, który przewrócił 

się na wznak i nie potrafi wstać. Największą trudność 

w podniesieniu się sprawiał klaczy ciężki bagaż na 

grzbiecie oraz przywiązany do siodła plecak, którego 

pasek zahaczył o gałąź. 

- Spokojnie, malutka. Pewnie czujesz się jak szarak 

złapany we wnyki, co? Zaraz cię uwolnimy. 

background image

DOM RADOŚCI 75 

Josh odczepił plecak od siodła, po czym klepnął 

Molly po zadzie, zachęcając ją do wstania. Klacz 

dźwignęła się na nogi i, wciąż wystraszona burzą, go­

towa była rzucić się do dalszej ucieczki. Josh przy­

trzymał ją za wodze i delikatnie pogłaskał po pysku. 

Oczywiście z tak łagodnym koniem poradził sobie bez 

trudu. Już po chwili Molly stała spokojnie, zawsty­

dzona tym, że narobiła tyle zamieszania. 

- Gdzie twoja pani, co, malutka? - spytał, nie prze­

rywając pieszczot. - Gdzie ją zostawiłaś? 

Podobno niejaki doktor Dolittle potrafił rozmawiać 

ze zwierzętami, ukazała się też książka o zaklinaczu 

koni, ale Josh szybko zorientował się, że nie posiada 

takich umiejętności; w odpowiedzi na jego pytania 

Molly pochyliła łeb i zaczęła skubać mokrą trawę. 

A zatem sam będzie musiał odnaleźć Emily, w do­

datku idąc pieszo i ciągnąc za sobą dwa konie, bo tylko 

idiota jechałby konno przez tak zwarty gąszcz drzew. 

Cholera, więcej ź nią ma kłopotów, niż jest warta. 

Bez przerwy wpada w tarapaty, z których ktoś musi 

ją wyciągać - jakiś naiwny dureń, który wierzył, że 

jego obowiązkiem jest niesienie pomocy biednej, uci­

skanej damie. Takim rycerzem w lśniącej zbroi był To­

by, a teraz... czyżby on, Josh, zamierzał podążać jego 

śladem? 

Szlag by to trafił! Od kilku minut ma złe przeczucie. 

Jakieś niebezpieczeństwo wisi w powietrzu. Coś złego 

może spotkać dziewczynę, która błąka się samotnie po 

górach, zmoczona i przemarznięta, bez konia, śpiwora 

i plecaka. Coś złego może również spotkać jego, który 

background image

76 

KASEY MICHAELS 

jak kretyn uznał, że musi wyruszyć na jej poszukiwa­

nie. 

Wrócił do swego konia, odwiązał go i podprowadził 

do Molly, po czym zadarł głowę i przez chwilę stał 

tak, czekając na olśnienie. Gdzież ona się podziewa? 

Czy leży ranna, ze złamaną nogą? Lub gorzej - ze 

złamanym karkiem? 

I wtem coś dojrzał. Poprzez mrok i strugi deszczu 

zauważył dym. Niczym pies tropiciel wciągnął w noz­

drza powietrze. Tak, zdecydowanie dym; zapach palą­

cego się drewna. Ale jakim cudem? Przecież leje 

deszcz, wszystko jest mokre - za mokre, aby mogło 

zająć się ogniem. 

- No dobra, dzieciaczki - rzekł do koni. - Idziemy 

sprawdzić. 

Zwierzęta opierały się; wyraźnie nie miały ochoty 

iść pod górę. Ciągnąc je za wodze i ślizgając się na 

mokrej ziemi, Josh brnął przed siebie. Od czasu do 

czasu błyskawica rozjaśniała niebo, ale większość dro­

gi odbywał po ciemku. 

Zapach dymu stawał się coraz bardziej intensywny. 

Joshowi zaburczało w brzuchu: oczami wyobraźni wi­

dział nadziane na szpikulce kawałki mięsa smażące się 

nad ogniem. Był przemarznięty, przemoczony do su­

chej nitki, a buty, które miał na nogach, nie nadawały 

się do górskiej wędrówki. W dodatku bał się, że jeśli 

jeszcze raz huknie piorun, przerażone konie powyry­

wają mu ramiona ze stawów. 

Kolejna błyskawica rozwidniła las. Josh zamarł, 

czekając na grzmot pioruna. I raptem, w tym niesa-

background image

DOM RADOŚCI 

77 

mowitym blasku, zobaczył leżącą na ziemi białą linę, 

której jeden koniec zawiązany był wokół grubego, li­

ściastego konaru. 

Po chwili silny podmuch wiatru smagnął go 

w twarz, przynosząc z sobą intensywny aromat dymu. 

Josh zmrużył oczy. Dałby sobie głowę uciąć, że dym 

wydobywał się zza konaru. Prosto z serca wzgórza. 

Uśmiechając się pod nosem, przywiązał Molly do 

gałęzi, a sam z własnym koniem podszedł bliżej. Co 

baba zacznie, facet zwykle musi kończyć, pomyślał. 

Leżący na ziemi kawałek liny przymocował do siodła. 

Koń, posłuszny poleceniom, zaczął się wolno cofać. 

Lina napięła się, konar drgnął. Zza liści stopniowo wy­

łaniał się otwór... 

Była z siebie dumna, chociaż martwiła się o Molly. 

Pocieszała się jednak, że do rana burza minie, a wtedy 

Molly sama wróci pod grotę albo ona, Emily, znajdzie 

ją gdzieś niedaleko na wzgórzu skubiącą trawę. Po­

nieważ nie miała żadnego wpływu na pogodę, robiła 

dobrą minę do złej gry i udawała, że wszystko jest 

w porządkii. 

Jednego była pewna: że bez niej Molly nie wróci 

na ranczo. Będzie się kręciła w pobliżu, czekając, aż 

jej pani się pojawi, a potem, ucieszona, ale i zawsty­

dzona, zacznie trącać ją pyskiem w bok, szukając mar­

chewki. 

Którą Emily zjadła. 
Po rozpaleniu ognia rozebrała się do naga, mokre 

ubranie rozłożyła na kamieniach wokół ogniska, sama 

background image

78 

KASEY MICHAELS 

zaś owinęła się starym wełnianym kocem, który wy­

ciągnęła z dna pojemnika. Kiedy zęby wreszcie prze­

stały jej dzwonić z zimna, postanowiła przygotować 

sobie kolację. Puszki z ravioli, otwieracz do konserw, 

kuchenka, rondelek... wszystko to sprawiło, że poczuła 

się jak w restauracji z pięcioma gwiazdkami. 

Rzuciła się łapczywie na jedzenie, zanim jeszcze zdą­

żyło się dobrze podgrzać. Właśnie połknęła ostatniego 

pierożka i podniosła do ust łyżkę, aby ją oblizać, kiedy 

konar blokujący wejście do groty zaczaj się ruszać. 

Czyżby trzęsienie ziemi? 

Nie, to niemożliwe. Gdyby ziemia się zatrzęsła, 

wszystko by się ruszało. 

Otwór prowadzący do groty powoli się powiększał. 

Do środka wpadło świeże powietrze, dym zaczął wy­

dostawać się na zewnątrz. 

Zaciskając wokół siebie koc, Emily zerknęła na mo­

kre ubranie, po czym pośpiesznie cofnęła się w głąb 

groty. Niedźwiedź nie odsunąłby konara, ale co mogło 

być równie duże, silne i groźne...? 

Dlaczego nie ma broni? Dlaczego nie nosiła jej przy 

sobie, tylko trzymała w skórzanej pochwie przymoco­

wanej do siodła? Dlaczego jak kretynka wybrała się 

w góry? Dlaczego nie zawróciła do domu., kiedy zo­

rientowała się, że zbliża się burza? 

Przez kilka sekund nie działo się nic. Konar znikł, 

nastała grobowa cisza. Nawet pioruny na chwilę umil­

kły. Za to serce waliło jej jak oszalałe. 

A potem zobaczyła kapelusz. Kapelusz tkwił na gło­

wie wysokiego, okrytego czarną peleryną mężczyzny 

background image

DOM RADOŚCI 

79 

w butach kowbojskich. Mężczyzna wszedł do groty. 

Nie widziała jego twarzy, ale rozpoznała go po butach. 

Były bardzo charakterystyczne, beżowe, z wężowej 

skóry. Toby kiedyś jej wspomniał, że jego brat wygrał 

je na rodeo. 

Miała świadomość własnej nagości, ale nic dziw-

nego. Z trudem hamowała gniew. Skoro facet przylazł 

tu za nią, to znaczy, że ją śledził. Nie było innego 

wytłumaczenia. 

- Dobry wieczór - rzekł Josh Atkins, zatrzymując 

się przy ognisku. Zsunąwszy z głowy plastikowy kap­

tur, przytknął palce do ronda mokrego kapelusza. 

- Proszę stąd odejść! - Skuliła się na dźwięk włas­

nego głosu, który odbił się od ścian groty. - Niech 

pan... niech pan stąd idzie. 

- Chce pani, żebym zachował się jak dżentelmen, 

tak? - Podszedł krok bliżej. - Przykro mi, panno Col-

ton, ale nie jestem w dżentelmeńskim nastroju. Poza 

tym przyprowadziłem z sobą dwa konie i dobrze by 

było je tu wprowadzić. Będzie nam trochę ciasno, ale 

na pewno się jakoś pomieścimy. 

- Dwa konie? - spytała z nadzieją. Czyżby Josh 

znalazł Molly? - Czy... czy oba należą do pana? 

- Należałyby, gdybym był koniokradem. Znalazłem 

pani klacz u podnóża góry. Co się stało? Zrzuciła panią? 

Czy to pani wykazała się brakiem inteligencji i zostawiła 

konia nie uwiązanego podczas burzy? Koń to nie pies, 

panno Colton. Nie siada i nie waruje na komendę. 

- Ojej, a właśnie zamierzałam panu podziękować 

za odnalezienie Molly. - Wykrzywiła wargi w ironi-

background image

80 

KASEY M1CHAELS 

cznym uśmiechu. - Co się pan tak gapi? Niech pan 

wprowadzi konie. 

- Przyzwyczajona jest pani do rozkazywania, pra­

wda, panno Colton? - Zsunął z czoła kapelusz. W tań­

czących płomieniach ujrzała jego przystojną twarz. -

Niestety, w kowbojskim świecie każdy pracuje na sie­

bie. Nikt nikogo nie wyręcza. 

Emily owinęła się ciaśniej kocem. 

- Ja... ja nie mogę. Nie jestem... 

- Ubrana? Zauważyłem. - Powiódł spojrzeniem po 

suszących się wokół ognia dżinsach, koszuli, bieliźnie. 

- W takim razie zawrzemy układ. Ja wprowadzę pani 

konia, a pani otworzy jeszcze jedną puszkę ravioli. 

Zgoda? 

Emily pokiwała głową. 

- A potem mnie pan zostawi? Pójdzie pan sobie? 

Odrzucił w tył głowę i parsknął śmiechem, weso­

łym, nieprzymuszonym, w którym dało się jednak sły­

szeć nutę sarkazmu. Emily natychmiast się zjeżyła. 

- Chce pani, żebym poszedł? Nie wiem, czy pani 

zauważyła, panno Colton, ale tam, na dworze, szaleje 

burza. Pewnie będzie szalała co najmniej dwa dni. 

Więc nie, nigdzie sobie nie pójdę. Żadne z nas nigdzie 

nie pójdzie. Co się nawet dobrze składa, bo mamy kilka 

spraw do omówienia, prawda? 

Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, a tempe­

ratura ciała podnosi się o parę kresek. 

- Myli się pan, panie Atkins. Wyciągnął pan własne 

wnioski na temat śmierci brata oraz mojej roli w tym 

tragicznym zdarzeniu, więc cokolwiek powiem, i tak 

background image

DOM RADOŚCI 81 

nie wpłynie na pana ocenę sytuacji. Nie żeby mnie 

obchodziło, co pan o tym wszystkim myśli. 

- Akurat! Panią obchodzi, co każdy myśli, panno 

Colton. Inaczej nie uciekałaby pani w góry. W dodatku 

widząc, że się zanosi na burzę. Więc nie oszukujmy 

się. Może najpierw ja pani opowiem o moim bracie, 

żeby pani sobie w pełni uświadomiła, jak wspaniały 

człowiek zginął. A zginął dlatego, że pozwoliła mu pa­

ni wejść w pułapkę śmierci. Kiedy skończę, może mi 

pani opowiedzieć, dlaczego to pani zrobiła. Bo chciał­

bym to zrozumieć. 

Zamrugała oczami, starając się powstrzymać łzy. 

Musiała się też ugryźć w język, by nie powiedzieć cze­

goś nieprzyjemnego. 

- Konie mokną, panie Atkins - oznajmiła chłodno. 
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Potem Josh na­

sunął kapelusz na czoło, wciągnął na kapelusz kaptur, 

bez słowa odwrócił się i wyszedł na dwór. 

- Boże - jęknęła Emily, osuwając się na kolana. 
Jest skazana na tego człowieka. Nie ma gdzie się 

podziać. Będą siedzieć razem, na kilku metrach, zdani 

wyłącznie na swoje towarzystwo, dopóki burza nie uci­

chnie. A ucichnie może za dzień, dwa, trzy. Diabli wie­

dzą. Rany boskie, przecież się pozagryzają! 

Poderwawszy się na nogi, szybko zebrała z ziemi 

Keczy, które jeszcze nie całkiem zdążyły wyschnąć, 

i czym prędzej udała się w głąb groty, by się ubrać. 

Meredith stała przy drzwiach balkonowych z ręka-

mi skrzyżowanymi na piersi i patrzyła na deszcz omy-

background image

82 KASEY MICHAELS 

wający patio. Słysząc zbliżające się kroki, nawet się 

nie odwróciła. 

- Oglądałeś najnowszą prognozę pogody, Joe? -

spytała. - Mówili, kiedy przestanie padać? 

Dłonie męża spoczęły na jej ramionach. Zaczęły je 

lekko masować, a ona poczuła, jak powoli opuszcza 

ją napięcie. Zawsze tak było, że czerpała siłę z jego 

siły. 

- Niestety, kochanie. Burza na pewno potrwa je­

szcze ten dzień i noc. A znad oceanu nadciąga kolejna. 

Może przejść nad nami, ale też jest szansa, że skręci 

na południe. 

- Innymi słowy, nikt nic nie wie. - Westchnęła. -

Dlaczego oni tak mówią? Ze będzie tak albo siak? Że 

przejdzie tędy albo tamtędy? Dlaczego nie zdobędą się 

na uczciwość i nie przyznają, że po prostu nie wiedzą? 

Mają mapy, wykresy, komputery, a gorzej prognozują 

pogodę od mojej babci Portman, która kierowała się 

wyłącznie łupaniem w kościach. 

Joe pochylił się i cmoknął żonę w kark. 
- Masz rację, kochanie. Wyładuj wściekłość na 

biednym meteorologu. Co on sobie myśli? 

Meredith uśmiechnęła się do męża. 
- Wiem, że zachowuję się nierozsądnie. Joe... do­

dzwoniłeś się? 

- Do Austina? Tak. Akurat wybierał się na weekend 

do ojca. Który miewa się doskonale, podobnie jak re­

szta McGrathów. W każdym razie Austin postanowił 

przełożyć wizytę na później i zajrzeć do nas jutro. Bę­

dzie potrzebował jak najwięcej informacji o Patsy. 

background image

DOM RADOŚCI 

83 

- Aż mi się nie chce wierzyć, że to ten sam Austin, 

którego pamiętam jako szkraba. Tyle się w jego życiu 

działo, rzeczy dobrych i złych. Ale cieszę się, że został 

prywatnym detektywem i że tak bardzo ci pomógł, kie­

dy... kiedy Emmett... 

- Kiedy Emmett próbował mnie zabić - dokończył 

Joe, prowadząc Meredith do obitej skórą kanapy. -

Wszystkim nam pomógł. A potem zakochał się w Re­

bece. Boże, żebyś widziała, jak ona rozkwitła. Po pro­

stu promieniała szczęściem. 

- Dobrze, że zamieszkali tutaj. Że Austin zgodził 

się przenieść z Portland, żeby Rebeka mogła być blisko 

swojej rodziny... Czyli co? Wpadnie jutro? 

- Tak, o ósmej - potwierdził Joe. - Rand przefa-

ksował mi mnóstwo informacji, które znaleziono w do­

kumentach Patsy. Niestety, prawie nic z nich nie wy­

nika. No, nie rób takiej smutnej minki. Jeżeli Jewel 

żyje, Austin na pewno ją odnajdzie. 

Meredith potrząsnęła głową. 
- Wciąż dźwięczy mi w uszach głos Patsy. To nie 

były czcze pogróżki, Joe. Ona popełni samobójstwo. 

Zresztą spójrzmy prawdzie w oczy: moja siostra nigdy 

nie opuści tego zakładu. Myślę, że ona to wie. Wie, 

że chłopcy będą mieli u nas doskonałą opiekę. Jedyną 

rzeczą, jaka trzyma ją przy życiu, to chęć zobaczenia 

córki. - Na moment urwała. - Tak się zastanawiam... 

gdyby wtedy nie zaszła w ciążę, gdyby Ellis nie sprze­

dał jej dziecka... może inaczej potoczyłyby się jej losy? 

Może by nie zachorowała, może ten dziesięcioletni ko­

szmar nigdy by się nie zdarzył? - Popatrzyła na swoje 

background image

84 KASEY M1CHAELS 

ręce. - A ja... Boże, powinnam ci była od razu po­

wiedzieć, że mam siostrę, że jesteśmy do siebie po­

dobne jak dwie krople wody, że... 

- Przestań - skarcił ją Joe i wziął w ramiona. -

Patsy nie chciała, żebyś się nią interesowała. Nawet 

sfingowała własną śmierć, żebyś zostawiła ją w spo­

koju. Nie ma sensu gdybać, zastanawiać się, co by by­

ło, gdybyśmy postąpili tak lub inaczej. To niczego nie 

zmieni. Po prostu cieszmy się, że znów jesteśmy razem. 

Nie chcę marnować ani chwili na roztrząsanie prze­

szłości, naszych smutków i cierpień. 

Meredith oparła głowę na ramieniu męża i zerknęła 

na okno; błyskawica znów przeszyła niebo. 

- Tego oczekujemy od Emily, prawda? - spytała 

cicho. - Żeby zapomniała o przeszłości i zaczęła żyć 

teraźniejszością. Może ta samotna wyprawa w góry 

dobrze jej zrobi? Może tego właśnie potrzebuje? Prze­

myśleć wszystko, zanim rozpocznie sesje z Marthą? 

Co prawda wolałabym, żeby zaczekała na lepszą po­

godę... Joe? Naprawdę uważasz, że jest bezpieczna? 

- Ręczę ci, kochanie - oznajmił z przekonaniem. 

- Nic jej nie będzie. Na pewno doskonale się bawi. 

Ona uwielbia przyrodę, kocha samotne wędrówki, po­

trafi sobie radzić w każdej sytuacji. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Zdejmując siodło, zauważyła, że koń ma rozciętą 

skórę. 

- Josh, Molly jest ranna - powiedziała, bezwiednie 

zwracając się po imieniu do swego towarzysza, choć 

chwilę temu przysięgła sobie, że więcej się do niego 

nie odezwie, nawet gdyby włosy zajęły się jej ogniem, 

a on byłby jedynym mężczyzną z wiadrem wody 

w promieniu stu kilometrów. 

Ale tu nie chodziło o nią, tylko o Molly. 

Josh położył swoje siodło przy ognisku, najwyraź­

niej zamierzając się nim posłużyć jako podgłówkiem, 

i podszedł obejrzeć skaleczenie. 

- Jest tak mokra, że w pierwszej chwili nie zauwa­

żyłam. .. Ale to na pewno krew - dodała Emily, spo­

glądając na swą rękę. Czubki palców miała czerwone. 

Przysunęła twarz do końskiej szyi, usiłując sprawdzić, 

czy rana jest głęboka. - Boże. Myślisz, że trzeba bę­

dzie założyć szwy? 

- Nie mam pojęcia - odparł Josh. Wyciągnął z kie­

szeni złożoną na czworo biało-niebieską chustkę do no­

sa i przycisnął delikatnie do rany. - Najpierw należy 

ją oczyścić, a potem zobaczymy. 

background image

86 KASEY M1CHAELS 

- To moja wina. - Głos Emily załamał się. - Pogo­

dowy Willie wygadywał bzdury, a ja mu uwierzyłam. 

Przyciskając prowizoryczny kompres do szyi kla­

czy, Josh popatrzył pytająco na jej panią. 

- Pogodowy kto? Obawiam się, że nie rozumiem. 

- Willie. - Wytarła niezdarnie ręce o dżinsy, na­

stępnie podniosła je do twarzy, żeby osuszyć łzy, które 

ciekły jej po policzkach. - Przed wyruszeniem z domu 

włączyłam radio. Facet od pogody stwierdził, że burza 

skręci na południe i przejdzie bokiem. On zawsze się 

myli, a ja to wiem. Po prostu tak strasznie chciałam 

wymknąć się z domu, przez dzień czy dwa pobyć sa­

ma, że... 

- Jakoś te ucieczki kiepsko ci wychodzą, prawda? 

Mimo to wciąż je podejmujesz i za każdym razem ktoś 

płaci za twoją bezmyślność. 

Skuliła się, jakby chciała się zasłonić przed ciosem. 

- No dobra, spójrz - ciągnął Josh, nie przejmując 

się tym, czy jego słowa ją uraziły lub zabolały. - Nie 

wygląda to najgorzej. Szwów nie trzeba będzie zakła­

dać. Właściwie to nie tyle rana, co drobne zadrapanie. 

Twoja Molly biegła za blisko drzew, pewnie wtedy 

zgubiła tę torbę z kurczakiem, którego niestety nie zje­

my... Powinienem mieć jakiś płyn odkażający. Zaraz 

poszukam. Myślę, że to wystarczy. 

- Nie trudź się - oznajmiła chłodno dziewczyna. -

Mam własną apteczkę. Sama mogę zająć się Molly. Za­

dzwoniłabym na ranczo po pomoc, ale komórka jest usz­

kodzona. Molly musiała ją zgnieść, kiedy się przewróciła. 

- Rozejrzała się po grocie. - Zrób sobie miejsce do spa-

background image

DOM RADOŚCI 

87 

nia. Chcę widzieć, gdzie się ułożysz, żebym mogła 

przygotować sobie posłanie jak najdalej od ciebie. 

- Jak najdalej? - Pokręcił głową. - Może nie za-

uważyłaś, ale tam na zewnątrz leje jak z cebra. A twoje 

ognisko zaczyna dogasać. I wkrótce zgaśnie, chyba że 

masz jeszcze jeden stos suchych gałęzi. Jeśli nie, to 

spędzimy tę noc w bardzo bliskiej odległości. W prze­

ciwnym razie grozi nam hipotermia. Jeden Atkins zgi­

nął przez ciebie, drugi nie zamierza iść w jego ślady. 

Zamierza przeżyć, nawet jeśli to oznacza, że musi się 

do ciebie przytulić. 

Emily zerknęła na ognisko, po czym podniosła 

z ziemi plecak i pomaszerowała na drugi koniec groty. 

Tam, w mroku, nabrała większej pewności siebie. 

- Masz przymocowany do siodła śpiwór. Ja mam 

swój, w dodatku przystosowany do znacznie niższych 

temperatur niż obecna, więc o co chodzi? 

Bez słowa Josh odwiązał śpiwór od siodła, po czym 

zarzucił go na grzbiet swojego konia. Następnie chwy­

cił gruby wełniany koc, którym Emily wcześniej była 

otulona, i okrył nim Molly. 

- Został nam jeden - oznajmił. - Chyba dobro ko­

ni leży ci na sercu? 

- Koni owszem, twoje nie - warknęła Emily. Wie­

działa, że zachowuje się nierozsądnie. Wzięła głęboki 

oddech, po czym Wolno wypuściła powietrze. - Na­

prawdę nie ma wyjścia? 

- Ależ jest. - Położył jej siodło obok swojego, 

strzelbę oparł o ścianę. - W dawnych czasach zabijało 

się konia, rozcinało mu brzuch, wywalało bebechy, po-

background image

88 KASEY MICHAELS 

tem właziło się do środka. Podobno to świetne schro­

nienie przed śniegiem i wiatrem. Ciepło utrzymuje się 

przez wiele godzin... 

Zmrużywszy oczy, Emily popatrzyła chłodno na 

Josha. 

- Czy to naprawdę było konieczne? Musiałeś mnie 

uraczyć tak barwnym opisem? Nie, nie odpowiadaj. 

Oczywiście, że musiałeś. Nienawidzę cię, Josh. 

Zakręciła kuchenkę, chcąc zaoszczędzić resztę pa­

liwa. Będzie im potrzebne jutro. 

Psiakrew! Josh ma rację. Ogień faktycznie dogasa 

i istnieje tylko jeden sposób na to. aby nie zamarzli 

w nocy: muszą się grzać własnym ciepłem, innymi sło­

wy spać w jednym śpiworze. Szlag by to trafił! 

- Co robisz? - spytała, widząc, jak Josh podnosi 

z ziemi oba płaszcze przeciwdeszczowe. 

- Warto zasłonić wejście, żeby nam tu wiatr nie 

dmuchał. Oczywiście zostawiając otwór, póki pali się 

ogień. - Sięgnął po linę, której wcześniej użył do od­

ciągania konaru. - Chodź, pomóż mi. 

Po kilku próbach wreszcie zdołali zaczepić końce 

liny do krzaków rosnących po obu stronach wejścia 

do groty. Josh znowu przemókł do suchej nitki. Za­

wieszone na linie płaszcze zasłoniły co najmniej po­

łowę wejścia. 

- Dobra, powinno wytrzymać - rzekł. 

Ociekał wodą, jakby wyszedł spod prysznica; długie 

brązowe włosy dosłownie lepiły się do jego kształtnej 

czaszki. Z przytroczonej do siodła skórzanej torby wy­

dobył ręcznik, wytarł głowę, obiema rękami odgarnął 

background image

DOM RADOŚCI 

89 

włosy za uszy, następnie ściągnął kamizelkę i zaczął 

rozpinać koszulę. Emily przyglądała mu się ukradkiem. 

Widząc umięśniony, opalony tors, lśniący w płomie­

niach ognia, wciągnęła gwałtownie powietrze. Lewy 

bok zdobiła długa biała blizna, druga równie imponu­

jąca przecinała klatkę piersiową; przypuszczalnie obie 

to pamiątki z rodeo. 

- Dlaczego... dlaczego się rozbierasz? 

- Żeby nie zamarznąć na śmierć - odparł, wyjmu­

jąc z torby flanelową koszulę. - Dżinsy też muszę 

zdjąć, więc proponuję, żebyś się odwróciła. Chyba że 

bawi cię podglądanie. 

Odwróciła się, nim skończył mówić. Policzki piekły 

ją, zupełnie jakby stała tuż przy ognisku. Słyszała, jak 

Josh ściąga buty, potem słyszała pełne zniecierpliwie­

nia pomruki - domyśliła się, że mokre, opięte nogawki 

sprawiają mu trudności - wreszcie usłyszała, jak wkła­

da suche spodnie i zaciąga suwak. Wypuściła z płuc 

powietrze. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że wstrzy­

muje oddech. 

Kiedy się odwróciła, Josh siedział na siodle; włożył 

iepłe wełniane skarpety, następnie sięgnął po buty. 

- Nie podglądałaś? - spytał. - Grzeczna dziewczyn-

ka - pochwalił ją. - Jeszcze tylko wciągnę buty i za-

mienimy się rolami. Ja się odwrócę, a ty przebierzesz, 

Bo chyba nie zamierzasz spać w wilgotnym ubraniu? 

Czy mogła mu zaufać, że nie będzie patrzył? Cho-

ciaż, pomyślała po chwili, pytanie powinno brzmieć: 

czy ma ochotę kłaść się spać w spodniach, których no­

gawki można wyżymać? 

background image

90 KASEY MICHAELS 

Posyłając Joshowi wściekłe spojrzenie, otworzyła 

plecak i wydobyła jedyną zmianę suchej odzieży, jaką 

z sobą wzięła: flanelową koszulę w kratkę, podobną 

do koszuli Josha, stare dżinsy, dwie pary wełnianych 

skarpet oraz czyste majtki i stanik, które zwinęła 

w kulkę i ukryła w nogawce, aby Josh ich nie dojrzał. 

Po co ma wiedzieć, że na wyprawę w góry zabrała 

bieliznę w tygrysi deseń: wysoko wycięte figi oraz pa­

sujący do nich, lekko usztywniony stanik? 

- Bądź łaskaw się odwrócić - poprosiła wyniosłym 

tonem. 

Wyszczerzył w uśmiechu zęby. Byli tacy podobni, 

kiedy się uśmiechali, choć Toby miał w sobie pewną 

naiwność i prostoduszność, której Joshowi brakowało. 

- Za ćwierćdolarówkę. - Wyciągnął przed siebie 

rękę. - Z mennicy w Denver, tam gdzie biją monety 

z nazwami stanów na rewersie. Do kompletu brakuje 

mi Pensylwanii. 

- Idź do diabła - warknęła, kierując się w najciem­

niejszy kąt groty. 

Rozbierała się „po kawałku", tak by cały czas jak 

najwięcej mieć na sobie. I nie spuszczała oka z Josha, 

pilnując, aby przypadkiem jej nie podejrzał. 

- W porządku, możesz się odwrócić i kontynuować 

swoje sarkastyczne uwagi - wycedziła przez zęby, 

świadoma, że zachowuje się jak dziecko. 

- Jak sobie panienka życzy - oznajmił pogodnie. 

Co za paskudny typ! Nie sposób z nim wytrzymać. 

Zerknęła na mały złoty zegarek i ruszyła w stronę 

ogniska, okrążając po drodze wyłączoną kuchenkę, pla-

background image

DOM RADOŚCI 

91 

stikowy pojemnik oraz otwarty plecak. Grota była cał­

kiem spora, ale stawała się coraz bardziej zagracona. 

Emily zawahała się, po czym wzruszywszy ramionami, 

rozłożyła na pojemniku swoje wilgotne ubranie; bie­

liznę schowała do zamykanej na suwak kieszeni w ple­

caku. 

Otworzywszy inną kieszeń, wydobyła z niej grze­

bień, obleczoną materiałem gumkę do włosów, skła­

daną szczotkę do zębów, niedużą tubkę pasty. Jeszcze 

tylko mały wiśniowy ręcznik i tubka z mydłem w pły­

nie - była gotowa do wieczornych ablucji. Bez wzglę­

du na to, gdzie się znajdowała, w domu, w lesie czy 

w grocie, z kilku podstawowych zabiegów higienicz­

nych nie potrafiła zrezygnować. 

Ku swojemu zdumieniu zobaczyła, że Josh również 

trzyma w dłoni szczoteczkę do zębów. 

- Nie wiedziałam, że kowboje przestrzegają zaleceń 

stomatologów i myją zęby rano i wieczorem - rzekła, 

sięgając po kubek z wodą, który zostawiła na ziemi. 

- O co chodzi? Przeszkadza ci sielska domowa at­

mosfera? Boisz się, że zaraz pocałuję cię na dobranoc? 

Nie odpowiedziała. Po prostu uznała, że nib ma sen­

su wdawać się w rozmowę. W milczeniu usiadła na 

swoim ulubionym płaskim głazie, tyłem do intruza, 

i zaczęła szorować zęby; miała wrażenie, że echo nie­

sie się po całej grocie. Przepłukała usta wodą z ku­

beczka, ale w obecności innego człowieka jakoś nie 

umiała zdobyć się na to, by wypluć wodę na ziemię, 

więc ją wypiła. Josh ma rację. Przeszkadzała jej ta do­

­owa atmosfera. 

background image

92 KASEY MICHAELS 

Wciąż zwrócona tyłem zaczęła rozczesywać włosy, 

a raczej splątaną masę. Nie wiedziała, że lśnią złociście 

w blasku ognia, że wyglądają niemal jak przedłużenie 

płomieni. 

- Sprawdzę, jak się konie mają. 

Głos Josha był dziwnie napięty. A może tylko jej 

się tak zdawało? Zresztą, przemknęło jej przez myśl, 

nieustający huk piorunów może budzić niepokój lub 

irytację. 

- Dobry pomysł. - Zebrawszy włosy, ściągnęła je 

gumką. - Nie wiem jak ty, ale ja mimo wczesnej pory 

jestem skonana. Po drugie, burczy mi w brzuchu, a nie 

możemy nic zjeść, jeśli zapasy mają nam starczyć na 

dłużej. A po trzecie, zaczynam marznąć, więc chętnie 

weszłabym do śpiwora. 

- W porządku, przegląd produktów spożywczych 

możemy zostawić na rano. Jeśli chodzi o spanie... 

Oboje mamy karimaty, czyli będzie nam sucho. Od 

ziemi jednak ciągnie, bo groty mają to do siebie, że 

nawet w ciepłe dni się nie nagrzewają. Lepiej położyć 

karimaty jedna na drugą. Do jednego śpiwora się nie 

zmieścimy; musimy go rozłożyć i wykorzystać jako 

kołdrę. Przed wychłodzeniem ochroni nas ciepło wy­

dzielane przez nasze ciała... 

Poszedł do koni, poprawił okrywające je koce, prze­

sunął kamienie, pod które wsunął wodze. Następnie 

sprawdził opatrunek przyklejony do szyi Molly. Zado­

wolony, pokiwał głową: nie miał żadnych zastrzeżeń. 

Emily cały czas obserwowała go ukradkiem. Wy­

soki, szerokie ramiona, szczupłe biodra. Jego ruchy 

background image

DOM RADOŚCI 93 

charakteryzowała płynność i wdzięk. Sprężysty krok, 

ogorzała twarz, lekko ironiczny uśmiech, pewność sie­

bie... Wyglądał jak facet z reklam Marlboro, tyle że 

bez papierosa w ustach; jak samotny, romantyczny 

jeździec przedstawiany na plakatach lub okładkach 

książek; jak marzenie każdej nastolatki, która kiedy­

kolwiek była na rodeo. 

I ten facet ma dziś spać koło niej, grzać ją swoim 

ciepłem. Zastanawiała się, czy w ogóle zdoła zasnąć. Po­

dejrzewała, że będzie leżała jak na szpilkach, nie mogąc 

doczekać się rana. Ale kto wie, może zmarznięta prze­

wróci się na bok, pragnąć się ogrzać w jego ramionach? 

Co wtedy? 
- On cię nienawidzi - mruknęła do siebie. - Wini 

za śmierć brata. - Sięgnęła po cienką zrolowaną ka­

rimatę, wiedząc, że sama musi przygotować posłanie. 

- Zresztą ty też za nim nie przepadasz. 

Kręcił się przy koniach dłużej, niż to było potrzeb­

ne; sprawdzał kopyta, gładził po pyskach, klepał po 

grzbiecie i przemawiał cicho, świadom, że zwierzęta 

wciąż są zdenerwowane burzą. Potem wyszedł na 

dwór, poprawił prowizoryczną zasłonę od wiatru i po­

patrzył w niebo. Nic nie wskazywało na to, aby deszcz 

miał wkrótce przestać padać. 

Podejrzewał, że spędzą w grocie co najmniej jesz­

cze jeden dzień i jedną noc. Zbocze powoli zamieniało 

się w grząskie bagno. Nawet gdyby deszcz ustał do 

jutra, nie daliby rady bezpiecznie sprowadzić na dół 

background image

94 KASEY MICHAELS 

Czy wytrzyma jeszcze jeden dzień i noc? Zresztą 

co tu mówić o kolejnym dniu! Nie był pewien, czy 

wytrzyma tę jedną noc. 

Wyruszając rano, sądził, że w towarzystwie Emily 

spędzi najwyżej kilka godzin. Chciał z nią porozma­

wiać, opowiedzieć jej o Tobym, uświadomić jej, jak 

bardzo swoją lekkomyślnością i beztroską skrzywdziła 

ich obu. 

Chciał również usłyszeć jej wersję zdarzeń. A wła­

ściwie nie tyle chciał, co uważał, że powinien, choćby 

ze względu na Toby'ego. Może były jakieś okoliczno­

ści łagodzące, o których nie wiedział; jakiś powód, dla­

czego uciekła i zostawiła Toby'ego, aby wykrwawił się 

na śmierć. Jeśli taki powód istniał, Josh pragnął go 

poznać. 

Bardzo mu na tym zależało, czuł bowiem, jak nie­

wiele brakuje, by wpadł w tę samą pułapkę co jego 

młodszy brat. W pułapkę odznaczającą się śliczną bu­

zią, gęstymi kasztanowymi lokami i dużymi niebieski­

mi oczami. 

Była szczupła, lecz nie przeraźliwie chuda, wyspor­

towana, o dość szerokich ramionach i szczupłych bio­

drach. Jeśli chodzi o biust... hm, Dolly Parton mogła 

spać spokojnie, ale... Po prostu Emily promieniała ko­

biecością, w sposób niezamierzony kusiła wdziękiem... 

Potrząsnął głową i wrócił myślami do rzeczywisto­

ści. Przyjechał do Kalifornii, ponieważ Emily spowo­

dowała śmierć jego brata. Oczywiście nieumyślnie, 

niemniej spowodowała. Winna była grzechu zaniedba­

nia; zataiła prawdę. Gdyby powiedziała Toby'emu, kim 

background image

DOM RADOŚCI 

95 

jest i dlaczego ukrywa się w Keyhole, gdyby ostrzegła 

go przed zagrożeniem... 

A ona go zostawiła. Pozwoliła, by ją uratował, by 

przyjął przeznaczoną dla niej kulę, a potem go zosta­

wiła! 

Josh nie mógł jej tego wybaczyć. 

Wrócił do środka. Stała przy ognisku, usiłując roz­

łożyć śpiwór nad karimatami. 

- Daj, pomogę ci - powiedział, biorąc śpiwór za 

dwa rogi. - Lekki, mięciutki i pewnie cieplejszy niż 

wygląda. 

- Pewnie tak. Ale jeszcze nie miałam okazji go wy­

próbować. - Przyklepała materiał, jakby sprawdzając, 

czy nie jest zbyt śliski. Cały czas unikała spojrzenia 

Josha. - Prawa czy lewa? 

- Słucham? - spytał rozkojarzony. 

- Prawa czy lewa? - powtórzyła. - Śpię na pra­

wym boku, więc jeśli ci nie przeszkadza, wolałabym 

zająć miejsce po prawej. 

On także zwykł sypiać na prawym boku. Oczami 

wyobraźni zobaczył, jak leżą przytuleni: brzuch przy 

pośladkach, ramię wokół talii, nogi splątane razem. 

- W porządku. Może być lewa. - Czuł ucisk za­

równo w gardle, jak i w spodniach. Opuścił ręce, by 

się choć trochę zasłonić. Miał nadzieję, że panujący 

wewnątrz mrok dopełni reszty. - Obawiam się jednak, 

że jedno siodło musi nam wystarczyć za poduszkę. 

W przeciwnym razie będziemy za daleko od siebie, 

a mamy się grzać, pamiętasz? 

~ Najpierw spróbujemy po mojemu, czyli tyłem do 

background image

96 KASEY MICHAELS 

siebie, ja po prawej stronie, ty po lewej - oznajmiła 

sztywno. Po chwili ułożyła się na swoim miejscu, przy­

kryła po samą brodę, głowę oparła o wgłębienie siodła. 

- O kurczę. - Zaczęła się wiercić, szukając wygod­

niejszej pozycji. - Dawno tego nie robiłam. 

- To znaczy czego? Dawno nie spałaś z mężczy­

zną? - Skrzywił się. Nie powinien był tego mówić. 

Zachował się jak dureń. 

- Nigdy nie... - Zasłoniła rękami twarz, po czym 

z wściekłością podciągnęła śpiwór jeszcze wyżej. -

Dawno nie spałam w tej grocie. A tak w ogóle, to nie 

mam ochoty słuchać tego rodzaju uwag. W przeci­

wieństwie do ciebie twój brat był prawdziwym dżen­

telmenem. 

- Owszem, był dżentelmenem - mruknął Josh. 
Przeszedłszy nad Emily, usiadł na siodle, zamierza­

jąc ściągnąć buty. Proszę, proszę, jest dziewicą. Kto 

by to pomyślał? Czyżby w świecie, w którym się ob­

racała, wszyscy faceci byli ślepi? 

- I dokąd to go zaprowadziło? - dodał po chwili. 

Nie zareagowała. I słusznie. 
Odstawił buty, po czym również wsunął się pod śpi­

wór. Leżał na wznak, z ręką pod głową, i wpatrując 

się w ciemne sklepienie, marzył o tym, aby być teraz 

gdziekolwiek, tylko nie tu. Dogasający ogień rzucał 

na sufit dziwne, tańczące cienie, zaś wiatr, który bez 

przerwy zmieniał kierunki, ciągle wdmuchiwał z po­

wrotem do groty dym. 

Josh zastanawiał się nad swym przeznaczeniem. Za­

mierzał kupić ranczo, prowadzić je do spółki z bratem, 

background image

DOM RADOŚCI 97 

może założyć rodzinę. Jaki los czeka go teraz, gdy 

został sam, bez Toby'ego? Czy ustatkuje się, zrealizuje 

marzenie o własnym ranczu, czy też do końca życia 

będzie występował na rodeo, a w przerwach między 

zawodami pracował dorywczo? 

Dom, rodzina... Toby był całą jego rodziną. Śmierć 

brata zupełnie go załamała. Czy mógłby założyć teraz 

nową rodzinę? A gdyby zginęła żona lub dziecko? 

Drugi raz nie wytrzymałby takiego bólu. 

Obrócił głowę w prawo. W ciemnościach nie wi­

dział koloru włosów Emily, widział jednak rysujący 

się pod śpiworem zarys jej sylwetki. Emily Colton ma 

rodzinę. Dużą rodzinę. I co jej to dało? 

Niewiele. Gdyby potrafiła znaleźć u bliskich pocie­

szenie, siedziałaby z nimi, w ciepłym, bezpiecznym 

domu; nie spałaby z obcym facetem w ciemnej zimnej 

grocie. Do diaska z rodziną! Ona przez swoją o mało 

nie zginęła. 

Może więc życie w pojedynkę, bez żadnych przy-

ległości i zbędnych komplikacji, ma większy sens? 

Owszem, po latach występów na rodeo dbrobi się 

obolałego kręgosłupa i artretyzmu w kolanach. Zacz­

nie spędzać coraz więcej czasu w barach, pijąc piwo 

i wspominając stare dobre czasy, kiedy ujeżdżał dzikie 

konie i powalał lassem cielaki. Rodeo wciąga, jest jak 

kochanka, groźna, nieobliczalna, ale jakże fascynująca. 

Może zbyt długo daje się jej wodzić za nos. Może 

zbyt wiele poświęca jej czasu. Kto wie, gdyby wcześ-

niej z nią zerwał, może Toby byłby dziś wśród żywych, 

a on, Josh, nie leżałby w wilgotnej grocie, starając się 

background image

98 

KASEY MICHAELS 

trzymać ręce i myśli z dala od pięknej rudej kobiety, 

która przyczyniła się do śmierci jego brata. 

Wstrzymawszy oddech, wytężył słuch. Konie ci­

chutko rżały i prychały, ogień syczał, wiatr zawodził, 

z oddali zaś dochodził trzask piorunów. Mimo tych ha­

łasów gotów był przysiąc, że słyszy... nie tyle oddech 

Emily, co raczej dzwonienie jej zębów! Oczywiście nic 

nie mówiła, nie skarżyła się, że jej zimno. 

Uparte stworzenie! 

A ty, Atkins, jesteś skończonym durniem. Jesteś dur­

niem, bo się martwisz i przejmujesz. 

Podniósłszy się na łokciu, odepchnął od posłania 

siodło, po czym przewrócił się na prawy bok i otulił 

mocniej śpiworem. Następnie przysunął się do Emily. 

Poczuł, jak sztywnieje. Nic sobie z tego nie robiąc, 

oparł głowę na jej siodle. Nie było mu zbyt wygodnie, 

ale trudno. Wiedział, że tej nocy i tak nie zaśnie. Z tru­

dem powstrzymał się, aby nie przesunąć ręki wyżej, 

do jej piersi. 

Już nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz spędził 

całą noc z kobietą w łóżku. Ale jedno nie ulegało wąt­

pliwości: nigdy dotąd nie spędził nocy z dziewicą. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Zobaczysz, Wróbelku. Babcia ucieszy się, że 

masz taki śliczny aparacik na ząbkach - powiedziała 

Meredith, uśmiechając się w lusterku do Emily, która 

siedziała naburmuszona na tylnym siedzeniu. 

- Wcale go jej nie pokażę - oznajmiła dziewczyn­

ka, prawie nie otwierając ust. - Nikomu go nie pokażę. 

Sophie nazwała mnie Metalową Szczęką. A Amber 

spytała, czy przyciągam spinacze, bo wyglądam jak 

wielki magnes. 

- Nie zwracaj na nie uwagi. Wiesz, jakie są siostry; 

zawsze z siebie żartują. - Meredith westchnęła. - Po­

za tym kilka lat temu same też nosiły aparaty, a wtedy 

bracia się z nich podśmiewali. To taka rodzinna tra­

dycja, przekazywana z dziecka na dziecko. Skoro się 

z ciebie śmieją, to znaczy, że cię kochają. 

- A ja ich nie lubię! A aparatu nienawidzę. Uciska 

mi zęby, nie mogę żuć gumy, w dodatku wczoraj Inez 

wszystkim dała po kolbie kukurydzy, a mnie ścięła 

ziarna na talerz. To nie to samo. 

Masz rację, Wróbelku, ale naprawdę warto się tro-

chę pomęczyć. Bo wkrótce będziesz miała śliczne, rów-

ne ząbki i jeszcze piękniejszy uśmiech niż obecnie. 

background image

100 

KASEY MICHAELS 

Meredith ponownie zerknęła do lusterka. - Emily, ko­

chanie, opuść niżej pas. Nie powinien być tak wysoko. 

W razie wypadku nie zdoła cię przytrzymać. 

Emily posłusznie wykonała polecenie, lecz nie kryła 

złości. 

- Nie rozumiem, dlaczego nie mogłam usiąść z to­

bą z przodu. Z tyłu siadałam, kiedy jeszcze jeździłam 

w foteliku. 

- Bo z przodu pas jest zepsuty - wyjaśniła Mere­

dith. - Jutro będzie naprawiony. A na razie udawaj, 

że jesteś wielką damą, a ja twoim szoferem. 

Dziewczynce spodobał się pomysł. 
- To znaczy, że mogę wydawać ci rozkazy? 

- Owszem, proszę pani. Dokąd panią zawieźć? 

Chichocząc wesoło, Emily skrzyżowała ręce na 

piersi i zadarłszy nosa, poleciła: 

- Do lodziarni, dobra kobieto. Szybko, szybko! 
- A pani babcia? 

- A faktycznie... Już wiem. Zabierzemy ją ze sobą. 

Ona też lubi lody. 

- Dobrze, proszę pani. Jak pani sobie życzy -

oznajmiła Meredith, przykładając palce do wyimagino­

wanej czapki z daszkiem. 

Emily parsknęła śmiechem; o aparacie na zębach 

całkiem zapomniała. 

Słysząc, że w radiu leci jedna z jej ulubionych pio­

senek, poprosiła mamę, aby nastawiła głośniej dźwięk. 

Obie zaczęły śpiewać. Meredith kilka razy pomyliła 

słowa, co jeszcze bardziej rozweseliło jej córkę. 

Były takie szczęśliwe. Meredith znów spojrzała do 

background image

DOM RADOŚCI 

101 

lusterka - przypuszczalnie aby zobaczyć uśmiechniętą 

buzię córki - i nagle zacisnęła dłonie na kierownicy. 

- Dlaczego ten samochód jedzie tak blisko za na­

mi? Szosa jest pusta, zakazu wyprzedzania nie ma... 

Skoro tak bardzo ci się spieszy, możesz nas wyminąć 

- powiedziała, zwracając się do kierowcy wozu, który 

od pewnego czasu siedział jej na ogonie. 

Emily zaczęła się wiercić, usiłując wyjrzeć przez tylną 

szybę, ale zapięty pas utrudniał jej ruchy. Po chwili zre­

zygnowała. Meredith wcisnęła nogą pedał gazu. 

- Siedź prosto, kochanie. Gdybym mogła, zjecha­

łabym na pobocze i przepuściła tego kretyna... jest tak 

blisko, że nawet nie widzę jego numerów... ale boję 

się, że wpadłybyśmy do rowu. Więc jak tylko zobaczę 

przydrożny parking, skręcę i pozbędziemy się nie­

chcianego towarzystwa. 

Słysząc cichy, choć stanowczy ton matki, Emily po­

słusznie wykonała polecenie. Zamknęła oczy, żeby nie 

patrzeć na przelatujący za oknami krajobraz. Meredith 

wyłączyła radio. W samochodzie nastała cisza. 

I wtedy się zaczęło. Bum! - od tyłu. Jedno potężne 

stuknięcie, moment później drugie. 

- Hej! - zawołała dziewczynka, bardziej wystra­

szona niż rozgniewana. - Co on robi, mamo? Niech 

przestanie! Każ mu przestać, mamo! 

- Zasłoń rękami twarz! Zasłoń twarz, Wróbelku! 

- krzyknęła Meredith. 

Kolejne uderzenie - najmocniejsze z dotychczaso­

wych. Samochód zostaje zepchnięty na wąskie pobo­

cze; ż chwilą gdy dwa koła zjeżdżają z asfaltu na żwir, 

background image

102 KASEY MICHAELS 

następuje huk - strzela prawa tylna opona. Meredith 

próbuje odzyskać kontrolę, nie daje jednak rady wrócić 

na asfalt. 

Jeszcze kilka metrów jechały przed siebie, lecz auto 

coraz bardziej przechylało się w stronę rowu. A potem 

nastąpił huk - i wszystko przestało się ruszać. Emily 

poczuła ostre szarpnięcie, ale pasy trzymały mocno; 

nie pozwoliły jej przelecieć przez siedzenie. Po paro-

sekundowym bezruchu ponowny zgrzyt - samochód 

opadł na bok. Emily walnęła głową w szybę. Ujrzała 

przed oczami mrok. 

- Mamusiu... - Zamrugała. I aż skrzywiła się 

z bólu. - Mamusiu... 

Pokonując ból, uniosła powieki i spojrzała na prze­

dnie siedzenie. Matka siedziała z zakrwawionym czo­

łem na miejscu kierowcy. 

Nie, nieprawda. Stała na zewnątrz, poza samocho­

dem; nagle pochyliła się, otworzyła przednie drzwi 

i zajrzała do środka. Dwie mamusie? 

Ojej, jak strasznie bolała ją głowa. Ból dosłownie 

rozsadzał jej czaszkę. 

- Mamusiu, coś złego się ze mną dzieje. Nic nie 

widzę. Zrób coś, mamusiu. Tak bardzo boli mnie gło­

wa. I w brzuchu mi się kręci. Chyba zaraz zwymiotuję. 

- Zamknij się, durny bachorze! 

Emily popatrzyła to na jedną matkę, to ha drugą, 

i wybuchnęła płaczem. Jedna z dwóch mamuś skrzy­

czała ją! Dziewczynka, zdumiona i zaszokowana, ob­

serwowała, jak mamusia stojąca na dworze otwiera tyl­

ne drzwi i wsuwa się koło niej na tylne siedzenie. 

background image

DOM RADOŚCI 

103 

- Masz, wypij to. Poczujesz się lepiej. 

Emily zaczęła protestować. 

- Nie... nie chcę... 

Matka pociągnęła ją za włosy, zmuszając, by od­

chyliła w tył głowę. Po chwili Emily poczuła w ustach 

jakiś obrzydliwy smak. Zaczęła się krztusić. I w tym 

momencie straciła przytomność. Obudziła się kilka go­

dzin później w szpitalu. Jedna z dwóch mamuś stała 

nad jej łóżkiem. 

- Którą mamusią jesteś? - spytała dziewczynka. 

W gardle miała sucho i wciąż bolała ją głowa. 

Stojąca przy łóżku mamusia nie odpowiedziała; po 

prostu uśmiechnęła się pod nosem... 

- Nie! To nie ty! Ty jesteś tą drugą, tą paskudną! 

Gdzie moja mamusia? Moja prawdziwa mamusia? Co 

z nią zrobiłaś? Mamusiu! Mamuś! 

- Obudź się, Emily. No obudź się, mała. Nic złego 

się nie dzieje. To tylko sen. No, otwórz oczy. Obudź 

się. 

Uniosła powieki i ujrzała nad sobą świdrujące nie­

bieskie oczy Josha. Włosy opadały mu w nieładzie na 

czoło, ciemny zarost okrywał policzki. 

W ustach jej zaschło, serce zabiło mocniej. Powoli 

uświadomiła sobie, gdzie się znajduje i co się stało. Znów 

przyśnił się jej tamten sen. Teraz nie ma jedenastu lat 

i nie leży w szpitalu. Spędza noc w grocie. Leży na zie­

mi przykryta śpiworem, a obok leży Josh Atkins, nawet 

nie tyle leży, co napiera na nią swoim ciałem. 

- Złaź ze mnie! - rozkazała, usiłując odepchnąć go 

background image

104 KASEY M1CHAELS 

od siebie. - Do jasnej cholery, złaź! Musisz mnie do­

tykać?! 

Nawet nie drgnął. 

- Nie należysz do ludzi, którzy budzą się w świet­

nym humorze, co? - spytał. 

Po chwili spełnił jej prośbę: odsunął się i ułożył 

na wznak. Emily zadrżała z zimna. Nie zdawała sobie 

sprawy, jak bardzo grzeje ją jego ciało. 

- Chcesz mi go opowiedzieć? Ten swój sen? Musiał 

być naprawdę nieprzyjemny. 

Wstałaby, ale po pierwsze, zęby znów zaczęły 

dzwonić jej z zimna, po drugie, ogień zgasł, a po trze­

cie, na zewnątrz wciąż padało. Ranek był szary i po­

nury. 

- Nie, nie chcę ci go opowiedzieć. Chciałabym za 

to, żebyś ty był teraz na drugim końcu świata. 

- Milutka jesteś. I wyjątkowo uprzejma. - Przy­

ciągnął do siebie siodło i oparł się o nie wygodnie. 

Na wpół leżał, na wpół siedział. - Wołałaś mamę. Pra­

wdziwą mamę. Może nie grzeszę jakimś szczególnie 

wysokim ilorazem inteligencji, ale czytałem wszystkie 

artykuły, jakie w ostatnim czasie ukazywały się na te­

mat twojej rodziny. Byłaś wtedy w samochodzie, pra­

wda? W tym, który Patricia Portman, siostra Meredith 

Colton, zepchnęła do rowu? Potem Patricia zajęła miej­

sce Meredith, wcieliła się w jej rolę. Ale jak tego do­

konała? Klinika St. James znajduje się ponad pół go­

dziny od miejsca wypadku. Jakim sposobem... to zna­

czy, Patricia zawiozła tam siostrę, a potem wróciła po 

ciebie, tak? Czy przez ten czas nikt drogą nie prze-

background image

DOM RADOŚCI 

105 

jeżdżał? Nikt nie widział samochodu w rowie? Nikt 

się nie zatrzymał? 

Trzymała dłonie zaciśnięte w pięści. Nie chciała roz­

mawiać o wypadku, chciała o nim zapomnieć raz na za­

wsze. Nie pamiętała, że Patsy wsiadła do samochodu 

i wlała jej lekarstwo do gardła. To wyszło na jaw podczas 

zeznań na policji. Może dlatego sny nawiedzały ją raz 

po raz. Może powinna opowiedzieć komuś całą historię, 

a potem zamknąć za sobą ten etap życia. 

Biorąc przykład z Josha, podsunęła się wyżej 

i oparła o siodło. Przyszło jej do głowy, że właściwą 

osobą, z którą należało odbyć tę rozmowę, jest Martha 

Wilkes, a nie Josh Atkins. Bała się jednak, że jeżeli 

komuś szybko się nie zwierzy, do końca życia będą ją 

prześladować koszmary. 

- Dała mi jakiś środek nasenny czy otępiający -

oznajmiła cicho. - Prawie natychmiast straciłam przy­

tomność. Przeciągnęła nas obie, mnie i mamę, do swo­

jego auta. Do anteny naszego samochodu przywiązała 

białą chusteczkę. Tak się robi, kiedy porzuca się ze­

psuty wóz i idzie wezwać pomoc drogową. Dlatego 

nikt się nie zatrzymał. Bo po co zatrzymywać się przy 

pustym wozie? 

- Sprytne. I co dalej? 

Wsunęła rękę we włosy, po czym ściągnęła przy­

trzymującą je gumkę i potrząsnęła głową. Loki opadły 

jej na ramiona. Zamierzała zgarnąć je na twarz, zasło­

nić nimi oczy... Nagle zastygła w bezruchu. Sophie 

ma rację; faktycznie zachowuje się jak struś, który cho­

wa głowę w piasek. 

background image

106 KASEY MICHAELS 

- Patsy wyznała na policji, że zostawiła nieprzy­

tomną mamę za bramą kliniki St. James. Liczyła na 

to, że ktoś z personelu zobaczy leżącą na ziemi kobietę 

i rozpozna w niej niedawną pacjentkę, Patsy Portman. 

Tak też się stało. Zatrzymano mamę w St. James. Utra­

ta pamięci na pewno jej nie pomogła, pomogła za to 

jej siostrze. 

- A co z tobą? 

- Niewiele pamiętam, ale z relacji Patsy wynika, 

że mniej więcej dwie godziny później wróciła na miej­

sce wypadku, zaparkowała na poboczu, przywiązała do 

anteny białą chustkę, po czym przeniosła mnie do sa­

mochodu w rowie. A raczej chciała przenieść, ale za­

nim do niego doszła, ktoś nadjechał i zaoferował jej 

pomoc. Patsy wspaniale zagrała rolę ofiary. Udając 

oszołomioną, wyjaśniła, że zdarzył się wypadek i ko­

niecznie musi zabrać córkę do lekarza. Naprawdę jest 

świetną aktorką. Przebrana w ciuchy mamy, szła 

z dzieckiem w ramionach... Nic dziwnego, że wszy­

scy jej uwierzyli. I wierzyli przez dziesięć długich lat. 

- A jej samochód, ten na poboczu? - spytał Josh. 

- Nikt go nie sprawdził? Nie obejrzał? Przecież musiał 

mieć wgnieciony zderzak... 

Emily przyjrzała mu się uważnie. 

- Logicznie rozumujesz - powiedziała, uśmiecha­

jąc się smutno. - Teraz wiem, po kim Toby odziedzi­

czył zdolności dedukcyjne. A wracając do twojego py­

tania... Owszem, sprawdzono samochód. Okazał się 

kradziony. I czysty. Patsy starannie wytarła wszystkie 

odciski palców. Policja doszła do wniosku, że musiały 

background image

DOM RADOŚCI 107 

go ukraść jakieś dzieciaki, które postanowiły urządzić 

sobie przejażdżkę. Potem, spowodowawszy wypadek, 

spanikowały i uciekły, porzucając auto na poboczu 

drogi. 

- Człowiek, który wpada w panikę, nie traci czasu 

na usuwanie odcisków palców - zauważył Josh. - Coś 

mi się wydaje, że gdyby tak poszukać, to lista osób, 

które czegoś nie dopilnowały lub coś przeoczyły, a tym 

samym pozwoliły Patsy Portman tak długo grać rolę 

swojej siostry, byłaby bardzo długa. 

- Wiem. - Pokiwała głową. - Ale pamiętaj o jed­

nym. To była żona Joego Coltona. Senatora Coltona. 

Ojca obchodziło wyłącznie to, że ja z mamą żyjemy. 

Szukanie sprawcy wypadku, aresztowanie go... Mama, 

to znaczy Patsy, nie chciała rozgłosu. Poprosiła tatę, 

żeby nie naciskał na policję; ważne było to, że nam 

nic się nie stało. Ojciec zgodził się, pod jego wpływem 

policja też machnęła na wszystko ręką. Sprawę 

zamknięto. 

Josh zrzucił z siebie śpiwór i sięgnął po buty. 

- No tak, to by wszystko tłumaczyło. - Popatrzył na 

leżącą obok dziewczynę. - Słuchaj, może byś włączyła 

kuchenkę i zagotowała wodę na kawę, a ja w tym czasie 

zajmę się końmi. Jeśli nie masz uszkodzonego węchu, 

to pewnie zauważyłaś, że trochę tu śmierdzi. 

Uśmiechnęła się szeroko. 

- To konie? - spytała tonem niewiniątka. - A ja 

myślałam, że to ty. 

Zakryła głowę śpiworem, by nie słyszeć, jak Josh 

złorzeczy. Dopiero kiedy włożył buty i dźwignął się 

background image

108 KASEY M1CHAELS 

na nogi, odważyła się wyjrzeć spod śpiwora. Zobaczy­

wszy, że podszedł do koni, szybko wyskoczyła z „łóż­

ka", włożyła buty, kurtkę, po czym kucnąwszy przy 

plecaku, zaczęła szukać torebek z kawą rozpuszczalną, 

które na szczęście zabrała z domu. 

Kwadrans później siedzieli po turecku na śpiworze, 

popijając parującą kawę. 

- Mam nadzieję, że lubisz czarną, bo nie wzięłam 

śmietanki. 

- Lubię - rzekł, podnosząc do ust wyszczerbiony 

kubek, jeden z trzech, które Emily przechowywała 

w plastikowym pojemniku. - No dobra, czas zrobić 

inwentaryzację. Ja mam paczkę wędzonej wołowiny, 

kilka torebek owsianki, choć nie jestem pewien daty 

ważności, i torebkę M&M'sów. 

- Torebkę M&M'sów? To wszystko? 

Wzruszył nieśmiało ramionami. Mimo porannego 

zarostu, a może właśnie dlatego, że był nieogolony, 

wyglądał tak pociągająco, że Emily czym prędzej od­

wróciła wzrok. 

- Wiesz, nie planowałem siedzieć tu kilka dni. My­

ślałem, że cię dogonię, porozmawiamy, i przed zacho­

dem słońca dotrę z powrotem na ranczo Rollinsa. 

Emily zmarszczyła z namysłem czoło. 

- No właśnie. Skąd wiedziałeś, że się tu wybieram? 

Śledziłeś mnie? - Westchnęła głęboko. - Przyznaj się: 

śledziłeś? Tak mi się wydawało. Zresztą chyba wczoraj 

sam o tym wspomniałeś, prawda? A ja byłam zbyt 

zmęczona i zmarznięta, żeby... Psiakość! Czy... mo­

żesz mi wyjaśnić, dlaczego przyjechałeś tu za mną? 

background image

DOM RADOŚCI 

109 

- Żeby z tobą porozmawiać - odparł, patrząc jej 

w oczy. - Żeby dowiedzieć się, jak Toby zginął. Dla­

czego zginął. Dlaczego uważał, że warto było ginąć 

za ciebie. I dlaczego go zostawiłaś. Dlaczego odeszłaś, 

pozwalając, aby wykrwawił się na śmierć. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie mogę o tym mówić. Nie będę o tym rozmawiać. 

- To śmieszne, wiesz? - Josh podniósł się. - Bo 

nie bardzo masz wybór. 

Stanął u wylotu groty, wylał na trawę zawartość 

kubka, po czym ściągnął z liny swoją pelerynę. Za­

rzuciwszy ją na ramiona, schylił się, by przejść pod 

liną. Nie zważając na burzę, która wciąż szalała, bez 

słowa opuścił mroczne wnętrze. Czyżby chciał uciec 

od niej jak najdalej? A może chciał się uspokoić? Może 

bał się, że straci nad sobą panowanie, chwyci ją za 

ramiona i będzie potrząsał tak długo, dopóki wszyst­

kiego mu nie powie? 

Nie była pewna, jak zinterpretować jego zachowanie. 

Rebeka podniosła wzrok znad podania o stypen­

dium, które usiłowała rozszyfrować, i uśmiechnęła się 

na widok Marthy Wilkes. 

- Już się za nami stęskniłaś? - spytała z zadowo­

leniem. - Cieszę się. 

Martha skinęła głową. 

- Czyli nie dziwi cię moja obecność? 
- Bynajmniej. Prawdę mówiąc, liczyłam na to, że 

wrócisz. Tatania nie może się doczekać, kiedy cię znów 

zobaczy. Przypadłaś małej do gustu, wiesz? Jeszcze nie 

background image

110 

KASEY MICHAELS 

zaczęła trajkotac jak inne dzieciaki, ale przynajmniej od 

czasu twojej wczorajszej wizyty nie trzyma się na uboczu. 

Zganiła na przykład Billy'ego Rogersa, kiedy zaczął śpie­

wać w trakcie modlitwy przed kolacją. Ma cechy przy­

wódcze, nasza mała Tatania. Myślę, że wkrótce będzie rzą­

dzić całą grupą rówieśników. Nie masz pojęcia, Martho, 

jak bardzo jesteśmy ci wdzięczni. 

- Nic takiego nie zrobiłam. Po prostu pogadałyśmy 

sobie - rzekła Martha Wilkes, jak zwykle umniejszając 

swe zasługi. - Ona tylko tego potrzebowała. Kogoś, 

kto by z nią porozmawiał, kto by jej wysłuchał. 

- Wszyscy z nią rozmawialiśmy - stwierdziła Re­

beka. - I wszyscy jej słuchaliśmy, choć ona nic nie 

mówiła. Natomiast ty, Martho... masz jakiś wyjątkowy 

dar. Gdybym wiedziała, na czym to polega, mogłabym 

uleczyć wszystkie dzieciaki. 

Martha Wilkes uśmiechem podziękowała za miłe 

słowa, ale nie po to tu przyszła; nigdy nie była łasa 

na komplementy. 

- Rebeko, Zastanawiałam cię, czy... 
Rebeka oparła dłonie na biurku i pochyliła się. 

- Jeśli chcesz spytać, czy nie przydałby nam się ktoś 

do pomocy, to nasza odpowiedź brzmi: tak. I natychmiast 

przyjmujemy cię do pracy. Pensja jest marna, właściwie 

symboliczna, ale satysfakcja ogromna. Nawet rozmawia­

łam o tobie z Blakiem. Blake Fallon kieruje ośrodkiem. 

Powiedział, że jeśli się będziesz opierać, mam zastosować 

podwójnego nelsona i zmusić cię, żebyś tu do nas za­

glądała. Przynajmniej dopóki nie wrócisz do Missisipi. 

- Blake Fallon? - Martha zmarszczyła z namysłem 

background image

DOM RADOŚCI 

111 

czoło. - Przypadkiem nie jest spokrewniony z Emmet-

tem Fallonem? Z tym człowiekiem, który próbował za­

bić Joego? 

- Owszem, to jego syn. Emmett nigdy nie był do­

brym ojcem. Blake, tak jak ja, trafił pod skrzydła Me-

redith i Joego. Uważa, że Coltonowie uratowali mu 

życie. Prowadząc ośrodek, w pewnym sensie spłaca 

dług, jaki wobec nich zaciągnął. - Rebeka zamilkła. 

- Jak na ironię, właśnie przywiązanie Blake'a do Joego 

pchnęło Emmetta do zbrodni. Miał pretensję do przy­

jaciela, że oszukał go w interesach i pozbawił miłości 

synowskiej. Biedny Blake wciąż się nie potrafi z tym 

uporać. Chyba boi się, czy nie odziedziczył po ojcu 

negatywnych cech, ale jestem pewna, że nie. Blake to 

jeden z najporządniej szych ludzi, jakich znam. 

Martha potrząsnęła głową. 

- Nie do wiary. To jak efekt domina: jedna kostka 

pcha drugą, druga trzecią. Albo jak fale, które rozchodzą 

się coraz dalej i dalej. - Uśmiechnęła się smutno. -

Wszystko jest z sobą w dziwny sposób powiązane. Me-

redith trafia do mnie do Missisipi, po latach wraca do 

domu, Joe prosi, abym przyjechała na ranczó, poznaję 

ciebie, ty zapraszasz mnie do Hopechest, przedstawiasz 

mi Tatanię... Czy wierzysz, Rebeko, w przeznaczenie? 

- Czasem trudno nie wierzyć, zwłaszcza tu, w Ho­

pechest - odparła z powagą najstarsza z córek Colto-

nów. - Do czego zmierzasz, Martho? 

Martha wolno wypuściła z płuc powietrze. 
- Przyszłam zapytać, czy mogę znów zobaczyć się 

z Tatanią, może zabrać ją do miasteczka na lody? 

background image

112 

KASEY M1CHAELS 

Rebeka pochyliła głowę, próbując ukryć radość ma­

lującą się na twarzy. Nie chciała wystraszyć Marthy. 

Po chwili wbiła w lekarkę duże, szaroniebieskie oczy. 

- Ależ oczywiście - rzekła. - To doskonały po­

mysł. - Wstawszy z fotela, obeszła biurko. - Słuchaj, 

może przejdziemy do gabinetu Blake'a i poprosimy je­

go sekretarkę, Holly Lamb, żeby przygotowała doku­

menty, które musisz wypełnić i podpisać, zanim ofi­

cjalnie zostaniesz naszym wolontariuszem? 

Martha wygładziła spódnicę. 

- Chętnie. Lepiej, żeby nikt się do niczego nie mógł 

przyczepić... - Oczy jej lśniły. - Dzwoniłam już do 

Missisipi, żeby przysłano mi do Kalifornii dyplom. 

Wybierając się do Kalifornii, myślałam, że jadę pomóc 

Meredith, ale nagle okazało się, że... że... - Po raz 

pierwszy w życiu brakowało jej słów. 

- Nie musisz mi nic tłumaczyć, Martho. - Rebeka 

pocałowała lekarkę w policzek. - Z doświadczenia 

wiem, jak łatwo człowiekowi włączyć się w życie Col-

tonów i w życie Hopechest. A więc witaj w domu. 

Myślę, że ty i Tatania bardzo do siebie pasujecie. 

- Lepiej się nie nastawiać - oznajmiła Martha. -

Wprawdzie mówiłaś, że Tatania nie ma rodziny, ale 

to jeszcze nie znaczy, że mnie by zaaprobowano... 

- Szukasz domu do wynajęcia? - spytała Rebeka. 

Szły korytarzem w stronę niedużego pokoiku, 

w którym urzędowała Holly Lamb. 

- Skąd wiesz? - Martha poczuła, jak pokrywa się 

rumieńcem. - Wczoraj w Internecie przeglądałam 

oferty pośredników w Prosperino. Ze sprzedażą mo-

background image

DOM RADOŚCI 

113 

jego domu w Missisipi nie powinnam mieć proble­

mów. Poza tym znam co najmniej dwóch psychologów 

z Kalifornii, którzy albo przyjęliby mnie do siebie na 

wspólnika, albo odkupiliby mój gabinet w Jackson. 

W ciągu wielu lat pracy poczyniłam kilka niezłych in­

westycji. Mogę spokojnie żyć z procentów i pieniędzy 

ze sprzedaży domu. Oczywiście mogłabym też prywat­

nie przyjmować pacjentów. Dlatego szukam domu, któ­

ry miałby pomieszczenie nadające się na gabinet. 

Na moment Martha zamilkła. Czy naprawdę jest go­

towa na tak wielką zmianę w swoim życiu? Uśmiech­

nęła się pod nosem, zdumiona własną odwagą. 

- Myślisz, że oszalałam? - zwróciła się do Rebeki. 

- Że powinnam zwolnić tempo? Zazwyczaj nie dzia­

łam tak impulsywnie, ale... Po prostu czuję, że mam 

rację. Że nie należy zwlekać. Całą noc nie zmrużyłam 

oka. Przeanalizowałam całe swoje życie. I wiem, że 

się nie mylę. Moje miejsce jest tutaj. 

- Któregoś dnia opowiem ci o sobie: o tym, jak wy­

lądowałam w Hopechest, jak weszłam do rodziny Col-

tonów i jak spotkałam człowieka, który nadał sens mo­

jemu życiu. Tak jak twojemu życiu sens nadała mała 

Tatania. To jest tak, Martho, że kiedy odnajdujemy swoje 

miejsce na ziemi, wszystko nagle staje się jasne i proste. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Emily lubiła samotne wyprawy w góry, spanie 

w grocie łub - jeśli pogoda dopisywała - pod niebem 

upstrzonym gwiazdami. Czasem potrzebowała pobyć 

sama ze sobą, nigdzie się nie spieszyć. Kiedy człowiek 

dorasta w wielkiej i siłą rzeczy hałaśliwej rodzinie, to 

nawet gdy ją bardzo kocha, niekiedy musi od niej od­

począć, zaszyć się w jakimś kącie, do którego inni nie 

mają dostępu. 

Na szczęście Meredith i Joe to rozumieli. Pozwalali 

córce wyruszać konno na kilkudniowe wycieczki, aby 

mogła się wyciszyć, uciec od rozmów, śmiechu i zgieł­

ku. Była im za to wdzięczna. 

Teraz ukochaną samotnią, w której medytowała 

i odzyskiwała siły, musiała dzielić się z intruzem. Gro­

ta przestała być azylem, stała się obcym miejscem. Po­

ranna toaleta Emily odbywała w pośpiechu. Czuła się 

skrępowana, zupełnie jakby była naga. Zawsze, na 

przykład, uważała mycie zębów za czynność intymną; 

obecność Josha bardzo ja krępowała. Najgorsze było 

to, kiedy okryta płaszczem przeciwdeszczowym mu­

siała wyjść za potrzebą. Nie mogła udawać, że wy 

chodzi podziwiać wschód słońca. 

background image

DOM RADOŚCI 115 

Westchnęła głęboko. Boże, dłużej nie wytrzymam! 

Nie mogę siedzieć z Joshem w grocie, czekając, aż się 

przejaśni. 

Z drugiej strony nie może opuścić groty, póki leje. 

I tak źle, i tak niedobrze. Po prostu musi czekać; 

nie ma wyjścia. 

- Proszę, proszę, jaka zacięta mina - zauważył 

Josh. Wróciwszy do groty, zdjął mokrą pelerynę. -

Wyglądasz tak, jakbyś miała zamiar osiodłać Molly 

i ruszyć w drogę. Ale oczywiście to tylko pozory, pra­

wda, Emily? Tylko idiota wracałby teraz na ranczo. 

Przy ładnej pogodzie droga trwa ze trzy godziny, 

a w deszczu... 

Skierowała na niego spojrzenie. Wolałaby, żeby nie 

był taki męski, taki przystojny, taki władczy. I taki za­

dowolony z siebie. 

- Jak to miło, że nie uważasz mnie za idiotkę -

wycedziła. - W twoich ustach to niemal brzmi jak 

komplement. 

Powiesił pelerynę z powrotem na linie i podszedł 

do zimnego paleniska. 

- Nie znalazłem nawet pół suchego liścia. Wezmę 

jednak siekierę i zetnę trochę gałązek. Może wyschną 

na tyle do wieczora, że uda nam się je podpalić. 

Emily skinęła głową. 
- Pomogę ci. Nieco wyżej są kolejne dwie lub trzy 

groty. Może do nich wiatr nawiał czegoś, co by się 

nadawało na podpałkę? Ale do środka wejdziesz sam, 

dobrze? Boję się nietoperzy, a tam zawsze jest ich 

pełno. 

background image

116 KASEY MICHAELS 

- Nietoperzy? Hm, prawdę mówiąc, zastanawiałem 

się, dlaczego tu ich nie ma. 

- Zdaniem taty dlatego, że ta grota jest mała. -

Emily rozejrzała się po swoim królestwie; miało mniej 

więcej trzy metry wysokości, a wielkością przypomi­

nało garaż na dwa samochody. - Kilkanaście metrów 

wyżej znajduje się druga z dwoma wejściami; do jed­

nego się wchodzi od strony północnej, do drugiego od 

strony południowej. Właśnie tamtą nietoperze najbar­

dziej sobie upodobały. 

Nastała cisza. 

- W porządku - oznajmił w końcu Josh. - Posta­

nowiliśmy, że zostajemy, dopóki burza nie minie. 1 że 

spróbujemy zebrać trochę chrustu. Wiemy, że boisz się 

nietoperzy. Ja też za nimi nie przepadam. Czyli co? 

Byłaś ostatnio na czymś ciekawym w kinie? 

Co za irytujący człowiek, pomyślała. I jeszcze, 

psiakość, szczerzy do mnie zęby! 

- Słuchaj - rzekła. - Przyjechałam tu, żeby być sa­

ma. Nie po to, żeby zabawiać gości rozmową. 

- Zwłaszcza nieproszonych, prawda? - spytał, 

uśmiechając się od ucha do ucha. - Musisz jednak 

przyznać, że na coś się przydaję. Opiekuję się końmi. 

A ty, jak zauważyłem, napoczęłaś już moje M&M'sy. 

- A ty piłeś moją kawę - warknęła, po czym wes­

tchnęła z rezygnacją. - Rany boskie, to wszystko na­

prawdę nie ma sensu. Nie zamierzam rozmawiać z tobą 

o Tobym, więc wybij sobie ten pomysł z głowy. Nie­

nawidzisz mnie... nie, nawet nie próbuj zaprzeczać, 

bo to widać na odległość... czyli cokolwiek ci powiem, 

background image

DOM RADOŚCI 117 

ty i tak w to nie uwierzysz, tylko będziesz patrzył na 

mnie z obrzydzeniem jak na jakąś paskudną glistę. 

- Zostawiłaś go, aby wykrwawił się na śmierć. 

- Nie! - Poderwawszy się na nogi, chwyciła swój 

płaszcz przeciwdeszczowy. - Nie zostawiłam Toby'e-

go. Ale umarł przeze mnie. Myślisz, że tego nie wiem? 

Idę po opał. 

Pochyliła się, żeby nie zaczepić głową o linę, po 

czym wybiegła na zewnątrz. Nie wątpiła, że w deszczu 

i na wietrze będzie się czuła o wiele lepiej i bezpie­

czniej, niż patrząc w oczy Josha. 

Austin McGrath schował ostatnią kopertę do teczki 

i popatrzył na siedzących naprzeciwko Meredith i Joe-

go Coltonów. 

- Jak słusznie zauważyłeś, Joe, te papiery zawierają 

mnóstwo najróżniejszych informacji, ale mam parę po­

mysłów, na które wynajęci przez Patsy detektywi nie 

wpadli. Przykro mi to mówić o swoich kolegach po 

fachu, ale odnoszę wrażenie, że ci, których wynajmo­

wała, bardziej niż pracą byli zainteresowani pieniędz­

mi, czyli świadomie guzdrali się i niewiele poza tym 

robili. 

Meredith pochyliła się do przodu, odruchowo zwi­

jając dłonie w pięści. 

- Naprawdę? Słysząc to, Patsy byłaby niepocieszo­

na. Zawsze miała się za bardziej inteligentną i prze­

biegłą od wszystkich wkoło... - Urwała. - Sądzisz, 

Austin, że dasz radę? Że zdołasz odszukać jej córkę? 

To było tak dawno temu... 

background image

118 

KASEY M1CHAELS 

- Trzydzieści lat. - Pokiwał głową. - To szmat 

czasu. Z drugiej strony może dzięki temu będzie nam 

łatwiej. Prawo regulujące kwestię adopcji bardzo się 

zmieniło. Wiele dzieci adoptowanych szuka swoich 

biologicznych rodziców. Istnieją różne organizacje, 

które im pomagają, sporo informacji można znaleźć 

w Internecie, poza tym coraz częściej bywają dostępne 

dokumenty, które kiedyś były tajne. 

- Innymi słowy może być tak, że córka Patsy, obe­

cnie trzydziestoletnia kobieta, poszukuje swojej biolo­

gicznej matki? - Joe również pochylił się do przodu. 

- Nie pomyślałem o tym. Ale faktycznie, jest dorosła, 

nikt jej niczego nie może zabronić, nikogo nie musi 

pytać o zgodę. Może obie się szukają? 

- Boże. - Meredith westchnęła głośno. - Biedna 

dziewczyna. Wyobrażacie sobie? Ojciec, obrzydliwy 

łobuz, sprzedaje córkę tuż po urodzeniu, aby jego żona 

i rodzina nie dowiedziały się, że ma dziecko z niepra­

wego łoża. Matka niemowlęcia wpada w furię i mor­

duje kochanka, ojca swojego dziecka. Słuchajcie... -

Popatrzyła na siedzących obok mężczyzn. - Może le­

piej nie szukać Jewel? Może będzie lepiej, jeżeli nigdy 

nie dowie się, kim byli jej rodzice? Może wyrządzimy 

jej większą krzywdę niż przysługę? 

Joe z Austinem wymienili spojrzenie. 
- Wiesz co, Meredith? - Austin McGrath zamknął 

teczkę. - Nie podejmujmy pochopnie decyzji. Umów­

my się tak: ja postaram się odnaleźć Jewel. Jeżeli mi 

się uda, ale okaże się, że jej imię i nazwisko nie fi­

gurują na żadnej liście adoptowanych dzieci poszuku-

background image

DOM RADOŚCI 119 

jących swoich biologicznych rodziców, wtedy zasta­

nowimy się, co dalej: czy kontaktujemy się z nią, czy 

odpuszczamy. Jeżeli się jednak okaże, że Jewel poszu­

kuje matki, wtedy chyba powinniście się z nią zoba­

czyć. Tak uważam. W myśl zasady: lepszy diabeł zna­

ny niż nieznany. 

- Może rzeczywiście lepiej znać najgorszą prawdę, 

niż ciągle zadawać pytania, na które nikt nie zna od­

powiedzi - przyznała Meredith. Wyjąwszy z kieszeni 

białą chusteczkę, przytknęła ją do oczu. - Joe? - Po­

patrzyła na męża. - Co o tym myślisz? 

Objął żonę ramieniem. 
- Myślę, kochanie, że powinniśmy pozwolić Au­

stinowi działać - odparł, po czym wstał i wyciągnął 

rękę do detektywa, który jednocześnie był mężem ich 

przybranej córki. - Jedno jest pewne. Przynajmniej ta 

sprawa nie wydostanie się na zewnątrz. Ostatnia rzecz, 

jakiej potrzebujemy, to kolejny rozgłos w prasie. Dzię­

ki, Austin. 

- Drobiazg, Joe. Cieszę się, że mogę się na coś 

przydać. - Pochylił się i pocałował Meredith w poli­

czek. - Odezwę się, jak tylko coś będę wiedział. Tylko 

błagam, pamiętajcie, że adopcja miała miejsce dawno 

temu. Może trochę potrwać, zanim zdobędę jakieś in­

formacje. 

Meredith pogłaskała Austina po głowie. 

- Obiecuję, że nie będę cię poganiać - rzekła, sta­

rając się powstrzymać łzy. - Ale mamy tylko miesiąc. 

Patsy dała nam tylko miesiąc. 

background image

120 

KASEY MICHAELS 

- Dokładam trzy czerwone drażetki i przebijam 

o dwie niebieskie. Niebieskie liczą się jako ćwierćdo-

larówki, tak? 

Josh pogrzebał palcem w stosie kolorowych dra­

żetek. 

- Zgadza się. Musisz mieć niezłe karty - powie­

dział, zerkając na własne. Miał trzy dwójki i dwa króle. 

Znaleźli talię na dnie plastikowego pojemnika. Josh 

zaproponował grę w pokera, nie bardzo wierząc, że 

Emily na to przystanie. Jako żetonów użyli drażetek 

czekoladowych. Przegrywał sromotnie. Gdyby Emily 

zgodziła się zagrać w pokera rozbieranego, siedziałby 

teraz w samych slipkach. 

- Sprawdzam. - Odchylił się, czekając, aż Emily 

pokaże swoje karty. 

- Ful: trzy damy, dwie dziesiątki - oznajmiła. 

Ze zrezygnowaną miną rzucił karty na śpiwór. 
- Pokaż. - Wyciągnęła rękę, chcąc je obejrzeć. 

- Nic z tego! - oburzył się, przysuwając stosik do 

siebie. - Twierdziłaś, że znasz zasady. Ten, kto wy­

grywa pulę, nie patrzy w karty przeciwnika. Swoją 

strategię wolę zachować w tajemnicy. 

- Strategię? - zdziwiła się. - Ty masz strategię? 

A niby na czym ona polega? Że modlisz się o dobrą 

kartę? Założę się, że blefowałeś. 

Wbił w nią wzrok. Oczy jej lśniły, uśmiech drżał 

na wargach, płomienne w kolorze włosy opadały na 

ramiona. 

- Nigdy nie blefuję - oznajmił, usiłując nadać swe­

mu głosowi groźne, ponure brzmienie. 

background image

DOM RADOŚCI 

121 

- Akurat! Już ci wierzę. - Zgarnęła karty i opie­

rając talię o kolano, zaczęła je sprawnie tasować. -

I nigdy się nie wycofujesz. No, chyba że wchodzisz 

do jaskini i natykasz się na śpiącą niedźwiedzicę z ma­

łymi niedźwiadkami. Wtedy odwracasz się na pięcie 

i uciekasz, aż się kurzy. Tyle tylko, że to nie była niedź­

wiedzica, prawda? To był jedynie cień. 

Ściągnął brwi. 

- Cień, który wyglądał jak śpiący niedźwiedź. 

Specjalnie udawał wystraszonego, by rozweselić 

Emily; liczył na to, że śmiech ją odpręży, zrelaksuje, 

a wtedy będzie bardziej skora do rozmowy. 

- Może i wyglądał - przyznała, nie potrafiąc ukryć 

satysfakcji. - Na szczęście dla ciebie był to tylko duży 

głaz owiany stosem suchych liści. Swoją drogą, miło 

znów siedzieć przy ognisku. 

- Do usług, jaśnie pani. - Josh podniósł karty i za­

klął w duchu: co za śmietnik! - Chryste, coś ty mi 

dała, kobieto? - Rzucił na środek śpiwora dwie brą­

zowe drażetki. - A może te karty są znaczone? 

Emily zmrużyła oczy, po czym wytarła ręką nos. 

- Licz się ze słowami, kowboju. Bo inaczej... 
- Bo co? Wezwiesz mnie na pojedynek? - spytał. 

Zdesperowany, odsłonił swoje karty. - Jeszcze nie za­

częliśmy... Pokaż, co masz. 

- Nie patrzy się w karty przeciwnika - powtórzyła 

jego własne słowa. - Chyba że sprawdzasz. 

Wyciągnęła rękę. Chwycił ją za nadgarstek. Drugą 

ręką usiłował wydrzeć jej karty. Nie puszczała. On też 

nie rezygnował Próbowała mu się wyrwać; pacnęła 

background image

122 KASEY MICHAELS 

go raz i drugi. Po chwili tarzali się po śpiworze, roz­

sypując wokół siebie kolorowe drażetki. Trzęsąc się 

ze śmiechu, Emily uparcie broniła dostępu do swoich 

kart. 

Przewrócił ją na wznak, po czym usiadł na niej 

okrakiem. Waliła pięścią w jego klatkę piersiową, sta­

rając się go z siebie zrzucić, ale był to próżny wysiłek. 

Po chwili wyrwał jej z dłoni karty i przysunął sobie 

do oczu. 

- Cztery walety i as. - Pokręcił z niedowierzaniem 

głową. - No pięknie. I wciąż masz czelność twierdzić, 

że karty nie są znaczone? 

- Eee... prawdę mówiąc, przemknęło mi przez 

myśl, że chyba przedobrzyłam. Naprawdę nie chciałam 

być aż tak pazerna. Zamierzałam wymienić dwie, asa 

i jednego waleta. - Próbowała nadać twarzy wyraz po­

wagi, jednak nie potrafiła powstrzymać chichotu. -

Słowo honoru. 

- O tak na pewno. - Josh odwrócił kartę na drugą 

stronę i dokładnie się jej przyjrzał. - Znaczone. W do­

datku niezbyt udolnie. Cholera, że też tego wcześniej 

nie zauważyłem! Skąd je masz? 

Podniósłszy ręce, odgarnęła włosy za uszy. 
- Mój brat, Rand, dał mi je, kiedy przed wypro­

wadzką z domu robił generalne porządki w swoim po­

koju. Leżały na dnie jakieś skrzyni razem z innyrrii 

przedmiotami wchodzącymi w skład „Małego magi­

ka". Trzymam je tu na wypadek, gdybym się nudziła 

i chciała postawić pasjansa czy coś w tym stylu. Za­

pomniałam, że są znaczone. Przysięgam. A potem na-

background image

DOM RADOŚCI 

123 

gle, już w trakcie gry, przypomniałam sobie. - Przy­

gryzła wargi, wciąż próbując stłumić śmiech. - Co ja 

na to poradzę? Po prostu uwielbiam M&M'sy. 

Odrzuciwszy karty na bok, Josh chwycił Emily za 

nadgarstki i przygniótł je do śpiwora, po czym pochylił 

się nad nią. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centy­

metrów. 

- Prawdziwa z ciebie zołza - powiedział, również 

z trudem panując nad śmiechem. - A co by było, gdy­

bym zaproponował pokera rozbieranego? 

Opuściła skromnie rzęsy. Po chwili uniosła powieki 

i wbiła w Josha swoje wielkie niebieskie oczy, w któ­

rych migotały figlarne iskierki. 

- O rany! Rozbierany poker? To by dopiero było 

coś! 

Poczuł, jak stopniowo zachodzi w nim dziwna 

zmiana. Odeszła mu ochota do śmiechu, a naszła do... 

Jeszcze bardziej zbliżył twarz do twarzy Emily. Od­

dychała ciężko. Jej piersi wznosiły się i opadały. Przez 

moment próbował odgadnąć, jak gładkie ma ramiona, 

jak jedwabistą skórę... Delikatnie oblizała wargi. Przy­

sunął się kolejny centymetr. Wystarczyłby jeden mały 

ruch, aby wyeliminować przestrzeń pomiędzy ich usta­

mi. Jeden malutki... 

Nie uciekała, nie wyrywała się, nie starała się uwol­

nić rąk. Utkwiła spojrzenie w jego oczach, po czym 

ponownie wysunęła czubek języka i zwilżyła wargi. 

- Hm... myślę... myślę, że powinieneś ze mnie 

zejść - powiedziała niskim, ochrypłym głosem. 

- Tak, chyba masz rację - przyznał cicho, próbując 

background image

124 

KASEY MICHAELS 

odzyskać nad sobą kontrolę. Puścił jej nadgarstki, po 

czym niechętnie, pokonując wewnętrzny opór, przetur­

lał się na bok i usiadł. - Pójdę poszukać czegoś do 

jedzenia dla koni, a ty zastanów się, co możemy przy­

rządzić na kolację. 

- Dobra. - Emily czym prędzej poderwała się ze śpi­

wora i odwróciła do Josha tyłem. - To doskonały plan. 

- Nie wiem, czy doskonały, ale jedyny, jaki mam 

- rzekł, sięgając po pelerynę. 

Nagle przyszło mu do głowy, że właściwie jej nie 

potrzebuje, bo w tym momencie najbardziej przydałby 

mu się zimny prysznic. 

- No, wreszcie przestało padać - oznajmiła Mar-

tha, spoglądając przez okno na ogród. Niebo szybko 

przybierało ciemnostalowy kolor. - Ale nie widać 

gwiazd, księżyc też nie świeci... Wygląda, jakby zwały 

ciężkich chmur wisiały nisko nad oceanem. 

- Kolejna burza. - Meredith pochyliła się nad wiel­

kim pudłem ubrań, które całymi latami stało w schow­

ku w piwnicy. - Ale jest nadzieją, że przetoczy się 

obok. Przynajmniej tak twierdzi Joe. Oby się nie mylił. 

Emily jeszcze do nas nie dzwoniła, a my do niej nie 

możemy, bo ma wyłączony telefon. Pocieszam się, że 

gdyby wpadła w tarapaty, dałaby znać. Joe mówi, że 

w górach często występują zakłócenia na linii, dodat­

kowe oczywiście może powodować burza, ale... Boże, 

Martho, wiem, że Emily ma głowę na karku, ale mimo 

to cierpnę na myśl, że jest tam sama i nie może wrócić 

do domu. 

background image

DOM RADOŚCI 125 

- Słusznie. - Martha odwróciła się od okna. - Co 

będzie, jeśli nagle dostanie ataku wyrostka? Albo jeśli 

zabraknie jej jedzenia? Lub jeśli... i tak dalej, i tak 

dalej. Czasami zbyt bujna wyobraźnia potrafi być prze­

kleństwem, nie uważasz? 

- Moja nie podsunęła mi ataku wyrostka, dopóki 

o nim nie wspomniałaś... Wielkie dzięki, Martho. -

Uśmiechnąwszy się do przyjaciółki, Meredith wyciąg­

nęła z pudła zielony golf ozdobiony czerwonymi re­

niferami. - Właściwe pudło - powiedziała sama do 

siebie. - Spójrz, Martho. Sama to zrobiłam. To taki 

przechodni sweter. Ktoś go nosi w każde święta Bo­

żego Narodzenia. Chyba wszystkie dzieciaki miały go 

na sobie chociaż raz. 

Martha podniosła golf i przyjrzała mu się z bliska. 

- Kochanie, jeden z reniferów ma tylko trzy nogi. 

Meredith zalała fala wspomnień - wspomnień, któ­

rych była pozbawiona przez dziesięć długich lat. 

- Przecież powiedziałam, że sama go zrobiłam. -

Na jej twarzy pojawił się marzycielski wyraz. - W do­

datku to moja pierwsza próba. Z każdym kolejnym 

sweterkiem nabierałam coraz większej wprawy. Ale ten 

jest wyjątkowy, właśnie ze względu na trójnożnego re­

nifera. Michael nawet dał mu imię: Skoczek. Śmiesz­

nie, prawda? Michael uwielbiał ten sweter. On... - ur­

wała. 

Odwróciła się, przygryzając wargę. Martha objęła 

przyjaciółkę ramieniem. 

- Wspomnienia sprawiają nie tylko radość; czasem 

sprawiają też ból. Tak mi przykro, kochanie. 

background image

126 

KASEY M1CHAELS 

Meredith skinęła głową; zacisnęła mocno powieki. 

- Był takim kochanym chłopcem. Nadal okropnie 

za nim tęsknimy, zwłaszcza jego brat bliźniak Drake. 

On najbardziej przeżył śmierć brata. Może dlatego, że 

łączyła ich szczególnie bliska więź i dlatego, że byli 

razem, kiedy Michael zginął. Boże, on był taki młody! 

Skończył zaledwie jedenaście lat. Miał tyle wspania­

łych planów... Oj, Martho, masz rację. To boli. Wspo­

mnienia mogą sprawiać ból. 

- Mam poprosić Joego, żeby odniósł pudło do piw­

nicy? - spytała Martha głosem lekko drżącym ze wzru­

szenia. 

Złożyła sweter i delikatnie pogłaskała Skoczka. 

- Jeszcze nie. - Usiadłszy na kanapie, Meredith 

przysunęła pudło bliżej. - Mnóstwo ubrań dziecięcych 

oddałam, głównie do Hopechest, ale z niektórymi nie 

umiałam się rozstać. Pamiątki... Trochę ich za mało, 

żeby podzielić między wnuków. Zresztą, opuszczając 

dom, każde z dzieci zabierało swoje ulubione stroje. 

To taki zwyczaj, jaki zapoczątkowałam przed... przed 

moim wypadkiem. 

Pochylona nad pudłem, wyjmowała kolejne ubrania, 

aż wreszcie znalazła to, którego szukała. 

- O, jest! - ucieszyła się. 

Niemal z samego dna wydobyła ręcznie wykonany 

komplet - rękawiczki, szalik i beret - w czerwone, 

żółte, zielone i niebieskie paski. 

- Wspomniałaś, że kupiłaś dziś Tatanii czerwony 

płaszczyk, prawda? Biedna dziewuszka. Wszystkie 

ubranka straciła w pożarze, w którym zginęła jej mat-

background image

DOM RADOŚCI 127 

ka. A w sweterku i cienkiej kurteczce przeciwdeszczo­

wej musiało jej być zimno. Lubię czerwone płaszczyki. 

Dlatego zrobiłam szydełkiem ten komplet. Myślę, że 

powinien pasować. 

Oczy Marthy zaszły łzami. 

- Boże, jaki śliczny. Ale jesteś pewna, że... 
- Absolutnie. - Meredith schowała wszystko z po­

wrotem do pudła, poza swetrem z trój nożnym renife­

rem. - Skoczka też weź. Oczywiście Skoczka jedynie 

ci wypożyczam, moje wnuki są jeszcze za małe na 

ten sweter, ale miło by mi było, gdyby w tym roku 

Tatania wystąpiła w nim podczas świąt. 

Martha nie zdołała dłużej powstrzymać łez. 

- Meredith, wiedziałam! Od pierwszej chwili, kiedy 

cię zobaczyłam, nie miałam wątpliwości. Jesteś wyjąt­

kową osobą o wielkim sercu. Zawsze taka byłaś. Czuję 

się zaszczycona, że uważasz mnie za swoją przyjaciółkę. 

- No, wreszcie przestało padać - oznajmił Josh, 

stając w wejściu do groty. - Jeśli nie nadciągnie ko­

lejna burza, jutro o świcie będziemy mogli ruszyć 

w drogę. 

Emily spojrzała na kilka pierożków nadzianych na 

widelec. Wczoraj na kolację jedli ravioli z puszki, dziś 

na obiad i dziś na kolację. Boże, jak strasznie żałowała 

zgubionej torby z jedzeniem, w której był pyszny kur­

czak z rożna. Wiele by też dała, by móc zjeść kawałek 

rostbefu i ziemniaki piure polane gęstym, zawiesistym 

sosem. Ale może już jutro...? Choćby z tego powodu 

powinna się cieszyć, że przestało padać. A jeszcze bar-

background image

128 

KASEY MICHAELS 

dziej, że za kilka godzin będzie mogła opuścić grotę 

i wrócić na ranczo. 

Tak, ona wróci do Haciendy de Alegria, a Josh na 

ranczo Rollinsa. Chyba że ruszy dalej w świat, na ko­

lejne rodeo. 

Znów będą wolni - wolni od siebie, od przymusu 

bycia razem, od wspólnego mieszkania, wspólnego 

spania, wspólnego jedzenia. Taka przymusowa koeg­

zystencja nie była łatwa ani miła. Nie odbywszy po­

ważnej rozmowy i niczego nie rozstrzygnąwszy, ruszą 

każde w swoją stronę. Josh nadal będzie wierzył, że 

ona uciekła, zostawiając Toby'ego, by umarł w samo­

tności. Ona wciąż będzie głęboko przekonana, że Toby 

zginął z jej winy. 

- To dobrze - rzekła, podnosząc widelec do ust. 

Skrzywiła się. Ravioli miało smak trocin. 
Czy mogła tak postąpić? Czy powinna? Zaczekać 

do jutra, a potem wrócić do domu jak gdyby nigdy 

nic? Udawać, że nic się nie stało? Pozwolić Joshowi 

odjechać w siną dal? 

Byli tacy do siebie podobni, on i Toby, a zarazem 

tak bardzo się od siebie różnili. O ile Toby'ego trak­

towała jak przyjaciela, o tyle Josh wzbudzał w niej 

znacznie bardziej gwałtowne i gorące uczucia. 

Wiedziała, że latami będzie o nim śniła; będzie sły­

szała jego głos, rozpoznawała jego chód, dostawała 

dreszczy na zapach konia, siodła i kremu do golenia. 

Josh niewątpliwie ma w sobie coś, obok czego nie spo­

sób przejść obojętnie, coś, czego pragnęła, coś, co ją 

podniecało. Coś, czego nie zapomni do końca życia. 

background image

DOM RADOŚCI 

129 

Zdawała sobie sprawę, że nie mogą być razem. Nig­

dy by się to nie udało. Bez względu na podobieństwa 

i różnice z Tobym. Nie udałoby im się nawet wtedy, 

gdyby Toby nie istniał; nawet gdyby poznali się u zna­

jomych i przypadli sobie do gustu. 

Pochodzą z dwóch różnych światów. Ona jest jak 

kwiat, jak roślina, która się głęboko zakorzenia i -

choć ceni swobodę oraz niezależność - nie lubi być 

przesadzana. On z kolei nigdy i nigdzie nie zapuszcza 

korzeni. Jest jak liść miotany wiatrem; żyje od zawo­

dów do zawodów. 

Ona, Emily, nie potrafiłaby tak żyć. Chyba nie. 
Chyba? Rany boskie, całkiem oszalała! Oczywiście, 

że by nie potrafiła! Zresztą po co te rozważania? Prze­

cież nie prosił, aby mu towarzyszyła, prawda? Więc 

dlaczego w ogóle o tym myśli? I dlaczego nagle zro­

biło się jej żal, że deszcz przestał padać? 

Nie wytrzymała. 

- Josh... - Poczekała, aż wróci do groty, usiądzie 

przy ognisku i sięgnie po widelec. - Chyba jednak po­

winniśmy porozmawiać. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Odsunął talerz; nie był głodny. 

- Porozmawiać? - powtórzył zdziwiony. 

Skierował na nią spojrzenie. Ogniste loki kłębiły 

się wokół jej głowy, tworząc coś jakby aureolę. Mimo 

że siedzieli w złocistym blasku płomieni, Emily była 

przeraźliwie blada, a na jej twarzy malowało się na­

pięcie. Wyglądała na kruchą, delikatną, niezwykle wra­

żliwą istotę. 

Nagle ze zdumieniem usłyszał własny głos: 
- Nie musimy, Emily. Jeżeli nie chcesz, nie musi­

my. 

Czyżby gotów był jej wybaczyć śmierć brata? Za­

pomnieć o tym, że to Ona była winna śmierci To-

by'ego? 

Miał ochotę potrząsnąć się mocno za ramiona. Rany 

boskie, co się z nim dzieje? 

Nic. Nic się nie dzieje. Po prostu wystarczy mu wi­

dok wpatrzonych w niego wielkich niebieskich oczu. 

Wyglądają tak niewinnie! Jakby ich właścicielka nie 

miała żadnych grzechów na sumieniu. 

Ot i cała tajemnica. Oczarowała go swoim mło­

dzieńczym wdziękiem i cichym urokiem, tak jak 

wcześniej oczarowała Toby'ego. Niemal gotów był 

background image

DOM RADOŚCI 

131 

uwierzyć w jej wersję, w zapewnienia, że jest niewin­

na, może nawet w jej kłamstwa. 

- Tak z ręką na sercu, to wcale nie chcę wracać 

pamięcią do tamtego dnia - przyznała, odstawiając na 

bok talerz. Pochyliwszy się do przodu, zacisnęła ręce 

na kolanach. - Ale muszę. Jeżeli zamknę się przed to­

bą, jeżeli nadal będę to w sobie tłumić, podejrzewam, 

że... zwariuję. 

- Więc dobrze. Porozmawiajmy o Tobym. - Wy­

ciągnął przed siebie nogi i wbił wzrok w czubki bu­

tów. - Ja zacznę. Bo chciałbym ci o nim opowiedzieć. 

O Tobym, którego znam... którego znałem - poprawił 

się. 

- Opowiedz - poprosiła cicho głosem, który jakby 

docierał z oddali. - Mówił mi, że właściwie to ty go 

wychowałeś. To prawda? 

- Tak. Mama zmarła, kiedy Toby miał sześć lat, 

a ja dziesięć. Ojciec żył, ale niestety nie potrafił uwol­

nić się od alkoholu. - Zerknął na Emily. - W głębi 

duszy był poczciwym człowiekiem, lecz śmierć ma­

my... nie mógł sobie z tym poradzić. Pił coraz więcej, 

ciągle wyrzucalno go z pracy, a on ciągle obiecywał 

nam, że się poprawi. I tak w kółko. Musieliśmy opu­

ścić dom; przenosiliśmy się z miejsca na miejsce, 

z jednego miasta do drugiego, do coraz tańszych mie­

szkań. Często uciekaliśmy, nie płacąc czynszu, bo oj­

ciec przepił całą wypłatę. Potem, zawstydzony, bardzo 

nas przepraszał. Stale nas przepraszał i stale przyrzekał 

poprawę. Naprawdę chciał się zmienić. My też tego 

chcieliśmy. 

background image

132 

KASEY MICHAELS 

- Kochaliście go. - Emily skinęła ze zrozumieniem 

głową. 

- Bo ja wiem? - Josh podrapał się po brodzie. -

Chyba tak. Straciliśmy matkę, a on stracił żonę. Potem 

straciliśmy ojca; odebrał go nam alkohol. 

- Nie chcę ci przerywać, Josh, ale wiem, jak to 

jest. Nie z doświadczenia, bo byłam za mała, żeby za­

pamiętać ojca; znam go tylko z opowieści innych, na­

tomiast często stykam się z dziećmi, których rodzice 

uzależnieni są od alkoholu. Niedaleko mojego domu 

jest takie miejsce: Hopechest. Prawie wszyscy Colto-

nowie albo tam pracowali społecznie, albo wciąż pra­

cują. Jest to ośrodek stworzony z myślą o dzieciach 

trudnych, porzuconych, nieszczęśliwych. Ośrodek, któ­

ry pomaga im zdobyć zawód i wyrosnąć na ludzi. 

W każdym razie zawsze zadziwiał mnie poważny sto­

sunek do życia dzieci, których rodzice byli alkoholi­

kami. Te dzieciaki przechodziły przyśpieszony kurs 

dojrzewania, opiekowały się młodszym rodzeństwem, 

czasem własnym rodzicom zastępowały ojca lub mat­

kę. To smutne, kiedy dzieciństwo trwa tylko kilka lat, 

a potem taki mały człowieczek musi stać się dorosły. 

Josh zacisnął zęby. 

- Toby nie musiał szybko wydorośleć. Postarałem 

się o to, aby jak najdłużej mógł wieść w miarę bez­

troskie życie. 

Widząc współczujące spojrzenie Emily, jeszcze 

mocniej zacisnął zęby. 

- Wierzę - rzekła. - Przyjąłeś na siebie rolę rodzica 

zarówno wobec młodszego brata, jak i wobec ojca. 

background image

DOM RADOŚCI 133 

Pewnie przygotowywałeś posiłki, sprzątałeś, szukałeś 

ojca w okolicznych barach, próbowałeś zaciągnąć go 

do domu, zanim przepije wszystkie pieniądze. Tak wie­

le obowiązków, tak duża odpowiedzialność... To ty zo­

stałeś pozbawiony dzieciństwa, nie Toby. 

- Robiłem, co do mnie należało. I zrobiłbym to je­

szcze raz - oznajmił, usiłując zachować spokój. Psia­

krew, mieli rozmawiać o Tobym, a nie o Joshu! - Zro­

zum, nam się udało. Tata zmarł, ale dopiero po tym, 

jak Toby zdał maturę i dostał się do akademii policyj­

nej. - Ku własnemu zdumieniu poczuł, jak usta skła­

dają mu się do uśmiechu. - Chciał pomagać ludziom. 

Dla Toby'ego bycie policjantem oznaczało pomaganie 

innym. Wierzył w sens swojej pracy, w to, że może 

odmienić czyjś los. 

- I mógł - stwierdziła cicho Emily, wsuwając do 

ogniska długi cienki patyk. - Uratował mi życie. 

Josh popatrzył jej głęboko w oczy. 

- Opowiedz mi o tym - poprosił. - Muszę wie­

dzieć, co się naprawdę wydarzyło. Znam raport policji, 

ale chciałbym poznać całą prawdę. 

Siedziała z nisko opuszczoną głową, wciąż bawiąc 

się patykiem. 

- Tak, już czas najwyższy - rzekła. - Jeśli ci nie 

przeszkadza, chciałabym zacząć od początku. 

Na dworze głośno zawodził wiatr. 
- Na razie się stąd nie ruszamy - oznajmił Josh. 

- Więc zacznij gdziekolwiek, choćby od własnego uro­

­zenia. Bylebyś mi powiedziała o śmierci Toby'ego. 

Odłożyła patyk tak delikatnie, jakby był ze szkia. 

background image

134 KASEY MICHAELS 

- Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, kiedy 

siostra mojej mamy postanowiła się mnie pozbyć. 

Josh słuchał w milczeniu. Już wcześniej Emily opo­

wiedziała mu o zaaranżowanym wypadku samochodo­

wym, podczas którego Patsy Portman zajęła miejsce 

swojej siostry. Teraz dowiedział się o tym, jak przez 

dziesięć lat malej Emily żyło się pod jednym dachem 

z kobietą, która wyglądała jak jej ukochana matka, lecz 

zachowywała się jak całkiem obca osoba. 

Emily nie jęczała, nie płakała, nie uskarżała się na 

swój los i nie próbowała wzbudzić współczucia. Po 

prostu przedstawiała fakty, podkreślając to, że nigdy 

do końca nie ufała kobiecie, która podawała się za jej 

matkę. 

- Po wypadku męczyły mnie sny, prawdziwe ko­

szmary. W dodatku im więcej czasu mijało, tym sta­

wały się gorsze. Zaczęłam sobie przypominać pewne 

szczegóły, zadawać coraz więcej pytań. Któregoś dnia 

rozmawiałam z jedną z naszych długoletnich pomocy 

kuchennych, Norą Hickman. Spytałam, czy widzi to 

samo co ja. - Na moment ucichła. - Trzy dni później 

Nora nie żyła. Została potrącona przez samochód. Kie­

rowca zbiegł z miejsca wypadku. 

- Myślisz, że to robota Patsy? 

Emily przytaknęła. 

- Zdecydowanie tak. Oczywiście sama nie prowa­

dziła samochodu, wynajęła kogoś, żeby się wszystkim 

zajął. Tym kimś był niejaki Silas Pike. 

Josh odruchowo zwinął dłonie w pięści. 

- Facet, który zamordował Toby'ego. 

background image

DOM RADOŚCI 

135 

- Tak. Rzecz jasna, nikt nie wiedział, kto potrącił 

Norę, a tym bardziej nikomu nie przyszło do głowy, 

że to było czyjeś świadome działanie. Mnie na pewno 

nie, chociaż pamiętam, że zastanawiałam się, dlaczego 

los bywa tak okrutny. Gdybym wierzyła, tak naprawdę 

i do końca, że kobieta udająca naszą matkę nią nie 

jest, natychmiast przypomniałabym sobie każde słowo 

mojej rozmowy z Norą i może zaczęłabym coś podej­

rzewać. Ale żadnej pewności nie miałam; miałam je­

dynie wątpliwości. Poza tym jak mogłam powiedzieć 

ojcu, że moim zdaniem jego żona nie jest jego żoną, 

a niewykluczone, że jest morderczynią. Tata by mi nie 

uwierzył. Nikt by nie uwierzył. Dlaczego nagle mieliby 

uwierzyć, skoro przez dziesięć lat nie wierzyli, kiedy 

z uporem maniaka powtarzałam, że tuż po wypadku, 

kiedy nasz samochód zjechał do rowu, widziałam 

„dwie mamusie". 

- Nie wierzyli, bo sama w to nie wierzyłaś - od­

parł Josh. - Ale wcale ci się nie dziwię. Dziecko nigdy 

nie chce wierzyć w najgorsze o rodzicach, nawet kiedy 

ma przed sobą bezsporne dowody. 

Emily, która siedziała spięta, wyraźnie się odprężyła. 

- Ty rozumiesz... - szepnęła, spoglądając na niego 

oczami lśniącymi od łez. - Nie sądziłam, że ktokol­

wiek będzie w stanie to pojąć. 

Uśmiechnął się smutno. 

- Mój ojciec straszliwie chlał, ale ilekroć ktoś pró­

bował go poniżyć albo powiedzieć o nim coś złego, 

natychmiast miał ze mną do czynienia. Tak to już jest. 

Jedna cząstka nas zna prawdę, druga tę prawdę odrzuca. 

background image

136 KASEY M1CHAELS 

Żyjemy rozdwojeni, nie wiedząc, co jest jawą, a co 

snem. Ty przecież nie wiedziałaś, że Patsy sprytnie 

wcieliła się w twoją mamę; wiedziałaś jedynie, że daw­

niej twoja mama zachowywała się inaczej. Nagle Nora 

ginie potrącona przez samochód. Jeśli twoja mama ma­

czała w tym palce... 

- Nie dopuszczałam do siebie tej myśli - przyznała 

Emily. - Któregoś dnia spędziłam wieczór z przyja­

ciółmi - ciągnęła. - Kiedy wróciłam do domu, od razu 

skierowałam się do sypialni. Stojąc w progu, zobaczy­

łam Silasa Pike'a. Mimo że było ciemno, wyraźnie wi­

działam nóż w jego ręku. 

- Chryste. - Josh potrząsnął głową. - I wtedy ucie­

kłaś z domu? 

- Nie miałam wyboru. Mama, to znaczy Patsy, od 

jakiegoś czasu dawała wszystkim do zrozumienia, że coś 

jest ze mną nie w porządku. Co by sobie pomyśleli, gdy­

bym powiedziała, że w środku nocy czekał na mnie w sy­

pialni morderca z nożem? Uznałam, że muszę się ukryć 

i zastanowić, jak przekonać tatę oraz rodzeństwo, że mó­

wię prawdę. Co mam zrobić, żeby mi uwierzyli. 

- I wylądowałaś w Keyhole. - Josh westchnął 

głośno. - W „Casablance" bohater mówi: „Jest tyle 

różnych batów na świecie; dlaczego musiała wybrać 

akurat mój?". A ty wybrałaś małą kawiarenkę w Key­

hole. I tak pojawiłaś się w życiu Toby'ego. W naszym 

życiu. 

- Z kłamstwem - dodała słowa, których nie wy­

powiedział. - Pojawiłam się w życiu Toby'ego i go 

okłamałam. Powiedziałam, że mój narzeczony zginął 

background image

DOM RADOŚCI 137 

w wypadku, więc przyjechałam do stanu Wyoming, że­

by otrząsnąć się po tej tragedii i zacząć życie od nowa. 

- Przeczesała ręką włosy, odgarniając je z twarzy, 

i popatrzyła Joshowi w oczy. - Gdybym nie skłamała, 

to co? Co by było, gdybym wyznała mu prawdę? Gdy­

bym powiedziała, że się boję, bo prawdopodobnie mo­

im śladem podąża wynajęty zabójca? 

Nie potrafił dłużej usiedzieć w miejscu. Wstał i za­

czął przemierzać grotę tam i z powrotem. 

- Teraz rozumiem. Miałaś powody, żeby milczeć. 

- Na moment przystanął. Utkwiwszy w niej spojrze­

nie, poprosił: - Tamten wieczór... opowiedz mi o nim. 

- To... kolejny błąd. Boże, jakie mam straszne wy­

rzuty sumienia! - Zaczęła wyłamywać sobie palce; po 

chwili wzięła się w garść. - Muszę się cofnąć kilka 

miesięcy. Wiosną Pike odnalazł mnie w Keyhole. Wró­

ciłam do domu z pracy, a on tam był. Czekał na mnie 

w domu. Zadzwoniłam do Toby'ego. - Wzdrygnęła 

się; pamiętała ten dzień, jakby to było wczoraj. I wie­

działa, że nigdy go nie zapomni. - Uciekłam, zanim 

mi cokolwiek zrobił. Pojechałam na północ, do Mon­

tany, a potem stamtąd do Missisipi. Mój brat Rand od­

krył... nieważne jak... że właśnie tam mieszka nasza 

matka. Że cierpi na amnezję i... 

Zamilkła. Wzięła kilka głębokich oddechów. Widać 

było, że mówienie o tamtych wydarzeniach wciąż 

sprawia jej ogromny ból. 

- Tu powinien nastąpić szczęśliwy finał, niestety 

nie zawsze się tak dzieje. Mama... mama potrzebowała 

czasu; nie była gotowa na powrót do domu. Powinnam 

background image

138 KASEY MICHAELS 

była zamieszkać z Randem w Waszyngtonie, dopóki... 

no wiesz... albo z moją kuzynką Lizą, właściwie 

z kimkolwiek, ale uparłam się wrócić do Montany. Tak 

też zrobiłam. Cały czas jednak myślałam o Tobym. 

Wreszcie uznałam, że jestem mu winna prawdę; że po­

winnam wrócić do Keyhole, wyjaśnić przyczynę swojej 

ucieczki, podziękować mu, pożegnać się. 

- Bo wiedziałaś, że cię kocha. - Było to stwier­

dzenie, nie pytanie. 

Skinąwszy głową, przygryzła wargę. 

- Tak. Bo wiedziałam, że mnie kocha. Chciałam 

mu powiedzieć, że też go kocham, ale inaczej. Jak bra­

ta. Jak przyjaciela. 

Popatrzyła na Josha. W jej oczach dostrzegł nieme 

błaganie. Zależało jej, aby ją zrozumiał, aby nie po­

tępiał. 

- Sądziłam, że jestem bezpieczna. Gdybym miała 

jakiekolwiek wątpliwości... Nigdy bym nie naraziła 

Toby'ego na niebezpieczeństwo. 

- Wierzę. 

- Naprawdę? - Zamrugała oczami, z całej siły sta­

rając się powściągnąć łzy. Tak bardzo przypominał 

swojego młodszego brata. - Naprawdę mi wierzysz? 

- Oczywiście. Przecież nie jestem jakimś podłym 

szują. 

- Zgubiła mnie nadmierna pewność siebie. Nawet 

nie zmieniłam wyglądu. A przecież tamtego wieczoru, 

kiedy Pike włamał się do mojego pokoju w motelu, 

wspomniał coś o moich włosach. Że ludzie po nich 

mnie rozpoznają. Powinnam była je obciąć, ufarbowac, 

background image

DOM RADOŚCI 

139 

sama nie wiem. - Potrząsnęła bezradnie głową. Włosy 

opadły jej na twarz niczym kotara. - Boże, tyle błę­

dów! Tyle popełniłam błędów. I przez nie zginął twój 

brat. Jezu, Toby, przepraszam cię! - załkała. - Nie 

chciałam! Wybacz mi! 

Josh kucnął przy Emily. Kiedy ponownie uniosła 

głowę, ujrzała przed sobą jego twarz. Wyciągnąwszy 

ręce, delikatnie odgarnął do tyłu jej loki, po czym le­

ciutko otarł palcem łzy. 

- On to wie, Emily - powiedział cicho. - Wie, że 

nie chciałaś. I na pewno się na ciebie nie gniewa. 

Szloch wstrząsnął jej ciałem. Oparłszy się policz­

kiem o pierś Josha, zaczęła łkać. Łzy, które płynęły 

jej po twarzy, miały działanie oczyszczające, koiły ból. 

Zazdrościł jej. Gdyby sam również potrafił dać 

upust nagromadzonym emocjom, może poczułby się 

lepiej. Może uwolniłby się od wyrzutów sumienia. 

- Emily... - szepnął, kiedy szloch ustał i już tylko 

od czasu do czasu pociągała nosem. - Tamtego wie­

czora... co się stało? Czytałem wstępny raport policji, 

przygotowany zanim jeszcze ktokolwiek rozmawiał 

z tobą. 

Wyprostowała się, ponownie zaciskając ręce na ko­

lanach. Poczuł się opuszczony, jak dziecko pozosta­

wione bez opieki. 

- Zatrzymałam się w motelu tuż na obrzeżach mia­

steczka. Motel składał się z kilkunastu samodzielnych 

domków. Toby... Umówiliśmy się na następny dzień, 

ale przyjechał do mnie tego wieczoru. Nie mogłam się 

przemóc, opowiedzieć mu wszystkiego o sobie, zresztą 

background image

140 

KASEY MICHAELS 

wpadł tylko na chwilę, bo był na służbie. Posiedział 

parę minut, a potem wyszedł. 

Josh zmarszczył czoło. 

- W jaki sposób Pike dostał się do środka? 

- Przez moją głupotę. Sama go wpuściłam. Otwo­

rzyłam drzwi, myśląc, że to Toby. Że o czymś zapo­

mniał. Nikogo innego się przecież nie spodziewałam. 

Połą koszuli przetarła mokre od łez policzki. 

- Wtargnął do środka, jak tylko uchyliłam drzwi 

- ciągnęła, zaciskając powieki. - Boże, był taki ohyd­

ny, taki odrażający. Wystraszyłam się. Miałam wraże­

nie, że wypełnia sobą cały pokój. W ręce trzymał wy­

celowaną we mnie broń. Nie mogłam oderwać od niej 

oczu. Kazał mi się odwrócić, żeby mógł strzelić mi 

w plecy. Nie chciałam, coś mnie powstrzymywało. 

A potem... potem skoczyłam za kanapę. Nie mogłam 

po prostu stać i czekać na śmierć. Chwilę później drzwi 

się otworzyły. Usłyszałam, jak Toby mnie woła. Na­

stąpiły dwa strzały. Nie wiedziałam, co się stało. Ni­

czego nie byłam w stanie dojrzeć. Siedziałam skulona, 

bojąc się ruszyć. I nagle usłyszałam jęk. To był głos 

Toby'ego. 

- A Pike? 

- Wybiegł, zostawiając drzwi szeroko otwarte. To­

by... Toby leżał na podłodze, a wszędzie dookoła... 
- wskazała wokół siebie, jakby wciąż znajdowała się 

na miejscu tragedii - wszędzie było mnóstwo krwi. 

Uklękłam koło niego, a on uśmiechnął się do mnie. 

„Zapomniałem kapelusza - powiedział. - Zapomnia­

łem kapelusza". 

background image

DOM RADOŚCI 

141 

Przycisnęła rękę do ust, jakby chcąc powstrzymać 

szloch. Myślami była gdzie indziej; nie w grocie z Jo-

shem, lecz w motelu w Keyhole. 

- Nacisnął jakiś guzik alarmowy na mundurze, 

wzywając pomoc. Wiedziałam, że policja jest w dro­

dze, ale wiedziałam też, że dotrze tu najwcześniej za 

kwadrans. Co innego, gdyby motel był w centrum mia­

steczka... 

Josh pokiwał głową. 

- To taki specjalny przycisk - oznajmił cicho. - Po 

części urządzenie alarmowe, po części lokalizator. 

Pewnie Toby uważał, że nadal grozi ci niebezpieczeń­

stwo, prawda? Że Pike czyha w pobliżu, czekając na 

okazję, aby oddać następny strzał? 

- Chyba tak. Wziął mnie za rękę i spytał, czy nie 

jestem ranna. Boże! Sam umierał, a martwił się 

o mnie. Potem powiedział, żebym go zostawiła i spró­

bowała wymknąć się po ciemku. Nie zgodziłam się. 

Przecież nie mogłam go zostawić. Chciałam zostać, 

wezwać karetkę albo coś, niestety, oboje wiedzieliśmy, 

że pomoc nadejdzie za późno. Przynajmniej dla niego. 

Niedługo później zmarł. - W jej oczach malował się 

ból. - Trzymał mnie za rękę i... i po prostu zmarł. 

Leżał obudzony, trzymając Emily w objęciach. Mę­

czyły ją koszmary. Serce mu się krajało za każdym 

razem, gdy jęczała we śnie, od nowa przeżywając 

śmierć Toby'ego. 

Kapelusz. 

Toby zginął  bo wrócił po kapelusz. 

background image

142 KASEY M1CHAELS 

Emily żyje, ponieważ Toby zostawił u niej kape­

lusz. 

Jak wytłumaczyć taki bezsens, taką niepotrzebną 

śmierć? Czy można mówić o przeznaczeniu? Że los 

tak chciał? Chyba nie. Z drugiej strony, jak inaczej 

można to nazwać? Zbiegiem okoliczności? Też niedo­

brze. 

Czując, jak coś go uwiera, wsunął pod plecy rękę 

i po chwili wyciągnął jedną z kart, którymi wcześniej 

grali. Zbliżył ją do oczu, ale w ciemnościach nic nie 

widział. 

Zamyślił się. Nagle przypomniał sobie swojego oj­

ca, który często porównywał życie do gry w karty. 

Czasem, mawiał, człowiek dostaje dobrą kartę, czasem 

wyciąga dżokera. Matka Josha wyciągnęła dżokera 

i dosłownie kilka miesięcy po rozpoznaniu choroby nie 

żyła. Ojciec ciągle liczył na asa, lecz opatrzność była 

nieubłagana i też stale podsuwała mu dżokery. 

Według ojca wszystko zależy od rozdania. Albo 

człowiek ma szczęście, albo go nie ma. 

Tamtego wieczoru szczęście opuściło Toby'ego. Za 

to po raz pierwszy od wielu lat uśmiechnęło się do 

Emily. Może tak już jest, że kiedyś w końcu następuje 

zmiana; od jednych los się odwraca, innym zaczyna 

sprzyjać. 

Nie należy pytać: dlaczego?; raczej: dlaczego by 

nie? Szukanie racjonalnych wytłumaczeń często koń­

czy się fiaskiem. Nie wolno szukać winnych. Los to 

los. Dżoker nie zawsze przynosi pecha, as zaś nie za­

wsze oznacza wygraną. W życiu, jak w kartach, różnie 

background image

DOM RADOŚCI 

143 

bywa. Te wszystkie banały, jakie powtarzał w myślach, 

leżąc w ciemnej grocie, brzmiały rozsądnie. Wsłuchi­

wał się w cichy oddech Emily, która zapadła w nor­

malny spokojny sen. 

Po paru minutach usiadł i przysunął kartę bliżej 

wygasającego ognia. Ciekaw był, co zobaczy. Ostatnio 

rzadko trafiały mu się asy. Czas najwyższy, aby i do 

niego uśmiechnął się los. 

Zmrużywszy oczy, długo wpatrywał się w kartę.. 

As kier. 
- Psiakość - szepnął pod nosem. 

Kątem oka zerknął na Emily. Przykryta śpiworem 

spała słodko, z włosami rozrzuconymi na siodle. Ku­

siło Josha, aby wsunąć w nie dłoń, odgarnąć je na bok, 

odsłonić szyję i przywrzeć do niej wargami. 

Emily Colton. Toby ją kochał. Josh jej pożądał. To­

by widział w niej delikatną, kruchą istotę potrzebującą 

pomocy i wsparcia, Josh natomiast widział silną młodą 

kobietę, którą spotkało nieszczęście. Toby wierzył, że 

z czasem Emily go pokocha, że zamieszka z nim, że 

wspólnie będą wychowywać dzieci, a w niedzielę cho­

dzić do kościoła. Josh nie wierzył w nic. 

Toby nie powinien był zginąć. Gdyby żył, może 

udałoby mu się przekonać Emily, że darzy ją szczerą 

miłością i że razem mogą stworzyć szczęśliwy zwią­

zek. Wówczas Josh mógłby żyć tak jak dotąd, prze­

nosząc się z miejsca na miejsce i odwiedzając brata 

oraz jego żonę w święta. Podobnie jak ojciec, pewnie 

coraz częściej zaglądałby do butelki, żeby tylko nie 

myśleć o zakochanej patze. 

background image

144 

KASEY MICHAELS 

Szlag by to trafił! Pragnął tej kobiety! Pragnął jej 

z całego serca. Fizycznie, psychicznie, emocjonalnie. 

Chciał ją mieć dla siebie. Na zawsze. Ale nie mógł, 

póki Toby żył. A tym bardziej nie może teraz, gdy 

Toby nie żyje. Po prostu bycie razem najwidoczniej 

nie jest mu i Emily pisane. 

Potarł powieki, następnie przeczesał ręką włosy. 

Chyba zgłupiał. Tak, chyba całkiem postradał zmysły. 

Wrzuciwszy kartę do ogniska, wrócił na posłanie 

i ułożył się plecami do śpiącej dziewczyny. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Poruszyła się we śnie, po czym otworzyła oko. 

Leży na boku. Na lewym boku. Nigdy tego nie ro­

biła. Nigdy, przenigdy. Co gorsze, leży przytulona do 

Josha. Jej piersi, brzuch i uda przylegają do jego ple­

ców i pośladków. Ręką obejmuje go w pasie. 

We śnie wykonała to, czego nie miała odwagi wy­

konać na jawie. Przysunęła się do Josha, by grzać się 

w jego cieple, czerpać siłę z jego siły, odwagę z jego 

męstwa. Znalazłszy to, czego szukała i pragnęła, po­

stanowiła się zakotwiczyć. Po raz pierwszy od miesię­

cy, może nawet lat, spała głębokim snem, nie budząc 

się co chwila i nie odczuwając strachu. 

Zamknęła z powrotem oko i potarła policzkiem 

o flanelową koszulę, ze zdumieniem odkrywając pod 

miękkim materiałem twarde napięte mięśnie. Przypo­

mniała sobie, jak wczoraj zdjął mokrą koszulę. Prze­

szył ją dreszcz. 

Miał wspaniałe umięśniony tors, bez ani jednej fałd­

ki, bez grama tłuszczu. Brzuch i klatkę piersiową zna­

czyły blizny. Ciemna równomierna opalenizna świad-

czyła o tym, że wiele godzin spędzał na świeżym po­

wietrzu. Człowiek z żelaza - tak jej się kojarzył. Męż­

czyzna o twardym ciele i silnej psychice. 

background image

146 KASEY MICHAELS 

Ale oczy miał takie jak Toby, spojrzenie zaś łagod­

ne. Chociaż udawał twardziela, w głębi duszy Josh był 

dobry i wrażliwy. Bądź co bądź, to on wychowywał 

Toby'ego, pokazywał mu świat, wpajał zasady postę­

powania, uczył odróżniać dobro od zła. Kiedy zmarła 

ich matka, Toby był dzieckiem, Josh zaś przejął obo­

wiązki rodzicielskie. Nie miał czasu rozczulać się nad 

sobą: za główny cel w życiu postawił sobie opiekę nad 

bratem. 

Stąpał twardo po ziemi, nie interesowały go gry, 

pozory, sentymenty. Był głazem, granitem, opoką. 

Kształtowały go wiatry, burze, mijający czas. W środ­

ku wciąż był czułym, delikatnym człowiekiem, ale tę 

stronę swojego charakteru ukrywał pod oschłą, szorstką 

powłoką, której żadne zewnętrzne siły nie mogły tknąć. 

Tak, był dwiema osobami w jednym ciele. Po to, 

by móc sobie radzić w okrutnym świecie, przybrał ma­

skę twardziela, ale w środku nadal tkwił szlachetny, 

kochający chłopiec. Widać to było w jego spojrzeniu, 

w sposobie, w jaki mówił o zmarłym bracie, a także 

w sposobie, w jaki traktował Emily: przytulał, kiedy 

się smuciła, pozwalał wypłakać się na swoim ramieniu. 

Sam cierpiał z powodu tragicznej śmierci ukochanego 

brata, a mimo to potrafił na moment zapomnieć 

o własnym bólu, żeby ją pocieszyć. 

Molly prychnęła, po czym zarżała cichutko; koń 

Josha potrząsnął łbem. Powoli zbliża się ranek. Burza 

przetoczyła się nad wzgórzami i oddaliła na wschód. 

W nocy już nie padało, wiatr nie hulał. Wkrótce wzej­

dzie słońce. 

background image

DOM RADOŚCI 

147 

Trzeba będzie zwinąć obóz, wsiąść na konie i skie­

rować się do domu. Ten dziwny, niemal surrealistyczny 

epizod dobiegnie końca. Minie bezpowrotnie, jakby 

nigdy się nie wydarzył. Josh ponownie wdzieje pan­

cerz, pod którym skryje swą łagodność i dobroć, i ru­

szy w dalszą drogę. Na kolejne rodeo. Znów będzie 

prowadził samotne życie, przemieszczając się z miej­

sca na miejsce. A ona już nigdy więcej go nie zobaczy. 

Toby tak bardzo kochał brata. Często o nim opo­

wiadał. Marzył o tym, aby Josh zrezygnował z wystę­

pów na rodeo, aby ustatkował się, zapuścił korzenie. 

Aby się zakochał... 

Hm, czy to w ogóle możliwe? Czy Josh potrafiłby 

rozpoznać miłość? Czy potrafiłby ją zaakceptować 

i odwdzięczyć się tym samym? Miał trzydzieści kilka 

lat; sytuacja życiowa zmusiła go, aby przejął obowiązki 

dorosłego człowieka w wieku, kiedy jego rówieśnicy 

kopali piłkę na boisku i wymieniali się na karty z po­

dobiznami ulubionych graczy baseballowych. Całą mi­

łość przelał ną młodszego brata; nie starczyło jej dla 

nikogo innego. A może zamknął przed innymi swoje 

serce, może w ten sposób bronił się przed krzywdą, 

bólem, rozczarowaniem? 

Stał się samotnikiem, ponad wiek dojrzałym, zahar­

towanym przez los. Emily, która miała bliskie kontakty 

z Hopechest, dużo wiedziała - i często czytała - o ta­

kich dzieciach jak Josh i Toby. Starsze na ogół wcielały 

się w rolę rodzica opiekuna, młodsze zaś żyły pod klo­

szem, osłaniane i chronione. 

Toby, który dorastał pod czujnym okiem brata, wy-

background image

148 

KASEY M1CHAELS 

rósł na wspaniałego młodego człowieka, który pragnął 

nieść pomoc innym i czynić świat lepszym, bezpiecz­

niejszym. 

Kiedy Toby się usamodzielnił, Josh postanowił -

świadomie lub podświadomie - zrzucić ze swych bar­

ków wszystkie troski i wieść bezproblemowe życie 

wędrowca. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż trzy-

dziestokilkuletni mężczyzna nie ma domu, jeździ od 

miasta do miasta, biorąc udział w rodeo, czasem pra­

cuje dorywczo, zawsze rezygnując z pracy i ruszając 

w dalszą drogę, zanim zasiedzi się gdzieś za długo? 

Josh Atkins cały swój dobytek miał przy sobie w ple­

caku; bez zbędnego bagażu przemierzał kraj wzdłuż 

i wszerz, od jednego rodeo do drugiego, od jednej ko­

biety do drugiej. 

Czy kogoś takiego mogłaby pokochać rozsądna, 

trzeźwo myśląca dziewczyna, która nie wyobrażała so­

bie życia bez domu i rodziny? 

Emily zacisnęła mocniej ramię wokół pasa Josha. 

Nie. Nie takiego szukała mężczyzny; nie z takim chcia­

łaby związać swój los. 

Z drugiej strony nie potrafiła go puścić. Jeszcze 

chwila, powtarzała w myślach. Jeszcze chwila. Było 

jej tak dobrze. 

Molly znów zarżała. Josh drgnął; powoli zaczął się 

budzić. Uniósł nieco prawą rękę i przez moment trzy­

mał ją w powietrzu. Dawał Emily szansę: gdyby chcia­

ła, mogłaby się odsunąć. Nie chciała. Opuściwszy rękę 

z powrotem, odnalazł spoczywającą na swoim brzuchu 

dłoń dziewczyny. 

background image

DOM RADOŚCI 149 

To było takie proste, takie naturalne i przyjemne 

- dłoń zaciśnięta na dłoni. Emily westchnęła cicho. Za­

skoczył ją swoim zachowaniem, choć prawdę mówiąc, 
pragnęła czegoś więcej: żeby wziął ją w ramiona, przy­
tulił... 

Jakby czytając w jej myślach, Josh podsunął wyżej 

ich złączone ręce i przycisnął palce Emily do ust. Zro­

biło się jej gorąco, następnie zimno i znów gorąco. 

Zamknęła oczy, usiłując powstrzymać łzy. Dolna warga 

zaczęła jej drżeć. 

Josh puścił jej rękę i odsunął się. W przestrzeń mię­

dzy ich ciała natychmiast wtargnęło zimne powietrze. 

Po chwili obrócił się na prawy bok; leżeli zwróceni 

twarzą do siebie. Był w pełni obudzony; oczy miał 

szeroko otwarte, spojrzenie rześkie, przytomne, usta... 

kuszące. Dzieliło ją od nich zaledwie parę centyme­

trów; wystarczyłoby wykonać maleńki ruch i zetknę­

liby się wargami. 

Objął ją w pasie, tak jak ona przed momentem obej­

mowała jego, i przyciągnął bliżej. Znów zrobiło się 

ciepło. 

- Jeśli chcesz, Emily, każ mi się odsunąć. Ale na 

miłość boską, powiedz to teraz. 

Nie była w stanie uczynić najmniejszego ruchu, mi­

mo że ręka Josha wcale jej mocno nie uciskała. O żad­

nym odwrocie nie mogło być mowy. Mogła się przy­

sunąć, lecz nie cofnąć. Tak też się stało; przysunęła 

się centymetr, dwa i ich usta spotkały się w namięt-

nym, gorącym (pocałunku. Dyszeli, jakby był środek 

upalnego lata, a nie chłodny, listopadowy poranek. 

background image

150 KASEY MICHAELS 

Chociaż leżeli na cienkich gumowych karimatach 

ułożonych na twardej, nierównej ziemi, czuła się tak, 

jakby miała pod sobą miękką puchową pierzynkę. 

Była lekka jak piórko; w środku cała płonęła. Po­

całunek trwał, głód narastał. Oboje czuli niedosyt. 

Ustami i językiem pragnęli zaspokoić pożądanie. 

Świat ograniczał się do zmysłów. Emily zapomniała 

o oddychaniu. Zresztą powietrze nie było jej do ni­

czego potrzebne. Potrzebowała dotyku, ciepła drugiego 

człowieka; pragnęła czuć się kochana. 

Od tak dawna o tym marzyła. Tyle lat żyła pogrą­

żona w rozpaczy, w samotności, w strachu i żalu. Ten 

człowiek, który stracił brata, wie o tym. On jeden ją 

rozumie. 

Mógł jej pomóc, mógł ją oswobodzić, uwolnić od 

samotności i bólu, a przede wszystkim od wyrzutów 

sumienia. 

Tak bardzo go potrzebowała. I wzajemnie. Ona też 

była mu potrzebna, nie miała co do tego wątpliwości. 

Josh potrzebował kogoś, kto by go przytulił, pomógł 

mu zapomnieć o koszmarze, kogoś, kto by zrozumiał 

jego rozpacz oraz pomógł uwolnić się od własnych wy­

rzutów sumienia. 

Dwa serca, dwie dusze szukające nawzajem pocie­

szenia i ratunku. Ogarniało ich coraz większe pożądanie, 

które obojgu uzmysławiało, że z życia trzeba się cieszyć, 

czerpać z niego pełnymi garściami. Marzenia tylko wte­

dy się spełniają, kiedy człowiek po nie sięga. 

Na moment zacisnęła mocniej powieki; poczuła ból, 

ale niewielki, krótkotrwały. Od dłuższego czasu nosiła 

background image

DOM RADOŚCI 

151 

w sobie tyle cierpienia, że dziwne rozdzierające kłucie 

ledwo zwróciło jej uwagę. Wreszcie jest cała; ciało 

i dusza stanowią jedność. Nie składała się z oddziel­

nych elementów, z rąk, nóg, włosów, skóry, lecz złą­

czona z Joshem miała wrażenie pełni i harmonii. 

Jego czułość i delikatność wzruszały ją do łez, jego 

żar i namiętność zachwycały. Otoczona silnymi ramio­

nami, w których czuła się pewnie i bezpiecznie, wzno­

siła się coraz wyżej. Ziemia drżała, a gwiazdy eksplo­

dowały, tworząc wokół niezwykłą feerię barw. 

Jeszcze nigdy nie przeżyła czegoś tak niezwykłego. 

W pierwszej chwili była zdezorientowana, kiedy Josh 

nagle znieruchomiał, a potem dreszcz wstrząsnął jego 

ciałem. Szybko jednak zrozumiała, co się dzieje. Obej­

mując kochanka jeszcze mocniej, zaczęła gładzić go 

po plecach i całować. Leżał odprężony; mięśnie, kilka 

sekund temu twarde i napięte, teraz były miękkie, nie­

mal wiotkie. Zaskoczyła ją siła, którą ona, słaba i bez­

bronna kobieta, posiadała nad tym dużym, wspaniałym 

mężczyzną. 

Ofiarowali sobie cudowny dar: siebie. Jedno dru­

giemu dało siłę i radość. Teraz byli połączeni; wiązało 

ich coś więcej niż sam ból, żal i cierpienie. 

Emily obróciła głowę, kierując wzrok w stronę wy­

lotu groty. Poprzez rosnące na wzgórzu wysokie sosny 

przedzierały się promienie słońca. Zaczął się nowy 

dzień... i nowe życie. 

Po, przyjeździe do Kalifornii Martha Wilkes odkryła 
ze zdumieniem, że tu, na zachodnim wybrzeżu, świt 

background image

152 KASEY MICHAELS 

nastaje szybko. Całkiem jej to odpowiadało. W Mis­

sisipi niebo rozjaśniało się powoli, właściwie wszystko 

tam odbywało się w sennym, leniwym tempie, ona jed­

nak nie lubiła ślamazarności; wolała energiczny po­

czątek dnia. 

Uświadomiła to sobie dopiero teraz, w wieku pięć­

dziesięciu lat. Prawdę mówiąc, dopiero teraz uświado­

miła sobie, że żyje i że życie sprawia jej ogromną przy­

jemność. 

Zamiast, jak w Missisipi, wylegiwać się w pościeli, 

od razu odrzucała kołdrę i wyskakiwała z łóżka, nie 

mogąc doczekać się nowego dnia. Ubierała się pośpie­

sznie i czym prędzej ruszała do Hopechest. Zawsze lu­

biła swoją pracę; wierzyła, że wykonuje ją dobrze i su­

miennie, czasem nawet osiągała spektakularne wyniki. 

Ale nigdy wcześniej nie czuła się tak spełniona jak 

w ciągu ostatnich kilku dni, kiedy spacerowała z małą 

Tatanią. Dziewczynka trzymała ją za rękę, chichotała, 

opowiadała jej różne rzeczy, podskakiwała w swoich 

nowych bucikach. 

Dziwne było pierwsze ich spotkanie. Podświadomie 

zarówno dziewczynka, jak i Martha wiedziały, że są 

sobie przeznaczone; że się odnajdą, pokochają, że jedna 

drugiej wypełni pustkę. Natychmiast utworzyła się po­

między nimi niewiarygodnie silna więź. I obie czer­

pały z niej radość. 

Martha wyszła spod prysznica, osuszyła się, na bie­

liznę włożyła gruby biały szlafrok, po czym zbliżyła 

się do okna, z którego rozciągał się widok na maja­

czące w oddali góry. 

background image

DOM RADOŚCI 153 

Jakiż piękny jest ten świat! 
Zadumała się. Czy nie powinna trochę przyhamo­

wać? Może. Każdej innej pacjentce poradziłaby, żeby 

wzięła kilka głębokich oddechów, zwolniła tempo, do­

brze przemyślała całą sytuację. Żeby nie pokładała 

wszystkich swoich nadziei w jednej małej dziewczyn­

ce. Owszem, chciała ofiarować jej miłość, stworzyć 

dom, zapewnić nowe, lepsze życie, ale czy naprawdę 

jest na to gotowa? 

Owszem, jest. Tuląc do piersi Tatanię, czuła się jak 

młoda matka, która trzyma w ramionach nowo narodzo­

ne dziecko. Łzy nabiegły jej do oczu. Z całego serca 

pragnęła otoczyć dziewczynkę miłością macierzyńską. 

- Wydałam na świat potomka - oznajmiła, zwra­

cając się do wschodzącego słońca. - Moje dotychcza­

sowe życie, praca, doświadczenie zawodowe stanowiło 

jakby okres przygotowania, coś w rodzaju wydłużonej 

ciąży. Teraz wreszcie mam okazję zrozumieć to, 

o czym czytałam, co znałam z książek i obserwacji, 

a czego nigdy dotąd sama nie doświadczyłam. 

Z uśmiechem na twarzy poczłapała do szafy, z któ­

rej wydobyła długą spódnicę w kolorach ziemi: brą­

zowym, szarym, zielonym, żółtym. Po tych brązach 

i żółciach wędrowały dzikie zwierzęta: żyrafy, tygrysy, 

lwy. Obok spódnicy położyła sweter z miękkiej żółtej 

angory, długi naszyjnik z drewnianych koralików oraz 

luźny obszerny żakiet w kolorze mlecznej czekolady: 

Wiedziała, że Tatanii spodobają się żyrafy. 

Zdjąwszy szlafrok, ubrała się pośpiesznie. Następnie 

Przeczesała włosy i zerknęła do lustra, sprawdzając 

background image

154 

KASEY MICHAELS 

fryzurę. W porządku. Może pokazać się ludziom na 

oczy. Przypudrowała twarz, pociągnęła usta szminką 

i była gotowa do wyjścia. 

Miała ustalony plan działania. Najpierw śniadanie, 

potem sesja z Meredith, później rozmowa z agentką 

od nieruchomości w sprawie domu, który znalazła 

wczoraj w Internecie, i wreszcie Hopechest. Wygląda 

na to, że przedpołudnie ma wypełnione co do minuty, 

ale nie narzekała. Przeciwnie, rwała się do zajęć, do 

życia; po prostu rozpierała ją energia. 

Spodziewała się zastać w kuchni Inez, piekącą świe­

że bułeczki i przygotowującą śniadanie dla całej ro­

dziny. Zdumiała się więc na widok Meredith, która sie­

działa przy stole, pijąc herbatę. 

- Słońce wyszło - rzekła, uśmiechając się do le­

karki. - Mam nadzieję, że wkrótce Emily pojawi się 

w domu. 

Krzątająca się przy zlewie Inez obejrzała się przez 

ramię i wywróciła oczami. 

- Siedzi tu od samego świtu - mruknęła. - Nie da 

człowiekowi w spokoju przyrządzić śniadania. 

Uśmiechając się przyjaźnie, Martha spoczęła na 

„swoim" krześle i podziękowała gospodyni, gdy ta po­

stawiła przed nią filiżankę parującej kawy. 

- Wcale ci się nie dziwię, kochanie - powiedziała 

do Meredith. - Nie zdziwiłoby mnie, gdybyś całą noc 

nie zmrużyła oka, tylko krążyła po domu, czekając nie­

cierpliwie na nadejście poranka. 

Meredith przechyliła w bok głowę i zmrużyła oczy. 

- Naprawdę? Mój Boże, kim ty jesteś, obca kobie-

background image

DOM RADOŚCI 155 

to? Gdzie się podziała dawna Martha, która latami cier­

pliwie mi tłumaczyła, że zamartwianie się niczemu nie 

służy, jedynie pozbawia nas energii i sił życiowych? 

- Została w Missisipi - odparła ze śmiechem le­

karka. - Tam żyje jak we śnie, zamknięta w sobie, śle­

pa na otaczającą ją rzeczywistość, ukrywająca uczucia, 

bo tak jest łatwiej i bezpieczniej. Ale wiesz, co ci po­

wiem? Skoro tak jej tam dobrze, to niech sobie zostanie 

w Missisipi. A ty, kochanie - puściła do Meredith oko 

- masz przed sobą nową Marthę Wilkes. Marthę, która 

chce mieć zmartwienia; która chce chodzić po pokoju, 

wyglądać przez okno i niecierpliwić się, kiedy jej słod­

ka Tatania wróci z pierwszej randki. Z góry współczu­

ję gołowąsowi, który zaprosi ją kina. Pewnie go wy­

straszę swoimi pytaniami: od kiedy ma prawo jazdy, 

jak szybko jeździ i czy wie, co go czeka, jeżeli do 

godziny jedenastej wieczorem nie odprowadzi Tatanii 

do domu. 

- Do jedenastej? - zdumiała się Meredith. - Kiedy 

moje córki zaczynały chodzić na randki, musiały być 

w domu najpóźniej o dziesiątej. Zresztą synowie rów­

nież. Oczywiście strasznie protestowali, ale wyjaśniłam 

im, że to, iż są płci męskiej, nie robi mi żadnej różnicy. 

Po prostu są moimi dziećmi i martwię się o nich tak 

samo jak o ich siostry. - Na moment zamilkła. - Na 

miłość boską, Martho. Przecież Tatania ma zaledwie 

siedem lat. Czy nie za bardzo wybiegasz myślami 

w przyszłość? 

- Bo ja wiem? Po prostu oddaję się marzeniom. 

Nigdy dotąd nie sądziłam, że będę przejmować się ta-

background image

156 

KASEY MICHAELS 

kimi sprawami jak randki. To cudowne móc obserwo­

wać, jak własne dzieci dorastają, jak podlotek prze­

istacza się w piękną młodą kobietę. 

Duże piwne oczy Meredith posmutniały. Martha na­

tychmiast zrozumiała własny błąd. Wyciągnęła rękę 

nad stołem i delikatnie poklepała przyjaciółkę po ra­

mieniu. 

- Przepraszam, kochanie. 

- Nie szkodzi. - Nieśmiały uśmiech prześliznął się 

po twarzy Meredith. - Dobrze wiem, co straciłam. Ale 

wszyscy dzielnie starają się uzupełnić tę dziesięciolet­

nią lukę w mojej pamięci. Oczywiście w sposób bar­

dzo przemyślany; fotografie i kasety wideo, które oglą­

dam, są ocenzurowane, żeby przypadkiem nie pojawiła 

się na nich Patsy, mimo to... Czasem nie potrafię ukryć 

wzruszenia. Tyle się wydarzyło, zarówno rzeczy do­

brych, jak i złych. Narodziny małej Meggie, śluby mo­

ich dzieci, w których niestety nie dane mi było ucze­

stniczyć, zgony paru przyjaciół... 

Westchnęła Ciężko, po chwili jednak wzięła się 

w garść. 

- Za to wczoraj wieczorem - kontynuowała - kie­

dy poszłaś już spać, rodzina sprawiła mi niespodziankę. 

Na pomysł wpadł Drake z Mayą. Nie wiem, skąd wy­

grzebali stary film z naszego ślubu, to znaczy mojego 

z Joem, w każdym razie przegrali taśmę na kasetę wi­

deo. - Oblała się rumieńcem. - Obejrzeliśmy go wczo­

raj w sypialni. 

Stojąca za Meredith Inez uśmiechnęła się szeroko; 

oczy lśniły jej od łez. 

background image

DOM RADOŚCI 157 

- Jakiś czas temu Maya poprosiła mnie, abym po­

szperała w waszym archiwum filmowym - rzekła. -

Z początku miałam opory, ale kiedy wyjaśniła, o co 

chodzi, chętnie się zgodziłam. Pokazała mi gotowy ma­

teriał, zanim Drake dał kasetę panu Joemu. Była pani 

śliczną panną młodą i nadal jest wyjątkowo piękną ko-

bietą. 

- Dziękuję, Inez - powiedziała Meredith. Nerwo­

wo obracała w palcach łyżeczkę do herbaty. - To było 

tak dawno temu. Tyle się od tamtego czasu wydarzyło. 

Patrząc wczoraj na ekran, miałam wrażenie, jakbym 

oglądała dwoje obcych ludzi. Ale nic dziwnego; każdy 

się zmienia. - Ponownie westchnęła. - Mój Boże, 

Martho. Byliśmy tacy młodzi; mieliśmy mnóstwo pla­

nów, marzeń. Ciekawa jestem, jak by to było, gdyby­

śmy dziś brali ślub? Czy z takim samym zapałem 

i pewnością siebie wypowiadalibyśmy słowa przysię­

gi? Myślę, że tak. Mam nadzieję, że tak. 

Martha i Inez wymieniły spojrzenia. W tym mo­

mencie lekarka powzięła decyzję. Nie wiedziała kiedy 

ani jak, ale wiedziała, że zrobi wszystko, aby zaspokoić 

ciekawość przyjaciółki; udowodni, że Meredith i Joe 

są nadal tymi samymi ludźmi co przed laty, pięknymi, 

szlachetnymi, zakochanymi i że czeka ich razem długa 

wspaniała przys2;łość. 

Oboje milczeli. 

Właściwie od godziny w grocie panowała cisza. 

Po raz ostatni zjedli na śniadanie wodnistą owsiankę 

i po raz ostatni wyłonili się z groty, by zebrać trochę 

background image

158 

KASEY MICHAELS 

drewna na opał. Emily zawsze gromadziła zapas na 

wypadek, gdyby znów przyszło jej - lub komukolwiek 

innemu - nocować w górach. Posprzątali grotę, sta­

rannie wygarnęli na zewnątrz końskie odchody. Wre­

szcie spakowali plecaki, zwinęli śpiwory. Byli gotowi 

do drogi. 

Powrót oznaczał rozstanie. Każde z nich miało swo­

je życie, swoje sprawy. 

O tym, co było, o wspólnie spędzonej nocy, oboje 

uznali, że nie będą rozmawiać. Nie odczuwali wstydu 

czy skrępowania; po prostu temat nie istniał. Powiedzieli 

sobie wszystko za pomocą dotyku, pocałunków, wes­

tchnień, ale żadne słowa nie padły. Może nigdy nie padną. 

Wspólne milczenie, wspólna samotność. Przepaść 

między przeszłością, między tym, co razem przeżyli, 

a przyszłością, czyli tym, co nieznane. 

Emily rozejrzała się wkoło, sprawdzając, czy nicze­

go nie zapomniała. Ciekawa była, czy jeszcze kiedy­

kolwiek tu wróci, do tej swojej magicznej kryjówki. 

W grocie, do której przyjeżdżała, by się skupić, po­

medytować i odzyskać spokój, spędziła kilka dni. 

Z Joshem. Jego cząstka pozostanie tu na zawsze. Pa­

trząc w płonące ognisko, będzie widziała zarys jego 

sylwetki; czekając, aż zmorzy ją sen, będzie słyszała 

jego ciche sapanie. Jeżeli tylko tyle może mieć, to nie 

chce więcej nocować w tym miejscu. Wspomnienia 

byłyby za bardzo bolesne. 

Josh osiodłał Molly, dopiął popręg, po czym wy­

prowadził konie z groty na zalaną słońcem ścieżkę. 

- Ruszę pierwszy, a ty jedź za mną, dopóki nie 

background image

DOM RADOŚCI 

159 

znajdziemy się na równym terenie. Nie wiadomo, na 

co się natkniemy: błoto, zwalone drzewa, wszystko jest 

możliwe. 

Skinąwszy głową, oparła nogę na złączonych rę­

kach Josha i po chwili siedziała w siodle. Wędrowali 

gęsiego, on pierwszy, ona za nim. Co rusz pochylała 

się do przodu lub odchylała w bok, żeby nie otrzeć 

się o nisko zawieszone gałęzie, wciąż mokre od de­

szczu. 

Na dole panował półmrok; wysokie sosny nie po­

zwalały promieniom słońca dosięgnąć ziemi. Wkrótce 

- niestety zbyt szybko - dotarli na rozświetloną słoń­

cem polanę. Emily odniosła wrażenie, że rozciąga się 

przed nią cały świat, jasny, promienny, omyty z kurzu. 

Piękno przyrody otaczało ją ze wszystkich stron. 

Josh pociągnął lekko za wodze, po czym obrócił 

konia. Przez chwilę spoglądali na siebie bez słowa. 

- Nie będę cię przepraszał - oznajmił w końcu -

bo niczego nie żałuję. - W jego głosie wyczuwało się 

napięcie. - Możesz mi powiedzieć, żebym poszedł do 

diabła i pójdę; zniknę z twojego życia. Ale jest też inne 

wyjście: możemy spotkać się wieczorem. Zabrałbym 

cię gdzieś na kolację, pogadalibyśmy. 

Lodowy pancerz, który tworzył się wokół serca 

Emily, pękł. Była pewna, że zaraz pożegnają się i każ­

de ruszy w swoją stronę, ona na rodzinne ranczo, on 

hen przed siebie, na jakieś kolejne rodeo. 

- Na kolację? Dobrze. Chętnie. 

Nie widziała jego oczu; przysłaniało je rondo ka­

pelusza. Ale bruzdy, jakie pojawiły się wokół jego ust, 

background image

160 

KASEY MICHAELS 

oraz biel zębów, którymi błysnął w uśmiechu, sprawi­

ły, że serce zaczęło walić jej młotem. 

- Świetnie, cieszę się - rzekł. - Zamierzasz wspo­

mnieć o mnie rodzicom? Że razem przeczekaliśmy bu­

rzę w grocie? 

Na moment zamyśliła się, po czym pokręciła głową. 
- Chyba nie - odparła. - Powiem, że poznaliśmy 

się w miasteczku, kiedy kupowałam śpiwór. Dobrze? 

Wyprostował się w siodle. Jakby zesztywniał. 

- Nie gniewaj się, Josh - dodała pośpiesznie, widząc 

jego reakcję. - Nie wstydzę się ciebie. Po prostu to, co 

zaszło w tej grocie, zaszło między nami. I nikomu nic 

do tego. Nie mam pojęcia, czy będzie jakikolwiek dalszy 

ciąg tej historii; jeśli tak, wolałabym, abyśmy o tym sami 

zdecydowali. Nie wiesz, jak to jest, kiedy człowiek żyje 

otoczony liczną rodziną. Nie sposób zachować nic dla 

siebie, wiadomości roznoszą się w zawrotnym tempie. 

Jakoś nie mam ochoty bawić się w dwadzieścia pytań 

z każdym Coltonem na tej planecie. 

Josh parsknął śmiechem. 

- Toby swoimi pytaniami zawsze doprowadzał 

mnie do szału. - Podniósł rękę do kapelusza i przy­

tknął palce do ronda. - Jedź wolno. Nie poganiaj Mol­

ly; może czuć się trochę niepewnie po tylu godzinach 

w ciemnej grocie. Do zobaczenia wieczorem. 

Po tych słowach skręcił w prawo i odjechał w kie­

runku rancza Rollinsa. Emily znów została sama. 

Tak, była sama, ale już nie czuła się samotna. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Korciło go, by uciec. Spakować się, rzucić praeę 

u Rollinsa i wyjechać hen daleko. Po chwili zawsty­

dził się; zaczął kląć pod nosem, wyzywając się od nę­

dznych tchórzy i podłych kretynów. Powinien był trzy­

mać ręce przy sobie. Nie powinien był dotykać Emily. 

Do jasnej cholery, w ogóle nie powinien był przeby­

wać w grocie. Zwłaszcza w nocy. Zwłaszcza przez 

dwie noce. 

Owszem, Emily potrzebowała pomocy. Jej koń wy­

straszył się i uciekł, a ona została sama; w dodatku 

rozpętała się burza z piorunami. Groziła jej hipotermia. 

Ale może niekoniecznie. Przecież rozpaliła ognisko, 

miała koc, trochę puszek z jedzeniem, kuchenkę tury­

styczną. Nie była małą bezradną kobietką, która czeka, 

aż dzielny rycerz w srebrnej zbroi przybędzie jej na 

ratunek. Szlag by to trafił! Mógł podprowadzić Molly 

pod grotę, po czym, nie Wdając się z Emily w żadne 

rozmowy, wrócić na dół. Po jaką cholerę właził do 

groty? 

Psiakrew, jest kowbojem. Nocował pod gołym nie­

bem podczas znacznie gorszych warunków niż burza, 

jaka w ciągu ostatnich dwóch dni nawiedziła północne 

obszary Kalifornii. Zdarzało mu się brnąć przez zaspy 

background image

162 

KASEY M1CHAELS 

śniegu sięgające po koński grzbiet, przebywać na takim 

mrozie, że o mało nie zamarzły mu powieki, widzieć 

potężne ulewy zmieniające ziemię w rwące błotniste 

potoki. 

Nie bał się błyskawic, grzmotów, walących się 

drzew. Mógł wrócić na ranczo Rollinsa od razu pierw­

szego dnia. 

Ale nie po to śledził Emily, nie po to jechał za nią 

taki kawał drogi, żeby wejść do groty, powiedzieć 

dzień dobry, nienawidzę cię, a potem wykonać w tył 

zwrot i odjechać. 

Naprawdę ział do niej nienawiścią; potem, kiedy ją 

ciut lepiej poznał, wciąż usiłował wmówić w siebie, 

że to zimna, wyrachowana suka. Winił Emily za śmierć 

Toby'ego. Łatwiej mu było winić ją niż siebie. 

„Trzymał mnie za rękę i... i po prostu zmarł". 
Sporządzając raport, policjant popełnił błąd lub nie­

dokładnie sprawdził fakty. Emily została na miejscu. 

Nie uciekła. Nawet kiedy Toby kazał jej odejść, ona 

go nie posłuchała. Nie zamierzała pozwolić, aby umarł 

w samotności. Siedziała przy nim, trzymała go za rękę, 

pocieszała. Wiedziała, że pomoc jest w drodze. Ale 

wiedziała również, że nadjedzie zi późno - za późno 

dla Toby'ego i być może za późno dla niej. 

Zrobiła wszystko, co w danej sytuacji mogła zrobić. 

W przeciwieństwie do niego. On nie zrobił tego, co 

należało. Pewnie, od kilku lat zarabia całkiem niezłe 

pieniądze, wygrywając na rodeo i reklamując różne 

kowbojskie akcesoria; większość pieniędzy odkładał na 

kupno rancza. Zamierzał prowadzić je wspólnie z Tb-

background image

DOM RADOŚCI 

163 

bym. Ale jakoś ciągle nie miał dość zawodów. Nie po­

trafił oprzeć się urokom rodea; pociągały go kolejne 

zwycięstwa i nagrody. A przecież już dawno powinien 

był odejść, zostawić ujeżdżanie mustangów i jazdę na 

byku młodszym, pełnym zapału kolegom, który do­

piero zaczynali karierę i żądni byli sukcesów. 

Gdyby sobie odpuścił! Gdyby powiedział: dosyć, 

basta! Gdyby kupił ziemię i się osiedlił. 

Gdyby ślepy miał oczy, to by widział. 

Josh poklepał po szyi własne dwa konie, które Rol-

lins pozwalał mu trzymać w swojej stajni, po czym 

odczepił przyczepę od świeżo umytej, ciemnozielonej 

ciężarówki i ruszył w stronę Domu Radości. 

Miał na sobie swoje najlepsze dżinsy, czarną ko­

szulę i czarną skórzaną kamizelkę; na wierzch włożył 

zamszową kurtkę na kożuszku oraz czarnego stetsona, 

którego używał na specjalne okazje. Josh nie nosił gar­

niturów, ale jak na siebie był wyjątkowo elegancko 

ubrany. Mimo to podejrzewał, że w wytwornej rezy­

dencji Coltonów będzie czuł się tak, jak senator Colton 

i jego żona czuliby się w przydrożnym barze na Dzi­

kim Zachodzie: zupełnie nie na miejscu. 

Toteż widok Meredith Colton, która otworzyła mu 

drzwi, mile go zaskoczył. Wyglądała o wiele lepiej niż 

na zdjęciach w gazetach: była atrakcyjną kobietą, 

szczupłą, drobną, o regularnych rysach twarzy i ład­

nych, piwnych oczach, z których wyzierała inteligen­

ta. W dodatku ubrana była na sportowo, w czerwo­

no-białą flanelową koszulę oraz wygodne, sprane 

dżinsy. 

background image

164 

KASEY MICHAELS 

- Dzień dobry. Pan Josh, prawda? - spytała, uśmie­

chając się szeroko na powitanie. - Proszę, niech pan 

wejdzie. Mój mąż koniecznie chce pana poznać. 

I znów przeżył zaskoczenie: zdumiał go zarówno 

normalny, przyjazny sposób bycia żony senatora, jak 

również wystrój salonu. Wielokrotnie widział rezyden­

cję Coltonów z oddali; porażała pięknem i rozmiarem. 

Domyślał się, że musi być warta majątek. W każdym 

razie sądził, że dom jest urządzony z przepychem, a lu­

dzi, którzy go zamieszkują, cechuje buta i arogancja. 

Nie spodziewał się przyjaznej atmosfery i ciepłego 

uśmiechu, przynajmniej nie w stosunku do siebie -

przybłędy, który zajechał pod dom starą ciężarówką, 

aby zabrać na randkę ukochaną córkę gospodarzy. 

- Josh Atkins? Prosimy, prosimy! - Senator Joe 

Colton wstał z fotela i z wyciągniętą na powitanie ręką 

ruszył w stronę gościa. - Kilka lat temu widziałem pa­

na na rodeo w Tulsie. Jeśli dobrze pamiętam, zwycię­

żył pan zawody w ujeżdżaniu i zdobył główną nagro­

dę. Świetnie pan sobie radzi z końmi; jestem naprawdę 

pełen podziwu. Cieszę się, że mogę pana poznać. 

- Dziękuję, panie senatorze. - Wymienili uścisk 

dłoni. - Nie wiedziałem, że interesuje się pan rodeo. 

- Owszem, śledzę wiele dyscyplin sportowych -

oznajmił Joe i wskazał na zastawiony butelkami barek, 

pytając Josha, czy ma ochotę na drinka. 

Josh pokręci! przecząco głową. 

- Nie tylko sportowych - rzekła Meredith, siadając 

na kanapie. Poklepała wolne miejsce koło siebie; 

usiadł, podejrzewając, że jak przystało na zatroskaną 

background image

DOM RADOŚCI 165 

mamusię, zaraz zacznie go wypytywać o jego plany, 

zamiary, życie. - Joe ma bardzo rozległe zaintereso­

wania. Pasjonuje się prawie wszystkim. Dzięki temu 

przy stole nigdy nie zapada milczenie. - Na moment 

urwała. - Emily wspomniała nam, że spotkała pana 

w miasteczku. I że jest pan bratem Toby'ego Atkinsa. 

No proszę, pomyślał. Prosto, bez owijania w ba­

wełnę, przechodzimy do sedna. 

- Tak, to prawda. 

- Pański brat uratował życie naszej córki - rzekł 

Joe, zajmując miejsce po drugiej stronie stolika. - Na­

wet nie potrafię ci, synu, powiedzieć, co do niego czu­

jemy. Jesteśmy twoimi dłużnikami. Mówię poważnie: 

jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebował pomocy, wy­

starczy jeden telefon. Bo czy ci się to podoba czy nie, 

należysz teraz do naszej rodziny. Prawda, Meredith? 

- Absolutnie, kochanie. - Wyciągnąwszy rękę, 

Meredith zacisnęła ją na dłoni męża. 

- Bardzo państwu dziękuję - powiedział cicho 

Josh. 

- Żadne „państwu" - zaoponował Joe. asz do 

nas mówić po imieniu, słyszysz? Do mnie Joe, a do 

żony Meredith. Nie lubimy tych oficjalnych zwrotów 

i tytułów. No dobra. - Zerknął na barek. - Może jed­

nak przyrządzić ci coś do picia? 

Josh uśmiechnął się. 

- Nie, dziękuję, panie sena... Dziękuję, Joe - po­

prawił się. - Wystarczy mi szklanka zimnej wody. 

- Już się robi. - Joe wstał z fotela i skierował się 

do barku. - Obawiam się, że przyjdzie ci chwilę po-

background image

166 KASEY MICHAELS 

czekać. Moja córunia lubi się spóźniać. Gdybyś kie­

dykolwiek chciał wybrać się z nią do kina, skłam, że 

seans zaczyna się o godzinę wcześniej, na przykład 

o szóstej, zamiast o siódmej. Wtedy jest szansa, że bę­

dzie gotowa do wyjścia o szóstej trzydzieści. 

- Oj, tatku, nie musisz od razu przy pierwszym 

spotkaniu zdradzać Joshowi wszystkich moich wad -

powiedziała Emily, wchodząc do salonu. Wykrzywiła 

zabawnie buzię. - Może jeszcze pokażesz mu moje 

zdjęcia z dzieciństwa, co? Najlepiej te, na których 

uczesana w kucyki, w aparacie korekcyjnym na zę­

bach, uśmiecham się od ucha do ucha. To go powinno 

skutecznie zniechęcić. 

Podeszła do barku i pocałowawszy ojca w poli­

czek, wzięła od niego szklankę z wodą. 

- Cześć, Josh. Nie słuchaj mojego ojca. 

Josh wstał, instynktownie wyczuwając, że nie po­

winien siedzieć, kiedy kobieta stoi. 

Wyglądała fantastycznie, po prostu rewelacyjnie. Jej 

rozpuszczone włosy przypominały ognisty wodospad. 

Nie mógł oderwać od nich oczu. Ubrana była w mięk­

ki, błękitny sweterek oraz spódnicę dżinsową sięgającą 

kolan. 

Mimo iż spędzili z sobą dwa dni i dwie noce, po 

raz pierwszy widział jej łydki. Na ich widok natych­

miast przypomniał sobie, jak leżeli przytuleni, a ona 

oplatała go nogami w pasie. 

- Dobry wieczór, Emily - powiedział, skinąwszy 

głową. - Ślicznie wyglądasz. 

Chryste! Co się z nim dzieje? Zachowuje się jak 

background image

DOM RADOŚCI 167 

szczeniak. A przecież jest dorosłym facetem. Facetem, 

który spotykał się z wieloma kobietami i z wieloma 

sypiał. Nie jest jakimś nieopierzonym kurczakiem. 

Z Emily też spędził cudowną noc. Więc dlaczego się 

tak denerwuje? Dlaczego odczuwa taki niepokój? 

- Dziękuję... Lepiej uważaj, bo zgnieciesz kapelusz 

- rzekła ze śmiechem, siadając na fotelu obok ojca. 

Josh obejrzał się przez ramię - faktycznie, niewiele 

brakowało, aby sprasował stetsona. Pozostawszy w po­

zycji stojącej, spoglądał na roześmianą twarz Emily. 

- Joe, kochanie... - Meredith podniosła się z ka­

napy. - Czy to nie dzwonek na kolację? 

Joe zmarszczył zdziwiony czoło i spojrzał na ze­

garek. 

- Co? Dzwonek na kolację? Już? Nie, chyba mu­

siałaś się przesłyszeć... 

Meredith obeszła stolik i wsunęła rękę pod ramię 

męża. 

- Chodź, chodź, słuch mam znakomity - powie­

działa, prowadząc męża w kierunku jadalni. - Josh, 

Emily... - zawołała za siebie. - Bawcie się dobrze. 

Emily poderwała się na nogi i zaczęła wygładzać 

spódnicę. Josh sięgnął po kapelusz. 

- Lepiej wyjdźmy stąd jak najszybciej - rzekła Emi­

ly. - Tylko patrzeć, jak napatoczy się reszta rodziny. 

Pośpiesznie skierowali się do wyjścia. Josh ode­

tchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy Emily siedziała 

w ciężarówce, a on wsuwał kluczyk do stacyjki. 

- Nic z tego nie pojmuję - rzekł, włączywszy sil-

nik. - Czuję się speszony, jakbym znów miał szesna-

background image

168 

KASEY MICHAELS 

ście lat. Albo jakby czerwona krosta wyskoczyła mi 

na czubku nosa. Chyba się nie jąkałem, co? Po prostu 

twoi rodzice... 

Emily poklepała go po dłoni. 

- Oni tacy są. Szlachetni, wspaniali, akceptujący. 

Reszta rodziny również. Spotkało mnie wielkie szczę­

ście, że mogłam dorastać w takim domu. Przez pewien 

czas było inaczej, jakoś dziwnie i ponuro, ale teraz, 

kiedy mama wróciła, znów zapanowała radość. Wszy­

scy się wszystkim przejmują, troski i zmartwienia jed­

nego są troskami i zmartwieniami całej reszty. Dlatego 

czasem lubię wyruszyć samotnie w góry i spędzić kil­

ka dni w mojej grocie. 

Josh wcisnął pedał gazu; po chwili skręcił z pod­

jazdu w szosę. 

- To dobrzy, porządni ludzie. Nieczęsto się takich 

spotyka. Zazdroszczę ci, Emily. Naprawdę. Przyjęli mnie 

z otwartymi ramionami. Nie zadawali pytań, nie patrzyli 

na mnie z góry. W końcu pochodzimy z dwóch różnych 

światów Joe był senatorem, prowadzi interesy, a ja jestem 

nikim, kowbojem startującym w rodeo. Wiesz... wie­

dzieli o Tobym. Że... że to mój brat. 

Esmily skinęła w ciemności głową. 

- Tak. Powiedziałam im dziś po południu. Wyjaś­

niłam, że od czasu do czasu, kiedy zawody odbywają 

się gdzieś daleko, gdzie nie masz ochoty jechać, wy­

najmujesz się do pracy na ranczu. Że teraz pracujesz 

u Rollinsa. 1 że spotkaliśmy się w miasteczku, w skle­

pie z artykułami sportowymi. Oni sądzą, że to był 

zbieg okoliczności. 

background image

DOM RADOŚCI 169 

- Dzięki, Emily. Jestem ci wdzięczny. Podejrze­

wam, że nie powitaliby mnie tak serdecznie, gdyby 
wiedzieli, że przyjechałem po to, żeby cię odnaleźć, 

a potem wyładować na tobie swoją wściekłość i fru­
strację. 

- Pewnie nie - przyznała cicho. Tak cicho, że po­

patrzył na nią zaniepokojony. 

- Co się stało? - spytał. - Palnąłem coś głupiego? 

już wiem. Powinienem cię przeprosić. Ciągle ktoś cię 

śledzi, poszukuje. Najpierw Pike, potem ja. To napra­

wdę może człowieka wytrącić z równowagi. I jeszcze 

druga rzecz: tamtego pierwszego dnia strasznie na cie­

bie naskoczyłem. To było podłe i wredne z mojej stro­

ny. Żałuję, że nie ugryzłem się w język. Przepraszam, 

Emily. 

Odetchnęła głęboko. 

- Wiesz, chyba potrzebowałam usłyszeć te słowa. 

Dziękuję. - Na moment zamilkła. - To co, jesteś głodny? 

- Chcesz znać prawdę? Zanim poznałem twoich ro­

dziców, potwornie się denerwowałem. Byłem pewien, 

że już nigdy nie zdołam nic przełknąć. 

- A teraz? 
Wyszczerzył w uśmiechu zęby. 

- Mógłbym zjeść konia z kopytami. Znasz tu jakąś 

restaurację, gdzie serwują steki? 

- Duże, soczyste, z zewnątrz przyrumienione, 

w środku krwiste? - Oblizawszy się ze smakiem, opar-

ła się wygodnie o siedzenie. - Jest takie jedno miejsce. 

Na razie jedź prosto, potem wskażę ci drogę. 

background image

170 

KASEY MICHAELS 

Zastanawiała się, czy Josh zdaje sobie sprawę, jak 

działa na kobiety jego uśmiech. 

Gdyby spojrzenie mogło zabić, kształtna blondynka, 

która podszedłszy do ich stolika, przedstawiła się: „Do­

bry wieczór, mam na imię Missy; będę dziś państwa 

obsługiwała", po czym kręcąc biodrami, skierowała się 

do bufetu, żeby złożyć zamówienie, byłaby już trupem. 

Kiedy Emily spytała o specjalność dnia, Missy obró­

ciła się w stronę Josha i ponętnym, lekko zasapanym 

głosikiem kojarzącym się z głosem Marilyn Monroe, 

zaczęła zachwalać: 

- Och, mamy pyszne, soczyste piersi z kurczaka. 

Podajemy je z ryżem na ostro oraz świeżutkimi, chru­

piącymi bułeczkami. Gorąco polecam. 

Emily zazgrzytała zębami, po chwili jednak, zoba­

czywszy, że Josh pozostaje całkiem nieczuły na wdzię­

ki zalotnej kelnerki, uśmiechnęła się do niej, podzię­

kowała za informację i zamówiła krwisty stek. 

Pochyliła się do przodu, oparła łokcie o stół, a bro­

dę o złączone dłonie. 

- Nawet nie zauważyłeś tego, co tu się przed chwilą 

działo, prawda? - spytała, podziwiając spokój, z jakim 

Josh pije piwo z oszronionego kufla. 

- Chodzi ci o naszą kelnerkę? O pannę Missy? 

Owszem, zauważyłem. Ale nie jestem zboczeńcem. Ile 

ona mogła mieć lat? Dwanaście? A ja mam trzydzieści 

pięć. Nie pociągają mnie podfruwajki. 

Emily odchyliła się na krześle. 
- Ja mam dwadzieścia. 

Zrobił zgorszoną minę. 

background image

DOM RADOŚCI 171 

- Ojej, naprawdę? Cholera, powinienem był popro­

sić cię o jakiś dowód tożsamości. 

- Bardzo śmieszne. A Missy, mój drogi, musi mieć 

co najmniej dwadzieścia jeden, bo inaczej nie wolno 

by jej było podawać alkoholu. 

To absurd, pomyślała. Dlaczego, na miłość boską, 

rozmawia z Joshem o kelnerce? Przecież istnieją zna­

cznie ciekawsze tematy. I dlaczego przyznała mu się 

do swojego wieku? Czyżby chciała usłyszeć, że jest 

dla niego za młoda? Zachowywała się niemal tak, jakby 

usiłowała go sprowokować albo wszcząć kłótnię. 

- Posłuchaj, Emily. Może gdyby Missy została 

w dzieciństwie sierotą, gdyby została adoptowana, 

a potem przeżyła wypadek samochodowy, w wyniku 

którego na dziesięć lat straciłaby matkę, gdyby w ciągu 

tych dziesięciu lat żyła w strachu, nie wiedząc, co jest 

prawdą, a co złudzeniem, gdyby trzy razy usiłował ją 

zabić wynajęty morderca i gdyby w jej ramionach 

umarł młody, szlachetny człowiek, może wtedy uznał­

bym ją za osobą dorosłą i dojrzałą psychicznie. Być 

może się mylę, może ją źle oceniam, ale wydaje mi 

się, że największe nieszczęście, jakie przytrafiło się na­

szej miłej kelnereczce, to to, że odkleił się jej sztuczny 

paznokieć i wpadł do sałatki zamówionej przez jakie­

goś klienta. Missy wciąż jest dzieckiem, natomiast ty, 

mimo dwudziestu lat, przeżyłaś więcej niż niejedna 

Pięćdziesięcioletnia kobieta. Jesteś osobą nad wiek doj­

rzałą. 

Zamrugała  powiekami, usiłując powstrzymać łzy, 

po czym zajęła się rozkładaniem serwetki na kolanach 

background image

172 KASEY MICHAELS 

- A ty, Josh, ile masz lat? Nie według metryki, lecz 

według doświadczeń? - spytała cicho. 

- Dziewięćdziesiąt. Czasem sześć, niekiedy piętna­

ście. Myślałaś, że nie wiem? 

Utkwiła spojrzenie w twarzy siedzącego naprzeciw­

ko siebie mężczyzny. 

- Wciąż jesteś głodny? - spytała, marząc o tym, 

aby dzielący ich stolik nagle znikł. 

- Już nie - odparł. Wyjął z kieszeni kilka bankno­

tów dwudziestodolarowych i położył na pustym tale­

rzyku. - Chodźmy stąd. 

Trzymając się za ręce, skierowali się do drzwi. Po 

drodze minęli żującą gumy Missy, która niosła do ich 

stolika dwie sałatki. Kelnerka przystanęła zdziwiona 

i poruszając rytmicznie szczęką, odprowadziła ich 

wzrokiem do drzwi. 

Na widok wybałuszonych oczu Missy Emily zaczę­

ła chichotać. Josh objął ją ramieniem i przytulił do sie­

bie. Wybiegli z restauracji; zanim dotarli do ciężarów­

ki, oboje zataczali się ze śmiechu. 

Dysząc ciężko, Emily opadła na siedzenie; chwilę 

później Josh otworzył drzwi od strony kierowcy i też 

wsunął się do środka. W blasku rozmieszczonych na 

parkingu latarni wyraźnie widziała jego twarz. 

- Dokąd teraz? - spytał, świdrując ją oczami. 

- Nie pytaj - rzekła, poważniejąc. - Po prostu jedli 

do najbliższego motelu. 

Cisnąwszy kapelusz na tylne siedzenie, przekręci' 

kluczyk w stacyjce. Z głośnym piskiem opon opuścili 
parking. Niecałe pięć minut później Emily zobaczyła 

background image

DOM RADOŚCI 

173 

ustawiony przy drodze jaskrawy neon z nazwą motelu, 
a niżej migający napis informujący o wolnych poko­

jach. 

Dziesięć minut po opuszczeniu restauracji Josh wsu­

nął klucz w drzwi z numerem A 16. 

Dziesięć minut i dziesięć sekund później porwał 

Emily w ramionach i zatrzasnąwszy drzwi kopnię­

ciem, przeniósł ją do łóżka. Nie rozmawiali. Nie mieli 

takiej potrzeby. Gesty zastępowały słowa, wyrażały 

oczekiwania, potrzeby i pragnienia. 

Namiętny pocałunek trwał tylko chwilę. Potem, od­

rywając usta od warg, zaczęli się rozbierać. Szybko 

zdarli z siebie ubranie, odciągnęli na bok kołdrę i padli 

na materac. 

Gładził jej miękkie, gładkie ciało swoimi pokrytymi 

odciskami dłońmi; tą samą trasą, którą pokonywały dło­

nie, wędrowały jego wargi i język. Emily odrzuciła 

w bok głowę, zamknęła oczy; starała się na zawsze za­

pamiętać każdy cudowny dotyk, każde nowe wrażenie. 

Od wczorajszej przygody w górskiej grocie nie była 

dziewicą; nie miała doświadczenia w sprawach miło­

ści, ale nie zamierzała być kochanką, która bierze, nie 

dając nic w zamian. Zacisnęła ręce na ramionach Jo-

sha. Odwzajemniała czułości, pieszczoty, pocałunki. 

Kiedy usłyszała jego cichy jęk i poczuła, jak drży, zro­

zumiała, że oboje podążają wspólną drogą. 

- Miałem nadzieję, że tak się skończy dzisiejszy 

wieczór - szepnął jej do ucha. - I tym razem wziąłem 

prezerwatywę. Ale jeśli będziesz mnie tak dotykać, nie 

zdołam po nią sięgnąć. 

background image

174 

KASEY MICHAELS 

- Tak dotykać? - Emily na moment zwolniła 

uścisk, po czym szybko otoczyła Josha nogami w pa­

sie. Ciemność panująca w pokoju pomogła jej pozbyć 

się zahamowań. - To znaczy jak? - spytała, kołysząc 

się zmysłowo. 

Delikatnie chwycił ją za biodra i uwolnił się. 
- Miej nade mną litość! - jęknął ze śmiechem. 
Sięgnął po leżące na podłodze dżinsy i z małej prze­

dniej kieszonki wydobył lśniące opakowanie. Po chwi­

li, obejmując Emily, ponownie obsypał ją pocałunkami. 

Szczęśliwa zamknęła oczy, rozkoszując się nowymi 

wrażeniami. Stanowią jedność. Ona jest częścią Josha, 

on częścią jej. Instynktownie czuła, że ta noc na zawsze 

ich połączy. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Leżała przytulona do kochanka, z jedną nogą za­

rzuconą na jego udo, i czubkami palców rysowała kó­

łeczka na jego nagiej klatce piersiowej. Niby była 

w przydrożnym motelu, a czuła się jak w niebie. 

Josh w milczeniu pocierał jej ramię, rozkoszując się 

gładką, jedwabistą w dotyku skórą, a jednocześnie 

myśląc o tym, że popełnił kolejny duży błąd. 

Nie miał Emily nic do zaoferowania. Dosłownie nic. 

Mimo to obiema rękami brał to, co ona mu dawała, 

brał i wciąż było mu mało. Pragnął ją kochać, trzymać 

mocno w objęciach, pozwolić, aby jej namiętność i si­

ła wyleczyły jego rany, ukoiły ból. 

- W przyszłym tygodniu koło Phoenix odbywa się 

rodeo - rzekł, niemal sam nie wierząc w to, co mówi. 

- Chyba rzucę robotę u Rollinsa i pojadę. Zresztą do 

Rollinsa nająłem się na krótko, więc z tym nie powinno 

być problemu. 

Poczuł, jak Emily sztywnieje; ręka, którą gładziła 

go po klatce piersiowej, znieruchomiała. 

- Aha - szepnęła cicho; w jej głosie wyraźnie po­

brzmiewał smutek. 

- Wiesz... - Wciąż ją obejmując, podsunął się wy-

żej, tak by móc oprzeć się o wezgłowie. - Sporo czasu 

background image

176 KASEY MICHAELS 

minęło, odkąd brałem udział w zawodach. Właściwie 

od śmierci Toby'ego nie... W każdym razie najwyższy 

czas, żebym wrócił na arenę. Bądź co bądź, nie jestem 

wolnym ptakiem. Mam podpisane różne kontrakty, 

sponsorzy całkiem nieźle mi płacą, ale żądają czegoś 

w zamian. Nie wystarczy, abym reklamował ich pro­

dukty na cudzym ranczu. Liczą na to, że będę pojawiał 

się na zawodach, jeśli nie na wszystkich, to przynaj­

mniej na ważniejszych, i niektóre z nich wygrywał. 

- Rozumiem. A rodeo w Phoenix należy do tych 

ważniejszych? 

- Nie najważniejszych, ale do ważnych - odparł. 

- Zbyt długo odpoczywałem. Nie tylko sińce zdążyły 

mi poznikać, ale i mięśnie sflaczeć. Naprawdę muszę 

wrócić, bo inaczej zupełnie stracę kondycję. 

- No tak, pewnie masz rację - przyznała smętnie 

Emily. Przez kilka ciągnących się w nieskończoność 

sekund w pokoju panowała cisza. - Kiedy zamierzasz 

wyjechać? 

Czuł ucisk w gardle, który utrudniał mówienie. 
- Niedługo. To kawał drogi stąd. 

Emily czuła podobny ucisk i też miała problemy 

z mówieniem. 

- Faktycznie. Kawał drogi. 

- Mógłbym zostać kilka dni dłużej... - powiedział 

i natychmiast pożałował, że nie ugryzł się w język-

Niepotrzebnie robił nadzieję, nie był tylko pewien ko­

mu: sobie czy Emily. 

- Miło by było - szepnęła. - A czy... czy wrócisz-

Czy myślałeś o tym, żeby tu potem wrócić? 

background image

DOM RADOŚCI 177 

Przytulił ją mocniej. Uniosła głowę. 

- Dobrze wiesz, że nie powinienem - rzekł. -

Oboje to wiemy. Cholera, w ogóle nie powinno mnie 

tu teraz być, w tym motelu. Ani ciebie. Powinienem 

był grzecznie odwieźć cię do domu. 

Uwolniła się z jego objęć i usiadła, odgarniając 

włosy z twarzy. 

- Dlaczego? Dlaczego uważasz, że źle postąpiliśmy? 

Wyprostował się. Starał się nie wlepiać w nią oczu, 

kiedy siedziała przed nim z odsłoniętymi piersiami. 

Nie próbowała się zasłaniać, pewnie nawet nie zdawała 

sobie sprawy z własnej nagości. Boże, jest taka piękna, 

taka doskonała! Właśnie o kimś takim marzył, gdy po­

zwalał sobie na marzenia. 

- Przecież wiesz. 

- Chodzi ci o różnicę wieku? - spytała. - Że je­

stem o tyle od ciebie młodsza? Mówiłeś, że to nie ma 

znaczenia. 

Powiódł wzrokiem po jej twarzy. 
- Bo nie ma, ale nie w tym problem. Po prostu nie 

powinienem... nie miałem prawa... - Szukał właści­

wych słów. - Nasze spotkanie nie było przypadkowe; 

kierowały mną niewłaściwe pobudki. Czuję się jak ostatni 

drań. Z tego powodu, że śmiałem cię tknąć, że... 

Przerwała mu. 
- Toby, prawda? - Jakby nagle speszona własną 

nagością, podciągnęła wyżej prześcieradło. - Chodzi 

o Toby'ego? Prawda, Josh? 

Obiema rękami przeczesał włosy, po czym kilka ra­

­y uderzył głową o oparcie łóżka. 

background image

178 

KASEY M1CHAELS 

- Psiakość, Emily! Oczywiście, że chodzi o To-

by'ego. On cię kochał. 

- Rozumiem - powiedziała, otulając się mocniej 

prześcieradłem. - A ty nie kochasz. Za to ty ze mną 

spałeś, a on nie. Powiedz mi, Josh, czy poprzez seks 

chciałeś się na mnie zemścić? Ukarać mnie? Sprawić, 

abym miała jeszcze większe wyrzuty sumienia? 

- Nie! - Zacisnął ręce na jej ramionach. - Mój Bo­

że, Emily, co ty wygadujesz? Pragnąłem cię od pierw­

szej chwili! Odkąd cię tylko zobaczyłem! Byłem na 

siebie wściekły. Przez całą drogę na ranczo Rollinsa 

czyniłem sobie wyrzuty. Nie mogłem tego pojąć. Czu­

łem się nie w porządku wobec Toby'ego. A teraz... 

zdradziłem go nie raz, lecz dwa razy. A wiesz, co 

w tym wszystkim jest najgorsze? Bez wahania zdra­

dziłbym po raz trzeci. 

- Odwieź mnie do domu, Josh. - Odsunęła się, 

uwalniając od jego dotyku. - Chciałabym wrócić na 

ranczo. 

- Emily... - Wyciągnął do niej rękę, ale wymknęła 

mu się i zaczęła zbierać z podłogi ubranie. - Emily, 

na miłość boską... 

- Nie, Josh. - Obróciła się do niego twarzą, ści­

skając w ręce sweter

1

 i spódnicę. - Nie mam ochoty 

z tobą rozmawiać. Nie mów mi o Tobym, nie mów 

o tym, co sam czułeś. Po prostu mnie to nie interesuje. 

Ofiarowałam ci coś cennego. Wziąłeś to świadomie. 

bez wahania. Wiedziałeś, co ci daję, i nie miałeś skru­

pułów. 

Dziewictwo. Na pewno o to jej chodzi. Że pozbawił 

background image

DOM RADOŚCI 

179 

ją dziewictwa. Schyliwszy się po dżinsy, wciągnął je 

pośpiesznie, po czym złapał Emily za łokieć, zanim 

zdążyła przejść do łazienki, by się ubrać. 

- Puść mnie - poprosiła przez zaciśnięte zęby. 

- Nie mogę. - Zgarnął ją w ramiona. - Nie po­

zwolę, żebyśmy się rozstali w złości. 

Na moment straciła wolę walki; oparła głowę o jego 

pierś. 

- Ale rozstać się musimy, tak? - spytała. - Z po­

wodu Toby'ego? 

Zaczął całować jej szyję, gładzić ją po plecach. 

- Tak, z powodu Toby'ego. Mój brat nie żyje, Emily. 

A ja? Pożądam kobiety, którą on kochał. Zaciągam ją 

do łóżka. W jakim świetle to mnie stawia? No, pomyśl. 

Z całej siły odepchnęła go od siebie. Nie walczył 

z nią, nie przytrzymywał wbrew jej woli! Cofnąwszy 

się krok, zobaczył wściekłość w jej oczach. 

- Nie rozumiem cię, Josh. Przyjeżdżasz tu po to, 

żeby wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia. Niepotrzeb­

nie, bo i tak mam ich nadmiar. A teraz sam masz wy­

rzuty sumienia, że ośmieliłeś się mnie tknąć. Uważasz, 

że do końca życia powinnam pozostać dziewicą? Że 

z szacunku dla Toby'ego nie powinnam nikomu po­

zwolić się dotknąć? Kochałam Toby'ego. To był dobry, 

wyjątkowo szlachetny człowiek. Jeśli chcesz wznieść 

świątynię ku jego czci, to twoja sprawa. Ale mnie nie 

używaj jako budulca. 

Drzwi do łazienki zatrzasnęły się z hukiem. Josh 

podszedł wolno do łóżka, usiadł na jego krawędzi. 

zwiesił nisko głowę. 

background image

180 

KASEY MICHAELS 

Emily ma rację. Życie toczy się naprzód. Świat nie 

zatrzymał się w miejscu z chwilą śmierci Toby'ego. Je­

dynie ich świat przestał istnieć - świat braci Atkinsów. 

Kiedyś w przyszłości Emily pozna kogoś, zakocha 

się i będzie kochana. Wyjdzie za mąż, urodzi dzieci. 

Wszystko dzięki Toby'emu, który oddał za nią życie. 

Który zginął po to, by ona mogła cieszyć się życiem. 

Ale nie z nim. On nie może zająć miejsca brata; 

nie może być tym mężczyzną, który ofiaruje Emily 

radość i szczęście. 

Drzwi łazienki otworzyły się - tym razem huknęły 

o ścianę - i Emily wyłoniła się ze środka. Ubrana, 

z burzą rozwichrzonych włosów i złością w oczach, 

stanęła gotowa do kolejnej rundy. 

- Jedno mi powiedz. - Zbliżywszy się o krok, po­

patrzyła na Josha oskarżycielskim wzrokiem. - Co by 

było, gdyby Silas Pike mnie nie odnalazł? Gdybyś 

przyjechał w odwiedziny do brata, kiedy mieszkałam 

w Keyhole, gdyby Toby nas sobie przedstawił, a ty 

zapragnąłbyś mnie od pierwszej chwili? Co wtedy? Od­

szedłbyś, aby nie wchodzić w drogę bratu, nawet gdy­

byś wiedział, że ja jego nie kocham? No? Odpowiedz 

mi: odszedłbyś? 

Długo nie mógł oderwać od niej oczu. Odpowiedź 

miał na końcu języka: Nie, Emily, nie odszedłbym. Tak 

łatwo bym się nie poddał. Gdybym wyczuł, że nie je­

stem ci obojętny, walczyłbym o ciebie. Bo wiedział­

bym, że nie pasujecie do siebie z Tobym. To my do 

siebie pasujemy, ty i ja. Ale teraz to nie ma znaczenia 

Po prostu nie możemy być razem. 

background image

DOM RADOŚCI 181 

Wolno powstał z łóżka i sięgnął po kurtkę. 

- Chodź, odwiozę cię do domu. 

Dwa dni później wprowadził konie do przyczepy 

i opuścił ranczo Rollinsa. Emily znała godzinę jego 

wyjazdu, bo tym razem to ona zabawiła się w szpiega. 

Osiodławszy Molly i włożywszy do torby przygoto­

wany przez Inez lunch, wybrała się na kilkugodzinną 

przejażdżkę. Sama przejażdżka trwała krótko; więk­

szość czasu trwał postój. Godzinami siedziała na wzgó­

rzu, obserwując stajnię Rollinsa. 

Czuła się głupio, naprawdę kretyńsko, ale to było 

silniejsze od niej. Po prostu musi się przekonać, czy 
Josh zrobi to, co zapowiedział, i wyjedzie z Kalifornii. 

Wyjechał. Bez pożegnania. 

Przekonała się o tym drugiego dnia po wieczorze 

spędzonym w motelu. O godzinie dziesiątej rano. 

0 dwunastej była z powrotem w Haciendzie de Ale-

gria. Otulona ciepłą kurtką, z zaciśniętymi w pięści dłoń­

mi schowanymi do kieszeni i brodą opartą o klatkę pier­

siową, siedziała na patio, nieopodal fontanny. Nie wie­

działa, po co wyszła na dwór ani jak długo będzie sie­

działa na zimnie, wpatrując się tępo przed siebie. Zresztą 

nawet gdyby wiedziała, nic by jej to nie dało. 

Oddała swoje ciało i serce mężczyźnie, który nie 

mógł zrewanżować się tym samym. Czy to nie szczyt 

idotyzmu? A przecież nie jest głupia. 

Wyciągnęła przed siebie nogi, odchyliła głowę do 

tyłu i wbiła załzawiony wzrok w niebo. Listopadowe 

słońce wyglądało jakoś wodniście. 

background image

182 KASEY MICHAELS 

Dziwne. Świeciło jakby nigdy nic. Życie toczyło 

się dalej. Chryzantemy w ogrodzie wciąż kwitły, two­

rząc czerwone, pomarańczowe i złote plamy na tle zie­

leni. A jednak jej świat przygasł, spochmurniał, stracił 

kolor. Opuściła ją radość i nadzieja. Został jedynie ból. 

- Nie będziesz miała nic przeciwko temu, jeśli się 

przysiądę? 

Emily podskoczyła; obok stała doktor Martha Wil-

kes i uśmiechała się przyjaźnie. 

- Ależ nie - powiedziała, podnosząc się. - Dlacze­

go miałabym mieć coś przeciwko temu? 

Martha przyciągnęła do siebie sąsiednie krzesło 

i usiadła, ruchem głowy wskazując Emily, aby uczy­

niła to samo. 

- Nie wiem, kochanie. Może dlatego, że Meredith 

i Joe liczyli na to, że zdołam z tobą porozmawiać, a ty 

od początku unikasz mnie jak ognia? 

- Unikam jak ognia? - powtórzyła za nią dziew­

czyna, rumieniąc się po czubki uszu. - Nieprawda. 

Wcale nie... No dobrze - przyznała. - Rzeczywiście 

omijam panią szerokim łukiem. Przepraszam. 

- Nie, nie przepraszaj. - Lekarka pochyliła się 

i poklepała Emily po ręce. - Rozmowa ze mną, jeżeli 

się na nią zdecydujesz, nie może być przeze mnie wy­

muszona. Sama musisz jej pragnąć, czuć, że ona ci 

pomoże. Narzucanie komukolwiek terapii nie przynosi 

żadnego skutku. Więc możesz się mnie nie obawiać. 

Chciałabym jednak poznać cię odrobinę lepiej, choćby 

dlatego, że tak wiele o tobie słyszałam i że tak wiele 

znaczysz dla Meredith. 

background image

DOM RADOŚCI 183 

Emily ponownie oparła brodę na piersi; kątem oka 

popatrzyła na lekarkę. 

- Mama martwi się o mnie, prawda? Wszyscy się 

o mnie martwią. Głupio mi... 

- Głupio ci, że dostarczasz im powodu do zmar­

twienia? Czy że nie potrafisz temu zapobiec? Bo wiesz, 

wydaje mi się, że wyczuwam w twoim głosie nutę 

złości. 

Emily skrzywiła się. 

- Chcę tylko, żeby zostawili mnie w spokoju. Czy 

zbyt wiele żądam? Nie, niech pani nie odpowiada. Na­

leżę do rodziny Coltonów, a to znaczy, że każdy inny 

Colton ma prawo wtrącać się do mojego życia. Wtrącać 

się, analizować moje zachowanie, wytykać mi błędy, 

chwalić, krytykować, dawać rady. Tak to już u nas jest. 

- A jak myślisz, dlaczego to robią? Dlaczego się 

wtrącają, wytykają, radzą? Ponieważ są zgrają wścib-

skich potworów, którzy chcą tobą rządzić i manipulo­

wać, czy dlatego, że cię kochają? 

- Odnoszę wrażenie, że zadaje pani pytania, na któ­

re sama dobrze zna odpowiedź. Oczywiście dlatego, 

że mnie kochają. 

- Nie znam wszystkich odpowiedzi, Emily. Nie 

wiem, na przykład, dlaczego jesteś zła? Dlatego, że 

cię kochają? 

Poderwawszy się na nogi, Emily przeszła kilka kro­

ków, po czym obróciła się i utkwiła oczy w twarzy 

lekarki. 

- Dlatego, że mi nie wierzyli! - odparła, zaskoczo-

na siłą tłumionych dotąd emocji. - Dziesięć lat, pani 

background image

184 

KASEY MICHAELS 

doktor! Dziesięć lat nie mogłam ich zmusić, aby mi 

uwierzyli! Nauczyli mnie jeździć konno, nauczyli mnie 

myśleć samodzielnie. Byłam otoczona miłością, opie­

ką; dawali mi wszystko, czego chciałam, ale nie po­

trafili mi zaufać. Sądzili, że bredzę, że ponosi mnie 

fantazja. Dziesięć lat! Cholera jasna, nie musiało do 

tego dojść. Takie to wszystko niepotrzebne. Wspaniała 

kreacja aktorska Patsy, amnezja mamy, śmierć To-

by'ego... - Nagle, przerażona, zakryła rękami usta 

i wytrzeszczyła oczy. Potem wolno opuściła ręce. -

Boże, co ja przed chwilą powiedziałam? 

Martha poklepała oparcie pustego fotela, zachęcając 

Emily, aby ponownie usiadła. 

- Powiedziałaś bardzo dużo, kochanie. Bardzo du­

żo - odparła łagodnie. - Chcesz o tym dalej rozma­

wiać? 

Powłócząc nogami, Emily podeszła z powrotem do 

fotela. Czuła się słaba, krucha, jak staruszka, która le­

dwo chodzi o własnych siłach. 

- Tak, chcę. Nie zdawałam sobie dotąd sprawy, że 

jest we mnie tyle złości - przyznała cicho. - Pani do­

ktor, przecież ja kocham swoją rodzinę. Bardzo ich 

wszystkich kocham. 

- Wiem. - Lekarka pokiwała głową. - Ale żadna 

rodzina nie jest doskonała. Wszyscy popełniamy błędy; 

najczęściej wynikają one z miłości i nadmiernej troski, 

czasem dlatego, że nie potrafimy spojrzeć prawdzie 

w oczy i zrozumieć, co się wokół nas dzieje. Są sy­

tuacje, które wykraczają poza naszą zdolność logicz­

nego myślenia. Wszyscy przeżyliście ogromną stratę-

background image

DOM RADOŚCI 

185 

Cała rodzina. Ale na razie skupmy się na tobie. Jak 

sądzisz: dlaczego Joe, twoi bracia i siostry nie uwie­

rzyli w to, co im mówiłaś? 

- Bo byłam dzieckiem - odparła cicho Emily. 

- A później? Kiedy przestałaś być dzieckiem? Dla­

czego wciąż ci nie wierzyli? I dlaczego ty nie zwróciłaś 

się do nich o pomoc? Dlaczego nie poszłaś do ojca 

lub któregoś ze swoich braci i nie powiedziałaś im 

o mężczyźnie, który czyhał na ciebie w pokoju? Dla­

czego wolałaś uciec od najbliższych, zamiast przybiec 

do nich i u nich szukać pomocy? 

Emily zamrugała oczami. Łzy ściskały ją za gardło. 

Znała odpowiedzi na pytania lekarki. Poznała je nie­

dawno w grocie, podczas rozmowy z Joshem. 

- Ponieważ sama w to do końca nie wierzyłam. -

Westchnęła ciężko. - Zaczęłam myśleć, że może nie 

mam racji; może Patsy jest moją mamą, tyle że w tra­

kcie wypadku doznała uszkodzenia głowy; może na 

skutek wstrząsu z osoby dobrej i łagodnej przeistoczy­

ła się w osobę okrutną i bezlitosną, chorą psychicznie 

i groźną dla otoczenia. - Utkwiła spojrzenie w lekar­

ce. - Po prostu doszłam do przekonania, że moja włas­

na matka pragnie mnie zabić, Jak mogłam to wszystko 

powiedzieć ojcu? 

- Więc uciekłaś z domu - rzekła Martha, kładąc 

dłonie na kolanach. - Uciekłaś, zaszyłaś się w jakiejś 

norze i czekałaś. Dopiero kiedy odnaleziono Meredith 

w Missisipi, rodzina zobaczyła, że to ty miałaś rację. 

Byłaś zła na swoich bliskich? 

Emily pokręciła przecząco głową. 

background image

186 

KASEY MICHAELS 

- Nie, byłam szczęśliwa. Rozpierała mnie radość. 

- Uśmiechnęła się z zadumą; po chwili kontynuowała: 

- Byłam szczęśliwa, dopóki nie wróciłam do Keyhole 

i Toby nie zginął. Zawdzięczam mu życie... - Pod­

niosła oczy. - Sophie twierdzi, że zachował się jak bo­

hater. Że obwiniając się o śmierć Toby'ego, umniej­

szam jego zasługi. Że czynię z niego ofiarę. A on prze­

cież był bohaterem, prawda? 

- O tak, zdecydowanie. Wykazał się wielką odwa­

gą, heroizmem. A co uważa jego brat? 

- Josh? - Zwiesiwszy głowę, zaczęła się bawić 

sznurkami od kaptura, zwijać je, prostować, okręcać 

wokół palców. - On... on wszystko rozumie. Kocha 

Toby'ego i jest z niego dumny. 

- Słusznie. - Lekarka przyjrzała się uważnie Emi-

ly. - To wszystko? 

- Chyba nie chcę więcej rozmawiać na ten temat 

- odrzekła z namysłem. - Dobrze, pani doktor? 

- Naprawdę wolisz tłumić to w sobie? 

Po chwili Emily pokręciła głową. 
- Cieszę się, kochanie. Słyszałam, że Toby był 

w tobie zakochany, ale ty traktowałaś go wyłącznie jak 

przyjaciela. On was zbliżył, ciebie i Josha, prawda? 

- Zbliżył? Chyba nie. Josh wybaczył mi śmierć 

brata, tak sądzę. Sama też sobie wybaczyłam. Ale Toby 

mnie kochał, więc Josh uważa, że powinien trzymać 

się ode mnie z daleka. - Otarła rękawem łzy. - Czy 

to sprawiedliwe? Oboje darzyliśmy Toby'ego uczu­

ciem. Czy z tego powodu mamy rezygnować ze wspól­

nego życia, z szansy na szczęście? 

background image

DOM RADOŚCI 187 

Martha odchyliła się na krześle i zmarszczyła czoło. 

Wyraźnie nie znała odpowiedzi na wszystkie pytania. 

- Wy... ty i Josh... łączy was coś więcej niż jedna 

randka? 

Emily roześmiała się smutno. 

- Owszem, pani doktor. Łączy nas znacznie więcej. 

Ale Josh wyjechał, twierdząc, że ze względu na Toby'ego 

nie możemy snuć żadnych planów na przyszłość. Żałuję, 

że przyjechał do Kalifornii, że go poznałam. 

- Coś mi się zdaje, że to człowiek o skompliko­

wanej naturze. 

- O skomplikowanej naturze? - Emily przeczesała 

ręką włosy. - Tak psychologowie określają faceta, który 

idzie z kobietą do łóżka, a potem mówi: przykro mi, ma­

ła, ale nie widzę dla nas przyszłości? Bo my, kobiety, 

określamy takich facetów mianem podłych sukinsynów. 

- Wiem, kochanie, ale to nie takie proste. Myślę, 

że Josh jest wrażliwym człowiekiem, który nie uporał 

się z bólem po stracie brata i potrzebuje czasu na doj­

ście do równowagi, zanim będzie w stanie podejmo­

wać wiążące decyzje. Powiedz, czy on cię kocha? 

Emily wyciągnęła z kieszeni zmiętą chusteczkę 

i wytarła nos. 

- Nie wiem. 
- A ty jego? 
- Czy go kocham? Jak mogłabym go kochać? Prze­

cież wyjechał 

- Owszem, wyjechał. Ale dlaczego? Żeby chronić 

siebie, czy może jednak pomóc tobie? 

- Ale w jaki sposób fakt jego wyjazdu miałby mi 

background image

188 KASEY MICHAELS 

pomóc? Długo rozmawialiśmy. Wydawało mi się, że 

wszystko rozumie. Że jest jedyną osobą, z którą mogę 

mówić szczerze i otwarcie. Od samego początku ist­

niała między nami dziwna więź. Jakaś symbioza. -

Oparłszy łokcie na kolanach, pochyliła się do przodu. 

- To było tak, jakbym spotkała swoją drugą połowę. 

Nienawidziłam go, lecz wiedziałam, że go potrzebuję. 

On czuł to samo, jestem tego pewna. Więc jak mógł 

odjechać? Jak mógł mnie zostawić? No jak, pani do­

ktor? 

Martha zamknęła oczy, usiłując zebrać myśli. 
- Słyszałam, że czasami wymykasz się z domu peł­

nego ludzi i ruszasz w góry. Na kilka godzin lub kilka 

dni. Po prostu chcesz pobyć sama w ciszy i skupieniu, 

mieć chwilę dla siebie, żeby przemyśleć parę spraw. 

Samotność cię wzmacnia, daje ci siłę, aby normalnie 

żyć. Może Josh też potrzebuje pobyć sam, z dala od 

ciebie, żeby móc się zastanowić, podjąć decyzje, spoj­

rzeć w głąb siebie. Takie wyjaśnienie chyba potrafiła­

byś zrozumieć, prawda? 

- No tak - przyznała Emily, kiwając wolno gło­

wą. - Potrafiłabym. Josh od lat jeździ po kraju, wy­

stępując na rodeo. Większość czasu jest w drodze 

sam. Przywykł do samotności. Poza Tobym nie miał 

nikogo. Nie jest typem człowieka, który stale szuka 

towarzystwa. 

- A zatem, gdyby coś go dręczyło albo gdyby miał 

kłopoty, nie zacząłby dzwonić do przyjaciół, aby się 

im zwierzyć i prosić o radę? 

Emily uśmiechnęła się z zadumą. 

background image

DOM RADOŚCI 189 

- Myślę, że nie. Ja też bym tego nie zrobiła. To 

kolejna rzecz, jaka nas łączy. 

- Kolejna? Poza Tobym? 

- Tak - odparła szeptem i odwróciwszy wzrok, po­

patrzyła na odległy horyzont. 

- Posłuchaj, moje dziecko. Jestem lekarzem, a nie 

jasnowidzem. Nie umiem ci powiedzieć, czy Josh do 

ciebie wróci, czy nie, bo tego nie wiem. Ale ty wiesz. 

W głębi serca znasz prawdę. - Na moment umilkła. 

- Chciałabym, żebyśmy jeszcze trochę porozmawiały. 

0 twojej rodzinie, o Patsy, o Silasie Pike'u... i o To­

bym. Chyba sama rozumiesz, że to jest konieczne. Po­

winnaś wszystko z siebie wyrzucić, dopiero wtedy od­

zyskasz spokój. Proces zdrowienia wymaga czasu. 

Każdy w swoim tempie odzyskuje równowagę. Przy­

puszczalnie twoje spotkanie z Joshem nastąpiło w nie­

właściwym dla was obojga momencie, ale kiedyś na­

dejdzie odpowiedni dzień. Lepiej, żebyś była na niego 

przygotowana, prawda? 

- A jeśli Josh nie wróci? 
- To też lepiej, abyś była przygotowana. 

- Ma pani rację - przyznała Emily, wzdychając cięż­

ko. Ale po chwili uniosła brodę; poczuła, jak wstępuje 

w nią wola walki. - Muszę być silna. I uporządkować 

sobie wszystko w głowie, żeby nie błądzić po omacku. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Powoli zbliżało się Święto Dziękczynienia. Siedziba 

Coltonow, Hacienda de Alegria, zaczęła zapełniać się 

ludźmi. Dzieci i wnuki zjeżdżały do domu, aby jak 

co roku wspólnie zasiąść do posiłku. 

Liza przyleciała ze swoim maleństwem kilka dni 

wcześniej - jej mąż zamierzał dolecieć dopiero 

w przeddzień uroczystego obiadu - miała więc sporo 

czasu i okazji, aby zająć się Emily. Starała się rozwe­

selić kuzynkę, pocieszyć ją, dowiedzieć się, co ją gnę­

bi. Nigdy nie miały przed sobą tajemnic, teraz jednak 

Emily nie potrafiła z taką łatwością jak dawniej opo­

wiadać Lizie o swoich sprawach intymnych. 

- Liza stale wypytuje mnie o Josha, a ja wciąż 

zmieniam temat - wyznała lekarce, do której zwracała 

się teraz po imieniu. Codziennie od tygodnia prowa­

dziły z sobą długie rozmowy i bardzo się zaprzyjaź­

niły. - Dlaczego, Martho? Nigdy dotąd niczego przed 

nią nie ukrywałam. 

- A teraz co ukrywasz? - spytała lekarka. 

Siedziały w salonie, pijąc herbatę. Większość gości 

i domowników udała się na spoczynek. Była to pierw­
sza spokojna chwila w ciągu dnia. 

background image

DOM RADOŚCI 191 

- Na przykład to, że z tobą rozmawiam o Joshu 

- odparła Emily, oblizując palce; właśnie zjadła pyszne 

czekoladowe ciastko. - Hm, niebo w gębie! Inez prze­

szła samą siebie. Cały tydzień robi moje ukochane 

przysmaki. W ciągu ostatnich kilku dni przytyłam chy­

ba ze trzy kilo. 

Martha uśmiechnęła się. 

- Tylko nikomu nie mów, że ci to powiedziałam, 

ale myślę, że taki postawiła przed sobą cel - rzekła, 

również sięgając po ciastko. - Niestety, przy okazji 

mnie też idzie w biodra. Więc albo ty przytyjesz ko­

lejne trzy kilo, albo ja będę musiała ćwiczyć silną wolę, 

bo inaczej Inez nie da nam spokoju. 

Emily pokręciła z uśmiechem głową. 

- To spisek, prawda? Tak mi się wydawało. Ale 

nie narzekam. Ubrania zaczynały już na mnie wisieć, 

a w pasku musiałam zrobić dodatkową dziurkę. 

W ogóle nie miałam apetytu. Dopiero niedawno to się 

zmieniło. Jestem nieustannie głodna i jem wszystko, 

co mi wpadnie w ręce. Ciekawe dlaczego? 

- Może jesteś szczęśliwsza? Może spokojniejsza, 

bardziej pogodzona z losem? Hm, czyżby to moja za­

sługa? Jeśli tak, to od dzisiaj chodzę z zadartym nosem 

Emily wybuchnęła śmiechem. 
- Nic dawnego, że tak świetnie dogadujesz się 

z moją mamą. Po prostu obie jesteście niemożliwe! -

Na moment umilkła. - Ale faktycznie czuję się lepiej 

Nocami nie ciskam się po łóżku, wrócił mi apetyt, nie 

zamykam się w swoim pokoju, lecz uczestniczę w ży 

ciu rodzinnym. To naprawdę tak działa? Że wystarczy 

background image

192 

KASEY MICHAELS 

kilka sesji z psychologiem i natychmiast następuje po­

prawa? 

- Z genialnym psychologiem, a za takiego się uwa­

żam - zażartowała Martha. Po chwili jednak spoważ­

niała. - Masz ogromną wewnętrzną siłę, Emily. Wła­

ściwie to sama się uleczyłaś, ja ci tyko odrobinę do­

pomogłam. A teraz zamieniam się w słuch. Powiedz, 

znalazłaś więcej informacji o Joshu w Internecie? 

Emily wrzuciła ostatni kawałek ciastka do ust, po 

czym otrzepała dłonie. 

- Mówiłam ci, że zdobył główną nagrodę w Phoe-

nix? W każdym razie przedwczoraj w San Antonio nie 

poszło mu aż tak dobrze. To znaczy, źle też mu nie 

poszło. Wygrał zawody w wiązaniu cielaków i zdobył 

sporo punktów w innych konkurencjach. A te punkty 

są ważne, liczą się do tytułu mistrza, który on, jeśli 

ci tego nie mówiłam, zdobył już dwukrotnie. 

- Mówiłaś. Jeśli mnie pamięć nie myli, to nawet 

ze trzy razy. A co po San Antonio? Odzie teraz wy­

stępuje? 

Emily zmarszczyła czoło. 

- Sama nie wiem. Następne zawody odbywają się 

w Oklahomie, na krytej arenie. Ale nazwisko Josha 

nie figuruje przy żadnej z konkurencji. - Wzruszyła 

ramionami. - Więc nie mam pojęcia, gdzie się po-

dziewa. 

- Może postanowił wrócić do Kalifornii? 

Emily sięgnęła po kolejne ciastko, po czym obej­

rzała je ze wszystkich stron, jakby szukała ukrytej od­

powiedzi. 

background image

DOM RADOŚCI 193 

- Nie wiem. Nie umiem przewidywać przyszłości. 

Ale może ty, wróżko kochana, potrafisz? 

- Poczekaj, zajrzę do fusów. - Martha podniosła 

do oczu pustą filiżankę po herbacie. - Psiakość, nic. 

Ani pół fusa. No trudno, trzeba wytężyć szare komórki. 

Więc chcesz wiedzieć, jaka jest szansa, że Josh Atkins 

znajduje się w drodze do Kalifornii? Chyba duża. Le­

piej jednak byłoby spytać: czy jesteś gotowa na spot­

kanie z nim? Moim zdaniem tak. I jeśli to taki wspa­

niały mężczyzna, jak twierdzisz, myślę, że wkrótce bę­

dę miała przyjemność go poznać. 

- Nikt nie jest ideałem - oznajmiła Emily. - On 

też pewnie ma jakieś wady. 

- Pewnie tak. 
- Ale rzeczywiście jest wspaniały. I nie mówię te­

go, bo się z sobą przespaliśmy. 

- Oczywiście, że nie - zgodziła się Martha. 
- Ani dlatego, że go kocham. - Emily westchnęła 

głośno. - Boże, Martho. Ja naprawdę go kocham. Pra­

wie wcale się nie znamy, ale go kocham. I to tak bar­

dzo, że nawet nie miałabym mu za złe, gdyby nie wró­

cił. Wszystko mogłabym mu wybaczyć. Wszystko. Są­

dzisz, że oszalałam? 

Lekarka podniosła talerzyk z ciastkami i z uśmie­

chem na twarzy podsunęła go Emily. 

- Nie zadręczaj się, kochanie. No, śmiało, bierz cia­

steczko. Im więcej zjesz, tym mniej kalorii zostanie 

dla mnie. 

Od razu po zawodach Josh opuścił San Antonio. 

background image

194 

KASEY MICHAEtS 

Jechał przez całą noc. Gdy poczuł, że powieki zaczy­

nają mu ciążyć, skręcił na przydrożny parking. Kilka 

godzin przespał w kabinie ciężarówki, po czym ruszył 

w dalszą drogę. 

Przyczepę i konie zostawił u przyjaciół z rodeo -

wiedział, że zwierzęta są w dobrych rękach - a z sobą 

zabrał tylko siodło i torbę z ubraniem, którą zwykle 

woził w bagażniku. Podróżował tak jak zawsze: wolny 

i od nikogo niezależny. Ale po raz pierwszy w życiu 

czuł się samotny. 

Pocieszał się, że jeszcze kilka godzin jazdy, potem 

krótki nocleg w motelu i nazajutrz późnym popołud­

niem powinien dotrzeć do Keyhole. 

Mieszkanie Toby'ego było opłacone do końca roku. 

Dotychczas Josh nie potrafił zmusić się do tego, aby 

przejrzeć rzeczy brata, posegregować je, część spako­

wać, część rozdać lub wyrzucić. Teraz uznał, że czas 

najwyższy zająć się takimi sprawami. W końcu jak 

długo można odkładać coś, co i tak trzeba zrobić? 

Wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył drzwi. Na­

tychmiast uderzył go w nozdrza intensywny zapach 

zgniłych owoców. Po chwili na szafce w kuchni doj­

rzał miskę pełną cuchnących jabłek. 

Nie zdejmując kurtki ani stetsona, podszedł do ok­

na, otworzył je na całą szerokość, po czym zaczął grze­

bać w szafkach, szukając dużych plastikowych toreb. 

Do jednej wrzucił zgniłe jabłka i coś, co kiedyś pewnie 

było bananem, do drugiej jedzenie z lodówki oraz za­

wartość kosza na śmieci. Obie torby zniósł do śmiet­

nika na parkingu za domem. 

background image

DOM RADOŚCI 195 

Toby lubił porządek, mieszkanie było więc czyste 

i wysprzątane. Każda rzecz stała na swoim miejscu. 

Jednakże gdziekolwiek Josh spojrzał, wszystko przy­

pominało mu brata: zdjęcia na półkach i stolikach, 

sprzęt sportowy w rogu pokoju, oprawiona w ramki 

okładka pisma przedstawiająca jego, Josha, w dniu, 

gdy zdobył swój pierwszy tytuł mistrza kraju. 

Stał na środku pokoju, rozglądając się wkoło. Nie 

wiedział, od czego zacząć. Co ma zrobić, żeby się nie 

załamać? Żeby nie zwariować z rozpaczy? 

- Najpierw coś zjemy - powiedział na głos. 

Wyszedłszy na dwór, wsiadł do ciężarówki i poje­

chał do Mi-T-Fine Cafe, w której Emily pracowała ja­

ko kelnerka. Właśnie tam po raz pierwszy ujrzał ją 

Toby. 

Usiadł przy ostatnim stoliku, plecami do ściany, za­

mówił hamburgera z frytkami, ale jakoś nie był głodny. 

Jadł od niechcenia, obserwując wchodzących i wycho­

dzących z kawiarni ludzi. 

Ludzi, których Toby znał i którzy jego znali. Mi­

łych, sympatycznych mieszkańców Keyhole. Męż­

czyzn, kobiety i dzieci, którym ślubował służyć po­

mocą. Nikt z nich nigdy nie sądził, że przemoc kie­

dykolwiek zawita do ich spokojnego miasteczka. My­

lili się. Zawitała. Toby został zastrzelony. Ale życie 

toczyło się dalej. 

Następnie Josh wstąpił do sklepu spożywczego. Ku­

pił paczkę wędliny, karton mleka, chleb, jajka; skusił 

się też na kawałek ciasta biszkoptowego. Wróciwszy 

do domu, rozpakował jedzenie oraz torbę z ubraniem. 

background image

196 

KASEY MICHAELS 

Zamierzał przenocować na kanapie w salonie, nie na 

łóżku w sypialni. 

Na zewnątrz zaczął zapadać zmierzch. Josh nie za­

palał świateł; siedział na kanapie po ciemku, z dłońmi 

wspartymi o kolana, pogrążony we wspomnieniach. 

Oczami wyobraźni widział chłopczyka z dwoma bra­

kującymi zębami; widział Toby'ego po raz pierwszy 

jadącego konno; Toby'ego w wypożyczonym smokin­

gu wybierającego się z Mary Sue Potenski na bal ma­

turalny; Toby'ego w mundurze szeryfa, z bronią przy­

piętą do pasa, z dumą w oczach i szerokim uśmiechem 

na twarzy. 

Były też inne wspomnienia. Toby płaczący z żalu 

za matką, która nie mogła ich już przytulić. Toby, mały, 

chudy i wystraszony, który - słysząc, jak pijany ojciec 

wraca do domu - przybiega do łóżka starszego brata. 

Toby, który jęczy z głodu, a w domu nie ma nic do 

jedzenia. Toby, który z dzielnym uśmiechem na twarzy 

mówi, że widocznie święty Mikołaj musiał być bardzo 

zajęty, skoro o nich zapomniał. Toby, który patrzył 

w niego, Josha, jak w obrazek, który w niego wierzył 

i na nim polegał. 

- O Boże. Toby, Toby... - Josh zwiesił nisko gło­

wę i zaczął szlochać, dając upust nagromadzonym 

emocjom. 

Rebeka podeszła do Marthy i przez chwilę obie ko­

biety w milczeniu oglądały toczący się na niedużym 

boisku mecz baseballa. Ze względu na wiek zawodni­

ków mecz rozgrywano specjalną miękką piłką. 

background image

DOM RADOŚCI 197 

- Kto wygrywa? - spytała Rebeka, przerywając 

ciszę. 

- Tatania - odparła z dumą w głosie Martha. - Je­

szcze nie zdobyła żadnych punktów, ale przynajmniej 

wyszła ze swojej skorupy. Gra, biega, uczestniczy z in­

nymi dziećmi we wspólnej zabawie. Uważam to za 

wielki sukces. 

- I słusznie. Nie od razu Rzym zbudowano. - Re­

beka uśmiechnęła się. - Wybieracie się po południu 

do miasta? 

- Tak. Dzięki pomocy Joego, który przyśpieszył 

różne formalności prawne, Tatania ma wyznaczone na 

dziś spotkanie z sędzią. Musi odpowiedzieć na pytanie, 

czy chce ze mną mieszkać. Oczywiście, Tatania nie 

może się doczekać tego dnia; ja zresztą też nie. - Le­

karka oderwała wzrok od boiska i spojrzała na Rebekę. 

- Mimo wstawiennictwa Joego nie staniemy się rodzi­

ną z dnia na dzień; proces adopcyjny musi potrwać, 

ale przynajmniej jesteśmy na dobrej drodze. - Na mo­

ment zamilkła. - Wiesz, kupiłam dom. 

- Naprawdę? To wspaniale, Martho! - Rebeka 

uścisnęła przyjaciółkę. - Gdzie? 

- Tuż za Prosperino, na ślicznym, nowo wybudo­

wanym osiedlu domków jednorodzinnych. Dom nie 

jest jeszcze całkiem wykończony, więc Tatania będzie 

sama mogła wybrać kolor wykładziny do swojej sy­

pialni i kolor kafelków do łazienki... Wiesz, co mi się 

najbardziej podoba? Rada osiedla zezwala mieszkań­

com na prowadzenie cichej działalności usługowej, to 

znaczy, że będę mogła przyjmować w domu pacjentów. 

background image

198 KASEY MICHAELS 

Podobno na osiedlu mieszka już dwóch lekarzy i kilku 

programistów komputerowych. 

- Mówisz o tym osiedlu na wschód od miasta? -

spytała Rebeka. - Rzeczywiście jest tam bardzo pięk­

nie. Ale domy są wielgachne! 

Lekarka wyszczerzyła w uśmiechu zęby. 
- Owszem - przyznała. - Ale mam przeczucie, że 

w ciągu kilku lat zdołamy z Tatanią zapełnić wszystkie 

pokoje. Mówiła mi, że marzy o dużej rodzinie. Ale 

pomijając wszystko inne, podoba mi się okolica. Mamy 

basen, a w pobliżu jest park, doskonała szkoła i mnó­

stwo terenów, gdzie można jeździć konno. Myślę, że 

sędzia powinien być usatysfakcjonowany - dodała, 

wzdychając z zadowoleniem. 

- Pewnie spyta, czy nie mógłby się do was wpro­

wadzić. Czyli co? W te Święta Dziękczynienia ty i Ta­

tanią naprawdę będziecie miały za co dziękować? 

- Och tak... Brawo! - Martha zaczęła klaskać 

w dłonie i wykrzykiwać słowa zachęty. Po chwili Ta­

tania zdobyła swój pierwszy punkt. - Meredith spo­

dziewa się, że przy świątecznym stole zasiądzie około 

czterdziestu osób. Możesz to sobie wyobrazić? 

- Mogę. Czterdzieści to wcale nie tak dużo, bywało 

więcej. Niestety, w tym roku niektórzy przyjadą do do­

mu dopiero na Boże Narodzenie. - Rebeka zamyśliła 

się. - Po raz pierwszy od dawna zasiądziemy do stołu 

w gronie rodzinnym. Patsy nienawidziła takich uroczy­

stości, wolała urządzać wielkie rauty, których z kolei 

myśmy nie znosili. Na szczęście mamy to za sobą. 

Teraz znów możemy się przekrzykiwać przy stole, wal-

background image

DOM RADOŚCI 199 

czyć o najlepsze kęsy, jeść palcami i nie przejmować 

się tym, co ktoś o nas pomyśli. 

- Rebeko... 

Obie kobiety odwróciły się. Holly Lamb, sekretarka 

Blake'a Fallona, zbliżyła się z zatroskaną miną. 

- O co chodzi, Holly? - spytała zaniepokojona Re­

beka. 

- O kocięta. - Sekretarka z trudem powstrzymy­

wała łzy. - Wiesz, jak bardzo dzieciaki czekały, aż się 

Boots okoci? Miały przygotowane imiona dla malu­

chów... 

- No, wiem. Poród powinien nastąpić lada dzień. 

Dlaczego masz taką zafrasowaną minę? 

- Nie żyją, Rebeko. Dziś rano w stodole Boots uro­

dziła sześcioro kociąt. Ani jedno nie żyje. 

- O Boże. Mam nadzieję, że dzieci nie... 

Holly pokręciła gwałtownie głową. 

- Nie, nic nie widziały. Ale czy to nie dziwne, Re­

beko? Że wszystkie urodziły się martwe? Zresztą od 

jakiegoś czasu znajdujemy martwe myszy w stodole. 

Czasem leży jakaś na środku przejścia, jakby na mo­

ment przystanęła i nagle zdechła. To chyba nienor­

malne? 

Martha zerknęła na Rebekę, czekając na jej odpo­

wiedź. 

- Masz rację, Holly. To nienormalne. Kilka tygodni 

temu zapewniono mnie, że ani w stodole, ani nigdzie 

na terenie ośrodka nie stosuje się żadnych niebezpie­

cznych środków... Hm, poinformowałaś Blake'a o ko­

ciakach? 

background image

200 

KASEY MICHAELS 

- Tak. Prosił, żeby z nikim o tym nie rozmawiać, 

poza tobą i paroma innymi osobami. Zamierza prze­

prowadzić dochodzenie. 

Martha postąpiła krok naprzód. 
- A dzieci? - spytała. - Żadne nie jest chore? Żad­

ne niczym się nie zatruło? 

- Nie. Kilkoro się przeziębiło, ale przy tej chłodnej, 

deszczowej pogodzie to nic dziwnego. No i Billy 

George nabawił się zapalenia płuc. Trafił dziś do szpi­

tala, ale wkrótce powinien wydobrzeć. Dlaczego py­

tasz? Chyba nie myślisz, że istnieje jakiś związek mię­

dzy zdechłymi myszami, martwymi kociakami i kicha­

jącymi dziećmi? 

- Chyba nie - przyznała Martha. - Przepraszam, 

Rebeko, nie chciałam cię straszyć. Po prostu odkąd 

poznałam Tatanię, stałam się wyczulona na punkcie 

dzieci. Nie przejmuj się mną. - Zacisnęła dłoń na ra­

mieniu przyjaciółki. - Cieszę się jednak, że Blake po­

stanowił sprawę zbadać. 

Josh stał przed kamiennym nagrobkiem, który za­

mówili i opłacili przyjaciele Toby'ego z pracy. Nie da­

li zwrócić sobie pieniędzy. Na nagrobku widniało imię 

i nazwisko Toby'ego, data jego narodzin i śmieci oraz 

słowa: „Zginął śmiercią bohatera podczas pełnienia 

obowiązków służbowych. Na zawsze pozostanie w na­

szej pamięci". 

Na zawsze pozostanie w naszej pamięci. To miło, 

pomyślał Josh, ulegając wzruszeniu. Schyliwszy się. 

położył swoją wiązankę obok innych kwiatów, które 

background image

DOM RADOŚCI 201 

wyglądały tak świeżo, jakby przyniesiono je przed 

chwilą. Tak, to dobrze, że o Tobym ludzie będą pa­

miętać. 

Podniósł głowę i rozejrzał się wkoło. Cmentarz był 

mały, ładny, schludny. Przecinały go prowadzące pół­

kolem alejki, wzdłuż których znajdowały się groby. Na 

wielu leżały świeże bukiety. Gdzieniegdzie rosły drze­

wa, tu i ówdzie stały ławki, na których można było 

przysiąść. 

Miejsce to tchnęło spokojem. 

Ale Toby nie powinien był tu trafić, przynajmniej 

nie przez najbliższe pięćdziesiąt lat. 

- Kocham cię, stary, i bardzo za tobą tęsknię - po­

wiedział cicho Josh, po czym odwrócił się i skierował 

do ciężarówki, którą zostawił na wąskiej asfaltowej 

drodze. 

Ktoś na niego czekał, mężczyzna ubrany w taki sam 

mundur, w jakim Toby codziennie chodził do pracy. 

Parę metrów dalej stał zaparkowany niebiesko-biały ra­

diowóz. Wyglądało to niemal tak, jakby policjant wy­

siadł sprawdzić, czyj to pojazd zakłóca spokój zmar­

łych. 

- Dzień dobry! - zawołał Josh, ponownie nakła­

dając na głowę czarnego stetsona. Zmrużywszy oczy, 

popatrzył na młodego policjanta o równie świeżej ce­

rce i szczerym spojrzeniu co Toby. - Czyżbym coś 

przeskrobał? 

- Ależ nie. - Wyciągnął do Josha dłoń. - Jest pan 

bratem Toby'ego, prawda? Widziałem pana na pogrze-

bie. Cieszę się, że mamy okazję znów się spotkać. 

background image

202 

KASEY MICHAELS 

- Ja również. Pracował pan z moim bratem? 

- Tak. To był doskonały szeryf i świetny kumpel. 

Widział pan te kwiaty na jego grobie? 

Josh odruchowo zerknął za siebie. 

- Tak. A co? 

- Nic. Każdego tygodnia dostaje nowe. Od Emmy 

Logan, znaczy się od Emily Colton. Co tydzień nowy 

bukiet. Układa go Flossie, nasza miejscowa kwiaciarka. 

Miło ze strony Emmy, nie sądzi pan? Toby szalał na 

jej punkcie. Całkiem mu odbiło. 

Josh wbił wzrok w ziemię. 

- Wiem. Podobno był zakochany po uszy. 
- Zakochany? Bo ja wiem? - Policjant podrapał się 

po czole. - Ja bym tego tak nie nazwał. Raczej ją wiel­

bił. Czcił. Postawił ją na piedestale. Gdyby dała mu 

do zrozumienia, że pragnie czegoś więcej, pewnie bie­

dak nie wiedziałby, jak zareagować. 

Josh przetrawił wolno wiadomość. 
- To znaczy, że oni... nie byli parą? 
- Parą? Ależ skąd! Toby wpadał do kawiarni, 

w której pracowała, a wieczorami zaglądał do niej do 

domu. Sprawdzał, czy jest bezpieczna. To wszystko. 

Wiedział, że nic więcej z tego nie wyniknie i wcale 

mu to nie przeszkadzało. Moja żona uważała go za 

wielkiego romantyka. Ale kobiety... co one tam wie­

dzą? No dobra, wracam do roboty. Za kilka minut ma­

luchy kończą lekcje w szkole, a stary Baxter, który 

przeprowadza je przez Siódmą, siedzi w domu ze zła­

maną nogą. Muszę go zastąpić. - Przyłożywszy rękę 

do daszka kapelusza, wolnym krokiem skierował się 

background image

DOM RADOŚCI 203 

do radiowozu. - Miło mi się z panem gadało. 

A o grób brata proszę się nie martwić. Będziemy się 

o niego troszczyć. 

- Dziękuję - powiedział Josh. Patrzył, jak radio­

wóz zawraca, a potem oddala się i skręca w stronę 

miasteczka. - Dziękuję - powtórzył, kiedy młody po­

licjant zniknął mu już z oczu. 

W porządku, pomyślał, czas uporządkować miesz­

kanie Toby'ego: posegregować jego rzeczy, oddać 

odzież miejscowej organizacji dobroczynnej, przekazać 

meble potrzebującym, zwrócić klucz właścicielowi do­

mu. Tak, najwyższy czas pogodzić się z rzeczywisto­

ścią, której nie można zmienić. Wiedział, że nigdy nie 

zapomni brata i nigdy nie przeboleje jego straty, ale 

wiedział też, że nie można żyć przeszłością. Marnując 

własne życie, nie pomoże bratu. Nawet taki głupiec 

jak on potrafił to sobie uświadomić. 

Nagle oczy mu się otworzyły. Pojął kilka ważnych 

spraw. Toby nie kochał Emily, nie rozumiał jej. Gdy­

by kochał, gdyby rozumiał, wiedziałby, że jest ko­

bietą z krwi i kości, że nie chce być stawiana na 

piedestale, nie chce być czczona niczym jakieś bó­

stwo, którego nie można dotknąć, przytulić, pocało­

wać. 

Emily szukała miłości. Pragnęła być pożądana, nie 

czczona. Była młodą, zdrową dziewczyną o normal-

nych żądzach, odruchach, potrzebach. 

Miała rację. Gdyby przybył do Keyhole, aby od­

wiedzić brata i gdyby w tym czasie poznał ją, sprawy 

na pewno potoczyłyby się inaczej. Strąciłby ją z pie-

background image

204 

KASEY MICHAELS 

destału, na którym wcale nie chciała być umieszczona, 

pochwycił w ramiona i odjechałby z nią w siną dal. 

Tak, walczyłby o Emily. Kochałby ją, zaspokajał 

jej pragnienia. Może przez jakiś czas Toby by cierpiał, 

ale w końcu by zrozumiał. 

Ich spotkanie i miłość były nieuniknione. Emily by­

ła jego drugą połową, iskierką, która rozpaliła w nim 

płomień życia. Razem stanowili jedność. Wiedział to 

od pierwszej chwili, kiedy ją ujrzał. Wiedział, że pod­

świadomie całe życie jej szukał. 

Więc po kiego diabła mu rezerwacja w motelu 

w Tulsie? Przecież nie zamierzaj tam jechać. 

Myślami i sercem był już w drodze do Kalifornii. 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Meredith przytuliła się do męża. Leżała z policz­

kiem przyciśniętym do jego piersi, szczęśliwa i zaspo­

kojona. Byli jak nowożeńcy; kochali się każdej nocy, 

czasem także w ciągu dnia. Po prostu Joe nagle wy­

rastał jak spod ziemi, brał żonę za rękę i prowadził 

do sypialni. 

Śmiali się, rozmawiali, nie mogli się sobą nacieszyć. 

Głębokie bruzdy wokół ust Joego powoli zaczęły się 

wygładzać. Koszmary nocne znikły. Oboje wreszcie 

potrafili normalnie zapaść w sen. Zasypiali w swoich 

ramionach i z radością witali każdy nowy dzień. 

Ale to wspaniałe życie - ta druga szansa, jaką do­

stali od losu - nie było jednak całkiem wolne od trosk. 

Zycie nigdy nie jest wolne od trosk. 

Lecz troski dzielone z kimś są o połowę mniejsze; 

łatwiej się z nimi uporać. 

Z kolei radości dzielone z kimś są dwukrotnie wię­

ksze. 

- Emily znów się uśmiecha - rzekła Meredith, spo­

glądając na męża, który stłumił ziewnięcie. 

Wyglądał tak, jakby powoli szykował się do wsta­

ła. Czy naprawdę sądził, że wystarczy mu pięć godzin 

snu i godzina lub dwie „gimnastyki" łóżkowej? 

background image

206 

KASEY MICHAELS 

- Joe? Słyszałeś, co powiedziałam? Emily znów się 

uśmiecha. I wrócił jej apetyt. 

- Wcale tego nie powiedziałaś. Że wrócił jej apetyt. 

- Pogłaskał żonę po włosach. - No widzisz? A twier­

dzisz, że nie słucham. 

- Przepraszam, mój drogi. - Przytuliła się jeszcze 

mocniej. - Ale zgadzasz się ze mną, co? Martha oczy­

wiście nie puszcza pary z ust i nie mam jej tego za 

złe, w końcu obowiązuje ją tajemnica lekarska, mam 

jednak wrażenie, że wszystko idzie ku lepszemu. Że 

Emily wreszcie pogodziła się z przeszłością i coraz 

optymistyczniej patrzy w przyszłość. 

- Wiedzieliśmy, że tak będzie. To silna i mądra 

dziewczyna. Po prostu potrzebowała czasu, żeby dojść 

do równowagi. 

Z jego głosu przebijała taka pewność siebie, że Me 

redith postanowiła zaskoczyć męża. Podejrzewała bo­

wiem, że Joe nie we wszystkim się orientuje. 

- W dodatku jest zakochana. 

Joe poderwał się, po czym usiadł na łóżku, opierając 

się o wezgłowie. 

- Zakochana? W kim? Przecież z nikim się nie 

widuje. Jedynym facetem, który się tu pojawił, był 

Josh Atkins. Raz jeden wybrali się ha kolację, po 

czym on wyjechał w trasę, więc to chyba nie... To 

on? 

- Liza tak uważa, a w przeciwieństwie do Martny 

nie obowiązuje jej żadna tajemnica. Wiesz, nie było 

mnie tu, kiedy nasze starsze córki wychodziły za mąż, 

a chciałabym choć jednej urządzić wesele. Jak my-

background image

DOM RADOŚCI 207 

ślisz? Bo mnie się wydaje, że Emily wolałaby skromną 

uroczystość... 

- Boże, zupełnie was, kobiet, nie rozumiem! - Joe 

usiadł jeszcze prościej. - Jedna randka i już planuje­

cie śluby, wesela? Przecież ja prawie tego faceta nie 

znam. 

- To nie ty masz go znać, kochanie, lecz twoja cór­

ka. A może uważasz, że Emily nie umie trafnie oceniać 

ludzi? 

- Oj, błagam, nie męcz mnie. Wiem, że umie. Kto 

jak kto, ale ona na pewno umie. - Westchnął głośno. 

- No dobrze. Więc jeśli masz rację i Emily z Joshem 

faktycznie zamierzają stanąć na ślubnym kobiercu, 

przynajmniej nie muszę kupować nowego smokingu. 

Dzięki tobie bez trudu zmieszczę się w stary. 

- Uwielbiam cię w wieczorowym stroju. - Mere-

dith pogładziła męża po brodzie. - Wprawdzie te cias­

ne kołnierzyki uwierają cię w szyję i krew jakoś bar­

dziej napływa ci do twarzy, ale... 

- Co? - oburzył się. - Zawsze mówiłaś, że w smo­

kingu jestem wyjątkowo przystojny. 

- Bo tak jest, ale we flanelowej koszuli i wełnia­

nym swetrze jesteś jeszcze bardziej przystojny. I moż­

na się do ciebie przytulić. 

- O tak, bardzo lubimy, kiedy żona się do nas tuli 

- oznajmił, ponownie obejmując Meredith. 

Odsunęła się. Miała dla niego jeszcze jedną ważną 

wiadomość. Cały dzień czekała na odpowiednią chwi-

lę, aby mu ją przekazać. 

- Dzwonił dziś Austin - powiedziała, skutecznie 

background image

208 KASEY MICHAELS 

ostudzając romantyczne zapędy męża. - Udało mu się 

zdobyć pewne informacje. 

- Tak szybko? Myślałem, że to trochę dłużej po­

trwa. A te informacje... Nie, poczekaj, - Odrzuciwszy 

kołdrę, zsunął nogi na podłogę, po czym sięgnął po 

szlafrok. - Przyniosę sobie szklankę wody. Zaraz wra­

cam. 

Skinęła głową. Wiedziała, że Joe potrzebuje chwili, 

aby wziąć się w garść, bo nawet najmniejsza wzmianka 

na temat Patsy wywoływała u niego gwałtowny wzrost 

ciśnienia. Podejrzewała, że gdyby tylko mógł, wpro­

wadziłby dożywotni zakaz wymawiania w domu jej 

imienia. 

- W porządku - rzekł, wyłaniając się z łazienki. -

Czego Austin się dowiedział? 

Włożywszy szlafrok, Meredith usiadła obok męża 

w nogach łóżka. 

- Chyba odnalazł Jewel. 

Joe wypił łyk wody, po czym trzymając szklankę 

oburącz, postawił ją na kolanach. 

- No dobrze. I tu dochodzimy do sedna. Czy Jewel 

czyniła jakiekolwiek starania, żeby odnaleźć swoją bio­

logiczną matkę? 

- Owszem. - Łzy piekły Meredith w oczy. - Mu­

simy się zastanowić, co dalej, Joe. Czy mamy powie­

dzieć Jewel o Patsy? O Ellisie Mayfairze? Niełatwo 

jej będzie zaakceptować prawdę. 

- Czy mamy prawo cokolwiek przed nią ukrywać? 

- spytał Joe, patrząc żonie w oczy. 

- Nie, chyba nie - przyznała. - Jeszcze są przecież 

background image

DOM RADOŚCI 

209 

chłopcy, Joe Junior i Teddy. Nie można ich pozbawić 

możliwości poznania przyrodniej siostry. 

Joe otoczył żonę ramieniem. 

- Zatem nie ma się nad czym zastanawiać, skarbie. 

Zadzwonię rano do Austina i poproszę go, żeby skon­

taktował się z Jewel. Swoją drogą, gdzie ona mieszka? 

- Na drugim końcu świata. W Medford w stanie 

Ohio. Adopcyjni rodzice nie zmienili nazwiska Jewel, 

jedynie dodali do niego swoje, Baylor. Ponieważ mi­

nęło już tyle lat, pewnie nie da się odnaleźć i ukarać 

nieuczciwego prawnika, który zajmował się tą sprawą. 

Drań musiał wiedzieć, że Ellis nie żyje, a Patsy tkwi 

w więzieniu. Musiał podrobić ich podpisy

-

 To prawda. Zapewne Ellis przygotował papiery 

przed narodzinami dziecka, zostawiając puste miejsce 

w rubryce płeć i imię, potem zaniósł małą do prawni­

ka. Tam uzupełniono informacje. Takie nielegalne 

adopcje to całkiem niezły i dochodowy interes. 

Meredith pokiwała głową; dokładnie to samo mówił 

Austin. Oddzielnie doszli do identycznych wniosków. 

- Baylorowie pewnie nawet nie zdawali sobie spra-

wy, że adoptując Jewel, popełniają przestępstwo. 

Wzdychając głośno, Joe przytulił żonę. 

- To już przeszłość, kochanie. Było, minęło. Obec­

nie Jewel ma trzydzieści kilka lat i, jak twierdzi Austin, 

szuka swojej biologicznej matki. Proponuję, żebyśmy 

zaprosili ją do siebie na ranczo, otoczyli miłością, bądź 

co bądź należy do rodziny, a potem bardzo delikatnie 

wyjawili jej prawdę. Co ty na to? Dasz radę? Nie bę­

dzie to dla ciebie za bardzo stresujące? 

background image

210 

KASEY MICHAELS 

Objąwszy męża w pasie, położyła głowę na jego 

ramieniu. 

- Póki jesteś ze mną, wszystko wytrzymam. 

Pogoda sprawiła miłą niespodziankę. W dniu Świę­

ta Dziękczynienia, po dwóch dniach opadów, słońce 

wreszcie wytoczyło się na niebo. Całe szczęście, bo 

najmłodsi Coltonowie zaczynali nudzić się w domu. 

Roznosiła ich energia, której nie mieli gdzie spożyt­

kować. 

Joe Junior i Teddy wraz z adoptowanym synem 

Randa, pięcioletnim Maksem, który chwili nie potrafił 

usiedzieć w miejscu, pierwsi wybiegli do ogrodu. Rzu­

cali do siebie piłkę, ganiali za nią, rechotali, słowem 

zachowywali się jak normalne, zdrowe dzieciaki, które 

nie mają żadnych trosk na głowie. Wkrótce dołączyli 

do nich bliźniacy Annie Russel, Alex i Noah, a chwilę 

później starsze pokolenie: Drake, Wyatt i Rand. Wtedy 

zaczął się prawdziwy mecz. 

W przestronnym salonie Brittany, córka Thadeusa 

Lawa, która w wieku pięciu lat uważała się niemal za 

dorosłą, zajmowała się swoimi młodszymi kuzynkami: 

córką Sophie.! Maggie, oraz malutką Marissą, córką 

Drake'a i Mai. Rozdzielała grzechotki i piłeczki, 

a kiedy uznawała, że już starczy, zabierała je z po­

wrotem. Laną Reilly, która spodziewała się bliźniąt, 

siedziała na kanapie i z zainteresowaniem obserwowa­

ła zachowanie starszej dziewczynki. 

- Wiecie co? - zwróciła się do pozostałych kobiet, 

- Zawsze chciałam mieć co najmniej szóstkę dzieci, 

background image

DOM RADOŚCI 211 

ale chyba będę musiała przemyśleć ten pomysł. 

A przynajmniej odłożyć decyzję do czasu, aż najstarsze 

pójdą do przedszkola. 

Sophie James pochyliła się i wziąwszy na kolana swo­

ją nieszczęśliwą pociechę, szybko podała jej to, za co 

Meggie oddałaby niemal wszystko: skórzanego gryzaka. 

- Oj, Lano, tak daleko naprzód nie planuj. Trzeba 

cieszyć się chwilą. Maluchy są takie rozkoszne. Potem 

dorastają i zaczynają się kłopoty, a to randki, a to apa­

raty na zęby, a to pieniądze na studia. 

- Uf! - Do pokoju weszła Liza i opadła bezsilnie 

na jedną z kanap. - O jedno mniej! Mam nadzieję, że 

przynajmniej godzinę pośpi. Całe szczęście, że nie pro­

testuje, kiedy mówię o porannej drzemce. - Popatrzyła 

z uśmiechem na pyzate twarzyczki dzieci raczkujących 

po dywanie. - Wiecie co? Powinnyśmy zrobić sobie 

rodzinną fotografię. Oczywiście szerokokątnym apara­

tem, który wszystkich by objął. 

- Zwłaszcza mnie, bo zajmuję najwięcej miejsca -

powiedziała Lana, opierając dłonie na brzuchu. -

A gdzie Emily i Amber? Mogłyby popilnować nam 

dzieci, szczególnie Amber powinna korzystać z okazji 

i uczyć się. Kiedyś będzie jak znalazł. 

- Amber i dzieci? - Sophie ze śmiechem pokręciła 

głową. - Podejrzewam, że ona jeszcze o tym nie my­

śli. Ale... o, chyba mamy ochotniczkę. Em, kochanie 

- zwróciła się do najmłodszej siostry, która nieopatrz­

nie zajrzała do salonu. - Nie zajęłabyś się maluchami? 

My w tym czasie wybrałybyśmy się na jakąś ciepłą, 

tropikalną wyspę. 

background image

212 

KASEY MICHAELS 

- Albo do kuchni, która jest bliżej - wtrąciła Lana. 

- Bo chyba mój brzuch nie zmieści się w żadnym bi-

kini. 

Emily usiadła na podłodze obok Brittany, która usta­

wiała klocki przed Marissą. 

- Wyobrażacie sobie, jaki tu będzie rejwach na Bo­

że Narodzenie, kiedy zjadą się wszyscy? - Popatrzyła 

na siostrę. - Mama jest w swoim żywiole. Razem 

z Inez przygotowują dwa największe indyki świata, 

Amber nakrywa do stołu, a ja... ja wymknęłam się, 

żeby nikt mnie nie zagonił do roboty. 

W tym momencie do salonu wkroczyła Meredith, 

wycierając ręce o ściereczkę. 

- Emily? W lodówce jest wielka torba z warzywa­

mi. Trzeba wyjąć z niej marchewkę oraz seler i po­

kroić je na drobne talarki. 

- A ja tego nie mogę zrobić? - spytała Martha Wil-

kes, która z Tatanią przy boku weszła drzwiami od 

strony holu. - To jedna z niewielu rzeczy, jakie po­

trafię. - Pogładziła dziewczynkę po głowie. - Mysz­

ko? Pobawisz się z maluchami? Ja w tym czasie po­

mogę w kuchni. 

Emily skierowała spojrzenie na przybraną córkę 

Marthy. Formalności adopcyjne miały się już wkrótce 

zakończyć. Dziewczynka - drobna, niemal filigrano­

wej budowy, o wielkich piwnych oczach obramowa­

nych najdłuższymi, najbardziej gęstymi rzęsami na 

świecie - popatrzyła na zebraną w salonie grupę ko-

biet, po czym wlepiła oczy w Marthę. 

- A nie mogę iść z tobą? 

background image

DOM RADOŚCI 

213 

Martha kucnęła, tak by jej twarz znalazła się na 

tym samym poziomie co twarz dziewczynki. 

- Oczywiście, że możesz, kochanie. Ale nie musisz. 

Możesz robić to, na co masz ochotę. 

Dziewczynka przechyliła w bok głowę, jakby za-

stanawiała się nad propozycją. Rzadko dawano jej 

wybór. 

- Dobrze, w takim razie wyjdę do ogrodu i popa­

trzę na mecz - oznajmiła. - Oni tak śmiesznie wyglą­

dają z tą piłką. 

Ruszyła przed siebie, podskakując wesoło. Martha 

krzyknęła za nią, żeby nie zapomniała włożyć kurtki, 

po czym powiodła wzrokiem po siedzących w salonie 

kobietach. 

- Powoli uczę się wszystkich twarzy, potrafię roz­

poznać, kto jest kto, ale nie wiem, kto jest czyj. Więc 

czyim synem jest Chance? 

- Moim - odparła Lana, nie kryjąc dumy w głosie. 

- Naprawdę? Więc kiedy wyszłyśmy z Tatanią na 

zewnątrz, on z poświęceniem rzucił się do piłki i wy­

lądował w wielkiej czarnej kałuży. Po chwili twój 

mąż... - Martha zwróciła się do Sophie - wylądował 

tuż obok. Obydwaj zaczęli taplać się w błocie. Zanim 

odciągnęłam Tatanię, dołączyli do nich Joe Junior 

i mały Maks. 

- Ojej, muszę to zobaczyć. - Sophie wstała i przy­

trzymując siedzącą okrakiem na jej biodrze Meggie, 

ruszyła do drzwi. - No, mamuśki, chodźcie mi pomóc. 

Szlauch powinien być włączony. Urządzimy im pry­

sznic. 

background image

214 

K.ASEY MICHAELS 

Kobiety, zebrawszy z podłogi swoje pociechy, skie­

rowały się za Sophie do ogrodu. W salonie została 

Emily, która zaczęła uprzątać rozrzucone klocki. 

- Emily? - Martha podeszła do kanapy i na mo­

ment przysiadła. - Jak się dziś miewasz? 

- Świetnie - odparła wesoło dziewczyna. Zbyt we­

soło. W jej głosie wyczuwało się fałsz. - To znaczy, 

nieźle. 

Martha pokiwała głową. 
- Wkoło same pary, prawda? 

- No właśnie - przyznała Emily, wstając z kucek. 

- Święta zawsze są najtrudniejsze - oznajmiła ła­

godnie lekarka, spoglądając na swoją młodą przyja­

ciółkę. - To normalne, że nie tryskasz humorem. Masz 

prawo być w refleksyjnym nastroju. 

- Wiem. Nic mi nie będzie - zapewniła ją Emily. 

- Po prostu... śniło mi się, że dzisiaj przedstawiam 

wszystkim Josha. Ale chyba tak nie będzie. 

- Nie wiadomo, czy on kiedykolwiek wróci, ko­

chanie. Rozmawiałyśmy o tym. 

Emily zacisnęła dłonie w pięści. 

- Boże, jestem na niego taka wściekła! Jak mógł 

odjechać po tym, co przeżyliśmy? To znaczy rozu­

miem, że człowiek chce przez chwilę być sam, żeby 

się zastanowić, wszystko przemyśleć, poukładać sobie 

w głowie, ale potem powinien wrócić. Choćby po to, 

żeby powiedzieć: „Przykro mi, mała, ale to nie ma 

sensu". Mógłby tak postąpić, nie sądzisz? Chyba za­

sługuję na jakieś słowo wyjaśnienia? 

Wstawszy z kanapy, Martha objęła dziewczynę. 

background image

DOM RADOŚCI 215 

- Widzę, że przeszłaś od rozpaczy i użalania się 

nad sobą do złości. Możesz mi wierzyć lub nie, ale 

następnym etapem jest akceptacja, pogodzenie się ze 

stanem faktycznym. 

- Akceptacja, powiadasz? - Emily odsunęła się, 

uwalniając się z uścisku lekarki. - Nie mam zamiaru 

niczego akceptować! Jestem zła, Martho! Nawet sobie 

nie wyobrażasz, jaka jestem na Josha wściekła. - Po 

chwili ucichła, zupełnie jakby uszła z niej siła. - Po 

prostu łatwiej mi, kiedy się na niego wściekam. 

Martha pocałowała ją w czoło. 
- Pójdę pokroić warzywa, a ty umyj sobie twarz, 

może wybierz się na spacer... 

Podniósłszy rękę do twarzy, Emily uświadomiła so­

bie, że policzki ma całe mokre. 

- Oj, Josh, Josh - powiedziała, kręcąc głową. -

Masz szczęście, że jesteś daleko. Bo gdybyś tu był, to 

bym cię sprała na kwaśne jabłko. 

- Hm. - Martha odprowadziła Emily wyrokiem. -

Zdecydowanie czynimy postępy. 

Stół powiększono do maksymalnych rozmiarów, 

a w przejściu między jadalnią i salonem dodatkowo 

ustawiono dwa mniejsze stoły. Wszyscy sami nakładali 

jedzenie na talerze, po czym zajmowali wyznaczone 

miejsca. Dzięki temu Inez i jej pomocnice nie musiały 

tracić cennego czasu na rozsadzanie gości. 

Emily siedziała przy jednym stole z młodzieżą: Joe 

Juniorem, Teddym i Maksem oraz Amber i jej mężem, 

Trippem. 

background image

216 

KASEY MICHAELS 

- Maks to narzeczony Emily - oznajmił zadowo­

lony z siebie Teddy. Włosy wciąż miał wilgotne po 

kąpieli, którą wszyscy zawodnicy musieli wziąć, zanim 

mogli zasiąść do stołu. - Joe mi tak powiedział. 

- Jestem za młody, żeby mieć narzeczoną - stwietŁiss 

dził z powagą Maks. - Ale... - zwrócił się do Emily 
- jeśli pomożesz mi pokroić mięso, to po deserze mo­

żemy zagrać w jakąś grę elektroniczną. 

Emily poczochrała chłopca po włosach. 
- Z przyjemnością. Może w wyścigi samochodo­

we? Jestem w tym całkiem dobra. 

- Myślisz, że mnie pokonasz? - Skrzyżowawszy 

ręce na piersi, Maks westchnął głęboko. - Kobiety. Co 

one wiedzą? 

Wszyscy przy stole wybuchnęli niepohamowanym 

śmiechem. 

Od dwóch dni Emily znów nie miała apetytu. Jed­

nakże widok pyszności na talerzu sprawił, że zrobiła 

się głodna. 

Właśnie podnosiła do ust widelec, kiedy w progu 

pojawiła się Inez, oznajmiając, że za drzwiami kuchen­

nymi czeka niespodziewany gość. 

- Za drzwiami kuchennymi? A dlaczego nie za­

dzwonił do drzwi od frontu? - zdziwił się Joe, wstając 

od stołu. - A chociaż się przedstawił? 

- Tak, powiedział, że nazywa się Atkins. Josh At-

kins. I że chciałby zamienić słowo z panem albo panią 

Meredith. 

Widelec, który Emily trzymała, wysunął się jej z ręki, 

spadł z brzękiem na talerz, a po chwili na podłogę-

background image

DOM RADOŚCI 

217 

- Em? - Amber położyła dłoń na ramieniu sio­

stry. - Kochanie, dobrze się czujesz? Jesteś blada jak 

trup. 

- Tak, dobrze - odparta Emily. Głos miała dziwny, 

jakby nieprzytomny. - Przepraszam. Muszę... muszę 

przynieść coś ze swojego pokoju. 

- Siadaj, Emily - rozkazał Joe, kierując się do ku­

chni. 

Po chwili wrócił z tajemniczym gościem ubranym 

w dżinsy, flanelową koszulę w niebiesko-zielone pa­

ski, rozpięty zamszowy płaszcz. Czarny kapelusz przy­

bysz ściskał w ręce. 

- Kochani - oznajmił Joe, stając przy swoim krze­

śle - przedstawiam wam Josha Atkinsa. Josh, poznaj 

wszystkich. Jesteśmy prawie w komplecie. Później do­

konam dokładniejszej prezentacji, bo wiem, że się nie­

cierpliwisz... Ta, której szukasz, siedzi przy sl:ole dla 

młodzieży. 

- Dziękuję... 
Nie tracąc czasu, Josh ruszył na drugi koniec dłu­

giego stołu. Emily słyszała odgłos jego kroków, cichy 

h

™"

v

 "-

ł

-

x

~ mimo to nie obejrzała się. 

brzęk ostróg, 

- Emily? 

Podniosła 

drżały. 

- Josh? 

serwetkę, delikatnie przetarła usta; ręce 

niego wzroku. 

W dalszym ciągu nie podnosiła na 

Możemy 

cho. 

porozmawiać na osobności? - spytał ci-

Przeszył ją dreszcz. 

background image

218 KASEY MICHAELS 

- O czym? 

Cały czas powtarzała sobie, że jest na niego wściek­

ła. Jakim prawem tu przyjechał, dlaczego zakłóca im 

świąteczny posiłek? Nie miał się gdzie podziać, więc 

postanowił wpaść na indyka? 

- Emily... - W głosie Josha pojawiła się nuta 

ostrzeżenia. 

Odsunął jej krzesło od stołu. Korciło ją, żeby z całej 

siły uchwycić się blatu. Głupio się czuła, niezręcznie. 

Wszyscy się na nią gapili. Joe Junior, Teddy i Maks 

wręcz wybałuszali oczy. 

- O rany! - zawołał w końcu Maks, który nie widywał 

kowbojów na ulicach stolicy. - Prawdziwy kowboj. 

- Proszę cię, Emily - szepnął jej do ucha Josh. -

Musimy porozmawiać. 

Wcale nie musimy rozmawiać, pomyślała. Może 

wrócił tylko po to, żeby się pożegnać? Już jeden raz 

sprawił jej ból: kiedy wyjechał. Może teraz zamierzał 

powiedzieć, że wszystko sobie przemyślał i dbszedł do 

wniosku, że nie mogą być razem? Póki jeździł po kraju, 

uczestnicząc w zawodach, łudziła się, że kiedyś wróci 

i wyzna jej miłość. Ale teraz, gdy stał obok, czuła para­

liżujący strach. 

I złość. 

- Spieszyć to się za bardzo nie spieszyłeś, prawda? 

- spytała, zaskakując samą siebie. - Rodeo w San An­

tonio było sześć dni temu. 

- Śledziłaś mnie? Kto by to pomyślał? Dlaczego, 

Emily? Powiedz. Och, na miłość boską - zniecierpliwi 

się. - Nie będziemy tak rozmawiać! 

background image

DOM RADOŚCI 219 

Włożywszy kapelusz na głowę, żeby mieć dwie 

wolne ręce, pochylił się, przerzucił sobie Emily przez 

ramię i ponownie skierował się w stronę drzwi prowa­

dzących do kuchni. 

- Rand, Drake, siadajcie - poleciła Meredith, wi­

dząc, że jej dwaj synowie poderwali się, gotowi bronić 

siostry. - Ty też, Tripp. River, ty również. Przecież 

wszystko jest w porządku. 

- W porządku? - zdziwił się Rand, zajmując z po­

wrotem miejsce przy stole. - Chyba mam jakieś oma­

my. 

Przystanąwszy w drzwiach, Josh popatrzył na Me­

redith. 

- Dziękuję - rzekł, unosząc rondo kapelusza. 

Emily usiłowała się obejrzeć; nic nie mówiła. 

- Może wrócicie na deser? - Meredith uśmiechnęła 

się ciepło. 

- Może. Jeszcze raz dziękuję. I najmocniej prze­

praszam, że ośmieliłem się przeszkodzić państwu 

w świątecznym obiedzie... 

- Nie śpieszcie się - rzekł Joe. - Najpierw sobie 

wszystko wyjaśnijcie. 

- Tato! - oburzyła się Emily. - Jak możesz? Nie 

pozwól mu! Josh, masz mnie natychmiast puścić! Sły­

szysz? Powiedziałam, żebyś... 

Drzwi między jadalnią a salonem zatrzasnęły się, 

tłumiąc protesty Emily. Po chwili ukazała się w nich 

głowa Inez. 

- Wzniósł Emily na dwór i wsadził do cięża-

background image

220 KASEY MICHAELS 

rowki-oznajmiła teatralnym szeptem.-Właśnie od­

jeżdżają. 

- Dziękuję, Inez - powiedział Joe, czując, jak żona 

ściska go pod stołem za rękę. - A teraz proponuję po 

kieliszku szampana. Wydaje mi się, że mamy co świę­

tować. 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Josh minął bramę Domu Radości i skręcił w szosę. 

W kabinie panowała grobowa cisza. 

- Nie spytasz, dokąd jedziemy? 
Zerknął na Emily, która siedziała nieruchomo, ze 

skrzyżowanymi na piersiach rękami, i bez słowa wpa­

trywała się przed siebie. 

- Nie - burknęła. - Nie rozmawiam z tobą. 

- Aha, w takim razie... 
- Jak mogłeś tak postąpić? - przerwała mu. - Zja­

wić się nieproszony w domu moich rodziców, w Świę­

to Dziękczynienia, w dodatku podczas posiłku, prze­

rzucić mnie sobie przez ramię i po prostu wyjść? 

- Dziwne... Myślałem, że ze mną nie rozmawiasz. 

Skręcił w podjazd prowadzący na ranczo Sophie 

i Rivera. 

- Skłamałam! - warknęła. - Jak chcesz, to mnie 

pozwij. - Nagle rozejrzała się wkoło. - To dom So­

phie. Dlaczego tu mnie przywiozłeś? 

Josh zatrzymał ciężarówkę, zgasił silnik. 
- Bo grota jest za daleko, a Sophie była tak miła, 

że zgodziła się udostępnić mi swój dom. 

- Co? Zgodziła się go udostępnić? - powtórzyła 

background image

222 KASEY MICHAELS 

Emily i potrząsnęła głową, jakby nie dowierzając te­

mu, co słyszy. - Oszukujesz! Sophie nigdy by... Psia­

krew! Jak mogła? Za moimi plecami! Nawet mnie nie 

uprzedziła! Ani słowem się nie zdradziła! 

- Spokojnie, nie denerwuj się. - Na moment za­

milkł. - A teraz powiedz: wysiądziesz sama i grzecz­

nie wejdziesz do środka, czy znów mam zabawić się 

w brutala? 

- River o niczym nie wiedział... - powiedziała 

bardziej do siebie niż do Josha, po czym posłusznie 

skierowała się w stronę werandy. - Wstał od stołu, go­

tów bić się w mojej obronie, kiedy zobaczył, że tata 

rzuca mnie na pożarcie wilkom. Wilkowi - poprawiła 

się. 

Przekręciwszy klucz w zamku, Josh pchnął drzwi 

na oścież, po czym wsunął do środka rękę i odnalazł 

kontakt. Wewnątrz rozbłysło światło. 

- Jeśli River to mąż Sophie, to owszem, masz rację. 

O niczym nie wiedział. Nikt nic nie wiedział. Oczy­

wiście, nie licząc Sophie. 

- Ale jak... - Emily potarła ręką gołe ramiona. By­

ło chłodno. A Josh, unosząc ją od stołu, nie pomyślał 

o tym, aby wziąć dla niej wierzchnie okrycie. - Jak 

przekabaciłeś moją siostrę...? 

- Spotkałem ją wczoraj - odparł, starając się nie 

gapić na Emily, nie pożerać jej wzrokiem. - Kręciłem 

się po okolicy, zastanawiając się, jak cię podejść. Nigdy 

nie byłaś sama. Kiedy wspomniałaś, że masz dużą ro­

dzinę, nie sądziłem, że jest aż tak liczna... 

- Trzeba przyznać, że wywarłeś doskonałe pierw-

background image

DOM RADOŚCI 

223 

sze wrażenie - rzekła z przekąsem. - Zwłaszcza na 

dzieciach, które nie przywykły do widoku kowboja, 

który podchodzi do kobiety, bez słowa przerzuca ją 

sobie przez ramię i odchodzi. 

Przemierzała pokój tam i z powrotem, wydeptując 

ścieżkę w dywanie. 

Zagniewana, wyglądała prześlicznie. 

- Pozwolisz mi dojść do słowa? - spytał Josh. 

Posłała mu wściekłe spojrzenie, po czym usiadła 

na kanapie. 

- Powiedz mi o Sophie. Dlaczego dała ci klucze? 

W jaki sposób zmusiłeś ją... 

- Siedziałem w ciężarówce, tuż za bramą waszego 

rancza, zastanawiając się, co zrobić, żebyś zgodziła się 

porozmawiać ze mną sam na sam. Podjechała Sophie, 

zobaczyła moją tablicę rejestracyjną z napisem RO-

DEO. Twoja siostra domyśliła się reszty. 

- To całkiem w jej stylu - przyznała Emily, ner­

wowo międląc fałdy spódnicy. - I co dalej? 

Josh rozejrzał się po pokoju, szukając miejsca dla 

siebie; w końcu usiadł na niskim stoliku naprzeciwko 

dziewczyny. 

- Opowiedziałem jej o sobie, o tym, że nie wiem, 

jak cię podejść. Odparła, że najlepiej działać przez za­

skoczenie. Razem obmyśliliśmy plan. Potrzebowałem 

cichego miejsca, gdzie nikt by nam nie przeszkadzał. 

Motel oczywiście nie wchodził w grę. Sophie zapro­

ponowała swój dom. Błagała mnie tylko, abym cię nie 

zdenerwował. Nie chciała, żebyś zaczęła ciskać we 

mnie jej ukochaną ceramiką czy innymi bibelotami. 

background image

224 

KASEY MICHAELS 

Emily, proszę cię... Jestem idiotą. Największym kre-

tynem pod słońcem. 

Odwróciła w bok głowę. Przez moment patrzył na 

jej profil. 

- Emily... 

- Nie jesteś idiotą - oznajmiła cicho. Pochylił się, 

aby nie uronić ani jednego jej słowa. - Toby mnie ko­

chał i nic tego nie zmieni. Zginął. I tego też nic nie 

zmieni. 

- Zgadza się - przyznał. - I przez pewien czas ta 

prawda przysłaniała mi cały świat. Ale wreszcie przej­

rzałem na oczy. 

Obróciła się do niego twarzą. 

- To znaczy? Dlaczego? Co się stało? 
- Nic - odparł, uśmiechając się smutno. 

- Aha. 
Usiłowała się podnieść. Ręce Josha zacisnęły się na 

jej ramionach, zmuszając ją, aby nie ruszała się z miej­

sca. 

- Emily, Toby nie żyje. Ale my nie możemy przez 

resztę życia udawać, że nic do siebie nie czujemy. On 

by tego nie chciał. Wierz mi. Nie chciałby, abym ca­

łymi latami opłakiwał jego śmierć. I nie chciałby, aby 

dziewczyna, której uratował życie, pogrążyła się 

w rozpaczy i samotności. Dobrze się stało, że się spot­

kaliśmy, że... że się pokochaliśmy. Myślę, że Toby bar­

dzo by się ucieszył. 

- Jesteś pewien? - spytała cicho. - Że... że... 

- Że cię kocham? - Zgarnął ją w ramiona. - Nigdy 

nie byłem niczego bardziej pewien. Martwię się tylko, 

background image

DOM RADOŚCI 

225 

czy taka piękna młoda dziewczyna zechce związać 

swój los z rodeowcem, który marzy o tym, aby ją po­

ślubić, ustatkować się i mieć gromadkę dzieci. 

Emily odprężyła się; napięcie ją opuściło, do oczu 

napłynęły łzy. 

- Martha miała rację - rzekła. 
Zmarszczył czoło. Jaka Martha? I co ma wspólnego 

z nim i Emily? 

- Powiedziała, że jestem silna. Że zdołam się pod­

nieść, pogodzić z losem, żyć dalej bez ciebie u mojego 

boku. I tak się stało. Mogłabym żyć bez ciebie. 

Potrząsnął głową. 
- Nie rozumiem... 
- Nie szkodzi. - Uśmiechnęła się szeroko. - Nie 

musisz rozumieć. Chcę tylko, abyś wiedział, że chociaż 

mogłabym żyć bez ciebie, to nie zamierzam. Bo bardzo 

cię kocham. Od pierwszej chwili. 

- Jak ona się czuje? - spytała Meredith. 

Stali w wejściu do sali, w której odbywały się wi­

dzenia. 

- W miarę nieźle - odparł lekarz. - Udało nam się 

dobrać odpowiedni zestaw leków, lecz pani siostra nie­

chętnie je bierze. Ciągle usiłuje nas przechytrzyć. Od 

wczoraj jednak, kiedy zadzwonili państwo, aby zapo­

wiedzieć wizytę doktor Hanford, zachowuje się bez za­

rzutu. 

Jewel Mayfair Baylor Hanford wysunęła się na­

przód i uśmiechnęła do lekarza. 

- Jestem panu wdzięczna, doktorze, że tak szybko 

background image

226 

KASEY MICHAELS 

zorganizował pan to spotkanie. Może powinnam się 

była uzbroić w cierpliwość, ale po tylu latach... sam 

pan rozumie. Po prostu musiałam od razu tu przylecieć. 

Meredith uścisnęła dłoń swojej siostrzenicy, pra­

gnąc dodać jej otuchy. Spotkały się dziś rano na ranczu 

Coltonów. Dwa dni po tym, jak Austin upewnił się, 

że Jewel jest córką Patsy, Joe wysłał po nią prywatny 

odrzutowiec. Jewel zostawiła dwoje dzieci pod opieką 

męża, a sama przyleciała zobaczyć się z matką; jeszcze 

dziś wieczorem zamierzała wrócić do Ohio. 

Wszystkie trzy, Meredith, Patsy i Jewel, były do 

siebie niesamowicie podobne. Kiedy Jewel dotarła do 

Prosperino, nikt już nie mówił o robieniu badań DNA. 

Podobieństwo samo rzucało się w oczy. Pani doktor 

Jewel Hanford, psycholog specjalizujący się w proble­

mach dzieci, była niewątpliwie córką Patsy Portman. 

- To co? Idziemy? - spytał lekarz, zwracając się 

do Jewel. - Muszę przyznać, że ucieszyłem się, słysząc 

o pani wykształceniu. Powinno pani pomóc, choć po­

dejrzewam, że kilka najbliższych minut i tak będzie 

bardzo stresujące. 

- Wiem, dlatego uważam, że nie ma sensu dłużej 

czekać. 

Meredith uśmiechnęła się w duchu. Jewel, mimo iż 

tak podobna z wyglądu do matki, charakter miała cał­

kiem inny. Była silna, a zarazem czuła i wrażliwa, in­

teligentna, odważna, gotowa zaakceptować rzeczy­

wistość, jaka ukaże się jej oczom, kiedy drzwi pomię­

dzy nią a jej biologiczną matką zostaną wreszcie 

otwarte. 

background image

DOM RADOŚCI 227 

- Oczy... oczywiście - wydukał zdenerwowany le­

karz. 

Przekręciwszy klucz w zamku, odsunął się na bok, 

pozwalając Meredith wejść do środka. 

Patsy stała zwrócona twarzą do okratowanego okna. 

Odkąd ostatni raz siostry się widziały, jeszcze bardziej 

schudła. Ubranie dosłownie na niej wisiało. 

- Patsy... przyprowadziłam do ciebie Jewel. 
- Widziałam - burknęła Patsy, wciąż wpatrzona 

w świat za oknem. - Widziałam was, kiedy wysiada­

łyście z samochodu. Zabierz ją stąd. Obie się stąd wy­

noście! 

Meredith zerknęła skonfundowana na Jewel; żal jej 

było odtrąconego przez matkę dziecka. 

- Wszystko w porządku - pocieszyła ją młodsza 

kobieta. - Panie doktorze, chciałabym porozmawiać 

z mamą sam na sam. Mogłabym? 

Po chwili wahania lekarz skinął głową. 
- Dobrze, zaczekamy na zewnątrz. Będziemy panie 

obserwować przez szybę w drzwiach. 

- Dziękuję. 

Meredith z lekarzem wycofali się na korytarz. Patsy 

nie drgnęła. 

- Co się dzieje? - spytała zdziwiona Meredith. -

Nic nie rozumiem. Całymi latami marzyła o odnale­

zieniu córki, a teraz... 

- Teraz to, co było w sferze marzeń, stało się rze­

czywistością. Pani siostra wstydzi się spojrzeć córce 

w oczy. Wspomniałem, że nowa kombinacja leków 

psychotropowych dobrze na nią działa. Niestety, chyba 

background image

228 

KASEY M1CHAELS 

aż za dobrze. Pani siostra ma w tej chwili pełną świa­

domość, że córka może ją odtrącić. 

- Biedna Patsy. - Meredith przełknęła łzy. - A my­

śmy myśleli, że się ucieszy. 

Patrzyła przez szybę, jak Jewel zbliża się do matki. 

Usta się jej poruszały, czyli coś do niej mówiła, ale 

Meredith nie była w stanie odróżnić poszczególnych 

słów. 

Patsy ściskała kratę w oknie. Po kilku ciągnących 

się w nieskończoność sekundach wolno odwróciła się 

twarzą do córki. Meredith wstrzymała oddech. Po raz 

pierwszy w życiu widziała w oczach siostry tyle mi­

łości i nadziei. 

Uniosła dłoń i delikatnie przytknęła ją do policzka 

Jewel. Ta zakryła rękę matki własną. Przez dłuższą 

chwilę stały bez ruchu, wpatrując się w siebie. Jewel 

pierwsza wyciągnęła ramiona i przytuliła Patsy do 

piersi, 

Wydobywszy z torebki chustkę do nosa, Meredith 

odeszła na bok, żeby zostawić kobietom w okratowa-

nej sali odrobinę prywatności. 

- Co teraz, doktorze? Co teraz? 

- Nie wiem, proszę pani. Chciałbym móc powie­

dzieć, że pani siostra wydobrzeje, ale oboje zdajemy 

sobie sprawę, że to mało prawdopodobne. Mimo le­

ków, jakie otrzymuje, Patsy się od nas oddala, ucieka 

w świat, w którym czuje się bezpieczna, i w którym 

nie pamięta o wyrządzonych przez siebie krzywdach. 

Podejrzewam, że nigdy go nie opuści. Z czasem za­

pomni o tym, że jakikolwiek inny świat w ogóle ist-

background image

DOM RADOŚCI 229 

nieje. Przykro mi, ale powinny mieć panie tego świa­

domość, pani i jej siostrzenica. 

Meredith zerknęła przez szybę w drzwiach. Patsy 

i Jewel siedziały koło siebie; córka pokazywała matce 

zdjęcia jej wnuków. 

- Jewel chyba wie - oznajmiła cicho. - Ale na ra­

zie cieszy się z odnalezienia matki, dwóch braci przy­

rodnich i licznej rodziny, która z otwartymi ramionami 

przyjmie ją oraz jej bliskich do swojego grona. A ja, 

dzięki Jewel, czuję się tak, jakbym odzyskała siostrę. 

W pewnym sensie można to uznać za szczęśliwe za­

kończenie, prawda, doktorze? 

- Boże, wspaniała jest ta suknia! - Przytrzymując 

suto marszczoną spódnicę, Sophie wirowała po pokoju. 

- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wybrałaś mnie 

na druhnę. 

- Masz szczęście, że ci wybaczyłam. - Od Święta 

Dziękczynienia Emily stale czyniła siostrze wyrzuty, 

że nie uprzedziła jej o przyjeździe Josha. - A teraz 

przestań się kręcić i pomóż mi z tym naszyjnikiem. 

Ciocia Sybil nalegała, żebym go włożyła, ale nie mogę 

poradzić sobie z zapięciem. Ręce mi się trzęsą ze zde-

nerwowania. 

- Nic dziwnego, na widok ciotuni wszyscy zawsze 

drżą ze strachu - zażartowała Sophie. - Nie ruszaj się. 

0, już - oznajmiła zadowolona, że udało się jej zapiąć 

na szyi siostry piękny stary naszyjnik z pereł. - Zdą-

żyłyśmy w ostatniej chwili. Tata, jak widzę, jest gotów 

poprowadzić cię do ołtarza. 

background image

230 

KASEY MICHAELS 

Joe Colton zastukał do otwartych drzwi i z miną 

człowieka, który idzie na ścięcie, wszedł do pokoju 

Emily. 

- Jak tam? - spytał. - Jesteście gotowe? 

Spuścił wzrok. Nie czuł się na siłach oglądać swojej 

najmłodszej córki w sukni ślubnej. 

- Em, spójrz na ojca! - zawołała ze śmiechem So­

phie. - Tato, nie denerwuj się. Zobacz, jak ona ślicznie 

wygląda. 

Joe Colton westchnął zrezygnowany. Przed oczami 

stanął mu obraz małej dziewczynki, która lubiła sia­

dywać mu na kolanach, a kiedy całował ją na dobra­

noc, śmiała się, że jego wąsy ją „tlikoczą". 

- Wyglądasz pięknie, maleńka - rzekł ze wzrusze­

niem. - Jesteś najpiękniejszą panną młodą, jaką kie­

dykolwiek widziałem. No, chodź. Wszyscy czekają. 

Pora zaczynać. 

- Tata ma rację, Em - poparła go Sophie. - Nie 

wydaje mi się, aby Josh odznaczał się nadmiarem cierp­

liwości. Tylko patrzeć, jak wparuje tu po ciebie. 

Emily weszła do salonu, trzymając ojca pod rękę. 

Jej nie grzeszący nadmiarem cierpliwości ukochany, 

ubrany w nowo zakupiony smoking oraz nowe kow­

bojskie buty z wężowej skóry sprezentowane mu przez 

firmę, której produkty często reklamował, czekał z pa­

storem przed ogromnym kominkiem. Był wysoki, 

przystojny... i przerażony. 

Na widok narzeczonej chciał ruszyć jej naprzeciw. 

W ostatniej chwili opamiętał się i zaczekał, aż Joe pod­

prowadzi Emily bliżej. 

background image

DOM RADOŚCI 231 

Ująwszy dłoń córki, Joe podał ją Joshowi, sam zaś 

usiadł obok żony. 

- Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie - szepnął 

Josh. - A ja największym szczęściarzem. 

Rano wylatywali do Nowego Meksyku, gdzie Josh 

zamierzał po raz ostatni wystąpić na rodeo, zanim zrobi 

kilkumiesięczną przerwę. 

Ze ślubem mogli oczywiście poczekać do wiosny, 

ale żadne z nich nie chciało myśleć o rozstaniu, nawet 

parodniowym. 

Z uśmiechem na ustach Emily obserwowała, jak jej 

mąż tańczy na parkiecie z wniebowziętą Tatanią. 

Mieli zarezerwowany apartament dla nowożeńców 

w hotelu koło lotniska. 

- Tatania jest zachwycona - powiedziała Martha, 

z matczyną dumą spoglądając na dziewczynkę. - Tań­

czyła chyba z każdym z obecnych tu mężczyzn. Żadna 

inna panna nie ma takiego powodzenia. 

- Jak ona się czuje? - spytała Emily, przenosząc 

ciężar ciała z nogi na nogę. Nowe białe buciki ha wy­

sokich obcasach zaczynały ją uwierać. Marzyła o tym, 

żeby przebrać się w wygodne ubranie, z którego -

miała nadzieję - Josh i tak ją wkrótce uwolni. 

- Dużo lepiej - odparła Martha. - Cieszę się, że 

Blake pozwolił mi ją zabrać z sobą do domu. W Ho-

pechest panuje grypa, więc... 

- Rebeka wspominała, że mają pełne ręce roboty... 

A więc to była grypa? 

- Chyba tak. - Martha westchnęła. - Choć to 

background image

232 K.ASEY M1CHAELS 

dziwne, że gdy tylko mała znalazła się z dala od Ho-

pechest, natychmiast zaczęła zdrowieć. 

Emily pocałowała Marthę w policzek. 

- Czy już ci dziś mówiłam, jak bardzo jestem ci 

wdzięczna za pomoc? Za to, że mogłam ci się zwie­

rzać? Za to, że okazałaś mi tyle serca i cierpliwości? 

- Kochanie, od tego są przyjaciele. Dzięki Colto-

nom całe moje życie uległo zmianie. Na lepsze. 

- To zasługa rodziców. Czyż oni nie są fantastycz­

ni? - Rozejrzała się po sali. - Która godzina? 

- Myślisz o tym samym co ja? Że tort został już 

pokrojony, bukiet rzucony i złapany przez Tatanię, 

podwiązka złapana przez Maksa, który wsadził ją sobie 

na głowę... Tak, chyba już czas. 

Obie popatrzyły na parkiet; Meredith i Joe tańczyli 

przytuleni. 

- Uprzedzę pastora. 
- A ja poszukam Inez. Bądź co bądź, to ona pod­

sunęła mi ten pomysł. 

Kilka minut później Rand podszedł do kominka; 

skinął na Rivera, aby ten wyłączył muzykę, po czym 

zaklaskał w dłonie, prosząc wszystkich o uwagę. 

- Najmilsi - rzekł, uśmiechając się do zgromadzo­

nych w salonie gości. - Byliście dziś świadkami za­

ślubin Emily i Josha, którego z otwartymi ramionami 

witamy w naszej rodzinie. Słyszeliście, jak przyrzekali 

sobie miłość i wierność małżeńską, to, że będą ze sobą 

w zdrowiu i chorobie, w bogactwie i biedzie, w rado­

ści i smutku. Wypowiadamy tę piękną przysięgę na 

ślubnym kobiercu - popatrzył na żonę, Lucy, która sta-

background image

DOM RADOŚCI 233 

ła nieopodal z bukietem drobnych różyczek w ręce -

a potem do końca życia staramy się jej dotrzymać. 

- Zaraz się rozpłaczę - szepnęła Martha do Emily. 

- Mamo, tato - kontynuował Rand, ruchem dłoni 

zapraszając ich do siebie. - Nie było nas na świecie, 

kiedy wyście wypowiadali te słowa, ale widzimy, jak 

każdego dnia dajecie sobie dowody miłości. Bylibyśmy 

dumni i wdzięczni, gdybyście teraz, w obecności swo­

ich dzieci i wnuków, zechcieli przysięgę odnowić. 

- Och, Rand, nie. - Meredith wtuliła twarz w ra­

mię męża, odruchowo przyjmując od Lucy bukiet ró­

życzek. 

- Uszczęśliwicie nas wszystkich. 

- Joe? - Popatrzyła pytająco na męża. - Co o tym 

myślisz? 

Pastor, który właśnie skończył jeść upieczony przez 

Inez tort, skierował się w stronę kominka. 

- Mnie uszczęśliwisz najbardziej - odparł Joe, 

unosząc dłonie żony do ust i składając na nich poca­

łunek. - Jeśli chcesz, gotów jestem paść przed tobą 

na kolana i znów prosić cię o rękę. Nie jestem tylko 

pewien, czy zdołam wstać o własnych siłach. 

Pośród śmiechu i łez wszyscy ponownie zgroma­

dzili się przed kominkiem wokół dw

ł

ojga wspaniałych 

ludzi, którzy razem zbudowali Haciendę de Alegria, 

ten cudowny Dom Radości, i razem wypełnili go gro­

madką dzieci adoptowanych, przybranych i własnych, 

wszystkich jednakowo kochanych. 

- Ja, Joseph Colton, biorę ciebie, Meredith Port-

man, za żonę... 

background image

234 

KASEY MICHAELS 

- Ja, Meredith Portman, biorę ciebie, Josepha Col-

tona, za męża... 

- Przysięgam cię kochać w zdrowiu i chorobie, 

w bogactwie i biedzie, w radości i smutku... 

- Przysięgam cię kochać w zdrowiu i chorobie, 

w bogactwie i biedzie, w radości i smutku... 

- Dopóki śmierć nas nie rozdzieli. 

- Dopóki śmierć nas nie rozdzieli.