background image

W listopadzie proponujemy

Harleąuin 
Romance

CAROLINE ANDERSON

Z

BUNTOWANA

 

ŻONA

 

Sally Wentworth

*

BURZLIWA MIŁOŚĆ

Sandra Field 

*

MROCZNA SPUŚCIZNA 

Emma Darcy

MĘŻCZYZNA NIE W JEJ TYPIE 

Rosemary Hammond

*

O

RLE

 G

NIAZDO

Candice Ransom 

po 

raz pierwszy w cyklu

Teen Romance

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA    

Caroline Anderson

Medical Romance

Harlequin

Według 

wskazań lekarza

Harlequin®

Toronto • Nowy Jork • Londyn

Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg

Madryt • Mediolan • Paryż • Praga • Sofia • Sydney

Sztokholm • Tokio • Warszawa

background image

Tytuł oryginału:

Just What the Doctor Ordered

Pierwsze wydanie:

1993 by Mills & Boon Limited

Przekład: 
Bogna Król

Redakcja: Hanna 
Chęcińska

Korekta:

Małgorzata Prorok 
Ewa Popławska 
Anna Żmijewska

© Caroline Anderson 1993

© for the Polish edition by Arlekin - Wydawnictwo Harlequin

Enterprises sp. z o.o., Warszawa 1993

Wszystkie   prawa   zastrzeżone,  łącznie   z   prawem   reprodukcji 
części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.
Wydanie   niniejsze   zostało   opublikowane   w   porozumieniu   z 
Harlequin Enterprises B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podo-
bieństwo do osób rzeczywistych - żywych czy umarłych - jest 
całkowicie przypadkowe.
Znak   firmowy   wydawnictwa   Harlequin   i   znak   serii   Harlequin 
Romance są zastrzeżone.
Skład i łamanie: ROZALIN, Warszawa 
Printed in Germany by ELSNERDRUCK

ISBN 83-7070-342-9 

Indeks 392073

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Było   to   typowe   małe   angielskie   miasteczko. 

Wzdłuż głównej ulicy ciągnęły się malownicze domki 

i sklepy z bladomiodowego kamienia, poprzetykane tu 

i   ówdzie   antykwariatami   i   kawiarenkami.   Gdzie-

niegdzie drewniane domy z okresu Tudorów wkracza-

ły na chodnik, burząc symetrię zabudowy.

Cathy, zgodnie z zawartymi w liście wskazówkami, 

minęła starą kamienną halę targową i skręciła w pra-

wo. Przejechała przez most na rzece i bez kłopotów 

odnalazła niezgrabny kamienny budynek z parkingiem 

od   frontu.   PRZYCHODNIA   LEKARSKA   W 

BARTON   -   głosił   duży   napis.   Cathy   zaparkowała 

samochód i wyłączyła silnik. Poczuła, że jest zdener-

wowana.

To   śmieszne,   uspokajała   samą   siebie.   Albo   do-

staniesz tę pracę, albo nie. W końcu nie jesteś bez-

robotna. Nie ma się czym przejmować. A jednak było. 

Jadąc   przez   Barton,   nieodwołalnie   zakochała   się   w 

tym   miasteczku,   a   jej   smutne,   obolałe   serce   nagle 

poczuło, że jest w domu.

Przekręciła samochodowe lusterko i zaczęła się w 

nim   przeglądać.   Stwierdziła,   że   jej   gęste   złotorude 

włosy  nadal   upięte   są   w   kok   na   karku,   a   delikatne 

zielone cienie nad oczami jeszcze się nie rozmazały. 

Panujący tego dnia upał nie rozpuścił też tuszu do rzęs 

ani   nie   sprawił,   że   zabawnie   zadarty   nosek   zaczął 

błyszczeć. Jednak nic na świecie nie mogło usunąć z jej 

twarzy znienawidzonych piegów.

Jej   wargi   ciągle   nosiły   ślad   delikatnej   różowej 

pomadki. Wahała się, czy powinna zaprezentować się

background image

6

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

7

w   takim   stanie,   czy   jeszcze   raz   umalować   twarz 

ryzykując, że będzie wyglądała na przesadnie zadba-

ną. Zdecydowała się na szybki atak. Wytarła spocone 

dłonie   w   papierową   chusteczkę   i   wysiadła   z   sa-

mochodu, narzucając na ramiona lekki żakiet. Wzięła 

głęboki oddech i ruszyła w stronę przychodni.

Pokój recepcyjny był zupełnie pusty, jeśli nie liczyć 

kilku porzuconych zabawek. Nacisnęła guzik dzwonka 

i czekając, aż ktoś się pojawi, odruchowo zaczęła je 

zbierać,   żeby   wrzucić   do   stojącej   w   rogu   skrzyni. 

Oprócz całego naręcza klocków podniosła piszczącego 

królika, bardzo brudnego od długiego używania, oraz 

rozczochraną   szmacianą   lalkę,   którą   ktoś   musiał 

kiedyś bardzo kochać.

- Czym mogę służyć?

Głęboki głos przerwał ciszę tak nieoczekiwanie, że 

podskoczyła,   naciskając   królika,   który   przeraźliwie 

zapiszczał.

-

Przepraszam, przestraszył mnie pan - powiedziała 

bez tchu. Odwróciła się i znalazła twarzą w twarz z 

wysokim,   jasnowłosym   mężczyzną.   Jego   szerokie 

ramiona prawie zasłaniały drzwi, ale to oczy przykuły 

jej uwagę. Kontrastowały ze złotobrunatną opalenizną 

i   były   zadziwiająco   niebieskie.   Cathy   jeszcze   nigdy 

takich nie widziała.

- Ja... Jestem doktor Harris. Byłam umówiona na 

rozmowę z doktorem Gloverem na trzecią.

- Max Armstrong, jego współpracownik. - Wycią-

gnął do niej rękę.

Przytulając zabawki do siebie, podała dłoń Arms-

trongowi.   Krótki   i   pewny   uścisk   wywołał   w   niej 

dreszcz. Zaskoczona, rozluźniła rękę i straciła kont-

rolę   nad   zabawkami.   Posypały   się   z   powrotem   na 

podłogę.

- Jeśli skończyła pani się bawić, może schowamy

je do skrzyni i zajmiemy się pani spotkaniem z dok

torem Gloverem - powiedział z uśmiechem. Uśmiech

ten sprawił, że przeistoczył się z całkiem przystojnego 

w   najbardziej   oszałamiającego   mężczyznę,   jakiego 

kiedykolwiek widziała. Serce zaczęło jej łomotać, ale 

złożyła to na karb zdenerwowania związanego z cze-

kającą ją rozmową.

-Jesteśmy   dziś   okropnie   zaganiani   -   wyjaśnił, 

podnosząc klocki. - Byłem na wakacjach i oczywiście 

narosły zaległości... Pozwoli pani, że pomogę. - Wyjął 

z   jej   rąk   resztę   zabawek.   Gwałtownie   wstrzymała 

oddech, gdy jego dłonie przypadkiem otarły się o jej 

pełne piersi. Serce Cathy znowu zabiło mocno. Spoj-

rzała   w   jego   cudowne   błękitne   oczy   i   dostrzegła 

kryjące się w nich diabelskie ogniki.

- Przepraszam   -   wymamrotał,   jednak   Cathy   od

niosła wrażenie, że wcale nie było mu przykro. Stara

jąc   się   ukryć   zakłopotanie,   schyliła   się   po   ostatnią

zabawkę i odniosła na miejsce.

Poprowadził ją do kuchni na zapleczu. Ciągle była 

pod wrażeniem jego oczu i niespodziewanego dotyku. 

Jej ciało od tak dawna skazane było na samotność. Z 

ulgą   zauważyła,   że   mężczyzna   znajdujący   się  w 

kuchni  jest  dużo starszy,  pewnie koło pięćdziesiątki. 

Wyglądał   sympatycznie.   Miał   lekki   brzuszek  i 

zmarszczki wokół oczu. Skłonił się tylko, oszczędzając 

jej idiotycznych uścisków dłoni.

-

Witamy   w   Barton,   doktor   Harris.   Widzę,   że 

poznała   już   pani   Maxa.   Przepraszam,   że   przyjmuję 

panią w kuchni, ale jesteśmy dziś bardzo spóźnieni. 

Będziemy tu siedzieć pewnie do siódmej, więc chcieli-

śmy coś szybko przegryźć. A pani już jadła?

- Tak, dziękuję. I proszę się nie tłumaczyć, sama 

często jem coś w biegu.

- Nie wątpię. W takim razie, może kawy?

Napełnił jej kubek. Podziękowała i wypiła łyk,

podczas   gdy   oni   odpakowywali   swoje   kanapki.   Jej 

podanie, z odciśniętym brązowym kawowym kółkiem, 

leżało na stole. Doktor Glover przesunął je w kierunku 

swego kolegi.

background image

8

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ 
LEKARZA

9

- Rzuć na to okiem, kiedy będziemy rozmawiać.

- Uśmiechnął   się   do   Cathy.   -   Proszę   nam   o   sobie

opowiedzieć, doktor Harris.

- Oczywiście.   -   Mój   Boże,   jak   ona   nienawidziła

takich wywiadów. Odchrząknęła i wyprostowała się.

- Cóż,   dotąd   pracowałam   w   niepełnym   wymiarze

godzin w przychodni  w centrum dużego miasta, ale

ostatnio okazało  się,  że  potrzebny  jest   ktoś   na  cały

etat. Podjęłam się tego, ale zdecydowałam, że nie chcę

stale tak pracować i zaczęłam rozglądać się za czymś

bardziej odpowiednim.

O Boże, co ja wygaduję, pomyślała. Przerwała, aby 

zaczerpnąć   powietrza.   Doktor   Armstrong   podniósł 

głowę znad jej podania. Jego błękitne oczy wyrażały 

zdziwienie.

- Masz trzydzieści pięć lat? Nie wyglądasz na tyle. 

Uśmiechnęła się słodko.

- Po prostu farbuję siwe włosy.

- Zadziwiające,   wyglądają   tak   naturalnie.   -   Przy-

glądał się im przez chwilę, a później mrugnął do niej 

przyjaźnie.   -   I   mimo   podeszłego   wieku   -   uniósł 

prowokacyjnie brew - pracowałaś tylko w niepełnym 

wymiarze godzin?

- Tak, do niedawna - przyznała.

- Wiesz, że tutaj czeka cię praca na pełnym etacie?

- Tak. Chcę mieć cały etat.

-To   dlaczego   nie   zostaniesz   tam,   gdzie   jesteś? 

Miałaś jakieś problemy osobiste?

Nie, dopóki nie spotkałam ciebie, chciała odpowie-

dzieć, ale ugryzła się w język.

- Nie chcę pracować w dużym mieście.

- Czy to zbyt duże obciążenie? - zapytał. Wyczuła 

nagłą zmianę nastawienia w jego zachowaniu.

- Myślę, że wiejskie powietrze i prosty styl życia 

będą lepiej służyły mojemu synowi. Właśnie idzie do 

szkoły   i,   mówiąc   szczerze,   niepokoję   się   o   niego. 

Myślę,  że w szkole w takim miasteczku jak Barton 

będzie czuł się lepiej.

Atmosfera robiła się coraz chłodniejsza.

- Syn?

- Doktor   Harris  ma  pięcioletniego syna  -  powie-

dział doktor Glover. - Nazywa się Stephen, prawda?

- Uśmiechem starał się dodać jej otuchy.

- Zgadza się.

-Tylko jednego? - zapytał doktor Armstrong, a ona 

przytaknęła.

-Dlaczego  więc,  do  diabła,  chcesz  pracować?

- wycedził. - Nie lepiej byłoby siedzieć w domu,

drapować firanki i układać poduszki?

Cathy z trudem się opanowała.

- Nie lepiej. A nawet jeśli, i tak nie mam wyboru. 

Muszę zarabiać, jeżeli chcę utrzymać jaki taki poziom 

życia.

-

Ambicje?

- Nie większe niż u innych rodziców troszczących 

się o swoje dzieci - powiedziała spokojnie.

- Nie sądzisz, że byłabyś szczęśliwsza pozwalając 

mężowi zająć się robieniem kariery? Czy on też chce 

wynieść   się   z   miasta?   A   może   i   jego   musisz 

utrzymywać?

Dawny ból powrócił.

-Już   nie.   Michael   umarł   trzy   lata   temu.   Miał 

stwardnienie rozsiane.

Doktor  Glover  wstrzymał  oddech.   Cathy spuściła 

oczy, lecz przedtem zdążyła dostrzec zaskoczenie na 

twarzy Armstronga.

- Przepraszam bardzo - powiedział cicho, a w jego

głębokim głosie dało się słyszeć skruchę. - Nie miałem

pojęcia. Nie zdążyłem przeczytać podania.

Podniosła wzrok. Nie miała zamiaru zasłaniać się 

swoim zmarłym mężem przed napastliwością, z jaką 

doktor Armstrong przeprowadzał z nią wywiad.

- Zapomnijmy o tym. Nic się nie stało.

- A jednak to ważne z wielu powodów. To znaczy, 

że jest jeszcze gorzej, niż gdybyś była zamężna - po-

wiedział. Wiedziała, że nie żartuje. Był śmiertelnie

background image

10

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

11

poważny.   -   Nie   masz   żadnego   zaplecza,   żadnego 

emocjonalnego   oparcia.   Praca   tu   jest   ciężka,   odpo-

wiedzialna, zajmuje dużo czasu, nie jest dopasowana 

do   szkolnych   wakacji,   ciągle   pojawiają   się   jakieś 

nieprzewidziane problemy.

-Nie takie znowu nieprzewidziane - poprawiła go. - 

Możesz mi wierzyć, że zdaję sobie z tego sprawę.

-A   co   będzie   z   nocnymi   dyżurami   albo   kiedy 

przyjdzie twoja kolej dyżuru w Boże Narodzenie? Co 

się wtedy stanie z twoim synem?

- Max, jestem pewny, że doktor Harris rozważyła

to wszystko, zanim złożyła podanie. W końcu radziła

sobie z powodzeniem w poprzedniej pracy. - Doktor

Glover odchylił się w krześle i patrzył na swego kolegę

zza okularów. - Osądzasz ją zbyt  ostro. Ma świetne

referencje i jej koledzy bardzo żałują, że odchodzi. Ma

długoletnią praktykę i może być bardzo przydatna.

- Nigdy nie pracowała w pełnym wymiarze godzin.

-Pracowałam. Przez sześć lat i przez ostatnie

pół roku.

- Dlaczego  nie   kupisz  sobie  za  pieniądze  z   ubez

pieczenia ślicznego małego domku i nie zamieszkasz

w nim, zapewniając właściwą opiekę swojemu dziec

ku? - zapytał z ciekawością.

Cathy nie wytrzymała.

- Jakie znowu pieniądze z ubezpieczenia? Nie po

dejrzewałbyś   przecież,   że   sprawny   mężczyzna   koło

trzydziestki jest śmiertelnie chory. Zamierzaliśmy wy

kupić  polisę,  kiedy trafił  się  nam dom do kupienia.

Myśleliśmy   o   tym   także   później,   ale   właśnie   zdia-

gnozowano   chorobę   Michaela.   Jedną   z   ujemnych

stron   tego,   że   masz   umrzeć,   jest   fakt,   że   nikt   nie

chce   cię   ubezpieczyć   na   życie   -   zakończyła   z   sa

rkazmem.  Odetchnęła.  Nie  powinna   dać   ponieść  się

nerwom,   bez   względu   na   to,   jak   bardzo   doktor

Armstrong doprowadzał ją do furii.

Opanowała gniew i zaczęła jeszcze raz.

- Przepraszam, nie chciałam być  nieuprzejma, ale

wydaje mi  się, że to nie ma nic wspólnego z moim

podaniem. Potrafię zorganizować moje życie domowe

tak,   aby   nie   przeszkadzało   mi   w   pracy,   a   powody,

dla których chcę lub muszę pracować, są tylko moją

sprawą.   Powinno   was   zadowolić,   że   czuję   się   przy

wiązana do mego zawodu. Może bardziej na miejscu

byłyby   pytania   dotyczące   moich   kwalifikacji   zawo

dowych   albo   znajomości   współczesnej   techniki   me

dycznej!

Pełne wargi doktora Armstronga zacisnęły się tak 

mocno,   jakby   z   trudem   nad   sobą   panował.   Doktor 

Glover popatrzył na nich, podniósł palec i wymierzył 

go w Cathy.

Mój   Boże,   pomyślała,   wszystko   na   nic.   Zaraz 

powie   mi,   że   nie   jestem   odpowiednią   osobą.   Będę 

musiała   zostać   w   Bristolu   i   posłać   Stephena   do   tej 

okropnej szkoły...

- Co wiesz o hazardzie? - zapytał.

-

O hazardzie? - Pytanie było tak nieoczekiwane, że 

zawahała się na chwilę, zaraz jednak wzięła głęboki 

oddech i wróciła do równowagi. - Hazard może stać 

się   uzależnieniem,   tak   jak   spożywanie   alkoholu   lub 

narkotyków.   Hazardzista   nie   potrafi   przestać,   nawet 

wtedy, gdy przegrywa. Kłamie, oszukuje, a wszystko 

to ma   swoje  konsekwencje  finansowe  i wpływa   de-

strukcyjnie na życie rodzinne. A skąd to pytanie?

Doktor Glover uśmiechnął się. -Mamy hazardzistę 

wśród naszych pacjentów. Ciekaw jestem, jak byś z 

nim postępowała.

- Zanim zrobiłabym cokolwiek, przede wszystkim 

zapoznałabym się z jego kartą choroby -powiedziała, 

rzucając ostre spojrzenie doktorowi Armstrongowi. - 

Nie   sądzę,   aby   można   było   w   jednej   chwili   ocenić 

sytuację. Takie oceny są zazwyczaj mylące.

- Chcesz powiedzieć, że nie posługujesz się intui-

cją? - zapytał Armstrong. Cathy odniosła wrażenie, że 

jest to podchwytliwe pytanie.

background image

12

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

13

- Nie wtedy, gdy istnieją pewniejsze metody zbie

rania   informacji.   Na   przykład   takie,   jak   czytanie

dokumentów   -   odparła,   wymownie   spoglądając   na

swoje podanie.

Uśmiechnął się teatralnie.

- Celny strzał.

- Tak więc, po przeczytaniu dokumentacji i stwie

rdzeniu,   że   patologiczne   warunki   wpływają   destru

kcyjnie   na   rodzinę,   jak   to   słusznie   przedstawiłaś,

jakie byłyby twoje zalecenia? - dopytywał się doktor

Glover.    '

Przez chwilę dyskutowali o psychiatrycznych aspe-

ktach hazardu, o różnych podejściach do tej choroby i 

związanych z nimi za i przeciw. Następnie poruszyli 

tematy miejscowej praktyki lekarskiej, ochrony zdro-

wia i profilaktyki medycznej.

Nagłe   wezwanie   do   pacjenta   przerwało   im   roz-

mowę. Doktor Armstrong musiał wyjechać, a doktor 

Glover   oprowadził  ją  po  całej   przychodni,   wprowa-

dzając krótko we wszystko.

- Będziemy w kontakcie, moja droga - powiedział

na koniec z uśmiechem, który dodał jej  otuchy.

- Przepraszam za mojego kolegę. Bywa czasem nieco

gruboskórny.   Trudno   mu   się   pogodzić   z   tym,   że

niektóre kobiety muszą zarabiać na życie.

- Proszę się tym nie przejmować - zapewniła go.

- Będę czekać na wiadomość.

Chciała   już   iść   do   samochodu,   gdy   na   ścieżce 

pojawił się młody człowiek z ręką owiniętą przesiąk-

niętym krwią ręcznikiem.

- Martin! Co się stało? - zawołał doktor Glover.

- Ta cholerna piła... Obsunęła mi się ręka i ostrze 

dostało się między palce...

Zachwiał   się.   Cathy   objęła   go   w   pasie   i   pod-

trzymała.

- Proszę do środka. Zaraz się tym zajmiemy. Tylko

spokojnie.

Pomogła mu dostać się do gabinetu zabiegowego i, 

podczas gdy doktor Glover mył  ręce, zdjęła ręcznik, 

zastępując go sterylną gazą.

- Ciągle   jeszcze   krwawi,   ale   już   nie   tak   mocno

- powiedziała.

Doktor Glover zdjął gazę, obejrzał dokładnie rękę i 

uśmiechnął się do pacjenta.

- Tylko kilka szwów i za tydzień ręka będzie jak

nowa. Masz szczęście, Martin.

Chłopak przełknął ślinę.

- Nie czuję się zbyt szczęśliwy - powiedział, usiłu

jąc się uśmiechnąć.

Doktor Glover zastosował miejscowe znieczulenie 

i   zaczął   przeglądać   opakowania   z   nićmi   chirur-

gicznymi.

- Czy często zdarzają się tu takie wypadki? - spy

tała Cathy.

-Tak, szczególnie kiedy ja jestem na dyżurze.  W 

piątkowy   wieczór   i   sobotni   poranek   mamy   zwykle 

sporo cerowania - zamilkł na chwilę i odchrząknął. - 

Ty to zrób, a ja popatrzę. Ostatnio mój wzrok już nie 

jest taki dobry jak kiedyś, a Max poszedł na wizytę 

domową. Możesz to dla mnie zrobić?

Cathy   zatrzymała   się.   Powinna,   co   prawda,   już 

wracać, ale Stephen jest pod opieką babci i na pewno 

świetnie sobie radzą.

- Oczywiście - uśmiechnęła się.

W porównaniu z okaleczeniami od noży lub bute-

lek,   z   którymi   musiała   radzić   sobie   na   co   dzień, 

opatrzenie rany Martina okazało się dziecinną zabawą. 

Błyskawicznie zszyła rozcięcie, zabandażowała rękę i 

już po chwili żegnała go, wręczając na drogę środek 

przeciwbólowy.

Właśnie wsiadała do samochodu, kiedy pod przy-

chodnię   zajechał   duży   mercedes   i   wysiadł   z   niego 

Max.

background image

14

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

15

-

Wielkie nieba, co ci się stało? - zawołał. Podążyła 

za jego wzrokiem i stwierdziła, że cały przód żakietu 

jest pobrudzony krwią.

- Ojej, nie zauważyłam. Był  tu pacjent z rozciętą 

ręką i zszyłam ją.

- Ty zszyłaś?! A gdzie był John?

-Doktor   Glover?   Tutaj,   ale   powiedział,   że   nie 

najlepiej widzi, a ciebie nie było...

-John nie ma najmniejszych kłopotów ze wzrokiem 

- powiedział stanowczo Max. - Stary chytrus! Pewno 

chciał cię zobaczyć w akcji. No i co, zdałaś?

- Obawiam się, że tak.

- Obawiasz się? - Uniósł brwi.

-Odniosłam wrażenie, że wolałbyś, abym oblała

- powiedziała niewinnie.

Max Armstrong odrzucił głowę do tyłu i wybuch-

nął gromkim śmiechem.

-

No   nie,   doktor   Harris.   Możliwe,   że   nie   chcę  z 

tobą pracować, ale nie ma to nic wspólnego z twoimi 

umiejętnościami lekarskimi...

- Tylko z twoimi zastrzeżeniami do tego, że jestem 

kobietą - dokończyła  za niego i zarumieniła się pod 

wpływem   taksującego   ją   spojrzenia,   przesuwającego 

się   po   jej   figurze.   Armstrong   zatrzymał   wzrok   na 

środkowym guziku jej bluzki.

- Och,   nie.   Nie   zamierzam   kwestionować   twojej 

kobiecości   -   powiedział   miękko.   -   Mam   jedynie 

wątpliwości,   jak   sprawdzasz   się   w   roli   matki.

- Spojrzał jej prosto w oczy. - Do widzenia, doktor

Harris.

-Nie sądzisz chyba, że zobaczymy się znowu?

- spytała ostro.

- Wiesz dobrze, że nie jestem zachwycony twoją

kandydaturą,   ale   nie   mam   złudzeń.   Potrzebujemy

jeszcze jednego lekarza,  więc, jeśli John zechce,  do

staniesz ten etat. I zgadnij, kto w końcu będzie musiał

pracować za ciebie, gdy tylko  będziesz miała  jakieś

kłopoty?

Zasalutował,   unosząc   palce   do  skroni,   minął   ją   i 

oddalił się w stronę przychodni.

- Niech   cię   wszyscy   diabli,   doktorze   Armstrong

-   wycedziła   przez   zęby,   ruszając   z   parkingu.   -   Aro

gancka świnia!

Jadąc przez miasteczko kipiała jeszcze z wściekło-

ści. Kiedy znalazła się na szosie, zjechała na pobocze. 

Wyjęła butelkę z napojem pomarańczowym i wypiła 

parę łyków. Powoli się uspokajała.

Rozejrzała   się   wkoło.   Tutejszy  krajobraz   był   na-

prawdę piękny - jak okiem sięgnąć rozpościerały się 

przed   nią   łagodnie   falujące   wzgórza   i   szachownica 

pól.   Na   niewielkich   farmach   stały   kamienne   domy, 

otoczone stajniami i innymi zabudowaniami.

Spojrzała na drugą stronę drogi. Nieco w głębi, za 

niskim kamiennym murem, zobaczyła cudowny stary 

dom   z   oknami   oplecionymi   różami   i   clemati-sem. 

Popatrzyła na niego tęsknie i wsiadła do samochodu.

Byłoby wspaniale zapuścić gdzieś korzenie, kupić 

dom, posadzić róże i patrzeć, jak pną się aż po dach. 

Może, jeśli dostanie tę pracę, będzie mogła kupić choć 

mały domek z ogródkiem - marzyła.

Było już po szóstej, gdy dotarła do domu swojej 

teściowej. Stephen z błyszczącymi oczami wybiegł jej 

na spotkanie.

- Popatrz, mamusiu - zawołał - upiekliśmy ciasto

i babcia pozwoliła mi je przybrać! - Chwycił ją za rękę

i poprowadził w stronę kuchni.

Na wspaniałym chińskim talerzu zobaczyła kałużę 

z czekolady pokrytą lukrowymi groszkami.

- Wielkie nieba! - wykrzyknęła  i spojrzała ponad 

głową Stephena na swoją teściową. - Jakie cudowne 

ciasto!

- Chcesz kawałek?

- Oczywiście, kochanie.

Joan Harris przyjrzała się jej uważnie i postawiła 

czajnik na kuchence.

background image

16

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

17

- Napijesz   się   herbaty?   Właśnie   robię.   Stephen,

może zaniósłbyś swoje rysunki do samochodu mamusi.

Chłopiec wziął ogromny stos zarysowanych karto-

nów i wybiegł z kuchni, naśladując odgłos wyścigo-

wego samochodu.

Cathy westchnęła.

- Jak tam Stephen? - zapytała.

- Znakomicie. A jak tobie poszło?

- Bóg raczy wiedzieć. - Wzruszyła ramionami.

- Szef jest w porządku, ale jego współpracownik to

gbur, i na dodatek nie lubi pracujących matek. Sądzi,

że powinnam siedzieć w domu i być  na utrzymaniu

męża.   -   Dostrzegła   cień   bólu   na   twarzy   teściowej

i westchnęła. - Do diabła, Joan, przepraszam.

- Już dobrze, Cathy. A więc się nie dogadaliście?

- Dogadać się? Z nim? - roześmiała się krótko.

- Chyba   sobie   żartujesz.   To   kobieciarz.   W   kuchni

pewno bezradny jak dziecko. Skończony macho.

Joan stłumiła śmiech.

- A teraz powiedz, jak wygląda.

-

Wysoki, przystojny, seksowny, z uśmiechem mó-

wiącym: Chodź ze mną do łóżka. Miałam ochotę go 

uderzyć.

- Dlaczego? Czy dlatego, że przy nim znowu po-

czułaś się kobietą?

Cathy  przypomniała   sobie   dotyk   jego   dłoni,   gdy 

wyjmował zabawki z jej rąk.

- Bzdury.   Nie   chciałabym   czuć   się   kobietą   tego 

typu.

-

Jakiego znowu typu?! Żywą? Prawdziwą? Pełną? 

Cathy, przecież jesteś ciągle młoda. Wiem, że kochałaś 

Michaela, ale on umarł prawie cztery lata temu. Nie 

pozwól, aby życie przeszło obok ciebie.

- Nie zamierzam, ale czasami myślę, że już jest za 

późno.   Mam   trzydzieści   pięć   lat,   Joan,   jestem   zbyt 

stara, aby zaczynać od początku.

- Bzdury!   Nigdy   nie   jest   zbyt   późno.   Spójrz   na 

mnie.

Teściowa owdowiała siedem lat temu. Od niedawna 

jednak   zaczęła   wieczorami   wychodzić   do   teatru   z 

mężczyzną, którego spotkała pracując w towarzystwie 

dobroczynnym.   W   jesieni   swego   życia,   jak   zwykła 

mówić   o   swoim   wieku,   znowu   się   zakochała. 

Jedynym mankamentem jej sytuacji było to, że chcia-

ła, aby wszyscy byli równie szczęśliwi jak ona. Cathy 

wiedziała jednak, że takie szczęście nie jest dla niej.

Zmusiła się do uśmiechu.

- Jesteś cudowna. Tak się cieszę, że jesteś szczęś

liwa,   ale   ja   muszę   być   teraz   przede   wszystkim   ze

Stephenem. On jest wszystkim, co mam, i miłość musi

odejść na dalszy plan.

W   tym   momencie   przedmiot   jej   uczuć   wpadł   do 

pokoju,   trzymając   ręce   rozłożone   jak   skrzydła   sa-

molotu.

-

Bach, bach, bach, bach, jestem bombowcem! 

-Cześć, kochanie. Czy bombowce jadają czekoladę?

- Pewnie! Czy mogę dostać bardzo duży kawałek?

Po   tygodniu,   gdy   Cathy  już   całkiem   straciła   na-

dzieję, nadszedł list. Listonosz przyniósł go w chwili, 

gdy przeglądała medyczne czasopisma w poszukiwa-

niu innych ofert. Wetknęła list do torebki, przekonana, 

że zawiera grzeczną, lecz nieodwołalną odmowę.

Otworzyła go w czasie przerwy na kawę i o mało 

nie krzyknęła. Max Armstrong miał rację. John Glo-

ver nie posłuchał go i zaproponował jej pracę. Rzecz 

w tym, że wiedząc z kim będzie musiała współpraco-

wać, wcale nie była pewna, czy nadal tego chce.

Tak, podpowiedziało jej serce. To będzie początek 

nowego życia, z dala od wspomnień o Michaelu i jego 

śmierci, od brudu i niebezpieczeństw wielkiego mia-

sta. Ale także z dala od Joan, która była dla niej tak 

wielką   podporą   w   ciągu   tych   trudnych   lat,   oraz   od 

wszystkich jej przyjaciół.

Mimo to, tak właśnie powinna postąpić! Zadzwo-

niła szybko do Johna Glovera, jakby obawiając się,

background image

18

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

19

że mogłaby jeszcze zmienić zdanie. Powiedziała mu, 

że przyjmuje posadę i potwierdzi to w ciągu najbliż-

szych dni na piśmie.

-To wspaniale! -wykrzyknął zadowolony. -Właśnie 

ktoś taki jak ty jest nam potrzebny! Świetnie, że się 

zdecydowałaś.   Jeśli   potrzebujesz   jakiejś   pomocy   w 

związku z przeprowadzką, powiedz tylko...

-

Szczerze mówiąc, potrzebuję - powiedziała. - Nie 

mam gdzie mieszkać. Czy możesz mi coś doradzić?

- Zostaw to mnie - powiedział z pewnością w gło-

sie. - Popytam wkoło.

Cathy   podziękowała   i   poszła   powiedzieć   swemu 

zwierzchnikowi, że odchodzi.

- Dobrze robisz - powiedział otwarcie. - Jesteś jak

cieplarniana roślina hodowana w sztucznym  świetle.

Potrzebujesz  prawdziwego  słońca  i świeżego  powiet

rza, żeby się rozwinąć.

Uśmiechnęła się.

- Będzie mi was brakowało.

- Nam ciebie też, Cathy, ale to co robisz jest dobre 

dla ciebie i dla Stephena.

To właśnie chciała usłyszeć. W czasie przerwy na 

lunch   zadzwoniła   do   dyrektora   szkoły   w   Barton   i 

upewniła   się,   że   znajdzie   się   w   niej   miejsce   dla 

Stephena, kiedy już się przeniosą.

Teraz   potrzebowała   już   tylko   opieki   do   dziecka. 

Skontaktowała się ze swoją kuzynką w Paryżu. Oka-

zało się, że córka jej przyjaciółki właśnie skończyła 

szkołę i szuka pracy w Anglii, aby podciągnąć swoją 

znajomość języka. Jeszcze tego wieczora zadzwoniła 

do poleconej jej dziewczyny.

Angielszczyzna Delphine rzeczywiście nie była naj-

lepsza, ale zrozumiała. Dziewczyna robiła zaś wraże-

nie miłej i sensownej. Utwierdzona ostatecznie w swo-

jej decyzji, Cathy zadzwoniła w końcu do teściowej, 

aby podzielić się nowiną.

- Cudownie! Wiedziałam,  że dostaniesz tę pracę.

Teraz musisz tylko oczarować tego cudownego męż-

czyznę, którego uśmiech zachęcał cię do pójścia z nim 

do łóżka.

- Nic nie obiecuję - roześmiała się swobodnie, w 

głębi  serca  pełna  niepokoju,  jak  Max  będzie  się  do 

niej   odnosił.   Czy   jego   uprzedzenia   mogą 

uniemożliwić   współpracę?   Wzruszyła   ramionami. 

Będzie musiała mu udowodnić, że był w błędzie. Nie 

wydaje się to trudne. 

Pozostał więc tylko problem mieszkania, ale i ten 

wkrótce się rozwiązał.

Następnego dnia zadzwonił do niej pośrednik z je-

dynej agencji mieszkaniowej w Barton i powiedział, 

że   ma   dla   niej   urocze   małe   mieszkanie   z   trzema 

sypialniami. Mieściło się ono w Barton Manor, tym 

cudownym   siedemnastowiecznym   domu,   który   po-

dziwiała przy wyjeździe z miasteczka.

Zapowiadało się wspaniale, a czynsz był rozsądny. 

Umówiła się więc, że przyjedzie obejrzeć mieszkanie 

podczas weekendu.

Właściciel był nieobecny, ale pośrednik pokazał jej 

wszystko. Tak jak się spodziewała, dom był cudowny. 

Jej mieszkanie znajdowało się z boku, nad dawnymi 

stajniami, dziś zamienionymi na garaż. Prowadziły do 

niego piękne stare schody z litego żelaza. Pnące róże 

sięgały aż do drzwi wejściowych, okalając je ogrom-

nymi kwiatami w morelowym kolorze. 

Widok ze szczytu schodów zapierał dech w pier-

siach. I jakby to jeszcze nie wystarczyło, mieszkanie 

okazało się przytulne, wygodnie umeblowane i ideal-

nie dostosowane do jej potrzeb. Sprawdziła skrupulat-

nie wszystkie warunki najmu i poinformowała pośred-

nika, że jest gotowa natychmiast podpisać umowę.

Tak więc stało się! Dwa tygodnie później, a tydzień 

przed rozpoczęciem nowej pracy, Cathy ze Stephenem 

zapakowali wszystkie swoje rzeczy do wynajętej fur-

gonetki   i   wyprowadzili   się   z   Bristolu.   Zamykając 

drzwi swego starego mieszkania, Cathy czuła się tak, 

jakby zamknęła pewien rozdział w życiu.

background image

20

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

Joan pojechała z nimi, aby pomóc w rozpakowy-

waniu. Chociaż Cathy nie brała ze sobą mebli, miała 

niezliczoną ilość różnych pudełek, i była zadowolona, 

że nie jedzie sama.

Wzięły klucz od pośrednika, podjechały pod dom i 

zaparkowały przy schodach.

- Ale piękny dom - jęknęła Joan.

-Prawda?   Chodź,   pokażę   ci   nasze   mieszkanie. 

Będziesz zachwycona. Stephen, pójdziesz z nami?

- Mamusiu, czy muszę? Tu jest kaczka i kaczuszki!

Rzeczywiście, po trawniku maszerowała dumnie

wyprostowana kaczka, otoczona gromadką swoich 

dzieci.

- Dobrze - zgodziła się Cathy. - Tylko nigdzie nie

odchodź, nie mam zamiaru cię potem szukać.

Weszły   do   mieszkania.   Wszystko   w   nim   lśniło 

czystością,   a   w   jadalni   na   środku   stołu   stał   bukiet 

herbacianych róż.

- Och, Cathy, jak tu ślicznie! - wykrzyknęła Joan.

- Wiem, że będziesz tu bardzo szczęśliwa!

Uścisnęły się serdecznie.

- Mam   nadzieję,   Joan.   Naprawdę   mam   nadzieję.

Pójdę   poszukać   Stephena,   chcę   mu   pokazać   jego

sypialnię.   Muszę   zapytać   właściciela,   czy  wolno  bę

dzie chłopcu bawić się w jakiejś części ogrodu. On to

uwielbia. Bardzo źle się czuł w Bristolu, gdzie nie było

żadnego ogródka.

Cała jej dusza śpiewała, gdy lekko zbiegała z żelaz-

nych   schodków.   Aż   nagle   znalazła   się   w   silnych   i 

bardzo męskich ramionach.

-To   ty?!   -   wykrzyknął   mężczyzna.   Serce   Cathy 

zamarło, kiedy spojrzała w jego zadziwiająco błękitne 

oczy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Cathy cofnęła się, wzięła głęboki oddech i przywo-

łała na twarz uśmiech.

- Doktor Armstrong, co za niespodzianka!

O Boże, zupełnie zapomniała, jak bardzo niebieskie 

są jego oczy. Lśniące niczym szafiry, szczególnie, gdy 

były pełne złości.

-

Czy ten młody człowiek ma z tobą coś wspólnego?

Dopiero teraz Cathy dostrzegła Stephena wygląda

jącego niepewnie zza Maxa.

-Tak.   Zastanawiałam   się,   dokąd   zawędrował. 

Przyglądał się kaczkom...

- Ja tylko szedłem za kaczuszkami - wymamrotał 

zdeprymowany chłopczyk.

-

Przecież mówiłam ci, żebyś nigdzie nie odchodził. 

To nie  jest nasz ogród i nie możesz  chodzić,  gdzie 

chcesz.

Stephen przytaknął skruszony. Stał grzebiąc w pias-

ku stopą. Najwyraźniej już przedtem został pouczony. 

Cathy spojrzała znowu w szafirowe oczy Armstronga.

- Chciałeś się ze mną widzieć? - zapytała.

- Wydawało mi się, że to ty mnie szukasz. - Ro-

zejrzał   się   wokół.   -   Zaparkowałaś   na   drodze,   czy 

przyszłaś piechotą?

- Z Bristolu? Trudno by było - roześmiała  się. - 

Przyjechałam furgonetką.

Spojrzał na nią z przerażeniem.

- To ty jesteś tym nowym lokatorem?

- Tak. Jeszcze nie poznałam właściciela. Nie było 

go,   kiedy   oglądałam   mieszkanie.   Dlaczego   pytasz? 

Znasz go?

background image

22

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

23

-Można tak powiedzieć - odparł oschle i westchnął. 

- Założę się, że to sprawka Johna.

Cathy poczuła, że nie nadąża za tokiem jego myśli.

- Johna?

- Daj spokój i nie udawaj niewiniątka. Doskonale 

wiesz, kto tu jest właścicielem. John musiał ci powie-

dzieć. Przypuszczam,  że powiedział ci nawet, kiedy 

mam dyżur, abyś mogła wszystko tak urządzić, żeby 

obejrzeć dom, kiedy mnie nie ma.

Nareszcie   zrozumiała,   co   chciał   jej   powiedzieć. 

Straciła całą pewność siebie.

- To ty... To twój dom?

-

Oczywiście. - Ukłonił się z wyraźną kpiną. - A ty 

jesteś   moim   nowym   lokatorem.   Strasznie   mi   przy-

jemnie!

Rozglądała się oszołomiona. Wszystko tu ociekało 

bogactwem i nie mogło przecież należeć do niego...

- Nie   wiedziałam,   że   praktyka   na   prowincji   jest 

taka intratna - wypaliła.

- Nie jest - odparł. - A teraz powiedz mi, że John 

Glover nie miał z tym nic wspólnego. Znam dobrze 

tego starego capa. Zawsze się wtrąca - dodał - ale tym 

razem posunął się za daleko.

- Nie wiedziałam, że to twój dom. - Cathy zaczer-

wieniła   się.   -   Gdybym   wiedziała,   nigdy   bym   nie 

wynajęła tu mieszkania - powiedziała szczerze. - Pro-

szę   się   nie   martwić,   doktorze   Armstrong,   nie   będę 

sprawiać kłopotów. Nie bardziej pragnę twego towa-

rzystwa niż ty mojego. Obiecuję, że nie będziemy ci 

wchodzić w drogę. Stephen, idź do domu i zostań z 

babcią.   Przepraszam   -powiedziała,   czekając   aż   Max 

usunie się z drogi.

Otworzyła tył furgonetki i wzięła jedno pudło. -Dokąd 

się z tym wybierasz? - zapytał ostro, znowu 

zagradzając jej drogę.

- Do mojego mieszkania - odparła.

-Nie   możesz   tego  zrobić   -  rzucił   z   desperacją   w 

glosie.

Czyżby zamierzał uniemożliwić jej wprowadzenie 

się?   Na   chwilę   straciła   pewność   siebie,   ale   przypo-

mniała sobie spisaną umowę.

- Obawiam   się,   że   mogę.   Mam   ważną   umowę. 

Przepraszam, przepuść mnie.

- Nie. - Wyjął pudło z jej rąk. - To zbyt ciężkie. 

Nie możesz sama tego nosić.

- Mogę. Tak się składa, że nie mam goryla, który 

wykonywałby   za   mnie   ciężkie   prace.   Co   ty   sobie 

myślisz,  do diabła, jak te pudła znalazły się  w fur-

gonetce?

Emocje związane z przeprowadzką, niepewność, a 

na  koniec nieprzyjazne  przyjęcie  - to było  już  zbyt 

wiele. Poczuła gorące łzy na policzkach. Odwróciła 

się, aby je przed nim ukryć.

Zrobiła   to   jednak   zbyt   wolno.   Ujął   palcami   jej 

brodę i podniósł twarz ku górze.

- Cii... ciii. Po co te łzy. Powinnaś już wyrosnąć z 

tych dziecinnych sztuczek. To na mnie nie działa...

-

Zostaw   mnie,   do   cholery!   -   wycedziła   przez 

zaciśnięte zęby. Złapała go za nadgarstek i odepchnę-

ła.   -   Nie   potrzebuję   nic   od   ciebie,   a   szczególnie 

krytyki i potępienia. To nie moja wina, że jestem tylko 

kobietą,   i   wcale   nie   muszę   stać   tutaj   i   słuchać,   jak 

mnie obrażasz bez żadnego powodu...

Odwróciła   się,   wściekła   na   niego  i  na   łzy  ciągle 

płynące po jej policzkach. Zakryła usta dłonią, starając 

się   stłumić   szloch   dopełniający   jej   poniżenia.   Nie-

spodziewanie poczuła na ramionach ciepły i uspoka-

jający dotyk jego dłoni.

-Przepraszam,   Catherine   -   powiedział   miękko. 

-Masz rację, przekroczyłem wszelkie granice. Wybacz 

mi. - Zaśmiał się krótko, niepewnie. - Ryzykuję, że 

uznasz mnie za męskiego szowinistę, ale może poszła-

byś zrobić herbatę, a ja wniosę to wszystko na górę.

- Czajnik jest jeszcze w samochodzie - powiedziała

znużonym głosem, zbyt zmęczona, by cieszyć się ze

swego małego zwycięstwa.

background image

24

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

25

-W   twoim   mieszkaniu   też   jest   czajnik,   a   także 

kawa,  herbata  i mleko.   Agnes  zaniosła  to  wszystko 

rano. No, idź już, widzę, że masz wszystkiego dosyć. 

Przyniosę dla siebie filiżankę. Jestem pewien, że lepiej 

sobie z tym poradzisz niż ja.

-Protekcjonalny   potwór   -   wymamrotała   przez 

zaciśnięte zęby.

-

Uparta, twardogłowa feministka - nie pozostał jej 

dłużny.   -   Powiedz   mi,   kto  cię   będzie   zastępował  w 

pracy, kiedy nadwerężysz się dźwigając to wszystko na 

grzbiecie.

- Nie martw się o mój grzbiet - odparowała z daw-

ną werwą. - A poza tym od pięciu lat nie wzięłam ani 

jednego dnia zwolnienia.

- Jak na razie - prowokował ją.

Zbierała się do kolejnego ataku, kiedy na szczycie 

schodów pojawiła się Joan.

-Cathy,  czy...?   O,  widzę,   że   masz   towarzystwo  i 

pomoc. To wspaniale!

Zeszła   ze   schodów   i   zbliżyła   się,   wyraźnie   za-

ciekawiona.

- Joan Harris, teściowa Cathy - przedstawiła się.

- Max Armstrong.

Joan uśmiechnęła się szeroko i uścisnęła jego dłoń.

- Doktor Armstrong, Max. Wiele o panu słyszałam. 

Jak to miło, że przyszedł pan pomóc. Cathy miała tyle 

do zrobienia i pracowała do ostatniego dnia. Boję się, 

że nie zmrużyła nawet oka ostatniej nocy, chociaż ona 

nigdy   nie   narzeka.   To   miło,   że   zaoferował   się   pan 

wnieść te pudła na górę.

- Cała przyjemność po mojej stronie - powiedział z 

układnym uśmiechem.

Joan rzuciła Cathy chytre spojrzenie.

- Może  poszłabyś  na  górę  i pokazała,  gdzie usta

wiać   pudła   -   zaproponowała   -   a   ja   zostanę   na   dole

i  będę  podawała  rzeczy z  samochodu  we  właściwej

kolejności. I zrób przy okazji herbatę, kiedy będziecie

na górze.

Pokonana Cathy wspięła się po schodach i poiła 

czajnik z wodą na kuchence. Zanim zaparzyła herbatę, 

furgonetka była już prawie pusta, a trzy alnie i mały 

salonik zapełniły się nieskończoną ilością pudeł i 

pakunków.

Max   był   czarujący.   Joan,   która   mimo   zaawan-

sowanego wieku uważała się za znawczynię męskich 

wdzięków, orzekła później, że jest wręcz idealny.

- Sama nie znalazłabym dla ciebie nic lepszego

-

powiedziała, gdy Cathy i Stephen opuszczali jej dom 

następnego   dnia.   Cathy   musiała   oddać   pożyczoną 

furgonetkę, więc spędzili wieczór z Joan w Bristolu.

- To jest najlepsze lekarstwo, jakie mógłby przepisać 

ci lekarz.

- Lekarza, który wystawiłby taką receptę, też chy

ba trzeba by leczyć - roześmiała się Cathy.

Po wielu gorących uściskach i pocałunkach usiadła 

w końcu za kierownicą swego małego samochodu i 

wyruszyła do Barton.

Zamierzała rozpakować się nazajutrz. Następnego 

dnia Stephen rozpoczynał rok szkolny. Pracę w przy-

chodni miała podjąć dopiero za tydzień, postanowiła 

więc poświęcić cały urlop na urządzanie domu.

We   wtorek,   kiedy   wszystko   było   już   na   swoich 

miejscach, przyjechała Delphine - opiekunka Stephe-

na.   Była   uroczą   dziewczyną.   Cathy   polubiła   ją   od 

pierwszego wejrzenia, a co ważniejsze, polubił ją także 

Stephen. Ponieważ w nowej szkole również czuł się 

dobrze, Cathy z lekkim sercem i w optymistycznym 

nastroju przygotowywała się do podjęcia swoich no-

wych obowiązków.

Biorąc pod uwagę, jak blisko siebie mieszkali, jej 

kontakt z Maxem w tym pierwszym tygodniu okazał 

się bardzo ograniczony. Odwiedził ją jedynie ogrod-

nik, Stan, i poinformował, że mogą swobodnie korzy-

stać   z   części   ogrodu   za   stajniami.   Przyszła   także 

gospodyni   Maxa,   Agnes,   z   pytaniem,   czy   może   w 

czymś pomóc. Cathy pomyślała, że wynajęcie tego

background image

26

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

mieszkania nie było wcale takie złe, jak się jej zaczęło 

wydawać.

Czym innym z pewnością będzie praca z nim, ale 

tego się nie obawiała. Znajdzie się na pewnym grun-

cie. Tam, gdzie w grę wchodzą umiejętności lekarskie, 

nawet on nie jest w stanie zachwiać jej pewności siebie!

Pierwszy pacjent jednak nie podzielał tego entuz-

jazmu. Był to elegancki, dobrze zbudowany mężczyz-

na po trzydziestce. Wszedł do pokoju, zobaczył  ją i 

zamarł w drzwiach.

-Och!

Zajrzała do jego karty.

- Pan Carver? Proszę wejść. Jestem doktor Harris.

Po chwili wahania usiadł z wyrazem rezygnacji na

twarzy i uśmiechnął się znacząco.

- Nie spodziewałem się kobiety - wyznał.

- Przez   całe   lata   kobiety  wchodzące   do  gabinetu

lekarskiego   oczekiwały,   że   zastaną   tam   mężczyznę

-   uśmiechnęła   się   szeroko.   -   Z   jakiegoś   powodu

mężczyźni  czują się nieswojo, kiedy sytuacja się od

wróciła. Proszę się jednak nie martwić, przede wszys

tkim jestem lekarzem! W czym mogę panu pomóc?

Milczał. Wreszcie wziął głęboki oddech i spojrzał 

jej w oczy. Był wyraźnie zdenerwowany. Gwałtownie 

potrzebował pomocy. Pracowała pierwszy dzień i naj-

łatwiej było zapisać się na wizytę do niej.

- Co   pana   niepokoi,   panie   Carver?   -   nalegała

delikatnie.

Spuścił wzrok.

- Boję się, że mam raka jądra. 

A więc o to chodziło!

- Dlaczego pan tak uważa?

- Parę miesięcy temu dostałem od znajomej pielęg

niarki ulotkę z zaleceniami, jak można samemu kon

trolować   swoje   jądra.   Od   tego   czasu   robiłem   to

regularnie, ilekroć brałem prysznic. Wczoraj podczas

badania poczułem, że jedno moje jądro jest bardziej

wrażliwe niż zazwyczaj i wyczułem coś w rodzaju

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

27

niewielkiego guza. Pomyślałem,  że trzeba to spraw-

dzić.   -   W   roztargnieniu   obracał   na   palcu   ślubną 

obrączkę. - Nie powiedziałem o tym mojej żonie. Nie 

mamy dzieci, ale od pewnego czasu nie stosujemy już 

środków   antykoncepcyjnych.   Boję   się,   że   jeśli   po-

trzebne będzie... to leczenie, nie będziemy mogli ich 

mieć, prawda?

Cathy uśmiechnęła się do niego.

- Myślę, że może pan przesadzać, ale załóżmy, że

znajdę jakiś podejrzanie wyglądający guzek. Po pierw

sze zostanie pan skierowany do specjalisty w szpitalu.

Tam zbadają pana dokładnie i zrobią ultrasonografię,

aby   upewnić   się,   czy   nie   jest   to   tylko   cysta   albo

wodniak.   O   ile   naprawdę   jest   to   nowotwór,   usuną

tylko zaatakowane jądro. Jeśli badał się pan rzeczywi

ście tak regularnie, choroba została uchwycona w bar

dzo wczesnym   stadium  i  niebezpieczeństwo  przerzu

tów   jest   bardzo   niewielkie.   Najważniejsze,   abyśmy

działali szybko.

Nie wyglądał na uspokojonego.

- A jakie są rokowania? - zapytał.

-

W   przypadku   tak  umiejscowionego  raka   powo-

dzenie w leczeniu osiąga się w dziewięćdziesięciu kilku 

procentach przypadków. Oczywiście, wszystko zależy 

od tego, jak szybko choroba została wykryta, i jaki to 

dokładnie   rodzaj   raka.   Ciągle   jeszcze   nie   mamy 

dowodów,   że   to   w   ogóle   jest   rak.   To   może   być 

zapalenie jądra albo moszny - po prostu nic groźnego. 

Ten guz może istnieć tylko w pańskiej wyobraźni.

-On istnieje naprawdę - odparł głucho. - To zaczęło 

mnie boleć już w piątek. Grałem tego dnia w tenisa, 

więc myślałem,  że naciągnąłem sobie jakiś mięsień, 

ale potem jeszcze się pogorszyło.

- Sądzę,   że  muszę   to  obejrzeć,  zanim  cokolwiek

postanowimy. Proszę rozebrać się i położyć na leżan

ce. Wrócę za chwilę.

Zanotowała   wszystko,   co   pacjent   jej   powiedział. 

Weszła za parawan, naciągnęła gumowe rękawiczki

background image

28

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

29

i   zbadała   go.   Kiedy   skończyła,   zdjęła   rękawiczki   i 

zostawiła go, aby mógł się spokojnie ubrać.

Wyszedł   zza   parawanu   już   po   chwili.   Usiadł   na 

brzegu krzesła i zacisnął nerwowo dłonie na kolanach.

- A więc?

- Muszę przyznać  panu raq"ę. Ma pan guza. Jest 

bardzo niewielki, ale jest.

- I co dalej? - ponaglał ją.

- Skieruję pana do specjalisty. Zadzwonię do niego 

i   umówię   pana   na   wizytę   w   najbliższych   dniach. 

Gdyby   pojawiły   się   jakieś   kłopoty,   proszę   do   mnie 

zatelefonować. I proszę się nie martwić. Jeśli nawet to 

rak,   został   wykryty   bardzo   wcześnie.   Operacja   nie 

będzie skomplikowana.

- A co potem?

-

To będzie zależało od tego, jaki to jest nowotwór 

i czy wystąpią jakieś dodatkowe objawy.  Prawdopo-

dobnie   po   operacji   zostanie   pan   poddany   chemiote-

rapii lub radioterapii, która się szybko z tym  upora. 

Wpłynie   to   czasowo   na   funkcjonowanie   drugiego 

jądra i przez pewien czas będzie pan bezpłodny.  Po 

około dwóch latach wszystko wróci do normy i bę-

dziecie państwo mogli mieć dzieci. Jednak, aby zabez-

pieczyć   się   przed   mało   prawdopodobnym   przypad-

kiem,   że   zostanie   pan   na   stałe   bezpłodny,   pewnie 

doradzą panu złożenie nasienia w banku spermy.

- Przed operacją?

Przytaknęła.

- Ale czy moje nasienie nie będzie zakażone? Czy

nie przekażę dziecku raka?

Pokręciła głową z przekonaniem.

- To   jest   absolutnie   niemożliwe.   Setki   mężczyzn

było w ten sposób leczonych, a wielu z nich zostało

szczęśliwie ojcami zarówno przed, jak i po operacji.

Pacjent   zamilkł   i   zaczął   się   zastanawiać.   Był   in-

teligentny   i   dociekliwy.   Chciał   znać   odpowiedzi   na 

wszystkie pytania. Popatrzył jej szczerze w oczy.

- A co będzie, jeśli usuną mi obydwa jądra? - za

pytał  cicho. - To tak, jakbym  został wykastrowany,

prawda? 

-Jest wysoce nieprawdopodobne, aby zaistniała taka 

potrzeba - zapewniła go. - Usunięcie jednego jądra nie 

będzie   miało   żadnego   wpływu   na   pańską   potencję. 

Proszę się nie obawiać utraty choćby części męskości. 

Głos   i   zarost   pozostaną   nie   zmienione.   Kiedy 

wyzdrowieje   pan   po   operacji,   będzie   pan   mógł 

prowadzić dokładnie takie samo życie, jak dotychczas. 

Tyle   mogę   powiedzieć   z   medycznego   punktu 

widzenia.   Jeśli   zaś   chodzi   o   kosmetykę,   może   pan 

zażyczyć sobie wszczepienia silikonowej protezy. Wte-

dy już nikt nie zauważy różnicy.

Wstał i uśmiechnął się grzecznie.

- Dziękuję, doktor Harris - powiedział spokojnie, 

ale   Cathy   widziała   niepokój   czający   się   w   jego 

wzroku.

- Panie Carver, przypominam, że jeszcze nie wia-

domo, czy ma pan raka. A nawet jeżeli, rokowania są 

bardzo dobre.

Zatrzymał się w drzwiach.

- Czy gdybym  leczył  się prywatnie, można by to 

załatwić szybciej?

-

Bardzo wątpię. Myślę,  że zostanie pan przyjęty 

przez specjalistę za dzień lub dwa. Dlaczego pan pyta? 

Czy ma pan dodatkowe, prywatne ubezpieczenie?

- Nie - pokręcił głową. - Mam jedynie ubezpiecze-

nie   na   życie,   choć   myślałem,   że   nie   będę   go   po-

trzebował.

- Słusznie   -   uśmiechnęła   się   do   niego   szeroko.   - 

Jest   nadzwyczaj   mało   prawdopodobne,   aby   okazało 

się potrzebne w ciągu wielu nadchodzących lat.

-Mam nadzieję, że się pani nie myli. Dziękuję za 

pomoc.

Wyszedł  z gabinetu. Wizyty kolejnych  pacjentów 

zajęły  jej  kilka  godzin.  Zabrało  to  więcej  czasu  niż 

powinno, musiała bowiem przyzwyczaić się do innego

background image

30

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

31

systemu   wprowadzania   danych   do   komputera. W 

końcu jednak dobrnęła do ostatniej lezącej na jej 

biurku karty i z westchnieniem ulgi ruszyła w stronę 

kuchni, skąd unosił się wspaniały zapach kawy. Max 

siedział rozparty przy stole nad filiżanką.

- No, nareszcie skończyłaś!

Zaczerwieniła się, słysząc w jego głosie krytyczną 

nutę.

- Przepraszam,   że   tak   długo   to   trwało,   ale   wasz

komputer wyraźnie mnie nie lubi.

Wchodzący   właśnie   do   kuchni   John   Glover   za-

chichotał.

- No, to jest nas dwoje! Ja mam od rana ten sam

problem.   Zdaje   się,   że   tutejsze   komputery   lubią

tylko   Maxa,   który   mógłby   zmusić   je   nawet   do   tań

czenia po suficie. No i lubią Andreę, naszą sekretar

kę   medyczną,   ale   to   nic   dziwnego,   ona   ma   tyle

wdzięku...

Cathy   nie   zgodziła   się   z   ostatnim   zdaniem,   ale 

miała tyle rozsądku, aby nie odzywać się. Tego ranka 

poznała zimną i sprawną Andreę i od razu poczuła do 

niej   niechęć.   Andrea   wyraźnie   odwzajemniała   to 

uczucie.

- No i jak poszło? - zapytał doktor Glover, sado

wiąc się za stołem. Umoczył czekoladowy herbatnik

w kawie.

Odwróciła   wzrok.   Niestety,   nie   mogła   sobie   po-

zwolić   na   herbatniki.   Mimo   że   nigdy   nie   jadała 

między posiłkami, miała kłopoty z figurą.

- W   porządku.   Rano   miałam   pacjenta,   który   po-

dejrzewał u siebie raka jądra i chyba się nie mylił.

- Zbadałaś go?

- Tak. Bez wątpienia ma niewielkiego guza.

- Kto to był? - spytał Max.

-Samuel Carver...

- Sam? To niemożliwe! - pochylił się gwałtownie,

wylewając   nieco   kawy   na   stół.   -   W   piątek   grałem

z nim w tenisa i nic mi o tym nie wspominał.

- Wtedy jeszcze nie wiedział. Po grze poczuł ból, 

więc się zbadał. Kilka miesięcy temu dostał ulotkę z 

instrukcją,   jak   należy   to   robić,   i   badał   się   sam 

regularnie.

- A niech to wszyscy  diabli!  -  wykrztusił  Max  i 

pobladł. - Co mu powiedziałaś? Może powinienem do 

niego zadzwonić i go uspokoić.

- Zrobiłam   to.   Wie   dokładnie,   jak   przebiega   le-

czenie i czego może się spodziewać - poinformowała 

go   zgryźliwie.   Jak   śmiał   przypuszczać,   że   mogłaby 

odesłać   pacjenta   bez   udzielenia   mu   wyczerpujących 

informacji.

- Myślę, że i tak do niego zadzwonię. Czy bardzo 

jest przestraszony?

- Nie bardziej, niż ty byłbyś na jego miejscu.

Zaśmiał się bez cienia wesołości.

-Ja? Ja zesztywniałbym z przerażenia. Wiem, że to 

irracjonalne, ale w końcu... rak to rak. Wszyscy się go 

boją, choć my powinniśmy wiedzieć lepiej, że zabija 

dużo   mniej   ludzi   niż   na   przykład   choroby   serca... 

Biedny stary Sam. Czy mam zadzwonić do urologa?

- Myślę, że poradzę sobie z tym sama - powiedzia-

ła z przekąsem. - Podaj mi tylko jego nazwisko.

- Oczywiście. Weź numer telefonu od Andrei. Fa-

cet nazywa się Hart. - Wstał, przeciągając się leniwie 

jak wielki kot. - Zobaczymy się później. Teraz mam 

wizyty domowe.

-

Nie zwracaj na niego uwagi - powiedział cicho 

Glover. - Tak ci tylko dogryza. Twoja poprzedniczka 

nie zostawiła po sobie zbyt dobrych wspomnień i myś-

lę, że on patrzy na ciebie przez pryzmat uprzedzeń.

- Czułam, że coś w tym jest. - Cathy westchnęła z 

rezygnacją. - A cóż takiego zrobiła, poza tym, że miała 

nieszczęście urodzić się kobietą?

- Paulina pojawiła się u nas jako samotna kobieta 

przed czterdziestką związała się z przyjacielem Maxa i 

zaraz zaszła w ciążę. Zamiast zachować się

background image

32

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ 
LEKARZA

33

przyzwoicie i odejść, miała czelność wziąć urlop ma-

cierzyński, a potem wrócić do pracy. Ile razy dziecko 

było przeziębione, brała po prostu wolny dzień, czym 

doprowadzała Maxa do szału. Myślami  była zawsze 

poza pracą, ciągle zdarzały się jej jakieś wpadki. Max 

uważał to za niewybaczalne. Kiedy powtórnie zaszła 

w   ciążę,   chciał   odejść.   Na   szczęście   akurat   wtedy 

przeniosła się razem z  mężem  gdzie  indziej. Nawet 

ślepy by zauważył, że z tobą jest całkiem inaczej, ale 

przekonać o tym Maxa... to nie będzie łatwe. Biedny 

Max, do końca życia sobie nie wybaczy, że ich ze sobą 

poznał.

Cathy się roześmiała.

- O mnie  możecie  się nie martwić.  Okres roman

tyczny   mam   już   za   sobą.   Odkąd   z   prawdziwą   ulgą

osiągnęłam wiek średni, jedyne czego pragnę to praco

wać i wychowywać mego syna.

Odpowiedział   jej   szyderczy   śmiech.   Podniosła 

wzrok i natknęła się na pełne sarkazmu, błękitne oczy 

Maxa.

- Godne  polecenia, chociaż mało prawdopodobne

- powiedział cierpko - ale aby pomóc  ci w zrealizo

waniu tych szczytnych zamiarów, coś ci przyniosłem.

To jest mapa miasta i okolic. Przyda  ci się podczas

wizyt domowych.

Rzucił   mapę   na   stół   i   znowu   wyszedł,   bardzo   z 

siebie zadowolony.

Doktor Glover uniósł brwi.

- Widzę, że ostro się do ciebie zabiera. Jak wam 

się mieszka razem? Często się widujecie?

- Dzięki Bogu, nie! Można by powiedzieć, że się 

unikamy.

Doktor Glover westchnął.

- Szkoda,   że   nie   zbliżyliście   się   do   siebie.   Mam

nadzieję, że z czasem poznacie się lepiej. Wiem,  że

Max wygląda na okropnego fanatyka, ale to w grun

cie rzeczy porządny chłop. I obrzydliwie bogaty. Stare

pieniądze, jak to się mówi. Piękny dom.

-To prawda. No właśnie, chciałam cię zapytać, czy 

kiedy obiecałeś zająć się sprawą mego mieszkania, od 

razu pomyślałeś o domu Maxa?

- Przejrzałaś mnie na wylot. Pośrednik jest moim

przyjacielem. Poprosiłem go, aby zapomniał o innych

propozycjach, nawet gdybyś o nie pytała.

- Ale dlaczego? - zdziwiła się Cathy.

Wzruszył ramionami z lekkim zażenowaniem.

- On jest samotny,  a ty jesteś ładną dziewczyną. 

Wciąż gadasz o tym swoim średnim wieku, ale prze-

cież jesteś jeszcze młodą kobietą. Obojgu wam przy-

dałby się mały romans.

- Nie do wiary!  - zawołała. - Myślałam,  że Max 

przesadza z podejrzeniami wobec ciebie. Zapewniam, 

doktorze Glover, że ani nie chcę, ani nie potrzebuję 

małego   romansu.   A   gdyby   nawet   tak   było,   Max 

Armstrong byłby ostatnią osobą, którą bym  do tego 

wybrała.

Zerwała   się   na   równe   nogi   i   ruszyła   w   stronę 

wyjścia. W drzwiach wpadła prosto w objęcia Maxa. 

Zaczerwieniła się.

- Słyszałeś?

- Tak, i to z prawdziwą ulgą. Muszę przyznać, że 

rozwiązuje to wiele problemów.

Uprzytomniła sobie, co mówiła na końcu i powtór-

nie oblała się rumieńcem.

- Nie mówię o tym. Czy wiesz, że on był w zmowie

z pośrednikiem?

-Mówiłem   ci   przecież,   że   maczał   w   tym   palce. 

Zachowuje się, jakby był jakąś cholerną wróżką z baj-

ki. Ale nie obawiaj się, jesteś bezpieczna. Nie zamie-

rzam brać szturmem twojej twierdzy, chociaż gadani-

na o średnim wieku jest rzeczywiście idiotyczna. Jesteś 

nadal bardzo atrakcyjną  kobietą. Gdybyś  była sama, 

nie powiem, mogłoby to być kuszące... Jednak w tej 

sytuacji, dziękuję bardzo, ale nie mam ochoty. A te-

raz,   czy   mogłabyś   odczepić   się   od   mego   ubrania? 

Chciałbym przejść.

background image

34

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

35

 Spojrzała w dół i zauważyła ze zdziwieniem, że jej 

dłonie wczepiły się w jego miękką bawełnianą koszulę. 

Puściła go i odskoczyła jak oparzona.

Kiedy, zawstydzona, oddalała się, była pewna, że 

słyszy za sobą jego tłumiony chichot.

Do   diabła   z   nim!   Komu   potrzebna   jest   jego 

przyjaźń!

Poszła do swego gabinetu. Po drodze dowiedziała 

się od Andrei, tego robota w ludzkiej skórze, jaki jest 

numer telefonu do szpitala i zadzwoniła do doktora 

Harta w sprawie Sama Carvera.

Cathy właśnie kończyła sprzątać ze stołu po wie-

czornym posiłku, kiedy usłyszała kroki na schodach i 

walenie do drzwi.

-

Już idę! - zawołała, oddając talerze Delphine.

Za drzwiami stał Max, wielki i kipiący wście

kłością.

-Czym   mogę   służyć?   -   zapytała   z   wymuszoną 

uprzejmością.

- Już ci mówię - wycedził lodowato. - Czy możesz

powiedzieć tej twojej dziewczynie, żeby nie rozbierała

się w ogrodzie? Przez ostatnie pół godziny musiałem

wysłuchiwać, jak mój ogrodnik bębni mi nad uchem

o zepsuciu dzisiejszej młodzieży. I nie zamierzam tego

wysłuchiwać po raz drugi!

Cathy zamrugała powiekami. -Przepraszam,   ale  nie 

mam  pojęcia,   o  czym mówisz...

- W takim razie zapytaj ją. Stan nie mógł dziś nic

zrobić   w   ogrodzie,   bo   ta   dziewczyna   leżała   przez

cztery godziny na trawie kompletnie naga. Pomijając,

że grozi jej rak skóry, mało nie doprowadziła Stana

do zawału.

Cathy,  nie mogąc  się opanować, parsknęła śmie-

chem,   a   po   krótkiej   walce   ze   sobą   także   i   Max 

zachichotał.

- Bardzo mi przykro - zdołała w końcu powiedzieć.

- Mnie też. Powiedz jej jednak słówko.

- Oczywiście. I przeproś ode mnie Stana.

- Ryzykując, że usłyszę następne kazanie? Nie ma 

mowy! A przy okazji, jak się tu urządziłaś? Chciałem 

zajrzeć do ciebie, ale nie miałem czasu.

- Świetnie.   To   urocze   mieszkanie.   Wiem,   że   to 

wszystko uknuł John, ale wcale nie żałuję. Jesteśmy tu 

bardzo szczęśliwi.

-

To dobrze. Przepraszam,  że byłem taki niegoś-

cinny, ale John ma prawdziwą obsesję; uważa, że musi 

mnie ożenić.

- Znam to - skrzywiła się Cathy. - Moja teściowa 

ciągle chciała mi kogoś znaleźć i nie potrafiła nigdy 

przyjąć do wiadomości mojej odmowy.

Uśmiechnęli   się   do   siebie   porozumiewawczo   i 

przyjazna z natury Cathy zapomniała o ostrożności.

- Może wejdziesz na chwilę i napijesz się kawy?

- zaproponowała. - Obawiam się, że nie mam nic

mocniejszego.

Pokręcił przecząco głową.

- Naprawdę nie mam czasu. Mam jeszcze zaległą 

papierkową robotę. Ale bardzo dziękuję.

- Trudno.   Zanim   pójdziesz,   powiedz   mi   jeszcze, 

czy te zamknięte drzwi prowadzą do reszty domu?

-Tak. Te pokoje należały niegdyś do służby. Drzwi 

koło   kuchennych   schodów   prowadzą   do   głównego 

holu. Dlaczego pytasz?

- Po   prostu   chciałam   wiedzieć.   Czasami   Stephen 

okropnie hałasuje, boję się, czy to ci nie przeszkadza. 

To znaczy... zastanawiałam się, gdzie śpisz...

- Nie kłopocz się - wyszczerzył zęby w uśmiechu

- nie będziecie mi  przeszkadzać.  Śpię w dalszej

części domu.

Cathy nagle wyobraziła sobie Maxa układającego 

się do snu w wielkim łożu z baldachimem i zaczer-

wieniła się.

- To dobrze. - Starała się ukryć uśmiech.

background image

36

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

37

- Po   co   chcesz   wiedzieć,   gdzie   śpię?   -   zapytał, 

leniwym   ruchem   odgarniając   za   ucho   kosmyk   jej 

włosów.

-

Ja... wcale nie chcę! Chciałam tylko upewnić się, 

że ci nie przeszkadzamy.

- Przeszkadzasz mi od chwili, gdy po raz pierwszy 

cię   zobaczyłem,   Catherine.   -   Zaśmiał   się   miękko.   - 

Dobrze wiedzieć, że jest to wzajemne.

Ruszyła do kontrataku.

- O   czym   ty   w   ogóle   mówisz?   -   zapytała   pełna

oburzenia.   -   W   najmniejszym   stopniu   nie   jestem

zainteresowana tobą, doktorze Armstrong. Nie jesteś

w moim typie, a nawet gdybyś był, tę część życia mam

już za sobą. Skończyłam z tym! Muszę myśleć o Ste

phenie i żadne igraszki z tobą o zachodzie słońca nie

wchodzą w grę.

Spojrzał za siebie przez ramię i odwrócił się do niej 

z uśmiechem.

- Jaki zachód słońca?

Słońce znajdowało się ciągle nad horyzontem. Ca-

thy oblała się rumieńcem.

- Wiesz, co mam na myśli... Proszę cię, Max!

- Ależ z przyjemnością - powiedział, przysuwając 

się bliżej.

-Nie dla mnie - odparowała, desperacko starając się 

utrzymać   go   na   dystans.   -   Wyraźnie   nie   chcesz 

zrozumieć, co do ciebie mówię.  Nie jesteś w moim 

typie.   Myślę,   że   należysz   do   tych   facetów,   którzy 

całując swoje kobiety gryzą ich wargi do krwi.

Kąciki jego ust uniosły się.

- Mogę przedstawić licznych świadków, że jestem 

bardzo delikatnym kochankiem - odparł niezrażony.

- Nie jestem ciekawa - broniła się słabo.

- Kłamczucha - zamruczał miękko.

Zerwał różę wiszącą nad drzwiami i zbliżył ją do 

jej policzka.

- Masz piękną skórę - wyszeptał. - Aksamitną jak

płatki róży.  Pokrytą delikatnym meszkiem jak brzos

kwinia.

Cathy jęknęła i oblała się rumieńcem.

- To nie do wiary. Mówisz jak zwariowany roman-

tyk - powiedziała tracąc oddech.

-

Czerwienisz się jak dziewica - orzekł, przygląda-

jąc   się   jej   policzkom.   -   Jak   kobieta,   która   była 

mężatką, owdowiała i sama wychowuje dziecko, może 

tak się rumienić, słysząc zwykły komplement? Może 

też jest zwariowaną romantyczką?

- Skończ z tym, Max - zaprotestowała słabo.

Ich spojrzenia skrzyżowały się. Dostrzegła w jego

jaskrawoblękitnych oczach uczucie, którego nie miała 

odwagi nazwać.

- Masz wargi stworzone do pocałunków - powie-

dział miękko i tak cicho, że gdyby nie była wpatrzona 

w jego usta, mogłaby tego nie usłyszeć.

- Max, nie! - jęknęła, kiedy pochylał się nad nią.

- Tak - wyszeptał z wargami tuż przy jej wargach. I 

nie było już nic, tylko smak jego pocałunku. Jej opór 

stopniał do końca, jakby nigdy nie istniał.

Poddała mu się z westchnieniem. Objął ją i przy-

garnął   jej   miękkie   ciało   do   swojej   twardej   piersi. 

Płonęła cała, boleśnie spragniona dawno zapomnianej 

rozkoszy.

W   końcu   z   westchnieniem   uniósł   głowę.   Kiedy 

chciała przyciągnąć ją znowu, przytrzymał delikatnie 

jej ręce.

- Powiedz teraz, że nie jestem w twoim typie.

Odwrócił się na pięcie i lekko zbiegł ze schodów.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

  Tej nocy Cathy nie mogła zasnąć. Jej umysł  żeg-

lował swobodnie w świat dawno zapomnianych wra-

żeń, cichych westchnień, czułych pieszczot, rodzącego 

się pożądania i poruszających ziemię uczuć. Boleśnie 

odczuwała swoją tęsknotę i samotność.

Zapaliła lampkę nocną i próbowała czytać, ale nie 

rozumiała ani słowa. W końcu się poddała. Poszła na 

palcach do kuchni i zrobiła sobie filiżankę herbaty.

Budził   się   dzień.   Cicho   wyszła   na   dwór   i   boso 

spacerowała po zroszonej trawie. Poranne powietrze 

cudownie   chłodziło   jej   rozgrzaną   skórę.   Podniosła 

twarz   ku   niebu.   Chłonęła   poranną   rosę   i   pierwsze 

odgłosy przyrody.

W końcu nogi zaniosły ją na drugą stronę domu. 

Znalazła   stopnie   prowadzące   z   tarasu   w   dół,   na 

skoszony świeżo trawnik.

W dole widziała staw, a za nim śpiące kaczki z 

głowami   wtulonymi   pod   skrzydła.   Dalej,   na   polu, 

dostrzegła   młode   króliki,   figlujące   wesoło   mimo 

wczesnej pory.

W   pewnej   chwili   odebrała   jakiś   dziwny   sygnał, 

który   mówił   jej,   że   nie   jest   już   sama.   Odwróciła 

głowę   i   spojrzała   w   obramowane   kamieniem   okna, 

wyglądające   jak  budki   strażnicze.   Zastanawiała   się, 

które z nich należy do sypialni Maxa.

Przez kilka sekund wpatrywała się w okna, ale nie 

dostrzegła w nich żadnych oznak życia. Widać Max 

zajmował pokój od frontu. To głupio z jego strony, 

pomyślała, zwracając oczy na ogród i ciągnące się za

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

39

nim wzgórza. Dlaczego wybrał widok od frontu, kiedy 

od tyłu mógłby podziwiać wschody słońca?

Pierwsze promienie wystrzeliły zza wzgórz i wypeł-

niły krajobraz złocistym blaskiem. Od lat nie miała w 

sobie tyle życia co tego ranka. Jak Śpiąca Królewna 

po   pocałunku   księcia,   pomyślała.   Jednak   w   przeci-

wieństwie do Śpiącej Królewny miała także obowiąz-

ki.   Był   Stephen,   o   którym   musiała   myśleć   przede 

wszystkim.

Zesztywniała od chłodu. Podniosła się ze schodków 

i ruszyła  w stronę domu.  Zatrzymała  się na chwilę, 

aby raz jeszcze rzucić okiem na odległe okna. Potem 

spuściła   głowę,   przecięła   taras   i   wróciła   do   siebie, 

nieświadoma,   że   skryty   w   cieniu   swego   pokoju 

mężczyzna obserwował ją cały czas.

Popełnił   błąd,   całując   ją.   Duży   błąd,   choć   nie 

pierwszy.   Pierwszym   było  to,  że  potraktował  ją  jak 

Paulinę, podejrzewając, że może zaniedbywać swoje 

obowiązki.

Oczywiście, dopiero zaczęła pracować, ale po tele-

fonie do Sama uświadomił sobie swoją pomyłkę. Nie 

tylko   drobiazgowo   zbadała   pacjenta,   ale   także   roz-

wiała   jego   niepokoje,   jednocześnie   nie   ukrywając 

przed nim powagi sytuacji. Max wiedział, że należały 

się jej przeprosiny. Przeprosiny, a nie taki pocałunek... 

Mój Boże, ten pocałunek!

Jego   ciało   płonęło   na   samo   wspomnienie.   Jęknął 

cicho,   kiedy  podniosła   się   ze   schodków,   a   ciało  jej 

obrysowały   promienie   wschodzącego   słońca, 

zmieniając   cienką   bawełnianą   koszulę   w   mgiełkę 

babiego lata otaczającą jej bujne kształty. Jak wróżka 

unosiła się nad skoszoną trawą. Słońce tańczyło w jej 

włosach, czerwonozłote loki wyglądały jak aureola.

Wydawało   mu   się,   że   zanim   zniknęła,   spojrzała 

prosto na niego. Na jej twarzy malowało się zdecy-

dowanie i chyba smutek.

background image

40

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

41

Westchnął ciężko i odwrócił się od okna. Do 

diabła, jak będzie mógł teraz zasnąć, mając przed 

oczyma obraz jej ciała, pobudzający wszystkie jego 

zmysły. Była jak marzenie uchwycone w pół drogi 

między jawą i snem.

Był teraz całkowicie rozbudzony - rozbudzony 

i pełen bolesnego niespełnienia. Szybko założył stare 

szorty i trampki, cicho gwizdnął na psa i wyszedł 

z domu. Może bieganie pozwoli osłabić palące go 

pragnienie, i uda mu się przetrwać jakoś ten dzień bez 

skompromitowania się. Może dzięki temu nie rzuci 

się na nią i nie będzie się z nią kochał na oczach 

wszystkich.

 W dzień wszystko okazało się łatwiejsze niż w 

nocy.   Komputer   postanowił   zachowywać   się 

przyjaźnie, pacjenci byli sympatyczni, a Max szczęś-

liwie nieobecny - przyjmował pacjentów w jednej 

z wiosek koło Barton. Jedyną chmurą na firmamen-

cie   była   Andrea,   która   na   swój   chłodny   sposób 

nieustannie  okazywała  Cathy,  że nie jest tu mile 

widziana.

Cathy ignorowała ją, zwracając się przede wszy-

stkim do pielęgniarki, Sarah. John Glover, który 

uznał chyba, że przesadził w kojarzeniu Maxa i Cathy, 

starał się odpokutować to i był dla niej wyjątkowo 

miły.

Kiedy zaczynała popołudniowy dyżur, Max zajrzał 

do jej gabinetu.

- Czy masz dla mnie chwilę czasu? - zapytał.

- Ale tylko chwilę. - Spojrzała na zegarek.

-

Nie chcę ci przeszkadzać - powiedział skruszo-

nym tonem. - Jestem ci winny przeprosiny za to, co 

stało się wczoraj. Byłem wobec ciebie nie w porządku. 

Przepraszam.

Była zaskoczona. Wielki Max Armstrong, przepra-

sza, że zaszczycił  ją swoją uwagą. Fakt wart od-

notowania!

-

Zapomnijmy o tym - odpowiedziała lekceważą-

co. - To tylko pocałunek...

-

Pocałunek? - Roześmiał się łagodnie. - Źle mnie 

zrozumiałaś, Catherine. Nie za to cię przepraszałem 

i wcale nie mam takiego zamiaru. Mówiłem o Samie 

Carverze. Podejrzewałem, że nie potrafiłaś podtrzy-

mać go na duchu. Myliłem się.

-

No   i   co   cię   tak   nagle   oświeciło?   -  zapytała, 

pokrywając sarkazmem zmieszanie.

-

Rozmawiałem z nim wczoraj wieczorem. Powie-

dział, że widział się z doktorem Hartem. Ponadto i tak 

wie dokładnie, czego może się spodziewać. Rozwiałaś 

jego najdrobniejsze wątpliwości.

- Starałam się. I co mu jest?

-

Miałaś rację. Prawdopodobnie jest to rak jądra. 

Jutro mu je usuną, ale Hart jest przekonany, że to 

bardzo wczesne stadium.

-

O mój Boże - westchnęła. - To przyjemnie mieć 

rację, ale wolałabym  się mylić.  W jakim on jest 

nastroju?

-

Spokojny i zrezygnowany. Powiedział o wszyst-

kim żonie, a ona przyjęła to bez paniki. Jedna dobra 

wiadomość: zdaje się, że ona jest w ciąży. Myślę, że 

niedługo zgłosi się do ciebie.

-

Miejmy nadzieję, że sobie z tym poradzi. - Za-

drżała.   -   Ciąża   i   wyrok   śmierci,   to   nie   najlepsze 

połączenie.

Max przysiadł na rogu jej biurka.

- Ty też byłaś w ciąży, kiedy dowiedziałaś się, co

jest z twoim mężem?

Przytaknęła.

-

Wyniki badań przyszły w tym samym tygodniu. 

Oczywiście nawet przez myśl nam nie przeszło, że 

Michael może umrzeć w ciągu dwóch lat. Większość 

przypadków SM przebiega dużo wolniej, ale ten był 

niezwykle  gwałtowny.  W ogóle nie nastąpił  okres 

remisji, tylko stale się pogarszało.

- To musiało być piekło.

background image

42

WEDŁUG WSKAZAŃ 
LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

43

-Chyba   tak.   Z   trudem   to   sobie   przypominam. 

Pracowałam, a Joan zajmowała się Stephenem i Mi-

chaelem. W końcu musiałyśmy umieścić go w hospic-

jum. - Wzruszyła ramionami. - Wydaje się, że to było 

tak dawno.

- Trzy lata?

- Prawie cztery. Umarł w sierpniu. Napotkała  jego 

uważne   spojrzenie   i   spuściła

wzrok.

- Zjedz dzisiaj ze mną kolację - zaproponował.

Zaproszenie było tak niespodziewane, że z trudem

mogła znaleźć wymówkę.

-Nie... Dziś nie mogę. Delphine ma wolny wieczór.

- Możemy zjeść w domu, jak już położysz Stephe

na spać. Otworzymy drzwi między naszymi  mieszka

niami, tak żebyś mogła go słyszeć.

Opierała się nadal. Tęskniła za towarzystwem, ale 

od lat nauczyła się rezygnować ze swych pragnień.

- Nie przyjmuję odmowy - nalegał dalej. - Musisz

coś zjeść. Przygotuję coś prostego, jakąś sałatkę...

Wciąż była niezdecydowana.

- To takie łatwe. Otwórz usta i powiedz: Dziękuję,

Max, będzie wspaniale. Liczę do trzech. Raz, dwa...

Spojrzała w jego roześmiane oczy.

- Dziękuję,  Max,  będzie   wspaniale  -  powiedziała

pośpiesznie.

Wyprostował się i rzucił jej leniwy uśmiech.

- Dobra dziewczynka. Czekam na ciebie o ósmej.

A przy okazji - zatrzymał się w drzwiach - to nie był

zwyczajny pocałunek, i wiesz o tym dobrze...

Jej   twarz   oblała   się   gorącym   rumieńcem.   Ledwo 

udało   się   jej   ochłonąć,   zanim   weszła   pierwsza   pa-

cjentka.

- Przepraszam,   że   pani   czekała,   musieliśmy   omó

wić nagły przypadek - powiedziała i pomyślała sobie,

że   to   prawie   prawda.   W   końcu   mówili   o   Samie

Carverze. Stłumiła uśmiech. - Słucham panią?

Dwie minuty przed ósmą wyszła ze swego mieszka-

nia,   zbiegła   ze   schodów   i   poszła   w   stronę   ciężkich 

frontowych   drzwi.   Jej   serce   biło   szybko,   a   skóra 

płonęła.   Upięła   włosy   z   tyłu   w   kok,   starając   się 

upodobnić do kobiety interesu, nie mogła jednak nic 

zrobić z rumieńcem na twarzy i ognikami tańczącymi 

w jej  oczach.  Wychodzi  z  domu!  Zaproszona  przez 

mężczyznę, po raz pierwszy od czasu, kiedy dziewięć 

lat   temu   zaczęła   spotykać   się   z   Michaelem.   Dawno 

zapomniane podniecenie przypomniało jej czasy mło-

dości i napawało lękiem przed tym, co miało nastąpić.

To   śmieszne!   Czegóż   mógłby   chcieć   mężczyzna, 

taki jak Max, od trzydziestopięcioletniej wdowy, która 

dawno już straciła figurę? Nagle poczuła się okropnie 

przygnębiona.   Była   prawie   gotowa   uciec,   ale   Max 

zamachał do niej z okna.

- Drzwi są otwarte! - zawołał. - Wejdź.

Były lekko uchylone. Pchnęła je i weszła do środka. 

Natychmiast została zaatakowana przez kłąb futra i 

różowy, wilgotny język.

- Penny! - wrzasnął Max i futro razem z językiem

przysiadło   na   podłodze,   przybierając   postać   czar

no-białego spaniela.

Cathy śmiejąc się poprawiła ubranie.

- Przepraszam.   -   Popatrzył   na   nią   zakłopotany.

-   Ona   bywa   nazbyt   entuzjastyczna.   Proszę,   wejdź.

Penny, na miejsce!

Zaprowadził ją do ogromnej kuchni. Penny deptała 

mu   po  piętach,  jak prawdziwy niewolnik.  W  końcu 

zwinęła się na swoim legowisku i obserwowała każdy 

jego ruch, kiedy kończył przygotowywać kolację.

- Prawie   gotowe.   Czego   się   napijesz?   Gin   z   to-

nikiem? Białe wino?

-Kiedy ja...

- Daj spokój, przecież nie prowadzisz. 

Uśmiechnęła się.

- Gin z tomkiem będzie znakomity. Dziękuję.

background image

44

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

45

Nalał alkohol do dwóch wysokich szklanek, napeł-

nił je lodem, dodał cytrynę i w końcu wlał tonik.

- Twoje zdrowie!

Stuknęli się szklankami. Napotkała jego spojrzenie 

i nagle oprzytomniała.

- Co z drzwiami? Musimy je otworzyć  na wypa-

dek, gdyby Stephen mnie potrzebował - powiedziała, 

jasno   dając   mu   do   zrozumienia,   co   jest   dla   niej 

najważniejsze.

- Już to robię.

Otworzył drzwi po drugiej stronie kuchni i zniknął 

na   schodach.   Korzystając   z   tego,   że   została   sama, 

rozejrzała się wkoło. Belkowany,  pobielany sufit łą-

czył   tradycję   z   nowoczesnością.   Wyłożona   białymi 

kafelkami   podłoga   odbijała   światło,   dzięki   czemu 

kuchnia nie  wydawała  się ciemna.  Gdyby  jeszcze  u 

sufitu   powiesić   zioła   i   suche   kwiaty,   a   na   półkach 

postawić miedziane rondle i...

Brakuje tu tylko kobiecej ręki, pomyślała Cathy i 

poczuła   nagły   niepokój.   Co   ona   tu   robi   i   dlaczego 

pozwala sobie na marzenia, jak upiększyć to miejsce?

- Catherine   Harris   -   wyszeptała   do   siebie   -   tra

cisz. ..

- Co tracisz?

Podskoczyła gwałtownie.

- Rozsądek. Czy musisz się tak skradać? - natarła

na niego.

Zachichotał.

- Stephen   zaraz   zaśnie.   Chodź,   wyjdziemy   do

ogrodu.

Korytarzem   biegnącym   od   drzwi   frontowych   na 

drugą stronę domu poprowadził ją do wyjścia na taras. 

Zeszli w dół po schodkach, na których siedziała dziś 

rano, aż do małej altanki, gdzie rozkosznie pięły się 

róże jerychońskie.

- Co ze Stephenem? - dopytywała się.

- Wszystko w porządku, możesz przestać się nim 

przejmować. Uspokój się, Catherine. Nie zamierzam

rzucać się na ciebie. W przeciwieństwie do tego, co 

sobie   o   mnie   myślisz,   nie   jestem   nadpobudliwym 

seksualnie nastolatkiem.

- Nigdy tego nie powiedziałam!

- Nie musiałaś, masz to wypisane na twarzy. 

Westchnęła. Chyba się nie mylił. Miała taki zamęt

w głowie, że tylko cudem mogłaby nie dać nic po sobie 

poznać. Nerwowo mięła w palcach brzeg spódnicy.

- Czego ty ode mnie chcesz, Max?

- Dziś   wieczorem?   Fantastycznego   towarzystwa

i wspólnej kolacji.

Spojrzała   na   niego   i   szybko   odwróciła   wzrok, 

zdziwiona prostotą jego słów i intensywnością, z jaką 

się jej przyglądał.

- Nie   chcę   siedzieć   do   późna.   Nie   spałam   zbyt 

dobrze   tej   nocy  -   powiedziała   planując   już,   jak   się 

wycofać.

- Wiem, widziałem cię.

- Co?!

- Dziś rano, na schodkach. Byłaś oblana słońcem, a 

twoje włosy złociły się jak aureola.  Wyglądałaś  jak 

wróżka, gdy bose stopy unosiły cię nad mokrą trawą.

- Nie widziałam cię.

- Stałem w cieniu.

- Myślałam, że śpisz w sypialni od frontu. Zasłony 

nie były...

- Nigdy ich nie zasłaniam.

Podniósł ręce i wyjął spinki z jej włosów. Poczuła 

na szyi ciepło jego palców.

- Co robisz? - zapytała bez tchu.

Zanurzył   palce   w   gęstwinie   jej   włosów,   a   potem 

zsunął   je   na  ramiona.   Ich  spojrzenia  wyrażały  wza-

jemne pożądanie i zdawały się łączyć utajone pragnie-

nia. Nagle Max odwrócił wzrok.

- Powinniśmy   coś   zjeść   -   powiedział   gardłowym

głosem.

-Tak.

- W środku czy w ogrodzie?

background image

46

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

47

-Co?

- Gdzie chcesz zjeść?

Czuła,   że   nie   jest   w   stanie   nic   przełknąć.   Może 

świeże   powietrze   jej   pomoże.   Tu   na   pewno   będzie 

lepiej, niż gdyby dała się zwabić do środka. Sami, w 

tak intymnej sytuacji, mogliby przekroczyć granice...

- W ogrodzie - powiedziała niepewnie.

- Dobrze. Usiądziemy na tarasie. Zaraz wszystko 

przyniosę.

- Pójdę sprawdzić, co ze Stephenem.

Obydwoje wiedzieli, że nie jest to potrzebne, ale

Max   nie   zatrzymywał   jej,   patrząc   na   nią   z   pełnym 

wyrozumiałości uśmiechem.

Zanim   wróciła   na   dół,   ponownie   upięła   włosy. 

Zauważył to, ale nic nie powiedział, jakby zrozumiał, 

że   przy   najmniejszym   nawet   nacisku   z   jego   strony 

Cathy może umknąć. Z niezwykłą kurtuazją posadził 

ją za stołem, zadbał, żeby niczego jej nie zabrakło, a 

potem   zabawiał,   opowiadając   śmieszne   anegdotki   i 

parodiując pacjentów, których już zdążyła poznać.

Powoli przestawała być  skrępowana. Coraz lepiej 

czuła się w jego towarzystwie.

Przyniósł   na   taras   kawę.   Z  filiżankami   w   rękach 

poszli obejrzeć ogród. Max pokazywał jej różne roś-

liny. Wiedział o nich bardzo dużo, ale nie onieśmielał 

jej swoją wiedzą, przeciwnie, dzielił się entuzjazmem i 

opowiadał różne ciekawe historie o starych gatunkach 

róż.

Kiedy ostatnie promienie słońca zniknęły za hory-

zontem, zatrzymał się, zerwał kwiat róży i włożył jej 

za ucho.

-Piękna   -   powiedział   miękko.   -   To   jest   praw-

dopodobnie najstarszy znany gatunek róż. Myślę, że 

od   setek   lat   kochankowie   zrywali   te   róże   w   ciepłe 

letnie noce, aby obdarowywać się nimi.

Widziała jego oczy w promieniach zachodzącego 

słońca. Płonęły żarem, który przyprawiał ją o drżenie.

- Max, dlaczego ja? - zapytała łamiącym się głosem.

- Co ty we mnie zobaczyłeś? Jestem od ciebie starsza...

- Tylko   o   rok.   Zresztą   wiek   jest   bez   znaczenia. 

Najważniejsze, jak czujesz się w środku.

-

No właśnie. Czuję się jak stuletnia staruszka, a ty 

nagle pojawiasz się i otwierasz wszystkie drzwi, które, 

jak mi się wydawało, zatrzasnęłam na zawsze. Wpro-

wadzasz   znowu   zamęt   w   moje   życie.   Dlaczego   to 

robisz? Co ja mam takiego w sobie? - załkała cicho.

- Zostaw mnie, Max! Nie igraj ze mną.

- Ciii... - Wziął ją delikatnie w ramiona i przygar

nął do piersi. - Nie chcę niczego, czego nie chciałabyś

mi ofiarować.

Pomyślała   o   swoim   ciele.   Dawno   temu,   kiedy 

Michael zakochał się w niej, była pewna siebie, szczu-

pła i młoda. Czy Max nadal pragnąłby jej, gdyby je 

zobaczył? Na pewno nie. Straciła figurę i bała się, że 

nigdy już nie odzyska dawnej wagi.

- Nie pragnąłbyś mnie,   gdybyś mnie  zobaczył

- wyszeptała, ukryta w jego ramionach.

- Nie bądź głupia - powiedział ochrypłym głosem, 

prawie  wściekły.  -  Czy ty masz   pojęcie,  jaka  jesteś 

cudowna?   Poruszasz   się   z   gracją   i   masz   ten   rodzaj 

urody,  który doprowadza mężczyzn do szaleństwa. I 

zupełnie nie zdajesz sobie z tego sprawy.  Z zaprze-

czania  własnym  potrzebom stworzyłaś  życiową  filo-

zofię i nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, dlaczego 

ktoś mógłby cię pragnąć. Dlaczego tak bardzo siebie 

nienawidzisz?

- To nieprawda - powiedziała drżącym głosem.

- To dlaczego nie pozwolisz sobie na trochę przy-

jemności?   Dlaczego   samobiczujesz   się   ciągle?   To 

prawda, Catherine, Michael nie żyje,  ale dawno mi-

nęły   czasy,   kiedy   wdowy   palono   na   stosie   pogrze-

bowym męża. Masz prawo być szczęśliwa...

- I myślisz, że to właśnie masz mi do zapropono-

wania?   -   wybuchnęła,   dotknięta   do   żywego   jego 

prawdziwym, ale jakże bolesnym osądem. - Myślisz,

background image

48

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

49

że jeśli pójdę z tobą na siano, to przywróci mi to radość 

życia? Cóż za zarozumiałość!

Chciała wyrwać się z jego ramion, ale chwycił ją za 

nadgarstki i przyciągnął z powrotem do siebie tak, że 

od stóp do głów przebiegł ją dreszcz. Pochylił głowę. 

Jego gorące, głodne wargi domagały się odpowiedzi.

Poczuła falę gorąca i przestała się opierać. Przywar-

ła  wargami   do  jego warg,  a  on pogłębił  pocałunek, 

przytulając ją jeszcze mocniej do siebie. Zniknęły ostat-

nie wątpliwości. Przylgnęła do jego ciała, tak jakby 

chciała usunąć wszelkie dzielące ich bariery. Nagle, bez 

ostrzeżenia, uniósł głowę.

- Tylko pamiętaj, że ty też mnie pragniesz - powie

dział cicho, głosem drżącym z pożądania.

Poczuła, że kręci się jej w głowie. Co ja wyrabiam? 

- pomyślała w panice. Wyrwała się z jego objęć, a on 

tym  razem nie zatrzymywał  jej. Patrzył,  jak biegnie 

przez trawnik w stronę domu, zdecydowana uciec jak 

najdalej od niego.

W pewnym momencie potknęła się i upadła, ocie-

rając   sobie   naskórek.   Była   to  kropla,   która   przelała 

kielich goryczy. Pokonana usiadła na schodkach i roz-

szlochała się.

Przyjazne dłonie podniosły ją i utuliły w ciepłych 

bezpiecznych ramionach. Łzy powoli obeschły.

- Przepraszam - wyszeptała.

- Nie, to ja przepraszam. Byłem zbyt natarczywy. 

Wybacz mi.

Straciła   ochotę   do   walki.   Oparła   się   na   jego   ra-

mieniu.

- Nic złego nie zrobiłeś.

-

Nie powinienem był mówić tego wszystkiego. Ani 

traktować cię w taki sposób. Otarłaś sobie nogę - do-

dał. - Zaraz to zdezynfekuję. - Wziął ją delikatnie na 

ręce i zaniósł na sofę stojącą w kuchni. Penny z niepo-

kojem obserwowała ich ze swego legowiska. Przyniósł 

watę i środek antyseptyczny. Położył jej nogę na swoich 

udach, delikatnie przemył ranę i nasmarował maścią.

- Przepraszam za kłopot - powiedziała cicho.

- Przestań, Catherine - odparł z wyrzutem. - Zno-

wu zaczynasz.

-

Nie pragnę przelotnego romansu - wyrzuciła z sie-

bie łamiącym się głosem. - Już dosyć w życiu wycier-

piałam. Zostaw mnie i pozwól żyć własnym życiem.

Pogładził ją po wilgotnym policzku.

- Nie chciałem cię skrzywdzić.

- Mógłbyś   to   zrobić,   gdybyś   kochał   się   ze   mną. 

Zbyt   łatwo   mnie   zranić,   Max,   i   dlatego   nie   mogę 

pozwolić, aby to się zdarzyło.

-

W takim razie lepiej idź już, dopóki jeszcze jestem 

gotów ci na to pozwolić. Im dłużej tu siedzisz, z oczami 

pełnymi łez, tym trudniej mi nad sobą zapanować.

Mówiąc to podniósł się i pomógł jej wstać.

- Jak tam twoja noga?

-Wszystko będzie dobrze. Przepraszam, że tak się 

mażę.

Uśmiechnął się z taką czułością, że łzy znów na-

płynęły jej do oczu.

- Myślę, że nie dość często pozwalasz sobie na ten

luksus. A teraz idź już. I na wszelki wypadek zamknij

dobrze drzwi za sobą.

Wspięła się na palce i musnęła wargami jego po-

liczek.

- Dziękuję za kolację.

- Zawsze do usług.

Zrobił krok w tył, wkładając ręce do kieszeni, tak 

jakby musiał ich nieustannie pilnować. Cathy wzięła 

głęboki oddech i pomknęła do siebie, nie zważając na 

ból nogi. Dopiero w domu, kiedy zamknęła za sobą 

drzwi, znowu zaczerpnęła powietrza.

Następny   dzień   okazał   się   bardzo   pracowity. 

Wbrew swoim przewidywaniom, Cathy spała jak zabi-

ta. Obudziła się wypoczęta i gotowa do działania.

Kiedy pojawiła się w przychodni, Max powitał ją z 

uśmiechem. Beztrosko odpowiedziała mu tym

background image

50

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

51

samym, mimo niepokojącego charakteru ich wczoraj-

szego spotkania. Poszła prosto do swojego gabinetu, a 

Max, ku jej zaskoczeniu, podążył za nią.

- Jak twoja noga?

- W   porządku.   Trochę   sztywna,   ale   to   nic   groź-

nego. Dziękuję.

- Czy możesz mieć dziś wieczorem dyżur?

- Tak.  Delphine  zastąpi  mnie  w domu.  Dlaczego 

pytasz?

- Po prostu chciałem wiedzieć. - Wzruszył ramio-

nami. - Zobaczymy się później.

Zamknął za sobą drzwi i zostawił ją z własnymi 

myślami. Zastanawiała się, gdzie też zniknął ten ostry 

i   zasadniczy   doktor   Armstrong.   Zniknął,   czy   może 

istniał tylko w jej wyobraźni?

Jedna   z   pacjentek,   pani   Bickers,   początkowo   za-

chowywała się tak, jakby przyszła tylko ją sprawdzić. 

Cathy zauważyła to już wcześniej u innych pacjentów. 

Wystarczyło zaserwować im kilka miłych słów i od-

chodzili zadowoleni, że nowa lekarka jest w porządku.

Coś jednak zaniepokoiło ją w pani Bickers. Uskar-

żała się na ból gardła, ale nie było widać ani śladu 

infekcji.

-Może   nadwerężyła   pani   gardło?   To   zdarza   się 

czasem.

-Może...   -   Kobieta   przerwała,   jakby   nie   była 

pewna, co ma powiedzieć.

Cathy zmarszczyła brwi. Coś było nie tak. Chodzi-

ło o coś znacznie poważniejszego niż ból gardła.

-Pani   Bickers,   czy   chce   pani   ze   mną   o   czymś 

porozmawiać? - zapytała.

Twarz kobiety ściągnęła się. Zakryła  dłonią usta, 

powstrzymując łzy.

- Och,   moja   droga   -   powiedziała   Cathy  i   wzięła

ją   za   rękę,   starając   się   dodać   jej   otuchy.   Po   kilku

chwilach  kobieta   wzięła   głęboki   oddech   i   podniosła

z godnością głowę.

- Przepraszam. Ja... mam takie kłopoty w domu..

- Proszę mi opowiedzieć.

- Czy ma pani dość czasu?

Cathy spojrzała na karty leżące na biurku.

- Czy mogłaby pani poczekać dwadzieścia minut?

Mam   jeszcze   trzy   osoby,   a   potem   będziemy   sobie

mogły porozmawiać. Znajdę miejsce, gdzie mogłaby

pani posiedzieć i postaram się o filiżankę kawy.  No

jak, jesteśmy umówione?

Kobieta skinęła głową. Cathy poczuła ulgę. Nie chciała 

wypuszczać jej w tym stanie. Znalazła Andreę w jej 

biurze.

- Zaprowadziłam panią Bickers do gabinetu zabie

gowego.   Jest   nieco   zdenerwowana,   więc   obiecałam

porozmawiać   z   nią,   jak   tylko   skończę   przyjmować

pacjentów. Czy mogłabyś zrobić jej filiżankę kawy?

Andrea spojrzała na nią zimno.

- Teraz jestem zajęta.

-Ja   też.   Ale   staram   się   zdążyć.   Daj   jej   kawę   z 

mlekiem, ale bez cukru. Dziękuję.

- Obawiam się, że mnie nie zrozumiałaś - odparła

chłodno   sekretarka.   -   Nie   mam   czasu.   Podawanie

pacjentom   kawy   nie   należy   do   moich   obowiązków

służbowych.  Do twoich również. A poza tym  to, co

ona   ma   do   powiedzenia,   nadaje   się   dla   księdza   lub

pracownika opieki społecznej i nie ma potrzeby, aby

zajmował się tym lekarz.

Cathy wpadła w furię.

- Jak   śmiesz   pouczać   mnie,   co   należy  do   moich

obowiązków! Nie rozmawiałaś z nią. Nie masz poję

cia, co jej jest i jakiego leczenia wymaga. Dopóki z nią

nie porozmawiam, też tego nie będę wiedziała. A teraz

zrób to, o co prosiłam, i zanieś jej filiżankę kawy, a ja

wrócę do moich pacjentów!

Wypadła z pokoju prosto na Maxa.

- Przepraszam - wymamrotała, minęła go i wróciła

do gabinetu, ciągle trzęsąc się z wściekłości. Jak  ona

śmiała?

background image

52

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

53

Ostatni trzej pacjenci nie zajęli jej na szczęście dużo 

czasu. Kiedy jednak weszła do gabinetu zabiegowego, 

zastała tam jedynie pustą filiżankę po kawie. Poszła 

do pokoju Andrei.

- Gdzie jest pani Bickers?

Sekretarka spojrzała na nią znad komputera. -Wyszła. 

Powiedziała, że nie ma czasu dłużej czekać. Max chce 

się z tobą zobaczyć. Jest u siebie

- powiedziała z dziwnym uśmieszkiem.

Cathy zapukała do jego drzwi, a on warknął coś w 

odpowiedzi.   Uniosła   brwi,   ale   po   chwili   wahania 

weszła do środka.

- Andrea mówiła, że chcesz się ze mną zobaczyć.

-Tak. W sprawie pani Bickers czy kogokolwiek

innego.   W   żadnym   wypadku   nie   wolno   ci   nikogo 

wpuszczać   do   gabinetu   zabiegowego.   Są   tam   igły, 

strzykawki i wiele innych narzędzi, które mogą  być 

ukradzione   bądź   użyte   w   niewłaściwym   celu.   Jeśli 

potrzebujesz więcej czasu na rozmowę z pacjentem, 

umów   go   na   kolejną   wizytę   albo   zaprowadź   do 

poczekalni, żeby tam na ciebie zaczekał.

- Ale ona płakała! Martwiła się czymś, była w de

presji... Jestem pewna, że potrzebowała pomocy.

-Wyraźnie   nie  tak bardzo,  skoro  sobie  poszła.  A 

poza tym to jest przychodnia lekarska, a nie centrum 

pomocy dla znudzonych gospodyń domowych!

- Max, przekręcasz fakty! Moim zdaniem stało się 

coś bardzo złego, o czym chciała porozmawiać...

-

Oczywiście, że się stało. Jej mąż jest hazardzistą. 

To on jest chory, nie ona.

- O Boże, dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?

- jęknęła.

- Nie wiedziałem, że się do ciebie zgłosi, a poza 

tym to bez znaczenia.

- Nie masz racji. Ona też jest chora z tego powo-

du... Do diabła, Max, ja ją widziałam...

- Ja też. Wyglądała całkiem dobrze. Powinnaś być 

bardziej twarda. Życie jest ciężkie, ale ludzie jakoś

sobie z nim radzą. Nie masz czasu, aby robić to za 

nich.

Cathy osłupiała. Była przerażona.

- Mam   być   twardsza?   Jak   śmiesz!   Siedzisz   tu

w swoim drogim garniturze, mieszkasz w tym wspa

niałym domu, jeździsz nowym mercedesem i ośmielasz

się tłumaczyć mi, że życie jest ciężkie. Co ty, do diabła,

możesz wiedzieć o ubóstwie, o lęku spowodowanym

długami, strachu, że twoje dzieci będą chodziły głod

ne,  że  odbiorą  ci  twój  dom?   Możliwe,  że  wszystko

zaczęło się od jego choroby, ale uwierz mi na słowo,

ona też jest chora i bez pomocy pójdzie na dno! Na

litość boską, Max, zapomnij o swojej uprzywilejowa

nej pozycji i zejdź na ziemię!

Spojrzał na nią chłodno.

- Skończyłaś już?

- Na razie tak.

- To dobrze. Jest jeszcze jedna sprawa. Dowiedzia-

łem się, że poleciłaś Andrei, żeby jej podała kawę.

- Poprosiłam ją...

- Catherine, słyszałem jak kazałaś to zrobić. To nie 

należy do jej obowiązków.

- Do moich też nie, ale gdybym tylko miała czas, 

zrobiłabym to. Nic się nie stanie tej nadętej pannicy, 

jeśli czasem okaże komuś nieco zrozumienia.

Max zacisnął gniewnie wargi.

- Chcę,   żebyś   wiedziała,   że   Andrea   jest   wysoko 

wykwalifikowanym   i   bardzo   wydajnym   pracowni-

kiem, a jej udział w naszej pracy jest nieoceniony!

- Być może. Dla mnie jest robotem bez serca. Nie 

dziwię się, że tak dobrze radzi sobie z komputerem. 

Mają ze sobą bardzo wiele wspólnego!

Obróciła się na pięcie i wybiegła z jego pokoju. Pod 

drzwiami   zderzyła   się   z   Andrea,   która   stała   tam   z 

plikiem   korespondencji   w   ręku.   Wyglądała   jak 

uosobienie skrzywdzonej niewinności.

- Wypchaj się - wymamrotała pod nosem i minęła

background image

54

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

Wyjęła z kartoteki kartę pani Bickers i dołączyła 

jako   ostatnią   do   zaplanowanych   na   dzisiaj   wizyt 

domowych.

0

- O, doktor Harris, dzień dobry - powiedziała pani 

Bickers   cicho,   jakby  w   obawie,   że   ktoś   może   pod-

słuchiwać. - Nie spodziewałam się pani. Przepraszam 

za bałagan - dodała nerwowo.

- Proszę się uspokoić. Jestem tu, żeby pani pomóc, 

a nie osądzać.

- Proszę do środka - zaprosiła ją kobieta i zamknęła 

dokładnie drzwi.

W prawdopodobnie przyjemnej kiedyś  kuchni pa-

nował okropny bałagan. Widać było, że kobieta goni 

resztkami sił. Cathy posadziła ją i wydobyła z niej w 

końcu długą listę żalów. Wszystko przedstawiało się 

tak, jak to sobie z grubsza wyobrażała.

Jej mąż był księgowym. Często przynosił do domu 

wieczorem jakąś robotę, ale dopiero potem dowiedzia-

ła się, że brał prace zlecone z prywatnych firm. Przez 

lata okłamywał ją i ukrywał swoje prawdziwe zarobki, 

zaś wszystkie dodatkowe pieniądze, setki funtów mie-

sięcznie, wydawał na wszelkiego rodzaju gry i zakłady.

Rok temu, przypadkiem, dowiedziała się o wszyst-

kim. Mąż obiecał jej, że zerwie z nałogiem i nigdy już 

do   niego   nie   wróci.   Przez   pewien   czas   wszystko 

układało się dobrze, ale ostatnio znowu zaczął kręcić i 

podejrzanie się zachowywać.

-

Boję się, że wrócił do hazardu. Nie wiem, co mam 

zrobić   -   szlochała   pani   Bickers.   -   Parę   dni   temu 

przyszedł   jakiś   list.   Myślę,   że   to   były   pogróżki   od 

jakiegoś lichwiarza. Ciągle przychodzą listy w sprawie 

domu, ale on nigdy mi ich nie pokazuje!

- Czy wychodzicie gdzieś czasem?

- Nie.   On   nigdy  nie   chce.   Myślę,   że   boi   się,   że 

ludzie wszystko o nim wiedzą i wstydzi się. A ja nie 

chcę go namawiać na coś, co może kosztować. I tak z 

trudem wiążemy koniec z końcem.

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

55

Cathy westchnęła.

- Niezły bigos! Czy rozmawiacie o tym ze sobą?

-

On nie chce o tym rozmawiać. Mówi, że zerwał z 

tym, tak jak mi obiecywał, ale nie patrzy mi przy tym 

w   oczy.   Nasze   współżycie   seksualne   właściwie   się 

skończyło.   Jak   można   kochać   się   z   kimś,   komu 

przestało się ufać? Czasem nawet wykrada pieniądze z 

mojej  portmonetki. Chowam przed nim każdy grosz 

na dom, ale potrafi wszystko znaleźć. Kiedy potrzebne 

mu są pieniądze, wygrzebie je nawet spod ziemi, no i 

ma jeszcze swoją pensję.

-

Czy nie mogliby wypłacać jej bezpośrednio pani? 

Zaśmiała się histerycznie.

- On nawet nie chce o tym słyszeć.

- Może się zgodzić, kiedy będzie miał wszystkiego

dosyć.

Pani Bickers przytaknęła i przygryzła wargę.

- Przepraszam, że miała pani przeze mnie kłopoty.

Słyszałam,   jak   pokłóciła   się   pani   z   tą   dziewczyną,

Andreą.   Mieszka   tu   niedaleko.   Niesympatyczna   oso

ba.

-Jest   nieocenionym   pracownikiem.   -   Cathy   od-

ruchowo zaczęła jej bronić.

- Powiem   pani   coś.   To   doktor   Armstrong   przy

niósł   mi   kawę,   ona   nie   miała   czasu.   Zupełnie   nie

wiem, co on w niej widzi. Przypuszczam, że ona nie

może znieść, że mieszkacie razem.

Cathy zaczerwieniła się.

-Trudno   powiedzieć,   że   mieszkamy   razem.   Wy-

najmuję od niego mieszkanie i proszę mi wierzyć, że 

mam dobre przyzwoitki. Mieszkam z synkiem i dziew-

czyną do dziecka.

Pani Bicker rzuciła jej krzywe spojrzenie.

- Jest pani rozwiedziona?

- Jestem wdową.

- Przepraszam, przykro mi.

- Mnie też. To był dobry człowiek.

- Mówi się, że dobrzy ludzie umierają młodo.

background image

56

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

Spojrzały na siebie ze zrozumieniem. Choć żyły w 

odmiennych   warunkach,   obie   wiedziały,   czym   jest 

smutek.

Cathy położyła rękę na jej ramieniu.

-Muszę wracać do przychodni. Proszę dać mi znać, 

jeśli będę mogła w czymś pomóc.

Zamyślona wróciła do pracy. A więc pani Bickers 

uważa, że Andrea nie lubi Cathy, ponieważ ta mieszka 

w rezydencji Maxa. I nie wie, co Max widzi w Andrei. 

Czy to znaczy, że coś jest między nimi? A jeśli tak, 

gdzie jest miejsce dla niej?

-   Powinnaś   pozostać   sama,   tak   jak   tego   chciałaś 

-powiedziała do siebie, ale nie zabrzmiało to przeko-

nująco.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Reszta dnia minęła jej zwyczajnie. Kiedy jednak o 

siódmej   wróciła   do   domu,   nie   znalazła   tam   ani 

Stephena, ani Delphine. Przeszukała całą swoją cześć 

ogrodu, ale nikogo tam nie było. Pomyślała więc, że 

pewno poszli na spacer. W tym momencie pojawiła 

się Delphine. Sama.

- Gdzie   jest   Stephen?   -   zapytała   zdenerwowana 

Cathy.

-

Z panem doktorhem. Bawią się w ogrodzie. Och, 

Cathy, ale on ma oczy. Fantastique!

Była   tak   zła   na   Maxa,   że   mogłaby   spokojnie 

wydrapać mu oczy. Przemilczała to jednak, skupiając 

się na fakcie zaniedbania opieki nad Stephenem.

- Delphine, powinnaś być przy nim. To nie w po

rządku zostawiać go z doktorem Armstrongiem. Wo

lałabym, abyś go o to nie prosiła. Gdzie byłaś?

Dziewczyna wyglądała na zawstydzoną.

- Ja chciałam wysłać list do maman. Stephen i dok

tor   bardzo   szczęśliwi   razem.   Doktor   uczy   go

grać   w   krykieta.   Przepraszam   bardzo.   Nie   wie

działam...

-Delphine,   nie   rób   tego   więcej.   Wolałabym   w 

przyszłości   trzymać   się   z   daleka   od   doktora   Arm-

stronga.

Jej śliczna twarz posmutniała jeszcze bardziej.

- Raz   miałam   kłopot   z   ubraniem.   Teraz   ta.

Jesteś bardzo zła?

Wyglądała   tak   nieszczęśliwie,   że   Cathy   dała   jej 

przyjacielskiego kuksańca w bok.

background image

58

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

- Nie   martw   się   -   powiedziała.   -   Dobrze   sobie

radzisz ze Stephenem i jestem z ciebie zadowolona.

A teraz pójdę go poszukać.

Zostawiła dziewczynę i poszła do ogrodu za domem.

Najpierw   nie   mogła   nigdzie   ich   znaleźć,   potem 

zauważyła   jakiś   ruch   w   końcu   ogrodu.   Serce   jej 

zamarło.

Stephen   leżał   na   ziemi,   rzucając   się,   jakby   miał 

drgawki, a Max, pochylony nad nim, gwałtownie coś 

mówił. Co się mogło stać? Czy uderzyła go piłka?

Lęk dodał jej skrzydeł i pomknęła jak błyskawica. 

Kiedy   dobiegła   bliżej,   zobaczyła,   że   dłonie   Maxa 

obejmują klatkę piersiową chłopca. Ale dlaczego?

- Co to jest? Co się stało?! - krzyknęła.

Max   się   odwrócił.   Kiedy   zauważył   jej   panikę, 

uśmiech zniknął z jego twarzy.

- Hej! Wszystko w porządku.

- Ale dlaczego on leży na ziemi? 

Stephen uśmiechnął się do niej.

- Cześć mamo! Max mnie łaskocze.

Poczuła ogromną ulgę. Sama nie wiedziała, czy ma 

śmiać się, czy płakać.

-O Boże, a ja myślałam, że coś mu się stało

- powiedziała wściekła.

Max puścił Stephena.

- Znajdź swój kij - polecił - i pokażemy mamie,

czego cię nauczyłem.

Kiedy chłopiec odbiegł, podniósł się i spojrzał na 

nią spod zmarszczonych brwi.

- Trzęsiesz się jak osika. Dlaczego sądziłaś, że coś

się stało?

-Nie wiem. - Bezradnie wzruszyła ramionami.

- Przepraszam, chyba reaguję zbyt gwałtownie.

-To   zrozumiałe.   W   porządku.   Stephen,   jesteś 

gotowy?

Max   ruszył   wielkimi   susami   w   jego   kierunku. 

Zdawało się, jakby ziemia umykała mu spod nóg. W 

końcu leniwie rzucił piłkę.

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

59

 Stephen odbił ją z wielkim entuzjazmem. Zatoczyła 

wielki łuk w powietrzu, przeleciała nad murem i wy-

lądowała w polu. Penny natychmiast pognała za nią.

- Chłopie! Sześć punktów! - wrzeszczał Max.

Stephen zaczął radośnie wymachiwać kijem nad

głową.   Po   chwili   go   odrzucił,   pokonał   mur   i   ze-

skoczył na pole. Penny, machając ogonem, węszyła w 

trawie.

- Trochę dalej! - krzyknął Max i znowu zwrócił się

do   Cathy.   -   Jeśli   chodzi   o   dzisiejszy   poranek,   to 

wiem,

że Andrea potrafi być  trudna, ale przygotowywanie

kawy   dla   pacjentów   naprawdę   nie   należy   do   jej

obowiązków.

-Jeśli to mają być przeprosiny, to nie wypadły zbyt 

dobrze - powiedziała Cathy zgryźliwie.

- Nie mają. Nie uważam,  abym miał za co prze-

praszać.

-

Hmm. A co powiesz, na początek, o kwestiono-

waniu moich umiejętności zawodowych? Wiedziałam 

od razu, że z panią Bickers jest coś nie tak.

- Wydawało mi się, że w czasie wstępnej rozmowy 

poinformowałaś nas, że nie masz  zwyczaju polegać 

na intuicji.

- Nie mam, jeżeli są jakieś lepsze sposoby - odpar-

ła ostro. -W tym wypadku było to jednak usprawied-

liwione. Byłam u niej po południu. Tam dzieje się coś 

złego. Jej mąż wrócił do hazardu, a ona boi się, że 

dostał się w szpony jakiegoś lichwiarza.

- O, mój Boże, biedna kobieta.

Cathy rzuciła mu miażdżące spojrzenie.

- Wszystko w porządku. Zycie jest twarde, poradzi 

sobie... Stephen, chodź do mnie, proszę.

- Muszę znaleźć piłkę!

- Cathy, nie chciałem być przykry.

- W takim razie powinieneś wziąć parę lekcji an-

gielskiego. Widać nie zdajesz sobie sprawy z tego, 

jak   ograniczone   masz   słownictwo.   Stephen,   już 

idziemy.

-Ale mamo...

background image

60

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

61

- Stephen, zrób to, o co prosi cię mama. Ja znajdę

piłkę   -   powiedział   Max,   przeskakując   lekko   przez

mur i zbliżając się do chłopca. - Lepiej już idź, synku.

-Czas do wanny - Stephen westchnął z obrzy-

dzeniem.  Max roześmiał się i potargał mu włosy.

-

Obawiam się, że tak. Pobawimy się innym razem.

-Naprawdę? - Chłopiec podniósł na niego za

chwycone oczy i twarz mu się wypogodziła.

- Naprawdę. Obiecuję ci.

- To wspaniale!

Przelazł z powrotem przez mur, podbiegł do Cathy 

i chwycił ją za rękę.

- Słyszałaś, mamo?

- Słyszałam. Powiedz: dziękuję.

Powtórzył za nią, a Max uśmiechnął się krzywo.

- Proszę bardzo.

Przez najbliższe pół godziny Stephen doprowadzał 

ją do szaleństwa, rozprawiając nieustannie o Maksie. 

Max to, Max tamto - prawdziwy kult bohatera. Serce 

jej się ściskało, kiedy tego słuchała. Była już prawie 

gotowa utopić go w wannie!

-

Chodź, poczytasz mi i opowiesz, jak było w szko-

le - rozpaczliwie starała się zmienić temat.

-

W szkole graliśmy w krykieta. Właśnie dlatego 

Max   mnie   uczył.   Grał   kiedyś   w   reprezentacji   hrab-

stwa, a teraz czasami  występuje w drużynie  Barton. 

Będzie grał w najbliższą niedzielę. Czy możemy pójść 

go zobaczyć?

Cathy jęknęła, ale w końcu się poddała.

- Myślę, że tak, chyba że będę miała dyżur.

-

Nie będziesz. Max powiedział, że w tym tygodniu 

dyżuruje doktor Glover, tak że będziesz mogła mnie 

zabrać.

Zaczął   wiercić   się   na   jej   kolanach   i   przyglądać 

badawczo.

- Czy ty go lubisz? - zapytał.

- Potrafi być bardzo miły.

- Według mnie jest wspaniały.  Naprawdę nie ma

nic przeciwko temu, żeby ze mną grać. Powiedział, że

możemy to robić często. Gdybym miał tatusia, chciał

bym żeby był taki jak Max. Czy mój tatuś był taki?

Cathy poczuła się zakłopotana. Michael traktował 

Stephena dosyć obojętnie. Nie wiedziała jednak, czy 

zachowywał  się tak z powodu choroby,  czy też nie 

potrafił być ojcem. 

- Jestem pewna, że byłby taki, gdybyś  był  dosyć

duży,  żeby mógł z tobą grać - znalazła kompromiso

wą odpowiedź. Wzięła jego książeczkę i zaczęli razem

czytać. Po chwili jednak Stephen zamknął oczy. Uło

żyła go w łóżku i pocałowała w policzek. Zamyślona

wyszła przed dom, usiadła na schodach i niewidzący-

mi oczami wpatrywała się w przestrzeń.

Wielokrotnie zastanawiała się, jak wyglądałoby jej 

życie, gdyby Michael nie umarł. Najprawdopodobniej 

zupełnie inaczej. Nigdy nie była pewna, czy on na-

prawdę   chce   mieć   dzieci.   Może   nie   byłby   dobrym 

ojcem? Był dobrym mężem, dopóki wszystko układa-

ło  się   dobrze,   ale   kiedy  zachorował,   czasem  trudno 

było z nim wytrzymać.

Dopiero   pod   koniec   się   zmienił.   Krótko   przed 

śmiercią   pogodził   się   ze   swym   losem   i   resztę   sił 

poświęcił Cathy i Stephenowi. Zachęcał, aby mówiła 

o swoich uczuciach i dzieliła z nim lęk o przyszłość. 

Przez pierwsze dwa lata ciągle czuła przy sobie jego 

obecność,   tak   jakby   ustawił   znaki,   prowadzące   ją 

przez manowce życia.

Uświadomiła sobie, że teraz już go nie ma. Widać 

uznał, że dalej poradzi sobie sama. Mówiąc szczerze, 

prawie   już   o   nim   zapomniała.   Może   stąd   brało   się 

dręczące ją uczucie samotności, bezsenność i dziwne 

obrazy nawiedzające ją w snach.

Owiał ją zapach róż, przywodząc na pamięć mocny 

uścisk ramion Maxa i zapach jego ciała.

Mój Boże, prawie go nie zna, a opanował jej umysł 

tak, że prawie traciła zdrowy rozsądek. Prawie. Co by

background image

62

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

się   stało,   gdyby   nie   uciekła   ostatniej   nocy?   Czy 

kochaliby   się,   prawie   sobie   obcy,   lecz   porwani   tą 

naturalną fizyczną siłą?

Dźwięk   telefonu   przywołał   ją   do   rzeczywistości. 

Dzwoniła Elaine Bickers.

- Przepraszam,   że   przeszkadzam   -   powiedziała 

przez łzy. - Błagam, niech pani przyjedzie! Pokłócili-

śmy się strasznie i on zamknął się w sypialni. Boję się, 

że zrobi jakieś głupstwo... Proszę mi pomóc.

- Nie denerwuj się, Elaine. Usiądź pod drzwiami i 

staraj się cały czas z nim rozmawiać. Będę u ciebie za 

minutę.

Obok niej pojawiła się Delphine.

- Ty wychodzisz?

- Tak. Mogę, prawda? Będziesz tutaj?

-

Tak, mais oui. Ale ty nie jadłaś kolacji. -Trudno, 

zjem później. - Cathy uśmiechnęła

się.

Jak mogła najszybciej pojechała do domu Bicker-

sów. Drzwi otworzyły się przed nią natychmiast. Pani 

Bickers chwyciła ją za ramię.

- Proszę się pośpieszyć. Boję się, że on chce sobie

zrobić coś złego! - błagała histerycznie.

-Powiedz   mi   najpierw,   co   się   właściwie   stało   - 

zaczęła spokojnie Cathy.

- Opowiedziałam   mu   o   naszej   rozmowie.   Zapro

ponowałam,  żeby jego pieniądze wpływały na moje

konto   i   żebym   to   ja   zajmowała   się   rachunkami.

Wściekł   się.   Powiedział,   że   mu   nie   ufam...   Wtedy

zapytałam go o te listy...

-A   on   cię   uderzył?   -   Cathy   dotknęła   świeżego 

siniaka na jej policzku.

-Powiedziałam mu, że nasze małżeństwo rozpadło 

się, a on odparł, tak jak się mogłam spodziewać, że to 

przeze mnie, bo nie chcę z nim sypiać... O, Boże.

- Dobrze się czujesz?

Skinęła głową i otarła łzy z policzków.

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

63

-

Nie   chcę,   żeby   Tom   się   zabił.   Cokolwiek   do 

niego czuję i cokolwiek jeszcze się wydarzy, nie warto 

z tego powodu umierać.

- Może poszłabyś do kuchni i zrobiła herbatę, a ja 

z nim porozmawiam - zaproponowała łagodnie Cathy.

Pani Bickers zgodziła się na to niechętnie. W koń-

cu pokazała jej pokój, w którym zamknął się mąż i, 

niespokojnie oglądając się za siebie, odeszła.

Cathy stała przez chwilę pod drzwiami nasłuchu-

jąc, potem zapukała delikatnie.

- Panie Bickers? To ja, doktor Harris. Czy może

pan   otworzyć   drzwi?   Chciałabym   z   panem   poroz

mawiać,   tak   żeby   nie   budzić   dzieci   -   mówiła   spo

kojnie.

Cisza. Zapukała 

znowu.

- Panie   Bickers,   wiem,   że   pan   tam   jest.   Proszę 

otworzyć drzwi.

- Niech pani stąd idzie.  Zostawcie  mnie  samego. 

Nie chcę z nikim rozmawiać.

- Proszę pozwolić sobie pomóc. Może moglibyśmy 

porozmawiać? Jestem pewna, że można wiele zrobić, 

aby pomóc panu i pańskiej rodzinie.

- Nie można nic zrobić. Nikt mi nie może pomóc. 

Zostawcie mnie. Pozwólcie mi umrzeć.

Cathy zamknęła oczy. Jak sobie z nim poradzić?

- Nie   mogę   tego   zrobić,   panie   Bickers.   Jestem 

lekarzem.  Moim obowiązkiem jest  panu  pomóc.   Jak 

mam to zrobić, jeśli nie chce pan ze mną rozmawiać?

- Nie   warto   przejmować   się   mną   -   powiedział 

chrapliwym głosem.

-Warto czy nie, ja się przejmuję - nalegała. - Żona 

też się o pana martwi, a i dzieciom nie jest obojętne, 

co się z panem stanie.

- Będzie im lepiej beze mnie - wymamrotał. - Co

mogę  im dać? Nigdzie ich nie mogę  zabrać i nigdy

nie będę mógł. Jeśli wie pani o moich długach...

background image

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

W   tym   momencie   wróciła   pani   Bickers.   Cathy 

położyła palec na ustach.

- A może mi o tym opowiesz - zaproponowała.

Po chwili ciszy skrzypnęło łóżko, tak jakby na nim

usiadł.

-Jest taki facet, lichwiarz...

- Jesteś mu winny pieniądze?

-Dużo pieniędzy, prawie dwadzieścia tysięcy.  Nie 

wiem   dokładnie.   Jeśli   doliczyć   procenty,   może   być 

więcej.   On   mi   grozi.   Nie   mogę   o   tym   powiedzieć 

Elaine. Ona nie zasługuje na to, żeby tak ją martwić. 

Nie wiem, jak mam sobie z tym sam poradzić.

- Nie jesteś sam - zapewniła go Cathy. - Jest wiele 

osób,   które   mogłyby   ci   pomóc,   gdybyś   się   do   nich 

zwrócił.

- Nie mogę - wyszeptał. Cathy ledwie go słyszała. 

- Za bardzo się wstydzę. Myślałem, że sam się z tego 

wygrzebię, ale nie potrafię. To jest taki rodzaj głodu, 

ciągle potrzebuję więcej i więcej... Wtedy zaczynam 

kłamać i kraść... Na litość boską, ja nie chcę umierać, 

ale   nie   mogę   tego   dłużej   wytrzymać.   -   Zaniósł   się 

szlochem.

- Otwórz drzwi, Tom - powiedziała zdecydowanie 

Cathy. - Nie musisz martwić się o to sam.

Po   kilku   pełnych   napięcia   sekundach   usłyszała 

szczęk zamka i drzwi się otworzyły.

Był  wysokim,  przygarbionym  pod ciężarem trosk 

mężczyzną. Spojrzał na siniec na twarzy swojej żony i 

zaczerwienił się.

- O  mój   Boże,   co  ja   ci   zrobiłem  -  wyszeptał   ze

wstydem.   Wyciągnął   ramiona,   przytulił   ją   do   siebie

i oparł głowę na jej ramieniu.

Cathy minęła ich i weszła do sypialni. Nie zwracali 

na   nią   uwagi.   Stali   przytuleni   do   siebie   i   płakali. 

Przeszukała cały pokój w poszukiwaniu tabletek, które 

mógł   wziąć.   Znalazła   niewielkie,   prawie   puste 

opakowanie po środkach nasennych i nic więcej.

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

65

Położyła mu dłoń na ramieniu.

- Tom? Czy ty coś połknąłeś?

Skinął głową.

- Parę tabletek valium. Na pewno nie dosyć. Za-

brakło mi odwagi. Nawet tego nie potrafiłem zrobić 

porządnie.

- Myślę, że zrozumiałeś, że to nie jest żadne roz-

wiązanie   -   powiedziała,   a   on   smutno   wzruszył   ra-

mionami.

Wzięła go pod rękę.

- Chodź, zawiozę cię do szpitala. Porozmawiamy

później, kiedy już będziesz bezpieczny.

Kiedy   sanitariusze   pomagali   panu   Bickersowi 

wsiąść do karetki, Cathy odciągnęła panią Bickers na 

bok.

- Przyjdź   do   mnie,   póki   on   będzie   w   szpitalu.

Postaram się zorganizować ci jakąś pomoc. Myślę, że

bardzo   by   się   tu   przydał   psychiatryczny   opiekun

społeczny.   Spróbuję   to   załatwić   jutro   rano,   po   roz

mowie z lekarzem twego męża.

O drugiej w nocy, wyczerpana, wróciła do domu i 

rzuciła   się   na   łóżko.   Po   godzinie   znów   zadzwonił 

telefon. Wzywano ją do starszego mężczyzny z bólami 

w klatce piersiowej.

Pojechała do niego, a potem natychmiast  wróciła 

do łóżka, po to tylko, żeby za dwie godziny zerwać się 

znowu, tym razem do dziecka, które dostało biegunki.

Kiedy   przyjechała   do   domu,   Stephen   i   Delphine 

właśnie jedli śniadanie. Dołączyła do nich zastanawia-

jąc się, jak przetrzyma nadchodzący dzień.

- Wyglądasz na wykończoną.

- Dziękuję, Max, od razu mi lepiej. 

Uśmiechnął się i usiadł naprzeciwko niej.

- Kawy?

- Dziękuję.   -   Podsunęła   mu   kubek   i   westchnęła

ciężko.

64

background image

66

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

67

-Miałaś   złą   noc?   Słyszałem   kilka   razy   twój   sa-

mochód.

- Tak. Tom Bickers próbował skończyć ze sobą. 

Ręka Maxa zamarła w trakcie nalewania kawy.

- Naprawdę chciał to zrobić?

- Myślisz, że kłamię? - spytała oschle. 

Pokręcił głową.

- Nie miałem pojęcia, że jest aż tak źle. No i co 

zrobiłaś?

- Najpierw namówiłam go, żeby wyszedł z sypialni 

i   przekonałam,   że   musi   pojechać   do   szpitala   na 

płukanie żołądka i na konsultację psychiatryczną. Jest 

w okropnej depresji. Szczerze mówiąc, ja też byłabym 

na jego miejscu. Oni są w koszmarnych kłopotach.

- Długi?

- Można   to   tak   nazwać.   Szantażuje   go   jakiś   ok-

ropny   lichwiarz,   któremu   jest   winien   dwadzieścia 

tysięcy.

Max zacisnął wargi i spojrzał na nią skruszony.

-Wygląda   na   to,   że   powinienem   cię   przeprosić. 

Zachowałem się nieładnie. Nie myślałem, że sprawy 

zaszły tak daleko. Jak myślisz, czy ona z nim zostanie?

Wzruszyła ramionami.

- Kto wie. Ostatniej nocy kłócili się ze sobą i on ją 

uderzył, zanim zabarykadował się w sypialni.

- Czy nic się jej nie stało? - Max patrzył na Cathy z 

niepokojem.

-Trudno   powiedzieć.   Na   pewno   nie   wpłynie   to 

dobrze na ich wzajemne stosunki.

-

Wyobrażam sobie! - Dopił kawę i wstał. - Zo-

baczymy się później, mam jeszcze kilku pacjentów.

- Ja też.

Cathy  wróciła   do   gabinetu   i   stwierdziła,   że   jako 

ostatnia jest zapisana Elaine Bickers.

Siniec   na   jej   twarzy   przybrał   wszystkie   kolory 

tęczy, a jedno oko było mocno opuchnięte. Uśmiech-

nęła się do niej i wskazała krzesło.

- Proszę siadać. Co się dzieje?

- Zrobili mu płukanie żołądka, dali węgiel i poło

żyli   do   łóżka.   Byłam   tam   rano.   Jest   mu   bardzo

przykro. Przepraszał mnie i tak dalej... Ale to niczego

nie zmienia, prawda?

-To   zależy.   Jeśli   mówił   szczerze...   Załatwię   mu 

skierowanie do psychiatry i może coś z tego będzie. 

Ale dopóki on sam nie zdecyduje się przestać, nic się 

nie zmieni. Może tym razem ma już naprawdę dosyć.

Pani Bickers wzruszyła ramionami.

- Bóg jeden raczy wiedzieć. Ale jeśli on nie prze

stanie, nie wiem, ile ja jeszcze potrafię wytrzymać.

Cathy przyjrzała się uważnie jej twarzy.

- Naprawdę   mocno   podbił   to   oko.   Jak   się   pani 

czuje?

-

Żyję. Przyszłam w innej sprawie. Chciałam zapy-

tać o pigułki. Słyszałam, że są takie, które bierze się 

następnego dnia rano...

Cathy przytaknęła.

- Czy to jest skuteczne?

- Jeśli weźmie się je w ciągu trzech dni i nie było 

się   już   w   ciąży   w   trakcie   stosunku,   wtedy   zwykle 

działają bardzo dobrze.

- To w porządku.

- Dlaczego pani pyta?

-

No bo wczoraj wieczorem... Kiedy mu powiedzia-

łam, że nasze małżeństwo rozpada się, on powiedział, 

że to dawno już się stało... Ale potem... Nie mogłam 

go po prostu powstrzymać. Nie chciał mnie słuchać. - 

Bezradnie   wzruszyła   ramionami.   -   Nie   mogę   znieść 

myśli, że znowu mogłabym zajść w ciążę. Nie w tej 

sytuacji.   I   bez   tego   mam   dosyć   kłopotów.   Chyba 

chciałabym   się   zabezpieczyć.   Nie   zrobiłabym   sobie 

skrobanki, ale nie jestem pewna, jak działa ten środek.

- Jeśli dojdzie do zapłodnienia, nie dopuszcza do 

inplementacji. Ale jeśli obawia się pani, że to może 

powtarzać   się   częściej,   trzeba   pomyśleć   o   stałych 

formach   antykoncepcji,   takich   jak   pigułki   antykon-

cepcyjne albo wkładka domaciczna.

background image

68

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

- Spirala?

- Tak. Zawsze jest na miejscu: nie musi się o tym 

myśleć   i   bać   się   stosunku   bez   zabezpieczenia.   Na 

przyszłość to może być najlepsze.

- Nie wiem, czy mamy jeszcze jakąś przyszłość.

Cathy współczuła jej z całego serca. Co to za

życie,   w   pułapce   lojalności   i   świętości   małżeńskich 

ślubów,   z   mężczyzną,   który  stacza   się   i   ciągnie   za 

sobą   całą   rodzinę.   Sytuacja   jest   bez   wyjścia.   Jeśli 

odejdzie od niego, a on się zabije, jak będzie potem z 

tym żyła? Czują się jak w klatce, bez szans choćby na 

to, że ktoś pomoże mu w przezwyciężeniu niszczącego 

nałogu, bo i tak na wszystko jest już za późno.

Cathy   przepisała   pani   Bickers   kurację   z   pigułek 

PC4. Pierwsze dwie miała przyjąć jak najszybciej, zaś 

następne   po  dwunastu  godzinach.   Poinformowała   ją 

też, że spiralę można założyć wyłącznie podczas mie-

siączki i, jeśli się zdecyduje, powinna do niej przyjść 

w odpowiednim czasie.

- Po tych pigułkach może pani poczuć się trochę

niedobrze - ostrzegła ją. - Jeśli okres spóźniałby się,

trzeba   zrobić   próbę   ciążową,   żeby   uniknąć   niepo

trzebnego  zdenerwowania.   Jestem  jednak  pewna,   że

wszystko będzie dobrze.

Odprowadziła pacjentkę do drzwi. Poczuła ulgę, że 

zrzuciła z ramion ten ciężar. Poszła do domu i natych-

miast położyła się do łóżka.

Obudził ją wracający ze szkoły, pełen wigoru Ste-

phen.  Z  trudem,   prawie  przez  sen,  powiedziała  mu: 

Cześć, a on natychmiast wybiegł znowu, mamrocząc 

coś o Maksie.

- Max, Max i Max - utyskiwała, przewracając się

na   poduszce   i   wzdychając.   Powinna   powstrzymać

syna  od narzucania się mu.  Ale tak bardzo zależało

Stephenowi na tych spotkaniach...

Uznała, że Max jest dostatecznie dorosły i nieznoś-

ny, aby obronić się przed sześciolatkiem, jeśli napraw-

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

dę będzie tego chciał. Odwróciła się na bok i zasnęła. 

Kiedy   po   godzinie   otworzyła   oczy,   czułą   się   już 

znacznie lepiej.

Wzięła prysznic i poszła poszukać ich w ogrodzie, 

ale   nie   znalazła.   Obeszła   dom   i   ruszyła   w   stronę 

frontowych drzwi. Kiedy mijała kuchenne okno, wy-

chylił się z niego Max.

- Chodź! - zawołał. - Drzwi są otwarte.

Popchnęła ciężkie dębowe drzwi i znalazła drogę

do kuchni.

Stephen   siedział   przy   stole   ze   szklanką   jakiegoś 

mętnego napoju i ogromną kromką czarnego chleba w 

ręce.

- Cześć, mamuś - zaszczebiotał.

- Cześć, kochanie. Jesteś pewien, że nie masz już 

dosyć?

- Zostaw chłopaka w spokoju - zachichotał Max. - 

Rośnie. Chcesz szklankę lemoniady?  Jest fantastycz-

na. Agnes sama ją przygotowała.

Zawahała   się.   Stał   tylko   kilka   kroków   od   niej, 

ubrany  w   skąpe   szorty,   i   pokazywał   całemu   światu 

swój opalony płaski brzuch, porośnięty delikatnymi, 

złotymi loczkami, niknącymi kusząco w nie zapiętych 

na   górny   guzik   spodenkach.   Jego   długie,   szczupłe 

nogi   też   pokrywały   miękkie,   wijące   się   włosy.   Był 

boso.   Z   zakłopotaniem   dostrzegła,   że   na   dużych 

palcach u nóg także ma kępki zarostu. Wziął szklankę 

zimnej   lemoniady   i   obracając   dotykał   nią   swego 

brzucha. Cathy się zaczerwieniła.

- O,   jak  błogo   -   westchnął,   a   potem   wręczył   jej

szklankę. - Spróbuj.

Wypiła łyk lodowatego napoju. Nie mogła opędzić 

się od myśli  o tym,  w jaki sposób dotykał szklanką 

brzucha.   Uniosła   brodę   i   w   podobny   sposób   przy-

tknęła zimne szkło do swojej szyi. Westchnęła cicho.

- To miłe, prawda? - powiedział.

- Cudowne.   -   Spojrzała   mu   w   oczy.   -   Tak   dziś 

gorąco.

69

background image

70

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

-

Wyglądasz jak chłodny górski strumień. - W jego 

głosie czuła pożądanie. Sięgnął po jej szklankę i, nie 

spuszczając z niej wzroku, wypił zimny napój do dna.

-

Mamusiu, powiedziałem Maxowi, że pójdziemy 

w niedzielę popatrzeć, jak gra w krykieta - powiedział 

nagle Stephen, rozładowując napięcie.

-

Dobrze - odparła bezmyślnie i zaczęła otrzepy-

wać go z nie istniejących okruszków, aby pokryć 

czymś niezręczną ciszę.

-

Ricky też tam będzie. Jego tata także gra w ze-

spole. Powiedział, że potem dostaniemy herbatę i coś 

pysznego.

-

Potrafisz myśleć tylko o swoim brzuchu - powie-

działa zrzędliwie, a Max się roześmiał.

-To dobrze. To zdrowy apetyt, prawda synku? - 

pogładził chłopca po głowie.

Cathy odwróciła wzrok, zaskoczona zażyłością, 

którą dostrzegła między nimi. Czy to rozsądne po-

zwolić Stephenowi zbliżyć się tak do Maxa? Powinna 

chyba z nim o tym porozmawiać i ostrzec, jak łatwo 

dzieci się przywiązują. Stephen może poczuć się bar-

dzo zraniony, gdy Maxowi znudzi się już ta zabawa 

i dziecięcy idol rozpłynie się we mgle.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Niedziela też była upalna. Słońce prażyło mocno 

i niektórzy kibice schowali się w cieniu okalających 

pole ogromnych dębów. Tam trawa była wyższa, 

a   powietrze   wypełniała   woń   kwitnących   kwiatów. 

Słychać było odbijanie piłki i aplauz przyglądających 

się, kiedy któryś z graczy zdobył punkty. 

Cathy położyła się w słodko pachnącej koniczynie 

i pozwoliła, aby wszystkie te dźwięki przepływały 

obok niej. Co kilka minut podnosiła głowę i spraw-

dzała, gdzie znajduje się Stephen i jego przyjaciel 

Ricky. Czasem to oni do niej podbiegali, aby opowie-

dzieć, co dzieje się na boisku i jaki jest aktualny 

wynik.  Nie   pojmowała   zasad  gry,  więc   zazwyczaj 

kwitowała te rewelacje uśmiechem albo niezobowią-

zującą uwagą: Ach, to świetnie!

Było bardzo spokojnie, dopóki do akcji nie wkro-

czył Max. Nagle jej uwagę przykuła biała koszulka 

opinająca jego muskularne ramiona, a potem nie-

słychana eksplozja energii, kiedy uderzył piłkę i po-

biegł do bazy, wyciągając swoje długie nogi. Na jego 

twarzy malowało się zadowolenie. Sześć punktów!

Sama nie wiedziała, kiedy zaczęła krzyczeć wraz 

z innymi. Klęczała na trawie i klaskała jak szalona. 

Kiedy skończył, z zapartym oddechem patrzyła, jak 

biegnie w jej kierunku i rzuca się obok niej w chłod-

nym cieniu, uśmiecha i oddycha z ulgą.

-

Na miłość boską, ale tam jest gorąco. Strzeliłbym 

sobie zimne piwko.

- A może być sok jabłkowy? - Uśmiechnęła się.

- Chyba jest jeszcze zimny.

background image

72

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

73

- Ratujesz mi życie!

Wyciągnął rękę po karton. Ich palce spotkały się. 

Poczuła   nagle   zapach   potu   z   jego   ciała   i   szybko 

odwróciła głowę.

-Powinieneś   wziąć   prysznic   -   powiedziała   bez 

zastanowienia.

Zachichotał.

- Przepraszam, okropnie pachnę?

Zaczerwieniła się.

- O, Boże -jęknęła. - Nie to miałam na myśli. Po 

prostu gdybym była na twoim miejscu, marzyłabym o 

zimnym prysznicu.

- Wspólnym?

Ich   oczy   spotkały   się.   Zakłopotana   odwróciła 

wzrok. Max sięgnął ręką do jej włosów i wyjął z nich 

źdźbło trawy.

- Leżałaś - wyszeptał.

Uśmiechnęła się przepraszająco.

- Starałam się śledzić grę, ale mówiąc szczerze nic 

z niej nie rozumiem. Wystarczająco namęczyłam się, 

żeby zrozumieć hokej.

- Gra w hokeja grozi śmiercią. Krykiet  jest dużo 

bardziej   cywilizowany.   -   Wyciągnął   się   na   chłodnej 

trawie i westchnął. - Rozkosznie! Połóż się też - wy-

mruczał.   -   Gra   zaraz   się   skończy  i   będziemy   mogli 

pójść na kanapki z ogórkiem, a ty porozmawiasz sobie 

z żoną wikarego.

- Och, czy naprawdę muszę? - jęknęła teatralnie, a 

on roześmiał się.

- Nie, jeśli nie masz ochoty. Wiesz, że Carverowie 

są   tutaj.   Sam   wyszedł   już   ze   szpitala   i   wygląda 

naprawdę dobrze.

- Jak poszła operacja?

- W porządku. - Przysunął się w jej stronę i pod-

parł głowę. - Co myślisz o moich wynikach w grze?

- Nie wiem.  Czy mam  cię rozczarować i powie-

dzieć,   że   nie   zauważyłam?   -  zakpiła.   -   Czy  jeszcze 

bardziej rozdąć twoją pychę mówiąc, że byłeś cudow-

ny? A może podkopać twoją pewność siebie, stwier-

dzeniem, że widziałam lepszych graczy? Roześmiał 

się swobodnie.

- Zapomnij, że cię pytałem.

Przyglądał   się   jej   wargom,   a   ona   miała   wielką 

ochotę je oblizać. Tak jakby to przeczuł, sam prowo-

kacyjnie   zwilżył   usta   językiem.   Przekręcił   się   na 

brzuch i pochylił nad nią. Wziął źdźbło trawy i połas-

kotał ją po szyi, a potem niżej, tam, gdzie zaczynało 

się miękkie zagłębienie między piersiami.

Zaczęła szybciej oddychać.

- Przestań. Ludzie zobaczą.

- Co zobaczą?

- Ciebie. Jak prawie na mnie leżysz i wpatrujesz 

się we mnie jak kot w myszkę.

Spojrzał na miękki zarys  jej piersi wyłaniających 

się z opalacza.

- Jesteś   taka   kobieca:   miękka   i   wyzywająca   za-

razem.   Możesz   doprowadzić   mężczyznę   do   utraty 

zmysłów.

- Max, przestań - upominała go.

- Chcę ciebie - ciągnął dalej, głosem łamiącym się 

z pożądania. - Doprowadzasz mnie do szaleństwa. Nie 

mogę   spać,   nie   potrafię   myśleć   o   niczym,   tylko   o 

twoim   głosie   i   o   tym,   jak   się   poruszasz.   Boże, 

Catherine, jeszcze zacznę przez ciebie pić.

Usiadła i rozejrzała się.

- Muszę znaleźć Stephena.

- Nie chowaj się nieustannie za dzieckiem - powie-

dział spokojnym i poważnym tonem. - Jest coś między 

nami   i   pora,   abyś   przestała   udawać,   że   tego   nie 

widzisz.

Zamyślona przyglądała mu się dłuższą chwilę.

-

Widzę,   Max,   ale   postanowiłam   z   tego   zrezyg-

nować. Nie ma miejsca w moim życiu ani dla ciebie, 

ani dla innego mężczyzny. Teraz moje życie należy do 

Stephena.

- A co z tobą?

background image

74

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

- Ze mną? - westchnęła rozgoryczona. - Ja jestem

zadowolona z tego, co mam.  

-Doprawdy?   -   Uniósł   brwi.   -   Czy   dlatego   nie 

możesz sypiać w nocy? Słyszę, jak o trzeciej nad ranem 

wstajesz, idziesz do kuchni i przygotowujesz sobie coś 

do picia. Uwierz mi, to nie pomoże ci zapomnieć.

Głośne oklaski i okrzyki widzów wdarły się między 

nich i uratowały Cathy przed koniecznością udzielenia 

odpowiedzi.

- Wygląda na to, że skończyli.

Zerwała   się   na   równe   nogi,   otrzepała   spódnicę   z 

trawy   i   nachyliła,   aby   pozbierać   swoje   rzeczy. 

Obejrzała się i przyłapała Maxa, jak wpatruje się w jej 

opięte cienką spódniczką pośladki. Poczuła występu-

jące   na   twarzy   rumieńce.   Unikając   jego   spojrzenia 

szybko podniosła resztę rzeczy i ruszyła w kierunku 

niewielkiego pawilonu.

Stephen   podbiegł   do   niej   i   pytlował   z   wielkim 

ożywieniem, jak to Barton na pewno wygra, a wszyst-

ko dzięki Maxowi, i czy nie był on fantastyczny. Na 

koniec zapytał, czy może pójść na herbatę z Rickym.

- Nie wolałbyś napić się herbaty ze mną? - spytała

z nadzieją w głosie, Ucząc że jego obecność stanie się

tarczą między nią a Maxem. Zastanawiał się dłuższą

chwilę,   w   końcu   jednak   wybrał   towarzystwo   Ri-

cky'ego i na nieszczęście opuścił ją.

Wiedziała,   że   Max   podąża   za   nią   krok   w   krok. 

Schroniła się w damskiej toalecie. Bez skutku. Kiedy 

stamtąd wyszła, zobaczyła go stojącego pod drzewem.

-Idziemy   na   herbatę   z   Carverami   -   powiedział 

podchodząc do niej. Uśmiechnął się porozumiewaw-

czo,   objął   ją   ramieniem   i   poprowadził   w   kierunku 

grupki   ludzi.   Próbowała   wytłumaczyć   mu,   że   Sam, 

zważywszy na rodzaj operacji, na pewno nie chce jej 

widzieć.

- Bzdury. - Puścił ją, ale było już za późno, żeby

się wycofać. Przedstawił jej żonę Sama, Megan i Fry-

ów, młode małżeństwo z kręcącym się niemowlakiem,

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

75

któremu właśnie, wyraźnie wbrew jego woli, zmienia-

no pieluszkę.

Sam zaczął przepraszać, że nie wstaje na jej po-

witanie.

-

Niektóre ruchy sprawiają mi jeszcze kłopot - wy-

jaśnił z nieśmiałym uśmiechem.

- Jestem śmiertelnie obrażona - odparła ze śmie-

chem i usiadła na kolorowym pledzie, jak najdalej od 

Maxa.

W ten sposób znalazła się tuż koło Megan Carvęr.

- Zdaje się, że mogę  wam pogratulować - powie

działa   cicho,   korzystając   z   tego,   że   krzyk   protes

tującego dziecka zagłuszał ich rozmowę.

-Tak.   Wybierałam   się   nawet   do   przychodni,   ale 

ostatnio byłam taka zalatana. Pobyt Sama w szpitalu, i 

to wszystko...

- Mogę   sobie   wyobrazić.   Zresztą   nie   ma   pośpie

chu, dopóki nic cię nie niepokoi.

Megan cicho wytarła nos.

- Mówiąc szczerze, nie miałam czasu, żeby o tym

myśleć - wyznała. - Odkąd Sam wrócił od ciebie z tą

diagnozą, wszystkie siły i myśli poświęcałam jemu.

Spojrzały w jego kierunku. Odrzucił głowę do tyłu 

i śmiał się z jakiejś opowieści Maxa.

- Wygląda całkiem nieźle. Jak zniósł to wszystko? 

- zapytała Cathy.

-

Dobrze. Był dziwnie cichy we wtorek, po wizycie 

u   doktora   Harta,   ale   kiedy   powiedziałam   mu,   że 

jestem   w   ciąży,   oszalał   z   radości.   Aż   się   popłakał. 

Pewno nie powinnam ci tego mówić, ale tyle przeży-

łam w ciągu ostatniego tygodnia, że teraz czuję się jak 

balon, z którego uszło powietrze.

Cathy uśmiechnęła się do niej z sympatią.

- Wpadnij do mnie do poradni, jak będziesz miała

czas.   I   tak   musisz   przyjść   na   badania   kontrolne.

Wtedy   będziesz   mogła   wyrzucić   wszystko   z   siebie

w bardziej kameralnych warunkach.

Megan posłała jej pełen wdzięczności uśmiech.

background image

76

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

77

- Dziękuję, przyjdę.

Znów spojrzały w stronę mężczyzn. Dziecko, na-

reszcie w nowej pieluszce, raczkowało w stronę Maxa. 

Postawił je sobie na kolanach i podrzucał delikatnie, a 

ono zanosiło się od śmiechu.

-Dobrze   by   było,   gdyby   Max   się   ożenił.   Byłby 

takim dobrym ojcem - powiedziała Megan, patrząc na 

nią   znacząco.   -   Słyszałam,   że   wynajmujesz   u   niego 

mieszkanie. Podoba ci się dom?

-

Piękny, sądząc z tego, co widziałam. Byłam tylko 

w kuchni i w korytarzu.

- On jest okropnie bogaty, wiesz o tym? - Megan 

spojrzała na nią z namysłem.

-

Wiem. Zastanawiam się, dlaczego wszyscy mi to 

mówią. Czy on ma jakąś okropną skazę, którą mogą 

zrekompensować tylko pieniądze?

- Nie   zamierzam   wpychać   cię   w   jego   ramiona   - 

zaczęła   usprawiedliwiać   się   Megan.   -   Ale   on   po-

trzebuje kogoś ciepłego i czułego, a nie tej okropnej 

dziewczyny z pracy, z którą spotykał się ostatnio. Jak 

ona ma na imię? Anthea?

- Andrea.

-No   właśnie.   Zaprosił   ją   parę   tygodni   temu   do 

klubu tenisowego. Od razu mi się nie spodobała. Ona 

przypomina  komputer.  Zaraz  zaprogramowałaby mu 

życie.   Ty   jesteś   znacznie   lepsza.   A   on   jest   taki 

samotny.

- Przepraszam,   ale   chyba   nie   mogę   w   niczym

pomóc. Nie startuję w tej konkurencji.

Megan rzuciła Cathy badawcze spojrzenie.

- Przepraszam. Wydawało mi się... Właśnie w tym 

momencie pojawił się Stephen.

- Mój syn - przedstawiła go Cathy.

-O,   Boże!   Nie   wiedziałam,   że   jesteś   zamężna. 

Przepraszam...

- Nie szkodzi. Jestem wdową. Ale to niczego nie

zmienia.

Megan była wyraźnie zakłopotana.

- To wszystko  wina Maxa. Mówi o tobie w taki 

sposób...

- Myślisz, że to moja wina?
- Nie, myślę, że sam się tak urządził - roześmiała 

się.

Popatrzyły na Maxa. Stephen przysiadł obok, a on 

przyjaznym gestem rozwichrzył mu włosy.

- Dobrze sobie razem radzą - powiedziała Megan, 

patrząc z ukosa na Cathy.

- To prawda.

- Martwisz się tym?

- Jesteś bardzo spostrzegawcza.

- Nie bardzo, ale ciebie łatwo rozszyfrować.

- Max tego nie potrafi. Ciągle mówię mu, że mnie 

nie interesuje, a on mimo to się nie poddaje.

- Może właśnie dlatego, że umie cię rozszyfrować i 

wie, że jesteś zainteresowana...

- Nie   jestem.   Nie   tym,   co   on   mi   ma   do   zaofe-

rowania.

- Nie jestem pewna, czy Max sam wie, co chciałby 

ci zaproponować - powiedziała Megan enigmatycznie. 

- Spróbuj, a będziesz sama zdziwiona.

- Nie tak, jak Max - roześmiała się.

Musiał usłyszeć  swoje imię, bo odwrócił głowę i 

poszukał jej wzrokiem.

- Co z tą herbatą? - zapytał.

- Dobry pomysł. - Tony Fry wyciągnął się na kocu 

i westchnął.

Żona szturchnęła go lekko.

- Wstawaj. Pomóż Maxowi przynieść herbatę. To

zadanie mężczyzn, zdobywać pożywienie.

Obaj   podnieśli   się   z   trudem   i   narzekając   dob-

rodusznie ruszyli w stronę pawilonu. Stephen pobiegł 

za nimi.

- Śliczny chłopiec - powiedziała Sue Fry. - Musisz 

być z niego dumna.

- Jestem ~ przyznała Cathy.

- Dobrze sobie radzą z Maxem. Długo go znasz?

background image

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

No   i   znowu   to   samo,   pomyślała.   Ciekawe,   czy 

zaraz usłyszy, że jest okropnie bogaty...

Kilka dni później Megan zjawiła się w przychodni. 

Najpierw   pielęgniarka   wypytała   ją   o   różne   dane, 

zmierzyła  i zważyła, a potem Cathy poprosiła ją do 

gabinetu.

- No i jak tam?

Megan wzruszyła ramionami.

- Sam był na badaniach i nie wykazały one żadnych 

przerzutów.   Ten   guz   to   był   nasieniak,   chociaż   nie 

wiem, co to oznacza.

- To taki typ raka. Jedne poddają się radioterapii, a 

inne chemioterapii. Czyli wszystko w porządku?

- Chyba tak.

Wyglądała jednak na załamaną.

-

To przypomina ci, że wszyscy jesteśmy śmiertelni 

- powiedziała Cathy łagodnie.

- Często   leżę   w   nocy   i   patrzę   na   Sama.   Za-

stanawiam   się,   ile   nam   jeszcze   zostało   czasu   i   co 

będzie,   jeśli   ja   umrę   pierwsza.   Czy   to   jest   jakaś 

choroba?

- Nie.   -   Cathy   pokręciła   głową.   -   To   zupełnie 

naturalne. Pewno twój mąż robi to samo. Powinnaś z 

nim   o   tym   porozmawiać.   Może   on   nie   chce   cię 

martwić, tak jak i ty jego, ale wszystko jest łatwiejsze, 

kiedy ludzie są razem.

Megan badawczo na nią spojrzała.

- Zdaje się, że świetnie wiesz, o czym mówisz.

- Powiedzmy, że sama też przez to przeszłam.

- No   tak,   przecież   straciłaś   męża!   Przepraszam, 

zapomniałam. Czy on umarł na raka?

- Nie.  Na  stwardnienie  rozsiane.  Miał  trzydzieści 

dwa lata. Byłam w ciąży, kiedy dowiedziałam się, że 

zachorował.

- To straszne. Jak dawałaś sobie radę będąc w cią-

ży i wiedząc, że twój mąż nie będzie żył dość długo, 

aby zobaczyć, jak dorasta wasze dziecko?

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

79

- Mówiąc   szczerze   -   Cathy   zaśmiała   się   smutno

- nie miałam czasu, żeby o tym myśleć. Nie przywią

zywałam zbyt wielkiej wagi do tego, że jestem w ciąży,

aż   kiedyś   poszłam   odwiedzić   Michaela   w   szpitalu.

Siedziałam na jego łóżku i rozcierałam sobie plecy,bo

mnie bolały. Wtedy przyszła pielęgniarka i powiedzia

ła, żebym poszła na porodówkę, jeśli nie chcę urodzić

tutaj. I rzeczywiście - zachichotała - Stephen urodził

się dwie godziny później.

- Michael musiał być tym niesłychanie przejęty.

Tak naprawdę, był zbyt chory, by okazać swemu

synowi coś więcej niż przelotne zainteresowanie. Po-

czuła przypływ smutku, a jednocześnie złość na samą 

siebie, że mimo upływu czasu jest to dla niej tak samo 

bolesne, jak wówczas.

-Tak,   był   zachwycony   -   skłamała   i   wróciła   do 

rozmowy o Megan i jej dziecku.

Pół godziny później skończyła  udzielanie porad i 

zgarnąwszy dokumentację  pacjentów wyszła  z gabi-

netu,   nadal   czując   rozdrażnienie.   Weszła   do   rejest-

racji, w której zastała jedynie Andreę. Po kilku chwi-

lach wyczuła emanującą z niej wrogość. Odwróciła się 

i tak bardzo zdumiała na widok nienawiści wypisanej 

na jej twarzy, że aż się cofnęła.

- Dlaczego nie zostawisz go w spokoju? - powie

działa   Andrea   z   irytacją.   -   Dotąd   myślałam,   że   mó

wienie   o   seksualnie   wygłodzonych   wdowach   jest

bzdurą,   ale   teraz   widzę,   że   nie.   Chcesz   go,   bo   jest

dobry w łóżku, ale on szybko znudzi się tobą i twoim

synem. Potrzebuje młodej kobiety i kocha mnie, wiem

to. Znajdź sobie kogoś innego, przy kim będziesz lizać

swoje rany, a Maxa zostaw mnie!

Cathy   była   oszołomiona   tak   nieoczekiwanym 

atakiem.

Czym   sobie   na   to   zasłużyła?   Stawała   na   głowie, 

żeby pozbyć się Maxa, a wszyscy w Barton - z wyjąt-

kiem Andrei - wbrew jej woli, próbowali ich ze sobą 

skojarzyć. A teraz ta komputerowa jędza oskarża ją

78

background image

80

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

81

o to, że wykorzystuje go do rozładowania seksualnych 

frustracji! Nagle ogarnęła ją wściekłość.

Wyprostowała się i spojrzała Andrei w oczy.

- Jak śmiesz?! Z Maxem łączą mnie czysto zawo

dowe stosunki i jeśli słyszałaś  coś innego, są to po

prostu   czcze   wymysły.   Tym   niemniej   mogłabyś   za

stanowić się - ciągnęła jadowicie - dlaczego kochając

cię tak bardzo, przez ostatnie dwa tygodnie starał się

wciągnąć do swego łóżka mnie!

I odwróciwszy się na pięcie wymaszerowała z god-

nością - prosto na wchodzącego Maxa.

- O co chodziło? - spytał unosząc brwi.

- Ją zapytaj - warknęła Cathy i, zabrawszy torebkę 

oraz żakiet z szatni, poszła do swego samochodu.

Pełna gniewu przyjechała do domu. Tu dowiedziała 

się,   że   zachorowała   matka   Delphine   i   dziewczyna 

musi wracać do Francji. Nie polepszyło to jej nastroju.

Resztę wieczoru spędziła przy telefonie, rezerwując 

bilet na samolot i zamawiając taksówkę, która zawio-

złaby   Delphine   na   lotnisko   Heathrow.   Zanim   Max 

wrócił z przychodni,  zdążyła  wpaść w rozpacz. Zo-

stawiła mu  na drzwiach wiadomość,  że musi  z nim 

pilnie porozmawiać.

W chwili gdy układała Stephena do snu, usłyszała 

kroki   Maxa   na   żelaznych   schodkach   i   pukanie   do 

drzwi.   Otworzyła   je   z   impetem.   Wszedł   do   środka, 

rozglądając się za śladami katastrofy.

- O co chodzi? Co się stało?

- Delphine... - zaczęła.

- Delphine? - Był zaskoczony, ale spokojny. - My-

ślałem, że chodzi o Stephena. Co jej się stało?

- Nic.   Jej   matka   zachorowała   i   musi   wrócić   do 

domu.

- To wszystko? Z twojej notatki wywnioskowałem, 

że wydarzyło się coś strasznego.

- Przecież to jest straszne! - wybuchnęła Cathy. - 

Jak mogę pracować, kiedy nie mam nikogo do

opieki nad Stephenem? Nie będę mogła pracować, a ty 

będziesz   miał   rację,   że   ze   mną   są   tylko   kłopoty   i 

wszystko spadnie na twoje barki... A mnie tak bardzo 

zależało, żeby wszystko dobrze szło... a na dodatek, ta 

podła   suka   nazwała   mnie   wygłodniałą   seksualnie 

wdową!

- Delphine? - zmarszczył brwi.

- Nie. Andrea! Nienawidzi mnie, choć nic jej nie 

zrobiłam, i to twoja wina. A teraz ty jeszcze powiesz: 

A   nie   mówiłem   i   będziesz   miał   świętą   rację.   Nie 

wytrzymam   tego   już   dłużej!   -   Opadła   na   kanapę, 

objęła głowę dłońmi i, zgiąwszy się wpół, zalała się 

łzami.

Po sekundzie martwej ciszy kanapa ugięła się pod 

ciężarem   Maxa.   Jego  mocne,   ciepłe   ramiona   objęły 

Cathy i pocieszająco przytuliły do piersi.

- Och,   kochanie   -   powiedział   miękko   -   chyba

rzeczywiście masz kłopoty.

Tego było już za wiele. Znów pomyślała o tym, jak 

wielką niesprawiedliwością jest, że od tak dawna musi 

radzić sobie sama, i cały żal, jaki dusiła w sobie od lat, 

wypłakała w koszulę Maxa.

background image

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

83

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Po paru minutach Cathy się uspokoiła. Z trudem 

wyprostowała   plecy   i   sięgnęła   do   kieszeni.   Wyjęła 

dużą śnieżnobiałą chustkę i energicznie wydmuchała 

w nią nos, a potem otarła łzy z policzków.

- Przepraszam, nie wiem, co mi się stało - powie

działa niepewnym głosem i niezgrabnie podniosła się

z   kanapy.   Podeszła   do   okna   i   krzyżując   ramiona

zastygła w bezruchu. Czuła się upokorzona.

Max stanął za nią, położył duże, ciepłe dłonie na jej 

ramionach, po czym delikatnie obrócił ją ku sobie.

- Chcesz o tym porozmawiać?

Zaprzeczyła   ruchem   głowy.   Cóż   jeszcze   było   do 

powiedzenia? Jasne, że nie daje sobie rady.

- Jadłaś coś?

- Nie, nie mogłam...

- Nonsens.   Chodź   do   mnie.   Agnes   przygotowała 

coś dla mnie. Z pewnością wystarczy dla nas obojga. 

Ona mnie zawsze przekarmia.

- A co ze Stephenem?

-Zostawimy   otwarte   drzwi.   -   Skierował   się   ku 

wyjściu. Cathy, kompletnie oszołomiona, podążyła za 

nim.

Penny powitała ich z ogromną radością. Życzliwy, 

bezinteresowny entuzjazm psa polepszył jej samopo-

czucie. Nie wszyscy w końcu jej nienawidzili!

- Stek? - rozległ się z głębi lodówki głos Maxa. 

Cathy wzruszyła ramionami.

- Naprawdę, Max, nie jestem głodna.

Ale była, a kiedy błyskawicznie usmażył stek z ce-

bulką i wymieszał sałatkę, zaburczało jej w żołądku.

- Nadal   nie   chcesz   jeść?   -   mrugnął   porozumie

wawczo.

Zaśmiała się rozbrojona.

- Dobra, wygrałeś, ale nie nakładaj mi dużo.

W rzeczywistości okazało się, że jest niewiarygod-

nie głodna i szybko pochłonęła wszystko, co było na 

talerzu, a nawet znalazła miejsce na kawałek ciasta z 

truskawkami.

Po zjedzeniu kolacji Max napełnił kieliszki winem 

i  przenieśli   się   na   kanapę.   Usiadł   w   rogu,   na   wpół 

zwrócony do Cathy, i przyglądał się jej uważnie znad 

swego kieliszka.

- Dobrze,   miejmy   to   już   za   sobą.   Chodzi   o   coś 

więcej niż Delphine, prawda? O Andreę?

- Nie... Ona uprzykrza mi życie, ale to nie o nią 

chodzi.

- Więc o kogo?

Obracała w dłoni kieliszek, przygryzając wargę.

- O   Michaela   -   odpowiedziała   w   końcu.   W   bez

bronnym   geście   uniosła   ramiona.   -   Rozmawiałam

z Megan Carver, kiedy przyszła  na pierwszą wizytę

kontrolną   i   przyłapałam   się   na   tym,   że   opowiadam

jej, jak sama będąc w ciąży dowiedziałam się, razem

z Michaelem, o jego chorobie.

-Przeżywałaś   wszystko   na   nowo?   -   zapytał   ła-

godnie.

-W   pewnym   sensie.   -   Westchnęła.   -   Wiesz,   to 

przedziwne, co pozostaje w pamięci. Gdyby mnie ktoś 

zapytał   o   nasze   małżeństwo,   odpowiedziałabym,   że 

było dobre, ale kiedy Megan powiedziała, że Michael 

musiał być bardzo dumny ze Stephena, przypomnia-

łam   sobie   jedynie   jego   pytanie:   A   co   ze   mną?   Od 

pierwszej chwili, kiedy wiadomo było już, że jestem w 

ciąży,   był   zazdrosny   o   uwagę,   jaką   poświęcałam 

Stephenowi.  Megan powiedziała,   że   Sam  na  wiado-

mość   o  dziecku   zapłakał   z   radości.   Michael   powie-

dział,   że   ostatnie   czego   nam   trzeba   to...   nie   mogę 

nawet powtórzyć jego słów; to było straszne. Gdyby

background image

84

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

85

nie Joan, chybabym tego nie wytrzymała, a przecież 

zanim wykryto u niego SM, był tak szczęśliwy, życz-

liwy i pogodny.

Przerwała i z zadumą wpatrywała się w wino. Po 

chwili pokręciła głową.

- Nienawidził swojej choroby - powiedziała cicho.

- Czasami był dla mnie okropny, a potem przepraszał.

Zapomniałam już, jakie to było trudne.

- Tak więc twój idol spadł z piedestału.

-O,   nie.   Nigdy   nie   idealizowałam   Michaela,   ale 

chyba zbyt wiele usprawiedliwiałam jego chorobą, gdy 

w istocie nie dawało się to niczym usprawiedliwić. Nie, 

dziś właśnie pomyślałam, że jestem na niego wściekła, 

że zostawił mnie samą i sama muszę sobie radzić ze 

wszystkim. To były ostatnie słowa, jakie skierował do 

mnie   na  chwilę   przed  śmiercią.  Radź   sobie,  powie-

dział. Miał trudności z mówieniem i wszyscy przeko-

nywali mnie, że chciał mi dodać otuchy mówiąc, że 

poradzę sobie, ale dla mnie zabrzmiało to jak rozkaz.

- I starałaś się go wypełniać.

- Tak. - Uśmiechnęła się smutno. - Wydawało mi 

się nawet, że potrafię, ale nie miałam racji, prawda?

- Catherine, świetnie sobie radzisz.

- Nieprawda! - rzuciła ostro. - Spójrz tylko na moją 

sytuację... Jak mogę pracować, nie mając Del-phine? 

Bóg   jeden   wie,   kogo   znajdę   na   jej   miejsce,   a   jeśli 

nawet znajdę kogoś na dzień, to co z nocami, kiedy 

będę miała dyżur? A co z weekendami... w dodatku 

niedługo zaczną się wakacje. Co będzie wtedy?

- dokończyła.

-To żaden problem - odparł Max.  - Agnes może 

odbierać Stephena ze szkoły, a noce też nie stanowią 

problemu.   Możemy   po   prostu   zostawiać   otwarte 

drzwi.

- A wakacje?

-

Do   tego   czasu   znajdziesz   już   kogoś.   Poproszę 

Agnes, żeby się rozejrzała. Może nawet wie już o kimś. 

Catherine, uspokój się, wszystko będzie w porządku.

- Ale   nie   jest!   Nie   jest   w   porządku!   Powinnam 

zrobić to sama, nie prosząc nikogo o pomoc.

- Nie  przypominam  sobie,  żebyś   prosiła.  A poza 

tym  człowiek nie jest samotną  wyspą.  Od czasu do 

czasu każdy potrzebuje wsparcia.

Spojrzała mu w oczy ze szczerym niedowierzaniem.

-

Ale dlaczego ty? Po wszystkim, co mi powiedzia-

łeś, dlaczego to cię obchodzi?

- A dlaczego nie? To miły dzieciak. Lubię go. W 

końcu, prędzej czy później, musiało do tego dojść.

-Ale nie powinno! Dlaczego to robisz? Twierdziłeś, 

że   będziesz   musiał   za   mnie   pracować   i   właśnie  to 

robisz, bo nie udało mi się zorganizować opieki nad 

dzieckiem. Nie jestem w porządku wobec ciebie, Max, 

i gdybyś był szczery, powiedziałbyś mi, że nie powin-

nam podejmować się tej pracy. - Spojrzała na niego z 

niepokojem. - Czekam po prostu, aż powiesz: A nie 

mówiłem.

Zachichotał. 

-Daj mi trochę czasu. Pożyjemy, zobaczymy... Czy 

jeśli   teraz   podam   ci   wino,   to   wypijesz   je,   czy   też 

wylejesz   na   mnie?   -   zapytał   z   uśmiechem,   który 

rozwiał jej obawy.

Wyciągnęła dłoń po kieliszek.

- Byłam przekonana, że będziesz wściekły - przy

znała się. - Dlatego tak się broniłam. Przepraszam.

-To   ja   przepraszam.   Miałaś   wszelkie   podstawy 

sądzić, że będę cholernie trudny we współżyciu. Jesteś 

bardzo dobra w pracy i robisz więcej, niż do ciebie 

należy.   Sarah   mówiła   mi,   jaka   jesteś   świetna   i   jak 

bardzo pacjenci cię cenią, a Sam Carver uważa cię za 

największy   wynalazek   od   czasu   penicyliny.   Krótko 

mówiąc, jesteś wielkim dobrodziejstwem dla naszego 

zespołu i nie możemy sobie pozwolić na twoje odej-

ście.   Dlatego   jestem   gotów   ci   pomóc.   -   Oparł   się 

wygodnie   o   kanapę   i   podniósł   kieliszek.   -   Twoje 

zdrowie, doktor Harris, nadzwyczajny lekarzu, super-

kobieto lat dziewięćdziesiątych.

background image

86

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

87

- Dziękuję   -   wymamrotała,   lekko   zarumieniona.

Ten komplement sprawił jej dużą przyjemność. - Cie

szę się, że jesteś zadowolony z mojej pracy, ale to nie

zmienia faktu, że zawiodłam jako matka.

Zmarszczył brwi.

- Jak to zawiodłaś?

- Cóż  -   wzruszyła  ramionami  -  gdybym   nie  pra-

cowała...

- Chwileczkę. To, że musisz pracować, nie ozna-

cza, że nie jesteś dobrą matką.

- Proszę, proszę, śpiewasz zupełnie inaczej - zdo-

była   się   na   ironię.   -   Sądziłam,   że   nie   pochwalasz 

pracujących matek?

- Nie   -   sprostował.   -   Nie   popieram   kobiet,   które 

pracują   tylko   dlatego,   żeby   pracować,   albo   mają 

dzieci, nie mając zamiaru zajmować się nimi. Kiedy 

zdecydowaliście   się   z   Michaelem   na   dzieci,   praw-

dopodobnie zgodziłaś się zrezygować  z pracy,  przy-

najmniej dopóki będą małe?

Pokręciła głową.

-Niczego   nie   uzgadnialiśmy...   nie   myśleliśmy   o 

tym. Stephen to przypadek. Brałam pigułkę i miałam 

mdłości. Zaraz potem dowiedziałam się, że jestem  w 

ciąży.  Jeśli  chodzi  o zrezygnowanie  z  pracy,   to nie 

wiem,   ale   przypuszczam,   że   chciałabym   pracować 

choćby na pół lub ćwierć etatu.

- Naprawdę? - Uniósł brew.

-Naprawdę. Nie rób ze mnie kogoś, kim nie jestem, 

Max.   Lubię   moją   pracę   i   jest   dla   mnie   ważna. 

Potrzebuję jej jak ryba wody. Wiem o tym.

- Nie ma nic złego w zadowoleniu z pracy. To, że 

musisz pracować nie oznacza, że nie możesz czerpać z 

niej przyjemności.

- Ale czuję się z tego powodu winna. To znaczy, i 

tak nie mam wyboru, ale wiem, że gdybym cały czas 

miała siedzieć w domu, drapować firanki i poprawiać 

poduszki,   tobym   zwariowała!   I   ciekawa   jestem,   czy 

tak bardzo starałabym się być jak najwięcej razem ze

Stephenem, gdyby nie cieszyła mnie praca. On jednak 

potrzebuje pełnej i ciągłej opieki, a pracując nie mogę 

mu jej zapewnić.

- Bzdura. Kto opiekował się nim w Bristolu?

- Kiedy nie był w szkole ani na innych zorganizo-

wanych zajęciach, Joan.

I   ty.   Zawsze   troszcząca   się,   upewniająca,   że 

wszystko w jego świecie jest w porządku. Catherine, 

Stephen jest szczęśliwy, dobrze przystosowany, ideal-

nie   zadbany,   i   taki   będzie   nadal.   Poradzi   sobie   ze 

zmianą opiekunek, o ile będziesz z nim wtedy, kiedy 

będziesz mogła.

- A kiedy nie będę mogła?

- Wtedy ja z nim będę, przynajmniej do czasu, aż 

zaangażujesz kogoś na stałe.

- Max, nie mogę cię o to prosić. Nie masz pojęcia, 

jakim obowiązkiem jest małe dziecko! Co będzie, jeśli 

zechcesz   pograć   w   krykieta,   tenisa   albo   po   prostu 

wyjść?

- Stephen   pójdzie   ze   mną   i   popatrzy.   Poza   tym 

chodzi   tylko   o   dwie   noce   w   tygodniu   i   co   trzeci 

weekend. To chyba nie jest katorga?

-

Nie,   dla   mnie   nie,   bo   to   jest   mój   syn,   ale   nie 

wiem, jak ty to przeżyjesz. Pamiętaj, że znasz go tylko 

od dobrej strony. Co zrobisz, kiedy wpadnie w złość i 

nie da się do czegoś przekonać?

Max się roześmiał.

- Jestem pewny, że bez trudu potrafię uporać się z 

małym chłopcem.

- Ach, tak? - Cathy uniosła brew. - Zobaczymy. I 

tak nie potrwa to długo. Muszę znaleźć kogoś szybko, 

bo za dwa tygodnie zaczynają się wakacje.

-

W   porządku.   Zapytam   o  to  Agnes   jutro  rano  - 

powiedział lekko. - A więc to już załatwione. A teraz 

powiedz mi, co to za sprawa z Andreą?

- O, Boże, jeszcze i to.

- Przecież napadłaś na nią, nieprawda?

- Ja?! To dobre! Nienawidzi mnie, i to przez ciebie.

background image

88

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

89

- Co takiego? - W jego głosie dźwięczało narasta

jące niedowierzanie. - A co ja mam z tym wspólnego?

Cathy  wsunęła   się   głębiej   na   kanapę   i   podkuliła 

stopy.

- Ona wydaje się sądzić, że jesteś w niej zakochany.

- Brednie. Nigdy nie dałem jej najmniejszych do-

wodów   mojego   zainteresowania,   tym   bardziej   zaś 

zakochania.

- Spałeś z nią?

Spuścił głowę z zażenowaniem.

- Oczywiście, że nie.

- Chcesz powiedzieć, że nie sypiasz...?

- Do cholery, nie, nie to chciałem powiedzieć!

- Powiedziała, że jesteś dobry w łóżku.

Zarumienił się pod jej badawczym wzrokiem.

- Ma wybujałą wyobraźnię. Mogę cię zapewnić, że 

nie kochałem się z nią. Pocałowałem ją jeden raz. To 

był błąd. Okazała trochę... entuzjazmu.

- Ludzie są omylni. - Cathy starała się powstrzy-

mać śmiech.

-Taak,   no   cóż...   -   Był   wyraźnie   zakłopotany.   - 

Nigdy więcej. Tak czy owak, co to ma wspólnego z 

tobą?

- To - westchnęła ciężko - że podobnie jak wszyscy

w tym mieście uważa, że mamy ze sobą upojny romans.

- Chciałbym mieć to szczęście.

Zaczerwieniła się.

-Max, proszę cię. To naprawdę staje się trudne i 

kłopotliwe.   Wszyscy   rzucają   dwuznaczne   uwagi   o 

moim mieszkaniu albo robią aluzje do twojej samo-

tności... a jeśli jeszcze raz usłyszę o tym, jaki to jesteś 

nieprzyzwoicie bogaty, to zwymiotuję.

Max spochmurniał.

- Nie miałem pojęcia, że tyle się o mnie mówi... i 

nie jestem aż tak ohydnie bogaty!

- Och,  nie.  Oczywiście,   że  nie.  Do  jakiej  szkoły 

chodziłeś? Eton? Harrow?

Chrząknął.

- Winchester.

Pokiwała głową.

- Powiedz mi, Max, czy twoja matka kiedykolwiek 

pracowała?

- Matka? - Robił wrażenie lekko zszokowanego. - 

Dobry Boże, nie. To znaczy pracowała w stowarzy-

szeniach dobroczynnych i...

- W   stowarzyszeniach   dobroczynnych?   Masz   na 

myśli organizowanie balu na cele charytatywne raz w 

roku, dla uspokojenia sumienia?

- Coś   w   tym   rodzaju.   -   Zachichotał.   -   Wkrótce 

przyjedzie   tu   na   weekend...   Chciałbym,   żebyś   ją 

poznała.

- Nie   mogę   się   doczekać   -   powiedziała   Cathy 

sucho.

- O co chodzi? - Roześmiał się znowu. - Boisz się, 

że cię zje?

Cathy nie wątpiła w to, ale nie widziała sensu w 

roztrząsaniu tematu. W odpowiednim czasie spróbuje 

wykręcić   się   od   tego.   Teraz   miała   inne,   ważniejsze 

problemy, jak na przykład sposób, w jaki Max patrzył 

na nią znad krawędzi kieliszka...

Wstała i odstawiła nie dopite wino na stół.

- Muszę iść. Dziękuję za kolację i pomoc  w kło

potach.

Podniósł się również i z powagą  popatrzył  jej  w 

oczy.

- Zostań ze mną.

Zabrzmiało to jednoznacznie. Na sekundę jej serce 

przestało   bić   i   zatrzymał   się   oddech.   Ogarnęła   ją 

pokusa.   Zaraz   jednak   wrócił   rozsądek.   Cofnęła   się, 

kręcąc głową.

- Nie. Max, nie, proszę...

Przykuł ją spojrzeniem, uwięził w pułapce swych 

szafirowych oczu. Miała wrażenie, że ten wzrok do-

ciera do jej wnętrza. Gdyby ją dotknął, byłaby zgubio-

na,   lecz  on  uśmiechnął  się  cierpko i   zamknął   oczy, 

uwalniając ją z niewidzialnych więzów.

background image

90

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

91

- Idź więc, jeśli musisz.

Odwróciła   się   bez   słowa   i   wyszła.   Wbiegła   po 

schodach, zamknęła za sobą drzwi i z ulgą oparła się o 

nie.   Drżały   jej   kolana,   serce   waliło,   a   nieznana 

namiętność rozlewała się powoli w jej wnętrzu, wyraź-

nie przypominając o swoim istnieniu.

I tylko patrzył na nią! Bóg wie, co by się stało, gdyby 

jej dotkną}, pomyślała wstrząśnięta i bezwiednie jęk-

nęła   z   pragnienia.   Igrał   z   nią.   Bardzo   łatwo   mógł 

skłonić ją do zostania; wystarczyłoby jedno dotknięcie.

A co potem?

- Niech cię diabli wezmą, Maksie Armstrongu - wy

szeptała. - Za to, żeś sprawił, iż chcę tego, czego mieć

nie mogę...

Następnego   dnia,   podczas   wizyt   domowych,   od-

wiedziła Toma Bickersa, który wrócił do domu z od-

działu   psychiatrycznego   na   parodniową   przepustkę. 

Był znacznie spokojniejszy, ale nadal w jawnej depresji.

- Elaine ma zamiar przejąć kontrolę nad naszymi

pieniędzmi. Rozumiem, że to konieczne - powiedział

ciężko i było jasne, że mocno to przeżywa.

Nie   było   jednak   wyboru.   Oznaczało   to   krok   we 

właściwym kierunku, o ile ich małżeństwo przetrzyma 

taką zamianę ról. Cathy wątpiła w to, ale obiecała im 

obojgu   poparcie   i   pomoc,   gdy   tylko   będą   jej   po-

trzebowali.

Wychodząc od nich, przypomniała odprowadzają-

cej ją Elaine, aby przyszła na założenie spirali, kiedy 

zacznie się jej okres. Elaine skinęła głową.

- Nie wyobrażam sobie, żebym pozwoliła mu się

dotknąć - wyznała. - Przyjdę jednak po wkładkę, bo

nigdy nie wiadomo, co może się stać.

Jakie   to   smutne,   pomyślała   Cathy,   uruchamiając 

silnik,   że   mimo   takich   uczuć   Elaine   uważa,   że   jej 

obowiązkiem jest zostać z mężem.

Po powrocie do przychodni zastała w swoim gabi-

necie Maxa.

- Chodź   ze   mną   do  baru  coś   przegryźć   -   zapro-

ponował.

- Nie,   muszę   zadzwonić   do   paru   agencji,   żeby 

znaleźć kogoś...

-

Teraz   jednak  odwieś   słuchawkę,   bo  Agnes   być 

może już kogoś ci znalazła. Córkę jej przyjaciółki, która 

ma małe dziecko. Jest niezamężna, ale zdaniem Agnes, 

która   nieźle   zna   się   na   ludziach,   to   bardzo   miła 

dziewczyna. Jest ponoć moją pacjentką, ale jakoś nie 

przypominam jej sobie. Na razie pracuje w barze, ale 

musi   zrezygnować   z   tej   pracy,   bo   jej   matka,   która 

opiekuje się dzieckiem, uważa to za zbyt męczące zajęcie.

W   gabinecie   było   gorąco   i   parno.   Bluzka   Cathy 

przylepiła się do jej pleców, ona sama zaś umierała z 

pragnienia,   a   ponadto   ta   dziewczyna   mogła   się 

nadawać...

Po krótkim spacerze do baru znaleźli stolik w cieniu 

wierzby. Pulchna, ładna dziewczyna, mniej więcej dwu-

dziestoletnia, podeszła do nich, by przyjąć zamówienie 

i uśmiechnęła się.

- Dzień dobry,  doktorze Armstrong - powiedziała

wesoło.

Zmarszczył brwi.

- Jesteś Judy, prawda?

- Tak. Że też pan pamięta.

- Jak dziecko? Dziewczynka, mam rację?

- Och, jest cudowna. Kochane maleństwo.

Wyciągnął się na krześle i uśmiechnął.

-Musi   dobrze   się   chować.   Nie   widziałem   cię   od 

wieków.

- O,   tak,   zdrowa   jak   rydz.   Oczywiście   czasami

ogląda ją pielęgniarka w przychodni, ale pana doktora

chyba nie potrzebujemy!

Roześmieli się i Judy zwróciła się do Cathy.

- Pani jest pewnie doktor Harris. Jak się tu pani 

mieszka?

- Czy wszyscy mnie tu znają? - Zdziwiona Cathy 

zamrugała powiekami.

background image

92

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

93

-To   małe   miasto,   doktor   Harris.   Wszyscy   tu   się 

znają. A jeszcze państwo jesteście razem... - Zawiesiła 

głos,   zakłopotana.   Max,   tłumiąc   śmiech,   zmienił 

temat.

-Poproszę   o   sałatkę   z   krabów,   Judy,   i   nisko-

procentowe piwo, najlepiej lagera. A na co ty masz 

ochotę, Catherine?

- Och... to samo, proszę.

Po odejściu Judy Cathy spojrzała groźnie na Maxa. 

-Widzisz? Wszędzie to samo.  Gdzie tylko się ruszę, 

zaraz słyszę komentarze na nasz temat!

- Nie przyszło ci do głowy, że ona po prostu dodała 

dwa do dwóch i uznała cię za moją koleżankę z pracy? 

- Uśmiechnął się do niej leniwie.

- Nie bądź śmieszny! Dlaczego była zakłopotana?

- Być może jest nieśmiała. - Wzruszył ramionami. - 

A   zakładając,   że   ma   rację?   Czy   to   ma   jakieś 

znaczenie? Czy tak ci psuję opinię?

-

Tak.   Szczerze  mówiąc,  tak.   Moja   opinia  zawo-

dowa jest ściśle związana z tym,  co ludzie myślą  o 

moim życiu prywatnym i towarzyskim; i jeśli myślą, że 

mam moralność ulicznej kotki...

-Auu!   Nie   jestem   pewny,   czy   chciałbym   mieć 

opinię wiejskiego kocura!

- Zapewne na nią zasługujesz - odparła.

-

Ha! Mówisz, że ludzie wyciągają błędne wnioski, 

a   ty?   Powinnaś   wiedzieć,   że   w   życiu   prywatnym 

zachowuję najwyższą ostrożność! A poza tym, nie mają 

mi tego za złe. Chyba uważają to za dość romantyczne.

- Słabo cię znają! - parsknęła.

-To obraza. Jestem bardzo romantyczny. Kim była 

ostatnia osoba, która powiedziała ci, że twoja skóra 

jest jak płatek róży?

-Idiota - skarciła go, a potem roześmiała się wbrew 

własnej woli.

- Tak lepiej. A więc, co myślisz o Judy? Nadaje się?

- To ona? Na pierwszy rzut oka bardzo miła. Może 

nieco plotkarska.

- Nie   sądzę.   Uważam,   że   jest   po   prostu   bardzo

otwarta   i   naturalna.   Poza   tym,   jak   mi   to   wciąż

przypominasz, nie mamy nic do ukrycia.

- Na razie - powiedziała impulsywnie i ugryzła się

w język.

Max podniósł głowę i spojrzał badawczo w jej oczy, 

a jego twarz powoli rozjaśnił uśmiech.

- No, no - powiedział miękko. - Postęp...

Ta   rozmowa   jeszcze   bardziej   uświadomiła   jej,   że 

jest  wciągana  w  pułapkę.  Gdy tylko  podnosiła  oczy, 

napotykała jego przenikliwe spojrzenie, jakby czytał w 

jej myślach. A kiedy odwracała wzrok, by po chwili, 

nie   mogąc   się   powstrzymać,   spojrzeć   ponownie,   do-

strzegała w jego oczach radosne błyski.

Stephen dobrze przyjął wiadomość, że będzie od-

bierany ze szkoły przez Agnes i cieszył się perspektywą 

spędzenia weekendu pod opieką Maxa.

Cathy była tym znacznie mniej zachwycona. Stale 

myślała   o   tym,   że   drzwi   dzielące   ich   mieszkania, 

symboliczny zwodzony most, będą otwarte przez całą 

noc. Świadomość tego faktu bardzo ją niepokoiła.

Max miał w piątek nocny dyżur, a w sobotę rano 

przyjmował  w gabinecie, więc Cathy mogła  spędzić 

trochę  czasu  na  zabawie  ze  Stephenem w  ogrodzie. 

Kiedy wrócił z pracy w południe, wręczył jej telefon 

komórkowy.

-Jesteś tego pewny? - spytała niespokojnie po raz 

setny.

Wzniósł oczy do nieba i westchnął.

- Zaufaj mi, wszystko będzie dobrze.

Zabrała Stephena na lunch i ledwo skończyli jeść, 

gdy zadzwonił telefon.

Znalazła Maxa w ogrodzie; ubrany jedynie w szorty 

wyciągnął się na leżaku i ze swobodą prezentował swe 

wspaniałe   ciało.   Podniósł   głowę   i   spojrzał   na   nią, 

osłaniając dłonią oczy przed słońcem.

- Wezwanie?

background image

94

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

95

- Przepraszam, ale...

-

W porządku. Idź, damy sobie radę, synku, no nie? 

Stephen z zapałem potwierdził.

- Czy moglibyśmy zagrać w krykieta? - zapytał.

- Stephen nie może być długo na słońcu, ma jasną 

skórę. Jeśli ma wyjść na dłużej, trzeba mu dać kape-

lusz. Aha, położyłam na jego łóżku zapasowe ubranie, 

gdyby było potrzebne i...

- Czy mogłabyś odprężyć się i spokojnie pójść do 

pacjenta? Damy sobie radę.

Przez ułamek sekundy wahała się. Po chwili szybko 

ucałowała syna, pobiegła do samochodu i odjechała.

Została wezwana przez kobietę, która obawiała się, 

że bóle w klatce piersiowej u jej męża mogą oznaczać 

zawał.   Po   zbadaniu   go   była   prawie   pewna,   że   to 

niestrawność, ale ponieważ miał dopiero czterdzieści 

lat,   zadzwoniła   do   szpitala,   żeby   przyjęto   go   na 

badania kontrolne. Poczekała na przyjazd ambulansu. 

Jechała już do domu, kiedy zadzwonił telefon.

Tym razem jej pacjentką była dziewczynka z ata-

kiem astmy. Po podaniu jej ventolinu poradziła matce, 

by trzymała dziecko w domu i zamknęła okna.

- Dziś jest bardzo dużo pyłków w powietrzu, a to

zwykle nie pomaga - wyjaśniła.

Prawie dojeżdżała do domu, kiedy telefon zadzwo-

nił   znowu.   Ktoś,   kogo   od   dwóch   tygodni   bolało 

gardło, uznał w końcu, że ma zapalenie migdałków i 

żądał natychmiastowego leczenia. Przekonując siebie, 

że   mogło   być   gorzej   -   mógłby   być   środek   nocy!  - 

wypisała receptę, wygłosiła cierpką uwagę o normal-

nych godzinach przyjęć i pojechała do domu.

W   ogrodzie   nie   znalazła   nikogo.   Na   drzwiach 

mieszkania wisiała kartka z informacją: Poszliśmy na 

ryby. Skorzystała więc z wolnego czasu i przygotowała 

rzeczy do prania.

Jeszcze raz pojechała na wezwanie, tym razem do 

starszej   kobiety,   która   upadła   w   ogrodzie.   Zdążyła 

wrócić od pacjentki, a ich nadal nie było.

W   końcu,   o   szóstej,   kiedy   już   prawie   chciała 

dzwonić   na   policję,   usłyszała   zbliżające   się   głosy. 

Podeszła do drzwi i zobaczyła Maxa ze Stephenem, 

idących przez trawnik z mokrą i zabłoconą Penny przy 

nogach. Byli pochłonięci rozmową.

- ... a te z kolcami nazywają się cierniki.

- Dobrze. Teraz będziesz już wiedział?

- Chyba   tak.   -   Stephen   pokiwał   głową.   -   Ale 

mamusia nie będzie wiedziała. Ona nie lubi łowienia 

ryb   ani   mokrych   psów...   Ale   nie   musi   przecież, 

prawda? Ona jest dziewczyną.

Max   dostrzegł   ją   i   uchwyciwszy   jej   spojrzenie 

mrugnął porozumiewawczo. Starała się ukryć radosne 

bicie serca. Uśmiechnęła się swobodnie.

- Przynieśliście kolację? - spytała.

Stephen i Max wymienili wymowne spojrzenia.

- Cierników i piskorzy nie je się, mamusiu - wy-

jaśnił Stephen - ale złowiliśmy ich mnóstwo, no nie, 

Max?

- Złowiliśmy.

- Gdzie one są?

- Trzeba było wypuścić je z powrotem do wody - 

wyjaśnił,   litując   się   nad   jej   ignorancją.   -   Inaczej 

byłoby nie w porządku, przecież to tylko zabawa. Co 

jest na kolację?

- Nic, dopóki się nie umyjesz i nie przygotujesz do 

spania. Podziękuj Maxowi, proszę.

Chłopiec podziękował ze szczerym zapałem. Max 

uśmiechnął się ciepło.

-To   była   przyjemność.   Może   będziemy   mogli 

zrobić coś innego jutro, jeśli mama się zgodzi.

- Bomba!

- Zobaczymy - powiedziała szybko, zanim Stephen 

zdążył doprowadzić do przeobrażenia lekko rzuconej 

propozycji w poważne zobowiązanie. Zaprowadziła go 

do domu.

Wieczór minął zadziwiająco spokojnie, więc kiedy 

przed samą dziesiątą zadzwonił telefon, prawie się

background image

96

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

97

przestraszyła. Natychmiast też rozległo się pukanie do 

drzwi łączących ich mieszkania, a gdy je otworzyła, 

zobaczyła Maxa w dżinsach i podkoszulku.

- Kolejne wezwanie? - spytał cicho.

- Tak. Muszę wyjść.

- W porządku. Czy Stephen śpi?

- Jak kamień. Chyba go dziś wykończyłeś. 

Roześmiał się.

- Zaspokajanie pragnień jest naszym celem. Będę

go   pilnował.   I   nie   martw   się   o   drzwi.   Zostaw   je

po   prostu   otwarte;   wchodź   i   wychodź,   kiedy   po

trzebujesz.

-Dzięki.   Jestem   ci   naprawdę   bardzo   wdzięczna, 

Max.

- Nie ma za co, bawi mnie to. Nie tak znów często

mogę być wujkiem.

Wróciła o jedenastej do cichego domu. W kuchni i 

na podeście schodów paliło się przyćmione  światło, 

ale Max nie pojawił się, a Stephen spał oddychając 

miarowo.

Wzięła prysznic i właśnie szykowała się do łóżka, 

kiedy zadzwonił telefon.

Ta   wizyta   trwała   dłużej.   Starszy   pacjent   z   za-

paleniem płuc odmawiał zgody na przewiezienie do 

szpitala.   Dopiero   nasilające   się   trudności   z   oddy-

chaniem przestraszyły go do tego stopnia, że zaniechał 

oporu.

Dotarła   do   domu   prawie   o   pierwszej   i   szybko 

poszła do swego pokoju, gotowa natychmiast zasnąć. 

Trzeba sprawdzić, co ze Stephenem, pomyślała sen-

nie.   Cicho,   na   palcach   wsunęła   się   do   ciemnego 

wnętrza.  Nasłuchiwała  oddechu  dziecka,  lecz  w  po-

koju panowała nienaturalna cisza.

- Stephen?

Zbliżyła się do łóżka i serce podeszło jej do gardła. 

Próbowała wmówić sobie, że zwariowała, że Stephen 

po prostu schował się pod kołdrą. Nigdzie go jednak 

nie było.

- To dziwne - wymamrotała. Sprawdziła w swojej

sypialni,   zajrzała   do   pustego   pokoju,   potem   do   sa

lonu, łazienki, a nawet do kuchni. Ani śladu dziecka.

Musi   być   u   Maxa,   powiedziała   sobie   i   szybko 

pokonawszy schody znalazła na końcu domu pokój z 

otwartymi drzwiami.

W dochodzącym z podestu świetle zobaczyła Maxa 

leżącego  na   plecach w  ogromnym   łóżku,   chyba  dla 

czterech osób - samego. Jakby wyczuwając jej obec-

ność, otworzył oczy.

- Catherine?

- Max, nie mogę znaleźć Stephena. Zniknął.

background image

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

99

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Max odrzucił przykrycie i zsunął nogi z łóżka. 

Jedną ręką sięgnął po dżinsy, a drugą zapalił światło.

- Gdzie go szukałaś?

-Wszędzie.   W   sypialniach,   salonie,   kuchni,   ła-

zience...

Zakłopotana odwróciła wzrok, gdy wstał i naciągał 

dżinsy na nagie biodra; zamek zasuwał już w drodze 

do drzwi.

- Sprawdziłaś wszystko dokładnie?

- Tak. Myślałam, że jest u ciebie.

-

Nie. Nic nie słyszałem. Sprawdźmy razem jeszcze 

raz. Mogłaś czegoś nie zauważyć.

Wiedziała, że niczego nie przeoczyła. Mieszkanie 

było puste.

-

Lepiej zadzwońmy na policję - zasugerowała ze 

ściśniętym gardłem.

-

Chodź, sprawdzimy najpierw w domu - zapro-

ponował.

Obrócił się na pięcie i zbiegł szybko po schodach 

do kuchni. Nagle zahamował i Cathy wpadła na jego 

plecy. Obrócił się do niej z ulgą wypisaną na twarzy.

- Jest tutaj, z Penny. Śpią - powiedział miękko.

Zaglądając mu przez ramię, dojrzała przytulonego

do psa Stephena, zwiniętego na starej sofie w rogu 

kuchni. Penny otworzyła oczy i zamachała ogonem 

na powitanie.

Delikatnie, żeby go nie zbudzić, Max zdjął Penny 

na podłogę, a potem wziął dziecko w ramiona. Chło-

piec przytulił się do jego piersi. Cathy o mało się nie 

rozpłakała. Westchnęła z ulgą.

- Jak ja się martwiłam! - wyszeptała.

-

Ty się martwiłaś? - parsknął cicho Max. - To ja 

miałem się nim opiekować.

Zaniósł Stephena do sypialni i ostrożnie ułożył 

w łóżku. Potem zamknęli drzwi jego pokoju i wyszli 

na podest.

-Czujesz się dobrze? - Max przyglądał się jej 

uważnie.

-

Teraz już tak. - Uśmiechnęła się słabo. - Prze-

praszam,   że   cię   obudziłam.   Wiedząc   jak   Stephen 

przepada za Penny powinnam była pomyśleć o kuch-

ni.

- Drobiazg. Po prostu cieszę się, żeśmy go znaleźli.

- Ja też. Och, Max, ja naprawdę myślałam...

-

Wiem. Czy chcesz się czegoś napić? Brandy czy 

coś innego?

-

Nie, nadal mam jeszcze dyżur, a poza tym jest 

późno. Lepiej wróć już do łóżka.

Spojrzał  na nią.  W kobaltowej głębi  jego oczu 

zobaczyła płonące pożądanie. Wpatrując się w niego, 

poczuła przyspieszone bicie serca i pulsowanie krwi 

w żyłach. Wyciągnął do niej rękę, ale nie zrobił 

ani kroku.

Wstrzymując oddech, uniosła dłoń i sięgnęła do 

jego ręki. Nie dotknęła jej jednak, a on nadal czekał 

bez ruchu, jedynie o parę centymetrów od niej.

Usta miała suche i wydawało się, że traci oddech. 

Wahała się przez całe wieki, a potem, nadal więziona 

jego spojrzeniem, dotknęła jego dłoni.

Ich palce splotły się. Bez słowa zaprowadził ją do 

swojej sypialni i przyciągnął do siebie. Zsunął z jej 

głowy opaskę i przeczesawszy palcami włosy rozrzucił 

je na ramionach.

-Tak jest lepiej - wyszeptał i zaraz jego ręce 

znalazły się z przodu jej bluzki, zatrzymując przy 

górnym guziczku.

Co ja robię, pytała siebie oszołomiona, czując 

słodką torturę jego palców  odpinających kolejne

background image

100

WEDŁUG WSKAZAŃ 
LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

101

guziki.   Kiedy   skończył,   chciał   zsunąć   bluzkę   z   jej 

ramion, lecz Cathy nerwowo naciągnęła ją znowu do 

przodu. Może jej nie zechce? Może, gdy ją zobaczy, 

zmieni zdanie? A jej bielizna - mój Boże, pomyślała, 

wiekowy, niegdyś biały biustonosz i bawełniane długie 

majtki - była zupełnie nie przygotowana do wielkiej 

romantycznej sceny. W chwili gdy to zobaczy, prze-

stanie jej pożądać i nie będzie pożądał jej już nigdy 

więcej! Z udręki cicho jęknęła.

- O co chodzi? - zapytał czule.

- Zgaś światło, Max - poprosiła błagalnym tonem.

- Nie. Chcę cię widzieć, gdy będę cię kochał. 

-Och, Max, nie...

-Och, Max, tak...

Nie zmienił zdania. Delikatnie, ale zdecydowanie 

odsunął jej dłonie. W chwilę później jej bluzka opadła 

na podłogę. W mgnieniu oka znalazła się tam również 

spódnica. Potem rozpiął biustonosz i jęknął cicho, gdy 

ujął w dłonie jej pełne piersi.

- Piękne... tak miękkie - oddychał nierówno i ob

jąwszy ją przyciągnął do siebie.

Jak to się dzieje, zdziwiła się nieprzytomnie, że ktoś 

tak zdecydowanie męski i silny może być również tak 

delikatny, że każde jego dotknięcie jest pieszczotą?

Palcami dotykała skóry, która była niczym gorący 

atłas, a kiedy lekko ocierał się o nią swym ciałem, jego 

gęste   kędzierzawe   włosy   na   klatce   piersiowej   były 

miękkie jak łabędzi puch. Wyczuwała w nim napięcie; 

drżał lekko pod dotykiem jej palców i to dodało jej 

odwagi.

Przesunęła dłońmi wzdłuż jego pleców, rozkoszu-

jąc się twardością mięśni napiętych pod skórą, wygię-

ciem   kręgosłupa   oraz   sposobem,   w   jaki   wciągnął 

powietrze, kiedy zatoczyła  palcami  łuk wokół talii i 

wsunęła je powoli pod pasek jego dżinsów.

Wyjęczał   jej   imię   i   stała   się   śmielsza,   a   zgrzyt 

rozpinanego zamka podrażnił ich nerwy, powiększając 

napięcie. Zafascynowana obserwowała, jak gwał-

townie wyswobadza się z dżinsów. Niecierpliwie od-

sunął je nogą na bok, otulił ją na powrót ramionami i 

mruknął ochryple.

- O, Boże, jesteś tak miękka. Miękka i gładka jak

jedwab... Catherine, pragnę cię...

- Och, Max, tak... - westchnęła.

Podniósłszy ją i ułożywszy delikatnie na łóżku,

położył się przy niej. Uniosła dłoń, by dotknąć jego 

twarzy   i   ze   zdziwieniem   zauważyła,   że   nie   potrafi 

powstrzymać drżenia palców. A przecież zaledwie jej 

dotknął!

Pochylił głowę i przesuwał wargami po jej ustach, 

aż jęknęła z narastającego pożądania.

- Mamy czas, kochanie - wyszeptał i zamknął swą

gorącą i ciężką dłoń wokół jej piersi. Przesunął głowę

i otulił ustami sztywniejący sutek, drażniąc go delikat

nie.   Potem   objął   go   w   głębokim   pocałunku,   jedno

cześnie pieszcząc kciukiem sutek drugiej piersi.

Przeszyło ją uczucie rozkoszy i z cichym okrzykiem 

zaskoczenia wygięła się w łuk, zaciskając palce na jego 

ramieniu.

Powrócił zachłannymi już teraz wargami do jej ust, 

domagając się odzewu. Zsunąwszy rękę niżej, delikat-

nie i powoli przedostawał się przez miękki wzgórek 

włosów do wilgotnej istoty jej płci.

Oddychała nierówno i drżała cała, kiedy zdejmował 

z niej resztę bielizny. Uspokajając ją czułymi słowami 

i pieszczotami, wszedł w nią.

Poczuła nieubłagane narastanie napięcia i wybuch, 

po którym rozpłynęła się w pustce. Z lekkim okrzy-

kiem   trwogi   wtuliła   twarz   w   jego   ramię,   a   kiedy 

porwały   ją   kolejne   fale   doznań,   słaba   i   bezbronna 

przywarła do niego.

Jak   przez   sen   dotarł   do   niej   jego   krzyk   ulgi, 

dreszcze rozkoszy wstrząsające jego ciałem i wyszep-

tane słowa: Jestem za ciężki, po których przewrócił się 

na bok, pociągając ją ze sobą. Trzymał  ją w silnym 

uścisku, dopóki nie wyrównał mu się oddech i nie

background image

102

WEDŁUG WSKAZAŃ 
LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

103

uspokoił rytm serca. Przez cały czas głaskał ją powoli, 

pieszczotliwie i uspokajająco, jakby koił lęk dzikiego 

zwierzątka.

Minęły wieki, nim jego dłonie zastygły. Westchnął 

i delikatnie ją uścisnął.

- Dobrze się czujesz?

- Tak - skłamała i zmusiła się do leżenia w jego 

objęciach   nieruchomo   aż   do   chwili,   gdy   miarowy 

oddech upewnił ją, że zasnął.

Wtedy pojawiły się łzy, gorące palące łzy, spływają-

ce po skroniach w jej włosy.

Dobry   Boże,   co   ja   zrobiłam,   pytała   samą   siebie 

wstrząśnięta.

Kochała  go,  i nigdy  już  nic  nie  będzie  takie  jak 

dawniej.

Jeszcze nie spała, gdy zadzwonił telefon. Wysunęła 

się z ramion Maxa i lekko pobiegła po schodach do 

swego mieszkania.

Kiedy odkładała słuchawkę, poczuła, że stoi za nią. 

Otoczył ją ciepłymi i mocnymi ramionami i przytulił 

się do jej pleców.

- Musisz wyjść?

Skinęła   głową.   Czuła   zamęt.   Nie   była   w   stanie 

mówić ani spojrzeć mu w twarz.

-

Przyniosłem twoje ubranie. Wracaj szybko, ma-

my coś do zrobienia - powiedział czule. Przesunął ręce 

na jej biodra i przycisnął ją mocno do siebie.

-

Max, przestań, Stephen może się obudzić. - Bro-

niła się rozpaczliwie. Cicho śmiejąc się, pocałował ją 

w ramię i odszedł do swego pokoju, obudziwszy w niej 

pragnienia, które z trudem starała się stłumić.

Pacjentem okazał się chłopiec z zapaleniem wyro-

stka   robaczkowego.   Skierowała   go   do   szpitala   i 

wkrótce   już   wracała   do   domu,   powoli,   nie   mając 

odwagi spotkać się z Maxem.

Była prawie czwarta rano i zaczynało się przejaś-

niać. Czy jeszcze na nią czeka?

Weszła   na   palcach   do   mieszkania,   zrobiła   sobie 

drinka   i   wymknęła   się   do   ogrodu.   Usiadłszy,   jak 

kiedyś, na schodkach, przyglądała się wschodzącemu 

nad horyzontem słońcu. Wiedziała, że robi to z tchó-

rzostwa,   ale   wolała   je   nazwać   instynktem   samoza-

chowawczym.

Ostatnio taki widok wniósł do jej serca spokój, tym 

razem  jednak  w zamęcie   myśli  nie  znalazło się  dla 

niego miejsca. To sprawka Maxa; jego delikatnych rąk 

i czułych słów, które obezwładniły ją do tego stopnia, 

że nie mogła już uciec przed sobą.

Nigdy   przedtem   nie   przeżyła   tak   wstrząsających 

doznań. Nawet nie wiedziała, że istnieją, dopóki nie 

doświadczyła  ich sama  w ramionach Maxa ostatniej 

nocy.

A   teraz   go   kocha.   To   prawda,   chciała   go   już 

wcześniej, czuła jakąś siłę, która pchała ich do siebie, 

ale skoro jej obrona się załamała, nie było powrotu.

Nie wiedziała jednak, czego on od niej oczekiwał, a 

musiała przecież pamiętać o dziecku. Czy miała prawo 

narażać   Stephena   na   emocjonalne   wstrząsy,   gdyby 

sprawy z Maxem źle się ułożyły? Nie miała złudzeń. 

Po tym  co zaszło, Max nie pogodzi się z jej „nie". 

Odejście Delphine, w istocie, było mu tak bardzo na 

rękę, że na moment przyszła jej do głowy myśl, że on 

sam to zorganizował.

Znowu zadzwonił telefon, przerywając bezowocne 

rozważania.

Dzwoniła   pani   Hooper   w   sprawie   Clair,   dziew-

czynki  z atakiem astmy,  którą  Cathy odwiedziła  po 

południu.  Tym   razem  atak  był   poważniejszy.   Cathy 

pospiesznie udzieliła instrukcji matce i przed wyjaz-

dem z domu wezwała karetkę.

Po przyjeździe na miejsce zastała Clair owładniętą 

panicznym   strachem.   Matka   nie   mogła   jej   pomóc. 

Zastosowanie   środka   w   aerozolu,   rozszerzającego 

oskrzela, było niemożliwe, gdyż dziecko nie było w 

stanie oddychać wystarczająco mocno.

background image

104

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

105

Cathy spojrzała na przerażoną dziewczynkę i zde-

cydowała się na dożylną iniekcję aminofiliny i valium. 

Szczęśliwie   zastrzyk   zadziałał   i   po   kilku   chwilach 

dziecko zaczęło się uspokajać, sinica ustępowała.

- Od jak dawna Clair ma astmę? - spytała Cathy.

- Dopiero od paru miesięcy. Lekarka, która praco-

wała   tu przed  panią,  powiedziała,   że   być  może   po-

trzebna   będzie   konsultacja   specjalistyczna,   ale   Clair 

czuła się przez jakiś czas dobrze, więc nic się w tej 

sprawie nie robiło.

- Cóż,   trzeba   będzie   zająć   się   tym,   by   poznać 

przyczynę. Czy podejrzewa pani, co mogło wywołać 

ten atak?

- Tak   -   potwierdziła   kobieta.   -   W   łazience   było 

bardzo gorąco i  mąż  otworzył  tam okno, a  późnym 

wieczorem sąsiad kosił trawnik. To musiało wzniecić 

pyłki,   które   po   prostu   dostały   się   do   jej   pokoju   - 

wyjaśniła. - Zastanawialiśmy się nad zainstalowaniem 

klimatyzacji. Czy to pomoże?

- Nie wiem. Być może, ale ona nie może cały czas 

siedzieć w domu - argumentowała Cathy. - Zobaczę, 

czy  uda   się   przeprowadzić   parę   testów,   aby  dowie-

dzieć się, co konkretnie wywołuje atak, i wtedy będzie 

można   zastosować   właściwe   leczenie.   Zawieźmy   ją 

teraz do szpitala. Proszę przyjść z nią do mnie w przy-

szłym tygodniu, wtedy omówimy to dokładniej.

Poinstruowała kierowcę karetki, pomachała im na 

pożegnanie i wsiadła do swego samochodu.

Była już prawie szósta, a ona nie zmrużyła oka. Nie 

była   w   stanie   przejmować   się   czymkolwiek,   nawet 

Maxem.   Wyczerpana   dotarła   do   swego   mieszkania, 

zrzuciła   ubranie   i   wczołgała   się   do   łóżka.   Zasnęła 

natychmiast.

Obudziła się w ciszy, tej szczególnej ciszy, jaka może 

być tylko w pustym mieszkaniu. Spojrzała na zegarek 

i nie wierzyła własnym oczom, że już jest po pierwszej. 

O, Boże, Stephen, jęknęła i zmusiła się, by usiąść.

Na   nocnym   stoliku   spostrzegła   piękną   czerwoną 

różę, a obok niej kartkę:

„Jesteśmy w  ogrodzie.  Przyjdź  do nas,  kiedy  się 

obudzisz. Max."

Zanurzyła  nos w płatkach róży.  Zastanawiała się, 

czy Max stał i obserwował ją podczas snu, tak jak ona 

jego podczas ostatniej nocy,  po tym jak się kochali. 

Opuściła   głowę   z   powrotem   na   poduszkę   i   przez 

sekundę upajała się myślą, że nie musi się martwić.

Czuła   się   nieco   odrętwiała   i   obolała,   ale   zrelak-

sowana   w   sposób,   jakiego   nie   zaznała   od   lat.   Za-

spokojona, nasycona.

Kochana.  

Odrzuciła   przykrycie   i   poszła   do   łazienki   wziąć 

prysznic. To naturalne, że wszystko musi się dobrze 

ułożyć. Co prawda nie powiedział jej, że ją kocha, ale 

mówiły to jego oczy, dotyk jego dłoni i czułość, z jaką 

ją pieścił.

Szybko ubrała się i zbiegła po schodach do ogrodu.

Powietrze   przesycone   było   zapachem   róż   i   kap-

ryfolium. Stephen i Penny gonili się wokół trawnika, a 

Max wyciągnięty wygodnie na jednym z ogrodowych 

foteli oparł stopy o stół i czytał gazetę.

Podniósł   głowę,   spojrzał   na   nią   ciepło   i   powoli 

wstał.

- Witaj, śpiochu. Gotowa na śniadanie?

Po wydarzeniach ostatniej nocy była onieśmielona.

- Napiję się tylko kawy.

- Usiądź,   ja   ją   podam.   -   Podsunął   jej   krzesło. 

Bardzo się przydało, gdyż jego obecność sprawiała, że 

uginały się pod nią nogi.

Zaspokojona!   Też   pomysł,   pomyślała   sarkastycz-

nie. Wystarczy, że na niego spojrzę!

W parę chwil później wrócił z pełnym dzbankiem i 

czystymi   kubkami.   Nalał   jej   kawy,   potem   sobie   i 

usiadł na fotelu, wyciągając nogi pod stołem. Miał na 

sobie   te   same   dżinsy   co   w   nocy,   na   wspomnienie 

której jej serce żywiej zabiło.

background image

106

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

107

Przyjęła kawę z wdzięcznością i wypiła duży łyk, 

by odzyskać spokój.

,    - Wszystko w porządku? Miałaś w nocy urwanie 

głowy.

- Nie wspominaj. Zmęczenie zwaliło mnie z nóg.

- Zauważyłem.   -   Zaśmiał   się,   patrząc   na   nią   tak 

przenikliwie, że oblała się rumieńcem. - Nie wróciłaś.

- Naprawdę nie było już czasu.

Oczy Maxa rozjarzyły się szatańskim błyskiem. -Nie 

przypominam sobie, by któremuś z nas zajęło to wiele 

czasu.

Zaczerwieniła się znowu, a on zachichotał.

- Uwielbiam, kiedy się rumienisz.

- Nie jestem przyzwyczajona do pogawędek naza-

jutrz - broniła się.

- Hmm. Dobrze, że o tym mówisz.

- O czym? - Zdumiona zmarszczyła brwi.

- O nazajutrz. W chwili... nazwijmy to, uniesienia, 

nie pomyślałem o antykoncepcji. Nie przypuszczam, 

żebyś miała spiralę lub coś równie czarodziejskiego?

Wpatrywała się w niego zaskoczona.

-Mój Boże... Nie przyszło mi to do głowy! Całe to 

zamieszanie   ze   Stephenem,   i   naprawdę   nie   miałam 

zamiaru... - urwała zakłopotana.

- To jak, miałaś coś?

- Nie... Oczywiście, że nie. Nie było to mi potrzeb-

ne. Ostatni raz kochałam się, kiedy jeszcze nie wie-

działam o swojej ciąży.

Przebiegł ją lekki dreszczyk nadziei. Nie myślała 

dotąd, że mogłaby mieć drugie dziecko, ale teraz...

- No, dobrze, nic złego się nie. stało. Mam w swojej

torbie PC4, przyniosę ci je. - Wstał i poszedł do domu,

a Cathy w osłupieniu śledziła go wzrokiem. Wrócił po

chwili i podał jej małe opakowanie tabletek.

Siedziała nieruchomo.

- Proszę, weź je. 

-Nie.

- Słucham?

Podniosła   głowę   i   spojrzała   mu   w   oczy   z   wy-

zwaniem.

- Nie. Nawet o tym nie porozmawialiśmy...

-

A o czym tu rozmawiać? Kochaliśmy się impul-

sywnie, pod wpływem chwili i zapomnieliśmy o anty-

koncepcji. Oto i odpowiedź. To proste.

Wzięła głęboki oddech.

- Max, ja ich nie zażyję.

Westchnął rozdrażniony i przeciągnął palcami  po 

włosach.

- Catherine,   bądź   rozsądna...   Mogłaś   zajść   w  cią

żę!

-Tak.

- Oszalałaś?   -   Patrzył   na   nią   zdumiony.   -   Nasz 

związek w najmniejszym stopniu nie jest podstawą do 

posiadania dziecka!

- Zapomniałeś o czymś, Max. - Spojrzała na Ste-

phena,   bawiącego   się   w   ogrodzie   z   Penny.   -   Nasz 

związek   już   obejmuje   dziecko.   A   może   nie   liczysz 

mojego syna?

-Nie   liczę...   w   takim   sensie,   o   jaki   mi   chodzi. 

Stephen nie jest moim dzieckiem i nie mam wobec 

niego   zobowiązań.   Przypuszczam,   że   będę   bardzo 

zaangażowany w wychowanie swego dziecka i ocze-

kuję, że jego matka również.

- Chcesz   powiedzieć,   że   nie   wypełniam   swoich 

obowiązków wobec Stephena?

- Przecież pracujesz.

Energicznie odstawiła kubek z kawą na stół.

-

Do cholery,  Max, parę dni temu twierdziłeś, że 

Stephen jest zadbany i dobrze wychowany, że świetnie 

sobie radzę, a teraz mówisz coś zupełnie odwrotnego!

-

Catherine, sama powiedziałaś, że czujesz się win-

na i jesteś przekonana, że mogłabyś  być lepszą mat-

ką...

- Nie to powiedziałam.

- Ale do tego to się sprowadzało! Tak czy inaczej, 

kiedy będę miał dziecko, jego matka będzie w domu

background image

108

WEDŁUG WSKAZAŃ 
LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ 
LEKARZA

109

i   zapewni   mu   odpowiednią   opiekę.   Nie   będzie   zo-

stawiała   dzieciaka   z   żadnym   Tomem,   Dickiem   czy 

Harrym, a sama przebywała godzinami poza domem, 

dniem i nocą. Powiedz mi, Catherine, gdybym się nie 

zaofiarował do opieki nad Stephenem, co byś zrobiła? 

Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, a potem 

odparła:

- A więc tak to wygląda. Wiedziałam, że nie był to 

dobry pomysł...

- Po prostu odpowiedz na pytanie.

- Dobrze.   Zadzwoniłabym   do   agencji   w   sprawie 

opiekunki   na   stałe,   w   innej   agencji   znalazłabym   na 

razie   kogoś   na   przychodne,   i   zapłaciłabym   komuś, 

żeby w międzyczasie pracował za mnie wieczorami w 

przychodni i podczas nocnych dyżurów. Gdyby doszło 

do   najgorszego,   zawiozłabym   Stephena   do   Joan,   do 

Bristolu, aż by się coś wyklarowało...

- Wszystko to wysoce niezadowalające.

- Max, wiem o tym, ale nie mam wyboru!

- Gdybyś   miała,   też   byś   wybrała   niewłaściwie! 

Sama to powiedziałaś!

- Wiedziałam,   że   rozmowa   z   tobą   jest   błędem... 

Nie powinnam ci była zaufać. Wiedziałam, że w koń-

cu wykorzystasz to przeciwko mnie!

Wstała trzęsąc się, lecz on przechylił się w jej stronę, 

ujął jej dłoń i pociągnął, by usiadła z powrotem.

- Catherine,  nie  bądź   niemądra.   Ta  rozmowa  za-

czyna wymykać się spod kontroli.

- Tak myślisz? A ja sądzę, że w końcu docieramy 

do sedna.

Usiadła jednak, czując, że nogi ma jak z waty. Czy 

to naprawdę był ten Max, który podtrzymywał ją na 

duchu i przekonywał, jak świetnie sobie radzi, który 

ostatniej nocy wziął ją w ramiona i zawiódł do raju? 

Mężczyzna, którego kochała całym sercem?

-Catherine,  nie  rób nam  tego.  Po  prostu  zażyj   te 

cholerne   pigułki   i   bądź   rozsądna   -   powiedział 

zmęczony.

- Ja mam być rozsądna?! - wybuchła. - A to niezłe!

Tylko dlatego, że nie zgadzam się z tobą! A może chcę

drugiego  dziecka?   Nie   przyszło   ci   to  na   myśl?   Nie

byłbyś pierwszym, kogo wykorzystano jako ogiera!

Wzdrygnął się, jakby go uderzyła.

- Nie mów tak. Nie to wydarzyło się między nami

ostatniej nocy i wiesz o tym.

-Tak?   Myślałam,   że   wiem,   co   stało   się   między 

nami, ale teraz nie jestem pewna. Myślałam, że było 

to coś prawdziwego, autentycznego i podniosłego, co 

mogłoby trwać, ale teraz widzę, że nie chcesz dziecka, 

bo   nie   jesteś   w   stanie   wziąć   na   siebie 

odpowiedzialności!

Z wściekłością wypuścił z siebie powietrze.

- Nie powiedziałem, że nie chcę dziecka.

-

Tylko to, że się do niego nie przywiążesz. Cóż, 

skoro nie będziesz związany ze swoim własnym dziec-

kiem, jest bardzo nikła szansa na to, byś przywiązał się 

do dziecka innego mężczyzny, a jeśli nie możesz mieć 

zobowiązań   wobec   Stephena,   to   z   tego   wynika,   że 

również   wobec   mnie.   A   tego   nie   chcę,   Max. 

Potrzebuję   zaangażowania,   a   jeśli   nie   możesz   go   z 

siebie   dać,   to   trudno.   Poradzimy   sobie   bez   ciebie. 

Zapominasz, że ja mam już dziecko i jeśli będę chciała 

drugiego, to będę je miała.

- To jest także moje dziecko i to daje mi prawo!

- Nie masz żadnych praw. Jedyną osobą, która ma 

tutaj   prawa,   jest   dziecko.   Zrezygnowałeś   ze   swoich 

praw, kiedy nie podjąłeś środków zapobiegawczych.

- Nie bądź brutalna! Ktoś jeszcze mógłby pomyś-

leć, że proszę cię o zrobienie skrobanki!

- Prosisz? - parsknęła. - Mam wrażenie, że diablo 

mało było tutaj proszenia. Kazałeś mi zażyć  pigułki. 

Jestem zdziwiona, że nie kazałeś mi po prostu wyjść za 

ciebie i zrezygnować z pracy.

- Całkowicie straciłaś rozsądek!

- Nie!   Jesteś   dorosły,   Max.   Znasz   konsekwencje 

niezabezpieczenia się przed stosunkiem. Jeśli tak ci

background image

110

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

cholernie zależy, żeby nie mieć dzieci, dlaczego nie 

zrobisz sobie wasektomii, żeby mieć z tym spokój? 

Mógłbyś wtedy sypiać z kim chcesz i kiedy chcesz, i 

nie miałbyś żadnych zobowiązań! Spojrzał na nią z 

niesmakiem.

-

Nigdy nie mówiłem, że wcale nie chcę mieć dzieci. 

Kiedy, jeśli w ogóle, nadejdzie odpowiednia pora, to 

oczywiście ożenię się i będę miał dzieci, ale w tej właśnie 

kolejności; z właściwych powodów i z właściwą osobą.

- A ja nią nie jestem? Skąd jesteś taki pewny, że ja 

bym   cię   chciała?   -   powiedziała   z   goryczą.   -   Jesteś 

uparty, zacietrzewiony, nad miarę uprzywilejowany... 

Mam ciebie dość! I pomyśleć, że naprawdę sądziłam, 

że mogłabym cię kochać!

Gwałtownie   wstała   i   pobiegła   do   ogrodu,   do 

Stephena.

- Chodź już kochanie, wracamy do domu.

Chłopiec spojrzał na nią z rozczarowaniem.

- Naprawdę musimy? Max powiedział, że po połu-

dniu pójdziemy znów na ryby...

- Max jest zajęty.

- Nieprawda! Powiedział, że nie jest!

Chwyciła go mocno za nadgarstek i pociągnęła

za sobą.

- Coś się stało. Chodź ze mną, proszę - powiedzia-

ła tonem bliskim łez. Wreszcie za nią ruszył. Po paru 

krokach zauważyła zbliżającego się do nich Maxa. - 

Powiedz   dziękuję   -   podpowiedziała   Stephenowi, 

unikając wzroku Maxa.

-

To dla mnie przyjemność, synku. Wybierzemy się 

na ryby innym razem.

- Po moim trupie - wycedziła pod nosem. - I nie 

nazywaj go synkiem! -Mocno trzymając rękę Stephe-

na,   zaprowadziła   go   po   schodach   do   mieszkania. 

Chłopiec wpadł do sypialni i zatrzasnął za sobą drzwi, 

a Cathy poszła do swego pokoju i usiadła ciężko na 

łóżku. Syn, a jakże! Zazgrzytała zębami i wziąwszy z 

nocnego stolika różę połamała ją w dłoniach.

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

111

W chwilę później zadzwonił telefon. Znowu mu-

siała pojechać na wezwanie. U dołu schodów spotkali 

Maxa.

- Zostaw go ze mną.

- Zabieram go. Zaczeka w samochodzie.

- Catherine...

Spojrzała na palce zaciśnięte na jej przedramieniu.

- Nie dotykaj mnie.

Po dłuższej chwili westchnął i uwolnił jej ramię. 

Wepchnęła Stephena na tylne siedzenie samochodu i 

zapięła   mu   pasy.   Max   poszedł   za   nią   do   drzwi 

samochodu.

- Catherine, proszę cię...

- Max, ja chcę wsiąść.

- Musimy porozmawiać.

Spojrzała mu prosto w oczy. Czuła złość i gorycz z 

powodu jego zdrady.

- Nie mam ci nic, absolutnie nic do powiedzenia. 

Na jego twarzy pojawił się chłód. Cofnął się.

- Niech tak będzie.

Wsiadła   do   samochodu,   trzasnęła   drzwiami   i   nie 

oglądając się odjechała.

background image

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

113

ROZDZIAŁ ÓSMY

Praca z Maxem stała się niezwykle trudna. Publicz-

nie byli wobec siebie lodowato uprzejmi, ale w samo-

tności Cathy często gorzko płakała. 

Kłótnia z nim nie pomogła w rozwiązaniu prob-

lemu opieki nad Stephenem. Porozumiała się z Judy, 

która z przyjemnością zgodziła się podjąć tego zada-

nia po zwolnieniu z baru, ale do tego czasu, a także 

na noce, nie miała nikogo.

Niedzielna noc szczęśliwie okazała się spokojna, 

ale jeden raz Cathy musiała wyjechać, więc wyciągnę-

ła Stephena z łóżka i śpiącego zaniosła do samochodu. 

Była w pełni świadoma, że Max ma jej to za złe.

-Co ty wyrabiasz, do jasnej cholery? - spytał z 

wściekłością po jej powrocie.

Zignorowała go i wyminąwszy weszła ze śpiącym 

dzieckiem po schodach do swego mieszkania, zamy-

kając mu drzwi przed nosem.

Nie mogła jednak wciąż go ze sobą zabierać. 

Gdyby powtórzyła się taka noc jak sobotnia, Stephen 

byłby wyczerpany. Nie mogła również poprosić o po-

moc Maxa, a nie wypadało prosić Agnes jeszcze i o to. 

W  końcu zadzwoniła  do Joan, która  zgodziła  się 

przyjechać i zostać ze Stephenem podczas kolejnego 

nocnego dyżuru.

I wtedy, we wtorek, zaczął się jej okres. Znikła 

przyczyna ich kłótni, a także jej nadziei i marzeń.

W pewnym sensie odczuła ulgę, ale jednocześnie 

coś w niej umarło.  Tak bardzo chciała  drugiego 

dziecka, choć nie pozwalała sobie żywić nadziei. Teraz 

ta nadzieja okazała się próżna.

Tego samego ranka zjawiła się u niej pani Bickers, 

z wyrazem ulgi na rozpromienionej twarzy. Zaczął się 

jej okres i chciała, by założyć jej spiralę.

- Pamiętam, co pani mówiłam, ale kocham go na

swój sposób i wiele razem przeżyliśmy. Być może,

z czasem, będę czuła do niego coś innego, ale jestem

pewna, że nie chcę mieć więcej dzieci. Wdzięczna

jestem za pigułki, które mi pani dała. 

Cathy odpowiedziała coś wymijająco i przy pomo-

cy Sarah zręcznie założyła spiralę, zapewniając pani 

Bickers poczucie bezpieczeństwa przynajmniej w tej 

jednej dziedzinie.

- A jak sprawy finansowe? - spytała.

-

Rozmawialiśmy już o oficjalnym rozłożeniu spłat 

i właśnie staram się znaleźć jakąś dzienną pracę, choć 

trudno dostać taką, która nie kolidowałaby z prze-

rwami w szkole, a nie odważę się pracować wieczora-

mi, bo nie wiadomo, co wpadnie Tomowi do głowy, 

jeśli nie będę go cały czas pilnować.

-

Nadal  nie  może   mu  pani  zaufać?  -  zapytała 

łagodnie Cathy.

- A pani by ufała? - parsknęła pani Bickers.

- Chyba nie. - Cathy pokręciła głową.

-

To niemożliwe. Wie pani, można przeżyć razem 

z kimś wiele lat myśląc, że zna się go, a potem okazuje 

się, że to nieprawda, że cały czas żyło się w kłamstwie, 

ale wszyscy nadal oczekują, że zostanie się z nim i 

wyciągnie z więzienia, jeśli tam trafi... och, nie musi 

pani wysłuchiwać tego wszystkiego.

Wstała i uśmiechnęła się wyraźnie znużona.

- Dziękuję za wszystko, co pani dla mnie zrobiła.

-

Nie ma za co. Proszę przyjść, kiedy będzie mnie 

pani potrzebować.

Po jej wyjściu Cathy siedziała przez chwilę w za-

dumie, wpatrując się w drzwi. Elaine Bickers miała 

rację: to złudzenie, że zna się drugiego człowieka. 

Pozwoliła Maxowi na czułość, która przesłoniła jego 

szorstkość z początków znajomości. Szokiem stało się

background image

114

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

115

odkrycie, że w rzeczywistości obie te cechy były w nim 

nierozdzielne. Ponoć trzeba umieć pogodzić się z prze-

ciwnościami losu!

Westchnęła. No, cóż, to chyba lepiej, że nie jest w 

ciąży.   Zapewne   byłby   despotą,   jeśli   chodzi   o   jego 

prawa.

Powstrzymując zbierające się łzy,  nacisnęła przy-

cisk wzywający kolejnego pacjenta.

Wieczorem Max przyparł ją do muru.

- Catherine,   musimy   porozmawiać   -   powiedział 

zdecydowanie,   blokując   jej   przejście,   kiedy   chciała 

wejść po schodach do swego mieszkania.

- Nie mam nic do powiedzenia - powiedziała co 

najmniej tak samo zdecydowanie.

- Ale ja mam. Twoja postawa jest śmieszna. Jak, 

do diabła, mamy razem pracować, jeśli nie możemy o 

niczym porozmawiać?

Zatrzymała się i zmusiła do spojrzenia mu w oczy.

- Chcesz porozmawiać o pracy?

Opuścił wzrok na swoje ręce, potem znowu pod-

niósł go na nią.

- Nie. Chcę porozmawiać o nas.

- Jakich nas, Max. Jesteś ty oraz ja i mój syn.

- I dziecko, które możemy mieć, bo uparłaś się bez 

sensu, żeby nie ...

- Co   zrobiłam?   A   co   powiesz   o   swoim   braku

rozwagi. Czy to się nie liczy? Chociaż powinnam być

ci za to wdzięczna, bo inaczej mogłabym  nigdy nie

dowiedzieć się, jakim jesteś bezwzględnym łajdakiem!

Mocno wciągnął powietrze, z trudem próbując się 

opanować.

-Bez   względu   na   twoje   osobiste   uczucia   wobec 

mnie, nie mogę  pozwolić, byś  wzięła na siebie całą 

odpowiedzialność za dziecko.

-O, doprawdy? No, no. Wyrzuty sumienia... a może 

masz   zamiar   zaproponować   mi   krztynę   twoich 

pieniędzy?

Zacisnął wargi w wąską linię, bliski wybuchu.

- Do   diabła,   to   jest   wystarczająco   trudne   bez

twoich   wrednych   uwag   na   temat   mojej   uprzywilejo

wanej   pozycji!   -   warknął.   -   Będziemy   o   tym   roz

mawiać czy nie?

Zrezygnowała. Poza tym, nie było już o co walczyć.

- Nie ma o czym rozmawiać, Max...

-

Jak to nie ma o czym? Kto będzie opiekował się 

dzieckiem, kiedy będziesz w pracy? Czy będzie cię stać 

na   odpowiednią   opiekunkę?   Będziesz   musiała   mieć 

więcej czasu; jest mnóstwo spraw do omówienia...

- O co chodzi, Max? - spytała cierpko. - Boisz się, 

że   się   przepracujesz,   kiedy   pójdę   na   urlop   ma-

cierzyński?

- Do licha, Catherine, bądź poważna. Po prostu nie 

możemy bez końca unikać siebie i sprawy...

- Nie ma o czym mówić, Max - przerwała łagodnie 

- bo nie ma dziecka.

- Co takiego? - Patrzył na nią nieprzytomnie.

- Nie jestem w ciąży, Max. Wymknąłeś się z pu-

łapki.

- Och. - Przesunął wzrokiem, nadal oszołomiony, i 

mogłaby   przysiąc,   że   przez   chwilę   widziała   w   jego 

oczach rozczarowanie. - Więc tak to wygląda.

-Tak.

Opuścił   lekko   ramiona,   odwrócił   się   na   pięcie   i 

powoli wyszedł.

Następnego dnia Joan zjawiła się w samą porę, by 

Cathy zdążyła na swoje popołudniowe godziny przy-

jęć   w   przychodni.   Zanim   rozpoczęła   pracę,   wpadła 

jeszcze do kuchni po filiżankę herbaty i zastała tam 

Maxa. W pierwszym odruchu chciała wyjść, ale kiedy 

spojrzał na nią i uśmiechnął się z przymusem, zmieniła 

zdanie.

- Nie wychodź z mego powodu. Prawdę mówiąc,

chciałem   cię   zobaczyć.   Zaopiekuję   się   Stephenem

wieczorem, więc nie musisz brać go z sobą. Nie ma

sensu, żeby cierpiał z powodu naszej sprzeczki...

background image

116

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

117

-

Sprzeczki?   Nazwałabym   to   znacznie   mocniej, 

Max. A w ogóle, to skąd to nagłe zainteresowanie? 

Nie   powiesz   mi   chyba,   że   rzeczywiście   ci   na  nim 

zależy?

-

Nie mów głupstw, oczywiście, że mi zależy - od-

parował. - Jeśli upierasz się, żeby zabierać go ze sobą, 

kiedy z łatwością mogę mieć na niego oko, to uważam 

to za małostkowe i śmieszne.

- Mimo że organizowanie opieki nad moim dziec-

kiem jest wyłącznie moją sprawą - powiedziała chłod-

no   -   to   powiem   ci,   że   przyjechała   moja   teściowa   i 

zostanie na noc.

- Na litość boską! Nie musiała wcale przyjeżdżać. 

Powiedziałem,   że   zanim   nie   znajdziesz   opiekunki, 

będę opiekował się Stephenem podczas twoich dyżu-

rów. Dotrzymuję swoich zobowiązań, Catherine.

- Och, jestem tego pewna - odparła słodkim gło-

sem.   -   Trudność   polega   na   skłonieniu   cię   do   ich 

podjęcia. A teraz, wybacz  mi,  ale pacjenci na mnie 

czekają.

Wyszła z herbatą do swego gabinetu.

- Niech go diabli porwą! - zaklęła. Wiedziała, że

była   dla   niego   niesprawiedliwa,   ale   nie   dbała   o   to.

Gdyby   tylko   nie   czuła   się   tak   bardzo   zmęczona!

Najbardziej potrzebowała dobrze przespanej nocy, ale

za każdym razem gdy się kładła, wracała myślami do

Maxa, a to nie sprzyjało odprężeniu.

Po zakończeniu przyjęć w gabinecie, zanim wróciła 

do domu, odbyła jeszcze dwie wizyty. Joan rzuciła na 

nią okiem i natychmiast wysłała do łóżka.

- Prześpij się trochę, póki możesz. Obudzę cię, jak

będę   kładła   Stephena,   żebyś   mogła   coś   przegryźć

i powiedzieć mu dobranoc.

Joan obudziła ją o ósmej. Cathy ucałowała Stephe-

na na dobranoc i poszła do kuchni. Prawie automa-

tycznie pochłonęła przygotowaną przez teściową sa-

łatkę z kurczaka i sok z grapefruita. Potem przeszły do 

salonu i zamknęły drzwi. Usiadły naprzeciwko siebie.

- Teraz powiedz mi, co się stało - poprosiła Joan. 

Cathy uśmiechnęła się blado.

- Tak bardzo to po mnie widać?

- Tak. Max?

- Max. - Cathy westchnęła. - Byłam głupia, Joan. 

Pozwoliłam sobie uwierzyć w to, że mnie pokocha i że 

polubi   Stephena,   co  okazało  się   prawdą,   ale   nie   do 

tego   stopnia,   żeby   chciał   podjąć   się   jakichś 

zobowiązań.

- Wobec Stephena czy wobec ciebie?

- To przecież jedno i to samo, nie sądzisz? Jeśli nie 

chce   zobowiązań   wobec   Stephena,   to   cóż   z   tego 

wynika dla mnie?

- Mogłabyś mieć z nim romans.

Cathy poczuła pod powiekami łzy.

- Nie   sądzę.   Za   bardzo   cierpię   po   jednej   tylko 

wspólnej   nocy,   by   ryzykować,   że   wejdzie   mi   to   w 

nałóg.

- Och, kochanie. - Joan pochyliła się i delikatnie 

ścisnęła   jej   dłoń.   -   Zapewne   stało   się   to   niespo-

dziewanie?

- Można to tak nazwać. Nie wiem, co mam robić. 

Za   każdym   razem  kiedy  go   widzę   albo   słyszę   jego 

głos, serce przestaje mi bić. Jestem na niego wściekła, 

ale tak bardzo go kocham...

Przycisnęła zwiniętą w pięść dłoń do ust, by po-

wstrzymać szloch. Joan objęła ją matczynym gestem, 

przytuliła i pocałowała.

- Och, czuję się jak ostatnia idiotka - westchnęła

Cathy.

-

Naprawdę uważasz, że nie ma żadnej nadziei?

Cathy opowiedziała jej o ich porannej kłótni w nie

dzielę.

-Wiesz, chyba  jestem w stanie zrozumieć,  że nie 

chce zaczynać od posiadania dziecka... - powiedziała 

Joan.

- Ale przecież wie, że ja mam dziecko! Wiedział

o tym od początku, więc jest trochę za późno, by

background image

118

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

119

używać takiego wykrętu. Nie, on po prostu chciał 

mieć romans i jak tylko okazało się, że może chodzić 

o coś więcej, postanowił się wycofać. Powinnam zdać 

sobie z tego sprawę wcześniej. Żaden normalny, zdro-

wy i przystojny mężczyzna nie żyje samotnie mając 

trzydzieści cztery lata, jeśli nie chce tak żyć. Zwłaszcza 

taki, który ma mnóstwo pieniędzy!

- Chyba że po prostu nie spotkał kobiety, na którą

czekał. 

Cathy parsknęła nerwowo.

- Uwierz mi na słowo, ja nią nie jestem. Chce miłej,

dobrze wychowanej pierwszej naiwnej, z mentalnością

domatorki, by chowała mu spadkobierców według

jego zasad, a nie podstarzałej i pomarszczonej rudej

wiedźmy z cudzym dzieckiem!

-Jesteś pewna, że tylko on stawia przeszkody? 

- Joan wpatrywała się w nią ze zdumieniem. - Za-

brzmiało to tak, jakbyś miała uraz na tle jego pienię-

dzy, choć, skoro je odziedziczył, trudno go za to winić. 

A jeśli chodzi o podstarzałą rudą wiedźmę, to nie 

wydaje się, by go to odstraszało. Czy nie powinnaś 

kupić sobie nowego lustra?

-Joan, nie wygłupiaj się. Nie musisz podnosić 

mnie na duchu frazesami o moim świetnym wy-

glądzie. Wiem, jak wyglądam i kim jestem. Pragnę 

jedynie być sama i żyć w spokoju. Nie chciałam 

zakochać się w Maksie, ale stało się, lecz on mnie 

nie chce i...

-

Powiedział ci to? Dałaś mu szansę powiedzieć, co 

czuje naprawdę?

-

Och, nie martw się - prychnęła Cathy. - Bardzo 

jasno przedstawił swoje uczucia. Ma wspaniały dar 

wymowy. Kończył ekskluzywne szkoły.

-

Catherine, ty gorzkniejesz, naprawdę. Od śmierci 

Michaela cały czas martwiłam się o ciebie, ale miałam 

nadzieję, że w końcu spotkasz odpowiedniego męż-

czyznę i wrócisz do życia. Zamiast tego widzę, jak 

litujesz się nad sobą i zatruwa cię gorycz.

-

Och, Joan. - Cathy utkwiła w niej przerażony 

wzrok. - Czy takie właśnie robię wrażenie? Przykro 

mi, po prostu niezbyt dobrze znoszę, kiedy ktoś mnie 

odtrąca.

-

Wiem. I dlatego robisz wszystko, żeby nikt cię 

nie pożądał. Wmawiasz sobie, że nikt cię nie zechce, 

bo to ci oszczędza wysiłku zmagania się z realnym 

światem i znalezienia sobie partnera. Kłopot w tym, 

że kiedy po raz pierwszy od wieków zainteresował się 

tobą jakiś mężczyzna, nie wiesz, jak postąpić, wielka 

szkoda, bo dobrze by ci to zrobiło.

Cathy zachichotała cicho.

-

Max by się ucieszył, gdyby cię usłyszał. Mówi mi 

to samo od tygodni.

-

Ha! I nie przyszło ci na myśl, że coś w tym jest? 

Może powinnaś wziąć jego ofertę za dobrą monetę 

i cieszyć się z życia przez jakiś czas?

-

Gdybym tylko mogła. Ale romans dla przyjem-

ności to nie dla mnie. Przyszłoby mi zapłacić za to 

zbyt wysoką cenę. Za bardzo się angażuję i potrzebuję 

tego, czego on mi dać nie może albo nie chce... Poza 

tym, nie byłoby to w porządku wobec Stephena. Nie 

zdawałam sobie dotąd sprawy, jak on bardzo po-

trzebuje ojca, a teraz widzę, że coraz bardziej liczy się 

z Maxem i wiem, że będzie mu ciężko. - Westchnęła 

ze smutkiem. - Chciałabym,  by Michael żył.  Nim 

zachorował, byliśmy szczęśliwi. Jestem przekonana, 

że bylibyśmy udanym małżeństwem.

- Nie możesz zmienić przeszłości, Cathy.

-

Cóż, nie wydaje się, bym miała więcej szczęścia 

obecnie czy w przyszłości! Joan, ja po prostu nie 

wiem, co robić. Wiem tylko, że udręką jest patrzeć na 

niego codziennie wiedząc, że mnie nie kocha...

Podeszła do okna i niewidzącym wzrokiem wpat-

rywała się w ogród.

- Nie wiem, jak długo to wytrzymam. Gdybym

z nim nie spala, stłumiłabym  swoje uczucia i nie

zwracała na niego uwagi, ale teraz... Był tak delikatny

background image

120

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ 
LEKARZA

121

i czuły, jakby naprawdę chodziło mu o moje uczucia. 

Czułam się tak bardzo kochana, pożądana i potrzebna. 

A   następnego   ranka...   och,   to   było   straszne!   Nie 

chciałam wierzyć własnym uszom!

Joan podeszła do niej i współczująco położyła dłoń 

na jej ramieniu.

- Cathy, jeśli sytuacja będzie nie do zniesienia, jeśli

będziesz czuła, że musisz stąd odejść, to u mnie zawsze

jest miejsce dla ciebie. Nie obawiaj się przyznać  do

pomyłki i wracaj do domu.

Dopiero w tym momencie Cathy zdała sobie spra-

wę, jak bardzo Barton stało się jej domem. Gdziekol-

wiek się znalazła, wszyscy ją rozpoznawali i pozdra-

wiali. Była bliska zaprzyjaźnienia się z Megan Carver, 

a   i   Sarah   zapraszała   ją   usilnie   na   kolację.   Stephen 

znalazł w Rickym przyjaciela i często bawili się razem 

po   szkole.   Wiedziała   też,   że   jest   do   kupienia   mały 

domek   nad   rzeką   i   miała   nawet   zamiar   pójść   do 

pośrednika,   by   spytać   o   cenę,   ale   teraz...   O,   tak, 

zrobiła błąd, zapuszczając korzenie. Porzucenie tego 

miejsca mogłoby złamać jej serce, ale czy pozostanie 

tu byłoby mniej bolesne?

-Teraz   tu   jest   mój   dom   -   powiedziała   cicho.   - 

Kocham to miejsce i zaczynam zawierać przyjaźnie. 

Chciałabym   tylko,   żebyś   była   bliżej,   żebym   mogła 

wpadać do ciebie na kawę, jak dawniej. Brakuje mi 

tego. Ty zawsze wiesz, o czym  mówię  i nie muszę 

przed tobą udawać. Wiem już, co powinnam zrobić: 

wyprowadzić   się   z   tego   mieszkania,   znaleźć   nową 

opiekunkę i po prostu zachować w stosunku do niego 

dystans.   Kiedy  będę   miała   własne   grono   przyjaciół, 

nie będzie tak źle. Jestem pewna, że znalazłam się w 

jego łóżku w dużej mierze z samotności.

- Hmm - mruknęła z rezerwą Joan. Cathy 

uśmiechnęła się blado.

- Nie zgadzasz się z tym?

-Nie.   Wywarł   na   tobie   ogromne   wrażenie   już 

podczas pierwszego spotkania. Tłumaczenie się samo-

tnością   to   chowanie   głowy   w   piasek.   Kochasz   go, 

Catherine, i jeśli sądzisz, że rzucając się w wir zajęć 

przezwyciężysz tę miłość, to oszukujesz samą siebie. 

Dzwonek telefonu przerwał dalszą rozmowę, która z 

każdą chwilą stawała się dla Cathy coraz trudniejsza.

- Dzięki Bogu, że przyjechałaś, bo nie mogłabym 

wyciągać   Stephena   tyle   razy   z   łóżka   -   powiedziała 

rankiem do Joan, kiedy wstała zmęczona.

- To nic takiego. Pamiętaj, że kiedy tylko będziesz

tego potrzebowała, moje drzwi są zawsze dla ciebie

otwarte.

Cathy podziękowała ze ściśniętym gardłem i pożeg-

nawszy   ją   pojechała   do   przychodni,   odwożąc   po 

drodze Stephena do szkoły.

Max wszedł za nią do gabinetu.

- Mogę zamienić z tobą słowo?

- Czy to ważna sprawa? - Westchnęła.

- Nie wiem, ale postaram się nie marnować twego 

czasu   -   powiedział   z   sarkazmem.   -   Chodzi   o   Clair 

Hooper.

- A co z nią? Jest astmatyczką.

- Wiem,   jest   jedną   z   moich   pacjentek,   ale   ma 

przyjść   tu   dziś   rano   i   jej   matka   prosiła   o   wizytę   u 

ciebie.   Zastanawiam   się,   czy   stało   się   coś,   o   czym 

powinienem wiedzieć.

Wzruszyła ramionami.

- Nic   szczególnego,   oprócz   tego,   że   Paulina   nie 

wysłała jej na konsultację specjalistyczną parę miesię-

cy temu, kiedy pojawił się problem. Powiedziałam jej 

matce, że potrzebne są testy i obserwacja, aby poznać 

przyczynę, choć może być ich więcej niż jedna, i pew-

nie dlatego chce przyjść do mnie. Ostatni atak dziew-

czynka miała w sobotę, kiedy strzyżono wokół traw-

niki. Być może jest uczulona na trawę.

- Ale zaczęła chorować w lutym, więc nie może to 

być wyłącznie trawa. - Przysiadł na brzegu biurka.

background image

122

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

123

- Nie,   też   o   tym   myślałam.   Spytam   ją,   czy   nie 

kojarzy jakiegoś wydarzenia z pierwszym atakiem w 

lutym.

- Niedawno się przeprowadzali. Jeśli to było w lu-

tym, warto by pomyśleć o dywanach.

- Dywanach?

- Stwierdzono, że alergeny zawarte w kurzu znacz-

nie łatwiej uwalniają się z dywanów wełnianych niż 

syntetycznych. Niedawno było coś o tym w „Lancet".

Wstał i położył  na biurku dokumentację lekarską 

Clair.

- Poszukam tego artykułu. Powinienem go jeszcze

gdzieś mieć.

Poczuła nagle, że zachowała się niegrzecznie.

-Max?

Zatrzymał się przy drzwiach i odwrócił.

- Dziękuję.

- Nie ma za co. - Przelotny uśmiech przemknął mu 

przez twarz. Otworzył drzwi, lecz nie wyszedł. - Co z 

piątkową nocą?

- Słucham???

- Masz dyżur. Czy znów przyjedzie Joan?

Cathy westchnęła.

- Niestety, nie może, ma dyżur w swojej organiza-

cji dobroczynnej.

- Co zrobisz ze Stephenem?

-Poproszę matkę Ricky'ego, żeby wzięła go na noc 

do siebie.

- Och... w porządku. Gdyby nie mógł tam zostać,

daj mi znać. Moja oferta jest nadal aktualna.

-Max - powiedziała bardzo zakłopotana - naprawdę 

nie myślę, by w tych okolicznościach...

- Do   diabła   z   okolicznościami   -   przerwał.   -   Nie

możesz co chwilę wyciągać biednego dziecka z łóżka.

Jeśli nie uda ci się czegoś zorganizować, z przyjemno

ścią zaopiekuję się nim. W porządku?

Z wysiłkiem podniosła na niego wzrok.

- Dobrze. I dziękuję.

Chrząknął i wyszedł.

No   i   co   miała   o   tym   myśleć?   Czy   naprawdę 

troszczył się o Stephena, czy tylko honor nie pozwalał 

mu wycofać się z danego słowa?

Pani Hooper pamiętała, że pierwszy atak wystąpił u 

Clair   parę   dni   po   przeprowadzce.   Przyznała,   że 

dywany w salonie i sypialniach mają domieszkę weł-

ny,  zaś w poprzednim domu  wszystkie  były z poli-

propylenu   bądź   antronu.   Skoro   przed   pierwszym 

atakiem   Clair   pomagała   w   pracach   domowych   po 

przeprowadzce, zaś objawy podczas ostatniego ataku 

nasiliły się po zamknięciu okien, to znaczy, że mogła 

być uczulona na roztocza żyjące w kurzu, zaś wełnia-

ne dywany sprzyjały wystąpieniu ataku.

Clair miała zgłaszać się do przychodni przyszpital-

nej na kolejne badania testowe, a w międzyczasie dwa 

razy  dziennie   brać   inhalacje   kortykosterydowe   i  nie 

przebywać długo w pokojach z wełnianymi dywanami.

- Proszę   dać   znać,   gdyby   nie   było   poprawy,   ale

chyba odkryliśmy już przyczynę, a w każdym razie jej

część - poinformowała Cathy matkę dziewczynki.

W piątek rano znalazła na swoim biurku artykuł z 

dopiskiem Maxa: Mam nadzieję, że się przyda. M.

Spotkała   go   później   i   opowiedziała   mu,   czego 

dowiedziała się od pani Hooper.

-

W zasadzie wszystko zgadza się z treścią artykułu 

- podsumowała.

- Na to wygląda - potwierdził. - Jakie masz plany 

na dzisiaj? - spytał, zmieniając nagle temat.

- Nie   skontaktowałam   się   jeszcze   z   matką   Ri-

cky'ego   -   odpowiedziała   wymijająco,   choć   była   to 

nieprawda.

- No   cóż,   wiesz,   gdzie   mnie   znaleźć   -   oznajmił 

krótko i wyszedł.

Wieczorem musiała jednak przyznać się do porażki 

i poprosić go, by zwrócił uwagę na Stephena.

- Nie martw się o niego - uspokoił ją.

Chłopiec był uszczęśliwiony takim rozwiązaniem.

background image

124

WEDŁUG WSKAZAŃ 
LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ  LEKARZA

125

Znowu   miała   wyczerpującą   noc.   Rankiem,   po 

przebudzeniu, znalazła kartkę od Maxa, tym razem nie 

w sypialni.

„Agnes źle się czuje, więc zabrałem Stephena ze 

sobą do miasta. Do zobaczenia po twoim powrocie z 

przychodni. Max."

Przed wyjściem do pracy nie miała czasu zdener-

wować się na niego za samowolne rozszerzenie oferty 

usług, ale jak tylko wyszedł  ostatni pacjent, zaczęła 

narastać w niej złość.

Zastała ich w ogrodzie.

- Powinieneś   mnie   obudzić   i   powiedzieć,   a   nie 

zostawiać kartkę! To moje dziecko i ja mam wobec 

niego obowiązki, a nie ty! - krzyczała rozdrażniona.

- O,   Boże,   powinienem   był   się   domyślić,   że   źle 

robię - powiedział zmęczonym głosem. - Nie można 

cię zadowolić. Albo nie jestem odpowiedzialny, albo 

aż za bardzo. Musisz się zdecydować.

-Ja?   To   niezłe.   Kto   tu   ma   problemy   ze   zobo-

wiązaniami?

Westchnął i potrząsnął głową.

- Catherine, nie mam żadnych problemów ze zo-

bowiązaniami...

- Nie masz, bo ich unikasz!

Stephen jak zwykle bawił się z psem na trawniku. 

Zawołała   go.   Przybiegł   razem   z   Penny,   tryskając 

radością i entuzjazmem.

- Cześć, mamusiu. Zrobiliśmy na lunch różne sa-

łatki i Max kupił taką dziwną różową rybę, całkiem 

przezroczystą, która okropnie pachnie, ale jest wspa-

niała. .. Max, jak ona się nazywa?

- Wędzony łosoś.

- Nie było mowy o lunchu. - Czuła, że jest mani-

pulowana.

Max wzruszył ramionami.

-Wszyscy   musimy   coś   zjeść,   więc   wydawało   się 

sensowne, żebyśmy zjedli razem. Ponadto, przygoto-

wania zajęły nam cały ranek, no nie, kolego?

Stephen z zapałem pokiwał głową.

- Max, naprawdę, nie powinieneś... - urwała.

- Chciałem porozmawiać z tobą - powiedział nie-

pewnie i wzruszył znów ramionami - spokojnie, bez 

przeszkód.   Pomyślałem,   że   gdybyśmy   zjedli   razem 

lunch, a potem poszli ze Stephenem i Penny na spacer 

nad rzeką, mielibyśmy trochę czasu, by wspólnie coś 

ustalić.

- Max, nie ma nic do ustalania...

- Później - przerwał jej miękkim tonem. - Stephen, 

co ty na to, by mi pomóc przynieść wszystko tutaj? 

Możesz   zacząć   od   przyniesienia   mamie   czegoś   do 

picia.

Po kilku chwilach pojawili się z powrotem. Stephen 

z wysoką szklanką, z której rozlewał coś przezroczy-

stego i musującego, co okazało się dżinem z tonikiem, 

a   Max   z   ogromną   tacą   apetycznie   wyglądających 

malutkich kanapek. Z głębokim ukłonem postawił ją 

na stole.

Voila, madame. Podano lunch.

Westchnęła   i   zrezygnowana   usiadła.   Wymruczała 

mechanicznie dziękuję i próbowała skoncentrować się 

na jedzeniu. Było pyszne, ale nie mogła powstrzymać 

się   od   rzucania   ukradkowych   spojrzeń   w   kierunku 

Maxa. Jak zwykle wyglądał świetnie.

Nic dziwnego, że mu uległam, pomyślała z rozpa-

czą.* Względy takiego mężczyzny schlebiają próżności 

każdej kobiety.

Ich spojrzenia nagle się spotkały.  Cathy przeżyła 

wstrząs. Dostrzegła w jego oczach pożądanie. Zaczęła 

besztać Stephena za karmienie Penny pod stołem.

- Wiecie   co,   a   może   byśmy   wzięli   teraz   psa   na

spacer? - spytał Max, a Penny natychmiast przybiegła

do niego z błyszczącymi oczami i wywieszonym języ

kiem.  - Ktoś mógłby pomyśleć,  że wiesz co znaczy

spacer - zwrócił się do psa, który tańczył wokół jego

nóg, szaleńczo wymachując ogonem.

Max popatrzył na Cathy.

background image

126

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

127

- Chodźmy   w   dół   ogrodu,   wzdłuż   muru   -   za

proponował.

Ruszyli. Stephen i Penny pobiegli przodem. Cathy 

czekała,   aż   Max   zacznie   rozmowę.   Nie   wyglądało 

jednak na to, by było  mu  śpieszno, a ona za żadne 

skarby nie chciała jej sprowokować. Ta konfrontacja 

zapowiadała się nieprzyjemnie dla nich obojga.

Pomógł jej przejść przez mur i poprowadził polami 

na skraj doliny, w miejsce, gdzie rzeka leniwie skręcała 

w kierunku miasta. Penny była już w wodzie, a Ste-

phen siedział na brzegu i zdejmował buty i skarpetki.

-Mamusiu,   weź   moje   buty!   -   wrzasnął   i   zaczął 

przedzierać się przez wodę za psem.

- Tu jest mielizna, nic mu  nie będzie - zapewnił

Max,   widząc   jej   zaniepokojenie.   Podniósł   buty   Ste

phena. - Siądźmy tutaj - powiedział, wskazując leżący

w poprzek ścieżki pień.

Usiedli na jego gładkiej powierzchni; buty Stephe-

na leżały pomiędzy nimi. Max spojrzał na nie i pars-

knął z goryczą.

- Symboliczne, nie sądzisz?

- Max, to nie przez Stephena.

- Nie. - Spojrzał na chłopca, chlapiącego się radoś-

nie w rzece. - Masz rację, nie. - Westchnął głęboko i 

popatrzył   na   nią.   -   Nadal   cię   pragnę,   wiesz   o   tym. 

Nocami   prześladuje   mnie   wspomnienie   twego   ciep-

łego, miękkiego ciała i namiętnych okrzyków, które...

- Max, przestań! - Zakryła  uszy dłońmi. Jej poli-

czki   płonęły.   Z   zapamiętaniem   próbowała   odsunąć 

obrazy, które wywołał w jej pamięci.

-

Catherine,   na   miłość   boską,   czy   nie   możemy 

znaleźć   dla   nas   jakiegoś   rozwiązania?   To,   że   nie 

oświadczyłem ci się po jednej nocy nie oznacza, że nie 

zależy mi na tobie.

-

Och, wiem, że ci zależy. Mnie także. - Odwróciła 

się ku niemu i z wysiłkiem zatrzymała wzrok na jego 

twarzy.  - Jak tylko uświadomiłam sobie, jak bardzo, 

zrozumiałam, że to był błąd. To dlatego wtedy nie

wróciłam. Potrzebowałam czasu, by dojść do siebie po 

tym, co zrobiłam. Byłam pewna, że to bez sensu, ale 

wtedy zostawiłeś mi tę różę i pomyślałam, że, kto wie, 

może nam się uda. Ale nie miałam racji, prawda? Nie 

chcesz   stałego   związku,   a   ja   dla   dobra   Stephena,   a 

także ze względu na siebie nie potrafię żyć  inaczej. 

Tak więc jesteśmy w sytuacji bez wyjścia.

- To  szaleństwo   -   powiedział   miękko.   -   Przecież 

nadal   mnie   pragniesz...   Wiem,   widzę   to   w   twoich 

oczach.   Było  nam  razem tak dobrze.  Catherine,  daj 

nam szansę.

- Szansę na co? Na zaspokojenie twoich egoistycz-

nych kaprysów?

- Jesteś niesprawiedliwa - obruszył się. - To było 

dalekie   od   egoizmu   i   nie   pamiętam,   żebyś   wyszła 

wówczas niezaspokojona.

Spłonęła rumieńcem i odwróciła głowę.

-To   prawda,   ale   gdyby   było   inaczej,   czyż   nie 

uraziłoby   to   twej   dumy?   Poza   tym,   i   tak   nie   o   to 

chodzi. Nie będę miała z tobą romansu, Max, i jeśli 

mamy razem pracować, musisz to zaakceptować. Jest 

w mieście dom do kupienia, któremu chcę się przyj-

rzeć, bo te przyjemne  lunche i śniadanka muszą  się 

skończyć. Masz za bliski kontakt ze Stephenem, który 

zaczyna zbyt lubić twoje towarzystwo, a ponadto nie 

dam sobie rady, jeśli cały czas będziesz namawiał mnie 

na pójście z tobą do łóżka. To po prostu nie fair. Jeśli 

nie   będziesz   trzymał   się   ode   mnie   z   daleka,   będę 

musiała stąd wyjechać.

- Wyjechać? - powtórzył zaskoczony. - Catherine,

nie możesz tego zrobić!

-Mogę,   Max.   I   jeśli   będę   musiała,   zrobię   to. 

Ostrzegałam   cię   od   samego   początku,   że   nie   chcę 

romansu,   ale   ty   nie   chciałeś   uwierzyć,   że   mówię 

prawdę. Cóż, to twoja ostatnia szansa.

Wstał.

- Dobrze. Jeśli tak być musi, to niech będzie. Nie

mogę pozwolić, byś wyrwała Stephena z Barton, gdzie

background image

128

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

tak dobrze zapuszcza korzenie. Sama  też wiesz, jak 

bardzo potrzebna jesteś w pracy, więc oszczędzę ci w 

przyszłości   narażania   się   na   moje   egoistyczne 

kaprysy.

Ze sztucznym ukłonem okręcił się na pięcie, gwiz-

dnął  na  psa  i  poszedł  przez  pola,  zostawiając  ją  ze 

Stephenem.

- Dokąd poszedł Max? - spytał chłopiec.

-

Musiał już pójść, jest dziś bardzo zajęty. Słuchaj, 

a może byś pokazał mi te ryby, które razem łowiliście?

Zdjęła buty i weszła za nim do wody. Trzymając 

się za ręce stali w rzece i wypatrywali piskorzy.

Żaden ból nie trwa wiecznie, przekonywała siebie. 

Przecież przeżyła już stratę Michaela. Chyba nic już 

nie może być gorsze od tego? Nawet utrata Maxa.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 Przez parę dni Cathy była pełna optymizmu. Max 

zachowywał   się   uprzejmie,   ale   chłodno;   nie   podej-

mował żadnej próby namówienia jej na kontynuowa-

nie ich związku i schodził jej z drogi. Gdy była  na 

dyżurze, pilnował Stephena.

Nie   było   to   jednak   dobre   rozwiązanie   i   Cathy 

zdwoiła wysiłki, by znaleźć opiekunkę przed końcem 

roku szkolnego.

Poszła   też   do   pośrednika   w   handlu   nieruchomo-

ściami. Okazało się, że domek nad rzeką jest droższy, 

niż przypuszczała, ale pod każdym innym względem 

spełnia jej oczekiwania. I, co najważniejsze, nikt w 

nim już nie mieszkał, a pośrednik twierdził, że być 

może   na   czas   załatwiania   formalności   kupna   właś-

ciciele zgodzą się go wynająć.

Obejrzała dom razem ze Stephenem, złożyła ofertę 

i czekała na wynik. W pracy się nie nudziła, bo właśnie 

zaczął   się   sezon   kataru   siennego   i   pacjentów   było 

więcej niż zwykle.

W czwartek w jej gabinecie zjawił się Max.

- Znalazłaś   kogoś   do  opieki   nad   Stephenem  pod

czas wakacji?

-Jeszcze   nie.   Pytałam   w   szkole.   Jedna   z   matek 

potrzebuje gotówki i mogłaby zaopiekować się nim 

do czasu, gdy Judy zakończy pracę w barze.

Czoło Maxa przecięła zmarszczka.

- Czy uważasz to za dobre rozwiązanie?

- Nie mam wyboru, Max. Stephen ją zna, a Judy 

wydaje się dość miłą dziewczyną. Ale i tak mam

background image

130

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

131

zamiar próbować dalej i znaleźć opiekunkę na stałe... 

och, i chyba znalazłam dom dla nas.

- Wiem, Sam mi powiedział. 

-Sam?

- Sam Carver. Jest wspólnikiem tego pośrednika.

- Małe miasto.

- Tak.   -   Uśmiechnął   się   sztucznie.   -   Zastanawiał

się, dlaczego wyprowadzasz się ode mnie.

Cathy popatrzyła na swoje palce. Zacisnęła je tak 

mocno,   że   kostki   całkiem   zbielały.   Wzięła   głęboki 

oddech i rozluźniła się.

- Powiedziałeś mu prawdę?

- To, że jestem bezdusznym łajdakiem i zaprotes-

towałem przeciwko przyjściu na świat nie chcianego 

dziecka?

- Mów za siebie! - Wyprostowała dumnie głowę. - 

Ja go chciałam!

-Tak,   jasno   wyraziłaś   swój   pogląd.   -   Odwrócił 

głowę,   zaciskając   szczęki.   -   Powiedziałem   mu,   że 

chcesz po prostu mieszkać u siebie i poradziłem, żeby 

pilnował własnego nosa.

- Dziękuję - uspokoiła się. - Jak on się czuje?

- Czuje się rozdrażniony i ogólnie wyczerpany, ale 

onkolog   jest   bardzo   zadowolony   z   efektów   radio-

terapii. Uważa, że nie było jeszcze przerzutów guza i 

sądzi, że prognoza jest wspaniała. Przy okazji, Megan 

wybiera   się   dziś   do   ciebie.   Ma   straszliwe   wymioty 

poranne.

- Chyba dręczy się Samem. Też miałam wymioty. 

Spróbuję dać jej jakieś leki.

Kiedy Megan pojawiła się w gabinecie, było oczy-

wiste, że jest w bardzo złym stanie.

- Zwracam   nawet   wodę   -   przyznała.   -   Czuję   się

zupełnie wyczerpana.

Cathy zebrała w fałdę skórę na wierzchu jej dłoni i 

puściła   ją.   Fałda   pozostała,   nieznacznie   tylko   spła-

szczona.

- Megan,   jesteś   bardzo   odwodniona.   Jeśli   to   się

nasili, będziesz musiała pójść do szpitala na kroplówkę.

-Ale   ja   nie   mogę!   -   krzyknęła   z   przerażeniem.   - 

Sam mnie potrzebuje.

- Tak,   ale   zdrowej   i   silnej.   Tak   samo   jak   twoje 

dziecko. Co sądzisz o wzięciu leków?

- Och, nie, nie mogłabym. Gdyby z dzieckiem było 

coś   nie   w   porządku,   czułabym   się   winna   do   końca 

życia.

- Dobrze.   A   więc   musimy   zabrać   się   do   tego 

inaczej. Próbowałaś ssać kostki lodu?

- Kostki lodu?

-Tak.   Spróbuj   też   gazowanej   wody:   mineralnej, 

sodowej czy innej tego typu. Może też być nieklaro-

wany sok z jabłek. Kiedy organizm zatrzyma  wodę, 

może poprawi ci się samopoczucie i będziesz w stanie 

jeść: plasterki obranego zimnego jabłka, ryż gotowany 

na   wodzie.   Nie   gotuj   dla   Sama   i   nie   pozwól   mu 

gotować   intensywnie   pachnących   potraw.   Powiedz 

mu, żeby robił sobie sałatki i jadł je w ogrodzie.

-Wyobrażam   sobie,   co   on   na   to   powie!   -   Za-

chichotała, mimo zmęczenia.

- Megan, mówię poważnie. Jesteś na granicy tego, 

co   nazywa   się   hyperemesis   gravidarium,   z   grubsza 

tłumacząc, wymioty niepowściągliwe. Mogą zagrażać 

utrzymaniu ciąży.  Jeśli nie będzie poprawy w ciągu 

czterdziestu ośmiu godzin, będziesz musiała pójść do 

szpitala,   czy  tego  chcesz,   czy  nie.   W   którym   jesteś 

tygodniu?

- W dziesiątym.

-

Właśnie.   Masz   przed   sobą   jeszcze   dwa,   może 

cztery   tygodnie,   podczas   których   te   objawy   będą 

stopniowo zanikać. Najlepsze w ciąży jest to -uśmiech-

nęła się Cathy - że, z definicji, jest to stan przejściowy!

-Dzięki   Bogu!   -   Megan   roześmiała   się.   -   Cóż, 

przynajmniej wiem teraz, jak czuje się Sam podczas 

radioterapii.

background image

132

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

133

-

Osobiście   uważam,   że   jest   odwrotnie   -  odparła 

współczująco. - Cieszę się, że Sam ma dobre prognozy.

- Odpukać.

Cathy spojrzała jej badawczo w oczy.

- Nadal się niepokoisz, prawda?

-Sama   nie   wiem...   Stale   słyszy   się   o   ludziach 

umierających na raka.

-Megan,   Sam   ma   znacznie   większe   szanse,   niż 

przypuszczasz.   Z   tego   co   mówił   Max   wynika,   że 

onkolog jest zadowolony i przekonany, że guz został 

zlikwidowany.

- Och,   mam   nadzieję,   że   to   prawda.   -   Megan

przełknęła   ślinę   i   rozejrzała   się   w   panice.   -   Cathy,

przepraszam cię... - Rzuciła się do zlewu i przez kilka

chwil stała tam bezradnie, ulegając nudnościom, a po

tem opadła z powrotem na krzesło. Cała drżała.

- O Boże, chcę wrócić do domu.

- Jak tu dotarłaś? - spytała Cathy.

- Przyjechałam.

- Czy mam zadzwonić do Sama, żeby zabrał cię do 

domu?

- A mogłabyś?

- Tak, naturalnie. - Podniosła słuchawkę, wybrała 

podany przez Megan numer i przekazała wiadomość.

- Będzie tu za parę minut. Czy jesteś w stanie zaczekać

w poczekalni? Mam jeszcze kilku pacjentów.

Kobieta kiwnęła głową i trzęsąc się wstała.

- Dziękuję, Cathy.

- Drobiazg. Wpadnę później do ciebie, żeby spra-

wdzić, jak się czujesz.

Obserwowała wychodzącą Megan. Zauważyła, jak 

bardzo   jest   wychudzona.   Biedna   kobieta.   Rozdarta 

między Samem i dzieckiem.

Parę chwil potem zadzwonił telefon.

- Słucham?

- Wziąłem Megan Carver do pokoju zabiegowego, 

żeby się położyła. Co ty sobie, u licha, wyobrażasz, 

każąc jej czekać w poczekalni?

Cathy odsunęła słuchawkę od ucha, patrząc na nią z 

niedowierzaniem. Powinna chyba zawiązać mu supeł 

na krawacie, żeby pamiętał, co mówi.

- Myślałam, że takie tu są zasady - powiedziała z 

jadowitą słodyczą.

-

Och, do cholery, nie udawaj głupiej! Oczekuję od 

ciebie elastyczności.

- Sądziłam, że wykazałam się nią ostatnim razem!

- warknęła i rzuciła słuchawkę na widełki.

Jakiś czas potem wpadła na niego w kuchni i na-

tychmiast rzuciła się do ataku.

- Jak śmiałeś?! - zawołała z furią. - Nasze stosunki 

są wystarczająco trudne bez zmieniania reguł co pół 

minuty!

- Też cię witam. - Bawił się kubkiem. - Kawy?

- spytał łagodnie.

- Nie kuś mnie. Mogłabym wylać ją na ciebie

- odparowała i wymaszerowała z godnością. Niech go

cholera weźmie!

Po   zakończeniu   przyjęć   w   poradni   dla   kobiet, 

odbyciu kilku wizyt, podpisaniu recept na powtórzenie 

leków   dla   przewlekle   chorych   i   popołudniowym 

dyżurze w gabinecie była wykończona.

Na podjeździe do domu spotkała Agnes i Stephena.

- Muszę   pójść   do   pani   Carver   -   poinformowała 

syna. - Weź ze sobą coś, czym mógłbyś pobawić się w 

samochodzie, kiedy wpadnę do niej na rozmowę.

- Och, mamo, czy muszę? - jęknął.

- Tak, kochanie, proszę, pośpiesz się. A w drodze 

powrotnej możemy wpaść na frytki i rybę.

- Chcę do McDonalda. 

Westchnęła.

- W Barton nie ma McDonalda, Stephenie.

-

To dlaczego nie pojedziemy gdzie indziej? - upie-

rał się.

- Bo nie mam na to czasu, siły ani chęci! A teraz 

chodźmy już...

background image

134

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

- Nie! Nie chcę! Chcę zostać tutaj!

- Niestety,   nie   możesz.   Wsiadaj   do   samochodu, 

proszę, i przestań mi zawracać głowę.

Chłopiec wydaj wargi i kopał nogą żwir.

-Chcę   zostać   z   Maxem   -   powiedział   nadąsany, 

rzucając   spojrzenie   na   samochód,   który  właśnie   za-

trzymał się przed domem.

- To niemożliwe. On jest zajęty. A teraz wsiadaj...

-

Zawsze mówisz, że on jest zajęty, a to nieprawda! 

Po   prostu   nie   chcesz,   żebyśmy   się   przyjaźnili!   Po 

prostu go nie lubisz, a to nie znaczy, że on jest zajęty!

- argumentował z bezsporną logiką.

Cathy nie była w nastroju do wysłuchiwania logicz-

nych argumentów.

- Stephen,   przestań   kopać   żwir   w   szkolnych   bu

tach i wejdź do samochodu, proszę. Już!

-Jakieś   problemy?   -   Max   zbliżał   się   do   nich   z 

rękami w kieszeniach.

- Poradzę sobie.

- Mama nie chce pójść ze mną do McDonalda, bo 

jest zajęta i nie pozwala mi zostać z tobą, bo cię już 

nie lubi, i nienawidzę jej! - Chłopiec, ku zdziwieniu 

Maxa, wybuchnął płaczem.

- Stephen, uspokój się i wsiadaj do samochodu!

- wrzasnęła Cathy.

-Hej, hej, nie krzycz na niego. - Max położył rękę 

na   jej   ramieniu   i   lekko   pokręcił   głową.   -   Mam 

wrażenie, że chyba chodzi mu o coś innego. Musisz 

wyjść?

- Tak, muszę. Obiecałam Megan Carver, że wpad

nę do niej, ale ten nieznośny bachor robi mi na złość...

Westchnął.

- Zostaw go ze mną. Idź do Megan, a ja postaram

się dociec, co się za tym kryje.

Spojrzała na ściągnięte ramiona syna i jego skuloną 

postać,   zwracającą   się   w   stronę   Maxa.   Ogarnęło   ją 

przygnębienie.

- Zostań z Maxem.

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

135

Wzruszając   ramionami,   wsiadła   do   samochodu   i 

odjechała. We wstecznym lusterku zauważyła jeszcze, 

jak obaj przykucnęli i rozmawiali z przejęciem.  No, 

trudno, w tej chwili nie może się tym przejmować.

Dom   Carverów   był   podobny   stylem   do   domu 

Maxa,   lecz   mniejszy  i  bez   bocznych   skrzydeł.   Sam 

otworzył   jej   drzwi   i   zaprowadził   do  salonu.   Megan 

leżała   na   kanapie.   Wyglądała   blado,   ale   nie   tak 

mizernie jak wcześniej. Przed nią stała czarka z ko-

stkami lodu.

- Jak się czujesz? - spytała miękko Cathy.

- Trochę   lepiej,   odpukać.   Te   kostki   lodu   chyba 

pomagają.

- Świetnie. Wyglądasz już lepiej. Odpoczywaj jak 

najwięcej i pozwól mężowi krzątać się wokół ciebie.

Sam roześmiał się szeroko.

- Nie zachęcaj jej! I tak jest wymagająca.

- Jestem pewna, że sobie poradzisz. - Uśmiechnęła 

się do niego. - Ty też dziś lepiej wyglądasz.

-

Tak, dzisiaj czuję się dobrze, ale jutro mam znowu 

naświetlania i to mi niewątpliwie zepsuje weekend.

- Ale przynajmniej masz je na miejscu.

- Uhm. - Pokiwał głową w zadumie. Po chwili się 

ożywił.   -   Aha,   przypomniałem   sobie,   twoja   oferta 

kupna   domu   została   przyjęta   i   chętnie   wynajmą   ci 

dom na czas załatwiania formalności, ale dopiero po 

podpisaniu   umowy.   Nie   pozwolą   ci   wprowadzić   się 

tam wcześniej, bo gdyby umowa nie doszła do skutku, 

nie mogliby zmusić cię do wyprowadzki. To oznacza 

jeszcze   parę   tygodni   mieszkania   u   Maxa,   ale   nie 

przypuszczam,   żeby   konieczność   zamieszkiwania   w 

Barton Manor była wielkim nieszczęściem!

Nie dla każdego, pomyślała ponuro. Odpowiedziała 

coś   niezobowiązującego,   pożegnała   się   i   ruszyła   do 

uroczego, pełnego konfliktów Barton Manor, by do-

wiedzieć się, czy jej syn postawił na swoim. Byłoby 

dziwne, gdyby Max nie wsadził go w mercedesa i nie 

zawiózł do McDonalda w Cheltenham!

background image

136

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

137

Zastała  ich  na  tarasie.  Właśnie  układali  na  grillu 

kotlety z wołowiny.

- Domowy Big Mac - zaśmiał się szeroko Max.

- A może nazwiemy to Big Max? - zaproponował 

Stephen.

- Słuchaj, masz za dużo energii. Przebiegnij się do 

kuchni i przynieś z lodówki ketchup i masło.

Patrzyli na niego, gdy odchodził, a potem Cathy 

obróciła się do Maxa. - I jak?

- Nie chce się  przeprowadzić. Powiedział, że nie

cierpi   nowego   domu,   bo   tam   jest   malutki   ogródek

i   nie   będzie   mógł   bawić   się   z   Penny,   a   w   końcu...

- przerwał. Był wyraźnie skrępowany.

-Tak?

- Powiedział, że będzie za mną tęsknił.

Cathy usiadła przy stole i objęła głowę dłońmi.

- Wiedziałam. Po prostu wiedziałam, że będą z tym

problemy. Przylgnął do ciebie, bo zabrakło mu babci,

a   teraz   zabieram   go  również   od  ciebie,   jak  ostatnia

megiera.   Stracił   ojca,   babkę,   Delphine,   ciebie,   a   na

dodatek   będzie   opiekowała   się   nim   Judy   zamiast

Agnes. Kiedy to się skończy? - spytała ze smutkiem.

Max usiadł obok i przykrył jej dłoń swoją ręką.

- Czy teraz rozumiesz, dlaczego nie podoba mi się

idea pracujących matek?

Zdecydowanym ruchem cofnęła dłoń.

- Ale ja nie mam wyboru! Co jeszcze mogę zrobić?

Wzruszył ramionami.

-Praca   na   pół   etatu?   Zastępstwa   na   czas   roku 

szkolnego? Musi być jakieś wyjście.

-Myślałam,   że   kiedy   pójdzie   do   szkoły,   będzie 

łatwiej. Naprawdę wierzyłam w to, że życie w małym 

mieście będzie dla nas lepsze. Może jednak powinnam 

zostać w Bristolu, pracować na pół etatu i nie porywać 

się   jeszcze   na   kupowanie   domu.   Zapewne   jestem 

zachłanna, ale tak bardzo chciałam dać mu wszystko, 

co mają inne dzieci.

Na chwilę zapadła cisza, którą przerwał Max.

- A może najważniejsze, co możesz mu dać, a co

mają inne dzieci, to jego matkę - powiedział cicho.

Pełnym udręki wzrokiem wpatrywała się długo w 

niego, a potem kiwnęła głową.

- Chyba   masz   rację.   Zabiorę   go   z   powrotem   do 

Bristolu, do Joan. Porozmawiam z Johnem Glove-rem. 

Muszę zrezygnować z posady i... jest jeszcze umowa 

najmu mieszkania...

-

Do   diabła   z   tym   wszystkim.   Jeśli   rzeczywiście 

uważasz,   że   tak   będzie   najlepiej,   John   pozwoli   ci 

odejść w każdej chwili, a mieszkaniem się nie przejmuj. 

Porwę umowę. Zgodziłem się je wynająć, bo było mi 

wstyd, że stoi puste, a tylu ludzi nie ma gdzie mieszkać.

Poczuła gromadzące się pod powiekami łzy i za-

mrugała oczami, by je powstrzymać.

-

Jutro kończy się rok szkolny. Chciałabym zabrać 

Stephena do Bristolu na weekend. Czy zdołasz znaleźć 

jakiegoś lekarza na zastępstwo w tak krótkim czasie?

-

Jest tutaj w mieście jeden emerytowany,  bardzo 

dobry lekarz, który zwykle  bierze u nas zastępstwa. 

Jestem przekonany, że się zgodzi. - Spojrzał na nią ze 

szczerym smutkiem i nakrył jej dłonie swoimi. - Wiel-

ka szkoda. Będzie mi ciebie brakowało.

- Och, Max, nie...

Przegrała   walkę   ze   łzami,   które   spłynęły   z   poli-

czków i stoczyły się na ręce Maxa.

- Czy mama płacze, bo przypaliłeś kotlety?

Pociągnęła nosem i otarła łzy z policzków.

- Nie,   kochanie,   jestem   tylko   trochę   zmęczona. 

Stephen, chciałbyś pojechać do domu, do babci?

- Z tobą? - Spojrzał na nią podejrzliwie.

- Oczywiście, że ze mną. - Zmierzwiła mu włosy.

- A będziemy chodzić do parku, do McDonalda i w 

inne takie miejsca?

- Jasne.

-To wspaniale. - Twarz mu się rozpogodziła. - Max 

też pojedzie?

background image

138

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

139

Wymienili znaczące spojrzenia.

- Nie, kochanie. Max musi tu zostać i opiekować

się pacjentami. I Penny też go potrzebuje.

- Na jak długo wyjedziemy? 

Cathy wzięła głęboki oddech.

- Na zawsze. Będziemy tam mieszkać.

Stephen przeniósł wrok z Cathy na Maxa i pod-

szedł do swego bohatera.

- A co z Maxem? - spytał.

- Będę   cię   czasami   odwiedzał,   jeśli   chcesz   -   za

proponował Max, obejmując go ramieniem.

-A   przywieziesz   Penny?   -   Chłopiec   znów   miał 

wątpliwości.

- Jeśli będziesz tego chciał.

- Będę tęsknił za tobą. - Usta drżały mu  niebez-

piecznie, był bliski płaczu.

Max z trudem przełknął ślinę.

- Nie. Nie będziesz miał na to czasu. Pomyśl, ile 

przed tobą wycieczek do parku i ile Big Maców kupi 

ci mama.

- Będę - powtórzył cicho.

-

Też będę za tobą tęsknił, synku - powiedział Max 

niskim głosem i otoczywszy ramionami chłopca, przy-

cisnął go mocno do siebie. Potem uwolnił go z objęć, 

wstał i, chrząknąwszy, niespodziewanie zmienił temat: 

- Dobra, co z tymi kotletami?

Następnego   dnia   w   pracy   Cathy   widziała   Maxa 

jedynie   przelotnie.   Z   rozmowy   z   doktorem   Johnem 

Gloverem wynikało, że już go uprzedził. John bardzo 

jej współczuł i nie robił żadnych trudności. Przekony-

wał, żeby wyjechała, jak tylko będzie gotowa.

- Przykro mi was zostawiać. Bardzo podobała mi

się praca tutaj i ludzie też mnie miło przyjęli. - Z wyją

tkiem Andrei, pomyślała, ale zachowała to dla siebie.

Pokiwał głową.

- Wszyscy bardzo wysoko cię tu cenią. Niefortun

nie się złożyło. - Westchnął ciężko. - Przypuszczam,

że w pewnym sensie Max miał rację. Gdybyś miała 

oparcie w mężu, dyżury nocne nie byłyby problemem. 

Do końca pracy nie spotkała Maxa. John przyszedł do 

niej, by się pożegnać.

- Dopilnuj, żeby Elaine i Tom Brickersowie mieli 

jakieś oparcie, dobrze? - powiedziała tonem pełnym 

niepokoju. - Tom bardzo się stara, ale Elaine jest u 

granic wytrzymałości.

- Nie martw się o nich, będziemy się nimi opieko-

wać. Życzę ci powodzenia.

Andrea pożegnała ją, nie próbując nawet zmusić się 

do   uśmiechu.   Sarah   nie   pracowała   w   piątki,   więc 

Cathy zostawiła jej pożegnalną kartkę. Potem odebrała 

Stephena ze szkoły i, zanim zaczęła pakowanie, poszła 

z   nim   na   ostatni   spacer   nad   rzekę.   Max   się   nie 

pokazał.

Rano nie zobaczyła jego samochodu przed domem. 

Nie była pewna, czy w ogóle pojawił się tu w nocy. 

Kiedy   zniosła   rzeczy   do   samochodu,   znalazła   na 

siedzeniu piękną, cudownie pachnącą czerwoną różę 

oraz kartkę: „Nienawidzę pożegnań. Mam nadzieję, że 

wam obojgu powiedzie się. Będę w kontakcie. Max."

Położyła   różę   nad   tablicą   rozdzielczą,   żeby   ją 

dobrze   widzieć,   i   zapakowała   bagażnik   pociągając 

nosem.   Potem,   rzuciwszy   po   raz   ostatni   okiem   na 

dom, włączyła silnik i odjechała.

background image

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

141

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Była   to   ulubiona   pora   dnia   Cathy.   Zwróciwszy 

twarz ku promieniom zachodzącego słońca siedziała 

w małym miejskim ogródku i próbowała zignorować 

odgłosy   ulicznego   ruchu.   Nawet   tutaj,   w   typowo 

willowej dzielnicy, miała nieustanne wrażenie hałasu.

Westchnęła. Zycie w Barton było tak spokojne, że 

pomimo   uczuciowego   zamętu,   jaki   tam   przeżywała, 

była to dla niej oaza. Tęskniła za nim, jakby to był 

jedyny dom, jaki miała. Powrót do Bristolu okazał się 

najtrudniejszą decyzją w jej życiu.

Nawet   Stephen,   przepadający   za   McDonaldem, 

pizzami, wycieczkami do parku i basenem, powiedział 

jej dzisiaj, że nie lubi już Bristolu.

Oczywiście Max się nie odezwał. Stephen mówił o 

nim  niemal   bez   przerwy,   codziennie   pytał,   kiedy 

przyjedzie. Było jej trudno ciągle tłumaczyć,  że jest 

zbyt zajęty, kiedy prawda była prosta: nie zależało mu 

na nich dostatecznie, by robić sobie kłopot.

Boże, dlaczego to nadal tak bardzo boli? Wstała i 

obeszła   cały  ogród.   Szkoda,   że   Joan   wyjechała.   Na 

niej naprawdę można  było polegać. Potrafiła zacho-

wać dobry humor, opiekując się zarówno Cathy, gdy 

ta   miała   chandrę,   jak   i   Stephenem,   zwłaszcza   gdy 

Cathy zaczęła brać zastępstwa.

Joan dała jej cenny czas na odbudowanie dobrych 

stosunków   ze   Stephenem   i   chłodną   analizę   uczuć 

wobec Maxa, choć te nie poddały się jej tak łatwo. 

Uświadomiła sobie, że nadal go kocha. Wydawało się 

to   takie   proste,   ale   w   rzeczywistości   było   bardzo 

trudne.

Spojrzała na okna z tyłu domu. Powinna pójść do 

Stephena i sprawdzić, jak się czuje. Skarżył się na ból 

głowy i złe samopoczucie, więc położyła go wcześniej 

do łóżka. Wiedziała, że to prawdopodobnie efekt zbyt 

długiego przebywania na słońcu. Spędziła z nim dzień 

na plaży w Weston-Super-Mare, tuż przy ujściu rzeki i 

choć bardzo starała się tego pilnować, nie zawsze miał 

na głowie kapelusz.

Och, trudno, jutro poczuje się lepiej i może to go 

nauczy większej ostrożności na przyszłość. Weszła do 

domu i lekko wbiegła po schodach do jego sypialni.

W momencie otwierania drzwi wiedziała już, że coś 

jest nie w porządku. Dobiegł ją cichy płacz, przerywa-

ny jękiem ciężko chorego dziecka.

- Och, kochanie...

Podniosła go delikatnie i zaniosła do swego pokoju, 

stwierdzając, że jego ciało płonie z gorączki. Jęczał i 

tulił   do   niej   głowę,   a   kiedy   położyła   go   na   łóżku, 

podniósł ręce i zasłonił nimi oczy.

- Za jasno - zaszlochał.

Zaciągnęła zasłony i wróciła do niego ze ściśniętym 

gardłem.   Nudności,   wymioty,   gorączka,   ból   głowy, 

światłowstręt...

- O   Boże,   nie,   nie   zapalenie   opon   mózgowych,

błagam - wyszeptała.

Zdjęła z niego zabrudzoną wymiotami bluzę piża-

my i zobaczyła rozprzestrzeniającą się błyskawicznie 

wysypkę. Posadziła go ostrożnie.

- Czy mógłbyś opuścić brodę na klatkę piersiową?

- poprosiła. - Zrób to dla mnie, synku.

Z   bijącym   szybko   sercem   patrzyła,   jak   próbuje 

zgiąć kark. Nie udało mu się i z jękiem bólu ostrożnie 

położył   głowę   na   poduszce,   odwracając   twarz   od 

światła.

- Mamusiu, głowa mnie boli - zaszlochał. - Chcę

Maxa.

Przygładziła   mu   włosy   i   ucałowała   w   rozpalony 

policzek.

background image

142

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

- Poleż tu chwilkę, kochanie. Pójdę po lekarstwo,

które ci pomoże.

Zbiegła szybko na dół, wzięła swoją torbę lekarską 

i pobiegła z powrotem.

Wyjęła   penicylinę   i   dwukrotnie   sprawdziła   daw-

kowanie.   Powinna   podać   mu   dożylnie   trzysta   mili-

gramów. Spojrzała na syna. Zauważyła, że ma wilgot-

ną, bladoszarą skórę, cicho pojękuje i mamrocze coś 

nieartykułowanego.   Nie   miała   wątpliwości.   To   było 

klasyczne zapalenie opon mózgowych.

Serce biło jej jak oszalałe, ale wzięła głęboki od-

dech, unieruchomiła mu rękę w nadgarstku, założyła 

wenflon i wprowadziła antybiotyk. Cały czas przema-

wiała   do   niego   spokojnie,   widząc   jednocześnie,   jak 

powoli traci przytomność.

Z ogromnym wysiłkiem starała się zachować spo-

kój. Przeszła do sypialni Joan, podniosła słuchawkę i 

zadzwoniła   do   szpitala,   podając   swoją   diagnozę. 

Usłyszała,   że   przyjmą   go   natychmiast   i   wysyłają 

karetkę.   Szybko   podyktowała   adres   i   wróciła   do 

Stephena.  Chłopiec kolejny raz  wymiotował.  Wyda-

wało się, że czekanie na pomoc trwa całe wieki, choć 

w rzeczywistości było to tylko parę minut.

Po przyjeździe do szpitala zostali natychmiast skie-

rowani na oddział intensywnej terapii dla dzieci, gdzie 

czekały   już   pielęgniarki   w   fartuchach   i   maskach, 

gotowe do działania.

Za chwilę pojawił się lekarz. Szybko przeprowadził 

wywiad i zdecydował się wykonać nakłucie lędźwiowe.

-Zapewne   ma   pani   całkowitą   rację   -   przyznał 

spokojnie   -   ale   dla   pewności   musimy   to   zrobić. 

Przykro mi.

W czasie gdy pielęgniarki przygotowywały Stephe-

na do punkcji, Cathy opisywała lekarzowi okoliczno-

ści nagłego początku choroby.

- Wszystko   się   zgadza   -   powiedział,   myjąc   ręce.

- Dzięki Bogu, że dała mu pani natychmiast penicyli

nę. W porządku, czy możemy zaczynać?

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

143

Pielęgniarki skinęły głowami, a lekarz zwrócił się 

do Cathy:

- Wychodzi pani czy zostaje? To będzie dla niego 

nieprzyjemne.

- Wiem.   -   Przełknęła   z   trudem   ślinę.   -   Zostaję, 

będzie mnie potrzebował.

Usiadła na brzegu łóżka i ujęła Stephena za rękę. 

Tymczasem pielęgniarka wsunęła jedną rękę pod ko-

lana chłopca, a drugą pod plecy i wygięła go w pałąk, 

nie zważając na cichy jęk bólu.

Cathy musiała  przyznać,  że lekarz zrobił punkcję 

tak   szybko,   jak   to   tylko   było   możliwe,   ale   zanim 

wyciągnął   igłę   i   zostawił   bezwładnego   Stephena   w 

spokoju, o mało nie zemdlała.

Próbowała pogłaskać syna po głowie, ale jęknął i 

odwrócił się. Siedziała przy nim, trzymając jego rękę i 

zagryzając wargi. W międzyczasie, za pomocą wen-

flonu, podłączono go do kroplówki.

Doktor uścisnął uspokajająco jej ramię i zakomu-

nikował:

- Już po wszystkim. Podajemy mu antybiotyk, ale

zaraz wyciągnę laboranta z łóżka, żeby zrobił badanie

bakterioskopowe   płynu   mózgowo-rdzeniowego   meto

dą   Gramma   i   zidentyfikował   drobnoustroje.   Jeśli

chodzi   o   Stephena,   to   krytyczne   będzie   najbliższe

czterdzieści osiom godzin i musi  być  pod ciągłą ob

serwacją. Cały czas będzie z nim pielęgniarka, a kiedy

pani zechce coś zjeść albo wypić, proszę tylko powie

dzieć, personel zajmie się tym. Zapiszę pani profilak

tycznie   antybiotyk.   Może   rifampicinę,   dobrze?   Nie

długo wrócę z wynikami badań.

Skinęła   głową   w   odrętwieniu,   z   oczyma   utkwio-

nymi w szarej twarzyczce zlanej potem. Wydało się jej 

nierealne, że widząc, jak gorączka coraz bardziej trawi 

jej syna, siedzi przy nim całkowicie bezsilna. Siostry 

wchodziły i wychodziły, nierozpoznawalne w swoich 

fartuchach i maskach, ale zawsze przynajmniej jedna 

była na miejscu.

background image

144

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

145

Stephen mówił coś niespokojnie przez sen, często 

pytał o Maxa, aż w pewnej chwili zapadł w śpiączkę. 

Z największym pośpiechem sprowadzono lekarza.

- Czy   on   umrze?   -   spytała   Cathy,   starając   się 

opanować.

- Mam nadzieję, że nie - odparł spokojnie lekarz. 

-To   klasyczne   zapalenie   opon,   tak   jak   myśleliśmy. 

Zna pani ryzyko  równie dobrze jak ja. Zareagowała 

pani szybko, ale w tej chwili nie wiadomo, jak to się 

skończy.   Proszę   po  prostu  spokojnie   coś   mówić   do 

niego, żeby wiedział, że pani jest tutaj. Jeśli coś może 

pomóc, to tylko to. Kim jest ten Max, o którego wciąż 

pyta?

No właśnie, kim?

-Przyjacielem...   byłym   kolegą   z   pracy   -   odpo-

wiedziała po chwili.

- Czy może pani ściągnąć go tutaj?

- Teraz? W środku nocy?

Lekarz wzruszył ramionami.

- To mogłoby pomóc. Nie tylko Stephenowi. Pani

też   przydałoby   się   trochę   moralnego   wsparcia.   Pro

szę korzystać swobodnie z telefonu w pokoju siostry

przełożonej.

Podziękowała mu obojętnym tonem i odwróciła się 

do syna.  Właśnie odzyskiwał  świadomość  i od razu 

zapytał o Maxa.

- Chcę   Maxa,   mamusiu   -   mamrotał.   -   Gdzie   on 

jest?

- Śpi, kochanie, jest noc.

- A przyjdzie rano?

- Może. - Zagryzła wargi.

Dziecko znów odpłynęło w nieświadomość. Cathy 

sztywno wstała i podeszła do okna. Przejaśniało się, 

wkrótce   będzie   świtać.   Czy   powinna   do   niego   za-

dzwonić?   Może   trochę   później.   Gdyby   tylko   mogła 

porozmawiać   z   Joan,   ale   ta   była   z   przyjaciółką   na 

Krecie i Cathy nie miała z nią żadnego kontaktu.

O wpół do szóstej zdecydowała się zadzwonić do 

Maxa. Walczyła z sobą, ale Stephen za każdym razem, 

gdy odzyskiwał na chwilę świadomość, mamrotał jego 

imię i nie mogła już dłużej tego znieść.

Doczekała   do   szóstej,   potem   wślizgnęła   się   do 

pokoju dla pielęgniarek i po wybraniu numeru czekała 

w nieskończoność, ale nikt nie podnosił słuchawki.

O   siódmej   zadzwoniła   powtórnie,   na   wypadek 

gdyby   wrócił   spod   prysznica   czy  rannego   biegania, 

potem   jeszcze   o   ósmej,   a   o   wpół   do   dziewiątej 

zadzwoniła do przychodni.

- Wyjechał   na   urlop   -   powiedziała   szorstko   An-

drea, która odebrała telefon, i natychmiast przerwała

połączenie.

Zadzwoniła   raz   jeszcze,   tym   razem   do   Johna 

Glovera i spytała, czy ma jakiś kontakt z Maxem.

- O ile wiem, jest w domu. Czy mam mu przeka-

zać, żeby do ciebie zadzwonił?

- Nie ma go tam - powiedziała zmęczonym głosem 

i odłożyła słuchawkę. Boże, dopomóż mi, modliła się, 

już   dłużej   nie   potrafię   dać   sobie   sama   rady!   Gdzie 

jesteś, Max?

Wolnym krokiem wróciła do małego pokoju i przez 

łzy dostrzegła wysokiego mężczyznę pochylonego nad 

łóżkiem jej dziecka. Trzymał Stephena za rękę. Miał 

na sobie fartuch, maskę, a na głowie czepek. Na jej 

widok   wyprostował   się   gwałtownie.   Zobaczyła   nad 

maską nieprawdopodobnie niebieskie oczy i znalazła 

się w objęciach silnych  i czułych ramion. Przytuliła 

się do znajomej twardej piersi.

- Max? - wyszeptała z niedowierzaniem.

- Cii,   wszystko   w   porządku.   Jestem   tutaj,   przy 

tobie.

-Próbowałam   dzwonić...   dzwoniłam   godzinami   - 

szlochała.

- Ciicho,   kochanie,   już   wszystko   jest   dobrze.

Chodź,   usiądź.   -   Zaprowadził   ją   do   fotela,   a   sam

przysiadł na poręczy i objął ją mocno ramieniem.

background image

146

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

147

- Skąd   wiedziałeś,   gdzie   nas   znaleźć?   -   spytała 

zdumiona.

- Nie   wiedziałem.   Obudziłem   się   w   nocy   i   nie 

mogłem zasnąć. Miałem potworne uczucie, że stało się 

coś   złego   i   nawet   dzwoniłem   do   ciebie   o   wpół   do 

szóstej, ale nikt nie odpowiadał. Mogłaś, co prawda, 

być na przykład w pracy, ale wydawało mi się to mało 

prawdopodobne.   Miałem   wolny   dzień,   więc 

zdecydowałem   się   tu   przyjechać   i   odnaleźć   cię. 

Dojechałem tutaj parę minut po siódmej i zobaczyłem 

twój samochód przed domem,  pootwierane okna, ale 

nikt nie otwierał drzwi. - Zaśmiał się cierpko. - Twoi 

sąsiedzi   wzięli   mnie   chyba   za   włamywacza,   bo 

wszedłem na dach werandy, a stamtąd przez okno do 

sypialni. Rzut okiem wystarczył, by domyślić się, że 

Stephen   zachorował,   więc   obdzwoniłem   wszystkie 

szpitale i w końcu cię znalazłem.

- I oto jesteś. - Sięgnęła dłonią do jego twarzy, nie 

mogąc   nadal   uwierzyć,   że   Max   jest   przy   niej 

naprawdę, a on ujął jej dłoń w swoją i pocałował.

- Oto jestem, jak mówisz.

- Dzięki Bogu. - Odetchnęła z ulgą.

- Więc jak to wygląda?

- Wciąż pyta o ciebie. Powiedziałam mu, że śpisz, 

ale kiedy od szóstej nie mogłam skontaktować się z 

tobą, nie wiedziałam co mu powiedzieć, kiedy znów 

zapyta. Ale od tego czasu nie odzyskał przytomności... 

- przerwała pełna lęku, walcząc ze łzami.

Wszedł lekarz, ten sam, który miał dyżur w nocy, i 

sprawdził wykres temperatury Stephena.

- Domyślam się, że jest pan Maxem - powiedział

z   lekkim   uśmiechem.   -   Był   tu   duży  popyt   na   pana.

Cieszę   się,   że   pan   dotarł.   -   Obrócił   się   do   Cathy.

-   Wygląda   na   to,   doktor   Harris,   że   Stephen   nie

poddaje   się,   ale   jeszcze   za   wcześnie   na   rokowania.

Będziemy wiedzieli więcej jutro wieczorem. - Spoj-

rzał na nią z niepokojem, - Dlaczego nie spróbuje pani 

przespać się trochę? Sąsiedni pokój jest specjalnie do 

tego celu. Obudzimy panią, gdyby coś się zmieniło.

- Nie - pokręciła głową. - Nie mogę go zostawić.

Proszę mnie nie zmuszać!

Max ścisnął ją za ramię.

- Nikt   nie   ma   zamiaru   cię   zmuszać   do   czegokol

wiek. Ale gdybym przyniósł ci koc i poduszkę, to czy

nie zdrzemnęłabyś się w tym fotelu przez parę minut?

Popilnuję Stephena za ciebie.

Była zbyt zmęczona, by zaprotestować. Max wsu-

nął pod jej głowę poduszkę i, kiedy podciągnęła nogi 

na   fotel,   okrył   ją   pieczołowicie   miękkim   białym 

kocem.

- Zbudzisz   mnie,   dobrze?   -   spytała   niewyraźnie,

ale nie zdążyła usłyszeć odpowiedzi.

Spała prawie dwie godziny, podczas których Max 

obserwował   ich   oboje   w   skupieniu,   ze   ściągniętymi 

brwiami. Stephen wydawał się gasnąć na jego oczach, 

a Catherine - Boże, Catherine praktycznie wychudła w 

ciągu   tych   pięciu   tygodni,   kiedy   jej   nie   widział. 

Zniknęły   jej   miękkie   kształty,   została   tylko   skóra   i 

kości oraz wymizerowana, blada twarz.

Spojrzał na nią i twarz mu złagodniała. Boże, jakim 

był   głupcem.   Całe   to   jego   gadanie   o   poślubieniu 

właściwej   kobiety,   podczas   gdy   ona   cały   czas   była 

obok, w zasięgu ręki. Na myśl o tym, że mogła zajść z 

nim   w   ciążę   wpadł   w   panikę.   Był   co   prawda 

oszołomiony,   ale   wyrządził   szkodę   ich   stosunkom. 

Potem,   kiedy   powiedziała,   że   nie   spodziewa   się 

dziecka, odczuł bolesne rozczarowanie, i żadne jego 

wymyślne zabiegi nie były w stanie przekonać jej, by 

chciała być z nim nadal.

Pomyśleć tylko, że bał się zobowiązań! Do diabła, 

już po tej nocy powinien wiedzieć, że i tak jest z nią 

związany. Na samo wspomnienie zrobiło mu się

background image

148

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

149

gorąco. Tyle miłości, tyle czułości... Nigdy przedtem 

nie odczuwał tego tak mocno, nigdy nie miał wraże-

nia, że jego jedynym  celem jest danie przyjemności 

drugiej osobie.

Nagle usłyszał jęk dobiegający z łóżka Stephena. 

Podszedł bliżej i pochyliwszy się, zaczął łagodnie go 

uspokajać.

- Max? - Chłopiec podniósł ciężkie powieki.

- Cześć, synku - odpowiedział półgłosem. Czuł, że 

przepełniająca go miłość za chwilę go rozsadzi.

- Jak się czujesz?

- Głowa mnie boli - wyszeptał Stephen słabo.

- Nie odchodź.

- Nie   odejdę.   Nie   martw   się.   Zostanę   tu   z   tobą

i mamą.

Z jękiem zadowolenia Stephen osunął się na po-

wrót w półświadomą krainę snu. Max stał przy nim, a 

z jego twarzy można było wyczytać gorące uczucia.

- Wyzdrowiej, do licha - wycedził z pasją. - Nie

odchodź   właśnie   teraz,   kiedy   wreszcie   wiem,   jak

bardzo cię   kocham.  Wracaj  do  nas,  synku,  słyszysz

mnie?

Pielęgniarka przyniosła filiżankę kawy. Pił ją ma-

chinalnie, nie spuszczając wzroku z chłopca. Dopiero 

przebudzenie   się   Catherine   wyrwało   go   z   zadumy. 

Podał jej resztkę kawy.

- Jak Stephen?

- Obudził się i poznał mnie. Nie pogorszyło mu się.

Rozluźniła z ulgą ramiona, ale po chwili ściągnęła 

je znowu.

- Jeszcze nie ma pewności, czy...

- Ale oznaki są dobre.

Wpatrzona w Stephena, lekko skinęła głową. Ma-

xowi   ścisnęło  się   serce,   kiedy zobaczył,  ile   uczucia 

wyraża jej spojrzenie. Jak tylko to się skończy, zrobi 

wszystko   co   w   jego   mocy,   by   zdobyć   jej   miłość. 

Wiedział już, że życie bez niej nie ma żadnego sensu.

Nie   kończąca   się   procesja   lekarzy,   pielęgniarek  i 

techników przeciągała przed nimi przez cały ten długi 

dzień.  Jednych  Cathy rozpoznawała,  innych  nie,  ale 

wszyscy byli dla nich bardzo uprzejmi i mili, a oprócz 

tego   był   Max,   silny   i   twardy   jak   skała,   na   której 

można się oprzeć. Ale na jak długo? Czy odważy się 

na   to   w   przyszłości?   Teraz   pozwalała   sobie   na   ten 

luksus,   bo   za   bardzo   go   potrzebowała,   by   z   nim 

walczyć, ale później...

Zniknął   na   chwilę.   Wrócił   z   kawą   i   kanapkami, 

które wmusił w nią, a potem wyjął czekoladę i zjedli 

ją wspólnie. Zażyła rifampicinę, po czym skuliła się 

znowu w fotelu i zasnęła.

Ani w nocy, ani następnego ranka stan Stephena nie 

zmienił się, ale około południa był już spokojniejszy, 

zaś   około   czwartej   po   raz   pierwszy   zupełnie   się 

obudził. Cathy chciało się płakać z radości, a lekarze 

wyrażali ostrożny optymizm.

O szóstej, kiedy Stephen poprosił o picie śmiesz-

nym   chrapliwym   głosikiem,   było   już   jasne,   że   na-

stąpiło przesilenie. Ból głowy powoli się zmniejszał, a 

organizm   nie   odrzucił   wypitego   płynu,   co   Cathy 

przyjęła z ulgą.

O   dziewiątej   chłopiec   po   raz   pierwszy   zapadł   w 

głęboki,   normalny   sen.   Lekarz   uśmiechał   się   z   za-

dowoleniem.

- Myślę, że z tego wyjdzie - powiedział pewnym 

głosem.   -   Może   pani   spokojnie   pójść   do   domu, 

wykąpać się, zjeść coś, przespać parę godzin w nor-

malnym   łóżku   i   wrócić   tutaj   rano.   Prawdopodobnie 

będzie   spał   przez   całą   noc,   a   jeśli   nie,   to   zawsze 

możemy zadzwonić, a pani natychmiast przyjedzie.

Miała zamiar odmówić, ale Max zgodził się z le-

karzem i nim zdążyła zaprotestować siedziała już w 

samochodzie jadącym do domu.

Po kąpieli stwierdziła, że Max usunął ślady choro-

by Stephena z jego sypialni, a także z jej pokoju, i 

nałożył świeżą pościel.

background image

150 .

WEDŁUG WSKAZAŃ LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

151

- Nie wiem, skąd w tobie tyle energii - powiedzia

ła po tym, jak wyciągnął ją z wanny, wytarł i ułożył

w łóżku, narzekając, że jest za chuda. Podał jej kubek

zupy,   który   posłusznie   wypiła.   Nim   usnęła,   przez

kilka   chwil   wsłuchiwała   się   w   odgłosy   krzątaniny

Maxa w sąsiednim pokoju.

Obudziła się w środku nocy i cichutko poszła do 

telefonu, by zadzwonić do szpitala, ale zastała tam już 

Maxa   odkładającego   słuchawkę.   Uśmiechnął   się   do 

niej łagodnie.

- Wszystko   dobrze.   Nadal   śpi   bardzo   mocno. 

Przepraszam, czy obudziłem cię?

- Nie sądzę. Niczego nie słyszałam. - Zaśmiała się 

z zażenowaniem. - Czasami myślę, że porozumiewa-

my się bez słów.

- Bo tak jest. -Objął jej dłonie swoimi. - Poprzed-

niej nocy wiedziałem, że stało się coś złego. Próbo-

wałem   to  zignorować,   ale   bez   skutku.   To   było   tak, 

jakbyś mnie wołała.

- Potrzebowałam   cię   -   powiedziała   zdławionym 

głosem.   -   Nie   chciałam   tego,   ale...   nie   potrafiłam 

walczyć.

- Nie ma potrzeby z tym walczyć, jestem przy tobie 

- wyszeptał.

- Tak, teraz jesteś... ale na jak długo?

Ich spojrzenia się spotkały. W jego oczach płonęło 

uczucie, w które nie śmiała uwierzyć.

- Na   ile   mnie   zechcesz.   Mam   nadzieję,   że   na

zawsze. Potrzebuję cię, Catherine. Tęskniłem za tobą

tak   bardzo,   że   życie   straciło  dla   mnie   wszelki   urok

i   sens.   Dopiero   kiedy   wyjechałaś   ze   Stephenem,

zdałem   sobie   sprawę,   jak   puste   jest   moje   życie.

Kocham cię. Kocham was oboje. Catherine, wróć do

mnie. Nie mogę żyć bez ciebie.

Odsunęła się, skrępowana i nieufna, obawiając się 

zbyt szybko mu uwierzyć.

- Max, ja chcę stałego związku, wiesz o tym.

- Proponuję   ci   związek.   Jestem   gotów   podać   ci

moją   głowę   na   srebrnej   tacy,   jeśli   tego   chcesz,   ale

wolałbym coś bardziej typowego. Małżeństwo.

Powoli zwróciła ku niemu twarz pełną niedowie-

rzania.

- Małżeństwo? - powtórzyła bezdźwięcznie.

- Małżeństwo. Jeśli mnie chcesz. 

Nie wszystko jednak było jasne.

- A moja praca? 

Wzruszył ramionami.

- Nie   wiem.   Nie   mamy   jeszcze   nikogo  na   twoje

miejsce, ale nadal nie jestem pewny, czego naprawdę

chcesz. Czy gdybyś miała wystarczająco dużo pienię

dzy,  by kupić Stephenowi wszystko, czego potrzebu

je, nadal chciałabyś pracować?

Przez   chwilę   zastanawiała   się,   a   potem   kiwnęła 

głową świadoma, że niweczy swe szanse na szczęście. 

Nie była jednak w stanie zaprzeć się samej siebie.

-Tak,   chciałabym.   Może   nie   na   całym   etacie, 

dopóki jest jeszcze mały, ale tak, chciałabym.

- A gdybyś miała drugie dziecko?

- Drugie dziecko? - Otworzyła szerzej oczy. - My-

ślałam, że nie chcesz dziecka?

Uśmiechnął się smutno.

-

Też tak myślałem. Aż do czasu, gdy powiedziałaś 

mi, że nie jesteś w ciąży i poczułem się jak trafiony 

piorunem.

- Bardzo bym chciała mieć drugie dziecko. A może 

dwoje?   -   Nie   zdawała   sobie   sprawy,   ile   tęsknoty 

słychać   w   jej   głosie.   -   Stephen   szalałby   z   radości. 

Zawsze marzył o rodzeństwie.

- I chciałabyś pracować?

Przypomniała   sobie   o   chwilach,   kiedy   musiała 

zostawiać Stephena, o wszystkim za czym  wówczas 

tęskniła i o czasie, który nigdy dla nich dwojga nie 

wróci. Pokręciła głową.

background image

152

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

WEDŁUG WSKAZAŃ 

LEKARZA

153

- Nie. Gdyby to nie było konieczne, nie, ani przez 

chwilę.   -   Spojrzała   na   niego   badawczo.   -   Max, 

dlaczego jest to dla ciebie takie ważne?

- Mojej matki  nigdy nie było  w domu,  kiedy jej 

potrzebowałem. Zawsze w pogoni za funduszami, w 

poszukiwaniu   sponsorów,   na   jakichś   obiadkach 

charytatywnych,   na   bardzo   ważnych   porannych   ka-

wach   albo   gdzie   indziej.   -   Mówił   ponuro,   z   takim 

smutkiem w głosie, że Cathy  ściskało się serce.

- Byłem   wychowywany   przez   kolejne   nianie   i   od

czasu   do   czasu   zmuszany   do   popisywania   się,   aby

podtrzymać   dobry   obraz   rodziny.   Zawsze   przysięga

łem sobie, że jeśli będę miał dzieci, to wychowa  je

matka, która nie tylko je kocha, ale i jest dla nich.

- Biedny Max.  - Cathy podniosła ręce i ująwszy 

jego twarz, wspięła się na palce, by złożyć pocałunek 

na jego wargach.

- Catherine, odpowiedz wreszcie na moje pytanie

- poprosił.

- Zrobiłam to już - powiedziała zdziwiona. - Nie, 

nie   sądzę,   bym   chciała   pracować,   gdybym   nie 

musiała...

- Nie na to pytanie. Na inne -jęknął. - Wyjdziesz za 

mnie?

-Ach, na to... - Uśmiechnęła się łobuzersko.

- Cóż,   niech   pomyślę...   Czy   będzie   pan   w   stanie

zapewnić   mi   styl   życia,   do   jakiego   przywykłam?

Proszę mi  powiedzieć, doktorze Armstrong, jakie są

pana widoki na...? Och!

Chwycił ją pod ramiona i uniósł do góry, opierając 

o swoją pierś.

-W   tej   chwili   -   zaburczał   -   moje   widoki   na 

wylądowanie  w  więzieniu za   morderstwo   są   bardzo 

duże. A teraz, wyjdziesz za mnie czy nie, ty nieznośna 

dziewucho?

-Och...- Zatrzepotała rzęsami. - No, dobrze, skoro 

prosisz  o  to z  takim  wdziękiem.   Jak mogłabym   się 

oprzeć?

Powoli   opuścił   ją,   osuwając   po   sobie   i   wziął   w 

ramiona.   Z   pociemniałymi   nagle   oczyma   pochylił 

głowę i namiętnym pocałunkiem sprawił, że ugięły się 

pod nią kolana, a serce przyspieszyło swój rytm.

- To po to, żeby przełamać resztki oporów - po-

wiedział z leniwym uśmiechem.

- Nie ma we mnie oporu. Nie sądzę, żeby kiedy-

kolwiek był. Kocham cię, Max - wyszeptała z czuło-

ścią. - Joan miała rację. Jesteś dla mnie najlepszym 

lekarstwem.